background image

JULIE ORTOLON

Prawie idealnie

Almost Perfect

Tłumaczyła: Małgorzata Strzelec

background image

Przyjaciółkom

Za wypełnienie moich dni śmiechem

Za trzygodzinne lunche (kiedy miałyśmy pisać)

Za przymykanie oczu na moje uzależnienie od zakupów w Chico

Za niekwestionowane wsparcie, współczucie, marudzenie i pojenie

Za toasty szampanem (przy każdej okazji)

I za e-maile, gdy terminy zaglądają człowiekowi w oczy!

background image

Rozdział 1

Jak  wieść  idealne  życie.  –  Maddy  z  zadziwieniem  pokręciła  głową, 

odczytując  tytuł  z  twardej  okładki  książki.  – Dziesięć  kroków  na  drodze  do 
niewiarygodnego szczęścia. 
Jane Redding.

– Ciągle nie mogę uwierzyć, że Jane, nasza Jane, pisze teraz książki. Poza 

wszystkim  innym  na  dodatek  jeszcze  pisze  –  dodała  Christine,  gapiąc  się  na 
swój egzemplarz.

– A ja mogę.
Amy z dumą się uśmiechnęła,  kiedy odchodziły od stolika, przy którym 

Jane Redding rozdawała autografy. Za nimi ciągnęła się kolejka fanów, którzy 
nie mogli się doczekać, aby poznać osobiście znaną z telewizji postać.

–  Właściwie  to  ja  też  –  przyznała  Christine,  gdy  ich  trójka  ruszyła  do 

kafejki  w  kącie  księgarni.  –  Jane  zawsze  była  taka  zdyscyplinowana  i  bardzo 
ciężko  pracowała  w  college’u.  To  jedyna  znana  mi  osoba,  która  pracowała 
ostrzej ode mnie. A to sporo mówi, zważywszy, że ja przygotowywałam się na 
medycynę.

–  Obie  uparcie  dążycie  do  celu  i  to  jedyna  rzecz,  która  was  łączy  –

stwierdziła Maddy.

Minęła z przyjaciółkami ozdobną barierkę, która tworzyła iluzję, że siedzi 

się  w  ulicznej  kawiarence.  Wciągnęła  bogaty  aromat  kawy.  Delikatny  jazz 
mieszał się z gwarem rozmów i sykiem maszyny do cappuccino.

–  Właściwie,  biorąc  pod  uwagę,  jak  my  cztery  się  różnimy,  wydaje  się 

zadziwiające, że tak dobrze nam się razem mieszkało.

– Przeciwieństwa się przyciągają – odparła Christine, stając w kolejce.
–  To  na  pewno  dotyczy  nas  dwóch.  –  Maddy  uśmiechnęła  się  do 

dziewczyny, z którą przyjaźniła się od czternastu lat.

Dla  większości  ludzi  Christine  Ashton  stanowiła  onieśmielającą 

mieszankę  lodowej  księżniczki  i  szalonego  naukowca.  Była  wysoka,  miała 
lśniące blond  włosy i  chłodne szare oczy. Jednak Maddy wiedziała, że za tym 
wszystkim kryje się przewrotne poczucie humoru.

– Myślę, że w naszym wypadku ratował nas fakt – ciągnęła Christine – że 

ty  i  ja  mieszkałyśmy  w  jednej  części  mieszkania,  a  Amy  i  Jane  w  drugiej. 
Wyobrażasz sobie mnie i Jane razem?

Maddy zaśmiała się.
– Zakładałybyśmy się z Amy, która z was pierwsza popełni morderstwo. 

Idealna Jane Porządnicka czy Nieskazitelna Christine, która w głębi ducha jest 
flejtuchem.

– Nie, to ty byś się zakładała – poprawiała ją Christine. – Amy jest zbyt 

kochana, żeby czerpać zyski ze śmierci przyjaciółki.

background image

–  Racja.  –  Maddy objęła jedną  ręką  Amy. –  Matka Amy  załamywałaby 

ręce i błagała dzieci, żeby zachowywały się, jak należy.

– Tak naprawdę to Jane była przezabawna. – Amy zmarszczyła brwi. – A 

dla ścisłości, nie cierpię mojego przezwiska.

– Ja też. – Christine rzuciła Maddy jedno ze swoich chłodnych spojrzeń. –

Więc uważaj z tym przezywaniem, Cyganko.

– Ej, skoro przezwisko pasuje...
Maddy  zakręciła  biodrami  i  maleńkie  dzwoneczki  przy  rąbku  spódnicy 

zadzwoniły.  Na  każdym  z  nadgarstków  nosiła  kolorowe  paciorki  i  lśniące 
amulety, a ognisto-rude włosy przewiązała chustą.

Cztery  współlokatorki  nie  mogły  bardziej  się  od  siebie  różnić,  a  ich 

przezwiska  nie  mogły  lepiej  pasować.  Amy  Baker  stanowiła  intrygującą 
mieszankę mądrości, gderliwości i opiekuńczości. Niestety mężczyźni nigdy nie 
zauważali  niczego  poza  jej  pulchnością  i  ignorowali  jej  zmysłową  stronę. 
Oczywiście  fakt,  że  nosiła  okulary  zasłaniające  jej  wielkie,  zielone  oczy, 
wkładała  workowate  swetry,  w  których  wyglądała  jak  strach  na  wróble,  i 
wiązała  wspaniałe,  sięgające  pasa,  ciemne  włosy  w  ciasny  warkocz,  nie 
pomagał.

Z kolei Jane... Zerkając na  stolik autorki, Maddy zdała sobie sprawę, że 

drobna brunetka  nie zmieniła  się w  ciągu dziesięciu lat  od ukończenia  szkoły. 
Nadal  była  nieskazitelnie  poukładana  i  jaśniała  wewnętrznym  światłem 
inteligencji  i  uporu.  Siedziała  za  stołem,  na  którym  piętrzyły  się  stosy  jej 
książek, miała na  sobie elegancki, fioletowy kostium, a lśniący  paź  do ramion 
kołysał się lekko, gdy się śmiała.  Jej brązowe oczy uśmiechały się do jednej z 
fanek,  która  stała,  przyciskając  książkę  do  piersi,  i  zarzucała  autorkę 
komplementami. Maddy poczuła bolesne ukłucie zazdrości.

– Boże – westchnęła. – Jane naprawdę się udało, tak jak tego chciała. Nie 

chodzi tylko o sławę i pieniądze. Jest tak cholernie pewna siebie!

– I nadal jest piękna – dodała Amy ze szczerym podziwem w głosie.
–  Wygląda  na  szczęśliwą  –  stwierdziła  bezbarwnym  tonem  Christine.  –

Naprawdę szczęśliwą. Mogę ją zabić?

– Christine – Amy aż zatkało. – Jak możesz mówić coś takiego?
–  Och,  pozwól  mi,  mamo,  proszę.  –  Christine  złożyła  prosząco  ręce.  –

Proszę, proszę, proszę...

Amy zaśmiała się mimo woli.
– Jesteś okropna.
– I dlatego ją kochamy – odparła Maddy, bo po części myślała to samo.
Cieszył  ją  sukces  Jane,  ale  sama  czuła  się  jak  nieudacznik,  ponieważ 

nigdy nie spełniła swojego marzenia i nie została zawodową malarką. Zaraz po 
ukończeniu college’u poznała i poślubiła Nigela, słodkiego, ale trzeba przyznać, 
trochę dziwacznego księgowego. Uwielbiał jej obrazy, wierzył w Maddy całym 

background image

sercem i upierał się, aby została w domu i poświęciła się sztuce na pełen etat. 
Niestety  dwa  lata  po  ślubie  zdiagnozowano  u  niego  raka.  Następne  sześć  lat 
spędziła, opiekując się nim i pomagając mu utrzymać jego firmę. Przetrwała ten 
czas dzięki wsparciu Christine i Amy.

Jane dawno temu przeprowadziła się do Nowego Jorku i rzadko miały od 

niej  jakiejś  wiadomości.  Za  to  ostatnio  dużo  o  niej  słyszały  –  o  jej  ślubie  z 
komentatorem  sportowym,  domu  nad  jeziorem  w  Austin,  który  pojawił  się  na 
okładce „Homes and Living”, a teraz o bestsellerowym poradniku.

Kiedy  Maddy porównała to  z brakiem jakichkolwiek osiągnięć u  siebie, 

poczuła się fatalnie.

–  Następny!  –  krzyknął  wysoki,  chudy  dzieciak  za  ladą  i  Maddy  zdała 

sobie sprawę, że przyszła jej kolej.

–  Och.  –  Spojrzała  na  rodzaje  kaw  w  menu  wywieszonym  powyżej.  –

Chwileczkę, muszę się zastanowić.

–  No  Mad,  dasz  radę  –  szepnęła  zachęcająco  Christine.  –  Podejmij 

decyzję.

–  Presja,  ta  straszliwa  presja.  –  Dotknęła  opuszkami  brwi  jak  wróżka 

komunikująca  się  z  innym  światem.  –  Dobra,  mam.  Poproszę  mokkę  z 
dodatkową bitą śmietaną i karmelem.

Dzieciak  wykrzyczał  zamówienie  do  zagonionej  kobiety  obsługującej 

ogromną maszynerię.

Kiedy Maddy zapłaciła, podeszła Christine i nawet nie spojrzała na menu.
– Kawę. Gigantyczną. Bez żadnych dodatków. Po prostu kofeina i rurka 

do karmienia dożylnego.

Maddy zmarszczyła brwi.
– Wydawało mi się, że miałaś ograniczyć kofeinę.
–  Cholera!  Ze  też  to  akurat  zapamiętałaś.  –  Christine  skrzywiła  się.  –

Dobra, niech będzie bezkofeinowa.

Dzieciak przekazał zmianę w zamówieniu i zaczął wbijać na kasę.
–  Nie,  chwilkę.  –  Christine  złapała  go  za  rękę,  a  w  jej  oczach  błysnęła 

desperacja.  –  Niech  będzie  bezkofeinowa  z  bombą  głębinową  z  espresso.  –
Wykrzywiła się do Maddy. – Poważniej potraktuję sprawę kofeiny, gdy skończę 
staż.

Najwyraźniej  przyzwyczajony  do  obsługi  uzależnionych  od  kawy 

dzieciak zmienił zamówienie bez mrugnięcia okiem.

Potem podeszła Amy. Zagryzła usta i zerknęła na ciastka. Światło z lady 

odbiło się w jej okularach.

– Poproszę waniliowe cappuccino bez cukru.
– Życzy sobie pani jakieś ciastko? Zawahała się, ale była stanowcza.
– Nie. Tylko cappuccino. Odtłuszczone, proszę.
Maddy  już  zamierzała  powiedzieć  Amy,  by  wzięła  coś  słodkiego,  ale 

background image

przypomniała  sobie,  żeby  nie  sabotować  diety  przyjaciółki.  Jej  zdaniem  Amy 
wyglądała  jak  trzeba  i  powinna  przestać  się  głodzić.  Seksowne  kobiety  mają 
różne kształty i rozmiary. Maddy nie była chudzielcem, ale nauczyła się raczej 
cieszyć  obfitymi  krągłościami  niż  je  chować.  Nigel  zdecydowanie  je  lubił, 
zanim stał się zbyt słaby, aby cieszyć się czymkolwiek na tym świecie.

– Więc... – zaczęła Christine, gdy odebrały zamówienia – siądziemy przy 

stoliku i przejrzymy tę książkę?

– Dobry pomysł. – Maddy ruszyła do pustego stolika w pobliżu wystawy 

z kubkami do kawy i innymi drobiazgami. – Nie mogę się doczekać, aby poznać 
dziesięć kroków na drodze do niewiarygodnego szczęścia.

– Ja też. – Christine otworzyła swój egzemplarz, gdy tylko usiadły. – Po 

tylu  latach  ciężkiej  pracy  i  braku  zabawy  myślę,  że  przydałoby  mi  się  trochę 
szczęścia, niewiarygodnego albo jakiegokolwiek innego.

– Ale tobie się udało. – Amy uśmiechnęła się do niej. – Za kilka miesięcy 

będziesz lekarzem. To na pewno cię uszczęśliwi.

– O ile dożyję – stwierdziła Christine, czytając spis treści. – Zobaczmy. 

Krok pierwszy: Zrozum, czego chcesz.

–  To  łatwe.  –  Maddy  pociągnęła  łyk  słodkiej  kawy  i  zlizała  z  ust  bitą 

śmietanę.  –  Wygrać  na  loterii,  żebym  wreszcie  przestała  się  martwić 
rachunkami.

Christine zmarszczyła brwi.
– Myślałam, że radzisz sobie finansowo, w końcu masz ubezpieczenie na 

życie i sprzedałaś firmę.

–  Tak,  ale  wiesz,  jak  nie  cierpię  bilansować  książeczki  czekowej  i 

wszystkiego,  co  wiąże  się  z  cyferkami.  Poza  tym  przydałyby  się  pieniądze  na 
podróże.

Christine ścisnęła ją za przedramię.
–  Podróż to  może być dobry pomysł.  Nie musi to  być nic  drogiego, ale 

żebyś się wyrwała z pustego domu.

– Pewnie masz rację.
Maddy pomyślała o liście, który czaił się na dnie jej torebki. Praca, którą 

w  nim  opisano,  na  pewno  by  ją  wyrwała  z  domu.  I  to  bardzo  daleko.  Jeżeli 
miałaby dość odwagi, żeby się o nią ubiegać.

– A jaki jest drugi krok? Christine zerknęła.
–  Och,  naprawdę  radosny.  Staw  czoło  wewnętrznemu  lękowi.  Maddy 

parsknęła.

–  Przynajmniej  ten  mam  już  zaliczony,  w  końcu  przeżyłam  kilka  lat, 

codziennie stawiając czoło strachowi.

–  Racja. Zobaczmy, co  Jane ma do  powiedzenia na  ten temat.  Christine 

przerzuciła  kartki  na  początek  rozdziału.  Kiedy  tylko  przebiegła  wzrokiem 
pierwsze akapity, wytrzeszczyła oczy.

background image

– A to suka!
– Co? – Maddy aż wyprostowała się z zaskoczenia.
– Wykorzystała nas w swojej książce!
–  Żartujesz! Wymieniła nas  z  nazwiska? Maddy  wyciągnęła szyję, żeby 

zerknąć na stronę.

–  Nie,  ale  pisze  „w  college’u  miałam  trzy  przyjaciółki,  które  stanowią 

doskonały przykład tego, że kobiety często pozwalają, aby strach powstrzymał 
je sprzed spełnieniem marzeń”.

–  Opisuje  to  bardziej  szczegółowo?  –  Amy  obgryzała  paznokieć. 

Christine przesunęła palcem po stronie.

–  Zobaczmy...  „Miałam  przyjaciółkę  artystkę...”  Rety,  ciekawe,  o  kogo 

może chodzić... „która pozwoliła, aby strach przed odrzuceniem powstrzymał ją 
przed realizacją kariery artystycznej z prawdziwym oddaniem i entuzjazmem”.

–  To  bzdura!  –  Maddy  odstawiła  kubek  z  głośnym  stuknięciem.  –  Nie 

zajęłam się karierą, bo musiałam opiekować się umierającym mężem.

Nawet  kiedy  wypowiedziała  te  słowa,  wiedziała,  że  to  nie  wyjaśnia, 

dlaczego teraz nie wróciła do malowania.

– Co jeszcze pisze?
– O, posłuchajcie tego. – Christine czytała dalej. – Najwyraźniej ja bałam 

się odrzucenia przez rodziców. „Moja przyjaciółka ze studiów medycznych tyle 
czasu  szukała  aprobaty  u  ojca,  że  często  poświęcała  własne  szczęście”.  –
Christine  podniosła  wzrok,  a  jej  błękitne  oczy  jaśniały.  –  Jak  śmie  drukować 
interpretacje spraw, o których powiedziałam jej w sekrecie? Poza tym co złego 
w tym, że chcę zadowolić ojca? Tak, trudno dorosnąć do jego standardów i parę 
razy skarżyłam się z tego powodu, ale to wspaniały człowiek, lider środowiska 
medycznego,  wyśmienity  chirurg.  To,  że  matka  Jane  była  alkoholiczkę,  a  jej 
ojciec zwiał, nie znaczy, że ma prawo mnie krytykować! I to w druku!

– Przynajmniej nie użyła twojego nazwiska – pocieszyła ją Maddy.
– Równie dobrze by mogła! Każdy, kto mnie zna, wie, że mieszkałam z 

nią w college’u. A jeśli mój ojciec to przeczyta?

– Poradnik dla kobiet? – Maddy ze sceptycyzmem uniosła brew.
– W każdym razie ktoś inny mógłby przeczytać i pokazać mu to.
– A co pisze o mnie? – zapytała cicho Amy. Christine wróciła do lektury.
– Najwyraźniej ty boisz się ryzyka. Według Panny Idealnej „Moja trzecia 

przyjaciółka tak bardzo bała się spróbować czegoś nowego i przegrać, że wolała 
raczej trzymać się bezpiecznej rutyny niż podjąć ryzyko, które wniosłoby do jej 
życia więcej radości”.

–  To  już  kompletne  chrzanienie!  –  Maddy  zastanawiała  się,  czy  nie 

podejść do stolika Jane i nie powiedzieć jej, co o tym wszystkim myśli.

– Właściwie to prawda – odparła cicho Amy.
– Ale masz własną firmę – sprzeciwiła się Maddy. – To oznacza ryzyko.

background image

– Nie bardzo – westchnęła Amy. – Podróżujące Nianie to franszyza, czyli 

coś  dość  bezpiecznego.  Ponieważ  jestem  właścicielką,  nikt  nie  może  mnie 
zwolnić. To najmniejsze możliwe ryzyko.

–  Ale  to  nie  znaczy,  że  jesteś  nieszczęśliwym  tchórzem  –  upierała  się 

Christine.

– Chyba nie. – Amy wbiła wzrok w stolik.
–  Amy?  –  Maddy  pochyliła  się,  żeby  spojrzeć  przyjaciółce  w  twarz.  –

Jesteś szczęśliwa, prawda?

– Przeważnie.
–  Ale  –  Christine  zamachała  ręką.  –  Zdecydowanie  usłyszałam  w  tym 

jakieś „ale”.

Amy zawahała się.
– Czasem żałuję, że sama nie jestem jedną z tych niań, które wysyłam z 

bogatymi i sławnymi ludźmi wyjeżdżającymi na wakacje. Jeżdżą do naprawdę 
niezwykłych  miejsc,  zatrzymują  się  w  rewelacyjnych  hotelach,  jadają  w 
eleganckich restauracjach i spotykają ciekawych ludzi. Ja nigdy nie wyjechałam 
poza okolice Austin.

– Naprawdę jest aż tak źle? – dopytywała się Maddy. – Nie masz za grosz 

wyczucia kierunku, więc to naturalne, że nowe miejsca cię przerażają. Nie ma 
się czego wstydzić.

–  Jest,  skoro  to  rządzi  moim  życiem.  –  Amy  uniosła  podbródek,  a  w 

każdym  krągłym  szczególe  jej  twarzy  płonęła  determinacja.  –  Popatrz  na 
Christine.  Boi  się  wysokości,  ale  gdy  byłyśmy  w  college’u,  w  każde  Boże 
Narodzenie wyjeżdżała do Kolorado razem z rodziną i wsiadała na wyciąg, żeby 
pojeździć na nartach.

– Właściwie... – Christine popatrzyła to na jedną, to na drugą.
– Nie wsiadałam.
– Co masz na myśli? – Maddy zmarszczyła czoło. – Przywoziłaś zdjęcia z 

wyjazdów narciarskich, więc myślałyśmy, że jeździsz.

– Dobra, powiem wam prawdę. – Pochyliła się ku przyjaciółkom.
–  Kiedy  dorastałam,  tak  bardzo  chciałam  przebić  brata  w  jakiejkolwiek 

dziedzinie,  że  zmusiłam  się  do  jazdy  wyciągiem  krzesełkowym,  chociaż  za 
każdym  razem  niemal  mdlałam.  Kiedy  tylko  zaczęłam  college,  postanowiłam 
wymyślić  coś,  żeby  spędzać  rodzinne  wakacje  w  chatce.  Stąd  zdjęcia,  ale  tak 
naprawdę w ogóle nie jeździłam.

–  Coś  wymyślić?  To  znaczy  co?  –  Amy  pochyliła  się  wyraźnie 

zaintrygowana.

– Kilka lat temu udawałam, że dostałam choroby wysokościowej. Kłopot 

w tym, że odegrałam to dobrze i tata postanowił zbadać mnie w szpitalu. Więc 
następnego roku pojawiłam się na lotnisku w takim wielkim, czarnym buciorze i 
stwierdziłam, że złamałam nogę. Ale tata strasznie się upierał, żeby ją obejrzeć. 

background image

Potem już po prostu wszystkim mówiłam, że jestem za bardzo zajęta, i w ogóle 
przestałam z nimi wyjeżdżać.

–  Żartujesz.  –  Amy  wyglądała  na  tak  samo  oszołomioną,  jak  czuła  się 

Maddy. – Myślałam, że lubisz jeździć na nartach.

–  Bo  lubię!  –  Christine  westchnęła  z  niesmakiem.  –  Nie  lubię  tylko 

sposobu,  w  jaki  trzeba  się  dostać  na  górę.  Ale  na  swoje  usprawiedliwienie 
muszę  przyznać,  że  te  wyciągi  to  tylko  ławeczka  wisząca  milę  nad  ziemią  i 
człowiek  wlecze  się  tym  na  szczyt  jakieś  trzy  lata.  Najgorsze,  że  jestem 
naprawdę  dobrym  narciarzem.  Cholernie  dobrym.  Myślę,  że  w  tej  jednej 
dziedzinie mogłabym być lepsza od Robby’ego, gdybym tylko nie bała się tego 
cholernego wyciągu.

–  Rety.  –  Maddy  spojrzała  na  nią.  –  Nie  miałam  pojęcia,  że  aż  tak  się 

boisz.

– No to teraz już wiesz. – Nieco dramatycznym gestem Christine opuściła 

głowę na rękę, którą oparła na stoliku. – Jestem totalnym mięczakiem.

– Nie, nie jesteś – zaśmiała się Maddy. – Patrz, ile osiągnęłaś. Na miłość 

boską, ratujesz ludzkie życie. Kogo obchodzi, że masz lęk wysokości?

– Mnie. – Christine uniosła głowę. – Amy ma rację. To nic złego bać się, 

ale źle, gdy strach powstrzymuje cię przez zrobieniem czegoś, czego chcesz.

– Właśnie. – Amy z entuzjazmem pokiwała głową. – Dlatego uważam, że 

powinnaś znowu zacząć jeździć i spróbować poradzić sobie z wyciągami.

Christine roześmiała się.
– Zawrzyjmy umowę, Amy. Ja znowu zacznę jeździć na nartach, jeśli ty 

przyjmiesz jedno zlecenie dla podróżującej niani.

– O nie. – Amy pokręciła głową. Jej oczy za okularami zrobiły się wielkie 

i  okrągłe.  –  Nie  mogłabym  na  tak  długo  zostawić  biura  pod  opieką  kogoś 
obcego. Prawda?

– Nie wiem. – Christine uniosła brew. – Ale gadanie nic nie kosztuje.
– Tak, ale... – Amy zagryzła usta, zastanawiając się.
– Zrobię to, jeśli ty też. – Christine uśmiechnęła się. Maddy patrzyła to na 

jedną, to na drugą.

–  Wiecie,  myślę,  że  my  wszystkie  powinnyśmy  to  zrobić.  A  właściwie 

założyć się i ograniczyć czas. Uzgodnić, że w ciągu roku od dziś ta, która nie 
stawi czoła wyzwaniu, będzie musiała postawić reszcie bajeczny lunch w jakimś 
zabawnym miejscu.

– Naprawdę tak uważasz? – Twarz Amy rozświetliła się podnieceniem.
–  Zdecydowanie. Zakład  to  dodatkowy bodziec.  Amy,  jeśli  będziesz  się 

bała  jechać  do  miejsca,  w  którym  nigdy  wcześniej  nie  byłaś,  pomyśl  tylko  o 
Christine – że twoja odwaga pchnie ją do zrobienia czegoś, co naprawdę chce 
zrobić.  To  samo  dotyczy  ciebie,  Christine.  Kiedy  będziesz  panikować  przed 
wyciągiem, pomyśl o Amy i o tym, jak zachęcałaś ją do wyjazdu.

background image

–  Wiesz  –  Christine  pokiwała  głową  –  to  chyba  rzeczywiście  może 

pomóc. Dla was przeczołgałabym się po rozpalonych węglach, więc czemu nie 
stawić czoła lękowi wysokości? A co ty na to, Amy? Wchodzisz w to?

– Wielkie nieba. – Amy złapała się za serce. – Mówisz to serio?
– Tak, jak najbardziej serio. – Christine uśmiechnęła się. – Zróbmy to.
Na  twarzy  Amy  malowała  się  stanowczość,  a  zaraz  potem  pojawił  się 

zachwyt.

– Nie wierzę, że to mówię, ale zgadzam się!
–  Dobrze  więc.  –  Christine  wyciągnęła  dłoń.  –  Umowa  stoi!  –  Po 

uściśnięciu rąk Christine zwróciła się do Maddy. – A co ty zrobisz?

– Ja? – Maddy zamarła.
–  Tak,  ty  –  parsknęła  Christine.  –  Skoro  my  musimy  zrobić  coś 

przerażającego, ty też. Więc co to będzie?

– Wiem. – Amy podniosła rękę. – Musisz wystawić swoje prace w galerii.
–  W  ciągu  roku?  –  rzuciła  szyderczo  Maddy.  –  Nie  jestem  do  tego 

przygotowana. Chociaż... jest jedna rzecz, o której myślałam...

– Tak?
Maddy zawahała się, czy ma dość odwagi, żeby chociaż powiedzieć im o 

liście, nie wspominając już o przyjęciu propozycji.

–  Pozwól, że ujmę to  tak.  – Christine uśmiechnęła się do niej  słodko.  –

Albo się przyłączysz, albo odwołujemy sprawę. Ja nigdy nie zjadę, Amy nigdzie 
nie wyjedzie, a to wszystko będzie twoja wina.

–  Och,  wielkie  dzięki  –  żachnęła  się  Maddy.  –  Doceniam  fakt,  że  nie 

naciskacie.

– Ej, a od czego są przyjaciele? – Christine zatrzepotała rzęsami.
– Dobra. – Maddy wzięła głęboki wdech. – Kilka dni temu dostałam Ust z 

propozycją pracy. – Wzięła plecioną ze sznurka torebkę i wygrzebała list. Ręce 
jej  drżały,  gdy  kładła  go  na  stoliku.  –  Pamiętacie,  jak  opowiadałam  o  Mamie 
Fraser?

Christine i Amy spojrzały po sobie i pokręciły głowami.
– No wiecie, Fraserowie? – podpowiadała im Maddy. – Przybrani rodzice 

Joego, którzy adoptowali go, gdy miał szesnaście lat.

– Joe? – Christine uniosła brwi. – Twoja szkolna miłość? Ten seksowny 

chłopak, który rozkołysał twój świat, a potem ci się oświadczył? Ten Joe?

Maddy pokiwała głową. Serce biło jej jak oszalałe.
– Właśnie ten. Chociaż Mama Fraser strasznie się na mnie wściekła za to, 

że  złamałam  Joemu  serce,  pozostała  ze  mną  w  kontakcie.  Kiedy  Pułkownik 
Fraser  zmarł,  przeprowadziła  się  do  Nowego  Meksyku  i  teraz  prowadzi  letni 
obóz dla dziewcząt w pobliżu Santa Fe. I... hm, poprosiła, żebym przyjechała i 
pracowała u niej.

Przyjaciółki spojrzały na nią wielkimi oczami.

background image

– Nie jesteś trochę za stara na opiekunkę na obozie? – zapytała Christine.
–  Byłabym  jedną  z  koordynatorek  –  wyjaśniła  Maddy.  –  Miałabym 

własne  mieszkanie  i  nadzorowałabym  zajęcia  plastyki  i  rzemiosła.  To  tylko 
praca na lato, ale brzmi ciekawie.

– Nie wspominając już o tym, że Santa Fe to jedna ze światowych stolic 

sztuki – zauważyła Christine. – Może udałoby ci się wstawić prace do jednej z 
tamtejszych galerii?

– W Santa Fe? Wątpię! – Maddy zaśmiała się nerwowo. – Moje portfolio 

z  dotychczasowymi  dokonaniami jest  dość  cieniutkie,  ale  Mama  Fraser  mówi, 
że będę miała mnóstwo wolnego czasu na malowanie wieczorami.

– Zapowiada się idealnie – stwierdziła Amy. – Powinnaś jechać. Maddy 

skrzywiła się.

– Jest tylko jeden problem.
– Co takiego? – zapytała Christine.
– Joe – odparła Maddy, jakby to było oczywiste. – Nie wiem, czy chcę go 

spotkać.

–  Mówiłaś,  że  poszedł  do  wojska.  Do  komandosów,  czy  coś  takiego  –

zdziwiła  się  Christine.  –  Parząc  na  to,  co  dzieje  się  na  świecie,  wątpię,  żeby 
siedział w kraju.

– Właściwie to... – Maddy wygładziła kopertę. – Był ranny dwa lata temu 

i  musiał  odejść  z  komandosów.  Teraz  pracuje  u  matki  jako  dyrektor  obozu. 
Więc jeśli wezmę tę robotę, to wiecie, będę pracowała razem z nim. Widywała 
go. Codziennie.

– To będzie takie ciężkie? – Na twarzy Amy malowała się troska. Maddy 

sapnęła.

–  Nie  rozstaliśmy  w  przyjacielskiej  atmosferze.  O  ile  wiem,  nadal 

serdecznie mnie nienawidzi i nie chce mnie nigdy więcej widzieć.

Amy zatroskała się jeszcze bardziej.
– Skoro tak, to dlaczego jego matka zaproponowała ci pracę?
–  Wiesz...  –  Christine  sączyła  kawę.  –  To  mnie  gryzie.  Żałosne  prosić 

matkę, aby spiknęła cię z byłą dziewczyną.

–  Joe  nic  nie  wie.  Mama Fraser  napisała,  że  nie  chciała  mu  nic  mówić, 

dopóki  nie  pozna  mojej  odpowiedzi,  na  wypadek  gdybym  odmówiła.  Z  czego 
wnioskuję, że nadal jest na mnie zły.

– Albo że matka wie, że chciałby cię znowu zobaczyć – odparła Amy. – I 

nie chce, aby się rozczarował, jeśli odmówisz.

– Ważne jest teraz to, czy ty chcesz go widzieć – rzuciła Christine.
–  Nie  wiem.  –  Maddy  potarła  czoło.  –  Naprawdę  chciałabym  wziąć  tę 

pracę.  To  byłby  dobry  most  między  ostatnimi  dziesięcioma  latami  a  tym,  co 
zamierzam robić przez resztę życia. I pomogłabym Mamie Fraser, która chyba 
dość desperacko szuka odpowiedniej osoby.

background image

– I w dodatku – Christine poruszyła dwuznacznie brwiami – spędziłabyś 

lato z byłym facetem. Zdaje się, że było między wami naprawdę gorąco.

– Christine – Maddy zaśmiała się nerwowo. – Nie jadę do Santa Fe po to, 

żeby przez całe lato uprawiać dziki seks z Joem na oczach jego matki i obozu 
pełnego dziewcząt.

– Czemu nie? – Christine odstawiła kubek z kawą. – Dla mnie bomba. To 

znaczy seks, a nie obóz pełen dziewcząt i jego matka. Wiem, jak Nigel ciężko 
chorował  przez  ostatnie  lata,  więc  mogę  sobie  wyobrazić,  od  jak  dawna  nie 
uprawiałaś seksu, nie wspominając o naprawdę gorącym.

– Wieczność. – Maddy poczuła, jak robi jej się gorąco na samą myśl od 

seksie  z  Joem.  Stwierdzenie,  że  zakołysał  jej  światem,  było  dość  delikatne. 
Podpalił go. – Ale to zupełnie nie na temat. Po prostu chcę dogadać się z Joem. 
Kto wie, może mamy szansę wreszcie zapomnieć o przeszłości.

– Albo rozpalić ją na nowo. – Christine wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
– Szukasz dreszczyku u innych, bo u ciebie nic się nie dzieje – odgryzła 

się Maddy.

–  Tylko  dlatego,  że  poprosiłam  was,  abyście  nie  pozwoliły  mi  się 

spotykać z nikim, kto nie zyska waszej aprobaty – burknęła Christine.

– Nie bez powodu, biorąc pod uwagę twoich  facetów. –  Zdenerwowana 

Maddy zwróciła się do drugiej przyjaciółki. – Jak myślisz, co powinnam zrobić?

Amy złożyła ręce na stole.
– Myślę, że powinnaś to zrobić dla siebie, a nie jako część wyzwania. Jak 

sama stwierdziłaś, wyjechałabyś z domu. A przy okazji może pogodziłabyś się z 
Joem. Jeśli jednak to zrobisz – Amy wzięła Maddy za rękę – musisz obiecać, że 
zaprezentujesz  swoje  prace  kilku  galeriom  w  Santa  Fe.  Aż  jedna  z  nich  je 
przyjmie.

–  Jezu.  –  Maddy  próbowała  się  zaśmiać.  –  Stawienie  czoła  byłemu 

chłopakowi, który pewnie mnie nienawidzi, to nie dość?

Amy zmrużyła oczy za okularami.
– Nie, jeśli mam zaryzykować, że zgubię się w jakimś obcym miejscu, a 

Christine musi przeżyć wyciąg.

Panika ścisnęła Maddy za gardło.
– Uważam, że te wyzwania są nierówne.
–  Jak  cholera!  –  Christine  odstawiła  kawę.  –  Ty  musisz  zmusić  jedną 

galerię,  żeby  przyjęła  twoje  prace,  a  zważywszy,  że  jesteś  świetna,  to  będzie 
bułka z masłem. A ja będę musiała wytrzymać całe święta ze swoją rodziną w 
Kolorado!

– A kto mówił o rodzinie? – Maddy zmarszczyła brwi. – Możesz jechać 

sama.

–  Nie,  jeśli  mam  to  zrobić,  to  upiekę  dwie  pieczenie  na  jednym  ogniu. 

Zmierzę się z wyciągiem i zniszczę mojego brata na stoku. Najlepiej na oczach 

background image

ojca.

– Walczysz w słusznej sprawie – zaśmiała się Maddy.
– Ty za to jedziesz do Santa Fe, będziesz się kochać jak wariatka z byłym 

chłopakiem i rozkręcisz karierę. Zgoda?

Maddy znowu się zaśmiała.
– Czy seks jest częścią zakładu?
–  Nie.  –  Christine  odsłoniła  zęby  w  uśmiechu.  –  Ale  oczekujemy 

szczegółowego  sprawozdania.  I  dowodu  w  postaci  fotografii,  że  Joe  jest  tak 
przystojny, jak twierdzisz.

Amy  parsknęła  w  cappuccino  i  musiała  wytrzeć  pianę  z  nosa.  Maddy 

przemyślała sprawę.

– Muszę przekonać jedną galerię, żeby wzięła coś z moich prac, tak?
– Tak.
– Mogą to wziąć w komis?
Christine spojrzała na Amy, która skinęła głową.
– Mogą. Umowa stoi? Maddy wzięła głęboki wdech.
– Wiem, że tego pożałuję, ale...
–  Uznaję  to  za  zgodę.  –  Christine  podniosła  kubek  z  kawą.  –  Za  nasze 

zdrowie.  Żebyśmy  stawiły  czoło  strachowi.  Niech  to  będzie  początek  naszego 
idealnego życia.

Żołądek Maddy zrobił salto, gdy stuknęły się kubkami.
– Za naszą trójkę.

background image

Rozdział 2

Nigdy nie pozwól, aby przeszłość ograniczała twoją przyszłość.

Jak wieść idealne życie

Maddy  zastanawiała się nad radą Jane, gdy z książką w walizce ruszyła 

do Santa Fe. Czy da się zostawić przeszłość za sobą? Z każdą przejechaną milą 
coraz  bardziej  czuła,  że  znowu  ma  siedemnaście  lat  i  pędzi  na  spotkanie  z 
chłopcem,  którego  jej  władczy,  pracujący  w  policji  ojciec  zabronił  widywać. 
Ciało  Maddy  drżało  za  każdym  razem,  gdy  przypominała  sobie,  jak  Joe  ją 
obejmował i całował, zupełnie jakby jego życie zależało od tego, czy rozbierze 
ją  tak  szybko,  jak  to  możliwe.  Zupełnie  zwariowali  na  swoim  punkcie  z 
zaangażowaniem właściwym nastolatkom – bez choćby jednej rozsądnej myśli 
na temat przyszłości.

Tak było, dopóki Joe nie został aresztowany razem z kilkoma kumplami 

za  kradzież  samochodu.  Wtedy  ich  przyszłość  przestała  istnieć.  Pułkownik 
Fraser użył wszystkich znajomości, żeby wycofano oskarżenia przeciwko Joemu 
– ponieważ nieświadomie wziął udział w kradzieży – i załatwił mu przyjęcie do 
wojska. Ku zaskoczeniu wszystkich i ogromnej uldze Fraserów Joe odnalazł się 
tam  i  poinformował  Maddy,  że  poważnie  myśli  o  służbie.  W  dniu,  kiedy  się 
oświadczył,  z  dumą  oznajmił,  że  przyjęto  go  do  szkoły  komandosów  i  że 
zamierza  robić  karierę  w  wojsku.  Sądził,  iż  Maddy  też  się  ucieszy,  ale  jej 
marzenia  o  zostaniu  niezależną  kobietą  i  znaną  na  całym  świecie  artystką  nie 
obejmowały wyjścia za mąż zaraz po szkole, jak to zrobiła jej matka, a potem 
odłożenia  na  bok  własnych  ambicji  i  zostania  idealną  gospodynią  domową. 
Oczywiście  wtedy  jeszcze  nie  wiedziała,  że  „żona”  i  „niewolnica”  to  nie  są 
synonimy.

Wspomnienie tego, jak zakończył się ich związek, sprawiło, że wiele razy 

skrzywiła  się  podczas  jazdy  z  Austin  do  Santa  Fe.  Scena  była  gorzka  i 
nieprzyjemna.  Joe  patrzył  na  nią  zszokowany  i  widać  było,  że  poczuł  się 
kompletnie zdradzony.

Ale stało się to wieki temu. Jako dojrzały mężczyzna musiał zrozumieć, 

że  Maddy  podjęła  słuszną  decyzję.  Dla  nich  obojga.  Była  zbyt  niedojrzała  i 
okazałaby  się  okropną  żoną.  Zwłaszcza  dla  żołnierza,  który  wyjeżdżałby  na 
misje trwające nawet kilka miesięcy.

Tak, podjęła słuszną decyzję.
A Joe już dawno przebolał odmowę.
Maddy  powtarzała  te  zapewnienia  jak  mantrę,  gdy  mijała  znak 

informujący,  że  Magiczny  Obóz  znajduje  się  tuż  przed  nią.  Zerknęła  między 
drzewami  po  lewej.  Odkąd  wyjechała  z  pustyni  w  góry,  droga  prowadziła 

background image

wzdłuż rzeki przez kilka kilometrów niezagospodarowanych terenów, ale teraz 
na przeciwległym brzegu pojawiły się budynki.

Żołądek zacisnął jej się, gdy zdała sobie sprawę, że za kilka minut stanie 

twarzą  w  twarz  z  Joem.  Jako  dyrektor  obozu  powinien  powitać  ją  oraz  inne 
koordynatorki,  które  przyjadą  wcześniej,  by  przygotować  obóz  na  przyjęcie 
opiekunów  i  obozowiczów.  Minęły  tygodnie,  odkąd  zebrała  się  na  odwagę  i 
zadzwoniła  do  Mamy  Fraser.  Jeśli  Joe  sprzeciwiał  się  ich  ponownemu 
spotkaniu, miał mnóstwo czasu, aby powiadomić ją o tym.

Po  raz  tysięczny  próbowała  sobie  wyobrazić,  jak  będzie  wyglądało  ich 

pierwsze spotkanie...

Powita ją z uśmiechem i zapyta, jak się miewa, podczas gdy każde z nich 

ukradkowo  będzie  oceniać,  na  ile  to  drugie  się  zmieniło.  Kiedy ostatni  raz  go 
widziała,  był  wysokim,  szczupłym  nastolatkiem,  śniadym  przystojniakiem, 
którego  uroda  zdradzała  indiańską  krew.  Jak  dużo  tej  krwi  było,  można  tylko 
zgadywać, ponieważ Joe ledwie pamiętał biologiczną matkę, a ojca w ogóle nie 
znał.

Próbowała  wyobrazić go  sobie  nieco  grubszego, głównie  przez  mięśnie, 

które na pewno rozwinął jako komandos, i zarazem już nieco sflaczałego, odkąd 
skończył  służbę.  Z  czarnymi  jak  węgiel  włosami,  które  zaczynają  się 
przerzedzać. Roześmieją się, pewnie trochę niezręcznie, i przypomną sobie, jacy 
kiedyś byli wobec siebie zachłanni. Uprzejmie powie jej, że świetnie wygląda, 
chociaż przytyła parę kilo i dorobiła się pierwszych słabych zmarszczek wokół 
oczu. Ona nie miała nic przeciwko kilogramom i zmarszczkom, starzenie to po 
prostu część życia, i to o niebo lepsza od alternatywy: śmierci w kwiecie wieku 
jak w przypadku Nigela.

Fala żalu zagroziła, że zaraz ją zaleje, więc wyprostowała się, by odpędzić 

smutne  myśli.  Część  jej  zawsze  będzie  uwielbiała  Nigela,  ale  nadszedł  czas 
zacząć żyć dalej.

Przed nią mały, czerwony samochód sportowy skręcił do obozu. Pewnie 

któraś  z  koordynatorek,  domyśliła  się,  jadąc  za  autem  po  staroświeckim, 
drewnianym  moście.  Po  drugiej  stronie  rzeki  ze  stróżówki  wyszedł  starszy 
mężczyzna.  Zerknął  przez  przednią  szybę,  machnął  na  sportowy  samochód, 
żeby  jechał  przez  otwartą  bramę,  a  potem  machnął  na  Maddy,  żeby  się 
zatrzymała. Opuściła szybę i podała strażnikowi nazwisko.

Szeroki uśmiech pojawił się na jego szorstkiej twarzy.
–  A tak, nowa  pani od  warsztatów. Pani Fraser powiedziała, że się pani 

spodziewa.  Proszę  jechać  za  Sandy  do  biura.  Powiem  Mamie,  że  pani 
przyjechała.

Otworzywszy  okno,  żeby  bryza  rozwiała  jej  włosy,  Maddy  ruszyła  za 

czerwonym  autem  i  w  końcu  zajechała  na  wysypany  żwirem  parking  przed 
długim, parterowym budynkiem z cegły. Dwie dziewczyny w wieku studentek 

background image

college’u  stały  tam  i  gawędziły;  jedna  wysoka  i  czarna,  druga  brunetka 
wyglądająca na przebojową. Pisnęły, gdy ze sportowego wozu wysiadła dziarska 
blondynka.

Maddy  patrzyła  z  rozbawieniem,  jak  dziewczyny  popędziły  z  szeroko 

otwartymi  ramionami,  żeby  powitać  nowo  przybyłą.  Nim  wpadły  na  siebie, 
pochyliły się do przodu i objęły się tak, aby nie dotknąć się żadną inną częścią 
ciała  poza  ramionami.  To  musiał  być  rytuał,  który  na  pewno  miał  już  długą 
tradycję.  Maddy  była  przekonana,  że  gdyby  dziewczyny  z  epoki  jaskiniowej 
wyjeżdżały na obóz letni, witałyby się dokładnie tak samo: pisk, bieg i objęcia.

Kiedy  dziewczyny  weszły  do  budynku,  Maddy  wysiadła  z  samochodu  i 

zaciągnęła  się  pachnącym  sosnami  powietrzem,  które  było  tak  suche,  że 
zabierało wilgoć z płuc. Jasne słońce zakłuło ją w oczy, gdy spojrzała na biuro.

Tam siedział Joe. Była tego pewna.
Zapał i lęk walczyły ze sobą w jej żołądku, aż ją rozbolał. Zebrała się na 

odwagę, myśląc o Amy i Christine. Ruszyła, żeby otworzyć drzwi. Nim dotarła 
do nich, usłyszała głos Joego i... zamarła.

–  Witam,  moje  panie.  Widzę,  że  wróciłyście  na  kolejne  lato  w 

Magicznym Obozie.

– Mówisz, jakbyś się dziwił – odparła jedna z dziewczyn.
– W żadnej mierze – zaśmiał się Joe.
Ten dźwięczny śmiech sprawił, że Maddy błyskawicznie przeniosła się w 

przeszłość. Boże, jak uwielbiała, gdy się śmiał. Zawsze starała się nakłonić go 
do śmiechu – chociaż raz albo dwa razy – kiedy byli sami.

– Sandy nie wątpię, że umrzesz w późnej starości, przewodząc śpiewom 

przy ognisku.

– Miejmy nadzieję – odparła zalotnie dziewczyna.
Maddy  podeszła  do  budynku  i  zajrzała  z  progu  do  mrocznego  wnętrza. 

Belkowy  sufit,  podłogi  wyłożone  terakotą  i  beżowe,  ceglane  ściany  nadawały 
pomieszczeniu  rustykalny  wygląd.  Joe  stał  obok  biurka  w  stylu  misyjnym  z 
notatnikiem w ręku. Uśmiechał się do trojga dziewcząt. Ten uśmiech zaskoczył 
Maddy  do  tego  stopnia,  że  przez  chwilę  niczego  więcej  nie  zauważyła.  Joe 
wyglądał  na  szczęśliwego  i  zrelaksowanego,  był  zupełnie  niepodobny  do 
spiętego, kapryśnego buntownika sprzed lat.

A  potem  przyjrzała  mu  się  w  całości  i...  o  mój  Boże!  Zupełnie  nie 

pasował  do  jej  wyobrażeń  o  tracącym  formę  mężczyźnie  około  trzydziestki. 
Prezentował  się  cudownie!  Miał  wysportowane  ciało,  które  sprawiło,  że  serce 
zabiło jej szybciej nie tylko ze zdenerwowania.

Stal  bokiem.  Miał  na  sobie  zieloną  koszulkę  polo,  która  napięła  się  na 

szerokich  ramionach,  wyrobionych  bicepsach  i  klatce  tak  wyćwiczonej,  że 
Maddy  dostrzegała  zarys  mięśni  przez  materiał  ubrania.  Spodenki  khaki 
przylegały do wąskich bioder i odsłaniały twarde jak skała uda.

background image

Znowu  zaśmiał  się  z  czegoś,  co  powiedziały  dziewczyny,  a  potem 

odwrócił się i pochylił, żeby oprzeć notatnik na biurku. Maddy rozdziawiła usta, 
gdy  zagapiła  się  na  najbardziej  seksowny  męski  tyłek,  jaki  miała  przywilej 
oglądać w swoim życiu.

–  Podpiszcie  oświadczenia  i  możecie  biec  się  rozgościć.  Carol  już 

przyjechała i czeka na was w Chacie Wodza.

Maddy oderwała wzrok od pośladków Joego i zauważyła, że dziewczyny 

też mu się przyglądały. Wszystkie trzy uśmiechnęły się i zarumieniły, gdy brały 
od niego długopis, by podpisać formularze. Nic dziwnego, że wróciły na kolejny 
turnus. Wszystkie podkochiwały się w dyrektorze!

Ponownie patrząc na Joego, Maddy przypomniała sobie sugestię Christine 

na  temat  szalonego  seksu  z  byłą  miłością.  Ta  myśl  podnieciła  ją  i  przeraziła 
jednocześnie. Nie mogłaby pozwolić, żeby mężczyzna tak doskonały fizycznie 
zobaczył  ją  nago.  Co  innego  nie  przejmować  się  szerokimi  biodrami  i 
zmarszczkami,  kiedy  wokół  byli  normalni  ludzie,  którzy  też  się  starzeli.  Ale 
pokazać  się  nago  przy  mężczyźnie,  który  wyglądał  teraz  lepiej,  niż  kiedy  był 
nastolatkiem? Nie w tym życiu!

Chociaż dlaczego mężczyzna o takiej prezencji miałby chcieć oglądać ją 

nago,  kiedy  mógł  wybierać  z  całego  obozu  pełnego  chętnych 
dwudziestoparolatek?

W jej głowie pojawiła się w pełnym rozkwicie nagła myśl. To dlatego nie 

miał nic przeciwko jej przyjazdowi. Chciał, żeby zobaczyła, co odrzuciła tyle lat 
temu. Pokazać jej, że inne kobiety – młodsze i ładniejsze – tłumnie go pożądały. 
Podpuścić  ją,  sprawić,  żeby  znowu  go  zapragnęła...  a  potem  odrzucić.  To  z 
pewnością byłaby mila zemsta, prawda?

–  Dobrze  –  powiedział  Joe,  zabierając  formularze.  –  Rozgośćcie  się. 

Mamy randkę o czwartej na patio na pierwszym zebraniu pracowników.

Maddy  odskoczyła  od  drzwi,  gdy  dziewczyny  ruszyły  do  wyjścia 

naprzeciwko prowadzącego na kryte patio i w stronę obozu. Stała i walczyła z 
nagłym  pragnieniem,  żeby  pobiec  do  samochodu  i  natychmiast  wracać  do 
Teksasu.

„Dobra, uspokój się – upomniała samą siebie, starając się nie oddychać za 

szybko. – Przemyśl to sobie”.

Teoria o zemście była tylko teorią. Joe, którego znała, nigdy nie byłby tak 

małostkowy.  Chociaż  ludzie  się  zmieniają.  Bóg  jeden  wie,  jak  bardzo  ona  się 
zmieniła.  Lubiła  myśleć,  że  na  lepsze.  Dojrzała,  stała  się  odpowiedzialną, 
polegającą  na  sobie  kobietą.  Zdecydowanie  nie  taką,  która  przyjęłaby  ofertę 
pracy, a potem się nie pojawiła. Gdyby wyjechała, nie zobaczywszy się z Joem, 
Mama Fraser i on uznaliby, że jest bezmyślnym lekkoduchem, który nawet nie 
zadał sobie trudu, by ich uprzedzić, że muszą poszukać kogoś na jej miejsce.

Rozmawiała już ze strażnikiem, więc Bóg wie, co by sobie pomyśleli.

background image

Poza tym założyła się z Christine i  Amy.  Jeśli ucieknie do Teksasu, nie 

wystawiając  w galerii  przynajmniej  jednej pracy,  dziewczyny odpuszczą  sobie 
swoje  postanowienia.  Cholera!  Dlaczego  się  na  to  zgodziła?  Cóż,  teraz  nie 
mogła się wycofać.

Zresztą,  zakładając,  że  jej  teoria  jest  wyssana  z  palca,  Joe 

najprawdopodobniej  równie  chętnie  jak  ona  chciał  zapomnieć  o  przeszłości. 
Może nawet ucieszy się na jej widok. Jedyny sposób, aby się tego dowiedzieć, 
to wejść tam i spotkać się z nim. A teraz nadszedł dobry moment, bo będą sami. 
Zyskają odrobinę prywatności przynajmniej przy pierwszym spotkaniu.

„Po prostu zrób to” – rozkazała sobie.
Wzięła głęboki wdech i zmusiła się, żeby zrobić krok. A potem następny. 

Nim  się  zorientowała,  stała  w  drzwiach.  Siadł  przy  biurku  i  pracował  na 
komputerze. Odgłos klawiatury zagłuszał jej kroki do chwili, gdy stanęła niemal 
przy biurku. Podniósł wzrok i... zamarł.

Jej usta drżały, gdy się uśmiechnęła.
– Cześć, Joe. Kupa lat.
– Maddy?
Gapił się na nią bezmyślnie.  Był nieznośnie przystojny z tą opalenizną i 

brązowymi oczami. Poczuła, że się rumieni.

– Hm, miło cię widzieć.
Skoczył na równe nogi tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się do tyłu 

i uderzyło o podłogę. Jego oczy pałały wściekłością.

–  Co  tu  robisz,  do  cholery?!  Cała  krew  odpłynęła  jej  z  twarzy.  Nie 

spodziewał się jej.

I zdecydowanie nie ucieszył się na jej widok.

background image

Rozdział 3

Adrenalina  buzowała  w  ciele  Joego.  Jego  zmysły  były  w  pełnym 

pogotowiu  i  natychmiast  ogarnął  cały  obraz:  ognisto-rude  włosy,  twarz  w 
kształcie  serca,  zielone  oczy,  pełne  usta  i  figura  klepsydry,  które  na  zawsze 
określiły  mu  standardy  kobiecej  urody.  Pod  żółtą  bluzką  i  długą,  rdzawą 
spódnicą  z  szerokim,  skórzanym  paskiem  na  biodrach  była  jeszcze  bardziej 
apetyczna niż wcześniej.

– Prze-przepraszam – wyjąkała. – Myślałam...
Spojrzał z powrotem na jej twarz i zobaczył pobladłą skórę, przez co oczy 

i włosy jeszcze mocniej się odcinały. Czy to był równie wielki szok dla niej jak 
dla niego?

– Co tu robisz? – zapytał ponownie.
Ledwie mógł myśleć, krew głośno szumiała mu w uszach.
– Mam tu pracować. Nowy koordynator od plastyki i rzemiosła.
– Co będziesz?! – Wrzasnął głosem żołnierza w czasie walki. Ale to nie 

był  front ani wojna. Nie musiał przekrzykiwać huku strzałów, a jego ciału nie 
groził  postrzał.  Stał  w  jednym  z  najbezpieczniejszych  miejsc  na  świecie,  w 
biurze obozu jego matki. Zapach sosny i szałwi napływał przez otwarte okna i 
drzwi. Na dworze śpiewał ptak.

A przed nim stała Maddy.
Maddy  Howard.  Nie  Madeline  Mills,  jak  brzmiało  nazwisko  kobiety, 

którą zatrudniła matka. Odpowiedź uderzyła go  niczym pocisk  prosto  w pierś. 
Matka to ukartowała. Zrobiła specjalnie!

– Zabiję ją!
– Przepraszam. – Maddy przynajmniej miała dość przyzwoitości, aby się 

zarumienić. – Myślałam, że wiesz.

–  Powiedziała  ci,  że  prowadzę  jej  obóz?  Wspomniała,  że  będziesz 

pracować dla mnie?

–  Oczywiście. Zakładałam,  że  chciałeś... –  Zrobiła  krok  w  tył,  w  stronę 

drzwi, gotowa do ucieczki. – To ewidentnie jakaś pomyła. Może powinnam po 
prostu...

Wychodziła.
Jego puls wskoczył na wyższe obroty. Joe nie chciał nigdy więcej widzieć 

Maddy, ale teraz, kiedy się tu zjawiła, jeszcze bardziej olśniewająca niż kiedyś, 
jak  jakaś  piekielna  ożywiona  fantazja,  nie  chciał,  żeby  tak  po  prostu  odeszła. 
Jezu, czy to aż tak zakręcone? To takie żenujące zdać sobie sprawę, że nadal jej 
pragnął. Piętnaście lat po tym, jak go odrzuciła, nadal jej pragnął.

–  To  zdecydowanie  pomyłka  –  starał  się  mówić  jak  najspokojniej.  –  I 

chyba rzeczywiście, najlepiej jeśli po prostu...

background image

Wskazał w stronę drzwi, tłumacząc sobie, że tak będzie najlepiej. Już się 

odwróciła  i  odchodziła  ze  spuszczoną  głową.  Jeszcze  kilka  kroków,  a  znowu 
zniknie z jego życia. Niewidzialna pięść chwyciła go za serce.

–  Chryste,  Maddy,  nigdy  nie  byłaś  dobra  w  myśleniu,  ale  tym  razem 

przeszłaś samą siebie.

Dlaczego do cholery nadal mówił? „Zamknij się, idioto, i daj jej odejść”.
– Skąd myśl, że możesz tak sobie tu przyjechać i pracować dla mnie przez 

lato, jakby między nami nigdy nic nie było?

Zatrzymała się. Podniosła głowę. Gdy się odwróciła, jej oczy płonęły.
– Może stąd, że to było lata temu, a ja uznałam, że dorosłeś na tyle, by się 

z tym pogodzić.

–  Oczywiście, że mam to  już  za  sobą – warknął i  zamierzał usiąść,  aby 

udowodnić, do jakiego stopnia obecność Maddy jest mu obojętna.

Tyle że krzesło nie stało na miejscu i niewiele brakowało, a wylądowałby 

na  tyłku,  ale  złapał  równowagę.  To  byłoby  piękne,  co?  Szarpnął  krzesło  z 
podłogi  i  z  hukiem  odstawił  na  miejsce.  Opadł  na  nie  i  na  oślep  zaczął 
przerzucać papiery.

– To, że już mi przeszło, nie oznacza, że chcę, abyś dla mnie pracowała. Z 

tego, co pamiętam, nie byłaś najbardziej odpowiedzialną osobą na świecie.

–  Nie  byłam  odpowiedzialna!  –  Poczuła  ucisk  w  gardle.  –  Joe,  wtedy 

byłam niemalże... niemalże dzieckiem.

– Dzieckiem? – Ogarnął jej kształtne ciało ostrym spojrzeniem. – Nie tak 

to zapamiętałem.

I  rzeczywiście:  wszystko  pamiętał.  Pamiętał,  jak  wyglądała  nago,  jak 

pachniała  jej  skóra,  jak  się  śmiała,  nawet  kiedy  się  pieścili...  nawet,  kiedy  z 
zapałem nastolatka poruszał się w niej mocno. Pamiętał doskonale, jakie to było 
uczucie.

Chryste. Dostał wzwodu.
Przesunął ręką po twarzy.
– Nie chcę cię tutaj.
– Twoja matka mnie zatrudniła.
– A ja zwalniam.
– Z powodu tego, co wydarzyło się, gdy byliśmy głupimi nastolatkami?
–  Nie.  –  Zazgrzytał  zębami.  Nie  chciał  na  nią  patrzeć.  –  Ponieważ  nie 

nadajesz się do tej pracy.

– Na stanowisko koordynatora od plastyki i rzemiosła? – Jej głos stał się 

wyższy  o  oktawę.  –  Mam  dyplom  ze  sztuk  pięknych.  Jakim  cudem  nie  mam 
kwalifikacji, aby uczyć rzemiosła na obozie letnim?

– Znam  cię,  Maddy.  –  Przerzucił  ponownie  papiery,  robiąc  bałagan  w 

poukładanych stosach. – W szkole średniej miałaś trzy razy pracę i z każdej cię 
wyrzucili.

background image

– Bo zawsze mnie namawiałeś, abym się urwała i żebyśmy pojechali nad 

jezioro. – Kiedy nadal na nią nie patrzył, podeszła do biurka i oparła o nie ręce. 
–  Czy  nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  mogę  być  inną  osobą  niż  wtedy?  Wiesz, 
ludzie się zmieniają.

Spojrzał prosto w jej zielone oczy, tak piękne, że aż go serce bolało.
– Nie, nie aż tak.
–  Najwyraźniej.  –  Złość  dodała  koloru  jej  policzkom.  –  Nadal  jesteś 

uparty  jak  osioł  i...  i...  egoistyczny  jak  wtedy,  kiedy  miałeś  osiemnaście  lat. 
Boże, co ja w tobie widziałam?

–  Myślę,  że  oboje  znamy  odpowiedź  na  to  pytanie.  –  Miał  ochotę 

powiedzieć coś okrutnego, co by ją zraniło do żywego, ale słowa uwięzły mu w 
gardle. – Nie możesz tu pracować. Koniec dyskusji.

– Nie możesz mnie zwolnić! – wrzasnęła.
Jakie  to  typowe  dla  Maddy.  Wystarczy  powiedzieć  jej,  że  czegoś  nie 

może,  i  nagle  jest  to  jedyna  rzecz,  którą  koniecznie  i  absolutnie  musi  zrobić, 
choćby się waliło, paliło.

– To nie jest twój obóz. Tylko twojej matki.
– Tak, ale prowadzę go dla niej. – Wstał z krzesła, oparł dłonie na biurku i 

stanął z nią nos w nos. – I mówię...

Jej  zapach  uderzył  go  jak  cios  prosto  w  brzuch.  Dziki,  słodki  aromat, 

który  dotarł  prosto  do  jego  mózgu  i  uwolnił  zabarykadowane  wspomnienia. 
Smak jej ust. Dotyk jej palców na skórze. Wyraz jej twarzy, kiedy siadała mu na 
kolanach. Brzmienie jej głosu, gdy mówiła „kocham cię”.

To wspomnienie uderzyło najmocniej.
Spojrzał  na  jej  usta.  Wystarczyło,  żeby  pochylił  się  do  przodu  parę 

centymetrów,  a  mógłby  posmakować  jej  słodkich,  pełnych  ust.  Westchnęła 
cicho, jakby czytała w jego myślach.

– Madeline? – Z parkingu dobiegł głos jego matki.
Joe  natychmiast  wyprostował  się  na  sekundę  przed  tym,  kiedy  starsza 

kobieta, utykając, weszła na tyle szybko, na ile pozwalała jej laska. Z kruchymi 
kośćmi 

delikatnymi, 

siwymi 

włosami 

wyglądała 

jak 

każda 

osiemdziesięcioparolatka, ale błękitne oczy miała nieustająco lśniące.

Uśmiech rozświetlił jej pomarszczoną twarz.
–  Jesteś!  Harold  przy  bramie  powiedział  mi,  że  przyjechałaś.  –

Wyciągnęła wolną rękę. – Jak dobrze cię widzieć!

Joe  stał  sztywno  i  milczał,  patrząc,  jak  kobiety  się  objęły.  Miał  ochotę 

podnieść  matkę,  wynieść  na  zewnątrz  i  ostro  zapytać,  co  sobie  myślała, 
zatrudniając Maddy i nie ostrzegając go. Nie była ani głupia, ani nieczuła. Jak 
mogła to zrobić?

– Mnie też miło panią widzieć. – Maddy przymknęła oczy, ciesząc się z 

objęć. – Tak mi pani brakowało.

background image

– To twoja wina – zbeształa ją Mama.
–  Proszę,  niech  pani  nie  zaczyna  –  Maddy  szepnęła  tak  cicho,  że  Joe 

ledwie to usłyszał.

Mama odsunęła się na odległość ramienia.
– I tylko patrzcie na nią. Jeszcze piękniejsza. – Zerknęła na Joego. – Nie 

uważasz, że jeszcze wypiękniała?

Maddy zarumieniła się i wbiła wzrok w podłogę.
–  Mamo...  –  powiedział  z  całym  spokojem,  na  jaki  było  go  stać.  Dla 

całego  świata  mogła  być  Mamą  Fraser,  ale  od  dnia  sfinalizowania adopcji dla 
niego stała się mamą. – Mogę cię prosić na słówko?

– Oczywiście. – Uśmiechnęła się i czekała.
– Na zewnątrz.
–  A  tu  nie  możesz?  –  zapytała  tak  niewinnie,  że  mało  mu  głowa  nie 

eksplodowała.

Maddy Spiorunowała go wzrokiem.
– Chce pani kazać, żeby mnie pani zwolniła.
– A dlaczego miałabym to robić, skoro dopiero tu przyjechałaś? – Mama 

ścisnęła  dłoń  Maddy.  –  Nie  mogłam  się  doczekać,  żebyś  tu  przyjechała,  moja 
droga.

– A ja wręcz przeciwnie – wtrącił się Joe. – Właściwe to chciałbym się 

dowiedzieć, skąd w ogóle Maddy wiedziała, że szukamy kogoś do pracy.

–  Bo  do  niej  napisałam,  rzecz  jasna  –  oznajmiła  matka,  jakby  to  było 

najbardziej oczywiste na świecie. – Potrzebowaliśmy nowego koordynatora od 
rzemiosła,  a  wiedziałam,  że  ona  idealnie  się  nada.  Poza  tym uznałam,  że  taka 
praca będzie dobra dla kobiety, która dopiero co owdowiała. Jeden z powodów, 
dla którego kupiłam obóz po śmierci Pułkownika, to fakt, że nic tak nie łagodzi 
żalu jak towarzystwo młodych ludzi.

– Owdowiała? – Joe spojrzał na Maddy.
Była wdową? Nie wiedział nawet, że wyszła za mąż. Te parę razy, kiedy 

jego  matka  wspomniała  jej  imię,  on  albo  zmieniał  temat,  albo  wychodził  z 
pokoju. Chociaż – co za głupek! – to tłumaczyło zmianę nazwiska. Jak mógł na 
to nie wpaść!

– Zgadza się, kochanie. – Smutek przyćmił oczy jego matki. – Domyślam 

się,  że  z  początku  jej  obecność  tutaj  może  być  trochę  niewygodna,  ale  oboje 
jesteście  dorośli  i  wiem,  że  jesteś  prawdziwym  mężczyzną,  który  sobie  z  tym 
poradzi. Poza tym będzie mi miło mieć Maddy pod ręką. Pozostałe dziewczyny 
są takie młode. Tęsknię za kobietą, z którą mogłabym porozmawiać. Taką, która 
wie, co to znaczy stracić męża.

Joe  już  wiedział,  że  przepadł.  Co  mógłby  powiedzieć?  „Nie,  nie  jestem 

prawdziwym  mężczyzną  i  nie  poradzę  sobie  z  tym”?  Albo:  „Wiem,  że 
uratowałaś mnie od  życia  za  kratami albo  na  ulicy,  ale  nie,  nie  pozwolę  ci  na 

background image

towarzyszkę,  która  pomoże  ci  poradzić  sobie  z  żałobą”?  Nie  mógł  nawet 
powiedzieć: „Daj spokój, mamo, Pułkownik umarł lata temu”, bo sam każdego 
dnia za nim tęsknił.

Mama uśmiechnęła się do niego, a jej błękitne oczy rozbłysły.
–  Tak  naprawdę  to  nie  masz  nic  przeciwko,  prawda?  Odpowiedział 

wymuszonym uśmiechem.

– Oczywiście, że nie.
–  Dobrze  więc.  –  Poklepała  Maddy  po  dłoni.  –  Maddy,  skarbie,  przed 

biurem stoi mój meleks. Może pojedziesz za mną samochodem do Warsztatu, to 
pokażę ci, gdzie zamieszkasz.

– Ja... – Zawahała się i zerknęła w stronę Joego.
Nagle zmieniła zdanie? Znowu? „Teraz już za późno, kochana – chciał jej 

powiedzieć. – Wpadłaś w pułapkę tak samo jak ja”. Maddy poddała się.

– Świetny pomysł.
Kiedy  kobiety  wyszły,  Joe  opadł  na  krzesło  i  potarł  twarz  rękoma. 

„Cholera!”.  A  myślał,  że  ostatnie  lato,  gdy  dowiedział  się,  że  kolano  ma 
załatwione na dobre i nigdy nie wróci do czynnej służby, było długie. Jednakże 
to lato zapowiadało się na najdłuższe w jego życiu.

Długie i bolesne.
Szczerze  mówiąc,  wolałby kolejną  kulkę niż  codziennie widzieć Maddy 

przez następne dwanaście tygodni.

Maddy  miała  ochotę  skopać  własny  tyłek,  kiedy  jechała  za 

samochodzikiem Mamy Fraser bitą, nierówną drogą wijącą się między cedrami i 
gigantycznymi głazami. Przyjazd tutaj był ogromnym błędem.

Powinna była wyjechać, kiedy tylko to zrozumiała. Właściwie zamierzała 

to zrobić, dopóki Joe jej nie rozzłościł.

Potarła  czoło,  na  próżno  próbując  pozbyć  się  bólu  głowy.  Od  lat  nie 

straciła nad sobą panowania. A wystarczyły dwie minuty w towarzystwie Joego, 
aby słowa zaczęły wysypywać się z jej ust, nim zdążył je zarejestrować mózg.

Dlaczego,  na  Boga,  Mama  Fraser  go  nie  uprzedziła?  Jeśli  ta  kobieta 

zamierzała bawić się w Kupidyna, to zdecydowanie spudłowała.

Nagle  Maddy poczuła  się jak idiotka, że w  ogóle  myślała o  pojednaniu. 

Kuliła się z zakłopotania, wspominając głupie marzenia, że spędzi spokojne lato 
z Joem. Równie dobrze może zamienić się w koszmar!

Dojechała  do  płaskiego  terenu  na  zboczu  góry.  Mama  zatrzymała  się 

przed  piętrowym  budynkiem  z  cegły  stojącym  pośród  osik.  Wysiadłszy  z 
samochodu, Maddy rozejrzała się po dolinie.

Widok dosłownie zaparł jej dech. Daleko poniżej rzeka odbijała błękitne 

niebo, meandrując między wysokimi, czarnymi topolami. Obóz podkreślał urodę 
krajobrazu rozrzuconymi rustykalnymi budynkami. Na horyzoncie piętrzyły się 

background image

góry. Wszystkie te kształty i kontrasty porywały jej artystyczną duszę; aż palce 
świerzbiły, żeby złapać za pędzel.

– I co o tym myślisz? – zapytała Mama, opierając się na lasce, by przejść 

po twardej ziemi.

Słabowitość  kobiety  dobitnie  przypomniała  Maddy,  ile  lat  upłynęło. 

Kiedy ostatni raz ją widziała, Mama była po sześćdziesiątce. Pułkownik żył. A 
Maddy nie znała jeszcze Nigela ani Christine i Amy. Minęło tyle lat, tyle życia. 
Co przyniesie następne dziesięć albo dwadzieścia lat?

Odwróciła się, żeby popatrzeć na dolinę.
– Stwierdziłabym, że tu jest pięknie, ale to za mało powiedziane.
–  Są  rzeczy,  których  same  słowa  nie  oddadzą.  To  dlatego  Bóg  dał  nam 

artystów.  I dlatego ta  ziemia  przyciągnęła  tu ich  tylu.  Nie mogę się doczekać, 
żeby zobaczyć, co obudzi w tobie.

„Jeżeli tu zostanę”. Maddy poczuła ciężar na sercu.
Matka  Joego  podeszła  do  samochodu  i  zajrzała  przez  okno  na  tylne 

siedzenie.

– Wygląda na to, że przywiozłaś nieco więcej niż standardowy plecak na 

obóz.

– Nigdy nie opanowałam sztuki pakowania tylko niezbędnych rzeczy.
– Cóż, przenieśmy to do twojego mieszkania.
–  Mamo... – Maddy zatrzymała ją, gdy kobieta sięgała już do klamki.  –

Nie jestem pewna, czy to rozsądne...

–  Madeline,  chyba nie  myślisz o  tym, żeby  się przestraszyć i  uciec, co? 

Dziewczyna, którą znałam, miała więcej ikry.

– Dziewczyna, którą znałaś, dużo się nauczyła w ciągu ostatnich lat. Na 

przykład  że  nie  warto  pędzić  przed  siebie,  ignorując  znaki  ostrzegawcze. 
Beztroskie działania mogą się skończyć czołowym zderzeniem.

– Tak właśnie widzisz to, co zdarzyło się między tobą a Joem? Jakby to 

był wypadek samochodowy?

– A jak inaczej to nazwać?
–  Przeznaczenie. –  Pokiwała głową  i  otworzyła drzwi.  –  A  teraz  chodź, 

wniesiemy twoje rzeczy.

Bojąc się, że kobieta sama będzie chciała nosić walizki, Maddy z trudem 

wytaszczyła  najcięższą  z  tylnego  siedzenia.  Zawsze  może  ją  potem  znieść  na 
dół, uspokajała się, gdy szła za Mamą po schodach na zewnątrz budynku.

–  Przeznaczenie to często nic dobrego – burknęła, ciągnąc walizkę krok 

za krokiem.

