background image

LILIANA FABISIŃSKA

GWIAZDKA Z NIEBA

Bezsennik

czyli 

O czym dziewczyny rozmawiają nocą

background image

ROZDZIAŁ 1

TYM RAZEM PRZEGIĘŁA

Dziękujemy wam serdecznie - dyrektorka domu dziecka naprawdę 

miała łzy w oczach. - Dzieciaki nigdy jeszcze nie miały  tylu pięknych 

zabawek i książek.

Dygnęłyśmy   we   cztery   jak   na   komendę.   Spojrzałam   w   lewo,   na 

Julkę.   Potem   w   prawo,   na   Emmę   i   Zuzię.   Wszystkie   trzy   miały 

niesamowite rumieńce. Czy ja też tak wyglądałam? Nie, to niemożliwe, 

nie   mogłam   być   aż   taka   czerwona!   A   jednak...   Odwróciłam   się   i 

spojrzałam   w   wielkie   lustro,   wiszące   na   ścianie   sali   gimnastycznej,   na 

środku której stałyśmy z tymi wielkimi workami. Zuzia, Emma i Julka 

były przy mnie białe jak mąka! Bladziusieńkie! To ja byłam czerwona jak 

burak! Jak dwa buraki albo pięć! I to chyba nie ze wstydu, jak to bywa 

zwykle, kiedy się rumienię... tym razem byłam czerwona z zadowolenia.

- Dziękujemy! - malutka, czarnowłosa dziewczynka zawisła mi na 

szyi.

- Dziękujemy! - dwie kolejne dziewczynki przylepiły się do kolan 

Emmy.

Już nie miałam wątpliwości: warto było zrobić to wszystko. Wcale 

nie   przyszło   to   tak   łatwo,   jak   myślałyśmy,   kiedy   Julka   zaproponowała 

pierwszego grudnia:

- Zamiast   losować   nazwiska   i   kupować   sobie   nawzajem   prezenty, 

zróbmy w mikołajki coś dla innych.

- Ale co? - patrzyłyśmy na nią zdumione.

- Zbierzmy   pieniądze,   te   które   byśmy   wydali   na   prezenty,   cała 

klasa... I wpłaćmy je na dzieciaki z Zambii. Wystarczy po dziesięć złotych 

background image

od osoby.

Tak, to miało sens... Gdyby tylko w naszej klasie było dwadzieścia 

osiem Julek. Albo po siedem Julek, Emm, Zuzek i Żab. No, mógłby być 

jeszcze Mateusz... I Krzysiek Więcek też, od biedy. W końcu nie był taki 

zły   -   od   kiedy   się   dowiedziałyśmy,   że   to   nie   on   pociął   torbę   Emmy, 

całkiem   nieźle   nam   się   z   nim   rozmawiało.   Zwłaszcza   Emmie... 

Odpowiadało jej nawet jego niewybredne, głupkowate chwilami poczucie 

humoru...

Niestety, w naszej klasie oprócz osób bardzo miłych i tych w miarę 

miłych były jeszcze osoby... Dobra, i tak wiadomo, o co chodzi: oprócz 

tych osób była Karolina. I miałyśmy pewność, że ona tego pomysłu nie 

zaakceptuje.

- Cóż za idiotyczny pomysł! - prychnęła, gdy Julka przedstawiła na 

godzinie wychowawczej swój plan. - Ta Zambia padła wam na głowy! Nic 

tylko Zambia i Zambia! A może kupimy coś dzieciom z Wielkiej Brytanii 

albo z Norwegii? O tych krajach też są w naszej klasie referaty.

- W Wielkiej Brytanii nie głoduje tak wiele dzieci jak w Zambii - 

zdenerwowała się Julka. - Nie chcę kupować im miśków, tylko jedzenie!

- A może właśnie kupimy miśki? - wtrąciła się Zuzia. Julka zabiła ją 

wzrokiem, ale nasza gospodyni klasy nie zwróciła na to uwagi. - Może 

kupimy miśki, klocki, książki...

- Polskie książki dla dzieci z Zambii? - kpiła Karolina. - No to sobie 

nieźle poczytają...

- Polskie książki dla dzieci z Polski - Zuzia wyszła z ławki, przeszła 

przez całą klasę i stanęła przed Karoliną. Niższa od niej o głowę, spojrzała 

jej prosto w oczy. - Urządzimy jakimś maluchom z domu dziecka takie 

background image

mikołajki, że zapamiętają je do końca życia. Rozumiem, że Zambia może 

nie obchodzić większości klasy... Ale dzieci z domu dziecka przy placu 

Słonecznym, który prawie wszyscy mijamy w drodze do szkoły? Chyba 

obchodzą każdego, i chyba każdy woli dać im trochę radości, niż dostać w 

prezencie kolejny świecznik, notesik, misia czy kubek. Prawda?

Czekałam, co powie Karolina. Byłam pewna, że coś powie. No i się 

doczekałam.

- Ja bardzo lubię dostawać prezenty, a mikołajki to taka stara tradycja 

-   uśmiechnęła   się   do   Marty   Mądrej   ponad   głową   Zuzki.   -   Nie   widzę 

powodów, żeby zrywać z tą tradycją i wydawać pieniądze na inny cel. Na 

pewno wszyscy się ze mną zgodzą. Możemy głosować.

- Możemy głosować - powtórzyła nasza wychowawczyni. - Są dwie 

propozycje.   Przypominam.”   pierwsza   to   przeznaczenie   pieniędzy   na 

prezenty dla dzieci z domu dziecka zamiast na prezenty kupowane osobie, 

którą się wylosowało. Czyli zrobienie przyjemności maluchom, które mają 

w   życiu   bardzo   mało   przyjemnych   chwil.   Druga   możliwość   to   zwykłe 

mikołajki, takie jak w podstawówce... takie, jakie wszyscy mieliście już 

wiele razy. Czyli losowanie, a potem kupowanie prezentu.

- To   niesprawiedliwe,   pani   dała   do   zrozumienia,   które   wyjście 

bardziej się pani podoba! Pani nie jest obiektywna! - zdenerwowała się 

Karolina.

- Nie   uważam,   żeby   w   tej   kwestii   obiektywizm   był   sprawą 

najważniejszą - powiedziała Mądra spokojnie. - Ważniejsze, by zrobić coś 

dobrego, coś co da nam wszystkim satysfakcję. A więc głosujemy. Proszę, 

kto   jest   za   pomocą   dzieciakom   z   domu   dziecka,   za   podarowaniem   im 

odrobiny radości, ręka w górę! A teraz kto jen za zwykłymi mikołajkami?

background image

Za   pierwszym   razem   w   górę   uniósł   się   prawdziwy   las   rąk,   przy 

drugim   pytaniu   pojawiły   się   tylko   trzy   dłonie.   Karoliny,   Moniki 

Frankowskiej i Renaty, ich wiernej przyjaciółki. Czyli wygrałyśmy!!!

- Dlaczego   wyskoczyłaś   nagle   z   tym   domem   dziecka?   -   Julka 

napadła na Zuzię zaraz po dzwonku na przerwę. - Chciałam, żebyśmy dały 

te pieniądze dzieciom z Zambii.' One najbardziej ich potrzebują.'

- Ludzie z naszej klasy mają już dość Zambii po aferze ze zniczami - 

powiedziała Zuzia. - Wciąż nie udało nam się wygłosić referatu, nic nie 

wiedzą o tym kraju, po prostu mają go gdzieś...

Julka milczała przez moment, a potem powiedziała cichutko:

- No tak, może miałaś rację... Lepiej dać odrobinę radości smutnym 

dzieciakom niż przegrać z Karoliną i kupować kolejne idiotyczne prezenty 

komuś, kogo wylosujemy... Teraz przynajmniej mamy ją z głowy, musi się 

poddać woli większości.

Karolina jednak wcale nie zamierzała się poddać woli większości. 

Zaatakowała   już   następnego   dnia   na   lekcji   angielskiego,   zanim   Marta 

Mądra zdążyła otworzyć dziennik.

- Proponuję, żebyśmy jeszcze raz przegłosowali sprawę prezentów 

mikołajkowych - zapiszczała nerwowo jak zwykle, kiedy bardzo jej na 

czymś zależało. - Na pewno wszyscy chcieliby dostać prezenty, jak inne 

klasy.   Ale   pani   wywarła   wczoraj   na   nas   niedopuszczalną   presję. 

Mogłabym to zgłosić dyrektorowi, na pewno by panią ukarał..

Mądrą zatkało, podobnie jak nas. Karolinka posunęła się do szantażu. 

Wobec wychowawczyni! Tym razem chyba odrobinkę przesadziła.

- Karolinko, udam, że cię nie słyszałam, dobrze? - Marta Mądra z 

trudem   wydobyła   z   siebie   głos.   -   Będę   udawać,   że   nigdy   tego   nie 

background image

powiedziałaś.

- Ale ja mogę powtórzyć! - ona była naprawdę niesamowita. - Mogę 

powtórzyć głośno i powoli: domagam się ponownego głosowania!

- Nie zamierzasz z tego zrezygnować? - głos Mądrej stał się nagle 

zimny   jak   stal.   Wstała   zza   biurka,   ukazując   zgrabne   długie   nogi   w 

fioletowych rajstopach, i zbliżyła się do ławki, w której siedziały Karolina 

i Monika. - Jesteś pewna, Karolinko?

- Oczywiście, chcę, żebyśmy jeszcze raz głosowali. Jeśli nie, to pójdę 

do dyrektora i opowiem o tym, co pani wczoraj zrobiła - głos Karoliny był 

z minuty na minutę coraz bardziej piskliwy.

- Wyręczę cię i sama pójdę do dyrektora - głos Mądrej był natomiast 

coraz bardziej lodowaty. - Albo, jeśli masz ochotę, chodź ze mną.

- Oczywiście,   że   pójdę,   bardzo   chętnie!   -   Karolina   radośnie 

podniosła się z krzesła i ruszyła do drzwi. - Na pewno dyrektor Rożen 

przyzna mi rację. To była perfidna manipulacja.

- Licz się ze słowami i nie pogarszaj swojej sytuacji - powiedziała 

nasza wychowawczyni, wychodząc na korytarz.

Zamknęła   drzwi,   a   klasa   chyba   po   raz   pierwszy   nawet   się   nie 

poruszyła. Nie było nauczyciela, a my siedzieliśmy bez ruchu w ławkach! 

Jak nie my. W końcu odezwała się Zuzia, jak zwykle pierwsza odzyskując 

trzeźwość umysłu.

- Chyba się dziewczyna doigra...

- Tym razem przegięła - przytaknął Mateusz. - I wcale mi jej nie żal, 

należało jej się już przy zniczach...

- I   za   tę   pociętą   torbę   Emmy   też   jej   się   należało   -   powiedziała 

Marysia z pierwszej ławki.

background image

Zamarłyśmy. Przecież to miała być tajemnica! Przecież obiecałyśmy 

Karolinie, że jej nie wydamy... Same się sobie dziwiłyśmy, ale zrobiło 

nam się jej żal. Kiedy dowiedziała się, że już znamy prawdę, przyjechała 

do mojego domu, zalała się łzami... Opowiedziała nam o swoim życiu, o 

swojej   rodzinie...   Uwierzyłyśmy   jej.   Uwierzyłyśmy,   że   miała   powody. 

Idiotyczne, to fakt, ale miała. I uwierzyłyśmy, że nigdy więcej tak się nie 

zachowa.   Poprosiłyśmy   Marysie,   żeby   nikomu   nie   mówiła.   A   ona 

powiedziała. Właśnie teraz, całej klasie!

- No co tak patrzycie? - zdziwiła się Marysia i chyba po raz pierwszy 

nie   zrobiła   się   czerwona,   przemawiając   publicznie.   -   Obiecałyśmy   jej 

milczenie, ale ona też nam coś obiecała. Miała się zmienić. A chyba się nie 

zmieniła, prawda? Pokazała to przed chwilą. Nie obchodzą jej inni ludzie. 

Więc dlaczego mamy się nią przejmować? Jest wredna.

W klasie   znowu  zapanowała całkowita   cisza.  Wystąpienie   Marysi 

zdumiało   wszystkich   jeszcze   bardziej   niż   tupet   Karoliny.   Po   Karolinie 

można   się   było   spodziewać   czegoś   takiego...   ale   po   Marysi   nikt   nie 

spodziewał się stanowczości ani tego, że powie naraz tyle zdań. I wcale się 

nie zaczerwienił Zresztą liczyło się nie tylko to, w jaki sposób mówiła, ale 

przede wszystkim to, co powiedziała!

- Karolina   pocięła   torbę   Emmie?   -   zapytał   Krzysiek   Więcek. 

Pierwszy odzyskał głos.

- Pocięła   torbę,   zniszczyła   spodnie,   ukradła   zdjęcia,   chciała   zalać 

spódnicę woskiem - Marysia była chyba w jakimś transie, wyrzucała z 

siebie   słowa   jak   z   karabinu   maszynowego!   -   Karolina   postanowiła 

wykończyć Emmę, sprawić, że odejdzie z naszej klasy...

- Miała   swoje   powody   -   wtrąciła   cichutko   śliczna   Monika 

background image

Frankowska. Ale jej głos nie brzmiał zbyt przekonująco. W końcu była 

najbliższą przyjaciółką Karoliny, mogłaby włożyć w jej obronę odrobinkę 

więcej wysiłku!

- A   my   podejrzewałyśmy   ciebie,   Krzysiu   -   powiedziała   Julka. 

Zaskoczony   Krzysiek   Więcek   aż   wstał.   Nie   zdążył   jednak   zapytać, 

dlaczego akurat jego, nie zdążył zrobić żadnego gestu. Nikt inny też nie 

zdążył powiedzieć ani słowa, bo w tym momencie do klasy wróciła Marta 

Mądra.   Tym   razem   nie   tylko   jej   rajstopy,   spódnica   i   sweter   miały   jej 

ulubiony kolor śliwki, czy raczej fioletu. Również jej twarz była całkiem 

fioletowa, a w oczach pojawiły się jakieś niesamowite, gniewne błyski.

- Karoliny nie będzie do końca dnia - powiedziała. - A my możemy 

przejść do lekcji, prawda? Mikołajkowe problemy mamy już za sobą, tak? 

Na jutro wszyscy przynoszą po dziesięć złotych i dają skarbnikowi.

- Czyli   Karolinie?   -   zapytała   Zuzka   z   najbardziej   niewinną   miną 

świata.

Marta Mądra wyglądała, jakby strzelił w nią piorun. Jeden z tych, 

które przedtem błyskały w jej oczach.

- Karolina   na   pewno   nie   będzie   już   skarbnikiem   -   powiedziała, 

oddychając ciężko. - Pieniądze zbierzesz ty, Zuziu, dobrze? Albo ty, Julko, 

w końcu ta akcja to twój pomysł... Jakoś to ustalcie między sobą. Ja mam 

już dość...

I nagle, zamiast przejść do omawiania kolejnych angielskich czasów, 

jak zapowiadała przed chwilą, po prostu się rozpłakała. A w klasie po raz 

kolejny tego dnia zapadła całkowita cisza.

background image

ROZDZIAŁ 2

DWIEŚCIE SIEDEMNAŚCIE DZIECIAKÓW

Mamy tyle do zrobienia! - powiedziała Julka bardzo przejęta, gdy 

usiadłyśmy po lekcjach w pełnej słońca kuchni Zuzki. - Mikołajki są w 

sobotę,   chyba   powinnyśmy   jechać   do   domu   dziecka   w   piątek.   Jak 

myślicie? No to mamy tylko dwa dni na robotę: środę i czwartek...

- Ale   co   chcesz   zrobić?   -   nie   rozumiałyśmy.   -   Jutro   zbierzemy 

pieniądze, po lekcjach pójdziemy kupić zabawki. .. No i już. Nie ma nic do 

załatwiania.   Na   dawanie   prezentów   dzieciom   nie   potrzeba   chyba 

pozwolenia, jak na sprzedawanie zniczy na ulicy?

- Trzeba te zabawki ładnie popakować - odgadła Zuzia. - Ale bez 

przesady, to też nie będzie wcale tak dużo pracy. Mamy już praktykę po 

Dniu Nauczyciela i pakowaniu dwudziestu ośmiu prezentów dla Mądrej.

- Wiesz, ile jest dzieci w domu dziecka? - westchnęła Julka. - Na 

pewno więcej niż dwadzieścioro ośmioro. A my będziemy miały dwieście 

osiemdziesiąt   złotych.   Albo   dwieście   siedemdziesiąt,   bo   Karolina   na 

pewno nie weźmie udziału w zbiórce. Dwieście siedemdziesiąt złotych to 

niestety   nie   jest   fortuna...   I   co,   myślicie,   że   będziemy   losować?   Jedno 

dziecko dostanie prezent, a drugie nie? Wybierzemy te najładniejsze czy 

najsmutniejsze?  Przecież  tak nie można!  Złamałybyśmy  im serca! Jeśli 

mamy   coś   dać,   to   musimy   dać   każdemu.   Tego   wymaga   elementarna 

przyzwoitość i zasady demokracji.

To   przemówienie   przypominało   bardziej   pogadanki   mojej   babci, 

wygłaszane przy śniadaniu, niż zwykłe teksty Julki - poetki. Ale być może 

poetki czasami mogą zamienić się w przyzwoite demokratki? Julka chyba 

właśnie przeżywała taki moment.

background image

- Ale co zamierzasz? - nie rozumiałam. - Kupić każdemu dziecku 

gumę do żucia? Chyba akurat na to wystarczy nam pieniędzy.

- Wszystko przemyślałam - powiedziała Julka. - Po prostu musimy 

trochę prezentów zrobić same. I powinnyśmy zacząć już dzisiaj.

- Julka... Oj, Julka... - westchnęła Zuzia, zalewając herbatę malinową 

wrzątkiem i stawiając na stole cztery wielkie kubki. - Tym razem chyba 

nie najlepiej to wymyśliłaś.. . Bo co my możemy zrobić? Zabawki to nie 

znicze, nie można ich wyprodukować byle jak... Znicze spaliły się tego 

samego dnia, a zabawki zostają na długo.

- Muszą być ładne - zgodziła się Emma. - Nie poradzimy sobie.

- Poradzimy sobie! - Julka tryskała optymizmem. - Możemy zrobić 

mnóstwo rzeczy. Włożymy w to swoje serca, od razu będzie widać, że to 

dary, w których zostawiamy  kawałek siebie. To mogą być różne lalki, 

zrobione na drutach albo uszyte z niepotrzebnych szmatek, i różne rzeczy 

z modeliny.

- Na drutach albo uszyte? - myślałam, że się przesłyszałam! - A kto 

to zrobi?

- U mnie w podstawówce robiliśmy na technice szaliki na drutach - 

przypomniała   sobie   Zuzia.   -   Ale   ja   wtedy   byłam   chora,   nie   byłam   na 

żadnej lekcji... Nie mam pojęcia, jak się trzyma druty, nie mówiąc o pląta-

niu tej włóczki.

- Ja   też   nie   mam   pojęcia,   my   miałyśmy   zajęcia   z   chłopakami   i 

heblowałyśmy deski - powiedziałam ponuro.

- A u mnie w szkole nie było w ogóle nic z wnuczką... znaczy z 

włóczką...   Żadnych   lekcji   -   wypowiedź   Emmy   była   gwoździem   do 

trumny.

background image

Ale Julka w ogóle się nie przejęła! Podskoczyła na krześle, jeszcze 

bardziej rozpromieniona, i prawie krzyknęła:

- Mówiłam wam, że mam pomysł! Przecież babcia Emmy robi takie 

piękne rzeczy na drutach i na szydełku. Na pewno coś nam zrobi w te dwa 

dni... Zwłaszcza jeśli się zajmiemy bliźniakami.

Na   myśl   o   zajmowaniu   się   braćmi   Emmy   i   ja,   i   Zuzia   jak   na 

komendę ciężko westchnęłyśmy. Wcale nam się nie uśmiechało udawanie 

kota,   kamienia   albo   piłki   futbolowej.   No   ale   chyba   faktycznie   nie 

miałyśmy wyjścia...

- A   może   nawet   pokaże   nam   jakiś   prosty   ścieg?   -   tryskająca 

humorem   Julka   miała   widać   bardzo   wielostopniowy   plan.   -   Wtedy 

mogłybyśmy coś robić wieczorami w domu.

- A   odrabianie   lekcji?   -   zainteresowała   się   trzeźwo   Zuzka.   -   W 

czwartek mamy klasówkę z chemii. Bzyk na pewno nie da mi szans na 

ściąganie. A ty, Żaba, siedzisz ze mną, więc też masz przerąbane...

- Mądra   nas   usprawiedliwi   -   powiedziała   Emma.   Widocznie 

optymizm Julki był zaraźliwy! - Ona chce, żebyśmy dobrze wpadły.

- Wypadły - poprawiłam ją odruchowo. I w tym samym momencie 

poczułam, że mnie też udziela się optymizm Julki. Może faktycznie Marta 

Mądra jakoś załatwi z Bzykiem, żebyśmy zaliczały klasówkę za tydzień 

albo   dwa?   Może   coś   nam   się   uda?   Może   jakimś   cudem   zgromadzimy 

prezenty dla wszystkich dzieciaków z placu Słonecznego?

- Zadzwońmy   do   tego   domu   dziecka   i   zapytajmy,   ilu   mają 

podopiecznych - zaproponowała trzeźwo Zuzia, znowu odgadując moje 

myśli.

- Świetny pomysł - zgodziła się Julka. A Zuzia wzięła z sosnowej 

background image

półki w przedpokoju, oczywiście zrobionej własnoręcznie przez jej tatę, 

książkę telefoniczną i zaczęła szybko przewracać strony.

Już po chwili, trzymając słuchawkę w dłoni, mówiła najsłodszym 

tonem, na jaki umiała się zdobyć:

- Szykujemy   niespodziankę   dla   państwa   wychowanków...   Proszę 

tylko   o   informację,   ilu   ich   jest.   Już   notuję,   tak...   Słucham?   Dwustu 

siedemnastu?   Dziękuję   bardzo...   Tak,   niespodzianka   jest   aktualna, 

oczywiście...   Tak...   Nie   mogę   powiedzieć   nic   więcej,   to   w   końcu   nie-

spodzianka. Do widzenia.

Słuchawka wysunęła się jej z ręki, a Zuzia, oparta o ścianę, patrzyła 

w przestrzeń nieobecnym wzrokiem.

- Dwieście siedemnaście dzieciaków - powtarzała, nie zwracając na 

nas uwagi. W niczym nie przypominała wulkanu energii, którym zawsze 

była. Nawet jej promienny uśmiech gdzieś się zapodział.

- Dwieście siedemnaście - westchnęła Julka. - Trochę dużo...

- Bardzo dużo! - Emma była przerażona, podobnie jak ja.

- Może   damy   prezenty   tylko   jednej   grupie?   -   zaproponowałam 

niepewnie. - Chyba mają tam jakieś grupy, jak my klasy? Musi być jakiś 

podział, choćby wiekowy, jak myślicie?

- Nie wiedziałam, że to taki duży dom... - mówiła Zuzia, wciąż jakby 

do siebie, a nie do nas. - Może jest jakiś inny dom dziecka koło naszej 

szkoły, trochę mniejszy? Może jest tam mniej dzieci?

- Może - pokiwała głową Julka. - Ale mniej to wciąż będzie dużo... 

Sto? Dziewięćdziesiąt? Nie damy rady zrobić prezentów dla wszystkich.

Tak   oto   Miss   Optymizmu   tego   popołudnia   straciła   swój   tytuł. 

Zrozumiała, że nie mamy szans...

background image

- Damy radę - Emma nieoczekiwanie przejęła koronę Miss. - Dobrze 

mówiłaś, moja babcia nam pomoże. Będzie dobrze. Damy radę. Nawet 

jakby tych dzieci było tysiące.

- Tysiąc?   -   roześmiałam   się.   -   Twoja   babcia   zrobi   w   dwa   dni 

prezenty dla tysiąca maluchów?

- Babcia i my - Emma nie widziała problemu. - Ja mam dużo dolls... 

lalek,   tak?   Dużo   lalek,   babcia   mi   robiła   na   tym   drucie...   szydełku... 

Wysyłała do Anglii... Nigdy się nimi nie bawiłam, są nowe... to znaczy 

stare, ale niezjedzone...

- Niezniszczone! - musiałam się uśmiechnąć, słuchając jej kolejnej 

bitwy z językiem polskim.

- Niezniszczone, yes... Są ładne, jak nowe, naprawdę. Całe pudło.

- Oddasz je dzieciakom? - zapytałam i nagle coś mi zaczęło świtać. - 

Ja też mogę coś oddać. Mam w domu dwa albo trzy miśki, którymi nigdy 

się nie bawiłam. I jakiś idiotyczny zestaw do makijażu dla lalek, nawet 

nieodpakowany.   Mogę   to   wszystko   oddać.   Julka,   ty   na   pewno   też   coś 

masz? A ty, Zuzia?

Obie pokiwały głowami. A więc mój pomysł miał sens. Wzięłam 

głęboki oddech i mówiłam dalej:

- Każdy   ma   coś   w   domu.   Coś   nieużywanego,   co   tylko   zabiera 

miejsce. Miśka, samochodzik, książkę. Nowiutkie, niekochane prezenty. 

Wystawmy   jutro   na   korytarzu   pudło,   wywieśmy   kartkę...   Ludzie   z 

wszystkich klas pojutrze coś przyniosą, my to wieczorem popakujemy i w 

piątek   zawieziemy   do   domu   dziecka.   Trzeba   będzie   wszystko   uważnie 

przejrzeć, żeby nie dawać żadnych staroci... Ale to i tak mniej roboty niż 

własnoręczna produkcja dwustu prezentów.

background image

Zuzia, Julka i Emma wpatrywały się we mnie z niedowierzaniem. 

Nie byłam pewna, co to oznacza.

- No co, uważacie, że to zły pomysł? - zapytałam.

- Kurczę,  to  genialny   pomysł!   - Zuzka  odzyskała  nareszcie  głos  i 

rzuciła się, żeby mnie uścisnąć.

- Super! - Emma zawisła mi na szyi, nie zwracając uwagi na to, że 

wbija łokieć w plecy Zuzi.

Za   chwilę   dołączyła   do   nich   Julka.   Wszystkie   trzy   tuliły   mnie   i 

powtarzały,   że   jestem   niesamowita,   genialna,   wspaniała.   A   ja   powoli 

zaczynałam w to wierzyć. W końcu gdyby nie mój pomysł, spędziłybyśmy 

całe noce i dnie, szyjąc jakieś lalki i pieski...

- Świetny  pomysł, dziewczynki - powiedziała Marta Mądra, kiedy 

przedstawiłyśmy jej swój plan. Na przerwie, na korytarzu, przekrzykując 

rozwrzeszczany tłum, otaczający nas z wszystkich stron... Po prostu nie 

chciałyśmy   ryzykować   kolejnej   awantury   na   angielskim   albo   godzinie 

wychowawczej. Co prawda Karolina wciąż nie wracała do szkoły, ale nam 

brakowało odwagi, by zapytać, co to oznacza.

- Znakomity   pomysł,   dziewczynki,   brawo!   -   powiedział   Edwin 

Rożen, gdy na tej samej przerwie wpadłyśmy do jego gabinetu razem z 

Martą Mądrą. Była tak samo rozemocjonowana jak my!

Na następnej przerwie ustawiłyśmy więc na korytarzu dwa pudła i 

jeszcze jedno przy szatni. Wywiesiłyśmy przy nich kartki, wydrukowane 

szybko w sekretariacie: „Zbieramy prezenty mikołajkowe dla dzieciaków z 

domu dziecka. Przynieście niezniszczone zabawki i książki! Dajmy tym 

maluchom trochę radości”.

- A   może   przejdziemy   się   jeszcze   po   klasach   i   powiemy,   o   co 

background image

dokładnie   chodzi?   -   zaproponowała   Zuzka.   Według   mnie,   z   tej   kartki 

wynikało jasno, o co chodzi: o zabawki i książki. I radość dzieciaków. 

Skoro jednak miałyśmy powiedzieć to jeszcze dokładniej...

Zwolniłyśmy   się   z   matematyki,   u   bardzo   niezadowolonej   z   tego 

powodu pani Kwaśniak.

- Zaplanowałam na dziś kartkówkę - powiedziała. A ja westchnęłam 

w duchu: A na kiedy pani nie zaplanowała? Przecież kartkówka jest co 

drugą lekcję!

- Zaliczymy ją ustnie - obiecała w desperacji Julka. Chyba sama nie 

wierzyła   w   to,   co   mówiła!   Kto   niby   zaliczy?   Ona?   Ja?   Emma?   Tylko 

Zuzia   miała   jakąkolwiek   szansę   w   starciu   twarzą   w   twarz   z   panią 

Kwaśniak.

- Przełożę kartkówkę na jutro - zaskoczyła nas matematyczka. - To 

nawet lepiej, będzie więcej materiału do zaliczenia...

