background image


 

Never say 

Werewolf 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 

Cheer_up 

 
 
 
 
 

background image


 

 

Spis treści

 

 
 

 
-str. 3    Rozdział   1 
 
-str.5     Rozdział   2 
 
-str.8     Rozdział   3 
 
-str. 17  Rozdział   4 
 
-str. 29  Rozdział   5 
 
-str. 39   Rozdział   6 
 
-str.46    Rozdział   7 
 
-str. 53   Rozdział   8 
 
-str. 59   Rozdział   9 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 

background image


 

 
 

Never say: Werewolf

 

 
 
Rozdział pierwszy 
 
MiddleYear Academy z pozoru wygląda normalnie. Stare zamczysko o średniowiecznym 
wyglądzie z czterema wieżami.  
Mieściło się w nim zwyczajne liceum z internatem. Standardowe, gdyby nie to, że nikt z niej 
nigdy nie wychodzi za dnia, a uczniowie mają setki lat, byłaby normalną szkołą.                                                                                                                        
Nazywam się Tiana Einberg i jestem wampirem. Dobrze pamiętam moment swojej przemiany. 
Miałam wtedy siedemnaście lat i nie zgodziłam się zostać żoną pewnego chłopaka. On w zamian 
zatopił we mnie swoje kły i zamienił, już na zawsze, w wampirzycę. Od ponad stu trzydziestu lat 
żyję, i ostatnimi laty, chodzę do MiddleYear Academy, gdzie wampiry uczą się jak przetrwać w 
tym nowoczesnym świecie. 
Jakieś trzy lata temu zostałam zwerbowana do tej szkoły w ramach, jak to nazwali 
„dokształcenia”. Grupa elitarnych wampirów wyszukuje po świecie takich jak ja. Aż dziw bierze 
ilu ich się po świecie pląta. Od czasów Wikingów, epokę elżbietańską i czasy współczesne. Nie 
chcę nawet wiedzieć, gdzie się ukrywali, nie mogąc podążać za biegiem czasu. 
Rozpoczęcie roku to zawsze wielkie wydarzenie. Na takie zdarzenie wszyscy chcą wyglądać 
powalająco. Razem z moją przyjaciółką Bonny nie spałyśmy już od dawna. Prysznic, układanie 
włosów, make-up i dobranie stroju, to zajmuje trochę czasu. Myślenie, że wampiry są zawsze 
piękne, wyspane i wypoczęte to tylko mity. Oczywiście istnieją wampy, które zawsze wyglądają 
olśniewająco. Takie wampirze modelki na pokaz. Blondynki z niebieskimi oczami i pięknymi 
białymi kłami.  
Osobiście jestem niewysoką, dobrze zbudowaną szatynką. Moje włosy są utrapieniem. Wampirze 
włosy są suche i często wypadają. Trzeba o nie strasznie dbać. Do tego, gdy na całe dormitorium 
młodych dam przypada jedna łazienka, życie jest naprawdę ciężkie. Pokoje dziewczyn 
znajdowały się północnej wieży.  
Do Głównej Sali, gdzie odbywały się apele, prowadziły średniowieczne szerokie schody. Teraz 
całkiem przepełnione wampirami z różnych epok. Przeciśnięcie się w dół zajęło nam dobre 
dwadzieścia minut. Pierwsze co się rzucało w oczy, to odświętnie przystrojona sala: girlandy 
przy oknach z witrażami, do tego świeże kwiaty w każdym wolnym miejscu i tłumy kotłujące się 
pod sceną.  
Podeszłyśmy do naszych przyjaciół. Thomasa, wysokiego blondyna w ozdobnych okularach oraz 
jego równie dużego i przystojnego kumpla, Billa. Za nimi stał młodzieniec z kruczoczarnymi 
włosami i brązowymi oczami - Hunter, chłopak mojej przyjaciółki. Nie byłyśmy super popularne 
w szkole, ale jeśli znałeś Wikingów byłeś kimś.                    
— Słyszeliście już o tym, że mamy mieć jakąś niespodziankę w tym roku!? — Miałam wrażenie, 
że Bill zaraz eksploduje, był tak zafascynowany i podekscytowany. 
— A, kto o tym nie słyszał? — Hunter znów powalił nas swoim pesymizmem.                                                                                                                  
— Może pozwolą nam pić ludzką krew prosto z żyły. Najlepiej BRh +. — Bonny mówiła to z 
taką nadzieją.  
Musiałam ją obudzić z tego zamyślenia.                                                                                                                                    
— Bonny, co roku masz taką nadzieję i co roku nic.                                                                                      
— Co, nie wolno pomarzyć!?  

background image


 

Bonny jest drobna szatynką o porcelanowej cerze, która zawsze ubiera się w kolorowe stroje. 
Wygląda na bezbronną, ale umie gryźć ludzi i pić krew najlepiej na świecie. Gdy staliśmy 
czekając na inaugurację tego roku szkolnego, na scenę weszła nasza dyrektorka madame 
BelleFleur. Niziutka kobieta, której wszyscy się bali. Krążyły niezliczone plotki na jej temat. I to 
wcale nie wesołe, lecz krwiożercze i mroczne.                                                                                                                       
— Witam was, uczniowie, w okrągłą rocznice istnienia naszej szkoły. Osiemset lat już się z 
wami użeram. — To chyba miała być taka zabawna anegdota. — Ten rok będzie wyjątkowy. W 
tym roku wygramy „POJEDYNKI WAMPIRÓW”.                                                                                               
Co roku słyszeliśmy tą samą gadkę, o zwycięstwie w pojedynkach. Dla wampirów to taka 
olimpiada: złap ofiarę, kto szybciej zabije człowieka, itp. Występowały też współczesne gry takie 
jak baseball w ekstremalnych warunkach czy biegi wokół całego kraju. Byliśmy w niej dobrzy, 
ale zawsze zajmowaliśmy drugie miejsce. Nawet z wyprzedzeniem robili dla nas puchar, za 
drugie miejsce.                                                                               
— Dzięki komu niby? — rzucił długowłosy chłopak za nami, wystylizowany na hipisa, chyba 
Harry.                                                                                                                                                     
— Spodziewałam się takiego pytania. Chyba już słyszeliście o tym, że mamy dla was 
Niespodziankę. Oto nasi nowi uczniowie, którzy pomogą nam wygrać POJEDYNKI.                                                                  
Drzwi otworzyły się szeroko. Weszły przez nie bardzo wysportowane dziewczyny, w naszym 
wieku a za nimi wysocy, umięśnieni i równie wysportowani chłopacy. Ubrani byli bardzo 
podobnie: dziewczyny w białe topy podkreślające ich figurę, a chłopcy w spodenki 3/4 i koszulki 
przylegające do ich umięśnionych klat. Po auli przeszły pomruki.  
— Zobacz jak im żyła pulsuje, aż ślinka cieknie. — Bonny patrzyła na nich jak na przekąskę.                                                                    
— Przywitajcie się ze swoimi nowymi koleżankami i kolegami. Będą z wami mieszkać, uczyć 
się i żyć. — Chyba usłyszała uwagę Bonny, bo od razu dodała: — Ktokolwiek będzie chciał 
zbliżyć się do szyi naszych nowych uczniów, spotka się z niemiłą niespodzianką. Każdy z nich 
ma na sobie srebrną biżuterię. Będą za to surowe kary, więc proszę jak wam nie zależy na 
wiecznym życiu... — zamilkła sugestywnie.                                                                                                                                
Elitarna Szkoła dla wampirów z wieloletnim stażem, właśnie straciła swoją renomę, stała się 
szkołą dla mieszańców. Na sali było słychać już tylko jedno słowo: WILKOŁAKI!!!             
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image


 

 
 
Rozdział drugi 
 
Nasze zdziwienie trawo dość długo. Szkoła dla wampirów z pełnokrwistymi wilkołakami. 
Prawie WILKAMI!!! 
To się nie mogło udać.  
Gdy wyszłam z szoku, wzięłam Bonny za rękę, a ta pociągnęła chłopaków i poszliśmy do 
wspólnego salonu. Nie tylko my wpadliśmy na ten pomysł. Pokój był już na wpół wypełniony.  
Jacyś chłopcy oglądali telewizję, a dziewczyny plotkowały, słuchając radia. Usiedliśmy przy 
kominku. W najmniej zaludnionej części pokoju.   
— Wiecie co? To srebro można jakoś zdjąć…— stwierdziła Bonny. 
— Jeśli chcesz skończyć jako nowy eksponat na lekcji alchemii — skomentował to Bill. 
A my mało nie padliśmy ze śmiechu, za to Bonny spłonęła rumieńcem. 
— Ale taka szklanka jeszcze ciepłej cieczy z żyły… 
— Hunter, dałam ci na imieniny dwa litry ARh+ z banku krwi. Już je wypiłeś? 
— Zejdźcie na ziemię! — odezwał się ostro Tom, jedyny normalny wśród nas. — Nie możemy 
żyć pod jednym dachem z tymi… wilkami.  
— Ale widzieliście te wilczyce? Jakie gorące, można by z taką… — rozmarzył się.  
— Przymknij się, Bill. — Puścił mi tylko piorunujące spojrzenie, a ja wzruszyłam ramionami. — 
Trzeba coś wymyślić. Jakąś akcje sabotażową, czy coś takiego. 
— Na pewno? A może od razu grupowy mord?  
— Nie bądź takim pesymistą, Hunter. Rusz głową. W końcu jesteś najstarszy z nas — zadrwiłam 
z niego.  
Tak naprawdę Hunter był jednym z najstarszych wampirów w szkolę. W naszej paczce to ja 
byłam najmłodsza. Z reguły nikt nie chce mówić kiedy został przemieniony. Hunter był 
wyjątkiem. Wiele razy opowiadał nam, że koło XII wieku miał zostać zakonnikiem, a jego 
własny ksiądz go ugryzł. WSTRZĄSAJĄCE! 
Gadaliśmy tak jeszcze przez dobrą godzinę. Jak się pozbyć wilków? Doszliśmy do wniosku, że 
najlepiej będzie oddać ich do ZOO. Oczywiście to są żarty, do poważnych inicjatyw nie 
dotarliśmy. Zbliżała się pora obiadu, więc udaliśmy się do jadalni.   
Nie można było nazwać tego stołówką. Wielka sala, ze średniowiecznymi ozdobami i ogromnym 
kominkiem.  Stoły były sześciu osobowe. Razem z naszą piątką siedziała jeszcze z nami 
rudowłosa dziewczyna: Lexi. Gdy usiedliśmy przy stolę zobaczyliśmy, że zamiast normalnego 
dania w stylu: zupa krwisto warzywna czy bardzo (lub cały) krwisty stek, mieliśmy na talerzach 
pizzę. Jedzenie dla ludzi! 
— Nie, to są jakieś żarty. Najpierw wilkołaki, a teraz to. Kpiny. — Lexi była oburzona.    
Najlepsze w  tej całej sytuacji było to, że wilki jadły ze smakiem, a myśmy na nich patrzyli jak 
coś do schrupania. Siedzieliśmy i siedzieliśmy, nie tykając ani jednego kawałka pizzy na naszych 
talerzach.  Po pewnym czasie głodowania, podeszła do nas grupka zmiennokształtnych. 
Byli bardzo przystojni. W szkole jest kilku fajnych wampirów, ale oni bili ich na głowę. Jeden z 
nich był szczególnie pociągający. Jego zniewalająco błękitne oczy kryły tajemnice, a złota 
czupryna była zmierzwiona w artystycznym nieładzie. 
— Hej, będziecie to jeszcze jedli?— zapytał chłopak stojący na przodzie. 
— Nie wydaje mi się, a co? — odpowiedział im Bill, sztucznie udając miłego. 
— Możemy to zabrać? — zapytał.                                                                                                                             
— O, pieski chcą się najeść — powiedział to z takim politowaniem, jakby naprawdę było mu  ich 

background image


 

żal. — Nie ma sprawy. Bierzcie. 
Lexi z trudem ukrywała rozbawienie, a Bill był uśmiechnięty od ucha do ucha. Przyjmując naszą 
zgodę do wiadomości, wilki pochyliły się nad nami, żeby wziąć talerze. Obróciłam głowę w bok 
i zobaczyłam szyję jednego z chłopców. Czułam jak moje kły się wysuwają i wychodzą na 
wierzch. Jego żyła pulsowała, wołając mnie do siebie. Chwilę później wilk zaczął się cofać, a ja 
zobaczyłam do kogo należy owa szyja. Do zmiennokształtnego o tak przeszywającym wzroku. 
Nasze oczy się spotkały, a on jakby zobaczył ducha. Pośpiesznie się odwrócił i podszedł razem z 
kolegami do swojego stolika. 
Późniejsze chwile były dziwne. 
Dźwięki, które mnie otaczały słyszałam jak przez mgłę. Ostatnie co pamiętam, to uczucie jakbym 
spadała z krzesła.  
** 
 
Otworzyłam oczy. 
Znajdowałam się w naszej sypialni.   
Bonny i mojej.  
Nie wiedziałam, co się stało. Miałam urwany film. Ostatnie co sobie przypominałam, to sytuacja, 
gdy Bill śmiał się razem z Lexi z wilków. 
— Co się stało? — zapytałam Bonny. 
— Nie pamiętasz? — odpowiedziała przyjaciółka. 
— Nie za bardzo. Film mi się urywał. 
— Mało się nie rzuciłaś na tego wilka. Chłopaki cię powalili na ziemię i straciłaś przytomność. 
Naprawdę nic nie pamiętasz? — zapytała z niedowierzaniem. 
— Nic a nic. 
To dlatego uciekał w popłochu, chciałam go całego spuścić z krwi. Nigdy się tak nie 
zachowywałam, panuję nad głodem. Aż do tej chwili. Było mi wstyd. 
— Muszę go przeprosić! — rzuciłam. 
— Tiana ogłupiałaś?!  My nie przepraszamy wilkołaków! — Dla podkreślenia tych 
„arcyważnych” słów, przeliterowała mi je głośno.  
Próbowałam wstać, lecz na próżno. Tylko się zachwiałam  i upadłam znów na łóżko. Wtedy 
właśnie zobaczyłam swoje odbicie w oknie. Podkrążone czerwone oczy i sine usta. Wyglądałam 
jak narkomanka na głodzie. 
Oczywiście narkotyki nie działają tak samo na nas, jak na ludzi. Dragi wyostrzają nam jeszcze 
bardziej zmysły. Widzimy i słyszymy z odległości nawet kilometra, itd. Za to z alkoholem mamy 
tak samo. Urżniemy się, a potem kac przez cały dzień. 
— Aha! Musisz się doprowadzić do normalnego stanu. — Rzuciła mi butelkę z krwią, którą 
wyjęła przed chwilą z mikrofalówki. — Dostałyśmy zaproszenie na imprezę nad jeziorem.  
Dwa kilometry od szkoły znajdowało się Emphory Lake, jezioro przy którym zawsze 
balangowaliśmy, robiliśmy ogniska, czy po prostu bawiliśmy się.  
Poczułam ciepło butelki i nie mogłam się opanować. 
Odkręciłam zakrętkę i łapczywie wypiłam zawartość. 
Czując się już lepiej, wstałam i poszłam do wspólnej łazienki. Wzięłam długi prysznic, myśląc 
gdzie mogę spotkać owego wilkołaka. Wysuszyłam włosy, umyłam zęby i doprowadziłam się do 
normalnego stanu. Cienie pod oczami zakryłam pudrem, oczy pomalowałam na jaskrawy fiolet, a 
moje brązowe kręcone włosy upięłam w wysoki koński ogon. Dopełniłam wizerunek czerwoną 
szminką na ustach. Wyglądałam już całkiem normalnie, do tego zalotnie. W moich stuleciu 
gdybym wyszła z takim makijażem na miasto, uznaliby mnie za dziwkę. Na szczęście skończyły 

background image


 

się już te czasy. 
Wróciłam do pokoju z zamiarem ubrania się w jakieś ładne ciuchy. 
Bonny siedziała na łóżku, popijając krew z gwinta i oglądała jakiś serial w telewizorze. 
Wiedziałam, że mogę się nie spieszyć, ponieważ dziewczyna wyznawała zasadę, że wypada się 
gustownie spóźnić. Założyłam na siebie fioletowy długi top i czarne lateksowe legginsy. Byłam 
już gotowa, musiałyśmy tylko poczekać chwilę na Lexi, bo umówiliśmy się z nią w naszym 
pokoju. 
Ponieważ nie można w nocy wychodzić ze szkoły, więc gdy przyszła nasza koleżanka po cichu 
otworzyłam okno. Wieża nie była wysoka, pięć normalnych pięter,  jak w bloku. Dla wampira to 
po prostu nic.  
Pierwsza skoczyła Bonny.  
W swojej białej sukience wyglądała trochę jak Merlin Monroe,  szczególnie gdy spadała, a wiatr 
jej podwijał ubranie do góry.  
Lexi była druga, prezentowała się bardzo lekko i zgrabnie przy lądowaniu.  
Przyszła kolej na mnie. Weszłam na parapet, przymknęłam okno i skoczyłam.   
Kiedy znalazłam się koło dziewczyn, podbiegłyśmy do starego dębu, gdzie czekali na nas 
chłopcy.  
Bill i Hunter ubrali się bardzo podobnie, czerwony bijący w oczy t-shirt i normalne dżinsy. Za to 
Tomy wyglądał nadzwyczaj dobrze: żółty krawat na tle czarnej koszuli do tego spodnie rurki, 
dodawały mu animuszu. 
— Hej, bardzo ładnie wyglądacie — pochwalił nas Bill.  
— Wy też — podziękowałyśmy chłopcom. 
Wesołym i szybkim wampirzym krokiem poszliśmy w stronę jeziora, podśpiewując piosenkę 
Toma McRae - Vampire Heart. Po dziesięciu minutach, doszliśmy na miejsce.  
Jakaś dziewczyna podała nam krew naszprycowaną whisky i od razu rzuciliśmy się na 
prowizoryczny parkiet, wyznaczony przez zapalone świeczki dokoła niego. Muzyka była 
przyjemna dla ucha. Tańczyliśmy i tańczyliśmy. Ognisko dawało nam przyjemne ciepło i 
dodatkowe światło. Właśnie wtedy zobaczyłam Lexi, całującą się z naszym wspólnym znajomym 
Jules’em.  
Nasza psiapsiółka znała zawsze wszystkich imiona i wszystkie szkolne ploty. Skoro Bonny nie 
chciała mi pomóc w odszukaniu zaatakowanego przeze mnie zmiennokształtnego postanowiłam, 
że to Lexi wesprze mnie w moim postanowieniu. 
Podeszłam do drzewa, o które się opierała razem z Jules’em. 
— Hej Lex, mogę cię na chwilę porwać? — spytałam dziewczyny, jednoczenie klepiąc jej 
partnera po ramieniu.  
Po dłuższej chwili bez żadnej odpowiedzi, po prostu wyrwałam przyjaciółkę z objęć chłopaka. 
— Idziemy na krótki spacer, musisz mi w czymś pomóc. — Lex zrobiła niezadowoloną minę, ale 
poszła razem ze mną. 
— No, to o co chodzi? — Nie wiedziałam za bardzo jak zacząć.  
— Pamiętasz sytuacje w jadalni? — Na jej twarzy pojawiło się rozbawienie.  
— Oczywiście, że pamiętam. — Miała coraz szerszy uśmiech. 
— Czy mogłabyś mi powiedzieć jak miały na imię tamte wilki? 
— No, dobra. Chłopak, który stał na samym przedzie to Mike. Trzech kolesi, co stało za nim to 
Taylor, Malcolm i Leo. Za to chłopak, którego mało nie zabiłaś to Tanner. Więc powiesz mi, o co 
chodzi? 
— Chcę go przeprosić. — Myślałam, że wybuchnie śmiechem tak jak Bonny, ale ona tylko stała.  
W tej samej chwili usłyszałyśmy wycie, chyba wilków. 

background image


 

Na twarzy Lex widniało przerażenie. 
— Lex nie mów mi, że się boisz wilków? — zapytałam. 
— Nie, to nie to. Spójrz na dół. 
Była pełnia, księżyc oświetlał tylko jedno miejsce, te które wskazywała przyjaciółka. Na ziemi 
leżał chłopak. Dokładnie ten sam, co dziś pytał nas w jadalni o pizzę.  
Żyła mu nie pulsowała.  
Wilkołak Mike nie żył! 
Został brutalnie zamordowany, a na jego szyi widniały ślady po zębach. Po zębach wampira - 
kłach. 
 
 
 
  

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image


 

 
 
Rozdział trzeci 
 
Martwy wilkołak Mike leżał na ziemi. Stałam razem z Lexi w osłupieniu. Czułam smutek z 
powodu chłopca, który jeszcze po południu tętnił życiem. Teraz był już zimny i martwy. Jedyne 
pytanie, które mi przychodził do głowy, to kto dokonał tego strasznego czynu i jak zdjął srebrną 
biżuterie z szyi wilka.? Jeśli Madame BelleFleur się dowie, że byłyśmy w okolicy, będziemy 
miały przechlapane.                                                                                                 

 

— Lex, musimy się zmywać! — Widocznie myślała o tym samym co ja, bo od razu zaczęła biec. 
Ruszyłam za nią. Już minutę później byłyśmy na miejscu, przebiegłyśmy dobry kilometr.  
— Koniec imprezy, trzeba się zwijać! — krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam.  
Nikt nie zareagował na moje słowa, wtedy Lexi podbiegła do radia i je wyłączyła.                                                                   
— Koniec imprezy. Będziemy mieli przerąbane, jeżeli się nie ulotnimy — powtórzyłam jeszcze 
raz. — Spadajcie stąd! Już!  
— Tylko grupami! — krzyknął Hunter.  
Wszyscy zaczęli się zbierać, i tak jak chłopak powiedział, grupkami rozchodzić się w stronę 
akademii.  
Byliśmy ostatnimi osobami, które wracały znad jeziora do szkoły. Musieliśmy jeszcze pokonać 
pięć pięter w górę, do naszego pokoju. Zeskoczyć było łatwo, ale dostać się do góry z dwoma 
pijanymi jak bela wampirami to harówa. Mieliśmy wielkie szczęście, że wieże oplatała winorośl 
opierająca się na drewnianych drabinkach. Słaniająca się na nogach Bonny wskoczyła Hunterowi 
na plecy, a on wszedł na szczebelki i zaczął się wspinać w górę. Biała sukienka naszej koleżanki 
była teraz poplamiona i podarta przez kolce winorośli. Gdy chłopak doszedł, otworzył skrzypiące 
okno naszego pokoju i wskoczył razem z dziewczyną do pomieszczenia. Pokazał nam jeszcze 
kciuk podniesiony do góry informując, że następna osoba może wchodzić. Zmusić Billa, który 
był bardzo mocno pijany, do wspinaczki, zajęło nam dużo więcej czasu. Obiecałam mu jego 
ulubioną krew BRh- z mojego prywatnego zbioru. Z wielkim niezadowoleniem wdrapał się do 
naszego pokoju, narzekając przy tym bardzo. Lex, Thomasowi i mi zajęło to pięć minut. Czułam 
napiętą atmosferę, która nam towarzyszyła cały czas.                                                                                                                                                                          
— Więc co się stało w lesie? — zapytał Hunter.  
Spojrzałyśmy, z Lexi po sobie. 
—  Pamiętasz wilka, który rozmawiał z nami w jadalni — zaczęłam. — Szliśmy sobie z Lex w 
lesie i nagle zobaczyliśmy Mike‘a...                                                                                                                                                     
— Tego wilkołaka — dokończyła dziewczyna.  
— No dobra i co z nim? — Thomas włączył się do rozmowy. 
— No, on leżał martwy i do tego miał na szyi ślady po kłach. Po kłach wampira — wydusiłam z 
siebie.  
Thomas zbladł na twarzy. Był totalnie zszokowany. Hunter wyciągnął z kieszeni od spodni 
paczkę papierosów. Gdy jednak przytknął papierosa do ust, jego dłonie zaczęły drżeć, że rozdarł 
delikatny kartonik z zapałkami. Po kilku próbach wreszcie się mu udało zapalić papierosa, 
zaciągnął się z oczami nieprzytomnie wpatrzonymi w okno.                                                                                                                              
— Wiesz, że oskarżą o to ciebie? — rzucił nadal patrząc w okno. — Zaatakowałaś jego kumpla. 
Uznają, że miałaś motyw. — Teraz spoglądał na mnie tymi wielkimi, brązowymi oczami.                                                 
— Ale to nie ja, chyba mi wierzycie? — spytałam spanikowana.                                                                                                                  
— My to wiemy, Tiana, ale dyrektorka nie.  
Hunter miała rację, ale jak mam udowodnić to dyrektorce szkoły? Totalna porażka. Wtedy 

background image

10 
 

usłyszeliśmy dość głośne dźwięki dochodzące zza drzwi. Chyba jacyś uczniowie wracający z 
naszej imprezy zostali przyłapani przez nauczyciela nadzorującego, bo belfer krzyczał 
niemiłosiernie na naszych kolegów.  
— Zostańcie tutaj, lepiej żebyście nie zostali złapani, bo wszyscy wpadniemy. — Pokiwali mi w 
odpowiedzi głowami i poszliśmy spać.  
Hunter ułożyła się razem z Bonny, która już dawno spała na jej łóżku. Lexi i ja skuliłyśmy się na 
moim łożu. Chłopcy zajęli podłogę przykryci kocem i każdy zasnął w innym miejscu. 
Pomieszczenie był średniej wielkości. Dwa łóżka, stojące na przeciwko siebie, włochaty dywan, 
po środku toaletka z lustrem i parę innych mebli. Jak normalny pokój nastolatki.  
                                                                        
 
                                                                         ** 
 
Gdy się obudziłam słońce było już na horyzoncie. Inni nadal drzemali w najlepsze. Rozejrzałam 
się po pokoju. Zauważyłam buteleczkę, w której był jakiś papier. Podeszłam do toaletki, na której 
właśnie stała. Odkorkowałam pojemniki i wyjęłam zawartość. Na kartce było napisane 
odręcznym pismem:  
 
„Panny Tiana Einberg i Bonny Watson mają się zgłosić do sekretariatu, aby odebrać plany 
lekcji, książki i stroje sportowe na ten rok nauki w MiddleYear Academy.” 
 