–  I  nie  zawsze  coś  złego.  –  Mama  wspinała  się,  trzymając  mocno  za 

poręcz. – Och, przyznaję, swego czasu byłam zła  na  ciebie, bo złamałaś serce 
mojemu  chłopcu,  ale  myślę,  że  stało  się  tak,  jak  chciał  Bóg.  Może  i  jesteście 
stworzeni dla siebie, ale musieliście dorosnąć. Więc Bóg oderwał cię na chwilę. 

background image

A teraz sprowadził z powrotem. – Dotarła na małe półpiętro i wyciągnęła klucze 
z kieszeni spodni.

– Właściwie to pani mnie sprowadziła. – Maddy starała się złapać oddech. 

Kręciło jej się w głowie. – Zdaje sobie pani sprawę, że Joe jest teraz na panią 
wściekły.

– Przejdzie mu. – Mama otworzyła drzwi i weszła do środka.
–  Z  tego,  co  przed chwilą zauważyłam,  nie  należy  do  mężczyzn,  którzy 

łatwo wybaczają i zapominają.

Maddy  przeciągnęła  walizkę  przez  próg  gotowa  dalej  się  spierać,  ale 

mieszkanie odwróciło jej uwagę. Słabe światło pojedynczej żarówki oświetlało 
maleńki pokoik, gdzie ścianka działowa oddzielała kuchnię i część jadalnianą od 
sypialni. W powietrzu unosił się zatęchły zapach nieużywanego pomieszczenia.

Niemal  się  roześmiała,  myśląc,  że  zdecydowanie  przebyła  daleką  drogę 

od  zamożnego  domu  na  wzgórzach  West  Austin  do  tej  chatki.  Prawda  jednak 
była  taka,  że  dorastała  w  średniozamożnej  okolicy  i  zawsze  czuła  się  trochę 
nieswojo w kręgach Nigela. Nie żeby był jakimś strasznym bogaczem, stał tylko 
parę  szczebli  wyżej  na  drabinie  społecznej  od  rodziny  żyjącej  z  pensji 
policjanta.

Tutaj  jednak  miała  niewielką  przestrzeń,  którą  mogła  zagospodarować. 

Miejsce, gdzie można uciec, malować i zacząć na nowo życie.

Mama westchnęła.
–  Nasza  ostatnia  koordynatorka  rzemiosła  pięknie  urządziła  to 

mieszkanko. Teraz wygląda potwornie spartańsko.

– Nie szkodzi – zapewniła ją Maddy.
Już  rozważała  możliwości.  Ładny  obrus  na  okrągły  stoliczek,  który  stał 

między dwoma składanymi krzesłami. Kołdra i ozdobne poszewki na poduszki i 
materac  na  metalowym  stelażu.  A  na  podniszczony,  stary  fotel  stojący  w 
ciemnym, zakurzonym kącie pokrowiec. Obok postawi lampę do czytania.

– Dobra nowina jest taka – Mama podeszła do zasłony – że tutaj żyje się 

przede wszystkim na dworze.

Pociągnęła  za  sznurek  i  odsłoniła  szerokie,  przesuwane,  szklane  drzwi. 

Do środka wlało się słońce, zamieniając zatłoczoną przestrzeń w coś jasnego i 
wspaniałego.

Maddy  odstawiła  walizkę  i  wyszła  za  Mamą  na  wielki  balkon  z 

plecionymi  meblami.  W  glinianych  donicach  tkwiły  resztki  roślin,  które  nie 
przetrwały zimy, ale Maddy z łatwością wyobraziła sobie ten podniebny salon 
zalany zielenią i radosnymi kwiatami.

Podeszła  do  niskiej  ścianki  i  zagapiła  się  na  widok,  stąd  jeszcze 

piękniejszy. Wtedy jej wzrok padł na budynki biura i jej entuzjazm osłabł.

– Mamo, czemu nie powiedziała mu pani, że przyjeżdżam?
– Bo upierałby się, żebym wycofała propozycję. A teraz już przyjechałaś i 

background image

jest za późno.

–  Wzbudziła  w  nim  pani  ogromne  poczucie  winy,  żeby  pozwolił  mi 

zostać.

–  Tak,  przyznam,  że  nieźle  mi  to  wyszło.  –  W  jej  oczach  pojawił  się 

błysk.

Zwykle Maddy podzielała rozbawienie Mamy, teraz jednak westchnęła z 

żalem.

– Może byłoby lepiej, gdybym rzeczywiście wyjechała.
– To właśnie chcesz zrobić? Wyjechać bez walki?
–  Szczerze  mówiąc,  myśli  rozbiegły  mi  się  w  tyle  stron,  że  nie  wiem, 

czego chcę.

–  Więc  moim  zdaniem  masz  nad  czym  się  zastanowić.  Zostań 

przynajmniej na tyle, żeby zorientować się, czego chcesz.

„Zrozum,  czego  chcesz”.  Słowa  z  książki  Jane  odezwały  się  echem  w 

głowie  Maddy,  budząc  stare  tęsknoty,  które  kiedyś  były  tak  ważną  częścią  jej 
osoby.  Tęsknoty,  które  zgubiła  po  drodze.  Żeby  być  artystą.  Nie  po  prostu 
kompetentnym  malarzem,  jakim  była  teraz,  tworzącym  miłe  dla  oka  obrazy 
olejne. Chciała znaleźć klucz, który uwolniłby potencjał, jaki w sobie czuła.

Patrząc na krajobraz, marzyła, żeby wypakować farby i rozstawić sztalugi 

właśnie tutaj. Gdziekolwiek spojrzała, setki obrazów czekały na utrwalenie.

– Zostawię cię, żebyś się rozgościła. – Mama wycofała się do szklanych 

drzwi. – Jesteś wolna do zebrania pracowników.

– Zebrania? – Maddy otrząsnęła się z myśli, kiedy przypomniała sobie, co 

Joe  powiedział  koordynatorkom.  – Och.  A  tak.  O  czwartej.  –  Zagryzła  usta  i 
spojrzała na biuro.

–  Nie  martw  się.  Joe  ma  całe  popołudnie,  żeby  ochłonąć,  a  raczej  nie 

urządzi sceny przy dziewczętach.

– Nie liczyłabym na to – zawołała do wychodzącej Mamy.
Kiedy usłyszała jej śmiech, poczuła jeszcze jedną starą tęsknotę: dlaczego 

nie mogła mieć takiej matki? Kogoś z taką siłą?

Została  sama.  Zerknęła  na  zegarek.  Miała  do  spotkania  trzy  godziny. 

Mnóstwo czasu, by odezwać się do Christine i Amy, dać im znać, że dotarła cała 
i zdrowa.

Z  trudem  wciągnęła  walizkę  na  materac.  Warknęła  na  swój  egzemplarz 

Jak  wieść idealne życie, a w końcu spomiędzy kilku par sandałów wygrzebała 
niedużego  laptopa.  Kilka  sekund  później  podłączyła  go  do  gniazdka 
telefonicznego obok wielkiego, brzydkiego fotela.

Otworzyła  skrzyknę  pocztową  i  przejrzała  nowe  wiadomości  od 

przyjaciółek.  Przez  ostatnie  lata  tak  regularnie  rozmawiały  przez  e-maile,  że 
stało się to częścią ich codziennego życia, zupełnie jak poranna pobudka. O tej 
porze w dni robocze Amy powinna siedzieć przy biurku i odpowiadać w ciągu 

background image

kilku  sekund.  Christine  nie  odpowie,  dopóki  się  nie  obudzi  i  nie  zacznie 
szykować do cmentarnej zmiany na ostrym dyżurze.

Kiedy skończyła czytać, zaczęła nowy wątek.
Temat: Dojechałam.
Wiadomość: Mogę po prostu powiedzieć, że chcę zastrzelić Jane Redding 

za napisanie tej książki? „Zostaw przeszłość za sobą”. Co za bzdura!

Amy:  Ups,  rozumiem,  że  pierwsze  spotkanie  z  Joem  nie  wypadło 

najlepiej.

Maddy: Można to tak ująć. Co udowadnia, że Jane się myliła. Przeszłość 

nigdy nie odchodzi. To  tak jak upychanie błędów na dnie  szafy. Można o  nich 
długo nie pamiętać, ale kiedy odgarniesz najczęściej używane ciuchy, znajdujesz 
je: leżą tam, gdzie je zostawiłaś, niektóre nawet jeszcze brzydsze, niż pamiętałaś. 
Nie zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ani nie wyładniały, gdy 
nie patrzyłaś na nie.

Amy:  Nie  sądzę,  by  Jane  chodziło  o  to,  że  powinnyśmy  albo  możemy 

zapomnieć. Miała raczej na myśli to, że powinnyśmy zaakceptować przeszłość i 
iść dalej, nie pozwalając, aby kontrolowała to, dokąd zmierzamy.

Maddy:  Rety!  Christine,  dlaczego  cię  nie  ma?  Potrzebuję  tej  wrednej 

kumpelki, a nie tej dojrzalej. Chociaż, Amy, masz rację. Jestem pewna,  że gdy 
się uspokoję, zgodzę się z tobą. Ale teraz wolałabym zastrzelić Jane. Albo Joego. 
Tak, właściwie to chętnie zastrzeliłabym jego.

background image

Rozdział 4

Maddy podniosła wzrok znad notatek, które przeglądała przed zebraniem 

pracowników,  i  zdała  sobie  sprawę,  że  były  dwie  minuty  po  czwartej.  Ojej! 
Kiedy  ten  czas  zleciał?  Po wymianie  e-maili  z  Amy  rzuciła  się  do  wietrzenia 
mieszkania  i  wypakowywania  rzeczy.  Kiedy  już  zagospodarowała  pokój  po 
swojemu,  wyciągnęła  wszystkie  materiały,  które  otrzymała  od  Mamy,  gdy 
zgodziła się przyjąć pracę. Bardzo chciała dobrze się przygotować, ale straciła 
poczucie czasu.

Spóźnienie  nie  było  najlepszym  sposobem  na  pokazanie  Joemu,  jaką 

dojrzałą i odpowiedzialną osobą się stała.

Wcisnęła  notatki  do  torebki,  wybiegła i  popędziła  w  stronę  wyłożonego 

drewnem  szlaku,  który,  jak  zakładała,  prowadził  do  głównej  części  obozu. 
Sandały na płaskim obcasie ślizgały się na wilgotnej ziemi. Maddy żałowała, że 
nie  założyła  rozsądniej  szych  butów.  Zwłaszcza  że  przed  wyjazdem  z  Austin 
zaszalała  na  zakupach  i  zafundowała  sobie  obuwie,  które  zasługiwało  na 
określenie „rozsądne”.

Szlak  przeszedł  w  zalane  słońcem  pole  z  biurem  daleko  po  lewej. 

Przyspieszyła do truchtu, zapominając o rozrzedzonym górskim powietrzu. Nim 
dotarła  do  chatki  z  bali  z  napisem  „Chata  Wodza”,  kręciło  jej  się  w  głowie. 
Zauważyła kilka osób zebranych w zadaszonym miejscu za biurem i modliła się, 
żeby nie było wśród nich Joego. Ostatnim wysiłkiem wskoczyła na patio.

– Przepraszam za spóźnienie. – Złapała oddech. – Ja... zamarudziłam... z 

rozpakowywaniem.

Kilka głów odwróciło się, ale oślepiona słońcem widziała tylko sylwetki 

stojące  lub  siedzące  przy  stole  piknikowym.  Bogu  dzięki,  wszystkie  były  za 
drobne, aby należały do Joego.

–  Nic  nie  szkodzi.  –  Jedna  z  siedzących  postaci  odezwała  się  głosem 

Mamy. – Jeszcze nie zaczęliśmy.

– Czekamy, aż dołączy do nas Bóg – dodał młodszy głos.
– Bóg?  –  Oczy  Maddy  przyzwyczaiły  się  dość,  żeby  rozpoznać  trzy 

dziewczyny, które wcześniej widziała, i dojrzeć dwie inne.

–  Reaguje  również  na  „tak  jest!”  –  Blondynka,  która  przyjechała 

sportowym wozem, zasalutowała, rozśmieszając wszystkich.

– Mówią o Joem – wyjaśniła Mama, wstając. – Pozwól, że cię wszystkim 

przedstawię.  Dziewczyny,  to  Madeline  Mills,  nasza  nowa  koordynatorka 
plastyki i rzemiosła.

– Mówicie mi Maddy.
Na powitania wokół odpowiedziała skinięciem.
– To Carol, nasza asystentka dyrektora.

background image

Mama wskazała na ładną, młodą kobietę siedzącą przy stole z grzecznie 

skrzyżowanymi nogami. Jak pozostałe nosiła szorty i polo. Nagle Maddy zdała 
sobie sprawę, że być może nie tylko buty powinna zmienić.

– Carol stanowi część Magicznego Obozu od... ile to już lat?
–  Czternastu.  –  Uśmiech  Carol  witał  ją  szczerze.  –  Zaczęłam  jako 

obozowiczka, potem byłam opiekunką i wreszcie asystentką dyrektora.

– Sandy jest naszym koordynatorem edukacji ogólnej. – Mama wskazała 

na właścicielkę sportowego auta, a potem na posągową, czarną dziewczynę. – A 
to Dana.

–  Zajęcia  sportowe. –  Dana  zdecydowanie uścisnęła  dłoń  Maddy.  –  Jak 

się masz?

–  Leah  koordynuje  zajęcia  przyrodnicze.  –  Mama  wskazała  drobniutką 

Azjatkę,  która  siedziała  dalej,  na  ławce,  a  następnie  przeszła  do  ostatniej 
dziewczyny z parkingu, chłopczycy z krótko przyciętymi ciemnymi włosami. –
A Bobbi zajmuje się zajęciami wodnymi.

– Wiesz, szef ratowników.
Podniosła gwizdek, który nosiła na szyi i gwizdnęła. Ostry dźwięk niemal 

zagłuszył okrzyki protestów, gdy wszyscy zakryli uszy.

– Więc... – zagaiła Maddy, gdy hałas ucichł. – Wszystkie zaczynałyście 

jako obozowiczki?

–  Pewnie  –  przytaknęła  Sandy  i  wszystkie  zaczęły  śpiewać.  „Jesteśmy 

rodziną, siostry są tu przy mnie”.

Maddy  uderzył  bardzo  młody  wygląd  dziewczyny.  Domyślała  się,  że 

różnica  wynosi  raptem  dziesięć  lat,  ale  nagłe  odniosła  wrażenie,  że  dzieli  je 
milenium.  Jednak  różnica  nie  polegała  tylko  na  wieku.  To  były  grzeczne 
dziewczynki.  Chciało  jej  się  śmiać  z  tego,  że  porządne  aż  do  bólu  dzieciaki 
pracowały dla Joego. I z siebie, że pomiędzy nimi wylądowała. Uznała, że cóż, 
skoro mogła się zaprzyjaźnić z Amy i Christine, to dopasuje się i tutaj.

Nagle włoski zjeżyły jej się na karku. Odwróciła się akurat, gdy w progu 

pojawił się Joe. Na ułamek sekundy ich spojrzenia się zderzyły. Przygotowała 
się na fale zimnego gniewu albo ognistą iskrę, którą dostrzegła w jego oczach na 
chwilę przed tym, nim weszła do biura jego matka.

Zamiast tego  jego  wzrok przesunął  się, jakby  w  ogóle jej  nie zauważył. 

Wszedł  ze  stosem  papierów.  Lata  dyscypliny  wojskowej  widoczne  były  na 
każdym kroku.

–  Dobrze  –  powiedział,  jakby  zgromadził  żołnierzy  na  odprawie.  –

Zacznijmy spotkanie.

Koordynatorki  poruszyły  się  na  krzesłach,  podnosząc  notatniki  i 

długopisy. Maddy usiadła obok Mamy, podczas gdy Joe usiadł jak najdalej od 
niej na ławce po drugiej stronie.

– Mamy sporo do omówienia. – Joe rozejrzał się po siedzących przy stole, 

background image

a  jednocześnie  w  jakiś  sposób  pominął  Maddy.  –  Najpierw  jednak  chciałbym 
powitać was ponownie w Magicznym Obozie.

Pozostałe koordynatorki zakrzyknęły wesoło. Zerknął na matkę.
–  Masz  coś  do  powiedzenia,  nim  przejdziemy  do  konkretów?  Czułość  i 

duma złagodziły rysy twarzy Mamy.

– Pomyślałam, że ty to ogłosisz.
– Ogłosi? – zdziwiła się Carol.
–  Nic  wielkiego  –  Joe  wzruszył  ramionami.  –  Tylko  tyle,  że  oficjalnie 

przestałem być tymczasowym dyrektorem, a zostałem nim na stałe.

Maddy przyglądała mu się uważnie, gdy wiwaty rozległy się po raz drugi. 

Jeden kącik jego kształtnych ust uniósł się lekko w uśmiechu, ale z oczu nie dało 
się niczego wyczytać.

– A myślałem, że wszystkie rzucicie się z krzykiem do frontowej bramy. 

–  Droczył  się  z  nimi  subtelnie  z  tym  samym  rozbawieniem  i  błyskotliwością, 
którymi kiedyś oczarował ją.

– Za żadne skarby. – Carol roześmiała się zalotnie.
Nie  było  w  tym  nic  oczywistego  ani  tym  bardziej  seksualnego,  jednak 

Maddy wyczuła więź między Joem a każdą z kobiet przy stole. Szczere uczucie, 
które  wyraźnie  nie  dotyczyło  jej  osoby.  Niemniej  to  wyłączenie  pozwoliło  jej 
przyjrzeć  mu  się  uważnie  i  zauważyć,  jak  się  zmienił.  Włosy  miał  krótkie  i 
schludne,  nie  wystrzyżone  po  wojskowemu,  ale  też  nie  tak  długie,  jakie  nosił 
wtedy, gdy się spotykali. Rysy jego twarzy stwardniały i nabrały ostrości.

– Gdy podejmowałem decyzję – powiedział – dużo myślałem o obozie i 

dzieciach, które się przez niego przewijają. Z własnego doświadczenia wiem, ile 
może zdziałać dobre środowisko.

Maddy  przechyliła  głowę  zaintrygowana  łatwością,  z  jaką  mówił  o  tak 

osobistych sprawach. Zdecydowanie dojrzał w porównaniu z chłopakiem, który 
siedział na końcu klasy i garbił się na krześle z wystudiowaną, znudzoną miną.

–  Magiczny  Obóz  to  coś  więcej  niż  tylko  miejsce,  do  którego  dzieciaki 

przyjeżdżają, aby spędzić kilka tygodni na świeżym powietrzu. To miejsce żyje 
własną  tradycją.  Odkąd  zostało  założone  na  początku  dwudziestego  wieku, 
Rysie i Lisy ścigały się w kajakach i współzawodniczyły w łucznictwie.

– Dalej, Rysie! – Dana wymachiwała pięścią w powietrzu.
– Na przód, Lisy! – odpowiedziała Sandy.
Tym  razem  u  Joego  uśmiech  pojawił  się  również  w  oczach;  ten  rzadki 

obraz sprawił, że wnętrze Maddy zmieniło się w galaretkę.

–  Praca  w  zespole  i  zdrowa  rywalizacja  pomagają  dzieciakom  zdobyć 

pewność siebie, dzięki czemu potem potrafią dać z siebie wszystko. Komandosi 
nauczyli  mnie,  jak  ważna  jest  praca  zespołowa.  Tym  razem  celem  nie  jest 
utrzymanie  kawałka  ziemi  ani  pokonanie  wroga,  ale  życie  zgodnie  z  naszym 
mottem.

background image

–  „Ukształtować  charakter  i  dać  wspomnienia  na  resztę  życia”  –

zacytowała Mama.

–  Właśnie.  –  Joe  pokiwał  głową.  –  Kiedy  przez  następny  tydzień 

będziemy  razem  pracować,  przygotowując  się  na  coroczną  inwazję  pięciuset 
obozowiczek,  chciałbym,  abyśmy  wszyscy  pamiętali  o  tym  celu  i  szukali 
sposobu,  dzięki  któremu  to  lato  stanie  się  dla  wszystkich  wspaniałym 
doświadczeniem.  Domyślam  się,  że  też  myślałyście  o  tym  lecie  i  projektach, 
jakie planujecie zrealizować. Chciałbym więc, żeby teraz każda z was po kolei 
przedstawiła  swoje  zamierzenia.  Carol,  ponieważ  zawsze  jesteś  królową 
organizacji, zacznijmy od ciebie.

–  Dobrze.  –  Carol  otworzyła  teczkę  i  zaczęła  rozdawać  papiery.  –

Przygotowałam rozpiskę...

Bobbi parsknęła śmiechem.
– Co? – Carol zmarszczyła brwi.
– Nic. – Joe powstrzymał uśmiech. – Uwielbiamy twoje rozpiski.
–  I  tak  powinno  być.  –  Carol  skinęła  głową  i  zaczęła  przedstawiać,  co 

należy  przygotować i  do  kiedy,  żeby  sprawnie  załatwiono  sprawy formalne  w 
obozie.

Pozostałe  dziewczyny  zreferowały  swoje  pomysły  na  lato  i  plany,  nad 

którymi  pracowały.  Słuchając  ich,  Joe  tak  samo  jak  rok  wcześniej  był  pod 
wrażeniem  tych  projektów.  Szkoda,  że  ich  entuzjazm  nie  wystarczył,  aby 
oderwać go od kobiety, która siedziała po przekątnej.

„Maddy – myślał cały czas – co ty tu robisz?”.
Wyglądała  nieznośnie  atrakcyjnie,  naturalnie  i  seksownie  i  była 

kompletnie  z  innej  planety.  Patrzył,  jak  pędziła  przez  boisko  ze  spódnicą
wirującą  wokół  łydek  i  w  tych  idiotycznie  niestosownych  butach.  I  chociaż 
stopy  schowała  bezpiecznie  poza  jego  polem  widzenia,  myślami  cały  czas 
wędrował  do  pomarańczowych  sandałów  z  długimi  sznurówkami  owiniętymi 
wokół jej kostek... i do tego, jak bardzo chciałby je rozwiązać.

No  i  ten  jej  żółty  top.  Zwykłe  takie  bluzki  na  ramiączkach  wyglądały 

lepiej  na  kimś  opalonym,  z  wyraźnie  zarysowanymi  mięśniami.  Jednak  jej 
pasował.  Boże,  i  to  jak  bardzo.  Dzianina  obejmowała  jej  piersi,  odsłaniała 
odrobinę  rowka  między  nimi,  jego  głowę  wypełniały  myśli,  jakby  to  było 
przesuwać dłonie po jej rękach.

Albo po prostu trzymać ją za ręce.
Zapomniał już o tym, że zawsze, idąc dokądkolwiek, trzymali się za ręce. 

Wróciły  również  wspomnienia  innych,  drobnych  przyjemności.  Nie  chodziło 
tylko o seks, lecz o prawdziwą czułość. Przynajmniej z jego strony.

–  Maddy  –  odezwała  się  Carol,  aż  podskoczył  na  sam  dźwięk  tego 

imienia.  –  Ponieważ po  raz pierwszy pracujesz  na  letnim obozie,  potrzebujesz 
pomocy w zaplanowaniu zajęć?

background image

– Może trochę.
Wyczuł,  że  się  waha,  gdy  nerwowo  zerknęła  w  jego  stronę.  A  potem 

zebrała się w sobie, jakby doszła do tego samego wniosku co on: że najłatwiej 
przebrną przez to zebranie, jeśli będą udawać obcych sobie ludzi.

–  Mama  przesłała  mi  mnóstwo  informacji  z  poprzednich  lat,  poza  tym 

znalazłam  sporo  książek  o  zajęciach  z  rzemiosła.  Oto  lista  rzeczy,  które 
chciałabym  zorganizować.  –  Rozdała  swoje  notatki  wokół  stołu.  –  Ale  jestem 
otwarta na sugestie, bo macie większe doświadczenie w pracy z dziećmi.

Wziął  kartkę  i  zobaczył,  że  jest  wyjątkowo  dobrze  przygotowana  do 

pracy. Tyle, jeśli idzie o możliwość zwolnienia jej za brak kompetencji. To by 
było zbyt proste. A jak się przekonał, w życiu nic nie jest proste.

Wreszcie  skończyli  dzielenie  obowiązków  przy  sprzątaniu  i 

przygotowywaniu obozu.

–  Dobrze  –  powiedział,  zerkając  na  zegarek,  gotowy,  aby  zamknąć 

zebranie. – Myślę, że dość już omówiliśmy. Mamy godzinę do kolacji, na której 
będą hamburgery smażone nad rzeką.

– Więc możemy już iść? – zapytała Dana.
– Tak – potwierdził Joe.
– Hura! – Dana skoczyła i odwróciła się do Bobbi. – Wesz, co to znaczy.
– Rewanż w badmintona – odparła Bobbi. – Przygotuj się na miażdżącą 

porażkę.

– Możesz sobie pomarzyć!
I obydwie wybiegły.
Pozostałe  dziewczyny  ruszyły  spokojniejszym  krokiem.  Joe  zaniepokoił 

się, gdy Maddy nie zerwała się od razu. Chyba nie będzie tu dalej siedziała, gdy 
oddzielać  ich  będzie  tylko  matka?  Na  szczęście  Carol  odwróciła  się  na  skraju 
patio.

– Maddy, nie idziesz?
– Och. – Wyprostowała się zdziwiona, że przyjęły ją do swojego grona. –

Tak, oczywiście.

Złapała ogromną, hipisowską torbę i ruszyła za resztą. Najwyraźniej nadal 

lubiła staroświeckie, trochę dziwaczne ciuchy.

Teraz,  kiedy  się  odwróciła,  spokojnie  mógł  jej  się  przyjrzeć.  Pozostałe 

dziewczyny  szybko  ją  otoczyły.  Roześmiała  się,  słysząc  słowa  jednej  z  nich. 
Ten dźwięk sprawił, że natychmiast powrócił do chwili, kiedy spotkał ją po raz 
pierwszy. To było zaraz po tym, jak przeprowadził się z Albuquerque do Austin. 
Szedł korytarzem nowej szkoły ze spuszczoną głową, z rękoma w kieszeniach, 
krokiem, który  oznajmiał  wszystkim  „Tak,  jestem zły”.  Usłyszał  śmiech  –  nie 
dziewczęcy chichot, ale śmiech pełną piersią. Podniósł wzrok i zobaczył Maddy 
idącą  w  jego  kierunku  z  paczką  dziewczyn.  Widok  jej,  jak  odrzuca  głowę  do 
tyłu  i  się  śmieje,  sprawił,  że  zamarł  w  pół  kroku.  Stał  tak  z  wytrzeszczonymi 

background image

oczami,  podczas  gdy  ona  go  mijała.  To  było  coś  więcej  niż  typowe  dla 
nastolatków  buzujące  hormony.  W  jego  umyśle  pojawiała  się  jedna  myśl: 
„chcę”.  Pragnienie  wypełniło  go  z  taką  intensywnością,  na  jaką  rzadko  sobie 
pozwalał.  Nie  mógł  sobie  pozwolić.  Ale  przy  Maddy  pozwolił  sobie  na  coś 
więcej niż pragnienie. Pozwolił sobie ją mieć.

I  ponownie  przyswoił sobie jedną  z najokrutniejszych lekcji życiowych: 

że mieć i zatrzymać to nie to samo.

– Mam jedno pytanie – zwrócił się do matki, która siedziała i spokojnie 

go obserwowała.

– Tak?
– Co ona tu robi?
–  Maddy?  –  Mama  Fraser  zamrugała,  jakby  to  pytanie  ją  zaskoczyło. 

Wiedział,  że  to  nieprawda.  W  żadnym wypadku.  –  Przyjechała,  aby pracować 
jako nasz nowy koordynator plastyki i rzemiosła.

–  Ale dlaczego?  To  mnie  gryzło  całe  popołudnie.  Pamiętając sposób,  w 

jaki  mnie  rzuciła,  trudno  mi  uwierzyć,  że  zjawiła  się,  mając  nadzieję,  że 
zaczniemy  w  miejscu,  w  którym  przerwaliśmy.  A  jeśli  rzeczywiście  tego 
chciała, to po co praca? Dlaczego po prostu nie skontaktowała się ze mną?

Matka zacisnęła usta, zastanawiając się.
– A gdyby zadzwoniła, co byś jej powiedział?
– Nic. Odłożyłbym słuchawkę. A zaraz potem dostałby zawału.
– Właśnie. Trochę trudniej odłożyć słuchawkę, kiedy rozmawia się z kimś 

osobiście.

Szarpały nim sprzeczne uczucia.
– Chcesz powiedzieć, że ona chce wrócić?
– Nie powiedziałam tego.
–  Dobra...  –  Przesunął  dłonią  po  włosach  i  spróbował  się  zastanowić.  –

Załóżmy,  że  chce,  a  sama  ta  myśl  sprawia,  że  mózg  mi  się  gotuje,  to  po  co 
praca?  Dlaczego nie przyjechała tu pod pretekstem odwiedzenia ciebie? Po co 
trzydziestodwuletnia kobieta miałaby przejechać setki kilometrów, żeby zacząć 
pracę na letnim obozie? Na pewno nie dla pieniędzy. Nie zarobi tu dużo. Więc 
co właściwie ona tu robi?

– Dlaczego sam jej nie zapytasz?
„Bo  to  by  wymagało  odezwania  się  do  niej”.  Pochyliła  się  ku  niemu  i 

poklepała go po rękach.

– Zapytaj ją, Joe. Inaczej zwariujesz, ciągle się zastanawiając. Pokonany 

pochylił głowę.

– Nie cierpię, kiedy masz rację.
– Wiem.
Wstała i pocałowała go w czubek głowy.
Odeszła,  a  on  siedział  jeszcze  przez  dłuższy  czas.  I  wariował, 

background image

zastanawiając się.

Maddy  wróciła  do  mieszkania  po  żałośnie  niezręcznym  wieczorze  i 

sprawdziła e-maile. Christine nareszcie włączyła się do wcześniejszej wymiany 
z Amy.

Wiadomość;  Daj  spokój,  Mad,  nie  może  być  chyba  aż  tak  źle?  Facet 

ciężko się zdziwił na twój widok. Przejdzie mu i wszystko będzie dobrze.

Maddy:  Nie  sądzę.  Właśnie  spędziliśmy  razem  trzy  godziny  przy 

hamburgerach i zdołaliśmy nie odezwać się do siebie nawet słowem.

Christine  najwyraźniej  właśnie  siedziała  przy  komputerze,  więc 

odpowiedziała natychmiast: Zakładam, że ten facet to maruda.

Maddy: Kaczej światowej klasy maruda. Pod wieloma względami bardzo 

dojrzał przez te lata, ale najwyraźniej nie zmienił się zbytnio.

Christine: Więc co kiedyś robiłaś, gdy robił się taki marudny?
Maddy  zagapiła  się  na  ekran,  przypominając  sobie  tyle  rzeczy.  Słodko-

gorzki  ból  pojawił  się  w  jej  piersi,  gdy  napisała  odpowiedź:  Znajdowałam 
sposób,  żeby  go  rozśmieszyć.  To  już  raczej  nie  wchodzi  w  grę.  Czuję  się  jak 
idiotka z powodu przyjazdu tutaj. Co mam zrobić, żeby dało się znieść następne 
dwanaście tygodni?

Christine:  No  dobra,  daruję  sobie  najbardziej  oczywiste  mądrości  na 

temat seksu i  spróbuję dać ci poważną radę. Przeczytaj raz jeszcze rozdział w 
książce Jane na temat dogadywania się w pracy z mężczyznami. Nie mam ochoty 
tego  przyznać  (nadal  jestem  wściekła,  że  nas  wykorzystała),  ale  w  tej  kwestii 
zgadzam się z nią. I pamiętaj, że musisz TYLKO dogadać się z nim w pracy. Nie 
z jego powodu tam jesteś. Załatwienie dawnej sprawy i szalony seks to były tylko 
potencjalne efekty uboczne. Twój główny cel to dostanie się ze swoimi pracami 
do  galerii.  Nie  strać  tego  celu  z  oczu.  Pamiętaj,  uważamy  z  Amy,  że  jesteś 
wspaniała niezależnie od tego, co pewni rozkapryszeni faceci sobie myślą.

Maddy: Dzięki, C.
Christine:  Nie  ma  za  co.  A  teraz  prześpij  się  trochę.  Zmykam,  żeby 

ratować ludzkie życie.

Zamykając  laptopa,  Maddy  zerknęła  na  błyszczącą  okładkę  poradnika, 

który leżał obok niej na brzegu stołu. Westchnęła i wzięła książkę. Liczyła, że 
lektura pomoże jej zasnąć.

background image

Rozdział 5

Jeśli chcesz odnieść sukces w świecie biznesu, naucz się zostawiać emocje 

w domu.

Jak wieść idealne życie

I  o  niespokojnej  nocy  Maddy  wstała  dość  wcześnie,  żeby  następnego 

ranka  obejrzeć  wschód  słońca.  Stała  na  balkonie,  sącząc  kawę,  podczas  gdy 
przed nią rozgrywał się świetlny spektakl: zaczął się od nieśmiałego rumieńca i 
wyrósł  na  prawdziwy  pożar,  dosłownie  symfonię  barw.  Świt  zawsze  był  jej 
ulubioną porą dnia, tak samo jak dla Amy Nieraz obie oglądały świt. Dla Maddy 
początek nowego dnia niósł nieskończenie wiele obietnic i radości. Dla Amy był 
to czas, gdy problemy dnia poprzedniego jeszcze spały.

Pamiętała, jak pewnego ranka Amy przyznała się szeptem, że kiedy była 

dzieckiem,  wierzyła,  iż  jeśli  będzie  bardzo  cicho  i  nie  drgnie  nawet,  zło  na 
świecie zapomni o tym, by się obudzić. Ta teoria zaintrygowała Maddy. Szkoda, 
że nigdy nie potrafiła dość długo być cicho i nieruchomo, aby to sprawdzić. A 
kto  by  mógł,  kiedy  na  świecie  jest  tyle  cudownych  rzeczy  do  zrobienia  i 
zobaczenia?

Ten  poranek  stanowił  doskonały  przykład.  Czy  mogła  przegapić 

dreszczyk obserwowania początku nowego dnia?  Górskie powietrze było takie 
rześkie,  kiedy  z  ciepłego  kubka,  który  trzymała  w  dłoniach,  unosił  się  zapach 
kawy.  Słońce  wzniosło  się  wyżej,  złocąc  szczyty,  podczas  gdy  dolinę  nadal 
skrywał błękitny cień.

Ten widok obudził nigdy niegasnące pragnienie, aby uchwycić te barwy 

na płótnie.

Gdyby pozostała cicha i nieruchoma, to może napięcie w jej relacjach z 

Joem  zapomniałoby  się  obudzić,  ale  być  może  przespałaby  czekające  na  nią 
okazje. Christine miała rację, żeby wziąć sobie do serca radę Jane. Przyjechała 
tutaj,  by  zrobić  coś,  o  czym  zawsze  marzyła.  Jeśli  to  oznaczało  życie  obok 
nachmurzonego Joego, to zachowa spokój, odłoży emocje na obok i zachowa się 
jak profesjonalistka.

Już  miała  wrócić  do  mieszkania,  kiedy  ruch  na  drodze  przyciągnął  jej 

wzrok. Zerknęła na długie, błękitne cienie, które kłady się na szlak, i zobaczyła 
Joego biegnącego pod górę, w jej kierunku, szybko i miarowo. Pędził równym i 
szybkim krokiem. Serce zabiło jej szybciej.

Coś się stało?
Jej  umysł  przeskakiwał  od  jednej  możliwości  do  drugiej:  Mama  dostała 

zawału, jedna z dziewcząt miała wypadek, wybuchł pożar w górach i trzeba się 
ewakuować.  Albo  Joe  na  nowo  się  wściekł  i  wybiegł,  żeby  znowu  na  nią 

background image

nawrzeszczeć.

Już chciała popędzić po szlafrok, nim Joe wejdzie po schodach i zapuka 

do jej drzwi. Jednak gdy dotarł na płaski teren, skręcił ku ścieżce prowadzącej w 
dół  i  przebiegł  tuż  pod  jej  balkonem.  Przebiegł!  Prawie  uderzyła  się  w  czoło. 
Nie pędził do niej, po prostu biegał rano.

I podarował jej interesujący widok.
Mimo porannego  chłodu zrobiło jej  się  ciepło, gdy  obserwowała płynne 

ruchy jego mocnego ciała. Miał na sobie szarą bluzę z oderwanymi rękawami, w 
której mógł się popisać rzeźbą mięśni na ramionach. Zmrużyła oczy, patrząc na 
opaski na wielkich bicepsach. To były tatuaże? Potem jej wzrok zjechał poniżej 
szortów, na nogi. Rytm i siła każdego kroku sprawiły, że jej serce zaczęło bić do 
taktu.

Wtedy zauważyła opaskę na jego  lewym kolanie i  że porusza się,  lekko 

utykając. Tam właśnie został postrzelony? W kolano? Myśl o jego cierpieniu, o 
tym,  co  musiał przejść,  sprawiała jej ból  do  chwili,  gdy ją  minął, a  Maddy aż 
zamrugała  na  ten  spektakularny  widok.  Szorty  były  dość  obcisłe,  by  widziała, 
jak  pracują  mięśnie  jego  pośladków.  Pochyliła  się  do  przodu,  żeby  lepiej  się 
przyjrzeć.

„Przestań! – zbeształa się w myślach. – Pożerasz faceta wzrokiem!”.
„Tak,  ale  tylko  popatrz!  –  sprzeczała  się  ze  sobą,  pochylając  się  nad 

murkiem. – Jest śliczny. Ten facet jest śliczny!”.

Dotarł  do  końca  szlaku  i  zaczął  zbiegać  w  dół,  przez  co  musiała  się 

wychylić jeszcze bardziej. Wyciągnęła szyję i przechyliła głowę.

W powietrzu eksplodowało głośne dzwonienie. Wrony zerwały się z osik 

z  trzepotem  czarnych  skrzydeł.  Maddy  podskoczyła,  aż  wypuściła  kubek  z 
kawą,  a  potem  prawie  wypadła  z  balkonu,  kiedy  go  łapała.  Z  sercem 
łopoczącym jak u przerażonego królika cofnęła się w głąb tarasu.

„Co to do diabła było?”. Przycisnęła pusty już kubek do piersi. Spojrzała 

w dół na obóz i zobaczyła Carol odchodzącą od wielkiego dzwonu zwieszonego 
na słupie pośrodku placu. Zakłopotana Maddy zaśmiała się do siebie. Pobudka. 
„Pora wstać, obozowiczki. Czas zacząć wspaniały dzień”.

Postanowiła  odpuścić  sobie  kolejne  sztywne  spotkanie  z  Joem  i  na 

śniadanie  zjadła  batonik  muesli,  który  odkryła  w  głębinach  torebki.  Potem 
zeszła  piętro  niżej,  żeby  po  raz  pierwszy  przyjrzeć  się  dobrze  sali  do  zajęć 
plastycznych. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem.  Promienie słońca wlewały się 
przez  szpary  solidnych,  drewnianych  okiennic,  które  zamknięto  na  zimę. 
Włączyła  przycisk  i  kilka  gołych  żarówek  nad  głową  ożyło.  Niewiele  to  dało, 
ale dość, by oświetlić kilka zakurzonych składanych stołów i stos metalowych 
krzeseł w kącie.

Starała się nie myśleć o pająkach i innym robactwie.

background image

I wtedy spojrzała na szafki, które zastawiały ścianę po prawej stronie od 

sufitu  do  podłogi.  Zmarszczyła  nos,  gdy  poczuła  zapach  jak  z  babcinego 
strychu,  podeszła  do  nich  i  otworzyła  dwoje  drzwi.  Znowu  rozległ  się  zgrzyt 
zawiasów.

Dech  jej  zaparło,  gdy  zobaczyła  ukryte  tam  skarby.  Dla  kogoś  innego 

mogło  to  wyglądać  jak  masa  zbytecznych,  do  połowy  zużytych  artykułów 
plastycznych, które tylko jeden krok dzielił od kosza na śmieci, ale dla niej to 
była jaskinia Ali Baby.

Z  zapałem  podwinęła  rękawy  poplamionej  farbą  męskiej  koszuli,  którą 

zawiązała  w  talii  nad  dżinsami  przetartymi  na  kolanach.  Koszulę  podkradła  z 
garderoby  Nigela  z  czasów  „przed  Maddy”,  ponieważ  szybko  uznała  białe 
koszule za zbyt nudne nawet dla księgowego. Za to doskonale nadawały się jako 
strój  do  malowania  i  przypominały  jej  o  pierwszych  latach  ich  małżeństwa, 
kiedy był jeszcze zdrowy i szerszy w ramionach od niej.

Godzinę  później  zawartość  szafek  leżała  rozłożona na  najbliższym  stole 

niczym  ranni  po  bitwie  żołnierze,  którzy  przeżyli  poprzednie letnie  obozy.  Ze 
szmatką w ręku kołysała biodrami w tył i przód i na cały głos śpiewała rockową 
piosenkę;  fałszowała  jak  diabli,  ale  nie  przeszkadzało  jej,  że  torturuje  własne 
uszy.

– No, no, nie marnujesz czasu – stwierdziła Sandy.
Maddy obróciła się gwałtownie i zobaczyła w drzwiach Sandy oraz Carol. 

Zaśmiała się zakłopotana, bo przyłapano ją na śpiewaniu i tańczeniu ze szmatką 
w ręku.

– Przepraszam, przestraszyłyście mnie.
– Brakowało cię na śniadaniu. – Carol podeszła bliżej.
–  Chciałam  jak  najszybciej  wziąć  się  do  roboty.  –  Maddy  wzruszyła 

ramionami.

–  Dobra,  zajmij  się  porządkowaniem  rzeczy,  a  my  zaczniemy  od

sprzątnięcia pajęczyn – poleciła Carol. – Najpierw jednak przyda nam się więcej 
światła.

Maddy wróciła do swoich zajęć, a dziewczyny wyszły na zewnątrz, żeby 

otworzyć  wszystkie  odchylane  do  góry  okiennice.  Nim  wróciły  do  środka, 
światło słoneczne i świeże powietrze wypełniły salę.

– Czy to moja wyobraźnia, czy Joe zachowywał się trochę dziwnie przy 

śniadaniu? – rzuciła Sandy, biorąc miotłę.

– Trochę? – powtórzyła Carol.
Maddy zamarła, słysząc ich słowa. Przy zlewie Carol nalewała do wiadra 

wody z mydlinami.

–  Moim  zdaniem  zachowuje  się  strasznie  dziwnie  już  od  wczorajszej 

kolacji. Dziś rano był po prostu opryskliwy.

– No właśnie. W zeszłym roku był trochę ostry, ale też zabawny. Kiedy 

background image

się  z  nim  droczyłyśmy,  odpowiadał  tym  samym.  W  tym  roku...  –  Sandy 
pokręciła głową. – Zupełnie jakby z jakiegoś powodu chodził wściekły, ale nie 
chciał tego okazywać.

–  Jedyne  wyjaśnienie,  jakie  mi  przychodzi  do  głowy,  to  fakt,  że  w 

zeszłym  roku  myślał,  że  praca  w  obozie  to  tymczasowe  rozwiązanie,  na  czas 
zwolnienia  lekarskiego.  –  Carol  zaatakowała  stoły  mokrą  szmatą.  –  Może 
przygnębiło go odejście z komandosów.

–  Nie  musi  się  zachowywać,  jakby  praca  tutaj  była  dożywotnim 

wyrokiem. – Sandy wymiotła kurz za próg.

– Powinnyśmy wymyślić coś, żeby poprawić mu humor.
–  Wiem.  –  Sandy  wyszczerzyła  zęby.  –  Mecz.  Dziś  po  kolacji.  Maddy, 

zagrasz?

– Ja i sport? – Zaśmiała się, szukając sposobu, żeby zręcznie się wymigać. 

Zaproszenie  Joego na  mecz razem z  nią  na  pewno nie  poprawi mu humoru.  –
Obawiam się, że to kiepski pomysł.

– Daj spokój – przymilała się Sandy. – Chyba nie może być aż tak źle?
– Nie ma dość słów w języku angielskim, żeby określić, jak fatalna jestem 

w sporcie.

– Serio? – Sandy rozpromieniła się. – Super. Damy cię do drużyny Joego. 

Będziesz jego utrudnieniem.

–  Nie,  czekaj.  –  Carol  wyżęła  szmatę.  –  Niech  to  będzie  prawdziwe 

wyzwanie. Joe lubi wyzwania, nie?

– Co ci chodzi po głowie? – Sandy wróciła do zamiatania.
– Joe i geriatria przeciwko reszcie.
– Geriatria? – zaśmiała się Sandy.
–  No  wiesz.  –  Carol  przeszła  do  następnego  stołu.  –  Harold,  Mama, 

personel kuchenny.

– A Maddy?
– Też idzie do zespołu Joego. Nie, żebyś była staruszką – dodała szybko 

Carol.

– Nie, ja tylko jestem utrudnieniem. – Maddy starała się uśmiechnąć.
– Zmiażdżymy ich! – Sandy wyszczerzyła zęby.
– A przynajmniej go rozśmieszymy.
Maddy już chciała zaprotestować, ale ich entuzjazm zagłuszył jej słowa. 

Kiedy  zabrzmiał  dzwon  na  lunch,  czuła  się  rozdarta  między  paniką  a 
przygnębieniem.

Sandy i Carol ruszyły do drzwi, nadal planując wieczór. Ponieważ Maddy 

nie dołączyła do nich, Carol się odwróciła.

– Nie idziesz?
– Mam mnóstwo roboty. Możecie mi coś przynieść?
–  Jasne –  zgodziła się Carol i  obie  ruszyły ścieżką. Maddy  zmarszczyła 

background image

czoło. Co ma zrobić?

background image

Rozdział 6

Podarunek w postaci dobrych chęci często jest ciężarem dla 

obdarowanego.

Jak wieść idealne życie

Rety, przechodzi samego siebie – burknęła Sandy, kiedy drzwi do jadalni 

zamknęły się z hukiem za Joem.

Przez  wielkie  okna  w  bocznych  ścianach  widać  było,  jak  schodzi  po 

drewnianych schodach i rusza nad rzekę.

Maddy walczyła z wyrzutami  sumienia, gdy patrzyła, jak wychodzi.  Już 

to, że się do niej nie odzywał, było dość trudne, a jak mogła ignorować fakt, że 
jej  obecność  wyraźnie  go  denerwowała?  Nie  mogła  omijać  każdego  posiłku. 
Przez  całą  kolację  siedział  cicho,  podczas  gdy  koordynatorki  i  Mama  Fraser 
planowały  następny  dzień.  Zebrali  się  przy  długim  stole  stojącym  najbliżej 
wielkiego,  kamiennego  kominka,  pośród  morza  innych  stołów,  które  niedługo 
rozbrzmiewać będą głosami obozowiczów.

Jednak ich ożywione rozmowy zgasły, gdy posiłek dobiegł końca i Carol 

zaproponowała mecz. Joe po prostu wstał, stwierdził, że ma do naprawy kajak, i 
wyszedł.

– Masz rację – powiedziała do kierowniczki Dana. – Coś go gryzie.
– Ale co? – zastanawiała się Bobbi. – Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, 

że  przygnębiła  go  praca  w  obozie  na  stałe.  Jak  do  diabła  mogłoby  to 
kogokolwiek przygnębić?

Spojrzała  na  rustykalnie  stylizowaną  jadalnię  z  belkowym  sufitem.  Na 

kolumnach i belkach wyrzeźbiono indiańskie wzory. Wieloletni dym z palonego 
drewna na stałe przesiąknął powietrze.

– Mieszkanie tu przez cały rok musi być najwspanialszą pracą na świecie!
– Dla nas tak – odparła Carol, rzucając nerwowe spojrzenie matce Joego. 

– Ale może nie dla niego.

– Właściwie to Bobbi ma rację – wyrwała się Sandy. Blond włosy miała 

jak zwykle spięte w wesoły kucyk. – Może chodzi o coś innego.

– Może to coś osobistego, na przykład kłopoty sercowe. – Bobbi zwróciła 

się do Mamy. – Spotyka się z kimś?

–  Oprzytomniej,  kobieto!  –  zbeształa  ją  Sandy,  nim  Mama  zdążyła 

odpowiedzieć.  –  Mężczyźni,  którzy  wyglądają  jak  Joe,  nie  mają  kłopotów  z 
randkami.

– Nie wiadomo. – Bobbi skrzywiła się. – Tylko dlatego, że wygląda jak... 

no wiesz...

– Jak ciasteczko? – podsunęła z westchnieniem Leah.

background image

–  Dziewczyny,  błagam.  –  Carol  zarumieniła  się.  –  Tutaj  siedzi  jego 

matka.

–  Nie  przeszkadzajcie  sobie  –  zachichotała  Mama.  –  Jestem  dumna,  że 

inne kobiety uważają mojego syna za seksownego. Ale Bobbi ma rację. To, że 
jest... jak go nazwałaś? Cukiereczek?

– Ciasteczko – zaśmiała się Leah.
Maddy  sprzeczałaby  się,  czy  rzeczywiście  zasługuje  na  takie  słodkie 

określenie, patrząc, jak zachowywał się wobec niej przez ostatnie półtora dnia.

–  Cóż,  w  każdym  razie  to  nie  oznacza,  że  nigdy  nie  miał  kłopotów 

sercowych – wyjaśniła Mama.

–  Więc  o  to  chodzi?  – Sandy  zmarszczyła  brwi.  –  Jakaś  kobieta  go 

załatwiła?

– Proszę podać jej nazwisko! – Bobbi nachmurzyła się. – Zajmiemy  się 

nią.

–  Dziewczęta! –  Mama  podniosła  rękę.  –  Tylko  mówię,  że  istnieje taka 

możliwość.

–  A  to  znaczy,  że  nie  możemy  nic  zrobić,  żeby  go  rozweselić  –  Carol 

westchnęła zrezygnowana.

– Czekaj. Wiem – odezwała się Sandy. – Ja mogę zacząć z nim chodzić.
– Pomarzyć piękna rzecz – zbeształa ją Dana. – Spójrz prawdzie w oczy, 

Sandy, zna nas, odkąd biegałyśmy w stanikach zerówkach, co raczej przekreśla 
nasze szanse.

–  Życie  jest  niesprawiedliwe  –  nadąsała  się  Sandy.  Carol  spojrzała  na 

matkę Joego.

– Pewnie nie ma pani żadnych sugestii?
– Och, nigdy nie mieszam się do spraw syna.
Maddy zakrztusiła się mrożoną herbatą i z trudem złapała oddech. Dana 

poklepała ją między łopatkami.

– Wszystko w porządku?
– Tak – wydyszała Maddy. – Po prostu... źle przełknęłam.
–  Więc,  Madeline  –  Mama  uśmiechnęła  się  słodko  –  pewnie  nie  masz 

pojęcia, jak rozweselić Joego?

– Zielonego.
Właściwie  to  miała.  Mogłaby  wrócić  do  Austin  i  zniknąć  z  jego  życia. 

Niestety  zrezygnowanie  z  pracy  na  tydzień  przez  rozpoczęciem  obozu 
postawiłoby go w trudnej sytuacji, a to nie był najlepszy sposób, żeby naprawić 
ból, który zadała mu w przeszłości.

Podczas gdy dziewczyny zastanawiały się na głos, jak uszczęśliwić Joego, 

ona pozbierała brudne naczynia.

–  Jeśli  nie  macie  nic  przeciwko,  wrócę  do  Warsztatu  i  wezmę  się  do 

roboty.

background image

– Jasne. – Carol z roztargnieniem machnęła na nią ręką. – Zobaczymy się 

rano.

„Co  za  zamieszanie”  –  pomyślała,  gdy  wsuwała  tacę  przez  kuchenne 

okienko. Usłyszała pracownice kuchni, miejscowe kobiety z pobliskiego puebla. 
Rozmawiały  w  ojczystym  języku.  Wszyscy  pasowali  do  tego  miejsca  oprócz 
niej.

Kiedy wyszła z jadalni, zerknęła na stojący wyżej Warsztat, który na nią 

czekał,  i  w  kierunku,  w  którym zniknął  Joe.  Prędzej  czy  później  będą  musieli 
oczyścić atmosferę, bo inaczej oboje spędzą koszmarne lato. Niestety nie mogła 
pójść za nim już teraz, bo wszyscy by to zauważyli.

Co  by  inni  pomyśleli,  gdyby  wiedzieli,  że  to  ona  jest  kobietą 

odpowiedzialną  za  zły  humor  Joego?  Skuliła  się,  wyobrażając  sobie,  jak 
wszystkie  dziewczyny  naraz  ją  atakują.  Przy  pierwszej  nadarzającej  się  okazji 
koniecznie musi odbyć bardzo spokojną i bardzo dorosłą rozmowę z Joem. Być 
może razem znajdą dojrzały sposób poprawienia sytuacji.

Rockowa  muzyka  buchnęła  z  głośnika  w  kącie,  walcząc  z  jazgotem 

elektrycznej szlifierki w rękach Joego. Dźwięk wściekłych gitar doskonale mu 
odpowiadał,  gdy  pocił  się,  przygotowując  kajak  do  nałożenia  łaty  z  włókna 
szklanego.  W  końcu  uznał,  że  drewno  jest  dość  gładkie,  i  odłożył  szlifierkę. 
Kiedy  się  wyprostował,  rozbrzmiewał  tylko  gniewny  rytm  muzyki.  Zdjął 
okulary ochronne i otarł czoło ręką. Pył z włókna szklanego wgryzał mu się w 
skórę,  więc Joe zaczął się zastanawiać, czy nie skoczyć do  rzeki i  nie spłukać 
tego świństwa. Może nocne pływanie pomoże mu też pozbyć się gotującego się 
w nim napięcia.

Na  razie  wystarczyło  mu  zdjęcie  koszuli  i  opłukanie  się  w  umywalce. 

Wycierał właśnie ręce i pierś papierem toaletowym, kiedy szósty zmysł sprawił, 
że  zjeżyły  mu  się  włosy  na  karku.  Obrócił  się  gwałtownie  i  zobaczył,  że  w 
progu, na tle zalanej księżycowym światłem nocy, stała Maddy.

Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło. Patrzyła na niego z szeroko 

otwartymi,  zszokowanymi  oczami  jak  dziewica,  która  po  raz  pierwszy  widzi 
mężczyznę  bez  koszuli.  Co  pewnie  w  innych  okolicznościach  by  go 
rozśmieszyło.  Trudno  uznać  Maddy  za  dziewicę  i  doskonale  wiedział,  że 
widziała już nagi tors. Jego w szczególności.

Jej  wzrok  przesunął  się  po  jego  ciele.  Przyjrzała  się  tatuażom  na 

bicepsach – dla niej zupełnie nowa rzecz – a potem powędrowała po mięśniach 
klatki  piersiowej,  brzuchu  aż  do  pasa  szortów.  Mięśnie  mu  się  zacisnęły  i 
zadrżały, jakby go musnęła opuszkami palców.

Przełknął  przekleństwo  i  wyłączył  magnetofon,  zalewając  szopę  z 

kajakami ciszą.

– Chciałaś czegoś?

background image

Jej wzrok przeniósł się natychmiast na jego twarz. Zarumieniła się.
– Ja, hm, zobaczyłam światło. Z balkonu.
– I...?
– I pomyślałam, że może to dobry moment, abyśmy...
– Co?
„Zerżnęli  się  do  bólu?”.  Brutalny  seks  jeszcze  bardziej  niż  pływanie 

odpowiadał  mu  jako  sposób  na  pozbycie  się  fatalnego  nastroju.  Zwłaszcza  że 
właśnie  ta  kobieta  była  przyczyną  jego  zarówno  emocjonalnej,  jak  i  fizycznej 
frustracji.  Ta  myśl  wywołała  jeszcze  większe poruszenie  w  jego  spodniach. A 
niech to!

– Porozmawiali – wydusiła w końcu.
– Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.
Odwrócił się i wrzucił papier toaletowy do kosza. Żeby oszczędzić sobie 

zakłopotania,  stojąc  przed  nią  z  początkiem  erekcji,  sięgnął  po  koszulę  i 
strzepnął ją gwałtownie.

–  Właściwie  to  uważam,  że  w  ogóle  twoja  obecność  tutaj  jest  złym 

pomysłem.

– Joe.
Wyczuł,  że  podchodzi  do  niego,  więc  zerknął  na  nią  przez  ramię  z 

posępną miną. Zatrzymała się.

– Musimy to załatwić.
– Nie, nie musimy.
Wciągnął  koszulę,  przez  co  znowu  zaczęła  go  szczypać  cała  skóra,  ale 

przynajmniej  materiał  zwisał  dość  nisko,  żeby  zapewnić  mu  odrobinę 
intymności.  Sięgnął po  butelkę  acetonu i  szmatkę.  Zaczął  czyścić miejsce pod 
łatę.

–  Zostaniesz  tu  tylko  dwanaście  tygodni.  Zdarzało  mi  się  dłużej  znosić 

nieprzyjemne okoliczności.

– Więc to tak? – Podniosła nieco głos. – Będziemy się zachowywali tak, 

jakby przeszłość nie miała miejsca?

– Tak wygląda plan.
Skupił  się  na  wycieraniu  kurzu  z  pęknięcia  w  kadłubie.  Zmuszał  się  do 

zachowania  na  zewnątrz  spokoju,  podczas  gdy  wszystko  w  nim  się  gotowało. 
Chciał  wyrzucić  z  siebie  to,  co  powinien  był  powiedzieć  piętnaście  lat  temu. 
Albo  wziąć  ją  w  ramiona  i  błagać,  aby  znowu  go  zechciała. Zacisnął  zęby  na 
drugą myśl. To właśnie zrobił ostatnim razem: błagał ją i upokorzył się. Z łzami, 
a niech to cholera. Naprawdę popłakał się przy niej. To wspomnienie bolało go. 
Dosłownie fizycznie bolało.

–  Joe...  –  Zrobiła  następny  krok  i  wszystkie  jego  zmysł  były  już  w 

pogotowiu. – Wiem, że cię zraniłam, i z całego serca za to przepraszam...

– Przestań!

background image

Wyprostował  się,  ale  nie  cofnął,  chociaż  czuł  panikę  w  piersi.  Maddy 

zamierzała  rozerwać  starą  ranę  i  patrzeć,  jak  on  znowu  się  wykrwawia.  Jeśli 
będzie tu stała jeszcze trochę, to bał się, że jej się uda.

– Darujmy sobie tę wielką scenę przeprosin. To, co wydarzyło się między 

nami, to historia sprzed wieków. Trochę za bardzo byłem potem zajęty własnym 
życiem,  żeby  tamto  miało  jeszcze  jakikolwiek  wpływ.  Więc  jeśli  tym  się 
martwisz,  to  zapewniam,  że  dam  radę  pracować  z  tobą  przez  całe  lato,  pod 
koniec którego uczynisz mi przysługę i wyjedziesz. A teraz, jeśli nie masz nic 
przeciwko, mam robotę.

Maddy patrzyła, jak znowu pochylił się nad kajakiem. Chociaż czuła, że 

jego gniew wprost wypycha ją za drzwi, nie mogła wyjść. Musiała jakoś znaleźć 
sposób, aby dotrzeć do niego. Niestety Joego czasem trzeba było rozzłościć, aby 
zaczął mówić. Wzięła głęboki wdech i objęła się.

– Właściwie to mam coś przeciwko. Bo nie sądzę, żeby ci przeszło. Nie 

wkurzałbyś się tak.

– To, czy jestem wściekły, czy nie, to nie twoja sprawa. Sama wybrałaś, 

wiele lat temu, i nie wybrałaś mnie.

Z zaciętą miną wrócił do pracy.
Przez chwilę myślała, że na tym poprzestanie, że nigdy go nie otworzy, 

ale wtedy zaskoczył ją. Nagle się wyprostował.

– Ale tak nawiasem mówiąc, nigdy nie prosiłem, abyś wybierała. Nigdy 

nie mówiłem, że albo wyjdziesz za mnie, albo zostaniesz artystką, że nie możesz 
zrobić jednego i drugiego.

–  Joe... –  Zamrugała jak  ogłuszona. –  Oświadczyłeś  mi się  i  poprosiłeś, 

żebym zamieszkała w bazie wojskowej niemal na drugim końcu kraju, wiedząc, 
że dostałam stypendium.

– Moglibyśmy to jakoś załatwić, gdybyś mnie uprzedziła, że chcesz iść do 

college’u. Ale nie. – Rzucił szmatę na warsztat. – Nie miałem czasu, żeby wziąć 
to  pod  uwagę  przed  oświadczynami,  bo  twoja  sensacyjna  wiadomość  trafiła 
mnie jak grom z jasnego nieba.

Ogarnął ją gwałtowny, zapiekły gniew.
– Cóż, nie musiałeś z tego powodu tak wariować.  Przez zaciśnięte zęby 

wycedził:

– Nie wariowałem.
– No to wpadłeś w panikę.
– Byłem wściekły. – W jego ciemnych oczach powróciło echo dawnych 

uczuć. – Bo nigdy nic mi o tym nie mówiłaś. Myślałem, że zmierzamy w tym 
samym  kierunku,  a  dowiedziałem  się,  że  za  moimi  plecami  snułaś  własne, 
całkiem odmienne plany.

– Mówisz to tak, jakbym cię zdradziła.
–  Tak  właśnie  to  odebrałem!  –  Wziął  długi,  głęboki  wdech  i  wypuścił 

background image

powoli powietrze. Widać było, że stara się nad sobą panować.

–  Maddy,  spotykaliśmy  się  na  poważnie  przez  niemal  dwa  lata.  Nawet 

gdy poszedłem do wojska, zostaliśmy razem. Od miesięcy mówiliśmy o ślubie i 
dzieciach.

– Nie, to ty mówiłeś o ślubie i dzieciach. Ja tylko siedziałam i starałam się 

nie panikować.

– Co ty wygadujesz? – Jej słowa niemal ścięły go z nóg. – Przez cały ten 

czas,  gdy  byliśmy  razem,  nigdy  nie  traktowałaś  tego  poważnie?  Chryste, 
Maddy, coś ty robiła? Wykorzystałaś mnie do seksu? – zaśmiał się ostro. – Nie 
wierzę, że to powiedziałem. Ale taka jest właśnie prawda, nie? Cholera!

– Nie...
–  Zabawiałaś  się  ze  szkolnym  rozrabiaką,  trzymałaś  z  niedobrymi 

dzieciakami, udawałaś, że jesteś jedną z nas, a tak naprawdę byłaś najlepsza w 
klasie.

– Nie byłam najlepsza.
– Cholera, ale niewiele brakowało. – Pokręcił z niesmakiem głową.
– Media miały prawdziwe używanie. Córka źle opłacanego policjanta, z 

matką,  gospodynią  domową,  i  czwórką  rodzeństwa  miała  małe  szanse  na 
opłacenie college’u aż do chwili kiedy, patrzcie państwo, wygrała stypendium w 
Lidze Samotnej Gwiazdy Sztuki, a jej prace powieszono na Kapitolu. Zrobili jej 
nawet zdjęcia, jak ściska dłoń gubernatorowi. I jakby tego nie było dość, rety, 
rety, ludziska, jest nie tylko śliczna i utalentowana, ale też jeszcze idzie łeb w 
łeb pod względem ocen końcowych z najlepszym uczniem szkoły!

Skuliła  się,  rozumiejąc  teraz  szok,  jaki  musiał  przeżyć,  gdy  odkrył,  że 

szalona Maddy miała świetne oceny.

– Nawet mi nie powiedziałaś, że bierzesz udział w konkursie.
– Bo... A gdybym nie wygrała?
– Myślisz, że bym się przejął? – Zamiast gniewu w jego oczach pojawiała 

się  uraza.  –  Kochałem  cię.  Byliśmy  praktycznie  zaręczeni.  Nie  uważasz,  że 
miałem  prawo  wiedzieć,  że  urabiasz  ręce  po  łokcie,  próbując  coś  osiągnąć  w 
życiu?  Nie  sądzisz,  że  byłbym  z  ciebie  dumny?  Nie  rozumiesz,  jak  mnie  to 
zraniło, że nie podzieliłaś się ze mną swoimi marzeniami?

–  Masz  rację.  –  Ogarnęło  ją  poczucie  winy.  –  Powinnam  była  ci 

powiedzieć. Po prostu... bałam się.

– Czego?
–  Że  będziesz  się  ze  mnie  nabijał.  –  Do  oczu  napłynęły  jej  łzy.  –  Że 

uznasz, że się wywyższam, że porywam się na zbyt wiele. Że wyjdę na idiotkę.

– Wywyższasz? – Zmarszczył brwi. – Jezu, tak by mógł powiedzieć twój 

ojciec.

–  I  tak  powiedział.  Przez  całe  moje  życie  zawsze,  gdy  zrobiłam  coś 

dobrego, on... obrażał mnie. – Zagryzła usta, gdy wspomnienia zamieniły się w 

background image

gulę  w  gardle.  –  Wiesz,  co  powiedział,  gdy  dowiedział  się,  że  wygrałam 
stypendium?  Zapewniam,  że  nie  „gratulacje”,  „jestem  z  ciebie  dumny”  ani 
nawet „dobra robota”. Powiedział „proszę, proszę, a któż to uważa, że jest kimś 
wyjątkowym?” – Łzy popłynęły jej po policzkach. Starła je ze złością. Wściekła 
się, że nadal płacze przez ojca. – Tak bardzo chciałam uciec z tego domu, z tego 
nędznego sąsiedztwa, że czułam to aż w kościach. Chciałam to zrobić, choćby 
nie wiem co.

– Gdybyś wyszła za mnie, uciekłabyś z tego domu cholernie szybko.
– To nie jest dobry powód do związku na całe życie.
–  Masz  rację.  –  Westchnął.  –  Wiesz,  Maddy,  część  mnie  cię  rozumie. 

Twój ojciec był zakompleksionym dupkiem, który czuł się dobrze tylko wtedy, 
gdy ścinał innych.

– Nadal jest taki.
–  Ale  ja  to  nie  on  –  powiedział  cicho  Joe.  –  Jak  mogłaś  myśleć,  że  nie

byłbym dumny z tego, czego dokonałaś?

– Po prostu tak czułam. Wtedy miałam wrażenie, że zaczynasz mówić jak 

on.

– Jak to? – To go zaskoczyło.
–  Gdy  z  takim  entuzjazmem  mówiłeś  o  wojsku.  –  Podniosła  dłoń,  gdy 

chciał jej przerwać. – Dopóki nie dorosłam i nie usamodzielniłam się, naprawdę 
myślałam,  że  większość  policjantów,  a  co  za  tym  idzie,  większość  facetów  w 
mundurach  jest  taka  jak  mój  ojciec.  Od  tego  czasu  nauczyłam  się,  że  to 
nieprawda. Sporo z nich jest takich jak Pułkownik. Mają w sobie przekonanie, 
prawość, a przede wszystkim współczucie. Powinnam była wtedy to zauważyć. 
Nie  zamieniałeś  się  w  mojego  ojca,  tylko  upodabniałeś  się  do  swojego.  I  nie 
umiem wymyślić lepszego wzoru do naśladowania.

Podeszła do niego. Z całego serca chciała, żeby zrozumiał.
–  Niestety  wtedy  tego  nie  widziałam.  Byłam  za  młoda,  Joe.  Miałam 

siedemnaście lat, kiedy się oświadczyłeś.

–  Wiem.  –  W  jego  oczach  błysnęło  zakłopotanie.  Odwrócił  wzrok.  –

Właściwie nie zamierzałem oświadczać się jeszcze przez rok, ale powiedziałaś 
mi o college’u i gdy pomyślałem, że będziesz biegać po kampusie, gdzie pełno 
chłopaków...

– Spanikowałeś.
–  Jeśli  kupienie  największego  pierścionka  zaręczynowego,  na  jaki  mnie 

było  stać,  nazywasz  paniką,  to  tak,  spanikowałem.  –  Zacisnął  usta.  –
Wiedziałem,  że  nie  pobierzemy  się  od  razu,  ale  chciałem  mieć  pewność,  że 
każdy facet, który cię zobaczy, zauważy kamień na palcu i zrozumie, że jesteś 
zajęta.

Przy tych słowach uśmiechnęła się odrobinę. Zupełnie jakby Joe ogradzał 

swoje  terytorium.  Jako  adoptowane  dziecko  nauczył  się  podróżować  bez 

background image

zbędnego  bagażu,  ale  to,  co  należało  do  niego,  trzymał  obydwiema  rękami  i 
walczyłby  z  każdym  dzieciakiem,  który  by  tego  tknął.  Rzadko  używał  słowa 
„moje”, ale jeśli już, to traktował je serio.

Westchnął ciężko.
–  Przyznaję,  nie  podobał  mi  się  pomysł  twoich  studiów,  ale  nie 

zamierzałem  cię  powstrzymywać.  Bałem  się,  że  stracę  cię  na  rzecz  jakiegoś 
studencika  z  bractwa.  Ale...  –  Świdrował  ją  wzrokiem.  –  Nigdy  nie 
sprzeciwiałbym się realizacji twoich marzeń, gdybyś tylko podzieliła się nimi ze 
mną.

–  Kłopot  w  tym,  że  nie  uwierzyłabym  ci.  Nie  potrafiłabym.  Nie,  kiedy 

stałeś tam w mundurze, z ostrzyżonymi krótko włosami i rzucałeś wojskowym 
żargonem.  –  Zrobiła  jeszcze  jeden  krok.  Położyła  rękę  na  kajaku  stojącym 
między nimi. – Kiedy się oświadczyłeś, całe życie przeleciało mi przez oczami. 
Tyle że to nie było moje życie. Ale mojej matki. Nie chciałam skończyć jak ona. 
Była  na  każde  skinienie  swojego  faceta,  gotowała,  sprzątała,  wychowywała 
dzieci  praktycznie  bez  żadnej  pomocy,  podczas  gdy  wszystkie  moje  marzenia 
wdeptano w ziemię. Nie wiedziałam, że małżeństwo może być partnerskie. Że to 
nie jest dożywocie, w którym kobieta traci tożsamość pierwszego dnia.

–  Ognista  Maddy  stratowana?  –  Pokręcił  głową.  –  Nie  wierzę,  że 

mogłabyś tak skończyć.

– Teraz też nie wierzę. Właściwie stałoby się coś wręcz przeciwnego i to 

byłoby  nie  w  porządku  wobec  ciebie.  Wtedy  za  bardzo  dbałam  o  własną 
niezależność,  aż  do  egoizmu.  Ostatnie  osiem  lat  nauczyło  mnie,  że  czasem 
trzeba  zapomnieć  o  sobie  i  odłożyć  na  później  własne  marzenia.  Ale 
przynajmniej zrobiłam to z miłości, a nie z braku kręgosłupa jak moja matka.

–  Ostatnie osiem lat? – Zmarszczył czoło, nic nie rozumiejąc. Zawahała 

się. Nie bardzo wiedziała, jak Joe zareaguje na ten temat.

– Mój mąż zmarł na raka po długiej chorobie.
– Przykro mi.
Szczery smutek w oczach dodał powagi jego słowom.
– Mnie też. – Współczucie zawsze sprawiało, że żal znowu wypływał na 

powierzchnię.  Tym  razem,  kiedy  pojawiły  się  łzy,  nie  powstrzymywała  ich.  –
Bardzo go kochałam i tęsknię za nim każdego dnia.

– O mój Boże, Maddy... – Wyglądało, jakby chciał obejść kajak i podejść 

do niej.

–  Nic  mi  nie  jest,  serio.  –  Podniosła  rękę,  wiedząc,  że  straciłaby 

panowanie nad sobą, gdyby jej dotknął. – Było ciężko, ale czas, żebym zaczęła 
nowe życie, wróciła do marzeń, które odsunęłam. I dlatego tu przyjechałam.