No   tak,   oczywiście!   Nawet   lepiej!   Cała   klasa   jęknęła,   a   my 

ukłoniłyśmy  się i szybko wybiegłyśmy  na korytarz. Nie było czasu do 

stracenia, musiałyśmy oblecieć dwa piętra... A potem zebrać pieniądze od 

koleżanek i kolegów z klasy. Jeśli je przynieśli...

background image

ROZDZIAŁ 3

NOC Z SZABLONAMI

A   jeśli   nikt   nic   nie   przyniesie?   -   zapytała   ponuro   Julka,   gdy 

wracałyśmy ze szkoły.

- Obiecali,   że   przyniosą...   Przecież   każdy   ma   jakieś   fajne   rzeczy, 

którymi nigdy się nie bawił... Kurczę, przecież tym dryblasom z trzeciej 

klasy miśki, lalki, samochodziki do niczego już się nie przydadzą... - głos 

Zuzki   brzmiał   tak,   jakby   usiłowała   przekonać   przede   wszystkim   samą 

siebie. Nie najlepiej jej to szło, niestety.

- To może same też coś urobimy? - zaproponowała Emma.

- Zrobimy   -   poprawiłam   ją   bezmyślnie   i   dopiero   po   chwili 

zrozumiałam, co ma na myśli. - Chodzi ci o to, żeby zrobić jakieś zabawki, 

mimo wszystko? Żeby nie liczyć na to, co przyniosą inne klasy, tylko coś 

mieć,   na   wszelki   wypadek?   Ale   przecież   nie   zrobimy   same   dwustu 

zabawek!

- Dwustu   nie   -   zgodziła   się   Emma.   -   Ale   trochę...   kilka... 

kilkanaście... Żeby coś mieć, jeśli zabraknie z pudłów... pudel... pudeł...

Problem pudła, czyli pudla do pakowania, już kiedyś przerobiłyśmy. 

Emma   poradziła   sobie   w   końcu   z   odmianą   bez   naszej   pomocy,   a   my 

przyznałyśmy jej rację.

- Gdyby zabrakło tylko dwóch albo trzech zabawek, to można byłoby 

je dokupić, nawet z własnych pieniędzy - powiedziała Julka. - Ale gdyby 

zabrakło piętnastu...

Jej rodzice oczywiście mogliby kupić nawet pięćset zabawek za to, 

co mają akurat w kieszeni... tyle że kieszenie pani Ździebełko i jej męża 

nie   były   niestety   kieszeniami   Julki.   Mało   tego:   Julka   zdecydowanie 

background image

odrzucała możliwość korzystania z dobytku rodziców. A tylko jej rodzice 

mieli w ogóle jakiś dobytek, który mogliby bez problemu przeznaczyć na 

książki i zabawki dla domu dziecka. Rodziców moich i Zuzki oraz mamy 

Emmy stanowczo nie było stać na aż taką filantropię. Musiałyśmy więc 

poradzić sobie same.

- To co, idziemy do twojej babci? - spojrzałam pytająco na Emmę.

- Pewnie! - uśmiechnęła się moja ruda przyjaciółka. - Już jej wczoraj 

mówiłam, że chcemy takie małe pipetki dla dzieciaków.

- Pipetki? - wszystkie trzy uniosłyśmy wysoko brwi.

- No pipetki... takie małe prezenty... takie...

- Drobiazgi? - domyśliła się Julka.

- Drobiazgi,   tak   -   pokiwała   głową   Emma.   -   Myślałam,   że   to   się 

nazywa pipetki.

- To się nie nazywa pipetki - warknęła Zuzia, jak zawsze, gdy była 

mowa  o czymś, co kojarzyło się z chemią  albo fizyką. Tak jak pipeta 

właśnie...

- To nawet nie brzmi jak pipetki - uśmiechnęłam się.

- Coś mi  się  pomysiało  -  powiedziała  Emma,  smutna  jak zwykle, 

kiedy okazywało się, że jej polski wciąż nie jest doskonały. Darowałyśmy 

jej więc to pomysianie. Nie było sensu jej dobijać... Zresztą i tak świetnie 

rozumiałyśmy, co miała na myśli. Pewnie połączyła słowo „pomieszać” i 

„pomylić”. I wyszło „pomysiać”. Całkiem słodkie słowo...

- Mam tu szablony - babcia Emmy doskonale się przygotowała do 

naszej wizyty. - Szyłam z nich zwierzęta dla moich dzieci, a potem dla 

Emmy i chłopców, i wysyłałam do Anglii. O, widzicie? To jest pies, to 

kot, to żyrafa, a to dwa łabędzie, jeden ze złożonymi skrzydłami, a drugi z 

background image

rozłożonymi... Poradzicie sobie same.

Nie miałam pojęcia, w jaki sposób z kartonowych szablonów mamy 

zrobić prawdziwe zabawki. I skąd ta pewność, że sobie poradzimy?

- Tu   są   kawałki   różnych   materiałów   -   babcia   Emmy   podała   nam 

wielką   torbę   pełną   kolorowych   skrawków.   -   Przykładacie   szablon   do 

materiału   złożonego   na   dwoje,   żeby   zwierzę   miało   dwa   boki, 

obrysowujecie   długopisem   albo   ołówkiem,   wycinacie,   potem   bierzecie 

kolejny szablon, ten mały... to brzuszek i grzbiet, żeby zwierzę nie było 

płaskie... zszywacie, wypychacie watą, gąbką, innymi skrawkami, i już.

- Jakie już? - zapytała Emma. - A oczy?

- No tak, zwierzęta muszą mieć też oczy - roześmiała się jej babcia. - 

A czasami nawet wąsy... Ale od czego są guziki, skrawki wełny, kawałki 

drutu? Poradzimy sobie, zobaczycie! Niech każda z was weźmie szablon 

jednego zwierzaka i wycina. Ja wam to potem pozszywam szybciutko na 

maszynie i będziemy mieć mnóstwo zabawek.

To naprawdę nie było trudne! Minęło całe popołudnie i wieczór, a 

my   dalej   pracowałyśmy   w   tej   małej   manufakturze.   Rysowałyśmy, 

wycinałyśmy, babcia Emmy siedziała przy cichutko terkoczącej maszynie 

i   co   chwilę   podawała   nam   gotowe   do   wypychania   zwierzęta.   Potem 

jeszcze zostawało tylko zaszyć im brzuchy albo boki, doprawić oczy... I 

już. Na stole stały cztery żyrafy, z czego jedna miała różowe paski, dwie 

były całe w kropki, a ostatnia miała rzucik w kwiatki... Wszystkie były 

prześliczne! Obok stało aż siedem psów. Równie pięknych!

- Ja najbardziej lubię tego z żółtymi wielkimi oczami - uśmiechnęłam 

się, zaszywając brzuch łabędziowi w drobną czerwoną kratkę.

- A ja tamtego kotka z czerwonymi wąsami z drutu - powiedziała 

background image

Julka.

- To   drut   uratowany   z   jakiegoś   starego   radia   -   babcia   Emmy   na 

moment   oderwała   się   od   maszyny.   -   Spodobał   mi   się   kolor,   więc   go 

schowałam. Z dziesięć lat przeleżał w szufladzie i w końcu się przydał. 

Bardzo ładne te wąsy, takie zawadiackie... Dobrze, że chłopców nie ma w 

domu, na pewno by chcieli zatrzymać tego kota... i jeszcze kilka innych. I 

ze dwa łabędzie...

- A   gdzie   są   twins?   -   zainteresowała   się   Emma.   -   Nie   trzeba   ich 

odebrać z przedszkola? Robi się późno...

- Twoja mama  już ich  odebrała, nie  martw  się,  możesz  spokojnie 

wrócić do swojego łabędzia. Nie wypchałaś mu lewego skrzydła! - miałam 

wrażenie,   że   babcia   Emmy   nie   chce   za   wiele   mówić   o   rym,   gdzie   są 

bliźniaki. Wyraźnie usiłowała odwrócić uwagę wnuczki. No i świetnie jej 

się   udało.   W   końcu   żadna   z   nas   nie   tęskniła   specjalnie   za   Markiem   i 

Robinem. Przy nich na pewno nie uszyłybyśmy ani jednego zwierzaczka! 

Za to same musiałybyśmy układać się na półkach albo skakać z szalki na 

tapczan i udawać koty.

Siedziałyśmy w maleńkim mieszkanku Emmy do świtu. Ale efekt 

był   imponujący:   czterdzieści   siedem   zwierzaków   uszytych   z   resztek, 

siedem lalek zrobionych na drutach i szydełku przez babcię Emmy, wieki 

temu... I jeszcze dwadzieścia dwie figurki z modeliny.

- Twins   wygrali   konkurs   w   przedszkole,   dostali   wielką   paczkę 

modelina... modeliny, tak? Wielką paczkę modeliny, a nic z niej nie robią - 

to mówiąc, Emma wyciągnęła z pawlacza gigantyczne pudło.

No   tak,   z   tej   modeliny   naprawdę   można   było   zrobić   dwieście 

prezentów.  A przynajmniej   sto.  Niestety, z  naszej   czwórki  tylko Zuzia 

background image

potrafiła   ulepić   coś,   co   chociaż   trochę   przypominało   to,   co   zamierzyła 

autorka.   Piesek   był pieskiem,   kotek  kotkiem,  a  krasnoludek  krasnolud-

kiem. My mogłyśmy jej tylko pomóc, lepiąc z drobinek modeliny nosy. 

Małe kuleczki - to właśnie potrafiłyśmy. I niestety nic więcej.

- Jutro  zrobię  jeszcze  kilkanaście...  - powiedziała  Zuzia, ziewając. 

Była piąta rano. Zdecydowanie nie opłacało się wracać do domu, gdyż o 

ósmej czekała nas kartkówka z matmy... A zaraz po niej upiorna klasówka 

u Bzyka. Ułożyłyśmy się więc wszystkie na wersalce Emmy.

- A gdzie śpi twoja babcia? - zainteresowałam się, zamykając oczy. - 

Chyba normalnie dzieli pokój z tobą, tak mówiłaś, prawda?

- Prawda - przytaknęła Emma. - Ale dziś śpi z twins.

- Twins? Oni wrócili? - zapytała Julka. - Nawet nie zauważyłam... 

Pewnie musieli być strasznie zmęczeni, skoro od razu poszli spać, zamiast 

biegać po mieszkaniu i krzyczeć.

- Wrócili z mamą, very tired... - powiedziała Emma.

- A gdzie jest twoja mama? - zapytała Zuzka. - Też śpi, z babcią i 

chłopcami? Musi im być ciasno...

- Jest   w   pracy   -   powiedziała   Emma,   co   sprawiło,   że   całkowicie 

odechciało nam się spać.

- W pracy? Znalazła pracę? Gdzie? - miałyśmy setkę pytań.

- W biurze, jako secretary... sekretarka... W biurze. Od wczoraj.

- Biura pracują na nocną zmianę? - zdziwiłam się.

- Robią   bilans,   tak   powiedziała,   gdy   przyprowadziła   twins.   Że 

wychodzi do pracy i wróci dopiero rano.

Nie   wyglądało   to   najlepiej.   Siedzenie   w   pracy   do   rana,   od   razu 

drugiego dnia?

background image

- Mam nadzieję, że przynajmniej zapłacą jej za nadgodziny - Zuzia 

nawet o piątej rano była praktyczna do bólu.

- Mam nadzieję - przytaknęła Emma bardzo niepewnie.

A   mnie   nagle   przyszła   do   głowy   okropna   myśl.   Może   jej   mama 

wcale nie ma pracy? Może po prostu ma romans? To znaczy, chyba nawet 

nie romans...  ona w końcu rozwodzi się z panem Adamsem... Więc to 

wcale nie była tak okropna myśl, jak mi  się wydawało... Nie chodziło 

przecież o romans, tylko o zwyczajnego, nowego mężczyznę. Może jest u 

niego, a nie w żadnej pracy? I nie chce mówić o niczym rodzinie, nie wie, 

jak to przyjmą... Skoro jednak pani Adams nie chciała informować Emmy, 

a Emma wierzyła w historię o pracy w nocy, to chyba lepiej było siedzieć 

cicho. Nie chciałam jej denerwować. Za to bardzo, bardzo chciałam spać.

- Dobranoc - powiedziałam więc po prostu i zamknęłam oczy.

W czwartek pojawiłyśmy się w szkole nieco spóźnione i zaspane. I 

od razu wpadłyśmy  na kartkówkę z matmy, chyba siedemnastą  w tym 

semestrze. Wolałam nie myśleć o tym, co z niej dostaniemy. Zwłaszcza 

ja... I faktycznie niemal natychmiast przestałam się tym martwić. Bo gdy 

tylko rozległ się dzwonek i wyszłyśmy z klasy, matma przestała się liczyć. 

Z   pudła  stojącego   pod   ścianą   wysypywały   się   zabawki.  Całe   mnóstwo 

zabawek! Klocki, miśki, małpki, pluszowe osiołki. No a przede wszystkim 

lalki. Najpiękniejsze lalki, jakie widziałam.

- Mam nadzieję, że w tym domu dziecka jest więcej dziewczynek niż 

chłopców - uśmiechnęła się Zuzka, zaskoczona i zachwycona tak jak ja.

Poszłyśmy skontrolować dwa pozostałe pudła: na pierwszym piętrze 

i   przy   wejściu   do   szatni.   Były   wypełnione   po   brzegi!   Przenoszenie 

zabawek zajęło nam tyle czasu, że spóźniłyśmy się na kolejną lekcję, czyli 

background image

na klasówkę u Bzyka. I, co najdziwniejsze, wcale się tym nie przejęłyśmy. 

Za to na lekcji z naszą wychowawczynią stawiłyśmy się punktualnie. A 

razem z nami wszystkie te miśki, klocki i lalki.

- Dzisiaj zamiast normalnej lekcji angielskiego czeka nas pakowanie 

prezentów - powiedziała Mądra, bardzo wzruszona.

Klasa   zareagowała   na   to   z   entuzjazmem...   oprócz   Moniki 

Frankowskiej.   Przyjaciółka   Karoliny   postanowiła   być   lojalna...   troszkę 

lojalna.   I   na   znak   tej   lojalności   prychnęła   cichutko   z   wyraźnym 

niezadowoleniem.

- Coś nie tak, Moniczko? - Mądra jak fioletowa pantera znalazła się 

błyskawicznie przy jej ławce. - Wolisz lekcję? Proszę bardzo, mogę dać ci 

do rozwiązania bardzo interesujący test.

- Nie,   dziękuję   -   zaczerwieniła   się   Monika,   pochylając   głowę.   - 

Chętnie będę pakować prezenty...

Okazało   się,   że   mamy   trzysta   osiemdziesiąt   trzy   paczki!   To   było 

naprawdę   niesamowite.   Ludzie   poprzynosili   po   kilka   rzeczy,   jedna 

dziewczyna z  II  b nawet dziesięć czy jedenaście ślicznych, pluszowych 

misiów... Wszystkie siedziały od lat na półce, za szkłem. Nie bawiła się 

nimi ani razu. Jeden miał nawet metkę przy uchu!

- Paczki z czerwonymi kokardkami dla chłopców, dla dziewczynek z 

niebieskimi - przypominała Mądra, przekładając je z biurka do worka.

- Jest tyle prezentów, że wystarczy dla dwóch domów dziecka, nie 

dla   jednego   -   powiedziała   Zuzka.   I   oczywiście   miała   rację!   Mogliśmy 

obdarować więcej dzieciaków, niż zamierzaliśmy! Nie tylko nie zabrakło 

nam prezentów, ale było ich za dużo.

Chyba trafiłam do fajnej szkoły, pomyślałam. Wszyscy naprawdę się 

background image

przejęli...

- No   to   zadzwońmy   do   jeszcze   jednego   domu   dziecka,   trochę 

mniejszego,   dowiedzmy   się,   ilu   tam   mają   podopiecznych   -   snuła   plan 

Julka.

Posłuchałyśmy   jej.   W   domu   przy   Anielewicza   było   sto 

siedemdziesiąt jeden dzieciaków. Dyrektorka popłakała się w słuchawkę, 

słysząc, że chcemy im coś dać.

- Na Gwiazdkę nasi podopieczni dostają paczki co roku - mówiła 

łamiącym się głosem. - Ale mikołajki... Oni chyba nawet nie wiedzą, co to 

znaczy!

- Trzysta osiemdziesiąt trzy paczki - liczyłyśmy. - Dom dziecka z 

placu Słonecznego to dwieście siedemnaście dzieciaków... Trzeba odjąć 

dwieście siedemnaście od trzystu osiemdziesięciu trzech...

- Sto sześćdziesiąt sześć - Zuzka policzyła to w pamięci! - Brakuje 

nam jeszcze pięciu prezentów.

- Uszajemi... uszyjemy je wieczorem - Emma nie widziała problemu.

- Pewnie, że uszyjemy - pokiwałam głową.

Dopiero następnego dnia, w wielkiej sali domu dziecka przy placu 

Słonecznym,  i  mniejszej   -  tego  przy  Anielewicza,  dotarło   do mnie,   ile 

dobrego zrobiłyśmy. Marta Mądra siedziała w kąciku, ubrana oczywiście 

w różne odcienie fioletu i śliwki, a po policzkach ciekły jej strumyczki łez. 

Julka rozpłakała się już w progu... Ja trzymałam się prawie do samego 

końca. Do chwili, gdy mała, czarnowłosa dziewczynka zawisła mi na szyi. 

Wtedy i ja zaczęłam ryczeć jak bobrzyca. I strasznie chciałam zabrać tę 

czarnulkę   do   domu.   I   wszystkie   pozostałe   dzieciaki   też.   Dwieście 

siedemnaście maluchów. I jeszcze sto sześćdziesiąt sześć kolejnych. W 

background image

końcu te z Anielewicza były tak samo słodkie i kochane jak te z placu 

Słonecznego. I też nie chciały nas puścić...

background image

ROZDZIAŁ 4

SZUKAMY PRACY

Mam   wrażenie,   że   mikołajki   były   dopiero   wczoraj   -   westchnęła 

Julka. - Ale czas tak pędzi... Do świąt niecałe dwa tygodnie, a ja wciąż nie 

mam prezentów.

- Ja też nie - pokiwała głową Zuzka.

- I ja... - poczułam, że w gardle staje mi wielka metalowa kula. Jak 

zwykle, kiedy docierało do mnie, że muszę poprosić rodziców o pieniądze. 

Dokładnie mogłam sobie wyobrazić ich miny...

- Ja   chyba   nic   nie   kupię   -   Emma   najwyraźniej   miała   ten   sam 

problem.

Następnego dnia zmieniła jednak zdanie.

- Babcia   dała   mi   pieniądze!   -   powiedziała   uradowana,   gdy 

weszłyśmy   po   lekcjach   do   mieszkania   Zuzi,   jak   zwykle,   na   herbatę   z 

malinami.   -   Kupię   prezenty   dla   mamy   i   twins,   no   i   babci.   Chociaż   to 

głupio kupować babci coś za pieniądze babci.

Miała rację. Też zawsze mnie to denerwowało. Kupowanie rodzicom 

prezentów za pieniądze, które sami mi dali, było naprawdę idiotyczne. Ale 

czy było inne wyjście?

- Może byśmy jakoś zarobiły na prezenty? - widać było, że Zuzkę też 

gryzło to, co mnie i Emmę. - I kupiły je za własne pieniądze?

- Ale jak??? - spojrzałam na nią zdumiona. - Mamy po trzynaście lat, 

nie wolno nam pracować, nikt nas nie zatrudni...

- Ja mam grosiki w skarbonce, jeszcze z szóstej klasy - westchnęła 

Zuzia. - Ale strasznie mało tych grosików...

- A ja nie mam nawet grosików - odezwała się cichutkim głosem 

background image

Emma. - I moja mama też nie... Za to mamy twins, oni zawsze dostają 

dużo presents... to znaczy dostawali, w Anglia... a w tym roku...

- W tym roku też dostaną! - Julka wpadła nagle w niezrozumiałą 

euforię. - Zobaczycie, będzie nas stać na prezenty  dla wszystkich! Dla 

całej rodziny! Zarobimy mnóstwo pieniędzy!

- Niby   jak?   -   nie   rozumiałam.   -   Będziemy   zbierać   butelki   po 

śmietnikach? Kiedyś próbowałam, nie po śmietnikach, ale po sąsiadach... 

chciałam sobie kupić komórkę... w sklepach nie chcą teraz butelek bez 

paragonu, że się tam kupiło te napoje, a w skupie są za to jakieś grosze. 

Zbierałam tydzień i nawet na futerał do komórki mi nie starczyło! Nie ma 

szans.

- Nie chodziło mi o butelki - pokręciła głową Julka. A Zuzia pisnęła, 

nagle też wpadając na świetny pomysł:

- Mogłybyśmy bawić dzieci! Moja siostra bawiła, jeszcze gdy była w 

liceum. Trzeba po prostu poczytać ogłoszenia.

- Zostawiłabyś dzieci z trzynastolatkami? - pomysł nie wydawał mi 

się wcale taki genialny.

- Ja często zostaję z twins - powiedziała Emma.

- No tak, ty masz doświadczenie - zgodziłam się. - Ale my...

- A   może   nie   dzieci   tylko   staruszki?   -   Zuzia   nie   zamierzała 

zrezygnować. - Możemy robić zakupy staruszkom, żeby nie chodziły same 

do sklepu. W zimie to dla nich straszny kłopot, ubrać się w te ciężkie 

płaszcze i przedzierać przez zaspy, ślizgać na oblodzonych chodnikach...

Przez moment przed oczyma stały mi zaspy wielkie jak piramidy, ale 

szybko   się   otrząsnęłam.   Mieszkamy   w   mieście...   to   znaczy   ja   pod 

miastem, ale też nie w jakiejś głuszy. Zaspy widziałam raz czy dwa, tylko 

background image

w parku, i też wcale nie musiałam się przez nie przedzierać... Ale przecież 

nie zaspy były tu największym problemem!

- Myślisz,   że   staruszki   mają   pieniądze   na   takie   usługi?   -   miałam 

ochotę popukać się w głowę. - Mogłybyśmy im pomóc, czemu nie, ale 

charytatywnie. Zrobić to bezinteresownie, a nie jeszcze na nich żerować, 

na ich marnych emeryturach...

- Masz rację - zasmuciła się Zuzka. - Ale w takim razie nie wiem, co 

mogłybyśmy jeszcze robić.

- A może dacie mi w końcu dojść do głosu? - Julka była najwyraźniej 

zniecierpliwiona. - Mówiłam wam, że mam pomysł. I wcale nie wymaga 

on wyzyskiwania biednych starszych pań, wysupłujących z podołka ostat-

nie grosze, albo złote monety jeszcze z czasów wojny.

Nie byłam pewna, co to jest podołek i dlaczego właśnie tam staruszki 

miałyby   trzymać   monety   sprzed   sześćdziesięciu   lat.   Ale   nie   o   to   teraz 

chodziło.

- Mów! - zażądałam od Julki.

- Mów, jaki to pomysł - zgodziła się ze mną Zuzka. - I to szybko!

- Szybko! - pokiwała głową Emma, najbardziej z nas potrzebująca 

pieniędzy.

- Pójdziemy  do kwiaciarni  - Julka powiodła po kuchni wzrokiem, 

spodziewając się chyba burzliwych oklasków.

- Do kwiaciarni? - zupełnie nie rozumiałam, dlaczego miał to być 

taki świetny plan.

- Do kwiaciarni? Takiej z kwiatkami? - upewniła się Zuzka.

- Z kwiatkami - przytaknęła Julka, triumfując. - Nie rozumiecie? Do 

tej kwiaciarni na moim osiedlu, do mamy Tomka!

background image

Tomka...   no   tak,   oczywiście,   znałam   kiedyś   pewnego   Tomka... 

Byłam w nim zakochana po uszy. I on prawie poprosił mnie w andrzejki o 

rękę. To znaczy nie o rękę, ale o to, żebym z nim chodziła. Prawie... to 

było wieki temu, niedługo miną dwa tygodnie... od tamtej pory Tomek 

mnie   nienawidzi.   Myśli,   że   kocham   innego.   Głupie   nieporozumienie, 

oczywiście.   Mogłabym   je   wyjaśnić   w   ciągu   trzech   minut.   Ale   nie 

wyjaśniłam, bo Tomek od tamtej pory nie pojawiał się w szkole. Moja 

andrzejkowa, trochę oszukana wróżba, nie chciała się spełnić. Powinnam 

chyba o nim zapomnieć...

- Do mamy Tomka - powtórzyła Julka, patrząc na mnie uważnie spod 

jasnych, opadających na twarz włosów.

- Chodźmy!   -   uśmiechnęłam   się,   w   najbardziej   radosny   i   nic   nie 

znaczący   sposób,   na   jaki   mogłam   się   zdobyć.   Ale   oczywiście   nie 

zwiodłam moich przyjaciółek.

- Tomek się od tamtej pory do ciebie nie odzywał? - zapytała wprost 

Zuzka. - W szkole go nie ma, czyżby zrezygnował z nauki?

- Taki zawód miłosny mógł go nawet zabić - rozmarzyła się Julka. - 

Dawno   go   nie   widziałam,   to   fakt...   Więc   może   umarł   ze   zgryzoty? 

Chociaż,   gdyby   umarł,   jego   mama   na   pewno   chodziłaby   w   żałobie.   A 

ona... prawie zawsze ubiera się na czarno, więc nie wiem, czy to żałoba 

czy nie... ale widziałam wczoraj, jak gdzieś biegła, zamknęła nawet na 

chwilę   kwiaciarnię...   Miała   pomalowane   na   czerwono   paznokcie   i 

czerwone buty. Zrozpaczona matka nieboszczyka nie malowałaby chyba 

paznokci na krwisty kolor?

Brr! Nieboszczyka! Jak to brzmiało! Mój Tomek absolutnie nie mógł 

być nieboszczykiem, nie zgadzałam się na to i już! Mógł być obrażony, 

background image

urażony,   mógł   nie   chcieć   mnie   więcej   widzieć...   ale   nieboszczyka 

stanowczo sobie wypraszałam!

- A po co pójdziemy do tej kwiaciarni? - zapytała Zuzka, trzeźwo jak 

zwykle.

- Po pracę! - uśmiechnęła się Julka. - Mama Tomka da nam pracę, na 

pewno. Zawsze przed świętami jest u niej mnóstwo roboty. Pamiętam, co 

się działo w zeszłym roku. Czasami siedziała do świtu, żeby przygotować 

to, co zamówili klienci na następny dzień.

- Będziemy układać bukiety? - zdziwiłam się. Nie miałam pojęcia o 

układaniu bukietów, nawet gdy wręczałam komuś różę, miałam problem, 

jak ją podać. Stokrotki rozsypywały mi się na wszystkie strony, trzech 

frezji   nie   umiałam   włożyć   do   wazonu   tak,   żeby   wyglądały   ładnie   i 

naturalnie. Nawet po rocznym kursie bukieciarskim miałabym problem. 

Stanowczo nie nadawałam się do tej pracy!

- Będziemy   jej   pomagać   -   powiedziała   Julka   enigmatycznie.   - 

Zobaczycie, że się uda! Pojedziemy od razu na moje osiedle?

- Jedźmy! - zgodziłyśmy się wszystkie trzy. Osiedle dla bogaczy nie 

było naszym ulubionym miejscem, a pan Ździebełko stanowczo nie był 

naszym   ulubionym   mieszkańcem   tego   osiedla...   pani   Ola   jednak, 

właścicielka   kwiaciarni   przy   bramie,   nie   była   ani   bogata,   ani   nie-

sympatyczna.   Była   strasznie   miłą   osobą.   I   kto   wie,   może   faktycznie 

mogłaby nam pomóc?

Pomóc   zobaczyć   się   z   Tomkiem   -   podpowiedział   jakiś   cichutki 

głosik w środku mojej głowy. Wcale nie chciałam tak pomyśleć! Chciałam 

skupić   się   na   zarabianiu   pieniędzy.   Ale   myślenie   o   Tomku   jakoś   tak 

zawsze narzucało mi się samo...

background image

- Możemy robić stroiki, łańcuchy, wyklejać jakieś oryginalne kartki 

pocztowe... Możemy robić wszystko, co nam pani każe! Będziemy pani 

służącymi, jeśli pani zażąda! - Julka z wrodzonym talentem przekonywała 

panią Olę, że mogłaby mieć z nas w kwiaciarni pożytek.

A ja starałam się odgonić myśl o tym, że zrobione przez nas kartki 

byłyby   naprawdę   bardzo,   bardzo   oryginalne.   Ale   niekoniecznie   w 

pozytywnym znaczeniu...

Lepsza,   milsza   wersja   Palomy   Picasso   poprawiła   małe,   druciane 

okularki, zsuwające się jej z nosa, i roześmiała się serdecznie.

- Z nieba mi spadacie!

Zuzia, Emma i ja stałyśmy jak zamurowane. Nie miałyśmy pojęcia, 

czy mama Tomka kpi z nas, czy mówi poważnie. Nie, kpić to nie kpi, ona 

nie należy do kpiarzy... mogłaby raczej żartować, delikatnie i wcale nie 

złośliwie. .. Ale to zdanie o spadaniu z nieba wcale nie brzmiało jak żart.

- Nawet nie wiecie, jak ciężko o pomocników dwa tygodnie przed 

Gwiazdką!   -   to   naprawdę   nie   była   kpina   ani   nawet   żart.   -   Dawałam 

ogłoszenie, chciałam przyjąć studentów... Ale oni mają o tej porze roku 

lepsze zajęcia, są dosłownie rozrywani. Biegają po mieście w przebraniach 

świętych Mikołajów, roznoszą jakieś paczki po biurach, sprzątają, trzepią 

dywany... Wolny, chętny do pracy student w grudniu to marzenie ściętej 

głowy.