Obudziłam moich towarzyszy i przeczytałam im na głos list. Zrobili zdziwione oczy.                                                                                
— No, ale co to ma wspólnego z nami? .— spytał Bill.                                                                                                                           
— Ponieważ to nie koniec listu. Jest jeszcze postscriptum — dokończyłam. — Słuchajcie: 
 
P.S..  
Panowie Bill Carothers, Thomas Merrifield, i Hunter Batcheller Sumner oraz panny Bonny 
Watson, Lexi Meredith i Tiana Einberg mają się zgłosić do mojego gabinetu w sprawie przyjęcia 
nad jeziorem Emphory Lake.  
Z poważaniem.  
                                                                                  
 Madame BelleFleur.  
 
— Będziemy mieli duże kłopoty. Dobra, za pół godziny przy sekretariacie. Odbierzemy plany 
lekcji i stamtąd pójdziemy do jej gabinetu — oznajmił władczo Thomas, a my tylko pokiwaliśmy 
głową na zgodę.                                                                                                                                          
Chłopaki pomaszerowali do swoich pokojów, a ja razem z dziewczynami poszłam umyć zęby. 
Łazienka była przestronna, w oddzielnej części prysznice, toalety i umywalki. To wszystko 
wykończone w złotych kafelkach z dodatkami w tym samym kolorze. Wróciłam do pokoju i 
zajęłam się przeglądaniem zawartości mojej szafy, czekając aż Bonny wróci z toalety. W szkole 
nie obowiązywały mundurki, zatem mogliśmy ubierać się tak jak chcemy. Założyłam więc 
przetarte dżinsy i kolorową koszulkę. Kiedy przyjaciółka przyszła, zostało nam tylko kilka minut. 
Biegiem przedarłyśmy się przez schody do sekretariatu, koło którego już wszyscy na nas czekali. 
Odebraliśmy nasze plany lekcji. Zaczynałam alchemią, później wychowanie fizyczne, 
współczesny angielski, zajęcia informatyczne o współczesnych nowinkach  
elektrycznych (np. telefon komórkowy), historia istot magicznych, tzw. pojedynki i rozwijanie 
swoich nadprzyrodzonych talentów. Każda lekcja trwała pełną godzinę. Przerwy dwadzieścia 

background image

11 
 

minut i jedna obiadowa o długości czterdziestu minut. Całkiem dobrze jak dla mnie ułożony plan. 
Nadeszła chwila, żeby odbyć rozmowę z Madame BelleFleur. Powolnym krokiem podeszliśmy 
do jej gabinetu i zastukaliśmy w drzwi.                                                                         
— Dzień dobry. To my. Mieliśmy się do pani zgłosić — oznajmiła Lexi.                                                                                                             
— Wejdźcie, proszę — usłyszeliśmy zza drzwi.  
Dziewczyna przekręciła klamkę i weszliśmy do środka. Pokój był przestronny. Na środku stało 
dębowe biurko, na którym leżał notebook. Naprzeciwko niego była kanapa i kilka foteli, na 
których dyrektorka kazała nam usiąść.                
— Pan Harold Rodriguez powiedział mi, że byliście na tym przyjęciu. —  Pokiwaliśmy głowami 
w odpowiedzi.  
Każdy bał się odezwać.                                                                                                                    
— Wiem też, że panny Einberg i Meredith ją zakończyły. Mogę wiedzieć, dlaczego? —  Nie 
mogła po prostu dać nam kary, ale nie, ona musiała mieć pojęcie o wszystkim.                                                                                 
— Byłyśmy na spacerze w lesie, podczas przyjęcia. Szłyśmy przed siebie i weszłyśmy na polane 
oświetloną przez księżyc. W centralnej części łąki leżało ciało wilkołaka — wyrzuciłam wreszcie 
to z siebie. 
— Mike‘a  Cliwerton’a — dorzuciła Lexi.                                                                                                                 
— Dobrze i co z nim? — dopytywała się dyrektorka.                                                                                                                                        
— Jak mówiłam, on leżał na tej polanie. Był martwy. Nie miał srebrnego naszyjnika, za to miał 
ślady po kłach wampira — oznajmiłam. 
— Podaj mi dokładne miejsce, gdzie go znaleźliście? — Śmiertelnie poważnie zadała mi to 
pytanie.  
To już nie była zabawa.                                                                                                                                              
— Półtora kilometra od szkoły i kilometr od jeziora. Jeśli chodzi o współrzędne to  44' N i  
69' W. — Ponieważ wampiry mają niesamowite wyczucie w terenie, wiec bez problemu podałam 
współrzędne tego miejsca.                                                                                                                 
– W porządku. Idźcie już na lekcje, wasza kara za nocne wymykanie się ze szkoły będzie 
wyznaczone przez nauczycieli nadzorujących wasze dormitoria. A teraz do widzenia.  
Ukłoniliśmy się i wyszliśmy z gabinetu.                                                                                                                                                         
— Wow! — Tylko tyle wyksztusił z siebie Bill, który po raz pierwszy słyszał tą opowieść.                                                                                        
— Pomyśl tylko jaką karę wyznaczy nam pani Blofitz — stwierdził Tom.  
Pani Blofitz nadzorowała pokoje męskiej części uczniów. Z reguły była bardzo sroga.                                
— Nie fajnie — mruknął Hunter. —  Nie fajnie.     
Pierwszą lekcję miałam sama, ponieważ Lexi i Bonny miały razem lekcje tzw. informatyki. Żeby 
dojść do sali alchemicznej, gdzie odbywały się zajęcia, trzeba było wejść do najwyższej wieży w 
zamku. Prowadziły tam przepiękne marmurowe schody, na których leżał czerwony dywan. Po 
drodze spotkałam naszego profesora alchemii Pana Evans’a. Mężczyzna zawsze nosił białą 
koszulę i sweterek w kratę oraz czarne spodnie. Nigdy nie spotkałam człowieka mówiącego z 
taką pasją o swojej dziedzinie nauki.  
Profesor Evans umiał nauczyć nawet największego tępaka, siłą woli stworzyć rzeczy, które nie 
istniały lub zamienić dowolną rzecz w złoto. Doszłam więc z profesorem do sali i zajęłam 
miejsce w pierwszym rzędzie. Gdy wszyscy zasiedli na wyznaczonych przez nauczyciela 
miejscach, profesor zaczął prowadzić lekcje.                                                                                    
— Dzień dobry. W tym roku zacznijmy od czegoś prostego. Skupcie się, poczujcie fakturę, kolor, 
kształt i stwórzcie apaszkę lub szal. Oczywiście naszym nowym uczniom za chwile wszystko 
wytłumaczę od podstaw. Jeśli skończycie szybciej przeczytajcie pierwszy rozdział z podręcznika. 
Zaczynajcie. 

background image

12 
 

Skończył mówić i podszedł do uczniów siedzących z tyłu. Kiedy odprowadzałam go wzrokiem, 
zauważyłam, że w ostatniej ławce siedzi Tanner, wilk którego mało nie zamordowałam. Nie 
słuchał tego, co mówił nauczyciel. Wilkołaki miały po raz pierwszy styczność z alchemią, więc 
tym bardziej się zdziwiłam, kiedy zobaczyłam, że wpatruje się niebieską jak ocean apaszkę. 
Przecież dopiero profesor zadał nam zadanie, a on miał już szal? To było bardzo dziwne. 
Nauczenie się prostych rzeczy z tego przedmiotu zajęło mi dobry rok, ale on w minutę później 
miał szal. Nieprawdopodobne. Po za tym  musiałam go jeszcze przeprosić za wczorajsze 
zdarzenia. Zabrałam się wreszcie do pracy nad apaszką. Wyobraziłam sobie, że trzymam w ręce 
dość dużą chustę, w kolorze złocistym jak włosy Tannera i czuję jego jedwabistą fakturę. Po 
kilku minutach zobaczyłam, że na ręce leży moja wymarzona apaszka. Opatuliłam nią szyję i 
zaczęłam czytać pierwszy dział naszego podręcznika. Ponieważ wilkom nie szło najlepiej, 
nauczyciel tłumaczył im całą lekcję zasady alchemii, a ja siedziałam czytając podręcznik i 
nudząc się. Kiedy pan Evans oznajmił koniec, spakowałam wszystkie swoje rzeczy i ruszyłam na 
tył klasy z zamiarem przeproszenia Tannera, lecz jego już nie było. Została tylko po nim 
niebieska apaszka i biała róża. Spakowałam obie rzeczy do torby i wyszłam z sali, zasmucona z 
powodu nie załatwienia sprawy z wilkiem.                                                                                                                              
Następną lekcje też miałam oddzielnie, bez moich przyjaciółek, za to okazało się, że razem ze 
mną będzie też Bill i Thomas. Gdy przyszłam na korytarz, przy którym były szatnie, spotkałam 
siedzących na krzesłach chłopaków. Mieliśmy jeszcze dziesięć minut do dzwonka. Wzięłam więc 
taboret i przysiadłam się do nich.                                                                                                                                    
— Co tam słychać u ulubienicy profesora Evans’a? — zaczął się ze mną droczyć Billy.                                                       
— Nic ciekawego, cały czas zajmował się wilkami — udawałam nadąsaną. — Ale za to mam 
śliczną apaszkę. — Wskazałam im moją szyję.                                                                                            
— A co z wami chłopaki, byliście już u pani Blofitz? — zapytałam.                                                                                                    
— Niestety tak. Kazała nam przetłumaczyć całą mowę George Washington na język elfów, plus 
dwa tygodnie nie jeżdżenia do miasta — oznajmił Thomas.                                                                                                      
— Uu, ciężko będzie — dodałam. — Ale od czego macie Lexi. Ona jest w tym świetna. 
Wystarczy poprosić.                                                                                                                       
— Rzeczywiście, masz rację. Dzięki — podziękował mi Tom, a ja ukłoniłam się z teatralnym 
dygnięciem.  
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek oznaczający koniec przerwy. Wzięłam swoje rzeczy i 
weszłam do szatni dla dziewcząt. Pomieszczenie było przestronne, po lewej stronie znajdowały 
się szafki uczennic, a po prawej ławki i wejście do pomieszczenia z prysznicami. Razem z 
innymi dziewczynami, też wilczycami, szybko się przebrałam. Nasze stroje sportowe składały się 
z luźnego, brązowego t-shirtu i czarnych dresów z opuszczonym krokiem. Dla wilków wyglądał 
on inaczej. Był to strój, bardzo podobny do kąpielowego, który mógł się bardzo mocno rozciągać 
i nie przeszkadzać im przy przemianie. Od razu po zmianie stroju, poszłam razem z innymi 
uczennicami do naszej trenerki, pani Ofenstein. Była szczupłą blondynką o zaokrąglonych 
kształtach. 

 

 

 

   

— Dziewczęta, na rozgrzewkę pobiegniecie trzydzieści okrążeń. Macie pięć minut. Na co 
czekacie, już biegać! — oznajmiła.                                                                                                                                       
— Tak, pani trener! — krzyknęłyśmy. 
Boisko było dość duże. Sama bieżnia miała osiemset metrów. W środku niej mogliśmy rzucać 
oszczepem czy dyskiem, albo choćby ćwiczyć baseball. Ustawiłyśmy się na początku bieżni, 
nauczyciel dał nam znać, że możemy zaczynać i pobiegłyśmy. Koło mnie poruszała się wilczyca. 
Jej przemiana to po prostu było coś pięknego. Najpierw była człowiekiem, a potem z ogromną 
gracją, wdziękiem, nawet bardzo seksownie, przemieniła się w wilka, albo innego psowatego.                                                                                                                                                                                                                                

background image

13 
 

Te trzydzieści okrążeń naszej bieżni zajęło nam mniej niż pięć minut. Wszystkie, trochę 
zdyszane, podeszłyśmy do naszej trenerki.                                                                                                                            
— Rozumiem, że skończyłyście. Żeby się lepiej ze wszystkimi poznać, zagracie razem z 
chłopcami w baseball: wampiry przeciwko wilkołakom. Idźcie na boisko, oni już tam na was 
czekają. 
Grzecznie podeszłyśmy na murawę i się rozdzieliłyśmy. Wilczyce poszły do swojej drużyny, a 
my do naszej. Kapitanem u wampirów był Eric, najlepszy pałkarz pod słońcem. Gra była 
wyrównana. Raz my zdobywaliśmy punkt, raz oni. Ostatni rzut należał do mnie. Rzuciłam 
mocną, podkręconą piłkę, którą wilk bez problemu odbił. Piłeczka poleciała dobry kilometr za 
boisko, a chłopak puścił się biegiem, żeby zaliczyć wszystkie bazy. 
— Wygraliśmy. Przyzwyczajcie się, bo tak będzie zawsze! — krzyknął jeden z wilków, złośliwie 
się przy tym uśmiechając.                                                                                                                                    
– Zobaczymy jak będziesz się cieszył z wygranej, jak wybije ci te wszystkie zęby —  
zrewanżował się Eric.  
Nie spodziewał się, że podbiegnie i naprawdę walnie go w szczękę. Wilkołak nie był mu dłużny i 
walną go w twarz. Gdy oprzytomniałam, podbiegłam między nich, żeby ich rozdzielić. 
Zmiennokształtny się zamachnął, ale na szczęście mnie zauważył i zawiesił cios.                                                                                                                                              
— Chyba nie uderzysz dziewczyny? — zapytałam.                                                                                              
— Nie jesteś dziewczyną — odpowiedział.  
Nie no, nie wytrzymałam, wzięłam zamach i go walnęłam, prosto w nos. Facet zawył z bólu i 
opadł na  ziemię. Odwróciłam się i zbulwersowana pomaszerowałam do szatni. Rozumiem, że 
serce mi stanęło wiele lat temu, ale to nie znaczy, że nie jestem dziewczyną. Po prostu, co za 
kretyn !! Dalsze lekcje przebiegały normalnie. Siedziałam i słuchałam co nauczyciele mają nam 
do powiedzenia. Kolejne informacje, szybko do mnie napływały i tak samo szybko mnie 
opuszczały. Nie poprawiało mi nawet humoru to, że na następnych przedmiotach siedziałam z 
moimi przyjaciółkami. Cały czas bolały mnie słowa tego chłopaka, przecież to nie moja wina, że 
zostałam wampirem. Taka była wola boga, albo przeznaczenia, nie moja. Nie chciałam tego. 
Nadszedł czas ostatniej lekcji. Na  rozwijaniu talentów, zawsze się odprężałam. Każdy wampir 
ma jakiś talent, tak jak człowiek. Niektórzy umieją latać, wydawać dźwięki na wysokiej 
częstotliwości, albo materializować się w innych miejscach. Ja miałam bardzo mocno rozwinięte 
zdolności telekinezy, czyli przemieszczania przedmiotów siłą woli. Dzisiaj pani Sheen kazała mi 
przenosić Olive, moją koleżankę z zajęć.                                                                                                                                                                       
— Au, uważaj trochę. — Dziewczyna warknęła na mnie, wstając z ziemi po nie kontrolowanym 
upadku.                                                                          
— Tiana, skoncentruj się i jeszcze raz spróbuj — zwróciła się do mnie profesorka.                                                                                                            
— Dobrze, ale nie mogę przenosić czegoś mniej żywego? — spytałam.                                                                                          
— Ok, weź moje biurko. 
— Spora różnica — wymamrotałam pod nosem.                                                                                                         
— Coś mówiłaś? — spytała.                                                                                                                              
— Nic, absolutnie nic.                                                                                                                                                          
Nie chciałam tego robić, ale nie miałam wybory. Podniosłam stół i zaczęłam z nim wędrować 
wokół klasy. Po pewnym czasie pani Sheen oznajmiła koniec lekcji, a ja rzuciłam biurko i już 
wychodziłam z klasy, kiedy usłyszałam:                                                                                                              
— Tiana? — Odwróciłam się i spojrzałam na nią, a ona pokazała na stół znajdujący się połowie 
klasy.                                                                                                                                              — 
— A tak, już z nim wracam. — Szybkim ruchem odłożyłam biurko na miejsce i wybiegłam z 
sali.  

background image

14 
 

Wróciłam do dormitorium. Byłam już głodna. Stwierdziłam, że przez jakiś czas nie będę się 
pokazywać w jadalni, żeby nie prowokować losu. Szybkim krokiem pobiegłam w górę schodów, 
do mojego pokoju. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam siedzące na łóżku przyjaciółki. Przywitałam 
się z nimi, wzięłam butelkę z krwią i kłapnęłam pupą po drugiej stronie łóżka. 
— Jak tam wasz dzień? Tak samo okrutny jak mój? — zadałam pytanie mając nieszczęśliwą 
minę.                                                                                                                                                       
— No, tak. Słyszałyśmy o zajściu na boisku. Wszystko już dobrze? — Uśmiechnęłam się smutno 
do Bonny, a ta przytuliła mnie mocno.                                                                                                        
— Pocieszające jest to, że złamałaś mu nos — stwierdziła Lex, a ja się zaśmiałam przez łzy.                   
— Kocham was!                                                                                                                                                
— Wiemy, my też Cię kochamy — odpowiedziały w tym samym czasie.  
Siedziałyśmy tak razem, oglądając jakiś serial amerykańskiej produkcji. Dziewczyna pracowała 
w redakcji i wydawała gazetę o modzie. Była okrutnie brzydka i nazywała się Betty.  
Nagle weszła jakaś dziewczyna, wystylizowana na Gotkę.                                                                                                           
— Profesor Hurley was woła — oznajmiła i zaraz potem wyszła.                                                                     
— No dobra, nie można przecież cały wieczór siedzieć i beczeć. Chodźcie, musimy odwiedzić 
panią Hurley. — Lex wstała, a my za nią.  
Udaliśmy się do miejsca pracy naszej opiekunki. Weszłyśmy nie pukając, wiedziałyśmy, że pani 
na nas czeka.      
— Dobry wieczór, co tam u pani? — podlizywała się Lexi.                                                                                                
— Siadać ! — powiedziała to dość głośno. — Pierwszy dzień, a wy już pakujecie się w kłopoty. 
Po pierwsze za wymknięcie się z szkoły - miesiąc szlabanu. Po drugie - nie obowiązują was 
żadne grupowe wyjścia lub wycieczki. Punkt trzeci - dodatkowe prace domowe z angielskiego.                                                                                                                                               
— Ale dlaczego? Za niewinne przewinienie? — zaskomliła Bonny, a my się przyłączyliśmy.                                
— Chcecie kolejną cześć waszej kary?.                                                                                                                    
— Nie!! — krzyknęłyśmy.                                                                                                                                              
— Wy dwie — wskazała na moje przyjaciółki. — Możecie już iść.                                                                                                               
— A ja? — zadałam pytanie.                                                                                                                                 
— Z tobą chce jeszcze porozmawiać — oznajmiła bardzo poważnym głosem.  
Dziewczyny wyszły, a ja zostałam sama z kobietą.                                                                                                                                 
— Ostatnie wydarzenie, w jadalni i na boisku — pokiwałam głową, żeby jej pokazać, że 
słucham. — Co się stało, byłaś zawsze taką dobrą uczennicą? 
— Nic takiego. W jadalni siedzieliśmy już bardzo głodni, a ja zareagowałam odruchowo, gdy 
zobaczyłam jego żyłę. 
— Mam nadzieje, że go przeprosiłaś? 
— Cały czas próbuje, ale on gdzieś mi umyka — usprawiedliwiłam się.                                                         
— Co się stało na boisku?                                                                                                                                  
— Obraził mnie. Powiedział, że nie jestem dziewczyną.                                                                                              
— Tiana, ile ty masz lat? Zachowujesz się jak jakiś dzieciak. Przeżyłaś wojnę secesyjną, a teraz 
bierzesz udział w bójkach? 
— To, nie tak. Eric rzucił się na niego, a ja chciałam ich rozdzielić. No i wtedy mnie obraził — 
powiedziałam.                                                                                                                                                            
— I postanowiłaś mu przyłożyć. Dziewczyno pamiętaj, że masz nadzwyczajną siłę. Uważaj na 
swoje zachowanie. Następnej taryfy ulgowej nie będzie. Teraz idź na wieczorny apel. 
— Tak, jest! 
Odwróciłam się na pięcie i powędrowałam do wyjścia. Powolnym krokiem ruszyłam do auli. 
Gdy przyszłam Madame BelleFleur stała już na katedrze. Spojrzała na mnie i zaczęła mówić:    

background image

15 
 

— Widzę, że już wszyscy są, więc zacznijmy. Musze wam powiedzieć bardzo smutną 
wiadomość. Niestety wasz kolega, Mike Cliwerton, nie żyje. — Od strony wilków dobiegły 
skomlenia. — Zapuścił się do lasu i w niewyjaśnionych okolicznościach został zamordowany. 
Jutro odbędzie się pogrzeb, z tego powodu lekcję są odwołane. Chętni udadzą się razem ze mną 
do Salem na cmentarz, żeby wysłuchać mszy za zmarłego. Dziękuję za uwagę, możecie już się 
rozejść. 
Ta wiadomość wzbudziła u wszystkich zdziwienie. Niektóre wilczyce płakały, a koledzy je 
pocieszali. Wampiry były w totalnym szoku, ostrzeżenie dyrektorki wszyscy wzięli na poważnie. 
Nikt nie wiedział, kto dopuścił się tego strasznego czynu. Stwierdziłam, że nie będę stała razem z 
nimi i się użalała. Wybrałam się na najwyższą wieżę w zamku, gdzie zawsze dochodziłam do 
siebie po stresującym dniu. Ominęłam wszystkie mi znane osoby i poszłam na blanki. Usiadłam 
na ławeczce, którą sobie kiedyś przyniosłam. Obserwowałam wiewiórki na drzewie, skaczące 
przy blasku nocy, szumiące drzewa i falę, tworzącą się na jeziorze. W pewnym momencie 
zauważyłam zwierzaka, podobnego do wilka. Wybiegł z lasu i zatrzymał się przy północnej 
wieży. Chwilę później zamienił się w człowieka. Nie wierzę, to był Tanner. Jego miedziane 
włosy, w blasku księżyca wyglądały jak prawdziwe złoto. Zdałam sobie sprawę, że nie było go 
na apelu. Jeszcze nie wiedział o śmierci przyjaciela, ale miałam wrażenie, że ma podkrążone i 
czerwone oczy. Popatrzył w moją stronę. Nie wiedziałam, czy widzi mnie wyraźnie, tak jak ja 
jego. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, potem on uciekł. Wróciłam do pokoju, Bonny już spała. 
Przebrałam się w pidżamę, weszłam do łóżka  i zasnęłam kamiennym snem.                                                                                                                                                                                     
Wstałam około siódmej rano. Do zbiórki na pogrzeb miałam jeszcze półtorej godziny. Przeszłam 
do pozycji siedzącej i postanowiłam obudzić Bonny. 
— Bonny, pobudka! — krzyknęłam, a ta ani drgnęła, spala dalej.  
Zawołałam jeszcze raz, ale dziewczyna się nie obudziła, przeszłam więc do drastyczniejszych 
metod. Nalałam do szklanki wodę  i używając telekinezy wylałam ją na twarz Bonny.                                 
— Tiana, obiło ci już do końca?! — ryknęła na mnie dziewczyna, zrywając się.                                                                           
— Na słowa nie reagowałaś, więc przeszłam do perswazji — odpowiedziałam.                                           
— Ale po co mnie budzisz, skoro dzisiaj mamy wolne?                                                                                                       
— Ponieważ idziemy na pogrzeb wilkołaka Mike’a.                                                                                                                  
— Nic takiego nie mówiłam.                                                                                                                            
— Pośpiesz się, bo mamy już mało czasu. Strój elegancki. Pamiętaj, żadnych kolorów tęczy. 
Zrobiła kwaśną minę, ale poszła się przebrać.  
Wampiry pokazywały swoją skruchę nosząc czerwone dodatki albo ubrania. Postanowiłam więc 
założyć sukienką typu mała czarna z szerokim czerwonym paskiem. Bonny przyszła do 
dwudziestu minutach. Wyglądała bardzo ładnie. Miała biało-czarny zestaw, do tego ubrała 
bardzo wysokie czerwone szpilki. Wyszłyśmy z zamku i podeszłyśmy do autokaru. Koło pojazdu 
była już duża grupka osób. Większość z nich była wilkołakami. Patrzyli na nasze czerwone 
dodatki, jak byśmy nie mieli wstydu. Zauważyłam Lexi. Podeszłyśmy do niej.                              
— Jak miło, że bez mojej interwencji przyszłaś na pogrzeb — zwróciłam się do dziewczyny. 
— Nie czuję się za dobrze z myślą, że to my go znalazłyśmy — odpowiedziała mi Lex. 
— Widziałyście chłopaków? Wysłałam im wiadomość, że mają też tu przyjść? — zapytała 
Bonny.                                                                                                                                                            
— Chyba ich widzę — oznajmiłam.  
Trzech wysokich mężczyzn zmierzało w naszą stronę, machając.                                                                                                                                      
— Dzień dobry — przywitali się z nami, dodatkowo Hunter pocałował Bonny w policzek 
— Możemy już wejść do środka? — Ktoś z tłumu zadał pytanie.                                                                            
— Tak, tak. Proszę wsiadać! — usłyszeliśmy głos podbiegającej dyrektorki.                                                             