Jeszcze mocniej zmarszczył czoło.
– Chciałaś pracować na letnim obozie?
–  Nie,  przyjechać  do  Santa  Fe.  Zająć  się  sztuką.  –  Uśmiechnęła  się 

background image

smutno.  –  Wiesz,  co  jest  największą  ironią  mojego  życia?  Wyszłam  za 
mężczyznę, który był  skrajnie  różny  od mojego  ojca.  Inteligentnego,  pewnego 
siebie  człowieka,  który  odniósł  sukces,  jednego  z  najsłodszych,  najmilszych 
ludzi, jakich w życiu spotkałam.

– Niezły dziwak.
–  Zgadza  się!  –  Roześmiała  się.  –  Ten  biedny  facet  nosił  ochraniacze 

kieszeni, kiedy zaczęliśmy się spotykać. Nie odróżniał też kolorów i nie znał się 
w  ogóle  na  sztuce.  I  właśnie  to  sprawiło,  że  się  poznaliśmy.  Jego  kierownik 
biura zadręczał go o załatwienie wystroju. Więc Nigel...

– Nigel? – Uniósł brew. – Poślubiłaś mężczyznę o imieniu Nigel?
– Tak. – Uśmiechnęła się szeroko. – Był wysoki i tykowaty, uosobienie 

stereotypu księgowego. W dniu, kiedy wszedł do galerii, w której pracowałam, 
desperacko szukając obrazu i do obłędu wręcz nieporadny, spojrzałam na niego 
raz i pomyślałam: „Och, skarbie, potrzebujesz mnie. I to nie tylko do wybrania 
dziel sztuki”.

Smutek i zazdrość pojawiły się w oczach Joego.
– Pewnie nadałaś jego życiu sens.
–  Ja...  –  Jego  słowa  poruszył  ją  tak  mocno,  że  nie  wiedziała,  co 

powiedzieć.  –  Dziękuję.  Lubię  tak  myśleć.  Byliśmy  razem  szczęśliwi.  Ironia 
polega jednak na tym, że wyszłam za niego, myśląc, że to jest mężczyzna, który 
nigdy nie poprosi, abym zignorowała własne potrzeby i zajęła się nim. A potem 
zachorował na raka i właśnie to musiałam zrobić.

– Chcesz powiedzieć, że przestałaś malować?
–  Nie  miałam  ani  siły,  ani  serca,  aby  malować.  Przynajmniej  nie  za 

często.

– Musiałaś mieć mu to za złe.
– Nie, wcale.
– Nie? – dopytywał się. – Jak to nie?
Z zakłopotaniem zmarszczyła brwi, widząc jego wzburzenie.
–  Bardzo  często  miałam  dość  życia,  ale  nie  Nigela.  Przeszłam  przez 

wszelkie rodzaje złości i żalu, złorzeczyłam Bogu, aż wreszcie pogodziłam się z 
niesprawiedliwością życia i niesłusznością śmierci.

– Tak, znam to.
– Po służbie na Bliskim Wschodzie niewątpliwie znasz. Przyjrzał jej się.
–  Więc  mówisz,  że  dla  tego  mężczyzny  porzuciłaś  szansę  zostania 

malarką i nie żałujesz?

– Czy żałuję? Mnóstwa rzeczy żałuję, ale nie ślubu z Nigelem. Myślę, że 

pisane nam było przeżyć ten czas razem. Nigel pomógł mi dorosnąć i wierzę, że 
wniosłam  mnóstwo  radości  do  jego  krótkiego  życia.  –  Przechyliła  głowę, 
przyglądając  się  mężczyźnie,  który  stał  przed  nią,  dorosłej  wersji  chłopca, 
którego kochała. – A ty? Żałujesz czegoś?

background image

– Niczego, co chciałbym rozpamiętywać.
–  Istnieje  różnica  między  rozpamiętywaniem  a  radzeniem  sobie.  Więc 

pytanie brzmi... – Wzięła głęboki wdech. – Dokąd zmierzamy?  Czy potrafimy 
odłożyć przeszłość i zostać przyjaciółmi?

–  Maddy...  –  Wyrwał  mu  się  pozbawiony  radości  śmiech.  –

Pięciominutowa rozmowa nie sprawi, że zniknie gniew, który żył piętnaście lat. 
Zwłaszcza  gdy  się  dowiedziałem,  że  dla  mnie  nie  byłaś  gotowa  zrezygnować 
choćby  z  jednej  rzeczy,  a  innemu  mężczyźnie  podarowałaś  całe  lata  życia  i 
sprawę, o której myślałem, że jest dla ciebie najważniejsza.

Zesztywniała.
– Chciałabym, żebyś pamiętał, że miałam siedemnaście lat, gdy zerwałam 

z  tobą.  A  gdy  u  mojego  męża  zdiagnozowano  raka,  byłam 
dwudziestoczteroletnią mężatką. Co miałam zrobić? Rozwieść się?

– Nie. – W jego oczach zabłysł gniew. – Ale to i tak mnie wkurza.
–  Przykro  mi.  Nie  mogę  zmienić  przeszłości.  Interesuje  mnie 

teraźniejszość. Możemy czy nie możemy pracować razem bez goryczy między 
nami?

– Prosisz o bardzo dużo.
– Wiem.
Chciała nim potrząsnąć, ponieważ robiła to także dla jego dobra. W końcu 

westchnął.

– Mogę obiecać, że będę się grzecznie zachowywał.
– Ty to nazywasz grzecznością? – Machnęła w stronę obozu. – Traktujesz 

mnie jak kogoś całkiem obcego, kogo obecność ledwie możesz znieść.

– Jesteś całkiem obca! Maddy, którą znałem, nigdy nie porzuciłaby sztuki 

dla drugiej osoby. Nadal nie mogę uwierzyć, że to zrobiłaś.

Pokręciła głową. Rozmowa z Joem przypominała mówienie do ściany.
– Właśnie dlatego tu jestem. Żeby sprawdzić raz jeszcze, czy nadaję się 

na artystkę.

–  Co  to  znaczy  „nadaję  się?”  –  Znowu  się  uniósł,  ale  co  dziwne,  tym 

razem  chyba  stał  po  jej  stronie.  –  Byłaś  dość  dobra,  żeby  w  szkole  średniej 
wygrać stypendium.

–  To  nie  znaczy,  że  jestem  dość  dobra,  aby  teraz  jakaś  galeria  chciała 

mnie reprezentować.

– Co to za chrzanienie? Oczywiście, że jesteś.
Odszedł szybkim krokiem. Zadziwił ją swoim wzburzeniem. Sztuka była 

powodem, dla którego zdecydowała się go odrzucić. Dlaczego teraz jej bronił? 
Zawrócił. Położył obie dłonie na kajaku i pochylił się ku Maddy.

–  Chcesz  rozejmu?  Dobra!  Oto  moje  warunki.  Jeśli  mam  przez  ciebie 

przeżyć piekielne lato, to chociaż do cholery zadbaj, aby to się opłaciło.

– O czym ty mówisz?

background image

–  Chcę,  żebyś  zrobiła  to,  co  powiedziałaś,  że  zamierzasz.  Została 

zawodową malarką. To dlatego mnie rzuciłaś, prawda? Więc jeśli mam przestać 
się wściekać, to do cholery lepiej, żebyś nią została.

– Joe... – Zamrugała z zaskoczenia. – To nie takie proste.
– Zakładam, że przywiozłaś jakieś portfolio czy coś takiego.
– Tak, ale...
– Dobrze. – Wyprostował się. – Muszę jutro jechać do miasta po farbę do 

tego kajaka. Jedziesz ze mną, żebym mógł zawieźć cię do paru galerii.

– Joe, mam jutro robotę. – Jazda z nim to ostatnia rzecz, na którą miała 

ochotę. – Miałam pomóc Sandy posprzątać magazyn.

– Trudno. Będzie musiała poradzić sobie bez ciebie, a ty następnego dnia 

popracujesz za dwie, żeby jej to wynagrodzić.

– Ale...
–  Nie  żartuję.  –  Znowu  pochylił  się  do  przodu.  –  Jeśli  zostajesz,  to  nie 

będziesz się bawić, tylko zrobisz, co trzeba.

– Rozumiem. – Zacisnęła szczęki. – Teraz powinnam stanąć na baczność i 

zawołać: „Tak jest, panie kapitanie”?

– Właśnie, do cholery. Przyjadę po ciebie do Warsztatu o ósmej zero zero.

background image

Rozdział 7

Czasem każda z nas potrzebuje w życiu kuksańca, żeby ruszyć we 

właściwym kierunku. Jeśli to zignorujemy to zapewne następnym razem 

dostaniemy kopa.

Jak wieść idealne życie

Joe  czuł  się  otępiały  jak  po  bitwie,  gdy  następnego  ranka  jechał  pod 

Warsztat.  Jakim  cudem  wczorajszy  spór  zaczął  się  od  opowieści  Maddy  o  jej 
idealnym, nieżyjącym mężu dziwaku, a doprowadził do propozycji zawiezienia 
jej  do  miasta?  Propozycji?  Po  prostu  oznajmił  jej,  ze  ją  zabiera  –  kompletne 
szaleństwo. Tym większe, że ona się zgodziła. Maddy, którą znał, nie cierpiała, 
gdy się ją rozstawiało po kątach.

A jednak zamiast się najeżyć, zgodziła się.
Może  była  zbyt  zmęczona,  żeby  dalej  się  kłócić.  Patrzył  wczoraj 

wieczorem, jak walczyła z całym wachlarzem emocji, i musiał przyznać, że to 
osłabiło  jego  obronę. Kiedy  dojedzie  do  Warsztatu  pewnie Maddy  wyjdzie do 
niego i powie, gdzie może sobie wsadzić propozycję pomocy.

Tak byłoby najlepiej, mówił sobie. To o wiele mądrzejsze niż spędzenie z 

nią dnia, kiedy będzie siedziała na wyciągnięcie ręki, tak blisko ze będzie czuł 
jej  zapach.  I  jeszcze  przyjdzie  mu  słuchać  o  jej  mężu  dziwaku.  Joe  zacisnął 
dłonie  na  kierownicy  i  zatrzymał  się.  Myśl,  że  dała  całą  radość  i  długie  lata 
życia innemu mężczyźnie, kiedy mógłby ją mieć tylko dla siebie, sprawiała, iż 
miał  ochotę  w  coś  uderzyć  Zadowolił  się  uderzeniem  w  klakson.  Stado  wron 
zerwało się z drzew. Ich czarne sylwetki kontrastowały z niebieskim niebem.

Dzień  zapowiadał  się  słonecznie.  Tylko  kilka  chmurek  wisiało  nad 

szczytami. Jednakże pogoda w górach potrafi zmienić się w ułamku sekundy.

Kiedy  tak  czekał,  doszedł  do  wniosku,  że  jeszcze  bardziej  niż 

świadomość, iż oddała serce i ciało innemu  mężczyźnie, wkurzała go myśl, że 
do  tego  wszystkiego  odpuściła  sobie  malowanie.  Ten  fakt  rozpalał  w  nim  nie 
zazdrość, lecz wściekłość.

Jak śmiała dla kogokolwiek odrzucić sztukę?
Może  i  nie  przeżył ostatnich piętnastu lat,  nieustannie myśląc o  Maddy, 

usychając  za  nią  z  tęsknoty  jak  jakiś  żałosny  głupek,  ale  były  chwile,  gdy  jej 
obraz pojawiał się w jego  myślach w całej krasie: kiedy wysłano go na  Bliski 
Wschód,  gdy  był  brudny,  zmęczony,  sfrustrowany,  kiedy  z  jego  batalionu 
została garstka ludzi, gdy miejscowi ciskali w nich obelgami i kulami. W takich 
chwilach  zastanawiał  się,  dlaczego  to  robi.  Dlaczego  ryzykuje  własne  życie? 
Większość żołnierzy myślała wtedy o rodzinach, o żonach i dzieciach, o swoich 
dziewczynach  albo  rodzicach  –  o  kimś,  kogo  kochali  bardziej,  niż  bali  się 

background image

śmierci.

Dla  Joego  kimś  takim  była  Maddy,  nie  tyle  osoba,  ile  idea,  którą 

uosabiała  w  jego  myślach.  Wolny  duch,  który  miał  dość  serca  i  pasji,  aby 
wywalczyć  sobie  ucieczkę  od  marnego  życia  i  rozwinąć  najpełniej  własny 
potencjał. Czy nie o to właśnie chodziło w amerykańskim śnie? Czy nie właśnie 
za to mężczyźni i kobiety oddawali życie?

Nawet  jeśli  decyzja  Maddy,  że  woli  karierę  artystyczną  od  niego, 

rozerwała go na strzępy, nigdy nie wątpił, że ona osiągnie swój cel. Więc kiedy 
potrzebował  czegoś,  czego  mógł  się  chwycić,  wyobrażał  ją  sobie,  jak  pije 
szampana  na  jakimś  wernisażu  w  galerii  otoczona  znawcami  sztuki 
zachwycającymi się jej pracami. Frustracja i śmiertelne zmęczenie akcją słabły, 
zostawała wiara w sens. To stało się powodem, dla którego ryzykował własne 
życie.  Nie  tylko  wyniosłe  pojęcia  wolności,  demokracji  i  sprawiedliwości  –
chociaż to były potężne ideały, gdy człowieka otaczało przygnębienie i strach –
ale  wyobrażenie  Maddy  jako  odnoszącej  sukcesy  artystki  stało  się  jego 
osobistym  talizmanem,  czymś,  co  przywoływał,  gdy  musiał  zebrać  w  sobie 
resztki sił.

Ryzykował  życie,  zrosił  obcą  ziemię  krwią,  aby  ludzie  tacy  jak  Maddy 

mogli żyć wolni i realizować marzenia.

A zeszłego wieczoru powiedziała mu, że tego nie zrobiła.
To było nie do przyjęcia.
Na Boga, jeśli zejdzie tymi schodami i odmówi przyjęcia pomocy, będzie 

musiała  z  nim  walczyć.  Zacznie  pracować  jako  artystka,  nawet  jeśli  on  sam 
będzie musiał jeździć z jej pracami po wszystkich galeriach Santa Fe.

I  wtedy  właśnie  pojawiła  się  na  półpiętrze  –  i  Maddy  idea  zniknęła  w 

obliczu Maddy kobiety z krwi i kości.

Dobry Boże, olśniewała go za każdym razem, gdy na nią patrzył.
„Odpuść  już  sobie,  Joe  –  rozkazał  sobie  w  myślach.  –  Nie  bądź 

mięczakiem. To stara historia, zapomniałeś?”.

Zbiegła po schodach, a on zmusił się, by odwrócić wzrok, kategorycznie 

przypominając sobie, że jego misja nie ma nic wspólnego z próbą zbliżenia się 
do Maddy na bardziej osobistym gruncie. Jeśli idzie o tę kobietę, potrzebował T-
shirtu  z  napisem:  „Byłem,  spróbowałem,  mam  na  dowód  blizny”.  Dziś  miał 
ulokować świat z powrotem na właściwym miejscu. Kropka. I jeśli to oznaczało 
powstrzymanie się od wrogości, stać go na to. Będzie nieskończenie miły, jeżeli 
tak trzeba.

Usłyszał, jak otwierają się drzwi do wozu.
– Dobra. – Brakowało jej tchu. – Jak wyglądam?
Chociaż  przygotował  się  na  to,  kiedy  odwrócił  się  i  ją  zobaczył,  mimo 

zaciętego  oporu  poczuł  nagłe  pragnienie.  Stanęła  parę  kroków  od  furgonetki, 
żeby mógł zobaczyć ją całą.

background image

–  Jest  dobrze?  Chciałam  wypośrodkować  między  czymś  stonowanym  a 

artystycznym.

Do jednego boku przyciskając oprawione w skórę portfolio, do drugiego 

torbę,  obróciła  się,  pokazując  strój  typowy  dla  Maddy:  sweter  dziergany  na 
szydełku,  który  bardziej  był  zrobiony  z  powietrza  niż  włóczki,  narzucony  na 
sięgającą kostek sukienkę na ramiączkach w kolorze szałwi, a do tego pasek na 
biodrach.

Napiął wszystkie mięśnie, gdy obrzucił spojrzeniem sylwetkę Maddy.
– Buty mogłyby być nieco bardziej letnie.
– Och, są tylko do kostki. – Podciągnęła sukienkę i oparła nogę na stopniu 

samochodu,  pokazując  mu  skórzane  buty  z  końca  dziewiętnastego  wieku, 
skrawek falbanki skarpetki i mnóstwo kremowej, nagiej skóry.

– Rozumiem. Odchrząknął.
– Mogą być?
– Zdecydowanie.
– A włosy? – Przychyliła głowę.
W  przypadku  Maddy  włosy  zawsze  stanowiły  ukoronowanie  dzieła, 

dzisiaj  jednak  wyglądały  jeszcze  piękniej  niż  zwykle  –  prawdziwa  grzywa 
ognisto-rudych włosów okalających twarz w kształcie serca.

– Nie za dużo? Nie za bardzo roztrzepane? Za bardzo potargane?
– Nikt nie będzie miał wątpliwości, że jesteś z Teksasu, jeśli o to pytasz.
–  Wiedziałam,  za  dużo.  Zaczeszę  je  do  tyłu.  Mam  tu  gdzieś  chustkę.  –

Zaczęła grzebać w ogromnej torbie.

– Maddy, nie trzeba, są w porządku.
– Serio?
– Serio.
– Dobrze więc. – Wypuściła powietrze. – Trochę się denerwuję.
– W życiu bym nie zgadł.
Poczekał,  aż  się  usadowi.  Zastanawiał  się,  co  ją  bardziej  denerwowało: 

myśl  o  pokazaniu  portfolio  czy  świadomość,  że  następne  pół  godziny  spędzi 
uwięziona z nim w kabinie samochodu. Sam nie był za bardzo zachwycony tym 
drugim. Oboje będą musieli się postarać.

– Pasy.
– Och. Jasne. Racja. – Zapięła pasy, a potem przysunęła się bliżej Joego, 

gdy wrzucił bieg i zaczął zjeżdżać. – No dobra, ostatnie pytanie, więc proszę o 
szczerość. Udało mi się zatuszować sińce pod oczami? Widać, że w ogóle nie 
spałam?

–  Nie  spałaś  dobrze?  –  zaskoczyła  go  własna  troska,  gdy  przypomniał 

sobie, że po wczorajszej rozmowie wyglądała na wyczerpaną emocjonalnie.

– Trochę trudno spać, gdy głowa nie trafia na poduszkę do czwartej nad 

ranem.  –  Zaśmiała  się  chrapliwie.  –  W  myślach  miałam  pełno  obrazów  z 

background image

ostatnich  kilku  dni,  ale  nie  miałam  nawet  okazji  rozstawić  sztalug  i  otworzyć 
farb. To jest problem z olejnymi. Nie można po prostu ich wziąć i napocząć dla 
zabawy.  A  wczoraj,  kiedy  porządkowałam  szafki  z  artykułami  plastycznymi, 
znalazłam garść pasteli olejnych. Czy to nie wspaniałe?

– Nie mam pojęcia.
Rzucił pytające spojrzenie, a jej tylko tego trzeba było, żeby zacząć jeden 

z  tych  radosnych,  przydługich  monologów,  które  zawsze  go  bawiły.  Zaczęła 
opowiadać o historii pasteli olejnych i o tym, jak to artyści typu Monet i Renoir 
używali ich do barwnych szkiców, kiedy przesiadywali w paryskich kafejkach.

Neutralny temat dał im bezpieczną strefę do działania. Joe przywitał go z 

nadzieją, że dzień nie będzie jednak krępujący.

– To właśnie robiłaś zeszłej nocy? – zapytał, gdy skończyła monolog. –

Wstępne szkice?

–  I  machnęłam  ich  kilkanaście.  Boże,  to  tak  wyzwala.  Nie  bawiłam  się 

pastelami od wieków. Zapomniałam już, jaka to frajda. Są takie szybkie, nie ma 
czasu,  żeby  myśleć  o  zasadach.  Pozwalasz  po  prostu,  żeby  obraz  wylał  się  z 
ciebie na papier poprzez szybkie maźnięcia i zakrętasy. Trzymam to wszystko w 
cuglach,  gdy  robię  prawdziwe  obrazy,  ale  to  była  taka  zabawa,  po  prostu 
zapomnieć o zasadach.

– Zasady? – Uniósł brew. – Od kiedy przejmujesz się zasadami?
– Profesorowie wciskają uczniom tyle wiedzy na temat techniki, że coś z 

tego zostaje. – Odwróciła się do niego. – Dobra, oto moja propozycja.

– Propozycja?
–  Na dziś.  Na  wszelki wypadek wzięłam zdjęcia  moich prac, ale  dzisiaj 

przede  wszystkim  chcę  się  zorientować  w  różnych  galeriach.  Jeśli  nie  będę 
czuła, że mogę pogadać z którymś z właścicieli, to poczekam, aż będę gotowa.

– Zobaczymy.
–  Mówię  poważnie,  Joe.  Pracowałam  w  jednej  z  najlepszych  galerii  w 

Austin,  więc  wiem,  jak  grać  w  te  klocki.  Nie  można  stracić  szansy  przez 
kiepskie  pierwsze  wrażenie.  Poza  tym  naprawdę  chcę  zamienić  kilka 
wczorajszych szkiców w obrazy, nim zrobię następny krok. Te obrazki są niezłe. 
Jest w nich energia, której od dawna brakowało w moich pracach.

– Nie mogę się doczekać, kiedy je zobaczę.
– Więc zgadzasz się?
– Yhm.
– Świetnie.
Westchnęła z ulgą, a potem zaczęła patrzeć na krajobraz. Nim dojechali 

do  miasta,  udało im się  stworzyć miłą atmosferę  na  resztę dnia,  nawet  jeśli to 
było tylko powierzchowne.

Santa  Fe.  Mekka  artystów.  Wspaniałe  sklepy,  modne  restauracje, 

background image

zabytkowe budynki... i  korki!  Maddy  czuła się  jak  dzieciak, kiedy przyciskała 
twarz do szyby, podczas gdy Joe manewrował czarną półciężarówką w wąskich 
uliczkach  zaprojektowanych  z  myślą o  jeździe  konno.  W  końcu  doczłapali  się 
do Canyon Road, gdzie znalezienie miejsca parkingowego okazało się taką samą 
wojną nerwów jak gra w tchórza.

Kiedy  Joe  upolował  miejsce,  Maddy  wysiadła  z  wozu,  wzięła  głęboki 

wdech  i  rozejrzała  się.  Zamienione  w  galerie  ceglane  domy  stały  jeden  obok 
drugiego,  jak  wzrokiem  sięgnąć.  Wysokie  szpice  kwiatów  rozkwitały  w 
maleńkich ogródkach skalnych, dodając kolorów do turkusowych framug okien 
i  drzwi  oraz  obrazów  wystawionych  na  gankach.  Ponad  płaskimi  dachami 
urywana linia gór ustępowała potężnym, białym chmurom, przy których ziemia 
poniżej wydawała się maleńka.

Gdzie  Maddy  spojrzała,  jej  umysł  zbierał  obrazy,  które  miały  być 

zapamiętane,  a  potem  namalowane.  A  za  tym,  co  widoczne,  wychwytywała 
niezwykłe wrażenie, mistyczne wezwanie ziemi, które popychało ją do sztalug.

Joe  ruszył  razem  z  nią  wąską,  żwirową  ścieżką  za  linią  zaparkowanych 

samochodów. W dżinsowych spodniach i koszuli oraz w kowbojkach doskonale 
pasował do Santa Fe i wyglądał niesamowicie seksownie.

– Od czego chcesz zacząć?
– Nie mam pojęcia. – Zaśmiała się. – Jakieś sugestie?
– To zależy. Jakbyś określiła swoje obecne prace?
– Impresjonistyczne pejzaże, sceneria ogrodowa, kilka martwych natur. –

Mijał  ich  równy  strumień  wielbicieli  sztuki  wchodzących  i  wychodzących  z 
galerii.  –  Pewnie  nie  znasz  tych  miejsc  na  tyle  dobrze,  żeby  mieć  jakieś 
ulubione?

Zaśmiał się.
– Mam ich z dziesięć.
– Serio?
To ją zaskoczyło.
–  Kiedy  Mama  przeniosła  się  do  Nowego  Meksyku,  zacząłem 

kolekcjonować wytwory indiańskiego rzemiosła, a potem dzieła sztuki. W tych 
okolicach łatwo wpaść w taki nałóg.

– Zauważyłam. – Pokiwała głową. – Wychodzi na to, że jesteś idealnym 

przewodnikiem. Prowadź więc. Składam los w twoje ręce.

– Bardzo dobrze. Zacznijmy od tej galerii po prawej. Dołączyli do tłumu 

pieszych, ruszyli w górę ulicy i weszli przez pierwsze z wielu drzwi. Nim doszli 
do  dziesiątej  galerii,  zmysły  Maddy  były  przeciążone.  I  czuła  się  bardziej 
onieśmielona  niż  kiedykolwiek  w  życiu.  Widziała  obrazy  od  sielankowych  po 
wydumane i awangardowe, niektóre z nich były naprawdę dziwne, ale wszystkie 
najwyższej jakości.

– Znam właściciela tej galerii – powiedział Joe, gdy weszli do kolejnej.

background image

Pomieszczenie  było  labiryntem  pokojów  o  grubych,  białych  ścianach, 

drewnianych,  skrzypiących  podłogach  i  punktowym  oświetleniu  skierowanym 
na kilka wielkich płócien. Z daleka dobiegała muzyka grana na bębnie i flecie 
oraz  głos  kobiety  rozmawiającej  przez  telefon.  W  powietrzu unosił  się  zapach 
sosnowego kadzidła.

Joe przyjrzał się Maddy.
– Chcesz, żebym cię przedstawił?
–  Nie! – odparła zbyt szybko, a potem wzięła  oddech i rozluźniła się. –

Nie, chcę tylko popatrzeć.

– Na pewno?
– Nie – odparła słabo. – Szczerze mówiąc, zobaczyłam dziś już tyle, ile 

byłam  w  stanie  przyswoić.  Możemy  odpocząć?  –  Widziała,  że  w  jego  oczach 
maluje się sprzeciw. – Proszę. W głowie mi się kręci i bolą mnie nogi.

Przez chwilę zaciskał zęby, a potem westchnął.
– Dobra. Zjemy lunch i zobaczymy, jak się poczujesz.
– Dziękuję. – Nie ukrywała wdzięczności.

Jedyna  rzecz  w  wojsku,  za  którą  Joe  nie  tęsknił,  to  jedzenie.  Tutejsze 

meksykańskie  potrawy  i  wyrafinowana  kuchnia  stanowiły  miłą  odmianę  po 
żołnierskich  racjach.  Ponieważ  wyglądało  na  to,  że  Maddy  potrzebuje  zmiany 
otoczenia, przebił się przez korki do serca starego miasta, by zabrać ją do Ore 
House, jednej z jego ulubionych restauracji.

– Jest wspaniała – powiedziała Maddy, gdy weszli na wychodzący na plac 

balkon na piętrze.

– Tak pomyślałem, że ci się spodoba – odparł, gdy hostessa położyła dwie 

karty z menu na stoliku obok poręczy.

Kelnerka zjawiła się, gdy tylko usiedli.
– Mogę zaproponować coś do picia?
Joe zamówił miejscowe piwo, a Maddy kieliszek białego wina. Siedział i 

patrzył,  jak ona  przegląda  menu, które  znał na  pamięć.  Słońce rzucało  ukośne 
promienie,  zamieniając  jej  włosy  w  pomarańczowy  ogień,  jeszcze  bardziej 
płomienny  na  tle  rzędu  czerwonych  ristras  – wieńców z  suszonych  papryczek 
chilli.  Udało  mu  się  nawet  przeżyć  kilka  minut  bez  starego  gniewu  i  nowego 
przyciągania bawiących się w przeciąganie liny w jego żołądku.

Chociaż  łatwiej  było  o  ten  względny  spokój,  gdy  chodzili  po  galeriach, 

Kiedy  usiedli  na  zatłoczonym  balkonie,  a  oddzielał  ich  tylko  malutki  stolik, 
poczuł, że znowu narasta w nim napięcie.

–  Więc...  –  powiedział, kiedy  wreszcie  zamknęła  menu. –  Co  myślisz o 

Santa Fe?

Roześmiała się, pochylając głowę tak, aby słońce nie raziło jej w oczy.
– Jedna część mnie myśli, że umarłam i poszłam do nieba.

background image

– A druga? – Siadł bokiem, żeby ich nogi znajdowały się dalej od siebie.
– Jest trochę przytłoczona.
Też  się  obróciła  i  teraz  oboje  patrzyli  na  plac.  Dziecko  rzucało  piłkę 

terierowi w pobliżu pomnika upamiętniającego  wojnę domową. Z  okolicznych 
wiosek  zjechało  się  wielu  sprzedawców,  którzy  przed  pałacem  gubernatora 
sprzedawali  na  kocach  biżuterię.  Dzwon  katedry  Świętego  Franciszka  ogłosił 
godzinę pierwszą.

–  Nie  powinnam  była  obiecywać  Christine  i  Amy,  że  wstawię  coś  ze 

swoich prac do tutejszych galerii. Powinnam była zacząć od którejś z galerii u 
siebie i pomału wypracować sobie lepszą pozycję.

– Christine i Amy?
–  Moje  dwie  najbliższe  przyjaciółki.  Polubiłbyś  je.  –  Zabawnie 

zmarszczyła nos. – Tak samo jak ty popychają mnie, żebym położyła głowę na 
pieńku.

–  Maddy... –  Pokręcił głową. –  Nie  wierzę, że nie jesteś dość dobra. W 

szkole średniej byłaś fantastyczna i miałaś piętnaście lat, żeby dojrzeć.

Westchnęła. Zauważył, że powróciła część wcześniejszego napięcia.
–  Moglibyśmy  przy  lunchu  porozmawiać  o  czymś  innym?  Miałabym 

wtedy nadzieję, że naprawdę coś zjem.

– W porządku. O czym chciałabyś porozmawiać?
– O tobie.
Zaśmiał się sucho, bawiąc się solniczką i pieprzniczką.
– Nudny temat, zapewniam.
–  To  ponudź  trochę.  –  Odwróciła  się,  żeby  siedzieć  twarzą  do  niego. 

Złożyła ręce na stole i pochyliła się ku niemu. – Proszę! To odwróci moje myśli 
od zaciskającego się żołądka.

Popatrzył  na  jej  pełną  zapału  twarz  i  poczuł  tak  gwałtowną  potrzebę 

zwierzenia  się,  że  wszystko  poza  tym  zniknęło  z  jego  myśli.  Na  szczęście 
zjawiła się kelnerka i przyniosła ich drinki.

– Proszę. Mogę już przyjąć państwa zamówienie?
Joe otrząsnął się.
– Cheeseburger z zielonym chilli.
– A pani? – kelnerka zwróciła się do Maddy.
–  Hm,  zobaczmy.  –  Wyprostowała  się  i  otworzyła  menu  raz  jeszcze.  –

Wszystko  wygląda  tak  smakowicie. –  Przeglądała  propozycje  i  próbowała  się 
zdecydować.  –  No  dobra,  poproszę  taco  z  kurczakiem.  Mogę  prosić  o 
dodatkowy ser? I ostrą paprykę osobno?

– Oczywiście. – Kobieta zapisała zamówienie i odeszła.
– Na czym stanęliśmy? – Maddy odwróciła się do Joego, zdecydowana, 

żeby nie popsuć dobrego nastroju. – A tak, mówiliśmy o tobie. Opowiedz mi o 
prowadzeniu obozu. Lubisz to?

background image

– I tak, i nie.
Patrzył  na  jej  palec  krążący  po  brzegu  kieliszka.  Odwrócił  wzrok  i  upił 

łyk piwa.

–  Nie,  bo  potwornie  mi  brakuje  służby  w  komandosach.  Tak,  bo...  –

zawahał się i zaczerwienił. – To zabrzmi ckliwie.

– Co?
Pochyliła  się,  przypominając  sobie  czasy,  kiedy  mówił  jej  o  różnych 

rzeczach,  którymi  nie  dzielił  się  z  nikim  innym.  Miał  w  sobie  tyle  ciekawych 
odcieni, gdy się już otworzył.

– No dalej – przymilała się. – Powiedz mi.
Poprawił sztućce zawinięte w serwetkę i obrócił butelkę piwa etykietką do 

siebie.

– Lubię dzieci. Dają mi nadzieję.
– Nadzieję?
–  Dla  świata.  Trudno  się  czegoś  chwycić,  kiedy  wokół  jest  tyle 

nienawiści.  Boże,  widziałem  takie  rzeczy...  –  Pokręcił  głową.  –  Brakuje  mi 
akcji. Nie tylko adrenaliny podczas akcji, ale też uczucia, że coś zmieniam, że 
robię  coś,  dzięki  czemu  świat  staje  się  bezpieczniejszy.  –  Spojrzał  na  plac  i 
popatrzył  na  dziewczynkę,  która  bawiła  się  z  aportującym  psem.  –  Ale  nie 
tęsknię  za  patrzeniem  w  stare  oczy  pełne  nieufności  w  dziecięcych  twarzach. 
Albo  gorzej,  za  patrzeniem  na  dzieci  takie  same  jak  te  tutaj,  niewinne  i 
szczęśliwe w jednej chwili, a w drugiej zamienione w okaleczone ciała. Jezu. –
Potarł twarz i wzruszył ramionami. – Przepraszam.

– W porządku. – Maddy położyła przed nim dłoń. Chciała go dotknąć, ale 

nie  wiedziała,  czy  zostałoby  to  dobrze  odebrane.  –  Nie  byłbyś  człowiekiem, 
gdyby cię to nie poruszało.

–  Aha.  –  Próbował  się  zaśmiać,  ale  nie  było  w  tym  radości.  –  Chyba 

potrzebowałem trochę czasu, żeby się otrząsnąć. Nie, zapomnij. Człowiek nigdy 
się  po  czymś  takim  nie  otrząsa.  Nie  wiem,  czy  w  ogóle  powinien.  Ale  kiedy 
obóz wypełnia się dziećmi, z których większość nigdy nie otarła się o brzydką 
stronę życia, jest lepiej. Naprawdę dobrze.

Uśmiechnął  się  jak  to  on  –  trochę  krzywo.  A  kiedy  ich  spojrzenia  się 

spotkały, Maddy mogła przysiąc, że usłyszała, jak jej serce z hukiem uderzyło o 
podłogę. Tak po prostu w jednej chwili znowu zakochała się w Joem Fraserze.

Oszołomiona  opadła  na  oparcie.  Serce  biło  jej  jak  szalone.  Nie,  to  nie 

mogła  być  miłość.  Miłość  zaczyna  się  powoli,  rośnie  z  czasem  i  trwa.  To  nie 
pstryczek  światła  –  włączasz,  wyłączasz  i  znowu  włączasz.  Czy  to  znaczy,  że 
nigdy  nie przestała go  kochać?  Czy  to  było  echo przeszłości, czy  coś całkiem 
nowego?

Zamrugała  oczami,  przypominając  sobie,  jak  bardzo  ją  kiedyś  kochał. 

Czasem  to  ją  aż  przytłaczało.  Czy  część  jego  nadal  kochała  impulsywną 

background image

dziewczynę, którą kiedyś była?

Na  szczęście zjawił się  ich lunch i  uratował ją przed zrobieniem czegoś 

głupiego.

–  Więc...  –  Ręce  jej  lekko  drżały,  gdy  polewała  salsą  taco.  –  Lubisz 

prowadzić obóz?

Potrząsnął  solniczką  i  pieprzem  nad  ogromnym  hamburgerem  z  masą 

siekanego zielonego chilli.

– Latem, kiedy są dzieci, tak. Reszta roku doprowadza mnie do szału. Nie 

ma dość roboty, a nie można spędzić życia, jeżdżąc samotnie na nartach.

– Nie mógłbyś wykorzystać obozu do czegoś innego w ciągu roku?
Wzięła kęs taco i prawie jęknęła z zachwytu, czując pikantny smak.
– Właściwie to zastanawiałem się nad tym.
– Tak?
Poczekała,  aż  Joe  przeżuje.  Uznała,  że  nawet  to  robi  seksownie;  mocne 

mięśnie szczęk pracowały tak zgodnie.

– Dobra. – Przełknął. – Tylko nie wspominaj o tym matce.
– Nie spodobałoby jej się to?
–  Przeciwnie  i  dlatego  chcę  się  dobrze  zastanowić,  zanim  jej  powiem. 

Muszę być pewny, że podoła, jeśli obóz będzie otwarty przez cały rok. Boże, ta 
kobieta  naprawdę  ma  już  swoje  lata.  Przeżyłem  szok,  gdy  tu  przyjechałem  na 
rekonwalescencję. Kiedy to się stało? Widywałem ją codziennie przez tyle lat. 
Jak mogłem nie zauważyć, że się starzeje?

– Bo byłeś zajęty ganianiem złych facetów.
– To żadne usprawiedliwienie. – Zawahał się. – Wiesz, że była o krok od 

sprzedaży  obozu,  nim  zgodziłem  się  zostać  dyrektorem?  Kocha  to  miejsce. 
Dzieci  to  całe  jej  życie!  Gdyby  nie  postrzał  w  kolano,  straciłaby  wszystko. 
Obóz, dom i kawał serca. Po tym wszystkim, co dla mnie zrobiła, w życiu nie 
pozwolę, aby coś takiego się stało.

Maddy znowu poczuła, jak jej serce spada na podłogę.
– Więc – odchrząknęła – jaki masz pomysł? Uśmiechnął się kącikiem ust.
– Obóz treningowy dla cywili.
– Co?
Włożył do ust kawałek tortilli. Teraz śmiały się nawet jego oczy.
–  Istnieje  już  kilka  takich  obozów.  Byli  członkowie  specjalnych  grup 

operacyjnych  dają  cywilom  posmakować  treningu,  który  przechodzimy. 
Niektóre  są  nastawione  na  uzyskanie  fizycznej  wytrzymałości  dla  ludzi 
uzależnionych  od  adrenaliny.  Inne  oferują  programy  dla  pracowników 
korporacji  usprawniające  pracę  zespołową.  W  tym  właśnie  komandosi  są 
mistrzami:  w  pracy  zespołowej.  Myślę,  że  w  amerykańskich  korporacjach 
bardzo brakuje idei „nikogo nie zostawiamy”.

– Masz rację. A pomysł brzmi fantastycznie.

background image

–  Na  razie  to  właśnie  tylko  pomysł,  ale  chciałbym  powiedzieć  o  tym 

Sokratesowi.

– Komu?
–  Kapralowi  Derrickowi  Harrelsonowi.  Przezywaliśmy  go  Sokrates,  bo 

zawsze zanudzał nas filozofią.

– A ty miałeś przezwisko?
– Wszyscy mieliśmy.
– Więc jak brzmiało twoje?
– Obiecujesz, że nie będziesz się śmiać?
– Nie, ale mimo to powiedz.
– Skaut. Zmarszczyła brwi.
– Bo jesteś po części Indianinem?
– Nie. – Zaczerwienił się. – Po kłopotach, w jakie się wpakowałem przez 

skradziony  wóz,  przez  jakiś  czas  trochę  przeginałem  w  drugą  stronę. 
Postanowiłem sobie, że po raz ostatni zawiodłem Pułkownika. Więc za każdym
razem,  gdy  chłopaki  chcieli  narozrabiać,  robiłem  za  głos  rozsądku.  Jednym 
słowem  gasiłem  ich.  I  w  końcu  któryś  powiedział,  żebym  przestał  być  takim 
cholernym harcerzykiem. No i tak zostało: skaut.

– Harcerzyk? Ty? – Parsknęła śmiechem.
– Aha, zareagowałem podobnie. Potem trochę wyluzowałem, ale było już 

za późno.

– Więc opowiedz mi o Sokratesie. Zanurzyła kęs w sosie.
–  Służyliśmy  w  tym  samym  batalionie  i  mocno  się  zaprzyjaźniliśmy. 

Teraz,  kiedy  odszedłem,  gadał  coś  o  tym,  że  nie  zgłosi  się  z  powrotem  do 
służby.  Niedługo  kończy  obecną  i  pomyślałem,  że  moglibyśmy  razem 
prowadzić obóz. Ale muszę to przemyśleć. Upewnić się, nim poproszę Mamę, 
aby zgodziła się na obóz pełen ludzi przez cały rok.

–  To  brzmi  ciekawie.  –  Poczuła,  że  entuzjazm  w  jego  głosie  był 

zaraźliwy.  –  Jeśli  się  zdecydujesz,  daj  mi  znać.  Z  przyjemnością  zaprojektuję 
materiały promocyjne.

– Co?
– W college’u zajmowałam się trochę grafiką. Jestem naprawdę dobra w 

przygotowywaniu projektów. Z radością pomogę.

– Ach...
Uniósł brew, ale nie powiedział nic więcej.
Maddy  wyczuła  natychmiastową  zmianę  nastroju,  jakby  nagle  pojawiła 

się między nimi ściana. Zrozumiała, że posunęła się krok za daleko.

–  To  znaczy...  –  szybko  zaczęła  się  wycofywać.  –  Jeśli  będziesz  chciał 

jakiejś pomocy.

Dokończył hamburgera.
– Pomyślę o tym.

background image

Próbowała ukryć rozczarowanie, ale lunch stracił część smaku. Odsunęła 

talerz.  Chciała  przywrócić  przyjacielską  atmosferę.  Kiedy  przyniesiono 
rachunek, sięgnęła po niego.

– Może zapłacę za lunch w podzięce za oprowadzenie mnie?
– W żadnym razie.
Joe położył dłoń na jej ręku. Dotyk sprawił, że serce zabiło jej szybciej. 

Joe miał duże, mocne dłonie i z łatwością objął palcami jej nadgarstek.

– Oto nasza umowa. Ja stawiam lunch, ale pod jednym warunkiem. Nim 

wrócimy do obozu, pokażesz swoje portfolio w jednej galerii.

– Wolałabym zapłacić.
Próbowała wyciągnąć rachunek spod jego ręki.
Przytrzymał ją  nieco mocniej, ale nie  sprawiając bólu – tylko tyle,  żeby 

zorientowała się, jaki jest silny. Pochylił się ku niej. Świdrował ją wzorkiem, a 
jego głos był gładki jak stal.

– To nie podlega negocjacji.
–  Joe...  –  Zaśmiała  się  nerwowo,  a  całe  jej  ciało  zadrżało,  gdy  Joe  się 

przysunął. – Daj spokój. Bądź rozsądny. Pokażę swoje prace, gdy będę gotowa.

– Może nie mam ochoty być rozsądny.
– Mówiłam...
–  Wiem.  Ale  chodzi  mi  po  głowie  pewne  miejsce.  Wyciągnął  rachunek 

spod ich dłoni i sięgnął po portfel.

– Jest małe, skromne i poza starym miastem. Jeśli ci odmówią, nic się nie 

stanie. Pierwsze koty za płoty.

– Tylko tyle  muszę zrobić? – Prawie zaprotestowała, gdy  się odsunął. –

Spróbować?

– Zgadza się.
– A jak prace im się spodobają? Nie chcę zgodzić się na wyłączność, jeśli 

to jakaś nora.

–  To  nie  jest  nora.  Ma  dobrą  pozycję.  Podał  kelnerce  pieniądze  i 

rachunek.

–  Po  prostu  ta  galeria  nie  jest  tak  wysublimowana  jak  te  przy  Canyon 

Road. Poza tym nie musisz zgadzać się na pierwszą propozycję, ale jeśli jedna 
galeria się zainteresuje, będziesz miała większą siłę przebicia.

– Prawda. – Wzięła głęboki wdech. – Dobra. Prowadź.

background image

Rozdział 8

Jedyny sposób, aby pokonać lęk, to stawić mu czoło.

Jak wieść idealne życie

Santa  Fe  poza  granicami  starego  miasta  przypominało  inne  rozrastające 

się  miasta  Ameryki.  Centra  handlowe  z  takimi  samymi  sklepami,  obniżkami, 
księgarniami  oraz  fast  foodami.  Tyle  że  tutejsze  budynki  starały  się  utrzymać 
styl  Santa  Fe,  a  samo  miasto  wyrastało  pośród  porośniętych  sosnami  gór,  na 
upstrzonej szałwią pustyni.

Maddy  zmarszczyła  brwi,  gdy  Joe  skręcił  z  jednej  z  głównych  ulic  w 

bardziej  przemysłowy  rejon.  Nawet  tutaj  blaszane  budynki  miały  ceglane 
fasady.  Zmarszczyła  brwi  jeszcze  mocniej,  kiedy  zatrzymali  się  na  parkingu 
przed czymś, co wyglądało jak magazyn.

– To tu?
–  Aha  –  potwierdził, zatrzymując  się  w  cieniu  drzewa  w  dalszym kącie 

parkingu.

Maddy obróciła się na fotelu, żeby przyjrzeć się miejscu.
– Mówiłeś, że to coś małego.
– Galeria zajmuje niewielką część od frontu.
– A co jest na tyłach?
– Hm... warsztat ramiarski i magazyn.
Coś w jego głosie kazało jej przyjrzeć mu się uważnie. Miał podejrzanie 

niewinną minę.

– To galeria z dobrą reputacją, tak?
– Oczywiście.
Znowu  spojrzała  na  budynek.  Tablica  nad  krytym  gankiem  oznajmiała: 

Obrazy Zachodu. Nazwa budziła pewne skojarzenia, ale zignorowała je – była 
tak pospolita, że po prostu musiała brzmieć znajomo.

– Gotowa, żeby wejść?
Położyła portfolio na kolanach, ale nie otworzyła drzwi.
– Daj mi minutę, żebym wymyśliła, co mam powiedzieć.
–  A  nad  czym  tu  się  zastanawiać?  Wejdziemy,  przedstawię  cię 

właścicielce i wtedy ty się włączysz.

–  Masz  rację.  Nie  wiem,  dlaczego  tak  się  denerwuję.  –  Wzięła  głęboki 

wdech i powoli wypuściła powietrze. – Byłam po drugiej stronie wystarczająco 
wiele  razy,  żeby  wiedzieć,  co  robić.  Do  galerii,  w  której  pracowałam, 
nieustannie  przychodzili  artyści.  Chociaż  większości  odmawialiśmy,  nigdy  nie 
byliśmy nieprzyjemni.

– Właśnie. – Sięgnął do klamki. – A teraz chodźmy.

background image

– Za chwilę.
– Maddy... – westchnął niecierpliwie.
– Nie irytuj się tak. Wiem, nie umrę, jeśli odmówią, ale...
– Wiem. To dla ciebie ważne. Rozumiem. A teraz chodźmy.
–  To  ogromnie  ważne.  –  Położyła  dłoń  na  jego  ręku,  zanim  zdążył 

otworzyć drzwi,  i  natychmiast ją  zabrała, gdy  się odwrócił. – Nie  chcę  stracić 
szansy,  robiąc  coś  bez  zastanowienia.  Portfolio  jest  w  porządku,  ale  gdybym 
jeszcze chwilę poczekała, byłoby lepsze.

–  Dobra,  coś  ci  powiem.  –  Poprawił  się  na  siedzeniu.  –  Za  daleko 

wybiegasz  myślami,  nie  skupiasz  się  na  zadaniu,  które  masz  przed  sobą. 
Solidna,  długoterminowa  strategia  opiera  się  na  krokach.  Krok  na  dzisiaj  to 
zaliczyć pierwszy skok.

– Pierwszy skok? – Zmarszczyła czoło.
–  Jak  w  skakaniu  na  spadochronie.  Pierwszy  skok  jest  najstraszniejszy. 

Krzyczysz,  jeśli  nie  na  głos,  to  we  własnej  głowie,  przez  całą  drogę  w  dół. 
Potem... – uśmiechnął się szelmowsko – strach staje się częścią dreszczyku.

–  Jesteś  taki  pokręcony.  –  Zaśmiała  się,  a  to  sprawiło,  że  węzeł  w  jej 

żołądku nieco się poluźnił. – Więc co było najstraszniejszą rzeczą na szkoleniu? 
Skakanie na spadochronie?

Zmrużył oczy.
– Grasz na czas?
–  Może.  –  Uśmiechnęła  się  niespeszona.  –  Więc?  Poddał  się  z 

westchnieniem.

– Nie, skok z samolotu na wysokości czterdziestu tysięcy kilometrów to 

nic w porównaniu ze skokiem z wysokiej trampoliny do basenu.

– Co w tym takiego strasznego? Jesteś świetnym pływakiem.
– Nie, kiedy mam na sobie ciężkie buty, prawie dwadzieścia kilo osprzętu 

i  karabin.  Dodaj  do  tego  drobny  fakt,  że  ledwie  łapałem  oddech  po  treningu, 
który  właśnie  przeszliśmy,  i  miałem  zawiązane  oczy,  więc  nawet  nie 
wiedziałem, gdzie jest góra, a gdzie dół.

–  O  mój  Boże!  –  Otworzyła  szeroko  oczy.  –  Dlaczego  to  robili?  I 

dlaczego im pozwoliłeś?

– Bo  tak  chciałem  zostać  komandosem,  że  byłem  gotów  zrobić  niemal 

wszystko.  –  Stanowczość  wyostrzyła  mu  rysy  twarzy.  –  Na  każdym  etapie 
musieliśmy udowodnić, że jesteśmy twardzi.

– I zmuszali cię do robienia takich rzeczy, żeby sprawdzić, czy jesteś dość 

wytrzymały fizycznie?

– Nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Instruktorzy wymyślali mnóstwo 

ćwiczeń,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  spanikujemy  pod  presją  i  nie  zaczniemy 
kierować się własnym instynktem zamiast rozkazami. Dla mnie te sprawdziany 
były najtrudniejsze, bo nigdy nie byłem najlepszy w ufaniu ludziom.

background image

– E tam. – Udała zadziwienie. – Na pewno żartujesz.
–  Obawiam  się,  że  nie  –  przyznał  się  szczerze.  –  Napisali  to  nawet  w 

moich aktach przy ocenie psychologicznej. „Problemy z zaufaniem do członków 
drużyny”.

Zaśmiała się.
–  To  brzmi  jak  coś,  co  mógłby  wysłać  do  domu  rodzicom  nauczyciel. 

„Mały Joe nie umie się bawić z innymi chłopcami”.

Kącik jego ust drgnął.
– Nie, umiem się bawić tylko z dziewczynkami. Rzuciła mu spojrzenie.
– Opowiadaj dalej. Zakładam, że przeszedłeś ten diaboliczny sprawdzian, 

skoro dostałeś się do komandosów.

–  Tak.  –  Teraz  na  jego  twarzy  pojawiła  się  duma.  –  Udało  mi  się,  bo 

nauczyłem  się  tłumić  strach,  słuchać  rozkazów  i  koncentrować  się  na 
stawianych zadaniach.

Zerknęła z powrotem na budynek i skrzywiła się.
–  Rozumiem,  że  morał  tej  historii  jest  taki,  że  powinnam  ci  zaufać  i 

słuchać rozkazów.

– Ty słuchać rozkazów? – Oparł palce na piersi. – Proszę, trzymajmy się 

realistycznych  celów.  Poza  tym  ta  historia  nie  ma  morału.  Jest  tylko  jedno 
pytanie: jak bardzo ci zależy?

Wypełniła ją determinacja.
– Bardzo.
– Dobrze – rzucił ostro, gotów do działania – więc chodźmy!
– Jasne.
Skinęła głową i wysiadła z wozu, a potem ruszyła za Joem przez parking.
– Jak się nazywa właściciel?
– Sylvia. Zna ten biznes na wylot i ma wyrobioną reputację.
– Rety, dzięki, że tak mnie uspokajasz.
– Nie, jest miła. Dlatego wybrałem to miejsce na twój pierwszy skok.
– Tłumaczenie: będzie delikatna, kiedy wyrwie mi serce i je podepcze.
–  Chodziło  mi  o  to,  że  jeśli  będzie  chciała  dać  ci  radę,  przyjmij  ją–

Zrozumiałam.

Weszli na ganek i Maddy już chciała otworzyć drzwi.
– Poczekaj. – Joe złapał ją za przedramię. – Właśnie zdałem sobie sprawę, 

że ta historia ze skakaniem do basenu ma morał.

– Tak?
– Ostatnia rzecz, jaką powiedzieli mi instruktorzy, nim kazali mi przebiec 

po trampolinie i skoczyć, to „wyciągnij ręce”.

Spojrzała pytająco.
–  Trzymałem  karabin  w  obu  rękach  tuż  przy  piesi.  Gdybym  nie 

wyprostował  rąk,  złamałbym  sobie  szczękę  w  chwili,  gdy  pociągnęłaby  mnie 

background image

grawitacja. Więc morał z tej historii jest taki, że nie należy trzymać niczego zbyt 
blisko. Trzymaj to na wyciągnięcie ręki albo oberwiesz po tyłku.

Wyrwał jej się pełen niedowierzania śmiech.
– Chcesz powiedzieć, że trzeba chcieć tak mocno, żeby być gotowym na 

wszystko, a jednocześnie nie przejmować się za bardzo, aby nie dać się zranić, 
kiedy się nie uda?

– Coś w tym stylu.
– To głupie.
– Ale działa.
–  Nie,  nie  działa.  Wy  twardziele  po  prostu  lubicie  udawać,  że  nie  boli, 

kiedy dostajecie w twarz. Ja zaś nie mam nic przeciwko temu, żeby wrzasnąć z 
bólu i wypłakać sobie oczy.

– Jak wolisz.
Otworzył jej drzwi. Przy klamce zadzwonił dzwoneczek.
Nadal jeszcze kręcąc głową, Maddy weszła do wielkiego pomieszczenia 

podzielonego  niskimi  ściankami,  żeby  stworzyć  zakątki  z  mnóstwem  ścian  do 
wieszania  obrazów.  Wystrój  był  prosty,  wręcz  oschły  w  porównaniu  z 
miejscami, które wcześniej odwiedzili.

Na uboczu młoda kobieta o długich, czarnych włosach rozmawiała przez 

telefon. Kiedy tylko się rozłączyła, uśmiech rozświetlił jej twarz.

– Joe. Dawno cię nie widzieliśmy.
– Byłem zajęty przygotowywaniem obozu na lato.
– Wybrałeś dobry dzień, żeby wpaść. Właśnie dostaliśmy nową dostawę 

od Czerwonego Pióra i trafiła się perełka, w której, podejrzewam, zakochasz się 
od pierwszego wejrzenia.

– Nie, błagam – zasłonił oczy. – Nawet nie zaczynaj. Nie starcza mi woli, 

żeby  oprzeć  się  jej  pracom,  a  na  ścianach  nie  mam  ani  skrawka  wolnego 
miejsca. Poważnie.

– A na mały obraz?
Już chciał zaprotestować, ale machnął ręką.
– Jak mały?
Maddy  przechyliła  głowę.  Ta  strona  Joego  budziła  w  niej  niepokój  i 

rozbawienie jednocześnie. Ledwie drgnęła, ale ten ruch natychmiast przyciągnął 
jego uwagę.

– Och. – Pociągnął ją przed siebie. – Maddy, to Juanita. Kiedyś pracowała 

w  Magicznym  Obozie  jako  opiekunka.  Juanita,  to  Maddy,  artystka  z  Teksasu. 
Mieliśmy nadzieję, że spotkamy się z Sylvią. Jest może?

– Na zapleczu. Zadzwonię po nią.
– Dzięki.
Podczas gdy Juanita wzywała szefową przez interkom, Maddy rozejrzała 

się,  żeby  zorientować  się,  jakie  obrazy  tu  preferowano.  W  galeriach  przy 

background image

Canyon  Road  wisiały  niemal  wyłącznie  oryginały.  Tutaj  zaś  widziała  głównie 
limitowane  reprodukcje  wielkich  artystów.  To  jej  nie  zaskoczyło,  bo 
reprodukcje to chleb powszedni wielu galerii. Zajrzała do jednej z nisz na tyłach 
i zmarszczyła nos, widząc bałagan. Więcej obrazów stało opartych o ściany, niż 
na nich wisiało. Już miała się odwrócić, gdy dojrzała wielkie płótna jednego z 
bardziej znanych kowbojskich artystów.

– Boże – szepnęła, podchodząc bliżej.
– Co? – szepnął Joe, chociaż bardziej z rozbawieniem niż czcią. Maddy 

sprawdziła,  czy  Juanita  na  pewno  ich  nie  usłyszy,  i  zaczęła  przeglądać  stos 
obrazów.

– Powiem jedno, brakuje im atmosfery, ale nadrabiają to jakością.
– Tak?
– Zdecydowanie.
Podeszła  do  kolejnego  stosu.  Oryginały  należały  do  uznanych  na 

południowym zachodzie twórców, tych samych, których reprodukcje wisiały od 
frontu. Każda galeria czy sklep z plakatami zajmujący się sztuką południowego 
zachodu  miały  prace  tych  artystów,  ale  niewiele  mogło  poszczycić  się  tyloma 
oryginałami.

– Twoja przyjaciółka Sylvia ma niezłe znajomości.
– Nie mówiłem?
–  Tak,  ale...  –  Maddy  obróciła  się  powoli,  przyglądając  się  obrazom. 

Żołądek zacisnął jej się nerwów. – To zdecydowanie nie moja liga. – Zerknęła w 
bok na Joego, zastanawiając się, czy ją powstrzyma, jeśli rzuci się do ucieczki.

Zmrużył ostrzegawczo oczy.
Nagle w jej myślach pojawiła się scena: ona biegnie do drzwi, Joe rzuca 

się, żeby ją powstrzymać. Oboje lądują na podłodze, a on trzyma ją za nogi.

No dobra, ucieczka nie wchodziła w grę. Spojrzała na jeden z nielicznych 

obrazów  wiszących  na  ścianie.  Zebrała  się  na  odwagę  i  nakazała  sobie  nie 
panikować.

– W czym mogę pomóc?
Maddy natychmiast się obróciła. Kobieta miała niemal metr osiemdziesiąt 

i rygorystycznie utrzymaną figurę, siwe włosy spływały kaskadą, a jej twarz ze 
słowa „ogorzały” uczyniłaby ostatni krzyk mody.

– Witaj, Sylvio. – Joe wyciągnął rękę.
–  Joe  Fraser.  –  Kobieta  uśmiechnęła  się.  –  Zawsze  miło  cię  widzieć. 

Szukasz dziś czegoś specjalnego?

–  Właściwie to  chciałbym,  żebyś  poznała  moją przyjaciółkę, malarkę.  –

Położył ręce na plecach Maddy, dokładnie między łopatkami i pchnął z taką siłą, 
że albo zrobiłaby krok do przodu, albo padłaby na twarz. – To Maddy Howard...

– Madeline Mills – poprawiła go.
– ...z Teksasu. Chciałbym, żebyś jako pierwsza w Santa Fe obejrzała jej 

background image

prace.

– Och? – Kobieta obróciła się do Maddy ze szczerym zainteresowaniem. 

– Jakiego typu to prace?

– Głównie oleje. – Uniosła portfolio. – Przyniosłam kilka fotografii, jeżeli 

ma pani czas, żeby obejrzeć.

– Zawsze. Podejdźmy do stołu do ramowania, tam jest lepsze światło.
Sylvia odeszła, a właściwie odpłynęła.
Maddy zaczęła iść za nią, ale zdała sobie sprawę, że Joe nie odstępuje jej 

na krok. Zatrzymała się i zniżyła głos:

– Teraz już dam sobie radę.
– Na pewno?
– Tak. – Machnęła ręką, żeby go odpędzić. – Pokręć się tutaj. Proszę.
Joe skrzywił się, ale został tam, gdzie stał. Patrzył, jak Maddy dołącza do 

Sylvii  przy  wielkim  stole  pokrytym  wykładziną.  Za  ich  plecami  na  ścianie 
wisiały  szablony.  Maddy  położyła  portfolio  i  otworzyła  na  pierwszej  stronie. 
Wskazywała i mówiła, najwyraźniej opowiadała o każdej pracy. Kiwając głową, 
Sylvia wzięła okulary do czytania, które zwieszały się z łańcuszka na jej szyi, i 
włożyła je.

Przypomniał sobie prośbę Maddy, więc zaczął udawać, że ogląda obraz, 

ale  cały  czas  zerkał  w  ich  kierunku.  A  jeśli  miała  rację  i  jeszcze  nie  była 
gotowa? Jeżeli rzeczywiście potrzebowała kilku tygodni? Może niepotrzebnie ją 
popychał i tylko pogrążył?

Przypomniał  sobie  wszystko,  co  powiedział  w  samochodzie.  Wierzył  w 

to, co mówił. A jednak... jeśli Sylvia zmiażdży pewność siebie Maddy jednym 
uderzeniem?

Zobaczył,  że  właścicielka  galerii  wyprostowała  się.  Uśmiechnęła. 

Uprzejmie. Cholera. Uprzejmy uśmiech to zły znak. Maddy też się uśmiechnęła. 
Sztywno.

Uścisnęły sobie ręce, a Joe miał ochotę skopać swój tyłek.
Odruch, by chronić innych, sprawił, że zrobił krok naprzód, ale zatrzymał 

się. Jego obecność mogła pogorszyć sytuację. Nie był już blisko z Maddy, nawet 
jeśli spędzili zadziwiająco miły dzień.

Poza tym Maddy była niezwykle spokojna.
Dopóki nie upuściła portfolio na podłogę.
Teczka upadła z trzaskiem. Zdjęcia rozsypały się wszędzie.
Joe ruszył wielkimi krokami, zbierając po drodze fotografie.
–  Bardzo  przepraszam  –  powtarzała  Maddy,  zbierając  zdjęcia  i  ratując 

własną godność.

–  A  co  to  jest?  –  Sylvia  schyliła  się,  żeby  podnieść  kilka  kartek  z 

kolorowymi rysunkami.

Maddy zerknęła i zorientowała się, co kobieta trzymała. Szkice pastelami 

background image

olejnymi.

– Och. – Wyprostowała się zaniepokojona tym, że osoba, która odrzuciła 

jej  ukończone prace,  ogląda  wstępne  zarysy.  –  To  tylko  szkice  do  nowej  serii 
obrazów olejnych.

– To mi się podoba! – oznajmiła Sylvia, kładąc je stole. – Wyrafinowane i 

zabawne jednocześnie. Żywe kolory. Bardzo wyraziste.

„Wyraziste”.  Tego  słowa  użyła  przynajmniej  trzy  razy,  kartkując 

fotografie. „Tak, to bardzo dobre. Ewidentnie ma pani talent. Ale pani styl nie 
jest dość wyrazisty”. Maddy zmarszczyła brwi, patrząc na rysunki.

– Podobają się pani?
– Zdecydowanie.
Sylvia spojrzała na jeden, trzymając go w wyciągniętej ręce. Narysowany 

zakrętasami  i  ostrymi  pociągnięciami  przedstawiał  osiki  za  Warsztatem. 
Lśnienie srebrzysto-zielonych liści na tle białych i czarnych pni.

– Więc... – Maddy ciągnęła – kiedy skończę obrazy, będzie chciała je pani 

obejrzeć?

– O, dobre nieba, proszę tego nie robić! – Sylvia rzuciła zduszony głosem, 

jakby Maddy zaproponowała, że zabije czyjegoś kociaka. – Zniszczy je pani!

– Co?
–  Pani  obrazy  olejne  są  w  porządku.  Właściwie  są  wspaniałe.  Idealnie 

wymyślone i doskonale wykonane.

–  Ale...  myślałam,  że  nie  spodobały  się  pani.  Sylvia  spojrzała  na  nią 

sponad okularów.

– I przy okazji są idealnie nijakie.
– Och.
–  Ale  te.  Te!  –  Podniosła  następny  rysunek  przedstawiający 

powykrzywianą  sosnę  wyrastającą  wśród  skąpanych  słońcem  głazów.  –  Są 
idealne właśnie w tej formie.

– Dopiero co powiedziała pani, że idealne znaczy złe.
– Są rzeczy idealne i idealne. Ma pani większe prace tego typu?
– Obawiam się, że nie. Ale mogę kilka zrobić.
–  Doskonale.  –  Sylvia  zdjęła  okulary.  –  Oto  co  zrobię.  Jeśli  zgodzi  się 

pani na oprawienie tych na własny koszt, to na próbę przyjmę je w komis do sali 
sprzedaży  detalicznej.  Jeśli  dobrze  pójdą,  to  porozmawiamy  o  sprzedaży 
limitowanej serii reprodukcji.

– Reprodukcji? – Maddy niemal się udławiła.
– Do naszego następnego katalogu.
– Reprodukcji – powtórzyła.
Skojarzenie,  które  krążyło  jej  po  głowie,  gdy  siedziała  w  samochodzie, 

nagle nabrało konkretnego kształtu. Obrazy Zachodu. No jasne, że to brzmiało 
znajomo! To była  firma wydająca  dzieła sztuki.  Jedna z wielu, ale też jedna z 

background image

najlepszych.  Rozejrzała  się  znowu,  patrząc,  jakiego  kalibru  artystów 
reprezentowali, a potem na Joego.

Zakłopotał się. To znaczy na tyle, na ile mężczyzna jego wzrostu i urody 

był w stanie się zakłopotać.

– Hm, chyba zapomniałem ci powiedzieć, że to nie jest zwykła galeria.
– Galeria, sala pokazowa, nieistotne. – Sylvia machnęła ręką. – Zakładam, 

że rozumie pani, że chcemy mieć prace na wyłączność.

– To, hm... – Maddy zakręciło się w głowie. Jeśli się uda, to pojawi się 

nie tylko w tej jednej galerii, ale w galeriach w całym kraju! – Nie ma sprawy.

– Dobrze więc. – Sylvia pokiwała głową. – Juanita pomoże pani wybrać 

ramy, a ja pójdę do biura po formularze.

Maddy  zdołała  zapanować  nad  podnieceniem,  gdy  wypełniała  papiery. 

Ale nie była w stanie ukryć radości, kiedy już wyszli z Joem z galerii.

– Możesz w to uwierzyć? – powiedziała, gdy tylko wyszli. – Spodobały 

jej się moje rysunki!

– Mnie też się podobały.
– Serio? Poważnie mówisz?
–  Tak.  –  Z  trudem  powstrzymywał  śmiech,  widząc  jej  entuzjazm.  Nie 

miałaby nic przeciwko, gdyby się z niej śmiał.

– Wzięła je wszystkie do komisu! I chce zobaczyć następne! O mój Boże!
Zrobiła kilka tanecznych kroków, kiedy szli przez parking. Joe roześmiał 

się.

– Gratuluję.
–  Moje  prace  są  w  galerii.  W  Santa  Fe!  –  Okręciła  się,  sukienka 

zawirowała i okręciła się wokół jej nóg. – I to nie w jakiejś tam galerii, ale w 
Obrazach  Zachodu.  W  domu  wydawniczym.  Nie  mogę  w  to  uwierzyć!  Nie 
mogę się doczekać, kiedy powiem o tym Christine i Amy. Jak cudownie!

Doszli  do  samochodu.  Joe  odblokował  centralny  zamek.  Maddy 

wylądowała na miejscu pasażera, a on usiadł za kierownicą.

– Och, Joe. – Skrzyżowała ręce na piersi i westchnęła. – To tyle dla mnie 

znaczy. Nawet nie potrafię tego wypowiedzieć. Dlaczego nie powiedziałeś, że to 
dom wydawniczy?

– Gdybym powiedział, weszłabyś?
– W życiu! – Zaśmiała się.
–  No  właśnie.  Wybrałem  to  miejsce,  bo  wygląda  skromnie,  więc 

wiedziałem, że nie stchórzysz.

– Nie spodziewałeś się, że mnie weźmie?
– Wiedziałem, że to duże wyzwanie, ale wiesz, co się mówi: zaczynaj od 

góry. Maddy, udało ci się.

– Tak. – Aż się zapadła w sobie, gdy to do niej dotarło. – Niech to diabli, 

naprawdę mi się udało. – Spojrzała na niego, a potem rzuciła mu się na szyję. –

background image

Dziękuję!

Odwzajemnił uścisk, nawet się nie zastanawiając. I wtedy świadomość, że 

znowu  ją  trzyma  w  ramionach,  uderzyła  w  jego  zmysły  oślepiającą  falą. 
Zamknął  oczy,  gdy  uderzenie  go  zmiotło.  Jako  drugie  uderzyło  pożądanie, 
ścinając go z nóg.

Nim  zorientowała  się,  co  się  dzieje,  jego  dłonie  były  w  jej  włosach,  a 

wargi na jej ustach. Smak Maddy sprawił, że w jego żyłach zabuzowała radość. 
Jej imię rozbrzmiewało w rytm bicia jego serca. Po łatach tęsknoty za nią znowu 
obejmował Maddy, znowu całował Maddy.

Przechylił głowę, całując ją mocniej, żeby poczuć, jak odpowiada na jego 

pocałunki  w  typowy  dla  siebie  sposób  –  z  równym  jemu  zapałem.  Całe  jego 
ciało  ożyło,  gdy  ich  usta  otworzyły  się  i  połączyły.  Chciał  ją  przenieść  ponad 
dźwignią  biegów,  posadzić  sobie  na  kolanach,  wsunąć  ręce  pod  jej  sukienkę i 
poczuć ciepło jej skóry. Znowu jęknęła i wygięła się ku niemu, jakby pragnęła 
tego samego.

Maddy! Śpiewało jego serce. Całował Maddy!
Dobry Boże!
Jego umysł oprzytomniał, a ciało zamarło.
Całował Maddy!
Szarpnął się do tylu i odsunął ją na odległość ramion. Krew tętniła mu jak 

fala przyboju uderzająca o skały. Maddy patrzyła na niego. Oddychała ciężko i 
szybko jak on.

– Co tu się stało? Zamrugała jak ogłuszona.
– Nie wiem.
Odsuwając  ją,  jakby  się  okazała  żywym  ogniem,  przywarł  plecami  do 

drzwi samochodu.

– My tego nie robiliśmy.
– Właśnie to zrobiliśmy.
–  To  tylko  nawyk.  –  Położył  ręce  na  kierownicy.  –  Odruch 

bezwarunkowy,  jak  ten  z  kolanem.  Wsadź  nas  do  samochodu  i  buch,  znowu 
jesteśmy  w  szkole  średniej  i  obściskujemy  się  na  przednim  siedzeniu  kombi 
Pułkownika.

–  Zwykle  kończyliśmy  na  tylnym  siedzeniu.  –  Zerknęła  na  tył 

półciężarówki.  –  Nie  sądzę,  żeby  to  był  dobry  pomysł,  zważywszy,  gdzie 
zaparkowaliśmy.  Chyba  że  chcemy  zostać  aresztowani  za  nieprzyzwoite 
zachowanie w miejscu publicznym.

– Nie obchodzi mnie, gdzie zaparkowaliśmy. – Ręka mu się trzęsła, gdy 

wkładał kluczyki. – To się więcej nie zdarzy.

– Oczywiście, że nie. – Maddy położyła ręce na kolanach i patrzyła prosto 

przed siebie. – Nie, jeśli tego nie chcesz.

– Nie chcę.

background image

Czy próbowała powiedzieć, że ona wręcz przeciwnie? Ta myśl sprawiła, 

że prawie spanikował, gdy wyjeżdżał z parkingu. Co sobie myślał, żeby ją tak 
pocałować?  A  może  to  ona  pocałowała  jego?  Szczerze  mówiąc,  nie  pamiętał. 
Wiedział tylko, że ledwie upłynęło czterdzieści osiem godzin, a ona już ominęła 
jego linię obrony. Czy niczego się nie nauczył poprzednim razem?

Komandosi pokazali mu, że ciało może znieść bardzo silny ból fizyczny. 

Jednak zdecydowanie nie zgadzał się, aby tego lata Maddy znowu zakradła się 
do jego serca, a potem odeszła jesienią. Tego cierpienia już by nie zniósł.

background image

Rozdział 9

Kiedy  tylko  wróciła  do  bezpiecznego  miejsca  w  obozie,  Maddy  rzuciła 

się, żeby napisać do Christine i Amy.