- Ma   pani   za   to   przed   sobą   cztery   wolne,   chętne   do   pracy 

gimnazjalistki - dygnęła Zuzka nerwowo. - Bardzo byśmy chciały zarobić 

kilka złotych na prezenty dla rodziców.

- Zarobicie więcej niż kilka złotych! - uśmiechnęła się pani Ola. - I 

naprawdę bardzo się cieszę, że przyszłyście!

background image

Wszystkie   patrzyłyśmy   na   nią   w   milczeniu.   Nie   dlatego,   że   nie 

miałyśmy   nic   do   powiedzenia.   Po   prostu   nas   zatkało.   Nie   mogłyśmy 

wydobyć dźwięku z krtani... a może dźwięku nie wydobywa się z krtani, 

lecz z tchawicy? Nie byłam pewna... A przecież powinnam być! Przecież 

jestem z tych Łaniewskich, ze starej lekarskiej rodziny... No i uczyłam się 

na biologii o powstawaniu dźwięku. Był nawet rysunek na całą stronę w 

książce.   Niestety,   nic   z   niego   nie   pamiętałam.   Dobrze,   że   babcia   nie 

wiedziała o moich wątpliwościach!

- Chciałabym też was prosić o wyprowadzanie psa - powiedziała pani 

Ola, korzystając z tego, że żadna z nas nie mogła wydusić z siebie ani 

słowa.

- Psa? - Julkę nareszcie odetkało. - Kamusi? A co, Tomek nie może z 

nią wychodzić?

- Nie może - pokiwała głową jego mama, a mnie znów przyszło do 

głowy to okropne słowo „nieboszczyk”! Aż mnie przeszedł dreszcz!

- Dlaczego? - Zuzka też odzyskała mowę i domagała się konkretnej 

odpowiedzi. - Coś mu jest?

- Prosił, żeby wam o niczym nie mówić... to znaczy tobie, Jula, bo 

tylko ty tu przychodzisz... Ale w tej sytuacji... ja już naprawdę nie mogę 

zamykać codziennie kwiaciarni, żeby wyprowadzić psa. Klienci dostają 

szału, kiedy muszą czekać pod drzwiami, Kama dostaje szału, że nie może 

pobiegać tyle, ile by chciała... Muszę was poprosić o pomoc, choćby mój 

własny syn miał się na mnie obrazić. Zresztą zupełnie nie wiem, dlaczego 

on tak się upiera przy tej tajemnicy. W końcu to, co się stało, to przecież 

żaden wstyd...

Wstyd?   O   co   może   jej   chodzić?   Co   mu   się   stało?   Dostał   jakiś 

background image

parchów na całej twarzy i nie chce, żebyśmy go oglądały w takim stanie? 

Ogolił głowę na łyso i z tego powodu nie przychodzi do szkoły i unika 

znajomych? Nie, to nie miało sensu...

- Tomek złamał nogę w andrzejki - powiedziała jego mama. A ja 

poczułam, że zaraz zemdleję.

background image

ROZDZIAŁ 5

KOKARDKI

Nie  słuchałam   już,  co   mówi   pani   Ola.  Pokazywała   nam  malutkie 

choinki,  mówiła  coś o łańcuchach  i kokardkach, wręczyła Julce worek 

wypełniony jakimiś czerwonymi skrawkami... Nie miałam pojęcia, co to 

jest. One o tym dyskutowały, coś sobie rysowały na kartce... A ja czułam 

się tak, jakby właścicielka kwiaciarni i moje trzy przyjaciółki rozmawiały 

w obcym języku, który słyszę pierwszy raz w życiu. Słyszałam te głosy, 

ale jakby z daleka... Nie docierały do mnie, do mojej głowy. Bo w niej 

było miejsce tylko na jedno słowo: Tomek. Te pięć liter wypełniało cały 

mój   mózg,   moje   serce,   mój   żołądek   nawet...   Nawet   powietrze,   którym 

oddychałam,   było   wypełnione   tym   jednym   słowem.   Tomek,   Tomek, 

Tomek... Tylko o nim mogłam myśleć.

- To ja pójdę wyprowadzić psa! - powiedziałam, wpadając nagle na 

genialny   pomysł.   Przecież   mogę   odwiedzić   go   od   razu   i   wszystko 

wytłumaczyć...

- Już   go   dziś   wyprowadziłam,   będzie   trzeba   z  nim   wyjść   dopiero 

wieczorem... ale zrobię to sama, wy, dziewczynki, lepiej idźcie do domu 

robić kokardki - uśmiechnęła się pani Ola, łamiąc mi serce.

Jakie kokardki?! Nie zamierzałam robić żadnych kokardek, chciałam 

zobaczyć się z Tomkiem, porozmawiać z nim, wyjaśnić... Byłam gotowa 

nocować u Julki, żeby tylko jakoś dorwać się do tego psa... a przez psa do 

Tomka.

- To   może   pójdziemy   do   mnie?   -   zaproponowała   Emma.   -   Moja 

babcia robi takie rzeczy... pomoże nam, tak jak z animals wpychanymi 

gąbką.

background image

- Zwierzętami wypychanymi gąbką - poprawiłam ją zrezygnowana. 

Byłam   pewna,   że   Julka   i   Zuzia   zachwycą  się   pomysłem   wycieczki   do 

małego, ciasnego mieszkanka Emmy. I nie pomyliłam się.

- Ja wrócę na czas, wyprowadzę Kamusię wieczorem, niech się pani 

nie martwi - zapewniła panią Olę Julka.

Czarnowłosa kobieta w drucianych okularkach pokręciła głową:

- Nie   musisz,   Jula,   naprawdę...   Skoro   pomożecie   mi   z   tymi 

kokardkami, to mogę zamknąć kwiaciarnię i wrócić normalnie do domu. 

Może nawet uda mi się ugotować dla Tomka zupę? I nareszcie trochę z 

nim   porozmawiać.   Biedak,   nie   może   wychodzić   z   domu,   leży   całymi 

dniami na kanapie... Ja bym się zanudziła na śmierć, ale on uczy się w tym 

czasie węgierskiego, czyta, a nawet gra sam ze sobą w szachy.

Moje serce (i nogi też!) znów zaczęło się wyrywać do mieszkania 

pani   Oli   i   jej   syna.   Sama   powiedziała,   że   jest   biedny   i   brakuje   mu 

towarzystwa.   Proszę   bardzo,   mogę   być   jego   towarzystwem   choćby 

codziennie! Mogę nawet zrezygnować ze szkoły, żeby siedzieć przy jego 

łóżku. Mogę nauczyć się gotować zupy i grać w szachy... Mogę zapisać się 

na węgierski, czemu nie... Nic nie wydawało mi się zbyt trudne ani zbyt 

głupie!

- W takim razie przyjdę do Kamy rano przed szkołą - zgodziła się 

Julka.

- Przed szkołą, to znaczy przed pracą, sama z nią wyjdę, kwiaciarnia 

to w końcu nie piekarnia, nie otwieram jej o szóstej rano - uśmiechnęła się 

nasza Paloma Picasso. - Wystarczy, że wyprowadzisz Kamusię po lek-

cjach.   Wtedy   najtrudniej   mi   wyrwać   się   z   pracy,   muszę   wszystko 

zamykać, wywieszać kartkę...

background image

- Będę jutro od razu po lekcjach! - obiecała Julka, biorąc z ręki pani 

Oli klucze „żeby Tomek nie musiał kuśtykać do drzwi”.

A ja obiecałam sobie w duchu, że nazajutrz przyjdę po szkole razem 

z nią na to okropne osiedle, na które nie można wejść bez przepustki. 

Przyjdę, choćby nie wiem co! I spotkam się z Tomkiem!

Następnego  dnia jednak zdarzyło się właśnie to „nie wiem co”, i 

żadna z nas ani przez chwilę nie myślała o Tomku, pani Oli i biednej 

Kamusi, która czekała na spacer, piszcząc pod drzwiami.

Poszłyśmy   do   szkoły   niewyspane,   śmiertelnie   zmęczone.   ..   Do 

trzeciej w nocy wiązałyśmy bowiem malutkie czerwone kokardki. To było 

właśnie   to,   co   wręczyła   nam   w   worku   pani   Ola.   Mnóstwo   czerwonej 

aksamitnej   wstążki,   z   której   trzeba   było   zrobić   równiutkie   kokardki. 

Podobno miniaturowe choinki udekorowane takimi wstążeczkami idą w 

kwiaciarni jak woda.

- Musicie   wiązać   bardzo   równo!   -   powtarzała   babcia   Emmy.   - 

Ludzie, którzy wydają pieniądze, chcą dostać naprawdę towar doskonały. 

Oglądają każdy milimetr choinki, rezygnują z byle powodu... Musicie się 

starać!

Starałyśmy się więc jak szalone.

- Jestem mistrzynią równych kokardek! - wołała Zuzia, wymachując 

nam   przed   nosami   kawałkami   czerwonej   wstążki,   spiętej   pośrodku 

malusieńką złotą klamerką.

- A moje co? Gorsze? - oburzona Julka prezentowała nam z dumą 

swoją produkcje.

Ja   i   Emma   błyskawicznie   włączyłyśmy   się   do   zabawy   i   też 

zaczęłyśmy machać, a nawet rzucać wstążeczkami.

background image

W   tym   momencie   drzwi   uchyliły   się   i   wyjrzała   zza   nich   babcia 

Emmy. Byłam pewna,  że chce  nas skrzyczeć za  ten  hałas.  Dochodziła 

północ, bliźniaki już dawno spały, pani Adams  przed chwilą wróciła z 

pracy   (pewnie   znowu   siedziała   do   nocy   nad   jakimś   bilansem)   i   też 

położyła się do łóżka. To na pewno nie była dobra pora na wrzeszczenie i 

skakanie po wersalce.

A może   babcia  Emmy   też  chciała  iść   spać  i  po  prostu  nie   miała 

gdzie? Przecież dzieli pokój z Emmą, a teraz w tym pokoju jesteśmy my i 

dwa tysiące wstążeczek. I na pewno nie można się tu spokojnie położyć. 

Tak, to chyba jednak nie był najlepszy pomysł, żeby zajmować się pracą 

właśnie u Emmy. Mogłyśmy iść do mnie, do Zuzi, w ostateczności nawet 

do Julki... może jej rodziców nie byłoby w domu? A nawet gdyby byli, jest 

to jednak dużo większy dom niż mieszkanko Emmy. Ze czterdzieści razy 

większy, tak na oko...

Babcia Emmy nie zamierzała jednak ani nas uciszać, ani wyganiać.

- Przyszłam   sprawdzić,   jak   wam   idzie   -   powiedziała   po   prostu   i 

podniosła do góry pierwszą z kokardek leżących na biurku. - Będę waszą 

brakarką.

- Brakarką?! - tym razem nie tylko Emma, ale cała nasza czwórka 

słyszała to słowo po raz pierwszy.

- Brakarką   to   kontroler   jakości   -   wyjaśniła   nam   starsza   pani.   - 

Sprawdza, czy nie ma jakiejś fuszerki.

- Fuszerki? - zdziwiła się Emma. - Ja wiem, ja jadłam takie jajka 

fuszerowane... i kaczkę fuszerowaną... Ale tych kokardek nie fuszerujemy 

chyba?

Babcia razem z Julką zaczęły jej cierpliwie wyjaśniać różnicę między 

background image

faszerowaniem i fuszerowaniem. A ja znów mogłam odpłynąć myślami 

daleko,   na   znienawidzone   osiedle   dla   bogaczy.   Na   najcudowniejsze 

osiedle na świecie. Bo tam mieszkał Tomek. Uwięziony w swoim pokoju z 

nogą   w   gipsie...   Dlaczego   nie   pobiegłam   do   niego   od   razu,   prosto   z 

kwiaciarni?   Przecież   Julka   mówiła   kiedyś,   że   pani   Ola   z   synem   mają 

malutkie mieszkanko nad kwiaciarnią. A więc dzieliło mnie od niego tylko 

kilka schodków... Może nawet słyszał naszą rozmowę? Może wiedział, że 

tam byłam? No tak, jeśli wiedział, jeśli słyszał mój głos, to już po mnie. 

Tomek na pewno jest całkowicie przekonany, że mi na nim nie zależy. 

Gdyby mi zależało, nie odeszłabym przecież dosłownie spod jego drzwi!

Zrobiłam   się   na   siebie   strasznie   zła,   byłam   gotowa   jechać   na   to 

osiedle natychmiast, w środku nocy... Pewnie o tej porze nie jeżdżą już 

autobusy,   na   taksówkę   wydam   więcej,   niż   zarobię   na   kokardkach... 

Wydam to, co dostałam od mamy na książkę do angielskiego. Ale jakie 

znaczenie   ma   teraz   angielski?   Czułam,   że   nie   mogę   czekać   ani   chwili 

dłużej... Ale nagle, jakimś kącikiem świadomości, jedynym nie zajętym 

bez reszty przez Tomka, zauważyłam, że w pokoju dzieje się coś złego. 

Emma   płakała   jak   bóbr!   O   czym   to   one   rozmawiały,   zanim   się 

wyłączyłam? O kaczce faszerowanej? I co, i ta kaczka to taki powód do 

łez?

- Co   się   stało?   -   zapytałam,   zdradzając   natychmiast,   że   byłam   tu 

przez chwilę obecna tylko ciałem.

Julka przyjrzała mi się uważnie i oczywiście zrozumiała bez słów, 

gdzie   przebywała   moja   dusza.   Na   szczęście   nie   skomentowała   tego   w 

żaden sposób, szepnęła tylko:

- Babcia odrzuciła wszystkie kokardki Emmy jako wybrakowane.

background image

No tak... już przy szyciu psów, żyraf i łabędzi dla dzieciaków z domu 

dziecka Emmie nie szło najlepiej. Nie miała zdolności manualnych i tyle. 

Miała inne talenty, umiała fantastycznie śpiewać... Ale teraz nie chodziło o 

śpiew, lecz o kokardki.

- Musisz je mocniej spinać, o tak, zobacz - babcia starała się pomóc 

swojej wnuczce naprawić błędy. - Wcale nie było brzydko, tylko troszkę 

nierówno. Spróbuj tak jak ja, od dołu... Emma jednak nie chciała słuchać. 

Chlipała i powtarzała;

- Do niczego się nie nadaję...

A my we trzy, jedna przez drugą, usiłowałyśmy ją przekonać, że jest 

dokładnie odwrotnie: nadaje się do wszystkiego! I do robienia kokardek 

też!

- Przestań płakać, kochanie - jej babcia miała tak łagodny głos jak 

nigdy przedtem. - To wspaniale, że chcesz sama zarobić na prezenty... I na 

pewno sobie poradzisz. Jesteś taka dzielna. Nawet nie wiesz, jaka mama 

jest z ciebie dumna. Wiele razy mi mówiła, że gdyby nie ty, całkiem by się 

załamała po wyjeździe z Anglii. Ale ty zawsze umiesz podtrzymać ją na 

duchu... Jesteś wspaniała!

Łzy Emmy obeschły w okamgnieniu. Widać babcia radziła sobie z 

pocieszaniem jej znacznie lepiej niż my.

- Spróbuj, kochanie, jeszcze raz, powoli - dwie spracowane dłonie 

ujęły drobne ręce wnuczki i wspólnie składały kawałek wstążeczki. Tym 

razem idealnie prosto!

O trzeciej w nocy babcia Emmy zgasiła nam światło i stanowczo 

zażądała, żebyśmy poszły spać.

- Nie   możecie   w   kółko   pracować   po   nocach   -   powiedziała.   - 

background image

Najpierw te zabawki dla dzieci, teraz kokardki... A gdzie wasz sen?

- Wyśpimy się w święta - uśmiechnęłam się i z ulgą przytuliłam do 

poduszki. Oczy zamykały mi się same, podobnie jak przyjaciółkom. Tym 

razem wyjątkowo żadna nie miała ochoty na rozmowę. Chciałyśmy po 

prostu iść spać.

background image

ROZDZIAŁ 6

NIESPODZIEWANY GOŚĆ

Następnego   dnia   prawie   przespałyśmy   wszystkie   lekcje.   Nawet 

kolejna kartkówka z matmy nie zdołała wyrwać nas z odrętwienia. Widać 

do   wszystkiego   można   się   przyzwyczaić...   do   kartkówek   robionych 

regularnie na co drugiej lekcji też.

- To  co, idziemy   do Emmy  po  kokardki,  a  potem  do pani  Oli?  - 

zapytała Zuzka.

Wszystkie pokiwałyśmy głowami. Ja chyba najbardziej energicznie. 

Oczywiście   chciałam   dostać   pieniądze   za   pierwszą   partię   towaru... 

Oczywiście chciałam usłyszeć, co powie właścicielka kwiaciarni na widok 

kokardek,   czy   będzie   zadowolona,   czy   coś   skrytykuje...   Ale   znacznie 

bardziej interesowało mnie mieszkanko nad kwiaciarnią, gdzie czekał pies, 

którego trzeba zabrać na spacer... i jego właściciel z nogą w gipsie. Bardzo 

na mnie obrażony...

- Dobrze,   że   jesteście,   dziewczynki   -   babcia   Emmy   wyraźnie   się 

ucieszyła na nasz widok. - Zostańcie na pięć minut z chłopcami, muszę iść 

do apteki.

- Z chłopcami? - zdziwiła się Emma. - A oni nie są w przedszkolu? O 

tej porze?

- W południe zadzwoniła ich wychowawczyni, obaj mają gorączkę, 

zabrałam   ich   do   domu...   W   aptece   była   długa   kolejka,   oni   strasznie 

płakali...   Przyszliśmy   więc   prosto   tutaj.   Wiedziałam,   że   wpadniecie   po 

lekcjach po kokardki, i postanowiłam poczekać. To co, przypilnujecie ich? 

Dosłownie pięć minut...

- Nie   ma   sprawy   -   uśmiechnęłyśmy   się,   starając   się   ukryć 

background image

przerażenie.   Ostatnio,   gdy   byłyśmy   w   domu   same   z   bliźniakami,   nie 

skończyło się to najlepiej. My sterroryzowane i udające koty i kamienie, 

oni poparzeni... To znaczy, tylko Mark... Chyba Mark, nigdy nie udawało 

mi się ich rozróżnić... Nie byłam pewna, jak poradzimy sobie tym razem z 

dwoma potworkami, w dodatku gorączkującymi. Kto wie, jak wpływa na 

nich gorączka?

Na szczęście wpływała uspokajająco. Obaj leżeli w łóżku, przykryci 

kocem, i spali jak aniołki. Uśmiechnęłyśmy się jeszcze raz, tym razem z 

wyraźną ulgą. Skoro śpią, to babcia Emmy może odwiedzić nawet sie-

demnaście aptek!

- Nie spiesz się, babciu! - zawołała Emma do jej pleców, znikających 

za drzwiami.

Chyba wołała za głośno, bo w tym samym momencie cztery powieki 

otworzyły się, a spoglądające spod nich dwie pary zielonych oczu wcale 

nie wyglądały na zaspane i osłabione chorobą.

- Do   szafy!   -   zawołał   chłopiec   w  żółtej   piżamce.   -   Wszystkie   do 

szafy, no już! Będziecie moimi więźniami!

Pomyślałam, że dzieci stanowczo nie powinny oglądać brutalnych 

filmów. Ani nawet brutalnych kreskówek. Przecież pomysł z uwięzieniem 

nas w szafie musiał pochodzić z jakiegoś filmu! Poprzednio tylko Zuzia 

leżała   w   szafie,   udając   kamień.   Lepiej   chyba   być   kamieniem   niż 

więźniem...

Zobaczyłam, że Julka wyraźnie zbladła, wchodząc do szafy. Czyżby 

bała   się   ciemności?   Albo   ciasnych   pomieszczeń?   No   tak,   w   jej   domu 

wszystko było ogromne...

- Mam klaustrofobię - szepnęła, potwierdzając moje przypuszczenia. 

background image

Klaustrofobię,   czyli   lęk   przed   zamknięciem...   Widziałam   kiedyś   w 

telewizji film na ten temat, taka osoba może nawet umrzeć ze strachu w 

czasie krótkiej podróży windą! Stanowczo nie chciałam, żeby Julka umarła 

uwięziona w szafie! Nie mogłam na to pozwolić. W końcu nas jest cztery, 

a   bliźniaków   tylko   dwóch.   W   dodatku   są   przedszkolakami...   chorymi 

przedszkolakami. Nie możemy dać się im sterroryzować!

Zacisnęłam pięści i postanowiłam ruszyć do ataku. Jak babcia Emmy 

to robiła? Nie krzyczała, a jednak byli przy niej jak aniołki. Może w ten 

sposób działał jej łagodny głos, taki jakim mówiła do Emmy poprzedniego 

wieczora, kiedy ta płakała jak bóbr? Niestety, mnie nie było w tej chwili 

stać   na   spokojny,   łagodny   głos.   Miałam   ochotę   wrzeszczeć,   a   nie 

przemawiać uspokajającym, kojącym tonem.

Wrzasnęłam więc:

- Spokój!   Nie   będzie   żadnego   zamykania   nas   w   szafie!   Babcia 

zostawiła was pod naszą opieką, a nie nas pod waszą.

Nie byłam pewna, czy te skomplikowane konstrukcje gramatyczne - 

„was pod naszą”, „nas pod waszą” - są dla nich w ogóle zrozumiałe. Nie 

miałam żadnych doświadczeń z dziećmi, zwłaszcza takimi, które niemal 

całe życie spędziły w Anglii.

Otworzyłam   usta,   żeby   jakoś   przystępniej   przedstawić   im   moje 

przemyślenia,   ale   nagle   odezwała   się   Zuzka.   Bardzo   stanowczo   się 

odezwała.

- Natychmiast   wracajcie   do   łóżka!   Natychmiast!   Jeśli   zdążycie, 

zanim doliczę do pięciu, poczytam wam w nagrodę bajki! Raz, dwa, trzy...

Jeszcze   zanim   powiedziała   „trzy”,   maluchy   znalazły   się   pod 

kołderkami, przykryte po same uszy i wyraźnie spłoszone. Więc to było aż 

background image

takie proste? Wystarczyło podnieść głos i być stanowczą?

Julka, równie zdumiona i bardzo, bardzo blada, gramoliła się z szafy. 

Kto wie, może uratowałyśmy jej życie?

- Gdzie   macie   jakieś   bajki?   -   zapytała   Zuzka.   A   spod   pierzynek 

wyjrzały nieśmiało dwie małe rączki i pokazały zgodnie półkę pod oknem. 

Oni się naprawdę nas bali!

- Poczytamy o smoku, chcecie? - Zuzia usiadła na podłodze i wzięła 

głęboki oddech.

Nie   zdążyła   jednak   przeczytać   ani   słowa,   bo   w   tym   samym 

momencie rozległo się energiczne pukanie do drzwi. Czy raczej kołatanie, 

bo   przecież   babcia   Emmy   miała   zamiast   dzwonka   śliczną,   mosiężną 

kołatkę. Kołatkę, a więc kołatanie...

- Babcia nie wzięła klucza? - zdziwiła się Emma i poszła otworzyć.

Na   progu   jednak   nie   stała   wcale   jej   babcia.   Stał   tam   Krzysiek 

Więcek. Emma zrobiła się czerwona jak burak.

- Cześć... - powiedział Krzysiek, cichutko, jak nie on. I też oblał się 

rumieńcem.

Wyglądało mi na to, że nie tylko on podoba się Emmie, ale i ona 

jemu... Ach, znowu ta gramatyka. Wy nas, my was, on jej, ona jemu... 

Tylko w sprawie mojej i Tomka nie obowiązywała taka wzajemność. Tu 

było tylko „on jej”. Ona jemu nie. Ona jemu obojętna, a nawet wroga... To 

znaczy, on myśli, że ona mu wroga...

Z   wysiłkiem   otrząsnęłam   się   z   rozmyślań   o   gramatycznej 

wzajemności  i   skupiłam  swoją  uwagę  na  Krzyśku.  Nie  wiedziałam,  że 

Emma dała mu swój adres.

- O, wszystkie tu jesteście? - zdziwił się na nasz widok. Nie ucieszył, 

background image

lecz zdziwił. Łatwo to było zrozumieć, w końcu chciał być z Emmą sam 

na sam.

- My zajmiemy się chłopcami, poczytamy im bajki, a wy tu sobie 

spokojnie  porozmawiajcie   -  zarządziła  Zuzia  i  zaczęła  zaganiać  mnie   i 

Julkę do pokoju bliźniaków.

- My też tam pójdziemy, Krzyś, poznasz twins... moje braty... moich 

bratów... braci... - Emmie z nerwów myliły się końcówki, w oczach miała 

panikę i wściekłość. Wyraźnie była zła, że zamierzałyśmy zostawić ich sa-

mych. A przecież  my  chciałyśmy  dobrze!  Bardzo  dobrze!  Chciałyśmy, 

żeby wreszcie spokojnie sobie porozmawiali.

- Cześć, chłopaki! - Krzysiek wcale się nie wygłupiał i w niczym nie 

przypominał   klasowego   błazna,   którym   przecież   był.   Zachowywał   się 

poważnie, nawet bardzo poważnie. Zwłaszcza w stosunku do bliźniaków. 

Podał każdemu z nich rękę, jak jeden dorosły facet drugiemu dorosłemu 

facetowi. Mark i Robin byli oczywiście zachwyceni takim traktowaniem. 

A ja miałam wrażenie, że śnię! Czyżby miłość tak zmieniała ludzi? No tak, 

czemu   się   dziwię...   w   końcu   to   właśnie   ja   chciałam   zacząć   się   uczyć 

węgierskiego, gry w szachy i gotowania zup. Z miłości przecież, a nie z 

powodu   nagłego   nadmiaru   czasu   i   chęci   znalezienia   nowego 

fascynującego hobby...

Z   trudem   zmieściliśmy   się   wszyscy   w   pokoiku,   w   którym   leżeli 

bracia Emmy. Zuzia wzięła książkę i zaczęła czytać. Najpierw o smoku, 

potem   o   królewnie,   która   zgubiła   koronę,   jeszcze   później   o   dwóch 

myszkach i żabie...

- Oni już śpią - powiedziałam szeptem.

Zuzka z ulgą zamknęła książkę i wyszła na palcach z pokoju. A my 

background image

za nią. W pokoju, w którym robiłyśmy poprzedniego dnia kokardki, było 

jednak znacznie wygodniej. A przede wszystkim można  było nareszcie 

normalnie porozmawiać, zamiast słuchać w skupieniu bajek.

- Skąd wiesz, gdzie mieszkam?  - Emma  skupiła się i powiedziała 

całe zdanie, nie myląc końcówek.

- Wiem o tobie więcej, niż ci się wydaje - odpowiedział Krzysiek, 

znów czerwony jak burak. A ja poczułam, że zaraz dostanę zawału. Rety, 

ja   już   to   słyszałam!   Dokładnie   te   same   słowa!   Albo   prawie   te   same! 

Słyszałam je z ust Tomka, w identycznych okolicznościach. Pojawił się w 

moim domu, a ja zdziwiłam się, skąd ma adres... Czy naprawdę ci faceci 

nie   zajmują   się   niczym   oprócz   śledzenia   dziewczyn   z   naszej   klasy? 

Zupełnie, jakby nie mogli normalnie zapytać o adres...

- A   po   co   przyszedłeś?   -   brawo!   Emma   chyba   po   raz   pierwszy 

powiedziała   „przyszedłeś”,   zamiast   „przyszłaś”,   „przyszłoś”, 

„przyszedłoś”... Różne formy z jej ust już słyszałam, ale tej poprawnej 

chyba jeszcze nigdy! Naprawdę się starała panować nad nerwami!

- Nie byłem dziś w szkole - powiedział Krzysiek.

No proszę! Nie było go? W ogóle tego nie zauważyłam! Jeden rzut 

oka na Julkę i Zuzię wystarczył, żebym wiedziała, że one też kompletnie 

nie zwróciły na to uwagi. Za to Emma... Zachowywała się tak, że mogłam 

dać sobie uciąć rękę za to, że zauważyła. Zauważyła i bardzo się przejęła! 

Tylko my we trzy, niewyspane i zmęczone, jakoś nie przyjrzałyśmy się jej 

w szkole dostatecznie uważnie. No ale teraz byłyśmy pewne: Krzysiek 

bardzo, bardzo ją obchodził. I ona jego chyba też.

- Dlaczego nie byłeś w szkole? - zapytała Emma, starając się, żeby w 

jej głosie nie było słychać najlżejszych choćby emocji.

background image

- Byłem u lekarza - machnął ręką Więcek. - Nic takiego. Ale miała 

być dziś kartkówka z matmy, chciałem zapytać, jak było.

No   nie,   on   naprawdę   był   klasowym   błaznem!   W   dodatku   bez 

odrobiny wyobraźni! Czy naprawdę uważał, że ktoś w to uwierzy? W to, 

że kartkówka z matmy obchodziła go tak bardzo, że aż przyszedł „zapytać, 

jak było”? Może ktoś, kto nie chodzi do naszej szkoły i nie wie, że pani 

Kwaśniak robi kartkówki regularnie na co drugiej lekcji, dałby się nabrać. 