background image

16 
 

Drzwi się otworzyły, a w nas uderzył mocny zapach kierowcy, śmiertelnika. Postanowiliśmy 
usiąść na końcu autobusu. Hunter siedział z Bonny, ja z Lex, a Bill i Tom ze sobą. Panowała 
absolutna cisza. Nawet radio nie grało. Godzina minęła, a my dojechaliśmy do Salem. 
Zaparkowaliśmy koło cmentarza. Wygramoliliśmy się z pojazdu i udaliśmy się na cmentarz. 
Doszliśmy do świeżo wykopanego grobu, przy którym stał nasz zaufany ksiądz, który wiedział 
kim jesteśmy i Tanner. Nagle zdałam sobie sprawę, że z nami nie jechał. Znów kolejne 
zdziwienie jego osobą.                                                                                                                                            
— Możecie teraz składać wieńce — oznajmił duchowny.  
Popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani. Zapomnieliśmy o kwiatach.                                                                                               
— No, rób je — powiedział Bill, a ja nie wiedziałam, o co chodzi.                                                                                                            
— Ale co? — spytałam zdezorientowana.                                                                                                                    
— Kwiaty!! — szepnęli nagląco wszyscy na raz.                                                                                                                  
— Aa, o to wam chodzi.                                                                                                                                                                   
Skupiłam się i stworzyłam dwie piękne wiązanki z napisami ”od społeczności wampirów”. Jedna 
miała lilie, a druga hortensje. Położyliśmy je koło jeszcze nie zasypanego grobu. Ksiądz odprawił 
mszę i złożył własne kwiaty. 
— W tej chwili spalimy szczątki zmarłego, by nie nawiedzał MiddleYear Academy. —  
Duchowny posypał kości solą i podpalił.  
Gdy skończyły się palić dodał:                                                                                      
— Odejdźcie w pokoju Chrystusa. — Skończył mówić i sam odszedł.  
Inni zaczęli iść do autobusu. Podbiegłam do Tannera, żeby mi nie uciekł.                                                                                                     
— Hej, Tanner, czekaj! — Chłopak odwrócił się zdezorientowany.                                                                                                   
— Cześć! Jestem Tiana. — Podałam mu rękę, a on ją nieśmiało uściskał. — Chciałam cię bardzo 
przeprosić za tamte wydarzenia. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Ja panuję nad głodem. — 
zaczęłam pleść z roztargnienia głupoty. — W każdym razie jeszcze raz cię przepraszam. 
— Nie ma sprawy. Przecież nic się nie stało — odpowiedział.  
Byłam  zdziwiona barwą jego głosu, był przyjemny dla ucha i jednocześnie bardzo męski.  
— Każdemu się zdarza. 
— Dziękuję, że tak sadzisz — odpowiedziałam. 
Pocałował mnie w policzek i odszedł. Jego usta były ciepłe i miłe. Uśmiechnęłam się sama do 
siebie.                                                                                                                                                              
— Do zobaczenia! — krzyknęłam do odchodzącego młodzieńca i wróciłam do pojazdu.  
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

17 
 

 
 
Rozdział czwarty 
 
 
Czułam się jakby moje serce znów zabiło. Motylki w brzuchu i wypieki na twarzy. Te emocje 
wywołały we mnie nie opisaną  radość. Doszłam do autobusu, prawie podskakując ze szczęścia. 
Tanner mi wybaczył i znów miałam czyste sumienie, jeśli można tak powiedzieć, o zasadach 
wampira, który zabijał ludzi ponad sto lat, a teraz nagle przeszedł na wegetarianizm.   
— Wow! Promieniujesz — stwierdziła Bonny.  
— Dziękuję— odpowiedziałam z wielkim uśmiechem na twarzy, odsłaniające moje białe kły.                                                                                                   
— Chłopak przyjął przeprosiny? — zapytała Lexi. 
— Tak— odparłam. 
— Szykuje się coś? — przyjaciółki zadały tajemniczo pytanie. 
— Nie — odpowiedziałam bez przekonania. 
— A jednak — powiedziały zachwycone. 
Lex i Bonny zawsze potrafiły dopisać sobie to, czego nie usłyszały. Dwie straszne plotkary, choć 
i tak bardzo je kocham.                                                                                                             
— Proszę o chwile uwagi! — zawołała dyrektorka. — Nasz kierowca Pan yyy …Śmiertelnik, 
powiedział, że mamy problemy z autobusem. Chętni mogą wracać na piechotę do zamku, albo 
zostać w Salem i trochę pobuszować po mieście. Naprawienie usterek potrwa — popatrzyła 
pytająco na kierowcę. 
— Dwie do trzech godzin — stwierdził facet i znów zaczął grzebać przy silniku.                                                                                                                                                                                                                                                                         
— To co? — zapytałam.  
— Wpadniemy do „Whisky”, a potem się zmywamy — odpowiedziała Bonny.    
— Chłopaki, idziecie z nami? — zwróciłam się do kolegów. 
— Nie, my zostajemy w mieście — stwierdził Thomas. 
Zameldowaliśmy się jeszcze u pani BelleFleur, pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i ruszyłyśmy do 
„Whisky”. Jest to bar dla istot takich jak my i nie tylko. Prowadzi go nasz dobry znajomy wampir 
Allan. Restauracja znajduje się na obrzeżach Salem. Prowadzi do niego żwirowa ścieżka. Do 
dzisiaj w mieście zostały pamiątki po czarownicach.  
Szybko przemierzyłyśmy dróżkę i otworzyłyśmy drzwi do pubu. Bar był w ciepłych kolorach 
brązu, a kontuar i wszystkie stoliki były drewniane, przez co nadawały temu miejscu specyficzny 
klimat. W środku nie było tłumów, jakaś grupka facetów w naszym wieku siedziała przy 
mahoniowym stoliku  i bełkotała coś pod nosem. Podeszliśmy do kontuaru, przy którym stał 
Alan. Chłopak, starszy wyglądem od nas, z zielonymi oczami i blond włosami. Ubrany jak 
prawdziwy barman przy pracy. 
— Cześć, dawno was nie widziałem — przywitał się z nami. 
— I jeszcze długo nie zobaczysz. Dostałyśmy szlaban na miesiąc za wymykanie się z zamku — 
skomentowała Lexi. 
— To szkoda. Podać wam coś? 
— Trzy razy BloodChocolate na wynos — odpowiedziałam za dziewczyny. 
— Nie zostaniecie dłużej? — zapytał.  
Pokiwaliśmy przecząco głowami, a on zrobił smutną minę. 
— Musimy zmykać do szkoły — powiedziała Bonny.  
Wzięłyśmy z kontuaru napoje, ucałowałyśmy Alana na pożegnanie i ruszyliśmy w stronę 
akademii.  

background image

18 
 

Las szumiał, a liście zaczęły powoli opadać na ściółkę. Szliśmy normalnym krokiem, ciesząc się 
swoim towarzystwem, śmiejąc się i dokazując sobie. Doszliśmy do łąki nad jeziorem i 
przystanęłyśmy, żeby pomoczyć w nim nogi. Woda była zimna i ciemna, jak na wrzesień. 
— Zgubiłyście się? — usłyszałyśmy głos za sobą.  
Odwróciłyśmy się i zobaczyłyśmy tych samych facetów co w barze.   
— Obiadek — szepnęła sugestywnie Lexi. 
— Nie, dzięki. Nie szukamy napaleńców — poinformowałam ich. 
— Uważaj co mówisz, laluniu — wyrwał się chłopak z tyłu. 
— A co jej zrobisz? — spytała niewinnie Bonny.— Myślisz, że byś ją pokonał? 
Chłopak warknął coś niewyraźnie. 
— Nie chcemy się kłócić — odpowiedziała Lexi, wstając i idąc w ich kierunku. — Jesteśmy 
trochę głodne, macie coś do jedzenia?  
Udawała taką małą i biedną istotę, mając na nogach szpilki od Prady. Podeszła do chłopaka 
stojącego najbliżej. Oparła się na jego ramieniu i szepnęła bardzo namiętnie do ucha tak, że tylko 
my, z naszym wampirzym słuchem, mogliśmy to usłyszeć: 
— Chcę cię mieć. Chodź ze mną na chwilę do lasu. 
W tej samej chwili chłopak wyjął spod bluzki srebrny wisiorek Matki Boskiej. Nie wiem czy 
zrobił to specjalnie czy nieświadomie, ale Lex od razu odskoczyła od niego. Reszta jego 
znajomych się uśmiechnęła. 
— My już chyba pójdziemy — stwierdziłam. 
— Gdzie się wam, tak spieszy? — Kolesie zatorowali nam drogę. 
— Odejdźcie, a nic wam nie zrobimy— ostrzegłam  ich, ale oni tylko trochę się cofnęli. 
Popatrzyłyśmy po sobie i wszystkie pomyślałyśmy o tym samym. Wysunęłyśmy nasze białe kły.  
— Który jest taki odważny i stanie z nami do walki? — spytała Lex.  
— O boże. Nie spokojnie, już idziemy — odparował rudowłosy chłopak i wszyscy puścili się 
biegiem do lasu.  
— To było dziwne — powiedziała Lexi. 
— Mnie to mówisz? — odpowiedziałam. 
— Dobra, chodźmy już do zamku zanim przyjdzie kolejny nekrofil — rzuciła Bonny. 
Zebraliśmy nasze rzeczy, wszystkie butelki i buty, które wcześniej zdjęłyśmy. Już nie 
zatrzymywałyśmy się po drodze, po prostu ile sił w nogach szłyśmy do szkoły. Brama była 
otwarta, dziedziniec pusty.  Otworzyłyśmy drzwi i weszłyśmy do środka budynku. Korytarze 
były puste, ani jednej żywej duszy. Obeszłyśmy najbliższy hol i nikogo nie znalazłyśmy. W 
końcu udałyśmy się do stołówki, w której zawsze jest ruch. Tam też nikogo nie było. Wychodząc 
zobaczyłyśmy biegnącą dziewczynę. 
— Hej, ty!! — krzyknęłam.  
Zdziwiona panna obróciła się w naszą stronę.  
Musiała być nowa, bo miała identyfikator z napisanym imieniem. Ja też taki miałam, gdy 
zostałam tutaj zwerbowana. Podeszłyśmy do niej. Przyjrzałam się jej plakietce. Dziewczyna była 
przerażona. 
— Caddy, tak? Okey. Możesz mi powiedzieć, gdzie są wszyscy? — Trochę się wahała, ale 
odpowiedziała. 
— Wszyscy boją się wyjść, ze swoich pokojów. Myślą, że skończą jak ten wilkołak —
odpowiedziała i później odeszła.                                  
— To w takim razie, co robimy? — zapytała Lex. 
— Nie mam najmniejszego pojęcia — stwierdziłam. 
— To może pójdziemy do salonu. Mam fajny film na dvd — rzuciła Lexi.   

background image

19 
 

— Skoro wszyscy się chowają po pokojach, to może obejrzymy go na telewizorze plazmowym w 
twoim pokoju Lexi —podpowiedziałam. 
Przyjaciółka mieszkała razem z naszą koleżanką Claudią, która większość czasu spędzała w 
pokoju swojego chłopaka. Ich kontakt ograniczał się do „cześć” rano i „dobranoc” wieczorem. 
— Dobry pomysł — dorzuciła Bonny.  
Raźnym  krokiem pomaszerowałyśmy do pomieszczenia. Rzeczywiście był pusty, tak jak 
myślałyśmy. Włączyłam kaloryfer, Lex włożyła film, a Bonny poszła zrobić popcorn. Raz na 
jakiś czas jemy coś ludzkiego. Usiadłyśmy na kanapie. Film ruszył. Była to mało skomplikowana 
historia o dziewczynie, szarej myszce, która przyjeżdża do deszczowego miasteczka  i poznaje 
wampira. Ukazywała nas w dziwnym świetle. Jako dobre stworzenia, nie pijące ludzkiej krwi. 
Jakiś koszmar. To tak jakby przedstawiać lwa, jako milutkiego kotka. Spędziliśmy tam cały nasz 
wieczór. Koło godziny siódmej odwiedzili nas chłopcy, którzy właśnie wrócili z Salem. 
Zakończyliśmy razem oglądać film i rozeszliśmy się do swoich pokojów. Szybko się przebrałam  
i poszłam spać, by śnić o człowieczeństwie. 
  
                                                                                  *** 
Mijały dni, tygodnie. Wszyscy chowali się po swoich pokojach. Nie wyściubiali nosa spoza 
szkoły. Zbliżała się pora Halllowen, w którym akademia organizowała „ŁOWY”. Impreza polega 
na tym, że dzielimy się na małe grupki, jedziemy do Bostonu i szukamy jednej osoby. Dostajemy 
małe fiolki, w które mamy przelać kilka kropel krwi. Wygrywa ten zespół, który jak najszybciej 
przyniesie flakonik z cieczą. Choć kara skończyła się nam dwa tygodnie temu, wolałyśmy się 
upewnić, że możemy pojechać. Było około wpół do ósmej, jeszcze nie zaczęła się pierwsza 
lekcja. Zapukałyśmy do gabinetu. Nie usłyszałyśmy żadnych  dźwięków, więc otworzyłam drzwi 
i wparowałyśmy do środka. 
— O, to wy — usłyszałyśmy smętne powitanie. — Co dzisiaj chcecie? 
— Nasza kara skończyła się dwa tygodnie temu. Chciałyśmy się upewnić czy możemy jechać na 
„łowy”.  
—  Dobrze, że o tym wspominasz, Tiano. Na Halloween, mam zamiar dać wam dodatkową pracę 
domową z angielskiego — powiedziała. 
— Z jakiego powodu?! — huknęłyśmy.             
— Cicho! Macie do zrobienia dwa tysiące zdań: „Nie będę wymykać się z MiddleYear 
Academy”. Nie na komputerze, na zasadzie „kopiuj” i „wklej”. Ręcznie. A teraz do widzenia. Do 
swoich klas! 
— Do widzenia —  warknęłyśmy, i trzaskając drzwiami, wyszłyśmy z gabinetu. 
Odeszłyśmy jeszcze kawałek, żeby pani Harley nie mogła nas usłyszeć.                           
— Po raz pierwszy nie pojedziemy na łowy —załamała się Lexie, a głowa jej opadła bezwładnie. 
— Minie nam okazja napicia się krwi z żyły — stwierdziła Bonny.     
— Czyli, że jutro siedzimy cały dzień w salonie przed telewizorem, gdy inni pojadą się zabawić 
do Bostonu. Exstra!— rzuciłam z sarkazmem.   
Podeszłam do stolika, na którym stał wazonik, wzięłam go do ręki i jednym ruchem zgniotłam. 
Po prostu byłam tak zdenerwowana. Nie był po co dalej stać i użalać się. Rozdzieliłyśmy się i 
pomaszerowałyśmy na lekcje. Nie przejmowałam się przechodniami, o których notorycznie 
waliłam. Rękoma. Gdy doszłam do pracowni alchemicznej wszyscy uczniowie byli już na 
miejscach. Usiadłam na krześle i rozpakowałam książki.                                                                                         
— Skoro wszyscy już się zjawili możemy zaczynać — oznajmił profesor Evans. — Dzisiaj 
przechodzimy do trudniejszych zadań. W pucharach przed wami jest woda. Macie ją zamienić w 
złoto .Panno Einberg, proszę pokazać  klasie, jak ma wyglądać to zadanie.   

background image

20 
 

— Dlaczego ja!? — krzyknęłam na niego. — Są jeszcze inni dobrzy uczniowie na przykład 
Dean, Elenor i  Matt. 
— Co to za niesubordynacja? —zapytał. 
— Przepraszam. Miałam trudny poranek — zaczęłam się uspokajać. — Już pokazuję. 
Koledzy okrążyli moja ławkę z wszystkich stron. Ja znudzona tym wszystkim, bez przekonania 
zaczęłam zamieniać wodę w złoto. Resztę lekcji spędziłam robiąc obchody między stolikami i 
pomagając uczniom. Gdy Profesor oznajmił koniec lekcji, podbiegłam do ławki by się spakować. 
Byłam już przy drzwiach, kiedy pan Evans poprosił mnie do siebie.  
— O co chodzi, przecież przeprosiłam — powiedziałam. 
— Niestety, to nie wystarczy. Jesteś dobrą uczennicą. Zapomnę o tej całej sytuacji, ale w zamian 
będziesz przychodzić na zajecie dodatkowe i pomagać słabszym  uczniom. 
— Dobrze — zgodziłam się bez przekonania. 
— W każdy czwartek o godzinie osiemnastej. 
Pożegnałam się z profesorem i wyszłam. Na dojście do szatni dla dziewcząt zostało mi mało 
czasu. Szłam szybko. Gdy zobaczyłam  Billa i Thomasa stojącego pod ścianą od razu do nich 
podeszłam. 
— Nie jedziemy na Łowy! 
— Jak to? — zapytał Thomas. 
— Kochanej Pani Harley przypomniało się o dodatkowej pracy domowej i postanowiła zepsuć 
nam Halloween. A wy możecie jechać? 
— Profesor Blofitz nic nie mówiła na ten temat — odpowiedział Bill. 
— Przywieście nam trochę świeżej krwi — mówiąc to wzięłam torbę i weszłam do damskiej 
szatni. 
Dzisiaj na wychowaniu fizycznym graliśmy w siatkówkę. Zespoły po raz pierwszy były 
mieszane. 
Jak to nauczycielka przewidziała, na początku wampiry wybierały wampiry a wilkołaki samych 
siebie, dlatego sama zaczęła dzielić zespoły. 
W mojej drużynie był dwóch zmiennokształtnych i trzech wampirów. Pod koniec wybierania 
usłyszałam znajomy głos. Tanner. 
— Jeszcze ja — odezwał się. 
— Idź tam.—  Trenerka pokazała na naszą drużynę. 
Wyszliśmy na boisko. Ustawiliśmy się i zaczęliśmy grę. Tutaj zdolności wilkołaków na nic się 
zdały.  
W przeciwnej drużynie był zmiennokształtny, któremu złamałam nos. Teraz perfidnie się do 
mnie uśmiechał. Jako pierwszy z mojego zespołu serwował Eric. Piłka poszła w ruch. Złapał ją  
Thommy, a potem podał do wilkołaka ze złamanym  nosem. Ten rzucił  mocno odbitą piłkę, 
prosto w mój brzuch. Zgięłam się wpół z bólu. Już szykowałam plan zemsty. Ból jeszcze chwilę 
się utrzymywał, ale poszedł w niepamięć. Pokazałam naszej drużynie, że robimy zagranie na 
trzy. Dziewczyna z konkurencyjnej drużyny zaczęła serw. Piłka przeleciała przez siatkę. Odebrał 
ją Tanner, który podał do zmiennokształtnej Anette. Ta rzuciła do mnie, a ja przekształciłam 
piłkę w cegłę. Poleciała prosto w krocze wrednego wilkołaka. Wydał z siebie ostry krzyk. 
 Faul. Schodzisz Einberg — powiedziała w moim kierunku trenerka Ofenstein. 
— A przed chwilą? To co on zrobił — pokazałam na zmiennokształtnego ze złamanym nosem. 
— To nie był faul? —  wuefistka zrobiła krzywą minę, wyrażającą podenerwowanie. 
— Musicie wygrać! — krzyknęłam do mojej drużyny i zeszłam z boiska. 
Chyba wzięli moje słowa na poważnie, bo naprawdę szło im świetnie. Po raz pierwszy nie grało 
znaczenia, kto jest jakim stworzeniem. Byli jednością w porównaniu do drugiego zespołu, który 

background image

21 
 

się ciągle kłócił. Tanner po prostu był świetny. Biegał po całej połowie naszego boiska i potrafił 
odbić każdą piłkę. 
Gra się skończyła, a myśmy WYGRALI! Poszłam się przebrać. Następna lekcja była nudna. Cały 
czas próbowałam przekonać panią Harley, żeby nie dawała nam na jutro żadnych prac, aby 
mogłyśmy pojechać na łowy.  Kobieta była nieuległa. Zepsuła nam jeden z najlepszych dni w 
roku. Później poszłam na stołówkę, gdzie czekali już na mnie przyjaciele. Usiadłam przy stole. 
— Jak ja jej nienawidzę — powiedziałam wściekle. 
— Harley nie dała się przekonać? — zapytała z nadzieją Lexi. 
— Nie! 
— Dziewczyny, nie może być tak źle. Zobaczcie, będziecie miały całą szkołę dla siebie. No, bo 
ile ludzi zostaje? Cztery, pięć osób, nie licząc was. Nawet jedzenie jest już normalne. Wszystko 
się ułoży — rzucił Bill. 
— Dzięki za pocieszenie — odpowiedziała smutno Bonny, przytulona do Huntera. 
Ale rzeczywiście jedzenie wróciła do wampirze normalności. Wilkołaki jadły coś w rodzaju 
spaghetti, myśmy dostali krew, chyba z banku w szpitalu. Obiad zjedliśmy, nie, raczej wypiliśmy  
w ponurym nastroju. Resztę lekcji przemilczałam lub darłam się na nauczycieli. Wróciłam do 
pokoju. Bonny tam było, musiała pójść jeszcze do biblioteki lub do salonu. Za godzinę miałam 
się stawić na tak zwanych „wyrównawczych” u pana Evans’a. Patrzyłam przez okno. Odbijało 
się w nim moje oblicze. Patrzyłam się tak i patrzyłam. Przypomniało mi się moje życie. Kiedy 
byłam młoda, miałam rodzinę i narzeczonego. Mogłam umrzeć w każdej chwili. To chyba jest 
najpiękniejsze w życiu normalnego śmiertelnika. Moje przemyślenia o życiu śmiertelnym zabrały 
mi cały wolny czas. Wybiegłam z pokoju  i  skierowałam się w stronę pracowni. Niedużo ludzi  
przyszło na zajęcia. Moją uwagę przykuł chłopak siedzący z tyłu pomieszczenia. Podniósł głowę  
i uśmiechnął się do mnie zabójczym uśmiechem. Dopiero teraz zauważyłam, że złotowłosy 
chłopak to Tanner.  
— Możesz zaczynać — poinformował mnie pan Evans. 
Podeszłam do chłopaka. Usiadłam koło niego na stołku. 
— Świetnie dzisiaj grałeś — zaczęłam rozmowę.  
— Ty też byłaś niezła. Connor do teraz chodzi z lodem. — Znów się do mnie uśmiechnął, a ja 
zaczęłam się rozpływać w jego niebieskich oczach.  
— Mogę Ci zadać pytanie? — Chłopak kiwnął twierdząco głową. — Dlaczego tutaj przyszedłeś? 
Widziałam jak bez problemu stwarzasz apaszki, kubki, urządzenia a do tego złoto. 
— Po prostu. Nie mam przyjemności z siedzenia w salonie lub, jak twoja przyjaciółka, w 
bibliotece. 
— Skąd wiesz, że Bonny jest w bibliotece? 
— Jestem jasnowidzem — zażartował. — Jesteś inna niż wszyscy— powiedział. 
— Dlaczego? Bo nie mam uprzedzeń do was? Mam i to duże, ale po śmierci Mike’a hamuje je w 
sobie. 
— Nie. Tęsknisz za śmiertelnym życiem, chciałabyś, żeby twoje serce biło. To widać po tobie —
oznajmił. 
Zeszliśmy z tych trudnych dla mnie tematów do głupich banałów. Stworzyliśmy grę: chińczyka 
razem z kostką. Przez całe półtorej godziny śmialiśmy się grając. Przegrałam dwanaście razy z 
dwunastu.. 
—Mówiłem, że przegrasz. Jestem świetne w takie rzeczy. 
—Myślałam, że dasz mi fory. Przecież jestem dziewczyną. 
— Do tego przepiękną — dodał nieśmiało. 
—Dziękuję.  

