background image

Marion Lennox 

Olśnienie 

background image

PROLOG 

Decyzja zapadła o drugiej w nocy. Na oddziale od paru 

godzin nic się nie działo. Żadnych wyrostków, perforacji 
czy nawet pobić. Absolutna cisza. 

Jego to nie zadowalało. Nie minęła nawet połowa 

dyżuru, a już cztery pielęgniarki i jeden stażysta zdążyli 
zatroszczyć się o stan jego ducha. 

- Doktorze, jeżeli chce pan porozmawiać... 
Nie chciał. Spoglądał na nich spode łba, po czym 

wracał do lektury. Najbardziej interesował go dział ofert 
pracy w najnowszym numerze fachowego czasopisma. 

- Gdzie jest Dimboola? 
- Moja ciotka tam mieszka - odezwała się jedna 

z pielęgniarek. - Dimboola leży w północno-zachodniej 
Wiktorii. Ciotka mówi, że to bardzo przyjemne mia­

steczko. 

- Aha. - Skreślił to ogłoszenie. Po chwili zadał ko­

lejne pytanie. - A Mission Beach? 

- W północnym Queenslandzie - poinformowała go 

ta sama pielęgniarka. - Pamiętasz Joego i Jodie? 

- Kogo? 
- W zeszłym roku Joe był u nas na stażu, pediatra. 

Taki wysoki, dobrze zbudowany blondyn. Bardzo przy­
stojny, taki jak ty... Marzenie każdej dziewczyny. 
- Uśmiechnęła się, by dać mu do zrozumienia, że chce 

background image

160 

MARION LENNOX 

podnieść go na duchu. Ostatnimi czasy ten cel przy­

świecał całemu zespołowi. 

- Joe ożenił się z Jodie z intensywnej opieki - podjęła, 

gdy nie zareagował. - Wyjechali stąd do Port Douglas 
niedaleko Mission Beach. 

Jedyna istotna dla niego informacja była taka, że 

w sąsiedztwie Mission Beach mieszkają ludzie, którzy go 
znają. Skreślić. Kolejne propozycje okazały się nie do 
przyjęcia z tego samego powodu. 

- Gdzie jest Cradle Lake? - zapytał jakiś czas później, 

spoglądając na kolegów. - Słyszeliście o Cradle Lake? 

- Nie - przyznał się anestezjolog Graham. - Na 

Tasmanii jest Cradle Mountain. Może Cradle Lake jest 
gdzieś w pobliżu. 

- Chyba nie, bo kod pocztowy wskazuje na Nową 

Południową Walię. 

- Nie mam pojęcia. 
- Nikt nie wie, gdzie to jest? - Cztery osoby pokręciły 

głową. - Super. - Kółkiem zaznaczył ofertę. - Tam 
pojadę. 

Telefon obudził Ginny o drugiej w nocy. Mimo że się 

go spodziewała, ogarnęło ją przerażenie. 

To Richard. Dzwoni ze szpitala. Nie chciał, by była 

przy nim, gdy pozna wyrok, i do tej pory zwlekał z jej 
powiadomieniem. Czy można mieć mu to za złe? Wystar­

czy sobie wyobrazić, ile odwagi wymaga wysłuchanie 
takiej informacji, a co dopiero dzielenie się nią z bliskimi. 

- Drugi przeszczep jest niemożliwy - rzekł bezbarw­

nym głosem. - Tak orzekli specjaliści. 

- Tego się obawiałam - szepnęła. - Do myślenia dało 

background image

OLŚNIENIE 161 

mi to, że nie zadzwoniłeś wcześniej. - Z trudem hamowa­
ła łzy. - Richard, przyjadę do ciebie. 

- Nie. Nie teraz. 
- Co robisz? 
- Patrzę w sufit i zastanawiam się, jak sobie z tym 

poradzę. Poza tym nie wiem, czy mam prawo cię prosić... 

- O co? 
- Ginny... chcę wrócić do domu. Do Cradle Lake. 
Wzięła głęboki wdech. Od lat unikała tej miejscowo­

ści, a on nazywa ją „domem". No cóż, „dom" jest tam, 
gdzie człowiek zostawił serce. Cradle Lake zdecydowa­

nie nie jest jej „domem". 

- Richard, w Cradle Lake nie ma specjalistów. Tam 

pewnie nie ma nawet zwyczajnego lekarza. 

- Specjaliści nie mają już nic do roboty... - Zawiesił 

głos, a ona wstrzymała oddech. - Teraz tylko... Chcę 
mieć pewność, że to pójdzie gładko. Mam przecież 
siostrę, która jest lekarzem. Zrobisz wszystko, co należy. 

- Nie wiem, czy potrafię. 
- Potrafisz uwolnić mnie od bólu? 
- Tak. - Co do tego nie miała wątpliwości. 

- O to chodzi. 
- Ale nasz dom... - Rozpaczliwie starała się odwlec 

to, co nieuniknione. - Od lat nikt go nie dogląda. 

- Wystarczy doprowadzić go do stanu używalności. 

Nie potrzebujemy luksusów. Żeby dać ci parę dni czasu, 

mogę zostać w szpitalu do weekendu. 

Dzięki, pomyślała. Kłębiły się w niej emocje: od 

smutku przez zmieszanie aż po złość. Richard może 

poczekać, aż ona zrezygnuje z ukochanej pracy! Aż 
zlikwiduje mieszkanie i przeprowadzi się do znienawi-

background image

1 6 2 MARION LENNOX 

dzonego domu w miejscowości, która budzi w niej 
niechęć. Przymknęła oczy w oczekiwaniu, że złość przej­
dzie. Wiedziała z doświadczenia, że gniew potrafi wy­
przeć smutek. To dlatego jest teraz taka zła, mimo że na 
niewiele się to przyda, bo smutek zawsze wraca. 

Nie okaże złości. Ani smutku. 
- Jesteś pewien, że chcesz tam jechać? 
- Tak - odrzekł tym razem już mocniejszym głosem 

- jestem tego pewien. Będę siedział na werandzie i... 
- Nie musiał kończyć. Oboje znali słowo, które miało 
zakończyć tę wypowiedź. W ich rodzinie stałe się przewi­

jało. - Ginny, zrobisz to dla mnie? 

- Oczywiście, przecież wiesz. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Kobieta leży tam, gdzie właśnie zamierzał wjechać. 

Zabłądził. Miriam wprawdzie wyposażyła go w mapę 
okolicy i poleciła mu skręcić w drugą szutrową drogę po 
lewej za wzniesieniem, ale on zastanawiał się teraz, co 

jest drogą, a co koleinami wyciśniętymi w błocie po­

wstałymi po ostatnich deszczach. 

Gdzieś tutaj mieszka Oscar Bentley. Podobno leży na 

podłodze w kuchni ze złamanym stawem biodrowym. Na 
ostatnim zakręcie szpitalny samochód terenowy stracił 
przyczepność, a gdy Fergus wyprowadził go z poślizgu, 
zatrzymał się tuż przed tą kobietą. 

Leżała bez ruchu, z twarzą przy czymś, co wyglądało 

jak kratownica ułożona nad rowem w poprzek drogi, żeby 

bydło nie przechodziło na dragą stronę. Miał przed 
oczami jej dżinsy, tak opięte, że nie miał wątpliwości, że 

jest to kobieta, zniszczone kowbojskie buty, wypłowiałą 

kurtkę i rozrzucone jasne włosy. 

Dlaczego leży na środku drogi? Straciła przytomność? 

Ktoś ją potrącił? Przykląkł przy niej. 

- Nareszcie - wycedziła, gdy dotknął jej ramienia. 

- Kimkolwiek jesteś, złap za drugie ucho. 

- Słucham? 
- Za ucho! Mam za krótką rękę. Trzymam go za jedno 

ucho, a do drugiego już nie sięgam. Leżę tu od pół 

background image

164 

MARION LENNOX 

godziny i czekam na koniec meczu, więc nie wyobrażaj 
sobie, że zrezygnuję akurat teraz. 

Spojrzał w dół przez pręty. Aha, jedną ręką trzyma 

za sam koniuszek ucha coś, co wygląda jak dopiero co 
urodzone jagnię, a ucho znajduje się ponad pół metra 
pod kratą. Takie kratownice zakłada się po to, by 
zwierzęta nie przechodziły na sąsiednie pastwiska. Do­
rosła owca nie pokona takiej przeszkody, jagnię też, 

ale ten osobnik postanowił to sprawdzić. I wpadł do 
rowu. 

Okej. Jagnię w potrzasku, kobieta rozpłaszczona na 

środku drogi. Uczono go na studiach, że przed przy­
stąpieniem do akcji ratunkowej lekarz musi się upewnić, 
czy jemu nic nie zagraża. 

Na wzniesieniu, becząc bezradnie, stała owca. Spog­

lądała na nich nieprzyjaźnie, jakby miała ochotę ruszyć 
do natarcia. Czy owce atakują ludzi? 

Dziewczyna w ogóle nie zwracała na nią uwagi, więc 

chyba i on nie musi się przejmować. 

- Mogłem panią przejechać - zauważył, ale nieznajo­

ma nie odpowiedziała, co bardzo go zirytowało. - Mog­
łem panią przejechać. Oszalała pani?! 

- Tylko idiota jechałby szybko po takiej drodze -

mruknęła, nie puszczając ucha. 

Ta uwaga ostudziła jego wzburzenie. 
- Długo jeszcze będzie mnie pan pouczał, gdzie wol­

no mi leżeć, a gdzie nie, zamiast mi pomóc? 

- Co mam zrobić? 
- Wsunąć tam ramię i złapać za drugie ucho. 

Łatwo to powiedzieć, gorzej wykonać. 

- I co dalej? - zapytał ostrożnie. 

background image

OLŚNIENIE 

165 

- Niech go pan złapie za drugie ucho i przytrzyma, 

a ja postaram się chwycić za kark. 

- Żeby go wyciągnąć? 
- Otóż to, Einsteinie. 
- Nie rozumiem, dlaczego... 
- Dlaczego jestem taka opryskliwa? Ja też tego nie 

rozumiem. Co gorsza, nie wiem, po co ratuję to durne 

jagnię. Ono nawet nie jest moje. Wyszłam na spacer, 

ale usłyszałam beczenie. Padnie, jeśli je zostawię. Leżę 
tu od pół godziny, czekając na koniec meczu, więc daj­
my sobie spokój z uprzejmościami i je wyciągnijmy. 

- Jasne. - Podwinął rękawy. 

Sprawa okazała się dosyć trudna. Do łokcia poszło 

gładko, za to przepychanie bicepsa przez kratę okazało się 
bolesne, ale nie zważając na ból, dotknął ucha zwierzaka. 
Leżeli teraz ramię w ramię, ciasno przywierając do 
kratownicy i ściskając po jednym uchu jagnięcia. Fantas­

tycznie! 

- Ale jak pan puści... - warknęła. - Na trzy cztery 

ciągniemy do góry. 

- Złamiemy mu kręgosłup. 
- Tylko kilka centymetrów... pomalutku, tak żebym 

mogła chwycić za skórę na karku. Już! 

Nie policzyła do trzech, a obiecała! Mimo to uznał, że 

sytuacja wymaga od niego posłuszeństwa. Sekundę póź­

niej nieznajoma położyła dłoń na wełnistym grzbiecie 
i zaczęła wydawać nowe polecenia. 

- Niech pan wsunie rękę pod jego brzuch - wysapała, 

podnosząc jagnię odrobinę wyżej. Trzydzieści sekund 
później oswobodzili je ze śmiertelnej pułapki. - Naresz­

cie - mruknęła nieznajoma, podnosząc się na nogi. 

background image

166 

MARION LENNOX 

Dopiero teraz miał okazję lepiej się jej przyjrzeć. 

Uznał, że dobiega trzydziestki. Była piegowata, potar­
gana i umazana błotem. Gładziła przestraszone jagnię, 

jednocześnie patrząc Fergusowi prosto w oczy, co mocno 

go speszyło. Ta to ma klasę. 

- Pan nie stąd - stwierdziła, a on się zorientował, że 

i ona dokonuje podobnego szacunku jego osoby. 

- Jestem miejscowym lekarzem. 
Obmacując wyrywające się jagnię, wprawnymi rucha­

mi dokonywała oceny jego stanu. 

- Tutejszy lekarz nie żyje. 
- To prawda, doktor Beaverstock zmarł pięć lat temu, 

ale kierownictwo szpitala zaczęło szukać następcy. I ja 
nim jestem. Czy może pani mi powiedzieć, gdzie... 

- Pan tu pracuje? 
- Od wczoraj. 

Opuściła powieki, a gdy je podniosła, w jej oczach 

dostrzegł cierpienie. I coś jeszcze. Ulgę? 

- Dzięki Bogu - rzekła, stawiając jagnię na ziemi. 

Dokoła nich nie było żywej duszy. W kierunku za­

chodnim ciągnęły się zielone pastwiska, istny raj dla 
owiec. Tam też stała owca. Od strony wschodniej mieli 
kratownicę i gęste zarośla schodzące do jeziora w krate­
rze wygasłego wulkanu. Na zachód czy na wschód? 

Pewne wydarzenia łatwo przewidzieć. Jagnię odwró­

ciło się i bez namysłu skoczyło w kierunku kratownicy. 

- Stój! - krzyknęła. 
Nie na darmo Fergus trenował rugby: błyskawicznie 

rzucił się za uciekinierem, by w ostatniej chwili zacisnąć 
palce na jego tylnej nodze. Przednie kopytka były już na 
kratownicy. Wylądował twarzą w błocie. 

background image

OLŚNIENIE 

167 

- Brawo. - Dziewczyna ze śmiechem przyklękła obok 

niego i przygarnęła do siebie jagnię. 

Jak ona ładnie pachnie, pomyślał. Bzdura. Prawdę 

mówiąc, pachniała jagmęciem oraz błotem z domieszką 
nawozu. To ma być przyjemny zapach? 

- Niech je pani mocno trzyma - powiedział słabym 

głosem, ocierając błoto z twarzy. 

- Przepraszam - powiedziała, podnosząc się. Jednak 

wcale nie wyglądała na skruszoną. 

- Niech je pani stąd zabierze. 
- Nie mam auta. - Podała mu dłoń, by pomóc mu 

wstać. Ta dłoń okazała się niespodziewanie silna. Szarp­
nęła, a on wstał i znalazł się tuż przy niej. - Do domu mam 

stąd ponad pół kilometra. - Spoglądała na owczą matkę. 

- Głupio zrobiłam, stawiając je na ziemi - przyznała. 
- Razem z mamą powinno znaleźć się w zagrodzie przy 

owczarni. 

- Jak się tam dostaną? - Oj, fatalnie. Pytanie o to jest 

równoznaczne z ofertą pomocy. 

- Nie uda mi się ich tam zagonić. Owca to nie to samo 

co krowa. Nawet jeśli będę trzymała jej jagnię, to nie 

wiadomo, czy za mną pójdzie. - Przeniosła wzrok na jego 

auto, a on już wiedział, co się święci. - Podrzuci mnie pan 
do Bentleya? To jego owce. 

- Do Oscara Bentleya? 
- Tak. - Podała mu jagnię, a on był tak zdumiony, że 

nie zaprotestował. - Niech pan tu stoi i się nie rusza 
- poleciła, po czym zmieniła zdanie. - Nie, niech go pan 
trochę pohuśta, żeby odwrócić jej uwagę ode mnie. 

- Ale ja muszę jechać... - Do Oscara Bentleya. 
- Jak ją złapię. 

background image

168 

MARION LENNOX 

Zaczęła wspinać się na zbocze. Domyślił się, jaki ma 

plan, gdy ukryła się za pniem drzewa. Wykorzystała go do 

odwrócenia uwagi. Okej, niech i tak będzie. W wyciąg­
niętych ramionach wysunął jagnię przed siebie. Owca 
zrobiła ostrożny krok naprzód. W tej samej chwili nie­
znajoma wypadła zza drzewa. Takiego skoku nie po­
wstydziłby się żaden zawodnik rugby, pomyślał z uzna­
niem, gdy dziewczyna wbiła palce w owcze runo. 

- Niech pan zamknie jagnię w aucie i podjedzie bliżej 

nas - wysapała. - Nie będę tu stać w nieskończoność. 
- Gdyby mogła, tupnęłaby nogą. 

Oto za chwilę będzie pomagał owcy wsiąść do szpital­

nego dżipa. W porządku. Od dwóch dni jest wiejskim 

lekarzem. I od tego oni są. Może nie? 

Otworzył tylne drzwi, przesunął skrzynki ze sprzętem 

bliżej wyjścia i nakrył je brezentową płachtą. Miriam, 
pielęgniarka, która wyposażyła auto na okoliczność nag­

łych wypadków, zaopatrzyła je w aż trzy takie płachty. 
Z myślą o owcach? Zapewne Miriam ma większe niż on 
doświadczenie w dziedzinie medycyny wiejskiej. Każdy 

jest od niego lepszy w tej dziedzinie. 

Postawił jagnię na podłodze, ale gdy już miał zatrzas­

nąć drzwi, zachwiało się na cienkich nóżkach. Wzdycha­

jąc, wziął je na ręce, po czym z jagnięciem na kolanach 

zasiadł za kierownicą. 

- Nie życzę sobie żadnej kałuży - mruknął. - Od tej 

chwili uczymy się porządku. 

Gdy nieznajoma sprowadzała owcę ze zbocza, on co­

fając auto, podjechał jak najbliżej. 

- Jak zbrudzisz siedzenie, przerobię cię na kotleciki 

- ostrzegł jagnię, po czym wysiadł. 

background image

OLŚNIENIE 169 

Mimo że owca okazała się krnąbrna, kobieta miała 

spore doświadczenie i już wkrótce można było zatrzasnąć 

tylne drzwi. Bez słowa wsiadła do auta, przygarniając do 

siebie jagnię. Wyraźnie zamierzała z nimi jechać. 

- Wysadzę je u Bentleya - rzekł - bo tam jadę. 
- Do Bentleya? 
- Taki miałem zamiar. Ale zabłądziłem. 
- Trzeba zawrócić, a za wzniesieniem skręcić w lewo. 
- Już drugi raz słyszę to wyjaśnienie, ale przyjecha­

łem tu z przeciwnej strony. 

- Drogą z farmy 0'Donella jechał pan do Bentleya? 

- Nie jestem tutejszy. 
- Podobno jest pan miejscowym lekarzem. 
- Na zastępstwie - bronił się. - Przyjechałem w czwar­

tek i zostanę w Cradle Lake przez trzy miesiące. 

Przyglądała mu się badawczo. 

- To chyba tyle, ile trzeba - powiedziała półgłosem. 

Odniósł wrażenie, że tę informację skierowała do 

jagnięcia, które opiekuńczym gestem przytulała do piersi. 

Dwie umorusane zagubione istoty, pomyślał. 

- Nazywam się Fergus Reynard - przedstawił się, nie 

doczekawszy się z jej strony żadnego wyjaśnienia. 

- Ginny Viental. 
- Ginny? 
- Formalnie na imię mi Guinevere, ale nie bardzo 

pasuję do takiego imienia. 

Zdaje się, że to imię nosiła pewna urodziwa królowa... 
- Miło mi cię poznać, Ginny - powiedział, nakazując 

sobie w duchu skoncentrować się na śliskiej nawierzchni, 
zamiast podziwiać jej urodę. - Mieszkasz tutaj? 

- Kiedyś tu mieszkałam. Teraz wróciłam... na krótko. 

background image

170 MARION LENNOX 

- Twoi rodzice mają tu farmę? 
- Mieli, kiedy byłam mała. Wyjechałam stąd, mając 

siedemnaście lat. 

Z jej spojrzenia wyczytał, że nie miała łatwego życia 

oraz że lepiej nie zadawać więcej pytań. 

- Jesteś pewna, że te owce należą do Bentleya? 
- Aha. Kratownica jest na naszym terenie, ale on ma 

prawo z niej korzystać. Piętnaście lat temu był farmerem 
pełną gębą, ale teraz potwornie zaniedbał farmę. 

- Nawet nie postarał się o porządną drogę - zauważył. 
- Nie lubi gości. A właściwie dlaczego cię wezwał? 
- Chyba nie złamię tajemnicy lekarskiej, informując 

cię, że chodzi o pęknięcie kości biodrowej. 

- Kość biodrowa? 
- To jest jego diagnoza. 
- Jasne! - prychnęła. - Urżnął się i upadł, a teraz chce, 

żeby ktoś przeniósł go do łóżka. 

- Domyślam się, że znasz go nieźle. 
- Przecież tu mieszkałam. Nie widziałam Oscara 

przez wiele lat, ale jestem pewna, że się nie zmienił. 

- A gdzie mieszkasz na stałe? 
- Przestań mnie wypytywać - mruknęła z twarzą 

wtuloną w jagnię. - Nie znoszę zapachu mokrej wełny. 

- To nie wtykaj nosa w owczą sierść. 
- Oto co radzi pan doktor - rzekła z uśmiechem. 

Co to był za uśmiech! Kiedy z jej spojrzenia zniknęło 

zmęczenie, była po prostu piękna. 

- Co cię tu sprowadza? - zapytała, nagle podnosząc 

głowę znad jagnięcia. 

- Już mówiłem. Zastępstwo. 
- Do tej pory nie dało się tu zwabić żadnego lekarza. 

background image

OLŚNIENIE 171 

- Nie rozumiem dlaczego - powiedział z przekąsem, 

gwałtownie hamując na rozmiękłej drodze. 

- W zeszłym tygodniu przeszła nad doliną potężna 

nawałnica. Wody dopiero zaczęły opadać. 

- Ładnie tu - stwierdził, spoglądając na porośnięte 

lasami wzgórza i szafirową taflę jeziora. Owszem, miasto 
i specjaliści są oddaleni stąd o pięć godzin, ale nie po to tu 
przyjechał. - I dużo owiec. 

- Bardzo dużo. - Spojrzała na krajobraz za szybą, 

jakby chciała i ona dostrzec zalety tego regionu. 

- Trzeba tylko przyjąć założenie, że owce są ładne 

- dodał po chwili. 

Odwróciła się, by popatrzeć na posępną pasażerkę 

podróżującą z tyłu. Jak na zawołanie zwierzę rozstawiło 
tylne nogi i oddało mocz. 

Czeka go sprzątanie. Mimo to się uśmiechnął. 
- Dziewczyna z farmy. Z krwi i kości. 

- Nie zajmuję się gospodarstwem. 
- To by wyjaśniało, dlaczego leżałaś na odludziu po­

środku drogi, trzymając owieczkę za jedno ucho, i czeka­
łaś, aż całe Cradle Lake zacznie wracać z meczu. 

Znowu się uśmiechnęła. 
- „Całe Cradle Lake" po tej stronie jeziora to osiem 

osób. Doreen Kettle co tydzień wozi pięcioro swoich 
dzieci oraz matkę staruszkę na mecz i prowadzi dziesięć 
razy wolniej niż ty. Ósmą osobą jest trener naszej druży­
ny, który będzie wracał dopiero po dziesiątej. Nasi 
chłopcy na pewno przegrali, my zawsze przegrywamy, 

więc trener pójdzie do pubu topić smutek. Pokaże się na 
drodze dopiero, kiedy nasz policjant uda się na spoczy­
nek, a stanie się to po retransmisji meczu w telewizji, 

background image

172 

MARION LENNOX 

która kończy się o wpół do dziesiątej. Dopiero wtedy 

Cradle Lake może pokazać, co potrafi. 

- Ile lat temu stąd wyjechałaś? 
Parsknęła śmiechem. Takim gardłowym, zaraźliwym. 
- Dziesięć. Ale w Cradle Lake nic, ale to nic się nie 

zmienia. Nawet dzieci Doreen. Kiedy wyjeżdżałam, wo­
ziła na mecze całą piątkę upchaną na tylnym siedzeniu. 
Teraz też wozi ich wszystkich, z tym że upychanie stało 

się bardziej skomplikowane. Myślę, że jej najmłodszy syn 
ma teraz ze dwa metry wzrostu. - Rozpromieniła się. - Ty 

wprowadziłeś jedną zmianę. Cradle Lake ma lekarza. 
Dlaczego tu przyjechałeś? 

Westchnął. Denerwowało go to pytanie. 
- Już mówiłem. Na zastępstwo. 
- E tam. Twój poprzednik znalazł się tutaj tylko 

dlatego, że tuż po drugiej wojnie światowej zepsuł mu 
się tu samochód. Jechał właśnie odwiedzić jakiegoś 
towarzysza broni. W Cradle Lake nie było mechanika, 
a jemu zabrakło oleju w głowie, żeby stąd się wydostać 
w inny sposób. 

Fergus skrzywił się. W ciągu zaledwie paru dni usły­

szał wiele niepochlebnych opinii ó swoim poprzedniku. 

- Widzę, że twój samochód nadal jeździ. Dlaczego 

zatrzymałeś się akurat w Cradle Lake? 

- Z listy ofert wybrałem pierwszą miejscowość, o któ­

rej nigdy przedtem nie słyszałem. 

- Dlaczego? 
- Chciałem uciec z miasta. 
Przeszyła go wzrokiem. 
- Chyba zdajesz sobie sprawę, że pobyt tutaj nie 

będzie przypominał wakacji. To jest region zapomniany 

background image

OLŚNIENIE 

173 

przez Boga i ludzi, zamieszkały przez biedne rodziny, dla 
których twoja obecność jest zbawieniem. Będziesz miał 
do czynienia z zalewem problemów, którymi należało się 
zająć lata temu. 

- Tego mi trzeba. 
Nie spuszczała z niego wzroku. Co ona chce zoba­

czyć? Przyczyny, dla których przyjechał do Cradle Lake. 
Oby jej się to nie udało. Starał się przybrać nieprzenik­
nioną minę. 

- Chciałeś uciec od miasta, ale nie od leczenia. 
- Tak. 

Ku jego zdziwieniu przesłuchanie dobiegło końca. 

Pewnie Ginny nie chciała, by to on wziął ją na spytki. 
Zerknąwszy na nią, nabrał pewności. Tak, ten jej śmiech 

jest zasłoną, bo głębiej kryją się problemy. Rzeczywiste 

i trudne. Jako dobry lekarz powinien przystąpić do 
badania. Nie, on nie jest lekarzem. Jest chirurgiem, który 

przyjechał tu na zastępstwo i wszystkie ciężkie przypadki 
będzie kierował do szpitala w Sydney. 

Przejechawszy po kolejnej kratownicy, znaleźli się 

przed zdewastowanym domostwem otoczonym czymś, 

co przypominało cmentarzysko starych samochodów. Na 
werandzie siedziało sześć wychudzonych psów, które 
całą sforą rzuciły się na samochód. 

- Jako chłopak z miasta... - zaczął nieśmiało Fergus. 

Ginny uśmiechnęła się, po czym wysiadła, zamykając za 
sobą drzwi, a on się przestraszył, że lada chwila psy 
rozszarpią ją na strzępy. 

- Siad! - ryknęła tak głośno, że było ją słychać 

w sąsiednim stanie. Psy cofnęły się jak oblane wiadrem 
wody. Trzy nawet usiadły. Ginny zatarła ręce, po czym 

background image

174 

MARION LENNOX 

szeroko się uśmiechnęła. - Możesz wysiąść. Smoki zo­
stały pokonane. Jesteśmy kwita. 

- Dzięki. - Ostrożnie wysunął się z auta, lecz psy 

opuściła wszelka chęć walki. 

- Doktor? - Usłyszeli męski głos, jakże odmienny od 

tego, który przez telefon błagał Fergusa o pomoc. - Ten 
przeklęty doktor? Nareszcie! Człowiek umiera... - Atak 
kaszlu ukrócił te utyskiwania. 

- Idziemy do pacjenta - oznajmiła Ginny, wchodząc 

na rampę prowadzącą do domu. 

Kto tu jest lekarzem? Fergus czul się tak zagubiony, że 

nie pozostało mu nic innego, jak ruszyć za nią. 

Oscar Bentley był potężnym mężczyzną. Od nadwagi 

do otyłości przeszedł już lata temu, stwierdził w duchu 
Fergus. Widać było, że jest w marnej formie. Leżał na 
podłodze w kuchni jak wieloryb wyrzucony na plażę. 
Nieopodal walały się puszki po piwie, więc nie groziło 

mu odwodnienie, a mimo to nie był w stanie się podnieść. 
Oddech miał świszczący. 

- Dzień dobry. Doktor Reynard mówi, że złamałeś 

biodro. - Ginny ujęła jego nadgarstek, by policzyć tętno. 
- Poważna sprawa. 

Starzec zmrużył oczy. Emanowała z niego wściekłość. 

- Jesteś córką Vientalow - warknął. - Co tu robisz? 
- Mam na imię Ginny. 

Spoglądając na jej palce zaciśnięte na nadgarstku 

pacjenta, Fergus zastanawiał się, jakie medyczne wy­
kształcenie ma ta dziewczyna. 

- Viental... - Uniósł się nieco, by lepiej się jej 

przyjrzeć. - Co robisz na mojej ziemi? Jeszcze żyjesz? 

background image

OLŚNIENIE 

175 

- Pomagam doktorowi. No i wyciągnęłam twoje jag­

nię z kratownicy między pastwiskami. Byłam na wzgó­
rzu, żeby popatrzeć na stada, które wypasasz na naszych 
łąkach. Wykot zaczął się już parę tygodni temu. Padło co 
najmniej sześć owiec. Nikt się nimi nie zajął. 

- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy. Nie wzywa­

łem doktora po to, żeby mi prawił kazania. Ciebie też 
nie wzywałem. Nie chcę widzieć Vientalow w moim 
domu. 

- Wezwałeś lekarza, żeby postawił cię na nogi - pry-

chnęła. - Sam tego nie zrobi... Chyba że wezwie dźwig. 

- Zbadajmy to biodro - zaproponował nieśmiało Fer­

gus, na co Ginny spiorunowała go wzrokiem. 

- Kończyny dolne są tej samej długości. Pacjent ma 

problemy z oddychaniem, ponieważ nie chce leczyć 

astmy. Doprowadził się do takiego stanu, bo nie chce mu 
się zadbać o siebie, więc wykombinował, że przyda mu 
się kilkudniowy pobyt w szpitalu. Powtarza ten numer od 

dwudziestu lat. - Rozejrzała się po kuchni. - Obawiam 
się, że tym razem nie wystarczy szpital. Chyba powinniś­
my porozmawiać o przeprowadzce do domu opieki. 

Słuszna uwaga, ale... 

- Biodro. - Fergus wziął sprawę w swoje ręce. 
- Tak, biodro. - Przykucnęła i palcami lekko ucisnęła 

miednicę pacjenta. 

- Aaa! - zaryczał farmer o sekundę za późno. 
Wystarczy tego dobrego. To on jest tu lekarzem. 
- Odsuń się. Muszę go zbadać. 
- Nie ma potrzeby. Przestał brać leki przeciwastma-

tyczne. Mam przynieść tlen z auta? 

- Wezwano mnie do pękniętej kości biodrowej - odparł 

background image

176 

MARION LENNOX 

Fergus. Był rozdrażniony, bo nie rozumiał, co się dzieje. 

- Pozwól mi go zbadać. 

O dziwo nie zaprotestowała. 

- Przyniosę tlen, a potem będę na dworze. Zajmę się 

owcami, bo ktoś musi. Później pojedziemy do szpitala. 

Ściągnął brwi. Dlaczego ona chce jechać z nim do 

szpitala? Nie podobał mu się ten pomysł. 

- Powiedziałaś, że wrócisz do domu piechotą. 
- On się nadaje wyłącznie do szpitala - odrzekła bez 

wahania. - Jest pijany, ma problemy z oddychaniem, a ty 
bez prześwietlenia nie upewnisz się, że ma złamaną kość 
biodrową. Jak w pojedynkę go podniesiesz? 

- Wezwę karetkę i ratowników. 
- Marzenie ściętej głowy. To jest ostatni mecz druży­

ny Cradle Lake w tym sezonie. Jeśli mówiąc o ratow­
nikach, miałeś na myśli Erna oraz Billa, którzy na zmianę 
prowadzą karetkę, to szybko odkryjesz, że odmówią 
przyjazdu, dopóki nie skończy się mecz... oraz pomeczo-

wa feta. Tym bardziej że chodzi o Oscara. Jesteś skazany 
na czekanie, chyba że zgodzisz się skorzystać z mojej 
pomocy. 

- Przyjmuję twoją propozycję. Zaczekasz? - Starał 

się, by z tonu jego głosu nie wyczytała, że jest skołowany. 

- Jaki wspaniałomyślny... - Uśmiechnęła się szeroko. 

Do roboty, stary, nie zwracaj uwagi na te uśmiechy. 
- Idź już - powiedział, a ona zasalutowała. 
- Yes, sir. - Stuknęła obcasami. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Gdy wyszła, starannie zbadał mężczyznę. Nie stwier­

dził pęknięcia kości biodrowej. Ginny miała rację także 
w innej kwestii: Bentley był pijany. Ponadto miał bardzo 
wysokie ciśnienie i oddychał z trudem mimo podanego 
tlenu. 

- Pojadę do szpitala, doktorze? - zapytał z nadzieją 

w głosie. Jego oddech stawał się coraz płytszy, co kazało 
Fergusowi podejrzewać, że gdy jechał do niego, ten pił 
piwo duszkiem... - A nie mówiłem, że mam złamane 
biodro? 

- Moim zdaniem nie ma złamania. Mimo to powinien 

pan znaleźć się w szpitalu. - Z niesmakiem powiódł 
wzrokiem po kuchni. - Chyba należałoby pomyśleć 
o jakiejś stałej opiece. Ma pan kogoś, kto mógłby z panem 
zamieszkać? 

- Na pewno nie ja. - Ginny stała w drzwiach. -I nikt 

stąd. On nie cieszy się tu popularnością. Jaka jest diagnoza? 

- Pan Bentley ma problemy z oddychaniem - odparł 

Fergus przez zęby. - Trzeba wezwać karetkę. 

- Już ci mówiłam, że przez parę godzin nikt tu nie 

przyjedzie. 

