background image

JAMES PATTERSON

DRUGA SZANSA

Z angielskiego przełożył 

Arkadiusz Nakonieczni

background image

Świat Książki

Prolog

Dzieciaki z chóru

Aaron   Winslow   miał   na   zawsze   zapamiętać   kilka   następnych   minut. 

background image

Rozpoznał   te   przerażające   dźwięki   natychmiast,   kiedy   przerwały 

wieczorną ciszę. Cały oblał się zimnym potem. Nie mógł uwierzyć, że ktoś 

strzela z pistoletu maszynowego tuż obok kościoła.

-  Tatatatata. Tatatatata.

Z   kościoła   La   Salle   Heights   wychodził   chór.   Czterdzieści   osiem 

dziewczynek   mijało   go,   zmierzając   w   stronę   chodnika.   Właśnie 

zakończyły   ostatnią   próbę   przed   występem   na   Festiwalu   Zespołów 

Chóralnych San Francisco. Wszystko wypadło znakomicie.

I wtedy rozległy się strzały. Mnóstwo strzałów. Kanonada. Atak.

-  Tatatata... Tatatata.

-   Na ziemię! - krzyknął najgłośniej, jak potrafił. - Wszyscy na ziemię! 

Osłonić głowy! Natychmiast!

Sam prawie nie wierzył w słowa, które właśnie wypowiadał.

Na początku wydawało się, że nikt go nie słucha. Dla dzieci, ubranych w 

białe bluzeczki i granatowe spódniczki, te odgłosy brzmiały jak wystrzały 

z rakietnicy. Potem grad pocisków uderzył w przepiękny kościelny witraż. 

Obraz   Chrystusa   błogosławiącego   dziecko   w   Kafarnaum   zadrżał   i 

rozprysnął się na tysiące kawałeczków, niektóre z nich spadły na głowy 

dzieci.

-  Ktoś strzela! - wrzasnął Winslow. Może nawet więcej niż jedna osoba. 

Jak to możliwe? Biegł w panice między dziećmi, krzyczał, wymachiwał 

rękami i popychał na trawę wszystkie dziewczynki, które mógł dosięgnąć.

Kiedy większość dzieci w końcu przykucnęła albo rzuciła się na ziemię, 

Winslow spostrzegł dwie swoje chórzystki, Chantal i Tamarę, które stały 

na trawniku skamieniałe z przerażenia, podczas gdy pociski gwizdały im 

nad głowami.

background image

-   Na ziemię, Chantal, Tamara! - zawył, ale one pozostały na miejscu, 

obejmując się kurczowo i łkając. Były najlepszymi przyjaciółkami. Znał je 

od wczesnego dzieciństwa, pamiętał, jak grały w klasy.

Nie zawahał się nawet przez chwilę. Skoczył w kierunku dziewczynek, 

chwycił je mocno za ramiona i powalił na trawnik. Przycisnął mocno do 

ziemi, przykrywając własnym ciałem.

Pociski gwizdały nad nim, zaledwie kilka centymetrów od jego głowy. 

Miał wrażenie, że zaraz pękną mu bębenki. Drżał na całym ciele i tak 

samo   drżały   dziewczęta,   które   osłaniał.   Był   prawie   pewien,   że   zaraz 

umrze.

-  Wszystko w porządku, malutkie - wyszeptał.

Wtem strzelanina ucichła, tak samo nagle jak się rozpoczęła. W powietrzu 

zapanowała   cisza.   Tak   dziwaczna   i   złowroga,   jakby   cały   świat   się 

zatrzymał.

Kiedy   Winslow   wreszcie   stanął   na   nogach,   zobaczył   coś 

nieprawdopodobnego. Dziewczynki powoli podnosiły się z ziemi, niektóre 

szlochały, ale nigdzie nie dostrzegł śladów krwi. Na pierwszy rzut oka 

wyglądało, że nic się nikomu nie stało.

-  Wszystko w porządku? - zawołał i wszedł pomiędzy dzieci. - Czy któraś 

jest ranna?

-  Ja nie... Wszystko w porządku... - dobiegało z każdej strony. Rozejrzał 

się z niedowierzaniem. To był po prostu cud.

Nagle usłyszał dziecięcy szloch.

Odwrócił   się   i   zobaczył   dwunastoletnią   Marię   Parker.   Maria   stała   na 

wypolerowanych   do   białości   drewnianych   schodach,   prowadzących   do 

kościoła. Wydawała się całkiem zagubiona. Pochlipywała histerycznie z 

background image

otwartymi ustami.

Chwilę   później   Aaron   Winslow   spostrzegł,   co   spowodowało   reakcję 

dziewczynki. Poczuł, jak ból przeszywa mu serce. Nawet podczas wojny, 

nawet dorastając na ulicach Oakland,

nigdy nie doświadczył takiego przerażenia, smutku i takiej beznadziei.

- O Boże, nie! Jak mogłeś do tego dopuścić?

Jedenastoletnia Tasha Catchings leżała na kwietniku obok ściany kościoła. 

Jej biała szkolna bluzka przesiąknięta była krwią.

W końcu wielebny Aaron Winslow także zaczął płakać.

background image
background image

Część pierwsza

Kobiecy Klub Zbrodni - ponownie w akcji

ROZDZIAŁ 1

We wtorek wieczorem grałam w szalone ósemki z trójką mieszkańców 

Domu dla Dzieci Ulicy. Uwielbiałam to.

Na   zniszczonym   tapczanie   naprzeciw   mnie   siedział   Hector,   latynoski 

chłopak, który dwa dni wcześniej wyszedł z poprawczaka, Alysha, cicha i 

urocza, ale z przeszłością, o której lepiej nie mówić, i Michelle, która w 

wieku czternastu lat miała za sobą rok spędzony na ulicach San Francisco 

w charakterze prostytutki.

-  Kiery - zawołałam, rzucając na stół ósemkę i zmieniając kolor w chwili, 

gdy Hector miał wyłożyć swoje karty na stół.

-  Cholera, ty damo z odznaką! - jęknął. - Jak to jest, że za każdym razem, 

kiedy już prawie skończyłem, ty mi zadajesz cios?

-     Naucz   się   zawsze   wierzyć   glinom,   durniu   -   zaśmiała   się   Michelle, 

mrugając porozumiewawczo w moją stronę.

Od   zeszłego   miesiąca   spędzałam   jedną   albo   dwie   noce   w   tygodniu   w 

Domu dla Dzieci Ulicy. Tego lata jeszcze przez długi czas po zakończeniu 

sprawy   morderstw   nowożeńców   byłam   kompletnie   rozbita.   Wzięłam 

miesiąc wolnego z wydziału zabójstw, biegałam w dół do małego portu 

background image

jachtowego, gapiłam się na zatokę z okien mojego azylu - mieszkania na 

Portero Hill.

Nic   nie   pomagało.  Ani   porady   psychoterapeutów,   ani   wsparcie   moich 

dziewcząt - Claire, Cindy i Jill. Nie pomógł nawet powrót do pracy. Wciąż 

widziałam, jak życie uciekało z człowieka, którego kochałam, a ja nic nie 

mogłam zrobić. Ciągle czułam się winna temu, że mój partner zginął w 

czasie służby. Wydawało się, że nic nie wypełni tej pustki.

I wtedy trafiłam tutaj... na Hope Street.

I nagle się okazało, że powoli wracam do życia.

Spojrzałam znad kart na Angelę, nową lokatorkę. Siedziała na metalowym 

krzesełku   w   kącie   pokoju   i   tuliła   do   piersi   trzymiesięczną   córeczkę. 

Biedna dziewczyna, może szesnastoletnia, przez cały wieczór prawie się 

nie odzywała. Postanowiłam porozmawiać z nią, zanim wyjdę.

Drzwi otworzyły się i weszła Dee Collins, jedna z członkiń zarządu. Za nią 

pojawiła   się   jakaś   sztywna   ciemnoskóra   kobieta,   ubrana   w   zwyczajny, 

szary kostium. Na twarzy miała wypisane, że jest z Departamentu Dzieci i 

Rodziny.

-  Angela, przyszła twoja opiekunka społeczna. - Dee uklękła obok Angeli.

-  Nie jestem ślepa - odpowiedziała nastolatka.

-   Musimy teraz zabrać dziecko - przerwała pracownica socjalna, jakby 

cały ten wstęp był tylko niepotrzebną stratą czasu.

-  Nie! - zawołała Angela, przytulając mocniej niemowlę. - Możecie mnie 

trzymać w tej dziurze, możecie mnie wysłać z powrotem do Claymore, ale 

nie zabierzecie mojego dziecka!

-   Proszę cię, skarbie, przecież to tylko na kilka dni. - Dee próbowała ją 

uspokoić.

background image

W odpowiedzi nastolatka osłoniła rękami niemowlę; dziecko natychmiast 

wyczuło jej niepokój i zaniosło się płaczem.

-     Nie   rób   scen,  Angela   -   powiedziała   pracownica   socjalna.   -   Wiesz 

przecież, jak to wygląda.

Ruszyła w jej stronę, a wtedy Angela poderwała się z krzesła. Jedną ręką 

kurczowo   przyciskała   do   siebie   córeczkę,   w   drugiej   trzymała   szklankę 

soku,   który   przed   chwilą   piła.   Jednym   szybkim   ruchem   roztrzaskała 

szklankę o krawędź stołu. Szkło rozbiło się na drobne kawałki.

-  Angela! - zawołałam, wyskakując zza stolika do kart. - Odłóż to! Nikt 

nie zabierze ci dziecka, jeśli się nie zgodzisz.

-    Ta   suka  chce   mi   zrujnować  życie!   -   krzyknęła   ze   złością  Angela.   - 

Najpierw wsadziła mnie do Claymore trzy dni po porodzie, potem sienie 

zgodziła, żebym wróciła do domu, do mamy. A teraz próbuje odebrać mi 

moją córeczkę. Kiwnęłam głową, patrząc jej prosto w oczy.

-  Po pierwsze: odłóż szkło - powiedziałam. - Wiesz, że musisz.

Pracownica Departamentu zrobiła krok w jej kierunku, ale powstrzymałam 

ją.   Powoli   podeszłam   do  Angeli.   Najpierw   wyjęłam   z   jej   rąk   resztki 

szklanki, a potem delikatnie wyswobodziłam niemowlę.

-     Ona   jest   wszystkim,   co   mam   -   wyszeptała   dziewczyna   i   zaczęła 

szlochać.

-   Wiem - przytaknęłam. - Właśnie dlatego uporządkujesz trochę swoje 

życie, i wtedy dostaniesz ją z powrotem.

Dee   Collins   przytuliła  Angelę   i   owinęła   chustką   jej   krwawiącą   rękę. 

Pracownica Departamentu próbowała w tym czasie bez powodzenia ukoić 

płaczące niemowlę.

-  To dziecko trzeba umieścić gdzieś w pobliżu, a matka musi mieć prawo 

background image

do codziennych odwiedzin - odezwałam się do niej. - Przy okazji: nie 

zauważyłam,   żeby   się   tu   wydarzyło   coś,   co   należałoby   odnotować   w 

aktach... Zgadza się?

Pracownica socjalna spojrzała na mnie z dezaprobatą i odwróciła się.

Nagle odezwał się mój pager, trzy ostre dźwięki przerwały pełną napięcia 

ciszę.   Wyjęłam   go   i   spojrzałam   na   numer.   Jaco-bi,   mój   ekspartner   w 

wydziale zabójstw. Czego mógł chcieć?

Przeprosiłam   obecnych   i   poszłam   do   służbowego   pokoju.   Powinnam 

złapać Jacobiego w samochodzie.

-     Zdarzyło   się   coś   złego,   Lindsay   -   odezwał   się   ponurym   tonem.   - 

Pomyślałem, że pewnie chciałabyś wiedzieć.

W kilku słowach opowiedział mi o mrożącej krew w żyłach strzelaninie 

pod kościołem La Salle Heights. Zginęła jedenastoletnia dziewczynka.

Serce ścisnęło mi się boleśnie.

-  Jezu...

-     Pomyślałem,   że   będziesz   chciała   się   tym   zająć.   Wzięłam   głęboki 

oddech. Minęły ponad trzy miesiące,

odkąd ostatni raz pojawiłam się w wydziale zabójstw. Było to

w dniu, kiedy zakończyła się sprawa morderstw nowożeńców.

-     No,   nie   dosłyszałem   -   naciskał   Jacobi.   -   Chce   się   pani   tym   zająć, 

poruczniku?

Pierwszy raz zwrócił się do mnie, używając mojego nowego stopnia.

Zrozumiałam, że mój miodowy miesiąc dobiegł końca.

-  Tak - mruknęłam. - Chcę.

ROZDZIAŁ 2

background image

Zimny   deszcz   zaczynał   Właśnie   padać,   kiedy   zatrzymałam   mojego 

explorera obok kościoła La Salle Heights na Harrow Street, w części Bay 

View zamieszkanej głównie przez czarnych. Obok zdążył się już zebrać 

zdenerwowany   i   niespokojny   tłum   -   przygnębione   matki   z   najbliższej 

okolicy   i   posępni   jak   zwykle   chłopcy   z   sąsiedztwa,   w   obszernych 

wojskowych   kurtkach   -   wszyscy   tłoczyli   się   dookoła   garstki 

umundurowanych policjantów.

-  To nie cholerne Missisipi! - wrzasnął ktoś, kiedy przepychałam się przez 

zbiegowisko.

-  Ile jeszcze? - zawodziła jakaś starsza kobieta. - Ile jeszcze?!

Pokazałam swoją odznakę zdenerwowanym chłopcom z patrolu i poszłam 

dalej. To, co zobaczyłam, sprawiło, że na chwilę wstrzymałam oddech.

Cała fasada kościoła pokrytego białymi deszczułkami była pełna śladów 

po kulach i pęknięć, tworzących jakiś groteskowy wzór. Tam, gdzie kiedyś 

znajdował   się   witraż,   teraz   ziała   ogromna   pusta   dziura.   Poszarpane 

odłamki kolorowego szkła poruszały się miarowo jak lodowe sople. Dzieci 

jeszcze leżały na trawnikach, najwyraźniej w szoku, niektórym pomagali 

sanitariusze.

-  Jezu - wyszeptałam bez tchu.

Zauważyłam   kilku   medyków   w   czarnych   kurtkach   tłoczących   się   nad 

ciałem   dziewczynki   leżącej   przy   frontowych   schodach.   Obok   nich 

spostrzegłam   kilku   policjantów   po  cywilnemu.   Jednym  z  nich   był  mój 

ekspartner,  Warren   Jacobi.   Zaczęłam   się   zastanawiać.   Robiłam   to   setki 

razy.   Zaledwie   kilka   miesięcy   temu   rozwiązałam   sprawę   największej 

zbrodni, jaka zdarzyła się w tym mieście od czasów Harveya Milka, ale od 

tamtej pory wiele się zmieniło. Czułam się jakoś dziwnie, jak nowicjuszka. 

background image

Zacisnęłam dłonie, wzięłam głęboki oddech i podeszłam do Jacobiego.

-    Witamy   z  powrotem   w  biznesie,   poruczniku   -   zwrócił   się   do  mnie, 

specjalnie   podkreślając   mój   nowy   stopień.   Dźwięk   tego   słowa   ciągle 

działał   na   mnie   elektryzująco.   Kierowanie   wydziałem   zabójstw   było 

celem,   do   którego   dążyłam   od   początku   zawodowej   kariery:   pierwsza 

kobieta-detektyw do spraw kryminalnych w San Francisco, teraz pierwsza 

w departamencie kobieta-porucznik. Kiedy mój stary kumpel, Sam Roth, 

wybrał ciepłą posadkę w Bodega Bay, szef Mercer wezwał mnie. „Mogę 

zrobić dwie rzeczy, Lindsay - oznajmił krótko. - Mogę wysłać cię na długi 

urlop i sama zobaczysz, czy będziesz chciała potem wrócić do tej roboty. 

Albo mogę dać ci to". Popchnął przez stół w moją stronę złotą odznakę z 

dwiema belkami. Wydaje mi się, że wtedy po raz pierwszy zobaczyłam 

uśmiech na jego twarzy.

-  Stopień porucznika nie ułatwia ci życia, prawda, Lindsay? - powiedział 

Jacobi tonem świadczącym o tym, że nasz trzyletni partnerski układ teraz 

uległ zmianie.

-  Co tu mamy? - zapytałam.

-  Wygląda na to, że to był jeden facet, strzelał z tamtych zarośli. - Wskazał 

na   gęste   krzaki   obok   kościoła,   w   odległości   mniej   więcej   czterdziestu 

kilku metrów. - Dupek zdybał dzieciaki, kiedy wychodziły. Miał je jak na 

widelcu.

Wzięłam głęboki oddech, jednocześnie spoglądając na szlochające dzieci, 

pogrążone w ciężkim szoku.

-   Ktoś go zauważył? Ktoś musiał go widzieć, prawda? Jacobi pokręcił 

głową.

-  Wszyscy rzucili się na ziemię.

background image

Obok martwego dziecka stała zrozpaczona czarna kobieta.. Łkała wsparta 

na ramieniu przyjaciela, który starał się ją

uspokoić.   Jacobi   spostrzegł,   że   przyglądam   się   zamordowanej 

dziewczynce.

-  Nazywa się Tasha Catchings - mruknął. - Ze szkoły podstawowej numer 

pięć, gdzieś w St. Anne's. Grzeczna dziewczynka. Najmłodsza w chórze.

Podeszłam   bliżej   i   uklękłam   obok   zakrwawionego   ciała.   Taki   widok 

zawsze przygnębia, nieważne, ile już razy patrzyło się na coś podobnego. 

Szkolna   bluzka   Tashy   przesiąknięta   była   krwią   zmieszaną   z   kroplami 

deszczu. Kilka kroków dalej leżał w trawie kolorowy plecaczek.

-  Tylko ona? - zapytałam z niedowierzaniem i rozejrzałam się jeszcze raz 

dookoła. - Tylko ją trafił?

Wszędzie dziury po pociskach, rozbite szkło i odłamki drewna. Dziesiątki 

dzieciaków,   które   wychodziły   właśnie   na   ulicę...  Tyle   strzałów   i   tylko 

jedna ofiara...

-  To nasz szczęśliwy dzień, no nie? - prychnął Jacobi.

ROZDZIAŁ 3

Paul Chin z mojego zespołu z wydziału zabójstw stał właśnie na schodach 

prowadzących   do   kościoła   i   przesłuchiwał   wysokiego,   przystojnego, 

ciemnoskórego mężczyznę ubranego w czarny golf i dżinsy. Widziałam go 

już wcześniej w wiadomościach. W dodatku pamiętałam, jak się nazywa -

Aaron Winslow.

Nawet   w   takiej   sytuacji,   choć   oszołomiony   i   przerażony,   Winslow 

zachował   swój   zwykły   wdzięk   -   gładko   wygolona   twarz,   krótko 

przystrzyżone   kruczoczarne   włosy   i   umięśniona   sylwetka   zawodowego 

background image

futbolisty. Wszyscy w San Francisco wiedzieli, ile zrobił dla tej okolicy. 

Był uważany za bohatera i muszę przyznać, że na takiego wyglądał.

Podeszłam do nich.

-  To jest wielebny Aaron Winslow - przedstawił go Chin.

-  Linsay Boxer - odpowiedziałam, wyciągając rękę.

-  Porucznik Boxer - poprawił mnie Chin. - Będzie prowadziła śledztwo.

-   Słyszałam dużo o pańskiej działalności w tej dzielnicy. Wiem, ile pan 

zrobił dla tutejszych mieszkańców. Bardzo mi przykro z powodu tego, co 

się stało. Aż brakuje słów, żeby to wyrazić.

Przeniósł   wzrok   na   zamordowaną   dziewczynkę,   po   czym   odezwał   się 

łagodnym tonem:

-     Znałem   ją   od   niemowlęctwa.   Jej   rodzina   to   dobrzy,   odpowiedzialni 

ludzie.   Matka   sama   wychowywała   Tashę   i   jej   brata.   Te   wszystkie 

dziewczynki tutaj to jeszcze dzieci. Próba chóru, poruczniku.

Nie chciałam go dręczyć, ale musiałam.

-  Mogę zadać panu kilka pytań?

-  Oczywiście. - Skinął obojętnie głową.

-  Zauważył pan kogoś? Kogoś, kto uciekał? Jakiś cień albo sylwetkę?

-    Widziałem,   skąd   padły   strzały.   -  Winslow   wskazał   zarośla,   w   które 

wszedł   Jacobi.   -   Widziałem   ciągły   ogień.   Starałem   się   wszystkich 

przewrócić na ziemię. To było szaleństwo.

-  Czy ktoś groził panu albo pańskiemu kościołowi?

-   Groził? - Zmarszczył czoło. - Może wiele lat temu, kiedy dostaliśmy 

fundusze i zaczęliśmy odbudowywać te domy.

Niedaleko usłyszałam przeraźliwe zawodzenie matki Ta-shy, kiedy ciało 

dziewczynki przekładano na nosze. Otaczający nas tłum stawał się coraz 

background image

bardziej wrogi. Pod naszym adresem posypały się groźby i przekleństwa.

-  Czego tu jeszcze stoicie? Zacznijcie szukać mordercy!

-  Lepiej będzie, jeśli z nimi porozmawiam - odezwał się Winslow - zanim 

sprawy przybiorą zły obrót.

Odszedł kilka kroków, po czym odwrócił się do nas.

-     Mogłem   uratować   to   biedne   dziecko   -   odezwał   się   z   rezygnacją.   - 

Słyszałem przecież strzały.

-     Nie   mógł   pan   ocalić   ich   wszystkich   -   odpowiedziałam.   -Zrobił   pan 

wszystko, co było można.

Przytaknął. A potem powiedział coś, co całkowicie mnie zaskoczyło.

-    To był M 16, poruczniku.  Z magazynkiem na trzydzieści pocisków. 

Sukinsyn dwukrotnie zmieniał magazynek.

-  Skąd pan to wie? - spytałam, zaskoczona.

-   Pustynna Burza - wyjaśnił. - Byłem kapelanem polowym. Nigdy nie 

zapomnę tego okropnego dźwięku. Nikt go nigdy nie zapomniał.

ROZDZIAŁ 4

Pomimo   hałasu   usłyszałam,   jak   ktoś   mnie   woła.   To   był   Jacobi. 

Przeszukiwał właśnie lasek za kościołem.

-  Hej, poruczniku, proszę spojrzeć, co znalazłem!

Idąc   w   jego   stronę,   zastanawiałam   się,   kim   był   człowiek   zdolny   do 

popełnienia   podobnej   zbrodni.   Miałam   już   do   czynienia   z   setkami 

zabójstw; motywem były zazwyczaj narkotyki, pieniądze albo seks. Ale 

to... to miało tylko wzbudzić przerażenie.

-  Proszę zobaczyć. - Jacobi pochylił się nad czymś. Znalazł puste łuski po 

pociskach.

background image

-  Założę się, że to M 16. Skinął głową.

-  Czyżby Młoda Dama odświeżyła nieco swoją wiedzę w czasie urlopu? 

To łuska od Remingtona 2-23.

-   Jeśli o ciebie chodzi, to porucznik Młoda Dama. -Uśmiechnęłam się 

zaczepnie. Potem wyjaśniłam mu, skąd wiedziałam.

Wszędzie   walały   się   tuziny   pustych   łusek.Weszliśmy   głęboko   między 

drzewa   i   zarośla,   które   zakryły   nas   od   strony   kościoła.   Ślady 

zlokalizowane były w dwóch miejscach, odległych mniej więcej o pięć 

metrów.

-    Widać wyraźnie,  skąd zaczął  strzelać  - odezwał się  Jacobi. -  Moim 

zdaniem tutaj. Potem musiał się przesuwać.

Z   miejsca,   gdzie   znajdowała   się   pierwsza   garść   łusek,   widać   było 

dokładnie ścianę kościoła. Witraż jak na dłoni... tłum dzieci wylewający 

się na ulicę... Zrozumiałam, dlaczego nikt go nie zauważył. Miejsce, skąd 

strzelał, było dokładnie zasłonięte.

-  Kiedy zmieniał magazynek, musiał przejść tam - wskazał Jacobi.

Poszłam we wskazanym kierunku i przykucnęłam przy następnym stosie 

łusek. Coś mi się tu nie zgadzało. Widać było fasadę kościoła i schody, 

przy których leżała Tasha Catchings. Ale tylko częściowo.

Spojrzałam   kątem   oka   tak,   jak   musiał   patrzeć   strzelec,   i   skierowałam 

wzrok na miejsce, w którym znajdowała się Tasha, kiedy została zabita. 

Nie   strzelał   przecież   do   niej   celowo.   Została   trafiona   pod   zupełnie 

nieprawdopodobnym kątem.

-  Co za strzał - zamruczał Jacobi. - Jak myślisz, to był rykoszet?

-  Co jest tam z tyłu? - zapytałam.

Rozejrzałam się dookoła i zaczęłam przedzierać się przez gęste krzaki w 

background image

przeciwną do kościoła stronę. Nikt nie widział sprawcy, więc najwyraźniej 

nie   uciekał   wzdłuż   Harrow   Street.   Pas   krzewów   miał   około   sześciu 

metrów szerokości.

Za nim znajdował się półtorametrowej wysokości płot, oddzielający teren 

kościoła   od   sąsiednich   posesji.   Chwyciłam   za   górną   krawędź   i 

podciągnęłam się na drugą stronę.

Znalazłam się na osiedlu małych segmentów, połączonych z ogródkami. 

Kilkoro mieszkańców obserwowało nasze poczynania. Po prawej stronie 

zauważyłam place zabaw dla dzieci.

Jacobi w końcu zdołał mnie dogonić.

-  Daj spokój, Loo. - Z trudem łapał oddech. - Za dużo ludzi. Przez ciebie 

się wykończę.

-  Musiał uciekać tędy, Warren.

Spojrzeliśmy w obu kierunkach. Z jednej strony była aleja, z drugiej rząd 

domów.

-  Czy ktoś coś widział? - zawołałam w stronę grupy ludzi, która zebrała 

się na tylnym tarasie. Nikt nie odpowiedział.

-  Ktoś strzelał koło kościoła! - krzyknęłam. - Zginęła mała dziewczynka. 

Pomóżcie nam. Potrzebujemy waszej pomocy.

Ludzie   stali   dalej   w   pełnym   nieufności   milczeniu.   Nikt   nie   chciał 

rozmawiać z policją.

Jakaś kobieta około trzydziestki powoli wysunęła się naprzód.

-  Bernard coś widział - odezwała się przytłumionym głosem.

Bernard   okazał   się   mniej   więcej   sześcioletnim   chłopcem   z   okrągłymi, 

pełnymi strachu oczyma, ubranym w złocisto-czerwoną bluzę z Kobem 

Bryantem.

background image

-  To był van - wyrzucił z siebie. - Taki jak wujka Reggie. Rączką wskazał 

na brudną drogę wiodącą ku alei.

-  Stał zaparkowany tam.

Uklękłam   obok   i   spoglądałam   z   łagodnym   uśmiechem   w   przerażone 

dziecięce oczy.

-  Jakiego był koloru, Bernard?

-  Biały - odpowiedział maluch.

-  Mój brat ma białego dodga minivana - wtrąciła matka Bernarda.

-  Bernard, czy ten był taki sam jak twojego wujka? -spytałam.

-  Trochę podobny, choć właściwie niezupełnie.

-  A widziałeś może pana, który nim kierował? Bernard pokręcił przecząco 

główką.

-  Wynosiłem śmieci. Widziałem tylko, jak odjeżdżał.

-  Myślisz, że udałoby ci się poznać ten samochód? - pytałam.

Bernard przytaknął.

-  Dlatego, że był podobny do auta twojego wujka? Zastanowił się.

-  Nie. Dlatego, że miał z tyłu rysunek.

-  Rysunek? Masz na myśli jakiś znak? Coś w rodzaju

reklamy?

-   U-u. - Pokręcił głową; jego okrągłe jak księżyc oczy czegoś szukały 

dookoła. Nagle zabłysły.

-   To było coś takiego - wskazał na pikapa na sąsiednim podjeździe. Na 

tylnym zderzaku widniała nalepka Cala -Złotego Misia.

-  Tę kalkomanię? -, upewniłam się.

-  Na drzwiach.

Delikatnie wzięłam chłopca za ramiona.

background image

-  Jak wyglądała tamta kalkomania, Bernard?

-  Jak Mufasa - odpowiedział chłopczyk - z Króla Lwa.

-   Lew? - przebiegłam w myślach wszystko, co mogło mieć związek z 

takim symbolem. Zespoły sportowe, logo college'ów, korporacje...

-  Tak, jak Mufasa - powtórzył Bernard. - Tylko że miał dwie głowy.

ROZDZIAŁ 5

W niespełna godzinę później przepychałam się przez gęstniejący tłum na 

schodach   prowadzących   do   Pałacu   Sprawiedliwości.   Byłam   przybita   i 

potwornie smutna, ale wiedziałam, że nie wolno mi tego okazać. Główny 

hol granitowego budynku, w którym pracowałam, przypominającego nieco 

grobowiec,   wypełniony   był   przez   reporterów   i   ekipy   telewizyjnych 

wiadomości, którzy biegli z mikrofonami do każdego, kto nosił odznakę. 

Większość  dziennikarzy  od spraw kryminalnych znała  mnie,  lecz tylko 

pomachałam im ręką i skręciłam w stronę schodów wiodących na górne 

piętra.

Poczułam, jak ktoś łapie mnie za ramię, i usłyszałam znajomy głos.

-  Linds, musimy pogadać...

Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam Cindy Thomas, jedną z moich 

najbliższych przyjaciółek,  i  przypadkowo  także najlepszą  reporterkę  od 

spraw kryminalnych w „Chronicie".

-  Nie chcę ci teraz przeszkadzać - powiedziała, przekrzykując hałas. - Ale 

mam   coś   ważnego   do   powiedzenia.   Możemy   się   spotkać   w   U   Susie, 

powiedzmy o dziesiątej?

To właśnie Cindy, jak sonda zagrzebana po uszy w gazetach, wkręciła się 

w   sam   środek   śledztwa   w   sprawie   morderstw   nowożeńców   i   walnie 

background image

przyczyniła się do jego wznowienia. To również dzięki niej dostałam złotą 

odznakę.

-  Jasne. - Zdobyłam się na uśmiech.

Na   trzecim   piętrze   weszłam   do   ciasnego   pokoju   oświetlonego 

jarzeniówkami, który dwunastu inspektorów pracują-

cych dla wydziału zabójstw nazywało domem. .Lorraine Staf-ford już tam 

na mnie czekała. Była moją pierwszą współpracowniczką po sześciu latach 

owocnej pracy w przestępstwach seksualnych. Cappy McNeil także już 

przyszedł.

-  Co mogę zrobić? - spytała Lorraine.

-     Sprawdź   w   Sacramento,   czy   nie   skradziono   tam   białego   vana. 

Jakikolwiek model. Tablice rejestracyjne ze stanu. I zarządź poszukiwania 

takiego auta z podobizną lwa na tylnym zderzaku.

Skinęła głową i ruszyła w stronę drzwi.

-  Lorraine. Dwugłowego  lwa - dodałam.

Cappy poszedł ze mną, kiedy robiłam sobie herbatę. Pracował w wydziale 

zabójstw   od   piętnastu   lat   i   wiem,   że   Mer-cer   konsultował   z   nim   moją 

nominację na porucznika. Wyglądał na przygnębionego.

-  Znam Aarona Winslowa. Grałem z nim w piłkę w Oak-land. Całe życie 

poświęcił tym dzieciakom. To jeden z najlepszych facetów, jakich znam, 

poruczniku.

Nagle do naszego biura wsadził głowę Frank Barnes z działu kradzieży 

samochodów.

-   Głowa do góry, poruczniku. Grube ryby na pokładzie. Gruba ryba w 

naszym żargonie oznaczała szefa policji,

Earla Mercera.

background image

ROZDZIAŁ 6

Do pokoju wkroczył Mercer, a w ślad za nim Gabe Carr, rzecznik prasowy 

departamentu, z wyglądu i charakteru podobny do łasicy, oraz Fred Dix, 

zajmujący się kontaktami społecznymi.

Szef jak zwykle ubrany był w markowy ciemnoszary gar-nitur i błękitną 

koszulę z połyskującymi złotymi spinkami do mankietów. Widziałam już 

Mercera w różnych stresowych sytuacjach -r naloty bombowe, afery w 

Departamencie   Spraw   Wewnętrznych,   seryjni   zabójcy   -   ale   nigdy   nie 

widziałam takiego napięcia na jego twarzy. Popchnął mnie lekko w stronę 

mojego biura i bez słowa zamknął drzwi. Fred Dix i Gabe Carr zdążyli 

wejść tam przed nami.

- Winston Gray i Vernon Jones dzwonili do mnie przed chwilą. Wymienił 

nazwiska   dwóch   znanych   z   bezkompromisowości   VTP-ów   z   naszego 

miasta. - Zapewnili mnie, że będą optować za powściągliwością, żebyśmy 

mieli trochę czasu na zorientowanie się, co jest grane, do kurwy nędzy. 

Ghyba wyrażam się jasno: powściągliwość w ich wersji oznacza, że mamy 

przyskrzynić albo faceta, albo grupę odpowiedzialną za to, co się stało. W 

przeciwnym   razie   sprowadzą   nam   na   kark   do   ratusza   dwa   tysiące 

oburzonych obywateli.

Lekko się rozluźnił, spojrzawszy na mnie.

-     Mam   nadzieję,   poruczniku,   że   możecie   już   coś   powiedzieć   na   ten 

temat...

Opowiedziałam mu, co znaleźliśmy w okolicy kościoła i o białym vanie, 

którego zauważył Bernard Smith.

-  Van czy nie van - przerwał przedstawiciel władz miejskich, Fred Dix - 

background image

sama pani wie najlepiej, jak i od czego zacząć. Burmistrz Fernandez nie 

będzie   tolerował   na   tym   terenie   żadnych   aktów   rasistowskich   czy 

wystąpień   przeciw   mniejszościom   etnicznym.   Musimy   temu   stanowczo 

zapobiec.

-  Mam wrażenie, że jest pan zupełnie pewien, w jaką stronę zmierzamy - 

odpowiedziałam   z   pełnym   rezerwy   uśmiechem.   -   Pańskie   towarzystwo 

wzajemnej adoracji nie lubi spraw kryminalnych?

-  Strzelanina przed kościołem, morderstwo jedenastoletniego dziecka? Od 

czego by pani zaczęła, poruczniku?

-     Zdjęcie   tej   dziewczynki   będzie   z   pewnością   w   każdym   wydaniu 

wiadomości   w   tym   kraju   •-   wtrącił   Carr,   rzecznik   prasowy.   - 

Ucywilizowanie   sąsiedztwa   Bay   View   jest   jednym   z   najważniejszych 

osiągnięć burmistrza.

Skinęłam głową.

-     Czy   burmistrz   będzie   miał   mi   za   złe,   jeśli   najpierw   skończę 

przesłuchiwanie świadków?

-   Nie zawracaj sobie głowy burmistrzem - uciął dyskusję Mercer. - Na 

razie masz się kontaktować tylko ze mną. Wychowałem się tutaj, moja 

rodzina ciągle mieszka w West Portal. Nie potrzebuję oglądać telewizji, 

żeby mieć twarz tej dziewczynki przed oczyma. Prowadź to śledztwo tam, 

dokąd cię zaprowadzą ślady. Tylko się pospiesz. Aha, Lindsay... ta sprawa 

jest   priorytetowa,   rozumiesz?   -   Podnosząc   się   z   krzesła,   dodał:   -1 

najważniejsze, chcę mieć całkowitą kontrolę nad dochodzeniem. Nie życzę 

sobie czytać o postępach w śledztwie na pierwszych stronach gazet.

Wszyscy   przytaknęli,   Mercer   wstał,   a   Dix   i   Carr   poszli   w   jego   ślady. 

Odetchnął głęboko.

background image

-  Teraz musimy jakoś przebrnąć przez piekło konferencji prasowej, żeby 

oczyścić pole.

Dix i Carr opuścili moje biuro, ale Mercer zatrzymał się jeszcze na chwilę. 

Oparł masywne dłonie na krawędzi biurka i pochylił się nade mną.

-     Lindsay,   wiem,   że   ostatnia   sprawa   bardzo   ci   dokuczyła,   ale   to   się 

skończyło. To już przeszłość. Jedną z rzeczy, z których zrezygnowałaś, 

przyjmując odznakę, jest możliwość przenoszenia prywatnego cierpienia 

na sferę zawodową.

-     Proszę   się   o   mnie   nie   martwić.   -   Spojrzałam   mu   twardo   w   oczy. 

Zdarzało się, że skakaliśmy sobie do gardeł, ale teraz byłam gotowa oddać 

mu   wszystko,   co   miałam.   Widziałam   buzię   zamordowanej   małej 

dziewczynki.   Widziałam   kościół   posiekany   seriami   z   pistoletu 

maszynowego.   Krew   burzyła   mi   się   w   żyłach.   Czułam   się   tak   po   raz 

pierwszy od chwili, kiedy opuściłam pracę.

Mercer uśmiechnął się do mnie ze zrozumieniem.

-  Dobrze, że jesteś znów z nami, poruczniku.

ROZDZIAŁ 7

Po burzliwej konferencji prasowej na schodach prowadzących do Pałacu 

spotkałam się z Cindy w U Susie, tak jak się umówiłyśmy. Po tym młynie 

w Pałacu rozluźniona, relaksująca atmosfera naszego ulubionego miejsca 

spotkań przynosiła prawdziwą ulgę. Kiedy tam dotarłam, Cindy popijała 

już coronę.

Wiele   się   tutaj   wydarzyło   -   dokładnie   przy   tym   stoliku.   Cindy,   Jill 

Bernhardt,   pomocnik   prokuratora   okręgowego,   i   Claire   Washbum, 

naczelny   lekarz   sądowy,   moja   najbliższa   przyjaciółka.   Zaczęłyśmy   się 

background image

spotykać latem zeszłego roku, kiedy wydawało się, że los nas połączył 

poprzez śledztwo w sprawie morderstw nowożeńców. W czasie procesu 

zdążyłyśmy się zaprzyjaźnić.

Dałam   znak   Loretcie,   naszej   kelnerce,   żeby   przyniosła   mi   piwo,   i 

usadowiłam się na krześle naprzeciw Cindy.

-  Cześć - powiedziałam zmęczonym tonem.

-  Cześć. - Odwzajemniła mój uśmiech. - Miło cię widzieć.

-  Miło znów tu być.

Nad   naszymi   głowami   ryczał   telewizor,   właśnie   nadawano   relację   z 

konferencji prasowej Mercera.

-  Wierzymy, że sprawca działał w pojedynkę - mówił Mer-cer w blasku 

fleszy.

-  Byłaś tam? - spytałam Cindy, pociągając łyk lodowatego piwa.

-  Byłam. Stone i Fitzpatrick też tam byli. I to oni piszą reportaż.

Spojrzałam na nią ze zdziwieniem. Tom Stone i Suzie Fitzpatrick byli jej 

konkurencją w dziale spraw kryminalnych.

-   Nie trzymasz ręki na pulsie? Pół roku temu spotkałabym cię w tym 

kościele zaraz po przybyciu policji.

-  Teraz patrzę na to pod innym kątem. - Wzruszyła ramionami.

Garstka   ludzi   tłoczyła   się   dookoła   baru,   pragnąc   usłyszeć   nowiny. 

Pociągnęłam następny łyk.

-  Powinnaś była zobaczyć tę biedną, małą dziewczynkę, Cindy. Jedenaście 

lat. Śpiewała w chórze. I ten plecaczek w kolorach tęczy z jej książkami, 

który leżał niedaleko na ziemi.

-   Znasz przecież tę robotę, Lindsay. - Uśmiechnęła się, żeby dodać mi 

otuchy. - Wiesz, jak to jest. To ssie.

background image

-  Tak - skinęłam potakująco. - Ale byłoby miło chociaż raz pomóc komuś 

wstać...   wiesz,   strzepać   pył   z   ubrania   i   wysłać   do   domu.   Tylko   raz 

chciałabym oddać komuś jego torbę z książkami.

Cindy poklepała mnie czule po wierzchu dłoni. Potem się rozpromieniła.

-  Widziałam dziś Jill. Ma dla nas jakieś nowiny. Była podniecona. Może 

Bennett idzie na emeryturę i ona wskakuje na jego stołek? Powinnyśmy 

się spotkać i zobaczyć, o co chodzi.

-   Jasne - zgodziłam się. - Cindy, czy właśnie to chciałaś mi powiedzieć 

dziś wieczorem?

Potrząsnęła   głową.   W   tle   na   ekranie   wszystko   się   kłębiło   -Mercer 

obiecywał szybką i skuteczną reakcję.

-  Masz problem, Linds... Potrząsnęłam głową.

-  Nie mogę ci nic powiedzieć. Mercer zajmuje się wszystkim. Nigdy nie 

widziałam, żeby był tak wściekły. Przykro mi.

-  Nie prosiłam cię o przyjście tutaj, żeby coś z ciebie wyciągnąć...

-  Cindy, jeśli coś wiesz, powiedz mi.

-    Wiem,   że   twój   szef   powinien   bardziej   uważać   na   to,   do   czego   się 

zobowiązuje.

Spojrzałam na ekran.

-  Mercer?

W   tle   słyszałam   jego   głos,   zapewniający,   że   strzelanina   była 

odosobnionym   incydentem,   że   mamy   już   konkretne   ślady,   że   każdy 

policjant   będzie   zaangażowany   w   tę   sprawę,   dopóki   nie   wytropimy 

sprawcy.

-  On mówi światu, że ty przyszpilisz tego faceta, zanim to się powtórzy...

-  A więc...?

background image

Nasze spojrzenia się skrzyżowały.

-  Myślę, że już się powtórzyło.

ROZDZIAŁ 8

Morderca grał właśnie w dowodzenie operacją pustynną i wygrywał.

Trach... trach... trach... trach...

Beznamiętnie   patrzył   przez   podświetlony   celownik   na   podczerwień   na 

zakapturzone   postaci,   które   wtargnęły   w   pole   widzenia.   Wyciągnięcie 

palca wystarczyło, żeby ciemne pomieszczenia podobnego do labiryntu 

bunkra   terrorystów   eksplodowały   kulami   pomarańczowych   płomieni. 

Tajemnicze postacie rozbiegły się po wąskich korytarzach, trach, trach, 

trach.

Był w tym mistrzem. Znakomita koordynacja ręka - oko. Nikt nie zdoła 

mu dorównać.

Jego palec zadrżał na spuście. Wampiry, roztocza piaskowe, bezcielesne 

głowy... Chodź do mnie, dziecinko... Trach, trach... W górę przez ciemne 

korytarze...   Roztrzaskał   żelazne   drzwi   i   wpadł   do   ich   kryjówki,   gdzie 

zajadali się tabboulehem albo grali w karty. Jego broń wypluwała z siebie 

pomarańczową   śmierć.   Niech   będą   błogosławieni   czyniący   pokój. 

Uśmiechnął się z zadowoleniem.

Ponownie   spojrzał   spod   przymkniętych   powiek   przez   celownik   i 

odtworzył w pamięci scenę przed kościołem, widział oczyma wyobraźni 

jej   twarz.   Ta   mała   gołębica   z   włosami   splecionymi   w   warkocz,   z 

plecakiem w barwach tęczy na ramieniu.

Trach, trach. Postać na ekranie eksplodowała. Dzięki temu pobił rekord. 

Jeest!   Jego   wzrok   powędrował   w   kierunku   licznika.   Dwustu 

background image

siedemdziesięciu sześciu zabitych.

Pociągnął solidny łyk z butelki corony i uśmiechnął się szeroko. Nowy 

osobisty   rekord.   Ten   wynik   wart   był   zapamiętania.   Uderzył   pięścią   w 

swoje inicjały: F.C.

Stał przy maszynie do gier w pasażu Playtime w West Oakland i naciskał 

spust jeszcze długo po zakończeniu gry. W tym lokalu był jedynym białym 

mężczyzną. Jedynym. Prawdę mówiąc, dlatego tu przyszedł.

Nagle  nad jego głową  w  czterech  wielkich  odbiornikach  telewizyjnych 

pojawiła się ta sama twarz. Przejmujący chłód powędrował wzdłuż jego 

pleców i jednocześnie poczuł, jak ogarnia go furia.

To był Mercer, nadęty osioł, szef policji w San Francisco. Zachowywał się 

tak, jakby wszystko już wiedział.

-    Wydaje   się,   że   to   zrobił   jeden   bandyta...   -   mówił.   -  To   pojedyncza 

zbrodnia...

Gdybyś tylko wiedział. Zaśmiał się.

Poczekaj do jutra. .Zobaczysz. Tylko poczekaj, panie dupku.

-   Ghcę podkreślić z całą stanowczością - oświadczył szef policji - że w 

żadnym wypadku nie pozwolimy sterroryzować tego miasta atakami na tle 

rasowym.

Tego miasta. Splunął z pogardą. Co ty wiesz o tym mieście? Nie należysz 

do tego miejsca.

Zacisnął   dłoń   na   granacie   C-l   w   kieszeni   kurtki.   Gdyby   tylko   chciał, 

mógłby zdmuchnąć z powierzchni ziemi wszystko dookoła. Właśnie teraz.

Najpierw jednak musi coś zrobić.

Jutro.

Jutro pobije inny własny rekord.

background image

ROZDZIAŁ 9

Następnego ranka wróciliśmy  z Jacobim pod kościół La Salle Heights, 

żeby jeszcze raz przeszukać miejsce zbrodni.

Przez całą noc martwiło mnie to, co Cindy opowiedziała o sprawie, która 

trafiła na jej biurko. Dotyczyła starszej czarnoskórej kobiety, mieszkającej 

samotnie na osiedlu Gustave White w West Oaklahd. Trzy dni temu policja 

znalazła   ją   wiszącą   na   rurze   w   piwnicy,   ze   sznurem   elektrycznym 

owiniętym ciasno dookoła szyi.

Na pierwszy rzut oka wyglądało to na samobójstwo. Na ciele nie było 

żadnych otarć ani ran wskazujących na to, że się broniła. Lecz następnego 

dnia   w   Czasie   sekcji   znaleziono   pod   jej   paznokciami   jakieś   łuskowate 

resztki,   które   okazały   się   być   fragmentami   ludzkiej   skóry   z 

mikroskopijnymi   punkcikami   zaschniętej   krwi.   Biedna   kobieta 

rozpaczliwie wbijała w kogoś paznokcie, zanim umarła.

- W końcu się okazało, że nie powiesiła się sama - powiedziała Cindy. - 

Została zlinczowana.

Kiedy ponownie znalazłam się na miejscu zbrodni przed kościołem, byłam 

mocno zaniepokojona. Cindy mogła mieć rację. A jeśli to tutaj było nie 

pierwszym, lecz drugim morderstwem popełnionym na tle rasowym?

Jacobi podszedł do mnie. W ręku trzymał zwiniętą „Chronicie".

-  Widziała to pani, szefowo?

Na pierwszej stronie rzucał się w oczy nagłówek: „Policja zbita z tropu, w 

ataku na kościół ginie jedenastoletnia dziewczynka".

Artykuł   został   napisany   przez  Toma   Stone   i   Suzie   Fitzpatrick,   których 

gwiazda przybladła, kiedy Cindy wypłynęła w czasie śledztwa w sprawie 

background image

morderstw   nowożeńców.   Jeśli   prasa   będzie   dolewać   oliwy   do   ognia,   a 

dwaj aktywiści Gray i Jones dobrze namieszają, wkrótce społeczeństwo 

oskarży nas o siedzenie z założonymi rękoma, gdy tymczasem podejrzany 

jest na wolności.

-     Ci   twoi   kumple...   -   zaczął   rozdrażnionym   tonem.   -Zawsze   się   nas 

czepiają.

-  Daj spokój, Warren. - Pokręciłam głową. - Moi kumple nie robią takich 

numerów.

Za   naszymi   plecami,   pośród   drzew,   brygada   Charliego   Clap-persa 

zajmująca   się   badaniem   miejsca   zbrodni   przeszukiwała   teren   wokół 

pozycji snajpera. Znaleźli kilka odcisków stóp, ale żaden nie nadawał się 

do identyfikacji. Mieli zdjąć odciski palców z każdej znalezionej łuski, 

przeszukać ziemię wykrywaczem metali, zebrać każdą drobinkę kurzu i 

każdą   nitkę   z   miejsca,   gdzie   przypuszczalnie   parkował   podejrzany 

samochód.

-  Ktoś jeszcze widział tego vana? - spytałam Jacobiego. W pewien sposób 

dobrze było znów z nim pracować. Mruknął coś i pokręcił głową.

-   Wytropiliśmy parę pijaczków, którzy tamtego dnia pili w krzakach na 

rogu.   Jak   dotąd   mamy   tylko   to.   -   Rozłożył   rysunek   wykonany   na 

podstawie opisu Bernarda Smitha. -Dwugłowy lew, nalepka na tylnych 

drzwiach   vana.   -   Jacobi   wciągnął   policzki.   -   Kogo   my   szukamy, 

poruczniku, Pokemona-zabójcę?

Po drugiej stronie trawnika zobaczyłam Aarona Winslowa, wychodzącego 

z   kościoła.   Garstka   protestujących   zbliżała   się   do   niego   od   strony 

policyjnej barierki, odległej o jakieś czterdzieści pięć metrów. Kiedy mnie 

dostrzegł, na jego twarzy odmalowało się napięcie.

background image

-   Ludzie chcą jakoś pomóc. Zamalować dziury po kulach, odbudować 

fasadę - powiedział. - Nie chcą na to patrzeć.

-  Przykro mi - odrzekłam - ale trwa dochodzenie. Wziął głęboki oddech.

-     Ciągle   odtwarzam   to   w   pamięci.   Ktokolwiek   to   zrobił,   miał   łatwe 

zadanie. Stałem dokładnie tam, poruczniku. Byłem bardziej na linii strzału 

niż Tasha. Jeśli ten ktoś próbował kogoś zranić, dlaczego nie strzelał do 

mnie?

Uklęknął   i   podniósł   z   ziemi   różową   klamerkę   do   włosów   w   kształcie 

motyla.

-  Czytałem gdzieś, że odwaga rozkwita tam, gdzie wina i wściekłość są na 

wolności.

Ciężko to przeżył. Było mi go żal; czułam do niego sympatię. Zdobył się 

na niewyraźny uśmiech.

-     Ten   sukinsyn   nie   zdoła   zniszczyć   naszej   pracy.   Nie   poddamy   się. 

Pogrzeb Tashy odbędzie się tutaj, w tym kościele.

-     Pójdziemy   do   jej   domu,   żeby   złożyć   wyrazy   współczucia   - 

powiedziałam.

-  Mieszkają tam. W budynku A. - Wskazał w stronę osiedla. - Na pewno 

spotka się pani z życzliwym przyjęciem, ponieważ są tam tacy jak wy.

Spojrzałam na niego, zaskoczona.

-  Przepraszam? Co pan miał na myśli?

-     Nie   wiedziała   pani,   poruczniku?   Wujek   Tashy   Catchings   jest 

policjantem.

ROZDZIAŁ 10

Poszłam   do   mieszkania   Catchingsów,   złożyłam   kondolencje,   a   potem 

wróciłam   do   Pałacu   Sprawiedliwości.   Cała   ta   sprawa   była   niezmierne 

background image

przygnębiająca.

- Mercer cię szuka - krzyknęła Karen, nasza długoletnia sekretarka, kiedy 

tylko pojawiłam się w drzwiach. -Wygląda na to, że jest wściekły. Co 

prawda, zawsze tak wygląda.

Bez   trudu   wyobraziłam   sobie   minę   Mercera   na   widok   nagłówka   w 

popołudniowym wydaniu „Chronicie". Prawdę powiedziawszy, w całym 

Pałacu brzęczało jak w ulu o tym, że ofiara morderstwa z La Salle Heights 

była spokrewniona z jednym z naszych ludzi.

Na   biurku   czekało   na   mnie   kilka   wiadomości.   Na   samym   spodzie 

natknęłam się na imię Claire. Powinna teraz właśnie kończyć sekcję Tashy 

Catchings. Chciałam odsunąć spotkanie z Mercerem do chwili, aż będę 

miała coś konkretnego do przekazania, więc zadzwoniłam do Claire. Była 

najbardziej bystrym, inteligentnym i dokładnym lekarzem sądowym, jaki 

kiedykolwiek   pracował   w   tym   mieście,   a   tak   się   też   złożyło,   że   była 

również   moją   najbliższą   przyjaciółką.   Wszyscy   związani   z   wymiarem 

sprawiedliwości   wiedzieli   i   o   tym,   że   kierowała   departamentem   bez 

żadnego   wsparcia,   podczas   gdy   naczelny   koroner   Rigetti,   sztywniak 

mianowany   przez   burmistrza,   podróżował   po   kraju   na   sądowe   zjazdy, 

pracując w ten sposób na swój polityczny życiorys. Jeśli chciało się czegoś 

z biura koro-nera, zawsze trafiało się na Claire.

Ilekroć potrzebowałam, żeby ktoś mną potrząsnął, rozśmieszył mnie albo 

po prostu wysłuchał, szłam do niej.

-  Co u ciebie, kochanie? - powitała mnie z właściwym jej optymizmem w 

głosie, który pobrzmiewał dźwiękiem czystego mosiądzu.

-     Nic   nowego.   -   Wzruszyłam   ramionami.   -   Ocena   pracy   zespołu, 

podsumowania śledztw... przydzielanie okręgów miasta, zabójstwa na tle 

background image

rasowym...

-  To właśnie moja działka.- zachichotała. - Wiedziałam, że się odezwiesz. 

Moi szpiedzy donieśli mi, że masz cholernie trudną sprawę.

-   Czy ci szpiedzy pracują może w „Chronicie" i jeżdżą zużytą srebrną 

mazdą?

-  Albo samochodem biura prokuratora okręgowego i bmw 535. Co sobie, 

u diabła, myślisz, jak by tu inaczej docierały wieści, co?

-     Dobra,   o   jednej   ci   powiem.   Okazało   się,   że   wujek   tej   zabitej 

dziewczynki   jest   gliną.   W   Nothern.  A  to   biedne   dziecko   wyląduje   na 

plakacie   akcji   dla   La   Salle   Heigts.   Znakomita   uczennica,   nigdy   nie 

sprawiała kłopotów. To ma być sprawiedliwość? Ten sukinsyn władował 

setki kawałków ołowiu w kościół i jeden z nich musiał trafić właśnie to 

dziecko.

-  Zaczekaj, skarbie - przerwała mi Claire - dwa, nie jeden.

-     Dwa...?   Została   trafiona   dwukrotnie?   Zajmowali   się   nią   ludzie   z 

pogotowia, jak mogliśmy to przeoczyć?

-  Jeśli cię dobrze rozumiem, uważasz, że to stało się przez przypadek?

-  Co chcesz powiedzieć?

-  Kochanie - powiedziała Claire poważnym tonem - lepiej zejdź na dół i 

zobacz.

ROZDZIAŁ 11

Kostnica znajdowała się w piwnicy Pałacu Sprawiedliwości, na zewnątrz 

tylnego   wejścia,   i   można   się   było   do   niej   dostać   asfaltową   ścieżką 

prowadzącą z głównego holu. Zbiegłam z dwóch kondygnacji w niecałe 

trzy minuty.

background image

Claire czekała przy recepcji na zewnątrz .swojego biura. Jej jasna i zwykle 

pogodna twarz nosiła wyraz profesjonalnego zaangażowania, ale na mój 

widok   rozjaśniła   się   uśmiechem.   Claire   powitała   mnie   przyjacielskim 

kuksańcem.

-  Jak się masz, piękna nieznajoma? - zapytała, jak gdyby sprawa śledztwa 

była odległa o tysiące kilometrów.

Zawsze potrafiła  rozładować napięcie  nawet  w najbardziej  krytycznych 

sytuacjach. Podziwiałam, jak umiała mnie odprężyć za pomocą zwykłego 

uśmiechu.

-   W porządku, Claire. Po prostu wpadłam po uszy, kiedy dostałam to 

zadanie.

-     Nie   spodziewam   się,   bym   cię   często   widywała   teraz,   kiedy   jesteś 

chłopcem do bicia Mercera.

-  Bardzo śmieszne.

Uśmiechnęła się familiarnie, jakby chciała powiedzieć: Hej, wiem, o czym 

myślisz, ale przede wszystkim musisz mieć czas dziewczynko, dla tych, 

którzy   cię   kochają.   Bez   zbędnych   słów   poprowadziła   mnie   przez 

wyłożony linoleum korytarz do sali operacyjnej zwanej Kryptą.

Zerknęła na mnie przez ramię i powiedziała:

-     Wygląda   na   to,   że   jesteś   pewna,   iż   Tasha   Catchings   zginęła   od 

przypadkowego strzału.

-  Tak właśnie myślę. Ten snajper władował w kościół trzy serie i tylko ona 

została trafiona. Nawet poszłam tam i sprawdziłam miejsce, skąd padły 

strzały. Żaden  cel  nie   mógł   być  stamtąd  dostatecznie   blisko,   strzał  był 

pewny. Ale powiedziałaś: dwa...

-  Aha - przytaknęła.

background image

Przeszłyśmy przez hermetycznie zamykane drzwi do suchego, chłodnego 

wnętrza   Krypty.   Lodowaty   chłód   i   zapach   chemikaliów   zawsze 

wywoływały we mnie dreszcze.

I teraz było tak samo. Zobaczyłam pojedynczy stół na kółkach, a na nim 

niedużą   wypukłość   przykrytą   białym   prześcieradłem.   Zajmowała   nie 

więcej niż pół długości stołu.

-  Zaczekaj - ostrzegła mnie Claire.

Nagie ciała ofiar po sekcji, sztywne i zastraszająco blade, nie stanowiły 

przyjemnego widoku. Ściągnęła prześcieradło. Zobaczyłam twarz dziecka. 

Boże, jaka ona była mała...

Patrzyłam na jej miękką skórę w kolorze kości słoniowej, tak niewinną, 

tak   niepasującą   do   tego   zimnego,   sterylnego   otoczenia.   O   mało   nie 

wyciągnęłam ręki, by położyć dłoń na jej policzku. Miała taką miłą buzię.

Olbrzymia dziura, świeża od krwi, rozrywała ciało po prawej stronie piersi 

dziecka.

- Dwie kule - wyjaśniła Claire. - W zasadzie jedna nad drugą, w krótkim 

odstępie czasu. Mogę zrozumieć, dlaczego pracownicy pogotowia tego nie 

zauważyli. Obie przeszły prawie tym samym otworem wlotowym.

Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Zrobiło mi się niedobrze.

-   Pierwszy   pocisk   wyszedł   przez   łopatkę   -   mówiła   dalej   Claire, 

przewracając   na   bok   drobne   ciało.   -   Drugi   utkwił   w   kręgosłupie   na 

wysokości czwartego kręgu.

Wyciągnęła   rękę   i   z   Sąsiedniego   stołu   wzięła   płytkę   Petriego. 

Szczypczykami   wyjęła   spłaszczony   kawałek   ołowiu,   wielkości   mniej 

więcej dwudziestopięciocentówki.

-     Dwa   pociski,   Linds...   Pierwszy   rozerwał   prawą   komorę,   załatwiając 

background image

sprawę. Prawdopodobnie była już martwa, kiedy dosięgnął ją drugi strzał.

Dwa   strzały...   Dwa   na   milion   rykoszetów?   Odtworzyłam   w   pamięci 

miejsce, gdzie przypuszczalnie była Tasha, kiedy wyszła z kościoła, i linię 

ognia mordercy ukrytego wśród drzew. Jeden - owszem, to możliwe, ale 

dwa?

-   Czy zespół Charliego Clappersa znalazł jakieś ślady po pociskach na 

ścianach kościoła powyżej rniejsca, gdzie znajdowała się Tasha?

-  Nie wiem. - Normalną procedurą we wszystkich przypadkach zabójstw 

było staranne połączenie każdego pocisku z miejscem, w które uderzył. - 

Sprawdzę.

-   Z jakiego materiału zbudowane są ściany kościoła tam, gdzie została 

trafiona? Z drewna czy z kamienia?

-     Z   drewna.   Pocisk   z   M16   w   żaden   sposób   nie   mógł   odbić   się   od 

drewnianej ściany.

Claire   zsunęła   wysoko   na   czoło   okulary   ochronne.   Jej   twarz   była   jak 

zwykle   przyjacielska   i   pogodna,   ale   pojawił   się   na   niej   wyraz 

niezachwianego przekonania.

-  Lindsay, kąt wejścia jest czołowy i oczywisty w wypadku obu pocisków. 

W wypadku rykoszetów kąt byłby inny.

-     Dokładnie  przeanalizowałam pozycję snajpera,  Claire.  Musiałby   być 

cholernie dobrym strzelcem, żeby tak trafić z miejsca, gdzie stał.

-  Mówiłaś, że ostrzał kościoła był nieregularny?

-  Według stałego wzofu, z prawej strony do lewej. I nikt inny nie został 

ranny. Setka pocisków, a tylko ona zginęła.

-   Więc przypuszczasz, że to był tylko nieszczęśliwy przypadek, tak? - 

Claire  zsunęła   z  dłoni   plastikowe  rękawiczki  i   wrzuciła  je  zręcznie   do 

background image

kosza. - Słuchaj, te dwa strzały absolutnie nie były dziełem przypadku. Nie 

wyglądają na rykoszety ani na nic w tym rodzaju. Były celne i, że tak 

powiem, celowe. Zabiły ją natychmiast. Może rozważyłabyś możliwość, 

że w działaniu twojego snajpera nie było nic przypadkowego?

Wróciłam w myślach do sytuacji przed kościołem.

-   Miałby  wówczas tylko chwilę, żeby złożyć się do takiego strzału. I 

wręcz niewyobrażalnie mało miejca.

-   Wobec tego żaden Bóg nie ulitował się wtedy nad tą dziewczynką. - 

Claire westchnęła ze współczuciem. - A ty lepiej zacznij szukać diabelnie 

dobrego strzelca.

ROZDZIAŁ 12

Szokująca myśl, że może Tasha Catchings wcale nie była przypadkową 

ofiarą,   gnębiła   mnie   przez   całą   drogę   powrotną   do   biura.   Na   górze 

wpadłam   na   grupę   detektywów   oczekujących   mnie   z   niecierpliwością. 

Lorraine   Stafford   poinformowała,   że   poszukiwanie   auta   wreszcie   dało 

rezultaty: trzy dni temu z półwyspu na Mountain View skradziono dodge'a 

ca-ravan   rocznik   '94.   Poleciłam   jej   sprawdzić,   czy   zgadzają   się   cechy 

charakterystyczne samochodu.

Złapałam Jacobiego, powiedziałam mu, żeby schował swoją drożdżówkę i 

pojechał ze mną.

-  Dokąd jedziemy? - jęknął.

-  Na drugą stronę zatoki. Do Oakland.

-   Mercer ciągle cię szuka! - wrzasnęła Karen, kiedy zderzyłyśmy się w 

holu. - Co mam mu powiedzieć?

-  Powiedz mu, że prowadzę dochodzenie.

background image

Dwadzieścia minut później minęliśmy Bay Bridge, kołyszący się ńa tle 

nieciekawego   zarysu   centrum   Oakland,   i   zajechaliśmy   przed   główną 

siedzibę policji na Seventh.

Centralny zarząd policji w Oakland mieścił się w niskim

szarym budynku ze szkła i kasetonów w bezosobowym stylu wczesnych 

lat sześćdziesiątych. Wydział zabójstw znajdował się na drugim piętrze, w 

zatłoczonym,   ponurym   biurze   nie   większym   od   naszego.   Do   tej   pory 

zaglądałam tutaj ledwie kilka razy.

Porucznik Ron Vandervellen wstał, żeby nas powitać, kiedy zostaliśmy 

wprowadzeni do jego biura.

-  Cześć, słyszałem, że należą ci się gratulacje, Boxer. Witamy w świecie 

siedzącego trybu życia.

-  Chciałabym, Ron - odparłam.

-   Co cię tu sprowadza? Chcesz się dowiedzieć, jak wygląda prawdziwy 

świat?

Od lat wydziały zabójstw w San Francisco i Oakland prowadziły coś w 

rodzaju   przyjacielskiej   rywalizacji.   Tym   po   drugiej   stronie   zatoki 

wydawało się, że jedyne, z czym mamy tu do czynienia, to przypadkowy 

sprzedawca części komputerowych, który został znaleziony nagi i martwy 

w pokoju hotelowym.

-     Widziałem   cię   w   wiadomościach   wczoraj   wieczorem   -zarechotał 

Vandervellen. - Jesteś bardzo fotogeniczna. -Uśmiechnął się szeroko do 

Jacobiego. - Co sprowadza tutaj takie sławy jak wy?

-  Mały ptaszek o nazwisku Chipman - odpowiedziałam. Tak nazywała się 

czarna kobieta w podeszłym wieku, którą

znaleziono powieszoną w jej piwnicy. Ron wzruszył ramionami.

background image

-  Mam tutaj setki niewyjaśnionych morderstw, jeśli przypadkiem cierpicie 

na nadmiar wolnego czasu.

Byłam   przyzwyczajona   do   uszczypliwych   uwag   Rona,   ale   tym   razem 

wydawał się szczególnie rozdrażniony.

-  Nie przewidujemy tego w rozkładzie, Ron. Chcę tylko rzucić okiem na 

miejsce zbrodni, jeśli można.

- Oczywiście. Myślę jednak, że będzie ci trudno powiązać to ze strzelaniną 

pod kościołem.                            

-  Z jakiego powodu? - spytałam.

Podniósł   się,   wyszedł   do   sąsiedniego   pomieszczenia   i   wrócił   z   aktami 

sprawy w ręku.

-  Przypuszczam, że miałbym ciężkie zadanie, żeby połączyć zabójstwo z 

tak   oczywistych   pobudek   rasowych   jak   wasze   z   morderstwem 

popełnionym przez jednego z nich.

-  Że co, proszę? - zdziwiłam się. - Zabójca Estelle Chip-man był czarny?

Założył okulary, przekartkował akta, aż natrafił na oficjalny dokument z 

napisem „Raport koronera hrabstwa Alameda".

-  Przeczytaj to i szlochaj - wymamrotał. - Gdybyś zadzwoniła, mógłbym 

oszczędzić   ci   opłaty   rogatkowej...   „Próbki   skóry   znalezione   pod 

paznokciami ofiary sugerują zabarwienie skóry właściwe rasie innej niż 

biała". Preparat jest obecnie w trakcie badań.

-     Ciągle   chcecie   obejrzeć   miejsce   zbrodni?   -   zapytał   Van-dervellen, 

najwyraźniej dobrze się bawiąc.

-  Masz coś przeciwko? Skoro już tu przyjechaliśmy...

-  Jasne, jesteście moimi gośćmi. To sprawa Kripmana, ale gdzieś wyszedł. 

Mogę was tam zawieźć. Nie odwiedzam zbyt często osiedla Gus White. 

background image

Kto wie? Może jadąc z dwoma superglinami, nauczę się czegoś po drodze.

ROZDZIAŁ 13

Osiedle Gustave White przy Redmond Street w West Oak-land składało się 

z sześciu identycznych, wysokich budynków z czerwonej cegły. Kiedy się 

zatrzymaliśmy, Vandervellen powiedział:

- To wszystko nie trzymało się kupy... Ta biedna kobieta nie była chora, jej 

sprawy finansowe też wydawały się w porządku, nawet chodziła dwa razy 

w tygodniu do kościoła. Ale czasami ludzie po prostu się załamują. Aż do 

sekcji sprawa wyglądała na oczywistą.

Przywołałam   w   pamięci   zapisy   w   aktach:   żadnych   świadków,   nikt   nie 

słyszał krzyków ani nie widział, by ktoś uciekał. Starszą samotną kobietę 

znaleziono   wiszącą   na   rurze   centralnego   ogrzewania   w   piwnicy,   z 

przechyloną pod kątem prostym głową i wystającym językiem, 

Na osiedlu poszliśmy prosto do budynku C.

-   Winda nie działa - poinformował nas Vandervellen. Zeszliśmy na dół 

schodami. W piwnicy upstrzonej graffiti

skręciliśmy zgodnie z ręcznie namalowanym znakiem „Pralnia - Boiier".

-  Tutaj ją znaleziono.

Pomieszczenie ciągle jeszcze przecinały na skos żółte taśmy używane na 

miejscu przestępstwa. W powietrzu czuć było ostry, zjełczały odór. Całe 

ściany   pokrywało   graffiti.   Wszystko,   co   zostało   tu   znalezione   -   ciało, 

przewód   elektryczny,   na   którym   została   powieszona   -   zabrano   już   do 

kostnicy albo jako materiał dowodowy.

-     Nie   wiem,   co   macie   zamiar   tu   znaleźć.   -   Vandervellen   wzruszył 

ramionami.

background image

-  Właściwie też nie wiem - przyznałam. - To zdarzyło się w zeszłą sobotę 

późnym wieczorem?

-   Według koronera około dziesiątej. Doszliśmy do wniosku, że starsza 

pani zeszła na dół z praniem i ktoś ją tu zaskoczył. Dozorca znalazł ją 

następnego ranka.

-  A kamery? - zapytał Jacobi. - Są w głównym holu i w przejściach.

-     Tak   samo   jak   winda   -   zepsute.   -   Vandervellen   ponownie   wzruszył 

ramionami.

Było jasne, że Vandervellen i Jacobi chcieliby wyjść stąd jak najprędzej, 

ale mnie coś zatrzymywało. Co? Nie miałam pojęcia. Mój szósty zmysł 

nie dawał mi spokoju. „Znajdź mnie... Gdzieś tutaj...".

-   Sprawy rasowe możecie sobie darować - odezwał się Vandervellen. - 

Jeśli   szukacie   jakichś   powiązań,   to   wiecie   na   pewno,   że   seryjni   nie 

zmieniają metod w środku zabawy.

-  Dzięki - warknęłam.

Dokładnie przeszukałam pomieszczenie, ale nic mnie nie uderzyło. Tylko 

to przeczucie... „Przypuszczam, że musimy sami rozwiązać tę zagadkę. 

Kto   wie?   Może   wtedy   pojawi   się   coś   niespodziewanie   na   naszym 

podwórku".

Kiedy Vandervellen miał już wyłączyć światło, coś przykuło mój wzrok. .

- Zaczekaj! -zawołałam.

Coś jak siła grawitacji ciągnęło mnie w odległą stronę pomieszczenia, do 

ściany za miejscem, gdzie wisiała Chipman. Uklękłam i zaczęłam palcami 

badać   betonową   powierzchnię.   Gdybym  nie   widziała   tego   wcześniej,   z 

pewnością uszłoby to mojej uwagi.

Prymitywny   rysunek,   jakby   dziecka,   wykonany   jasnopoma-rańczówą 

background image

kredą.   Lew.   Jak   ten   na   rysunku   Bernarda   Smitha,   tylko   ostrzejszy   w 

wyrazie. Tułów lwa przechodził w zwinięty ogon, ale to nie był ogon lwa.. 

Gada? Węża?

Ale to jeszcze nie było wszystko.

Ten lew miał dwie głowy: jedną lwią, drugą chyba kozią.

Czułam w piersiach ucisk, drżałam ze wstrętu, ale poznałam ten znak.

Jacobi stanął za moimi plecami. .

-  Coś pani znalazła, poruczniku? Wzięłam głęboki oddech.

-  Pokemona.

ROZDZIAŁ 14

Więc teraz już wiedziałam...

Obie   sprawy   były   ze   sobą   powiązane.   Dzięki   temu,   że   Bernard   Smith 

zauważył uciekający samochód. Mieliśmy samochód, który posłużył do 

ucieczki z miejsca zbrodni. I może mieliśmy podwójnego mordercę.

Dotarłszy   z   powrotem   do   Pałacu,   wcale   się   nie   zdziwiłam,   kiedy 

poinformowano mnie, że zirytowany Mercer kazał do siebie zadzwonić 

natychmiast, gdy się pojawię.

Zamknęłam   drzwi,   wybrałam   jego   numer   wewnętrzny   i   czekałam   na 

awanturę.

- Wiesz, co się tutaj dzieje - powiedział, władczym tonem. - Myślisz, że 

wolno ci spędzać w terenie cały dzień i ignorować moje wezwania? Jesteś 

teraz porucznikiem, Boxer. Masz kierować swoją brygadą. I dostarczać mi 

stale informacji.

-  Przepraszam, szefie, to dlatego, że...

-   Zamordowano dziecko. Cała dzielnica została sterroryzowana. Mamy 

background image

stąd o rzut kamieniem jakiegoś psychola, który próbuje zmienić to miejsce 

w piekło. Jutro każdy przywódca Afroamerykanów w tym mieście będzie 

chciał wiedzieć, co zamierzamy z tym zrobić.

-  Ta sprawa sięga głębiej, szefie. Mercer nagle umilkł.

-  Głębiej niż co?

Opowiedziałam   mu,   co   odkryłam   w   piwnicy   w   Oakland.   O   znaku 

podobnym do lwa, który odegrał rolę w obu zbrodniach.

Usłyszałam, jak bierze głęboki oddech.

-  Więc mówisz, że te dwa zabójstwa są powiązane?

-     Na   razie   mówię   tylko,   że   istnieje   taka   możliwość.   Staram   się   nie 

wyciągać pochopnie wniosków.

Mercer wolno wypuszczał powietrze z płuc.

-     Poślij   zdjęcie   tego   czegoś   do   laboratorium.   Razem   ze   szkicem   tej 

nalepki, którą widział dzieciak z Bay View. Chcę wiedzieć, co ten rysunek 

znaczy.

-  Już to zrobiłam.

-  A ten wóz, którym uciekł sprawca? Coś się już wyjaśniło?

-  Nic.

Jakaś przykra myśl zdawała się formować w umyśle Mer-cera.

-   Jeśli to jakiś rodzaj spisku, to nie zamierzamy siedzieć z założonymi 

rękoma, aż to miasto stanie się zakładnikiem terrorystów.

-     Szukamy   intensywnie   vana.   Proszę   dać   mi   trochę   czasu   na 

rozpracowanie tego symbolu.

Nie   chciałam   informować   go   o   moich   najgorszych   obawach.   Jeśli 

Vandervellen miał rację, że zabójca Estelle Chipman był czarny, i jeśli 

Claire   nie   myliła   się,   sądząc,   że   od   początku   zamierzał   zabić   Tashę 

background image

Catchings,   to   mogło   wcale   nie   chodzić   o   akcję   terrorystyczną   na   tle 

rasowym.

Nawet przez telefon wyczułam, jak wokół szczęk Mercera pogłębiają się 

zmarszczki. Prosiłam go przecież o podjęcie

ryzyka, dużego ryzyka. Wreszcie usłyszałam, jak wypuszcza powietrze z 

płuc.

- Proszę mnie nie rozczarować, poruczniku. Proszę rozwiązać tę sprawę.

Kiedy odkładałam słuchawkę, czułam rosnącą presję. Świat oczekiwał, że 

rozbiję każdą grupę przestępczą działającą na zachód od Montany, a mnie 

zaczynały nurtować poważne wątpliwości.

Na biurku zauważyłam wiadomość od Jill.

„Co powiesz na drinka? O szóstej" - odczytałam. - „Będziemy wszystkie".

Cały dzień spędzony na dochodzeniu... Jeżeli cokolwiek mogło uśmierzyć 

moje obawy, to Jill, Claire, Cindy i szklaneczka margarity w U Susie.

Nagrałam się na pocztę głosową Jill, że przyjdę.

Spojrzałam   na   wyblakłą   niebieską   czapeczkę   do   baseballu,   wiszącą   na 

drewnianym   stojaku   w   kącie   biura,   z   wyhaftowanymi   słowami   „Jest 

bosko...". Należała do Chrisa Raleigha. Dał mi ją w czasie cudownego 

weekendu w Heavenly Valley, kiedy się wydawało, że cały świat na chwilę 

zniknął i kiedy oboje otworzyliśmy się na to, co zaczęło się dziać między 

nami.

-   Nie pozwól mi tego spartaczyć - wyszeptałam. Poczułam gryzące łzy 

pod powiekami. Boże, jak bym chciała, żeby był tutaj.

-  Ty łajdaku... - potrząsnęłam głową, patrząc na czapeczkę. - Tęsknię za 

tobą.

background image

ROZDZIAŁ 15

Niespełna minutę po tym, jak usadowiłam się na naszym starym miejscu w 

U   Susie,   poczułam,   że   czary   zaczynają   działać   i   sytuacja   znów   się 

powtarza.

Kłopotliwa   sprawa,   która   staje   się   coraz   trudniejsza.   Dzbanek   pełen 

wysokooktanowej margarity. Moje trzy przyjaciółki, wszystkie znakomite 

w egzekwowaniu prawa. Obawiałam się, że nasz Kobiecy Klub Zbrodni 

znów zaczął działać.

-' Znów jak w dawnych czasach? - Claire się uśmiechnęła, przesuwając 

nieco swoje obfite ciało, żeby zrobić dla mnie miejsce.

-  Bardziej niż ci się zdaje - westchnęłam. Potem dodałam, nalewając sobie 

drinka: - Boże, jak tego potrzebowałam.

-  Ciężki dzień? - zapytała Jill.

-  Nie. - Potrząsnęłam głową. - Jak zwykle. Bułka z masłem.

-  Tak, ta papierkowa robota każdego by wykończyła. - Claire pociągnęła 

łyk margarity. - Zdrówko. Dobrze was znowu widzieć, dziewuszki.

Czułam   wiszące   w   powietrzu   oczekiwanie/Popijając   łyk,   przebiegłam 

spojrzeniem po naszej grupce. Wszystkie oczy utkwione były we mnie.

-  Uh-uh. - O mały włos nie naplułam sobie do szklaneczki. - Nie mogę o 

tym mówić. Nawet zacząć.

-  Ja ci powiem - zachrypiała Jill z potwierdzającym uśmiechem. - Sprawy 

uległy zmianie. Nastały rządy Lindsay.

-    To  nie   tak,  Jill.   Jest  rozkaz,   żeby   trzymać   buzię  na  kłódkę.   Mercer 

zakończył dyskusję. Nawiasem mówiąc, myślałam, że spotykamy się dziś 

z twojego powodu.

Błękitne oczy Jill roziskrzyły się.

background image

-     Przedstawicielka   biura   prokuratora   okręgowego   chętnie   ustąpi   pola 

swojej szacownej koleżance z trzeciego piętra.

-  Jezu, dziewczyny, prowadzę to śledztwo dopiero od dwóch dni.

