background image

RACHEL CAINE

BAL UMARŁYCH DZIEWCZYN

background image

ROZDZIAŁ 1

To się nie mogło stać, myślała Claire. To tylko zły sen, po prostu kolejny zły sen... Obudzę 

się i rozpłynie się jak igła...

Mocno zaciskała powieki. W ustach jej zaschło. Mocno przywarła do Shane'a.

Przerażona.

Po prostu miałam zły sen.

Jednak kiedy otworzyła oczy, Michael nadal leżał na podłoże. Martwy.

- Każ się przymknąć tym dziewczynom, Shane, albo sam je uciszę! - warknął jego ojciec. 

Przechadzał się po salonie tam z powrotem, z rękoma założonymi za plecy. Nie patrzył w stronę 

ciała przykrytego ciężką, zakurzoną aksamitną zasłoną, ale Claire widziała tylko Michaela, teraz, 

kiedy już odważyła się otworzyć oczy. To nie sen. Michael nie żyje, a przerażający ojciec Shane'a 

jest tutaj, w Domu Glassów.

Ale przecież Michael już przedtem nie żył, prawda? Był duchem. Niewidzialnym w ciągu 

dnia... ale nocą wracał do świata żywych.

Claire zdała sobie sprawę, że płacze, dopiero kiedy tata Shane'a obrócił się w jej stronę i 

wbił w nią przekrwione oczy. Nie była tak przerażona od czasu, kiedy spojrzała w oczy wampira. .. 

No może kilka razy bardzo się bała, bo Morganville było dziwnym miastem, a wampiry wzbudzały 

przerażenie.   Ojciec   Shane'a,   pan   Collins,   był   wysokim,   długonogim   mężczyzną   o   kręconych, 

siwiejących włosach. Były długie - sięgały kołnierza skórzanej kurtki - i zmierzwione. Miał ciemne 

oczy. Szalone oczy. Kilkudniowy zarost. I bliznę biegnącą przez całą twarz.

Tak,   zdecydowanie   wzbudzał   strach.   Nie   był   wampirem,   ale   zwyczajnym   człowiekiem, 

mimo to był przerażający.

Pociągnęła   nosem,   otarła   oczy   i   przestała   płakać.   Jakiś   głos   podpowiadał   jej:   „Teraz 

skoncentruj się na przetrwaniu, popłaczesz sobie później”. Pomyślała, że Shane musiał słyszeć ten 

sarn głos, bo w jego zaczerwienionych oczach nie było łez i nie patrzył na przykryte zasłoną ciało 

przyjaciela. Obserwował swojego ojca.

W tej chwili Shane też ją przerażał.

- Eve... - powiedział cicho Shane, a potem powtórzył głośniej: - Eve! Uspokój się!

Ich współlokatorka, Eve, siedziała bezwładnie pod ścianą z regałami na książki, jak najdalej 

od ciała Michaela. Kolana podciągnęła pod brodę, oparła na nich głowę i zanosiła się rozpaczliwym 

płaczem. Uniosła głowę, kiedy Shane ją zawołał. Po twarzy spływał jej czarny tusz do rzęs. Na 

stopach miała te swoje buty na pasek, z trupimi czaszkami, zauważyła Claire. Nie wiedziała, czemu 

akurat to zwróciło jej uwagę.

Eve miała nieszczęśliwą minę, była zagubiona, więc Claire zsunęła się z kanapy, podeszła i 

background image

usiadła przy niej. Objęły się. Eve pachniała łzami, potem i jakimiś słodkimi, waniliowymi perfu-

mami.   Nie   mogła   opanować   dygotania.   Była   w   szoku.   Tak   przynajmniej   o   takim   zachowaniu 

świadków tragicznego wypadku mówili w telewizji. Skórę miała zimną.

- Ciii - szepnęła do niej Claire. - Michaelowi nic nie jest. Wszystko będzie dobrze. - Nie 

wiedziała, dlaczego to powiedziała; przecież to było kłamstwo, to musiało być kłamstwo, wszyscy 

widzieli na własne oczy,  co się stało... Ale coś jej podpowiadało, że właśnie to powinna teraz 

powiedzieć. I faktycznie, Eve przestała szlochać tak rozpaczliwie, zakryła twarz drżącymi rękami. 

Shane nic więcej nie powiedział. Wciąż obserwował ojca. 'Taki wyraz twarzy mają faceci, gdy 

patrzą na kogoś, z kogo zamierzają zrobić kotlet siekany. Nawet jeśli tata Shane'a zauważył, co się 

dzieje z synem, nie obeszło go to. Nadal krążył po pokoju. Jego kompani - chodzące góry mięśni w 

czarnych motocyklowych skórzanych kurtkach, z tatuażami, ogolonymi głowami i tak dalej - stali 

ze skrzyżowanymi ramionami. Fen, który zabił Michaela, miał znudzoną minę, bawił się nożem.

- Wstawaj. - Tata  Shane'a zatrzymał  się przed synem.  - Nie będziesz mi  wstawiał tego 

szajsu, Shane. Powiedziałem, że masz wstawać!

- Nie   musiałeś   tego   robić   -  wycedził   Shane   i   stanął   na  rozstawionych   nogach.   Gotowy 

przyjąć, albo oddać, cios, pomyślała Claire. - Michael nie był dla ciebie zagrożeniem.

- To był jeden z nich. Nieumarły.

- Powiedziałem, że nie był zagrożeniem!

- A ja mówię, że nie chcesz przyznać, że kumpel zamienił ci się w wybryk natury. - Ojciec 

Shane'a wyciągnął rękę i niezręcznie szturchnął Shane'a w ramię. Claire przypuszczała, że miał to 

być objaw czułości, Shane jednak zrobił taką minę, jakby odebrał gest ojca jako cios. - Nieważne. 

Było,   minęło.   Wiesz,   po   co   tu   jesteśmy.   A   może   mam   ci   przypomnieć?   Gdy   Shane   nie 

odpowiedział,   jego   ojciec   sięgnął   do   kieszeni   skórzanej   kurtki   i   wyjął   plik   zdjęć.   Rzucił   je 

Shane'owi. Chłopak próbował je złapać, ale kilka rozsypało się po podłodze.

- O Boże - szepnęła Eve.

Claire domyśliła się, że na zdjęciach jest rodzina Shane'a - Shane jako słodki mały chłopiec, 

obejmujący ramieniem jeszcze drobniejszą dziewczynkę, z burzą czarnych loków. Za nimi stali 

ładna kobieta i mężczyzna, którego z trudem rozpoznała jako tatę Shane'a. Jego twarzy nie szpeciła 

blizna.

Miał krótko obcięte włosy. Wyglądał... normalnie. Był uśmiechnięty i szczęśliwy.

Eve wpatrywała się w inne zdjęcie, a Claire nie mogła zrozumieć, co na nim właściwie 

widzi. Coś czarnego, poskręcanego i...

Shane nachylił się i wyrwał zdjęcie z rąk Eve. Dom Collinsów spłonął. Shane się uratował. 

Jego siostra nie miała tyle szczęścia.

O Boże, na zdjęciu była Alyssa. Siostra Shane'a, która spłonęła wraz z domem. Oczy Claire 

background image

napełniły   się   łzami,   zakryła   usta   rękami,   żeby   powstrzymać   krzyk,   ale   nie   dlatego,   że   to,   co 

zobaczyła na zdjęciu, było aż tak przerażające - chociaż było - tylko dlatego, że własny ojciec 

zmuszał Shane'a, żeby patrzył na te zdjęcia.

To było okrutne. Naprawdę okrutne. I Claire wiedziała, że to się dzieje nie po raz pierwszy.

- Twoja   matka   i   siostra   zginęły   przez   to   miasto,   przez   wampiry.   Chyba   o   tym   nie 

zapomniałeś, Shane?

- Nie   zapomniałem!   -   krzyknął   Shane.   Wciąż   usiłował   poskładać   zdjęcia,   ale   unikał 

patrzenia na nie. - Tato, śni mi się to co noc. Co noc!

- I dobrze. Od ciebie to się zaczęło. O tym też lepiej pamiętaj. Teraz już nie możesz się 

wycofać. - Wcale się nie wycofuję!

- No to co mi tu wciskasz? Jakie: „Tu się wiele zmieniło, tato”? - Ojciec Shane'a zaczął go 

przedrzeźniać, a Claire nabrała ochoty, żeby mu przywalić, i nieważne, że był od niej ze cztery razy 

większy   i   prawdopodobnie   znacznie   silniejszy.   -   Zaczynasz   zadawać   się   ze   swoimi   dawnymi 

kumplami i zapominasz, po co tu wróciłeś. To coś to był Michael, tak? Chłopak Glassów?

- Tak - wykrztusił Shane przez ściśnięte gardło, a Claire zobaczyła w jego oczach łzy. - To 

był Michael.

- A te dwie?

- Nikt ważny.

- Ta wygląda jak wampir. - Ojciec Shane'a utkwił w Eve spojrzenie przekrwionych oczu i 

zrobił krok w stronę skulonych dziewczyn.

- Zostaw ją w spokoju! - Shane rzucił zdjęcia na kanapę i jednym skokiem zastąpił ojcu 

drogę, zaciskając dłonie w pięści. Ojciec uniósł brwi i wykrzywił twarz w grymasie, który miał być 

uśmiechem, ale blizna sprawiła, że wyglądał groteskowo. Claire zadrżała. - To nie jest wampirzyca, 

cholera. To Eve Rosser, tato. Pamiętasz Eve?

- Hm - mruknął ojciec Shane'a i przez kilka sekund gapił się na Eve, a potem wzruszył 

ramionami. - No to jest kiepską naśladowczynią wampirów. Jak dla mnie, takie samo zło. A ten 

dzieciak? Mówił o Claire.

- Nie jestem dzieciakiem, proszę pana - zaprotestowała Claire i z trudem podniosła się z 

podłogi. Zesztywniała od siedzenia w kucki, była spięta. Serce waliło jej jak oszalałe, oddychanie 

sprawiało ból. - Mieszkam tutaj. Nazywam się Claire Danvers. Studiuję na uniwersytecie.

- Akurat - prychnął Frank Collins. - Jesteś za młoda na studentkę.

- Skończyłam szkołę wcześniej, proszę pana. Mam szesnaście lat.

- Słodka   szesnastka.   -   Pan   Collins   znów   się   uśmiechnął,   a   przynajmniej   próbował   -   z 

powodu blizny opadał mu prawy kącik ust. - Założę się, że jeszcze nigdy nie całowana.

Claire oblała się rumieńcem. Nie mogła temu zapobiec. Shane zaciskał zęby, drgały mu 

background image

mięśnie szczęki. Patrzył w przestrzeń.

- Aha! Więc to tak. No cóż, chłopcze, uważaj, za takie coś trafia się za kratki. - A mimo to 

tata   Shane'a   zrobił   dziwnie   zadowoloną   minę.   -   Nazywam   się   Frank   Collins.   Pewnie   już   się 

zorientowałaś, że jestem ojcem tego tutaj, hę? Kiedyś mieszkałem w Morganville. Przez pewien 

czas nie było mnie w mieście.

- Od pożaru - powiedziała Claire, z trudem przełykając. - Od śmierci Alyssy.  I... mamy 

Shane'a? - Bo Shane nigdy o niej nie wspominał.

- Molly umarła później. Po naszym wyjeździe. Wampiry ją zamordowały. Eve odezwała się 

po raz pierwszy, cicho i niepewnie:

- Jak udało się panu nie zapomnieć o Morganville? Myślałam, że nikt nie pamięta, co się tu 

dzieje, kiedy wyjedzie z miasta.

- Molly pamiętała. Przypominała sobie po trochu. Nie mogła zapomnieć o Alyssie i w ten 

sposób zaczęła otwierać te drzwi, centymetr  po centymetrze, aż wspomnienia wróciły.  Dlatego 

wiedzieliśmy, co musimy zrobić. Trzeba z tym skończyć. Rozwalić to wszystko. Prawda, chłopcze? 

Shane pokiwał głową. Wyglądało to nie tyle na zgodę, ile na chęć uniknięcia uderzenia za jej brak.

- No więc jakiś czas przygotowywaliśmy się, a potem wysłałem Shane'a do Morganville na 

zwiady, żeby zidentyfikował cele, przygotował wszystko, na co nie byłoby czasu po przyjeździe. 

Ale nie mogłem czekać dłużej, kiedy zaczął wzywać pomocy. Przyjechałem natychmiast. Shane 

miał minę, jakby robiło mu się niedobrze. Nie patrzył na Eve, na Claire ani na ciało Michaela. Ani 

na ojca. Po prostu gapił się przed siebie. Na policzkach miał ślady łez, chociaż Claire nie mogła 

sobie przypomnieć, żeby widziała, jak płakał.

- Co pan chce zrobić? - spytała Claire słabo.

- Przede wszystkim trzeba to coś pochować - powiedział pan Collins, wskazując głową ciało 

Michaela. - Shane, ty trzymaj się od tego z daleka...

- Nie!   Nie   dotykaj   go!   Ja   pochowam   Michaela!   Pan   Collins   patrzył   na   niego   długo, 

marszcząc brwi.

- Wiesz, co musimy zrobić - zerknął na Eve i Claire - żeby się upewnić, że on już nie wróci.

- Tato, to przesądy. Nie musicie...

- Tak   właśnie   będziemy   to   robić.   Jak   trzeba.   Nie   chcę,   żeby   twój   przyjaciel   Michael 

odwiedził nas po następnym zachodzie słońca.

- O co mu chodzi? - szepnęła Claire do Eve. Dziewczyny trzymały się za ręce. Claire miała 

zimne palce, ale dłonie Eve były wręcz lodowate.

- Wbije mu kołek w serce - wyjaśniła zrezygnowana. - Tak? I włoży czosnek do ust? I...

- Nie musicie znać szczegółów - przerwał pan Collins. - No to miejmy to już z głowy. A 

kiedy skończymy,  Shane za znaczy nam na mapie, gdzie znajdziemy wyższe rangą wampiry w 

background image

Morganville.

- To pan nie wie? - zdziwiła się Claire. - Przecież pan tu mieszkał.

- To nie działa w taki sposób, mała. Wampiry nie ufają ludziom. Przenoszą się z miejsca na 

miejsce - mają mnóstwo różnych Ochron, żeby uniknąć kary. Ale mój chłopak znalazł sposób. 

Prawda, Shane?

- Prawda - przytaknął Shane. Jego głos był wyprany z wszelkich emocji. - Bierzmy się do 

roboty.

- Ale... Shane, przecież ty nie możesz...!

- Eve, zamknij się. Nie rozumiesz? Dla Michaela nie może my już nic zrobić. A skoro on nie 

żyje, będzie mu wszystko jedno, co mu zrobimy. Prawda?

- Nie możesz! - wrzasnęła Eve. - On nie umarł!

- Gdy przebijemy mu serce kołkiem i odetniemy głowę, to będziemy mieć pewność, że 

umarł - warknął tata Shane'a.

Eve stłumiła krzyk zaciśniętymi w pięści rękami i osunęła się na kolana. Claire usiłowała ją 

podtrzymać, ale okazała się cięższa, niż się wydawało. Shane natychmiast obrócił się na pięcie i 

przykucnął   obok   Eve,   obejmując   ją   obronnym   gestem   i   piorunując   wzrokiem   ojca   i   zbirów 

stojących przy ciele Michaela.

- Jesteś bydlakiem - powiedział beznamiętnym tonem. - Mówiłem ci. Michael nie stanowił 

dla ciebie żadnego zagrożenia wtedy i nie stanowi teraz. Już go zabiłeś. Daj sobie spokój.

Za całą odpowiedź ojciec Shane'a skinął na swoich kumpli - wspólników? - a oni pochylili 

się, dźwignęli z podłogi ciało Michaela i wynieśli je przez kuchnię. Shane poderwał się na nogi.

Ojciec zastąpił mu drogę i z rozmachem uderzył w twarz. Na tyle mocno, że Shane zachwiał 

się i uniósł ręce, ale w geście obronnym, nie jakby szykował się do ataku. Claire zaczęła upadać na 

duchu.

- Nie - sapnął Shane. - Nie, tato. Proszę, nie.

Jego ojciec opuścił pięść, spojrzał na syna przeciągle i się odwrócił. Shane trząsł się, oczy 

miał spuszczone, dopóki jego ojciec nie zniknął w kuchni.

Wtedy Shane przyskoczył do dziewczyn i złapał je za ramiona.

- Chodźcie! - syknął i pociągnął je w stronę schodów. - No już!

- Ale... - zaprotestowała Claire. Obejrzała się przez ramię. Ojciec Shane'a wyglądał przez 

okno, prawdopodobnie obserwował swoich kumpli, którzy zakopywali  Michaela w ogrodzie (o 

Boże...). - Shane...

- Na górę! - polecił. Nie dał im wyboru. Shane to był jednak duży facet, a tym razem użył 

siły mięśni. Zanim Claire zdążyła ochłonąć, już były na piętrze, na korytarzu, a Shane otwierał 

drzwi do pokoju Eve. - Do środka, dziewczyny. Zamknijcie się tu. Serio mówię. Nie otwierajcie 

background image

nikomu poza mną.

- Ale... Shane!

Obrócił się do Claire, chwycił ją za ramiona i pocałował w czoło.

- Nie   znacie   tych   facetów   -   powiedział.   -   Nie   jesteście   bezpieczne.   Po   prostu...   nie 

wychodźcie stąd, dopóki nie wrócę.

- Musisz ich powstrzymać. Nie pozwól im skrzywdzić Michaela! - prosiła Eve błagalnym 

tonem Shane spojrzał Claire głęboko w oczy, dostrzegła w nich wielki smutek.

- Tak - powiedział. - Jest już po wszystkim. Teraz muszę. Muszę po prostu zadbać o was. 

Tego by chciał Michael.

Zanim Claire zdążyła się zdobyć na protest, wepchnął ją do pokoju i zatrzasnął drzwi. A 

potem uderzył w nie dwa razy otwartą dłonią.

- Zamknijcie się!

Zamknęła drzwi na zasuwkę, a potem jeszcze przekręciła klucz w staroświeckim zamku. 

Nie ruszała się z miejsca, bo wyczuwała, że Shane stoi pod drzwiami.

- Shane? - Claire przywarła do drzwi, nasłuchując.

Wydawało   jej   się,   że   słyszy   jego  nierówny  oddech.   -  Shane,   nie   pozwól   mu   się   znów 

skrzywdzić. Nie pozwól!

Usłyszała westchnienie. A potem kroki. Ruszył w stronę schodów.

Eve siedziała na łóżku i gapiła się przed siebie. Śmierdziało spalenizną, ale pomijając odór 

dymu, pokój nie był zniszczony. A poza tym przy gotyckim wystroju - wszechobecnej czerni - 

można by pomyśleć, że to zamierzony efekt.

Claire usiadła na łóżku obok Eve.

- Nic ci nie jest?

- Nie. Chcę wyjrzeć przez okno. Ale nie powinnam, prawda? Nie powinnam widzieć, co te 

bandziory robią.

- Nie powinnaś - zgodziła się Claire i z trudem przełknęła. - Prawdopodobnie to nie jest 

dobry pomysł. - Delikatnie po gładziła Eve po plecach i zaczęła się zastanawiać nad tym, co teraz 

robić... Nie miała pomysłu. W Morganville sprzymierzeńcy nie spadali ludziom z nieba... Oprócz 

Shane'a na nikogo nie mogły liczyć. Pomyślała jeszcze o wampirzycy.

Ładna historia, nie ma co.

Ale przecież mogła skontaktować się z Amelie. Tylko że to trochę tak, jakby rozwiązywać 

problem z mrówkami za pomocą broni atomowej. Amelie potrafiła być tak wredna, że inne wredne 

wampiry potulnie  schodziły jej z drogi. Powiedziała  przecież:  „Rozpuszczę  wiadomość, że nie 

wolno was krzywdzić.  Jednakże nie wolno wam dłużej  zakłócać  spokoju w  Morgamdlle.  Jeśli 

dojdzie do jakichś incydentów, a wina będzie po waszej stronie, będę zmuszona zmienić decyzję. A 

background image

to by było...”

- ...przykre - dokończyła  Claire cicho. Dość przykre. A to, co działo się teraz w Domu 

Glassów, nie można określić inaczej jak zakłócanie spokoju; a kiedy tata Shane'a się rozkręci, 

spokój   na   pewno   zostanie   zakłócony.   Przyjechał   zabijać   wampiry   i   na   pewno   nie   zamierzał 

przejmować się takimi nic nieznaczący i drobiazgami jak - och! - życie i bezpieczeństwo własnego 

syna.  Nie, zawiadomienie  Amelie  to nie jest dobry pomysł.  No to kto zostaje? Oliver? Oliver 

ostatnio   nie   znajdował   się   na   szczycie   Listy   Najlepszych   oraz   Ukochanych   Przyjaciół   Claire, 

chociaż początkowo uważała, że jak na takiego starego gościa jest całkiem fajny. Ale okazało się, 

że oszukiwał ją i był drugim pod względem wredoty wampirem w mieście, który wykorzystałby ją i 

tę sytuację przeciwko Amelie, gdyby tylko mógł.

A więc, nie.  Do Olivera też nie zadzwoni.  Policja była  skorumpowana  i opłacana  prze 

wampiry. Jej wykładowcy na uczelni... Nie. Żaden z nich nie sprawił na niej wrażenia człowieka, 

który chciałby się narażać na kłopoty.

Mama  i  tata?  Zadrżała  na  myśl,   co  by było,   gdyby  zadzwoniła  do  nich  spanikowana... 

Przede wszystkim  dziwne pole wokół Morganville  wyzerowało  im pamięć,  a przynajmniej  tak 

zakładała, bo zupełnie zapomnieli o tym, że kazali jej wrócić do domu za karę za zamieszkanie 

poza kampusem uniwersytetu. Z chłopakami. Mama i tata raczej nie mogli dać jej wsparcia, którego 

potrzebowała, nie w sprawie ojca Shane'a i jego kolesiów motocyklistów.

Danvers,   spójrz   prawdzie   w   oczy.   Nie   masz   nikogo.   Żadna   kawaleria   nie   nadjedzie   z 

pomocą.

Więc zostali tylko Eve, Shane i ona przeciwko całemu światu.

A szansę mieli jak jeden do trzech miliardów.

background image

ROZDZIAŁ 2

To był bardzo długi dzień. Claire wreszcie wyciągnęła się z jednej strony łóżka, Eve z 

drugiej,   każda   otulona   swoim   kokonem   rozpaczy   i   zniechęcenia.   Nie   rozmawiały   zbyt   wiele. 

Wydawało się, że w zasadzie nie bardzo jest o czym mówić.

Było już prawie ciemno, kiedy gałka w drzwiach się poruszyła. Claire wpadła w panikę i 

dostała palpitacji serca; powoli, z duszą na ramieniu podeszła do drzwi i szepnęła:

- Kto tam?

- Shane.

Szybko odsunęła zasuwkę i przekręciła klucz. Shane wszedł do pokoju, z opuszczoną głową. 

W rękach trzymał tacę, stały na niej dwie miseczki chili - mało zaskakujące, skoro tylko to Shane 

umiał ugotować. Postawił tacę na skraju łóżka, obok Eve, która siedziała jak bezwładna szmaciana 

laleczka, pogrążona w smutku i żalu.

- Zjedz coś - poprosił. Eve pokręciła głową. Shane uniósł miseczkę i podsunął jej pod nos; 

wzięła ją od niego tylko po to, żeby tak jej nie trzymał, i popatrzyła na niego gniewnie.

Claire zauważyła, że na twarzy Claire najpierw odmalowało się niedowierzanie, a potem 

przerażenie.

- To nic - szybko powiedział Shane, kiedy Claire spojrzała na niego zaniepokojona. Ale to 

nie było nic. Całą twarz miał w siniakach. Shane unikał jej spojrzenia. - To moja wina.

- Jezu - jęknęła ze zgrozą Eve. - Twój ojciec...

- To moja wina - powtórzył Shane i zmierzał do drzwi. - Nic nie rozumiecie. Tata ma rację. 

To ja się myliłem.

- Nieprawda! - Claire złapała go za ramię. Wyrwał się bez najmniejszego wysiłku. - Shane! 

Przystanął   w   drzwiach   i   się   obejrzał.   Był   przygnębiony,   przybity   i   poobijany,   ale   najbardziej 

przeraziła   Claire   rozpacz   w   jego   oczach.   Shane   przecież   zawsze   był   silny.   Musiał   być   silny. 

Potrzebowała jego siły.

- Tata ma rację - powtarzał jak mantrę. - To miasto jest chore. Jest zatrute i nas też zatruwa. 

Nie możemy pozwolić, żeby nas pokonało. Musimy walczyć.

- Z wampirami? Shane, to szaleństwo. Nie możesz! Wiesz, co się stanie! - krzyknęła Eve.

Odstawiła miseczkę chili na tacę i wstała z łóżka, z twarzą wciąż mokrą od łez i smutną, ale 

w jej oczach  pojawiła się iskierka buntu. - Twój  ojciec zwariował. Bardzo mi  przykro,  ale to 

prawda. I nie możesz pozwolić, żeby pociągnął ciebie za sobą. Zginiesz przez niego, a Claire i ja 

przy okazji. On już... - przerwała, żeby zaczerpnąć tchu. - Zabili Michaela. Kto wie, ilu ludzi 

jeszcze skrzywdzą? Nie możemy im na to pozwolić.

- Tak jak skrzywdzono Lyssę? - wybuchnął Shane. - Jak moją mamę? Eve, oni zabili moją 

background image

mamę! Wczoraj chcieli nas spalić, nie zapominaj o tym, i Michaela też to dotyczy!

- Ale...

- To   miasto   jest   złe!   -   powiedział   Shane   i   rzucił   Claire   spojrzenie   niemal   błagalne.   - 

Rozumiesz   mnie,   prawda?   Rozumiesz,   że   tam   gdzieś   jest   świat,   świat,   który   zupełnie   nie 

przypomina tego miasta?

- Tak - przyznała cicho. - Rozumiem to. Ale...

- Zrobimy to. A potem jakoś stąd uciekniemy.

- Z twoim ojcem? - Eve udało się w tych słowach zmieścić wszystkie możliwe odcienie 

pogardy. - Nie wydaje mi się. Do twarzy mi w czerni, ale w sinym nie bardzo.

- Nie, nie z moim ojcem... Tylko my troje. Wyjedziemy z miasta, kiedy tata i jego kumple...

- Uciekniemy?  - Eve pokręciła głową. - Genialne. A kiedy wampiry zrobią sobie wielką 

imprezę i upieką twojego tatę jego kolesiów na ruszcie, to co wtedy? Bo na pewno zaczną las 

szukać. Nikt, kto miał coś wspólnego z zabiciem wampira, nie zdoła uciec, i ty to wiesz. Chyba że 

naprawdę wierzysz, że twojemu tacie i tym jego zbirom uda się zabić setki wampirów, wszystkich 

ich ludzkich pomocników, policję i z tego, co wiem, może jeszcze i oddziały sił specjalnych.

- Jedz to cholerne chili - rzucił Shane.

- Nie bez popicia. Znam twoje chili.

- Świetnie!   Przyniosę   wam   colę!   -   Zatrzasnął   za   sobą   drzwi.   -   Zamknijcie   się!   Claire 

zamknęła drzwi. Tym razem Shane nie ociągał się na korytarzu, usłyszała tupot jego butów, kiedy 

zbiegał na dół po schodach. Musiałaś to robić? - zapytała przyjaciółkę.

- Ale co konkretnie?

- On jest taki zagubiony. Stracił przyjaciela, ojciec go pobił...

- Claire, powiedz to sobie bez ogródek: ojciec wyprał mu mózg. A nawet gorzej, prał go tak 

długo, aż Shane stracił wolę walki. A już na pewno, aż stracił resztki rozumu. - Eve gwałtownie 

potarła twarz, po której znowu spływały łzy, ale to przypominało bardziej wodę sączącą się pod 

ciśnieniem niż szloch. – Jego ojciec nie zawsze taki był. Kiedyś był... No cóż, może nie tyle miły, 

bo zawsze trochę za dużo pił, ile był lepszy. O wiele lepszy niż teraz. Po śmierci Lyssy postradał 

zmysły. Nie wiedziałam o mamie Shane'a... Myślałam, że ona po prostu, no wiesz... Zabiła się. 

Shane nigdy o tym nie mówił.

Nie było słychać, żeby ktoś wchodził po schodach, ale rozległo się ciche pukanie, a potem 

gałka się poruszyła. Claire otworzyła drzwi na oścież, wyciągając ręce po colę, bo myślała, że to 

Shane ...

...ale przed nią stał potężny, spocony, szczerzący zęby w uśmiechu mężczyzna. Ten, który 

zadźgał nożem Michaela.

Claire cofnęła się i dopiero po chwili zorientowała, co zrobiła. Głupia, ależ ja jestem głupia, 

background image

powinnam była zatrzasnąć drzwi... Było już jednak za późno: facet był w środku.

A potem zamknął drzwi na klucz.

Przerażona   spojrzała   na   Eve.   Eve   rzuciła   się   przed   siebie,   chwyciła   Claire   za   ramię   i 

pociągnęła   ją   za   łóżko...   a   potem   zasłoniła   własnym   ciałem.   Claire   zaczęła   się   gorączkowo 

rozglądać, szukając wzrokiem czegoś, czego mogłaby użyć jako broń. Czegokolwiek. Wzięła do 

ręki   czaszkę,   która   wyglądała   na   ciężką,   ale   okazała   się   plastikowa,   lekka   i   do   niczego 

nieprzydatna.

Eve wyszarpnęła spod łóżka kij hokejowy.

- Bądźmy dla siebie mili - odezwał się facet. - Ten kijek do niczego ci się nie przyda, a mnie 

tylko wkurzy. - Wyszczerzył w jeszcze szerszym uśmiechu pożółkłe zęby. - Albo bardziej podnieci.

Claire zrobiło się słabo. To nie przypominało wizyty Shane'a w jej pokoju poprzedniej nocy. 

Wcale a wcale. Słyszała o takich wstrętnych, obleśnych mężczyznach - nie da się dorosnąć i nie 

wiedzieć, że takie typy istnieją - ale nigdy jeszcze żadnego nie spotkała. Miała do czynienia z 

kilkoma   idiotami,   jasne,   ale   nie   tak   niebezpiecznymi   jak   ten   facet.   Patrzył   na   nie,   jakby  były 

kawałkami mięsa, które zamierzał pożreć.

- Nie tkniesz nas - powiedziała Eve i zawołała głośno: - Shane! Shane, chodź tu, ale już!

W jej głosie brzmiała nuta paniki, chociaż bardzo starała się jej nie okazywać. Ręce jej 

drżały.

Facet   płynnym   ruchem   obszedł   łóżko,   skradając   się   jak   kot.   Miał   co   najmniej   metr 

osiemdziesiąt wzrostu, w ramionach był ze dwa razy szerszy od Eve. Naprężył muskuły. Patrzył 

pożądliwie na Claire i Eve.

Claire usłyszała kroki, a potem Shane zastukał do drzwi. Po chwili zaczął w nie walić.

- Eve! Eve, otwieraj!

- Jest zajęta! - odwrzasnął motocyklista i ryknął śmiechem. - Och, zaraz będzie bardzo, 

bardzo zajęta.

- Nie! - wrzasnął Shane, wciąż bombardując drzwi. - zostaw je w spokoju!

Eve osłaniała Claire, kiedy cofały się aż pod samo okno. Namierzyła się na motocyklistę, 

który uchylił się i złośliwie zaśmiewał.

- Sprowadź ojca! - krzyknęła do Shane'a. - Każ mu powstrzymać swojego kumpla!

- Nie zostawię was tam!

- Shane, rusz się, ale już!

Na korytarzu zadudniły kroki. Claire się trzęsła. Poczuła się jeszcze bardziej bezbronna i 

zostawiona samej sobie.

- Myślisz, że jego tata przyjdzie? - szepnęła. Eve nie odpowiedziała.

- Przysięgam na Boga, jeśli podejdziesz tu do mnie, ja...

background image

- Że niby tak? - Motocyklista wyszarpnął Eve kij z rąk.

Rzucił go za siebie i kij wylądował z trzaskiem na podłodze. - Wystarczająco bliziutko? Co 

teraz zrobisz, laleczko? Popłaczesz mi się w mankiet?

Claire zasłoniła oczy ręką, kiedy motocyklista wyciągnął w stronę Eve pokrytą tatuażami 

rękę.

- Nie! - rzuciła Eve bez tchu. - Pozwolę swojemu chłopakowi stłuc cię na kwaśne jabłko.

A potem motocyklista zachwiał się i wrzasnął. W następnej sekundzie z hukiem rąbnął na 

podłogę.

Leżał bez ruchu. Claire gapiła się na niego z niedowierzaniem, a potem dostrzegła postać z 

kijem hokejowym w dłoniach.

Michael Glass wrócił do świata żywych  jak zabójczo przystojny i nieco zdyszany anioł 

zemsty.   Twarz   mu   pałała   z   wściekłości.   Upewnił   się,   że   dziewczynom   nic   nie   jest,   a   potem 

przystawił koniec kija do gardła motocyklisty, który zamrugał, usiłując otworzyć oczy. Nie zdołał i 

zemdlał.

Eve   przeskoczyła   przez   zbira   i   przywarła   do  Michaela   całym   ciałem,   jakby  chciała   się 

upewnić, że to naprawdę on, z krwi i kości. Musiał być z krwi i kości, bo lekko się skrzywił, gdy 

Eve rzuciła się na niego z impetem, a potem pocałował ją w czubek głowy. - Eve! - szepnął. - Eve, 

kochanie, otwórz drzwi.

Zrobiła to, o co prosił. Michael złapał motocyklistę za ramiona i wyciągnął na korytarz. 

Potem zamknął drzwi, przekręcił klucz w zamku, podał Eve kij hokejowy i powiedział:

- Eve, to ty znokautowałaś faceta tym kijem, a potem...

Nie dokończył, bo Eve pchnęła go na zamknięte drzwi i mocno wtuliła się w niego. Znów 

płakała, ale tym razem bezgłośnie; Claire widziała, że drżą jej ramiona. Michael objął ją i czule 

pogłaskał po głowie.

- Już dobrze - szepnął. - Nic się nie stało, Eve. Nikomu z nas nic się nie stało.

- Ale ciebie zabiła ta kreatura! Cholera, Michael, ty byłeś martwy, widziałam na własne 

oczy.

- Przyjemne to to nie było. - W oczach Michaela Clair do strzegła przebłysk wspomnienia 

horroru, jaki przeżył, ale nie pamiętał albo nie chciał pamiętać i opowiadać, co go spotkało. - Tyle 

że nie jestem wampirem i nie da się mnie zabić jak wampira. Przynajmniej dopóki ten dom ma we 

władaniu moją duszę.

Z moim ciałem mogą robić praktycznie, co chcą, ale ono się ...regeneruje.

Claire zrobiło się niedobrze, zupełnie jakby stanęła nad przepaścią. Popatrzyła na Michaela 

szeroko otwartymi oczami i zobaczyła, że on myśli to samo co ona: że gdyby ojciec Shane'a i jego 

kompani dowiedzieli się o tym, mogliby zechcieć sprawdzić, czy faktycznie tak jest. Dla zabawy.

background image

- Dlatego właśnie mnie tu nie ma - powiedział Michael. - Nie możecie im powiedzieć. Ani 

Shane'owi.

- Nie mówić Shane'owi? - Eve się zdziwiła. - Dlaczego nie?

- Obserwowałem, co się dzieje - zaczął Michael. - Mogę to robić, kiedy jestem, no wiecie...

- Duchem? - podsunęła Claire.

- Właśnie. Widziałem... - Michael nie dokończył, ale Claire pomyślała, że wie, co zamierzał 

powiedzieć.

- Widziałeś, że tata Shane'a go uderzył - domyśliła się. - Prawda?

- Nie chcę go zmuszać do utrzymywania sekretów przed ojcem. Nie teraz.

Na schodach zadudniły kroki. Michael przyłożył palec do ust, pocałował Eve i wysunął się z 

jej rozpaczliwego uścisku.

- Schowaj się! - szepnęła Claire. Pokiwał głową i otworzył drzwi szafy, przewrócił oczami 

na   widok   bałaganu   i   jakoś   się   wcisnął.   Claire   miała   nadzieję,   że   zdołał   zakopać   się   między 

ubraniami.   Wcześniej   Miranda   została   zamknięta   w   tej   szafie,   po   tym   jak   próbowała   nożem 

atakować Eve, wściekła się i pościągała wszystkie rzeczy z półek i wieszaków. Eve dostanie szału.

Dziewczyny  podskoczyły  na  odgłos   walenia  do  drzwi.  Eve  szybko  przekręciła  klucz   w 

zamku i do środka wpadł Shane.

- Jak...? - Z trudem łapał oddech, w rękach miał łom. Claire wiedziała, że wyłamałby zamek, 

gdyby musiał. Podeszła do niego, zastanawiając się, co on musi czuć. Shane wypuścił łom z rąk i 

wziął Claire w ramiona. Poczuła jego ciepły oddech na szyi i zadrżała. Nie potrafiła ukryć, jaką 

przyjemność sprawia jej bliskość Shane'a. - O Chryste, Claire. Przepraszam. Strasznie przepraszam.

- To nie twoja wina - pocieszyła go Eve. Wyciągnęła kij hokejowy. - Walnęłam go. Hm, 

dwa razy.

- Dzięki Bogu. - Shane pocałował Claire w policzek i pozwolił jej znów stanąć na własnych 

nogach, ale nie wypuszczał jej z objęć. - Nic ci nie zrobił? Żadnej z was?

- Walnęłam go! - powtórzyła Eve i dla podkreślenia swoich słów zaczęła wywijać kijem. - 

Nic nam nie zrobił. Ale my jemu tak. No wiesz, dałyśmy mu radę. Gdzie twój tata? Nie spieszy się 

nam na pomoc.

Shane domknął drzwi i znów przekręcił klucz w zamku, bo motocyklista zaczął jęczeć i 

przekręcił się na bok. Shane milczał - to była odpowiedź na pytanie Eve. Tata Shane'a potrzebował 

kumpli, a Eve czy Claire nie. Dziewczyny łatwo byłoby spisać na straty. Co gorsza, mogłyby się 

stać... nagrodą.

- Nie możemy tu zostać - stwierdziła Eve. - Tu nie jest bezpiecznie. Wiesz o tym. Shane 

pokiwał głową, ale minę miał ponurą.

- Nie mogę z wami wyjechać.

background image

- Owszem, możesz! Shane...

- Eve, to mój tata. Mam tylko jego.

- Ja bym nie wzięła tego, co masz - parsknęła Eve.

- Jasne, ty od swoich bliskich po prostu odeszłaś.

- Hej!

- I nic cię nie obchodzi, co się z nimi dzieje...

- To   ich   nie   obchodziło,   co   się   działo   ze   mną!   -   Eve   aż   krzyknęła.   Nagle   tego   kija 

hokejowego nie trzymała już tylko na pokaz. - Nie mieszaj do tego mojej rodziny, Shane... Bo o ni 

czym nie masz pojęcia. Zielonego pojęcia.

- Znałem twojego brata - palnął Shane.

Oboje ucichli. Niebezpieczna była ta cisza. Claire odchrząknęła.

- Brata?

- Nie mieszaj się do tego, Claire - ostrzegła Eve. Jej głos zabrzmiał śmiertelnie spokojnie, 

zupełnie inaczej niż zwykle. - Naprawdę nie chcesz w to wnikać.

- W Morganville w każdej szafie siedzi jakiś kościotrup - powiedział Shane. - W twojej 

grzechocze   dość   głośno,   Eve.   Więc   mnie   nie   oceniaj.   Tak   sobie   właśnie   pomyślałam...   Może 

wyniesiesz się wreszcie z mojego pokoju, cholerny dupku!

Shane  podniósł łom  z podłogi i  wyszedł.  Podniósł motocyklistę,  pchnął  go w kierunku 

schodów, a ten ruszył przed siebie, nadal pojękując i chwiejąc się na nogach.

Claire zerkała przez uchylone drzwi. Upewniła się, że zeszli na dół, a potem skinęła głową. 

Eve otworzyła drzwi szafy.

- O rany - jęknęła. - Mam nadzieję, że moje ciuchy są całe. W tym mieście nie tak łatwo o 

garderobę.  -  Michael?  Góra  czarnych  i  czerwonych  ubrań  poruszyła  się,  a  potem  pojawiła   się 

jasnowłosa   głowa   Michaela.   Wygrzebał   się   -   spod   gotyckich   kreacji,   a   ręku   trzymał   czarne 

koronkowe majtki. Stringi.

- Oddawaj! - pisnęła  Eve i wyrwała  mu  je. - To osobista! A poza tym...  są do prania! 

Michael tylko się uśmiechnął. Jak na faceta, który niecali dwadzieścia cztery godziny temu został 

zadźgany nożem, posiekany, a potem pochowany, wyglądał zadziwiająco spokojnie. - Ja cię nawet 

nie będę pytał, do czego ty je nosisz - mruknął seksownie. - Ciekawiej to sobie wyobrażać. Eve 

parsknęła i pogroziła mu pięścią.

- Shane zabrał naszego nowego chłopaka na dół. Co teraz? Raczej trudno nam będzie zsunąć 

się po rynnie.

- Rzeczywiście, w kabaretkach będzie ci trudno - zgodził się z poważną miną. - Przebierz 

się. Im mniej będziesz na siebie zwracała uwagę tych facetów, tym lepiej.

Eve złapała dżinsy i obcisły T - shirt, który musiała dostać w prezencie, bo był w kolorze 

background image

morskiego błękitu, z tęczą z przodu. Zupełnie nie w stylu Eve, która spiorunowała teraz Michał la 

wzrokiem i tupnęła nogą.

- O co chodzi? - zapytał.

- Dżentelmen powinien się odwrócić. Tak przynajmniej słyszałam.

Stanął twarzą do ściany. Eve ściągnęła z siebie bluzkę z cienkiej jak pajęczyna koronki i 

czerwony top, który miała pod spodem, a potem zsunęła czerwono - czarną, kraciastą spódniczkę. 

Kabaretki miała przypięte do pasa do pończoch - totalnie niestosowne.

- Ani słowa - ostrzegła Claire i zsunęła pończochy z nóg Nie odrywała ani na moment oczu 

od Michaela. Policzki pałały jej jaskrawym rumieńcem.

Ubieranie   się   zajęło   jej   trzydzieści   sekund.   Złapała   porozrzucane   ciuchy   i   kabaretki   i 

wcisnęła je do szafy, i dopiero potem powiedziała:

- Dobra, możesz się odwrócić. Michael się uśmiechał.

- No co? - spytała  ostro Eve. Nadal była  zarumieniona.  - Jeszcze nie dość głupio teraz 

wyglądam?

- Wyglądasz świetnie - zapewnił, podszedł do niej i delikatnie pocałował w usta. - Umyj 

twarz. Eve poszła do łazienki i zamknęła drzwi za sobą.

- Masz jakiś plan, prawda? Bo my nie mamy. Znaczy Shane uważa, że powinniśmy jego 

tacie pozwolić robić, co chce, i spróbować zwiać, ale Eve uważa, że to nie jest najlepszy pomysł. .. 

- powiedziała Claire.

- To samobójstwo - stwierdził Michael bez ogródek. - Tata Shane'a to idiota i Shane przez 

niego zginie. Ty też.

- Ale ty masz jakiś plan.

- Tak - przyznał Michael. - Mam pewien plan.

Kiedy Eve wróciła z łazienki, Michael znów położył palec na ustach, przekręcił klucz w 

zamku,   a   potem   przeprowadził   je   prze?   korytarz.   Odsunął   obraz   i   nacisnął   ukryty   przycisk,   a 

boazeria   ze   skrzypieniem   rozsunęła   się,   ukazując   jedną   z   kryjówek   w   Domu   Glassów.   Pokój 

Amelie, jak pamiętała Claire. Ten, który wampirzyca lubiła najbardziej, prawdopodobnie dlatego, 

że nie było w nim okien, a jedyne wyjście otwierał ten ukryty przycisk. Jak dziwnie jest mieszkać w 

domu zbudowanym przez wampira - i, no cóż, do wampira należącym.

- Do środka - szepnął  Michael.  - Eve, komórka?  Poklepała  się  po kieszeniach  i pędem 

zawróciła do swojego pokoju. Wróciła, trzymając komórkę w uniesionej ręce. Michael skierował je 

na wąskie schody i drzwi zamknęły się za nimi z cichym sykiem. Z tej strony też nie było klamki.

Pokój na górze wyglądał zupełnie tak samo jak wtedy, kiedy Claire widziała go po raz 

ostatni - eleganckie wiktoriańskie wnętrze. Jak we wszystkich innych pokojach w tym domu miało 

się  w  nim  wrażenie  czyjejś   obecności,  czegoś,  co  kryło   się tuż   poza  polem  widzenia.   Duchy, 

background image

pomyślała Claire. Ale Michael był w tym domu jedynym duchem i do tego bardzo ludzkim.

No, ale z drugiej strony ten dom był jak żywa istota, w pewnym sensie, i to on utrzymywał 

Michaela przy życiu. Więc może nie wszystko było tu do końca normalne.

- Telefon - poprosił Michael. Eve podała mu komórkę, marszcząc brwi.

- Do kogo zamierzasz zadzwonić? - spytała. - Do łowców duchów? Przecież nie mamy się 

do kogo zwrócić...

Michael uśmiechnął się i zaczął wybierać numer, a potem nacisnął klawisz „połącz”.

- Halo? Dziewięćset jedenaście? Mówi Michael Glass z Lot Street 716. W moim domu są 

włamywacze. Nie, nie wiem, kim są, ale jest ich przynajmniej trzech.

Eve   ze   zdziwienia   otworzyła   usta,   a  Claire   zamrugała.   Telefon   na   policję   wydawał   się 

czymś tak... normalnym. A jednocześnie tak niewłaściwym.

- Proszę jeszcze powiedzieć funkcjonariuszom, że ten dom i jego mieszkańcy znajdują się 

pod Ochroną Założycielki - dodał. - Na pewno możecie to jakoś sprawdzić.

Rozłączył się i oddał telefon Eve z bardzo zadowoloną miną.

- A Shane? - spytała Claire. - Co z nim? Zadowolenie z siebie Michaela nieco zmalało.

- Shane dokonuje własnych wyborów - stwierdził po chwili. - Na pewno chciałby, żebym 

przede wszystkim zadbał o wasze bezpieczeństwo. A ja to zdołam zrobić, tylko jeśli uda się pozbyć 

tych facetów z mojego domu. Nie dam rady strzec was dwadzieścia cztery godziny na dobę - w 

ciągu   dnia   jesteście   bezbronne.   A   ja   nie   zniosę   snuć   się   w   powietrzu   i   patrzeć,   jak...   -   Nie 

dokończył, ale i Claire, i Eve wiedziały, o czym myślał. Pokiwały głowami. - Kiedy już ci faceci 

znajdą się poza domem, nie pozwolę im wrócić, chyba że Shane ich wpuści. Albo jedna z was, 

chociaż to raczej mało prawdopodobne.

Kolejne skinięcia głowami, tym razem energiczniejsze. Michael pocałował Eve w czoło z 

wyraźnie widoczną czułością, a Claire zmierzwił włosy.

- No to, tak będzie najlepiej - powiedział. - A w każdym razie, da im do myślenia.

- Przepraszam - odezwała się Eve cicho. - Ja nie pomyślałam. .. Tak się przyzwyczaiłam 

uważać, że policja to wrogowie, a poza tym przecież dopiero co próbowali nas pozabijać, prawda?

- Sytuacja się zmienia. Musimy się do niej dostosowywać.

Michael   był   taki...   odpowiedzialny.   Na   tym   polega   dojrzałość,   pomyślała,   ale   samo 

określenie niewiele dla niej znaczyło. Nie miała pojęcia, w jaki sposób ten stan osiągnąć. No ale z 

drugiej strony przypuszczała, że nikt tak naprawdę nie wie jak i że człowiek musi nauczyć się na 

własnych błędach.

Czekali.

Po mniej więcej pięciu minutach usłyszeli wycie syren - ledwo słyszalne, bo pokój był 

dźwiękoszczelny. Policja była blisko. Może nawet już pod domem. Claire nacisnęła przycisk ukryty 

background image

w głowie lwa na oparciu sofy, a wtedy wycie syren stało się o wiele donośniejsze, bo otworzyły się 

ukryte drzwi. Zeszła na dół i wyjrzała na korytarz. Nie było nikogo, ale z dołu dobiegły ją gniewne 

krzyki, a potem trzaśniecie drzwi. Silniki motocykli zaryczały.

- Wynoszą   się!   -   krzyknęła   Claire   i   wypadła   na   korytarz,   a   potem   zbiegła   pędem   po 

schodach. Shane opierał się o ścianę, a ojciec trzymał go za gardło. Syreny przestały wyć.

- Zdrajca - syknął tata Shane'a. W ręku miał nóż. - Jesteś zdrajcą. Dla mnie umarłeś. Claire 

zebrała się na odwagę:

- Proszę pana, jeśli nie chce pan podyskutować z wampirami, powinien się pan wynieść. 

Ojciec Shane'a spojrzał w jej stronę; twarz wykrzywiła mu złość.

- Ty mała suko - wycedził. - Nastawiłaś syna przeciwko mnie.

- Nie... - Shane złapał ojca za rękę i próbował mu się wyrwać. - Zostaw...

Claire   się  cofnęła.  Przez  chwilę   Shane  i  jego tata   mierzyli  się  wzrokiem,  a  potem  tata 

Shane'a wybiegł kuchennymi  drzwiami. Shane osunął się na kolana, z trudem łapiąc oddech, a 

Claire podbiegła do niego...

...I w tej samej chwili drzwi otworzyły się raptownie i do środka wdarła się policja.

background image

ROZDZIAŁ 3

Shane nie rozmawiał z gliniarzami. Oczy miał spuszczone i nie chciał odpowiadać na żadne 

pytania   ludzkich   członków   patrolu   policyjnego.   Claire   nie   wiedziała,   co   ma   mówić   -   ani,   co 

ważniejsze, czego nie mówić - i bąkała zdenerwowana: „Nie wiem” i „Byłam w swoim pokoju”. 

Eve   -  zadziwiająco   spokojna   -  wtrąciła,   że   usłyszała   hałas   na   dole,   więc   wciągnęła   Claire   do 

swojego pokoju i zamknęły się na klucz. Zabrzmiało to sensownie. A Claire wsparła jej wypowiedź 

energicznym kiwaniem głową.

- Rzeczywiście tak było? - odezwał się jakiś głos za plecami policjantów, którzy rozstąpili 

się,   żeby   przepuścić   dwoje   nieznajomych.   Wyglądali   jak   detektywi,   mieli   na   sobie   sportowe 

marynarki   i   spodnie.   Kobieta   była   blada   jak   ściana,   z   oczyma   niczym   lustra.   Mężczyzna   był 

wysoki, miał siwe, krótko ostrzyżone włosy.

Przy paskach mieli złote odznaki. A więc detektywi.  Detektywi  wampiry.  Eve zamarła, 

zaplatając dłonie na kolanach. Przybrała minę niewiniątka.

- Tak, proszę pani - potwierdziła. - Tak właśnie było.

- I  nie  masz   pojęcia,   kim  mogli  być  ci  tajemniczy  włamywacze   - dodał  wampir.   Był... 

przerażający. Zimny, okrutny. - Nigdy ich wcześniej nie widziałaś?

- Proszę pana, my ich w ogóle nie widziałyśmy.

- Bo siedziałyście zamknięte... w twoim pokoju.

Uśmiechnął się i ostrzegawczo błysnął kłami. - Wyczuwam strach. Wydzielacie go tak samo 

jak zapach potu. Urocze.

Claire zdusiła jęk. Gliniarze ludzie cofnęli się o krok, jeden czy drugi zrobił niepewną minę, 

ale nie mieli  zamiaru  kiwnąć palcem,  gdyby coś się miało zdarzyć.  Ale przecież... nic się nie 

zdarzy, prawda? Istniały różne zasady i tak dalej. I przecież to oni padli ofiarą napadu!

Claire przypuszczała, że wampiry niespecjalnie się przejmowały, kto tu jest ofiarą.

- Dajcie im spokój - odezwał się Shane.

- To coś mówi! - Kobieta się roześmiała. Obrzuciła Shane'a drwiącym spojrzeniem. - Błędny 

rycerz  staje w obronie niewinnych  dziewic. Jakie to słodkie. - Mówiła z akcentem ze Starego 

Kontynentu, Claire doszła do wniosku, że z niemieckim. - Nie ufasz nam, dzielny rycerzu? Czyż 

nie jesteśmy twoimi przyjaciółmi?

- To zależy - powiedział Shane i spojrzał jej prosto w oczy. - Wykonujesz polecenia Olivera 

czy Założycielki? Bo jeśli nas tkniesz - kogokolwiek z nas - to odpowiesz przed nią.

Wiesz, o czym mówię?

Z twarzy wampirzycy zniknęło rozbawienie. Jej partner wydał z siebie jakiś dźwięk - coś 

pomiędzy szczekliwym śmiechem a warkotem.

background image

- Uważaj, Gretchen, ono gryzie. Jak zadziorne szczenię. Chłopcze, ty nie masz pojęcia, co 

mówisz.   Znak   Założyciela   jest   na   tym   domu,   owszem,   aleja   nie   widzę   na   waszych   rękach 

bransoletek. Nie bądź głupi i nie rość sobie bezczelnie praw, których nie posiadasz.

- A ugryź mnie w tyłek, Drakulo - odparował Shane. Gretchen się roześmiała.

- Mały wilczek. Och, Hans, on mi się podoba. Mogę go sobie wziąć, skoro to bezpańskie 

szczenię?

Jeden z umundurowanych policjantów odchrząknął.

- Proszę pani? Przykro mi, ale nie mogę na to pozwolić. Jeśli chce pani wziąć na siebie 

papierkową robotę, zobaczę, co da się zrobić, ale...

Gretchen westchnęła z rozdrażnieniem i wstała.

- Te papiery. Ha! W dawnych czasach poszczulibyśmy go jak jelenia za arogancję.

- W dawnych czasach, Gretchen, głodowaliśmy - przypomniał jej Hans. - Zapomniałaś? Te 

zimy w Bawarii? Niech sobie powarkuje. - Wzruszył ramionami i obdarzył Eve i Claire uśmiechem 

nieco   mniej   przerażającym   niż   poprzedni.   -   Wybaczcie,   Gretchen   czasem   daje   się   ponieść 

emocjom. A teraz, jesteście pewni, że nie znacie żadnego z włamywaczy? Morganville to nie takie 

duże miasto. Jesteśmy wszyscy dość zżyci, zwłaszcza ludzka społeczność.

- Obcy   -   powiedziała   Eve.   -   Moim   zdaniem   to   mogli   być   obcy.   Może   po   prostu... 

przejeżdżali przez miasto.

- Przejeżdżali   -   powtórzył   Hans.   -   Nie   miewamy   tu   zbyt   wielu   przypadkowych 

przyjezdnych. Nawet z gangów motocyklowych. - Przyjrzał im się każdemu po kolei, a kiedy jego 

oczy spoczęły na Claire, poczuła się tak, jakby prześwietlał ją rentgenem. Ale przecież nie mógł 

widzieć jej myśli, prawda?

Hans wreszcie utkwił stanowcze i mroczne spojrzenie w Shanie. - Twoje dane.

- Shane - powiedział. - Shane Collins.

- Kilka lat temu wyjechałeś z Morganville razem z ojcem, prawda? Co cię tu sprowadziło z 

powrotem?

- Mój   przyjaciel   Michael   potrzebował   współlokatora.   -   W   oczach   Shane'a   pojawił   się 

niepokój i do Claire dotarło, że właśnie popełnił błąd. Spory błąd.

- Michael Glass. Ach, tak, tajemniczy Michael. Nigdy go nie ma, kiedy ktoś przychodzi w 

ciągu dnia, ale zawsze jest obecny nocą. Powiedz mi, czy Michael to wampir?

- A sam nie wiesz? - odparował Shane. - O ile mi wiadomo, nikogo nie przemieniono od 

jakichś pięćdziesięciu lat czy coś.

- To   prawda.   -   Hans   skinął   głową.   -   A   jednak   to   ciekawe,   nie   sądzisz?   Że   twojego 

przyjaciela tak trudno spotkać?

A   więc   wiedzieli.   A   przynajmniej   wiedzieli   coś.   Claire   pomyślała,   że   Oliver   nie   miał 

background image

powodów,   żeby   dochowywać   czyichś   sekretów,   a   już   zwłaszcza   sekretów   Michaela.   Pewnie 

wszystkim swoim podwładnym wygadał, że Michael to duch, który utkwił między dwoma światami 

- nie do końca wampir, nie do końca człowiek, takie nie wiadomo co.

- Jest noc - stwierdziła  Gretchen. - No więc gdzie on jest?  Ten  twój przyjaciel?  Shane 

przełknął ślinę i trudno było nie dostrzec ogarniającej go paniki.

- Jest tu gdzieś.

- Ale gdzie, tak konkretnie?

Claire i Eve wymieniły przerażone spojrzenia. Shane nadal był przekonany, że Michael nie 

żyje i jest pochowany w ogrodzie.. . A Michael przecież dość stanowczo upierał się, że Shane nie 

powinien nic wiedzieć...

- Nie wiem - powiedział Shane. Czubki uszu zaczynały mu się czerwienić. Detektyw Hans 

się uśmiechnął.

- No to nie wiesz za wiele, synu. A przecież nie wyglądasz na głupka, więc jak to możliwe? 

Schowałeś się w pokoju z dziewczynami? - Ostatnie słowo podkreślił, a jego partnerka wampirzyca 

się roześmiała.

Shane wstał. W jego oczach było coś szalonego i Claire poczuła, że serce jej zamiera, bo to 

wróżyło  źle, bardzo źle. Shane za moment  mógł  zrobić coś  straszliwie niemądrego  i w żaden 

sposób nie dałoby się go powstrzymać...

- Szukacie mnie? Wszyscy odwrócili głowy.

Michael   stał   u   szczytu   schodów.   Miał   na   sobie   czarny   T   -   shirt   i   granatowe   dżinsy. 

Wyglądał, jakby przed chwilą wstał z łóżka. Rył jak zwykle boso.

Shane usiadł jak automat. Michael nie spieszył się ze schodzeniem na dół, zadbał o to, żeby 

wszyscy skupili wzrok na nim, a nie na Shanie, żeby dać przyjacielowi czas na uporanie się z tym, 

co   czuł.   Ulgę,   oczywiście,   od   której   łzy   mu   napłynęły   do   oczu.   No   a   potem,   co   było   do 

przewidzenia, wściekł się, bo, no cóż, przecież był facetem, był sobą, i właśnie w taki sposób radził 

sobie ze strachem.

- Hej - odezwał się do niego Michael. Shane przesunął się na kanapie, żeby zrobić mu 

miejsce. - Co się dzieje?

Shane  popatrzył  na Michaela,  jakby ten zwariował,  a nie  tylko  był  przez  połowę doby 

martwy. - Gliny, człowieku.

- Stary, tyle to sam widzę. Ale co się stało?

- Chcesz mi powiedzieć, że to wszystko przespałeś? Facet, ty idź do lekarza albo coś. Chyba 

nie jesteś całkiem zdrowy.

- Musiałem  odespać. No wiesz, Lisa. - Michael  wyszczerzył  zęby.  Claire  pomyślała,  że 

nieźle im idzie - dobrze udają normalność, nawet jeśli w ich sytuacji niczego normalnego nie było. - 

background image

No i co się stało?

- Nie   wiedziałeś,   że   w   twoim   domu   są   włamywacze?   -   spytała   Gretchen,   która 

przysłuchiwała się podejrzliwie tej wymianie zdań. Była rozczarowana, bo nadzieja na krwawą 

jatkę zniknęła.

- Twoi przyjaciele twierdzą, że zachowywali się dość hałaśliwie.

- On by przespał III wojnę światową - parsknął Shane. - Moim zdaniem to jakaś choroba.

- Zdaje się, że mówiłeś, że nie wiesz, gdzie jest Michael - zauważył Hans. - Nie było go w 

swoim pokoju?

Shane wzruszył ramionami.

- Czyż jestem stróżem brata mego?

- Ach - powiedziała Gretchen. - I tu się mylisz, dzielny rycerzu. Wszyscy w Morganville 

jesteście nawzajem swoimi stróżami i wszyscy możecie odpowiadać za przewinienia innych. Co 

powinieneś wiedzieć.

Hans miał teraz minę znudzoną.

- Sierżancie - odezwał się, a najstarszy stopniem z umundurowanych policjantów wystąpił z 

szeregu. - Zostawiam to w pana rękach. Jeśli znajdziecie coś niezwykłego, proszę dać nam znać.

I jakby nigdy nic wampiry sobie poszły. Poruszały się szybko i cicho. Claire pomyślała, że 

raczej nie mają ochoty bratać się z ludźmi, i spróbowała opanować drżenie. Usiadła na kanapie 

obok Shane'a, prawie mu włażąc na kolana. Eve wcisnęła się między chłopaków.

- Dobra. - Sierżant nie wydawał się uszczęśliwiony. Pewnie nie przychodziło mu łatwo, 

uznała Claire, akceptować szefostwo wampirów. Zdawało się, że one nie są w stanie długo skupić 

uwagi na niczym. - Glass, zgadza się? Zawód?

- Muzyk, proszę pana - odpowiedział Michael.

- Grasz na mieście, tak?

- Teraz ćwiczę przed następnymi występami.

Gliniarz  pokiwał  głową i  przerzucił  parę  stron w czarnym,  oprawnym  w skórę notesie. 

Przesunął palcem wzdłuż jakiejś listy, zmarszczył brwi i powiedział:

- Glass, zalegasz  z krwiodawstwem.  Mniej  więcej miesiąc.  Michael  rzucił błyskawiczne 

spojrzenie w stronę Shane'a.

- Przepraszam bardzo. Zgłoszę się jutro.

- Zrób tak, inaczej wiesz, co się stanie. - Gliniarz dalej sprawdzał swój rejestr. - Ty, Collins, 

wciąż jesteś bezrobotny? - Przyjrzał mu się. Shane wzruszył ramionami z miną durnia. - Staraj się 

bardziej.

- Common   Grounds   -   powiedziała   Eve,   zanim   gliniarz   zdążył   zadać   jej   pytanie.   -   Eve 

Rosser, proszę pana. - Była bardzo zdenerwowana, co sprawiało zabawne wrażenie, bo zwykle 

background image

bywała   wyluzowaną   i   opanowana.   Trzymała   za   ręce   i   Michaela,   i   Shane'a.   -   Chociaż,   hm, 

zastanawiam się nad zmianą posady.

Gliniarz miał teraz minę znudzoną.

- A ty, mała? Nazwisko?

- Claire   -   odparła   słabym   głosem.   -   Hm...   Danvers.   Jestem   studentką.   Popatrzył   na   nią 

jeszcze raz.

- Nie powinnaś mieszkać w kampusie?

- Mam zezwolenie, żeby mieszkać poza kampusem. - Nie powiedziała, od kogo, bo udzieliła 

je sobie sama.

Wzruszył ramionami.

- Skoro mieszkasz poza kampusem, stosuj się do zasad obowiązujących w mieście. Twoi 

obecni  tu  przyjaciele   wyjaśnią   ci,  na  czym   te  zasady  polegają.  Uważaj   w  kampusie  na  to,  co 

mówisz, mamy dość problemów bez panikujących studentów. A umiemy namierzyć tych, co za 

wiele paplają.

Pokiwała głową.

Gliniarze jeszcze porozglądali się po domu, zrobili kilka zdjęć i parę minut później wyszli, 

nie odzywając się już do nich ani słowem.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odezwał. Wreszcie Shane obrócił się do Michaela i rzucił 

wściekły:

- Ty cholerny draniu.

- Chcesz pogadać o tym na zewnątrz? - spytał Michael. On mówił spokojnie, tonem niemal 

obojętnym. Ale jego oczy wcale nie były spokojne.

- A co, teraz możesz już wychodzić z domu?

- Nie. Myślałem o innym pokoju, Shane.

- Hej... - odezwała się Eve. - Nie...

- Zamknij się, Eve! - rzucił Shane.

Michael zerwał się z kanapy, jakby ktoś go z niej zepchnął; wyciągnął rękę, chwycił Shane'a 

za T - shirt i siłą postawił go na nogi.

- Uspokój się - uciszył go i raz, ale mocno, nim potrząsnął. - Twój ojciec to bydlak. Ale to 

nie choroba. Nie musisz się nią zarazić.

Shane   zamknął   go   w   niedźwiedzim   uścisku.   Stali   tak   przez   chwilę,   wreszcie   Michael 

poklepał   Shane'a   po   plecach.   No   i,  oczywiście,   Shane   też   go  poklepał,   a   potem   się   od   siebie 

odsunęli. Jak to faceci. Claire przewróciła oczami.

- Myślałem, że nie żyjesz - powiedział Shane. Oczy miał podejrzanie wilgotne. - Człowieku, 

ja widziałem, jak umierasz.

background image

- Ciągle umieram. To naprawdę mi nie szkodzi. - Michael obdarzył go lekkim uśmiechem, 

raczej ponurym niż radosnym. - Uznałem, że lepiej pozwolić twojemu tacie wierzyć, że się mnie 

pozbył.   Liczyłem,  że  wtedy trochę   wam  odpuści.  -  Przesunął   wzrokiem  po sińcach   Shane'a.  - 

Przeliczyłem się. Przykro mi, stary. Niewiele mogłem zrobić, dopóki znów nie zapadła noc.

- Czy pamiętasz... No wiesz, to, co ci zrobili?

- Tak - przyznał. - Pamiętam.

- O cholera. - Shane padł na kanapę i ukrył twarz w dłoniach. - Michael, przepraszam cię. 

Strasznie cię przepraszam.

- Nie twoja wina.

- Zadzwoniłem do niego.

- Zadzwoniłeś, bo sytuacja przypominała obronę Alamo. Nie wiedziałeś...

- Znam   tatę   -   przerwał   mu   Shane   ponuro.   -   Michael,   chcę   żebyś   wiedział...   Ja   nie 

przyjechałem   tutaj,   żeby   odwalać   dla   niego   brudną   robotę.   Znaczy...   Zmieniłem   zdanie   po 

pierwszym tygodniu czy dwóch.

Michael nie odpowiedział. Może nie sposób było na to odpowiedzieć, pomyślała Claire. 

Przysunęła się do Shane'a i pogłaskała go po włosach.

- Już dobrze. Już wszystko dobrze.

- Nie, wcale nie dobrze. Mamy cholerne kłopoty. Prawda, Michael?

- Owszem - westchnął Michael. - Mamy kłopoty.

- Gliniarze ich znajdą - powiedziała Eve do Claire przyciszonym głosem, kiedy gotowały 

makaron. Makaron, najwyraźniej, był nową potrawą, którą Eve chciała wypróbować. Zmarszczyła 

brwi, wpatrując się w paczkę spaghetti, a potem zerknęła na garnek z wodą, która jeszcze nie 

zdążyła się zagotować. - Znaczy, tatę Shane'a i jego wesołą kompanię.

- Tak - zgodziła się Claire; nie dlatego, że też tak uważała, ale, no cóż, tak chyba trzeba było 

zareagować. - Chcesz, żebym podgrzała sos?

- A trzeba? Znaczy jest ze słoika, prawda? Nie wykłada się bo od razu na makaron?

- No cóż, można, ale będzie lepiej smakował, jeśli się go trochę podgrzeje.

- Och - westchnęła Eve. - To skomplikowane. Nic dziwnego, że wcale nie gotuję.

- Robisz śniadania!

- Umiem zrobić bekon i jajka. I czasem jeszcze kanapki. Nie cierpię gotowania. Gotowanie 

przypomina mi o mojej matce. - Eve wyjęła drugi garnek z szafki i postawiła go kuchennej płycie. - 

Proszę.

Claire walczyła z zakrętką słoika z sosem do spaghetti, który wreszcie otworzył się z cichym 

pyknięciem.

- Myślisz, że dalej będą się na siebie wściekać? - spytała.

background image

- Michael i Shane?

- Uhm. - Sos przelał się z pluskiem do garnka, gęsty i... mało apetyczny. Claire zastanowiła 

się, czy nie wziąć drugiego słoika, a potem uznała, że skoro gotuj ą dla dwóch chłopaków, to im 

więcej,   tym   lepiej.   Otworzyła   go   i   też   dodała   do   garnka,   a   potem   włączyła   palnik   i   zaczęła 

podgrzewać sos na małym ogniu.

- Kto wie? - Eve wzruszyła ramionami. - Chłopcy to idioci. Pomyślałabyś, że taki Shane 

powie: „Człowieku, cieszę się, że żyjesz”. Ale nie. U nich to albo poczucie winy, albo amatorski 

teatrzyk dramatyczny. - Westchnęła z irytacją. - Faceci.

Zostałabym lesbijką, gdyby nie byli tacy seksowni.

Claire próbowała się nie roześmiać, ale nie wytrzymała, a po chwili Eve też zachichotała. 

Woda zaczęła się gotować. Wrzuciły makaron do garnka.

- Hm... Eve... Mogę o coś zapytać?

- A o co? - Eve nadal marszczyła brwi, wpatrując się w makaron, jakby podejrzewała go o 

skłonność do robienia niespodzianek, na przykład wymknięcie się z garnka.

- O ciebie i Michaela.

- Och. - Policzki Eve się zaróżowiły. Z tym rumieńcem i ubrana w kolory spoza swojej 

gotyckiej palety czerwieni i czerni wyglądała bardzo młodo i bardzo słodko. - No cóż, ja nie wiem, 

czy to jest... Boże, on jest po prostu taki...

- Seksowny? - spytała Claire.

- Seksowny - przyznała Eve. - Seksowny jak diabli. Jak całe piekło razem wzięte. A poza 

tym... Przerwała, a rumieniec na jej policzkach jeszcze się pogłębił. Claire wymieszała makaron.

- Poza tym?

- Poza tym chciałam go poderwać, zanim jeszcze to wszystko zaczęło się dziać. To dlatego 

miałam na sobie pas do pończoch i tak dalej. Planowałam z wyprzedzeniem.

- O kurczę.

- No, aż mi wstyd. Podglądał?

- Kiedy się przebierałaś? - spytała Claire. - Nie wydaje mi się. Ale chyba chciał.

- No to wszystko w porządku. - Eve zerknęła na makaron, na którego powierzchni zaczynała 

się gromadzić obfita piana. - Czy to powinno tak wyglądać?