- Zostaniesz z nim do tego czasu? 
- Nie. Jestem potrzebna gdzie indziej. Poza tym go 

nie lubię. 

background image

178 

MARION LENNOX 

- A ja ciebie - odgryzł się pacjent. - I tej dziwki, 

twojej matki. Los słusznie pokarał całą twoją rodzinę. 

Ginny właśnie wchodziła do środka, gdy padły te sło­

wa. Zbladła, po czym oparła się o kuchenny blat. 

- Nikt nie zasłużył na taki los - rzekła półgłosem, 

odwracając głowę, jakby nie mogła patrzeć na starego 
farmera. - Otyli pacjenci to skaranie boskie - zwróciła się 
do Fergusa. - Ale jak zostawimy go samego, to przed 
śmiercią jeszcze zdąży podać nas do sądu. Powiadasz, że 
trzeba przewieźć go do szpitala. Więc jeśli żadne z nas nie 
chce przy nim zostać, musimy umieścić go w twoim 
aucie. Dójkę już stamtąd zabrałam. 

- Kogo?! 
- Owcę, chłopcze z miasta. Tę, którą swoim samo­

chodem wiozłeś do domu. Owca i jagnię są już w za­
grodzie. - Z wyrzutem spojrzała na Oscara. - Wrzuciłam 
im siana i nalałam wody do koryta, co reszta inwentarza 
przyjęła z wielką ulgą. Zrobię wszystko, żeby twoja noga 
więcej nie postała na naszej ziemi. Psy są wygłodzone, 

owce brudne, a koń zamknięty w stajni. - Głos jej się 
łamał. - Zaraz skontaktuję się z towarzystwem opieki nad 
zwierzętami i wylądujesz w więzieniu. Tam jest twoje 
miejsce, nie w szpitalu. 

- Ginny, wróćmy do sprawy zasadniczej. Nie może­

my pana Bentleya przewieźć moim autem. 

- Możemy. Zrobiłam tam jako taki porządek. Zapach 

owcy jeszcze nikomu nie zaszkodził. Tam jest dużo 
miejsca. Zmieści się materac. 

- Ale jak go tam włożymy? 
- Żadne nosze nie wytrzymają takiego obciążenia 

- przyznała. - I popękałyby nam kręgosłupy. Ty tu 

background image

OLŚNIENIE 

179 

czekaj, a ja się rozejrzę za jakimiś drzwiami, słupkami 
z płotu i materacem. - Ruszyła do pokoi. - Zaraz 

wracam. 

- Pozwala jej pan buszować po moim domu? - wy­

charczał chory. 

- Nie mam wyjścia - stwierdził Fergus. - Ona wie, co 

robić, a my jesteśmy bezradni. Niech się pan skoncentruje 
na oddychaniu. Dajmy jej działać. 

Pięć minut później Ginny ściągnęła do kuchni materac 

oraz trzy słupki ogrodzeniowe. Potem zaczęła wykręcać 
zawiasy z kuchennych drzwi. 

- Czy możesz mi powiedzieć, jaki masz plan? - zapy­

tał Fergus, ale w tej samej chwili chory zaczął wymioto­
wać, więc musiał nim się zająć, aby nie doszło do blokady 
dróg oddechowych. 

- Tego już za wiele - mruknęła. - Ryzykował, 

że umrze, gdybyś tu w porę nie dojechał. Zrobił już 
tyle podobnych numerów, że nikt się nim nie przej­
muje. 

Fergus westchnął. Z tęsknotą pomyślał o doskonale 

wyposażonym szpitalu w mieście oraz o cudownych 
pielęgniarkach, które brały na siebie brudną robotę, którą 
teraz musiał sam wykonać. W Sydney, gdy pacjent 
wymiotował, po prostu by się od niego odsunął, przekazu­

jąc go pielęgniarce. 

•- Znam się trochę na stolarce - rzucił w jej stronę. 

- Nie daj Boże. - Uśmiechnęła się szeroko. - Ja 

jestem od fizycznej roboty, ty doglądaj pacjenta. O, lekkie 

- mruknęła, przejmując ciężar drzwi. - Bałam się, że są 
z litego drewna. 

background image

180 

MARION LENNOX 

- Co teraz? 
- Trzeba je pod niego wsunąć. Drogi oddechowe 

czyste? 

- Tak mi się wydaje. - Chory zapadł właśnie w pijac­

ką drzemkę, co oznaczało, że na ich głowy nie spadnie 
grad wyzwisk. 

- Na czas przenosin do samochodu trzeba będzie od­

łączyć go od tlenu, ale to nie potrwa długo. 

- Masz coś wspólnego z medycyną? - zdziwił się 

Fergus, ale nie otrzymał odpowiedzi. 

- Na wypadek gdyby jednak miał pękniętą kość, 

podłożymy mu poduszkę - wyjaśniła, rozwiewając jego 
wątpliwości w kwestii jej wykształcenia. - Teraz! Przy­

ciągnij go jak najbliżej siebie. Jedna ręka na jego ramie­
niu, druga powyżej biodra - komenderowała. - Nie 
podnoś go. Ja będę go pchać. 

- Gdzie się tego nauczyłaś? 
- Miałam inne dzieciństwo niż moi rówieśnicy. Częs­

to bawiłam się w doktora, a przekładanie pacjentów było 
moją specjalnością. Nie gadaj, tylko ciągnij. - Po dłuższej 
chwili zmagań chory prawie całym ciałem leżał na 

materacu. - Dobra. Teraz go przesuniemy. Ty chwyć za 
ramiona, ja za miednicę. 

Skąd ona ma taką wiedzę? Jak ona to zrobi? Oscar 

Bentley waży chyba z tonę. A jednak tego dokonała. 

- Teraz go przywiążemy. - Sięgnęła po pęk postrzę­

pionej taśmy do wiązania siana. - Nie po to tak się 

męczyłam, żeby teraz nam się stoczył. 

- Chcesz to podnieść? - zdumiał się Fergus, szacując, 

że sam miałby problemy z uniesieniem choćby jednego 
końca tych prowizorycznych noszy. 

background image

OLŚNIENIE 181 

- Zaraz coś znajdziemy. - Zniknęła na dworze, by 

wrócić z czymś, co wyglądało jak siekiera. 

- Hej, nie będę tu nikogo operować! A siekiera nie jest 

moim ulubionym instrumentem! 

- Użyjemy jej jako klina - odrzekła, wsuwając siekie­

rę pod róg drzwi. - Ja będę je podważać, a ty podkładaj 
słupki. 

- Daj mi tę siekierę. - Uznał w końcu, że musi być 

silniejszy od niej. Lepszy. 

Dwie minuty później drzwi już spoczywały na słup­

kach. Wspólnymi siłami ostrożnie odwrócili je w stronę 
wyjścia. 

- Co się dzieje? - wymamrotał Oscar. 
Fergus właśnie przekładał na przód kolejny słupek. 
- Zabieramy pana na przejażdżkę niezwykłym pojaz­

dem skonstruowanym przez genialną sanitariuszkę. 

Popychając drzwi z pacjentem i przekładając słupki, 

dotarli do samochodu pod czujnym spojrzeniem psów nie 
mniej speszonych niż Fergus. 

Teraz wystarczy jedynie wmanewrować drzwi do sa­

mochodu. Posłużyli się w tym celu klockami i pieńkami 
z drewutni, które podkładali pod drzwi, aż w końcu 
zrównały się z podłogą bagażnika dżipa. 

- Śmierdzi tu - mruknął Oscar, gdy Fergus przykuc­

nął obok niego, by ponownie podłączyć tlen. 

To jego owca, pomyślał Fergus, przywołując słowa 

Ginny i wstrzymując oddech. Podobno wyszła na spacer, 

by delektować się urokami natury. 

- To świeże powietrze - rzucił, tłumiąc uśmiech. 

Ona tymczasem stała na zewnątrz i z dumą spoglądała 

na to inżynieryjne osiągnięcie. 

background image

182 

MARION LENNOX 

- Pani Viental, czyż nie po to udała się pani na prze­

chadzkę? Zapraszam. Posiedzi pani przy pacjencie? 

Ona jednak już sadowiła się za kierownicą. 

- To pan jest lekarzem, a ja tylko elementem tej 

sielanki. 

Nie planował żadnych przystanków. 
- Nie mogę jechać prosto do szpitala - oznajmiła, 

gdy farma została za nimi. - Richard będzie się niepokoił. 

- Jaki Richard? 
- Powiedziałam mu, że wychodzę na godzinę, a już 

upłynęły co najmniej dwie. - Prowadziła z wielką wpra­
wą. Zdecydowanie lepiej niż on. 

Gdzie się tego nauczyła? Skąd tyle wie o życiu na 

farmie? Jakie jeszcze ma zalety? Idealną figurę? Piękną 
karnację? Poczucie humoru? 

Lepiej skoncentrować się na pacjencie. Oscar rzucał 

się i szarpał więzy, co utwierdziło Fergusa w przekona­
niu, że na pewno nie ma żadnego złamania. Niepokoiła go 
za to zawartość alkoholu w jego krwi. 

- Musimy jak najszybciej dotrzeć do szpitala-powie­

dział. - Stamtąd zadzwonisz do Richarda. 

- Wykluczone. - Skręciła w jeszcze węższą dróżkę. 
- On musi się znaleźć na intensywnej opiece. Nie 

mamy czasu do stracenia. 

- Zdaję sobie sprawę, że ten dżip to nie najlepsze 

miejsce, ale Oscar od lat nie dba o zdrowie. Gdyby nie ja, 
byłbyś teraz bardzo daleko od szpitala. Dzięki mnie 

jesteście już w drodze. Zajrzę do Richarda i za minutę 

wracam. 

- Zadzwoń do niego. 
- Nie marudź. 

background image

OLŚNIENIE 

183 

Spojrzał na jej ponure odbicie we wstecznym lusterku. 

- Richard to twój syn? 
- Pilnuj pacjenta - mruknęła. 
Pomimo alkoholu i braku powietrza jej słowa dotarły 

do Oscara. Zrozumiał, co się dzieje i zaczął się bać. 

- Wieźcie mnie do szpitala - wymamrotał. 
- Najpierw zajrzę do Richarda - rzuciła przez ramię. 

- On jest tak samo ważny jak ty. 

- Szkoda, że nie umarł. Ale jego dni są policzone. 

Milczenie. 

- Ginny... 
- Cicho bądź - warknęła. -I zajmij się Oscarem, bo ja 

na pewno nie będę go doglądać. 

Pojechali do Richarda. Kim był, Fergusowi nie dane 

było tego się dowiedzieć. Zatrzymali się pod domostwem 

jeszcze bardziej zapuszczonym niż królestwo Oscara 

Bentleya. Ginny wbiegła do środka, każąc mu zostać 
w aucie. Zgodnie z obietnicą dwie minuty później za­
wracali do głównej drogi. 

- Jeszcze żyje? - wykrztusił Oscar. 
We wstecznym lusterku Fergus dostrzegł mordercze 

spojrzenie Ginny. W tej sytuacji nie należy zadawać 

pytań. Mogą poczekać. Nie przyjechał tu, żeby w cokol­
wiek się angażować. 

A po co tu przyjechał? Żeby się wyciszyć. Żeby nie 

myśleć o niczym innym niż praca. Ale ten smutek na jej 
twarzy... Odbicie tego, przez co sam przeszedł. Kim jest 
Richard? Jej mężem? Ciężko chorym mężem? 

- Boli mnie - jęknął chory. 
- Gdzie? 

background image

1 8 4 MARION LENNOX 

- Mam złamane biodro. 
- Nie wolno mi podać panu morfiny, dopóki alkohol 

z pana nie wyparuje. Poza tym trzeba zrobić przeświet­
lenie. 

- Poprzedni doktor już dawno zrobiłby mi zastrzyk. 
- Żebyś się zamknął - rzuciła Ginny przez ramię. 

Wyposażenie szpitala w Cradle Lake daleko odbiegało 

od tego, do czego przywykł Fergus. Bardziej przypominał 
budynek mieszkalny niż placówkę służby zdrowia. Jed­
noosobowe pokoje wychodziły na szeroką werandę z wi­
dokiem na jezioro i ośnieżone wysokie góry. Jednak przez 
pięć lat nie było tu lekarza i szpital powoli przekształcił 
się w dom opieki zamieszkany przez starych ludzi, którzy 
tu umierali. Pacjentów wymagających specjalistycznej 
pomocy kierowano do lepiej wyposażonych szpitali w in­
nych miejscowościach. 

Mimo to Fergus był zaskoczony poziomem opieki 

świadczonej przez zespół pielęgniarski. Ponieważ był to 

jedyny szpital w promieniu stu mil, pielęgniarki były 

zmuszone zajmować się wszystkimi przypadkami, od 
ofiar ukąszenia przez węża po wypadki drogowe. 

Przed szpitalem czekała na nich Miriam, pielęgniarka 

odpowiedzialna za wizyty domowe. 

- Gdzie pan przepadł, doktorze? Powinnam była je­

chać z panem, a Oscara należy przenieść do domu opieki. 

Nie radzi sobie z niczym, ale myślałam, że udaje. Poje­

chałabym do niego jutro rano, ale pan się uparł... 

Uparł, dobre sobie. Był przy tym, jak farmer za­

dzwonił. Miriam sugerowała, żeby odczekał, ale on mimo 

to pojechał. 

background image

OLŚNIENIE 

185 

- Nie złamał kości biodrowej, prawda? - zapytała, 

gdy Fergus otwierał tylne drzwi, i zaniemówiła na widok 

prowizorycznych noszy. - Przywiózł go pan... Jak...? 

- Na drzwiach - odrzekł z uśmiechem. - Miałaś rację. 

On nie może sam mieszkać. Trzeba załatwić mu dom 
opieki, bo jeśli wróci do siebie, nie poradzi sobie z dobyt­
kiem. Postaraj się o solidne łóżko na kółkach, które wy­
trzyma jego ciężar oraz ciężar drzwi. 

- Kto... ? - zdumiała się Miriam, ale w tej samej chwili 

z samochodu wysiadła Ginny. - Ginny - wyjąkała Mi­
riam. 

- Cześć. - Ginny szeroko się uśmiechnęła. - Miriam 

Paterson, prawda? Pamiętam cię. Zaopiekujesz się dok­
torem Reynardem? Wracam do domu. 

- Zaczekaj, odwiozę cię - pospieszył Fergus, lecz ona 

pokręciła głową. 

- Muszę dokończyć spacer. Chętnie się przejdę. 
Jednak nie ruszyła się z miejsca. Do tej pory w Cradle 

Lake panowała atmosfera leniwego sobotniego popołu­
dnia. Ludzie oglądali mecz w telewizji albo właśnie wy­
bierali się na pastwiska, by spędzić krowy na wieczorny 
udój. 

Tę ciszę niespodziewanie przeszyło wycie syreny. 
- Chłopcy kogoś nam wiozą - stwierdziła Miriam. 

- Nie zadzwonili, żeby nas uprzedzić, a to oznacza, że 

obaj są zajęci. Pewnie kogoś ze stadionu. 

Cała trójka błyskawicznie stała się jednym zwartym 

zespołem gotowym stawić czoło sytuacji kryzysowej. 

- Ustabilizować Oscara - rzucił Fergus. - Miriam, 

przysuń łóżko. Ginny, stań w nogach. Raz, dwa, trzy. 

Przeciągnęli drzwi wraz z Oscarem na łóżko i błys-

background image

186 

MARION LENNOX 

kawicznie przewieźli go do jednoosobowej salki. Nie 

było czasu przenosić go na szpitalne łóżko. Fergus zajął 

się regulowaniem kroplówki. 

- Poproszę strzykawkę. Pięć mililitrów... 

Podniósł wzrok, spodziewając się ujrzeć Miriam, lecz 

zobaczył Ginny. Włączyła monitor kardiologiczny, a te­
raz regulowała przepływ tlenu. Najwyraźniej weszła za 
nim do pokoju i bez pytania wzięła się do roboty. 

- Miriam wzywa posiłki - oznajmiła. - Tylko ona jest 

w tej chwili na dyżurze, więc może ich potrzebować. 

Chłopcy w karetce nie odbierają radiotelefonu, co kazało 

jej się domyślać, że sprawa jest poważna. 

- Przenieście mnie na łóżko. 
- Jak tylko będzie to możliwe - rzucił Fergus. - Pro­

szę leżeć i trzeźwieć. 

- Zostanę przy nim, dopóki przepływ tlenu nie będzie 

odpowiedni - oświadczyła. 

Syrena wyła już bardzo blisko, co znaczyło, że karetka 

zaraz podjedzie pod szpital. 

Czy ona ma kwalifikacje? W jakiej dziedzinie? 
Widać, że oboje nienawidzą się jak pies z kotem. 

- Nie zabijesz go? - zażartował, ale tylko połowicznie. 
- Oboje składaliśmy przysięgę Hipokratesa. Szkoda. 
- Jesteś lekarzem? - Fergus wysoko uniósł brwi. 
- Tak. - W jej głosie brzmiała ostrzegawcza nuta. 

- Ale tylko wtedy, kiedy muszę, więc nie wyobrażaj 

sobie, że będziesz miał wolne weekendy. Idź już. Zostaw 
tu Oscara, a postaram się, żeby nie przestał oddychać. 

Lekarka? Z zamętem w głowie pomknął do izby przy­

jęć. Mimo to poczuł przypływ optymizmu. 

background image

OLŚNIENIE 

187 

Przed wyjazdem z Sydney nie do końca przemyślał 

swą decyzję. Kiedy Molly umarła, stchórzył. Nie był 
w stanie dalej pracować w szpitalu pełnym bolesnych 
wspomnień i współczujących mu kolegów. 

- Zrób sobie przerwę - radził mu ojciec. Jack Reynard 

był naczelnym kardiologiem w tym samym szpitalu. 
- Wyszłoby ci na zdrowie, gdybyś przez dwa miesiące 
poleżał sobie na plaży. 

Jednak wylegiwanie się na plaży bez Molly było nie do 

pomyślenia. Więc uciekł do Cradle Lake. I dopiero teraz 

syrena karetki uprzytomniła mu, jak bardzo jest osamot­
niony. Zwątpił, czy w pojedynkę zdoła zaspokoić potrze­

by medyczne wiejskiej społeczności. 

Lecz teraz ma wsparcie w osobie Ginny. Z nią poradzi 

sobie w każdej sytuacji. 

Oszalała, przyznając się, że jest lekarzem? Nie czas ani 

nie miejsce na robienie sobie wyrzutów, pomyślała. 
Trzeba brać się do roboty. A pośpiech jest wskazany, 
ponieważ lada chwila może być potrzebna innym. Wyre­
gulowała kroplówkę, wygodnie ułożyła pacjenta. Aby 
przenieść go na szpitalne łóżko, należało użyć podnoś­
nika hydraulicznego, ale to wymagałoby dwóch osób, 
których nie ma. 

Czuła, że może być potrzebna w izbie przyjęć, ale nie 

była pewna, czy może odstąpić od Oscara. Był komplet­
nie pijany i w każdej chwili mógł spaść z łóżka. Jeśli ją 
wezwą... No, Viental, wymyśl coś. 

Podparła Oscara kilkoma poduszkami, tak że znalazł 

się w pozycji półleżącej. Gdy mu je podkładała, nawet 

nie jęknął, nie skarżył się na ból. Od początku nie 

background image

188 

MAMON LENNOX 

wierzyła w pęknięcie kości. Uznała zatem, że gdyby 
znowu miał wymiotować, takie ułożenie będzie bardziej 
bezpieczne. 

Odsunąwszy się od pacjenta, spostrzegła, że łóżko 

szpitalne nieopodal jest wyposażone w podnoszone porę­

cze. To jest to, co mu się przyda. 

Co się dzieje w izbie przyjęć? Nie pytaj, pomyślała. 

Podniosła poręcz łóżka, po czym z trudem przesunęła 
łóżko tak, że z jednej strony Oscara chroniła barierka, 
z drugiej ściana. Teraz nic mu nie grozi. 

- A jak będę chciał wyjść? - wymruczał Oscar. 
- Możesz spróbować - odparowała. - Ale obawiam 

się, że jesteś w potrzasku. Podobnie jak ja. 

- Ginny... - zawołał ktoś z korytarza, a w drzwiach 

ukazała się głowa Miriam. - Fergus cię potrzebuje. 

- Muszę iść - poinformowała Oscara. - Nie prze­

stawaj oddychać. To rozkaz. 

- Niech mnie obejrzy lekarz. 
- Już cię obejrzał. Zrelaksuj się i postaraj zasnąć. 
- Niech cię szlag trafi - wybełkotał, dodając jeszcze 

jeden, nader obelżywy wyraz. 

Ginny się uśmiechnęła. To wulgarne słowo upewniło 

ją w przekonaniu, że pacjent przeżyje. 

Czuła, że znowu jest lekarzem, jakby nie miała w pra­

cy żadnej przerwy. W jej żyłach tętniła adrenalina, jak 
zawsze w takich sytuacjach. Dopiero teraz sobie uświado­
miła, jak bardzo jej tego brakowało. 

Może nawet chętnie by popracowała z Fergusem... 
Jaki jest ten doktor Reynard? 
- Niebezpieczny - mruknęła, wchodząc do izby przy­

jęć. Nie bardzo wiedziała, dlaczego takie określenie 

background image

OLŚNIENIE 

189 

przyszło jej do głowy, ale czuła to bardzo wyraźnie. 

Leżąc na kratownicy i trzymając jagnię za ucho, podnios­
ła na niego wzrok i... przepadła. Miał ciemne włosy, 
którym przydałby się kontakt z grzebieniem i szare, 
roześmiane oczy. Był niewiele od niej starszy. Sprawiał 
sympatyczne wrażenie. 

Zdecydowanie niebezpieczny, powtórzyła w duchu, 

a ty nie masz czasu na takie ryzykowne zabawy. 

Nie tędy droga. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Przez wiele godzin nie miała szansy pomyśleć o spra­

wach osobistych. Weszła do sali i od razu zrozumiała, 

dlaczego sanitariusze nie uprzedzili obsady szpitala. Na 
stole leżała młoda kobieta. Była nieprzytomna, z trudem 
chwytała powietrze. Już od drzwi Ginny wyczuła, że 
dziewczyna walczy o życie. Albo już przegrała tę walkę. 

- Mamusiu... 

Do sali wpadł mężczyzna z dziewczynką na rękach. 

Mała mogła mieć ze cztery lata. Była zapłakana i umoru­
sana, lecz uwagę Ginny przykuły jej stopy. 

- Mamusiu...! 
- Pan doktor już się zajął twoją mamusią. - Te słowa 

jednak nie ukoiły rozpaczliwego płaczu. - Daj mi ją. 

Przejęła dziecko od sanitariusza, kątem oka spog­

lądając na kobietę na stole. Kto bardziej potrzebuje jej 
pomocy? Miriam asystuje Fergusowi, więc skoncentruje 

się na małej. Odnotowała, że Fergus gestem głowy 
odmawia przyjęcia od Miriam defibrylatora, co oznacza 

tylko jedno. Ginny przez trzy lata pracowała na oddziale 
wypadkowym w jednej z większych klinik i nieraz była 

świadkiem takiej sytuacji. 

- Masz pokaleczone stopy - stwierdziła, udając zdzi­

wienie, aby odwrócić uwagę dziewczynki od matki. - Jak 
to się stało? 

background image

OLŚNIENIE 

191 

- Ja chcę do mamyyy! 
- Doktor Fergus opiekuje się twoją mamą, a ja tobą 

- rzekła. - Zanim pójdziesz do mamy, musimy poszukać 
bandaża, żeby opatrzyć ci nóżki. 

- Mama! 

Ten dramatyczny okrzyk kazał Fergusowi spojrzeć 

w ich stronę. Ledwie dostrzegalnym ruchem głowy wska­
zał im wyjście. Zabierz ją stąd. 

- Idziemy - zadecydowała. - Przynieś mi wszystko, 

co trzeba do opatrunku - poleciła sanitariuszowi. 

Zabieg trwał blisko godzinę. Większą część czasu 

Ginny spędziła, kojąc rozpacz dziewczynki. W końcu 
podała jej środek uspokajający i dopiero gdy dziecko 
zapadło w sen, założyła opatrunki. Gdy pocieszała małą, do 

pokoju wszedł młody pielęgniarz, który oznajmił, że ma na 

imię Tony. Jego wygląd nieco ją zdziwił. Pod pospiesznie 

narzuconym fartuchem miał na sobie strój do piłki nożnej: 
brudne spodenki i czarno-pomarańczową koszulkę, zabło­

cone skarpety i kolana. Mimo że w niczym nie przypominał 

pielęgniarza, okazał się wyjątkowo kompetentny. 

- Wiadomo, co się stało? - zapytała go. 
- Mój pager odezwał się razem z ostatnim gwizdkiem. 

Przywiózł mnie tu dozorca ośrodka sportowego. Wiem od 
niego, że matka zasłabła za kierownicą, pół mili od 
stadionu. W domach nikogo nie było, bo wszyscy poszli 
na mecz. Może matka zdążyła wysłać małą po pomoc, 
albo mała sama ruszyła w kierunku stadionu, nie wiem. 

Na tym odcinku niedawno położono nową nawierzchnię. 

Sądząc po jej stopach, biegła na bosaka. 

- Tak to wygląda - przyznała Ginny. - Dzielny ma­

luch... - szepnęła. - Wiadomo, co jest matce? 

background image

192 

MARION LENNOX 

- Kardiomiopatia. - W drzwiach stał blady jak ściana 

Fergus. - Straciliśmy ją. - Przeczuwała, że to się stanie. 
Wyczytała to z twarzy tej kobiety. - Jak tylko wyszłaś, 
akcja serca ustała. Byliśmy bez szans. 

- Kardiomiopatia? Jak to? 
- Policja przeszukała jej samochód. Na tylnym sie­

dzeniu znaleziono historię choroby. Ponadto był tam 
pojemnik z tlenem i cały zestaw leków. Ta kobieta była 
ciężko chora. 

- To dlaczego zdecydowała się na podróż? 
- Szukała niejakiego Richarda Vientala. - Zawahał 

się, patrząc jej w oczy. - Czy to... twój Richard? 

- Mój Richard? Nie rozumiem. 
- Ja też - powiedział zmęczonym tonem. - Ten list 

był w teczce z historią choroby. - W ręce trzymał kartkę 
zapisaną odręcznym pismem. - Policjant go przeczytał, ja 
też. - Westchnął. - Zaadresowany jest do Richarda, ale 
uważam, że i ty powinnaś poznać jego treść. 

- Ja... Mam zadzwonić do Richarda? 
- Najpierw to przeczytaj. 
Nie powinna tego robić, bo nie ona jest adresatem. 

Mimo to czytała: 

Drogi Richardzie! 
Mam nadzieję, że nie będziesz musiał czytać tego listu, 

bo sama o wszystkim ci opowiem. Modlę się, by nie było 
za późno. Być może już mnie nie pamiętasz. Poznaliśmy 
się w szpitalu pięć lat temu. Przyjechałeś tam na badanie 
kontrolne po przeszczepie płuca. Zazdrościłam Ci, że 
masz to już za sobą, bo mnie odmówiono transplantacji 

serca. Lekarze mnie przekonywali, że moje własne serce 

background image

OLŚNIENIE 

193 

popracuje jeszcze co najmniej dwa lata. Dobre sobie: dwa 

lata... Upłynęło już pięć lat, urodziłam dziecko, a ono 
ciągle bije. Ledwie. Ale to dobrze, bo nadal nie ma 
dawcy. 

Pięć lat temu razem wypisano nas ze szpitala. Poszliś­

my na drinka. Chyba zaszumiało nam w głowach. 

Następnego ranka przestraszyłam się ciąży, ale Ty 

tylko się roześmiałeś, to był śmiech pełen goryczy, 
i powiedziałeś, że jesteś niepłodny, że nigdy nie będziesz 
miał dzieci. Nie wierzyłam Ci, ale weszłam do Internetu, 
żeby więcej dowiedzieć się o Twoim schorzeniu. Miałeś 
pełne prawo wierzyć, że jesteś niepłodny. Niepłodność 
w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach, wyczytałam 
w jednym z artykułów. Zatem Madison jest skutkiem tych 
dwóch procent. 

Może powinnam była o tym Ci powiedzieć, ale wszys­

cy mnie namawiali, bym ciążę usunęła, mając na uwadze 
stan swojego zdrowia. Pomyślałam, że się załamię, jeśli 
i Ty mi to zasugerujesz. Przecież prawie się nie znaliśmy. 
Ty miałeś wielkie plany, a ja byłam ciężko chora. Być 
może nawet przeszło mi przez myśl, że ciąża i poród mnie 
zabiją i może nawet tego chciałam. Głupie? Możliwe. 

Nic takiego się jednak nie stało. Dopiero wtedy zdałam 

sobie sprawę z tego, jak cudowne było to, co zrobiliśmy. 

Jak cudowna jest Madison. Próbowałam do Ciebie za­
dzwonić, ale odebrała Twoja siostra. Dowiedziałam się 
od niej, że znowu jesteś w szpitalu, że są komplikacje. 

Pożegnałam się, nie mówiąc, po co dzwonię. W tej 

sytuacji córka nie była Ci potrzebna. 

Moja mama przekonywała mnie, że sobie poradzimy. 

Madison zawsze mogła na nią liczyć. Ale happy endy są 

background image

194 

MARION LENNOX 

tylko w kinie. Miesiąc temu mama zmarła na raka, a ja 
w rezultacie dostałam zawału. Niedawno wyszłam ze 

szpitala i nie rozstaję się z tlenem. Czuję, że jestem coraz 
słabsza. Nie powinnam siadać za kierownicą, ale... 

Jeszcze raz zadzwoniłam do Twojego mieszkania i od 

dozorcy dowiedziałam się, że przeprowadziłeś się na 
wieś. Na farmę rodziców. Farma! Madison kocha zwie­
rzaki. 

Richardzie, ona musi mieć kogoś! Wiem, powinnam 

zgłosić się do opieki społecznej i zatroszczyć o jej 
przyszłość, zamiast liczyć na Ciebie, ale gdy byłam 
w szpitalu, umieszczono ją w rodzinie zastępczej. Była 
tam bardzo nieszczęśliwa. Serce mi się kraje... 

Jesteś jej ojcem. Błagam, zaopiekuj się córeczką. 

Kochaj ją w moim imieniu. Dziękuję Ci z całego serca za 
ten dar, jakim jest to dziecko. Twoja kochająca... i bez­
granicznie wdzięczna 

Judith Crammond 

- Niemożliwe - wyszeptała Ginny, a Fergus przysiadł 

obok niej i spojrzeniem polecił Tony'emu wyjść z pokoju. 

- Nie, to niemożliwe - powtórzyła, a Fergus wyjął list 

z jej rąk. 

- Tak, trudno w to uwierzyć. Ale to prawda. Kiedy 

Ben znalazł historię jej choroby w samochodzie, za­
dzwonił do szpitala, którego adres był na nagłówku, żeby 
potwierdzić jej tożsamość. Przekazał mi te informacje 
w przeświadczeniu, że nam to pomoże. 

- Ale nie pomogło - westchnęła. 
- To była beznadziejna sprawa. Kiedy ją osłuchiwa-

łem... nie mogłem uwierzyć, że była w stanie tego 

background image

OLŚNIENIE 

195 

dokonać. Myślę, że przy życiu trzymała ją tylko siła woli, 

pragnienie oddania dziecka w dobre ręce. Kiedy dotarła 
na miejsce, kiedy nabrała przekonania, że mała jest bez­
pieczna, po prostu zgasła. 

- Ta kruszyna wcale nie była bezpieczna - szepnęła 

Ginny, instynktownie gładząc dziewczynkę po głowie. 
To jest córka brata? Jej bratanica? 

- Lekarz z jej szpitala poinformował Bena, że Ju­

dith była za słaba, żeby prowadzić samochód. Propono­
wano jej umieszczenie małej w rodzinie zastępczej, ale 
się nie zgodziła. Cały personel przejmował się ich lo­
sem. 

- Ale nic nie zrobił w tej sprawie. 
- Ginny, nie można komuś pomóc, jeśli on tego nie 

chce. To jest dziecko Judith, a ona postanowiła załatwić 
to po swojemu. 

- I co? Załatwiła? 
- Nie wiem. Jak uważasz? 
- Niczego nie załatwiła. 
- Ten Richard, do którego zaadresowany jest ten list... 

- Zawahał się. - To twój brat? 

- Tak. 
- Opowiesz mi o nim? Proszę. 
- Richard ma mukowiscydozę - powiedziała przez 

ściśnięte gardło. - Przeszczep płuc, o którym wspomina 
Judith, okazał się skuteczny, ale nie na długo. Dlatego tu 

jesteśmy. Oboje. Tutaj byliśmy dziećmi. Richard przyje­

chał tu umrzeć. 

Czekają na nich pacjenci. Zawsze uciekałam w pracę, 

pomyślała. Dzięki temu mogła nie myśleć o rzeczywistości 

background image

196 

MARION LENNOX 

poza murami szpitala. Teraz też jej to pomagało. Należy 
położyć Oscara do łóżka. 

- Coś mi się wydaje - rzekł Tony, nie kryjąc uznania 

dla jej pomysłowości - że teraz, kiedy go tak zaklinowa­
łaś, jest absolutnie bezpieczny. 

Popatrzyła na starca, którego donośne chrapanie wpra­

wiało w wibracje szklankę z wodą na stoliku obok. 

- Zdaje się, że jest to dzisiaj jedyny happy end -

zauważyła, starając się, by jej głos zabrzmiał naturalnie. 

- Dobrze by nam to zrobiło - odrzekł Tony. Obser­

wował, jak drżącymi palcami regulowała kroplówkę. 
- Sam sobie z tym poradzę. Idź do doktora Reynarda. 
- Uśmiechając się serdecznie, lekko pchnął ją w stronę 
drzwi. - Widzę, że z małego oddziału dla przewlekle 
chorych staliśmy się szpitalem z dwoma lekarzami - za­
żartował. 