-  O czym, do diabła, wszyscy w mieście gadają? - odezwała się Claire. - 

Chcecie może wiedzieć, co ja dziś robiłam? Najpierw o dziesiątej zrobiłam 

pełną sekcję mózgu, potem miałam wykład na uniwersytecie o patologii...

-  Możemy porozmawiać o efekcie cieplarnianym - przerwała Cindy - albo 

o książce, którą właśnie czytam: Śmierć Wisznu.

-   To nie tak, że nie chcę wam o tym opowiedzieć - zaprotestowałam. - 

Tylko po prostu to jest tajne, poufne.

-  Czy tak poufne jak to, co ci przekazałam i dzięki czemu wybrałaś się do 

Oakland? - zapytała Cindy.

-  Musimy o tym porozmawiać - powiedziałam. - Ale potem.

-  Mam dla ciebie propozycję - dodała Jill. - Podzielisz się swoją wiedzą z 

nami.   Jak   zawsze.   Potem   ja   wam   coś   powiem.   Zadecydujecie,   czyje 

nowiny są ciekawsze. Zwycięzca płaci czekiem.

Wiedziałam, że moje poddanie się jest tylko kwestią czasu. Jak mogłabym 

coś   trzymać   w   tajemnicy   przed   moimi   dziewczynami?   Wszystko   już 

znalazło   się   w   wiadomościach   -   przynajmniej   częściowo.   Poza   tym   w 

całym Pałacu nie było trzech innych równie przenikliwych umysłów.

-  Ale to zostanie między nami.

-  Oczywiście - powiedziały równocześnie Jill i Claire -Uff!

-  A to znaczy, że nic nie może się przedostać do prasy -zwróciłam • się do 

Cindy. - Dosłownie nic. Dopóki ci nie powiem.

-   Dlaczego zawsze mam wrażenie, że mnie szantażujesz? - Potrząsnęła 

głową, a potem dodała: - Jasne. Umowa stoi.

background image

Jill napełniła moją szklankę.

-  Wiedziałam, że się w końcu złamiesz.

-     Taak.   -   Upiłam   łyk.   -   Zdecydowałam,   że   wam   powiem,   kiedy 

spytałyście, czy miałam ciężki dzień.

Krok po kroku, przeprowadziłam je przez dotychczasowe dochodzenie. 

Nalepka,   zauważona   przez   Bernarda   Smitha   na   uciekającym   z   miejsca 

zdarzenia  samochodzie.  Identyczny  rysunek w Oakland.  Możliwość,  że 

Estelle Chipman została zamordowana. Przypuszczenie Claire, że Tasha 

Catchings była zamierzonym celem.

-  Wiedziałam! - triumfowała Cindy.

-   Pewnie masz odkryć, co ten niby-lew ma znaczyć? -dopytywała się 

Claire.

Skinęłam głową.

-  Właśnie. I to szybko.

-  Czy jest coś jeszcze, co rzeczywiście wiąże te dwie ofiary? - badała Jill, 

asystent prokuratora okręgowego.

-  Na razie nic.

-  A co z motywem? - naciskała.

-  Wszyscy sądzą, że to robota grup przestępczych. Ostrożnie przytaknęła.

-Aty?

-  Zaczynam myśleć inaczej. Musimy się zastanowić, czy ktoś nie używa 

takiego właśnie scenariusza jako zasłony dymnej.

Przy stole zapadła długa cisza.

-  Seryjny zabójca na tle rasowym - powiedziała wreszcie Claire.

ROZDZIAŁ 16

background image

Podzieliłam   się   więc   nowinami,   a   wszystkie   były   złe.   Siedziałyśmy   z 

markotnymi minami. Skinęłam głową w stronę Jill.

-  Teraz twoja kolej.

-  Bennett odchodzi, mam rację? - wyrwała się Cindy.

W ciągu ośmiu lat pracy w biurze prokuratora okręgowego Jill szybko 

awansowała i praktycznie stała się osobą numer dwa w zarządzie. Gdyby 

stary   zdecydował   się   odejść,   ona   byłaby   oczywistym   kandydatem   na 

stanowisko prokuratora San Francisco.

Jill roześmiała się i pokręciła głową.

-  Będzie trzymał się tego stołka za dębowym biurkiem aż do śmierci. Taka 

jest prawda.

-  No, dobrze, ale przecież miałaś nam coś powiedzieć -naciskała Claire.

-  Masz rację - przyznała. - Więc...

Spoglądała na nas kolejno, czekając, aż napięcie sięgnie zenitu. Jej ciemne 

oczy, zwykle tak przenikliwe, nigdy nie wyglądały równie pogodnie. W 

końcu na twarzy pojawił się uśmieszek. Westchnęła głęboko i powiedziała:

-  Jestem w ciąży.

Siedziałyśmy, czekając, by przyznała, że po prostu chciała

nas nabrać. Ale nic takiego nie nastąpiło. Patrzyła uważnie w nasze twarze, 

aż minęło przynajmniej pół minuty.

-  Ż... Żartujesz ¦<- wyjąkałam wreszcie.

Jill należała do najbardziej zaganianych kobiet, jakie znałam. Można było 

zastać ją w pracy przez większość wieczorów nawet po ósmej. Jej mąż, 

Steve,   kierował   funduszem   inwestycyjnym   w   Banku   Amerykańskim. 

Oboje prowadzili życie na wysokich obrotach: górskie wyprawy rowerowe 

w Moab, windsurfing na Columbii w Oregonie. Dziecko...

background image

-  Ludziom czasem się to zdarza - rzekła ku naszemu zdumieniu.

-     Wiedziałam!   -   wykrzyknęła   Claire,   klepnąwszy   w   stół.   -Po   prostu 

wiedziałam, kiedy dostrzegłam ten wyraz w twoich oczach! Zobaczyłam, 

jak   promieniejesz.   Pomyślałam:   coś   tu   się   dzieje.   Wiesz   zresztą,   że 

rozmawiasz ze specjalistką w tej dziedzinie. Jak długo?

-  Osiem tygodni. Termin mam w końcu maja. - Oczy Jill błyszczały, jakby 

była   młodą   dziewczyną.   -   Poza   naszymi   rodzinami   jesteście   pierwsze, 

którym to mówię.

-  Bennett się wścieknie - parsknęła Cindy.

- Ma jeszcze trzech zastępców. A poza wszystkim, ja nie odchodzę, żeby 

wyjechać na Pantalumę i uprawiać winogrona. Ja będę miała d z i e c k o.

Zauważyłam, że się uśmiecham. Część mnie ogromnie się cieszyła, tak 

bardzo,   że   aż   chciało   mi   się   płakać.   Część   była   troszeczkę   zazdrosna. 

Reszta ciągle nie mogła uwierzyć w to, co usłyszałam.

-     To   dziecko   samo   wie   lepiej,   po   co   się   pojawia   -   powiedziałam   z 

szerokim   uśmiechem.   -   Będzie   kołysane   do   snu   nagraniami   ze   spraw 

karnych stanu Kalifornia.

-  O nie! - zbuntowała się Jill. - W żądnym razie. Obiecuję, że to się nie 

zdarzy. Mam zamiar być naprawdę dobrą mamą.

Wstałam i pochyliłam się nad stołem w jej stronę.

-  To wspaniale, Jill.

Przez chwilę patrzyłyśmy sobie prosto w oczy. Czułam się tak nieziemsko 

szczęśliwa   z   jej   powodu.   Pamiętałam,   że   kiedy   byłam   śmiertelnie 

przerażona z powodu choroby krwi, którą u mnie wykryto, Jill rozpostarła 

ramiona i pokazała nam swoje straszliwe blizny; wyjaśniła, jak kaleczyła 

się   sama   w   średniej   szkole   i   college'u;   jak   wyzwanie,   żeby   zawsze 

background image

znajdować   się   na   topie,   tak   zdominowało   jej   życie,   że   wyładować   się 

mogła tylko, zadając sobie rany. Objęłyśmy się i uściskałam ją.

-  Od dawna to planowałaś? - spytała Claire.

-   Próbowaliśmy od kilku miesięcy - wyjaśniła Jill, siadając ponownie. - 

Nie   jestem   pewna,   czy   to   była   świadoma   decyzja,   poza   tym,   że   czas 

wydawał się odpowiedni. - Spojrzała na Claire. - Spotkałam cię po raz 

pierwszy, kiedy Lind-say zaprosiła mnie do waszego kółka, i opowiadałaś 

wtedy   o   swoich   dzieciach...   Coś   we   mnie   drgnęło.   Pamiętam,   że 

pomyślałam: „Ona prowadzi biuro koronera, jest jedną z bardziej bystrych 

kobiet, jakie znam, osiągnęła wszystko w swoim fachu, a jednak mówi 

przede wszystkim o tym".

-   Kiedy zaczynasz pierwszą pracę - wyjaśniła Claire -masz przed sobą 

karierę  i  mnóstwo  zapału.  Jako kobieta  czujesz,  że musisz  dowieść,  iż 

zasługujesz.na sukcesy. Jednak kiedy masz już dzieci, wszystko staje się 

inne, prostsze. Dochodzisz do wniosku, że to, co było, już cię nie dotyczy. 

Uświadamiasz sobie, że... że dłużej nie musisz niczego udowadniać. Już to 

zrobiłaś.

-   Więc ja też chcę to poznać, chociaż troszeczkę! - powiedziała Jill z 

błyskiem w oku. - Nigdy się wam nie przyznałam, dziewczynki - mówiła 

dalej   -   że   już   raz   byłam   w   ciąży.   Pięć   lat   temu.   -   Upiła   łyk   wody   i 

odgarnęła z karku ciemne włosy. - Moja kariera rozwijała się wtedy w 

błyskawicznym   tempie,   pamiętacie   może,   akurat   były   przesłuchania   w 

sprawie La Frade, a Steve właśnie rozkręcał ten swój fundusz.

-   Po prostu to nie był dla was odpowiedni moment, skarbie - wtrąciła 

Claire.

-  To nie tak - odpowiedziała pośpiesznie Jill. - Ja chciałam tego dziecka. 

background image

Tylko  wszystko  wtedy  się  zbiegło.  Siedziałam  nad robotą  w  biurze  do 

dziesiątej. Wyglądało na to, że Steve ciągle będzie poza domem...

Przerwała na chwilę, a w jej oczach pojawił się cień smutku.

-     Zaczęłam   trochę   krwawić.   Lekarz   mnie   ostrzegał,   żebym   zwolniła 

tempo. Próbowałam, ale nikomu nie na rękę były przerwy w procesie, a ja 

zawsze   byłam   sama.   Któregoś   dnia   poczułam,   jakby   wnętrzności   mi 

eksplodowały. Straciłam to dziecko... w czwartym miesiącu.

-  O Jezu - wysapała Claire. - Och, Jill.

Jill wciągnęła oddech, a przy stole zapadło przykre milczenie.

-  Więc jak się czujesz? - spytałam w końcu.

-     Nieziemsko...   Fizycznie   lepiej   niż   kiedykolwiek...   -   Na   moment 

zamknęła oczy i po chwili ponownie spojrzała na nas. - Prawdę mówiąc, 

jestem zupełnie rozbita.

Wzięłam ją za rękę.

-  A co na to twój lekarz?

-     Mówi,   że   będziemy   uważnie   się   wszystkiemu   przyglądać   i   żebym 

zredukowała do minimum wszystkie sprawy wymagające wysiłku. Mam 

włączyć niższy bieg.

-  A posiadasz coś takiego? - zapytałam.

-  Teraz tak. - Pociągnęła nosem.

-  No proszę! - rzuciła Cindy. - Jill poczuła odciąg!

Tak  mówiono  w  dotcomach   na  wszystko,  co  nie   pozwala   człowiekowi 

zajmować się pracą dwadzieścia cztery godziny na dobę przez siedem dni 

w tygodniu.

W   oczach   Jill   nastąpiła   jakaś   wspaniała   zmiana,   coś,   czego   nigdy 

wcześniej nie zauważyłam. Jill była zawsze kobietą sukcesu. Miała piękną 

background image

twarz i karierę, na którą ciężko zapracowała. Teraz wreszcie zobaczyłam, 

że jest szczęśliwa. W jej pięknych oczach wezbrały łzy. Widziałam, jak ta 

kobieta w sądzie występowała przeciwko najtwardszym skurczybykom w 

mieście; widziałam, jak nieubłaganie ścigała morderców. Widziałam na jej 

przedramionach ślady zwątpienia w siebie.

Ale   nigdy   wcześniej   nie   widziałam,   żeby   płakała.   —   Cholera...   - 

Uśmiechnęłam się i sięgnęłam po rachunek. - Wygląda na to, że ja płacę.

ROZDZIAŁ 17

Jeszcze kilka razy wylewnie uścisnęłyśmy się z Jill, po czym wyruszyłam 

w drogę powrotną do mojego mieszkania na Portrero Hill.

Mieściło się ono na drugim piętrze odnowionego na błękitno domu w stylu 

wiktoriańskim. Było jasne i przytulne, z alkową o szerokich oknach, z 

których rozpościerał się widok na zatokę. Martha, moja border collie o 

czułym sercu, czekała przy drzwiach.

-  Cześć, kochanie - powiedziałam.

Powitała mnie, machając ogonem i opierając łapy o moją nogę.

-   No, jak ci minął dzień? - Trąciłam ją nosem, głaszcząc jednocześnie 

uśmiechnięty pysk.

Poszłam   do   sypialni   i   zrzuciłam   służbowe   ciuchy.   Rozpuściłam   włosy, 

założyłam ogromną bluzę z logo Giantsów i flanelowe spodnie od piżamy, 

które   nosiłam   zawsze,   kiedy   robiło   się   zimno.   Nakarmiłam   Marthę, 

przygotowałam sobie filiżankę orange zinger i zapadłam w pełen poduszek 

fotel w alkowie.

Przełknęłam łyk herbaty, Martha usadowiła się na moich kolanach. Gdzieś 

daleko   za   oknem   widziałam   migoczącą   siateczkę   świateł   pozycyjnych 

background image

samolotu podchodzącego do lądowania. Uprzytomniłam sobie, jak trudno 

mi wyobrazić sobie Jill w roli mamy... Jej smukłą, zgrabną figurę z coraz 

bardziej wystającym brzuszkiem... zasypywaną gratulacjami i uściskami 

naszej   paczki   Na   samą   myśl   o   tym   zaczęłam   chichotać.   Spojrzałam   z 

uśmiechem na Marthę.

-  Malutką Jill ma zamiar być mamą.

Nie   widziałam   nigdy   Jill   tak   przepełnionej   radością.   Zaledwie   kilka 

miesięcy wcześniej i ja myślałam, jak bardzo chciałabym mieć dziecko. 

Jill powiedziała: ja też chciałam to poznać... Ale w moim przypadku tak 

się nie stało.

W  naszej   rodzinie   bycie   rodzicem   nie   wydawało   się   takie   oczywiste   i 

naturalne.

Mama umarła, zanim skończyłam dwadzieścia cztery lata

i wstąpiłam na Akademię Policyjną. Miała raka piersi i przez dwa ostatnie 

lata college'u opiekowałam się nią. Pędziłam po zajęciach, żeby zawieźć ją 

do   centrum   handlowego,   gdzie   pracowała,   przygotowywałam   jedzenie, 

zajmowałam się młodszą siostrą, Cat.

Mój   ojciec,   policjant   z   San   Francisco,   zniknął   z   naszego   życia,   kiedy 

miałam   trzynaście   lat.   Do   dziś   nie   wiem   dlaczego.   Dorastałam, 

wysłuchując w kółko opowieści - że oddał swoje pieniądze bukmacherom, 

prowadził podwójne życie, potrafił każdego owinąć sobie dookoła palca, 

że   któregoś   dnia   po   prostu   nie   wytrzymał   i   nie   mógł   już   dłużej   nosić 

munduru.

Ostatnio   słyszałam   od   Cat,   że   mieszkał   gdzieś   w   Redon-do   Beach   i 

prowadził własny interes, firmę ochroniarską. Funkcjonariusze starej daty 

z okręgu centralnego wciąż mnie pytali, co słychać u Marty'ego Boxera. 

background image

Opowiadali niestworzone historie o nim i może dobrze, że ktoś na myśl o 

nim   potrafił   się   śmiać.   Marty,   który   kiedyś   przyskrzynił   trzech 

włamywaczy za pomocą jednej pary kajdanek... Marty, który zatrzymał się 

i poszedł zrobić zakład, a podejrzany czekał na niego w samochodzie... Ja 

natomiast myślałam tylko o tym, że ten łajdak zostawił mnie samą, bym 

opiekowała się umierającą matką, i nigdy nie dał znaku życia.

Nie widziałam ojca od prawie dziesięciu lat. Od chwili, kiedy zostałam 

policjantką.   Zauważyłam   go   wśród   publiczności,   kiedy   odbierałam 

dyplom Akademii Policyjnej, ale nie zamieniliśmy ani słowa. Nawet za 

nim nie tęskniłam.

Boże, całe wieki minęły od chwili, kiedy ostatni raz rozdrapywałam stare 

blizny. Mama odeszła jedenaście lat temu. Wyszłam za mąż i zdążyłam się 

rozwieść.   Dostałam   pracę   w   wydziale   zabójstw.   Prowadziłam 

dochodzenia. Gdzieś na tej drodze spotkałam mężczyznę moich marzeń...

Mówiłam prawdę, kiedy powiedziałam Mercerowi, że znów obudził się 

we mnie zapał do pracy.

Ale   kłamałam,   kiedy   wmawiałam   sobie,   że   Chris   Raleigh   to   już   tylko 

wspomnienia.

ROZDZIAŁ 18

Zawsze   intrygowały   go   oczy.   Siedząc   nago   na   łóżku   w   surowym, 

podobnym   do   celi   pokoju,   patrzył   na   stare,   czarnobiałe   zdjęcia,   które 

oglądał już tysiące razy.

I zawsze te oczy... ten łagodny wyraz beznadziejnej rezygnacji.

Jak   oni   pozowali,   nawet   wtedy,   kiedy   wiedzieli,   że   ich   życie   dobiega 

końca. Nawet z pętlą dookoła szyi.

background image

W luźno zszytym albumie miał czterdzieści siedem fotografii i pocztówek, 

ułożonych w porządku chronologicznym. Zbierał je od lat. Tę pierwszą, z 

datą   9   czerwca   1901,   dostał   od   ojca.   Dez   Jones,   powieszony   w   Great 

River, Indiana. Na brzegu ktoś napisał ledwo widoczne już słowa: „To jest 

ta potańcówka, na którą poszedłem wczoraj. Potem nieźle się zabawiliśmy. 

Twój   syn,   Sam".   Na   pierwszym   planie   widać   było   tłum   w   paltotach   i 

melonikach,, a z tyłu wiszące bezwładnie ciało.

Przewrócił   stronę.   Frank  Taylor,   Mason,   Georgia,   1911.   Zapłacił   za   tę 

fotografię pięćset dolarów, ale warta była każdego centa. Skazaniec stał w 

tylnej   części   zaparkowanego   pod   dębem   powozu   i   patrzył   prosto   w 

obiektyw,   kilka   sekund   przed   śmiercią.   Na   jego   twarzy   nie   było   śladu 

sprzeciwu czy strachu. Niewielkie grono przyzwoicie ubranych mężczyzn 

i kobiet uśmiechało się szeroko do kamery, jakby byli świadkami przylotu 

Lindbergha do Paryża. Albo pozowali do rodzinnego zdjęcia.

Ich spojrzenia mówiły, że egzekucja była rzeczą sprawiedliwą i naturalną; 

spojrzenie Taylora mówiło, że i tak za cholerę nic na to nie może poradzić.

Podniósł się z łóżka i przeciągnął swoje zgrabne, muskularne ciało przed 

lustrem. Zawsze był silny. Od dziesięciu lat ćwiczył podnoszenie ciężarów. 

Wzdrygnął się, kiedy zauważył ślad krwi na wypukłej klatce piersiowej. 

Pomasował   zadrapanie.  Ta   stara   suka   wbiła   mu   pazury   w   pierś,   kiedy 

okręcał   przewód   dookoła   rury   biegnącej   pod   sufitem.   Rana  prawie   nie 

krwawiła,   ale   przyglądał   się   jej   z   dezaprobatą.   Nie   lubił,   kiedy   coś 

kaleczyło gładką powierzchnię jego skóry.

Upozował   się   przed   lustrem,   spoglądając   na   gniewnego   lwa-kozła, 

wytatuowanego w poprzek klatki piersiowej.

Niedługo   te   głupie   dupki   przekonają   się,   że   nie   ma   nic   wspólnego   z 

background image

ideologią   nienawiści.   Zrozumieją   jego   działania.   Winni   muszą   zostać 

ukarani. Należy przywrócić porządek. Nie czuł szczególnej antypatii do 

nikogo. To nie była nienawiść. Wdrapał się z powrotem na łóżko i zaczął 

się masturbować, patrząc na zdjęcie Missy Preston, której delikatny kark 

został przerwany przez sznur w Childers County, Tennessee, w sierpniu 

1931 roku.

Wytrysnął,   nie   wydawszy   z   siebie   żadnego   jęku.   Pośpieszny   wysiłek 

spowodował, że kolana pod nim zadrżały. Ta stara damulka zasłużyła na 

śmierć. I ta dziewczynka z chóru także. Czuł, jak rozpiera go energia!

Pogłaskał tatuaż na piersi. Całkiem niedługo znowu puszczę cię wolno, 

koteczku...

Otworzył album ze zdjęciami i szybkim ruchem przerzucił karty aż do 

ostatniej wolnej strony, zaraz za Morrisem Tulo i Sweetem Brownem, z 

Longbow, Kansas, 1956.

To miejsce zostawił na specjalne zdjęcie. I teraz je miał.

Wyciągnął tubkę kleju w sztyfcie i posmarował odwrotną stronę fotografii, 

a potem przycisnął ją do wolnej strony w albumie.

Tu pasuje jak ulał.

Pamiętał, jak się w niego wpatrywała, tę smutną nieuchronność wypisaną 

na jej twarzy. Te oczy...

Podziwiał najświeższy dodatek do kolekcji: Estelle Chip-man, z szeroko 

otwartymi oczami, wpatrująca się w obiektyw chwilę przed tym, zanim 

kopnął krzesło, na którym stała.

Oni zawsze pozują.

ROZDZIAŁ 19

Pierwszą   rzeczą,   jaką   zrobiłam   następnego   ranka,   był   telefon   do   Stu 

background image

Kirkwooda, który w departamencie policji zajmował się przestępczością 

zorganizowaną. Zapytałam go osobiście, czy trafił na jakiś ślad podobnej 

grupy działającej w rejonie Bay Area. Moi ludzie rozmawiali ze Stu już 

wcześniej, ale chciałam przyspieszyć działania.

Jak   dotąd,   ekipa   Clappersa   przetrząsnęła   teren   wokół   kościoła,   lecz 

niczego nie znalazła, a jedyna rzecz, której się znowu dowiedzieliśmy o 

Aaronie Winslow, to ta, że nikt nigdy nie powiedział złego słowa na jego 

temat.

Kirkwood poinformował mnie, że kilka zorganizowanych grup działa poza 

Północną Kalifornią; część była związana z Ku-Klux-Klanem, część zaś to 

po   prostu   zwariowani   skinheadzi   z   organizacji   neonazistowskich. 

Powiedział,   że   najlepiej   bym   zrobiła,   kontaktując   się   z   terenowym 

oddziałem FBI, który zajmuje się takimi sprawami. Jego działka to ataki 

na gejów.

Perspektywa wprowadzenia FBI na tym etapie śledztwa nie napełniła mnie 

entuzjazmem.   Poprosiłam   Kirkwooda,   żeby   przekazał   mi   to,   co   ma,   i 

godzinę później pojawił się, taszcząc ogromny plastikowy kosz napełniony 

niebieskimi i czerwonymi folderami.

-  Podstawowa lektura - mruknął, opuszczając ciężko kosz

na moje biurko.

Na widok tylu segregatorów moje nadzieje się rozwiały.

-  Może przyszło ci coś do głowy, Stu? Wzruszył współczująco ramionami.

-     San  Francisco  nie   jest   wylęgarnią   takich  grup.  Większość  z  tych,  o 

których   materiały   ci   przyniosłem   wydaje   się   całkiem   niegroźna.   Ich 

członkowie spędzają czas, podnosząc z werwą kufle z piwem i mieląc 

ozorami. .

background image

Zamówiłam sałatkę, bo zanosiło się na to, że spędzę kilka godzin przy 

biurku z grupkami pomyleńców, którzy prześladują czarnych albo Żydów. 

Wyciągnęłam kilka segregatorów i otworzyłam jeden na chybił trafił.

Jakaś   bojówka   działająca   w   Greenview,   blisko   granicy   Oregonu.   The 

California Patriots. Podsumowanie informacji zebrane przez FBI. Rodzaj 

działalności:   bojówka,   szesnastu   do   dwudziestu   członków.   Ocena 

uzbrojenia: niska, broń mała do półautomatycznej, zakup nierejestrowany. 

Stopień zagrożenia: niski do umiarkowanego.

Przerzuciłam   zawartość   segregatora.   Zawierał   materiały   z   logo 

przedstawiającym   skrzyżowane   karabiny,   w   których   było   wszystko:   od 

przesunięć demograficznych „białej, europejskiej większości" po relacje 

prasowe   dotyczące   programów   rządowych   promujących   zapłodnienia 

pozaustrojowe wśród mniejszości etnicznych.

Nie mogłam sobie wyobrazić mojego zabójcy kupującego takie bzdury. 

Nie sądziłam, by w ogóle nadawał na takich falach. Nasz facet był dobrze 

zorganizowany i śmiały, nikt w rodzaju napuszonego, prowincjonalnego 

kmiota.   Posunął   się   do   wyszukanych   metod,   abyśmy   jego   morderstwa 

uważali za typowe dla grup rasistowskich. I zostawił znak.

Jak większość seryjnych chciał, żebyśmy wiedzieli.

I żebyśmy mieli świadomość, że to nie koniec.

Przejrzałam jeszcze kilka segregatorów. Nic nie rzuciło mi się w oczy. 

Zaczęło mnie ogarniać uczucie, że tracę czas.

Nagle do mojego biura wtargnęła Lorraine.

-  Coś się ruszyło, poruczniku. Znaleźliśmy białego vana.

ROZDZIAŁ 20

background image

Włożyłam do kabury pistolet i wybiegłam z biura, zgarniając po drodze 

Cappy'ego i Jacobiego, zanim Lorraine skończyła mówić.

-     Chcę   tam   mieć   oddział   antyterrorystyczny!   -   wrzasnęłam.   Dziesięć 

minut później hamowaliśmy z piskiem opon przed

prowizoryczną zaporą drogową na San Jacinto, cichej osiedlowej uliczce.

Policyjny patrol w czasie rutynowego objazdu zauważył dodge'a caravan 

zaparkowanego  obok domu  w stylowym  Fo-rest  Hills.  Funkcjonariusze 

byli pewni, że to wóz, którego szukamy, bo na tylnym zderzaku zobaczyli 

nalepkę przedstawiającą dwugłowego lwa.

Vasquez, młody policjant z patrolu, który nadał informację, wskazał dom 

w stylu Tudorów w cieniu trzech drzew, mniej więcej w połowie osiedla. 

Biały van stał na końcu

podjazdu. Coś tu nie pasowało. To była zamożna okolica, nie wyglądała na 

schronienie przestępców czy morderców. Ale ta furgonetka była właśnie 

tu. Nasz biały van. I Mufasa Bernarda Smitha.

Kilka chwil później nieoznakowany pojazd z brygadą antyterrorystyczną, 

udający wóz naprawczy telewizji kablowej, wjechał w uliczkę. Brygadą 

dowodził   porucznik   Skip   Arbichaut.   Nie   wiedziałam,   użycia   jakich 

środków będzie wymagała sytuacja, czy konieczne będzie oblężenie, czy 

może wdarcie się siłą do środka.

- Cappy, Jacobi, idę pierwsza - powiedziałam.

To była akcja wydziału zabójstw i nie mogłam nikogo narażać na ryzyko. 

Arbichaut rozstawił swoich ludzi, dwóch z tyłu budynku, trzech od frontu, 

a jeden z młotem obok nas, na wypadek, gdyby konieczne okazało się 

rozwalenie drzwi. Założyliśmy kamizelki kuloodporne, następnie czarne 

nylonowe   kurtki,   które   pozwalały   zidentyfikować   nas   jako   policję. 

background image

Odbezpieczyłam   broń.   Nie   było   czasu   na   nerwy.   Samochód 

antyterrorystów   ruszył   w   dół   ulicy,   trzech   czarno   ubranych   snajperów 

trzymało się blisko jego boku po przeciwnej niż dom stronie. Razem z 

Cappym i Jacobim ruszyliśmy za nimi, kryjąc się za samochodem, dopóki 

nie   zatrzymał   się   przy   skrzynce   pocztowej   oznaczonej   numerem   610. 

Vasquez miał rację. To był ten van. Serce waliło mi jak młotem. Brałam 

już udział w kilku operacjach wymagających wejścia siłą do budynku, ale 

nigdy ryzyko nie było tak wielkie. Ostrożnie posuwaliśmy się w stronę 

domu.

W środku paliło się światło i słychać było telewizor.

Na mój znak Cappy załomotał w drzwi pistoletem.

- Policja, otwierać!

Jacobi i ja przycupnęliśmy z bronią gotową do strzału.

Nikt nie odpowiedział.

Po upływie kilku pełnych napięcia sekund dałam Arbi-chautowi sygnał do 

wyważenia drzwi.

Nagle drzwi skrzypnęły i otworzyły się.

-  Stój! - krzyknął Cappy, odbezpieczając pistolet. - Policja San Francisco!

W   drzwiach   stała   bez   ruchu   kobieta   w   niebieskim   dresie   z   szeroko 

otwartymi oczyma.

-  O mój Boże! - zapiszczała na widok broni.

Cappy szarpnął ją za ramię, usuwając z drogi ludziom Arbichauta, którzy 

rozbiegli się po całym domu.

-  Jest tam jeszcze ktoś? - warknął.

-   Tylko moja córka! - wrzasnęła przestraszona kobieta. -Ona ma  dwa 

latka.

background image

Brygada   antyterrorystyczna   w   czarnych   kamizelkach   wpadła   do   domu, 

jakby szukali Eliana Gonzaleza.

-  Czy to pani samochód? - szczeknął Jacobi. Kobieta skierowała wzrok na 

podjazd.

-  A o co chodzi?

-  Czy to pani wóz? - zagrzmiał ponownie Jacobi.

-  Nie - odpowiedziała z drżeniem. - Nie...

-  Wie pani, do kogo należy?

Spojrzała znowu, przerażona, i pokręciła głową przecząco.

-  Nigdy w życiu go nie widziałam.

Wszystko   było   nie   tak,   widziałam   to   wyraźnie.   Okolica,   plastikowe 

dziecięce   saneczki   na   trawniku,   przerażona   mamusia   w   domowym 

ubraniu. Z piersi wyrwało mi się westchnienie pełne rozczarowania. Ten 

van został tu podstawiony.

Nieoczekiwanie zielone audi przedarło się przez krawężnik, za nim jechały 

dwa policyjne wozy. Audi musiało staranować naszą blokadę. Wyskoczył z 

niego przyzwoicie ubrany mężczyzna w rogowych okularach i popędził w 

stronę domu.

-  Kathy, co, u diabła, tu się, dzieje?!

-     Steve...   -   Kobieta   objęła   go   z   westchnieniem   ulgi.   -   To   mój   mąż. 

Zadzwoniłam do niego, kiedy zobaczyłam policję przed domem.

Mężczyzna   spojrzał   na   osiem   policyjnych   samochodów,   wspierających 

ekipę   antyterrorystów,   stojących   dookoła   inspektorów   policji   San 

Francisco z odbezpieczoną bronią.

-  Co robicie w moim domu? To jakieś szaleństwo! Kretyństwo!

-   Mamy informacje, że ten van był wykorzystany do ucieczki z miejsca 

background image

zabójstwa - powiedziałam. -Mamy wszelkie prawo być tutaj.

-  Zabójstwa?...

Dwóch ludzi Arbichauta wynurzyło się z głębi domu; potwierdzili, że w 

środku nikogo nie ma. Wzdłuż ulicy zaczęli gromadzić się gapie.

-  Szukaliśmy tego vana od dwóch dni. Przykro mi, że musieliśmy zakłócić 

państwa spokój. Nie było innej możliwości, żeby się upewnić.

Wściekłość   mężczyzny   wzrastała.   Na   jego   twarzy   i   szyi   pojawiły   się 

czerwone plamy.

-  Przypuszczacie, że mamy z tym coś wspólnego? Z morderstwem?

Doszłam do wniosku, że dość już im namąciłam.

-  Strzelanina w La Salle Heights.

-     Czy   wyście   poupadali   na   głowy?   Podejrzewacie   nas   o   udział   w 

strzelaninie?

Szczęka opadła mu ze zdumienia. Patrzył ma mnie z niedowierzaniem.

-   Czy wy, idioci, macie pojęcie, co ja teraz zrobię? Spojrzałam na jego 

garnitur w szare prążki, na błękitną

koszulę   i   kołnierzyk   z   dziurkami   na   guziki.   Nie   mogłam   się   pozbyć 

upokarzającego uczucia, że właśnie zrobiłam z siebie durnia.

-   Jestem głównym doradcą oddziału Ligi do Walki z Pomówieniami w 

Północnej Kalifornii.

ROZDZIAŁ 21

Morderca wystrychnął nas na dudka. Nikt na osiedlu nic nie wiedział i nie 

miał   nic   wspólnego   ze   skradzioną   furgonetką.   Została   tu   podstawiona 

celowo,   żeby   postawić   nas   w   głupiej   sytuacji.   Kiedy   zespół   Clapperą 

przeszukiwał teren cal

background image

po   calu,   wiedziałam,   że   nie   znajdą   nawet   psiego   gówna.   Obejrzałam 

dokładnie nalepkę i nabrałam pewności, że ten sam symbol widziałam w 

Oakland. Jedna głowa należała do lwa, druga wydawała się łbem kozła, a 

ogon przypominał gada. Tylko co, u diabła, miało to znaczyć?

-  Jedno wiemy na pewno - powiedział z uśmieszkiem Jacobi. - Sukinsyn 

ma poczucie humoru.

-   Cieszę się, że zostałeś jego fanem - odparłam. Po powrocie do Pałacu 

wezwałam Lorraine.

-  Chcę wiedzieć, skąd pochodził ten van; chcę wiedzieć, do kogo należał, 

kto   miał   do   niego   dostęp,   z   kim   kontaktował   się   właściciel   w   ciągu 

miesiąca przed kradzieżą.

Pieniłam się ze złości. Mieliśmy na wolności bezwzględnego mordercę i 

żadnej   wskazówki,   która   pomogłaby   go   zidentyfikować.   Czy   to   było 

zabójstwo na tle rasowym, czy dzieło szaleńca? Zorganizowana grupa czy 

samotny myśliwy? Wiedzieliśmy na pewno, że facet był dość inteligentny. 

Starannie planował  ataki  i, jeśli  kpienie z nas  wchodziło w skład jego 

metod operacyjnych, podstawienie vana w to miejsce było arcydziełem.

Karen   zameldowała   przez   interkom,   że   dzwoni   Ron   Van-dervellen. 

Gliniarz z Oakland powitał mnie, chichocząc.

-    Dotarły  do mnie wieści,  że udało ci  się poskromić  niebezpiecznego 

zbrodniarza   zagrażającego   naszej   społeczności,   który   udawał   legalnego 

stróża praworządności w Lidze do Walki z Pomówieniami.

-  Rozumiem, że dzięki temu nasz poziom się wyrównał -odcięłam się.

-     Spokojnie,   Lindsay,   nie   dzwonię   po   to,   żeby   się   z   ciebie   nabijać   - 

powiedział, zmieniając ton. - Naprawdę chcę ci pomóc.

-   Możesz być pewien, że nie odeślę cię do diabła. Wszystko może się 

background image

przydać. Co masz dla nas?

-  Wiedziałaś, że Estelle Chipman była wdową?

-  Wydaje mi się, że o tym wspominałeś.

-     No   więc,   przeprowadzaliśmy   w   jej   sprawie   rutynowe   działania. 

Znaleźliśmy w Chicago syna. Przyjechał odebrać

ciało. Widząc, co się dzieje, pomyślałem, że to, czego się dowiedziałem, 

nie   może   być   czystym   zbiegiem   okoliczności   i   nie   można   tego 

zignorować.

-  O co chodzi, Ron?

-  Jej mąż umarł pięć lat temu. Atak serca. Chcesz zgadnąć, w jaki sposób 

ten gość zarabiał na życie?

Poczułam wzrastającą pewność, że to, co powie Vander-vellen, otworzy w 

śledztwie nowy kierunek.

-  Mąż Estelle Chipman był gliną w San Francisco.

ROZDZIAŁ 22

Cindy Thomas zaparkowała swoją mazdę naprzeciwko kościoła La Salle 

Heights i głęboko westchnęła. Pokrytą białymi deseczkami ścianę kościoła 

szpeciły brzydkie szpary i ślady po pociskach. Przepastną dziurę ziejącą w 

miejscu,   gdzie   niedawno   znajdował   się   przepiękny   witraż,   zakryto 

brezentem.

Pamiętała dzień, kiedy ten witraż został odsłonięty - było to w czasach, 

gdy   zajmowanie   się   takimi   sprawami   należało   do   jej   redakcyjnych 

obowiązków.   Burmistrz,   lokalni   dygnitarze,   Aaron   Winslow,   wszyscy 

wygłaszali   przemówienia   o   tym,   że   ten   piękny   obraz   powstał   dzięki 

wysiłkowi   całej   miejscowej   społeczności.   Pamiętała   wywiad 

background image

przeprowadzony z Winslowem, pamiętała, jak ogromne wrażenie zrobiło 

na   niej   jego   zaangażowanie   i   jednocześnie   skromność,   której   się   nie 

spodziewała.

Cindy dała nurka pod policyjną taśmą i podeszła parę kroków w kierunku 

rozoranej pociskami ściany. W czasie pracy w „Chronicie" zajmowała się 

już   przekazywaniem   informacji   z   miejsc,   gdzie   ginęli   ludzie.  Ale   tym 

razem po raz pierwszy ogarnęło ją uczucie, że tutaj umarła także jakaś 

część ludzkości.

Nagle za jej plecami ktoś się odezwał:

- Może pani patrzeć, jak długo pani chce, ale to nie stanie się ani trochę 

ładniejsze.

Odwróciła się i znalazła się twarzą w twarz z przystojnym

mężczyzną o miękkich rysach. Sympatyczne oczy. Skądś go znała. Skinęła 

głową.

-   Byłam na uroczystości odsłonięcia tego witrażu. Wtedy niósł w sobie 

przesłanie nadziei.

-  Ciągle niesie - powiedział Winslow. - Nie utraciliśmy nadziei. Proszę się 

o to nie martwić.

Uśmiechnęła się, spoglądając w przepastne brązowe oczy.

-     Jestem  Aaron   Winslow   -   powiedział,   przekładając   stos   dziecięcych 

książeczek pod drugie ramię, aby wyciągnąć rękę.

-     Cindy   Thomas   -   odwzajemniła   się.   Uścisk   jego   ręki   był   ciepły   i 

delikatny.

-  Proszę nie mówić, że nasz kościół włączono jako jedną z ciekawostek do 

programu „Objazd Czterdziestu Dziewięciu Mil". - Winslow ruszył na tyły 

kościoła, a Cindy szła obok.

background image

-   Nie jestem turystką - powiedziała. - Po prostu chciałam to zobaczyć. 

Niech  pan  posłucha.   -  Przełknęła  ślinę.  -   Chciałabym  móc  udawać,  że 

przyjechałam  tylko   po  to,   by   pochylić   w  zadumie   głowę,   i   tak   dalej... 

Chociaż to oczywiście prawda. Ale ja przy okazji pracuję w „Chronicie". 

W dziale kryminalnym.

-  Reporterka. - Winslow wypuścił z płuc powietrze. - No tak, oczywiście. 

Przez lata wszystko, co się tutaj działo -nauczanie, zajęcia z literatury, chór 

o krajowej renomie - nie wzbudzało żadnego zainteresowania. Ale trafił 

się jeden szaleniec i już „Nightline" chce organizować lokalny mityng. Co 

pani chciałaby wiedzieć, pani Thomas? Co interesuje „Chronicie"?

Jego słowa nieco ją zabolały, ale musiała przyznać mu rację.

-     Prawdę   powiedziawszy,   pisałam   raz   o   tym   miejscu   artykuł,   kiedy 

odsłaniano witraż. To był uroczysty dzień.

Zatrzymał się. Spojrzał na nią badawczo, a potem się uśmiechnął.

-     Tak,   to   był   uroczysty   dzień.   I   prawdę   mówiąc,   pani   Thomas, 

wiedziałem, kim pani jest, kiedy do pani podchodziłem. Pamiętam panią. 

Wtedy robiła pani ze mną wywiad.

Z wnętrza kościoła ktoś do niego zawołał, a potem wyszła jakaś kobieta. 

Przypomniała Winslowowi, że o jedenastej ma spotkanie.

-     Czy   pani   zobaczyła   już   wszystko,   co   chciała   pani   zobaczyć,   pani 

Thomas? Możemy oczekiwać, że odwiedzi nas pani znowu za kilka lat?

-  Nie. Chcę się dowiedzieć, jak pan sobie tutaj daje z tym radę. Przemoc 

w obliczu tego wszystkiego, co pan zrobił, nastroje wśród miejscowych...

Winslow pozwolił sobie na uśmiech.

-   Pozwoli pani, że coś wyjaśnię. Nie odgradzam się od świata zasłoną. 

Zbyt wiele czasu spędziłem w realnym świecie.

background image

Przypomniała   sobie,   że  Aaron   Winslow   nie   należał   do   ludzi,   których 

powołanie uformowało się w warunkach oderwanych od rzeczywistości. 

Pochodził   z   ulicy.   Był   wojskowym   kapelanem.   Zaledwie   kilka   dni 

wcześniej nie zawahał się wyjść na linię ognia i przypuszczalnie uratował 

życie kilkorgu dzieciom.

-  Przyjechała tu pani, żeby zobaczyć, jak ludzie z okolicy zareagowali na 

ten atak? Proszę przyjść jutro, na nabożeństwo ku czci Tashy Catchings.

ROZDZIAŁ 23

Zdumiewający   fakt   odkryty   przez  Vandervellena   nie   dawał   mi   spokoju 

przez resztę dnia.

Obie ofiary zabójstw były związane z policjantami z San Francisco.

Nie udało mi się nic do tego dopasować. To mogły być dwie przypadkowe 

i   niemające   ze   sobą   żadnego   związku   ofiary.   Mieszkały   w   różnych 

miastach, dzieliło je sześćdziesiąt lat różnicy wieku.

Ale t o mogło mieć kluczowe znaczenie.

Podniosłam słuchawkę i zadzwoniłam do Claire.

- Potrzebuję wielkiej przysługi - powiedziałam.

-  Jak wielkiej? - Z daleka czułam, że zaczyna się szeroko uśmiechać.

-  Chciałabym, żebyś rzuciła okiem na protokół z sekcji tej kobiety, którą 

znaleziono powieszoną w Oakland.

-  Ależ proszę bardzo. Podeślij go, to zaraz obejrzę.

-  Z tym będzie problem, Claire. Cały czas jest w Oakland. Nie udało mi 

się go wyciągnąć.

Czekałam z zapartym tchem. Po chwili usłyszałam westchnienie.

-     Chyba   żarty   sobie   robisz,   Lindsay.   Chcesz,   żebym   wtykała   nos   w 

background image

śledztwo, które jeszcze jest w toku?

-  Posłuchaj, Claire. Wiem, że to niezupełnie zgodne z procedurą, ale oni 

powiedzieli   mi   o   dość   istotnych   przypuszczeniach,   które   mogą   mieć 

zasadniczy wpływ na nasze dochodzenie.

-  Możesz mi łaskawie powiedzieć, jakiego typu są to przypuszczenia, że 

aż mam włazić na odciski szacownym kolegom anatomopatologom?

-   Claire, te sprawy są powiązane! Mają wspólny schemat. Mąż Estelle 

Chipman był gliniarzem. Wujek Tashy Catchings też pracuje w policji. 

Całe moje śledztwo zależy  od tego, czy mamy  do czynienia z jednym 

zabójcą. Ci z Oakland uważają, że w ich sprawę był zamieszany czarny 

mężczyzna.

-   Czarny? - Claire aż sapnęła ze zdumienia. - Dlaczego czarny miałby 

robić takie rzeczy?

-     Nie   wiem.  Ale   zaczyna   się   pojawiać   dużo   poszlak   łączących   obie 

zbrodnie. Muszę wiedzieć.

Claire milczała przez chwilę.

-     Do   diabła,   czego   właściwie   mam   szukać?   Opowiedziałam   jej   o 

drobinach skóry znalezionych pod

paznokciami ofiary i o wnioskach wyciągniętych przez anatomopatologa z 

Oakland.

-  Teitleman jest dobrym fachowcem — odpowiedziała. -Ufałabym mu jak 

samej sobie.

-  Wiem, ale on to nie ty. Proszę. To ważne.

-   Chcę, żebyś coś wiedziała. Gdyby Arta Teitlemana poproszono, żeby 

wtykał nos w moje wstępne wyniki badań, to

bym go odesłała do diabła i uprzejmie zaproponowała, by wrócił na swoją 

background image

stronę zatoki. Nie zrobiłabym tego dla nikogo innego, Lindsay.

- Wiem, Claire - powiedziałam z ulgą. - Myślisz, że po co przez tyle lat 

pracowałam na naszą przyjaźń?

ROZDZIAŁ 24

Było   późne   popołudnie,   moi   współpracownicy   kolejno   wychodzili   do 

domów, a ja wciąż siedziałam przy biurku. Nie mogłam wyjść razem z 

nimi.

Ciągle   próbowałam   połączyć   części   łamigłówki.  Wszystko,   co   miałam, 

opierało się na przypuszczeniach. Czy zabójca był biały, czy czarny? Czy 

Claire miała rację, że Tasha Catchings została trafiona nieprzypadkowo? 

Ten   symbol   lwa   na   miejscu   obu   zdarzeń...   Połącz   ofiary...   mówił   mój 

instynkt. Między nimi jest związek. Ale w którym miejscu, do cholery?

Spojrzałam przelotnie na zegarek i zadzwoniłam do Simone Clark z działu 

personalnego. Właśnie szykowała się do wyjścia.

-  Simone, proszę, byś wyciągnęła mi na jutro akta.

-  Jasne, a jakie?

-  Chodzi o policjanta, który odszedł na emeryturę osiem, może dziesięć lat 

temu. Nazywał się Edward Chipman.

-  To chwilę potrwa. Na pewno już je odesłali do archiwum.

Departament deponował starsze rejestry w innej firmie, specjalizującej się 

w przechowywaniu dokumentów.

-  Jutro wczesnym popołudniem, dobrze?

-  Oczywiście, Simone. Postaraj się.

Emanowała ze mnie jakaś nerwowa energia. Wyciągnęłam następny stos 

przyniesionych przez Kirkwooda segregatorów z materiałami dotyczącymi 

background image

rasistowskich grup i upuściłam je ciężko na biurko.

Otworzyłam   jeden   na   chybił   trafił.   Amerykanie   dla   Konstytucyjnych 

Działań...   Pługi   i   Flety,   jeszcze   jedna   mało   wyrafinowana   organizacja 

straży obywatelskiej. Wszystkie te dupki

wydawały się garstką prawicowych oszołomów. Czy traciłam czas? Nic mi 

nie wpadło w oko. Nic, co dawałoby choć cień nadziei, że jestem na dobrej 

drodze.

Idź  do  domu,  Lindsay,  mówił  wewnętrzny   głos.  Jutro  może  znajdą się 

nowe   ślady.   Jest   van,   akta   Chipmana...   Przemyśl   to   w   nocy.   Pójdź   z 

Marthą na spacer. Idź do domu...

Ułożyłam segregatory i już miałam dać sobie na dziś spokój, kiedy ten na 

wierzchu   przykuł   mój   wzrok.   Templariusze.   Odłam  Aniołów   Piekła   z 

Vallejo. Prawdziwi templariusze byli chrześcijańskimi rycerzami z wojen 

krzyżowych.   Natychmiast   zauważyłam   ocenę   zagrożenia   wystawioną 

przez FBI. Ich opinia brzmiała: Wysoka.

Otworzyłam segregator i zaczęłam przewracać kartki. W środku był raport 

FBI dotyczący serii nierozwiązanych napadów na banki, aktów agresji na 

zlecenie   przeciwko   Latynosom   i   gangom   czarnych.   O   udział   w   tych 

przestępstwach podejrzani byli Templariusze.

Przeglądałam  dalej   -  dokumentacja  spraw,  raporty   z  więzień,   zdjęcia  z 

nadzoru policyjnego. Nagle zabrakło mi tchu w piersi.

Mój   wzrok   zatrzymał   się   na   fotografii   z   nadzoru:   grupa   ciężkich, 

umięśnionych, pokrytych tatuażami motocyklistów stłoczona przed barem 

w Vallejo, który służył im za miejsce spotkań. Jeden z nich, odwrócony 

tyłem   do   aparatu,   pochylał   się   nad   motocyklem.   Miał   ogoloną   głowę, 

szalik   i   dżinsowy   bezrękawnik   odsłaniający   masywne   ramiona.   Moją 

background image

uwagę przykuł haft na plecach kamizelki. Dwugłowy lew z ogonem węża.

ROZDZIAŁ 25

Na   południu   targowiska,   w   zaniedbanej   dzielnicy   miasta   pełnej 

magazynów, jakiś mężczyzna w zielonej wiatrówce przemykał chyłkiem 

ciemnymi ulicami. Morderca.

O tej porze w nocy, w tej obskurnej okolicy nie było niko-

go   z   wyjątkiem   paru   żebraków   skupionych   dookoła   pojemników   z 

płonącymi   śmieciami.   Opuszczone   magazyny,   miejsce   dziennych 

interesów,   z   podświetlonymi   znakami:   SKUP   CZEKÓW   OD   RĘKI... 

WYROBY   METALOWE...   EARL   KING,   NAJBARDZIEJ   GODNY 

ZAUFANIA PORĘCZYCIEL W MIEŚCIE.

Jego   wzrok   powędrował   w   poprzek   ulicy,   w   kierunku   Se-venth,   gdzie 

widniał   zarys   opuszczonego   hostelu   303.   Przez   ostatnie   trzy   tygodnie 

starannie obserwował to miejsce. Połowa apartamentów stała pusta, a w 

pozostałych   zbierali   się   na   noc   bezdomni   włóczędzy,   którzy   nie   mieli 

dokąd pójść.

Splunął na zaśmieconą ulicę i zarzucając na ramię czarną, sportową torbę 

Adidasa,   skierował   się   w   stronę   kwartału   pomiędzy   Sixth   i   Towsend. 

Przeszedł   w   poprzek   obskurnej   ulicy   w   kierunku   zabitego   deskami 

magazynu   oznaczonego   przez   wydrapany   napis:   AGUELLO'S... 

COMIDAS ESPANOL.

Upewniwszy się, że jest sam, morderca pchnął metalowe drzwi pokryte 

obłażącą farbą i wślizgnął się do wewnątrz. Jego serce zaczęło mocniej 

bić. Naprawdę był uzależniony od tego uczucia.

Okropny odór uderzył go w nozdrza już w holu, który stałby się pułapką w 

background image

razie   pożaru,   bo   podłoga   zasłana   była   starymi   gazetami   i   spaczonymi 

skrzynkami przesiąkniętymi olejem. Skierował się ku schodom z nadzieją, 

że nie wpadnie na jakiegoś koczującego tu bezdomnego włóczęgę.

Wspiął się na piąte piętro i szybkim krokiem poszedł do końca korytarza. 

Pchnął okratowane drzwi, i wydostał się na schody przeciwpożarowe. Stąd 

już tylko krok dzielił go od wejścia na dach.

Tu,   z   góry,   zamiast   opustoszałych   ulic   widział   świetlistą   aurę   zarysu 

miasta. Znajdował się teraz w cieniu Bay Bridge, który majaczył nad nim 

jak   masywny   statek.   Położył   czarny   sportowy   worek   na   wylocie 

wentylatora, rozsunął błyskawiczny zamek i troskliwie wyjął robiony na 

zamówienie karabin snajperski PSG-1.

W kościele potrzebowałem maksimum zniszczenia. Tu strzelę tylko raz.

Kiedy   przewalił   się   nad   nim   huk   samochodów   pędzących   przez   Bay 

Bridge,   przykręcił   długą   lufę   karabinu.   Składanie   karabinów   było   dla 

niego tak oczywiste jak posługiwanie się nożem i widelcem. Mógłby to 

robić nawet we śnie.

Zamontował   celownik   na   podczerwień.   Przymknął   oko   i   spojrzał:   w 

soczewce pojawiły się bursztynowe zarysy.

Był bystrzejszy niż oni. Gdy tamci szukali białych furgonetek i gówno 

wartych symboli, on był tutaj, gotów zadać następny cios. Dzisiejszej nocy 

w końcu zaczną coś rozumieć.

Jego   tętno   zwolniło,   kiedy   celował   przez   ulicę,   na   tyły   tranzytowego 

hotelu   oznaczonego   303.   W   oknie   na   czwartym   piętrze   widać   było 

przytłumione światło.

To było to. Chwila prawdy.

Uspokoił oddech i oblizał spierzchnięte wargi. Mierzył do obrazu, który 

background image

tkwił w jego pamięci od bardzo dawna. Poprawił nieznacznie celownik.

Potem, kiedy był pewien, nacisnął spust.

Klik...

Tym razem nie potrzebował się podpisywać. Domyśla się na podstawie 

strzału. I celu.

Jutro wszyscy w San Francisco będą znać jego imię.

Chimera.

Część druga

Sprawiedliwości stanie się zadość

ROZDZIAŁ 26

Zapukałam w przeszklone drzwi biura Stu Kirkwooda, przeszkadzając mu 

w wypiciu porannej kawy i zjedzeniu drożdżówki. Rzuciłam na biurko 

policyjne zdjęcie motocyklisty  z symbolem dwugłowego lwa i ogonem 

węża.

-  Muszę się dowiedzieć, co to jest. Najszybciej jak się da, Stu.

Dodałam   dwa   inne   zdjęcia:   nalepki   z   tylnego   zderzaka   białego   vana   i 

polaroid z piwnicy, gdzie zamordowano Estelle Chipman. Lew, kozioł i 

ogon węża albo jaszczurki.

Kirkwood zesztywniał.

-  Nie mam bladego pojęcia - powiedział, ledwie rzuciwszy okiem.

-  To jest nasz morderca, Stu. Jak mamy go znaleźć? Myślałam, że to twoja 

specjalność.

-     Już   ci   mówiłem,   zajmuję   się   głównie   pobiciami   gejów.   Możemy   to 

przesłać mailem do Quantico.

-     W   porządku.   -   Skinęłam   głową.   -   Ile   to   potrwa?   Kirkwood   się 

background image

wyprostował.

-  Znam tam głównego specjalistę od tych spraw, byłem z nim razem na 

seminarium. Pozwól, że zadzwonię.

-   Zrób to zaraz, Stu, potem skończysz drożdżówkę. I daj mi znać, jak 

tylko coś przyjdzie. Natychmiast, gdy się czegoś dowiesz.

Na   górze   wepchnęłam   do   mojego   biura   Jacobiego   i   Cap-py'ego. 

Przesunęłam   w   ich   stronę   akta   Templariuszy   i   fotokopię   zdjęcia 

motocyklisty.

-   Poznajecie tego artystę, chłopcy? Cappy obejrzał zdjęcie i spojrzał na 

mnie.

-  Myślisz, że te roztocza mają coś wspólnego z naszą

sprawą?

-  Chcę się dowiedzieć, gdzie się ci chłopcy podziewają. Ta drużyna była 

zamieszana w sprawki, przy których wydarzenia w La Salle Heights to 

niewinne zawody paintballowe. Handel bronią, przemoc ze szczególnym 

okrucieństwem, zabójstwa na zlecenie. Zgodnie z aktami działają gdzieś w 

Val-lejo, w okolicach baru Pod Niebieską Papugą. Nie chcę, żebyście ich 

przyskrzyniali jak jakiegoś alfonsa na Geary. I pamiętajcie, to nie jest nasz 

teren.

-  Tak jest, poruczniku - powiedział Cappy. - Żadnego mordobicia. Tylko 

mały wypoczynek i rozrywka. Miło będzie spędzić dzień poza miastem. - 

Podniósł segregator i klepnął Jacobiego w ramię. - Zapakowałeś kanapki 

do bagażnika?

-     Ostrożnie,   chłopcy   -   przypomniałam.   -   Nasz   morderca   to   strzelec 

wyborowy.

Kiedy wyszli z mojego biura, przejrzałam garść wiadomości i otworzyłam 

background image

poranne   wydanie   „Chronicie".   Przeczytałam   nagłówek,   niewątpliwie 

autorstwa   Cindy:   POLICJA  ROZSZERZA  ŚLEDZTWO   W   SPRAWIE 

STRZELANINY   POD   KOŚCIOŁEM.   ROZWAŻA   WŁĄCZENIE   DO 

SPRAWY ŚMIERCI KOBIETY Z OAKLAND.

Cytując   „dobrze   poinformowane   źródła"   i   „pewne   osoby   z   kręgów 

policyjnych",   Cindy   podkreśliła   możliwość   poszerzenia   dochodzenia   i 

wspomniała o zabójstwie w Oakland. Pozwoliłam, by posunęła się aż tak 

daleko.

Wykręciłam jej numer.

-  Tu „dobrze poinformowane źródło" - powiedziałam.

-   W żadnym wypadku. Ty jesteś „pewną osobą z kręgów policyjnych". 

„Dobrze poinformowane źródło" to Jacobi.

-  O, cholera - zachichotałam.

-  Cieszę się, że nie opuściło cię poczucie humoru. Słuchaj, mam coś, co 

powinnaś zobaczyć. Wybierasz się na pogrzeb Tashy Catchings?

Spojrzałam na zegarek. Do pogrzebu została niespełna

godzina.

-  Tak. Pojadę tam.

-  Więc się spotkamy - powiedziała Cindy.

ROZDZIAŁ 27

Kiedy zajechałam przed La Salle Church, padała nieprzyjemna mżawka.

W kościele tłoczyły się setki osób ubranych na czarno. Miejsce po witrażu 

zasłonięto   tkaniną.   Powiewała,   poruszana   podmuchami   wiatru,   niczym 

ponura flaga.

Był tam burmistrz Fernandez oraz inne ważne osobistości, wśród których 

background image

rozpoznałam członków władz miasta. Aktywista Vernon Jones stał ramię w 

ramię   z   rodziną   ofiary.   Szef   Mercer   też   tam   był.   Pogrzeb   tej   małej 

dziewczynki należał do najbardziej okazałych, jakie odbyły się ostatnimi 

laty w mieście. I to czyniło jej śmierć jeszcze smutniejszą.

Stałam   z   tyłu,   ubrana   w   czarny   kostium,   i   wypatrywałam   Cindy. 

Skinęłyśmy obie głowami, kiedy nasze spojrzenia się spotkały.

Usiadłam   niedaleko   Mercera   pośród   delegacji   naszego   departamentu. 

Zaraz potem sławny chór z La Salle Heights zaczął śpiewać przejmującą 

pieśń   Fil   Fly  Away.   Nie   ma   nic   bardziej   poruszającego   niż   uroczysty 

hymn, rozbrzmiewający potężnie w kościele pełnym ludzi. Mam swoje 

własne credo i wzięło się ono z tego, co widzę na ulicach: Nic na świecie 

nie jest po prostu tylko dobre albo tylko złe. Ale kiedy śpiew' wypełnił 

kościół, wydawało mi się całkiem naturalne i oczywiste, aby we własnej 

modlitwie prosić o zmiłowanie nad tą niewinną duszyczką.

Kiedy chór umilkł, do mikrofonu podszedł Aaron Winslow. W czarnym 

garniturze wyglądał niezwykle elegancko. Mówił o Tashy Catchings jak 

ktoś, kto znał ją przez większą część jej życia: o radosnych chichotach 

małej dziewczynki; o zrównoważeniu, jakie okazywała, będąc najmłodszą 

członkinią   chóru;   o   tym,   jak   chciała   zostać   gwiazdą   operową   albo 

architektem, który odbudowałby całą okolicę, i jak teraz tylko anioły mogą 

słuchać jej pięknego głosu.

Nie   mówił   jak   inni   pastorzy,   nakłaniający   wiernych   do   tego,   aby 

nadstawili drugi policzek. Jego kazanie było pełne nadziei, emocjonalne, 

ale osadzone w rzeczywistości. Patrząc na niego, nie mogłam nie myśleć o 

tym, że ten przystojny mężczyzna uczestniczył w operacji Pustynna Burza 

i że zaledwie kilka dni wcześniej ryzykował życie, aby ochronić dzieci.

background image

Powiedział łagodnym, lecz pełnym siły głosem, że nie może wybaczyć i 

musi osądzić.

-   Tylko święci nie sądzą - rzekł - a ja, uwierzcie mi, nie jestem święty. 

Jestem   jak   każdy   z   was,   jestem   już   zmęczony   godzeniem   się   z 

niesprawiedliwością.

Spojrzał na Mercera.

-     Znajdźcie   mordercę.   Niech   sądy   wydadzą   wyrok.   To   nie   polityka, 

sprawa wiary albo koloru skóry. To prawo do życia bez nienawiści. Jestem 

pewien, że świat nie załamie się w obliczu swojego najgorszego czynu. 

Świat naprawi się sam.

Ludzie wstali, bili brawo i płakali. Wstałam razem z innymi. Ja miałam 

mokre oczy.

Aaron Winslow prowadził nabożeństwo z takim dostojeństwem. W ciągu 

godziny   było   po   wszystkim.   Bez   ognistych   kazań,   tylko   modlitwa.   I 

smutek, którego nikt z obecnych nie zdoła wyrzucić z pamięci.

Matka   Tashy   wyglądała   na   silną,   kiedy   szła   za   trumną   swojej   małej 

córeczki na miejsce jej wiecznego spoczynku.

Wyszłam   w   czasie   pieśni   Will   the   Circle   Be   Unbroken,   zdrętwiała   i 

przybita.

ROZDZIAŁ 28

Stojąc   na   zewnątrz,   czekałam   na   Cindy.   Obserwowałam,   jak   Aaron 

Winslow wmieszał się w tłum żałobników i zapłakanych kolegów Tashy 

ze   szkoły.   Było   w   nim   coś,   co   budziło   moją   sympatię.   Wydał   mi   się 

niezwykle szczery, zdecydowanie z pasją podchodził do swoich zadań i 

otaczających go ludzi.

background image

-   Tó   jest   facet,   z   którym   mogłabym   dzielić   schron   na   polu   bitwy   - 

powiedziała Cindy, podchodząc do mnie.

-  Co właściwie przez to rozumiesz? - spytałam.

-  Sama nie wiem... Chcę powiedzieć, że przyjechałam tu wczoraj, żeby z 

nim porozmawiać, i wyszłam z gęsią skórką na ramionach. Czułam się tak, 

jakbym   przeprowadzała   wywiad   z   Denzelem   Washingtonem   albo   tym 

nowym chłopakiem z NYPD Blue.

-  Wiesz, że pastor to nie to samo co ksiądz - powiedziałam.

-  Masz na myśli...

-  Mam na myśli, że spokojnie można z nim iść do schronu. Z dala od linii 

ognia, oczywiście.

-  No, tak - przytaknęła i udała, że strzela z moździerza. -Pafff!

-  Robi wrażenie. Swoim kazaniem doprowadził mnie do łez. Czy właśnie 

jego chciałaś mi pokazać?

-   Nie. - Westchnęła, powracając natychmiast do sprawy. Pogrzebała w 

czarnej torebce i wyciągnęła złożony kawałek gazety. - Wiem, że kazałaś 

mi się nie wtrącać... Ale chyba się już przyzwyczaiłam do ochraniania 

twojego tyłka.

-  No już dobrze, dobrze. Co dla mnie masz? W końcu jesteśmy zespołem, 

prawda?

Kiedy   odwinęłam   papier,   ku   swemu   przerażeniu   spojrzałam   na   tego 

samego   lwa,   kozła   i   węża,   którego   niedawno   dałam   Kirkwoodowi   do 

zidentyfikowania. Mimo profesjonalnego opanowania szeroko otworzyłam 

oczy.

-  Skąd to masz?!

-  Wiesz, co to jest, Lindsay?

background image

-     Domyślam   się,   że   nie   jakaś   nowa   zabawka   Tyco.   Nawet   się   nie 

uśmiechnęła.

-   Tak naprawdę to znak grupy przestępczej działającej na tle, rasowym. 

Zwolennicy  wyższości  białej  rasy. Mój  kolega z redakcji znalazł nieco 

informacji na ich temat. Nie mogłam się powstrzymać, żeby do nich nie 

zajrzeć   po   naszym   spotkaniu   tamtego   wieczoru.   To   mała,   elitarna 

organizacja, dlatego tak ciężko było ich znaleźć.

Gapiłam się na symbol, który spotykałam bez przerwy od chwili, kiedy 

zginęła Tasha Catchings.

-  To się jakoś nazywa, prawda?

-  Chimera* Lindsay. Z greckiej mitologii. Według moich informacji lew 

reprezentuje odwagę, kozioł upór i silną wolę, a ogon węża tajemniczość i 

spryt. To oznacza, że jeśli cokolwiek zrobisz, żeby go zniszczyć, on i tak 

zwycięży.

Wpatrzyłam się w znak, czując, jak wszystko mi się przewraca w żołądku.

-  Nie tym razem.

-  Nie grzebałam w tym - powiedziała Cindy - ale sprawa już wyszła na 

jaw.   Wszyscy   sądzą,   że   morderstwa   są   powiązane.   Ten   symbol   jest 

kluczem, zgadza się? Pozwól* że ci podam drugą definicję chimery, jaką 

znalazłam: dziwaczny produkt wyobraźni. Pasuje, nie?

Kiwnęłam   głową   bez   słowa.   Z   powrotem   do   punktu   wyjścia. 

Zorganizowana przestępczość na tle rasowym. Może nawet Templariusze. 

Jak Mercer się o tym dowie, będziemy rozwalać każdą grupę, którą uda 

nam się znaleźć. W takim razie, skąd wziął się czarny zabójca? To nie 

miało najmniejszego sensu.

-  Nie jesteś na mnie wściekła, prawda? - spytała Cindy. Pokręciłam głową.

background image

-  Jasne, że nie. Czy twój wszechwiedzący nie powiedział ci przypadkiem, 

jak się udało zabić tą chimerę?

-     Powiedział,   że   wezwano   wielkiego   bohatera,   który   dosiadał 

skrzydlatego rumaka, i on odciął jej głowę. Dobrze jest mieć takich kumpli 

albo kumpelki w zasięgu ręki, nie? - Spojrzała na mnie poważnie. - Masz 

skrzydlatego konia, Lindsay?

-  Nie. - Pokręciłam głową. - Mam tylko psa.

ROZDZIAŁ 29

Claire spotkała mnie na parterze, kiedy wracałam z sałatką.

-  Dokąd się wybierasz? ~-spytałam.

Przyglądałam się jej ukradkiem. Miała na sobie modny ciemnoczerwony 

płaszcz, przez ramię przewiesiła skórzaną aktówkę na pasku.

-  Prawdę mówiąc, dó ciebie.

Na twarzy Claire gościł wyraz, który nauczyłam się rozpoznawać. Nic w 

rodzaju  samozadowolenia  czy  poczucia  własnej  ważności;   to  nie   w jej 

stylu. Raczej coś w niej lśniło, co łatwo było odczytać: Znalazłam coś 

istotnego, albo: Czasami sama siebie zadziwiam.

-  Jadłaś lunch? Zaśmiała się półgębkiem.

-  Lunch? Kto miałby czas na lunch? Od dziesiątej trzydzieści sterczałam 

nad mikroskopem po drugiej stronie zatoki. W twojej sprawie, nawiasem 

mówiąc. - Zajrzała do torebki, którą trzymałam w ręku, i rzuciła okiem na 

sałatkę z kurczaka z curry. - O, to wygląda kusząco.

Cofnęłam rękę.

-   To zależy. Od tego, z czym przychodzisz. Popchnęła mnie w stronę 

windy.

background image

-  Musiałam obiecać Teitlemanowi miejsca w parterowej loży na koncercie 

symfonicznym, żeby go udobruchać - odezwała się, kiedy weszłyśmy do 

mojego biura.

-  Możesz to uważać za szantażowanie Edmunda. Edmund był jej mężem, 

od sześciu lat grał na perkusji

w San Francisco Symphony Orchestra.   !

-   Wyślę do niego kartkę - powiedziałam, sadowiąc się za biurkiem. - 

Może uda mi się zdobyć bilety na mecz Giantsów.

Wyjęłam z torebki lunch.

-    Pozwolisz?  - zapytała, wymachując plastikowym widel-czykiem nad 

moją sałatką. - Chronienie twojego tyłka to ciężka harówa.

Odsunęłam pojemniczek z jedzeniem.

-     Jak  już  mówiłam,   to   zależy   od  tego,   co   dla   mnie   masz.   Claire   bez 

zastanowienia nabiła kawałek kurczaka na widelec.

-     To   nie   trzymało   się   kupy,   prawda,   żeby   czarnoskóry   mężczyzna 

popełniał tego typu przestępstwo przeciw kobiecie ze swojej rasy?

-  Zgadza się. - Popchnęłam pojemniczek w jej stronę. -' Co znalazłaś?

-  W większości było tak, jak mówiłaś: Żadne z otarć czy

zadrapań nie sugerowało użycia siły. Ale pod paznokciami ofiary były te 

niezwykłe   fragmenty   naskórka.   Wzięliśmy   je   więc   pod   lupę. 

Zobaczyliśmy   typ   skóry   o   dużej   zawartości   pigmentu.   Jak   to   ujęto   w 

raporcie, „właściwy rasie innej niż biała". Te próbki właśnie są poddawane 

badaniu histopatologicznemu.

-  Więc chcesz powiedzieć - naciskałam - że osobnik, który zamordował tę 

kobietę, był czarny?

Claire   pochyliła   się   i   wydłubała   spod   mojego   widelca   ostatni   kawałek 

background image

kurczaka.

-  Na pierwszy rzut oka wydawało się, że tak. Jeśli nie Afroamerykanin, to 

Latynos albo Azjata. Teitleman był już skłonny przyjąć taką wersję, kiedy 

poprosiłam go o zrobienie jeszcze jednego testu. Czy kiedyś ci mówiłam - 

spojrzała na mnie, szeroko otwierając brązowe oczy - że miałam praktykę 

z patodermatologii w Moffitt?

-  Nie.

Popatrzyłam na nią z uśmiechem i pokręciłam głową. Była taka dobra w 

tym, czym się zajmowała!

-   Nie? - Wzruszyła ramionami. - Nie wiem, jak to przeoczyłyśmy. W 

każdym razie, mówiąc najprościej, w laboratorium powinni sprawdzić, czy 

hyperpigmentacja jest wewnątrzkomórkowa, jak w melanocytach, które są 

ciemnymi,   pigmen-tacyjnymi   komórkami   znacznie   bardziej 

skoncentrowanymi u rasy niebiałej, czy zewnątrzkomórkowa... w tkance, 

bardziej na powierzchni skóry.

-  Prościej, Claire. Czy sprawca był biały, czy czarny?

-   Melanocyty - mówiła dalej, jakby nie słyszała pytania -są ciemnymi 

komórkami   skórnymi,   występującymi   masowo   u   ludzi   o   tym   kolorze 

skóry. - Podwinęła rękaw. - Tutaj widzisz przykład. Ale kłopot w tym, że w 

próbkach znalezionych pod paznokciami  pani Chipman nie było takich 

komórek. Cały pigment był zewnątrzkomórkowy... tylko na powierzchni. 

W dodatku barwnik koloru niebieskiego, co nie zdarza się w naturalnie 

występującej   melaninie.   Każdy   szanujący   się   dermatolog   byłby   to 

wychwycił.

-  Ale co, Claire? - zapytałam, spoglądając na jej zadowolony uśmieszek.

- To, że mężczyzna, który popełnił ten okropny czyn, nie był czarny, tylko 

background image

biały, ze skórą zabarwioną tylko na powierzchni. Atrament, Lindsay. Ta 

biedna kobieta zatopiła paznokcie w tatuażu zabójcy.

ROZDZIAŁ 30

Odkrycie   Claire   podtrzymało   mnie   na   duchu.   To   było   coś,   czego 

potrzebowałam. Zapukała Karen i wręczyła mi teczkę.

- Od Simone Clark.

To były akta, o które prosiłam. Edward R. Chipman.

Wyjęłam je z teczki i zaczęłam czytać.

Chipman był policjantem z ulicznego patrolu w centralnym obwodzie, na 

emeryturę przeszedł w 1994 roku, w randze sierżanta. Dwukrotnie został 

nagrodzony za odwagę na służbie.

Popatrzyłam na jego fotografię. Wąska twarz o ostrych rysach, fryzura 

afro, modna w latach sześćdziesiątych. Zdjęcie zrobiono prawdopodobnie 

w   dniu   przyjęcia   do   służby.   Przejrzałam   resztę   zawartości   teczki.   Co 

sprawiło, że ktoś chciał zamordować wdowę po tym człowieku? Nigdy nie 

ukarano   go   nawet   najdrobniejszą   naganą   za   nadużywanie   środków 

przymusu osobistego albo coś w tym rodzaju. Przez trzydzieści lat pracy 

nigdy   nie   użył   broni.   Należał   do   Oddziału   Szybkiego   Reagowania   na 

osiedlu   Portrero   Hill   i   był   członkiem   mniejszościowej   organizacji 

Oficerowie   dla   Sprawiedliwości,   która   lobbingowała   i   promowała 

czarnych   funkcjonariuszy.   Zawodowa   kariera   Chipmana,   tak   jak 

większości   policjantów,   nie   obfitowała   w   szczególne   wydarzenia, 

przebiegała gładko, bez kłopotów, bez krytyki i publicznego rozgłosu. Nic 

nie   sugerowało   najdalszego   nawet   związku   z  Ta-shą   Catchings   czy   jej 

wujem, Kevinem Smithem.

Czy przypadkiem nie uległam autosugestii? Czy rzeczywiście miałam do 

background image

czynienia z seryjnym przestępcą? Może tylko stworzyłam zgrabną teorię i 

teraz na siłę usiłuję dopasować do niej fakty? Moje zmysły mówiły jednak 

coś innego: Wiem, że coś tu jest. Naprzód, Lindsay.

Nagłe pukanie do drzwi przywróciło mi poczucie rzeczywistości. Lorraine 

Staford.

-  Ma pani chwilkę czasu, poruczniku?

Poprosiłam,   żeby   weszła.   Skradziona   furgonetka,   poinformowała   mnie, 

należała do niejakiego Renalda Stasica. Uczył antropologii w społecznym 

college'u w Mountain View.

-     Najwyraźniej   van   został   skradziony   z   parkingu   pod   szkołą.   Nie 

zgłoszono tego policji od razu, bo właściciel był w tym czasie w Seattle.

-  Czy ktoś wiedział o tym, że zamierza wyjechać? Lorraine sprawdziła w 

notatkach.

-   Jego żona. Dyrektor college'u. Stasic uczy w dwóch klasach, ponadto 

udziela korepetycji uczniom z innych okolicznych szkół.

-   Czy żaden z uczniów nie interesował się vanem albo tym, gdzie on 

parkuje?

Uśmiechnęła się krzywo.

-  On powiedział, że połowa tych dzieciaków przyjeżdża na zajęcia bmw 

albo saabami. Dlaczego mieliby się interesować sześcioletnią furgonetką?

-  A co z tą nalepką na zderzaku?

Nie   miałam   pojęcia,   czy   Stasic   miał   coś   wspólnego   z   naszymi 

morderstwami, ale na zderzaku jego samochodu widniał ten sam symbol, 

który znalazłam w piwnicy w Oakland.

Lorraine wzruszyła ramionami.

-   Utrzymuje, że nigdy wcześniej go nie widział. Powiedziałam, że chcę 

background image

sprawdzić   jego   wersję,   i   spytałam,   czy   miałby   coś   przeciwko   użyciu 

wykrywacza kłamstw. Odparł, że daje mi wolną rękę.

-     Lepiej   sprawdź,   czy   któryś   z   jego   przyjaciół   albo   studentów   ma 

osobliwe poglądy polityczne.

Skinęła głową.

-  Sprawdzę, ale ten gość jest absolutnie w porządku, Lindsay. Po prostu aż 

wyłaził ze skóry, żeby nam pomóc.

Kiedy   popołudnie   miało   się   ku   końcowi,   ogarnęło   mnie   niewyraźne 

przeczucie, że znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Byłam przekonana, że 

chodzi o seryjnego mordercę, a naszą

jedyną szansą był facet z chimerą wyhaftowaną na plecach kamizelki.

Nagle zaskoczył mnie dźwięk telefonu. Dzwonił Jacobi.

-   Niedobre wieści, poruczniku. Sterczymy cały dzień przed tą zasraną 

Niebieską Papugą. Kompletnie nic. Zdołaliśmy wyciągnąć z barmana, że 

ci   kolesie,   których   szukamy,   to   już   historia.   Rozeszli   się   pięć,   sześć 

miesięcy   temu.   Największy   osiłek,   jakiego   dziś   widzieliśmy,   to   jakiś 

ciężarowiec w koszulce z napisem Rock Rules.

-  Co masz na myśli, mówiąc, że się rozeszli?

-  Pośpieszną przeprowadzkę. Gdzieś na południe. Według barmana jeden 

z tych, co mieli zwyczaj tu się pętać, pokazuje się od czasu do czasu. Jakiś 

rudowłosy   koleś,   czasem   pojawia   się   też   drugi,   ale   wpadają   tylko   na 

chwilę i zaraz znikają.

-  Siedźcie tam dalej. Znajdźcie mi tego rudowłosego.

Teraz, kiedy sprawa furgonetki utkwiła w martwym punkcie, symbol pół 

lwa, pół kozła był jedyną nicią łączącą obie ofiary.

-  Siedzieć tutaj? - Jacobi jęknął. - Jak długo? Możemy tu sterczeć wieki!

background image

-  Podeślę wam czystą bieliznę - odpowiedziałam i odłożyłam słuchawkę.

Przez chwilę po prostu siedziałam, kołysząc się na krześle. Czułam, jak 

ogarnia mnie lęk. Minęły trzy dni od śmierci Tashy Catchings, a trzy dni 

wcześniej zginęła Estelle Chipman.

Nie miałam nic. Żadnych wskazówek, tylko to, co pozostawił morderca. 