Claire w domu rodziców jeszcze nigdy nie widziała, żeby makaron tak się zachowywał. No 

ale z drugiej strony rzadko jadali spaghetti.

- Nie wiem.

- O cholera! - Biała piana rosła jak w kiczowatym filmie science fiction. Piana, która zżarła 

Dom Glassów... Uniosła się jak grzyb ponad powierzchnię garnka i spłynęła po jego ściankach, a 

dziewczyny wrzasnęły, kiedy z sykiem zaczęła zalewać palnik. Claire złapała garnek i przestawiła 

background image

go. Eve zmniejszyła gaz. - Jasne, czyli makaron się pieni, warto zapamiętać. Za duży płomień. O 

wiele za duży.

- Z Michaelem? - spytała Claire i obie wybuchnęły śmiechem.

Michael wszedł do kuchni, podszedł do lodówki i wyjął  dwa ostatnie  piwa ze swojego 

urodzinowego sześciopaka.

- Moje panie, czy coś mnie ominęło?

- Makaron   nam   się   wygotował   -   wykrztusiła   Claire,   próbuje   nie   chichotać.   Michael   z 

zaciekawieniem przyglądał im się przez chwilę, a potem wzruszył ramionami i wyszedł z kuchni.

- Myślisz, że powie Shane'owi, że jesteśmy szalone?

- Prawdopodobnie. - Eve zdołała się jakoś opanować i wstawiła makaron z powrotem na 

gaz. - Czy to szok? Jesteśmy w tej chwili w szoku?

- Sama   nie   wiem.   Musieliśmy   się   zabarykadować   w   domu,   zaatakowano   nas,   omal   nie 

spalono. Michaela na naszych oczach zamordowano, a potem znów się pojawił. I przesłuchały nas 

wielkie, wredne wampiry z policji. Owszem, to może być szok.

Eve zakrztusiła się kolejnym ni to parsknięciem, ni to chichotem.

- Może dlatego naszło mnie na gotowanie.

W   milczeniu   obserwowały   gotujący   się   makaron.   Kuchnia   zaczynała   się   wypełniać 

zapachem przypraw i pomidorowego sosu. Ten zapach był taki kojący. Claire zamieszała sos do 

spaghetti, który teraz, po zagotowaniu, zaczął wyglądać bardzo apetycznie.

Kuchenne drzwi znów otworzyły się z trzaskiem. Tym razem stanął w nich Shane, z piwem 

w ręku.

- Co się pali?

- Twój mózg. No i jak, moje dziewczynki, daliście sobie buzi i pogodziliście się? - spytała 

Eve, mieszając makaron.

Spojrzał na nią gniewnie, a potem zwrócił się do Claire.

- Co ona tu robi, do diabła?

- Spaghetti. - Chociaż ściśle rzecz biorąc, to Claire gotowała, ale zdecydowała się o tym nie 

wspominać. - Hm, co do twojego taty... Myślisz, że oni go złapią?

- Nie. - Shane odsunął Eve od kuchenki i zajrzał do garnka. - W Morganville jest sporo 

miejsc, gdzie można się ukryć. To głównie dla użytku wampirów, ale on też umie z nich skorzystać. 

Gdzieś się schowa. Wysyłałem mu różne mapy. Będzie wiedział, dokąd ma pójść.

- Może po prostu wyjedzie? - powiedziała Eve z nadzieją. Shane wyłowił nitkę makaronu i 

docisnął ją łyżką do ścianki garnka. Dała się przeciąć bez trudu.

- Nie. Na pewno nie wyjedzie. Nie ma dokąd pojechać.

Zawsze mówił, że jeśli wróci do Morganville, zostanie tu, aż skończy, co postanowił.

background image

- Chcesz powiedzieć, aż oni z nim skończą. - Eve zaplotła ramiona na piersi, nie tak, jakby 

się   rozzłościła,   ale   jakby   zrobiło   jej   się   chłodno.   -   Shane,   jeśli   on   zaatakuje   chociaż   jednego 

wampira, wszyscy będziemy mieli przechlapane. Wiesz o tym, prawda?

Uniósł   butelkę   i   napił   się   piwa,   unikając   odpowiedzi.   Wyłączył   gaz   pod   makaronem, 

przeniósł   garnek   nad   zlew   i   odcedził   spaghetti   za   pomocą   pokrywki.   Zupełnie   jak   prawdziwy 

kucharz.

A Claire musiała przyznać, że to było szalenie seksowne, kiedy poruszał się po kuchni z 

taką pewnością siebie. Sama lubiła gotować, ale on to robił z wprawą. Dzisiaj o wiele większą 

uwagę zwracała na to, co robił Shane - na to, jak się ruszał, jak dopasowane były jego ciuchy - czy 

raczej jak bardzo te dżinsy Shane'a były luźne i aż się same prosiły, żeby mu je zsunąć. Aż się od 

tego zarumieniła.

Wyjęła talerze z szafki. Każdy był inny, a dwa miały obtłuczony brzeg. Ustawiła je na 

blacie, a Shane wyłożył na nie makaron. Eve złapała sos i stanęła obok Shane'a, polewając makaron 

sosem.

Claire wzięła dwa talerze i zaniosła je do salonu, gdzie Michael stroił gitarę, jakby nigdy 

nic; jakby nie został zadźgany nożem, wywleczony z domu i - o Boże, tej myśli wcale kończyć nie 

chciała. Podała mu talerz. Odłożył gitarę ostrożnie do futerału - jakoś w tym całym zamieszaniu 

dwóch ostatnich dni nic jej się nie stało - i kiedy Eve i Shane weszli do salonu z jedzeniem, już 

pałaszował swoją porcję. Eve pod ręką niosła dwie schłodzone butelki wody. Rzuciła jedną Claire i 

usiadła po turecku na podłodze obok Michaela.

Shane usiadł na kanapie, a Claire do niego dołączyła. Przez kilka minut nikt nic nie mówił, a 

Claire nie miała pojęcia, że jest laka głodna, zupełnie nie, ale w tej samej chwili, w której poczuła 

na języku sos, który eksplodował smakami, zrozumiała, że umiera z głodu. Jadła, aż jej się uszy 

trzęsły. - Coś podobnego - zdziwił się Shane. - Eve, to jest zjadliwe. Claire chciała odruchowo 

sprostować, że to ona jest główną kucharką, ale była zbyt zajęta zapychaniem sobie ust spaghetti.

- To Claire gotowała, nie ja. Ja tylko, no wiesz, nadzorowałam. - Claire było miło.

- Widzisz? Wiedziałem, że tak jest.

Eve dała mu klapsa i głośno zaczęła wsysać w usta nitkę makaronu.

Claire pierwsza zmiotła wszystko z talerza - nawet przed Michaelem i Shane'em - a potem 

rozsiadła się z westchnieniem zadowolenia. Drzemka, pomyślała. Przydałaby mi się drzemka.

- Ludzie... - zaczął Michael. - Nadal mamy kłopoty. Wiecie o tym, prawda?

- Tak - przytaknęła Eve. - Ale teraz mamy najedzone kłopoty.

Zignorował ją, uśmiechnął się tylko leciutko i skupił wzrok na Shanie.

- Musisz   mi   wszystko   opowiedzieć.   Żadnej   ciemnoty,   facet.   Każdy  drobiazg   od   chwili, 

kiedy wyjechałeś z Morganville. Shane jakby stracił apetyt. Co nie było dobrym znakiem.

background image

Wampiry zaproponowały Collinsom pieniądze. Rekompensatę w gotówce. To była typowa 

dla   Morganville   forma   ubezpieczenia   na   życie,   tyle   że   nie   była   typową   polisą   -   po   prostu 

odszkodowanie za zamordowane dziecko.

A rodzina Collinsów - ojciec, matka i Shane - spakowali wszystko, co zostało po pożarze, w 

którym zginęła Alyssa, i wyjechali z miasta w środku nocy. Uciekli. I prawdopodobnie na tym by 

się skończyło, powiedział Shane, bo ludzie czasami z miasta wyjeżdżali i raczej nigdy nie bywało 

to problemem. Rodzice Michaela też przecież się stąd wynieśli. Ale... Coś się stało Molly Collins. - 

Najpierw była tylko zwyczajnie zamyślona, jakaś nieobecna duchem - opowiadał Shane. Wypił już 

piwo   i   teraz   obracał   pustą   butelkę   w   dłoniach.   -   Wpatrywała   się   w   różne   przedmioty,   jakby 

usiłowała   coś   sobie   przypomnieć.  Tata  niczego  nie  zauważył.  Sporo  pił.  Zatrzymaliśmy   się  w 

Odessie i tata znalazł pracę w przetwórni odpadów. Mało bywał w domu.

- Musiało się wam to spodobać - mruknęła Eve.

- Daj mi skończyć, dobrze?

- Przepraszam.

- Mama... ciągle mówiła o Alyssie. Musicie zrozumieć, że my nie... Ja nic nie pamiętałem 

poza tym, że ona umarła. Wspomnienia były zamazane, ale to mnie nie niepokoiło, rozumiecie?

Claire sądziła, że nikt nie rozumie, ale przypomniała sobie rozmowę z własnymi rodzicami. 

Zupełnie zapomnieli o pewnych rzeczach i tak jakby przestały ich obchodzić. Więc może jednak 

rozumiała.

- Ja też zacząłem pracować. Mama... Ona siedziała w motelu. Nie chciała nic robić, tylko 

jadła, spała i czasami brała kąpiel, jeśli wystarczająco długo na nią wrzeszczeliśmy. No wiecie, 

doszedłem do wniosku, że to depresja... Ale chodziło o coś więcej. Któregoś dnia ni stąd, ni zowąd 

złapała mnie za ramię i mówi: „Shane, czy ty pamiętasz swoją siostrę?” A ja na to: „No jasne, że 

pamiętani, mamo”. A ona potem mówi coś przedziwnego. Mówi: „A wampiry pamiętasz?” Nie 

pamiętałem,   ale   miałem   wrażenie,   że   powinienem   pamiętać.   Okropnie   rozbolała   mnie   głowa   i 

zrobiło mi się niedobrze. A mama... Ona dalej mówiła o tym, że dzieje się z nami coś złego, że ktoś 

manipuluje naszymi umysłami. Wspomnieniami o wampirach. O Alyssie i jej śmierci w pożarze.

Zamilkł, nadal ściskając w rękach butelkę po piwie, jakby to był jakiś talizman. Nikt się nie 

poruszył.

- No i sobie przypomniałem - wychrypiał.

Shane'a był taki bezbronny i narażony na ciosy. Oczy miał spuszczone i wpatrywał się w 

butelkę, z której zdzierał paskami nalepkę.

- To było tak, jakby nagle rozwiała się mgła. Śmierć Alyssy była koszmarem, ale kiedy ten 

koszmar wrócił... - Shane zadygotał. - Zupełnie jakbym jeszcze raz musiał patrzeć, jak umierała 

Lyssa.

background image

- O Boże - wyrwało się Eve.

- Mama...  - Pokręcił głową. - Nie mogłem  sobie z tym  poradzić. Zostawiłem  ją wtedy. 

Musiałem się stamtąd wyrwać, nie mogłem tak... Rozumiecie? No więc uciekłem. - Zaśmiał się 

nerwowo. - Uratowałem sobie życie.

- Shane... - Michael odchrząknął. - Myliłem się. Nie musisz...

- Zamknij się, stary. Po prostu się zamknij. - Shane pod niósł butelkę do ust, żeby wypić 

ostatnie krople piwa, a potem przełknął z trudem. Claire nie wiedziała, do czego Shane zmierza, ale 

sądząc z wyrazu twarzy, Michael wiedział i od tego aż ją coś ścisnęło w żołądku. - No więc tak. 

Wróciłem parę godzin później, a ona leżała w wannie, po prostu się w niej unosiła, a woda była cała 

czerwona... Na podłodze walały się żyletki...

- Och, kochany. - Eve poderwała się i stanęła nad nim wiedziona chęcią, żeby go jakoś 

przytulić, a potem cofnęła się raptownie, nie dotykając go, jakby odpychana otaczającym go polem 

siłowym żalu. - To nie była twoja wina. Powiedziałeś, że miała depresję.

- Nie rozumiesz? - Spiorunował ją wzrokiem, a potem po patrzył na Michaela. - Ona tego 

nie   zrobiła.   Ona   by  tego   nie   zrobiła.   To   przez   nich.   Wiecie,   jak   działają:   otaczają   człowieka, 

zabijają, zacierają ślady. Musieli się tam dostać zaraz po moim wyjściu. Ja nie wiem...

- Shane...

- .. ja nie wiem, jak im się udało wsadzić ją do wanny. Nie miała żadnych siniaków, ale te 

cięcia były...

- Shane! Chryste, człowieku! - Michael był przerażony i Shane urwał. Patrzyli na siebie 

przez długą chwilę, a potem Michael wyraźnie spięty usiadł w fotelu. - Cholera. Nie mam pojęcia, 

co powiedzieć.

Shane odwrócił wzrok.

- Nie musisz nic mówić. Jest, jak jest. Nie mogłem... Cholera. Dajcie mi po prostu skończyć. 

Jakby można go było powstrzymać. Claire zrobiło się chłodno. Czuła, że siedzący obok niej Shane 

drży, a jeśli jej robiło się chłodno, to co on musi czuć? Lodowate zimno. Otępienie. Wyciągnęła 

rękę, chcąc go dotknąć, i tak jak Eve urwała w pół gestu. Shane musiał się w końcu uporać z tą 

traumą.

- Tata w końcu wrócił do domu. Gliny stwierdziły, że to było samobójstwo, ale kiedy poszli, 

wszystko mu powiedziałem. Nie bardzo chciał słuchać. Zrobiło się... nieprzyjemnie. - Claire trudno 

było sobie wyobrazić, jak nieprzyjemnie musiało się zrobić, skoro Shane aż o tym wspomniał. - Ale 

zmusiłem go, żeby sobie przypomniał.

Eve usiadła na podłodze, podciągając kolana pod brodę. Popatrzyła na niego oczyma tak 

wielkimi jak bohaterka filmów anime.

- I co?

background image

- Upił się. Często się upijał. - W głosie Shane'a zabrzmiała gorycz i nagle wydało się, że ta 

butelka po piwie w dłoni nabrała dla niego zupełnie nowego znaczenia, przestała już tylko być 

czymś, czym można zająć niespokojne ręce. Odstawił ją na podłogę i wytarł ręce w dżinsy. - Zaczął 

zadawać się z ty mi ludźmi z gangu motocyklowego i tak dalej. Ja... sam trochę się pogubiłem. 

Niektórych rzeczy nie pamiętam. Parę tygodni potem odwiedzili nas tacy faceci w garniakach. Nie 

wampiry,   prawnicy.   Zaoferowali   nam   kasę,   całe   mnóstwo.   Z   ubezpieczenia.   Ale   my   obaj 

wiedzieliśmy, od kogo są te pieniądze i że w sumie chodziło im o to, żeby zorientować się, co 

wiemy i pamiętamy. Ja byłem za bardzo zaćpany, żeby się połapać w sytuacji, a tata był pijany, i to 

nam chyba uratowało życie. Uznali, że żadne z nas zagrożenie. - Potarł czoło grzbietem ręki i 

zaśmiał się gorzkim, urywanym śmiechem, który brzmiał jak szkło mielone w blenderze.

Shane ćpał. Claire zauważyła, że Michael też zwrócił na to uwagę. Zastanowiła się, czy coś 

na ten temat powie, ale może to nie był najlepszy moment na wtręty typu: „Stary, a teraz coś 

bierzesz?” czy coś w tym rodzaju.

Okazało się jednak, że nie musiał pytać. Shane i tak sam powiedział.

- Przestałem ćpać, a tata przestał pić i wtedy wszystko sobie zaplanowaliśmy. Ale chociaż 

przypomnieliśmy sobie bardzo dużo, nadal nie wiedzieliśmy, jak znaleźć wampiry ani jak wygląda 

plan miasta, ani nawet kogo tak konkretnie szukamy.  I to miało być moje zadanie. Wrócić tu, 

wybadać sytuację, dowiedzieć się, gdzie wampiry się chowają w ciągu dnia. Przekazać informacje 

ojcu. To nie miało trwać tak długo, a ja nie powinienem był... zaangażować się.

- Zaprzyjaźnić  się z nami  - uzupełniła  Eve cicho.  - Prawda?  On nie chciał, żebyś  miał 

przyjaciół.

- Przez przyjaciół w Morgamdlle można zginąć.

- Nie.   -   Eve   położyła   bladą   dłoń   na   jego   kolanie.   -   Shane,   kochany,   w   Morganville 

przyjaciele to jedyne, co może cię utrzymać przy życiu.

background image

ROZDZIAŁ 4

Claire   trudno   było   uwierzyć,   że   Shane   dał   upust   tylu   uczuciom   -   żalowi,   przerażeniu, 

goryczy  i gniewowi. Zawsze wydawał  się taki - normalny i zaszokował ją widok tak wielkiej 

emocjonalnej przemocy... I to, że aż tak wiele powiedział o tak osobistych sprawach. Shane nie był 

gadułą.

Pozbierała naczynia i sama je pozmywała, a gorąca woda i piana od płynu do naczyń na 

dłoniach jakoś ją uspokajały. Potem wyczyściła garnki i wytarła plamy po sosie pomidorowym, 

rozmyślając   o   tym,   jak   Shane   znalazł   swoją   mamę   martwą   w   wannie.   „Trochę   się   wtedy 

pogubiłem”, powiedział Shane. Szczyt  niedopowiedzenia.  Claire nie była  pewna, czy umiałaby 

jeszcze kiedykolwiek uśmiechnąć się, żartować, znów jakoś funkcjonować, gdyby coś takiego ją 

spotkało, a już zwłaszcza po stracie siostry i wygraniu losu na loterii,  w której rozdają ojców 

pijaków. Jak on to zrobił? Jakim cudem nie zwariował i nadal był taki... dzielny?

Płakać   jej   się   chciało,   ale   była   pewna,   że   Shane   poczułby   się   niezręcznie,   więc 

powstrzymała łzy i po prostu wyczyściła garnki. Shane na to nie zasłużył, myślała. Dlaczego nie 

zostawią go w spokoju?

Może dlatego, że pokazał, że umie się z tym uporać i że nieszczęścia go wzmacniają. Drzwi 

kuchni otworzyły się i aż podskoczyła, spodziewając się, że to Shane, ale to był Michael. Podszedł 

do zlewu, polał sobie dłonie chłodną wodą, a potem jeszcze spryskał twarz i przetarł kark.

- Kiepski wieczór - powiedziała Claire.

- Nie wyobrażam obie gorszego - zgodził się Michael.

- Myślisz,   że   Shane   ma   rację?   Jego   matka   nie   popełniła   samobójstwa,   tylko   została 

zamordowana?

- Myślę, że ma poczucie winy wielkie jak wieżowiec Trampa. I moim zdaniem dobrze mu 

robi gniew. - Michael wzruszył ramionami. - Nie wiem. Możliwe. Ale nie zdołamy dowiedzieć się, 

jak było naprawdę.

Claire   wydało   się   to...   chore.   Nic   dziwnego,   że   Shane   z   taką   niechęcią   o   tym   mówił. 

Próbowała sobie wyobrazić życie z takimi wspomnieniami, ale nie umiała. I cieszyła się, że nie 

umie.

- No   więc...   -   ciągnął   Michael.   -   Zostały   mniej   więcej   trzy   godziny   do   rana.   Musimy 

zaplanować, co zrobimy, a czego nie będziemy robić.

Claire pokiwała głową i odstawiła talerz na suszarkę.

- Przede   wszystkim   nikt   z   nas   nie   wychodzi   z   domu   -   zdecydował   Michael.   -   Jasne? 

Żadnych zajęć, żadnego chodzenia do pracy. Masz siedzieć w domu. Nie zdołam cię ochronić, jeśli 

stąd wyjdziesz.

background image

- Nie możemy się tak po prostu ukrywać!

- Przez jakiś czas możemy i będziemy. Posłuchaj, tata Shane'a nie może grasować w mieście 

bez końca. To tymczasowy problem. Ktoś go w końcu namierzy. - Nieporuszony temat tego, co 

stanie się z tatą Shane'a, kiedy zostanie namierzony, stanowił już zupełnie odrębną sprawę. - O ile 

nie zrobimy nic, co by nas bezpośrednio wiązało z czymś, co zrobi jego ojciec, nic nam nie grozi. 

Amelie ręczyła za to słowem.

- Bardzo jej ufasz jak na...

- Wampira, tak, wiem. - Michael wzruszył ramionami i oparł się o blat, spoglądając na nią. - 

Jaki inny mamy wybór?

- Chyba żadnego. - Claire przyjrzała mu się uważniej. Wydawał się zmęczony. - Michael? 

Tobie nic nie jest?

- Jasne, że nie. To Shane ma problemy. Nie ja.

Nie, Michaelowi nic nie dolegało. Zabity, rozczłonkowany, pochowany, odrodzony... Tak, 

dzień jak co dzień. Claire westchnęła.

- Faceci - prychnęła. - Michael, dzisiaj zostanę w domu, ale naprawdę muszę chodzić na 

zajęcia, wiesz. Serio. - Bo opuszczanie szkoły sprawiało, że czuła się jak człowiek uzależniony od 

kofeiny, a pozbawiony jej codziennej dawki.

- Wykształcenie   albo   życie,   Claire.   Ja   bym   wolał,   żebyś   była   żywa,   nawet   jeśli   nieco 

głupsza.

- No cóż, a ja nie. Dzisiaj zostanę w domu. Co do jutra, nic nie obiecuję. Uśmiechnął się i 

dał jej serdecznego buziaka w czoło.

- Grzeczna dziewczynka - powiedział i wyszedł. Znów westchnęła, tym razem radośnie i 

złapała się na tym, że uśmiecha się od ucha do ucha. Michael mógł być sobie ulubieńcem Eve, ale 

nadal dostarczał jej dreszczyku w rodzaju: „O Boże, jaki on jest przystojny”.

Claire   wróciła   do   salonu.   Telewizor   był   włączony,   nastawiony   na   jakiś   program   o 

detektywach, a Shane siedział na kanapie i gapił się w ekran. Nigdzie nie było widać Eve ani 

Michaela. Claire zawahała się, tęsknie pomyślała o łóżku i możliwości zapomnienia o wszystkim 

chociaż na trochę, ale Shane wydawał się taki... osamotniony.

Usiadła obok niego. Nie powiedziała ani słowa, a on też się nie odezwał, ale po chwili objął 

ją i zrobiło się całkiem fajnie.

Zasnęła przytulona do Shane'a.

To było miłe.

Claire   stwierdziła,   że   powinna   była   domyślić   się,   że   Shane   może   miewać   koszmary   - 

okropne koszmary - ale nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Kiedy nagle Shane drgnął i 

zsunął się z kanapy, opadła na poduszki. Telewizor nadal grał - migające barwne plamki - a Claire 

background image

próbowała oprzytomnieć. - Shane? Leżał na podłodze, skulony,  w pozycji embrionalnej. Claire 

łożyła mu dłoń na plecach. Był zlany potem, a mięśnie miał napięte jak postronki. I jęczał przez 

sen.

Nie wiedziała, co ma robić. Ostatnio często czuła się bezradna, ale tym razem było gorzej, 

bo Michaela i Eve nie było pobliżu, a zresztą nie była pewna, czy on by chciał, żeby go widzieli w 

takim stanie. Podejrzewała, że nie chciałby również, żeby ona widziała, jak cierpi. Shane był bardzo 

dumny.

- Nic mi nie jest - wysapał. - Nic mi nie jest. Wszystko w porządku. - Ale w jego głosie 

słychać było lęk i mówił tonem małego chłopca.

Claire   objęła   go   i   mocno   uściskała.   Delikatnie   pogłaskał   ją   po   włosach,   jakby   była 

niezwykle krucha.

- Cii - szepnęła, tak jak matka szeptała do niej, kiedy potrzebowała pocieszenia. - Jestem tu. 

Jesteś  bezpieczny.  Wszystko  będzie  dobrze - - Bo cokolwiek zobaczył  w swoim śnie,  było  to 

przeciwieństwo tego , co powiedziała.

Gdyby   oczekiwała,   że   Shane   odpowie,   rozczarowałaby   się.   Odsunął   się,   unikając   jej 

wzroku, i powiedział:

- Powinnaś iść do łóżka. - Ty pierwszy.

- Nie mogę spać. - Już raczej „nie chcę”; oczy miał zaczerwienione, a spojrzenie mętne ze 

zmęczenia. - Potrzebuję kawy lub coli.

Przyniosła   mu   colę,   a   Shane   wypił   ją   jak   chłopak   ze   studenckiego   bractwa   piwo   na 

imprezie, duszkiem, a potem beknął i przepraszająco wzruszył ramionami.

- Gdzie Michael? - Rozłożyła ręce. - A Eve? - Wykonała kolejny milczący gest oznaczający 

niewiedzę. - No cóż, ktoś się jednak przynajmniej porządnie wyśpi. Są razem?

- Ja... Nie wiem. - Nie zastanawiała się nad tym wcześniej. Nie zauważyła, jak wychodzili, 

nie wiedziała, czy poszli do swoich pokojów, czy też Eve wreszcie zdobyła się na odwagę, żeby 

złożyć Michaelowi konkretną propozycję. Bo on po prostu nigdy by nie zrobił pierwszego kroku. 

To zwyczajnie jakoś nie leżało w jego stylu.

- Chryste, mam nadzieję, że tak - powiedział Shane. - Zasługują na odrobinę frajdy, nawet w 

tym piekle. - Mówił żartem, ale jednak nie do końca. On faktycznie widział w Morganville piekło. 

A Claire musiała mu przyznać rację. To było istne piekło, a oni byli zagubionymi duszami, i zbliżał 

się już świt, a ona już od nie wiadomo kiedy ciągle się bała...

Obserwował j ą uważnie, w taki sposób, od którego robiło jej się ciepło i skóra mrowiła ją 

jak po zbyt długim opalaniu.

- A co z nami? - Usłyszała własne pytanie. - Nam się nie należy choć trochę frajdy? Przecież 

tego chyba nie powiedziałam. Ale jednak powiedziała.

background image

Uśmiechnął się, a ona zastanowiła się, czy te cienie znikną kiedyś z jego oczu.

- Mógłbym zadbać o trochę frajdy.

- Hm... - Oblizała wargi. - Zdefiniuj słowo „frajda”.

- Przestań to robić, przynęto za kratki. To mnie rozprasza.

Sam pomysł, że ktoś mógł o niej pomyśleć jak o przynęcie, za którą można trafić za kratki, 

niesamowicie jej się spodobał. A zwłaszcza że pomyślał tak Shane. Próbowała to przed nim ukryć i 

zachowywać się, jakby wcale w środku nie dygotała niczym galaretka owocowa.

- Ach, więc teraz mam nie iść spać? Myślałam, że mówiłeś, że mam iść do łóżka.

- Powinnaś. Bo jeśli zostaniesz, to zaraz zacznie się frajda. Tak cię tylko uprzedzam.

- Frajda w postaci gry wideo? Otworzył oczy szerzej.

- Chcesz w coś zagrać?

- A ty?

- Jesteś przedziwną dziewczyną.

- Daj spokój. Mieszkasz z Eve. - Jakoś kiepsko jej to szło.

W jaki sposób dziewczyny  uwodzą chłopaków?  Co się wtedy mówi?  Bo miała  dziwną 

pewność, że gadanie o grach wideo i współlokatorkach nie należało do sposobów zapewniania 

sobie tej frajdy. Była też jakoś niesamowicie świadoma własnego ciała. Jak miała się poruszać? 

Czuła się niezręczna, jakby składała się z samych kantów, a przecież chciałaby być jedną z tych 

pełnych wdzięku dziewczyn, sama delikatność i elegancja. Jak w filmach.

Eve by wiedziała. Miała pas do pończoch i stringi, a Claire nawet nie miała pojęcia, gdzie 

się kupuje taką bieliznę. A Eve włożyła jadła Michaela albo chociaż tylko jako taki mały, własny, 

podniecający   sekret,   na   te   chwile,   kiedy   będzie   gdzieś   przy   nim.   Tak,   Eve   wiedziałaby,   co 

powiedzieć.

Powiedzże   coś   seksownego,   napomniała   samą   siebie   i   w   ataku   paniki   otworzyła   usta   i 

wypaliła:

- Myślisz, że oni to teraz robią? - I tak się przeraziła, że obiema dłońmi zakryła sobie usta. 

Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo i tak gorąco nie chciała cofnąć wypowiedzianych przez siebie 

słów... I przez sekundę Shane patrzył na nią, jakby nie mógł zrozumieć, o co jej chodzi.

A potem wybuchł śmiechem.

- O rany, mam nadzieję. Przydałoby się im dobre... Hm... - Zamrugał, a ona zobaczyła, że 

przed oczami musiał mu przelecieć jej wiek. - Do diabła, nieważne.

Ze słowami jakoś sobie nie radziła. Więc nachyliła się i pocałowała go. Poczuła się dziwnie 

i niezręcznie, a Shane nie zareagował do razu - może był za bardzo zaskoczony. Może ona robiła 

coś nie tak albo postąpiła źle, wykonując pierwszy ruch...

Jego   wargi   rozchyliły   się,   wilgotne,   miękkie   i   ciepłe,   a   ona   natychmiast   o   wszystkim 

background image

zapomniała. Jej świat skurczył się do tego pocałunku.

Pocałunki, niewinne, a potem już nie tak niewinne, i, o rany, jakie one były przyjemne. Tym 

przyjemniejsze, im szerzej otwierała usta, a zwłaszcza kiedy poczuła dotknięcie jego języka.

Z Shane'em chętnie odbyłaby cały semestr  zajęć z całowania. Intensywne  indywidualne 

zajęcia praktyczne. Z ćwiczeniami w laboratorium.

Czas się zatrzymał, ale wreszcie Claire zdała sobie sprawę, że na dworze jest już jasno. 

Zesztywniała   od   siedzenia   na   podłodze.   Skrzywiła   się,   kiedy   jakiś   mięsień   jej   pleców 

zaprotestował, a Shane wyciągnął rękę, pomógł jej wstać i usiadł na kanapie.

Położył   się   na   kanapie   i   wyciągnął   rękę   do   Claire.   Popatrzyła   na   niego   oszołomiona   i 

półprzytomna.

- Tu nie ma miejsca.

- Jest go mnóstwo - odparł.

Poczuła, że jej dech zapiera, że to szaleństwo, kiedy kładła się obok niego, a potem zdusiła 

okrzyk, kiedy Shane uniósł ją i położył na sobie, a ona poczuła jego tors i, o Boże, całą resztę jego 

ciała też.

- Lepiej? - zapytał. To było pytanie serio i oczekiwał odpowiedzi serio. Claire poczuła, że 

rumieniec zaczyna palić jej policzki, ale nie odwracała wzroku.

- Idealnie - odparła.

Czuła się, jakby była naga, chociaż mieli na sobie ubrania. Tym razem pocałunki stały się 

namiętne   i  naglące.  Bliskość  Shane'a   oszałamiała   Claire.   Takie  rzeczy  powinny  być  zakazane, 

pomyślała. No cóż, w pewnym sensie były zakazane. Czy raczej stałyby się, gdyby któreś zaczęło 

ściągać z siebie ubranie.

Shane   nie   był   tak   odpowiedzialny   jak   Michael,   ale   zdecydowanie   nie   był   też   aż   tak 

impulsywny.   A   przynajmniej   nie   wobec   niej.   Jego   dłonie   błądziły   po   jej   ciele,   ale   omijały   te 

miejsca,   gdzie   je   bardzo   chciała   poczuć.   Shane   głaskał   ja   po   plecach,   tam   gdzie   tworzy   się 

niewielka dolinka. Albo z tyłu, u nasady karku. Albo po wewnętrznej stronie ramion. Albo...

Claire nie miała pojęcia, że to może być takie przyjemne. Shane musnął leciutko zarys jej 

piersi, a jej wyrwało się westchnienie.

Shane   natychmiast   usiadł   i   odsunął   się   od   Claire.   Twarz   miał   zarumienioną,   oczy 

rozjaśnione i już nie wyglądał na zmęczonego.

- Nie - powiedział i wyciągnął przed siebie rękę jak policjant z drogówki, kiedy chciała 

przysunąć się bliżej niego. - Czerwona flaga. Jeśli jeszcze raz tak westchniesz, będą kłopoty. A 

przynajmniej ja będę miał kłopoty.

- Ale... - Claire poczuła, że znów się rumieni i nie miała pojęcia, jak to będzie, kiedy to 

wreszcie ujmie w słowa. - Co z tobą? No wiesz... - Wykonała jakiś nieokreślony gest, który mógł 

background image

znaczyć wszystko. Albo nic. Albo wszystko.

- O mnie się nie martw. Potrzebowałem tego. - Nadal oddychał z trudem, ale wyglądał już 

lepiej.   Spojrzenie   miał   pewniejsze.   Bardziej   takie...   podobne   do   samego   siebie,   a   nie   tego   za 

gubionego i zranionego małego chłopca, przerażonego śniącymi mu się koszmarami. - No i co? 

Miałaś tę frajdę?

- Miałam - przyznała. Od tej przyjemności czuła się jak wstrząśnięta puszka z gazowanym 

napojem, która lada chwila eksploduje. - Hm, ja chyba powinnam...

- Tak, ja też. - Ale Shane nie ruszył  się z miejsca. Claire z trudem przełknęła i godząc 

rozwagę z odwagą, ruszyła wreszcie na górę do siebie. Zamknęła drzwi na klucz i rzuciła się na 

swój nowiuteńki materac - nawet jeszcze nie posłała sobie łóżka, zresztą trochę im brakowało 

pościeli po tym, jak większość zużyli do tłumienia pożaru - i zaczęła na nim podskakiwać.

Pokój pachniał jak mokry, okopcony dymem pies, ale jej to nie przeszkadzało. Nic a nic. 

Frajda. Och, tak.

Koło południa Claire usłyszała dzwonek do drzwi i zbiegła na dół. Shane spał na kanapie. 

Eve nie było na dole. Pędem podbiegła do drzwi, podpartych krzesłem, które pełniło rolę zamka, i 

się zawahała.

- Michael? Jesteś tu? - Poczuła chłodną bryzę. No, proszę! Ależ był dzisiaj silny. - Mogę 

otworzyć drzwi? Raz na tak, dwa razy na nie.

Najwyraźniej „tak”. Odsunęła krzesło spod drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Na ganku stało 

dwóch wysokich facetów; jeden był szczupły, żylasty i czarnowłosy, drugi bladawy (ale nie jak 

wampir) i krępy, a resztki włosów na łysiejącej głowie miał bardzo krótkie.

Obaj okazali odznaki. Policja.

- Ty jesteś Claire, prawda? - zapytał ten szczupły i wyciągnął do niej rękę. - Joe Hess. To 

mój partner, Travis Lowe. Jak się masz?

- Hm... - Niepewnie uścisnęła mu rękę. - Chyba dobrze. - Lowe też się z nią przywitał 

uściskiem dłoni. - Czy coś się... Znaczy znaleźliście...? - Bo z jednej strony miała nadzieję, że tata 

Shane'a już siedział w celi, a z drugiej bała się, co to będzie oznaczało dla Shane'a. Nerwowo 

kiwała się w przód i w tył na piętach, przenosząc spojrzenie z jednego policjanta na drugiego.

Joe Hess się uśmiechnął. W przeciwieństwie do większości uśmiechów, jakie widziała od 

swojego przyjazdu do Morganville, ten wydawał się... nieskomplikowany. Jakiś taki czysty. Może 

nie szczęśliwy, bo to już byłoby dziwaczne, ale uspokajający. - Nie, jeszcze ich nie znaleźliśmy, ale 

niczego nie musisz się obawiać. Możemy wejść do środka?

Usłyszała za sobą szuranie. Shane obudził się i stał teraz w holu, bosy i potargany, z fryzurą 

„prosto   z   łóżka”,   która   jeszcze   bardziej   się   zmierzwiła,   kiedy   ziewnął   i   przesunął   palcami   po 

włosach, część kosmyków stawiając na sztorc.

background image

Czy ona już zupełnie zwariowała, że wydało jej się to seksowne?

Claire wróciła do rzeczywistości i wskazała policjantów stojących na stopniach werandy. 

Shane szybko oprzytomniał.

- Panowie - powiedział, podchodząc do drzwi. - W czym mogę pomóc?

- Pytałem   tylko,   czy   możemy   wejść   porozmawiać   -   odezwał   się   Hess.   Przestał   się   już 

uśmiechać, ale nadal wyglądał przyjaźnie. - Nieformalnie porozmawiać.

Chłód na jedną chwilę owiał skórę Claire. Pojedyncza fala. Tak. A więc Michael nie miał 

nic przeciwko.

- Jasne. - Claire cofnęła się, otwierając drzwi szerzej. Gliniarze weszli za próg, najpierw 

Hess,   a   potem   Lowe,   a   Shane   rzucił   Claire   spojrzenie,   którego   nie   umiała   rozszyfrować. 

Wprowadziła policjantów do salonu.

Lowe przyjrzał się wnętrzu uważniej niż dwójce lokatorów domu; wydawało się, że zrobiło 

na nim spore wrażenie.

- Ładnie - mruknął, i to było jego pierwsze słowo. - Świetnie zrobiona stolarka. Naprawdę 

ekologicznie.

Trudno jej było  podziękować, bo przecież  to nie był  jej dom. Ale w imieniu  Michaela 

powiedziała:

- My też tak uważamy, proszę pana. - Usiadła na skraju kanapy. Shane nie usiadł, a Hess i 

Lowe zaczęli chodzić po pokoju, nie tyle go przeszukując, ile wszystko oglądając. Hess przyglądał 

się im obydwojgu, a wreszcie zdecydował się usiąść na fotelu, który wczoraj wieczorem zajmował 

Michael. Deja vu, pomyślała Claire. Wydało jej się, że Hess lekko zadrżał. Potem uniósł wzrok, 

jakby próbował zlokalizować źródło przeciągu, który na chwilę go musnął.

Michael lubił ten fotel.

- Wczoraj wieczorem mieliście kłopoty - powiedział Hess. - Wiem, że rozmawialiście z 

naszymi kolegami Gretchen i Hansem. Dziś rano czytałem raport.

Nic nie szkodziło się do tego przyznać. I Shane, i Claire pokiwali głowami.

- Można się trochę wystraszyć, co?

Claire znów skinęła. Shane nie. Obdarzył policjanta chłodnym, nieznacznym uśmiechem.

- Mieszkam w Morganville od urodzenia. Czego tu się bać? - zdziwił się. - A w każdym 

razie, jeśli chcecie z nami grać w dobrych gliniarzy i złych gliniarzy...

- Nic podobnego - zaprzeczył Hess. - Wierz mi, wiedziałbyś, że to robię, bo wtedy byłbym 

tym złym gliną. - W jego oczach było coś takiego, co kazało Claire, wbrew wszystkiemu, uwierzyć 

w te słowa. - Posłuchajcie, nie będę wam wciskać kitu. Gretchen i Hans mają własne priorytety. My 

też. Chcemy po prostu upewnić się, że nic wam nie grozi, jasne? To nasze zadanie. Służymy i 

bronimy, a Travis i ja wierzymy w to hasło.

background image

Lowe przerwał niespieszny obchód pokoju i pokiwał głową.

- Jesteśmy neutralni. Jest nas w tym mieście paru, którzy wystarczająco zasłużyli się obu 

stronom, żeby zapewnić sobie trochę swobody działania, o ile zachowujemy ostrożność.

- Joe ma na myśli - wtrącił Travis - że ignoruj ą nasze działania, póki nie włazimy im w 

drogę. Ludzie to tutaj rasa niewolników, zapomnijcie o własnym kolorze skóry. Więc, o ile może 

my, dbamy o swoich.

- A jeśli nie możemy - wtrącił Hess tak gładko, jakby dawno mieli tę gadkę opracowaną - to 

robi się czasem paskudnie.

To nie tak, że mamy zupełną wolność decydowania. Tu jest jak w Szwajcarii. Przekroczysz 

reguły, zostajesz sam.

Shane zmarszczył brwi.

- A co możecie dla nas zrobić w tej Szwajcarii?

- Mogę zadbać, żeby Gretchen i Hans już was nie odwiedzali - powiedział Hess. - Mogę 

utrzymać   większość   policjantów   z   dala   od   tego   domu,   o   ile   nie   wszystkich.   Mogę   rozpuścić 

wiadomość, że nie tylko znajdujecie się pod Ochroną Założycielki, ale że Travis i ja też mamy na 

was oko. To powstrzyma różnych takich przed próbowaniem zaskarbienia sobie przyjaciół przez 

dokopanie wam.

- Ma na myśli ludzi - dorzucił Lowe. - Wampiry mogą was zastraszyć na śmierć, ale was nie 

tkną. Chyba że coś schrzanicie i stracicie znak Założycielki. Jasne?

W sumie już się stało. To znaczy,  schrzanili. Chociaż, ściśle rzecz biorąc, myślała, tata 

Shane'a nie złamał jeszcze prawa, bo Michael nie umarł naprawdę.

Chociaż już nie żył.

Boże. W tym Morganville człowiekowi mogło zakręcić się w głowie.

Jakieś drzwi na górze trzasnęły i po schodach zbiegła, stukając obcasami, Eve wystrojona w 

swoje   gotyckie   ciuszki:   fioletową   przezroczystą   koszulę   narzuconą   na   jakiś   czarny   gorsecik, 

spódnicę,   która   wyglądała,   jakby  przeszła   przez   niszczarkę   do   dokumentów,   rajstopy   w   trupie 

czaszki i czarne pantofle na pasek. Bojowy strój. Oczy miała mocno pokreślone na czarno, twarz 

bielusieńką, rzęsy utuszowane, usta jak trzydniowe sińce.

- Posterunkowy   Joe!   -   Eve   praktycznie   przegalopowała   przez   pokój,   żeby   go   uściskać. 

Shane i Claire wymienili spojrzenia. Tak, czegoś takiego nie widzi się codziennie. - Joe, Joe, Joe! 

Zastanawiałam się, gdzie się podziewałeś!

- Cześć chudzielcu. Pamiętasz Travisa, prawda?

- Wielki   T!   -   Kolejny   uścisk.   Tego   już,   pomyślała   Claire,   za   wiele,   nawet   jak   na 

surrealistyczne Morganville. - Tak się cieszę, że was widzę, chłopaki!

- My też, mała - powiedział Lowe. Uśmiechnął się i jego twarz zmieniła się, nabrała wyrazu 

background image

niemal anielskiej dobroci. - Nadal nasz do nas namiary, prawda?

Eve klepnęła się dłonią po komórce zawieszonej u paska w futerale w kształcie trumny.

- O, tak. Klawisz szybkiego wybierania. Ale ostatnio nie było... Hm...

Claire nagle ogarnęło dziwne uczucie, że Eve ukrywa coś, o czym nie chciałaby rozmawiać 

przy nich. Miała wrażenie, że gliniarze też tak uważają, bo wymienili szybkie spojrzenia, a potem 

Hess powiedział:

- Chcesz posłuchać nowin? To może pokażesz nam swój ekspres do kawy?

- Jasne! - przytaknęła Eve i wyprowadziła policjantów do kuchni.

- No cóż - odezwał się Shane, kiedy drzwi się za nimi za mknęły. - Dziwnie jakoś.

- Czy ja przeoczyłam jakiś rozdział? - spytała Claire. - I czy jest do tego jakiś bryk?

- Nie mam pojęcia.

Z kuchni dobiegał szmer rozmowy, taka melodia bez słów. Claire powierciła się chwilę, a 

potem wstała i podeszła do drzwi na palcach.

- Hej! - zaprotestował Shane, ale sam też nie wytrzymał.

Hess mówił coś o jakimś Jasonie. Shane zareagował na to, kładąc dłoń na ramieniu Claire i 

unosząc palec drugiej dłoni do ust.

- No co? - spytała go samym ruchem ust.

- Chcę posłuchać. Teraz mówił Lowe:

- ...pewnie wolałabyś wiedzieć, że jego dzisiaj zwolnili. Słuchaj, zanim cokolwiek powiesz, 

dostał   ostrzeżenie.   Nie   będzie   się   zbliżał   do   ciebie   ani   do   twoich   rodziców.   Jest   pod   stałą 

obserwacją.

- Obserwacją. - Głos Eve drżał. - Ale... Ja myślałam, że on jeszcze długo będzie siedział w 

więzieniu! Co z tą dziewczyną...?

- Wycofała zarzuty - powiedział Hess. - Kochanie, nie mogliśmy trzymać go wiecznie za 

kratkami, przykro mi.

- Ale on jest winien!

- Ja wiem. Ale teraz to jest twoje słowo przeciwko jego słowu, i ty wiesz, co się w takich 

sytuacjach robi. Ty do nikogo nie jesteś przypisana. On tak.

Eve zaklęła. Brzmiało to tak, jakby usiłowała się nie rozpłakać.

- Czy on wie, gdzie mieszkam?

- Znajdzie cię - dodał Hess. - Ale, jak mówiłem, jest obserwowany, a my będziemy mieć 

was tu na oku, dzieciaki. Jeśli ty nie będziesz się czepiać Jasona, on nie będzie się czepiał ciebie. 

Okay?

Jeśli Eve wyraziła zgodę, to zrobiła to bez słów. Claire o mało się nie przewróciła, kiedy 

Shane pociągnął ją za ramię, potem odzyskała równowagę i poszła za nim na kanapę.

background image

- Kim jest ten Jason? - wypaliła z pytaniem zanim jeszcze na dobre usiedli.

- Cholera   -   westchnął.   -   Jason   to   jej   brat.   Kiedy   ostatnio   o   nim   słyszałem,   siedział   w 

więzieniu za to, że zaatakował kogoś nożem. Jest pogięty, a Eve go podkablowała. Nic dziwnego, 

że teraz się denerwuje.

- To jej starszy brat? - Bo Claire przed oczyma miała obraz jakiegoś ubranego w czerń, 

muskularnego piłkarza, wysokiego na dwa metry i łykającego sterydy.

- Młodszy - powiedział Shane. - Ma chyba z siedemnaście lat. Chudy, wredny dzieciak. 

Nigdy go nie lubiłem.

- Myślisz, że...?

- Że co?

- Myślisz, że on tu przyjdzie? Żeby zrobić Eve krzywdę? Shane wzruszył ramionami.

- Jeśli   tak,   to   będzie   tego   żałował   przez   całą   drogę   do   szpitala.   -   Wyraził   to   tonem 

rzeczowym, w taki sposób, że Claire zrobiło się dziwnie ciepło. Z trudem złapała oddech. Jeśli 

Shane to zauważył, nie dał po sobie nic poznać. - O ile nie będzie my się ruszać z domu, jesteśmy 

bezpieczni. - Podniósł wzrok w stronę sufitu. - Prawda, Michael?

Skórę Claire owiał chłód.

- Prawda - potwierdziła w imieniu Michaela.

Ale miała wątpliwości.

background image

ROZDZIAŁ 5

policjanci odjechali, Shane był pochłonięty grami wideo, a Claire wzięła się do nauki. Dzień 

był  zwyczajny.  Shane od czasu  do czasu włączał  wiadomości,  szukając informacji  o ojcu, ale 

program lokalnej  stacji w Morganville  (była  tylko  jedna) był  wyprany z treści, nawet audycje 

informacyjne.

Wieczorem Michael pojawił się w ludzkiej postaci, zjedli obiad.

Normalne życie, takie, które za normalne uchodziło w Morganville. W Domu Glassów.

Nie wybiła jeszcze północ, kiedy Claire odpływała w sen przy dźwiękach gitary Michaela. 

Myślała o tym,  co zrobi następnego dnia. Nie mogła wiecznie się ukrywać,  mimo  że Michael 

twierdził co innego. Miała swoje życie - w pewnym sensie - i w tym semestrze opuściła już dużo 

zajęć. Musiała albo zacząć na nie chodzić, albo rzucić studia, a zrezygnowanie ze studiów nie było 

dobrym   pomysłem.   Nigdy   nie   zdołałaby   dostać   się   na   którąś   uczelnię   z   Ivy   League,   o   czym 

marzyła.

Zasnęła,   myśląc   o   wampirach,   ich   kłach,   o   ładnych   dziewczynach   uśmiechających   się 

wrednie   i   o   zapalniczkach.   O   pożarach.   O   mamie   Shane'a   unoszącej   się   w   wannie.   O   Shanie 

skulonym w kącie, zapłakanym.

To nie była udana noc. Otworzyła oczy o świcie, zastanawiając, czy Michael już zniknął. 

Ziewnęła i zwlokła się z łóżka do łazienki. Wszyscy jeszcze spali, oczywiście. Prysznic dobrze jej 

zrobił,   a   gdy   wysuszyła   włosy   i   ubrała   się   w   czysty   biały   T   -   shirt,   dżinsy   i   sportowe   buty, 

zapakowała do plecaka notatnik i podręczniki, była gotowa stawić czoło światu.

Shane spał w salonie na kanapie. Minęła go na palcach, ale skrzypnięcie deski w podłodze 

zaalarmowało   go;   usiadł   gwałtownie   i   spojrzał   na   Claire   nieprzytomnym   wzrokiem.   Po   kilku 

sekundach westchnął:

- O, Claire. Dwie godziny snu to naprawdę za mało - jęknął.

- Co robiłeś całą noc?

- Gadałem. Michael chciał pogadać.

Męskie rozmowy. Sprawy, których Michael nie chciał dzielić z dziewczynami. Świetnie, to 

nie jej sprawa. Claire ruszyła w stronę holu.

- Dokąd się wybierasz? - spytał Shane.

- Przecież wiesz dokąd.

- O nie, wykluczone!

- Shane, idę. Przepraszam, ale nie masz prawa mówić mi, co mam robić. - Prawdę mówiąc, 

chyba miał prawo; był od niej starszy i pod nieobecność Michaela był kimś w rodzaju opiekuna. 

Ale...   Nie.   Nawet   w   takim   przypadku.   Jeśli   raz   pozwoli   czy   raczej   kolejny   raz,   to   straci 

background image

niezależność, jaką sobie wywalczyła. - Muszę iść na zajęcia. Nic mi się nie stanie. Jesteśmy pod 

ochroną Amelie, a kampus to neutralne terytorium, sam wiesz. O ile nic nie schrzanię, wszystko 

będzie dobrze.

- Dla Moniki nie istnieje coś takiego jak neutralne terytorium. Claire, ona próbowała cię 

zabić. Prawda. Claire starała się nie okazać, że tak naprawdę jest przestraszona.

- Poradzę sobie z Monicą. - Wcale tak nie uważała, ale mogła jej unikać. Ucieczka to też 

jakieś wyjście.

Shane patrzył na nią przekrwionymi, zmęczonymi oczami i się poddał. Rzucił się na wznak 

na kanapę, szeroko rozkładając ręce.

- Wygrałaś - westchnął. - Zadzwoń, jeśli wpadniesz w tarapaty.

Coś w tonie jego głosu sprawiło, że Claire miała ochotę cisnąć w kąt plecak, usadowić się 

na kanapie i mocno przytulić do Shane'a, ale powiedziała:

- Tak zrobię. Poczuła dwa muśnięcia chłodnego powietrza. Michael mówił jej stanowcze 

„nie”.

- A ugryź mnie - powiedziała, otworzyła drzwi i wyszła na teksańskie słońce.

Na wykładzie  z literatury angielskiej  nudziła się, profesor nie  mówił  nic, czego by nie 

wiedziała, więc zabijała czas, pisząc pamiętnik. Pisała przede wszystkim o Shanie, jego ustach i 

dłoniach. Przeklinała fakt, że nie ma jeszcze osiemnastu lat, i że to niesprawiedliwe, i że prawo jest 

głupie.

Po   zajęciach   nadal   dumała   o   tej   jawnej   niesprawiedliwości,   kiedy   wpadła   w   kłopoty. 

Dosłownie.

Skręciła za róg i zderzyła się z kimś wysokim, kto złapał ją za ramiona i z całej siły pchnął 

w tył. Claire z trudem udało się ustać na nogach.

- Hej! - wrzasnęła, a potem dodała w myślach: o cholera!

Bo to była Monica.

Monicą Morrell wyglądała elegancko. Była starannie uczesana, miała perfekcyjny makijaż, 

była ubrana w śliczny, przejrzysty modny top narzucony na obcisły T - shirt. Monicą nie taszczyła 

plecaka. Miała markową torbę. Zmierzyła Claire wzrokiem od stóp do głów, krzywiąc z pogardą 

pociągnięte błyszczykiem usta. Oczywiście, nie była sama. Monicą nie ruszała się bez swojej świty. 

Dzisiaj były z nią Jennifer i Giną oraz kilku muskularnych chłopaków.

- Uważaj, kretynko! - warknęła Monicą. A potem na jej ustach pojawił się uśmiech, ale w 

oczach czaiła się groźba. - Ach, to ty. Powinnaś uważać, jak chodzisz. - Zwróciła się do swoich 

fanów. - Biedna Claire. Cierpi na jakiś syndrom, nikt nie wie jaki. Spada ze schodów, wali głową w 

ścianę, o mało  nie pali własnego domu...  - Znów  popatrzyła  na Claire przy akompaniamencie 

chichotu Jennifer i Giny. - Mam rację? Dom ci się spalił?

background image

- Niezupełnie   -   powiedziała   Claire.   Była   przerażona,   ale   wiedziała,   że   jeśli   zacznie   się 

wycofywać, tylko pogorszy sprawę. - Ale słyszałam, że nie pierwszy raz wybuchł pożar u kogoś, 

komu składasz wizytę.

Świta Moniki wydała zgodne, długie: „Ooooo”, szept niedowierzania i... uznania.

- Nie pozwalaj sobie, wariatko. Nie moja wina, że mieszkasz z nieudacznikami i kretynami. 

Pewnie ta gotycka dziwka zapala świeczki w całym domu. Stanowi chodzące zagrożenie pożarowe, 

nie wspominając już o idiotycznych ciuchach, które nosi.

Claire zagryzła wargę i nie powiedziała głośno, kto zasługuje na epitet „dziwka”. Uniosła 

tylko brwi - świadoma, że nie są wydepilowane - i uśmiechnęła się, jakby wiedziała coś, o czym 

Monica nie wie.

- Nie tylko Eve ubiera się kontrowersyjnie. Ten top nie jest z Wal - Mart? Z kolekcji dla 

mieszkańców przyczep kempingowych? - Odwróciła się i chciała odejść. Przyjaciółki Moniki z 

trudem tłumiły śmiech.

Monica złapała za plecak Claire i mocno szarpnęła.

- Pozdrów Shane'a - syknęła. - Powiedz mu, że nic mnie nie obchodzi, kto wywiesił białą 

flagę, ja i tak dopadnę i jego, i ciebie, a on pożałuje, że zadał się ze mną.

- On by się z tobą nie zadał, nawet gdybyś była ostatnią dziewczyną na ziemi i gdyby od 

tego zależało przetrwanie gatunku - odparowała Claire.

Spodziewała się, że Monica będzie chciała wydrapać jej oczy wymalowanymi pazurami, 

więc cofnęła się szybko. Ale, o dziwo, Monica nie rzuciła się na nią. Nawet się uśmiechnęła, tyle że 

to był dziwny uśmiech, na widok którego żołądek podszedł Claire do gardła.

- To na razie - rzuciła Monica. - Kretynko.

Zajęcia   już   się   zaczęły,   kiedy   Claire,   zdyszana,   usiadła   na   wolnym   miejscu   i   wyjęła   z 

plecaka notatnik i książkę. Wzrokiem szukała Moniki, Giny, Jennifer i żrącego kwasu - już raz 

została oblana kwasem - ale Moniki na tych zajęciach nie było ani na następnych, ani na kolejnych. 

Wreszcie napięcie opadło, serce biło w zwykłym tempie i Claire mogła się skupić na wykładzie. Jak 

zwykle   przeczytała   już   podręcznik   na   początku   semestru,   ale   na   ogół   wykładowcy   dodawali 

informacje, których nie było w książce. Nawet te zajęcia, których nie lubiła, wydawały jej się w 

miarę interesujące. Na historii było kolokwium, które napisała w pięć minut. Wyszła z sali żegnana 

uniesionym kciukiem wykładowcy.

Było   późne   popołudnie.   Niewielu   studentów   szło   na   zajęcia,   bo   większość   starała   się 

kończyć   jak   najwcześniej,   a   potem   imprezowali.   Uniwersytet   Texas   Praine   nie   przypominał 

Harvardu. Tutejsi studenci na ogół starali się zaliczyć jakoś pierwsze dwa lata, a potem przenosili 

się na którąś lepszą uczelnię. Więc niespecjalnie przykładali się do nauki.

Claire   rozejrzała   po   kampusie.   Wcześniej   nie   zdawała   sobie   sprawy,   jak   uczelnia   była 

background image

odizolowana  od miasta;  mogłaby się  założyć,  że dziewięćdziesiąt  procent  studentów  nie  miało 

pojęcia, kto naprawdę rządzi w Morganville,  i nigdy się tego nie dowiedzą. TPU przypominał 

rezerwat przyrody, zwierzyną byli studenci.

A czasami członek stada znikał.

Claire wracała do domu przez ładnie utrzymane (chociaż spalone słońcem) ulice. Minęła 

„biznesową dzielnicę” Morgamdlle, która tak naprawdę z biznesem miała niewiele wspólnego. Była 

raczej deptakiem, z wieloma kawiarniami (Claire była ciekawa, czy Oliver znalazł kogoś na miejsce 

Eve), księgarniami i sklepami z ubraniami. Budynki utrzymane były w uczelnianych barwach - 

zieleni i bieli - i zwykle w ich oknach wystawowych płowiały tabliczki z napisem „zniżka dla 

studentów”. Jakiś niechlujny facet w czerni stał na rogu i obserwował ją płonącymi  ciemnymi 

oczami. Kogoś jej przypominał, ale nie wiedziała kogo... Może kogoś z uczelni? Ale i tak się 

wystraszyła. Zastanowiła się, dlaczego się gapi właśnie na nią. Na ulicy było mnóstwo dziewczyn. 

Ładniejszych od niej.

Claire przyspieszyła kroku. Kiedy się obejrzała, już go nie było. Czy to dobrze, czy powinna 

tym bardziej się bać?

Nagle doszła do wniosku, że powinna iść jeszcze szybciej.

Kiedy   mijała   kawiarnię   Common   Grounds,   zerknęła   do   środka   i   zobaczyła   kogoś 

znajomego... Ale co u licha robiłby tutaj tata Shane'a? W środku dnia? Raczej nie pasował do tłumu 

studentów, a przecież każdy gliniarz w mieście przeczesywał ulice, poszukując go, prawda?

Jednak siedział tam. Jasne, zerknęła tylko raz, ale ilu sobowtórów Franka Collinsa mogło 

mieszkać w Morgamdlle?

Postanowiła wynieść się stąd jak najszybciej, ale potem pomyślała, że może udałoby się jej 

dowiedzieć, co on tam robił. Dzięki takiej informacji Michael i Shane mogliby wymyślić jakiś plan. 

Było jeszcze widno, uspokajała się, a zresztą pan Collins przecież wie, gdzie jej szukać, gdyby 

chciał ją znaleźć.

Claire   otworzyła   drzwi   i   wśliznęła   się   do   kawiarni,   chowając   się   za   plecami   dwóch 

barczystych chłopaków z plecakami i laptopami, którzy byli pochłonięci dyskusją o bejsbolu. Tak, 

to był ojciec Shane'a. Zero wątpliwości.

Co u diabła...?

Wstrzymała oddech, kiedy naprzeciw niego usiadł Oliver. Oliver był chudy, wysoki, lekko 

się garbił, miał długie kręcone włosy, z lekka przyprószone siwizną. Wcale nie wydawał się groźny, 

dopóki nie zobaczyło się jego kłów. Oliver j ą przerażał i za żadne skarby nie chciała mieć z nim do 

czynienia.

Claire   zamierzała   wyjść,   ale   w   drzwiach   wpadła   na   kogoś.   Uniosła   oczy   i   zobaczyła 

nieznajomego faceta - może nieco starszego niż Shane. Miał krótkie rude włosy, jasną cerę i piegi. 

background image

Duże niebieskie oczy, w tym odcieniu, który przypominał człowiekowi o bezchmurnym niebie albo 

o wodach oceanu. Był po prostu... przystojny. I emanował od niego spokój. Postawny i wysoki, 

ubrany - w teksańskie upały - w starą, znoszoną, brązową skórzaną kurtkę. Nie miał plecaka, ale 

wyglądał na studenta.

Uśmiechnął   się   do   niej.   Spodziewała   się,   że   zejdzie   jej   z   drogi,   ale   zrobił   coś   wręcz 

przeciwnego - wziął ją za rękę i powiedział:

- Cześć, Claire. Jestem Sam. Chcę z tobą pogadać.

Palce miał chłodne. I pod piegami był zbyt blady. A w jego zbyt przenikliwych oczach 

dostrzegła smutek.

O cholera. Wampir.

Claire próbowała wyrwać rękę, ale Sam nie pozwolił. Gdyby chciał, mógłby jej połamać 

kości - wyczuwała to - ale użył tylko tyle siły, żeby się nie wyrwała.

- Uspokój się - powiedział. - Muszę z tobą porozmawiać. Proszę. Obiecuję, że nic ci nie 

zrobię. Usiądźmy, dobrze?

- Ale...   -   Claire   rozejrzała   się   przestraszona.   Dwóch   chłopaków,   za   którymi   weszła   do 

kawiarni, stało przy barze, kupowali coś do picia. Ruch był duży - studenci dyskutowali, śmiali się, 

pracowali przy laptopach, rozmawiali przez komórki. I, oczywiście, nikt nie zwracał na nią uwagi. 

Mogła zrobić scenę i zwrócić na siebie uwagę, ale to by zaalarmowało Olivera, nie wspominając 

już o tacie Shane'a, a tego nie chciała. Wolała dyskrecję.

Wampir zaprowadził Claire do zacisznego stolika blisko okna. Usiadł z dala od słonecznego 

promienia padającego na podłogę. Markiza za oknem dobrze chroniła przed słońcem, ale pewnie 

zostawał niewielki margines niebezpieczeństwa, pomyślała Claire.

Sam nadal trzymał ją za rękę.

- Możesz mnie puścić? Skoro siedzę?

- Co? Aha. Jasne. - Puścił jej rękę i obdarzył ją uśmiechem, który nawet ona - podejrzliwa, 

prawie popadająca w paranoję - mogła określić wyłącznie jako... przemiły. - Przepraszam. Jesteś po 

prostu taka ciepła. To przyjemne uczucie.

W głosie miał tęsknotę, ale Claire nie mogła sobie pozwolić na współczucie. Wykluczone. 

Za nic.

- Skąd wiesz, jak mam na imię? - spytała.

- Żartujesz chyba. Wszyscy cię znają. Ciebie, Shane'a, Eve i Michaela. Założycielka wydała 

zarządzenie. Po raz pierwszy od chyba, och, trzydziestu, a może czterdziestu lat. Dość dramatyczne 

wydarzenie. Wszyscy mamy się wobec was zachowywać przykładnie, nie martw się. - Rozejrzał 

się,   musnął   spojrzeniem   Olivera   i   znów   spojrzał   na   nią.   -   To   znaczy,   pomijając   ludzi,   którzy 

przykładnie zachowywać się nie potrafią.

background image

- Ludzi - powtórzyła Claire i skrzyżowała ramiona na piersi. Miała nadzieję, że ten gest 

dodał jej powagi, ale tak naprawdę zrobiła to, bo zrobiło się jej zimno. - Nie jesteście ludźmi.

Sam był trochę urażony.

- Ostra jesteś, Claire. Oczywiście, że jesteśmy ludźmi. Jesteśmy tylko... trochę inni.

- Nie, wy ludzi zabijacie. Jesteście... pasożytami! - Nie miała pojęcia, czemu wdaje się w 

dyskusję z nieznajomym. I to z wampirem. Ale przynajmniej nie próbował jej zahipnotyzować jak 

kiedyś  Brandon. O cholera! Nie powinna patrzeć mu w oczy.  Zapomniała o tym.  Ten wampir 

wydawał się taki, no cóż, normalny. A oczy miał naprawdę śliczne. Sam zastanawiał się nad jej 

słowami.

- Łańcuch pokarmowy - rzucił.

- Co takiego?

- No, ludzie to pasożyty i seryjni zabójcy warzyw. To... w jakiś dziwaczny sposób miało 

sens. Prawie.

- Nie jestem marchewką. Czego ode mnie chcesz? Poza rzeczami oczywistymi. - Zrobiła 

gest zatapiania kłów w szyi.

Nieco się zawstydził.

- Chciałem cię prosić o przysługę. Mogłabyś przekazać coś Eve ode mnie?

Nie wyobrażała sobie czegoś, na co Eve miałaby mniejszą ochotę niż prezent od wampira.

- Nie. To wszystko? Mogę iść?

Zaczekaj! To nic złego, przysięgam. Bardzo lubię Eve. Będzie mi jej brakowało. Bez niej w 

kawiarni już nie jest tak miło. - Sięgnął do kieszeni, wyjął małe czarne pudełeczko i podał je Claire. 

Zmarszczyła brwi i przez chwilę obracała je w palcach, a potem otworzyła wieczko. To nie była jej 

sprawa, ale...

W   środku   był   naszyjnik.   Ładny,   srebrny,   z   medalionem   w   kształcie   trumny.   Claire 

popatrzyła Samowi w oczy, natychmiast upomniała samą siebie, że ma tego więcej nie robić, i 

zapytała:

- Co jest w trumnie?

- Zobacz - powiedział i wzruszył ramionami. - To żadna tajemnica. Mówiłem ci, że to nic 

niebezpiecznego.

Otworzyła wieczko trumny. W środku była maleńka srebrna figurka dziewczyny z rękoma 

złożonymi na piersiach. Nieco niesamowite, ale jednocześnie fajne. Claire musiała przyznać, że Eve 

byłaby prawdopodobnie zachwycona.

- Posłuchaj, ja jej nie prześladuję - dodał Sam. - Jesteśmy zaprzyjaźnieni. Przez tego bydlaka 

Brandona ona nie przepada za oddychającymi inaczej i ja to rozumiem, wcale nie usiłuję zostać jej 

nowym chłopakiem. Pomyślałem po prostu, że spodoba jej się ten drobiazg.

background image

Claire dzieliła wampiry na złe i bardzo złe.

Sam nie pasował do żadnej kategorii. Wyglądał jak zwyczajny facet o smutnych oczach i 

słodkim uśmiechu, któremu przydałoby się trochę opalenizny. Jak facet, na którego widok jej serce 

mogłoby zacząć bić szybciej.

Ale   pewnie   dzięki   swojemu   wyglądowi   łatwo   zdobywał   ofiary,   przywołała   się   do 

rzeczywistości. Zatrzasnęła wieczko medalionu i przesunęła go w stronę Sama.

- Przykro mi - stwierdziła. - Nie wezmę tego medalionu.

Jeśli chcesz jej dać prezent, daj jej osobiście. Co nie znaczy, że Eve zamierza przyjść do 

kawiarni. Sam był zdziwiony, ale zabrał naszyjnik i schował pudełeczko do kieszeni kurtki.

- Okay - zgodził się. - Dzięki, że mnie wysłuchałaś. Mogę zapytać cię jeszcze o coś? Nie 

proszę o przysługę, tylko o informację.

Nie była pewna, ale pokiwała głową.

- Chodzi o Amelie. - Sam ściszył głos, a w jego oczach pojawiła się natarczywość. Nie, to 

nie był normalny facet. Właśnie o to mu chodziło, nie o prezent dla Eve. To była sprawa osobista. - 

Rozmawiałaś z nią. Tak słyszałem. Jak się miewa? Co ty o niej sądzisz?

- Dlaczego pytasz mnie o Amelie? Nie odwrócił wzroku.

- Ona już nie chce ze mną rozmawiać. Nikt z nich ze mną nie rozmawia. Inni mnie nie 

obchodzą, ale... Martwię się o nią.

Claire nie mogła  uwierzyć  własnym  uszom.  Wampir chciał, żeby mu opowiadała  o ich 

przywódczyni? Szczyt dziwactwa.

- Hm... U niej chyba w porządku. Dlaczego nie rozmawia z tobą?

- Nie wiem - westchnął i rozparł się na krześle. - Nie odzywa się do mnie od pięćdziesięciu 

lat, plus minus parę miesięcy. Prosiłem ją o spotkanie wiele razy, ale odmawiała. Nie przekazują jej 

wiadomości ode mnie. - W tych pięknych błękitnych oczach błysnęło coś mrocznego, poczucie 

krzywdy. - Najpierw mnie stworzyła, a potem porzuciła. Od dawna nie pokazuje się publicznie. A 

teraz nagle zaczyna, rozmawiać z tobą. Dlaczego?

Pięćdziesiąt   lat.   Rozmawiała   z   przynajmniej   siedemdziesięcioletnim   facetem,   który   cerę 

miał delikatniejszą niż ona. I przystojną, gładką twarz, i oczy, które widziały... No cóż, pewnie 

więcej niż ona kiedykolwiek zobaczy. Pięćdziesiąt lat?!

- Ile masz lat? - wypaliła, bo naprawdę dostawała świra.

- Siedemdziesiąt dwa. Jestem najmłodszy.

- W   mieście?   -   Na   świecie.   -   Zaczął   się   bawić   stojącą   na   stole   cukiernicą.   -   Wampiry 

wymierają, wiesz. Dlatego jesteśmy tu, w Morganville. Na świecie nas wybijają. Ale nawet tutaj 

Amelie stworzyła tylko dwa wampiry w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat. - Powoli podniósł 

wzrok i spojrzał jej w oczy, a ona tym razem odczuła echo tego, co kiedyś robił z nią Brandon, ten 

background image

przymus, który nie pozwalał jej wstać z miejsca. - Wiem, jak ty to widzisz, bo sarn to przeżywałem. 

Urodziłem   się   w   Morganville,   dorastałem   pod   Ochroną.   Wiem,   że   ludzie   mają   tu   przerąbane. 

Jesteście niewolnikami. Nie nosicie kajdanków ani nikt nie oznacza was piętnem, ale wcale nie 

macie dzięki temu więcej wolności.

Znów zobaczyła przed oczyma obraz martwej matki Shane'a w wannie.

- A jeśli uciekamy, zabijacie nas - szepnęła. Spodziewała się, że się skrzywi albo oburzy, ale 

wyraz twarzy Sama się nie zmienił.