- Ja tu nie pracuję. 
- A wyglądasz jak lekarz na kontrakcie. - Spoważ­

niał. - Ginny, sporo słyszałem o twojej rodzinie. Tak 
mi... 

- Daj spokój. 
- Idź, poszukaj Fergusa. I zrób, co trzeba. 

Fergus rozmawiał przez telefon. Opowiadał komuś, co 

się stało, więc czekała, aż skończy. 

- Nie wiem, czy potrzebujemy kuratora - mówił. - Na 

noc zatrzymam ją w szpitalu. Ona ma tu rodzinę. 

Rodzina? To znaczy ona? Richard miał być ostatnim 

członkiem tej rodziny, za którego czuła się odpowiedzial­
na. Jak długo jest zobowiązana dawać? 

Jej siły są na wyczerpaniu. 

background image

OLŚNIENIE 

197 

Fergus odłożył słuchawkę i patrzył na nią w milczeniu. 

Pewnie zobaczył więcej, niż chciała ujawnić. 

- Musimy porozmawiać z Richardem - przemówił 

w końcu. - Jak bardzo on jest chory? 

- Bardzo. Nie możemy mu o tym powiedzieć. 
- Dlaczego? 
- On umiera. Wyobrażasz sobie, co będzie czuł? 
- A ty, umierając, nie chciałabyś dowiedzieć się, że 

masz dziecko? 

- Nie. To by mi wszystko skomplikowało! 
- Ale to jest ważna część życia - zauważył Fergus. 

- On jeszcze żyje. Ma zaburzenia świadomości? 

- Nie. 
- Wobec tego należy go traktować jak osobę żyjącą. 

On musi o tym wiedzieć. 

- O Boże, jak ja mu to powiem? 
- Mogę cię wyręczyć. 
- Nie musisz mi mówić, jak mam traktować rodzone­

go brata - obruszyła się, sztywniejąc. 

- Wcale ci nie mówię, jak masz go traktować. Propo­

nuję ci pomoc. 

Złość nic tu nie pomoże. Popatrzyła na krajobraz za 

oknem. Na błękitne jezioro. Na Cradle Lake. 

Gdy była dzieckiem, każdy letni dzień cała rodzina 

spędzała nad jeziorem. Przypomniała sobie, jak mając 
sześć lat, po raz pierwszy dopłynęła do boi, od której 
zaczynała się głęboka woda. Ojciec i jej dziewięcioletni 

brat bili jej brawo, a na płyciźnie stała matka z małym 
Chrisem i śmiejąc się, wołała wszystkich na piknik. 

To było ostatnie dobre wspomnienie. 
Richard najdłużej opierał się chorobie. Najpierw uległ 

background image

1 9 8 MARION LENNOX 

jej Chris, potem to samo schorzenie zdiagnozowano 

u Richarda. Lekarze doradzili wówczas rodzicom, by nie 
mieli więcej potomstwa, lecz Toby był już w drodze. 

Richard jest ostatnim członkiem jej rodziny. Ale... 

- To znaczy, że znowu będę miała rodzinę - szepnęła. 
- Nie chcesz? 
- Już miałam rodzinę, rodziców, trzech braci... Chris 

zmarł w wieku ośmiu lat, Toby wkrótce po nim. Po ich 
śmierci matka zaczęła pić. 

- I pozostawiła tobie... 
- To, co zostało z naszej rodziny - dokończyła szep­

tem. - Ale to już się kończy, a ty każesz mi wziąć od­
powiedzialność za Madison. 

- Nikt do niczego cię nie zmusza. 
- Chyba żartujesz! - zdenerwowała się. - Widziałeś ją. 

Ona jest dzieckiem Richarda. Nawet ma nasze rysy. Kiedy 

ją zobaczyłam... Jest do nich podobna. Do moich małych 

braciszków, Chrisa i Toby'ego. Wiesz, jak wyglądało moje 

dzieciństwo? Miałam sześć lat, kiedy to się zaczęło, 
i wtedy zaczęłam nimi się opiekować. - Odwróciła twarz. 
- Teraz... Powiesz mu, że ma córeczkę, a on ją zaakceptuje. 
I nawet mnie nie poprosi, żebym się nią zaopiekowała. 
Zdaje sobie sprawę, ile by mnie to kosztowało. On o nic nie 
musi mnie prosić. Popatrzy na nią i to się stanie. 

- Może już się stało. W chwili poczęcia. Po prostu 

o tym nie wiedziałaś. 

- Czy ty wiesz, ile mnie to kosztuje? - zapytała przez 

łzy. - Nawet nie potrafisz sobie tego wyobrazić. 

- Ginny, to nie jest twoje dziecko. Po śmierci Richar­

da możesz oddać ją do rodziny zastępczej albo do adopcji. 
Może wezmą ją krewni Judith. 

background image

OLŚNIENIE 

199 

- Jasne. 
- To jest do zrobienia - przekonywał ją. - Można się 

odciąć. 

- Łatwo ci mówić. 
- Znam takie przypadki. Można się nie angażować. 
- Mhm. 
- Należy zdobyć się na dystans. 
- Po co? - żachnęła się. - Ja tego nie chcę. 
- Więc odejdź już teraz. - Obserwował ją obojętnym 

wzrokiem. - To jest dziecko Richarda. Mimo że Richard 

jest umierający, ma prawo tym się zająć, ale nie ma prawa 

uwzględniać ciebie w swoich planach. 

- Interesujące... Jak tylko Richard dowie się o jej 

istnieniu, ona stanie się częścią mojej rodziny. Moim 
obowiązkiem. On nie może, nie może... 

- Sugerujesz, że nie powinniśmy mu mówić? 
- Sama nie wiem, co mam sugerować. Nie podejmę 

się tego. Mam już dosyć. 

- Masz dosyć odpowiedzialności za innych? 
- Tak. Nie chcę kochać niczego ani nikogo. - Ukryła 

twarz w dłoniach, aby się schować... Przed czym? 

To niemożliwe. Zdawała sobie z tego sprawę, podob­

nie jak Fergus. Ujął jej ręce i uścisnął je mocno i serdecz­
nie, dając jej do zrozumienia, że wie, co ona czuje, że ją 
rozumie. On się łudzi. Nikt nie wie, co ona czuje, a ona 

sama tego nie rozumie. 

- Trzeba zdobyć się na następny krok. - Przyciągnął 

ją do siebie, a ona nie miała siły zaprotestować. 

Tyle lat walczyła o swą samotność, chodziła własnymi 

ścieżkami. Śmierć Richarda miała być ostatnim krokiem 
na jej drodze do upragnionej niezależności. Teraz jednak 

background image

2 0 0 MARION LENNOX 

potrzebowała uścisku męskich ramion. Bliskiego kontak­
tu z drugim człowiekiem. Tak, to iluzja, ale... Niech ją 
przytula. Taki silny i ciepły. 

Nikt jej tak nie przytulał. Nigdy, pomyślała. Może gdy 

była niemowlęciem albo bardzo małym dzieckiem nie 
obarczonym rodzinną tragedią. Czy przytulali ją rodzice? 
Na pewno, ale było to tak dawno, że już zapomniała. 

- Nie interesuje mnie... romans - ostrzegła go. 
- To dobrze, bo ja też tego nie oczekuję. 
- Obejmujesz mnie. 
- To jest masaż leczniczy. - W jego głosie zabrzmiała 

nuta uśmiechu. - Kiedy wszystko zawodzi, przytul. 

Dobra rada, pomyślała. Przytulanie w sytuacjach kry­

zysowych. Bzdura. Przytulają się ci, którzy na zawsze są 
razem, a ludzie odchodzą. Takie poczucie bezpieczeńst­
wa towarzyszy bliskości, a bliskość łączy się z... za­
grożeniem. 

Gdyby straciła jeszcze kogoś... 

- Nie rób tego - wyszeptała. - Nie licz na zbliżenie. 
- Myślę, że to już się stało - rzekł z uśmiechem. - Ale 

rozumiem, co chcesz powiedzieć. To tylko teraz, bo mam 
wrażenie, że oboje tego potrzebujemy. Ale tylko teraz. 
Przyjechałem tu na trzy miesiące. Potem wyjadę. 

- Dlaczego wybrałeś Cradle Lake? 
- Może czułem, że jestem tu bardzo potrzebny. - Ona 

jednak domyśliła się, że za tymi słowami kryje się coś 

zdecydowanie bardziej poważnego. 

- Uciekasz od czegoś - powiedziała cicho, na co on 

tylko pokręcił głową i odsunął się od niej. 

Spojrzała mu w oczy. Wyczytała w nich zrozumienie. 

Podążamy tą samą drogą, pomyślała. I to prawda, co 

background image

OLŚNIENIE 

201 

powiedział. Może ją przytulać tak długo, jak będzie jej to 
potrzebne, bez żadnych erotycznych podtekstów. 

Ona ma swoją skorupę, on także. Oboje zamiast serc 

mają okruchy lodu. Być może jego serce jest kompletnie 
obojętne. Lecz tam na oddziale leży mała dziewczynka, 

której los zależy od tego, czy ona zdecyduje się opuścić 
swoją skorupę. Nie, musi być jakiś inny sposób. 

- Madison będzie spała jeszcze kilka godzin - mówił 

Fergus z twarzą w jej włosach. - Miriam i Tony będą przy 
niej. Oscar jest stabilny, czy wobec tego możesz zawieźć 
mnie do Richarda? 

- Muszę mu powiedzieć... 
- Niczego nie musisz mu mówić - wszedł jej w słowo. 

- Judith napisała do niego list. Damy mu go i pomożemy 
w realizacji jego decyzji. 

- O matko... 
- Nie ma wyjścia, Ginny. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Gdy wychodziła, Richard spał. Przez wiele łat dzielnie 

walczył z chorobą, lecz teraz skapitulował. Nie chciał 
oglądać nikogo oprócz Ginny. 

- Żegnam się z tym światem - wyjaśnił, gdy musiała 

poinformować jego przyjaciół z dzieciństwa, że brat nie 
chce ich widzieć. - Zrywam więzy. 

Przeważnie spał. 
To, co muszę teraz zrobić, myślała z przerażeniem, to 

powiedzieć bratu... 

On chce zrywać więzi. Ha! 
Jednak obecność Fergusa dodawała jej otuchy, spra­

wiała, że to, co niemożliwe, stawało się wykonalne. 

Wszedłszy na werandę, skierowała się tam, gdzie 

w ciągu dnia stało łóżko Richarda. Było puste. Dlaczego? 
Może wyszedł do łazienki. Upadł? 

- Richard! Richard! 

Cisza. Nie znalazła go ani w łazience, ani w kuchni, ani 

w jego sypialni. Wróciła na werandę. 

- Co się stało? - zapytał Fergus, ale nie doczekał 

się odpowiedzi, bo Ginny oszalałym wzrokiem omia­
tała podwórko, aż zobaczyła swoje auto. Czuła, że 
robi jej się słabo. Z okna od strony kierowcy zwisał 
wąż do podlewania, a na ziemi leżał pojemnik z tle­
nem. 

background image

OLŚNIENIE 

203 

- Richard! 
Fergus kilkoma susami znalazł się przy samochodzie 

i błyskawicznie otworzył drzwi. 

Richard leżał bezwładnie na kierownicy i byłby zsunął 

się na ziemię, gdyby nie szybka reakcja Fergusa, który go 

w porę podtrzymał i ułożył na trawie. 

Tłumiąc mdłości, Ginny nerwowo szukała pulsu na 

jego szyi. Był, nikły, ale był. 

- Oddycha - stwierdził Fergus. 

Richard uniósł powieki i zdobył się na blady uśmiech. 

- Dlaczego miałaś pusty bak? - zapytał szeptem. 

Fergus zaniósł go z powrotem na werandę. 

Szła za nimi z pojemnikiem z tlenem i wyrzucała 

sobie, że zostawiła brata bez opieki. Poszła na spacer, 
a gdy zajrzała do niego w drodze do szpitala, nie zauwa­
żyła niczego niepokojącego. 

- Jedź, jedź - powiedział wtedy. - Nieś pomoc komuś 

innemu, a ja powygrzewam się na słońcu. 

Fergus położył Richarda na łóżku. 

- Jego stan jest dobry - oświadczył, gdy stawiała na 

podłodze pojemnik z tlenem. 

Za to jej jest niedobrze. Do łazienki. Szybko. 
Gdy wróciła, Richard już leżał oparty na poduszkach 

i podłączony do tlenu. Na widok jego bladych policzków 
żołądek znowu podszedł jej do gardła. Przysiadła na 
schodku i opuściła głowę między kolana. 

- Widzisz, co zrobiłeś - zwrócił się Fergus do Richar­

da, który lekko się skrzywił. 

- To jej wina - wyszeptał. - Ginny, byłem pewien... 
- Że bak jest pełny - dokończyła. 
- Parę minut i silnik stanął. Wszystko na nic. 

background image

204 

MARION LENNOX 

- Tak bardzo życie ci zbrzydło, że chciałeś z nim 

skończyć? - rzucił Fergus. 

Ginny patrzyła na jezioro, walcząc z nudnościami. 

Zbyt wiele się wydarzyło w zbyt krótkim czasie i jej 
umysł nie mógł nadążyć za żołądkiem. Richard żyje. 

Tylko to się liczy. Reszta spraw może poczekać. 

- Kim ty jesteś? - zapytał Richard. 
- Lekarzem, stary. Fergus Reynard. Przywiozłem 

twoją siostrę. 

- I mam ci za to dziękować? 
- To nie nasza zasługa, że żyjesz - odparł Fergus. 

- Żyjesz, bo Ginny nie chciało się pojechać po benzynę. 

- Chciałam zrobić to wczoraj - powiedziała ledwie 

słyszalnym głosem, chociaż nikt jej nie słuchał - ale 
padało, więc miałam to w planach na jutro. 

- Dlaczego postanowiłeś odebrać sobie życie? - zain­

teresował się Fergus. 

- Czy to twoja sprawa? 
- Ginny na pewno chciałaby poznać twoją odpo­

wiedź, ale nie ma siły pytać. 

- Zostaw nas w spokoju - odparł Richard, opadając na 

poduszki. - To nieważne. 

- Podejrzewam, że bardzo ważne. Dla niej i dla ciebie. 
- Tak czy inaczej, umieram. 
- Boisz się? Tego, co cię czeka? 
- Nie. 
- Więc dlaczego? 
- Ginny tkwi tu jak w więzieniu. 

Ginny w lot pojęła, o co mu chodzi. 

- Uważasz, że mam ci to za złe? Że spędzę z tobą 

kilka tygodni? Richard... - Głos jej się załamał. 

background image

OLŚNIENIE 

205 

- Tyle razy musiałaś to robić - wyszeptał, zerkając 

niemal ze złością na Fergusa. - Na tę samą przeklętą 
chorobę zmarło moich dwóch młodszych braci. Ojciec się 
zmył, a matka topiła rozpacz w butelce. Zmarła na 
marskość wątroby, kiedy Ginny miała szesnaście lat 
i wszystko spadło na jej barki. 

- Ty też zostałeś w to wciągnięty - stwierdziła. 
- Dobrze wiesz, że to nieprawda. - Zamknął oczy. 

- Będziesz sama. Kiedy mi się wydawało, że po południu 
będę miał parę godzin dla siebie... 

- Pomyślałeś, że pora z tym skończyć - dopowiedział 

Fergus. 

- Po co mam żyć? 
Zapadła grobowa cisza. 
- Tak się składa - usłyszała spokojny, przyjazny głos 

Fergusa - że jest coś, dla czego zechcesz pożyć dłużej. 
Pod warunkiem, że się nie boisz. 

- Nie boję się. 
- Słusznie. Nie wiem, kto opiekował się twoimi 

braćmi ani jaką mieli śmierć, ale mogę cię zapewnić, 
że jeśli sobie tego życzysz, będę się tobą opiekował. 
Wszystko zależy od ciebie. Każda decyzja. Nie pomogę 
ci wsiąść do auta z pełnym bakiem, to pewne, ale 
z drugiej strony, dzięki postępom medycyny, twoje 
najbliższe dni mogą obfitować we wzbogacające wyda­
rzenia. 

- Wzbogacające? - W głosie chorego zadźwięczała 

drwina. - W towarzystwie aniołów? 

- Są tacy, którzy wierzą w zastępy dziewic, które na 

nas gdzieś tam czekają - odrzekł Fergus, uśmiechając się. 
- Ale dzięki lenistwu Ginny ty jeszcze żyjesz. Żyjemy, 

background image

206 

MARION LENNOX 

stary, dopóki nie umrzemy. Żyjesz i stoisz w obliczu 

ważnego zadania. 

- Jakiego? - zdziwił się Richard. 
- W obliczu spotkania ze swoją córką. -Z tymi słowy 

Fergus wręczył mu list od Judith. 

Richard przeczytał list, zasypał ich lawiną pytań, po 

czym niespodziewanie zapadł w sen, jakby wyczerpany 
emocjami organizm kategorycznie zażądał odpoczynku. 

Ginny odprowadziła Fergusa do samochodu. 
- Obiecaj mi, że jak teraz od was wyjadę, to ty nie 

odbierzesz sobie życia - odezwał się z ręką na klamce. 

- Za mało benzyny. 
- Ginny, to jest... 
- Wiem doskonałe, co to jest. 

Mocno uścisnął jej dłoń gestem dodającym otuchy. 

Tak zachowuje się lekarz przy łóżku chorego, pomyślała 
ze złością, próbując wyswobodzić rękę. 

- Nic mi nie jest - zapewniła go. 
- Nie udawaj. Widziałem, że miałaś mdłości. 
- Zwyczajna reakcja. - Wzruszyła ramionami. 
- Oczywiście. Jak długo jesteś przy nim? 
- Tym razem? 
- Tym razem. 
- Od kiedy opuścił szpital. Proponowano mu hospic­

jum, ale przyjazd tu był lepszym rozwiązaniem. 

- Dla kogo? 
- Życie mnie nauczyło, że łatwiej jest spełniać takie 

życzenia, niż żyć z poczuciem winy. 

- Aż tak trudno było tu wrócić? - zapytał, a ona 

popatrzyła na niego wstrząśnięta. On wie. 

- Ja... 

background image

OLŚNIENIE 

207 

- Młodsi bracia też tu umarli? I matka? Wyobrażam 

sobie, że w takiej sytuacji nikt nie chciałby tu wracać. 

- Ginny milczała. - Byłaś wtedy przy nich? - Milczenie. 
- A Richard? Był tu z tobą? Pomagał ci? 

- Richard sam był chory - odezwała się w końcu. 

Z jego spojrzenia wyczytała, że wszystkiego się domyślił. 

Richard nie chciał poświęcić czasu, który mu pozostał, 

na opiekę nad chorym rodzeństwem i matką. Bardzo 
wcześnie opuścił dom i unikał wizyt. Nie miała o to do 
niego żalu. Był przecież chory i młody. 

- Zastanówmy się nad planem - zaproponował Fer­

gus, a ona spojrzała na niego spode łba. 

- Nie ma takiego planu. 
- Musi być. Wrócę do was wieczorem, po przychodni, 

żeby się dowiedzieć, co Richard postanowił. 

- On nie podejmie żadnej decyzji. 
- Musi. 
- Nie możesz obarczać go odpowiedzialnością... 
- Za jego własne dziecko? Owszem, mogę, ale tego nie 

zrobię. Czy się wam to podoba, czy nie, ta mała jest jego 
dzieckiem i bez względu na jego stan on musi zmierzyć się 
z tym faktem. To zrozumiałe, że jest wstrząśnięty... 

- Fergus, on dzisiaj chciał odebrać sobie życie. 
- Naprawdę? - Spojrzał na nią z nieprzeniknioną 

miną. - Ginny, nawet osobnik w agonii potrafi odczytać 
wskaźnik paliwa. 

Aż otworzyła usta. 
- Co sugerujesz? To nie było przedstawienie. Z jakie­

go powodu...? 

- Podejrzewam, że w ten sposób Richard pokazał, że 

chce, żebyś poświęcała mu więcej uwagi. 

background image

208 

MARION LENNOX 

- On wie, że jestem gotowa dać mu wszystko, czego 

potrzebuje. Odmówił przeprowadzki do hospicjum i po­

prosił mnie, żebym z nim tu była. Zgodziłam się i do­

trzymam słowa. 

- To idealnie pasuje do mojej hipotezy - stwierdził 

Fergus. - Po co robić tyle zamieszania z przyjazdem do 
Cradle Lake, żeby się tu zabić? Gdyby rzeczywiście 
chciał odebrać sobie życie, mógł to zrobić w Sydney. Po 

co było tu przyjeżdżać? 

- Nie mam pojęcia. Wiem tylko, ile wysiłku kosz­

towało mnie wyremontowanie domu, skompletowanie 

aparatury... 

- Właśnie to miałem na myśli. Co byś dzisiaj zrobiła, 

gdyby mnie tu nie było? 

- To samo. Wyciągnęłabym go z auta i zaniosła do 

łóżka. I dostała torsji. 

- I nie odstępowała go na krok. Podejrzewam, że jutro 

nie zostawisz go na dłużej niż kilka minut. 

- Ja... muszę. 
- Czyli dopiął swego. Dzisiaj zniknęłaś na kilka 

godzin. Domyślam się, że mu to nie odpowiadało, że się 
przestraszył, więc postarał się zapewnić sobie twoją 
nieustającą obecność. Ginny, to jest szantaż emocjonalny. 
Trzeba ci zorganizować pomoc. 

Rzuciła mu zdumione spojrzenie. 

- Nie potrzebuję pomocy. 
- Potrzebujesz - powiedział, uśmiechając się. 

Dlaczego ten uśmiech przyprawił ją o skurcz żołądka? 

Nie wolno jej ulegać emocjom. Do tej pory trzymała się 
bardzo dobrze, więc teraz nie może się rozsypać. 

- Daję sobie radę. 

background image

OLŚNIENIE 209 

- Niewątpliwie. Ale to nie jest konieczne. - Zerknął 

na zegarek. - Muszę jechać do pacjentów. Ale pamiętaj, 

będę tu koło ósmej. 

- Nie chcę, żebyś tu przyjeżdżał. 
- Chcesz. Jestem wam potrzebny, a ja jak Batman 

zawsze zjawiam się tam, gdzie mnie potrzebują. 

- Spadasz jak grom z jasnego nieba. - Uśmiechnęła 

się blado. 

- No, już lepiej. Zdecydowanie lepiej. - Nieoczeki­

wanie przyłożył dłoń do jej policzka. Na parę sekund. 
W serdecznym geście solidarności, który dawał jej do 
zrozumienia, że nie jest sama. Nie potrzebuje takich 
gestów. Odchyliła głowę, a on opuścił ramię. 

Kiedy wyjechał za bramę, wracając do szpitala, do 

innego świata, palce Ginny powędrowały do policzka, by 

raz jeszcze poczuć ciepło jego dłoni. 

Nie potrzebuje niczyjej pomocy. 

Richard obudził się, zjadł kolację, ale nie chciał roz­

mawiać na temat dziecka. Po prostu odwrócił się i zno­
wu zasnął. Czy można uderzyć konającego? Nie. Więc 
dalej kipiała ze złości. 

Oto człowiek, który leży na miękkich poduszkach ze 

świadomością, że gaśnie i jednocześnie akceptuje fakt, że 
wszystkie problemy spadają na jej barki. 

Szantaż emocjonalny? Możliwe. 

Posprzątała w kuchni i wyszła na dwór popatrzeć na 

zachodzące słońce. Jeszcze godzina do przyjazdu Fer-
gusa. Jeśli wyjedzie, a Richard się obudzi... 

Podeszła do jego łóżka. „Nawet osobnik w agonii 

potrafi odczytać wskaźnik paliwa", przemknęło jej przez 

background image

210 

MARION LENNOX 

myśl. W tym tygodniu Richard nie umrze. Bez tlenu 
przeżył spaliny i strach. 

- Żyjesz, dopóki nie umrzesz - szepnęła, nie mając 

pewności, czy brat ją słyszy. - Richard, nie rób mi tego. 

Brak odpowiedzi jej nie zdziwił. 
Co robić? Nie mieli telewizora ani radia. Mogli za to 

patrzeć na jezioro aż do śmierci, ale ona nie umiera. 

Dawno nie czuła tak silnej chęci życia. Czy to za 

sprawą tych pełnych zatroskania szarych oczu? 

Tak, zakochaj się w tym człowieku, pomyślała z wy­

rzutem. Nic z tych rzeczy. Do tej pory skutecznie trzy­
mała się z daleka od mężczyzn i Fergus nie będzie 
wyjątkiem. Usiądzie i obejrzy zachód słońca. 

Cztery minuty później uznała, że zachód jest piękny, 

ale wystarczy tego siedzenia. 

Odwróciła się w stronę śpiącego brata. 

- Jadę do owiec Oscara, a przy okazji nakarmię jego 

psy. Wrócę za trzy kwadranse. Nie umieraj pod moją 
nieobecność. - Zawahała się. - Jeśli jednak umrzesz, to 
nie z mojej winy. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Na pierwszy rzut oka wyglądało, że w zagrodzie owiec 

panuje idealny ład. Owce skupiły się przy korycie z wodą, 

jakby chciały się upewnić, że dragi raz nie wyschnie, 

a uratowane przez nią jagnię ssało z zapałem swoją mat­
kę. Nareszcie jeden happy end. 

Potem zaszła do zagrody, w której Oscar trzymał kot-

ne owce. Powiodła wzrokiem po stadzie, szukając proble­
mu. I znalazła. Po co tu przyszła? Oscar zostawił owce 
na łaskę losu. Powinna postąpić tak samo. Nie mogła. 
Przyklęknęła przy leżącej owcy. Zwierzę nie miało już 

sił i tylko ziąjało, spoglądając przed siebie gasnącymi 
oczami. 

- Nie znam się na położnictwie. - Mimo to spraw­

dziła, co się dzieje z jagnięciem. - Och. 

Nie zostawi jej. Przydałaby się gorąca woda z myd­

łem... i trochę szczęścia. 

Gdy wstała z klęczek, przy bramce ujrzała Fergusa. 

- Nagły wypadek - mruknęła, mijając go. Uświado­

miła sobie wtedy, że ona znowu śmierdzi owcami, a on 
nie, że on jest wyższy od niej o dziesięć centymetrów i ma 
takie piękne oczy... 

- Nie sądziłem, że odważysz się go zostawić. 
- Przecież powiedziałeś, że mogę. Poza tym on śpi. 

Na dodatek bak jest pusty. Po co tu przyjechałeś? 

background image

212 

MARION LENNOX 

- Chyba po to samo co ty. Zerknąć na nasze jagnię. 
Nasze jagnię. Jak to ładnie zabrzmiało. 
- Jest zdrowe. 
- Widzę. Ale mamy owcę w tarapatach? 
- Nie może się wykocić. Wystaje jedna noga i nic 

więcej. Idę po wodę z mydłem. 

- Jaką masz specjalizację? - zainteresował się. 
- Traumatologia. A ty? 
- Chirurgia. 

Co robi chirurg w Cradle Lake? Nieważne, skoncent­

ruj się na zadaniu. 

- To znaczy, że żadne z nas nie jest położnikiem... 

Myślisz, że we dwójkę potrafimy jej pomóc? 

- Myślę, że powinniśmy wezwać weterynarza. 
- Nie ma na to czasu. - Już była na werandzie. 

- Weterynarz przyjeżdża z Melbourne, więc zanim tu 

dotrze, ona padnie. Na moje oko to bardzo młoda owca. 
Oscar nie powinien dopuszczać do niej tryka. 

- Dzieciństwo spędziłaś tutaj? 
- Tak. 
- To znaczy, że wiesz, co dzieje się na farmie. 
- Poniekąd. - Napełniała wiadro gorącą wodą. - Po­

szukaj czegoś, z czego da się skręcić linę. 

- Nie może być prawdziwa lina? 
- Za szorstka. Mogłaby uszkodzić jagnię. 
- Wierzysz, że ono jeszcze żyje? 
- Nie słuchałam tętna płodu, jeśli o to pytasz - ziryto­

wała się. - Doktorze, chce pan być przydatny? 

- Tak. 
- To niech pan przyjdzie do zagrody z jakimś prze­

ścieradłem. 

background image

OLŚNIENIE 

213 

Gdy tam się znalazł, Ginny jak długa leżała w rozdep­

tanym błocie. 

- Dlaczego owce zawsze kocą się w błocie? - prych-

nęła. - To chyba największe bajoro w całej zagrodzie 
- wysapała. - Muszę najpierw wepchnąć tę nogę z po­
wrotem, żeby wyciągnąć obie. Jeśli mi się uda, zajmę się 

łebkiem. Ona znowu ma skurcze! 

Owca usiłowała stanąć na nogi. 
Fergus uznał, że na coś może się przydać: jedną ręką 

docisnął do ziemi jej łeb, drugą tylną nogę. 

- Spokojnie, dziewczynko - powiedział. - Doktor 

Viental jest specjalistką. Jesteś w dobrych rękach. 

- Lepiej powiedz jej, żeby nie parła. 
- Nie przyj. Przypomnij sobie techniki oddechowe. 
Niestety, owca wszystko zapomniała. 

Gdy w końcu ukazały się dwa kopytka, Ginny poleciła 

Fergusowi związać je skręconym prześcieradłem, po 
czym z ręką po łokieć w brzuchu owcy zajęła się uło­
żeniem łebka. 

- Mam! Przy następnym skurczu pociągnij bardzo 

delikatnie, a ja dopilnuję główki. 

Fergusowi przypomniało się nagle, co czytał na temat 

siły skurczów. Zaniepokojony spojrzał na jej rękę. 

- Połamie ci palce. 
- Niczego mi nie połamie. Jestem twarda, ale chyba 

będę rzucać mięsem. 

- Zatkam uszy. 
- Bardzo rozsądnie. 
Minutę później maleńkie jagniątko wyśliznęło się 

prosto w jego dłonie. Żywe. Nawet żałośnie zabeczało. 
Wycierając je resztkami oscarowego prześcieradła, Fergus 

background image

214 

MARION LENNOX 

poczuł, że ogarnia go zadowolenie. Nareszcie jakieś 

szczęśliwe zakończenie tego pełnego emocji dnia. Dwa 
happy endy, bo należy jeszcze dodać jagnię uratowane 
spod kratownicy. 

Położył jagnię przy matce. 

- Dobra robota - szepnęła Ginny, wierzchem dłoni 

ocierając twarz. Nie był to najszczęśliwszy pomysł. 

- Wyglądasz, jakbyś miała do czynienia z piłą łań­

cuchową - zauważył Fergus, a ona się uśmiechnęła. 
Domyślała się, że oboje czują to samo. Śmierć w pracy 
lekarza jest nieunikniona i jedyną przeciwwagą jest ura­
towane życie. - Medycyna to twoja pasja? 

- Tak. - Wrzuciła do wiadra mydło i strzępy prze­

ścieradła. - Przenosi mnie w inne rejony. 

- Tam, gdzie nie jesteś uziemiona? 

Jej uśmiech zbladł. 

- Daj spokój. - Spoglądała na jagnię, które już wodzi­

ło pyszczkiem po matczynym brzuchu. Nadchodzi ciepła 
noc, więc na pewno owca i jagnię przeżyją. 

- Musimy zająć się jeszcze jednym dzieckiem - ode­

zwał się Fergus. 

- Madison? 
- Tak. 
- Nie wiem, jak sobie z tym poradzę - wyznała. 
- Jestem tu po to, żeby ci pomóc. 
- I dlatego znaleźliśmy się w tej zagrodzie. 
Uśmiechnął się, by pokazać jej, że wie, co ona czuje. 

To fałszywy uśmiech, pomyślała. Skąd miałby to wie­
dzieć? Mimo to poczuła się pokrzepiona. 

Nie była w Cradle Lake od śmierci matki. Dom na całe 

lata oddano w dzierżawę. Jego remont i przystosowanie 

background image

OLŚNIENIE 

215 

do potrzeb Richarda kosztowało mnóstwo energii oraz 

pieniędzy. A teraz stoi w zagrodzie i spogląda na jezioro, 
kolejny raz targana emocjami, które nie dają jej spokoju, 

odkąd tę straszną chorobę wykryto u pierwszego z braci... 

Ten człowiek wcale mi nie pomaga, pomyślała. Od 

dziecka wałczyła o emocjonalną niezależność, o to, by 
nie załamywać się każdą stratą, a teraz nagle zapragnę­
ła rzucić się temu facetowi w ramiona, by się wypłakać. 
Co to da? 

- Znasz Tony'ego? Tego pielęgniarza i piłkarza? 
- Tak. 
- Jest teraz w twoim domu i rozmawia z Richardem. 

Podobno chodzili do tej samej klasy. Tony twierdzi, że 
nawet się przyjaźnili. Podjął się nam pomóc. 

- Tutaj nikt nie pomoże, poza tym Richard nie chce 

nikogo oglądać - warknęła, lecz nie zrobiło to na nim 
najmniejszego wrażenia. 

- Cradle Lake to mała miejscowość .- ciągnął. -

Wszyscy są tu skorzy do pomocy. 

- Dawniej nie byli. Słyszałeś Oscara. 
- Mhm. Rozmawiałem o tym z Tonym. - Z rękami 

w kieszeniach obserwował jagnię i owcę, która już stanęła 
na nogi. Życie wygrało. - Odniosłem wrażenie, że to twoi 
rodzice się od nich odcięli. - Zauważył grymas przebiega­

jący przez jej twarz. - Jak dzisiaj Richard. 

- Ojciec od nas odszedł, kiedy umarł Chris. 
- A matka zaczęła pić, zrywając wszelkie kontakty. 

Sama opiekowałaś się nią i Tobym. Gdy tylko ktoś się do 

was zbliżył, narażał się na wyzwiska. W końcu zostałaś 

sama i wtedy zainteresował się tobą sąd dla nieletnich. 

Milczała. Kiedy umarł Toby, Richard miał osiemnaście 

background image

216 

MARION LENNOX 

lat i nawet nie uczestniczył w pogrzebie brata. Był już 
chory, ale nie tak bardzo, by nie móc żyć samodzielnie. 
Miał wtedy dziewczynę. Wsiedli do jej auta i pojechali do 
Queenslandu. 