Temat: Pomocy!
Wiadomość:  Coś  się  dzisiaj  wydarzyło  i  jestem  kompletnie  przerażona. 

Boję się, że znowu zakochuję się w Joem. Tyle że tym razem jest inaczej. Jakimś 
cudem  jeszcze  straszniej.  Nie  jestem  na  to  gotowa.  Nie  jestem  gotowa  na 
zakochanie się w kimkolwiek. A już na pewno nie tak szybko. Jak to zatrzymać?

Amy: Ej, czekaj, wróć! Co się stało?
Maddy:  Joe  mnie  pocałował.  Albo  ja  jego.  Trochę  mi  się  to  zamazało. 

Zabrał mnie dziś do kilku galerii i wszystko szło znakomicie. Mało tego: jedna z 
galerii  przyjęła  moje  prace.  (O  szczegółach  później,  obiecuję.  Będziecie 
zachwycone). Kiedy wróciliśmy do  jego wozu, oboje byliśmy podekscytowani i 
potem nagle się całowaliśmy. I to jak! Nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu tak 
się całowałam. Nawet z nim.

I wtedy nagle się rozłościł. Nie wiem, czy na siebie, czy na mnie. I dał mi 

jasno  do  zrozumienia,  że  nie  zamierza  się  znowu  angażować.  Więc  teraz 
sytuacja jest jeszcze bardziej niezręczna niż wczoraj. Pomocy! Co mam zrobić?

Amy:  Dobra,  więc  po  pierwsze  GRATULACJE  z  powodu  galerii!!!  Nie 

mogę się doczekać szczegółowej opowieści. A teraz wracam do Joego. Czy kiedy 
powiedziałaś, że on nie chce się znowu angażować, sugerowałaś, że ty tak?

Maddy  usiadła  wygodniej  i  wypuściła  głośno  powietrze.  Przypomniała 

sobie  tamtą  chwilę  w  Ore  House,  kiedy  opuścił  tarczę  na  tyle  nisko,  by 
zobaczyła,  jakim  cudownym  człowiekiem  się  stał.  Pod  pewnymi  względami 
nadal był zranionym buntownikiem, ale był też silny, współczujący, ujmujący i 
pełen  entuzjazmu,  nawet  jeśli  starał  się  to  ukryć.  Potem  jednak  natychmiast 
zatrzasnął za sobą wszystkie bramy.

Drżącymi  rękami  napisała  odpowiedź:  Nie  wiem.  Pociąga  mnie  pod 

wieloma  względami.  Zdecydowanie  temu  nie  zaprzeczam.  Gdyby  był  kimś 
obcym, w jednej chwili zaczęłabym się z nim spotykać. Nigel zmarł niemal dwa 
łata temu. Muszę kiedyś znowu zacząć się umawiać, a Joe – ten nowy Joe – to 
naprawdę świetny facet. Ale nie jest obcy i nie chce mieć ze mną nic wspólnego. 
Przeraża mnie myśl, że mamy znowu spotkać się na kolacji. Katastrofa.

Amy: Może do tego czasu trochę się uspokoi i wrócicie do miejsca sprzed 

pocałunku.

Maddy  miała  taką  nadzieję.  Mimo  to  potwornie  się  denerwowała, 

czekając na kolację.

Niestety  wróciła  tego  wieczoru  z  jadalni  jeszcze  bardziej  roztrzęsiona  i 

zmieszana.  Znalazła  e-mail  od  Christine,  która  dopytywała  się  o  szczegóły  w 

background image

związku z galerią. List kończył się słowami: A co do Joego, który wściekł się z 
powodu  pocałunku  –  nawiasem  mówiąc,  całus  musiał  być  bardzo  gorący!  –
może przeraził się tak samo jak ty. I stąd jego gniew. To powszechnie znany fakt, 
że mężczyźni źle sobie radzą ze strachem. O wiele bardziej wolą się wściekać. 
Będzie się tak zachowywał, dopóki się nie uspokoi.

Maddy:  Myślę,  że  możemy  bezpiecznie  stwierdzić,  że  się  uspokoił. 

Całkowicie. Teraz zachowuje się tak, jakby nic się nie stało, i traktuje mnie jak 
pozostałe koordynatorki. Nie wiem, wściekać się czy przyjąć to Z ulgą.

Christine: Cóż, wiem, co ja bym czuła, gdyby mężczyzna pocałował mnie 

tak  gorąco,  a  potem  udawał,  że  nic  się  nie  stało.  Ale  daj  mu  trochę  czasu, 
Maddy. Może wcale nie uspokoił się tak bardzo, jak ci się wydaje.

Mijały  dni,  a  zachowanie  Joego  nie  zmieniało  się.  Był  aż  do  bólu 

uprzejmy,  ale  zachowywał  dystans.  Siódmego  ranka  Maddy  siedziała  podczas 
śniadania na przeciwległym końcu ławki. Od tygodnia jadali wspólne posiłki, a 
jakoś  zawsze  udawało  im  się  siadać  tak  daleko  od  siebie,  jak  tylko  się  dało. 
Mimo  to  za  każdym  razem  robiło  jej  się  gorąco  i  zimno  przez  sam  fakt 
przebywania  z  nim  w  jednym  pomieszczeniu.  Kości  dosłownie  bolały  ją  od 
zakłopotania, żalu i tęsknoty za tym, żeby sytuacja wyglądała inaczej.

Kiedy zdała sobie z tego sprawę, zmarszczyła czoło. Może rozkładała ją 

grypa.  I  to  by  znaczyło,  że  rewolucje  żołądkowe  nie  miały  nic  wspólnego  z 
Joem.

A  może  to  wina  lekko  niedosmażonych  jajek,  które  jedli  co  rano.  W 

ramach  testowania  tej  teorii  szturchnęła  jajecznicę,  a  potem  rozejrzała  się  po 
siedzących przy stole, żeby sprawdzić, czy ktoś jeszcze źle się czuje.

Kiedy tylko zerknęła na Joego, nudności stały się silniejsze. Boże, od lat 

nie  czuła  tych  dziwacznych  mdłości.  Od  czasów  ostatniego  nastoletniego 
zadurzenia,  po  którym  pojawił  się  Joe  i  sprawiał,  że  raz  na  zawsze  przestała 
myśleć o jakichkolwiek chłopcach poza nim. To był potworny, świdrujący ból, 
potrzeba uwagi ze strony tej jednej osoby tak silna, że zamieniała się w fizyczną 
dolegliwość.

Cholera, dlaczego lekarze nie wymyślili na to leku? Na pewno pogada o 

tym z Christine w następnym e-mailu, bez dwóch zdań.

–  Myślę,  że  omówiliśmy  już  wszystko.  –  Joe  stwierdził  spokojnie, 

zerkając  do  notatek,  które  przyniósł  na  śniadanie. Z  pewnością nie  cierpiał  na 
żadne  dolegliwości  z  powodu  jej  bliskości,  co  dokładało  jeszcze  urazę  do 
mieszanki uczuć u Maddy. – Jakieś pytania?

Pozostałe osoby zapewniły go, że nie, podczas gdy ona siedziała milcząca 

i wściekła.

– Wobec tego... – Wstał. Ponad metr osiemdziesiąt umięśnionego faceta. 

– Gdyby ktoś mnie potrzebował, będę w biurze.

Niemal jęknęła. Musiał to ująć w ten sposób? Tak, że od razu pomyślała o 

background image

zupełnie innego rodzaju potrzebie niż te, które miał na myśli?

Zanim  przyjechała  do  Magicznego  Obozu,  przysięgłaby,  że  nie  miała 

bzika  na  punkcie  seksu.  Nie odgrywała  intymnych  scen  w  głowie  częściej niż 
przeciętna,  zdrowa  kobieta.  Ale  odkąd  tu  się  zjawiła,  nieustannie  myślała  o 
seksie.  Tłumaczyła  sobie,  że  to  naturalne,  zważywszy,  od  jak  dawna  nie 
uprawiała seksu. Niemal od czterech lat. Nie,  może nawet od ponad czterech? 
Dobry  Boże,  tak.  A  w  poprzednich  latach  zdarzało się  to  co  najwyżej 
sporadycznie.

Zerknęła w kierunku odchodzącego Joego, patrzyła na jego szerokie plecy 

i bardzo zgrabny tyłeczek. Po latach abstynencji nagłe dzień po dniu widywała 
pana  Męskiego  Komandosa.  Taki  facet  przyciągnąłby  uwagę  każdej  kobiety. 
Nic więc dziwnego, że jej hormony buzowały na całego.

Właśnie! Nie groziło jej to, że się w nim zakochuje. Po prostu brakowało 

jej seksu. Ulżyło jej. Wróciła do posiłku, dochodząc do wniosku, że jednak jajka 
nie przyprawiają jej o mdłości.

– Poszedł już? – Szept Carol rozległ się zaskakująco głośno w jadalni.
– Poczekaj. – Dana wyciągnęła szyję, żeby wyjrzeć przez okno.
– Aha, poszedł.
– Dobra. – Carol machnęła ręką, żeby wszystkie się przysunęły.
–  Przejdźmy  do  rzeczy.  Operacja  pod  hasłem  „Uszczęśliwić  Joego”  nie 

przebiega  zbyt  dobrze.  Najwyraźniej  trzeba  zastosować  bardziej  drastyczne 
metody.

„Co?”. Maddy zamrugała powiekami.
– Zgoda. – Sandy pokiwała głową. – Ale jakie? Starałyśmy się podejść z 

entuzjazmem do nadchodzącego lata i pracowałyśmy ciężko, żeby doprowadzić 
obóz do doskonałego stanu. Joe docenił to, ale nadal chodzi nachmurzony.

Maddy odłożyła widelec.
– Przepraszam, o czym wy mówicie? Moim zdaniem Joe jest zadowolony.
– Na pierwszy rzut oka może tak – odparła Carol. – Ale nie znasz go tak 

dobrze jak my. Zdecydowanie coś go gryzie i stara się to ukryć.

Dana pokiwała głową.
– Musi być jakiś sposób, żeby przestał tęsknić za komandosami i poczuł 

się lepiej, prowadząc obóz.

– Właściwie – odparła Maddy – on lubi prowadzić obóz.
– Tak? – Carol rozpromieniła się.
– Na pewno? – Sandy zmarszczyła brwi.
– Skąd wiesz? – zapytała Dana.
Maddy zawahała się, żałującże nie trzymała buzi na kłódkę.
– Hm, powiedział mi.
– Racja – wtrąciła się Carol. – Pojechałaś z nim parę dni temu do miasta.
–  Co  powiedział?  –  zapytała  Sandy.  Maddy  odchrząknęła.  Marzyła  o 

background image

ucieczce.

– Stwierdził, że kocha pracę z dziećmi i obóz wiele dla niego znaczy.
– Naprawdę? – Sandy odezwała się z nadzieją.
– Ale to nie ma sensu – sprzeciwiła się Dana. – Skoro prowadzenie obozu 

go uszczęśliwia, to dlaczego zachowuje się tak dziwnie?

– Może gryzie się z innego powodu – zasugerowała Sandy. Dana jęknęła.
– Nie mów, że wracamy do tajemniczej kobiety, która złamała mu serce.
Carol zwróciła się do Maddy.
– Mówił coś jeszcze?
–  Hm,  nie  –  odparła  szybko.  –  Nie  bardzo.  W  każdym  razie  o  niczym 

ważnym.

Dana zmrużyła oczy.
– Czemu się czerwienisz?
–  Czerwienię?  –  Maddy  przycisnęła  dłoń  do  policzka.  –  Nie  czerwienię 

się. To... przez kawę. Jest naprawdę gorąca. – Schowała twarz w kubku.

Dana nie wyglądała na przekonaną.
– No dobra, Maddy. – Carol skrzyżowała ręce. – Co jest grane? Dzieje się 

coś, o czym nie wiemy?

– Nie! – Próbowała uśmiechnąć się spokojnie. – Naprawdę.
– A chciałabyś, żeby się działo? – zapytała Dana.
– Dlaczego tak sądzisz? – Policzki zapłonęły jej jeszcze mocniej.
– Bo teraz ty zachowujesz się jeszcze dziwnej niż on.
– Jestem zmęczona. I bardzo zajęta. – Maddy zerknęła na zegarek. – No 

właśnie,  patrzcie,  która  godzina.  Mam  mnóstwo  rzeczy  do  zrobienia.  Nie 
zapominajmy, że dziś przyjeżdżają opiekunki.

Wstała,  złapała  tacę  i  odeszła  od  stołu  tak  szybko,  jak  się  dało.  Za  jej 

plecami  zapadła  cisza.  Gdy  szła  do  drzwi,  czuła  na  plecach  spojrzenia 
koordynatorek.

„O  kurczę”  –  pomyślała,  wychodząc  z  jadalni.  Nie  chciała  spędzić  tego 

lata jako wyrzutek. Wystarczy, że Joe chciał jej wyjazdu.

Na  szczęście  przez  resztę  dnia  panował  potworny  chaos,  bo  zjawiło  się 

stado opiekunek, więc nikt nie miał czasu, aby dalej ją wypytywać.

background image

Rozdział 10

Kiedy wszystko inne zawodzi, uśmiechaj się.

Jak wieść idealne życie

Pierwszy  dzień  obozu  wypełniły  autobusy  pełne  rozkrzyczanych 

dzieciaków.  Maddy  stała  pośrodku  boiska,  podziwiając  ilość  energii  wokół 
siebie.

–  Hej,  Maddy.  –  Carol  podeszła  do  niej  z  notatnikiem  w  ręku  i  z 

gwizdkiem na szyi. – Jak się trzymasz?

– Świetnie. – Doszła do wniosku, że woli właśnie taki obóz: pełen ruchu i 

gwaru. – Do czego mnie potrzebujecie?

–  Chyba  wszystko  mamy  pod  kontrolą.  –  Obok  nich  przebiegła  grupka 

piszczących  dziewczynek.  –  W  pewnym  sensie.  –  Carol  zaśmiała  się  i 
odwróciła,  żeby  odpowiedzieć  na  pytanie  jednej  ze  świeżo  przybyłych 
opiekunek.

Maddy  rozejrzała  się.  Mama  miała  rację,  młodzi  ludzie  sprawiają,  że 

czuje się bardziej żywa. Może lato nie okaże się takie złe, gdy wokół będzie tyle 
dzieci.  A  ponadto  nie  będzie  miała  czasu,  aby  myśleć  o  Joem  i  o  tym,  jak 
subtelnie zmieniło się jego zachowanie zeszłego wieczoru. W czasie powitalnej 
kolacji  dla  opiekunek  zaczął  jej  się  przyglądać.  Może  uznał,  że  Maddy  nie 
zauważy,  skoro  wokół  kręci  się  tyle  osób,  ale  kilka  razy,  gdy  się  odwróciła, 
przyłapała  go  na  tym.  Przyglądał  się  jej  z  takim  skupieniem,  że  niemal 
wyprowadzało ją to z równowagi.

Oczywiście  koordynatorki  też  zauważyły  jego  zachowanie  i  wymieniły 

kilka  znaczących  spojrzeń.  Maddy  zdecydowanie  nie  potrzebowała  takich 
sytuacji.

– Jedzie następny autobus – oznajmiła Carol.
Opiekunka, która z nią rozmawiała, odeszła, żeby powitać dzieci, a Carol 

odwróciła się do Maddy.

–  Ej,  wyświadczyłabyś  mi  przysługę  i  dała  znać  Joemu?  Ostatni  raz 

widziałam go na górze, w Chacie na Płaskowyżu, jak wypędzał borsuka.

– Borsuka?
–  Jeden  taki  postanowił  zamieszkać  w  łazience  i  rano  nieźle  nastraszył 

opiekunki.

– A, to stąd te krzyki o wschodzie słońca.
– Tak. – Carol zaśmiała się. O poranku wrzask rozległ się echem w całym 

kanionie.  –  W  każdym  razie  poszukaj  go  i  daj  znać,  że  dojechały  następne 
dzieci.

Maddy  zmarszczyła  brwi,  bo  rozmowa  z  Joem  znajdowała  się  na  liście 

background image

czynności, których unikała. Poza tym z daleka widać było wielki, żółty autobus.

– Na pewno sam zauważył.
– Tak, ale, hm, pewnie przyda się jego pomoc przy rozpakowywaniu.
To  powiedziawszy,  Carol  szybko  odeszła,  zanim  Maddy  zdążyła 

zobaczyć, że kilka dziarskich opiekunek już zajęło się wyjmowaniem rzeczy z 
bagażników.

„A  niech  to”.  Rozejrzała  się.  Może  znajdzie  kogoś,  na  kogo  zrzuci 

przekazanie  wiadomości.  Ale  tylko  rozkrzyczane  stadko  dziewczynek  pędziło 
prosto na nią niczym chmara rozwrzeszczanych strzyg. Obróciła się... i stanęła 
twarzą w twarz z Joem. Sama pisnęła i odskoczyła.

– Sandy mówiła, że mnie szukasz.
Okulary  przeciwsłoneczne  skrywały  jego  oczy  i  chowały  wyraz  twarzy, 

ale głos nie był ani odrobinę cieplejszy w porównaniu z ostatnimi dniami.

Doszła do wniosku, że ma dość. Oparła ręce na biodrach.
– A co, w ogóle się do mnie odzywasz? Zmarszczył brwi ponad ciemnymi 

okularami.

– To ty mnie szukałaś.
– Nie.
– Ale Sandy powiedziała...
–  Nie  rozmawiałam  z  nią  od  śniadania.  Ale  Carol  prosiła,  żebym  ci 

powiedziała, że przyjechał następny autobus.

Spojrzał ponad jej głową.
– Widzę.
– Pewnie chciała, żebyś był w pobliżu na wypadek, gdyby potrzebna była 

jakaś pomoc przy wypakowywaniu.

– Carol prosiła, żeby mi to powiedzieć?
– Tak.
– I tylko dlatego mnie szukałaś?
– Tak – warknęła poirytowana. – Więc Wyluzuj.
– Wyluzuj? – Jeszcze mocniej zmarszczył brwi.
– Słuchaj, ja tylko...
Desperacko  starała  się  oczyścić  atmosferę  między  nimi.  Nieustanne 

napięcie  ją  zabijało.  Nim  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  Carol  gwizdnęła, 
przypominając Maddy, gdzie się znajduje. Rozejrzała się i aż się zaśmiała.

– Nieważne. To nie miejsce ani czas.
– Na co? – zapytał spokojnie.
Zmrużyła oczy, próbując dojrzeć coś poza jego okularami. Jego ciało było 

sztywne, jakby stał na baczność. Machnęła bezradnie ręką.

– Nieważne. Przepraszam, ale mam robotę. – Odwróciła się, żeby odejść, 

i mruknęła pod nosem: – I pomyśleć, że to był taki miły dzień.

– Maddy! – zawołał za nią.

background image

Odwróciła się i poczekała bez śladu cierpliwości.
– Co?
Mięśnie  szczęk  zadrżały  mu,  jakby  przeżuwał  słowa.  Kiedy  już  prawie 

miała ochotę krzyknąć, skinął głową i powiedział:

– Ładne buty.
–  Słucham?  –  skrzywiła  się  zaskoczona,  ale  on  już  się  odwrócił  i 

odmaszerował.

„Ładne  buty?!”.  Spojrzała  na  trampki  Keds,  które  założyła  do  szortów 

khaki  i  zielonej,  golfowej  koszulki,  stroju  obowiązującego  koordynatorki. 
Kupiła te buty przed wyjazdem z Austin z myślą o obozie. W ostatniej jednak 
chwili doszła do wniosku, że nie może nosić zwykłych, białych trampek, więc 
pomalowała je farbą do materiału, tworząc cały ogród barwnych kwiatów. Jasne, 
że  wyglądały wspaniale, ale po tylu dniach ignorowania jej  tylko tyle  miał do 
powiedzenia? Ładne buty?

Zmrużyła oczy, patrząc na jego plecy. Dobra, więc co tak naprawdę chciał 

powiedzieć? „Pakuj walizki, wylatujesz z roboty”? Albo „Mnie też jest ciężko, 
możemy porozmawiać”?

Przez  resztę  dnia  nadzieja  mieszała  się  w  niej  z  przerażeniem.  Ten  ich 

taniec  musiał  się  wreszcie  skończyć.  Może  następnym  razem,  kiedy  do  niej 
podejdzie, spróbuje na niego nie warczeć. Jeżeli podejdzie. W przeciwnym razie 
będzie musiała zebrać się na odwagę i sama go zagadnąć.

I co mu wtedy powie? „Zostańmy przyjaciółmi”? „Bądźmy kochankami”? 

Albo po prostu „przestańmy wzajemnie się ignorować”?

Joe  pakował  się  w  kłopoty.  Czuł  to  przy  każdym  kroku,  gdy  trzeciego 

dnia  obozu  szedł  do  Warsztatu,  żeby  przekazać  Maddy  wiadomość.  Mógł  po 
prostu  poprosić  o  to  Carol,  a  on  co?  Nie  poprosił.  Wbrew  instynktowi 
samozachowawczemu  sam  ruszył  ścieżką  prosto  do  kobiety,  którą  desperacko 
próbował wyrzucić z myśli i serca.

Problem polegał  na tym, że w jego  głowie zalęgła się pewna pokręcona 

myśl. I tak będzie cierpiał, niezależnie od tego, co się stanie. To przypominało 
postrzał  w  Kabulu.  Czas  zwolnił.  Joe  dosłownie  widział,  jak  kula  leci,  i 
wiedział, że to zaboli jak diabli.  Ale rozumiał  też,  że nie może już nic zrobić, 
tylko zacisnąć zęby i czekać na uderzenie.

Najwyraźniej Maddy była kolejną kulą, przed którą nie mógł się uchylić.
Dlatego w ciągu ostatnich dni postanowił, że jeśli ma oberwać, to może 

przynajmniej  nacieszyć  się  jej  obecnością,  czekając  na  ból.  Zakładał,  że  jest 
zainteresowana,  o  co  jak  idiota  chciał  zapytać  tamtego  dnia,  gdy  przyjechały 
dzieciaki.  Na  szczęście  w  ostatniej  chwili  stchórzył.  Atmosfera  między  nimi 
musiała się oczyścić, nim on wypali, że zmienił zdanie i chce się zaangażować –
a chciał tak bardzo, że tęsknił za nią dniami i nocami.

background image

Niezależnie od tego, jak bardzo się starał, nie potrafił przestać jej pragnąć.
Doszedł  do  końca  ścieżki  i  usłyszał  śmiech  dzieci.  Zwykle  ten  dźwięk 

rozluźniał go, dziś jednak żołądek nadal mu się zaciskał.

Wszystkie okiennice podniesiono, dzięki czemu do klasy wpadała górska 

bryza.  Skupił  się  na  Maddy,  która  kręciła  się  po  sali.  Miała  na  sobie 
obowiązujące  na  obozie  spodenki  khaki,  ale  zamiast  zielonej  koszulki  z  logo 
włożyła  wymazaną  farbą  męską  koszulę  zawiązaną  w  tali.  Tyle,  jeśli  idzie  o 
noszenie przez nią wymaganego stroju, pomyślał z krzywym uśmieszkiem.

Po  chwili  zauważył  też  jedną  z  opiekunek  i  kilkanaście  dziewczynek. 

Dzieciaki  wyglądały  sympatycznie  –  wszystkie  w  białych  obozowych 
koszulkach,  połowa  w  czerwonych  spodenkach  Lisów,  a  druga  w  niebieskich 
Rysiów.  Większość  siedziała  albo  klęczała  na  krzesłach  i  pilnie  przyklejała 
makaron oraz guziki do kawałków papieru. Dwie dziewczynki, które pamiętał z 
poprzedniego roku, ganiały się po sali.

– Amanda! Kaylee! – zawołała Maddy spokojnym, chociaż podniesionym 

głosem.  –  Bez  biegania!  Jeśli  skończyłyście  obrazki,  możecie  pobawić  się 
zabawkami w kącie.

–  Proszę  pani!  –  pisnęła  inna  dziewczynka,  której  nie  rozpoznał,  w 

rejestrach  tak  wysokich,  że  ledwie  słyszalnych  dla  ludzkiego  ucha. –  Rachel 
podarła mój obrazek!

– Rachel, nie, nie, kochanie.
Maddy pospieszyła do dwóch dziewczynek, które zaczęły wyrywać sobie 

kawałek pogniecionego papieru.

– Nie wolno drzeć cudzej pracy.
– Ale on nabazgrała coś na mojej! – poskarżyła się Rachel.
–  Dobrze,  już  dobrze.  –  Maddy  zdołała  rozdzielić  dzieci  zadziwiająco 

sprawnie. Jednak gdy podszedł bliżej drzwi, zauważył, że mimo uśmiechu jest 
zmęczona. – Proszę, czyste kartki dla was obu.

W  dole  obozu  rozbrzmiał  dzwon  oznaczający  koniec  zajęć  po 

leżakowaniu.  Sala  wybuchnęła  głosami  dzieci,  które  albo  skoczyły  na  równe 
nogi, albo pracowały w pośpiechu, żeby skończyć obrazki.

– Czekajcie! – Maddy przekrzyczała hałas. – Niech każda podpisze swój 

obrazek przed oddaniem.

Joe patrzył, jak Maddy i opiekunka ustawiają dzieci w linii przy drzwiach.
– Cześć, Joe! – Amanda pomachała do niego.
Słysząc  jego  imię,  Maddy  natychmiast  się  obróciła.  Ich  spojrzenia 

spotkały się. Policzki jej się zaczerwieniły jak często, gdy na niego patrzyła. Już 
się nie złościła, co Joe uznał za dobry znak.

Głośny pisk rozciął powietrze. Odwróciła się z powrotem do wiercących 

się i chichoczących dziewczynek.

–  Dobrze  już,  ćśśś.  –  Położyła  palce  na  ustach.  Kompletnie  ją 

background image

zignorowano. – Ciszej, proszę. Cisza.

–  Słuchajcie  –  rozkazał.  Natychmiast  zapadła  cisza.  –  Tak  lepiej. 

Dziewczynki, nie sprawiłyście Maddy żadnego kłopotu, prawda?

– Nie, proszę pana – zapewnił go zgodny chórek.
– Dobrze – skinął szorstko głową.
Maddy przygarbiła się i rzuciła mu pełne wdzięczności spojrzenie. Potem 

zwróciła się do dzieci:

–  Wszystkie  byłyście  dzisiaj  bardzo  grzeczne.  Jestem  z  was  dumna.  A 

teraz idźcie za Susan na boisko i przygotujcie się do wyścigów w workach.

– Hura!
Dziewczynki  z  Susan  na  czele  w  podskokach  minęły  Joego,  śpiewając: 

„A ten staruszek zagrał raz, zagrał kawałek na nosie.

Kaylee  zatrzymała  się  gwałtownie  przed  Joem  i  położyła  ręce  na 

biodrach. Złote loki zatrzęsły się wokół jej pyzatej buzi.

– Zgadnij co?
– Co?
– Wypadł mi ząb.
Rozchyliła usta, żeby mógł podziwiać dziurę po jedynce.
–  Aha.  –  Przyjrzał  się  ze  stosowną  powagą  wobec  tak  szczęśliwego 

wydarzenia. – Nie da się ukryć.

Zmarszczyła brwi.
– Myślisz, że wróżka Zębuszka mnie tu znajdzie?
– Gwarantuję.
– To szamo powiedziała Maddy.
Zerknął  na  Maddy,  która  mu  się  przyglądała.  Jej  czułe  spojrzenie 

sprawiło, że jeszcze bardziej zacisnęło mu się serce. Zerknął znowu na Kaylee i 
zmierzwił jej włosy.

– Ma rację. A teraz może wygracie z Amandą wyścig w workach?
– Dobra!
Dziewczynka popędziła, żeby dogonić resztę.
– Kaylee! – Maddy stanęła w progu tak blisko, że Joe czuł świeży zapach 

jej włosów. – Nie biegnij ścieżką! Poślizgniesz się i upadniesz!

Dziewczynka  przeskoczyła  przez  niewielki  głaz  jak  zawodnik  w  biegu 

sztafetowym i zniknęła za zakrętem w pełnym pędzie. Maddy z westchnieniem 
odwróciła się i opadła obok futryny. Patrzyła przez chwilę na Joego, nie kryjąc 
ostrożności teraz, gdy już byli sami.

– To dziecko mnie wykończy.
–  A  jak  myślisz,  dlaczego  potrzebowaliśmy  nowej  koordynatorki 

plastyki?

Maddy przechyliła głowę.
– Ostatnią Kaylee i Amanda związały i wykorzystały jako cel?

background image

– Skąd. To robią tylko z instruktorką od łucznictwa. Uśmiechnęła się.
– Więc co się stało z koordynatorką?
–  Nie jesteśmy pewni.  –  Starał się zachować powagę. –  Nadal szukamy 

ciała.

Roześmiała się, dając mu nadzieję. Jakim był idiotą przez ostatnich kilka 

dni, że trzymał ją na dystans. Chwila przeciągała się i nagle zdali sobie sprawę, 
jak blisko siebie stoją.

Maddy poruszyła się niespokojnie.
– Świetnie radzisz sobie z dziećmi. Szkoda, że nie mam twojego talentu.
– Na moje oko masz własny.
– Ledwie widoczny. – W jej westchnieniu słychać było wyczerpanie. – A 

to jeszcze nie koniec dnia. Gdy tylko tu posprzątam, muszę iść pomóc Sandy z 
wyścigami w workach.

Wyglądała na lekko przytłoczoną, gdy rozejrzała się po pokoju.
– Właśnie dlatego tu jestem.
– Tak?
–  Sandy  prosiła  mnie,  żebym  ci  powiedział,  że  ma  już  pomoc  przy 

wyścigach. Więc najwyraźniej masz wolne do kolacji.

– Żartujesz!
– Nie.
–  Bogu  dzięki.  –  Jeszcze  bardziej  zgarbiła  się  przy  framudze.  –  Jest 

szansa,  że jednak przetrwam. Może nawet znajdę trochę czasu, żeby skończyć 
następne pastele.

– Tak? Skończyłaś już coś?
–  Tak,  kilka  rzeczy.  Przygotowałam  parę  rysunków  i  nie  mogę  się 

doczekać, kiedy pokażę je Sylvii.

– Dobrze słyszeć.
To  był  świetny  tekst  na  początek,  zdał  sobie  sprawę.  Teraz  musiał  to 

pociągnąć. Tyle że nic nie przychodziło mu do głowy.

– Cóż. – Wyprostowała się. – Chyba posprzątam tutaj, a potem pójdę na 

górę i chwilę popracuję.

Zostawiła go w drzwiach. Zerknął na ścieżkę, którą przyszedł. Wiedział, 

że może po prostu wyjść i zostawić sprawy tak, jak się mają teraz; sytuacja była 
sztuczna, ale bezpieczna.

Wziął głęboki wdech i odwrócił się do Maddy.
– Chciałbym je zobaczyć, – Hm? – Podniosła głowę znad krzeseł, które 

odstawiała na miejsce.

– Te pastele. Chciałbym je obejrzeć.
–  Och.  –  Milion  emocji  przepłynęło  przez  jej  twarz  od  zakłopotania  po 

nieufność.  Czy  szukała  sposobu,  żeby  mu  odmówić?  –  Są  w  moim  pokoju  –
powiedziała w końcu. – Chcesz... zajrzeć do mnie?

background image

–  Chętnie  –  odparł  powoli,  a  serce  biło  mu  jak  szalone.  –  Pomogę  ci 

posprzątać.

– To miłe. – Uśmiech rozkwitł na jej twarzy, rozświetlił oczy i sprawił, że 

wszystko w Joem zmiękło. – Dzięki.

Aha, zdecydowanie szukał guza.

background image

Rozdział 11

Jeden krok może okazać się początkiem podróży.

Jak wieść idealne życie

Mięśnie drżały jej pod kolanami, gdy szła pierwsza schodami na górę.
–  Nie  mogę  obiecać,  że  w  pokoju  jest  porządek.  Siedziałam  do  późna  i 

pracowałam, a rano po prostu wypełzłam z łóżka.

– Obiecuję nie zgłosić cię do raportu za niechlujstwo.
– Nie jest aż tak źle.
Zaśmiała  się  nieco  chrapliwie,  gdy  zatrzymała  się  przy  drzwiach. 

Spojrzała na niego, kiedy dołączył do niej na półpiętrze. Próbowała ocenić jego 
nastrój. Był na tyle wysoki, że zasłonił całe słońce i jego twarz ginęła w cieniu. 
Co  on  tu  robił?  Nie  wyglądał  na  rozgniewanego,  ale  też  nie  cieszył  się 
szczególnie ze swojej obecności w Warsztacie.

– Wchodzimy? – zapytał.
Uniósł ciemną brew ponad zasłaniające oczy okulary.
– Oczywiście.
Otworzyła  drzwi,  zajrzała  do  środka,  a  potem  popędziła  przodem,  żeby 

rzucić  kołdrę  z  powrotem  na  miejsce,  zebrać  z  podłogi  wczorajsze  ubrania, 
zerwać  z  oparcia  wielkiego  fotela  kwiecisty  stanik.  Przynajmniej  kuchenna 
część  była  czysta,  pomyślała,  spiesząc  do  szafy  przy  drzwiach  i  wrzucając 
rzeczy do środka.

– Proszę. – Oparła się o drzwi. – Nie jest aż tak źle.
– Rzeczywiście.
Wszedł  do  mieszkania,  wypełniając  maleńką  przestrzeń  barczystą 

sylwetką.  Zdjął  okulary,  a  ona  obserwowała,  jak  przygląda  się  wystrojowi 
wnętrza.  Ponieważ  rzadko  miała  wolne,  kupiła  wszystko  w  czasie  jednych, 
szalonych zakupów – materiał w wyrazistych, czystych kolorach na łóżko, fotel, 
obrus  i  maty.  Na  ścianach  powiesiła  kilka  obrazów  olejnych,  które  miała 
nadzieję umieścić w galerii: radosne sceny ogrodowe w żywych barwach.

– Te są dobre – powiedział, przyglądając się obrazom.
– To starsze rzeczy.
– Tak zakładałem. – Rozejrzał się znowu. – A gdzie są nowe?
– Przyniosę.
Wzięła  wielką,  czarną  teczkę,  która  stała  oparta  o  ścianę,  a  potem 

rozejrzała  się  za  powierzchnią  na  tyle  dużą,  aby  położyć  rysunki.  Nie  mając 
wyboru, minęła Joego i rozłożyła teczkę na łóżku.

Stanął za Maddy i patrzył jej przez ramię. Nerwowe drżenie zmieniło się 

w  igiełki,  gdy  był  tak  blisko.  Jego  zapach  wypełnił  jej  nozdrza:  pełna  życia 

background image

mieszanka aromatu mydła i świeżego powietrza.

Wyciągnął ręce i obracał rysunki jak strony w gigantycznej książce.
– Maddy, są rewelacyjne.
Zatrzymał  się  przy  jednym  z  żywszych  obrazków,  który  przedstawiał 

widok z jej balkonu na kanion o wschodzie słońca. Ogniste niebo jaśniało ponad 
chłodnymi zieleniami i błękitami ziemi.

– Zwłaszcza ten.
Poczuła rozpierającą ją dumę.
– Naprawdę tak uważasz?
– Zdecydowanie.
Pochylił  się  nieco  mocniej;  jego  tors  otarł  się  o  jej  ramię.  Zerknęła  na 

niego i zorientowała się, że patrzy na jej podpis.

– Tylko „Madeline”. Bez nazwiska? Roześmiała się.
–  W  okresie,  kiedy  ostro  romansowałam  z  feminizmem,  doszłam  do 

wniosku, że nazwiska to stempel własności mężczyzn. Panieńskie to nazwisko 
ojca, a po ślubie kobieta nosi nazwisko męża. Tylko imię tak naprawdę do niej 
należy.  A  ponieważ  moja  sztuka  należy  wyłącznie  do  mnie  i  nikogo  innego, 
pasuje do niej samo imię.

– Jest w tym logika.
Dalej  kartkował  pejzaże,  zbliżenia  polnych  kwiatów,  studia  chmur  w 

różnym świetle od jasnej bieli po krwistą czerwień.

– Widzę, że będę jednak potrzebował więcej miejsca na ścianach.
– Nie musisz.
– Ale chcę – powiedział to z takim przekonaniem, że się zdenerwowała.
Przeniosła  spojrzenie  na  grę  mięśni  jego  przedramion;  podziwiała  siłę 

jego  dłoni.  Jej  myśli  pobiegły  własną  ścieżką  –  co  ostatnio  zdarzało  im  się 
zdecydowanie zbyt często – ku fantazjom o jego dłoniach na jej ciele, o leżeniu 
nago pod nim, o przyciskającym ją ciężarze jego ciała. Nie ma wątpliwości, to 
zdecydowanie  deprawacja  seksualna.  To  znaczy  deprywacja.  Miała  na  myśli 
brak seksu!

Przycisnęła rękę do czoła i zauważyła, że zaczęła się pocić.
– Coś nie tak?
– Co? – Zdjęła szybko rękę, gdy zdała sobie sprawę, że Joe patrzy na nią 

zamiast na jej prace.

– Pytałem, kiedy zamierzasz zawieźć to do galerii i pokazać Sylvii.
– Och. – „Myśl, Maddy, myśl. O czymś innym niż jego ciało”. – Kiedy 

tylko będę mogła jechać do miasta.

–  Powiedz  mi,  jak  będziesz  gotowa,  to  powiem  Mamie,  żeby  wzięła  za 

ciebie zajęcia po leżakowaniu. Będziesz miała pół dnia wolnego.

– Serio? Dzięki. Byłoby super.
Kazała  sobie  w  myślach  odsunąć  się,  ale  dalej  stała,  gapiła  się  w  jego 

background image

ciemno-czekoladowe  oczy,  przypominała  sobie  pocałunek  w  wozie  i 
zastanawiała się, jak bardzo byłby zszokowany, gdyby poprosiła, aby pocałował 
ją  raz  jeszcze,  i  niech  się  wszystko  wali.  Mogłaby  go  zapewnić,  że  to  nic  nie 
znaczy, przecież jasno dał do zrozumienia, iż nie chce się znowu angażować. Po 
prostu  rozpaczliwie  chciała  poczuć  jego  usta  na  swoich,  poczuć,  jak  jego 
ramiona  mocno  ją  obejmują,  poczuć  jego  ciało  całą  długością  własnego...  od 
ramion aż po łydki.

„Jezu, Maddy, weź się w garść”.
– Więc... – Odwrócił wzrok i rozejrzał się nieporadnie. – Chyba będę się 

już zbierał, skoro chcesz się wziąć do pracy. – Pod koniec zdania intonacja nieco 
się wznosiła, jakby to było raczej pytanie niż stwierdzenie.

Oczekiwał zaproszenia, żeby został?
– Właściwie... – zawahała się.
A jeśli źle go zrozumiała? Ale kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Wzięła 

wdech i rzuciła szybko:

–  Dobrze  by  mi  zrobiła  chwila  przerwy.  Przy  zajęciach  z  dziećmi  i 

nocnym rysowaniu niewiele miałam czasu na odpoczynek. Może miałbyś ochotę 
posiedzieć chwilę na balkonie? Otworzyłabym butelkę wina bezalkoholowego.

– Wina bezalkoholowego?
W jego oczach pojawiało się rozbawienie.
– No tak, w kontrakcie napisano, że nie wolno nam pić żadnego alkoholu

w czasie trwania obozu, a ile można pochłonąć kawy, mrożonej herbaty i coli, 
więc  pomyślałam...  Nieważne.  Bredzę.  –  Zaśmiała  się  z  zażenowaniem.  –  Na 
pewno jesteś zajęty...

– Z przyjemnością napiję się wina.
– Tak? – Wyprostowała się zaskoczona. – Ach. Dobrze więc. Usiądź na 

balkonie, a ja zaraz je przyniosę.

– Pomóc ci?
–  Nie,  nie.  –  Potrzebowała  tylko  chwili,  żeby  wziąć  się  w  garść.  –

Przyniosę wino. A ty idź... – Machnęła rękoma. – Usiądź.

–  Tak  jest,  proszę  pani.  –  Wykrzywił  usta  w  leciutkim  uśmiechu, 

wykonując jej polecenie.

Powachlowała  się  dla  ochłody,  odłożyła  teczkę  z  pracami,  a  potem 

podeszła  do  szafki  i  przez  chwilę  mocowała  się  z  korkiem.  Nalała  wina  do 
dwóch  plastikowych  kubeczków,  powachlowała  jeszcze  policzki  i  ruszyła  do 
Joego  na  balkon.  Stał  przy  barierce  i  spoglądał  na  obóz.  Jakby  wyczuł  jej 
obecność,  odwrócił  się  i  uśmiechnął;  to  był  jeden  z  tych  jego  powolnych, 
roztapiających uśmiechów, który sprawiał, że się rozpływała w zachwycie.

Podenerwowana podeszła, podając mu jeden z kubków.
– Proszę.
– Dzięki.

background image

Ich  palce  zetknęły  się,  gdy  brał  kubek,  i  Maddy  miała  wrażenie,  jakby 

przeszył ją prąd. Spojrzał na kubek, a potem na nią.

–  Przeszliśmy  daleką  drogę  od  picia  mocnego  alkoholu,  gdy  byliśmy 

nieletni, do zgodnego z regulaminem wyrafinowanego soku z winogron.

– To  część dorastania  –  roześmiała  się – ale  to  rzeczywiście wydaje  się 

dziwne.

– Mam wrażenie, że powinniśmy wznieść toast.
Chciała powiedzieć „za nowy początek”. „Za zaczynanie od nowa”. „Za 

drugą szansę”. Ale słowa ugrzęzły jej w gardle. Czy Joe po prostu odnawiał ich 
rozejm, czy to było coś więcej? Czy była gotowa na coś więcej? Zwykłe randki, 
czemu nie, Ale w tej sytuacji nic nie wyglądało zwyczajnie.

– Wiem – powiedział w końcu. – Za twoją karierę artystyczną.
– Och nie, bo zapeszysz!
– Co? – Zmarszczył brwi.
– Taki toast bez mnóstwa drewna wokół, żeby odpukać, to kuszenie losu. 

A  jeszcze  wznoszenie  go  winem  bezalkoholowym  w  plastikowych  kubkach? 
Nie.

– No dobrze. – Wzniósł kubek. – Za nic.
– Nie. Za wszystko. – Stuknęła się z nim kubeczkiem.
– Jeszcze lepiej. – Upił łyk, a potem zadziwiony spojrzał na wino. – Mm, 

całkiem dobre.

– Dla mnie to też niespodzianka. – Rozkoszowała się delikatną mieszanką 

przydymionych, owocowych aromatów na języku.

– Widzisz, trzeba było mi pozwolić wnieść toast za twoją karierę.
– Jak już jakąś rozpocznę, to ci pozwolę.
Podeszli  do  krzesełek,  które  stały  przy  małym stoliku.  Położyła  na  nich 

zielone  poduszeczki,  żeby  wygodniej  się  siedziało,  a  w  doniczkach  posadziła 
nowe kwiaty.

– Więc – zaczęła – jak to się stało, że tak dobrze radzisz sobie z dziećmi?
– Bywałem w domu na przepustkach dość często, żeby przez lata nauczyć 

się radzić sobie z tymi małymi potworami.

Uśmiechnęła  się,  myśląc  o  ognisku  pierwszego  wieczoru.  Siedziała 

naprzeciwko Joego i patrzyła zafascynowana na dziewczynki wspinające mu się 
po plecach, jakby to był ich prywatny plac zabaw.

– Widać, że cię uwielbiają.
– Wzajemnie – uśmiechnął się jednym kącikiem ust. – Zazwyczaj.
– Zazwyczaj?
–  Na  początku,  kiedy  Mama  kupiła  obóz,  za  każdym  przyjazdem  tutaj 

przeżywałem  kulturowy  szok.  –  Wyciągnął  długie  nogi.  Krzesło  zaskrzypiało 
pod  jego  ciężarem.  –  Spróbuj  przyzwyczaić  się  po  życiu  w  czysto  męskiej 
drużynie  komandosów  do  obozu  pełnego  kobiet,  które  cały  czas  gawędzą, 

background image

wybuchają płaczem albo krzyczą. A właściwie dlaczego dziewczynki to robią?

– Co? Płaczą?
–  Nie,  krzyczą.  Jezu.  –  Włożył  palec  do  ucha  i  pokręcił.  –  Myślę,  że 

przestałem słyszeć wysokie tony. To właściwie może być błogosławieństwo.

Zaśmiała się.
– Nie mam pojęcia, dlaczego to robią. Pewnie z tego samego powodu, dla 

którego mali chłopcy się biją. Za dużo energii w tych małych ciałach, żeby to 
pomieścić, i gdzieś to musi znaleźć ujście.

– Przynajmniej bić można się po cichu.
– To zależy, kto obrywa.
Przyjrzał jej się, a potem odwrócił wzrok.
– Hm, zakładam, że nigdy nie miałaś dzieci?
– Nie.
Jej uśmiech przygasł.
– Chciałaś?
Zawahała się. Nie bardzo wiedziała, ile chce opowiedzieć Joemu o życiu 

z Nigelem. Ale z drugiej strony nie było powodu, aby o tym nie rozmawiać.

–  Bardzo  chcieliśmy  mieć  dzieci  i  staraliśmy  się  ponad  rok.  Potem 

poszliśmy się zbadać. Wtedy odkryli, że Nigel ma raka.

– Och.
Na  jego  twarzy  pojawiła  się  zwykła  ciekawość.  Ludzie  chcą  zapytać  o 

tyle rzeczy w związku z rakiem, ale nie pytają, by nie okazać się niedelikatnymi.

–  To  był  rak  jąder  –  odpowiedziała  na  niezadane  pytanie.  –  Bardzo 

zaawansowany. W pośpiechu, żeby zacząć Nigela leczyć, pominęliśmy kwestię 
bezpłodności. Nigdy tak naprawdę nie sprawdziliśmy, jakie mamy możliwości, 
aż w końcu było za późno.

Joe poprawił się na krześle.
– Zdecydowałabyś się, no wiesz... na takie rozwiązanie? Skryła uśmiech. 

Wielu  mężczyzn  czuje  się  niezręcznie,  gdy  wypływał  temat  zamrażania 
nasienia.

–  Nie  wiem.  Może  gdyby  remisja  choć  raz  potrwała  dość  długo.  Póki 

chorował, nie miałam dość sił, żeby zajmować się jeszcze dzieckiem. To byłoby 
nie  w  porządku  powoływać  nowe  życie,  kiedy  nie  mieliśmy  ani  czasu,  ani 
energii, aby się nim opiekować.

–  To  prawda  –  odparł  zwyczajnie,  ale  w  jego  słowach  wyczuwało  się 

ciężar osobistego doświadczenia.

Sączyła  wino  i  szukała  sposobu,  żeby  wrócić  do  trochę  weselszych 

tematów  –  A  ty?  Zakładam,  że  nigdy  się  nie  ożeniłeś?  Nadal  chcesz  mieć 
dzieci?

–  Na  pierwsze  pytanie  odpowiedź  brzmi  „prawie”,  a  na  drugie 

„zdecydowanie” i stąd to „prawie”.

background image

– Dobra, za tym musi się kryć jakaś historia.
Zignorowała lekkie kłucie zazdrości, gdy usłyszała, że prawie się ożenił.
– To przez Rybę.
– Rybę?
– Majora Thomasa Jenkinsa. – Uśmiechnął się. – Mojego dowódcy. Miał 

dziecko.

– Boże. – Zamrugała. – To musiał być wyczyn. Wiem, że wy komandosi 

potraficie robić niesamowite rzeczy, ale żeby rodzić dzieci? I nawet nie pisali o 
tym w gazetach?

– Mądrala – drażnił się z nią. – Jego żona miała dziecko. Dziewczynkę. 

Powinnaś  była  zobaczyć  Rybę.  Totalnie  się  rozklejał.  Wszędzie  nosił  ze  sobą 
zdjęcia  i  to  takie,  których  naprawdę  wolelibyśmy  nie  oglądać.  –  Skrzywił  się 
tak, że zrozumiała, że były to zdjęcia z porodu.

– Mężczyźni to mięczaki.
–  Fakt  –  przyznał  się.  –  Ale  on  kompletnie  zwariował  na  punkcie  tego 

dzieciaka. I przypomniałem sobie, jak bardzo sam chciałem mieć dzieci.

Maddy  też  sobie  przypomniała.  Kiedy  był  nastolatkiem,  jego  zdania 

często zaczynały się od słów. „Jak będę miał dziecko...”. Reszta zdania mogła 
brzmieć dowolnie, począwszy od tego, że dziecko wiedziałoby, iż jest chciane, 
skończywszy na tym, że nie uszedłby mu płazem taki sam numer, jaki wykręcił 
któryś  z  ich  przygłupich  znajomych.  Serce  aż  ją  bolało  na  myśl  o  dziecku 
obdarzonym miłością, którą Joe tak bardzo chciał mu dać.

– W każdym razie spotykałem się wtedy z kobietą i zacząłem myśleć, że 

jeśli  mam  mieć  kiedyś  dziecko,  to  muszę  się  ożenić.  Złapałem  się  na  tym,  że 
patrzę na Janice i próbuję wyobrazić ją sobie jako matkę.

– Domyślam się, że kiepsko to wypadło.
–  Gorzej.  –  Parsknął  śmiechem.  –  Janice  była  bystra,  ambitna  i 

przezabawna. Ale uwielbiała balować tak samo  mocno jak pracować, a uwierz 
mi, kariera całkowicie ją pochłaniała.

– Czym się zajmowała?
–  Kupowała  kolekcje  do  domów  towarowych,  maniaczka  na  punkcie 

ciuchów. Polubiłabyś ją.

– Wątpię – Maddy mruknęła do kubka.
– Och, zapomniałem. Ty lubisz te sklepy z używaną odzieżą.
– Butiki retro.
– Janice wolała nowojorski szyk.
Nie z tego powodu Maddy miała ochotę wyrwać jej wszystkie włosy, ale 

postanowiła to przemilczeć.

– Więc co się stało?
–  Miałem  dość  rozumu,  żeby  zdać  sobie  sprawę,  że  byłaby  koszmarną 

matką, a na tyle zależało mi na dobrym domu dla dzieci, by nie popełnić błędu. 

background image

Jak powiedziałaś: to draństwo, żeby spłodzić dziecko, a potem je ignorować. To 
zbyt wielka odpowiedzialność, nie można niczego lekceważyć.

– Zgadzam się.
Zapadła cisza i trwała dość długo, aby zrobiło się niezręcznie. Joe spojrzał 

na dolinę.

– Naprawdę lubię ten widok.
– Ja też.
Maddy  także  się  odwróciła,  ale  wszystkie  jej  zmysły  skupiały  się  na 

mężczyźnie obok. Siedział tak blisko, na wyciągnięcie ręki.

–  Kiedy  zrozumiałem,  że  zamieszkam  tu  na  stałe,  prawie  wziąłem  ten 

domek dla siebie.

– A dlaczego zrezygnowałeś?
– Wydawało się to bardziej praktyczne, abym wprowadził się do pokojów 

za biurem.

– Spisz w biurze?
– Nie wiedziałaś?
– Myślałam, że wprowadziłeś się do Mamy.
– Nie, dom właściciela obozu jest naprawdę mały. Uwielbiam Mamę, ale 

lubię mieć odrobinę prywatności.

„Odrobinę  prywatności  do  czego?”.  Przypomniała  sobie,  co  pomyślała 

pierwszego dnia pracy – że Joe ma do  wyboru cały obóz chętnych opiekunek. 
Zerknęła na niego z ukosa i zauważyła, że jej się przygląda.

– Co?
Usta mu zadrżały.
– Wiesz, jak łatwo, patrząc na ciebie, odgadnąć, o czym myślisz?
– O niczym nie myślałam.  – Zaczerwieniła się. Pochylił się do przodu i 

oparł przedramiona na udach.

–  Odpowiedź  na  pytanie,  którego  nie  pomyślałaś,  brzmi  „nie”.  Nie 

urządzam w biurze dzikich orgii z opiekunkami. To dzieci, Maddy. – Spojrzał 
jej prosto w oczy. – Wolę trochę dojrzalsze kobiety.

Jej oddech stał się płytszy. Czy mówił jej, że chce się z nią przespać?
– Niektóre z nich są starsze niż my, kiedy zaczęliśmy się spotykać.
Zmarszczył brwi.
– Boże, naprawdę byliśmy kiedyś aż tak młodzi?
–  Byliśmy.  Co  tylko  potwierdza  moje  zdanie,  że  byłam  wtedy  zbyt 

niedojrzała, aby wyjść za mąż. Spanikowałam i popełniłam błąd.

– Myślałem, że powiedziałaś, że za nic nie oddałabyś tych lat z Nigelem. 

–  W  jego  głosie  pojawiła  się  gorzka  nuta.  –  Ale  z  drugiej  strony,  no  tak, 
kochałaś go.

–  Chcesz  powiedzieć,  że  ciebie  nie  kochałam?  Odwrócił  wzrok,  nie 

odpowiadając.

background image

Siedziała,  ściskając  kubek  i  próbując  rozgryźć  Joego.  W  jednej  chwili 

praktycznie ją podrywał, a w drugiej znowu się złościł z powodu rozstania. Skąd 
miała  wiedzieć,  jak  się  zachować  albo  co  powiedzieć,  kiedy  posyłał  jej  tak 
niespójne sygnały?

– Muszę dolać sobie wina.
Wstała  i  weszła  szybko  do  mieszkania.  W  kuchni  złapała  się  obiema 

rękami  blatu  i  pochyliła.  Strach,  zmieszanie  i  szaleńcza  nadzieja,  która  nie 
chciała umrzeć, sprawiły, że cała się trzęsła.

Cichy  dźwięk  powiedział  jej,  że  Joe  przyszedł  za  nią.  Odwróciła  się  i 

spojrzała  na  niego.  Chciała  go  bardziej  niż  kiedykolwiek  wcześniej.  Pragnęła 
tego  cudownego,  troskliwego,  czułego,  a  jednak  zranionego mężczyzny,  który 
przed  nią  stał.  Chciała  go  kochać,  uleczyć  i  samej  dać  się  uleczyć  w  jego 
ramionach.

– Co tu robisz, Joe? Co się między nami dzieje? Czego ode mnie chcesz?
Podszedł do niej  bez słowa, postawił kubek obok jej kubeczka i  ujął jej 

głowę w obie ręce. Przez chwilę po prostu patrzył jej w oczy. Dość długo, aby 
zniknęły wszelkie bariery. Dość długo, żeby ujrzała głód, który ukrywał przed 
nią. A potem powoli pochylił głowę.

Jęknęła, kiedy zakrył wargami jej usta. Świat jej się zakołysał. Złapała się 

mocniej  blatu  za  sobą  i  przyjęła  całe  tłumione  pożądanie,  które  w  nią  wlał.  I 
które przejął od niej.

Pogłębił taniec warg i języka, całując, jakby był wygłodniały jej smaku. 

Mocniej wsunął palce w jej włosy. Odchylił głowę i znowu na nią spojrzał.

–  Chcesz  wiedzieć,  czego  chcę,  Maddy?  Ciebie.  Chyba  nigdy  nie 

przestałem cię pragnąć.

Część  jej  aż podskoczyła z  radości, podczas gdy  druga  część pamiętała, 

jak bardzo jej ciało zmieniło się, odkąd ostatni raz się kochali.

– Nie jestem już tą samą dziewczyną.
– Nie chcę dziewczyny, chcę ciebie.
Znowu ją całował; jego usta roztapiały się na jej wargach, język zanurzał 

się głęboko.

Jakby  nacisnął  ukryty  wyłącznik,  nagle  zniknęły  wszystkie  jej 

zastrzeżenia i zapłonęły w niej skrywane przez lata pragnienia. Jej usta przestały 
tylko  przyjmować,  a  same  stały  się  wygłodniałe.  Odsunął  się  zaskoczony. 
Złapała go za przód koszulki i wspięła się na palce, aby nie przerwać pocałunku.

Z jękiem przycisnął ją do blatu, mocno przytulając lędźwie do jej bioder. 

Ręce trzymały ją mocno, a usta całowały coraz zachłanniej. W pocałunkach brał 
wszystko, co mu dawała, i żądał więcej.

Czuła na brzuchu jego erekcję. Aż w głowie jej się zakręciło na myśl, że 

mogłaby mieć go w sobie. Chciwie ocierała się o niego – chciała więcej, chciała 
już.  W  odpowiedzi  przesunął  dłoń  po  spodzie  jej  uda  i  uniósł  jej  nogę  na 

background image

wysokość swojego biodra. Jego nabrzmiały członek otarł się o jej czuły punkt i 
prawie doprowadził ją do szaleństwa.

Ogarnęła ją nagła panika.
Oparła dłonie na jego piersi i oderwała usta.
–  Dobrze-dobrze-dobrze!  –  Starała  się  uspokoić  oddech,  kiedy  przed 

oczami zawirowały jej kolorowe płatki. – O-mój-Boże.

Zauważyła,  że  Joe  marszczy  z  zakłopotaniem  czoło.  Roześmiała  się, 

chociaż zabrzmiało to nieco szaleńczo.

–  Chyba  muszę  cię  ostrzec.  Minęło  naprawdę  dużo  czasu,  odkąd  to 

robiłam. Naprawdę, naprawdę dużo czasu.

Jeszcze bardziej zmarszczył czoło.
– Mam przestać?
– Nie! Boże broń! – Znowu zaśmiała się roztrzęsionym głosem. – Tylko 

uprzedzam, że czuję się jak skrzynka dynamitu, która zaraz... wybuchnie.

Na jego usta wypłynął typowo męski uśmieszek.
–  Jestem  ekspertem  w  dziedzinie  materiałów  wybuchowych.  Znowu  się 

pochylił. Nim się zorientowała, siedziała na brzegu blatu i ciasno oplatała jego 
biodra nogami. Ręce wsunął w nogawki jej szortów, pod figi i obejmował nagie 
pośladki,  a  jednocześnie  ocierał  się  o  nią  przez  warstwy  ubrań.  Czysta 
przyjemność tego dotyku sprawiła, że Maddy odchyliła głowę. Wykorzystał to i 
zaczął pieścić jej szyję, zmuszając puls do przyspieszenia jeszcze bardziej.

Wtedy  przesunął  biodra  i  pchnął  nimi  pod  właściwym  kątem,  rozkosz 

przeszyła  ją  niczym  oślepiająca  błyskawica.  Wygięła  plecy  i  z  trudem  złapała 
oddech. Fajerwerki przepłynęły przez jej ciało, a potem powoli i słodko opadła 
na ziemię.

Otworzyła  oczy  i  zobaczyła,  że  przygląda  jej  się  z  rozbawieniem  i 

zadziwieniem.

– Czy ty właśnie...?
– Och, tak. – Zaśmiała się i zarumieniła. – Przepraszam.
– Żartujesz? Masz pojęcie, jakie to podniecające? Prawie sam doszedłem.
–  Ani  mi  się  waż  –  rozkazała  i  zaczerwieniła  się jeszcze  mocniej. –  To 

znaczy...

–  Nie,  dopóki  w  ciebie  nie  wejdę,  przysięgam.  –  Zadrżał,  gdy  polizała 

jego szyję. – Mam nadzieję.

– Próbowałam cię ostrzec.
–  Może  ci  wybaczę.  –  Całował  jej  czoło  tuż  przy  linii  włosów.  –  Pod 

jednym  warunkiem.  Rozepnij  koszulę.  Sam  bym  ją  zerwał,  ale  moje  ręce 
zgłupiały. – Ścisnął jeden guzik, żeby jej pokazać.

Zerknęła w stronę suwanych drzwi, przez które wlewało się słońce.
– Może powinniśmy najpierw zaciągnąć zasłony?
– Po co? – Odsunął się. – Nikt nas nie zobaczy.

background image

– Wiem. Tylko tu jest tak jasno. Uniósł brew.
– Wiem.
– Joe, nie żartuję. – Skrzyżowała ręce na piersiach. – Nie jestem tą samą 

dziewczyną, którą pamiętasz. Mam trzydzieści dwa lata. Mam... fałdki. I cellulit. 
Chociaż  sama  nie  mogę  się  doczekać,  żeby  zobaczyć  cię  nago,  wolałabym, 
żebyś ty nie oglądał mnie zbyt dokładnie.

– Chcesz zobaczyć mnie nago? Ta myśl wyraźnie mu pochlebiała.
–  Zobaczyć?  –  Żachnęła  się.  –  Chcę  cię  narysować  nago.  Najchętniej 

mając wtedy na sobie ubranie.

Zastanawiał się przez chwilę.
– Dobrze. A teraz rozepnij koszulę. Serce zabiło jej mocniej.
– Mówisz, że dasz mi się narysować? Uniósł brew.
– Lepiej, żeby w ciągu dwóch sekund te guziki zaczęły się rozpinać, bo 

inaczej zacznę je odrywać.

–  Dobrze  już,  dobrze.  –  Rozwiązała  węzeł  w  talii.  –  Jezu,  ale  jesteś 

wymagający.

– Aha, i widzę, jak bardzo ci to nie odpowiada.
Zdała  sobie  sprawę,  że  miał  rację.  Ta  jego  skłonność  do  bycia 

najważniejszym samcem w stadzie podniecała ją na najbardziej instynktownym 
poziomie.  Czuła  delikatny  dreszczyk,  kiedy  rozpinała  koszulę,  a  potem 
wciągnęła brzuch i rozchyliła ją, odsłaniając piersi.

Jego  rozpalony  wzrok  padł  na  obfite  wzniesienia  ponad  brązowym 

stanikiem. Czuła się zepsuta i kobieca, gdy powoli rozpięła zapięcie z przodu i 
niespiesznie  odsłoniła  piersi.  Podmuch  powietrza  zamienił  jej  sutki  w 
nabrzmiałe szczyty.

Jego twarz zamarła, gdy patrzył jak urzeczony.
–  Boże,  jakim  cudem  możesz  być  jeszcze  piękniejsza?  Chciała 

powiedzieć, że nie jest. Owszem, piersi jej urosły, ale nie były już tak jędrne.

Jemu to najwyraźniej nie przeszkadzało. Niemal z czcią wyjął ręce z jej 

spodenek  i  ujął  piersi,  delikatnie  gładząc.  Trzymając  się  blatu  odchyliła  się 
lekko, oferując mu siebie. Wypełniła ją cudowna przyjemność, gdy poczuła, jak 
ważył w dłoniach jej piersi, jak ustami ssał jeden sutek, a drugi drażnił palcami. 
Zaciskała uda w jego talii coraz mocniej, podczas gdy przyjemność narastała, a 
potem znowu wybuchła, równie jasna i cudowna jak za pierwszym razem.

Zaśmiał  się  wtulony  w  jej  piersi,  ale  tym  razem  nie  dała  się  speszyć. 

Kiedy  odzyskała  zmysły,  złapała  go  za  koszulkę  i  pociągnęła,  chcąc  dotknąć 
jego nagiej skóry. Jednym szarpnięciem zrzucił z siebie koszulkę i posłał ją na 
drugi koniec pokoju. Wrócił do jej piersi, ale odsunęła go, żeby teraz ona mogła 
go  pieścić.  Och.  W  dotyku  był  jeszcze  cudowniejszy,  niż  się  spodziewała. 
Zachwycała się, przesuwając dłońmi po ramionach i rękach.

Tatuaże  przypominały  celtyckie  opaski  na  ręce,  ale  wzór  był  indiański. 

background image

Odciągnęły jej uwagę tylko na chwilę, nim znów powróciła do jego torsu. Ślina 
napłynęła jej do ust, gdy jej ochocze dłonie uczyły się jego zarysu. Mięśnie mu 
zadrżały  pod  jej  dotykiem  to  tu,  to  tam,  ale  nie  poruszył  się,  pozwalając  jej 
błądzić. Kiedy jednak pochyliła się, żeby polizać jego sutek, stracił panowanie.

– Dobra, to koniec. – Zgarnął ją z blatu. – Jeśli zaraz w ciebie nie wejdę, 

będzie po zabawie.

Podszedł  do  łóżka,  mając  ją  oplecioną  wokół  siebie.  Padli  na  materac. 

Ściągnęli resztki ubrań, aż w końcu byli nadzy i wolni. Całował ją. Całował ją 
tak, jak zawsze to robił. Długo i głęboko, jakby miał ją całować wieczność.

Ciało  Maddy  śpiewało  z  radości,  gdy  obrócił  ją  na  plecy.  Wyciągnął 

skądś prezerwatywę i założył z prędkością błyskawicy. Kiedy ułożył się między 
jej udami i oparł się na wyprostowanych rękach, żeby ją widzieć, uśmiechnęła 
się i pogłaskała go po twardym brzuchu.

Nic nie istniało, tylko oni dwoje i ta chwila. Uniosła zapraszająco biodra. 

Zanurzył się powoli, całkowicie, rozciągając ją i wypełniając, a ona zaśmiała się 
i odsunęła, jakby nigdy nic. Chciała poczuć, jak znowu wchodzi.

– Uwielbiam twój śmiech – zamruczał, poruszając biodrami. Uśmiechnęła 

się słabo, tracąc oddech, gdy poruszał się w niej.

– Uwielbiam sposób, w jaki mnie rozśmieszasz.  Oczekiwała, że weźmie 

ją  ostro  i  szybko,  w  szaleńczym  wyścigu  do  spełnienia,  ale  gdzieś  po  drodze 
nauczył się powściągliwości. Odkrył, że przedłużona przyjemność jest gorętsza i 
słodsza. Powoli doprowadzał ją do szaleństwa długimi, głębokimi, wyliczonymi 
pchnięciami.  Czuła  się  na  wpół  oszalała  i  niewiele  brakowało,  aby  zaczęła  go 
błagać, kiedy pochylił się bardziej i zaczął całować gorączkowo jej usta.

„Tak”  –  chciała  wykrzyczeć,  przesuwając  dłońmi  po  jego  plecach  i 

obejmując  zwarte  jędrne  pośladki,  na  których  widok  śliniła  się  od  pierwszego 
spotkania.  Ścisnęła  pracujące  mięśnie,  przyciągając  go  ku  sobie  i  unosząc 
biodra.  W  końcu  zatracił  się  w  dzikim  pędzie  do  szczytu.  Dotarli  tam  razem, 
przez chwilę trwali w zawieszeniu, a potem on opadł na nią zmęczony i wiotki.

–  O  mój  Boże,  tak.  –  Znowu  zaśmiała  się,  obejmując  go.  –  Myślę,  że 

mogłabym to zrobić jeszcze z pięć razy.

Jęknął w poduszkę.
–  Myślałem,  że  właśnie  to  zrobiłaś.  Przynajmniej  pięć  razy  –

Powiedziałam: jeszcze pięć.

Jęcząc,  sturlał  się  z  niej  na  tyle,  na  ile  mógł  na  tak  wąskim  łóżku,  i 

przesłonił oczy ręką.

–  Dobra,  umowa  stoi,  ale  daj  mi  minutę.  Albo  dziesięć.  Muszę  złapać 

oddech.

Przytuliła się do niego, kładąc głowę na jego ramieniu.
– A ja myślałam, że komandosi to twardziele.
–  Skarbie  –  uniósł  się  na  ręce  i  spojrzał  na  nią  –  gdybym  nie  był 

background image

twardzielem, w życiu nie doszlibyśmy do łóżka.

– Nie jestem aż tak ciężka.
– Ale jesteś aż tak podniecająca. – Pocałował ją  w czoło i  pogłaskał po 

włosach. – I taka piękna.

Schowała  głowę  i  zagryzła  usta,  żeby  powstrzymać  słowa.  Zdarzyło  się 

tak wiele i tak szybko. Czy oboje byli gotowi na to, do czego zmierzali?

background image

Rozdział 12

Nie  wierzę,  że  mnie  na  to  namówiłaś  –  mruknął  Joe,  kiedy  marzł  mu 

tyłek.

– Nie było aż tak ciężko.
– Momentami było potwornie ciężko. Złapałaś mnie w chwili słabości. –

Czuł się idiotycznie, leżąc na brzuchu na łóżku Maddy z gołą pupą, podczas gdy 
ona siedziała na fotelu i rysowała.

– Zaufaj mi. – Roześmiała się. – Ty i słowo „słabość” nijak do siebie nie 

pasujecie.

Opierając się na łokciach, obserwował ją przez ramię. Zaciągnęła zasłony 

i  dla  efektu  rozstawiła  wokół  zapalone  świece.  Gra  światła  na  jej  twarzy  i 
włosach  stanowiła  miłą  odmianę.  Jeszcze  przyjemniejszy  widok  zapewniał 
czerwony,  jedwabny  szlafroczek,  który  ledwie  zasłaniał  kluczowe  obszary. 
Kiedy tak siedziała zwinięta na fotelu, miał doskonały widok na jej ponętne uda. 
Poza  tym za  każdym  razem,  gdy  sięgała po  kolejny pastel  z  pudełka,  szlafrok 
rozchylał się i kusił go przelotnym widokiem piersi.

– Maddy?
– Tak? – sięgnęła do pudełka.
–  Pamiętasz,  jak  powiedziałem,  że  potrzebuję  dziesięciu  minut 

odpoczynku?

– Hm?
–  Chyba  możemy  spokojnie  uznać,  że  w  pełni  odpocząłem. 

Znieruchomiała, a potem przeciągnęła spojrzeniem po jego ciele aż do twarzy.

– Tak?
–  Aha.  –  Uniósł  brew,  czując,  jak  rośnie  i  twardnieje  przyciśnięty  do 

materaca. – Więc może byś tak odłożyła szkicownik i podeszła tutaj?

– Jeszcze nie skończyłam. – Znowu sięgnęła do pudełka. Szlafroczek jak 

na złość nie rozchylił się dość, aby odsłonić sutek, co pogłębiło frustrację Joego. 
Potem usiadła prosto i przechyliła głowę, przyglądając mu się. Uśmiechnęła się 
szeroko, powracając do rysunku.

– Z czego się tak cieszysz? Nie rysujesz tam chyba żadnej karykatury, co?
Zaśmiała się i zaczerwieniła.
– Uwierz mi, nie ma tu żadnej przesady.
– Przesady?
– Karykatura polega na przesadnym podkreśleniu rysów portretowanego. 

Jeśli ktoś ma duży nos, to rysujesz jeszcze większy.

– Więc jeśli się obrócę i będziesz mnie rysować z drugiej strony...
–  Nie,  nie  ruszaj  się!  Prawie  skończyłam.  –  Wykonała  kilka  szybkich 

pociągnięć, a potem rozejrzała się i powachlowała. – Czy tu się robi goręcej?

background image

– Może powinnaś zdjąć ten szlafrok. Rzucił jej palące spojrzenie.
– Zostań tak! – Złapała następny pastel. – Patrz tak jak teraz.
– To znaczy rysujesz coś więcej niż mój tyłek?
– Och, kochanie, rysuję wszystko. – Uśmiechnęła się od ucha do ucha, nie 

przerywając pracy.

– Maddy – powiedział niskim, spokojnym głosem.
– Tak? – rzuciła z roztargnieniem.
– Pamiętasz naszą umowę? Nikomu tego nie pokażesz, prawda? Zerknęła 

na niego, zamrugała i niemądry uśmieszek zamienił się w coś poważniejszego. 
O wiele gorętszego.

– Zdecydowanie z nikim się tym nie podzielę. Z nikim. Wstała z fotela z 

uwodzicielskim  wdziękiem  i  ruszyła  do  niego,  kołysząc  biodrami,  aż  krew  w 
nim  zabuzowała.  Podeszła  do  łóżka,  rzuciła  szkicownik  na  podłogę,  a  Joe 
zerknął  wtedy  na  rysunek.  Spodziewał  się,  że  będzie  zakłopotany,  ale 
zmysłowość  szkicu  zrobiła  na  nim  ogromne  wrażenie.  Takim  go  widziała:
twarde, męskie ciało i miękkie, cieliste odcienie skóry lśniącej w świetle świec 
otoczonej pogniecionymi prześcieradłami i głębokimi cieniami.