Ale  my   chodziłyśmy  do  tego   samego  gimnazjum   co  on!  Do  tej   samej 

klasy! I doskonale wiedziałyśmy, że kartkówka na matmie  była czymś 

równie   zwyczajnym   jak   sprawdzenie   listy   obecności   na   jakiejkolwiek 

innej lekcji. Nie było sensu w ogóle o tym mówić.

A może właśnie dlatego powiedział o tej kartkówce? - pomyślałam 

nagle. Może chciał, żeby od razu było oczywiste, że to tylko pretekst? Że 

tak naprawdę nie obchodzi go matma, lecz Emma? Że o to tu chodzi... Ale 

nie, Krzysiek nie był na to dość przebiegły. On dał się przecież nabrać 

adoratorowi Marty Mądrej, był prostoduszny i łatwowierny. I na pewno 

nie   umiałby   uknuć   takiej   intrygi.   On   naprawdę   uważał,   że   świetnie   to 

sobie wymyślił i że żadna z nas nie wpadnie na to, że kartkówka to tylko 

pretekst.

- Tak   myślałem...   myślałam,   że   przyjdziesz   -   zaczerwieniła   się 

Emma. - To znaczy, nie że przyjdziesz, ale że będziesz chciał wiedzieć, 

jak było... Spisałam ci pytania.

Co??? Wszystkie trzy otworzyłyśmy szeroko oczy. Emma myślała o 

Krzyśku w czasie kartkówki, zrobiła notatki, bo spodziewała się, że ją 

odwiedzi?!

- Myślałam, że ci jutro dam, gdy przyjdziesz do szkoły - spuściła 

background image

oczy i sięgnęła do teczki.

- Dzięki!   -   Krzysiek   był   zachwycony.   -   Dzięki,   że   o   mnie 

pomyślałaś!

Gruchali tak jeszcze przez chwilę jak dwa gołąbki. Aż robiło mi się 

słabo. Kto by się  spodziewał, że nasz klasowy błazen okaże się takim 

amantem?

Nagle   jednak   Krzysiek   podniósł   wzrok   i   powiedział,   wyraźnie 

głośniej i wyraźnie do nas wszystkich:

- Chciałem   was   jeszcze   o   coś   zapytać...   Nie   daje   mi   to   spokoju. 

Powiedziałyście przy sprawie z Karoliną, że podejrzewałyście, że to ja 

pociąłem torbę Emmie. Dlaczego? Nie mogę tego zrozumieć! Cała klasa 

wciąż   mnie   pyta,   dlaczego...   Wszyscy   myślą,   że   coś   wiem,   że   może 

zrobiłem   to   razem   z   Karoliną...   Przestają   rozmawiać,   gdy   się   zbliżam. 

Dlaczego tak wtedy powiedziałyście?

- A pamiętasz, co mówiłeś w bibliotece? - odpowiedziałam pytaniem 

na pytanie.

- W   bibliotece?   -   zatkało   go   całkowicie.   -   Ja   rzadko   bywam   w 

bibliotece...

W   to   akurat   nie   wątpiłam.   Ale   był   tam   w   andrzejki   przed 

matematyką. I to nie sam!

- Nie pamiętasz, co mówiłeś między regałami do swoich kolegów 

dwudziestego   dziewiątego   listopada?   -   przypomniała   mu   Zuzka   bardzo 

poważnym   tonem.   Wyraźnie   znowu   wcielała   się   w   jedną   ze   swoich 

ulubionych ról: sędziego śledczego.

- Nic nie pamiętam - pokręcił głową bezradnie nasz przesłuchiwany.

- To ci przypomnę - rozkręcała się Zuzia. - Może niedokładnie, ale 

background image

brzmiało   to   tak:   „Ta   torba   to   dopiero   początek,   zobaczycie,   co   będzie 

dalej. Będziemy mieli ubaw po pachy!”.

- Ach, ta torba! - uśmiechnął się szeroko Krzysiek. - Torba dla Marty 

Mądrej! Szykowaliśmy jej fajny prezent na mikołajki... ale przez was nic z 

tego nie wyszło. Bo przez was w ogóle nie było prezentów.

- Prezent dla Mądrej? - nie rozumiałam.  - Chcieliście  dać Mądrej 

torbę?

- Torbę,   ale   specjalną...   z   której   wyskakiwałyby   główki   na 

sprężynkach.   Widziałem   taką   kiedyś   w   filmie,   dziewczyna   nieźle   się 

wystraszyła. I zrobiłem taką samą dla Mądrej, własnoręcznie. Pokazałem 

kumplom, byli zachwyceni - spojrzał na nas, chyba oczekując oklasków.

Braw nie było. Odezwała się za to Zuzka podejrzliwie:

- Ale powiedziałeś, że to dopiero początek...

- No tak, bo chciałem zrobić jeszcze kilka rzeczy... Takich jak w 

sklepie   ze   śmiesznymi   rzeczami,   tylko   jeszcze   śmieszniejszych.   Na 

przykład szalik, który sam by się zaciskał i ją dusił...

No   tak,   boki   zrywać!   Już   prawie   uwierzyłam,   że   zmądrzał,   że 

niesłusznie   uznałyśmy   go   za   klasowego   błazna...   Ale   on   był   właśnie 

błaznem. I to niebezpiecznym! Chciał udusić naszą wychowawczynię na 

oczach całej klasy!

- Fajny   pomysł   -   powiedziała   Emma   rozanielona.   A   mnie 

pociemniało przed oczami. Najpierw Zuzka zgłupiała z powodu Radka, 

teraz Emma z powodu Więcka... Dobrze że przynajmniej na mnie Tomek 

nie działał w taki sposób. Smutniałam na myśl o nim, ale nie głupiałam. 

Chyba nie...

background image

ROZDZIAŁ 7

A PIES???

Babcia   Emmy   wróciła   do   domu,   bliźniaki   wstały,   zjadły   obiad, 

położyły   się...   a   my   wciąż   siedziałyśmy   w   pokoju   z   Krzyśkiem   i 

słuchałyśmy   ochów   i   achów,   które   wyrzucała   z   siebie   Emma.   Była 

zachwycona   każdym   jego   pomysłem,   nawet   najgłupszym.   Szklanką 

parzącą w palce, duszącym szalikiem, strzelającym długopisem... Więcek 

miał tyle pomysłów, że wystarczyłoby ich na każdy dzień roku szkolnego, 

aż do naszej matury.

- Pójdziemy   zrobić   herbatę   -   powiedziałam   niepewnie,   chcąc 

wycofać się do kuchni. Zuzia i Julka poderwały się, żeby wyjść ze mną. 

Obserwowanie gruchających gołąbków było fascynujące, ale czułyśmy się 

trochę nieswojo.

- Nie wychodźcie! - zaprotestowała natychmiast Emma, podrywając 

się z krzesła.

- Ja już idę do domu - powiedział Krzysiek, patrząc na zegarek. - 

Rodzice pewnie się martwią...

- Nie idź - zaczerwieniła się Emma. - Jeszcze nie dałam ci notatek z 

matmy...

Notatek! Naprawdę powiedziała to bezbłędnie. Nie „notatków” czy 

wręcz   „notesów”,   ale   po   prostu   „notatek”!   Byłyśmy   w   szoku!   Więcek 

jednak wyraźnie przejął się tym, co zobaczył na zegarku i wybiegł niemal 

bez pożegnania. To znaczy bez pożegnania ze mną, Julką, Zuzką i rodziną 

Emmy.   Bo   z   Emmą   spędził   przy   drzwiach   chyba   z   dziesięć   minut, 

chichocząc i szepcąc. Nie o matematyce oczywiście...

- Tak   szybko   sobie   poszedł...   -   westchnęła   Emma,   zatrzaskując 

background image

drzwi. - Szkoda...

- Szybko?   -   spojrzałam   na   zegarek.   -   Jest   szósta!   Za   oknem   już 

dawno zrobiło się całkiem ciemno! Myślałam, że będzie tu nocował.

- Szósta?! - pisnęła Julka, przerażona. - Pies pani Oli! Dałam słowo!

Poczułam, że mój świat rozwala się na milion kawałeczków. To miał 

być   mój   wielki   dzień!   Miałam   się   spotkać   z   Tomkiem,   wyjaśnić   to 

idiotyczne nieporozumienie... Myślałam o tym przez cały czas w szkole... I 

co, i nagle tak po prostu zapomniałam? No dobrze, nie tak po prostu... 

Byłam   świadkiem   rodzenia   się   wielkiej   miłości.   Patrzenie   na   nich, 

słuchanie   ich,   to   było   lepsze   niż   najlepszy   film.   Wszystkie   trzy 

wpatrywałyśmy się w nich zachłannie. Rozumiem, że Zuzia i Julka mogły 

przy takiej niespodziewanej atrakcji zapomnieć o bożym świecie. Ale ja? 

Jak   ja   mogłam?!   Jak   mogłam   tak   całkiem   zapomnieć   o   Tomku   i 

wpatrywać   się   w   Więcka?!   Szkoda,   że   nie   udało   mu   się   jeszcze 

skonstruować   szalika,   który   sam   zaciska   się   na   szyi.   Chętnie   bym   go 

użyła,   żeby   się   własnoręcznie   udusić!   Kretynki   podobne   do   mnie   sta-

nowczo powinno się raz na zawsze eliminować ze społeczeństwa!

- Zawiodłam panią Olę, chciałabym umrzeć ze wstydu - westchnęła 

Julka   dramatycznie.   A   więc   nie   byłam   sama   ze   swoimi   ponurymi 

myślami!

- Przestań histeryzować! - powiedziała do niej Zuzia. - I ty też, Żaba, 

przestań się zamartwiać, zobaczysz jeszcze swojego Tomeczka!

A więc aż tak było widać, że się dziko zdenerwowałam? Przecież nie 

powiedziałam   ani   słowa!   Ale   Zuzia   umiała   czytać   w   moich   myślach, 

oczywiście. I umiała, jak nikt, sprowadzić mnie na ziemię. Może tylko 

moja babcia mogłaby z nią konkurować...

background image

- Zakładajcie   kurtki   i   biegniemy!   Szybko!   Emma,   gdzie   masz 

czapkę?

No tak, naprawdę była jak moja babcia... Dbała nawet o to, żebyśmy 

się pozapinały i założyły coś na głowę!

W autobusie Emma, Zuzka i Julka chichotały i rozmawiały tylko na 

jeden temat: o Krzyśku. Julka oczywiście na poczekaniu napisała wiersz o 

ich wielkiej miłości. Byłam nawet ciekawa, jakie romantyczne skojarzenia 

może w niej wywołać klasowy błazen... ale nie udało mi się tego usłyszeć. 

Bo   natychmiast   pogrążyłam   się   we   własnych   myślach.   O   Tomku, 

oczywiście.   O   tym,   że   wszystko   mu   wyjaśnię.   I   będzie   musiał   mi 

uwierzyć. Powiem mu nawet, że to Zuzia kocha się w Radku, a nie ja. 

Wkopię ją, ale przecież to prawda, nie powinna się więc gniewać... A 

zresztą zależy mi tylko na jednej jedynej rzeczy: na tym, żeby Tomek znał 

prawdę. I żeby wiedział, że dla mnie liczy się tylko on.

- Tak   mi   przykro   -   zaczęła   Julka,   kiedy   wpadłyśmy   zziajane   do 

kwiaciarni.   -   Jestem   podłą,   niegodną   całować   pani   stóp,   samolubną 

dziewuchą.

- My też - przytaknęłyśmy z Zuzią i Emmą. Pani Ola wybuchnęła 

serdecznym śmiechem.

- Nie denerwujcie się, od trzech tygodni radzę sobie sama, to i dziś 

sobie poradziłam. Kamusia nie była zachwycona krótkim spacerem, ale 

ona też już się przyzwyczaiła.

- To ja z nią wyjdę jeszcze raz - powiedziałam, czując, że serce wali 

mi jak młot. - Wyprowadzę ją na solidny długi spacer. Mogę?

- Pewnie, że możesz - pani Ola naprawdę była aniołem. Aniołem w 

czerni! - Kamusia się ucieszy... Ale najpierw dajcie mi te kokardki, które 

background image

zrobiłyście. Choinki już czekają na przybranie.

Poczułam, że zamieniam się w kamień. A potem rozsypuję się na 

milion   małych   kawałeczków.   Po   raz   kolejny   tego   dnia.   Kokardki! 

Kokardki, nad którymi siedziałyśmy do trzeciej w nocy! Pilne kokardki! 

Cały worek, wypełniony czerwonymi wstążeczkami, stał w pokoju Emmy.

- Gdybyś nas tak nie poganiała... - rzuciłam się na Zuzię ze łzami w 

oczach.   I   zaraz   się   opanowałam:   Sorry,   nie   chciałam...   To   wina   nas 

wszystkich...

- Pojadę po te kokardki - powiedziała Emma. - Sama. To moja wina.

- Tak samo twoja jak nasza! I pojedziemy we cztery! - zarządziła 

Zuzka. - A właściwie we trzy... - dodała szybko, wpatrując się we mnie 

badawczo. - Bo Żaba wychodzi z psem. Kurczę, przecież psom też się coś 

należy od życia.

Posłałam   jej   wdzięczne   spojrzenie   i   weszłam   za   panią   Olą   po 

schodkach na górę. Do Tomka! Zaraz go zobaczę! Zaraz mu wszystko 

wyjaśnię!   Serce   waliło   mi   jak   szalone,   czułam,   że   robię   się   cała 

czerwona... Próbowałam to opanować, ale nie umiałam wygrać z biologią. 

Mój organizm dobrze wiedział, że jestem zdenerwowana, nie dało się go 

oszukać.

Zza białych drzwi wyskoczył śliczny, czarny, kudłaty piesek i zaczął 

się łasić do pani Oli.

- Kamusia,   biedactwo,   nudzisz   się   sama   w   domu...   -   słowa 

właścicielki kwiaciarni dotarły do mnie z opóźnieniem. Jak to sama??? A 

Tomek? Nie liczy się jako towarzystwo dla Kamusi? Gardzi nią? A może 

ona nim?

- Biedactwo, przyzwyczaiłaś się, że Tomek jest w domu, a dziś go 

background image

nie ma... - pani Ola na szczęście była odwrócona do mnie tyłem i nie 

mogła zobaczyć mojej twarzy. Nie byłam pewna, co by z niej wyczytała... 

ale na pewno coś, czego nie chciałabym jej powiedzieć. Że zakochałam się 

w jej synu i Kamusia miała być tylko pretekstem do spotkania... Nie, na 

pewno nie powinna tego wiedzieć!

- Tomek  zaczął  już wychodzić z domu?  - zapytałam,  starając  się, 

żeby mój  głos był beztroski  i żeby nie było w nim absolutnie  słychać 

nadmiernego   zainteresowania.   Ot,   tylko   bardzo   umiarkowane 

zainteresowanie,   a   właściwie   jego   brak...   umiarkowaną,   ogólnoludzką 

życzliwość. Nawet mniej niż umiarkowaną... Życzliwa obojętność, to był 

właśnie efekt, który chciałam osiągnąć! Nie wiedziałam tylko, jak to się 

robi.

- To   było   skomplikowane   złamanie   dwóch   kości   z 

przemieszczeniem, Tomek miał operację i nie będzie chodził jeszcze co 

najmniej   przez   pięć   tygodni!   -   to,   co   mówiła   pani   Ola,   sprawiło,   że 

natychmiast zapomniałam o jakiejkolwiek życzliwej obojętności.

- Operację? - na sam dźwięk tego słowa zrobiło mi się słabo. Krew, 

chirurdzy, skalpele, nici... A może nawet jakieś okropne metalowe szyny, 

którymi   połączyli   mu   te   kawałki   połamanych   kości?   Nie,   nie   mogłam 

sobie tego dłużej wyobrażać! Nie mogłam zemdleć na progu mieszkania 

Tomka!   Wbiłam   sobie   paznokcie   w  udo,   prawie   tego   nie   czując  przez 

grube spodnie i rajstopy. Pożałowałam, że dałam się babci namówić na 

ubranie się na cebulkę. Nie było przecież aż tak zimno... ledwie siedem 

czy osiem stopni mrozu! Wbiłam paznokcie lewej ręki w prawą rękę. Tym 

razem poczułam ból. Bardzo dotkliwie.

- Auu - zacisnęłam zęby.

background image

Ale przynajmniej przestało mi się wreszcie kręcić w głowie...

- Tomek jest dziś w szpitalu - mówiła dalej pani Ola. - Mój brat 

zawiózł go na kontrolę i na zdjęcie szwów. Mają mu też zmienić gips, 

zeszła już opuchlizna i gips niemal obraca mu się wokół nogi.

Mogła sobie darować te szczegóły, naprawdę! Znowu było mi słabo!

- To   ja   wyjdę   z   Kamusią   -   powiedziałam,   marząc   o   hauście 

mroźnego, zimowego powietrza. Niech będzie nawet dwadzieścia stopni 

mrozu! Albo i trzydzieści! Niech mnie ten mróz otrzeźwi!

Malutki   czarny   piesek   był   zachwycony,   że   ktoś   zabiera   go   na 

nieplanowaną przechadzkę.

- Nigdy nie wychodzi o tej porze - uśmiechnęła się pani Ola.

A ja wybiegłam z kwiaciarni, czując, że nie uda mi się tłumić łez ani 

chwili dłużej. Byłam taka rozczarowana! Tak bardzo chciałam się spotkać 

z Tomkiem, tak bardzo na to liczyłam...

- Kamusia, o której wróci twój pan? - przytuliłam kudłatego psiaka, 

który o dziwo nie wyrywa} się i nie skamlał. Przeciwnie: zaczął lizać mnie 

po twarzy, popiskiwać...

Nagle pomyślałam, że to pies Tomka. Że Tomek na pewno tuli Kamę 

nie raz, tak jak ja w tej chwili. Że jego długie palce przeczesują jej sierść 

dokładnie tak jak moje teraz. Że może  też do niej mówi, powierza jej 

swoje tajemnice...

Wtuliłam się w czarną sunie jeszcze mocniej, usiłując poczuć w jej 

sierści zapach Tomka.

- Powiedz, Kamusia, twój pan coś ci o mnie opowiadał? Powiedz - 

prosiłam, a piesek zlizywał mi z twarzy łzy i popiskiwał. Miałam nadzieję, 

że każdy z tych pisków oznacza „tak”.

background image

ROZDZIAŁ 8

NA ZAKUPY

Przez następne dni codziennie do późnej nocy robiłyśmy kokardki, 

łańcuchy   i   aniołki   ze   słomy.   Babcia   Emmy   pomagała   nam   jak   mogła, 

zwłaszcza   przy   drobnych,   wymagających   precyzji   elementach. 

Malusieńkie uśmiechy miniaturowych aniołków wychodziły prosto tylko 

jej i Julce. Z ulgą oddawałyśmy niedokończonych skrzydlaczy w ich ręce.

Dziewiętnastego   grudnia   zaraz   po   szkole   zawiozłyśmy   pani   Oli 

worek aniołków oraz drugi z kokardkami i wielkie pudło łańcuchów.

- Wasza   pensja   -   właścicielka   kwiaciarni   podała   każdej   kopertę   z 

banknotami. - Ciężko zapracowana. Nie wiem, jak bym sobie poradziła, 

gdyby nie wy!

Zajrzałam do środka i zakręciło mi się w głowie. Naprawdę kupię 

całej  rodzinie  prezenty   za  własne  pieniądze!  I  moim   przyjaciółkom   i... 

może... może także...

- Czy mogłabym zajrzeć do Tomka? - zapytałam, nie starając się już 

nawet udawać życzliwej obojętności.

- Oczywiście, na pewno się ucieszy, że jesteście - pani Ola wbiegła 

po schodach. Serce waliło mi znów jak szalone. Więc jest! Jest w domu! 

Zaraz mu powiem wszystko, co mam do powiedzenia. Zaraz skończy się 

ten koszmar!

- Tomek prosił, żeby powiedzieć, że śpi - powiedziała jego mama i 

dopiero po chwili, patrząc w nasze twarze, zrozumiała, że się zdradziła. 

Skoro śpi, to nie mówi! - Tomek śpi... to znaczy...

- Nie chce mnie widzieć - westchnęłam, a w oczach stanęły mi łzy. - 

Nie musi pani nic mówić. On... Proszę go pozdrowić!

background image

Wybiegłam z kwiaciarni, czując, że to będą najgorsze święta w moim 

życiu. Wolałabym, żeby w ogóle wykreślono je z kalendarza!

- Nie bierzesz nawet swoich pieniędzy? - za moimi plecami rozległ 

się trzeźwy, spokojny głos Zuzki. - Porzuciłaś je?

- Nie - chlipnęłam, ocierając łzy.

- Idziemy na zakupy? - objęła mnie Julka.

- Idziemy - pokiwałam głową. W końcu nic nie poprawia humoru tak 

jak   centrum   handlowe!   Pomaga   na   jedynkę   z   matmy,   na   kłótnię 

rodziców... ale czy pomoże też na złamane serce?

Pomoże.   Zrozumiałam   to   natychmiast,   gdy   tylko   tam   weszłyśmy. 

Nie   dlatego,   że   zobaczyłam   tyle   wspaniałych   rzeczy,   które   chciałabym 

kupić, i że w tym szale zakupów zapomniałam o Tomku... Nie myślałam o 

nim, to prawda - jednak nie z powodu zakupów, lecz w wyniku walki o 

przetrwanie. Piątek... ostatni piątek przed Bożym Narodzeniem...

- Wybrałyśmy   sobie   chyba   najgorszy   dzień   na   taką   wyprawę   - 

westchnęła   Julka,   rezygnując   z   bitwy   o   koszyk.   Kolejka   do   koszyków 

kłębiła się już w drzwiach wejściowych. Ludzie przepychali się, krzyczeli, 

wręcz wyrywali sobie koszyki z rąk...

- Nie potrzebujemy koszyków, nie będziemy miały aż tyle zakupów - 

zdecydowała Zuzia i, energicznie, jak to ona, zaczęła torować sobie drogę 

w gęstym tłumie.

Nie   byłam   pewna,   co   właściwie   chcemy   znaleźć.   Nie   miałam 

żadnego  pomysłu  na  prezenty  dla  rodziców,  dla  babci,  no i  dla  moich 

przyjaciółek   z   Bractwa   Zeta.   Właściwie   do   tej   pory   myślałam   tylko   o 

prezencie dla Tomka. Miałam ze sto pomysłów, albo i sto dwadzieścia... 

Ale ten prezent raczej nie będzie potrzebny! Teraz muszę się skupić na 

background image

ludziach,   którym   na   mnie   zależy.   Na   mojej   rodzinie,   na   Zuzi,   Julce, 

Emmie... Poszukać czegoś, co je ucieszy.

- Czy to nie Karolina? - zdziwiłam się, widząc dziewczynę podobną 

do niej jak dwie krople wody.

Mignęła mi tylko, widziałam ją tak z tyło - boku... ale byłam prawie 

pewna.   Prawie   pewna,   że   to   ona.   Tylko   dlaczego   pchała   wózek   z 

dzieckiem???

- Ona nie ma rodzeństwa - pokręciła głową Zuzka. - Pamiętacie, co 

nam   mówiła   wtedy   po   andrzejkach,   jak   prosiła,   żebyśmy   nikomu   nie 

wygadały,   że   to   ona   pocięła   tę   torbę?   Mówiła,   że   nie   wie,   co   w   nią 

wstąpiło, i że to wszystko przez jej rodzinę... Że jej rodzice nie żyją, że 

wychowuje ją ciotka, okropna, skąpa... A druga ciotka, jak dobra wróżka, 

przywozi   jej   od   czasu   do   czasu   ubrania   z   Anglii   albo   Francji,   i   zaraz 

znika...

- Może ta skąpa ciotka ma dziecko? Albo ta druga, od ubrań? - byłam 

naprawdę   niemal   pewna,   że   widziałam   Karolinę.   Skoro   jednak   Zuzia 

twierdziła, że nie ma w jej rodzinie takich niemowlaków, chyba to jednak 

nie ona...

- Lepiej poszukajmy prezentów - Zuzka rzuciła się między regały. - 

W końcu ten sklep jest czynny naprawdę długo, ale chyba nie całą noc...

Miała   rację.   Trzeba   było   się   na   coś   zdecydować!   Przynajmniej 

postanowić,   na   której   półce   szukać   tych   gwiazdek   z   nieba,   które 

zamierzałyśmy podarować naszym bliskim.

- Może szals? - zaproponowała Emma.

Szals? No tak... to była liczba mnoga od „szal”. Niezbyt poprawna w 

Polsce, znakomita w Anglii... W końcu tam dodaje się literę „s” na końcu 

background image

wyrazu i już ma się liczbę mnogą. Proste jak drut. Szkoda, że w naszym 

języku reguły nie są takie przejrzyste...

- Apaszki! - ucieszyła się Zuzia. - Zobaczcie tę, ma kolor włosów 

mojej mamy!

To   prawda...   Ta   apaszka   wyglądała   jak   rozmyte   zdjęcie   pani 

Zawadzkiej.  Był  na  niej  kolor  jej   włosów,  jej   oczu...  nawet   odcień  jej 

skóry.

- Musisz ją kupić, definitywnie! - powiedziała Julka, a ja i Emma 

pokiwałyśmy energicznie głowami.

Nigdy jeszcze nie widziałam apaszki tak idealnie dopasowanej do 

osoby,   która   miała   ją   nosić.   Byłam   pewna,   że   mama   Zuzi   padnie   z 

zachwytu.   Niestety,  nie   było  apaszki   w  kolorach   mojej   mamy.   Pewnie 

byłoby o nią dość trudno. Mama ma błękitne oczy, a włosy czarne jak 

smoła. To raczej nietypowe zestawienie... I wcale nie chciałam kupować 

jej czegoś czarnego. Wolę, jak nosi weselsze kolory. Jasne... ale nie białe. 

W białym fartuchu i tak widzę ją od świtu do nocy!

- To ona! - zawołała nagle Julka.

A do mnie dopiero po kilku sekundach dotarło, że nie chodzi jej o 

moją mamę, tylko o Karolinę. Nie było wątpliwości. Między wysokimi 

regałami,   wśród   pracowników   sklepu   przebranych   za   Mikołajów   i   za 

wielkie pluszowe misie, szła Karolina z wózkiem. A w wózku darł się 

wniebogłosy mały dzieciak. Strasznie do niej podobny. To stanowczo nie 

mogło być obce dziecko.

- Cześć   -   podeszłam   do   niej,   zaskakując   samą   siebie.   Ciekawość 

zwyciężyła we mnie z niechęcią.

Chciałam dowiedzieć się, co to za dziecko. Chyba nie jej??? Tyle się 

background image

słyszy o ciążach nastolatek... Nie znam się na dzieciach, ale to siedziało 

samodzielnie, wcale się nie opierając o wózek, a więc musiało mieć kilka 

miesięcy... pół roku pewnie albo i więcej? Więc Karolina mogła urodzić 

dziecko jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego. W czasie wakacji. I 

nikt by nic o tym nie wiedział...

Chciałam   jednak   zapytać   nie   tylko   o   dziecko.   Chciałam   się 

dowiedzieć, dlaczego nie chodzi do szkoły, już tyle czasu. Prawie trzy 

tygodnie... Przecież jej nie wyrzucili? Ktoś pytał Mądrą, chyba Rafał, a 

może   Mateusz...   Powiedziała,   że   nie.   Że   Karolina   może   wrócić,   kiedy 

tylko zechce. Więc dlaczego nie wracała???

- Cześć - powtórzyłam głośniej i Karolina nareszcie mnie zauważyła. 

Oczy zrobiły jej się okrągłe jak spodki. Była przerażona. Więc to chyba 

naprawdę było jej dziecko! Przypadkiem odkryłyśmy jej wielką tajemnicę!

Zuzia i Julka podeszły bliżej. Pewnie też, tak jak we mnie, ciekawość 

wygrała w nich z niechęcią. Tylko Emma stała z boku i wyglądała, jakby 

się czegoś bała. Chyba wciąż nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że ktoś 

tak bezinteresownie ją znienawidził i chciał ją wykurzyć z naszej klasy.

- Cześć,   to   twoje   dziecko?   -   zapytała   Zuzka   prosto   z   mostu. 

Podziwiałam ją. Ja zaczęłam już knuć jakąś skomplikowaną intrygę, żeby 

się   tego   dowiedzieć,   miałam   zamiar   zadać   z   piętnaście   pytań 

naprowadzających.

A ona walnęła bezpośrednio... i dostała bezpośrednią odpowiedź.

- Zwariowałaś? - Karolina narysowała palcem kółko na czole. - To 

mój   brat.   Potwór,   który   zamienił   moje   życie   w   koszmar.   Zabrał   mi 

rodziców.

- Twoja mama umarła przy porodzie? - domyśliłam się. - Ale tata? 

background image

Mówiłaś, że on też nie żyje, tak? Że obydwoje nie żyją?

- Oni żyją, tylko już nie dla mnie - powiedziała Karolina i spuściła 

głowę.