background image

22 
 

— Dobiega dziewiętnasta trzydzieści. Mogę cię odprowadzić. 
—Już?  
Rozmawiając z nim, zgubiłam poczucie czasu. Pożegnaliśmy się z profesorem, który zrobił 
trochę kwaśną minę, bo wogule mu nie pomagałam.  Powolnym krokiem ruszyliśmy do 
dormitorium. Zatrzymaliśmy się dopiero przy drzwiach mojego pokoju. 
Idąc z nim dowiedziałam się, że pochodzi z Nowego Jorku. Ma młodszą siostrę Jennifer, a Mike 
Cliwertona znał od dziecka. 
— Macie ładne dormitorium —rzucił. 
— Rzeczywiście, jest przepiękne. Tak, te Halloweenowe ozdoby dodają animuszu. 
Cała cześć sypialna dziewcząt była ozdobiona przeróżnymi strasznymi ozdobami. Na oknach 
wisiały firanki, jakby poplamione krwią. Szara tapeta miała teraz ucharakteryzowane różne 
dziury i wychodzące z niej duchy i inne okropnośći.  
— Wiesz, to była miła godzina — powiedziałam. 
— Tak, masz  rację. 
W tym momencie za drzwi wyjrzała Bonny. Na jej twarzy widniał podstępny uśmieszek. 
—Cześć. 
— Bonny, to jest Tanner — wskazałam na chłopaka.— Tanner, to jest Bonny. 
Podali sobie ręce i przywitali się. 
— Musze już iść — oznajmił Tanner.  
 Znów pocałował mnie w policzek i odszedł. Weszłam razem z  przyjaciółką. 
—Nie zaczynaj tematu. Nie watro i tak ci nic nie powiem — rzuciłam od razu widząc jej twarz. 
Zrobiła zadąsaną mine, ale nie wspominała o Tannerze. Oglądałyśmy jeszcze przez jakiś czas 
telewizję a potem poszłyśmy spać. 
Obudziłam się z niemiłym uczuciem, z powodu siedzenia w szkole w Halloween. Nie czułam  
sensu, żeby się ubierać. Zeszłam więc w szlafroku do jadalni. Nikogo tam nie było. Wzięłam dwa 
gorące soki z krwią i znów poszłam na górę.  Gdy weszłam do pokoju, Bonny właśnie ziewała. 
— Dzień dobry. Spacerujesz po zamku w piżamie? 
— I tak nikogo nie ma. Wszyscy już wyjechali na łowy. 
— Właściwie masz racje. Rzuć sok — powiedziała, a ja posłusznie podałam jej napój. 
Następne pół godziny zajęło mi umycie się i wreszcie ubranie. Kiedy weszłam do pokoju, na 
toaletce leżała karteczka od Bonny: 
 
„Nie chciało mi się czekać. Jestem w bibliotece.” 
 
Wzięłam kartki  i wyszłam z pokoju.  Żeby dojść do biblioteki, trzeba pójść do zamkowych 
lochów. Tam temperatura jest świetna na utrzymywanie starych ksiąg w dobrym stanie. Po za 
tym stały tam jeszcze laptopy. To było jedyne miejsce, w którym był Internet. Otworzyłam drzwi  
i wpadłam do biblioteki. 
Bonny siedziała na samym początku pomieszczenia przy dębowym stoliku. 
— Ile już masz? Spytałam. 
— Może z cztery, ale jeszcze cały dzień przed nami. 
Ta myśl mnie przygnębiła. Nie chciałam spędzić całego dnia pisząc durne zdanie: Nie będę 
wymykać się z MiddleYear Acadmy.
  
Gdy pisałam ostatnie  miałam wrażenie, że ręka mi odpadnie. Miałam chęć zabić profesor 
Harley. Było około szesnastej. Bonny skończyła kilka minut przede mną i bawiła się w 
Internecie. Dla wampirów takie coś jest przewspaniałe. Tyle lat musiały być w ukryciu, a teraz 
przez Facebooka i Twittera mogły się nawzajem informować. Z biblioteki wzięłam jeszcze 

background image

23 
 

książkę Emily Bronte i razem z Bonny poszłyśmy do jadalni na obiad, a potem do salonu. W 
zamku panował chłód, więc od razu rozpaliłam w kominku. Przyjaciółka ze znudzeniem oglądała 
telewizję, co jakiś czas patrzyłam co się dzieje na ekranie telewizora. Wiele razy czytana książka 
już mnie nie ciekawiła. Można powiedzieć, że już nudziła. Jak się przed chwilą dowiedziałam, 
Lex siedziała w swoim pokoju i robiła chłopcom mowę Jerzego Waszyngtona. Tak jak 
przewidział Thommy akademia była pusta. Lecz, gdy tak siedziałyśmy i zabijałyśmy nędzny 
czas, do pokoju wszedł jakiś uczeń. Miał pofarbowane włosy na czarno i ciuchy jak z horroru. 
Podszedł do nas i spytał: 
— Która z was to Tiana Einberg?  
— To ja — odpowiedziałam.  
Chłopak podał mi małą paczuszkę, którą przed chwilą trzymał w ręce i wyszedł. 
— Co to? —spytała Bonny. 
—Nie wiem. — Zrobiłam zdziwioną minę.  
Otworzyłam  paczuszkę. Znajdował się w niej grot strzały poplamiony jakąś cieczą. Obejrzałam 
przedmiot. Nie było żadnej karteczki, która wyjaśniła by to wszystko. Dziwna rzecz jak na 
prezent. 
— Pokaż mi to. — poprosiła przyjaciółka.  
Rzuciłam go w stronę dziewczyny. 
—Auu! 
— Co się stało? 
— Skaleczyłam się. — Z jej palca płynęła krew.  
— Pojdę po plaster. 
Ledwo wstała zakręciła się i upadła. Jej policzki były rozpalone i całe czerwone. Miałam 
wrażenie, że rana na jej palcu jest coraz większa. Byłam w totalnym szoku. Nie wiedziałam co 
robić. Moja najlepsza przyjaciółka leżała nieprzytomna.. Zaczęłam płakać. Krzyczałam! Nikt 
mnie nie słyszał. Wybiegłam z salonu, nadal wrzeszcząc. Z gabinetu wyjrzała pani Harley. 
Wykrzyknęłam, żeby mi pomogła, bo Bonny leże ze słabnącym pulsem. Wróciłam się biegiem 
do salonu, a ona za mną. 
— Jak to się stało? — spytała, oglądając ją z bliska. 
— No, nie wiem. Dotknęła grotu, a później zemdlała — odpowiedziałam spanikowana. 
— Pokaż tę strzałę. 
Podałam jej przedmiot. Obejrzała go dokładnie i powiedziała: 
— Umoczony w krwi trupa. Wrzuć ją do kominka — Zamaszystym  ruchem rzuciłam go prosto 
w ogień. Płomienie zrobiły się czarne, a dym czerwony. 
— Zabiorę dziewczynę do gabinetu doktor Chase. — Uniosła Bonny i położyła sobie na 
ramieniu.  
Pobiegła szybkim wampirzym biegiem na dół, do pielęgniarki, doktor Chase. Bonny, moja 
najlepsza przyjaciółka, z którą przeżyłam całą wojnę secesyjną, teraz była bliska śmierci. Nie, to 
nie może być prawda. Łzy leciały mi strużkami. Opadłam na fotel. Nosiło mnie. Chciałam uciec, 
nie pokazywać mojej słabości. Jedyne co przyszło mi do głowy, to wieża. 
Gwiazdy były dzisiaj nie widoczne. Za to księżyc był czerwony, co zwiastowało nagłą śmierć. 
Pomyślałam tylko o Hunterze, który jest na łowach i o niczym nie wie. Jak on zareaguje, gdy się 
dowie, że jego miłość życia jest bliska śmierci. Odrzuciłam od siebie takie myśli. Salem zostało 
dzisiaj oświetlone. Zawsze w Halloween, robi się tam spory ruch. Mieszkańcy urządzają 
inscenizacje palenia czarownic. Jedna noc, w którą miasto ożywało. Jednego się tej nocy na 
pewno dowiedziałam. Strzałka, która otruła Bonny, była przeznaczona dla mnie. Nie miałam 
żadnych wrogów. Tylko jedna osoba przychodziła mi do głowy. Connor, wilkołak któremu 

background image

24 
 

złamałam nos. Ale czy posunął by się do próby zabójstwa? W końcu czerń nocy zaczęła jaśnieć, 
zamieniać się w dzień. Przesiedziałam na wieży całą noc, aż do momentu, gdy zobaczyłam 
wracających z Łowów moich kolegów. Zbiegłam najszybciej jak umiałam na dół. Otworzyłam 
bramę i wpadłam w ramiona Huntera. 
— Tiana rozumiem, że się cieszysz, że wróciliśmy, ale puść mnie.  
— Nic nie rozumiesz, Hunter. Tu chodzi o Bonny ona …— zaczęłam się nagle jąkać. 
— Co z nią? —  zapytał ze strachem na twarzy. 
— Ona została otruta. Leży w gabinecie u pani Chase. Właściwie to ja nie wiem czy ona jeszcze 
żyje.  
 — Jak to nie wiesz? To twoja przyjaciółka. — Patrzył na mnie z prawdziwą wściekłością w 
oczach. 
Nie marnował już więcej czasu i pobiegł prosto do szkoły. Przypuszczam, że do Bonny. 
— Pewnie nie powiedział nic Lexi? — odezwał się Thomas. 
—Lex! — Z tego wszystkiego przyjaciółka wyleciała  mi z głowy. 
Razem z chłopakami spotkałam Lexi w jadalni. Piła sobie krew nie wiedząc o dramacie, który 
wydarzył się wczoraj. Usiedliśmy koło niej. Nikt nie miał odwagi zacząć. 
— Dlaczego macie miny jakby ktoś umarł? 
— Lexi. Bonny miała wypadek. Została otruta. Szczerze mówiąc, nie wiem czy ona jeszcze żyje. 
—  Wypowiadając te słowa łzy ciekły mi po policzkach.  
Zaśmiała się nerwowo i powiedziała: 
— Fajny żart. Trzeba to przyznać. Ale teraz na poważnie, co się stało? 
— My nie żartujemy. Leży w gabinecie pani Chase. 
— No, to chodźmy. — Wstała i popatrzyła pytająco na mnie. — Nie idziesz? 
— Serce by mi pękło, gdybym miała to oglądać. 
— Tak, idź zaszyj się do tej swojej wieżyczki i czekaj. Może to sprawi, że Bonny wyzdrowieje. 
Jej słowa sprawiły mi przykrość. Dziewczyna za to wzięła ze sobą butelkę krwi i pomaszerowała 
w stronę wyjścia. 
— Wiesz? Ona ma rację — powiedział Bill. 
— Zrozum, nie mogę.  
— To twoja przyjaciółka — odezwał się Thomas. 
— Nie mogę. — Chłopaki patrzyli na mnie jak na jakąś najgorszą z najgorszych.  
Pobiegli za Lexi. Dziewczyna miała racje. Zamierzałam zaszyć się i przeczekać te wszystkie 
sytuacje na baszcie. Wstałam i zawieszoną głową poszłam do mojego pokoju. Zobaczyłam łóżko, 
książki i kosmetyki nie ruszone, bo ich właścicielka miała wypadek. Był to smutny widok. 
Usiadłam przy toaletce. Zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Podkrążone i opuchnięte oczy, 
dobitnie czerwone policzki. Nędzna resztka człowieka. 
— Ja nie mogę!!— powiedziałam do mojego odbicia w lustrze. 
Miałam drgawki. Potrzebowałam świerzego powietrza. Baszta!! Otworzyłam drzwi i zobaczyłam 
stojącego przede mną Eric. Trzymał w dłoni przepiękną różę. 
— O hej, Tiana. Ja właśnie do Ciebie. 
— Cześć, Eric. Nie teraz. Bonny, ona jest chora. Muszę iść. Kiedy indziej się spotkamy. — 
Zrobił smutną minę, ale przepuścił mnie.  
Poszłam na wieżę. Chmury były ciemne. Zbierało się na deszcz. Zastanawiałam się, o ile byłoby 
prostsze życie, gdybym skoczyła. Weszłam na barierkę. Zaczęłam spacerować. 
— Boże, dlaczego ja? — krzyknęłam. — Co ci zrobiła Bonny? Tu chodzi o mnie. Daj mi znak, 
żebym mogła skoczyć i skończyć mój nędzny żywot. — W tym właśnie momencie zaczął padać 
deszcz. 

background image

25 
 

— Na tylko tyle cię stać. — Zrobiłam kolejny krok, ale się poślizgnęłam.  
Zaczęłam spadać. Całe życie przeleciało mi przed oczami. 
—Auu!— wrzasnęłam.  
Okazało się, że spadłam, ale nie w tą stronę co chciałam. Złamał moją ławeczkę. 
— Nie udało ci się, Boże. — Wstałam i otrzepałam się z resztek drewna.  
Połamaną ławeczkę wyrzuciłam poza wieżę. Usłyszałam jak ktoś krzyczy. Najwidoczniej ktoś 
musiał oberwać resztami. Skupiłam się na nowej ławce. Zanim moje alchemiczne zdolności 
zaczęły działać, minęło dobre pół godziny. 
Znów dzień, zamieniał się w noc, a noc przeszła dzień. Nie pamiętałam ile dni spędziłam na 
baszcie. Cały czas wspominałam moje czasy z Bonny. Gdy udawałyśmy czarownice w Bostonie, 
królowe w Nowym Jorku. Byłyśmy od zawsze przyjaciółkami. Spotkałyśmy się w Winchester, 
kiedy byłyśmy jeszcze młodymi wampirzycami. Była dla mnie zawsze jak siostra. Kocham ją. 
Nie może umrzeć. 
Znów się ściemniło. Wieczór był chłodny, zimno okalało moją skórę jak puch. 
Gwiazdy były przepięknie widoczne. Konstelacja Oriona. Usłyszałam kroki na schodach, a 
chwile później klapa na wieżę się otworzyła. Wyszedł z niej Eric, trzymając w ręku wełniany 
koc. Jego brązowe włosy wyglądały jak srebrne w blasku księżyca. 
— Cześć — przywitał się. 
—Hej. Skąd wiedziałałeś, że tu jestem? 
— Zawsze tu przychodzisz gdy masz depresję. 
— To prawda. 
Chłopak usiadł koło mnie na ławce i przykrył nas kocem. 
— Dziękuję — powiedziałam, on się tylko uśmiechnął. 
— Mam dla ciebie wiadomość. 
— Więc słucham. 
— Doktor Chase mówi, że Bonny przeżyje i wyjdzie jutro ze śpiączki. 
— Naprawdę? To wspaniale. — Mój nastrój się od razu poprawił. 
— Chciałbym cię o coś zapytać — nieśmiało powiedział. — Zbliża się bal z okazji Święta 
Dziękczynienia.  
— O, kurcze. Kompletnie zapomniałam.  
— To może poszłabyś ze mną na niego? 
— Z przyjemnością. — Na jego twarzy zagościł wielki uśmiech. 
Położyłam głowę na jego ramieniu. Siedzieliśmy w milczeniu, oglądając gwiazdy. Delikatnie 
pocałował mnie w czoło i tak zapadłam w sen. Po raz pierwszy od kilku dni nie martwiłam się o 
nic. 
Gdy się obudziłam, słońce było już na horyzoncie. Eric już nie spał. Cały czas przyglądał mi się. 
— Witaj— powiedziałam. 
— Dzień dobry. 
— Możesz mi coś powiedzieć. Jaki jest dzisiaj dzień tygodnia? 
— Dzisiaj jest środa — odpowiedział. 
— Prawie tydzień tutaj przesiedziałam. Mam ogromne zaległości. 
Eric po chwili wstał i zaczął się rozciągać. Podał mi rękę. 
— Chodź, idziemy odwiedzić Bonny.  
Wzięłam jego rękę, obdarzyłam go wielkim uśmiechem i razem poszliśmy do gabinetu 
pielęgniarki. 
— Musze okropnie śmierdzieć. Siedziałam tam dość długo. 
— Dla mnie pachniesz cudownie — odpowiedział. 

background image

26 
 

— To wciągnij powietrze — zaśmiałam się. 
— Jesteś głupiutka. — Jak zawsze pocałował mnie w czoło. 
Gdy weszliśmy, zobaczyłam leżącą na fotelu Bonny. Była podłączona do kroplówki. Koło niej 
siedział Hunter, który zgromił mnie swoim brązowymi oczami. Miał podkrążone oczy, musiał 
niespać przez wiele dni.  Eric złapał mnie mocniej za rękę. Przyjaciółka zaczęła się wybudzać ze 
śpiączki. Otworzyła oczy i popatrzyła na nas nieprzytomnie. 
— Bonny, kochanie — odezwał się Hunter. 
Wziął ją w ramiona i nie puszczał. Pocałował ją też najczulszym pocałunkiem na świecie. 
Dziewczyna puszczona przez Huntera, popatrzyła na nas ciekawsko. Dopiero teraz zrozumiałam, 
że cały czas trzymamy się z Ericem za ręce. 
— Chodź tu do mnie — odezwała się.  
Obiełam ją ramionami i przytulałśmy się tak przez chwile.  
—Kocham cię. To moja wina, ja powinnam być na twoim miejscu — powiedziałam i przytuliłam 
ją mocniej. 
— Nie mów tak. Ja też cię kocham — odpowiedziała. — Ale zdążyłam  na bal? — szepnęła mi 
do ucha, a ja się zaśmiałam.  
W tym momencie przybiegli nasi przyjaciele: Lex, Bill , Thomas. Wszyscy rzucili się na Bonny. 
Odeszłam w kąt, tam gdzie stał Hunter. Patrzył z uczuciem na ten cały obrazek. 
— Przepraszam. Nie chciałam, żeby tak wyszło — odezwałam się. 
— Rozumiem. Też chciałem przeprosić, zachowałem się jak największy idiota — uśmiechnął się 
smutno.— Jesteś dla mnie jak siostra, nie umiem się na ciebie gniewać. 
—Dziękuję. 
Ponieważ Bonny dobrze się już czuła, pani Chase wygoniła nas ze swojego gabinetu. 
Usadowiliśmy się w naszym pokoju. Nie poszliśmy na resztę lekcji. Mieliśmy je gdzieś. 
Świętowaliśmy powrót Bonny do zdrowia. Jak zawsze przeszliśmy do interesów, dziewczyny 
zarządały butelek z krwią z łowów. Chłopaki z uśmiechniętą miną oddali z dobre pięć litrów. Po 
jakiś trzech godzinach wpadła do nas profesor Harley i rozgoniła towarzystwo. Zamknęła drzwi i 
zostaliśmy z nią same. Opowiedziałam jej jeszcze raz całą historie. 
— Wygląda na to, że mamy jakiegoś szpiega w murach naszej szkoły. — Razem z Bonny 
grzecznie przytaknęłyśmy. 
— Zdecydowałam z panią dyrektor, że dla waszego bezpieczeństwa dostaniecie nieodwołalny 
areszt. Na każde wyjście musicie mieć zgodę pani dyrektor i moją. Bonny życzę szczęścia i 
zdrowia, a ty, Tiano, idź się wykąpać. 
— Dobrze, proszę pani — odpowiedziałyśmy.  
Nie miałyśmy ochoty wykłócać się. Zostaje problem jak zamówimy sukienki na bal, bo zostało 
tylko trzy dni. Trzy krótkie dni na zaprojektowanie, wysłanie i uszycie sukienki balowej. 
 Następne dni minęły jak burza. Czwartek. Polegał na tym, że biegałyśmy od pokoju Lexie do 
naszego z projektami sukni. Tu musiałyśmy zrobić poprawki, tam zmierzyć wymiary, wybrać 
kolory i materiał.  Nagle się okazuje, że tylko do tego są potrzebne wampirze moce. Projekty 
naszych sukienek były proste. Następne dwa dni spędziłyśmy na nadrabianiu zalegliwości,  
spowodowanych przez tygodniową nieobecność. 
Dużą suknia balowa i gorset. Projekty dałyśmy Lexie. Dziewczyna jako jedyna mogła wychodzić 
z zamku. Załatwiliśmy to przez Alana. Nasze projekty zostały dostarczone do miejskiej szwaczki, 
które zawsze szyje sukienki na bale przebierańców. W szkole panował istny huragan. 
Wampirzyce biegające po całej szkole i strojące szkołę z okazji Dnia Dziękczynienia. Na bal 
zjeżdżają sie największe sławy wampirzego świata: John Lennon, George Harrison, Merlyn 
Monroe, Molly Brown czy Henry Ford.  

background image

27 
 

Sobota. Z samego rana kurier przyniósł sukienki. Śmiertelnik uginał się pod natłokiem materiału. 
Od poranka w szkole był tłok. Żeby dostać się do jadalni, musiałyśmy stratować paru uczniów. 
Lekkie śniadanie, żeby wejść w gorset od sukni. Chłopaki nie podzielali naszego optymizmu, 
tylko Lexi opowiadała nam o swoim partnerze na bal: Jasonie, który o dziwo jest wilkołakiem. 
To nie była jedyna mieszana para, było ich o wiele więcej. Po śniadaniu zaczęły się 
przygotowania. Układanie włosów zajmuje najwięcej czasu. Bonny zrobiła mi przepiękne loki, w 
zamian ja jej wyprostowałam fale. Makijażu był obowiązkowy. Bal opierał się na czasach Marii 
Antoniny.  Co prawda perułek nie miałyśmy, ale sukienki tak. Otworzyłam opakowanie. 
Przyjęcie to jedyna okazja, żebyśmy się poczuły jak nasze potomkinie żyjące w średniowieczu. 
Mogłyśmy się poczuć jak przed przemianą. Otworzyłam opakowanie, w którym była 
zapakowana suknia. Była przepiękna. W kolorze kości słoniowej, z pięknymi ozdobami z 
koronki i krynoliną. Weszłam w nią, a Bonny zawiązała mi ciasno gorset. Później się 
zamieniłyśmy. Miała powabną blado różową suknię z rękawkami trzy czwarte i rozcięciami u 
dołu. Jeszcze na uszy założyłam perły, jedyną pamiątkę rodzinną jaka mi pozostała. Całość 
dopełniały moje opadające na ramiona kaskadami brązowe loki. Było około dziewiętnastej. 
Wyszłyśmy z pokoju. Eric razem z Hunterem, rozmawiali przy kominku. Podeszłam razem z 
Bonny do nich. Hunter wziął przyjaciółkę za rękę i zostawił nas samych. 
— Wow! Wyglądasz... wow! — powiedział zachwycony. 
— Dzięki. Chodźmy już, a ty poszukaj przymiotników.                                     