- Będę się nim opiekowała - przypomniały się Ginny 

jej słowa. - Tam jest lepsze powietrze dla jego płuc, 

a poza tym nie będziesz musiała nim się zajmować. 

Ginny miała wtedy piętnaście lat, a Toby umarł dwa 

dni wcześniej. Matka była w stanie otępienia alkoholowe­
go. W tej sytuacji na scenę wkroczył kurator. Umiesz­
czono ją w rodzinie zastępczej w Sydney. Ci wspaniali 

ludzie pomogli jej osiągnąć to, czego najbardziej prag­
nęła. 

Niezależność. Cieszyła się nią, dopóki choroba nie 

powaliła Richarda, co było nieuchronne. 

- Tony zawiózł do was pościel. - Nie odrywał oczu od 

jej twarzy. - Na wypadek gdyby Richard chciał mieć 

Madison przy sobie. 

- Nie mogę się nią zajmować - rzuciła. 
- Nikt cię o to nie prosi. Po południu odbyła się narada 

mieszkańców Cradle Lake. Dwadzieścia lat temu ci 
ludzie chcieli wam pomóc, ale im nie pozwolono. Oscar 

jest chyba jedynym wyjątkiem. Teraz Cradle Lake chce 

pomóc tobie. Jeśli wyrazisz zgodę. 

- Jeśli wyrażę zgodę? 
- To ty musisz o tym zadecydować. Jeśli Richard 

postanowi resztę swoich dni spędzić z Madison, to Mi­
riam wieczorem ją do was przywiezie. Ona i Tony będą na 

zmianę dyżurować przy małej i Richardzie. Tak długo jak 
będzie trzeba. Ginny, wiem, że Richard nie chce nikogo 
widzieć, ale tym razem nie ma nic do powiedzenia. Ten 

background image

OLŚNIENIE 217 

plan ma na celu ulżenie tobie i jeżeli Richard się sprzeci­
wi... może przenieść się do hospicjum w Sydney. 
- Uśmiechnął się. - Ale myślę, że Tony go przekona. Ten 
nasz Tony jest mistrzem negocjacji. I pewno dlatego 

strzela tyle goli. 

Ginny milczała. 
- Ma uprzytomnić Richardowi, że nie ma alternatywy 

- podjął. - Że to, czego Richard od ciebie oczekuje, to 
zbyt wielki ciężar dla jednej osoby, więc całe miasteczko 
chce w tym uczestniczyć. Dwóch braci oraz matka umarło 
na twoich rękach. Wtedy matka odcięła się od sąsiadów, 
więc tym razem postanowili, że nie będą przyglądali się 
wam z założonymi rękami. 

- Oni nic nie mogą zrobić. 
- Gdyby wcześniej się zorientowali, że nowi lokato­

rzy na farmie Vientalow to Ginny i Richard, już by tam 
byli. - Uśmiechnął się jeszcze szerzej. - Nie masz 
pojęcia, jak doskonale funkcjonuje cała ta dolina. To 
przerażające. Ruszyła już produkcja ciepłych kolacji, 
a paru farmerów podjęło się zająć bydłem Oscara. Nie 

dlatego, że go lubią, ale dlatego, że cię znają i domyślają 
się, że nie zostawisz zwierząt na łasce losu. 

- Ja nie... nie mogę... Madison. 
- Przed Madison są dwie opcje. Nie rób takiej prze­

straszonej miny, bo o tym też rozmawialiśmy. 

- Kto o tym rozmawiał? 
- Ja, Tony, Miriam i jeszcze kilku miejscowych, 

o których ty może zapomniałaś, ale oni świetnie cię 

pamiętają. Wszystkim chodzi o to, żebyś miała trochę 

oddechu. Mamy dwa wyjścia, w zależności od tego, 
co powie Richard. Jeśli zechce mieć ją w domu, 

background image

2 1 8 MARION LENNOX 

przywieziemy ją. Miriam i Tony gwarantują obojgu 

opiekę pielęgniarską tak, żeby mała wracała do zdrowia 
u boku ojca. - Zawahał się. - Bardzo trudno jest 
przedstawiać człowiekowi na łożu śmierci jego dziecko, 
ale ona ma pięć łat. Ja pamiętam różne wydarzenia, kiedy 
byłem w tym wieku, ty zapewne też. Uznaliśmy, że lepiej 
będzie, jeśli Madison zachowa choćby mgliste wspo­

mnienie ojca, niż gdyby miała nie wiedzieć o jego 
istnieniu. - Głos mu się załamał, więc Ginny zwróciła 
spojrzenie w jego stronę. 

Na jego twarzy malował się smutek. Z powodu Madi­

son? Nie. Nagle zdała sobie sprawę, że i jego nękają 

bolesne wspomnienia. 

- Dlaczego...? 
- Nie teraz - powiedział, domyślając się tego pytania. 

- Na razie oswajaj się z faktem, że Madison jest córką 

Richarda. Nie twoją. Nie ma powodu, z którego od­
powiedzialność za jej wychowanie miałaby spaść na 
twoje barki. Dziesiątki par odda serce tej dziewczynce, 
a ty sama najlepiej wiesz, że rodzina zastępcza albo 
adopcyjna może wspaniale funkcjonować. 

- Nie wiem, czy potrafię oddać ją do adopcji - szep­

nęła, a on chwycił ją za ramiona. - Z drugiej strony... 

- Teraz nie zaprzątaj sobie tym głowy. Najpierw 

zmyjmy z siebie krew, żeby nie wystraszyć ludzi, a potem 
pogadamy z Tonym i Richardem. 

Richard siedział na łóżku i był wściekły. Obok na 

werandzie przysiadł Tony. Richard próbował krzyczeć, 
ale brakowało mu tchu. Ginny ruszyła w ich stronę, lecz 
Fergus chwycił ją za łokieć. 

background image

OLŚNIENIE 219 

- Daj mi... 
- Ciii. 

- Nikt mnie nie zmusi - oznajmił Richard. 
- Nikt cię nie zmusza - zapewnił go Tony. - Pięć lat 

temu też nikt do niczego cię nie zmuszał. Ale się stało, 
stary. Tak jak cała reszta ludzkości ponosisz teraz konsek­
wencje. 

- Nie zamierzam... 
- Twierdzisz, że to nie twoje dziecko? 
- Nie, ale... 
- Więc sam widzisz - odrzekł Tony z kamiennym 

spokojem. - To się może przytrafić każdemu. Wiesz, ja 
sam kilka lat temu lekko się napiłem po meczu. Nie 

mieliśmy z Bridget żadnego zabezpieczenia. I bum, 
dziewięć miesięcy później zjawił się Michael, wrzesz­
czący, czerwony i chudy. Mieliśmy się ku sobie z Bridget, 
więc bez bólu wzięliśmy ślub. Wcześniej planowaliśmy 
trochę popodróżować, ale już mieliśmy Michaela. Potem 
urodziła się Lissy. I tak zostałem głową rodziny. - W jego 
głosie zadźwięczała radość. -I powiem ci, że wcale tego 
nie żałuję. 

- Wyobrażasz sobie, że mogłoby mnie to intereso­

wać? 

- Jesteś w tym po uszy. - Tony nie znał litości. -

Widziałem twoją córeczkę, twoją Madison, jak badał ją 
doktor Reynard. Stwierdził, że jest niedożywiona. Zape­
wne dlatego, że jej matka była zbyt chora, by tego 
dopilnować. Żeby ratować mamę, na bosaka biegła po 
żwirze przez całą milę. Przegrała ten wyścig. Taka jest ta 
twoja Madison. Dzielna i kochająca. I bardzo do ciebie 

podobna. Nie chcesz jej poznać? 

background image

2 2 0 MARION LENNOX 

- Ginny się nią zaopiekuje - odparł Richard bez za-

jąknienia, a Ginny znowu rzuciła się do przodu. I znowu 

Fergus ją zatrzymał. 

- Wolałbym nie usłyszeć, co na takie dictum powie­

działaby moja siostra - parsknął Tony. 

- Ja umieram. 
- Wszyscy umrzemy. Jutro może mnie przejechać 

autobus. Cholera, Bridget i dzieciaki nie miałyby lekko. 

- Dobrze wiesz, co mam na myśli. Ja już umieram. Jak 

mam być ojcem? 

- Już nim jesteś, tylko o tym nie wiedziałeś. Staniesz 

na wysokości zadania, jak ją tu przywieziemy? 

- Czego ode mnie oczekujesz? - obruszył się Richard. 
- Nie można tego od niego żądać - szepnęła Ginny, na 

co Fergus mocniej zacisnął palce na jej dłoni. Odebrała to 

jako gest wsparcia. Sygnał, że nie jest sama. 

- Chcesz ją zobaczyć? - zapytał Tony. 
- Nie. 
- Na pewno? - Tony zniżył głos, a po chwili się od­

wrócił. - Fergus, to ty? 

Wyszli zza węgła. 
- Cześć - rzucił Fergus beztroskim tonem, jakby 

wpadł z wizytą. - Przed chwilą z Ginny odebraliśmy 
poród w zagrodzie dla owiec. Były komplikacje, ledwie 
żywa matka, nieprawidłowe ułożenie. Tylko dzięki umie­

jętnościom dwojga oddanych lekarzy matka i dziecko są 

zdrowe. 

Tony szeroko się uśmiechnął. 
- Owcze położnictwo? Los nam sprzyja, zsyłając nam 

takich lekarzy. 

- Mowa. - Fergus dumnie wypiął pierś. 

background image

OLŚNIENIE 

221 

- Richard, chcesz zobaczyć córkę? -powtórzył Tony. 
- Muszę porozmawiać z Ginny. 
Fergus pokręcił głową i włączył się do rozmowy, jakby 

od początku brał w niej udział. 

- Ginny nie ma tu nic do powiedzenia, stary. Decyzja 

należy do ciebie. 

- To Ginny musi zadecydować. Po mojej śmierci to 

ona będzie musiała... 

- Ginny nic nie musi. To jest twój ruch. 
- Nie mogę się w to angażować, jeżeli Ginny... 
- Nie bierz jej pod uwagę - powiedział Fergus. - Ona 

ma swoje życie. Zgodziła się też na pół etatu pomagać mi 
w szpitalu - rzuciła mu zdumione spojrzenie, ale tego nie 
zauważył - więc w domu będzie spędzała mniej czasu. 
Ale będzie przy tobie, kiedy będziesz jej potrzebował 
najbardziej. To ci obiecała. Nie będzie jednak na każde 
twoje wezwanie. Wykończy się, jeżeli będziesz od niej 

tego wymagał, a ja jestem tu po to, żeby zadbać o was 

oboje. Twoją próbę samobójczą opłaciła torsjami, a ja nie 

pozwolę, żeby to się powtórzyło. 

- To nie twoja sprawa - wyrwało się Ginny. 
- Ani Tony'ego, a mimo to on tu jest. Postanowiliście 

zamieszkać w takiej małej dziurze, a to wiąże się z tym, że 
wszyscy wtrącają się w nie swoje sprawy. Richard, twoja 
córka jest w szpitalu. Jeśli pozwolisz, przeniesiemy ją 
tutaj i będziemy się nią opiekowali razem z tobą. Jeśli 
staniesz na wysokości zadania, zachowa w pamięci obraz 
troskliwego ojca. Sądzę, że jej matce bardzo na tym 
zależało. Jeśli się nie zgodzisz, poszukamy jej rodziny 
zastępczej. I wtedy nigdy jej nie zobaczysz. Wybieraj, 

stary. 

background image

222 

MARION LENNOX 

- Nie możecie oczekiwać... - szepnął Richard. 
- Oczekujemy. 
- Muszę naradzić się z... 
- Nie. Decyduj sam. Jeśli chcesz zobaczyć swoją cór­

kę, przywieziemy ją tutaj razem z pielęgniarką. 

- Nie chcę pielęgniarki. Ginny może... 

- Ginny nie może. - Fergus był nieugięty. 
Tak nie wolno, pomyślała Ginny, wsłuchując się 

w chrapliwy oddech brata. 

- Może to okrutne, stary, ale tu chodzi o twoje 

dziecko. Nie mam wyjścia i dlatego niczego przed tobą 

nie ukrywam. 

Richard wodził spojrzeniem od Giny do Fergusa, który 

nie zdejmował dłoni z jej ramienia. Przeczuwał, że brat 
zechce przerzucić na nią odpowiedzialność i postanowił 
do tego nie dopuścić. 

- Tony mówi, że ona jest do mnie podobna - wyszep­

tał w końcu Richard. 

- Madison jest śliczna jak obrazek. Jest pokiereszo­

wana, straciła matkę i jest sama. Tak, jest podobna do 
ojca. Chcesz ją poznać czy nie? 

Ginny wstrzymała oddech. 

- Mam córkę? - szepnął Richard, a przez twarz Fer­

gusa przebiegł skurcz. Grymas bólu? Trwało to ułamek 

sekundy, ale Ginny to zapamiętała. 

- Masz córkę - potwierdził Fergus. 
- Więc chyba powinienem ją zobaczyć. 
- Pod warunkiem, że zgodzisz się także na pielęg­

niarkę. 

- Nie ma takiej potrzeby. Ginny... 
Obaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem. 

background image

OLŚNIENIE 

223 

- Zgoda. - Richard westchnął. - Jeśli ona potrzebuje 

pielęgniarki... 

- Jeśli twoja córka potrzebuje pielęgniarki - poprawił 

go Fergus. 

- Moja córka. - W głosie chorego zaszła zmiana. 
- Czy to znaczy, że możemy przywieźć ją do jej ojca? 

- Tak. Przywieźcie. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Po latach Ginny wspominała kolejne dwa tygodnie jak 

surrealistyczny sen. 

Wszczęto poszukiwania rodziny Judith. W Nowej 

Zelandii odnaleziono jej ojca, który nie widział jej dwa­
dzieścia lat i nie interesował go ani pogrzeb córki, ani jej 
dziecko, więc pochowano ją w Cradle Lake. W pogrzebie 
uczestniczył Richard siedzący na wózku inwalidzkim 
oraz, za zgodą psychologa, mała Madison. Sprawiała 
wrażenie nieobecnej. Trzymając ją za rękę, Ginny przy­
pomniała sobie, co mówili do niej ludzie po śmierci 

Chrisa, po śmierci Toby'ego, po śmierci matki. Oraz to, 
że nie miało to dla niej żadnego znaczenia. 

Fergus trzymał się z boku. Pod koniec pogrzebu Ginny 

pomyślała, że coś ich łączy. Coś nieuchwytnego, czego 

oboje sobie nie życzyli, jakby się tego bali. 

Tak, ona się boi, i słusznie. Cokolwiek czuje do Fer-

gusa, będzie z tym walczyć. 

Po pogrzebie na werandzie Ginny powstał szpitalny 

minioddział. Zjawili się rzemieślnicy, którzy, odmawia­

jąc przyjęcia zapłaty, zamontowali podnoszone przepie­

rzenie. W ten sposób powstały dwa pokoiki. W jednym 

leżał Richard, w drugim Madison. 

Dziewczynka nie płakała, nie okazywała emocji, prak­

tycznie nie było z nią kontaktu. Znacznie łatwiej byłoby 

background image

OLŚNIENIE 

225 

koić jej łzy, pomyślała Ginny. Jakie koszmary kryją się za 
tą maską? Podzieliła się tą refleksją z Fergusem, który 
ponownie wezwał psycholożkę z Sydney. Całe popołu­
dnie kobieta spędziła przy łóżku dziewczynki, prowoku­

jąc ją do rozmowy, lecz w końcu dała za wygraną. 

Rozważała nawet możliwość przewiezienia jej do kliniki 
w Sydney. 

- Madison nigdzie nie pojedzie - oznajmił Richard ku 

ich bezgranicznemu zdumieniu. - Tu jest jej miejsce. 
I zabierzcie to cholerne przepierzenie - warknął. 

Nastąpił przełom. Od tej pory ojciec i córka zdawali 

się akceptować sytuację, mimo że właściwie przez cały 
czas spali. Jednak od czasu do czasu Ginny zauważała, jak 

brat ze smutkiem oraz dumą spogląda na swoje dziecko. 
Madison zaś obserwowała każdy jego ruch. 

- Nie poganiajcie jej - doradziła im psycholog. - Ona 

musi oswoić się z nowym otoczeniem. Ze swoim... 
- Zawahała się, bo wszyscy wiedzieli, że Madison nie 
zdąży przyzwyczaić się do swojego ojca... 

- Powinniśmy jakoś urozmaicić jej życie - rzekła 

Ginny któregoś dnia, kiedy Madison ubrana i uczesana 
znów wróciła do łóżka. Niczym nie dało się jej zaintereso­
wać. 

- Przypominam ci, że pani psycholog doradzała, żeby 

dać jej czas - powiedział Fergus. - Poza tym to Richard 
tu decyduje. 

Gdy Ginny odprowadzała go do samochodu, przyje­

chała Bridget, która stawała się pielęgniarką, „kiedy 
bachory nadto jej dokuczyły". 

- Zostawcie ich w spokoju - poradziła Bridget. - Cza­

sami gadanie do dzieci przynosi odwrotny skutek. Wiem 

background image

226 

MARION LENNOX 

coś o tym, bo w domu było nas ośmioro, a ja byłam 
najstarsza. Jeśli nie wiadomo, co robić, najlepiej wziąć na 
wstrzymanie. To jest nietypowy układ, i oni sami muszą 
to rozwiązać. 

- Richard nie jest przesadnie serdeczny - zauważył 

Fergus, gdy Bridget ruszyła na werandę. Ginny wolałaby, 
by Bridget nadal im towarzyszyła, bo bliskość Fergusa 
wprawiała ją w zakłopotanie. 

- Dziwisz mu się? - zapytała. - Jeśli będzie serdecz­

ny, po jego śmierci ona znowu będzie cierpieć. 

- Taaa. - Chyba chciał powiedzieć coś zupełnie 

innego. Nieco się od niej odsunął. Może poczuł ten sam 
dreszczyk? - Jak stopy małej? 

- W porządku. Ale sam je obejrzyj. - Zawahała 

się. Nikt ich nie słyszał, a ona musi rozprawić się 
z tym dreszczykiem. - Fergus, dlaczego tylko ja zaj­
muję się Madison? - Popatrzyła na jego stężałe rysy 
i domyśliła się, że to właściwy trop. - Mam wrażenie, 
że nie tylko Richard i ja boimy się zaangażować. Mam 
rację? 

- O co ci chodzi? 

Prawdę mówiąc, nie bardzo wiedziała. Ale ilekroć 

widziała jego wahanie, gdy podchodził do Madison, in­
tuicja jej podpowiadała, że za tym coś się kryje. 

- Doktorze, niech pan zaprosi Ginny na kolację! 

- zawołała z werandy Bridget. - Przyda wam się chwila 

oddechu, a poza tym ładnie razem wyglądacie. 

Odsunęli się od siebie, wywołując uśmiech na twarzy 

Bridget. 

- Ja wcale nie muszę... - żachnęła się Ginny. 
- Nie musisz ciągle żywić się parówkami - przekony-

background image

OLŚNIENIE 

227 

wała ją pielęgniarka. - Richard lubi parówki, Madison 
lubi parówki, ale kiedy jadłam z wami kolację, to ich nie 
tknęłaś. Doktorze, niech ją pan gdzieś zabierze. 

- Masz ochotę? - zapytał. 
Nie wiedziała. Przez minione dwa tygodnie nie czuła 

się uwięziona w domu, bo przez kilka godzin dziennie 

pomagała mu w szpitalu, gdzie z radością oddawała się 
ukochanej medycynie. Ale okazji do przebywania z nim 

sam na sam praktycznie nie było. 

- Polecam nasz pub - powiedziała Bridget. - Niech ją 

pan zaprosi do pubu. 

- Powinnam zostać. - Ginny cofnęła się o krok. 
- Dlaczego? - Bridget wzięła się pod boki. 
- Bo sytuacja nie wymaga twojej obecności - rzekła 

Ginny, starając się, by głos jej zabrzmiał stanowczo. 

- Mogłabyś wrócić do domu. 

Bridget chytrze się uśmiechnęła. 
- Do domu? Tam jest dwoje dzieciaków i jeden 

szczeniak. Zostaję u was. Poza tym dzieciaki powinny 
integrować się z tatusiem. W tym tygodniu Tony je za­

niedbał, więc ja stąd się nie ruszę. 

- Bridget jest potrzebna - oświadczył Fergus. - Taka 

była umowa: jeżeli Madison tu zamieszka, przez całą 
dobę będzie z nią pielęgniarka. - Zawahał się, a w jego 

oczach błysnęła niepewność, ale okazał się odważniejszy 
od Ginny. - Zapraszam cię na kolację w pubie. 

Ale co będzie z...? Popatrzyła na niego, czując, że jest 

to propozycja nie do przyjęcia. 

- Zgoda - wyrwało się jej bezwiednie. 

Coś ty powiedziała?! To szalone ryzyko dla obojga. 

- Wobec tego jedziemy. 

background image

228 

MARION LENNOX 

Wyczuła, że i on jest pełen obaw. 

Pub był jedynym lokalem gastronomicznym w Cradle 

Lake. Podawano tam steki z frytkami, parówki z frytkami, 
rybę z frytkami oraz danie wegetariańskie, głównie dla 
miastowych, którzy zatrzymywali się tu w weekendy, 
czyli spaghetti z frytkami. 

Stek okazał się wyśmienity. Zasłużenie rozsławił ten 

pub w całym regionie. Takie steki potrafiła smażyć tylko 
Dorothy, która się tym parała od pięćdziesięciu lat. Teraz, 

stojąc w drzwiach do kuchni, patrzyła, jak dwoje lekarzy 

zajada się jej specjałem. 

Obserwowali ich wszyscy bywalcy pubu. 
- Tajny agent miałby tu bardzo trudne życie - wes­

tchnął Fergus, na co Ginny się uśmiechnęła, bo stek 
bardzo jej smakował, a co więcej, wczuła się w swobodny 
nastrój tak inny od dusznej atmosfery domu. 

- Na mnie nie robi to wrażenia. Nie zapominaj, że ja 

się tu wychowałam. 

- I dlatego nie chciałaś tu przyjeżdżać? 
- Nigdy tego nie mówiłam. 
- Nie musiałaś tu wracać. Stale jesteś spięta. 
- Dzięki. 
- Nie ma za co. - Pochylił się nad stekiem. 
- Dlaczego ty też jesteś spięty? 
- Nieprawda. 
- Boję się odpowiedzialności za Madison, ale kiedy ty 

jesteś zmuszony do niej podejść, widzę w twoich oczach 

taki sam strach. Podczas pogrzebu też odniosłam takie 
wrażenie. Co cię do nas przygnało? 

- Nic. 

background image

OLŚNIENIE 

229 

- Fergus, ty wiesz już o mnie prawie wszystko, a sam 

się przede mną ukrywasz. To ma związek z jakimś 
dzieckiem, prawda? 

- Nie twój interes. 
- Za to moje życie to twój interes, tak? 
- To co innego. Twój brat... 
- Jest twoim pacjentem. Owszem. Ale ja nie jestem 

twoją pacjentką. To nie znaczy, że nie jestem ci wdzięczna 
za to, że mogę znowu pracować. Docemam też to, że dzięki 
tobie mam dla siebie trochę czasu. Ale jednocześnie czuję 
się zawieszona w próżni, w dużej mierze z twojej winy. 

- Dzięki. - Uśmiechnął się półgębkiem. 
- Wiesz, o czym mówię. - Od dwóch tygodni sta­

rała się o tym nie myśleć, ale bezskutecznie. - Ty też to 
czujesz. 

- Że chcę cię przelecieć? - Bywalcy pubu jak jeden 

mąż zastrzygli uszami. - Tak mam to rozumieć? 

- Może nie tak bym to sformułowała... -Uśmiechnęła 

się z ulgą. - A chcesz mnie przelecieć? 

- Tak. Co ty na to? 
- Fergus... 
- Na studiach uczono mnie, że niczego nie należy 

owijać w bawełnę. Nie kombinować. Jeśli trzeba przeka­
zać pacjentowi złą wiadomość, należy mu to powiedzieć 
wprost, bo i tak się domyśli. 

- Uważasz, że to zła wiadomość? 
- To zależy. 
- Od czego? 
- Na przykład od tego, że nie interesuje mnie trwały 

związek. 

- A mnie interesuje? 

background image

2 3 0 MARION LENNOX 

- Nie. - Tym razem zniżył głos na tyle, że nikt w pu­

bie go nie usłyszał. - Życie w bolesny sposób nauczy­
ło cię trzymać się od tego z daleka. 

- A ciebie co powstrzymuje? - Odłożyła sztućce 

i odsunęła talerz, na którym pozostała połowa steku. Od 
kuchennych drzwi doszło głośne westchnienie zawodu. 

Fergus przełknął ostatni kęs, po czym rzucił tęskne 

spojrzenie na talerz Ginny. 

- Nie krępuj się. 
Dorothy ponownie się rozpromieniła. 
- Ale nie zwalnia cię to od odpowiedzi - rzekła 

Ginny. - Jeśli dam się... przelecieć... 

- Nie brzmi to romantycznie. 
- Jak inaczej to ująć? Romans bez zaangażowania? 
- Nie nazywajmy tego. 
- Zgoda, ale chcę poznać tło. Byłeś żonaty? 
- Tak, ale... 
- Kto był twoją żoną? 
- Katrina. 
- Gdzie ona jest teraz? 

- Jest profesorem patologii w dużej klinice w... 
- Katrina Newry - szepnęła. - Słyszałam o niej. 
- Wszyscy słyszeli o Katrinie. 
- O co poszło? 
- To nie powinno cię obchodzić. 
- Obchodzi mnie, jeżeli masz się ze mną przespać. Ja 

nie chodzę do łóżka z nieznajomymi. 

Od baru dobiegł ich cichy rechot. Kurczę, jaka dobra 

akustyka! Albo fatalna. Zależy od punktu widzenia. 

- Pozwól mi dokończyć - mruknął Fergus znad tale­

rza, bo najwyraźniej to samo przyszło mu do głowy. 

background image

OLŚNIENIE 

231 

- W porządku, ale pamiętaj, że to jest mój stek. 

Zamówię sobie kawę. 

- Nie chcesz deseru? 
- Po steku większym niż talerz? Chyba żartujesz. 
- Nigdy nie żartuję. 
- Nie chcę deseru. Domagam się prawdy, więc prze­

stań gadać i jedz. Potem będziesz mówił. 

- Słucham? 
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi. 

Po kawie wyszli z pubu. Fergus zostawił swojego 

dżipa na parkingu, ale wieczór był taki piękny, że ścieżką 
nazywaną przez miejscowych Promenadą Zakochanych 
ruszyli nad jezioro. 

- Chyba zdajesz sobie sprawę, jak ucierpiała twoja 

reputacja - mruknął ponuro. - Ale gdybyśmy poszli 
do samochodu, na pewno by pomyśleli, że bardzo 
się spieszymy. 

- Gwiżdżę na reputację. 
- Bo po śmierci Richarda już się tu nie pokażesz? 
- Tak jest. 
- Było ci tu bardzo źle. 
- A jak myślisz? 

Pokiwał głową, po czym wziął ją za rękę. Niebezpiecz­

nie przyjemne uczucie, kojarzące się z... bliskością. Źle. 
Jej bliskość nie interesuje. Ani jego. 

- Odwracasz się od Madison, jakby jej widok spra­

wiał ci cierpienie. Dlaczego? 

- Ja nie... 
- Mam rację, prawda? Chodzi o dziecko. 
- Ja... 
- Opowiedz mi o nim. 

background image

232 

MARION LENNOX 

Doszli na koniec cypla, gdzie przysiedli na pniu 

wielkiego drzewa powalonego pół wieku wcześniej. Po 
zdjęciu kory pień stał się siedmiometrową ławą. 

Tego wieczoru byli jedyną parą nad jeziorem. Otacza­

ła ich kompletna cisza. 

- Córeczka? - zapytała. 
- Molly. 
- Jest z matką? 
- Nie żyje. 
- Och, Fergus... 
- Przykro ci? Wszystkim jest przykro. - Wyszarpnął 

dłoń z jej uścisku, by przegarnąć włosy. - Przepraszam. 
Nie mam ci za złe, że mi współczujesz, ale... 

- Wiem - szepnęła. - Kiedy najpierw umarł Toby, 

potem Chris, a potem mama... pomyślałam, że jeżeli 

jeszcze jedna osoba... Kiedy umarła? 

- Trzy miesiące temu. 
- Tak niedawno? Dlaczego? Co się stało? 
- Miała zespół Downa i wrodzoną wadę serca. Od 

początku wiedzieliśmy, że jej czas jest policzony. 

- A ja obnoszę się ze swoim nieszczęściem i nie 

dostrzegam tragedii innych - odezwała się po dłuższej 
chwili. - Powinnam była się zorientować. 

- Każdy radzi sobie, jak umie - powiedział. - Mamy 

ograniczony zapas energii i kierujemy ją tam, gdzie jest 
najbardziej potrzebna. Nie smuć się z mojego powodu. 

- Wstał. - Nie ma powodu do smutku. Molly miała piękne 
życie, chociaż takie krótkie. 

- A twoja... żona? 
Rysy mu stężały. 
- Pamiętasz, jak powiedziałem, że można zdobyć się 

background image

OLŚNIENIE 

233 

na obojętność? Katrina spojrzała na noworodka i od razu 
się zdystansowała. Nie chciała zaistnieć w życiu Molly. 
Odeszła. Zerwała więzi. Gdyby wiedziała, ile straciła... 

- To okropne - szepnęła. - Kiedy patrzysz na Madi­

son... 

- Mam przed oczami Molly. Albo to, jaka by była, 

gdyby miała jeden chromosom więcej. 

- I dlatego jesteś w Cradle Lake? 
- Szpital, w którym pracowałem... Molly miała tam 

żłobek. Mieszkaliśmy w służbowym mieszkaniu. Cały 

personel kochał ją nie mniej niż ja. Kiedy umarła, miałem 
wrażenie, że wszyscy są w żałobie. Musiałem uciec. 

- I od razu wpadłeś w moją tragedię. 
- O nie, nie wpadłem. Trzymam się na zewnątrz. I tak 

spoglądam na otaczający mnie świat. Tobie radziłbym to 
samo. 

- Ale Madison... 
- Ginny, jest mnóstwo cudownych par, które tylko 

czekają, żeby ją adoptować. Poza tym po śmierci Richar­
da jako jej prawny opiekun masz głos w sprawie wyboru 

rodziny oraz prawo do odwiedzin. Kiedy Richard umrze, 
możesz odsunąć się w cień. Dobrze o tym wiesz. Masz 
prawo żyć po swojemu. 

- Wątpię. 
- Zapewniam cię, że możesz. - Chwycił ją za ręce 

i pomógł wstać. - Ginny, jesteś silna i tę siłę możesz 
wykorzystać do uzyskania niezależności. 

- Aha. Stoisz tu i trzymasz mnie za ręce i twierdzisz, 

że jesteś niezależny. 

- Potrafię być niezależny i jednocześnie chcieć cię 

pocałować. 

background image

2 3 4 MARION LENNOX 

- Tak? 
- Jasne. - Mimo że powiedział to wyzywającym to­

nem, oboje udali, że tego nie słyszeli. 

Jaki on jest męski, pomyślała. I subtelny? Subtelny to 

złe słowo, ale nic innego nie przyszło jej do głowy. 
Górował nad nią, a ona poczuła, że jest to pierwszy 
człowiek w życiu, który ją dobrze zna. Ktoś, kto potrafi 
przejrzeć ją na wylot. Jednak nie czuła się zagrożona, bo 
łączył ich taki sam lęk i poczucie straty. Oto człowiek, 
który przeszedł przez to samo co ona. 

Zaufanie. To słowo utknęło jej w podświadomości 

i tam pozostało. Może mu zaufać, bo on ją zna. 

Spojrzała mu w oczy i wyczytała w nich pytanie, czy 

wolno mu zrobić następny krok. Wymagający zaufania. 
Pocałować ją. Uśmiechnęła się nieśmiało. 

Nagle jej świat zawirował. 

Spotykała się wcześniej z mężczyznami. To oczywis­

te. Ma prawie trzydzieści lat i nie jest niewinna. Prowa­
dziła całkiem ciekawe życie towarzyskie. Ale jeszcze 
nigdy nie czuła... Czego? Nie miała pojęcia, bo było to 
coś, co wymykało się definicji. Coś, co do głębi nią 
wstrząsnęło, przechodząc jej wszelkie wyobrażenia. 

Serce jej zamarło. 
Ginny, jesteś rozsądna. Jesteś lekarzem. Takie rzeczy 

dzieją się tylko w romansach. Takie pocałunki, które 
wszystko zmieniają. Odsunęła się nieco. 

- Nie chcesz? 
- Ja... Chcę - szepnęła. - Chyba chcę. Ale nie chcę się 

angażować. - W jej głosie brzmiał strach. 

- To bardzo roztropna decyzja. Ja też nie chcę. Ale 

zwyczajny pocałunek... 

background image

OLŚNIENIE 

235 

- Na tym się nie skończy. 
Znieruchomiał, by się zastanowić. Dawało im to oka­

zję odsunąć się od siebie, ale on znowu ją pocałował. 

- Jesteś diabelnie pociągająca. Skłamałbym, gdybym 

powiedział, że cię nie pożądam. 

- Ale nie chcesz się wiązać. 
- Nie chcę. 
- Przysięgnij - poprosiła. 
- Czy mam rozumieć, że możemy się kochać, ale 

tylko pod warunkiem że jak zwykły łajdak zniknę bez 
słowa o świcie? 

- Łajdacy mają swoje dobre strony. 
- Żadnych zobowiązań. 
- Żadnych - przytaknęła. 
- Na pewno? 