Tę przeklętą chimerę.

I   świadomość,   że   seryjni   zabijają.   Nie   przestają   zabijać,   dopóki   są   na 

wolności.

ROZDZIAŁ 31

Art Davidson, sierżant z policyjnego patrolu, natychmiast odpowiedział na 

wezwanie. „Zakłócanie spokoju publicznego, przemoc w rodzinie. Seventh 

Street 303, na górze. Najbliższy patrol, proszę się zgłosić".

On i jego partner, Gil Herrera, znajdowali.się zaledwie cztery przecznice 

dalej, na Bryant. Była prawie ósma; kończyli służbę za dziesięć minut.

-  Chcesz się tym zająć, Gil? - spytał Davidson, spoglądając na zegarek.

Jego partner wzruszył ramionami.

-  To było do ciebie, Artie. Jesteś jedyny na takie dzikie imprezy.

Dzikie imprezy. Dziś były siódme urodziny jego córeczki, Audry. W czasie 

przerwy   zadzwonił   do   domu   i   Carol   powiedziała,   że   jeśli   on   zdąży 

dojechać po służbie do dziewiątej trzydzieści, ona poczeka z położeniem 

Audry   spać,   żeby   mógł   wręczyć   jej   prezent   -   lusterko   do   makijażu   z 

podobizną   Britney   Spears,   które   sam   wybrał.   Davidson   miał   pięcioro 

dzieci; były dla niego wszystkim.

-  Do diabła - wzruszył ramionami - za to nam płacą tę kupę szmalu, no 

nie?

background image

Włączyli syrenę i w ciągu mniej niż minuty zatrzymali radiowóz przed 

ponurym   wejściem   do   rozsypującego   się   budynku   pod   numerem   303, 

gdzie nad drzwiami frontowymi wisiała tabliczka z nazwą nieistniejącego 

już Driscoll Hotel.

-   Ktoś jeszcze nocuje w tym śmietniku? - westchnął Herrera. - Kto, u 

diabła, może tu mieszkać?

Z   pałkami   i   mocnymi   latarkami   w   dłoniach   podeszli   do   drzwi 

wejściowych.   Davidson   otworzył   je   na   oścież.   Wewnątrz   śmierdziało 

odchodami, moczem i chyba szczurami.

-  Hej, jest tu ktoś? - zawołał. - Policja!

Nagle gdzieś z góry doleciał ich krzyk. Odgłosy jakiejś

awantury.

-  Tam - powiedział Herrera i skoczył w kierunku schodów.

Davidson pobiegł za nim.

Na   pierwszym   piętrze   Herrera   ruszył   wzdłuż   korytarza,   oświetlając   po 

kolei wszystkie drzwi.

-  Policja!

Będący   jeszcze   na   klatce   schodowej   Davidson   znowu   usłyszał   głosy   - 

nerwowe, podekscytowane. Trzask, jakby coś się

stłukło.   Hałas   rozlegał   się   nad   jego   głową.   Nie   czekając   na   partnera, 

pobiegł dwa piętra wyżej.

Odgłosy przybierały na sile. Davidson stanął przed zamkniętymi drzwiami 

mieszkania numer 42.

-  Suka! - wrzeszczał ktoś.

Brzęk tłuczonego talerza. Kobiecy głos błagał:

-     Zatrzymajcie   go,   on   mnie   zabije!   Proszę...   Niech   mi   ktoś   pomoże! 

background image

Proszę!

-     Policja!   -   krzyknął   Davidson   i   wyciągnął   pistolet.   -   Her-rera,   tutaj! 

Szybko!

Całym ciężarem ciała naparł na drzwi, które stanęły otworem, prawie nie 

stawiając   oporu.   Ciemnawy   przedpokój...   W   dalszej   części   mieszkania 

widać   było   światło   i   stamtąd   właśnie   dobiegały   odgłosy   sprzeczki.:. 

Bliżej... Krzyk!

Art   Davidson   odbezpieczył   broń   i   wtargnął   do   pokoju.   Ku   swojemu 

zaskoczeniu nie zastał tam nikogo.

Z   nieosłoniętej   żarówki   wiszącej   u   sufitu   padało   przyćmione,   żółtawe 

światło.   Na   środku   stało   metalowe   krzesło   z   ogromnym,   przenośnym 

magnetofonem. Z głośników dobiegały podniesione głosy.

Usłyszał te same słowa.

-  Powstrzymajcie go, on chce mnie zabić!

'.- Co jest, do cholery? - Davidson rozejrzał się z niedowierzaniem.

Podszedł do radiomagnetofonu, przyklęknął i wyłączył zasilanie. Odgłosy 

kłótni umilkły.

-  Co to ma być, do kurwy nędzy...? - wymamrotał - Ktoś sobie robi jaja.

Rozejrzał   się   po   pokoju.   Wyglądało   na   to,   że   nikt   tu   chwilowo   nie 

mieszka. Jego wzrok powędrował w stronę okna i dalej, w poprzek alei, do 

budynku naprzeciwko. Wydało mu się, że coś zobaczył. Co to było?

Ping...

Kątem oka zauważył minimalny żółty błysk, tak szybki, jak pstryknięcie 

palcami, jak mignięcie świętojańskiego robaczka na tle nocnego nieba.

A potem szyba rozprysła się W drobny mak i tępy ból eksplodował w 

prawym oku Davidsona. Umarł, zanim jego ciało dotknęło podłogi.

background image

ROZDZIAŁ 32

Właśnie dojeżdżałam do domu, kiedy rozległ się komunikat alarmowy:

-     Wszystkie   wolne   jednostki   kierować   się   na   Seventh   Street   303,   w 

pobliżu Towsend! 1-0-6... funkcjonariusz w niebezpieczeństwie.

Zjechałam na pobocze i słuchałam dalszych komunikatów.

-  Karetka wezwana na miejsce, dowódca okręgu powiadomiony.

Krótka,   pośpieszna   wymiana   zdań   przekonała   mnie,   że   sytuacja   jest 

krytyczna.

Poczułam, jak włosy stają mi dęba. To był atak z ukrycia, strzał z dużej 

odległości. Podobnie jak w La Salle Heights. Wrzuciłam bieg, zawróciłam 

ostro, wypadłam na Third Street i skierowałam się do centrum.

Kiedy zatrzymałam samochód cztery przecznice od Towsend i Seventh, 

dookoła   panował   całkowity   chaos.   Biało-nie-bieskie   barierki,   migające 

światła,   wokół   pełno   mundurów.   W   nocnym   powietrzu   rozlegało   się 

trzeszczenie dobiegające z głośników.

Pojechałam prosto, trzymając w otwartym oknie mój identyfikator, aż w 

końcu utknęłam na dobre. Zostawiłam samochód i popędziłam w kierunku 

największego   zamieszania.   Złapałam   pierwszego   policjanta,   który   się 

nawinął.

-  Kto to jest? Wiesz?

-     Funkcjonariusz   z   patrolu   -   odpowiedział.   -   Z   okręgu   centralnego. 

Davidson.

O, cholera...

Serce zamarło mi na chwilę, poczułam, jak robi mi się niedobrze. Znałam 

Artiego Davidsona. Razem byliśmy w Akademii. Był dobrym gliniarzem, 

background image

dobrym chłopakiem. Zresztą, jakie to ma znaczenie, że go znałam?

Następna fala mdłości. Art Davidson był Murzynem!

Przecisnęłam się przez tłum w stronę zniszczonego domu, gdzie stało kilka 

karetek.   Wpadłam   prosto   na   szefa   detektywów   Sama   Ryana,   który 

wychodził   właśnie   z   budynku   z   krótkofalówką   przyciśniętą   do   ucha. 

Odciągnęłam go na bok.

-  Sam, słyszałam, że to Art Davidson... Jest jakaś szansa...?

-     Szansa?   Został   tutaj   zwabiony,   Lindsay.   Strzał   z   karabinu   prosto   w 

głowę. Wygląda na to, że tylko jeden.

Stałam z boku, coraz głośniejszy jęk rozlegał się we wnętrzu mojej głowy, 

jakby   jakiś   nieznany   strach   ujawnił   swoje   oblicze   tylko   przede   mną. 

Byłam pewna, że to oń. Chimera. Morderstwo numer trzy. Tym razem 

wystarczył mu jeden strzał.

Machnęłam   odznaką   przed   nosem   policjantom   pilnującym   wejścia   i 

wbiegłam   do   zaniedbanego   budynku.   Właśnie   schodzili   sanitariusze. 

Minęłam ich. Miałam wrażenie, że moje nogi są z ołowiu, ledwo mogłam 

oddychać.

Na   podeście   trzeciego   piętra   jakiś   gliniarz   w   mundurze   prawie   mnie 

przewrócił.

-     Schodzimy!   Wszyscy   z   drogi!   -   wykrzykiwał.   Pojawiła   się   para 

sanitariuszy i jeszcze dwóch policjantów

z noszami. Nie mogłam odwrócić głowy.

-  Zatrzymajcie się - poprosiłam.

Tak,   to   był   Davidson.   Ciągle   miał   otwarte   oczy.   Szkarłat   wypełniał 

maleńki otwór nad prawą gałką oczną. Wszystkie moje nerwy napięły się 

jak postronki. Przypomniałam sobie, że miał dzieci. Czy te zbrodnie mają 

background image

coś wspólnego z dziećmi?

-  O Jezu, Art... - wyszeptałam.

Zmusiłam się, żeby obejrzeć ciało, ranę po pocisku. W końcu dotknęłam 

jego czoła.

-  Możecie go zabrać - powiedziałam wreszcie. Cholera. Jakoś udało mi się 

wejść na następne piętro. Obok otwartych

drzwi   zgromadziła   się   grupa   podenerwowanych   detektywów   w   cywilu. 

Zobaczyłam   wychodzącego   Pete'a   Starchera,   byłego   funkcjonariusza 

wydziału zabójstw. Podeszłam do niego.

-  Pete, co, do diabła, się tutaj stało?

Starcher   zawsze   patrzył   na   mnie   krzywo.   Był-klasycznym   przykładem 

cynicznego służbisty starej daty.

-  Ma pani tu jakiś interes, poruczniku?

-  Znałam Arta Davidsona. Chodziliśmy razem do szkoły. Nie chciałam, by 

zaczął podejrzewać, dlaczego naprawdę

tu przyjechałam.

Przez   chwilę   próbował  kluczyć,  ale  w  końcu  opowiedział  mi  krótko   o 

zajściu. Dwóch funkcjonariuszy z patrolu odpowiedziało na wezwanie z 

tego   budynku.   Okazało   się,   że   w   mieszkaniu   był   tylko   magnetofon. 

Wszystko zostało starannie zaplanowane.

-  Jakiś sukinsyn chciał zabić gliniarza. I udało mu się. Czułam, jak całe 

ciało mi drętwieje. Byłam pewna, że to o n.

-  Pójdę się rozejrzeć.

Wewnątrz było tak, jak mówił Starcher. Strasznie, dziwacznie, nierealnie. 

Duży   pokój   był   pusty.   Ze   ścian   zwisały   płaty   odrapanej   farby. 

Zdrętwiałam, kiedy weszłam do przyległego pokoju. Zobaczyłam ogromną 

background image

plamę krwi, która wsiąkła już częściowo w podłogę; na ścianie krwawe 

rozbryzgi,   w   miejscu,   gdzie   prawdopodobnie   utkwił   pocisk.   Biedny 

Davidson. Magnetofon stał na składanym krześle pośrodku pokoju.

Popatrzyłam na okno, na zwisającą ramę ze strzaskanym szkłem.

Nagle wszystko stało się jasne. W mojej piersi utworzył się sopel lodu.

Podeszłam do otwartego okna, wychyliłam się na zewnątrz i spojrzałam na 

drugą stronę ulicy. Ani śladu Chimery czy kogokolwiek innego. Mimo to 

wiedziałam... Wiedziałam, bo on mi to powiedział - strzałem, wyborem 

ofiary. Chciał, żebyśmy wiedzieli, że to on.

ROZDZIAŁ 33

- To był on, prawda, Lindsay?

Dzwoniła   Cindy.   Było   po   jedenastej.   Próbowałam   pozbierać   myśli   po 

zwariowanym, strasznym wieczorze. Właśnie

wróciłyśmy   z   Marthą   z   późnego   spaceru/Marzyłam   o   tym,   by   wziąć 

gorący  prysznic i jak najszybciej wymazać z pamięci widok ciała Arta 

Davidsona.

-  Musisz mi powiedzieć! To był ten sam facet, Chimera. Zgadza się?

Rzuciłam się na łóżko.

-  Nie wiadomo. Na miejscu niczego nie znaleźliśmy.

-  Ale ty wiesz, Lindsay. I ja wiem, że ty wiesz. Obie wiemy, że to on.

Chciałam, żeby dała mi święty spokój i żebym mogła zwinąć się w kłębek 

na łóżku.

-  Niczego nie wiem - powiedziałam zmęczonym głosem. - Możliwe.

-  Jaki był kaliber broni? Taki sam, jak w wypadku Catch-ings?

-  Proszę, Cindy, nie baw się ze mną w detektywa. Znałam tego chłopaka. 

background image

Jego partner powiedział, że dziś były siódme urodziny jego dziecka. Miał 

ich pięcioro.

-   Przepraszam, Lindsay. - Cindy  w końcu zmieniła ton. -Po prostu to 

wygląda tak, jak poprzednio. Strzał, którego nie mógł oddać nikt inny.

Siedziałyśmy przez chwilę każda przy swoim telefonie, nic nie mówiąc. 

Miała rację i ja o tym wiedziałam. W końcu się odezwała.

-  Więc masz następnego, prawda, Lindsay?

Nie   odpowiedziałam,   ale   doskonale   wiedziałam,   co   chce   przez   to 

powiedzieć.

-   Następnego seryjnego zabójcę. Wyborowego strzelca, mordującego z 

zimną krwią. Takiego, który wybiera za cel Murzynów.

-  Nie tylko - westchnęłam.

-  Nie tylko...? - Cindy milczała chwilę, a potem zaczęła szybko mówić: - 

Reporter kryminalny z Oakland słyszał przecieki z tamtejszego wydziału 

zabójstw. O wdowie po Chipma-nie. Jej mąż był policjantem. Najpierw 

wuj Tashy, potem ona. Teraz Davidson jako trzeci. O Jezu, Lindsay!

-  To musi zostać między nami. Proszę, Cindy. Teraz muszę iść spać. Nie 

wyobrażasz sobie, jakie to dla nas ciężkie.

-  Pozwól sobie pomóc, Lindsay. Wszystkie chcemy ci pomóc.

-  Wiem, Cindy. I bardzo tego potrzebuję. Naprawdę.

ROZDZIAŁ 34

Myślałam o czymś przez całą noc. Morderca zadzwonił pod 911.

To była pierwsza sprawa, jaką zajęłam się rano. Dyżur w dyspozytorni 

miała Lila McKendree. Tak samo jak wtedy, kiedy nadeszło wezwanie dla 

Davidsona.

background image

Lila   była   przysadzistą   kobietą   o   różowych   policzkach,   skłonną   do 

uśmiechu,   nikt   jednak   nie   dorównywał   jej   profesjonalizmem.   Niczym 

kontroler ruchu lotniczego potrafiła zawsze na zimno ocenić sytuację.

Przyniosła   kasetę   z   zarejestrowanymi   wezwaniami   pod   911.   Wszyscy 

obecni   stłoczyli   się   dookoła,   nawet   Cappy   i   Jacobi.   Za   chwilę   mieli 

wyruszyć w drogę powrotną do

Vallejo.

-     Uwaga!   -   powiedziała   Lila   i   nacisnęła   klawisz.   Za   kilka   sekund 

poznamy głos mordercy.

-  Tu numer 911, policja San Francisco - usłyszeliśmy głos dyspozytorki.

W pokoju odpraw wszyscy wstrzymali .oddech.

-  Dzwonię w sprawie zakłócania spokoju... Jakiś gość robi sobie z żony 

worek treningowy -odezwał się podenerwowany męski głos.

-   Rozumiem - odpowiedziała dyspozytorka. - Skąd pan dzwoni? Gdzie 

jest ta awantura?

Jakiś   hałas,   telewizor   albo   odgłosy   z   ulicy   w   tle   sprawiły,   że   ledwo 

słyszeliśmy.

-  Seventh 303. Trzecie piętro. Tylko proszę się pośpieszyć, bo to zaczyna 

kiepsko wyglądać.

-  Powiedział pan: Seyenth 303?

-  Tak jest - potwierdził morderca.

-  A pan się nazywa... - pytała dalej dyspozytorka.

-  Nazywam się Reffon. Billy Reffon. Mieszkam na dole. Niech się pani 

pospieszy!

Popatrzyliśmy   po   sobie   z   niedowierzaniem.   Morderca   podał   nazwisko? 

Jezu!

background image

-  Proszę pana - znów głos dyspozytorki. - Czy słyszy pan może, co tam 

się teraz dzieje?

-   Z tego, co tu do mnie dociera, wynika, że chyba jakiś skurwiel katuje 

swoją żonę - odpowiedział.

-  Rozumiem, proszę pana. Czy uważa pan, że doszło do użycia przemocy 

fizycznej?

-  Nie jestem lekarzem, proszę pani. Chcę tylko spełnić swój obowiązek. 

Proszę po prostu kogoś tu przysłać!

-  Dobrze, panie Reffon. Zawiadomię patrol. Proszę wyjść przed budynek i 

czekać na policjantów, za chwilę tam będą.

-  Tylko niech się pani pośpieszy, bo wygląda na to, że za chwilę poleje się 

krew.

Po zakończeniu rozmowy następowało nagranie poleceń dyspozytorki dla 

najbliższego patrolu.

-     Dzwonił   z   komórki   -   powiedziała   Lifa,   wzruszając   szerokimi 

ramionami. - Teraz zaczyna się powtórka.

Tym   razem   skoncentrowałam   się   na   tym,   co   mogło   mi   powiedzieć 

brzmienie głosu mordercy.

-   Dzwonię w sprawie zakłócania spokoju... - Głos był zaniepokojony, 

nerwowy, ale równocześnie zimny jak lód.

-   Ten facet jest pioruńsko dobrym aktorem - powiedział rozdrażnionym 

tonem Jacobi.

-  Nazywam się Reffon. Billy Reffon.

Zacisnęłam dłonie na oparciu krzesła, słuchając instrukcji dyspozytorki, 

wydawanych   w   dobrej   wierze.   „Proszę   wyjść   z   budynku   i   czekać   na 

policjantów.   Zaraz   tam   będą".   Cały   ten   czas   siedział   za   teleskopowym 

background image

celownikiem karabinu i czekał, aż pojawią się jego ofiary.

Tylko niech się pani pośpieszy... Wygląda na to, że za chwilę poleje się 

krew...

Wysłuchaliśmy taśmy jeszcze raz.

Teraz w jego głosie usłyszałam oszukańczy brak zainteresowania. Nie było 

śladu   niepewności   czy   wyrzutów   sumienia   związanych   z   tym,   co 

zamierzał zrobić. W ostatnim zdaniu odkryłam nawet cień ponurego żartu. 

Szybko... Wygląda na to, że poleje się krew.

- To wszystko, co mam - powiedziała Lila McKendree. - Głos mordercy.

ROZDZIAŁ 35

Zabójstwo Davidsona zmieniło wszystko.

Pogrubiony nagłówek w „Chronicie" krzyczał: „Zamordowany policjant 

trzecią ofiarą szaleńczego terroru". Artykuł na pierwszej stronie, z notką 

Cindy, przypominał o niezwykle celnych strzałach z dużej odległości i o 

symbolu, używanym przez aktywne grupy przestępcze, znalezionym na 

miejscach zbrodni.

Poszłam   do   naszego   laboratorium   i   znalazłam   Charliego   Clappera, 

zwiniętego za metalowym blatem, w roboczym fartuchu, zajadającego na 

śniadanie chipsy Doritos. Jego siwiejące włosy były tłuste i potargane, a 

oczy podkrążone i zapadnięte.

-  W tym tygodniu spałem na tym blacie dwa razy - poskarżył się. - Czy 

nikt więcej już nie zginął?

-     Nie   wiem,   czy   uwierzysz,   ale   ja   ostatnio   też   nie   mam   czasu   na 

pielęgnację urody. - Wzruszyłam ramionami. - Dalej, Charlie. Muszę coś 

mieć w sprawie Davidsona. Ten skurczybyk zaczął strzelać do naszych 

background image

chłopców.

-   Wiem. - Korpulentny laborant westchnął. Wyprostował się z trudem i 

poczłapał w stronę blatu. Podniósł małą plastykową torebkę zamykaną na 

suwak z ciemnym, spłaszczonym pociskiem w środku. - To dla ciebie, 

Lindsay. Wyjęty ze ściany za miejscem, gdzie upadł Art Davidson. Jeden 

strzał i koniec. Pogadaj o tym z Claire, jeśli masz ochotę. Ten sukinsyn 

zdecydowanie potrafi strzelać.

Podniosłam łuskę i starałam się odczytać napis,

-   Kaliber czterdzieści - podpowiedział Clapper. - Na pierwszy rzut oka 

wiedziałem, że to PGS-1.

Zmarszczyłam brwi.

-  Jesteś pewien, Charlie?

Tasha Catchings została zastrzelona z M-16.

-     Zapraszam   na   moje   miejsce.   -   Wskazał   w   kierunku   mikroskopu.   - 

Wygląda na to, że balistyka to twoje hobby.

-  Nie o to chodzi, Charlie. Po prostu miałam nadzieję, że znajdę związek 

ze sprawą Catchings.

-  Reese ciągle jeszcze nad tym pracuje - powiedział, sięgając do torebki z 

chipsami. - Ale na twoim miejscu nie robiłbym sobie zbyt dużych nadziei. 

Ten   facet   lubi   czystą   robotę.   Jak   tam   w   kościele.   Żadnych   odcisków, 

żadnych   śladów.   Zwykły   magnetofon,   mógł   zostać   kupiony   wszędzie. 

Włączony   pilotem.   Nawet   przeszliśmy   się   po   tamtym   budynku   drogą, 

którą, naszym zdaniem, musiał iść, i zebraliśmy każdy pyłek od poręczy 

do klamek w oknach. I znaleźliśmy tylko jedno...

-  Co?

Podszedł do stołu laboratoryjnego.

background image

-   Częściowe odciski butów. Zdjęte z dachu, z miejsca, skąd padł strzał. 

Wygląda to na zwykłe obuwie, ale znaleźliśmy  śladowe ilości jakiegoś 

proszku. Oczywiście, nie gwarantuję, że ma to coś wspólnego z mordercą.

-  Proszku?

-  Talk. To zawęża sprawę do jakichś pięćdziesięciu milionów możliwości. 

Nawet jeżeli ten gość podpisuje swoje dzieła, to starannie ukrywa podpis.

-  On się podpisał, Charlie - powiedziałam z pełnym przekonaniem. - Jego 

podpis to strzał.

-  Wysyłamy taśmę z nagraniem do speców od rozpoznawania głosu. Dam 

ci znać, jak będą wyniki.

Pogłaskałam go po ręce.

-  Idź się trochę przespać, Charlie. Znowu sięgnął po torebkę z chipsami.

-  Jasne, że pójdę. Jak tylko skończę śniadanie.

ROZDZIAŁ 36

Wróciłam do biura rozczarowana i usiadłam za biurkiem. Musiałam się 

dowiedzieć   czegoś   więcej   o   Chimerze.   Właśnie   wzięłam   do   ręki 

słuchawkę, żeby zadzwonić do Stu Kirkwooda z wydziału przestępczości 

zorganizowanej,   kiedy   w   drzwiach   pokoju   odpraw   pojawili   się   trzej 

mężczyźni

 

w

 

ciemnych

 

garniturach. 

" * ,.

Jednym z nich był Mercer. To mnie nie zdziwiło. Brał udział w porannym 

talk-show, apelując o zachowanie spokoju. Wiedziałam, że odpowiadanie 

na   trudne   pytania   bez   zaplecza   w   postaci   konkretnych   postępów   w 

śledztwie musiało być dla niego ciężkim zadaniem.

Drugiego, który zjawił się w towarzystwie swojego rzecznika prasowego, 

background image

przez siedem lat pracy nigdy nie widziałam na naszym piętrze.

Burmistrz San Francisco.

-  Nie życzę sobie żadnych bzdur - odezwał się Art Fer-nandez, od dwóch 

kadencji najważniejsza figura w mieście. -Nie chcę wysłuchiwać niczego o 

standardowej ochronie funkcjonariuszy ani bezsensownych zapewnień o 

panowaniu nad sytuacją.

Patrzył to na mnie, to na Mercera.

-   Życzę sobie jasnej i wyraźnej odpowiedzi. Czy wiadomo już, z czym 

mamy do czynienia?

Staliśmy stłoczeni w moim maleńkim biurze. Za przeszklonymi ścianami 

widziałam obserwujące nas oczy moich współpracowników. Pogrzebałam 

pod biurkiem, czekając, aż serce zacznie mi znów bić normalnie.

-  Nie - przyznałam.

-     Więc   Vernon   Jones   miał   rację   -   powiedział,   opadając   na   krzesło 

naprzeciwko   biurka.   -   Mamy   do   czynienia   z   niekontrolowaną   serią 

morderstw na tle rasowym, z którą policja nie potrafi się uporać. Może 

FBI sobie poradzi.

-  Nie, to nie tak! - zawołałam.

-     Co   nie   tak?   -   Uniósł   brwi   i   spojrzał   na   Mercera.   -   Czy   coś   źle 

zrozumiałem? Na dwóch miejscach zbrodni znaleźliście

znak   grupy   przestępczej,   tę   chimerę.   Nasz   koroner   jest   przekonany,   że 

mała Catchings zginęła, ponieważ ten szaleniec właśnie ją chciał zabić.

-   Porucznik chce powiedzieć - przerwał mu Mercer - że być może nie 

mamy do czynienia ze zwykłym przestępstwem na tle rasowym.

Czułam w gardle kłąb waty. Przełknęłam ślinę.

-  Sądzę, że to ma głębsze podłoże.

background image

-     Głębsze,  poruczniku  Boxer?  Więc  z  czym,  pani  zdaniem,  mamy  do 

czynienia?

Spojrzałam Fernandezowi prosto w oczy.

-  Wydaje mi się, że chodzi o osobistą wendetę. Możliwe, że to pojedynczy 

zamachowiec, który podszywa się pod metody działania zorganizowanych 

grup występujących przeciwko mniejszościom rasowym.

-     Wendeta,   mówi   pani   -   wtrącił   Carr,   współpracownik   burmistrza.   - 

Wendeta   przeciwko   czarnym,   a   nie   przestępstwo   na   tle   rasowym. 

Przeciwko czarnym dzieciom i wdowom... ale bez tła rasowego?

-   Przeciwko czarnym policjantom - powiedziałam. Oczy burmistrza się 

zwęziły.

-  Proszę mówić dalej.

Wyjaśniłam,   że   zarówno   Tasha   Catchings,   jak   i   Estelle   Chipman   były 

spokrewnione z policjantami.

-  Muszą być jeszcze inne zależności, chociaż na razie nie udało nam się 

tego   ustalić.   Morderca   niczego   nie   robi   przypadkowo,   widać   to   po 

wskazówkach, jakie  zostawia. Nie wierzę, żeby  ktoś związany  z grupą 

przestępczą zostawiał znak na miejscu zbrodni. Furgonetka, mały rysunek 

w piwnicy Chipman, ten arogancki telefon pod 911. Nie sądzę, że jest to 

ciąg zabójstw na tle rasowym. To zemsta - wyrachowana, osobista.

Burmistrz spojrzał na Mercera.

-  Zgadzasz się z tą teorią, Earl?

-  No cóż, tak - Mercer uśmiechnął się blado.

-   A ja nie - odezwał się Carr. - Moim zdaniem wszystko wskazuje na 

zabójstwa z powodów rasowych.

W zatłoczonym pokoiku zapadła cisza; miałam wrażenie, że temperatura 

background image

wzrosła do pięćdziesięciu stopni.

-   W takim razie mamy dwie możliwości - podsumował burmistrz. - Na 

podstawie   ustawy   o   Przestępstwach   Rasowych,   artykuł   czwarty,   mogę 

wezwać   FBI,   które,   jak   sądzę,   będzie   się   dokładnie   przyglądać 

podejrzanym organizacjom...

-  Oni nie mają bladego pojęcia, jak należy prowadzić cholerne śledztwo w 

sprawie zabójstwa! - zaprotestował Mercer.

-     Albo...   mogę   pozwolić   pani   porucznik   pracować   dalej.   Powiedz 

federalnym, że sami będziemy się tym zajmować -powiedział burmistrz.

Wytrzymałam jego spojrzenie.

-  Chodziłam do Akademii z Artem Davidsonem. Czy myśli pan, że panu 

bardziej zależy na schwytaniu jego zabójcy niż mnie?

-   - Więc proszę go złapać - odpowiedział i wstał. - Przynajmniej wiemy, z 

czym mamy do czynienia - dodał.

Przytaknęłam   z   ponurą   miną.   W   tej   samej   chwili   do   pokoju   wbiegła 

Lorraine.

-  Przepraszam, że przeszkadzam, poruczniku, ale to pilne. Jacobi dzwonił 

z   Vallejo.   Powiedział,   żeby   przygotować   przyjemne   i   schludne 

pomieszczenie dla ważnego gościa. Znaleźli motocyklistę z Niebieskiej 

Papugi. Znaleźli Rudego.

ROZDZIAŁ 37

Mniej więcej godzinę później Jacobi i Cappy weszli do pokoju odpraw. 

Popychali   przed   sobą   ogromnego,   rudowłosego   faceta   o   wyglądzie 

motocyklisty. Miał ręce wykręcone do tyłu i skute kajdankami.

- Spójrz, kto postanowił złożyć nam wizytę - zażartował Jacobi.

background image

Rudowłosy pełnym buntu gestem wyszarpnął ręce z uścisku Cappy'ego, 

kiedy ten popchnął go w kierunku pokoju przesłuchań nr 1. Tam potknął 

się o drewniane krzesło i runął na podłogę.

-  Sorry, wielgasie. - Cappy wzruszył ramionami. - Chyba cię uprzedzałem, 

żebyś tu uważał.

-     Richard   Earl   Evans   -   zaanonsował   Jacobi.   -   Znany   też   jako   Rudy, 

Grzmot albo Książę. Nie obrażaj się, jeśli nie wstanie i nie poda ci ręki.

-  Czy to właśnie miałeś na myśli, mówiąc o braku kontaktu? - zapytałam z 

groźną   miną.   W   środku   jednak   bardzo   się   cieszyłam,   że   go   tu 

przyprowadzili.

-  Ten chłoptaś ma rejestr dokonań tak długi, że zaczyna się od Adama i 

Ewy. - Jacobi uśmiechnął się szeroko. - Kradzież, oszustwo, usiłowanie 

zabójstwa, dwa napady z bronią w ręku.

-  Spójrz tylko - zawołał Cappy, pokazując mi paczuszkę z marihuaną, nóż 

myśliwski   z   dwunastocentymetrowym   ostrzem   i   berettę   kaliber   22, 

wielkości dłoni, którą wyjął z plastikowej torby z napisem Nordstrom.

-  Wie, dlaczego tu jest? - spytałam.

-  Nie - mruknął Cappy. - Zgarnęliśmy go pod zarzutem napadu z bronią w 

ręku. Pozwoliliśmy mu ochłonąć na tylnym siedzeniu.

We trójkę stłoczyliśmy się w małym pokoju przesłuchań dookoła Richarda 

Earla   Evansa.   Gad   patrzył   na   nas   z   pełnym   wyższości,   bezczelnym 

uśmieszkiem. Oba jego ramiona pokrywały tatuaże. Nosił czarną koszulkę 

z napisem na plecach: „Jeśli możesz to przeczytać... to właśnie wjechałeś 

mi w dupę!".

Skinęłam głową i Cappy rozpiął kajdanki.

-  Czy pan wie, dlaczego pan tu jest, panie Evans?

background image

-  Wiem, że to wy, chłopcy, wdepnęliście w gówno, jeśli myślicie, że coś 

wam   powiem!   -   Evans   wydmuchnął   z   nosa   śluz   zmieszany   z   krwią.   - 

Stracicie wszystkie zęby, jeśli kiedykolwiek pokażecie się w Yallejo.

Podniosłam torebkę z narkotykami.

-     Widzę,   że   Święty   Mikołaj   przynosi   ci   mnóstwo   niebezpiecznych 

zabawek. Dwa wyroki... ciągle na zwolnieniu warunkowym za napad z 

bronią w ręku... Siedziałeś w Folsom, w Quentin. Według mnie musisz 

lubić tamtejszy klimat, bo

przy następnej okazji jak nic zakwalifikują cię na trzydziestoletni pobyt.

-  Jedno jest pewne. - Evans rozejrzał się dookoła. - Nie ciągnęliście mnie 

tutaj   z   powodu   jakichś   dwóch   zadym.   Na   drzwiach   przeczytałem: 

„Wydział Zabójstw".

-   Zgadłeś, wielgasie - wycedził Cappy. - Zamykanie w pierdlu takich 

dupków jak ty za napady z bronią w ręku to nasze hobby. Teraz jednak 

odpowiesz   nam   na   kilka   pytań   w   zupełnie   innej   sprawie,   a   od   twoich 

odpowiedzi   będzie   zależeć   to,   gdzie   spędzisz   najbliższe   trzydzieści   lat 

swojego, parszywego życia.

-  Gówno prawda - wymamrotał Evans. - Nic na mnie nie macie, gnojki.

Cappy wzruszył ramionami, po czym z całej siły rąbnął go w dłoń puszką 

z colą. Evans zawył z bólu.

-  Cholera, wydawało mi się, że mówiłeś, że chce ci się pić - powiedział 

Cappy skruszonym tonem.

Rudowłosy patrzył na niego z wściekłością. Na pewno myślał o tym, jak 

chętnie przejechałby się po twarzy policjanta swoim motorem.

-   Ma pan rację, panie Evans - odezwałam się. - Nie zaprosiliśmy pana 

tutaj, żeby dyskutować o pańskim dobytku, żaden też dla nas problem, by 

background image

przekazać pańską żałosną dupę policji w Vallejo. Ale dziś wszystko układa 

się   dla   pana   pomyślnie.   Cappy,   zapytaj   panaEvansa,   czy   życzy   sobie 

następnego drinka.

Cappy wykonał ruch i Evans gwałtownie zabrał ręce ze stołu.

Potężny policjant uśmiechnął się szeroko, otworzył puszkę i postawił ją 

przed Evansem.

-  Może być tak czy podać szklankę?

-    Widzisz   -   powiedziałam   -   potrafimy   być   mili.   Prawda   jest   taka,   że 

gówno nas obchodzisz. Wszystko, co musisz zrobić, to odpowiedzieć na 

parę pytań, a potem wrócisz do domu z podziękowaniami od policji San 

Francisco.   Nigdy   więcej   nas   nie   zobaczysz.   Albo,   jako   trzykrotnego 

recydywista zamkniemy cię na kilka dni na dziesiątym piętrze, aż

przypomnimy  sobie, że tu kiblujesz, i zawiadomimy  gliny  w Vallejo. I 

kiedy dojdzie do trzeciego oskarżenia, zobaczymy, kto ile naprawdę ma 

zębów.

Evans potarł dłonią grzbiet nosa, wycierając z niego krew.

-  Może najpierw napiję się tej coli, jeśli to dla mnie.

-   Gratuluję, synu - powiedział Jacobi. - Pierwsza sensowna rzecz, jaką 

zrobiłeś od chwili, gdy się spotkaliśmy.

ROZDZIAŁ 38

Wyjęłam   czarno-białe   fotografie   Templariuszy   i   położyłam   je   przed 

zaskoczonym rudowłosym.

-   Pierwsza rzecz, jakiej chcemy się dowiedzieć: gdzie możemy znaleźć 

twoich kumpli?

Evans podniósł głowę i spojrzał na mnie z szerokim uśmiechem.

background image

-  Więc o to wam chodzi?

-     No,   dalej,   bystrzaku   -   ponaglił   go   Jacobi.   -   Słyszałeś   pytanie   pani 

porucznik.

Po kolei wyłożyłam na stół jeszcze trzy zdjęcia różnych członków grupy. 

Evans pokręcił głową.

-  Nigdy ich nie widziałem.

Na ostatniej fotografii leżącej na stole widniała jego twarz.

Cappy, sto dwadzieścia kilogramów żywej wagi, wyciągnął rękę i szarpnął 

Evansa za koszulkę, podnosząc go z krzesła.

-  Posłuchaj, ty śrńieciu, masz szczęście, że nie interesuje nas to, czym się 

wasza   grupka   żałosnych   gnojów   zajmowała.   Zachowuj   się   mądrze,   to 

zaraz stąd wyjdziesz, a my zajmiemy się naszą robotą, której mamy po 

dziurki w nosie.

Evans wzruszył ramionami.

-  Może tam trochę jeździłem z którymś. Ale niedużo. Klub się rozwiązał, 

bo zrobiło się za gorąco. Nie widziałem tych tutaj od miesięcy. Rozeszli 

się. Jak chcecie ich znaleźć, zacznijcie od Five South.

Spojrzałam   na   moich   inspektorów.   Chociaż   miałam   wątpliwości,   czy 

Evans zdradzi swoich kumpli, to jednak mu wierzyłam.

-   Jeszcze jedno pytanie - powiedziałam. - Bardzo ważne. - Położyłam 

przed nim zdjęcie motocyklisty w kurtce z wyhaftowaną chimerą. - Coś ci 

to mówi?

Evans pociągnął nosem.

-  Co, że facet nie umie się porządnie ubrać?

Cappy pochylił się w jego stronę. Evans natychmiast się wycofał.

-   To jest symbol, chłopie. Znaczy, że on należy do aktywnego ruchu. 

background image

Patriota.

-  Patriota? - zdziwiłam się. - Co to ma być, do diabła, według ciebie?

-     Obrońca   białej   rasy,   zwolennik   wolnego   i   uporządkowanego 

społeczeństwa.   -   Uśmiechnął   się   w   stronę   Cappy'ego.   -Obecne   układy 

wykluczone. Oczywiście, ja osobiście się nie zgadzam z takimi zasranymi 

poglądami.

-  Czy ten gość też pojechał na południe Stanów?

-  On? Dlaczego? Myślicie, że co on zrobił? Cappy stanął nad nim.

-  Zawsze odpowiadasz pytaniami na pytania?

-  Posłuchaj. - Evans przełknął ślinę. - Ten brat zaczepił się u nas tylko na 

krótko.   Nawet   nie   wiem,   jak   się   naprawdę   nazywał.   Mac...   McMillan, 

McArtur? Co on zrobił?

Doszłam do wniosku, że nie ma powodu, by ukrywać przed nim prawdę.

-  Wiesz coś o tym, co wydarzyło się w La Salle Heights? Rudy nareszcie 

załapał. Jego źrenice się rozszerzyły. Usiadł

ciężko.

-  Myślicie, że to moi kumple ostrzelali ten kościół? Albo ten gość... Mac?

-    Wiesz,   gdzie   można   go   złapać?   -   powiedziałam.   Na   twarzy   Evansa 

znowu zagościł promienny uśmiech.

-  To będzie trudne, nawet dla was.

-  Sprawdź nas - odpowiedziałam. - Jesteśmy dosyć zaradni.

- O, tego jestem pewien, ale ten koleś nie żyje. Od czerwca. Wyleciał w 

powietrze   w   Oregonie   razem   ze   swoim   kumplem.   Sukinsyn   wyczytał 

chyba gdzieś, że z krowiego łajna można zrobić bombę.

ROZDZIAŁ 39

Cindy   Thomas   wygramoliła   się   ze   swojej   mazdy   na   małym 

background image

wyasfaltowanym parkingu, przylegającym do kościoła La Salle Heights. 

Czuła, jak jej żołądek kurczy się z niepokoju, i sama nie wiedziała, co 

właściwie tutaj robi.

Wzięła głęboki wdech i otworzyła ogromne, dębowe drzwi, prowadzące 

do głównej kaplicy. Zaledwie wczoraj wypełniało ją potężne brzmienie 

chóru. Teraz panowała tu niepokojąca cisza, a kościelne ławki świeciły 

pustkami. Cindy przeszła wzdłuż głównej nawy w stronę połączonego z 

kościołem budynku.

Wyłożony dywanową wykładziną korytarz prowadził do kilku biur. Jakaś 

czarna kobieta podniosła wzrok znad kserokopiarki.

-  Mogę pani pomóc? Czy czegoś pani potrzebuje? - spytała.

-  Chciałabym się zobaczyć z pastorem.

-  On teraz nie przyjmuje odwiedzających.

-  W porządku, Carol. - Z jednego z pomieszczeń dobiegł głos Winslowa.

Cindy została wprowadzona do jego biura, malutkiego i pełnego książek. 

Winslow miał na sobie czarną bawełnianą koszulkę i spodnie koloru khaki. 

Nie przypominał wyglądem żadnego znanego jej duchownego.

-  A więc jednak przyszła nas pani odwiedzić - powiedział i w końcu się 

uśmiechnął.

Poprosił,   aby   usiadła   na   małej   kanapce,   a   sam   zajął   miejsce   na 

wysłużonym krześle, pokrytym czerwoną skórą. Na otwartej książce leżała 

para okularów i Cindy mimowolnie zerknęła na tytuł. Rozdzierające serce 

dzieło zdu-

miewającego   geniusza.   Nic   z   tych   rzeczy,   których   mogłaby   się 

spodziewać.

-  Lepiej się pan miewa? - zapytała.

background image

~ Staram się. Przeczytałem dziś pani artykuł. Ta sprawa z policjantem była 

okropna. Czy to prawda? Czy morderstwo Tashy może być powiązane z 

dworna innymi?

-  Tak uważa policja - odrzekła Cindy. - Koroner sądzi, że jej śmierć nie 

była przypadkowa.

Na twarzy Winslowa pojawił się grymas. Po chwili pokręcił głową.

-   Nie rozumiem. Tasha była po prostu małą dziewczynką. Jaki to ma 

związek z czymkolwiek?

-  Chodziło nie tyle p Tashę, co o to, z kim była powiązana. Najwyraźniej 

wszystkie ofiary były związane z policjantami z San Francisco.

Oczy Winslowa się zwęziły.

-     Proszę  mi   powiedzieć,  dlaczego   tak  szybko  pani   tu  wróciła?   Czy   z 

powodu cierpienia duszy? Dlaczego?

Cindy spuściła wzrok.

-     Z   powodu   wczorajszego   nabożeństwa.   Było   poruszające.   Miałam 

dreszcze, po raz pierwszy od długiego czasu. Prawdę mówiąc, myślę, że to 

rzeczywiście   było   cierpienie   mojej   duszy.   Wcześniej   po   prostu   nie 

zadałam sobie trudu, żeby to zauważyć.

Wzrok   Winslowa   złagodniał.   Usłyszał   w   jej   słowach   prawdę   i   to   go 

przekonało.

-  Więc dobrze. Cieszę się, że panią to poruszyło. Cindy się uśmiechnęła. 

Niewiarygodne, jak dobrze czuła się

w  jego  towarzystwie.  Wydawał   się   pozbierany,  naturalny,  a  w  dodatku 

słyszała o nim same dobre rzeczy. Chciała napisać o nim artykuł i czuła, że 

będzie dobry, może nawet wspaniały.

-  Założę się, że wiem, o czym pani myśli - odezwał się Aaron Winslow.

background image

-  A więc niech pan strzela.

-   Pani się zastanawia... Ten gość wydaje się dosyć sensowny, nie robi 

wrażenia kompletnego dziwaka. Nie wygląda na duchownego. Dlaczego 

więc wybrał takie życie i taką pracę?

Cindy poczuła, że się rumieni.

-  Przyznaję, że coś podobnego przemknęło mi przez głowę. Chciałabym 

napisać coś o panu i o tej dzielnicy - powiedziała z zażenowaniem.

Wydawał się zastanawiać nad tym, co usłyszał, po czym niespodziewanie 

zmienił temat:

-  Co pani lubi robić, Cindy?

-  Robić...?

-  Odkrywa pani tajemnice wielkiego, złego świata San Francisco, a potem 

pisze   o   nich   w   swoich   artykułach.   Co   panią   interesuje   poza   pracą   w 

„Chronicie"? Czym się pani pasjonuje?

Uśmiech powrócił na jej twarz.

-   Hej, to ja zadaję pytania. To ja mam napisać artykuł o panu. Żadnych 

wykrętów. No, ale niech panu będzie. A więc lubię jogę. Chodzę dwa razy 

w tygodniu na zajęcia na Chestnut Street. Ćwiczył pan kiedyś jogę?

-  Nie, ale codziennie medytuję.

Cindy uśmiechnęła się ponownie, sama nie wiedząc, dlaczego.

-  Należę do kobiecego klubu książki. Szczerze mówiąc, jest nas tam dwie. 

Poza tym lubię jazz.

Oczy Winslowa zalśniły.

-  Naprawdę? Ja też lubię jazz. Cindy roześmiała się głośno.

-  W porządku, więc znaleźliśmy punkt styczny. A jaki jazz pan lubi?

-     Progresywny.   Interpretacyjny.   Wszystko   od   PinetopaPer-kinsa   do 

background image

Coltrane'a.

-  A zna pan The Blue Door? Na Geary? - zapytała.

-   Jasne, że znam. Chodzę tam w soboty wieczorem, kiedy tylko Carlos 

Reyes jest w mieście. Może wybierzemy się tam razem. Będzie to część 

pani artykułu. Nie musi pani teraz odpowiadać.

-  Więc zgadza się pan, żebym napisała coś o panu?

-  Zgadzam się, żeby napisała pani o tej dzielnicy. Ja pani pomogę.

Pół godziny później, siedząc w samochodzie, włączyła silnik, ale była zbyt 

zadziwiona, żeby pamiętać o włączeniu biegu. Nie wierzę w to, co właśnie 

zrobiłam... Lindsay zmyłaby mi głowę. Pytanie tylko, czy obwody w tej 

głowie działały prawidłowo.

Owszem, działały. Prawdę mówiąc, nawet trochę brzęczały. Małe włoski 

na ramionach stały na baczność.

Miała już początek tego, co, jak sądziła, powinno być niezłym artykułem. 

Może nawet bardzo dobrym artykułem.

Umówiła się też na randkę z duszpasterzem Tashy Catch-ings i już nie 

mogła się doczekać, kiedy znowu go zobaczy.

Może to właśnie jest cierpienie mojej duszy, pomyślała, ruszając wreszcie 

spod kościoła.

ROZDZIAŁ 40

Była   prawie   siódma   w   sobotę.   Koniec   długiego,   szalonego   i 

nieprawdopodobnie   ciężkiego   tygodnia.   Trzy   osoby   nie   żyły,   a   jedyny 

ślad, jaki się pojawił, prowadził donikąd.

Musiałam z kimś pogadać, więc weszłam na ósme piętro, gdzie mieściło 

się biuro prokuratora okręgowego. Pokój Jill znajdował się w rogu, dwoje 

drzwi   dzieliło   go   od   gabinetu   naczelnego.   Pomieszczenia   administracji 

background image

były ciemne, biura świeciły pustkami, a personel wyjechał na weekend. 

Choć potrzebowałam odreagować, miałam jednak nadzieję, że Jill - nowa 

Jill   -   jest   już   w   domu,   i   pewnie   zajmuje   się   przeglądaniem   książek   o 

pielęgnacji noworodków.

Lecz kiedy podeszłam bliżej, usłyszałam dobiegające ze środka dźwięki 

muzyki klasycznej. Drzwi Jill się nie domykały i były uchylone.

Delikatnie   zapukałam,   po   czym   je   popchnęłam.   W   środku   była   Jill, 

siedziała   w   swoim   ulubionym   fotelu,   z   kolanami   przyciągniętymi   pod 

brodę, z żółtym segregatorem w ręku. Na biurku piętrzył się stos papierów.

-  Co ty tutaj robisz? - zapytałam.

-  Wplątałam się - podniosła ręce w udawanym geście

poddania.   -   To   ta   cholerna   sprawa   Perrone'a.   Ostatnia   rozprawa   w 

poniedziałek rano.

Jill kończyła właśnie głośny proces, w którym samotny właściciel domu 

został oskarżony o zabójstwo ośmioletniego dziecka, kiedy zawalił się na 

nie uszkodzony sufit.

-  Jesteś w ciąży, Jill. Jest już po siódmej.

-   Tak samo jak Connie Sperling z obrony. Mówią 0 nas, że to będzie 

Wojna Pączków.

-   Nieważne, co o was mówią, najwyższy czas do domu. Jill wyłączyła 

odtwarzacz CD i wyprostowała długie nogi.

-    W  każdym   razie   Steve   wyjechał.   Co   jeszcze?   Gdybym   siedziała   w 

domu, robiłabym to samo.

Odwróciła głowę i uśmiechnęła się.

-  Widzę, że mnie kontrolujesz.

-  Nie, ale może ktoś powinien.

background image

-     Dobry   Boże,   Lindsay.   Przygotowuję   notatki,   nie   biegam   przecież. 

Wszystko   w   porządku.   -   Zerknęła   na   zegarek.   -Poza   tym,   od   kiedy 

zmieniłaś się w taką aktywistkę, która musi wszystko mieć na oku?

-   To nie ja jestem w ciąży, Jill. Zresztą, jak sobie chcesz. Nie będę cię 

więcej pouczać.

Weszłam do jej biura i popatrzyłam na zdjęcia z półfinału uniwersyteckich 

rozgrywek   w   piłce   nożnej,   na   oprawione   dyplomy   i   fotografie 

przedstawiające   ją   i   Steve'a   w   czasie   wspinaczki   albo   spacerów   z   ich 

czarnym labradorem o imieniu Snake Eyes.

-   Mam jeszcze piwo w lodówce, jeśli chcesz posiedzieć -powiedziała, 

rzucając na biurko segregator. - Dla mnie wyjmij bucklera.

Zrobiłam, jak chciała. Potem przesunęłam czarną marynarkę firmy Max 

Mara   rzuconą   pośpiesznie   na   poduszkę   i   usadowiłam   się   na   skórzanej 

kanapie.  Otworzyłyśmy  butelki  i obie  jednocześnie  zadałyśmy  to samo 

pytanie.

-  Więc... jak tam twoja sprawa?

-  Ty najpierw - roześmiała się Jill.

Wyciągnęłam   kciuk   i   palec   wskazujący   na   odległość   mniej   więcej 

centymetra, aby pokazać, na jakim jestem etapie. Wpro-

wadziłam   ją   w   labirynt   wątków   prowadzących   w   ślepy   zaułek: 

opowiedziałam o furgonetce, o rysunku chimery, o policyjnych zdjęciach 

Templariuszy   i   o   tym,   że   nie   znaleźliśmy   nic   w   sprawie   ataku   na 

Davidsóna.

Jill podeszła i usiadła obok mnie na kanapie.

-  Chcesz pogadać, Linds? Przecież już ustaliłyśmy, że nie przyszłaś tutaj, 

by sprawdzać, czy się dobrze sprawuję.

background image

Uśmiechnęłam się  z  poczuciem winy   i  postawiłam  piwo na  stoliku  do 

kawy.

-  Muszę zmienić kierunek śledztwa, Jill.

-  W porządku, słucham... - powiedziała. - Oczywiście, to zostanie między 

nami.

Krok   po   kroku   wyłożyłam   jej   moją   teorię,   że   sprawca   nie   był 

bezwzględnym   maniakiem,   kierującym   się   nienawiścią   do   mniejszości 

rasowych,   lecz   odważnym,   działającym   według   określonego   planu 

mordercą, którym kierowała osobista zemsta.

-   Może przesadzasz - odparła Jill. - Na razie masz trzy ofiary terroru 

wymierzonego w Murzynów.

-  Więc czemu akurat oni? Jedenastoletnia dziewczynka, wyróżniający się 

gliniarz? Albo Estelle Chipman, której mąż nie żyje od pięciu lat?

-   Nie wiem, kotku. Ja mam tylko przycisnąć ich do muru, kiedy ty ich 

złapiesz.

Uśmiechnęłam się i pochyliłam w jej stronę.

-   Jill, potrzebuję twojej pomocy. Muszę znaleźć jakiś związek między 

ofiarami.   Wiem,   że   coś   w   tym   jest.   Potrzebuję   sprawdzić   zamknięte 

sprawy* w których jakiś biały stał się ofiarą czarnego policjanta. To mi 

podpowiada intuicja. Tak mogły zacząć się te zabójstwa, bo wszystko w 

nich wygląda na zemstę.

-   A co zrobisz, jeśli okaże się, że następna ofiara nie będzie miała nic 

wspólnego z policjantami? Co wtedy?

-  Pomożesz mi? - Patrzyłam na nią błagalnym wzrokiem. Pokiwała głową.

-     Masz   jeszcze   jakieś   informacje,   które   mogłyby   zawęzić   Obszar 

poszukiwań?                                                '

background image

-  Mężczyzna, biały. Prawdopodobnie ma tatuaż, może nawet trzy.

-  To powinno wystarczyć...

Wyciągnęłam   rękę   i   uścisnęłam   jej   dłoń.  Wiedziałam,   że   mogę   na   nią 

liczyć. Zerknęłam na zegarek. Siódma trzydzieści.

-     Lepiej   pozwolę   ci   skończyć,   póki   jesteś   jeszcze   w   pierwszym 

trymestrze.

-  Nie idź, Lindsay. - Złapała mnie za rękę. - Zostań jeszcze chwilę.

Zobaczyłam   na   jej   twarzy   jakąś   zmianę.   Nagle   zniknął   gdzieś   twardy, 

profesjonalny wyraz.

-  Coś nie tak, Jill? Co ci powiedział lekarz?

W bezrękawniku, z ciemnymi kręconymi włosami, założonymi za uszy, 

wyglądała   w   każdym   calu   na   doskonałego   prawnika,   numer   dwa   w 

departamencie prawa w tym mieście. Ale pojawił się w niej jakiś lęk.

-    Wszystko   w  porządku.   Fizycznie   czuję   się   świetnie.   Powinnam   być 

szczęśliwa, prawda? I fruwać z radości. Będę miała dziecko.

Wzięłam ją za rękę.

-  Powinnaś czuć to, co czujesz. Przytaknęła beż entuzjazmu.

-     Kiedy   byłam   dzieckiem,   budziłam   się   czasem   w   nocy   ogarnięta 

przerażeniem, że cały świat śpi i że na tej olbrzymiej planecie tylko ja 

jedna czuwam. Czasami mój ojciec przychodził i starał się ukołysać mnie 

do snu. Zazwyczaj siedział na dole pogrążony w pracy i przygotowywał 

się do procesów. Zanim skończył, zawsze wchodził na górę sprawdzić, czy 

wszystko u mnie w porządku. Nazywał to swoją drugą pracą. Ale nawet z 

nim czułam się ciągle taka samotna. - Odwróciła głowę w moją stronę, a w 

jej oczach błysnęły łzy. - Spójrz tylko na mnie: Steve wyjechał raptem na 

dwa dni, a ja zachowuję się jak szurnięta idiotka.

background image

-  Wcale nie uważam, żebyś zachowywała się jak idiotką -powiedziałam, 

głaszcząc ją po policzku.

-  Nie mogę stracić tego dziecka, Lindsay. Wiem, że to

brzmi głupio. Noszę w sobie życie. Jest tu, zawsze ze mną, zawsze obok 

mnie. Dlaczego więc czuję się taka samotna?

Objęłam ją za ramiona. Mój ojciec nigdy nie kołysał mnie do snu. Jeszcze 

zanim od nas odszedł, pracował na trzeciej zmianie i po pracy szedł do 

McGoeya na piwo. Czasem wydawało mi się, że więcej łączy mnie z tymi 

wszystkimi sukinsynami, których ścigałam i pakowałam za kratki...

- Wiem, o co ci chodzi - usłyszałam swój szept. - Czasami też się tak 

czuję.

ROZDZIAŁ 41

Na rogu Ocean i Victorii przygarbiony mężczyzna w zielonej wiatrówce 

żuł   tortillę,   przyglądając   się,   jak   czarny   Lincoln   powoli   jedzie   wzdłuż 

ciągu budynków. Spędził tak już wiele wieczorów, od tygodni czatując na 

następną zdobycz.

Ten,   którego   śledził   od   tak   długiego   czasu,   mieszkał   w   przytulnym, 

ozdobionym   sztukateriami   domu,   położonym   niedaleko   stąd,   w   środku 

Ingleside   Heights.   Miał   rodzinę:   dwie   dziewczynki   chodzące   do 

katolickiej szkoły i żonę, dyplomowaną pielęgniarkę. Miał również psa, 

czarnego labradora. Czasem wyskakiwał w podskokach na powitanie pana, 

kiedy jego samochód zatrzymywał się przed domem. Labrador nazywał się 

Bullie, jak w starym filmie.

Zwykle   lincoln   pojawiał   się   około   siódmej   trzydzieści.   Kilka   razy   w 

tygodniu mężczyzna wysiadał z niego wcześniej i dalej szedł na piechotę. 

Samochód zatrzymywał się zawsze w tym samym miejscu, na Victorii. 

background image

Mężczyzna   lubił   zaglądać   na   koreański   bazarek,   pogadać   chwilkę   z 

właścicielem,   kupić   jakiś   melon   albo   kapustę.   Wyglądał   wówczas   jak 

wielki pan przechadzający się wśród poddanych.

Potem   mógł   jeszcze   wpaść   do   Tiny   News,   gdzie   wybierał   kilka 

magazynów:   „Car   and   Driver",   „PC   World",   „Sport   Illu-strated".   Raz 

nawet się zdarzyło, że mężczyzna w zielonej wiatrówce stał za nim w 

kolejce, gdy tamten czekał, aby zapłacić za czasopisma.

Mógł już go sprzątnąć. Wiele razy. Jeden celny strzał z dużej odległości. 

¦¦ ,    ¦

Ale nie, akurat do niego chciał się zbliżyć. Spojrzeć mu prosto w oczy. To 

morderstwo odbije się szerokim echem w całym San Francisco, a nawet 

poza granicami kraju. Będzie o nim głośno.

Serce biło mu radośnie, choć on sam kulił się w nieprzyjemnej mżawce. 

Tym razem czarny lincoln przejechał obok.

To jeszcze nie dzisiaj. Odetchnął głęboko. Wracaj do domu, do swojej 

żoneczki i psa... Ale wkrótce... Już zapomniałeś... Zawinął resztki tortilli w 

papier i wrzucił je do kosza na śmieci. Zapomniałeś o przeszłości. Ale ona 

cię dopadnie.

Ja nią żyję codziennie.

Patrzył, jak czarny lincoln z przyciemnionymi szybami skręca jak zwykle 

w Cerritos i znika wśród Ingleside Heights.

Zniszczyłeś mi życie. Teraz moja kolej.

ROZDZIAŁ 42

W niedzielny poranek zrobiłam sobie wolne. Zabrałam Marthę na spacer 

koło zatoki i poszłam poćwiczyć tai-chi w Marina Green. Około południa 

siedziałam znowu przy biurku, ubrana w dżinsy i bluzę. W poniedziałek 

background image

dochodzenie utkwiło w martwym punkcie, nie pojawiły się żadne nowe 

ślady. Ogłosiliśmy komunikaty po to, żeby prasa przestała deptać nam po 

piętach. Każde za późno zadane pytanie, każda ślepa uliczka w śledztwie 

przybliżały tylko chwilę, kiedy Chimera zaatakuje znowu.

Właśnie przygotowywałam niektóre akta spraw, żeby oddać je Jill, kiedy 

drzwi windy rozsunęły się i pojawił się w nich Mercer. Moja obecność 

nawyraźniej go zaskoczyła, ale nie wydawał się niezadowolony.

~ Chodź, zabieram cię na przejażdżkę.

Jego samochód stał przed bocznym wejściem na Eighth Street.

- West Portal, Sam - powiedział do kierowcy.

West Portal to dzielnica w centrum zamieszkana przez klasę średnią. Nie 

miałam pojęcia, dlaczego Mercer ciągnie mnie tam w środku dnia.

Kiedy jechaliśmy, Mercer zadał mi kilka pytań, ale przez większość czasu 

w ogóle się nie odzywał. Nagle przez głowę przemknęła mi straszna myśl: 

On zamierza zabrać mi tę sprawę.

Kierowca zatrzymał się na ulicy, przy której  stał rząd jednorodzinnych 

domów.   Nigdy   wcześniej   tu   nie   byłam.   Zaparkował   samochód   przed 

małym, niebieskim domkiem w stylu wiktoriańskim, naprzeciw którego 

znajdowało się szkolne boisko. Właśnie trwał mecz koszykówki.

-  O czym chciał pan ze mną pomówić, szefie? - spytałam zaskoczona.

Mercer odwrócił się w moją stronę.

-  Lindsay, czy masz jakieś osobiste wzorce do naśladowania?

-  Ma pan na myśli kogoś w stylu Amelii Erhard albo Margaret Thatcher? - 

Potrząsnęłam głową. Nigdy bym nie dorosła im do pięt. - Może Claire 

Washburn. - Uśmiechnęłam się szeroko.

Mercer przytaknął.

background image

-  Dla mnie kimś takim był Arthur Ashe. Ktoś go zapytał, czy ciężko mu 

było walczyć z AIDS, a on odpowiedział: Nawet w przybliżeniu nie tak 

ciężko, jak dawać sobie radę ze wzastąjącą liczbą Murzynów w Stanach 

Zjednoczonych.

Nagle spoważniał.

-  Vemon Jones powiedział burmistrzowi, że ja nie zdaję sobie sprawy, co 

jest stawką w tej grze. - Wskazał niebieski wiktoriański domek po drugiej 

stronie   ulicy.   -   Widzisz?   To   dom   moich   rodziców.   Tu   spędziłem 

dzieciństwo. Mój ojciec był mechanikiem na stacji rozrządowej, a matka 

prowadziła księgowość w elektrowni. Całe życie ciężko pracowali, żeby 

mnie i moją siostrę posłać do szkoły. Ona teraz jest prawnikiem w sądzie 

w Atlancie. Ale to jest miejsce, z którego wyszliśmy.

... - Mój ojciec też pracował dla miasta.

-  Wiem. Nigdy ci o tym nie powiedziałem, ale znałem twojego ojca.

-  Naprawdę?

-  Tak, razem zaczynaliśmy. Gliny z patrolu radiowego, z dala od centrali. 

Kilka razy byliśmy wspólnie na zmianie. Marty Boxer... Twój ojciec był 

chodzącą   legendą,   Lindsay,   i   to   bynajmniej   nie   z   powodu   wzorowej 

służby.

-  Proszę mi opowiedzieć o nim coś, czego nie wiem.

-   Dobrze... - Zastanowił się. - Był wtedy dobrym gliniarzem. Cholernie 

dobrym. Wielu z nas chciało mu dorównać.

-  Zanim się nie wycofał. Mercer spojrzał na mnie.

-   Musisz już wiedzieć, że w życiu gliniarza zdarzają się sytuacje, gdy 

wybór dobra i zła nie jest tak oczywisty, jak dla reszty z nas.

Pokręciłam głową.

background image

-  Nie widziałam go od dwudziestu dwóch lat.

-  Nie oceniam go jako ojca czy męża. Ale czy możesz osądzić kogoś jako 

człowieka, albo przynajmniej gliniarza, nie znając wszystkich faktów?

-  Nigdy nie pofatygował się zostać wystarczająco długo, żeby przedstawić 

fakty - powiedziałam.

-  Przykro mi - odrzekł Mercer. - Opowiem ci coś o Mar-tym Bpxerze, ale 

kiedy indziej.

-  Co mi pan opowie? I kiedy?

Mercer opuścił szybę oddzielającą nas od kierowcy i powiedział mu, że 

wracamy do Pałacu Sprawiedliwości.

-  Kiedy znajdziesz Chimerę.

ROZDZIAŁ 43

Tego wieczoru, kiedy służbowy wóz zwolnił w korku niedaleko od miejsca 

zamieszkania Mercera, siedzący na tylnej kanapie szef powiedział:

- Chyba tutaj wysiądę, Sam.

Jego kierowca, Sam Mendez, zerknął niepewnie do tyłu.

Polecenia z Pałacu były wyraźne: unikać niepotrzebnego ryzyka.

Mercer nie dawał jednak za wygraną.

-   Sam, w promieniu pięciu skrzyżowań jest tutaj więcej patroli niż tam, 

koło Pałacu.

Zwykle   jeden   albo   dwa   policyjne   wozy   krążyły   w   okolicach   Ocean,   a 

jeden stacjonował naprzeciwko domu szefa.

Samochód zatrzymał się na poboczu. Mercer otworzył drzwi i wypchnął 

swoje ciężkie ciało na ulicę.

-  Przyjedź po mnie jutro, Sam. Dobranoc.

Kiedy   samochód   ruszył,   Mercer   jedną   ręką   zarzucił   na   ramiona 

background image

jasnobrązowy,   przeciwdeszczowy   płaszcz,   w   drugiej   trzymał   wypchaną 

teczkę.   Przepełniło   go   poczucie   swobody   i   odprężenia.   Te   krótkie 

wieczorne spacery należały do nielicznych chwil, kiedy czuł się naprawdę 

wolny.

Zatrzymał się na Kim Market i kupił koszyczek apetycznie wyglądających 

truskawek   oraz   kilka   starannie   wybranych   śliwek.   Potem   przeszedł   w 

poprzek   ulicy   do   Ingleside   Winę   Shop.   Zdecydował   się   na   jakieś 

beaujolais, które powinno pasować do jagnięcego gulaszu przygotowanego 

przez Eunice.

Gdy znów znalazł się na ulicy, spojrzał na zegarek i skierował się w stronę 

domu. Na Cerritos dwa kamienne filary oddzielały Ocean od spokojnej 

enklawy Ingleside Heights. Miejski ruch pozostał z tyłu.

Minął niski, kamienny dom należący do Taylorów, kiedy zza żywopłotu 

dobiegł go jakiś hałas.

-  Chwileczkę, szefie...

Mercer zatrzymał się. Serce zaczęło mu bić szybciej.

-     Niech   pan   nie   będzie   taki   bojaźliwy.   Nie   widziałem   pana   od   lat   - 

odezwał się ponownie głos. - Pan mnie pewnie nie pamięta.

O co tu, do diabła, chodzi?

Wysoki, muskularny mężczyzna wyszedł zza żywopłotu. Ubrany był w 

zieloną wiatrówkę. Na jego twarzy gościł arogancki uśmiech.

Jakieś niewyraźne wspomnienie pojawiło się w umyśle

Mercera.   Rysy   twarzy   wydały   mu   się   znajome,   choć   nie   potrafił   ich 

dopasować   do   konkretnej   sytuacji.   Nagle   w   jednej   chwili   przypomniał 

sobie. Teraz wszystko się zgadzało i ta świadomość zaparła mu dech w 

piersiach.

background image

-  Cóż za zaszczyt - powiedział mężczyzna. - Dla ciebie, nie dla mnie.

Miał przy sobie pistolet, ciężki i błyszczący. Wyciągnął go w kierunku 

Mercera.   Mercer   wiedział,   że   musi   coś   przedsięwziąć.   Popchnąć   go. 

Wydobyć   własną   broń.   Musiał   znów   działać   jak   policjant   z   ulicznego 

patrolu.

-     Chciałem,   żebyś   zobaczył   moją   twarz.   Chciałem,   żebyś   wiedział, 

dlaczego umierasz.

-  Nie rób tego. Tutaj wszędzie dookoła jest policja.

-   Dobrze. Dla mnie to nawet lepiej. Niech się pan nie boi, szefie. Tam, 

dokąd pan idzie, spotka pan wielu starych znajomych.

Pierwszy pocisk trafił go w pierś. Poczuł piekący ból i osur nął się na 

kolana. Pomyślał, że powinien krzyczeć. Kto pełnił dziś służbę przed jego 

domem,   Parks   czy  Vasquez?   Zaledwie   kilkanaście   bezcennych   metrów 

stąd. Ale z jego piersi wydobył się tylko szept. Jezu Chryste, proszę, uratuj 

mnie.

Drugi strzał rozerwał mu szyję. Nie Wiedział już, czy stoi, czy leży. Chciał 

zaatakować mordercę. Chciał dorwać tego sukinsyna. Ale nogi odmówiły 

mu posłuszeństwa - bezwładne, sparaliżowane.

Mężczyzna z pistoletem w dłoni stał teraz nad nim. Skurwiel cały czas coś 

do   niego   mówił,   ale   on   nie   słyszał   ani   słowa.   Twarz   mordercy   to 

rozmywała się, to znów wyostrzała. Nagle przez głowę przemknęło mu 

nazwisko. Wymówił je dwukrotnie, aby się upewnić. Słyszał w uszach 

łomot własnego oddechu.

-     Zgadza   się   -   powiedział   morderca,   podnosząc   srebrzysty   pistolet.   - 

Zakończyłeś dochodzenie. Odkryłeś tożsamość Chimery. Moje gratulacje.

Mercer pomyślał, że może powinien zamknąć oczy - dokładnie w chwili, 

background image

kiedy   następny   jasnopomarańczowy   błysk   eksplodował   mu   prosto   w 

twarz.

ROZDZIAŁ 44

Nigdy nie zapomnę, co robiłam w chwili, kiedy usłyszałam tę wiadomość. 

Byłam w domu, stawiałam ostrożnie na kuchence garnek z makaronem. 

Słuchałam piosenki Adia w wykonaniu Sarah McLachlan.

Wkrótce miała  przyjść  Claire.  Zwabiłam ją  na kolację,  obiecując moją 

słynną potrawę z makaronu ze szparagami i sosem cytrynowym. Nie, nie 

zwabiłam jej... prawdę mówiąc, ubłagałam ją, żeby przyszła. Musiałam 

porozmawiać o czymś innym niż śledztwo. O jej dzieciakach, o jodze, o 

wyścigu do senatu Kalifornii, albo dlaczego gra Warriorsów tak wciąga. O 

czymkolwiek.

Nigdy nie zdołam tego zapomnieć... Martha siedziała obok i bawiła się 

pozbawionymi głów pluszowymi misiami z logo Giantsów San Francisco, 

które kiedyś sobie przywłaszczyła.

Ja siekałam bazylię. Tasha Catchings i Art Dayidson odpłynęli z moich 

myśli. Dzięki Bogu.

Zadzwonił telefon. Samolubna myśl przemknęła mi przez głowę, że może 

to Claire chce w ostatniej chwili odwołać nasze spotkanie.

Przytrzymałam słuchawkę ramieniem i mruknęłam.

-  Taak?

Odezwał się Sam Ryan, szef detektywów w naszym departamencie. Był 

moim bezpośrednim przełożonym. Po jego głosie poznałam, że dzieje się 

coś naprawdę niedobrego.

-     Lindsay,  zdarzyło  się   coś   strasznego..   Zdrętwiałam.   Czułam   się   tak, 

jakby ktoś sięgnął w głąb

background image

mojej   piersi   i   ścisnął   mi   serce.   Słuchałam   słów   Ryana.  Trzy   strzały   z 

bliskiej odległości... Kilkanaście metrów od jego domu... O, mój Boże... 

Mercer...

-  Gdzie on jest, Sam?

-  Moffitt. Na oddziale operacyjnym. Walczy o życie.

-  Zaraz tam będę. Już biegnę.

-  Lindsay, nic tu nie możesz zrobić. Pojedź lepiej na miejsce zbrodni.

-  Chin i Lorraine mogą zabezpieczyć ślady. Jadę do szpitala.

Zadźwięczał   dzwonek   u   drzwi   wejściowych.   Jak   w   transie   poszłam   je 

otworzyć.

-  Cześć - powiedziała Cłaire.

Nie   mogłam   wydusić   z   siebie   słowa. W  jednej   chwili   zauważyła,   jaka 

jestem blada.

-  Co się stało?!

Moje oczy zwilgotniały.

-  Cłaire... On strzelał do Mercera.

ROZDZIAŁ 45

Zbiegłyśmy na dół, wdrapałyśmy się do jej pathfindera i z piskiem opon 

ruszyłyśmy w kierunku California Medical Center, jadąc z Potrero przez 

Parnassus Heights. Przez całą drogę czułam rozpacz zmieszaną z nadzieją. 

Za oknami auta migały kolejne ulice - Twenty Fourth, Guerrero, potem 

przejechałyśmy w poprzek Castro przy Seventeenth w stronę szpitala na 

Szczycie Mt. Sutro.

Zaledwie dziesięć minut po tym, jak odebrałam telefon, pathfinder wjechał 

na zatłoczony szpitalny parking i zatrzymał się naprzeciwko wejścia.

Cłaire  pokazała  pielęgniarce  w  recepcji  swój  identyfikator  i  zapytała  o 

background image

aktualny stan pacjenta. Roztrzęsiona, pchnęła kołyszące się na zawiasach 

skrzydło drzwi i pośpieszyła na oddział intensywnej terapii. Ja podbiegłam 

do Sama Ryana.

-  Co z nim? Potrząsnął głową.

-     Jest  w tej  chwili  na stole.  Jeśli  ktokolwiek  mógł  dostać  trzy   kule  i 

przeżyć, to tylko on.

Otworzyłam   klapkę   mojego   telefonu   komórkowego   i   połączyłam   się   z 

Lorraine Stafford, będącą na miejscu zbrodni.

-  Można oszaleć - powiedziała. - Kręcą się tutaj ludzie z Wydziału Spraw 

Wewnętrznych i jakieś przeklęte kryzysowe służby z miasta. I cholerna 

prasa. Nie mogłam nawet dopchać się do policjanta z radiowozu, który 

dotarł tu pierwszy.

-   Nikt poza tobą i Chinem nie może zbliżać się do miejsca zdarzenia! - 

krzyknęłam. - Zaraz do was jadę.

Cłaire wyszła z bloku operacyjnego. Jej rysy były ściągnięte.

-     Paskudna   sprawa,   Lindsay.   Ma   uszkodzoną   korę   mózgową.   Stracił 

mnóstwo krwi. To cud, że jeszcze żyje.

-  Cłaire, muszę tam wejść, żeby go zobaczyć. Pokręciła przecząco głową.

-  To nie ma sensu, Lindsay. Jest podłączony do urządzeń podtrzymujących 

życie.

Dręczyła mnie przygniatająca świadomość, że jestem winna to Mercerowi; 

że on wiedział i jeśli umrze, prawda umrze razem z nim.

-  Idę tam.

Pchnęłam   drzwi   prowadzące   na   blok   operacyjny,   ale   Cłaire   mnie 

powstrzymała. Kiedy zobaczyłam wyraz jej oczu, zgasła we mnie ostatnia 

iskierka   nadziei.   Zawsze   wojowałam   z   Mer-cerem,   toczyłam   z   nim 

background image

niekończącą   się   bitwę.   Był   osobą,   której   bez   końca   musiałam   coś 

udowadniać.   W   końcu   jednak   we   mnie   uwierzył.   W   jakiś   przedziwny 

sposób czułam, jakbym znów traciła ojca.

Zaledwie   minutę   później   z   bloku   wyszedł   lekarz   w   zielonym   kitlu, 

ściągając z dłoni lateksowe rękawiczki. Powiedział kilka słów do jednego 

z przedstawicieli burmistrza, a potem do asystenta Mercera, Anthony'ego 

Tracchio.

-  Szef nie żyje - oznajmił Tracchio.

Wszyscy stali, patrząc przed siebie martwym wzrokiem. Cłaire otoczyła 

mnie ramionami i przytuliła.

-  Nie wiem, czy potrafię dalej to robić - powiedziałam, trzymając się jej 

kurczowo.

-  Na pewno potrafisz - odrzekła.

Złapałam   lekarza,   kiedy   szedł   z   powrotem   w   stronę   oddziału 

operacyjnego.

-  Czy coś mówił, kiedy go tu przywieziono? Lekarz wzruszył ramionami.

-   Starał się przez chwilę, ale to był właściwie bełkot, jakieś oderwane 

słowa, wspomnienia. Zresztą, został podłą-

czony   do   aparatury   podtrzymującej   życie   natychmiast,   jak   tylko   go   tu 

wnieśli.

-   Ale jego mózg cały czas pracował, prawda, doktorze?  Spotkał się z 

mordercą twarzą w twarz. Dostał trzy razy.

Mogłam bez trudu uwierzyć, że Mercer starał się zachować przytomność 

wystarczająco długo, żeby coś powiedzieć.

-  Może jednak coś pan zapamiętał?

Jego zmęczone oczy zdawały się czegoś szukać.

background image

-  Przykro mi, pani inspektor. Usiłowaliśmy ratować mu życie. Niech pani 

porozmawia z medykami z pogotowia, którzy go tu przywieźli.

Wróciłam do środka. Przez szyby w drzwiach oddziału intensywnej terapii 

zobaczyłam na korytarzu Eunice Mercer i jedną z jego nastoletnich córek, 

objęte w ciasnym uścisku, tonące we łzach.

Poczułam, jak wszystko skręca mi się w środku i wzbiera we mnie fala 

mdłości.

Popędziłam do toalety, pochyliłam się nad umywalką i spryskałam twarz 

zimną wodą.

Cholera! Cholera!

Kiedy ciało się uspokoiło, spojrzałam w lustro. Moje oczy były ciemne, 

przyćmione i puste; w głowie dudniły jakieś głosy.

Cztery morderstwa, powtarzały... Czterej czarni gliniarze.

ROZDZIAŁ 46

¦¦--   Szef   właśnie   wracał   do   domu   -   powiedziała   Lorraine   Stafford, 

przygryzając dolną wargę. - Mieszkał kilka domów stąd. Nie było żadnych 

świadków, ale jego kierowca jest tam.

Podeszłam   do   miejsca,   gdzie   znaleziono   Mercera.   Zespół   Charliego 

Clappera przeczesał już cały teren dookoła. To była spokojna ulica, przy 

której stały jednorodzinne domy. Wysoki żywopłot zasłaniał chodnik tak, 

że nikt nie mógł zauważyć mordercy.

Miejsce zbrodni zostało już posypane kredą. Ogromne

plamy   krwi   wsiąkły   w   chodnik   wewnątrz   obrysu   ciała.   Dookoła 

rozrzucone były rzeczy Mercera, świadkowie jego ostatnich chwil: kilka 

plastikowych toreb z czasopismami, owocami i butelką wina.

-     Czy   żaden   patrol   nie   pilnował   jego   domu?   -   zapytałam.   Lorraine 

background image

wskazała młodego policjanta w mundurze, który

stał oparty o radiowóz.

-     Kiedy   dotarł   na   miejsce,   sprawca   zdążył   już   uciec,   a   szef   się 

wykrwawiał.

Stało się jasne, że morderca ukrywał się w krzakach, czekając na nadejście 

Mercera.   Musiał   mieć   stuprocentową   pewność.   Tak,   jak   w   wypadku 

Davidsona.