A   więc   nas   okłamała!   Wcale   nie   była   sierotą!   Wcale   nie 

wychowywała jej żadna podła ciotka! Wymyśliła to wszystko, żeby nas 

przekonać, że nie powinnyśmy mówić Mądrej o tym, co odkryłyśmy. O 

tym, że to ona pocięła tę torbę. No i udało jej się znakomicie. Zrobiło nam 

się   jej   żal   i   milczałyśmy   jak   zaklęte.   Usiłowałyśmy   jej   bronić   nawet 

wtedy, kiedy Marysia wypaplała przed całą klasą, że to jej robota. Cóż, 

Marysia miała wyraźnie więcej rozumu niż my we cztery razem wzięte!

- Okłamałaś nas! - nawet nie zauważyłam, kiedy Emma znalazła się 

tuż   za   moimi   plecami.   Była   blada   jak   ściana,   ręce   zacisnęła   w   pięści. 

Widać było, że jest strasznie zdenerwowana.

- Nie kłamałam - uśmiechnęła się Karolina, ale tym razem nie był to 

wcale ten okropny, szyderczy grymas, który tak dobrze znałyśmy. Tym 

razem to był naprawdę bardzo smutny uśmiech.

- Jak to nie kłamałaś? - włączyła się Julka, mówiąc głosem słodkim 

jak miód. - Przecież powiedziałaś wyraźnie, że jesteś sierotą. Płakałaś, gdy 

to mówiłaś!

- Bo czuję się jak sierota! - Karolina zaczęła wyrzucać z siebie słowa 

z szybkością karabinu maszynowego. - Rodziców nie obchodzi to, co się 

ze mną dzieje. Gdybym umarła, też by tego nie zauważyli! Nie chodzę od 

trzech tygodni do szkoły i nawet nie zwrócili na to uwagi. Ja już dla nich 

nie istnieję. A wszystko przez tego gówniarza!

- Twojego brata? - upewniłam się.

Karolina pokiwała głową i nagle po jej policzkach zaczęły płynąć 

background image

wielkie łzy.

- Wcale nie chciałam, żeby się urodził - chlipnęła. - Ale oczywiście 

nikt   nie   zapytał   mnie   o   zdanie.   Nikogo   nie   obchodzi   to,   co   ja   czuję. 

Uważają, że powinnam się cieszyć. Rozumiecie: cieszyć się! Z czego? Z 

tego, że wyje po nocach, że nie mogę spać, że na nic nie ma pieniędzy... 

Przez trzynaście lat byłam jedynaczką, wszystko zawsze było dla mnie, co 

tylko   chciałam...   A   teraz   on   jest   najważniejszy!   Mama   całą   ciążę 

przeleżała, miała jakieś problemy... I nic dziwnego! W końcu takie stare 

kobiety nie powinny rodzić dzieci, tylko myśleć o emeryturze.'

- Ile twoja mama ma lat? - zapytała Zuzka, chyba podobnie jak ja 

wyobrażając sobie siwą, pomarszczoną babunię z wielkim brzuchem.

- Trzydzieści dwa! - rozpłakała się Karolina na dobre.

- Moja mama miała więcej, kiedy mnie urodziła - uśmiechnęła się 

Zuzia.   -   To   w   ogóle   nie   jest   dużo,   można   mieć   dzieci   nawet   po 

czterdziestce... Ja bym się nawet cieszyła, gdyby urodził mi się teraz brat 

albo siostra. Emma ma małych braci i przynajmniej ma wesoło.

Nie byłam pewna, czy Zuzka mówi  to szczerze. Wesoło? Z tymi 

małymi terrorystami, którzy chcieli nas zamknąć w szafie?!

- Emma jest idealna - zagryzła wargi Karolina, usiłując jednocześnie 

wcisnąć smoczek do ust płaczącego wniebogłosy chłopczyka. - Emma jest 

doskonała. Mama stawia mija ciągle za wzór. Emma kocha swoich małych 

braci i się nimi zajmuje. Emma stara się przezwyciężyć trudności w nauce, 

na przykład słabą znajomość  polskiego. Jest  ambitna.  Wciąż to słyszę! 

Chce mi się rzygać na samą myśl o Emmie! I jeszcze te jej ciuchy! Kiedyś 

dostawałam takie co chwilę, teraz mama powiedziała ciotce, żeby mi już 

nic   nie   przywoziła,   bo   nas   na   to   nie   stać.   Najwyżej   jakieś   starocie   z 

background image

wyprzedaży.

No tak,  to wiele  wyjaśniało.  Nawet więcej  niż pierwsza  wersja z 

Karolinką - sierotką.

- Tata   też   strasznie   się   zmienił!   -   mówiła   dalej   Karolina.   -   Przez 

dziewięć miesięcy dbał tylko o to, żeby mama wypoczywała, krzyczał na 

mnie,   żebym   posprzątała,   zrobiła   zakupy,   nie   pozwalał   nawet   głośno 

słuchać radia... Myślałam, że to się zmieni, kiedy ten bachor już się urodzi. 

Ale teraz jest jeszcze gorzej. On jest wcześniakiem, ma skazę białkową, 

płacze w dzień i w nocy, chce, żeby go cały czas nosić na rękach... Nie 

znoszę go! A oni wciąż chcą, żebym się nim zajmowała. Tak jak teraz: oni 

są na zakupach, na pewno świetnie się bawią, a ja muszę tu z nim chodzić 

jak jakaś głupia. Mówiłam im, że mam dużo nauki, ale nie słuchali...

- Dużo nauki? - Zuzka, jak zwykle, jako pierwsza zauważyła, że coś 

się nie zgadza. - Przecież nie chodzisz do szkoły?

- Nie   chodzę   -   spuściła   oczy   Karolina.   -   Miałam   nadzieję,   że   się 

przejmą...  Mądra  do nich zadzwoniła,  powiedziała,  że mam  przyjść do 

szkoły z rodzicami. A oni na to, że nie mają czasu! Żeby powiedziała 

przez telefon, o co chodzi.

- I co, Mądra się wkurzyła? - domyśliłam się.

- Wkurzyła   się   -   pokiwała   głową   Karolina.   -   I   chyba   nic   im   nie 

powiedziała. A oni natychmiast zapomnieli o całej sprawie, bo mały miał 

czterdzieści stopni gorączki i trzeba było jechać na pogotowie.

- A ty już więcej do szkoły nie poszłaś... - dokończyłam za nią. - I co, 

i Mądra więcej nie dzwoniła?

- Dzwoniła, nawet dwa razy... ale za każdym razem to ja odbierałam 

telefon. Powiedziałam jej, że jestem chora, udawałam, że kaszlę.

background image

- I długo tak zamierzasz robić? - zainteresowała się Zuzka.

- Do końca życia - nabzdyczyła się Karolina. - A rodzicom nic do 

tego.   Nie   interesuje   ich   moje   życie,   nie   pytali,   czy   mam   ochotę   mieć 

rodzeństwo i pomagać  im przy tym dzieciaku, to ja teraz też nie będę 

pytać, czy im się podoba, że nie chodzę do szkoły. Najchętniej uciekłabym 

z domu, ale nie mam dokąd, dziadkowie są tak daleko... Gdyby mieszkali 

bliżej, może mogliby pomagać przy tym dziecku. Ale rodzice uważają, że 

to nic nie szkodzi, powtarzają: „Z twoją pomocą, Karolinko, ze wszystkim 

sobie poradzimy”! A ja nie chcę im pomagać! Ja też przecież jestem ich 

dzieckiem i potrzebuję uwagi!

- Mówiłaś im o tym? - zapytała Zuzia.

- Nie mówiłam... Nie ma o czym, i tak by nie zrozumieli... Liczy się 

dla nich tylko ten bachor.

- On   nie   ma   imię...   imieni?   Imienia?   -   Emma   była   bardzo 

zdenerwowana. - Nie możesz mówić o nim jakoś miłoj? Milej? On nie jest 

winny!

- Jest, to wszystko przez niego! Gdyby nie on, moje życie byłoby 

idealne, tak jak do tej pory! To on wszystko zepsuł! Mam go serdecznie 

dość!

Nie   patrząc   na   nas,   zrezygnowana   Karolina   popchnęła   wózek   i 

zniknęła między regałami. Nie zdążyłyśmy się nawet odezwać.

- Biedne   dziecko   -   powiedziała   Zuzia.   Nie   umiałam   rozstrzygnąć, 

czy mówi o Karolinie, czy o jej małym braciszku.

background image

ROZDZIAŁ 9

MIŚ NA WROTKACH

Wielka   promocja   krawatów!   Specjalne   krawaty   gwiazdkowe!   Na 

Boże Narodzenie krawat jak marzenie! - zawołał niskim głosem żółty miś 

mknący   na   wrotkach   główną   aleją   supermarketu.   Z   trudem   wprawdzie 

rozpędzał się w tłumie z wózkami i co chwilę zderzał się z innymi kolo-

rowymi   miśkami   zachwalającymi   świeże   karpie   i   pakowane   po   pięćset 

sztuk bombki w promocyjnej cenie, ale naprawdę się starał.

- Kupujcie krawaty: dla dziadka, dla taty! - krzyknął jeszcze nieco 

zmęczony niedźwiedź, po czym znikł między regałami.

- Kupię tacie krawat! - ucieszyłam się zachęcona przez zmachanego 

pluszaka. Ojciec wprawdzie nigdy nie nosi krawatów, ale może dlatego, że 

nie ma? Na jego ostatnim krawacie prowadzaliśmy psa, kiedy przepadła 

gdzieś smycz i nikt nie był pewny, czy to ja ją zgubiłam, czy Etna zjadła w 

całości...   A   potem   używałam   go   jako   paska   do   starych   spodni   babci 

podczas palenia ogniska... A więc tata właściwie nie mógł nosić krawatów, 

bo ich po prostu nie posiadał. Ale teraz posiądzie! Dostanie ode mnie na tę 

Gwiazdkę najpiękniejszy krawat świata.

- Myślisz, że ten spodoba się twojemu tacie? - Zuzia zdjęła z półki 

wściekle czerwony krawat w mikołaje jeżdżące na sankach i założyła na 

szyję. - Wyglądałby w nim uroczo.

- A   może   ten?   -   złapałam   zielony   w   różowe   kwiatki   i   owinęłam 

wokół czoła. - W środku zimy przyda się taki wiosenny akcent. Mój tata 

zawsze mówi, że zimą najbardziej brakuje mu kwiatków kwitnących w 

ogrodzie i na parapecie. Miałby więc przynajmniej krawat w kwiatki. Nie 

sądzicie, że to świetny pomysł?

background image

- Twój   tata   jest   taki   fajny,   że   pewnie   naprawdę   by   go   nosił   - 

powiedziała Emma. - A mój... Mój w tym roku nie dostanie ode mnie nic. 

Może w ogóle od nikogo nic nie dostanie...

- A  ja  nawet   nie   wiem,   kto   jest   moim   ojcem   -   westchnęła   Julka, 

opierając się o półkę z krawatami. - I nie mogę mu nic dać...

Miałam   wrażenie,   że   źle   usłyszałam.   Jak   to   nie   wie,   kto   jest   jej 

ojcem?!

- Twoim ojcem jest pan Ździebełko - powiedziałam, starając się nie 

przypominać go sobie zbyt dokładnie. Ilekroć wspominam spotkanie z nim 

w   domu   Julki,   przechodzą   mnie   dreszcze   wielkości   kotów.   Bardzo 

wypasionych kotów.

- Też tak myślałam - rzekła Julka, siadając na podłodze i wcale nie 

zwracając uwagi na tłumy kupujących, potrącające i popychające ją we 

wszystkie strony. - Ale wczoraj... wczoraj dowiedziałam się, że to nie są 

moi prawdziwi rodzice. Jestem adoptowana. Rozumiecie?

Nic   nie   rozumiałyśmy...   ale,   choć   to   idiotyczne,   ucieszyłam   się, 

słysząc, że to nie jest jej rodzina... że nie łączą jej z nimi więzy krwi.

- Ty   tak   strasznie   do   nich   nie   pasujesz   -   wypaliłam,   zanim 

zastanowiłam się, co mówię. - Nie możesz mieć ich genów, to przecież 

oczywiste... Nie możesz być ich córką...

- No właśnie, nie jestem - po policzkach Julki zaczęły płynąć wielkie 

łzy. - W pierwszej chwili nawet się ucieszyłam. Może jestem córką jakiejś 

poetki,   która   umarła   na   galopujące   suchoty   w   biedzie   i   zapomnieniu? 

Może paryskiego malarza? Albo młodziutkiej tancerki? Na pewno jestem 

dzieckiem namiętności, wielkiej miłości... a to zawsze pocieszające. Ale 

potem, im dłużej o tym myślałam... potem jakoś przestało mnie to cieszyć. 

background image

Nie   jestem   córką   tej   pary   nieczułych   potworów   z   dolarami   zamiast 

mózgów. I to jest dobra wiadomość. Ale w takim razie nie jestem też 

wnuczką mojej babci, którą tak kochałam... Nie należę do tego świata, nie 

wiem, kim jestem, skąd pochodzę... Nie mam korzeni. Jestem dzieckiem 

nicości. Wiecie, jakie to uczucie?

Nie   wiedziałyśmy,   oczywiście.   I   żadna   z   nas   nie   wiedziała,   co 

należałoby powiedzieć w takiej sytuacji. Bo co można powiedzieć dziecku 

nicości?

- A właściwie skąd wiesz, że jesteś adoptowana? - zainteresowała się 

trzeźwo   Zuzka.   Czyli   wiedziała,   co   mówić   ludziom   bez   korzeni!   - 

Powiedzieli ci? Znalazłaś jakieś dokumenty?

- Znalazłam...   -   zaczęła   Julka,   połykając   łzy.   Nie   zdołała   jednak 

dokończyć zdania, bo w tym momencie w naszą skuloną grupkę wjechał 

wielki niebieski miś na wrotkach.

- Kapelusze w wielkim wyborze, nie umiesz dobrać, miś ci pomoże! 

- zaśpiewał niedźwiedź wysokim,  dziwnie znajomym głosem,  z lekkim 

obcym akcentem.

- Mama? - oczy Emmy zrobiły się ogromne jak spodki. - Mamo, to 

ty?

- To ja - szepnął niebieski miś, szarpiąc swoją głowę. Przez sekundę 

miałam   okropne   wrażenie,   że   pani   Adams,   zdruzgotana   tym,   że   ją 

rozpoznałyśmy, chce się zabić w tak niekonwencjonalny sposób. Przez 

urwanie   łba.   Ale  to   przecież   nie  był  jej   łeb.   To   był  wielki,   pluszowy, 

niedźwiedzi łeb, spod którego wyjrzała jej zaczerwieniona twarz bez śladu 

makijażu. Nie mogłam uwierzyć, że to ta sama szykowna kobieta, która 

wpadła do naszej klasy kilka tygodni temu w czerwonej garsonce, z dłu-

background image

gimi   paznokciami   starannie  pomalowanymi  na  krwisty  kolor.   Teraz  jej 

ręce,   a   więc   i   paznokcie,   kryły   się   w   przebraniu   misia.   W   obszytych 

futrem i zakończonych plastikowymi pazurkami rękawach.

- Mamo...   mummy...   -   Emmie   po   policzkach   ciekły   łzy,   jeszcze 

większe niż te, które obsychały na twarzy Julki. - Mamo... mówiłaś, że 

pracujesz w biurze... Że jesteś sekretem... sekretą...

- Sekretarką - poprawiłam ją odruchowo.

- A co miałam  ci powiedzieć? - pani Adams  z trudem usiadła na 

podłodze. - Że jeżdżę po sklepie w ważącym tonę futrze, że nawet ta praca 

za tydzień się skończy i znów zostaniemy bez grosza? Że boli mnie gardło 

od   wykrzykiwania   bzdur   o   kapeluszach   i   świeżych   karpiach? 

Powiedziałybyście,   ty   i   babcia,   żebym   tego   nie   robiła.   Ale   muszę.   Bo 

lepsza taka praca niż żadna... Bo nie chcę, żeby moje dzieci zapamiętały te 

święta jako najgorsze w życiu.

- Mummy... - Emma przytuliła się do niebieskiego futra. - Mummy, 

przecież nie potrzebujemy dużo... Poradzimy sobie.

- Wiem, że sobie poradzimy, kochanie - plastikowe pazury spoczęły 

na ramieniu Emmy. - Ale skoro mogę trochę zarobić jako misiek, a po 

zamknięciu sklepu jeszcze trochę co drugi dzień, przy układaniu towarów 

na półkach, to czemu nie? Żadna praca nie hańbi, zapamiętaj to na zawsze.

Słuchałyśmy w milczeniu. Pani Adams była prawdziwą bohaterką! 

Przeżyła tyle okropnych chwil, a wciąż się nie załamywała. Chodziła do 

szkoły, zaliczała kolejne egzaminy, pracowała w dzień jako misiek, a w 

nocy jako... jak się nazywa taki ktoś, kto rozkłada na regałach mąkę i 

cukier? Zresztą, jakby się nie nazywał, na pewno nie jest to zbyt fajne 

stanowisko, zwłaszcza dla kogoś, kto przez wiele lat wymyślał najlepsze 

background image

reklamy   w   Anglii.   A   ona   po   prostu   to   robiła,   zupełnie   jakby   to   była 

najnaturalniejsza rzecz na świecie. Robiła to dla swoich dzieci. Miałam 

ochotę ją uścisnąć i powiedzieć, że jest najdzielniejszą kobietą, jaką znam. 

Ale powstrzymałam się. To była taka chwila, kiedy liczyła się tylko ona i 

Emma. My powinnyśmy stać z boku i udawać, że nic nie widzimy.

- Chodźmy   obejrzeć   długopisy,   chciałabym   kupić   jakiś   tacie   - 

szepnęła Julka. A my  dopiero po chwili przypomniałyśmy  sobie, że to 

przecież wcale nie jest jej ojciec. To znaczy, ona tak mówiła, dosłownie 

pięć minut temu! A teraz nazywa go tatą?

Chciałam   o   to   zapytać,   czekałam   tylko,   aż   skręcimy   za   regał, 

znikając z oczu Emmie i jej mamie... Ale zanim to nastąpiło, pani Adams 

wypuściła córkę z objęć i powiedziała sztucznie wesołym głosem:

- Muszę   pędzić,   bo   wyrzucą   mnie   z   pracy!   Udanych   zakupów, 

dziewczynki!

A potem nasadziła na głowę swój niebieski, kudłaty łeb i zawołała 

śpiewnie:

- Kapelusze w wielkim wyborze, nie umiesz dobrać, miś ci pomoże!

W oczach zakręciły mi się łzy. Była taka dzielna! Naprawdę!

Emma spojrzała na nas niepewnie. Zupełnie jakby się spodziewała, 

że będziemy się śmiać z tego, co robi jej mama. Przytuliłam ją bez słowa, 

sekundę później to samo zrobiły Zuzia i Julka. Ściskałyśmy się na środku 

hipermarketu, nie zwracając uwagi na otaczający nas tłum.

- Bractwo Zeta to niezła rzeczą - chlipnęła Emma. A my energicznie 

pokiwałyśmy   głowami.   Pewnie,   że   niezła!   Z   przyjaciółkami   nawet 

najtrudniejsze chwile nie są takie koszmarne, jak mogłyby być...

- Twoja mama jest wspaniała - powiedziała Julka to, co myślałyśmy 

background image

wszystkie   trzy.   -   Mam   nadzieję,   że   los   niedługo   przyniesie   jej   coś 

lepszego, jakiś dar, który odmieni jej trudną egzystencję...

- Co może być lepszego niż praca miśka na wrotkach? - roześmiała 

się   Zuzia.   -   Nie   marzyłyście   o   czymś   takim,   gdy   byłyście   małe?   O 

jeżdżeniu przez cały dzień po sklepie, wśród słodyczy i zabawek?

Ja, prawdę mówiąc, nie marzyłam ani przez sekundę. Zawsze trochę 

się   bałam   pluszowych   smoków,   miśków   i   piesków   chodzących   po 

sklepach   ze   sztucznymi   uśmiechami   na   wielkich   głowach.   Nigdy   nie 

byłam pewna, w którym miejscu mają oczy... To znaczy, gdzie są oczy 

osoby siedzącej w środku. Trochę mi to przeszkadzało. Tym razem jednak 

nie chodziło o mówienie prawdy, lecz o podniesienie Emmy na duchu. 

Wzięłam więc głęboki oddech i skłamałam jak z nut:

- Pewnie, że o tym marzyłam, przez całe dzieciństwo!

- Ja też - powiedziała Julka.

I   w   rym   momencie   wszystkie   cztery   wybuchłyśmy   szaleńczym 

śmiechem. W to, że pluszakiem na wrotkach chciałam być ja, ktoś mógłby 

od biedy uwierzyć. W to, że takie marzenia miała Zuzka, też. Ale Julka, 

nasza skrzydlata poetka??? Ona z całą pewnością nawet nie zauważała 

takich   zwierzątek   rozdających   ulotki!   Nie   byłam   pewna,   czy   w   ogóle 

bywała   w   centrach   handlowych.   Przecież   uduchowione   stworzenia   nie 

zajmują się zakupami...

- Julka   jako   misiek!   -   roześmiała   się   Emma   serdecznie,   aż   po 

policzkach pociekły jej łzy. A więc ona też umiała już z tego żartować... A 

to   oznaczało,   że   jest   lepiej.   Teraz   nareszcie   mogłyśmy   wyruszyć   na 

zakupy.

background image

ROZDZIAŁ 10

WÓZEK WIDŁOWY

Chodziłyśmy   po   sklepie   przez   godzinę   albo   dwie.   I   wciąż   nie 

miałyśmy wszystkich prezentów!

- Nie mam nic dla Agaty - jęczała Zuzka. - Żadna z was nie ma 

starszej siostry, nie wiecie, jakie to okropne... Ona jest świetnie ubrana, 

umalowana, ma wszystkie najnowsze płyty... Ma po prostu wszystko! Nie 

istnieje absolutnie nic, czego by potrzebowała. Nic, co mogłabym jej dać. 

Ani jedna rzecz!

- Daj jej coś, czego wcale nie potrzebuje - uśmiechnęła się Julka. - 

Coś  kompletnie   niepraktycznego,  co sprawi  jej  po  prostu  przyjemność, 

ogrzeje jej serce. Jest coś takiego? Coś, o czym zawsze marzyła?

Zuzia bezradnie wzruszyła ramionami. Rzadko ją taką widziałyśmy. 

Zniechęconą, bezradną...  W głębi  duszy  nawet  lubiłam  takie  momenty. 

Przypominały mi, że ten wulkan energii i optymizmu też jest człowiekiem 

i   ma   swoje   gorsze   chwile.   Stanowczo   jednak   nie   zgadzałam   się,   żeby 

trwały dłużej niż minutę!

- Na   pewno   Agata   ma   jakieś   marzenie,   jeszcze   z   dzieciństwa...   - 

podpowiadałam,   jak   mogłam.   -   Może   chciała   mieć   na   przykład 

pluszowego misia? Albo jakiś niesamowity szalik?

- Kapcie! - przypomniała sobie nagle Zuzka i natychmiast powróciła 

do roli pełnej energii druhny zastępowej. - Zawsze chciała mieć wielkie 

kapcie   z   futra.   Wiecie,   takie   pieski   albo   kotki,   albo   myszki...   Takie 

gigantyczne, kudłate, z oczami i nosem.

Wyraźnie   prześladowały   nas   tego   dnia   wielkie,   futrzane   stwory   z 

oczami i nosem. Najpierw miśki na wrotkach, teraz monstrualne kapcie... 

background image

Ciekawe, co nas jeszcze czeka?

- Myślicie,   że   takie   kapcie   są   w   dziale   obuwniczym?   A   może   w 

upominkach? - zastanawiała się Zuzka.

Podeszłyśmy   najpierw   do   regalu   z   butami,   potem   do   półki   z 

prezentami,   z   tabliczką   „101   drobiazgów”,   po   czym   jeszcze   do   kilku 

innych.   Nigdzie   nie   leżały   kapcie   z   oczami   i   nosem.   Marzenie   Agaty 

Zawadzkiej i tym razem nie miało się spełnić...

- Obtarł mnie but - jęknęła Julka. - Nie mogę już dłużej chodzić... 

Nie macie jakiegoś plastra?

Pokręciłyśmy głowami. Nie miałyśmy nic takiego ani w kieszeniach, 

ani w torbach.

- Może wyjdź, usiądź na ławce, tam za kasami, i poczekaj na nas... - 

zaproponowałam.

- Tak   zrobię   -   Julka   wyglądała,   jakby   miała   się   zaraz   rozpłakać. 

Faktycznie   kulała   już   od   jakiegoś   czasu.   Myślałam,   że   po   prostu   jest 

zmęczona tym chodzeniem. Ale ona nie mogła się ruszyć! Każdy krok 

sprawiał jej ból!

- Poczekaj na nas, postaramy się szybko wyjść - powiedziała Zuzia. - 

Pewnie i tak zaraz zamykają, musimy się pospieszyć...

I nagle zamarła, coś jej wyraźnie przyszło do głowy.

- Ależ z nas niedorozwinięte kretynki - westchnęła. - Aż żal patrzeć. 

Gdzie my jesteśmy?

- W sklepie - odpowiedziałam, niepewna, o co jej właściwie chodzi.

- No właśnie! - rozpromieniła się Zuzka. - Przecież w tym sklepie 

muszą być plastry z opatrunkiem!

Ach, więc dlatego była taka radosna! No jasne, w hipermarketach 

background image

zawsze są plastry. I tu też były! Pobiegłyśmy po nie we trzy, zostawiając 

Julkę opartą o wielki stojak z egzotycznymi herbatami.

- Może wybierze z tych tea coś dla mamy? - powiedziała Emma. - To 

znaczy, dla tej niby - mamy...

- Dla   pani   Ździebełko   -   sprecyzowałam.   Nie   zamierzałam 

obgadywać Julki za jej plecami, ale po prostu musiałam o to zapytać: - 

Myślicie, że to prawda, z tą adopcją?

- Skoro mówi, że znalazła jakieś dowody... - Zuzia zmieniła się znów 

w śledczego. - Dowody to dowody... Ale z drugiej strony, kiedy ona je 

znalazła? Mówiła, że wczoraj, prawda? A wczoraj przecież siedziałyśmy 

do północy nad aniołkami z babcią Emmy...

- Może   zaraz   po   szkole?   -   podsunęłam.   -   Była   chwilę   w   domu, 

wyprowadzała psa pani Oli.

Usiłowałam nie wyobrażać sobie zbyt dokładnie tego psa ani domku, 

w którym mieszkał. Z pokoikiem nad kwiaciarnią, w którym leżał Tomek. 

Tomek, który nie chciał mnie widzieć... Na samą myśl o nim chciało mi 

się płakać. Na szczęście nie było na to czasu. Przepchałyśmy się w tłumie 

ludzi z wypchanymi po brzegi koszykami do regału z pastami do zębów, 

podpaskami - no i plastrami. Było tam chyba z pięćdziesiąt różnych ro-

dzajów!

- Zapraszamy   do   kas!   -   mówił   miły   głos   z   głośników.   Chyba 

faktycznie niedługo będą zamykać...

- Który   bierzemy?   -   Emma   bezradnie   wpatrywała   się   w   półkę   z 

plastrami. Wodoodporny, elastyczny, z opatrunkiem nasączonym maścią, 

z wzorkiem w kaczorki...

- Kaczorki chyba odpadają? - westchnęłam. - Na nogę powinien być 

background image

jakiś mocny i z dobrym klejem, żeby się zaraz nie oderwał...

Nie byłyśmy pewne, jakiej wielkości jest to obtarcie na nodze Julki, 

złapałyśmy   więc   pudełko,   w   którym   były   trzy   rozmiary   plastra.   Na 

wierzchu   napisano   dużymi   literami:   „Wodoodporny,   elastyczny, 

supermocny”. Chyba właśnie o taki nam chodziło?

Gdy   wróciłyśmy   do   stojaka   pełnego   egzotycznych   herbat, 

zobaczyłyśmy,   że   Julka   siedzi   na   podłodze,   ze   zdjętym   z   prawej   nogi 

butem.

- Nie mogłam już wytrzymać, z pięty leci mi krew - powiedziała, 

pokazując brunatny ślad na skarpetce.

- Zdejmuj tę skarpetkę i to już! - zarządziła Zuzka.

- To   nie   skarpetka,   to   rajstopy   -   jęknęła   Julka.   -   Rajstopy   pod 

spodniami... Muszę się gdzieś schować, żeby je zdjąć. Do łazienki…

- Łazienki   są   za   kasami,   musiałybyśmy   najpierw   za   to   wszystko 

zapłacić. No i lecieć, taki hektar... Kurczę, musimy ci zakleić tę nogę od 

razu, a nie biec przez cały sklep! Patrzcie, może tutaj?

Dopiero po chwili dotarło do mnie, co Zuzia nam proponuje. Wejście 

do wózka widłowego! Wyjątkowo dużego wózka widłowego!

- Wózek   widłowy   -   powiedziałam   do   siebie.   -   Mój   wujek   jeździł 

takim przez trzy lata. Pewnie rozwożą nim tutaj całe palety towarów, z 

magazynu na regały. Chociaż jest trochę większy od tego, którego używał 

w pracy wujek... I chyba wyżej ma kabinę...