Spojrzała na jego twarz oświetloną światłem księżyca 

i ogarnął ją strach. Rozsądek nakazywał jej się wycofać, 
ale... Nagle poczuła, że ma dosyć rozsądku. Jej życie jest 
takie szare, a przyszłość przerażająca. Kto wie, co zdarzy 
się jutro? Za dużo w naszym życiu szarości, pomyślała, 
a ta noc taka ciepła. Ten mężczyzna stoi tuż przed nią. 
W domu zaś leży... Nie, nie myśl o tym. 

Z oczu Fergusa wyczytała, że on czuje to samo. Ta noc 

należy do nich. 

- Masz prezerwatywę? - zapytała szeptem. 

Cisza, a potem śmiech. 

- Wątpisz? W samochodzie mam torbę lekarską, 

a w niej całą aptekę. Ginny, jesteś pewna? 

- To znaczy, że musimy wrócić do samochodu? 
- Raczej tak. - Przyciągnął ją do siebie. - Tutaj jest 

pełno robali. Może nawet węże. 

background image

236 

MARION LENNOX 

- Chyba tak - zgodziła się. - Poza tym robale i węże 

są mało romantyczne. Znam lepsze miejsce. 

- No proszę, ja mam prezerwatywę, ty masz miejsce. 

Czego więcej nam trzeba? 

- Siebie. Tej nocy. Tej jednej nocy, Fergus. 
- Tylko dzisiaj. Żadnych zobowiązań. Ale, Ginny... 
- Słucham. 
- Ale tej jednej nocy będę się z tobą kochał. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Nie miała ochoty wracać do domu ani jechać do 

mieszkania Fergusa przez ścianę ze szpitalem. 

Ale nad jeziorem stał hangar dla łodzi. Gdy dorastała, 

był jej kryjówką, kiedy przerastała ją ponura rzeczywis­
tość. Gdy pilotowała Fergusa, ten od czasu do czasu 

spoglądał na nią, jakby chciał się upewnić, że nie zmieni 
zdania. Siedziała z dłońmi splecionymi na kolanach, 
starając się nie myśleć o tym, czy on w ostatniej chwili się 
nie wycofa. To będzie noc poza czasem, znikający dar, 
którego rano już nie będzie. Kontakt z kimś, kto czuje to 
samo co ona. 

Chyba się zagalopowała. Mimo to się uśmiechnęła. 

Kątem oka dostrzegła uśmiech także na jego wargach. 
Echo? To nie potrwa dłużej niż tę jedną noc. 

Hangar stał wśród drzew nieopodal głównej drogi. 

Fergus zaparkował, po czym sięgnął po kurtkę. 

- Zimno ci? - zapytała z uśmiechem. 
- Mam tu komórkę - wyjaśnił, a ona spoważniała. 
- Obowiązki zawodowe? 
- Podpisałem umowę. Otwórz hangar, a ja wyjmę 

torbę. 

- Bo masz tam coś, bez czego ani rusz? 
- Zdecydowanie. 

O co chodzi? - pomyślała, wchodząc do hangaru. 

background image

2 3 8 MARION LENNOX 

Powinna mieć poczucie winy, czuć się zażenowana... Nic 
z tych rzeczy. Przekroczyła próg z przeświadczeniem, że 
postępuje słusznie. W środku było sucho, ciepło i pusto, 
bo łódź, którą kiedyś pływała cała rodzina, już dawno 
sprzedano. Lubiła ten barak. Przenosiła się tutaj, gdy 
atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Z czasem 
zgromadziła tu koce, poduszki i niepotrzebny już mate­
rac. Same stare sprzęty, ale nie na tyle stare, by teraz 
okazały się nieużyteczne. 

Fergus zatrzymał się w drzwiach, by popatrzeć na 

jezioro roziskrzone w blasku księżyca. 

- Mam świece - odezwała się. 
- Nie wątpię. Z amorkami... 
- Niepotrzebnie się naśmiewasz. 
- Wcale się nie naśmiewam - odrzekł cicho. - Ginny, 

to jest magiczny zakątek. Można się zakochać... 

- Ale ty się nie zakochasz. 
- Jasne, że nie. - Podszedł do Ginny i położył jej ręce 

na ramionach. - Jesteś pewna? 

- Masz na myśli tę noc? Jeszcze nigdy nie byłam tak 

pewna jak teraz. Ale jutro... Nie będzie żadnego Jutro". 
Fergus, oboje dobrze o tym wiemy. 

- Tak. Ale ta noc należy do nas. 
Jeszcze raz spojrzała mu w oczy, by ostatecznie się 

upewnić, po czym ściągnęła bluzkę, rozpięła stanik i sięg­
nęła do zamka dżinsów. Fergus chwycił ją za rękę. 

- Ginny, ty nie składasz ofiary. Będziemy się kochać. 

Pragnę cię, ale chcę, żebyś i ty mnie pragnęła. 

- Ja cię pragnę - szepnęła. 
- Ale nie dla seksu, Giny. Mamy się kochać. Niezale­

żnie od tego, co stanie się jutro, to ma być akt miłości. 

background image

OLŚNIENIE 

239 

Pocałuj mnie. - Nie spuszczał z niej wzroku, ale nie 
patrzył na jej piersi jak większość mężczyzn, lecz szukał 

jej spojrzenia. On jest taki... taki.... 

Zachodziła w niej zmiana. Działo się coś, czego 

dawniej nie potrafiła sobie wyobrazić. Przytuliła policzek 
do jego dłoni. Tej nocy Fergus będzie jej mężczyzną. Taki 
potężnie zbudowany, delikatny i podobnie jak ona okru­
tnie potraktowany przez los. 

Pocałował ją. Jej życie nagle stało się proste. Fergus 

nazwał to kochaniem, pomyślała. To jest najbardziej od­
powiednie określenie. 

- Ginny - wyszeptał - będziemy się kochać. 
- Ale tylko teraz, dzisiaj. - Zdawała sobie sprawę, że 

to chciał usłyszeć, ale sama przestała być tego pewna. 
Uśmiechnęła się, udając kobietę silną i zdecydowaną, 
która panuje nad sytuacją. To, że w rzeczywistości 

sytuacja wymknęła się spod kontroli, nie było sprawką 
Fergusa. Po prostu po raz pierwszy w życiu mogła sobie 

pozwolić, by puściły jej wszelkie hamulce. Proszę... 

Nie musiała mówić tego na głos. Fergus znowu ją 

całował, a ona pomyślała, że od lat na to czeka. Oto jej 
Fergus. Ten, który leżał z nią w błocie, by ratować jagnię, 
ten, który zmienił jej stosunek do świata. Opuściła powie­
ki, delektując się pieszczotą jego warg i rąk. 

- Teraz cię kocham - powiedziała cicho. - To rzeczy­

wiście jest kochanie. 

Odsunął ją na odległość ramienia. 

- Jesteś pewna? Niczego nie obiecuję. 
- Mój kochany głuptas. Oboje jesteśmy głuptasami. 
- Nie, Ginny. Jesteśmy dwojgiem dorosłych ludzi 

i zamierzamy bardzo przyjemnie spędzić czas... 

background image

240 

MARION LENNOX 

Nareszcie ktoś całuje ją tak, jak sobie wymarzyła. 

Wargi, powieki, szyję. Poprowadziła jego dłoń na swoją 
pierś. Ciągle miał na sobie koszulę, a ona pragnęła jeszcze 
większej bliskości. Chciała, by już nie oddzielała ich 
żadna tkanina. Popatrzyła mu w oczy. 

Milczeli, bo słowa nie były im potrzebne. Drżącymi 

palcami rozpinała guziki jego koszuli, a on przyglądał się 

jej z uwagą. Przez cały czas pod palcami czuła ciepło jego 

ciała. Jej Fergus. Zraniony jak ona, ale cudownie uleczo­
ny na tę jedną noc. Gdy gładziła jego nagi tors, jego 
oddech stał się urywany, a dłonie powędrowały do zamka 

jej spodni. Wtedy zaczęła zsuwać jego dżinsy. Znierucho­

miał, gdy jej palce wędrowały coraz niżej. 

Była już pewna, że to nie złudzenie: ten wieczór ją 

odmienił, wydobył z mrocznej otchłani, w której już nie 
chciała tkwić. Jej ucieczką jest miłość do tego człowieka. 
Na szczęście on jej pragnie. Pochwycił ją na ręce i położył 
na materacu. Chwilę później ich ciała się połączyły. 
Powoli. Delikatnie. Nieuchronnie. Świat zawirował, a jej 
przemknęło przez myśl, że do tej pory nawet nie prze­
czuwała, jak wszechogarniające może być pożądanie. 
Potem leżeli spleceni na wysłużonym materacu, kołysani 
pluskiem fal i poświstami wodnego ptactwa, w świetle 
księżyca wpadającym przez otwarte drzwi, omiatani ciep­
łym powiewem znad jeziora. Niezwykła uczta dla wszyst­
kich zmysłów. 

- Fergus... - szepnęła błagalnym tonem, a on pochylił 

się nad nią, odwlekając chwilę, na którą tak czekała. 

- Moja piękna... Mój głuptasek. Serce moje. 
- Błagam... 
On jednak leniwie zaczął od nowa pieścić jej ciało, 

background image

OLŚNIENIE 241 

wprawiając je w nieznośne drżenie, aż pomyślała, że 
mogłaby umrzeć w tym momencie, przekonana o ist­
nieniu raju. Jej mężczyzna. Tej nocy jest to jej mężczyz­
na. Jej droga do przyszłości. Przestała myśleć, oddając się 

wyłącznie doznaniom zmysłowym. Płynęli wspólnym 
rytmem. Gdy jedna gorąca fala rozkoszy odpływała, 
druga już wzbierała. Trwało to i trwało. 

- O Boże, Ginny... 
- Bóg nie ma z tym nic wspólnego. A jeśli nawet ma, 

to wolałabym, żeby zamknął oczy. Kto to widział, żeby 
kobieta niezamężna... 

- Żaden bóg nie zabroniłby ci przyjemności - sze­

pnął. - Po tym, przez co przeszłaś... i co jeszcze cię 

czeka... 

- Obawiasz się, że po przebudzeniu zobaczę cię nago? 
- Boisz się? 
- Chyba nie. Jesteś niesamowicie seksy. 
- Wiem - odparł skromnie. - Ginny... 

Położyła mu palce na wargach. 
- Tak, jesteś absolutnie wyjątkowy. Potrafisz tego 

dowieść, czy zaraz zaśniesz? Bo jeżeli jesteś naprawdę 
wyjątkowy... 

- To co? 
- To pokochasz mnie jeszcze raz. Natychmiast. 

Obserwował ją przez dłuższą chwilę, aż dostrzegła 

w jego oczach powątpiewanie. 

- Moja Ginny. Moje marzenie, moja miłość. Czy to 

możliwe, że jestem ci potrzebny? Chyba śnię. Jesteś tu 
i mnie pożądasz. Tak cudownej istocie nie odmówię. 

- Jaki miałbyś powód, żeby odmówić? 
- No właśnie, jaki? 

background image

242 

MARION LENNOX 

Przyciągnął ją do siebie, by obsypać pocałunkami i raz 

jeszcze rozpocząć misterium rozkoszy. 

Dwie godziny przed świtem zadzwonił telefon. 

Ginny nie pojechała z nim, bo uznali, że jeden lekarz 

poradzi sobie z nieżytem żołądka. Wcale jednak nie 

czuła się porzucona. Leżała zapatrzona w migoczącą 
taflę jeziora i rozmyślała. Przysięgała sobie, że nigdy tu 
nie wróci. Jako dziecko szukała schronienia w tym 
hangarze, ale jako osoba dorosła wiedziała, że to po­
czucie bezpieczeństwa jest złudne. Czy szczęście jest 
iluzją? 

- To się skończy - szepnęła w mrok. - Skończy się 

płaczem. 

- Może powinnam dać miłości jeszcze jedną szansę? 
- Będziesz potem cierpiała. 

Odwróciła się i wtuliła w koce jeszcze ciepłe tam, 

gdzie leżał Fergus. 

- Zachowuję się jak zakochana nastolatka. On mnie 

nie chce. 

- Nawet gdyby chciał... 
Pojechał zbawiać świat, jest zajęty. Stara się zagłuszyć 

smutek i odgrodzić od miłości. A jest jej w nim tyle... 

- We mnie też - rzuciła. - Wydawało mi się, że nie 

wiem, co to miłość, ale dzisiaj... To dziwne, ale tej nocy 
poczułam, że ona jest we mnie. Dla Fergusa. 

To była magiczna noc, niezwykła dla obojga. W jej 

przypadku po wielu latach zawróciła jej życie na właś­
ciwe tory. A w jego? Nadal jest pogrążony w rozpaczy. 
Nie zdążył zaakceptować tej potwornej straty. Oczekiwa­
nie, że ta jedna noc go zmieni... 

background image

OLŚNIENIE 

243 

- Na pewno go nie zmieni. - Księżyc powoli niknął za 

linią horyzontu, zwiastując świt. 

Czy sobie z tym poradzi? 

- Oczywiście. - Usiadła, podciągając kolana pod 

brodę. - Odpukać w niemalowane. - Klepnęła deski 
podłogi. 

- To będzie wymagało sporo odwagi. 
- Tak, ale to jest takie przyjemne... ta bliskość. 
- Znowu będziesz czuła się wykorzystana. 
- Wiem. Ale już nie chcę żyć z uczuciem pustki. 

Spróbuję. - Rozejrzała się po hangarze. - Przysięgałam 
sobie nigdy tu nie wracać. I oto jestem. 

Jechał na farmę Clive'a z dziwnym uczuciem, jakby 

przed chwilą został wyciągnięty z otchłani. I wcale nie był 
przekonany, że mu to odpowiada. 

Kiedyś, jeszcze na stażu, przywieziono mu wiekową 

staruszkę z zawałem. Zrobił wszystko, czego go uczono, 

reanimował ją przez piętnaście minut... i uratował. Był 
z siebie dumny. Dwa dni później odwiedził ją na oddziale, 
a ona, dowiedziawszy się, kim jest, rzuciła w niego tale­
rzem ze szpitalnym rosołkiem z taką siłą, jakiej nikt by 

się nie spodziewał po osobie w jej stanie. 

- Byłam przygotowana - wysyczała. - Cała moja 

rodzina już odeszła. Mąż, przyjaciółki, dzieci. Czekali 
na mnie, a pan mnie tu zawrócił. Po co, młody człowieku? 
Poco? 

Była to bardzo pouczająca lekcja. Pomyślał z goryczą, 

że to nie powinno mieć żadnego wpływu na to, jak czuje 
się teraz. Ale miało. Trzymał Ginny w ramionach i był 

bliski wyznania, że ją kocha, i nagle został z tego 

background image

244 

MARION LENNOX 

wytrącony. Przez to teraz ogarnęła go pustka. Może... 
może nie byłoby źle, gdyby znowu kogoś pokochał. Może 
on i Ginny... Ona nie chce z nikim się związać, więc nie 
zechce mieć dzieci. Poświęcaliby się pracy, byliby nieza­

leżni... ale razem. 

Mieliby się pobrać? 
- Tylko Ginny - mruknął. - Jeżeli odpuści sobie 

odrobinę niezależności. Nie, wcale nie chcę, żeby była 
ode mnie zależna... Czego więc chce? Ginny. 

Odezwała się jego komórka. 
- Jedzie pan, doktorze? - Usłyszał zaniepokojony 

głos Clive'a Horace'a. - Stephanie znowu wymiotowała. 
Piąty raz od północy. Chyba jest bardzo odwodniona. 

Takie jest życie, pomyślał, odsuwając od siebie obraz 

ponętnej Ginny. Teraz należy skoncentrować się na 
pacjentce. Ginny musi poczekać. Ale niedługo. Śpi teraz 
w hangarze. Jeśli się pospieszy... 

Nic z tego. Jeżeli dziewczynka wymiotowała pięć razy 

w ciągu nocy, pewnie trzeba będzie zawieźć ją do szpi­
tala. Teraz medycyna. Jutro Ginny. 

Ginny od rana przyjmowała pacjentki w ciąży, w pora­

dni, którą sama zorganizowała, wywieszając anons 
w miejscowym sklepie: „We wtorki rano zapraszam 
ciężarne, które wolą odbyć badania kontrolne w Cradle 
Lake zamiast w Bowrze". Zgłosiło się dwanaście kobiet. 
Po badaniach zasiadły w poczekalni, traktując ją jako ide­
alne miejsce dla wymiany myśli i poglądów. 

Gdy zjawił się Fergus, Ginny już wyszła. 
- Pozwoliła nam tu posiedzieć i pogadać - oznajmiła 

jedna z kobiet. - Jaka ona sympatyczna. Namawiałyśmy 

background image

OLŚNIENIE 

245 

ją, żeby u nas została, jak pan wyjedzie. Nie powiedziała 

nie. Fantastyczna sprawa. 

Fantastyczna? Ściągnął brwi. Dni Richarda są poli­

czone. Fergus był przekonany, że Ginny wyjedzie zaraz 

po pogrzebie. Odda Madison do adopcji i wróci do 

Sydney. A tam ich znajomość mogłaby się przerodzić 

w coś, co można by traktować poważnie. 

Stary, to była przygoda jednej nocy! Kochał się z ko­

bietą, która tchnęła w niego nowe życie, co sprawiło, że 
zwątpił w konieczność odcinania się od całego świata. 

Okej, ale krok po kroku. Gdyby się udało... 

Musi się udać. Nie musi, pomyślał, żegnając się 

z rozszczebiotanymi przyszłymi mamami. Wybierał się 
do Richarda, któremu obiecał, że wpadnie rano, a już 
dochodziło południe. 

Ginny tam będzie. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Gdy wjeżdżał na podwórze przed domem Ginny, jego 

wzrok przyciągnęła prowizoryczna zagroda otoczona 

siatką. W klatce ujrzał trzy psy oraz Ginny. Na stopniach 

werandy siedziała Madison. Do tej pory była ospała i nic 

jej nie interesowało, teraz jednak z zaciekawieniem 

obserwowała rozgrywającą się przed nią scenę. 

Richard leżał na swoim łóżku. 

- Musisz być ułożony, żeby zasłużyć na parówkę -

mówiła Ginny. - Siad. 

Co ona robi? Trzy wychudzone kundle. Jeden przypo­

mina charta, drugi, czarno-biały, owczarka szkockiego, 
a trzeci ma w sobie sporo z teriera. Ten ostami ma bardzo 
bystre spojrzenie i to do niego zwracała się Ginny. 
Pozostałe dwa już grzecznie siedziały. Piesek szczeknął. 

- Koledzy na ciebie czekają. Jak usiądziesz, dostanie­

cie po kawałku parówki. Siad. 

- Hau! 
- Słyszałeś, co powiedziałam? 
Kundelek ani drgnął, za to bezczelnie patrzył jej 

w oczy. 

- Chcesz parówkę? To siadaj. - Uniosła parówkę tak, 

że musiał wyżej podnieść łebek, po czym lekko nacisnęła 

jego zad. Usiadł. - Dobry pies - pochwaliła go, rozdając 

wszystkim zwierzakom po kawałku parówki. 

background image

OLŚNIENIE 

247 

Na werandzie rozległy się oklaski. Najgłośniej klaskał 

Tony, słabiej Richard. Cichutko klaskała też Madison. 

- Co tu jest grane? - odezwał się Fergus. 

Odwróciły się ku niemu cztery pary oczu, a psy 

z jazgotem rzuciły się na siatkę. 

- Hej! - zawołała Ginny. - Spokój. Chcecie parówkę? 

To bądźcie cicho. Siad! - To ostatnie polecenie wy­
krzyczała na całe gardło. Psy natychmiast posłuchały. 

- To są psy Oscara - przypomniał sobie Fergus. 
- Wierzyłam w twoją inteligencję. 
- Co one tu robią? 
- Ginny od małego potrafiła dogadać się z psami -

wyjaśnił Richard, uśmiechając się do siostry. 

Wbiegła na werandę i uściskała brata. 
- I dalej potrafię. One są genialne! 
- Mój tatuś lubi psy - odezwała się Madison, wywołu­

jąc ciepły uśmiech na twarzy Richarda. 

- Tak, twój tatuś bardzo lubi psy. - Na dłuższą 

wypowiedź nie wystarczyło mu sił. Gaśnie w oczach, 
pomyślał Fergus, ale coś ich łączy. Mój tatuś... - Oscar 
miał sześć psów - zauważył. 

Ginny przysiadła na schodku i przytuliła Madison. 
- Te trzy są grzeczne - wyjaśniła. - Pozostałe trzeba 

było odwieźć do domu dla niegrzecznych psów. 

Fergus wodził wzrokiem od psów do Richarda, do 

Ginny i Madison, po czym zwrócił się do pielęgniarza. 

- Tony, potrafisz mi to wyjaśnić? 
- Czy już wiesz, że Oscar zgodził się zostać na 

oddziale dla przewlekle chorych? 

- Owszem. 
- Wczoraj na jego farmę pojechał strażnik gminny. 

background image

248 

MARION LENNOX 

Ginny opiekowała się jego psami i wszystkimi zwie­
rzętami. Jeden z sąsiadów zgodził się wziąć do siebie 
owce, ale psów nikt nie chciał. Oscar powiedział, że 
go nie obchodzą, więc strażnik poinformował Ginny, 
że zabierze je... - Zerknął na Madison. - No, do domu 
dla psów. 

- Rozumiem - mruknął Fergus niezgodnie z prawdą. 

Ginny przytula Madison. To znaczy, że zaszła w niej 
zmiana, pomyślał. Istotna zmiana. Jak bardzo istotna? 

Do wczoraj Ginny okazywała dziewczynce dużo dob­

roci. Była przy niej na pogrzebie, opatrywała stopy, 
opowiadała bajki. To się nazywa komfort fizyczny, który 
nie wyklucza dystansu. Dzisiaj ten dystans zanikł. Dzisiaj 
Ginny przytula Madison czułym gestem. 

- Pojechałam rano na farmę Oscara - mówiła Ginny. 

- Ten chart to w pewnym sensie mój znajomy. Oscar lubił 

mieć dużo psów, więc kiedy zabierano mnie do miasta, 
musiałam mu oddać nasze psy. Inaczej zostałyby uśpione. 
Mam wrażenie, że ten mieszaniec charta jest potomkiem 
naszych psów. Poddałam je próbie. 

- Poddałaś je próbie? - Jadąc tu, miał pewne plany, 

w których było miejsce dla Ginny, ale nagle zorientował 
się, że to może okazać się bardziej skomplikowane. 

- Dałam im jeść i w polowie posiłku zabrałam im 

miski. Wczoraj je nakarmiłam, więc nie były głodne, 
a mimo to trzy próbowały mnie ugryźć. Te trzy tutaj 
patrzyły na mnie z wyrzutem, ale nic mi nie zrobiły. To 
była pierwsza próba. Potem zostałam z nimi na godzinę. 
Pod koniec te trzy siedziały przy mnie, dając mi do 
zrozumienia, że będą wobec mnie lojalne. Reszta nie 
zamierzała się ze mną zaprzyjaźniać. 

background image

OLŚNIENIE 

249 

- Pojechała tylko po charta - wyszeptał Richard. 

- A wróciła z trzema. Ona ma serce większe niż „Tita­
nic". Ale jest różnica. Jej serce jest niezatapialne. 

Fergus skinął na Tony'ego, by zwiększył przepływ 

tlenu, na co pielęgniarz wzruszył ramionami, dając mu do 
zrozumienia, że już nic więcej nie może zrobić. 

Richard umiera. Został mu może tydzień, może kilka 

dni. Spoglądając na Ginny, na smutek w jej oczach, 
Fergus zorientował się, że ich diagnoza się pokrywa. 

- Czego ci potrzeba? - Zwrócił się raczej do To­

ny'ego niż do Richarda, bo chory zapadł w sen. 

- Niczego - powiedziała Ginny, wtulając twarz we 

włosy Madison. - Twój tatuś jest chory, ale nic go nie 
boli. Teraz śpi. Niedługo zaśnie na zawsze. 

- I będzie z moją mamusią - wyszeptała dziew­

czynka tak cicho, że Fergus musiał pochylić się nad 
nią, żeby to usłyszeć. - Ale Ginny i pieski zostaną ze 
mną. 

Co takiego? Popatrzył na Ginny jak na wariatkę. 
- Co ty na to? - zapytał. 
- Już dwa tygodnie temu powinnam była cię ostrzec, 

że moje serce przyjmie każdego. 

- Słucham? 
- Pojechałam do Oscara po psa, jednego. Ale jeszcze 

dwa inne położyły mi łeb na kolanach, więc uznałam, że 
trzy psy też się zmieszczą w moim życiu. 

- W twoim mieszkaniu przy szpitalu? 
- To się może zmienić. 
- Jak to? 
- Zrobię herbatę - zaproponował Tony, wyczuwając 

napiętą atmosferę. - Kto ma ochotę na herbatę? 

background image

250 

MARION LENNOX 

- Ja. - Ginny podziękowała mu uśmiechem. 
- Madison, pójdziesz ze mną? W puszce są herbatniki 

z uśmiechniętą buźką. 

- Upiekłaś ciasteczka? Umiesz? - zdumiał się Fergus. 

- Tego się po tobie nie spodziewałem. 

- Słusznie. To prezent od sąsiadki. Może nawet tego 

się nauczę. 

- Może się nauczysz - powtórzył jak echo. 

Gdy zostali sami, usiadł obok niej. W milczeniu pa­

trzyli na psy, które ułożyły się w cieniu drzewa. 

- Ginny... 
- Mmm? 
- Ta noc była niesamowita. 
- Mhm. 
- Też tak uważasz? 
- Fantastyczny seks - powiedziała, nie kryjąc zado­

wolenia. - Gdybym wiedziała, że to jest remedium na 
moje cierpienia, już dawno bym z tego skorzystała. Mimo 
że o to niełatwo. Mam na myśli taki superseks. 

- Nie wiem. 
- Nie wiesz, jak trudno go znaleźć? Nie szukałeś? 
- Ginny... 
- Było fantastycznie. - Jej uśmiech zgasł. - I nie 

chodzi o sam seks. Dziękuję ci. 

- Ty mi dziękujesz? 
- Tak, oczywiście. 
- Za co? 
- Za ten wstrząs. 
- Myślałem, że coś nas połączyło, a nie nami wstrząs­

nęło. - Wzmógł czujność. 

- Uważasz, że to było coś więcej niż seks? 

background image

OLŚNIENIE 251 

- Przez sześć lat, od kiedy rozstałem się z żoną, nie 

żyłem jak pustelnik. Wiem, że ta noc była inna. 

- Cudowna. 
Uśmiechnął się. 
- Ginny, ty i ja moglibyśmy... Nie jesteśmy skazani na 

samotność dlatego, że tak wiele wycierpieliśmy. 

- Nie musimy - rzekła półgłosem, patrząc na psy. 

- Dotarło to do mnie w nocy. Chyba zdajesz sobie sprawę, 

że jestem nosicielem mukowiscydozy. 

- To nie wyklucza macierzyństwa. 
- Ale nawet gdyby mój partner był zdrowy, to szansa 

na urodzenie zdrowego dziecka jest jak jeden do jednego. 
Przeze mnie ta choroba będzie się dalej przenosić. Przy­

sięgłam sobie, że do tego nie dopuszczę. 

- Można żyć bez dzieci. 
- Można - odrzekła. - Jesteś tego przykładem. 
- Moglibyśmy się tego podjąć. 

Wyobraził sobie wspólne życie z tą piękną i inteligent­

ną lekarką. Z kimś, do kogo mógłby się uśmiechać, kogo 

co noc brałby w ramiona, kto wypełniłby otaczającą go 

pustkę. 

- Mam psy. 
Jego wizja pękła jak bańka mydlana. 
- To szaleństwo. 
- Szaleństwem nazywasz przygarnięcie psów? 
- Nie będziemy w stanie ich utrzymać. 
- My? 
- Gdybyśmy... 
- Fergus... 
- Ginny... tej nocy, po raz pierwszy od odejścia 

Katriny, pomyślałem, że oto spotkałem istotę, z którą 

background image

252 

MARION LENNOX 

mógłbym dalej iść przez życie. - Wziął ją za rękę. -

Ginny, powiedziałaś, że było fantastycznie. Może po­
winniśmy coś dla siebie zrobić. Jak egoiści... Odsunąć na 

bok nasze dramaty i stworzyć partnerstwo, które wy­

dobyłoby nas z mroku. 

- Zapomnieć o bólu? Jak? 
- Zablokować. 
- To niemożliwe - szepnęła. - Uciekam od niego już 

tyle lat i nic z tego nie wynika. Dziś to zrozumiałam. 
Kiedy odjechałeś, rozmyślałam. Doszłam do wniosku, że 

staram się zablokować ten ból, próbując być kimś innym. 
I to mi nie wychodzi. Próbowałam, ale bez rezultatu. Ja to 

ja. Ginny. Potrzebuję ludzi. Ty mi to uprzytomniłeś. 

- Jestem ci potrzebny? - Nie bardzo zrozumiał, co 

miała na myśli. 

- Nie tylko. Ale jeśli chcesz, możesz wśród nich być. 
- Dzięki. 
- Nie dziękuj, bo wątpię, czy zechcesz przyjąć to, co 

mam do ofiarowania. 

- Co mi proponujesz? 
- Zatrzymam psy - wyszeptała. 
- Dlaczego? 
- Wyszkolę je. 
- Chyba nie chcesz ich trzymać w mieszkaniu w Syd­

ney. 

- Skądże. 
- Rozważasz możliwość osiedlenia się tu na stałe? 
- Już postanowiłam, że tu zostanę. 
- Jak Richard... - Zawahał się. 
- Jak Richard umrze. Rozmawialiśmy o tym rano. 

Mam jego błogosławieństwo. Jeśli mi się uda, zrobię tu 

background image

OLŚNIENIE 

253 

generalny remont i postaram się, żeby powstał tu praw­
dziwy dom. Dla Madison. 

- Zostaniesz z Madison w Cradle Lake?! - zawołał 

bezgranicznie zdumiony. Do tej pory uważał, że ta 
kobieta jak od ognia ucieka od obciążeń emocjonalnych. 

- Wydawało mi się, że nie lubię Cradle Lake - mówi­

ła cicho. - Że się tu duszę. Znałam wszystkich i wszyscy 
znali mnie. Czy wiesz, ile razy stałam przy kuchni, od 
kiedy miejscowi dowiedzieli się, że Richard wrócił? 

- Ile? 
- Ani razu. Nie było mnie tu przez piętnaście lat, 

a mimo to dalej jestem jedną z nich. Należę do nich. 

Skrzywił się. 

- Ja to mam w miejscu pracy. To powszechne zjawis­

ko. Ludzka przychylność. To przez nią tu przyjechałem. 
Żeby od niej się uwolnić. 

- Tak, ale ty uciekasz dopiero kilka miesięcy, a ja 

piętnaście lat. Dzisiaj w nocy uznałam, że mogę... się 

zatrzymać. 

- Zdajesz sobie sprawę z tego, co powiedziałaś? 
- Oczywiście. - Znowu ten strach w jej oczach. 

- Wracam do ludzi. Bałam się, że po śmierci Richarda już 
nic mnie nie czeka, że to koniec. To nieprawda. Tej nocy 

zrozumiałam, że nie chcę, żeby tak się stało. Nie oddam 
Madison do adopcji. Ona jest moim ostatnim łącznikiem 
z rodziną. Nauczę ją pływać canoe po rzece. 

- Ja też mogę stać się twoją rodziną - rzucił. 
- Czułeś to samo? 
- Oczywiście. 
- Stąd wniosek, że to było coś więcej niż superseks. 
- Ginny, jesteśmy dla siebie stworzeni. 

background image

254 

MARION LENNOX 

- A ty i twoja żona... nie byliście dla siebie stworzeni? 
- To co innego. Jedynym naszym wspólnym zaintere­

sowaniem była medycyna. 

- A co nas łączy? 
- My. 
- Założę się, że na początku też tak myśleliście. 

Fergus, ja oczekuję czegoś więcej niż wspólnych zainte­
resowań. 

Jeden z psów usiadł i z zapałem zaczął się drapać. 
- Nie to mówiłaś w nocy - zauważył. 
- Tak, nie to. Ale niczego nie obiecywałam. Wcześ­

niej traktowałam to jako przygodę i nic nie poradzę, że od 
tej pory tyle się zmieniło. 

- Co na to wpłynęło? 
- Nie mam pojęcia. - Wzruszyła ramionami. - Przez 

cały czas próbuję dojść do tego. Wiem tylko tyle, że 
obudziłam się odmieniona, ale nie odkryłam jeszcze, co 
się zmieniło. 

- Ginny, pragnę cię. 
- Ja ciebie też pragnę, ale mam zobowiązania. 
- Psy. 
- Oraz córkę. 
- Chyba żartujesz. 
- Serio. 
- Ona potrzebuje pomocy specjalistów. 
- Uważasz, że jej tego nie dam? 
- Powinna mieć dwoje rodziców. 
- Nic na to nie poradzę. Kiedy się obudziłam, miałam 

pewność, że ona należy do mnie. Szłam z tobą do łóżka 
przekonana, że nie mam rodziny, a obudziłam się z prze­

świadczeniem, że ją mam. I będę jej bronić do upadłego. 

background image

OLŚNIENIE 

255 

Patrzył na nią oszołomiony. Czy można zmienić się 

tak szybko? Jechał tutaj, wierząc, że jego życie stopniowo 
nabiera sensu. Że znalazł odrobinę radości. 

Lecz Ginny nie zadowoli się okruchami. Ją usatysfakc­

jonuje tylko wielka katastrofa. 

Drzwi na werandę otworzyły się i ich oczom ukazał się 

Tony z Madison na rękach. Dziewczynka w wielkim 
skupieniu trzymała tacę z ciasteczkami. 

- Nie spadło mi ani jedno - powiedziała z dumą. 

Ginny rozpromieniła się i odebrała od niej tacę. 

- Świetnie, szkrabie - pochwaliła ją. 
- Mam na imię Madison. 
- Wiem, ale również jesteś szkrabem. Miałam kiedyś 

braciszka, którego moja mama nazywała szkrabem. 

- Ginny... . 
- Może ciasteczko, doktorze Reynard? 
- Nie. - Z trudem panował nad emocjami. Widok 

uśmiechniętej Madison... 