To było hipnotyzujące. I podniecające.
Materac  ugiął  się,  gdy  weszła  na  łóżko,  a  potem  poczuł  na  łydkach  jej 

ręce. Opuścił głowę i zamknął oczy, podczas gdy jej dłonie przesuwały się po 
jego nogach. Napiął ciało, gdy dotknęła pośladków, zaczęła je pieścić i całować.

Wbijał  się  już  w  materac  i  rozluźnił  instynktownie  lędźwie,  co  tylko 

pogłębiło  napięcie  płynące  z  bolesnej,  a  zarazem  błogiej  intensywności 
podniecenia. Usiadła na nim okrakiem i badała jego plecy. Czuł na wgłębieniach 
swoich kolan wilgotne gorąco między jej udami.

Pragnienie tak w nim narastało, że zacisnął zęby, aby nie odwrócić się i 

nie  wziąć  jej  wreszcie.  Język  Maddy  przesunął  się  po  jego  kręgosłupie, 
przyprawiając  go  o  drżenie.  A  potem  jej  oddech  ogrzał  mu  kark.  Dotknęła 
ustami brzegu ucha i szepnęła:

– Chcę cię. Teraz.
Obrócił  się  na  plecy  i  dech  mu  zaparło,  gdy  zobaczył  jej  gorące 

spojrzenie. Uniosła się na kolanach, rozchyliła szlafrok i pozwoliła mu opaść na 
uda  Joego.  Światło  świec  jarzyło  się  wokół  jej  ramion  i  na  pełnych  piersiach. 
Przesunął dłońmi po jej brzuchu i udach, ciesząc się kontrastem między jej bladą 
i miękką skórą a jego mocnymi, ciemnymi dłońmi.

Jej oczy pałały  namiętnością,  kiedy  uśmiechała  się  do  niego,  a  potem 

powoli  opadła,  biorąc  go  w  siebie.  Rozkoszował  się  każdym  wrażeniem, 
każdym dotykiem, każdym widokiem i zapachem, podczas gdy ona cieszyła się 
nim.

Wiedział,  że  w  końcu  za  to  zapłaci,  wszystko  miało  swoją  cenę,  ale  na 

razie była tylko przyjemność. Tylko radość. Tylko Maddy.

background image

– Obiecaj mi coś.
Leniwy  pomruk  Joego  wybudził  Maddy  i  otworzyła  oczy.  Musieli 

przysnąć po tym, jak wpełzli pod przykrycie. Zerknęła nad jego ranieniem i nie 
zauważyła, aby jakieś światło sączyło się przez zasłony.

Domyśliła  się,  że  pewnie  zapadła  już  noc.  Ziewając,  oparła  się  o  jego 

pierś. Zastanawiała się, czy ktoś zauważył ich nieobecność na kolacji.

– Co takiego?
– Tym razem nie chcę żadnych kłamstw między nami.
– Kłamstw? – Próbowała otrząsnąć się z warstw snu, żeby zrozumieć jego 

słowa. – O czym ty mówisz?

– Ludzie cały czas mówią „kocham cię”, ale rzadko naprawdę tak czują. 

W gruncie rzeczy podejrzewam, że niewielu wie, co to w ogóle znaczy.

Oparła się na łokciach i spojrzała na niego. Jego twarz ginęła w cieniach.
–  Myślisz,  że  kiedy  wcześniej  się  spotykaliśmy  i  mówiłam,  że  cię 

kocham, kłamałam?

– Myślę, że wtedy w to  wierzyłaś, bo dzięki temu czułaś,  że możesz ze 

mną  sypiać.  –  Delikatne  światełko  zabłysło  w  jego  oczach,  gdy  pogłaskał  jej 
policzek. – Ale teraz jesteśmy dorośli i nie potrzebujemy tego. To, co robimy, 
nikogo  innego  nie  obchodzi.  Proszę  tylko,  żebyś  nie  mówiła  niczego,  w  co 
naprawdę nie wierzysz.

Te słowa uderzyły w nią jak pięść.
–  Nie  mogę  uwierzyć,  że  według  ciebie  kłamałam,  mówiąc,  że  cię 

kocham.

– Zależało ci na mnie i lubiłaś ze mną być, ale to nie była miłość, Maddy. 

– Już chciała zaprotestować, ale położył kciuk na jej ustach. – Potrafię zauważyć 
różnicę.

Odsunęła jego rękę.
–  Zanim  się  wścieknę,  może  wyjaśnisz  mi,  na  czym  twoim  zdaniem 

polega różnica.

Gdy zaczął mówić, przymknął powieki, chowając przed nią oczy.
–  Miałem  raptem sześć lat,  kiedy państwo zabrało  mnie od biologicznej 

matki,  ale  pamiętam  ją.  Wciąż  powtarzała,  że  mnie  kocha,  o  ile  właśnie  nie 
odpływała  razem  z  jednym  z  przyjaciół  ćpunów.  Nawet  płakała  i  zrobiła 
potworną scenę, kiedy ludzie z opieki społecznej mnie zabierali.

Maddy przytrzymała go mocniej za rękę i czekała, wiedząc jak bardzo nie 

lubił  opowiadać  o  dzieciństwie.  O  tylu  rzeczach  nigdy  nie  wspominał.  O  tak 
wielu, że mogła tylko zgadywać.

–  Tamtego  dnia  była  strasznie  zalana  –  powiedział  w  końcu.  –  Tak 

bardzo, że ledwie mogła wypowiedzieć zdanie, ale nadal pamiętam, jak wyła, że 
mnie kocha i nie pozwoli, aby mnie zatrzymali. Pamiętam, że wtedy cały czas 

background image

się bałem. Nie tylko o siebie, ale też o nią. Bo kto się nią zaopiekuje, kiedy mnie 
nie będzie? Obiecała, że mnie odbierze. Ale... nigdy nawet nie spróbowała.

– Och, Joe, tak mi przykro...
Poruszył  głową,  odtrącając  jej  słowa.  Zamilkła,  całym  sercem  mu 

współczując. Wiedziała jednak, że czasem współczucie tylko powiększa ból.

– Potem wędrowałem od jednej rodziny zastępczej do drugiej. Niektórzy 

rodzice nie byli źli. Kilka par udawało tylko w czasie comiesięcznych wizytacji. 
Niektórzy jednak... niektórzy się starali, co bolało jeszcze bardziej. Mówili, że 
mnie  kochają  i  że  dobrze  się  mną  zaopiekują.  Ale  w  końcu  mieli  dość 
problemów,  których  im  przysparzałem,  więc  zabierano  mnie  gdzie  indziej  i 
wszystko zaczynało się od nowa. Nim miałem dwanaście lat i wylądowałem u 
Fraserów, można by rzec, że byłem nieco zmęczony.

– Nie bez powodu.
– Ostatnia para, która się mną zajmowała, zgodnym chórem opowiadała, 

jakie ze mnie utrapienie, i  zapędziła się nawet w stwierdzeniu, że niewiele się 
różnię  od  dzikiego  zwierzęcia.  Podsłuchałem,  jak  kurator  żartobliwie  zapytał: 
„Więc co proponujecie? Żeby go uśpić?”.

– To okropne! – Aż ją zatkało.
– Na ich usprawiedliwienie trzeba powiedzieć, że byłem naprawdę zły. I 

miałem dość ludzi, którzy udają, że o mnie dbają, a tak naprawdę mają mnie w 
poważaniu. Opieka nie miała już za bardzo pomysłu, gdzie mnie umieścić, więc 
praktycznie błagali Fraserów, żeby mnie wzięli.

W końcu spojrzał na nią.
– Umowa z Mamą i  Pułkownikiem była  taka, że jak dziecko trafiało do 

ich  domu,  zostawało  tak  długo,  aż  adoptowała  je  inna  para,  wracało  do 
biologicznych rodziców albo było dość dorosłe, aby się usamodzielnić. Do tego 
się  zobowiązywali.  Niezależnie  od  tego,  ile  kłopotu  mieli  z  dzieckiem.  Nigdy 
nie odesłali żadnego z chłopców.

– To niesamowici ludzie.
– Tak. – Odwrócił wzrok. – Kiedy opieka poprosiła ich o wzięcie mnie, 

Pułkownik miał cztery lata do  emerytury i  chciał się przenieść do Teksasu.  Ja 
miałem tylko dwanaście lat. Może i byłem rozrabiaką, ale potrafiłem dodawać. 
Miałbym  szesnaście  lat,  kiedy  chcieliby  się  przenieść  do  innego  stanu,  jeżeli 
wytrzymałbym  z  nimi  tak  długo.  Poza  tym  podsłuchałem  rozmowę  i 
wiedziałem, że opiekowali się wtedy tylko dwójką chłopców, którzy wyjeżdżali 
już  do  college’u,  co  oznaczało,  że  po  raz  pierwszy  od  lat  Fraserowie  mieliby 
dom tylko dla siebie.

– Ale zgodzili się.
– Aha. – Zaśmiał się ze zdumieniem. – Przez całą drogę myślałem sobie 

„na  pewno  mnie  zatrzymają”.  A  potem  dojechaliśmy  do  ich  domu  i  kurator  z 
opieki  przedstawił  mnie  Pułkownikowi  od  razu  na  podwórzu.  Boże,  to  był 

background image

wielki  facet!  Z  twardym,  szorstkim  wyrazem  twarzy.  Ustawiał  szeregowych 
samym wyglądem.

–  Dokładnie  wiem,  o  jakim  wyglądzie  mówisz.  –  Pokiwała  głową.  –

Nieźle mnie nastraszył przy pierwszym spotkaniu.

– A wyobraź sobie, że masz dwanaście lat i wiesz tyle, ile ja wiedziałem o 

systemie rodzin zastępczych. Uwierz mi, często się słyszy o nadużyciach wobec 
dzieci. Spojrzał na mnie i powiedział niskim głosem: „U nas to działa tak, synu: 
trzymasz się reguł tego domu albo ponosisz konsekwencje ich łamania”. Z takim 
trudem przełknąłem ślinę, o mało nie udławiłem się własnym językiem.

– Nie dziwię ci się.
–  Doszedłem  do  wniosku,  że  może  kurator  wcale  nie  żartował.  Ze 

naprawdę  zamierzają  mnie  uśpić  jak  dzikie  zwierzę.  I  wtedy  z  domu  wyszła 
Mama, położyła mi ręce na  ramionach,  spojrzała prosto w oczy i powiedziała: 
„Teraz jesteś nasz, a my już cię kochamy, bo jesteś nasz. I nic nigdy tego nie 
zmieni. Nigdy”.

Łzy napłynęły jej do gardła, gdy wyobraziła sobie tę scenę.
Joe bawił się jej ręką, patrząc bardziej na dłoń niż na samą Maddy.
– Oczywiście nie uwierzyłem jej. Właściwie rozzłościła mnie tym, że tak 

powiedziała.  Do  tego  stopnia,  że  dalej  rozrabiałem,  chociaż  bałem  się  gniewu 
Pułkownika.

– Co robił, gdy pakowałeś się w kłopoty? – zapytała z troską w głosie.
Uśmiechnął się w ciemnościach.
–  Patrzył  na  mnie  jak  to  on  i  mówił:  „Rozczarowałeś  nas  swoim 

zachowaniem”. I to wszystko.  Na początku po prostu prychałem pogardliwie i 
myślałem sobie: „Wielkie mi co. Rozczarował się. Rety, ale się przestraszyłem”. 
Ale potem zauważyłem, że Shawn i Mark mieli o wiele więcej przywilejów ode 
mnie, że Pułkownik zawsze się do nich uśmiechał i cały czas powtarzał, jaki jest 
z nich dumny. To mnie rozwścieczyło. Dwa cholerne aniołeczki.

– Myślałam, że lubiłeś Shawna i Marka.
–  Teraz  tak,  ale  w  pierwszym  roku  serdecznie  ich  nienawidziłem.  –

Spojrzał  na  nią.  –  Wiesz,  że  oni  i  większość  pozostałych  wychowanków 
utrzymują kontakt z Mamą?

– To mnie nie dziwi.
– Mnie też. – Znowu bawił się jej ręką. – W każdym razie zmierzałem do 

tego, że... Kiedy miałem czternaście lat, przyłapano mnie na kradzieży piwa w 
spożywczym.  Na  szczęście  właściciel  wezwał  Pułkownika  zamiast  policji. 
Właściwie – skrzywił się – łatwiej by poszło z policją. Jak zwykle usłyszałem: 
„Rozczarowałeś  nas  swoim  zachowaniem”,  tyle  że  gdzieś  po  drodze  te  słowa 
stały  się  naprawdę  ważne.  Poczułem  się,  jakbym  nigdy  już  nie  miał 
wyprostować swojego życia i że to tylko kwestia czasu, jak Fraserowie każą mi 
spakować rzeczy. A ja już uwierzyłem, że może tym razem uda mi się zostać, 

background image

jeśli niczego nie schrzanię.

Chwycił ją mocniej za rękę.
–  Ta  myśl  tak  mnie  rozłożyła,  że  zacząłem  płakać  jak  głupi  dzieciak. 

Mama usłyszała i przyszła do mojego pokoju. Początkowo nic nie mówiła, tylko 
usiadła  na  łóżku  i  objęła  mnie.  Boże,  całkiem  się  rozkleiłem,  co  tylko 
zwiększyło  moje  zażenowanie.  Kiedy  w  końcu  się  pozbierałem,  zapytałem  ją, 
dlaczego od razu mnie nie odeślą, mieliby kłopot z głowy. Powiedziała mi, że 
nigdy  się  mnie nie  pozbędą,  bo  mnie kochają i  zawsze  będą  kochać,  żeby nie 
wiem co. Kiedy zauważyłem, że nie zrobiłem nic, aby na to zasłużyć, odparła: 
„Nie  trzeba  zasługiwać  na  miłość.  Albo  jest,  albo  jej  nie  ma.  Musisz  tylko 
zasłużyć na nasz szacunek”.

Maddy ścisnęła jego rękę, walcząc z łzami.
–  Potrzebowałem  dużo  czasu,  aby  to  do  mnie  dotarło.  Chyba  wolno  się 

uczę.  Nawet  po  tym,  jak  mnie  adoptowali,  co  jak  szczerze  wierzyłem,  a 
właściwie dobrze wiem, wynikało nie tylko z faktu, że zmieniali stan, cały czas 
czekałem na dzień, kiedy przekroczę niewidzialną granicę i powiedzą mi, że to 
koniec, że już mnie nie chcą. Ale w końcu, w końcu zrozumiałem, że ta granica 
nie  istnieje.  Nic mnie tak  nie  uwolniło jak świadomość,  że  miłość nie  jest  dla 
nich  tylko  słowem.  Kiedy  powiedzieli,  że  mnie  kochają,  naprawdę  to  czuli, 
całkowicie.  Więc...  kiedy  mi  powiedziałaś...  –  Jego  głos  stał  się  szorstki.  Nie 
patrzył  na  nią.  –  Kiedy  powiedziałaś,  że  mnie  kochasz...  uwierzyłem  ci. 
Myślałem, że czułaś to tak samo jak oni.

– O Boże, Joe. Ja... – Gardło jej się zacisnęło. – Naprawdę cię kochałam. 

Myślę, że mogłam...

– Nie. Przestań.
Zabrał  rękę,  żeby  położyć  palce  na  jej  ustach.  Kiedy  spojrzał  na  nią, 

światło zalśniło w oczach pełnych łez.

– Przyjmuję, że wierzyłaś w to. Masz rację. Byłaś młoda i nie rozumiałaś 

różnicy między powiedzeniem i czuciem. Ale ja rozumiałem. To pewnie dlatego 
tak bardzo mną wstrząsnęło, kiedy mnie rzuciłaś. To była ostatnia rzecz, jakiej 
się spodziewałem i... Boże, Maddy, to był cios w plecy.

– Przepraszam. – Do oczu napłynęły jej gwałtownie łzy. Oparła czoło o 

jego pierś, gdy wstrząsnął nią szloch. – Bardzo przepraszam.

– Wiem. – Objął ją mocno i trzymał, kiedy płakała. Uderzyła ją ironia tej 

sytuacji: to on ją pocieszał, chociaż to ona przysporzyła mu bólu.

–  Nigdy  byś  nikogo  specjalnie  nie  zraniła.  Wiem  to.  Więc  proszę, 

żebyśmy tym razem nie mówili niczego, czego naprawdę nie czujemy, dobrze?

– Dobrze.

background image

Rozdział 13

Wszystko ma swoją cenę, więc nie jęcz, kiedy przyjdzie rachunek.

Jak wieść idealne życie

Następne dni wypełnił blask. Dosłownie. Maddy była zadziwiona, z jaką 

pasją  dziewczynki  rozsypywały  na  metrach  kwadratowych  kleju  kawałki 
sreberka,  złotka,  ostrego  różu  i  jaskrawego  błękitu.  Przy  okazji  rozrzucały  to 
wszystko  na  stoły,  krzesła  i  podłogę.  Zupełnie  jakby  były  szalonymi,  małymi 
wróżkami. A potem wynosiły to na zewnątrz. Ścieżka do Warsztatu dosłownie 
lśniła.

Ale  bardziej  od  dni  iskrzyły  noce.  Noce,  kiedy  Joe  czekał,  aż  głośniki 

odegrają capstrzyk, a potem ruszał mieniącą się ścieżką pod osłoną mroku. Ich 
wspólne noce jaśniały śmiechem i namiętnością.

Och,  w  ciągu  dnia  byli  bardzo  dyskretni.  Nigdy  nie  pozwalali  sobie  na 

przeciągłe  spojrzenia.  Nie  na  zbyt  przeciągłe.  Nie  uśmiechali  się  do  siebie 
głupawo.  Niezbyt  często.  Kiedy  rozmawiali  o  pracy,  jej  udawało  się  nie 
czerwienić  na  wspomnienie  wcześniejszej  nocy,  podczas  gdy  jemu  myśl  o 
nadchodzącej nocy wcale nie lśniła w oczach. Zazwyczaj.

Aż  pewnego  dnia  Maddy  wróciła  do  obozu  po  zawiezieniu  nowych 

rysunków  do  galerii  i  poczuła,  że  nie  wytrzyma  do  wieczora:  musi  od  razu 
zobaczyć  się  z  Joem.  Szczęście  buzowało  w  niej,  gdy  parkowała  samochód 
przed  biurem.  Skoczyła  do  drzwi,  mając  nadzieję,  że  zastanie  Joego  samego. 
Zamiast tego ujrzała za biurkiem Carol.

–  Wróciłaś.  –  Carol  spojrzała  znad  ekranu  komputerowego.  –  I 

uśmiechasz się, więc zakładam, że masz dobre nowiny.

– Co? – Maddy zamarła zaskoczona.
–  Joe  wspominał,  że  zawozisz  prace  do  galerii  w  mieście.  Więc  jak  ci 

poszło?

– Wspaniale! Właściwie to rewelacyjnie! – Powstrzymała się od śmiechu, 

gdy wpisywała godzinę powrotu do zeszytu.

– No i? – Carol ciągnęła ją za język. – Opowiadaj!
Maddy, uśmiechając się, pokręciła głową. Chciała, żeby Joe pierwszy się 

dowiedział.

– Za dużo tego. Opowiem dokładnie podczas kolacji. Hm, więc... Joe jest 

w pobliżu? Chciałabym dać mu znać, że wróciłam.

– Jest w swoim mieszkaniu. – Carol wskazała kciukiem nad ramieniem na 

niedomknięte drzwi. – Przy telefonie... jak przez prawie cały dzień.

– Och.
Maddy  zerknęła  na  drzwi  i  poczuła,  jak  jej  policzki  czerwienią  się  na 

background image

myśl,  że  Joe  siedzi  tam,  po  drugiej  stronie.  We  własnym  mieszkaniu,  którego 
nigdy  nie  widziała. Musiało  tam być  jakieś łóżko.  Albo  zważywszy na  to,  jak 
sprawy miały się ostatnio: podłoga, ściana, blat i jakieś dziesięć minut spokoju.

Policzki zapłonęły jej jeszcze bardziej, gdy zaczęła szukać pretekstu, aby 

pozbyć się Carol, wejść przez te drzwi i zamknąć je za sobą. Niestety ostatnio 
jej komórki w mózgu zbyt szalały, żeby teraz funkcjonować jak należy.

– Cóż. – Podenerwowana ruszyła w stronę drzwi na parking. – To chyba... 

Do zobaczenia przy kolacji.

–  Nie,  czekaj.  A  może  zajrzysz  do  mieszkania?  Powiesz  Joemu,  że  już 

jesteś.

Maddy zaśmiała się niezbyt mądrze.
– Poza tym – Carol wstała i poprawiła papiery. – Mam, hm, parę spraw do 

załatwienia. Tak. Spraw. Więc właściwie chciałabym, żebyś przekazała Joemu, 
że wychodzę na chwilę.

– Chwilę? – Maddy z trudem ukryła podniecenie. – Jak długą chwilę?
– Godzinę? – zapytała Carol, a potem szybko zmieniła ton, usuwając znak 

zapytania.  –  To  znaczy  godzinę.  Przynajmniej.  –  Czerwieniąc  się,  ruszyła  do 
tylnych drzwi. – Muszę lecieć. Bawcie się dobrze. – Chichocząc zniknęła.

„Bawcie  się  dobrze?”.  Maddy  rozdziawiła  usta,  a  potem  się  roześmiała. 

Ona  i  Joe  zostali  rozszyfrowani!  Chociaż  byli  tacy  ostrożni.  Jak  Carol  się 
zorientowała? Czy pozostałe dziewczyny wiedziały? A matka Joego? No dobra, 
Mama  pewnie  by  się  ucieszyła,  ale  mimo  to  Maddy  poczuła  się  lekko 
zażenowana i niesłychanie rozbawiona, bo tak się starali zachować dyskrecję.

Kręcąc głową, spojrzała na drzwi. Wypływał zza nich głos Joego, niski i 

seksowny.  Podeszła  bliżej,  pchnęła  drzwi  i  zajrzała  do  środka.  Zobaczyła 
urządzony  ze  smakiem  pokój  w  naturalnych  kolorach,  od  ciemnego  brązu  po 
blady beż  z kilkoma plamami  ziemistej  czerwieni. Żaluzje lekko przymknięto, 
zapewniając  prywatność,  a  jednocześnie  wpuszczając  słońce.  Przed  oknami 
stały  dwa  wielkie,  skórzane  fotele  z  regałami  po  bokach,  na  których  stała 
kolekcja  wiejskiej  ceramiki,  figurki  Kaczynów i  książki  o  sztuce.  Jeśli  idzie o 
obrazy, nie przesadzał, gdy powiedział Juanicie, że nie ma już wolnego miejsca 
na ścianach. Preferował wiejskie scenki, domowe i spokojne.

– Wygląda na to, że prawie możemy ruszać.
Jego  głos  przyciągnął  uwagę  Maddy.  Zerknęła  za  drzwi  i  zobaczyła,  że 

stoi do niej plecami, rozmawia przez telefon bezprzewodowy i zmywa naczynia 
we wnęce kuchennej niewiele większej od jej własnej.

Zaciekawiona  rozejrzała  się  znowu  po  pokoju  i  zobaczyła  drzwi 

dokładnie  naprzeciwko  uchylone  na  tyle,  żeby  dojrzała  nogi  solidnego  łóżka. 
Narzuta powtarzała wzory z dywanu Nawahów leżącego na podłodze.

„Doskonały gust” – pomyślała.
Joe  obrócił  się  z  telefonem  przyciśniętym  między  ramieniem  a  uchem. 

background image

Zamarł na jej widok. A potem uśmiechnął się.

– Ej, słuchaj, muszę kończyć. Zadzwoń, jak będziesz wiedzieć na pewno. 

– Rozłączył się. – Wróciłaś.

–  Tak.  –  Już  chciała  odpowiedzieć  uśmiechem,  ale  odezwał  się  w  niej 

szelmowski czart i zamiast tego skrzywiła się. – I mam złe wieści.

– Co się stało? – zapytał z troską.
–  Obawiam  się,  że  nas  odkryto.  Carol  na  pewno.  Może  też  inni.  –

Pokręciła z powagą głową. – Chyba wiedzą, że my... – Poruszyła brwiami. – No 
wiesz.

– Kręcimy?  Nie! – Udał  szok, a potem zniżył głos do  szeptu. –  Maddy, 

jestem niemal całkowicie pewny, że nawet ślepa małpa zauważyła, że jestem tak 
na ciebie napalony, że ledwie cokolwiek widzę.

– Nie musisz szeptać – odpowiedziała szeptem. – Jesteśmy sami.
– Tak? – rozpromienił się.
– Carol właśnie wyszła, żeby załatwić jakieś „sprawy” i zapewniła mnie, 

że wróci „najwcześniej za godzinę”.

– Serio? – Zainteresowanie pogłębiło się, gdy podszedł do niej powolnym 

krokiem  drapieżcy.  –  Przypomnij  mi,  żebym  dorzucił  jej  dużą  premię  do 
wypłaty.

– Nie jesteś zły?
Nie wyglądał na złego. Właściwie to bardziej przypominał jaguara, który 

przyuważył ładny, soczysty stek. Cofnęła się krok, potem dwa, w stronę foteli.

–  Dlaczego  miałbym  być  zły?  –  Przekręcił  zamek  w  drzwiach, 

przechodząc obok nich.

– Myślałam, że nie chcesz, aby ludzie wiedzieli.
Podniosła  rękę  i  nadal  się  cofała.  Fantazjowanie  o  tym,  żeby  dorwać 

Joego w środku dnia w jego mieszkaniu, to jedna rzecz, ale rzeczywistość była 
taka, że za oknami ciągnął się obóz pełen ludzi.

– Byłeś taki ostrożny.
–  Nie  zamierzam  popisywać  się  przed  obozowiczkami  i  opiekunkami 

faktem,  że  wyczyniamy  dzikie  harce,  ale  nie  mam  nic  przeciwko  temu,  że 
koordynatorki  wiedzą.  Wszystkie  są  dość  dorosłe.  Myślę,  że  spokojnie  mogę 
zakładać, że odkryły już seks. A teraz chodź tu.

Wziął  ją  za  rękę  i  pociągnął  do  siebie  tak  szybko,  że  uderzyła  w  jego 

pierś.  Zanim  pomyślała,  już  była  w  jego  ramionach,  a  on  ją  całował.  Powoli, 
głęboko, słodko. Tak długo, że aż kolana się pod nią ugięły.

Potem oderwał się i pogłaskał ją po policzku.
– Tęskniłem dziś za tobą.
Wypełniła ją jaśniejąca radość, kiedy odpowiedziała uśmiechem.
– Widziałeś mnie wczoraj wieczorem.
– Wieki temu.

background image

Zaczął się znowu nad nią pochylać.
Ze śmiechem wyprostowała się, aby zbliżyć się do niego, ale w ostatniej 

chwili odsunęła się.

– Och! Mam nowiny!
– To może poczekać.
– Nie, naprawdę mam nowinę. I to niesamowitą!
– Niech zgadnę, – Kąsał ją w szyję. – Sylvii spodobały się twoje prace i 

chce zrobić reprodukcje, o których wspominała.

– Tak!
– Maddy, przykro mi to mówić, ale to żadna nowina. A teraz, wracając do 

tej godziny, którą  mamy... – Bez słowa ostrzeżenia pochylił się i  przerzucił ją 
sobie przez ramię.

–  Joe!  Co  ty  robisz?  –  pisnęła,  kiedy  ruszył  do  sypialni.  Rzucił  ją  na 

materac, a potem sam się położył.

–  Czekaj.  –  Oparła  dłoń  na  jego  twardej  jak  skała  piersi,  żeby 

powstrzymać  go  przed  kolejnymi  pocałunkami.  –  To  coś  więcej  niż  tylko 
propozycja  zrobienia  reprodukcji.  Planują  wystawę  za  dwa  tygodnie  z  okazji 
wypuszczenia jesiennego katalogu.

– I? – Wędrował pocałunkami po zarysie jej szczęki. Ujęła jego twarz w 

dłonie, żeby zaczął jej uważniej słuchać.

– Chcą mnie uwzględnić w wystawie.
–  To  logiczne.  –  Odgarnął  jej  włosy  i  zaczął  całować  ucho.  Czubkiem 

języka powiódł po krawędzi małżowiny. Maddy przeszył słodki dreszczyk aż do 
czubków palców u stóp.

– Mmm, to miłe. Co też mówiła? A!
– Zamierzają umieścić mnie na zaproszeniach jako... – Jego usta drażniły 

jej szyję w miejscu, gdzie bije puls. – Jako, hm, główną atrakcję.

– Serio? – Uniósł wreszcie głowę pod wrażeniem nowiny. A potem jego 

uwaga  powróciła  do  rustykalnej  bluzki,  którą  włożyła  do  kolorowej  spódnicy. 
Pociągnął powoli za wiązanie. – Główną atrakcję, hę?

– Nie, właściwie nie główną. – Zaśmiała się, odpędzając jego rękę. – Przy 

nazwiskach, jakie mają, ja się plasuję na końcu listy. Ale mam robić za... Jak to 
nazwała Sylvia? „Haczyk”.

– Co? – Przekrzywił głowę, wreszcie naprawdę jej słuchając.
–  Mówiłam,  że  to  wielka  nowina.  –  Uśmiechnęła  się  do  niego.  –  Nie 

zamówili  jeszcze  zaproszeń,  więc  zmieniają  je  tak,  żeby  uwzględnić  moje 
nazwisko. Tyle  że go nie  użyją. Zamierzają napisać coś o  nowym  odkryciu,  o 
artystce, której prac nigdy nie pokazywano w Santa Fe.

–  Ach,  tajemniczy  haczyk.  Świetny  pomysł.  W  tym  mieście  jest  tyle 

wystaw,  że  nawet  najbardziej  zatwardziali  kolekcjonerzy  trochę  już  się  nimi 
znudzili.

background image

–  Masz  pojęcie,  jakie  to  ekscytujące?  –  Wyślizgnęła  się  spod  niego  i 

usiadła w wezgłowiu. – I jakie przerażające?

Westchnął z rezygnacją i usiadł obok niej.
– Dlaczego przerażające?
– Nie wiem. To może być dla mnie wielki przełom, ale dzieje się to tak 

szybko,  że  czuję  lekki  zawrót  głowy.  Sylvia  robi  tyle  planów,  jak  mnie 
wypromować  po  odkryciu.  Mówi  o  reklamach  w  „Southwest  Art”  i  że  jej 
sprzedawcy wcisną mnie do innych galerii.

– To świetnie. Prawda?
–  Tak!  Ale  jeśli  nikomu  innemu  nie  spodobają  się  moje  prace?  Co, 

jeżeli...

– Maddy, przestań. – Objął ją, śmiejąc się. – Świetnie sobie poradzisz. Z 

takim wsparciem jak Sylvia zmierzasz prostą drogą do sukcesu.

–  O  Boże.  –  Położyła  rękę  na  sercu  i  zorientowała  się,  że  bije 

zdecydowanie zbyt szybko. – To brzmi dziwnie.

– Dlaczego? Nie tego właśnie zawsze chciałaś?
– To jest to, czego chce każdy artysta! Ale zwykle to trwa latami.
– Pracowałaś całe lata. Tylko niczego nie sprzedawałaś.
–  Ale o  to  właśnie  chodzi. Nie  walczyłam,  nie  zapracowałam  na  to,  nie 

byłam przymierającym głodem malarzem.

Zmarszczył brwi.
– Nie widzę tu żadnego problemu.
–  Nie  wchodzi  się  tak  po  prostu  do  galerii  w  Santa  Fe,  nie  otwiera 

portfolio i nie spełnia wszystkich marzeń.

– Znowu nie widzę żadnego problemu. Sfrustrowana machnęła ręką.
– Wszyscy artyści mnie znienawidzą.
– Wszyscy?!
– Wystarczająco wielu.
– I?
– I... – Żołądek jej się zacisnął. – Zupełnie jakbym znowu była w szkole 

średniej.

– Słucham?
Nie udało mu się całkiem zdusić śmiechu. Wzięła jego rękę. Chciała, żeby 

ją zrozumiał.

– Miałam mnóstwo przyjaciół. My mieliśmy mnóstwo przyjaciół. Byłam 

szczęśliwa.  Przynajmniej na  tyle,  na  ile  nastolatka  z  popapranej  rodziny  może 
być.  No  i  miałam  ciebie.  A  potem  wygrałam  stypendium  i  wszystko  się 
zmieniło. Wszyscy się ode mnie odwrócili. Znienawidzili mnie.

–  Dobrze,  Maddy,  przede  wszystkim,  nie  jesteś  już  w  szkole  średniej. 

Wtedy  spotykaliśmy  się  z  bandą  nieudaczników,  większość  z  nich  ćpała  albo 
sprzedawała narkotyki. Więc rzecz jasna zrobili się nieufni, gdy odkryli, że nie 

background image

jesteś  tak  naprawdę  jedną  z  nich.  Miałaś  cele  i  marzenia,  których  nie  mogli 
zrozumieć, i co więcej, naprawdę o nie walczyłaś.

– To nie dążenie do spełnienia marzeń sprawia, że ludzie cię odrzucają, 

ale sytuacja, gdy marzenia ci się spełniają, a ty za to nic nie zapłaciłeś.

– Nie, tylko dążenie do tego za czyimś plecami. – W jego głosie pojawił 

się gniew.

Zagryzła  usta,  patrząc,  jak  rysy  jego  twarzy  twardnieją.  Wypuścił 

powietrze gwałtownie i odwrócił wzrok.

– Przepraszam. Nie chciałem. – Znowu obrócił się do niej, już spokojny, 

ale ciągle spięty. – Maddy, pisane ci są wielkie sukcesy. Myślę, że zawsze to w 
tobie  wyczuwałem.  Masz  duży  talent.  Tyle  życia  w  sobie.  Myślę,  że  to  mnie 
właśnie  do  ciebie  przyciągnęło.  I  wtedy,  i  teraz.  –  Złapał  ją  za  rękę.  –  Nie 
wstrzymuj  się  tylko  dlatego,  że  ludzie  mogą  sobie  coś  pomyśleć.  Kogo 
obchodzi, co inni myślą?

– Mnie! Lubię ludzi. Nie chcę ich ranić.
– Ranić?
– Tak. To jak z Tammy Andersen.
– Jaką Tammy?
– Andersen. W szkole średniej razem chodziłyśmy na zajęcia plastyczne. 

Była  naprawdę  dobra.  –  Nadal  nie  kojarzył,  więc  uśmiechnęła  się  krzywo.  –
Mnóstwo dzieciaków nazywało ją Tammy Ropucha.

– A, tak. Pamiętam. Dziewczyna bez szyi.
– Ze wszystkich przyjaciół, którzy się ode mnie odwrócili, ona najbardziej 

mnie  zraniła.  Dopiero  później  dowiedziałam  się,  że  też  ubiegała  się  o  to 
stypendium.  Bo  jej  o  nim  powiedziałam.  Mówiłam  jej,  jaka  jest  świetna,  i 
zachęcałam  do  pokazania  prac.  Więc  się  zgłosiła.  A  ja  ją  pokonałam.  Potem 
nigdy  już nie patrzyła mi w oczy,  gdy rozmawiałyśmy.  Nigdy nie  była wobec 
mnie  otwarcie  nieprzyjemna,  ale  czułam  się,  jakbym  przejechała  jej  kota,  i 
nawet nie wiedziałam, jak jej powiedzieć, że jest mi przykro.

– Maddy... – Zaśmiał się lekko. – Pieprzyć przepraszanie. Zazdrościła ci. 

To jej problem.

Odsunęła się z przerażeniem.
– To takie okrutne. A ty nie jesteś przecież okrutny.
– Życie jest okrutne.
– Och, zawsze można być wyszczekanym. „Życie jest okrutne”. Może to i 

prawda, ale nie trzeba się do tego dokładać.

– Czym, swoimi sukcesami? Wiedząc, czego się chce, i dążąc do tego? I 

kiedy  powiedziałem,  że  to  jej  problem,  miałem  na  myśli,  że  nie  była  twoją 
przyjaciółką,  skoro pozwoliła,  aby ta  sprawa was poróżniła. Tobie  zależało na 
niej dość, żeby ją zachęcać, a kiedy tobie się udało, ona obraziła się, zamiast się 
cieszyć? Zdecydowanie pieprzyć przeprosiny.

background image

– Ja tylko...
– Co?
– Chcę, żeby wszystkim się udawało.
– Wiem. – Pogłaskał ją po policzku. – To część twojej magii.
– Co mam zrobić? – Spojrzała mu w twarz. – Chcę skorzystać z tej okazji, 

ale nie wiem, czy jestem gotowa. Poza tym zdobyłam tu przyjaciół i nie chcę ich 
stracić.

– Kogo, Carol i reszty? „I ciebie” – pomyślała.
Przyglądał  jej  się  przez  dłuższą  chwilę,  a  potem  zszedł  z  łóżka  i  zaczął 

chodzić po pokoju.

– Nie rozumiem, dlaczego twoja przyjaźń z pracownikami obozu ma cię 

powstrzymywać. To dla ciebie praca na lato. Przyjechałaś tu przede wszystkim 
po to, żeby sprawdzić galerie. Koordynatorki to raptem znajome. Tymczasowe 
przyjaciółki. Kiedy lato się skończy, wrócisz do swojego prawdziwego życia w 
Austin. – Odwrócił się do niej. – Prawda?

Co  on  mówił?  Pytał  ją,  czy  zamierzała  zostać?  Nim zdążyła  zapytać,  w 

drugim pokoju zadzwonił telefon.

Zerknął w stronę aparatu, a potem mruknął coś, że musi odebrać.
Siedziała,  zastanawiając  się  po  raz  tysięczny,  co  właściwie  działo  się 

między  nimi.  Wiedziała,  że  chce  czegoś  więcej,  ale  ile  więcej?  I  czego  on 
chciał? Może to była chwila, aby zebrać się na odwagę i zapytać.

Wstała  na  drżących  nogach  i  podeszła  do  progu.  W  pierwszej  chwili 

praktycznie  nie  słuchała,  a  potem  zaczęła  przysłuchiwać  się  z  rosnącym 
zainteresowaniem,  bo  zdała  sobie  sprawę,  że  Joe  rozmawia  z  Derrickiem, 
kumplem  z  komandosów,  na  temat  obozu  treningowego.  Gdy  się  rozłączył, 
patrzyła na niego z niedowierzaniem.

– Co się stało? – zmarszczył brwi.
– Zamierzasz zrealizować plany związane z obozem.
–  Aha.  –  Wzruszył  ramionami,  jakby  to  nie  było  nic  wielkiego.  –

Omówiłem to z Mamą, twierdzi, że jej to odpowiada.

– Kiedy?
– Kilka dni temu.
– I nie pomyślałeś, żeby powiedzieć mi o tym? Wewnętrzna ściana, którą 

natychmiast postawił w sobie, oddzieliła ją od niego.

Machnęła ręką w stronę sypialni.
–  Właśnie  strofowałeś  mnie  za  to,  że  nie  mówiłam  ci  o  swoich 

marzeniach piętnaście lat temu, a teraz sam realizujesz swoje za moimi plecami?

– To nie było za twoimi plecami. Powiedziałem, że o tym myślę.
– Ale nie, że zamierzasz to zrobić.
–  To  nie  ma  z  nami  nic  wspólnego.  –  Podszedł  do  lodówki  i  wyjął 

cocacolę.

background image

– Powiedziałam, że pomogłabym...
– Nie chcę twojej pomocy!
Spojrzał na  nią  z  taką zaciętością  w twarzy,  że  aż poczuła ból  w  piersi. 

Potem odwrócił się do blatu i otworzył puszkę.

– Po co marnować czas, który mamy dla siebie, na rozmowy o pracy?
– Bo to twoje marzenia. I nie zamierzałeś się nimi ze mną dzielić, chociaż 

ze sobą sypiamy.

– Jedno nie ma nic do drugiego.
– Och, wybacz, że mylę seks z intymnością.
–  Maddy,  nie  rób  tego.  –  Westchnął  ciężko.  –  Z  trudem  odnajdujemy 

drogę  w  tym  galimatiasie.  Przeszłość  nie  zniknie  tylko  dlatego,  że  teraz  się 
względnie dogadujemy.

Zagapiła się na niego.
– Powiedziałeś, że miłość to nie jest coś, na co trzeba zasłużyć. Jest albo 

jej nie ma. A co z wybaczeniem? Czy na nie trzeba zasłużyć? Jeśli tak, wyznacz 
mi zadanie. Powiedz mi, co mam zrobić. Jak mam zasłużyć na twoje zaufanie, 
skoro nie dajesz mi szansy?

–  O  co  właściwie prosisz?  Wiesz  chociaż,  czego oczekujesz  po  tym,  co 

jest między nami? – Złość zmieniła jego twarz. – Nie pogrywaj ze mną, Maddy! 
Nie  możesz  przyjechać  tu  na  jedno  cholerne  lato  i  oczekiwać,  że  natychmiast 
wskoczę w poważny związek.

– A czego ty oczekujesz?
– Przestań. – Wziął kilka głębszych oddechów, ale kiedy na nią spojrzał, 

jego  oczy  pałały.  –  Zaryzykowałem  raz  z  tobą,  skoczyłem  na  oślep  i 
wylądowałam  na  twarzy.  Nie  proś,  żebym  znowu  to  zrobił.  Teraz  wolę 
wolniejsze tempo.

– Najwyraźniej – wściekła się – jesteś gotowy skoczyć z trampoliny tylko 

wtedy, gdy chodzi o coś, czego naprawdę chcesz. Najwyraźniej ja nie jestem aż 
tak  ważna.  –  Już  chciała  wypaść  z  mieszkania,  ale  obróciła  się.  –  Chcesz 
wolnego tempa?  Dobrze. Nie ma sprawy.  Rzeczywiście muszę trochę  bardziej 
zaistnieć w twoim życiu,  nim znowu podzielę się z tobą swoim ciałem. Bo do 
czasu,  kiedy  nie  zdecydujesz  się  podzielić  ze  mną  sobą,  seks  jest  dla  mnie 
odrobinę zbyt osobisty.

Ruszyła do wyjścia.
– Maddy...
–  Zapomnij,  Joe.  Rozumiem,  że  boisz  się,  że  zostaniesz  zraniony.  Cóż, 

witamy  w  klubie.  Wszyscy  się  tego  boimy.  To  część  życia.  Kiedy  i  jeśli 
zdecydujesz się dzielić ze mną czymś więcej niż seksem, daj mi znać.

background image

Rozdział 14

Temat: Faceci to kretyni!!!
Christine: Ej, spokojnie, co się stało? Myślałam, że z Joem wszystko idzie 

jak po maśle?

Maddy  wyjaśniła  w  mailu,  że  Joe  zrobił  dokładnie  to  samo,  czego  nie 

potrafił jej wybaczyć, i najwyraźniej tego nie dostrzegał. Obarcza ją winą za to, 
że nie może jej zaufać.

Christine: Masz rację. Faceci to kretyni.
Amy: Czekajcie. Nie osądzajmy tak pospiesznie. Maddy, co mówił Joe?
Christine:  A  kogo  to  obchodzi?  Na  razie  się  powściekamy.  Potem 

będziemy dojrzałe. Na  razie, Mad,  śmiało możesz się wykrzyczeć.  Obiecujemy, 
że jeśli wszystko ci się ułoży z panem Kretynem, to nie wykorzystamy niczego, co 
powiesz, przeciwko niemu.

Amy:  Oczywiście,  że  może  się  przy  nas  wywrzeszczeć,  ale  chciałabym 

poznać zdanie Joego.

Maddy  wybuchnęła  płaczem,  pisząc  odpowiedź:  Wspominałam  wam 

ostatnio,  dziewczyny,  jak  bardzo  was  kocham?  Pewnie  nie  ma  możliwości, 
żebyście przyjechały i żebyśmy się zobaczyły?

Christine: My też cię kochamy. Przyjechałabym w okamgnieniu, ale ciągle 

jestem na stażu. Amy?

Chwilę trwało, nim Amy napisała: Przykro mi, nie mogę. Naprawdę. Ale 

nie  przygotuję  tak  szybko  nikogo,  żeby  zajął  się  biurem.  No  i  jeszcze  moja 
babcia.

Maddy  wiedziała,  że  Amy  się  wymiguje,  ale  przymknęła  na  to  oko, 

pisząc: W porządku, Amy. Nie myślałam trzeźwo.

Christine  dyplomatycznie  zmieniła  temat,  żeby  nie  drążyć  kwestii  lęku 

Amy przed  podróżą: Dobra,  pomyślmy, co  zrobić,  żeby Joe pełzał  przed  tobą, 
kiedy przyjdzie dziś wieczór, myśląc, że zwykłe przepraszam pozwoli mu znowu 
wejść do twojego łóżka.

Tyle że Joe nie przyszedł tej nocy.
Następnego  dnia  Maddy  zobaczyła  go  w  jadalni.  Wmaszerował,  złapał 

tacę i walczył z jedzeniem, jakby chciał je zabić, a potem wyszedł.

Oczywiście  koordynatorki  zauważyły  to  i  natychmiast  pochyliły  się  ku 

sobie, szepcząc. Maddy miała ochotę krzyczeć. Zwierzanie się Amy i Christine 
to jedno, ale nie chciała, żeby Carol i reszta knuły, jak pogodzić ją i Joego.

W  miarę  jednak  jak  dni  mijały,  prawdopodobieństwo  pogodzenia  się 

stawało się coraz mniejsze. Przytłoczona tą myślą Maddy otworzyła laptopa.

Wiadomość:  Jestem  gotowa  na  dojrzałą  rozmowę.  Jakieś  rady,  jak  to 

naprawić?  Do  bólu  tęsknię  za  Joem.  Przez  chwilę  wszystko  układało  się  tak 

background image

cudownie. Chcę tego znowu. O Boże, chyba naprawdę się w nim zakochałam.

Zawahała się  przed  naciśnięciem  „wyślij”.  Żołądek  podszedł  jej  do 

gardła.  Może  powinna  usunąć  ostatnie  zdanie?  Powiedzenie  tego  sprawi,  że 
uczucie stanie się prawdziwsze? Zmrużyła oczy i nacisnęła „wyślij”... Siedziała 
jak na szpilkach, czekając na odpowiedzi przyjaciółek.

Amy: Och, Maddy. Tak mi przykro, że cierpisz. Powiedziałaś Joemu, co 

czujesz?

Maddy: Dobry Boże, skąd! Żartujesz? Opowiedziałam wam trochę o nim. 

Jeśli wypowiem słowo na „k”, natychmiast postawi wszystkie bariery ochronne.

Christine:  Nie  masz  pewności.  Może  po  prostu  czeka,  aż  powiesz  to 

pierwsza. Może sobie myśli: „Na Boga, ostatnim razem ja nadstawiłem karku, 
teraz jej kolej”.

Maddy: To przerażająca myśl. Zwłaszcza że nie dał mi żadnych podstaw 

do myślenia, że chce czegoś poważnego. Sama nawet nie wiem, czy ja tego chcę. 
Mój  dom,  moja  rodzina  i  wy  obie  jesteście  w  Austin.  Co  ja  wyprawiam, 
zakochując się w facecie, który mieszka w innym stanie?

Christine: To się nazywa nędzna wymówka! Maddy, domy  się sprzedaje, 

rodzina doprowadza cię do szaleństwa, a chociaż będzie nam brakować ciebie w 
czasie lunchów, przyjaźń nie może stawać na drodze miłości. Jeśli idzie o kryzys 
z Joem, to myślę, że powinnaś mu powiedzieć chociaż trochę o tym, co czujesz. 
Nie musisz używać wielkiego słowa na „m”, ale coś mu powiedz.

Maddy: Jak mam to zrobić, kiedy on się do mnie nie odzywa?
Christine: Jezu. Poczekaj, aż dzieci zasną, zapukaj do jego drzwi, a kiedy 

otworzy, powiedz: „Heja, Joe, pogadajmy”.

Maddy  gapiła  się  na  list  Christine  przez  kilka  długich  minut,  nim 

zamknęła z trzaskiem laptopa. Łatwo radzić, gdy samemu nie trzeba tego zrobić.

Zdała sobie sprawę, że słońce już zachodzi, i wyszła na balkon. Brzmienie 

i  zapach  gór  o  zmierzchu  wypełniły  jej  zmysły.  W  dole,  w  obozie,  zobaczyła 
światła palące się w mieszkaniu Joego.

Może  Christine  miała  rację.  Może  Joe  chciał,  aby  wykonała  pierwszy 

ruch.  Próbowała  wyobrazić  sobie,  co  powie  i  jak  on  może  na  to  zareagować. 
Strach  narastał  w  niej  ze  zdumiewającą  szybkością.  Serce  waliło  jak  oszalałe, 
dłonie  pociły  się.  Czy  to  właśnie  czuł  Joe  te  lata  temu,  gdy  zbierał  się  na 
odwagę, aby się oświadczyć?

A ona mu odmówiła.
Poczuła takie wyrzuty sumienia, że aż się skrzywiła.
A jeśli teraz stanie się odwrotnie? Jeśli odważy się powiedzieć mu, że go 

kocha, a on ją odrzuci?

Patrzyła przez dłuższą chwilę na światła w biurze, podczas gdy cienie się 

wydłużały,  a  powietrze  stawało  coraz  chłodniejsze.  W  końcu  obozowiczki 
dyżurujące  przy  fladze  ruszyły  do  masztu  obok  wielkiego  dzwonu.  Przez 

background image

głośniki  płynął  głos  Mamy  odmawiającej  wieczorną  modlitwę,  podczas  gdy 
dziewczynki  opuściły  flagę  i  złożyły.  Potem  rozległ  się  capstrzyk,  delikatna  i 
cicha wersja, która zwykle brzmiała dla Maddy bardzo kojąco.

Dzisiaj wydała jej się płaczliwa, że aż jej się serce ścisnęło. Patrzyła, jak 

dziewczynki  oddalają  się  od  masztu.  Patrzyła,  jak  Mama  wychodzi  z  biura, 
wsiada  do  samochodziku  i  rusza  do  domku  właściciela  na  wzniesieniu  przy 
bramie. Pragnęła zobaczyć, jak Joe wychodzi i idzie w kierunku Warsztatu jak 
co wieczór przez miniony magiczny tydzień.

Niebo  ciemniało,  a  powietrze  chłodniało.  W  końcu  wróciła  do  środka, 

gdzie  przeleżała  bezsennie  większość  nocy.  Wąskie  łóżko  wydawało  się  takie 
ciasne, gdy był w nim Joe. Nieraz śmiali się z tego powodu. Teraz wydawało się 
zdecydowanie zbyt puste.

Jej przyjaciółki miały rację. Musiała wykonać pierwszy ruch. Skoro sen ją 

opuścił, szukała w głowie sposobu na zrobienie pierwszego kroku. Gdyby tylko 
wiedziała,  dokąd  ją  zaprowadzi.  Dlaczego  miłość  musi  być  tak  przerażająca  i 
bolesna?

Następnego wieczoru Joe gapił się na papiery przed sobą, żałując, że nie 

pomagają mu nie myśleć o Maddy. I o pokusie, aby pójść do Warsztatu i błagać, 
żeby wpuściła go do łóżka. Wszystko układało się tak idealnie. Nie mogłoby tak 
zostać?

Patrzenie, jak odchodzi pod koniec lata, będzie i tak wystarczająco trudne. 

O ile boleśniejsze by było, gdyby wpuścił ją do swojego życia. Gdyby pozwolił 
jej  być  częścią  planów  obozu  treningowego,  stałyby  się  kolejną  rzeczą 
przypominającą mu o niej. Nie rozumiała tego?

Usłyszał  chrzęst  żwiru  na  parkingu  i  podniósł  głowę.  Ku  swojemu 

zdziwieniu zobaczył matkę. Zerknął na zegarek.

– Trochę za wcześnie jak na capstrzyk, prawda?
–  Pomyślałam,  że  wpadnę  z  wizytą. Ostatnio  było  tyle  pracy, że  ledwie 

mieliśmy okazję porozmawiać.

– Tak? – Spiął się.
Za każdym razem, gdy Mama Fraser chciała porozmawiać, rzeczywiście 

miała coś do powiedzenia.

– Tak.
Uśmiechając się, siadła na krześle między biurkiem a tylnymi drzwiami. 

Nad  doliną  zapadał  wieczór.  Joe  słyszał,  jak  obozowiczki  bawią  się  w 
przeciąganie  liny  na  boisku,  korzystając  z  wolnego  czasu  między  kolacją  a 
gaszeniem świateł.

–  Byłam  na  górze,  w  Warsztacie,  na  herbacie  u  Madeline.  Pokazała  mi 

kilka  prac,  które  przygotowała  na  wystawę.  Ta  dziewczyna  ma  prawdziwy 
talent!

background image

– Tak, wiem.
Żołądek zacisnął mu się na samo wspomnienie imienia. Mama pochyliła 

się i położyła przed nim kopertę.

– Prosiła, żebym ci to oddała.
– Co to jest?
Zmarszczył  brwi,  patrząc  podejrzliwie  na  kopertę.  Zważywszy,  jak 

napięte  ostatnio  były  ich  stosunki,  to  mogło  być  wszystko,  od  zjadliwej  notki 
mówiącej mu, żeby się wypchał, po rezygnację. Myśl o tym ostatnim sprawiła, 
że  poczuł  ogarniającą  go  panikę.  Widywanie  jej  codziennie  zabijało  go  po 
trochu, ale było lepsze niż niewidywanie jej w ogóle.

– No? – popędzała go matka. – Nie otworzysz? Przygotował się na słowa 

„Drogi  Johnie,  pieprz  się”  i  otworzył  kopertę  nożem.  Potem  zagapił  się  na 
wydrukowaną kartkę.

– To zaproszenie na wystawę Maddy.
– Zgadza się.
Poczuł przypływ nadziei, a potem pojawiła się frustracja.
– Co? Nie mogła się wysilić i sama mi to doręczyć?
– Po tym, jak ostatnio się zachowywałeś? – Matka uniosła brew. – Może 

nie chciała, żebyś na nią warczał.

Zacisnął zęby.
– Nie warczałem na nią.
– Nie? – zachichotała, a potem westchnęła. – Może i nie, ale jasno dałeś 

do zrozumienia, że nie życzysz jej tu sobie.

– Powiedziała ci to?
Zwalczył pokusę, żeby się zerwać i zacząć chodzić.
– Nie. Ale mam oczy. Od ponad tygodnia zieje od ciebie chłodem. – Ze 

smutkiem  pokręciła  głową.  –  A  już  myślałam,  że  zaczęło  się  między  wami 
układać.

– Układało się, dopóki ona...
– Dopóki ona co?
– Nic. – Poprawił stos papierów na biurku.
– Joe, chcesz, żeby Maddy wyjechała?
– Nie! – Przerażenie sprawiło, że serce zabiło mu szybciej. – Chcę...
– Czego?
„Wszystkiego!  –  prawie  wykrzyczał.  –  Chcę,  żeby  mnie  kochała,  tym 

razem  naprawdę.  Tak  jak  ja  kochałem  ją,  tak,  że  prawie  to  mnie  zżarło  od 
środka. Chcę, żeby mnie kochała tak jak Nigela dziwaka”.

Sama myśl o tym imieniu sprawiła, że chciał coś rozszarpać. Zamiast tego 

znowu przekładał papiery.

– Jeśli Maddy przysłała cię tutaj jako pośrednika, to powiedz jej, że nie 

ma  powodu,  by  wyjeżdżała.  Jestem  w  stanie  uszanować  granice,  które 

background image

wyznaczyła.

– Chcesz powiedzieć, że to od niej zieje chłodem?
– To nie takie proste. – Przetarł twarz ręką. – Posłuchaj, doceniam twoją 

troskę, ale naprawdę niezręcznie czuję się, rozmawiając o pewnych rzeczach z 
matką.

– Ach. – W jej oczach pojawił się rozumiejący błysk. – Odstawiła cię.
– Mamo. – Gorąco rozlało mu się po szyi. – Proszę. Zaśmiała się.
– Nic dziwnego, że chodzisz taki naburmuszony.
– Nieprawda.
– Niech ci będzie, humorzasty. Brak seksu często tak wpływa na facetów.
Spiorunował ją wzrokiem.
– Uparłaś się, żeby o tym rozmawiać, co? Poprawiła się na krześle.
– A może daruję ci rozmowę i opowiem historię?
– Jak wolisz. Wrócił do papierów.
– Pamiętam, jak poznałam Pułkownika.
Słysząc  znajome  słowa,  jęknął  na  głos,  chociaż  lubił  tę  historię.  Nie 

cierpiał tylko tego, że Mama za każdym razem opowiadała ją w innym celu.

– To było na tańcach USO w czasie wojny. Niewiele osób uważało go za 

szczególnie  przystojnego  nawet  wtedy.  Ale...  –  Przechyliła  głowę,  jakby 
wyobrażała go sobie, a jej twarz zajaśniała. – Nie można było mu się oprzeć.

Joe zmrużył oczy.
– Ostatnim razem, kiedy opowiadałaś tę historię, był „przerażający”.
–  To  też.  –  Roześmiała  się.  –  Nadal  go  widzę,  jak  wchodzi  do  sali, 

krzywiąc  się  do  wszystkich.  Pozostałe  dziewczyny  za  bardzo  się  bały,  żeby 
podejść  i  się  przywitać,  chociaż  po  to  właśnie  tam  byłyśmy:  aby  żołnierze 
poczuli  się  jak  w  domu.  By  chociaż  na  trochę  zapomnieli  o  wojnie.  Więc 
przyglądałam mu się przez dłuższy czas. Dość długo, aby zauważyć, że patrzył 
na  tańczące  na  parkiecie  pary  z  dziwną  mieszanką  strachu  i  tęsknoty.  Potem 
spojrzał  na  nas,  dziewczyny,  i  skrzywił  się  jeszcze  bardziej.  W  końcu  zdałam 
sobie sprawę, że bał się nas jeszcze bardziej niż my jego. – W jej oczach zabłysł 
uśmiech. – Więc podeszłam prosto do niego, a kolana się pode mną uginały, bo 
jeśli jednak się myliłam? Może był tak wredny, jak na to wyglądał. Nie miałam 
gwarancji, że nie odgryzie mi głowy. Tak to właśnie jest między mężczyznami i 
kobietami. Wielki strach i żadnej gwarancji.

Joe z zakłopotaniem zmarszczył brwi.
– Już doszliśmy do morału tej historii?
– Dobry Boże, skąd! Morał będzie na końcu. Na czym stanęłam?
–  Poprosiłaś  Pułkownika  do  tańca,  tyle  że  wtedy  nie  był  jeszcze 

pułkownikiem. Był majorem Patrickiem Fraserem.

–  Racja.  Zapytałam,  czy  by  nie  zatańczył.  Spojrzał  na  mnie  z  góry.  –

Odchyliła do tyłu głowę, patrząc w górę, a potem zerknęła w bok na Joego. –

background image

Nawet zanim jeszcze kości mi się skurczyły, nie byłam zbyt wysoka. A wiesz, 
co on powiedział?

Joe zniżył głos do głębokiego basu:
–  Nie  jestem  pewien,  czy  to  rozsądne,  proszę  pani,  bo  moje  stopy  są 

większe od całej pani.

Skinęła głową.
– Więc zaproponowałam, żebyśmy usiedli i porozmawiali. Tego wieczoru 

jako  ostatni  wyszliśmy  z  potańcówki,  a  i  tak  dopiero,  gdy  nas  praktycznie 
wyrzucili.  Major  Patrick  Fraser  odprowadził  mnie  do  samochodu.  Całą  drogę 
przez  wielki,  pusty  parking  nie  odezwaliśmy  się  do  siebie  nawet  słowem. 
Myślałam,  że  to  może  przeze  mnie,  bo  gdy  wychodziliśmy,  trochę  się  z  nim 
droczyłam z powodu wielkich stóp. Później przyznał mi się, że milczał, bo tak 
bardzo  chciał  mnie pocałować,  że  aż  mu  się  kolana  trzęsły.  Wyobraź sobie.  –
Wyszczerzyła zęby. – Pułkownikowi trzęsły się kolana.

– To się zdarza najlepszym facetom. – Joe skrzywił się do matki.
– O tak. – Ukryła rozbawienie. – Kiedy doszliśmy do mojego samochodu, 

zebrał się na odwagę i zapytał, czy może mnie pocałować. Powiedziałam, że tak, 
oczywiście, bardzo rzeczowo, spodziewając się całusa na pożegnanie. Ale kiedy 
mnie pocałował... – Poklepała się po sercu, a jej oczy się zamgliły. – Och, kiedy 
mnie pocałował... wiedziałam. Po prostu wiedziałam, że to mężczyzna dla mnie 
i że niezależnie od tego, jak się ułoży przyszłość, będę go kochała tak długo, jak 
mi Bóg pozwoli.

Znowu spojrzała na Joego i już wiedział, że nadszedł właściwy moment: 

zaraz usłyszy morał historii.

–  A  teraz  wyobraź  sobie,  że  nie  zebrałabym  się  na  odwagę  i  nie 

poprosiłabym go do tańca albo on nie odważyłby się i nie pocałowałby mnie na 
dobranoc. Może znaleźlibyśmy  szczęście gdzie indziej,  ale jestem przekonana, 
że nie byłoby nawet porównywalne. Niektóre rzeczy są nam po  prostu pisane. 
Co nie znaczy, że szczęście samo wpadnie ci w ręce. Trzeba poradzić sobie ze 
strachem, żeby  na  nie zasłużyć, a  potem,  gdy  już  się je  zdobędzie, codziennie 
pielęgnować.

– I ty myślisz, że jesteśmy sobie z Maddy pisani?
– A jak ty uważasz?
– Uważam, że nie zawsze układa się tak, jakbyśmy chcieli. I czasem nie 

wystarczy,  że  się  kogoś  kocha.  Popatrz  na  Jimmy’ego  –  stwierdził,  mając  na 
myśli jednego ze starszych podopiecznych Mamy, który opuścił dom Fraserów 
na  długo  przed  pojawieniem  się  Joego.  Gdy  ostatnio  o  nim  słyszał,  Jimmy 
odsiadywał drugi wyrok w więzieniu. – Dałaś mu tę samą miłość co reszcie, ale 
nawet to nie wystarczyło. Nie powiesz chyba, że cię nie zranił.

Zamyśliła się i pokiwała głową.
– Boli mnie, gdy myślę o Jimmym, ale z jego powodu, nie mojego. Nie 

background image

żałuję,  że  otworzyłam  dla  niego  dom  i  serce.  Daliśmy  mu  z  Pułkownikiem 
wszystko, co potrafiliśmy. Ale zrobiliśmy to z własnej woli. Nie doczepialiśmy 
do tego etykietki z ceną. Nie zastrzegaliśmy sobie, że Jimmy musi coś zrobić z 
tą miłością, aby nas zadowolić.

– Ale zranił cię.
–  O  wiele  bardziej  zranił  siebie.  –  Jej  bladoniebieskie  oczy  świdrowały 

go.  –  Joe,  miłość  może  być  i  radosna,  i  bolesna.  Jak  w  wesołym  miasteczku. 
Możesz wsiąść na karuzelę, pokręcić się miło i niespiesznie albo wskoczyć na 
górską  kolejkę  z  jej  wzlotami  i  upadkami.  Taka  karuzela  ma  sporo  zalet.  To 
właśnie mieliśmy z Pułkownikiem. Cudowna przejażdżka dająca zadowolenie i 
przynosząca parę niespodzianek. I Bogu za to dzięki, bo wy, chłopcy, byliście 
jak  górska  kolejka.  Nie  zawsze  było  zabawnie.  Nie  będę  cię  okłamywać: 
niejeden  raz  miałam  ochotę  po  prostu  zacząć  wrzeszczeć.  Ale  koniec  końców 
cieszę  się,  że  zaliczyłam  wszystkie  atrakcje  wesołego  miasteczka,  nie  tylko 
karuzelę i nie tylko górską kolejkę.

– Ja wolałbym karuzelę.
– Wiem.
Jej pełna zrozumienia twarz złagodniała. Większość osób zdziwiłaby się, 

słysząc  takie  słowa  w  ustach  kochającego  dreszczyk  emocji  Joego  Frasera, 
komandosa,  eksperta  od  materiałów  wybuchowych  uzależnionego  od 
adrenaliny.  Jeśli  jednak  idzie  o  związki,  nim  osiągnął  dorosłość,  tyle  się 
najeździł górską kolejką, by mieć dość do końca życia.

I  to  właśnie  przerażało  go  w  Maddy.  Była  największą,  najwspanialszą 

kolejką w wesołym miasteczku, z rozbłyskującymi światełkami i dźwięczącymi 
dzwonkami. Przyciągała go, budząc w nim łęk i podziw, tęsknotę i przerażenie –
zupełnie jak w dziecku patrzącym na górską kolejkę.

–  Chodzi  o  to,  że  –  matka  pochyliła  się  i  poklepała  go  po  ręce  –  nie 

zawsze masz wybór. Poza tym nie dowiesz się, jak dzika jazda cię czeka, dopóki 
nie wsiądziesz. Tym razem Maddy może cię zaskoczyć.

–  Albo  nie.  –  Opadł  na  oparcie  krzesła.  –  Dlatego  nie  zamierzam 

narysować  sobie  dziesiątki  na  piersi  i  powiedzieć  jej,  żeby  strzelała.  Nie  bez 
powodu wymyślono kamizelki kuloodporne.

–  Joe.  –  Wykrzywiła  pomarszczoną  twarz.  –  Jeśli  powiesz  Maddy,  że 

wpuścisz ją do serca, jeśli spełni pewne warunki, to znaczy, że nie nauczyłeś się 
o miłości tyle, ile miałam nadzieję ci przekazać.

– Boże. – Schował twarz w dłoniach. – Nie cierpię, kiedy masz rację.
– Wiem. A teraz co do tej wystawy...
Opuścił  ręce  i  skrzywił  się  ostrzegawczo.  Matka  kompletnie  to 

zignorowała.

–  Mam  nadzieję,  że będę  mogła jechać razem  z  tobą,  bo jazda nocą nie 

sprawia mi już takiej przyjemności jak kiedyś.

background image

Słysząc te słowa, uniósł brwi.
– Przyznajesz, że stanowisz zagrożenie na drodze?
–  Nie.  –  Wyprostowała  się  na  całą  długość  drobnego  ciała.  –

Powiedziałam tylko, że nie lubię już jeździć nocą.

– Bo nie widzisz po ciemku.
– Bardzo dobrze widzę – upierała się. – I jeśli nie chcesz mnie zawieźć, to 

bez łaski, sama pojadę.

– Nie wygłupiaj się. Oczywiście, że cię zawiozę.
–  Dobrze.  –  Rozpromieniła  się  i  wstała.  –  A  teraz,  jeśli  nie  masz  nic 

przeciwko, do czasu wieczornej modlitwy popatrzę, jak dziewczynki się bawią.

Dopiero  gdy  wyszła,  zdał  sobie  sprawę,  jak  gładko  nim  manipulowała. 

Miał  trzydzieści  trzy  lata,  a  Mama  Fraser  nadal  wiedziała,  gdzie  przycisnąć 
guzik.

Boże, jak ją kochał.
Kochać. Zmarszczył czoło przy tym słowie. Czy miał w sobie to, czego 

trzeba,  aby  kochać  tak  jak  ona?  Żeby  kochać  bezwarunkowo,  absolutnie,  bez 
stawiania ograniczeń, nie mając gwarancji, czy przyniesie to przyjemność, ból, 
czy jedno i drugie?

Wziął  zaproszenie.  Pomyślał  o  Maddy  i  tęsknota  aż  go  zabolała.  Czy 

pisane mu było kochać tę kobietę przez całe życie? Przyjmując i przyjemność, i 
ból,  jakie  mu  przyniesie?  Dlaczego  w  miłości  tak  niewiele  rzeczy  podlegało 
wyborowi? To było naprawdę beznadziejne. Nie chciał kochać tej kobiety.

„Tak, ale już ją kochasz”.
Pytanie tylko, co zamierzał z tym zrobić.
„Ożeń się z nią, idioto”.
Ta  odpowiedź  pojawiła  mu  się  nagle  w  głowie,  prawie  pozbawiając  go 

tchu.  Już raz mu się nie udało. W tej chwili nawet się do siebie nie odzywali, 
więc oświadczyny nie wchodziły w grę. Musiał najpierw przygotować grunt. I to 
bardzo solidnie.

Potrzebował  planu  działania.  Aha,  pokiwał  głową,  gdy  myśl  nabierała 

kształtów.  Ostatecznym  celem  było  uczynienie  Maddy  stałym elementem jego 
życia. Dojdzie tam, przechodząc kolejne fazy.

Faza pierwsza: Wrócić do tego, co już mieli.
Faza druga: Sprawić, aby została w Santa Fe.
Faza trzecia: Włożyć jej obrączkę na palec.
Serce  zabiło  mu  szybciej  na  wspomnienie  porażki,  ale  już  otrzymywał 

zadania, które wydawały się nie do wykonania. Musiał tylko skupić się na tym, 
co ma w danej chwili robić. Nie wybiegać zbyt daleko w przyszłość.

Pierwszy  krok  w  fazie  pierwszej  oznaczał  naprawienie  niezręcznej 

sytuacji.

Maddy siedziała razem z Daną przy stole obozowiczek. Jadła lunch, kiedy 

background image

podniosła  wzrok  i  zobaczyła,  że  obok  niej  stoi  Joe  z  tacą.  Na  ten  widok 
podskoczyła i prawie wypuściła widelec.

– Cześć – powiedział zwyczajnie, jakby nie mieli za sobą kilku cichych 

dni.

– Cześć – zdołała odpowiedzieć.
Spuścił wzrok na chwilę, a potem znowu na nią spojrzał.
– Zauważyłem, że na zaproszeniu proszą o potwierdzenie.
– Tak?
– Chciałem ci powiedzieć, że zadzwoniłem do Sylvii i powiedziałem, że 

przyjedziemy z Mamą.

–  Och.  –  Nadzieja  i  ulga  natychmiast  ją  wypełniły,  zamieniając  się  w 

ciepło oblewające twarz. – Cieszę się.

Skinął głową.
– Chciałem ci tylko to powiedzieć.
– Brawo, dziewczyno.
Westchnęła  z  uśmiechem.  Pierwszy  raz  nie  obchodziło  jej  ile,  osób  zna 

szczegóły z ich miłosnego życia. Zaproponowała gałązkę oliwną i Joe ją przyjął.

background image

Rozdział 15

Ponieważ sukces wymaga ciężkiej pracy, warto czasem pójść po linii 

najmniejszego oporu.

Jak wieść idealne życie

W dniu wystawy Maddy miała tyle zajęć, że prawie nie zwracała uwagi 

na  nerwowo  zaciskający  się  żołądek.  Ponieważ  Mama  zgodziła  się  przejąć  jej 
obowiązki  w  Warsztacie,  miała  cały  dzień  dla  siebie  i  mogła  pomóc 
pracownikom galerii w przygotowaniach.

Jedną z wnęk na tyłach przeznaczono na jej prace. Wraz z Juanitą zdjęły 

wszystko ze ścian i zaczęły rozwieszać obrazy, wypełniając przestrzeń żywymi 
krajobrazami, barwnymi kwiatami polnymi i dramatycznymi widokami chmur.

–  Rety  –  powiedziała  Juanita,  odsuwając  się  krok,  żeby  ocenić,  jak  im 

idzie praca. – Wyglądają wspaniale. Już ci mówiłam, jak bardzo podobają mi się 
rzeczy, które przywiozłaś, ale powieszone po prostu rzucają na kolana.