- Czasami - przyznał. - Ale, Claire, to nie tak, że my tego chcemy. Usiłujemy przetrwać, to 

wszystko. Rozumiesz?

Claire niemal widziała go, jak stoi i patrzy, jak matka Shane'a wykrwawia się na śmierć. 

Miałby ten sam wyraz oczu co teraz. Molly Collins była po prostu zwierzęciem, które trzeba uśpić, 

to wszystko, i nie cierpiałby z tego powodu na bezsenność. O ile wampiry sypiają. W co zaczynała 

wątpić.

Poderwała   się   tak   gwałtownie,   że   jej   krzesło   uderzyło   w   ścianę.   Sam   odchylił   się 

zaskoczony, a ona złapała plecak.

- Och, świetnie rozumiem - wycedziła Claire - że nie mogę nikomu z was ufać. Chcesz 

wiedzieć, gdzie jest Amelie? Idź i zapytaj. Pewnie ma jakiś dobry powód, że nie chce z tobą gadać!

- Claire!

Dopadła drzwi i wyszła na słońce. Obejrzała się i zobaczyła Sama. Stał przed Common 

Grounds i patrzył za nią z miną, jakby stracił najlepszą - jedyną - przyjaciółkę.

Cholera, nie zamierzała być przyjaciółką żadnego wampira. To niemożliwe. To się nigdy nie 

zdarzy.

background image

ROZDZIAŁ 6

Claire postanowiła nie mówić Shane'owi o Monice ani o jego ojcu, ani o wampirze Samie. 

Zamiast tego zrobiła taco i zaczekała,  aż Michael się zmaterializuje. Gdy słońce skryło  się za 

horyzontem, pojawił się jak zwykle.

Jakoś udało jej się dać mu znać, że chce pogadać na osobności, i teraz byli w kuchni we 

dwójkę. Claire zmywała, a Michael wycierał naczynia.

- Mówiłaś   Shane'owi   o   Monice?   -   spytał   Michael,   kiedy   skończyła   już   opowiadać   mu 

wydarzenia  dnia. Nie przejął  się, no ale  Michaela  niełatwo  było  zdenerwować. Chociaż chyba 

wycierał te talerze odrobinę za energicznie.

- Nie - powiedziała. - Jemu odbija, gdy słyszy jej imię.

- Masz rację, odbija. Ale musisz być ostrożna, wiesz o tym, prawda? Poprosiłbym Shane'a, 

żeby chodził z tobą na zajęcia, no ale...

- Ale   ona   prawdopodobnie   właśnie   tego   chce   -   dokończyła   Claire   i   podała   Michaelowi 

kolejny talerz. - Dorwać nas i napuścić na siebie. Prawda?

- Wystarczy, że dopadnie ciebie i jego ma z głowy. Więc bądź ostrożna. Ja... nie na wiele się 

przydam poza domem.

W ogóle nie na wiele się przydaję.

Źle się poczuła, widząc w jego oczach błysk gniewu Michael nie był zły na nią, ale na 

siebie. Sam siebie nienawidził.

Nienawidził pułapki, w jakiej tkwił, nienawidził swojej bezsilności, kiedy jego przyjaciele 

potrzebowali pomocy.

- Nic mi nie będzie - uspokoiła go Claire. - Mam nową komórkę. Rodzice mi przysłali.

- To dobrze. Masz nas na klawiszach szybkiego wybierania?

- Na jedynce, dwójce i trójce. A na czwórce policję.

- Super. A jak zajęcia?

- W porządku. - Trudno jej było w tej chwili zdobyć się na entuzjazm. - Nie będziemy 

rozmawiać o tacie Shane'a?

- Nie ma o czym - powiedział Michael. - Trzymaj się z daleka od Common Grounds i od 

Olivera. Jeśli tata Shane'a tam był, to znaczy, że się po prostu rozgląda po okolicy. Możliwe że 

Oliver się go pozbył. Całkiem przekonująco potrafi udawać zwykłego człowieka.

Michael   wiedział   to   najlepiej,   pomyślała   Claire.   Oliver   tak   dobrze   udawał   zwykłego 

człowieka, że Michael zaprosił go do tego domu, a on zabił Michaela, próbując przemienić go w 

wampira. Dom Michaela uratował - w pewnym sensie. W ten sposób „przepraszał”, że nie obronił 

Michaela przed Oliverem. Ten dom potrafił takie rzeczy. Było to dziwne, a czasami przerażające, 

background image

ale przynajmniej dom był lojalny w stosunku do swoich mieszkańców.

A Oliver... Oliver był lojalny tylko wobec samego siebie. I wszystko.

- Więc nic nie zrobimy? - spytała Claire.

- Będziemy nic nie robić najlepiej, jak umiemy. - Michael odstawił ostatni talerz na miejsce 

i przerzucił sobie ściereczkę przez ramię niczym barman, który właśnie robi sobie przerwę. - A to 

znaczy, Claire, że ty masz nic nie robić. To polecenie. Żartobliwie mu zasalutowała.

- Tak jest, kapitanie. Westchnął.

- Wolałem, kiedy byłaś nieśmiałą dziewczynką. Co się z tobą porobiło?

- Mieszkam z wami - No tak.

Zmierzwił   jej   włosy,   uśmiechnął   się   i   ruszył   w   stronę   salonu.   -   Dziś   pogramy   w   gry 

planszowe - powiedział. - Kazałem Shane'owi przysiąc, że nie ruszy gier wideo. Chyba właśnie 

odkurza planszę do Monopolu. Nie chciałem mu pozwolić grać w Ryzyko. Przy Ryzyku dostaje 

świra.

Jak oni wszyscy.

- Mam nową pracę - oświadczyła Eve, kiedy rozsiedli się na podłodze wokół planszy do 

Monopolu. Shane wymiatał, ale to Michaelowi dostały się koleje; Eve i Claire głównie patrzyły, jak 

ich stosiki pieniędzy topnieją. Nic dziwnego, że ludzie lubią tę grę, pomyślała Claire. Przypomina 

życie.

- Już masz pracę? - zdziwił się Shane, kiedy Michael za grzechotał kostkami, a potem rzucił 

je na planszę. - Jezu, Eve, mogłabyś trochę mniej pracować. Przy tobie źle wypadam.

- Shane   Collins,   permanentny   truteń.   Gdybyś   umówił   się   chociaż   na   jedną   rozmowę   w 

miesiącu i, no wiesz, poszedł na nią, też mógłbyś znaleźć pracę.

- Och, więc teraz zostałaś doradcą do spraw zatrudnienia?

- Odczep się. Nawet nie spytacie, gdzie pracuję?

- Jasne - odezwał  się Michael,  przesuwając swoją armatkę  o cztery  pola. - Gdzie...?  O 

cholera.

- Należy się pięćset, mój dobry człowieku. I napiwek za czyste hotelowe ręczniki. - Shane 

wyciągnął rękę po kasę.

- Zostałam   zatrudniona   na   uniwersytecie   ciągnęła   Eve,   obserwując,   jak   Michael   odlicza 

pieniądze i oddaje je Shane'owi. - W kawiarni samorządu studenckiego. Dostałam nawet wyższą 

pensję niż u Olivera.

- Gratulacje!   -   Claire   wydała   okrzyk   entuzjazmu.   -   I   nie   będziesz   już   pracowała   dla 

wrednego wampira. Czysty zysk.

- Jeśli chodzi o szefostwo, to zdecydowanie lepsze. Znaczy to beznadziejny dupek, który ma 

śmierdzący oddech i problem alkoholowy, ale to samo można powiedzieć o większości męskiej 

background image

populacji Morganville..

- Nieprawda! - Shane i Michael  krzyknęli  jednocześnie,  a Eve uśmiechnęła  się do nich 

promiennie.

- O przystojniakach obecnych w tym pokoju oczywiście nie mówię. Poza tym rozchmurzcie 

się, chłopaki, większości damskiej populacji ten problem też dotyczy. Mam dogodniejsze godziny 

pracy: tylko dzienną zmianę, więc odpada problem uciekania przed wampirami w nocy. Poza tym 

zobaczę, jak wygląda życie w kampusie. Słyszałam, że studenci ostro imprezują.

- Z  tamtej  strony  kontuaru  zobaczysz  wyłącznie  ludzi,   którzy  będą  narzekać   na kawę  - 

skwitował Shane, nie podnosząc wzroku. - Uważaj na siebie, Eve. Niektóre dupki z uniwerku 

myślą, że jak nosisz plakietkę z imieniem, to jesteś ich służącą.

- Wiem. Słyszałam o Karli.

- Karli? - spytała Claire.

- Pracuje na uniwersytecie - wyjaśniła Eve. - Karla Gast. Chodziliśmy z nią do szkoły. - 

Michael i Shane przytaknęli. - W szkole też lubiła imprezować. I była naprawdę ładna. Poszła do 

pracy w kampusie. Nie wiem, co tam robiła, w każdym razie zaginęła.

- Było  o tym  w gazecie  - wtrącił Michael. - Porwali ją wczoraj w nocy,  kiedy szła do 

samochodu. Claire zmarszczyła brwi.

- Ale   dlaczego   miałoby   być   o   tym   w   gazecie?   Przecież   zwykle   nie   piszą   o   takich 

przypadkach. W Morganville morderstwa są legalne, prawda?

- Prasa pisze o morderstwie, jeśli zabójca nie jest wampirem - powiedziała Eve i zaczęła 

pogryzać kawałek marchewki, jednocześnie wyrzucając kostki. - Ooooch, płaci mi pan dwie setki, 

panie   bankierze.   Gdyby   porwały   ją   wampiry,   sprawę   zamiecionoby   pod   dywan,   jak   zwykle. 

Odszkodowanie dla rodziny, koniec historii. Ale to inna sprawa.

- Czy to coś niezwykłego? Przestępstwo dokonane przez ludzi?

- W pewnym sensie. - Eve wzruszyła ramionami. - Coraz więcej ludzi w Morgamdlle robi 

się wrednych. Są albo wredni, albo zachlani, albo ulegli.

- A ty jaka jesteś? - spytał Shane. Eve wyszczerzyła zęby i warknęła. - Och, rozumiem.

- Eve,   słyszałem,   że   twój   brat   wyszedł   z   więzienia   -   rzucił   Michael.   Claire   wyrzucała 

właśnie kostki i kiedy upadły na planszę, wydawało się, że wydały dźwięk tak głośny jak talerze 

rozbijające się na kafelkach podłogi. Nikt nic nie powiedział.

O ile widziała, nikt nie odważył  się odetchnąć. Sądząc po minie  Michaela, żałował, że 

poruszył ten temat, a Eve była... wściekła, spięta i przerażona.

Shane milczał z kamiennym wyrazem twarzy. Niezręczna sytuacja.

- Hm... - Claire ostrożnie przesunęła swojego pionka o sześć pól. - Nie opowiadałaś o swoim 

bracie. - Była ciekawa, co Eve na to powie. Bo Eve najwyraźniej nie była szczęśliwa, że rozmowa 

background image

zeszła na temat jej brata.

- Ma na imię Jason, jest bydlakiem i nie chcę o nim mówić - oznajmiła Eve.

- Jasne. - Claire odchrząknęła. - Shane?

- Co? - Popatrzył na planszę, którą mu wskazywała ręką. - Aha. Trzysta.

W milczeniu oddała swoje ostatnie banknoty Shane'owi, a on sięgnął po kostki.

- Eve, wiesz, za co poszedł do więzienia. Nie sądzisz, że... - zaczął Michael ostrożnie.

- Zaniknij się, Michael. Po prostu się zamknij. Czy to możliwe, że to zrobił? Jasne. Stać go 

na coś takiego, ale wyszedł dopiero wczoraj rano. To by była bardzo szybka robota, nawet jak na 

Jasona. - Mimo zaciętej miny Eve była poruszona i bledsza niż zwykle. - Wiecie co? Muszę jutro 

wcześnie wstać. Dobranoc.

- Eve...

Zerwała się z podłogi i wbiegła na schody. Michael pobiegł za nią, po dwa stopnie naraz.

- Zdaje się, że już po grze - mruknął Shane, ale i tak wyrzucił kostki. - Ha! Promenada. 

Zdaje się, że mam imperium nieruchomości. Dziękuję państwu bardzo za uwagę, dobranoc.

- O co chodziło Michaelowi? - spytała Claire. - On na prawdę uważa, że brat Eve mógł 

napaść na tę dziewczynę?

- Nie, on uważa, że brat Eve mógł zabić tę dziewczynę. Gliny też chyba tak myślą. Jeśli to 

zrobił, złapią go, a tym razem nie wyjdzie z więzienia. Pewnie nawet nie zdąży tam trafić.

Jeden z braci Karli jest policjantem.

- Och - powiedziała Claire słabym głosem. Słyszała dobiegający z góry szmer rozmowy. - 

Chyba też powinnam iść do łóżka. Jutro od rana mam zajęcia.

Shane spojrzał jej w oczy.

- Może damy im trochę prywatności.

Och, racja. Zaczęła zbierać gotówkę i karty. Ich dłonie zetknęły się, a on wziął ją za rękę.

A   potem,   nie   wiadomo   jak,  znalazła   się  na   jego  kolanach,   a  on   ją  całował.   Nie  miała 

zamiaru tego robić, ale... Trudno jej było protestować, bo smakował cudownie, usta miał takie 

miękkie, a dłonie takie silne...

Odchylił się, z przymkniętymi oczami i uśmiechem na twarzy. Shane rzadko się uśmiechał, 

ale jego uśmiech zawsze zapierał jej dech w piersiach i wywoływał drżenie. Była w nim jakaś 

tajemnica, jakby uśmiechał się tak tylko do niej, i ten uśmiech wydawał się taki... idealny.

- Claire,   ty   jesteś   ostrożna,   prawda?   -   Odsunął   włosy   z   jej   twarzy.   -   Serio   pytam. 

Powiedziałabyś mi, gdybyś miała jakieś kłopoty, prawda?

- Nie mam kłopotów - skłamała, myśląc o słabo zawoalowanych groźbach Moniki i o tacie 

Shane'a siedzącym z Oliverem w kawiarni. - Żadnych kłopotów.

- To dobrze. - Znów ją pocałował, a potem musnął ustami szyję i, o kurczę, pocałunki znów 

background image

jej zaparły dech w piersi. Przymknęła oczy i przesunęła palcami po jego miękkich włosach, usiłując 

każdym dotknięciem powiedzieć mu, jak bardzo jej się to podoba, jak bardzo on jej się podoba, jak 

bardzo go kocha...

Gwałtownie otworzyła oczy.

No przecież tego chyba nie pomyślała.

Ciepłe ręce Shane'a wędrowały po jej ciele, kciukami musnął jej piersi i przesunął palcami 

po obojczykach... aż dotarł do dekoltu. Drażnił się z nią, zsuwając go niżej o centymetr, o dwa.

A potem, co jeszcze bardziej ją rozstroiło, puścił ją i się wyprostował. Usta miał wilgotne. 

Oblizał je, patrząc na Claire, I znów obdarzył ją tym cholernie seksownym uśmiechem.

- Idź do łóżka - powiedział. - Zanim zdecyduję się iść tam z tobą.

Nie była pewna, czy uda jej się wstać, ale jakoś zdołała się podnieść i poszła na górę. Drzwi 

pokoju   Eve   były   otwarte.   Michael   i   Eve   siedzieli   na   łóżku.   Michael   ze   złotymi   włosami   i 

błękitnymi oczami nie pasował to tego pokoju w tonacji czerni i czerwieni. Wyglądał jak anioł, 

któremu pomyliły się strony świata.

Trzymał Eve w ramionach i głaskał czule. Kiedy Claire zajrzała do pokoju, spojrzał jej w 

oczy i bezgłośnie poprosił: „Zamknij drzwi”.

Zamknęła je i poszła do siebie, do łóżka. Niestety, sama.

Claire przyszło do głowy, że dobrze byłoby wiedzieć, jak wygląda Jason Rosser, żeby go 

unikać, ale pomyślała, że lepiej nie prosić Eve o pokazanie albumu z rodzinnymi zdjęciami. Eve 

bardzo nerwowo reagowała na każdą wzmiankę o swoim bracie... Co, o ile Shane miał rację, było 

całkiem zrozumiałe.

Claire wyruszyła więc na poszukiwanie informacji. Ale nie do biblioteki uniwersyteckiej, w 

której było bardzo niewiele materiałów o Morganville. Już sprawdzała. Trochę archiwalnych gazet i 

krótka historia miasta, starannie zredagowana.

Na szczęście istniało też Towarzystwo Historyczne Morganville. Znalazła adres w książce 

telefonicznej,   przestudiowała   plan   miasta,   obliczyła,   ile   czasu   zajmie   jej   dotarcie   do   siedziby 

towarzystwa. Gdyby się pospieszyła, mogłaby znaleźć potrzebne informacje i zdążyć na zajęcia w 

południe.

Claire wzięła prysznic, włożyła dżinsy i czarną trykotową koszulkę z nadrukiem kwiatka - 

kupiła ją w sklepie z używanymi ciuchami - i w drodze do drzwi złapała plecak. Kiedy znalazła się 

na ulicy, ruszyła dziarsko w przeciwną stronę niż uniwersytet, w okolicę, której jeszcze nie znała. 

Plan wzięła ze sobą i przydał się, bo kiedy tylko straciła z oczu Dom Glassów, zaczęła błądzić. Jak 

na tak starannie zaplanowane miasto, Morganville miało nielogiczny rozkład ulic. Były tu ślepe 

uliczki, opuszczone, nieoświetlone parcele.

Może jednak dla wampirów taki układ był logiczny. Claire zadrżała i przyspieszyła kroku. 

background image

Ulica, którą szła, kończyła się placem ze stertami drewna i walającym się śmieciami. W powietrzu 

unosiła się woń rozkładu starych, zniszczonych, nikomu niepotrzebnych  przedmiotów. Czasami 

bujna wyobraźnia  utrudnia  życie.  Jak to dobrze, że jest dzień, nocą musi  tu być  przerażająco, 

pomyślała.

Mieszkalne   dzielnice   Morganville   były   stare,   w   większości   zaniedbane   i   zniszczone 

słońcem. Niedługo na pewno zrobi się chłodniej, ale na razie słońce paliło bezlitośnie teksańską 

ziemię. Cykady grały wśród traw i drzew, a wiatr niósł zapach kurzu i rozgrzanego metalu. Ze 

wszystkich miejsc, gdzie mogła się natknąć na wampiry, to było chyba ostatnie, gdzie by się ich 

spodziewała. Po prostu... za mało dramatyczne. Za bardzo zwyczajne. Za bardzo... amerykańskie.

Według   mapy   powinna   skręcić   w   następną   przecznicę.   Przystanęła   w   cieniu   dębu   i 

pociągnęła  kilka łyków  wody z butelki,  zastanawiając się, jak daleko jeszcze do Towarzystwa 

Historycznego. Miała nadzieję, że niedaleko. Nie chciała opuszczać zajęć.

Ulica   była   ślepa.   Claire   przystanęła   i   zerknęła   na   mapę.   No   nie,   mapa   wskazywała   co 

innego. Claire  westchnęła  poirytowana i już miała  zawrócić, kiedy zauważyła  wąskie przejście 

pomiędzy dwoma posesjami. Wyglądało na to, że może prowadzić do następnej ulicy.

Strać   dziesięć   minut   albo   zaryzykuj   skrót.   Zawsze   wolała   stracić   dziesięć   minut,   była 

ostrożna, ale być może w Domu Glassów zeszła na złą drogę. Poza tym gorąco tu jak w piekle 

Ruszyła w stronę przejścia między posesjami.

- Ja bym tego nie robiła, dziecko - usłyszała jakiś głos. Dobiegał z werandy domu po jej 

prawej   stronie.   Dom   był   bardziej   zadbany   niż   większość   domów   w   Morganville:   świeżo 

odmalowany   na   odcień   jasnego   morskiego   błękitu,   wykończony   cegłą,   z   wysprzątanym 

podwórkiem.   Claire   zmrużyła   oczy   i   przysłoniła   je   ręką.   Dostrzegła   drobną,   przypominającą 

ptaszka staruszkę siedzącą na huśtawce na werandzie. Była brunatna jak gałązka drzewa i miała 

siwe włosy, niesforne jak puch dmuchawca, a ponieważ ubrana była w zielonkawą letnią sukienkę, 

która wisiała na niej jak worek, przypominała leśnego duszka z bardzo starych bajek.

Staruszka mówiła z akcentem z któregoś z południowych stanów. Claire szybko zawróciła.

- Przepraszam panią. Nie chciałam wchodzić na cudzy teren. Staruszka zachichotała.

- Och  nie,  dziecko,  nikomu   nie  wchodzisz  w  paradę.  Jesteś  po  prostu  głupia.   Słyszałaś 

kiedyś o lwach? O pająkach czyhających w pajęczynie? No cóż, idź dalej tą dróżką, ale po drugiej 

stronie nie wyjdziesz. Nie w tym świecie.

Claire wpadła w panikę.

- Ale... przecież jest dzień!

- Owszem, jest - zgodziła się staruszka, bujając się na huśtawce. - Ale w Morganville nie 

zawsze jest bezpiecznie w dzień. To też powinnaś wiedzieć. A teraz wracaj, skąd przyszłaś, i nie 

wracaj tu nigdy.

background image

- Dobrze, proszę pani.

- Babuniu, co ty opowiadasz. Dzień dobry! - Z siatkowych drzwi wyszła młodsza wersja 

staruszki - na tyle młoda, żeby być jej wnuczką. Wysoka i ładna, skórę miała w kolorze kakao, 

włosy splecione w warkoczyki, w mnóstwo warkoczyków. Uśmiechnęła się do Claire, kładąc rękę 

na   ramieniu   starszej   pani.   -   Moja   babcia   lubi   siedzieć   tutaj   i   zagadywać   przechodniów. 

Przepraszam, że cię zatrzymała.

- Ależ nic się nie stało - zaprzeczyła Claire, nerwowo bawiąc się luźno zwisającym paskiem 

od plecaka. - Ostrzegła mnie, żebym nie szła tym przejściem.

Kobieta szybko przeniosła spojrzenie ze staruszki na Claire i z powrotem na staruszkę.

- Doprawdy?  - Już nie mówiła  ciepłym  tonem.  - Babciu, musisz przestać straszyć  ludzi 

swoimi historyjkami.

- Nie bądź taką cholerną idiotką, Lisa. To nie są żadne historyjki, i ty o tym wiesz.

- Babciu, nic się tu nie wydarzyło od dwudziestu lat!

- Co nie znaczy, że się nie wydarzy. - Staruszka była uparta; cienki jak patyk, drżący palec 

wymierzyła w Claire. - A tobie nie wolno iść tym przejściem. Mówię poważnie.

- Tak,   proszę   pani   -   powiedziała   słabym   głosem   i   skinęła   głową   obu   kobietom.   -   Hm, 

dziękuję pani.

Zanim zawróciła, Claire zauważyła na ścianie domu plakietkę z symbolem. Dokładnie taki 

sam symbol wisiał na ścianie Domu Glassów. Znak Założycielki. Teraz dostrzegła podobieństwo 

tych domów. Claire zawróciła, uśmiechnęła się przepraszająco i zapytała:

- Bardzo   przepraszam,   czy   mogłabym   skorzystać   z   łazienki?   Wypiłam   sporo   wody   po 

drodze... Przez chwilę myślała, że Lisa odmówi, ale młoda kobieta zmarszczyła brwi i powiedziała:

- Czemu nie. - Zeszła po schodkach i otworzyła białą drewnianą furtkę. - Wejdź, proszę. To 

drugie drzwi z holu.

- Zaproponuj dziecku lemoniadę, Lisa.

- Ona nie zostanie u nas, babciu!

- A skąd wiesz, skoro nie spytałaś?

Claire pozwoliła im się sprzeczać i weszła do domu. Nie wyczuwała niczego, żadnej aury, 

no ale przecież w Domu Glassów też nie od razu wyczuwało się to coś.

A  jednak po chwili  wyczuła  coś  znajomego...  Wrażenie  spokoju, powagi.  Wystrój  tego 

domu był zupełnie różny od Domu Glassów - Lisa i jej babcia najwyraźniej lubiły meble obite 

kwiecistym   perkalem.   Na   podłogach   leżały   dywany,   a   w   oknach   wisiały   koronkowe   firanki   i 

zasłony.   Claire   szła   korytarzem,   lekko   przesuwając   palcami   po   boazerii   na   ścianach.   Drewno 

wydawało się ciepłe, ale przecież zawsze się takie wydaje, prawda?

- Dziwne - mruknęła do siebie i otworzyła drzwi łazienki. Ale to nie była łazienka.

background image

To był gabinet, duży gabinet, umeblowany w zupełnie innym stylu niż salon. Podłogi nie 

przykrywał dywan. Ciemnoczerwone aksamitne zasłony chroniły przed słońcem. Ściany wyłożone 

były regałami pełnymi  książek, w większości starych, a przy regale Claire dostrzegła stojak na 

wino, ale leżały w nim... Zwoje?

Przy ciężkim,  ciemnym  biurku siedziała  Amelie.  Podpisywała  jakieś  dokumenty  złotym 

piórem wiecznym.  Jeden z jej asystentów, wampir, stał obok i usłużnie zabierał każdy kolejny 

podpisany papier.

Żadne z nich nie podniosło wzroku na Claire.

- Zamknij drzwi - poleciła Amelie łagodnym tonem, akcentując słowa niemal jak Francuzka. 

- Nie lubię przeciągów.

Claire miała ochotę uciec, ale nie była głupia, żeby sądzić, że jej się uda. Chociaż pomysł, 

żeby z wrzaskiem zatrzasnąć drzwi z drugiej strony, był kuszący. Weszła do gabinetu, a drzwi 

zamknęły się za nią z cichym kliknięciem.

- To twój dom? - spytała. Szczerze, tylko takie pytanie przyszło jej na myśl, wszystkie inne 

wyparowały jej z głowy, no bo przecież to się nie mogło dziać.

Amelie podniosła oczy, tak samo chłodne i onieśmielające, jak Claire zapamiętała. Czuła 

się, jakby ją mroziły.

- Mój   dom?   -   powtórzyła   Amelie.   -   Tak,   oczywiście.   Wszystkie   domy   są   moje.   Ach, 

rozumiem, o co chciałaś zapytać. Jesteś ciekawa, czy ten dom, przez który tu weszłaś, należy do 

mnie. Nie, moja mała Claire, to nie tam kryję się przed swoimi wrogami, chociaż z pewnością 

byłby to sensowny wybór.

Bardzo... - Amelie uśmiechnęła się - nieoczekiwany.

- A więc... Jak...?

- Przekonasz   się   jeszcze,   Claire,   że   kiedy   będę   cię   potrzebowała,   będziesz   wzywana.   - 

Amelie podpisała ostatni dokument i podała go asystentowi, wysokiemu, młodemu mężczyźnie w 

garniturze z krawatem, a on lekko się ukłonił i wyszedł z pokoju bocznymi  drzwiami. Amelie 

usiadła wygodniej w dużym, rzeźbionym fotelu, jeszcze bardziej królewska niż zwykle, włącznie z 

włosami splecionych w koronę na czubku głowy. Długimi palcami lekko stukała w lwie głowy 

wyrzeźbione na oparciach fotela. - Nie jesteś w domu, do którego weszłaś, moja droga. Rozumiesz 

to?

- Teleportacja - domyśliła się Claire. - Ale to przecież niemożliwe.

- A jednak tu jesteś.

- To science fiction!

Amelie wdzięcznym ruchem machnęła ręką.

- Nie   rozumiem   waszego   sposobu   rozumowania.   Jedna   nie   możliwa   rzecz,   istnienie 

background image

wampirów, jest do zaakceptowania, ale dwie niemożliwe rzeczy dają razem science fiction? Ach, 

nie ważne. Nie potrafię wyjaśnić, jak to działa, to zagadnienie dla filozofów i rzemieślników, a ja 

nie jestem ani jednym, ani drugim.

Od lat nie zajmowałam się tymi tematami. - Jej oczy w kolorze lodu odrobinę się ociepliły. - 

Odłóż ten plecak. Widywałam druciarzy, który nosili lżejsze ładunki.

Kto to jest druciarz? - zastanowiła się Claire. Już miała spytać, ale nie chciała wyjść na 

idiotkę.

- Dziękuję pani - powiedziała i ostrożnie postawiła plecak na podłodze, a potem przysiadła 

na fotelu naprzeciwko biurka.

- Jaka   grzeczna   -   pochwaliła   ją   Amelie.   -   I   to   w   czasach,   kiedy   mało   kto   pamięta   o 

manierach... Rozumiesz, co to są maniery, Claire, prawda? Zachowania, które pozwalaj ą ludziom 

żyć w bliskości i nie pozabijać się nawzajem. Na ogół.

- Tak, proszę pani.

Cisza. Gdzieś za plecami Claire duży zegar odliczał minuty; kropla potu spłynęła jej po 

karku i spadła na trykotową koszulkę. Amelie wpatrywała się w nią bez mrugnięcia, co sprawiało 

niesamowite wrażenie. Niewłaściwe wrażenie. Ludzie tak nie umieli.

No ale Amelie nie była człowiekiem. Ze wszystkich wampirów ona człowieka przypominała 

najmniej.

- Sam   pytał   o   panią   -   palnęła   Claire,   bo   chciała,   żeby   Amelie   przestała   się   tak   w   nią 

wpatrywać, a tylko to przyszło jej do głowy. Amelie zamrugała, usadowiła się w fotelu, a potem 

oparła brodę na splecionych rękach, a łokcie położyła na lwich głowach.

- Sam...   -   powtórzyła   i   jej   spojrzenie   powędrowało   w   górę   i   w   prawo,   na   niczym   się 

właściwie   nie   skupiając.   Coś   sobie   przypomina,   pomyślała   Claire.   Zauważyła,   że   ludzie   -   i 

najwyraźniej wampiry też - robią coś takiego oczami, kiedy coś sobie przypominają. - Ach, tak, 

Samuel. - Znów wpatrywała się w Claire. - Jak to się stało, że ucięłaś sobie pogawędkę z naszym 

drogim młodym Samuelem?

Claire wzruszyła ramionami.

- To on uciął sobie pogawędkę ze mną.

- O?

- Pytał o panią. Ja... Mnie się wydaje, że on czuje się samotny. Amelie się uśmiechnęła. Nie 

próbowała straszyć Claire, pokazując kły.

- Oczywiście, że jest samotny - powiedziała. - Samuel jest najmłodszy. Nikt ze starszych mu 

nie ufa, nikogo młodszego nie ma. Nic go nie łączy z wampirami, pomijając mnie, i nic go nie łączy 

ze światem ludzi. Kogoś bardziej samotnego niż on nie spotkasz, Claire.

- Mówi to pani tak, jakby pani... chciała, żeby tak było. Znaczy, żeby on był sam.

background image

- Bo   chcę   -   przyznała   Amelie.   -   Mam   swoje   powody.   Przyznaję,   że   obserwowanie 

zachowania kogoś tak bardzo samotnego jest bardzo interesujące. Samuel okazał się intrygujący, 

większość   wampirów   po   prostu   zrobiłaby   się   oschła   i   brutalna,   a   on   nadal   szuka   pociechy. 

Przyjaźni. Moim zdaniem jest niezwykły.

- Pani na nim eksperymentuje! - oburzyła się Claire. Platynowe brwi Amelie uniosły się 

powoli, tworząc idealne łuki nad oczami.

- Jesteś niegłupia, skoro na to wpadłaś, ale uważaj: szczur, który wie, że biega po labiryncie, 

staje się bezużyteczny.

Zachowasz zatem swoją wiedzę dla siebie i będziesz się trzymała na dystans od naszego 

drogiego, słodkiego Samuela. A teraz powiedz, dlaczego dzisiaj do mnie przyszłaś?

- Dlaczego ja...? - Claire odchrząknęła. - Chyba zaszła jakaś pomyłka. Ja tylko, wie pani, 

szukałam łazienki.

Amelie   wpatrywała   się   w   nią   przez   długą,   mrożącą   krew   w   żyłach   sekundę,   a   potem 

odrzuciła głowę w tył i roześmiała się głośno. To był szczery, serdeczny śmiech, ciepły, a kiedy 

ucichł, Claire nadal widziała jego ślady na twarzy i w oczach Amelie. Śmiech nadał jej twarzy 

wygląd niemal... ludzki.

- Łazienki - powtórzyła i pokręciła głową. - Dziecko, różne rzeczy mi mówiono, ale czegoś 

równie  zabawnego   chyba  jeszcze  nie  słyszałam.  Jeśli  chcesz  skorzystać  z   łazienki,  to   przejdź, 

proszę, przez te drzwi. Znajdziesz tam wszystko, co ci jest potrzebne. - Uśmiech zbladł. - Ale moim 

zdaniem przyszłaś po coś więcej.

- Ja   wcale   nie   chciałam   tu   przyjść!   Wybierałam   się   do   Towarzystwa   Historycznego 

Morganville...

- Towarzystwo   Historyczne   Morganville   to   ja   -   powiedziała   Amelie.   -   A   co   chcesz 

wiedzieć? Claire lubiła książki. Z książkami nie trzeba było dyskutować. Książki nie siadywały 

przed człowiekiem w królewskiej pozie, wspaniałe, imponujące i przerażające, nie miały kłów i 

ochroniarzy. Książki były bezpieczne.

- Chciałam tylko coś sprawdzić... Amelie już zaczynała tracić cierpliwość.

- Mów, dziewczyno. Szybko. Mam swoje obowiązki. Claire niespokojnie odchrząknęła i 

powiedziała:

- Chciałam dowiedzieć się czegoś o bracie Eve, Jasonie. Jasonie Rosserze.

- Zrobione - powiedziała Amelie i chociaż pozornie nawet nie drgnęła, nie ruszyła jednym 

palcem, boczne drzwi otworzyły się i jej przystojny, ale blady jak śmierć asystent zajrzał do pokoju. 

- Proszę o teczkę rodziny Rosserów - wydała polecenie. Skinął głową i zniknął. - Straciłabyś tylko 

czas. W siedzibie Towarzystwa Historycznego nie ma żadnych danych osobowych. Ono istnieje 

wyłącznie na pokaz, informacje w nim przechowywane są w najlepszym wypadku nieścisłe i jeśli 

background image

chcesz poznać prawdziwą naturę różnych spraw, moja mała, to przychodź do kogoś, kto tę naturę 

poznał.

- Ale to tylko punkt widzenia - stwierdziła Claire. - A nie fakty.

- Każdy fakt jest punktem widzenia. Ach, dziękuję, Henry. - Amelie odebrała teczkę z rąk 

asystenta,   który   w   milczeniu   opuścił   gabinet.   Wampirzyca   otworzyła   teczkę,   przejrzała   jej   za 

wartość, a potem podała Claire. - Niezwykła rodzina. Ciekawe, że udało im się wychować Eve i jej 

brata.

Było  tam całe życie  rodziny Eve, zredukowane do danych  spisanych  na papierze. Daty 

urodzenia, szczegóły szkolnych świadectw.,. Ręcznie spisane raporty Brandona, który zapewniał im 

Ochronę. Raporty były suche i lakoniczne.

A potem nieco mniej  suche, bo gdy Eve skończyła  szesnaście lat, zmieniła się. Bardzo 

zmieniła. Szkolne zdjęcie Eve w wieku piętnastu lat przedstawiało ładną, kruchą dziewczynkę w 

bardzo konserwatywnym stroju - takim, jakiego nawet Claire by nie włożyła.

A w wieku szesnastu lat Eve uosabiała styl gotycki. Ufarbowała ciemne włosy na czarno, na 

twarz nakładała prawie biały puder, podkreślała oczy czarnym tuszem i w ogóle nabrała wyrazu. W 

wieku siedemnastu lat zaczęła robić sobie piercing - jeden widać było w języku wytkniętym do 

obiektywu.

Kiedy   skończyła   osiemnaście   lat,   wyglądała   na   przygnębioną   i   zarazem   arogancką 

dziewczynę,  a potem nie było  już zdjęć poza takimi,  które wyglądały na robione z ukrycia  w 

Common Grounds, kiedy Eve nalewała espresso i gawędziła z klientami.

Eve z Oliverem.

Miałaś szukać informacji o Jasonie, upomniała samą siebie Claire i odwróciła stronę.

Jason był taki sam, tylko młodszy. Mniej więcej wtedy, kiedy Eve została Gotką. Jason 

zrobił to samo,  chociaż  w jego przypadku  chodziło  raczej nie o modę,  ale o jakieś  świadome 

przejście na ciemną stronę mocy. Eve zawsze miała w oczach błysk ironii i poczucia humoru, w 

oczach Jasona żaden błysk się nie pojawiał. Był chudy, silny i niebezpieczny.

Claire przeszedł lodowaty dreszcz, gdy zdała sobie sprawę, że go widziała... Stał na ulicy i 

gapił się na nią, zanim weszła do Common Grounds.

Jason Rosser wiedział, kim ona jest.

- Jason lubi noże, o ile pamiętam - powiedziała Amelie. - Czasami sobie wyobraża, że jest 

wampirem. Na twoim miejscu uważałabym na niego. On może się nie okazać tak... posłuszny jak 

moi podwładni.

Claire zadrżała, czytając o kiepskich wynikach Jasona w szkole, a potem raporty policji.

Eve oddała go w ręce policji. Widziała, jak porwał dziewczynę i jak z nią odjeżdżał - z 

dziewczyną,   która   potem   znaleziono   błąkającą   się   po   ulicach   i   krwawiącą   z   rany   po   nożu. 

background image

Dziewczyna nie zgodziła się zeznawać, ale Eve złożyła zeznania. I Jasona zamknięto.

W teczce była informacja, że zwolniono go z więzienia przedwczoraj o dziewiątej rano. 

Miał mnóstwo czasu, żeby dopaść Karle Gast w kampusie i...

Nie myśl o złych rzeczach, Claire, myśl o tych dobrych.

Przeglądała dane i patrzyła na zdjęcie matki i ojca Eve. Wyglądali... normalnie. Może nieco 

ponuro, ale skoro mieli takiego syna jak Jason, trudno im się było dziwić. Mimo to nie sprawiali 

wrażenia ludzi, którzy są w stanie wyrzucić córkę z domu i nigdy więcej się do niej nie odezwać, 

nie zadzwonić ani nie wpaść z wizytą.

Claire zamknęła teczkę i położyła ją na biurku, a Amelie, przełożyła ją do drewnianego 

pudełka na dokumenty.

- Znalazłaś to, czego chciałaś się dowiedzieć? - spytała Amelie.

- Nie wiem.

- Jaka   mądra   odpowiedź   -   stwierdziła   Amelie   i   skinęła   głową   jak   królowa   poddanej.   - 

Możesz odejść. Skorzystaj z drzwi, którymi tu weszłaś.

- Dziękuję. Na razie. - Głupio zabrzmiało takie pożegnanie z kimś, kto pewnie liczył sobie z 

milion lat, a poza tym kontrolował całe miasto, ale Amelie chyba nie miała nic przeciwko niemu. 

Claire wzięła plecak i szybko ruszyła po wypolerowanym parkiecie...

.. i weszła do łazienki. Gdzie ściany obite były kwiecistą tapetą, a papier toaletowy wisiał w 

takim naprawdę obrzydliwym trzymadle z falbankami.

Rzeczywistość smagnęła ją jak batem.

Claire rzuciła plecak na podłogę i znów otworzyła drzwi.

A za nimi był korytarz. Zerknęła w prawo, potem w lewo. Nawet zapach był tu inny - 

pachniało talkiem i perfumami odpowiednimi dla starszej pani. Ani śladu Amelie, jej podwładnych 

ani gabinetu, w którym z nią rozmawiała.

- Science fiction - powtórzyła Claire sfrustrowana i z dziwnym poczuciem winy spuściła 

wodę w toalecie,  zanim  wróciła  tą samą  drogą, którą przyszła.  W domu  było  ciepło,  ale upał 

panujący na zewnątrz uderzył ją jak podgrzany w mikrofalówce ręcznik.

Och, stanowczo zamierzała rozgryźć tę sztuczkę. Nie mogła znieść myśli, że to jakaś, no 

cóż, magia. Jasne, z istnieniem wampirów  się pogodziła... jakkolwiek niechętnie... i z tymi  ich 

hipnotyzerskimi zdolnościami. Ale nie z teleportacją. Wykluczone.

Lisa   siedziała   obok   babuni   na   huśtawce,   popijając   lemoniadę.   Na   małym   stoliku   stała 

jeszcze jedna oszroniona szklanka. Lisa wskazała ją Claire ruchem głowy, bez słowa.

- Dzięki - powiedziała Claire i pociągnęła długi łyk.

Lemoniada była smaczna, może nieco za słodka, ale orzeźwiająca. Wypiła ją szybko, ale 

jeszcze potrzymała w dłoni zimną szklankę, zastanawiając się, czy okaże się źle wychowana, jeśli 

background image

schrupie kostki lodu. - Jak długo panie tu mieszkają?

- Babcia mieszka tutaj od zawsze - powiedziała Lisa i delikatnie pogładziła starszą panią po 

plecach. - Prawda, babuniu?

- Urodziłam się tu - oświadczyła dumnie staruszka. - I umrę tu, kiedy już będę na to gotowa.

- I   tak   trzymaj.   -   Lisa   nalała   Claire   drugą   porcję   lemoniady   z   na   wpół   opróżnionego 

dzbanka. - Jeśli odkryję, że z domu babuni coś zniknęło, dziewczyno, to nie zdołasz się przede mną 

ukryć w Morganville. Łapiesz?

- Lisa! - skarciła ją staruszka. - Bardzo cię przepraszam, kochanie. Moja wnuczka nigdy się 

nie nauczyła  dobrych manier. - Lekko uderzyła  Lisę po ręku i obdarzyła  pełnym rodzicielskiej 

troski   spojrzeniem.   -   Ta   miła   dziewuszka   nigdy  by   nie   okradła   starszej   pani.   Prawda,   że   nie, 

kochanie?

- Oczywiście, proszę pani - potaknęła Claire i wypiła połowę lemoniady. Była tak samo 

cierpka i słodka, i cudowna jak ta pierwsza. - Zastanawia mnie ten symbol koło drzwi...

Lisa i babunia patrzyły na nią ostro. Żadna się nie odezwała. Claire zauważyła, że obie 

miały   na   nadgarstkach   srebrne   bransoletki   z   symbolem   Założycielki   na   metalowej   plakietce, 

podobnej do popularnych plakietek z grupą krwi. Wreszcie Lisa powiedziała cicho:

- Lepiej będzie jak już sobie pójdziesz.

- Ale...

- Idź! - wrzasnęła Lisa, wyrwała szklankę z dłoni Claire i z hukiem postawiła ją na stole. - 

Nie zmuszaj mnie, żebym cię zrzuciła ze schodów na oczach babuni!

- Cicho bądź, Lisa - skarciła ją starsza pani. - Dziewczyna ma nie więcej rozumu niż dobry 

Bóg dał owcy,  ale to nie jej wina. Dziecko, to jest symbol  Założycielki,  i ten dom należy do 

Założycielki, a my jesteśmy jej ludźmi. Tak samo jak i ty.

Lisa popatrzyła na nią, rozdziawiając usta.

- Co takiego? - wykrztusiła wreszcie.

- Nie widzisz tego? - Babunia pomachała ręką przed twarzą Claire. - Ona świeci, kochana. 

Oni też to widzą, zapewniam cię. Nie tkną jej, znak nie znak. Zapłaciliby za to życiem.

- Ale... - Lisa minę miała poirytowaną i bezradną, a Claire czuła to samo co ona. - Babciu, ty 

znów masz omamy.

- Żadne omamy, młoda damo, i lepiej przypomnij sobie, kto w tej rodzinie przetrwał, kiedy 

wszyscy inni się poddali. - Staruszka patrzyła  bladymi  oczami  na Claire, która zadrżała mimo 

upału. - Nie wiem, czemu ona cię naznaczyła, dziecko, ale zrobiła to. A teraz musisz jakoś z tym 

żyć. Idź już. Wracaj do domu. Dostałaś to, po co tu przyszłaś.

- Dostała? - Lisa zerknęła gniewnie. - Przysięgam na Boga, jeśli ukradłaś coś z tego domu...

- Uspokój się. Ona nie kradnie. Ale dostała to, czego szukała. Prawda, dziecko?

background image

Claire pokiwała głową i nerwowo przesunęła dłonią po włosach. Pociła się obficie, włosy 

miała wilgotne i lepkie. Powrót do domu wydał jej się znakomitym pomysłem.

- Dziękuję pani. - Wyciągnęła rękę do staruszki. Ta przyglądała jej się przez długą chwilę, a 

potem ujęła ją swoją kruchą dłonią i uścisnęła. - Czy mogę przyjść do pani kiedyś w odwiedziny?

- Jeśli przyniesiesz mi czekoladę. Przepadam za czekoladą.

- Babuniu, masz cukrzycę.

- Dziecko, jestem stara. Od czegoś muszę umrzeć. Równie dobrze mogę od czekolady.

Nadal się sprzeczały, kiedy Claire schodziła po schodkach do ogródka, a potem zamknęła za 

sobą furtkę. Zerknęła w alejkę, tę, którą o mało wcześniej nie poszła, i tym razem drgnęła, jakby 

coś ją ostrzegło. Pająki w pajęczynach. Nie, już jej przeszła wszelka ochota na chodzenie na skróty. 

A o Jasonie Rosserze dowiedziała się tyle, ile tylko mógł znieść jej wrażliwy żołądek, najmniej 

wiedziała, na kogo ma teraz uważać, gdyby znów zaczął za nią łazić. Claire poprawiła plecak na 

ramieniu i ruszyła przed siebie.

background image

ROZDZIAŁ 7

Nigdzie nie było ani śladu ojca Shane'a, ani jego kumpli. W Morganville panował spokój. 

Następnego dnia Travis Lowe i Joe Hess przyjechali do Domu Glassów wcześnie rano. Powiedzieli, 

że brak wiadomości oznaczał dobre wiadomości. Byli grzeczni i uprzejmi i sprawiali wrażenie 

całkiem   przyzwoitych   facetów   jak   na   policjantów,   ale   Claire   i   tak   wystraszyła   się   i   nabrała 

paranoicznych podejrzeń. Pomyślała, że może wszyscy policjanci tak się zachowują, kiedy są na 

służbie. Eve chyba w ogóle nie przejęła się tą wizytą. Wstała już, miała zaspane oczy i ziewała 

jeszcze po wyjściu spod prysznica. Była w szlafroku Hello Kitty, pozbawiona gotyckiej maski. 

Shane najprawdopodobniej jeszcze spał, a kto mógł wiedzieć, gdzie podziewał się Michael? Pewnie 

obserwował nas, pomyślała Claire. Zawsze obserwuje. Być może powinna dostawać od tego gęsiej 

skórki, ale w przypadku Michaela ją to najzwyczajniej... uspokajało.

- Cześć wszystkim - przywitała się Eve, wchodząc do salonu. Padła na kanapę i ziewnęła. - 

Kawa. Potrzebuję kawy.

- Zaparzyłam  trochę - powiedziała  Claire i poszła do kuchni. Travis  Lowe w milczeniu 

ruszył za nią i sam przyniósł kubki do salonu. On i jego partner pili czarną; Claire ledwie tolerowała 

smak kawy, nawet jeśli było jej mniej niż mleka. Eve piła ze śmietanką, ale bez cukru i teraz 

wysączyła kawę jak gatorade po morderczym treningu na siłowni, a potem znów oparła się o po 

duszki kanapy i westchnęła radośnie.

- Witam panów, ale chyba za wcześnie na wizytę.

- Słyszeliśmy, że dostałaś pracę w kampusie - oznajmił Hess. - Moje gratulacje, Eve.

- To prawda, dostałam. - Machnęła ręką lekceważącym gestem. - Fatygowaliście się taki 

kawał drogi, żeby mi to powiedzieć?

- W Morganville wszędzie jest blisko. - Hess wzruszył ramionami. - Ale nie przyjechaliśmy 

po   to,   by   ci   pogratulować.   Jak   już   wspominałem   Claire,   osoby,   które   napadły   na   wasz   dom, 

zniknęły. Więc moim zdaniem macie sprawę z głowy. Mam nadzieję, że dzięki temu będziecie 

miały lepszy dzień.

Eve rzuciła Claire szybkie, niepewne spojrzenie.

- Jasne - mruknęła. - Hm... A co z tą... Drugą sprawą?

- Chcesz porozmawiać na osobności? - spytała Claire i wstała. - Bo ja mogę już iść do 

szkoły...

- Siadaj - polecił Hess. - Jeszcze nigdzie nie idziesz. I nigdzie nie pójdziesz sama.

- Co proszę?

- Odwieziemy was, dziewczyny, na uczelnię - oznajmił Lowe, popijając kawę. - A potem, 

kiedy już będziecie wolne, przywieziemy z powrotem do domu. Możecie nas uważać za swoją 

background image

prywatną korporację taksówkową: Cienka Niebieska Linia.

- Nie!   -   zaprotestowała   Claire   zbulwersowana.   -   Znaczy   przecież   nie   możecie...   Nie 

powinniście...

Dlaczego?

- Eve wie dlaczego. Prawda, Eve?

Eve energicznie odstawiła kubek po kawie na stolik. W pastelowych kolorach wyglądała 

bardzo młodo i... na bardzo przestraszoną.

- Jason.

- Zgadza się. Jason. - Hess odchrząknął, zerknął na Claire i ciągnął dalej: - Wczoraj późno w 

nocy  znaleźliśmy  Karle   Gast.  A  właściwie   nasi  koledzy  preferujący  pracę  w   nocy  ją  znaleźli. 

Zwłoki porzucono na opuszczonej parceli mniej więcej sześć przecznic stąd, za stertą drewna.

Claire przypomniała sobie, że przechodziła obok tej parceli. Poczuła nawet odór rozkładu. 

Odstawiła kubek na stolik i obiema dłońmi zakryła usta, zwalczając napad mdłości.

- Myślicie, że... - Eve była blada jak ściana. Oblizała wargi: - Myślicie, że Jason był w to 

zamieszany?

- Tak - powiedział cicho Hess. - Tak uważamy. Ale dowodów nie mamy. Nie ma świadków, 

nie ma jeszcze wyników ekspertyzy sądowej, wiadomo tylko że na pewno nie zabił jej wampir. 

Posłuchaj, Jasona widziano w okolicy, więc nie chcemy, żebyś przez jakiś czas wychodziła sama, 

okay? Żadna z was.

- Przecież to mój brat! - Eve była teraz mocno rozgniewana, a głos jej drżał. - Jak mógł to 

zrobić? Jaki człowiek...? Jaki...?

- To nie twoja wina - stwierdził Lowe. - Próbowałaś mu pomóc. On tylko jeszcze ciężej 

zachorował.

- To   moja   wina!   -   krzyknęła.   -   To   ja   na   niego   doniosłam!   To   ja   nie   powstrzymałam 

Brandona przed...

- Przed czym? - spytał Lowe bardzo spokojnie.

Eve nie odpowiedziała. Patrzyła na swoje pomalowane na czarno paznokcie i niespokojnie 

oskubywała skórki.

- Od zainteresowania się łatwiejszą ofiarą - wydusiła wreszcie. - Kiedy zadbałam o to, żeby 

mnie zostawił w spokoju.

- Chryste - jęknął Lowe. - Któregoś dnia ten cholerny wampir dostanie, co mu się...

- Trav - przerwał mu Hess. - Dziś nie jest dzień na pranie. Zostaw brudy w spokoju.

- Jezu Chryste, Joe, przecież to nie pierwszy raz, kiedy...

Claire   dopiero   po   paru   chwilach   zrozumiała,   o   czym   oni   właściwie   mówią,   ale   potem 

przypomniała sobie wiersze Eve, które przeczytała w jej komputerze... Te wszystkie romantyczne 

background image

„Wampiry są cudowne, prawda?” aż do czasu, kiedy Eve skończyła mniej więcej piętnaście lat, a 

potem... Potem romantycznych uniesień nie było. Brandon. Brandon próbował się do niej dobierać, 

kiedy miała piętnaście lat. A Jason był jej młodszym bratem.

- Co on mu zrobił? - spytała Claire. - To znaczy, Brandon. Pił jego krew? Eve nie podniosła 

oczu, ale na jej policzki wypłynął rumieniec.

- Czasami - odparła. - A czasami jeszcze gorzej. Wiesz, my dla nich jesteśmy jak zabawki. 

Jak lalki. Nie jesteśmy prawdziwi. Ludzie nie są dla nich prawdziwi.

- Obawiam się, że dla Jasona teraz też nie - rzucił Hess. - Trudno dzieciaka winić. Nie dano 

mu wyboru. Ale powtarzam, Eve, tobie też nie wolno brać winy na siebie. Uratowałaś się i tylko to 

się liczy.

- Uratowałam się, bo wrobiłam własnego brata. Wielkie mi bohaterstwo.

- Uważaj na to poczucie winy - powiedział Lowe. - Może cię zniszczyć. To twoi rodzice 

powinni byli temu zapobiec i ty o tym wiesz. Jeśli ktoś pozwala zrobić z własnego dziecka zabawkę 

tylko po to, żeby utrzymać pozycję...

Claire wzięła Eve za rękę. Eve, zdumiona, uniosła głowę - nawet nie płakała, co Claire 

wydało się dziwne, bo Eve przecież ciągle płakała. Teraz oczy miała suche, a spojrzenie twarde. 

Gniewne. - Jak pan myśli, czemu się wyprowadziłam? - spytała. - i to najwcześniej, jak mogłam. 

Przy moich rodzicach i tym, co Brandon zrobił z Jasonem... Claire nie wiedziała, co ma powiedzieć. 

Po prostu siedziała i trzymała Eve za rękę. Nigdy nie przeżyła takiego koszmaru... Wychowała się 

w ciepłej i kochającej rodzinie, która zapewniła jej poczucie bezpieczeństwa, w mieście, gdzie nie 

było   wampirów,   gdzie   o   molestowaniu   i   znęcaniu   się   nad   dziećmi   słyszało   się   wyłącznie   w 

wieczornych wiadomościach w telewizji.

To wszystko  było  po prostu... Zbyt  trudne, żeby ot tak się z tym  uporać. I o wiele za 

bolesne.

- Wszystko będzie dobrze - próbowała pocieszać Eve.

- Nie będzie. Nie rób sobie złudzeń, Claire. Niemniej, dzięki. Odetchnęła głęboko, puściła 

dłoń Claire i znów spojrzała na obu policjantów.

- Poczekajcie chwilę, panowie, szybko się ubiorę.

- Och, jasne - powiedział Hess i uniósł brew. Twarz mu się od tego wykrzywiła, ale może to 

przez ten jego dziwny nos, Claire nie była pewna. - Nie chodzi o to, że służymy i bronimy czy coś 

w tym rodzaju.

- Nie jesteście nawet na służbie - rzuciła Eve.

- No i nas nakryła - uśmiechnął się Lowe. - To nasza prywatna inicjatywa. Pośpiesz się, 

mała, chciałbym się trochę przespać, zanim znów stanę na straży porządku i sprawiedliwości.

Eve   poszła   na   górę.   W   tej   chwili   przypominała   Claire   bombę,   która   lada   moment 

background image

wybuchnie.   Claire   bardzo   chciała   jakoś   poprawić   jej   nastrój,   ale   nie   mogła   nic   wymyślić... 

Pomyślała, że Eve zresztą też by jej sama na to nie pozwoliła.

Pożałowała, że Shane śpi. Potrzebowała... Może uścisku. A może jednego z tych cudownych 

pocałunków. Albo chociaż na niego popatrzeć, zaspanego i nadąsanego, z włosami sterczącymi we 

wszystkich możliwych kierunkach, z odgnieceniami od pościeli na policzkach, z gołymi stopami, 

które były takie ładne i miękkie...

Jeszcze nigdy nie podobały jej się stopy żadnego faceta. Nawet żadnego słynnego aktora. 

Ale Shane... Wszystkie części jego ciała tak na nią działały. Podniecająco.

- Dostaniemy jeszcze kawy? - spytał Hess i pomachał pustym kubkiem. Claire westchnęła, 

wzięła kubki policjantów i poszła do kuchni.

Postawiła kubki na blacie i sięgnęła po dzbanek, kiedy jakaś wielka, spocona łapa szarpnęła 

ją   w   tył.   Próbowała   wrzasnąć   i   kopać,   ale   ktokolwiek   ją   złapał,   trzymał   naprawdę   mocno. 

Wyrywała się, ale bezskutecznie.

- Spokój - szepnął jej do ucha ochrypły męski głos. - Zamknij się albo zacznie się robić 

nieprzyjemnie.

Już było  nieprzyjemnie, przynajmniej z punktu widzenia przerażonej Claire. Zastygła  w 

bezruchu, a facet, który ją trzymał w powietrzu, opuścił ją na tyle, że czubkami sportowych butów 

dotknęła ziemi. Ale jej nie puścił.

Domyśliła się, kto to jest - ten, który się odezwał, nie ten, który ją trzymał - jeszcze zanim 

ojciec Shane'a wszedł w pole widzenia i nachylił się do niej przerażająco blisko.

- Gdzie jest mój syn? - syknął. Cuchnął alkoholem. Śniadanie mistrzów w wykonaniu rodu 

Collinsów. - Wystarczy skinąć głową. Jest w domu? - Kiwnęła. - Ci gliniarze są w salonie? - Znów 

kiwnęła głową, dość energicznie, i próbowała wymyślić, w jaki sposób mogłaby zwrócić uwagę 

detektywa Hessa. Wrzask raczej nie wchodził w grę, drzwi do kuchni były solidne, a ta wielka łapa 

zdusiłaby jej krzyk. Gdyby ją schwytali, kiedy miała w ręku kubki, mogłaby je chociaż upuścić...

- Mój chłopak cię lubi - powiedział tata Shane'a. - Tylko dlatego jeszcze żyjesz, rozumiesz? 

Więc nie wyobrażaj sobie, że ci się upiekło. Zawsze mogę zmienić zdanie, a ciebie pochować w 

ogrodzie obok twojego drogiego przyjaciela Michaela. A teraz mój kumpel odsłoni ci usta, a ty 

lepiej  nie wrzeszcz, bo jeśli zaczniesz,  to my będziemy musieli  zacząć  zabijać, zaczynając  od 

ciebie, a kończąc na gliniarzach. I tej twojej przyjaciółce udającej wampirzycę. Rozumiesz? Liczy 

się dla mnie tylko mój syn.

Claire z trudem przełknęła i znów skinęła głową. Ręka powoli odsunęła się od jej ust.

Nie wrzasnęła, chociaż miała wielką ochotę.

- Dobra dziewczynka - pochwalił ją tata Shane'a. - A teraz powiedz mi, co ci gliniarze tu 

robią. Szukają nas?

background image

Pokręciła głową.

- Myślą,   że   wyjechaliście   -   wyjaśniła.   -   Przyjechali   tu,   że   by   odwieźć   mnie   i   Eve   na 

uczelnię.

- Uczelnia. - Wycedził to słowo z pogardą. - To nie jest żadna uczelnia. To wybieg dla bydła 

rzeźnego.

Oblizała wargi i poczuła na nich pot tego faceta, który ją wcześniej trzymał. Obrzydliwość.

- Musi pan stąd uciekać. Natychmiast.

- Albo?

- Nie  uda wam się zrobić  tego,  po co tu przyjechaliście,  jeśli  wszyscy nadal  będą  was 

szukali - powiedziała. Wymyśliła to przed sekundą, ale doszła do wniosku, że to nawet sensownie 

brzmi. - Jeśli będziecie musieli zabić mnie i wszystkich innych w tym domu, oni przewrócą całe 

miasto do góry nogami, dopóki was nie znajdą. A Shane'a wsadzą do więzienia, jeśli nie gorzej. 

Jeśli pozwoli mi pan iść po Shane'a, ja im wszystko i tak powiem, a oni przetrząsną całe miasto...

- Usiłujesz mnie straszyć, mała?

- Nie - szepnęła Claire. Z trudem wykrztusiła to krótkie słowo. - Próbuję panu powiedzieć, 

co się stanie. Oni już jakby przestali was poszukiwać, ale jeśli mnie zabijecie, przegracie.

A jeśli mnie puścicie, ja im i tak wszystko powiem.

- To dlaczego miałbym cię nie zabić?

- Bo będę trzymała język za zębami, jeśli mi pan obieca, że zostawicie Shane'a w spokoju. 

Spojrzał na nią gniewnie, ale widziała, że się nad tym zastanowił.

- Szefie - odezwał się facet, który ją trzymał. Miał głęboki głos, ochrypły tak, jakby gardło 

miał wysypane żwirem. - Suka nie ma powodu dotrzymać słowa.

- A dlaczego uważacie, że ja wampiry lubię bardziej niż wy? - warknęła. - Shane opowiadał 

wam o Brandonie? Widziałam pana w Common Grounds, szukał pan go? Bo jeśli nie, to powinien 

pan. To palant.

Frank Collins zmrużył oczy, teraz przypominał Shane'a.

- Chcesz mi jeszcze dyktować, które wampiry mam zabijać?

- Nie. - Przełknęła ślinę świadoma, że w każdej chwili drzwi kuchni mogą otworzyć się, 

ktoś się napatoczy i wszystko diabli wezmą, i to w tempie ekspresowym. - To tylko sugestia. Bo o 

ile wiem, on jest chyba najgorszy. Ale zrobi pan to, co pan zechce, i ja to wiem. Ja tylko chcę, żeby 

mnie i moich przyjaciół do tego nie mieszać.

Tata Shane'a uśmiechnął się do niej. Uśmiechnął się. I po raz pierwszy wydawało się, że to 

naprawdę uśmiech, a nie grymas.

- Jesteś twardsza, niż wyglądasz, mała. To dobrze. Przyda ci się to, jeśli będziesz chciała tu 

mieszkać. - Spojrzał za nią, na motocyklistę (przynajmniej myślała, że to motocyklista, bo słyszała 

background image

skrzypienie skóry, kiedy mu się wyrywała). - Puść ją, stary. Ona jest w porządku.

Motocyklista puścił ją. Rzuciła się przed siebie, obróciła na pięcie i stanęła plecami do 

lodówki. Zaczęła grzebać w szufladzie w poszukiwaniu noża, znalazła groźnie wyglądający tasak 

do mięsa i wyciągnęła  go w stronę napastników. - Musicie już iść - powiedziała. - Już. I nie 

wracajcie tutaj bo, przysięgam, powiem im wszystko.

Tata Shane'a już się nie uśmiechał. No cóż, nie tak szeroko. Ale stojący za jego plecami 

facet szczerzył zęby od ucha do ucha.

- Dziewczyno, ty wcale nie znasz mojego syna, prawda? - spytał pan Collins. - Ja tu wcale 

nie muszę wracać. To on do mnie przyjdzie. Wcześniej czy później.

Gestem   pokazał   kumplowi,   że   wychodzą   i   razem   ruszyli   do   drzwi   kuchennych.   Claire 

podbiegła, zatrzasnęła je i zamknęła na oba zamki.

Po   czym   zastanowiła   się,   dlaczego   te   drzwi   wcześniej   stały   otworem...   Ach.   Jasne. 

Policjanci weszli do domu od strony kuchni. Parę razy głęboko odetchnęła, zmyła  z ust smak 

spoconych dłoni i sięgnęła po kubki do kawy.

Ręce  trzęsły  jej   się  jeszcze  tak   bardzo,  że   na  pewno  rozlałaby  kawę.   Odstawiła  kubki, 

podeszła do drzwi salonu i zawołała:

- Zaparzę trochę świeżej!

Wylała resztkę kawy z dzbanka, nasypała kawy do ekspresu i zanim się zaparzyła, udało jej 

się uspokoić. Prawie.

Między zajęciami Claire miała przerwę - trudno byłoby ją nazwać przerwą na lunch, bo 

przypadała koło dziesiątej rano - i poszła do Centrum Uniwersyteckiego na kawę. Centrum było 

duże i zaniedbane, dywan pamiętał lepsze czasy, a meble były z lat osiemdziesiątych, o ile nie 

siedemdziesiątych. Było to jedno wielkie pomieszczenie, pełne kanap, foteli, a nawet z zepchniętym 

w kąt koncertowym fortepianem. Plakaty reklamujące studenckie imprezy, w większości okropnie 

brzydkie, wisiały pod sufitem i lekko poruszały się w słabym nawiewie klimatyzacji.

Większość kanap już została zajęta przez studentów. Claire upatrzyła sobie stolik do nauki 

w rogu sali, ale wiedziała, że musi się pośpieszyć, bo mnóstwo ludzi rozglądało się za wolnymi 

miejscami.

Szybko   podeszła   do   baru   kawowego.   Uśmiechnęła   się   i   pomachała   do   Eve.   Eve   jej 

odmachała,   jednocześnie   zdejmując   z   ekspresu   dwie   zaparzone   porcje   kawy   i   wlewając   je   do 

spienionego mleka. W kolejce stało pięć osób i Claire miała mnóstwo czasu na zastanowienie się na 

tym, co usłyszała od taty Shane'a. I nad tym, czego jej nie powiedział.

Co on dzisiaj robił w Domu Glassów? Tak naprawdę? Może chciał zabrać ze sobą Shane' a, 

ale tego nie była pewna. Wydawało jej się, że tata Shane'a miał jakiś plan, ale jaki - nie miała 

pojęcia. Może Shane by wiedział, ale nie chciała go pytać.

background image

Michael. Michaelowi powie wszystko, jak tylko się pojawi.

- Dużą mocha - poprosiła Claire i wygrzebała trzy dolary pięćdziesiąt z kieszeni dżinsów. 

Dla niej to było drogo, ale stwierdziła, że trzeba przecież uczcić pierwszy dzień Eve w nowej pracy. 

Kasjer - facet ze znudzoną miną, który na pewno wolałby być gdziekolwiek indziej - wziął od niej 

pieniądze i machnięciem ręki pokazał, że ma przejść do kolejki po odbiór napojów.

Stała   tam   i   przeglądała   podręcznik   do   literatury   angielskiej,   kiedy   usłyszała   zduszony 

śmiech,   a   potem   chlupot   rozlewanego   płynu.   Podniosła   wzrok   i   zobaczyła   grupkę   chłopaków 

gapiących się na spływającą na podłogę kawę.

- Hej,   zombie   płci   żeńskiej!   -   Jeden   z   nich   odezwał   się   do   Eve,   która   parzyła   kawę, 

ignorując ich. - Może raczysz posprzątać ten bałagan?

Eve zacisnęła  zęby,  ale w milczeniu  sięgnęła po papierowe ręczniki  i zaczęła  wycierać 

kontuar. Kiedy wytarła go do czysta, uniosła klapę i wytarła też podłogę. Faceci nadal złośliwie się 

śmiali.

- Ominęłaś jedno miejsce - powiedział ten, który wylał kawę. - Tam.

Eve pochyliła się, żeby dosięgnąć wskazywanej przez niego plamy. Szybko stanął za nią i 

zaczął kroczem uderzać ją w wypiętą pupę.

- Och, kochanie! - jęknął, a jego kumple zaczęli rechotać! - Jesteś cholernie seksowna jak na 

zmarłą dziewczynę.

Eve   spokojnie   wyprostowała   się,   odwróciła   i   spojrzała   na   niego.   Bez   słowa.   Zaletą 

gotyckiego makijażu, musiała przyznać Claire, było to, że nie było spod niego widać rumieńców... 

Sama zarumieniła się mocno ze współczucia dla Eve. I aż trzęsła się z wściekłości.

- Przepraszam - odezwała się wreszcie Eve i odsunęła faceta na bok, jedną dłoń opierając na 

jego   piersi.   Wróciła   za   bar,   z  trzaskiem   zamknęła   klapę,   wzięła   dwie   zaparzone   porcje   kawy, 

przelała je do jednego kubka, zamieszała, przykryła pokrywką i postawiła na kontuarze. - Proszę. - 

Na koszt firmy.

Palant wyciągnął rękę, złapał kubek i mocno ścisnął. Pokrywka spadła. Kawa rozprysnęła 

się wszędzie, oblewając Eve, kontuar, podłogę, faceta, który trzymał kubek. Jego kumple ryknęli 

śmiechem, kiedy powiedział:

- Ups. Chyba nie doceniłem własnej siły.

Eve zerknęła na chłopaka przy kasie, ale on tylko wzruszył ramionami. Głęboko odetchnęła, 

uśmiechnęła się - ale uśmiechem zupełnie innym niż zwykle, zauważyła Claire - i powiedziała:

- Powinieneś poradzić się w tej sprawie lekarza, łosiu, i poprosić o coś na świąd krocza. 

Następny! Mam tu mocha dla Claire! - Eve postawiła na kontuarze kolejny kubek i zaczęła za 

wzięcie wycierać blat.

Claire podbiegła do niej.

background image

- O mój Boże! - szepnęła. - Chcesz, żebym coś z tym zrobiła? Mam kogoś zawołać na 

pomoc?

- A kogo? - Eve przewróciła oczami. - To mój pierwszy dzień, trochę za wcześnie biegać na 

skargę jak obrażona dziewczynka. Daj spokój, Claire. Po prostu bierz kawę i idź. Nic mi nie będzie. 

Mam doktorat z radzenia sobie z upierdliwymi mięśniakami.

- Ale... Shane? Może ja zadzwonię do Shane'a?

- Tylko jeśli chcesz wycierać tu krew zamiast kawy...

- Hej, zombie, a gdzie moja kawa? - zapytał  głośno ten facet zza pleców Claire. Przez 

sekundę czuła, jak zaczyna na nią napierać, aż wreszcie z całej siły docisnął ją do baru. - Ups, 

przepraszam, malutka, nie zauważyłem cię. - Ale się nie odsunął. - A w ogóle to od kiedy u nas są 

zajęcia dla przedszkolaków?

Oczywiście, kubek wysunął się jej z ręki. Eve złapała go zręcznie.

- Hej! - Claire zaczęła się szarpać, chcąc od siebie odsunąć tego faceta, ale on nadal ją 

przyciskał do baru.

- Hej! Dupku! - powtórzyła Eve głośniej. - Cofnij się albo zadzwonię po policję.

- Tak, a oni od razu przybiegną. - Ale odsunął się na tyle, że Claire zdołała się wydostać, 

ściskając w ręku swoją mocha. Nawet na nią nie spojrzał. To był duży facet - taki duży jak Shane - 

z   czarnymi,   wyżelowanymi   włosami   ostrzyżonymi   według   najnowszej   mody   i   zawziętymi 

niebieskimi oczami. Niezła twarz, ładne usta, wydatne kości policzkowe.