Zobaczyłam, że z góry, od strony Ocean, idą w naszym kierunku Cappy z 

Jacobim.   Na   ich   widok   odetchnęłam   z   ulgą. 

-  Dzięki, że przyszliście - szepnęłam.

Wtedy Jacobi zrobił coś niezwykłego. Oparł dłonie na moich ramionach i 

spojrzał mi prosto w oczy.

-  Robi się z tego poważna sprawa, Lindsay. Federalni zamierzają się w to 

włączyć. Jeżeli możemy cokolwiek zrobić, będziesz czegoś potrzebowała 

albo   chciała   pogadać,   niezależnie   od   pory   dnia   albo   nocy,   wiedz,   że 

możesz na nas liczyć.

Odwróciłam się w stronę Lorraine i China.

-  Co wam zostało jeszcze tutaj do zrobienia?

-   Chcę sprawdzić drogę ucieczki - powiedział Chin. -Jeśli zaparkował 

gdzieś   samochód,   ktoś   musiał   go   widzieć.  A  jeśli   nie,   może   ktoś   go 

zauważył, jak szedł w stronę Ocean.

-   Cholerny szef - westchnął Jacobi. - Zawsze myślałem, że ten chłopak 

będzie miał konferencję prasową na własnym pogrzebie.

-     Czy   dalej   klasyfikujemy   to   jako   morderstwo   z   pobudek   nienawiści 

rasowej, poruczniku? - zapytał Cappy, pociągając nosem.

background image

-   Nie wiem, jak ty - powiedziałam - ale ja nienawidzę tego skurwiela 

wystarczająco mocno.

ROZDZIAŁ 47

Jacobi   nie   mylił   się   co   do   jednego.   Następnego   ranka   wszystko   się 

zmieniło. Żądni każdej nowiny  przedstawiciele agencji informacyjnych, 

stacji   TV   i   gazet   tłoczyli   się   na   schodach   prowadzących   do   Pałacu 

Sprawiedliwości, wysyłali załogi z kamerami, bili się o wywiady. Anthony 

Tracchio   został   p.o.   szefa.   Był   prawą   ręką   Mercera   od   spraw 

administracyjnych,   ale   nigdy   nie   wspinał   się   po   stopniach   policyjnej 

kariery. Jemu składałam teraz raport z dochodzenia w sprawie Chimery.

-   Żadnych przecieków - ostrzegł bez ogródek. - Żadnych kontaktów z 

prasą. Wszystkie wywiady mają być uzgadniane ze mną.

Jednostka   do   zadań   specjalnych   została   oddelegowana,   aby   pracować 

wspólnie z nami nad sprawą zabójstwa Mercera. Dopiero po powrocie na 

górę dowiedziałam się, co to praktycznie oznacza.

Kiedy weszłam do naszego biura, w poczekalni siedziało dwóch agentów 

FBI w jasnobrązowych płaszczach. Ruddy, świeżo upieczony czarnoskóry 

absolwent o nienagannych manierach, ubrany w koszulkę z Oksfordu i 

żółty krawat, najwyraźniej szef, oraz przedstawiciel typu twardogłowych, 

agent operacyjny o imieniu Hull.

Najpierw usłyszałam od Ruddy'ego, jak miło mu jest współpracować z 

panią inspektor, która rozwiązała sprawę morderstw nowożeńców. Zaraz 

potem stanowczym tonem poprosił o pokazanie akt Chimery. Wszystkich, 

Tashy. David-sona. I wszystkiego, co znaleźliśmy w sprawie Mercera.   ,

Dziesięć   sekund   po   ich   wyjściu   zadzwoniłam   do   mojego   nowego 

przełożonego.                                                      "

background image

-  Wydaje mi się, że wiem, co miałeś na myśli, mówiąc „wspólnie".

-   Przestępstwami przeciwko urzędnikom publicznym zajmują się służby 

federalne, poruczniku. Niewiele mogę zdziałać w tej sprawie - powiedział 

Tracchio.

-  Mercer uważał, że te przestępstwa są ściśle związane

z  miastem,  szefie.  Był zdania,  że  powinny  się  tym  zajmować  miejskie 

służby.

- Przykro mi. Koniec dyskusji - zakończył rozmowę Tracchio.

ROZDZIAŁ 48

Później tego samego popołudnia pojechałam na Ingleside Heights, żeby 

porozmawiać   z   żoną   Mercera.   Czułam,   że   muszę   zrobić   to   osobiście. 

Wzdłuż ulicy otaczającej dom szefa stał rząd samochodów. Jakiś krewny 

otworzył mi drzwi i powiedział, że pani Mercer jest na górze z rodziną.

Stałam,   przyglądając   się   obecnym   w   salonie   i   szukając   wśród   nich 

znajomych   twarzy.   Po   kilku   minutach   Eunice   Mercer   zeszła   na   dół   w 

towarzystwie sympatycznej pani w średnim wieku, która okazała się jej 

siostrą. Poznała mnie i podeszła.

-  Tak mi przykro. Cały czas nie mogę w to uwierzyć. -Podałam jej rękę, a 

potem ją uścisnęłam.

-  Wiem - wyszeptała. - Wiem, że pani też to przeżywa.

-  Proszę mi uwierzyć, wiem, jak pani ciężko. Ale muszę zadać kilka pytań 

- powiedziałam w końcu.

Skinęła głową. Jej siostra odeszła do gości, a Eunice Mercer zabrała mnie 

do pokoju w piwnicy.

Zadałam   jej   mnóstwo   tych   samych   pytań,   jakie   wcześniej   zadawałam 

krewnym innych ofiar. Czy ktoś ostatnio groził mężowi? Czy były jakieś 

background image

telefony? Czy zauważyła kogoś podejrzanego, kto obserwował dom?

Pokręciła przecząco głową.

-  Earl mówił, że to jedyne miejsce, gdzie czuje się rzeczywiście tak, jakby 

mieszkał w tym mieście, a nie tylko był tu szefem policji.

Zmieniłam temat.

-   Czy wcześniej słyszała pani o osobie Arta Davidsona? Eunice Mercer 

spojrzała na mnie beznamiętnym wzrokiem.

-     Czy   sądzi   pani,   że   Earl   został   zamordowany   przez   tego   samego 

człowieka, który popełnił tamte okropne czyny?

Wzięłam ją za rękę.

-  Myślę, że wszystkie te zbrodnie są dziełem jednej osoby. Potarła dłonią 

brew.

-  Lindsay, nic już teraz nie rozumiem. Morderstwo Earla. Tamta książka.

-  Książka? - zdziwiłam się.

-  Tak. Earl zawsze czytał czasopisma motoryzacyjne. Miał takie marzenie, 

że kiedy pójdzie na emeryturę... Tego starego mitsubishi gto trzymał w 

garażu kuzyna. Zawsze powtarzał, że ma zamiar rozebrać go na części i 

poskładać od zera. A teraz ta książka w kieszeni jego marynarki...

-  Jaka książka? - Spojrzałam na nią z ukosa.

-  Jakiś młody lekarz w szpitalu oddał mi ją, razem z kluczami i portfelem. 

Nie miałam pojęcia, że interesował się takimi rzeczami. Jakieś mity...

Mój puls nagle przyspieszył.

-  Czy może mi pani ją pokazać?

-  Oczywiście. Jest tam.

Wyszła z pokoju i za chwilę była z powrotem. Wręczyła mi egzemplarz 

książki w miękkiej oprawie, którą zna każde dziecko w wieku szkolnym. 

background image

Mitologia Edith Hamilton.

Była bardzo zniszczona, jakby przeglądano ją tysiące razy. Przerzuciłam 

pośpiesznie kartki, ale nic nie znalazłam.

Przebiegłam  wzrokiem  spis  treści.   I  wtedy   to  zauważyłam.  W  połowie 

spisu, strona 141. Podkreślenie. Bellerofont zabija Chimerę.

Bellerofont... Billy Reffon.

Moje   serce   się   ścisnęło.  Właśnie   to   nazwisko   podał,   dzwoniąc   na   911 

przed zabójstwem Arta Davidsona. Sam siebie-nazwał Billy Reffon.

Przerzuciłam kartki do strony 141. Była tam. Tył lwa. Tułów kozła. Ogon 

węża.

Chimera.

Ten sukinsyn mówił nam jasno, że to on zabił Mercera„

Poczułam nagłe ukłucie. Coś jeszcze było na tej stronie.

Ostry, nerwowy charakter pisma. Kilka słów, nagryzmolonych atramentem 

nad ilustracją.

Będą następni... Sprawiedliwości stanie się zadość.

ROZDZIAŁ 49

Wyszłam z domu Mercerów i jeździłam w kółko, mokra od potu i pełna 

najgorszych przeczuć, które już okazały się prawdą.

Wszystkie moje przypuszczenia były słuszne. To nie był ciąg morderstw 

na   tle   rasowym,   gdzie   ofiary   wybierano   na   chybił   trafił.   Mieliśmy   do 

czynienia ze zbrodniarzem planującym wszystko z zimną krwią. Teraz z 

nas szydził, w ten sam sposób, w jaki wykorzystał białego vana. Albo to 

oszukańcze nagranie. Billy Reffon.

W końcu powiedziałam sobie: pieprzę to. Zadzwoniłam do dziewcząt. Nie 

mogłam czekać z tym dłużej. To były trzy najbardziej przenikliwe umysły 

background image

w   tym   mieście.   Będą   następne   zabójstwa,   jak   uprzedził   ten   skurwiel. 

Umówiłyśmy się w U Susie.

-  Potrzebuję waszej pomocy - powiedziałam, wpatrując siew ich twarze, 

gdy tak siedziały w naszym zwykłym kąciku w restauracji.

-  Po to tu jesteśmy - odrzekła Claire. - Zadzwoniłaś, więc przyszłyśmy.

-  Nareszcie! - parsknęła Cindy. - Przyznała się, że bez nas jest nikim.

Piosenka This Kiss Faith Hill została zagłuszona przez mecz koszykówki 

w telewizji. Jednak my, tłocząc się w naszym kąciku, zajmowałyśmy się 

innymi rzeczami. Boże, jak dobrze było mieć je znów wszystkie razem!

-    Wszystko   się   skomplikowało,   kiedy   zabrakło   Mercera.  Weszło   FBI. 

Nawet nie wiem, kto za co odpowiada. Wiem tylko, że im dłużej będziemy 

czekać, tym więcej ludzi zginie.

-     Tym   razem   muszą   być   jakieś   zasady   -   powiedziała   Jill,   popijając 

bezalkoholowego bucklera. - To nie jest zabawa.

Myślę, że podczas poprzedniej sprawy złamałam wszystkie reguły, których 

wcześniej przysięgałam przestrzegać. Wycofywanie dowodów, używanie 

biura   prokuratora   okręgowego   dla   własnych   celów...   Jeśli   cokolwiek 

wyszłoby na jaw, prowadziłabym sprawy z dziesiątego piętra.

Zaczęłyśmy się śmiać. Na dziesiątym piętrze w Pałacu mieścił się areszt 

tymczasowy.

-  OK - powiedziałam. To samo dotyczyło mnie. - Cokolwiek znajdziemy, 

oddamy specjalnej jednostce policyjnej.

-   Nie przesadzajmy - zaprotestowała Cindy z psotnym uśmieszkiem. - 

Chcemy coś zrobić dla ciebie, a nie pomagać w karierze biurokratycznym 

sztywniakom.

-  Więc Margarita Posse żyje - zażartowała Jill. - Jezu, jak się cieszę, że 

background image

znów tu jesteśmy.

-  Nigdy nie podawaj w wątpliwość naszej lojalności -powiedziała Claire.

Przyjrzałam się dziewczętom. Kobiecy Klub Zbrodni. Jakaś cząstka mojej 

duszy  była pełna obaw. Zginęło czworo ludzi, w tym najwyższy rangą 

funkcjonariusz policji w mieście. Morderca dowiódł, że potrafi dosięgnąć 

każdego, kogo zechce.

-  Każde kolejne zabójstwo zwraca coraz większą uwagę i jest popełniane 

z   coraz   większą   śmiałością.   -   Opowiedziałam   o   najnowszych 

wydarzeniach i o książce wetkniętej w marynarkę Mercera. - On nie musi 

dłużej   udawać,   że   to   przestępstwa   na   tle   rasowym.   To   znaczy,   jego 

działanie również ma podłoże rasowe, ale nie tylko.

Claire   wprowadziła   nas   w   szczegóły   sekcji   zwłok   Mercera,   którą 

skończyła po południu. Został trafiony trzy razy z bliskiej odległości, z 

pistoletu kaliber 38.

-  Mam wrażenie, że strzały zostały oddane w dość znacznych odstępach 

czasu. Można to określić na podstawie krwawienia z poszczególnych ran. 

Ostatni  strzał  był  w  głowę^ Mercer  już wtedy   leżał  na  ziemi.  Dlatego 

myślę, że musieli widzieć się twarzą w twarz. I że morderca starał się 

zabić powoli. Może nawet rozmawiali. Wiem, co sugeruję: że Mercer znał 

swojego zabójcę.

-  Sprawdziłaś, czy tych policjantów coś ze sobą łączyło? —,

wtrąciła Jill. - Oczywiście, że sprawdziłaś. Jesteś przecież Lindsay Boxer.

-  Jasne, że tak. Nie ma żadnego śladu, by kiedykolwiek się spotkali. Ich 

kariery   zawodowe   nie   zazębiały   się   w   żaden   sposób.   Wujek   Tashy 

Catchings był młodszy od pozostałych o dwadzieścia lat. Nie udało się 

nam znaleźć niczego, co by ich łączyło.

background image

-   Niektórzy nienawidzą gliniarzy - zauważyła Cindy. -Nawet sporo jest 

takich.

-   Po prostu nie mogę znaleźć niczego wspólnego. To zaczęło się pod 

płaszczykiem   zbrodni   o   podłożu   rasowym.   Morderca   chciał,   żebyśmy 

patrzyli   na   te   zdarzenia   pod   określonym   kątem.   Chciał,   żebyśmy 

znajdowali jego wskazówki i kierowali się nimi w śledztwie. Chciał też, 

żebyśmy odkryli chimerę, ten jego pieprzony symbol.

-  Ale jeśli to osobista zemsta - powiedziała Jill - to nie może być mowy o 

istnieniu jakiejkolwiek zorganizowanej grupy!

-  Chyba że chce kogoś wrobić - odpowiedziałam.

-  A jeżeli chimera nie jest znakiem żadnej grupy? - odezwała się Cindy, po 

czym przygryzła wargę. - Może ta książka to sposób, by zakomunikować, 

że chodzi o coś innego?

Gapiłam się na nią. Wszystkie się gapiłyśmy.

-  Czekamy, Einsteinie.

Zamrugała powiekami, a potem potrząsnęła głową.

-  Po prostu głośno myślałam.

Jill powiedziała, że ma zamiar przekopać, się przez wszystkie akta spraw, 

gdzie   czarny   policjant   skrzywdził   albo   zranił   białego.   Jakikolwiek   akt 

przemocy, który mógłby wyjaśnić nastawienie mordercy. Cindy obiecała 

zrobić to samo w „Chronicie".

Miałam   za   sobą   długi   dzień   i   byłam   wykończona.   Następnego   dnia   o 

siódmej   trzydzieści   czekało   mnie   zebranie   oddziału   operacyjnego. 

Spojrzałam po kolei moim przyjaciółkom w oczy.

-  Dziękuję wam, bardzo dziękuję.

-   Chcemy  z tobą rozwiązać tę sprawę - zadeklarowała Jill. - Chcemy 

background image

dorwać Chimerę.

-  Poza tym, zależy nam, żebyś płaciła za nas rachunki w knajpie - dodała 

Claire.

Przez następnych kilka minut gawędziłyśmy o tym, co nas czeka jutro, 

kiedy   znów   możemy   się   spotkać.   Znowu   byłyśmy   pełne   werwy.   Jill   i 

Claire miały  samochody na parkingu. Spytałam Cindy, która mieszkała 

niedaleko mnie, w dzielnicy Castro, czy ją podwieźć.

-  Prawdę mówiąc - odpowiedziała z uśmiechem - mam randkę.

-     Super!   Kto   jest   następną   ofiarą?   -   zawołała   Claire.   -No,   i   kiedy 

będziemy mogły go poczarować?

-   Jeśli wy, przypuszczalnie dorosłe i utalentowane kobiety, chcecie się 

wdzięczyć jak garstka uczennic, to proszę, możecie to zrobić nawet teraz. 

On ma mnie stąd zabrać.

-  Zawsze jestem zdania, że dobry flirt nie zaszkodzi -powiedziała Claire.

-  Nawet Mel Gibson do spółki z Russelem Crowe nie zdołaliby mnie dziś 

poruszyć - parsknęłam.

Kiedy  przechodziłyśmy  przez  drzwi   wejściowe,  Cindy   złapała   mnie   za 

rękę.

-     Trzymaj   się   mocno   na   nogach,   skarbie.   Zobaczyłyśmy   go   od   razu. 

Patrzyłyśmy na niego maślanym Wzrokiem, a ja czułam, że jednak mnie to 

rusza.

Ubrany na czarno mężczyzna, który czekał na zewnątrz, był przystojny i 

seksowny. Był to Aaron Winslow.

ROZDZIAŁ 50

Nie   wierzyłam   własnym   oczom.   Stałam   i   gapiłam   się   z   głupią   miną. 

Patrzyłam   to   na   Cindy,   to   na   Winslowa   i   czułam,   że   zaczynam   się 

background image

rumienić.

-  Dobry wieczór, pani porucznik - przywitał mnie Winslow, przerywając 

niezręczne milczenie. - Cindy powiedziała, że spotyka się z przyjaciółmi, 

nie spodziewałem się pani tu zobaczyć.

-  Ja pana też - wybąkałam.

-  Idziemy do The Blue Door - poinformowała nas Cindy, przedstawiając 

Winslowa dziewczętom. - Dzisiaj występuje Pinetop Perkins.

-  Wspaniale - powiedziała Claire.

-  Bosko - bąknęła Jill.

-     Może   chcecie   pójść   z   nami?   -   zapytał   Winslow.   -   Jeżeli   go   nie 

słyszałyście,   to   zapewniam,   że   to   nie   jest   zwyczajny   blues. 

v

-  Muszę być w pracy jutro o szóstej rano - odpowiedziała Claire. - Idźcie 

we dwójkę.

Pochyliłam się w stronę Cindy i szepnęłam:

-  Wiesz, kiedy rozmawiałyśmy wtedy o schronach na polu bitwy, ja tylko 

żartowałam!

-  Wiem, że żartowałaś - powiedziała, obejmując mnie ramieniem. - Ale ja 

nie.

Stałyśmy wszystkie trzy z otwartymi ze zdumienia ustami i patrzyłyśmy, 

jak znikają za rogiem. Prawdę powiedziawszy, bardzo pasowali do siebie, 

choć spotkali się tylko po to, żeby pójść posłuchać muzyki.

-  No tak - odezwała się Jill. - Powiedzcie, że mi się to nie śni.

-  Nie śni ci się, dziewczynko - upewniła ją Claire. - Mam tylko nadzieję, 

że Cindy wie, w co się pakuje.

-  Hm - potrząsnęłam głową. - Ja też.

background image

Siedząc w samochodzie* bawiłam się myślą o Cindy i Aaronie Winslow. 

Prawie udało mi się zapomnieć, gdzie spotkałam go po raz pierwszy i z 

jakiego powodu. Skręciłam swoim explorerem w Brannan i pomachałam 

na pożegnanie Claire, która wyjeżdżała w kierunku 280. Kiedy skręcałam, 

zauważyłam kątem oka białą toyotę, zaparkowaną przecznicę dalej, która 

ruszyła za mną.

Byłam   bez   reszty   pochłonięta   tym,   co   właśnie   zrobiłam,   informując 

dziewczęta o szczegółach tej okropnej sprawy. Całkowicie zlekceważyłam 

polecenie wydane bezpośrednio przez burmistrza i mojego przełożonego. 

Tym   razem   nie   było   nikogo,   kto   mógłby   mnie   kryć.  Ani   Rotha,   ani 

Mercera.

Jakaś mazda z dwiema nastolatkami zatrzymała się za mną

na światłach przy Seventh. Kierująca nią dziewczyna od dłuższego czasu 

gadała   przez   telefon   komórkowy,   a   jej   koleżanka   nuciła   coś,   czego 

słuchała   na   odtwarzaczu.   Kiedy   ruszyłyśmy,   obserwowałam   je   do 

następnego   skrzyżowania,   gdzie   skręciły.   Za   mną   pojawił   się   niebieski 

minivan.

Wjechałam na Potrero pod tunelem prowadzącym na 101 i skierowałam 

się na południe. Niebieski van skręcił.

Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam tę samą białą toyotę, podążającą za 

mną w odległości mniej więcej trzydziestu metrów.

Jechałam dalej. Srebrne bmw przyśpieszyło na lewym pasie i wjechało za 

mnie. Za nim autobus. Wyglądało na to, że tajemniczy samochód zniknął.

Czy   mogę   obwiniać   się   o   to,   że   zrobiłam   się   trochę   nerwowa?   - 

powiedziałam sama do siebie. Moje zdjęcie pojawiało się w gazetach i w 

telewizyjnych wiadomościach.

background image

Skręciłam jak zwykle w prawo w Connecticut i zaczęłam się wspinać na 

zbocze Potrero. Miałam nadzieję, że pani Taylor z sąsiedniego mieszkania 

wyszła z Marthą na spacer. Zastanawiałam się, czy nie wstąpić do marketu 

po waniliowe ciasteczka Edy'ego.

Dwa skrzyżowania później zerknęłam ostatni raz we wsteczne lusterko. 

Biała toyota właśnie pojawiła się w polu widzenia.

Albo sukinsyn mieszkał w tym samym kwartale co ja, albo mnie śledził.

To musiał być Chimera.

ROZDZIAŁ 51

Serce   biło   mi   jak   szalone;   poczułam   gęsią   skórkę.   Zmrużyłam   oczy   i 

odczytałam we wstecznym lusterku jego numer: California... PCV 182. 

Nie   mogłam   dojrzeć   kierowcy.   To   jakiś   obłęd...  Ale   z   pewnością   nie 

wytwór mojej wyobraźni.

Wjechałam na ogólnodostępny parking przed moim domem. Zaczekałam 

w samochodzie, aż zobaczyłam dach toyo-

ty wyłaniający się z Twentieth Street. Przystanęła u podnóża wzniesienia. 

Krew zakrzepła mi w żyłach.

Ten sukinsyn dowiedział się, gdzie mieszkam.

Sięgnęłam   do   schowka   na   rękawiczki   i   wyjęłam   mojego   glocka. 

Sprawdziłam   magazynek.   Zachowaj   spokój.   Masz   szansę   zdjąć   tego 

dupka. Właśnie teraz możesz schwytać Chimerę.

Skuliłam   się   wewnątrz   auta   i   rozważałam   różne   możliwości.   Mogę 

wezwać policję. Zjawienie się  tutaj  patrolu to  kwestia paru  minut.  Ale 

muszę się najpierw przekonać, kto to jest. Widok policjantów mógłby go 

spłoszyć.

Serce biło mi jak szalone. Ścisnęłam pistolet w dłoni, otworzyłam drzwi 

background image

samochodu i wyślizgnęłam się w ciemność. Co teraz?

Na pierwszym piętrze domu znajdowało się tylne wyjście, prowadzące do 

alei przechodzącej pod moim balkonem. Stamtąd mogłam okrążyć cały 

kwartał   i   dotrzeć   do   parku   na   szczycie   wzgórza.   Jeżeli   ten   sukinsyn 

zostanie na zewnątrz, mam szansę go zaskoczyć.

Zatrzymałam się przez chwilę na klatce schodowej, wystarczająco długo, 

by zobaczyć, jak toyota wolno zbliża się ulicą. Nerwowo pogrzebałam w 

torebce   w   poszukiwaniu   kluczy,   po   czym   pośpiesznie   wsadziłam   je   w 

zamek.

Byłam w środku.  Przez  małe  okienko patrzyłam na  toyotę.  Wytężałam 

wzrok, żeby dostrzec kierowcę, ale w samochodzie było ciemno.

Odryglowałam   zamek   w   tylnych   drzwiach   i   wymknęłam   się   na   tyły 

budynku.

Pobiegłam   pod   osłoną   domów   w   kierunku   ślepej   uliczki   na   szczycie 

wzgórza,   a   stamtąd   ruszyłam   w   odwrotną   stronę,   kryjąc   się   w   cieniu 

budynków po przeciwnej stronie ulicy.

Byłam teraz za nim...

Toyota stała naprzeciwko mojego domu z wygaszonymi światłami.

Kierowca siedział na przednim fotelu i palił papierosa.

Przycupnęłam za zaparkowaną w pobliżu hondą accord. To jest właśnie ta 

chwila, Lindsay...

Czy dam radę zaskoczyć Chimerę w samochodzie? Co będzie, jeśli się 

zamknął od środka?

Nagle   zobaczyłam,   że   drzwi   się   otwierają.   Błysnęło   wewnętrzne 

światełko. Sukinsyn gramolił się z auta odwrócony do mnie plecami.

Miał na sobie ciemną wiatrówkę i miękką czapkę wciśniętą głęboko na 

background image

czoło. Spoglądał w górę na dom. Na okna mojego mieszkania.

Potem ruszył w poprzek ulicy. Żadnego strachu.

Zdejmij   go.   Teraz.   Skurwiel   przyszedł   tu   po   mnie.   Straszył   mnie   w 

książce,   którą   podrzucił   w   kieszeni   Mercera.   Porzuciłam   bezpieczne 

schronienie za rzędem zaparkowanych aut.

Serce   waliło   mi   jak   młotem,   bałam   się,   że   on   może   znienacka   się 

odwrócić. Teraz! Zrób to! Możesz go schwytać!

Podbiegłam kilka kroków, trzymając mocno broń. Otoczyłam ręką jego 

szyję, pociągnęłam gwałtownie, jednocześnie kopnęłam go tak, aby stracił 

równowagę.

Runął do przodu, uderzając mocno o ziemię. Przycisnęłam go kolanem i 

przystawiłam do karku lufę pistoletu.

-  Policja, dupku! Szeroko ręce!

Dobiegł mnie pełen bólu jęk. Posłusznie wypełnił polecenie. Czy to mógł 

być Chimera?

-  Chciałeś mnie dorwać, skurwielu, więc mnie masz. A teraz się odwróć!

Poluzowałam nacisk kolana na tyle, żeby mógł się poruszyć. Kiedy się 

odwrócił,   serce   przestało   mi   bić   na   chwilę.   Zobaczyłam   twarz   mojego 

ojca.

ROZDZIAŁ 52

Marty   Boxer,   jęcząc,   przewrócił   się   na   plecy   i   odetchnął   głęboko. 

Zachował   jeszcze   odrobinę   dawnej   urody,   jaką   pamiętałam,   ale   teraz 

wyglądał inaczej - starszy, przygarbiony, zmęczony życiem. Włosy miał 

przerzedzone, a niegdyś pełne wigoru błękitne oczy wyblakły.

Nie widziałam go od dziesięciu lat. Nie rozmawiałam z nim od dwudziestu 

dwóch.

background image

-  Co ty tutaj robisz? - zapytałam.

-    Teraz  -  złapał  oddech,  przekręcając  się  na  bok -  leżę  na glebie,  bo 

dostałem lanie od córki.

Poczułam   w   jego   kieszeni   coś   twardego.  Wyszarpnęłam   stamtąd   stary, 

służbowy model smith & wesson, kaliber 40.

-  Co to, do diabła, jest? Po co to wziąłeś?

-  Bo to niebezpieczna okolica - jęknął znowu.

Puściłam go. Jego obecność była afrontem, obudziła wspomnienia, które 

udało mi się odrzucić już wiele lat temu. Nawet nie zamierzałam pomóc 

mu wstać.

-  Co ty robisz? Śledziłeś mnie? Powoli udało mu się usiąść.

-  Zakładam, że nie wiedziałaś, iż to twój stary ojciec, który chciał wpaść z 

wizytą, Maskotko.

-   Proszę* nie nazywaj mnie tak! - syknęłam. Maskotka - tak na mnie 

wołał, kiedy miałam siedem lat,

a   on   jeszcze   mieszkał   w   domu.   Moja   siostra,   Cat,   była   Muszką;   ja   - 

Maskotką. To zdrobnienie przywiodło mi na myśl gorzkie wspomnienia.

-   Sądzisz, że możesz wpaść ot, tak sobie, po tylu latach, napędzić mi 

strachu, a potem załatwić sprawę, nazywając mnie Maskotką? Nie jestem 

twoją małą córeczką. Jestem porucznikiem w wydziale zabójstw.

-  Wiem o tym. Potrafisz diabelnie upokorzyć człowieka, maleńka.

-    Wiesz,  że   miałeś   szczęście?   -   powiedziałam,   zabezpieczając  mojego 

glocka.

-  A kogo, do cholery, się spodziewałaś? - Prychnął, masując sobie żebra. - 

Rocky'ego?

-  To nie twoja sprawa. Mnie interesuje tylko, co tutaj

background image

robisz.

Pociągnął nosem.

-     Zaczynam   w   końcu   rozumieć,   Maskotko,   że   nie   jesteś   zachwycona 

moim widokiem. - W jego głosie zabrzmiało poczucie winy.

-  Raczej nie. Jesteś chory?

W błękitnych oczach pojawił się błysk.

-   Czy facet nie może sprawdzić, co się dzieje z jego pierworodną, bez 

tłumaczenia się, dlaczego?

Popatrzyłam uważnie na jego twarz.

-  Nie widziałam cię przez dziesięć lat, a ty zachowujesz się, jakby to był 

tydzień.   Chcesz   się   dowiedzieć,   co   się   ze   mną   przez   ten   czas   działo? 

Wyszłam   za   mąż,   potem   się   rozwiodłam.   Dostałam   się   do   wydziału 

zabójstw.   Teraz   jestem   porucznikiem.   Wiem,   że   może   za   bardzo   się 

streszczam, ale chcę tylko uaktualnić twoją wiedzę, tato.

-  Sądzisz, że upłynęło zbyt wiele czasu, bym mógł patrzeć na ciebie jak 

ojciec?

-  Nie wiem, w jaki sposób na mnie patrzysz. Uśmiechnął się.

-  Boże, jaka ty jesteś piękna... Lindsay.

Na jego twarzy  pojawił  się  ten sam  szelmowski,  niewinny  wyraz,  jaki 

widziałam tysiące razy w dzieciństwie. Potrząsnęłam głową ze złością.

-  Marty, odpowiedz mi na pytanie.

-  Posłuchaj. - Przełknął ślinę. - Wiem, że śledząc cię, nie zachowałem się 

z klasą, ale jak myślisz, czy mógłbym przynajmniej opowiedzieć ci przy 

filiżance kawy, co się ze mną działo?

Z   niedowierzaniem   spoglądałam   na   człowieka,   który   opuścił   naszą 

rodzinę, kiedy miałam trzynaście lat; nie pojawił się ani razu przez cały 

background image

czas,   kiedy   mama   chorowała;   o   którym   przez   większą   część   mojego 

dorosłego życia myślałam, że jest tchórzem i ćwokiem. Nie widziałam 

ojca od dnia, kiedy siedział w ostatnim rzędzie, podczas gdy ja składałam 

przysięgę jako policjantka. Nie miałam pojęcia, czy lepiej dać mu w zęby, 

czy objąć i przytulić.

-   Dobrze, ale nie licz na więcej niż na jedną - powiedziałam wreszcie. 

Wyciągnęłam rękę i pomogłam mu wstać.

Otrzepałam żwir z klap jego kurtki.

-  Twoja opowieść wcale nie trwała dłużej, Maskotko.

ROZDZIAŁ 53

Przygotowałam dla ojca dzbanek kawy, a sobie zaparzyłam filiżankę red 

zingera.   Pokazałam   mu,   jak   mieszkam,   i   przedstawiłam   Marcie,   która 

natychmiast polubiła kochanego, starego tatusia, pomimo moich cichych 

sugestii, żeby jednak traktowała go z większym dystansem.

Siedzieliśmy  na białej, pokrytej płótnem kanapie, z Marthą zwiniętą w 

kłębek u stóp mojego ojca. Podałam mu wilgotną chustkę, a on przetarł 

zadrapanie na policzku.

-  Przepraszam za tego siniaka - powiedziałam, opierając gorący kubek na 

kolanach. To znaczy, tylko trochę, dodałam w duchu.

-  Zasłużyłem na coś gorszego. - Z uśmiechem wzruszył ramionami.

-  Zgadza się, zasłużyłeś.

Siedzieliśmy, patrząc prosto na siebie. Żadne z nas nie wiedziało, od czego 

zacząć.

-   A więc chcesz mi opowiedzieć o tym, co ci się przydarzyło w ciągu 

ostatnich dwudziestu dwóch lat?

Przełknął łyk kawy i odstawił kubek.

background image

-  Jasne. Właśnie tak.

Opowiedział   mi   po   kolei   dzieje   swojego   życia,   które   wydało   mi   się 

pasmem   niepowodzeń.   Był   w   Redondo   Beach   zastępcą   szefa   policji, 

którego przypuszczalnie znałam. Potem zaczął pracę w prywatnej agencji 

ochroniarskiej.   Ochraniał   same   gwiazdy.   Kevin   Costner,   Whoopi 

Goldberg.

-  Byłem nawet na rozdaniu Oscarów - zachichotał. Ożenił się ponownie, 

tym razem na dwa lata.

-  Doszedłem do wniosku, że nie mam odpowiednich kwalifikacji do tego 

zawodu - burknął z sarkazmem.

Teraz znów pracował w prywatnej ochronie, tym razem nie spotykał sław, 

za to wykonywał różne dziwaczne zlecenia.

-  Ciągle uprawiasz hazard? - spytałam.

-     Robię   zakłady   tylko   tu,   w   mojej   głowie   -   odparł.   -   Musiałem 

zrezygnować, kiedy zostałem bez kasy.

-  Jesteś dalej fanem Giantsów?

Kiedy byłam dzieckiem, miał zwyczaj zabierać mnie po służbie do baru 

zwanego  Alibi   on   Sunset.   Sadzał   mnie   na   ladzie   i   razem   z   kumplami 

oglądał   popołudniowy   mecz   z   Candle-stick.   Uwielbiałam   tam   z   nim 

chodzić.

-   Nie. - Potrząsnął głową. - Przestałem, kiedy przehand-lowali Williego 

Clarka. Teraz kibicuję Dodgersom. Chociaż właściwie chciałbym pójść na 

ten nowy stadion.

Popatrzył na mnie przeciągle. Teraz moja kolej. Jak mam zrelacjonować 

własnemu ojcu ostatnie dwadzieścia dwa lata życia?

Opowiedziałam   mu,   nie   wdając   się   w   szczegóły,   o   różnych   rzeczach, 

background image

starannie   omijając   wszystko,   co   miało   jakikolwiek   związek   z   mamą. 

Opowiedziałam   o   moim   byłym   mężu   i   dlaczego   nam   nie   wyszło. 

(Niedaleko pada jabłko od jabłoni - zaśmiał się półgębkiem. Dobrze, ale ja 

przynajmniej   wiedziałam,   kiedy   przestać   -   odgryzłam   się).   O   tym,   jak 

starałam się dostać do wydziału zabójstw i jak mi się w końcu udało.

Melancholijnie pokiwał głową.

-   Czytałem o tej wielkiej sprawie, nad którą pracowałaś. Nawet tam, na 

południu, mówili o tym w każdych wiadomościach.

¦ - To było prawdziwe koło napędowe. Opowiedziałam, jak miesiąc później 

dostałam awans na porucznika, a on pochylił się w moją stronę i położył 

mi rękę na kolanie.

-  Chciałem cię zobaczyć, Lindsay. Sto razy... Nie wiem, czemu tego nie 

zrobiłem.   Jestem   z   ciebie   dumny.   Bardzo   się   z   tobą   liczą   w   wydziale 

zabójstw.   Kiedy   na   ciebie   patrzę...   jesteś   taka...   silną,   opanowana.  Tak 

piękna. Chciałbym tylko wiedzieć, że jest w tym jakaś moja niewielka 

zasługa.

-  Jest. Nauczyłeś mnie, żeby liczyć tylko na siebie. Wstałam, nalałam mu 

kawy i ponownie usiadłam.

-     Posłuchaj,   przykro   mi,   że   ci   się   źle   układa.   Naprawdę.  Ale   minęły 

dwadzieścia dwa lata. Po co tu przyszedłeś?

-     Dzwoniłem   do   Cat,   żeby   zapytać,   czy   będziesz   chciała   ze   mną 

rozmawiać. Powiedziała, że jesteś chora.

Nie chciałam ożywiać przeszłości. Już wystarczająco ciężko mi było tylko 

na niego patrzeć.

-  Byłam chora - przytaknęłam. - Ale teraz jest lepiej i mam nadzieję, że 

tak zostanie.

background image

Serce mi się ściskało. Czułam się coraz bardziej nieswojo.

-  Jak długo mnie śledziłeś?

-  Od wczoraj. Czekałem w samochodzie przed Pałacem ze trzy godziny i 

zastanawiałem się, jak do ciebie podejść. Nie wiedziałem, czy będziesz 

chciała ze mną gadać.

-     Dalej   nie  wiem,   czy   chcę,  tato.   -  Próbowałam  znaleźć  odpowiednie 

słowa i czułam jednocześnie, że za chwilę zacznę płakać. - Nigdy cię nie 

było. Odszedłeś od nas. Nie mogę tak po prostu zmienić tego, co do ciebie 

czułam przez te wszystkie lata.

-     Nie   oczekuję   tego,   Lindsay   ¦¦*   powiedział.   -   Jestem   już   starym 

człowiekiem. Starym człowiekiem, który wie, że popełnił miliony błędów. 

Wszystko, czego chcę, to spróbować naprawić niektóre z nich.

Spojrzałam   na   niego,   w   połowie   pełna   niedowierzania,   w   połowie 

uśmiechnięta. Wytarłam chusteczką oczy.

-  Teraz mamy tu urwanie głowy. Słyszałeś o Mercerze?

-   Oczywiście - odetchnął. Czekałam, że coś powie, ale tylko wzruszył 

ramionami.   —   Widziałem   cię   w   wiadomościach.   Byłaś   olśniewająca. 

Wiesz o tym, Lindsay?

-     Tato,   przestań.   -   Ta   sprawa   wymagała   ode   mnie   poświęcenia 

wszystkiego, co miałam. To było szaleństwo. Znowu popatrzyłam na ojca. 

- Nie wiem, czy. dam sobie z tym radę.

-  Ja też nie wiem - powiedział, biorąc mnie czule za rękę. - A co myślisz o 

tym, żebyśmy spróbowali razem?

ROZDZIAŁ 54

Następnego   ranka   o   dziewiątej   starszy   agent   FBI,   Morris   Ruddy, 

zanotował coś w swoim notesie.

background image

-  Poruczniku, kiedy pomyślała pani po raz pierwszy, że

znak chimery może oznaczać zorganizowany ruch białych ekstremistów?

W  mojej   głowie   ciągle   panował   zamęt   po   wydarzeniach   wczorajszego 

wieczoru. Ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, było zebranie grupy 

operacyjnej i rozmowa z tymi kurzymi móżdżkami.

-  Dostałam wskazówki z pańskiego biura w Quantico -odpowiedziałam.

Oczywiście,   niezupełnie   było   to   zgodne   z   prawdą.   Stu   Kirkwood 

potwierdził tylko to, co już wcześniej wiedziałam od Cindy.

-  Więc później, kiedy już pani posiadała tę wiedzę - drążył dalej agent FBI 

- ile takich grup pani sprawdziła?

Rzuciłam mu zdegustowane spojrzenie, które mówiło: Moglibyśmy robić 

postępy, gdyby tylko udało nam się wyjść z tego przeklętego pokoju.

-  Czytał pan akta, które panu dałam. Sprawdziliśmy dwie czy trzy.

Uniósł brew.

-  Sprawdziła pani jedną.

-  Proszę posłuchać: nie mamy żadnych danych dotyczących działalności 

tego typu grup na naszym terenie. Metody stosowane w tych zabójstwach 

wydają   się   podobne   do   innych   przypadków,   nad   którymi   pracowałam. 

Przyjęłam, że mamy  do czynienia z seryjnym mordercą. Muszę jednak 

przyznać, że to tylko moje przypuszczenia.

-  Więc zawęziła pani te cztery tak różne sprawy - powiedział Ruddy - do 

działań jednego zbrodniarza, tak?

-  Tak. Tak mi podpowiada moje doświadczenie, zdobyte przez siedem lat 

pracy w wydziale zabójstw.

Stanowczo nie podobał mi się jego ton. Sam Ryan, szef detektywów, uznał 

wreszcie za stosowne wtrącić się do rozmowy:

background image

-  Agencie Ruddy, to nie jest przesłuchanie.

-     Chcę   tylko   zobaczyć,   ile   wysiłku   trzeba   jeszcze   włożyć,   żeby 

skoordynować działania na tym terenie.

-  Proszę zauważyć - upierałam się - że wskazówek na

temat   Chimery   nie   znaleźliśmy   w   prasie.   Ta   biała   furgonetka   została 

zauważona przez sześcioletniego chłopca. Ten sam znak był wśród graffiti 

na   miejscu   drugiej   zbrodni.   Nasz   lekarz   sądowy   stwierdził,   że   śmierć 

Catchings nie była wynikiem przypadkowego postrzału.

-   I nawet teraz, kiedy wasz własny szef policji padł ofiarą morderstwa, 

dalej wierzycie, że nie ma tu podłoża politycznego?

-  Te zbrodnie mogą być umotywowane politycznie. Nic nie wiem na temat 

planów   sprawcy.   Ale   pewne   jest,   że   to   jeden   człowiek   i   do   tego 

pomyleniec. O co, do diabła, tu chodzi?

-   Wiele wyjaśnia morderstwo numer trzy - wtrącił drugi agent, Hull. - 

Zabójstwo Davidsona.

Podniósł z fotela swoje ciężkie ciało i podszedł do naszego skoroszytu, 

gdzie   mieliśmy   rozpisane   wszystkie   zbrodnie   wraz   z   dotyczącymi   ich 

detalami.

-  Morderstwa numer jeden, dwa i cztery - wyjaśnił - wiążą się z Chimerą. 

Zabójstwo Davidsona nie pasuje w żaden sposób. Chcielibyśmy wiedzieć, 

dlaczego jest pani taka pewna, że chodzi o tego samego faceta?

-  To był nieprawdopodobnie celny strzał - odparłam.

-  Zgodnie z moją wiedzą - zerknął w notatki - Davidson zginął od pocisku 

z broni zupełnie innego typu.

-   Nie mówiłam o balistyce, Hull, mówiłam o strzale. To była precyzja 

strzelca wyborowego. Zupełnie jak w wypadku Tashy Catchings.

background image

-   Z mojego punktu widzenia - ciągnął dalej Hull - nie mamy żadnego 

ewidentnego dowodu łączącego sprawę Da-vidsona z pozostałymi trzema. 

Jeśli   będziemy   ściśle   trzymać   się   faktów,   a   nie   przypuszczeń   pani 

inspektor Boxer, przekonamy się, że nic nie wskazuje na brak politycznych 

motywów tych wydarzeń. Kompletnie nic.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi sali konferencyjnej i w 

szparze   między   framugą   a   futryną   ukazała   się   .   głowa   Charliego 

Clappersa. Wyglądał jak nieśmiały świstak wychylający się z nory.

Skinął głową chłopcom z FBI, a potem mrugnął do mnie.

-  Pomyślałem, że to może ci się przydać.

Położył na stole czarno-białą odbitkę protektora buta o dużym rozmiarze.

-   Pamiętasz ten odcisk buta zdjęty ze smoły na dachu w miejscu, skąd 

strzelano do Arta Davidsona?

-  Oczywiście - powiedziałam.

Clapper położył drugie zdjęcie obok pierwszego.

-    A  ten   udało   się   nam   zdjąć   z   mokrej   ziemi   na   ścieżce   w   miejscu 

zabójstwa Mercera.

Oba odciski były identyczne.

W sali zapadła cisza. Spojrzałam najpierw na agenta Rud-dy'ego, potem na 

agenta Hulla.

-   Oczywiście, to tylko para zwykłych butów treningowych Reeboka - 

dorzucił.

Z kieszeni fartucha wyjął zasuwaną plastikową torebeczkę. Były w niej 

mikroskopijne pyłki białego proszku.

-  Znaleźliśmy to na miejscu zabójstwa szefa. Pochyliłam się nad próbką i 

patrzyłam na ślad tego samego

background image

białego talku.

-  Jeden morderca - powiedziałam. - Jeden strzelec.

ROZDZIAŁ 55

Zadzwoniłam do dziewcząt i poprosiłam, żebyśmy się spotkały na krótko 

w czasie lunchu. Nie mogłam dłużej czekać, by je zobaczyć.

Umówiłyśmy się w Yerba Buena Gardens. Usiadłyśmy na dziedzińcu na 

zewnątrz   nowego   IMAX-a   i   patrzyłyśmy,   jak   dzieci   bawią   się   w 

fontannach   albo   zajadają   sałatki   na   wynos   i   kanapki.   Opowiedziałam 

dziewczętom   o   wszystkim,   co   wydarzyło   się   od   naszego   ostatniego 

spotkania   w   U   Susie;   od   podejrzenia,   że   ktoś   mnie   śledzi,   aż   do 

znokautowania własnego ojca przed moim domem.

- Mój Boże! - wykrzyknęła Claire. - Powrócił ojciec marnotrawny!

Przez chwilę miałam wrażenie, że jakaś kurtyna oddzieliła

nas od reszty świata. Zapadła cisza, a wszystkie oczy wpatrzone były we 

mnie z niedowierzaniem.

-  Kiedy widziałaś go ostatnio? - zapytała w końcu Jill.

-  Na wręczeniu dyplomów w Akademii. Nie zapraszałam go, ale skądś się 

dowiedział.

-  Jechał za tobą? - sapnęła Jill z niedowierzaniem. - Po naszym spotkaniu? 

Jak jakiś bandzior? Tfu! - Wzdrygnęła się.

-  Typowy Marty Boxer - westchnęłam. - Taki właśnie jest mój ojciec.

Claire położyła mi rękę na ramieniu.

-  Czego właściwie chciał?

-   Wciąż nie jestem pewna. Wygląda na to, że naprawić dawne błędy. 

Mówił, że dowiedział się od mojej siostry Cat, że jestem chora. Śledził 

przebieg dochodzenia w sprawie morderstw nowożeńców. Podobno chciał, 

background image

żebym wiedziała, jak bardzo jest ze mnie dumny.

-  To było całe wieki temu - prychnęła Jill, gryząc bułeczkę z nadzieniem z 

kurczaka i awókado. - Dobry moment sobie wybrał.

-  To samo mu powiedziałam. Cindy pokręciła głową.

-   Tak po prostu zdecydował się po dwudziestu dwóch latach wpaść do 

ciebie?

-   Moim zdaniem dobrze się stało, Lindsay  - powiedziała Claire. - Po 

prostu dobrze.

-     Dobrze,   że   po   dwudziestu   dwóch   latach   wrócił   z   nieczystym 

sumieniem?                                   •

-  Nie, dobrze się stało, bo on cię potrzebuje, Lindsay. Jest sam, prawda?

-   Powiedział, że ożenił się ponownie, ale po dwóch latach się rozwiódł. 

Wyobraź  sobie,   Claire,   że  dowiadujesz   się   po  iluś   tam  latach,   że  twój 

ojciec był żonaty po raz drugi!

-  To nie ma znaczenia, Lindsay - odparła Claire. - On wyciąga do ciebie 

rękę. Nie powinnaś jej odtrącać z powodu urażonej dumy.

-  A co ty o tym myślisz? - dopytywała się Jill. Otarłam usta, napiłam się 

ice tea i wzięłam głęboki oddech.

-  Chcecie znać prawdę? Nawet nie wiem. On jest jak widmo z przeszłości, 

które budzi wiele złych wspomnień. Wszystko, czego się dotknął, raniło 

ludzi.

-  On jest twoim ojcem, kochanie - powiedziała Claire. -Nosisz tę ranę od 

czasu, kiedy cię poznałam. Powinnaś pozwolić mu wrócić. Możesz mieć 

coś, czego nie zaznałaś nigdy przedtem.

-  Równie dobrze on może znowu dać jej kopa - zauważyła Jill.

-  Eee tam! - Cindy zerknęła na Jill z ukosa. - Perspektywa macierzyństwa 

background image

nie zrobiła ź ciebie łagodnej i czułej istoty, prawda?

-   Jedna randka z wielebnym - odpaliła Jill - i nagle chcesz być naszym 

sumieniem? Jestem pod wrażeniem.

Wszystkie spojrzałyśmy na Cindy, dusząc w sobie śmiech.

-   To prawda - przytaknęła Claire. - Nie sądzisz chyba, że udało ci się 

wyjść obronną ręką, zgadza się?

Cindy się zarumieniła. Tak zakłopotaną widziałam ją po raź pierwszy od 

chwili, kiedy się poznałyśmy.

-  Nie ma co ukrywać, pasujecie do siebie - westchnęłam.

-     Po   prostu   go   lubię!   -   wybuchnęła   w   końcu   Cindy.   -Gadaliśmy 

godzinami. W barze. Potem odprowadził mnie do domu. Koniec. Kropka.

-  No jasne. - Jill uśmiechnęła się szeroko. - Jest milutki, ma stałą pracę, no 

i   gdyby   kiedyś   zdarzyło   ci   się   zginąć   tragicznie,   nie   musiałabyś   się 

martwić o to, kto poprowadziłby ceremonię pogrzebową.

-  Nie pomyślałam o tym. - Cindy wreszcie się rozpogodziła. - Zrozumcie, 

to była jedna randka. Piszę artykuł o nim i o dzielnicy, w której pracuje. 

Jestem pewna, że więcej mnie nie zaprosi.

-  Ale może ty go zaprosisz? - powiedziała Jill.

-  Jesteśmy przyjaciółmi. Nie, raczej jesteśmy zaprzyjaźnieni. Spędziłam z 

nim   kilka   wspaniałych   godzin.   Gwarantuję,   każda   z   was   bawiłaby   się 

doskonale. To praca naukową, i tyle.

Wszystkie się uśmiechnęłyśmy. Ale Cindy miała rację -żadna z nas nie 

pominęłaby okazji, by spędzić kilka godzin

z Aaronem Winslowem. Ciągle dostawałam gęsiej skórki, gdy wracałam 

myślami do jego kazania na pogrzebie Tashy Catchings.

Kiedy wrzuciłyśmy resztki jedzenia do śmieci, zwróciłam się do Jill:

background image

-  No, jak się czujesz? Wszystko w porządku?

-   Prawdę mówiąc, całkiem nieźle. - Z uśmiechem skrzyżowała ręce na 

ledwo co widocznym brzuszku i nadęła policzki, jakby chciała powiedzieć 

„grubo".

-   Właśnie dostałam do skończenia tę ostatnią sprawę. Potem, kto wie, 

może zrobię sobie wolne?

-    Akurat   w   to   wierzę,   kiedy   na   ciebie   patrzę   -   roześmiała   się   Cindy. 

Spojrzałyśmy na siebie z Claire wzrokiem pełnym nostalgii.

-  Dobrze, dobrze, jeszcze was zaskoczę - powiedziała Jill.

-   Więc co teraz zamierzasz zrobić? - zwróciła się do mnie Claire, kiedy 

zbierałyśmy się do wyjścia.

-  Spróbuję znaleźć coś, co łączy wszystkie ofiary. Musi być coś takiego.

Nie odwracała ode mnie wzroku.

-  Miałam na myśli twojego tatę.

-  Nie wiem. To nie jest odpowiedni moment, Claire. Marty mi się narzuca. 

Jeśli chce coś uzyskać, musi poczekać na swoją kolej.

Claire wstała. Spojrzała na mnie tym swoim mądrym uśmieszkiem.

-  Najwyraźniej chcesz mi coś powiedzieć - zauważyłam.

-     Naturalnie.   Dlaczego   nie   spróbujesz   czegoś,   co   robisz   normalnie   w 

sytuacji pełnej napięcia i wątpliwości?

-  To znaczy...?

-  Nie ugotujesz facetowi czegoś do jedzenia.

ROZDZIAŁ 56

Tego   popołudnia   Cindy   siedziała   skulona   przy   swoim   komputerze   w 

redakcji „Chronicie", popijała łyczkami stewart's

orange n' cream i przeglądała na monitorze wyniki kolejnego daremnego 

background image

wyszukiwania.

Gdzieś   w   najgłębszych   pokładach   jej   pamięci   tkwiło   coś,   starannie 

odłożone w szufladkę, jakieś dręczące wspomnienie, którego nie mogła 

dopasować   do   żadnej   sytuacji.   Chimera...   słowo   użyte   w   innym 

kontekście, w jakiejś innej formie, które mogło okazać się przydatne w 

toczącym się śledztwie. Przejrzała CAL, sieciowe archiwa „Chronicie", 

lecz niczego nie znalazła. Zapuściła więc wyszukiwanie, używając kolejno 

popularnych wyszukiwarek Yahoo, Jeeves i Google. Jej mózg pracował na 

najwyższych   obrotach.   Czuła,   tak   jak   wcześniej   Lindsay,   że   to 

fantastyczne   monstrum   nie   oznaczało   grupy   wojujących   rasistów. 

Prowadziło   do   jednego,   bardzo   pogmatwanego,   ale   interesującego 

człowieka,

-   No,   dalej.   -   Wypuściła   z   płuc   powietrze,   jednocześnie   przyciskając 

nerwowo klawisz enter. - Wiem, że gdzieś tu jesteś.

Dzień dobiegał końca, a jej nic nie udało się wymyślić. Nie miała nawet 

nagłówka  do jutrzejszego  porannego wydania. Wydawca się  wścieknie. 

Mamy czytelników - będzie marudził. Czytelnicy chcą wiedzieć, co dalej. 

Będzie musiała coś mu obiecać. Tylko co? Śledztwo utknęło w martwym 

punkcie;

Była   właśnie   w   Goógle'u,   ze   znużeniem   przeglądała   ósmą   ,   stronę 

odpowiedzi. Nagle coś ją uderzyło.

Chimera,.,   Przedpiekło,   opis   więziennego   życia   w   Pelican   Bay,   pióra 

Antoine   Jamesa.   Pośmiertna   publikacja   dotycząca   ciężkich   warunków 

życia, okrucieństwa i przestępczego światka.

Pelican Bay... Pelican Bay było miejscem, gdzie trzymano najgorszych z 

najgorszych   bandziorów   w   całym   systemie   penitencjarnym   stanu 

background image

Kalifornia.   Winnych   szczególnie   okrutnych   przestępstw,   którzy   ze 

względów bezpieczeństwa nie mogli być przetrzymywani nigdzie indziej.

Przypomniała   sobie   teraz,   że   dwa   lata   temu   czytała   o   Pelican   Bay   w 

„Chronicie".   Wtedy   właśnie   usłyszała   nazwę   Chimera.  Teraz   wszystko 

pasowało. To było to wspomnienie, które ją dręczyło.

Obróciła krzesło do terminalu CAL, stojącego na półce. Zsunęła okulary 

na czoło i wystukała hasło: Antoine James.

Odpowiedź nadeszła w ciągu pięciu sekund. Artykuł z 10 sierpnia 1998 

roku.   Sprzed   dwóch   łat.   Napisany   przez   Deb   Meyer,   dziennikarkę   z 

wydania   niedzielnego.   Zatytułowany:   „Pośmiertnie   opublikowany 

dziennik przybliża koszmarny świat przemocy za kratami".

Kliknęła na okienko „Pokaż" i po kilku sekundach artykuł ukazał się na 

ekranie.   To   była   publikacja   w   stylu   „oblicza   życia",   ukazująca   się   w 

niedzielnym   dodatku   miejskim.  Antoine   James   odsiadujący   dziesięć   do 

piętnastu lat,w Pelican Bay za udział w zbrojnym napadzie został zraniony 

nożem   i   zginął   w   więziennej   bójce.   W   swoim   systematycznie 

prowadzonym dzienniku opisywał pełne niepokoju życie za więziennymi 

murami   i   piętnował   zwyczaje   -   rabunki   z   użyciem   siły,   ataki   na   tle 

rasowym,   znęcanie   się   strażników   nad   osadzonymi   i   ciągłą   przemoc, 

której doświadczał ze strony gangów.

Cindy wydrukowała artykuł, wyłączyła terminal i przejechała na krześle z 

powrotem w stronę biurka. Oparła się wygodnie plecami, a stopy położyła 

na stosie książek. Zeskano-wała znalezioną stronę.

„Od chwili, kiedy przejdziesz przez więzienną bramę, życie w Pelican Bay 

staje się ciągłą wojną z terrorem strażników i przemocą gangów" - napisał 

James w swojej ponurej książce. „To gangi określają twój status, twoją 

background image

tożsamość, twoją ochronę. Każdy musi płacić okup i niezależnie, do której 

grupy   należysz,   to   ona   sprawdza,   kim   jesteś   i   czego   można   od   ciebie 

oczekiwać".

Cindy   przebiegła   wzrokiem   artykuł.   Więzienie   było   prawdziwym 

gniazdem żmij, Gangi Murzynów nazywały się Krew i Sztylety, tak samo 

jak muzułmanów. Latynosi mieli Północnych, którzy nosili na głowach 

czerwone   opaski,   i   Południowych,   którzy   nosili   niebieskie.   Mafia 

meksykańska   przybrała   nazwę   Los   Eme.   Biali   dzielili   się   na 

Gwinejczyków i Cyklistów, a najniższa grupa wyrzutków nazywała się 

Śmierdziele z Kibla. Najlepsi należeli do Aryjczyków.

„Niektóre grupy działały potajemnie", pisał James. „Jeśli do którejś z nich 

wszedłeś, nikt nie ośmielił się ciebie tknąć".

„Jedna   z   tych   grup   białych   była   szczególnie   okrutna.   Sami   okazali 

chłopcy, każdy z wyrokiem za rozboje. Rozcięliby bratu żołądek, gdyby 

się założyli o to, co zjadł".

Kiedy Cindy przeczytała następne zdanie, poczuła gwałtowny przypływ 

adrenaliny.

James znał nazwę tej grupy. Chimera.

ROZDZIAŁ 57

Właśnie   kończyłam   pracę   -   nie   pojawiło   się   nic   nowego   w   sprawie 

czterech ofiar ani tajemniczego talku - kiedy zadzwoniła Cindy.

-     Czy   w   Pałacu   nadal   obowiązuje   stan   wojenny?   -   zażartowała, 

nawiązując do memorandum burmistrza zamieszczonego w prasie.

-  Możesz mi wierzyć, nie robimy tu pikniku.

-  Spotkamy się? Chyba coś mam.

-  Jasne. Gdzie?

background image

-     Wyjrzyj   przez   okno   i   spójrz   na   prawo.   Przyjrzałam   się   uważnie   i 

dostrzegłam ją. Opierała się

o   maskę   swojego   samochodu,   zaparkowanego   naprzeciwko   Pałacu. 

Dochodziła   siódma   wieczorem.   Sprzątnęłam   biurko,   zadzwoniłam 

pośpiesznie   do   Lorraine   i   China,   żeby   powiedzieć   im   dobranoc,   i 

skierowałam   się   w   stronę   tylnego   wyjścia.   Przebiegłam   przez   ulicę   i 

podeszłam do Cindy. Dzisiejszego wieczoru  nosiła  krótką spódniczkę i 

haftowaną dżinsową kurtkę. Przez ramię przewiesiła spłowiały plecaczek 

koloru khaki.

-  Wracasz z próby chóru? - Mrugnęłam porozumiewawczo.

-     Gadaj   tak,   gadaj.   Następnym   razem,   jak   cię   zobaczę   w   mundurze 

oddziału specjalnego, pomyślę, że masz randkę ze swoim tatusiem.

-  Jeśli już mówimy o Martym... zadzwoniłam i zaprosi-

łam   go   na   jutrzejszy   wieczór.   Więc,   słodka   myszko,   co   znalazłaś   tak 

ważnego, że aż musiałyśmy się spotkać?

-  Mam i dobrą, i złą wiadomość - powiedziała, zdejmując plecak. Wyjęła 

kopertę formatu A4. - Wydaje mi się, że wreszcie coś znalazłam, Lindsay.

Wręczyła mi kopertę, którą skwapliwie otworzyłam: w środku był artykuł 

sprzed dwóch lat z „Chronicie". Dotyczył dziennika Przedpiekto pisanego 

w   więzieniu,   autorstwa   niejakiego   Antoine'a   Jamesa.   Kilka   ustępów 

zostało podkreślonych na żółto. Zaczęłam czytać.

Aryjczycy...   gorsi   niż   Aryjczycy.   Biali,   źli   i   pełni   nienawiści.   Nie 

wiedzieliśmy, kogo bardziej nienawidzą, nas, „robactwa", z którym muszą 

dzielić się żarciem, czy gliniarzy i strażników, którzy ich tu wsadzili.

Grupa   tych   skurwysynów   miała   swoją   nazwę.   Sami   ją   wymyślili   - 

Chimera.

background image

Zatrzymałam wzrok na ostatnim wyrazie.

-     To   są   zwierzęta,   Lindsay.   Najgorsze   typy   w   całym   systemie 

penitencjarnym. Oni mszczą się za kumpli nawet poza murami więzienia - 

powiedziała. - I to jest ta dobra wiadomość. Zła - że to Pelican Bay.

ROZDZIAŁ 58

W strukturze systemu więziennego stanu Kalifornia Pelican Bay określano 

jako miejsce, gdzie nigdy nie świeci słońce.

Następnego dnia wzięłam Jacobiego i „zdobyczny" helikopter na godzinny 

lot wzdłuż wybrzeża do Crescenf City, w pobliżu granicy z Oregonem. 

Dotąd   byłam   w   Pelican   Bay   dwukrotnie:   raz,   żeby   się   spotkać   z 

informatorem w pewnej sprawie o morderstwo, a drugi, by wziąć udział w 

przesłuchaniu, którego wynikiem miało być zwolnienie warunkowe kogoś, 

kogo aresztowałam. Za każdym razem, kiedy przelatywałam nad gęstym 

lasem sekwoi otaczającym więzienie, czułam dziwne ściskanie w żołądku.

Jeżeli byłeś przedstawicielem wymiaru sprawiedliwości -

zwłaszcza kobietą- to miejsce nie należało do twoich ulubionych. Był tam 

napis, doskonale widoczny dla tych, którzy wchodzili główną bramą - że 

jeśli zostaniesz wzięty jako zakładnik, musisz liczyć wyłącznie na siebie. 

Żadnych negocjacji.

Miałam umówione spotkanie z zastępcą naczelnika więzienia, Rolandem 

Estesem,   w   budynku   administracji.   Musieliśmy   kilka   minut   na   niego 

poczekać. Kiedy się zjawił, zobaczyliśmy, że jest wysoki i poważny. Miał 

twarz o ostrych rysach i niebieskie oczy. Jego sposób bycia cechowała 

niezwykła   powściągliwość,   co   było   wynikiem   wielu   lat   spędzonych   w 

surowej dyscyplinie.

-  Przepraszam najmocniej za spóźnienie - powiedział, siadając za wielkim 

background image

dębowym biurkiem. - Mieliśmy zamieszki w bloku O. Jeden z naszych 

podopiecznych Północnych zranił przeciwnika w szyję.

-  Jak udało mu się zdobyć nóż? - zapytał Jacobi.

-     Nie   miał   noża.   -   Estes   uśmiechnął   się   kwaśno.   -   Użył   odpiłowanej 

krawędzi ogrodniczej motyki.

Nie chciałabym za żadne skarby być na miejscu Estesa. Nie podobała mi 

się   opinia,   jaką   zdobyło   sobie   to   więzienie   z   powodu   bójek,   terroru   i 

motta: „Donosicielstwo, zwolnienie warunkowe albo śmierć".

-   Więc mówiła pani, że ma to związek z zabójstwem Mercera? - Estes 

pochylił się w przód.

Przytaknęłam i wyjęłam z torby akta sprawy.

-   To ma związek z szeregiem zabójstw. Bardzo mnie interesuje, co pan 

wie na temat działających tu gangów.

Estes wzruszył ramionami.

-     Większość   z   tych   chłopaków   należy   do   gangów   od   chwili,   kiedy 

skończyli dziesięć lat. Przekona się pani, że każda grupa działająca na 

terenie   Oakland   czy   Wschodniego   Los   Angeles   ma   tu   swoich 

reprezentantów.

-  Ten konkretny gang nazywa się Chimera.

Na twarzy Estesa pojawił się wyraz zaskoczenia.

-  Widzę, że nie zaczyna pani od płotek, poruczniku. Co konkretnie panią 

interesuje?

-   Chcę wiedzieć, czy nasze morderstwa mają jakiś związek z ludźmi z 

Chimery; chcę wiedzieć, czy  są aż tak  źli, jak się  uważa;  i chcę znać 

nazwiska   domniemanych   członków   gangu   znajdujących   się   obecnie   na 

wolności.

background image

-  Odpowiedź na wszystkie trzy pytania brzmi: tak. - Estes zgodził się bez 

oporu.   -   To   rodzaj   próby   ognia.   Więźniów,   którzy   mogą   najbardziej 

oberwać,   staramy   się   usuwać.   Ci   przez   dłuższy   czas   przebywają   w 

izolatkach. To zapewnia im rangę - i pewne przywileje.

-  Przywileje?

-     Wolność.   Oczywiście   w   tutejszym   znaczeniu   tego   słowa.   Od   bycia 

nagabywanym. Od donosicielstwa.

-   Chciałabym dostać listę członków, którzy  przebywają na zwolnieniu 

warunkowym.

Zastępca naczelnika tylko się uśmiechnął.

-  Niewielu jest takich. Niektórzy zostali przeniesieni do innych więzień. 

Podejrzewam,   że   rezydentów   tego   gangu   można   znaleźć   w   każdym 

większym zakładzie karnym w Oregonie. W dodatku to nie jest tak, że 

mamy dokładne dane, kto należy do nich, a kto nie. Po prostu patrzymy, 

kto siada obok Wielkiego Wodza w czasie posiłków.

-   Ale pan wie, prawda? Pan wie, kto jest w Chimerze. -My wiemy  - 

poprawił mnie zastępca naczelnika. Wstał,

jakby chciał zakończyć rozmowę. - Potrzebuję trochę czasu. Pewne rzeczy 

muszę skonsultować, ale zobaczę, co da się zrobić.

-  Jeżeli już tu jestem, to równie dobrze mogę się z nim spotkać.

-  Z kim, pani porucznik?

-  Z Wielkim Wodzem. Głową Chimery. Estes popatrzył na mnie.

-  Przykro mi, poruczniku, ale nikt nie może. Nikomu nie wolno wejść do 

Jaskini.

Spojrzałam mu prosto w oczy.

-  Chcecie, żebym tu wróciła z nakazem sądowym? Niech pan słucha, nasz 

background image

szef policji nie żyje. Każdy polityk w tym stanie chce, żeby zabójca został 

schwytany. Dostanę wsparcie

ze   wszystkich   stron   i   pan   o   tym   dobrze   wie.   Proszę   więc   go   tu 

przyprowadzić.

Twarz Estesa się rozluźniła.

-  Jest pani moim gościem, poruczniku. Ale sprawa wygląda tak, że on nie 

może wychodzić. To pani pójdzie do niego.

Podniósł słuchawkę z widełek i wybrał numer. Po chwili wymamrotał:

-  Przygotuj Weiscza. Ma gościa. Kobietę.

ROZDZIAŁ 59

Szliśmy   z   Estesem   długim   podziemnym   korytarzem   w   towarzystwie 

uzbrojonego w pałkę strażnika nazwiskiem 0'Koren.

Kiedy dotarliśmy do schodów oznaczonych SHU-C, zastępca naczelnika 

pomachał   identyfikatorem   przed   ekranem   bezpieczeństwa   i   otworzył 

ciężkie, kompresyjne drzwi prowadzące do supernowoczesnego oddziału 

więziennego.

Po drodze sporo się dowiedziałam.

-     Jak   większość   naszych   pensjonariuszy   Weiscz   przybył   z   innego 

przybytku,   z   Folsom.   Był   tam   liderem   Braterstwa  Aryjczyków,   zanim 

udusił   czarnego   strażnika.   W   naszej   izolatce   siedzi   od   osiemnastu 

miesięcy. Dopóki w tym stanie znów nie zacznie się wysyłać ludzi na 

egzekucje, niewiele więcej możemy mu zrobić.

Jacobi pochylił się w moją stronę.

-  Na pewno wiesz, co robisz, Lindsay? - szepnął.

Nie byłam pewna. Serce waliło mi jak młotem, a dłonie były mokre ze 

zdenerwowania.

background image

-  Dlatego cię zabrałam.

-  No tak - mruknął bez przekonania.

Oddział   odosobnienia   w  Pelican   Bay   nie   przypominał   żadnego   z   tych, 

jakie   dotąd   widziałam.   Wszystko   w   nużącej,   sterylnej   bieli.   Potężni 

strażnicy w mundurach koloru khaki, mężczyźni i kobiety, wyłącznie biali, 

siedzieli na posterunkach za przeszklonymi ścianami.

Monitory   i   kamery   bezpieczeństwa   były   wszędzie.   Wszędzie.   Oddział 

przypominał kokon z dziesięcioma komórkami, oddzielonymi szczelnymi 

kompresyjnymi drzwiami.

Estes zatrzymał się przed metalowymi drzwiami z dużym oknem.

-  Witamy na najniższym poziomie rasy ludzkiej - powiedział.

Muskularny,   łysiejący   strażnik   zaopatrzony   w   maskę   i   elektryczny 

paralizator podszedł do nas.

-  Szefie, myślę, że Weiscza trzeba uwolnić. Mam wrażenie, że on musi się 

trochę odprężyć.

Spojrzałam na Estesa.

-  Uwolnić?

Estes pociągnął nosem.

-  Może pani pomyśleć, że po kilku miesiącach spędzonych w tej dziurze 

Weiscz   powinien   być   szczęśliwy,   że   może   się   trochę   rozerwać.   Ale, 

niestety, okazał się niechętny do współpracy. Musieliśmy wysłać specjalny 

zespół,   żeby   go   przygotować   na   spotkanie   z   panią.   -   Skinął   głową   w 

kierunku celi. - Tam jest ten pani ptaszek...

Podeszłam   do   stalowych,   solidnych   drzwi   i   zajrzałam   do   środka. 

Zobaczyłam   masywne,   potężne   cielsko.   Weiscz   siedział   przygarbiony, 

przywiązany   do   metalowego   krzesła,   ze   skutymi   nogami,   z   rękoma 

background image

wykręconymi   do   tyłu   i   zapiętymi   w   kajdanki.   Miał   długie,   brudne, 

skołtunione włosy i rzadką kozią bródkę. Ubrany był w pomarańczowy 

kombinezon z krótkimi rękawami, rozpięty u góry. Mogłam dostrzec po^ 

krytą tatuażami masywną pierś i muskularne ramiona.

-  Zostanie z panią strażnik, a cela przez cały czas będzie monitorowana - 

odezwał się zastępca naczelnika. - Proszę się do niego nie zbliżać na mniej 

niż półtora metra. Jeżeli spróbuje choćby ruszyć brodą w pani kierunku, 

zostanie unieruchomiony.

-  On przecież jest związany i skuty! - zawołałam.

-  Ten sukinsyn potrafi przegryźć łańcuchy - powiedział Estes. - Proszę mi 

wierzyć.

-  Czy mogę mu coś obiecać?

-  Jasne - odpowiedział z uśmieszkiem. - Happy Meąl. Jest pani gotową...?

Mrugnęłam do Jacobiego. Spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami, w 

których dostrzegłam prawdziwy lęk. Serce prawie przestało mi bić.

-  Miłej podróży - mruknął Estes.

Dał sygnał do kontrolki. Usłyszałam zgrzyt ciężkich, stalowych drzwi.

ROZDZIAŁ 60

Weszłam do surowej celi pomalowanej na biało. Była zupełnie pusta z 

wyjątkiem   metalowego   stołu   i   czterech   krzeseł   przymocowanych   do 

podłogi oraz dwóch kamer umieszczonych wysoko pod sufitem. W kącie 

stał milczący strażnik wyposażony w paralizator.

Weiscz ledwo mnie zauważył. Nogi miał skrępowane, a ręce ciasno skute z 

tyłu krzesła. W stalowym spojrzeniu nie było nic ludzkiego.

-     Jestem   porucznik   Lindsay   Boxer   -   powiedziałam,   zatrzymując   się 

półtora metra od niego.

background image

Weiscz nie odezwał się słowem, tylko skierował na mnie wzrok. Wąskie 

szparki oczu, niemal fosforyzujące spojrzenie...

-   Muszę z panem porozmawiać na temat kilku morderstw, do których 

ostatnio doszło. Nie mogę wiele obiecać w zamian. Mam nadzieję, że pan 

mnie posłucha i może zechce mi pomóc.

-  Wal się. - Wypluł te słowa ochrypłym głosem.

Strażnik zrobił krok w jego kierunku i Weiscz zamarł, jakby już dostał 

dawkę woltów z paralizatora. Podniosłam rękę, żeby się cofnął.

-   Może pan coś wie na ten temat *- mówiłam dalej, czując, jak wzdłuż 

kręgosłupa po moim ciele rozpełza się przenikliwe zimno. .- Chcę tylko 

wiedzieć, czy z czymś one się panu kojarzą. Te zabójstwa...

Popatrzył na mnie z zainteresowaniem, przypuszczalnie usiłując ocenić, 

czy może coś z tego wyciągnąć dla siebie.

-  Kto nie żyje?

-     Czworo   ludzi.   Dwóch   policjantów,   jeden   z   nich   był   moim   szefem. 

Wdowa po policjancie i jedenastoletnia dziewczynka. Wszyscy czarni.

Na twarzy Weiscza pojawił się wyraz rozbawienia.

-   Na wypadek, gdybyś tego nie zauważyła, paniusiu, to ja mam żelazne 

alibi.

-  Sądzę, że jednak coś pan wie na ten temat.

-  Czemu ja?

Z kieszeni żakietu wyjęłam dwa zdjęcia chimery, te same, które wcześniej 

pokazywałam Estesowi, i trzymałam je tak, aby mógł zobaczyć.

-  Morderca pozostawił ten znak na miejscu zbrodni. Sądzę, że pan wie, co 

to znaczy.

Weiscz uśmiechnął się szeroko.

background image

-  Nie wiem, po co tu przylazłaś, ale nie masz kurewskiego pojęcia, jaką 

mi to sprawia przyjemność.

-   Morderca należy do Chimery, Weiscz. Jeśli będziesz współpracował, 

możesz osiągnąć pewne korzyści. Zawsze przecież mogą cię przenieść z 

tej dziury.

-  Oboje wiemy, że nigdy stąd nie wyjdę.

-  Zawsze coś można uzyskać, Weiscz. Każdy czegoś chce.

-  To prawda - powiedział w końcu. - Podejdź bliżej. Zesztywniałam.

-  Nie mogę. Wiesz o tym.

-  Masz lusterko, prawda?

Skinęłam głową. Miałam w torebce kosmetyczkę.

-  Skieruj je na mnie.

Spojrzałam na strażnika. Dał mi stanowczy znak, że nie. Weiscz po raz 

pierwszy spojrzał mi prosto w oczy.

-     Skieruj   je   na   mnie.   Nie   widziałem   się   od   ponad   roku.   Nawet 

wyposażenie   w   łazience   jest   tak   przyciemnione,   żeby   nie   można   było 

zobaczyć odbicia. Te łotry chcą, żeby człowiek zapomniał, kim, do kurwy 

nędzy, jest. Chcę się przejrzeć.

Strażnik postąpił krok do przodu.

-  Wiesz, że to niemożliwe, Weiscz.

-     Pieprz   się,   Labont.   -   Spojrzał   z   nienawiścią   na   kamery.   -Ty   też   się 

pieprz, Estes.

Potem zwrócił się do mnie.

-  Nie przysłali cię tutaj z jakąś specjalną ofertą, co?

-  Powiedzieli, że mogę cię zabrać na Happy Meal. - Pozwoliłam sobie na 

blady uśmiech.

background image

-  Tylko ty i ja, tak?

-  I on - zerknęłam na strażnika.

Kozia bródka Weiscza ułożyła się w coś w rodzaju uśmiechu.

-     Te   Skurwysyny   wiedzą,   jak   popsuć   każdą   przyjemność.   Stałam, 

przestępując z nogi na nogę. Nie śmiałam się. Nie

chciałam okazywać mu śladu empatii.

Ale   usiadłam   przy   stole   naprzeciw   niego.   Pogrzebałam   w   torebce   i 

wyjęłam pudemiczkę. Oczekiwałam, że lada chwila z interkomu rozlegnie 

się   głośne   upomnienie   albo   strażnik   o   kamiennej   twarzy   pospieszy   w 

moim kierunku i wytrąci mi ją z ręki. Ku mojemu zaskoczeniu nic takiego 

nie   nastąpiło.   Puderniczka   otworzyła   się   z   lekkim   trzaśnię-ciem. 

Spojrzałam na Weiscza i skierowałam lusterko w jego stronę.

Nie wiem, jak wyglądał wcześniej, ale teraz jego widok był wstrząsający. 

Wpatrywał   się   we   własne   oblicze   szeroko   otwartymi   oczyma,   jakby 

dopiero teraz zrozumiał, co z nim zrobiły surowe warunki odosobnienia. 

Spoglądał na lusterko jak na ostatnią rzecz, którą widzi w życiu. Wreszcie 

przeniósł wzrok na mnie i szeroko się uśmiechnął,

-  Niewiele jeszcze trzeba, żeby się mnie pozbyć, prawda? Uśmiechnęłam 

się niechętnie, sama nie wiedząc dlaczego. Weiscz wykręcił szyję w stronę 

kamer.

-   Pieprz się, Estes - zaryczał. - Widzisz? Ciągle tu jestem. Chcesz mnie 

zmiażdżyć,   a   ja   ciągle   jeszcze   jestem.   Inni   wymierzają   kary   za   mnie. 

Chimera^ skarbię... Chwała niech będzie tym, którzy niszczą robactwo i 

larwy.

-  Kto to robi? - naciskałam. - Powiedz mi, Weiscz.

Wiedział. Wiedziałam, że wiedział. To był ktoś, z kim kiedyś dzielił celę. 

background image

Ktoś, z kim w więzieniu opowiadali sobie nawzajem własne dzieje.

-   Pomóż mi, Weiscz. Tych ludzi zabija ktoś, kogo znasz. Jeśli będziesz 

milczał, nic na tym nie zyskasz.