 

— Cudownie. 
— Ty też wyglądasz wspaniale. — Naprawdę wyglądał przepięknie.  
Miał na sobie czarny, staromodny frak z pięknymi spinkami. 
Przyjęcie odbywało się w najniżej położonej części zamku, więc żeby tam dojść wystarczało 
wyjść z naszego dormitorium. Z reguły bal odbywał się na świeżym powietrzu, w tym roku był to 
bardzo deszczowy miesiąc, więc boisko, na którym organizowane przyjęcie, było kompletnie 
zabłocone. Weszliśmy na salę. Była przyozdobiona dekoracjami z osiemnastego wieku. Na 
środku był parkiet, po bokach ustawione stoły z przekąskami i krzesła. Jedynym nowoczesnym 
akcentem był didżej puszczający muzykę. 
— Zatańczysz? — spytał Eric. 
— Z prawdziwą przyjemnością. 
Parkiet był zapełniony. Koło nas wirowały pary w polonezie. Dołączyliśmy do nich. Wszystkie 
tańczące pary wydawały się jednością. Nawet wilkołaki nie pokazywały, że mogą nie znać 
poloneza. Wirowaliśmy tak tańcząc i uśmiechając się do siebie. Nie istniał dla mnie NIKT POZA 
Ericem. Jego oczy patrzyły na mnie jak na kogoś, za kogo mógł oddać życie. Piosenka się 
skończyła, a ja zauważyłam kątem oka zbliżającą się postać. Był to Tanner razem ze swoją 
partnerką. Nie poznałam go na początku, ponieważ miał na sobie długą zielona marynarkę, białą 
koszule z żabotem, eleganckie spodenki trzy czwarte, też zielone, do tego czarne ciżemki. 
Wyglądał bardzo śmiesznie. Podeszli do nas i się ukłonili. 
— Odbijany — powiedział chłopak.  
Eric niechętnie ustąpił mu miejsca i sam podszedł do dziewczyny.  
— Nie myślałam, że przyjdziesz. 
— Przyszedłbym tylko dlatego, żeby zobaczyć jak się śmiejesz z mojego stroju — miał rację. 
— Nie przesadzaj, ja mam gorzej. Na sobie mam jakąś tonę materiału. 
Tanner był bardzo dobrym tancerze. Nie spodziewałam się tego od współczesnego 
siedemnastolatka. Czuł melodię jakby była po prostu czymś nie słyszalnym. 
— Kto to jest? — spytał się. 
— Chodzi ci o Erica? To mój…— zawahałam się, a on to momentalnie to zauważył. — Mój 

background image

28 
 

przyjaciel. 
— Na pewno? 
— Chyba tak. 
Bujaliśmy się w rytm muzyki, gdy on mnie przechylił tak jak na filmach. Zbliżył się do mnie. Już 
myślałam, że mnie pocałuje. Byłam gotowa oddać pocałunek, ale on tylko szepnął mi do ucha: 
— Chodź ze mną na spacer. 
Mimowolnie się zgodziłam. Nie myślałam już o Ericu i o chemii, która jest między nami. 
Poszłam za Tannerem na dwór. Deszcz bębnił o dachy MiddleYear Academy. Podbiegliśmy do 
starego dębu. Jego konary schroniły nas przed deszczem. Z wielkim trudem usiadłam na 
korzeniach. 
— Już wiem dlaczego umarła Maria Antonina. Nie mogła usiąść. Te suknie są niemożliwe. 
— Przynajmniej nie wyglądasz jak byś się urwała z bajki — powiedział i pokazał na siebie. 
Tak naprawdę nasza rozmowa opierała się na tym, że opowiadałam mu o naszych poprzednich 
balach. On się tylko śmiał. Z reguły tylko przysłuchiwał się co ja mówię, sam milcząc. 
Ciągnęłam rozmowę dopóki nie pojawił się Eric. 
— Tu się ukryłaś — powiedział z wrogością w głosie. 
— Siedzimy sobie i gadamy. Nic więcej — Twarz Erica poczerwieniała. 
— Pora już wracać. Idziemy!! 
— Ja nigdzie nie idę — oburzyłam się takim przedmiotowym traktowaniem. 
— Nie oczekuje zgody, masz po prostu wrócić na salę. 
— Chłopie, wyluzuj — odezwał się Tanner. 
— Z tobą nie rozmawiam. Wróć na smycz do właściciela. 
— Uspokój się, Eric. Zaraz przyjdę. — Chciałam trochę ułagodzić sytuację. 
— Jesteś ze mną, więc...? 
— Co ci się stało? Zachowujesz się jakbym była twoją dziewczyną. 
— Naprawdę chłopie, daj na wstrzymanie. — Znów wtrącił się wilkołak. 
Eric mało nie rzucił się na Tannera. Złapałam go, gdy celował by podbić mu oko. 
—Wiesz co? Mam dość. Od teraz jestem sama na przyjęciu. Do widzenia, Ericu. Tanner, idziesz 
ze mną? 
Chłopak wstał, złapał mnie za rekę i pociągnął w stronę sali balowej. Widziałam zrozpaczony 
wzrok Erica, gdy patrzył jak odchodziłam. Krzyknął jeszcze, że mnie przeprasza, ale miałam go 
wysoko ponad uszami. 
Och, jakie przyjęcie stało się okropne. Nie było już tak samo. Tanner próbował mnie pocieszać, 
uśmiechał się i żartował, nie przyjmowałam tego do wiadomości. Próbował się do mnie zbliżyć, 
ale ja go odpychałam. Około jedenastej przeprosiłam go i poszłam się położyć do łóżka.  
Okna z pokoju wychodziły na dziedziniec. Widziałam jak Eric ciągle tam stoi. Moknie od 
deszczu. Na jego twarzy było widać skruchę. Zauważył mnie w oknie. Bez głośnie powiedział 
przepraszam. Ja pomachałam w przeczeniu głową. Rzuciłam się na łóżko. Dlaczego Maria 
Antonina nie miała tylu problemów z Ludwikiem XIV? Zachowanie Erica było dla mnie nie 
zrozumiałe. Było tak miło, a on to zepsuł. Chciało mi się płakać, ale łzy nie popłynęły. Jedyna 
okazja by poczuć się jak człowiek. Właśnie tak się poczułam, jak śmiertelnik ze złamanym 
sercem!  
 
 
 
 
 

background image

29 
 

 
 
Rozdział 5 
 
 Całą noc nie spałam. Myślałam o tym, jak to ludzie, nie, nawet nie ludzie, wampiry potrafią być 
obłudni. Eric udawał miłego, niby porządny młodzieniec, który  zalecał się, a teraz wychodzi, że 
jest strasznie zaborczy. Postanowiłam nie pojawiać się na wieży, bo chłopak mógł mnie tam 
znaleźć.  Próbował nawet wmówić Bonny, że zrobił to wszystko z troski o mnie. 
 Z samego rana, gdy dopiero świtało, wybrałam się do biblioteki. Chciałam nadrobić wszystko to 
czego nie zdążyłam zrobić przed balem. Najpierw wzięłam się za współczesny angielski. Miałam 
do zrobienia streszczenie książki pod tytułem ”Zabić Drozda”. Nie wiem jak amerykanie mogą 
tak mówić, kalać nasz ojczysty język. Poradziłam sobie z tym szybko. Jeszcze krótka notka 
historyczna o Draculi. Wiem to śmieszne, ale w końcu był jednym z najbardziej znanych 
wampirów na świecie. Nie chciałam siedzieć dłużej w bibliotece. Wpadłam na pomysł, że pójdę 
do sali gimnastycznej. 
W szatni przebrałam się w strój do szermierki. Weszłam do średniej wielkości salki 
gimnastycznej z szablą w ręku i ujrzałam jakąś osobę, ćwiczącą pchnięcia. Podeszłam do 
człowieka i spytałam: 
— Mogę poćwiczyć razem z tobą?  
Zgodził się, machając głową i zaczęliśmy walkę. Z pod maski zauważyłam męskie rysy twarzy. 
Postać walczyła naprawdę świetnie. Zaczął mi przypominać pewną osobę. Gdy szybkim ruchem 
pchnął mnie szablą, ledwo zauważyłam, że wylądowałam na ziemi. 
— Tanner? — zapytałam. 
— Tiana — powiedział, podnosząc maskę z twarzy. 
— Dlaczego nie powiedziałeś, że to ty?  
— Nie chciałem psuć zabawy, inaczej dałabyś mi fory.— powiedział. 
— Masz rację. To co, jeszcze raz?  
Uśmiechnął się do mnie i znów zaczęliśmy ćwiczyć. Chociaż byłam wampirem ze stu letnim 
stażem, nie miałam szans z Tannerem. Był naprawdę szybki. W jednym momencie odskakiwał 
przed ciosem, by za chwilę zadać go samemu. Kolejny raz upadłam na  podłogę po bolesnym 
pchnięciu. 
— Poddaje się. Biała flaga — oznajmiłam. 
 Poddał mi rękę i pociągnął w górę, bym normalnie wstałam. 
— Chodźmy na śniadanie

 

— zaproponował. 

W szatni wzięłam krótki prysznic. Nadal woda po tylu latach daje mi ukojenie. Porządnie się 
umyłam po treningu i wróciłam się przebrać. Zajęło mi to może z piętnaście minut. Gdy wyszłam 
z pomieszczenia, zobaczyłam czekającego na mnie Tannera. Podeszłam do niego raźnym 
krokiem i razem ruszyliśmy w stronę jadalni. 
Sala była prawie pełna. Zobaczyłam stolik, przy którym siedzieli moi przyjaciele i zaczęłam iść 
w ich kierunku. Przeszła kilka kroków i zauważyłam klęczącego na jednym kolanie przy stoliku 
Erica. Mówił coś do Lexi z miną zbitego psa. Wzięłam głęboki oddech i zawróciłam. 
Postanowiła, że zjem śniadanie z kolegami Tannera. Odsunęłam krzesło i usiadłam. Wilkołakom 
aż szczęka opadła. 
— Część, jestem Tiana — przywitałam się.  
Każdy z nich powoli dochodził do siebie i też się przestawił. Koło mnie siedział Oscar, dalej 
Steve. Byli też dawni znajomi zmarłego wilkołaka, czyli Leo i Malcolm. Ci ostatni rozmawiali ze 
mną niechętnie, ale z czasem przywykli do mojej obecności. Za to cały czas czułam na sobie 

background image

30 
 

wściekłe spojrzenia moich przyjaciół oraz Erica.  
Zjadłam normalnie śniadanie. Wilkołaków trochę brzydziło, że piję krew, ale wytłumaczyłam im, 
że ta nie pochodzi z ludzkiego organizmu. Leo był nawet odważny i spróbował. Co prawda 
wypluł na swój talerz. Posiłek przeminął mi miło. Po posiłku grzecznie się pożegnałam i 
wyszłam z jadalni. Gdy byłam już na pierwszym stopniu schodów usłyszałam głos za sobą: 
— Co ty robisz? Nigdy już nie wybaczysz Ericowi? — Była to Bonny, która oczami mogła 
ciskać gromy. 
— Zachował się jak palant i nie zamierzam odpuścić. — Odwróciłam się i pomaszerowałam do 
dormitorium, a za mną przyjaciółka.  
Doszłyśmy do naszego pokoju i stanęłyśmy jak wryte. Pod drzwiami zobaczyłyśmy leżącą na 
podłodze laleczkę z przyczepioną do odciętej głowy karteczką. Bonny wzięła kukiełkę, której 
łebek zwisał na jednym szwie i podała ją mnie.  
— To do ciebie — oznajmiła. 
— Nie pozwolę, żeby ktoś znów zapadł przeze mnie w śpiączkę, bo komuś się zachciało bawić w 
Van Hellsinga — powiedziałam zirytowana.  
Podbiegłam do kominka i wrzuciłam laleczkę. Oglądałam jak cała zostaje spalona na proch. 
Musiałam wyglądać jak wariat, bo na twarzy czułam, że mam ogromny uśmiech.  
— Zachowujesz się jak jakiś szaleniec  — rzuciła przyjaciółka, a ja zbyłam ją ręką i weszłam do 
wspólnego pokoju.  
Wiedziałam, że gdyby zaczęła ze mną rozmowę mogła bym na nią wybuchnąć, a przecież nic nie 
zrobiła. Siedziałyśmy w milczeniu. Oglądałam swoje odbicie w oknie, a Bonny szkicowała w 
swoim rysowniku, który miała odkąd ją poznałam.  Nagle ktoś zapukał do naszych drzwi i 
wszedł nieproszony.  
Hunter.  
Pocałował Bonny, przywitał się ze mną, a także usiadł na fotelu koło biurka. 
— Dziewczyny mam dla was niespodziankę. Allan w swoim barze urządza koncert Johna 
Lennona i George’a Harrisona. Wszyscy jesteśmy zaproszeni. Pani Blofitz zbiera chętnych — 
oznajmił. 
— Całość brzmi pięknie — odpowiedziałam. — Tylko my mamy nadzór. 
— Pytałam w tej sprawie profesor Harley i powiedział, że możecie iść, tylko macie być grzeczne.  
— Ile mamy czasu do wyjścia? — Do rozmowy włączyła się Bonny. 
— Dwadzieścia minut.— 
— Tylko?! — krzyknęła przyjaciółka. — Dlaczego nie powiedziałeś wcześniej? 
— Z powodu tego, że byś biegała i truła Tianie tyłek, iż nie masz się w co ubrać — rzucił 
sarkastycznie. 
— Święta racja — zażartowałam. 
— To ja wychodzę, a wy się przebierzcie. — Jak na dwunastowiecznego faceta przystało, udał 
się do wyjścia.  
Tak jak Hunter przewidział, Bonny biegała ogłupiała po pokoju, grzebiąc w szafach. Osobiście 
nie miałam z tym tak wielkiego problemu, wyciągnęłam z dolnej półki komody zielona sukienkę. 
Włosy tylko rozczesałam. Zajęło mi to jakieś pięć minut, resztę czasu oglądałam jak moja 
współlokatorka mało nie zwariowała. Wreszcie byłyśmy gotowe. Razem z Hunterem zeszłyśmy 
do głównego holu, gdzie stał już Bill. Dość dużo uczniów zdecydowało się iść. W kącie 
zauważyłam stojącego Erica, przyglądał mi się. Widać było, że nie spał dobrze ostatniej nocy. Po 
chwili czekania przyszła profesor Blofitz. Wyglądała fantastycznie. Miała na sobie czarne 
spodnie z wysokim stanem i złotą koszulę, do tego białe baleriny. Brązowe krótkie włosy 
zaczesała w małego irokeza.  

background image

31 
 

— Rozumiem, że to już wszyscy. — Nauczycielka zwróciła się do nas.  
Wszyscy zgonie odpowiedzieliśmy jej, że tak. 
— W takim razie, idziemy. Pearl, otwórz drzwi — powiedziała do niskiej dziewczyny stojącej 
przy wejściu.  
Ta popchnęła wrota i wszyscy wyszliśmy z budynku. Nie prześlijmy nawet dziesięciu metrów, 
gdy usłyszeliśmy krzyk. Pearl darła się w niebogłosy. Całą grupą natychmiast do niej 
pobiegliśmy. Dziewczyna spojrzała na nas blada, a potem  palcem wskazała drzewo. Musiałam 
się dobrze przyjrzeć, żeby zobaczyć co chce nam przekazać. Znów wydarzenia zaczęły się 
powtarzać. Pod drzewem leżały spalone zwłoki, a koło nich odcięta głowa. Nie wiem jak to 
zrobiłam, ale od razu rozpoznałam w nim Malcolma, chłopaka z jadalni. Nie wiedziałam 
dlaczego, chyba po skrawku koszuli, który widziałam dzisiaj rano z znaczkiem drużyny 
baseballowej Red Soxów. Profesor Blofitz przepchnęła się do przodu. Jej mina wyrażała 
przerażenie.  
— Już do środka! Wracać do Akademii! — warknęła na nas.  
Wszyscy zaczęli odchodzić. Jednych w ogóle nie obchodziło to zdarzenie, innym łzy skapywały 
z twarzy. Stałam, nie mogąc się ruszyć, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. W głowie miałam 
tylko jedna myśl:  
„Te całe przestawienie jest dla mnie”.  
Dopiero Bonny złapała mnie za rękę i popchnęła w stronę boiska. Kiedy miała pewność, że 
jesteśmy same, przystanęła.  
— Czy to ci czegoś nie przypomina? — zapytała. 
— Nie, a co? 
— Dzisiejsza laleczka pod drzwiami pokoju. Coś ci to mówi? 
 Ale ona nie była spalona — odpowiedziałam. 
— To ty ją wrzuciłaś do paleniska. 
— Jeśli powiem o tym pani Blofitz, ukaże mnie. Powie, że to moja wina — załamałam się. — 
Nie możesz jej o tym wspominać. To zostanie naszą tajemnicą. 
— Tiana …— Nagle posmutniała.  
Pokręciłam w przeczeniu głową, to musiało zostać tajemnicą. 
Na dziedzińcu zaczął się ruch, Widziałam biegającą przy ciele madame BelleFleur, profesora 
Evans’a i panią Harley. 
— Wracajmy już do zamku. — odezwała się Bonny. 
— Tak, idź, ale beze mnie, ja muszę podejść do kogoś. 
— Do Tannera? — Pokiwałam w odpowiedzi głową.  
Nie czekałam na przyjaciółkę, tylko ruszyłam prosto do dormitorium chłopców. Rzadko tam 
bywałam, więc jedyne pokoje jakie znałam to sypialnie Thomasa z Ericiem i Huntera z Billem. 
Weszłam do wschodniej wieży i stanęłam zdezorientowana. Nie wiedziałam, w którą stronę iść. 
Zapukałam do pokoju Toma, mając nadzieje, że w nim będzie. Niestety otworzył mi Eric. 
— Tiana! — Uśmiechnął się, a w jego zielonych oczach zagościł błysk. 
— Jest Thomas? — zapytałam chłodno. 
— Nie, nie ma. Siedzi w bibliotece. Może ja bym ci mógł pomóc?— W jego głosie było słychać 
skruchę. 
— Jeśli wiesz gdzie mieszka Tanner.  
— Drugi pokój od lewej strony, ale Tiana …— Złapał mnie za rękę.— Nie niszcz tego, co jest 
między nami. 
Wyrwałam się z jego objęć i pomaszerowałam do sypialni Tannera. Nie zdarzyłam zapukać, gdy 
drzwi się otworzyły i zobaczyłam chłopaka. 

background image

32 
 

— O, cześć!— powiedział. — Właśnie szedłem na koncert do baru „Whisky”, idziesz ze mną? 
— Koncert odwołany. Muszę ci coś powiedzieć, ale to nie jest informacja by mówić o niej w 
przejściu.  
Wpuścił mnie do pokoju. Był większy od naszego. Na ścianie wisiał telewizor, koło niego stało 
drewniane biurko, na którym leżał laptop i pomarańczowy Ipad. Na łóżku w nowoczesnym stylu 
siedział nieznajomy mi młodzian, czytający jakiś komiks. 
— Hej, jestem Tiana — przestawiłam się. 
— Arthur.  
— Chłopie, wyjdź na chwilę — poprosił Tanner. Facet wziął komiks i wyszedł na zewnątrz. — 
Więc co się stało? 
— Malcolm nie żyje —powiedziałam. 
— To smutne. 
— Tylko tyle? 
— Nie przepadałem jakoś specjalnie za nim. Raczej tolerowałem go ze względu na Mike’a, ale 
jego już tu nie ma —odpowiedział. 
— W takim razie idę już do siebie. Zobaczymy się na Alchemii.  
Otworzyłam drzwi i wyszłam z pokoju. Po drodze spotkałam Arthura czytającego swój komiks o 
Supermanie. Gdy przyszłam do swojej sypialni było około dwudziestej drugiej. W pokoju 
panowała ciemność, Bonny musiała być u Lex, a ja kolejny raz zasnęłam w samotności. 
  Kolejny tydzień był taki sam. Nie za ciekawe lekcje i nudne wyrównawcze z Alchemii. Czułam, 
że w pewnym sensie dotknęła mnie uwaga Tannera, o tym, że Malcolm nie był jego 
przyjacielem. Niby rozmawiali ze sobą i przebywali w swoim towarzystwie, ale nic więcej. Jak to 
on powiedział, znosili się nawzajem. 
  Dopiero w piątkową noc zaczęło się coś dziać. Była druga nad ranem, gdy obudził mnie trzask 
szyby, jakby ktoś rzucił w nią jakimś kamieniem. Przetarłam zaspane oczy i podeszła do 
okiennic. Widok, który zobaczyłam zaskoczył mnie. Na dole stał Tanner, wymachując rękoma 
jak wariat. Przekręciłam klamkę i otworzyłam okno. 
— Tiana, ubieraj się!— krzyknął. 
— Po co? — zapytałam. 
— To niespodzianka. Nie marudzi, tylko zbieraj się.   
Wytknęłam mu język i zamknęłam szybę. Założyłam na siebie stare dresy, czarny top i moje 
ulubione trampki Converse. Do workowatej torby włożyłam cały zapas krwi z naszego barku. 
Coś czułam, że to będzie długa noc. Wyszłam na parapet i przygotowałam się do skoku. 
Upewniłam się, że nic mi nie wypadnie i skoczyłam. Wylądowałam centralnie na środku 
dziedzińca. 
— Ładnie, ładnie. — pochwalił mnie Tanner, a ja się ukłoniłam.  
Chłopak ubrany był podobnie do mnie. Na dole miał dres, a u góry białą bluzę. 
— Po co mnie tu ściągnąłeś o …— spojrzałam na zegarek — drugiej piętnaście?. 
— Nie ma czasu na pogaduszki, chłopaki już czekają. 
— Ale po co? — powtórzyłam, ale chłopak mi nie odpowiedział na pytanie, tylko złapał za rękę i 
pociągnął w stronę leśnej szosy.  
Szliśmy tak może z dziesięć minut. Nagle stanął, a ja tuż za nim. Pomachał rękę i w jednej chwili 
w moje oczy zaświeciły samochodowe reflektory. Tanner pokazał mi żebym wsiadła bez obawy. 
W samochodzie byli już jego kumple: Steve, Oscar i Leo. 
— Czyje to auto? — spytałam zadziwiona bogactwem wnętrza auta.  
Fotele obite w beżową skórę, w podgłówkach ekrany i wysokiej jakości GPS. 
— Moje — odezwał się Oscar. 

background image

33 
 

— Jego starzy są jednymi z najbogatszych mieszkańców Nowego Jorku — dodał Leo.  
— Właściwie, to co ja tu robię?  
— Tiana, chłopaki jadą na pogrzeb Malcolma — powiedział smutno, co wydało mi się dziwne, 
bo ostatnio się tym nie przejął. — Za to nas wysadzą w Bostonie.  
— A co z akademią? 
— Nawet nie zauważą, że cię nie ma. Teraz odprężcie się, przed nami długa droga — 
odpowiedział mi Oscar.  
Zapalił silnik i pojechaliśmy prosto przed siebie. Razem z Tannerem włączyliśmy ekran w 
podgłówku kierowcy i wybraliśmy film dostępny z oferty. Po jakiejś godzinie zasnęłam, a 
obudziłam się dopiero gdy byliśmy na autostradzie stanowej. Zatrzymaliśmy się koło stacji 
benzynowej, za potrzebą, a później znów ruszyliśmy w stronę Bostonu. 
Była dokładnie siódma rano, kiedy dojechaliśmy do miasta. Tanner poprosił, żeby Oscar 
wysadził nas na New Chardon Street. Była minusowa temperatura i śnieg delikatnie opadał na 
ziemię, choć zaczęła się dopiero druga połowa listopada. Ludzie dziwnie się na mnie patrzyli, 
gdy ja w samym krótkim rękawku wysiadłam z auta, a oni opatuleni w czapki i szaliki szli ulicą. 
 Tanner podszedł do mnie i pokierował w górę alei. 
— To, co dalej robimy? — zapytałam. 
— Przechodnie osobliwie na ciebie spoglądają, dlatego musimy się zameldować się w hotelu. 
— Jakim hotelu? Planujemy zostać tutaj dłużej? 
— Nie przejmuj się, mam kontakty. 
Zatrzymaliśmy się przed hotelem Four Seasons. Popatrzyłam na niego nie pewnie, ale on tylko 
wzruszył ramionami i wszedł do budynku. Poprosił bym poczekała na kanapie dla gości, gdy on 
sam podszedł do recepcji. Zaczął rozmawiać z kobietą, siedzącą za kontuarem. Usłyszałam jak 
się jej przedstawia, a ona od razu złapała za telefon i zaczęła nerwowo mówić do słuchawki. 
Tanner odwrócił się i zawołam mnie do siebie. 
— Często tutaj bywasz? 
— Od czasu do czasu — odpowiedział. 
Poszłam razem z nim w stronę windy, koło niej była tabliczka z napisem ”VIP”. Wcisnął 
przycisk i weszliśmy do środka. Jak na windę była bardzo ładna. Wszystko z metalowymi 
zdobieniami i okryte szarą staromodną tapetą. Znów drzwi się otworzyły, a przed moimi oczyma 
ukazał się gabinet. Przynajmniej tak wyglądał. Nagle z za ściany wyskoczył wielki pies, najpierw 
popatrzył na nas z wrogością, ale później skocznym krokiem podbiegł w naszym kierunku. 
Zaczęłam go głaskać karku i drapać po uszach. Jego brązowa sierść była miła w dotyku. Zwierze 
wydało przyjemny skowyt. 
 — Jaka z ciebie milusia psina — mówiłam do jego nastawionego ucha.  
Jego oczy zaszły znów gniewem. Odsunął się ode mnie, stanął na dwóch łapach i zwierzę 
przemieniło się w wysokiego, dobrze zbudowanego człowieka w średnim wieku, który miał na 
sobie garnitur. 
—Czy to ci wyglądało na psa, dziewczyno?! — huknął a mnie, a ja z przerażenia, aż 
odskoczyłam do tyłu, ale walnęłam w drzwiczki windy.  
Na szczęście mężczyzna już się uspokoił. 
— Kogo ja tu widzę, Tanner Van der Bild.— Podszedł do mojego przyjaciela i go uścisnął.  
Van der Bild to nazwisko coś mi mówiło, ale nie mogłam sobie przypomnieć co.  
— Kim jest twoja przyjaciółeczka?— spytał, lustrując mnie od góry do dołu. 
— To jest Tiana Einberg. Ona jest wampirem— odpowiedział mu Tanner.  
Miałam dziwne wrażenie, że ta dwójka zna się bardzo długo.   
— Aha. Nazywam się Jonathan Sharp i jestem w właścicielem tego hotelu. — Uścisnął mi rękę 

background image

34 
 

w pojednawczym znaku.  
Nadal czułam narastające napięcie. 
— Tiana musi się przebrać, bo za bardzo rzuca się w oczy. Pomożesz nam John?  
— Oczywiście, dla mojego przyjaciela wszystko. Pojedź moją windą do pokoju sześćset 
siedemnaście. Jest tam pełna szafa, to będą drugie drzwi po prawej — rzekł do mnie i odwrócił 
się do chłopaka — Z tobą Tanner chce jeszcze porozmawiać.  
Pożegnałam się z nimi i pojechałam na wybrane piętro windą. Wow. Pomieszczenie było 
ogromne. Na środku stał elektryczny kominek, wokół niego przepiękne skórzane sofy. Z boku 
był telewizor plazmowy. Rzuciła torbę na kanapę i, tak jak Jonathan prosił, weszłam do drugiego 
pokoju po prawej i zobaczyłam wielką garderobę, wypełnioną markowymi ciuchami.  Od 
sukienek do płaszczy i garniturów najlepszych projektantów: Donna Karan, Michael Kors, Karl 
Lagerfeld i nawet Alexander McQueen. Wzięłam ze sobą krótka fioletową sukienkę i czarne 
legginsy, do tego szary długi sweter z kaszmiru i kurtkę zimową. Musiałam zabrać też okulary 
przeciw słoneczne, bo gdy przebywam z duża ilością śmiertelników moje oczy robią się 
czerwone. Wiecie, zew i te sprawy. Poszłam do łazienki się przebrać. Na szczęście trafiłam przy 
pierwszych drzwiach jakie wybrałam. Tym razem nie zaskoczył mnie wygląd łazienki. Tak jak 
reszta pomieszczeń, lub nawet całego hotelu, była bogato zdobiona.  
Gdy się przebrałam, nie wiedziałem gdzie zostawić ubrania, więc wepchnęłam je do szafki pod 
umywalką. Wyszłam z łazienki i postanowiłam wypić jedną butelkę z krwią, resztę włożyłam do 
barku. Kiedy tak sobie piłam i oglądałam telewizję, przyjechała winda, z której wyszedł Tanner. 
— Fajnie, że znalazłaś coś dla siebie. No, to co? Ruszamy na miasto? — Uśmiechnął się szeroko. 
— Chyba tak. Mogę ci zadać pytanie? — Przyjaciel kiwnął twierdząco głową. — Skąd znasz 
Jonathana? 
— Pomógł kiedyś mojemu ojcu — powiedział niepewnie. 
— Okey, to gdzie najpierw idziemy?  
— Zaczniemy od

 Freedom Trial.