- Zrób mi wreszcie tę moją cholerną kawę. Niektórzy spieszą się na zajęcia.

Claire złapała papierowy ręcznik i wytarła plamy na kontuarze od strony klientów, żeby Eve 

nie   musiała   wychodzić   zza   baru.   Eve   rzuciła   jej   pełne   wdzięczności   spojrzenie   i   zajęła   się 

nalewaniem kawy. W rekordowym tempie przygotowała napój, zamknęła kubek pokrywką i podała 

swojemu prześladowcy, który wyszczerzył do niej zęby, spróbował kawy i odstawił jaz powrotem 

na kontuar.

- Beznadziejna - parsknął. - Możesz ją sobie zatrzymać.

Przybił piątkę kumplom, a potem wszyscy wyszli.

- Ale palant! - powiedziała Claire, a Eve tylko uniosła brwi, wzięła latte i wylała do zlewu.

- Nie, on miał rację, rzeczywiście zrobiłam mu obrzydliwą. No, ale zapłacił za nią trzy 

dolce, więc to ja wygrywam. Jak ci smakuje twoja mocha?

Claire wypiła łyk i uniosła w górę kciuk.

- Przepraszam. Strasznie mi przykro, że nie mogę nic zrobić...

- Claire, każdy musi walczyć sam. Idź już. Na pewno musisz się czegoś tam pouczyć.

Claire cofnęła się, a Eve zaczęła nalewać kolejną partię kaw; przy kasie nadal kłębiła się 

kolejka.

background image

Następny chłopak, który odbierał latte - wysoki, trochę niezgrabny, z pucołowatą twarzą i 

dużymi, brązowymi oczami - głośno podziękował Eve za kawę. Eve mrugnęła do niego i pokazała 

w uśmiechu dołeczki. Wyglądał o wiele sympatyczniej niż ci muskularni kretyni, którzy właśnie 

wyszli, chociaż Claire zauważyła, że nosił koszulkę studenckiego bractwa.

- Epsilon Epsilon Kappa? - odczytała na głos. - EEK? Spojrzał na nią przepraszająco.

- To w pewnym sensie dowcip. Przez to miasto. No wiesz, takie dziwaczne. - Zamrugał, 

spojrzał na nią uważniej i uśmiechnął się szerzej. - Tak przy okazji, jestem Ian. Ian Jameson. Z, no 

wiesz, Reno.

- No to znalazłeś się z dala do domu, Ianie Jameson - stwierdziła Claire i wyciągnęła do 

niego rękę. Uścisnął ją. - Claire Danvers. Z Longview.

- Ty do domu masz niedaleko, ale z drugiej strony stąd jest wszędzie daleko - powiedział. - 

Jesteś na... Eee... Pierwszym roku?

- Tak. - Znów oblała się rumieńcem. - Skończyłam szkołę wcześniej.

- O ile wcześniej?

Próbowała zbyć pytanie wzruszeniem ramion.

- Ze dwa semestry. Nic takiego.

- Jaki kierunek wybrałaś? - Ian zdjął wieczko z kubka i podmuchał na kawę, żeby trochę 

ostygła, a potem wypił łyk. - Jeszcze raz dzięki, tak przy okazji, jest naprawdę dobra.

- Nie ma za co - uśmiechnęła się Eve. Głos miała teraz o wiele pogodniejszy. Podawała 

dziewczynom   ze   studenckiego   bractwa   ich   latte,   odtłuszczone,   bez   cukru   i   pół   na   pół   z 

bezkofeinową, z pogodną miną.

Nigdy wcześniej nikt nawet nie próbował pytać Claire, jaki jest podstawowy kierunek jej 

studiów. Oczywiście, to było normalne, że student pierwszego roku trzy czy cztery razy zmienia 

zdanie, zanim wreszcie zdecyduje się na coś, ale Claire zawsze była dosyć zdecydowana.

- Fizykę.

- Poważnie? - Ian był pod wrażeniem. - To ambitny wybór. Musisz być niezła z matmy. 

Wzruszyła ramionami.

- Chyba tak. - Uosobienie skromności, bo przecież nigdy nie dostała mniej niż szóstkę, ani 

razu.

- Pewnie będziesz musiała się stąd przenieść. Dyplom z fizyki tego uniwersytetu raczej na 

wiele ci się nie przyda, prawda?

- Mam nadzieję dostać się na MIT - powiedziała Claire. - A ty? Ian pokręcił głową.

- Inżynieria cywilna. Owszem, muszę zaliczyć fizykę, ale za nic nie brałbym więcej zajęć, 

niż muszę. Został mi jeszcze semestr. A potem przeniosę się na Uniwersytet Teksański w Austin.

Wielu studentów przenosiło się tam, bo to była duża uczelnia oferująca prawie wszystkie 

background image

kierunki. Claire pokiwała głową. Sama się nad nią zastanawiała, ale... MIT? Caltech? Jeśli miała 

szansę się tam dostać, to chciała spróbować.

- A więc... Co to jest to EEK? Jakieś prestiżowe bractwo? - Kilka bractw studenckich było 

na tym uniwerku: wystarczyło zapłacić składki, iść na kilka spotkań i już można było wpisać sobie 

członkostwo w nich do CV.

- To tylko grupa facetów, którzy lubią razem imprezować. Ian był odrobinę zażenowany. - 

Jestem członkiem, bo mam tam kilku kumpli... W każdym razie co roku robią wypasioną imprezę, 

naprawdę z rozmachem. Nazywają ją Balem Umarłych Dziewczyn. Jak z jakiegoś horroru pełnego 

zombie i innych takich. - Zerknął na Eve, która podgrzewała mleko. - Twoja przyjaciółka świetnie 

by pasowała na Balu Umarłych Dziewczyn. Chociaż większość ludzi zwykle się przebiera.

Czy on ja zapraszał na randkę? Nie, to przecież niemożliwe. Po pierwsze, dopiero co go 

poznała. Po drugie... No cóż, nikt nigdy nie chciał się z nią umawiać. Po prostu jeszcze się nie 

zdarzyło.

- Brzmi   bombastycznie   -  powiedziała   Claire   i   pomyślała:   Rany,   właśnie   w   rozmowie   z 

fajnym facetem użyłam słowa: „bombastycznie”. Chyba powinnam się zastrzelić.

- Jutro   wieczorem   w   siedzibie   EEK.   Słuchaj,   jeśli   dasz   mi   swój   numer,   to   prześlę   ci 

esemesem szczegóły...

- Hm... Jasne. - Nikt nigdy jeszcze nie prosił jej o numer telefonu. Wyjąkała kolejne cyfry, 

wstukał je do komórki i uśmiechnął się do niej. To był miły uśmiech. Naprawdę miły uśmiech. - 

Ale, hm, nie wiem, czy będę mogła przyjść.

- Powiem wprost: jeśli przyjdziesz, uratujesz mi życie. My, jajogłowi, musimy trzymać się 

razem, żeby nie oszaleć wśród tej całej reszty, prawda? To co, do zobaczenia jutro wieczorem, o 

ósmej?

- Dobrze, przyjdę - obiecała. - Dzięki. Aha, ty jesteś Ian, tak?

- Ian.

- Claire - przypomniała mu swoje imię. - Och. Naprawdę to powiedziałam? Roześmiał się i 

odszedł, popijając latte.

Dopiero kiedy odszedł, zdała sobie sprawę, że właśnie się z tym  facetem  umówiła.  Na 

prawdziwą randkę. I to z kimś innym niż Shane. Jak do tego doszło? Przecież tylko chciała być 

miła, bo facet wydawał się w porządku, a potem okazał się wręcz uroczy, zwłaszcza w porównaniu 

z tamtymi chamskimi typami...

Więc szła na randkę.

Z kimś innym niż Shane.

Niedobrze.

- Hej - krzyknęła Eve i gestem pokazała, żeby Claire podeszła bliżej. - Co to było? Czepiał 

background image

się ciebie?

- Hm... - Claire zapomniała języka w gębie. - Nie. On tylko... Nieważne.

- Podrywał cię? - domyśliła się Eve.

Claire   zdecydowała   się   wzruszyć   ramionami.   Nie   miała   pojęcia,   jak   powiedzieć   o   tym 

przyjaciółce.

- Chyba tylko starał się być miły.

- Faceci nie bywają mili - obruszyła się Eve. - I co mu powiedziałaś? Umówiłaś się z nim? 

Jakim cudem Eve natychmiast zgadła, jęknęła w duchu Claire. Nerwowo przestąpiła z nogi na nogę 

i poprawiła zawieszony na ramieniu plecak.

- Chyba zgodziłam się iść z nim na imprezę. Ale to totalnie żadna randka.

- Och, totalnie nie - zgodziła się Eve. I przewróciła oczami. - Następny proszę! Waniliowa 

latte! Tak przy okazji, Claire, ta nazwa do ciebie pasuje.

- Dobra, idę do stolika... - powiedziała Claire. - Będę się uczyć.

Eve chętnie wypytałaby przyjaciółkę o szczegóły, ale musiała obsługiwać klientów. Stolik, 

który   Claire   sobie   upatrzyła,   jakimś   cudem   nadal   był   wolny.   Rzuciła   plecak   na   poobijany 

drewniany blat i usiadła, popijając mochę. Centrum wydawało się bezpieczniejsze niż większość 

miejsc w Morganville... Miejsce, gdzie tyle osób siedziało nad książkami, nie mogło być takie złe.

Prawie jak normalny uniwersytet. Claire czytała podręcznik do historii, kiedy jakiś cień 

zasłonił stronę książki. Podniosła wzrok i zobaczyła dziewczynę, którą trochę znała z akademika, 

Howard Hali. Z pierwszego roku jak ona. Lisa? Lesley? Coś w ten deseń.

- Cześć   -   przywitała   się   dziewczyna.   Claire   skinęła   głową,   wskazując   wolne   krzesło 

naprzeciwko, ale Lisa/Lesley nie usiadła. - Ta Gotka za kontuarem, ta która kiedyś pracowała w 

Common Grounds, to twoja przyjaciółka?

Wiadomości szybko się rozchodziły. Claire przytaknęła.

- No   to   może   będziesz   chciała   powstrzymać   ją   przed   samobójstwem   -   powiedziała 

Lisa/Lindsay. - Bo właśnie wyciągnęła zawleczkę z granatu Moniki.

Claire skrzywiła się i zamknęła książkę. Spojrzała na zegarek. No cóż, i tak powinna się 

zbierać. Może to było samolubne, ale wolałaby, żeby Lisa/Lesley darowała sobie dobry uczynek. 

Za nic nie chciała znów wpakować się w tarapaty.

Spakowała książki do plecaka. Po prostu pożegnam się z Eve, pomyślała. Nie mam tu nic do 

roboty. Totalnie nie będę się wtrącać.

Monica, Giną i Jennifer opierały się o kontuar, uniemożliwiając Eve obsługiwanie innych 

studentów.

- Hej, dziewczyno grabarza, mówi się do ciebie! - krzyczała Monica. - To prawda, że własny 

brat próbował cię zabić?

background image

- A to było przed czy po tym, jak ją chciał puknąć? - Pytaniu towarzyszyły ordynarne gesty. 

Nawet jak na Jennifer to było obrzydliwe.

- Próbował? - zarżała  Giną. - Ja słyszałam,  że robili to ze sobą przez całe  liceum.  Nic 

dziwnego, że oboje zupełnie sfiksowali.

Twarz Eve nadal wyglądała jak biała maska, ale jej oczy... Oczy miała szalone. Panowała 

nad sobą, ale z najwyższym trudem. Nalewała espresso i latte, a potem zamaszyście postawiła trzy 

kubki na kontuarze i powiedziała:

- Jeśli nie odejdziecie, pójdę po kierownika.

- Oho! - prychnęła Monica. - Po kierownika. Wow. Ale się boję. Myślisz, że wystraszę się 

jakiegoś głupka, tak durnego, że pracuje tu za niewiele więcej, niż wynosi minimalna płaca? Tak ci 

się wydaje? - Pochyliła się, chcąc pochwycić spojrzenie Eve. - Mówię do ciebie, kretynko. Giną 

zauważyła Claire. Położyła Monice dłoń na ramieniu.

- Dwie wariatki w cenie jednej - powiedziała radośnie. - Chyba mają dziś promocję.

- Claire. - Monica uśmiechnęła się jeszcze szerzej. - No jasne, czemu nie? Złościsz się, że 

dokuczam twojej przyjaciółeczce, lesbo?

- Zdecyduj się - wycedziła Claire. Jej głos zabrzmiał nisko i jakoś tak nawet fajnie. Być 

może łatwiej było przeciwstawić się Monice w obecności innych osób, nie czuła się tak bardzo 

zagrożona. A może po prostu przyzwyczaiła się stawiać Monice. - Jesteśmy lesbami czy może ona 

spała ze swoim bratem? Bo wiesz, to się jedno z drugim jakoś kłóci.

Monica aż zamrugała.  No cóż, logika nie należała do jej mocnych  stron. Claire prawie 

widziała, jak przez jej mózg przemyka myśl: O kurczę, nie zbijajcie mnie z tropu faktami!

- Śmiejesz się ze mnie?

- Owszem - przyznała Claire.

Monica uśmiechnęła się. To był szeroki, szczery uśmiech.

- No i proszę - syknęła. - Claire znalazła kogoś do pary. Pewnie to wielka pociecha być pod 

skrzydłami naprawdę wrednego Opiekuna. - Rzuciła spojrzenie w stronę Eve. - Ale to nie potrwa 

długo. Moja rodzina  coś  tutaj  znaczy.  A  wy,  wariatki,  jesteście  tu  tylko  chwilowo. I jesteście 

żałosne.

Odrzuciła włosy do tyłu, wzięła swoją latte i odeszła. Faceci oglądali się za nią, kiedy ich 

mijała, oflankowana z obu stron przez Ginę i Jennifer jak w lotniczej formacji myśliwców.

- O... - zdziwiła się Eve, wycierając ekspres do kawy może nieco zbyt energicznie. - Zwykle 

nie wycofuje się tak szybko.

- Może ma jakieś zajęcia.

- Uwierz mi - parsknęła Eve - jakieś zajęcie by się tej dziewczynie faktycznie przydało.

- To niesamowite, że mamy własną obstawę policjantów, prawda? - odezwała się Eve. Ona i 

background image

Claire stały na chodniku przed Centrum Uniwersyteckim, a kampus wydawał się wyludniony - była 

siódma i zapadał już zmierzch. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Słońce dopiero co zaszło i 

na horyzoncie od strony zachodu jeszcze widać było jaskrawą pomarańczową i żółtą poświatę. - 

Ale przecież mam samochód, możemy bezpiecznie dojeżdżać na uniwerek.

- Moim zdaniem oni się znudzą. Znaczy to wyjątkowa sytuacja, dopóki nie złapią... zabójcy 

tej dziewczyny.

Eve westchnęła i nic nie powiedziała. Granatowy samochód zatrzymał się przed nimi. Joe 

Hess prowadził, a Travis Lowe wysiadł i otworzył tylne drzwi z niemądrym, przesadnie głębokim 

ukłonem. W sumie to było nawet miłe. Claire wsiadła, przesunęła się, a obok niej usiadła Eve.

- Cześć, dziewczyny. - Hess odwrócił się do nich. Pod oczami miał ciemne kręgi i sprawiał 

wrażenie, jakby w ogóle nie spał. - Dzięki za kawę.

Claire i Eve spojrzały po sobie.

- Przepraszam - powiedziała Eve. - Ja zawsze pachnę kawą, to takie barmańskie perfumy. 

Nie pomyślałam o kawie dla was, ale jeśli macie ochotę, to ja zaraz...

- Wykluczone - zaprzeczył Lowe, siadając na siedzeniu pasażera. - Już ciemno. Odwieziemy 

was do domu, a potem wstąpimy gdzieś na kawę.

- Dzięki - odezwała się Claire. - Za podwiezienie.

Żaden z gliniarzy nie odpowiedział. Hess ruszył podjazdem, przejechał przez kampus i dwie 

przecznice dalej zagłębił się w ciemne ulice Morganville. Większość sklepów już pozamykano. 

Kiedy mijali Common Grounds, Claire i Eve jednocześnie wyjrzały przez okno. Kawiarnia była 

pełna, oczywiście, jak oaza światła na tej ciemnej ulicy. Ani śladu Olivera. Ani śladu taty Shane'a, 

co wywołało u Claire przypływ poczucia winy. Powinnam powiedzieć Shane'owi, pomyślała. Nie 

sądziła, żeby wypaplanie o tym  Eve w czymkolwiek pomogło, poza tym  że Eve jeszcze tylko 

bardziej  się zdenerwuje. A sądząc po ponurej  minie,  z jaką spoglądała  w mrok,  wystarczy jej 

zmartwień Byli  już tylko  o jedną przecznicę  od domu, kiedy jakiś połyskliwy czarny wóz - z 

płetwami jak rekin - wyprzedził ich i ustawił się w poprzek ulicy. Hess wdepnął hamulec i opony 

zapiszczały   jak   wyjący   potępieniec.   Nie   uderzył   w   ten   samochód...   Stuknął   go   tylko.   Claire 

uderzyła się o winylowe siedzenie i aż sapnęła ze strachu. Wymieniły z Eve przerażone spojrzenia.

Na przednich siedzeniach Hess i Lowe też po sobie spojrzeli. Miny mieli bardzo ponure, 

byli spięci.

- Co się dzieje? - spytała Eve i pochyliła się w ich stronę. - Panowie?

- Wy zostańcie w samochodzie - polecił Hess i otworzył drzwi. - Trav, zostań z nimi.

- Joe...

- Nic mi nie będzie. - Wysiadł, trzasnął drzwiami i poszedł w stronę tarasującego ulicę auta. 

Zaciemniona szyba opuściła się i w blasku przednich świateł Claire zobaczyła znaną, trupiobladą 

background image

twarz.

- Hans - szepnęła. Ten detektyw wampir. Popatrzyła na Lowe'a i zobaczyła coś dziwnego: 

wyjął rewolwer i położył go na kolanach. A w lewej dłoni trzymał krzyż. - Prawda? To Hans.

- Bądźcie cicho, dziewczyny - powiedział Lowe. Nie odrywał oczu od rozgrywającej się 

przed nimi sceny. - To tylko rutynowa kontrola.

Claire nie znała policyjnych procedur, ale była pewna, że nie należy do nich blokowanie 

samochodem drogi jednemu policjantowi przez drugiego. Nawet w tym mieście. I nie należało do 

nich wyciąganie broni z kabury przez funkcjonariusza. Hess rozmawiał krótko. Kilka razy pokręcił 

głową, gestykulował. Gdy wracał do samochodu, widać było, że jest zdenerwowany.

Claire ogarnęło naprawdę złe przeczucie. Hess miał taką minę, że nietrudno było domyślić 

się, że nie ma dobrych wiadomości. Shane. O Boże, może chodzi o Shane'a, może mu się coś 

stało... Hess otworzył tylne drzwi, od strony Claire, i wsadził głowę do środka.

- Dziewczyny - powiedział - będziecie musiały pójść ze mną.

- Jeszcze czego! - warknął Lowe. - Przecież mieliśmy je zabrać do domu.

- Zmiana planów. - Hess próbował opanować gniew i nie pokój, ale Claire i tak je dostrzegła 

w jego oczach. - Dziewczyny, ktoś na was czeka w centrum. Ja pojadę z wami. Trav, chcę, że byś 

odprowadził samochód.

Mężczyźni wymienili spojrzenia, a potem Lowe powoli wypuścił oddech.

- Dobrze - dał za wygraną. - Jasne. Uważaj na nie.

- Wiesz, że będę uważał.

Claire wysiadła z samochodu, czując się jeszcze bardziej bezbronna i zdana na łaskę losu niż 

zwykle. Hess stał tuż obok niej, wysoki i opiekuńczy, ale mimo wszystko... Poczuła na sobie wzrok 

Hansa i przeszedł ją dreszcz.

Partnerka Hansa, Gretchen, wysiadła z samochodu i otworzyła tylne drzwi.

- Do środka - rzuciła. Claire z trudem przełknęła ślinę i chciała już wsiadać, ale Eve j ą 

wyprzedziła. Wsiadła pierwsza i przesunęła się, robiąc miejsce dla Claire i Hessa. Ledwo zmieścili 

się we troję z tyłu. Gretchen zatrzasnęła drzwi.

- Wszyscy macie milczeć, póki nie poprosimy o odpowiedź na pytania - polecił Hans i 

ruszył, kiedy Gretchen zajęła miejsce obok niego. Z piskiem opon zawrócił samochód.

Minęli dom pod numerem 716 przy Lot Street. Wszystkie światła w Domu Glassów paliły 

się, a drzwi były otwarte i ktoś w nich stał, obserwując ulicę. Za szybko jechali, żeby Claire mogła 

rozpoznać, czy to był Shane, czy Michael. Miała nadzieję, że jednak Shane.

Miała nadzieję, że jeśli coś się stanie, to chociaż uda jej się pożegnać z Shane'em.

- Myślałam,   że   jedziemy   na   komisariat   -   szepnęła   Eve,   kiedy   samochód   przejeżdżał 

kolejnymi ulicami.

background image

- A nie jedziemy? - odszepnęła Claire.

- Minęliśmy go właśnie. Chyba jedziemy gdzie indziej. - Eve była przestraszona, a kiedy 

Claire   wzięła   ją   za   rękę,   poczuła,   że   jej   dłoń   jest   zimna   i   drży.   Trzymały   się   za   ręce,   kiedy 

samochód pokonał jeszcze kilka zakrętów, a potem zwolnił przed czymś w rodzaju szlabanu. - O 

Boże. Wiozą nas na plac.

- Plac?

- Plac Założycielki.  O tej porze to istne wampirowo.  - Eve z trudem przełknęła  ślinę i 

mocniej ścisnęła dłoń Claire. - Próbuję się domyślić, czy to może oznaczać dla nas coś dobrego.

- Cii - odezwał się cicho Hess. - Nic wam nie grozi. Zaufajcie mi.

Claire mu ufała. Ale nie ufała dwójce detektywów wampirów siedzących z przodu, którzy 

najwyraźniej mieli prawo wydawać mu polecenia.

Szlaban   podniesiono.   Hans   przejechał   na   drugą   stronę,   zatrzymał   samochód   na   jakimś 

nieoświetlonym parkingu. Odwrócił się i zmierzył wzrokiem najpierw Claire, potem Eve i na końcu 

Hessa.

Gretchen też się do nich odwróciła. Uśmiechała się. - Chcemy, żebyście coś zobaczyli - 

wyjaśnił Hans. Gretchen wysiadła z samochodu i otworzyła drzwi po stronie Eve.

- Wysiadać.

Wygramolili   się   na   rześkie   nocne   powietrze.   Wstał   już   księżyc   i   świecił   mdłą,   żółtą 

poświatą, która słabo rozświetlała mrok. Było bardzo ciemno, a przecież jeszcze nawet na dobre 

noc nie zapadła...

Czyjaś chłodna ręka zacisnęła się mocno na ramieniu Claire. Pisnęła i usłyszała, że Eve 

zrobiła to samo. Gretchen stała między nimi i trzymała je mocno.

- Zostań przy samochodzie - polecił Hans posterunkowemu Hessowi.

- Idę z dziewczynami.

- Masz wykonywać polecenia jak posłuszny mały neutralny - warknął Hans. - Chyba że 

chcecie obaj z twoim partnerem stracić ten status. Tu nie chodzi o drobny incydent. Ta sprawa 

przyciągnęła uwagę Starszych. Jeśli dziewczyny nie będą sprawiać kłopotów, wrócą całe i zdrowe, 

ale ty masz zostać tutaj.

- Nie,   Hans.   Pozwól   mu   iść.   Przyda   się   -   wtrąciła   się   Gretchen.   Hans   spojrzał   na   nią 

gniewnie, a potem wzruszył ramionami.

- Zgoda. Ale tylko się wtrąć, Hess, a będzie z ciebie befsztyk. Gretchen pchnęła dziewczyny 

naprzód.

- Co się dzieje? - spytała Eve. Żaden z wampirów nie odpowiedział. Claire obróciła głowę i 

zobaczyła, że Hess idzie za nimi, ale jakoś jej to nie pocieszyło. Gretchen poprowadziła je za róg ni 

czym niewyróżniającego się ceglanego budynku, prosto do...

background image

.. jakiegoś parku.

Claire zamrugała zaskoczona, bo tam było naprawdę bardzo... ładnie. Zielona trawa, wielkie 

drzewa szumiące uspokajająco. Na gałęziach były zawieszone lampiony, które oświetlały kwiaty, 

krzewy i parkowe ścieżki.

Plac   tętnił   życiem.   Sklepy   na   ulicach   sąsiadujących   z   kampusem   były   zapuszczone   i 

obskurne,   te   wychodzące   na   plac   jarzyły   się   światłem,   były   zadbane   i   eleganckie.   Budynki 

kojarzyły   się   Claire   z   architekturą   europejską,   były   wykończone   kamieniem   i   marmurem, 

ozdobione kolumienkami. Na dachach widać było nawet gargulce odprowadzające deszczówkę do 

rynien.

Plac   wyglądał   jak   pocztówka   jakiegoś   starego   europejskiego   miasteczka,   które   kiedyś 

oglądała Claire, tylko... był jeszcze ładniejszy.

Wszystkie   sklepy   wychodzące   na   plac   były   otwarte.   Dwie   restauracje   ze   stolikami 

wystawionymi na zewnątrz nadal serwowały posiłki, a od zapachu pieczonego mięsa i świeżego 

chleba Claire napłynęła ślinka do ust. W ciągu dnia tak naprawdę tylko wypiła trochę kawy.

A   potem   przypomniała   sobie,   co   jej   mówiła   Eve.   Jeżeli   centrum   nocą   zamienia   się   w 

wampirowo, to po co te restauracje?

Zrozumiała, kiedy minęli jedną. Przy stolikach siedzieli, jedząc kolację, i ludzie, i wampiry: 

wampiry miały przed sobą talerze z jedzeniem i zajadały z takim samym apetytem co ludzie. - To 

wy jecie? - wypaliła Claire zaskoczona. Gretchen zerknęła na nią tymi swoimi zimnymi oczyma 

istoty nie z tego świata.

- Oczywiście.   Jedzenie   nie   dostarcza   nam   żadnych   składników   odżywczych,   ale   smak 

jedzenia nadal lubimy. A dlaczego pytasz? Jeśli szukasz sposobów zabicia nas, to przekonasz się, 

że trucizny na nas nie działaj ą.

Claire nawet nie przyszło to na myśl. Była tylko zwyczajnie nieco... zaciekawiona. Mijane 

sklepy okazały się niesamowite.  Jubilerzy,  z wystawami  pełnymi  złota i szlachetnych  kamieni. 

Księgarnie pełne zarówno starych woluminów, jak i najnowszych bestsellerów. Sklepy z ubraniami, 

całe ich mnóstwo, pełne gustownych i drogich ciuchów. Wyglądało to zupełnie jak jakaś dzielnica 

w Dallas albo Houston czy Austin przeniesiona do Morganville. Dziwne.

Zakupy robiły wyłącznie wampiry.  Rzeczywiście mnóstwo ich tu się kręciło, więcej niż 

Claire kiedykolwiek  sobie wyobrażała,  że może  ich w Morganville  mieszkać,  a im więcej  ich 

widziała,   tym   bardziej   zaczynała   się   bać.   Gapiły   się   na   nią,   jakby  ona   i   Eve   były   jałówkami 

prowadzonymi do rzeźni. Claire poczuła się okropnie samotna. Ja chcę do domu. Przysięgam, jeśli 

uda mi się z tego wywinąć, wracam do mamy i taty. I nigdy już nie wyjadę...

Gretchen poprowadziła je w stronę czarnego marmurowego budynku ze złotymi literami na 

szczycie. „Rada Starszych”, głosił napis.

background image

- Wszystko   w   porządku   -   odezwał   się   Hess   zza   ich   pleców.   -   Nic   WAM   nie   będzie, 

dziewczyny. Macie tylko współpracować. Odpowiadajcie na zadawane pytania.

Claire   prawie   nie   słyszała   własnych   kroków,   idąc   po   marmurowych,   wypolerowanych 

schodach. Czuła się trochę tak, jakby szła we śnie, bezbronna i otępiała, ale chwyt Gretchen na 

ramieniu odbierała aż nazbyt realnie. I boleśnie. Auć. Będzie miała siniaki.

Hans otworzył wielkie, wypolerowane drzwi i weszli do środka.

Claire do głowy nie przyszło, że w siedzibie Rady Starszych zobaczy telewizor. Miał wielki 

ekran, był nastawiony na całodobowy kanał informacyjny. Właśnie pokazywano migawki z jakiejś 

wojny - eksplodowały bomby, krzyczeli żołnierze. Przed telewizorem, z założonymi ramionami, 

stał Oliver. Nie miał na sobie swoich luzackich, hipisowskich ciuchów, które nosił w kawiarni - 

tym razem był w garniturze, czarnym, eleganckim, z kantami ostrymi jak brzytwa. Siwiejące włosy 

związał w kucyk, włożył krawat. Nie, niezupełnie krawat. Coś w rodzaju chustki, z węzłem spiętym 

brylantową szpilką. Może takie coś było modne w czasach młodości Olivera.

- Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają - powiedział, wpatrując się w ekran telewizora. - 

Ludzie nadal zabijają się z najgłupszych możliwych powodów. A to nas nazywaj ą potworami.

Przy ostatnim słowie spojrzał na Claire, a ona zadrżała. Oliver miał przyjemne oczy, ale z 

jakiegoś powodu przerażały ją bardziej niż zimne jak lód spojrzenie Gretchen. Może to dlatego, że 

ona   nadal   wolałaby   móc   go   lubić,   niezależnie   od   wszystkiego,   co   zrobił.   Przecież   on   zabił 

Michaela, upomniała samą siebie. No cóż, prawie go zabił, ściśle mówiąc.

- Cześć - zwrócił się do niej Oliver i skinął głową. Popatrzył teraz na Eve. - Eve, brak nam 

ciebie w kawiarni.

- A u... - Eve nie dokończyła tego, co cisnęło się jej na usta. Claire na dziewięćdziesiąt 

dziewięć procent była pewna, że Eve chciała powiedzieć: „A ugryź mnie”. - Dzięki. - Co jak na Eve 

zabrzmiało niewiarygodnie ostrożnie, bo jeśli ktoś był na prawdę zaszokowany i wściekły, kiedy 

Oliver okazał się wampirem, to właśnie ona.

Oliver   skinął   głową   i   przeszedł   przez   wielkie,   puste   pomieszczenie   -   puste,   pomijając 

przyciszony, ale grający telewizor i gruby rdzawoczerwony dywan - i otworzył podwójne drzwi. 

Nie pracował tu jako odźwierny; przeszedł przez te drzwi do następnego pomieszczenia, a Gretchen 

pchnęła Claire i Eve naprzód. Dywan był miękki, stopy Claire zapadały się w nim. Poczuła zapach 

więdnących kwiatów. Róż. Mnóstwa róż.

Zapach   uderzył   jaz   pełną   siłą,   kiedy   weszli   do   sąsiedniej   sali,   wielkiego,   owalnego 

pomieszczenia z filarami, obwieszonego dokoła wiśniowymi zasłonami. Skromny żyrandol rzucał 

przyćmione światło. Dywan był taki sam, ale stały też jakieś meble - krzesła ustawione w równych 

rzędach, w trzech grupach, pomiędzy którymi pozostawiono przejścia.

Dopiero po chwili do Claire dotarło, że właśnie weszła do domu pogrzebowego. A kiedy to 

background image

zrozumiała, stanęła jak wryta i potknęła się, bo Gretchen nadal ciągnęła ją brutalnie za sobą, obok 

rzędów pustych krzeseł, aż na sam przód, gdzie stał Oliver.

- Przepraszam...   - odezwał   się Joe  Hess, wychodząc   zza  pleców   Claire   i Eve.  -  Jestem 

posterunkowy Hess.

Oliver skinął głową.

- Znam cię.

- Czy nie powinni być tu obecni też inni? - Napięcie w głosie i w postawie Hessa ostrzegło 

Claire, że jeśli Oliver zamierza je przesłuchiwać sam, to nie oznacza, to dla nich nic dobrego.

- Inni są tu obecni, panie posterunkowy - odezwał się jakiś cichy, chłodny głos z kąta sali, 

chociaż Claire mogłaby przysiąc, że jeszcze przed sekundą ten kąt był zupełnie pusty. Westchnęła, 

spojrzała i zobaczyła tam Amelie upozowaną, jakby była kamienną rzeźbą ustawioną tam, zanim 

jeszcze zbudowano wkoło niej resztę budynku. A jej ochroniarze, czy też służący, stali w pobliżu. 

Było ich czterech. Claire zastanawiała się, czy to nie jest sygnał wskazujący, jak poważne kłopoty 

mają ona i Eve.

Trzeci Starszy jest w drodze - powiedziała Amelie i usiadła na krześle tak, jakby to był złoty 

tron. Ubrana była w czerń, podobnie jak Oliver, ale miała na sobie długą zamszową spódnicę i 

surową   białą   koszulę   pod   dopasowanym   żakietem.   Założyła   nogę   na   nogę,   ukazując   blade   i 

szczupłe łydki, a dłonie splotła na kolanach.

Oliver nie miał szczęśliwej miny.

- Na kogo czekamy? - spytał.

- Znasz   prawa,   Oliverze,   nawet   jeśli   znajdujesz   sposoby,   żeby   je   omijać   -   powiedziała 

Amelie. - Czekamy na pana Morrella.

Nie musieli czekać długo; po zaledwie niecałej minucie Claire usłyszała głosy dochodzące z 

przedsionka   i   brzęk   kluczy.   Nie   znała   mężczyzny,   który   wszedł   w   towarzystwie   dwóch 

umundurowanych policjantów, ale jednego z tych gliniarzy już widziała: to był Richard Morrell, 

brat Moniki. A więc ten przysadzisty łysiejący mężczyzna z pewną siebie miną to pewnie jej ojciec.

Burmistrz Morganville.

On też był ubrany w garnitur - granatowy, w prążki, z szerokimi klapami, trochę krzykliwy, 

a spodnie od garnituru miał nieco przydługie. Na palcach nosił za wiele biżuterii, a na twarzy miał 

uśmiech.

- Oliver - odezwał się pogodnie. Uśmiech zniknął szybko, kiedy dostrzegł Amelie siedzącą 

spokojnie z boku w otoczeniu swojej świty. Na jego twarzy pojawił się szacunek. - Założycielko.

- Burmistrzu. - Skinęła do niego głową. - A więc możemy zaczynać.

Gretchen puściła ramię Claire, która skrzywiła się i pomasowała je. Tak, to się skończy 

siniakiem. Na pewno. Zaryzykowała  rzut oka na Eve, która robiła dokładnie to samo. Z miną 

background image

śmiertelnie przerażoną.

Oliver sięgnął do jakiegoś ukrytego sznura i wisząca za nim wiśniowa zasłona się rozsunęła.

Za   nią,   na   marmurowym   katafalku,   leżało   ciało.   Wokół   stały   wazony   z   pięknymi 

czerwonymi  różami. Ciało było biało - niebieskie, gumowate i z całą pewnością, przeokropne, 

Nieżywe. Claire zrobiło się słabo, szumiało jej w uszach, z trudem ustała na nogach.

- O mój Boże - szepnęła Eve i uniosła obie ręce do ust.

- To Brandon - powiedziała Claire i spojrzała na Olivera. - To Brandon, prawda? - Bo ta 

sztywna,  biała twarz już zupełnie  nie przypominała  ludzkiej i Claire trudno było  powiązać  jaz 

twarzą żywej istoty - wampira, którego się bała. Tego, który jej groził, który j ą ścigał w drodze do 

domu, który o mało jej i Eve nie zabił...

Oliver pokiwał głową. Odsunął aksamit zakrywający Brandona od szyi w dół. Na jego ciele 

były czarne, otwarte rany.  Niektóre jeszcze dymiły.  Claire poczuła  odór spalonego ciała i tym 

razem kolana się pod nią ugięły. Posterunkowy Hess złapał ją za ramię i podtrzymał.

- Był torturowany - oznajmił Oliver. Głos miał spokojny, wręcz obojętny. - Długo. Komuś 

bardzo się to podobało. Jakby w grę wchodziła jakaś... sprawa osobista.

Richard   przyjrzał   się   ranom   na   ciele   Brandona.   Nawet   je   dotknął.   Claire   zrobiło   się 

niedobrze.

- Wygląda na to, że ktoś przebił mu serce kołkiem - stwierdził Richard i podniósł wzrok na 

ojca. - Ten, kto to zrobił, nie żartował. To nie jest rana zadana przypadkiem, rozmyślnie i powoli 

wbijano   kołek   w   serce   Brandona.   Nie   wiem,   czego   chcieli   się   od   niego   dowiedzieć,   ale 

prawdopodobnie   się   dowiedzieli.   Widzę   ślady   ran,   które   zdążyły   się   zasklepić,   zanim   umarł. 

Brandona torturowano przynajmniej kilka godzin.

Cisza. Głęboka, ciężka cisza. Richard spojrzał na Claire i Eve. Jeśli je poznał, nie dał nic po 

sobie znać.

- Te dziewczyny mają coś wspólnego z zabójstwem Brandona?

- Być może - stwierdził Oliver. Claire nie widziała, żeby się poruszył, ale nagle okazało się, 

że stoi tuż przed nią i patrzy na nią z góry. - Być może coś wiedzą. Nie przepadałaś za Brandonem, 

prawda, Claire?

- Ja... - Nie wiedziała, co powiedzieć. Nie kłam, ostrzegł ją wcześniej Hess. Czy wampiry 

umiały poznać, że ktoś kłamie? Może nawet czytały w myślach?

- Nie, nie lubiłam go. Ale nikomu bym czegoś takiego nie życzyła.

Nawet tobie. Ale to dodała już tylko w myślach.

Miał takie łagodne oczy. I najstraszniejsze było w nim właśnie wrażenie, że można mu 

zaufać, że powinna mu ufać, że w jakiś sposób zawodzi go, kiedy nie...

- Nie rób tego - odezwała się ostro Eve i uszczypnęła ją w ramię. Claire pisnęła. - Nie patrz 

background image

mu w oczy.

- Eve - westchnął Oliver. - Jestem tobą bardzo rozczarowany. Nie rozumiesz, że to mój 

obowiązek,   jako   Patrona   Brandona,   dotrzeć   do   sedna   tej   sprawy?   Nie   jesteś   może   takim 

niewiniątkiem jak Claire, ale wiesz, jaka jest kara za zabicie jednego z nas. I wiesz, jak daleko 

jesteśmy gotowi się posunąć, żeby dowiedzieć się prawdy. Nie chcesz, żeby udało mi się wydobyć 

ją od niej bez zadawania bólu? Eve nic nie powiedziała. Wzrok utkwiła gdzieś tak na wysokości 

jego klatki piersiowej.

- Moim zdaniem i tak zrobisz, co będziesz chciał - mruknęła ponuro. - Wampiry zawsze tak 

robią. Nie spytałeś mnie o to, aleja się cieszę, że Brandon nie żyje. I cieszę się, że cierpiał. Jak 

bardzo by cierpiał, i tak za mało.

I wtedy Sympatyczny Oliver zniknął. Po prostu... zniknął. Claire dostrzegła jakiś błysk, 

jakiś ruch, nic więcej, a po chwili Oliver trzymał Eve za włosy i odchylał jej boleśnie głowę w tył.

A w jego oczach nie zostało już nic ludzkiego. Chyba że ludzki był ten niczym niezmącony 

płomień gniewu.

- Och... - westchnął Eve do ucha. - Dziękuję, że to powiedziałaś. Teraz już nie będę musiał 

tak uważać.

Posterunkowy Hess wystąpił naprzód, dłonie zacisnął w pięści. Richard Morrell zastąpił mu 

drogę.

- Spokojnie, Joe - powiedział. - Wszystko jest pod kontrolą.

Claire była innego zdania. Oddychała za szybko, znów robiło jej się słabo i widziała, że pod 

Eve uginają się nogi. W tym pomieszczeniu wiało grozą - to ciało na marmurowym katafalku - to 

wszystko było po prostu... straszne.

Tata Shane'a to zrobił. Claire zrobiło się jeszcze bardziej niedobrze, kiedy przez jej głowę 

przebiegła ta myśl, bo teraz musiała j ą zachować tylko dla siebie. A wiedziała, że będą pytać. 

Oliver powąchał obnażoną szyję Eve.

- Pracujesz w jakiejś kawiarni. W kampusie, jak przypuszczam.  Zabawne. Nie proszono 

mnie o referencje.

- Puszczaj - zaprotestowała słabo Eve.

- Och, nie mogę tego zrobić. Wtedy trudniej mi będzie cię ugryźć. - Oliver uśmiechnął się, a 

potem otworzył usta i jego zęby zmieniły się w kły - jak u żmii, śmiertelnie ostre.

Polizał szyję Eve, tuż ponad miejscem, gdzie bił puls.

- O Boże - szepnęła. - Proszę, nie rób tego. Proszę, nie pozwólcie mu na to.

- Zacznij zadawać dziewczynie pytania, Oliver. Nie mamy czasu na twoje zabawy - odezwał 

się burmistrz Morrell znudzonym tonem, zupełnie jakby taki drobiazg nie pozwalał mu zająć się 

czymś  o wiele ważniejszym.  Przyjrzał się swoim paznokciom i lekko je wypolerował o rękaw 

background image

garnituru. - Jedźmy już z tym koksem.

Amelie nie powiedziała ani nie zrobiła nic.

- Jestem pod Ochroną - próbowała się stawiać Eve. - Nie możesz mnie skrzywdzić. - Ale jej 

głos nie brzmiał zbyt pewnie i Claire obejrzała się na Amelie uważnie obserwującą całą scenę, 

jakby to było jakieś przedstawienie wystawiane na jej cześć.

Minę miała uprzejmą, ale chłodną.

- Proszę, pomóż. Słyszysz  mnie? - pomyślała  Claire. Amelie leciutko uniosła bladozłote 

brwi. Jeśli j ą słyszała, nie okazała tego w żaden sposób. Siedziała bez ruchu spokojna jak Budda.

- Powiedzmy sobie tylko, że Amelie i ja w takich sprawach się rozumiemy - powiedział 

Oliver.   -   I   Eve,   kochanie,   to   zrozumienie   dotyczy   też   tego,   że   mogę   dowolnymi   metodami 

prześladować istoty ludzkie, które naruszają spokój. Niezależnie od Ochrony. Niezależnie od tego, 

kto Ochrony udziela. A teraz może porozmawiajmy sobie trochę o osobach, które włamały się do 

waszego domu.

- O... kim? - Eve usiłowała nie patrzeć mu w oczy, ale stał za blisko. Niemal nie sposób było 

się od niego odwrócić. - Ja nie wiem, kto to był.

- Nie wiesz. Jesteś tego taka pewna - wycedził. Zniżył głos do cichego, groźnego szeptu, a 

Claire próbowała wymyślić, co powiedzieć, co zrobić, żeby Eve jakoś pomóc. Bo Eve najwyraźniej 

nie zamierzała pomóc samej sobie, a Claire nie mogła tak po prostu stać i patrzeć, jak dzieje się jej 

krzywda. Nie mogła.

- Ja   wiem   -   oznajmiła   i   poczuła,   że   skupia   się   na   niej   uwaga   wszystkich   obecnych. 

Przerażające. Claire odchrząknęła. - To byli ludzie z motocyklowego gangu.

- Z gangu. - Oliver puścił Eve i obrócił się w stronę Claire. - Rozumiem. Usiłujesz odwrócić 

moją uwagę czymś oczywistym, a to, Claire, nie jest dobry pomysł. To wcale nie jest dobry pomysł. 

Widzisz, my wszyscy to wiemy. Wiemy, kiedy przyjechali do miasta. Wiemy nawet, kto ich tu 

wezwał.

Claire poczuła, że krew odpływa jej z twarzy.  Żołądek podszedł jej do gardła, a Oliver 

puścił Eve i szarpnął za jakiś kolejny sznur.

Rozsunęła się następna zasłona, ta obok ciała Brandona.

Dwóch   mężczyzn   klęczało.   Byli   związani   i   zakneblowani,   i   pilnowani   przez   naprawdę 

przerażające z wyglądu wampiry. Jednym z zatrzymanych był motocyklista.

Drugim był Shane.

Claire krzyknęła.

background image

ROZDZIAŁ 8

Posadzili   ją   na   krześle,   a   Gretchen   przytrzymywała   ją   w   żelaznym   uchwycie.   Claire 

próbowała się wyrwać, ale strach i szok przeważyły nad gniewem.  Shane klęczał nieruchomo. 

Patrzył na nią, ale nie mógł nic powiedzieć przez knebel w ustach, a skoro Shane się nie wyrywał, 

to może jednak nic wyrywaniem się nie można było zyskać.

Eve obróciła się na pięcie i uderzyła Olivera w twarz. Otwartą dłonią, mocno. Uderzenie 

odbiło się echem jak wystrzał w wykładanym marmurem pomieszczeniu. Wszyscy jednocześnie 

głośno zaczerpnęli powietrza.

- Ty sukinsynu! - wrzasnęła. - Puść Shane'a! On nie ma z tym nic wspólnego!

- Doprawdy. - Obojętne stwierdzenie, nawet nie pytanie.

W przeciwieństwie do ludzkich na twarzy Olivera po uderzeniu nie został ślad palców, a 

Eve  na   pewno  uderzyła   go  mocno.  Wyglądał,   jakby nie   zauważył,   że  został  spoliczkowany.   - 

Siadaj, Eve, a ja ci podam kilka faktów z tego twojego dość żałosnego życia.

Nie usiadła. Oliver położył dłoń płasko na jej klatce piersiowej, w okolicy obojczyków, i 

pchnął ją. Eve padła na krzesło, piorunując go wściekłym wzrokiem.

- Posterunkowy   Hess   -   powiedział   Oliver   -   może   wyjaśni   pan   mojej   drogiej   byłej 

pracownicy, co zaryzykuje, jeśli jeszcze raz podniesie na mnie rękę. Czy jeśli mnie choćby dotknie.

Hess już szedł w stronę Eve. Usiadł na krześle za jej plecami i zaczął szeptać gorączkowo. 

Claire nie mogła zrozumieć, co Hess mówi. Eve gwałtownie kręciła głową. Z jej czoła spłynęła 

kropla potu, zostawiając ślad na makijażu.

- Eve   -   odezwał   się   Oliver,   kiedy  Hess   przestał   szeptać,   a   Eve   usiadła   spokojnie   -   nie 

jesteśmy   półgłówkami.   Sądzisz,   że   nie   nadążamy   za   rozwojem   techniki.   Mylisz   się.   Jesteśmy 

właścicielami firm telekomunikacyjnych w tej okolicy, również sieci telefonii komórkowej. Shane 

dzwonił z waszego domu pod numer, który, jak się okazało ku naszemu zdziwieniu, jest przypisany 

do aparatu znalezionego przy jego przyjacielu, panu Wallace. - Oliver wskazał na motocyklistę. - 

GPS  to wspaniały wynalazek,  tak przy okazji.  Jesteśmy  bardzo wdzięczni  ludziom  za  wysiłek 

włożony w umożliwienie śledzenia samych siebie. O wiele łatwiej teraz odszukać człowieka niż w 

dawnych czasach.

- Shane nic nie zrobił. - Claire rozpaczliwie próbowała go ratować. - Proszę. Musicie go 

puścić.

- Shane został złapany na miejscu przestępstwa - warknął Oliver. - Przy ciele Brandona. I 

moim zdaniem raczej nie można twierdzić, że nie był w sprawę zamieszany, skoro na tyle blisko 

przyjaźni się z panem Wallace'em, że do niego dzwoni.

- Wcale tak nie jest...!

background image

Oliver ją uderzył. Nawet nie dostrzegła ruchu jego ręki, poczuła uderzenie i na sekundę 

pociemniało jej w oczach. Zadygotała z wściekłości, tak bardzo chciała mu oddać, palący ślad jego 

palców na policzku odczuwała jak piętno.

- Widzisz, Eve? - spytał Oliver. - Oko za oko. Oczywiście, moja interpretacja nieco się różni 

od tej w Piśmie Świętym.

Shane mimo knebla w ustach próbował krzyczeć i uwolnić się z więzów, ale wampiry bez 

najmniejszego wysiłku przygwoździły chłopaka do podłogi. Eve szeroko otworzyła oczy z przera-

żenia,   a   Hess   przytrzymywał   ją   na   krześle,   bo   się   wyrywała.   Nie   róbcie   tego,   pomyślała 

zrozpaczona Claire. Bo przecież jej przyjaciele pokazali właśnie Oliverowi dokładnie to, czego 

chciał się dowiedzieć - że krzywdząc ją, może z nich wydobyć jakieś informacje.

- Oliver. - Amelie  wreszcie zabrała  głos. Mówiła  cicho  i łagodnie  - Czy chciałbyś  tym 

dzieciom zadać jakieś pytanie? Czy po prostu zaspokajasz swoje zachcianki? Mówisz, że już wiesz, 

że chłopak dzwonił do tego mężczyzny. Jakich jeszcze informacji potrzebujesz?

- Chcę się dowiedzieć, gdzie jest jego ojciec - powiedział Oliver. - Jedno z nich wie.

- Dziewczęta? - Amelie pokręciła głową. - Jakoś mi się wydaje mało prawdopodobne, żeby 

pan Collins jednej z nich się zwierzył.

- A zatem chłopak wie.

- Być może. - Postukała bladym palcem o wargi. - A jednak wątpię, żeby ci powiedział. I 

sądzę, że nie ma potrzeby stosowania przemoc, żeby dojść prawdy.

- To znaczy? - Oliver odwrócił się do niej i skrzyżował ręce na piersi.

To znaczy,  że on do nas przyjdzie,  Oliverze,  jak sam doskonale wiesz. Żeby uratować 

chłopaka przed konsekwencjami jego czynów.

- A więc wycofujesz swoją Ochronę dla chłopca?

Amelie   spojrzała   na   ciało.   Po   chwili   milczenia   wstała   i   podeszła   do   marmurowego 

katafalku. Powiodła palcem po twarzy Brandona i powiedziała:

- Urodził się jeszcze przed czasami króla Jana, wiedziałeś? Jako książę. Przeżył tyle lat. I 

tak skończył. Boleję nad stratą tego wszystkiego, co widział, a o czym nigdy nam już nie opowie. 

Nad stratą wszystkich wspomnień, które już nigdy nas nie wzbogacą.

- Amelie   -   w   głosie   Olivera   zabrzmiało   zniecierpliwienie   -   nie   możemy   pozwolić   tym 

zabójcom uciec. Wiesz o tym.

- Brandon był twój, Oliverze. Mógłbyś poświęcić chwilę na refleksję i pożegnanie, zanim 

ruszysz w pogoń.

Amelie stała do Olivera plecami, więc nie mogła zobaczyć tego, co zobaczyła Claire: w 

oczach Olivera błysnęła nienawiść, nienawiść wykrzywiła mu twarz. Opanował się, zanim Amelie 

odwróciła się do niego.

background image

- Brandon   miał   swoje   wady   -   przyznał   Oliver.   -   Z   nas   wszystkich   on   najbardziej   lubił 

polowanie.   Chyba   nigdy   nie   pogodził   się   z   zasadami   obowiązującymi   w   Morganville.   Ale   to 

właśnie tych zasad musimy teraz przestrzegać. Przez wydanie wyroku skazującego na przestępców.

Wyrok skazujący? A gdzie proces? Claire chciała już o to zapytać, ale czyjaś ręka zamknęła 

jej   usta.   Podnosząc   oczy,   zobaczyła   Gretchen   pochylającą   się   nad   nią   z   obnażonymi   kłami   i 

unoszącą palec do ust. Hans zatkał usta Eve. Stojący obok Hess skrzyżował ramiona na piersi, minę 

miał mocno zmartwioną, ale też się nie odzywał.

Amelie popatrzyła na Olivera, a potem za jego plecami na Shane'a.

- Ostrzegałam was - odezwała się cicho. - Ochraniam was w pewnych granicach. Zawiodłeś 

moje zaufanie, Shane. Z dobroci serca nie cofnę słowa danego twoim przyjaciołom, pozostają pod 

moją Ochroną. - Spojrzeniem jasnych oczu objęła Olivera i obdarzyła go królewskim skinieniem 

głowy. –Jest twój, cofam swoją Ochronę.

Claire protestowała,  ale jej krzyk  został stłumiony,  bo Gretchen wciąż zatykała  jej usta 

dłonią. Amelie nachyliła się i złożyła pocałunek na woskowym czole Brandona.

- Żegnaj, dziecko - powiedziała. - Chociaż nie byłeś bez skazy, należałeś do istot wiecznych. 

Nie zapomnimy cię.

Claire usłyszała, że na zewnątrz ktoś krzyczy, a Amelie obróciła się ruchem tak szybkim, że 

jej sylwetka aż się rozmazała, a potem odskoczyła... Coś uderzyło w marmurowy filar tuż obok 

miejsca, gdzie przed chwilą stała, i eksplodowało z głośnym hukiem.

Butelka. Claire poczuła zapach benzyny i usłyszała syk.

A potem zasłony zajęły się ogniem.

Amelie   warknęła,   biała   jak   kreda   i   nagle   zupełnie   już   nieludzka,   a   potem   ochroniarzy 

odciągnęli   ją   i   utworzyli   zaporę   z   własnych   ciał.   W   sali   wywiązała   się   strzelanina   i   ktoś   - 

posterunkowy   Hess?   -   pchnął   Claire   na   ziemię   i   zasłonił   własnym   ciałem.   Eve   też   leżała   na 

podłodze, zwinięta w kłębek, rękami o pomalowanych na czarno paznokciach osłaniając głowę.

Trwała walka. Claire nie mogła zrozumieć, co się dzieje, poza tym że walczono brutalnie, 

ale krótko. Kiedy duszący dym zaczął opadać, Hess wreszcie podniósł się i pozwolił jej usiąść.

W drzwiach leżało dwóch mężczyzn. Postawnych facetów w skórzanych kurtkach. Jeden 

jeszcze się poruszał.

Amelie odsunęła swoich ochroniarzy i minęła Claire, jakby dziewczyna nie istniała. Przeszła 

między   rzędami   krzeseł   do   motocyklisty,   który   próbował   się   odczołgać   na   bok.   Zostawiał   na 

rdzawym   dywanie   ciemniejszą   plamę.   Claire   wstała,   wdzięczna   Hessowi,   że   ją   podtrzymał,   i 

wymieniła przerażone spojrzenie z Eve.

Oliver znalazł się przy motocykliście przed Amelie. Postawił rannego na nogi i zanim Claire 

zdążyła mrugnąć, jednym ruchem złamał mu kark.

background image

Ciało upadło na posadzkę z głuchym odgłosem, a Claire odwróciła się i ukryła twarz na 

piersi Hessa, próbując opanować falę mdłości.

Kiedy podniosła oczy, Amelie wpatrywała się w Olivera. A on nie spuszczał wzroku.

- Nie ma sensu ryzykować - uśmiechnął się do niej serdecznie. - Amelie, mógł próbować cię 

zabić.

- Tak - powiedziała cicho. - A to nie leżałoby w niczyim interesie, prawda, Oliver? Ileż ja 

mam szczęścia, że znalazłeś się tutaj, żeby mnie... uratować.

Nie poruszyła się ani nie wykonała żadnego gestu, ale jej ochroniarze otoczyli ją, a potem 

wszyscy wyszli z sali, mijając (albo i nie) martwych mężczyzn.

Oliver patrzył w ślad za nią, a potem obrzucił spojrzeniem pomieszczenie i zatrzymał wzrok 

na Shanie.

- Twój ojciec myśli, że może uniknąć konsekwencji własnych czynów - syknął. - Jakie to 

smutne, ze względu na ciebie.

Umieśćcie tych dwóch, gdzie należy. W klatkach.

Motocyklista i Shane zostali dźwignięci na nogi i odciągnięci za zasłonę. Claire rzuciła się 

naprzód,   ale   Gretchen   ją   złapała   i   zatkała   jej   usta   dłonią.   Claire   skrzywiła   się   z   bólu,   kiedy 

wykręcono jej ręce na plecy. Oddychała z trudem, bo Gretchem zatykała jej nie tylko usta, ale i nos.

Eve nie płakała. Wpatrywała się w Olivera.

- Co chcecie im zrobić? - zapytała. Mówiła nienaturalnie spokojnie.

- Przecież znasz prawa, Eve.

- Nie   możecie.   Shane   nie   miał   nic   wspólnego   z   zabójstwem   Brandona.   Oliver   pokręcił 

głową.

- Nie będę dyskutował z tobą o swoich decyzjach. Burmistrzu? Podpisze pan papiery? O ile 

przestał już pan kulić się ze strachu.

Bo burmistrz schował się za urną z kwiatami. Wstał teraz zaczerwieniony i zły.

- Oczywiście,  podpiszę - powiedział.  - Ależ bezczelne te zbiry!  Żeby zaatakować tutaj? 

Grozić...

- Tak, to bardzo traumatyczne - stwierdził Oliver. - Papiery.

- Przyprowadziłem notariusza. Wszystko będzie legalne. Gretchen puściła Claire.

- Legalne?   -   parsknęła   Claire.   -   Ale...   Przecież   nawet   nie   było   procesu!   Gdzie   ława 

przysięgłych?

- To był proces - wyjaśnił jej posterunkowy Hess. Ton głosu miał łagodny, ale słowa były 

brutalne. - I ława przysięgłych złożona z bliskich ofiary. W ten sposób działa tutaj prawo. To samo 

dotyczy ludzi. Gdyby kiedyś trafił tu wampir pod zarzutem morderstwa, to ludzie decydowaliby o 

jego życiu lub śmierci.

background image

- Ale żadnemu wampirowi nigdy nie postawiono takich zarzutów - wycedziła Eve. Była tak 

blada, jakby sama była wampirzycą. - I nigdy nie postawią. Nie oszukuj się, Joe, tylko ludzie czują 

tutaj twardą rękę sprawiedliwości. - Popatrzyła na trupy leżące na dywanie przy drzwiach. - Ale 

wystraszyli was śmiertelnie, nie?

- Nie pochlebiaj im. Nie mieli najmniejszych szans. - Oliver spojrzał na Hansa. - Te dwie do 

niczego nie są mi już potrzebne.

- Zaraz!   Ja   chcę   pomówić   z   Shane'em!   -   wrzasnęła   Claire.   Gretchen   popchnęła   ją   w 

kierunku wyjścia. Za nimi szła Eve.

Mruganiem odpędziła łzy, gniewnym gestem otarła twarz, i nos i próbowała wymyślić, co 

ma teraz zrobić. Tata Shane'a, pomyślała. Tata Shane'a go uratuje. Niestety, ciała leżące w drzwiach 

były dowodem na to, że tata Shane'a już próbował ratować syna, ale bez powodzenia. Poza tym taty 

Shane'a nie było przy nim, kiedy go złapano. Może nic go to nie obeszło. Może tylko ją Shane 

obchodzi.

- Spokojnie. - Hess ujął Claire za łokieć. Udało mu się sprawić, że odczuła ten gest jako 

wsparcie, a nie chęć powstrzymania jej. - Jest jeszcze czas. Prawo mówi, że skazani mają być 

wystawieni przez dwie noce na widok publiczny na placu, żeby wszyscy mogli ich obejrzeć. Będą 

w klatkach, więc nic im nie grozi. To nie Ritz, ale przynajmniej  przyjaciele Brandona ich nie 

rozszarpią.

- Jak...? - Claire nie mogła wydobyć głosu. Odchrząknęła i spróbowała znowu. - Jak oni 

ich...? Hess poklepał japo ręce. Minę miał zmartwioną i ponurą.

- Nie będzie cię tutaj, kiedy to się stanie - powiedział. - Więc nie myśl o tym. Jeśli chcesz z 

nim porozmawiać, możesz to zrobić. Właśnie ich osadzają w klatkach na środku placu.

- Oliver kazał je odwieźć - odezwała się Gretchen za ich plecami. Hess wzruszył ramionami.

- Ale nie powiedział kiedy, prawda?

Park   Założycielki   był   spory.   Ścieżki   przecinały   go  jak  szprychy   koła   i   zbiegały   się   na 

środku.

Stały tam teraz dwie klatki. Na tyle duże, żeby człowiek mógł w nich stanąć, ale nie na tyle 

szerokie, żeby mógł się położyć. Shane musiałby spać na siedząco, o ile chciał spać, albo skulić się 

w pozycji embrionalnej.

Kiedy zbliżały się Eve i Claire, siedział. Kolana podciągnął pod brodę i oparł głowę na 

ramionach. Motocyklista coś wrzeszczał i szarpał za pręty klatki. Ale Shane nie. Był... spokojny.

- Shane! - Claire niemal przefrunęła dzielącą ich odległość, złapała zimne żelazne pręty i 

wcisnęła między nie twarz. - Shane!

Podniósł głowę. Oczy miał zaczerwienione, ale nie płakał. A przynajmniej nie teraz. Udało 

mu się przesunąć bliżej niej i wyciągnął ręce za kraty. Pogłaskał ją po policzku. Po tym policzku, w 

background image

który uderzył ją Oliver. Zastanowiła się, czy nadal ma ślad uderzenia.

- Przepraszam   -  szepnął   Shane.   -   Mój   tata...   Musiałem   tam   iść.  Nie   mogłem   mu   na   to 

pozwolić. Musiałem spróbować go powstrzymać, Claire. Musiałem...

Znów płakała bez słów. Kciukiem otarł łzę, która spłynęła po jej twarzy. Czuła, że dłoń mu 

drży.

- Nie zrobiłeś niczego, prawda? Brandonowi?

- Nie lubiłem tego typa, ale bym go nie skrzywdził. Nie zabiłem go. Kiedy tam dotarłem, już 

było po wszystkim. - Shane roześmiał się niewesoło. - Ja to mam fart, nie? Rzuciłem się na ratunek 

jak bohater i w zamian za to zostałem zabójcą...

- Twój tata... Skinął głową.

- Tata nas jakoś wybroni. Nie martw się, Claire. Wszystko będzie dobrze.

Ale wyczuła, że sam w to nie wierzy. Zagryzła wargę, żeby powstrzymać łzy. Pocałowała 

wnętrze jego dłoni.

- Hej - odezwał się cicho. Przycisnął twarz do krat. - Zawsze mówiłem, że przez ciebie trafię 

za kratki, no ale to już przesada.

Spróbowała się roześmiać. Naprawdę spróbowała. Jego uśmiech rozdzierał jej serce.

- Potraktuję to jako aresztowanie prewencyjne. Przynajmniej w ten sposób nie narozrabiam 

tak, żeby naprawdę zasłużyć na kratki, prawda?

Pocałowała Shane'a. Jego wargi smakowały tak samo, miękkie, ciepłe i wilgotne, a ona nie 

chciała przestać ich całować. Już nigdy.

To   on   pierwszy   się   odsunął,   zostawiając   ją   rozedrganą   i   znów   na   skraju   łez.   Cholera! 

Przecież Shane'a nie można za to obwiniać! To zwyczajnie niesprawiedliwe!

- Porozmawiam z Michaelem - powiedziała.

- Dobrze. Powiedz mu... A, do diabła. Powiedz, że go przepraszam. I że może sobie wziąć 

moje playstation.

- Przestań! Przestań... Shane, ty nie umrzesz! Popatrzył na nią i dostrzegła w jego oczach 

iskierkę strachu.

- Tak - szepnął. - Jasne. Claire zacisnęła pięści, aż kłykcie jej zbielały. Kiedy Eve podeszła 

do klatki, Claire poszła do Hessa.

- Jak? - spytała znowu. - Jak oni go zabiją? Minę miał nieszczęśliwą, ale powiedział:

- Spalą go. To zawsze jest kara ognia.

O mało znów się nie rozpłakała. O mały włos. Pomyślała, że Shane już to wie, tak samo jak 

Eve. Że przez cały czas wiedzieli.

- Pan musi mu pomóc - poprosiła. - Musi pan. On nie zrobił nic złego!

- Nie mogę - odparł. - Przykro mi.

background image

- Ale...

- Claire! - Położył dłonie na jej ramionach, przyciągnął do siebie i uściskał. Zdała sobie 

sprawę, że drży i łzy wreszcie popłynęły niepowstrzymaną falą. A ona złapała policjanta za klapy 

munduru i zaczęła szlochać tak, jakby serce miało jej pęknąć. Hess głaskał japo włosach. - Dostarcz 

mi   dowód,   że   on   nie   miał   nic   wspólnego   ze   śmiercią   Brandona,   a   przysięgam   ci,   że   zrobię 

wszystko, co się da. Ale bez dowodu ręce mam związane.

Myśl, że Shane w tej klatce spłonie, była najstraszniejszą rzeczą, jaka kiedykolwiek przeszła 

jej przez głowę. Weź się w garść, pomyślała wściekle. On ma tylko ciebie! Zaczęła chwytać wielkie 

hausty powietrza i wysunęła się z objęć Hessa, ocierając łzy z twarzy rękawem T - shirta. Hess 

podał jej chusteczkę. Wzięła ją i wydmuchała nos, czując się trochę głupio. Poczuła na ramieniu 

dłoń Eve.

- Chodźmy - powiedziała Eve. - Mamy coś do zrobienia.

Kiedy mijali Dom Glassów po drodze na plac Założycielki, w drzwiach domu musiał stać 

Michael,   Wciąż   w   nich   stał,   kiedy   samochód   zatrzymał   się   pod   numerem   716   na   Lot   Street. 

Gretchen otworzyła tylne drzwi, żeby Eve i Claire mogły wysiąść. Claire obejrzała się za siebie - 

Hess został w samochodzie wampirów.

- Panie posterunkowy? - spytała. Eve była już w połowie ścieżki i szła szybko przed siebie. 

Claire wiedziała, że pierwszą zasadą w Morganville jest: „Po zmroku nigdy się nie ociągaj”, ale 

sama nie spieszyła się do domu.

- Wracam na komisariat. Hans i Gretchen mnie podrzucą. Wszystko w porządku.

Nie podobała jej się myśl, że ktokolwiek miałby zostawać sam na sam z Hansem i Gretchen, 

ale w końcu jest dorosły i powinien wiedzieć, co robi, prawda? Pokiwała głową, cofnęła się i drogę 

do domu pokonała biegiem.

Michael   wciągnął   już   Eve   do   środka.   Omal   na   nich   nie   wpadła.   Zatrzasnęła   drzwi   i 

pozamykała  zamki - Shane albo Michael znów je naprawili i zamontowali jeszcze dodatkowe. 

Obróciwszy się, zobaczyła, że Michael trzyma Eve w niedźwiedzim uścisku, przyciskając ją do 

siebie tak mocno, że niemal zniknęła w jego objęciach. Spojrzał na Claire ponad ramieniem Eve z 

niewyobrażalnym smutkiem.

- Co się dzieje, u diabła? Gdzie Shane?

O Boże, on nic nie wiedział. Ale dlaczego nie wiedział?

- Co się stało?! - wypaliła. - Dlaczego pozwoliłeś mu wyjść?

- Shane'owi? Na nic mu nie pozwalałem. Tak samo jak nie pozwalałem tobie wychodzić bez 

obstawy w ciągu dnia... Jego tata zadzwonił. A on po prostu... wyszedł. Wciąż było jasno.

Nic nie mogłem zrobić. - Michael odsunął od siebie Eve. - Co się stało?

- Brandon nie żyje. - Nie próbowała powiedzieć o tym, co się stało, delikatnie, głos miała 

background image

twardy jak skała. - Złapali Shane'a i wystawili go w klatce na placu Założycielki za morderstwo.

Michael zatoczył się na ścianę, jakby dostał cios w żołądek.

- Och - szepnął. - O Boże.

- Oni go zabiją - powiedziała Claire. - Spalą go żywcem. Michael zamknął oczy.

- Wiem. Pamiętam. - O kurczę, on to już kiedyś widział.

Tak samo Eve. Przypomniała sobie, że wspominali jej o takiej egzekucji, ale oszczędzili 

szczegółów. Michael oddychał z trudem, a potem powiedział tylko: - Musimy go ratować.

- Wiem. Ale mówiąc „my”, masz chyba na myśli mnie i Claire, prawda? Bo ty się, cholera, 

do niczego nie przydasz.

Równie dobrze mogła go uderzyć, pomyślała Claire. Michael otworzył i zamknął usta, a w 

jego oczach zobaczyła ból. Eve chyba nie zwróciła na to uwagi. Odwróciła się i odeszła, postukując 

butami, skupiona na problemie, jaki muszą rozwiązać.

- Claire! - zawołała. - Chodź ze mną! Ruchy! Claire spojrzała ze współczuciem na Michaela.

- Przykro mi - szepnęła. - Ona nie chciała tak tego ująć.

- Owszem,   chciała.   -   Michael   był   zdruzgotany.   -   I   ma   rację.   Do   niczego   wam   się   nie 

przydam. Ani Shane’owi. Co ja mogę zrobić? Równie dobrze mógłbym już nie żyć.

Odwrócił się i rąbnął pięścią w ścianę z taką siłą, że mógłby komuś połamać kości. Claire 

pisnęła i pobiegła za Eve. Kiedy Michael zamieniał się w anioła zemsty, naprawdę wzbudzał strach. 

I nie wyglądało na to, żeby ktoś był świadkiem jego rozpaczy. Eve już była na schodach.

- Czekaj! - powiedziała Claire. - Michael... Może powinnyśmy...?

- Zapomnij o Michaelu. Pomagasz mnie, tak czy nie?

Tak. Claire jeszcze raz obejrzała się w stronę holu. Michael wciąż walił w ścianę. Pewnie 

ręce nie bolały go tak, jak bolała dusza. Kiedy Claire stanęła w drzwiach pokoju Eve, przyjaciółka 

wyciągała   z   szuflad   falbaniaste   ciuszki   i   rzucała   je   w   kąt.   Czarna   koronka.   Przejrzysta   gaza. 

Kabaretki.

- Jest. - Wyjęła  duże czarne pudełko. Musiało być  ciężkie.  Postawiła je na komodzie z 

głuchym łupnięciem, a kolekcja groźnych, kiwających głowami figurek zakołysała się niepewnie. - 

Chodź tu.

Claire podeszła zaniepokojona. To była zupełnie inna Eve i nie wiedziała jeszcze, czy tę Eve 

lubi. Lubiła Eve zagubioną, tę, która przy każdej okazji wybuchała płaczem. Ta Eve była twarda, 

oschła i rozstawiała ludzi po kątach.