– Dzięki. Chłopcy z warsztatu ramiarskiego odwalili wspaniałą robotę.
–  To  coś  więcej  –  upierała  się  kierowniczka  galerii.  –  Nie  żartowałaś, 

kiedy powiedziałaś, że jesteś dobra w robieniu wystaw.

– Dlatego zaproponowałam pomoc. – Z miarką w ręku Maddy kręciła się 

wokół rozłożonych na podłodze oprawionych prac.

Sylvia  i  kilku  ramiarzy  pracowali  w  pozostałych  niszach.  Przechylając 

głowę, Maddy zerknęła na miarkę, żeby ustalić, gdzie wbić następny gwóźdź.

–  Inni  artyści  rzadko  coś  takiego  robią.  –  Juanita  zapisała  cyfry  na 

kawałku  tektury.  –  Nie  żebyśmy  mieli  coś  przeciwko.  Ich  zadanie  to  tworzyć 
sztukę. Nasze to pokazywać ją i sprzedawać. Szczerze mówiąc – Juanita zniżyła 
głos  –  większość  z  nich  nie  poradziłaby  sobie,  nawet  gdybyśmy  pozwolili  im 
spróbować.

–  Wieszanie  prac  w  galerii  to  sztuka  sama  w  sobie.  –  Maddy  wyjęła 

gwóźdź z kieszeni koszuli, którą włożyła do wystrzępionych dżinsów.

– Dobrze powiedziane – zaśmiała się Juanita.
Kiedy  Maddy  zaczęła  wbijać  gwóźdź,  zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo 

tęskniła  za  tym  światem,  nie  tylko  za  samą  sztuką,  ale  też  za  urządzaniem 
wystaw  i  sprzedażą.  Oprowadzanie  klientów  po  galerii  to  coś  więcej  niż 
wymienianie cen. To przedstawienie: opowiada się historie o każdym artyście, o 
każdym obrazie, o tym, jak prace łączą się z innymi dziełami; zaprojektowanie 
wystawy przypomina budowanie scenografii.

– Co teraz? – Juanita zapytała, kiedy skończyły wieszać prace Maddy.
Maddy rozejrzała się.

background image

–  Wstawmy  tu  kilka  brązów,  żeby  dodać  wymiarów.  Wspólnie 

przytargały piedestały z pni drzewa i ustawiły na nich rzeźby z brązu.

– Idealnie – stwierdziła Maddy, otrzepując ręce.
Sala  wyglądała  jak  galeria  przy  Canyon  Road.  Do  wystawy  zostały  już 

tylko trzy godziny, Maddy nie miała więc zbyt wiele czasu, żeby rozmyślać o 
nadchodzącym  wieczorze  i  o  Joem.  Przez  ostatnie  dwa  dni  zachowywał  się 
wobec  niej  nieco  przyjaźniej,  ale  nadal  potrzebna  była  poważna  rozmowa. 
Wymyśliły więc z Mamą plan, dzięki któremu Maddy mogła zostać sam na sam 
z Joem dziś wieczór po wystawie.

Żołądek zacisnął jej się nerwowo. Przycisnęła go dłonią.
– Pomóc ci z resztą prac?
–  Nie,  zostały  tylko  ceny  do  powieszenia  i  posprzątanie.  Angelina!  –

Juanita  zawołała  siedmioletnią  wnuczkę  Sylvii.  –  Możesz  tu  zamieść,  jeśli 
chcesz.

– Dobra!
Pełne zapału dziecko, które przez cały dzień bardziej przeszkadzało, niż 

pomagało,  przybiegło  ze  szczotką  większą  od  siebie.  Juanita  zerknęła  na 
zegarek.

–  Może  pójdziesz  się  przebrać?  Sylvia  chce  mieć  do  katalogu  zdjęcia  z 

tobą,  jak  stoisz  przed  Wschodem  w  kanionie.  Powinniśmy  to  zrobić,  zanim 
zacznie się młyn.

Nie  mając  wyboru,  Maddy  wyszła  z  galerii  na  tyły,  do  hałaśliwego 

warsztatu ramiarskiego i pomieszczeń biurowych.

Gdyby  Obrazy  Zachodu  były  kobietą,  galeria  byłaby  jej  twarzą:  pięknie 

przygotowaną  na  pokaz  dla  całego  świata,  ale  to  zaplecze  byłoby  jej  sercem  i 
duszą, jasne, głośne i pulsujące życiem. Dzisiaj serce biło w szaleńczym rytmie, 
kiedy  pracownicy  desperacko  starali  się  oprawić  ostatnie  kilka  obrazów  na 
wystawę.  Jarzeniowe  światło  zalewało  odsłonięte,  metalowe  krokwie,  kawałki 
tektury walały się po podłodze jak ogromne konfetti. Z głośników ryczał ostry 
rock, który dokładał się do syku powietrza ze sprężarek zdmuchujących kurz ze 
szkła i niepokojących strzałów z pistoletu do gwoździ.

Maddy uśmiechnęła się, słysząc tę rwaną, cudowną symfonię, gdy szła do 

biur  handlowych  i  łazienki  dla  pracowników.  Tam  znalazła  sukienkę,  którą 
zamierzała włożyć, wiszącą w torbie z pralni. Podniecenie i niepokój burzyły się 
w jej brzuchu, gdy wzięła sukienkę i pomyślała o nadchodzącym wieczorze.

Joe  stanął  jasnobłękitnym  wozem  matki  w  kolejce  samochodów 

czekających na wjazd na parking przed Obrazami Zachodu.

– Zapowiada się spory tłum.
– Z pewnością – zgodziła się radośnie Mama Fraser. Pochylił głowę, żeby 

przyjrzeć się całości. Lampiony świeciły na dachu, a maleńkie, białe światełka 

background image

okrążały kolumienki ganku. Jaśniejsze światło wylewało się przez wielkie okna 
frontowe.  Wewnątrz  dostrzegł  śmietankę  artystycznego  świata  Santa  Fe: 
kolekcjonerów, właścicieli galerii, artystów.

– Sylvia miała genialny pomysł z tajemniczą artystką.
–  Maddy  musi  cieszyć  się  z  tych  tłumów  –  stwierdziła  Mama.  –  I 

denerwować się, jak wypadnie.

– Na pewno.
Jednak  nie  tylko  Maddy  się  denerwowała.  Joemu  udało  się  zaliczyć 

pierwszy  krok  fazy  pierwszej.  Dziś  miał  nadzieję  wykonać  drugi  krok  w 
kierunku przywrócenia poprzedniego stanu rzeczy.

Kolejka samochodów ruszyła. Wjechał na miejsce dla niepełnosprawnych 

w pobliżu drzwi frontowych, a potem zwrócił się do matki:

– Tym razem poczekaj, aż otworzę ci drzwi, dobrze?
–  Nie  wygłupiaj  się.  –  Siłowała  się  drżącymi  rękoma  z  klamką.  –  Dam 

sobie radę.

– Mówię poważnie – rzucił zniecierpliwiony.
Ta uparta kobieta nigdy nie pozwalała bez walki, żeby cokolwiek dla niej 

zrobił.  Mniej  pewny  siebie  mężczyzna  czułby  się  w  jej  obecności  jak 
pozbawiony męskości, a ona nawet nie wiedziałaby, jak go uraziła.

Matka  skrzywiła  się,  ale  złożyła  ręce  na  znak  rezygnacji.  Zadowolony 

wyszedł  z  samochodu  na  chłodne, wieczorne powietrze.  Głosy gości  w  galerii 
oraz odgłos zatrzaskiwanych drzwi samochodowych ostro kontrastowały z ciszą 
wieczoru na pustyni. Ponad nim narastał zmierzch. Joe otworzył drzwi pasażera.

– Widzisz, to wcale nie bolało.
–  Wcale –  zgodziła się  z  uśmiechem,  który  nic  nie  znaczył.  Następnym 

razem będzie tak samo. Zaakceptował to z tą samą cierpliwością, z jaką patrzył 
na jej gramolenie się z samochodu. Laska zaplątała jej się między nogami, ale 
Mama wysiadła, nie potykając się.

–  No dobrze. – Poprawiła żakiet z jedwabiu, który włożyła do czarnych 

spodni i ortopedycznych butów. – Chodźmy poudzielać się towarzysko.

Joe ukrył uśmiech, gdy  szli przez parking.  Jego matka nie  mogłaby być 

snobem  z  artystycznego  światka,  nawet  gdyby  chciała.  Podobało  jej  się 
wszystko,  począwszy  od  malunków  palcami  dzieci  z  obozu,  skończywszy  na 
obrazach z jego kolekcji. Gdy tylko otworzył drzwi, zalał ich hałas z galerii.

– Joe. – Sylvia stała gotowa, aby witać gości. – Cieszę się, że się zjawiłeś.
– Nie mógłbym tego przegapić. – Rozejrzał się po tłumie w poszukiwaniu 

Maddy,  ale  nie  zobaczył  jej.  –  O  ile  się  nie  mylę,  nie  poznałaś  jeszcze  mojej 
matki.

–  Nie.  –  Sylvia  wyciągnęła  dłoń  w  turkusach  i  srebrze.  –  Pani  syn  ma 

doskonały gust, jeśli idzie o sztukę... i artystów, ponieważ to on przyprowadził 
do nas Maddy. Co za skarb! Wszystkim podobają się jej prace.

background image

–  Oczywiście,  że  tak.  –  zgodziła  się  Mama.  –  Madeline  zawsze  była 

niezwykła.

– Nie będę się zaprzeczać.
Sylvia wskazała na stół do ramowania, który zamieniono w bufet. Wokół 

zgromadził  się  spory  tłum.  Ludzie  nakładali  na  talerze  przekąski  i  brali  od 
kelnera kieliszki z winem.

– Może poczęstujecie się czymś i rozejrzycie?
– Dzięki.
Joe wskazał Mamie, żeby szła pierwsza, i ruszył za nią, gdy pojawiła się 

Maddy.

Rozmawiała ze starszą parą i szła tyłami zatłoczonej galerii. Joe skupił się 

na niej, wszystko inne widząc jak przez mgłę. Patrzył, jak idzie, wyłapywał ją w 
prześwitach  między  ludźmi.  Urodę  włosów  podkreślał  żakiet  w  bogatych, 
ziemistych  odcieniach,  ręcznie  malowany  w  stylizowane  indiańskie  konie  i 
obrębiony skórzanymi frędzlami.

Tłum  się  rozdzielił  i  Joe  dojrzał  sukienkę  w  miedzianym  kolorze,  którą 

włożyła pod żakiet. Spływała od szerokiego dekoltu, przez wciętą talię i ładnie 
rozszerzające się biodra niemal do kostek. Stroju dopełniały seksowne sandały 
na siedmiocentymetrowych obcasach.

Dźwięk śmiechu sprawił, że jego wzrok powędrował znowu ku jej twarzy.
Serce mu się zacisnęło.
To była taka Maddy, jaką zawsze sobie wyobrażał. Radosne, olśniewające 

centrum świata  artystycznego.  W  sercu  Joego  mieszała się duma i  zwątpienie. 
Duma,  bo  Maddy  wypełniała  swoje  przeznaczenie,  i  zwątpienie,  czy  to 
przeznaczenie obejmowało również jego osobę.

– O, znowu – westchnął ktoś ze złością.
– Hm, co?
Joe odwrócił się i zobaczył stojącą obok Juanitę z rękoma na biodrach.
–  Madeline. –  Sfrustrowana kierowniczka galerii  wskazała na  Maddy.  –

Cały  czas  odciąga  klientów  od  własnych  prac  i  przedstawia  innym  artystom. 
Przyznaję,  jestem  zachwycona,  bo  dziś  wieczór  załatwiła  sprzedaż  czterech 
oryginałów, ale żałuję, że to nie jej oryginały. Miała być naszą nową gwiazdą, a 
nie asystentką działu sprzedaży.

Joe spojrzał znowu na Maddy. Przyglądał się, jak wskazuje różne obrazy 

na  ścianie,  gestykuluje,  mówiąc.  Robiła  właśnie  to,  o  czym  mówiła  Juanita: 
sprzedawała obrazy innych artystów.

– Ale jest w tym dobra. – Juanita skinęła głowa. – Trzeba jej to przyznać. 

Naprawdę dobra.

– I absolutnie nieznośna.
Ruszył przed siebie, zerkając tylko w stronę matki przy bufecie. Podszedł 

do Maddy, która opowiadała o obrazie przed sobą.

background image

– Cześć, Maddy.
Odwróciła  się  do  Joego,  który  stał  dokładnie  za  nią.  Wiedziała,  że 

przyjechał; dostrzegła go i jej serce zrobiło kilka salt, ale nie spodziewała się, iż 
podejdzie prosto do niej. Układało się między nimi lepiej, ale nie aż tak dobrze.

– Joe. Tak się cieszę, że przyjechałeś.
– Ja też. – Odwrócił się do starszej pary. – Państwo Coltonowie, jak się 

państwo bawią dziś wieczór?

–  Dobrze,  naprawdę  dobrze  – odparł  pan  Colton.  –  A  jak  się  podoba 

naszej wnuczce letni obóz?

– Fantastycznie się bawi, a teraz, jeśli państwo pozwolą... – Joe objął ją w 

talii. – Muszę porozmawiać z Madeline.

Zręcznie zabrał ją od Coltonów i poprowadził przez tłum niczym tancerz. 

Jego dotyk przyprawił ją o lekki zawrót głowy do tego stopnia, że nie zapytała, 
co jest grane. Kiedy szli, rozglądał się po obrazach, aż wreszcie dostrzegł niszę z 
jej  pracami.  Ruszył  w  ich  stronę,  z  Maddy  przy  boku,  z  dłonią  na  żebrach 
wyczuwalnych  pod  żakietem.  Kiedy  doszli  na  miejsce,  zatrzymał  ją  przez 
Wschodem  w  kanionie.  Ustawił  ją  dokładnie  przed  tą  pracą  z  rękoma  na 
biodrach i odsunął się na krok.

– O tak. – Skinął głową. – Od razu lepiej.
– Co? – Zmarszczyła czoło, gdy zabrał rękę. A potem odzyskała jasność 

myślenia i zdjęła ręce z bioder. – O co chodzi?

Podszedł bliżej i zniżył głos, gdy minęło ich kilku znawców sztuki.
– O ciebie.
– O mnie?
Odwrócił się do młodej pary podziwiającej jeden z jej rysunków.
– Wspaniałe prace, prawda? Poznaliście już autorkę? To Madeline.
Natychmiast  weszła  w  rolę  sprzedawcy,  próbując  zapomnieć  o  tym,  że 

chwali  własne  prace.  Gdy  para  wysłuchała  już  dość,  żeby  teraz  potrzebować 
odrobiny prywatności, odsunęła się, odciągając ze sobą Joego.

– Co robisz? Prawie sprzedałam obraz.
–  Masz  sprzedawać  własne  prace.  A  przynajmniej  rozmawiać  z 

miejscowymi właścicielami galerii. – Rozejrzał się. – Których jest tu pełno.

– Nie musisz mi przypominać. Przycisnęła ręce do brzucha.
Przyjrzał jej się uważnie z nieodgadnioną twarzą.
– Może wypijesz kieliszek wina?
– Myślałam, że to sprzeczne z regułami obozu, nawet po godzinach pracy.
–  Czasem  czuję  nieprzepartą  chęć,  aby  złamać  jedną  albo  dwie  zasady 

tylko po to, żeby udowodnić, że nadal jestem sobą.

–  Dobrze  wiec. –  Wypuściła głośno powietrze. –  Chętnie napiłabym się 

teraz wina.

– Poczekaj. – Podniósł dłoń. – Zostań tu.

background image

– Nie jestem psem – zaśmiała się.
– Mówię poważnie, zostań.
Uśmiechnęła się  i  poklepała się  po  sercu, patrząc,  jak  Joe  odchodzi. „O 

rety”.  Jakby  nie  dość  się  działo,  żeby  krew  szybciej  jej  krążyła  w  żyłach,  to 
jeszcze on wyglądał obłędnie w czarnych spodniach, ciemnofioletowej koszuli i 
srebrnym  indiańskim  bolo  zamiast  krawata.  Kolor  koszuli  sprawiał,  że  skóra 
wydawała się jeszcze ciemniejsza, włosy czarniejsze, a oczy bardziej brązowe.

W  każdym  calu  był  współczesnym  odpowiednikiem  indiańskiego 

wojownika. Zalała ją  fala  gorąca na  myśl, że  znowu mógłby znaleźć  się w jej 
łóżku. A dokąd stamtąd mogli dojść... Cóż, musi poczekać i się przekona.

background image

Rozdział 16

Przy takiej liczbie ludzi kręcących się przy poczęstunku Joe długo musiał 

czekać na drinka. Wymienił kilka zdań z kolekcjonerami sztuki, których spotkał 
niegdyś  na  innych  wystawach,  a  potem  wpadł  na  kolejną  parę,  która  wysłała 
dziecko na obóz. Ci stanowili pewien problem; nie orientował się, czy wiedzieli 
o zakazie picia, nie zamierzał ryzykować. Poczekał, aż sobie pójdą, sprawdził, 
że  Coltonowie  rozmawiają  z  jego  matką  plecami  do  niego,  i  podsunął 
barmanowi  dwa  kieliszki.  W  końcu  miał  w  rękach  białe  wino  i  ruszył  z 
powrotem do Maddy. Jeśli wszystko tego wieczoru pójdzie dobrze, przejdą od 
zwykłych pogaduszek do prawdziwej rozmowy.

Na  tę  myśl  żołądek  mu  się  zacisnął.  Dlaczego  związki  wymagają  tylu 

rozmów? Kobiety niby mają intuicję. Nie mogą się zorientować, co się dzieje z 
facetem,  i  nie  kazać  mu  tego  wypowiadać  na  głos?  Chociaż  niektórzy  faceci, 
tacy  jak  Derrick, nie  mieli kłopotu  z  mówieniem,  nawet  gdy w  grę  wchodziły 
naprawdę osobiste sprawy. Może powinien zacząć od czegoś niezbyt osobistego, 
by podtrzymać rozmowę na poziomie przyjacielskim i lekkim. A potem, przed 
wyjściem,  zapytałby,  czy  po  wystawie  mógłby  przyjść  porozmawiać  do 
Warsztatu,  ponieważ  środek  zatłoczonej  galerii  nie  jest  do  tego  najlepszym 
miejscem.

Z  odległości  kilku  kroków  dostrzegł,  że  Maddy  słuchała  wysokiej, 

smukłej  kobiety,  która  najwyraźniej podziwiała  jeden  z  jej  rysunków.  Dobrze, 
będą mieli z Maddy bufor, aby przetrwać następne kilka minut. Kiedy podszedł 
bliżej,  zauważył  jednak dwie  rzeczy.  Kobieta nie  wyglądała na  kolekcjonerkę. 
Bardziej  przypominała  artystkę  w  kiczowatym,  gotyckim  stroju.  A  wzrok 
Maddy był niespokojny.

Przyspieszył kroku. Doszedł akurat w chwili, gdy kobieta odwróciła się i 

odeszła.  Spojrzał na  odchodzącą,  a potem na  Maddy, która  stała nieruchoma  i 
blada.

– Dobra, powiesz mi, o co poszło?
Zamknęła oczy na trzy sekundy, a potem otworzyła.
– O nic.
– To dlaczego jesteś zdenerwowana?
– Nie jestem. To dla mnie?
Wzięła  jeden  kieliszek  i  uśmiechnęła  się  do  podchodzącej  pary.  Kiedy 

ludzie ich minęli, wypiła połowę wina dwoma haustami.

– Oddaj mi to. Zabrał jej kieliszek.
– Ej! – skrzywiła się, gdy wytarł jej kropelkę z brody. Odsunął kieliszek.
–  Powiedz  mi,  co  cię  zdenerwowało.  Przyglądała  się  tłumowi,  mówiąc 

sztywno:

background image

– To nie jest miejsce do takich rozmów.
Z  irytacją  zmrużył  oczy.  Nieważne,  jak  precyzyjnie  coś  zaplanował, 

Maddy zawsze wsadzi kij w szprychy.

– Jasne.
Odstawił  kieliszki  na  piedestał  u  stóp  niedźwiedzia  z  brązu,  wziął  ją  za 

rękę i zaczął iść. Z planami już tak jest, że trzeba być elastycznym.

–  Joe.  –  Aż  jej  dech  zaparło,  ale  opierała  się  tylko  sekundę.  Zauważył 

drzwi prowadzące na tyły i ruszył w ich kierunku.

–  Juanita – powiedział, gdy  mijali kierowniczkę galerii. – Możesz przez 

chwilę zająć się terenem Maddy?

– Yhm, jasne – odparła, marszcząc czoło.
Bez  wahania  otworzył  drzwi  z  napisem  „tylko  dla  pracowników”  i 

zamknął  je  za  sobą.  Rozejrzał  się  szybko  po  ciemnej,  rozległej  przestrzeni 
wypełnionej  zapachem  kleju  do  drewna  i  trocinami.  Słabe  światło  z  zewnątrz 
sączyło się przez odsłonięte okna, rzucając pręgi cienia na warsztaty i sprzęty.

– Joe! – Maddy wyrwała rękę z jego uścisku, przypominając mu o swojej 

obecności. Krzywiąc się, roztarła dłoń. – Musisz przestać tak mnie ciągać.

– Złapałem za mocno? – Zmarszczył czoło na tę myśl.
– Nie. – Oparła dłonie na biodrach. – Ale zrobiłeś to dziś wieczór już dwa 

razy. Następnym razem, gdy będziesz chciał przejść z punktu A do B, mógłbyś 
mnie po prostu zapytać?

– Mógłbym. Ale pewnie byś się spierała, więc moja metoda jest szybsza.
– Jaka ja głupia, myślałam, że ludzkość ma za sobą epokę jaskiniowców. 

– Pokręciła z oburzeniem głową. Oczy jej błyszczały w słabym świetle. – Chyba 
mam szczęście, że mnie nie ogłuszyłeś i nie zaciągnąłeś za włosy.

Na jego twarz wypłynął uśmiech.
– Boże, wspaniale dziś wyglądasz.
– Co? – Te słowa na chwilę wprawiły ją w zakłopotanie. – Och, dzięki. 

Ale powtarzam, następnym razem zapytaj.

– Zrozumiano. A teraz... – Oparł się o jeden z warsztatów. – Powiedz mi, 

czym ta jędza w czerni tak cię zdenerwowała.

– To żadna jędza. – Maddy westchnęła i nagle uszło z niej całe powietrze. 

– Ona po prostu... była w zrozumiały sposób poirytowana.

– Czym?
– Rozmawialiśmy  o  tym. Ledwie pojawiłam się w Santa  Fe, a już  mam 

wielką wystawę, wszyscy gadają o  moich pracach  i  będę miała reprodukcje w 
katalogu.

–  Więc  jest  zazdrosna.  –  Skinął  głowa.  –  Domyśliłem  się.  A  co 

powiedziała?

– Ma prawo być zazdrosna. To nie w porządku, że ona siedzi tu od dwóch 

łat i ciężko pracuje, żeby się przebić. Wstawiła kilka rzeczy do małej galerii, ale 

background image

oddałaby wszystko, żeby wystąpić na wystawie tej wielkości. Jakie mam prawo, 
żeby tak wpadać do miasta i kraść jej marzenia?

–  Nie  kradniesz  niczyich  marzeń.  –  Pod  wpływem  impulsu  złapał  ją  za 

rękę,  chociaż  w  gruncie  rzeczy  chciał  ją  objąć.  Jednak  nawet  taki  kontakt 
fizyczny był przyjemny. Ciepło ogarnęło jego palce. – To, że jednemu artyście 
się udało, nie znaczy, że drugiemu się nie uda. Chociaż może jej brakuje tego, 
co ty masz. Zastanowiłaś się nad tym?

– To nadal wydaje się nie w porządku.
– Boże – zachichotał – ale z ciebie kobieta. W jej oczach zapłonął ogień.
– Co to ma znaczyć?!
–  Nie  chciałem  cię  obrazić.  –  Starał  się  ukryć  rozbawienie.  –  Kobiety 

zawsze chcą, aby wszyscy wygrywali i nikomu nie było smutno. Cóż, przykro 
mi,  ale  życie  takie  nie  jest.  Bardziej  przypomina  szkolenie  komandosów.  W 
mojej grupie zaczęło niemal czterystu chłopaków i wszyscy myśleli, że właśnie 
tego  chcą,  dopóki  nie  dowiedzieli  się,  jak  będzie  ciężko.  Jakaś  połowa  z  nich 
zmyła się pierwszego dnia. Mniej niż stu dotrwało do końca, bo nie wystarczy 
tylko  chcieć. Musisz mieć też  umiejętności  i  przekonanie. To dlatego  zostanie 
komandosem było jednym z największych osiągnięć mojego życia.

– Ale o to mi właśnie chodzi. Musiałeś na to zapracować. A czym ja sobie 

zasłużyłam?

Przyjrzał jej się i zrozumiał, że mówi poważnie.
– Te dzieła sztuki nie zrobiły się same. Wzruszyła ramionami.
– No tak, nie, ale...
– Żadnych „ale”. Przez lata rozwijałaś talent dany ci przez Boga, a przez 

ostatnie  tygodnie  urabiałaś  ręce po  łokcie,  żeby przygotować coś  na  wystawę. 
Więc to nie tak, że życie po prostu dało ci coś za nic. Zapracowałaś sobie.

– Chyba tak. Ale nadal mi przykro z jej powodu.
– Tej jędzy?
– To nie jędza.
– Powtórz mi, co powiedziała, a sam zdecyduję.
– To nieważne.
– Maddy... – Uniósł ostrzegawczo brew.
–  No  już  dobrze.  Powiedziała:  „Cóż,  ma  pani  bardzo  barwny  styl. 

Rozumiem,  czemu  Sylvii  zależy  na  reprodukcjach.  Będą  bardzo  popularne 
wśród  dekoratorów”.  Możesz  w  to  uwierzyć?  –  Wreszcie  pojawiła  się  złość, 
której  oczekiwał.  –  Porównała  moją  sztukę  do  dekorowania  wnętrz!  Artysta 
nigdy  by  nie  powiedział  czegoś  takiego  drugiemu  artyście.  No  chyba  że  ten 
drugi rzeczywiście pracowałby dla dekoratorów, w czym nie ma nic złego. Nie 
ma nic złego w masowej produkcji, żeby mieć z czego żyć, ale w takiej sytuacji 
to jest krańcowa obelga. Stwierdziła, że moja sztuka nie nadaje się do galerii. Że 
należy  ją  wieszać  nad  łóżkami  w  pokojach  hotelowych  i  powinno  się  ją 

background image

dobierać, tylko uwzględniając kolorystykę.

– Aha. Więc to była jędza. – Joe pokiwał głową.
– Nieprawda! Po prostu była sfrustrowana. To nie znaczy, że jest zła.
–  Nie,  ale  powiedziała  to  specjalnie,  żeby  cię  zranić,  co  znaczy,  że 

zachowała się jak jędza. Sama to przyznaj. Powiedz, że to jędza.

Maddy kluczyła.
– Mogła być miłą osoba.
– Powiedz to. Jędza. J-ę-dz-a. Przygryzła usta. Wyprostował się, górując 

nad nią.

– Mam to z ciebie wydusić łaskotkami?
– Ach! – Odskoczyła, zasłaniając się rękami. – Nie waż się!
– Więc powiedz to. Zrobił krok w jej kierunku.
Uciekła za stół i tam zatrzymała się, żeby spojrzeć mu w twarz.
– Nie powiem.
–  To  dopiero  ciekawe.  –  Na  myśl  o  gonieniu  jej  odezwał  się  w  nim 

instynkt  łowcy.  –  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  że  nie  uciekniesz,  jeśli 
rzeczywiście będę chciał cię złapać.

Z uporem uniosła brodę.
– Założysz się?
– Rzucasz mi wyzwanie?
Uniósł brew, czując narastające podniecenie. Zerknęła na lewo, a potem 

na prawo. Czekał, aż Maddy wybierze kierunek.

– Maddy – zaczął mówić niższym głosem tylko po to, by zrobić większe 

wrażenie. – Jestem do ciebie większy. Szybszy. Obiecuję, że cię złapię.

W  odpowiedzi  podniecenie  rozbłysło  w  jej  oczach.  Udała,  że  skręca  w 

lewo, i czmychnęła w prawo. Ruszył, żeby odciąć jej drogę do drzwi. Obróciła 
się  ze  śmiechem  i  skierowała  w  przeciwną  stronę.  Ruszył  w  ślad  za  nią, 
pozwalając jej się wymykać,  a jednocześnie zapędzając ją w głębsze cienie na 
tyłach.

W  końcu  zagnał  ją  w  kozi  róg.  Między  nimi  znajdował  się  stół.  Stali 

naprzeciwko  siebie,  z  rękoma  na  blacie.  Ona  oddychała  ciężko.  Jego  serce 
zabiło mocniej.

–  Gotowa  się  poddać?  –  zapytał,  wiedząc,  że  w  ten  sposób  tylko  ją 

podjudza.

–  Jeszcze  mnie  nie  złapałeś.  –  Rozejrzała  się,  ale  on  już  rozgryzł  jej 

sztuczki.

Za każdym razem blefowała, zmieniając w ostatniej chwili kierunek. Tym 

razem skoczy na prawo, nie na lewo. Poczekał, aż się ruszy. Gdy tylko drgnęła, 
przeskoczył stół i wylądował za nią w momencie, gdy odwróciła się i wpadła na 
jego pierś.

–  Mam  cię!  –  Zamknął  ją  w  ramionach,  a  ona  pisnęła.  Jeszcze  jeden 

background image

błyskawiczny ruch i już trzymał jej nadgarstki przyszpilone do dołu pleców. –
Poddajesz się?

– Nigdy.
Uniosła  brodę.  Miała  rumieńce,  twarz  jej  jaśniała.  Rozbawienie osłabło, 

gdy wzrosła świadomość bliskości jej ciała, jej serca bijącego przy jego piersi. 
Czuł jej oddech na brodzie, gdy spojrzała na usta, a potem w jego oczy.

Nie  potrafił  się oprzeć: pochylił  się  i  musnął jej  wargi.  Odezwało się w 

nim  coś  zaborczego,  gdy  wziął  jej  usta  jak  swoją  własność.  Jego  łup.  Jego 
partnerka.  Przechylił  głowę,  mówiąc  jej  pocałunkiem  to  wszystko,  co  chciał 
wysłowić: „Jesteś moja, Maddy, moja. Na zawsze”.

Z  jękiem  wygięła  się,  aż  jej  brzuch  dotknął  jego  wzwodu.  Myśl,  żeby 

wziąć ją właśnie tam, w ciemnościach, na stole, wypełniła jego głowę. Próbował 
ją  odpędzić,  wiedząc,  że  to  śmieszne  –  byli  w  galerii  pełnej  ludzi  na 
wyciągnięcie ręki i mieli sporo do omówienia, ale myśl nie chciała go opuścić i 
przybierała na sile.

Może w ten sposób powinni zburzyć barierę między nimi. Pokazałby jej, 

co czuje. Czego chce.

Maddy  jęknęła,  kiedy  obrócił  ją  tak,  aby  oparła  się  plecami  o  stół. 

Wypuścił jej nadgarstki i objął ją mocno. Ujęła w dłonie twarz Joego. Palcami 
delikatnie głaskała jego policzki, muskała ich złączone usta.

Wszystko w niej zmiękło od pożądania. Tak za tym tęskniła. Tęskniła za 

nim. Odpowiadała na pocałunki z całą skrywaną, uwięzioną w niej tęsknotą. Tak 
bardzo  potrzebowała  porozmawiać  z  nim,  ale  kiedy  przycisnął  się  do  niej, 
zniknął rozsądek i została tylko żywa pustka, którą bardzo chciała wypełnić.

– Maddy? Joe?
Oboje  zamarli.  Maddy  otworzyła  gwałtownie  oczy  i  zobaczyła,  że 

zaskoczony Joe gapi się na nią. Rzeczywistość powróciła do nich gwałtownie, 
wywołując zawrót głowy. Natychmiast odsunęli się od siebie.

Słysząc szelest, Juanita skierowała się w stronę dźwięku, a potem szybko 

się odwróciła.

– Ups, przepraszam.
Maddy poprawiła ubranie i włosy. Bogu dzięki wszystko było na swoim 

miejscu.

– Po-potrzebujesz mnie w galerii?
–  Dwóch  facetów  z  Taos  chce  się  z  tobą  spotkać.  Mają  galerię  i  są 

zainteresowani kilkoma oryginałami.

– Zaraz przyjdę.
Kiedy tylko serce przestanie jej walić jak oszalałe. Rozejrzała się na boki 

i zorientowała, że Joe dyszy równie ciężko jak ona. Co sobie myśleli, że tak się 
dali ponieść?

–  Nie  ma pośpiechu.  –  Juanita  już  miała wyjść,  kiedy  się  zatrzymała.  –

background image

Ach, Joe, Mama prosiła, żeby ci powiedzieć, że jest zmęczona i nie może zostać 
dłużej.

Odchrząknął.
– Chce, żebym ją odwiózł do domu?
– Nie, już wyszła. Stwierdziła, że możesz wrócić do obozu z Maddy.
– Wyszła?! – prawie krzyknął. – Beze mnie?
–  Joe,  nic  nie  szkodzi.  –  Maddy  poklepała  go  po  ramieniu  zaskoczona 

taką reakcją. – Podwiozę cię z powrotem do obozu.

–  Nie  rozumiesz.  –  Odwrócił  się,  a  w  jego  oczach  coś  zabłysło,  może 

gniew. – Moja matka prowadzi. Sama. Na ciemnej drodze.

– Więc?
– Ta kobieta nie potrafi jeździć. Zwłaszcza nocą.
– Ale... – Nie, to nie gniew dostrzegła. Tylko strach. – Skoro nie potrafi 

jeździć, to czemu ma samochód?

– Bo nie chce się przyznać, że nie potrafi prowadzić.
–  Joe,  na  pewno  przesadzasz.  –  Maddy  starała  się  zapanować  nad 

własnym, rosnącym niepokojem. – Nie pojechałaby, gdyby nie czuła się pewnie. 
Nic jej nie będzie. Nie sądzisz?

–  Nie  wiem.  –  Wyciągnął  komórkę  z  kieszeni  spodni.  –  Idź  do  galerii, 

dobrze? Zaraz do was dojdę.

– Chodź, Maddy – zaproponowała Juanita. – Przedstawię cię Dale’owi i 

Rickowi.

Maddy  chciała  się  sprzeciwić,  ale  Joe  już  wybierał  numer,  a  Juanita 

ruszyła przodem. Zagryzając usta, Maddy poszła za kierowniczką, ale myślami 
została  przy  Joem.  Jeśli  coś  się  stanie,  to  będzie  jej  wina.  To  ona  wpadła  na 
pomysł, żeby zostać z nim sam na sam. Ale Mama zgodziła się tak chętnie, że 
nawet  nie  przyszło  jej  do  głowy,  iż  jazda  nocą  stanowi  problem.  Dlaczego 
miałaby tak pomyśleć? Jej rodzice nadal byli młodzi, więc kwestia podeszłego 
wieku była jej całkiem obca. A jednak powinna była na to wpaść.

Strofowała się przez kilka następnych minut, kiedy Juanita przedstawiła ją 

dwóm  starszym  dżentelmenom.  Obydwaj  robili  wrażenie,  ale  z  różnych 
powodów. Dale, wysoki i siwy, miał wspaniale maniery, podczas gdy Rick był 
zwalisty i miał czerstwą twarz. Gdy dowiedziała się, że także jest artystą, jego 
bezgraniczny  entuzjazm  dla  jej  prac  stał  się  jeszcze  przyjemniejszy.  Pośród 
pochwał  dla  jej  dzieł  i  komplementów  na  temat  osobistego  czaru  ze  strony 
Dale’a  szybko  rozpromieniła  się  i  zaczęła  śmiać,  a  jednak  część  jej  myśli 
pozostała na tyłach galerii.

– Rick maluje wspaniałe abstrakcje – wyjaśniła Juanita.
– Chciałabym kilka zobaczyć – odparła z niekłamanym zainteresowaniem 

Maddy.

Rzadko zdarzało jej się z miejsca kogoś polubić tak jak Ricka.

background image

–  Wiem!  –  Malarz  się  rozpromienił.  –  Zrobimy  dla  ciebie  wystawę. 

Przyjedziesz do Taos i zostaniesz z nami. Wszystkim cię przedstawimy.

–  Doskonały  pomysł  –  zgodził  się  Dale.  –  Od  wieków  już  nie 

zamykaliśmy kurortu z powodu przyjęcia.

– Kurortu? – Maddy przekrzywiła głowę.
– Rick i Dale mają wspaniały kurort i uzdrowisko w górach – wtrąciła się 

Juanita.

–  Kurort  to  bardziej  działka  Dale’a  –  dodał  Rick.  –  Dzięki  niemu  nie 

wariuje z nudów na emeryturze. Więc przyjedziesz? Zostaniesz u  nas na kilka 
dni?

– Ja– Z przyjemnością przyjedzie – odpowiedziała za nią Juanita. – A co 

do wystawy, zadzwońcie do mnie, to omówimy, które oryginały wysłać.

–  Cudownie.  –  Rick  uścisnął  dłoń  Juanity,  a  potem  ucałował  Maddy  w 

oba  policzki.  –  Jesteś  cudowna,  moja  droga.  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy 
reszta cię pozna.

– Dziękuję. – Maddy czuła się lekko oszołomiona.
–  To  prawdziwa  przyjemność.  –  Dale  pocałował  ją  w  rękę.  Maddy  się 

zarumieniła. – Będziemy w kontakcie.

Kiedy odeszli poza zasięg głosu, Juanita złapała ją za rękę.
–  O  mój  Boże!  Rick  i  Dale  urządzą  ci  wystawę  i  przyjęcie!  Maddy 

zmarszczyła czoło.

– Kim oni są?
–  Nie wiesz? –  Juanita zaśmiała  się. –  Zapomniałam,  że jesteś tu nowa. 

Dale  był  producentem  filmowym.  Są  z  Rickiem  od  zawsze  i  znają  mnóstwo 
ludzi  w  Hollywood.  Ich  przyjęcia  są  legendarne.  Raz  albo  dwa  razy  do  roku 
zamykają cały kurort na kilka dni, żeby aktorzy, artyści i muzycy mogli się w 
spokoju bawić. Nie wierzę, że cię zaprosili.

– Ja też. – Maddy uniosła brew.
Kiedy  tylko  Juanita  odeszła,  Maddy  zapomniała  o  tym  epizodzie.  Co  z 

tego, że ją natychmiast oczarowali, na wystawach ludzie mówią różne rzeczy, a 
potem  nic  z  tego  nie  wynika.  Rzuca  się:  „Kochanie,  koniecznie  musimy  zjeść 
razem lunch. Zadzwonię w przyszłym tygodniu”, i koniec. Dorzuć do równania 
Hollywood,  a  zaproszenie  na  przyjęcie  z  automatu  wpada  do  kategorii  „nic  z 
tego”. Joe wrócił z zaplecza i szedł w jej kierunku.

– Dobra. Nie mogłem się dodzwonić do Mamy, ale to nic dziwnego. Ona 

wiecznie zapomina włączyć telefon albo naładować baterię. Poza tym może być 
poza zasięgiem.  Więc zadzwoniłem do  Harolda. Da mi znać, gdy tylko Mama 
dojedzie, więc będę wiedział, że wszystko jest w porządku.

–  Chyba  że...  –  Zagryzła  usta.  –  Chciałbyś  jechać  już  teraz?  Może  ją 

dogonimy i będziesz mógł ją odwieźć.

Rozważył pomysł i pokręcił głową.

background image

–  Nie.  Musisz  tu  zostać,  a  jej  raczej  nic  nie  będzie.  Szczęście  w 

nieszczęściu  jest  tak  kiepskim  kierowcą,  że  ludzie  na  jej  widok  zjeżdżają  na 
pobocze.

– Jesteś pewny? – Dotknęła jego ręki.
– Tak jakby. – Zaśmiał się sucho i uścisnął jej rękę. – Poczuję się lepiej, 

gdy Harold zadzwoni, ale nic mi nie jest.

Przez  następną  godzinę  Joe  krążył  po  galerii  i  co  parę  minut  sprawdzał 

zegarek.  Kiedy  w  końcu  wystawa  ograniczyła  się  do  kilku  hałaśliwych  gości 
przy stole z przekąskami i winem, Maddy dołączyła do Joego. Stał przy biurku 
Juanity i wyglądał przez okno.

– Nadal żadnych wieści?
– Nie. Powinna już dojechać.
– Może zadzwoń raz jeszcze do Harolda. Zerknął na zegarek.
– Masz rację. – Wyciągnął komórkę i wybrał numer. – Sierżancie, mama 

już przyjechała? – Słuchał przez chwilę z coraz szerzej otwartymi oczami. – Co 
masz na myśli, mówiąc, że jest od piętnastu minut? Dlaczego nie zadzwoniłeś? 
– Znowu słuchał. – Nie, powiedziałem, żebyś zadzwonił, gdy dojedzie. Nie, jeśli 
nie  dojedzie.  –  Przewrócił  oczami.  –  Nie  odgryzę  ci  głowy.  –  Złapał  się  za 
przewężenie  nosa.  –  Dobrze,  w  porządku.  Dziękuję,  że  uważałeś  na  nią. 
Doceniam to.

Rozłączył się, usiadł na biurku i spojrzał w górę, jakby błagał niebiosa o 

pomoc.

–  Co  jest  z  tymi  starszymi  ludźmi?  Są  tacy  przeczuleni  na  każdym 

punkcie.

– Mamie nic nie jest?
–  Nic.  Moje  serce  może  już  nie  dojdzie  do  siebie,  ale  ona  ma  się 

znakomicie. Czy  prosić o  odrobinę troski to  zbyt wiele?  Czy ona i  Harold nie 
mają pojęcia, jak bardzo się martwię? Nie. Uważają, że jestem nadopiekuńczy, a 
wystarczyłby jeden telefon, żeby mnie uspokoić. Telefon to za dużo?

Maddy wybuchnęła śmiechem.
– Co? – Spojrzał ostro.
–  Ty.  –  Wyszczerzyła  zęby  i  poklepała go  po  przedramieniu.  –  Mówisz 

jak rodzic nastolatka.

–  O  Boże,  masz  rację.  –  Na  jego  twarzy  zabawnie  malowało  się 

zaskoczenie. – Zamieniam się we własną matkę.

– Popatrz na to inaczej: są gorsze matki, w które można by się zamienić.
„Jak na przykład moja” – dodała w myślach.
– Prawda.
– Ale to dziwne wejść w rolę tego, który się zamartwia.
– Aha. – Zerknął na zegarek. – Robi się późno. Sami musimy już wracać 

background image

do obozu.

– Powiem Sylvii i Juanicie, że wychodzimy.
– Dobrze. Godzina policyjna jest za czterdzieści pięć minut, a Harold jest 

dość rozdrażniony, żeby zamknąć bramę tylko po to, by dać mi nauczkę.

background image

Rozdział 17

Maddy  nigdy  nie  uważała  swojego  samochodu  za  mały,  ale  kiedy  na 

siedzeniu  pasażera  ulokował  się  Joe,  wnętrze  stało  się  mikroskopijne.  Jego 
milczenie wypełniło przestrzeń jeszcze bardziej niż sylwetka.

O czym myślał? Odkąd wyszli z galerii, ledwie wypowiedział dwa słowa. 

Ona  zresztą  też.  Wreszcie  nastąpiła  chwila,  którą  planowała  od  kilku  dni,  a 
wszystkie przećwiczone słowa zniknęły z jej głowy. Od czego ma zacząć?

– Ja, hm... cieszę się, że przyjechałeś na wystawę, nawet jeśli nie najlepiej 

się bawiłeś.

– Ja też się cieszę, że przyjechałem.  – Zerknął na nią przelotnie, niemal 

nerwowo.

„Co teraz?”. Rozpaczliwie szukała czegoś w głowie.
– Więc, hm... – Poprawił się na siedzeniu. – Jak ci poszło?
–  Bardzo  dobrze.  Sprzedaliśmy  trzy  moje  oryginały  i  mnóstwo  ludzi 

prosiło, aby ich powiadomić, gdy reprodukcje ze Wschodu nad kanionem będą 
gotowe.

– Świetnie. – Kiwnął głową i znowu zapadła cisza.
„No  dalej,  Maddy”  –  rozkazywała  sobie  w  myślach.  Musiała  jakoś 

pociągnąć  tę  rozmowę.  A  potem  przejść  do  przeprosin  za  to,  że  próbowała 
wymóc na nim więcej, niż chciał mówić, i do stwierdzenia, że chciałaby, aby ich 
związek przeszedł do następnego etapu.

Następnego etapu. Tak, to brzmiało dobrze. Żadnych strasznych słów w 

stylu „kocham” albo „poważne zaangażowanie”. Teraz musiała tylko otworzyć 
usta i powiedzieć to. Gdy tylko wymyśli, jak zebrać się na odwagę.

Mocniej zacisnęła ręce na kierownicy, patrząc, jak ciemne sylwetki drzew 

śmigają  obok  wozu.  Księżycowa  poświata  zamieniła  wszystko  w  odcienie 
niebieskiego,  dopóki  barwna  masa  nie  pojawiła  się  w  światłach  wozu  na 
poboczu drogi.

– Co to było? – zapytała, przejeżdżając obok.
– Nie wiem. – Joe obrócił się na siedzeniu, żeby zerknąć przez ramię. –

Chyba kupa ubrań.

– Czekaj, tu są następne. – Pochyliła się do przodu, zerkając na kolorowy 

stos pośrodku drogi.

– Nie uderz w to.
– Nie uderzę. – Objechała leżącą rzecz. – Dojrzałeś, co to jest?
– Wyglądało jak stos śmieci.
– Skąd? Z fabryki kolorowego papieru?
Przed nimi widać było czerwone tylne światła. Gdy się zbliżyła, ciemny 

kształt okazał się furgonetką dostawczą. Coś wypadło ze środka i eksplodowało 

background image

na  jezdni.  W  przednich  światłach  rozbłysła  kaskada  lecących  w  powietrzu 
cukierków.

–  O  mój Boże! –  Zaśmiała się,  gdy  cukierki uderzyły  w  przednią szybę 

jak barwny grad.

– To była pinata? – Joe również nie dowierzał.
– Chyba tak.
Kiedy  zbliżyła  się  do  furgonetki,  zobaczyła,  że  spuszczane  drzwi  nie 

zostały zablokowane zapadką. Przy każdym wyboju drzwi podjeżdżały w górę, 
to znowu opadały, odsłaniając ładunek pełen pinat.

–  Uważaj!  –  krzyknął  Joe,  kiedy  furgonetka  podskoczyła  na  kolejnym 

wyboju.

Tym razem wyleciało kilka worków.
Zarzuciło  tyłem  jej  samochodu,  gdy  starała  się  manewrować  między 

workami. Kiedy odzyskała kontrolę nad wozem, przyspieszyła i zatrąbiła.

– Co robisz? Zwolnij!
– Ktoś musi mu powiedzieć, że ma otwarte drzwi. – Zatrąbiła znowu, ale 

furgonetka ponownie podskoczyła, rozsiewając całą menażerię osłów, królików 
i świnek.

– Spróbuj go objechać – zasugerował Joe.
– Na tej drodze? Oszalałeś?
–  Teraz  będzie  dość  prosty  kawałek.  Widzisz,  żeby  ktoś  jechał  z 

naprzeciwka?

Wychyliła się w bok.
– Chyba nie. Otwórz okno i pomachaj do faceta, gdy będę go mijać.
– Ty martw się jazdą, a furgonetkę zostaw mnie.
–  Dobra,  jadę.  –  Dodała  gazu  i  zjechała  na  drugi  pas.  Naprzeciwko 

pojawiły się przednie światła i zbliżały się zdecydowanie zbyt szybko.

– O cholera!
Szarpnęła wóz z powrotem na prawy pas właśnie w chwili, gdy ogromny, 

różowy słoń wyleciał z furgonetki i rozbił jej się na przedniej szybie. Krzyknęła 
zaskoczona, wpadła w poślizg na cukierkach, zakręciła się w prawo. Zjechała z 
drogi i gwałtownie się zatrzymała.

Kiedy hałas ucichł, zamrugała parę razy, a potem zerknęła na Joego.
– Nic ci nie jest? – zapytał.
– Wszystko w porządku.
Ponieważ najwyraźniej jemu też nic się nie stało, wybuchnęła śmiechem:
– To takie w moim stylu! Jedno dramatyczne wydarzenie po drugim.
–  Ej,  przeżyliśmy.  –  Rozejrzał  się  wokół.  –  Chociaż  zatrzymaliśmy  się 

pod niezłym kątem.

Spojrzała w ciemność za oknem.
– Chyba zjechałam do rowu. Mam spróbować się wycofać?

background image

– Najpierw sprawdzę, jak się sprawy mają. Poczekaj tutaj.
– Chętnie. – Nie była pewna, czy dałaby radę teraz stanąć, bo miała nogi 

jak z waty.

Joe  wysiadł  i  sprawdził  przednie  opony,  a  potem  przeszedł  na  stronę 

kierowcy i poczekał, aż Maddy otworzy okno.

– Jedno koło wpadło w dziurę. Cofnij delikatnie, a ja popchnę.
– Dobra.
Poczekała, aż Joe stanie przed samochodem, a potem wrzuciła wsteczny; 

opony zakręciły się w miejscu.

–  Wyłącz!  –  Joe  przekrzyczał  ryk  silnika,  a  potem  podszedł  do  okna.  –

Ugrzęzłaś.

– Wzywamy lawetę?
– W życiu nie złapiemy zasięgu w tej dolinie.
– To co zrobimy?
– Masz podnośnik?
– W bagażniku. – Wysiadła z samochodu, żeby go wyjąć.
– I przydałaby mi się latarka, jeśli masz.
– Gdzieś mam.
Przez następne pół godziny ona trzymała latarkę, podczas gdy on wtykał 

kamienie i inne śmieci pod koło.

– Jesteś pewien, że to coś da?
– Zobaczymy. – Wyjął podnośnik. – Dobra, wracaj do wozu i na mój znak 

daj gazu.

Siadła za kierownicą, a Joe oparł dłonie na masce.
– Gotowa? – krzyknął.
– Na twój znak.
– Dobra, dawaj!
Nacisnęła  pedał  gazu.  Silnik  zawył  i  opony  zakręciły  się.  Kiedy  już 

myślała, że nic z tego, samochód ruszył. Wrzuciła hamulec, żeby nie przelecieć 
przez całą drogę do rowu po drugiej stronie.

– Juhu! Udało nam się!
Odłożył  podnośnik,  a  potem  obszedł  samochód  i  otworzył  drzwi  po  jej 

stronie.

– Przesuń się, ja będę prowadził.
– Co, jeden malutki wypadek, a już nie pozwalasz mi prowadzić?
Mówiąc to, przeniosła się na siedzenie pasażera.
– Nie o to chodzi. – Wsiadł i wrzucił bieg. – Już po godzinie policyjnej, 

więc Harold zamknął bramę.

– Nie masz klucza?
– Oczywiście, że mam. Ale on śpi tuż przy bramie w stróżówce. Uwierz 

mi, ten facet nie może się doczekać, żeby mnie zbesztać.

background image

– Joe, to głupie, w końcu on dla ciebie pracuje.
Światła z deski rozdzielczej zamieniły jego twarz w ostry relief.
– Widać, że nie znasz Harolda. To emerytowany wojskowy, którego ego 

nie  pogodziło  się  ze  starością.  To  jest  właśnie  taka  sytuacja,  w  której  lubi 
pokazać, że stary lew nadal potrafi ryknąć.

– Więc wytłumacz mu, co się stało. Pokręcił głową, chichocząc.
–  Nie  ma  mowy,  żebym  wjechał  przez  bramę  po  zamknięciu  z  kobietą 

obok  i  powiedział,  że  spóźniliśmy  się,  bo  mieliśmy  wypadek  z  różowym 
słoniem. To jeszcze bardziej beznadziejne od tłumaczenia, że skończyła nam się 
benzyna.

– Ale to prawda.
– A zgadnij, jak szybko to się rozejdzie do pozostałych koordynatorek. A 

potem do opiekunek, które muszą się przede mną tłumaczyć, kiedy nie wrócą na 
czas. Będę miał tu do czynienia z buntem. Prawdziwą rebelią.

– I nieustannym droczeniem się.
– To też. – Jego zęby błysnęły w ciemnościach.
– Więc co zrobimy?
– Zobaczysz.
Zapał w jego głosie sprawił, że z zaciekawieniem uniosła brwi. I z troską.
Jechali  do  obozu,  podążając  kolorowym,  cukierkowym  tropem.  Joe 

zwolnił,  gdy  dotarli  do  ostatniego  zakrętu,  nim  w  polu  widzenia  pojawiła  się 
brama.  Wyłączył  przednie  świtała  i  zjechał  na  prywatny  podjazd  do  stajni. 
Mostem  przejechali  przez  rzekę,  gdzie  Joe  zatrzymał  wóz  na  porośniętym 
zaniedbanymi cedrami brzegu. Cicho zjechał po zgaszeniu silnika.

– Potrzebuję czegoś do pisania. – Włączył światło.
Szperała w torebce, aż znalazła starą jak świat listę zakupów i długopis.
– Jaki mamy plan?
–  Po  pierwsze  napiszę  liścik  Bartowi,  właścicielowi  stajni,  żeby  nie 

odholował twojego wozu, zanim po niego nie przyjedziemy.

– Zostawimy go tu na całą noc?
Kiwnął głową.
–  Jutro,  kiedy  przyjdę  zastąpić  Harolda  na  czas  lunchu,  stwierdzę,  że 

wróciliśmy  przed  zamknięciem  bramy,  a  potem  dodam,  że  z  pewnością  nas 
słyszał, chyba że znowu spał w pracy. – Wyszczerzył zęby. – A potem zadam 
moje ulubione pytanie: „A więc, sierżancie, kiedy ostatnio byłeś na przeglądzie 
aparatu słuchowego?”.

– Och, tym zdobędziesz parę punktów.
–  A  kiedy  pójdzie  na  lunch,  przybiegnę  tutaj  i  przyprowadzę  twój  wóz 

pod Warsztat.

–  Ale  nadal  nie  wiem,  jak  dostaniemy  się  do  obozu,  skoro  otacza  go 

trzyipółmetrowe ogrodzenie.

background image

–  Zobaczysz.  –  Wysiadł  z  samochodu  i  wsunął  liścik  za  wycieraczkę, a 

potem machnął na Maddy, żeby szła za nim.

Ruszyła  chwiejnym  krokiem  na  wysokich  obcasach.  Doszli  do 

ogrodzenia.

– Pewnie kiepsko się wspinasz?
Zerknęła  na  wysokie  ogrodzenie  z  kutego  żelaza,  a  potem  na  swoją

sukienkę i sandały.

– W takim stroju? O nie.
– Tak podejrzewałem. – Przyjrzał się ogrodzeniu, a potem dziewczynie. –

Gdybym miał odpowiedni sprzęt, przypiąłbym sobie ciebie i przeniósł, ale w tej 
sytuacji musimy zrealizować plan B.

– A jaki jest plan B?
– Poczekaj tutaj, aż wrócę.
– Ale... – Patrzyła, jak wspina się dłoń za dłonią, wykorzystując tylko siłę 

ramion. Na ten widok serce jej zatrzepotało. – Jak długo mam czekać?

– Niedługo. – Zeskoczył na  ziemię i  skrzywił się, gdy lewa noga ugięła 

się pod nim. Wyprostował się, rozcierając kolano. – Zostań tu.

Ruszył  biegiem,  kuśtykając  lekko,  i  zniknął  w  ciemnościach.  Pokręciła 

głową, myśląc, że nie tylko stare lwy potrzebowały udowodnić, że nadal mogą 
ryknąć.

Prawie podskoczyła, słysząc nadjeżdżający samochód. A jeśli to Harold? 

Albo ktoś, kto go zna, i wspomni mu, że ją widział? Przykucnęła za krzakami, 
żeby nikt jej nie zobaczył. I natychmiast poczuła się idiotycznie. Chociaż trzeba 
przyznać,  że  sytuacja  była  też  trochę  ekscytująca.  Nie  robiła  niczego  w  tym 
stylu  od  czasów,  gdy  miała  szlaban,  a  Joe  pomagał  jej  wymknąć  się  z  domu 
przez  okno.  Kilka  minut  spędziła,  nasłuchując  powrotu  Joego.  Do  jej  uszu 
docierał jednak tylko plusk wody o brzeg, nocne owady i pohukiwanie sowy.

– Maddy?
Z  piskiem przewróciła  się na plecy.  Spojrzała w górę i  zobaczyła Joego 

pochylającego się nad krzakami.

– Ale mnie nastraszyłeś!
– Dlaczego się chowasz?
– Usłyszałam samochód i... sama nie wiem. Pomyślałam, że może Harold 

nas szuka.

– W życiu. Siedzi w stróżówce na drugim końcu obozu i czeka na nas.
Widząc, jak szczerzy zęby, zmrużyła oczy.
– Świetnie się bawisz, co?
– Jasne. – Wyciągnął dłoń. – Gotowa?
Złapała go i pozwoliła, by pomógł jej wstać, a potem aż jej dech zaparło, 

gdy wziął ją na ręce.

– Znowu mnie gdzieś ciągniesz?

background image

– Po prostu nie chcę, żebyś zamoczyła buty. Niósł ją w stronę rzeki.
Odwróciła głowę i ujrzała przy brzegu kajak, ledwie widoczny w świetle 

księżyca.

– Ach, rozumiem.
Objęła go za szyję i uśmiechnęła się.
– Mój dzielny, indiański wojownik przyszedł, żeby mnie przewieźć łodzią 

w świetle księżyca.

– Więc awansowałem z jaskiniowca?
–  Odrobinę.  –  Przechyliła  zalotnie  głowę.  –  Ale  może  lubię  mocnych 

facetów.

Zerknął  na  nią.  W  mroku  jego  twarz  zamieniła  się  w  mozaikę  ostrych 

kątów i mocnych płaszczyzn.

– Wiem, że lubisz.
Kiedy  doszli  do  brzegu,  zdała  sobie  sprawę,  że  zostawił  kowbojki  w 

kajaku i podwinął nogawki spodni. Wszedł do wody, a potem posadził Maddy 
na jednym z dwóch siedzeń. Bezgłośnie odepchnął kajak od brzegu i wskoczył 
szybko do środka, siadając naprzeciwko Maddy.

Patrzyła,  jak  wiosłuje.  Wynurzali  się  z  plam  księżycowego  blasku  i 

zanurzali  z  powrotem.  Jego  ramiona  i  ręce  pracowały  bez  wysiłku,  z  płynną 
gracją.  Woda  ściekała  z  wiosła  niczym  srebrzyste,  spadające  do  czarnej  rzeki 
perły.  W  jej  głowie  pojawiła  się  fantazja:  Joe  z  nagą  piersią  z  lśniącymi, 
czarnymi warkoczami sięgającymi za ramiona, i lędźwiami okrytymi przepaską 
z  kawałków  jeleniej  skóry.  To  wyobrażenie  sprawiło,  że  w  dole  jej  brzucha 
zapulsowało  pożądanie.  Rozkoszując  się  tym  delikatnym  dyskomfortem, 
odchyliła  głowę  i  przyjrzała  się  usianemu  gwiazdami  niebu  oraz  smużkom 
chmur przepływającym na tle księżyca.

– Pięknie tu nocą. Także zerknął w górę.
– To prawda. Jeden z powodów, dla których lubię być z dala od świateł 

miasta, to widok gwiazd.

Zasłuchała się w opadanie wiosła, gdy płynęli dalej.
– Zawsze lubiłeś przebywać na świeżym powietrzu.
– To wyostrza zmysły. Zwłaszcza noce.
Podprowadził  łódź  do  brzegu  zasłoniętego  przez  wierzby  płaczące,  a 

potem  cicho  wyszedł  i  stanął  w  sięgającej  kostek  wodzie.  Wyciągnął  łódź  na 
brzeg, a potem wziął Maddy na ręce.

– Dziękuję – powiedziała, gdy postawił ją na brzegu.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
Patrzył  na  nią  przez  dłuższą  chwilę.  Cienie  przesłaniały  jego  twarz. 

Pulsowanie  w  brzuchu zamieniło  się  w  uporczywy ból.  Już  myślała,  że  Joe ją 
pocałuje, kiedy odsunął się.

Rozejrzała się, jakby chciała zebrać myśli.

background image

– Zostawisz tutaj kajak?
– Nie. To by wzbudziło zbyt wiele pytań.
Wyciągnął łódkę  wyżej  na  brzeg  i  wyjął buty.  Oparł  się o  pień  drzewa, 

otrzepał stopy i dopiero założył kowbojki.

– Odprowadzę cię do domu, a potem odstawię kajak z powrotem.
– Och.
Nerwowo  zastanawiała  się,  co  ma  zrobić,  gdy  dojdą  do  Warsztatu. 

Powinna go zaprosić, żeby porozmawiali? A może na dzisiaj już wystarczy – to 
z kolei rodziło pokusę, aby go zaprosić i nie rozmawiać. Ale przysięgła, że tego 
nie zrobi. Żadnego seksu, dopóki nie ustalą kilku rzeczy.

– Gotowa?
Wyciągnął  do  niej  rękę.  Złapała  go  i  pozwoliła,  aby  poprowadził  ją 

ścieżką  między  drzewami.  Dróżka  stawała  się  coraz  bardziej  stroma,  a  grunt 
nierówny. Zamyślona źle postawiła nogę i prawie się przewróciła.

– Mam cię. – Objął ją. – Wszystko w porządku?
– Tak. – Zaczęła się prostować i skrzywiła się, gdy poczuła ból w kostce. 

– Chyba.

– Skręciłaś nogę?
– Może.
– Poczekaj.
Znowu ją podniósł, zupełnie bez wysiłku, i przytulił do piersi. Objęła go 

za  szyję,  a  on  ruszył  ścieżką.  Chociaż  wcześniej  na  to  narzekała,  doszła  do 
wniosku, że kobieta może się przyzwyczaić do bycia noszoną.

Zatrzymali  się  w  Ogrodzie  Spokoju,  terenie  przy  ścieżce,  gdzie  Leah  i 

obozowiczki  posadziły  polne  kwiaty  oraz  krzewy  jagodowe,  aby  przyciągnąć 
motyle  i  śpiewające  ptaki.  Pomógł  jej  usiąść  na  ławce  i  klęknął  przed  nią. 
Siedząc na piętach, zdjął jej sandał i oparł stopę na udzie.

– Boli? – Badał palcami kostkę, a rozkoszny dreszczyk popłynął jej przez 

całą nogę.

– Nie bardzo. – Zdusiła jęk przyjemności, kiedy jego dłoń nadal badała. –

Myślę, że zaraz będzie dobrze... hm... za minutę albo dwie.

Spojrzał na nią, nadal trzymając kostkę w dłoniach. Jego skóra była taka 

ciepła.

– Chcesz, żebym zaniósł cię do domu?
Och, czy to nie byłoby seksowne? Zwłaszcza gdyby wniósł ją do środka i 

położył  na  łóżku.  Patrząc  w  jego  oczy,  doszła  do  wniosku,  że  naprawdę  musi 
przejść  tę  część  z  rozmową,  aby  wreszcie  mogli  się  skupić  na  części  bez 
rozmowy.

– Nie. Daj mi tylko minutkę.
Skinął głową, ale nie ruszył się, żeby wstać bądź usiąść na ławce. Zebrała 

się na odwagę.

background image

– Joe...
–  Maddy...  –  powiedział  w  tej  samej  chwili,  a  potem  roześmiał  się.  –

Przepraszam. Ty pierwsza.

– Nie, w porządku, ty mów.
Potrzebował  dłuższej  chwili,  żeby  zebrać  myśli.  Bezwiednie  gładził  jej 

łydkę.

– Co do twojej propozycji zaprojektowania materiałów promocyjnych dla 

obozu treningowego... Jeśli, hm, nadal chcesz, ja, hm... – Spojrzał jej głęboko w 
oczy. – Chciałbym, żebyś się tym zajęła.

– Ty... – Serce zabiło jej mocniej. – Pozwolisz mi wziąć w tym udział? W 

rozkręcaniu nowego interesu?

– Tak. – Ze spokojem pokiwał głową. – Właściwie to bardzo bym chciał. 

Jeżeli oferta jest aktualna.

Poczuła przypływ radości, gdy  zdała sobie sprawę, co tak naprawdę Joe 

mówi. Chciał znowu się dla niej otworzyć, może nie całkowicie, ale zrobił krok 
we właściwym kierunku.

– Tak, oferta pozostaje aktualna.
– Na pewno? – Joe ujął twarz Maddy wolną ręką i patrzył jej w oczy.
Pokiwała głową, czując, jak łzy napływają jej do oczu.
– To dlaczego płaczesz?
– Bo się boję, że cię zawiodę. Pogłaskał jej usta kciukiem.
– Powiedziałaś, że jesteś dobra w projektach graficznych.
– Jestem. – Chodziło jej o to, że bała się go znowu zranić, ponieważ nadal 

nie do końca wiedziała, czego chce. Wiedziała, że chce czegoś więcej niż seks. –
Obiecuję, że będę bardzo się starała, aby cię nie zawieść.

– Och, Maddy. – Wyprostował się, nadal klęcząc, i przycisnął czoło do jej 

czoła.  Jego  ręce  gładziły  ją  uspokajająco  po  plecach.  –  Nie  musisz  niczego 
obiecywać. Po prostu... będzie, jak będzie, dobrze?

–  Dobrze.  –  Objęła  go  mocno.  Tyle  uczuć  ją  wypełniało:  strach,  ulga, 

szczęście, miłość. I pożądanie. – Kochaj mnie, Joe. Teraz, tutaj.

– Co? – Jego dłonie znieruchomiały. – Tu?
–  Proszę.  –  Przesunęła  głowę,  żeby  spojrzeć  na  niego.  –  Tu,  w  świetle 

księżyca, pod gwiazdami. Kochaj mnie.

Spojrzał na nią, a ona dostrzegła własne emocje płonące w jego oczach, 

gdy ujął jej twarz w obie ręce.

– Tu – zgodził się z westchnieniem.
Powoli pochylił głowę i pocałował ją tak głęboko, że aż jej zaparło dech. 

Wiatr śpiewał wśród drzew, a on przesuwał dłońmi po całym jej ciele, budząc 
zmysły. Poddając się jego dotykowi, odchyliła głowę. Upajała się pieszczotami 
Joego.  Zsunął  żakiet  i  przesunął  dłońmi  po  jej  nagich  ramionach.  Pragnąc 
czegoś więcej, zaczęła rozpinać sukienkę, ale powstrzymał ją.

background image

– Pozwól, że ja – szepnął głosem chrapliwym od pożądania.
Opuściła  ręce  na  ławkę  i  patrzyła,  jak  rozpina  jej  sukienkę  i  powoli 

rozchyla.  Nocne  powietrze  otarło  się  o  jej  gorącą  skórę.  Gdzieś  w  oddali 
zahuczała  sowa.  Joe  pochylił  głowę.  Zamknęła  oczy,  nasłuchując  odgłosów 
nocy  i  rozkoszując  się  ciepłem  jego  warg  na  piersiach  nad  obrębem  stanika. 
Przeszedł ją dreszcz, gdy odsunął koronkę i jego usta zamknęły się na jednym z 
sutków.

Skoro  nie  mogła  mu  niczego  obiecać  na  przyszłość,  podaruje  mu  tę 

chwilę i  odpowie całą sobą, aby wiedział, że pobudza nie tylko  jej ciało. Jego 
delikatność i żarliwość dotarły aż do jej serca. Odchyliła się i jęknęła, podczas 
gdy  jego  język  wyprawiał  czary  na  jej  mrowiącej  skórze.  Wsunął  dłonie  pod 
sukienkę i złapał figi.

– Chcę cię dotykać – powiedział, zdejmując kawałek jedwabiu. – Całą.
– Tak – westchnęła, unosząc biodra, aby mógł ją rozebrać.
Jego  dłonie  powróciły  szybko.  Przesunął  ją  na  brzeg  ławki.  Z  sukienką 

rozpiętą  do  talii  i  odsłoniętymi  piersiami  była  całkowicie  otwarta  dla  niego; 
oddała mu się cała.

Spojrzała mu w oczy, gdy rozsunął jej uda, i niewinny uśmiech wypłynął 

na jej twarz.

„Och,  Maddy”,  pomyślał,  pragnąc  zatrzymać  tę  chwilę  na  zawsze.  Na 

wieczność. Pogodził się z przeczuciem, że to może nigdy się nie spełnić. Miłość 
trzeba dawać bez oczekiwań. Nie stawiając żadnych warunków.

Ta świadomość sprawiła, że zadrżał, gdy powoli przesuwał rękę po udzie 

ku  jej  żarowi.  Cały  czas  patrzyła  na  niego  i  rozchyliła  nogi  odrobinę  szerzej. 
Może i nie zatrzyma jej na zawsze, ale dzisiaj, teraz była jego.

„Bądź  moja  –  powiedział  jej  spojrzeniem,  gdy  powoli  zanurzał  w  niej 

palec. – Pozostań moja”.

– Tak – westchnęła, jakby usłyszała te słowa. – Tak.
Zapanował  nad  własnym  głodem  i  skupił  się  na  dawaniu  rozkoszy. 

Powoli, świadomie  doprowadził ją do skraju rozkoszy i dalej. Patrzył z męską 
satysfakcją, jak powoli Maddy osuwa się.

Dopiero wtedy przypomniał sobie o własnych potrzebach. Jedna sekunda, 

aby zabezpieczyć ich oboje, a potem przygotował się, aby zanurzyć się w ciepło. 
Przyciskanie się do niej było jak wchodzenie do nieba. Ogarniała go, wciągała, 
przytrzymywała  mocno.  Zamknął  oczy,  rozkoszując  się  wrażeniem,  że  jest 
częścią jej, a jednocześnie kocha ją tak bardzo, aż się tego boi.

Z  jękiem uniosła  biodra, przyjmując go  jeszcze  głębiej,  tak  że nie  mógł 

już  się  powstrzymać.  Poruszał  się  mocno  i  ostro.  Każdy  mięsień  w  ciele  miał 
naprężony, a  rozkosz narastała. Kiedy wreszcie wybuchnęła,  przez jedno bicie 
serce myślał, że umrze.

Napiął się, nadal głęboko w Maddy, odchylił głowę, a serce waliło mu jak 

background image

oszalałe. Kiedy wrócił do siebie, zorientował się, że oplotła go całą sobą, trzyma 
mocno ramionami  i nogami, a głowę przyciska do jego piersi. Objął ją i oparł 
policzek o jej włosy. Chciałby trzymać ją tak przez całą noc.

W  końcu jednak zmęczone ciało oderwało  się od niej.  Z  westchnieniem 

rozczarowania Maddy przechyliła głowę i uśmiechnęła się do Joego.

– Masz rację. Na dworze zmysły się wyostrzają.
Uśmiechnął się, głaszcząc jej policzek.
– Myślisz, że dasz teraz radę iść z tą kostką?
– Kostką? – Przebiegła radość zagrała w jej oczach. – Jaką kostką?
Poprawili ubrania. Pomógł jej wstać.
– Chodź, odprowadzę cię do domu.

background image

Rozdział 18

To prawda, co się mówi: czas leci szybko, gdy dobrze się bawisz.

Jak wieść idealne życie

Przeciągając  się  niespiesznie,  Maddy  powoli  się  budziła.  Nagle 

znieruchomiała, gdy zdała sobie sprawę, że nie leży w swoim łóżku. I nie jest 
sama. Zerknęła nad ramieniem i zobaczyła, że obok śpi kamiennym snem Joe. 
Nawet  potargany  wyglądał  jak  zwykle  przystojnie.  Może  nawet  bardziej  niż 
zwykle, bo mięśnie twarzy – zwykle napięte – rozluźniły się we śnie.