- Nie   wygłaszaj   nam   wykładu   o   tym   traktorku,   tylko   wskakuj!   - 

Zuzia jako pierwsza wdrapała się po kilku schodkach do żółtego pojazdu.

Posłusznie   ruszyłyśmy   za   nią.   W   kabinie   było   miejsce   dla   nas 

czterech.   Niewiele   go,   ale   wystarczyło,   żebyśmy   we   trzy   poczekały 

background image

skulone, aż Julka zdejmie spodnie i rajstopy, przyklei plaster i ubierze się z 

powrotem.

- Może   poczekamy   na   dole,   będziesz   tu   miała   luźniej...   - 

zaproponowałam.

Ale Julkę strasznie ten pomysł zdenerwował.

- Nie zostanę tu sama! Znajdą mnie, oskarżą o próbę kradzieży tego 

pojazdu, wtrącą do lochu, nie podzielę się nawet opłatkiem z rodzicami...

- Z rodzicami? - Zuzia spojrzała na nią uważnie. - To w końcu to są 

twoi rodzice czy nie są?

- Nie są - oświadczyła Julka łamiącym się głosem. - Ale trudno tak 

nagle   się   od   nich   odzwyczaić.   Zwłaszcza   że   nic   nie   wiem   o 

prawdziwych...

Chciała chyba powiedzieć coś jeszcze, ale jej nie wyszło. Płakała, 

trzęsła się, mówiła jakimiś kawałkami zdań. Nie mogłyśmy się niczego 

dowiedzieć. Prawie niczego. Zrozumiałam tylko, że Julka trafiła na jakieś 

ważne   dokumenty.   Dokumenty,   które   „powiedziały   jej   wszystko”.   Ale 

jakie wszystko, tego już nie usłyszałyśmy. Bo Julka chlipała i chlipała, 

miałam wrażenie, że to trwa co najmniej dwie godziny.

- Zdejmuj   wreszcie   spodnie,   zaklejaj   nogę   i   idziemy   na   zakupy   - 

Zuzia   postanowiła,   że   dość   już   tych   łez.   -   Mamy   mniej   niż   połowę 

prezentów, a jest już strasznie późno...

Julka   posłusznie,   choć   bardzo   powoli,   podniosła   się   z   podłogi   w 

ciasnej,   pomalowanej   na   żółto   kabinie   i   zaczęła   zdejmować   spodnie,   a 

potem rajstopy. Cały czas pochlipywała, ale z mniejszym przekonaniem. 

Pewnie   odrywanie   zakrwawionych   rajstop   od   rany   trochę   ją   jednak 

zabolało, i to fizycznie, a nie duchowo...

background image

- Wyłączyli muzykę - zauważyłam nagle, zastanawiając się, co to 

oznacza.

- Pewnie   zaraz   zamykają,   coś   mówili,   żeby   kierować   się   do   kas, 

chyba   nawet   kilka   razy   -   powiedziała   Zuzia,   podwijając   rękaw,   żeby 

spojrzeć na zegarek. Ale zanim zobaczyła, która jest godzina, światło w 

całym sklepie gwałtownie przygasło, a w oddali szczęknęła jakaś krata czy 

może metalowe drzwi.

- Oni już zamknęli! - pisnęła Julka, szamocząc się z rajstopami, które 

zacisnęły się jej wokół kostek.

A ja poczułam, że chyba zaraz zemdleje. Po raz pierwszy w życiu na 

wózku widłowym...

background image

ROZDZIAŁ 11

NASZE NOWE GŁOWY

No tak... Różne noce już spędziłyśmy we cztery. Robiąc aniołki w 

ciasnym   mieszkaniu   Emmy,   paląc   ognisko   w   moim   ogrodzie,   piekąc 

kawalerskie oczka w luksusowej kuchni Julki... Ale nigdy, w najdzikszych 

wyobrażeniach, w najczarniejszych snach, nie przypuszczałam, że czeka 

nas noc w pustym centrum handlowym!

- Masakra - mruknęła Zuzia. - Całkowita masakra. Nie wierzę, że to 

się stało. To zbyt głupie, żeby było prawdziwe.

Pokiwałyśmy głowami, nie wiedząc, co jeszcze można byłoby dodać.

- Chce   mi   się   siusiu   -   wypowiedź   Julki   na   pewno   była   mało 

poetycka, ale bardzo ważna. Uświadomiło nam, w jakiej jesteśmy sytuacji. 

Do rana każdej z nas będzie się chciało siusiu. Pewnie nawet nie raz. A 

ubikacja jest przecież za kasami. Tam, gdzie teraz nie możemy się dostać.

- Może nie zamknęli jeszcze wszystkich wyjść? - moja nadzieja była 

absurdalna, wiedziałam to... Ale co miałyśmy do stracenia?

Pobiegłyśmy w stronę kas. Przez moment łudziłam się, że są one 

zagrodzone tylko takimi kawałkami plastiku z czerwonym znakiem „zakaz 

wjazdu”, takim jak na jezdni... Jak wtedy, gdy jakaś kasa jest nieczynna w 

ciągu dnia. I tak było... ale za kasami, za tymi niewinnymi plastikowymi 

minidrzwiczkami,   które   można   pokonać   jednym   skokiem,   była   krata. 

Metalowa krata od sufitu do podłogi.

- Nie   będziemy   siusiać   -   powiedziałam   i   spojrzałam   na   Julkę: 

wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. - To znaczy... nie będziemy 

siusiać w tej łazience. Ale musi być jeszcze jakaś inna. Dla personelu.

- No jasne! Musimy się dostać na zaplecze! - Zuzia nareszcie była 

background image

znowu   sobą.   Nie   wzdychała   i   nie   jęczała,   zaczęła   działać.   To   znaczy 

biegać wzdłuż regałów i szarpać klamki.

Myślałam, że jej się nie uda. Na pewno sprawdzają przed wyjściem 

wszystkie drzwi. A jednak... Tuż za lodówkami pełnymi serów i jogurtów 

były uchylone drzwi.

- Pewnie jest za nimi  krata - mruknęłam,  próbując nie obiecywać 

sobie za wiele.

Ale tam nie było kraty! Ani kolejnych drzwi! Ani żadnych innych 

niespodziewanych przeszkód! Tylko wielka przestrzeń pełna pudeł, skrzyń 

i paczek.

- Zaplecze - powiedziała Julka, jakby odrobinkę zdziwiona.

- A   czego   się   spodziewałaś?   -   roześmiała   się   Zuzia.   -   Księgarni? 

Kawiarni? Więziennych cel?

Julka nie odpowiedziała. Rozglądała się uważnie dookoła. Wszystkie 

wiedziałyśmy,   czego   szuka.   I   miałyśmy   nadzieję,   że   to   znajdzie.   Bo 

inaczej do rana wszystkie będziemy w poważnych kłopotach.

- Moja mama mówiła, że coś układa w nocy na shelves... na regali - 

powiedziała Emma.

- Na regałach - poprawiłam ją. - Twoja mama rozkłada towary na 

regałach. W nocy... - nagle dotarło do mnie, co to dla nas oznacza. Nawet 

jeśli pani Adams ma dziś wolne, to muszą tu być inne takie osoby! Osoby, 

które biorą paczki z zaplecza i niosą tam, gdzie wykupiono cały zapas 

mąki, mleka albo bombek choinkowych. W sklepie był wieczorem tłum, 

na pewno czegoś brakuje na półkach. I na pewno ktoś musi to dołożyć. To 

była nasza szansa!

Nie zwracając uwagi na Julkę, która wciąż chodziła po zapleczu i 

background image

szukała łazienki, rozbiegłyśmy się po sklepie. Nawet jeśli była tam tylko 

jedna osoba niosąca tylko jedną malutką paczkę, na pewno ją znajdziemy!

Po dziesięciu minutach spotkałyśmy się przy wejściu na zaplecze, na 

którym została Julka. Nie musiałyśmy mówić ani słowa. Wszystkie trzy 

miałyśmy   na   twarzach   tę   samą   smutną   informację:   nie   spotkałyśmy 

nikogo. Za regałami, przed regałami, między regałami. Nigdzie!

- Wszystkie wyjścia na dwór zamknięte, ale jest ubikacja! - Julka 

wyszła nam na spotkanie w wyraźnie lepszym nastroju.

Zawsze to jakaś pociecha. Niewielka, ale jednak...

- A   komórka?   -   zapytała   Zuzka,   z   nagłą   nadzieją.   -   Julka,   masz 

przecież komórkę?

- Rozładowaną - westchnęła nasza poetka, wyjmując z torby telefon. 

Nie reagował na przyciskanie klawiszy, prośby, groźby ani błagania.

Usiadłyśmy na podłodze i wpatrywałyśmy się w ścianę. Nie było nic 

do powiedzenia. Nic do zrobienia. Po prostu byłyśmy uwięzione.

- Co zrobimy z tymi rzeczami, które chciałyśmy kupić? - spojrzałam 

smętnie na krawat, apaszkę, długopis, dwa szaliki... całkiem sporo się tego 

nazbierało. A teraz nie miałyśmy nawet komu zapłacić.

- Chce mi się spać - ziewnęła Emma.

- Może gdzieś tu sprzedają pościel? - Zuzki nie można zniechęcić. - 

A może nawet łóżka? Mogłybyśmy się zdrzemnąć... Idziemy poszukać?

Poszłyśmy.  W końcu  i  tak nie  miałyśmy   nic  innego  do roboty. I 

nigdzie się już nie spieszyłyśmy...

Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka chwil temu w sklepie był 

tłum ludzi, miśki jeździły na wrotkach, grała muzyka, świeciło mnóstwo 

świateł. A teraz co? Kilka lampek, niemal półmrok, no i ta głucha cisza... 

background image

Każdy nasz krok wracał echem z wszystkich stron. Idiotyczne uczucie.

Znalazłyśmy   dział   z   pościelą.   Bez   łóżek,   ale   nie   narzekałyśmy. 

Można było rozłożyć kołdry na podłodze... Tak, to było bardzo kuszące.

- Naprawdę   chcecie   iść   spać?   -   Julka   patrzyła   na   nas   szeroko 

otwartymi oczami. - Myślicie, że kiedyś w życiu spędzimy jeszcze noc w 

hipermarkecie?

- Mam nadzieję, że nie - mruknęłam.

- Ja też - pokiwała głową Julka. - Ale skoro już się tu znalazłyśmy, 

nie powinnyśmy spać. To byłoby marnotrawstwo. To jedyna taka okazja w 

naszym   życiu.   Spędźmy   tu   szaloną,   niezwykłą   noc,   jakiej   nigdy   nie 

zapomnimy.

Byłam   pewna,   że   i   tak   nigdy   jej   nie   zapomnimy,   nawet   jeśli 

natychmiast położymy się spać... Ale wolałam się nie odzywać. Sytuacja 

była na tyle kiepska, że nie chciałam jej pogarszać.

Julka jak zwykle czytała w moich myślach.

- Nie nastawiajmy  się negatywnie! - powiedziała, a na jej białych 

policzkach pojawiły się rumieńce. – Nie myślmy, że to nieszczęście. To 

wspaniała szansa. Mamy całą noc, by wybrać najpiękniejsze prezenty dla 

naszych rodzin. Bez pośpiechu, bez przepychania się w tłumie. Możemy 

obejrzeć   cały   sklep.   To   okazja,   która   spada   nam   jak   z   nieba. 

Wykorzystajmy ją!

Trudno było nie poddać się zapałowi Julki.

- Właściwie wyspać zdążymy się jutro i pojutrze... Mamy ponad dwa 

tygodnie ferii - powiedziałam. - A noc w centrum handlowym zdarza się 

raz w życiu.

- No to ruszamy! - uśmiechnęła się promiennie Zuzka. - I będziemy 

background image

się dobrze bawić!

Z początku nie szło nam najlepiej. Sklep był stanowczo za duży, za 

cichy,  za  pusty  dla   nas  czterech.   Czułyśmy   się  nieswojo.  Emma  przez 

moment wyglądała nawet, jakby miała się rozpłakać. Ale przecież Julka 

się   nie   myliła,   to   była   jedyna   okazja...   i   powinnyśmy   ją   wykorzystać. 

Najlepiej jak umiałyśmy.

- Peruki! - zawołała Zuzia, sięgając na półkę. Normalnie przy tym 

stoisku   stała   ekspedientka   i   pilnowała,   by   zakładać   je   delikatnie,   nie 

szarpać włosów... Zawsze kłębiła się tam kolejka, peruk było mniej niż 

chętnych do mierzenia.  Ale teraz nie było ani ekspedientki,  ani żadnej 

konkurencji. Mogłyśmy mierzyć peruki choćby do rana!

- Będę   ruda!   -   postanowiłam.   Płomiennie   ruda!   Skoro   mamy   się 

dobrze bawić...

Sięgnęłam   po   perukę   z   króciutką   fryzurką.   Dwucentymetrowe 

marchewkowe włosy postawione na jeżyka. Jak będę w tym wyglądać? 

Naciągnęłam ją jak czapkę, mocno, aż spadła mi na oczy... pociągnęłam 

do tyłu, po czym niepewnie spojrzałam w lusterko stojące na ladzie.

- Rety... - nie umiałam powiedzieć nic więcej. - Rety...

To   nie   byłam   ja!   Ta   dziewczyna  w   lusterku   miała   moje   okulary, 

miała mój nos, moje usta... ale to nie byłam ja.

- Wyglądasz na osiemnaście lat! - pisnęła Zuzka. - Czad! I jakbyś 

była zła na cały świat!

- Zbuntowana   -   powiedziała   Julka.   -   Wyglądasz   z   tymi   włosami, 

jakbyś   była   zbuntowana.   Jakbyś   miała   poprowadzić   lud   na   barykady. 

Jakbyś   miała   jakąś   misję   i   zamierzała   ją   wypełnić   bez   względu   na 

wszystko.

background image

- Wyglądasz   pięknie   -   uśmiechnęła   się   Emma,   sięgając   po   czarną 

perukę z włosami do pasa. Mocno kręconymi.

Z   początku   nie   mogła   upchnąć   pod   tym   afro   swoich   rudych 

kosmyków. Ale kiedy już jej się udało, efekt był wstrząsający.

- Wyglądasz jak Murzynka! - krzyknęłam, a potem roześmiałam się 

sama z siebie.

Brzmiało to tak absurdalnie. Emma, z jaśniutką skórą, drobniutkimi 

piegami i zielonymi oczami, mogła być wszystkim, tylko nie Murzynką. 

Ale nagle to wszystko przestało się liczyć. Nawet jej cera stała się jakby 

ciemniejsza, oczy też. W dodatku jej wargi... Nigdy nie zauważyłam, że są 

takie   pełne!   Wyglądały   bardzo,   bardzo   murzyńsko.   Byłam   pewna,   że 

gdyby zaśpiewała piosenkę, miałaby głęboki, niski, czarny głos.

- Powinnaś iść w tej peruce na casting - powiedziała Zuzia, czytając 

w moich myślach. I natychmiast zmieniła zdanie: - A właściwie wcale nie. 

Niby dlaczego jako Murzynka miałabyś mieć większe szanse niż jako ruda 

Emma? Twoje włosy są o wiele ładniejsze niż ta peruka. No i są twoje. 

Stanowczo nie musisz się zmieniać!

Zgadzałam się z nią. Zazdrościłam Emmie i Julce długich włosów. 

Moje wcale nie chciały rosnąć. Nigdy nie udało mi się zapuścić dłuższych 

niż do ramion. Gdybym miała takie piękne, gęste, rude włosy jak Emma, 

na pewno nie przykrywałabym ich żadną peruką.

- Jest kolejne afro! - Julka zdjęła z półki perukę prawie identyczną 

jak   ta   Emmy.   Prawie,   bo   włosów   było   jeszcze   więcej,   były   jeszcze 

bardziej  kręcone, no i sięgały  Julce prawie do kolan. Jej  drobna twarz 

prawie zniknęła w burzy czarnych loków. Wyglądała niesamowicie, nawet 

absurdalnie. Tak strasznie to do niej nie pasowało...

background image

- To   ja   zostanę   blondynką!   -   Zuzia   wybrała   długie,   platynowe,   a 

właściwie   prawie   białe   włosy.   Też   skręcone,   ale   nie   w   drobne 

pierścioneczki, jak w murzyńskich fryzurach Emmy i Julki, tylko w grube 

loki. Widziałam kiedyś w telewizji Grażynę Torbicką w takiej fryzurze. 

Prowadziła jakiś festiwal...

- Wyglądasz   jak   Britney   Spears!   -   roześmiała   się   Emma,   a   ja 

musiałam przyznać, że to o wiele lepsze porównanie.

Przyjrzałyśmy się sobie uważnie w lustrze. Prezentowałyśmy się nie 

najgorzej, naprawdę. Tyle że czułyśmy się trochę tak, jakby patrzyły na 

nas z tamtej strony cztery zupełnie obce nastolatki...

- To co, ruszamy na poszukiwania prezentów? - zapytała Zuzia, a my 

energicznie pokiwałyśmy naszymi nowymi, kudłatymi głowami. Z takim 

wyglądem mogłyśmy grasować po sklepie całą noc! Naprawdę zaczynało 

się nam to podobać.

background image

ROZDZIAŁ 12

STANIK DLA POETKI

Perfumy!   -   ucieszyła   się   Emma,   gdy   doszłyśmy   do   stoiska   z 

kosmetykami.

Jasne,   co   może   być   przyjemniejszego   niż   spryskiwanie   się 

najróżniejszymi perfumami i wąchanie wszystkich butelek po kolei?

- Zawsze   chciałam   spędzić   cały   dzień   w   sklepie   z   perfumami   - 

powiedziała Zuzia, otwierając następny flakonik. - Ale nigdy nie miałam 

na to czasu. A poza tym wkurzają mnie ekspedientki, zaraz przychodzą i 

pytają, w czym mogą pomóc.

- A gdy się zorientują, że nic nie kupujesz, to robią takie miny, że po 

prostu musisz wyjść - dodałam.

Doskonale pamiętałam, jak w piątej klasie chciałam kupić mamie na 

urodziny perfumy. A może na imieniny? Nie byłam już pewna, jaka to 

była okazja... Nie miałam wtedy pojęcia, że nawet najmniejsza buteleczka 

kosztuje   więcej   niż   wynosi   moja   kwartalna   tygodniówka.   Poszłam   do 

sklepu,   pewna,   że   znajdę   jakieś   perfumy   świetnie   pasujące   do   mamy. 

Chciałam,   żeby   pachniały   cytryną.   Poprosiłam   ekspedientkę   o   pomoc. 

Podała   mi   pięć   flakoników.   Byłam   zachwycona.   Jeden   był   śliczny, 

całkiem kulisty, miał złoty koreczek i pachniał dokładnie tak, jak powinna 

pachnieć   moja   mama.   Nie   lekami   i   środkami   odkażającymi,   tylko 

cytrynką! Niestety, w pewnej chwili zobaczyłam cenę... i zrobiło mi się 

strasznie przykro. Wybiegłam z tego sklepu z płaczem. Od tamtej pory 

omijałam z daleka półki z perfumami.

Teraz   jednak   w   oczy   rzuciła   mi   się   taka   sama   malutka   pękata 

buteleczka ze złotą nakrętką. Sięgnęłam po nią szybko, jakbym się bała, że 

background image

ktoś mi ja zabierze. Odkręciłam koreczek, zamknęłam oczy... Tak, to był 

ten   zapach.   Zapach,   który   pokochałaby   doktor   Łaniewska   -   -   Żabniak. 

Byłam pewna, że by go pokochała. Gdyby tylko ktoś jej go kupił.

- Chciałabym dać mummy perfumy - westchnęła Emma. - Tata jej 

dawał, kiedyś... Jak jeszcze ją lubiał. Lubił...

- Właściwie   mogłybyśmy   okraść   ten   sklep   -   powiedziała   Julka 

grubym  głosem,   w  którym  nie   było   ani  śladu   kruchości   i   poetyckości. 

Najwyraźniej ta peruka zmieniła jej osobowość. - Nikt by nas nie poznał! 

Mogliby nas nakręcić na sto kamer, zrobić portrety pamięciowe i nikt by 

się nie skapował, że to my!

Skapował? Od kiedy nasza uskrzydlona przyjaciółka używa takich 

słów? Wpatrywałam się w nią zaskoczona. Naprawdę była inna, od kiedy 

zmieniła się z blondynki w kudłatą brunetkę!

- Jak byś go chciała okraść? - roześmiałam się. - Nie mamy jak się 

stąd wydostać... Możemy wziąć dowolną liczbę rzeczy, bo i tak stąd nie 

wyjdziemy!

Julka   spojrzała   na   mnie   z   wyrzutem,   a   ja   dopiero   po   chwili 

zrozumiałam, że jej nowa osobowość służyła tylko temu, żeby oderwać 

Emmę od smutnych myśli o dawnym życiu w Anglii, w dużym domu, z 

kochającym tatą, z gosposią, ogrodnikiem i mnóstwem pieniędzy.

- Co ty powiedziałaś? - Zuzia uważnie wpatrywała się w Julkę.

- Że nikt by się nie skapował - powtórzyła Julka, a ja i Emma po 

prostu   musiałyśmy   się   uśmiechnąć.   To   słowo   tak   strasznie   do   niej   nie 

pasowało!

- Ale   wcześniej   -   Zuzia   potrząsnęła   z   niezadowoleniem   białymi 

lokami.   -   Powiedziałaś   coś   wcześniej,   coś   ważnego.   Przed   tym 

background image

kapowaniem.

- Że  mogłybyśmy   okraść  ten sklep   - podpowiedziałam,   ale  Zuzka 

wciąż była nieusatysfakcjonowana.

- Coś jeszcze - mruknęła. - Coś ważnego. Kurczę, nie mogę sobie 

przypomnieć!

Ja też nie mogłam. Ani Emma, ani nawet Julka, która przecież sama 

to   coś   ważnego   powiedziała.   Wróciłyśmy   więc   do   wąchania   perfum. 

Usiłowałam wybrać jakieś dla babci. Wyobrazić sobie, jakie by do niej 

pasowały.   Na   pewno   nie   takie   jak   dla   mamy.   Lekka,   wesoła   cytrynka 

odpadała natychmiast. Babcia powinna pachnieć ziołami... Takimi, jak te, 

które hoduje na parapecie. Tylko czy ktoś produkuje perfumy bazyliowe?

- Tam są dresses! Sukienki! - zawołała Emma zza regału. - Długie 

sukienki! Chodźcie!

Natychmiast porzuciłyśmy perfumy i ruszyłyśmy w stronę stoiska z 

ubraniami. No jasne! Byłyśmy tu same i mogłyśmy przymierzać wszystko, 

co tylko chciałyśmy. Nawet najdziwniejsze ciuchy, których nigdy w życiu 

nie   zabrałybyśmy   do   przymierzalni   pod   okiem   ekspedientki   i   innych 

klientek. Po prostu musiałyśmy wykorzystać tę okazję.

- Kreacje karnawałowe! - zachwycona Zuzia przesuwała wieszaki z 

szeleszczącymi,   błyszczącymi   i   mieniącymi   się   różnymi   odcieniami, 

nawet w tym półmroku, sukniami balowymi. - Tylko dlaczego wszystkie 

takie  długie?   Nie  zrobię   w takiej  kiecce   ani  kroku,   nogi  mi   się  w  nią 

zapłaczą!

No   tak,   Zuzka   jest   najmniejsza   z   nas   wszystkich.   Faktycznie 

mogłaby  się zabić w takiej  ciągnącej  się po ziemi  sukni. Na szczęście 

znalazła czerwoną koronkową mini z prawdziwymi piórami przyszytymi 

background image

wokół dekoltu. Bardzo dużego dekoltu.

- Muszę ją założyć! - postanowiła i schowała się w przymierzalni. Po 

czym natychmiast z niej wyszła. Bo niby przed kim miałaby się chować? 

Przed   nami?   Dwa   razy   w   tygodniu   widziałyśmy,   jak   przebiera   się   w 

spodenki   i   koszulkę   przed   WF   -   em,   nocując   u   siebie   w   domach,   też 

przecież   nie   uciekałyśmy   do   łazienki,   żeby   założyć   piżamę.   Dobrze 

znałyśmy jej majtki w pieski i kotki, prezent od dziadków, i jej granatowy 

stanik. Prawdę mówiąc, tylko Emma miała powody, żeby nosić stanik. Ale 

nosiłyśmy wszystkie, oczywiście.

- Jaki fajny stanik! - tym razem to Julka czytała w moich myślach.

Gdy Zuzia usiłowała jakoś upiąć na sobie fałdy sukienki, za dużej na 

nią co najmniej o trzy numery, Julka wpadła między półki i wyciągnęła 

stamtąd biustonosz. Wściekle żółty i jakiś taki... gruby.

- Push - up! - ucieszyła się Emma. - Załóż, będziesz większa!

Nie poprawiałam jej... Wszystkie przecież zrozumiałyśmy, że to nie 

Julka ma urosnąć, tylko jej biust, i to też nie on osobiście i nieodwracalnie, 

tylko ma się wydawać większy z powodu tego grubego stanika.

- Zawsze chciałam mieć wypychany stanik - szepnęła Julka, trochę 

czerwona. Pewnie uskrzydlone poetki nie powinny mieć takich marzeń. 

Ale   uskrzydlone   poetki   płaskie   jak   deska,   czemu   nie?   -   Chciałam,   ale 

wstydziłam   się   poprosić   w   sklepie   i   zabrać   go   do   przymierzami.   I   na 

zakupach z moją guwernantką też się wstydziłam.

No   tak,   gdybym  miała   guwernantkę,   też   na   pewno   nie   lubiłabym 

chodzić z nią do sklepów po nowe majtki i staniki. Zwłaszcza po staniki.

- Myślicie,   że   mogę   przymierzyć?   -   Julka   była   już   czerwona   jak 

burak. - Podobno on zwiększa... zwiększa biust o cały rozmiar. Jak wam 

background image

się wydaje?

Ależ ona się wstydziła! Emma, która przywiozła z Anglii chyba z 

dziesięć staników, zdecydowanym ruchem zabrała Julce mały wieszaczek, 

obejrzała go fachowo i orzekła:

- Ten za duży. Weź tamtego...

- Tamten - poprawiła ją odruchowo Julka.

A potem zniknęła w kabinie i starannie zasunęła za sobą kotarę. Nie 

protestowałyśmy. W końcu stanik to rzecz o wiele bardziej osobista niż 

suknia balowa...

- Fajna   ta   sukienka   -   Zuzia   obróciła   się   na   pięcie   przed   wielkim 

lustrem, szeleszcząc piórami. - Wiecie, zawsze mi się wydawało, że bale 

to nie dla mnie. Ale teraz sama nie wiem... Gdy tak na siebie patrzę... 

Może by mi się podobało?

- Zdejmij tę perukę - zażądałam stanowczo. Wolałam jednak Zuzię 

jako brunetkę. Zwłaszcza przy tej czerwonej sukience jej ciemne włosy 

wyglądały   znacznie   lepiej   niż   blond   loki.   Sama   to   zresztą   od   razu 

przyznała.

- Teraz chyba nawet jeszcze ładniej... Próbowałam sobie wyobrazić 

energiczną   Zuzkę   na   balu.   Niestety,   nie   udało   mi   się   ujrzeć   jej   jako 

zwiewnej damy, płynącej przez parkiet w ramionach wysokiego szatyna 

we   fraku.   Jedyna   rola,   w   jakiej   potrafiłam   ją   sobie   wyobrazić,   to   rola 

wodzireja. Tak się chyba nazywa ten, kto ustawia wszystkich w kółeczko, 

każe im robić węża i biegać po sali... Zuzia byłaby świetna jako taki facet. 

A   właściwie   facetka.   Na   pewno   zorganizowałaby   zabawę   nawet   kilku 

tysiącom ludzi. Z jej niespożytą energią...

Otworzyłam usta, by jej to powiedzieć, ale nie zdążyłam. Bo kotara 

background image

przebieralni   rozchyliła   się   gwałtownie,   a   ze   środka   wyjrzała   Julka. 

Całkowicie ubrana, w swoim powyciąganym swetrze i dżinsach. I wciąż w 

kudłatej czarnej peruce na głowie.

- Nie przymierzyłaś tego stanika? - zdziwiłyśmy się. Siedziała tam 

przecież tyle czasu!

- Przymierzyłam - Julka obciągnęła sweter i wypięła się do przodu, 

jak   mogła   najbardziej.   Dopiero   teraz   zrozumiałyśmy:   miała   ten   żółty 

stanik na sobie, pod swetrem! Oczekiwała naszej opinii.

- Wyraźna   różnica!   -   powiedziała   Zuzka   stanowczo.   -   Wyraźna! 

Musisz go kupić, wyglądasz naprawdę niesamowicie!

Według mnie, różnicy nie było prawie żadnej. Może gdyby Julka 

zamieniła ten gruby sweter na jakąś dopasowaną cienką bluzeczkę? Ale 

przecież   ona   nigdy   nie   nosi   obcisłych   bluzek!   Zawsze   te   workowate 

ubrania! Bardzo zresztą do niej pasujące, poetyckie, artystyczne... Ale po 

co jej w takim razie taki wypychany stanik? Pod te wielkie swetrzyska?