- Wyciągnij rękę - poleciła Eve. Claire zrobiła to. Eve włożyła jej w dłoń coś twardego i 

drewnianego.

Zaostrzonego z jednej strony. Domowej roboty drewniany kołek.

- Najlepszy przyjaciel zabójcy wampirów - oznajmiła Eve. - Zrobiłam sobie kilka, kiedy 

background image

Brandon nie dawał mi spokoju. Dałam mu do zrozumienia, że kiedy następnym razem zacznie koło 

mnie węszyć, oberwie drewienkiem. Prawdziwym.

- A one nie są... nielegalne?

- Za posiadanie drewnianych kołków wtrącają ludzi nie do wiezienia, a pod więzienie. Albo 

zabijają i porzucają zwłoki na pierwszym lepszym wysypisku. Więc nie daj się złapać z kołkiem.

Wyjęła   jeszcze   kilka   kołków   i   ułożyła   je   na   komodzie.   A   potem   parę   niezgrabnych, 

wykonanych samodzielnie krzyży. Jeden podała Claire, która złapała go zdrętwiałymi palcami.

- Ale... Eve, co my właściwie robimy?

- Ratujemy Shane'a. A co, może nie chcesz?

- Oczywiście, że chcę! Ale...

- Posłuchaj. - Eve wyjęła jeszcze jakieś rzeczy i rzuciła je obok kołków: płyn do zapalniczek 

i zapalniczkę Zippo. - Nie mamy czasu na przestrzeganie reguł. Jeśli chcemy uratować Shane'a, 

będą musiały zginąć jakieś wampiry. A to znaczy, że rozpoczniemy wojnę, której nikt nie chce. No, 

ale trudno. Janie będę patrzyła, jak Shane płonie. Nie ma mowy. Oni tego chcą. Oliver tego chce. 

No i dostanie, proszę bardzo. I będzie się mógł wypchać!

- Eve! - Claire upuściła kołek i krzyż i złapała przyjaciółkę za ramiona. - Nie wolno ci! 

Wiesz, że to samobójstwo, sama mi tak wcześniej mówiłaś! Nie możesz tak po prostu zabijać 

wampirów! Skończysz w klatce obok...

O Boże. Wcześniej tego nie rozumiała, ale teraz dotarło do niej, co się zmieniło w Eve. 

Czego brakowało w jej oczach.

- Ty chcesz umrzeć - powiedziała Claire powoli. - Prawda?

- Nie boję się śmierci - odparła Eve. - To nic takiego, praw da? Tra - la - la i jesteś w niebie, 

jak zawsze powtarzali mi rodzice, bramy raju i tak dalej. Poza tym Claire, nikt nam nie pomoże.

Musimy trzymać się razem. Musimy sami sobie pomóc.

- A jeśli znajdę jakieś dowody? - spytała Claire. Posterunkowy Hess mówił...

- Posterunkowy Hess stał tam i nie zrobił nic. I wszyscy zrobią dokładnie tyle samo. Nic. 

Jak Michael.

- Boże, Eve, przestań! Jesteś niesprawiedliwa. Michael nie może wyjść z domu! Dobrze o 

tym wiesz!

- Tak. No to niewielki z niego pożytek, prawda? - Eve zaczęła wrzucać swój arsenał broni 

przeciwko wampirom do czarnej sportowej torby. - Przyszedł czas na zemstę. Są tu jeszcze inni 

ludzie zmęczeni podlizywaniem się wampirom. Może uda mi się ich znaleźć, jeśli ty się na mnie 

wypniesz. Potrzebuję takich ludzi, na których można polegać.

- Eve!

- Albo idziesz ze mną, albo złaź mi z drogi.

background image

Claire cofnęła się pod drzwi i wpadła na kogoś. Pisnęła i odwróciła się... To był Michael.

Twarz miał białą jak kreda, a w oczach ból i gniew. Wziął Claire za rękę i wyciągnął ją za 

drzwi, na korytarz.

A potem popatrzył na Eve.

- Nigdzie nie pójdziesz - powiedział. - Póki mogę cię jakoś powstrzymać.

Zatrzasnął drzwi i zamknął je od zewnątrz staroświeckim kluczem. Eve zaczęła walić w 

drzwi z drugiej strony i szarpać za gałkę.

- Otwieraj! - wrzasnęła. - Ale już!

- Nie.   Przykro   mi,   Eve.   Kocham   cię.   Nie   pozwolę   ci   na   to.   Zaczęła   jeszcze   głośniej 

wrzeszczeć i walić w drzwi.

- Ty mnie kochasz?! Ty bydlaku! Otwieraj!

- Naprawdę możesz ją zamknąć? - spytała Claire z niepokojem.

- Dzisiaj tak - zdecydował Michael. Drzwi drżały pod uderzeniami i kopnięciami Eve. - 

Okien nie otworzy,  drzwi też nie. Będzie tam musiała  siedzieć. Ale kiedy wzejdzie słońce... - 

Popatrzył   na   Claire.   -   Powiedziałaś,   że   jeśli   ci   się   uda   znaleźć   dowody,   Hess   wstawi   się   za 

Shane'em?

- Tak mi obiecał.

- To za mało. Musimy przeciągnąć Amelie na naszą stronę. I Olivera!

- To   Oliver   zamknął   Shane'a   w   klatce!   A   Amelie...   Ona   sobie   poszła.   Michael,   moim 

zdaniem ona nam w niczym nie pomoże.

- Spróbuj. Idź do niej. Musisz.

- Chcesz powiedzieć... Teraz? Nocą?

Na twarzy Michaela odmalowało się znużenie.

- Sam nie mogę tego zrobić. Nie mogę zaufać Eve i wypuścić jej z pokoju, a co dopiero 

pozwolić, żeby poszła rozmawiać z najpotężniejszymi wampirami w mieście. Zadzwoń do Hessa 

albo do Lowe'a. Nie idź sama... Ale, Claire, musisz iść. I nie wolno ci popełnić błędu. Ja nie mogę...

Miał wypisane na twarzy wszystkie te rzeczy, których sam zrobić nie mógł. Ograniczenia, 

które tłamsiły go z taką mocą, że zostawiły chłopaka złamanego i poranionego wewnętrznie.

- Rozumiem - powiedziała Claire. - Spróbuję.

W   Morganville   panowały   ciemności,   a   Claire   miała   tylko   szesnaście   lat.   To   nie   był 

najlepszy pomysł  wychodzić z domu w tę noc, ale ubrała się w swoje najciemniejsze dżinsy i 

czarną koszulę. Wzięła też wielki, niezgrabny krzyż, który dostała od Eve. Na myśl o kołkach aż się 

wzdrygnęła. A co dopiero na myśl o tym, żeby faktycznie taki kołek komuś wbić.

Przecież ja nadal mam Ochronę. Amelie tak powiedziała.

Miała nadzieję, że to rzeczywiście coś znaczy.

background image

Claire zadzwoniła do posterunkowego Hessa pod numer zapisany na wizytówce przypiętej 

przez Eve na tablicy korkowej w kuchni. Zgłosił się po drugim dzwonku. Głos miał znużony i 

przygnębiony.

- Potrzebna mi obstawa - rzuciła Claire. - Jeśli mogę prosić. Muszę porozmawiać z Amelie.

- Nawet ja nie wiem, gdzie znaleźć Amelie. To najlepiej strzeżony sekret w Morganville. 

Przykro mi mała, ale...

- Ja wiem, gdzie ją znaleźć. Tylko nie chcę iść piechotą, sama. Biorąc pod uwagę porę. Na 

chwilę zapadła cisza, a potem rozległ się szmer długopisu sunącego po papierze.

- W ogóle nie powinnaś wychodzić z domu - odezwał się Hess. - Poza tym moim zdaniem 

nic nie zdziałasz. Potrzebujesz kogoś, kto będzie mógł potwierdzić wersję Shane'a. A to znaczy, że 

powinnaś   szukać   kolesiów   jego   ojca.   Może   się   gdzieś   pałętają,   ale   raczej   niewiele   załatwisz, 

szukając ich po ulicach.

- A jego tata?

- Zaufaj mi, Franka Collinsa nie znajdziesz. A przynajmniej dopóki nie znajdą go moce, 

które już go szukają. Dziś w nocy wszystkie wampiry z miasta są na ulicach i go poszukują.

W końcu go znajdą. Nie ma tu aż tylu miejsc, gdzie mógłby się ukryć, kiedy wampiry się 

zjednoczyły i zajęły poszukiwaniami tylko jego.

- Ale... Jeśli one go złapią, to by chyba było dobrze? Mógłby im powiedzieć, że Shane tego 

nie zrobił!

- Mógłby - zgodził się Hess. - Ale on jest szalony. Sadzę, że będzie przekonany, że płonąc w 

klatce   obok   syna,   odejdzie   z   tego   świata   jak   bohater.   Że   to   będzie   jakieś   zwycięstwo.   Może 

powiedzieć, że Shane należał do spisku choćby po to, żeby syna ukarać. Nigdy nic nie wiadomo.

Claire nie mogła temu zaprzeczyć.

- A więc... Podwiezie mnie pan czy nie?

- Uparłaś się, żeby wyjść z domu - powiedział Hess. - Po ciemku.

- Tak. I jeśli będę musiała, pójdę piechotą. Ja tylko mam nadzieję, że... Nie będę musiała. 

Westchnął tak, że aż w słuchawce coś zatrzeszczało.

- Dobrze. Za dziesięć minut. Czekaj w domu, dopóki nie zatrąbię klaksonem.

Claire rozłączyła się, odwróciła na pięcie i o mało nie wpadła na Michaela. Pisnęła, a on 

złapał ją za ramiona i podtrzymał. I trzymał ją nadal, chociaż wcale już nie potrzebowała podpory. 

Był taki ciepły i realny, a ona pomyślała - nie po raz pierwszy - jakie to dziwne, że on się wydaje 

taki żywy, chociaż przecież żywy wcale nie jest. Nie do końca. Nie przez cały czas.

Wyglądał, jakby miał jej coś do powiedzenia, ale nie wiedział, jak ma to powiedzieć. I 

wreszcie odwrócił wzrok.

- Hess przyjedzie?

background image

- Tak. Powiedział, że za dziesięć minut. Michael pokiwał głową.

- Zobaczysz się z Amelie?

- Możliwe. Mam tylko jeden strzał. Jeśli mi się nie uda, to... - Rozłożyła ręce. - Wtedy 

chyba będę musiała pogadać z Oliverem.

- Jeśli... uda ci się zobaczyć z Amelie, powiedz jej, że muszę z nią porozmawiać - poprosił. - 

Zrobisz to dla mnie?

- Jasne. Ale... Dlaczego?

- W sprawie czegoś, co mi kiedyś  powiedziała. Słuchaj, przecież sam nie mogę do niej 

pójść. Ona musi przyjść tutaj. - Michael wzruszył ramionami i uśmiechnął się smutno. - Nieważne 

dlaczego.

To sprawiło, że w głowie zabłysło Claire jakieś czerwone, ostrzegawcze światełko.

- Michael, ale ty przecież niż zrobisz niczego szalonego, prawda?

- I mówi mi to szesnastolatka, która ma zamiar wyjść z domu po nocy, żeby się spotkać z 

wampirem?   Nie,   Claire,   nie   zrobię   niczego   szalonego.   -   Oczy   Michaela   rozbłysły   nagle   jakąś 

gwałtowną emocją. Wyglądało to jak gniew albo ból, albo toksyczna mieszanka tych dwóch uczuć. 

- Nienawidzę tego. Nienawidzę wypuszczać cię z domu. Nienawidzę Shane'a za to, że dał się tak 

złapać. Nienawidzę tego...

Claire zrozumiała, że Michael tak naprawdę mówi, że nienawidzi samego siebie. Totalnie go 

rozumiała. Sama siebie też dość często nienawidziła.

- Ale nie wal już w nic, dobra? - Bo on znów miał w oczach to spojrzenie. - Zajmij się Eve. 

Nie  pozwól  jej  zwariować.   Obiecujesz?  Jeśli  ją  kochasz,  to   musisz   o  nią   dbać.  Ona  cię   teraz 

potrzebuje.

Gniew   zniknął   i   Michael   popatrzył   na   nią   w   taki   sposób,   że   zrobiło   jej   się   ciepło   i 

przyjemnie.

- Obiecuję - przyrzekł. - Powiedz Hessowi, że jeśli cokolwiek ci się stanie, cokolwiek, to ja 

go zabiję i nie będzie to szybka śmierć.

Uśmiechnęła się słabo.

- Och, jaki twardziel.

- Czasami. Słuchaj, nie zapytałem wcześniej... Z Shane'em w porządku?

- W porządku? Znaczy czy zrobili mu coś złego? - Pokręciła głową. - Nie, był w jednym 

kawałku. Ale trzymają go w klatce, Michael. I zabiją go. Więc nie, to nie tak, że wszystko z nim w 

porządku.

Jego spojrzenie stwardniało.

- Tylko dlatego pozwalam ci wyjść. Gdybym miał jakiś wybór...

- I masz - powiedziała. - Wszyscy możemy tu razem siedzieć i pozwolić go zabić. Albo 

background image

możesz wypuścić Eve na tę jej szaloną misję niesienia odsieczy, żeby dała się sama zabić. Ale 

możesz też pozwolić słodkiej, spokojnej, rozsądnej Claire iść i pogadać, z kim trzeba.

Pokręcił   głową.  Jego   długie,   ładne   dłonie,   stworzone   do  tego,   by  trącały   struny  gitary, 

zacisnęły się w pięści.

- To chyba znaczy, że nie ma żadnego wyboru.

- W sumie tak - zgodziła się Claire. - Co do tego wyboru to ja tak trochę kłamałam.

Posterunkowy Hess zdziwił się nieco, kiedy podała mu adres.

- To dom starszej pani Day - powiedział. - Mieszka tam z wnuczką. Ale czego ty od nich 

chcesz? Z tego co wiem nie są w tę sprawę zamieszane.

- Tam właśnie muszę jechać - upierała się Claire. Nie miała pojęcia, gdzie znajduje się dom 

Amelie, ale znała to jedno wejście do niego. Zastanawiała się nad tym, jak można wyjaśnić to, że 

wchodząc do łazienki w jednym domu, człowiek trafia do innego, który mógł leżeć po przeciwnej 

stronie   miasta,   ale   przy   chodziło   jej   do   głowy   wyłącznie   zakrzywienie   przestrzeni,   a   nawet 

najbardziej szaleni naukowcy mówili, że to coś z pogranicza prawdopodobieństwa.

Teoria zakrzywionej przestrzeni odpowiadała jej jednak bardziej niż wampirza magia.

- Jesteś przygotowana na kłopoty? - spytał. A kiedy nie od powiedziała, otworzył schowek 

na rękawiczki i wyjął z niego małe pudełko, takie jak na biżuterię. - Masz. Zawsze mam ze sobą 

zapasowy.

Otworzyła pudełko i znalazła w nim delikatny srebrny krzyżyk  na długim łańcuszku. W 

milczeniu powiesiła go sobie na szyi i schowała pod bluzką. Miała już przy sobie jeden z tych 

domowej roboty krzyży Eve, ale ten tutaj sprawiał wrażenie... Czegoś prawdziwego.

- Oddam go panu - przyrzekła.

- Nie trzeba. Jak mówiłem, mam inne.

- Nie przyjmuję biżuterii od starszych panów. Hess się roześmiał.

- Wiesz, Claire, a ja pomyślałem, że jesteś taką szarą myszką, kiedy zobaczyłem cię po raz 

pierwszy. Ale nie jesteś, prawda? Wcale a wcale.

- Och, jestem.  Wariuję od tego wszystkiego ze strachu. Ale nie wiem,  co innego mogę 

zrobić, proszę pana, poza tym że muszę próbować. Nawet mysz czasem gryzie.

Hess pokiwał głową i uśmiech zniknął z jego twarzy.

- No to ja spróbuję dać ci szansę pokazać, że masz zęby.

Przejechał jakiś kilometr, z łatwością poruszając się ciemnymi ulicami. Czasem pojawiali 

się   na   nich   ludzie,   ciemne,   blade,   spieszące   się   postacie.   Wampiry   wyległy   licznie,   tak   jak 

powiedział. Kiedy samochód skręcał za jakiś róg, zauważyła czerwone błyski ich oczu. Wampirze 

oczy odbijały światło zupełnie jak kocie. Niepokojący widok.

Hess zatrzymał samochód przed starym, wiktoriańskim domem.

background image

- Chcesz, żebym poszedł z tobą? - spytał.

- Tylko pan je wystraszy - zaprzeczyła Claire. - One mnie znają. A poza tym raczej nie 

jestem groźna.

- Dopóki lepiej cię nie poznają - powiedział Hess. - Nie zbliżaj się do tej alejki. Zamarła z 

ręką na klamce drzwi.

- Dlaczego?

- Na jej końcu mieszka wampir. Wredny bydlak. Nie wychodzi stamtąd, nie wychodzi też 

nikt, kto tam wejdzie. Więc trzymaj się od tego miejsca z daleka.

Pokiwała głową i wyszła w mrok. Na zewnątrz samochodu ciemność Morganville tętniła 

własnym życiem. Okolica, która w świetle dziennym wydawała się po prostu nieco zaniedbana, 

teraz, nocą, zamieniła się w park dziwadeł, oświetlony srebrną poświatą księżyca. Cienie wyglądały 

jak   dziury   w   rzeczywistości,   takie   były   czarne.   Claire   popatrzyła   na   dom   i   aż   poczuła   jego 

obecność. Rzeczywiście przypominał Dom Glassów. Miał coś w rodzaju duszy, ale tam, gdzie Dom 

Glassów zdawał się łagodnie zainteresowany istotami, które się w nim chroniły, to miejsce... Nie 

była pewna, czy domowi podobało się to, co działo się wokół niego.

Zadrżała,  otworzyła   drewnianą   furtkę   i   szybko   podeszła   do   drzwi.   Zastukała.   Stukała 

gorączkowo, póki jakiś głos nie zapytał:

- Kto tam, do diabła?

- Claire! Claire Danvers. Byłam tu, pamięta pani? Dała mi pani lemoniady. - Cisza. - Proszę 

mnie wpuścić. Muszę skorzy stać z łazienki.

- Co takiego? Dziewczyno, lepiej odejdź z werandy domu mojej babci!

Bardzo proszę. - Claire wiedziała, że brzmi to rozpaczliwie, no ale... Była zrozpaczona. Nie 

wspominając już o tym,  że doprowadzona prawie do obłędu. - Proszę, niech mnie  tu pani nie 

zostawia po ciemku!

Szczerze mówiąc, tylko trochę udawała przerażenie, bo mrok wkoło niej robił się coraz 

gęstszy i groźniejszy, a ona nie mogła przestać myśleć o tej alejce, o szalonym wampirze, który 

czatował na jej końcu jak wielka tarantula czekająca na ofiarę...

O mało nie wrzasnęła kiedy drzwi otworzyły się nagle i czyjaś dłoń zacisnęła się na jej 

ramieniu.

- Och, na litość boską, właź do środka! - warknęła Lisa. Była wściekła, Claire najwyraźniej 

wyciągnęła jaz łóżka. Miała na sobie różową atłasową piżamę i puchate kapcie króliczki, ale wcale 

nie wyglądała przez to na mniej wkurzoną. Pociągnęła potykającą się Claire za próg, do środka, 

zatrzasnęła drzwi i pozamykała liczne zamki.

A potem obróciła się, zaplotła ramiona na piersi i popatrzyła na Claire ze zmarszczonymi 

brwiami. Wygląd miała groźny, ale kłóciła się z nim różowa piżama i kapcie.

background image

- Co ty tu, do diabła, robisz? Czy ty masz pojęcie, która godzina? - spytała Lisa ostrym 

tonem. Claire odetchnęła głęboko, otworzyła usta... i nie musiała już nic mówić.

Bo w drzwiach korytarza stanęła babunia, a obok niej Amelie.

Kontrast między nimi nie mógłby być bardziej uderzający. Amelie wyglądała w każdym 

calu na majestatyczną Królową Śniegu, od starannie upiętego na głowie warkocza przez gładką 

twarz aż po elegancką białą suknię - przebrała się już z czarnego stroju, który miała na sobie w 

budynku Rady Starszych. Wyglądała zupełnie jak grecka marmurowa rzeźba.  Stojąca obok niej 

babunia wydawała się bardzo stara, bardzo krucha i bardzo bezbronna.

- Ten gość przyszedł do mnie - powiedziała Amelie spokojnie. - Oczekiwałam jej. Dziękuję 

ci, Katherine, za uprzejmość.

Ale kto to jest Katherine? Claire rozejrzała się wkoło i dopiero po paru chwilach pojęła, że 

musiało chodzić o staruszkę. Zabawne, nie umiała sobie wyobrazić, że babunia miała kiedyś jakieś 

imię ani że była młoda. Lisa też miała taką minę, jakby to ją zaskoczyło.

- Rozumiem twoje wzburzenie, Liso, ale ta ostrożność jest niepotrzebna - ciągnęła Amelie. - 

Proszę, wracaj do... - Amelie zawahała się na moment i Claire nie mogła zrozumieć dlaczego, 

dopóki nie zobaczyła, że wampirzyca utkwiła spojrzenie w kapciuszkach króliczkach Lisy. Tylko 

sekundę trwała ta rysa na marmurze,  ale oczy Amelie zdążyły  nieco się rozszerzyć,  a jej usta 

zadrgać. Ona ma poczucie humoru! Zauważając to, Claire poczuła się jeszcze bardziej zbita z tropu. 

Jak to możliwe, żeby wampir miał poczucie humoru? Czy to w ogóle sprawiedliwe?

Amelie odzyskała panowanie nad sobą.

- Możesz wracać do łóżka - powiedziała i z wdziękiem  skinęła głową babuni i Lisie. - 

Claire, pozwól, proszę, ze mną.

Nie czekała, żeby zobaczyć, czy Claire za nią pójdzie, ani nie wyjaśniła, co miała na myśli, 

mówiąc o „pozwalaniu”, po prostu zawróciła i ruszyła korytarzem. Claire wymieniła spojrzenie z 

Lisa, która tym razem minę miała raczej zatroskaną niż gniewną, i poszła szybko za oddalającą się 

Amelie.

Amelie otworzyła drzwi łazienki i weszła przez nie do tego samego gabinetu, w którym 

Claire była już wcześniej, tyle że teraz, nocą, w wielkim kominku płonął ogień, ogrzewając chłodne 

wnętrze. Ściany były tu z grubego kamienia i wyglądały na bardzo stare. Gobeliny też wydawały 

się wiekowe - wyblakłe, postrzępione, a jednocześnie stwarzające wrażenie przepychu. Gabinet, 

oświetlony   ogniem   płonącym   w   kominku,   robił   niesamowite   wrażenie.   Jeśli   było   tam   światło 

elektryczne, nie zostało włączone. Nawet książki na półkach regałów nie dodawały temu wnętrzu 

przytulności.

Amelie podeszła do stojącego przy kominku fotela i z wdziękiem wskazała Claire drugi, 

stojący naprzeciwko.

background image

- Możesz usiąść. Ale ostrzegam cię, Claire, tego, o co zamierzasz mnie prosić, dać ci nie 

mogę. Claire przysiadła ostrożnie na skraju fotela.

- Wiesz, po co tu przyszłam?

Byłabym   idiotką,   sądząc,   że   z   jakiegokolwiek   innego   powodu   niż   Shane   -   stwierdziła 

Amelie i uśmiechnęła się smutno. - Umiem rozpoznać lojalność. Promienieje silnie od was obojga i 

to jest jeden z powodów, dla których zaufałam ci po tak przelotnej znajomości. - Przestała się 

uśmiechać i jej oczy znów zrobiły się lodowate. - I dlatego nie mogę wybaczyć tego, co zrobił 

Shane. Zdradził zaufanie, jakie w nim pokładałam, Claire, a to jest niewybaczalne. W Morganville 

zaufanie jest najważniejsze. Bez niego mamy tylko rozpacz śmierć.

- Ale on niczego nie zrobił! Nie zawiódł twojego zaufania! - Claire zdawała sobie sprawę, 

że mówi jak rozkapryszona mała dziewczynka, ale nie wiedziała, co innego ma zrobić.

Mogła powiedzieć to albo się rozpłakać, a płakać nie chciała.

Czuła,   że   jeszcze   się   napłacze,   niezależnie   od   wszystkiego.   -   On   nie   zabił   Brandona. 

Próbował go ratować.

Nie możesz go karać za to, że znalazł się w niewłaściwym miejscu!

- Nikt tego nie może poświadczyć, mamy tylko słowo Shane'a. I nie łudź się, dziecko, ja 

wiem,   po   co   Shane   wrócił   do   Morganville.   To   straszne,   że   jego   siostra   została   tak   brutalnie 

zamordowana; próbowaliśmy wynagrodzić to rodzinie, jak każe obyczaj. Zezwoliliśmy im nawet na 

wyjazd z Morganville, co, jak sama rozumiesz, jest rzeczą rzadką, a wszystko w nadziei, że Shane i 

jego rodzice zdołają zaleczy ć swój ból w nieco przyjemniejszym otoczeniu. Ale okazało się, że to 

niemożliwe. A jego matka przełamała blokadę otaczającą jej wspomnienia.

Claire poruszyła się niespokojnie w fotelu. Był dla niej za duży i za wysoki, ledwie dotykała 

czubkami palców podłogi. Złapała się mocno oparć, próbując sobie tłumaczyć, że jest przecież silna 

i odważna i że musi taka być ze względu na Shane'a.

- Zabiłaś ją? Matkę Shane'a? - spytała tak otwarcie, jak tylko mogła. I tak zabrzmiało to 

nieśmiało, ale przynajmniej udało jej się jakoś wykrztusić to pytanie.

Przez chwilę myślała, że Amelie jej nie odpowie, ale potem wampirzyca odwróciła wzrok i 

spojrzała w ogień. W jego poświacie jej oczy wydawały się pomarańczowe, ze złotymi cętkami w 

środku. Wzruszyła ramionami gestem tak nieznacznym, że Claire ledwie go zauważyła.

- Od setek lat nie podniosłam nawet małego palca na ludzką istotę, mała Claire. Ale nie o to 

pytasz,   prawda?   Czy   jestem   odpowiedzialna   za   śmierć   jego   matki?   W   ogólnym   sensie   jestem 

odpowiedzialna za wszystko, co się dzieje w Morganville, a nawet i poza jego granicami, o ile jest 

związane z wampirami. Ale ty mnie chyba pytasz o to, czyja wydałam taki rozkaz.

Claire pokiwała głową. Kark jej zesztywniał, a dłonie trzęsły się, jeśli nie ściskała oparć 

fotela tak silnie, że aż jej bielały kostki.

background image

- Tak - przyznała Amelie i odwróciła głowę, żeby znów spojrzeć Claire w oczy. Wydawała 

się chłodna, bezlitosna i zupełnie pozbawiona sumienia. - Oczywiście, wydałam rozkaz. Matka 

Shane'a należała do tych rzadkich przypadków, które, koncentrując się na jednym incydencie ze 

swojej przeszłości, potrafią pokonać psychiczną blokadę umieszczaną w ich umysłach, kiedy stąd 

wyjeżdżają. Przypomniała sobie śmierć córki, a potem inne sprawy. Niebezpieczne sprawy. Kiedy 

tylko uświadomiliśmy sobie, że to się dzieje, zwrócono moją uwagę na tę sytuację, a ja wydałam 

polecenie   zabicia   jej.   Miało   to   zostać   zrobione   szybko   i   bezboleśnie,   i   dla   niej   stanowiło   akt 

miłosierdzia, Claire. Matka Shane'a cierpiała już tak bardzo i tak długo, rozumiesz, Claire? Była 

bardzo zraniona, a niektóre rany się nie goją.

- Nic się nie goi, kiedy człowiek umiera - szepnęła Claire.

Przypomniała   sobie   Shane'a   na   kanapie,   wyrzucającego   z   siebie   wszystkie   te   potworne 

historie ze swojego życia, i zapragnęła rzucić je teraz wszystkie Amelie na te idealne kolana. - Nie 

możesz robić takich rzeczy. Nie jesteś Bogiem!

- Dla   bezpieczeństwa   wszystkich,   którzy   tu   mieszkają?   Owszem,   Claire,   mogę.   Muszę. 

Przykro mi, że moja decyzja nie spotyka się z twoją aprobatą, ale i tak to moja decyzja i ja ponoszę 

jej konsekwencje. Moi przedstawiciele ostrzegali mnie wtedy, że chłopiec mógł zostać zarażony 

przez matkę, że jego blokada też może słabnąć, ale zdecydowałam się nie zwiększać rozmiarów tej 

tragedii   przez   zabicie   chłopca,   który   mógł   nikomu   nie   zagrażać.  -   Amelie   znów   wzruszyła 

ramionami. - Nie wszystkie moje decyzje są okrutne, widzisz. Ale te, które nie są, zwykle okazują 

się błędne. Gdybym wtedy kazała zabić Shane'a, a także jego ojca, nie stalibyśmy dzisiaj w obliczu 

tej... krwawej jatki.

- Bo byłby martwy! - Claire czuła, że łzy pieką ją w oczy i dławią w gardle. - Proszę. 

Proszę,   nie   pozwól,   żeby   to   się   stało.   Przecież   możesz   dojść   prawdy,   racja?   Masz   taką   moc. 

Przecież wiesz, że Shane nie tknął Brandona...

Amelie milczała. Obróciła się z powrotem w stronę ognia.

Claire przez chwilę przyglądała się jej z rozpaczaj poczuła, że łzy wymykają się i zaczynają 

spływać po policzkach. Wydawały się zimne jak lód w tym pełnym przeciągów pokoju.

- Przecież   wiesz   -   powtórzyła.   -   Dlaczego   nawet   nie   chcesz   spróbować?   Czy   to   tylko 

dlatego, że się na niego gniewasz?

- Nie   bądź   infantylna   -   powiedziała   Amelie   chłodnym   tonem.   -   Niczego   nie   robię 

powodowana gniewem. Jestem o wiele za stara, żeby wpadać w pułapkę emocji. To, co robię, robię 

ze względów praktycznych i mając na względzie przyszłość.

- Shane jest przyszłością! Jest moją przyszłością! I jest niewinny!

- Ja to wszystko wiem. Ale to niczego nie zmienia.

Claire   urwała   zdumiona.   Usta   miała   otwarte   i   poczuła   teraz   na   języku   smak   dymu   z 

background image

płonącego drewna. Zamknęła usta i z trudem przełknęła ślinę.

- Co takiego?

- Wiem, że Shane nie jest winny popełnienia zbrodni, o jaką go oskarżono - powiedziała 

Amelie. - I owszem, mogłabym wydać rozkaz Oliverowi. Ale nie zrobię tego.

- Dlaczego?! - Pytanie wyrwało się Claire jak krzyk, chociaż je wyszeptała. Bo zupełnie 

straciła serce do walki.

- Nie muszę się przed tobą tłumaczyć. Niech ci wystarczy, jeśli powiem, że zdecydowałam 

się umieścić Shane'a w tej klatce z pewnego powodu. Być może umrze, być może będzie żył.

To już nie leży w moich rękach, a ty możesz oszczędzić sobie słów i nadziei - nie będę 

miała teatralnego wejścia w ostatniej chwili, tuż przed rozpaleniem stosu, żeby ratować twojego 

ukochanego. Jeśli do tego dojdzie, Claire, bądź raczej przygotowana na brutalną rzeczywistość. 

Świat nie jest sprawiedliwy ani dobry i twoja silna wola nie jest w stanie tego zmienić. - Amelie 

bardzo cicho westchnęła. - Jest to lekcja, której nauczyłam się bardzo, bardzo dawno temu, kiedy 

oceany były jeszcze młode, a piasek był jeszcze skałą. Jestem stara, moje dziecko. Starsza niż 

mogłabyś kiedykolwiek pojąć. Tak stara, że bawię się cudzymi istnieniami jak pionkami na planszy 

do gry. Wolałabym, żeby tak nie było, ale nie zdołam zmienić tego, kim jestem. Ani też zmienić 

świata.

- Claire nic nie powiedziała. Miała wrażenie, że tu już nie da się nic powiedzieć, więc po 

prostu   płakała   w   milczeniu   zrozpaczona,   aż   wreszcie   Amelie   wyjęła   z   rękawa   białą   jedwabną 

chustkę i wyciągnęła ją do niej. Claire otarła twarz, wydmuchała nos i zawahała się, ściskając w 

dłoni kwadrat jedwabiu. Wyrosła na jednorazowych chusteczkach z papieru, nigdy wcześniej nie 

trzymała   w   ręku   takiej   prawdziwej.   A   już   na   pewno   nie   takiej,   pięknie   wyhaftowanej,   z 

monogramem. Takich rzeczy się nie wyrzuca, prawda?

- Na ustach Amelie pojawił się dyskretny uśmiech.

- Upierz ją, któregoś dnia mi ją zwrócisz - powiedziała.

- Ale teraz już idź. Zmęczyłam się, a ty mojej decyzji nie zmienisz. Idź.

- Claire   zsunęła   się   z   fotela.   Odwróciła   się   i   krzyknęła.   Stało   tam   dwóch   ochroniarzy 

Amelie,   a   przecież   nie   miała   pojęcia,   że   cały   czas   za   nią   stoją.   Gdyby   próbowała   cokolwiek 

zrobić...

- Idź spać, Claire. Niech się dzieje, co musi. Zobaczymy,  jakie karty da nam los w tej 

rozgrywce.

- To nie jest gra, tu chodzi o życie Shane'a - odparowała Claire. - A ja nie zasnę.

- Amelie wzruszyła ramionami i eleganckim ruchem splotła dłonie na kolanach.

- A zatem szukaj dalej. Ale do mnie nie wracaj, mała Claire. Następnym razem nie będę dla 

ciebie taka wyrozumiała.

background image

- Claire nie oglądała się za siebie, ale czuła, że ochroniarze odprowadzili ją aż po same 

drzwi.

- Czy nie chciałaś porozmawiać ze mną o czymś jeszcze? - spytała Amelie tuż przed jej 

wyjściem. Claire obejrzała się za siebie, wampirzyca nadal wpatrywała się w ogień. - Nie miałaś 

jeszcze jakiejś wiadomości?

- Nie wiem, o czym mówisz. Amelie westchnęła.

- Ktoś prosił cię o przekazanie prośby. Michael. Claire przełknęła ślinę.

- Michael chce z tobą porozmawiać.

Amelie pokiwała głową. Wyraz jej twarzy się nie zmienił.

- Co mam mu powtórzyć? - spytała Claire.

- To już wyłącznie twoja sprawa. Powiedz mu prawdę, że zapomniałaś zapytać. - Amelie 

machnęła ręką i nawet nie spojrzała na Claire. - Odejdź.

Lisa   siedziała   w   salonie   nachmurzona,   z   założonymi   rękoma,   kiedy   Claire   wróciła 

korytarzem. Nadal miała groźną minę mimo kapci króliczków, kiedy otwierała drzwi z licznych 

zamków. Wojownicza księżniczka na wakacjach, pomyślała Claire. Domyślała się, że wyrastając w 

Morganville, człowiek robi się twardy, a już zwłaszcza mieszkając w domu, który Amelie mogła 

odwiedzać, ile razy przyszła jej na to ochota.

- Złe wieści - domyśliła się Lisa. - Tak? Czy to aż tak bardzo widoczne?

- Tak - przytaknęła Claire i znów otarła oczy chusteczką. Wsunęła ją do kieszeni i smutno 

pociągnęła nosem. - Ale ja się nie poddam.

- To dobrze - powiedziała Lisa. - A teraz, kiedy otworzę drzwi, spiesz się. Biegnij prosto do 

samochodu. Nie oglądaj się na boki.

- Dlaczego? Czy jest tam coś...

- Zasady Morganville, Claire. Ucz się ich, żyj nimi, przetrwaj dzięki nim. A teraz biegiem! - 

Lisa szarpnięciem otworzyła drzwi, położyła dłoń na plecach Claire i wypchnęła dziewczynę na 

werandę. Sekundę później zatrzasnęła za nią drzwi i Claire dosłyszała tylko trzask zamków. Złapała 

równowagę, zeskoczyła  ze schodków i pobiegła  ciemną  ścieżką do drewnianej furtki, a potem 

szarpnęła za drzwi samochodu od strony pasażera. Wsiadła do środka, zamknęła zamek drzwi i 

wreszcie odetchnęła.

- Wszystko  w  porządku  - sapnęła i  obróciła  się do posterunkowego Hessa. Ale jego w 

samochodzie nie było.

Siedzenie kierowcy było puste. Kluczyk nadal tkwił w stacyjce, silnik chodził na jałowym 

biegu, a radio cicho grało. Ale w samochodzie była tylko ona.

- O Boże - szepnęła Claire. - O Boże, o Boże, o Boże. - Bo potrafiła prowadzić, ale to by 

znaczyło,   że   zostawiłaby   własnemu   losowi   Hessa,   który   przecież   mógł   wysiąść   na   chwilę   z 

background image

ważnego   powodu.   Zostawić   go   samego,   bez   partnera,   który   mógłby   go   osłonić.   Obejrzała 

wystarczająco wiele programów w telewizji, żeby wiedzieć, że to nie jest dobry pomysł. Może 

poszedł tylko z kimś pogadać i już wraca... A może został porwany z samochodu przez jakiegoś 

głodnego wampira. Ale czy Hess nie miał jakiejś specjalnej Ochrony?

Nie miała pojęcia, co robić.

Kiedy się nad tym  zastanawiała,  dosłyszała głosy.  Nie były donośne, ale wyraźnie ktoś 

niedaleko rozmawiał. Wydawało jej się, że rozpoznaje głos posterunkowego Hessa. Claire ostrożnie 

opuściła okno i wytężyła słuch - nie mogła rozróżnić słów, ale tak, wyraźnie dobiegały ją czyjeś 

głosy.

Claire uchyliła drzwi samochodu, próbując rozróżnić słowa, ale w dalszym ciągu nie mogła 

dosłyszeć, o czym rozmawiano. Po chwili wahania wyśliznęła się z samochodu, zamknęła drzwi za 

sobą i pobiegła w stronę, skąd dobiegała rozmowa. Tak, to był posterunkowy Hess, poznała jego 

głos. Co do tego nie miała wątpliwości.

Nawet   się   nie   zorientowała,   w   którą   stronę   idzie   -   tak   intensywnie   nasłuchiwała   -   aż 

dostrzegła, jak ciemno się zrobiło, a tymczasem słowa wcale nie stawały się wyraźniejsze, a ona już 

wcale nie była pewna, że słyszy Hessa.

Nie zauważyła, że weszła w alejkę, w którą nie powinna.

Dlaczego poszła tą alejką!, u diabła? Hess ją przecież ostrzegał. Babunia ją ostrzegała. A 

ona nie posłuchała!

Claire próbowała zawrócić, naprawdę próbowała, ale wtedy znów usłyszała szepty, i tak, to 

na pewno był posterunkowy Hess, w samochodzie nie jest bezpiecznie, samochód to pułapka, która 

się za nią zaraz zamknie, a gdyby tylko zdołała przejść do końca tej alejki, będzie bezpieczna, 

posterunkowy Hess o to zadba, a ona...

- Claire.

Ten zimny głos spadł na nią, jakby ktoś jej wrzucił lodu za kołnierz i natychmiast wyrwał ją 

z transu, w który popadła. Claire podniosła wzrok. Na piętrze domu babuni, od strony alejki, w 

oknie stała jakaś jasna postać i patrzyła na nią.

Amelie.

- Zawróć   -   powiedziała   Amelie   i   w   oknie   znów   była   tylko   poruszająca   się   na   wietrze 

zasłona.

Claire westchnęła, odwróciła się i pobiegła, jak mogła najszybciej, w stronę samochodu. 

Czuła to coś za sobą, ciągnęło ją do tyłu - to coś, czymkolwiek było, nie było wampirem takim jak 

wampiry z Morganville, to było coś innego, coś gorszego. Pająk w pajęczynie - tak to opisały 

babunia i Lisa. W jej głowie kłębiły się przerażające wizje. Biegła, ile sił w nogach.

Posterunkowy Hess stał przy samochodzie i patrzył prosto w alejkę. W ręku trzymał pistolet. 

background image

Odetchnął z ulgą na widok Claire, obszedł samochód i zagonił ją do środka od strony pasażera.

- To było niemądre - powiedział z wyrzutem. - Masz dużo szczęścia.

- Wydawało mi się, że pana słyszę - odparła słabo. Hess uniósł brwi.

- Jak mówiłem, to było niemądre. - Ruszył.

- Gdzie pan był?

Nie odpowiedział. Claire obejrzała się za siebie. W mroku coś się czaiło, ale nie mogła 

dojrzeć co. Widziała jednak jak światła samochodu odbiły się w jakichś oczach.

Była   głęboka   noc,   a   rozsądni   ludzie   na   pewno   spali   w   swoich   łóżkach   za   dobrze 

zamkniętymi  drzwiami i oknami, kiedy Claire zastukała do drzwi Common Grounds. W oknie 

wisiała tabliczka „zamknięte”, ale na zapleczu paliło się światło.

- Jesteś pewna, że chcesz tam wejść?

- Pyta pan jak moja podświadomość - powiedziała Claire i nadal stukała. Żaluzje poruszyły 

się, zamek szczęknął.

Oliver   otworzył   drzwi   i   Claire   poczuła   zapach   espresso,   kakao   i   gorącego   mleka.   Był 

przyjemny, domowy i strasznie nie na miejscu, jeśli wiedziało się o Oliverze to co ona. Oliver 

wydawał się bardzo po ludzku zaskoczony jej wizytą i o tej porze.

- Jest późno - zdziwił się. - O co chodzi?

- Muszę z tobą porozmawiać o...

- Nie - przerwał i ponad jej głową spojrzał na Hessa. - Posterunkowy Hess, proszę zabrać to 

dziecko   do   domu.   Ma   szczęście,   że   dziś   jeszcze   żyje.   Jeśli   chce,   żeby   ta   dobra   passa   trwała, 

powinna nieco bardziej uważać, a nie wałęsać się po Morganville w środku nocy i dobijać do moich 

drzwi.

- Pięć minut - błagała Claire. - A potem sobie pójdę. Proszę. Przecież ja ci nigdy nic złego 

nie zrobiłam, prawda?

Przyglądał jej się kilka chwil w chłodnym milczeniu, a potem cofnął się do środka i szerzej 

otworzył drzwi.

- Pan też niech wejdzie. Nikogo, kto ma bijący puls, nie chciałbym zostawiać na zewnątrz 

bez osłony w noc taką jak dzisiejsza.

I jeszcze co? - pomyślała. Te hipisowskie komedie Olivera, niby głoszącego pokój i miłość, 

już na nią nie działały. Amelie miała szlachetność i godność, dzięki którym mogła sobie pozwalać 

na udawaną troskę, ale Oliver był inny. Próbował stać się podobny do Amelie, ale niezupełnie mu 

się to udawało.

I pewnie to go też doprowadza do szału. Hess zagonił ją do kawiarni i wszedł za nią. Oliver 

zamknął drzwi, podszedł do baru i bez pytania zaczął szykować trzy porcje czegoś do picia - kakao 

dla Claire, mocną czarną kawę dla Hessa i jakąś jasną herbatę dla siebie. Ruchy miał pewne i 

background image

zdecydowane,   a   ta   czynność   była   tak   zwyczajna,   że   Claire   nieco   się   odprężyła,   siadając   przy 

stoliku. Ciało miała zesztywniałe ze znużenia i napięcia, które odczuwała w czasie spotkania z 

Amelie.

- Jeszcze   dużo   czasu   upłynie,   zanim   pójdziesz   dziś   spać   -   stwierdził   Oliver,   mieszając 

kakao.   -   Proszę.   Spienione   mleko   i   kakao   z   przyprawami.   Z   ostrą   papryką.   Naprawdę   działa 

zadziwiająco.

Przyniósł napoje do stolika i podał Claire kakao, kawę postawił przed Hessem, a potem 

wrócił po herbatę i dopiero usiadł. Wszystko takie naturalne i zwyczajne.

- Pewnie przyszłaś w sprawie tego chłopaka - domyślił się Oliver. Poruszył torebką herbaty i 

krytycznym okiem obserwował rezultat. - Naprawdę muszę znaleźć nowego dostawcę. Ta herbata 

jest beznadziejna. Amerykanie w ogóle nie znają się na herbacie.

- „Ten chłopak” ma na imię Shane - powiedziała Claire. - I nie jest winny. Nawet Amelie o 

tym wie.

- Doprawdy? - Oliver podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. - A to bardzo ciekawe, boja, na 

przykład, tego nie wiem. Brandon był potwornie torturowany, a potem został zabity. Może i miał 

jakieś wady...

- Na przykład molestował dzieci?

- ...ale urodził się w innej epoce i trudno mu było pozbyć się niektórych przyzwyczajeń. 

Claire, on miał i swoją jaśniejszą stronę, tak jak my wszyscy. A teraz to wszystko przepadło, razem 

z   całym   złem,   jakiego   mógł   się   dopuszczać.   -   Oliver   wytrzymał   jej   spojrzenie.   -   Setki   lat 

wspomnień i doświadczeń wylane jak woda do zlewu. Zmarnowane. Myślisz, że to dla mnie takie 

proste zapomnieć o tym? Dla kogokolwiek z nas?

Kiedy patrzymy na ciało Brandona, widzimy samych  siebie zdanych  na łaskę ludzi. Na 

twoją łaskę, Claire. - Zerknął na Hessa. - Albo twoją, Joe. I musicie przyznać, że to przerażająca 

perspektywa.

- Więc po prostu zabijecie każdego, kto w was wzbudza lęk. Kto mógłby was skrzywdzić.

- No cóż... owszem. - Oliver wyjął torebkę z filiżanki i odłożył ją na spodeczek, a potem 

spróbował herbaty.  - To zwyczaj, jaki przejęliśmy od was. Ludzie są gotowi zabić niewinnego 

razem z winnymi i gdybyś była starsza, Claire, wiedziałabyś o tym. Joe, jestem pewien, nie jest już 

tak naiwny.

Hess uśmiechnął się kwaśno i napił kawy.

- Nie rozmawiasz ze mną. Ja tu jestem tylko kierowcą.

- Ach - mruknął Oliver. - Jak to miło z twojej strony. - Wymienili spojrzenia, których Claire 

nie umiała zinterpretować. Czy to był gniew? Rozbawienie? Ochota na to, żeby się poderwać i 

sprać nawzajem na kwaśne jabłko pod byle pretekstem?

background image

Nie umiała nawet stwierdzić, co myślą Shane i Michael, a ich dwóch przecież dobrze znała. 

- Czy ona jest świadoma ceny za twoje usługi?

- Claire, on cię próbuje wytrącić z równowagi. Nie ma żadnej ceny.

- Bardzo ciekawe. Co za odchylenie od normy. - Oliver dał spokój Hessowi i znów skupił 

się   na   Claire,   która   szybko   wypiła   łyk   kakao.   Och...   Napój   wręcz   eksplodował   na   jej   języku 

intensywnym  smakiem kakao, ciepłego mleka i aromatami,  których się nie spodziewała. Wow. 

Zamrugała i jeszcze się trochę napiła. - Widzę, że ci smakuje.

- Hm...   Tak.   Tak,   proszę   pana.   -   Bo   jakoś,   kiedy   Oliver   zachowywał   się   uprzejmie, 

automatycznie przechodziła z nim na „pan”. To wszystko przez mamę i tatę, pomyślała. Nawet nie 

umie teraz być niegrzeczna wobec podłego wampira, który uwięził jej chłopaka w klatce i miał 

zamiar upiec go żywcem. - Więc co z Shane'em?

Oliver odchylił się na krześle i na wpół przymknął oczy.

- Ten temat już omówiliśmy, Claire. Dość szczegółowo. Chyba masz jakieś siniaki, które 

powinny ci przypomnieć, co o tym myślę.

- On tego nie zrobił.

- Przeanalizujmy fakty. Po pierwsze, chłopak wrócił do Morganville z wyraźnym zamiarem 

zakłócenia spokoju, co najmniej, a już raczej z intencją mordowania wampirów, co automatycznie 

zasługuje na wyrok śmierci. Po drugie, skrywał przed nami swoje plany. Po trzecie, kontaktował się 

ze swoim ojcem i jego przyjaciółmi, zanim przyjechali do Morganville i po ich przyjeździe. Po 

czwarte, znalazł  się na miejscu  zbrodni. Po piąte,  niewiele  powiedział  na swoją obronę. Mam 

mówić dalej?

- Ale...

- Claire. - Oliver mówił tonem zmartwionym i urażonym. Pochylił się naprzód, oparł łokcie 

na stole, a twarz na splecionych dłoniach. - Jesteś młodziutka. Ja rozumiem, że żywisz do niego 

jakieś uczucia, ale nie bądź głupia. On cię tylko pogrąży. Jeśli mnie do tego zmusisz, to ja mogę 

dotrzeć do dowodów wskazujących, że wiedziałaś o obecności ojca Shane'a w Morganville i że 

wiedziałaś   o   ich   zamiarach.   A   to,   moja   miła   dziewuszko,   oznaczałoby   koniec   twojej   cennej 

Ochrony i umieszczenie w klatce obok twojego chłopaka. Czy tego właśnie chcesz?

Hess ostrzegawczym ruchem położył dłoń na jej ramieniu.

- Oliver, wystarczy.

- Wcale nie wystarczy. Jeśli przyszłaś się ze mną targować, to moim zdaniem nie masz mi 

do zaoferowania niczego, czego nie mógłbym dostać gdzie indziej - prychnął Oliver. - Więc bardzo 

proszę, zabierajcie się stąd...

- Podpiszę wszystko - wypaliła Claire. - Rozumiesz, złożę przysięgę tobie. Zamiast Amelie. 

Jeśli chcesz. Tylko uwolnij Shane'a.

background image

Nie zaplanowała sobie tego, ale kiedy wspomniał o targowaniu się, pomysł sam przyszedł 

jej do głowy i sam się wcisnął na język. Hess aż jęknął i przesunął dłonią po włosach, najwyraźniej 

próbując się powstrzymać, żeby jej nie powiedzieć, jaka z niej idiotka.

Oliver nadal wpatrywał się w nią tymi swoimi spokojnymi, uprzejmymi oczami.

- Rozumiem - powiedział. - A więc chodzi o miłość.

Z miłości do tego chłopaka zwiążesz się ze mną na resztę swojego życia. Dasz mi prawo 

wykorzystania go tak, jak uznam za stosowne. Czy ty masz pojęcie, co mi oferujesz? Bo ja bym ci 

nie zaproponował zwyczajowego kontraktu, jaki podpisuje większość ludzi w Morganville, Claire. 

Nie,   w   twoim   wypadku   to   by  było   niemądre.   Bezlitosne   zwyczaje.   Byłabyś   moją   własnością, 

ciałem i duszą. To ja decydowałbym, kiedy wyjdziesz za mąż i za kogo, a twoje dzieci i ich dzieci 

stałyby się moim mieniem. Urodziłem się w czasach, kiedy taki był zwyczaj, widzisz, a w tej chwili 

nie mam dobrotliwego nastroju. Tego chcesz?

- Nie rób tego - rzucił ostro Hess. Złapał Claire za ramię i postawił ją na nogi. - Oliver, 

wychodzimy. Już.

- Ona ma prawo dokonać własnego wyboru, panie posterunkowy.

- To jeszcze dziecko! Oliver, ona ma szesnaście lat!

- Jest dość dorosła, żeby spiskować przeciwko mnie - warknął. - Dość dorosła, żeby znaleźć 

książkę, na której poszukiwanie straciłem pół wieku. Dość dorosła, żeby pozbawić mnie jedynej 

szansy na uwolnienie mojego ludu spod nieznośnej, żelaznej władzy Amelie. Ty myślisz, że mnie 

obchodzi   teraz   jej   wiek?   -   Przyjazna   uprzejmość   Olivera   zniknęła,   pozostał   wyłącznie   ten 

podstępny   wąż,   z   błyskiem   okrucieństwa   w   oczach   i   ostrzegawczo   wysuniętymi   kłami.   Claire 

pozwoliła Hessowi wyciągnąć się zza stolika i pociągnąć w stronę drzwi. Hess wyjął broń.

- Być może nie pozwolę wam wyjść - oznajmił Oliver. - Zdajesz sobie z tego sprawę? Hess 

odwrócił się i uniósł rewolwer, celując prosto w pierś Olivera.

- Srebrne kule obmyte święconą wodą, z wyrytym na nim krzyżem. - Odbezpieczył broń. - 

Chcesz przekroczyć tę granicę, Oliver? Bo ona jest tuż - tuż. Stoisz na niej. Wybaczam ci dużo 

świństw, ale tego już za wiele. Nie tego typu kontrakt i nie z dzieckiem.

Oliver nawet nie wstał.

- Rozumiem, że nie chcesz wziąć swojej kawy na wynos? Szkoda. Uważaj na siebie, Hess. 

Któregoś dnia ty i ja będziemy sobie musieli porozmawiać. A ty, Claire... Wróć, kiedy tylko ze 

chcesz. Kiedy czas zacznie się kurczyć, a ty będziesz chciała dobić targu, wysłucham cię.

- Nawet o tym nie myśl - warknął Hess. - Claire, otwórz drzwi. - Wciąż mierzył do wampira 

z broni, bez zmrużenia oka, a Claire otworzyła trzy zamki i szarpnęła drzwi na oścież. - Wsiadaj do 

samochodu. Ruchy! - Wycofywał się jej śladem, kiedy biegła do samochodu i wskoczyła do środka. 

Hess zatrzasnął drzwi Common Grounds tak mocno, że aż szkło zabrzęczało, a potem przeskoczył 

background image

maskę samochodu w sposób, jaki widywała tylko w sensacyjnych filmach, i odpalał silnik, zanim 

zdążyła złapać następny oddech.

Pędem odjechali w noc. Claire obejrzała się na tylne siedzenie nagle przerażona, że kiedy 

się obejrzy, dostrzeże tam Olivera szczerzącego do niej zęby w uśmiechu, ale siedzenie było puste.

Hess był spocony. Otarł krople potu grzbietem dłoni.

- Kiedy już się pchasz w kłopoty, to na całego, muszę ci to przyznać - mruknął. - Mieszkam 

tu od urodzenia, a jeszcze nie widziałem, żeby ktoś tak wyprowadził z równowagi Olivera.

Nigdy.

- Hm... Dzięki?

- To nie był  komplement. Posłuchaj, w żadnym razie nigdy już nie wracaj do Common 

Grounds, rozumiesz? Unikaj Olivera za wszelką cenę. I nieważne, co się będzie działo, nie zawieraj 

tego układu. Shane by tego nie chciał, a ty jeszcze dożyjesz chwili, kiedy go pożałujesz. Żyłabyś 

długo   i   w   każdej   sekundzie   nienawidziłabyś   swojego   życia.   -   Hess   pokręcił   głową   i   ciężko 

westchnął. - Koniec wykładu na dziś wieczór. Jedziesz do domu, bezpiecznie odstawiam cię do 

drzwi, a potem wracam do siebie i chowam głowę w piasek, póki to wszystko się nie uspokoi. 

Sugeruję, żebyś zrobiła to samo.

- Ale Shane...

- Shane już nie żyje - powiedział Hess tak spokojnie i rzeczowo, że przez chwilę myślała, że 

on to mówi serio, że w jakiś sposób ktoś się wtrącił i go zabił, a ona nawet o tym nie wiedziała. .. 

Ale potem dodał: - Nie możesz go uratować. Nikt go teraz nie może uratować. Claire, ty po prostu 

zadbaj teraz o siebie. Tylko tyle możesz zrobić. Udało ci się w jedną noc wkurzyć i Amelie, i 

Olivera. Już wystarczy. W tej chwili przydałoby się, żebyś wykazała odrobinę zdrowego rozsądku. 

Siedziała w otępiałym, ponurym milczeniu przez całą drogę do domu.

Hess   dotrzymał   słowa.   Odprowadził   j   ą   aż   na   schody   werandy,   popatrzył,   jak   otwiera 

frontowe drzwi, i ze znużeniem skinął głową, kiedy wchodziła do środka.

- Zamknij drzwi - przypomniał. - I, na litość boską, odpocznij trochę.

W domu czekał Michael, ciepły i serdeczny.  Trzymał  gitarę za gryf,  więc najwyraźniej 

wcześniej grał; oczy miał zaczerwienione, a twarz spiętą.

- No i jak? - spytał.

- Cześć, Claire, jak się masz? - Claire spytała powietrza.

- Nic ci nie groziło, prawda? Dzięki, że wyszłaś  po nocy,  żeby się targować z dwiema 

najniebezpieczniejszymi istotami na ziemi.

Był przynajmniej na tyle dobrze wychowany, że zrobił zawstydzoną minę.

- Przepraszam. Wszystko w porządku?

- Ha. No, przynajmniej, żadnych śladów po wampirzych kłach. - Wzruszyła ramionami. - 

background image

Naprawdę nie cierpię tych ludzi.

- Wampirów?

- Wampirów.

Ściśle mówiąc, to nie ludzie, no ale jak się zastanowić, ja też nie jestem człowiekiem. - 

Michael objął ją i zaprowadził do salonu, posadził na kanapie i okrył jej ramiona pledem. - Chyba 

nie poszło za dobrze.

- W ogóle nie poszło - prychnęła. W drodze powrotnej do domu była przygnębiona, ale 

teraz, kiedy musiała mu to opowiedzieć, poczuła się jeszcze gorzej. - Oni go nie wypuszczą.

Michael nic nie powiedział, ale światełko w jego oczach zgasło. Przyklęknął koło niej na 

jedno kolano i otulił ją pledem dokładniej.

- Claire. Nic ci nie jest? Ty się trzęsiesz.

- Wiesz, one są zimne. I ja od tego marznę. Powoli pokiwał głową.

- Zrobiłaś, co mogłaś. Odpocznij.

- A co z Eve? Nadal tu jest?

Zerknął na sufit, jakby mógł przebić go wzrokiem. Może zresztą mógł. Claire nie wiedziała 

co Michael tak naprawdę może, a czego nie może; przecież już kilka razy umarł. Nie należy kogoś 

takiego nie doceniać.

- Śpi - powiedział. - Ja... Pogadałem z nią. Ona rozumie. Nie zrobi niczego głupiego. - Nie 

patrzył na Claire, mówiąc to, a ona zaczęła się zastanawiać, jakiego typu rozmowę mógł mieć na 

myśli.

Jej matka zawsze mawiała że kiedy człowiek nie jest czegoś pewien, powinien zapytać.

- Czy to była taka rozmowa, w której udało ci się dać jej jakiś powód do życia? Na przykład, 

hm, samego siebie?

- Czyja... Ale co ty, do diabła, wygadujesz?

- Pomyślałam sobie po prostu, że może ty i ona...

- Jezu, Claire! - krzyknął Michael. A więc udało jej się sprawić, że aż się wzdrygnął. To 

było coś nowego. - Uważasz, że jakbyśmy poszli do łóżka, to ona by zapomniała o tym, że chce 

wyruszyć z domu, żeby z zimną krwią mordować wampiry? Ja nie wiem, co ty sobie wyobrażasz na 

temat seksu, ale wyraźnie sporo. Poza tym to, co istnieje między mną a Eve... Niech pozostanie 

między mną a Eve.

- -  Dopóki  ona   mi  wszystkiego  potem  o  tym   nie   opowie,   pomyślała   sobie  Claire.  -  W 

każdym razie nie to miałem na myśli. Jaja... przekonałem. To wszystko.

Przekonał   ją.   Jasne.   W   nastroju,   w   jakim   Eve   była   przed   wyjściem   Claire?   Mało 

prawdopodobne...

I wtedy Claire przypomniała sobie głosy, które szeptały do niej w tamtej alejce, i tę swoją 

background image

ślepą głupią wiarę, że jest bezpieczną która sprowadziła na nią niebezpieczeństwo. Czy Michael 

umiał zrobić coś takiego? Czy on by się na to zdecydował?

- Ty chyba nie... - Dotknęła palcem własnej skroni.

- Że co?

- Nie namieszałeś jej w głowie? Tak jak one to potrafią? Milczał. Przyniósł jej poduszkę i 

powiedział:

- Połóż się. Odpocznij. Do świtu zostało mało czasu, a wtedy będę cię potrzebował.

- O Boże, Michael, nie zrobiłeś tego chyba. Powiedz, że nie zrobiłeś! Ona ci tego nigdy nie 

wybaczy!

- Byle pożyła na tyle długo, żeby mnie za to znienawidzić - powiedział. - Odpocznij teraz. 

Serio.  Nie chciała   zasypiać,  trybiki   jej  umysłu   kręciły się  jak opona  buksująca  po  asfalcie,   w 

każdym kierunku wysyłając iskry. Traciła mnóstwo energii, a donikąd nie zmierzała. Muszę coś 

wymyślić, muszę...

Michael   zaczął   grać   cicho   melancholijną   melodię   w   jakiejś   minorowej   tonacji,   a   ona 

poczuła, że zaczyna dryfować...

.. .a potem, chociaż wcale nie zamierzała, zasnęła.

Koc, który ją otulił, pachniał Shane'em.

Claire owinęła się mocniej, mrucząc coś, co brzmiało jak jego imię, i powoli się budząc. Tak 

dobrze,   bezpiecznie   i   szczęśliwie   czuła   się   w   jego   objęciach.   Zupełnie   jak   tamtej   nocy,   którą 

spędzili na tej kanapie, całując się...

Wszystko   to   szybko   zbladło,   kiedy   ogarnęła   ją   fala   wspomnień   o   wydarzeniach 

poprzedniego   dnia.   Zniknęło   poczucie   bezpieczeństwa,   a   Claire   poczuła   przerażenie   i   chłód. 

Usiadła, ściskając w dłoniach koc, i rozejrzała się wkoło. Gitara Michaela znów leżała w futerale, 

słońce stało nad horyzontem. A więc Michael znów zniknął, a ona i Eve... Ona i Eve były zdane 

tylko na siebie.

No   trudno,   pomyślała.   Czas   brać   się   do   roboty.   Wciąż   jeszcze   nie   wymyśliła   żadnej 

sensownej   strategii,   żeby   wydostać   Shane'a   z   klatki   na   placu   Założycielki.   A   to   znaczy,   że 

potrzebuje informacji... Może posterunkowy Hess mógłby jej powiedzieć, ilu tam jest strażników, i 

gdzie.   Najwyraźniej   istniała   jakaś   procedura   ochrony,   nieprzepuszczająca   nieudacznych   istot 

ludzkich, takich jak ona, ale każdy system ochrony da się złamać, prawda? A przynajmniej, zawsze 

tak słyszała. Może Eve wie coś, co się okaże pomocne.

O ile Eve znów dziś rano nie będzie miała samobójczego nastroju. Claire tęsknie pomyślała 

o gorącym prysznicu, zdecydowała jednak, że to może poczekać, i poszła do kuchni zaparzyć kawę. 

Eve nie będzie za szczęśliwa, ale bez kofeiny będzie jeszcze nieszczęśliwsza. Claire poczekała, aż 

dzbanek napełnił się kawą, a potem zaniosła pełen kubek tego czegoś na górę. Klucz drzwi pokoju 

background image

Eve wisiał na haczyku, a obok niego kartka zapisana pismem Michaela. Stało na niej: „Nie pozwól 

jej wychodzić z domu”. Wywnioskowała, że to znaczy, że ona sama tez miała siedzieć w domu.

Jakby   mogła   taką   ewentualność   brać   pod   uwagę,   skoro   godziny   życia   Shane'a   były 

policzone. I kto wie, co się z nim teraz dzieje? Pomyślała o furii w oczach Olivera, o obojętności w 

spojrzeniu Amelie i ścisnęło jaw żołądku. Złapała klucz, włożyła go do zamka i otworzyła drzwi do 

pokoju Eve.

Eve siedziała na skraju łóżka, całkowicie ubrana i umalowała, idealnie wystylizowana na 

zombie.   Włosy   zaczesała   w   kucyki   po   obu   stronach   głowy,   a   makijaż   wykonała   niezwykle 

starannie. Przypominała przerażającą porcelanową laleczkę.

Wściekłą porcelanową laleczkę. Taką, o jakich kręci się horrory, w których leje się krew, a 

trup pada gęsto.

- Napijesz się kawy? - spytała słabo Claire. Eve przez sekundę patrzyła na nią, a potem 

wzięła kubek, wstała i wyszła z pokoju na schody. - O kurczę...

Zanim Claire udało się zbiec na dół, Eve stała już na środku salonu, nie patrząc na nic w 

szczególności. Odstawiła kubek, a ręce oparła na biodrach. Claire przystanęła z dłonią na poręczy 

schodów i patrzyła, jak Eve powoli obraca się wokół własnej osi, jakby szukając czegoś wzrokiem.

- Wiem, że tu jesteś, ty tchórzu - syknęła. - A teraz posłuchaj mnie, zwariowany duchu w 

ciele faceta. Jeśli jeszcze chociaż raz tak mi namieszasz w głowie, przysięgam, wyjdę z tego domu i 

nigdy tu nie wrócę! Jasne? Raz na tak, dwa razy na nie.

Musiał powiedzieć „tak”, bo Eve przestała być taka sztywna. Ale nadal była wściekła.

- Już sama nie wiem, co jest podlejsze, to, że na mnie ćwiczysz wampirze sztuczki, czy to, 

że mnie zamknąłeś w pokoju, ale tak czy inaczej, stary, masz przechlapane. I nic ci to nie pomoże, 

że nie żyjesz. Kiedy dziś wieczorem wrócisz, totalnie skopię ci tyłek.

- Powiedział, że mu przykro - odezwała się Claire. Usiadła na pierwszym stopniu, a Eve 

rzuciła jej spojrzenie pełne słuszne o oburzenia. - On wiedział, że się wściekniesz, ale nie mógł...

Eve, on się o ciebie martwił. Nie mógł ci pozwolić, ot tak, iść i dać się zabić.

- Ostatnim razem, kiedy sprawdzałam, miałam już skończone osiemnaście lat i nie byłam 

niczyj ą własnością - wrzasnęła Eve i tupnęła nogą. - Mnie nic nie obchodzi, że tobie jest przykro 

Michael!   Będziesz   musiał   się   naprawdę   postarać,   żeby   mi   to   jakoś   wynagrodzić!   Naprawdę 

postarać!

Claire   zobaczyła,   że   powiew   powietrza   lekko   potargał   włosy   Eve.   A   Eve   na   sekundę 

zamknęła oczy i zachwiała się na nogach, usta układając w okrągłe, czerwone kółeczko.

- No dobra - powiedziała słabo. - To już inna rozmowa.

- Co? - spytała Claire, podrywając się na nogi.

- Nic. Hm, nic takiego. Nieważne. - Eve odchrząknęła. - Co się działo wczoraj w nocy? 

background image

Udało ci się ich przekonać, żeby wypuścili Shane'a?

Claire ze zmartwienia nie mogła wykrztusić ani słowa. Pokręciła głową i opuściła wzrok.

- Ale nie ma sensu lecieć tam z kołkami i krzyżami - oznajmiła. - Byliby przygotowani. 

Musimy wymyślić jakiś inny plan.

- A co z Joem? Z posterunkowym Hessem?

- On nie może. - Claire znów pokręciła głową.

- No to pogadamy z ludźmi, którzy mogą - powiedziała Eve z przekonaniem. Wzięła kawę i 

wypiła ją jednym haustem, a potem odstawiła kubek. - Gotowa?

- Z kim chcesz gadać?

- Może to cię zaskoczy, ale mieszkając w Morgamdlle przez całe swoje żałosne życie, nie 

zmarnowałam czasu tak kompletnie. Znam parę osób, okay? A niektórzy z nich to nawet ludzie z 

charakterem.

Claire nabrała nadziei.

- Okay. Daj mi dwie minuty.

Skoczyła na górę, wzięła prysznic i przebrała się w takim tempie, że pobiła swój życiowy 

rekord.

background image

ROZDZIAŁ 9

Wydawało się logiczne, że Eve będzie znała takie miejsca, których Claire nie zna, ale z 

jakiegoś powodu Claire dziwiła się, że to właśnie tam Eve szukała sprzymierzeńców. Na przykład 

pralnia   samoobsługowa.   I   zakład   fotograficzny.   Za   każdym   razem   Eve   kazała   jej   czekać   w 

samochodzie, rozmawiając z kimś - z człowiekiem, Claire była  niemal pewna. Ale za każdym 

razem nic z tego nie wyszło.

Eve wróciła do swojego wielkiego, zakurzonego cadillaca z miną ponurą i makijażem już 

roztapiającym się w upale.

- Ojciec   Jonathan   jest   w   podróży   -   westchnęła.   -   Miałam   nadzieję,   że   namówię   go   na 

rozmowę z burmistrzem. Znają się.

- Ojciec Jonathan? W mieście jest jakiś ksiądz? Eve pokiwała głową.

- Wampiry nie interesuje, czy odprawia mszę, czy nie, o ile nie używa żadnych krzyży. 

Komunia bywa interesująca; wampiry trzymają opłatki i wino mszalne pod strażą. Ach, i zapomnij 

o   święconej   wodzie.   Gdyby   kiedykolwiek   został   złapany   na   czynieniu   znaku   krzyża   nad 

czymkolwiek płynnym, zapewniliby, że jego następna kongregacja będzie miała adres za bramami 

raju.

Claire usiłowała to zrozumieć.

- Ale... Jak to, wyjechał? Z miasta? Tak po prostu?

- Pojechał do Watykanu. Dostał specjalną dyspensę. - To Watykan wie o Morganville?

- Nie,   idiotko.   Kiedy   ojciec   Jonathan   wyjeżdża   z   miasta   jest   jak   wszyscy   inni;   nie   ma 

żadnych wspomnień o wampirach. Więc raczej nie możemy liczyć na to, że watykańskie służby 

szybkiego reagowania ruszą na pomoc Shane'owi, jeśli o tym myślałaś.

Nie o tym myślała, ale faktycznie pocieszająca byłaby taka wizja uzbrojonych księży w 

kuloodpornych kamizelkach z krzyżami na piersi.

- No to, co teraz? Skoro nie możesz się skontaktować z ojcem Jonathanem?