Zafascynowana  ostrożnie  obróciła  się  do  niego  i  oparła  głowę  na  ręce. 

Gdy patrzyła na Joego, na jej twarz wypłynął uśmiech głębokiego zadowolenia. 
W ciągu ostatniego tygodnia od wystawy spędziła całkiem sporo czasu w jego 
łóżku,  ale  po  raz  pierwszy  została  do  rana.  Właściwie  to  po  raz  pierwszy  w 
życiu została z nim do wschodu słońca.

Jak  by  to  było  budzić  się  obok  niego  co  rano  przez  resztę  życia?  Ku 

własnemu  zaskoczeniu  poczuła,  że  to  byłoby  coś  właściwego.  Wypełniła  ją 
miłość. Ciepła, wibrująca i jaśniejąca. I znała odpowiedź.

„Chcę spędzić z tobą całe życie”.
Obudził  się  tak  nagle,  że  przestraszył  ją  tym  przeskokiem  od  snu  do 

pełnej  przytomności.  Szybko  rozejrzał  się,  a  potem  opadł  na  poduszkę  i 
rozluźnił się. Uśmiechnął się do Maddy zaspany, wymiętoszony i seksowny.

– Dzień dobry.
– Dzień dobry. – Posłała mu szeroki uśmiech. – Szybko się budzisz.
– To pewnie hałas.
Przygarnął ją i ułożył tak, żeby oparła głowę na jego ramieniu, a ich nogi 

przeplotły się.

– Jaki hałas?
Nasłuchiwała  czegoś  poza  śpiewem  ptaków  na  kaktusie  za  oknem 

sypialni. Wczoraj zakończył się pierwszy turnus i obóz stał się niemal dziwnie 
pusty.

– Niczego nie słyszę.
– No właśnie. – Musnął jej czoło. – Cisza. Cały tydzień bez wrzasków.
Serce  trochę  jej  się  zacisnęło,  gdy  przypomniała  sobie  ceremonię 

zamknięcia  i  ostatnie  ognisko,  po  którym  nadszedł  dzień  pełen  załadowanych 
autobusów  i  wylewnych  pożegnań.  Gdy  autobusy  odjechały,  koordynatorki  i 
opiekunki  także  wyjechały  na  tydzień  wolnego.  Nie  licząc  Mamy  i  Harolda, 
Maddy i Joe mieli cały obóz dla siebie.

– Wiesz, już tęsknię za Kaylee i Amandą.
– Aha, ja też. – Ziewnął. – Ale wrócą w przyszłym roku.

background image

„Tak, tylko czy ja tu będę?”. Zagryzła usta i powstrzymała słowa. Oboje 

zawarli  milczącą  umowę,  żeby  nie  rozmawiać  o  przyszłości  na  poziomie 
osobistym.

–  Poza  tym  –  dodał  –  kolejna  partia  małych  potworów  przyjedzie  w 

przyszłym tygodniu.

– Tak, to radosna myśl. – Usiadła i przeciągnęła się. Przykrycie zsunęło 

się jej do pasa i zimne, poranne powietrze otarło się o jej skórę. – Co powiesz na 
kawę?

– Wolałbym ciebie. – Przesunął palcem po jej kręgosłupie.
Zerknęła  przez  ramię.  Z  Joego  też  zsunęło  się  przykrycie,  całkiem 

odsłaniając  wspaniały  tors.  Wsunął  rękę  pod  głowę  i  zmrużył  oczy  pełne 
obietnic zmysłowych przyjemności.

Niestety  spojrzała na zegarek na  nocnej  szafce i  przypomniała sobie,  co 

musi zrobić tego dnia.

– Kuszące – roześmiała się – ale potrzebuję kofeiny.
Wyszła  z  łóżka,  zebrała  z  podłogi  ubranie  i  skierowała  się  do  łazienki. 

Tam na drzwiach znalazła dżinsową koszulę, która świetnie udawałaby szlafrok.

Wychyliła się z łazienki.
– Mogę to pożyczyć?
– Jasne, specjalnie ją tam zostawiłem.
– Och.
To  ją  zaskoczyło.  Ciągle  robił  takie  rzeczy.  Zaopatrywał  lodówkę  w  jej 

ulubioną  colę.  Kupował  smakowe  chipsy,  chociaż  sam  wolał  zwykłe.  A  teraz 
powiesił  koszulę,  żeby  mogła  ją  nosić  jako  szlafrok,  chociaż  nawet  nie
rozmawiali  o  tym,  że  zostanie  na  całą  noc.  Po  prostu  zasnęła,  a  on  jej  nie 
obudził.

Wróciła do łazienki, zastanawiając się, czy to były wskazówki co do jego 

uczuć,  czy  też  ona  odczytywała  więcej,  niż  on  przekazywał.  Fakt,  że 
wspomniała o ulubionych lodach i w jego zamrażarce jak za sprawą magicznej 
różdżki  pojawił  się  półtoralitrowy  kubełek  karmelowych,  nie  był  deklaracją 
wiecznej miłości. Prawda?

To  pytanie  gryzło  ją,  nawet  gdy  stała  w  niszy  kuchennej  i  odmierzała 

kawę.  Usłyszała,  że  w  łazience  leci  woda,  i  wiedziała,  że  zaraz  Joe  do  niej 
dołączy. Z tego, co się orientowała, on też najbardziej lubił karmelowe, więc to 
nic nie znaczyło. Ekspres bulgotał, a ona wyjrzała przez okno. Brak odpowiedzi 
na  pytania  gryzł  ją  bardziej  niż  kiedykolwiek.  Może  ona  zaczynała  rozumieć, 
czego  chce,  ale  to  nie  znaczy,  że  Joe  też.  Może  nadal  nie  myślał  o  niczym 
długofalowym. To sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnęła,  aby jej przyszłość 
wiązała się z nim.

Od czasu wystawy dużo rozmawiali o planach obozu treningowego; mieli 

dużo  zabawy  przy  przygotowaniach.  Co  wieczór  siadali  w  jego  biurze  i  na 

background image

komputerze  projektowali  broszurki,  wizytówki  i  nawet  stronę  internetową, 
której  skończenie  będzie  wymagało  jeszcze  wiele  pracy.  Nigdy  jednak  nie 
rozmawiali o tym, dokąd zmierza ich związek. Albo co się stanie, gdy obóz letni 
się skończy.

Kilkanaście  razy  prawie  mu  powiedziała,  że  go  kocha,  co  było  już 

poważną sprawą. A teraz stała i myślała o małżeństwie, dzieciach i całym życiu 
razem, jeśli Bóg pozwoli. Serce ją bolało na myśl, że pragnęła tego wszystkiego, 
co kiedyś odrzuciła, pragnęła tak bardzo, że chciała to wykrzyczeć na głos. Ale 
czy uwierzyłby? Po tym, co jej powiedział, bała się, że słowa nie wystarczą, a 
może wręcz zaszkodzą. Przed końcem obozu będzie musiała znaleźć sposób na 
okazanie mu miłości, żeby uwierzył jej dość mocno. Aby uwierzył, gdy mu ją 
wyzna w słowach.

Sześć tygodni. To na pewno wystarczająco dużo czasu.
Nadal wyglądała przez okno, kiedy Joe wyszedł z sypialni.
Zatrzymał się, bo widok w kuchni poraził go. Poranne światło oblewało 

Maddy.  Była  tak  bardzo  sobą,  gdy  stała  boso  w  za  dużej  koszuli  sięgającej 
kolan. Pomyślał, że gdyby dano mu jedno życzenie, pragnąłby przez resztę życia 
budzić  się  co  rano  i  znajdować  Maddy  w  swojej  kuchni  skąpaną  w  słońcu. 
Chciał wyrzucić przez okno precyzyjny plan, podejść do niej, wziąć ją w objęcia 
i  powiedzieć:  „Wyjdź  za  mnie”.  Ale  ostatnim  razem  taki  impuls  wszystko 
zniszczył. Nie pozwoli sobie na powtórzenie takiego błędu.

Przywołał cierpliwość i podszedł do Maddy.
– Kawa już jest?
Zerknęła przez ramię, uśmiechając się i patrząc na jego nagi tors i spodnie 

dresowe, które zsunęły się nisko na jego biodrach.

– Właśnie się zaparzyła.
Wyjęła dwa kubki. Jemu nalała czarną, a potem zajrzała do lodówki.
– Masz śmietankę?
– Na drzwiach.
Ucieszył  się,  że  podwędził  ją  wczoraj  z  obozowej  kuchni.  Pamiętał,  że 

Maddy  lubi  kawę  z  wszelkimi  możliwymi  dodatkami.  Zwracanie  uwagi  na 
drobiazgi zawsze było jego mocną stroną.

– Super. – Wyjęła zamknięty kartonik.
Oparł się o blat i z przyjemnością upił kilka łyków kofeiny.
– Co byś powiedziała na przebieżkę ze mną dziś rano? Zamrugała.
– Żartujesz, prawda?
– Wcale. Potraktuję cię ulgowo, a potem możemy się wykąpać w rzece.
Odwróciła  się  do  niego  z  ręką  na  biodrze,  przez  co  koszula  uniosła  się 

wyżej, odsłaniając więcej uda.

–  Są  dwa  kłopoty  z  tym  pomysłem.  Po  pierwsze,  o  ile  jeszcze  nie 

zauważyłeś, to ciało nie zostało stworzone do pocenia się.

background image

– No nie wiem. – Uśmiechnął się do niej szeroko nad brzegiem kubka. –

Ostatniej nocy sporo wypociliśmy i nie słyszałem, żebyś narzekała.

–  A  po  drugie,  nie  mam  czasu.  Mam  dziś  rano  spotkać  się  w  galerii  z 

Sylvią.

– Tak? Zawieziesz jej jakieś nowe prace?
Zmarszczył  brwi,  gdy  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  widział,  aby  pracowała 

nad rysunkami w ostatnim tygodniu.

– Nie. – Odwróciła się, żeby nalać śmietanki. – Dwa dni temu przywieźli 

reprodukcje Wschodu w kanionie. Muszę je podpisać.

Odstawił kubek.
– Nic mi nie mówiłaś.
– Nie? – Wyprostowała się. – Och. Myślałam, że mówiłam.
– Pewnie nie możesz się doczekać, żeby je obejrzeć.
– Tak.  –  Wypuściła  nerwowo  powietrze.  –  Chociaż  to  bardzo  dziwne 

uczucie pędzić, żeby przez cały dzień podpisywać swoje reprodukcje.

– Nie ma w tym nic pretensjonalnego, Maddy. To część pracy.
– Chyba tak.
Ponieważ  ta  rozmowa  sprawiła,  że  poczuła  się  niepewnie  –  nadal  nie 

potrafił tego zrozumieć – zmienił temat.

Nadszedł  czas,  aby  przejść  do  fazy  numer  dwa  jego  kampanii:  sprawić, 

aby Maddy przeprowadziła się do Santa Fe. Żołądek mu się zacisnął.

– Wiesz, tak sobie myślałem...
„Tak, to brzmi dobrze. Przyjemnie i zwyczajnie. Nic wielkiego. Po prostu 

rozważałem różne pomysły”.

– O czym?
Też oparła się o blat, popijając kawę.
–  Przygotowania  związane  z  obozem  treningowym  idą  tak  dobrze,  że 

powinniśmy być gotowi do otwarcia już w zimie.

–  Och,  jestem  pewna,  że  ci  się  uda.  Musisz  tylko  dać  ofertę  i  zacząć 

przyjmować zgłoszenia.

–  Aha.  –  Poczuł,  jak  napięcie  zaciska  mu  gardło.  –  Więc...  –  Upił  łyk 

kawy,  żeby  przełknąć  palącą  gulę.  –  Myślałem  sobie,  że  skoro  tak  dobrze 
radzisz  sobie  z  promocją...  –  „Po  prostu  wyrzuć  to  z  siebie,  tchórzu”.  Znowu 
napił się kawy. – To co byś powiedziała na to, żeby zostać trochę po zamknięciu 
letniego obozu i pomóc mnie i Derrickowi rozkręcić to wszystko?

Zakrztusiła się kawą i z trudem złapała oddech.
– Nic ci nie jest? – Zaniepokojony poklepał ją po plecach.
– Już dobrze.
Nie wyglądała dobrze. Wyglądała na przestraszoną. „O, cholera!”. Pewnie 

odmówi. Gdzieś się przeliczył. Źle odczytał sygnały.

– Jak... – Przycisnęła rękę do piersi. – Jak długo miałabym zostać?

background image

„Na zawsze!”.
–  Hm, to  zależy. Wiem, że  masz swoje  życie w Austin i  pewnie chcesz 

tam wracać, więc to nie potrwa długo. Tylko... kilka tygodni?

Przez kaszel oczy zaszły jej łzami.
– Powinnam dać radę.
–  Serio?  –  Ogarnęła  go  taka  ulga,  że  kolana  się  pod  nim  ugięły.  –  To 

byłoby świetnie.

– Więc... – Kiedy odwróciła się, by odstawić kubek do zlewu, zauważył, 

że ręce jej drżą. Płakała? Ale dlaczego? – Ja, hm, chyba wezmę prysznic i ubiorę 
się, skoro mam jechać do miasta.

– Poczekaj.
Złapał ją za rękę, nim weszła do sypialni.
Nie  zdążył  zapytać,  co  się  stało,  ani  chociaż  dobrze  przyjrzeć  się  jej 

twarzy, bo wspięła się na palce, objęła go za szyję i pocałowała tak głęboko, że 
w  jego  głowie  wybuchły  miniaturowe  fajerwerki.  Szybko  zareagował, 
obejmując  ją  i  przechylając  głowę,  aby  ułatwić  pocałunki.  Dłonie  wsunęła  w 
jego włosy, a jej język tańczył z jego językiem. Przesunął dłonie po jej plecach i 
wsunął pod koszulę, na nagą pupę.

„Hura!”.  Odsuwając  się,  żeby  złapać  powietrze,  spojrzał  na  nią 

zadziwiony.

– No-no!
Uśmiechnęła  się  do  niego  szeroko.  Twarz  jej  jaśniała.  Odchrząknął  i 

spróbował zebrać myśli.

– Więc... hm... przyda ci się pomoc pod prysznicem?
–  To  zależy.  –  Uśmiechnęła  się  jeszcze  szerzej.  –  A  będę  mogła 

wyszorować ci plecy?

„Hura do kwadratu!”.
– Tylko, jeśli ja wyszoruję twoje.
– Umowa stoi, żołnierzu.
Odwróciła się i nonszalanckim krokiem ruszyła przed nim do sypialni.

Przez całą drogę do miasta Maddy śpiewała do wtóru z radiem, a potem 

wpadła do galerii i rzuciła Juanicie radosne „cześć”.

– Jest Sylvia?
– Na tyłach, szykuje wszystko dla ciebie. Dam jej znać, że jesteś. Kiedy 

Juanita sięgnęła po słuchawkę, Maddy poszła do niszy, gdzie wisiały jej prace. 
Serce zabiło jej niespokojnie, gdy zobaczyła puste miejsca. Spodziewała się, że 
trzech  będzie  brakować,  tyle  sprzedała  w  czasie  wystawy,  ale  najwyraźniej 
kupiono  jeszcze  dwa  oryginały:  duży  pod  tytułem  Pędząca  rzeka  i  małe 
zbliżenie kwitnącego kaktusa.

–  Sylvia  już  idzie  –  powiedziała  Juanita,  stając  za  jej  plecami.  –

background image

Potrzebujesz pomocy w wynoszeniu rzeczy z samochodu?

– Co?
–  Nie  mogę  się  doczekać,  żeby  zobaczyć,  co  zrobiłaś  od  pokazu.  Jak 

widzisz, naprawdę potrzebujemy nowych obrazów.

–  Tak...  widzę.  –  Zagapiła  się  na  puste  miejsca.  Czuła  się  źle,  bo  nie 

przywiozła niczego nowego. Przez cały tydzień pomagała Joemu.  – Przywiozę 
więcej prac następnym razem.

–  Maddy!  –  Sylvia  podeszła  do  niej  z  szerokim  uśmiechem.  –  Moja 

ulubienica!  Juanita  powiedziała  mi  o  wystawie  w  Taos.  I  o  przyjęciu  w 
pensjonacie Dale’a. – Położyła rękę na sercu.

– Och, cóż. – Maddy wzruszyła ramionami. – To nie było na poważnie.
–  Oczywiście,  że  było  –  upierała  się  Sylvia.  –  W  tym  tygodniu 

rozmawiałam przez telefon z Rickiem. Bardzo się cieszyli, że zatrzymasz się u 
nich przed wystawą.

– Tak? – Maddy wyjąkała z zaskoczenia.
– Zamierzają zaniknąć kurort na trzy dni i zaprosić wszystkich przyjaciół. 

A potem zakończyć przyjęcie pokazem w galerii Ricka. Zabawisz się.

–  Sylvia...  –  Zabrakło  jej  powietrza.  –  Nie  mogę  pojechać  do  Taos  na 

trzydniowe przyjęcie.

Sylvia spojrzała, nic nie rozumiejąc.
– Słucham?
– Pracuję w Magicznym Obozie.
–  Ach,  to.  –  Machnęła  ręką.  –  Nie  ma  się  co  martwić.  Dale  jest 

człowiekiem  interesu  i  nie  zamknie  kurortu  w  czasie  letniego  sezonu 
turystycznego.  Planuje  imprezę  na  wczesną  jesień,  w  przerwie  przed  sezonem 
narciarskim.

–  Tak,  ale...  –  Maddy  chciała  wytłumaczyć,  że  obiecała  Joemu  pomóc 

przy obozie treningowym, lecz Sylvia złapała ją za rękę.

– A teraz chodź na tyły i obejrzyj reprodukcje. Ach tak, reprodukcje!
Serce  Maddy  biło  szybciej,  gdy  Sylvia  prowadziła  ją  przez  hałaśliwy 

warsztat  ramiarski.  Sztalugi  ustawiono  obok  jednego  z  warsztatów.  Minęła  je 
wzrokiem,  a  potem  natychmiast  spojrzała  znowu,  gdy  rozpoznała  Wschód  w 
kanionie.

– O mój Boże...
Przycisnęła obie  ręce do  ust, gdy  pojawiło się zadziwienie. Obrazek był 

niniejszy i nie tak żywy jak oryginał, ale zdecydowanie to był jej rysunek.

– Nie wierzę własnym oczom! Mam reprodukcje.
Kilku  ramiarzy  przerwało  pracę,  żeby  popatrzeć  na  jej  reakcję.  Zdała 

sobie  sprawę,  że  dla  nich  też  musi  być  to  zabawne  –  praca  z  artystami, 
oprawianie  i  sprzedawanie  reprodukcji,  tworzenie  karier.  A  teraz  ona  była 
jednym z tych artystów. Jak to się stało?

background image

–  Drukarz  odwalił  kawał  dobrej  roboty.  –  Sylvia  jaśniała,  dopóki  nie 

zobaczyła twarzy Maddy. – Zamierzasz się rozpłakać?

–  Być  może.  –  Wzrok  zamglił  jej  się  po  raz  drugi  tego  dnia.  Dlaczego 

szczęście sprawia, że robi się z niej taka beksa? – Wiem, że tygodniami o tym 
rozmawiałyśmy, ale to nie wydawało się realne... aż do teraz.

– Proszę, siadaj.
Sylvia  poprowadziła  ją  do  barowego  stołka  przy  jednym  z  warsztatów. 

Stworzono  wysepkę  porządku  pośród  bałaganu,  żeby  mogła  spokojnie 
podpisywać  reprodukcje.  Obok  talerza  z  owocami  i  serem  stała  woda 
butelkowana.  Trzy  zatemperowane  ołówki  leżały  porządnie  w  szeregu. 
Wszystko to zrobiono dla niej.

– Siądź tutaj i popodziwiaj swoje reprodukcje przez kilka minut – uparła 

się  Sylvia.  –  Muszę  przynieść  kalendarz.  Mark,  Todd?  –  Machnęła  na  dwóch 
ramiarzy, a potem odwróciła się do Maddy. – Nie pozwól, żeby ci faceci zmusili 
cię do zbyt ciężkiej pracy. Rób sobie tyle przerw, ile potrzebujesz.

–  Oczywiście.  –  Maddy  czuła  się  jak  rozpieszczona  księżniczka,  kiedy 

mężczyźni przynieśli pierwszy stos reprodukcji do podpisania. Mark, kierownik 
warsztatu, sprawdził kilka pierwszych za pomocą szkła powiększającego.

– Tylko się nie denerwuj – ostrzegł ją i szybko przedarł na pół pierwszych 

pięć reprodukcji, po czym rzucił je na podłogę.

Maddy zaparło dech ze zgrozy.
– Co robisz?
– Odstrzeliłem wybrakowane egzemplarze.
Kiedy  uzbierał  mały  stos  reprodukcji  do  przyjęcia,  podał  je  Maddy  do 

podpisania.

Sylvia  wróciła  z  kalendarzykiem.  Wskoczyła  na  stołek  naprzeciwko 

Maddy i położyła notes na stole.

– Dobra, obgadajmy terminy.
–  Terminy?  –  Maddy  podpisała  kolejną  reprodukcję,  którą  Todd 

natychmiast zabrał.

–  Terminy  wystaw.  –  Wsunęła  okulary  do  czytania  i  przekartkowała 

strony  kalendarza.  –  Pierwsza  będzie  wystawa  Ricka,  zabawny  sposób 
rozpoczęcia  działalności.  Potem  zabierzemy  się  do  prawdziwej  roboty  na 
wystawie handlowej Stowarzyszenia Zawodowych Ramiarzy w L. A., po której 
przyjdzie kolej na targi w Dallas. Postaramy się wypełnić przerwy wystawami w 
galeriach,  ale  początkowo  będzie  to  wolno  szło,  dopóki  nie  wyrobisz  sobie 
nazwiska. Są jakieś tygodnie jesienią, kiedy nie możesz podróżować?

– Co? – Podłoga nagle się przechyliła i Maddy modliła się, żeby nie spaść 

ze stołka. – Chcesz, żebym podróżowała? Tej jesieni?

– Oczywiście.
Przypomniała sobie rozmowę z Joem. Powiedział o kilku tygodniach, ale 

background image

miała nadzieję, że uda się to przedłużyć.

– Ja... ja nie mogę.
– Nie martw się. – Sylvia machnęła ręką. – Pokryjemy twoje wydatki.
– Ale... – Serce biło jej boleśnie szybko. – Nie możecie po prostu wysłać 

moich prac?

– Jak już zdobędziesz pozycję, będziesz mogła odpuszczać sobie wystawy 

handlowe i pojawiać się tylko w galeriach, ale na tym etapie chcemy, żebyś tam 
była, spotykała się z właścicielami galerii. Mają zobaczyć całokształt.

– Całokształt?
Pojawił  się  przed  nią  kolejny  stos  reprodukcji.  Zagapiła  się  na  nie 

bezmyślnie.

–  Zdecydowanie.  –  Sylvia  gestem  ogarnęła  całą  Maddy.  –  Nie  dość,  że 

twoje  prace  są  wspaniałe,  to  jesteś  atrakcyjna,  wygadana  i  przyjacielska. 
Chcemy, żeby właściciele galerii zakochali się w tobie tak samo jak Rick i Dale, 
żeby  przekazali  swój  entuzjazm  kolekcjonerom.  Zaufaj  mi,  kochana,  zrobisz 
bajeczną karierę.

–  Ale...  –  Panika,  z  którą  walczyła  przez  całe  życie,  nagle  urosła, 

zabierając jej powietrze z płuc.

Natychmiast  ją  odepchnęła  jak  dziecko,  które  ucieka  od  brzegu 

głębokiego  wąwozu  i  nie  chce  zobaczyć,  co  żyje  w  mrocznych  głębinach. 
Gdyby  tam  spojrzała,  wiedziałaby,  co  naprawdę ją  przeraża,  a  ona  nie  chciała 
wiedzieć. To musiało być ohydne.

– Nie chcę bajecznej kariery.
– Co takiego?
Sylvia  zamarła,  a  potem  pokręciła  głową,  jakby  chciała  ją  odświeżyć. 

Mark i Todd gapili się na Maddy dziwnie. W całym warsztacie jakby ucichło.

– Ja tylko... tylko... – Panika próbowała się uwolnić. – Ja nie mogę zająć 

się tymi wystawami, przepraszam.

Na  moment  zapadła  cisza,  a  potem  Sylvia  spokojnie  złożyła  ręce  na 

kalendarzu.

– Pozwolisz, że zapytam dlaczego?
„Bo  jestem  o  krok  od  czegoś  ważnego  między  mną  a  Joem.  Raz  już 

uznałam, że ja i kariera jesteśmy ważniejsze od niego. Jak się poczuje, jeśli nie 
dotrzymam  obietnicy  i  nie  pomogę  mu  przy  obozie  treningowym?”.  Stało  za 
tym coś jeszcze. Jakiś inny lęk, którego nie chciała zobaczyć.

–  Nie  potrzebuję  bajecznej  kariery.  Naprawdę.  Jeśli  będzie  mi  dobrze 

szło, to wystarczy. Serio.

Sylvia spojrzała na ramiarzy.
–  Przepraszam  was  na  chwilę,  muszę  porozmawiać  z  Maddy  w  swoim 

biurze.

Walcząc z mdłościami, ruszyła za starszą kobietą do szklanych boksów. 

background image

Czuła się jak dzieciak wezwany do dyrektora.

– Usiądź.
Sylvia zamknęła drzwi, co nie dawało im wiele prywatności, ponieważ i 

tak cały warsztat widział wnętrze. Mijając minilodówkę, Sylvia wyjęła butelkę 
zielonej  herbaty  i  podała  ją  Maddy.  Maddy  usiadła,  jak  jej  kazano,  i  wzięła 
herbatę drżącymi rękoma. Po kilku łykach gardło rozluźniło jej się na tyle, żeby 
mogła wreszcie spokojniej oddychać.

–  Lepiej?  –  Sylvia  usiadła  na  obrotowym  krześle  za  biurkiem.  Maddy 

pokiwała  głową;  nadal  miała  mdłości,  ale  już  się  nie  bała,  że  rzeczywiście 
zwymiotuje.

–  Przepraszam,  nie wiem, co  mi jest.  Starsza kobieta przyglądała jej  się 

przez chwilę.

–  Wiesz,  pracowałam  z  artystami  przez  większość  życia,  ale  nie  będę 

udawała,  że  rozumiem,  o  co  ci  tak  naprawdę chodzi.  Szczerze  mówiąc,  ciągle 
się boję, że wszyscy artyści świata pójdą na terapię, pokonają swoje demony i 
sztuka, jaką znamy, przestanie istnieć. Maddy zaśmiała się słabo.

–  Pogadajmy  poważnie. –  Biurko zaskrzypiało,  gdy  Sylvia pochyliła się 

do przodu. – Szczerze współczuję, ale koniec końców przede wszystkim jestem 
kobietą  interesu.  Dlatego  powiem,  jak  się  sprawy  mają,  żebyś  zrozumiała 
dokładnie, do czego zmierzamy. Zainwestowałam w ciebie mnóstwo pieniędzy. 
Ponieważ  chcemy  zrobić  kolejne  dwa  wydania  reprodukcji  do  naszego 
jesiennego  katalogu,  planuję  zainwestować  jeszcze  więcej.  Wiesz,  ile  czasu 
potrzeba, żebym wyszła na swoje?

– Nie. – Maddy gapiła się na butelkę.
–  Kilka  miesięcy,  jeśli  wszystko  pójdzie  dobrze.  Być  może  rok.  I  to 

zakładając  twoją  pomoc  przy  promocji.  Gdybyś  przyszła  do  nas  z  jakimś 
dorobkiem,  stać  by  mnie  było,  żeby  ci  pozwolić  na  siedzenie  w  domu  i 
zajmowanie się sztuką. My zajęlibyśmy się resztą. Ale tak nie jest. Zjawiłaś się 
kompletnie  nieznana.  Więc  jeśli  chcesz  sobie  odpuścić,  to  bądź  tak  miła  i 
powiedz mi to od razu.

Maddy  wpatrywała  się  we  wzorek  na  bladozielonej  butelce;  gałązki 

rozchodziły się w różnych kierunkach. Niektóre z nich krzyżowały się i biegły 
dalej. Inne się kończyły.

Miała przed sobą dwie  ścieżki do  wyboru. Jedną było po prostu życie z 

Joem,  gdzie  oboje  pracowaliby  przy  obozie  letnim  i  treningowym.  Nadal 
mogłaby  zajmować  się  malowaniem,  ale  na  mniejszą  skalę.  Druga  prowadziła 
do kariery, za którą większość artystów oddałaby duszę: sława na skalę krajową, 
wystawy w galeriach, podróże. Tempo byłoby wyczerpujące, ale ona nigdy nie 
miała nic  przeciwko ciężkiej pracy. Zwłaszcza że ta praca oznaczałaby chwile 
sławy, bycie gwiazdą.

Podążała  paznokciem  jedną  z  krzyżujących  się  ścieżek.  Jeśli  wybierze 

background image

drogę  proponowaną  przez  Sylvię,  to  czy  nadal  będzie  miała  Joego?  Jak  on 
będzie  się  czuł,  patrząc  z  boku  na  jej  sławę?  Chociaż  bardzo  ekscytował  się 
obozem treningowym, wiedziała, że nie był to szczyt jego marzeń. To nigdy nie 
dorówna byciu komandosem. Lubił też patrzeć, jak ona sprzedaje swoje obrazy, 
ale jego oczekiwania na pewno nie sięgały zbyt daleko.

Wszystko  w  niej  pragnęło  przyjąć  ofertę  Sylvii,  ale  nie  warto  było 

ryzykować, że straci Joego. Szansę na to, na co zdecydowała się dziś rano.

Przebyła wyrysowaną ścieżkę z powrotem do rozgałęzienia.
Kariera czy miłość – przed takim wyborem stanęła.
Zamykając oczy, wybrała miłość, i poczuła, że jakaś mała część jej duszy 

umarła. Ale było warto. Miłość była warta każdego poświęcenia.

– Przepraszam. – Otworzyła oczy i teraz, gdy już podjęła decyzję, poczuła 

się pewniej. – Nie dam rady robić tych wystaw.

Sylvia siedziała przez dłuższą chwilę, rozważając nowinę.
–  Dobrze  więc  –  powiedziała  w  końcu.  –  Uważam,  że  popełniasz 

ogromny błąd, ale to twoja decyzja. Odwołam kolejne zaplanowane reprodukcje 
i usunę je z katalogu. Wschód w kanionie zostanie rzecz jasna, ale nie wypadnie 
tak dobrze bez reszty.

Te słowa sprawiły, że Maddy zabolało serce, jednak trzymała się dzielnie.
– Rozumiem.
– Mogę cię jednak prosić o przysługę?
Pokiwała  głową.  Czuła  się  tak  winna,  że  gotowa  była  obiecać  niemal 

wszystko.

– Pojedziesz chociaż na przyjęcie w Taos i zrobisz wystawę u Ricka? To 

dość  blisko, możesz pojechać i  szybko wrócić. Powinniśmy  dać  radę sprzedać 
dość oryginałów, żebym odzyskała część mojej inwestycji.

Maddy  zawahała  się.  Nawet  to  wydawało  się  ryzykowne,  ale  nie  tak 

straszne jak reszta.

– Myślisz, że będą mieli coś przeciwko, jeśli przywiozę kogoś ze sobą?
–  Oczywiście,  że  nie  –  zapewniła  ją  Sylvia.  –  Jest  tam  tyle  miejsca,  że 

pewnie mogłabyś przywieźć trzech albo czterech gości.

– Och.
To  jej  poprawiło  nieco  humor.  Zamierzała  zaprosić  tylko  Joego  i  może 

wtedy nie miałby nic przeciwko jej wyjazdowi, ale pomyślała, że mogłaby też 
zaprosić przyjaciółki. Zwłaszcza że Christine powinna wreszcie skończyć staż.

– Świetnie, pojadę.
–  Dziękuję.  –  Sylvia  rozluźniła  się.  –  A  teraz,  jeśli  dasz  radę,  podpisz 

jeszcze parę reprodukcji.

Maddy wstała. Chciała uciec z biura, nim zmieni zdanie.
–  I jeszcze jedno – dodała Sylvia, gdy  szły z powrotem do  warsztatu. –

Wydajemy też katalog na wiosnę. Kiedy zacznie się zima, a ty zmienisz zdanie, 

background image

daj mi znać. Nadal chciałabym mieć szansę na współpracę z tobą.

Maddy nie wiedziała, śmiać się czy płakać.
– Zastanowię się – odpowiedziała odruchowo, a potem skarciła się za to.
Powinna  była  odmówić,  powiedzieć,  że  nie  zmieni  zdania.  Dlaczego 

Sylvia  musiała zostawić uchylone  drzwi,  kiedy  ona  myślała, że  już  je  za  sobą 
zatrzasnęła?

Gdyby tylko dało się wybrać obie drogi...

Kiedy  Maddy  wróciła  do  obozu,  wysłała  przyjaciółkom  długi  e-mail, 

który  zapoczątkował  gwałtowną  wymianę  listów  przez  następne  dwa  dni. 
Chciała je po prostu zaprosić na przyjęcie w Taos, ale skończyło się na tym, że 
opowiedziała wszystko o spotkaniu z Sylvią.

Odpowiedź  Christine  była  szybka  i  gwałtowna:  Oczywiście,  że 

przyjedziemy na przyjęcie. (Zamknij się, Amy, wszystkim się zajmę, więc ty  też 
jedziesz). Ale Maddy, kompletnie ci odbiło???

Amy:  Nie  rozumiem.  Dlaczego  uważasz,  że  plany  Sylvii  zdenerwują 

Joego? Z tego, co o nim mówiłaś, podejrzewam, że raczej by się ucieszył. A jeśli 
pojadę do Taos, czy to się będzie liczyć jako wypełnienie mojego zadania?

Christine:  NIE!  Amy,  ja  się  wszystkim  zajmę,  zabiorę  cię  sprzed 

frontowych  drzwi  i  będę  z  tobą  na  każdym  kroku.  Uznaj  to  za  próbę  przed 
samodzielnym wyjazdem. A co do twojego pytania do Maddy: No właśnie, Mad, 
dlaczego uważasz, że Joe by się zmartwił?

Maddy: Powiedziałam wam, że już zdecydowałam, że chcę poślubić tego 

mężczyznę.

Christine: I co z tego? Prosił, żebyś wybrała między nim a marzeniami? 

Bo jeśli tak, to jest głupim palantem.

Maddy:  Nie  prosił  mnie  o  nic.  Żartujesz?  Nie  prowadzimy  ze  sobą 

„poważnych  rozmów”.  Staramy  się  trzymać  kwestii  bardzo  prostych  i  bardzo 
bezpiecznych.

Amy: To znaczy, że nadal nie powiedziałaś mu, że go kochasz?
Maddy:  Powiem  mu  to,  kiedy  nadejdzie  właściwy  moment.  Kiedy  będę 

wiedziała, że mi uwierzy.

Kolejny  dzień  przyniósł  jeszcze  jedną  zjadliwą odpowiedź  od  Christine. 

Amy też nie pochwalała decyzji Maddy, ale jej współczuła. Nim Maddy zdążyła 
odpowiedzieć,  usłyszała,  że  schodami  do  jej  mieszkania  idzie  Joe.  Jego  kroki 
były lekkie i wesołe. Jej serce zabiło radośnie.

Zamknęła laptopa – tym samym odcięła się od dezaprobaty przyjaciółek –

i  poszła  otworzyć  drzwi.  Christine  i  Amy  chciały  dobrze,  ale  niczego  nie 
rozumiały. Jak by mogły? To nie one były zakochane. Ściślej rzecz biorąc, Amy 
nigdy  nie  miała  nikogo  na  poważnie,  a  Christine  przyciągała  nieudaczników, 
więc można było oczekiwać, że ich rady są złe.

background image

W  chwili,  gdy  Joe  ją  objął  i  pocałował  jak  wariat,  wątpliwości  co  do 

wyboru zniknęły. A przynajmniej zbladły.

Uśmiechnął się do niej.
– Skończyłaś na dziś ze sztuką?
– Właściwie to... Nieważne. Tak, skończyłam.
– Świetnie. Ja też skończyłem pracę.
Kiedy wszedł do środka, zauważyła, że miał na sobie granatową koszulę, 

czarne  spodnie  i  kowbojki.  Bolo  i  srebrna  klamra  przy  pasku  sprawiały,  że 
wyglądał, jakby zszedł z reklamy Santa Fean.

– Rety, wspaniale wyglądasz.
–  Usłyszałem  właśnie,  że  Bill  Hearne  gra  w  La  Fonda.  Co  powiesz  na 

kolację i tańce?

– Świetnie!

background image

Rozdział 19

Nigdy nie lekceważ przeczucia.

Jak wieść idealne życie

Joe  nie  pamiętał,  by  kiedykolwiek  był  szczęśliwszy.  A  to  sprawiało,  że 

bardzo  się  denerwował.  Zwłaszcza  gdy  tygodnie  mijały  coraz szybciej.  Każdy 
dzień zbliżał go do końca lata i wkroczenia w fazę numer dwa.

Kiedy początkowa próba niemal skończyła się katastrofą, postanowił się 

wycofać,  przegrupować  siły  i  poczekać  na  lepszy  moment.  Miesiąc  między 
końcem  obozu  letniego  a  przyjazdem  Derricka  wydawał  się  odpowiedni.  Tym 
razem  ostrożniej  zbada  grunt,  wspominając  o  przyszłości  zwyczajnie,  w 
rozmowie,  żeby  jej  nie  przestraszyć.  Nie  ma  mowy,  by  wypalił  coś  o 
małżeństwie i wszystko popsuł.

Wybrał jednak już pierścionek i nawet zapłacił zadatek. Zaprojektowany 

na zamówienie przez jednego z najbardziej utalentowanych jubilerów w okolicy, 
był  znacznie  bardziej  w  typie  Maddy  niż  tradycyjny  pierścionek,  z  którym 
próbował wcześniej. Jaki to był idiotyczny wybór! Maddy powinna dostać coś 
unikalnego jak ona sama. I dlatego ten pierścionek uznał za idealny.

Spodoba jej się. Był tego pewien.
A przynajmniej taką miał nadzieję.
Najpierw jednak musiał ją namówić, aby zamieszkała w Santa Fe na stałe, 

ponieważ  ostatni  dzień  obozu  nadszedł  nieuchronnie.  Jak  to  się  stało?  Jakim 
cudem tygodnie zniknęły, kiedy tylko spuścił je z oka? Jasne, prowadząc obóz 
matki, planując własny i spędzając czas z Maddy, bawił się jak nigdy w życiu. 
Poza  tym doświadczenie nauczyło go,  że bycie  zakochanym  oznacza, iż  mózg 
nie  funkcjonuje  jak  trzeba,  i  dlatego  właśnie  poprzednio  tak  strasznie  spaprał 
sprawę.  Ale  nie  tym  razem.  Teraz  zrobi  to  jak  należy.  Będzie realizował  plan 
krok po kroku i kiedy zapyta, ona odpowie „tak”.

Nawet  kiedy  mówił  to  sobie,  zaczynał  nerwowo  się  pocić.  A  może  to 

wina  słońca,  uznał,  gdy  stał  na  parkingu  i  nadzorował  chaos  spowodowany 
załadowanymi  autobusami.  Wszędzie  wokół  biegały  małe  dziewczynki  i 
wrzeszczały. A starsze obejmowały się i płakały.

Maddy stała z jego matką. Zegnała się z obozowiczkami, które wsiadały 

do pierwszego autobusu. Jej widok nigdy nie przestał go poruszać. Podniecała 
go,  uspokajała,  hipnotyzowała  i...  oczarowywała.  Aha,  pomyślał  z  głupawym 
uśmieszkiem, ona go po prostu zaczarowała.

Dzisiaj  miała  na  sobie  kusy  T-shirt  z  ręcznie  malowanymi  kwiatami  –

efekt  jednych  zajęć  plastycznych  –  i  minispódniczkę  przerobioną  z  dżinsów. 
Dawno  pogodził  się  z  faktem,  że  uniform  i  Maddy  po  prostu  do  siebie  nie 

background image

pasują. Ponieważ żadna z pozostałych koordynatorek się nie skarżyła, zostawił 
to bez komentarza. Poza tym kiedy już będzie jego żoną, a nie pracownikiem, jej 
strój nie będzie grał roli.

Jego  uśmiech  stał  się  bardziej  głupawy,  gdy  Maddy  schyliła  się,  żeby 

przyjąć  od  jednej  z  dziewczynek  naszyjnik  z  makaronu.  Pochwaliła  małą  i 
wylewnie  podziękowała,  a  dziewczynka  rozpromieniła  się.  Jaką  wspaniałą 
matką byłaby Maddy.

W  końcu  pierwszy  autobus  się  zapełnił.  Z  piskiem  hamulców  zaczął 

zjeżdżać  do  frontowej  bramy.  Chaos  uspokoił  się  nieco,  ale  tylko  na  chwilę, 
ponieważ miało odjechać jeszcze kilka autobusów i dodatkowo rodzice, którzy 
przyjechali prywatnymi samochodami.

Maddy  odwróciła  się  i  zauważyła  Joego.  Ruszyła  do  niego,  klucząc 

między  obozowiczkami  ustawionymi  w  kolejce  z  kuframi,  poduszkami, 
śpiworami i pluszowymi zwierzakami.

– Zawsze tak ciężko patrzeć, jak wyjeżdżają?
– Obawiam się, że tak. – Uśmiechnął się do niej współczująco i z trudem 

powstrzymał odruch, aby pocałować zmarszczkę na jej czole. – Przez całe zeszłe 
lato myślałem, że ulży mi, gdy cisza i spokój wrócą do mojego życia. A potem 
przypomniałem  sobie  o  pochrzanionych  domach,  do  których  wrócą  niektóre  z 
tych dzieci, i chciałem wsiąść do autobusu i jechać z nimi. Może walnąłbym po 
łbie paru rodziców. Nadal mam taką ochotę.

–  Wiem,  co  masz  na  myśli.  –  Osłoniła  oczy  przed  słońcem,  gdy  na 

miejsce podjechał kolejny autobus. – Nie jest tak ciężko z dobrymi dzieciakami. 
Takie jak Cory i jej gang naprawdę ujęły mnie za serce.

– Mnie też.
Zaśmiał się, ponieważ trzynastoletnia Cory spędziła połowę lata w obozie 

warunkowo  za  przemycanie  papierosów  i  to  nie  raz,  ale  trzy  razy.  Carol 
dmuchnęła w gwizdek i zaczęła odczytywać listę.

–  Ale  mamy  je  przez  pięć  tygodni  każdego  lata.  Lubię  myśleć,  że  to 

pomaga.

Spiął  się  trochę  z  powodu  freudowskiego  przejęzyczenia.  „Mamy  je 

każdego  lata”.  Zorientuje  się,  że  miał  na  myśli  ich  dwoje,  a  nie  wszystkich 
pracowników obozu? Zerknął na nią, ale nie zauważył specjalnej reakcji. Jednak 
ta  omyłka  przytrafiła  się  we  właściwym  czasie  z  punktu  widzenia  jego  planu. 
Obóz  się skończył i  powinien  zacząć  wspominać  o  przyszłości, żeby wybadać 
jej reakcję. Tylko że ona nie reagowała. Stała nieruchomo jak głaz.

W  końcu  opuściła  rękę,  ale  nadal  patrzyła  na  dzieci,  gdy  zacytowała 

motto obozu:

– Ukształtować charakter i dać wspomnienia na resztę życia.
– Aha – przytaknął, myśląc o nich dwojgu.
Chciał  czegoś  więcej  niż  wspomnień  z  Maddy  na  resztę  życia.  Chciał 

background image

przez  resztę  życia  tworzyć  te  wspomnienia.  Pomyślał  o  pierścionku,  który 
wybrał, i świeży pot wypłynął mu na czoło.

Jakimś cudem ponad rejwachem usłyszał, że w biurze dzwoni telefon.
–  Odbiorę  –  powiedział  i  skorzystał  z  tej  wymówki,  żeby  uciec  od 

rozmowy, nim powie coś głupiego.

Z ulgą wszedł do chłodnego, zacienionego biura i złapał słuchawkę.
– Magiczny Obóz.
– Heja, Skaucie.
Uśmiechnął się szeroko na dźwięk głosu Derricka.
– Co jest, Sokrates?
– Stary, mam dobre wieści. Mamy nasze pierwsze ofiary.
– Obozowicze. To są obozowicze.
–  O  nie,  ci  goście  to  zdecydowanie  ofiary.  –  Głęboki  śmiech  Derricka 

zdradzał  doskonały  humor.  –  Moja  siostra  powiedziała  szefowi  o  naszym 
obozie. Facet chce swoim programistom zafundować porządne szkolenie z pracy 
zespołowej. Interesuje go oferta dla firmy.

– Co? – Joe nie do końca rozumiał. – Sprzedałeś mu ofertę dla firmy?
– Aha. Wygląda na to, że dostaniemy całą bandę programistów, których 

mamy zamienić w supermanów.

– Kurczę, to... – „Zdecydowanie wykracza poza mój plan”. Maddy została 

głównie po to, aby pomóc im sprzedać oferty. – To świetnie, stary.

– Mógłbyś dorzucić do tego trochę entuzjazmu? – Derrick zapytał takim 

samym bezbarwnym tonem, jakim przed chwilą odezwał się Joe.

–  Przepraszam.  –  Joe  pokręcił  głową  i  zaśmiał  się  do  siebie.  –  To 

świetnie. Serio.

– Więc w czym problem?
– Psujesz mi plany.
– Oo, ty w połączeniu ze słowem „plan” zawsze mnie przerażałeś. Więc 

co  planujesz  zakatrupić  tym  razem?  Nie,  czekaj,  sam  zgadnę.  To  ma  coś 
wspólnego z twoją panią, prawda?

– Nie zamierzam niczego zakatrupić. – Joe skrzywił się na to oskarżenie. 

–  I  nigdy  nie  słyszałem,  żebyś  narzekał,  gdy  byliśmy  razem  na  akcji.  Tak  się 
składa, że najlepiej ze wszystkich radziłem sobie z planowaniem.

– Innymi słowy, nie wziąłeś sobie do serca rady brata Derricka w kwestii 

twojego miłosnego życia, co?

Gorąco  podpłynęło  do  szyi  Joego,  gdy  przypomniał  sobie,  z  jak  wielu 

rzeczy zwierzył się Derrickowi w ciągu ostatnich tygodni. Ale jak by mógł ufać 
kumplowi  komandosowi,  gdyby  nie  potrafił  otworzyć  się  przed  nim  choć 
trochę?  Poza  tym  przetrwali  razem  kilka  ekstremalnych  sytuacji  i  nie 
potrzebowali słów, żeby wiedzieć, co drugi myśli.

–  Więc  –  naciskał  Derrick  –  zdołałeś  wyartykułować  te  dwa  wielkie 

background image

słowa?

– Mówiłem ci, mam plan.
– Rozumiem, że to oznacza „nie”.
– Plan, który muszę teraz opracować na nowo, ponieważ połowę z niego 

rozwaliłeś w drzazgi.

–  Joe,  Joe,  Joe  –  westchnął  Derrick.  –  Nie  możesz  podchodzić  do 

związków  jak  do  akcji,  opracowywać  każdy  szczegół  do  ostatniej 
ewentualności.

– A dlaczego, do cholery, nie? Chciałbym to wiedzieć.
– Bo... – Kolejne westchnienie. – Terroryści są przewidywalni. A kobiety 

nie.

– Wiem. To mnie martwi. – Podszedł do okna, żeby przyjrzeć się Maddy. 

– Poza tym mam przeczucie, że coś jest nie tak.

– Co takiego?
–  Nie  wiem.  Nie  potrafię  tego  sprecyzować,  ale...  –  Przypomniał  sobie 

ostatnie rozmowy z Maddy, kiedy pytał ją, jak jej się układa praca z Sylvią, a 
ona zmieniała temat. – Mam usilne  wrażenie, że coś przede mną ukrywa.  Coś 
związanego z jej pracą.

– Nie o to właśnie poszło ostatnim razem?
–  Podobno  historia  lubi  się  powtarzać.  –  Tyle  że  tym  razem  nie  miała 

powodu niczego ukrywać.

Ostatnim razem właściwie też nie miała.
– A może widzisz duchy przeszłości i sam wymyślasz rzeczy, którymi się 

zadręczasz?

– Może. – Joe odwrócił się od okna. – Więc nadal zamierzasz przyjechać 

w przyszłym miesiącu?

– Właściwie to pomyślałem, że przyjadę wcześniej, żebyśmy wzięli się do 

wymyślania toru przeszkód dla naszych superokularników.

– Ile wcześniej?
– Za dwa tygodnie.
– Stary, całkiem rozwaliłeś mój plan.
–  Joe,  weź  się  w  garść  –  rzucił  dramatycznie  Derrick.  –  Nawet  w  akcji 

plany  czasem  biorą  w  łeb,  musisz  zadowolić  się  tym,  co  masz,  i  wyjść  pod 
obstrzałem.

– I właśnie w ten sposób, o ile pamiętasz, zostałem postrzelony.
–  Prawda.  Ale  zastanawiałeś  się  nad  tym?  Gdybyś  nie  oberwał,  nie 

siedziałbyś  teraz  w  Nowym  Meksyku.  Obaj  byśmy  smażyli  tyłki  na  jakiejś 
pustyni i lawirowali między minami samochodowymi. A twoja szkolna miłość 
nadal byłaby tylko tęsknym wspomnieniem.

–  Chcesz  powiedzieć,  że  powinienem  się  cieszyć,  bo  zostałem 

postrzelony?

background image

–  Przeciwności  przynoszą  nowe  możliwości.  Do  zobaczenia  za  dwa 

tygodnie, stary. A, i powodzenia z twoją panią.

– Aha, wielkie dzięki.
Kiedy  tylko  się  rozłączył,  Joe  natychmiast  przypomniał  sobie  drugi 

powód,  dla  którego  nie  chciał,  aby  Derrick  przyjechał  przed  wyznaczonym 
czasem. Wystawa Maddy w Taos. Nie mógł jej przegapić. Jej przyjaciółki tam 
będą i wreszcie by je poznał. Poza tym to była jedyna zaplanowana wystawa, co 
uważał  za  dziwne.  Sylvia  niespecjalnie  starała  się,  żeby  wypromować  prace 
nowej malarki. Czy to dlatego Maddy tak się spinała, gdy pytał ją, jak idzie?

Poczuł się nieswojo, jakby jakieś zimno na karku, szósty zmysł ostrzegał 

go  o  niebezpieczeństwie.  Zdecydowanie  coś  tu  szwankowało.  Albo  może 
Derrick miał rację – może widział duchy przeszłości. Może.

– Nie wierzę, że kolejny turnus rozpoczął się i już skończył. Siedząc na 

skraju patio za biurem, Maddy gapiła się na gwiazdy.

–  Dziwne  uczucie,  nie?  –  Joe  klapnął  obok  niej  i  wyciągnął  piwo.  –

Proszę.

–  Dzięki.  –  Otworzyła  puszkę  z  przyjemnym  sykiem,  a  potem  szybko 

wypiła, nim piana zdążyła wycieknąć bokiem. – Ach! Nigdy nie myślałam, że 
piwo może tak dobrze smakować.

Joe pociągnął długi łyk ze swojej puszki i westchnął głośno:
– Abstynencja sprawia, że kubeczki smakowe stają się czulsze. Siedzieli 

spokojnie, patrząc, jak świetliki błyskają w obozie.

Światło biło z różnych chatek, gdzie opiekunki spędzały ostatnią noc, bo 

następnego  ranka  miały  wyjechać.  Z  Chaty  Wodza  dobiegł  ich  śmiech.  Przez 
siatkę w oknach Maddy widziała sylwetki koordynatorek. Przeleciała poduszka i 
uderzyła kogoś w głowę. Rozległo się więcej śmiechów.

Maddy rozpromieniła się.
– Już wiem, co mi to przypomina.
– Co takiego? – Objął ją.
–  Ostatnie dni w college’u. – Ułożyła się wygodnie w jego objęciach. –

Zajęcia się skończyły i nie było powodu, żeby dłużej tam siedzieć, ale zostajesz 
razem z ludźmi, którzy stanowili tak wielką część twojego życia. Nagle zdajesz 
sobie sprawę, że nie masz powodu, żeby widywać ich codziennie. Wszystko w 
tobie skacze: od podniecenia, bo wreszcie, hura, szkoła się skończyła i  można 
zacząć  prawdziwe  życie,  do  płaczu,  bo,  o  mój  Boże,  nie  będziesz  już  więcej 
codziennie widywać przyjaciół.

– Zmiany zawsze są trudne – powiedział cicho.
– Aha – westchnęła, ciesząc się, że nie wyjeżdża jutro razem z innymi.
Miała  cały  miesiąc,  żeby  pobyć  z  Joem,  nim  przyjedzie  jego  przyjaciel 

Derrick. Mnóstwo czasu, żeby popracować nad tym, co chciała mu powiedzieć, 

background image

gdy  tylko  będą  mieli  obóz  dla  siebie.  To  był  najlepszy  moment,  żeby 
przygotować grunt.

–  Bardzo  trudno  jest  powiedzieć  do  widzenia,  ale  czasem  trzeba.  Jeśli 

więzy  są  dość  mocne,  wszystkie  obietnice,  że  będzie  się  utrzymywać  kontakt, 
naprawdę się sprawdzają.

– Tak?
– Amy, Christine i mnie się udało. Trzy z czterech, niezły wynik.
– A co z czwartą współlokatorką?
– Ach, to Jane Redding.
– Ta z porannego programu? – odsunął się zaskoczony.
– Aha.
– Nigdy mi o tym nie mówiłaś. – Przysunął się do niej znowu i przytulił 

ją. – Więc co się z nią stało?

– Stała się bogata i sławna i straciłyśmy z nią kontakt.
O rety, pomyślała. To nie był najlepszy sposób, żeby przygotować grunt 

pod pytanie, co by powiedział, gdyby przyjęła propozycję Sylvii i pojawiła się w 
wiosennym katalogu.

– Ale nie musiało się tak stać. Mogłybyśmy nadal być blisko, gdyby Jane 

trochę się wysiliła.

–  Związki  na  odległość  są  trudne.  –  Urwał.  –  Hm,  nie  wiem,  czy 

zdecydowałbym się na taki.

Dlaczego to powiedział, zastanawiała się. A tak, Janice. Kobieta, z którą 

się spotykał, kiedy był jeszcze w wojsku. Ta, z którą chciał się ożenić, dopóki 
nie  zrozumiał,  że  ona  ceni  karierę  bardziej  niż  rodzinę.  Właśnie  przed  takimi 
problemami  staną  z  Joem,  jeśli  ona  zdecyduje  się  na  karierę  i  potem  będzie 
musiała podróżować, żeby coś z tego wyszło, prawda?

Z  Chaty  Wodza  dobiegł  głos  Carol  przebijający  się  ponad  innymi. 

Wołała, żeby się uciszyły. Maddy zerknęła w ich stronę. Siatka skrywała postaci 
w środku, ale widać było, że wznoszą toast. Tanie wino, papierowe kubeczki i 
obietnice.

Które z nich zostaną spełnione?
– Zawsze zastanawiałam się, czy tak samo jest z facetami, gdy muszą się 

żegnać?

Zaśmiał się.
– Mamy własne sposoby. Ogólnie rzecz biorąc, niezbyt wylewne.
–  Serio?  –  Przechyliła  głowę,  żeby  spojrzeć  mu  w  twarz.  –  A  co  z 

ostatnim  dniem  w  szkole  komandosów?  Wyobrażam  sobie,  że  było  tam  dużo 
emocji.

Na  jego  twarz  wypłynął  uśmiech.  Uwielbiała  jego  uśmiech  –  mięśnie 

twarzy poruszały się wtedy tak po męsku.

– To było... mocne przeżycie. Śmiejąc się, pocałowała go w policzek.

background image

– Nie wątpię.
–  A  skoro o  tym  mowa...  –  Zagapił  się w  puszkę  piwa.  –  Dzwonił dziś 

Derrick.

– Tak? – Zmarszczyła brwi, słysząc bezbarwny ton. – Coś się stało?
– Nie. W żadnym razie. Właściwie nie mogłoby być lepiej. Hm, sprzedał 

ofertę dla całej firmy.

– Serio? – Natychmiast pojawiła się w niej troska i radość. To cudownie 

dla Joego, ale co to znaczy dla niej? – Rety, to... super.

Zaśmiał się, przez co ona jeszcze bardziej zmarszczyła brwi.
– Co cię tak bawi?
–  Nic.  –  Upił  łyk  piwa.  –  Nie  znam  jeszcze  szczegółów,  ale  przyjedzie 

wcześniej, żebyśmy wzięli się do budowania toru przeszkód.

– De wcześniej? – Odwróciła się twarzą do niego.
– Będzie tu za jakieś dwa tygodnie.
– Ale...
– Wiem. – Zabrał rękę z ramienia Maddy i ujął jej dłoń. – Twoja wystawa 

w  Taos.  To  nie  będzie  miało  żadnego  wpływu.  Obiecuję.  Powiem  tylko 
Derrickowi, żeby zajął się sobą, kiedy my wyjedziemy.

– Chcesz tak zrobić? Właśnie rozmawialiśmy, jacy ważni są przyjaciele, a 

wiem, że nie widzieliście się prawie od dwóch lat. Nie chcę wam przeszkadzać.

– Maddy... – zaśmiał się. – Nie zamierzam przegapić twojej wystawy.
– Dobrze. – Uścisnęła jego dłoń. – Naprawdę chcę, żebyś tam był.
–  Wiesz... – zaczął ostrożnie, zabierając myśli i  odwagę. – Trochę mnie 

zaskoczyło, że masz tylko jedną wystawę.

– Tak? – Poruszyła się gwałtownie.
– Aha. – W jego głowie rozdzwonił się alarm. Zdecydowanie coś było nie 

tak.  –  Zrobiłaś  taką  furorę  na  wystawie  u  Sylvii,  więc  spodziewałem  się,  że 
sprawy będą się szybciej rozwijać.

– Ach. No wiesz. – Wzruszyła ramionami, jakby to wszystko wyjaśniało.
Zmarszczył czoło.
– Co to miało znaczyć?
– Nic. – W jej głosie pojawiła się irytacja.
– Ale wszystko w porządku, prawda?
– Jasne. – Skrzywiła się do puszki.
– Po prostu zauważyłem, że nie pracujesz za dużo nad obrazami, więc się 

zastanawiałem...

– Wszystko jest w porządku, naprawdę. – Spojrzała błagalnie. – Możemy 

porozmawiać na inny temat?

„Cholera!”.  Było  gorzej,  niż  myślał.  Ale  na  szczęście  ukrywała  tylko 

swoje rozczarowanie. Potarł palcem kostki jej dłoni.

–  W  porządku,  Maddy.  Czasem  potrzeba  więcej  czasu,  niż  się 

background image

spodziewaliśmy,  aby  osiągnąć  to,  czego  pragniemy.  Ale  to  nie  znaczy,  że 
marzenia się nie spełnią.

– Nie jestem taka pewna, Joe. Chcę... – zawahała się, a potem zacisnęła 

mocno rękę. – Od tygodni czekałam, żeby ci powiedzieć, że... naprawdę bardzo 
chcę, żeby coś z tego wyszło.

– Z tego? – W jego głowie wszystko zawirowało. Co miało znaczyć owo 

„to”?

–  Chcę  tu  zostać  i...  poświęcić  swój  czas.  Nie  muszę  robić  zawrotnej 

kariery,  wystarczy  coś  małego  i  satysfakcjonującego.  To  mi  wystarczy, 
przysięgam. Chcę tylko mieć szansę, aby coś z tego wyszło.

– Uda ci się, kochanie. Jestem pewien.
Ogarnęło go rozczarowanie, gdy zrozumiał, że mówiła o  sztuce, a nie o 

tym, co rozwija się między nimi. A potem odezwało się współczucie.

–  Oczywiście  możesz  tu  zostać,  ile  potrzebujesz,  czekając,  aż  rzeczy 

nabiorą rozpędu.

Pocałował ją w czoło, a jego myśli pędziły.
–  Właściwie  to  coś  właśnie  do  mnie  dotarło.  Ponieważ  dostaliśmy  z 

Derrickiem  pierwsze  zlecenie,  będziemy  musieli  pospieszyć  się  z  realizacją 
planów.  No  wiesz, otworzyć konto  bankowe,  zająć  się  papierkami,  rozumiesz. 
To  znaczy,  że  przyda  nam  się  trochę  pracowników.  –  Odchylił  się 
rozpromieniony genialną prostotą tego pomysłu.  – Co na to powiesz? Byłabyś 
zainteresowana posadą kierownika biura naszego obozu treningowego?

–  Chcesz  powiedzieć...  –  otworzyła  szeroko  oczy. –  Mam  robić  to  co 

Carol na obozie letnim?

– Właśnie! Wtedy możesz mieszkać tu, ile zechcesz, co zdecydowanie mi 

odpowiada,  czekając,  aż  sprawy  z  Sylvią  się  ułożą.  A  na  pewno  się  ułożą.  –
Uniósł jej dłoń i pocałował. – Nigdy nie trać wiary, Maddy. Obiecaj mi.

Zamrugała, jakby to ją przerastało.
– Spróbuję.
– Więc weźmiesz tę pracę?
– Ja... – Uśmiechnęła się do niego. – Z przyjemnością.

background image

Rozdział 20

Marzenie jednej kobiety to koszmar dla drugiej, więc uważaj, czego sobie 

życzysz.

Jak wieść idealne życie

W co ja się wpakowałam? – zastanawiała się na głos Maddy, gdy usiadła 

za biurkiem.

Mogłaby  podpisywać  swoje  reprodukcje  do  katalogu  Sylvii, 

przygotowywać się do wystaw handlowych i  wizyt w galeriach, pracować nad 
nowymi  obrazami.  Zamiast  tego  siedziała  przy  komputerze  i  przygotowywała 
arkusz kalkulacyjny, który okazał się katastrofą.

Dlaczego przyjęła tę pracę?
Nie  powinna  narzekać.  Poświęciła  się,  żeby  pomóc  Nigelowi  w  jego 

interesach. Czy mogłaby zrobić mniej dla Joego? On nie był chory, ale kochała 
go i była mu winna takie samo zaangażowanie.

Gdyby tylko ten głupi arkusz działał jak trzeba!
Z rozpaczą oparła głowę o biurko i uderzyła czołem w klawiaturę.
„Auć!”.  Podniosła  głowę  i  pomasowała  łuk  brwiowy.  I  wtedy 

wytrzeszczyła  oczy  na  monitor,  który  najwyraźniej  zwariował.  Wszystkie 
cyferki  w  kratkach  zaczęły  migać  i  zmniejszać  się  jak  licznik  na  zapalniku 
bomby, która zaraz wybuchnie.

– Nie! Zatrzymaj się! Co ja nacisnęłam? Cofnij, cofnij!
Na oślep uderzała w klawisze, aż nagle cyfry zaczęły rosnąć szybciej niż 

dług państwowy. Zamarła zszokowana i patrzyła z przerażeniem i fascynacją.

Do tej pory myślała, że dobrze radzi sobie z komputerami. Jednak szybko 

się  zorientowała,  że  wrodzona  umiejętność  używania  programów  graficznych 
nie  oznacza,  iż  z  taką  samą  łatwością  poradzi  się  sobie  z  programem  do 
księgowania. Prawda wyglądała tak, że znacznie lepiej spisywała się jako żona 
właściciela  biznesu  niż  kierownik  biura.  Dobrze  radziła  sobie,  pomagając 
Nigelowi,  ponieważ  mieli  Betty,  która  zajmowała  się  biurem.  Maddy  musiała 
tylko nosić akta w tę i z powrotem, dbać o morale pracowników i mieć na oku 
interesy.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  doszła  do  wniosku,  że  Betty  była 
ósmym cudem świata, skoro potrafiła tak sprawnie prowadzić biuro.

Wtedy  usłyszała,  że  Joe  podjeżdża  na  parking.  Wracał  z  lotniska,  skąd 

odebrał  Derricka.  Spanikowała.  Uderzyła  kilka  razy  w  obudowę  monitora, 
desperacko  próbując  powstrzymać  wzrost  liczb,  a  potem  uderzyła  w  kilka 
klawiszy. Escape. Delete. Backspace.

Trzasnęło dwoje drzwi furgonetki. Pod butami zachrzęścił żużel.
Wskoczyła na  biurko,  żeby zasłonić  ciałem  monitor,  gdy  Joe wszedł  do 

background image

biura. Za nim wszedł wysoki, żylasty, czarnoskóry mężczyzna.

–  Cześć,  kochanie  –  powiedział  Joe,  a  potem  zaciekawiony  zmarszczył 

brwi, widząc, jak siedzi. – Coś nie tak?

– Nie. Bynajmniej.
Spojrzał sceptycznie, a potem wskazał na drugiego mężczyznę.
– Poznaj kaprala Derricka Harrelsona.
– Cześć, Derrick.
Już  wyciągała  dłoń,  aby  się  przywitać,  gdy  zauważyła,  że  Joe  stara  się 

zerknąć nad jej ramieniem. Szybko się wycofała i odchyliła w bok.

– Wreszcie się spotykamy.
Derrick  uniósł  brwi,  a  ona  zdała  sobie  sprawę,  że  wyciągnęła  się  na 

biurku jak piosenkarka na fortepianie.

– Więc, hm, to ty jesteś Maddy. – Uśmiech rozbłysnął białymi zębami. –

Miło cię wreszcie poznać.

Rzucił kumplowi spojrzenie pełne aprobaty. Joe zmarszczył czoło.
– Na pewno wszystko w porządku?
–  Jasne.  –  Uśmiechnęła  się  szeroko.  –  Całkowicie,  na  sto  procent, 

wszystko pod kontrolą.

– Bo jeśli potrzebujesz pomocy, to mogę poprosić Mamę, żeby zajrzała...
– Nie! – Przywarła plecami do monitora. – Radzę sobie. Serio.
– Dobrze więc. – Zawahał się. – No to zostawiam cię  na  razie i pokażę 

Sokratesowi Chatę Wodza.

–  W  porządku.  –  Pomachała,  kiedy  ruszyli  do  drzwi.  –  Miło  było  cię 

poznać, Derrick.

Kiedy zniknęli jej z oczu, zeskoczyła z powrotem na krzesło i spojrzała na 

ekran.

Liczby  przestały  wariować.  Ulżyłoby  jej,  gdy  nie  to,  że  teraz  wszystkie 

kratki były puste.

Z bijącym sercem otworzyła pocztę mailową i machnęła list, modląc się, 

żeby chociaż jedna z przyjaciółek siedziała przy komputerze.

Wiadomość:  Ratunku!  Wszystko  rozwalam  i  nie  wiem,  jak  to 

powstrzymać!

Amy:  Uspokój  się.  Jestem.  Jak  wygląda  najnowsza  katastrofa  w 

księgowości?

Christine:  Ja  też  jestem.  Boże,  Maddy,  kiedy  przestaniesz  pogłębiać  ten 

dołek i zaczniesz z niego wychodzić?

Amy: Nie słuchaj jej. Powiedz mi, co się stało, a ja spróbuję ci pomóc.
Christine: Stało się to, że ona NIE CHCE POROZMAWIAĆ Z JOEM!
Maddy:  Słyszę  echo?  Tylko  to  ostatnio  dociera:  porozmawiaj  Joem, 

porozmawiaj  z  Joem.  Przepraszam  bardzo,  ale  to  nie  takie  proste!  Zwłaszcza 
kiedy mieszam mu w księgowości. Tak strasznie chcę rzucić tę robotę, że zaraz 

background image

zacznę wyć!

Christine: Więc mu powiedz!
Maddy: Co?! Mam powiedzieć „Joe, kocham cię, a przy okazji, rzucam tę 

robotę”?  Tak,  to  doskonały  początek  dla  małżeństwa,  które  razem  prowadzi 
interes. Nie, najpierw muszę to naprawić. Pomóc mu rozkręcić obóz. I modlę się 
o dzień, kiedy stać go będzie na księgową, która to wszystko zrozumie. Może do 
tego czasu będę już mężatką w ciąży i odejdę z pracy, żeby zająć się dziećmi.

Christine:  Nie  wierzę,  że  to  mówisz!  Każda  inna  tak,  ale  ty,  niezależna 

Maddy?  Poza  tym  jeśli  nie  potrafisz  powiedzieć „kocham  cię”,  to  w  życiu  nie 
będziesz miała okazji powiedzieć „tak”.

Maddy:  Mówiłam,  dojdziemy  do  tego  we  właściwym  czasie.  Nie  musisz 

tego mówić tak, jakbyśmy to ciągnęli latami, jestem tutaj raptem od trzech i pół 
miesiąca.

Amy: Przepraszam, możemy zająć się aktualnym problemem?
Maddy  wykasowała  wszystkie  maile  Christine  i  napisała  do  Amy:  Boję 

się, że tym razem to coś poważnego. Widzisz, myślałam, że może kiedy otworzę 
pliki Carol, to zobaczę, jak prowadzi księgi letniego obozu, i zorientuję się, co 
robić.  Chyba  nacisnęłam  coś,  czego  nie  powinnam.  Bo  teraz...  hm...  wszystkie 
liczby w tych małych kratkach jakby, no... zniknęły.

Amy: O mój Boże.

–  W  co  ja  się  wpakowałem?  –  zapytał  sam  siebie  Joe,  gdy  prowadził 

Derricka do Chaty Wodza.

– Mógłbyś być bardziej konkretny?
– Maddy! – Zatrzymał się i machnął ręką w stronę biura.
– Ach, to już trochę wyjaśnia, ale nadal nie wszystko.
– Nie wierzę, że zatrudniłem ją jako kierownika biura.
–  No nie  wiem.  –  Derrick podrapał  się w policzek i  zerknął na  biuro.  –

Wygląda całkiem nieźle, kiedy siedzi na biurku. I odwaliła fantastyczną robotę 
przy materiałach promocyjnych.

– Tyle że jest absolutnie niekompetentna, jeśli idzie o prowadzenie biura. 

–  Z  rękoma  na  biodrach  gapił  się  na  stopy.  Po  kilku  dniach  zaprzeczania  w 
końcu dotarł do niego ogrom popełnionej gafy. – Będę musiał ją zwolnić.

– Ej, spokojnie, stary. Myślałem, że chcesz się z nią ożenić.
– Bo chcę!
–  Więc  jeśli  mogę  coś  zasugerować,  najpierw  się  oświadcz,  a  potem  ją 

zwolnij.

– Aha. – Zaśmiał się sucho. – Świetny plan.
– Nie, to nie jest plan. – Derrick podniósł palec. – To rada. Dość już się 

naplanowałeś w tej sprawie.

– Nie, po prostu potrzebuję nowego planu. – Znowu ruszył przed siebie, a 

background image

jego  myśli  pędziły.  Gdyby  tylko  jej  kariera  drgnęła,  mógłby  ją  zachęcić  do 
rzucenia pracy w biurze. Może mógł w tym jakoś pomóc. – Aha, tego właśnie 
potrzebuję. Nowego planu.

Jęcząc głośno, Derrick wyrównał z nim krok.

Bogu  dzięki  za  dni  wolne,  pomyślała  Maddy,  kiedy  pakowała  się  na 

przyjęcie  w  Taos.  Gdyby  choć  jeszcze  minutę  miała  czytać  podręczniki  do 
oprogramowania, które kompletnie nie miały sensu, głowa by jej eksplodowała. 
Dlaczego  nie  mogła  zrozumieć,  jak  to  ma  działać?  Za  każdym  razem,  gdy 
zajmowała się liczbami, jej mózg zamieniał się w papkę. W szkole miała dobre 
oceny z matematyki tylko dzięki pomocy Joego, a potem Amy.