Nie umknęło to uwadze Ginny. 
- Fergus, przepraszam. Wiem, że to za wcześnie. 
- I nigdy się nie zmieni - mruknął. - Czegoś wam 

trzeba? Jakieś leki? 

- Przydałaby się większa dawka morfiny. Tej nocy 

Richard źle spał. Obiecałam mu, że to się nie powtórzy. 

- Zaraz wypiszę zlecenie. Tony... 
- Pójdziemy z Madison pogadać z psami. - Wzięła 

dziewczynkę na ręce. - Ty zajmij się medycyną, a ja 
zajmę się rodziną. 

- Ginny... 
- Tak musi być, Fergus - rzekła, zniżając głos. - Nie 

chcę cię zranić. Ale wiem, co mam robić. 

background image

256 

MARION LENNOX 

Gdy jechał do Ginny i Richarda, miał wrażenie, że 

wyrwał się z ponurego transu. Teraz w drodze powrotnej 
znów był chory. Psy? Czemu nie? Ale Madison? 

Mała dziewczynka, taka sama jak Molly. 
Wcale nie jest podobna do Molly, pomyślał ze złością. 

Madison ma wszystkie chromosomy. I zdrowe serce. 
I będzie wesołym, szczęśliwym dzieckiem. 

Ginny nie ma prawa jej zatrzymywać. Należy się jej 

dwoje rodziców. 

Molly wystarczał jeden rodzic. Oraz cały szpitalny 

personel. Madison to nie Molly. Molly. 

Ogarnął go bezgraniczny smutek. Przypomniał sobie, 

jak trzymała go rączkami za szyję i z noskiem wtulonym 

w jego ramię jak mantrę powtarzała: „Tatuś, tatuś, tatuś". 

Madison do nikogo się nie przytula, ale jeśli będzie 

miała prawdziwych rodziców, to zacznie się przytulać. 

To jednak nie będzie on. Nie wyobrażał sobie, by mógł 

wziąć dziecko na ręce, by mógł je obdarzyć miłością. Nie 
potrafi. Ile wysiłku kosztuje go zajmowanie się małymi 
pacjentami. Ginny oczekuje od niego zdecydowanie za 

dużo. O nic go nie poprosi. 

Cholera, cholera, cholera. 

- Zdajesz sobie sprawę, co robisz? 
Gdy Fergus odjechał, zjedli ciasteczka, wypili mleko 

i kawę, po czym Tony i Madison poszli do kuchni po­
zmywać filiżanki. Niedługo miała zjawić się Miriam. 

Pielęgniarka już nie jest mi potrzebna, pomyślała 

Ginny zapatrzona w taflę jeziora. Zgodziła się na pielęg­
niarkę, bo nie chciała przywiązywać się do Madison, ale 

teraz... 

background image

OLŚNIENIE 

257 

- Ucieknie, gdzie pieprz rośnie - wyszeptał Richard. 
- Nie śpisz. 
- Czasami bywam przytomny. - Uśmiechnął się 

słabo. 

- Dawno się obudziłeś? 
- Na tyle dawno, żeby usłyszeć, jak wystraszyłaś 

doktora. Nie pokaże się tu przez tydzień. On cię po­
trzebuje. 

- Możliwe, ale... 
- Ale co? 
- Ale nie potrzebuje tego, co mam. 
- Jeszcze wczoraj nic nie miałaś - szepnął. Nie mógł 

mówić, więc przysiadła na łóżku, wzięła go za ręce 
i pochyliła się, by lepiej go słyszeć. - Jeszcze wczoraj 
uciekałaś tak szybko, jak ja kiedyś uciekałem. 

- Może to znaczy, że oboje możemy się zatrzymać. 
- Ja na pewno dobiegam do mety. Ginny, nie będę 

miał ci za złe, jeśli oddasz Madison do adopcji. Tyle dla 
nas zrobiłaś. Dla naszej tragicznej rodziny. 

- Bardzo was wszystkich kochałam. Chrisa i To-

by'ego. Także mamę, nawet wtedy, kiedy zapijała się na 

śmierć. Rozumiałam też ciebie, kiedy znikałeś... 

- Nie sprawdziłem się. Nie byłem tak bardzo chory, 

żeby nie móc ci pomagać. 

- Nie mogłeś patrzeć na to, co i ciebie czeka. 
- Każdy musi kiedyś umrzeć. Okazałem się tchórzem. 

Jak nasz ojciec. Ty za to byłaś zawsze bardzo dzielna. Nie 
chcę, żebyś dalej była wykorzystywana. Zajmę się załat­
wieniem rodziny zastępczej. 

- Po moim trupie. - Jej stanowczy ton zaskoczył jego 

i ją. - Ona jest moją rodziną. 

background image

258 

MARION LENNOX 

- My nie wiemy, co to więzy rodzinne. - Ledwie 

poruszał wargami. 

- Aha! - Poczuła, że gotuje się ze złości. - A do kogo 

przybiegłeś, kiedy znowu zacząłeś chorować? 

- To co innego. 
- Czyżby? Tej nocy spałam z Fergusem. 

- Domyśliłem się. Dobrze było? 
Uśmiechnęła się i lekko zaczerwieniła. 
- Bajecznie. Ale... 

- Ale co? - Przymknął powieki, a ona puściła jego dłoń. 
- Zmęczyłeś się. Nie będę cię... 
- Mam dużo czasu. - Teraz on był zły. - O co chodzi? 
- Zakochałam się - szepnęła. 
- Zakochałaś się. - Richard otworzył oczy. 

- Tak po prostu - wyznała. - Kiedy wezwano go do 

chorego, leżałam i myślałam. Zrozumiałam, że z każdą 
śmiercią, Chrisa, Toby'ego, mamy, robiłam wszystko, 
żeby moje serce skamieniało. To było straszne, ale nie 
widziałam wyjścia. Dopiero dzisiaj nad ranem moje serce 
nagle ożyło, znowu zaczęło bić... 

- Och, Ginny... 
- Czuję się o wiele lepiej, mimo że to mnie przeraża, 

ale alternatywa była o wiele trudniejsza. Ty prowadziłeś 
normalne życie, miałeś dziewczyny. Rezultat takiej zna­

jomości zajada się w kuchni ciasteczkami. Od lat wiedzia­

łeś, że umrzesz, a mimo to nauczyłeś się żeglować, 
zjeździłeś całą Australię... 

- To prawda, ale... 
- Otóż to. Tak, mogę znowu cierpieć, ale jeśli nie 

zaryzykuję, to równie dobrze mogę dzisiaj umrzeć. Więc 
zamierzam przygarnąć te trzy psy i Madison. 

background image

OLŚNIENIE 

259 

- Oraz Fergusa? 
- On sam musi o tym zadecydować. 
- Facet po przejściach? 
- Niedawno umarło mu dziecko. 
- Córeczka? - Pokiwał głową. - Byłoby nie fair ocze­

kiwać, że przyjmie Madison. 

- Ja tego nie oczekuję. 
- Ale chcesz ją wychowywać. 
- Zrobię wszystko, żeby ją zatrzymać. 
- Nawet za cenę utraty Fergusa. 
- Nie sądzę, żebym go straciła - powiedziała cicho. 

- Nie wiem, czy on już do mnie należy. 

- On cię kocha. 

- Ale chyba jeszcze nie wie, co to znaczy. 
- Jakie wobec tego masz plany? 
- Będę opiekować się bratem tak długo, jak długo 

będę mu potrzebna - szepnęła, całując go w czoło. -
Zajmę się psami i małą dziewczynką. Może też stanem 
zdrowia mieszkańców Cradle Lake. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Richard zasnął. Potem przyjechała Miriam zmienić 

Tony'ego. Nie dopytywała się, skąd wzięły się psy ani nie 
komentowała tego, że Ginny siedzi z Madison pod 
drzewem. Ciekawe, co Tony jej naopowiadał, pewnie 
wszystko, co zobaczył i usłyszał, pomyślała Ginny, ale 
nie było w tym cienia goryczy. Przez całe lata uważała 
Cradle Lake za więzienie. Dusiła się w klaustrofobicznej 
atmosferze miejscowości, gdzie wszyscy się znali. Teraz 
dawało jej to poczucie bezpieczeństwa. 

- Nie uważasz, że Madison to bardzo długie imię? -

zapytała, gdy po raz trzeci przeczytały książeczkę o nie­
sfornym piesku. - Mamusia zawsze mówiła do ciebie 
Madison? 

- Mamusia mówiła, że Madison to bardzo ładne imię 

- odrzekła cichutko dziewczynka. 

Leżała na trawie tuż obok Ginny. Kiedy zaczynały 

czytać, przysiadła w bezpiecznej odległości, ale gdy 

jeden z psów podczołgał się do Ginny i położył łeb na 
jej kolanach, przysunęła się, by go pogłaskać. Był to 

nader skromny dowód zaufania, ale natchnął Ginny 
nadzieją. 

- Nigdy nie nazywała cię Maddy? 
- Tylko jak miała łaskotki. 
- A często miała łaskotki? 

background image

OLŚNIENIE 

261 

- Potem nie - szepnęło dziecko. - Mówiła, że to przez 

lekarstwa. I dużo płakała. 

- Czasami dobrze jest popłakać. - Ginny gładziła ją 

po głowie. - Czasami tylko tak można z kimś się 
pożegnać. Myślę, że płakała, bo wiedziała, że nadchodzi 
czas pożegnania z tobą. 

- Ale ja nie chciałam, żeby odchodziła. 
- Wiem. Ale tak się dzieje, kiedy jest tak źle, że nawet 

doktorzy nie mogą temu zaradzić. Mamusia na pewno 
chciała z tobą zostać, ale była bardzo chora. Dlatego tutaj 
cię przywiozła. Żebyś pobyła z tatusiem, żebyś go po­
znała, zanim on z nami się pożegna. I żebyś zamieszkała 
ze mną. Z Miriam, z Tonym i naszymi psami... - W tej 
chwili chart uznał za stosowne polizać Ginny po twarzy. 
Mam nadzieję, że jest odrobaczony, pomyślała. Nie, 
Oscar na pewno tego nie zrobił. Trzeba jak najszybciej się 
tym zająć. 

- Zostaniemy tu na zawsze? - zapytała Madison. 
- Chcesz tu zostać? 
- Wolałabym z mamusią. 
- Wiesz, że to niemożliwe. Ale ja i moje psy zrobimy 

wszystko, żebyś nas polubiła. - Odgarniając dziecku 
włosy z policzka, szukała słów. - Twojej mamie i tacie się 
nie poszczęściło - zaryzykowała. - Mam nadzieję, że ze 
mną jeszcze bardzo długo nie będziesz musiała się 
żegnać. 

- Mhm - wymruczała Madison, przysypiając. 

Ginny podniosła wzrok. Na schodach werandy stała 

Miriam, energicznie trąc oczy. 

- Cholerny katar sienny - bąknęła i zniknęła w domu. 
Katar sienny okazał się zaraźliwy, bo i Ginny pociągnęła 

background image

262 

MARION LENNOX 

nosem, ale szybko wzięła się w garść. Straci Richarda. 
Czy musi stracić Fergusa? Wpatrywała się w senny 
wiejski krajobraz jak w czarodziejską szklaną kulę, ale 

chociaż bardzo się wysilała, nie dostrzegła tam Fergusa. 
Gdyby przeniosła się do miasta, mogliby być razem. 
Może to jest dobre rozwiązanie? Gładziła głowę Madison, 
a chart trącał ją nosem w nogę. Gdyby wróciła do miasta... 
Może dom pod miastem? 

Nie. Fergus nie życzy sobie żadnych dodatków. Po­

stawił tę sprawę jasno. Nawet samo patrzenie na Madison 
sprawia mu przykrość. Zależy mu wyłącznie na seksie. 
Ona sama jeszcze wczoraj nie miała nic przeciwko 
takiemu układowi... 

- Ty będziesz wabił się Twiggy, jak mój poprzedni 

pies - poinformowała charta. Dwa pozostałe psy widocz­
nie uznały, że nie jest to pułapka i że chętnie dałyby się 
pogładzić. Podeszły bliżej, za co w nagrodę też otrzymały 

imiona, Snapper i Bounce. - Jestem pewna, że spodoba 
się wam mój wikt i pieszczoty. No i Madison. Zobaczy­
cie, niedługo zmieni imię na Maddy. 

- Telefon. - Miriam stała na werandzie. - Fergus. 

Jesteś mu potrzebna. 

Nieprawda, pomyślała Ginny, ale przekazała Miriam 

swoich podopiecznych i weszła do domu. 

- Stephanie Horace ma zapalenie wyrostka. Dziew­

czynka ma osiem lat, rano została hospitalizowana z nie­
żytem żołądka i jelit. Trzeba ją natychmiast operować. 
Podejmiesz się roli anestezjologa? - Mówił tonem ofic­

jalnym. 

Wzięła głęboki wdech. Czy potrafi pracować ramię 

w ramię z Fergusem? Byłoby łatwiej, gdyby się nie 

background image

OLŚNIENIE 

263 

spotykali, ale Fergus jest potrzebny Richardowi, a poza 
tym sama zaproponowała mu pomoc w szpitalu. 

- Jesteś absolutnie pewien, że to wyrostek? 
- Rano objawy nie były wyraźne, a dwa dni wcześniej 

jej rodzeństwo też chorowało na żołądek. - Był bardzo 

przejęty, nieproporcjonalnie do sytuacji. - Położyłem ją 
w szpitalu z kroplówką i się polepszyło, ale teraz znowu 
wymiotuje. Źle wygląda. 

- Podejrzewasz, że nieżyt podrażnił wyrostek? 
- Uhm. Uważam, że należy ją jak najszybciej ope­

rować. Pomożesz, czy mam ją skierować do miasta? 

- Oczywiście, że pomogę. 
- Przyszło mi do głowy, że możesz nie chcieć... 

Ta uwaga wyprowadziła ją z równowagi. 

- Że czego mogę nie zechcieć? 
- Proponowałaś mi pomoc, ale sytuacja się zmieniła. 

Zakładasz rodzinę. 

- Owszem, sytuacja się zmieniła. - Złagodniała nie­

co. - Fergus, to nie jest wóz albo przewóz. Sugerujesz, że 
powinnam być bezdusznym lekarzem albo członkiem 

rodziny? Mam prawo być jednym i drugim. Kiedy Molly 

żyła, byłeś i ojcem, i lekarzem. Teraz ja pełnię dwie role. 

- Z niesmakiem popatrzyła na swoje brudne dżinsy. 
- Nawet nie wiesz, jak wielką jestem domatorką. Ale 

jestem także lekarzem. Już do was jadę. 

- Ale mu przygadałaś - odezwała się Miriam, gdy 

Ginny odłożyła słuchawkę. 

- Wiem, że nie powinnam, ale on... 
- Przesadził? - Miriam się uśmiechnęła. - Możliwe. 

Ginny, on cię kocha. 

background image

264 

MARION LENNOX 

- Nie. 
- Co ty gadasz! Oczu nie może od ciebie oderwać. 

Richard też to zauważył. Ten facet szaleje z miłości. 

- On mnie nie kocha - upierała się Ginny. - Trzy 

miesiące temu zmarła mu córeczka. On ciągle cierpi. 

- O Boże - szepnęła Miriam. - Zastanawialiśmy się, 

dlaczego tu przyjechał. Żeby zapomnieć? 

- Chyba tak. 
- Sprawa się komplikuje - westchnęła Miriam -jeśli 

chcesz zatrzymać małą. 

- Wiem. Ale czy mogę postąpić inaczej? Jestem mu 

potrzebna jako wolny od zobowiązań partner, ale wy­

chodzi na to, że komplikacje to moja specjalność. Przy­
ciągam je. 

- Jeżeli naprawdę cię kocha, powinien akceptować 

całość - przyznała Miriam. - Łącznie z obciążeniami. 

- Chyba nic z tego nie będzie. 

Wyrostek perforował podczas operacji. Zabieg usu­

nięcia go trwa kilka minut, więc Ginny zaaplikowała 

Stephanie niewielką dawkę środka znieczulającego, jed­

nak w tej sytuacji należało oczyścić całą jamę brzuszną 
i zwiększyć dawkę. Ginny miała okazję obserwować 
Fergusa przy pracy, dostrzec jego talent oraz pomyśleć, 
że na pewno nie zechce osiąść w Cradle Lake. Taki 
lekarz powinien być rozchwytywany w wielkim mieście. 

Skąd przyszło jej do głowy, że on tu zostanie? Po co? 

- Oscar się dowiedział, że wzięłaś jego psy - poinfor­

mowała ją Mary asystująca Fergusowi, który już zakładał 
dziewczynce szwy. - Opowiada wszystkim, że je ukrad­
łaś i że naśle na ciebie policję. 

background image

OLŚNIENIE 

265 

- On zawsze ma powód się pieklić - mruknął Fergus. 

- Mam go wyrzucić z oddziału dla przewlekle chorych 

i kazać mu zająć się psami? 

- Umarłby - powiedziała Ginny, nie kryjąc niechęci. 

Fergus spojrzał na nią. 
- Nie byłoby ci przykro? - zapytał. 
- Zawsze jest mi przykro, gdy umierają pacjenci -

odparła afektowanym tonem. - Ale Oscar głodził swoje 

psy i je bił. To cud, że nie cała szóstka zdziczała. 

- Oscar nie jest tu szczęśliwy. - Mary podała Fer-

gusowi kolejną igłę. 

- On wszędzie byłby nieszczęśliwy. 
- Nie ma żadnej rodziny. Przydałaby mu się żona 

i szóstka dzieci. Zamiast tego całe życie przesiedział sam 
na farmie, rozmyślając o tym, jaki los jest niesprawied­
liwy. Aż wylądował u nas. - Umilkła, by zastanowić się 
nad swoimi słowami. - To nic złego nie założyć rodziny 
- stwierdziła lekko speszona. - Mam wrażenie, że wy 

jesteście całkiem sympatyczni. 

Fergus wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Ja nie jestem. Niesprawiedliwość bardzo mnie inte­

resuje. Na przykład aresztowanie Ginny za to, że wzięła 
pod swoje skrzydła trzy zagłodzone kundle. Na taką 
informację w okamgnieniu staję się zgorzkniałym gbu­
rem. 

- Uważaj, bo zostaniesz wywieziony do domu opieki 

-rzuciła Ginny. -Z punktu. Lepiej poszukaj sobie jakichś 
zobowiązań. 

- Zostały jeszcze trzy kundle Oscara - powiedział 

w zamyśleniu. - Może powinienem się nimi zająć? 

- Dzisiaj rano zostały uśpione. 

background image

266 

MARION LENNOX 

- Za zgodą Oscara? - zainteresował się. 
- Oscar kazał uśpić całą szóstkę - mówiła Mary. -

Również te, które są u Ginny. Postanowił przeprowadzić 
się do domu opieki i nie życzy sobie, żeby ktoś korzystał 
z jego dobytku. Obsesyjnie się boi, że jest okradany, więc 
oskarża Ginny o uprowadzenie jego psów. 

- Nie podoba mu się, że uratowała im życie? - Fer-

gusowi nie mieściło się to w głowie. - Zaordynuję mu 
lewatywę, trzy razy dziennie do końca życia. 

- Za dziesięć tygodni nas opuścisz - przypomniała 

mu Mary. 

- To też wystarczy. - Potoczył po nich wściekłym 

wzrokiem. - Siedemdziesiąt razy trzy daje dwieście 
dziesięć wlewów. Po czymś takim się załamie i podpisze 

obietnicę, że już nikogo nie poda do sądu. 

- I tak nie poda - zapewniła go Ginny. - On się tylko 

przechwala. Ja się go nie boję. 

- Dawniej się bałaś - przypomniała jej Mary. - On 

i twoja matka... To stara sprawa, do której Oscar ciągle 

nawiązuje. Jak miałaś osiem lat, Oscar ubliżał twojej 
matce, a ty stanęłaś w jej obronie. Zlał cię za to pasem. 
Mój wujek był wtedy policjantem. Pamiętam, jak się 
wściekał na twoją matkę, że nie poszła z tym na policję. 

- Uderzył cię? - Fergus już zakładał opatrunek. 
- Niejeden od niego oberwał - wyjaśniła Mary. -I co 

teraz z tego ma? Jest sam jak palec, a na dodatek lekarz 
grozi mu lewatywą. 

- Będę ci wdzięczna, jeśli mu ich nie zaaplikujesz 

- odezwała się Ginny ugodowym tonem. - To zamierzch­

ła przeszłość. 

- Zmieniłaś się. 

background image

OLŚNIENIE 

267 

- Od wczoraj - przyznała. - Doktorze, wybudzamy 

pacjentkę? 

Gdy pielęgniarka wraz z salowym wywieźli Stephanie 

z sali, Fergus ruszył do rodziców dziewczynki. Korzys­
tając z okazji, Ginny błyskawicznie się przebrała w na­
dziei, że uda jej się wymknąć niepostrzeżenie. Niestety, 
Fergus siedział w poczekalni i rozmawiał z państwem 
Horace. 

- Przykro mi, że od razu nie zdiagnozowałem zapale­

nia wyrostka. 

- Ale teraz już jest dobrze? - chlipnęła matka. 

Tak reagują ludzie, którzy wcześniej nie doświadczyli 

takich traumatycznych sytuacji, pomyślała Ginny, za­
trzymując się na progu sali operacyjnej. Tych dwoje 
doznało wstrząsu, gdy dotarło do nich, że ich dziecko było 
o krok od katastrofy. Stracić dziecko... 

Fergus stracił Molly. 
Powinna przejść przez poczekalnię, a przynajmniej się 

ujawnić, lecz nie ruszyła się z miejsca. 

- Gdyby pan operował wcześniej, wyrostek by nie 

pękł - zauważył farmer. 

- To prawda. Popełniłem błąd i jest mi z tego powodu 

bardzo przykro. 

Ile razy słyszy się słowa przeprosin z ust lekarza? 

Chirurdzy mają skłonność uważać się za istoty półboskie, 
pomyślała. Ale nie Fergus. 

- Byliśmy przekonani, że to zwyczajna niedyspozycja 

żołądkowa. - Kobieta ocierała łzy. - Wszystkie dzieciaki 
w szkole na to chorowały. Mąż nawet utyskiwał, że pan 
przesadza, zabierając ją do szpitala. „Ci durni lekarze 
zaraz by wszystkich kładli do szpitala", mówił, a ja mu 

background image

2 6 8 MARION LENNOX 

przytakiwałam. Nie mamy do pana żalu, doktorze, praw­

da, Give? - Popatrzyła na męża. 

Ciekawe, co powie, pomyślała Ginny. Wygląda na 

krewkiego faceta. 

- Nie mamy - odparł powoli Give. - Gdyby pana tu 

nie było, a Stephanie przestałaby wymiotować, to do 
lekarza pewnie dotarlibyśmy dopiero dziś po południu, bo 
to trzy godziny drogi. I byłoby z nią bardzo źle. 

- Bez wątpienia. 
- Mamy szczęście, że pan tu jest. - Dostrzegł Ginny. 

- I pani też. Pielęgniarka nam powiedziała, że to pani 

dawała jej znieczulenie. Panna Viental, nasza krajanka. 

- Potrząsnął głową. - Tyle nieszczęść w waszej rodzinie, 

a my wariujemy, bo nasze dziecko ma zapalenie wyrost­
ka. Nie rozumiem, po co całe to zamieszanie. 

- Też bym wariowała, gdyby chodziło o moje dziecko 

- powiedziała Ginny. 

- Doszło do nas, że ma pani dziecko - mówił farmer. 

- Małą Richarda. Podobno chce ją pani zatrzymać. 

- Tak. 

.- Dzielna z pani kobieta. - Wstał i podał żonie rękę. 

- Dziękujemy wam obojgu. Możemy ją teraz zobaczyć? 

Była zmęczona i chciała wracać do domu. Wyszła już 

na parking, gdy Fergus ją zawołał. Zatrzymała się, ale nie 
odwróciła. Gdy dotknął jej ramienia, skrzywiła się. Pod­

jęła decyzję, ale niekoniecznie po swojej myśli. 

- Ginny... 
- Słucham. 
- Chciałem zaprosić cię na kolację. 
- To zły pomysł. 

background image

OLŚNIENIE 

269 

- Nie. Raczej głupi, ale nic lepszego nie przychodzi 

mi do głowy. Ginny, miałaś koszmarne dzieciństwo. 

- Zapraszasz mnie na kolację, bo się nade mną litu­

jesz? 

- Wcale nie dlatego. 
- Więc dlaczego? 
- Uważam, że jesteś najdzielniejszą kobietą pod słoń­

cem. Nie znam drugiej takiej. Chciałbym poznać cię 
lepiej. 

- To też jest kiepski pomysł. 
- Dlaczego? 
Dopiero teraz stanęła z nim twarzą w twarz. 
- Bo się w tobie zakochałam - powiedziała pół­

głosem. 

- W takim razie to jest genialny pomysł. - Uśmie­

chnął się szeroko. 

- Bynajmniej. 
- Ginny, sprawdźmy, dokąd nas to zaprowadzi. 
- Nic z tego nie będzie. To tak jakbyśmy stali na 

skrzyżowaniu pięciu dróg, ze świadomością, że trzy 

z nich kończą się murem i zdecydowali się jechać na 
oślep. 

- To tylko zaproszenie na kolację. 
- Nie. 
- Dlaczego? 
- Dobrze wiesz, dlaczego. 
- Richard ciągłe śpi, a Madison jest z Miriam. 
- I o to sprawa się rozbija - szepnęła. - Madison po­

winna być ze mną. Przyzwyczajać się do mnie. 

Westchnął. Jaki on przystojny, pomyślała. Miała ocho­

tę... O nie. 

background image

2 7 0 MARION LENNOX 

- Mógłbym spróbować. 
- Co masz na myśli? 
- Ginny... - Przygryzł wargę. - To, co jest między 

nami... Mówisz, że jesteś na dobrej drodze, żeby mnie 
pokochać. 

- Robię wszystko, żeby tak się nie stało. 
- Ja też. 

- Więc dlaczego zapraszasz mnie na kolację? 
- Bo nęka mnie podejrzenie, że robię błąd. 
- Fergus, moje zobowiązania nie znikną. Przysięgam, 

że tego nie planowałam. Zdaję sobie sprawę, że stało się 
to podejrzanie szybko, ale nic na to nie poradzę. Kiedy cię 
widzę, nieodmiennie się zastanawiam, dlaczego wzięłam 
na siebie te zobowiązania, mając świadomość, że przez to 
nie mogę być z tobą, ale kocham moją bratanicę i przy­
wiązałam się do psów. 

- Okej. 
- Jak mam to rozumieć? 
- Spróbuję - powiedział cicho. 
- Co spróbujesz? 
- Zróbmy sobie dzisiaj piknik nad jeziorem. Ze wszy­

stkimi twoimi dodatkami. 

- Ale nie w hangarze - zastrzegła się. 
- Nie w hangarze. 
- Prawdziwy piknik? 
- Tak. 
- Mogę zabrać Madison? - Musiała o to zapytać. 
- Możesz zabrać, kogo zechcesz. 
- Piknik z ogniskiem? 

- Tak. O ile uda mi się rozpalić ognisko nad jeziorem. 
Rozważała w myślach tę propozycję. 

background image

OLŚNIENIE 271 

- W porządku. Jak zaraz wyjadę, to jeszcze zdążę 

wpaść do rzeźnika. 

- Zdecydowałaś się? 
- Tak. Masz pacjentów po południu? 

- Niewielu. Myślę, że o szóstej będę wolny. 
- Wobec tego spotykamy się o siódmej nad jeziorem. 

Z kiełbaskami. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Dostrzegł ich już z parkingu. 
Ginny, Madison, trzy psy, Richard, który leżał na 

turystycznym materacu i Miriam, która siedziała na brze­
gu z nogami w wodzie. 

Prawdziwy rodzinny piknik, pomyślał. Miał ochotę 

rzucić się do ucieczki. 

- Cześć. - Ginny w czerwonym bikini i czerwono-

-białym pareo rozpakowywała kosz piknikowy. Uśmie­
chała się promiennie. Może nie warto uciekać? 

- Bounce chciał zjeść kiełbaski - oznajmiła Madison. 

Ona też była ubrana w czerwone bikini. Już wcześniej 
sąsiadki Ginny zasiadły do maszyn do szycia, by strojami 
na każdą okazję uzupełnić skromną garderobę Madison. 
Na jej widok smutek ścisnął Fergusa za serce. Zawrócić? 

- Kto je uratował? - Przemógł się. 
Richard otworzył oczy. 
- Zdaje się, że w poprzednim wcieleniu Ginny grała 

w rugby - powiedział. - Dawno nie widziałem takiej 
szarży. 

- Skaleczyła się w kolano - poinformowała go Madi­

son. 

Rzeczywiście. Obtarcie naskórka. 
- Potrzebny lekarz? - Lekko się zaczerwienił. 
-. Nie, dziękuję. 

background image

OLŚNIENIE 

273 

- Za to przydałby się nam kucharz - odezwała się 

Miriam. - Ty się do tego nadajesz. 

- Dlaczego? 
- Bo grillowanie to męska specjalność - wtrącił Ri­

chard. - A ja nie mogę się tym zająć. 

Ledwie mówi, pomyślał Fergus. Wyprawa nad jezioro 

musiała kosztować go sporo wysiłku. Ale Miriam i Ginny 
o wszystkim pomyślały. Pojemnik z tlenem i materac 
ułożyły na samym brzegu tak, że chory mógł ręką prze-
garniać wodę. 

Wieczór był ciepły i leniwy, słońce powoli chyliło się 

ku zachodowi, odbijając się od gładkiej tafli jeziora. 
Idylla. Zerknął na Ginny. W jej spojrzeniu czaił się 

smutek, świadomość czekającej ją straty. 

- No, bierzemy się za kiełbaski - powiedział. - Mad-

dy, pomożesz mi? 

- Madison. 
- Och, przepraszam. Madison, czy zechcesz mi po­

móc? 

- Co mam zrobić? 
- Kiełbaski są nakłute? 

Dziewczynka szeroko otworzyła oczy. 

- Nie - wyjaśniła Ginny. - Nie są. 
- Fatalnie - zwrócił się do Madison. - Nauczę cię 

nakłuwać kiełbaski. 

Nakłuwali, piekli i jedli. Zniknęły sałatka, herbatniki, 

ciasto, winogrona i lemoniada. 

- Pora popływać - oznajmiła Ginny. 
- O ile się nie mylę, do wody wchodzi się najwcześ­

niej pół godziny po posiłku. 

- Dlaczego? 

background image

274 

MARION LENNOX 

- Żeby nie dostać skurczu. 
- Wyczytałeś to w jakimś podręczniku medycyny? 
- Nie. Mama mi powiedziała. 
- Moja mama uważała, że w taki wieczór każda 

minuta spędzona na lądzie to minuta zmarnowana - od­
rzekła z uśmiechem. - Słowo twojej matki przeciwko 

słowu mojej? 

- Nie, skądże znowu. - Wyraźnie się speszył. 
- Masz kąpielówki? 

Miał. Skrępowany zdejmował koszulę i spodnie. Mi­

mo że Ginny już widziała go obnażonego, wspomnienie 

tych chwil sprawiło, że poczuł się niepewnie. Sytuację 
dodatkowo pogorszył komentarz Miriam. 

- Doktorze... aż miło popatrzeć na taki okaz. 
- Zaczynam rozumieć, co cię w nim urzekło - wy­

szeptał Richard, spoglądając na siostrę. 

- Idę popływać. - Fergus wszedł do wody. 
- Nie przed wyścigiem. - Słowa Ginny sprawiły, że 

stanął jak wryty. 

- Przed jakim wyścigiem? 
- Mamy łódkę. - Gestem wskazała na starą wannę 

stojącą na brzegu. 

- To jest wanna - powiedział z wahaniem. 
- Nie dość że przystojny, to na dodatek bystry - ode­

zwał się Richard. - Ginny, to prawdziwy skarb. 

- Cicho bądź! Fergus, widzisz te tyczki w wodzie? 

Należy slalomem opłynąć ich jak najwięcej. 

- Slalom? Jak w narciarstwie? Okej. Co jeszcze powi­

nienem wiedzieć? 

- Wanna nie ma korka. 
- Mhm. 

background image

OLŚNIENIE 

275 

Rozbawiło ją jego zmieszanie. 

- Tam, gdzie teraz stoi, brzeg jest gliniasty. Cradle 

Lake słynie z gliny. Trzeba własnoręcznie zrobić korek. 
Z tego, co jest na brzegu, z liści, z trawy, nawet z krowich 
placków oraz, obowiązkowo, z gliny. 

- Rozumiem. - Potrząsnął głową. - Nie, nie rozu­

miem. 

- Chodzi o to, żeby zrobić korek, zwodować wannę 

i wiosłując rękami, przepłynąć między tyczkami. Rekor­
dzista poszedł pod wodę przy trzeciej tyczce od końca. 

- Do kogo należy ten rekord? 
- Do mnie - odezwał się Richard. - Miałem wtedy 

czternaście lat. Pokonałem dwadzieścia trzy bramki. 

- Richard był mistrzem pływania w wannie - dodała 

Ginny, uśmiechając się do brata. - Ale ty, Fergus, jesteś 
dorosłym facetem. Umięśnionym tak, że nawet Miriam 
to zauważyła. Nie pobijesz rekordu czternastoletniego 
smarkacza? 

- Z mukowiscydozą - dorzucił Richard. - Zawod­

nikom bez mukowiscydozy należy dać fory. 

- Dotąd nikt nie pobił twojego rekordu - stwierdziła 

rzeczowym tonem. - Mukowiscydoza nie miała z tym nic 
wspólnego. Wtedy jeszcze nie musiałeś z nią się zmagać. 

Tak, to jest walka, pomyślał Fergus, popatrując na 

rodzeństwo. Choroba towarzyszy im przez całe życie. 

Stała się dla nich czymś namacalnym, potworem, którego 

należy pokonywać raz po raz. Do czasu, kiedy staje się nie 

do pokonania. To już wkrótce. 