W jego oczach dojrzałam nagły błysk wściekłości.

-  Gówno mnie obchodzą ci twoi Murzyni! Twoi martwi gliniarze! Tak czy 

inaczej,   ktoś   w  tym   stanie   musiałby   zebrać   ich   do   kupy   i   wsadzić   do 

pierdla. Jakaś dwunastoletnia murzyńska kurwa, kilka małp przebranych 

za gliniarzy. Dużo bym dał za to, żeby to mój palec nacisnął spust! Oboje 

dobrze wiemy, że cokolwiek ci powiem, i tak nie uda mi się nic wycisnąć z 

tych   kundli.   Zaraz   jak   stąd   wyjdziesz,   Labont   mnie   ogłuszy.   Bardziej 

prawdopodobne jest to, że mi obe-ssiesz fiuta.

Potrząsnęłam głową, wstałam i ruszyłam w stronę drzwi.

-     A   może   to   któremuś   z   twoich   dupków   wrócił   rozum?!   -zawył, 

jednocześnie się uśmiechając. - Może to wewnętrzna sprawa, co, paniusiu?

Wstrząsnął   mną   dreszcz   obrzydzenia.   Weiscz   był   jak   zwierzę,   nie 

dostrzegałam w nim ani krzty człowieczeństwa. Miałam ochotę trzasnąć 

mu przed nosem drzwiami.

-     Coś   jednak   ode   mnie   dostałeś,   nawet   jeśli   to   była   tylko   chwila   - 

powiedziałam.

-  I zrewanżowałem się, możesz być pewna. Nigdy go nie złapiesz. On jest 

z Chimery... - Weiscz szarpnął głową, pokazując tatuaż na ramieniu. Z 

trudem   dostrzegłam   ogon   węża.   -   Możemy   znieść   wszystko,   co   nam 

zaserwujesz, panno policjantko. Spójrz na mnie... Wpakowali mnie do tej 

piekielnej dziury, zmuszają, żebym jadł własne gówno, a ja ciągle jestem 

górą.

Wściekły, miotał się w swoich kajdanach.

background image

-     W   końcu   zwyciężymy.   Łaska   Boga   jest   z   białą   rasą.   Niech   żyje 

Chimera...

Odsunęłam się.

-  A co z naszym Happy Mealem, suko? - wysyczał z pogardą.

Kiedy doszłam do drzwi, usłyszałam trzask elektryczności i głuchy łoskot. 

Odwróciłam   się   dokładnie   w   chwili,   kiedy   strażnik   wpakował   ładunek 

tysiąca Woltów w drgające spazmatycznie ciało Weiscza.

ROZDZIAŁ 61

Wróciliśmy do miasta z kilkoma nazwiskami, które uzyskaliśmy dzięki 

uprzejmości Estesa. Byli to ludzie podejrzani o przynależność do Chimery, 

przebywający na zwolnieniu warunkowym. Kiedy dotarliśmy do naszego 

biura, Jacobi podzielił tę listę pomiędzy Cappy'ego i China.

-     Skontaktuję   się   z   oficerami   nadzorującymi   tych   na   zwolnieniu 

warunkowym - powiedział do mnie. - Chcesz się przyłączyć?

Pokręciłam głową.

-  Muszę dziś wcześnie wyjść, Warren.

-  Co jest, chyba nie chcesz mi powiedzieć, że masz randkę?    •

-     Taak   -   przytaknęłam.   Na   mojej   twarzy   pojawił   się   sceptyczny 

uśmieszek. - Mam randkę.

Dzwonek na dole odezwał się koło siódmej.

Kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam mojego ojca ukrytego bezpiecznie 

za osłoną maski baseballisty, z rękoma rozpostartymi w obronnym geście.

-   Przyjaciele...? - zapytał, a na jego ustach pojawił się przepraszający 

uśmieszek.

-  Kolacja - odwzajemniłam się wymuszonym uśmiechem. - Nic lepszego 

nie przyszło mi do głowy.

background image

-  To dopiero początek - powiedział, wchodząc.

Zdążył już się doprowadzić do porządku. Nosił teraz brązową sportową 

kurtkę,   starannie   wyprasowane   spodnie   i   białą   koszulę   z   rozpiętym 

kołnierzykiem.   Na   powitanie   wręczył   mi   zawiniętą   w   papier   butelkę 

czerwonego wina.

-  Naprawdę nie musiałeś - powiedziałam, odwijając papier. Wstrzymałam 

oddech ze zdziwienia, kiedy przeczytałam

nalepkę: Bordeaux z pierwszego zbioru, CMteau Latour, rocznik 1965.

Spojrzałam na niego; 1965 to rok moich urodzin.

-  Kupiłem je, kiedy miałaś rok. Ta butelka była jedną z niewielu rzeczy, 

jakie zabrałem, kiedy odchodziłem z domu. Myślałem, że wypijemy ją w 

dniu, kiedy odbierzesz dyplom, albo z jakiejś innej okazji, może twojego 

ślubu.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową.

-  Trzymałeś ją przez tyle lat. Wzruszył ramionami.

-  Jak już powiedziałem, kupiłem ją dla ciebie. W każdym razie, Lindsay, 

mam ochotę wypić ją tutaj dziś wieczorem. Nic nie sprawi mi większej 

przyjemności.

Poczułam w środku jakieś ciepło.

-  Widzę, że chcesz, bym przestała cię tak bezgranicznie nienawidzić.

-  Jasne, że chcę.

Rzucił maskę w moją stronę.

-  Niewygodnie mi w niej. Nie będę jej więcej zakładać. Zabrałam go do 

salonu, nalałam piwa i posadziłam na

kanapie. Miałam na sobie sweter Eileen Fisher koloru czerwonego wina, a 

włosy związałam w koński ogon. Jego oczy błyszczały, ilekroć zatrzymał 

background image

na mnie wzrok.

-  Wyglądasz fantastycznie, Maskotko - powiedział w końcu.

Kiedy zmarszczyłam się z niezadowoleniem, tylko się

uśmiechnął.

-  Nic na to nie poradzę, po prostu tak jest.

Przez   chwilę   rozmawialiśmy.   Martha   leżała   u   jego   boku,   jakby   byli 

starymi przyjaciółmi. Mówiliśmy o zwyczajnych rzeczach. O tym, kto z 

jego starych znajomych jeszcze pozostał na służbie. O Cat i jej  nowej 

córeczce, której dotąd nie widział. I czy Jeny Rice weźmie sobie wolne. 

Starannie omijaliśmy sprawę Mercera i toczącego się śledztwa.

Czułam, jakbym spotkała go po raz pierwszy. Okazało się, że mój ojciec 

był   zupełnie   inny,   niż   sobie   wyobrażałam.   Nie   gadatliwy   i   chełpliwy, 

opowiadający niestworzone historie,

jakim   go   zapamiętałam^   lecz   powściągliwy   i   pełen   rezerwy.   Prawie 

przepełniony skruchą, choć jednocześnie pełen dawnego poczucia humoru.

-   Ja też chciałabym ci coś pokazać - powiedziałam i powędrowałam do 

szafy w przedpokoju. Wróciłam stamtąd z satynową kurtką baseballową 

Giantsów,  którą  podarował  mi   ponad dwadzieścia  pięć lat  temu.  Miała 

wyhaftowany numer dwadzieścia cztery, a z przodu wypisane nazwisko - 

Mays.

W jego oczach pojawiło się zaskoczenie.

-     Zupełnie  o  tym  zapomniałem.   Dostałem  ją  od  szefa   zaopatrzenia   w 

tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym ósmym.

Trzymał ją przed sobą i długo się jej przyglądał, jak najdroższej pamiątce, 

która ożywiła przeszłość.

-  Czy wiesz, ile musi być dzisiaj warta?

background image

-  Zawsze uważałam, że to moje dziedzictwo - odpowiedziałam.

ROZDZIAŁ 62

Podałam łososia z grilla w sosie imbirowo-sojowym, ze smażonym ryżem 

z papryką, porami i groszkiem. Pamiętałam, że ojciec lubi chińszczyznę. 

Otworzyliśmy Latour rocznik '65. Było to wino-marzenie, aksamitne w 

smaku i szlachetne. Usiedliśmy w jadalni przylegającej do salonu, z której 

rozpościerał się widok na zatokę. Ojciec powiedział, że to najlepsze wino, 

jakiego kiedykolwiek próbował.

Nasza   rozmowa   stopniowo   zaczęła   zmierzać   w   kierunku   bardziej 

osobistych tematów. Zapytał, jakiego rodzaju człowiekiem był mój mąż, a 

ja   przyznałam,   że,   niestety,   podobnym   do   niego.   Potem   chciał   się 

dowiedzieć, czy cały czas mam do niego żal, więc musiałam zdobyć się na 

szczerą odpowiedź.

- Tak, tato. Ogromny.

Stopniowo   przeszliśmy   na   tematy   związane   ze   śledztwem. 

Opowiedziałam, jak twardy mam orzech do zgryzienia i że dotychczasowy 

przebieg śledztwa uważam za osobistą poraż-

kę.   Mówiłam   o   swojej   pewności,   że   to   seryjny   morderca,   i   o   tym,   że 

pomimo czterech ofiar nie trafiłam na żaden ślad.

Rozmawialiśmy ponad trzy godziny, było już po jedenastej. Na stole stała 

pusta butelka po winie, a Martha spała w najlepsze u stóp ojca. Co pewien 

czas musiałam sama sobie przypominać, że rozmawiam z własnym ojcem; 

że po raz pierwszy  w moim dorosłym życiu siedzę naprzeciw niego. I 

powoli   zaczynałam   coś   rozumieć.   Przede   mną   siedział   człowiek,   który 

popełniał błędy i płacił za to rachunki. Nie mogłam go dłużej nienawidzić 

albo   żywić   do   niego   urazę.   Nikogo   nie   zamordował.   Nie   należał   do 

background image

Chimery. Według standardów, z którymi stykałam się na co dzień, jego 

winy łatwo można było odpuścić.

Wreszcie odważyłam się na pytanie, które chciałam zadać mu od tak wielu 

lat.

-   Dlaczego od nas odszedłeś? Muszę to wiedzieć. Przełknął łyk wina i 

oparł się plecami o oparcie kanapy.

W jego błękitnych oczach dostrzegłam smutek.

-   Nie mogę ci powiedzieć nic, co byłabyś w stanie zrozumieć. Nawet 

teraz...   Jesteś   dorosłą   kobietą,   jesteś   silna,   wiesz,   jak   zdobywać   to,   co 

chcesz.   Twoja   matka   i   ja...   Powiedzmy   otwarcie,   nigdy   nie   byliśmy 

dobraną   parą,   nawet   według   dawnych   standardów.   Przepuściłem 

większość naszych pieniędzy. Narobiłem masę długów, pożyczałem forsę 

na ulicy. Gliniarz nie powinien tak postępować. Zrobiłem wiele rzeczy, 

których się wstydzę... jako mężczyzna i jako glina.

Spostrzegłam, że ręce mu drżą.

-  Wiesz, że czasami ktoś popełnia przestępstwo, ponieważ jego sytuacja 

krok po kroku się pogarsza, kolejne możliwości się zamykają i w końcu 

nie pozostaje mu już nic innego? Tak właśnie było ze mną. Długi, to, co 

się działo w pracy... Nie widziałem innego wyjścia. Po prostu odszedłem. 

Wiem, że trochę późno na takie wyznanie, ale żałowałem tego, przez te 

wszystkie lata nie było dnia, żebym tego nie żałował.

-  A kiedy mama zachorowała...?

-   Było mi przykro, kiedy się dowiedziałem. Ale wtedy miałem już inne 

życie, poza tym, wydawało się, że nikt nie

oczekuje mojego powrotu. Bardziej bym ją tym zranił, niż pomógł.

-  Pamiętam, mama zawsze powtarzała, że jesteś patologicznym kłamcą.

background image

-  Bo to prawda, Lindsay.

Podobał mi się sposób, w jaki to powiedział. Prawdę mówiąc, on też mi się 

podobał.   Musiałam   wszystko   na   nowo   poukładać,   nagle   zmienić   swój 

stosunek do niego. Zaczęłam znosić naczynia do kuchni. Czułam w piersi 

nieznośny ciężar i zbierało mi się na płacz. Mój ojciec wrócił, a do mnie 

zaczynało docierać, jak bardzo za nim tęskniłam. W jakiś szalony sposób 

nadal pragnęłam być jego małą dziewczynką.

Pomógł  mi   sprzątać   ze  stołu.   Spłukałam  talerze,  a  on  załadował   je  do 

zmywarki. Prawie się nie odzywaliśmy. Czułam, że cała drżę.

Kiedy wszystko już było pozmywane, napotkałam jego spojrzenie.

-  Więc gdzie teraz mieszkasz? - spytałam.

-     U  mojego   kumpla,   byłego   gliniarza,   Rona   Fazio.   Był   sierżantem   w 

okręgu Sunset. Przygarnął mnie na kanapę.

Wytarłam starannie naczynie po makaronie.

-  Ja też mam kanapę - powiedziałam.

ROZDZIAŁ 63

Cały następny dzień spędziliśmy nad listą nazwisk, którą dał nam Estes i 

jego   ludzie.   Dwóch   mogliśmy   skreślić   od   razu.   Komputer   pokazał,   że 

powrócili   za   kratki   i   obecnie   przebywają   w   różnych   kalifornijskich 

zakładach karnych.

Jedno   zdanie,   które   usłyszałam   wczoraj   od   Weiscza,   nie   dawało   mi 

spokoju.

„Coś ode mnie dostałeś", powiedziałam, kiedy wykrzykiwał brednie na 

temat białej rasy.

„I   zrewanżowałem   się,   możesz   być   pewna",   odrzekł.   Te   słowa   wciąż 

dźwięczały mi w głowie. Po raz pierwszy powróciły około drugiej w nocy, 

background image

ale wtedy zapadłam ponownie

w sen. Towarzyszyły mi w drodze do pracy i teraz też wciąż je słyszałam.

I zrewanżowałem się, możesz być pewna...

Wysunęłam stopy z aparatu do masażu i wyjrzałam przez okno. Gapiłam 

się na samochody na estakadzie, które włączały się do ruchu. W myślach 

próbowałam Odtworzyć rozmowę

z Weisczem.

Był jak zwierzę, które już nigdy nie ujrzy dziennego światła. Ciągle jednak 

miałam   poczucie,   że   przez   chwilę   zaistniała   między   nami   jakaś   więź. 

Wszystko,   czego   pragnął   w   tej   piekielnej   dziurze,   to   zobaczyć,   jak 

wygląda., J. zrewanżowałem się...".

Co takiego mógł mi dać?

Gówno mnie obchodzą ci twoi Murzyni!, pienił się. Niech żyje Chimera!, 

wrzeszczał.

A potem, powoli, wszystko zaczęło znikać, aż wreszcie zostały tylko dwa 

zdania.

„A   może   to   któremuś   z   twoich   dupków   wrócił   rozum.   Może   to 

wewnętrzna sprawa".

Nie miałam pojęcia, czy nie działałam zupełnie na oślep. Skąd miałam 

wiedzieć, czy rzeczywiście coś się za tym kryje? Może Weiscz po prostu 

bredził od rzeczy?

Wewnętrzna sprawa...

Wykręciłam numer Estesa w Pelican Bay.

-  Czy był kiedyś wśród więźniów jakiś ekspolicjant? -zapytałam.

-  Policjant...?

-  Tak.

background image

Wyjaśniłam, dlaczego o to pytam.

-  Proszę wybaczyć, że się tak wyrażę, ale Weiscz po prostu pierdolił pani 

głupoty. Chciał wpłynąć na pani sposób myślenia. Ten skurwiel nienawidzi 

gliniarzy.

-  Nie odpowiedział pan na moje pytanie, naczelniku.

-  Jakiś policjant? - prychnął szyderczo. - Mieliśmy tu takiego nerwowego 

inspektora   od   narkotyków   z   Los  Angeles,   Bella-corę.   Zastrzelił   trójkę 

swoich   informatorów.   Ale   on   został   przeniesiony   i   według   moich 

informacji jest cały czas we Fresno.

Przypomniałam sobie, że czytałam o sprawie Bellacory.

Takie obrzydliwe i paskudne sprawy zdarzają się wyłącznie w wymiarze 

sprawiedliwości.

-     Był   jeszcze   inspektor   celny,  Benes,   który   na   lotnisku   w  San   Diego 

prowadził na boku narkotykowy biznes.

-  Ktoś jeszcze?

-  Nie, przynajmniej przez sześć lat, kiedy tu pracuję.

-  A przedtem?

-  A jaki okres panią interesuje, poruczniku? - prychnął z niecierpliwością.

-  Ile czasu siedzi Weiscz?

-  Dwanaście lat.

-  Więc o tyle właśnie pytam.

Było jasne, że myśli, iż zwariowałam. Obiecał, że zadzwoni, jak tylko 

zbierze informacje.

Odłożyłam   słuchawkę.   To   było   szaleństwo   -   ufać   Weis-czowi   w 

czymkolwiek.   Nienawidził   policjantów,   a   ja   byłam   policjantką. 

Prawdopodobnie także nienawidził kobiet.

background image

Nagle Karen, moja sekretarka, wtargnęła do biura. Wyglądała na bardzo 

poruszoną.

-     Przed   chwilą   dzwoniła   asystentka   Jill   Bernhardt.   Pani   Bemhardt 

poroniła.

-  Poroniła...?! Karen skinęła głową.

-  Ona krwawi. Jest na górze. Potrzebuje pani natychmiast.

ROZDZIAŁ 64

Popędziłam na dół do windy i pojechałam do biura Jill.

Kiedy wbiegłam do jej gabinetu, leżała na plecach na tapczanie. Medycy z 

pogotowia, którzy szczęśliwym trafem byli akurat w kostnicy, udzielali jej 

już pomocy. Zobaczyłam ręczniki, zakrwawione ręczniki, wsadzone pod 

jej ciemnoniebieską spódnicę. Twarz miała zwróconą na bok, dostrzegłam 

w niej lęk i bierność. W jednej sekundzie zrozumiałam, co się stało.

-   Och, Jill - zawołałam i uklękłam obok niej. - Och, kochanie. Jestem 

tutaj.

Na   mój   widok   uśmiechnęła   się   smutno   i   z   rezerwą.   Jej   normalnie 

intensywnie błękitne oczy miały teraz barwę ponurego nieba.

-   Straciłam je, Lindsay - powiedziała. - Powinnam była zrezygnować z 

pracy.   Powinnam   była   słuchać   innych.   Słuchać   ciebie.   Myślałam,   że 

pragnę tego dziecka bardziej niż czegokolwiek, ale może to nieprawda. I 

straciłam je.

-  Kochanie. - Złapałam ją za rękę. - To nie twoja wina. Nie mów tak. To 

się stało z przyczyn medycznych. Zawsze może się tak zdarzyć, wiedziałaś 

o tym. Zawsze istnieje ryzyko.

-  Nie, to moja wina, Lindsay. - Jej oczy zaszły łzami. -Widocznie nie dość 

mocno chciałam tego dziecka.

background image

Sanitariuszka z pogotowia poprosiła mnie, żebym się odsunęła. Patrzyłam, 

jak podłączają Jill do kroplówki i monitora. Moje serce wyrywało się do 

niej. Zwykle była taka silna i niezależna, a teraz, zupełnie nagle, zaszła w 

niej  taka   okropna  przemiana.  Tak  bardzo  pragnęła  tego   dziecka.  Czym 

zasłużyła sobie na to, co się stało?

Pochyliłam się nad nią.

-  Gdzie jest Steve, Jill? Odetchnęła głęboko.

-    W  Denver.  April   udało   się   go   złapać.   Już   wraca.   Nagle   do   pokoju 

wtargnęła Claire.

-  Przybiegłam, jak tylko usłyszałam, co się stało - powiedziała. Spojrzała 

na mnie z niepokojem, a potem odwróciła się w stronę medyków. - Co z 

nią?          .

Powiedzieli, że nic jej nie zagraża, ale Jill straciła mnóstwo krwi. Kiedy 

Claire zapytała o dziecko, sanitariuszka pokręciła tylko głową.

-  Och, kochanie! - Claire uklękła i ścisnęła dłoń Jill. -Jak się czujesz?

Łzy spływały strumieniem po twarzy Jill.

-  Claire, straciłam je. Straciłam moje dziecko. Claire odsunęła z jej czoła 

kosmyk wilgotnych włosów.

-  Wszystko będzie dobrze. Nie martw się. Zaopiekujemy się tobą.

-  Musimy ją teraz zabrać - odezwała się sanitariuszka. -Zawiadomiliśmy 

jej lekarza. Czeka na nas w Cal Pacific.

-  Jedziemy z tobą - powiedziałam. - Będziemy z tobą przez całą drogę.

Jill zmusiła się do uśmiechu, a potem zesztywniała.

-  Będą się starali, żebym donosiła, prawda?

-  Nie sądzę - odpowiedziała Claire.

-     Wiem,   że   tak.   -   Jill   potrząsnęła   głową.   Miała   w   sobie   więcej 

background image

determinacji   niż   ktokolwiek   inny,   ale   w   jej   oczach   uformowała   się 

przerażająca prawda, którą miałam zapamiętać na resztę życia.

Drzwi się otworzyły i sanitariusz wtoczył nosze.

-  Jedziemy - powiedziała lekarka zajmująca się Jill. Schyliłam się nad nią.

-  Jedziemy z tobą.

-  Tak, nie zostawiajcie mnie samej - powiedziała, biorąc mnie za rękę.

-  Na pewno łatwo się nas nie pozbędziesz.

-     Laseczki   z   wydziału   zabójstw,   zgadza   się?   -   wymruczała   Jill   ze 

ściągniętym uśmiechem.

Sanitariusze   przenieśli   ją   na   nosze,   a   my   z   Claire   pomagałyśmy. 

Zakrwawione ręczniki upadły na podłogę jej schludnego gabinetu.

-   To będzie chłopiec - wyszeptała Jill, z trudem wypuszczając z płuc 

powietrze.   -   Bardzo   chcę   mieć   chłopca.   Myślę,   że   teraz   mogę   to 

powiedzieć.

Delikatnie złożyłam jej ręce na brzuchu.

-   Po prostu nie dość mocno go chciałam - powiedziała Jill i w końcu 

zaczęła płakać.

ROZDZIAŁ 65

Pojechałyśmy   karetką  z  Jill   aż  do  szpitala,  szłyśmy   obok  noszy,  kiedy 

przewożono ją na oddział, i czekałyśmy, podczas gdy lekarze usiłowali 

uratować dziecko.

Kiedy zabierali ją na salę operacyjną, złapała mnie za rękę.

- Oni zawsze wygrywają - zamruczała. - Niezależnie, ilu tych sukinsynów 

zapuszkujesz, oni zawsze znajdą jakiś sposób, żeby być górą.

Cindy dołączyła do nas i we trójkę tłukłyśmy się po korytarzu, czekając, 

żeby   zobaczyć   Jill.   Dwie   godziny   później   wpadł   jej   mąż,   Steve. 

background image

Wymieniliśmy   kilka   niezbyt   radosnych   uścisków.   Miałam   ochotę 

powiedzieć mu prosto w oczy: Czy, do ciężkiej cholery, nie zauważyłeś, że 

to   dziecko   było   dla   ciebie?   Kiedy   lekarz   wyszedł,   zostawiliśmy   ich 

samych.

Jill   się   nie   myliła.   Poroniła.   Stwierdzono,   że   nastąpiło   przedwczesne 

odklejenie   się   łożyska,   częściowo   spowodowane   stresem   związanym   z 

pracą. Jedyną pozytywną wiadomością było to, że lekarze usunęli płód 

operacyjnie i Jill nie musiała go urodzić.

Kiedy było już po wszystkim, wyszłyśmy z Claire i Cindy ze szpitala na 

Califomia Street. Żadna z nas nie miała ochoty wracać do domu. Cindy 

znała   w   pobliżu   japońską   knajpkę.   Poszłyśmy   tam   i   siedziałyśmy, 

popijając piwo i sake.

Trudno   było   nam   pogodzić   się   z   faktem,   że   Jill,   która   niestrudzenie 

pracowała w biurze, która wspinała się po skałach na Moab i jeździła na 

rowerze   po   ekstremalnie   trudnych   trasach,   dwukrotnie   straciła 

nienarodzone dziecko.

-   Ta biedna dziewczyna za surowo się traktowała - westchnęła Claire, 

ogrzewając dłonie nad filiżanką sake. - Wszystkie jej mówiłyśmy, żeby 

zwolniła tempo.

-  To nie w stylu Jill - odezwała się Cindy.

Wzięłam bułeczkę kalifornijską i zanurzyłam ją kilkakrotnie w sosie.

-  Zrobiła to dla Steve'a. Widać to było na jej twarzy. Usiłowała trzymać 

się tego niemożliwie napiętego planu. Z niczego nie rezygnowała. A on 

fruwał po całym kraju i popijał z inwestorami.

-  Ona go kocha - zaprotestowała Cindy. - Są dobraną parą.

-  Wcale nie, Cindy. Claire i Edmund są parą. A tamci wiecznie się ścigają.

background image

-   To prawda - zgodziła się Claire. - Ta dziewczyna zawsze musiała być 

numerem jeden. Nie umiała przegrywać.

-    A  która   z   nas   postępuje   inaczej?   -   zapytała   Cindy.   Rozejrzała   się 

dookoła, czekając na odpowiedź.

Zapadła długa cisza. Popatrzyłyśmy sobie w oczy ze skruchą.

-  Moim zdaniem to bardziej złożona sprawa, niż sądzicie - powiedziałam. 

- Jilł jest inna. Na zewnątrz twarda jak głaz, ale w głębi serca czuje się 

samotna. Każda z nas mogła dziś znaleźć się na jej miejscu. Nie jesteśmy 

niezwyciężone.   Z   wyjątkiem   ciebie,   Claire.   Masz   to   coś,   co   trzyma 

wszystkich   -   ciebie,   Edmunda   i   dzieciaki   -   jak   takiego   pieprzonego 

króliczka na baterie, ciągle w ruchu.

Claire tylko się uśmiechnęła.

-     Ktoś   w   tym   towarzystwie   musi   być   zrównoważony.   Zdaje   się,   że 

wczoraj wieczorem widziałaś się z tatą?

Skinęłam głową.

-     Poszło   całkiem   gładko,   tak   mi   się   przynajmniej   wydaje. 

Porozmawialiśmy, parę spraw udało nam się wyjaśnić.

-  Nie pobiłaś go? - dopytywała się Claire.

-   Nie - uśmiechnęłam się. - Kiedy otworzyłam drzwi, miał na twarzy 

baseballową maskę. Nie żartuję.

Cindy i Claire wybuchnęły głośnym śmiechem.

-  Przyniósł mi butelkę wina. Znakomite, francuskie z pierwszego zbioru. 

Z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego. Kupił je w roku, w którym 

się  urodziłam,  i  przechowywał  przez tyle  lat.  Jak  wam się  to podoba? 

Nawet nie wiedział, czy jeszcze kiedykolwiek się zobaczymy.

-     On   wiedział,   że   kiedyś   się   spotkacie   -   odpowiedziała   Claire   z 

background image

uśmiechem.   Pociągnęła   łyk   sake.   -   Jesteś   jego   prześliczną   córeczką   i 

bardzo cię kocha.

-  A jak się rozstaliście, Lindsay? - pytała Cindy.

-     Myślicie   zapewne,   że   umówiliśmy   się   na   następny   raz?   Prawdę 

mówiąc... zaproponowałam mu, żeby się u mnie zatrzymał na trochę.

Claire i Cindy aż zamrugały ze zdziwienia.

-  Radziłyśmy ci, żebyś się z nim spotkała - parsknęła Cindy - a nie, żebyś 

mu zaproponowała wspólne płacenie za czynsz.

-     Co   mogę   jeszcze   powiedzieć?   Mieszkał   kątem   gdzieś   u   kolegi. 

Wydawało mi się, że powinnam tak postąpić.

-   Tak jest, złotko. - Claire się uśmiechnęła. - No cóż, w takim razie, za 

ciebie.

-  O, nie - pokręciłam głową. - Za Jill.

-  Tak, za Jill - dołączyła się Cindy, podnosząc szklankę z piwem.

Stuknęłyśmy   się   szklaneczkami.   Przez   chwilę   przy   naszym   stoliku 

panowała cisza.

-  Nie pytam dlatego, żeby zmienić temat - odezwała się w końcu Cindy - 

ale może opowiesz nam, jak ci idzie śledztwo?

-     Sprawdzamy,   co   dzieje   się   z   członkami   Chimery,   których   nazwiska 

podał nam Estes. Ale dziś wpadła mi do głowy nowa teoria.

-  Nowa teoria? - Cindy zmarszczyła brwi. Skinęłam głową.

-  Spójrzcie, ten facet jest strzelcem wyborowym. Nigdy nie chybił. Ciągle 

jest krok przed nami i dobrze zna nasze metody działania.

Claire   i   Cindy   słuchały.   Bez   słowa.   Opowiedziałam   im   o   tym,   czego 

dowiedziałam się od Weiscza. Wewnętrzna sprawa...

-     Może Chimera  wcale  nie  jest  szalonym zabójcą, odpryskiem  jakiejś 

background image

rasistowskiej grupy? - Pochyliłam się nad stolikiem i zniżyłam głos do 

konspiracyjnego szeptu. - Może jest policjantem?

ROZDZIAŁ 66

W   mrocznym   barze   Chimera   popijał   małymi   łyczkami   guinnessa. 

Najlepsze dla najlepszego, pomyślał.

Obok   niego   jakiś   człowiek   z   siwymi   włosami,   o   suchej   jak   pergamin 

twarzy   pokrytej   czerwonymi   krostami,   kończył   drinka,   gapiąc   się   w 

telewizor. Właśnie nadawano wiadomości. Jakiś nudny redaktor mówił o 

najświeższych doniesie-

niach   w   sprawie   Chimery.   Wszystko   przekręcał,   obrażając   opinię 

publiczną, obrażając jego.

Patrzył uważnie na ulicę poprzez ogromne okna. Przyjechał tu, śledząc 

następną ofiarę. Tym razem czeka go prawdziwa przyjemność. Gliniarze 

ciągle podążają fałszywym tropem. To zabójstwo z pewnością postawi ich 

na równe nogi.

-   To jeszcze nie koniec - wymruczał pod nosem. I niech wam się nie 

wydaje, że jestem jasnowidzem. Absolutnie nie.

Podpity bywalec tutejszego przybytku dał mu kuksańca w bok.

-  Ja myślę, że ten skurwiel musi być jednym z nich -powiedział.

-  Jednym z kogo? - spytał Chimera. - Zabieraj łokcie. I o czym właściwie, 

do diabła, mówisz?

-     Czarny   jak   as   pik   -   wyjaśnił   staruszek.   -  A  oni   przeczesują   grupy 

radykałów. Ha, ha, co za kretyni. To pewnie jakiś biedaczek, co ma nie po 

kolei w głowie. Pewnie gra w NFL. Hej, Ray! - zawołał do barmana. - On 

pewnie gra w NFL, co?

-     Dlaczego   tak   uważasz?   -   zapytał   Chimera,   rzuciwszy   okiem   na 

background image

przeciwną stronę ulicy. Bardzo go interesowało, co o nim myślą zwykli 

ludzie. Może powinien częściej zagadywać kogoś na mieście?

-  Czy myślisz, że jakikolwiek bandzior przy zdrowych zmysłach dawałby 

glinom   takie   wskazówki?   -   odpowiedział   staruszek   konspiracyjnym 

szeptem.

-  Trochę za daleko się posuwasz, dziadku - uśmiechnął się szeroko. - Ja 

mam wrażenie, że ten gość jest dość sprytny.

-  Jak można być sprytnym, jeśli się jest pieprzonym mordercą?

-  Sprytnym na tyle, żeby się nie dać złapać - powiedział Chimera.

Mężczyzna spojrzał na ekran gniewnym wzrokiem.

-  Taak, dobra, uważaj tylko, kiedy to wyjdzie na jaw. Zobaczysz, że oni 

szukają zupełnie nie tam gdzie trzeba. Może będzie wielka niespodzianka. 

Może   to   sam   OJ.   Hej,   Ray,   ktoś   powinien   sprawdzić,   czy   OJ.   jest   w 

mieście...

Najwyraźniej dziadek wlał już w siebie maksimum tego, co był w stanie 

znieść. Ale nie mylił się co do jednego: policja San Francisco zupełnie się 

zagubiła. Człowieku, oni nie mają żadnej wskazówki! Porucznik Boxer nie 

udało się niczego znaleźć. Nie zbliżyła się do niego ani na krok.

-   Mogę się z tobą o coś założyć - uśmiechnął się do starego człowieka. 

Zbliżył twarz do jego twarzy i szeroko otworzył oczy. - Jeśli kiedyś go 

złapią, przekonasz się, że ma zielone ślepia.

Nagle, po drugiej stronie ulicy zauważył swój cel. Super, może to pozwoli 

pani   porucznik   Boxer   zawęzić   obszar   poszukiwań.   Uderzenie   w   osobę 

naprawdę jej bliską. Drobna przysługa, której doprawdy nie mógł sobie 

odmówić.

Rzucił na ladę kilka dolarów.

background image

-   O rany, dokąd tak się śpieszysz? - zawołał staruszek. -Pozwól, że ci 

postawię następny browar. Ej, koleś, do diabła, przecież ty masz zielone 

oczy!

Chimera ześlizgnął się ze stołka.

-  Muszę iść. Mam zaraz randkę.

ROZDZIAŁ 67

Podczas   długiej   podróży   do   domu   Claire   Washburn   ciągle   wracała 

myślami do tego, co przydarzyło się biednej Jill. Jadąc drogą 101 aż do 

Burlingame, nie mogła odgonić przykrych myśli.

Zjechała   z   autostrady   w   Burlingame   i   znalazła   się   między   wzgórzami. 

Głowa   pękała   jej   ze   zmęczenia.   Miała   za   sobą   bardzo   długi   dzień.  Te 

straszne morderstwa, które wstrząsnęły miastem. Potem poronienie Jill.

Cyfrowy zegar na desce rozdzielczej wskazywał dwadzieścia po dziesiątej. 

Edmund   właśnie   miał   koncert   i   na   pewno   nie   wróci   wcześniej   niż   po 

jedenastej, a ona bardzo chciała, żeby był w domu. Szczególnie dzisiaj.

Skręciła w Skytop i kilka metrów dalej wjechała na podjazd prowadzący 

do jej nowoczesnego domu w stylu geor-

giańskim.   W   domu   było   ciemno,   jak   zwykle   w   te   dni,   kiedy   Reggie 

wyjeżdżał do college'u. Willie, jej młodszy syn, uczeń drugiej klasy szkoły 

średniej,   bez   wątpienia   siedział   w   swoim   pokoju   przy   grach 

komputerowych.

Ogarnęła   ją   przemożna   chęć,   żeby   zdjąć   z   siebie   służbowe   ciuchy   i 

wślizgnąć się w pidżamę. I zakończyć ten fatalny dzień...

Zaraz   po   wejściu   do   środka   zawołała  Williego,   a   nie   doczekawszy   się 

odpowiedzi,   przejrzała   pobieżnie   pocztę   leżącą   na   kuchennym   stole   i 

zaniosła   ją   do   studia.   Przerzuciła   kartki   katalogu   Ballard   Designs,   nie 

background image

zwracając większej uwagi na jego zawartość.

Zadzwonił telefon. Rzuciła katalog i podniosła słuchawkę.

-  Halo?

Nikt się nie zgłosił, ale miała wrażenie, że po drugiej stronie ktoś jest.

Może któryś z przyjaciół Williego.

-  Halo? - zawołała ponownie. Raz, drugi... ostatni raz... Ciągle cisza.

-  Do widzenia. - Odłożyła słuchawkę na widełki. Wstrząsnął nią nerwowy 

dreszcz. Nawet po tylu latach,

kiedy była sama w domu, lada szmer albo włączone światło w piwnicy 

powodowały, że zaczynała się trząść.

Telefon zadzwonił ponownie. Tym razem szybko podniosła słuchawkę.

-  Halo?

Znowu denerwująca cisza. Naprawdę zaczynało ją to wkurzać.

-  Kto tam jest? - zapytała.

-  Zgadnij-odezwał się męski głos.

Na chwilę aż zatkało ją z wrażenia/Zerknęła na identyfikator numeru.

-  Posłuchaj, 501-4476! - powiedziała. - Nie wiem, o co ci chodzi ani skąd 

zdobyłeś nasz telefon. Jeśli masz coś do powiedzenia, to mów! Prędko!

-     Słyszałaś   o   Chimerze?  Właśnie   z   nim   rozmawiasz.   Nie   czujesz   się 

zaszczycona?

Claire zamarła. Siedziała sztywno wyprostowana na krześle. W jej umyśle 

nagle pojawiły się pytania. Nazwa Chimera była używana wyłącznie w 

policji. Czy kiedykolwiek to słowo pojawiło się w druku? Kto wiedział, że 

i ona była zaangażowana w śledztwo?

Nacisnęła dłonią oddzielną linię łączącą automatycznie

z 911.

background image

-  Lepiej powiedz mi, kim naprawdę jesteś - powiedziała.

-   Już powiedziałem - odezwał się głos. - Mała czarna chórzystka była 

pierwsza;   potem   stara   suka;   tłusty,   niczego   niepodejrzewający   gliniarz; 

szef... Wiesz, co ich wszystkich łączyło, prawda? Pomyśl o tym, Claire 

Washburn.   Może   i   ty   masz   coś   wspólnego   z   pierwszymi   czterema 

ofiarami?

Claire trzęsła się jak osika. Myślała o nieprawdopodobnie precyzyjnych 

strzałach, które zabiły dwie spośród ofiar.

Poprzez   okno   studia   jej   wzrok   powędrował   na   zewnątrz,   w   ciemność 

okalającą jej dom.

Głos odezwał się znowu.

-  Czy może pani łaskawie pochylić się trochę w lewo, pani doktor?

ROZDZIAŁ 68

Claire obróciła się w chwili, kiedy pierwszy pocisk przebił

szybę.

Drugi strzał rozbił okno w studiu na drobne kawałki, a Claire poczuła, jak 

palący   ból   przeszywa   jej   kark.   Leżała   już   na   podłodze,   kiedy   trzeci   i 

czwarty pocisk eksplodowały w pokoju.

Pełen przerażenia okrzyk wydarł się jej z gardła. Na podłodze było pełno 

krwi, jej krwi, która wsiąkała w sukienkę i kapała na dłonie. Serce waliło 

jak szalone. Czy rana jest

poważna?

Potem spojrzała w stronę korytarza i poczuła, jak krew jej

krzepnie w żyłach. Willie...

- Mamusiu! - krzyczał. W jego oczach widziała obłędny

przestrach. Ubrany był w koszulkę i szorty. Był łatwym celem...

background image

-  Willie, na podłogę! - wrzasnęła. - Ktoś ostrzeliwuje dom! Chłopiec dał 

nura na podłogę i Claire podczołgała się w jego kierunku.

-     Wszystko   w   porządku.   Zostań   na   podłodze.   Muszę   pomyśleć   - 

wyszeptała. - Nie podnoś głowy nawet na centymetr.

Ból w karku stawał się coraz silniejszy, jakby ktoś obdzierał jej szyję ze 

skóry. Na szczęście mogła oddychać. Gdyby pocisk przedziurawił tętnicę, 

zaczęłaby się dusić. Rana musiała być powierzchowna.

-  Mamusiu, co się dzieje? - usłyszała szept Williego. Jego ciało drżało jak 

liść. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie.

' - Nie wiem... Po prostu się nie ruszaj, Willie. Nagle cztery kolejne strzały 

błysnęły z zewnątrz. Przywarła mocno do syna. Ktokolwiek to był, strzelał 

na oślep, starając się trafić w cokolwiek. Czy morderca wie, że ona ciągle 

żyje? Ogarnęła ją fala panicznego strachu. A jeśli wejdzie do domu? Czy 

wiedział, że jest tu jej syn? Znał jej imię!

-  Willie - szepnęła, mocno ściskając dłońmi jego głowę. -Idź do piwnicy. 

Zablokuj drzwi i zadzwoń na 911. Pełznij! Teraz! Na brzuchu!

-  Nie zostawię cię tutaj - płakał.

-     Idź!   -  przykazała  ostro.   -   Idź  natychmiast!   Zrób,   jak  powiedziałam. 

Zostań na dole. Kocham cię, Willie.

Lekko popchnęła go w przód.

-   Zadzwoń na 911. Powiedz im, kim jesteś i co się tutaj dzieje. Potem 

dzwoń do taty. Powinien już być w drodze do domu.

Willie rzucił jej ostatnie, błagalne spojrzenie, ale zrozumiał. Pełzł z twarzą 

przyciśniętą   do   podłogi.   Dobry   chłopiec.   Twoja   matka   nie   wychowała 

głupka.

Padły kolejne strzały. Łapiąc oddech, Claire błagała: Boże, nie pozwól mu 

background image

wejść do domu. Nie pozwól, żeby tak się stało, błagam Cię.

ROZDZIAŁ 69

Chimera wpakował przez rozbite okno jeszcze cztery pociski, sprawnie 

przeładowując PSG-1.

Wiedział, że ją trafił. Nie za pierwszym razem - w ostatniej chwili zdążyła 

się odwrócić, ale za drugim, kiedy usiłowała skryć się na podłodze. Nie 

był   jednak   pewien,   czy   w   pełni   wykonał   zadanie.   Chciał   przekazać 

wiadomość   porucznik   Lindsay   Boxer,   a   zranienie   jej   przyjaciółki   nie 

wystarczało. Claire Washburn musiała umrzeć.

Siedział w samochodzie pod osłoną ciemności, z lufą karabinu wystającą 

przez uchyloną szybę. Pragnął się upewnić, że ona nie żyje, ale, cholera, 

nie chciał wchodzić do domu. Ta Washburn miała syna i on także mógł 

być w środku. Któreś z nich pewnie zadzwoniło już na 911.

Nagle ktoś włączył zewnętrzne światła na sąsiedniej posesji. Chwilę potem 

jakaś postać wyszła z domu na trawnik.

-  Kurwa mać - wściekł się. - Sukinsyn!

Miał ochotę rozwalić strzaskane okno i władować w okno całą zawartość 

magazynka.   Washburn   musiała   umrzeć.   Nie   chciał   odjeżdżać,   nie 

dokończywszy dzieła.

Z   tyłu   dobiegł   go   jakiś   hałas.   Ujrzał   dziko   pędzący   samochód,   który 

skręcał   w   ulicę   z   włączonym   klaksonem   i   migającymi   światłami. 

Samochód  gnał w jego stronę z ogromną  prędkością  jak meteor,  który 

pojawił się w jego polu widzenia.

-  Co to znowu, u diabła?

Może   zadzwoniła   na   policję.   Może   zrobili   to   sąsiedzi,   kiedy   usłyszeli 

strzelaninę. Nie mógł podejmować ryzyka. Nie zależało mu na niej aż tak 

background image

bardzo, żeby ryzykować swoje życie. Nie miał ochoty dać się złapać.

Ryczący i migający samochód zakręcił ostro na podjazd i zatrzymał się z 

piskiem opon. Sąsiedzi zaczęli wyglądać ze swoich domów.

Uderzył   z   wściekłością   w   kierownicę   i   schował   do   środka   karabin. 

Włączył silnik i nacisnął pedał gazu.

Pierwszy raz spartaczył robotę. Jak nigdy dotąd. Jezu, przecież on nigdy 

nie popełniał błędów!

Masz szczęście, pani doktor. Ale i tak cię gdzieś dopadnę. Liczyło się 

tylko to, co dopiero miało się zdarzyć.

ROZDZIAŁ 70

Zdążyłam zmyć makijaż i zwinąć się na kanapie z zamiarem obejrzenia 

późnego wydania wiadomości, kiedy zadzwonił Edmund.

Mąż  Claire był bardzo zdenerwowany, mówił,  zacinając się co chwila. 

Nieprawdopodobieństwo tego, co starał się opisać, uderzyło mnie z siłą 

lokomotywy.

-  Na szczęście wyjdzie z tego. Jest teraz w Peninsula Ho-spital.

Pośpiesznie   wciągnęłam   przez   głowę   wełniany   sweter,   wbiłam   się   w 

pierwsze   lepsze   dżinsy,   wystawiłam   policyjnego   koguta   na   dach 

samochodu i popędziłam do Burlingame. Drogę, która zwykle zajmowała 

mi czterdzieści minut, przebyłam w mniej niż dwadzieścia.

Znalazłam   Claire   w   gabinecie   zabiegowym.   Siedziała   sztywno 

wyprostowana, w tym samym rdzawym kostiumie, w którym widziałam ją 

zaledwie trzy godziny temu. Lekarz właśnie opatrywał ranę na jej karku. 

Edmund i Willie stali obok.

>, - Jezu, Claire... - Tyle zdołałam wykrztusić. Pod powiekami czułam 

palącą   wilgoć.  Wpadłam   w  ramiona   Edmunda,   oparłam  głowę   na  jego 

background image

ramieniu i uścisnęłam go najserdeczniej, jak umiałam. Potem zarzuciłam 

ręce Claire na szyję.

-  Daj spokój z tymi czułościami. - Skrzywiła się z bólu i odsunęła moje 

ręce.   Potem   uśmiechnęła   się   z   trudem.   -Zawsze   ci   powtarzałam,   że 

któregoś dnia mój tłuszczyk się przyda. Dzięki niemu ten cholerny pocisk 

nie uszkodził niczego ważnego.

Ciągle trzymałam ją w uścisku.

-  Czy zdajesz sobie sprawę, ile miałaś szczęścia?

-  Taak. - Claire odetchnęła głęboko. - Zdaję sobie, możesz mi wierzyć.

Pocisk zaledwie ją drasnął. Dyżurny lekarz oczyścił ranę, zabandażował i 

wypuścił Claire do domu, nie pozostawiając jej nawet na noc w szpitalu. 

Jeszcze dwa centymetry i już nigdy nie miałybyśmy okazji porozmawiać.

Claire sięgnęła po dłonie Edmunda i Williego, i uśmiechnęła się.

-   Moi panowie zachowali się jak należy, prawda? Obaj. To samochód 

Edmunda spłoszył snajpera.

Edmund się skrzywił.

-  Powinienem był sam poszukać tego bandyty. Gdybym go złapał, to...

-  Spokojnie, tygrysie. - Claire się uśmiechnęła. - To robota dla Lindsay. Ty 

lepiej dalej graj na bębnie. Zawsze mówiłam - powiedziała, ściskając jego 

dłoń - że on ma Rachmaninowa w głowie, ale jeśli chodzi o serce, to może 

się równać z każdym lwem.

Edmund chyba dopiero teraz zrozumiał, co tak naprawdę się stało. Cała 

jego zuchowatość rozpłynęła się bez śladu. Usiadł na krześle, przytulił się 

do Claire na chwilę i chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego zasłonił ręką 

oczy. Cłaire bez słowa ściskała jego dłoń.

Po mniej więcej godzinie, kiedy zakończyliśmy zdawać relację policji z 

background image

Burlingame, wyszliśmy, aby obejrzeć teren dookoła domu.

-  To był on, prawda, Claire? To był Chimera? Bez słowa skinęła głową.

-  Zimny z niego sukinsyn, Lindsay. Powiedział do mnie: „Czy może pani 

pochylić się w lewo, pani doktor", i zaraz potem zaczął strzelać.

Miejscowi gliniarze i szeryf z San Mateo County ciągle przeszukiwali dom 

i teren posesji. Już wcześniej zadzwoniłam do Clappera, żeby przyjechał 

im pomóc.

-  Lindsay, dlaczego ja?- spytała Claire.

-  Nie wiem, Claire. Jesteś Murzynką. Pracujesz w wymia-

rze   sprawiedliwości.   Sama   tego   nie   rozumiem.   Dlaczego   zmienił   wzór 

postępowania?

-  Rozmawialiśmy spokojnie i rzeczowo, Lindsay. To wyglądało tak, jakby 

chciał się mną bawić. Wszystko, co mówił, brzmiało tak... osobiście.

Przyszło mi do głowy, że dostrzegam w niej coś^ czego przedtem nie było. 

Strach. Kto mógłby mieć jej to za złe?

-   Może powinnaś wziąć sobie trochę wolnego, Claire -poradziłam jej. - 

Zejdź mu z oczu.

-  A co, myślisz, że mam zamiar dać mu się wepchnąć pod ziemię? Nie ma 

takiej możliwości, Lindsay. W żadnym wypadku nie pozwolę mu wygrać.

Dałam jej delikatnego kuksańca.

-  Wszystko w porządku?

-  W porządku. On już miał swoją szansę. Teraz czas na mnie.

ROZDZIAŁ 71

Kiedy w końcu dowlokłam się z powrotem do swojego mieszkania, było 

trochę po drugiej nad ranem.

Wydarzenia   tego   długiego,   strasznego   dnia   -   najpierw   poronienie   Jill, 

background image

potem przerażające przeżycia Claire - przelatywały mi przez głowę jak 

urywki z jakiegoś nocnego koszmaru. Człowiek, którego ścigałam, o mały 

włos nie zabił mojej najlepszej przyjaciółki. Dlaczego Claire? Co to miało 

znaczyć? Czułam się częściowo odpowiedzialna za to, co się stało.

Bolało mnie całe ciało. Chciałam spać, potrzebowałam spłukać z siebie 

miniony dzień. Nagle otworzyły się drzwi pokoju gościnnego i wyjrzał 

stamtąd ojciec. W szaleńczym tempie dnia prawie zapomniałam, że tutaj 

jest.

Ubrany   był   w   długą   białą   koszulkę   i   bokserki   z   wzorkiem   w   muszle. 

Pomimo zmęczenia wydało mi się to niesamowicie śmieszne.

- Widzę, że nosi pan bokserki, panie Boxer - powiedziałam. - Jest pan 

dowcipnym, starym łobuzem.

Potem opowiedziałam mu, co się wydarzyło. Rozumiał mnie w mig, jak na 

byłego   gliniarza   przystało.   Ku   mojemu   zdumieniu   przekonałam   się,   że 

potrafi słuchać, a to było wszystko, czego potrzebowałam.

Usiadł obok mnie na kanapie.

-  Masz ochotę na kawę? Mogę ci zrobić, Lindsay.

-  Lepiej przynieś brandy. Na blacie stoi trochę herbaty Moonlight Sonata, 

jeśli już jesteś tak uprzejmy.

Było   mi   przyjemnie,   że   ktoś   tu   jest,   a   on   aż   palił   się   do   pomocy. 

Zanurzyłam siew miękkie poduchy kanapy, zamknęłam oczy i starałam się 

pomyśleć,   co   powinnam   teraz   zrobić.   Davidson,   Mercer,   teraz   Claire 

Washburn... Dlaczego Chimera polował na Claire? Co to miało znaczyć?

Ojciec powrócił z kuchni z filiżanką herbaty i napełnioną na dwa palce 

szklaneczką courvoisiera.

-   Uważam, że jesteś dużą dziewczynką, dlatego przyniosłem podwójną 

background image

porcję.

Upiłam łyk herbaty, a potem jednym haustem wlałam w siebie połowę 

zawartości szklaneczki.

-  Och, jak mi było tego potrzeba. Prawie tak bardzo jak przełomu w tej 

sprawie.   On   podrzuca   nam   wskazówki,   ale   ja   ciągle   nie   mogę   ich 

odczytać.

-  Nie przejmuj się aż tak bardzo, Lindsay - powiedział ojciec delikatnym 

tonem.

-   A co ty byś zrobił - zapytałam - gdyby wszyscy dookoła patrzyli na 

ciebie, a ty nie miałbyś pojęcia, co dalej robić? Kiedy byś się przekonał, że 

ten, z kim walczysz, nie rezygnuje, że walczysz z potworem?

-  Wtedy zwykle wzywamy wydział zabójstw - powiedział z uśmiechem.

-  Nie próbuj mnie rozśmieszać - poprosiłam. Ale jednak spowodował, że 

się uśmiechnęłam. Bardziej jednak zaskoczyło mnie to, że zaczęłam o nim 

myśleć jak o swoim ojcu.

Nagle zmienił ton.

-   Mogę ci Zdradzić, co robiłem, kiedy zaczynało być naprawdę ciężko. 

Brałem   sobie   urlop.  Wiem,   że   tego   nie   zrobisz,   Lindsay.   Jesteś   o   tyle 

lepsza ode mnie.

Patrzył na mnie pojednawczo. Już się nie uśmiechał.

Nigdy nie zdołam uwierzyć w to, co wydarzyło się potem. Ojciec rozłożył 

ramiona, a ja, prawie nie stawiając oporu, wylądowałam z twarzą ukrytą 

na   jego   piersi.   Objął   mnie,   na   początku   niepewnie,   później   jak   każdy 

ojciec,   uścisnął   mnie   z   delikatną   czułością.   Nie   sprzeciwiałam   się. 

Docierał do mnie ten sam zapach wody kolońskiej, który pamiętałam z 

dzieciństwa.   Czułam   się   nieco   dziwnie   i   jednocześnie   najbardziej 

background image

naturalnie na świecie.

Będąc nieoczekiwanie w ramionach ojca, czułam, jak nagle opadają ze 

mnie nagromadzone warstwy cierpienia.

-     Chcesz   go   złapać,   Lindsay   *-   szeptał,   jednocześnie   tuląc   mnie   i 

kołysząc. - Na pewno ci się uda, Maskotko...

To było właśnie to, co potrzebowałam usłyszeć.

-  Och, tatusiu... - powiedziałam. Nic więcej.

ROZDZIAŁ 72

Był poniedziałkowy poranek. Usłyszałam brzęczenie inter-komu i zaraz 

potem rozległ się głos Brendy:

-  Poruczniku Boxer, dzwoni naczelnik Estes z Pelican Bay.

Podniosłam słuchawkę, nie obiecując sobie zbyt wiele.

-  Pytała pani, czy kiedyś mieliśmy tu wśród więźniów jakiegoś policjanta 

- powiedział.

Natychmiast się ożywiłam.

-  Tak?

-     Ja   tam   bym   na   pani   miejscu   nie   zawracał   sobie   głowy   bredniami 

Weiscza. Ale przekopałem się przez stare akta i trafiłem na coś, co może 

panią zainteresować. To sprawa sprzed dwunastu lat. Ja byłem strażnikiem 

w Soledad, kiedy przywieźli tu tego śmiecia.

Wyłączyłam głośnik w telefonie i przycisnęłam słuchawkę do ucha.

-  Trzymali go tu przez pięć lat, z czego dwa w izolatce.

Potem wyprawili z powrotem do Quentin. To byłą specjalna sprawa. Może 

pani nawet pamiętać jego nazwisko.

Wzięłam   do   ręki   długopis   i   zaczęłam   łamać   sobie   głowę.   Policjant   w 

Pelican? W Quentin?

background image

-  Frank Coombs - powiedział Estes.

W   mgnieniu   oka   przypomniałam   sobie   to   nazwisko.   W   przebłysku 

wspomnień z czasów młodości zobaczyłam nagłówek. Coombs. Policjant 

z   patrolu,   który   zabił   jakiegoś   dzieciaka   na   murzyńskim   osiedlu   mniej 

więcej dwadzieścia lat temu. Postawiono mu kilka zarzutów i odesłano do 

paki. Jego nazwisko było ostrzeżeniem przed nadużyciem siły dla każdego 

policjanta w San Francisco.

-  Coombs zmienił się w więzieniu w jeszcze gorszego łajdaka, niż był na 

wolności - mówił dalej Estes. - Udusił w celi współwięźnia, za co wysłano 

go   tutaj.   Po   pobycie   na   oddziale   izolacyjnym   udało   się   go   trochę 

zresocjalizować.

Coombs...   Zanotowałam   to   nazwisko.   Nie   mogłam   sobie   przypomnieć 

niczego o tej sprawie poza tym, że dusił i w końcu zamordował czarnego 

dzieciaka.

-  Dlaczego sądzi pan, że Coombs będzie tu pasował? -zapytałam.

-   Jak już mówiłem... - Estes odchrząknął jakieś resztki chrypki. - Nie 

zawracałbym   sobie   głowy   bredzeniem   Weiscza.   Dzwonię   dlatego,   że 

porozmawiałem   z   paroma   osobami   z   naszej   załogi.   Kiedy   Coombs 

przebywał   tutaj,   został   jednym   z   członków-założycieli   tej   pani   małej 

organizacji.

-  Mojej organizacji?

-  Tak jest, pani porucznik. Chimery.

ROZDZIAŁ 73

Na pewno znasz powiedzenie: kiedy jedne drzwi się zatrzaskują, inne się 

otwierają. Pół godziny później zapukałam głośno w szybę, przywołując 

Jacobiego.

background image

-   Wiesz coś na temat Franka Coombsa? - zapytałam, kiedy wszedł do 

mojego biura.

Wzruszył ramionami.

-  To taki plugawy gliniarz z patrolu. Udusił ładnych parę lat temu jakiegoś 

nastolatka.   Dzieciak   umarł.   To   był   największy   skandal   w   naszym 

departamencie od czasów, kiedy pracuję w policji. Chyba dostał kwaterę w 

Quentin na dłuższy czas, nie?

-  Hm, na dwadzieścia. - Popchnęłam akta Coombsa w stronę Jacobiego. - 

A teraz powiedz mi coś, czego tutaj nie znajdę.

Warren otworzył teczkę.

-     O   ile   pamiętam,   ten   gość   był   gliniarzem   z   krwi   i   kości,   dostawał 

odznaczenia,   miał   niezłe   wyniki,   jeśli   chodzi   o   liczbę   zatrzymań. 

Jednocześnie znalazłem w jego aktach tyle nagan za nadużywanie siły, że 

nie powstydziłby się ich sam Rodney King.

Skinęłam głową.

-  Mów dalej.

-  Czytałaś przecież akta procesu, Lindsay. Facet robił porządek w czasie 

draki,   która   wybuchła   podczas   meczu   koszykówki   na   jednym   z 

murzyńskich   osiedli.   Myślał,   że  jednym  z  graczy   był  chłopak,   którego 

wcześniej przymknął za narkotyki, ale go wypuszczono. Dzieciak coś mu 

napyskował i wyszedł. Coombs poszedł za nim.

-     Mówimy   o   czarnym   dziecku   -   wtrąciłam.   -   Dostał   piętnaście   do 

dwudziestu lat za zabójstwo drugiego stopnia.

Jacobi zmrużył oczy.

-  Dokąd teraz zmierzamy, Lindsay?

-  Weiscz, Warren. W Pelican Bay. Myślałam, że on po prostu zmyśla, ale 

background image

jedno mnie uderzyło w tym, co powiedział. Weiscz mówił, że coś od niego 

dostałam. I powiedział, że to wewnętrzna sprawa.

Jacobi zmarszczył brwi.

-     Odkurzyłaś   te   stare   akta,   ponieważ   Weiscz   powiedział   ci,   że   to 

wewnętrzna sprawa?

-  Coombs należał do Chimery. Dwa lata siedział na oddziale izolacyjnym. 

Spójrz   tylko...   Ten   facet   przeszedł   szkolenie   dla   oddziałów   szybkiego 

reagowania. Zdobył szlify strzelca wybo-

rowego. Był zdeklarowanym rasistą. I jest na wolności. Wypuścili go z 

Quentin przed kilkoma miesiącami. Jacobi siedział z kamienną twarzą.

-  Ciągle nie ma pani motywu, pani porucznik. Jasne, można z pewnością 

uznać, że ten człowiek to cholerny drań. Ale przecież był policjantem. Co 

mógłby mieć przeciwko innym policjantom?

-  Podczas procesu przytaczał na swoją obronę fakt, że ten dzieciak stawiał 

opór. Nikt go nie krył. Ani jego partner, ani obecni na miejscu zdarzenia 

funkcjonariusze, ani przełożeni. Myślisz, że trafiłam? - Sięgnęłam po akta, 

przerzuciłam kilka

, arkuszy i zatrzymałam się na stronie, gdzie zaznaczyłam coś czerwonym 

markerem.   -   Powiedziałeś,   że   Coombs   zamordował   tego   chłopaka   na 

murzyńskim osiedlu?

Jacobi skinął głową.

Podsunęłam mu tę kartkę pod nos.

-  Bay View, Warren. La Salle Heights. Tam udusił dzieciaka. To osiedle 

zostało   zburzone   i   przebudowane   w   tysiąc   dziewięćset 

dziewięćdziesiątym. Zostało nazwane...

-   Whitney  Young - dokończył Jacobi. W pobliżu tego miejsca została 

background image

zamordowana Tasha Ca-

tchings.

ROZDZIAŁ 74

Moim następnym posunięciem był telefon do Madeline Akers, zastępcy 

naczelnika   więzienia   w   San   Quentin.   Maddie   była   moją   przyjaciółką. 

Powiedziała mi wszystko, co wiedziała na temat Coombsa.

-  Zły gliniarz, zły facet, naprawdę okropny więzień. Zimny sukinsyn.

Maddie obiecała, że popyta o niego tu i ówdzie. Może Frank Coombs 

opowiedział komuś, co zamierza zrobić, kiedy wydostanie się na wolność.

-  Madeline, nie może być absolutnie żadnych przecieków.

-  Mercer był moim przyjacielem. Zrobię, co będę mogła. Daj mi parę dni.

-  Jeden dzień, Maddie. To bardzo pilne. On będzie dalej zabijał.

Przez dłuższy czas siedziałam przy biurku, usiłując poskładać to, co udało 

mi   się   ustalić.   Nie   mogłam   dowieść   obecności   Coombsa   na   miejscu 

którejkolwiek zbrodni. Nie miałam broni. Nie wiedziałam nawet, gdzie 

teraz przebywał. Ale po raz pierwszy od śmierci Tashy Catchings miałam 

poczucie, że jestem na właściwej drodze.

W pierwszym odruchu chciałam prosić Cindy, żeby przekopała się przez 

stare wydania nekrologów „Chronicie" i poszukała czegoś na ten temat. Te 

wydarzenia   miały   miejsce   ponad   dwadzieścia   lat   temu.   W   całym 

departamencie z tamtych czasów pozostało zaledwie kilka osób.

Potem przypomniałam sobie, że ktoś, kto był wtedy na miejscu zdarzenia, 

mieszka pod moim własnym dachem.

Kiedy weszłam do domu, ojciec oglądał wieczorne wydanie wiadomości.

-  Cześć! - zawołał. - Jesteś w domu o przyzwoitej porze. Czy to znaczy, że 

rozwiązałaś sprawę?

background image

Przebrałam   się,   wyjęłam   sobie   z   lodówki   zimne   piwo   i   klapnęłam   na 

krzesło naprzeciw niego.

-  Muszę z tobą porozmawiać. - Spojrzałam mu prosto w oczy. - Pamiętasz 

faceta, który nazywał się Frank Coombs?

Skinął głową.

-    Od dawna nie słyszałem tego nazwiska.  Jasne, że go pamiętam.  To 

gliniarz, który udusił małolata na murzyńskim osiedlu. Aresztowali go pod 

zarzutem zabójstwa i zapakowali do pudła.

-  Ty wtedy też służyłeś, prawda?

-  Tak, i znałem go. Najgorszy gliniarz, jakiego kiedykolwiek spotkałem. 

Ale na niektórych robił wrażenie. Aresztował ludzi, umiał doprowadzać 

sprawy   do   końca.   Na   swój   sposób.   Wtedy   było   inaczej   niż   dziś.   Nie 

mieliśmy ciągłych kontroli, które patrzyły nam na ręce. I nie wszystko, co 

robiliśmy, przedostawało się do prasy.

-  Ten chłopak, którego on udusił, miał czternaście lat.

-  Czemu chcesz coś wiedzieć na temat Coombsa? On siedzi w więzieniu.

-  Już nie. Wyszedł na wolność. - Przysunęłam bliżej krzesło. - Czytałam, 

że Coombs twierdził, że zabił tego dzieciaka w obronie własnej.

-  A co, gliniarz nie ma do niej prawa? Powiedział, że chłopak próbował go 

ciachnąć ostrym narzędziem, które on wziął za nóż.

-  Pamiętasz może, tato, kto był wtedy jego partnerem?

-   Jezu! - Ojciec wzruszył ramionami. - Jeśli dobrze pamiętam, to Stan 

Dragula.

Taak, on składał zeznania w czasie procesu. Ale wydaje mi się, że umarł 

kilka lat  temu.  Nikt nie  chciał pracować z Coombsem. Sama  myśl,  że 

mógłbyś z nim patrolować okolicę, przerażała człowieka.

background image

-  Czy Stan Dragula był biały, czy czarny? - pytałam.

-   Biały - odpowiedział ojciec. - Wydaje mi się, że był Włochem, albo 

może Żydem.

To nie była odpowiedź, jakiej się spodziewałam. Nikt wtedy nie udzielił 

Coombsowi wsparcia. Dlaczego więc zabijał czarnych?

-   Tato, jeżeli to Coombs robi te rzeczy... jeśli jest to rodzaj zemsty, to 

dlaczego przeciwko czarnym?

-     Coombs   był   zwierzęciem,   ale   był   także   gliniarzem.   Wtedy   sprawy 

wyglądały   inaczej.   Ta   słynna   granatowa   ściana   milczenia...   Każdego 

uczyli w Akademii, żeby trzymać japę na kłódkę. To dla twojego dobra, 

mówili. Tak się jednak nie stało w przypadku Franka Coombsa; wszystko 

zwaliło mu się na głowę. Wszyscy byli zadowoleni, że się go pozbędą. 

Myślisz, że myśmy rozmawiali o tym wtedy, dwadzieścia lat temu? W 

policji   silnie   popierano   tę   akcję.   Murzyni   i   Latynosi   właśnie   zaczęli 

obejmować   kluczowe   stanowiska.   Powstało   wtedy   lobby   czarnych 

policjantów...

-  Oficerowie dla Sprawiedliwości - wtrąciłam. - Cały czas działają.

Ojciec przytaknął.

-  Były duże naciski. Oficerowie dla Sprawiedliwości grozili strajkiem. W 

końcu zaczęły też naciskać szychy z władz miasta. Cokolwiek to było, dla 

Coombsa stało się oczywiste, że rzucono go na pożarcie.

Cała sprawa zaczęła mi się rozjaśniać. Coombs czuł, że został zmiażdżony 

przez lobby czarnych działające w departamencie. W więzieniu przeżuwał 

swoją nienawiść. Teraz, po dwudziestu latach, znów znalazł się na ulicach 

San Francisco...

-     Może   w   innych   okolicznościach   ukręcono   by   tej   sprawie   łeb   - 

background image

odezwałam   się.   -  Ale   nie   wtedy.   Grupa   Oficerów   dla   Sprawiedliwości 

przyszpiliła Coombsa.

Nagle zaczęła mnie dręczyć pewna myśl.

-   Czy Earl Mercer miał z tym wszystkim coś wspólnego? Ojciec skinął 

głową.

-  Mercer był bezpośrednim przełożonym Coombsa.

Część trzecia

Granatowa ściana ciszy

ROZDZIAŁ 75

Następnego   ranka   śledztwo,   które   zaledwie   dzień   wcześniej   wyglądało 

dość   marnie,   nabrało   prawdziwego   rozpędu.   Mieliśmy   już   głównego 

podejrzanego. Promieniałam.

Jako pierwszy zastukał do mnie Jacobi.

-  Jeden zero dla pani, poruczniku! Sprawa Coombsa wygląda coraz lepiej.

-     To   znaczy?   Dowiedziałeś   się   czegoś   od   oficera   nadzorującego 

Coombsa?

-   Można tak to ująć. On gdzieś zniknął, Lindsay. Według tego oficera 

Coombs   opuścił   hotel   tranzytowy   w   Eddy.   Nie   zostawił   następnego 

adresu, nigdzie się nie zameldował, nie kontaktował się z byłą żoną.

Byłam nieco rozczarowana zniknięciem Coombsa, choć z drugiej strony 

wydawało się to dobrym znakiem. Kazałam Jacobiemu szukać go dalej.

Kilka minut później odezwał się telefon. Dzwoniła Made-line Akers z San 

Quentin.

-  Wydaje mi się, że mam to, o co ci chodzi - oznajmiła. Nie spodziewałam 

się, że tak szybko się odezwie. - W zeszłym roku Coombs mieszkał w celi 

po   kolei   z   czterema   różnymi   mężczyznami.   Dwaj   z   nich   wyszli   na 

background image

zwolnienie warunkowe, ale udało mi się porozmawiać z pozostałą dwójką. 

Jeden z nich od razu poradził mi, żebym się wypchała, ale ten drugi, Tora-

cetti... Nie musiałam nawet mówić mu, o co mi chodzi. Powiedział, że 

natychmiast, jak tylko usłyszał o Davidsonie i Merce-rze, był pewien, że to 

robota   Coombsa.   Coombs   zwierzył   mu   się,   że   ma   zamiar   na   nowo 

rozdmuchać całą sprawę.

Podziękowałam Maddie z całego serca. Tasha, Męrcer, Da-vidson... Teraz 

wszystko zaczynało się układać.

Ale jak miała się do tego Estelle Chipman?

Jakaś siła nie dawała mi spokoju. Wyszłam i zaczęłam przekopywać się 

przez   akta   sprawy.   Minęło   kilka   ładnych   tygodni   od   chwili,   gdy 

zaglądałam do nich po raz ostatni.

To było na samym spodzie. Teczka personalna, którą kiedyś wyciągnęłam 

z Archiwum: Edward C. Chipman.

Z   całej   trzydziestoletniej   służby   Chipmana   tylko   jedna   rzecz   zwróciła 

moją uwagę: Był przedstawicielem okręgu w organizacji Oficerowie dla 

Sprawiedliwości.

Uznałam, że nadszedł czas, żeby poinformować o odkryciach. Połączyłam 

się przez interkom z biurem szefa Trac-chio. Jego sekretarka, Helen, była 

podwładna Mercera, powiedziała mi, że jest on właśnie na zamkniętym 

zebraniu* Zdecydowałam, że idę na górę.

Chwyciłam akta Coombsa i skierowałam się ku schodom prowadzącym na 

piąte piętro. Musiałam się tym podzielić. Wtoczyłam się do biura szefa.

I nagle stanęłam jak wryta. Zamurowało mnie.

Dookoła stołu konferencyjnego siedzieli Tracchio, agenci specjalni z FBI, 

Ruddy i Hull, rzecznik prasowy Carr i szef detektywów Ryan.

background image

Nie zostałam zaproszona na zebranie grupy specjalnej.

ROZDZIAŁ 76

-  To już przesada - zawołałam. - To jakaś totalna bzdura! Co to ma być - 

zebranie męskiego klubu?

Tracchio,   Ruddy   i   Hull   z   FBI,   Carr,   Ryan.   Pięciu   mężczyzn   siedziało 

dookoła stołu - wszyscy z wyjątkiem mnie, kobiety.

Szef wstał. Był cały czerwony.

-  Lindsay, właśnie mieliśmy po ciebie zadzwonić. Wiedziałam dobrze, co 

to znaczy i o co chodzi. Tracchio

miał zamiar przejąć kontrolę nad sprawą. Moją sprawą. On i Ryan chcieli 

przekazać ją FBI.

-  Osiągnęliśmy w śledztwie punkt krytyczny - powiedział Tracchio.

-  Masz cholerną rację - przerwałam mu. Omiotłam spojrzeniem obecnych. 

- Wiem, k to to jest.

Nagle oczy wszystkich zwróciły się w moją stronę. Żaden z chłopców nie 

odezwał   się   słowem.   Czułam,   że   zaczyna   piec   mnie   skóra,   jakby   ktoś 

wbijał w nią tysiące igieł.

Znowu skierowałam wzrok na Tracchio.

-  Czy chce pan o tym posłuchać, czy woli pan, żebym wyszła?

Najwyraźniej zaniemówił z wrażenia. Wreszcie ocknął się i szarmanckim 

ruchem podsunął mi krzesło.

Nie usiadłam, wolałam stać. Potem omówiłam krok po kroku wydarzenia 

ostatnich dni i sprawiło mi to prawdziwą przyjemność. Mówiłam, jak na 

początku byłam dość sceptycznie nastawiona i jak potem wszystko zaczęło 

się układać. Chimera, Pelican Bay... Żal, jaki miał Coombs do policjantów. 

Na   dźwięk   nazwiska   Coombsa   otworzyli   szeroko   oczy.   Mówiłam   o 

background image

powiązaniach między ofiarami, o kwalifikacjach Coombsa jako strzelca 

wyborowego   i   o   tym,   że   tylko   strzelec   wyborowy   mógł   oddać   tak 

perfekcyjne strzały.

Kiedy skończyłam, zapadła cisza. Gapili się na mnie bez słowa. Miałam 

ochotę podnieść ręce do góry w geście zwycięstwa.

Wreszcie agent Ruddy odzyskał głos.

-     Na   razie   nie   usłyszałem   nic,   co   wskazywałoby   bezpośrednio   na 

obecność Coombsa na miejscu którejkolwiek z tych zbrodni.

-  Proszę mi dać jeszcze dzień albo dwa i usłyszy pan -powiedziałam. - To 

Coombs jest mordercą.

Hull, potężnej postury partner Ruddy'ego, machnął ręką w stronę szefa.

-  To jak, chce pan, żebyśmy przejęli śledztwo?

Nie wierzyłam własnym uszom. To było moje śledztwo. Moje osiągnięcie. 

Wydziału zabójstw. To nasi ludzie zginęli.

Tracchio zdawał się mocno zastanawiać. Zaciskał szerokie

usta,   jakby   zasysał   przez   słomkę   ostatnią   kroplę.   Wreszcie   pokręcił 

przecząco głową, patrząc na agenta FBI.

- To nie będzie konieczne. To sprawa dotycząca miasta. Niech prowadzą ją 

ludzie ze służb miejskich.

ROZDZIAŁ 77

Pozostało   nam   uporać   się   tylko   z   jedną   drobnostką:   odnaleźć   Franka 

Coombsa.

W jego więziennych aktach znaleźliśmy wzmiankę o żonie, Ingrid, która 

rozwiodła się z nim w czasie, gdy przebywał za kratkami, i ponownie 

wyszła za mąż. To był kiepski pomysł. Oficer prowadzący poinformował 

nas,   że   Coombs   nie   utrzymywał   z   nią   kontaktów.  Ale   nawet   kiepski 

background image

pomysł jest lepszy niż żaden.

-  Naprzód, Warren - ponagliłam Jacobiego. - Idziemy razem. Będzie jak 

za dawnych czasów.

-  Auu, to już nie będzie ta słodycz.

Ingrid   Thiasson   mieszkała   poza   Laguną,   przy   sympatycznej   ulicy   w 

osiedlu zamieszkanym przez klasę średnią.

Zatrzymaliśmy samochód po przeciwnej stronie, podeszliśmy do drzwi i 

zadzwoniliśmy.   Nikt   nie   odpowiedział.   Nie   mieliśmy   pojęcia,   czy   była 

żona Coombsa pracuje, a na podjeździe nie było żadnego auta.

Kiedy już mieliśmy zawrócić, na podjazd wjechało stare volvo kombi.

ngrid Thiasson miała proste, brązowe włosy i wyglądała pięćdziesiąt lat. 

Ubrana   była   w   bezkształtną,   niebieską   sukienkę   i   gruby,   szary   sweter. 

Wygramoliła się z samochodu i otworzyła tylną klapę, żeby wyjąć zakupy. 

Jak na starą żonę gliniarza przystało, rozpoznała nas natychmiast, kiedy do 

niej podeszliśmy.

-  Czego ode mnie chcecie? - spytała.

-  Porozmawiać kilka minut. Staramy się odszukać pani

byłego męża.

-  Że też macie czelność tu przychodzić. - Rzuciła na nas

na

gniewne spojrzenie, podnosząc jednocześnie dwie torby z zakupami.

-  Po prostu sprawdzamy wszystkie możliwości - wyjaśnił Jacobi.

-   Jak już powiedziałam oficerowi prowadzącemu, nie miałam od niego 

żadnych wieści od czasu, kiedy się wyprowadził - warknęła w odpowiedzi.

-  Nie widział się z panią?

-   Raz, kiedy wyszedł z więzienia. Wpadł, żeby zabrać parę osobistych 

background image

rzeczy, bo myślał, że je dla niego przechowywałam. Powiedziałam mu, że 

wszystko wyrzuciłam do śmieci.

-  Co to było? - zapytałam.

-   Jakieś bezużyteczne dokumenty, artykuły z gazet dotyczące procesu. 

Chyba kilka starych pistoletów, które trzymał. Frank zawsze przepadał za 

bronią. Takie hobby typowe dla mężczyzny, który nie może odnaleźć w 

życiu żadnych innych wartości.

Jacobi skinął głową.

-  I co wtedy zrobił?

-  Co zrobił? - prychnęła Ingrid Thiasson. - Wyszedł bez słowa, nawet nie 

zapytał*   jak   żyliśmy   przez   ostatnie   dwadzieścia   lat.   Ja   i   jego   syn. 

Uwierzycie w to?

-  I nie ma pani pojęcia, gdzie moglibyśmy go znaleźć?

-  Najmniejszego. Ten facet to trucizna. Na szczęście znalazłam kogoś, kto 

traktuje mnie z szacunkiem i kto jest lepszym ojcem dla mojego chłopca. 

Nie chcę więcej widzieć Franka Coombsa.

Zadałam jeszcze jedno pytanie:

-  Jak się pani wydaje, czy on może utrzymywać jakiś kontakt z waszym 

synem?

-  W żadnym razie. Zawsze trzymałam go na dystans. Mój syn nie ma nic 

wspólnego ze swoim ojcem. I proszę go nie niepokoić. On jest w college'u 

w Stanford.

Zrobiłam krok naprzód.

-     Każda   informacja,   która   pomogłaby   go   odnaleźć,   będzie   dla   nas 

bezcenna. Tu chodzi o wielokrotne morderstwo.

Zobaczyłam na jej twarzy ślad zastanowienia. .

background image

-   Od dwudziestu lat prowadzę spokojne życie. Mam rodzinę. Nie chcę, 

żeby ktoś się zorientował, że wiecie to ode mnie.

Skinęłam głową. Czułam, jak krew uderza mi do głowy.

-  Frank trzymał zawsze z Tomem Keatingiem. Nawet kiedy siedział. Jeśli 

ktokolwiek wie, gdzie jest Frank, to tylko on.

Tom Keating. Znałam to nazwisko. To był emerytowany policjant.

ROZDZIAŁ 78

W   niespełna   godzinę   później   zajechaliśmy   z   Jacobim   przed   skromny 

domek w Blakesly Residential Community, nad zatoką Half Moon Bay. 