Nic  dziwnego,  że  był  zaskoczony,  gdy  się  dowiedział  o  jej  dobrych 

ocenach  z  wszystkich  pozostałych  przedmiotów.  Joe  przynajmniej  nie 
wrzeszczał  na  nią  jak  ojciec,  który  ryczał  na  matkę  za  każdy  błąd,  nieważne, 
duży  czy  mały.  Joe  po  prostu  stawał  za  nią  w  milczeniu  i  poprawiał  błędy.  I 
przez  to  czuła  się  okropnie.  Miała  mu  pomagać,  a  tylko  przysporzyła 
dodatkowej pracy.

Cóż, jutro pojadą do Taos, a ona się spotka z przyjaciółkami, których nie 

widziała od miesięcy. Może gdy usiądzie z Amy, dojdą do tego, co źle robi. Ta 
myśl pocieszyła ją. Wyciągnęła z szafy dwie sukienki i dodała do stosu strojów 
przewidzianych  na  wystawę.  Obie  były  proste,  z  dżerseju,  twarzowej  tkaniny 
odpowiedniej na każdą okazję. Stając przed lustrem powieszonym na drzwiach 
łazienki,  przyłożyła  do  siebie  wieszaki.  Krótka  czerwona?  Czy  długa  czarna? 
Czerń zawsze świetnie wygląda. Artystyczna. Wyrafinowana.

Pogrzebowa.
Bardzo na miejscu.
Bez  ostrzeżenia  wybuchnęła  płaczem.  Głośnym  i  obfitym;  szloch 

wstrząsał całym jej ciałem. Przycisnęła dłonie do oczu, zastanawiając się, co się 
ostatnio z nią dzieje. Cały czas albo śpiewała z radości, albo wypłakiwała sobie 
oczy. Gdyby nie to, że dopiero co skończyła jej się miesiączka, podejrzewałaby, 
że jest w ciąży albo ma zespół napięcia przedmiesiączkowego.

Nie  miała  powodu,  żeby  się  tak  zachowywać.  Z  Joem  świetnie  się 

układało.  Każdego  dnia  szli  we  właściwym  kierunku,  zbliżając  się  do  chwili, 
kiedy będzie  zdolna wypowiedzieć  słowa, które  żyły  w  niej niemal  wieczność 
uwięzione w piersi i walczyły, żeby się wydostać. Christine miała rację: jeśli nie 
zdoła powiedzieć „kocham cię”, nigdy nie powie „tak”.

Boże,  bolała,  dosłownie  bolała  niemoc  wypowiedzenia  tych  słów.  Ale 

kiedy  to  się  już  stanie,  gdy  powie  mu,  że  go  kocha,  reszta  rzeczy  zacznie  się 
układać.

Kogo ona oszukuje? Reszta nigdy się nie ułoży. Była skazana – do końca 

życia  będzie  siedziała  przykuta  do  biurka  w  obozie,  zawalając  księgowość 

background image

Joego, i będzie żałosna.

Ta  myśl  sprawiła,  że  wyprostowała  się  i  pociągnęła  nosem.  Nie  była 

żałosna. Była szczęśliwa! I musi wreszcie skończyć z tym głupim ryczeniem.

Podeszła  do  umywalki  i  spryskała  twarz  wodą.  Jej  oddech  uspokoił  się. 

Związek  z  mężczyzną,  którego  uwielbiała,  rozwijał  się.  Miała  nowe  życie, 
pomagała mu w interesach. Więc oczywiście musiała być szczęśliwa. A co do 
malarstwa,  to  nie  rzuciła  go  tak  całkiem.  Jak  obóz  zacznie  działać,  wróci  do 
malowania.

Uniosła  głowę  i  zobaczyła  w  lustrze  swoją  zapłakaną  twarz.  Wyglądała 

strasznie.  Przekleństwo  jej  typu  urody  polegało  na  tym,  że  przy  pierwszych 
łzach  twarz  pokrywała  się  plamami.  Pochyliła  się  znowu,  żeby  obmyć  twarz 
zimną  wodą,  sięgnęła  po  ręcznik  i  odważyła  się  znowu  spojrzeć  Dobrze,  już 
lepiej. Bez rewelacji, ale ujdzie w tłoku.

Usłyszała trzask drzwi furgonetki i aż podskoczyła. Joe wrócił z miasta? 

Pojechali z Derrickiem po tarcicę do toru przeszkód. Szybko zerknęła na zegar i 
zorientowała  się,  że  minęło  więcej  czasu,  niż  sądziła.  A  ona  stała  w  samej 
bieliźnie, żeby przymierzać ubrania przy pakowaniu.

Zerknęła znowu do lustra, roztrzepała włosy i spróbowała się uśmiechnąć. 

Może  być,  doszła  do  wniosku,  a  potem  złapała  szlafrok  i  ruszyła  do  drzwi. 
Otworzyła je, gdy Joe właśnie wszedł na półpiętro.

– Hej, już wróciłeś. Świetnie. Pomożesz mi zdecydować, co spakować.
Nie wziął jej w objęcia, by pocałować jak zawsze, ani nie skomentował 

jej stroju. Właściwie to nawet nie odpowiedział uśmiechem.

– Pozwolisz, że wejdę?
– Co? – Od kiedy pytał, czy może wejść? – Oczywiście.
Odsunęła się i patrzyła, jak wchodzi szybkim krokiem do pokoju ubrany 

w spodnie w panterkę i zielony, wojskowy T-shirt. Ramiona miał napięte.

–  Coś  nie  tak?  Wyglądasz  na  zdenerwowanego.  Odwrócił  się,  żeby 

spojrzeć na nią.

–  Chciałem  się  pochwalić  twoimi  pracami  przed  Derrickiem,  więc 

zajrzeliśmy w mieście do galerii.

Dreszcz niepokoju przebiegł jej po plecach.
– Tak?
– Maddy... – Patrzył na nią, jakby widział ją pierwszy raz w życiu. – Co 

ty, do cholery, wyprawiasz?

– Co masz na myśli?
– Nie patrz tak na mnie! – W jego głosie pojawił się powściągany gniew. 

– Jakbyś nie wiedziała, o czym mówię. Sylvia mi powiedziała.

– Co ci powiedziała? Dlaczego tak się wściekasz? Co powiedziała Sylvia?
– Wszystko! – Odwrócił się na pięcie i zaczął chodzić po pokoju. – Przez 

ostatnich  kilka  tygodni  myślałem,  że  twoja  kariera  ugrzęzła,  zanim  w  ogóle 

background image

zdążyła nabrać rozpędu, i kompletnie tego nie rozumiałem. A ty ją odrzuciłaś! 
Nawet  nie  potrafię  zacząć...  wytłumaczyć,  co  to  znaczy...  co  czuję...  Chryste! 
Nie potrafię tego nawet wypowiedzieć!

–  Joe,  ja...  –  Jego  wściekłość  sprawiła,  że  odpłynęła  jej  cała  krew  z 

twarzy. – Mówiłam, że kariera nie jest dla mnie najważniejsza. Tak, chciałabym 
przyjąć propozycję Sylvii, ale to jest ważniejsze.

– To? – Pokręcił głową, wpatrując się w nią. – O jakim „to” ty mówisz?
– Ty i ja. – Podeszła do niego. – Powiedziałam ci. Chcę, żeby coś z tego 

wyszło, chcę spróbować.

–  Czekaj.  –  Podniósł  rękę,  żeby  ją  zatrzymać.  –  Myślałem,  że  mówiłaś 

wtedy o swojej karierze. Dlaczego nie powiedziałaś mi, że mówisz o nas?

–  Powiedziałam.  Powiedziałam,  że  chcę  tu  zostać  i  żeby  coś  z  tego 

wyszło.

– Mogłabyś trochę jaśniej wyrażać, co masz na myśli.
– Joe... – Frustracja i lęk sprawiły, że serce szybciej jej zabiło. – Kazałeś 

mi obiecać, że nie powiem tego na głos, dopóki nie będę naprawdę tego czuła, 
więc za bardzo bałam się mówić. Bałam się, że mi nie uwierzysz. Wcześniej mi 
nie uwierzyłeś, chociaż to była prawda, i nie wiem, czy uwierzysz mi teraz. Ale 
mam to gdzieś. – Napięcie, które czuła w piersi, podeszło jej teraz do gardła. –
Mam  dość  tego,  że  nie  mogę  tego  powiedzieć.  Kocham  cię.  Dobra.  Już. 
Powiedziałam to.

– I w ten sposób to okazujesz? – Machnął na nią. – Okłamując mnie?
–  Co?  –  Zagapiła  się  na  niego.  Dlaczego  nie  odpowiedział,  że  też  ją 

kocha? – Nie okłamywałam cię.

– Jasne jak słońce, że nie byłaś szczera. Przemilczenie to też kłamstwo. 

Ale  nie  rozumiem  dlaczego.  Dlaczego  nie  powiedziałaś  mi,  co  jest  grane  z 
Sylvią? Dlaczego, do diabła, odpuściłaś sobie tak wspaniałą szansę? To nie ma 
sensu. Zwariowałaś?

–  Bo...  Nie  miałam  wyjścia.  Ostatnim  razem  wybrałam  sztukę, 

niezależność, siebie. Tym razem wybrałam ciebie.

– A kto cię prosił o wybieranie? – Pełen rozgoryczenia uniósł ręce. – Czy 

kiedykolwiek prosiłem cię o to?

– Nie, ale... – Dlaczego tak się wściekał? Nie rozumiał? – Wydawało mi 

się, że to nie porządku, żebym goniła za karierą. To jest znacznie ważniejsze od 
pracy. Ty jesteś znacznie ważniejszy.

– Nie w porządku? To nie ma sensu. – Wyprostował się. Wyciągnął rękę. 

– Nie. Czekaj. Powiedz mi, że się mylę. Uważasz, że poszedłem na kompromis, 
zrezygnowałem  z  tego,  co  tak  naprawdę  chcę?  Biedny  Joe,  postrzelili  go  i 
musiał  odejść  z  komandosów.  Nie  jest  dość  dobry,  żeby  dostać  to,  czego 
pragnie. Musi zadowolić się miernym życiem. Mniej ważnym od życia artysty, 
który odniósł sukces.

background image

–  Nie  myślałam  o  tym  w  ten  sposób.  Nie  całkiem.  Ale  właśnie  tak 

myślała. O Boże, oczywiście, że tak!

– Pieprzysz! Mam rację. – Odwrócił się do niej plecami. Widać było, że 

próbuje nad sobą zapanować, nim znowu spojrzy jej w twarz. – Cholera, Maddy, 
pracowałaś ze mną nad tym od tygodni, jak mogłaś nie zauważyć, że bardzo mi 
zależy?  Jak  możesz  uważać,  że  to  nędzny  kompromis,  skoro  tak  naprawdę 
wreszcie znalazłem coś, co naprawdę chcę robić? Nigdy nie dorobię się na tym 
wielkich pieniędzy, ale to, co robię dla tych dzieci, ma znaczenie. I to, co będę 
robić dla dorosłych, również.

– Widzę to. I chcę być częścią tego. Dlatego zdecydowałam się zostać i 

pomóc.

– Wybacz, że ci to wytknę, ale niespecjalnie pomagasz.
–  Nie  wierzę,  że  to  powiedziałeś.  –  Słowa  uderzyły  ją  prosto  w  pierś  i 

przywołały z powrotem łzy. – Nie jestem głupia, mogę się nauczyć.

–  Nie  powiedziałem,  że  jesteś  głupia,  i  nie  waż  się  płakać.  –  Pogroził 

palcem, a ona rozpłakała się jeszcze bardziej. – Jestem teraz zbyt wściekły, żeby 
zajmować się płaczem.

–  Więc  mnie  nie  obrażaj,  bo  to  boli.  –  Otarła  mokre  policzki.  –  A  ja 

płaczę, gdy ktoś mnie rani.

– A jak twoim zdaniem ja się czuję? – Spojrzał na nią z bólem w oczach. 

– Myślisz, że to, co zrobiłaś, mnie nie rani? Przypochlebiałaś mi się przez dwa 
miesiące.

– Nieprawda.
– Jasne! Myślałaś, że nie poradzę sobie z twoim sukcesem. Myślałaś, że 

będę czuł się dotknięty?

Zagryzła usta, co wystarczyło za odpowiedź.
– Jezu!
– To nie tak! To... – Nie umiała zebrać myśli. – Chodzi o priorytety. To ty 

zerwałeś z Janice, bo wolała karierę od rodziny, i to ty powiedziałeś, że związki 
na odległość są trudne.

– Co? – Przycisnął palce do czoła. – Dobra, przede wszystkim Janice nie 

ma tu nic do rzeczy, zwłaszcza że istnieją tysiące kobiet, które robią karierę, a 
jednocześnie  rodzina  nadal  jest  dla  nich  najważniejsza.  A  po  drugie,  kiedy 
powiedziałem, że związki na odległość są trudne, myślałem o twoim powrocie 
do Austin i o tym, jak bardzo nie chcę latać w tę i z powrotem, żeby się z tobą 
zobaczyć. Nawet jeśli byłem na to w pełni przygotowany.

– Byłeś?
– Tak, do cholery! Ale zamiast tego zaproponowałem ci pracę, żeby cię tu 

zatrzymać.  Szczerze  mówiąc,  zaczynam  myśleć,  że  latanie  w  tę  i  z  powrotem 
byłoby łatwiejsze.

– Nie obrażaj mnie! – Zacisnęła pięści, teraz też już wściekła, – Ty mnie 

background image

obrażasz, myśląc, że moje męskie ego nie poradziłoby sobie z twoim sukcesem.

– Przepraszam, w porządku? Przepraszam!
– Ja też. – Pokręcił głową z niedowierzaniem. – Naprawdę myślałem, że 

tym razem mamy szansę.

Łzy uderzyły ją jak błyskawica.
– Co ty mówisz?
–  Że  nie  mogę być  z  kobietą,  która  ukrywa  coś  przede  mną.  Zwłaszcza 

gdy ma o mnie tak niskie mniemanie, że musi umniejszać siebie, abym ja czuł 
się lepszy.

– Nie chciałam tak. Próbowałam postawić cię na pierwszym miejscu.
–  Nigdy  cię  o  to  nie  prosiłem.  Nigdy  nie  dałaś  mi  szansy,  abym  ci  to 

powiedział.  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  moglibyśmy  razem  sobie  z  tym 
poradzić?

Zaczęła się trząść.
– Chcesz powiedzieć, że teraz już nie możemy?
– Nie wiem! Nie mogę jasno myśleć. Jezu! – Odwrócił się od niej, jakby 

nie mógł nawet na nią patrzeć. – Uważam, że powinnaś jechać do Taos sama. 
Może uda nam się porozmawiać, jak wrócisz.

Ruszył do drzwi.
– Joe, nie! Nie odchodź! Zatrzymał się z ręką na klamce.
Łzy popłynęły jej po policzkach.
– Przepraszam, że cię zraniłam. Nie chciałam. Proszę, nie zostawiaj mnie.
Odwrócił się, podszedł do niej wielkimi krokami i wziął w ramiona.
–  Cholera.  –  Jego  oczy  pałały.  –  Nie  chcę  cię  stracić.  Nie  znowu.  Za 

pierwszym razem to mnie prawie zabiło. Nie chcę cię znowu stracić.

Pocałował ją mocno, ze strachem i gniewem. Odpowiedziała, szlochając. 

Całował łzy na jej policzkach.

– Nie musisz mnie tracić – szepnęła chrapliwym głosem. – Nie pozwolę 

ci. Kocham cię.

W  głowie  jej  się  zakręciło,  gdy  uniósł  ją,  położył  na  łóżku  i  ułożył  się 

obok. „Nie pozwolę ci  mnie stracić”. Głaskała zawzięte rysy jego twarzy, gdy 
on  szarpnął pasek  jej  szlafroka.  Ręce  mu  drżały,  więc pomogła  mu  rozwiązać 
węzeł. „Kocham cię!”.

Tak bardzo chciała go dotknąć, że wyciągnęła mu T-shirt ze spodni, gdy 

on  ściągnął  z  niej  szlafrok.  Zdjęła  stanik  i  aż  jej  dech  zaparło,  gdy  jego  usta, 
głodne i pożądliwe, sięgnęły jej piersi. Głaskała jego ramiona. Czuła, jak twarde 
mięśnie napinają się, gdy jednym szarpnięciem ściągnął z niej figi i rzucił je na 
podłogę.  Wszystko  w  niej  drżało  z  pragnienia,  ale  wypływało  ono  bardziej  z 
lęku niż pożądania. To była raczej potrzeba serca niż ciała.

Kiedy była już naga pod nim, uwolnił członka i wszedł w nią. Wciągnęła 

powietrze z zaskoczenia, gdy poczuła nagłe wejście w suche ciało. Do tej chwili 

background image

nawet  nie  zauważyła,  że  nie  zareagowała.  Z  bólu  otworzyła  szeroko  oczy  i 
zobaczyła, że on zmarł, unosząc ciężar ciała na prostych rękach.

Przerażenie wypełniło jego oczy.
– O mój Boże, Maddy. – Pochylił się ku niej, obejmując. – Przepraszam. 

Przepraszam. – Obsypał jej twarz pocałunkami i próbował się wycofać.

–  Nie!  –  Objęła  go  nogami,  przyciągając  z  powrotem.  –  Nie  zostawiaj 

mnie.

– Dobrze, ale nie będę się poruszał. Nadal sprawiam ci ból?
– Nie zostawiaj mnie. – Uniosła biodra, zmuszając, żeby wszedł głębiej, 

zagryzając usta, gdy ból narastał.

– Maddy, kochanie, nie ruszaj się, sprawiam ci ból.
–  Nieważne.  –  Fizyczny  ból  zaczynał  mijać,  ale  ból  serca  rósł.  –  Nie 

zostawiaj mnie.

Całowała  jego  twarz,  a  jej  biodra  falowały  w  przód  i  w  tył.  Powoli 

stawała się miękka i ciepła wokół niego.

– Proszę.
– Maddy, musisz przestać.
Czuła,  jak  napina  całe  ciało,  aby  nie  poruszać  się  w  niej.  Znowu 

wyprostował ręce, zbierając siły i wolę, żeby się wycofać.

– Zostań.
Spojrzała na jego napiętą twarz, w jego ciemne oczy, gdy uniosła biodra, 

biorąc go w siebie głęboko i całkowicie.

– Maddy, nie mogę... – Zaklął i odwrócił twarz, zaciskając zęby.
„Zostań  ze  mną.  Kochaj  mnie”.  Powolnym  ruchem  opuściła  biodra, 

powoli, powoli, tak że prawie wyszedł z niej, a wtedy uniosła się z powrotem. 
Kiedy znowu miała go całego, zacisnęła się wokół niego mocno, a on odchylił 
głowę.

– O Boże.
Przestał  się powstrzymywać.  Poruszał  się w  niej,  razem  z  nią,  całe  jego 

ciało jak fala sunęło ku spełnieniu, uwolnieniu. Schylił się ku niej. Obejmował i 
tulił, nawet gdy uderzał w nią coraz mocniej. Objęła go rękoma jeszcze silniej, 
przyjmując każde pchnięcie. Potrzebowała go tak bardzo, że łzy napłynęły jej do 
oczu.

– Przepraszam – szepnął, całując jej łzy, podczas gdy jego ciało spięło się, 

skupiło i prowadziło go ku egoistycznemu celowi. Maleńka cząstka jego mózgu 
widziała, że ona jest jeszcze daleko od zakończenia, ale jego ciało nie dbało o to.

Orgazm  uderzył  go  z  tak  brutalną  siłą,  że  całe  jego  ciało  szarpnęło  się, 

potem  zadrżało,  a  przyjemność  napływała  i  napływała.  Kiedy  wstrząsy 
uspokoiły  się,  Maddy  objęła  go  mocno  i  wtuliła  zalaną  łzami  twarz  w  jego 
ramię.

Przerażony  zdał  sobie  sprawę,  że  nadal  jest  twardy  przez  adrenalinę 

background image

buzującą w jego ciele. Nie tak jak wcześniej, ale dość, aby przysparzać jej bólu. 
Jak mógł to zrobić? Chociaż go zachęcała, nie miał prawa kontynuować, kiedy 
jeszcze nie była gotowa.

Nienawidził  za  to  samego  siebie.  Wysunął  się  z  niej,  krzywiąc  się,  gdy 

ona się skrzywiła. Przesunął się, aby położyć się obok niej, odgarnął włosy z jej 
twarzy.  Patrzenie  na  nią,  spojrzenie  w  jej  oczy  było  jedną  z  najtrudniejszy 
rzeczy, jakie w życiu zrobił. Spojówki miała czerwone od płaczu, pełne bólu, ale 
nie oskarżające.

– Jak bardzo cię zraniłem?
– Nie, nie zraniłeś. Nie tak, jak myślisz. – Zamrugała, gdy do oczu znowu 

napłynęły jej łzy. – Obejmiesz mnie?

Miał wrażenie, jakby ogromna pięść ścisnęła jego serce.
– Oczywiście.
Wtuliła się w jego pierś. Sięgnął za jej plecy i przykrył ją prześcieradłem, 

wciskając  je  między  nich.  Głaskał  ją  po  rękach,  walcząc  z  tym,  co  chciał 
powiedzieć. Nim się zdecydował, jej oddech się wyrównał i zasnęła. Leżał tak 
długo, obejmując ją, słuchając jej płytkiego oddechu, nadal obolały od gniewu i 
pomieszania.  Nawet  teraz,  w  tym  bezmyślnym  wybuchu  wściekłego  seksu, 
poświęciła  się  dla  niego.  Chciał  nią  potrząsnąć  i  chciał  ją  pocieszyć,  i  chciał 
nigdy więcej nie ranić.

A  przede  wszystkim  chciał  ją  zrozumieć.  Co,  rzecz  jasna,  było 

niemożliwe.

Ale czy mógł z tym żyć? Żyć z kobietą, która potrafiła wyrwać z niego 

wnętrzności, nawet nie zdając sobie z tego sprawy? Nigdy w życiu nie zraniłaby 
nikogo  specjalnie,  ale  na  Boga,  naprawdę  go  skrzywdziła.  Wypatroszyła  go. 
Nawet nie był pewien, czy to zauważyła.

Przesunął się, żeby spojrzeć w jej twarz, spokojną w czasie snu, ale nadal 

zaczerwienioną od łez. „Co mam z tobą zrobić, Maddy?”.

Długie minuty później wstał, poprawił ubranie i skierował się po cichu ku 

drzwiom.

– Joe? – Poruszyła się. – Nie idź.
–  Maddy...  –  Nie  potrafił  nawet  spojrzeć  na  nią.  –  Nie  mogę  teraz 

rozmawiać. Jedź do Taos sama. Porozmawiamy, jak wrócisz.

Następnego ranka Joe stał przy zlewie, nadal ogłupiały i zmieszany. Ból 

powrócił,  gdy  wyjrzał  przez  okno  i  zobaczył  przejeżdżającą  Maddy.  Ich 
spojrzenia  się  spotkały  a  potem  samochód  zabrał  ją  dalej,  w  dół  wzgórza  ku 
bramie.

Część jego nadal była tak wściekła, że chciał cisnąć kubkiem po kawie do 

zlewu i roztrzaskać go na milion kawałków, podczas gdy druga część chciała się 
załamać i rozpłakać tak otwarcie jak Maddy.

background image

Nagle  nie  wiadomo  skąd  w  jego  umyśle  pojawił  się  obraz  Pułkownika, 

dodając do bólu rozdzierające uczucie żałoby.

– Szkoda, że cię tu nie ma, tato. Powiedziałbyś mi, co robić.

background image

Rozdział 21

Prawda boli, nawet gdy cię uwalnia.

Jak wieść idealne życie

Maddy zwinęła się w jednym z wielkich, drewnianych foteli na frontowej 

werandzie  głównego  budynku  kurortu.  Chociaż  założyła  największe  okulary 
przeciwsłoneczne, jakie miała, światło drażniło jej oczy. Gdyby tylko Christine i 
Amy już przyjechały, mogłaby pójść do ich wspólnego apartamentu, zaciągnąć 
zasłony i schować się przed pozostałymi gośćmi, dopóki nie odzyska panowania 
nad emocjami.

Kiedy  godzinę  temu  przyjechała,  zdołała  dość  długo  zachować  radosną 

twarz,  aby  się  zameldować,  przywitać  z  gospodarzami  i  poznać  paru  gości. 
Napuchnięte  oczy  łatwo  było  wyjaśnić  uczuleniem.  Wątpiła  jednak,  by  ta 
wymówka podziałała dłużej, gdyby przyłączyła się do przyjęcia w barze i nagle 
bez powodu wybuchnęła płaczem.

O  wiele  bezpieczniej  było  posiedzieć  na  zewnątrz  i  „rozkoszować  się 

widokiem gór”.

W  końcu  zobaczyła  terenówkę  skręcającą  na  długi,  wijący  się  podjazd. 

Patrzyła,  jak  wóz  mija  stajnie,  przejeżdża  przez  drewniany  mostek,  a  potem 
wspina  się  obok  rozrzuconych  domków  dla  gości.  Wypożyczone  samochody 
przyjeżdżały  regularnie,  ale  miała  nadzieję,  że  ten  właśnie  przywiezie  jej 
przyjaciółki. Wóz wszedł w ostatni zakręt na długi i wąski parking. Zatrzymał 
się i z miejsca dla kierowcy wysiadła wysoka blondynka.

– Christine! – krzyknęła Maddy, skacząc na równe nogi.
Kobieta odwróciła się, ocieniając oczy. Znajomy uśmiech wypłynął na jej 

twarz; najprzyjemniejszy widok na świecie.

– Maddy! – Christine zamachała do przyjaciółki, która zbiegła z ganku.
Następna  wysiadła  Amy  i  po  chwili  Maddy  wylądowała  w  grupowym 

uścisku.  Radość,  jaką  jej  sprawiły,  poruszyła  w  niej  wszystkie  uczucia,  które 
przez  ostatnie  dwadzieścia  cztery  godziny  skrywały  się  ledwie  pod 
powierzchnią.

– Strasznie za wami tęskniłam. Tak się cieszę, że przyjechałyście!
– My też – powiedziała Christine. – Chociaż wyjechałyśmy dosłownie w 

ostatniej chwili.

– Co się stało? – Maddy odruchowo spojrzała na Amy i zauważyła brak 

okularów. – Zrobiłaś sobie kontakty?

– Tak. – Rozpromieniła się, a jej zielone oczy zabłysły. Sweter wisiał na 

niej luźniej niż zwykle.

–  Ej,  świetnie  wyglądasz!  –  Maddy  odsunęła  się  na  krok,  żeby  się 

background image

przyjrzeć.

Amy przybrała pozę gwiazdy.
– Muszę zrzucić jeszcze kolejne dwadzieścia kilo.
– Więc co was zatrzymało?
– Babcia. – Amy przewróciła oczami, wyjaśniając wszystko tym jednym 

słowem. – Ale już jest w porządku. Christine pomogła mi załatwić sprawę.

–  Aha.  –  Christine  parsknęła  śmiechem.  –  To  cholernie  trudne  być 

hipochondrykiem, gdy w pokoju jest lekarz.

–  Ale  poza  tym  wszystko  okej?  –  Maddy  przyjrzała  się  twarzy  Amy, 

szukając  oznak  napięcia,  ale  przyjaciółka  wyglądała  na  podekscytowaną  jak 
nigdy w życiu. – Dobrze zniosłaś lot?

Amy zaśmiała się.
– To Christine nie lubi latać, ale skoro miałyśmy siebie, podróż okazała 

się całkiem zabawna.

–  Rzeczywiście  –  zgodziła  się  druga  przyjaciółka.  –  A  teraz,  kiedy 

zasmakowała podróży, podejrzewam, że nic jej nie powstrzyma.

– No, nie wiem. Samotne podróżowanie nadal brzmi dość przerażająco. –

Amy osłoniła dłonią oczy, rozglądając się wokół. – Boże, co za miejsce!

–  Fakt.  –  Christine  była  tak  samo  pod  wrażeniem,  a  niełatwo 

zaimponować komuś, kto wychował się w tak bogatej rodzinie jak ona. – Więc 
gdzie jest Joe? Nie możemy się doczekać, żeby go poznać.

– On... – Maddy zdołała przełknąć napływające łzy. – Nie przyjedzie.
–  No  proszę.  –  Christine  zmrużyła  oczy,  próbując  zobaczyć  coś  za 

ciemnymi okularami przyjaciółki.

– Dlaczego? – Amy przestała się uśmiechać i z troską zmarszczyła czoło.
– Wyjaśnię wam, jak wejdziemy do środka.
Chociaż powiedziała to spokojnie, przed Christine nic nie dało się ukryć. 

Zerwała  okulary  z  twarzy  przyjaciółki.  Maddy  doskonale  wiedziała,  że  po 
dwóch dniach płaczu wyglądała potwornie.

Christine odwróciła się do Amy.
–  Potrzebujemy  awaryjnego  zestawu  babskiej  pomocy.  Natychmiast. 

Wzięłaś czekoladę, którą wpisałam na listę rzeczy do spakowania?

– Mówiłam, nie wolno mi jej jeść na diecie.
–  Amy,  kalorie  się  nie  liczą,  gdy  wyjeżdżasz  z  miasta.  –  Christine 

pokręciła  głową.  –  Nieważne.  Musi  tu  być  jakaś  restauracja  albo  sklep  z 
pamiątkami. Zobacz, co uda ci się załatwić.

Amy zagryzła usta, przyglądając się głównemu budynkowi.
– Dobra, dam radę.
– Nie musisz. – Maddy założyła okulary i zdała sobie sprawę, że głowa 

jej pęka. – Nic mi nie jest.

– Nie, zajmę się tym – upierała się Amy. – Gdzie jest sklep z pamiątkami?

background image

– Zaraz za wejściem.
– A nasz pokój?
– Mieszkamy w Alta Vista. – Maddy wskazała na dwupiętrowy ceglany 

budynek,  który  przysiadł  na  końcu  ścieżki  ponad  parkingiem.  –  Narożny 
apartament po lewej, na parterze.

–  Jasne.  –  Amy  odeszła  pospiesznym  krokiem,  szukając  w  torebce 

portfela.

Christine  otworzyła  bagażnik.  Maddy  chciała  jej  pomóc  wypakować 

bagaże, ale przyjaciółka ją pogoniła.

– Pacjentom nie wolno niczego dźwigać. Ty tylko prowadź.
–  Ej,  nie  wygłupiaj  się  –  Maddy  zaprotestowała  słabo,  kiedy  Christine 

popędziła ją przodem, niosąc walizki w obu rękach.

Ponieważ mieszkały na parterze, miały raczej patio niż balkon. Podwójne 

drzwi  prowadziły  do  dwóch  części,  które  można  było  oddzielić  drzwiami  lub 
połączyć w dużą całość. Ponieważ Joe nie przyjechał, Maddy otworzyła dzielące 
drzwi.

– Umieściłam was tutaj. – Maddy poprowadziła przyjaciółkę do części z 

dwoma łóżkami.

Sobie wzięła część z jednym podwójnym, mając cichą nadzieję, że Joe się 

zjawi.

– Fajna chata.
Christine rozejrzała się, kładąc walizki na łóżkach.
–  Zachodni  styl  skrzyżowany  z  feng  shui.  Twoi  nowi  przyjaciele  mają 

gust.

– Nie chcę nawet myśleć, ile ten pokój by kosztował, gdybyśmy musiały 

za niego płacić.

– Więc nie myśl. Najlepiej w ogóle nie myśl. Po prostu siadaj. Christine 

wskazała sofę przed kominkiem-paleniskiem w stylu indiańskiego kiva, a sama 
zajrzała do łazienki.

Ponieważ łatwiej było posłuchać niż się kłócić, Maddy usiadła i położyła 

głowę na oparciu sofy. Zasłon nie zaciągnięto,  więc nie zdejmowała  okularów 
słonecznych  i  zamknęła  oczy.  Minutę  później  usłyszała,  że  Christine  wróciła. 
Piekąca  czerwień  pod  powiekami  zamieniła  się  w  cudny  błękit,  gdy  zasłony 
zamknęły się z cichym szelestem.

– Nie ruszaj się – kazała przyjaciółka.
Zdjęła  Maddy  okulary,  tym  razem  delikatnie,  i  położyła  jej  na  oczy 

wilgotną ściereczkę.

– Dziękuję... – głos jej się załamał, więc zamilkła.
–  Po  prostu  siedź  i  odpoczywaj,  a  ja  wypakuję  kilka  rzeczy. 

Porozmawiamy, jak Amy wróci.

Maddy  poddała  się  zmęczeniu  i  została  tak,  jak  siedziała,  starając  się 

background image

odzyskać  kontrolę  nad  rozszalałymi  uczuciami.  Usłyszała  zgrzyt  rozpinanego 
suwaka walizki, szukanie w rzeczach, kroki i strzał korka wyciąganego z butelki 
wina.  I  wtedy  drzwi  na  patio  otworzyły  się,  wpuszczając  namacalny  wręcz 
powiew radosnej energii i słonecznego światła.

– Misja wykonana – zameldowała Amy. – I tylko raz źle skręciłam, gdy 

szukałam kuchni.

– Nie mieli czekolad w sklepie z pamiątkami? – zdziwiła się Christine.
– Mieli. I to bardzo dobre. Ale szukałam też tego.
– Aż tak bardzo zależy ci na utrzymaniu diety?
– Nie, to dla Maddy. Christine wybuchnęła śmiechem.
Zaciekawiona Maddy uniosła rożek okładu. Zobaczyła Amy w drzwiach 

na  patio,  która  z  dumą  trzymała  w  jednej  ręce  garść  czekolad,  w  drugiej 
ogromnego ogórka. Nie mogła się powstrzymać i też się zaśmiała.

–  Więc...  –  Christine  zapanowała  nad  sobą.  –  To  ma  pocieszyć  Maddy, 

zastępując jej Joego?

– Co? – Amy zmarszczyła czoło, a potem zrobiła się purpurowa, gdy w 

końcu zrozumiała. – Ty! – Skrzywiła się do Christine, zamykając za sobą drzwi 
i  ponownie  pogrążając  pokój  w  półmroku.  –  To  na  jej  oczy.  Ogórek  pomoże 
pozbyć się opuchlizny.

–  Ach.  –  Christine  wyszczerzyła  zęby,  nalewając  wina  do  hotelowych 

szklanek na wodę. – Dobra, dorzuć to do reszty zestawu ratunkowego.

Maddy  wyprostowała  się,  poprawiając  zmoczone  okładem  włosy. 

Christine  postawiła  butelkę  wina  na  stoliku  do  kawy,  obok  zestawu  do 
manikiuru, laptopa, który właśnie się włączał, i małego stosu DVD.

– Przywiozłaś filmy? – Maddy uniosła brew.
–  Miałam  nadzieję,  że  wykopiemy  na  jeden  wieczór  Joego  i  urządzimy 

sobie babski seans filmowy, śliniąc się do Orlando Blooma i Johnny’ego Deppa.

Maddy zacisnęło się gardło.
– Twoje życzenie się spełniło.
– O cholera.
Christine zgarbiła się, a Amy podeszła szybko do sofy i objęła Maddy.
– Już dobrze.
Przyjaciółka  poklepała  ją  po  plecach.  Maddy  poddała  się  i  wtuliła  w 

opiekuńcze objęcia. Potężny, upokarzający szloch wstrząsnął jej ciałem.

– Przepraszam – zdążyła wykrztusić po kilku dłuższych chwilach.
– Nie musisz. – Amy uspokajała ją, gładząc po plecach. – Cokolwiek się 

stanie, jesteśmy przy tobie. Możesz przy nas płakać, skoro potrzebujesz.

–  Dziękuję.  –  Maddy  pociągnęła  nosem  i  wyprostowała  się.  Christine 

usiadła  przed  nią  na  stoliku  do  kawy,  trzymając  w  ręku  kieliszek  czerwonego 
wina.

– Trzymaj. Wypij.

background image

– Dzięki. – Maddy upiła łyk i złapała ją lekka czkawka.
–  A  teraz  to.  –  Christine  podsunęła  jej  do  płowy  odpakowaną  tabliczkę 

czekolady.

Czekolada  była  ciemna  i  mocna.  Smakowała  tak  cudownie,  że  Maddy 

jęknęła z nieoczekiwaną rozkoszą. Amy miała rację, mieli tu dobre słodycze.

– A teraz – Christine rzuciła surowo – powiedz nam, co ten łajdak zrobił, 

żebyśmy wiedziały, czy zasługuje na dalsze życie.

Czekolada  zamieniła  się  w  ustach  Maddy  w  trociny.  Zdołała  ją  spłukać 

łykiem wina.

– To nie on. To ja. O Boże, byłam taka głupia!
Pochyliła  się  gwałtownie,  opierając  przedramiona  na  udach.  Kieliszek  i 

czekolada w magiczny sposób zniknęły, dzięki czemu mogła schować twarz w 
dłoniach.

– Bardzo, bardzo głupia. Amy poklepała ją po plecach.
– Możesz nam powiedzieć, co się stało?
– Pod warunkiem, że Christine nie powie „a nie mówiłam”.
– Obiecuję na moją przysięgę Hipokratesa.
– Cóż, miałaś rację. – Usiadła prosto i znowu przyjęła wino. – Powinnam 

była już dawno temu porozmawiać z Joem. Nie o tym, że go kocham, bo do tego 
naprawdę dochodziliśmy, ale o propozycji Sylvii.

– Ach. – Christine uniosła brew. – Dowiedział się.
– O tak.
– I nie przyjął tego dobrze.
– Można to tak ująć. – Napiła się. – Właściwie to się nieźle wściekł. W 

pierwszej  chwili  oniemiałam.  Nie  mogłam  zrozumieć,  dlaczego  tak  się 
denerwuje. Przez całą drogę tutaj próbowałam to rozgryźć. Właściwie zaczęłam 
się  kłócić  z  nim  w  myślach,  bo  zareagował  absurdalnie.  To  nie  było  tak  jak 
ostatnim  razem,  gdy  zamiast  niego  wybrałam  własne  marzenia i  niezależność, 
tylko całkiem odwrotnie. Postawiłam go na pierwszym miejscu. Nas. Ale coś, co 
powiedział,  nieustająco  chodziło  mi  po  głowie  w  czasie  mojej  wewnętrznej 
tyrady i w końcu dotarło. Wreszcie zrozumiałam, co mówił.

– Co takiego? – zapytała Amy.
–  Powiedział,  że  nie  może  być  z  kobietą,  która  ma  o  nim  tak  niskie 

mniemanie  i  uważa,  że  musi  umniejszać  siebie,  aby  on  czuł  się  lepszy.  I 
wreszcie zdałam sobie sprawę z czegoś potwornie upokarzającego.

– Czyli czego? – Amy patrzyła na nią okrągłymi oczami.
– Zamieniłam się we własną matkę!
– To naprawdę przerażająca myśl – stwierdziła Christine.
– Może nie dla każdego, ale dla mnie tak.
Maddy przypomniała sobie, jak Joe doznał takiego samego olśnienia, ale 

Mama Fraser była przynajmniej kimś, kogo ona chętnie by naśladowała.

background image

– Co gorsza, potraktowałam Joego, jakby to był wielki, niepewny siebie 

frajer,  czyli  mój  neandertalski  ojciec.  Nic  dziwnego,  że  poczuł  się  urażony. 
Zraniłam  go.  –  Zakryła  oczy.  –  Zakłopotałam,  zawstydziłam  i  naprawdę 
rozwścieczyłam.

– Maddy... – Christine uścisnęła jej kolano. – To nic dziwnego. Wszyscy 

nabieramy  przekonań  na  temat  związków,  patrząc  na  własnych  rodziców. 
Dorastamy, obserwując ich.

–  Tak,  ale  ja  dorastałam,  przysięgając,  że  nigdy  nie  będę  taka  jak  moja 

matka.

– Kochasz swoją matkę – odparła Christine.
– Oczywiście. Ale to nie znaczy, że zawsze ją lubię. I zdecydowanie jej 

nie  szanuję.  Jest  inteligentną,  utalentowaną  i  sympatyczną  kobietą  z 
niewiarygodnymi  zdolnościami  organizacyjnymi.  Prowadziła  dom  tak 
wspaniale,  że  to  wręcz  zdumiewające.  Ale  to  wszystko  działo  się  za  plecami 
ojca. Umniejszała to, co zrobiła, za to chwaliła ojca, choćby nie wiem jak głupio 
się  zachował. „Och niesamowite, ten  człowiek zdołał podnieść tyłek z  fotela i 
przejść  do  jadalni  o  własnych  siłach,  żeby  zjeść  ten  skromny  posiłek,  który 
przygotowałam.  Czyż  nie  jest  cudowny?  Och  nie,  kochanie,  nie  wstawaj,  ja 
przyniosę następne piwo. Przez cały dzień jeździłeś samochodem, podczas gdy 
ja  zrobiłam  zakupy,  posprzątałam,  ponaprawiałam,  ugotowałam  i  zajęłam  się 
dziesięcioma  tysiącami  obowiązków  przy  piątce  twoich  niewdzięcznych 
dzieciaków. Pozwól, że ci podam piwo”. Bla, bla, bla.

–  Nie  powinnaś  tak  ostro  jej  oceniać  –  powiedziała  delikatnie  Amy.  –

Wiele małżeństw działało tak od pokoleń.

– Właściwie nadal wiele małżeństw tak działa – potwierdziła Christine. –

Myślę, że niektórym ludziom to odpowiada.

– Ja mówię o ekstremalnym przypadku – upierała się Maddy. – Takim, na 

którego  widok  człowiekowi  robi  się  niedobrze.  Mama  śpiewała  w  chórze 
kościelnym, ale wyśmiewała wszelkie sugestie, żeby zaśpiewała solo. Pracowała 
przez  jakiś  czas  w  domu  towarowym,  ale  odmówiła,  gdy  zaproponowano  jej 
awans  na  kierownika.  Należała  do  klubu  ogrodniczego  i  trzy  razy  odmówiła, 
gdy  proszono ją,  aby  została  prezesem.  Dorastałam,  obwiniając  o  to  wszystko 
ojca  i  przysięgając,  że  nigdy,  ale  to  przenigdy  nie  pozwolę,  aby  mężczyzna 
zrobił mi coś takiego.

– Chcesz teraz powiedzieć, że to nie była wina ojca?
–  Tak  i  nie.  Dochodzę  do  tego.  Pierwszą  część  łatwiej  zrozumieć. 

Stchórzyłam, gdy Joe poprosił mnie wtedy o rękę, bo nie chciałam wychodzić za 
mąż  zaraz  po  szkole  i  przez  resztę  życia  podporządkowywać  się  jakiemuś 
mężczyźnie. Zamierzałam harować, pójść do college’u i być niezależną kobietą. 
Malarką,  która  osiągnęła  sukces.  Chciałam  być  sama  sobie  panią.  W  mojej 
głowie  te  dwie  rzeczy  się  połączyły.  Ślub  z  Joem  równał  się  zostaniu  moją 

background image

matką.

–  Więc  –  Christine  podniosła  rękę  –  ponieważ  zmieniłaś  zdanie  co  do 

ślubu z Joem, zmieniłaś także co do reszty.

– Tak!
Amy zmarszczyła brwi.
– Jakim cudem nie byłaś taka przy Nigelu?
–  Nie  wiem.  –  Maddy  pomasowała  skronie.  –  Może  dlatego,  że  on  był 

skrajnie różny od mojego ojca, podczas gdy Joe jest bardziej męski i nie aż tak 
inny. Ale w sumie nie przypomina mojego ojca.

– Przyszło mi coś do głowy! – Christine zacisnęła usta. – Ale chyba ci się 

nie spodoba.

–  Co  takiego? – Maddy ściągnęła czoło, widząc wahanie przyjaciółki. –

Możesz mi powiedzieć. Nie mogę już dziś gorzej o sobie pomyśleć.

–  Byłaś  taka  też  przy  Nigelu.  –  Christine  wzruszyła  przepraszająco 

ramionami.  –  Tyle  że  to  było  mniej  widoczne.  On  sam  miał  wielkie  sukcesy 
zawodowe i pochodził ze względnie zamożnej rodziny. Dzięki temu miałaś dość 
wysoką poprzeczkę do przeskoczenia, nim twój sukces przerósłby jego. Choroba 
zagroziła  jego  pozycji  zawodowej.  Niektóre  kobiety  rzuciłyby  się  wtedy  do 
pracy  nad  własną  karierą,  aby  wyrównać  niższe  zarobki  męża.  Ale  ty, 
prowadząc  jego  firmę,  całą  energię  przelałaś  na  chronienie  jego  sukcesu.  To 
może  być  prawdziwa  przyczyna,  dla  której  porzuciłaś  własną  karierę. 
Poprzeczka za bardzo się obniżyła.

–  O  cholera,  masz  rację.  –  Maddy  schowała twarz  za dłonią. –  I  w  tym 

miejscu  wszystko  zaczyna  się  bardziej  komplikować.  To  nie  dotyczy  tylko 
mężczyzn.  Kobiet  też.  Joe  próbował  mi  to  pokazać,  ale  dopiero  teraz 
zobaczyłam, jaki to poważny problem.

Opuściła rękę.
– A teraz czuję się, jakby ktoś zerwał mi opaskę z oczu. Nagle patrzę na 

matkę i jakbym zobaczyła ją po raz pierwszy. Może mama nie pozwalała sobie 
na  robienie  tych  wszystkich  rzeczy,  na  które  było  ją  stać,  z  tego  samego 
powodu, dla którego mnie zawsze mdli, gdy zaczyna mi dobrze iść. Mój sukces 
mógłby  zranić  czyjeś  uczucia  albo  sprawić,  że  ludzie  przestaną  mnie  lubić. 
Może  to  dlatego  nie  śpiewała  solo  z  chórem  kościelnym.  Może  dlatego  to 
małżeństwo, które z boku wyglądało na całkiem niesprawiedliwe, pasowało im 
obojgu.  Tata  dostał  niewolnicę  i  kogoś,  kogo  mógł  chłostać  słowami,  dzięki 
czemu czuł się bardziej męski, a mama miała dobrą wymówkę, żeby trzymać się 
z boku. Bardzo to pokręcone?

–  Nieźle  –  zgodziła  się  Christine  –  ale  jak  mówiłam,  im  dwojgu  to 

pasowało.

–  Ale  mnie  aż  skręca  na  samą  myśl.  –  Maddy  czuła  niesmak  aż  w 

żołądku. – Nie chcę tak żyć.

background image

–  Nie  musisz.  –  Christine  odwinęła  kolejną  tabliczkę  czekolady.  –

Pierwszy krok do przełamania wzorca to rozpoznanie go. Albo, jak to ujęła Jane 
w swojej książce, stawienie czoła wewnętrznemu lękowi.

– Tyle że się myliła. Nie boję się odrzucenia.
– Boisz się sukcesu. – Christine podsunęła czekoladę.
– Co to za lęk? – Maddy Odłamała kawałek.
– Całkiem powszechny, jak podejrzewam – odezwała się Amy.
– Ale dlaczego? To takie głupie.
– Sukces zmienia życie. – Christine wzruszyła ramionami. – Czasem jest 

to  niewygodne.  Wymaga  odpowiedzialności  i  poświęcenia,  naraża  na 
niezasłużoną krytykę. Zmienia także sposób patrzenia na siebie i innych.

– Aha. – Maddy włożyła kawałek czekolady do ust. – Ludzie zaczynają 

cię nienawidzić.

–  Tylko  małoduszni,  egoistyczni  i  niepewni  siebie.  Dowcip  polega  na 

tym, żeby zorientować się, że twój sukces nikomu niczego nie odbiera.

–  Ale  może  okraść  ciebie.  Spójrz  na  Jane.  Gotowa  była  poświęcić 

wszystko, aby spełnić marzenie, i poświęciła nas.

– Nie musiała – odparła Amy.
– Wiesz... – Christine przeżuwała swoje myśli. – Sporo zastanawiałam się 

nad  jej  książką.  Pośród  mnóstwa  nonsensów  jest  tam  kilka  perełek  na  temat 
tego,  jakie  ciężkie  potrafi  być  życie.  Co  sprawia,  że  mam  wątpliwości,  czy 
naprawdę jest tak niewiarygodnie szczęśliwa, jak kazała wierzyć światu.

–  Widzisz?  –  Maddy  machnęła  kieliszkiem.  –  Sukces  nie  oznacza 

automatycznie szczęścia.

– Ale też go nie wyklucza – sprzeciwiła się Amy. – Uważam, że szczęście 

wiąże się ze znalezieniem złotego środka. Może po prostu musisz zrozumieć, że 
sukces  także  coś  daje,  nie  tylko  pożera  ciebie  i  umniejsza  innych.  A  przede 
wszystkim  nie  musisz  poświęcać  przyjaźni  dla  spełnienia  marzeń.  Ludzie, 
którzy cię kochają, będę się cieszyć z twojego sukcesu, a nawet przeżywać go 
razem z tobą.

– Boże, kocham tę kobietę – odezwała się Christine. – Jest taka cholernie 

mądra. I ma rację, Mad. Ci z nas, którzy cię kochają, będą się tylko cieszyć.

–  I  tym  samym  wracamy  do  Joego.  –  Maddy  zagapiła  się  w  pusty 

kieliszek. – Co mam zrobić? Naprawdę go zraniłam.

Amy uścisnęła ją za rękę.
– Przeproś go.
Christine wzruszyła ramionami.
– Nie odrzuca cię ten pomysł?
–  Nie,  kiedy  się  tak  wydurniłam.  –  Maddy  westchnęła.  –  Mam  tylko 

nadzieję, że sobie z tym poradzimy.

– Jeśli cię kocha, to tak. – Christine obróciła się na stoliku, żeby przejrzeć 

background image

ich zapasy. – A jak na razie mamy wino, czekoladę i Johnny’ego Deppa.

–  Orlanda  Blooma  –  sprzeciwiła  się  Amy.  –  On  ma  najsłodsze  oczy  na 

świecie.

– Dobra, dla ciebie słodki, dla mnie niegrzeczny, a Maddy ma ogórka.
– Christine! – Amy zarumieniła się.
– Na oczy! – Christine zamrugała jak chodzące niewiniątko. – Dlatego go 

dostałaś, nie?

Maddy uśmiechnęła się do przyjaciółek. Kochała je tak bardzo, że aż jej 

się płakać zachciało. Znowu. Dobrze, że Amy przyniosła ogórka.

background image

Rozdział 22

W dniu otwarcia wystawy Maddy stała pośrodku galerii w Taos i czuła się 

jak ogłuszona. Tłum niemal się przelewał, ludzie obijali się o siebie, wędrując 
od stołu z jedzeniem do baru. Głosy buzowały równie radośnie jak szampan, a w 
światłach  rozbłyskiwało  tyle  biżuterii,  że  można  by  otworzyć  na  miejscu  filię 
Tiffany’ego. Zjawili się tu ze względu na Ricka – piękni, bogaci i nawet sławni 
–  nic  nie  wiedząc  o  Madeline  ani  nawet  nie  interesując  się  nią.  Ludzie 
przepływali przed jej oczami.

–  Wygląda  na  to,  że  sprzedałaś  następny  obraz.  –  Christine  skinęła  w 

stronę jednego ze sprzedawców, który przyczepił karteczkę „sprzedany” to ramy 
obrazu.

Para stojąca obok niego praktycznie promieniała z dumy. Promieniała. Na 

myśl, że jest posiadaczem oryginału. Maddy zamrugała ze zdumienia.

– Chyba muszę więcej popracować.
– Tak myślisz? – Christine uśmiechnęła się do niej. – Te nowe obrazy są 

naprawdę niesamowite. Jak dotychczas to najlepsze twoje prace. Chyba muszę 
się pospieszyć, jeśli chcę kupić Wschód w kanionie.

–  Nie  jest  na  sprzedaż.  –  Maddy  spojrzała  na  obraz,  który  wisiał  na 

wyróżnionym miejscu. – Postanowiłam podarować go Joemu, żeby powiesił nad 
kominkiem w jadalni. Tam jest jego miejsce.

„Tam jest jego miejsce”.
Gdy  patrzyła  na  obraz,  na  barwy  lśniące  w  świetle,  aż  ją  skręcało,  aby 

wrócić do obozu.

Rick stanął za nią i uścisnął za ramiona.
– Sprzedaliśmy pięćdziesiąt reprodukcji, kochana. Gratuluję. Pocałował ją 

w policzek i ruszył dalej, wołając kogoś po imieniu.

Ta nowina sprawiła, że aż się zatoczyła.
– Rety!
– Chcesz usiąść? – zatroskała Amy.
– Nie. – Zaśmiała się. Kręciło jej się w głowie. – Nic mi nie jest. Christine 

przechyliła głowę i przyjrzała się jej.

– Dobrze, że postanowiłaś poradzić sobie z lękiem przed sukcesem.
Maddy przycisnęła rękę do żołądka.
– Przyznając, że nie pozbędę się go tak od razu.
–  Dojdziesz  do  tego.  A  na  razie...  –  Christine  zatrzymała  kelnera  ze 

srebrną  tacą  pełną  kieliszków  z  szampanem.  Kiedy  już  wszystkie  trzy  miały 
kieliszki, uniosła swój. – Za moją piękną, utalentowaną i cudowną przyjaciółkę 
Madeline. Życzę sukcesu i radości.

– Ja też – przyłączyła się Amy.

background image

Kieliszki zadzwoniły wesoło, gdy się nimi trąciły.
– Dziękuję. – Serce Maddy się zacisnęło. – Cieszę się, że obie mogłyście 

tu być. Gdyby nie wy, nie sądzę, żebym poradziła sobie w ciągu ostatnich dni.

– I od tego właśnie są przyjaciele. – Christine przechyliła lekko kieliszek.
– Szczęściara ze mnie, że wybrałam sobie dobrych. – Maddy uśmiechnęła 

się do obu.

–  Wiesz  jednak,  co  to  znaczy.  –  Christine  odwróciła  się  do  Amy.  –

Wykonała swoje zadanie: jej prace są w galerii.

–  Zdecydowanie.  –  Amy  rozejrzała  się.  –  To  chyba  znaczy,  że  my 

musimy wziąć się do naszych zadań.

–  Aha.  –  Christine  uśmiechnęła  się  zalotnie  do  przystojniaka,  który  je 

mijał, a potem westchnęła rozczarowana, gdy objął innego faceta. – To zaczyna 
być przygnębiające. Wszystkie wyglądamy powalająco, a każdy przystojny facet 
w zasięgu wzroku to gej.

–  To  wy  dwie  wyglądacie  rewelacyjnie  –  sprzeciwiła  się  Amy, 

podziwiając lodowato niebieską sukienkę koktajlową Christine odsłaniającą całe 
kilometry nóg.

– Amy, jeśli ktokolwiek dziś wygląda wspaniale, to właśnie ty – upierała 

się Maddy.

Wybrała  czarną,  długą  suknię  i  dodała  srebrny  drobiazg  wart  fortunę, 

który  wypożyczyła  z  galerii.  A  potem  namówiła  Amy  na  swoją  krótką, 
czerwoną sukienkę. Maddy uśmiała się na widok miny przyjaciółki, gdy ta zdała 
sobie sprawę, że sukienka pasuje. I więcej, że wygląda w niej olśniewająco.

–  Więc...  –  Christine  rozejrzała  się  po  sali.  –  Amy,  zdecydowałaś  już, 

gdzie pojedziesz w ramach swojego zadania?

– To zależy, jakie przyjdzie zlecenie.
Podniecenie  zapłonęło  w  oczach  Amy,  które  Christine  podkreśliła 

stosownym makijażem.

– Ale zawsze chciałam pojechać do jakiegoś tropikalnego miejsca. Coś w 

stylu Karaibów.

– To wspaniała myśl – przytaknęła Christine.
– Myślę o rejsie. Dopóki będę na statku, nie zgubię się. Maddy zmrużyła 

oczy.

– Nie jestem pewna, ale to chyba oszustwo. Co powiesz na to, Christine?
– Niech mnie piorun strzeli! – Christine złapała ją za rękę, wpatrując się 

w stronę drzwi. – Przysięgam na Boga, że jeśli ten też jest gejem, to rezygnuję z 
facetów.

Maddy  odwróciła  się.  Serce  jej  zamarło.  Hałasy  przycichły,  światła 

przygasły,  gdy  patrzyła,  jak  mężczyzna  rozgląda  się  po  sali.  Ich  spojrzenia 
spotkały się. Uśmiechnął się.

– Joe – szepnęła z ulgą i radością.

background image

– Joe? – powtórzyła Christine.
Maddy  nie  musiała  patrzeć,  by  wiedzieć,  że  przyjaciółka  uniosła  z 

aprobatą brew.

– No proszę, proszę. Zdecydowanie nie przesadzałaś. Podszedł prosto do 

niej, manewrując w tłumie. Nadzieja sprawiła, że serce zabiło jej mocniej.

Stanął przed nią.
– Cześć.
– Przyjechałeś.
Z  całego  serca  chciała  go  uściskać  i  poczuć,  jak  ją  obejmuje,  położyć 

głowę na jego piersi i usłyszeć bicie jego serca. Zakłopotał się.

–  Przypomniałem  sobie,  że  ci  powiedziałem,  że  nie  przegapiłbym  tej 

wystawy.  Pułkownik  powiedział  mi  kiedyś,  że  prawdziwy  mężczyzna  zawsze 
dotrzymuje słowa.

Jeszcze mocniej poczuła, jak za nim tęskniła.
– To dobra rada i dla kobiet.
– Więc to ty jesteś Joe. – Christine podeszła bliżej.
– Och przepraszam. – Maddy otrząsnęła się. – Joe, to moje przyjaciółki.
–  Niech  zgadnę.  –  Odwrócił  się  do  długonogiej  blondynki.  –  Christine 

Ashton?

–  Widzę,  że  Maddy  opowiadała  o  nas.  –  Uścisnęła  jego  dłoń  pewnie  i 

mocno.

–  Same  pochwały,  zapewniam.  –  Uśmiechnął  się  do  drobnej  brunetki, 

która wyglądała zarazem słodko i seksownie. – A ty musisz być Amy Baker.

–  Tak  –  Amy  bardziej  pogłaskała  jego  dłoń,  niż  uścisnęła.  –  Miło  cię 

poznać.

– Wzajemnie.
–  Wiesz  co,  Amy?  –  Christine  wzięła  ją  pod  rękę.  –  Strasznie  chcę  raz 

jeszcze przejść się po galerii i upewnić się, że wszystko widziałyśmy. Co ty na 
to?

– Hm? Ach. Tak, z przyjemnością.
Odeszły,  zostawiając  Joego  bez  niczego, co  oddzielałoby  go  od  Maddy. 

Nic nie umniejszyło bólu na jej widok. Podpięła włosy w zachwycająco kobiecy 
sposób, który podkreślał sercowaty kształt twarzy. Kiedy patrzył na nią, bolało 
go  wspomnienie  sceny  sprzed  jej  wyjazdu  i  rozpaczliwie  chciał  wszystko 
naprawić.

Spuścił wzrok, a potem znowu spojrzał na nią.
– Przez cały dzień nie mogłem się doczekać, kiedy z tobą porozmawiam, 

ale... Maddy, cholera, przy tobie nigdy nie wiem, co powiedzieć.

– Może to dobrze, bo mam dość do powiedzenia za nas dwoje.
– Tak? – Serce zacisnęło mu się ze strachu.
– Wyszedłbyś ze mną na spacer?

background image

Sprawiała wrażenie takiej szczerej. Ogarnęła go panika.
– Jasne.
Zmusił się do zachowania spokoju i przestał zgadywać, co też może dziać 

się  w  jej  głowie.  Nadszedł  czas,  żeby  zapytać  dokładnie,  co  miała  na  myśli. 
Będzie się dopytywał, dopóki nie zyska pewności, że zrozumiał. Oczywiście na 
tyle,  na  ile  mężczyzna  może  zrozumieć  kobietę.  A  wtedy  on  powie  jej 
dokładnie, o co jemu chodzi i czego chce.

Wyszli  z  jasnej,  hałaśliwej  galerii  i  otoczyła  ich  cicha  noc.  Ulice 

opustoszały, wszystko już pozamykano oprócz galerii. Serce Maddy waliło jak 
oszalałe, gdy  prowadziła go na  drugą  stronę ulicy, na  niewielki  plac pośrodku 
miasteczka.  W  centrum  stała  wielka  altana  w  stylu  pawiloniku  dla  orkiestry. 
Wiatr szumiał wśród drzew, gdy wchodzili po schodkach. Objęła się za ramiona.

– Zimno ci?
– Nie.
„Tylko się boję” – pomyślała, gdy znaleźli się w altanie.
– Joe, mam ci tyle do powiedzenia, że nie wiem, od czego zacząć. I boję 

się, że wszystko zaplączę, bo ujmę to nie tak, jak trzeba.

– Nie spiesz się. – Oparł się o poręcz. – A potem przyjdzie moja kolej.
Żołądek jej się zacisnął na te słowa, ale pokiwała głową.
– Po pierwsze chcę, żebyś wiedział, że przez ostatnie dni aż mnie skręcało 

z  żalu.  Gdy  jechałam  tutaj,  zdałam  sobie  sprawę,  jak  bardzo  cię  zraniłam. 
Zupełnie nie przyszło mi do głowy, że potraktowałam cię jak faceta, który nie 
potrafi  znieść,  że  jego  żona  zarabia  więcej  od  niego.  I  dlatego  sabotowałam 
własny sukces.

– Tak, to prawda.
–  Przepraszam.  Teraz  widzę,  że  to  obraża  i  twoją  pewność  siebie  jako 

mężczyzny, i twój obóz. W końcu nie wiemy, jak wspaniale może się rozkręcić. 
– Ta myśl dała jej nadzieję, której nawet wcześniej nie brała pod uwagę. – To 
może być ogromny sukces i zarobisz wielkie pieniądze.

– Maddy. – Przywołał ją do porządku spojrzeniem.
– Przepraszam. – Zgarbiła się. – To dla mnie bardzo trudne.
–  Mogę  cię  o  coś  zapytać?  Bo  naprawdę  muszę  wiedzieć.  Będziesz 

uważała mnie za gorszego jako mężczyznę, jeśli będę zarabiał mniej od ciebie?

– Nie! Dobry Boże, nie!
– To dlaczego myślisz, że ja tak uznam?
–  Tu  tak  nie  myślę.  –  Poklepała  się  w  czoło,  a  potem  położyła  rękę  na 

żołądku.  –  Ale  tutaj  tak.  Kwestia  wychowania.  Trudno  to  zwalczyć.  Nie 
wymażesz nauki z całego życia, gdy tylko zdasz sobie sprawę, że była zła. Nie 
miałam  pojęcia,  ile  tego  we  mnie  wsiąknęło  i  jak  głęboko.  Więc  nie  mogę 
obiecać, że to nigdy w przyszłości nie wyskoczy. Mogę tylko obiecać, że będę 
nad  tym  pracować.  Jeśli  mi  pozwolisz.  Proszę,  Joe,  przepraszam,  że  cię 

background image

zraniłam. Nie chcę cię stracić.

– Och, Maddy. – Ujął jej twarz. – Posłuchaj. Ten strach w twoich oczach 

to  powód,  dla  którego  ja  muszę  cię  przeprosić.  Złamałem  jedną  z 
najważniejszych zasad miłości. Nie powiedziałem ci.

Zagryzła usta zastanawiając się, czy powie jej teraz.
–  Byłem  tak  przekonany,  że  czyny  mówią  więcej  niż  słowa,  że 

zapomniałem,  jaką  mają  wagę.  I  moc.  Znałem  ludzi,  którzy  pod  wpływem 
kaprysu mówili mi, że zależy im na mnie. Mówili, że kochają, a nie kochali.

– Ja kochałam...
– Ćśś... – Położył kciuk na jej ustach. – O nic cię nie oskarżam. Myślę, że 

może mnie wtedy kochałaś, ale nie byłaś jeszcze gotowa. Ale nie o to mi teraz 
chodzi.  Mówię  o  samych  słowach.  Wiesz,  jak  mnie  uderzyło,  kiedy  po  raz 
pierwszy  w  życiu  naprawdę  uwierzyłem  Mamie,  gdy  powiedziała  „kocham 
cię”? Wiesz, że to było jak cios prosto w brzuch za każdym razem, gdy mówił to 
Pułkownik,  a  ja  wierzyłem?  Boże,  nic,  naprawdę  nic  na  świecie  tego  nie 
przebije.

Maddy zobaczyła, że do oczu napłynęły mu łzy, i gardło jej się zacisnęło.
Przytrzymał jej twarz nieco mocniej. Patrzył jej głęboko w oczy.
– Nie dałem ci tego. Przepraszam. Z głębi serca przepraszam.
– Nie szkodzi.
–  Nie,  nieprawda.  Jeśli  w  ogóle  czegoś  nauczyłem  się  z  mojego 

pokręconego dzieciństwa, to wagi bezpieczeństwa i zapewnienia. Wiem, jak to 
jest myśleć, że jeśli zrobisz fałszywy krok, to cię odeślą.

– A ja wiem, jak to jest na drugim końcu. Kiedy wiesz, że ktoś cię kocha 

bezgranicznie, i nic, co zrobisz, choćby nie wiem jak było idiotyczne, tego nie 
zmieni.

–  Maddy,  kocham  cię  bezgranicznie.  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  cię 

ujrzałem,  i  będę  kochał  do  ostatniego  oddechu.  Nic  tego  nie  zmieni.  Kocham 
twoją  magię.  Kocham  twój  ogień.  Kocham  cię,  bo  jesteś  częścią  mnie,  a  ja 
częścią ciebie. Chcę przez resztę życia patrzeć, jak błyszczysz. Ale nie mogę cię 
zatrzymać. Nawet jeśli też mnie kochasz, to nie znaczy, że jest nam pisane być 
razem. Jeśli wyjedziesz, nadal będę cię kochał. Zawsze. Chcę tylko tego, co dla 
ciebie  dobre.  Ale  nie  będę  kłamać:  chcę,  żebyś  została.  Naprawdę,  naprawdę 
chcę. – Przycisnął ją do siebie i schował twarz w jej włosach.

– I chcę, żebyś też mnie kochała.
– Ty głuptasie. – Objęła go tak mocno, że ręce jej zadrżały. Cała zadrżała. 

– Oczywiście, że cię kocham. A co do zostania... – Odsunęła się, żeby spojrzeć 
mu w twarz. – Mam jedno pytanie.

–  Jeśli  chcesz  mnie  zapytać,  czy  poradzę  sobie  z  tym,  że  staniesz  się 

bogata i sławna – uśmiechnął się słabo – to odpowiedź brzmi „tak”, obiecuję.

–  Nie.  To  jest  pytanie,  które  ty  mi  kiedyś  zadałeś.  Naprawdę  straszne 

background image

pytanie  i  myślę,  że  nikt  nie  powinien  musieć  zdobywać  się  na  odwagę,  aby 
zadać je drugi raz. Więc teraz moja kolej. – Wzięła głęboki wdech. – Ożenisz się 
ze mną?

Zamiast od razu odpowiedzieć, zmarszczył brwi.
– To zależy.
– Od czego? – Serce jej zamarło.
– Dostanę pierścionek?
– Pierścionek? – Myśli Maddy pędziły jak oszalałe. Mówił serio?
– Nawet o tym nie pomyślałam.
Westchnął głośno.
– Dlatego pewne rzeczy najlepiej zostawić mężczyźnie.
Sięgnął  do  kieszeni,  wyciągnął  małe,  czarne  pudełeczko  i  otworzył. 

Światło  zabłysło  w  szlifowanym  kwadratowo  brylancie  osadzonym  w 
pierścionku w indiańskim stylu.

– Och. Boże! To... To...
–  Zamierzałem  ponownie  zapytać,  ale  teraz  jest  moja  kolej,  żeby 

odpowiedzieć, a to jest o niebo łatwiejsze.

– To brylant! – wykrztusiła w końcu.
– Hm? A tak, to brylant. – Spojrzał na pierścionek.
– Naprawdę wielki brylant!
– Nie jest idealny.
– Co?
–  Brylant.  Ma  kilka  skaz.  –  Był  zakłopotany.  –  Uznałem,  że  powinnaś 

wiedzieć. Nie jestem pewien, czy będzie pasował.

Serce jej zmiękło.
– Może powinnam przymierzyć. Wyjął pierścionek i wsunął jej na palec.
– No i?
–  Pasuje  idealnie.  –  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  –  To  znaczy,  że  się 

zgadzasz?

– No pewnie!
– Cudownie. Objął ją mocno.
– Kocham cię.
Maddy uznała, że to najpiękniejsze słowa na świecie.

background image

Epilog

Maddy skończyła nowe pastele, a potem złapała wielki sweter i wyszła na 

balkon, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Zima zaczęła się na dobre. Śnieg 
pokrył  góry.  Otuliła  się  ramionami,  żeby  zatrzymać  ciepło  i  promieniujące 
zadowolenie.

Na wzgórzu w pobliżu frontowej bramy widziała, że robotnicy budowlani 

zrobili  spore  postępy,  stawiając  szkielet  konstrukcji  domu.  Zdecydowali  się  z 
Joem, że dostawią do domu właściciela piętrową dobudówkę. Będzie dwa razy 
większa  od  oryginalnego  domku  i  całkiem  samowystarczalna,  ale  pozostaną 
blisko Mamy.

Dźwięk  męskich  głosów  wrzeszczących  jak  kapral  podczas  musztry 

ściągnął  jej  uwagę  na  obóz,  gdzie  Joe  i  Derrick  prowadzili  popołudniowe 
ćwiczenia. Nadal z trudem wierzyła, że tylu ludzi jest gotowych zapłacić za coś, 
co dla niej wyglądało jak tortury, a jednak lista chętnych nie miała końca. A Joe 
zachowywał się jak wyrośnięty dzieciak; bawił się jak nigdy w życiu.

Uśmiech wypłynął na jej usta, gdy przypomniała sobie ich rozmowę dziś 

przy śniadaniu. Przez ostatnich kilka tygodni dopraszał się, by wyznaczyła datę 
ślubu.  Ale  ponieważ  Sylvia  poganiała  ją,  żeby  przygotowywała  się  do 
wiosennego  katalogu,  Maddy  odparła,  iż  nie  da  sobie  rady  z  podejmowaniem 
choćby  jeszcze  jednej  decyzji  więcej,  nie  wspominając  o  milionie  wyborów 
związanych z planowaniem wesela.

Joe spojrzał na nią i oznajmił, że zwalnia ją jako organizatora ślubu i sam 

przejmuje tę funkcję. Rozdziawiła usta, ale wytłumaczył jej, że skoro kobieta się 
oświadczyła, to mężczyzna może zaplanować ślub i wesele. Nie miała pojęcia, 
jak znajdzie czas, skoro obóz treningowy rozkręcił się na  całego, ale zapewnił 
ją, że wszystkim się zajmie.

– Dobrze – zgodziła się z nieskrywanym rozbawieniem. – Tylko uzgodnij 

datę z Christine i Amy, żeby na pewno mogły być druhnami.

– Nie ma sprawy.
Z  przyjemnością  oddała  mu  ster.  Nie  mogła  się  doczekać,  kiedy  powie 

przyjaciółkom i usłyszy, co o tym myślą. Męska wizja ślubu musi okazać się co 
najmniej interesująca.

Myśląc o Christine i Amy, wróciła do środka, żeby sprawdzić e-maile. W 

ostatnich  dniach przychodziło mnóstwo wieści od  Christine. Maddy  otworzyła 
laptopa i  znalazła nowy list od przyjaciółki, która właśnie bawiła w Kolorado. 
Wytrzeszczyła  oczy,  czytając  najświeższe  nowiny  o  szalonym  romansie,  a 
potem błyskawicznie wystukała odpowiedź.

Temat: Co?
Wiadomość: Kobieto, szczegóły. Chcemy poznać szczegóły!