Eve odpaliła silnik. Zatrzymały  się na maleńkim parkingu pod zakładem fotograficznym, 

obok wielkiego, przemysłowego pojemnika na odpady. Tylko ich samochód stał na parkingu, ale 

właśnie wjechała biała furgonetka i zatrzymała  się obok. Nadal było dość wcześnie - nie było 

dziewiątej   -   i   na   ulicach   było   jeszcze,   jak   to   w   Morganville   o   tej   porze,   pustawo.   Zakład 

fotograficzny był otwarty dwadzieścia cztery godziny na dobę. Claire pomyślała sobie, że takiej 

pracy to nie chciałaby mieć. Czy wampiry robią sobie zdjęcia? Jakiego rodzaju? Może dawali sobie 

tu radę, nie patrząc na to, co wyskakuje z maszyny do wywoływania, tylko wrzucając wywołane 

zdjęcia do koperty i wręczając klientom... No ale z drugiej strony poza Morgamdlle też na pewno 

robią taki myk. Znów zerknęła na zegarek.

background image

- Eve! A twoja praca?

- Znajdę sobie inną.

- Ale...

- Claire, to nie była dobra praca. Pomyśl, co ja tam musiałam znosić. Tych mięśniaków. 

Palantów. Monice.

Eve zaczęła wycofywać samochód z parkingu, a potem wdepnęła hamulec, bo jakiś inny 

wóz zajechał jej drogę, blokując wyjazd.

- Cholera - sapnęła, szukając ręką komórki. Rzuciła ją Claire. - Dzwoń na policję.

- Dlaczego? - Claire obróciła się, ale nie widziała, kto prowadzi ten drugi samochód.

Bo patrzyła w złą stronę. Zagrożenia wcale nie stanowił ten samochód za nimi, ale biała 

furgonetka   stojąca   po   prawej   stronie   cadillaca,   i   kiedy   Claire   zaczęła  wybierać   numer   policji, 

boczne drzwi furgonetki rozsunęły się, a ktoś sięgnął do klamki drzwi cadillaca od strony pasażera.

Były zamknięte. Claire nie była przecież totalną idiotką. Ale dwie sekundy później nie miało 

to   żadnego   znaczenia,   bo   w   szybę   uderzył   łom,   tłukąc   je   na   tysiąc   maleńkich,   błyszczących 

kawałeczków, a Claire odruchowo pochyliła się w przód, zakrywając głowę rękami. Telefon spadł 

jej pod nogi i gorączkowo próbowała go złapać. Eve klęła pod nosem.

- Ruszaj stąd wreszcie! - wrzasnęła Claire.

- Nie mogę! Blokują nas!

Claire z triumfem złapała telefon, skończyła wybierać 911 i nacisnęła klawisz połączenia, a 

w tej samej chwili jakaś ręka z tylnego siedzenia sięgnęła i pchnęła j ą tak, że uderzyła twarzą o 

deskę rozdzielczą.

Potem   wszystko   zrobiło   się   odległe   i   zamazane.   Pamiętała,   że   została   wyciągnięta   z 

samochodu. Pamiętała, że Eve krzyczała i stawiała opór, a potem ucichła.

Pamiętała, że została wepchnięta do furgonetki i że zatrzaśnięto za nią drzwi.

A kiedy znów zaczęło jej się przejaśniać w głowie, pomijając potworną migrenę tuż za 

oczami,   przypomniała   sobie  też  i  tę  furgonetkę.  Już  ją  kiedyś   widziała.  Już  się  w  niej  kiedyś 

znalazła.

I tak jak przedtem za kierownicą siedziała Jennifer, a Monica z Giną jechały z tyłu. Giną 

trzymała Claire.

Obie dziewczyny były zarumienione. I wściekłe. Niedobrze.

- Eve - szepnęła Claire. Monica nachyliła się bliżej.

- Kto, kretynko? Nie ma tu takiej.

- Co jej zrobiłyście?

- Drobne zadrapanie, nic poważnego - prychnęła Monica. - Powinnaś się martwić o siebie, 

Claire. Mój tata chciał ci przekazać wiadomość.

background image

- Twój... Co takiego?

- Tata. A co, nie wiesz, co to jest? Czy po prostu nie wiadomo, który z wacków był w twoim 

przypadku dawcą spermy? - zakpiła Monica. Miała na sobie obcisłe dżinsy i pomarańczowy top i 

wyglądała tak szykownie, jakby zeszła ze strony jakiegoś pisma poświęconego modzie. - Och, nie 

wysilaj się, myszko. Siedź spokojnie, nic ci się nie stanie.

Gina   mocno   uszczypnęła   Claire,   a   jej   wyrwał   się   okrzyk   bólu.   Monica   zareagowała 

szerokim uśmiechem.

- No cóż - poprawiła się. - Może odrobina ci się stanie. Ale przecież taka twarda dziewczyna 

potrafi coś takiego znieść, nie, geniuszku?

Giną znów ją uszczypnęła,  a Claire  zacisnęła  zęby i powstrzymała  jęk. Co było  o tyle 

łatwiejsze, że była już przygotowana na ból. Giną zrobiła rozczarowaną minę. Może Claire powinna 

jednak potrenować płuca, niezależnie od wszystkiego, żeby Giną nie musiała starać się bardziej...

- Śledziłyście  nas - domyśliła  się Claire. Zrobiło jej się niedobrze, pewnie od uderzenia 

głową o deskę rozdzielczą, i bardzo martwiła się o Eve. Drobne draśnięcie? Monica raczej nie jest 

osobą, która zadowala się byle czym...

- Widzisz? Mówiłam, że to geniuszek. - Monica usiadła na jednym z wyściełanych skórą 

siedzeń, które umieszczone były po obu stronach furgonetki, i założyła nogę na nogę. Miała na 

sobie śliczne buty na platformach, które pasowały do pomarańczowego topu, i przyglądała się teraz 

swoim paznokciom, też pomarańczowym, szukając odprysków. - Wiesz co, geniuszku? Masz rację. 

Śledziłyśmy was. Widzisz, chciałam się z tobą spotkać na spokojnie, a ty i ta szalona zombie 

musiałyście mi to utrudniać. I w ogóle, dlaczego nie jesteś na zajęciach? Twoja religia nie zabrania 

ci zrywać się z zajęć czy coś?

Claire   próbowała   usiąść.   Giną   zerknęła   na   Monice,   a   ta   pokiwała   głową,   więc   Claire 

odsunęła się od Giny i oparła plecami o boczne drzwi furgonetki. Potarła piekące ramię w miejscu, 

gdzie Giną ją szczypała.

- Shane - powiedziała. - To w jego sprawie twój tata chce się ze mną widzieć, prawda? 

Monica wzruszyła ramionami.

- Chyba tak. Posłuchaj, ja Shane'a nie lubię, to żaden sekret. Ale nigdy nie chciałam, żeby 

jego siostra zginęła w tamtym pożarze. To była taka głupia szkolna historia, jasne? Nic wielkiego.

- Nic wielkiego? - Ze wszystkiego, co powiedziała do niej kiedyś Monica - a padło już wiele 

zdań, od których szczęka opadała - to było chyba najgorsze. - Nic wielkiego? Zginęło dziecko, a ty 

zniszczyłaś ich rodzinę! Nie rozumiesz tego? Mama Shane'a...

- Nie   moja   wina!   -   Monica   nagle   się   zarumieniła.   Claire   domyśliła   się,   że   nie   jest 

przyzwyczajona, żeby ktoś ją za coś obwiniał; może nikt nigdy poza Shane'em nic jej nie zarzucał. - 

Nawet jeśli wszystko by sobie przypomniała, to gdyby trzymała język za zębami, nic by jej się nie 

background image

stało! A z Alyssą to był wypadek!

- Tak   -   mruknęła   Claire.   -   Jestem   pewna,   że   to   wszystko   zmienia.   -   Była   zmęczona   i 

poirytowana mimo snu i prysznica. Podłoga w furgonetce była brudna. - Ale czego, do diabła, może 

ode mnie chcieć twój ojciec?

Monica przez kilka chwil przyglądała jej się w milczeniu, a potem powiedziała:

- Jego zdaniem Shane nie zabił Brandona.

- Żartujesz chyba.

- Nie. On uważa, że zrobił to ojciec Shane'a. - Idealnie umalowane usta Moniki rozchyliły 

się w leniwym uśmiechu. - Chciałby, żebyś to powiedziała tacie Shane'a i zobaczyła, co się stanie. 

Bo jeśli w ogóle on się czuje ojcem, to nie będzie stał z boku i nie pozwoli, żeby jego dziecko 

poszło na stos za niego. Dosłownie.

- A więc mam powiedzieć ojcu Shane'a... że burmistrz chce dobić z nim jakiegoś targu?

Życie   Shane'a  za  życie  jego ojca  - powiedziała  Monica.  -  Żaden  prawdziwy  ojciec   nie 

zignoruje takiej propozycji. Shane się nie liczy, ale tata chce, żeby to się skończyło. Już. Claire 

miała w żołądku jakieś bardzo nieprzyjemne uczucie, jakby się nałykała glist.

- Nie wierzę w to. Nigdy Shane'a nie wypuszczą! A w każdym razie, nie wypuszczą, póki 

Oliver będzie miał tu coś do powiedzenia.

Monica wzruszyła ramionami.

- Ja   tylko   przekazuję   wiadomość.   Możesz   powtórzyć   Collinsowi,   co   ci   się   tam   żywnie 

podoba, ale jeśli masz trochę rozumu, to powiesz mu coś, co go wywabi z kryjówki. Jasne?

Ochrona Amelie też ma swoje granice. Nadal może ci się coś stać. Giną chętnie by się tym 

zajęła, nawet jeśli ma potem dostać za to po łapach.

- I   pomyśl   o   twojej   przyjaciółce,   została   zupełnie   sama   -   dodała   Giną.   Uśmiechała   się 

dziwnym, nieco szalonym uśmiechem. - Różne rzeczy mogą się przytrafić w naszym mieście takiej 

samotnej dziewczynie. Różne bardzo złe rzeczy.

- Tak, no cóż, Eve powinna mieć o tym pojęcie - powiedziała Monica. - Popatrz tylko, kim 

jest jej brat.

Claire uderzyła się o drzwi, kiedy furgonetka podskoczyła na czymś, co chyba było torami 

kolejowymi, od czego głowa zawibrowała jej bólem, który i tak już ją łupał za oczami.

- A więc - ciągnęła Monica - wiesz, co masz robić, prawda? Idź do taty Shane'a. Przekonaj 

go,   żeby   się   zgłosił   za   syna.   Albo...   Albo   przekonasz   się,   jak   mało   przyjazne   potrafi   być 

Morganville.

Claire nic nie powiedziała. Doszła do wniosku, że za to, co chciała powiedzieć, mogłaby 

zginąć; jeśli nawet Monica albo Giną zostałyby później ukarane, dla niej niewielka byłaby już z 

tego pociecha. Wreszcie raz, krótko, skinęła głową.

background image

- Jennifer, do domu! - zawołała Monica do Jennifer, która pokazała jej uniesiony kciuk i 

skręciła za róg. Claire usiłowała zerknąć przez okno, ale nie udało jej się rozpoznać ulicy.

Ale musiały być gdzieś niedaleko kampusu. Zobaczyła dzwonnicę stojącą blisko Centrum 

Uniwersyteckiego, wznoszącą się po prawej stronie.

Kiedy Jennifer z całej siły wdepnęła hamulec, złapała się ręką uchwytu. Monica nie miała 

tyle szczęścia, spadła z siedzenia na podłogę, i zaczęła przeklinać i wrzeszczeć.

- Cholera!   Jen,   co   jest,   do   diabła?   Prowadzenie   samochodu   dla   idiotów?   Jen   nic   nie 

powiedziała. Powoli uniosła obie ręce gestem poddania się.

Drzwi za plecami Claire otworzyły się i jakaś silna ręka złapała ją za kark i wyciągnęła z 

furgonetki. To nie wampir, pomyślała, ale ta myśl nie dodała jej otuchy, bo silne, muskularne ramię 

przesunęło się obok niej, mierząc z obrzyna. Rozpoznała ten tatuaż z niebieskich płomieni liżących 

przedramię aż do nadgarstka.

Jeden z motocyklistów.

Rozejrzała się wkoło i zobaczyła trzech kolejnych. Wszyscy byli uzbrojeni i mierzyli do 

środka furgonetki. A potem dostrzegła ojca Shane'a, który podszedł tak swobodnym krokiem, jakby 

całe miasto i wszystkie wampiry nie szukały go przez całą noc. Wyglądał na wypoczętego.

- Monica Morrell - powiedział. - Złaź tu! Zobaczysz, co wygrałaś na loterii.

Monica zamarła bez ruchu, trzymając się jednego ze skórzanych uchwytów. Popatrzyła na 

broń, na Ginę, która klęczała, unosząc ręce w górę, a potem bezradnie na Claire.

Ona się bała. Monica - szalona, dziwna, piękna Monica - czegoś się naprawdę bała.

- Mój ojciec...

- O nim pogadamy później - przerwał jej Frank. - Wysadź tu swój śliczny tyłeczek, Monica. 

Nie zmuszaj mnie, żebym tam wszedł po ciebie.

Cofnęła się do furgonetki. Tata Shane'a wyszczerzył zęby i ruchem głowy polecił dwóm 

swoim zbirom wejść do środka. Jeden złapał Ginę za włosy i wyciągnął ją na zewnątrz.

A drugi złapał Monice szarpiącą się i plującą a potem przykuł ją kajdankami do skórzanego 

uchwytu siedzenia. Przestała się opierać zaskoczona.

- Ale...

- Wiedziałem, że zrobisz coś dokładnie przeciwnego niż to, o co cię poproszę - powiedział 

Frank. - Najłatwiej było zatrzymać cię w furgonetce, każąc ci z niej wysiąść. - Otworzył drzwi po 

stronie kierowcy i wymierzył rewolwer w twarz Jennifer. - Ciebie nie potrzebuję. Wysiadka.

Wysiadła szybko i nadal trzymała ręce w górze, a Frank pchnął ją w stronę swoich kumpli. 

Usiadła   na   krawężniku   obok   Giny   i   objęła   ją.   Zabawne,   Claire   nigdy   nie   uważała   ich   za 

przyjaciółki, tylko za świtę Moniki. Ale teraz wydawały się... bliskie sobie. I przestraszone.

- Ty - tata Shane'a odwrócił się i spojrzał prosto na Claire - wsiadaj z tyłu. - Ale...

background image

Jeden z motocyklistów przytknął jej rewolwer do głowy. Bez słowa wsiadła do furgonetki, 

zajmując to samo siedzenie, z którego niedawno spadła Monica. Ojciec Shane'a wsiadł za nią, a 

potem te spocone typy. Jeden zajął miejsce za kierownicą i furgonetka ruszyła.

Claire spojrzała na Monice, a ta odwzajemniła spojrzenie i po raz pierwszy pomyślała, że 

rozumie, co Monica czuje, bo ona czuła to samo.

Że stało się coś bardzo, bardzo niedobrego.

Furgonetka pokonała kilka zakrętów, a Claire próbowała wymyślić jakiś sposób wydostania 

swojej   komórki,   którą   miała   w   kieszeni   dżinsów.   Komórkę   Eve   upuściła   w   samochodzie   na 

podłogę, kiedy Monica uderzyła jej twarzą o deskę rozdzielczą... Udało jej się dyskretnie włożyć 

palce do kieszeni, gdzie wyczuła metalową obudowę. Muszę teraz tylko wystukać numer policji, 

pomyślała. Eve prawdopodobnie już zgłosiła porwanie, o ile mogła jeszcze mówić. Przecież da się 

wyśledzić telefon, prawda? Za pomocą GPS czy coś.

Jakby czytał jej w myślach, tata Shane'a zbliżył się do niej, postawił ją na nogi i zaczął 

obszukiwać. Zrobił to szybko, nie próbując jej przy okazji obmacywać jak jakiś napalony starszy 

facet, i znalazł  telefon  w jej kieszeni. Monica znów wrzasnęła i próbowała kopać, bo jeden z 

motocyklistów obszukiwał ją, chociaż bardziej przypominało to obmacywanie. Ale on też znalazł 

komórkę. Otworzył boczne drzwi furgonetki i wyrzucił telefony.

- Rozwal je! - zawołał do kierowcy, który posłusznie zawrócił. Claire nie usłyszała trzasku, 

ale uznała, że telefony zamieniły się w elektroniczny pył.

A   potem   znów   zawrócili   i   pojechali   dalej.   Claire   trzymała   się   siedzenia,   z   opuszczoną 

głową,   gorączkowo   myśląc.   Ona   nie   może   dać   znaku   życia,   ale   Eve   będzie   próbowała. 

Posterunkowy Hess, posterunkowy Lowe? Może oni przyjdą jej na pomoc.

A może Amelie wyśle swoich ludzi. W tej akurat chwili byłoby to po prostu cudowne.

- Hej - odezwała się Monica do taty Shane'a. - Dupku, to durne posunięcie. Mój tata wyśle 

za wami wszystkich policjantów z Morganville. Nigdy nie uda ci się uciec, a kiedy cię już złapią, 

wtrącą cię do dziury tak głębokiej, że nawet kanał ściekowy wyda ci się przy niej rajem. Nie 

dotykaj mnie ty świnio! - Zaczęła  się wić, usiłując się odsunąć od łap dryblasa siedzącego obok 

niej, a on się tylko uśmiechnął, pokazując kilka złotych zębów.

- Nie dotykaj jej - powiedział tata Shane'a. - Nie jesteśmy zwierzętami. - Claire zastanawiała 

się, skąd mu się nagle wziął ten syndrom rycerza na białym koniu, bo przecież wcześniej, w Domu 

Glassów, gotów było pozwolić swoim kolesiom, żeby zrobili z nią i Eve wszystko, co tylko chcieli. 

- Zabierz bransoletkę.

- Co? Nie. Nie! Jej się nie zdejmuje, wiesz o tym!

Motocyklista sięgnął i z torby zawieszonej przy pasku do spodni wyjął niewielkie szczypce 

do metalu. Claire aż sapnęła z przerażenia, kiedy złapał Monice za rękę. O Boże, pomyślała, on jej 

background image

odetnie rękę...

Ale on tylko przeciął metalową bransoletkę, ściągnął ją z nadgarstka i rzucił tacie Shane'a. 

Monica zadygotała, spojrzała na niego gniewnie i uderzyła go. Mocno. A tamten uniósł rękę, żeby 

uderzenie oddać.

- Zostaw ją - warknął Frank Collins. Wpatrywał się w bransoletkę. Oczywiście, był na niej 

wygrawerowany jakiś symbol;

Claire nie mogła go odczytać, ale stwierdziła, że to musiał być symbol Brandona, a teraz, 

kiedy Brandon nie żył, ktoś musiał przejąć jego obowiązki Ochrony. Może Oliver...

Od wewnętrznej strony wygrawerowane były pełne dane Moniki: „Monica Ellen Moreli”. 

Tata Shane'a mruknął z satysfakcją.

- Palec też chcesz? - pytał motocyklista, szczękając szczypcami. - Nie ma sprawy.

- Moim zdaniem to wystarczy - powiedział Frank. - Kenny, zawieź nas na dół. Szybko.

Zbir za kierownicą - Kenny (teraz Claire przynajmniej znała imię jednego z nich) - pokiwał 

głową. Był wysoki, dość chudy, miał długie czarne włosy i nosił niebieską bandanę. Z tyłu jego 

skórzanej kamizelki był rysunek nagiej dziewczyny na harleyu; pasowała do tatuaży, które Claire 

widziała   na   jego   ramieniu.   Kenny   sprawnie   manewrował   po   łatwych   do   pomylenia   ulicach   i 

zaułkach Morganville, jadąc szybko, ale nie niebezpiecznie szybko, a potem nagle... zrobiło się 

ciemno.

Kenny włączył światła. Byli w kanale burzowym, wielkim betonowym tunelu, który mógł 

pomieścić furgonetkę - chociaż na styk - i który pod ostrym kątem opadał w dół, w mrok. Claire z 

trudem   łapała   oddech.   Nie   przepadała   za   ciemnością   ani   za   zamkniętymi   pomieszczeniami... 

Przypomniała sobie, jak świrowała ze strachu zamknięta w ciemnej spiżarni w Domu Glassów nie 

tak dawno temu. Nie, wcale jej się to nie podobało. Nic a nic.

- Dokąd   nas   zabieracie?   -   spytała.   Chciała,   żeby   to   zabrzmiało   ostro,   ale   zamiast   tego 

powiedziała to tak, jak się naprawdę czuła: jak przerażona szesnastolatka, która usiłuje być dzielna. 

No, super.

Frank Collins, trzymając się jednego ze skórzanych uchwytów, spojrzał na nią z jakimś 

dziwnym wyrazem oczu - niemal, jak jej się wydawało, z szacunkiem.

- Ciebie nigdzie - odparł. - Ty tylko przekażesz wiadomość. - A potem podał jej rozciętą 

bransoletkę Moniki. - Powiesz burmistrzowi, że jeśli do jutra nie dowiem się, że mojego syna 

wypuszczono na wolność, to ta śliczna panieneczka dowie się, jak to jest piec się na ogniu. Mamy 

bardzo fajny miotacz płomieni.

Nie lubiła Moniki. Właściwie chyba nawet ją nienawidziła i uważała, że Morganville byłoby 

o wiele lepszym miejscem, gdyby Monica po prostu... zniknęła.

Ale nikt nie zasługiwał na to, co szykował dla Moniki tata Shane'a.

background image

- Nie   możecie   tego   zrobić   -   powiedziała.   -   Nie   możecie.   -   Ale   wiedziała,   patrząc   na 

szczerzących zęby facetów, że jak najbardziej mogą i że, co gorsza, Shane miał rację, a jego ojciec 

jest naprawdę szalony.

- Kenny zaraz podjedzie pod taką drabinkę - ciągnął Frank. - I ja chcę, Claire, żebyś wtedy 

wysiadła z furgonetki. Masz wejść po drabince i odsunąć właz. Znajdziesz się dokładnie przed 

ratuszem Morganville. Masz podejść do pierwszego policjanta, jakiego zobaczysz, i powiedzieć 

mu, że musisz się widzieć z burmistrzem w sprawie Franka Collinsa. I powiesz mu, że Frank 

Collins ma jego córkę, i że ona zapłaci życiem za to, które już odebrała, nie wspominając już o tym, 

które oni teraz zamierzają odebrać. Jasne?

Claire sztywno pokiwała głową. W jej nadgarstku bransoletka Moniki była zimna i ciężka.

- Jeszcze jedno - dodał Frank. - Powinnaś powiedzieć im, że ja to traktuję bardzo serio. I 

lepiej bądź przekonująca, bo jeśli burmistrz nie skontaktuje się ze mną przed świtem, to użyjemy 

tych   szczypiec,   żeby   wysłać   mu   jeszcze   jakieś   inne   pamiątki   po   córce.   A   bransoletki   jej   się 

skończyły.

Furgonetka zatrzymała się z szarpnięciem, a Frank otworzył boczne drzwi.

- Wysiadaj - polecił. - Lepiej się pospiesz, Claire. Chcesz przecież uratować mojego syna, 

prawda? Nie powiedział nic o ratowaniu Moniki, zauważyła. O tym ani słowa.

Monica popatrzyła  na nią. Już nie była  szykowna jak ze stron kolorowego czasopisma. 

Teraz wydawała się mała i bezbronna, sama w furgonetce z tymi  obrzydliwymi  typami. Claire 

zawahała się, a potem wstała i złapała się skórzanego uchwytu, żeby nie stracić równowagi. Kolana 

się pod nią uginały.

- To jakieś szaleństwo - próbowała pocieszyć Monice. - Trzymaj się. Sprowadzę pomoc. W 

oczach Moniki błyszczały łzy.

- Dzięki - powiedziała. - Powiedz mojemu tacie... - Nie skończyła i wzięła głęboki oddech. 

Łzy zniknęły,  a Monica uśmiechnęła się do Claire złośliwie. - Powiedz mojemu tacie, że jeśli 

cokolwiek mi się stanie, to może ciebie pociągnąć do odpowiedzialności.

Drzwi zatrzasnęły się i furgonetka odjechała w mrok. Claire cieszyła się, że trzymała już 

rękę   na   drabince,   bo   światła   zniknęły   tak   szybko   i   znalazła   się   w   takich   ciemnościach,   że 

zapragnęła nagle zwinąć się w kłębek.

Wzięła się w garść i zaczęła wspinać po drabince, macając po ciemku oślizłe szczeble. 

Spodziewała się, że za chwilę rzuci się na nią jakiś stwór. Wampiry na pewno żyły tu, na dole. A 

przynajmniej korzystały z tych tuneli jak z autostrad; zawsze się zastanawiała, jak poruszały się po 

mieście w ciągu dnia. To nie były zwykłe tunele ściekowe, ale większe niż zwykle kanały burzowe. 

A ponieważ Morgamdlle raczej nie zbudowano na terenach zalewowych, było prawdopodobne, że 

od momentu ich budowy woda w tych kanałach nigdy nie sięgnęła wyżej niż do kostek.

background image

Claire wspięła się na górę i, mrużąc oczy, zdołała dostrzec błyski czegoś, co wyglądało jak 

światło  dzienne.  Nad głową  miała  klapę  włazu zasłoniętą  jakimś  ochronnym  materiałem,  żeby 

odfiltrować światło, które wpadało do tunelu. Zaparła się o szczeble drabiny, lewą ręką ścisnęła 

jedną z metalowych rączek i z całej siły szarpnęła w prawo.

Poczuła na twarzy promienie słońca. Odetchnęła z ulgą. Podciągnęła się o kolejny stopień i 

otworzyła właz.

Tak jak powiedział tata Shane'a, znalazła  się przed ratuszem Morgamdlle, który, niestety, 

nie znajdował się na placu Założycielki. Był to wielki budynek przypominający gotycki zamek, z 

czerwonego piaskowca a ludzie wchodzili do niego i wychodzili - może wracali z pracy albo po 

złożeniu jakichś papierów. Zwykły dzień, cokolwiek to w Morganville oznaczało.

Wydostała się na ulicę, ciężko dysząc. Pochyliło się nad nią kilka twarzy, zasłaniając słońce. 

Jedna z tych osób miała na głowie policyjną czapkę.

- Witam - powiedziała Claire i dłonią osłoniła oczy. - Muszę porozmawiać z burmistrzem. 

Proszę mu powiedzieć, że mam informacje o jego córce i Franku Collinsie.

Burmistrz tym razem był ubrany w zieloną koszulkę golfową, czarne spodnie i mokasyny. 

Bardzo eleganckie. Stał w holu i rozmawiał przez komórkę; minę miał spiętą i gniewną. Dwóch 

funkcjonariuszy   policji   Morganville   przeprowadziło   Claire   obok   niego,   do   jego   gabinetu,   i 

posadziło ją w wielkim fotelu z czerwonej skóry. Żadnego z tych policjantów nie znała. Kiedy 

zapytała o posterunkowych Hessa i Lowe'a, nie odezwali się. Nikt nawet nie przyznał, że ich zna z 

nazwiska.

Claire kręciło się w głowie. Nie miała pojęcia ile czasu upłynęło, odkąd po raz ostatni jadła, 

ale świat zaczynał przybierać jakieś surrealistycznie rozmyte kontury, a to nie był dobry znak. Przy 

stresie, braku snu i głodzie niedługo zacznie mieć omamy.

Claire, weź się w garść. Wyobraź sobie, że przyszłaś tu zaliczyć jakiś test. Już raz zdarzyło 

jej się przez trzy doby obywać bez snu, kiedy przygotowywała się do testów SAT, i wcale nie jadła 

wtedy wiele, pomijając colę i cheetos. Mogła sobie poradzić.

- Proszę - odezwał się jakiś głos za jej plecami i ktoś podał jej czerwoną puszkę coli. - 

Wygląda na to, że przyda ci się coś do picia.

Claire uniosła wzrok. To był Richard, brat Moniki. Ten przystojny. Twarz miał zmęczoną i 

niespokojną. Przysunął sobie bliżej drugi fotel i usiadł, opierając łokcie na kolanach. Claire zajęła 

się colą. Otworzyła puszkę i wzięła duży łyk lodowatego i słodkiego napoju.

- Moja siostra została porwana razem z samochodem - powiedział. - Wiesz o tym, prawda? 

Claire skinęła głową i przełknęła.

- Byłam tam. Byłam w furgonetce.

- Właśnie   dlatego   chcę   porozmawiać   z   tobą,   zanim   porozmawia   z   tobą   mój   ojciec   - 

background image

uprzedził ją Richard. - Byłaś w furgonetce z Jennifer, Giną i Monicą.

Claire znów skinęła głową.

- No to o coś cię zapytam. Jak przekazałaś im sygnał? Claire zamrugała.

- Jak zrobiłam co?

- Jak zaplanowaliście tę zasadzkę? Jak to zrobiliście?

Wysyłałaś im esemesy? Wiesz, że możemy dotrzeć do tych danych, Claire. A może sama 

wciągnęłaś moją siostrę w tę pułapkę?

- Ja nie wiem, o czym pan...

Richard spojrzał na nią i Claire umilkła, bo tym razem nie miał już przyjaznej miny. Wcale 

a wcale.

- Moja siostra to wariatka... Wiem o tym. Ale to jednak moja siostra. I nikt w tym mieście 

nie tknie palcem nikogo z Morrellów, w przeciwnym razie ktoś - albo nawet i parę osób - odpowie 

za to. Chwytasz? Więc cokolwiek wiesz, jakikolwiek by był twój związek z tymi napastnikami, 

lepiej zacznij o tym mówić albo my zaczniemy grzebać głębiej. A to, Claire, będzie bardzo szybka i 

krwawa procedura.

Ścisnęła w obu dłoniach puszkę coli i uniosła ją do ust, biorąc kolejny, niepewny łyk, a 

potem powiedziała:

- Ja ich nie doprowadziłam do pana siostry. To pana siostra porwała mnie. Z parkingu pod 

zakładem fotograficznym. Proszę spytać Eve. O Boże... Eve! Gina ją zaatakowała nożem. Nic jej 

nie jest?

Richard spojrzał na nią, marszcząc brwi.

- Eve nic się nie stało. Odetchnęła z ulgą.

- A co z Giną i Jennifer?

- Nic   im   nie   jest.   Zadzwoniły   i   zgłosiły   porwanie   samochodu.   Giną   powiedziała...   - 

Zastanowił się nad czymś i powiedział powoli: - Giną mówiła wiele rzeczy. Ale powinienem był 

pamiętać, z kim rozmawiam. Jeśli jest w Morganville ktoś bardziej szalony niż moja siostra, to 

Giną.

Nie mogła się z tym nie zgodzić.

- Faceci, którzy porwali furgonetkę...

- Ojciec Shane'a - przerwał jej. - Już o tym wiemy. Gdzie jest teraz?

- Nie wiem. Przysięgam! Wypuścił mnie w kanale burzowym  i powiedział, że mam się 

wspiąć po drabince i porozmawiać z pana ojcem. Dlatego tu jestem.

- Zostaw dzieciaka w spokoju, Richard. - Burmistrz wpadł do gabinetu, zatrzaskując za sobą 

drzwi, i obrzucił gniewnym spojrzeniem dwóch policjantów stojących przy nich na straży. - Wy 

dwaj, wychodzić. Jeśli mój syn nie będzie umiał sam sobie poradzić z jakąś szesnastolatką, to 

background image

słusznie oberwie.

Wyszli  szybko.  Claire  odstawiła  colę   na  stolik,   a  burmistrz   zasiadł  w   wielkim,   krytym 

miękką   skórą   fotelu.   Już   nie   miał   tak   zarozumiałej   miny   jak   na   placu   Założycielki,   ale   za   to 

zdecydowanie wściekłą. - Ty. - Wskazał na Claire. - Gadaj. Szybko. Opowiedziała, wyrzucając z 

siebie potok słów. O tacie Shane'a i porwaniu furgonetki, o tym, jak wyrzucił z niej Ginę i Jennifer. 

O zniszczeniu telefonów komórkowych. O groźbach wobec Moniki i o wysłaniu jej samej w roli 

posłańca złych wiadomości.

- On mówił poważnie - dokończyła. - To znaczy, ja go widziałam w różnych sytuacjach. On 

naprawdę nie ma oporów przed krzywdzeniem ludzi i zdecydowanie nie lubi Moniki.

- Och, a teraz nagle zrobiłaś się jej przyjaciółką od serca? Daruj sobie. Nienawidzisz jej do 

szpiku kości i pewnie nie bez powodu - powiedział Richard. Wstał i zaczął przechadzać się po 

gabinecie. - Tato, posłuchaj, pozwól mi się tym zająć. Mogę znaleźć tych ludzi. Jeśli wyślemy na 

ulice wszystkich dostępnych ludzi i wampiry...

- Zrobiliśmy to wczoraj w nocy, synu. Kimkolwiek ci ludzie są, mają jakąś kryjówkę, której 

nie umiemy namierzyć. - Burmistrz znów skupił spojrzenie zaczerwienionych oczu na Claire. Splótł 

palce dłoni, aż mu strzeliło w kłykciach. To były duże ręce jak u jego syna. Silne ręce. - Oliver 

chce, żeby to się skończyło. Chce przyspieszyć procedurę, spalić dzieciaka jeszcze dziś wieczorem i 

wywabić ich na otwartą przestrzeń. To nie jest zły plan. Zmusić ich do odsłonięcia przyłbicy.

- Myślisz, że Frank Collins blefuje? - spytał Richard.

- Nie - zaprzeczył burmistrz. - Moim zdaniem on zrobi dokładnie to, co zapowiedział, tylko 

że to będzie jeszcze gorsze, niż sobie wyobrażaliśmy. Ale Oliver chce...

- Przecież mu chyba na to nie pozwolisz! A co z Monicą?

- Oliver nie wie, że oni ją mają. Kiedy mu powiem...

- Tato, przecież to Oliver. Jego to nie obejdzie i ty o tym wiesz. Akceptowalna strata. Ale 

dla mnie nie jest do przyjęcia i dla ciebie też nie powinna być.

Ojciec  i  syn   wymienili   spojrzenia,   a Richard   pokręcił  głową  i  znów  zaczął  chodzić   po 

gabinecie.

- Musimy znaleźć jakiś sposób, żeby uwolnić Monice. Koniecznie.

- Ty. - Burmistrz grubym palcem wskazał Claire. Opowiedz mi to wszystko jeszcze raz. 

Wszystko. Ze szczegółami. Nieważne jak drobnymi. Zacznij od pierwszego razu, kiedy zobaczyłaś 

tych ludzi.

Claire otworzyła usta, chcąc odpowiedzieć, i powstrzymała się w ostatniej chwili. Nie, ty 

idiotko! Nie możesz im powiedzieć prawdy! Za prawdę Shane'a na pewno usmażą... Nie umiała 

kłamać, wiedziała o tym, zbyt wiele czasu zajmowało jej szukanie w głowie, co powiedzieć, te 

próby pozbierania wątków, żeby gdzieś całą historię rozpocząć...

background image

- Chyba... Widziałam ich, kiedy włamali się do naszego domu - powiedziała z wahaniem. - 

No wiecie, kiedy zadzwoniliśmy po policję, że napadnięto na dom. A potem widziałam...

Zamarła i zamknęła oczy.  Bo widziała wtedy coś ważnego. Bardzo ważnego. Ale co to 

było? To miało coś wspólnego z tatą Shane'a...

- Zacznij   od   furgonetki   -   polecił   Richard,   przerywając   jej   próby   grzebania   w   pamięci. 

Posłusznie opowiedziała wszystko od początku, a potem jeszcze raz, odpowiadając na szczegółowe 

pytania tak szybko, jak tylko mogła. Bolały ją głowa i gardło. Potrzebowała snu i miała ochotę 

owinąć się kocem i płakać, póki nie zaśnie. „Oliver chce przyśpieszyć procedurę, spalić dzieciaka 

jeszcze dzisiaj wieczorem”. Nie. Oni nie mogą na to pozwolić, nie mogę...

Ale przecież mogli. Bez żadnych wątpliwości.

- Zacznijmy jeszcze raz - rozkazał Richard. - Od początku.

Wybuchnęła rozpaczliwym płaczem.

Zanim dali jej spokój, minęło kilka godzin. Nikt nie zaproponował, że ją podwiezie do 

domu.

Claire szła piechotą z takim uczuciem, jakby znajdowała się poza własnym ciałem. Dotarła 

do domu bez najmniejszego problemu. Nadal było jasno, co pomagało, ale ulice wydawały się 

dziwnie ciche i puste. Zgadywała, że wiadomość już się rozeszła. Ludzie chowali się po domach, 

czekając, aż burza minie.

Kiedy Claire zastukała do drzwi, Eve zbiegła pędem po schodach i zamknęła ja w mocnym, 

serdecznym uścisku.

- Ty   wariatko!   -   wyrzuciła   jednym   tchem.   -   W   głowie   mi   się   nie   mieści,   że   mnie   tak 

śmiertelnie   wystraszyłaś.   O   mój   Boże,   Claire!   Czy   ty   sobie   wyobrażasz,   że   te   bydlaki   na 

komisariacie w ogóle nie chciały przyjąć mojego zgłoszenia? A przecież zostałam ranna! Naprawdę 

ranna, krew mi płynęła i tak dalej! Jak udało ci się uciec? Czy Monica zrobiła ci krzywdę?

Eve nie wiedziała. Nikt na policji jej nie powiedział.

- Tata   Shane'a   zatrzymał   tę   furgonetkę   -   powiedziała   Claire.   -   Wziął   Monice   jako 

zakładniczkę.

Przez jakąś sekundę stały bez ruchu, a potem Eve krzyknęła z radości i wyciągnęła rękę w 

górę, żeby jej przybić piątkę. Claire tylko wytrzeszczyła na nią oczy, a Eve dała sobie radę sama, 

klaszcząc w dłonie nad głową.

- Tak! - krzyknęła i wykonała jakiś dziki, triumfalny taniec. - No, należało się tej psycholce!

- Przestań! - wrzasnęła Claire, a Eve zamarła w pół radosnego obrotu. Może to było głupie, 

ale Claire się rozzłościła. Wiedziała, że Eve ma rację, Monica zawsze będzie wielkim wrzodem na 

tyłku, ale... - Tata Shane'a ją spali, jeśli wykonają egzekucję. On ma miotacz ognia.

Radosna mina znikała z twarzy Eve.

background image

- Och - wydusiła. - No ale... mimo wszystko. To nie tak, że ona się o to nie prosiła. Karma 

jest okrutna i ja też.

- Oliver chce, żeby Shane został spalony dziś wieczorem. Eve, czas nam się kończy. Ja już 

nie mam pojęcia, co robić.

Po tych słowach z Eve uleciała resztka zadowolenia. Widać było, że ona też nie wie, co 

robić. Oblizała wargi i powiedziała, próbując dodać sobie otuchy:

- Jest jeszcze trochę czasu. Wykonam kilka telefonów. A ty musisz coś zjeść. I przespać się.

- Nie mogę spać.

- No ale zjeść możesz, prawda?

Mogła, jak się okazało, a nawet potrzebowała. Świat przybrał dziwnie szare barwy i głowa 

jej pękała. Hot dog - zwykły, tylko z musztardą - chipsy i butelka wody rozwiązały problem głodu, 

chociaż  nie pomogły na ból w  sercu ani na to mdlące  uczucie,  które z głodem nie miało  nic 

wspólnego.

Co my teraz zrobimy?

Eve wisiała na telefonie. Claire rzuciła się na kanapę i skuliła pod kocem. Nadal pachniał 

wodą po goleniu Shane'a.

Musiała na chwilę się zdrzemnąć, a kiedy się obudziła, miała wrażenie, jakby ktoś zapalił 

włącznik światła albo szepnął do niej: „Wstawaj!” Bo zerwała się w jednej chwili, z walącym 

sercem, a mózg próbował nadążyć za ciałem. W domu panowała cisza, pomijając zwykłe trzaski, 

skrzypienia i jęki starego budynku. Lekki wiatr poruszał liśćmi drzew wokół domu.

Dopiero po chwili do Claire dotarło, że nie widzi drzewa za oknem, bo zrobiło się ciemno.

- Nie!   -   Zerwała   się   z   kanapy   i   pędem   pobiegła   sprawdzić   godzinę   na   zegarze.   Było 

dokładnie tak, jak się obawiała. Żadne zaćmienie ani nagłe zakłócenie zwyczajnego następstwa dnia 

i nocy, było ciemno, bo zapadł już wieczór.

Spała całymi godzinami. Godzinami. A Eve jej nie obudziła. Nawet nie była pewna, czy Eve 

jest w domu.

- Michael! - Claire chodziła z pokoju do pokoju, ale nigdzie go nie widziała. - Michael! Eve! 

Gdzie jesteście?

Byli w pokoju Michaela. Otworzył jej drzwi na wpół ubrany - koszula rozpięta, dżinsy nisko 

wiszące na biodrach i odsłaniające brzuch - a Eve leżała skulona na łóżku, pod kołdrą. Michael 

szybko wyszedł na korytarz, zapinając koszulę.

- Obudziłaś się.

- Tak. - Claire opanowała ogarniającą ją ślepą furię. - Jeśli już skończyłeś bzykanko, to 

może porozmawiamy o tym, że Shane dziś wieczorem zginie.

Michael patrzył jej prosto w oczy.

background image

- Claire, ty nie chcesz tam iść - powiedział cicho. - Naprawdę nie chcesz. Myślisz, że ja nie 

rozumiem? Że mnie jest wszystko jedno? Jasna cholera! A co twoim zdaniem robiła Eve przez cały 

dzień, kiedy ty...

- Spałam? Tak, zasnęłam. Mogliście mnie obudzić!

Podszedł o krok. A ona cofnęła się o krok, a potem o drugi, bo jego oczy... To nie była 

zwykła mina Michaela. Zupełnie nie.

- Żebyś  siedziała i rozpaczała? - spytał cicho. - Już wystarczająco dużo zrobiłaś, Claire. 

Potrzebowałaś snu. Pozwoliłem ci spać. Więc daj już spokój.

- I na jaki genialny plan wpadliście, kiedy ja drzemałam? No, na jaki? Co my teraz, do 

cholery, zrobimy?

- Nie wiem - przyznał, i jeśli do tej pory udawało mu się zachowywać panowanie nad sobą, 

to teraz wszystko zaczęło mu się wymykać spod kontroli. - Nie wiem! - Krzyknął, i to był krzyk 

rozpaczy. Claire cofnęła się o kolejny krok. Dostała gęsiej skórki. - Co ja mam zrobić, Claire, 

twoim zdaniem? Co?!

Oczy wypełniły jej się łzami.

- Cokolwiek - szepnęła. - Boże, pomóż. Cokolwiek.

Złapał ją i przytulił do siebie. Dygotała, jeszcze nie płacząc... Chociaż, jednak płacząc. To 

było uczucie takiego bezradnego dryfowania, jakby stracili grunt pod nogami i jakby nigdy mieli go 

już nie odzyskać.

Jakby wszystko stracili. Jakby sami zginęli.

Claire pociągnęła nosem i cofnęła się, a kiedy to zrobiła, zobaczyła, że Eve stoi w drzwiach 

i na nich patrzy. Cokolwiek Eve sobie pomyślała, nie było to nic dobrego i Claire nie chciała już 

nigdy zobaczyć u niej takiego wyrazu twarzy.

- Eve...

- Nieważne - powiedziała Eve obojętnie. - Jest jeszcze jeden wampir, który mógłby nam 

pomóc. Jeśli uda nam się go znaleźć i na to namówić. Mógłby dostać się na plac Założycielki bez 

problemu. Może nawet zgodzi się spróbować otworzyć  klatkę Shane'a, kiedy my zajmiemy się 

odwracaniem uwagi zebranych.

Michael odwrócił się w jej stronę.

- Eve... - Przynajmniej  nie miał  w głosie poczucia  winy.  Ale niepokój, owszem.  - Nie. 

Rozmawialiśmy już o tym.

- Michael, to jest ostatnia rzecz, jaką możemy zrobić. Jato wiem. Ale jeśli mamy w ogóle to 

zrobić, to musimy spróbować teraz.

- Ale który wampir? - spytała Claire.

- Na   imię   ma   Sam   -   wyjaśnił   Michael.   -   I   może   to   zabrzmi   dziwnie,   ale   jest   moim 

background image

dziadkiem.

- Sam? On jest...? Twoim...?

- Dziadkiem. Tak, wiem. Też uważam, że to dom wariatów. Zawsze tak uważałem. Claire 

musiała usiąść, i to szybko.

Kiedy doszła do siebie, opowiedziała Eve i Michaelowi, jak wpadła na Sama w Common 

Grounds. O prezencie, jaki Sam usiłował jej wręczyć dla Eve.

- Nie wzięłam go. Nie wiedziałam... No, po prostu wydawało mi się, że nie wypada.

- I dobrze zrobiłaś - przyznał jej rację Michael. Eve na niego nie patrzyła.

- Sam jest w porządku - stwierdziła.

- Myślałem, że nienawidzisz wampirów.

- Bo nienawidzę! Ale... Jeśli jest jakaś lista najbardziej znienawidzonych wampirów, to on 

jest na samym jej końcu. Zawsze wydaje się taki samotny - powiedziała Eve. - Przychodził do 

Common Grounds właściwie co wieczór i po prostu gadaliśmy godzinami. Po prostu gadaliśmy. 

Oliver zawsze bardzo uważnie go obserwował, ale on nigdy nie robił nic złego, nikomu się nie 

narzucał, nie tak jak Brandon. Czasami zastanawiałam się...

- Nad czym się zastanawiałaś?

- Czy Sam nie przychodził tam, żeby mieć na oku Brandona.

A może i Olivera, chociaż tego wtedy nie wiedziałam. Żeby opiekować się...

- Takimi jak my?  - Michael powoli pokiwał głową. - Nie wiem, ile w tym prawdy,  bo 

zawsze go unikałem,  ale w rodzinie zawsze się mówiło,  że Sam to był  porządny facet, zanim 

zmienili go w wampira. I jest najmłodszy z nich wszystkich. Prawie taki... No cóż, jak my.

Eve podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz.

- Wiesz o nim coś jeszcze? Znaczy jakieś rodzinne tajemnice?

- Tylko tyle, że podobno rzucił wyzwanie wampirom i wygrał.

- Wygrał? Przecież jest jednym z nich! Jaka to wygrana?

Michael   pokręcił   głową,   stanął   za   nią   i   położył   dłonie   na   jej   ramionach.   Delikatnie 

pocałował jaw kark.

- Nie wiem, Eve. Mówię ci tylko, co słyszałem. Wymusił na wampirach coś w rodzaju 

ugody. A to dlatego, że Amelie się w nim zakochała.

- Tak, zakochała tak bardzo, że go zabiła i zamieniła w krwiożerczego potwora - stwierdziła 

Eve ponuro. - Sama słodycz. Miłość nie umarła. Oj, zaczekaj, umarła jednak.

Wysunęła się z objęć Michaela i poszła do kuchni. Michael spojrzał na Claire w milczeniu. 

Wzruszyła ramionami.

Kiedy zeszli na dół, przekonali się, że Eve zrobiła kanapki z szynką bolońską i serem. Claire 

pochłonęła jedną błyskawicznie, a potem sięgnęła po drugą. Michael i Eve gapili się na nią.

background image

- No co? - spytała. - Zgłodniałam. Serio.

- No to częstuj się - powiedział Michael. - Nienawidzę szynki bolońskiej. Poza tym głód mi 

nie zagraża.

Eve parsknęła.

- Tobie zrobiłam z pieczoną wołowiną, cwaniaku. - Podała mu jedną. - Więc wcinaj. Po raz 

pierwszy usłyszałam dziś od ciebie historię Sama. Co w nim było takiego niezwykłego, że stał się 

ostatnim wampirem?

- Sam nie wiem - zawahał się Michael. - Mama powiedziała mi kiedyś tylko to, co już wam 

powtórzyłem. Ale rzecz w tym, że Sam jakoś nigdy nie mógł dogadać się z wampirami. Amelie nie 

lubi, żeby jej przypominać ojej słabościach, a on był jak chodzący neonowy szyld. Ona naprawdę 

go kochała. Więc się od niego odcięła. Słyszałem, że nie chciała go widywać ani z nim rozmawiać. 

A on przebywa z ludźmi o wiele częściej niż z wampirami.

- I dlatego sądzę, że on może nam pomóc - powtórzyła Eve. - A przynajmniej będzie chciał 

nas wysłuchać. Poza tym to przecież rodzina.

- A gdzie go znaleźć?  - Claire popatrzyła  na Michaela, a potem na Eve. - W Common 

Grounds?

- Ty nie pójdziesz do Common Grounds, wykluczone - oznajmiła Eve. - Hess powiedział 

mi, co zaszło między tobą a Oliverem.

- A coś zaszło? - Michael opychał się kanapką z wołowiną. - I dlaczego ja nic o tym nie 

wiem? Boże, jak ja tego potrzebowałem. Pychota.

Eve przewróciła oczami.

- Tak, kanapki wymagają  nie lada umiejętności. Może zacznę  wykładać to w szkole. A 

tymczasem, wracając do tematu, Claire ma zakaz zbliżania się do Common Grounds. Bo ja tak 

powiedziałam. Jeśli ktoś ma tam pójść, to ja.

- Nie - sprzeciwił się Michael. Eve spiorunowała go wzrokiem.

- Już   o   tym   rozmawialiśmy   -   syknęła.   -   Możesz   być   cholernie   seksowny   i   seksownie 

cholerny, ale nie będziesz mi mówił, co mam robić. Jasne? I żadnego mieszania w głowie albo, 

przysięgam na Boga, spakuję swoje rzeczy i się stąd wyniosę!

Claire   zaszurała   krzesłem,   odsuwając   je   od   stołu,   podeszła   do   telefonu   stojącego   na 

kuchennym   blacie   i   wybrała   numer   zapisany   na   wizytówce   nadal   przyczepionej   do   lodówki 

magnesem. Po czterech dzwonkach odezwał się jakiś pogodny głos i oświadczył, że dodzwoniła się 

do Common Grounds.

- Cześć - odezwała się Claire. - Czy mogę mówić z Samem?

Z Samem? Momencik. - Ktoś położył słuchawkę i Claire słyszała w tle kawiarniany gwar - 

szum wrzącego mleka, rozmowy, stuk naczyń. Czekała, niespokojnie przytupując nogą, aż ta osoba 

background image

znów podniosła słuchawkę. - Przepraszam. Dziś wieczorem nie ma go tutaj. Chyba wybrał się na 

imprezę. - Imprezę?

- No wiesz, ten dziwaczny bal bractwa? Epsilon Epsilon Kappa? Bal Umarłych Dziewczyn?

- Dzięki - powiedziała Claire. Rozłączyła się i wyciągnęła telefon w stronę Michaela i Eve, 

którzy gapili się na nią w osłupiałym zdziwieniu. - Oto cud techniki. Podziwiajcie wynalazek.

- Namierzyłaś go.

- I  to   bez  chodzenia  do  Common  Grounds  -  wytknęła  im   Claire.  -  Jest  na  imprezie  w 

kampusie. Ta wielka impreza bractwa Epsilon Epsilon Kappa. Ta impreza... - Przerwała, przeszedł 

ją dreszcz, a potem oblała ją fala ciepła. - Ta, na którą zostałam zaproszona. Właściwie tak jakbym 

umówiła   się   tam   na   randkę.   Miałam   się   tam   spotkać   z   takim   jednym   chłopakiem,   Ianem 

Jamesonem.

- Wiesz co? - spytała Eve. - Idziemy tam razem. Czas przebrać się za trupa, Claire.

- Za... Co takiego?

Eve otaksowała ją wzrokiem, żując swoją kanapkę.

- Nosisz jedynkę albo dwójkę, prawda? Mam kilka rzeczy, które będą na ciebie pasować.

- Ja nie będę się przebierać!

- Ja nie ustalam reguł, ale wszyscy wiedzą, że nie wejdziesz na Bal Umarłych Dziewczyn, 

jeśli   się   nie   przebierzesz.   Poza   tym   będziesz   wyglądała   ślicznie   jako   drobniutka   dziewczynka 

Gotka.

Michael obserwował Eve i Clair ze zmarszczonymi brwiami.

- Nie - rzucił. - To zbyt niebezpieczne, żebyście wychodziły nocą bez obstawy.

No cóż, obstawa nam wymiękła. Claire chyba wczoraj w nocy wykończyła Hessa. A ja nie 

będę siedzieć i czekać, Michael. Wiesz o tym. - Eve popatrzyła mu w oczy i zmiękła dopiero, kiedy 

sięgnął ponad stołem i wziął ją za rękę. - Żadnego mieszania mi w głowie. Obiecałeś!

- Obiecałem - przyznał. - To się już nigdy nie powtórzy.

- Słodki jesteś, kiedy się martwisz, ale to duża impreza; będą tam setki ludzi. Będziemy 

bezpieczne. - Eve wytrzymała wzrok Michaela. - Bezpieczniejsze tam będziemy niż Shane, który 

siedzi w klatce i czeka na śmierć. Chyba że już położyłeś na nim kreskę.

Michael puścił jej rękę i odszedł od stołu. Sztywno wyprostowany wyszedł do kuchni.

- Więc chyba nie - powiedziała Eve cicho. - I dobrze. Claire? Musimy się dowiedzieć, ile 

mamy czasu. Czy przełożyli egzekucję.

- Zajmę się tym - odparła Claire i wystukała numer z innej wizytówki. To był prywatny 

numer posterunkowego Hessa, zapisany ołówkiem na odwrocie. Odebrał po czterech dzwonkach.

Głos miał niewyraźny i znużony. - Proszę pana? Mówi Claire. Claire Danvers. Przepraszam, 

że budzę...

background image

- Nie spałem - odezwał się i ziewnął. - Claire, cokolwiek wymyśliłaś, nie rób tego. Zostań w 

domu, pozamykaj drzwi i siedź cicho. Mówię poważnie.

- Dobrze, proszę pana - skłamała. - Ja tylko chciałam spytać... Bo była mowa o tym, że 

przesuną egzekucję?

- Burmistrz się nie zgodził. Stwierdził, że chce przestrzegać wszystkich zasad, i wezwał ojca 

Shane'a do poddania się.

Moim zdaniem jest w impasie: on ma Shane'a, a tata Shane'a ma Monice. Nikt nie chce 

wykonać pierwszego ruchu.

- Jak długo...?

- Przed świtem. Do piątej rano - oznajmił Hess. - Przed świtem wszystko się rozstrzygnie. 

Dla Moniki też, o ile tata Shane'a nie blefuje.

- On nie blefuje - zapewniła Claire. - O Boże. To bardzo mało czasu.

- To i tak więcej niż gdyby Oliver postawił na swoim. Chciał wykonać egzekucję dzisiaj o 

zachodzie słońca. Burmistrz zmusił go do przedłużenia terminu, ale tylko do granicy wyznaczonej 

prawem. Nie będzie już żadnego dalszego odwlekania egzekucji. - Hess poruszył się na krześle, bo 

zaskrzypiało. - Claire, musisz się na to przygotować. Nie zdarzy się żaden cud, nikomu serce nie 

zmięknie. On umrze. Przykro mi, ale tak będzie.

Nie miała siły kłócić się z nim, bo wiedziała w głębi ducha, że miał rację.

- Dziękuję - szepnęła. - Muszę już kończyć.

- Claire. Odpuść sobie. Zabiją cię.

- Do widzenia.

Rozłączyła się, odłożyła telefon i objęła się zesztywniałymi ramionami. Kiedy podniosła 

oczy, Eve przyglądała jej się jasnym, dziwnym spojrzeniem.

- Zgoda - powiedziała Claire. - Jeśli muszę przebrać się za zombie, przebiorę się za zombie. 

Eve się uśmiechnęła.

- Będziesz najsłodszym zombie świata.

Claire jeszcze nigdy w życiu nie miała na twarzy tyle podkładu, nawet w Halloween.

- I ty to musisz nosić codziennie? - spytała, kiedy Eve cofnęła się, żeby przyjrzeć jej się 

krytycznym wzrokiem, gąbeczkę do podkładu nadal trzymając w dłoni. - Dziwnie się czuję.

- Przyzwyczaisz się. Zamknij oczy. Czas na puder.

Claire poczuła delikatny jak muśnięcie piórka dotyk pędzla do pudru, który przesuwał się po 

jej twarzy. Stłumiła kichnięcie.

- Dobra. Teraz oczy - zakomenderowała Eve. - Nie ruszaj się.

I tak jeszcze kilka minut. Claire siedziała bez ruchu, a Eve robiła jej makijaż. Claire nie 

miała pojęcia, co ona z nią robi. Lusterka nie miała i jakoś dziwnie nie miała ochoty sprawdzać, co 

background image

Eve z nią właśnie wyprawia. Czuła się trochę tak, jakby traciła samą siebie, chociaż to przecież 

niemądre wrażenie. Przecież człowiek nie jest swoim wyglądem. Nie jesteś tym, jak wyglądasz. A 

przynajmniej zawsze w to wierzyła.

Eve wreszcie była zadowolona ze swojego dzieła.

- Ubranie - poleciła. Sama włożyła czarny gorset, czarną, poszarpaną spódnicę i naszyjnik z 

czaszek oraz kolczyki do kompletu. Do tego czarna szminka. - Bardzo proszę.

Claire niechętnie zdjęła dżinsy i T - shirt, a naciągnęła czarne rajstopy. Były ozdobione 

rzędem   białych  trupich   czaszek   i  Claire  nie   mogła   się  zdecydować,  z  której  strony te   czaszki 

powinny być.

- Gdzie ty wynajdujesz takie rzeczy? - spytała.

- W Internecie. Czaszki mają być z tyłu.

Po przygodzie z rajstopami czarna skórzana spódniczka - do kolan, podzwaniająca zamkami 

błyskawicznymi i łańcuchami - to była łatwizna. Claire było zimno w nogi i czuła się nieubrana. 

Nie nosiła spódnicy od... Od kiedy? Chyba od dwunastego roku życia. Nigdy spódnic nie lubiła.

Bluzka   była   z czarnej  siatki,   elastyczna,   obcisła  i  przezroczysta,   z  nadrukiem  czaszki   i 

piszczeli.

- Wykluczone - jęknęła Claire. - Jest prześwitująca.

- Nosisz to na T - shirt, geniuszku - uspokoiła ją Eve i rzuciła jej jedwabną koszulkę. Claire 

wciągnęła ją na siebie, a potem wcisnęła się w ciasną bluzkę z czaszką. - Uważaj na makijaż! - 

ostrzegła Eve. - Dobra, jesteś gotowa. Wspaniale. Chcesz rzucić okiem?

Nie   chciała,   ale   Eve   chyba   tego   nie   zauważyła.   Zaprowadziła   ją   do   łazienki,   włączyła 

światło i objęła Claire.

- Tadam!

O mój Boże, pomyślała Claire. W głowie mi się nie mieści, że to robię.

Wyglądała jak chudziutka młodsza siostra Eve. Jak młodociana wersja dziwadła.

No cóż, przynajmniej będzie się mogła wmieszać w tłum, a jeśli ktoś będzie jej szukał, to 

przenigdy jej nie rozpozna. Sama siebie nie umiałaby rozpoznać. A w jakiś sposób wiedziała, że 

później w Internecie pojawią się zdjęcia z tej imprezy.

Claire westchnęła.

- No to chodźmy.

Eve zaparkowała czarnego cadillaca pod wydziałem - bezczelne naruszenie przepisów, ale 

Eve kompletnie nie przejmowała się mandatami z kampusu. To był najbliższy parking w okolicy 

siedziby   bractwa.   Claire   widziała   jarzące   się   światłami   okna   i   słyszała   niskie   tony   basów,   od 

których samochód aż wibrował.

- Wow - pisnęła Eve. - Dali czadu w tym roku. Stare dobre EEK.

background image

Wokół budynku był cmentarz - poprzewracane nagrobki, wielkie, przerażające mauzoleum, 

rozwalające się pomniki. Były też tłumy zombie - a może, domyślała się Claire, imprezowiczów - 

które  skradały  się  między  grobami  i   przed  obiektywami   aparatów  przyjaciół  parodiowały  Noc 

Żywych Trupów.

Głośną muzykę było słychać w samochodzie przy zamkniętych oknach.

- Trzymaj   się   blisko   mnie   -   poleciła   Eve.   -   Znajdziemy   Sama,   tak?   Wchodzimy   i 

wychodzimy.

- Wchodzimy   i   wychodzimy.   -   Claire   pokiwała   głową.   Wysiadły   i   przebiegły   przez 

cmentarz.

Z bliska zobaczyły, że groby były albo ze styropianu, albo z gumowej pianki, a mauzoleum 

udawała szopa na narzędzia, ale wszystko razem robiło świetne wrażenie. Z ziemi wystawały ręce 

zombie. Ładny akcent, pomyślała Claire. Podeszła bliżej do grobu, a ręka złapała ją za kostkę. 

Claire wrzasnęła i odskoczyła w tył. Eve ją podtrzymała.

- Jezu, ludzie, dorośnijcie wreszcie - parsknęła Eve i przykucnęła, patrząc pod nogi. - Gdzie 

się schowałeś?

- A tutaj! - Uniosła się klapa przysypana  ziemią  i pojawiła się głowa jakiegoś  chudego 

chłopaka, z tekstem ślubowania bractwa zawieszonym na szyi. - Hm, przepraszam. To tylko żarty. 

Muszę...

- Łapać   dziewczyny  i  zaglądać  im  pod  spódnice.  Ciężka   praca  takie  ślubowanie.  -  Eve 

wstała i otrzepała ziemię z kolan. - Nie przerywaj sobie.

Uśmiechnął  się do niej od ucha do ucha i z trzaskiem zamknął  klapę. Jego ręka znów 

wystawała z grobu.

Wow! - Claire była pod wrażeniem. - Ilu ich tam siedzi? Pod ziemią?

- To tylko kandydaci do bractwa - powiedziała Eve. - Chodź. Jeśli Sam jest tutaj, to będzie 

gadał z ludźmi. On uwielbia rozmowy.

Claire z trudem sobie wyobrażała, żeby Sam mógł tutaj gadać, i żeby ktoś mógł go usłyszeć. 

Muzyka była tak głośna, że czuła, jak fale przebiegają jej ciało, i musiała zwalczyć ochotę, żeby 

zakryć dłońmi uszy. Eve uczesała Claire w dwa warkoczyki i teraz Claire żałowała, że nie ma 

włosów puszczonych luźno na uszy, żeby choć trochę ten hałas wytłumiły.

- Potrzebne mi są zatyczki do uszu! - wrzasnęła Eve do ucha. Eve pokazała na migi, że jej 

nie słyszy. - Nieważne!

W   siedzibie   bractwa   Epsilon   Epsilon   Kappa   panował   koszmarny   bałagan.   Claire 

przypuszczała, że członkowie EEK nie dbają o porządek, ale teraz śmieci było mnóstwo - wszędzie 

walały się plastikowe kubki, wykładzina podłogowa była poplamiona, w kącie leżało rozwalone 

krzesło, na sofie spało kilku pijanych chłopaków. A były dopiero w holu. Jacyś dwaj faceci zastąpili 

background image

im drogę i wyciągnęli ręce w geście: „Wybijcie to sobie z głowy!” Byli wysocy i muskularni, 

twarze mieli pomalowane białą farbą i nosili czarne T - shirty z napisem: „Martwa Ochrona”.

- Zaproszenia - wrzasnął jeden z nich. Claire wymieniła spojrzenie z Eve.

- Zaprosił mnie Ian Jameson! - odwrzasnęła. Ian Jameson! Martwa Ochrona miała listę. 

Sprawdzili ją i pokiwali głowami.

- Na górę! - wrzasnął jeden. - Ostatnie drzwi po lewej!

Nie zamierzała szukać Iana, ale pokiwała głową. Przecisnęły się z Eve obok ochroniarzy, 

którzy stali może jednak trochę za blisko, i znalazły się w środku najdzikszej imprezy, jaką Claire 

widziała. Nie żeby miała bogate doświadczenie, ale... Była pewna, że nawet Paris Hilton uznałaby, 

że ta impreza jest szalona. Mimo że alkohol był zabroniony w kampusie, Claire była prawie pewna, 

że poncz nalewany do wielkich waz go zawierał (w wazach pływały też poodcinane ręce, gałki 

oczne i różne inne plastikowe obrzydliwości).  Mnóstwo ludzi na imprezie  już miało  dobrze w 

czubie - potykali się, śmiali za głośno, wykonywali gwałtowne gesty. Rozlewali napoje na siebie i 

innych, ale ci inni nie byli wkurzeni, no bo, byli przebrani za zombie. A to nie są schludne istoty. 

Wszyscy mieli biały makijaż albo maski.

W  największej   sali  tańczono,   ludzie  kiwali   się i  ocierali  o  siebie.  Claire   przystanęła   w 

drzwiach   zdjęta   nagłym   przestrachem.   Bo   to   wyglądało   jak   sala   pełna   nieumarłych.   Gorzej   - 

pijanych i napalonych nieumarłych.

- Chodź! - ponagliła ją Eve i złapała za rękę. Bez wahania zanurkowała w tłum, wyciągając 

szyję, żeby się rozejrzeć. - Na szczęście Sam jest rudy! - Bo większość imprezowiczów nosiła 

czarne peruki albo miała ufarbowane na czarno włosy, jak Eve. Włosy Claire zostały tymczasowo 

pomalowane jakimś sprayem; Eve zapewniła ją, że się zmyje. Claire próbowała unikać dotykania 

facetów, ale to było praktycznie niewykonalne - jeszcze nigdy w życiu nie miała tak bliskiego 

kontaktu fizycznego z tyloma męskimi ciałami.

Jakaś dłoń próbowała unieść jej spódniczkę, kiedy przepychała się przez tłum. Pisnęła i 

ruszyła przed siebie szybciej. Ktoś inny poklepał japo tyłku.

- Szybciej! - wrzasnęła do Eve, która zwolniła, żeby się rozejrzeć. - Boże, ja tu nie mogę 

oddychać!

- Tędy!

Claire   poczuła   się   brudna   -   nie   tylko   z   powodu   macania,   ale   dlatego,   że   zanim   Eve 

wyprowadziła je na mały kawałek luźniejszej przestrzeni po przeciwnej stronie sali, przy schodach, 

ociekała   cudzym   potem.   To   musiał   być   kącik   dla   podpierających   ściany,   stało   tam   kilka 

nieśmiałych z wyglądu dziewczyn, wszystkie były poprzebieranych w gotyckie ciuchy. Stały razem 

dla   lepszego   samopoczucia   i   (jak   podejrzewała   Claire)   dla   bezpieczeństwa.   Ogarnęło   ją 

współczucie dla nich.

background image

- Świetna impreza! - wrzasnęła Eve, przekrzykując muzykę. - Szkoda, że nie możemy się 

pobawić!

- Widzisz gdzieś Sama?

- Nie! Nie tutaj! Poszukamy gdzie indziej!

W   kuchni   było   znacznie   spokojniej,   chociaż   była   pełna   ludzi   gadających   za   głośno   i 

gestykulujących zbyt gwałtownie. Stały wazy z ponczem, co doprowadzało Claire do szału; chciało 

jej się pić, ale nie zamierzała do swoich problemów dodawać zamroczenia alkoholem. Za wiele 

zależało od jej przytomności umysłu.

W uszach nadal jej dzwoniło. Ale przynajmniej tutaj mogła oddychać. Claire odruchowo 

sięgnęła po komórkę, przypomniała sobie, że ją straciła pod kołami furgonetki, i zaklęła pod nosem.

- Która godzina? - spytała Eve.

- Dziesiąta - usłyszała. - Wiem. Musimy się spieszyć.

Ktoś złapał Claire za ramię, a ona cofnęła się z lękiem, ale potem pod makijażem rozpoznała 

Iana - chłopaka, który ją zaprosił na tę imprezę.

- Claire? - ucieszył się. - Wow. Świetnie wyglądasz!

On też wyglądał bardziej drapieżnie, czarne włosy miał postawione najeża i makijaż w stylu 

wampira.   Claire   zastanowiła   się   z   niepokojem,   ilu   prawdziwych   wampirów   dostało   się   na   tę 

imprezę. To nie była przyjemna myśl.

- Och... Cześć, Ian! - Eve rozglądała się po pokoju i kiedy Claire na nią zerknęła, zobaczyła, 

że Eve kręci głową i pokazuje na migi, że powinny szukać dalej. Claire poprosiła ją wzrokiem, żeby 

jeszcze z tym chwilę poczekały, ale ten intensywny makijaż pewnie i tak zmieniał jej wyraz twarzy.

- Bardzo   się   cieszę,   że   przyszłaś!   -   powiedział   Ian.   Miał   donośny   głos,   bez   trudu 

przekrzyczał hałas. - Chcesz napić się ponczu?

- A macie coś bez..., no wiesz?

- Może napijesz się wody?

Byłoby świetnie. - Gdzie do diabła podziała się Eve?

Zanurkowała za dwóch wysokich facetów i teraz Claire nigdzie jej nie widziała. Poczuła się 

sama   i   bezbronna,   kiedy   tak   stała   w   przebraniu   Gotki,   a   poza   tym,   Boże,   od   tego   makijażu 

swędziała ją twarz i wiele by dała, żeby mieć na sobie dżinsy i T - shirt, i żeby już nie przeżywać 

żadnych przygód.

Shane. Myśl o nim. Poczuła nieprzyjemne ukłucie poczucia winy, że pozwoliła mu zniknąć 

ze swoich myśli nawet na minutę.

Ian wrócił z już otwartą butelką wody.

- Proszę bardzo. - Podał ją Claire. Sam też popijał wodę, nie poncz. - Odlotowa impreza, 

nie?

background image

- Odlotowa - zgodziła się. W mieście pełnym wampirów to był chyba najbardziej szalony 

pomysł, na jaki można wpaść; zebrać razem pijanych, napalonych nastolatków w miejscu, gdzie 

wampiry łatwo mogły wtopić się w tłum. - Widziałeś, gdzie poszła moja przyjaciółka?

- Dziewczyny - westchnął Ian. - Zawsze chodzą stadami. Poszła do biblioteki. Chodź.

Claire poszła za łanem, przestępując uważnie nad nogami grupki ludzi, którzy uznali, że 

kuchenne podłoga to najwygodniejsze miejsce, żeby sobie usiąść i pogadać. I, o Boże, co robiła w 

kącie tamta para? Claire zarumieniła się pod makijażem i szybko odwróciła wzrok.

W   sąsiednim   pomieszczeniu   nie   było   tłoku.   „Biblioteka”   to   było   określenie   na   wyrost. 

Rzeczywiście były tam książki, ale mniej niż Claire się spodziewała, a większość z nich to były 

stare   podręczniki.   Z   niektórych   rozbawieni   imprezowicze   właśnie   zdzierali   okładki,   mażąc   po 

stronach czarnymi markerami i ze śmiechem porównując efekty.

W bibliotece nie było Eve.