Nazwisko Keatinga pamiętałam z czasów dzieciństwa. Pracował między 

dziewiątą rano a czwartą po południu i regularnie bywał po pracy w Alibi, 

gdzie   spędzałam   wiele   popołudniowych   godzin   z   tatą,   bujając   się   na 

barowym   stołku.   Miał   czerstwą   cerę   i   zaskakująco   wcześnie   posiwiałe 

włosy.   Boże,   pomyślałam,   to   było   prawie   trzydzieści   lat   temu! 

Zastukaliśmy   do   drzwi   skromnego   domu   Keatinga.   Otworzyła   nam 

schludna kobieta o siwych włosach.

-   Pani Keating? Jestem porucznik Lindśay Boxer z wydziału zabójstw 

policji San Francisco. To jest inspektor Jacobi. Czy zastaliśmy pani męża?

-  Wydział zabójstw...? - powtórzyła zaskoczona.

-  Och, chodzi o pewną sprawę sprzed lat — wyjaśniłam z uśmiechem.

Z wnętrza domu dobiegł głos:

-  Helen, nie mogę nigdzie znaleźć tego cholernego pilota!

-     Chwileczkę,   Tom.   Jest   w   pokoju   z   tyłu   domu   -   powiedziała, 

wprowadzając nas do środka.

Przeszliśmy   przez   oszczędnie   umeblowane   mieszkanie   do   słonecznego 

pokoju, wychodzącego na małe patio. Na ścianach wisiało kilka fotografii 

background image

z czasów policyjnej służby.

Keating wyglądał dokładnie tak, jak go zapamiętałam, tyl-

ko trzydzieści lat starzej. Wychudły, z przerzedzonymi siwymi włosami, 

ale z tą samą zdrową cerą.

Oglądał właśnie w telewizji wiadomości z giełdy. Zauważyłam, że siedział 

w fotelu na kółkach.

Helen Keating przedstawiła nas, a potem poszukała pilota i przyciszyła 

dźwięk w telewizorze. Keating najwyraźniej się ucieszył, że ktoś z policji 

przyszedł go odwiedzić.

-     Nie   nadaję   się   do   zbyt   wielu   rzeczy,   od   kiedy   nogi   odmówiły   mi 

posłuszeństwa.   Podobno   to   artretyzm,   spowodowany   przez   postrzał   w 

okolice czwartego kręgu lędźwiowego. Już nie gram w golfa - zachichotał. 

- Ale ciągle mogę patrzeć, jak rośnie moja emerytura. - Zobaczyłam, że 

przygląda mi się uważnie.

-  Ty jesteś córką Marty'ego Boxera, mam rację? Uśmiechnęłam się.

-  Alibi... Parę kolejek 5-0-1, prawda, Tom?

Numer   5-0-1   służył   w   policji   do   wzywania   posiłków   i   tak   też   został 

nazwany ulubiony drink, irlandzka whisky z piwem na zapitkę.

-  Słyszałem, że jesteś teraz ważną osobą. - Keating wyszczerzył zęby w 

uśmiechu.   -   No   więc,   co   sprowadza   dwoje   tak   znakomitych   gości   do 

starego gliniarza z patrolu?

-   Frank Coombs - powiedziałam bez ogródek. Twarz Toma natychmiast 

zesztywniała.

-  Co z Frankiem?

-  Próbujemy go znaleźć, Tom. Powiedziano nam, że może ty wiesz, gdzie 

jest.

background image

-     Dlaczego   nie   skontaktujecie   się   z   jego   oficerem   prowadzącym?   To 

przecież nie ja.

-  On odszedł, Tom. Przed czterema tygodniami. Zrezygnował z pracy.

-     Więc   wydział   zabójstw   ściga   teraz   przestępców   przebywających   na 

zwolnieniu warunkowym?

Spojrzałam mu twardo w oczy.

-  Co możesz nam powiedzieć, Tom?

-   A dlaczego sądzicie, że cokolwiek wiem? - Spojrzał na swoje nogi. - 

Przeszłość to przeszłość.

-     Słyszałam,   że   utrzymujesz   kontakt   ze   swoim   kumplem.   To   bardzo 

ważne.

-  Traci pani tutaj czas, poruczniku - odpowiedział, nagle zmieniając ton na 

oficjalny.

Wiedziałam, że kłamie.

-  Kiedy ostatni raz rozmawiałeś z Coombsem?

-  Chyba wtedy, kiedy go wypuścili. Od tego czasu może jeszcze raz albo 

dwa. Potrzebował kogoś, żeby z powrotem stanąć na nogi. Mogłem podać 

mu pomocną dłoń.

-  A gdzie mieszkał? - wtrącił się Jacobi. - Wtedy, kiedy pan mu podawał tę 

pomocną dłoń?

Keating pokręcił głową.

-    W  jakimś   hotelu   w   Eddy   albo   w   O'   Farrell.   Na   pewno   nie   w   San 

Francisco - powiedział.

-   I nie rozmawiałeś z nim od tamtego czasu? - Mój wzrok pobiegł w 

kierunku Helen Keating.

-  Czego właściwie chcecie od tego człowieka? - prychnął Keating. - On 

background image

już spłacił swoje długi. Dlaczego zwyczajnie nie zostawicie go w spokoju?

-  Byłoby łatwiej, Tom - odrzekłam - gdybyś nam po prostu powiedział.

Keating zacisnął usta, zastanawiając się, wobec kogo powinien zachować 

lojalność.

-  Pan ma za sobą trzydzieści lat służby, prawda? - odezwał się Jacobi.

-  Dwadzieścia cztery. - Pogładził swoje bezwładne nogi. - Jakoś nie udało 

się dociągnąć do trzydziestu.

-   Dwadzieścia cztery dobre lata. To byłby prawdziwy wstyd zhańbić je 

teraz przez odmowę współpracy...

Riposta była natychmiastowa.

-  Chcecie wiedzieć, kto był prawdziwym cholernym specjalistą od „braku 

współpracy"?   Frank   Coombs.   Facet   robił   po   prostu   to,   co   do   niego 

należało,   i   nie   oglądał   się   na   tych   łajdaków,   podobno   jego   przyjaciół. 

Może wy teraz postępujecie inaczej. Te wasze spotkania środowiskowe i 

treningi   kontaktów   międzyludzkich.   A   wtedy   musieliśmy   po   prostu 

usuwać z ulic łobuzów. Korzystając ze środków, jakie były dostępne.

-   Tom! - odezwała się podniesionym głosem jego żona. -Frank przecież 

zabił chłopca. Ci ludzie są twoimi przyjaciółmi. Chcą z nim porozmawiać. 

Chyba   zapomniałeś,   co   naprawdę   znaczą   takie   słowa   jak   obowiązek   i 

lojalność. To, o co cię proszą, jest twoim obowiązkiem.

Keating spojrzał na nią Ze złością.

-   Taak, z pewnością, to właśnie jest moim obowiązkiem. Wziął do ręki 

pilota i odwrócił się do mnie plecami.

-     Stójcie   sobie   tutaj   cały   dzień,   jeśli   macie   ochotę.   Nie   mam 

najmniejszego pojęcia, gdzie jest Frank Coombs.

I zwiększył natężenie dźwięku w telewizorze.

background image

ROZDZIAŁ 79

-   Do diabła z nim!  - zawołał Jacobi, gdy  tylko wyszliśmy  z domu. - 

Pieprzony stary dupek!

-  Jesteśmy już w połowie drogi na półwysep - powiedziałam. - Co myślisz 

o małej wycieczce do Stanford? Żeby zobaczyć syna Franka?

-  Jak tam chcesz - wzruszył ramionami. - Może się nam przyda.

Zawróciliśmy ostro z powrotem i po półgodzinie dotarliśmy do Pało Alto.

Kiedy   nasz   samochód   wjechał   na   podjazd   -   droga   obrośnięta   po   obu 

stronach   wysokimi   palmami,   budynki   w   kolorze   ochry,   majestatyczna 

Hoover Tower  wznosząca się na głównym placu - poczułam magiczny 

czar   życia   w   campusie.   Każdy   z   przebywających   tu   dzieciaków   był 

niepowtarzalny i uzdolniony. Ogarnęło mnie coś w rodzaju dumy z tego, 

że syn Coombsa, pomimo trudnego dzieciństwa, uczył się tutaj.

Zameldowaliśmy   się   w   biurze   przy   dziedzińcu.   Asystent   szefa 

administracji poinformował nas, że Rusty Coombs jest prawdopodobnie na 

treningu piłki nożnej w budynku Centrum Sportu. Powiedział, że Rusty to 

dobry   student   i   znakomity   napastnik.   Podjechaliśmy   we   wskazanym 

kierunku, a tam dyżurny w czerwonej czapeczce z logo Stanfordu po-

prowadził nas na górę i poprosił, żebyśmy zaczekali pod siłownią.

Kilka   chwil   później   wyszedł   do   nas   solidnie   zbudowany,   rudowłosy 

chłopak w mokrej od potu koszulce. Rusty Coombs miał lekko piegowatą 

miłą twarz. Nie znalazłam w nim cienia chorobliwej, wojowniczej natury, 

która cechowała jego ojca.

-  Chyba wiem, kim jesteście - Odezwał się, podchodząc do nas. - Mama 

dzwoniła i powiedziała, że pewnie przyjedziecie.

W tle naszej rozmowy słyszałam metaliczne odgłosy wyciskania sztang i 

background image

pracujących atlasów. Uśmiechnęłam się do chłopca z sympatią.

-  Szukamy twojego ojca, Rusty. Może wiesz, gdzie można go znaleźć?

-     On   nie   jest   moim   ojcem.   -   Chłopak   potrząsnął   głową.   -Mój   ojciec 

nazywa się Theodore Bell. Wychowywał mnie razem z mamą. To Teddy 

nauczył mnie grać w nogę. I to on przekonał mnie, że powinienem uczyć 

się w Stanford.

-  Kiedy słyszałeś ostatni raz o Franku Coombsie?

-   Nawiasem mówiąc, co on zrobił? Moja mama mówiła, że jesteście z 

wydziału zabójstw. Wiemy też, co się ostatnio zdarzyło. Wszyscy to tu 

wiedzą. Chyba nie wierzycie, że skoro popełnił błąd dwadzieścia lat temu, 

to znaczy, że te okropne zbrodnie są także jego sprawką?

-   Nie sprawdzalibyśmy wszystkich śladów, gdyby to nie było ważne - 

powiedział Jacobi.

Rusty   przerzucał   piłkę   z   jednej   nogi   na   drugą.   Robił   wrażenie 

sympatycznego dzieciaka, skorego do współpracy.

-   On tu kiedyś przyjechał. - Zatarł ręce. - Kiedy wyszedł na pierwszą 

przepustkę. Kilka razy napisałem do niego do więzienia. Umówiliśmy się 

na mieście, bo nie chciałem, żeby go tu widziano.

-  I co ci miał do powiedzenia? - spytałam.

-  Myślę, że chciał oczyścić swoje sumienie. No i dowiedzieć się, co mama 

o nim sądzi. Ani razu nie powiedział: Wspaniale, Rusty! Spójrz na siebie. 

Świetnie ci idzie..., albo:

Hej, może byśmy razem zagrali... Bardziej interesowało go to, czy mama 

wyrzuciła niektóre z jego starych rzeczy.

-  Jakich rzeczy? - zapytałam. Co mogło być tak ważnego, że przyjechał aż 

tutaj, żeby spotkać się z synem?

background image

-   Jakieś policyjne rupiecie - wyjaśnił Rusty i pokręcił głową. - Chyba 

przede wszystkim chodziło mu o pistolety.

Uśmiechnęłam się ze współczuciem. Wiedziałam, co to znaczy patrzeć na 

swojego ojca z uczuciem dalekim od podziwu.

-  Powiedział ci, dokąd się wybiera?

Rusty Coombs pokręcił głową. Miałam wrażenie, że zaraz się rozpłacze.

-     Nie   jestem   Frankiem   Coombsem,   pani   inspektor.   Mogę   nosić   jego 

nazwisko, mogę nawet mieszkać tam, gdzie on mieszkał, ale nie jestem n i 

m. Proszę, zostawcie naszą rodzinę w spokoju. Proszę.

ROZDZIAŁ 80

Czułam   się   zdegustowana.   To   dzięki   mnie   złe   wspomnienia   odżyły   w 

Rustym Coombsie. Nawet Jacobi to przyznawał.

Do biura dotarliśmy około czwartej. Odbyliśmy długą podróż do Pało Alto 

tylko po to, żeby znów znaleźć się w ślepym zaułku. Co za szczęście.

Na automatycznej   sekretarce  czekała  na  mnie  wiadomość.  Natychmiast 

oddzwoniłam do Cindy.

-  Krążą plotki, że udało ci się zidentyfikować podejrzanego - powiedziała. 

- Czy to prawda, czy ktoś nas prowokuje?

-  Mamy nazwisko, Cindy, ale nic ci nie mogę powiedzieć. Chcemy go na 

razie ściągnąć do nas na przesłuchanie.

-  Więc nie ma jeszcze nakazu aresztowania?

-  Nie... na razie nie.

-  Lindsay, on próbował zabić naszą przyjaciółkę. Pamiętasz? Jeśli mogę w 

czymś pomóc...

-  Pracuje nad tym setka policjantów. Niektórzy udowod-

nili już wcześniej w innych śledztwach, że potrafią dać sobie radę. Zaufaj 

background image

mi, proszę.

-   Jeśli go nie zatrzymałaś, to znaczy, że go dotąd nie znalazłaś. Mam 

rację?

-   Albo że jeszcze nie wszczęłam oficjalnego dochodzenia. Aha, Cindy... 

To nie może znaleźć się w druku.

-  Nie zapominaj, kto z tobą rozmawia, Linds. Jest w tym też Claire. I Jill 

też. Bierzemy udział w tej sprawie. Wszystkie.

Miała   rację.  W  przeciwieństwie   do   moich   dotychczasowych   śledztw   w 

sprawie   rozmaitych   zabójstw,   ta   sprawa   stawała   się   coraz   bardziej 

osobista. Dlaczego? Nie znalazłam Coombsa i potrzebowałam wsparcia. 

Dopóki był na wolności, wszystko mogło się zdarzyć.

-  Bardzo potrzebuję twojej pomocy. Przeszukaj jeszcze raz stare wydania, 

Cindy. Chyba nie cofnęłaś się wystarczająco daleko.

Milczała chwilę, a potem wciągnęła głośno powietrze.

-  Miałaś rację, prawda? Ten facet jest gliniarzem?

-    Nie ujęłabym tego w ten sposób,  kochanie. Jeśli tak  sądzisz,  to się 

mylisz. Ale jesteś cholernie blisko.

Czułam,   że   się   nad   czymś   intensywnie   zastanawia,   jednocześnie 

przygryzając język.

-  Jak myślisz, będziemy się nadal spotykać? Uśmiechnęłam się.

-  Oczywiście. Tworzymy przecież zespół. Bardziej niż kiedykolwiek.

Właśnie   miałam   pozbierać   rzeczy   przed   wyjściem   z   biura,   kiedy 

zabrzęczał   telefon.   Siedziałam   i   myślałam   o   tym,   że  Tom   Keating   nas 

okłamał. Że rozmawiał z Coombsem. Ale dopóki nie zdołaliśmy podsunąć 

mu pod nos nakazu, mógł ukrywać wszystko, co chciał.

Nieoczekiwanie   usłyszałam   głos   jego   żony.   Ze   zdziwienia   o   mało   nie 

background image

upuściłam słuchawki.

-   Mój mąż jest strasznym uparciuchem, poruczniku - zaczęła wyraźnie 

zdenerwowana - ale był dumny z tego, że nosił mundur. Nigdy go nie 

prosiłam o żadne wyjaśnienia

i teraz też nie mam zamiaru. Ale nie mogę siedzieć z założonymi rękoma. 

Frank Coombs zamordował tamtego chłopca. Jeżeli zrobił coś jeszcze, nie 

chcę  przez  resztę  życia  budzić  się  każdego ranka  ze  świadomością,  że 

ochraniałam mordercę.

-  Dla wszystkich byłoby lepiej, pani Keating, gdyby pani mąż powiedział 

nam, co wie.

-  Nie mam pojęcia, co on wie --odparła - i wierzę mu, kiedy mówi, że od 

jakiegoś czasu nie rozmawiał z Coomb-sem. Ale on nie powiedział całej 

prawdy, pani porucznik.

-  Więc proszę mówić. Chwilę milczała.

-   Coombs był u nas. Raz. Może ze dwa miesiące temu. Krew zaczęła 

szybciej krążyć mi w żyłach.

-  Czy pani wie, gdzie on jest teraz?

-   Nie - odpowiedziała. - Ale odebrałam od niego wiadomość dla Toma. 

Zapisałam numer telefonu.

Pogrzebałam na biurku w poszukiwaniu pióra. Przeczytała mi numer: 434-

9117.

-  Jestem pewna, że to był jakiś pensjonat albo hotel.

-  Dziękuję pani, Helen.

Już miałam odłożyć słuchawkę, kiedy dodała:

-   Jeszcze jedna rzecz... Kiedy mój mąż powiedział, że podał Frankowi 

pomocną dłoń, też nie mówił całej prawdy. Tom dał mu jakieś pieniądze. 

background image

Poza   tym   pozwolił   mu   pogrzebać   w   swoich   starych   rzeczach,   które 

przechowujemy w piwnicy.

-  Jakich rzeczach? - zapytałam.

-  W policyjnych. Były tam chyba jego mundur i odznaka.

Tego właśnie szukał Coombs w domu swojej byłej żony. Swojego starego 

munduru. W mojej głowie odezwał się brzę-czyk. Może w ten właśnie 

sposób udało mu się dostać tak blisko pani Chipman i Mercera...

-  Czy to wszystko? - spytałam.

-  Nie - odpowiedziała Helen Keating. - Tom trzymał tam również swoje 

pistolety. Coombs także je zabrał.

ROZDZIAŁ 81

W ciągu  kilku  minut  ustaliłam, że pod numerem, który  dała mi  Helen 

Keating,   znajduje   się   hotelik   William   Simon,   położony   u   zbiegu   ulic 

Larkin i McAUister.

Zadzwoniłam do Jacobiego dokładnie w chwili, gdy zasiadał do kolacji.

-  Spotkamy się na rogu Larkin i McAllister. Hotel William Simon.

-  Chcesz się ze mną spotkać w hotelu? Świetnie. W takim razie już jadę.

-  Wydaje mi się, że znaleźliśmy Coombsa.

Nie mogliśmy aresztować Franka Coombsa. Nie mieliśmy najmniejszego 

dowodu łączącego go bezpośrednio ze zbrodnią. Mogłam jedynie zdobyć 

nakaz   rewizji   i   wejść   do   jego   pokoju.   Na   razie   jednak   najważniejszą 

sprawą było ustalenie, czy na pewno nadal tam mieszka.

Dwadzieścia minut później wjechałam w podejrzaną okolicę między Civic 

Center i Union Sąuare. William Simon był obskurnym, jednopiętrowym 

hotelikiem ukrytym w cieniu olbrzymiego billboardu z reklamą bielizny 

CaWina Kleina. Jak powiedziałaby JUT-fuj!

background image

Nie   chciałam   podchodzić   do   recepcji   i   machać   im   przed   nosem   moją 

odznaką oraz jego zdjęciem, dopóki nie byliśmy gotowi do akcji. W końcu 

mruknęłam „Do diabła!" i zadzwoniłam pod numer, który podała Helen 

Keating. Po trzech sygnałach odezwał się męski głos:

-  William Simon, słucham?

-  Czy mieszka u was Frank Coombs?

-  Coombs...? - Słyszałam, jak recepcjonista przerzuca listę z nazwiskami 

gości. - Nie ma nikogo o takim nazwisku.

Cholera.   Poprosiłam   go,   żeby   sprawdził   jeszcze   raz.   Z   takim   samym 

rezultatem.

Zaraz potem otworzyły się drzwi mojego explorera. Nerwy miałam napięte 

jak postronki.

Jacobi   usiadł   na   fotelu   pasażera.   Miał   na  sobie   wzorzysty   golf   i  jakąś 

ohydną, kusą kurteczkę z napisem: Tylko dla

członków.   Wyraźnie   pogrubiał   w   pasie.   Uśmiechał   się   jak   najlepszy 

kumpel.

-  Hej, proszę pani, dokąd zabiera mnie Andre w Jackson?

-  Może na kolację, jeśli ty stawiasz.

-  Mamy identyfikatory?

Potrząsnęłam głową i powiedziałam mu, co odkryłam.

-  Może się przeprowadził. Co ty na to, żebym tam wszedł i poświecił im 

odznaką? I pokazał zdjęcie Coombsa?

Pokręciłam głową.

-   A co ty na to, żebyśmy tu posiedzieli i poczekali? Czekaliśmy ponad 

dwie godziny. Czujki to niesłychanie

nudne zajęcie. Przeciętnego człowieka doprowadza do szału. Trzymaliśmy 

background image

oczy wlepione w hotel i opowiadaliśmy o wszystkim po kolei, o Helen 

Keating, o tym, co żona Jaco-biego zrobiła na kolację, i o tym, kto z kim 

sypia   w   robocie.   Jacobi   nawet   wyskoczył   na   stację   metra   po   kilka 

kanapek. O dziesiątej wieczorem zaczął marudzić.

-   Możemy tu tkwić całą wieczność. Czemu nie pozwolisz mi wejść do 

środka?

Prawdopodobnie miał rację. Nie wiedzieliśmy przecież, czy numer podany 

przez Helen Keating jest aktualny. Mogła go przecież dostać przed paroma 

tygodniami.

Właśnie miałam zrezygnować, kiedy jakiś mężczyzna wyszedł zza rogu od 

strony Larkin i skierował się do hotelu. Chwyciłam Jacobiego za ramię.

-  Spójrz tam!

To był Coombs. Od razu poznałam tego drania. Ubrany był w wojskową 

kurtkę, ręce trzymał w kieszeniach, na głowie wciśnięty głęboko na oczy 

kapelusz.

-  Pieprzony sukinsyn - wymamrotał Jacobi.

Kiedy   patrzyłam,   jak   łajdak   wślizguje   się   do   hotelu,   musiałam 

powstrzymywać się z całej siły, żeby nie wyskoczyć z wozu i nie rzucić 

nim o ścianę. Pragnęłam zakuć go w kajdanki. Oto mieliśmy Chimerę. 

Wiedzieliśmy, gdzie się ukrywa.

-   Chcę, żeby ktoś go pilnował. Dwadzieścia cztery godziny na dobę - 

powiedziałam do Jacobiego. - Jeśli się zorien-

tuje, że ma ogon, zgarniemy go, a aktem oskarżenia zajmiemy się później.

Przytaknął bez słowa.

- Mam nadzieję, że zabrałeś szczoteczkę do zębów? -Mrugnęłam do niego. 

- Bo zostajesz na pierwszej zmianie.

background image

ROZDZIAŁ 82

Kiedy szli, trzymając się za ręce, w stronę jej mieszkania na ulicy Castro, 

Cindy   musiała   przyznać   się   sama   przed   sobą,   że   była   przerażona   jak 

cholera.

To był piąty raz, kiedy wychodzili gdzieś razem z Aaronem Winslowem. 

Widzieli   Cyrusa   Chestnuta   i   Freddiego   Hubbar-da   w   The   Blue   Door; 

obejrzeli przedstawienie Traviaty w operze; pojechali promem na drugą 

stronę zatoki do maleńkiej jamajskiej kafejki, którą Aaron dobrze znał. 

Dziś wieczorem byli w kinie na wspaniałym filmie Czekolada.

Było jej zresztą wszystko jedno, dokąd szli. Cieszyła się po prostu, że go 

widzi. Był zdecydowanie bardziej interesujący niż mężczyźni, z którymi 

spotykała się dotąd, i o wiele bardziej wrażliwy. Nie tylko czytał różne 

niecodzienne   książki   w   rodzaju   Rozdzierające   serca   dzieło 

niewiarygodnego geniusza Dave'a Eggersa czy Córka uzdrowiciela Amy 

Tan, lecz także żył zgodnie z systemem wartości, jakie głosił w kazaniach. 

Pracował dwanaście do szesnastu godzin na dobę, był uwielbiany przez 

parafian   i   miał   wspaniałą   osobowość.   Ciągle   słyszała   o   nim   to   samo 

podczas   wywiadów,   które   przeprowadzała   z   różnymi   ludźmi,   zbierając 

materiał   do   artykułu.   Aaron   Winslow   zdecydowanie   był   jednym   z 

„dobrych chłopców".

Jednak przez cały czas Cindy czuła, że coś wisi w powietrzu; że ta chwila 

zbliża się wielkimi krokami. To naturalna kolej rzeczy, mówiła sobie. Jak 

powiedziałaby Lindsay, w ich kryjówkę na polu bitwy lada chwila miał 

uderzyć pocisk.

-  Jesteś  dziś dziwnie  milcząca, Cindy  - powiedział Aaron. -Dobrze się 

czujesz?

background image

-   Wspaniale. - Pozwoliła sobie na małe kłamstewko. Myślała właśnie o 

tym, że Aaron był chyba najsłodszym

facetem,   z   którym   się   umawiała,   lecz,   Jezu,   Cindy,   on   jest   pastorem. 

Dlaczego   nie   pomyślałaś   o   tym   wcześniej?   Czy   to   dobry   pomysł? 

Przemyśl to jeszcze raz. Nie zrań jego i nie rań siebie.

Zatrzymali się przed budynkiem, w którym mieszkała Cindy, i stanęli w 

oświetlonej   bramie.  Aaron   zanucił   fragment   starego   bluesa   I've   Passed 

This Way Before. Nawet jego głos brzmiał pięknie.

Nie było sensu odkładać tego na później,

-  Posłuchaj, Aaron, ktoś musiał wreszcie to powiedzieć. Chcesz wejść na 

górę? Bardzo tego chcę, jeśli i ty masz na to ochotę; jeśli nie - wycofuję 

propozycję.

Odetchnął głęboko i uśmiechnął się.

-   Nie wiem właściwie, jak mam to rozumieć, Cindy. Nie czuję się zbyt 

pewnie na tym polu. Ja, uch... ja nigdy nie miałem randki z blondynką. Nie 

spodziewałem się czegoś podobnego.

-  Chyba zdołamy znaleźć wspólny język -*- odpowiedziała z uśmiechem. 

- To tylko dwa piętra wyżej. Możemy o tym tam porozmawiać.

Jego wargi lekko drżały, a kiedy dotknął jej ramienia, poczuła ciarki na 

plecach. Boże, jak jej się podobał! I ufała mu bezgranicznie.

-  Czuję, że jestem gotów przekroczyć tę granicę - powiedział. - A nie jest 

to granica, jaką przekraczam ot, tak sobie. I dlatego muszę wiedzieć, czy 

myślisz tak samo. Czy tak samo to odbierasz?

Cindy wspięła się na czubki palców i z całej siły przycisnęła wargi do jego 

ust. Wydawał się zaskoczony i w pierwszej chwili zesztywniał, ale zaraz 

objął ją ramionami i odwzajemnił pocałunek.

background image

Stało   się   tak,   jak   miała   nadzieję.   Pierwszy   prawdziwy   pocałunek. 

Delikatny,   ale   i   zapierający   dech   w   piersiach.   Przez   kurtkę   czuła,   jak 

mocno bije mu serce. Podobało jej się jego zakłopotanie. Dzięki temu był 

jej jeszcze bliższy.

Kiedy się rozdzielili, spojrzała mu głęboko w oczy.

-  Jesteśmy jednością. Tak samo to odbieramy.

Wyjęła   klucze   i   zaprowadziła   go   dwa   piętra   wyżej,   do   swojego 

mieszkania. Jej serce biło jak oszalałe.

-  Tu jest wspaniale - powiedział. - I nie mówię tego z grzeczności.

Ściana zabudowana półkami pełnymi książek, maleńka kuchnia otwarta na 

pokój...

-  To cała ty... Cindy, jak to głupio z mojej strony, że nie przyszedłem tu 

wcześniej.

-     Nawet   nie   próbowałeś.   -   Uśmiechnęła   się   szeroko.   Boże,   była   taka 

niespokojna.

Objął ją ponownie, całując tym razem dłużej. Nie ulegało wątpliwości, że 

wiedział, jak to się robi. Czuła, jak każdy nerw w jej ciele drży. Małe 

włoski na przedramionach, ciepło rozlewające się w udach; przylgnęła do 

niego z całej siły. Chciała i potrzebowała jego bliskości właśnie teraz. Jego 

ciało   było   szczupłe,   ale   bez   wątpienia   silne.   Na   jej   ustach   stopniowo 

rozkwitał uśmiech.

-  Więc na co czekasz?

-  Nie wiem. Może na jakiś znak.

Przytuliła się do jego ciała, czując, jak ono ożywa.

-  To właśnie jest znak - wyszeptała, zbliżając twarz do

jego twarzy.

background image

-     Przypuszczam,   że   mój   sekret   wyszedł   już   na   jaw.   Bardzo   mnie 

pociągasz, Cindy.

Nagle   zadzwonił   telefon,   jego   dzwonek   zabrzmiał   w   ich   uszach   jak 

wystrzał.

-  O Boże - jęknęła. - Idź sobie, zostaw nas w spokoju!

-  Mam nadzieję, że to nie jest jakiś inny znak - roześmiał

się.

Każdy kolejny sygnał wydawał się bardziej irytujący niż poprzedni. Dzięki 

Bogu, automatyczna sekretarka w końcu się włączyła.

-   Cindy, tu Lindsąy - odezwał się zdyszany głos. - Mam coś naprawdę 

ważnego. Odbierz. Proszę!

-  No idź - powiedział Aaron,

-   Wreszcie cię tu zwabiłam, więc nie próbuj zmieniać planów w czasie, 

gdy będę przy telefonie.

Sięgnęła ręką za kanapę, poszukała słuchawki i przycisnęła ją do ucha.

-  Nie zrobiłabym tego dla nikogo z wyjątkiem ciebie -powiedziała.

-     To   śmieszne,   ale   dokładnie   to   samo   chciałam   powiedzieć.   Słuchaj 

uważnie.

Lindsay   podzieliła   się   nowinami,   a  Cindy   poczuła,   jak   wzbiera   w  niej 

uczucie triumfu. To było to, czego pragnęła. To dzięki niej Lindsay trafiła 

na właściwy trop. Tak!

-     Do   jutra   -   powiedziała.   -1   dzięki   za   telefon.   Odłożyła   słuchawkę, 

uścisnęła Aarona i zajrzała mu głęboko w oczy.

-  Chciałeś dostać jakiś znak. Myślę, że ten jest najlepszy w świecie.

Jakiś blask zamigotał w jej oczach.

-  Aaron, oni go znaleźli.

background image

ROZDZIAŁ 83

Przez całą noc obserwowaliśmy hotel William Simon. Nieoficjalnie. Jak 

dotąd   Coombs   nie   wyszedł.   Najważniejsze,   że   wiedziałam,   gdzie   jest. 

Jedyne, co musiałam teraz zrobić, to rozpocząć formalne śledztwo.

Tego dnia Jill wróciła do pracy. Podążyłam prosto do jej i biura, żeby 

podzielić się nowinami. Kiedy wychodziłam z windy na ósmym piętrze, 

zderzyłam się z Claire, która najwyraźniej wpadła na ten sam pomysł.

-  Wielkie umysły zawsze się spotkają - powiedziała.

-  Mam wspaniałe wiadomości. - Uśmiechnęłam się promiennie. - Chodź!

Zastukałyśmy do drzwi i znalazłyśmy Jill przy biurku. Była jeszcze trochę 

blada. Stosy dokumentów i akt mogły sugerować, że JiU nie opuściła ani 

jednego   dnia.   Na   nasz   widok   jej   błękitne   oczy   się   ożywiły,   ale   kiedy 

wstawała, żeby

nas uścisnąć, wydawało się, że brakuje jej połowy dawnej ruchliwości.

-   Nie ruszaj się - powiedziałam. Podeszłam do niej i objęłam na dzień 

dobry. - Masz się niczym nie przejmować.

-  Już w porządku - odpowiedziała z pośpiechem. - Brzuch jeszcze trochę 

sztywnawy, serce odrobinę boli, ale jestem tutaj. I to dla mnie najlepsze 

lekarstwo.

-  Jesteś pewna, że to rozsądne? - zapytała Claire.

-  Dla mnie tak - odparła natychmiast. - Daję słowo, doktorku. Wszystko w 

porządku. Nie próbujcie mnie przekonywać, że jest inaczej. Jeśli chcecie, 

żebym   szybko   wyzdrowiała,   opowiedzcie   mi   lepiej,   co   nowego   się 

zdarzyło.

Spojrzałyśmy na siebie z lekkim sceptycyzmem. Zaraz potem podzieliłam 

się z nią tym, co najważniejsze.

background image

-  Myślę, że go znaleźliśmy.

-  Kogo? - pytała Jill.

-  Chimerę - promieniałam dumą.

Claire gapiła się na mnie bez słowa. Na moment zamknęła oczy jak do 

modlitwy, a potem otworzyła je, wzdychając głęboko.

Jill była pod wrażeniem.

-   Jezu, wy łobuzy, naprawdę odwaliliście kawał roboty, kiedy mnie nie 

było!

Potem   zasypały   mnie   masą   pytań,   na   które   cierpliwie   odpowiadałam. 

Kiedy wymieniłam nazwisko, Jill wymamrotała:

-  Coombs... pamiętam to nazwisko ze studiów... W jej oczach zapłonęły 

iskierki.

-  Frank Coombs. Zamordował jakiegoś nastolatka.

-  Jesteś pewna, że to on? - zapytała Claire. Na szyi ciągle nosiła bandaże.

-     Mam   nadzieję   -   powiedziałam,   a   potem   dodałam   już   bez   żadnych 

wątpliwości: - Tak, jestem pewna, że to on.

-    Aresztowałaś   go   już?   Mogę   go   odwiedzić   w   celi?   Hmm?   Chętnie 

wypróbowałabym na nim mój największy kij baseballowy.

-   Na razie nie; Zakopał się w norze w Tenderloin. Pilnujemy go przez 

dwadzieścia cztery godziny na dobę.

-  Co może pani mi poradzić, pani doradco? Chcę go tu sprowadzić.

Jill podeszła ostrożnie i pochyliła się nad narożnikiem swojego biurka.

-  W porządku, powiedz mi dokładnie, co macie.

Przeprowadziłam ją przez wszystkie ustalenia: luźne powiązania z trzema 

spośród   ofiar,   kwalifikacje   Coombsa   jako   strzelca   wyborowego,   jego 

udokumentowaną   niechęć   do   czarnych,   i   to,   jak   Oficerowie   dla 

background image

Sprawiedliwości przypieczętowali jego los. Ale wciąż widziałam, że nie 

udało mi się jej przekonać. Wreszcie podniosłam ręce.

-     Jill,   posłuchaj:   On   wziął   policyjną   trzydziestkęósemkę   od 

emerytowanego policjanta, a Mercer został zastrzelony właśnie z takiego 

pistoletu.   Trzy   spośród   ofiar   wiążą   się   ściśle   z   jego   przeszłością. 

Znalazłam faceta w San Quentin, który twierdzi, że Coombs zaklinał się, 

że chce się zemścić, jak tylko wyjdzie na wolność...

-    Trzydziestekósemek   można   znaleźć   na   kopy,  Lindsay.  Masz   coś,   co 

można skojarzyć z konkretnym egzemplarzem?

-   Nie, ale Tasha Catchings została zastrzelona w tej samej okolicy, w 

której rozegrał się dramat sprzed dwudziestu laty.

Przerwała mi.

-   Może masz świadka, który  widział go na miejscu zbrodni?  Chociaż 

jednego świadka?

Potrząsnęłam głową.

-     Odcisk,   jakiś   fragment   ubrania.   Cokolwiek,   co   wiązałoby   go 

bezpośrednio przynajmniej z jednym morderstwem?

~ Nie! - parsknęłam z irytacją.

-   Podejrzanego można skazać na podstawie poszlak -wtrąciła Claire. - 

Coombs   jest   potworem.   Nie   możemy   pozwolić,   żeby   tak   zwyczajnie 

chodził po ulicy.

Jill   patrzyła   na   nas   zdecydowanym   wzrokiem.   Tak,   teraz   prawie 

przypominała dawną Jill.

-  Czy wam się wydaje, że nie chcę go dopaść tak samo jak wy? Patrzę na 

ciebie, Claire, i myślę o tym, jak blisko byłyśmy... Ale nie mamy broni, z 

której strzelano, mamy

background image

zaledwie motyw. Nawet nikt go nie widział w okolicach miejsc zbrodni. 

Jeśli rozdmuchasz tę sprawę i nie uda ci się niczego znaleźć, stracisz go na 

dobre.

-   Coombs jest Chimerą, Jill - upierałam się. - Wiem, że na razie go nie 

przycisnęłam,   ale   mam   motyw   i   nici   łączące   go   z   trzema   ofiarami. 

Potwierdzają jego zamiary równie dobrze jak zeznania świadków.

-  Zeznanie współwięźnia - poprawiła mnie Jill. - W dzisiejszych czasach 

sędziowie   wyśmiewają   takie   świadectwa.   -Wstała,   podeszła   do   nas   i 

położyła ręce na ramieniu moim i Claire. - Zrozumcie, wiem, jak bardzo 

zależy   wam   na   zamknięciu   tej   sprawy.   Jestem   waszą   przyjaciółką,   ale 

jestem także prawnikiem. Przynieście mi coś, może zeznanie kogoś, kto go 

widział, albo odcisk palca pozostawiony na drzwiach. Daj mi cokolwiek, 

Lindsay, i wtedy zadam mu cios tak samo jak ty. Odwrócę go głową w dół 

i potrząsnę tak, żeby powypadały mu drobne z kieszeni.

Stałam tam, wściekła i nieszczęśliwa, ale wiedziałam doskonale, że Jill ma 

rację. Pokręciłam głową i ruszyłam ku

drzwiom.

-  Dokąd się wybierasz? - zawołała Claire.

-  Potrząsnąć skurwielem. Wywrócić mu życie do góry nogami.

ROZDZIAŁ 84

Piętnaście minut później zajechaliśmy z Jacobim przed Williama Simona. 

Zgarnęliśmy Cappy'ego z punktu obserwacyjnego i we trójkę weszliśmy 

do hotelowego holu.

W recepcji zaspany sikh przeglądał gazetę wydawaną w jego ojczystym 

języku.   Jacobi   położył   mu   przed   nosem   zdjęcie   CoombSa   i   własną 

odznakę.

background image

- W którym pokoju?

Rzucenie okiem na fotografię i przewertowanie czarnego skoroszytu zajęło 

recepcjoniście w turbanie około trzech sekund.

-  Try-ziro-siedym - powiedział kiepską angielszczyzną. -On zameldować 

się jako Burns. Wi-inda po prawo.

Kilka chwil później stanęliśmy przed zniszczonymi, pokrytymi obłażącą 

farbą   drzwiami   pokoju   Coombsa   na   trzecim   piętrze.   Odbezpieczyliśmy 

pistolety.

-  Pamiętajcie, mamy z nim tylko porozmawiać! - przestrzegłam. - Miejcie 

oczy otwarte, może zauważymy coś, co się nam przyda.

Jacobi i Cappy skinęli głowami i zajęli miejsca po obu stronach drzwi. 

Cappy zastukał. Nikt się nie odezwał. Zastukał ponownie.

-  Pan Frank Burns?

Wreszcie usłyszeliśmy gruby, pełen niezadowolenia głos.

-  Idź do diabła. Zjeżdżaj, mam zapłacone do piątku.

-   Policja San Francisco, panie Burns! - zawołał Jacobi. -Przynieśliśmy 

panu poranną kawę!

Nastała długa chwila ciszy. Potem usłyszeliśmy jakieś zamieszanie, hurgot 

ciągniętego po podłodze krzesła i trzask zamykanej szuflady. W końcu 

dobiegł nas odgłos zbliżających się kroków i warkliwy głos zapytał:

-  Czego, kurwa, chcecie?

-  Zadać kilka pytań. Czy zechciałby pan otworzyć drzwi?

Musieliśmy   poczekać   jeszcze   około   minuty   z   palcami   zaciśniętymi   na 

spustach pistoletów, zanim usłyszeliśmy chrobot otwieranego zatrzasku.

Drzwi otworzyły się, odsłaniając kipiącego z wściekłości Coombsa.

Chimerę.

background image

Miał okrągłą twarz o grubych rysach; głęboko osadzone, podkrążone oczy; 

krótkie,   Siwiejące   włosy;   duży,   spłaszczony   nos;   na   skórze   mnóstwo 

niezdrowych plam. Ubrany był w biały podkoszulek z krótkimi rękawami, 

naciągnięty   na   szare,   zmięte   spodnie.   Jego   oczy   płonęły   pogardą   i 

nienawiścią.

-  Proszę... - wykrzyknął Jacobi, uderzając go w pierś zwiniętym w rolkę 

wydaniem „Chronicie". - Pańska poranna gazeta. Miałby pan coś przeciw 

temu, żebyśmy weszli do środka?

-  Owszem, tak. - Coombs patrzył na nas wilkiem. Cappy się uśmiechnął.

-   Czy mówiono panu kiedykolwiek, że jest pan uderzająco podobny do 

pewnego   gościa,   który   kiedyś   służył   w   policji?   Jak,   u   diabła,   on   się 

nazywał...? Już wiem, Coombs, Frank Coombs. Może kiedyś pan o nim 

słyszał?

Coombs   zamrugał   nieprzytomnie,   a   potem   na   jego   ustach   pojawił   się 

krzywy uśmieszek.

-  Tak, już sobie przypominam. Przez całe życie latam samolotami na jego 

konto.

Jeśli nawet rozpoznał Cappy'ego bądź Jacobiego z lat służby, nie dał tego 

po   sobie   poznać,   natomiast   zauważyłam   pewną   poufałość,   kiedy   jego 

spojrzenie spoczęło na mnie.

-     Nie   mówcie   mi   tylko,   kolesie,   że   po   tylu   latach   to   was   wysłali   z 

departamentu jako komitet powitalny?

-  Więc jak, zaprosi nas pan do środka? - zapytał Jacobi.

-  Przyszliście tu z nakazem? - odpowiedział ze złośliwym uśmiechem.

-  Mówiłem już, bardzo grzecznie, że przynieśliśmy ci tylko poranną prasę.

-  No więc róbcie, co do was należy. Do dzieła! - wycedził przez zaciśnięte 

background image

zęby. Wyraz jego oczu się zmienił. Teraz to spojrzenie przewiercało mi 

czaszkę na przestrzał.

' Cappy pchnął z całej siły drzwi i obaj z Jacobim wdarli się do pokoju.

-  Skoro już tu jesteśmy, możemy równie dobrze zadać ci parę pytań.

Coombs podrapał się po nieogolonym policzku, rzucając na nas pełne jadu 

spojrzenia. W końcu odsunął drewniane krzesło od maleńkiego stolika i 

usiadł, splatając ręce z tyłu.

-  Durnie - wymamrotał. - Cholerne gówno.

Podłoga niewielkiego pokoiku była zasłana gazetami* na parapecie stał 

rząd   butelek   po   budweiserze,   a   w   puszkach   po   coli   tkwiły   niedopałki 

papierosów. Miałam przeczucie, że gdybym tylko mogła tu pomyszkować, 

coś bym znalazła.

-  To jest porucznik Lindsay Boxer z wydziału zabójstw -

przedstawił mnie Jacobi. - Ja jestem inspektor Jacobi, a to  J

inspektor McNeil.                                                                ]

-  Moje gratulacje. - Coombs uśmiechnął się szeroko. -   j Od razu czuję się 

bezpieczniej.   Czego   więc   chcą   ode   mnie     I   trzej   pajace? 

|

-   Jak już wspomniałem - odpowiedział Jacobi - powinie-     j neś czytać 

gazety. Śledzić krok po kroku, co jest grane. Wiesz,     j co pojawia się 

ostatnio na pierwszych stronach?                     §

-  Jak masz coś do gadania, to gadaj - warknął Coombs.     1

-  Może zacznijmy od tego, gdzie byłeś cztery dni temu? -   1 zapytałam. - 

W piątek, około jedenastej wieczorem?              1

-   Możesz pocałować mnie w dupę.-Uśmiechnął się drwią-     I co. - Jak 

chcecie się bawić, proszę bardzo. Byłem na balecie,   : a może na otwarciu 

background image

tej nowej wystawy malarstwa. Nie pamię-   < tam. Mój rozkład dnia jest 

ostatnio bardzo napięty.                  "J

-  Może go dla nas uprościsz? - warknął Jacobi.                i

-  Oczywiście. Taak. Spotkałem się z przyjaciółmi.             1

-  Ci przyjaciele - przerwał mu Jacobi - mają jakieś na-   \ zwiska, numery 

telefonów? Na pewno będą szczęśliwi, że     ;• mogą za ciebie poręczyć. 

1

-  Po co? - Coombs wydął wargi. — Czy macie kogoś, kto   1 twierdzi, że 

byłem gdzie indziej?                                           I

Spojrzał na mnie wyzywająco, ale ja nie odwróciłam wzroku.

-  Zastanawiam się właśnie, kiedy ostatnio udało ci się   , \ zajrzeć do Bay 

View? W twoje dawne ulubione miejsce?    \ Może powinnam powiedzieć: 

w zabójcze dla ciebie miejsce?    !

Coombs spojrzał na mnie z nienawiścią. Mogłabym przy-    ]

siąc, że z rozkoszą zacisnąłby dłonie dookoła mojej szyi.         |

-   Więc jednak on czyta gazety - zachichotał Cappy,                     | -¦ Co, do 

cholery, inspektorze, myślisz, że jestem jakimś    |

żółtodziobem, któremu zaczynają się trząść kolana, jak tylko    1

zamacha pan na niego fiutem? Jasne, że czytam prasę. Wy,    i

gnoje, nie możecie rozwiązać tej sprawy, więc przychodzicie     i

tutaj i zawracacie mi dupę z powodu dawnych czasów? Nic     I

na mnie nie macie, inaczej nie skakalibyście tu przede mną,      ]

tylko prowadzilibyśmy tę konwersację w Pałacu. Wymyślili-     i

ście sobie, że to ja pozabijałem to tchórzliwe bydło, i chcie-    J

libyście z tej okazji znowu mnie zapuszkować. W przeciwnym razie... och, 

a która to godzina?! Moja taksówka czeka. Czy już skończyliśmy?

background image

Miałam   ochotę   złapać   go   za   gardło   i   zetrzeć   o   ścianę   ten   pełny 

samozadowolenia   uśmiech.  Ale   Coombs   miał   rację.   Nie   mogliśmy   go 

zatrzymać. Nie z tym, co udało nam się dotychczas zebrać.

-   Jeszcze parę pytań, panie Coombs. Chcę wiedzieć, dlaczego zginęło 

troje ludzi, którzy mieli coś wspólnego z oskarżeniem pana o morderstwo 

przed dwudziestoma laty? Będzie pan musiał opowiedzieć, co pan robił 

wtedy, kiedy doszło do tych zbrodni.

Żyły na skroniach Coombsa zaczęły pulsować, ale zdołał pohamować się i 

na jego ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu.

-   Chyba ma pani, pani porucznik, jakichś świadków, którzy potwierdzą 

moją obecność na miejscu chociaż jednej zbrodni, skoro fatygowała się 

pani tutaj.

Patrzyłam na niego bez słowa.

-   A może znalazła pani odciski moich palców na broni? Albo włókna z 

tego dywanika, a może z mojego ubrania? I przyjechała pani tutaj, żeby 

pozwolić mi z godnością oddać się w ręce sprawiedliwości?

Stałam   tam,   kilkadziesiąt   centymetrów   od   Chimery,   i   patrzyłam,   jak 

bezczelnie się uśmiecha.

-   Sądzi pani, że ponieważ te dwa policyjne asy przyszły i spojrzały na 

mnie   ciężkim   wzrokiem,   to   dam   się   dobrowolnie   wysłać   do   piekła? 

Naprawdę miałem dużą frajdę, kiedy te dupki padały jak muchy, raz za 

razem. To wy zniszczyliście mi życie. Chce pani, pani porucznik, żebym 

się   spocił   ze   strachu,   więc   niechże   pani   chociaż   udaje,   że   jest   pani 

gliniarzem z krwi i kości. Niech pani znajdzie coś, co będzie pasować.

Spoglądałam bez ruchu w te zimne, wyniosłe oczy. Tak bardzo chciałam 

go dostać.

background image

-  Niech się pan uważa za podejrzanego o morderstwo, panie Coombs. Zna 

pan   zasady   postępowania.   Proszę   nie   opuszczać   miasta.   Wkrótce   się 

zobaczymy.

Skinęłam   na   Jacobiego   i   Cappy'ego   i   ruszyłam   w   kierunku   drzwi. 

,

- Jeszcze jedna rzecz. - Odwróciłam się z promiennym i uśmiechem. - Po 

to, żeby pan wiedział... Od Claire Wash- . burn... Pochyl się trochę w lewo, 

dupku.                                !

ROZDZIAŁ 85

Po pracy czułam się potwornie spiętą. Nie było możliwości, żebym mogła 

wrócić do domu i odpbcząć.

Jechałam ulicą Brannan w stronę Potrero, cały czas przeżuwając rozmowę 

z Coombsem. Na myśl o niej robiło mi się I niedobrze. Szydził z nas, 

śmiał się nam prosto w twarz, bo zdawał sobie sprawę, że nie mogliśmy go 

aresztować.

Wiedziałam, kim jest Chimera... ale nic nie mogłam mu zrobić.

Zatrzymałam   się   na   światłach.   Nie   chciałam   wracać   do   domu,   ale   nie 

miałam pojęcia, dokąd jechać. Cindy umówiła się dziś na randkę; Jill i 

Claire   były   w   domu   z   mężami;   prawdopodobnie   ja   też   mogłabym 

wyskoczyć   z   kimś   na   randkę,   gdybym   była   choć   odrobinę   bardziej 

przystępna.

Myślałam o tym, żeby zadzwonić do Claire, ale moja komórka odmówiła 

posłuszeństwa   -   zapomniałam   naładować   tę     >'   przeklętą   baterię. 

Musiałam jednak coś zrobić - ta nagła potrzeba nie dawała mi spokoju.

Gdybym tylko mogła się dostać do pokoju Coombsa...

Czułam   się   rozdarta   pomiędzy   perspektywą   powrotu   do   domu   a 

background image

możliwością   popełnienia   największego   błędu   w   mojej   zawodowej 

karierze. Głos rozsądku mówił: Wracaj do domu, Lindsay, jutro na pewno 

go dopadniesz... Wkrótce z pewnością popełni jakiś błąd.

Emocje radziły co innego: Hej, dziecinko... nie spuszczaj go z oka.

Potrząśnij skurwielem.

Zawróciłam   w   Seventh   i   skierowałam   samochód   w   stronę   dzielnicy 

Tenderloin. Dochodziła dziewiąta.

Mój explorer sam zajechał przed hotel. W piersi czułam ucisk i rosnące 

napięcie.   Pete   Worth   i   Ted   Morelli   mieli   dziś   nocną   zmianę,   i   kiedy 

zatrzymałam się, zauważyłam ich siedzących w niebieskiej acurze. Mieli 

śledzić Coombsa, gdyby ten ruszył się z Williama Simona, i przekazywać 

informacje przez radio. Wcześniej tego dnia Coombs wyszedł z hotelu i 

spacerkiem okrążył go w promieniu kilku ulic tak, aby zwrócić na siebie 

uwagę.   Wreszcie   zajrzał   do   pobliskiej   kawiarni,   gdzie   zajął   się 

przeglądaniem prasy. Dobrze wiedział, że jest obserwowany.

Wygramoliłam się z samochodu i podeszłam do Wortha i Morellego.

-  Coś zauważyliście?

Morelli wychylił się przez otwarte okno po strome kierowcy.

-   Nic, poruczniku. Pewnie ogląda mecz Kingsów. Ten gnój wie, że tu 

sterczymy. Czemu pani nie jedzie do domu? Będziemy go pilnować przez 

noc.

Miał rację. Niewiele mogłam im pomóc. Włączyłam silnik i zamrugałam 

do chłopców światłami, kiedy mijałam ich wóz. Ale za rogiem, gdy już 

skręciłam w Eddy, jakiś impuls powstrzymał mnie przed dodaniem gazu. 

Zupełnie, jakby wewnętrzny głos zawołał: To, czego szukasz, jest tutaj.

On   wie,   że   go   śledzimy...   I   co?...   Chce   wystawić   do   wiatru   jednostkę 

background image

specjalną.

Zawróciłam w stronę hotelu. Minęłam parę lombardów, całodobowy sklep 

z alkoholem, chińską restaurację z daniami na wynos. Na skrzyżowaniu 

zauważyłam wóz patrolowy.

Minęłam zaplecze hotelu. Na zewnątrz stało kilka pojemników na śmieci. 

Nic więcej. Ulica była pusta. Wyłączyłam światła. Nie wiedziałam sama, 

na co właściwie czekam. Czułam się jak wariatka.

W końcu wygramoliłam się z samochodu i weszłam przez tylne wejście do 

hotelu. Potrząśnij skurwielem. Zastanawiałam się, czy pójść do Coombsa i 

próbować   znów   z   nim   porozmawiać.   Tak,   moglibyśmy   nawet   razem 

obejrzeć mecz.

Do   głównego   holu   przylegał   wąski,   obskurny   bar.   Rzuciłam   okiem   do 

środka, zobaczyłam kilku pijaczków, ale ani śladu

Goombsa, Niech to czort, morderca był w tym hotelu, w dodatku morderca 

policjantów, a my nie mogliśmy nic zrobić.

Zauważyłam kątem oka ruch w pobliżu tylnych schodów. Szybko dałam 

nura do zaciemnionego baru. Z szafy grającej dobiegały dźwięki starego 

przeboju   Sama   i   Davesa   Soul   Man.   Obserwowałam   człowieka,   który 

schodził ze schodów, rozglądając się ostrożnie dokoła jak na obrazie pod 

tytułem Zbieg.

Co to miało znaczyć, do diabła?

Rozpoznałam   wojskową   kurtkę   i   miękki   kapelusz   nasunięty   na   oczy. 

Wytężyłam wzrok, żeby się upewnić.

To był Frank Coombs,          ¦   -;

Chimera ruszał do akcji.

ROZDZIAŁ 86

background image

Coombs   zniknął   w   kuchennych   drzwiach   kiepskiej   jadłodajni 

przylegającej do hotelu. Odczekałam kilka sekund i poszłam w ślad za 

nim.

Teraz   to   ja   trzymałam   nisko   opuszczoną   głowę,   ściągając   rzucane 

ukradkiem  spojrzenia.   Zobaczyłam  Coombsa,   ale  wyglądał   już  całkiem 

inaczej.   Miał   na   sobie   biały   fartuch   i   wytłuszczoną   czapkę   kucharza. 

Przypomniałam sobie o moim telefonie komórkowym - i o tym, że nie 

działał.

Coombs   wyszedł   tylnymi   drzwiami   i   skierował   się   w   prawo.   Zanim 

zdążyłam zaalarmować, oczywiście dyskretnie, policyjny patrol, zniknął w 

wąskim przejściu między domami.

Spojrzałam w ślad za nim i zobaczyłam, że alejka, którą poszedł, zakręca 

w   kierunku   ulicy,   gdzie   zaparkowałam   ex-plorera.   Pobiegłam   po 

samochód.

Dzięki Bogu, cały czas widziałam, co robi Coombs. Pośpiesznie przeszedł 

w poprzek ulicy, nie więcej niż sześć metrów od mojego wozu. Miałam 

nadzieję, że uda mi się zwrócić uwagę patrolu, ale tak się nie stało.

Coombs dotarł do pustego parkingu i skierował się w stronę Van Ness. 

Byłam wściekła na naszych ludzi - pozwolili mu się wymknąć. Spieprzyli 

robotę.

Poczekałam,   aż   zniknie   na   placu   parkingowym,   a   potem   zawróciłam 

explorera i pośpieszyłam w stronę skrzyżowania. Na światłach skręciłam 

w prawo, włączając się w ruch. Na ulicy panował tłok. Kinko, Circuit City, 

masa   przechodniów.   Obserwowałam   uważnie   miejsce,   gdzie   powinien 

znajdować się wyjazd z parkingu. Siedziałam; przeczesując spojrzeniem 

okolice skrzyżowania. Czy udało mu się mnie przechytrzyć? Czy zdołał 

background image

wtopić się w tłum? Cholera!

Nagle gdzieś przede mną zauważyłam wojskową kurtkę wynurzającą się z 

przejścia pomiędzy Kinko a sklepem obuwniczym Favor.

Zdążył już zrzucić fartuch i czapkę kucharza. Byłam zupełnie pewna, że 

mnie   nie   zauważył.   Rozejrzał   się   uważnie   w   obu   kierunkach,   potem 

schował ręce do kieszeni i ruszył na południe, w stronę Market Street. 

Miałam ochotę go przejechać.

Na   następnym   skrzyżowaniu   zawróciłam   explorera   i   pojechałam   w 

przeciwną stronę wzdłuż krawężnika, mniej więcej dwadzieścia metrów za 

Coombsem.

Był niezły w podchodach. Umiał się zwinnie poruszać i widać było, że jest 

w dobrej formie. Najwyraźniej uznał, że udało mu się wymknąć. No i 

prawie mu się udało.

Na Market Street dotarł mniej więcej do połowy ulicy i tam wskoczył do 

trolejbusu jadącego na południe.

Pojechałam   zar   nim   do   Mission.   Za   każdym   razem,   gdy   trolejbus 

zatrzymywał się na przystanku, wciskałam hamulec i wyciągałam szyję, 

usiłując   dostrzec,   czy   Coombs   przypadkiem   nie   wysiadł.   Nie   wysiadł. 

Najwyraźniej miał zamiar dostać się do centrum.

W pobliżu Bernard Heights, na przystanku Glen Park, trolejbus zatrzymał 

się na kilka sekund. Kiedy kierowca już ruszał, Coombs wyskoczył.

Było za późno, żebym mogła się wycofać. Nie miałam wyboru, musiałam 

go   minąć.   Pochyliłam   się   nisko,   nerwy   miałam   napięte   jak   postronki. 

Spędziłam   już   wiele   godzin   na   czujkach,   śledziłam   dziesiątki 

samochodów, ale nigdy dotąd nie miałam tak wiele do stracenia.

Coombs przystanął na podeście i rozejrzał się na wszystkie strony. Nie 

background image

mogłam   zrobić   nic   innego*   jak   tylko   spokojnie   kontynuować   jazdę. 

Obserwowałam jego poczynania we wstecznym lusterku. Wydawało mi 

się, że patrzy w ślad za mną, aż samochód zniknął mu z oczu.

Niech   to   diabli...   Wszystko,   co   mi   pozostało,   to   jechać   dalej.   Byłam 

nieprawdopodobnie   zła,   po   prostu   wściekła.   Kiedy   upewniłam   się,   że 

Coombs mnie nie widzi, dodałam gazu, dojechałam na szczyt najbliższego 

wzgórza   na   willowym   osiedlu   i   gwałtownie   zawróciłam   na   czyimś 

podjeździe. Modliłam się w duchu, żeby nie odszedł za daleko.

Pędziłam w dół ulicy i w krótkim czasie dotarłam z przeciwnej strony do 

przystanku Glen Park.

Skurwiel zdążył się ulotnić! W popłochu rozglądałam się we wszystkie 

strony,   ale   nigdzie   nie   zauważyłam   najmniejszego   śladu   Coombsa.   Z 

wściekłością uderzyłam w kierownicę.

— Cholera! - zawyłam.

A potem, mniej więcej trzydzieści metrów dalej, dostrzegłam brązowego 

pontiaca bonneville, który wyjechał z bocznej uliczki i zatrzymał się na 

poboczu.   Zwróciłam   na   niego   uwagę   tylko   dlatego,   że   był   jedynym 

poruszającym się obiektem w najbliższej okolicy.

Nagle   zobaczyłam   Coombsa.   Wynurzył   się   ze   sklepu   i   wskoczył   do 

pontiaca od strony pasażera.

Mam cię, bratku! - powiedziałam w duchu.

A potem bonneville przyspieszył.

Ja też.

ROZDZIAŁ 87

Jechałam   za   nimi   w   odległości   mniej   więcej   dziesięciu   samochodów. 

Bonneville skręcił na estakadę prowadzącą na drogę 280 i pojechał na 

background image

południe.   Cały   czas   starałam   się   utrzymać   dystans.   Puls   wyraźnie   mi 

przyspieszył, a w żyłach zaczęła krążyć adrenalina.

Po kilkunastu kilometrach kierowca bonneville'a włączył

kierunkowskaz i skierował się w stronę zjazdu na południe San Francisco. 

Przemknął   przez   dzielnicę   robotniczą   i   skręcił   w   stromą   ulicę,   którą 

znałam   jako   South   Hill.   Zaczęło   się   już   na   dobre   ściemniać,   a   ja   nie 

mogłam włączyć reflektorów.

Bonneville zakręcił w ciemną, odosobnioną uliczkę. Stojące wzdłuż niej 

domy, zamieszkane przez klasę średnią, wymagały gruntownego remontu. 

Na   końcu   uliczki   bonneville   wjechał   na   podjazd   domu   obudowanego 

białym sidingiem, stojącego na szczycie wzgórza, skąd roztaczał się widok 

na całą dolinę. Miejsce wydawało się atrakcyjne, ale sam budy-,       nek 

robił wrażenie zaniedbanego.

Coombs i jego towarzysz wysiedli z samochodu i rozmawiając, weszli do 

domu.  Zaparkowałam na nieoświetlonym podjeździe  trzy  posesje dalej. 

Ogarnęło mnie nieprzyjemne uczucie osamotnienia. Wiedziałam tylko, że 

nie mogę pozwolić, by Coombs nam się wymknął.

Ze   schowka   na   rękawiczki   wyciągnęłam   mojego   glocka   i   sprawdziłam 

zawartość magazynka. Pełny. Jezu Chryste, Lindsay. Nie masz kamizelki, 

nie masz wsparcia i w dodatku twoja komórka nie działa.

Zaczęłam   się   skradać   ocienionym   chodnikiem   w   stronę   białego   domu, 

trzymając w pogotowiu broń. Byłam dobra w strzelaniu, ale czy aż tak 

dobra?

Na szczycie podjazdu stało kilka poobijanych samochodów osobowych i 

pikapów.   Światła   na   parterze   były   włączone.   Słyszałam   szmer   głosów. 

Dobra, podejdę jeszcze bliżej.

background image

Ostrożnie posunęłam się wzdłuż wąskiej ścieżki w stronę garażu. Były to 

dwa  stanowiska   parkingowe,  oddzielone   od  reszty   domu  chodnikiem  o 

czarnej nawierzchni. Głosy przybrały na sile. Usiłowałam odróżnić słowa, 

ale   rozmawiający   wciąż   byli   za   daleko.   Wzięłam   głęboki   oddech   i 

podkradłam się jeszcze bliżej. Przywarłam do ściany  domu i zajrzałam 

przez  okno  do środka.  Gdyby  udało  mi  się  stwierdzić,  że  Coombs  ma 

zamiar zostać tu przez jakiś czas, mogłabym wezwać posiłki.

Sześciu typów spod ciemnej gwiazdy, popijając piwo i pa-

ląc papierosy, tłoczyło się dookoła stołu. Coombs był jednym z nich. Na 

ramieniu   któregoś   z   obecnych   spostrzegłam   tatuaż,   który   wszystko 

wyjaśnił.

Głowa lwa, głowa kozła, ogon węża...

To było spotkanie członków Chimery.

Spróbowałam   podsunąć   się   jeszcze   parę   centymetrów,   aby   zrozumieć 

słowa.   Nagle   usłyszałam   warkot   silnika   następnego   samochodu 

podjeżdżającego   w   górę   South   Hill.   Zamarłam.   Przywarłam   do   ściany, 

obejmując wzrokiem przestrzeń pomiędzy domem a garażem. Trzasnęły 

zamykane drzwi samochodu, a potem rozległ się szmer rozmowy i odgłos 

kroków zmierzających w moją stronę.

ROZDZIAŁ 88

Zobaczyłam   dwóch   mężczyzn:   jeden   z   nich   miał   blond   brodę   i   włosy 

związane   w   koński   ogon,   drugi   nosił   dżinsowy   bezrękawnik,   a   jego 

potężne ramiona pokrywały tatuaże. Nie miałam dokąd uciekać.

Zauważyli mnie natychmiast.

r- Kim ty, do diabła, jesteś?

Miałam dwie możliwości: skierować w ich stronę broń i próbować uciekać 

background image

albo stawić opór i zatrzymać Goombsa. To drugie rozwiązanie wydawało 

mi się o wiele lepsze.

- Policja! - wrzasnęłam, a nowo przybyli stanęli jak wryci. Trzymałam 

pistolet w wyciągniętych rękach. - Wydział zabójstw San Francisco. Ręce 

do góry!

Nie przestraszyli się zbytnio. Popatrzyli na siebie, ważąc coś w myślach, a 

potem  znów  na mnie.  Byłam  przekonana, że  są  uzbrojeni,  a  wewnątrz 

domu znajdowali się przecież ich kumple. W mojej głowie eksplodowała 

przerażająca myśl -oni mogą mnie zabić!

Nagle   dookoła   zrobiło   się   głośno.   Od   ulicy   nadchodzili   jeszcze   dwaj 

mężczyźni.   Odwróciłam   się,   gwałtownym   ruchem   kierując   broń   w   ich 

stronę.

W pewnym momencie ktoś wyłączył światła wewnątrz

domu. Na ścieżce także zapadła ciemność. Gdzie podział się Coombs? Co 

teraz robił?

Szybko   przykucnęłam   w   pozycji   strzeleckiej.   Nie   chodziło   mi   już   o 

Coombsa.

Za   plecami   słyszałam   jakiś   hałas.   Ktoś   nadchodził   szybkim   krokiem. 

Odwróciłam   się   w   tamtym   kierunku   -   i   w   tej   samej   chwili   zostałam 

zaatakowana   z   innej   strony.   Ktoś   chwycił   mnie   i   pociągnął   w   dół. 

Uderzyłam mocno o ziemię pod ciężarem ponad stu kilogramów.

Potem zobaczyłam nad sobą twarz, której wolałabym nie widzieć. Której 

nienawidziłam.

- Patrzcie, kogo my tu mamy! - Frank Coombs uśmiechnął się szeroko. - 

Ukochaną córeczkę Marty'ego Boxera.

ROZDZIAŁ 89

background image

Coombs przykucnął obok mnie i patrzył mi w oczy z tym bezczelnym, 

aroganckim uśmiechem, który już zdążyłam znienawidzić. Chimera miał 

rację.

-     Odnoszę   wrażenie,   że   teraz   to   ty   pochylasz   się   trochę   w   lewo   - 

powiedział.

Zachowałam wystarczająco dużo przytomności umysłu, żeby uświadomić 

sobie, w jakich tarapatach się znalazłam. Kompletna klapa. Wpadłam po 

szyję.

-  To jest Śledztwo w sprawie morderstwa - powiedziałam do otaczających 

mnie   mężczyzn.   -   Frank   Coombs   jest   poszukiwany   w   związku   z 

podejrzeniem   o   udział   w   czterech   morderstwach,   w   tym   dwóch 

policjantów. Chyba nie chcecie maczać w tym palców?

Coombs ciągle Się uśmiechał.

-     Niepotrzebnie  strzępisz  sobie  język. Myślisz,  że  te  bzdury   kogoś tu 

interesują?   Słyszałem,   że   rozmawiałaś   z   Weis-czem.   Miły   chłopak, 

prawda? Mój przyjaciel.

Wytężyłam wszystkie siły, ale w końcu udało mi się usiąść. Skąd on się, 

do diabła, dowiedział, że byłam w Pe-lićan Bay?

-  Ludzie wiedzą, że jestem tutaj.

Nagle jak błyskawica mignęła mi przed oczami zaciśnięta pięść Coombsa. 

Z   całej   siły   rąbnął   mnie   w   szczękę.   Poczułam,   jak   lepka,   ciepła   ciecz 

wypełnia   mi   usta.   Krew.   Mój   mózg   pracował   intensywnie,   rozważając 

możliwości , ucieczki.

Coombs nie przestawał się uśmiechać, patrząc na mnie.

-     Mam   zamiar   zrobić   dokładnie   to,   co   wy,   bydlaki,   zrobiliście   mnie. 

Zabrać ci coś cennego. Coś, czego nigdy nie uda ci się odzyskać. Na razie 

background image

niczego nie rozumiesz.

-  Zrozumiałam już dosyć. Zabiłeś czworo niewinnych ludzi.

Znowu się roześmiał. Jego szorstka dłoń pogłaskała mnie  f po policzku. 

To spojrzenie pełne jadu, ten chłód jego dotyku sprawiły, że zrobiło mi się 

niedobrze.

Wtedy usłyszałam odgłos wystrzału z pistoletu, głośny i bliski. Coombs 

zawył z bólu i złapał się za ramię.

Pozostali rozpierzchli się we wszystkie strony. W ciemności zapanował 

chaos,   a   ja   byłam   tak   samo   zaskoczona,   jak   reszta.   Gwizd   następnego 

pocisku rozdarł powietrze.

Wygolony   na   łyso   bandzior   z   tatuażem   zaskamlał,   łapiąc   się   za   udo. 

Następne dwa pociski ugrzęzły z hukiem w ścianie garażu.

-  Co się dzieje, do kurwy nędzy? - wrzasnął Coombs. -Kto strzela?!

Rozległy   się   następne   strzały.   Padały   z   zacienionego   końca   podjazdu. 

Poderwałam się na nogi i nie prostując się, usiłowałam odbiec jak najdalej. 

Nikt nawet nie próbował mnie zatrzymać.

-  Tutaj! - Usłyszałam z przodu czyjś krzyk. Mechanicznie skierowałam się 

w tamtą stronę. Strzelec przycupnął za brązowym bonneville'em.

-  W nogi! - wrzasnął. Wtedy go zobaczyłam,  ale nie wierzyłam własnym

oczom.

Wyciągnęłam ręce i wpadłam w ramiona ojca.

ROZDZIAŁ 90

Uciekaliśmy stamtąd najszybciej, jak się dało. Większą część drogi do San 

Francisco pokonaliśmy w całkowitym milczeniu. W końcu ojciec wjechał 

na zatłoczony parking przy barze 7-Eleven. Spojrzałam na niego, ciężko 

dysząc, z bijącym mocno sercem.

background image

-   Nic ci się nie stało? - zapytał najłagodniejszym tonem, jaki mogłam 

sobie wyobrazić.

Skinęłam   głową,   niezbyt   pewna.   Przeprowadziłam   pośpieszną 

inwentaryzację obolałych miejsc.

Moja szczęka... Tył głowy... Moja duma...

Powoli zamroczenie ustępowało, a w głowie pojawiło się pytanie, na które 

koniecznie musiałam znać odpowiedź.

-  Co tam robiłeś? - zapytałam.

-   Martwiłem się o ciebie. Zwłaszcza po tym, jak ktoś napadł na twoją 

przyjaciółkę, Claire.

Następna myśl uderzyła mnie nieprzyjemnie.

-  Śledziłeś mnie?

Potarł kciukiem kącik moich ust, usuwając resztki zaschniętej krwi.

-   Byłem gliną przez dwadzieścia lat. Jechałem za tobą od chwili, kiedy 

wyszłaś z pracy wczoraj wieczorem.

Nie chciało mi się w to wierzyć, ale nie miało to teraz znaczenia. Gdy tak 

patrzyłam na ojca, do głowy przyszła mi nagle inna myśl. Coś mi się tutaj 

nie  zgadzało. Przypomniał  mi  się moment, kiedy  Coombs pochylał się 

nade mną.

-  Tato, On wiedział, kim jestem!

-     Oczywiście,   że   wiedział.   Spotkaliście   się   przecież   twarzą   w   twarz. 

Prowadzisz śledztwo w jego sprawie.

-  Nie chodzi mi o śledztwo - powiedziałam. - On wiedział o tobie.

W oczach ojca pojawiło się zakłopotanie.

-  Co masz na myśli?

-    Wiedział,   że   jestem   twoją   córką.   Nazwał   mnie   „ukochaną   córeczką 

background image

Marty'ego Boxera".

W reklamie piwa w oknie 7-Eleven zamigotała żarówka. Światło padło 

prosto na twarz mojego ojca.

-  Już ci mówiłem - odezwał się wreszcie - że Coombs znał mnie z czasów 

służby. Wszyscy mnie wtedy znali.

-     On   nie   to   miał   na   myśli.   -   Potrząsnęłam   głową.   -   Nazwał   mnie 

„ukochaną córeczką Marty'ego Boxera". To było o tobie.

Przemknęła mi przed oczami scena naszego tete-a-tete w hotelu tamtego 

poranka. Miałam wtedy to samo niejasne wrażenie, że Coombs mnie zna. 

Coś zaiskrzyło między nami.

Odsunęłam się od ojca i powiedziałam z napięciem w głosie:

-  Dlaczego pojechałeś za mną? Chcę znad prawdę.

-    Żeby  cię  chronić. Przysięgam.  Żeby  choć raz  w życiu postąpić,  jak 

należy.

'— Tato, ja jestem policjantką, nie twoją małą Maskotką. Coś przede mną 

ukrywasz.   Masz   coś   wspólnego   z   tą   sprawą.   Jeśli   naprawdę   chcesz 

postąpić, jak należy, to właśnie nadarza się okazja.

Ojciec   oparł   się   o   zagłówek   i   patrzył   prosto   przed   siebie.   Wciągnął 

głęboko powietrze.

-   Coombs zadzwonił do mnie, kiedy wyszedł z więzienia. Jakoś mu się 

udało mnie znaleźć.

-     Coombs   zadzwonił   do   ciebie?!   -   Powtórzyłam   z   szeroko   otwartymi 

oczyma, kompletnie zaskoczona. - Po co miałby to robić?

-  Zapytał, jak mi się żyło przez ostatnie dwadzieścia lat, kiedy on siedział. 

Czy   zrobiłem   z   sobą   coś   sensownego.   Powiedział,   że   czas   wyrównać 

rachunki.

background image

-  Wyrównać rachunki?! Za co?!

W chwili, kiedy zadałam to pytanie, odpowiedź przyszła sama. Twardo 

spojrzałam w oczy mojego ojca.

-.Byłeś.tam tamtego wieczoru, prawda? Dwadzieścia lat temu?

ROZDZIAŁ 91

Ojciec odwrócił wzrok. Widziałam ten zawstydzony i pełen winy wyraz 

jego oczu wiele razy - zbyt wiele razy -kiedy byłam małą dziewczynką.

Zaczaj się tłumaczyć. Znowu do tego doszliśmy, tato?

-     Na   miejsce   zbrodni   przyjechało   nas   sześciu.   Ja   znalazłem   się   tam 

przypadkiem.   Zastępowałem   mojego   kumpla,   Eda   Dooleya. 

Przyjechaliśmy  na  końcu.  Nie  widziałem  tego  gówna.  Jak  dotarłem  na 

miejsce, było już po wszystkim. Ale od tamtej chwili on nas gnębił, nas 

wszystkich.   Nie   miałem   pojęcia,   że   należy   do   Chimery.   Musisz   mi 

uwierzyć. Nigdy nie słyszałem o tym policjancie, Chipmanie, dopóki mi 

nie powiedziałaś. Myślałem, że on po prostu chce mnie wystraszyć.

-   Wystraszyć, tato? - Zamrugałam z powątpiewaniem. Na moim sercu 

powstało   niewielkie   pęknięcie.   -   Czym  miałby   cię   wystraszyć?   Proszę, 

wytłumacz mi. Naprawdę chcę to zrozumieć.

-  Oświadczył mi, że chce, bym poczuł się tak, jak on przez te wszystkie 

lata, kiedy widział, jak wszystko traci. Powiedział, że odszuka c i e b i e.

-   Dlatego wróciłeś, prawda? - powiedziałam z westchnieniem. - I po co 

była   ta   cała   gadanina   o   uporządkowaniu   spraw?   O   wynagrodzeniu   mi 

przeszłości? Wcale nie o to chodziło.

-  Nie. - Potrząsnął głową. — Straciłem już tak wiele przez własną głupotę. 

Nie   mogłem   pozwolić,   żeby   odebrał   mi   resztę,   to,   co   jeszcze   zostało 

wartościowego. Dlatego tu jestem, Lindsay. Przysięgam. Tym razem nie 

background image

kłamię.

Głowa mi pękała od nadmiaru przeżyć. Podejrzany o morderstwo był na 

wolności. Padły strzały. Nie miałam pojęcia, co z tym zrobić. Co począć z 

moim ojcem? Ile naprawdę wiedział? Jak postąpić teraz z Coombsem? Z 

Chimerą?

-     Czy   tym   razem   mówisz   prawdę?   Po   raz   pierwszy?   To   jest   moje 

śledztwo, moja wielka, ważna sprawa. Muszę znać prawdę. Proszę, nie 

okłamuj mnie, tato.

-  Przysięgam - powiedział, a w jego oczach pojawił się wstyd. - Co masz 

zamiar zrobić?

Spojrzałam na niego ze złością.

-  Z czym? Z Coombsem czy z nami...?

-  Z tym całym bałaganem. Z tym, co zdarzyło się dzisiejszej nocy.

-  Nie wiem. - Przełknęłam ślinę. - Ale jedno jest pewne... Jeśli tylko dam 

radę, zamierzam złapać Coombsa.

ROZDZIAŁ 92

Około   dziesiątej   następnego   ranka   miałam   w   ręku   nakaz   rewizji. 

Oznaczało   to   bezproblemowy   dostęp   do   pokoju   Coombsa   w  Williamie 

Simonie. Pojechaliśmy w szóstkę dwoma samochodami.

Coombs zniknął. Było parę rzeczy, wystarczyłoby, żeby go przyszpilić: 

usiłowanie   zabójstwa   policjanta   albo   stawianie   oporu   podczas   próby 

zatrzymania. Wysłaliśmy za nim list gończy, a specjalna grupa pojechała, 

aby przeszukać dom, w którym poprzedniej nocy odbywało się spotkanie, i 

okolicę, gdzie rozbiegli się jego uczestnicy.

Poprosiłam Jill, żeby spotkała się ze mną i z Jacobim w hotelu William 

Simon.   Wbrew   zdrowemu   rozsądkowi   miałam   nadzieję,   że   w   pokoju 

background image

Coombsa znajdziemy coś, co pozwoli powiązać go z którymś z morderstw. 

Gdyby   tak   się   stało,   natychmiast   zażądałabym   wydania   nakazu 

aresztowania.