- Wiecie, ja zawsze chciałam założyć coś bliżej ciała... - zwierzała 

nam się Julka, znowu czerwona jak burak. - Ale wiedziałam, że wtedy 

bardziej będzie widać, że tam nic nie mam... no wiecie...

- Kup sobie ten stanik! - powiedziałam zdecydowanie, usiłując ukryć 

to, że jestem w szoku. Nasza poetka miała takie przyziemne marzenia jak 

większy biust? Nie do wiary!

- Kup sobie! - zgodziła się Emma.

- I od razu kup bluzkę, albo i dwie - zaszeleściła piórami Zuzka. - 

Bardzo obcisłe. Teraz już możesz. A Gwiazdka jest od tego, żeby spełniać 

marzenia. Innych ludzi, ale i swoje.

- Kupię   sobie   -   postanowiła   Julka,   zdejmując   sweter.   -   W   końcu 

background image

nigdy  nie  dostałam  pod  choinkę  nic fajniejszego niż  czekoladki.   Może 

należy mi się od życia coś, czego pragnę? Jak myślicie?

Pokiwałyśmy   głowami.   Zdecydowanie   jej   się   to   należało!   My 

miałyśmy   znacznie   biedniejszych   rodziców.   Moja   mama,   od   kiedy 

pamiętam, miała tę samą, malutką butelkę tanich perfum, których używała 

tylko   na   szczególne   okazje,   mama   Zuzi   miała   jedną   jedyną   jedwabną 

bluzkę,   biła   się   przez   wiele   dni   z   myślami,   czy   może   sobie   na   nią 

pozwolić... Mama Emmy jeździła na wrotkach po centrum handlowym, w 

niebieskim   futrze,   żeby   zapewnić   swoim   dzieciom   lepsze   święta...   W 

naszych   domach   nie   było   za   dużo   pieniędzy.   Ale   rodzice   stawali   na 

głowie,   żebyśmy   dostały   to,   o   czym   marzymy.   Wciąż   pamiętam,   jak 

babcia siedziała po nocach, aby zrobić mi domek dla lalek, dokładnie taki, 

jaki widziałam w sklepie. Wykonała go własnoręcznie ze sklejki. Wbijała 

w nią maleńkie gwoździki, heblowała stolik i krzesełka dla lalek, szyła 

miniaturowy   obrus,   narzutę   na   łóżko   i   zasłonki   do   zawieszenia   w 

wyciętych w sklejce oknach... Słyszałam w nocy stukanie dochodzące z jej 

pokoju. Mówiła, że to korniki szaleją w szafie. Wierzyłam jej, miałam 

wtedy z siedem lat. A ona wierzyła, że warto się starać, żeby zobaczyć 

moją radość.

- Dałabym ci  gwiazdkę  z nieba  -  powtarzała.   I  wiedziałam,  że  to 

prawda. Że moja rodzina zrobi wszystko, żebym była szczęśliwa. Rodzina 

Zuzki   i   Emmy   też.   A   rodzina   Julki,   śpiąca   na   pieniądzach,   mogąca 

obdzielić   nimi   wszystkich   ubogich   w   Polsce,   kupowała   jej   czekoladki. 

Pewnie nawet nie osobiście tylko przez tę panią Felę czy Jolę, która robi 

zakupy dla Ździebełków. Strasznie byłam zła na jej rodzinę!

I nagle przypomniałam sobie, o czym usiłowała nam opowiedzieć 

background image

Julka, gdy pojawiła się pani Adams w przebraniu pluszowego miśka.

- Co   to   za   historia   z   twoją   adopcją?   -   zapytałam,   kiedy   Julka 

rozpinała swój nowy stanik z wypychanymi miseczkami i odkładała go na 

stertę   rzeczy,   które   zamierzałyśmy   kupić,   gdy   tylko   pojawi   się   jakaś 

kasjerka.

Nie usłyszałam jednak odpowiedzi. Bo nagle Emma pisnęła:

- Schowaj się! Tu są cameras!

A Zuzia spojrzała na nią i stuknęła się w głowę, kciukiem, jak to ona.

- No   jasne!   Kamery!   O   tym   wtedy   mówiłaś,   Julka!   Że   w   tych 

perukach nawet kamery nam niestraszne! W tym sklepie są kamery, a więc 

ktoś nas obserwuje. Musimy tylko pomachać!

background image

ROZDZIAŁ 13

TRZEBA WEJŚĆ NA REGAŁ

Skakałyśmy   i   machałyśmy   chyba   przez   dziesięć   minut.   Ja   nawet 

próbowałam   robić   pajacyki,   gwiazdę,   mostek   ..   Najróżniejsze   sztuczki, 

żeby   tylko   ktoś,   kto   pewnie   przysypia   z   nudów   przed   monitorem, 

zauważył ruch.

- Dobrze kombinujesz - pochwaliła mnie Zuzka.

- Widziałam   w   amerykańskich   filmach,   że   ochroniarze   zawsze 

oglądają telewizję - powiedziałam. - Monitory z obrazkami z tego wnętrza, 

którego pilnują, w ogóle ich nie obchodzą. Dźwięk mają wyłączony, więc 

trzeba jakoś przyciągnąć ich uwagę. Chyba najlepiej ruchem właśnie, jak 

myślicie?

- Bardzo   dobrze   kombinujesz   -   powtórzyła   Zuzka   i   zaczęła 

podskakiwać tuż obok mnie.

Robiła to dwa razy szybciej niż ja! Usiłowałam dostosować się do jej 

tempa, ale szybko wymiękłam. Wie miałam pojęcia, że ma taką świetną 

kondycję! A może to chęć wydostania się ze sklepu tak ją mobilizowana? 

To przecież niemożliwe, żebym ja, lekkoatletka, biegająca codziennie co 

najmniej   przez   czterdzieści   minut,   nie   mogła   wytrzymać   tempa 

dziewczyny,   której   sportowe   osiągnięcia   ograniczały   się   do   noszenia 

ciężkiego aparatu fotograficznego. Byłam na siebie strasznie zła, że tak 

kiepsko sobie  radzę! Wzięłam głęboki  oddech i zaczęłam podskakiwać 

jeszcze   szybciej   niż   Zuzka.   Nie   mogła   być   lepsza   ode   mnie!   We 

wszystkim,   ale   nie   w   sporcie!   To   przecież   ja   pojadę   w   przyszłości   na 

olimpiadę,  a ona będzie robić  zdjęcia  do „National  Geographic”!  Taka 

była umowa!

background image

Julka, która skończyła nareszcie starannie składać stanik i wsadzać 

go   do   pudełeczka,   patrzyła   na   nas   w   milczeniu.   A   potem,   bez   słowa, 

złapała   koszulkę   nocną,   czy   może   dzienną...   koronkową   koszulkę 

niezidentyfikowanego przeznaczenia, w straszliwym turkusowym kolorze 

z różowym wzorkiem, i zaczęła nią wymachiwać przed samą kamerą.

- Zasłaniasz   mnie   i   Żabę   -   powiedziała   Zuzka,   nie   przerywając 

podskakiwania.

Wcale   nie   robiła   wrażenia   zmęczonej!   Nie   oddychała   ciężko,   nie 

była czerwona, nie lał się z niej pot. Coś tu było wyraźnie nie tak. Skąd 

ona wzięła tę kondycję? Przecież jeszcze we wrześniu, gdy biegłyśmy do 

autobusu,   była   cała   zasapana,   dosłownie   po   stu   metrach.   A   teraz 

zachowuje się jak olimpijczyk na rozgrzewce!

- Może   faktycznie   lepiej   będzie   machać   czymś   kolorowym   niż 

skakać?  - zastanowiłam  się,  patrząc  na Julkę i  odblaskową koszulkę.  - 

Chociaż, z drugiej strony, to chyba wszystko jedno. Monitory w filmach są 

zawsze czarno - białe. Ale może to są stare filmy? Może w tym sklepie 

mają kolorowe?

- Na   wszelki   wypadek   weźmy   najbardziej   kolorowe   rzeczy,   jakie 

znajdziemy - Zuzia oderwała się w końcu od swojej rozgrzewki i wróciła 

do roli druhny zastępowej. - Może pójdziemy  do działu z apaszkami  i 

szalikami? Tam powinno być coś kolorowego. Albo może lepiej dział z 

pościelą? Prześcieradła są przecież duże i różnobarwne...

Już   po   chwili   Emma   machała   pięknym,   kaszmirowym   szalem   w 

kolorze   pomarańczy,   ja   i   Zuzia   trzymałyśmy   ogromne   zielone 

prześcieradło,   a   Julka   prezentowała   przed   drugą   kamerą   jakiś 

skomplikowany   taniec,   wciąż   z  tą   samą   turkusową   koszulką   w   drobny 

background image

różowy   wzorek.   Może   właśnie   tak   tańczyła   Isadora   Duncan,   do   której 

miałam   być   według   niej   podobna?   To   był   naprawdę   bardzo   dziwny   i 

bardzo   nowoczesny   taniec.   Koszulka   chwilami   udawała   partnera,   w 

którego   ramionach   Julka   tańczyła   tango,   chwilami   była   podrzucana   do 

góry, jak szarfa gimnastyczki...

- Chyba nikt nie siedzi przy tych monitorach - Zuzia westchnęła po 

kolejnych dziesięciu minutach prób. - Mógłby olać nasze pajacyki, twój 

idealny mostek, nasze prześcieradło i szal Emmy, ale na taniec Julki z 

koszulką nie sposób chyba pozostać obojętnym! Albo jest ślepy, albo po 

prostu nie ma go wcale, a to właściwie na jedno wychodzi.

Musiałyśmy się z nią zgodzić. Nasza ostatnia nadzieja prysła. Nikt 

nie zauważył naszych wysiłków i nikt nie przyjdzie nas uratować. Musimy 

siedzieć w tym sklepie do rana.

- Jak myślicie, o której otwierają w soboty? - zastanawiała się Julka. 

- Pewnie później niż w dni powszednie?

- A   może   wcześniej?   -   usiłowałam   ją   pocieszyć.   -   W   końcu   to 

ostatnia sobota przed świętami, cała Polska wyrusza na zakupy.

- Wykorzystajmy w takim razie to, że w tej chwili sklep jest pusty i 

wybierzmy   nareszcie   pozostałe   prezenty!   -   Zuzka   nigdy   nie   traciła 

entuzjazmu.

- Może   rozejdziemy   się   w   różne   strony?   -   zaproponowałam.   - 

Chciałabym wam też kupić jakieś drobiazgi...

- Świetny pomysł! - ucieszyły się przyjaciółki. Szybko okazało się 

jednak,   że   to   w   gruncie   rzeczy   całkiem   beznadziejny   pomysł. 

Rozbiegłyśmy się w cztery strony. Myślałam, że to będzie fajne. Że znajdę 

jakiś piękny zeszyt dla Julki, specjalnie na jej wiersze, jakąś książkę o 

background image

fotografowaniu dla Zuzi, no i coś dla Emmy. Jeszcze nie wiedziałam, co... 

Gdy jednak zostałam sama w pustym sklepie, wśród wysokich regałów, 

odechciało mi się wszystkiego. Żaden zeszyt nie wydawał mi się piękny, 

okładki   książek  zlewały   się  w  jedną  i  nie  mogłam  rozróżnić   tytułów... 

Dopiero   po  chwili  zorientowałam   się,   że  po  policzkach  ciekną   mi   łzy. 

Czułam się obrzydliwie samotna. Moje przyjaciółki były tylko alejkę lub 

dwie dalej, a ja miałam wrażenie, że nigdy już ich nie zobaczę.

Rzuciłam się przed siebie, nie myśląc ani chwili dłużej o kupowaniu 

prezentów. Chciałam po prostu odnaleźć Zuzię, Julkę i Emmę. Tylko z 

nimi mogłam przetrwać do rana w tym potwornie pustym sklepie.

- Dobrze, że jesteś! - wysapała Julka, gdy dobiegłam nareszcie do 

drzwi na zaplecze, które stały się tej nocy naszym miejscem zbiórek.

- Po co taszczysz to wielkie pudło? - zdziwiłam się. Julka nie była 

jednak sama w swoim szaleństwie.

Emma   pchała   przed   sobą   drugi   karton,   chyba   jeszcze   większy,   a 

Zuzia   ciągnęła   za   czubek   gigantyczną   sztuczną   choinkę.   Z   wyraźnym 

wysiłkiem ciągnęła... Podeszłam więc do niej i złapałam choinkę za pień. 

Potem mi wyjaśnią, po co to robią. Skoro tak postanowiły, to chyba muszą 

mieć   jakieś   powody?   Bractwo   Zeta   nie   robi   rzeczy   bezsensownych! 

Nigdy! Teraz muszę po prostu pomóc Zuzi w walce z tym plastikowym 

drzewem.

- Zobacz, co znalazłyśmy - sapnęła Zuzka.

- Widzę, trudno nie zauważyć! - roześmiałam się i zasyczałam, bo 

pieniek był chropowaty i strasznie ranił mi palce. - Dokąd my to niesiemy?

- Na środek sklepu - wyjaśniła Julka, nic właściwie nie wyjaśniając.

Bo niby gdzie jest ten środek? Jak go wyznaczymy? Poprowadzimy 

background image

przekątne,   jak   w   kwadracie?   Będzie   trochę   trudno,   przez   te   wszystkie 

regały...   Poza   tym   nie   chodzi   nawet   o   to,   gdzie   jest   środek   i   jak   go 

wyznaczyć, tylko o to, po co miałybyśmy to robić!

- Zobacz, co znalazłyśmy ~ powtórzyła Zuzia. Miałam wrażenie, że 

zwariowała.   Widziałam   przecież   wyraźnie,   że   znalazły   największą 

sztuczną   choinkę   świata.   A   raczej   tylko   pół   choinki.   Kończyła   się   tak 

nagle, jakby ktoś odrąbał siekierą jej górną część. Dolnej nie było.

- No zobacz! - ponaglała mnie Zuzia.

- Znalazłyście choinkę - powiedziałam, postanawiając jej nie drażnić. 

Wyraźnie uważała, że jeszcze nie zauważyłam, co niesie.

- Nie chodzi mi o choinkę, tylko o list! - sapnęła.

Dopiero teraz dostrzegłam jakąś kartkę, którą usiłowała mi podać. 

Trochę kiepsko jej szło, bo obie ręce miała zajęte... podobnie jak ja.

- Najpierw gdzieś porzućmy ten świerk, jodłę czy cokolwiek to jest... 

a potem pokażesz - zaproponowałam, bojąc się, że upuścimy  drzewo i 

połamiemy sobie nogi. Choć plastikowe, na pewno nie było lekkie! Igły 

kłuły  prawie  jak  prawdziwe,  a  szorstki  pieniek  nieustannie   zdzierał   mi 

skórę z dłoni.

Zuzia pokiwała głową z aprobatą i orzekła:

- Środek musi być gdzieś tutaj. Widzicie, za naszymi plecami zostały 

dwadzieścia trzy rzędy lamp, przed nami są dwadzieścia cztery...

Znowu mnie zadziwiła, Julkę i Emmę zresztą też. Ten jej precyzyjny 

umysł!   Szarpała   się   z   drzewem,   rozmawiała   ze   mną   o   jakimś   liście   i 

oprócz tego liczyła lampy na suficie! Była niesamowita.

- Musimy jeszcze sprawdzić, jak jest z osią w drugą stronę - Zuzka 

rozglądała się po sklepie. - Na oko musi to być gdzieś tutaj, ale policzmy 

background image

na wszelki wypadek lampy... Albo regały, jeśli wam łatwiej.

Policzyłyśmy i lampy, i regały. Oko Zuzi było bez zarzutu. Choinka, 

czy raczej pół - choinka, stała bez wątpienia na środku sklepu. Tyle tylko, 

że ja wciąż nie wiedziałam, dlaczego to jest takie ważne i po co w ogóle ją 

ciągnęłyśmy.

- Wracamy   po   dolną   część   drzewka!   -   zarządziła   Zuzka,   zanim 

zdążyłam zadać jakiekolwiek pytanie.

Wróciłyśmy więc. Była jeszcze większa i o wiele cięższa niż ta, którą 

już przytargałyśmy przez sklepowe alejki.

- Dobrze, że będziemy ją niosły we cztery! - ucieszyłam się.

Zuzia jednak pokręciła głową.

- Będziemy ją niosły we dwie - wyjaśniła mi. - Emma i Julka mają 

jeszcze mnóstwo bombek i łańcuchów do przeniesienia.

No tak... Bombki, łańcuchy, choinka...

- W tym liście jest napisane, że mamy ją ubrać? Na środku sklepu? - 

nie   wytrzymałam,   szarpiąc   się   z   grubym   pniem.   Czułam,   że   plaster   z 

opatrunkiem będzie mi za chwilę potrzebny jeszcze bardziej niż Julce i jej 

stopie.

- Nie my konkretnie, ale że musi być na rano ubrana dokładnie na 

środku sklepu. Ten list to jest właściwie instrukcja wewnętrzna - wysapała 

Zuzia. Ledwo było ją słychać spośród gęstwiny zielonych plastikowych 

gałęzi.

- Chyba ktoś jest za to odpowiedzialny - nie wytrzymałam. - Ktoś, 

komu za to płacą. Pewnie mają dźwig albo wózek widłowy do wożenia 

takich choinek. Nikt nie nosi ich, chodząc pieszo po sklepie!

- My nosimy! - nie widziałam Zuzi i prawie jej nie słyszałam, ale 

background image

byłam pewna, że uśmiechnęła się z dumą. No tak, nasza druhna zastępowa 

była zachwycona tym, że może zrobić osobiście coś, do czego normalni, 

dorośli ludzie potrzebują dźwigu. Jest lepsza od maszyny!

Ja taka dumna nie byłam. Miałam wszystkiego dość.

- Dlaczego nie możemy tego zostawić komuś, kto za to odpowiada? - 

nie rozumiałam. - Dlaczego musimy to robić?

- A   masz   lepszego   pomysła?   -   zapytała   Emma.   -   Pomyśleliśmy... 

myślałyśmy, że lepsze Christmas tree niż ściana.

Lepsze Christmas tree niż ściana? Christmas tree to choinka... ale 

dlaczego miałybyśmy wybierać między choinką a ścianą? I jaką ścianą? 

Tu przecież jest dostatecznie dużo podłogi, żeby po niej chodzić, tańczyć, 

biegać... Dlaczego ściana???

- Lepiej ubierać choinkę niż gapić się w ścianę - wyjaśniła mi Zuzia. 

- Przy pracy szybciej mija czas.

No, tak... miała rację, oczywiście. Zuzka zresztą ma zawsze rację. 

Tyle tylko, że dawno minęła północ i wcale nie chciało mi się pracować. 

Najwyraźniej   byłam   jednak   w   mniejszości.   Skoro   przyjaciółki   chciały 

pracować, nie mogłam im zabronić.

Z początku nie zamierzałam się włączać w ich prace. Patrzenie w 

ścianę wydawało mi się całkiem miłą odmianą po dźwiganiu plastikowego 

pnia kaleczącego mi ręce. Szybko jednak zmieniłam zdanie.

- Jakie piękne bombki! - pisnęła Julka, otwierając wielkie pudło. - 

Zobaczcie:   księżyce,   gwiazdeczki,   słoneczka...   Cudowne!   Jakby   ktoś 

zwinął niebo, jak koc lub prześcieradło, i włożył do pudełka. Tu jest całe 

niebo, słowo daję!

Nie wytrzymałam i spojrzałam w tamtą stronę. Nagle poczułam, że 

background image

mam   ogromną   ochotę   dotknąć   wszystkich   bombek,   wziąć   je   do   ręki, 

wybrać najlepsze miejsce dla każdej, a potem zawiesić je na gałązkach. 

Zawsze robiłam to w wigilijny poranek i nagle bardzo zapragnęłam ubrać 

choinkę wcześniej. Jedyny raz w życiu: w środku nocy, w wielkim sklepie, 

w towarzystwie przyjaciółek.

Podniosłam   do   góry   uśmiechnięty   dobrotliwie   złocisty   księżyc   i 

przyłożyłam go do gałązki.

- Najpierw musimy jakoś połączyć dwie części drzewa w jedną! - 

sprowadziła mnie na ziemię praktyczna Zuzia.

No   jasne!   Ubieranie   choinki   przed   jej   złożeniem   nie   miało 

najmniejszego sensu. Tylko jak miałybyśmy to zrobić?

- Żadna z nas nie umie fruwać, niestety - westchnęłam. - Nie damy 

rady podnieść tej górnej części i wsadzić jej na dolną.

- Ty jesteś sportsmenką, wdrapiesz się na regał, na tamtą czerwoną 

półkę - uniosła palec Julka. - A my podniesiemy górę choinki, podamy ci 

ją... Złapiesz za czubek i nasadzisz na część dolną i już.

I już?! Ona nie niosła tej choinki! Nie wiedziała, jaka jest ciężka. Nie 

utrzymam jej sama, nie ma mowy!

- Musisz  wejść ze mną  - powiedziałam.  - Albo ty, Emma...  Albo 

Zuzka... Sama nie dam rady.

- Nikt nie będzie wchodził na regał - roześmiała się Zuzia. - Przecież 

jest prostsze rozwiązanie, nie zauważyłyście?

Pokręciłyśmy głowami. Wspinaczka na półkę wydawała się jedynym 

sensownym wyjściem. Gdyby tylko ktoś zechciał mi towarzyszyć...

- Kurczę,   dziewczyny,   przecież   to   oczywiste!   -   Zuzia   była   z   nas 

bardzo niezadowolona. - Położymy obie części, połączymy je na leżąco, a 

background image

potem wspólnie, we cztery, postawimy ją do pionu. Naprawdę na to nie 

wpadłyście? Co wy byście beze mnie zrobiły?

Co? No cóż... pewnie jednak wdrapałybyśmy się na regał... Dzięki 

Zuzce   na   szczęście   nie   musiałyśmy   tego   robić.   Choinka   już   po   chwili 

stała, piękna i dostojna, na środku sklepu. Trochę się zmęczyłyśmy, ale 

było warto. Drzewko prezentowało się wspaniale. Teraz trzeba było tylko 

powiesić bombki.

- Bombki... - Zuzia pierwsza zrozumiała, że jej genialny plan nie był 

jednak taki genialny. - Jak my je powiesimy na górnych gałązkach? Albo 

chociaż na środkowych gałązkach?

- Kładziemy ją z powrotem? - zapytałam. I natychmiast dotarło do 

mnie, że to pomysł do bani. Możemy ją położyć, możemy ją ubrać na 

leżąco, ale nie zdołamy jej postawić., nie rozbijając bombek.

- Musi być w tym sklepie jakaś drabina - powiedziała wyjątkowo 

trzeźwo Julka. - Pewnie na zapleczu... Albo oparta o jakiś regał.

Tym razem nie proponowałam już rozbiegnięcia się w cztery różne 

strony. Nie chciałam więcej przebywać w tym sklepie sama. Ani minuty! 

Poszłyśmy więc wszystkie razem w kierunku uchylonych drzwi. Była tam 

toaleta, wielka choinka, bombki, instrukcja wewnętrzna... Może znajdzie 

się i drabina?

Niestety, drabiny nie było. Ani na zapleczu, ani przy żadnym regale. 

Obeszłyśmy cały sklep, zajrzałyśmy w każdy kąt...

- To jak oni ustawiają towar na górnych półkach? - zastanawiałam 

się.

- Wózek łopatkowy! - zawołała Emma.

- Wózek łopatkowy? - oczy Julki zrobiły się okrągłe jak spodki. - 

background image

Aaa, wózek widłowy! Jasne! Oni używają wózków widłowych!

- Może my też spróbujemy? - zapaliła się Zuzia. - Gdy Agata robiła 

prawo   jazdy,   trochę   podglądałam.   Może   wózek   widłowy   prowadzi   się 

podobnie jak samochód? Na pewno sobie poradzimy!

Przeraziła   mnie   ta   wizja.   Wózek   widłowy   wjeżdżający   w   regał, 

paczki   spadające   z   samej   góry,   przygniatające   Zuzię,   a   potem   nas 

wszystkie... Zuzia tracąca kontrolę nad wózkiem, demolująca cały sklep... 

Nie, to chyba jednak nie był dobry pomysł.

- To ja już lepiej wejdę na ten regal - zaproponowałam. - Bombki nie 

są takie ciężkie jak choinka, poradzę sobie...

background image

ROZDZIAŁ 14

DO CELI!

Choinka wyglądała cudownie. Błyszczała nawet w tym półmroku. 

Mogłyśmy sobie tylko wyobrazić, jak pięknie będzie lśnić, gdy włączy się 

wszystkie światła w sklepie.

- Ten ktoś odpowiedzialny za ubranie choinki na pewno się ucieszy - 

powiedziałam, ziewając. - Zuzka, masz dla nas teraz jakieś nowe zadania?

Zuzia pokręciła głową, ziewając jeszcze szerzej niż ja. Julka i Emma 

siedziały oparte o ścianę zmęczone, z przymkniętymi oczami.

- Może   więc   pójdziemy   spać?   -   stłumiłam   kolejne   ziewnięcie.   - 

Pamiętacie, widziałyśmy pościel... Ułożymy się na podłodze i obudzimy 

przed otwarciem sklepu...

- Albo   obudzi   nas   tłum   klientów   biegnących   z   wózkami   główną 

alejką - roześmiała się Zuzia. - Idziemy spać, to najlepszy pomysł. I tak 

zaraz zaśniemy, lepiej to zrobić na leżąco, niż siedząc pod ścianą.

Znów wróciła sprawa ściany!

- Rozkładamy się tutaj i już - postanowiła Julka, najbardziej chyba 

zmęczona z nas wszystkich.

- Położymy   dwie   duże   kołdry   zamiast   prześcieradła,   powinno   być 

nam ciepło - Zuzka zabrała się za wyciąganie pościeli z worków.

- A czy tak można? - zasępiła się Emma. - To będzie brudne, nikt nie 

kupa brudne...

- Nikt   nie   kupi   brudnego   -   poprawiła   ją   Julka   i   zasmuciła   się   na 

moment. Szybko jednak znalazła rozwiązanie. - Nie kupi brudnego? No to 

kupi czyste! Zabiorę to do domu, rodzice wszystko zawiozą do swojej 

pralni  i   jutro   wieczorem   przywiozą  z  powrotem  do  sklepu.  Będzie  jak 

background image

nowe!

Uspokojone tym wyjaśnieniem ułożyłyśmy się pomiędzy regałami i 

przykryłyśmy ciepłymi, puchowymi kołderkami.

Przymknęłam oczy i nagie pomyślałam, że Julka znów powiedziała o 

Ździebełkach   „rodzice”.   Z   przyzwyczajenia?   A   może   wcale   nie   jest 

pewna, że ją adoptowano? Może wymyśliła to tak jak swoje wiersze?

- Julka, co to za sprawa z tą adopcją? - zapytałam. Odpowiedziała mi 

jednak tylko cisza. I trzy spokojne, głębokie oddechy. Moje przyjaciółki 

spały. Może i ja powinnam spróbować? Zamknęłam oczy, myśląc, że to 

najdziwniejsza noc w moim życiu... i natychmiast zapadłam w sen.

Obudziło mnie gwałtowne szarpanie za ramię. Otworzyłam oczy i 

zobaczyłam twarz policjanta. Oczywiście nie poznałam go po twarzy, lecz 

po   mundurze.   Tak,   to   był   policjant.   W   dodatku   policjant   wyraźnie 

niezadowolony...

- Wstawajcie,   jedziemy   na   komisariat!   -   powiedział.   Wszystkie 

cztery  przetarłyśmy   zaspane  oczy  i  wyszłyśmy   spod kołdry. Było nam 

bardzo   zimno.   Kurtki   i  prezenty   dla   naszych  rodzin   leżały   siedem   czy 

osiem regałów stąd, przy wejściu na zaplecze.

- Pójdziemy jeszcze po kurtki - powiedziała Zuzia stanowczo.

- Nigdzie nie pójdziecie, jedziemy na komisariat - policjant nie był 

chętny do współpracy.

- Nie wyjdziemy na dwór bez kurtek w takie zimno - rozpłakała się 

Julka,   jak   na   zawołanie.   -   Panie   policjancie,   my   przecież   niczego   nie 

chciałyśmy ukraść ani zniszczyć, tę pościel dokładnie upierzemy... Wcale 

nie marzyłyśmy o tym, żeby spędzić tu noc. To był przypadek! Nie może 

pan   skazać   nas   na   zamarznięcie   na   śmierć.   To   nieludzkie,   nawet 

background image

największy zbir ma prawo do obrony i humanitarnego pozbawienia życia. 

A   poza   tym   na   wykonywanie   kary   śmierci   obowiązuje   w   Polsce 

moratorium!

Na   twarzy   policjanta   przez   moment   można   było   dostrzec   jakby 

leciutki uśmiech.

- Bierzcie szybko kurtki i wychodzimy - zmienił zdanie. - Ale tylko 

kurtki! Nie ma mowy o wynoszeniu czegokolwiek ze sklepu!

Zrobiło mi się trochę przykro na myśl o apaszce dla mamy Zuzi. Tak 

idealnie   pasowałaby   do   jej   oczu...   Ale   może   wrócimy   do   centrum 

handlowego jutro? Może jeszcze ją odnajdziemy?