- Hm - mruknął Ian. - Zaczekaj. - Podszedł spytać o coś chłopaka, ubranego w jedwabną, 

czarną, do połowy rozpiętą koszulę odsłaniającą muskularny tors. Claire napiła się wody.

O mały włos nie otarła twarzy, ale przypomniała sobie, że ma uważać na makijaż.

- W tym pokoju też nie było Sama. Kiedy Ian, gadał, Claire podeszła do jednej z dziewczyn 

odzierających książki z okładek wydawała się jakby znajoma - może to ktoś z chemii? Anna coś 

tam?

- Cześć... Anna? - Widocznie dobrze zgadła, bo dziewczyna podniosła wzrok, - Widziałaś tu 

może Sama? Takiego rudego... Może mieć na sobą brązową skórzaną kurtkę... - Chociaż w tym 

gorącym pomieszczeniu na pewno musiał ją zdjąć. - Niebieskie oczy?

- Och, jasne, Sam. Jest na piętrze. - Anna wróciła do niszczenia książek i rysowania na nich 

diabłów z widłami. Na górze.

Claire chciała tam iść, ale najpierw musiała znaleźć Eve. I to szybko. Ian wrócił. - Poszła na 

piętro - powiedział. - Szuka jakiegoś Sama, tak? - Tak. Czy miałbyś coś przeciwko, gdybym...? - 

Nie, skąd. Pójdę z tobą. - Spojrzał na pustą butelkę w ręku Claire. - Chcesz jeszcze?

Pokiwała   głową.   Złapał   butelkę   z   wypełnionego   lodem   wiaderka   i   podał   jej.   Odkręciła 

zakrętkę i pociągnęła kolejny łyk życiodajnego płynu, kiedy Ian prowadził ją na górę.

Od tego gorąca i hałasu była półprzytomna. Miała ochotę oblać sobie twarz zimną wodą, ale 

w samą porę przypomniała sobie o makijażu. Głupi makijaż.

Schody wydawały się ciągnąć bez końca i Claire czuła się, jakby poruszała się ruchem 

konika szachowego przez pole  minowe  - niemal  na każdym  stopniu siedzieli  ludzie;  niektórzy 

rozmawiali, inni mruczeli coś do siebie, jeszcze inni palili jointy. O rany. Naprawdę powinna się 

stąd zmywać i to piorunem.

Podest   na   piętrze   wydawał   się   rajem   pełnym   wolnego   miejsca;   Claire   przytrzymała   się 

background image

poręczy i przez chwilę głęboko oddychała, Ian odwrócił się w jej stronę.

- Wszystko w porządku? - spytał. Pokiwała głową. - Nie wiem, w którym on jest pokoju. 

Będziemy musieli sprawdzić.

Poszła za nim. Otworzył pierwsze z brzegu drzwi i zza jego pleców zobaczyła z dziesięć 

zawzięcie dyskutujących osób.

Obejrzeli się na lana z minami mówiącymi: „Wynocha stąd”, a kiedy zamykał drzwi, do 

Claire dotarło, że to były same wampiry.

Ale Sama z nimi nie było. Zresztą, biorąc pod uwagę to, co jej powiedział, i co usłyszała od 

Michaela i Eve, to się zgadzało. Lubił towarzystwo ludzi, prawda? A wampiry nie chciały z nim 

gadać.

- Nie   ten   pokój   -   stwierdził   Ian   i   poszedł   do   następnych   drzwi.   Tym   razem   nic   nie 

zobaczyła, ale zamknął je bardzo szybko. - Zdecydowanie nie ten pokój. Wybacz.

Na korytarzu było z dziesięć par drzwi, ale nie zaszli na razie daleko. Claire jakoś dziwnie 

kręciło się w głowie - zaczynało jej się robić naprawdę słabo. Może to z gorąca. Wzięła kolejny łyk 

wody, ale zrobiło jej się od tego jeszcze gorzej. Kiedy Ian otwierał czwarte drzwi, powiedziała:

- Jakoś niedobrze się czuję. Ian uśmiechnął się i powiedział:

- No cóż, szybko poszło. - A potem wepchnął ją do pokoju. - Myślałem, że będę musiał 

bardziej się wysilić, ale okazałaś się całkiem łatwa.

W   pokoju   było   jeszcze   trzech   facetów.   Żadnego   z   nich   nie   znała...   Nie,   zaraz,   jeden 

wyglądał znajomo.

Ten palant z kawiarni Centrum Uniwersyteckiego, ten, który tak wrednie odnosił się do Eve. 

Stał między nimi. Claire odwróciła się w stronę Iana zdziwiona, ale on już zamykał drzwi na klucz.

Kolana się pod nią uginały, a w głowie czuła zamęt. Coś było nie tak. Bardzo, bardzo nie 

tak... Ale przecież ona nic nie wypiła. Uważała...

Ale   niewystarczająco.   Przecież   ta   pierwsza   butelka   wody,   którą   jej   przyniósł,   była   już 

otwarta.

Niemądrze, Claire. Bardzo, bardzo głupio. Ale on się przecież wydawał taki... miły.

- Nie chcecie tego zrobić - powiedziała i cofnęła się, kiedy jeden z facetów wyciągnął do 

niej rękę. Nie było tam za wiele miejsca. To była czyjaś sypialnia; łóżko i komoda z  na wpół 

otwartymi szufladami zajmowały większość pokoju. W kącie leżały brudne ciuchy. O Boże. Nagle 

uświadomiła sobie, że Eve nie ma pojęcia, gdzie ona jest, że nie ma komórki i że nawet gdyby 

zaczęła krzyczeć, to przy tej muzyce nikt jej nie usłyszy.

Przypomniała sobie, co zrobiła Eve tamtego wieczoru, kiedy motocyklista dostał się do nich 

do pokoju. Potrzebna jest broń. Tak, ale Eve była starsza i silniejsza, i nie była naćpana...

O mało się nie przewróciła o kij bejsbolowy wystający spod łóżka. Złapała go i uniosła 

background image

wojowniczo.

- Nie dotkniecie mnie! - wrzasnęła i zaczęła krzyczeć na cały głos: - Eve! Eve! Pomocy! 

Zamachnęła się na Iana, który ruszył w jej stronę, ale on bez trudu uniknął ciosu. Cofnęła się i 

walnęła jeszcze raz. Tym razem nie zdążył się uchylić. Oberwał w usta, zatoczył się w tył, z ust 

pociekła krew.

- Ty suko! - warknął i splunął krwią. - Zapłacisz mi za to.

- Moment - odezwał się ten palant z kawiarni, który opierał się o drzwi, zaplatając ręce na 

piersiach. - Wsypałeś jej do butelki całą dawkę, tak? A ona wypiła?

Ian pokiwał głową. Pogrzebał w brudnych ciuchach i znalazł skarpetkę, którą przycisnął do 

krwawiącej wargi i nosa. Dobrze. Miała nadzieję, że skarpetka jest brudna. I zakażona grzybem.

- No to wystarczy, że poczekamy jeszcze minutę czy dwie - stwierdził palant - Nie ucieknie 

nam, po prostu odpłynie. - Przybił piątkę kumplom, Ian nadal patrzył na nią wściekły. Wszyscy 

stali między nią a drzwiami. W pokoju było okno, ale to było pierwsze piętro, a ona ledwie stała na 

nogach, co dopiero mówić o wspinaczce bez asekuracji. Claire ścisnęła mocniej kij spoconymi, 

drętwiejącymi rękami i kątem oka zobaczyła jakieś rozbłyski. Wszystko rozmywało się jej przed 

oczami. Czuła fale gorąca, a po nich lodowate dreszcze. Michael? Czyżby tu był Michael? Nie, 

Michael nie może wychodzić z domu... Nie mogła utrzymać się na nogach, usiadła na podłodze. 

Nadal ściskała w rękach kij, ale była taka zmęczona, okropnie zmęczona i robiło jej się słabo i 

niedobrze...

Ktoś zaczął szarpać gałkę drzwi. Claire zebrała resztki sił i krzyknęła:

- Pomocy! Wezwijcie pomoc! Eve! Ian powiedział, szczerząc się do Claire:

- To tylko ktoś szuka miejsca na bzykanko. Nie martw się, mała. Nic złego ci nie zrobimy. 

Zresztą i tak nie będziesz pamiętać.

Zaczęła udawać, że czuje się gorzej, niż się czuła (chociaż, prawdę mówiąc, i tak czuła się 

fatalnie), i mamrocząc coś niewyraźnie, przymknęła oczy.

- No i już - powiedział Palant z Kawiarni. - Odleciała. Połóżcie ją na łóżku.

Jeszcze nigdy tego nie robiła, ale teraz rozpaczliwie zastanawiała się, jakby postąpiła na jej 

miejscu Eve. Wypuściła kij bejsbolowy z ręki, udawała, że nie może go utrzymać (co prawie było 

prawdą).

A kiedy Ian podszedł i chciał ją podnieść, walnęła kijem, jak mogła najmocniej. Uderzyła go 

w miejsce, gdzie musiało go zaboleć jak diabli, a Ian zwinął się z okrzykiem bólu, i aż skulił się na 

podłodze.

Claire z trudem się podniosła. Na szczęście stała w kącie, mogła oprzeć się o dwie ściany i 

udawać, że wcale się za moment nie przewróci. Ręce jej drżały i ci faceci zobaczyliby to, gdyby 

uniosła kij, więc tylko od niechcenia postukiwała nim o podłogę.

background image

- Który następny? - spytała. - Nie zrobię wam nic złego. No może trochę.

To było tylko na pokaz, a im wystarczy chwilę poczekać. Palant z Kawiarni wiedział o tym 

aż za dobrze, a ona czuła, jak narkotyk - co to było, u diabła? - oszałamia ją, spowalnia jej ruchy.

Shane, pomyślała i zmusiła się, żeby stać prosto jeszcze chociaż przez chwilę, Shane mnie 

potrzebuje. Ja nie pozwolę, żeby to się stało.

- Blefujesz - syknął Palant z Kawiarni i obszedł łóżko. Claire zamierzyła się na niego, nie 

trafiła i walnęła kijem o drewno tak mocno, że aż zaszczekała zębami.

Złapał kij i bez trudu wyrwał go jej. Rzucił jednemu z dwóch pozostałych facetów, a ten 

złapał go jedną ręką.

- To było naprawdę głupie - syknął. - A mogło być miło i przyjemnie, wiesz o tym, prawda? 

Jestem pod Ochroną Amelie - powiedziała Claire. Złapał ją za tę przezroczysta bluzkę z trupią 

czaszką i szarpnął. Nogi się pod nią ugięły, kiedy usiłowała się odsunąć.

- Nic mnie to nie obchodzi - parsknął. - Ja nie jestem z tego durnego miasta. Nikt z nas nie 

jest stąd. Monica mówiła, że łatwo obejść te wasze głupie reguły, nie wiem zresztą jakie. A ta cała 

Amelie może mnie pocałować w tyłek. Kiedy już ty skończysz to robić.

Drzwi otworzyły się powoli. Claire zamrugała, usiłując zobaczyć, kto w nich stoi. Nie, dwa 

ktosie. Jeden miał rude włosy. O co chodziło z tymi rudymi włosami...? Ach, tak, Sam jest rudy. 

Wampir Sam. Sam Sam. Dziadek Michaela, czy to nie jest niesamowite?

Drzwi  już  nie  miały   klamki   od  zewnętrznej  strony.  Ta  od  wewnątrz  spadła   z  głuchym 

odgłosem na dywan i wturlała się pod łóżko.

- Claire! - Och, to była Eve. - O mój Boże...

- Przepraszam - odezwał się Sam - ale co ty powiedziałeś o Amelie?

Palant z Kawiarni puścił bluzkę, a Claire powoli osunęła się na ścianę. Usiłowała znaleźć 

coś, co mogłaby wykorzystać jako broń, ale znalazła tylko kolejną parę brudnych skarpet, które 

jakoś nie trafiły na stos rzeczy do prania. Zachichotała i oparła głowę o ścianę, żeby dać odpocząć 

szyi. Bo szyja jej się zmęczyła.

- Powiedziałem, że Amelie może mnie pocałować w tyłek, rudzielcu. I co mi w związku z 

tym zrobisz? Zabijesz mnie wzrokiem?

Sam stał bez ruchu. Claire nie zauważyła, żeby coś w jego wyglądzie się zmieniło, ale nagle 

poczuła, jakby w pokoju zrobiło się... zimno.

- Naprawdę nie chcesz tego robić - powiedział Sam. - Eve, idź po s woj ą przyjaciółkę.

- Tak, Eve, wejdź, mamy tu fajne, szerokie łóżko! - zachichotał Ian. - Słyszałem, że wiesz, 

jak się naprawdę fajnie zabawić. - Odrzucił na podłogę zakrwawioną skarpetę i wyciągnął ręce po 

Eve, gdyby chciała wejść do pokoju. Sam patrzył przez chwilę na skarpetkę, a potem podniósł ją i 

wycisnął, aż krople krwi kapnęły na jego wyciągniętą dłoń.

background image

A potem zlizał tę krew. Powoli. Patrząc w oczy każdemu z tych facetów po kolei.

- Już mówiłem - szepnął. - Że nie macie na to ochoty.

Claire zaczęło szumieć w głowie, jakby miała w niej ul pełen pszczół. O Boże, ja tu zaraz 

zemdleję, bo to było po prostu obrzydliwe.

- Cholera - szepnął Ian i cofnął się. Szybko. - Facet, ty masz świra.

- Miewam - zgodził się Sam. - Eve, idź po nią. Nikt cię nawet nie dotknie.

Eve   ostrożnie   go   ominęła,   szybko   podeszła   do   Claire   i   mocno   ją   uściskała,   a   potem 

postawiła na nogi.

- Możesz iść?

- Nie bardzo - jęknęła Claire, tłumiąc mdłości. Oblewały ją na przemian fale ciepła i zimna, 

a ona ciągle miała wrażenie, że zbiera jej się na wymioty, chociaż właściwie wszystkie odczucia 

miał zabawnie zamazane, nawet ten strach w oczach Eve ją rozbawił.

Ale przestał bawić, kiedy Palant z Kawiarni jednak zdecydował się zastąpić Eve drogę.

Przeskoczył przez łóżko i chciał złapać ją za nadgarstek. Claire była za bardzo zamroczona, 

żeby się domyślić, po co.

Może chciał jakoś się nią zasłonić przed Samem. Ale cokolwiek zamierzał, była to błędna 

decyzja.

Sam poruszał się jak błyskawica. Claire zdążyła tylko mrugnąć, a Palant z Kawiarni został 

rozpłaszczony na ścianie i z szeroko otwartymi oczami gapił się na twarz Sama z odległości mniej 

więcej dziesięciu centymetrów.

- Powiedziałem - szepnął Sam - że nikt ma jej nie dotykać. Ogłuchłeś?

Claire  tego  nie widziała,  ale domyśliła  się, że musiał  mu  pokazać  kły z tej niewielkiej 

odległości, bo Palant z Kawiarni zaskomlał jak przerażone szczenię. Pozostali zeszli z drogi Eve, 

nawet nie próbując jej zaczepiać. - Monica - powiedziała Claire. - To robota Moniki. Namówiła 

lana, żeby mnie zaprosił.

- Co takiego?

- Monica go namówiła, żeby mnie tu ściągnął. Kazała im to zrobić.

- A to suka! Dobra, wszystko cofam. Dobrze jej zrobi ten miotacz ognia.

- Nie - zaprotestowała Claire słabo. - Nikt na coś takiego nie zasługuje, Nikt.

- Super. Święta Claire, patronka ofiar losu. Słuchaj, weź się w garść, dobra? Sam, musimy ją 

stąd zabrać! Chodź! Zostaw tych palantów!

Sam chyba nie miał ochoty jej posłuchać.

- Maniery, moi chłopcy - wycedził. - Coś mi się zdaje, że nikt was ich jeszcze nigdy nie 

uczył. Czas, żeby ktoś dał wam lekcję, zanim komuś stanie się krzywda.

- Hej, facet... - Ian uniósł ręce w geście kapitulacji. - Serio.

background image

Chcieliśmy się tylko zabawić. Nie chcieliśmy jej zrobić nic złego. Nie musisz się bawić w 

Charlesa Bronsona. Nawet jej nie dotknęliśmy. Sam popatrz. Jest ubrana.

- Daruj sobie. - Sam nadal gapił się na Palanta z Kawiarni, a ten coraz mniej przypominał 

napastnika, a coraz bardziej przerażone dziecko patrzące w ślepia wielkiego, złego wilka. - Ja lubię 

te  dziewczyny.  A   was   nie.  To  teraz  sobie  przeliczcie   równanie.  Możecie  uznać,   że  zostaliście 

właśnie odjęci.

- Sam!   -   Głos   Eve   zabrzmiał   głośno   i   obojętnie.   -   Wystarczy   już   tych   tekstów   macho. 

Przyszłyśmy tu po ciebie. Wynośmy się stąd, musimy pogadać.

- Nie wyjdę - powiedział Sam, nie spuszczając oczu z chłopaka. - Nie wyjdę, dopóki ta tu 

disneyowska królewna nie przeprosi. Albo urwę mu głowę, jedno z dwojga.

- Sam! Musimy pogadać o ważnej sprawie, a disnejowska królewna nie jest ważny!

Przez chwilę Claire wydawało się, że nic ze słów Eve nie dociera do niego, ale potem Sam 

się uśmiechnął - to nie był przyjemny uśmiech - i pozwolił Palantowi z Kawiarni osunąć się na 

podłogę.

- Zgoda. Możesz uznać się za poddanego okropnym torturom. Nie zapomnij pomyśleć o 

wszystkich sposobach, w jakie mógłbym cię skrzywdzić, bo jeśli kiedyś jeszcze usłyszę o takich 

ekscesach, to wolałbym, żebyś wiedział, co cię czeka.

Palant z Kawiarni niepewnie pokiwał głową i, nie odrywając pleców od ściany, przesunął 

się bliżej swoich kumpli. Sam odwrócił się w stronę dziewczyn.

- Nic ci nie jest? - spytał Claire.

Clair pokręciła głową. To był błąd, o mało się nie przewróciła i Eve ledwo zdołała utrzymać 

jaw pozycji stojącej.

Kiedy ponownie udało jej się otworzyć oczy i skupić wzrok, Sam odsunął się do drzwi.

- No co? - spytała Eve. - I tak przy okazji, blokujesz drogę ewakuacji.

- Cii - szepnął Sam.

I wtedy Claire usłyszała krzyk.

W mgnieniu oka Sam zniknął. Eve i Claire wyszły na korytarz. Stały przy barierce i patrzyły 

w   dół.   Na   dole   panował   chaos   i   nie   był   to   radosny  chaos   imprezowy.   Grupy  wrzeszczących, 

przepychających się, rozpaczliwie tłoczących przy drzwiach ludzi, ubranych na czarno, z białymi 

twarzami i plamami czerwieni tu i ówdzie...

Krew. To była krew.

Sam złapał ją i Eve za ramiona, obrócił je i wepchnął z powrotem do pokoju. Popatrzył na 

lana, który nadal kulił się pod ścianą.

- Ty. Zero Rh plus. He jest stąd wyjść?

- Co?... O cholera, ty mi właśnie określiłeś grupę krwi?

background image

- Ile jest stąd wyjść?!

- Po schodach! Musisz zejść po schodach!

Sam zaklął pod nosem, podszedł do szafy i otworzył ją jednym szarpnięciem. To była spora 

szafa, wbudowana w ścianę. Pomógł wejść do środka Eve i Claire.

- Wy też - powiedział do czterech chłopaków. - Jeśli chcecie przeżyć, właźcie do środka. A 

dotknijcie tylko tych dziewczyn, to sam was pozabijam. Wiecie, że nie żartuję, prawda?

- Tak - przytaknął Ian. - Nie tkniemy ich palcem. Co się dzieje? Czy to jakaś, no wiesz, 

uczelniana strzelanina?

- Coś w tym stylu. Do środka.

Faceci   wleźli   do   szafy.   Eve   zaciągnęła   Claire   w   kąt,   odsuwając   śmierdzące   adidasy. 

Przytuliła się do przyjaciółki, gotowa jej bronić. Popatrzyła gniewnie na facetów, ale siedzieli bez 

ruchu. Sam zatrzasnął drzwi szafy. Ciemność.

- Co się tam dzieje, do diabła? - spytał Palant z Kawiarni. Głos mu drżał.

- Ludzie giną - powiedziała krótko Eve. - I ty też możesz, jeśli się nie zamkniesz.

- Ale...

- Zamknij się wreszcie, do cholery!

Cisza.   Na   dole   nadal   grała   muzyka,   ale   było   też   słychać   wrzaski.   Claire   znów   zaczęła 

odpływać, ścisnęła Eve za rękę.

- Już dobrze - szepnęła Eve. - Już w porządku. Strasznie mi przykro.

- Radziłam sobie - powiedziała Claire. Dziwne, ale przecież to była prawda. - Dzięki, że 

przyszłaś mi na pomoc.

- Nie zrobiłam niczego, znalazłam tylko Sama. To on cię znalazł. - Eve urwała. - No dobra, 

kto mnie dotyka?

Z ciemności odezwał się męski, wysoki głos.

- O cholera! Przepraszam!

- Lepiej tego nie rób. Zapadła pełna napięcia cisza.

A potem Claire usłyszała ciężkie kroki na korytarzu.

- Cicho   -   szepnęła   Eve.   Nie   musiała   tego   mówić.   Zbliżało   się   coś   złego,   coś   o   wiele 

gorszego niż czterech wrednych, napalonych chłopaków.

Poczuła, że coś się o nią ociera. Jakaś dłoń. Jeden z chłopaków, nie wiedziała który, może 

Ian siedzący obok niej? Uścisnęła tę rękę. W milczeniu odwzajemnił uścisk. A potem Claire tylko 

czekała, nie wiedząc, czy przeżyją.

background image

ROZDZIAŁ 10

Wrzaski   skończyły   się,   a   muzyka   urwała   w   pół   taktu.   To   było   jeszcze   gorsze.   Cisza 

wydawała się... lodowata. Claire uparcie usiłowała zachować przytomność umysłu. Może jednak 

jakoś dojdzie do siebie.

Skrzypnęła deska w podłodze.

Claire poczuła, że chłopak siedzący obok niej drży. Z zapartym tchem wpatrywała się w 

drzwi szafy. Stanowiły czarny prostokąt obramowany ciepłym blaskiem.

Mignął   jej   jakiś   cień,   usłyszała   warkot,   a   potem   czyjś   krzyk,   i   wreszcie   odgłos   ciała 

padającego na podłogę.

A potem wystrzał z broni. Claire podskoczyła i poczuła, że Eve i ten chłopak też drgnęli.

- O Boże - szepnął. Cały się trząsł. Claire uznała, że odurzenie ma swoje zalety - jedną z 

nich   było   to,   że   w   przypadku   niebezpieczeństwa   serce   nie   waliło   tak   mocno.   Zważywszy   na 

okoliczności, była dość spokojna. A może tylko przywykła już do uczucia przerażenia. Odgłos 

kroków. Balustrada schodów skrzypnęła. Kolejne krzyki z parteru, jakieś buty tupiące po schodach, 

na dół... A potem odległy jęk syren.

- Policja - szepnął ktoś z ulgą, być może Palant z Kawiarni.

Głos miał teraz o wiele mniej arogancki. - Nic nam nie będzie. Nic nam się nie stanie.

- Tak, dopóki te dwie na nas nie zakablują - mruknął drugi chłopak. - No wiesz. Za tamto.

- Chcesz powiedzieć, za usiłowanie gwałtu? - szepnęła wściekle Eve. - Jezu, posłuchaj sam 

siebie. Tamto. Nazwij przy najmniej rzecz po imieniu, dupku.

- Posłuchaj,   my   tylko   chcieliśmy...   Przepraszam,   dobra?   Nie   mieliśmy   zamiaru   jej 

skrzywdzić. My tylko...

- Ona ma szesnaście lat, idioto.

- Co?

- Szesnaście. Więc podziękujcie mi teraz, że wam oszczędziłam odsiadki, bo usiłowanie 

gwałtu to coś o wiele mniej po ważnego niż gwałt. Monica was na to namówiła?

- Ja... Hm... Tak. Powiedziała... Powiedziała, że Claire jest niezła w te klocki, że lubi ostrą 

zabawę. Chciała mieć pewność, że ją tu zwabimy.

- Cii   -   szepnęła   Claire   gorączkowo.   Usłyszała   skrzypnięcie   kolejnej   deski   w   podłodze. 

Wszyscy ucichli.

Drzwi otworzyły się, a ich oślepiło światło i Claire zmrużyła oczy, patrząc na stojącego na 

zewnątrz faceta. Rude włosy.

- Wychodzić - powiedział Sam. - Już.

Chłopcy wstali i wyszli jeden za drugim, z pokornymi minami, i stanęli w jednym kącie. To 

background image

jednak lana trzymała za rękę, stwierdziła Claire. Patrzył na nią w dziwnie, jakby po raz pierwszy 

widział ją na oczy.

- Przepraszam cię za ten nos - powiedziała. Zamrugał.

- Nic takiego. Posłuchaj, Claire...

- Daj spokój.

- Ale masz zamiar powiedzieć glinom? - Teraz odezwał się Palant z Kawiarni.

- Nie - odparła Claire.

- Bzdura! Powiesz! - rzuciła Eve. - Wszystko. Żebyście więcej nie próbowali. Nigdy. A 

poza tym jeśli Claire powie, to gliniarze będą waszym najmniejszym zmartwieniem. Prawda, Sam?

Sam pokiwał głową bez słowa.

- Wynośmy się stąd. Claire, możesz iść?

- Spróbuję.

Ale kiedy wstała, świat znów jej się usunął spod nóg i zatoczyła się w ramiona Eve. Eve 

podtrzymała j ą niezręcznie i nagle Claire zaczęła płynąć jakieś półtora metra nad ziemią. Och, Sam 

wziął ją na ręce i trzymał ją tak, jakby była lekka jak piórko.

- Hej...   -   odezwał   się   Palant   z   Kawiarni.   Sam   zatrzymał   się   w   drodze   do   drzwi.   - 

Przepraszam, serio. Tylko że... No, Monica mówiła...

- Przymknij się, stary - przerwał mu Ian. - Monica tylko podrzuciła nam pomysł. A to my go 

zrealizowaliśmy. Dość wymówek.

- Okay - powiedział Palant z Kawiarni. - Nieważne, stary. Już się nie powtórzy.

- Jeśli się powtórzy - oznajmił Sam - policją się nie przejmujcie. Sam was znajdę.

Wszystko się rozpływało. Claire zrobiło się słabo, znów straciła orientację i tylko trzymając 

ręce wokół szyi Sama, unikała odpłynięcia w ciemność. Kiedy otworzyła oczy, widziała wszystko 

migawkami... Siedziba bractwa EEK była zdewastowana. Meble porozbijane, ściany porysowane, 

na podłogach leżeli ludzie...

Niektórzy krwawili.

Eve   przystanęła   i   przyłożyła   palce   do   gardła   chłopaka,   przebranego   za   wampira;   jego 

błękitne oczy były otwarte i wpatrywały się w sufit. Nawet się nie poruszył.

- On nie żyje - szepnęła.

Z klatki piersiowej sterczał mu drewniany kołek.

- Ale... Przecież to nie był wampir - wyjąkała Claire. - Prawda?

- Im było wszystko jedno. Wyglądał jak wampir, więc oberwał - stwierdził Sam. - W drugim 

pokoju leżą dwa martwe wampiry. Tego tu zabili przez pomyłkę.

- W drugim pokoju? - spytała Claire. - Ale skąd wiesz?

- Wiem. - Sam przeszedł nad ciałem chłopaka i ominął wywróconą kanapę. Pod stopami 

background image

chrzęściło mu szkło. Syreny policyjne były coraz głośniejsze, policja zjawiała się, kiedy było po 

wszystkim.

- To byli ludzie Franka? - spytała Eve. - Ci motocykliści?

Sam nie odpowiedział, ale nie musiał. Ile antywampirzych gangów mogło szaleć po ulicach 

Morganville?

Claire zamknęła oczy i oparła głowę o ramię Sama, chcąc chociaż chwilę odpocząć. I na 

jakiś czas straciła kontakt ze światem.

Claire obudziły jakieś głosy i ból głowy wielki jak Cleveland, który rozsadzał jej czaszkę. 

W ustach jej zaschło, a język przypominał kawałek filcu obłożonego papierem ściernym. A do tego 

jeszcze te mdłości.

Leżała w domu, w swoim łóżku.

Zwlokła   się   z   niego,   poszła   do   łazienki   i   najpierw   uporała   się   z   mdłościami,   a   potem 

spojrzała do lustra. Wyglądała okropnie. Makijaż miała rozmazany, spryskane czarnym sprayem 

włosy sterczały we wszystkich możliwych kierunkach.

Claire odkręciła prysznic, ściągnęła z siebie gotyckie przebranie i usiadła w wannie pod 

silnym  strumieniem wody.  Naprawdę na świecie nie było  wystarczająco dużo mydła,  ale i tak 

spróbowała to z siebie zmyć, trąc mocno. Trąc tak długo, aż skóra zaczęła ją piec.

Zamarła, słysząc pukanie do drzwi łazienki.

- Claire? To ja, Eve. Wszystko dobrze?

- Nic mi nie jest. - Głos miała zachrypnięty.

Eve musiała uwierzyć  jej na słowo, bo odeszła. Claire wolałaby,  żeby tego nie zrobiła; 

potrzebowała   kogoś,   kogo   mogłaby   zapytać,   kogoś,   kto   by   przy   niej   pobył.   Ja   o   mało   nie 

zostałam...

Najgorsze było to, że to wcale nie były jakieś potwory, ci faceci. Na co dzień musieli być 

całkiem w porządku. Jak to w ogóle możliwe? Jak ludzie mogą być jednocześnie źli i dobrzy? 

Dobro to dobro, a zło to zło - trzeba je rozgraniczyć jakąś linią, prawda? Tak jak w przypadku 

wampirów? - usłyszała szept w swojej głowie. No to gdzie umieścić Amelie? Gdzie Sama? Sam 

uratował ci życie. Po której stronie linii go umieścisz?

Nie wiedziała. I nie chciała już o tym myśleć. Claire siedziała pod strumieniem gorącej 

wody i pozwalała jej przez jakiś czas po prostu płynąć, aż wreszcie woda zaczęła robić się chłodna, 

a jej się przypomniało, że Eve też będzie pewnie chciała się umyć. Cholera. Poderwała się na nogi, 

zakręciła wodę i wycierając się, zdała sobie sprawę, że nie wzięła do łazienki żadnych ubrań, więc 

owinęła się ręcznikiem.

Kiedy otworzyła drzwi łazienki, za nimi stał Michael. Podniósł wzrok, zobaczył, że nie jest 

ubrana, i na moment się zawahał.

background image

A potem rozwiązał problem, odwracając się do ściany.

- Idź i się ubierz - powiedział. - A potem muszę z tobą po gadać.

- Która godzina? - spytała. Nie odpowiedział, a ona poczuła, że żołądek zwija jej się w 

supeł. - Michael? Która jest godzina?!

- Ubierz się - powtórzył. - I zejdź na dół.

Pędem pobiegła  do swojego pokoju, zrzuciła  ręcznik  i złapała  swój niewielki  podróżny 

budzik. Była czwarta rano. Zostały dwie godziny do świtu.

- Nie - szepnęła. - Nie... - Więc spała tyle godzin.

A zatem nie ma czasu do stracenia. Ubrała się, złapała buty i skarpetki i zbiegła na dół.

Przystanęła na najniższym  stopniu schodów, bo usłyszała głos Amelie. Amelie? W tym 

domu? Dlaczego? Sama się spodziewała - nie żeby Michael lubił wampiry, ale to w końcu rodzina, 

prawda? A poza tym Sam wydawał się w porządku. No i faktycznie, dostrzegła teraz, schodząc na 

dół, miedziane włosy Sama, który stał blisko kuchni.

Amelie i Michael byli w pokoju.

- Hej! - Podskoczyła, słysząc głos Eve. Obróciła się i zobaczyła Eve w puchatym czarnym 

szlafroku, z naręczem ubrań. - Idę wziąć prysznic. Zejdę za chwilę, dobrze?

Eve miała zmęczoną twarz. Claire poczuła się winną że zużyła całą ciepłą wodę.

- Dobrze - powiedziała. Słyszała, jak Eve odkręciła wodę. Claire dosłyszała słowa Amelie:

- ...nie możesz tego cofnąć. Rozumiesz? Kiedy już dokonasz tego wyboru, rzecz się stanie. I 

nie będzie powrotu.

Nie brzmiało to dobrze. Nie, to zupełnie nie brzmiało dobrze. Claire nadal byłą roztrzęsiona 

i robiło jej się niedobrze, jakby na imprezie wypiła parę litrów tego czerwonego ponczu, i czuła, że 

nie   poradzi   sobie   z   rozmową   z   Amelie.   Na   jeden   dzień   miała   już   wystarczająco   dużo 

przerażających przeżyć. Może zaczeka tu po prostu na Eve...

- Ja rozumiem - powiedział Michael. - Ale już nie mam wyboru. Nie mogę żyć  w taki 

sposób,   tkwić   w   tym   domu   jak   w   pułapce.   Muszę   stąd   wyjść.   Inaczej   nie   będę   mógł   pomóc 

Shane'owi.

- I tak nie możesz pomóc Shane'owi - stwierdziła chłodno Amelie. - Ja nie dokonywałabym 

takiego wyboru pod wpływem miłości do jednego przyjaciela. To się może obrócić przeciw wam 

obu.

- Życie to ryzyko, prawda? Więc muszę zaryzykować. Amelie pokręciła głową.

- Samuelu, proszę, porozmawiaj z nim. Wytłumacz mu.

- Ona ma rację, mały. Nie wiesz, w co się pakujesz. Wydaje ci się, że wiesz, ale... Nie wiesz. 

Jesteś w naprawdę niezłej sytuacji, żyjesz, jesteś bezpieczny, masz przyjaciół, którzy o ciebie dbają. 

Rodzinę. Nie zmieniaj tego.

background image

Michael roześmiał się niewesoło.

- Nie zmieniać tego? Jezu Chryste, co to za życie? Ten dom to grób o powierzchni dwustu 

pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Ja tu nie mieszkam. Ja tu jestem żywcem pogrzebany.

Sam pokręcił głową, unikając wzroku Michaela.

Amelie podeszła do niego bliżej.

- Michael, zastanów się, o co prosisz. To nie jest trudne wyłącznie dla ciebie, to trudne też i 

dla mnie. Jeśli ofiaruję ci wolność od tego domu, zapłacisz za nią straszną cenę. Najpierw będzie 

potworny ból, a potem utrata różnych rzeczy, których ani ty, ani ja nie umiemy w pełni określić. 

Zmieni się to, kim jesteś, zmieni się na zawsze. Twoje życie i śmierć będą należały do mnie, 

rozumiesz   to?   A   ty   już   nigdy   nie   byłbyś   w   połowie   człowiekiem   tak   jak   teraz,   już   nigdy.   - 

Westchnęła ciężko. - Jestem przekonana, że tego pożałujesz, a żal jest dla nas jak rak. Niszczy 

naszą wolę życia.

- Tak? A twoim zdaniem jak to jest, tkwić tu jak w pułapce, kiedy ludzie mnie potrzebują? - 

spytał Michael. Dłonie zaciskał w pięści, twarz miał spiętą i zarumienioną. - Patrzyłem, jak moja 

dziewczyna o mało nie zginęła półtora metra ode mnie, i nic nie mogłem poradzić, bo była za 

drzwiami tego domu. A te raz Shane, jest tam zupełnie sam. Amelie, gorzej być nie może. Wierz 

mi. Jeśli nie chcesz ratować Shane'a, to musisz przynajmniej tyle dla mnie zrobić. Błagam.

Prosił Amelie...  o co?  Co ona mogła  zrobić,  żeby go uwolnić?  Claire  podeszła  bliżej  i 

zobaczyła,   że  Sam  spojrzał  w  jej   stronę. Spodziewała   się,  że  coś  do  niej  powie,  ale  on  tylko 

nieznacznie pokręcił głową. Jakby ją ostrzegał.

Cofnęła się i zawahała. Może powinna iść po Eve... Nie, prysznic nadal szumiał. To może 

zaczekać. Michael nie zrobiłby niczego niemądrego... prawda?

Kiedy tak się wahała, usłyszała, że Amelie mówi coś, z czego zrozumiała wyłącznie jedno 

słowo.

- ...wampirem.

I usłyszała, jak Michael mówi:

- Tak.

- Nie! - Claire ruszyła pędem po schodach, ale zanim dotarła na dół, Sam już tam stał i 

patrzył   na   nią,   zasłaniając   jej   drogę.   Zerknęła   nad   jego   ramieniem   na   Michaela   i   Amelie   i 

zobaczyła, że Michael patrzy w jej stronę.

Minę miał przestraszoną, ale uśmiechnął się do niej - słabym uśmiechem, takim, na jaki 

Shane zdobył się w klatce. Próbując udawać, że wszystko w porządku.

- Nic się nie dzieje, Claire - powiedział. - Wiem, co robię. Tak musi być.

- Nie, nieprawda! - Znów było jej gorąco i niedobrze, ale uznała, że jeśli się potknie, to Sam 

ją złapie. - Michael, proszę, nie rób tego!

background image

- Oliver próbował zrobić ze mnie wampira. A zamienił mnie w... - Michael wskazał na 

siebie z niesmakiem. - Claire, ja jestem tylko na wpół żywy, i nie ma już odwrotu. Mogę tylko iść 

dalej.

Nie wiedziała, co na to powiedzieć, bo miał rację. Rację we wszystkich punktach. Nie mógł 

wrócić do czasów, kiedy był zwyczajnym facetem, nie mógł żyć tutaj jak w pułapce, bezradny. 

Może i mógłby, gdyby nie zabrali Shane'a, ale teraz...

- Michael, proszę. - Oczy zaczynały jej się wypełniać łzami. - Ja nie chcę, żebyś się zmienił.

- Wszyscy się zmieniają.

- Ale nie tak, jak zmienisz się ty - wtrąciła się Amelie. Stała tam jak Królowa Śniegu, 

opanowana,   chłodna,   nie   mając   już   właściwie   nic   z   człowieka.   -   Michael,   nie   będziesz   już 

człowiekiem, którego ona poznała. Ani tym, którego kocha Eve. Czy jesteś na to gotowy?

Michael głęboko odetchnął.

- Tak.

Amelie przez chwilę milczała, a potem powiedziała.

- Sam, zabierz stąd to dziecko. To powinno się odbyć bez świadków.

- Ja nie wyjdę! - zaprotestowała Claire.

Tak, niezły plan. Sam wziął ją na ręce i zaniósł na górę. Claire próbowała chwycić się 

barierki, ale jej się nie udało.

- Michael! Michael, nie! Nie rób tego!

Sam zaniósł ją do jej pokoju i rzucił na łóżko. Zanim zdołała usiąść, już zamykał drzwi.

Potem, kiedy się nad tym zastanawiała, Claire nie umiała powiedzieć, czy krzyk usłyszała, 

czy odczuła; wydawało się, że wibrował przez jej kości i przez ściany Domu Glassów, i w jej 

głowie, aż jęknęła i dłońmi zasłoniła uszy. Ciągle słyszała krzyk. Przypominał gwizd pary, a Claire 

poczuła, że... Coś na nią napiera, rozciąga ją, jakby była zrobiona z materiału i jakby jakiś wielki, 

wredny dzieciak wyszarpywał z niej wiszące nitki.

A potem zapadła cisza.

Ześliznęła się z łóżka, podbiegła do drzwi i je otworzyła. Sama nigdzie nie widziała. Eve 

wypadła z łazienki, owijając się szlafrokiem, z mokrymi włosami przylepionymi do twarzy.

- Co   się   dzieje?   -   wrzasnęła.   -   Michael?   Gdzie   jest   Michael?   Dziewczyny   wymieniły 

zrozpaczone spojrzenia, a potem zbiegły na dół.

Amelie siedziała w fotelu, tym, w którym zwykle siadał Michael. Wydawała się wyczerpana 

i znużona. Sam klęczał koło niej i trzymał ją za rękę. Wstał, gdy zobaczył Eve i Claire, które 

przystanęły bez tchu przy schodach.

- Amelie odpoczywa - wyjaśnił. - To, co zrobiła, bardzo osłabia. Pochłania mnóstwo siły i 

mnóstwo woli. Dajcie jej spokój. Pozwólcie dojść do siebie.

background image

- Gdzie Michael? - spytała ostro Eve. Głos jej drżał. - Coś ty zrobił Michaelowi, bydlaku 

jeden?

- Spokojnie,   dziecko.   Sam   nie   miał   z   tym   nic   wspólnego.   Wyzwoliłam   Michaela   - 

powiedziała Amelie. Uniosła głowę i oparła ją o oparcie fotela, przymykając oczy. - Tyle z nim 

bólu. Myślałam, że będzie mógł tu żyć szczęśliwie, ale widzę, że się myliłam. Ktoś taki jak Michael 

nie wytrzyma długo w klatce.

- Jak to, wyzwoliłaś go? - Eve zaczęła się jąkać. A jej twarz pobielała. - Ty go zabiłaś? - Tak 

- przyznała Amelie. - Zabiłam go. Sam!

Claire nie rozumiała, czemu rzuciła imię tego drugiego wampira, dopóki Sam nie obrócił się 

błyskawicznie i nie starł z inną błyskawicą, która wystrzeliła w jego stronę z przeciwległego kąta 

pokoju. Rozegrała się walka tak szybka, że Claire nie mogła zrozumieć, co się dzieje. Ktoś upadł na 

podłogę.

To był Michael, leżał na plecach... Ale nie Michael, którego znała. Nie ten, który jeszcze 

pięć minut przedtem rozmawiał z Amelie i dokonywał wyboru. Ten Michael przerażał. Sam z 

trudem go przytrzymywał; Michael wyrywał się, próbował zrzucić Sama i warczał, o Boże, a jego 

skóra... Jego skóra była biała jak marmur...

- Pomóżcie mi wstać - poprosiła cicho Amelie. Claire popatrzyła na nią osłupiała. Amelie 

królewskim gestem wyciągała dłoń, najwyraźniej oczekując posłuchu. Claire pomogła jej podnieść 

się z fotela, bo zawsze uczoną ją, że ma być uprzejma, a potem objęła wampirzycę, bo miała wraże-

nie,   że   ona   za   moment   upadnie.   Amelie   odzyskała   równowagę   i   uśmiechnęła   się   do   niej 

nieznacznie, ze znużeniem. Puściła ramię Claire i podeszła powoli, obolała, do Sama szamoczącego 

się z Michaelem.

Claire popatrzyła na Eve. Zasłaniała usta rękami. Oczy miała szeroko otwarte ze strachu. 

Claire objęła ją.

Amelie położyła dłoń na czole Michaela, a on natychmiast przestał się szarpać. Przestał się 

ruszać i wpatrzył się prosto w sufit dzikim wzrokiem.

- Spokojnie - szepnęła Amelie. - Spokojnie, moje biedne dziecko. Ból minie, głód minie. To 

ci pomoże.  - Sięgnęła  do kieszeni  sukienki  i wyjęła  mały,  bardzo cienki srebrny sztylecik  nie 

dłuższy niż paznokieć, a potem nacięła nim swoją dłoń. Nie krwawiła jak zwyczajny człowiek, jej 

krew sączyła się, gęstsza i ciemniejsza niż krew ludzka. Amelie podsunęła dłoń do ust Michaela i 

zamknęła oczy.

Eve krzyknęła rozpaczliwie, a potem ukryła twarz na ramieniu Claire. Claire objęła ją, choć 

sama dygotała.

Kiedy Amelie cofnęła dłoń, ranka już się zamknęła, a na wargach Michaela nie było widać 

śladów krwi. Zamknął oczy i przełykał, z trudem chwytając oddech. Amelie skinęła na Sama, który 

background image

puścił Michaela i się cofnął. Michael powoli przewrócił się na bok i napotkał spojrzenie przerażonej 

Claire.

Te jego oczy. Miały ten sam kolor, a jednak... Były zupełnie inne. Michael oblizał blade 

wargi i zobaczyła błysk kłów.

- Spójrzcie - powiedziała Amelie miękko. - Oto najmłodszy z nas. Od tego dnia, Michaelu 

Glassie, jesteś jednym z wiecznych Wielkiego Miasta i wszystko będzie należeć do ciebie. Powstań. 

Zajmij swoje miejsce wśród naszego rodzaju.

- Tak - mruknął Sam. - Witaj w piekle. Michael wstał.

- To wszystko? - spytał. Jego głos brzmiał dziwnie - z głębi gardła, niższy niż zapamiętała 

Claire. - Już po wszystkim?

- Tak - potaknęła Amelie. - Stało się.

Michael podszedł do drzwi. Na chwilę przystanął i oparł się o ścianę, ale z każdą sekundą 

wyglądał silniej. Silniej niż Claire by chciała.

- Michael - odezwała się Amelie. - Wampira można zabić i wielu wie jak. Jeśli nie będziesz 

ostrożny, zginiesz, nieważne, ile w Morganville obowiązuje praw, które mają nas chronić. - Amelie 

zerknęła na dziewczyny. - Wampiry nie mogą mieszkać z ludźmi. To zbyt trudne, zbyt kuszące. 

Rozumiesz? One muszą opuścić twój dom. Musisz mieć czas dowiedzieć się, kim jesteś. Michael 

popatrzył na Eve i Claire - dłużej na Claire, jakby nie potrafił jeszcze spojrzeć w oczy Eve.

Teraz już bardziej przypominał siebie, bardziej nad sobą panował. Pomijając bladość skóry, 

wyglądał prawie normalnie.

- Nie. To ich dom tak samo jak mój i Shane'a. Jesteśmy rodziną. Nie zrezygnuję z tego.

Wiesz, dlaczego cię powstrzymałam? - odezwała się Amelie. - Dlaczego kazałam Samowi 

cię powstrzymać? Bo twoim instynktom nie można jeszcze ufać, Michael, nie w tym momencie. 

Nie możesz się przejmować, bo twoje uczucia zaszkodzą im. Rozumiesz? Czy nie ruszyłeś w stronę 

tych dwóch dziewcząt z zamiarem pożywienia się ich krwią? Jego oczy się rozszerzyły. - Nie.

- Zastanów się. - Nie.

- A jednak - odezwał się Sam cicho, zza jego pleców. - Ja rozumiem, Michael, sam kiedyś 

taki byłem. I nie było nikogo, kto by mnie powstrzymał.

Michael nie próbował zaprzeczać po raz kolejny, popatrzył na Eve z tak okropnym bólem 

zrozumienia, że trudno było to znieść.

- To się nie powtórzy. - Eve nie powiedziała do tej pory ani słowa, więc aż dziwnie było 

usłyszeć, jak mówi tak... spokojnie. - Ja znam Michaela. Nie zrobiłby niczego, co mogłoby nas 

skrzywdzić. Prędzej sam by umarł.

- Bo umarł - stwierdziła Amelie. - Ludzka część jego istoty zniknęła. To, co zostało, należy 

do mnie. - Powiedziała to z odrobiną żalu, co Claire nie zdziwiło; dostrzegła go w smutnych oczach 

background image

Amelie, kiedy pomagała jej wstać. - Chodź, Michael. Potrzebujesz jedzenia. Pokażę ci, dokąd masz 

pójść.

- Zaczekaj chwilę - powiedział. - Proszę. - I odsunąwszy się od niej, wyciągnął rękę do Eve. 

Amelie chciała coś powiedzieć - pewnie, żeby tego nie robił - ale zrezygnowała. Sam też się nie 

odezwał, odwrócił się i zaczął krążyć po pokoju. Claire niechętnie puściła Eve, a Eve bez wahania 

podeszła do Michaela. Ujął ją za obie ręce.

- Przepraszam. Innego sposobu nie było. - Michael nie odrywał spojrzenia od jej oczu. - 

Coraz mocniej to czułem. Coś w rodzaju takiego... wewnętrznego przymusu. Nie chodzi tylko o to, 

że   musiałem   to   zrobić,   żeby   pomóc   Shane'owi.   Ja   po   prostu...   Potrzebowałem   tego,   żeby   nie 

zwariować. I bardzo mi przykro. Wiem, że mnie za to znienawidzisz.

- Dlaczego?   -  spytała  Eve.   To  była   brawura,  ale   powiedziała   to  pewnym  głosem.   -  Bo 

zostałeś wampirem? Proszę cię. Kochałam się w tobie, kiedy tylko w połowie byłeś tu obecny 

ciałem. Jak długo będziesz ze mną, Michael, poradzę sobie ze wszystkim. Dla ciebie, poradzę sobie.

Pocałował ją, a Claire odwróciła wzrok. W tym pocałunku było tyle głodu i rozpaczy, i to 

wszystko było o wiele za bardzo osobiste.

I to wcale nie Eve odsunęła się pierwsza.

Znów był dawnym Michaelem, nieważne że bladym i z dziwnym błyskiem w oczach. Ten 

uśmiech... To był uśmiech Michaela i wszystko teraz musiało dobrze się ułożyć.

Kciukami otarł łzy Eve, znów ją pocałował, bardzo delikatnie, i powiedział:

- Wrócę. Amelie ma rację. Muszę... - Zawahał się, popatrzył na Amelie, a potem znów na 

Eve. - Muszę się pożywić. Pewnie trzeba się będzie przyzwyczaić, że będę tak czasem mówił. - 

Tym razem uśmiech miał nieco bledszy. - Będzie mi brakowało naszych obiadów.

- Nie - odezwał się Sam. - Nadal możesz jeść zwykłe pokarmy, jeśli będziesz miał ochotę. 

Jajem. Z jakiegoś powodu wydawało się, że to bardzo ważne. Tego mogli się jakoś trzymać.

- Jutro ja będę gotowała - powiedziała Claire. - Żeby uczcić powrót Shane'a do domu.

- Umowa stoi. - Michael wypuścił Eve z objęć. - Jestem gotowy.

- Więc wyjdź - poleciła Amelie. - Wróć do świata.

Być może Michael zamienił się w wampira, ale kiedy patrzyła, jak stoi przed domem na 

świeżym   powietrzu   i   wciąga   w   płuca   zapach   wolności,   Claire   pomyślała,   że   nie   mógłby   być 

bardziej ludzki.

background image

ROZDZIAŁ 11

Eve przebrała się w coś, co Claire uznała za gotycki kamuflaż... Czarne spodnie, czarną 

jedwabną koszulę  z czerwonymi  czaszkami  wyhaftowanymi  na kołnierzu  i czarną kamizelkę  z 

mnóstwem kieszeni, w które można schować wiele rzeczy. Takich rzeczy, jak kołki i krzyże.

- To na wszelki wypadek - wyjaśniła Eve, zauważając spojrzenie Claire. - A co?

- Nic - westchnęła. - Tylko nie przebijaj kołkiem Michaela.

Eve na moment  zastygła,  jakby uderzona jakąś  myślą,  a potem pokiwała głową. Claire 

wiedziała, że jeszcze się przyzwyczaja do nowej sytuacji. No cóż, Claire też się przyzwyczajała. 

Cały czas spodziewała się, że usłyszy na dole gitarę Michaela; wciąż zaczynała się zastanawiać, 

która to właściwie godzina. Jeszcze nie świtało - sprawdziła w Internecie, że jeszcze mają czas, ale 

jeśli Michael wkrótce się nie pokaże...

Frontowe drzwi otworzyły się i zamknęły. Eve wyciągnęła z kieszeni kołek, a Claire ruchem 

ręki pokazała jej, że ma zostać, gdzie jest, a sama ostrożnie podkradła się do rogu.

I   omal   nie   wpadła   na   Michaela,   który   poruszał   się   bardzo   cicho.   Wydawał   się   równie 

zaskoczony jak ona. Za nim stał Sam, ale nigdzie nie było widać Amelie.

- W porządku? - spytała. Michael pokiwał głową. Wyglądał lepiej, w jakiś dziwny sposób. 

Wydawał   się   spokojny.   -   Inie   będziesz...?   -   Wykonała   gest   zatapiania   kłów   w   cudzej   szyi. 

Uśmiechnął się.

- Wykluczone, mała. - Lekko zmierzwił jej włosy. - Udało się coś wytargować dla Shane'a.

- Wytargować? - Eve była spięta. Claire jej nie winiła. Ostatnio targowanie się kiepsko im 

szło.

- Jeśli uda nam się sprowadzić z powrotem Monice, Shane'a puszczą wolno. Morrellowie 

nadal maj ą w rym mieście jakieś wpływy, nawet u wampirów. - Do których Michael teraz się 

zaliczał, ale chyba jeszcze nie do końca sam w to uwierzył. - Oliver zgodził się na układ. A może 

nie tyle zgodził, ile został przegłosowany.

- Shane za Monice? Super! - Eve zorientowała się, że trzy ma w ręku kołek, zarumieniła się 

i odłożyła go. Ani Sam, ani Michael chyba się tym nie przejęli. - Przepraszam. To nic osobistego... 

No więc jak, wy dwaj i my dwie przeciwko światu czy co?

- Nie - powiedział Sam, zerkając na Michaela. - Was troje. Ja nie mogę z wami iść.

- Co? Ale ty...

- Przykro mi. - Sam naprawdę mówił to szczerze. - Polecenie Amelie. Wampiry mają się nie 

wtrącać - Michael to wyjątek ze względu na jego umowę z Amelie. Ja nie mogę wam pomóc.

- Ale...

- Nie   mogę   -   powtórzył   z   naciskiem   i   westchnął.   -   Trochę   pomocy   dostaniecie   od 

background image

społeczności   ludzkiej,   tylko   tyle   mogę   wam   powiedzieć.   Powodzenia.   -   Ruszył   do   drzwi,   ale 

jeszcze zawrócił. - Dziękuję wam, Claire, Eve.

- Za co?

Uśmiech Sama był naprawdę promienny, przypomniał pod tym względem Michaela.

- Doprowadziłyście mnie do Amelie. A ona ze mną porozmawiała. To ważne.

Claire pewna była, że za tym kryje się jakaś historia, pełna bólu serca i tęsknoty; przez 

sekundę widziała te uczucia wypisane na jego twarzy. Amelie? On kochał Amelie? To tak, jakby 

się zakochać w Monie Lisie - obrazie, nie osobie. Zakładając, że w Amelie zostało tyle emocji, żeby 

jeszcze coś do Sama mogła czuć.

Może kiedyś czuła. Wow.

Sam skinął głową Michaelowi i wyszedł, zamykając drzwi za sobą.

- Czy on miał zaproszenie? - spytała Eve. - Że wszedł do domu?

- Nie potrzebował go - powiedział Michael. - Dom zmienił swoje zasady, kiedy... Kiedy ja 

się zmieniłem. Teraz to istoty ludzkie potrzebują zaproszenia. Poza wami, bo wy tu mieszkacie.

- Okay, to już głupota.

- To Ochrona - sprostował Michael. - Wiecie, jak to działa. Claire nie wiedziała, ale temat 

był fascynujący. Ale nie miała czasu.

- Hm, on powiedział, że miasto wyśle pomoc...

- Richarda Morrella - powiedział Michael. - Brata Moniki, tego policjanta. A on weźmie ze 

sobą Hessa i Lowe'a.

- I to wszystko? - jęknęła Claire. Bo motocyklistów była cała szajka. Nie wspominając o 

tacie   Shane'a,   który,   szczerze   mówiąc,   przerażał   ją   bardziej   niż   większość   wampirów,   bo   nie 

przestrzegał żadnych reguł.

Zabawne, wampiry ogromnie się przejmowały regułami. Kto by pomyślał?

- Chciałbym, żebyście zostały w domu - oznajmił Michael.

- Nie - oświadczyła Eve bez ogródek. Claire powtórzyła za nią jak echo.

- Naprawdę powinniście zostać. Tam będzie bardzo niebezpiecznie.

- Niebezpiecznie? Facet, oni zabijali studentów. W kampusie! - krzyknęła Eve. - A my tam 

byłyśmy! Nie rozumiesz? Tu nie jesteśmy bezpieczne, a może jakoś ci pomożemy. A przynajmniej 

możemy   złapać   Monice   i   odstawić   jej   chudy   tyłek   do   tatusia,   kiedy   wy,   dzielni   mężczyźni, 

będziecie walczyć z bandziorami. Jasne?

- Przynajmniej Claire powinna zostać.

- Claire - odezwała się Claire - decyduje sama za siebie. W razie gdybyś zapomniał.

- Claire nie decyduje, kiedy chodzi o taką sprawę, bo Claire ma szesnaście lat, a Michael nie 

ma ochoty wyjaśniać jej rodzicom tragicznych okoliczności jej nagłej śmierci. A więc nie.

background image

- A co zrobisz? - spytała Eve. - Zamkniesz ją w pokoju? Popatrzył na jedną, a potem na 

drugą.

- O cholera, co to ma być, pokaz babskiej solidarności?

- No jasne - prychnęła Eve. - Ktoś musi wyznaczać wam granice. - Jej uśmiech zbladł, bo 

teraz to była prawda, a nie tylko żart. Michael odchrząknął.

- Słyszałyście to?

- Co?

- Samochód. Zahamował. Przed domem.

- Super - jęknęła Eve. - I jeszcze masz słuch wampira. Już nigdy nie uda mi się nic utrzymać 

w   sekrecie.   Już   i   tak   było   źle,   kiedy   byłeś   duchem...   -   Dobrze   sobie   radziła   z   ukrywaniem 

przerażenia, ale Claire je widziała. I najwyraźniej Michael też, bo wyciągnął rękę i dotknął jej 

policzka; taki drobny, ale wiele mówiący gest.

- Zostańcie tu - polecił.

Mógł się domyślić, że nie posłuchają. Claire i Eve poszły w ślad za nim i zatrzymały się w 

połowie holu, obserwując Juk uchyla drzwi.

Na progu stał Richard Morrell w policyjnym mundurze. A obok posterunkowi Hess i Lowe.

- Michael. - Richard skinął mu głową.

Próbował wejść za próg i coś go zatrzymało. Hess i Lowe wymienili zdziwione spojrzenia i 

też spróbowali wejść do środka. Bez skutku.

- Wejdźcie   -   powiedział   Michael   i   się   cofnął.   Tym   razem   wszyscy   trzej   mężczyźni 

przestąpili próg.

Richard spoglądał na Michaela uważnie.

- To chyba jakieś kpiny - stwierdził. - To jakieś kpiny. Po wszystkich tych latach wybrała 

ciebie?

Hess   i   Lowe   wymienili   spojrzenia,   jakby   dopiero   coś   do   nich   dotarło,   i   obaj   zrobili 

zaskoczone miny.

- Tak - przytaknął Michael. - Co z tego? Richard pokazał w uśmiechu wszystkie zęby.

- Gratulacje i tak dalej. Całe miasto będzie o tobie mówić. Przyzwyczaj się.

Michael zamknął za nimi drzwi.

- A co mi tam. Ile mamy czasu, żeby uratować Shane'a?

- Niewiele - westchnął Hess. - Problem w tym, że nie mamy punktu zaczepienia. Żadnych 

wskazówek.

- No   cóż,   my   jedną   mamy.   Wiemy,   że   furgonetka   jechała   przez   Podziemie   -   wyjaśnił 

Richard. - Mamy na to naocznego świadka. Prawda? - Popatrzył prosto na Claire, która pokiwała 

głową.   -   Sprawdziliśmy   wszystkie   nagrania   z   kamer   ochrony   i   namierzyliśmy   furgonetkę,   jak 

background image

wjeżdżała i wyjeżdżała z Podziemia kilka razy, ale potem ostatecznie zniknęła. Problem w tym, że 

jedna biała furgonetka niczym się nie różni od innej, zwłaszcza na zdjęciach z ulicznej kamery.

- Wiemy, że tata Shane'a miał mapę Morganville, którą dostał od Shane'a. Jesteście pewni, 

że Shane nie wspominał, gdzie jego tata mógł urządzić swoją bazę wypadową? - spytał Hess. - Nikt 

z was nic nie wie?

- Nigdy nic nie mówił - odparła Claire. - Nie mnie. A tobie, Michael? - Michael pokręcił 

głową przecząco. - Boże, nie mogę uwierzyć, że nikt nie wie, gdzie są ci faceci! Przecież gdzieś 

muszą być!

- Dwie osoby mogą wiedzieć, gdzie są - stwierdził Richard. - Shane albo ten motocyklista, 

Des. Albo jeden z nich, albo obaj powinni znać kryjówkę Franka.

- I nikt ich nie zapytał? - spytała Eve, a potem jej twarz zastygła z przerażenia. - O Boże. 

Ktoś pytał.

- Nie jest aż tak źle - uspokoił ją Lowe. - Byłem tam i widziałem. Nic im nie jest.

- Ale to nie znaczy, że to się nie zmieni - dodał Michael. - Zwłaszcza teraz. A może takie 

było   założenie,   Richard?   Wysłać   tutaj   dwóch   neutralnych   policjantów,   kiedy   wy   biciem 

wydobędziecie informacje od Shane'a?

Richard uśmiechnął się.

- Wiesz,   to   nie   jest   zły   pomysł,   ale   nie.   Naprawdę   myślałem,   że   dacie   nam   jakąś 

wskazówkę, gdzie mamy zacząć szukać.

Ale jeśli nic nam nie powiecie, być może zrealizujemy plan B. Ja nigdy za tym chłopakiem 

nie przepadałem. Michael zmrużył oczy, a Claire poczuła, że sojusz zaczyna się rozpadać.

- Zaraz i - krzyknęła. - Ja chyba coś mam, być może.

- Być   może?   -  Richard   spojrzał   na   nią.   -  Lepiej   się   wysil.   Na   szali   jest   życie   twojego 

chłopaka, a jeśli coś się stanie mojej siostrze, to przysięgam, że sam podłożę mu ogień pod stos.

Claire popatrzyła na Michaela, a potem na Eve.

- Widziałam go - powiedziała. - Tatę Shane'a. Był w Common Grounds.

- Co takiego?!

- W Common Grounds. Tego samego dnia, kiedy poznałam Sama. Zastanawiałam się, co 

tam robi, ale...

Richard przerwał jej, chwytając za T - shirt i przyciągając do siebie.

- Z kim rozmawiał? Z kim? - Potrząsnął nią.

- Rozmawiał z Oliverem.

Cisza. Wszyscy na nią patrzyli, a potem Hess przytknął dłoń do czoła. Lowe się odezwał:

- Zaraz,   zaraz,   momencik.   Dlaczego   Nieustraszony   Zabójca   Wampirów   miałby   gadać   z 

Oliverem? Przecież on wie, prawda? Kim jest Oliver?

background image

Claire pokiwała głową.

- Shane musiał mu powiedzieć. Wie.

- A Oliver wie, kim jest Frank Collins - powiedział Hess. - Poznałby go z widzenia. A więc 

mamy dwóch śmiertelnych wrogów, którzy ze sobą gadają, a my nie wiemy o czym. Kiedy to było, 

Claire?

- Tuż, zanim zginął Brandon.

Znów zapadła cisza, tym razem bardzo znacząca. Lowe i Hess patrzyli na siebie. Richard się 

nachmurzył. A po dłuższej chwili Lowe zapytał:

- Ktoś chce się założyć?

- Wal pan, panie posterunkowy - mruknął Richard. - Jeśli coś pan wie, proszę mówić.

- Nie   twierdzę,   że   wiem.   Mówię   tylko,   że   dam   sto   dolarów   za   to,   że   Oliver   wiedział 

wszystko   o   powrocie   Franka   Collinsa   do   miasta,   i   że   wykorzystał   Franka,   żeby   się   pozbyć 

kłopotliwego, molestującego dzieci bydlaka, który przestał mu być potrzebny.

- Dlaczego sam go nie zabił, jeśli chciał jego śmierci? - spytała Claire.

- Wampiry nie zabijają się nawzajem. Po prostu nie. Więc w ten sposób on i Frank osiągnęli 

swoje cele. Oliver wywołał chaos w Morganville. Amelie straciła kontrolę; słyszałem o ataku na nią 

w centrum.

Może Oliver miał nadzieję, że ją sprzątną, a wtedy mógłby przejąć władzę. Brandon to była 

chyba niewielka cena. - Przerwał i się zamyślił. - Zgaduję teraz tylko, ale założę się, że Oliver 

złożył  Frankowi mnóstwo  obietnic,  których  nigdy nie  zamierzał  dotrzymać.  Brandon miał  być 

dowodem   dobrej   woli   i   sprawdzianem   stanowczości   Franka.   A   zatrzymanie   Shane'a   stanowiło 

zabezpieczenie. Ale Oliver nie miał zamiaru pozwolić Frankowi zabijać bez końca. Zamieszanie to 

jedno, ale krwawa jatka to zupełnie co innego.

- I w czym nam to pomoże? - spytał Michael, - Nadal nie wiemy, gdzie oni są.

Hess sięgnął do kieszeni i wyjął z niej składaną mapkę, plan Morganville. Dzielnice były na 

niej oznaczone różnymi kolorami: żółtym - uniwersytet, bladoczerwonym - okolice zamieszkane 

przez   ludzi,   niebieskim   -   przez   wampiry.   Samo   centrum   miasta,   plac   Założycielki,   było 

zaczernione.

- Proszę - powiedział i podszedł do stołu w salonie. Michael odsunął na bok gitarę, a Hess 

rozłożył mapę. - Travis, wiesz, kto jest właścicielem czego w pobliżu placu, prawda?

Lowe nachylił się nad mapą, wyjął z kieszeni okulary do czytania i przyjrzał się dokładniej.

- Tu są magazyny. Vallery Kosomow ma ich kilka. A większość z tych należy do Josefiny 

Lowell.

- Czy coś w tej okolicy należy do Olivera?

- Ale dlaczego tutaj? - spytał Lowe.

background image

- Zechce pan odpowiedzieć na to pytanie, detektywie Morrell? - odezwał się Hess. Richard 

podszedł popatrzeć na mapę, a potem wskazał na coś palcem.

- Podziemie   przebiega   dokładnie   tędy   -   wskazał.   -   To   jest   jedyny   rejon,   w   którym   nie 

widzieliśmy wjeżdżającej lub wyjeżdżającej białej furgonetki.

- A to nam mówi, że... - spytał Hess.

- Cholera.   Oni   sfałszowali   te   nagrania   wideo.   Pokazywali   się   tam,   gdzie   ich   nie   ma, 

żebyśmy ich szukali po całym mieście. A ukryli się tutaj. - Richard popatrzył na Hessa, a potem na 

Lowe'a. - Oliver ma składy w pobliżu Bond Street. Przede wszystkim magazyny towarów.

- Panowie, zostały nam dokładnie... - Hess zerknął na zegarek. - Pięćdziesiąt dwie minuty. 

Zbierajmy się.

Ruszyli do drzwi i wszystko szło pięknie do chwili, kiedy Richard Morrell spojrzał na Claire 

i Eve, i wystawił ramię niczym ruchomą barykadę.

- O, nie, dzieciaki, nie wydaje mi się - powiedział.

- Mamy prawo...

- Mam już powyżej uszu tych waszych praw, Eve. Zostaniecie tutaj.

- A Michael idzie! - wykrzyknęła Claire i skrzywiła się, bo odezwała się jak rozkapryszone 

małe dziecko, zamiast jak godna zaufania osoba dorosła, za którą chciała uchodzić.

Richard przewracał oczami niemal z taką samą wprawą jak Eve.

- Mówisz jak moja siostra - mruknął. - Naprawdę mi się to nie podoba. I na mnie nie działa. 

Michael   może   sam   o   siebie   zadbać,   i   to   w   taki   sposób,   w   jaki   wy   nie   możecie,   więc,   mała, 

zostajecie w domu. Tutaj.

A Hess i Lowe go poparli.

Michael   zrobił   minę,   jakby   było   mu   trochę   przykro,   że   tak   to   wszystko   wyszło,   ale 

jednoczenie widać było, że poczuł ulgę, że one nie pojadą. Michael wziął kluczyki cadillaca Eve z 

tacy na stoliku, gdzie zawsze je zostawiała.

- Na wszelki wypadek - powiedział i wrzucił je sobie do kieszeni. - Nie żebym ci nie ufał, 

ale po prostu wiem, że ty mnie nigdy nie słuchasz.

Zatrzasnął drzwi tuż przed nosem Eve. I to by było na tyle, pomyślała Claire.

- W głowie mi się nie mieści, że oni nas zostawili - parsknęła Claire, gapiąc się na drzwi. 

Eve kopnęła w nie tak mocno, że aż na nich zostawiła czarny ślad, a potem poszła do salonu.

Stała przy oknie, póki wóz policyjny nie odjechał i nie zniknął w mroku nocy. A wtedy 

odwróciła się i spojrzała na Claire. Z uśmiechem.

- Co? - spytała Claire zaskoczona, bo Eve uśmiechała się coraz szerzej. - Cieszymy się, że 

nas tu zostawili?

- Tak, cieszymy się. Bo wiemy, dokąd pojechali. - Eve sięgnęła do kieszeni. Wyciągnęła z 

background image

niej drugie kółko z kluczyka mi i potrząsnęła nim. - I mam zapasowe kluczyki. No to jedzie my 

uratować im tyłki. Dobrze że policja z Morganville była zajęta czym innym, bo zdaniem Claire Eve 

złamała chyba wszystkie przepisy kodeksu drogowego. I to po dwa razy. Claire starała się za często 

nie otwierać oczu, tylko zerkała co przecznicę czy dwie, ale czuła, że jadą bardzo, bardzo szybko, i 

pokonują   zakręty   z   prędkością,   od   której   instruktor   jazdy   samochodem   dostałby   ataku   serca. 

Przynajmniej ruch uliczny był niewielki przed świtem. To już było coś, uznała Claire. Przytrzymała 

się pasa bezpieczeństwa, kiedy Eve z piskiem opon ostro skręciła w prawo, a potem jeszcze raz, i 

wreszcie wjechała do podziemnego tunelu.

- O Boże - szepnęła Claire. Jeśli przedtem groziła jej choroba lokomocyjną, to teraz W 

tunelu zrobiło jej się jeszcze gorzej. Mocno zacisnęła powieki i próbowała oddychać. Biorąc pod 

uwagę tę ciemność, jej panikę i strach przed zamkniętymi pomieszczeniami, nie zanosiło się na 

najbardziej udaną próbę niesienia ratunku wszech czasów.

- Już prawie jesteśmy - powiedziała Eve, ale Claire miała wrażenie, że ona to mówi do 

siebie. Eve też wcale nie była spokojna. To była żadna pociecha. - W lewo, w górę, prosto...