Ten sam sikhijski recepcjonista wpuścił nas do pokoju. Panował w nim 

straszny bałagan. Na parapecie stały potłuczone butelki po piwie i walały 

się puste puszki po coli. Całe umeblowanie składało się z metalowego 

łóżka   z   Cieniutkim   materacem,   komody   zastawionej   przyborami 

toaletowymi, biurka, stolika i dwóch krzeseł.

- A czego się spodziewaliście? - mruknął Jacobi. - Holi-day Inn?

Na podłodze leżały rozrzucone gazety. „Chronicie" i „Exa-

miners".   Nic   odbiegającego   od   normy.   Na   półeczce   nad   łóżkiem 

zauważyłam małe trofeum strzelca wyborowego - posążek mężczyzny w 

pozycji strzeleckiej z wycelowaną bronią - na którym widniał napis: Za 

zdobycie I miejsca w strzelaniu na 50 metrów w okręgowych zawodach 

strzeleckich, i nazwisko Coombsa.

Poczułam ucisk w żołądku.

Podeszłam do biurka. Pod aparatem telefonicznym leżało kilka rachunków 

i karteczki z numerami, które nic mi nie mówiły. Znalazłam też mapę San 

Francisco   i   okolicy.   Wysunęłam   szufladę   biurka.   Stara   książka 

telefoniczna, kilka reklamówek pobliskich restauracji oferujących dania na 

wynos, nieaktualny przewodnik po mieście.

Nic...

Jill spojrzała na mnie. Skrzywiła się i pokręciła głową.

Nie   ustawałam   w   poszukiwaniach.   Coś   tu   musiało   być.   Coombs   był 

Chimerą...

Kopnęłam szufladę biurka, lampa zachwiała się i spadła na podłogę. W 

background image

odruchu desperacji złapałam materac i zerwałam go z łóżka.

-  Na pewno coś tutaj jest, Jill! Musi być!

Ku mojemu zdumieniu spod materaca wypadła na podłogę jasnobrązowa 

koperta   i   pudełko.   Podniosłam   je   i   wysypałam   zawartość   na   łóżko 

Coombsa.

Nie był to pistolet ani żadna rzecz należąca do którejś z ofiar... ale przede 

mną   leżała   prawie   cała   historia   sprawy   Chimery.   Artykuły   z   gazet   i 

magazynów,   .niektóre   dotyczące   procesu   sprzed   dwudziestu   dwóch   lat; 

wycinek z „Time'a" ze szczegółami sprawy sądowej. Jeden, zatytułowany 

„Policyjne lobby domaga się aresztowania Coombsa", zawierał zdjęcie z 

wiecu Oficerów dla Sprawiedliwości na placu przed Pałacem. Przejrzałam 

go pobieżnie. Mój wzrok przyciągnęło zdanie, zakreślone przez Coombsa 

czerwonym flamastrem. Był to cytat z wypowiedzi rzecznika prasowego 

Oficerów, sierżanta Edwarda Chipmana.

Jacobi gwizdnął z podziwem.

-  Bingo!

Przeglądając   dalej   zawartość   pudelka,   trafiliśmy   na   sprawozdania   z 

procesu i na kopie listów Coombsa do sądu z żądaniem wszczęcia nowego 

postępowania.   Była   też   wyblakła   kopia   raportu   policyjnej   komisji, 

badającej okoliczności incydentu w Bay View. Na marginesach widniało 

mnóstwo   pełnych   wściekłości   komentarzy   napisanych   ręką   Coombsa. 

„Łgarz"   podkreślone   grubą   kreską   albo   „Pieprzony   tchórz".   Czerwony, 

gruby nawias wyróżniał zeznanie porucznika Ear-la Mercera.

Potem następowała seria wycinków z aktualnej prasy, dotycząca ostatnich 

zbrodni:   Tasha   Catchings,   Davidson,   Mer-cer...   wzmianka   w   „Oakland 

Times"   o   Estelle   Chipman   z   na-skrobanym   niedbale   komentarzem: 

background image

„Zhańbiony człowiek hańbi wszystko dokoła".

Popatrzyłam na Jill. To nie było doskonałe odkrycie; to nie było coś, co 

moglibyśmy powiązać bezpośrednio ze sprawą morderstwa. Ale teraz nie 

mieliśmy już wątpliwości, że znaleźliśmy właściwego człowieka.

-   To wszystko, co tutaj jest - powiedziałam. - Przynajmniej możemy to 

dołączyć do sprawy Chipman i Mercera.

Jill zastanawiała się przez chwilę, a potem zasznurowała usta i skinęła 

głową, co zupełnie mnie usatysfakcjonowało.

Kiedy składałam z powrotem wszystko do kupy, machinalnie przerzucając 

wycinki, nagle coś przykuło mój wzrok. Poczułam, jak zaciskają mi się 

szczęki. Był to fragment reportażu z pierwszej konferencji prasowej po 

zabójstwie Tashy Catchings. Zdjęcie przedstawiało Mercera stojącego za 

kilkoma mikrofonami.

Jill zauważyła zmianę na mojej twarzy. Podeszła i wyjęła mi z rąk gazetę.

-  O Boże, Lindsay...

Na drugim planie, za plecami Mercera, stało kilka osób związanych ze 

śledztwem. Burmistrz, szef grupy detektywów Ryan, Gabe Carr.

Coombs nakreślił grube czerwone kółko dookoła jednej twarzy.

Mojej.

ROZDZIAŁ 93

Pod koniec dnia każdy policjant w mieście ii rysopis Franka Coombsa. To 

była sprawa osobista. Vsjq daliśmy go schwytać.

Coombs nie miał żadnych dóbr materialnydiaipe^ nie miał też żadnego 

wsparcia, o którym tyfoj m;zti Według wszelkiego prawdopodobieństwa 

wkfes parki wpaść w nasze ręce.

Poprosiłam dziewczęta, żebyśmy się spotkaj \ bkrs R;], gdy wszyscy już 

background image

sobie   pójdą.   Kiedy   tam   dottfri,   powij   mnie   radośnie.   Prawdopodobnie 

miały zamiaritonować - w każdej gazecie na pierwszej stronie vtnto zd*ci« 

Coombsa. On nawet wyglądał jak morderca.

Utonęłam w skórzanej kanapie tuż obok Cafe.

-  Coś jest nie tak - powiedziała. - Chyba riemarfolo ty o tym słuchać.

Skinęłam głową.

-    Ale   jednak   muszę   wam   o   czymś   powiedwć   Opisałam   wiernie   moje 

przeżycia z poprzedni xąhm-

dziwe przeżycia. Jak pod wpływem impulsu i watou-jąc się nad ryzykiem, 

zaczęłam   śledzić   Coombsa   bo   7:.śwt   nie   miałam   innego   wyjścia.   Jak 

wpadłam w pŁpę ń. ojciec uratował mnie wtedy, gdy już myślałam k m rc. 

Ł mnie nadziei.

-  Jezu, Lindsay. - Jill aż szczęka opadła 3 rM<wa-nia. - Czy będziesz tak 

uprzejma i postarasz s^pi^iioś;: zachowywać ostrożniej?

-  Nie ma sprawy - odpowiedziałam. Claire pokręciła głową.

-  Tamtego dnia powiedziałaś do mnie: Me wiar, c bym bez ciebie poczęła, 

a potem sama podjęli iśiy.y ko. Nie pomyślałaś, że to działa także w im. 

slog Jesteś dla nas jak siostra. Proszę, nie próbuj wfccejó/*: bohaterki.

-  Kowboja - wtrąciła Jill.

-  Kowboja w spódnicy - dodała Cindy.

-     Jeszcze   parę   sekund   -   uśmiechnęłam   się   -   i   wy,   dziewczynki, 

miałybyście teraz znajomy pogrzeb.

Spojrzały na mnie wszystkie, z powagą i ponuro. A potem powoli powrócił 

pogodny nastrój. Myśl o tym, że mogłabym stracić moje dziewczyny, albo 

że one mogłyby stracić mnie, sprawiła, że mój wyczyn wydał się jeszcze 

bardziej szalony. Teraz to nas śmieszyło.

background image

-  Dzięki Bogu za Marty'ego! - zawołała Jill.

-  Taak, dobry stary Marty - westchnęłam. - Mój tata. Jill wyczuła targające 

mną sprzeczne uczucia i pochyliwszy się w moją stronę, powiedziała:

-  On nie zranił tam nikogo, prawda? Wzięłam oddech.

-  Coombsa. Może jeszcze kogoś.

-  Znaleźliście na miejscu jakieś ślady krwi? - pytała Claire.

-   Przeszukaliśmy cały dom. Został wynajęty przez tego kurduplowatego 

chłopaczka, który potem zniknął. Krew była tylko na podjeździe.

W milczeniu patrzyły jedna na drugą.

-  Jak masz zamiar to załatwić, Lindsay? Przez departament? - odezwała 

się wreszcie Jill.

Pokręciłam przecząco głową.

-  Nie. Chcę trzymać tatę z daleka od tego.

-  Jezu, Lindsay! - wypaliła Jill. - Twój tata mógł kogoś zastrzelić! Wtrącił 

się w akcję policyjną i w dodatku użył broni!

Spojrzałam na nią.

-  Jill, on uratował mi życie. Po prostu nie mogę go w to wplątywać.

-     Ale   podejmujesz   ogromne   ryzyko.   Po   co?   Jego   pistolet   jest 

prawdopodobnie   licencjonowany.   Jest   twoim   ojcem   i   pojechał   za   tobą. 

Uratował cię. To nie zbrodnia.

Przełknęłam ślinę.

-  Prawda wygląda tak, że wcale nie jestem pewna, czy on przyjechał tam 

za mną.

Jill spojrzała na mnie twardym wzrokiem i podjechała bliżej na krześle.

-  Chcesz, żebym znowu ja się tym zajęła?

-  Nie jestem pewna, czy przyjechał tam za mną -powtórzyłam.

background image

Cindy potrząsnęła głową.

-  Więc cóż by tam, do diabła, robił? Wszystkie oczy spoczęły na mnie.

Krok po kroku zrelacjonowałam im wymianę zdań w samochodzie ojca 

wkrótce po strzelaninie; wyjawiłam, że kiedy przycisnęłam go do muru, 

przyznał się do tego, że był naocznym świadkiem wydarzeń w Bay View 

sprzed dwudziestu laty.

-  On był tam z Coombsem.

-  O cholera! - powiedziała Jill, patrząc przed siebie pustym wzrokiem. - 

Jezu, Lindsay...

-  To była prawdziwa przyczyna, dla której wrócił - powiedziałam. - A nie 

wszystkie te podnoszące na duchu bajeczki o pogodzeniu się ze swoją 

małą córeczką. Jego małą Maskotką. Coombs go straszył i on wrócił po to, 

żeby się z Coombsem rozprawić.

-    Owszem, to  może być prawda. - Claire wzięła  mnie za rękę.  - Ale 

pamiętaj, Coombs mu groził, że coś złego stanie się tobie. On wrócił także 

po to, żeby cię chronić.

Jill pochyliła się do przodu, jej oczy się zwęziły.

-     Lindsay,   tu   nie   chodzi   o   to,   żeby   ochronić   twojego   ojca   przed 

wplątaniem go w tę sprawę. On mógł wiedzieć o tym, że Coombs morduje 

ludzi, a jednak nie zgłosił się z tym na policję!

Patrzyłyśmy sobie w oczy.

-  Przez tych kilka ostatnich tygodni, kiedy znów był częścią mojego życia, 

udało mi się zapomnieć o jego sprawkach, o bólu, którego był przyczyną. 

Patrzyłam na niego jak na człowieka, który wprawdzie popełniał błędy, ale 

miał poczucie humoru i był mi potrzebny, i który robił wrażenie, że jest ze 

mną szczęśliwy. Pamiętam, kiedy byłam mała, marzyłam o tym, żeby czuć 

background image

coś takiego, by się cieszyć, kiedy mój tata wraca do domu.

-  Więc jeszcze nie rezygnuj z niego - powiedziała Claire.

-  Jeżeli uważasz, że twój ojciec nie wrócił dla ciebie, to jak myślisz, o co 

mu naprawdę chodzi? - spytała Cindy.

-     Nie   mam   pojęcia.   -   Rozejrzałam   się   po   pokoju,   zatrzymując   wzrok 

kolejno na wszystkich twarzach. - To dopiero jest pytanie.

Jill wstała z krzesła, podeszła do kredensu za biurkiem i wyjęła stamtąd 

opasły tom akt. Na okładce widniał napis: Akta sprawy 237654A. Stan 

Kalifornia, Francis C. Coombs.

-  Ja także nie mam pojęcia - powiedziała i pogładziła okładkę - ale założę 

się, że odpowiedź jest gdzieś tutaj.

ROZDZIAŁ 94

Następnego dnia zaraz po wejściu do biura Jill otworzyła tom z aktami 

sprawy Coombsa i pogrążyła się w lekturze. Poleciła sekretarce nie łączyć 

żadnych rozmów i poodwoły-wać spotkania w prowadzonej przez siebie 

sprawie   innego   morderstwa,   które   jeszcze   wczoraj   wydawały   się 

niezwykle pilne.

Postawiła kubek z kawą na biurku, rzuciła żakiet na krzesło i wyciągnęła 

pierwszy   ciężki   folder.   Zapis   wielkiego   procesu   -   setki   stron   zeznań 

świadków,   wniosków   i   orzeczeń   sędziów.   W  ostatecznym   rozrachunku 

byłoby lepiej, gdyby niczego nie znalazła. Wtedy Marty Boxer okazałby 

się   po   prostu   ojcem,   który   wrócił,   aby   bronić   swego   dziecka.  Ale   jej 

prokuratorska dusza jakoś nie mogła w to uwierzyć.

Jęknęła cicho i zaczęła czytać.

Proces trwał dziewięć dni. Przebrnięcie przez jego zapis zabrało Jill resztę 

poranka. Dokładnie przejrzałą przesłuchania przedproćesowe, wybór ławy 

background image

przysięgłych,   początkowe   zeznania.   Zapis   poprzedniego   oświadczenia 

Coombsa został podkreślony. Przytoczono też liczne przykładyulicznych 

bójek, w których stroną pokrzywdzoną byli Murzyni. Coombs był znany 

ze swoich dowcipów na temat kolorowych i obraźliwych uwag pod ich 

adresem. Potem następowało dokładne odtworzenie wydarzeń fatalnego 

wieczoru. Coombs i jego partner, Stan

Dragula, patrolowali okolice Bay View. Trafili na mecz koszykówki na 

boisku szkoły. Coombs upatrzył sobie Geralda Sikesa. Sikes w zasadzie 

był dobrym dzieckiem, jak podkreśliła prokuratura. Chodził do szkoły, grał 

w zespole rockowym; tylko raz wszedł w konflikt z prawem: dwa miesiące 

wcześniej   zgarnięto   go   na   osiedlu   w   czasie   akcji   przeciwko   dealerom 

narkotyków.

Jill czytała dalej.

Coombs   przerwał  mecz   i  zaczął  obrażać   Sikesa.  Sikes  coś  krzyknął  w 

odpowiedzi   i   poszedł   sobie.   Coombs   powędrował   za   nim.   Jill 

przestudiowała   kilka   schematów   przedstawiających   miejsce   zbrodni. 

Przyjechał   jeszcze   jeden   radiowóz.   Kiedy   zapanowano   nad   gromadką 

wzburzonych   dzieciaków,   dwóch   policjantów   puściło   się   w   pogoń   za 

Coombsem. Funkcjonariusz Tom Fallone przybył jako pierwszy. Gerald 

Sikes był już martwy.

Przebieg procesu i zapisy zeznań ciągnęły się jeszcze przez trzysta stron... 

Trzydziestu siedmiu świadków. Prawdziwy bałagan. Jill nagle zapragnęła 

być   ówczesnym   zastępcą   prokuratora.   Ale   nigdzie   nie   znalazła 

najmniejszej wzmianki na temat Marty'ego Boxera.

Jeśli nawet był tam tamtego wieczoru, nigdy go nie wezwano.

Około   południa   Jill   czytała   złożone   pod   przysięgą   zeznania   świadków. 

background image

Morderstwo   Sikesa   miało   miejsce   na   drodze   wewnętrznej   między 

budynkami  A  i   B.   Mieszkańcy   twierdzili,   że   słyszeli   odgłosy   walki   i 

wołanie chłopca o pomoc. Sama tylko lektura opisu zdarzenia sprawiła, że 

Jill zrobiło się niedobrze. Coombs był Chimerą; to musiał być on.

Była zmęczona i zniechęcona. Spędziła pół dnia na wertowaniu akt. Już 

prawie dotarła do końca, kiedy trafiła na coś dziwnego.

Na zeznanie człowieka, który twierdził, że widział morderstwo z okien 

czwartego piętra. Nazywał się Kenneth Charles.

Charles   sam   był   wówczas   nastolatkiem.   Figurował   w   kartotekach   jako 

młodociany przestępca. Oszustwa, kradzieże. Według policji miał wszelkie 

dane, żeby być powodem kłopotów.

I nikt inny nie potwierdził zeznania Charlesa.

Kiedy czytała jego relację, poczuła pulsowanie w skroniach. Przybierało 

na   sile,   stawało   się   ostre,   boleśnie   kłujące.   Przez   interkom   wydała 

polecenie sekretarce.

-r April, proszę, żebyś ściągnęła dla mnie teczkę personalną z policji. Dość 

starą. Sprzed dwudziestu lat.

-  Jakie nazwisko? Właśnie do nich dzwonię.

-  Marty Boxer.

ROZDZIAŁ 95

Chłodna nocna bryza wiała znad zatoki, kiedy Jill kuliła się z zimna na 

portowym nadbrzeżu obok terminalu BART-u.

Było   kilka   minut   po   szóstej.   Mężczyźni   w   niebieskich   mundurach   i 

czapkach z krótkimi daszkami wychodzili z pracy. Właśnie skończyła się 

ich zmiana. Jill szukała w tej grupie jednej twarzy. Dwadzieścia lat temu 

ten człowiek figurował w policyjnych rejestrach, ale od tego czasu zdołał 

background image

wyprostować swoje życie. Został odznaczony w czasie służby wojskowej, 

ożenił się i przez ostatnie dwanaście lat pracował jako operator wózka 

elektrycznego w Barcie. April zdołała go odnaleźć w ciągu kilku godzin.

Niski przysadzisty  mężczyzna w czarnej, skórzanej  czapce i wiatrówce 

pomachał na pożegnanie kilku kolegom z pracy i ruszył w jej kierunku. 

Popatrzył na nią niepewnym wzrokiem.

-  Kierownik biura powiedział mi, że pani na mnie czeka. O co chodzi?

-  Czy pan Kenneth Charles? - spytała Jill. Bez słowa skinął głową.

Jill przedstawiła się i wręczyła mu wizytówkę. Oczy Charlesa rozszerzyły 

się ze zdumienia.

-   Nie zawaham się powiedzieć, że upłynęło już sporo czasu od chwili, 

kiedy   ktoś   z   Pałacu   albo   z   tak   zwanego   wymiaru   sprawiedliwości 

interesował się moją osobą.

-  To nie dotyczy pana, panie Charles - uspokoiła go Jill. -

Chodzi o zdarzenie sprzed wielu lat, którego mógł pan być świadkiem. 

Czy możemy porozmawiać? Wzruszył ramionami.

-  Ma pani ochotę się przejść? Mój samochód jest tam. Poprowadził ją w 

stronę bramy z kutego żelaza, za którą

zaczynał się nadbrzeżny parking.

-   Przeglądamy właśnie niektóre sprawy z dawnych lat -wyjaśniła Jill. - 

Przypadkowo   trafiłam   na   pańskie   zeznanie.   Chodzi   o   proces   Franka 

Coombsa.

Na dźwięk tego nazwiska Charles stanął jak wryty.

-  Czytałam pana zeznanie - mówiła dalej Jill. - O tym, co pan widział. Czy 

może pan mi o tym teraz opowiedzieć?

Skonsternowany, pokręcił głową.

background image

-  Nikt mi wtedy nie wierzył. Nie pozwolili mi przyjść na proces. Nazwali 

gówniarzem. Dlaczego akurat teraz to panią

interesuje?

-     Wtedy   był   pan   dzieciakiem   z   niezłymi   zadatkami   na   przestępcę   - 

powiedziała Jill bez ogródek.

-  Zgadza się - przyznał - ale widziałem to, co widziałem. W każdym razie 

dużo wody upłynęło od tamtego czasu. Teraz mam tylko dwanaście lat do 

emerytury. Jeśli dobrze pamiętam, ten człowiek dostał dwadzieścia lat za 

to, co zrobił.

Jill spojrzała mu prosto w oczy.

-  Załóżmy, że chcę się tylko upewnić, czy to właściwy człowiek trafił za 

kratki na dwadzieścia lat za to, co stało się tamtej nocy. Proszę posłuchać, 

ten proces nie będzie powtórnie wszczynany. Nikogo nie mam zamiaru 

aresztować. Ale chcę poznać prawdę. Proszę, panie Charles...

Charles   opowiedział   jej   o   wszystkim.   Jak   siedział   w   domu,   oglądając 

telewizję i popalając trawkę, jak usłyszał jakąś szamotaninę na zewnątrz, 

krzyki, a potem kilka stłumionych wrzasków. Wyjrzał przez okno, a tam 

był ten dzieciak, prawie

zaduszony.

Jill słuchała dalej i nagle wszystko się zmieniło. Gwałtownie wciągnęła 

powietrze.                       ,

-     Zobaczyłem   dwóch   mężczyzn   w   mundurach.   Dwóch   gliniarzy 

przyciskających Sikesa do ziemi - mówił Charles.

-  Dlaczego nic pan nie zrobił?

-  Musi pani spojrzeć na to tak, jak myśmy wtedy patrzyli. A wtedy ten, kto 

miał na sobie granatowy mundur, był bogiem. Ja byłem tylko gnojkiem, 

background image

prawda?

Jill zajrzała mu głęboko w oczy.

-  Czy pamięta pan tego drugiego policjanta?

-  Podobno nie miała pani zamiaru nikogo aresztować?

-   Bo nie mam. Tu chodzi o sprawę osobistą. Poznałby go pan, gdybym 

pokazała panu fotografię?

Ruszyli znowu wolnym krokiem i dotarli do lśniącej, nowiutkiej toyoty. 

Jill otworzyła aktówkę i wyjęła zdjęcie. Wyciągnęła rękę tak, żeby mógł je 

zobaczyć.

-  Czy to jest ten policjant, którego pan widział, panie Charles?

Długo patrzył uważnie na zdjęcie.

-  Tak, to jest ten człowiek - powiedział wreszcie.

ROZDZIAŁ 96

Cały   ten   dzień   spędziłam   w  biurze;   albo   rozmawiałam  przez   telefon   z 

grapą   operacyjną   działającą   w   terenie,   albo   tkwiłam   nad   mapą   miasta. 

Słowem, nadzorowałam przebieg polowania na Franka Coombsa.

Rozpoczęliśmy   obserwację   kilku   jego   znajomych   i   paru   miejsc,   gdzie 

według   nas   mógł   się   schronić,   włączając   w   to   dom   Toma   Keatinga. 

Zarządziłam   poszukiwania   żółtego   bon-neville'a,   który   podwoził 

Coombsa, i sprawdziłam numery telefonów znalezionych na jego biurku w 

hotelu. Nic. Około czwartej stawił się facet, który wynajmował dom w 

południowej   dzielnicy   San   Francisco.   Twierdził,   że   widział   wtedy 

Coombsa po raz pierwszy.

Coombs nie miał pieniędzy, nie posiadał też niczego wartościowego. Nie 

mógł   liczyć   na   żaden   transport.   Każdy   policjant   w   mieście   znał   jego 

rysopis. Więc gdzie się, do diabła, podziewał?

background image

Gdzie Chimera mógł się ukryć? I co teraz zamierzał zrobić?

Ciągle jeszcze sterczałam przy biurku, kiedy o siódmej trzydzieści zjawiła 

się   Jill.   Dopiero   kilka   dni   temu   wyszła   ze   szpitala.   Była   owinięta 

brązowym  płaszczem   przeciwdeszczowym,   a  przez   ramię   przewieszoną 

miała skórzaną teczkę.

-     Co  ty   tutaj   robisz?   -  wykrzyknęłam  na  jej   widok.  -  Idź  do  domu   i 

odpoczywaj.

-  Masz chwilkę? - zapytała.

-  Jasne. Przysuń sobie krzesło. Przykro mi, ale chyba nie mam piwa, żeby 

cię poczęstować.

-   Nic nie szkodzi - powiedziała z uśmiechem. Otworzyła torbę i wyjęła 

stamtąd   dwie   puszki.   -   Przyniosłam   swoje.   -Popchnęła   jedno   w   moją 

stronę.

-  Do diabła - westchnęłam. Nie natrafiliśmy na ślad Coombsa, a po minie 

Jill widziałam, że coś ją dręczy. Doszłam do wniosku, że to z powodu 

Steve'a, który znów wziął na swoje barki jakieś finansowe przedsięwzięcie 

i   znowu   zostawił   ją   samą.   Jednak   kiedy   rozsunęła   zamek   teczki, 

zobaczyłam niebieski folder z napisem Boxer, Martin C.

-  Chyba ci kiedyś mówiłam - Jill otworzyła piwo i usiadła naprzeciw mnie 

-   że   mój   ojciec   był   adwokatem   w   High-land   Park. 

'

-  Zaledwie kilkaset razy.

-     Prawdę   mówiąc,   był   najlepszym   prawnikiem,   jakiego   kiedykolwiek 

spotkałam. Zawsze solidnie przygotowany, nie interesował go kolor skóry 

klienta albo to, co może od niego dostać. Mój wspaniały tata, prawdziwy 

człowiek honoru. Kiedyś przez sześć miesięcy pracował nocami nad jakąś 

background image

sprawą,   żeby   obalić   wyrok   skazujący   za   gwałt   wydany   na   pewnego 

wędrownego   sprzedawcę   sałaty   na   podstawie   fałszywego   oskarżenia. 

Mnóstwo   ludzi   uważało,   że   tata   powinien   ubiegać   się   o   miejsce   w 

Kongresie. Kochałam go. Ciągle go kocham.

Siedziałam w milczeniu i patrzyłam, jak oczy Jill stają się coraz bardziej 

wilgotne. Pociągnęła chciwie łyk piwa.

-  Dopiero kiedy byłam w ostatniej klasie szkoły średniej, zorientowałam 

się,   że   ten   łajdak   przez   dwadzieścia   lat   oszukiwał   moją   matkę.   Ten 

wspaniały, prawy człowiek, mój bohater.

-   A czy Marty nie oszukiwał mnie od początku? - wtrąciłam ze słabym 

uśmiechem.

Jill skinęła głową i podsunęła mi zniszczoną teczkę personalną Marty'ego 

Boxera. Na wierzchu znalazła się strona z podkreślonym na żółto tekstem.

-  Chyba powinnaś to przeczytać.

Zebrałam się w sobie i przeczytałam świadectwo Kennetha Charlesa od 

początku   do   końca,   tak   beznamiętnie,   jak   tylko   było   mnie   na   to   stać. 

Następnie   przeczytałam   jeszcze   raz.   Stopniowo   ogarniało   mnie   coraz 

większe   rozczarowanie.   A   potem   strach.   A   potem   wściekłość.   Ale 

jednocześnie wiedziałam, że to musi być prawda. Mój ojciec kłamał, przez 

całe życie ukrywał prawdę. Wykorzystał, oszukał i pogrążył w rozpaczy 

każdego, kto kiedykolwiek go kochał.

Poczułam pieczenie pod powiekami, tak bardzo czułam się zdradzona. Łza 

spłynęła mi po policzku.

-  Tak mi przykro, Lindsay. Wierz mi, nienawidzę się za to, że musiałam ci 

to pokazać.

Wyciągnęła rękę, którą skwapliwie ścisnęłam.

background image

Po raz pierwszy od chwili, kiedy zostałam policjantką, nie miałam pojęcia, 

co zrobić. Czułam się tak, jakbym stanęła na skraju przepaści. Wzruszyłam 

ramionami i wysączyłam ostatnią kroplę piwa. Uśmiechnęłam się do Jill.

-  A co stało się później z twoim ojcem? Ciągle jest razem z mamą?

-   A skąd! - parsknęła. - Ona czasami naprawdę była ciężka w pożyciu. 

Taka zimna. Ja ją po prostu kochałam. Wyrzuciła go z domu, kiedy byłam 

na   studiach.   Od   tamtej   pory   ojciec   mieszka   w  małym,   trzypokojowym 

domku w Las Co-linas.

Wybuchnęłam   śmiechem,   śmiechem   pełnym   bólu,   zmieszanym   z 

rozczarowaniem   i   łzami.  A  gdy   przestałam   się   śmiać,   w   moim   sercu 

pozostała   rana   i   wszystkie   te   pytania,   które   nie   chciały   odejść   w 

niepamięć. Ile naprawdę wiedział mój tata? Dlaczego milczał? I wreszcie, 

co wiązało go z Chimerą?

-  Dzięki... - powiedziałam i ponownie uścisnęłam dłoń Jill. - Jestem twoją 

dłużniczką, skarbie...

-  Co masz zamiar zrobić?

Złożyłam marynarkę i przerzuciłam ją przez rękę.

-  To, co powinnam była zrobić dawno temu. Mam zamiar dowiedzieć się 

prawdy.

ROZDZIAŁ 97

Kiedy dotarłam do domu, ojciec właśnie stawiał pasjansa.

Odwróciłam   głowę,   żeby   na   niego   nie   patrzeć.   Powłócząc   nogami, 

weszłam   do   kuchni   i   wyciągnęłam   z   lodówki   puszkę   black   &   tan. 

Wróciłam do pokoju i usiadłam na krześle naprzeciw niego.

Podniósł wzrok, może poczuł żar mojego spojrzenia.

-  Cześć, Lindsay.

background image

-     Myślę   właśnie,   tato...   O   tym,   kiedy   od   nas   odszedłeś...   Cały   czas 

szybkimi ruchami odwracał karty.

-   Czemu chcesz akurat teraz do tego wracać? Nie spuszczałam z niego 

wzroku.

-   Zabrałeś mnie wtedy na nadbrzeże na lody. Pamiętasz? Ja pamiętam. 

Patrzyliśmy, jak promy z Sausalito wchodziły do portu. Powiedziałeś coś 

w stylu: „Mam zamiar za parę dni wsiąść na jeden z nich, Maskotko, i 

przez   jakiś   czas  nie   wrócę".  Wyjaśniłeś,   że  posprzeczałeś   się   z   mamą. 

Przez  jakiś  czas nawet  na ciebie  czekałam.  I wciąż  zastanawiałam się, 

dlaczego musiałeś wtedy odejść.

Usta mu zadrżały, jakby próbował coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły w 

gardle.

-   Miałeś nieczyste sumienie, prawda? W ogóle nie chodziło o ciebie i 

mamę. Ani o hazard, ani o pijaństwo. Pomogłeś Coombsowi zamordować 

tamtego chłopca. Od samego początku to był jedyny powód. Dlaczego 

odszedłeś? Dlaczego znowu się zjawiłeś? To nie miało nic wspólnego z 

nami. Chodziło tylko o ciebie.

Zamrugał powiekami, usiłując wydobyć z siebie jakąś od^

powiedź.

-  Nie...

-  Czy mama wiedziała? Nawet jeśli wiedziała, cały czas utrzymywała nas 

w  przeświadczeniu,   że  to   przez   twoje   zamiłowanie   do  hazardu   i   przez 

alkohol.

Wreszcie odłożył karty. Jego ręce drżały.

-  Możesz mi nie wierzyć, Lindsay, ale ja zawsze kochałem twoją matkę.

Pokręciłam głową. Miałam ochotę wstać i go uderzyć.

background image

-   Nie mogłeś jej kochać. Nie można ranić tak bardzo kogoś, kogo się 

kocha.

-  O tak, można. - Otarł usta. - Zraniłem ciebie. Przez kilka chwil panowała 

lodowata cisza. Narastający

przez lata gniew, który zdążyłam już pokonać, teraz znowu odezwał się we 

mnie z ogromną siłą.

-  Jak na to wpadłaś? - zapytał.

-  Czy to ma jakieś znaczenie? W końcu i tak bym do tego doszła.

Sprawiał   wrażenie   zupełnie   oszołomionego,   jak   bokser,   który   właśnie 

otrzymał potężny cios w szczękę.

-     Twoje   zaufanie,   Lindsay...   to   była   najlepsza   rzecz,   jaka   mi   się 

przydarzyła w ciągu ostatnich dwudziestu lat.

-  Więc dlaczego posłużyłeś się mną, tato? Wykorzystałeś mnie, żeby się 

dobrać do Coombsa. Ty i on zabiliście tamtego chłopca.

-  Ja go nie zabiłem! - wykrzyknął, kiwając głową w przód i w tył, w przód 

i w tył. - Ja tylko nie zrobiłem nic, żeby temu zapobiec.

Wypuścił oddech, tak głęboki, jakby zatrzymywał go przez dwadzieścia 

lat. Powiedział mi, jak pobiegł za Coombsem i znalazł go w alejce. Ręce 

Coombsa były zaciśnięte na szyi Geralda Sikesa.

-  Mówiłem ci już, że wtedy sprawy wyglądały inaczej. Coombs chciał mu 

dać nauczkę, żeby chłopak czuł respekt dla munduru. Ale nie zwalniał 

uścisku. On coś przy sobie ma - powiedział. Wtedy krzyknąłem do niego: 

Chodźmy   stąd!   Kiedy   zauważyłem,   że   Coombs   posunął   się   za   daleko, 

rzuciłem się na niego. Coombs mnie wyśmiał: Marty, chłopcze, to mój 

teren. Jeśli się przestraszyłeś, spierdalaj

stąd. Nie miałem pojęcia, że ten dzieciak umiera... Kiedy nadszedł Fallone, 

background image

Coombs   upuścił   chłopca   na   ziemię   i   powiedział:   Ten   mały   skurwiel 

próbował dziabnąć mnie nożem. Tom był weterynarzem i ocenił sprawę na 

pierwszy rzut oka. Powiedział mi, żebym się ulotnił. Coombs roześmiał się 

i rzucił: No, idź. Nikt nigdy nawet nie wspomniał mojego nazwiska.

Pod powiekami czułam palące łzy. W sercu pojawiła się

niezatarta rana.

-  Och, jak mogłeś? Coombs przynajmniej potrafił się przyznać, a ty... Ty 

uciekłeś.

-  Wiem, że uciekłem - odpowiedział - ale nie uciekłem innej nocy. Byłem 

tam dla ciebie.

Zamknęłam oczy, a potem znów je otworzyłam.

-  Tato, to jest pora na mówienie prawdy. Nie byłeś tam dla mnie. To jego 

ścigałeś.   Po   to   przecież   wróciłeś.   Nie,   żeby   mnie   chronić...   lecz   żeby 

chronić siebie. Wróciłeś, żeby zabić Franka Coombsa.

Twarz   mojego   ojca   zrobiła   się   popielata.   Przesunął   ręką   po   siwych, 

rzadkich włosach.

-   Może na początku. - Przełknął ślinę. - Ale nie teraz. To się zmieniło, 

Lindsay.

Pokręciłam przecząco głową. Łzy płynęły mi strumieniami po policzkach i 

co chwila wycierałam je nerwowym

ruchem.

-   Wiem, myślisz, że cokolwiek wychodzi z moich ust, jest kłamstwem. 

Ale to nieprawda. Tamtej nocy, kiedy pomagałem ci uciec, byłem z siebie 

tak dumny, jak nigdy w życiu. Jesteś moją córką i kocham cię. Zawsze cię 

kochałem.

Moje   oczy   wciąż   były   mokre,   a   z   ust   padały   słowa,   które   chciałabym 

background image

cofnąć.

-  Chcę, żebyś stąd odszedł. Chcę, żebyś spakował swoje rzeczy i wrócił 

tam, gdzie byłeś przez ostatnie dwadzieścia lat. Jestem policjantką, tato, 

nie twoją małą Maskotką. Dotychczas zginęło czworo ludzi, a ty w pewien 

sposób jesteś w to zamieszany. I co gorsza, nie mam zielonego pojęcia, ile 

naprawdę wiesz, a co ukrywasz.

Jego twarz nagle obwisła, z oczu zniknął blask. Widziałam, jak bardzo 

zabolały go moje słowa.

-     Chcę,   żebyś   się   wyniósł   -   powtórzyłam.   -   Natychmiast.   Siedziałam, 

obejmując rękoma Marthę, podczas gdy on

poszedł do pokoju gościnnego. Niebawem pojawił się ze spakowanymi 

rzeczami. Wydawał się teraz mały i bardzo samotny.

Martha postawiła uszy. Wyczuwała, że coś jest nie w porządku. Podsunęła 

się do niego, a on delikatnie pogłaskał jej łeb.

-  Lindsay, wiem, ile masz powodów, żeby mnie nienawidzić, ale proszę, 

nie   rób   tego.   Musisz   strzec   się   Coomb-sa.   Będzie   na   ciebie   polował. 

Proszę, pozwól sobie pomóc...

Serce   mi   pękało.   Wiedziałam,   że   gdy   stąd   wyjdzie,   już   nigdy   go   nie 

zobaczę.

-     Nie   potrzebuję   twojej   pomocy   -   odpowiedziałam   twardo,   a   potem 

dodałam szeptem: - Żegnaj, tato.

ROZDZIAŁ 98

Frank Coombs stał sztywno oparty o budkę telefoniczną na rogu Ninth i 

Bryant.   Obserwował   z   napięciem   gmach   Pałacu   Sprawiedliwości. 

Wszystkie ścieżki zbiegały się właśnie tutaj.

Ból   promieniował   z   ramienia   na   całe   ciało,   jakby   ktoś   przesuwał   po 

background image

brzegach rany ostrzem skalpela. Ukrywał się od dwóch dni. Udało mu się 

prześlizgnąć do San Bruno i tam znaleźć kryjówkę. Ale jego zdjęcie było 

na pierwszej stronie każdej gazety, a on nie miał pieniędzy i nawet nie 

mógł wrócić po swoje rzeczy.

Dochodziła   druga.   Popołudniowe   słońce   raziło   go   nawet   przez   ciemne 

okulary. Na frontowych schodach kłębił się tłum. Prawnicy zbici w grupki 

i pogrążeni w dyskusjach.

Wziął   głęboki   oddech,   żeby   się   uspokoić.   Do   diabła,   czego   właściwie 

miałby się bać? Nie odwracał wzroku od Pałacu Sprawiedliwości. Niech o 

n i się boją!

Zdobyty   dzięki   staremu,   wiernemu   Tomowi,   Keatingowi   służbowy 

rewolwer tkwił w kaburze przymocowanej do paska. Magazynek był pełen 

pocisków z wydrążonym czubkiem. Wyciągnął przed siebie prawą rękę. W 

porządku. Mógł strzelać.

Odwrócił   się   W   stronę   budki.   Wsunął   w   szczelinę   dwudzie-

stopięciocentówkę   i   wykręcił   numer.   Nie   będzie   innej   okazji.   Dosyć 

czekania. Nadszedł jego czas. Nareszcie, po dwudziestu dwóch latach w 

piekle.

Po drugim sygnale odezwał się jakiś głos.

-  Wydział zabójstw.

-  Proszę mnie połączyć z porucznik Boxer.

ROZDZIAŁ 99

Dostaliśmy   informacje   na   temat   jednego   z   więziennych   kompanów 

Coombsa, który uciekł do Redwood City. Właśnie czekaliśmy na telefon.

Przez cały ranek popychałam naprzód śledztwo w sprawie morderstw, ale 

gdzieś w zakamarkach mózgu wciąż od nowa odtwarzałam przygnębiającą 

background image

scenę rozmowy z ojcem. Czy miałam prawo sądzić go za rzeczy, które 

wydarzyły się dwadzieścia lat temu? A co istotniejsze, czy wiedziałam, co 

naprawdę łączyło go z Chimerą?

Siedziałam za biurkiem i właśnie kończyłam kanapkę, gdy Karen wsadziła 

głowę do mojego pokoju.,

-  Rozmowa na pierwszej linii, poruczniku.

-   Z Redwood City?  - zapytałam, sięgając po telefon. Karen pokręciła 

głową.

-  Ten gość mówi, że pani go zna. I że jest starym przyjacielem pani ojca.

Zesztywniałam.

-   Przełącz na czwórkę - powiedziałam. Czwartą linię dzieliłam z resztą 

biura. - Włącz skaner, Karen. Jak najszybciej...

Skoczyłam z krzesła, jednocześnie dając znaki Jacobiemu,

który był w pokoju odpraw. Podniosłam w górę cztery palce i wskazałam 

na telefon.

Niemal   natychmiast   całe   biuro   znalazło   się   w  stanie   pełnej   gotowości. 

Wszyscy wiedzieli, że to musi być Chimera.

Potrzebowaliśmy dziewięćdziesięciu sekund, żeby otrzymać pewny odczyt 

na skanerze. Sześćdziesięciu, żeby zawęzić teren do konkretnej dzielnicy 

miasta. Oczywiście, jeżeli on dzwonił z miasta. Lorraine, Morelli i Chin 

wpadli do mniej a na ich twarzach malowało się oczekiwanie.

Podniosłam słuchawkę. W pokoju odpraw Jacobi zrobił to samo.

-  Boxer - powiedziałam.

-  Przykro mi, że zeszłej nocy ominęła nas prawdziwa zabawa, poruczniku. 

- Usłyszałam śmiech Coombsa. -Chciałem ci zrobić przyjemność. Na mój 

własny, specjalny sposób.

background image

-  Po co dzwonisz? - spytałam. - Czego chcesz, Coombs?

-  Muszę powiedzieć ci coś ważnego. Dzięki temu może odnajdziesz jakiś 

sens w tych dwudziestu latach.

-  Ja nie mam z tym problemu. Wsadzono cię za kratki za morderstwo.

-   Nie mówię o moich dwudziestu latach, tylko o twoich! -zachichotał 

ponuro.

Serce   podeszło   mi   do   gardła.   Rozmawiałam   z   człowiekiem,   który 

niedawno trzymał w ręce pistolet wycelowany w moją głowę. Musiałam 

go zagadać. Doprowadzić do wściekłości... Cokolwiek, byle zatrzymać go 

na tej przeklętej linii.

Zerknęłam na zegarek; minęło trzydzieści pięć sekund.

-  Gdzie jesteś, Coombs?

-   Zawsze te policyjne pogaduszki, co, poruczniku? Zaczynam tracić dla 

ciebie resztki szacunku. Podobno jesteś bystrą laseczką. Zrób coś, żeby 

stary Marty mógł być z ciebie dumny. Powiedz mi, jak to możliwe, że 

wszyscy ci ludzie nie żyją, a ty ciągle nie wiesz dlaczego?

Niemal widziałam jego szyderczy uśmiech. Boże, jak ja nienawidziłam 

tego człowieka!

-  O co chodzi, Coombs? Czego nie wiem?  .

-  Słyszałem, że twój tatuś uciekł od ciebie mniej więcej wtedy, kiedy ja 

poszedłem siedzieć.

Wiedziałam,   do   czego   zmierza.   Musiałam   go   jednak   zatrzymać   przy 

telefonie.  W  pokoju   odpraw   Jacobi   słuchał   rozmowy,   jednocześnie   nie 

spuszczając ze mnie oka.

Coombs zarechotał.

-     Pewnie   myślałaś,   że   staruszek   poleciał   za   jakąś   barmanką   albo   że 

background image

narobił   długów   i   dał   nogę.   -   W   jego   głosie   pojawiło   się   fałszywe 

współczucie. - Boże, musiało ci być naprawdę ciężko, kiedy zniknął, a 

mama umarła.

-     Zakucie   cię   w   kajdanki   sprawi   mi   wielką   przyjemność,   Coombs. 

Obiecuję, że będę na miejscu, kiedy podłączą cię do kroplówki w San 

Quentin.

-  Naprawdę żałuję, że ci się to nie uda, kochanie. Ale chcę ci powiedzieć 

coś ważnego. Słuchaj, twój staruszek zostawił weksle. Dla mnie... Ja je 

mam. Dałem się złapać. Za niego. Za cały departament policji. Mam je 

wszystkie.   Odsiedziałem   wyrok.  Ale   wiesz   co,   maleńka   Lindsay?   Nie 

byłem sam.

Miałam   napięte   wszystkie   mięśnie,   tłumiona   wściekłość   o   mało   nie 

rozsadziła mi piersi. Rzuciłam okiem na Jacobie-go. Skinął w moją stronę 

głową, jakby chciał powiedzieć: Jeszcze kilka impulsów... Rozmawiaj z 

nim dalej.

-  Chcesz mnie dorwać, Coombs? Widziałam to zdjęcie w twoim pokoju i 

wiem, czego chcesz. Mogę się z tobą spotkać wszędzie...

-     Tak   bardzo   chcesz   złapać   mordercę,   że   prawie   mnie   to   poruszyło. 

Niestety, przykro mi, ale nie mogę skorzystać z twojej propozycji. Mam 

jeszcze jedno spotkanie.

-     Coombs   -   powiedziałam,   zerkając   na   zegar   -   jeśli   chcesz   mnie,   to 

możemy się spotkać. Potrafiłbyś przyłożyć kobiecie, Frank? Nie sądzę.

-  Przykro mi, poruczniku. Dziękuję za miłą pogawędkę. Niestety, wydaje 

mi się, że się ździebko spóźniłaś, tak jak we wszystkim do tej pory. Ciągle 

uważam,   że   kobiety   nie   mają   czego   szukać   w   policji.  Takie   jest   moje 

zdanie.

background image

Usłyszałam kliknięcie.

Popędziłam   do   pokoju   operacyjnego.   Cappy   miał   bezpośrednią   linię 

łączącą z dyspozytorem. Czepiałam się rozpaczliwie nadziei, że Coombs 

nie dzwonił z telefonu komórkowego. Komórki najtrudniej było wytropić. 

Jeszcze jedno spotkanie... Nie miałam pojęcia, czym, do diabła, Coombs 

nam groził. Co planował?

-   On ciągle jest w mieście! - krzyknął w moją stronę Cappy i złapał za 

pióro. - Dzwonił z jakiejś budki. Właśnie próbują zawęzić obszar.

Zaczął pisać, a potem nagle podniósł oczy. Na jego twarzy malowało się 

niedowierzanie.

-   On jest w budce... na rogu Ninth i Bryant. Spojrzeliśmy po sobie, a 

potem nagle w pokoju zapanował

ruch.

Coombs dzwonił z budki stojącej przy następnej przecznicy.

ROZDZIAŁ 100

Pośpiesznie przypięłam do pasa mojego glocka i wrzasnęłam do telefonu, 

żeby przysłali nam najbliższą wolną jednostkę. Potem wybiegłam z biura. 

Cappy i Jacobi deptali mi po piętach.

Tylko przecznicę stąd... Co zamierzał zrobić?

Nie czekałam na windę. Zbiegałam w dół po schodach tak szybko, jak 

tylko   zdołałam.   W   holu   przedarłam   się   przez   kłębiący   się   tam   tłum 

funkcjonariuszy  i cywilów, i popchnęłam szklane drzwi prowadzące na 

stronę Bryant Street.

Na   frontowych   schodach   kręciła   się   masa   ludzi,   jak   zwykle   w   porze 

lunchu: prawnicy, poręczyciele, detektywi.

Zwróciłam   wzrok   w   stronę   Ninth   i,   wyciągnąwszy   szyję,   usiłowałam 

background image

namierzyć kogoś, kto z wyglądu przypominałby Coombsa.

Nic.

Cappy i Jacobi zrównali się ze mną.

- Pójdę naprzód - powiedział Cappy.

Coś   mnie   uderzyło.   Jeszcze   jedno   spotkanie...   No   tak,   oczywiście! 

Coombs przyszedł tutaj, do Pałacu Sprawiedliwości!

-  Policja! - krzyknęłam na cały głos. - Uwaga wszyscy!

Przebiegłam wzrokiem po zaskoczonym tłumie w poszukiwaniu tej jednej, 

jedynej twarzy. Mój glock cały czas był odbezpieczony. Ludzie patrzyli na 

mnie szeroko otwartymi oczyma. Kilka osób przykucnęło, inni zaczęli się 

wycofywać.

Ze zdarzeń, które nastąpiły potem, zapamiętałam tylko tyle:

Jakiś umundurowany policjant zaczął wchodzić po schodach, zmierzając 

w moją stronę. Ledwie go zauważyłam, tak byłam zajęta poszukiwaniem 

Coombśa.

Człowiek   w   mundurze   wyszedł   z   tłumu.   Jego   twarz   kryły   okulary 

przeciwsłoneczne i daszek czapki. Wyciągnął w moim kierunku rękę.

Akurat przeniosłam spojrzenie za niego, omiatając dalej wzrokiem ulicę w 

poszukiwaniu Coombsa. Nagle usłyszałam, jak ktoś mnie woła.

-  Hej! Boxer!

Na   schodach   Pałacu   wybuchła   panika.   Cappy,   Jacobi   wrzeszczeli: 

„Pistolet,..!".

Błyskawicznie przeniosłam spojrzenie na policjanta.  W ciągu niespełna 

sekundy zrozumiałam, co się stało. Ten granatowy mundur... Miał na sobie 

mundur, jakiego nie widywało się już ód dłuższego czasu. Skupiłam się na 

jego twarzy i nagle, ku mojemu przerażeniu,' poznałam w nim Coombsa. 

background image

Zobaczyłam przed sobą Chimerę. To właśnie miało być to spotkanie, które 

sobie zaplanował.

Ktoś z tyłu potrącił mnie, kiedy podnosiłam glocka.

-  Hej! -wrzasnęłam.

Widziałam,   jak   z   lufy   pistoletu   Coombsa   dwukrotnie   tryska 

pomarańczowy płomień. Nie mogłam nic zrobić.

Potem   wszyscy   jakby   oszaleli.   Zapanował   niesamowity   chaos.   I 

przerażenie.

Dotarło do mnie, że zostałam trafiona, zanim jeszcze moje ciało zdrętwiało 

z bólu.

Potem   zobaczyłam,   jak   Coombs   pochyla   się   w   przód,   jak   spadają   mu 

okulary i jak kieruje na mnie broń. Zataczał się, ale uparcie dążył w moją 

stronę. W jego ciemnych oczach jarzyła się nienawiść.

Przed   Pałacem   wybuchła   przeraźliwa   strzelanina.   Kakofonia   głośnych, 

powtarzających się eksplozji... pięć, sześć, siedem następujących szybko 

po   sobie.   Dobiegały   ze   wszystkich   stron.   Ludzie   uciekali   z   krzykiem, 

szukając schronienia.

Na   granatowym   mundurze   Coombsa   wykwitły   plamy   czerwieni.   Jego 

ciało   poleciało   do   tyłu,   szarpane   przez   uderzenia   pocisków,   twarz 

wykrzywił   grymas   straszliwego   bólu.   Śmierdziało   prochem.   Echo 

wystrzałów huczało mi w uszach.

A potem zapanował pełen grozy spokój. Ta cisza mnie zaskoczyła.

Pamiętam, że powiedziałam: „O, Jezu", kiedy zorientowałam się, że leżę 

na betonowych stopniach. Nie byłam wcale pewna, czy jestem ranna.

Jacobi pochylił się nade mną.

-  Lindsay, nie ruszaj się. Leż spokojnie.

background image

Ręce   trzymał   na   moich   ramionach.   Zwielokrotnione   echo   jego   słów 

odbijało się w moim mózgu.

Skinęłam   posłusznie   głową,   jednocześnie   szukając   miejsca   zranienia. 

Wokoło rozlegały się krzyki i jęki. Ludzie pędzili we wszystkie strony.

Chwyciłam   Warrena   za   rękę   i   powoli   się   wyprostowałam.   Próbował 

wydawać mi jakieś polecenia.

-  Lindsay, zostań. Mówię do ciebie.

Coombs   leżał   na   plecach.   Z   jego   ran   sączyła   się   krew,   barwiąc   na 

szkarłatno granat munduru.

Odepchnęłam Jacobiego. Musiałam podejść do Coombsa i spojrzeć mu w 

oczy. Miałam nadzieję, że jeszcze żyje. Chciałam, żeby ten potwór patrzył 

prosto ha mnie, kiedy będzie wydawał ostatnie tchnienie.

Kilku   policjantów   otoczyło   Coombsa   ciasnym   kręgiem.   Wszystkim 

kazano się odsunąć.

Wciąż jeszcze żył, z trudem łapał oddech. Właśnie dotarł do nas zespół 

karetki, dwoje sanitariuszy wciągnęło z trudem

wózek po stopniach. Kobieta, jedna z nich, zaczęła rozcinać zakrwawioną 

bluzę Coombsa. Jej kolega w tym czasie mierzył mu ciśnienie i podłączał 

kroplówkę.

Nasze   spojrzenia   się   spotkały.   We   wzroku   Coombsa   dostrzegłam 

wściekłość,   ale   po   chwili   jego   usta   wykrzywił   ohydny   uśmieszek. 

Próbował mi coś powiedzieć.

Sanitariuszka zaczęła odsuwać ludzi, podniesionym głosem tłumaczyła, że 

tu chodzi o życie rannego.

-  Muszę usłyszeć, co on mówi - powiedziałam jej. - Proszę zostawić nas 

na chwilę.

background image

-     On   nie   może   mówić   -   odparła.   -   Proszę   dopuścić   do   niego   trochę 

powietrza, poruczniku. Umiera na naszych rękach!

-   Muszę go wysłuchać - powtórzyłam, a potem uklękłam blisko niego. 

Spod rozciętego munduru wyłoniła się mozaika paskudnych ran.

Wargi   Coombsa   zadrżały.   Cały   czas   próbował   coś   powiedzieć.   Co   to 

mogło być?

Schyliłam się jeszcze niżej, tak, że krew Coombsa brudziła mi ubranie. 

Mało mnie to obchodziło. Przyłożyłam ucho do

jego ust.

-  Ostatnia... - wyszeptał. Walczył o każdy oddech. Więc tak miało się to 

skończyć? Że Coombs zabierze swoje sekrety prosto do piekła?

Ostatnia...? Ostatni cel, ostatnia ofiara? Patrzyłam uważnie w jego oczy i 

ciągle widziałam tam nienawiść.

-  Ostatnia co, Coombs? - zapytałam.

Na jego ustach pojawiły się krwawe bĄble. Z ogromnym trudem nabrał 

powietrza, dobywając ostatnich sił, opierając się sile własnej śmierci.

-  Ostatnia niespodzianka. - Uśmiechnął się.

ROZDZIAŁ 101

Chimera   nie   żył.   Dzięki   Bogu,   że   to   już   koniec.   Nie   wiedziałam,   co 

Coombs   miał   na   myśli,   ale   najchętniej   wcisnęłabym   mu   te   słowa   z 

powrotem do gardła. Ostatnia

niespodzianka...   Cokolwiek   to   było,   Chimera   odszedł.   Nie   mógł   już 

nikogo skrzywdzić.

Miałam tylko nadzieję, że jego ostatnie słowa nie oznaczały, że zdążył 

jeszcze kogoś zabić, zanim zginął.

-     Chodźmy,   poruczniku   -   mruknął   Jacobi.   Delikatnie   pomógł   mi   się 

background image

podnieść.   .

Nagle kolana się pode mną ugięły i poczułam, że tracę kontrolę nad dolną 

częścią ciała. Zobaczyłam przestrach na twarzy Warrena.

-  Jesteś ranna!

Spojrzałam   w   dół.   Jacobi   delikatnie   oswobodził   mnie   z   kurtki   i 

zobaczyłam   po   prawej   stronie   brzucha   mokrą,   czerwoną   plamę. 

Niespodziewanie zakręciło mi się w głowie i w dodatku zrobiło mi się 

niedobrze.

-     Potrzebujemy   pomocy!  Tutaj!   -  krzyknął  do   sanitariuszy.  Z  pomocą 

Cappy'ego ostrożnie posadził mnie z powrotem na ziemi.

Patrzyłam   na   ciało   Coombsa.   Sanitariuszka,   która   przed   chwilą 

zdejmowała   z   niego   rozciętą   kurtkę   mundurową,   pospieszyła   w   moim 

kierunku. Boże, to wszystko wydawało się tak nierzeczywiste. Zdjęto ze 

mnie   marynarkę,   a   do   ramienia   przymocowano   aparat   do   mierzenia 

ciśnienia. Wszystkie te działania odbierałam tak, jakby dotyczyły kogoś 

innego. Nie odrywałam wzroku od zabójcy, tego przeklętego Chimery. Coś 

wydawało mi się tu nie tak, coś nie pasowało do układanki. Ale co?

Wysunęłam się z ramion Jacobiego.

-  Muszę coś sprawdzić... Posadził mnie z powrotem.

-  Jedyne, co musisz, to zostać tu, gdzie jesteś. Ambulans już jedzie.

Odepchnęłam go. Jakoś udało mi się wstać i podejść do Coombsa. Ciało 

zostało   już   rozebrane   z   policyjnego   munduru.   Na   piersi   widniały 

nieregularnie rozrzucone świeże rany. Jednak czegoś mi tu brakowało; coś 

było nie tak, jak być powinno. Co takiego?

-  O mój Boże, Warren - wyszeptałam. - Spójrz!

-  Na co? - Jacobi zmarszczył brwi. - Na co, do diabła, mam patrzeć?

background image

-  Warren... on nie ma tatuażu.

Doskonale   pamiętałam,   z   jaką   dumą   Claire   poinformowała   mnie   o 

odkryciu pigmentu z tatuażu mordercy pod paznokciami Estelle Chipman.

Podłożyłam ręce pod ramiona Coombsa i delikatnie przekręciłam go na 

bok. Na plecach również nie znalazłam śladu tatuażu. Ani nigdzie indziej.

Wszystko zawirowało mi w głowie. To wydawało się nieprawdopodobne - 

ale Coombs nie mógł być Chimerą.

A potem zemdlałam.

ROZDZIAŁ 102

Ocknęłam się na szpitalnym łóżku, czując wbitą w rękę igłę od kroplówki.

Nade mną stała Claire.

-     Jesteś   prawdziwą   szczęściarą   -   odezwała   się.   -   Rozmawiałam   z 

lekarzami.   Pocisk   drasnął   cię   w   brzuch   z   prawej   strony,   ale   niczego 

ważnego   nie   uszkodził.   W   zasadzie   skończyło   się   tylko   na 

powierzchownych   ranach,   najpaskudniej-szych,   jakie   kiedykolwiek 

widziałaś.

-  Podobno takie rany dobrze się komponują z niebiesko-szarym, prawda? 

- Uśmiechnęłam się słabo.

Claire przytaknęła, poprawiając jednocześnie bandaż na szyi.

-  Też tak słyszałam. W każdym razie gratulacje... Masz jak w banku kilka 

tygodni przyjemnej pracy za biurkiem.

-     Claire,   ja   właśnie   tak   pracuję   -   powiedziałam.   Rozejrzałam   się 

niepewnie po sali, a potem podciągnęłam

się do pozycji siedzącej. Bok bolał mnie, jakby ktoś przypalał go żywym 

ogniem.

-  Odwaliłaś kawał dobrej roboty, dziewczynko. - Claire uścisnęła mi rękę. 

background image

- Coombs nie żyje i teraz już spokojnie smaży się w piekle. Na zewnątrz 

czeka tłum ludzi, którzy

chcą   z   tobą   porozmawiać.   Musisz   się   przyzwyczaić   do   tego,   że   jesteś 

sławna.

Przymknęłam   oczy   i   myślałam   o   tym,   ile   błędów   popełniłam,   zanim 

trafiłam   na   właściwą   drogę.   Nagle,   pomimo   zamroczenia,   wróciło 

wspomnienie tego, co odkryłam, zanim straciłam przytomność.

Zacisnęłam kurczowo palce na ramieniu Claire.

-     Posłuchaj,   Frank   Coombs   nie   miał   tatuażu.   Spojrzała   na   mnie   ze 

zdziwieniem.

-  I co z tego?

Mówienie sprawiało mi ból, więc zniżyłam głos do szeptu.

-     Pamiętasz   pierwsze   morderstwo?   Estelle   Chipman...   Zabił   ją   ktoś   z 

tatuażem. Tak mówiłaś.

-  Mogłam się mylić.

-  Ty się nigdy nie mylisz - odpowiedziałam z błyskiem w oku.

Usiadła z powrotem na krześle i zmarszczyła brwi.

-     W   poniedziałek   rano   robię   sekcję   Franka.   Może   się   okazać,   że 

gdzieniegdzie miał zwiększoną ilość pigmentu albo przebarwienia.

Zdobyłam się na uśmiech.

-  Sekcja...? Mogę powiedzieć ci i bez sekcji, że został zastrzelony.

-   Wielkie dzięki - odpowiedziała z szerokim uśmiechem. -Ktoś jednak 

musi wyjąć z niego te pociski, opisać je, dopasować do broni. Nie obejdzie 

się bez dochodzenia.

-  Taak.

Gwałtownie   wypuściłam   z   płuc   powietrze   i   opadłam   z   powrotem   na 

background image

poduszki.   Całe   wydarzenie,   od   chwili   gdy   zobaczyłam   policjanta 

wchodzącego na schody, poprzez olśnienie, że to Coombs, aż do błysku 

wystrzałów z jego rewolweru powróciło do mnie w postaci urywanych 

fragmentów.

Claire wstała i poprawiła spódnicę.

-     Powinnaś  teraz  trochę  odpocząć. Lekarze  mówią,  że może  jutro  cię 

wypuszczą. Wpadnę rano.

Pochyliła się, ucałowała mnie w policzek, a potem podeszła do drzwi.

-  Zaczekaj, Claire...

Odwróciła się do mnie. Chciałam jej powiedzieć, jak bardzo ją kocham i 

jak   wspaniale   jest   mieć   taką   przyjaciółkę,   jednak   zamiast   tego 

uśmiechnęłam się i poprosiłam:

-  Poszukaj tatuażu.

ROZDZIAŁ 103

Przez resztę dnia starałam się odpoczywać. Niestety, w moim pokoju stale 

kłębił   się   tłum   ludzi.   Wysocy   rangą   urzędnicy   i   przedstawiciele   prasy 

składali mi wyrazy uznania i sympatii, poza tym każdy chciał znaleźć się 

na fotografii obok rannej bohaterskiej policjantki.

Burmistrz zjawił się w towarzystwie swojego rzecznika prasowego i szefa 

policji Anthony'ego Tracchio. Właśnie skończyli zorganizowaną ad hoc w 

szpitalu konferencję prasową. Wysławiali mnie pod niebiosa, podkreślali 

wspaniałą robotę wykonaną przez wydział zabójstw, tę samą jednostkę, 

którą całkiem niedawno prawie wyłączyli ze śledztwa.

Kiedy zamieszanie nieco opadło, zjawiły się Jill i Cindy. Jill przyniosła 

jedną różę w szklanym wazoniku i postawiła ją na stoliku obok mojego 

łóżka.

background image

-  Nie będziesz tu na tyle długo, żeby przynosić ci więcej -uśmiechnęła się 

szeroko.

Ciridy  wręczyła mi  opakowaną kasetę wideo. Rozdarłam papier. Xena, 

wojownicza księżniczka.

-     Słyszałam,   że   ona   też   wyprawiała   niezłe   sztuki   -   mrugnęła 

porozumiewawczo.

Podciągnęłam się do pozycji siedzącej i objęłam każdą z nich po kolei.

-  Tylko mnie nie ściskajcie! - ostrzegłam z uśmiechem.

-  Dostajesz jakieś lekarstwa? - zapytała Jill.

-     Tak.   Percocets.   Powinnyście   go   spróbować   przy   najbliższej   okazji. 

Naprawdę warto.

Przez chwilę siedziałyśmy bez słowa.

-  Lindsay, odwaliłaś kawał dobrej roboty - odezwała się

w końcu Cindy. - Może jesteś szalona, ale teraz nikt nie zaprzeczy, że 

jesteś też gliniarzem z prawdziwego zdarzenia.

-  Dzięki.

-   Tylko nie wyobrażaj sobie, że przez tych kilka zadrapań zrezygnuję z 

mojego   źródła   informacji   z   pierwszej   ręki.   Oczywiście,   dam   ci   trochę 

czasu, żebyś mogła dojść do siebie. Do szóstej wystarczy?

-  W porządku - zachichotałam. - Tylko przynieś mi sałatkę z kurczaka z U 

Susie.

-  Lekarz powiedział, że możemy wejść do ciebie najwyżej na minutkę - 

powiedziała Jill. - Zadzwonimy później.

Obydwie uśmiechnęły się do mnie i ruszyły w stronę drzwi.

-  Panie wiedzą, gdzie można mnie znaleźć. Około piątej wetknęli głowy 

Cappy z Jacobim.

background image

-     Zastanawialiśmy   się,   gdzie   jesteś   -   wymamrotał   Jacobi   z   udawaną 

obojętnością. - Nie zjawiłaś się na popołudniowej odprawie.

Uśmiechnęłam się do nich Szeroko i nieco sztywna wygramoliłam się z 

łóżka.

-   Jesteście, chłopcy, prawdziwymi bohaterami. Wszystko, co musiałam 

zrobić, to dać nura, żeby schować swój tyłek przed gradem pocisków.

Cappy wzruszył ramionami.

-  Gówno prawda. Chcieliśmy ci powiedzieć, że ciągle cię kochamy, i nie 

ma to żadnego związku z tym, że burmistrz podał cię do odznaczenia.

Uśmiechnęłam   się   i   z   trudem   naciągając   na   siebie   zielony   szpitalny 

szlafrok, opuściłam się powoli na krzesło.

-  Czy możecie mi dokładnie powiedzieć, co się stało?

-     Chimera   szedł   prosto   na   ciebie.   Zaczął   strzelać,   więc   go   zdjęliśmy. 

Koniec historii.

Próbowałam sobie uzmysłowić, co się po kolei wydarzyło.

-  Kto strzelał?

-   Ja cztery razy - powiedział Jacobi. - Tom Perez z wydziału napadów 

dwa. Był koło mnie,

Spojrzałam na Cappy'ego.

-  Dwa - dorzucił. - Ale strzały padały ze wszystkich stron. LAB właśnie 

zbiera zeznania świadków.

-   Dziękuję. - Uśmiechnęłam się z wdzięcznością, ale zaraz zmieniłam 

wyraz   twarzy.   Spojrzałam   na   nich   twardym   wzrokiem:   -   Jak   wam   się 

wydaje,   czy   facet,   który   z   ponad   stu   metrów   śmiertelnie   ranił   Tashę 

Catchings i Davidsona, mógł mnie zaledwie drasnąć, kiedy miał mnie na 

wyciągnięcie ręki?

background image

Jacobi spojrzał na mnie niepewnie.

-  Co przez to rozumiesz, Lindsay? Westchnęłam.

-   Przez cały czas szukaliśmy gościa z tatuażem, prawda? Tego samego, 

który zamordował Estelle Chipman. Wspólny mianownik dochodzenia.

Bez słowa skinęli głowami.

-  Coombs nie miał nawet śladu tatuażu.

Cappy zerknął na Jacobiego, a zaraz potem na mnie.

-   Co usiłujesz nam powiedzieć?  Że Coombs nie był facetem, którego 

szukaliśmy?  Udało nam się powiązać go ze wszystkimi morderstwami, 

znaleźliśmy  te wycinki z gazet w jego pokoju, dwa razy  próbował cię 

załatwić. A ty uważasz, że to nie on?!

Nie   byłam   w   stanie   jasno   myśleć.   Złożyły   się   na   to   wydarzenia 

dzisiejszego   dnia,   lekarstwa.   Wszystkie   moje   obawy   były   niczym   w 

porównaniu z dowodami jednoznacznie wskazującymi na niego.

-     Wiem,   o   co   wam   chodzi,   ale   powiedzcie,   czy   Claire   Washburn 

kiedykolwiek się pomyliła?

-  Nie. - Jacobi pokręcił głową. - Ale ty także nie myliłaś się zbyt często. 

Jezu, nie wierzę, że to powiedziałem.

Życzyli mi dobrej nocy. Jacobi, idąc do drzwi, odwrócił się do mnie.

-  Moja intuicja mi podpowiada, że kiedy odstawisz te lekarstwa i będziesz 

mogła na spokojnie wszystko przemyśleć, zobaczysz, ile osiągnęłaś.

-   Ile wszyscy osiągnęliśmy - uśmiechnęłam się do niego. Tej nocy nie 

mogłam zasnąć. Leżałam na plecach, czując

pulsowanie krwi w boku i jednocześnie niewyraźne ciepło kilku tabletek 

percocetsu.   Rozejrzałam   się   po   ciemnym,   obcym   pokoju   i   zaczęłam 

rozmyślać o tym, ile miałam szczęścia, że ciągle jeszcze żyję.

background image

Jacobi miał rację; to był niewątpliwy sukces. Coombs z pewnością był 

mordercą. Wszystkie fakty pasowały do siebie. A w końcu próbował zabić 

także mnie.

Zamknęłam   oczy   i   próbowałam   odpłynąć,   ale   gdzieś   w   mojej   głowie 

dźwięczał cichutki głosik. Tylko jeden, przedzierający się przez wszystko, 

co było pewne i takie prawdopodobne.

Chciałam zmusić się do snu, ale głosik brzmiał coraz głośniej i głośniej.

Jak to się stało, że chybił?

ROZDZIAŁ 104

Wyszłam ze szpitala następnego dnia rano.

Jill przyjechała, żeby mnie zabrać. Zatrzymała bmw przy krawężniku obok 

wyjścia   z   San   Francisco   General,   a   mnie   podwieziono   na   szpitalnym 

wózku. Dziennikarze też tam byli. Pomachałam ręką wszystkim nowym 

znajomym,   ale   odmówiłam   udzielania   wywiadów.   Zatrzymałyśmy   się 

dopiero   przy   moim   domu.   Uścisnęłam   Marthę,   wzięłam   prysznic   i 

zmieniłam ubranie.

O zwykłej porze w poniedziałek rano weszłam nieco sztywnym krokiem 

do   pokoju   numer   350   w   Pałacu   Sprawiedliwości,   jakby   to   był   zwykły 

dzień pracy. Powitały mnie oklaski.

-  Ostatni ruch należy do pani, poruczniku - powiedział Jacobi, wręczając 

mi gąbkę.

-     Doskonale.   -   Pomachałam   im   ręką.   -   Ale   lepiej   poczekajmy   na 

dochodzenie.

-  Dochodzenie? A czego ono ma dowieść? - zapytał. -Proszę wykonać tę 

honorową powinność.

-  Czekaliśmy z tym na panią, poruczniku - powiedział Cappy. Jego jasne 

background image

oczy były przepełnione dumą.

- Proszę to zrobić, poruczniku.

Chyba po raz pierwszy od czasu, kiedy Mercer mnie awansował, poczułam 

się jak szef wydziału zabójstw, a wszystkie wątpliwości i pytania o moją 

zawodową przydatność, które towarzyszyły mi przez cały okres kariery w 

policji, wydawały się teraz nieistotnymi wspomieniami z dawnych czasów.

Podeszłam   do   tablicy,   na   której   widniała   lista   prowadzonych   spraw,   i 

wymazałam gąbką nazwisko Tashy Catchings oraz Arta Davidsona.

Przepełniała   mnie   spokojna   i   jednocześnie   ogromna   radość.   Czułam 

olbrzymią ulgę i satysfakcję.

Nie   można   przywrócić   życia   zmarłym.   Nie   można   nawet   znaleźć 

sensownej   odpowiedzi   na   pytanie,   dlaczego   takie   rzeczy   się   zdarzają. 

Można tylko dać żyjącym nadzieję, że dusze ich bliskich zaznają spokoju.

Detektywi otoczyli mnie kręgiem i patrzyli, jak ścieram z tablicy nazwisko 

Earla Mercera.

ROZDZIAŁ 105

Przez następnych kilka godzin odpowiadałam na telefony oraz siedziałam 

przy biurku i rozmyślałam o moim zeznaniu. Rozpoczęły się przesłuchania 

w   sprawie   zastrzelenia   Coomb-sa.   Była   to   zwyczajna   procedura, 

wszczynana w każdym wypadku użycia broni przez policjanta.

Całe zdarzenie pamiętałam jak przez mgłę. Lekarze pocieszali mnie, że to 

może chwilowe. Rezultat przeżytego szoku.

W  mojej   pamięci   pojawiały   się   jakieś   urywane   obrazy.  Widziałam   ten 

staromodny   mundur   i   płonące   oczy   Coombsa.   Potem   jego   wyciągniętą 

rękę i pomarańczowy błysk z lufy. Byłam pewna, że ktoś wykrzyknął moje 

nazwisko,   przypuszczalnie   Cappy   lub   Jacobi,   a   następnie   ktoś   inny 

background image

zawołał: Pistolet...

I mój własny glock, podnoszony wolnym ruchem, kiedy wiedziałam już na 

pewno, że spóźnię się o sekundę, bo dostrzegłam błysk z jego pistoletu. A 

potem kanonada - ze

wszystkich stron pop, pop, pop, pop, pop... W końcu udało mi się przestać 

o tym myśleć i powrócić do pracy.

Mniej więcej godzinę później, kiedy właśnie przeglądałam akta jednej z 

innych nierozwiązanych spraw, w drzwiach pojawiła się Claire.

-  Cześć!

-  Cześć! Miło cię znów zobaczyć, Lindsay.

Dobrze znałam Claire... Z jej wyglądu poznawałam, kiedy zdołała znaleźć 

coś,   czego   się   spodziewała,   i   odsunąć   na   bok   wszelkie   wątpliwości.   I 

znałam wyraz jej twarzy także wówczas, gdy nie była pewna swego.

Tym razem zdecydowanie coś poszło nie po jej myśli.

-  Nie znalazłaś żadnego tatuażu, zgadza się? - powiedziałam.

Potrząsnęła głową. Nie mogłaby mieć bardziej nieszczęśliwej miny, gdyby 

odkryła coś kompromitującego Edmunda lub któregoś z jej synów.

Wprowadziłam ją do środka i zamknęłam starannie drzwi.

-   W porządku, więc co takiego znalazłaś? Z poważną miną wzruszyła 

ramionami.

-  Chyba już wiem, dlaczego Coombs chybił.

ROZDZIAŁ 106

Claire usiadła i zaczęła mi tłumaczyć.

-  Robiłam zwyczajne badanie histopatologiczne, w substancji czarnej...

-  Mów w ludzkim języku, Claire - wtrąciłam. - S'il vous plait? Por favor?

Uśmiechnęła się.

background image

-     Wzięłam   pod   mikroskop   próbki   ze   śródmózgowia.   Coombs   został 

trafiony dziewięć razy. Osiem razy z przodu, raz z tyłu. Ten właśnie pocisk 

ugodził go w część szyjną kręgosłupa. Tylko z tego powodu zajęłam się 

nim na początku. Szukałam najbardziej oczywistej przyczyny śmierci.

-  I co znalazłaś?

Jej spojrzenie przewiercało mnie na wylot. -

-  Łatwy do zauważenia brak neuronów... żywych komórek nerwowych.

Z wrażenia aż się wyprostowałam. Serce skoczyło mi do gardła.

-  Co to oznacza, Claire?

-     To   oznacza...   Coombs   miał   parkinsona,   Lindsay.   I   to   nie   w 

początkowym stadium.

Parkinson... Natychmiast pomyślałam: To dlatego chybił... Dlatego miałam 

tak dużo szczęścia.

A potem ujrzałam, jak pustka w oczach Claire zmienia się w popłoch. 

Wiedziałam, że to nie będzie dla nas łatwe.

-  Lindsay, ktoś z tak zaawansowaną chorobą Parkinsona nigdy nie byłby 

w stanie oddać tak perfekcyjnych strzałów!

Moje   myśli   powędrowały   do   wydarzeń   przed   kościołem   La   Salle 

Heights...   Tasha   Catchings,   trafiona   w   niewiarygodny   sposób...   Art 

Davidson i jeden jedyny pocisk w jego głowie... Pocisk, wystrzelony z 

dachu przyległego budynku, z odległości przynajmniej stu metrów.

Spojrzałam Claire prosto w oczy.

-  Jesteś tego pewna? Powoli skinęła głową.

-  Oczywiście, nie jestem neurologiem... - A potem dodała z niezachwianą 

pewnością:   -   Tak,   jestem   pewna.   Całkowicie   pewna.   Stopień 

zaawansowania choroby nie pozwalał na niezbędną koordynację między 

background image

mózgiem a ręką, żeby oddać tak celne strzały. Jego stan był zbyt ciężki.    ,

Poczułam   w   żołądku   chłód,   prawie   przyprawiający   mnie   o   mdłości. 

Szybko przejrzałam w myślach wszystko, co wiedzieliśmy o mordercy. 

Byliśmy pewni, że morderca nosi tatuaż - a Coombs nie miał tatuażu. Na 

schodach przed Pałacem Coombs zaledwie mnie drasnął, choć miał mnie 

jak na widelcu. A teraz jeszcze to, parkinson... Kimkolwiek był Chimera, z 

całą   pewnością   dowiódł   swoich   strzeleckich   umiejętności.   To   nie 

podlegało dyskusji.

Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę, a potem powiedziałam głośno to, o 

czym do tej pory bałam się nawet myśleć:

-  Jezu, Claire, Coombs nie jest naszym mordercą!

-  Racja - odpowiedziała. - Więc kto nim jest, poruczniku?

ROZDZIAŁ 107

Siedziałyśmy   przez   dłuższy   czas   w   milczeniu.   Niewiarygodna   prawda 

docierała do nas stopniowo i jednocześnie zaczęła ogarniać nas panika.

Wszystkie gazety, telewizja i każdy pozostający przy zdrowych zmysłach 

obywatel   świętował   śmierć   Chimery.   Zaledwie   kilka   godzin   wcześniej 

wymazałam dochodzenie w jego sprawie z tablicy bieżących spraw.

-     Coombs   usiłował   coś   mi   powiedzieć   -   odezwałam   się   do   Claire, 

przywołując w pamięci jego ostatnie chwile. - „Ostatnia..", wyszeptał, a 

kiedy   spytałam:   Ostatnia   co?,   miałam   wrażenie,   że   się   uśmiechnął. 

„Ostatnia niespodzianka". On wiedział, że prawdziwy Chimera był daleko 

stamtąd, Claire. I wiedział, że do tego dojdziemy. Sukinsyn śmiał mi się w 

żywe oczy, wydając ostatnie tchnienie. To musi być ktoś z jego grupy. 

Jakiś inny szaleniec.

Claire zacisnęła usta.

background image

-  Lindsay, gdyby tylko udało mi się dojść do jakiegoś innego wniosku...

Nie miałam na razie pojęcia, co począć z tymi informacjami. Wszystkie 

elementy układanki tak do siebie pasowały... Bay View... Chimera. Zbiór 

wycinków z prasy w pokoju Coombsa. I to, że próbował mnie zabić. Nie 

mogłam wprost uwierzyć, że gdzieś popełniłam błąd. Wciąż powracało do 

mnie pytanie: Jeśli nie Coombs, to kto?