- Mam ci pokazać, jak to się robi? - zapytała Ginny. 

- Richard chętnie by ci to zademonstrował, ale chwilowo 

jest zajęty czymś innym. 

background image

276 

MARION LENNOX 

- Można to tak ująć. - Richard uśmiechnął się słabo. 

- Madison, usiądź przy mnie, jak Ginny będzie bawiła się 
w kapitana floty przybrzeżnej. 

- Myślę, że Madison może z nimi popłynąć - rzuciła 

Miriam tonem pobłażliwej ciotki. 

- I zabierzemy psy! - ucieszyła się Madison. 

Ginny uniosła ramiona w geście przerażenia. 

- Dziecko tak, ale nie psy. Ty, Madison, będziesz 

pomagać Fergusowi wiosłować, ale psy są za ciężkie. 
Zatoniemy przy pierwszej tyczce. 

- Słusznie - zgodziła się Miriam. - Znamy już skład 

załogi. Otwieram zawody! 

To całkiem proste, pomyślał Fergus, siedząc na ciepłym 

piasku, podczas gdy Ginny zabrała się do robienia korka. 

- Fergus nie może tego widzieć, bo to tajemnica 

- szepnęła Madison na ucho, więc obydwie przykucnęły 
tyłem do niego. - Patrz, jak należy splatać trawy. 

Dwie postacie pochylone w skupieniu. 
Taki piknik dobrze małej zrobi, pomyślał. Pomoże jej 

zapomnieć o tragicznych przeżyciach. Dziewczynka z na­
maszczeniem podawała Ginny źdźbła trawy. 

- Gotowe. - Ginny wstała z ziemi. - Fergus, możesz 

nam pomóc zwodować balię. 

Gdy przenieśli wannę na brzeg, w jednym jej końcu 

Ginny postawiła do góry nogami kosz piknikowy. 

- To jest twoje siedzenie - zwróciła się do Madison. 

- Usiądziesz tu, spuścisz nogi do wody i będziesz z całej 

siły kopać. Warto przy tym krzyczeć, bo to pomaga. 

Zagrzewa do walki. Posłuchaj, jak ja krzyczę, a potem 
będziesz krzyczeć razem ze mną. 

background image

OLŚNIENIE 

277 

Dziewczynka spojrzała na nią z powątpiewaniem. Fer­

gus czuł, że mała zaprotestuje, ale Ginny już była zajęta 

ulepszaniem korka. 

- Wsiadaj. - Ginny też weszła do wanny i szczelnie ją 

zatkała. - Teraz nas zepchnijcie. 

Fergus i Miriam posłusznie wykonali rozkaz. 
Ze zrozumiałych względów wanna była wyjątkowo 

niesterowna, więc żeby minąć tyczkę, należało podpłyną­
wszy do niej, chwycić ją i przeciągnąć wannę w obranym 
kierunku. 

- Prędzej! Prędzej! - wrzeszczała Ginny, a Madison 

biła wodę z siłą, jakiej nikt by się nie spodziewał w takim 
drobnym ciałku. 

Psy, ujadając, biegały wzdłuż brzegu, Miriam pękała 

ze śmiechu, nawet Richard je dopingował, uniósłszy 
ramiona i klaszcząc. Piąta tyczka, szósta, siódma, ósma... 

Wody w wannie przybywało. 
- Kop jeszcze mocniej! - Przeciągnęła wannę za ko­

lejną tyczkę. - Dalej! 

Jeszcze dwie tyczki. Dziób idzie pod wodę... 
Wanna dostojnie schodziła na dno. Jednak zanim spo­

częła na płyciźnie, Ginny pochwyciła Madison na ręce. 

- Maddy, jesteśmy bardzo dzielne! 
- Madison - poprawiła ją dziewczynka, tym razem 

z uśmiechem. 

- Czternaście tyczek - powiedziała z dumą Ginny. 

- Doktorze, potrafi pan zaliczyć więcej? 

Niestety, poniósł porażkę. Zrobił korek jego zdaniem 

niezawodny. Miriam, Ginny i Madison energicznie ze­
pchnęły go na wodę. Dopingowały go, psy szczekały... ale 
zatonął przy jedenastej tyczce. 

background image

278 

MARION LENNOX 

- Fatalnie - szepnął Richard, gdy wyciągali wannę na 

brzeg. - No proszę, ile można dzięki mukowiscydozie. 

- Obiecuję, że się poprawię. 
- Nic z tego, jeżeli stąd wyjedziesz. Ta dyscyplina 

wymaga wieloletniego treningu. - Umilkł wyczerpany. 

- Idziemy popływać - rzuciła Ginny beztroskim to­

nem. - Richard, chcesz, żebyśmy cię zwodowali? 

- Jest mi dobrze tu, gdzie jestem - wykrztusił. - Będę 

na was patrzył. Opłynąłem w wannie dwadzieścia trzy 
tyczki. Czego więcej można chcieć od życia? 

Piknik trwał do zmroku. Dzięki Bogu pager Fergusa 

przez cały czas milczał. Gdy wyszli z wody, usiedli przy 

ognisku i patrzyli na wschód księżyca. 

- Będę na was czekać w domu - oznajmiła Miriam, 

zbierając swoje rzeczy. - Uważam, że w tej chwili 
pielęgniarka nie jest wam potrzebna, więc skoczę teraz do 
siebie i podleję ogródek, a potem wrócę. 

- Nie powinna dyżurować u nas - powiedziała Ginny, 

najwyraźniej gnębiona wyrzutami sumienia. 

- To jest bardzo opłacalne rozwiązanie. Obliczyliśmy 

to z Tonym. Mamy dwoje pacjentów, którzy wymagają 

całodobowej opieki. Gdyby byli w szpitalu, trzeba by 

było zatrudnić jeszcze jedną pielęgniarkę. Dyrekcja jest 
zadowolona, płacąc Tony'emu, Miriam i Bridget za to, że 
pracują w takim układzie. 

- Bardzo się opierali, kiedy ich na to namawiałeś? 
- Wcale się nie opierali. W Cradle Lake mieszkają 

fantastyczni ludzie. 

- To prawda. - Westchnęła. - Nie zdawałam sobie 

z tego sprawy. Gdyby moi rodzice poprosili o pomoc... 

background image

OLŚNIENIE 

279 

- I gdybyście nie mieli takiego sąsiada jak Oscar. 
- Oscar się nie liczy. - Spojrzała na brata. Okryty 

ciepłymi pledami do końca obserwował, jak ostatnie pro­
mienie słońca gasną za górami. 

Oglądał zachód słońca na jeziorze, patrzył, jak jego 

córeczka uczy się pływać. Niezłe hospicjum, pomyślał 
Fergus. Szkoda, że taka opieka nie jest dana wszystkim 
umierającym pacjentom. 

Teraz Richard spał. Fergus zawahał się, ale wstał 

z koca i podszedł do materaca. Pochylił się nad chorym, 
by zbadać puls. Ledwie wyczuwalny. Odwróciwszy się, 

spostrzegł, że pobladła Ginny przytula Madison. 

- Jest tętno - powiedział cicho. 
Napięcie zniknęło z jej twarzy, ale strach pozostał. 
- To już niedługo - wyszeptała. 
- Tak, niedługo. Ale dałaś mu ten wieczór oraz pew­

ność, że jego dziecko będzie miało opiekę. To wielki dar, 
Ginny. 

- Ty mi pomogłeś. 
Madison spała na jej kolanach, a ona gładziła ją po 

włosach, tym gestem dodając jej otuchy i zarazem sama 
czerpiąc ukojenie. Kiedy dziewczynka zapłakała przez 
sen, ułożyła ją na kocu i przykryła pledem. 

Powinni zacząć się zbierać. Trzeba obudzić Richarda 

i przewieźć go do domu. Niedługo ten wieczór dobiegnie 
końca. Ona nie chce, by to się skończyło, pomyślał. Ma 
świadomość, że jej brat już tu nie wróci. Fergus nie 

pamiętał, kiedy zamiast przy Richardzie znalazł się na 
kocu obok Ginny. Trzymał ją w ramionach i całował. 
Inaczej niż minionej nocy. Wtedy kierowała nimi namięt­
ność i chęć wzajemnego zaspokojenia. 

background image

280 

MARION LENNOX 

Teraz potrzebował tego pocałunku jak powietrza. 

Ginny jest taka piękna, taka odważna... Od lat dźwiga na 

barkach brzemię odpowiedzialności. I znowu bierze na 

siebie kolejne zobowiązanie. Ona go potrzebuje. Wyczuł 

to, biorąc ją w ramiona. Drżała, mimo że była odpowied­
nio ubrana. Obsypując ją pocałunkami, pojął, że tak ma 
być, że ta kobieta jest jego przeznaczeniem. 

Nie wiadomo, dlaczego Madison zapłakała przez sen. 

Może wyczuła drżenie Ginny, które poruszyło jej dziecię­
ce lęki. Czar chwili prysł. Instynktownie odsunęli się od 
siebie i popatrzyli na dziecko. Ginny przyłożyła palce do 
warg, jakby próbowała zrozumieć, co się stało, jakby 

analizowała smak tego pocałunku i lęk, który ją ogarnął. 
Jakby świat nagle się zmienił. 

Przyznała, że noc w hangarze ją odmieniła, pomyślał. 

Może dzisiejszy wieczór odmieni jego? Nie. Już poprzed­
niego dnia wiedział, że jej pragnie. 

- Ginny, powinniśmy być razem - wyszeptał, gładząc 

ją po policzku. 

- Nie wyobrażam sobie tego. 
- Postarajmy się. Musimy się postarać. 
- Jak? 
- Wiem, że potrafię. - Powiódł wzrokiem po ognisku, 

niebie, na którym wschodził księżyc, po umierającym 
mężczyźnie na turystycznym materacu i warujących przy 
nim psach. Richard kazał sobie podać wszystkie niedoje-
dzone kiełbaski i podczas gdy oni się kąpali, nakarmił nimi 
psy, w ten sposób zdobywając ich dozgonne uwielbienie. 

Na koniec wzrok Fergusa spoczął na pięknej kobiecie 

otulonej kurtką. W jej spojrzeniu wyczytał wyzwanie. 
Wszystko albo nic. Jeżeli ja mogę, to i ty możesz. 

background image

OLŚNIENIE 

281 

Dziecko. Dziewczynka, która leży obok niej... 
- Fergus, to za wcześnie - powiedziała cicho, ale 

z przekonaniem. - Molly umarła kilka miesięcy temu. 
Jest zdecydowanie za wcześnie. Nie wolno mi oczekiwać, 
że jesteś gotowy założyć nową rodzinę. 

- Nikogo nie chcę sobie zastąpić - zaczął niezbyt 

pewnym tonem. - Molly i Madison są niepodobne. 

- Tak, ale... 
- Ginny, kocham cię. Zrobię wszystko, co konieczne. 
- Właśnie tego chcę uniknąć. Wątpię, czy sama do 

tego dojrzałam. Wczoraj mi się wydawało, że wracam 
między ludzi. Pozwoliłam sobie pokochać Madison, psy 
i Cradle Lake. Jednak branie na siebie ciebie... 

- Jak mam to rozumieć? 
- Musiałabym cię wziąć razem z twoimi demonami. 

Mogłabym pomóc ci z nimi walczyć, gdybym nie miała 
własnych. 

- Nie proszę o to. 
- Wiem, ale... Fergus, nie przeczę, że to jest miłość, 

ale się boję. Wróć do mnie za rok, kiedy ja już będę miała 

pewność, co to znaczy kochać, a ty pogodzisz się z myślą, 
że już nigdy nie będziesz tatusiem Molly. 

- Ginny, kocham cię. 
- Musimy być rozsądni. 
- Nie chcę. Ginny, chcę się z tobą ożenić. 
- Żeniąc się ze mną, musiałbyś zaakceptować Madi­

son - szepnęła. - Jesteś pewien, że potrafisz? 

- Chyba tak. 
- Tu nie ma miejsca na żadne „chyba". - Wstała 

zirytowana. - Idiotyczna rozmowa. Dobrze wiesz, że 
to za wcześnie. Musimy jechać do domu. Pomożesz mi? 

background image

282 

MARION LENNOX 

- Oczywiście. 
- Fotelik dla dziecka jest na tylnym siedzeniu. - Za­

wahała się. - Richardowi było w moim aucie bardzo 

niewygodnie. Weźmiesz go do siebie? 

- Jasne. - Niezupełnie. Wolałby spędzić z nią znacz­

nie więcej czasu, przytulić ją, całować, przemówić jej do 
rozumu... 

- Zaczniemy od psów. Doktorze, potrzebna mi pańs­

ka pomoc. 

Zapewne znowu czytała w jego myślach. I nie bez racji 

nazwała go „doktorem", bo należało zająć się Richar­

dem, więc oboje powinni przerzucić się na tryb szpitalny. 
Psy wskoczyły do auta bez niczyjej pomocy. Posadzenie 
Richarda na miejscu pasażera okazało się trudniejsze. 
Fergus obudził go, kładąc mu rękę na ramieniu. 

- Pora ruszać w drogę. - Na te słowa twarz chorego 

pociemniała. 

- Na to zawsze jest za wcześnie - powiedział, spog­

lądając na wysrebrzoną taflę jeziora. Fergus dostrzegł łzy 
na jego zapadniętych policzkach. 

- Richard... - Ginny wzięła go za rękę, a Fergus 

dyskretnie się odsunął. Niech ta chwila trwa jak najdłużej. 

W końcu Richard skinął głową. 

- Jedziemy. 

Łatwo to powiedzieć. Richard był zbyt słaby, by 

samodzielnie chodzić, więc wzięli go pod ręce i powolut­
ku podprowadzili do samochodu, posadzili na siedzeniu 

pasażera, przypięli pasami. Kolejny etap polegał na 
wciśnięciu butli z tlenem obok jego fotela. 

- Do następnej wycieczki musisz schudnąć - zażar­

towała Ginny, na co odpowiedział zmęczonym uśmie-

background image

OLŚNIENIE 

283 

chem. W pewnej chwili jego wargi wykrzywił grymas 
bólu. Dzięki staraniom Fergusa nie mógł to być ból 

fizyczny. Lecz jest jeszcze inny rodzaj bólu. 

- Ginny... - wyszeptał Richard, a ona znowu ujęła 

jego dłoń. 

- Zanieś Madison do mojego auta - zwróciła się do 

Fergusa. - Ja tymczasem posiedzę przy Richardzie. 

- Jedźcie moim autem, a ja z Madison pojadę twoim 

- zaproponował, wyczuwając, że Richard potrzebuje 

obecności siostry. 

- Dzięki. - Ginny spojrzała na brata. - Moglibyśmy 

przejechać się dookoła jeziora. Miriam położy Madison 

spać. 

- Nie ma sprawy - powiedział Fergus, lecz w jego 

spojrzeniu było coś, co zbiło ją z tropu. 

- Nie chcę... 
- Spokojnie, poradzę sobie. - Ostrzegł ją wzrokiem, 

by więcej nic nie mówiła w obecności Richarda. Ten czas 
należy poświęcić tylko jemu, bo zostało mu go bardzo 
mało. 

- Dzięki, stary - odezwał się Richard. 
Domyślił się? Cholera. 

Nie pozostawało mu nic innego, jak wziąć Madison na 

ręce i przypiąć w foteliku w aucie Ginny. 

Ale kiedy ją podniósł, przebudziła się na tyle, by 

zorientować się, że jest niesiona i powinna jakoś się 
przytrzymać. Westchnęła, oplotła jego szyję rączkami 
i mocno się przytuliła. Jakby poczuła się bezpiecznie. 

- Jedziemy do domu, skarbie - powiedział cicho, 

żeby jej nie budzić. - Do Ginny i do twojego taty. 

background image

284 

MARION LENNOX 

- Tatuś... - szepnęła sennie, a jemu o mało serce nie 

pękło. Molly... 

Towarzysząca mu w samochodzie świadomość obec­

ności dziecka wywołała w nim uczucie pustki. Jednocześ­
nie musiał skupić się na prowadzeniu, bo ten region znany 
był z kangurów znienacka wyskakujących na szosę. 

- Ja chcę do mamusi - usłyszał za plecami. 
- W domu czeka na nas Ginny - odparł ze ściśniętym 

sercem. 

- Ja chcę do mamusi. 

Żadnych namiastek. Wiedział doskonale, co to dziec­

ko czuje. Fakt, że ona to nie Molly... 

Na werandzie oczekiwała ich Miriam. 
- Ginny i Richard wracają dłuższą drogą - poinfor­

mował ją. - Niedługo tu będą. 

- Wobec tego połóżmy małą do łóżka. - Miriam nie 

zadawała zbędnych pytań. - Ja przygotuję pościel, a ty ją 
zanieś do... 

- Czy mogłabyś...? - zaczął, ale pielęgniarka już 

zniknęła. 

Otworzył drzwi samochodu, odpiął dziecku pasy 

i wziął je na ręce, a ono znowu objęło go za szyję. 

- Idziemy spać - szepnął. 

Gdy wnosił ją na piętro, otaczała ich absolutna cisza. 

Psy objeżdżały jezioro w jego aucie, a Miriam pospieszy­
ła do swoich zajęć. 

Madison znowu westchnęła, a on poczuł, że tym razem 

serce na pewno mu pęknie. Jak tej nocy, kiedy musiał 

pożegnać się z Molly. 

Miriam już stała przy łóżku dziewczynki. 

- Przebiorę ją w piżamę, jak się obudzi, bo będzie 

background image

OLŚNIENIE 

285 

chciała siusiu - powiedziała. - Nic się nie stanie, jak pośpi 
w tym, w czym jest. 

W ciepłych spodniach i kurteczce Madison wyglądała 

jak miniaturka Ginny. Spoglądając na jej uśpioną twarzy­

czkę, dostrzegł nawet pewne podobieństwo ich rysów. 
Rodzina. 

Kiedy Miriam otuliła ją kocem i wyszła z pokoju, 

Madison instynktownym gestem, wspólnym chyba dla 

wszystkich dzieci, wyciągnęła do niego rączki. 

- Przytul mnie na dobranoc - szepnęła. 
Nie mógł jej odmówić, więc pochylił się, by pocało­

wać ją w czoło i pogładzić po głowie. Zarzuciła mu ręce 
na szyję. Nie pomyliła mnie z matką, pomyślał oszoło­
miony. Mam zarost. Pachnę inaczej. 

- Tatuś. 

Ginny wróciła pół godziny później. 
- Pojechaliśmy na drugi brzeg jeziora-tłumaczyla się, 

wypuszczając psy z samochodu. - I patrzyliśmy na 
księżyc, aż Richard zasnął. Przepraszam, że tak długo na 
nas czekaliście. 

- Nie szkodzi - powiedział zmienionym głosem. 
- Co się stało? 
- Nic. Przenieśmy Richarda do łóżka. 

Trwało to jakiś czas, bo należało go podłączyć do 

aparatury. 

- Podam mu kroplówkę - powiedział Fergus. 
Zaobserwował podczas pikniku, że Richard praktycz­

nie nic nie jadł ani nie pił, a to oznaczało, że może być 
odwodniony. Ostatnio picie i jedzenie mało go inte­
resowały. Już wcześniej poruszyli z nim ten temat. 

background image

286 

MARION LENNOX 

Oświadczył wtedy, że nie życzy sobie żadnych heroicz­
nych starań podtrzymujących życie, lecz zgodził się, by 
gdy nadejdzie czas, podawano mu płyny. 

- Popieram - odrzekła. - Przypomniałam mu o tym, 

gdy objeżdżaliśmy jezioro, a on powiedział, że jeśli ty tak 
zadecydujesz, to on się podda. Jesteś jego lekarzem. 

Tak, i to sprawia, że nie może teraz odejść. Przez kilka 

następnych dni będzie tu wracał co parę godzin. Ale gdy­
by mógł wybierać... 

- Coś się zmieniło? - zapytała Ginny. 
- Ginny, nie mogę... 
- Nie możesz być ze mną - szepnęła, - Wiem. Sama ci 

to mówiłam. 

- Myślałem... 
- Fergus, ty nie myślisz. - Położyła mu dłoń na 

ramieniu. - Ty cierpisz. Ta jedna noc była dla nas 
pięknym przeżyciem. Zwróciła mi wolność, o czym 
nawet mi się nie śniło. Ale ty przechodzisz przez to, przez 
co ja przechodziłam przez wiele lat. Uciekasz od zobo­
wiązań, a ja nie chcę obarczać cię żadnymi nowymi 
zobowiązaniami. 

- Ale... 
- Przyjmij do wiadomości, że związek ze mną to 

transakcja wiązana. Uważam, że jesteś fantastycznym 
facetem. Chciałabym móc cię kochać. Ale na tym świecie 

jest tyle innych rzeczy do kochania, a ty jesteś tylko jedną 

z nich. 

- Dzięki. - Uśmiechnął się krzywo. 
- Nie ma sprawy. 
- Gdyby nie Madison... 
- Nie. To nie ma z nią nic wspólnego. Uważasz, że 

background image

OLŚNIENIE 

287 

mógłbyś być ze mną, gdybyś nie musiał na nią patrzeć. 
Ale wcale nie chcesz być ze mną. Jeszcze nie teraz... nie 
na takich zasadach, na jakich jestem gotowa cię przyjąć. 

- Nie rozumiem. 
- To dlatego, że nie doznałeś olśnienia - rzekła cicho. 

- Mam nadzieję, że i ty kiedyś tego doświadczysz. Tak się 
złożyło, że przeżyłam to dzięki tobie. 

- Olśnienie... 
- Próbowałam zagłuszyć ból gniewem - wyznała. 

- Albo pracą, a kiedy życie stawało się nie do zniesienia, 

szlam trenować kick-boxing. 

- Kick-boxing? 
- Jeszcze mnie nie znasz - odparła z uśmiechem. 
- N-nie. 
- To mnie stawia w całkiem nowym świetle. 
- Chyba tak. 
- Nie to jest ważne. Rzecz w tym, że kiedy cię 

pokochałam, zdałam sobie sprawę, że warto kochać. Że 

chcę żyć i potrafię być szczęśliwa, nawet jeśli znowu coś 
stracę. 

- Tak, ale... 
- Tu nie chodzi o ciebie, mówię tylko o sobie. Ty 

patrzysz na Madison i aż się kurczysz w środku. Nie mam 
prawa cię na to skazywać. Fergus, pozostańmy kolegami. 
Może za kilka lat doznasz olśnienia, a ja będę czekała na 
ciebie na tej werandzie razem z psami obok drugiego 
fotela tak, żebyś mógł koło mnie usiąść. 

- Położyć się - mruknął. 
- Jestem pewna, że będziesz bardzo pociągającym 

osiemdziesięciolatkiem. 

- Ginny... 

background image

288 

MARION LENNOX 

- Wystarczy. - Musnęła go wargami. - Oboje wiemy, 

że teraz nic z tego nie będzie. Pogódź się z tą myślą. 
Kocham cię, ale cię nie potrzebuję. Chciałabym, żeby 

świadomość tego pomagała ci w twojej samotności, ale 
wątpię, by tak się stało. To kwestia czasu. Nie spiesz się. 
I odejdź. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Richard zgasł osiem dni później. Zanim to się stało, 

Fergus wielokrotnie go odwiedzał, ale starał się, by te 
spotkania z Ginny miały charakter oficjalny. 

Z Richardem się zaprzyjaźnił. 
- Opiekuj się Ginny - wyszeptał Richard. Coraz 

częściej tracił świadomość, a tę prośbę wyartykułował 
w jednej z niewielu chwil, kiedy odzyskiwał przytomność. 
Ginny wyjechała wraz z Madison do ciężarnej pacjentki. 

- Ona udaje twardziela, ale kiedy odeszli nasi bracia... 

Fergus znał ten stan. Pomyślał o pogrążonej w smutku 

Ginny. Gdyby tylko miał odwagę zaakceptować Ginny, 

trzy psy, jedną małą dziewczynkę... 

- Będę z nią w kontakcie. Nie jestem jednak pewien... 
- Wcale nie jest ci potrzebna świadomość, że coś 

z tego wyniknie. I niczego nie musisz się bać. Wierz mi, 
nie ma czego. Jeszcze kilka tygodni temu byłem przerażo­
ny. Ale już się nie boję. Dane mi było znaleźć się w tym 
domu, dowiedziałem się, że mam córkę i jestem pewny, 
że wyrośnie na wspaniałego człowieka. Będzie dobra dla 
Ginny, dla... wszystkich. Pilnuj jej. 

- Obiecuję - powiedział Fergus. 
Kiedy o drugiej nad ranem zadzwonił do niego Tony 

z wiadomością, że już jest po wszystkim, w drodze na 

farmę przypomniał sobie o słowie danym Richardowi. 

background image

290 

MARION LENNOX 

W takich okolicznościach obecność lekarza nie była 

potrzebna. Konający od trzech dni był w śpiączce, a jego 
zgon nieunikniony. Wszystkim zajmą się pracownicy 
zakładu pogrzebowego, więc mógłby wypisać akt zgonu 

dopiero rano. Jednak nawet nie przyszło mu do głowy, że 
mógłby tam nie pojechać. 

Tony czekał na niego na werandzie. 
- Wiedziałem, że przyjedziesz. Ginny powiedziała, 

żebym do ciebie nie dzwonił, ale... 

- Ale ja cię o to prosiłem. - Prawdę mówiąc, chciał 

być przy Richardzie w chwili jego śmierci, ale tego 
nie da się przewidzieć, a poza tym wezwano go do 
pacjenta. 

- Jak to przebiegło? - zapytał. 

Śmierć wygląda różnie, ale on dołożył starań, by 

Richard umierał spokojnie. Konsultował się ze specjalistą 
opieki paliatywnej w Sydney, zaglądał do podręczników. 

- Umarł we śnie - odparł Tony. - Gdyby nie to, że 

Ginny siedziała przy nim i trzymała go za rękę, nie by­
libyśmy w stanie podać dokładnej godziny zgonu. 

- Ginny... 
- Nie ma jej. Chciała być sama. Parę minut temu 

wsiadła do samochodu i gdzieś pojechała. 

- A Madison? 
- Śpi. Uznaliśmy, że nie będziemy jej budzili. 
- Słusznie. 
- Mam zawiadomić zakład pogrzebowy? 
- Nie spieszmy się. Zostaniesz trochę dłużej? 
- Jestem na dyżurze do siódmej. 
- Do tej pory Ginny na pewno wróci. 
- Pojedziesz jej poszukać? - zapytał Tony. 

background image

OLŚNIENIE 291 

- Uważasz, że powinienem? 
- Uważam, że tak. A nawet, stary, że musisz. 

Przed hangarem stał jej samochód. Domyślił się tego 

i dlatego najpierw tam pojechał. 

Drzwi były uchylone, więc otworzył je szerzej. Sie­

działa nieruchomo w drzwiach naprzeciwko, na pochylni 
schodzącej do wody. W pierwszej chwili pomyślał, że 
panuje nad emocjami, że tylko patrzy na jezioro. Ale 
w pewnej chwili jej ramiona drgnęły, a z gardła wydobył 

się szloch. Jednym susem znalazł się przy niej i przytulił 

ją. Płakała i płakała, żegnając ukochanego brata, aż 

zabrakło jej sił. 

W pewnej chwili odsunęła się od niego. 
- Na to człowiek nigdy nie jest przygotowany. -

W świetle księżyca jej twarz była trupio blada. 

- To prawda - szepnął. 
- Myślałam... 
- Że będzie inaczej? Przecież go kochasz. Czy strata 

ukochanej osoby może być mniej bolesna? 

- O Boże... 

Ogarnęła go fala głębokiego współczucia. Ona znowu 

otwiera się na nowy ból. Przygarnęła Madison, przygar­
nęła psy. Przygarnęłaby i jego, gdyby potrafił... 

Domyśliła się, o czym pomyślał i jeszcze trochę się 

odsunęła. Na tyle by pokazać, że i temu podoła. Cierpi tak 
samo jak dawniej, ale wie, że przetrwa. 

Czy i on powinien do tego dojrzeć? 

- Dziękuję, że przyjechałeś - powiedziała. - Myś­

lałam, że tego nie potrzebuję... ale potrzebowałam. 

- To zrozumiałe. 

background image

292 

MARION LENNOX 

- Ha. Na tym polega problem. Że mi to nie przejdzie. 

- Potrząsnęła głową, jakby chciała odegnać od siebie 

przykry sen, i wstała. - Dzięki, że tu jesteś. Wrócę teraz 

do domu. Muszę wezwać zakład pogrzebowy, zanim 
Madison się obudzi. Nie chcę, żeby przy tym była. -
Odetchnęła głęboko. - Mam mnóstwo spraw. 

- Pomogę ci. 
- Zrobiłeś już wystarczająco dużo. Otoczyłeś Richar­

da najlepszą opieką. I stałeś się jego przyjacielem. 

- Ale... 
- Zostaniesz w Cradle Lake jeszcze dziewięć tygodni. 

Przyjechałeś tu, żeby definitywnie pozrywać... więzi. 
Zrozumiem, jeżeli zaraz zechcesz stąd wyjechać. 

O czym ona mówi? Rzucić wszystko? 
- Podpisałem kontrakt. 
- Racja, ale ja już mogę przejąć obowiązki tutejszego 

lekarza. 

- Jeszcze nie. Musisz oswoić się z sytuacją. Madison 

potrzebuje czasu, żeby... 

- Może tak, a może nie. Zaczynamy nowe życie. 

Może należy od razu skoczyć na głęboką wodę. 

- Ale jeszcze nie dzisiaj. - Chwycił ją za ręce. 
- Tak, już dzisiaj trzeba skoczyć na głęboką wodę. 

Na szczęście przez kolejne dwa dni był bardzo zajęty. 

Pacjentów przybywało, ponieważ po okolicy rozeszła się 
wieść, że w Cradle Lake nareszcie jest lekarz z praw­
dziwego zdarzenia. 

- Nie mogę zostawić Ginny tylu pacjentów -jęknął 

pod adresem Miriam w dniu pogrzebu Richarda. 

- Dawniej nie było tu ani jednego lekarza i jakoś 

background image

OLŚNIENIE 293 

dawaliśmy sobie radę - odrzekła, wzruszając ramionami. 
- Dzięki Bogu Ginny postanowiła u nas zostać. Myślisz, 
że z założonymi rękami będziemy patrzeć, jak haruje? 

- Ona nikomu nie odmówi. Znam ją. Popatrz, co 

dzieje się w poczekalni. Kogo miałbym odesłać do domu? 

- Będziemy ją chronić - obiecała Miriam. - Wracaj 

do swojego życia, a my zajmiemy się swoim. Razem 
z Ginny. 

I nigdy więcej się nie zobaczymy? 
- Na razie, doktorze, ma pan sześcioro pacjentów. 
- Postaraj się, żebym zdążył na drugą, na pogrzeb. 

- Jasne. Już mówiłam, że my tu dbamy o swoich. 
- Ja do nich nie należę. 
- Jeśli idziesz na pogrzeb Richarda, to należysz. 

Wyobrażał sobie, że pogrzeb będzie skromny. Nic 

z tych rzeczy. Fergus i Miriam razem pojechali do wiejs­
kiego kościółka, niemal całkowicie obrośniętego pnącą 
różą. Po drodze wpadli do Ginny. 

- Dzięki za pomoc - powiedziała. Była ubrana 

w kwiecistą sukienkę, zupełnie nie pasującą do pogrzebu. 
Madison miała na sobie podobny strój. - Przyjedzie po 
nas człowiek z zakładu pogrzebowego. 

- Jedźcie z nami - zaproponował. 

Pokręciła głową. 
- Madison i ja jesteśmy jego rodziną. Chcemy być 

we dwie. - Rzuciła mu wojownicze spojrzenie, ale bla­
dość jej policzków zdradzała, jak bardzo to przeżywa. 

- Będzie musiała stanąć oko w oko z całą tutejszą 

społecznością - zauważył Fergus, gdy zajechali pod 
kościół. - Sama. 

background image

294 

MARION LENNOX 

- Nie jest sama - obruszyła się Miriam. - Sam Leith, 

grabarz, chodził do szkoły z jej ojcem. Ona jest jedną 
z nas. - Rozejrzała się po parkingu. -Na pewno parę osób 
przyjedzie tylko z ciekawości. - Skrzywiła się na widok 
Oscara w wózku oraz grupki rezydentów z oddziału dla 
przewlekle chorych. - Wielu staruszków pamięta jej 
dziadków i rodziców. Dla niektórych takie wydarzenie to 
okazja, żeby za darmo wypić drinka. Widzę też Oscara. 
Przyjechał, bo zawsze ich nienawidził. Czy wiesz, że jej 
matka nie chciała wyjść za niego? Mądra kobieta. Oscar 

na pewno jest bardzo zadowolony, że umarł kolejny 
Viental, ale to wyjątek. Większość z nich przyjechała, bo 
dowiedzieli się, że Ginny zostaje w Cradle Lake, że zro­
zumiała, że tu jest jej dom. 

- A Madison? Czy takie dziecko powinno uczest­

niczyć w pogrzebie ojca? 

- Ginny rozmawiała z psycholożką, która jest zdania, 

że w przyszłości Madison będzie lżej, jak będzie miała 
choćby mgliste wspomnienie tego dnia. Była z Ginny 
i Richardem na pogrzebie matki. Grób ojca będzie tuż 
obok. To powinno jej dać pewne poczucie więzi. 

- Ale dzisiaj... 
- Będzie im bardzo ciężko. 
- Gdyby się zgodziła, żebym był przy nich... 
- Kto wie, może się zgodzi? - Miriam zniżyła głos. 

- A jeżeli się zgodzi, to czy... zostaniesz? 

- Nie rozumiem. 
- Myślę, że rozumiesz doskonale. Jeżeli teraz zechce 

skorzystać z twojego ramienia, będzie go zawsze po­

trzebowała. A ty tego nie chcesz, prawda? 