 

Wyszliśmy z hotelu, założyłam okulary, a Tanner pokazał mi czerwoną linię, biegnącą po środku 
chodnika, którą dopiero teraz zauważyłam. Przyjaciel wytłumaczył mi, że to kreska prowadzi do 
najlepszych atrakcji Bostonu. Spacerowaliśmy po linii. Najpierw byliśmy w zabytkowym 
centrum Bostońskim, targowisku Faneuil Hall i domu Paula Revere. Koło godziny trzynastej 
bolały mnie strasznie nogi i dokuczał głód. Zatrzymaliśmy się w Prudential center. Byliśmy w 
restauracji KFC, niestety nie miałam przy sobie butelki z krwią, więc musiałam się zadowolić 
ludzkim jedzeniem. 
— Teraz ty wybierasz co mamy robić. — oznajmił. 
— Dobra. Z reguły na Łowy przyjeżdżamy na wieczór, z tego powodu nie mamy czasu 
poszperać po sklepach. Wstawaj idziemy zobaczyć co w tym stuleciu jest modne w butikach. — 
Zgodził się, ale niechętnie. Cóż, w końcu to facet. Najpierw byliśmy w DKNY, w którym 
kupiłam śliczną bluzeczkę dla Bonny. Udaliśmy się też do innych markowych sklepów. 
Sprzedawczyni butiku Mexx pomogła mi wybrać prezenty dla Huntera i Billa. Księgarnie mnie 
zaskoczyły. Mnóstwo książek z różnych epok. Moją uwagę przykuło literatura fantasy, właśnie o 
wampirach. Kupiłam kilka książek w prezencie na rzecz Lexi. Sklep z technologią był odlotowy. 
Tanner tłumaczył mi do czego służą jakieś dziwne rzeczy typu pendrive, o którym nie miałam 
pojęcia, że istnieją. Postanowiłam nabyć dla Thomasa jednego z takich gadżetów, bo on uwielbia 
takie nowinki. Kupiłam też świeczki i różne takie przybory na Andrzejki, dlatego, że planowałam 
powróżyć z dziewczynami. Wynalazłam kiedyś to święto w Internecie i mi się spodobało. Do 
naszego pokoju  wróciliśmy około dziesiątej. Jednym chlustem wypiłam krew, którą przed 
wyjściem włożyłam do lodówki. Tanner pozwolił mi wybrać sypialnie. Nie zastanawiałam się 

background image

35 
 

długo, po prostu weszłam do pierwszego pokoju. Nie był tak bogato ozdobiony jak reszta 
pomieszczeń, raczej zrobiony na zwykłą małżeńską sypialnie. Do tego oddzielna łazienka.  
Wzięłam krótką kąpiel. W akademii nie ma wanien, wiec miło się tak od czasu do czasu 
rozkoszować ciepłą wodą. Uczesałam i wysuszyła włosy. W kubeczku była szczoteczka do 
zębów. Przez chwilę myślałam, czy jest ona używana, ale stwierdziłam, że jeśli to taki znany 
hotel, to musi być czysta . Położyłam się na ogromnym łożu, byłam zmęczona, więc od razu 
wpadłam w ramiona Morfeusza. 
 Znów obudziłam się w środku nocy, tym razem czułam narastający głód, z którym wolałam nie 
zadzierać. Zajrzałam do hotelowego barku i wyjęłam butelkę. Dopiero po chwili zauważyłam, że 
coś tu nie gra, brakowało dwóch butelek. Z reguły pilnuję mojego zapasu krwi. Liczę wszystkie 
butelki i takie tam, lecz kto mógłby wypić ją teraz. Nie sadzę, że sprzątaczką się zachciało 
spróbować czegoś nowego. Wypiłam szybko, ponieważ znów mi się oczy zaczęły zamykać, już 
nie zastanawiając się dłużej wróciłam do łóżka. 
 
Otworzyłam oczy. Zegar ścienny pokazywał w pół do dziesiątej, a słońce wlewało się do 
sypialni, rozświetlając ściany pomieszczenia. Opatuliłam się szlafrokiem z logo hotelu. Poszłam 
do prowizorycznej kuchni. Miałam ochotę na naleśniki, ale nie znalazłam potrzebnych 
produktów. Zadzwoniłam do obsługi i zamówiłam dwa razy danie do pokoju. Po dwudziestu 
minutach przyszła pokojówka z wózeczkiem, który zostawiła i wyszła. Wzięłam talerz i usiadłam 
na kanapie. Postanowiłam nie budzić Tannera, skoro do tej pory nie dał znaku życia. Zaskoczyła 
mnie sprzątaczka wychodząca z jego pokoju. Nie było by to dziwne, gdyby nie to, że w ręku 
trzymała moje butelki z krwią, które były puste. 
— Skąd pani to ma? — naskoczyłam na nią. 
— Ja… przepraszam, panicz Van der Bild powiedział, że mogę posprzątać — odpowiedziała i w 
popłochu uciekła z pokoju.  
Stałam w lekkim szoku, dopóki  Tanner nie wyszedł ze swoje pokoju. Miał na sobie tylko 
spodnie od piżamy, wiec można było zobaczyć jego pięknie zakrojone mięsnie na brzuchu. 
Postanowiłam nie pytać go o butelki i sama zobaczyć o co w tym wszystkich chodzi.  
— Dzień dobry — powiedział, a ja mu odpowiedziałam tym samym. — Idę wziąć prysznic, a ty? 
— Co ja? Mam pójść z tobą? 
— Nie o to mi chodziło, ale …dobra — zgodził się bez przeszkód, a ja poczułam, że moją twarz 
oblewa czerwony rumieniec. 
— Nie ma mowy! — rzuciłam szybko. 
Tanner odwrócił się, już otwierając drzwi do swojego pokoju spojrzał na mnie i oznajmił: 
— Chciałbym żebyś dzisiaj ubrała się ładnie, bo chce ci przestawić mojego przyjaciela. 
— Chcesz powiedzieć, że mam zły gust? — spytałam żartobliwie. 
— Kobiety! — Wszedł do pokoju i zamknął drzwi.  
Cały czas nasłuchiwałam. Usłyszałam jak zdejmuje ubranie, wchodzi pod prysznic i puszcza 
wodę. Dobrze, miałam jakieś dziesięć minut zanim skończy. Po cichu wślizgnęłam się do jego 
pokoju. Był duży, prawie taki sam jak mój. Nie wiedziałam od czego zacząć. Zobaczyłam 
komodę, zaczęłam przeszukiwać szuflady, ale każda była pusta, jakby w ogóle tutaj nie 
przebywał. Zobaczyła telefon na szafce nocnej. To mogła być jedyna szansa, by dowiedzieć się 
co robiły tutaj moje butelki. Weszłam najpierw w kontakty, ostatnio nie wykonywał połączeń, 
oprócz dziwnego numeru. Kliknęłam zieloną słuchawce i przyłożyłam sobie do ucha. 
— Halo, Tanner. Coś się dzieje z naszym planem? — odezwał się jakiś męski głos, znajomy mi 
głos. 
Nagle do pokoju wszedł mój przyjaciel. Spanikowana nie wiedziałam co zrobić, szybkim 

background image

36 
 

wampirzym ruchem wyłączyłam rozmowę i schowałam telefon pod tyłek. 
— Co ty tu robisz? — chłopak spytał zadziwiony. 
— Chciałam skorzystać z … twojej łazienki, ponieważ … moja mi nie podoba. —  Słaba 
wymówka, ale lepszej mi się wymyślić. — Dobra, chyba jednak wrócę do swojej łazienki.  
Tanner patrzył na mnie badawczo. Czułam, że coś niedobrego się dzieje. Wstałam, nogi trzęsły 
mi się jak galareta z niewiadomych powodów. Niepewnym krokiem wyszłam z pokoju. 
Wyczuwałam jego wzrok, odprowadzający mnie do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi, oparłam 
się na nich i wzięłam głęboki oddech. Zachowałam się jak ostatnia idiotka, szpiegując swojego 
przyjaciela. Wzięłam szybki prysznic. Umyłam zęby, a włosy upięłam spinkami w artystycznym 
nieładzie. Ubrałam się też w wcześniej wyciągnięte ubrania, czyli piękną kremową sukienkę do 
kolana z długimi rękawami oraz z golfem. Dziwnie się w niej czułam, ale ostatnio wszystko 
wydaje mi się dziwne, więc to może jest już normalne. Wyszłam z pokoju, przy windzie stał już 
Tanner. Uśmiechnął się do mnie, a ja się obróciłam w koło własnej osi, by pokazać mu mój strój. 
Ha, ja mam gust! 
— Wspaniale. — Miałam nadzieję, że to był prawdziwy komplement. 
Poczekaliśmy na windę i zjechaliśmy na dół. Zdziwiło mnie, że zaprowadził nas do hotelowej 
restauracji. Kelner zaprowadził nas do stolika trzyosobowego i podał karty. 
— Mam do ciebie prośbę, jeszcze nie zamawiaj. 
— Dobra, ale na kogo czekamy? —  zapytałam, bo ciekawość zżerała  mnie od środka. 
— Na mojego przyjaciela, już ci mówiłem. 
Mijały minuty, ale nikt się nie zjawił. Przyglądałam  się każdemu i nic. Moją uwagę szczególnie 
zwróciła kobieta, lepszym określeniem byłaby dziewczyna w moim wieku, która przyszła przed 
chwilą. Ubrana była w bladoróżową koszulę, przylegającą do ciała i odkrywają jej duży biust. Na 
dole miała czarną spódnice bombkę, która sięgała do kolan  i pokazywała jej długie nogi w 
kozakach na wysokiej szpilce. Jasne blond włosy z lokami zostawiła rozpuszczone na lewym 
ramieniu. Zauważyłam, że wszyscy się na nią gapią. Dziewczyna podeszła do najbliższego 
kelnera i zaczęła z nim rozmawiać. Po krótkiej chwili facet pokazał jej nasz stolik, a dziewczyna 
podeszła. Nie wierzyłam własnym oczom, to miał być ten przyjaciel!? Przeczuwałam nachodzącą 
katastrofę. Tanner wstał, a ja za nim. Przyjaciel  uściskał ją bardzo mocno. Muszę to powiedzieć, 
zaczęłam być o niego zazdrosna. 
— Tiana, to jest moja przyjaciółka Chloe — oznajmił, a ja  popatrzyłam niego na niego ze 
złością .  
— Hej. Dużo o tobie słyszałam —  powiedziała, nie ukrywałam tego, że się skrzywiłam. 
— A ja o tobie nic. 
Usiedliśmy wszyscy razem przy stoliku. Atmosfera była napięta. Zabrałam się do szukania 
jakiegoś śniadania w karcie. Zawołałam kelnera. 
— Poproszę o  naleśniki z marmoladą, a dla was? — Byłam bardzo ciekawa czy Tanner jej 
powiedział, że jestem wampirem, jeśli tak, to nie dała się zdradzić. 
— Ja poproszę to samo — odezwał się mój przyjaciel. 
— Dla mnie francuskie tosty i jajka po benedyktyńsku — stwierdziła Chloe.  
Tylko mi się wydaje, czy ona zawsze musi wychodzić przed szereg? Kelner odszedł, zostawiając 
nas samych. 
— Jak długo znasz Tannera? — spytałam . 
— Od zawszę, tak naprawdę. — Popatrzyła na chłopaka, a on się uśmiechnął.  
Uśmiechem dotychczas zarezerwowanym dla mnie! Zaczynałam mieć tego dość. 
— Fajnie — rzuciłam. — Ale gdzie tak właściwie? 
— Eagle Theatre — odpowiedziała słodko, nie wzruszona moją natarczywością. 

background image

37 
 

— W Sacramento? — znów się dopytywałam.  
Tanner się nie odzywał.  
— Tak, a co? 
— Został zniszczone podczas powodzi w 1849r. 
Oboje wydali się zmieszani tym faktem.  
— Może go później odbudowali? — Chloe próbowała postawić na swoim. 
— Później wybudowali tam Actors Equity. 
— O, patrzcie idzie kelner — rzucił Tanner, tak jakby chciał przerwać naszą kłótnie, ale miał  
racje, facet niósł w naszym kierunku jedzenie.  
Zjedliśmy w ciszy, dalej już też się nie odzywałam, tylko pani Blondyneczka cały czas nawijała.  
Koło jedenastej Tanner pożegnał się z Chloe i poszliśmy na górę zabrać wszystkie rzeczy. Z tego 
co się dowiedziałam, Jonathan, właściciel hotelu pozwolił zabrać mi ubrania, w których  
chodziłam. Tak więc, z jednej torby, z którą przyjechałam, zrobiło się prawie pięć. Tanner 
pomógł mi je wszystkie znieść. Przed hotelem czekali już na nas chłopcy. Paczki wrzuciłam do 
bagażnika. Miło było zobaczyć normalnych ludzi po spotkaniu z Chloe. W czasie podróży dużo 
rozmawialiśmy. Leo opowiadał o pogrzebie i o tym jak Steve się popłakał, oczywiście ten się 
wypierał. 
— A więc poznałaś Chloe — powiedział  Leo. 
— Tak! — Popatrzyłam znacząco na niego. 
— Na początku myślałem to samo, ale da się z nią przeżyć. 
— Przestańcie jechać po Chloe. — Do rozmowy włączył się Tanner. 
W takiej atmosferze wracałam do akademii. Równo o szesnastej byliśmy na miejscu. 
Zaparkowaliśmy na tej samej szosie co na początku. Wzięłam torby z bagażnika i poszłam w 
stronę szkoły. Tanner siedział z chłopakami w aucie, mieli jeszcze pojechać do Salem, tylko mnie 
wysadzili pod szkołą. Czekałam pod bramą i zastanawiałam się jak mogę się wcisnąć. Jak się  
okazało nie było z tym wielkiego problemu, bo wszyscy byli na dziedzińcu, ciesząc się 
pierwszym śniegiem. Zauważyłam siedząca na ławce Bonny, która rozmawiała z Lex. 
Najszybciej jak umiałam pobiegłam do nich. Torby świstały na powietrzu. Zobaczyły mnie i 
mina im zrzedła.  
— Gdzieś ty była?! — huknęła na mnie Bonny. 
— Cicho, byłam z Tannerem. 
— No tak, kochany Tanner — powtórzyła sarkastycznie Lex. 
— Nie powiedziałyście pani Harley? 
— A co my Wiedźmy? — oburzyła się Bonny. 
— Moje kochane! — Uścisnęłam je mocno. 
— A co masz w tych pakunkach? — zapytały równocześnie, a w ich oczach zapłonęły iskierki. 
— Nie zapomniałam o was w Bostonie. Proszę! 
Podałam im torby. Obydwie rzuciły mi się na szyję. 
— O jejku, jaki śliczna bluzka. To kaszmir? — spytała mile zaskoczona. 
— Jedwab. 
— Ja też dziękuję, wiesz jak uwielbiam czytać współczesne książki.  
— A wiecie gdzie są chłopacy? Dla nich też coś mam. 
— Widzisz tych facetów z tyłu. Rzucających się śnieżkami. — odezwała się Bonny. — To 
właśnie oni. 
Zawołałam ich a oni posłusznie przybiegli. Ich reakcja była dla mnie nie spotykana. 
— Królowa Wilkołaków wróciła, witamy! — krzyknęli na mój widok. 
— Też się cieszę, że was widzę — odpowiedziałam. Popatrzyli znacząco na torby. — Tak to dla 

background image

38 
 

was. — Ucieszyli się jak małe dzieci. 
 
 
 
 
                                                                   *** 
 
 
 Następnych dni, nie ma co opisywać. Nudne i nie interesujące. Jedyne co podnosiło mnie na 
duchu, to fakt, że niedługo są andrzejki. Wszyscy gonili się nawzajem i zapraszali na 
potańcówkę. Czułam jak Eric włóczy się za mną bez celu. Nadal jeszcze mu nie przebaczyłam. 
 Nadszedł wreszcie ten wymarzony dzień, dwudziesty dziewiąty listopada. Nie mówiłam 
dziewczyna co planuje, tylko prosiłam aby nie szły na tance z chłopakami. Przez cały dzień nie 
wpuszczałam dziewczyn do pokoju. W końcu się ściemniło, ja przygotowałam pokój i wpuściłam 
przyjaciółki do środka. Najpierw jak zobaczyły  świeczki, to się nie zdziwiły, ale jak 
powiedziałam im, że mam zamiar wywoływać duchy z księgi czarów, to się ucieszyły tak samo 
jak ja. Nasza trójka była tak samo szurnięta. Usiadłyśmy wreszcie na podłodze wokół zapalonych 
świeczek. W tle było słychać muzykę z potańcówki. Księga była już wyjęta i tylko czekała na 
nas. Pamiętam jak moja babcia Gemma, dała mi ją jeszcze za młodu. Zabrała ją jakiejś 
czarownicy, mieszkającej w pobliżu, zanim została spalona na stosie. 
— Zaczynamy? — spytała Bonny z lekkim przerażeniem w głosie. 
— W końcu już jesteśmy martwe, nie mamy nic do stracenia — odpowiedziałam. 
Złapałyśmy się za ręce i zaczęłyśmy powtarzać słowa, intonując każde zdanie coraz głośniej, tak 
jak kazała księga : 
— Inseminate  menoira tempore. 
— Inseminate  menoira tempore.  
— Inseminate  menoira tempore! 
— Inseminate  menoira tempore!!
 
Nagle świeczki zgasły, w pokoju zapanował mrok. Przestraszyłam się nie na żarty. 
— Czy tak powinno być? — zapytała Lexi, jej głoś drżał, tak jak i ręce. 
— Teraz powinnyśmy wypowiedzieć życzenie — oznajmiłam. 
— Co się dzieje w szkole? — zgodziłyśmy się na to pytanie z Bonny . 
Czekałyśmy co się stanie. Znów świeczka na środku zapłonęła. Pojawił się dym, najdziwniejszy 
jaki widziałam. Miał jakby wyrzeźbione napisy. Podbiegłam do kartkę, długopis i zaczęłam 
zapisywać. Popatrzyłam na końcowy efekt, a później na dziewczyny. Wow, coś niesamowitego.  
— Przeczytaj nam. — ponagliła mnie Lex. 
— „Zły za dobrego się podaje, 
      Chce wprowadzić nowe zwyczaje.  
      Akademię sobie podporządkowuje, 
      Wilkołaki i Wampiry ze sobą demoralizuje. 
      On wielką wojnę zapoczątkuje, 
      W której jeden zginie, a drugi przeżyje.” 
— Przerażające, normalnie zaczynam się bać —  rzuciła Bonny. 
W tym momencie drzwi się otworzyły, a najdziwniejsze, że stał za nimi …. 

 

 
 

background image

39 
 

Rozdział 6 
 
W tym momencie drzwi się otworzyły, a najdziwniejsze, że stał za nimi … no, właśnie nikt. 
Podeszłam do nich i rozejrzałam się, nikogo nie było w pobliżu. Już miałam zamykać drzwi, gdy 
usłyszałam Bonny. 
— Czekaj, zobacz coś leży na ziemi. — Miała rację na podłodze leżało ciasteczko.  
Wzięłam je do ręki i pokazałam dziewczyną. 
— Wygląda jak chińskie ciasto z wróżbą — odezwała się Lex. — Wystarczy je rozgnieść i 
wyciągnąć wróżbę. 
Zrobiła tak ja powiedziała, ale jej wyraz twarz przestawiał coś strasznego. 
— Lex, co tam jest napisane? — zapytałam. 
Nadal siedziała wpatrzona w karteczkę, w końcu drżącymi rękoma zostawiła ją na łóżku. 
Popatrzyłyśmy z Bonny po sobie. Wzięłam ją i zaczęłam czytać. 
 
A więc wiecie kim jestem.  
Tik tak, tik tak,  
zaczęła się gra., 
Kto będzie pierwszy, 
 ty czy ja?  
                        
 „V.” 
 