Ostatnie,   na   co   miałam   ochotę,   to   pójść   na   górę   i   popsuć   świąteczny 

nastrój różnych ważnych urzędników. Jednak w tym samym momencie, 

kiedy obie z Claire gapiłyśmy się na siebie z niedowierzaniem, prawdziwy 

morderca pozostawał na wolności i może przygotowywał następny cios. 

Boże, to wszystko przecież nie trzymało się kupy.

-     Chodź   ze   mną   -   powiedziałam,   czując   ostry   ból   w   boku.   Wolnym 

krokiem skierowałam się do biura Charliego Clap-persa.

-    A  oto   nasza   bohaterka   -   powitał   mnie   z   uśmiechem   okrąglutki   szef 

laboratorium.   -   Trochę   ci   się   figura   popsuła   nad   talią,   ale   w   innych 

miejscach wszystko wygląda okay.

-   Charlie - powiedziałam - ile czasu zajmie ci sprawdzenie zgodności 

pocisku z pistoletem?

-  Pistoletem...? - Zmarszczył brwi.

-  Z pistoletem Coombsa. Ile czasu potrzebujesz, żeby sprawdzić, czy to z 

niego pochodził pocisk, który zabił Mer-cera?

-  Troszkę się z tym spóźniłaś, słoneczko, jeśli teraz chcesz zawęzić krąg 

podejrzanych. Właśnie zacząłem kroić tego kolesia na stole u Claire.

-  Kiedy, Charlie? - powtórzyłam. - Na kiedy możesz mieć wynik?

Wzruszył ramionami.

-   Może na środę. Musimy obejrzeć dokładnie wnętrze pistoletu, zrobić 

background image

odczyt z...

-  Na jutro, Charlie - powiedziałam. - Muszę to mieć na jutro.

-  Lindsay... - powiedział niepewnie. - O co, do diabła, chodzi?

Połknęłam odrobinę kwasu żołądkowego, która piekła mnie nieprzyjemnie 

w przełyku, i zwróciłam się do Claire:

-     Musimy   teraz   zanieść   te   wieści   na   górę.   Złapałyśmy   windę   i 

pojechałyśmy na piąte piętro. Byłam

tak   wstrząśnięta,   że   ledwie   czułam   ból   przeszywający   bok.   Bez   słowa 

wtargnęłyśmy do biura szefa. Właśnie pisał coś przy biurku.

-  Co ty tutaj robisz? - wykrzyknął na mój widok. - Powinnaś być w domu. 

Na miły Bóg, poruczniku! Jeśli ktoś naprawdę zasłużył na odpoczynek...

Przerwałam mu w pół zdania i opowiedziałam o tym, co odkryła Claire. 

Tracchio zrobił taką minę, jakby przełknął garść nieświeżych ostryg.

-     Nie   przyjmuję   tego   do   wiadomości,   poruczniku   -oświadczył.   - 

Rozwiązała pani tę sprawę i ona jest już zamknięta.

-   Może pan tego nie przyjmuje do wiadomości, ale ja w całej swojej 

zawodowej   karierze   nigdy   niczego   nie   byłam   bardziej   pewna!   - 

wybuchnęła   Claire.   -   Uważam   za   zupełnie   nieprawdopodobne,   by   to 

Coombs oddał tamte strzały.

-    Ale   to   tylko   spekulacje   -   sprzeciwił   się  Tracchio.   +-   Powiązania   z 

zabójstwem   Sikesa...   Udział   Coombsa   w   organizacji   Chimery...   jego 

kwalifikacje w obchodzeniu się z bronią... To wszystko są fakty. Zebrane 

przez panią, poruczniku.

Pokiwał na mnie palcem i wyliczył punkt po punkcie szczegóły dokonanej 

przeze mnie analizy.

-  Prawdopodobnie nikt inny nie pasowałby tak do tego wzoru. Nie będę 

background image

się z panią sprzeczał, doktor Washburn, ale wyeliminowanie Coombsa...

-     Możemy   sprawdzić   jego   DNA   i   porównać   z   próbkami   skóry 

znalezionymi   pod   paznokciami   Estelle   Chipman   -   odpowiedziała 

natychmiast  Claire.  -1  zamierzam  to  zrobić.  Stawiam swoją  zawodową 

reputację przeciwko pańskiej, że nie będą się zgadzały.

-     A   my   w   tym   samym   czasie   ponownie   otworzymy   śledztwo   - 

powiedziałam.

-  Jak to „otworzymy śledztwo"? - Tracchio z trudem ła-^ pał oddech. - Nie 

mam najmniejszego zamiaru wydawać takiego rozkazu!

Nie zamierzałam ustąpić.

-   Chimera jest ciągle na wolności. Może właśnie teraz planuje następny 

atak. Podejrzewam, że właśnie tak jest.

-     Zaledwie   wczoraj   byłyście   na   sto   procent   pewne,   że   Coombs   to 

Chimera! - wykrzyknął Tracchio.

-     To   było   wczoraj   -   odrzekłam   spokojnie.   -   Powiedziałyśmy   panu, 

dlaczego   zmieniłyśmy   zdanie.   Teraz   jestem   niemal   w   stu   procentach 

pewna, że Coombs nie był Chimerą.

-   To, o czym mi mówicie, to tylko czysto teoretyczne przypuszczenia. 

Chcę mieć solidny dowód. Na przykład wynik badania DNA.

-  To może nam zabrać parę dni - powiedziała Claire. -Nawet tydzień...

-  No to zróbcie porównania balistyczne - zarządził Tracchio. - Gwarantuję 

wam, Clapper wykaże, że to ten sam pistolet.

-  Już mu wydałam polecenie. Ale tymczasem...

-   Nie ma żadnego „tymczasem", poruczniku. Jeśli mam wyrazić swoje 

zdanie, to robi pani nam ze służby piekło. Najpierw ryzykuje pani własne 

życie, a teraz powinna być pani w domu na zwolnieniu lekarskim, a nie 

background image

próbować wszczynać od nowa śledztwo.

Spojrzałyśmy na siebie z Claire.

Tracchio podniósł z biurka kilka papierów, by zakomunikować nam w ten 

charakterystyczny dla ludzi władzy sposób, że audiencja skończona. Niech 

go diabli. W połowie powrotnej drogi do biura przystanęłam i popatrzyłam 

na Claire.

-     Wkrótce   będziemy   mieć   na   karku   całe   miasto.   Lepiej,   żebyś   była 

cholernie pewna swego.

-  Oczywiście, że jestem pewna - odpowiedziała. - Co masz zamiar zrobić?

-  Poczekam na wyniki badania balistycznego, Claire. Módl się, żeby nic 

się w tym czasie nie wydarzyło. Idę powiedzieć wszystkim, że powracamy 

do śledztwa.

ROZDZIAŁ 108

- Cindy Thomas, to naprawdę ty?

Aaron   Winslow   nie   mógł   uwierzyć   własnym   oczom.   Kiedy   Cindy 

otworzyła   mu   drzwi   apartamentu,   miała   na   sobie   obcisły,   dopasowany 

kostium, pantofle na wysokich obcasach z odkrytymi piętami i paseczkiem 

wokół kostki oraz naszyjnik z pojedynczym diamentem. Za jej plecami 

widział salon -zapalone świece, porcelana, srebrne nakrycia i kryształowe 

kieliszki.

Cindy   zrobiła   krok   naprzód   i   przywitała   go   pocałunkiem,   a   następnie 

trochę się odsunęła. Boże, wyglądała olśniewają-

co. Dziś wieczorem naprawdę promieniała niezwykłym . skiem.

-  W porządku, muszę się do czegoś przyznać - powiedziała. - Ten kostium 

Armaniego należy do mojej przyjaciółki Jill, tej prawniczki. Tak samo jak 

buty Ferragamo. Jeśli wyleję coś na tego Armaniego albo zadrapię buty, 

background image

ona więcej się do mnie nie odezwie.

Uśmiechnęła się i wzięła Aarona za rękę.

-  Wejdź, proszę. Nie obawiaj się, nawet jeśli ja się boję. Dziś wieczorem 

będziemy   świętować   koniec   straszliwej   wojny   i   upadek   okropnego 

człowieka.

Aaron zaczął się śmiać.

-   Jak na taką uroczystość, wyglądasz naprawdę prześlicznie. Cindy nie 

przestawała go czarować.

-    Tak,   w  dodatku   przygotowałam  kurczaka   faszerowanego   migdałami, 

sałatkę rzymską, makaron ryżowy z groszkiem i miętą. Niestety, tak się 

składa, że ten kurczak jest jedną z zaledwie trzech potraw, jakie umiem 

przyrządzić.

-  Twoja szczerość jest rozbrajająca - powiedział Aaron. -A do kogo należą 

zastawa i kryształy?

Cindy   roześmiała   się   głośno   i   zaprosiła   go   do   salonu.   Boże,   czuła   się 

troszeczkę jak Bridget Jones.

-  Możesz mi wierzyć albo nie, ale talerze i kieliszki są moje. Dostałam je 

od   mamy   jako   przedślubny   prezent",   kiedy   miałam   osiemnaście   lat. 

Pomyślałam sobie, że Wedgwood i Waterford doskonale będą pasować do 

naszej małej uroczystości. Jedzenie jest już gotowe, więc chodźmy.

-  Mogę ci pomóc w serwowaniu dań? - zapytał Aaron.

-  To byłoby super. Jak wszystko dzisiejszego wieczoru.

Rzeczywiście,   wszystko   było   wspaniałe   i   kilka   minut   później   siedzieli 

przy   stole   nad   talerzami   ze   smakowicie   wyglądającym   pieczonym 

kurczakiem.

Cindy zastukała w swój kieliszek.

background image

-  Chciałabym wznieść toast - powiedziała.

Właśnie wtedy Aaron zobaczył jakieś odbicie w lustrze na bocznej ścianie 

za Cindy. Serce mu zamarło. Znowu. Nie! Nie tutaj!

-  Cindy, nieee! - wrzasnął.

Rzucił się z krzesła i dał nurka głową pod stół. Miał rozpaczliwą nadzieję, 

że zdąży.

Złapał Cindy i razem z większością zastawy i kieliszków ściągnął ją w dół. 

Wszystko razem uderzyło o podłogę z łomotem w chwili, kiedy pierwszy 

pocisk   strzaskał   okno   w   salonie.   Zaraz   po   nim   rozległo   się   kilka 

następnych strzałów. Ciągły ogień. Chimera był tutaj. Przyszedł po nich.

Cindy   zachowała   wystarczającą   przytomność   umysłu,   żeby   złapać   za 

sznur   od   telefonu   i   przyciągnąć   aparat,   który   stał   w   przedpokoju. 

Nacisnęła numer cztery w systemie szybkiego wybierania, potem przycisk 

głośnomówiący i w końcu usłyszała głos Lindsay.

-  On jest tu, w moim mieszkaniu! Chce zabić mnie i Aarona! - wrzasnęła z 

całych sił do telefonu. - Chimera jest tutaj i strzela do nas!

ROZDZIAŁ 109

To było całkowicie nieprawdopodobne, a jednak się stało.

Wezwałam   wszystkie   najbliższe   jednostki   i   popędziłam   do   mieszkania 

Cindy. Dotarłam tam tak szybko, jak tylko było to możliwe, a może nawet 

odrobinę   szybciej.   Ujrzałam   Cindy   i  Aarona   stojących   na   frontowym 

ganku. Dookoła domu parkowało pół tuzina policyjnych wozów. Ale to 

wcale nie oznaczało, że ci dwoje są już bezpieczni.

Biegnąc do nich, miałam zaciśnięte pięści. Gdy objęłam Cindy, poczułam, 

że   cała   drży.   Nigdy   nie   widziałam   jej   takiej   bezbronnej,   przerażonej   i 

zagubionej.

background image

-   Dzięki Bogu, że patrol dotarł tu w kilka minut. To go spłoszyło, albo 

może zrezygnował już wcześniej.

-  Czy nic się panu nie stało? - zwróciłam się do Aarona. Oboje z Cindy 

byli poplamieni jedzeniem od stóp do głów. Wyglądali, jakby przed chwilą 

stoczyli bitwę, używając zawartości talerzy jako pocisków. Co się tutaj 

wydarzyło, do diabła?

-  Aaron mnie uratował - wyszeptała Cindy.

Winslow pokręcił przecząco głową i wziął ją za rękę. Zauważyłam między 

nimi czułość, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie.

-  On najwyraźniej stracił głowę - wymruczałam bardziej do siebie niż do 

któregokolwiek   z   nich.   Chimera,   ktokolwiek   nim   był,   dał   się   ponieść 

wściekłości. Najwidoczniej chciał zranić mnie lub kogoś mi bliskiego. A 

może dla niego obrazą była myśl o związku Aarona z Cindy. To też mogło 

być jedną z przyczyn. Tym razem nie zaplanował dokładnie ataku; działał 

nieprzemyślanie, pod wpływem impulsu, ale niezależnie od wszystkiego 

nadal stanowił olbrzymie zagrożenie.

On   był   gdzieś   tam,   na   zewnątrz.   Może   nawet   w   tej   chwili   nas 

obserwował...

-  Lepiej chodźmy do środka - powiedziałam.

-  Dlaczego, Lindsay? - zaoponowała Cindy. - Właśnie tam do nas strzelał. 

Kim, do diabła, jest ten facet? Czego on chce?

-   Nie wiem, kochanie. Wejdźmy do domu. Inspektorzy sprawdzali już 

miejsca, skąd padły strzały.

Specjalna jednostka ustalała kaliber broni. Ale ja wiedziałam. Wiedziałam, 

że to był on. Chimera.

Ciągle tu jestem, zdawał się nam mówić. Mnie mówić.

background image

Podjechał   niebieski   ford   Warrena   Jacobiego.   Patrzyłam,'   jak   on   sam 

wyskakuje z auta i biegnie w moim kierunku.

-  Czy nic im się nie stało?

-  Nic. Są w środku. Jezu, Warren, to ma coś wspólnego ze mną. Wiem na 

pewno.

Na chwilę oparłam głowę na jego ramieniu. Czułam, jak w moich oczach 

wzbierają piekące łzy. Popłynęły ciurkiem po policzkach.

-  Chcę zabić tego faceta - wyszeptałam. Objął mnie mocno. Dobry stary 

Warren.

Znowu znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Nie miałam pojęcia, kto mógł 

być Chimerą. Nawet nie wiedziałam, skąd zacząć poszukiwania.

Służbowy czarny lincoln torował sobie drogę między poli-

cyjnymi   barykadami   i   z   piskiem   opon   zatrzymał   się   przy   krawężniku. 

Drzwi się otworzyły i ujrzałam szefa Tracchio. Wysiadł z auta i z ponurą 

miną   obejrzał   miejsce   zdarzenia.   Napotkawszy   mój   wzrok,   nerwowo 

przełknął ślinę. Migające światła policyjnych kogutów odbijały się w jego 

ciemnych okularach.

Spoglądałam na niego z wyrzutem. Czy taki dowód wystarczy?

ROZDZIAŁ 110

Następnego dnia pół wydziału zabójstw siedziało nam na głowie w sali 

konferencyjnej,   przeglądając   każdy   fragment   materiału   dowodowego   i 

zastanawiając   się   nad   każdą   sugestią.   Kiedy   spotkanie   dobiegło   końca, 

wzięłam na bok Jacobiego.

-     Jeszcze   jedna   rzecz,   Warren.   Chcę,   żebyś   coś   dla   mnie   sprawdził. 

Upewnij   się,   czy   Tom   Keating   naprawdę   porusza   się   na   wózku 

inwalidzkim.

background image

O pierwszej zrobiłam sobie przerwę. Musiałam wyjść z tej klatki, żeby nad 

czymś się zastanowić. Najwyraźniej coś ham umknęło.

Chciałam porozmawiać z dziewczętami, więc zadzwoni-łaią do każdej z 

nich   i   umówiłam   nas   na   krótki   lunch   w   Rialto,   naprzeciwko   Pałacu 

Sprawiedliwości. Nawet Cindy miała się tam zjawić. Stanowczym tonem 

oświadczyła, że przyjdzie.

Kiedy   weszła   do   Rialto,   każda   z   nas   mocno   ją   uścisnęła,   a   potem   się 

popłakałyśmy. Nie mogłyśmy uwierzyć, że Chimera strzelał do Cindy i 

Aarona - ale tak, niestety, było.

-     To   jakieś   szaleństwo   -   odezwałam   się,   kiedy   siedziałyśmy   ciasno 

dookoła   stołu,   pogryzając   pizzę   z   sałatką.   -Wszystko   się   zgadzało. 

Przeszłość   Coombsa,   jego   działalność   w   Chimerze,   ta   historia   w   Bay 

View. Wszystko wskazywało na niego. Nie mogliśmy się mylić.

-  Przede wszystkim musisz się odprężyć - ostrzegła mnie Claire. - To, co 

się   stało,   jest   po   prostu   okropne,   ale   nie   powinniśmy   dać   się   ponieść 

emocjom.

-   Wiem o tym. - Odetchnęłam głęboko. - Prawdopodobnie tego właśnie 

chciałby morderca. Jezu!

Jill poruszyła się na krześle.

-  Posłuchajcie, Coombs tak czy inaczej musi być centralnym punktem tej 

sprawy. Zbyt wiele na to wskazuje. Mógł osobiście nie naciskać na spust, 

ale może robił to za niego ktoś inny? Co myślicie na temat tych gnojków, z 

którymi spotkał się w południowym San Francisco?

-     Dwóch   z   nich   ciągle   szukamy   -   odpowiedziałam   -ale   mój   instynkt 

podpowiada mi, że to żaden z nich. Do diabła, niczego już nie wiem na 

pewno. Wszyscy w wydziale zabójstw kompletnie się pogubili. Coombs 

background image

był jednym szaleńcem. Kto, do cholery, może być tym drugim?

-     Czy   sprawdziliście   dokładnie   wszystko,   co   było   w   jego   pokoju?   - 

zapytała Cindy. Do tej pory siedziała bez słowa, co było do niej zupełnie 

niepodobne.

-  Sprawdziliśmy. Dwa razy - odpowiedziałam.

Po   raz   chyba   dziesiąty   powędrowałam   w   myślach   do   małego, 

nieporządnego   pokoiku   w   hotelu   -   walizka   pełna   więziennych   rzeczy 

Coombsa, wycinki z prasy ukryte pod materacem, numery telefonów na 

biurku, listy...

Nagle coś mnie uderzyło.

Cindy zapytała, czy nigdy nie rozważałam możliwości, że ktoś próbował 

Coombsa po prostu wrobić. Nie odpowiedziałam. Myślami byłam gdzie 

indziej... w obskurnym hotelowym pokoju. Rząd pustych puszek po piwie 

i niedopałki papierosów na blacie nad łóżkiem. Jeszcze coś tam było. Do 

tej   pory  jakoś  się  nad tym  nie zastanawiałam.  Przymknęłam powieki  i 

usiłowałam ponownie zobaczyć to miejsce. Wreszcie trafiłam na to, czego 

szukałam - i co mogłam wtedy pominąć.

-   Lindsay? - Claire patrzyła na mnie podejrzliwie. - Czy  wszystko w 

porządku?

-  Lindsay, wracaj na ziemię! - zawołała Jill. Cindy położyła rękę na moim 

nadgarstku.

-  Lindsay, co się stało?

Złapałam torbę i poderwałam się z miejsca.

-  Musimy wracać do Pałacu. Wydaje mi się, że na coś wpadłam.

ROZDZIAŁ 111

Zarekwirowane   .przez   policję   przedmioty   są   trzymane   pod   kluczem   w 

background image

specjalnym magazynie w piwnicach Pałacu Sprawiedliwości. Fred Karl, 

który akurat tego dnia pełnił dyżur, nieco się zdenerwował na widok naszej 

czwórki.

-    To nie  jest  miejsce na towarzyskie spotkania - mruczał  pod nosem, 

podsuwając mi  do podpisu wymagane przepisami formularze, po czym 

otworzył przyciskiem metalową kratę i powiedział: - Proszę, żeby pani i 

pani Bernhardt podpisały, i mogą panie wejść. Pozostałe dwie panie muszą 

poczekać na zewnątrz.

-  Możesz nas za to aresztować, Fred, ale wejdziemy wszystkie.

Tak zrobiłyśmy.

Rzeczy   znalezione   w   pokoju   Coombsa   umieszczono   w   dużych 

pojemnikach na końcu magazynu. Zaprowadziłam dziewczęta na miejsce i 

powiesiłam kurtkę na wystającej krawędzi półki. Następnie postawiłam na 

podłodze   kilka   pojemników   z   numerami   sprawy   Coombsa   i   zaczęłam 

przeglądać ich zawartość.

-     Może   byłabyś   tak   uprzejma   i   powiedziała   nam,   czego   właściwie 

szukasz? - W głosie Jill usłyszałam zdenerwowanie. - Czego ja wtedy, do 

cholery, nie widziałam?

-  Widziałaś to doskonale - odpowiedziałam, grzebiąc w rzeczach Franka 

Coombsa. - Tak samo jak ja. Ale żadna z nas wtedy nie zrozumiała, o co 

chodzi. Spójrz na to.

Ostrożnie,   jakby   to   był   srebrny   kielich   z   winem   w   czasie   Eucharystii, 

podniosłam do góry błyszczącą figurkę strzelca

z   wyciągniętą   do   strzału   bronią.   „Nagroda   za   zdobycie   I   miejsca   w 

strzelaniu na 50 metrów", głosiła inskrypcja. Doskonale ją zapamiętałam, 

ale nie zwróciłam uwagi na pewien drobny szczegół. Na wyryte powyżej 

background image

nazwisko zdobywcy nagrody.

Frank L. Coombs... nie Frank C. Francis Laurence, nie Francis Charles.

Rusty Coombs... To trofeum należało do syna Franka Coombsa.

Nagle świat wywinął kozła i ustawił się do góry nogami -tyle że to wcale 

nie było do góry nogami.

Frank C. to ojciec, Frank L. - syn.

„Nie jestem swoim ojcem, pani inspektor", usłyszałam słowa Rusty'ego 

Coombsa.

Przywołałam w pamięci jego twarz i przekonującą scenkę, jaką odegrał 

przede mną i przed Jacobim.

-  To jego syn - wyszeptałam.

Jill aż usiadła na podłodze ze zdumienia.

-     Chcesz   mi   wmówić",   Lindsay,   że   te   straszne   zbrodnie   popełnił   syn 

Coombsa? Ten chłopiec ze Stanfordu?

Cindy wybuchnęła.

-  Myślałam, że on nienawidził ojca. Że nie utrzymywał z nim kontaktu!

-     Ja   też   tak   myślałam   -   odrzekłam.   -  Wystrychnął   nas   wszystkich   na 

dudka, prawda?

Stałyśmy   tam,   w   mrocznej   piwnicy,   i   mierzyłyśmy   się   pełnymi 

niedowierzania spojrzeniami. Czy ta nowa teoria okaże się prawdziwa? 

Czy sprawdzi się, kiedy przyjrzymy jej się z bliska? Nagle przez głowę 

przemknęła   mi   jak   błyskawica   myśl   -   biała   furgonetka.   Samochód 

uciekający   z   miejsca   zabójstwa  Tashy   Catchings...   Został   skradziony   z 

Mountain View. Mountain View dzieli od Pało Alto zaledwie kilka minut 

jazdy.

-  Właściciel białej furgonetki uczy antropologii w tamtejszym college'u - 

background image

powiedziałam. - Mówił mi, że uczy też studentów z innych szkół. Czasami 

nawet kilku kulturystów...

Niespodziewanie   wszystkie   strzępki   informacji   zaczęły   się   układać   w 

logiczną całość.

- Może jeden z nich nazywał się Rusty Coombs?

ROZDZIAŁ 112

Pośpiesznie udałam się na górę. Pierwszą rzeczą, jaką się zajęłam, był 

telefon do profesora Stasica z Mountain View Junior College. Udało mi się 

jedynie   połączyć   z   jego   pocztą   głosową.   Nagrałam   mu   wiadomość   z 

prośbą, żeby jak najszybciej się ze mną skontaktował.

Następnie wprowadziłam nazwisko Francisa L. Coombsa do bazy danych. 

Na monitorze pojawił się spis starych przewinień ojca, ale ani słowa na 

temat syna. Wyglądało na to, że nie popełnił żadnych przestępstw.

Instynktownie czułam, że jeśli ten dzieciak był zdolny do popełnienia z 

zimną krwią tak okropnych zbrodni, to musiało mu się kiedyś przytrafić 

coś, co odnotowano w systemie. Wystukałam jego nazwisko i weszłam do 

bazy   danych   młodocianych   przestępców.   Te   informacje   były   tajne, 

nieprzydatne w sądzie, ale nasz wydział miał do nich dostęp. Po kilku 

sekundach pojawił się plik. Długa lista... Spojrzałam na monitor.

Rusty Coombs miał zatargi z prawem przynajmniej siedem razy od czasu4 

kiedy skończył trzynaście lat.

W 1992 roku został postawiony przed sądem dla nieletnich za zastrzelenie 

psa sąsiada z wiatrówki.

Rok   później   oskarżono   go   o   okrutne   zabicie   gęsi   w   kompleksie 

handlowym.

W   wieku   piętnastu   lat   razem   ze   swoim   kumplem   został   oskarżony   o 

background image

zbezczeszczenie miejsca kultu religijnego przez namalowanie sprayem na 

murach synagogi antyżydowskich haseł.

Został oskarżony, ale nie skazany, o rzucanie butelkami po piwie w okno 

swojego sąsiada. Pokrzywdzony był Murzynem.

Był   podejrzany   o   przynależność   do   młodzieżowego   gangu,   Kott   Street 

Boys,   znanego   z   napadów   na   tle   rasowym   na   czarnych,   Latynosów   i 

Azjatów.

W   miarę   czytania   ogarniało   mnie   coraz   większe   zdumienie.   W   końcu 

poprosiłam   do   siebie   Jacobiego   i   wyłożyłam   mu   całą   sprawę. 

Opowiedziałam   o   kryminalnej   przeszłości   Ru-sty'ego   Coombsa;   o   jego 

imieniu   wypisanym   na   strzeleckim   trofeum;   o   vanie   skradzionym   w 

Mountain View, niedaleko Pało Alto.

-  Widzę, że bardzo złagodzili warunki przyjęcia do Stan-fordu od czasu, 

kiedy ja starałem się tam dostać - prychnął Jacobi.

-  Nie żartuj, Warren, proszę. Jak ci się wydaje? Rozwiązałam tę sprawę, 

prawda? A może oszalałam?

-     Nie   sądzę.   Chyba   powinniśmy   złożyć   jeszcze   jedną   wizytę   temu 

dzieciakowi.

Było   jeszcze   parę   rzeczy,   które   mogliśmy   zrobić,   by   się   upewnić. 

Mogliśmy poczekać na wynik testu DNA Coombsa seniora i porównać go 

z   próbkami   znalezionymi   pod   paznokciami   Estelle   Chipman.   Ale   to 

wymagało   czasu.   Im   dłużej   myślałam   o   tej   sprawie,   tym   bardziej 

prawdopodobny wydawał się udział Rusty'ego Coombsa.

W mojej głowie aż huczało. Nagle przeszedł mnie dreszcz, bo coś sobie 

przypomniałam.

-  O mój Boże, Warren... talk...

background image

Jacobi pochylił się do przodu i zmrużył oczy.

-  Co masz na myśli?

-  Ten biały puder, który Clapper znalazł na miejscu dwóch zbrodni.

Oczami wyobraźni zobaczyłam Rusty'ego Coombsa, jego piegowatą twarz 

i   szerokie   ramiona   w   przepoconej   koszulce   z   logo   Cardinalsów. 

Uosobienie nadzwyczajnego dziecka, któremu udało się odmienić swoje 

życie.

-  Pamiętasz, gdzie go spotkaliśmy?

-  No jasne, na siłowni.

-   Ćwiczył podnoszenie ciężarów. A co oni robią, żeby ręce im się nie 

ślizgały na sztangach?

Wstałam. Przed oczami miałam ciągle Rust/ego Coombsa, zacierającego 

dłonie pokryte białym proszkiem. - Używają talku - wyszeptał Jacobi.

ROZDZIAŁ 113

Rusty   Coombs   wracał   truchtem   z   popołudniowego   treningu.   Zatoczył 

sześciokilometrową pętlę dookoła południowego campusu, poczynając od 

hali   sportowej.   Ostatnie   dwieście   metrów   postanowił   przebiec   ostrym 

sprintem.

Za   sobą   usłyszał   wycie   policyjnej   syreny.   Potem   pędem   nadjechał 

następny patrol.

W pierwszej chwili widok policyjnych wozów przeraził go. Kiedy jednak 

zobaczył,   że   odjeżdżają,   odprężył   się.   Ale   jego   muskularne   nogi   nie 

przestawały drżeć.

Wszystko   jest   w   porządku,   po   prostu   w   porządku.   W   Stanfordzie   był 

zupełnie bezpieczny. Należał do uprzywilejowanych, nie?

Powrócił do spraw, którymi się zajmował, zanim tok jego myśli przerwało 

background image

tak brutalnie pojawienie się gliniarzy. Gdyby zdołał zmniejszyć zawartość 

tkanki tłuszczowej do 7,8 i urwać jeszcze parę dziesiątych sekundy z czasu 

na pięćdziesiąt metrów, może zdołałby dojść do trzeciej rundy draftu w 

NFL. Trzecia runda oznaczałaby dodatkowe pieniądze. Wszystko zgodnie 

z planem, powiedział sobie w duchu. Marzenia stawały się rzeczywistością 

- przynajmniej jego marzenia.

Tupiąc, wbiegł na Santa Inez. Jedna przecznica dzieliła go od akademika, 

gdzie mieszkał razem z kilkoma innymi studentami trenującymi futbol. 

Kiedy skręcił w swoją uliczkę, nagle zatrzymał się jak rażony piorunem.

Kurwa mać... Oni przyjechali po mnie!

Całą ulicę oświetlały jaskrawo błyskające światła. Policyjne wozy... Trzy, 

a   oprócz   nich   dwa   brązowo-czerwone   samochody   z   ochrony   campusu 

stały przed wejściem do jego domu! Na ulicy kłębił się tłum ciekawskich. 

Gliniarze z miasta

nie byli zwykle wzywani do byle czego. Nie, tym razem chodziło o coś 

większego, o jakąś grubą rybę...

Jak błyskawica przeszyła go przyprawiająca o mdłości myśl, że wszystko 

skończone. Może nawet nie będzie miał okazji, żeby dopaść tę sukę, która 

zabiła jego ojca. Cały czas, stojąc w miejscu, przebierał nogami, jakby 

biegł.

Skąd, do kurwy nędzy, mogli się o nim dowiedzieć? Kto na to wpadł? 

Chyba nie Lindsay Boxer, przeleciało mu przez głowę.

Ulicą   w   jego   stronę   podążał   jakiś   przemądrzały   dupek   w   luźnych, 

czerwonych   spodniach   i   z   czerwonym   plecakiem   przerzuconym   przez 

ramię. Rusty cały czas biegł w miejscu.

-  Hej, co tam, do diabła, się dzieje? - zawołał do niego.

background image

-   Policja kogoś szuka - odpowiedział chłopak. - Chyba to musi być coś 

ważnego, bo wszyscy mówią, że jadą też gliny z San Francisco.

-  O, kurwa - mruknął Rusty. - Powiadasz, że jadą aż z San Francisco, co?

Fatalnie, pomyślał. Ogarnęła go wściekłość. Było mu też żal, że tak to się 

musiało skończyć. Zawsze wyobrażał sobie, jak pięknie mógłby rozegrać 

tę sprawę na finiszu.

Zawrócił   w   kierunku   głównego   placu.   Wydłużył   krok   i   biegł   jak   na 

skrzydłach, zwinnie i pewnie.

Odwrócił głowę, kiedy minął go następny policyjny wóz, też na sygnale. 

Nie było sensu dłużej się ukrywać. Wszędzie kręciło się mnóstwo glin.

Na szczęście miał doskonały pomysł na efektowny finał.

ROZDZIAŁ 114

Razem   z   Jacobim   pędziliśmy   drogą   numer   101   w   stronę   Pało   Alto. 

Prędkościomierz wskazywał 150 km na godzinę. Mignęły nam w przelocie 

tablice   wskazujące   zjazdy   na   Burlington,   San   Mateo   i   Menlo   Park. 

Chcieliśmy za wszelką cenę dopaść tego gada w ciągu godziny.

Miałam nadzieję, że zdołamy go zaskoczyć. Może akurat

będzie wychodził z wykładów. W campusie mieszkało tysiące studentów, a 

on był uzbrojony i bardzo niebezpieczny. Wolałam uniknąć konfrontacji, 

jeśli było to możliwe.

Umówiłam się z porucznikiem Joe Kimesem z wydziału kryminalnego z 

Pało   Alto   w   biurze   studenckim   na   głównym   placu   campusu.   Kiedy 

dojeżdżaliśmy   na   miejsce,   zadzwonił   z   informacją,   że   nie   udało   się 

odnaleźć Coombsa. Tego popołudnia nie miał w rozkładzie żadnych zajęć, 

nie było go także w akademiku ani w hali sportowej, gdzie przed godziną 

zakończył się trening futbolowej reprezentacji Stanfordu.

background image

-  Sądzisz, że się zorientował, że go szukamy? - zapytałam. - Co teraz się 

tam u was dzieje, Joe?

-   Trudno to było utrzymać w tajemnicy - powiedział Ki-mes. - Całkiem 

możliwe, że zobaczył policyjne wozy.

Zaczęłam się denerwować. Miałam nadzieję dorwać Coombsa, zanim się 

dowie, że właśnie po niego jedziemy. Lubił zwracać na siebie uwagę - na 

pewno chciał robić za gwiazdę.

-  Co teraz? - zapytał Kimes.

-  Powiadomcie najbliższy oddział antyterrorystyczny, żeby byli w stanie 

gotowości.   Tymczasem   postarajcie   się   zlokalizować   Coombsa.   Nie 

możemy pozwolić, żeby się nam wymknął. Jeszcze jedno, Joe: ten chłopak 

jest bardzo niebezpieczny. Nie wyobrażasz sobie nawet jak bardzo.

ROZDZIAŁ 115

Winda szybko jechała w górę i kiedy drzwi się otworzyły, Chimera wyjrzał 

z   tarasu   obserwacyjnego   Wieży   Hoovera,   na   wysokości   ponad 

siedemdziesięciu pięciu metrów nad głównym placem campusu.

Nikogo tam nie było prócz niego. Nikogo, kto by mu przeszkadzał, kogo 

musiałby od razu zabić. Tylko czyste błękitne niebo, półokrągły betonowy 

sufit i zespół ogromnych dzwonów, których dźwięk słychać było na całym 

obszarze campusu.

Rusty   Coombs   pstryknął   wyłącznikiem   zasilania   windy   i   zablokował 

drzwi tak, żeby nie mogły się zamknąć. Następ-

nie opuścił na podłogę czarny cylindryczny pokrowiec z nylonu. Oparł go 

o betonową ścianę, odwrócony plecami do jednego z ośmiu okratowanych 

okien. Otworzył pokrowiec i wyjął rozłożony na części PSG-1, teleskop i 

dwa dodatkowe pistolety razem z pełnymi magazynkami.

background image

Teraz to już było coś innego - to zapierało dech w piersiach. Fantastycznie!

Widział   stąd   łańcuch   gór   ciągnący   się   na   południu   i   zachodzie,   a   na 

północy   zarys   San   Francisco.   Była   przepiękna   pogoda.   Wszystko 

przepełniał niezmącony spokój. Pod jego stopami rozciągał się campus. 

Studenci   na   dole   łazili   jak   mrówki,   tam   i   z   powrotem.   Najlepsi, 

najzdolniejsi.

Zaczął składać karabin. Bez problemu przykręcił lufę do korpusu, całość 

dopasował do robionego na zamówienie wspornika na ramię. Zmontowana 

broń stanowiła niemal przedłużenie jego ciała, jak drogocenny instrument 

w rękach muzyka.

Na dzwonnicy przysiadł wróbel. Wycelował w niego broń i nacisnął spust. 

Klik. Następnie przykręcił teleskop i wsunął magazynek z dwudziestoma 

pociskami.   Przykucnął   za   betonową   ścianą.  Wiatr   gwizdał   w   załomach 

muru, jego podmuchy brzmiały mu w uszach jak łopotanie płóciennego 

żagla. Niebo było wspaniałe, turkusowobłękitne. Szykuję się na śmierć i 

wiecie co? Wcale mnie to nie obchodzi.

Studenci przechodzili od czasu do czasu po pasach dla pieszych, kręcili się 

bez   celu   albo   czytali,   siedząc   na  ławkach.   Kto  z   nich  wiedział...?   Kto 

przeczuwał   grożące   niebezpieczeństwo?   Mógł   teraz   dokonać   wyboru. 

Mógł unieśmiertelnić każdego z nich.

Rusty   Coombs   wysunął   lufę   karabinu   przez   metalowe   kraty   jednego   z 

wysokich na dwa metry okien w kopule wieży. Zmrużył oko i spojrzał 

przez wizjer, rozglądając się w poszukiwaniu pierwszego celu. W polu 

widzenia pojawili się studenci: milutka Japoneczka w ciemnych okularach, 

z burzą kasztanowych włosów, siedziała na trawie, przytulona do swojego 

chłopaka   -   Europejczyka.   Jakiś   gość   o   wyglądzie   intelektualisty   w 

background image

jaskfawożółtej   bluzie   pedałował   zawzięcie   na   żółtym   rowerze.   Rusty 

zmienił położenie wizjera. Czarno-

skóra   studentka   z   długimi,   misternie   poskręcanymi   warkoczykami 

wędrowała w "stronę sklepu z książkami. Na ustach Coombsa pojawił się 

uśmiech. Czasami aż się dziwił, że tyle nienawiści mieści się w jego sercu. 

Był wystarczająco bystry, żeby rozumieć, iż ta nienawiść kieruje się nie 

tylko   ku   innym,   ale   także   ku   niemu   samemu.   Nienawidził   tego 

muskularnego   ciała,   pogardzał   niedoskonałościami,   o   których   tylko   on 

wiedział, ale najbardziej nie znosił swoich myśli, swoich obsesji i swojego 

przeklętego   umysłu.   Od   cholernie   długiego   czasu   czuł   się   bardzo 

osamotniony. Dokładnie tak jak teraz.

W   pewnej   odległości   mignął   mu   niebieski   explorer   z   błyskającym   na 

dachu   kogutem.   Zatrzymał   się   przed   budynkami   administracji   i 

wyskoczyła z niego ta ograniczona suka z policji San Francisco. Serce 

zabiło mu mocniej z radości.

Więc nie wszystko jeszcze stracone. Może będzie miał okazję, żeby ją 

dopaść.

Ustawił wizjer na orientalną piękność całującą się na trawniku ze swoim 

chłopakiem. Chryste, jak ich nienawidził. Obydwoje hańbili swoje rasy.

Nagle   tknięty   inną   myślą   skierował   broń   w   stronę   idącej   tanecznym 

krokiem   Murzynki   z   warkoczykami.   Na   jej   szyi   podskakiwało   złote 

serduszko, błyszczały brązowe oczy.

To   mój   pierwotny   instynkt.   Uśmiechnął   się,   obejmując   palcem   zimny 

język spustu.

Chimera znów wkraczał do akcji.

ROZDZIAŁ 116

background image

Explorer zatrzyma! się z piskiem opon przy budynku administracyjnym. 

Razem z Jacobim wyskoczyliśmy z niego i wbiegliśmy do środka przez 

galerię w stylu hiszpańskim, otwierającą się na stronę głównego placu.

Zaraz   przy   wejściu   wpadliśmy   na   Kimesa,   wykrzykującego   przez 

radiotelefon   jakieś   rozkazy.   Obok   niego   z   ponurą   miną   stał   kierownik 

campusu, Felix Stern.

- Jeszcze nie udało się znaleźć Coombsa - powiedział na

mój widok. - Ktoś go widział na głównym placu jakieś dwadzieścia minut 

temu, ale potem znowu gdzieś przepadł.

-  To co robimy z oddziałem antyterrorystów? - zapytałam.

-  Już tu jadą. Myślisz, że naprawdę będą potrzebni? Pokręciłam głową.

-  Mam nadzieję, że nie. Może Coombs się przestraszy i sam się podda.

W tej samej chwili do naszych uszu dobiegł odgłos strzałów. Wiedziałam, 

że nikt z policji nie otworzyłby pierwszy ognia. Poza tym to brzmiało jak 

karabin automatyczny.

-   Wydaje mi się, że on ciągle jest tutaj. - Warren Jacobi był śmiertelnie 

poważny.

O   ściany   galerii   odbiło   się   echo   wrzasków.   A   w   chwilę   potem 

zobaczyliśmy   studentów   biegnących   co   sił   w   nogach   w   naszą   stronę, 

uciekających w panice z głównego placu.

Ktoś krzyknął:

-     Ten   skurwiel   jest   na   Wieży   Hoovera!   Pieprzony   wariat!   Razem   z 

Jacobim i Kimesem ruszyliśmy biegiem w tamtą

stronę. Joe krzyczał przez radio:

-  On strzela! Wszystkie radiowozy i karetki do Wieży Hoovera! Zachować 

maksymalną ostrożność!

background image

W ciągu kilku sekund dotarliśmy na skwer. Studenci po-' ukrywali się za 

drzewami,   głazami,   olbrzymimi   donicami   z   zielenią-   za   wszystkim,   co 

dawało jakąkolwiek osłonę.

Dwoje studentów leżało na ziemi. Jedną z nich była czarna dziewczyna, na 

jej   piersi   szybko   powiększała   się   krwawa   plama.   Niech   go   diabli! 

Przeklęty Chimera!

-   Na ziemię! Nie ruszajcie się! - zawyłam ze wszystkich sił. - Chować 

głowy!

Z wieży padł kolejny strzał. Potem jeszcze jeden i jeszcze jeden. Jakiś 

chłopak ukryty za ławką osunął się na ziemię.

-  Na dół, natychmiast! - wrzasnęłam ponownie. - Na ziemię!

Zatrzymałam   wzrok   na   dzwonnicy,   próbując   dostrzec   jakiś   cień,   lufę 

karabinu, cokolwiek, co pozwoliłoby ustalić, gdzie dokładnie jest Rusty 

Coombs.

Nagle z wieży odezwały się dwa kolejne strzały. Bez wąt-

pienia Coombs ukrywał się na jej szczycie. Nie było sposobu, żeby udało 

się nam ocalić wszystkich, którzy znajdowali się w zasięgu ognia. Coombs 

dostał to, o co mu chodziło. Chimera ciągle był górą.

Złapałam Kimesa za ramię.

-  Jak można się dostać na szczyt wieży?

-  Nikt tam się nie dostanie bez osłony antyterrorystów -prychnął Kimes. 

Patrzył na mnie zimno. Potem krzyknął przez radio:

-  Grupa antyterrorystyczna i karetki pogotowia na główny plac! Snajper 

strzela z Wieży Hoovera! Są co najmniej trzy ofiary!

Spojrzałam mu prosto w oczy.

-   Jak mogę dostać się na górę, Joe? - zapytałam stanowczym tonem. - 

background image

Mam zamiar tam iść, więc pokaż mi najlepszą drogę.

-     Na   poziomie   zero   jest   winda   -   wtrącił   Stern.  Wsunęłam   glocka   do 

futerału przy pasie i sprawdziłam

zawartość magazynka małej beretty, którą przymocowałam na wysokości 

łydki. Chimera był tam, na górze, i zasypywał nas gradem pocisków.

Spojrzałam uważnie na budynek, który mógł stanowić jaką taką osłonę. 

Poczułam, jak Jacobi chwyta mnie za rękę, choć doskonale wiedział, że 

nie zdoła mnie zatrzymać.

-  Może poczekasz minutkę, żebym przyniósł dla nas kamizelki, dobrze?

-   Zobaczymy się na górze, Warren. - Mrugnęłam do niego i zaczęłam 

skradać się w stronę wieży.

Gdzieś w zakamarkach mojego mózgu pojawiło się cichutkie pytanie: Po 

co tam idziesz?

ROZDZIAŁ 117

Boże, jak mu było dobrze!

Chimera   odstawił   karabin   i   usiadł,   oparty   plecami   o   twardą,   betonową 

ścianę. Niedługo na głównym placu rozpęta się piekło

na   ziemi.  Antyterroryści,   snajperzy,   może   nawet   helikoptery...  Ale   on 

wiedział, że ma przewagę - nie dbał o to, że zginie.

Zatrzymał   wzrok  na   potężnych   dzwonach.   Zawsze   podobały   mu   się   te 

głupie, cholerne dzwony. Kiedy biły, słychać je było w całym campusie. 

Zaczął się zastanawiać, czy kiedy to się skończy i jego już nie będzie, na 

pogrzebie zagrają mu dzwony. Taak, dokładnie tak.

Potem  dotarło  do  niego,  że jest  oto  sam  na Wieży   Hoovera  i  że  zabił 

właśnie pięcioro ludzi. Co to za cholerny dzień -tak samo pieprzony jak 

jego życie. Ale z pewnością udało mu się przejść do historii. Co do tego 

background image

nie miał wątpliwości.

Podniósł   się   z   posadzki   i   wyjrzał   na   zewnątrz.   Na   dole   wszystko   się 

uspokoiło. Na placu nie było żywego ducha. Wkrótce pojawi się tu grupa 

antyterrorystów, a wtedy on postara się zdjąć tylu, ilu tylko da radę. Będą 

dziś musieli uczciwie zapracować na swoją stawkę za nadgodziny. Jednak 

na razie, człowieku, tutaj na górze było tak pięknie... W chwilę później 

zauważył Lindsay Boxer! Zmrużył oko i zerknął przez teleskop, żeby się 

upewnić. Tak, to była ta „bohaterka", która zabiła jego ojca! Biegła pod 

osłoną   budynku   administracyjnego,   a   potem   schyliła   się   i   posuwała 

zygzakami   w   stronę   wieży.   Ucieszyło   go,   że   zjawiła   się   tutaj.   Nagle 

wszystko uległo zmianie. Jeszcze mógł wygrać wyścig z czasem...

Patrzył,   jak   się   przemyka,   i   delikatnie   przymknął   lewe   oko.   Uspokoił 

oddech, tak, jakby oddawał się medytacji.

Myślał   o   tym,   że   jego   ojciec   został   trafiony   dziewięć   razy.   Z   nią   też 

powinno tak się stać.

Wciągnął   powietrze   i   ustawił   muszkę   na   jej   białej   bluzie.   Jesteś   już 

martwa, pomyślał.

ROZDZIAŁ 118

Na głównym placu zapanowała cisza. Rusty Coombs albo odpoczywał, 

albo przeładowywał broń. Zróbmy to. Tylko ty i ja, kolego.

Posuwałam   się   w   stronę   budynku   przede   mną-i   czułam,   jak   zaczyna 

ogarniać mnie coś w rodzaju histerii. Niedobrze. Uświadomiłam sobie, że 

jestem doskonale widoczna i że Coombs w każdej chwili może strzelić.

Nagle za moimi plecami rozległa się kanonada. Obejrzałam się! kątem oka 

dostrzegłam, jak Jacobi ostrzeliwuje wieżę.

Zanim Coombs zdążył zareagować, skoczyłam jak strzała i skryłam się 

background image

pod   grubymi   gałęziami   tulipanowca.   Następnie   okrążyłam   budynek   do 

miejsca, skąd tylko kilka metrów dzieliło mnie od podstawy wieży.

Zerknęłam do tyłu i zobaczyłam Jacobiego z Kimesem. Warren pokręcił 

głową   z   dezaprobatą.   Wiedziałam,   co   chciał   powiedzieć:   Proszę   cię, 

Lindsay, daj sobie spokój. Nie dam rady cię osłaniać, kiedy wejdziesz do 

środka. Uśmiechnęłam się przepraszająco i pomachałam mu ręką.

Biegłam   dookoła   wieży,   aż   od   strony   północnej   znalazłam   wejście. 

Weszłam   po   schodach   i   znalazłam   się   w   wyłożonym   marmurowymi 

płytami holu.

Naprzeciw zobaczyłam windę.

Kilka razy nacisnęłam guzik, trzymając broń w pogotowiu, ale winda się 

nie   otwierała.   W   bezsilnej   wściekłości   uderzyłam   pięścią   w   stalowe, 

błyszczące drzwi. Wrzasnęłam z całych sił: Policja!, aż echo rozeszło się 

po   piętrzć.   Potrzebowałam   kogoś,   wszystko   jedno   kogo.   Nie   miałam 

pojęcia, jak dostać się z parteru na szczyt wieży.

Z korytarza wynurzył się starszawy mężczyzna w roboczym ubraniu. Na 

widok pistoletu cofnął się z przestrachem.

-  Policja! - warknęłam. - Jak dostać się stąd na górę?!

-  Tamten facet zablokował windę - odpowiedział. - Ale są jeszcze schody 

przeciwpożarowe.

-  Pokaż, gdzie. To sprawa życia lub śmierci.

Dozorca zaprowadził mnie na trzecie piętro, a potem ciemnym korytarzem 

do wąskiej klatki schodowej.

-  Musi pani wejść trzynaście pięter. Na górze są drzwi przeciwpożarowe. 

Można je otworzyć z obu stron.

-  Czekaj w holu i powiedz każdemu, kto tu przyjdzie, że

background image

poszłam na górę. - Już szłam ku schodom. - To też jest sprawa życia lub 

śmierci.

- Tak jest, proszę pani. Zrozumiałem.

Zaczęłam się wspinać. Trzynaście pięter. Nie wiedziałam, czego mogę się 

spodziewać na szczycie. Serce waliło mi jak młotem, a bluza przykleiła się 

do mokrych od zimnego potu pleców.

Szczęśliwa trzynastka. Z każdym piętrem mój oddech stawał się głębszy i 

cięższy.   Nogi   bolały   mnie   z   wysiłku,   chociaż   biegałam   cztery   razy   w 

tygodniu.   Nie   zastanawiałam   się,   czy   jestem   szalona,   że   idę   tam   bez 

żadnego wsparcia. Nie, do diabła, wiedziałam, że jestem szalona.

Wreszcie  minęłam dwunaste  piętro  i dotarłam na szczyt. Jezu  Chryste. 

Tylko metalowe drzwi dzieliły mnie od spotkania z Chimerą. Serce waliło 

mi jak młotem.

Przez drzwi słyszałam odgłosy strzałów: Tatata. Tatatatata. Najwyraźniej 

Coombs wrócił do pracy. Ogarnęło mnie przerażenie, że ktoś jeszcze mógł 

zginąć. Byłam nieprzytomnie wściekła, chciałam go dorwać za wszelką 

cenę. Sprawdziłam, czy glock jest na miejscu, a potem wzięłam głęboki 

wdech. O Boże, Lindsay... cokolwiek chcesz zrobić, zrób to szybko.

Na drzwiach przeciwpożarowych zobaczyłam ciężki metalowy lewarek, 

który należało pchnąć w dół, żeby go zwolnić.

Nacisnęłam z całej siły i wtargnęłam na taras widokowy.

ROZDZIAŁ 119

Oślepił   mnie   blask   słońca.   Potem   znowu   usłyszałam   mrożące   krew   w 

żyłach: tatata, tatata. Metaliczny odgłos łusek uderzających o podłogę.

Po   kilku   krokach   spostrzegłam   Coombsa.   Klęczał   przy   oknie   z   bronią 

wysuniętą przez kraty.

background image

Nagle odwrócił się do mnie.

Bez   namysłu   wystrzelił   w   moim   kierunku.   Ogłuszający   huk,   wszędzie 

dookoła pomarańczowe błyski. Głośne metaliczne odgłosy.

Rzuciłam   się   w   bok,   oddając   jednocześnie   cztery   strzały.   Nie   miałam 

pojęcia,   czy   udało   mi   się   go   zranić.  Wciągnęłam   głęboko   powietrze   i 

czekałam na ukłucie bólu, żeby się przekonać, czy mnie trafił. Nie trafił.

-  Tak jest trudniej, kiedy ktoś też do ciebie strzela! -zawołałam.

Przykucnęłam za wysokim metalowym rusztowaniem, na którym wisiało 

siedem potężnych dzwonów. Każdy z nich wyglądał tak, jakby jedno jego 

uderzenie   mogło   rozerwać   moją   błonę   bębenkową   na   strzępy.   Taras 

widokowy był czymś w rodzaju ścieżki o szerokości nie większej niż dwa 

i   pół   metra.   Okrążała   ona   dzwony,   a   w   murze   co   półtora   metra 

umieszczone było okienko.

Coombs   znajdował   się   po   przeciwnej   stronie   rusztowania   -dzwony 

stanowiły osłonę dla nas obojga.

Nagle odezwał się nieprzyjemnym, arogancko brzmiącym tonem:

-  Witam na zamkuCamelot, poruczniku... Wszystkie ważne osobistości są 

na dole... a pani chciało się wejść tyle pięter do góry, tylko po to, żeby ze 

mną pogadać...

-   Przyprowadziłam ze sobą kilku kumpli. Oni nie będą tracić czasu na 

rozmowę, Rusty. Poczekają, żebyś strzelił, wtedy ustalą, gdzie dokładnie 

jesteś,   i   raz-dwa   cię   załatwią.   Czemu   chcesz   umrzeć   w   taki   właśnie 

sposób?

-  Nie wiem, ale to, co pani mówi, całkiem mi odpowiada. Jeśli chce pani 

umrzeć razem ze mną, to serdecznie zapraszam! ~ zawołał w odpowiedzi. 

'

background image

Usiłowałam   dostrzec   przez   pręty   rusztowania,   gdzie   on   dokładnie   jest. 

Słyszałam, jak zmienia magazynek.

-   Miło mi, że się spotkaliśmy. Mam na myśli to, że krąg się zamyka, 

prawda?   Zabiłaś   mojego   ojca,   suko,   a   teraz   ja   mogę   zrobić   z   tobą 

dokładnie to samo.

Jego głos dobiegał z coraz to innego miejsca, tak jakby cały czas był w 

ruchu. Ja także ruszyłam dookoła dzwonów, trzymając cały czas glocka w 

pogotowiu.

-  Nie chcę, żebyś tu umierał, Rusty-

-  Trochę za późno, poruczniku... Jak zwykle. Dałem wam

wszystko, co tylko udało mi się wymyślić. Symbol Chimery, furgonetkę, 

telefon na 911... Co jeszcze miałem zrobić, wysłać wam pieprzonego e-

maila   i   powiedzieć:   Hej,   koledzy,   jestem   tutaj!   Potrzebowaliście   dużo 

czasu, żeby odkryć prawdę. Kilka osób zapłaciło za to życiem.

Nagle   odgłos   strzałów   zagrzechotał   o   metalową   konstrukcję,   a   pociski 

odbiły się z głośnym rezonansem od dzwonów.

Schyliłam się gwałtownie i skryłam głowę między rękoma.

-  Twój ojciec nie żyje! - krzyknęłam. - To ci go nie zwróci.

Gdzie mógł teraz być? Zerknęłam przez szczelinę w rusztowaniu. Nagle 

zamarłam.

Był tam! Patrzył prosto na mnie, tak jak jego ojciec, z pełnym wyższości 

nienawistnym   uśmiechem.   Zobaczyłam   lufę   karabinu,   wycelowaną   we 

mnie poprzez kraty rusztowania.

W   tej   samej   chwili   spostrzegłam   nagły   błysk   i   poczułam   brutalne 

uderzenie. Siła wystrzału przewróciła mnie w tył.

Upadłam ciężko na plecy. Pośpiesznie szukałam jakiejś osłony, podczas 

background image

gdy  Coombs   biegł   do  mnie,  żeby  dokończyć dzieła.  Palcami  nerwowo 

szukałam mojego glocka. Jezu, mój pistolet... nigdzie go nie było!

Strzał Coombsa wytrącił mi go z dłoni!

Chimera zbliżał się powoli, aż wreszcie stanął nade mną. Uniósł karabin 

na wysokość mojej piersi.

-     Musisz   przyznać,   że   umiem   strzelać,   prawda?   Zniknął   ostatni   cień 

nadziei. Jego oczy były zielone i miały

taki zimny, beznamiętny wyraz. Jakże ja nienawidziłam tego drania.

-  Nie popełniaj następnej zbrodni - powiedziałam, czując, jak zasycha mi 

w gardle. - Za moment będą tu antyterroryści. Zabij mnie, a za pięć minut 

będziesz następny.

Wzruszył ramionami.

-     Teraz   mógłbym   się   postawić   nawet   trenerowi.   -   Patrzył   na   mnie 

martwym   wzrokiem.   -   Ludzie   tacy   jak   ty...   Nie   masz   najmniejszego 

pojęcia, co to znaczy stracić ojca. To wy, łajdaki, mi go zabraliście!

Patrzyłam, jak jego palce zaciskają się na spuście, i uwie-

rzyłam, że za chwilę umrę. Zmówiłam po cichu pacierz i pomyślałam: 

Boże, ja nie chcę umierać.

Nagle rozległ się głęboki, rozdzierający uszy dźwięk. Wydawało mi się, że 

od tego huku zawali się wieża. Jedno potężne uderzenie, a potem drugie i 

jeszcze następne. Musiałam złapać się obiema rękoma za uszy, żeby nie 

ogłuchnąć.

To były dzwony. Zaczęły bić i był to największy hałas, jaki kiedykolwiek 

słyszałam. Cała wieża drżała od tych grzmotów.

Twarz   Coombsa   wykrzywił   grymas   potwornego   bólu   i   zaskoczenia. 

Zachwiał się, runął na posadzkę, zwinął się w kłębek, zasłaniając uszy. 

background image

Widząc to, błyskawicznie sięgnęłam do nogawki spodni i wyszarpnęłam 

berettę z kabury przy łydce.

Dalej wszystko potoczyło się tak szybko, jak w filmie ze zniekształconą 

ścieżką dźwiękową.

Coombs poderwał swój karabin do góry.

Wystrzeliłam trzy razy, siła odrzutu szarpnęła moimi dłońmi. Dzwony nie 

przestawały bić ani na chwilę.

Trzy   ciemnoczerwone   poszarpane   rany   wykwitły   na   szerokiej   piersi 

Coombsa. Siła uderzenia sprawiła, że przewrócił się do tyłu.

Znowu bicie dzwonów. Każde rozdzierające uszy uderzenie odbierałam 

jak walnięcie młotem w czaszkę.

Coombs zdołał się podciągnąć do pozycji siedzącej. Zerknął w dół, na 

swoje   porozrywane   ciało,   a   następnie   zamrugał   i   spojrzaLna   mnie 

szklanym wzrokiem. Zobaczyłam, że celuje do mnie z karabinu.

- Ty też zginiesz, suko!

Ponownie nacisnęłam spust. Przy dźwięku dzwonów pocisk rozerwał mu 

krtań. Osunął się z jękiem na podłogę, a oczy uciekły mu w tył głowy.

Spostrzegłam,   że   znowu   przyciskam   rękoma   uszy.   Bolała   mnie   głowa. 

Podpełzłam do Coombsa i kopnęłam daleko jego broń. W powietrzu nadal 

rozlegał się dźwięk dzwonów, nieznana mi melodia, która być może była 

odpowiedzią na moją modlitwę.

Coś przyciągnęło mój wzrok, kiedy klęknęłam obok Coombsa.

-  A więc tutaj jest - wyszeptałam.

Zakręcony   ogon   węża   w   kolorze   czerwono-niebieskim   przechodził   w 

tułów okrutnego kozła i dumne głowy, lwią i koźlą. Chimera... Jeden z 

moich pocisków przeszył tułów tej dzikiej  bestii. Wyglądała, jakby  też 

background image

była martwa.

Gdzieś z tyłu docierały do mnie okrzyki, ale nie podnosiłam się z klęczek. 

Musiałam dać Coombsowi odpowiedź na coś, co od niego usłyszałam. Ty 

nie masz najmniejszego pojęcia, co to znaczy... stracić ojca...

-  Owszem, dobrze wiem - powiedziałam, patrząc w jego nieruchome oczy.

ROZDZIAŁ 120

Tym razem gazety się nie myliły. Chimera nie żył. Dochodzenie w sprawie 

wielokrotnych zabójstw zostało zamknięte.

Jego zakończeniu nie towarzyszyła radość, przynajmniej mnie było do niej 

daleko.   Wydział   zabójstw   nie   spotkał   się   we   własnym   gronie,   żeby 

uroczyście wytrzeć tablicę. Nie było toastów z moimi dziewczętami. Zbyt 

wiele osób straciło życie. Miałam szczęście, że nie znalazłam się wśród 

nich. Tak samo jak Claire i Cindy.

Wzięłam sobie kilka dni wolnego, żeby mój bok i ręka miały szansę nieco 

wydobrzeć i by ekipa śledcza mogła ustalić do końca, co wydarzyło się 

podczas   strzelaniny.   Włóczyłam   się   z   Marthą,   odbyłam   kilka   długich 

spacerów wzdłuż Marina Green i do Fort Mason Park, kiedy pogoda się 

zmieniła i zrobiło się wilgotno i chłodno.

Jednak przede wszystkim wciąż przeżywałam wydarzenia tego strasznego 

śledztwa. Po raz drugi toczyłam walkę z zabójcą, który zadzwonił na 911. 

Dlaczego tak się działo? Co to miało znaczyć? Czy to wszystko określało 

w jakiś sposób moje życie i miejsce, do którego dotarłam?

Na chwilę została mi przy wrócona drogocenna część mojej przeszłości - 

ojciec, którego tak naprawdę nigdy nie znałam. Zaraz potem znowu mi ją 

odebrano. Ojciec zniknął w gęstej

mgle, tak samo jak wcześniej z niej wyszedł. Zdawałam sobie sprawę, że 

background image

więcej go nie zobaczę.

Gdyby w tym czasie wpadł mi dó głowy jakiś mądry pomysł, co dalej 

zrobić   ze   swoim   życiem,   mogłabym   powiedzieć:   Niech   się   tak   stanie. 

Gdybym   potrafiła   malować   albo   poczuła   wewnętrzny   przymus,   żeby 

otworzyć   butik;   albo   gdyby   odezwał   się   we   mnie   ukryty   dotąd   talent 

literacki...   Lecz,   niestety,   nie   czułam   najmniejszych   skłonności   w 

jakimkolwiek kierunku.

Pod koniec tygodnia wróciłam więc potulnie do pracy.

Późnym popołudniem odezwał się brzęczyk interkomu. Szef wzywał mnie 

do gabinetu. Kiedy tam weszłam, wstał i uścisnął mi rękę. Mówił, jak 

bardzo jest ze mnie dumny, i prawie mu uwierzyłam.

-     Dziękuję   -   powiedziałam   i   nawet   udało   mi   się   uśmiechnąć.   -   Czy 

właśnie po to pan mnie wzywał?

Tracchio zdjął okulary i spojrzał na mnie z uśmiechem, za którym kryło 

się poczucie winy.

-  Nie. Proszę, niech pani usiądzie, poruczniku.

Z wielkiego orzechowego biurka wziął do ręki czerwony folder.

-  Wstępne ustalenia w sprawie zastrzelenia Coombsa. Coombsa seniora.

Patrzyłam na niego wyczekująco. Nie miałam pojęcia, czy nasi biurokraci 

znaleźli w laboratorium coś wzbudzającego podejrzenia.

-     Proszę   się   nie   niepokoić   -   zapewnft   mnie   Tracchio.   -Wszystko   w 

porządku. Całkowicie jasną sytuacja.

Skinęłam głową. O co więc mogło mu chodzić?

-   Prawdę mówiąc, jedna rzecz się nie zgadza. - Szef podniósł się zza 

biurka i oparł się rękoma o blat. - W czasie sekcji z ciała Coombsa wyjęto 

dziewięć pocisków. Trzy należały do dziewięciomilimetrówki Jacobiego; 

background image

dwa   pochodziły   z   broni   Cappy'ego;   jeden   z   twojego   glocka;   dwa   z 

dwudziestki Toma Pereza z wydziału napadów. To w sumie osiem.

Nie spuszczał ze mnie wzroku.

-  Dziewiąty pocisk nie pasuje do żadnej z tych broni.

¦ ¦ ":

..:;¦:: , .'  <'¦

.¦•¦¦

. .¦.¦¦ ¦ -i ¦¦

" ; '!¦'¦¦

!     :

j

i

¦¦ i

¦

¦ . ¦'¦¦

¦

¦ i ¦¦

''"i"

i '

'i ¦ ¦ i ¦

-  Nie pasuje? - Podniosłam brwi. Nic nie rozumiałam. Komisja przebadała 

każdy pistolet należący do policjantów biorących udział w strzelaninie, nie 

wyłączając mojego.

Tracchio   sięgnął   do   szuflady   biurka.   Wyciągnął   stamtąd   plastikową 

torebkę zawierającą spłaszczony owalny kawałek metalu, w tym samym 

background image

szarym kolorze, co jego oczy. Podał mi go.

-   Proszę spojrzeć... Kaliber czterdzieści. Poczułam, jak przeszywa mnie 

prąd. Kaliber czterdzieści...

-  Śmieszna sprawa, ale jest identyczny jak te pociski. Mówiąc to, Tracchio 

zaprezentował mi drugi woreczek

zawierający cztery inne kawałki, maleńkie i płaskie.

-  Zostały wyjęte ze ścian garażu i drzew obok tego domu w południowym 

San Francisco, gdzie śledziła pani Coombsa. - Patrzył na mnie badawczym 

wzrokiem. - Może nasuwa się pani jakieś wyjaśnienie?

Szczęka mi opadła. Nic się tu nie zgadzało, z wyjątkiem... I w tej chwili 

oczami wyobraźni zobaczyłam scenę przed Pałacem Sprawiedliwości.

Coombs zmierzał w moim kierunku z wyciągniętą do strzału ręką; ten 

mrożący krew w żyłach moment, kiedy za-      ^f trzymałam spojrzenie na 

jego twarzy. A potem głos, o którym ciągłe myślałam - za jego plecami 

ktoś wykrzyknął moje imię.

W tym zamieszaniu dobiegł mnie odgłos wystrzału... A potem Coombs się 

zachwiał.

Pociski   nie   pasowały.   Coombs   został   zastrzelony   z   pistoletu   kaliber 

czterdzieści... Z broni mojego ojca...

Pomyślałam o Martym i o tym, co mi obiecał, stojąc w drzwiach przed 

odejściem z mojego domu.

Lindsay,   więcej   nie   będę   uciekał...   To   mój   ojciec   zastrzelił   Franka 

Coombsa na tamtych schodach. Był tam, żeby mnie

chronić.

-  Nie odpowiedziała pani na moje pytanie, poruczniku. Czy może pani to 

wyjaśnić? - zapytał ponownie Tracchio.

background image

Miałam wrażenie, że serce wyskoczy mi z piersi. Nie miałam pojęcia, ile 

Tracchio naprawdę wie, ale teraz byłam

¦--,.-1

1. ¦¦  H

i *

¦ '¦';

¦    :\.\

rh

¦¦ ¦ !'J

I" ¦. r

l,

jego   policjantką-bohaterką.   Schwytanie   Chimery   sprawiło   że   sprzed 

nazwy   jego   stanowiska   zniknęły   słowa   „pełniącą   obowiązki".   Jak   sam 

powiedział, akcja na schodach była

dobrze rozegrana.

-  Nie, szefie - odpowiedziałam. - Nie mam pojęcia, jak

to się stało.

Tracchio popatrzył na mnie, ważąc w ręku ciężki tom akt, a potem skinął 

głową i wsunął go na sam spód innych raportów.

-  Świetnie się pani spisała, poruczniku. Nikt nie zrobiłby

tego lepiej.

Epilog

background image

Odlecę w dal

Cztery miesiące później...

Było   przejrzyste,   jasne   marcowe   popołudnie,   kiedy   wszyscy   znów 

spotkaliśmy się w kościele La Salle Heights.

Minęło   prawie   pięć   miesięcy   od   pierwszego   krwawego   zamachu   i 

wszystkie pęknięcia w zewnętrznych ścianach zostały zaszpachlowane i 

pomalowane na biało. Nad głównym wejściem do kościoła, tam, gdzie 

znajdował się niegdyś przepiękny witraż, zawieszono białą zasłonę.

Wewnątrz, ramię przy ramieniu, siedzieli najważniejsi członkowie władz 

miasta,   a   obok   nich   dumni   parafianie   i   rodziny   ofiar,   zgromadzone 

specjalnie na tę uroczystość. Nowe kamery  jeździły  na rolkach wzdłuż 

bocznych naw, rejestrując materiał do wieczornego wydania wiadomości.

Chór, ubrany w białe szaty, zaintonował pieśń Fllfly away i po chwili cała 

kaplica zdawała się drżeć od zwycięskiej siły wznoszących się głosów.

Niektórzy ludzie zaczęli klaskać w rytm muzyki, inni ocierali łzy.

Stałam z tyłu razem z Claire, Jill i Cindy i drżałam z emocji.

Kiedy   chór   skończył,   do   pulpitu   podszedł  Aaron   Wislow.   W   czarnym 

garniturze   i   koszuli   wyglądał   jak   zwykle   znakomicie   i   jednocześnie 

dumnie. Nadal spotykali się z Cindy i wszystkie bardzo go polubiłyśmy. 

Wśród   zebranych   zapadła   cisza.   Winslow   popatrzył   na   morze   głów, 

powitał wszystkich pogodnym uśmiechem i rozpoczął kazanie.

-   Zaledwie   przed   kilkoma   miesiącami   zabawa   naszych   dzieci   została 

brutalnie   przerwana   przez   szaleńca.   Widziałem,   jak   grad   pocisków 

zbezcześcił to miejsce. Dziewczynki z chóru, który śpiewał dziś dla was, 

zostały schwytane w sid-

ła   terroru.   Wszyscy   zadawaliśmy   sobie   pytanie:   dlaczego...?   Jak   to 

background image

możliwe, że zginęła najmłodsza i najbardziej niewinna

z nas?

Okrzyki „Amen" odbiły się od belek stropu. Cindy wyszeptała mi do ucha:

-  Niezły, prawda? Najlepsze jest to, że on naprawdę tak

myśli.

-   I odpowiedzią jest... - ciągnął w niezmąconej ciszy Winslow - jedyną 

możliwą   odpowiedzią   jest   to,   że   ona   przygotowała   drogę   nam,   którzy 

pójdziemy jej śladem.

Przebiegł wzrokiem po twarzach obecnych.

-   Wszystkich nas coś łączy. Każdego z tutaj zgromadzonych, rodziny, 

które   opłakują   utratę   bliskich,   i   tych,   którzy   przyszli   po   prostu,   żeby 

pamiętać.   Czarni   czy   biali,   nienawiść   zbrukała   nas   wszystkich.   Ale 

równocześnie   w   jakiś   sposób   zostaliśmy   oczyszczeni.   Żyjemy   dalej. 

Możemy żyć dalej.

Z   tymi   słowami   dał   znak   grupce   odświętnie   ubranych   małych   dzieci, 

stojących   po   bokach   ogromnej,   białej   zasłony.   Dziewczynka   z 

warkoczykami, najwyżej dziesięcioletnia, pociągnęła za sznur i zasłona z 

głośnym szelestem opadła na ziemię.

Całą   świątynię   wypełniło   mieniące   się   światło.   Wszystkie   głowy 

odwróciły się, a z piersi wyrwało się głośne: „Och". Tam, gdzie jeszcze 

niedawno   ziała   ogromna   dziura   ze   sterczącymi   resztkami   szkła,   teraz 

błyszczał nienaruszony, wspaniały witraż. Rozległy się okrzyki zachwytu, 

a   potem   wszyscy   zaczęli   bić   brawo.   Chór   łagodnie   rozpoczął   hymn. 

Wszystko było tak niesamowicie piękne.

Kiedy   słuchałam   poruszającej   do   głębi   muzyki,   coś   we   mnie   drgnęło. 

Zerknęłam na Cindy, Claire i Jill i pomyślałam z ulgą, jak wiele zmieniło 

background image

się od czasu, kiedy stałam tutaj ostatni raz na pogrzebie Tashy Catchings.

W oczach wezbrały mi łzy. Poczułam na ramieniu palce Claire. Poszukała 

mojej dłoni i delikatnie uścisnęła ją koniuszkami palców. Potem Cindy 

ostrożnie wzięła mnie pod rękę.

Jill, stojąc za moimi plecami, objęła mnie za ramiona.

-   Nie   miałam   racji   wtedy,   kiedy   wieźli   mnie   na   salę   operacyjną   - 

wyszeptała mi prosto do ucha. - Sukinsyny nie mogą zwyciężyć. To my 

wygrywamy. Musimy tylko poczekać, aż gra dobiegnie końca.

Wszystkie   Cztery   wpatrywałyśmy   się   w   przepiękny   witraż.   Jezus   w 

powłóczystej szacie szedł w kierunku apostołów. Jego głowę otaczała żółta 

aureola. Czterech czy pięciu uczniów postępowało Jego śladem. Wśród 

nich była kobieta, która odwracała się i wyciągała rękę, jakby na kogoś 

czekając...

Czekała na małą, czarną dziewczynkę, podobną do Tashy Catchings.

Dwa tygodnie później zaprosiłam w piątkowy wieczór na kolację moje 

dziewczęta.   Jill   mówiła,   że   ma   jakieś   wspaniałe   nowiny,   którymi 

koniecznie chce się z nami podzielić.

Wracałam właśnie z targu z siatkami pełnymi zakupów. Kiedy dotarłam do 

przedsionka   mojego   mieszkania   na   pierwszym   piętrze,   pogrzebałam   w 

skrzynce na listy i wyjęłam pocztę. Różne katalogi i rachunki, jak zwykle. 

Już miałam iść dalej, kiedy zauważyłam wśród nich cienką, białą kopertę. 

Zwyczajną,  lotniczą,  z  czerwonymi  i  niebieskimi   strzałkami,  taką,  jaką 

można dostać na każdej poczcie.

Serce skoczyło mi do gardła, kiedy rozpoznałam charakter pisma.

List został nadany w Cabo San Lucas, w Meksyku.

Postawiłam   na   podłodze   siatki   z   zakupami,   usiadłam   na   schodach   i 

background image

rozerwałam kopertę. Wyjęłam złożoną kartkę papieru w linię. Wewnątrz 

było małe zdjęcie zrobione polaroi-dem.

„Moja   śliczna   córeczko".   -   Tak   zaczynał   się   napisany   nerwowymi 

bazgrołami   list.   -   „Chcę,   żebyś   teraz   dowiedziała   się   o   wszystkim. 

Przebyłem długą drogę, żeby znaleźć się tutaj, gdzie jestem, ale więcej nie 

będę uciekał.

Bez wątpienia wiesz, co zdarzyło się tamtego dnia przed

Pałacem. Wy, nowocześni gliniarze, macie przewagę nad takimi starymi 

ślimakami jak ja. Chciałbym ci tylko powiedzieć, że nie bałem się, iż to 

musi wyjść na jaw. Przez parę dni pętałem się tu i ówdzie, żeby zobaczyć, 

co będzie dalej. Raz nawet zadzwoniłem do ciebie do szpitala. To byłem 

ja... Wiedziałem, że nie chcesz o mnie słyszeć, ale chciałem się upewnić, 

że z tobą wszystko w porządku. I oczywiście - po prostu jesteś świetna.

Te   słowa   nie   wystarczą,   żebyś   się   dowiedziała,   jak   bardzo   żałuję,   że 

znowu cię zawiodłem. Myliłem się w wielu sprawach: na przykład w tym, 

że   nie   potrafisz   zostawić   wszystkiego   za   sobą.   Wiedziałem   o   tym   od 

chwili, kiedy cię ponownie zobaczyłem. Dlaczego przyswojenie sobie tak 

prostej lekcji musiało mi zabrać całe życie?

Ale miałem rację co do jednego. I to jest najważniejsze. Nikt nie jest na 

tyle   wielki,   żeby   w   pewnej   chwili   nie   potrzebować   czyjejś   pomocy... 

choćby ze strony własnego ojca".

List był podpisany „Twój głupi tata", a pod spodem: „który naprawdę cię 

kocha...".

Siedziałam, czytając list po raz drugi, i z trudem powstrzymywałam łzy. 

Więc Marty w końcu znalazł miejsce, gdzie nic go już nie będzie dręczyć, 

gdzie nikt go nie zna. Dławiła mnie bolesna świadomość, że mogę go 

background image

więcej nie zobaczyć.

Szybkim ruchem odwróciłam ziarnistą fotografię.

To   był   Marty...   w   śmiesznej   hawajskiej   koszuli,   upozowa-ny   na   tle 

podniszczonej rybackiej łodzi, podniesionej na wyciągu, o długości może 

trzech i pół metra. Na dole zdjęcia było parę zdań: Nowy początek nowego 

życia. Kupiłem tę łódź. Sam ją pomalowałem. Może kiedyś spełnię twoje 

marzenie...

Zaczęłam się śmiać... Co za palant, pomyślałam, kręcąc głową. Co on, do 

wszystkich diabłów, wiedział o łodziach? Albo o łowieniu ryb? Z oceanem 

miewał   coś   wspólnego   jedynie   wówczas,   gdy   wyznaczano   go   do 

patrolowania Nadbrzeża Rybackiego.

Właśnie wtedy coś przykuło mój wzrok.

Coś   na   dalszym   planie,   za   dumnym   obliczem   ojca,   na   tle   masztów   i 

kadłubów błękitnej przystani i przepięknego nieba...

Zmrużyłam oczy i starałam się odcyfrować napis na świeżo pomalowanym 

kadłubie nowej łodzi mojego ojca.

To było jedno słowo, nagryzmolone prostymi, białymi literami, nakreślone 

jego własną, niewprawną ręką.

Imię łodzi: Maskotka.

Yakhsof-Huradas ebook:

1. David Morrell – Nocna ucieczka

background image

2. Per Wahloo, Maj Sjowall - Martin Beck 03 - Męższczyzna na 

balkonie

3. Per Wahloo, Maj Sjowall - Martin Beck 02 - Męższczyzna, który 

rozpłynął się w powietrzu

4. Per Wahloo, Maj Sjowall - Martin Beck 01 – Roseanna

5. James Patterson - Alex Cross 03 - Jack i Jill

6. James   Patterson   -   Kobiecy   Klub   Zbrodni   01   -   Ty   umrzesz 

pierwszy

7. Daniel Suarez – Demon 01 – Demon

8. Ken Bruen - Jack Taylor 01 - Strażnicy Bezprawia

9. James Patterson – Kobiecy Klub Zbrodni 02 – Druga szansa