- Niech pan wysłucha moich zeznań, to wszystko z powodu obrażeń 

nogi   obecnej   tu   Julii   Ździebełko,   lat   trzynaście   -   prosiła   bardzo 

profesjonalnie   Zuzia,   gdy   wychodziłyśmy   ze   sklepu   jakimiś   dziwnymi, 

bocznymi   drzwiami,   których   przedtem   nie   widziałyśmy.   Kątem   oka 

zauważyłam kłębiącą się przy nich grupę ludzi. Było ich kilkanaścioro. 

Skąd się wzięli? Niemożliwe, żeby byli w centrum handlowym cały czas} 

Przecież   zaglądałyśmy   w   każdy   kąt,   krzyczałyśmy,   waliłyśmy   w 

pozamykane drzwi. Musieli przyjść dopiero teraz...

Wsiadając   do   radiowozu,   spojrzałam   na   zegarek.   Minęła   czwarta 

rano. Chyba nie otwierają sklepu o tej porze?

Policjant zamknął nas w tylnej części samochodu, a sam usiadł obok 

kierowcy. Odgradzała nas od nich gruba krata.

- Zabiją   nas!   -   rozpłakała   się   Emma,   gdy   radiowóz   ruszył   spod 

sklepu przez uśpione ulice. - Tymi, no, palikami.

- Palikami? - mimo grozy sytuacji po prostu musiałam się roześmiać. 

-   Myślisz,   że   w   Polsce   nabija   się   na   pal   za   nielegalne   nocowanie   w 

background image

centrum handlowym?

- Palami   -   plątała   się   Emma,   połykając   łzy.   -   Tata   tak   mówił   do 

mummy: Jak ci tu źle, to jedź do Polska, tam cię aresztują za ucieczka od 

husband, tam zobaczysz, co robi policja, oni zabili palami studenta.

- Pałami! - nareszcie zrozumiałyśmy, o czym ona mówi.

- Studenta pałami... - usiłowała sobie przypomnieć Zuzka. - Było coś 

takiego, ale z piętnaście lat temu, albo i dwadzieścia. Teraz policjanci są 

mili i kulturalni. Naprawdę! Mili, sympatyczni i kulturalni.

Spojrzałam   na   nią   podejrzliwie:   trochę   chyba   przesadziła   w 

pocieszaniu Emmy. Ten, który nas aresztował, był może i kulturalny, ale 

na pewno nie miły i sympatyczny. I Emma musiała to zauważyć!

- Dlaczego pan nas wiezie do komisariatu? - zawołała nagle Julka, 

szarpiąc metalową kratę oddzielającą nas od policjanta i kierowcy. A może 

to było dwóch policjantów? Ten za kierownicą też przecież miał na sobie 

mundur...   -   Proszę   nas   zawieźć   do   domu!   Przecież   tam   czekają   nasi 

rodzice i na pewno się denerwują.

- Nie ma pan podstaw, żeby nas aresztować! - włączyła się Zuzia, 

waląc pięściami w kratę. - Nie włamałyśmy się do tego sklepu i nic nie 

ukradłyśmy! A kołdry pan Ździebełko upierze, proszę się nie martwić!

Policjanci   nie   reagowali   na   nasze   słowa.   Zupełnie   jakby   nagle 

ogłuchli.

- Oni nas zabiją - załkała Emma.

Położyłam   jej   rękę   na   ramieniu,   ale,   prawdę   mówiąc,   wcale   nie 

czułam się  lepiej. Komisariat  kojarzył mi  się z czymś straszliwym.  Ze 

złodziejami, mordercami, pijakami... Kto wie, co nas tam czeka? Może 

będziemy siedziały w ciasnej celi z tymi wszystkimi okropnymi typami? 

background image

Aż   do   rana?   Albo   jeszcze   dłużej?   Słyszałam   kiedyś   w   telewizji,   że 

każdego można zatrzymać do wyjaśnienia na dwadzieścia cztery godziny. 

A   może   nawet   na   czterdzieści   osiem?   Będziemy   tam   siedzieć   do 

poniedziałku!   Bo   w   weekend   wszyscy   mają   wolne,   a   ten   policjant   na 

pewno   nie   może   nic   zrobić   bez   zgody   przełożonego.   A   przełożony 

wyjechał na narty...

Poczułam,   że   mi   też   po   policzkach   ciekną   łzy.   Nasza   sytuacja 

naprawdę wyglądała beznadziejnie. Ciekawe, czy rodzicom przyjdzie w 

ogóle do głowy, żeby zadzwonić na policję?

- Moi rodzice będą myśleli, że jestem u Żaby, Żaby, że u Emmy, 

Emmy mama, że u Julki, a Julki... - zapędziła się Zuzia.

- A Julki rodzice przez całe lata nie zauważą, że zniknęła, a poza tym 

to w ogóle nie są jej rodzice - dokończyła ponuro Julka.

- No właśnie, powiedz, co z adopcją - poprosiłam. Wreszcie nikt i nic 

nam nie przeszkodzi w wysłuchaniu tej historii! Radiowóz to jednak mało 

uczęszczane miejsce...

- Chcecie wiedzieć? - chlipnęła Julka, zapłakana podobnie jak ja i 

Emma. - To słuchajcie:

Jej   korzenie   odcięte,   jest   dzieckiem   nicości   Nie   wie  nic   o   swych 

genach i swojej przeszłości Jest wyrzutkiem, tłum cały nie rozumie jej 

bólu Może pan moim ojcem? Pan, żebraku? Pan, królu? Może pani kobietą 

jest, która życie mi dała? Tylko czemu pokochać potem nie umiała? Tylko 

czemu   Ździebelkom   wstrętnym   podrzuciła?   Czemu   się   mnie   wyrzekła, 

czemu zostawiła? Me nazwisko, mą przeszłość mrok gęsty ukrywa Nie 

wiem kim ja jestem, ja - tamta prawdziwa.

No cóż... nie to w zasadzie spodziewałam się usłyszeć od Julki w 

background image

odpowiedzi na moje pytanie! Właściwie zupełnie nie to. Chciałam jakichś 

konkretów, chciałam, żeby powiedziała, w jaki sposób dowiedziała się, że 

jest   adoptowana,   jakie   ma   dowody...   Ale   zanim   zdążyłam   poprosić   o 

więcej informacji, radiowóz gwałtownie zahamował.

- Wysiadamy!   -   powiedział   policjant,   którego   Zuzia   w   swym 

miłosierdziu nazwała sympatycznym.

Przeszedł nas dreszcz. Już tylko sekundy dzieliły nas od wtrącenia do 

ciemnej, zimnej celi, pełnej okropnych, niebezpiecznych zbirów!

- Kasiu,   kochanie!   -   na   progu   komisariatu   nagle   pojawili   się   moi 

rodzice! - Dziecinko, tak się o ciebie martwiliśmy!

- Zuzanko, gdzie ty się podziewałaś? - państwo Zawadzcy wybiegli z 

budynku   zaraz   za   moją   rodziną.   To   znaczy:  zaraz   za   pierwszą   częścią 

mojej rodziny. Bo po chwili z komisariatu wyszła jeszcze babcia w swoim 

długim,   czarnym  płaszczu,   wielkim   kapeluszu   i   butach   na   szpilce.   Nie 

widziałam jej w tym stroju od lat! Musiała dojść do wniosku, że okazja 

jest naprawdę szczególna.

- Od kiedy poszłaś do gimnazjum, wciąż interesuje się tobą policja, 

moja panno - pogroziła mi palcem hrabina Łaniewska.

A ja byłam taka szczęśliwa, że ją widzę i że nie grozi mi  żadna 

ponura,   zimna   cela,   że   po  prostu   wtuliłam   się   w  babcię   i   rozpłakałam 

rzewnymi łzami,  oczywiście mocząc  i gniotąc jej piękny, stary, czarny 

płaszcz.

- Zguby   odnalezione   -   policjant   nareszcie   się   uśmiechnął!   -   Pani 

Adams   miała   rację,   trzeba   było   od   razu   dokładniej   sprawdzić   centrum 

handlowe...

- Pani Adams? - zdziwiła się Emma. - Mama?

background image

- Wasi rodzice przyjechali do nas o północy - policjant nagle zrobił 

się nie tylko uśmiechnięty, ale i rozmowny. On naprawdę umiał być miły. 

- Pani Adams zadzwoniła do państwa Żabniaków, pewna, że jej córka tam 

jest,   dowiedziała   się,   że   miałyście   tam   wszystkie   nocować,   ale   nie 

wróciłyście   z   zakupów...   Potem   zadzwonili   do   państwa   Zawadzkich   i 

państwa Ździebełków, a w końcu, strasznie zdenerwowani, przyjechali do 

nas. Pani Adams powiedziała, że musicie być w supermarkecie, że was 

tam   widziała...   Pojechaliśmy   do   sklepu,   ale   było   ciemno   i   pusto. 

Ochroniarz   na   zewnątrz   powiedział,   że   wnętrze   jest   zaplombowane, 

pracują kamery... Rano można będzie przejrzeć taśmy, ale dopiero rano, 

jak przyjdzie szef ochrony. Takie procedury.

- Czyli oni tylko to nagrywają, wcale nie siedzą przy monitorach i 

nie patrzą... - westchnęła Zuzia. - Mogłyśmy tańczyć z prześcieradłami do 

białego rana.

Policjanta   i   rodziców   natychmiast   zainteresowały   nasze   tańce. 

Musiałyśmy im wszystko opowiedzieć.

- Ale   kto   nas   w   końcu   znalazł?   -   zapytała   Zuzka,   gdy   już 

zakończyłyśmy opowiadanie. - Pan tam wrócił?

- Tknięty przeczuciem, którego nie sposób zignorować? - w głosie 

Julki brzmiała wyraźna nadzieja.

- Niestety, nie ja - spuścił głowę policjant. - O czwartej rano przyszli 

pracownicy dokładający na półki brakujący towar. No i was znaleźli...

- O   czwartej?   -   zdziwiła   się   Emma.   -   Moja   mummy   zostawała 

wieczorom...   wieczorem,   po   zamykaniu   sklepu.   Żeby   dokładać.   Nie   o 

czwartej...

- Wyjaśniła nam to - policjant teraz uśmiechał się przez cały czas. - 

background image

Kiedyś, tydzień i dwa temu, uzupełniali zapasy po zamknięciu sklepu. Ale 

karpie źle to znosiły... Dwa razy zdarzyło się, że rano, po otwarciu sklepu, 

w   wielkiej   wannie   pływały   zdechłe   ryby,   klienci   mieli   pretensje... 

Przeniesiono   więc   uzupełnianie   zapasów,   i   karpiowych,   i   wszystkich 

innych, na godziny poranne. Pani Adams właśnie pojechała, i tak jest już 

spóźniona.

No jasne... Właściwie wszystko było jasne. Tyle że... Czy ja jestem 

mato spostrzegawcza?

- Widziałyście   tam   jakieś   karpie?   W   wielkiej   wannie?   -   zapytała 

Zuzia, czytając w moich myślach.

Pokręciłyśmy głowami. Wyglądało na to, że nie zwiedziłyśmy sklepu 

tak dokładnie, jak mogłyśmy. Nie wykorzystałyśmy naszego czasu.

- Musimy tam wrócić - powiedziałam stanowczo. - Może jutro? Nie 

tylko ze względu na karpie...

Dopiero teraz przyszło mi do głowy, że w tym sklepie są rowery i 

rolki,   i   mnóstwo   innych   rzeczy.   Jak   mogłyśmy   w   ogóle   sobie   nie 

pojeździć???

background image

ROZDZIAŁ 15

W OKNIE

Położyłyśmy się spać, gdy zaczynało już świtać. Wszystkie razem na 

moim strychu, na wielkim materacu... Na szczęście nie musiałyśmy tym 

razem wstawać do szkoły. Przed nami była sobota i niedziela... i całe dwa 

tygodnie ferii! Spałyśmy więc do południa.

- Jedziemy na zakupy? - zapytałam, wciąż nie mogąc się zdecydować 

na wyjście spod kołdry. Znacznie milej było leżeć, tuląc się do mojego 

pluszowego   Feliksa,   i   śmiać   się   z   moimi   przyjaciółkami   z   wydarzeń 

ostatniej nocy. W świetle dnia, z dala od centrum handlowego, wszystko 

wydawało się całkiem zabawne.

- Kakao dla cudownie odnalezionych dam! - na strych weszła babcia 

z tacą, na której stały cztery parujące kubeczki.

No   tak,   kakao   z   pianką   sprawiło,   że   wszystko   wyglądało   jeszcze 

lepiej niż minutę temu. Naprawdę nieźle się zaczęły te nasze ferie!

- Szkoda tylko, że nie mamy żadnych prezentów, trzeba jechać do 

sklepu - westchnęła Zuzia. - A dziś taki tłok...

Pojechałyśmy   jednak,   mimo   wszystko.   Im   wcześniej,   tym   lepiej. 

Jakoś nie chciałyśmy zostawać do wieczora, ryzykując kolejne uwięzienie. 

Nawet   jeśli   mogłybyśmy   dzięki   temu   pojeździć   na   rowerach   między 

regałami.

- Cześć, dziewczynki! - zawołał do nas niebieski misiek na wrotkach, 

gdy usiłowałyśmy wśród kilkuset apaszek znaleźć taką, która choć trochę 

przypominałaby   oczy   mamy   Zuzi.   -   Odłożyłam   wasze   prezenty   na 

zapleczu, to chyba były wasze? Przy drzwiach do magazynu B?

- Nasze!   -   ucieszyłyśmy   się.   A   więc   nie   trzeba   będzie   drugi   raz 

background image

wybierać apaszki, krawata, długopisu...

- Dziękujemy pani bardzo! - Zuzia dygnęła grzecznie przed kudłatym 

niedźwiedziem.

- A ja dziękuję w imieniu pana Staszka - pani Adams zdjęła swój 

wielki łeb i pochyliła się do nas. - Ta choinka to wasza robota, prawda?

- Nasza   -   przytaknęłyśmy,   niepewne,   czy   podziękowania   są 

prawdziwe, czy wypowiedziane z przekąsem.

- Zrobiłyśmy coś złego? - zapytałam. - Ktoś ma przez nas kłopoty? 

My się bardzo starałyśmy...

- Pięknie to zrobiłyście! - misiek z głową mamy Emmy uśmiechał się 

szczerze. - Pan Staszek to starszy człowiek... Zostawili mu instrukcję, nie 

wiem,   jak   by   sobie   poradził...   A   gdyby   tego   nie   zrobił,   mogliby   go 

zwolnić.   Tak   to   teraz   jest   w   tych   dużych   sklepach.   Trzeba   być 

elastycznym. Podobno całą noc nie spal, bo się denerwował, jak sobie sam 

da radę z taką wielką choiną.

- Może powinien użyć wózka widłowego? - podsunęła Zuzia.

- Pan Staszek nie ma koniecznych uprawnień - roześmiała się pani 

Adams. - Mógłby co najwyżej użyć drabiny.

- Drabiny? - zainteresowała  się  Julka. -  Gdzie  jest  w tym sklepie 

drabina? Pół nocy szukałyśmy!

- Jest mnóstwo drabin... Na noc chowa się je w magazynie D.

Był więc jeszcze jakiś inny magazyn. Ten, do którego weszłyśmy, w 

którym była ubikacja, to magazyn B, jak mówiła przedtem mama Emmy. 

A   drabiny   umieszczano   w   jakimś   innym.   Pewnie   za   jednymi   z 

zamkniętych na głucho drzwi.

- Pan   Staszek   dostał   pochwałę   za   choinkę!   -   powiedziała   pani 

background image

Adams.   -   I   nagrodę,   bony   towarowe.   Ma   pięcioro   dzieci,   kupi   im 

prezenty... To wasza zasługa! Zachowałyście się jak święte Mikołaje. A 

raczej Mikołajki...

Niebieski misiek założył łeb i odjechał, pokrzykując śpiewnie:

- Chcesz ucieszyć swą rodzinkę, dla teściowej  dobierz szminkę!  I 

perfumy kup dla żony, a dla dzieci telefony!

- Jakie telefony? - szepnęła Zuzka, zdumiona.

- Komórkowe  oczywiście, zawsze są na marzeń  liście!  - zawołała 

pani Adams w naszą stronę i zniknęła za regałem.

- Jaki   śliczny!   -   zawołała   Julka,   patrząc   na   zeszyt,   który   jej 

podarowałam. Specjalny zeszyt do pisania wierszy, w okładce w chmurki.

- Piękna! - ucieszyłam się, otwierając prezent od Zuzi. Dała mi frotkę 

na rękę, taką, jaką mają tenisistki. Pewnie nie wiedziała, że lekkoatletkom 

przydaje się ona trochę mniej niż tenisistkom. Ale miała śliczny zielony 

kolor...

- Czekoladki? - Zuzia otworzyła prezent od Emmy.

- Nie   wiedziałam,   co   ci   kupić   -   zaczerwieniła   się   Emma.   - 

Przepraszam. Myślałam, że lubisz chocolates. Czekoladki...

- Ależ ja bardzo lubię czekoladki! - uśmiechnęła się Zuzka. - Tylko 

ostatnio ich nie jem, bo jestem na diecie. Chodzę na aerobik, trzy razy w 

tygodniu, i ograniczyłam spożycie węglowodanów...

Ach, więc to dlatego tak jej świetnie szło podskakiwanie w sklepie! 

Miała za sobą niezły trening! Ale o której chodzi na ten aerobik? O piątej 

rano?   W   przeciwnym   razie   chyba   musiałybyśmy   o   tym   wiedzieć!   Po 

szkole przecież zwykle idziemy wszystkie razem do niej do domu...

- Zrzuciłam   już   trzy   centymetry   w   pasie,   nie   zauważyłyście?   - 

background image

obróciła się na środku pokoju.

- Zauważyłyśmy,   oczywiście   -   przytaknęłam,   w   głębokim   szoku. 

Nigdy nie podejrzewałam, że Zuzka może przejść na dietę. Rety, przecież 

uwielbia jeść! I wcale nie jest gruba. Może gdzieniegdzie ciut okrągła, ale 

nie gruba!

- Ale czekoladki na pewno zjem, nie martw się, Emma - uśmiechnęła 

się.   -   W   święta   zamierzam   jeść   wszystko,   wynagrodzę   sobie   te 

wyrzeczenia.

Obdarowane prezentami dzieliłyśmy się opłatkiem na środku mojej 

kuchni. Choinka była już ubrana, pierniczki upieczone, ogień strzelał w 

kominku, babcia lepiła pierogi... Do świątecznej kolacji pozostało tylko 

kilka godzin. Uścisnęłam serdecznie moje przyjaciółki.

- Ciekawe,   co   powiedzą   Mark   i   Robin   na   widok   kostiumów 

Spidermana - zastanawiałam się. - Rób, Emma, zdjęcia! Musimy zobaczyć 

ich miny!

- Ciekawe, czy twoja mama ucieszy się z apaszki - Julka spojrzała na 

Zuzię. - A twoja, Żaba, z tej czapki. Jest taka cieplutka...

- Spotkamy się w drugi dzień świąt - obiecałyśmy sobie, żegnając się 

przy furtce. - Wtedy już wszystko będzie wiadomo. Kto co dostał, kto z 

czego się ucieszył...

- Wesołych Świąt! - pomachałam Bractwu Zeta, przekręcając klucz.

Moje   Święta   jednak   nie   zapowiadały   się   tak   całkiem   wesoło. 

Strasznie męczyła mnie sprawa Julki. Jej rodzice nie przyjechali tamtej 

nocy   do   komisariatu,   nie   zainteresowali   się   wcale   tym,   że   znikła... 

Faktycznie coś było z nimi nie tak. A w dodatku nie byli jej rodzicami. Jak 

ona przeżyje święta???

background image

Usiadłam w kuchni, podziwiając choinkę i czując, że robię się coraz 

bardziej   głodna.   Te   wszystkie   zapachy!   Dlaczego   zmrok   zapada   tak 

późno?

Nagle zadzwonił telefon.

- Cześć, tu Emma - usłyszałam. - Wiesz, tata Julki dał mojej mamie 

job.

- Pracę? Dał jej pracę? - nie mogłam uwierzyć. - W pralni?

- W pralni, w kasie - potakiwała Emma. - Musiałam ci powiedzieć. 

Oni się spotkali wtedy, na komisariatu...

- Komisariacie - poprawiłam ją odruchowo.

- Potem musieli jechać, lecieli do Milan... Mediolana... Ale byli, i 

poznali moja mama...

To była najlepsza świąteczna wiadomość, najwspanialszy prezent! A 

nawet dwa prezenty! Jeden to taki, że pani Adams będzie miała pracę... a 

drugi   taki,   że   państwo   Ździebełko   jednak   byli   w   komisariacie.   Przed 

naszym   przyjazdem   ze   sklepu,   ale   jednak   byli.   Martwili   się   o   Julkę... 

Tylko   ona   o   tym   nie   wiedziała.   Musiałam   natychmiast   jej   o   tym 

powiedzieć!

Zanim   jednak   wykręciłam   numer,   ktoś   zadzwonił   do   furtki. 

Niecierpliwie, raz za razem...

- Święty Mikołaj? - zażartowała babcia, gdy zakładałam kurtkę, żeby 

otworzyć przybyszowi.

Ale to nie był święty Mikołaj. Przynajmniej nie dla babci. Bo dla 

mnie ta osoba była lepsza i bardziej wyczekiwana niż wszystkie Mikołaje 

świata.

- Cześć - powiedział Tomek z czeluści kaptura. - Julka u mnie przed 

background image

chwilą była, wszystko mi powiedziała. .. O tym Radku, że ty i on... że nic 

między wami...

- Jak   ty   tu   przyszedłeś?   Przecież   nie   możesz   chodzić?   - 

powiedziałam niezupełnie to, co chciałam. Ale to też było ważne pytanie!

- Mam   kule,   widzisz?   -   Tomek   zamachał   do   mnie   metalową 

Szwedką. - Wujek mnie przywiózł, wytaszczył z samochodu, postawił pod 

twoją furtką... Nie mogę do ciebie wejść, nie dam rady. Ale postać chwilę 

mogę.

- Zrobiłeś sobie tyle kłopotu... dla mnie... - znowu mówiłam coś bez 

sensu.

- Zrobiłbym dla ciebie wszystko - Tomek za to mówił dokładnie to, 

co chciałam usłyszeć. - Przepraszam, że nie chciałem z tobą rozmawiać. 

Za dużo sobie wyobraziłem na widok tego Radka. Źle zrozumiałem...

- Przepraszam, bo to przeze mnie złamałeś nogę - uśmiechnęłam się.

- Już prawie się zrosła - Tomek też się uśmiechnął, mrugając długimi 

rzęsami,   całymi   w   śniegu.   Nawet   nie   zauważyłam,   że   z   nieba   zaczęły 

padać białe płatki!

- Cieszę   się,   że   przyszedłeś   -   powiedziałam,   gryząc   się   w   język. 

Słowo „przyszedłeś” nie było najwłaściwsze. Przecież nie mógł się nawet 

opierać na zagipsowanej nodze!

- Mam dla ciebie prezent - Tomek podał mi malutką paczuszkę. - 

Chciałbym   dać   ci   gwiazdkę   z   nieba,   ale   nie   było   akurat   żadnej   w 

promocji... Więc masz tu prezent zastępczy.

Znów się uśmiechnęłam, najszerzej, jak umiałam.

- Otwórz dopiero wieczorem, w czasie Wigilii - poprosił.

- Jasne   -   zgodziłam   się.   -   Wiesz,   ja   nic   dla   ciebie   nie   mam... 

background image

Myślałam, że nie chcesz już mnie nigdy widzieć...

- To,   że   z   tobą   rozmawiam,   jest   najlepszym   prezentem   -   Tomek 

chyba chciał mnie chwycić za rękę. Na pewno chciał! Zrobił taki ruch... 

Ale jak tu wziąć kogoś za rękę, kiedy trzyma się kulę?

Za jego plecami rozległ się dźwięk klaksonu.

- Wujek się niecierpliwi - zgadłam.

- Idź do domu, nie patrz na to, jaki ze mnie inwalida i jak wujek musi 

mnie   taszczyć   -   poprosił   Tomek.   -   Idź   i   odwiedź   mnie,   kiedy   tylko 

zechcesz... Kiedy zechcesz wyprowadzić psa.

- Odwiedzę ciebie i Kamusię! - obiecałam. A potem odwróciłam się i 

ruszyłam   ośnieżoną   ścieżką   w   stronę   domu.   W   oknie   lśniła   tysiącem 

światełek   choinka.   Iskry   w   kominku   skakały   wesoło.   Zobaczyłam   z 

daleka,   jak   tata   wkłada   pod   obrus   sianko,   mama   czesze   włosy   przed 

lustrem i spryskuje się resztką swoich tanich perfum, a babcia rozkłada 

talerze. Poczułam, że w to mroźne popołudnie robi mi się nagle bardzo, 

bardzo ciepło. Zwłaszcza w okolicy serca. Może to dlatego, że tuliłam do 

niego malutką paczuszkę od Tomka? Paczuszkę, w której była gwiazdka z 

nieba,   specjalnie   dla   mnie...   Święta   jeszcze   się   nie   zaczęły,   ale   ja   już 

wiedziałam, że będą wyjątkowo udane.

background image

Możesz zrobić to, co Bractwo Zeta...

tylko jeszcze lepiej!

COŚ DOBREGO DLA INNYCH

Masz   ochotę   zabawić   się   w   świętego   Mikołaja?   Chciałabyś 

obdarować   maluchy   z   domu   dziecka   albo   inne   potrzebujące   osoby? 

Możliwości jest mnóstwo!

1. Zrób zbiórkę w szkole

Możesz jak Bractwo Zeta zorganizować zbiórkę zabawek, książek, 

ubrań albo pieniędzy w swojej klasie lub całej szkole. Najpierw poproś o 

zgodę wychowawcę, on pewnie wyśle cię do dyrektora albo pójdzie do 

niego z Tobą. Potem wyznacz konkretny cel. Możecie zanieść prezenty do 

domu dziecka na sąsiedniej ulicy, do ośrodka pomocy społecznej, kościoła 

lub Caritasu - we wszystkich tych instytucjach doskonale wiedzą, kto jest 

w   największej   potrzebie,   przekażą   więc   podarunki   dzieciom,   którym 

sprawi to radość.

2. Pogadaj z harcerzami

Jeśli   w   Twojej   szkole   jest   drużyna   harcerska,   zapytaj,   czy   nie 

organizują świątecznej akcji. Harcerze często pomagają w supermarketach 

w pakowaniu zakupów lub sprzedają choinki, zbierając pieniądze na cel 

charytatywny. Nie musisz być harcerką, żeby im pomóc!

3. Szukaj skrzyń w supermarkecie

background image

Wybierasz się z rodzicami na świąteczne zakupy? Większość sieci 

handlowych wystawia przed Bożym Narodzeniem przy kasach lub przy 

wyjściu wielkie pudła i skrzynie, do których można wrzucać produkty dla 

najuboższych.

Wystarczy   kupić   dodatkowy   kilogram   mąki   lub   cukru,   puszkę 

ananasów lub czekoladę.

4. Słuchaj radia, czytaj gazety

Lokalne gazety i stacje radiowe organizują przed Gwiazdką mnóstwo 

akcji,   dzięki   którym   najbiedniejsi   też   mogą   zjeść   świąteczny   posiłek   i 

dostać prezenty. Może to być zbiórka świątecznych ciast (upiecz je sama 

lub   namów   mamę,   by   zamiast   jednego   makowca   upiekła   dwa!),   przy-

gotowanie świątecznej imprezy dla maluchów lub wigilijnej kolacji dla 

bezdomnych.   Może   przydasz   się   na   takim   gwiazdkowym   spotkaniu? 

Umiesz nakrywać do stołu, podawać jedzenie albo zorganizować konkurs 

rysunkowy   dla   dzieci?   Jeśli   nie   znajdziesz   informacji   o   takiej   akcji, 

zadzwoń do gazety lub radiostacji i zapytaj, dlaczego nic w tym roku nie 

przygotowują. Powiedz, że chętnie pomożesz jako wolontariuszka. Ktoś 

przecież musi zacząć!

5. Rozejrzyj się dookoła

Możesz też zabawić się w prywatnego świętego Mikołaja. Na pewno 

gdzieś obok, może nawet w sąsiednim mieszkaniu, jest dziecko, które nie 

dostanie   prezentów   w   Wigilię.   Rozejrzyj   się,   popytaj   znajomych.   W 

każdym mieście są rodziny wielodzietne, którym po prostu nie wystarcza 

pieniędzy   nawet   na   skromne   podarunki,   bezrobotni,   samotne   matki   z 

background image

trudem   wiążące   koniec   z   końcem...   Podarowanie   maluchowi   choćby 

paczki cukierków na pewno wywoła na jego buzi uśmiech! A jeśli nie 

znasz żadnej potrzebującej rodziny? Poproś o pomoc psychologa szkol-

nego, księdza z Twojej parafii albo odwiedź ośrodek pomocy społecznej. 

Tam na pewno wskażą ci kogoś, kto - gdyby nie Ty - nie doczekałby się w 

tym roku świętego Mikołaja!