- Nie. Chyba nie. 

background image

OLŚNIENIE 

295 

Weszli do kościoła, który był tak zatłoczony, że 

skierowano ich do sąsiedniej sali, gdzie msza miała być 

pokazywana na ekranie. Już się odwrócili, by ruszyć 
w tamtą stronę, gdy zatrzymał ich kościelny. 

- Tam jest ławka dla medyków, którzy opiekowali się 

Richardem - powiedział. - Druga z lewej. 

I tak Fergus zasiadł razem z Miriam, Tonym i Bridget. 

Organista zaczął grać i w kościele powoli zapadła cisza. 

Przed nimi stała dębowa trumna ozdobiona takimi sa­

mymi różami jak te porastające kościół. 

Pogrzeb, na którym był kilka miesięcy temu... Wtedy 

trumna była o wiele mniejsza... 

Nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. To Miriam. 
- Trzymaj się, chłopie - szepnęła, a on patrzył na nią 

zdumiony. To wszystko można wyczytać z jego twarzy? 

- Nie trzeba tu przyprowadzać Madison - powiedział, 

żałując, że nie przedyskutował tego z Ginny, ale ilekroć 
proponował pomoc, słyszał: „Dziękujemy, Fergus, nie 
trzeba. Musimy zacząć od początku. Pozwól nam to zro­
bić po swojemu". 

- Ginny ją przywiezie. Już ci mówiłam, że zostało to 

uzgodnione z psychologiem. One mają plan. 

Plan. Taka wiedza powinna mu zdjąć kamień z serca. 

Nie zdjęła. Za nimi rozległ się szmer, więc się od­

wrócili, by ujrzeć grabarza, Ginny, Madison oraz... trzy 
psy. Udekorowane wianuszkami z kwiatów. 

Ginny i Madison w kwiecistych sukienkach i z wień­

cami na szyi. Kobieta, dziecko i psy w kwiatach... Z ust 
zebranych wyrwał się stłumiony okrzyk zdumienia. 

Ginny trzymała na smyczy Twiggy i Snappera, Madi­

son Bounce'a. Sunęły główną nawą dostojnym krokiem. 

background image

296 

MARION LENNOX 

Zatrzymały się na moment, kiedy Snapper, który dopiero 
uczył się porządku, podniósł nogę i podlał jedną z ławek. 
Nikt jednak nie był skonsternowany. Grabarz niósł narę­

cze wiązanek, wianków i wieńców. Gdy Snapper przy­
stanął, zatrzymała się i Ginny. Oburzona Madison skar­
ciła Snappera: „Niedobry piesek!", a Ginny sięgnęła po 

jeden z bukietów trzymany przez Sama i spokojnie po­

łożyła go na snapperowej kałuży. Wierni chichotali. 

To wyznaczyło atmosferę tej ceremonii. Richard miał 

wielu przyjaciół. Pod koniec życia nie chciał nikogo 
widzieć, a mimo to teraz stawili się jak jeden mąż, by go 
pożegnać. Opowiadali różne wydarzenia z życia Richar­
da, kiedy był dzieckiem, z życia człowieka, który był im 
bardzo bliski. Pewien szesnastoletni chłopiec opowie­
dział o rozmowie z Richardem sprzed lat. Los ich zetknął 
w szpitalu. Chłopiec wspominał, jak Richard pomógł mu 
zrozumieć, że życie z mukowiscydozą może być piękne. 
Krótkie nie znaczy szare. 

Trzeba cieszyć się każdą chwilą. Żyć chwilą. 

- Zebraliśmy się tutaj - zaczęła Ginny - żeby pożeg­

nać Richarda. Waszego przyjaciela, mojego brata, tatę 
Madison. - Uśmiechnęła się do dziewczynki. - Madison, 
powiesz nam, co teraz się stanie? 

- Pochowamy teraz skorupkę. - Jedną ręką trzymała 

Ginny, palce drugiej kurczowo zacisnęła na obroży Boun-
ce'a, ale jej dziecięcy głosik dźwięczał wyraźnie w całej 
świątyni. - Mój tatuś i mamusia mieszkali w takich 
skorupkach jak ślimaki. Wszyscy mamy takie skorupki. 
Jak ślimaki. Mamusia powiedziała, że moja skorupka jest 
bardzo ładna i ma śliczne włosy, a Bounce ma włosy jak 
szczotka ryżowa. - Zerknęła na Ginny. - Mamusia 

background image

OLŚNIENIE 

297 

powiedziała, że trzeba cieszyć się każdą chwilą, którą 

spędzamy w skorupce i że chyba taką skorupkę nosi się 

bardzo, bardzo długo i że tak będzie z Ginny i ze mną 
i z Bounce 'em i ze Snapperem i z Twiggy. Ale czasami 
chorujemy, jak moja mamusia i mój tatuś, i za wcześnie 
wychodzimy ze skorupki. Ginny mówi, że tak też może 

się zdarzyć. Ona uważa, że tatuś i mamusia znaleźli nową 
skorupkę i teraz są w niej razem. Szkoda, że nie wiemy, 
gdzie jest ta nowa skorupka, ale musimy pochować starą. 
I po to tu przyszliśmy. 

Ta psycholożka chyba jest cudotwórczynią! Z jakiego 

podręcznika zaczerpnęła taką wiedzę? Czy to rezultat 

starań Judith oraz Ginny? Biologicznej i nowej matki tego 
dziecka? Dwóch kobiet budzących wielki respekt. 

Tuż obok usłyszał chlipnięcie. 

- Och, Fergus... - szepnęła Miriam. Dałby jej swoją 

chustkę, ale sam jej potrzebował. 

- Teraz musimy to zrobić - zwróciła się Ginny do 

wzruszonego audytorium. - Pożegnamy Richarda i po­
chowamy jego skorupkę. 

Jeden z kolegów Richarda zaczął grać na gitarze, 

a sześciu innych podniosło trumnę. Ginny, Madison 
oraz trzy psy wyprowadziły ich na skąpany w słońcu 
cmentarz. 

Potem w sali obok czekał na uczestników tej niezwyk­

łej uroczystości poczęstunek. Panowała tam atmosfera 

bliższa spotkaniu towarzyskiemu niż stypie. 

Fergus nie miał sposobności podejść do Ginny, więc 

stał z boku jak postronny obserwator. Po godzinie zaczął 
żałować, że jego pager milczy jak zaklęty. Widział, że 

background image

298 

MARION LENNOX 

Ginny ledwie trzyma się na nogach, ale gdy znalazł się tuż 

przy niej, powiedziała tonem pełnym rozpaczy: 

- Fergus, odejdź. Nie jesteś mi potrzebny. Nie mogę. 

Proszę, odejdź. 

Odszedł, ale niedaleko. Przyglądał się Madison. 
Niesamowite wystąpienie, pomyślał, wspominając 

słowa Madison. Ona ma zaledwie cztery lata... 

No tak, jedynaczka wychowywana przez samotną 

matkę. Zapewne Judith rozmawiała z nią jak z dorosłym. 
Potrzebowała Madison w równym stopniu jak Madison 

jej. I dlatego to dziecko jest nad wiek dojrzałe. 

To jeszcze da się zmienić. 
Rówieśnicy Richarda przyszli ze swoimi dziećmi i ca­

ła ta gromadka znalazła się w sali, do której przeniesiono 
z kościoła wszystkie kwiaty. Zazdroszcząc Madison jej 
wieńca, dziewczynki zabrały się do produkcji wianków 
dla siebie. Starsze uczyły młodsze i tak z pogrzebowych 
kwiatów powstawały wieńce. 

Kiedy już wszystkie dzieci się przystroiły, postanowi­

ły udekorować swoich rodziców, wujków, ciocie oraz ich 
znajomych. W efekcie każdy uczestnik miał na szyi 
kwietną ozdobę. Fantastyczne, przeszło mu przez myśl, 
która z kolei wywołała wspomnienia związane z pożeg­
naniem z jego córeczką. Molly byłaby zachwycona. Ta 
mała Molly, która za wcześnie wypadła ze swojej sko­
rupki. Ale miała piękne życie. 

W miarę jak mijał czas, łagodniał jego smutek. Słowa 

Madison koiły jego serce. „Trzeba cieszyć się każdą 
chwilą, którą spędzamy w skorupce". 

Te dzieci właśnie to robią. Wiją wianki z pogrzebo­

wych kwiatów. Dołączyła do nich również Madison. Nad 

background image

OLŚNIENIE 

299 

wiek dojrzała dziewczynka wraca do dziecięctwa. Cieszy 

się każdą chwilą... 

Mógłby pomóc... 

- Szkoda, doktorze, że nie zagrzeje pan u nas miejsca 

- usłyszał kobiecy głos. - Tutaj jest wystarczająco dużo 
roboty dla dwóch lekarzy. Pan i Ginny stworzylibyście 

idealny tandem. 

To prawda, ale co innego zaprzątnęło jego myśli. Po­

czuł nagle, że mgła, która od kilku miesięcy go przy­
tłaczała, unosi się, a dalej jest... Życie? 

- Trzeba to rozważyć - powiedział na głos. 
Dostrzegł Madison, która z gotowym wieńcem w ręce 

szukała wzrokiem, kogo by nim obdarować. Ginny miała 

na szyi już sześć wieńców, Fergus dwa, a jego rozmów­
czyni trzy. W drugim końcu sali, przy barze, stała grupka 
mężczyzn. Fergus zauważył, dokąd biegnie wzrok dziew­
czynki, szukając nieozdobionej szyi. 

Oscar. Siedząc w wózku inwalidzkim, spija darmowe 

drinki. Co on tu robi? - pomyślał zirytowany. 

Madison ruszyła w stronę Oscara. 
Fergus już miał iść za nią, popychany całkowitym 

brakiem zaufania do tego człowieka, lecz jego rozmów­
czyni przytrzymała go za łokieć. 

- Doktorze, jeśli nie chce pan tu zostać, to niech pan 

powie, gdzie będzie pan praktykował w Sydney -mówiła. 
- Moja córka ma tam koszmarnego lekarza. Tydzień temu 

jej troje dzieci miało ospę wietrzną, a ona nie mogła się 

doprosić, żeby lekarz do nich przyjechał. Poza tym ona 
ma takie migreny... 

Nie zdążył wyprzedzić Madison. 

Boże spraw, żeby ten człowiek spokojnie przyjął ten 

background image

300 

MARION LENNOX 

wieniec. Madison stanęła za wózkiem i od tyłu zarzuciła 

Oscarowi na szyję swoje dzieło, a on zaskoczony drgnął 
i rozlał piwo. Zaklął brzydko i się odwrócił, po czym 
chwycił Madison za rękę, przyciągnął do siebie i powie­
dział coś, co sprawiło, że dziewczynka zbladła, po czym 

ją odepchnął. 

Tony chwycił ją na ręce i zaniósł do Ginny. To ja 

powinienem to zrobić, pomyślał Fergus, przepychając się 
w stronę Ginny. Czuł, że nie ma już wątpliwości. Ledwie 

się powstrzymał, by nie wyrwać Tony'emu Madison. 

Najbardziej jest jej potrzebna Ginny. Gdy znalazła się 
w jej ramionach, wybuchnęła płaczem. 

Fergus zawrócił do Oscara. 
- Co jej pan powiedział? - warknął. 
- Nic. - Starzec podał mu pustą szklankę. - Przynieś 

mi następne. Ten bachor wylał mi piwo. 

Fergus przywołał pielęgniarkę, która przywiozła Os­

cara na pogrzeb. 

- Proszę odwieźć pana Bentłeya - wycedził przez 

zęby. - Natychmiast. 

- Nie masz prawa... 
- Tylko astma uratowała pana od kary za znęcanie się 

nad zwierzętami - uciszył go Fergus. - Zgłosił się do 
mnie inspektor, więc musiałem to potwierdzić. Ale jeżeli 
może pan brać udział w pogrzebie, żłopać piwo i używać 
siły wobec dziecka, to może pan też stanąć przed sądem 
za głodzenie koni, psów oraz owiec. 

- Tylko spróbuj... 
- Jeszcze się pan doczeka - syknął Fergus. - Mi­

riam, możesz zająć się odtransportowaniem pana Bent­

łeya? 

background image

OLŚNIENIE 301 

- Oczywiście. - Pielęgniarka energicznie pchnęła 

wózek w stronę wyjścia. - Z kościoła do szpitala jest 
z górki. Mogę go spuścić na sam dół? 

Ledwie uroczystość dobiegła końca, do Fergusa za­

dzwoniła jedna z ciężarnych pacjentek Ginny. Zanosiło 

się na przedwczesny poród. 

- To dopiero dwudziesty ósmy tydzień - szlochała 

przerażona kobieta. - Doktorze, my tak bardzo czekamy na 
to dziecko. 

To zrozumiałe, pomyślał, wsiadając do auta. Kto 

mógłby nie chcieć dziecka? Kto? 

Po pogrzebie kolejka pacjentów znacznie się wydłuży­

ła, jakby mieszkańcy Cradle Lake tylko na chwilę zapom­
nieli o swoich dolegliwościach, a po wyjściu z cmentarza 
nagle o nich sobie przypomnieli. 

Fergus ustabilizował ciężarną i wezwał karetkę, która 

zawiozła ją do Sydney. Tam dwudziestoośmiotygodnio-
we dziecko miało większą szansę na przeżycie. Potem 
komuś krowa nadepnęła na stopę, komuś zaostrzyło się 
zapalenie dróg moczowych, ktoś się upił i stracił przyto­
mność, więc posterunkowy wzywał Fergusa, by zbadał 
delikwenta. 

Jak wyjadę, pomyślał, Ginny będzie musiała sama to 

wszystko ogarnąć. Oraz opiekować się Madison. Po­
trzeba wielu starań, by Madison znowu stała się małą 
dziewczynką. Ciągle miał przed oczami dziecko przema­
wiające w kościele, dziecko, które na swych ramionkach 
dźwiga tak ogromny bagaż tragicznych doświadczeń. 
Jakie słowa Oscara sprawiły, że Madison się załamała? 

background image

302 

MARION LENNOX 

- Leży teraz w łóżku - donosił mu Tony - i uśmiecha 

się z zadowoleniem. Dlaczego on tak się uczepił tej 
rodziny? 

- Ginny będzie bardzo trudno nim się zajmować -

mruknął Fergus. 

- Nam też to przyszło do głowy - oświadczył Tony. 

- Naszym zdaniem z powodu astmy Oscar wymaga 

całodobowej opieki. Tutaj tego nie dostanie. A może tak 
skierowalibyśmy go do domu opieki w Sydney? 

- Co on powiedział Madison? 
- Nie mam pojęcia - odrzekł Tony. - Mam nadzieję, 

że Ginny potrafi to z niej wyciągnąć. Na razie, szefie, 
mamy nowe wezwanie. Siedmiolatek spadł z piętrowego 
łóżka i matka podejrzewa, że zwichnął bark. 

- Ale Ginny... 
- Kilkoro przyjaciół Richarda pojechało z nią do 

domu. My już nic więcej nie możemy dla niej zrobić. 

To prawda. Dziecko ze zwichniętym barkiem... 
Skończył pracować o północy. Wyszedł na dwór. 

Poczuł, że bardzo chciałby być z Ginny. Jest zmęczona, 
bo od paru dni nie zmrużyła oka i na pewno go nie 
potrzebuje. 

- Ale jutro... 

O drugiej w nocy zadzwonił telefon. Fergus wpatrywał 

się w sufit, jakby na to czekał. 

- Fergus... 
- Ginny, kochanie. 
- Fergus, pomóż... 
Zdrętwiał, ponieważ w jej głosie wyczuł strach. 
- Co się stało? 

background image

OLŚNIENIE 

303 

- Madison. 
- O co chodzi? 
- Zniknęła. 

Pięć minut później znalazł się pod jej domem. Stała 

przy furtce, bezradnie spoglądając na drogę. 

Wyskoczył z auta, a ona padła mu w ramiona. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Po pogrzebie Madison była smutna i Ginny bezskute­

cznie próbowała ją pocieszyć. 

Przyjaciele Richarda siedzieli na werandzie. Żeby 

z nim się pożegnać, niektórzy przyjechali z drugiego 
końca Australii, więc nie wypadało dawać im do zro­
zumienia, że powinni już się zbierać. W tej sytuacji Ginny 

siedziała z nimi, przytulając Madison, aż mała zasnęła. 
Koło siódmej zaniosła ją do swojego łóżka, a potem za­
glądała do niej co pół godziny. 

Po pierwszej odjechał ostatni kolega Richarda i wów­

czas Ginny odkryła zniknięcie dziecka. 

- Zbierzemy ludzi i przeszukamy dolinę w ciągu pół 

godziny - oznajmił Ben Cross, miejscowy policjant, który 
zajął się organizowaniem akcji. - Ginny, czy nikt z gości 
nie wydał ci się podejrzany? 

- Nie wiem - wyszeptała przerażona. - Richard ich 

znal lepiej. Niektórych widziałam po raz pierwszy w ży­
ciu. Byłam taka ostrożna, taka przejęta. 

- To nie twoja wina, skarbie. - Fergus przytulił ją 

mocniej. - Skupmy się na szukaniu Madison. Zastanów­
my się. Gdyby chciała uciec, to dokąd? 

- Nie wiem. - Na drodze pojawiły się światła aut. 

Nadjeżdżały posiłki wezwane przez Bena. - Rano wy­

glądała na szczęśliwą. Była bardzo rozmowna. Podczas 
pogrzebu spisała się na medal, ale potem Oscar... 

background image

OLŚNIENIE 

305 

- Widzieliśmy - mruknął Ben. - Co on jej powiedział? 
- Milczała jak zaklęta. 
- To znaczy, że musimy dowiedzieć się u źródła -

zadecydował Fergus. - Ekipa poszukiwawcza już się 
zbiera, Ben jest tu, na miejscu. Pojadę do Oscara, żeby 
z nim poważnie porozmawiać. 

Źle, szepnęło mu jego serce. Najważniejsze jest to, 

żebyś na zawsze został z Ginny. Jeśli jednak ma od­
budować rodzinę dla niej, dla Madison, dla siebie, to 
najpierw musi zebrać wszystkich członków tej rodziny. 

- Postaram się wrócić jak najszybciej - obiecał - ale 

teraz muszę was zostawić. 

Oscar spał snem sprawiedliwego. Zajmował mały po­

kój z widokiem na farmę, którą zaniedbywał całymi la­
tami, gdzie połowę jego stad trzeba było uśpić. Mimo to 

sumienie pozwalało mu spać spokojnie. Stan jego zdro­
wia poprawiał się z dnia na dzień dzięki właściwej opiece, 
odpowiedniej diecie i ograniczonemu dostępowi do al­
koholu. 

Fergus dotknął jego ramienia i usiadł w fotelu. 

- Czego? - mruknął starzec. - Budzić człowieka 

w środku nocy, żeby robić te przeklęte badania... 

- Nie przyszedłem pana badać - powiedział Fergus 

zasadniczym tonem. - Chcę się dowiedzieć, co pan po­
wiedział Madison podczas stypy. 

- Jakiej Madison? 
- Córeczce Richarda Vientala. 
- A, tej. 
- Co pan jej powiedział, kiedy chciała panu włożyć 

wieniec na szyję? - Nadal ten sam opanowany ton. To 
dobrze. Żadnej złości, żadnych krzyków. 

background image

306 

MARION LENNOX 

- Wytrąciła mi z ręki piwo. 
- To prawda. Domyślam się, że mogło to pana zdener­

wować. Człowiek ma prawo się napić. 

- A jak! Te durne pielęgniarki... 
- Ginny miała dobry pomysł, częstując mężczyzn pi­

wem - rzucił Fergus tonem od niechcenia. 

Wyraz twarzy Oscara nagle się zmienił. 
- Nie powinienem był pić jej piwa. 
- A to dlaczego? 
- Bo wszystkich Vientalow powinien szlag trafić. 
- Dlaczego? 
- Oświadczyłem się jej matce. Moja farma jest cztery 

razy większa od farmy Dave'a, ale ona wybrała jego. 
Wystawiła mnie na pośmiewisko. Byli szczęśliwą rodzin­
ką, chociaż bieda u nich aż piszczała. Kiedy umarł 
pierwszy, pomyślałem, że dobrze jej tak. Wolała biedę 
zamiast mnie. Niech cierpi. Kiedy umarł drugi chłopak, 
Dave dał drapaka. Wiesz, co wtedy zrobiłem? - zapytał 

chrapliwym głosem. - Drugi raz poprosiłem ją o rękę. Ale 
ona tylko się roześmiała. Zataczała się ze śmiechu. Nie 
mogła przestać się śmiać. W końcu z domu wyszła ta 
dziewucha i powiedziała: „Chodź, mamo, musisz od­

począć". Wróciłem do siebie, przysięgając sobie, że moja 
noga tam nie postanie, dopóki wszyscy nie wymrą co do 

jednego. 

Fergus milczał. Zwyciężył w nim lekarz zaintrygowa­

ny oznakami manii prześladowczej. 

- Dzisiaj pochowaliśmy Richarda - powiedział swo­

bodnym tonem, na co Oscar przytaknął. 

- Dobrze mu tak. 
- Została jeszcze Ginny i Madison. 

background image

OLŚNIENIE 

307 

- Też je to dopadnie - syknął starzec. - Też na to 

zachorują. 

- Muszę pana zmartwić, obydwie są zdrowe. - Fergus 

nie mógł się nadziwić swojej cierpliwości. 

- Ale zachorują. 
- Nie. Do tego, żeby zachorować na mukowiscydo-

zę, trzeba mieć dwa wadliwe geny, a Ginny ma tylko 

jeden, natomiast Madison nawet nie jest nosicielką ta­

kiego genu. 

- Ale jej matka... 
- Nie, jej matka umarła na serce. 

Starzec się zamyślił. 

- To znaczy, że będą żyły - powiedział w końcu. 
- Tak. Dlaczego Madison tak bardzo pana zdener­

wowała? - Zauważył, że starzec zacisnął pięści. 

- Bo miałem tego dosyć. 
- Czego? 
- Tego ubolewania z powodu śmierci jednego Vien-

tala po drugim, tego zamieszania z powodu powrotu tej 
dziewuchy, tych zachwytów, że zostanie tu z tym bacho­
rem. I tych głupot o skorupkach. „Ona uważa, że tatuś 
i mamusia znaleźli nową skorupkę" - przedrzeźniał 
Madison. - Co jej powiedziałem? Że to bzdury. 

- Co jej pan powiedział? - powtórzył Fergus. 
- Że jej matka nie znalazła nowej skorupki. - Zado­

wolony opadł na poduszki. - „Twoja matka umarła w sa­
mochodzie. Będzie gniła w ziemi, a jeżeli jest życie po 
śmierci, to do końca świata będzie straszyła na poboczu 
niedaleko stadionu i opłakiwała swojego kochanka", 
tak jej powiedziałem. 

background image

308 

MARION LENNOX 

Fergus wyszedł z oddziału, zamknął za sobą drzwi 

i oparł się o ścianę. Czuł, że go mdli. Tyle nienawiści... 

Nagle stanęła mu przed oczami Molly, jego ukochana 

córeczka, kiedy uśmiechała się do niego na dobranoc, 
zarzuciwszy mu rączki na szyję. 

Jednak życie toczy się dalej. 
Wychodząc ze szpitala, miał zamęt w głowie. Usilnie 

starał się myśli o przyszłości odsunąć od tego, co należało 

robić w tej chwili. Na parkingu jego uwagę przyciągnęły 
odległe światła stadionu, na którym w nocy odbywały się 
treningi. Jeśli Madison wzięła sobie do serca słowa 

Oscara... 

Mogła widzieć te reflektory z werandy Ginny, zwła­

szcza wieczorem. Ludzie już jej szukają. W zaroślach 
wokół farmy, nad jeziorem i na głównej drodze pro­
wadzącej między innymi do szpitala. Wyjął komórkę. 

- Skarbie, chyba wiem, gdzie ona może być. Daj mi 

posterunkowego. Rozmawiałem z Oscarem. Nie cieszmy 

się jeszcze, ale sądzę, że szukamy nie tam, gdzie należy. 

Znaleźli ją dziesięć minut później. 
Ben natychmiast wsiadł z Ginny do samochodu i na 

sygnale pognał w stronę stadionu. 

Wyjeżdżając zza zakrętu, zauważyli, jak w świetle 

reflektorów w krzakach mignęło im coś białego. Ben 
zahamował i z latarką rzucił się w pogoń. Wyniósł 
dziecko na szosę i podał Ginny. 

- Madison, kochanie, nie bój się. - Dziewczynka 

jednak nadal tkwiła sztywno w jej objęciach. 

- Ja chcę do mamy! - szlochała. 
- Jej tu nie ma. 

background image

OLŚNIENIE 

309 

- On powiedział... 

Z piskiem opon zatrzymał się obok nich drugi samo­

chód, z którego wyskoczył Fergus. 

- Macie ją. 
- Była tam, gdzie powiedziałeś - oznajmił policjant, 

z niepokojem spoglądając na Madison. 

- Ja chcę do mamy! 
- Wezmę ją-zaproponował Fergus, obejmując dziec­

ko. Tak trzymał Molly, kiedy gniewała się na niego, 
zazwyczaj gdy miała dosyć badań lekarskich. Molly. 

Przytulił policzek do jej główki i delikatnie ją po­

całował, po czym usiadł na poboczu, zapraszając Ginny, 
by do nich dołączyła. Ben miał kilkoro dzieci, więc 
wiedział, że czasami należy zostawić je w spokoju. 

- Odwołam poszukiwania. 
- Mamusiaaa... 
- Nie ma tu twojej mamusi - szepnął Fergus. - Prze­

cież to wiesz. 

- On powiedział... On powiedział... 
- On nie mówił prawdy - odparł Fergus. - Ginny już 

ci wyjaśniła, co stało się z twoją mamusią. 

- Ginny nie jest moją mamusią. 
Usłyszał jej ciche westchnienie. Siedziała tak blisko, 

że czuł jej ciepło i to dodało mu odwagi. 

- Ginny jeszcze nie jest mamusią - zaczął - ale bardzo 

niedługo nią będzie. Ginny jest też doktorem. Ona wie, co 

jest prawdą, a co nieprawdą. Jest mądrzejsza od tego 

staruszka, który nie chciał twojego wieńca. 

- On powiedział... 
- Wiemy, co on powiedział, ale to nieprawda - po­

wtórzył cierpliwym tonem. - Był zmęczony i wylało mu 

background image

310 

MARION LENNOX 

się piwo, więc powiedział byle co, żeby było ci przykro. 
Madison, ty wiesz, gdzie jest twoja mama, wiesz, że nie 
w samochodzie. 

- W samochodzie. 
- Nie. - Poczuł dłoń Ginny na swojej ręce. - Wiesz, 

skąd ja to wiem? Bo jestem tatusiem. Tatusiowie wszyst­

ko wiedzą. 

- Czyim tatusiem? - Zorientował się, że poruszył 

drugi trudny temat. Ze zdumieniem jednak stwierdził, że 
słowa przychodzą mu bez najmniejszego trudu. 

- Byłem tatusiem Molly. - Zawahał się, ale uznał, że 

to wyznanie płynie prosto z serca. - Molly już mnie nie 
potrzebuje - wyszeptał. - Ale wydaje mi się, że tobie tatuś 
się przyda. Jak chcesz, zostanę twoim tatusiem. 

Przeraził się, że za wcześnie o tym napomknął. Minęło 

dopiero kilka godzin od pogrzebu Richarda, ale Madison 
nie zdążyła się z nim zżyć. W tej chwili Ginny nie może 
powiedzieć, że będzie jej matką, bo byłoby to wyjątkowo 
okrutne. Co innego nowy tatuś... 

- Ty jesteś doktorem, nie tatusiem. 
- Jestem tatusiem i doktorem - oznajmił bez wahania. 

- I kocham twoją Ginny. Tak sobie myślę, że jeśli 

zechcesz, to moglibyśmy zostać rodziną. Ja straciłem 
rodzinę, Ginny straciła rodzinę, a ty straciłaś mamę. 
Gdybyśmy byli razem, to byłaby całkiem nowa rodzina. 
Ty, ja, Ginny, Bounce, Twiggy i Snapper. Mieszkalibyś­

my razem w pięknym domu Ginny i nigdy byśmy się nie 
rozstawali. 

Cisza. 

- Madison, to jest bardzo dobry pomysł - szepnęła 

Ginny, uśmiechając się do niego. - Co ty na to? 

background image

OLŚNIENIE 311 

- Już nigdy nie znajdę mojej mamusi - szepnęło 

dziecko, jakby zaczęło akceptować zaistniałą sytuację. 

- Madison, wiesz, gdzie jest pochowana skorupka 

twojej mamusi - zaczęła Giny, gładząc małą po główce. 
- Kiedy tylko zechcesz, możemy pójść na cmentarz 
i zanieść jej kwiaty. Jestem przekonana, że jeżeli nad jej 
grobem opowiemy, co robimy, to ona nas usłyszy. 

- Powiemy jej, że mieszkam ze Snapperem, Twiggy 

i Bounce'em? 

- Oczywiście. 
Dziewczynka zastanawiała się, a oni z zapartym tchem 

czekali na jej werdykt. 

- Moja mamusia nie wróci! - Wybuchnęła rozpacz­

liwym płaczem. 

- Nie wróci - potwierdził Fergus. 
Tama puściła. Dziecko, które w ciągu minionych ty­

godni ani razu nie zapłakało, rozszlochało się na dobre. 

Siedząc na skraju szosy, pozwolili jej dać upust roz­

paczy. Gdy spazmy ustały, Madison wtuliła się w Fer-
gusa, jakby tam było jej miejsce. 

- Jedziemy do domu. - Wstał. 
- Do domu - powtórzyła cichutko. - Do mojego 

łóżka. Ginny powiedziała, że to jest moje łóżko. Z Ginny, 
Snapperem, Twiggy i Bounce'em. 

- Nie zapominaj o mnie - przypomniał jej Fergus 

łamiącym się głosem. - Ja też należę do tej rodziny. 

- I ja. - Wargi jej drżały, ale szybko się opanowała. 

- Ginny i Twiggy, i Snapper, i Bounce... i tatuś. I ja. I... 

Maddy. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Czwarta rano. Pora, o której wszyscy rozsądni ludzie 

pogrążeni są we śnie. 

Maddy zasnęła w samochodzie. Ekipy ratownicze 

rozjechały się już do domu, tylko policjant dyskretnie 
otarł łzę, asystując, gdy kładziono ją do łóżka. Surowo 
przykazał jej pilnować, po czym odjechał. 

Ginny i Fergus siedzieli na werandzie. 

- Chyba zdajesz sobie sprawę, że teraz musisz wyjść 

za mnie - powiedział. 

- Szybki jesteś. 
- Dla dobra Maddy. Oraz mojego własnego. Widzisz 

jakieś przeciwwskazania? 

- Nie. Ale ślub... 
- Jutro? Albo nawet dzisiaj. Myślisz, że obowiązują 

jakieś urzędowe terminy? 

- Chyba miesiąc. 
- Za długo. Daleko stąd do Gretna Green? Albo do Las 

Vegas? Vegas słynie ze wspaniałych ślubów. Z Elvisem... 

- Jaki tam Elvis. Psy i druhny. Gdybyśmy chcieli 

lecieć do Las Vegas, psy musiałyby przejść kwarantannę. 

- Niedobrze. 
- Jesteś pewien? 
- Nie znam się na amerykańskich przepisach wetery­

naryjnych. 

background image

OLŚNIENIE 

313 

- Nie, ty głuptasie. Czy jesteś pewien, że chcesz się ze 

mną ożenić? - W jego ramionach czuła się jak w raju. 
- Fergus, ja chyba nie powinnam mieć dzieci. 

- Dlaczego? 
- Jestem nosicielką mukowiscydozy. 
- Ja nie jestem. Kiedy Molly się urodziła, przeszliśmy 

wszystkie możliwe badania genetyczne. 

- Mimo to moje dziecko może być nosicielem. 
- Więc je przebadamy, wyjaśnimy ten mechanizm 

i pouczymy, że jego partner też musi poddać się bada­
niom. 

- Nie wolno mi wydłużać tego łańcucha nieszczęść. 
- Nie chcesz mieć dzieci z obawy, że odziedziczą 

wadliwy gen i przekażą go dalej. To obłęd. 

- Nie, to nie jest obłęd. 
- Jest. - Przygarnął ją mocniej i pocałował w skroń. 

- To tak jakby ktoś postanowił zlikwidować wszystkie 

samochody, bo ich użytkownicy czasem giną. Nasze 
dzieci mają szansę wyrosnąć na wspaniałych ludzi. 

- Uśmiechnął się. - Z twoją urodą i moją inteligencją... 
- Szturchnęła go w bok. - Poważnie. Ginny, będziemy 

fantastyczną parą. Zajmiemy się zdrowiem całej tej 
doliny. Będą do nas ściągać pacjenci z całej prowincji. 
A w domu... zatrudnimy zarządcę i zrobimy wielki 
remont. Będziemy kupować hurtowe ilości karmy dla 

psów, przygarniać osierocone jagnięta, a ja będę hodował 
pomidory, bo od dziecka o tym marzę. - Zerknął na 

Ginny. - Postaramy się, żeby Maddy miała szczęśliwe 
dzieciństwo, a jak pojawi się braciszek lub siostrzyczka, 

będziemy dozgonnie wdzięczni losowi. Co pani na to, 
moja piękna doktor Viental? Moja ukochana. 

background image

3 1 4 MARION LENNOX 

- To brzmi jak opowieść o niebieskich migdałach 

- odparła ze wzruszeniem. - Jak bajkowe szczęśliwe 
zakończenie. 

- Nazwałbym to szczęśliwym początkiem. Uważam, 

że marzenia mogą się spełniać, oraz że jako chirurg 

powinienem wiedzieć to już wcześniej. Operację uważam 
za rozpoczętą. Jest to operacja „Rodzina". 

- Marzenia się nie spełniają - upierała się, ale już bez 

przekonania. 

- A właśnie, że tak - szepnął między pocałunkami. 

- Operacja „Rodzina" już się rozpoczęła. Potrzeba do 
niej dwóch lekarzy. Jest pani gotowa, pani doktor? 

- Tak, kochany.