— V jak…? — rzekła Bonny. 
— Vendetta! Ktoś chce zemsty — odpowiedziała Lexi. 
— Zobaczcie, to jest napisane odręcznym pismem — zauważyłam. 
— Tak naprawdę nikt nie wie o Akademii, więc musi to być osoba spośród nas. Ten ktoś ma 
rację, zaczęła się gra — dodała Bonny. 
— Mam dziwne wrażenie, że ta zabawa jest na śmierć i życie. — oznajmiłam smutno. 
Tak właśnie skończył się wieczór wróżb andrzejkowych. Przerażone postanowiłyśmy nie 
zajmować się dalej tym wszystkim. Lex wróciła do swojego pokoju. Ja i Bonny poszłyśmy spać. 
Myślałam, że jeszcze długo nie zasnę tej nocy, lecz jak tylko położyłam się do łóżka Morfeusz 
zabrał mnie do siebie. Wtedy zaczął się mój koszmar. 
                                                                  
Stałam w środku naszego lasu. Czułam na sobie czyjś wzrok, ale nie wiedziałam żadnych osób. 
Ktoś zaczął się śmiać. Obracałam się by zlokalizować źródło. W końcu zaczęłam biec przed 
siebie. Przerażenie brało nade mną górę. Miałam wrażenie, że robię to w nieskończoność. Nagle 
obraz się rozmył i pojawiłam się w lochach naszego zamku. Przede mną stała jakaś osoba, nie 
mogła jej rozpoznać, bo była odwrócona do mnie plecami. 
— Już wiesz kim jestem? — zapytał, ale głoś miał zniekształcony i nie wiedziałam kto to.  
— Nie wiem! — krzyknęłam z całych sił. 
— Zastanów się! V jak ….— Już miał się obrócić, gdy znów obraz się rozmył. 
                                               
Obudziłam się cała zalana potem. Słońce wlewało się do pokoju przez zasłony. Bonny siedziała 
na łóżku, cały czas mnie obserwując. 
— Krzyczałaś. 
— Przepraszam cię, Bonny, miałam koszmar. — Opowiedziałam jej wszystko po kolei, a ona 
siedziała cichutko skulona na łóżku. 

background image

40 
 

— I co? — spytałam, 
— Pora iść na lekcje — odpowiedziała. 
— Tylko tyle!? 
— A co mam powiedzieć, że w tym wszystkim chodzi o ciebie. Mike zginął, Malcolm został 
spalony, a ja byłam w śpiączce, tylko po to by przekazać ci jakąś głupią wiadomość!  
  Po tych słowach wyszła z pokoju, zostawiając mnie samą. Szybko się ubrałam i umyłam. Choć 
miałam jeszcze dużo czasu do pierwszej lekcji, pomaszerowałam w stronę Sali od Alchemii. Po 
drodze wpadłam do jadalni i wzięłam sobie butelkę z krwią. Gdy przyszłam do pomieszczenia 
naukowego miałam jeszcze dobre dziesięć minut. Usiadłam na moim miejscu, wyjęłam książki  i 
popijałam napój. Od niechcenia spojrzałam na tablicę. Cała zawartość moich ust znalazła się na 
podłodze przed ławką. Znów popatrzyłam przed siebie. Nie mogłam uwierzyć w to co widziałam. 
Było na niej napisane wielkimi literami: 
  
„KRÓLOWA WILKOŁAKÓW WRÓCIŁA DO SZKOŁY. POLOWANIE CZAS ZACZĄĆ. 
ZOBACZYMY CO NAJPIERW ZNAJDZIESZ, MNIE CZY MARTWEGO LEO?” 
 
Usłyszałam czyjeś kroki na korytarzy. Rzuciłam się do tablicy i wzięłam pierwszą z brzegu 
gąbkę. Zmywałam jak oszalała, odetchnęłam dopiero, gdy napisu już nie było. 
— Co robisz? — usłyszałam głos za sobą.  
Odwróciłam się i zobaczyłam Erica. Nie był już taki mizerny jak ostatnio. 
— Czyszczę  tablicę. Nie widać? — spytałam z przekąsem. 
— Dobra, tylko mnie nie bij —odparł żartobliwie. 
Już się nie użalał nad sobą, tylko doszedł do normalności. W pewnym sensie wkurzyło mnie to, 
bo w końcu to ja powinnam mu to ułatwiać, przyjmując przeprosiny, ale on po prostu znów był 
jak dawny Eric. 
Uczniowie zaczęli przychodzić do klasy. Pojawił się też Tanner.  Pocałowałam go w policzek na  
przywitanie. 
— Myślałam, że jesteś na mnie zła, z powodu Chloe.  
— Mam teraz inne zmartwienia na głowie — odparłam. 
— Byłaś na potańcówce, bo cię nie widziałam? 
— Nie — rzuciłam. — Urządziłyśmy z dziewczynami andrzejki.  
Wspomnienie tamtej nocy wywołało u mnie dreszcze. W tym momencie przyszedł pan Evans i 
kazał nam wszystkim usiąść na miejscu. Na lekcji pracowaliśmy w parach. Ja przysiadłam się do 
Tannera, co było oczywiste. Profesor podał każdej parze dość dużą sztabkę ołowiu i kazał 
zamienić w złoto. Nie byłoby problemu, tylko tyle, że ona była strasznie wielka.  Moją uwagę 
przykuwał cały czas Eric, który dosiadł się do Darcy Newhart. Farbowanej blondyneczki z 
tipsami, nowej w szkolę.  
Szmata, pomyślałam. 
— Tiana — odezwał się Tanner. — Zrobiliśmy to. 
— Co? — spytałam zdezorientowana. 
— Szkoła, alchemia, złoto. Pamiętasz? 
— Fajnie — burknęłam. 
Cały czas patrzyłam się na Erica i Darcy. Rozmawiali i śmiali się, jak dwie papużki. 
— Lubisz go? — zapytał przyjaciel. 
— Erica? Nie wiem, tak naprawdę. Myślałam, że coś nas łączy, ale on jest… Po prostu, nie 
wiem. 
— Nie tylko ty na niego zerkasz. On też patrzy w naszym kierunku. Na przykład teraz. 

background image

41 
 

Dyskretnie spojrzałam za siebie, Tanner miał racje. Postanowiłam dopiec Ericowi.    
Przysunęłam się bliżej mojego przyjaciela i oparłam się na jego ramieniu. 
— Co ty robisz, Tiana? — zapytał zdziwiony. 
— Wkurzam Erica. 
— To ci się udało. Popatrz tylko. 
Odwróciłam głowę do tyłu. Eric postanowił bawić się razem ze mną, ponieważ zaczął głaskać 
Darcy po ręce i takie tam, a jakby tego było mało, pocałował ją w policzek. Zdzira. 
Zemsta będzie słodka. Przysunęłam się jak najbliżej do Tannera i szepnęłam mu do ucha: 
— Zrób coś dla mnie. 
— Ale co? 
— To. 
Przyłożyłam moje usta do jego i pocałowałam. Miałam nadzieje, że to będzie zwykły pocałunek, 
ale Tannera dorzucił do niego swoje trzy grosze. Od stu lat nikt mnie tak nie całował. Ledwo 
zaczerpnęłam oddech, gdy skończył. Masz za swoje, Eric! Spojrzałam do tyłu i uśmiechnęłam się 
gorzko do niego. Totalnie go zamurowało. 
W końcu pan Evans ogłosił koniec lekcji. Jako ostatnia spakowałam swoje rzeczy i już miałam 
wychodzić, gdy w przejściu stanął Eric i zagrodził mi wyjście. Poczułam się zdezorientowana, bo 
nie wiedziałam co chłopak planuje. 
— Co to było? — zapytał. 
— Lekcja alchemii — zażartowałam, choć bardzo dobrze wiedziałam o co mu chodzi. — 
Niewinny pocałunek — dodałam po chwili. 
— Nie, to jest niewinny pocałunek. 
Zbliżył się do mnie. Chciałam odejść, ale nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Stałam tam jak 
sparaliżowana. Był co raz bliżej, mogłam zobaczyć jego wielkie brązowe oczy i zieloną plamkę 
w nich. Jego usta były blade, przyłożył je do moich i delikatnie pocałował. Po moim ciele 
przeszedł miły dreszcz. Nie dobrze! Och, bardzo nie dobrze!  
— Jak myślisz? — powiedział zadowolony. 
— Myślę, że muszę już iść.  
Prześlizgnęłam się koło niego i zbiegłam na dół. Oparłam się o ścianę, gdzie miałam pewność, że 
mnie nie widzi, dopiero teraz odetchnęłam z ulgą. Nogi drżały jakbym przebiegła maraton, a 
serce chciało wyskoczyć z piersi. To nie tak miało być!  
Pomaszerowałam wolno do szatni, żeby się przebrać na zajęcia sportowe. Ubrałam się w 
workowate dresy i biały top. Poszłam jeszcze do łazienki, znajdującej się w szatni, by przemyć 
twarz po tym dziwnym wydarzeniu. Miałam czerwony kolor tęczówki. Strasznie mnie to 
zdziwiło, bo z legend słyszałam, że to przepowiednia, czyli zbliża się katastrofa. 
   
                                                                         *** 
 
Na zajęciach graliśmy w koszykówkę, która lubiłam, ale dzisiaj nie mogłam się skupić. Byliśmy 
podzieleni na dwie drużyny. Nie fortunnie trafiłam na Connora, wilkołaka któremu rozbiłam nos. 
Wiedziałam, że to nie będzie miła gra. Nie mogłam się skoncentrować przez większą część 
czasu. 
— Tiana — usłyszałam swoje imię.  
Odwróciłam się w stronę dobiegającego dźwięku i zobaczył piłkę, lecącą w moją stronę. Nie 
zdążyłam ja złapać, gdy ona walnęła mnie prosto w ramię. Zakręciłam się z bólu. Widocznie 
musiałam w tym momencie źle postawić nogę, bo usłyszałam zgrzyt skręconej kostki. Czy to w 
ogóle możliwe, by wampir skręcił kostkę? Albo ją złamał? 

background image

42 
 

Upadłam z trzaskiem na podłogę. W tym samym czasie podbiegła do mnie trenerka. 
— Einberg, co ci się stało? 
— Chyba skręciłam kostkę — odpowiedziałam smutno. 
Wzięłam mnie pod ramię i zaprowadziła na ławkę. 
— Potrzebujesz jakiś dziesięciu minut, zanim kość wydobrzeje. Trzymaj nogę prosto i czekaj.  
 Gdy skończyła mówić podeszła do zawodników i wznowiła grę. 
—Po prostu pięknie —  mruknęłam. — Do tego zaczęłam gadać ze sobą. Świetnie. — 
Pogratulowałam sobie. 
Skupiłam się na grze. Szło im całkiem dobrze beze mnie. Nagle zauważyłam karteczkę, 
przyklejona na plecach naszej trenerki. Ostrożnie wstałam, musiałam mieć cały czas nogę prosto. 
Opierając się o ścianę, zaczęłam skakać w jej kierunku. Po jakiś pięciu minutach byłam wreszcie 
za nią. Delikatnie, by nie zauważyła, zdjęłam jej karteczkę z pleców. Długo zastanawiam się czy 
ją przeczytać  Dopiero gdy wróciłam na miejsce, odważyłam się zobaczyć co jest na niej 
napisane. Wielkimi literami, odręcznie napisanymi widniał napis: 
 

„Piłka jest ciężka, mam nadzieje, że Cię długo nie będzie bolało.”                                                                                                                                                           
                                                                                                                                                       
Podpisane było przez „V”. Rozejrzałam się po sali, nikogo nowego nie zauważyłam. Ta Vendetta 
zaczynała mnie wkurzać. Przez resztę lekcji siedziałam, nic nie robiąc. Obserwowałam 
wszystkim, mając nadzieję, że ten ktoś się zdradzi, ale nie wydarzyła się taka rzecz. Na następnej 
godzinie opowiedziałam przyjaciółką o tym co się działo. 
— Na pewno tam nikogo nie było? — zapytała uporczywie Lex.          
— W sali gimnastycznej na sto procent. Za to pracowni byłam sama, a po chwili pojawił się Eric. 
— Myślisz, że to on? — do rozmowy włączyła się Bonny. 
— Nie sądzę. Choć…    
— Co? —zapytały na raz. 
— Był strasznie zadowolony, już się nie użalał nad sobą. 
— No, tak. Widziałam go dzisiaj z Darcy — powiedziała Bonny.  
Poczułam jak nóż wbija mi się w plecy. Zabolało! 
— Nic mi do tego. —Udawałam, że mnie to nie rusza. 
— Panno Einberg, może powie mi pani o czym tak zaciekle dyskutujesz z koleżankami.. — 
Nasza  belferka od zajęć informatycznych stała za nami i wpatrywała się w nas tymi strasznymi 
oczami bazyliszka. 
— Rozmawialiśmy o…  dysku… twardym w  yy… komputerach — odpowiedziałam nie pewnie. 
Do końca lekcji starałyśmy się już być cicho, co kiepsko nam wychodziło. 
                                 
                                                                 *** 
 
Pod koniec wszystkich zajęć, pan Abel wysłał mnie do biblioteki. Zbiegłam szybko do 
zamkowych lochów i zaczęłam szukać „Księgi Odrodzenia.” Przeszłam całą bibliotekę, zanim 
znalazłam głupią książkę. Wyjęłam ją z półki i wtedy zauważyłam jeszcze jedno dzieło schowane 
z tyłu. Sięgnęłam do tyłu i wyjęłam księgę. Był to stara kronika z dziewiętnastego wieku. 
Zaczęłam oglądać zdjęcia po kolei. Nagle natrafiłam na starą fotografię teatru w Sacramento. 
Obejrzałam ją od góry do dołu i znów poczułam się jakby moje serce przestało bić. Na ujęciu 
stała młoda para. Chłopaka nie rozpoznałam, ale dziewczyną była definitywnie Chloe. Szok! Tak 
by mnie nikt nie zauważył wyrwałam stronę z kroniki i z powrotem włożyłam ją na miejsce. 
Odniosłam szybko potrzebną książkę panu Abelowi i pobiegłam do naszego pokoju. Trzasnęłam 

background image

43 
 

drzwiami i usiadłam na łóżku. Bonny była zaskoczona moim zachowaniem. 
— Bonny, co pamiętasz z naszego pobytu w Sacramento. 
— Nie wiele. Jakaś parka się żeniła, a potem zalało teatr. 
— Już go nie odbudowali, prawda? — Chciałam się upewnić, że mam rację.  
— Na pewno nie. 
 Wyjęłam fotkę z kieszeni, gdzie wcześniej ją schowałam i podałam  przyjaciółce.  
— To ta dziewczyna? — zapytałam. 
— Tak. Nazywała się chyba … Cleo. 
— Chloe? 
— Rzeczywiście, skąd wiesz? Nie byłaś w tym momencie ze mną. 
— Zgadywałam. 
Nie wiem, dlaczego nie powiedziałam jej prawdy. Ale skoro na fotografii jest naprawdę Chloe, to 
czy ona może być wampirem? Nie, po prosty zaczynam świrować. Muszę przestać się martwić. 
Sięgnęłam po pilota i włączyłam telewizor. Akurat leciały wiadomości na miejskiej stacji 
telewizyjnej Salem. Pogłośniłam dźwięk i zaczęłam słuchać prezentera. 
— Należy się nie zapuszczać do miejskich lasów. Znaleziono dzisiaj rano ciała pozbawione krwi 
i rozerwane. Koroner jeszcze nie ogłosił przyczyny zgonu. Rzecznik prasowy Policji w Salem 
milczy. 
— Słyszałaś to co ja? — zapytałam Bonny. 
— Mam nadzieję, że nie. 
 W tym momencie kamera zrobiła zbliżenia na ciała. Myślałam, że zwrócę obiad. 
— Możliwe jest, że z pobliskiego zoo uciekło jakieś dzikie zwierze, ale ta informacja nie jest 
jeszcze potwierdzona. Burmistrz Chris Montgomery apeluje by nie wchodzić bez żadnego 
zabezpieczenia do lasu. Będziemy śledzić tę sprawę na bieżąco, teraz oddaje głos do studia … 
 Wyłączyłam telewizor i zapanowała  głucha cisza. Moje ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz. 
Było ich dzisiaj o wiele za dużo. 
— Jesteśmy jednymi wampirami w okolicy. Nomadzi nie mają tu wstępu, więc jakieś nowe 
stworzenia są w okolicy? — spytała wystraszona przyjaciółka. 
— Nie sadzę — odpowiedziałam szorstko— Madame BelleFleur na pewno by o tym wiedziała. 
— Robi się coraz dziwnej —przyznała. — Zauważyłaś, że wszystko się zaczęło odkąd 
próbowałaś zabić Tannera. 
— Sugerujesz, że to on?! — krzyknęłam na nią. 
— Uspokój się. Zachowujesz się tak jakby to był jakiś król — odpowiedziała zdziwiona moim 
zachowaniem. 
— Gdyby chciał mnie zabić, to by to zrobił w Bostonie! — wydarłam się. 
Już się do niej nie odzywałam. Po raz pierwszy od dawna, pokłóciłyśmy się ze sobą. Przebrałam 
się w pidżamę i wtuliłam głowę w poduszkę. Mam nadzieje, że nie widziała jak łza spływa mi po 
policzku. To było dla mnie smutne wydarzenie. Czułam się urażona! W końcu zasnęłam. Kolejny 
koszmar zaczął się od nowa.  
                       
                                                                   *** 
 
Byłam w lesie. Na ziemi leżały ciała. Kobieta i mężczyzna, on już nie żył. Koło nich odwrócony do 
mnie plecami klęczała osoba. Czułam ostry, metaliczny zapach krwi. Postać rzuciła się na 
kobietę leżącą obok niej. Wbił się w jej szyję, a ja nie mogłam na to nic na to poradzić. Po chwili 
obudziłam się jakby z transu. Zaczęłam krzyczeć najgłośniej na świecie. Zero, żadnej reakcji. 
— Już wiesz kim jestem? — zapytał znajomy mi głos. 

background image

44 
 

— Nie… 
— V jak… — powiedział będąc nadal tyłem do mnie. 
Już miałam to na końcu języka, już wiedziałam, gdy niespodziewanie coś wyrwało mnie ze snu.                                                                      
                                                                   
                                                                   *** 
 
Nagle usłyszałam jakieś szuranie na korytarzu, pewnie przez to się obudziłam. Znów to samo, 
dźwięki dochodzące z korytarza. Wstałam z łóżka i przetarłam oczy. Założyłam na siebie 
szlafrok i wyszłam z pokoju. Nie miałam problemu z ciemnością, ale nawet po tym nie 
zauważyłam nikogo. Powolnym krokiem udałam się w głąb zamku. Cały czas nasłuchiwałam. W 
końcu coś usłyszałam, kolejne dźwięki. Wydawało mi się, że słyszę spadający wazon w głównej 
sali, ale chyba został złapany. Pobiegłam w tamtą stronę. Schowałam się za framugą drzwi i 
zaczęłam się przyglądać. Do pokoju wpadało księżycowe światło, więc nie było to takie trudne. 
Stał tam jeden z uczniów. Miał brązowe, trochę za długie, włosy i czarny podkoszulek na dobrze 
zbudowanych ramionach. Miałam wrażenie, że nie wiedział co ma robić. Po dłuższej chwili się 
odwrócił. 
— Eric? — spytałam zaskoczona. 
— Cii! — Kazał mi się zamknąć. — Tiana? 
— Co ty tu robisz?  
— Mogę ci zadać to samo pytanie — burknął. 
— Tylko ja się nie boję odpowiedzieć. Usłyszałam jakieś szmery przed chwilą, które 
doprowadziły mnie tu — odpowiedziałam sucho. 
— Dobrze. Obudziłem się nie dawno i zobaczyłem karteczkę przyczepioną na laptopie. Było tam 
napisane, że mam to przyjść, więc jestem. 
— Niech zgadnę od ”V’? 
— Uuu, jesteś jasnowidzem — zaśmiał się sarkastycznie. 
— Taa, tak jakby — skrzywiłam się. 
— Słyszysz to? — spytał. 
Oboje ucichliśmy i naprawdę ktoś musiał być w zamku. Słyszeliśmy odgłosy jakby malowania 
farbą w spreju. Do tego głośny dźwięk oddychania. 
— Czujesz krew? — znów się odezwał. Zaczęłam wąchać. Cholera, miał rację.   
— ARh+— odpowiedziałam. 
— To chyba z lochów. 
Powolnym krokiem skierowaliśmy w stronę schodów prowadzących na dół. Chyba żadne z nas 
nie chciało poznać tajemnicy co w nich jest. W dodatku cały czas czułam się obserwowana. Nic 
dobrego to nie wróżyło. Miałam ochotę uciec, bo miałam wrażenie, że wiem co jest w lochach. 
— Przepraszam — przyznał Eric, gdy schodziliśmy w ciemność. 
— Za co? 
— Za moje zachowanie na balu. 
— Nie martw się, widzę, że znalazłeś już pocieszenie. 
— Darcy? — zaśmiał się po cichy. — Ona ci do pięt nie dorasta. 
Wow, pomyślałam. Takie wyznanie w środku nocy. Naprawdę musi doskwierać mu bezsenność. 
— Ty też nie dorównujesz Tanerowi.— dogryzłam mu. 
— Dlaczego mnie tak traktujesz? — Stanął w miejscu, a ja przy nim. 
— Jak? — Chyba zabolały go poprzednie słowa. 
— No, nie wiem na przykład jak śmiecia, popaprańca, nie sądzisz? 
— Eric, to nie tak. Po prostu na balu… 

background image

45 
 

— Właśnie, nie pozwoliłaś mi wyjaśnić. Wtedy miałem wrażenie, że ktoś mi czegoś do kieliszka 
nasypał. 
— Co? — spytałam zaszokowana.  
Z biegiem czasu, to miała głębszy sens. 
— Tak. 
Dalej już nie rozmawialiśmy, tylko szliśmy w ciszy. Ale dlaczego V, jeśli to była ta osoba, nie 
chciała by mi się ułożyło z Ericem? Zeszliśmy do miejsca, w którym nigdy nie byłam. Coraz 
ciężej mi się szło. Ze strachu zaczęły mi się trząść ręce. Wtedy złapał mnie za jedną z nich Eric, a 
ja się do niego uśmiechnęłam. Odwzajemnił mój gest, po raz pierwszy od dawna. Nagle  
weszliśmy do starego pomieszczenia. Zapach krwi się wzmocnił i nagle zobaczyłam wielki 
czerwony odręczny napis na ścianie przed nami. Od razy wiedziałam co on znaczy. Słowa powoli 
zaczęły się rozmywać: 
 
                                                     NIE ZDĄŻYŁAŚ! 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

46 
 

Rozdział 7 
 
Zaczęłam spanikowana oglądać się dookoła. Szukałam zamordowanego Leo. Bo jak się 
domyśliłam, napis na ścianie był namalowany jego krwią. Zaskoczyło mnie to, że ciała wcale nie 
było. Byłam już przygotowana na widok kolejnej niewinnej osoby, która musiała cierpieć za 
moje błędy. Obeszłam wszystkie cztery kąty, ale żadnego trupa nie znalazłam. Nagle zobaczyłam 
cień padający z góry schodów, krótki złowieszczy śmiech i znów niewyraźny zarys zniknął. Nic 
nie myśląc, rzuciłam się biegiem za postacią. Czułam narastającą złość. Byłam w połowie 
schodów, gdy usłyszałam krzyk Erica. 
— Tiana, gdzie lecisz?! Czekaj! 
Nie zatrzymałam się, nadal biegłam za postacią. Była o wiele szybsza ode mnie. Jednym 
pchnięciem otworzyłam drzwi do szkoły i wybiegłam z niej. V kierowało się prosto do lasu, a ja 
za nim. Biegliśmy bez końca. W końcu, tak jak w moim śnie, znaleźliśmy się na leśnej polanie. 
Znów byłam sama, nikogo koło mnie nie było. Miałam jedyną okazję wreszcie złapać tego 
cholernego gnojka. Złowieszczy ostry śmiech kolejny raz uderzył w moje uszy. Byłam zgubiona, 
nie wiedziałam co zrobić. Poczułam czyjąś rękę na moim ramieniu. Odskoczyłam gotowa do 
walki. 
— Eric! O mój boże, przestraszyłeś mnie. 
— Spokojnie. 
Podszedł do mnie i delikatnie objął. Nagle odczułam strasznie mocny ból w głowie. Jakby ktoś 
rozbił mi na niej butelkę. Ciepła stróżka spływała mi po włosach. Obraz się rozmył a ja upadłam 
na ziemię. Ostatnie co zapamiętałam to upadającego obok Erica. 