- To nie jest zakręt! - wrzasnęła Claire i zaparła się o deskę rozdzielczą, kiedy Eve wdepnęła 

hamulec i wielki samochód zaczął rozbryzgiwać płytką wodę na boki. - To ślepa odnoga!

- Nie, to jest zakręt - wydyszała Eve, walcząc z kierownicą i jakimś cudem - Claire nie miała 

pojęcia   jakim   -   wyprowadziła   samochód   z   poślizgu   i   pokonała   zakręt,   tylko   trochę   ocierając 

karoserią o betonową ścianę. - Auć. Będą ślady. - A potem roześmiała się głośno, i znów dodała 

gazu. - Trzymaj się, Claire, Misiaczku! Następny przystanek to Wariatkowo!

Claire pomyślała, że już tam trafiły.  Pogubiła się zupełnie w tej zawiłej  aż do mdłości 

drodze, którą jechały. Zaczęło jej się wydawać, że Eve nie ma zielonego pojęcia, dokąd jedzie, i 

tylko skręca jak popadnie, licząc, że znajdzie jakiś wyjazd, a potem nagle zakręty skończyły się, 

samochód podskoczył na jakimś wybrzuszeniu i znów jechały prostą, ciemną ulicą.

- Bond Street - oznajmiła Eve. - Miejsce wykwintnych wampirzych restauracji, eleganckich 

sklepów i... O cholera!

Zahamowała gwałtownie i zatrzymała samochód z takim szarpnięciem, że Claire uderzyłaby 

o deskę rozdzielczą, gdyby pas nie wpił się w jej ramię. Nie żeby Claire zwróciła na to jakąś 

szczególną uwagę, bo jak Eve była przerażona tym, co zobaczyła przed sobą.

- Powiedz mi, że to nie tutaj - jęknęła. Przed sobą widziały płomienie.

Policyjny   wóz   Richarda   Morrella   stał   tuż   przy   bramie   z   kutego   żelaza,   z   otwartymi 

drzwiami. Faceci musieli z niego wyskakiwać w pośpiechu. Eve podjechała jeszcze trochę bliżej, a 

potem obie dziewczyny z rosnącym przerażeniem spojrzały na płomienie buchające z okien i dachu 

wielkiego kamiennego budynku.

- A gdzie straż pożarna? - spytała Claire. - Gdzie policja?

background image

- Nie wiem, ale nie możemy liczyć na żadną pomoc. Nie dzisiaj w nocy. - Eve otworzyła 

drzwi od swojej strony i wysiadła. - Widzisz ich?

- Nie!   -   Claire   skrzywiła   się,   kiedy   szkło   posypało   się   z   trzaskiem   z   jednego   z   okien 

budynku. - A ty?

- Musimy się dostać do środka!

- Do środka? - Claire miała już powiedzieć, że to szaleństwo, ale potem zobaczyła za bramą 

jakąś leżącą bez ruchu postać. - Eve! - Podbiegła do bramy i zaczęła ją szarpać, ale okazała się 

zamknięta.

- Górą! - wrzasnęła Eve i zaczęła wspinać się na bramę. Claire poszła jej śladem. Żelazo 

było   śliskie   i   ostre,   kaleczyło   jej   dłonie,   ale   jakoś   udało   jej   się   wdrapać   na   szczyt,   a   potem 

przechylić przez krawędź i osunąć na drugą stronę. Wylądowała na ziemi twardo i niezgrabnie 

podniosła się na nogi. Eve, która ze skoczyła o wiele zręczniej, już biegła w stronę leżącego na 

ziemi faceta...

.. .który okazał się jednym ze zbirów Franka. Martwym. Eve bez słowa spojrzała na Claire i 

pokazała jej krew na własnym ręku, kręcąc głową. - Zastrzelili go - powiedziała. - O Boże, oni są w 

środku, Claire. Michael jest w środku!

Ale   nie   był,   bo   w   mgnieniu   oka,   kiedy   Eve   próbowała   podbiec   do   drzwi,   z   których 

wydostawał się dym, Michael wybiegł i złapał ją, odciągając w tył.

- Nie! - wrzasnął. - Co ty tu robisz, do diabła?

- Michael! - Eve obróciła się i rzuciła w jego ramiona. - Gdzie Monica?

- Tam.   -   Michael   wyglądał   okropnie,   osmalony   dymem,   z   zaczerwienionymi   oczami   i 

niewielkimi śladami przepaleń na koszuli. - Oni po nią poszli. Ja... Ja musiałem się cofnąć.

Wampiry giną od ognia, Claire przypomniała to sobie z listy,  którą zrobiła wkrótce po 

przyjeździe do Morganville. W głowie jej się nie mieściło, że i tak do tego stopnia ryzykował swoje 

życie.

- Do diabła, jasne, że musiałeś! - wrzasnęła Eve. - Jeśli tam wejdziesz i dasz się zabić dla 

Moniki Morrell, to ja ci tego nigdy nie wybaczę!

- To by nie było dla Moniki - powiedział. - Wiesz o tym.

Patrzyli w płomienie i czekali. Sekundy mijały, ale nie pojawiał się nikt, ani Monica, ani 

gliniarze.   Claire   dostrzegła,   że   horyzont   na   wschodzie   zaczynał   się   rozjaśniać,   ciemny   granat 

zaczynał blednąc.

Zbliżał się świt i prawie już się kończył czas, jaki mieli na sprowadzenie Moniki na plac 

Założycielki. O ile w ogóle uda im się ją tam sprowadzić.

O ile ona jeszcze żyje.

- Słońce wschodzi! - Michael próbował przekrzyczeć ryk ognia.

background image

Claire nie wiedziała, skąd to wiedział. Ale wiedział, kiedy jeszcze był duchem; pomyślała, 

że wampiry pewnie tak samo to wyczuwają. Nawet logiczne. To instynkt podpowiadał im, kiedy się 

schować.

- Musisz stąd odejść! - odwrzasnęła. Z drzwi budynku wydobyły się gęste kłęby dymu, od 

czego skuliła się i rozkaszlała. Wszyscy się cofnęli. - Michael, uciekaj! Już!

- Nie!

- Przynajmniej wsiądź do tego policyjnego wozu! - Eve wskazała ręką samochód po drugiej 

stronie bramy. - Ma przyciemniane okna! My zaczekamy tutaj, przysięgam!

- Ja cię nie zostawię!

Słońce uniosło się nad horyzont cienkim paskiem złota, a kiedy jego promienie padły na 

Michaela, jego skóra zaczęła skwierczeć i dymić. Syknął z bólu i zakrył dłonią oparzone miejsce. 

Blady płomyczek przeskoczył na jego dłoń.

Claire   i   Eve   wrzasnęły   jednym   głosem,   a   Eve   zaciągnęła   Michaela   w   cień.   To   trochę 

pomogło, ale niewiele, nadal się palił, tyle że wolniej. Michael jęknął i próbował stłumić krzyk 

bólu.

- Claire! - Eve rzuciła jej kluczyki do samochodu. - Staranuj bramę! Otwórz ją! Ale już!

- Ale... twój samochód?

- To tylko  pieprzony samochód! No dalej, rusz się! Nigdy go nie przerzucimy przez tę 

bramę!

Claire przelazła z powrotem przez śliską, ciepłą żelazną konstrukcję, kalecząc sobie dłonie 

w dwóch czy trzech miejscach, i tym razem spadając na ziemię, prawie nie poczuła uderzenia. 

Poderwała się i pobiegła w stronę cadillaca...

...a potem zmieniła kierunek biegu, wsiadła za kierownicę wozu policyjnego i uruchomiła 

silnik kluczykiem wciąż tkwiącym w stacyjce.

To pewnie jakieś wykroczenie, prawda? Ale w nagłych przypadkach. ..

Cofnęła samochód niemal do końca ulicy, zmieniła bieg i wcisnęła pedał gazu. Wrzasnęła i 

zdołała jakoś przytrzymać się kierownicy, kiedy brama zbliżała się do niej w szaleńczym tempie, 

potem rozległ się okropny trzask, a ona wdepnęła hamulec. Brama otworzyła się, pogięta, a silnik 

policyjnego wozu zaryczał i zgasł. Claire wysiadła i otworzyła tylne drzwi, a Eve pchnęła Michaela 

w ich stronę. Wskoczył do środka, a Claire zatrzasnęła za nim drzwi. Eve miała rację - okna były 

mocno przyciemnione, pewnie żeby chronić przed słońcem policjantów wampirów. Nic mu tam nie 

groziło.

Taką Claire miała nadzieję.

- A co z resztą? - wrzasnęła do Eve, która pokręciła głową. Obie obejrzały się na magazyn, 

który cały już teraz płonął, wystrzeliwując w poranne niebo płomienie o wysokości sześciu czy 

background image

dziesięciu metrów. - O Boże. O Boże! Musimy coś zrobić!

Dokładnie   wtedy   z   bocznych   drzwi   wytoczyły   się   dwie   postacie,   okopcone   czarnym 

dymem, i przewróciły się na chodnik. Eve i Claire podbiegły do nich. Przez sekundę Claire ich nie 

rozpoznała, tak byli umazani sadzą. Po chwili zrozumiała, że to Joe Hess.

I Travis Lowe. Obaj kasłali i wymiotowali jakąś czarną substancją.

- Wstawać! - rozkazała Eve i złapała Hessa za ramię, żeby go odciągnąć od budynku. - No 

już, wstawajcie!

Wstał,   chwiejąc   się,   a   Claire   udało   się   podnieść   Lowe'a.   Byli   już   w   połowie   drogi   do 

policyjnego wozu, kiedy Lowe osunął się na chodnik i znów zaczął wykasływać sobie płuca. Claire 

przykucnęła obok niego, żałując, że nie może mu jakoś pomóc, żałując, że tu nie ma tej cholernej 

straży... żałując...

- Przyjechałyśmy   za   późno   -   stwierdziła   Eve.   Patrzyła   na   słońce   wznoszące   się   nad 

horyzontem. - Za późno.

Hess stęknął.

- Nie. Jeszcze nie. Richard... Dotarł do Moniki...

- Co? Gdzie? - Claire odwróciła się i spojrzała na niego. Hess wyglądał prawie tak samo źle 

jak jego partner, ale przynajmniej mógł mówić. - Oni jeszcze żyją?

- Powinni iść tuż za nami - wykrztusił Lowe.

Claire   się   nie   zastanawiała.   Gdyby   dała   sobie   czas,   to   pewnie   sama   by   to   sobie 

wyperswadowała,   ale   myślenie   miała  „wyłączone”,   został   jej   tylko  instynkt.   Zresztą   nie   tylko, 

została jeszcze nadzieja na uratowanie Shane'a oraz poczucie, że nikomu nie może pozwolić zginąć 

taką śmiercią. Po prostu nie mogła.

Usłyszała, że Eve wrzeszczy jej imię, ale nie zatrzymała się, nie mogła się zatrzymać, biegła 

nadal, aż otoczył ją dym, a wtedy osunęła się na kolana i zaczęła posuwać na czworakach przez 

gorącą, duszną ciemność. Wymachiwała rękoma usiłując się czegoś złapać, czegokolwiek, mocno 

zaciskała powieki. Nawet tuż nad ziemią nie miała czym oddychać, a każdy byk powietrza, jaki 

udawało jej się złapać, był toksyczny i skażony, a nie odżywczy.

No dobra, to był naprawdę kiepski pomysł.

Nie   śmiała   wchodzić   za   daleko,   w   tym   chaosie   i   ciemności   mogła   już   nie   odnaleźć 

powrotnej drogi. Obok niej coś spadło z potężnym hukiem, a nad głową słyszała ryk ognia. Claire 

rozpłaszczyła się na ziemi, zwinęła, a potem - skoro nic jej nie przygniotło ani nie zaczęła się 

smażyć - zmusiła się, żeby brnąć dalej. Jedna minuta. Jedna minuta, a potem od razu do wyjścia.

Nie była pewna, czy uda jej się tu przetrwać jeszcze jedną minutę.

Macając przed sobą palcami, natrafiła na jakiś materiał. Claire otworzyła oczy i natychmiast 

tego pożałowała, bo dym palił i piekł, więc i tak nic nie mogła zobaczyć. Ale tak, rękę trzymała na 

background image

jakimś materiale, to były czyjeś spodnie...

Ktoś chwycił ją za rękę i wyjąkał:

- Zabierz stąd Monice!

Kolejny wybuch ognia rozjaśnił mrok i zobaczyła, że leżał tam Richard Morrell, skulony 

wokół   ciała   siostry.   Żeby   ją   chronić.   Monica   podniosła   na   nią   oczy   pełne   strachu.   Na   oślep 

wyciągnęła do niej ręce. Claire złapała te ręce i zaczęła ją ciągnąć w stronę, z której przyszła. Czuła 

powiew powietrza od drzwi i stąd znała kierunek.

- Złap swojego brata! - wrzasnęła. Monica chwyciła rękę Richarda, a Claire zaczęła z całej 

siły ciągnąć ich oboje do wyjścia.

Nie dała rady.

Nie była pewna, co się potem stało. W jednej chwili ciągnęła ich, w następnej leżała na 

ziemi i nie mogła oddychać, nie mogła przestać kaszleć. O nie. Nie, nie, nie. Ale nie mogła wstać, 

nie mogła zmusić swojego ciała do żadnego ruchu...

Shane...

Ktoś złapał ją za kostki u nóg i mocno pociągnął. Claire starczyło przytomności umysłu 

tylko na tyle, żeby mocno przytrzymać nadgarstek Moniki.

- Cholera! - Eve jęczała, kaszlała, a potem nagle Claire znalazła się za bramą i leżała na 

słońcu, patrząc, jak czarny dym wzbija się w powietrze. - Claire! Oddychaj, do ciężkiej cholery!

To raczej nie był oddech, tylko próba wyplucia sobie płuc, ale przynajmniej dostało się do 

nich trochę  świeżego powietrza.  Usłyszała,  że obok niej kaszle  ktoś  jeszcze i, unosząc głowę, 

zobaczyła Monice, podpartą na rękach i kolanach i wykasłującą czarną flegmę.

A teraz Eve za nogi wyciągała z budynku Richarda Morrella.

Eve padła na ziemię obok nich, też się rozkaszlała, a gdzieś ponad rykiem ognia Claire 

dosłyszała dobiegające z oddali syreny straży pożarnej, zupełnie jakby ktoś nagle je włączył. No, 

teraz przyjechali. Świetnie. Wreszcie przydadzą się te dolary płacone przez kogoś w podatkach, 

nawet jeśli nie przez nią samą...

Claire z trudem wstała. Ubranie miała miejscami nadpalone i czuła też swąd spalonych 

włosów. Wiedziała, że potem wszystko ją rozboli, ale na razie cieszyła się, że żyje.

- Weź Monice - wysapała do Eve i złapała Monice za jedno ramię. Eve chwyciła ją za 

drugie   i   zawlokły  ją  do   wozu   policyjnego.   Opierali   się  o   niego   Hess   i   Lowe.  Lowe,   co   było 

niesamowite, palił papierosa, ale teraz rzucił go i udało mu się podnieść na nogi. Zataczając się, 

doszedł do miejsca, gdzie leżał Richard. Pomógł mu wstać.

- Michael! - Eve postukała w szybę. Claire zamrugała łzawiącymi oczami, ledwie widziała 

jego   postać   przez   przyciemnianą   szybę.   -   Posuń   się!   -   Eve   ostrożnie   otworzyła   tylne   drzwi, 

uważając, żeby nie padło na niego światło słońca, i wsadziła Monice na tylne siedzenie, a potem 

background image

wsiadła obok nich. Monica jęknęła. - Och, a ty się zamknij i bądź wdzięczna!

Claire wsiadła od strony pasażera i spytała półprzytomnie:

- Kto prowadzi?

Za kierownicą usiadł Richard Morrell.

- Joe i Travis tu zostaną - powiedział. - A ja was potem przywiozę po samochód. A teraz 

trzymajcie się wszyscy.

Richard wycofał samochód, a potem popędził w stronę placu Założycielki na światłach i na 

sygnale. A Monice udało się pomiędzy kaszlnięciami wykrztusić pierwsze zrozumiałe słowa.

- Claire...   Ty   kretynko!   -   Głos   miała   ochrypły.   -   Myślisz...że   teraz...   zostaniemy... 

przyjaciółkami?

- O Boże, skąd - powiedziała Claire. - Ale moim zdaniem masz teraz u mnie dług. Monica 

tylko spiorunowała ją wzrokiem.

- Uznam, że jest wyrównany, kiedy puszczą Shane'a wolno. Monica znów kaszlnęła.

- Chciałabyś.

background image

ROZDZIAŁ 12

Na   placu   Założycielki   panował   chaos.   Richard   musiał   zatrzymać   samochód   niemal 

przecznicę   wcześniej,   tuż   poza   kordonem   policyjnych   wozów   błyskających   światłami.   Claire 

wysiadła i dostała kolejnego napadu kaszlu, tak dotkliwego, że Eve zaczęła j ą poklepywać po 

plecach nerwowo i zamiast niej odpowiadała na pytania ponurej policjantki, która stała na straży 

przy szlabanie.

- Musimy się zobaczyć z burmistrzem Morrellem - wyjaśniła.

- Burmistrz jest zajęty - powiedziała policjantka. - Musicie zaczekać.

- Ale...

Monica wygramoliła się z tylnego siedzenia i oczy policjantki otworzyły się szerzej.

- Panna Morrell? - No cóż, Claire musiała przyznać, że ten okopcony strach na wróble z 

włosami przypalonymi żarem nie przypominał zwykłej Moniki. W głębi duszy miała nadzieję, że 

ktoś jej porobi zdjęcia. I umieści je w Internecie.

Kiedy Richard też wysiadł, policjantka aż głośno przełknęła ślinę.

- Jezu. Przepraszam pana. Chwileczkę. Zaraz tu kogoś sprowadzę. - Policjantka wzięła do 

ręki radio i zaczęła przekazywać informacje, a kiedy czekali, podała im z samochodu butelki wody. 

Claire  wzięła  dwie i  z powrotem wsiadła  na tylne  siedzenie  policyjnego  wozu, gdzie  Michael 

siedział z zamkniętymi oczami.

Drgnął i spojrzał na nią, kiedy zawołała go po imieniu. Nie wyglądał za dobrze - był blady 

jak papier, miał ślady po oparzeniach i najwyraźniej robiło mu się niedobrze. Podała mu wodę.

- Nie wiem, czy to coś pomoże, ale proszę...

Michael pokiwał głową i wypił kilka ryków. Claire otworzyła swoją butelkę i zaczęła pić, 

niemal jęcząc z rozkoszy. Nigdy w życiu nic jej nie smakowało tak jak ta ciepława, pozbawiona 

bąbelków woda, spłukująca z gardła smak dymu.

- Myślałem... - Michael oblizał wargi i znów oparł głowę o siedzenie. - Myślałem, że jednak 

będę silniejszy. Widywałem inne wampiry w ciągu dnia.

- Starsze - powiedziała Claire. - Myślę, że to musi potrwać. Po prostu musisz cierpliwie 

czekać, Michael.

- Cierpliwie? - Zamknął oczy. - Claire. Dziś po raz pierwszy od prawie roku wyszedłem z 

domu,   mojemu   najlepszemu   przyjacielowi   nadal   grozi   wyrok   śmierci,   a   ty   mi   nakazujesz 

cierpliwość?

Rzeczywiście, głupio to zabrzmiało. W milczeniu napiła się wody, ocierając pot z czoła i 

krzywiąc się na widok brudnych rąk.

Wszystko będzie dobrze, powiedziała sobie. Wydostaniemy Shane'a, pojedziemy do domu. 

background image

Wszystko będzie dobrze.

Nawet   teraz   wiedziała,   że   to   mało   prawdopodobne,   ale   musiała   się   czegoś   trzymać. 

Oczekiwanie   trwało   zaledwie   jakieś   pięć   minut,   a   potem   pojawił   się   burmistrz   w   otoczeniu 

zaniepokojonej świty i dwóch lekarzy, którzy z miejsca zajęli się Monicą i Richardem, ignorując 

Claire i Eve.

- Nic nam nie jest, dzięki - odezwała się Eve z ironią. - Same rany cięte. Niech pan słucha, 

dotrzymaliśmy umowy. Chcemy Shane'a. Ale już.

Burmistrz, który ściskał pobrudzoną sadzami córkę, ledwie zwrócił uwagę na dziewczyny.

- Spóźniłyście się - powiedział.

Pod Claire ugięły się kolana. Wszystko do niej wróciło - ogień, dym, strach. Shane. Och, 

nie, nie, to niemożliwe...

Burmistrz, patrząc na ich miny, musiał się zorientować, co ona pomyślała i co przyszło na 

myśl także Eve, bo momentalnie się rozzłościł.

- Nie, nie to - powiedział. - Richard uprzedził, że jesteście w drodze. Powiedziałem, że 

zaczekam. A ja dotrzymuję danego słowa.

- Akurat   -   mruknęła   Eve   i   próbowała   pokryć   to   kaszlnięciem.   -   No  dobra,   to   dlaczego 

jesteśmy za późno?

- Już go tu nie ma - powiedział burmistrz. - Jego ojciec przypuścił atak tuż przed świtem, 

kiedy nasza uwaga skupiła się na pożarze w magazynie. Wydostali Shane'a i tego człowieka z 

klatek, zabili pięciu moich ludzi. Chcieli wyjechać z miasta, ale udało nam się ich tym razem 

osaczyć. Niedługo będzie po wszystkim.

- Ale... Shane! - Claire spojrzała na niego błagalnie.  - My dotrzymaliśmy swojej części 

umowy. Proszę, nie może pan go po prostu wypuścić?

Burmistrz Morrell spojrzał na nią gniewnie.

- Umowa była taka, że ja go wypuszczę, jeśli przywieziecie z powrotem moją córkę. No cóż, 

jest wolny. Jeśli pozwoli się zabić, ratując tego swojego tak zwanego ojca, to już naprawdę nie 

moja sprawa. - Objął ramieniem Monice i Richarda. - Chodźcie, dzieci. Opowiecie mi, co się stało.

- Ja panu opowiem, co się stało - odezwała się Eve wściekle. - Uratowałyśmy im obojgu 

życie. A tak przy okazji, może pan nam za to podziękować w dogodnej dla siebie chwili.

Sądząc po poirytowanym spojrzeniu burmistrza, uwaga Eve go nie rozbawiła.

- Gdybyście   nie   naraziły   ich   na   niebezpieczeństwo,   nic   z   tego   by   się   nie   wydarzyło   - 

stwierdził. - Możecie uważać, że macie szczęście, że was nie wtrącę do więzienia za pomoc zabójcy 

wampirów i podżeganie do popełnienia przestępstwa. A teraz, jeśli chcecie mojej rady, wracajcie do 

domu. - Pocałował córkę w brudne włosy. - Chodź, moja księżniczko.

- Tato - odezwał się Richard. - Ona ma rację. Naprawdę uratowały nam życie.

background image

Burmistrz rozzłościł się jeszcze bardziej.

- Synu, ja wiem, że możesz czuć wdzięczność wobec tych dziewczyn, ale...

- Po prostu niech nam pan powie, gdzie jest Shane - ucięła Claire. - Proszę. Tylko tego 

chcemy. Dwóch Morrellów wymieniło spojrzenia, a potem Richard powiedział:

- Znacie stary szpital? Ten na Grand Street? Eve pokiwała głową.

- Imienia Naszej Pani? Myślałam, że go już zburzyli.

- Rozbiórka jest planowana na przyszły tydzień - dodał Richard. - Zabiorę was tam.

Claire o mały włos nie rozpłakała się z ulgi. Nie żeby problem się rozwiązał - bo się nie 

rozwiązał - ale przynajmniej mogli wykonać jakiś kolejny ruch.

- Richard - odezwał się burmistrz. - Nie jesteś im nic winien.

- Owszem, jestem. - Richard popatrzył na Eve, a potem na Claire. - I nie zapomnę o tym. 

Eve wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

- Niech się pan nie martwi. Nie damy panu zapomnieć.

Mimo że był dzień, wkoło widać było wampiry. Claire uznała, że to coś niezwykłego, ale 

jak   bardzo   niezwykłego,   dotarło   do   niej,   dopiero   kiedy   Richard   Morrell,   zwalniając   tak,   że 

policyjny samochód wlókł się w żółwim tempie, zagwizdał pod nosem.

- Oliver zwołał swoje oddziały - oznajmił. - To niedobrze dla waszego przyjaciela. I dla jego 

ojca.   Ulice   wokół   masywnego   budynku   starego   szpitala   pełne   były   samochodów...   Wielkich 

samochodów z przyciemnianymi szybami. Było tam też sporo wozów policji, ale jakoś to te duże z 

ciemnymi szybami sprawiały groźne wrażenie.

Podobnie   jak  postacie  stojące  w  cieniu  i   otaczające   budynek.  Niektórzy  mieli   na  sobie 

płaszcze  i kapelusze  mimo  dokuczliwego  upału.  Zebrała  się  ich tam przynajmniej  setka,  same 

wampiry.

A na środku, tuż na granicy cienia i słonecznego światła, stał Oliver. Miał na sobie długi 

czarny skórzany płaszcz i skórzany kapelusz z szerokim rondem, a ręce okrył rękawiczkami.

- O rany. Chyba nic tu nie wskóracie - powiedział Richard. Oliver obrócił głowę w ich 

stronę i wyszedł na słońce. Wampir zbliżał się do nich powolnym, swobodnym krokiem. - Może 

powinienem was jednak zabrać do domu.

Jeszcze   nie   zdążyły   powiedzieć   Richardowi,   że   nie,   kiedy   Oliver   przebył   dzielącą   ich 

odległość i otworzył tylne drzwi policyjnego wozu.

- Może powinieneś raczej dołączyć do nas - powiedział i obnażył kły w uśmiechu. - Ach, 

Michael. Wreszcie poza domem, jak widzę. Wszystkiego dobrego z okazji urodzin. Sugerowałbym, 

dla twojego dobrze pojętego bezpieczeństwa, żebyś dzisiaj rano nie wychodził z cienia. Zresztą 

chyba nie miałbyś na to siły.

A potem złapał za gardło siedzącą najbliżej drzwi Claire.

background image

Claire usłyszała krzyk Eve i Michaela, i czuła, że Eve usiłuje ją przytrzymać, ale Eve w 

żaden sposób nie mogła siłować się z Oliverem. Po prostu wyjął Claire z samochodu jak szmacianą 

laleczkę, mocno zaciskając palce na jej szyi, a potem pociągnął ją na ulicę.

- Shane! Shane Collins! - zawołał. - Mam tu coś dla ciebie! Chciałbym, żebyś bardzo dobrze 

się temu przyjrzał!

Claire złapała go obiema dłońmi za rękę, usiłując się wyrwać, ale bezskutecznie. Wiedział, 

jak mocno ją trzymać, żeby nie zmiażdżyć jej gardła ani nie odciąć dopływu powietrza do płuc. 

Zwalczyła kolejny napad panicznego kaszlu i próbowała wymyślić jakieś wyjście z tej sytuacji.

- Zabiję tę dziewczynę - ciągnął Oliver - chyba że przysięgnie mi wierność i służbę przy 

wszystkich  świadkach, Shane, a ty możesz ją ocalić, zawierając taki sam kontrakt. Masz dwie 

minuty na podjęcie decyzji.

- Dlaczego?   -   szepnęła   Claire.   Zabrzmiało   to   jak   pisk   myszy.   Oliver,   który   patrzył   na 

odrapaną fasadę starego szpitala, z jego zniszczonymi płaczącymi aniołami i barokowymi rzeźbami, 

na  moment  zwrócił  uwagę  na   nią.  Poranek  był   słoneczny  i   bezchmurny,   słońce  jak  rozgrzana 

moneta centowa świeciło na bezchmurnym niebie. Wydawało się, że to nie w porządku, żeby jakiś 

wampir stał w pełnym słońcu.

A on się nawet nie pocił.

- Co   dlaczego,   Claire?   To   nie   jest   precyzyjne   pytanie.   Walczyła   o   oddech,   bezradnie 

chwytając jego palce.

- Dlaczego... zabiłeś Brandona?

Przestał się uśmiechać, a jego oczy spojrzały czujniej.

- Bystra jesteś - powiedział. - Mimo wszystko bystrość może ci nie służyć. Powinnaś zadać 

pytanie, po co mi twoja służba.

- Dobrze - wykrztusiła. - To po co?

- Bo Amelie wyznaczyła ci jakąś rolę. A ja nie przywykłem dawać Amelie tego, na co ma 

ochotę. To nie ma nic wspólnego z tobą, ale wiele wspólnego z historią. Niestety, za moją sprawą 

ten   problem   zaczyna  ciebie   dotyczyć.   Ale   rozchmurz   się,   jeśli   twój   chłopak   złoży   za   ciebie 

przysięgę, daruję mu życie. Pozwolę ci go widywać od czasu do czasu.

Kochankowe urodzeni pod nieszczęśliwą gwiazdą to bardzo zabawny spektakl.

Claire wydawało się, że Amelie nie ma z niej żadnego pożytku, ale nie spierała się w tej 

sprawie. W sumie nie mogła. Właściwie nic nie mogła, mogła tylko stać na czubkach palców, 

walczyć o każdy oddech i mieć nadzieję, że znajdzie w końcu jakieś wyjście z tej durnej sytuacji, w 

którą się wplątała. Znowu.

- Jedna minuta! - zawołał Oliver. W budynku coś się poruszyło, coś zabłysło przy paru 

oknach. - No cóż. To wygląda na przypadek przemocy domowej.

background image

Miał na myśli to, że tata Shane'a znów go bił. Claire wyrywała się, chcąc zobaczyć, co się 

tam dzieje, ale Oliver trzymał ją mocno. Mogła coś zobaczyć tylko kątem oka, a to, co dostrzegła, 

nie wyglądało dobrze. Shane stał w drzwiach szpitala i usiłował się wyrywać, ale ktoś go wciągał z 

powrotem do środka.

- Trzydzieści sekund! - zawołał Oliver. - No, teraz to już naprawdę ostatnia chwila. Jestem 

nieco zdziwiony, Claire. Chłopak naprawdę walczy o szansę uratowania ciebie. Powinnaś być pod 

wielkim wrażeniem.

- A   ty   powinieneś   zabrać   od   niej   swoje   łapy,   Oliver   -   odezwał   się   za   nimi   jakiś   głos, 

któremu   towarzyszył   z   niczym   niemożliwy   do   pomylenia   odgłos   przeładowywanej   broni.   - 

Poważnie. Nie mam nastroju, jestem zmęczony i chciałbym już wracać do domu.

- Richard. - Oliver i odwrócił się w jego stronę. - Wyglądasz beznadziejnie, przyjacielu. Nie 

masz wrażenia, że powinieneś być z rodziną zamiast przejmować się tymi... wyrzutkami?

Richard podszedł bliżej i lufą strzelby uniósł brodę Olivera.

- Tak, powinienem. Ale jestem im coś winien. Powiedziałem... Oliver uderzył go z boku. 

Richard upadł na chodnik, a strzelba obok niego.

- Słyszałem   cię   za   pierwszym   razem   -   odezwał   się   łagodnie   Oliver.   -   Doprawdy,   w 

dziwnych  miejscach zawierasz przyjaźnie. Claire, chyba  będziesz musiała  wszystko  mi później 

opowiedzieć. - Odezwał się głośniej: - Czas minął! Claire Danvers, czy powierzasz mi swoje życie, 

swoją   krew   i   przy   sięgasz   służyć,   aż   po   kres   swojego   życia,   którym   będę   mógł   dowolnie 

rozporządzać?  Powiedz   tak,  moja  droga,  bo  jeśli  nie,  to  ja  po prostu  zacisnę  rękę.  To  bardzo 

nieprzyjemna śmierć.

Zanim się udusisz, miną całe minuty, a Shane będzie musiał na to wszystko patrzeć.

Claire w głowie się nie mieściło, że kiedyś uważała Olivera za rozsądnego i miłego, i w 

ogóle za człowieka. Patrzyła w jego zimne oczy i zobaczyła, że spod kapelusza spływa mu po 

twarzy strużka potu koloru krwi.

I zdała sobie sprawę, że już nie stoi na palcach. Mocno stała na ziemi.

On słabnie!

Nie żeby jej to w czymkolwiek miało pomóc.

- Czekaj. - To był  głos Shane'a. Claire złapała haust powietrza i zobaczyła,  że, kulejąc, 

wychodzi z budynku szpitala na otwarty teren i zmierza w jej stronę. Twarz miał zakrwawioną i coś 

było nie tak z jego kostką u nogi, ale nie przystawał. - Chcesz mieć sługusa? To może mnie?

- Ach. Pojawił się nasz bohater. - Oliver odwrócił się w jego stronę i Claire zdołała wtedy 

lepiej przyjrzeć się Shane'owi. Zobaczyła w jego oczach strach i serce wezbrało jej współczuciem. 

Tyle już wycierpiał, nie zasługiwał jeszcze i na to. Nie na to. - Tak myślałem, że to powiesz. No, a 

jeśli wezmę was oboje?

background image

Jestem szlachetnym szefem. Zapytaj Eve.

- Nie wierz w nic, co on mówi. On współpracuje z twoim tatą - wysapała Claire. - Przez cały 

czas działali razem. To on im zlecił zabicie Brandona. Shane...

- Ja to wszystko wiem - przyznał Shane. - Polityka, prawda, Oliver? Ty i Amelie, i te wasze 

gierki. Jesteśmy dla was tylko pionkami. Ale ona nie jest żadnym pionkiem. Puszczaj ją.

- Dobrze, mój młody rycerzu - zgodził się Oliver i uśmiechnął się. - Skoro nalegasz. On ją 

zabije, on ją naprawdę...

Shane miał coś w ręku i teraz rzucił to prosto w oczy Oliverowi.

Wyglądało jak woda, ale musiało palić jak kwas. Oliver puścił Claire i wrzasnął, zatoczył 

się w tył, zerwał kapelusz z głowy i zgięty wpół, zaczął ocierać sobie twarz...

Shane złapał Claire za rękę i, ciągnąc ją za sobą, ruszył biegiem, utykając na jedną nogę.

Prosto do starego budynku szpitala.

Z rykiem policjanci, wampiry i ich podwładni rzucili się, przez parking. Niektóre wampiry 

padły w promieniach słońca, ale nie wszystkie. Zdecydowanie nie wszystkie.

Shane wepchnął Claire do środka budynku i wrzasnął:

- Teraz!

Wielkie,   drewniane   biurko   spadło   z   trzaskiem,   blokując   wejście,   a   z   balkonu   zrzucono 

jeszcze jedno. Shane, mocno zdyszany, złapał Claire i przyciągnął do siebie w mocnym uścisku.

- Nic ci nie jest? - spytał. - Żadnych ugryzień?

- Nic mi nie jest - sapnęła. - O Boże, Shane!

- A więc te sadze to tylko taka moda. Nic ci nie jest. Przywarła do niego mocno.

- Był pożar.

- Nic mi nie mów. Tata potrafi narobić zamieszania. - Shane z trudem przełknął i odsunął ją 

od siebie. - Wyciągnęliście stamtąd Monice? Tata mi powiedział... No cóż, chciał ją tam zostawić. - 

Pokiwała głową. Shane odetchnął z ulgą. - Usiłowałem do tego nie dopuścić, Claire. Nie chciał 

mnie słuchać.

- Nigdy nie słuchał. Nie zauważyłeś? Wzruszył ramionami i rozejrzał się wkoło.

- Zabawne, wciąż mi się wydaje, że słucha. Gdzie Eve? W tym policyjnym samochodzie?

Z Michaelem, chciała już powiedzieć, ale zdała sobie sprawę, że to chyba nie jest najlepszy 

moment, żeby zawiadamiać Shane'a, że jego najlepszy przyjaciel został prawdziwym wampirem. 

Shane ledwie zdążył się przyzwyczaić, że jest duchem.

- Tak. Jest w samochodzie. - Uniosła koniec jego koszuli i otarła mu krew z twarzy.

- Auć.

- Gdzie twój tata?

- Wynoszą się stąd - powiedział. - Chciał mnie ze sobą zabrać. Powiedziałem, że pójdę, 

background image

kiedy tylko cię odbiję. A więc... Pewnie trzeba się stąd zbierać.

Dobiegł ich brzęk metalu i świat Claire rozszerzył się stopniowo na tyle, że objął nie tylko 

cud, jakim było odzyskanie Shane'a, ale i pomieszczenie w którym byli. Nieliczne meble, takie jak 

tamte biurka piętrzyły się w stosach, ściany poczerniały od wilgoci i pleśni, świetlówki nad ich 

głowami zwisały pod dziwnymi kątami i mogły pospadać przy najlżejszym wstrząsie.

Pachniało tu starzyzną - gorzej, w powietrzu czuło się śmierć, jakby przez całe lata zdarzały 

się tu jakieś straszne rzeczy. Claire przypomniał się Dom Glassów i zgromadzona w jego wnętrzu 

energia... Jakiego rodzaju energia zgromadziła się tutaj? I skąd się wzięła? Zadrżała na samą myśl.

- Zbliżają się! - zawołał ktoś z góry i Shane uniósł rękę w geście potwierdzenia. - Czas się 

stąd wynosić, do diabła!

- Już idę! - Złapał Claire za rękę. - Chodź. Można się stąd wydostać.

- Którędy?

- Tunelami kostnicy.

- Co?

- Zaufaj mi.

- Ufam ci, ale... Tunele kostnicy?

- Tak - powiedział Shane. - W połowie lat pięćdziesiątych  je zapieczętowano, ale jeden 

otworzyliśmy. Nie ma go na mapach. Nikt go nie pilnuje.

- Ale kto jest tu z tobą?

- Kilku pomocników taty.

- I to wszystko? - Była przerażona. - Ty wiesz, że tam na zewnątrz jest sto wściekłych 

wampirów, prawda? I że mają broń?

Wzmógł się hałas przy drzwiach. Biurka blokujące wejście przesuwały się po podłodze, 

centymetr po centymetrze. Widziała że do środka zaczyna wpadać dzienne światło.

- Lepiej się wynośmy - zawyrokował Shane. - Chodź.

Claire   pozwoliła   mu   się   pociągnąć   i   tylko   oglądała   się   za   siebie,   widząc,   jak   biurka 

przesuwając się, umożliwiając atakującym dostanie się do środka.

Shane pomachał ręką wielkiemu facetowi w czarnej skórze, kiedy go mijali,  i we troje 

wbiegli na korytarz pierwszego piętra.

Był   mroczny,   brudny   i   przerażający,   ale   nie   tak   przerażający   jak   hałasy   dobiegające   z 

parteru. Shane miał ze sobą latarkę i włączył ją, żeby mogli ominąć ewentualne przeszkody na 

drodze   -   przewrócone   stojaki   do   kroplówek,   jakiś   porzucony,   zakurzony   wózek   na   kółkach, 

przewrócone na bok łóżko szpitalne.

- Szybciej - sapnęła Claire. Wampiry już były w środku.

Claire   uznała,   że   nie   więcej   niż   połowie   wampirów   udało   się   przedostać   przez   zalany 

background image

światłem słonecznym parking, ale te, które miały dość siły, teraz były w budynku, a tu przywitała je 

ciemność. Nic im tu nie groziło.

Shane wiedział, dokąd biegnie. Skręcił za róg w prawo, a potem w lewo, szarpnął jakieś 

drzwi przeciwpożarowe i wepchnął Claire na klatkę schodową.

- Na górę! - rzucił. - Dwa piętra, potem w lewo!

Na  schodach   były   jakieś   rzeczy,   Claire   nie   widziała   ich   dobrze,  chyba   że  oświetliła   je 

latarka Shane'a, ale wszystkie śmierdziały zgnilizną. Próbowała nie oddychać i unikać lepkich kałuż 

- sama nie wiedziała czego i wolała nie myśleć, że to krew i biegła w górę po schodach. Najpierw 

jedno piętro, potem kolejne schody, tym razem czyste, pomijając potłuczone butelki, o które się 

potykała.

Szarpnęła drzwi pożarowe dwa piętra wyżej i o mało nie wyrwała sobie ręki ze stawu.

Bo były zamknięte.

- Shane!

Odsunął ją, złapał za klamkę i pociągnął.

- Cholera! - Kopnął wściekle w drzwi, przez moment wyglądał, jakby nie wiedział, co robić, 

a potem rzucił się znów na schody. - Wyżej! Już!

Na czwartym piętrze drzwi były otwarte i Claire wypadła w ciemność za nimi. Nadepnęła na 

coś,   potknęła   się   i   poleciała   na   podłogę.   Shane   poświecił   latarką   w   jej   stronę,   oświetlając 

poczerniały linoleum, jakiś stos pudeł i...

...ludzki szkielet. Claire wrzasnęła i rzuciła się do tyłu, a potem zdała sobie sprawę, że to 

była pomoc do nauki anatomii na medycynie. Szkielet, w który wdepnęła, rozsypał się po podłodze.

Shane złapał Claire za ramię, postawił ją na nogi i pociągnął za sobą. Claire obejrzała się. 

Nie widziała motocyklisty, tego, który biegł za nimi. Gdzie on się...

Usłyszała krzyk.

Och.

Shane ciągnął ją długim korytarzem, potem skręcił w lewo i pociągnął Claire za sobą. Do 

kolejnej ewakuacyjnej klatki schodowej. Otworzył drzwi i pędem zbiegli jedno piętro niżej.

Drzwi były otwarte. Shane wybiegł z nią na kolejny długi korytarz i liczył mijane drzwi.

Zatrzymał się przed trzynastymi.

- Do środka - powiedział i otworzył drzwi kopniakiem. Metal ustąpił ze zgrzytem. Coś się 

potłukło z hałasem.

Claire zrobiło się zimno, bo weszła do czegoś, co wyglądało jak prosektorium. Nosze z 

nierdzewnej stali, w ścianach szafy z nierdzewnej stali, niektóre otwarte, a w nich widoczne kolejne 

nosze.

Tak, była już całkiem pewna, że to kostnica. I całkiem pewna, że ona jej się jeszcze nieraz 

background image

przyśni w koszmarach, to znaczy, o ile jeszcze kiedykolwiek uda jej się zasnąć.

- Tędy - polecił Shane i otworzył coś, co wyglądało na zsyp do brudnej bielizny. - Claire.

- Och, do diabła, nie! - Nienawidziła ciasnych pomieszczeń, więc nic gorszego nie mogła 

sobie wyobrazić. Nie miała pojęcia, ile to trwało, ale szyb był wąski i ciemny, a Shane przecież 

mówił coś o tunelach kostnicy? Czy to był szyb do wyrzucania zwłok? Może jeszcze tkwiło w nim 

jakieś ciało! O Boże...

Z zewnątrz dochodziły krzyki, zbliżał się wściekły tłum.

- Wybacz, nie ma czasu - powiedział Shane, a potem podniósł ją i wrzucił nogami naprzód 

do   szybu.   Próbowała   nie   wrzasnąć.   I   może   jej   się   nawet   udało,   kiedy   spadała   w   tunelu 

przeznaczonym tylko dla zmarłych.

background image

ROZDZIAŁ 13

Wylądowała ciężko, na kamieniach i zdusiła jęk. Jakaś ręka zacisnęła się na jej ramieniu i 

pomogła wstać. Usłyszała za sobą głośny hurgot i zeszła z drogi w samą porę, kiedy Shane - a 

przynajmniej wydawało jej się, że to właśnie Shane - wypadł z szybu zaraz po niej.

A potem zapaliły się światła.

No cóż, może nie zaraz światła. Jedno światło. Światło jednej latarki.

Którą trzymał tata Shane'a.

Rzucił chłodne spojrzenie na syna, potem na Claire i zapytał:

- Gdzie Des?

Shane zrobił zdziwioną minę.

- Tato! Ty miałeś stąd zniknąć! Przecież o to właśnie chodziło!

- Gdzie jest Des, do diabła?

- Nie ma go! - krzyknął Shane. - Cholera, tato...

Frank Collins był wściekły, drgały mu mięśnie twarzy, przesunął promień latarki. Claire 

zobaczyła, że oświetlił dwóch innych facetów stojących w mroku.

- Dobra - rzucił. - To do roboty.

- Jakiej roboty? - spytał ostro Shane. Skrzywił się, opierając ciężar ciała na skręconej kostce. 

- Tato, co tu się, u diabła, wyprawia? Powiedziałeś, że wyjeżdżasz.

- Nie  zabiłem  dość  wampirów,  żeby wyjechać   - warknął  Frank  Collins.  -  Ale niedługo 

wyrównam rachunki.

Dwóch facetów, których oświetlił latarką, klęczało przy czymś, co wyglądało jak płytka 

obwodu   wymontowana   z   jakiegoś   starego   komputera.   Była   podłączona   do   samochodowego 

akumulatora. Jeden z tych facetów trzymał dwa kable za izolowaną część, ale ich końcówki były 

gołe jak świeżo odarte z osłonek.

Wszystko zaczęło się zgadzać.

Tata Shane'a znów go wykorzystał. Wykorzystał jako przynętę, pozwalając synowi myśleć, 

że jest bohaterem, gdy tymczasem Shane odwracał uwagę wampirów, żeby dać jego ojcu czas na 

ucieczkę.

Wykorzystał go, żeby zwabić wampiry w jedno miejsce. Ale nie były tam tylko wampiry, 

było  też wielu ludzi. Policjanci i kandydaci na wampiry.  I ludzi, którzy znaleźli się tam tylko 

dlatego, że byli coś winni Oliverowi.

To było zabójstwo z zimną krwią.

Richard powiedział: rozbiórka w tym tygodniu. A środki wybuchowe już rozmieszczono.

- Oni wysadzą budynek! - wrzasnęła Claire i odskoczyła.  Z motocyklistami walczyć nie 

background image

mogła, ale nie musiała.

Wystarczyło tylko wyszarpać kable łączące się z płytką.

Wyrwała je i posypały się bladoniebieskie iskry, a Claire miała szczęście, że nie kopnął jej 

prąd. Jeden z motocyklistów dobiegł do niej i odepchnął, patrząc na to, co zrobiła, i pokręcił głową.

- Mamy problem! - wrzasnął. - Zniszczyła  płytkę! Trzeba czasu, żeby znów ją podpiąć! 

Frank poczerwieniał ze złości i podbiegł do Claire, unosząc pięści w górę.

- Ty głupia mała...

Shane złapał jego pięść i przytrzymał.

- Dość tego - powiedział. - Wystarczy, tato. Już dosyć.

Frank spróbował go uderzyć. Shane uchylił się. Znów przyjął cios na otwartą dłoń. Trzeci 

zablokował   i   oddał.   Tylko   raz.   Frank   poleciał   na   plecy,   a   na   jego   twarzy   pojawiło   się   coś 

przypominającego strach.

- Wystarczy   -   powtórzył   Shane.   Claire   jeszcze   nigdy   nie   widziała,   żeby   wyglądał   tak 

groźnie. - Masz jeszcze czas na ucieczkę, tato. Lepiej zrób to, póki się da. Oni się niedługo połapią, 

gdzie jesteśmy, a wtedy wiesz co? Ja za ciebie umierał nie będę. Już nigdy.

Frank otworzył usta, a potem je zamknął. Otarł krew, gapiąc się na Shane'a i wstając na 

nogi.

- Myślałem, że rozumiesz - syknął. - Myślałem, zechcesz...

- Wiesz, czego ja chcę, tato? - spytał Shane. - Ja chcę odzyskać własne życie. Chcę mieć 

dziewczynę. I chcę, żebyś wyjechał i nigdy tu już nie wracał.

Oczy Franka zrobiły się puste.

- Twoja matka przewraca się w grobie. Zdradzasz swoją rodzinę. Swojego ojca. I stajesz po 

stronie pasożytów, które żerują na tym mieście.

Shane   mu   nie   odpowiedział.   Obydwaj   patrzyli   na   siebie   przez   kilka   długich   sekund   w 

gniewnym   milczeniu,   a   potem   Claire   usłyszała   dochodzący   z   góry   szczęk   metalu.   Pociągnęła 

Shane'a za rękaw.

- Chyba znaleźli zsyp - powiedziała. - Shane...

- Powinienem był zostawić cię w tej cholernej klatce, żebyś się w niej upiekł, niewdzięczny 

mały bydlaku. Nie jesteś moim synem.

- Alleluja - zakończył cicho Shane. - Nareszcie wolny! Jego tata wyłączył latarkę i w mroku 

Claire usłyszała tupot nóg.

Shane złapał Claire za spoconą rękę i razem pobiegli w przeciwną stronę, a Shane bez tchu 

liczył kroki, aż na końcu tunelu zobaczyli blask światła.

Shane chciał uciekać, ale ucieczka była niemożliwa. Chyba żeby wyjechali z Morgamdlle, 

ale nawet wtedy, jak wreszcie zrozumiała Claire, wampiry nie dałyby im spokoju. Nie po tym, co 

background image

już zrobili czy prawie zrobili.

Więc musiała to jakoś wszystko naprawić.

Shane snuł monolog, planował, że ukradną samochód, a potem wyjadą za granice miasta, a 

może i stanu.

Claire milczała, dopóki nie zobaczyła czerwonych i niebieskich świateł policyjnego wozu 

nadjeżdżającego ulicą. Wtedy puściła dłoń Shane'a i powiedziała:

- Zaufaj mi.

- Co?

- Po prostu mi zaufaj.

Wyszła   naprzeciw   policyjnemu   wozowi,   który   zatrzymał   się   spokojnie   tuż   przed   nimi. 

Oślepiło ją światło reflektorów i stanęła w nim bez ruchu. Wyczuła, że Shane się cofa i powiedziała 

ostro:

- Shane, nie! Stój, gdzie stoisz!

- Co ty, do diabła, robisz?

- Poddaję się - powiedziała i uniosła ręce w górę. - Dalej .Zrób to samo.

Przez jedną długą i przerażającą chwilę wydawało jej się, że on tego nie zrobi, ale potem 

wyszedł na jezdnię, uniósł ręce i splótł palce dłoni za głową. Drzwi policyjnego wozu otworzyły 

się, a Shane osunął się na kolana. Claire zerknęła na niego i zrobiła to samo.

Za chwilę leżała płasko na ziemi,  przyciśnięta czyjąś  ręką, jakiś męski głos mówił: Tu 

Heller. Mamy Danvers i dzieciaka Collinsa. Żywych.

Nie dosłyszała odpowiedzi, ale za bardzo była zajęta zastanawianiem się, czy nie popełniła 

strasznej pomyłki. Bo skuto jej nadgarstki kajdankami. Policjant szarpnął ją za łokcie do pozycji 

stojącej, a ona skrzywiła się z bólu. Shane został potraktowany tak samo. Nie stawiał oporu. Ale 

wydawał się... spięty. - Wszystko w porządku - uspokoiła go. - Zaufaj mi, proszę cię.

Pokiwał głową.

Lepiej, żebym się nie myliła, pomyślała i z trudem przełknęła ślinę, kiedy wsadzano ich na 

tylne siedzenie samochodu.

Policjanci nie rozmawiali z nią ani z Shane'em. Jazda była krótka i odbyła się w milczeniu, a 

kiedy wóz zatrzymał się przed ratuszem, czekał już na nich komitet powitalny. Claire o mało nie 

rozpłakała się na widok Michaela i Eve - osmalonych sadzą, ale stojących razem, ręka w rękę. Miny 

mieli zmartwione. Obok nich stał Richard Morrell z obandażowaną głową.

I burmistrz Morrell. Nie umiała odczytać wyrazu jego twarzy - wydawał się rozzłoszczony, 

ale   zwykle   miał   taką   minę.   Claire   zauważyła   połysk   rudych   włosów   i   dostrzegła   Sama,   który 

opierał   się   o   filar   pod   ścianą.   Oprócz   Michaela   był   tam   jedynym   wampirem.   A   przynajmniej 

jedynym, którego widziała.

background image

Drzwi samochodu otworzyły się i Claire wygramoliła się ze środka. Burmistrz przyjrzał się 

najpierw niej, a potem Shane'owi. Zmrużył oczy.

- Moje źródła poinformowały mnie, że ktoś zaminował szpital - powiedział. - Podłączył 

kable i miał już wysadzać budynek. Zdaje się, że ktoś inny mu przeszkodził, zanim do tego doszło.

- Claire wyciągnęła kable. Tata chciał wysadzić szpital i wszystkich w środku - wyjaśnił 

Shane. Morrellowie, ojciec i syn, wymienili spojrzenia. Nawet Sam uniósł głowę, chociaż nie ruszył 

się z miejsca i nadal stał z założonymi rękoma, zrelaksowany i obojętny.

- A gdzie twój tata? - spytał Richard. - Shane, nie jesteś mu nic winien. Wiesz o tym.

- Tak - przyznał Shane. - Wiem. Uciekł. Chciałbym móc powiedzieć, że nie wróci, ale... - 

Wzruszył   ramionami.   -   Człowieku,   puść   Claire.   Ona   uratowała   tamtych   ludzi.   Nikogo   nie 

skrzywdziła.

Burmistrz   Morrell   skinął   głową   w   stronę   policjanta   stojącego   za   Claire.   Usłyszała,   że 

kajdanki brzęczą, i wreszcie z ulgą mogła wyprostować ręce.

- A co z Shane'em? - spytała.

- Wampiry złapały dwóch ludzi Franka. Obaj przyznali, że to Frank zabił Brandona. Shane 

jest czysty - stwierdził Richard.

- Co? - Shane się zdziwił.

- Wracaj do domu - powiedział Richard i gliniarz zdjął również kajdanki Shane'owi. - Sam 

zadbał, żeby wampiry się dowiedziały. Nie przepadają za tobą, więc uważaj, co robisz, ale nie jesteś 

winny żadnego wykroczenia. Ani poważniejszego przestępstwa.

- Świetnie! - wykrzyknęła Eve i złapała za rękę Claire, a potem Shane'a. - No to wynosimy 

się stąd.

Cadillac Eve stał zaparkowany parę kroków dalej. Szyby zostały przyciemnione, zauważyła 

Claire, a w powietrzu unosił się zapach świeżej farby. Na ziemi leżały dwie puszki po lakierze do 

karoserii w sprayu. Wsiadła na przednie siedzenie, a Michael wśliznął się z tyłu. Shane zawahał się, 

zerknął na niego, a potem wsiadł i zatrzasnął drzwi.

Eve odpaliła silnik.

- Shane?

- Tak?

- Ja cię, cholera, zabiję, jak tylko dojedziemy do domu.

- Dobrze   -   powiedział   Shane.   -   Bo   teraz   śmierć   wydaje   się   lepsza   niż   gadanie   o   tym 

wszystkim.

Miasto było dziwnie spokojne - pożary ugaszone, tłum rozpędzony, nic do oglądania, proszę 

jechać dalej. Ale Claire nie miała wrażenia, że wszystko się skończyło. Wcale go nie miała.

Opierała  się   o  okno  w  czasie  jazdy  do  domu,  wykończona   i  nieszczęśliwa.   Na  tylnym 

background image

siedzeniu panowało złowieszcze milczenie i zdawało się, że zbierają się tam burzowe chmury, z 

których lada chwila łupnie piorun. Eve nerwowo paplała coś o tacie Shane'a i o tym, dokąd mógł 

uciec, ale nikt nie reagował. Mam nadzieję, że wyjechał, pomyślała Claire. Mam nadzieję, że mu 

się uda. Nie dlatego, że nie powinien za wszystko zapłacić, bo powinien, ale dlatego, że gdyby 

zapłacił,   dla   Shane'a   oznaczałoby   to   tylko   jeszcze   więcej   zgryzoty.   Utratę   ostatniego   członka 

rodziny. Lepiej, żeby jego tata po prostu... zniknął.

- Powiedziałaś   Shane'owi?   -   spytała   Eve.   Claire   wyprostowała   się   i   ziewnęła,   a   Eve 

zatrzymała cadillaca pod domem.

- O czym?

Eve wskazała na Michaela. - No wiesz.

Claire obejrzała się na niego. Shane patrzył  prosto przed siebie z kamiennym  wyrazem 

twarzy.

- Niech zgadnę - powiedział. - Znalazłeś jakąś dobrą wróżkę, która zwróciła ci wolność i 

teraz możesz wychodzić z domu, kiedy ci się żywnie podoba. Powiedz mi, że tak jest, Michael.

Bo ja się tak zastanawiam, dlaczego  ty siedzisz z nami  w samochodzie  i naprawdę nie 

umiem znaleźć takiego wyjaśnienia, od którego nie robiłoby mi się niedobrze.

- Shane... - zaczął Michael, a potem pokręcił głową. - Tak. Przyszła moja rodzinna dobra 

wróżka i spełniła moje życzenie. Dajmy już temu spokój.

- Dajmy spokój? - zdziwił się Shane. - A jak, konkretnie, mam to zrobić? Odchrzań się.

Wysiadł   z   samochodu   i   poszedł   do   domu.   Eve   złapała   wielki   czarny   parasol   i   szybko 

podeszła   do   drzwi   samochodu   od   strony   Michaela;   otworzyła   go   jak   kamerdyner,   a   Michael 

wysiadł, złapał parasol i pobiegł za Shane'em. Nawet w cieniu parasola jego skóra zaczęła dymić.

Michael   dopadł   cienia   na   werandzie,   odrzucił   parasol,   a   Shane   obrócił   się   i   walnął   go 

pięścią.

Mocno.

Michael wytrzymał cios, drugi wychwycił otwartą dłonią, podszedł bliżej i złapał Shane'a w 

objęcia.

- Puszczaj! - wrzasnął Shane i odepchnął go. - Cholera! Odwal się!

- Nie zamierzałem cię ugryźć, idioto - powiedział Michael. - Jezu, ja się po prostu cieszę, że 

żyjesz.

- Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego, ale skoro ty nie... - Shane otworzył drzwi na 

oścież i zniknął w domu, zostawiając Michaela opartego o ścianę.

Claire i Eve podeszły powoli alejką.

- Ja... - Claire przełknęła ślinę. - Ja z nim pogadam. Przykro mi. On jest po prostu... To był 

ciężki dzień, wiesz? Nic mu nie będzie.

background image

Michael pokiwał głową. Eve objęła go i pomogła mu wejść do domu.

Shane'a nigdzie nie było widać, kiedy Claire weszła do salonu, ale usłyszała trzaśniecie 

drzwi na górze. Cholera, umiał być szybki, kiedy chciał. I pełen goryczy. I kto powiedział, że to 

dziewczyny mają zmiennie nastroje? Zerknęła na kanapę - pierwsze wygodne miejsce, które aż się 

prosiło, żeby się tam położyć  - z tęsknotą. Może powinna po prostu dać Shane'owi czas, żeby 

uporał się z tym sam. Przecież to nie tak, że on nie umie dawać sobie rady ze stresem.

No ale z drugiej strony... To, że umie poradzić sobie z nim sam, nie znaczy, że tak być 

powinno.

W   pokoju   było   coś   dziwnego   i   przez   długą   chwilę   Claire   nie   umiała   tego   wrażenia 

zrozumieć. A potem dotarło do niej.

Unosił się w nim zapach kwiatów. Róż.

Claire zmarszczyła brwi, odwróciła się i zobaczyła duży bukiet czerwonych róż na stoliku 

przy kanapie. Obok nich leżała koperta z jej nazwiskiem wypisanym staroświeckim kaligraficznym 

pismem.

Rozdarła ją i rozłożyła wyjęte z niej kartki.

„Droga Claire,

Moj a nieformalna Ochrona już nie wystarczy Tobie i Twoim przyjaciołom, i moim zdaniem 

teraz już to rozumiesz. Należy podjąć bardziej drastyczne kroki, i to szybko, albo Twoi przyjaciele 

za to zapłacą. Oliver nie pozwoli, żeby dzisiejsze wydarzenia przeszły bez echa. Byłaś dzielna, ale 

ogromnie niemądra w wyborze swoich wrogów.

Uważnie rozważ moją propozycję.

Nie ponowię jej”.

Kartka nie była podpisana, ale Claire nie mogła mieć żadnych wątpliwości co do tego, kto ją 

napisał. Amelie. List był oznaczony znakiem wodnym; jej symbolem.

Pozostałe   papiery   wyglądały   na   dokumenty   prawne.   Przeczytała   je,   marszcząc   brwi   i 

próbując zrozumieć, co oznaczają. Niektóre sformułowania szczególnie rzuciły jej się w oczy.

„Ja, Claire  Elizabeth  Danvers, powierzam swoje życie,  swoją krew i przysięgam służyć 

Założycielce teraz i do końca mojego życia, podczas którego Założycielka może mną we wszystkim 

dowolnie rozporządzać”.

Przecież to było dokładnie to samo, co powiedział jej Oliver w szpitalu, kiedy usiłował 

zrobić z niej... .. .zrobić z niej swoją niewolnicę.

Claire upuściła papiery, jakby zapaliły jej się w rękach. Nie, ona nie może tego zrobić. Nie 

może. Albo twoi przyjaciele za to zapłacą.

Claire włożyła kontrakt z powrotem do koperty i schowała ją do kieszeni w tej samej chwili, 

kiedy Eve powiedziała:

background image

- Róże! Jezu, kto umarł?

- Nikt - odparła Claire schrypniętym głosem. - To dla ciebie. Od Michaela.

Michael zrobił zdziwioną minę, ale stał plecami do Eve i jeśli miał choć trochę rozumu, to 

będzie umiał jakoś to rozegrać. Claire poszła na górę wziąć prysznic.

Po  kąpieli   poczuła  się  lepiej.  Nie  żeby  znacznie   lepiej,  ale  odrobinę  lepiej.  Posiedziała 

trochę.   Wpatrując   się   w   białą   kopertę   ze   swoim   nazwiskiem,   żałując,   że   nie   może   o   tym 

porozmawiać z Shane'em albo z Eve, albo z Michaelem, ale nie śmiała tego zrobić, bo to był jej 

wybór. Nie ich. Zresztą i tak wiedziała co by powiedzieli.

Że ma to sobie absolutnie wybić z głowy, tyle by powiedzieli.

Było już ciemno, kiedy Shane wreszcie do niej zapukał. Otworzyła drzwi i stanęła w nich, 

patrząc na niego. Po prostu patrząc, bo jakoś nie wydawało jej się, żeby kiedykolwiek mogła się na 

niego dość napatrzyć. Wyglądał na zmęczonego, zaspanego i wyciągniętego prosto z łóżka.

I był tak piękny, że poczuła, że serce jej pęka na milion drobnych, ostrych kawałeczków.

Niespokojnie przestąpił z nogi na nogę.

- Mogę wejść?  Czy po prostu chcesz,  żebym...?  - Wskazał ręką korytarz.  Cofnęła  się i 

wpuściła go do środka a potem za trzasnęła za nim drzwi. - Zdenerwowałem się Michaelem.

- No co ty powiesz?

- Dlaczego mi nie powiedziałaś?

- No cóż, nie było odpowiedniego nastroju - powiedziała ze znużeniem i usiadła na łóżku, 

plecami opierając się o wezgłowie. - Daj spokój, Shane. Usiłowaliśmy uciec i uratować sobie życie.

Uznał ten argument wzruszeniem ramion.

- Jak do tego doszło?

- Znaczy, kto. Amelie. Była tutaj i Michael ją poprosił. - Claire patrzyła na niego przez 

długą chwilę, a potem dodała: - Poprosił, bo chciał móc wychodzić z domu.

Shane  zrobił zbolałą  minę.  Usiadł  w  rogu łóżka  i wpatrzył  się w  nią. Spojrzeniem,  od 

którego serce na nowo zaczęło jej pękać.

- Nie - powiedział. - Tylko nie przeze mnie. Powiedz, że on nie...

- Mówił, że nie. A w każdym razie, rozumiesz, nie do końca. On musiał to zrobić, Shane. 

Nie mógł tak żyć, nie na zawsze.

Shane odwrócił wzrok.

- Chryste. Znaczy on wie, co ja myślę o wampirach. A teraz mieszkam z wampirem. Teraz 

wampir jest moim najlepszym przyjacielem. Niedobrze.

- Ale nie musi być wcale tak źle - powiedziała. - Shane... Nie gniewaj się, dobrze? Zrobił to, 

co uważał za konieczne.

- Tak jak my wszyscy... - Wyciągnął się na łóżku, zakładając ręce za głowę. - Długi dzień.

background image

- Tak.

- A więc? - zapytał. - Masz jakieś plany na wieczór? Bo ja akurat mam wolne.

Udało   mu   się   rozśmieszyć   ją,   chociaż   myślała,   że   już   nigdy   się   nie   roześmieje.   Shane 

przeturlał się, podparł na łokciu i czułość, z jaką się do niej uśmiechnął, aż jej zaparła dech w piersi.

Wyciągnął rękę i żartobliwie pociągnął ją za włosy, nadal z uśmiechem.

- Masz dziś odjazdową fryzurę. Moja bohaterko.

- Ja? No skąd...

- Tak, ty. Uratowałaś dziś wiele istnień, Claire. Jasne, nie których z nich sam bym odesłał na 

tamten świat, ale... Mimo wszystko. Chyba nawet uratowałaś mojego ojca. Gdyby wysadził ten 

budynek, gdyby zabił tych wszystkich ludzi... Nie odszedłby żywy. Sam bym na to nie pozwolił. - 

Patrzyli na siebie, a Claire poczuła, że budzi się między nimi jakieś napięcie, że coś ich do siebie 

ciągnie. Zobaczyła, że on pochyla się do niej, też ulegając tej sile. Wyciągnął dłoń i delikatnie 

przesunął palcem po jej gołej stopie. - No i? Co planujesz, bohaterko? Chciałabyś obejrzeć jakiś 

film?

Dziwnie się czuła. To było niesamowite uczucie.

- Nie.

- Pozabijać zombie na wideo? - Nie.

- Jeśli mamy grać w kanastę, to ja się... rzucę... z... Co ty robisz? Wyciągnęła się na łóżku po 

swojej stronie, twarzą do niego.

- Nic. A co ty chcesz robić?

- Och, w to nie wnikajmy.

- Dlaczego nie?

- A ty nie masz jutro czasem zajęć?

Pocałowała go. To nie był niewinny pocałunek, absolutnie nie. Miała wrażenie, że jest jedną 

z tych róż na dole - ciemną, czerwoną i namiętną, i to było dla niej coś nowego, zupełnie nowego, 

ale nie mogła pozbyć się uczucia, że musi to teraz zrobić, bo o mało go nie straciła, i...

Shane przerwał pocałunek, chwytając powietrze jak człowiek, który tonie.

- Czekaj - powiedział. - Zwolnij. Ja nigdzie się nie wybieram. Wiesz o tym, prawda? Nie 

musisz tego robić, żeby mnie zatrzymać. No cóż, przynajmniej tak długo jak sama...

- Zamknij się.

Zamknął się, przede wszystkim dlatego że przycisnął wargi do jej ust. Tym razem pocałunek 

był  spokojniejszy,  ciepły,  potem zrobił się gorący.  Pomyślała,  że nigdy nie  będzie miała  dość 

smaku jego ust, przebiegał ją dreszcz. Rozpalał ja w sposób, który - wiedziała - nie był poprawny. 

Albo przynajmniej zupełnie legalny.

- A bejsbol lubisz? - spytała.

background image

Shane otworzył oczy i przestał głaskać japo włosach.

- Co?

- Pierwsza baza - powiedziała. - Już ją zaliczyłeś.

- Nie biegam od bazy do bazy.

- Mógłbyś się wysilić i dobiec chociaż do drugiej.

Jezu, Claire. Czasami w takich chwilach zdarzało mi się zabawiać w sportowe statystyki, ale 

teraz zepsułaś mi frajdę. - Kolejny gorący pocałunek i jego dłoń zaczęła błądzić po jej szyi. Po 

ramionach, muskając jej skórę, której nie zakrywał cienki trykot nocnej koszulki. I niżej...

- Cholera. - Przetoczył się na plecy, z trudem chwytając oddech i znów gapiąc się w sufit.

- Co? - spytała. - Shane?

- Przecież o mało nie zginęłaś - powiedział. - I masz szesnaście lat, Claire.

- Prawie siedemnaście. - Przysunęła się do niego bliżej i przytuliła.

- Tak, to wszystko zmienia. Posłuchaj...

- Chcesz czekać?

- Tak. Oczywiście, wolałbym nie, ale w tej chwili naprawdę mam skrupuły. Tylko że ja... 

Nie chcę cię zostawiać. - Objął ją, a dla niej nie liczyło się na świecie już nic poza ciepłem jego 

ciała, jego szeptem i kompletnie bezbronnym pragnieniem w oczach. - Ale niełatwo będzie mi 

powiedzieć „nie”. Więc musisz mi w tym pomóc.

Serce jej waliło.

- Chcesz zostać?

- Tak. Ja... - Otworzył usta, potem je zamknął, a potem znów spróbował coś powiedzieć. - 

Potrzebuję tego. Potrzebuję ciebie.

Pocałowała go bardzo delikatnie.

- Więc zostań.

- Dobrze, ale jeśli chodzi o bejsbol, poza drugą bazę nie wychodzę.

- Jesteś tego pewien?

- Przysięgam.

I jakoś dotrzymał słowa niezależnie, jak bardzo się starała to zmienić.

Shane nadal spał, skulony w kłębek, lekko pochrapując. W jakimś momencie zdjęła mu 

koszulkę i teraz Claire leżała w świetle wschodzącego słońca, obserwując, jak światło igra na jego 

plecach. Chciała go dotknąć... Ale nie chciała, żeby się obudził. Potrzebował snu, a ona musiała coś 

zrobić.

Coś, co jemu by się nie spodobało.

Claire wysunęła się z łóżka bardzo ostrożnie i znalazła swoje dżinsy rzucone na podłogę. 

Koperta nadal tkwiła w tylnej kieszeni. Otworzyła ją i wyjęła kartkę sztywnego papieru, rozwinęła 

background image

ją i jeszcze raz przeczytała list.

Położyła kontrakt na biurku, popatrzyła na Shane'a i pomyślała, że może go stracić. Że może 

też stracić Eve i Michaela.

„Ja, Claire Elizabeth Danvers, powierzam swoje życie, swoją krew i przysięgam...”

Shane nazwał ją bohaterką, ale ona wcale się tak nie czuła. Czuła się jak przestraszona 

nastolatka, która ma mnóstwo do stracenia. Ja nie zniosę patrzenia na jego krzywdę, pomyślała. Nie 

zniosę tego i zrobię wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Michael... Eve... Nie mogę podjąć takiego 

ryzyka.

Czy naprawdę może być aż tak źle?

Claire otworzyła szufladę i wyjęła długopis.