 

*** 

 

Otworzyłam oczy, nadal czując niemiłosierny ból w okolicach głowy. Zamrugałam kilka razy. 
Nie możliwe, byłam w swoim pokoju! Na łóżku obok spała słodko Bonny. Czyli wydarzenie 
dzisiejszej nocy były fikcyjne, kolejny koszmar? Nie, na pewno nie, przecież bólu bym sobie nie 
wymyśliła. Usiadłam po turecku na mojej fioletowej kołdrze. Zaczęłam po kolei przypominać 
sobie wydarzenia poprzedniego wieczoru. Szuranie na korytarzu. Spotkanie Erica i pogodzenie 
się z nim. Dziwne lochy, w których wcześniej nie byłam. Straszny napis na ścianie! No właśnie, 
co się działo później?! Tamto pamiętam jak przez mgłę. Bieg, las i śmiech. Tylko tyle. Może 
naprawdę mi się to przyśniło i po prostu uderzyłam się o ramę łóżka? Spojrzałam na budzik 
stojący na biurku. Była dopiero wpół do szóstej. Urządzenie zadzwoni dopiero za godzinę. Co ja 
mam robić przez ten czas? Nie pójdę dalej spać, wtedy może przyśnić mi się kolejny straszny 
koszmar. Powoli wstałam. Gdy byłam w pionie ból był o wiele silniejszy. Przyłożyłam rękę do 
głowy, miałam na czubku ogromnego siniaka. Bomba! Poszłam się  umyć. Miałam wielką 
nadzieję, że woda ukoi wszystkie moje smutki, ale niestety, nadzieja matką głupich. Siedziałam 
pod prysznicem dość długo. Okryłam się ręcznikiem i podreptałam do lustra. Zawiązałam włosy 
u góry w koński ogon. Chciałam zakryć tego siniaka, nawet się udało. Gdy skończyłam poranną 
toaletę, wróciłam do pokoju. Bonny akurat się przeciągała. Uśmiechnęła się do mnie promiennie.  
— Dzień dobry. Jak ci się spało? — Była aż za bardzo wesoła. 
— Dobrze. 
— Bo ja miałam taki piękny sen o kucykach i jeździłam na nich. 
— Bonny, co ci się stało? 
— Absolutnie nic — odpowiedziała z wielkim uśmiechem na twarzy. — Mój nowy kolega dał 
mi tylko prezent. 

background image

47 
 

— Co w nim było?— zapytałam zaciekawiona.  
To nie mogło wróżyć nic dobrego. 
— Krew z jakiś smakołykiem. — powiedziała, oblizując usta. 
— Ubieraj się! Idziemy do doktor Chase. 
Odniosłam wrażenie, że przyjaciółka jest po prostu naćpana. Wydaje się to nie możliwe, bo 
przecież dragi na nas nie działają. A jednak, Bonny była w swoim lepszym świecie. Z kucykami i 
laleczkami. Pomogłam jej się ubrać, co nie było zbyt miłe. Dziewczyna strasznie się rzucała, 
więc do bólu głowy doszedł też brzucha i ręki. Wzięłam ją mocno za ramię i pociągnąłem do 
gabinetu pielęgniarki. Otworzyłam drzwi, wpadając do pomieszczenia 
z hukiem. Zobaczyłam siedzącą przy nowoczesnym biurku małą kobietę. Długie kasztanowe 
włosy miała zaplecione w warkocz, a twarz przy ozdobioną lekkim makijażem.  
— Dzień dobry. Bonny zachowuje się … dziwnie. — powiedziałam do zdziwionej kobiety i 
popchnęłam do niej przyjaciółkę.  
— Jakby była upita lub coś takiego? — zapytała. 
Wzięła nadgarstek dziewczyny, która teraz była przy niej i zaczęła ją badać. Cieszyłam się, 
kumpela jest w dobrych rękach. Teraz zastanawiałam się co mam zrobić ze sobą. Odwróciłam się 
i zamyślona poszłam do kanap, które znajdowały się na końcu pomieszczenia. Już chciałam 
usiąść, kiedy usłyszałam czyjeś chrząknięcie. Wyrwało mnie ono z moich dziwnych myśli. 
— Tiana. Co, na Boga, robisz? — usłyszałam znajomy, męski głos. 
Zatrzymałam się poirytowana. Dobrze, że nie zrobiłam tego szybciej, bo byłaby to nie ciekawa 
sytuacja. Moje zdziwienie było jeszcze większe, gdy stwierdziłam, że to Eric. Na przeciwko 
niego siedział Thomas, podłączony do czegoś co wygląda jak kroplówka, tylko miała inny kolor. 
— Yyy, siadam. — To jest trafna odpowiedz. 
Popatrzyłam na Thomasa. Był w takim samym stanie jak Bonny. Jego też odwiedził nowy 
kolega. Tak naprawdę, nie miało to totalnego sensu, ponieważ Tom nie ufał połowie osób w tej 
szkole. Więc nie trzyma się kupy, że wziął krew od jakieś  nie zaufanej osoby. Dlaczego jak 
dzieje się coś złego, to zawsze jestem blisko? Ktoś zna odpowiedz, bo ja nie mam pojęcia. O 
Jezu, dopiero teraz zauważyłam, że nadal tkwię w dziwnej pozycji. A Eric ma przed oczami mój 
tyłek. Ogromna wpadka. 
— Chyba usiądę na kanapie obok — oznajmiłam. 
— Jak chcesz — powiedział z nutą wesołości. 
Podeszłam na sofę obok i usiadłam. Po drugiej stronie doktor Chase nadal zajmowała się Bonny. 
— Czy ona…? 
— Ma to samo co Tom — dokończyłam. —Mówił coś, za nim go tu przyprowadziłeś? 
— Właściwie to tak. Że dostał krew od twojego przyjaciela. 
— Mojego? — Wybałuszyłam oczy ze zdziwienia 
— Nie wiesz od kogo to? — zapytał równie oszołomiony 
— Nie mam zielonego pojęcia. 
— Robi się nie ciekawie. 
Dobra. Nieciekawie … to mało powiedziane.  To jest pochrzanione na maksa. Ja zawsze jestem 
tą pokrzywdzoną. 
— Dobra — usłyszałam głos pani Chase — przyznajcie się co oni brali. 
— Nie było nas wtedy — rzucił Eric. 
— Tak? Gdzie byliście? — dopytywała się kobieta. 
— Razem — odpowiedziałam bez namysłu. 
No, to się wkopałam. Nie zdawałam sobie sprawy z własnej głupoty. Popatrzyłam na Erica. O 
dziwo, miał na twarzy wielki uśmiech. Ten uśmiech, który odsłaniał rząd białych zębów i długie, 

background image

48 
 

błyszczące kły. A oczy migały iskierkami szczęścia. Och, jest po prostu okropny. 
Ale w jakiś dziwny sposób, czułam coś do niego. 
— Razem? — Zwęziła oczy, jakby chciała, żebym się popłakała, co mnie lekko rozbawiło. 
Jednak nie mogłam się wycofać z wypowiedzianej wersji. Już miałam się odezwać, gdy                                                      
wyprzedził mnie Eric.                                                                                                                   
— Korki z ….— zawahał się przez chwilę — alchemii. 
Wiedziałam, że nauczycielka nie uwierzyła w ani jedno słowo Erica. Swoimi długimi, kościstymi 
palcami, zaczęła pukać w krzesło, na którym siedziała moja przyjaciółka. Miałam wrażenie, że 
obmyśla, co by tu powiedzieć dyrektorce. W końcu popatrzyła na nas tymi małymi, wrednymi 
oczkami. 
— Możecie iść, zajmę się tą dwójką — wypowiedziała te słowa jakby Bonny i Thomas byli 
najgorszymi ćpunami.  
Miałam jej już serdecznie dość. Z całą moją złością wyszłam z pomieszczenia, zaraz po mnie 
Eric. Przystanęłam koło schodów i oparłam się o zimną ścianę. Chłopak obrzucił mnie spojrzenie 
swoich zielonych oczu. Poczułam przyjemny dreszczyk, rozchodzący się po moim ciele. 
— Mogę ci zadać pytanie? — Nie czekałam na odpowiedz. — Pamiętasz wczorajsze 
wydarzenia? 
Jego uśmiech zmniejszył się nieznacznie. Pamiętał! Być może więcej niż ja. 
— Spotkaliśmy się w nocy…— zrobił pauzę, a ja potaknęłam — przeprosiłaś mnie, napis na 
ścianie — skrzywiłam się na same wspomnienie, las i … 
Upadł. Spojrzałam jeszcze raz, miałam nadzieję, że mi się przywidziało, ale nie. Leżał 
bezwładnie na podłodze. Opadłam na kolana i pochyliłam się nad nim. 
— I co dalej? — Potrząsnęłam nim mocno.  
Cholera, nie obudził się. Posunęłam się do ostatniego pomysłu, jaki przyszedł mi do głowy. 
Walnęłam go z otwartej pięści w policzek. Nie panikowałam, co wydawało mi się dziwne. 
Spokojnie podeszłam do drzwi i szarpnęłam za klamkę. Puściła od razu.  
— Czego Einberg? — Pielęgniarka warknęła piskliwie. 
— Eric leży nie przytomny na korytarzu.  
Chciałam się wycofać i opuścić jak najszybciej pomieszczenie. Nie udało się. 
— Czekaj. Masz tu zostać. Już wzywam profesor Harley. — Uśmiechnęła się parszywie.  
Od razu miałam odruch wymiotny. Niestety, musiałam wykonać jej polecenia. Odwróciłam się i 
usiadłam na najbliższej sofie. W głowie kotłowało mi się mnóstwo myśli. Nie miałam ochoty na 
rozmyślanie o nich. Po prostu się wyłączyłam. Rozłożyłam się wygodnie na kanapie i zaczęłam 
się tępo wgapiać w obraz na ścianie. Był byle jaki. Jeden z wielu wersji „Słoneczników” Van 
Gogha. Nigdy nie przepadałam za obrazami i tym rodzajem sztuki. Ale to dzieło było 
nadzwyczajnie brzydkie. Kolory się zlewały i nie tworzyły żadnego kontrastu. Siedziałam tak 
może z piętnaście minut, gdy odwróciłam się i zobaczyłam stojącą centralnie nade mną panią 
Harley. Była strasznie czerwona na twarzy, co nie wróżyło nic dobrego. 
Usiadłam prosto i popatrzyłam w jej czarne jak węgiel oczy.  
— Mogłabyś mi coś wytłumaczyć? — Skinęłam lekko głową. — Dlaczego jak dzieje się coś 
złego, to ty jesteś zawsze jesteś na miejscu? 
— Pani profesor, zadaje sobie to pytanie od początku roku.  
Nie zabrzmiało to przekonująco, ale no cóż. Takie jest życie. Raz wzloty, raz upadki. Ale miałam 
wrażenie, że upadki zdarzają się u mnie o wiele częściej. 
— Co się stało Ericowi? — spytała. 
— Jasnowidzem też nie jestem — odparłam sucho. — Rozmawialiśmy i nagle zemdlał.  
— To twoja wersja wydarzeń? 

background image

49 
 

— Czy ja jestem o coś oskarżana? — zapytałam buńczucznie. 
— A chcesz coś powiedzieć, wyjaśnić może? 
— To są jakieś żarty. 
Wstałam z kanapy i buntowniczym krokiem wyszłam z pokoju. Miałam wszystkich wysoko 
powyżej uszu. Nie obchodził mnie Eric, Bonny a nawet Thomas. Skierowałam się prosto do 
wyjścia. Podświadomość mówiła mi, że tam będę bezpieczna. Otworzyłam ogromne drzwi do 
szkoły i wybiegłam na dziedziniec. Czułam miękki śnieg pod nogami. Biały przyjemny puch. 
Tak delikatny, jak ja za życia. Nogi niosły mnie daleko, jak najdalej szkoły. Byleby tylko oddalić 
się od problemów i wszystkich rzeczy w tym stylu. Miałam po prostu dość. Weszłam między 
ośnieżone drzewa. Las wyglądał jak uśpiony. Żadnych odgłosów czy poruszających się zwierząt. 
Poczułam dziwną woń… papierosy. Szłam za nią i dobrze wiedziałam kogo znajdę.  
— Cześć, Hunter — przywitałam z siedzącym pod sosną przyjacielem. 
W ręku trzymał wypalony już do połowy papieros. Nie był jakiś nałogowcem, ale zawsze to 
lubił. Uśmiechnął się na mój widok. 
— O, hej. Nie jesteś na lekcjach? 
— Tak jak ty.— Zaśmiałam się.— Możesz dać mi jednego szluga? 
Zrobił zdziwioną minę. Sięgnął do małego opakowania i wyjął dla mnie. 
— Nie jesteś fanką palenia — powiedział podając mi fajkę do ręki.  
Przytrzymałam ją przez chwile, żeby Hunter mógł  podpalić papierosa. Już miałam odchodzić, 
gdy się odezwałam. 
— Była bym zapomniała. Bonny jest u pielęgniarki. 
Nie czekając na reakcję, ruszyłam przed siebie. Wiem, że jestem okropna, ale miałam to gdzieś. 
Niech się sami o siebie martwią. Zaciągnęłam się po raz pierwszy. Myślałam, że wypluje płuca, 
ale z każdym następnym było lepiej. Ciepły dym wypełniający mnie od środka, a potem 
wypuszczenie go, z pięknym kłębkiem. To sprawiało, że od razu się uśmiechnęłam. Zamknęłam 
oczy, by nie patrzeć dokąd idę. Głód dawał mi się we znaki. Nie piłam krwi od jakiejś doby. Na 
szczęście dla wiewiórek brzydziłam się je tknąć. Po godzinie chodzenia bez celu w końcu 
opadłam na śnieg. Zimny, ale jakże przyjemny. Oczy mi się samoistnie zamknęły i świadomość 
porwała mnie do innej rzeczywistości.  
 
 
Byłam w bardzo ciemnym holu, jakby słońce tu nigdy nie zaglądało. Okna zostały wyłożone 
szarymi zasłonami, na podłodze leżały czarna wykładzina. Usłyszałam szepty, bardzo wyraźne. 
Zrobiłam pierwszy krok, nogi same mnie niosły w tą mroczną otchłań. Doszłam do końca 
korytarza, który zaraz skręcał w prawo. Na ścianie wisiał obraz, ledwo go zauważyłam. Nie było 
to byle jakie dzieło. Tylko krucjata na… wampiry. Szok, pojedyncze ciała przebite kołkiem, 
znajdujące się w ozdobnych trumnach. Poczułam się jak jakaś bohaterka czarno-białego filmu o 
Draculi. Szepty się nasiliły. Wytężyłam słuch, usłyszałam jakieś dziwne    
słowa, prawdopodobnie łacina lub greka. Coś w mojej głowie mówiło: idź tam! Powolnym 
krokiem znów ruszyłam w głąb. Miałam strasznie napięte mięśnie, ręce mi się pociły. Im dalej 
byłam tym więcej obrazów, było na ścianach. Każdy przestawiający uśmiercone wampiry. 
Przerażające. W końcu zobaczyłam wielki łuk i padające do środka światło. Podeszłam cichutko i 
wychyliłam głowę. To co zobaczyłam… o, matko! Grupa ludzi, stojąca w półkolu, zwrócona do 
mnie plecami. Każdy miał na sobie czarną szatę, zakrywającą ich całe ciała. Osoba stojąca na 
środku wyróżniała się. Miała zawiązaną w pasie sznur, mieniący się złotym kolorem. Domyśliłam 
się, że to może być pa, ten całej rąbniętej sekty. Znów zaczęli powtarzać słowa, które mnie 
autentycznie przeraziły. Po chwili wszyscy zamilkli, jak jeden mąż. 

background image

50 
 

— Czekaliśmy na ciebie, Tiano — usłyszałam męski głos, który później się zaśmiał.  
Zamarłam ze strachu! 
 
Poczułam czyjś oddech na twarzy. Otworzyłam oczy, czekając na najgorsze. Zobaczyłam 
wgapiającego się we mnie Tannera. Och, jak dobrze, tamto było wyłącznie snem. 
— Co ty tu robisz? — zapytał nadal patrząc nieufnie, ale zaraz potem się uśmiechnął. 
— Długa historia — odpowiedziałam, zmieniając pozycje na siedzącą zamiast leżącej. Dopiero 
teraz zauważyłam, że słońce już zaszło. Jak długo tu spałam? 
— Która jest godzina?                                                                                                                             
— Około siedemnastej, a co? — powiedział chłopak.  
Przyjrzałam mu się uważnie. Miał mokre niebieskie dżinsy, musiał siedzieć dość długo i mnie 
obserwować. Jego włosy były pozlepiane od padającego śniegu, ale nadal się uśmiechał. Nie 
mogę zaprzeczyć, kochałam ten uśmiech. 
— Jak tu przyszłam było na pewno przed południem.  
— Musimy wracać do szkoły — oznajmił. 
Podał mi rękę bym mogła wstać i pomaszerowaliśmy z powrotem. Milczeliśmy idąc cały czas 
przed siebie. W głowie kłębiło mi się tysiące myśli. Te sny?! Co będzie z nimi dalej? Wizje na 
jawie?! Ja tak nie chcę żyć. Weszliśmy na łąkę. Otaczały ją wysokie drzewa i krzewy. Wszystko 
w odcieniach bieli. 
— Znam to miejsce, byłam tu wcześniej. — Popatrzył na mnie zdziwiony. 
— Jak to byłaś tu? 
Kolejny raz się wkopałam. Przecież nie mogę mu powiedzieć, że goniłam swoją Vendette.  
— Yyy… byłam na wieczornym spacerze. — Miałam nadzieję, że nie wyczuł w moim głosie 
niepewności.  
Mimo tego, już nie drążył tematu. Obeszłam całą polanę dookoła. Wydawała się taka sama, jak 
wczoraj w nocy, a zarazem całkiem inna. Sfrustrowana opadłam bezwładnie na środku łąki. 
Trawa… była tu jakaś inna. Pogładziłam zielone źdźbła. Nieprzyjemnie kłuły w opuszki palców. 
Śnieg na glebie był prawie niezauważalny. Zerwałam kilka i schowałam je w pięści. Coś było nie 
tak! A ja się tego dowiem! Ciemne chmury przesuwały się leniwie koło białego  księżyca na 
niebie, tworząc niewyobrażalne kontrasty. Kontem oka zauważyłam, że podszedł do mnie 
Tanner. Był moim jedynym oparciem. Usiadł koło mnie i zamknął moją dłoń w swojej. 
— Dobrze się czujesz? — zapytał z troską w głosie. 
— Tak. — Nie uwierzył mi. 
— Możesz mi powiedzieć — próbował mnie przekonać. — Nie ufasz mi? — Jego głos brzmiał 
poważnie. 
— To nie tak… 
— Wiedziałem. — Uderzył ze zdenerwowania w ziemię. 
Wszystko się zatrzęsło. Środek polany zaczął osuwać się w dół. Przerażona spojrzałam na 
Tannera, on też nie wiedział co się dzieje. Z głośnym hukiem wpadliśmy do jakiejś groty.  
Przerażona tym co się dzieje podniosłam się. Popatrzyłam do góry. Byliśmy jakieś pięć metrów 
w dół. Nie było szansy, żeby jakimś cudem się wydostać. 
— Pomocy! Jest tam ktoś ?! — Głupie pytanie, przecież nikt nie wychodził z zamku po lekcjach.  
Myśl racjonalnie, nakazałam sobie.  
Przecież w końcu Bonny lub Lexie, nawet Eric się kapną, że mnie nie ma. Prawda? Byłam coraz 
bardziej przerażona, ręce nie dość, że się pociły, to trzęsły się niemiłosiernie. 
— Tanner?! — zapytałam sparaliżowana ze strachu.  
To nie może się dziać! Nie teraz, gdy pośród murów akademii grozi komuś niebezpieczeństwo! 

background image

51 
 

— Tanner! — złapałam go za ramiona i mocno potrzasnęłam.  
Siedział na ziemi, jakby nic się nie stało. Dopiero teraz popatrzył na mnie w pełni świadom. 
— Musimy się stąd wydostać — powiedział.  
Czy on mnie w ogóle słuchał? 
— A co ja próbuje robić? — wydarłam się na niego. 
— No tak, przepraszam. 
Okręcił się dookoła. Zatrzymał wzrok tam gdzie światło się załamywało. Mimowolnie podszedł 
do kamienistej ściany, przyłożył ręce i zaczął czegoś szukać. Wówczas zauważyłam, że światło 
nie pochodzi od księżyca. Tylko spod tony kamieni. 
— Tu są drzwi — oznajmił uradowany Tanner.  
Spokojnie odetchnęłam. Ulga! 
— Chwała Bogu. 
Rzuciłam mu się ze szczęścia na szyję. Spojrzał mi w oczy. Było w nich coś dziwnego… nie 
tylko zwykła przyjaźń. Prawdziwie niezręczna sytuacja. Natychmiastowo odwróciłam wzrok i 
odkleiłam się od niego. Zrobił to samo. 
— Musimy je otworzyć — rzuciłam niby od niechcenia. 
— Zdecydowanie. — Skinął głową. 
Oboje przywarliśmy do ściany. Powoli zaczęła się przesuwać pod naszym ciężarem. Światła 
pochodni uderzyły nas w oczy. Ciemny, długi korytarz. Miałam obawy co do wchodzenia do 
środka. Po prostu miałam cykora! Za późno, Tanner popchnął mnie do wewnątrz. Doznałam 
szoku, gdy ujrzałam obraz na ścianie. Ten sam co w moim śnie. Krucjata na Wampiry. Czułam 
jak wszystkie emocje odpływają z mojej twarzy. To samo miejsce!   
Cały czas szliśmy, nie zatrzymując się. Miałam ochotę zawrócić i krzyczeć najgłośniej jak 
potrafię. Do jasnej cholery, gdzie są ludzie gdy ich potrzebujesz? 
— Wyglądasz coś niemrawo — stwierdził przyjaciel, patrząc się na mnie. — Jesteś zielona! 
— Tanner, to mi nie pomaga. 
— Przepraszam — szepnął zawstydzony.  
Kroczyliśmy coraz dalej. Obrazy były brutalniejsze, a światła prawie nie zauważalne. 
Zakręciliśmy zgodnie z korytarzem i doszliśmy do wielkiej framugi drzwi. Każda komórka 
mojego ciała mówiła: NIE IDŹ TAM! Ale co miałam do wyboru umrzeć tu z głodu, lub może… 
Nie, nie tknę człowieka, za nic! 
Wzięłam głęboki oddech i weszłam do wielkiej sali. Tej samej, która mi się śniła. Wielki szok! 
Tak bym to nazwała, gdy uświadomiłam sobie, że to te same miejsce z wczorajszej nocy. Nie do 
wiary, na ścianie nie było napisu. Czy to znaczy, iż Leo … żyje? Cicha nadzieja zapłonęła w 
moim sercu. Jest szansa. Uratuje jedno istnienie. Niewinnego człowieka! 
Przyjrzałam się dokładnie. Nie wyróżniała się, normalne pomieszczenie, lochy. Zaraz, zaraz! Na 
ziemi leżała mała paczuszka. Średniej wielkości, zapakowane ładnie pudełeczko. Drżącymi 
rekami schyliłam się po nie. Wiedziałam, że Tanner przygląda mi się z ciekawością. Delikatnie 
zdjęłam wieczko i …  
To był telefon komórkowy. Ujrzałam komórkę! Nagle zaczął wibrować, ekran się zaświecił. 
Pojawił się napis „V”. Nie wiedziałam co robić. Nie znałam się na nowoczesnej technologii.  
Tanner patrzył na mnie jak na debila, nie umiejącego nawet najprostszej rzeczy. Wyciągnął 
telefon i odebrał połączenie. Czekałam na najgorsze, ale on tylko się zaśmiał! 
— Czego się dowiedziałeś? — spytałam podejrzliwie. 
— Niczego — powiedział, uśmiechając się. — Tylko takie słowa : GAME OVER. 
— Nie! — szepnęłam.  
Niczego innego nie mogłam wyksztusić. 

background image

52 
 

Jak na zawołanie usłyszeliśmy kolejny trzask. Z sufity zleciało bezwładne ciało na sznurku. W 
powietrzu zaczął unosić się zapach krwi i zgnilizny. Przestałam oddychać. 

 

Leo! 

 

 

 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

 
 
 
 
 

 
 

background image

53 
 

Rozdział 8 
 
Strach, przerażenie, bezsilność. 
Czy właśnie nie te emocje powinnam czuć? Zdecydowanie, tak! Ale mną ogarnęła…. jak to 
nazwać — obojętność. Stałam, patrząc na bezwładnie wiszące ciało Leo i  nawet powieka mi nie 
drgnęła. To nie była normalna reakcja. 
Kątem oka zauważyłam, że Tanner jest blady jak ściana. W jego niebieskich oczach panował 
strach. 
— Czy to jest…? — zapytał z przerażeniem. 
— Leo — odpowiedziałam głosem wypranym z emocji. 
— Trzeba mu pomóc! — krzyknął zdesperowany. 
Chciał podejść do ciała, gdy go zatrzymałam. 
— Tanner, słyszysz? Jego serce już nie… 
— Nie mów tak! — warknął.  
Posłusznie się odsunęłam, a on jednym ruchem zerwał linę. Ciało z głośnym łomotem uderzyło o 
granitową posadzkę. Chłopak od razu rzucił się w stronę trupa. Podjął nieudolną próbę 
reanimacji. Zauważyłam, że przyjacielowi popłynęły łzy. 
— Tanner, nie ma sensu dalej... — powiedziałam cicho. 
— Wiem — odparł oschle. 
Wstał. Oczy miał zapuchnięte a policzki czerwone. 
— Przykro mi — stwierdziłam zgodnie z prawdą.  
W końcu to przeze mnie najbliżsi giną. 
— To nie twoja wina — odpowiedział ze skruchą w głosie. 
Nie była to prawda. Wszystko co się dzieje, to moja wina.  
— Trzeba powiedzieć dyrektorce — oznajmił. 
Pokiwałam zgodnie głową. Niezdecydowanym krokiem zaprowadziłam go na górę. Zrobił 
zdziwioną minę, iż wiem jak dość na piętro.  
Delikatnie zapukaliśmy do drzwi gabinetu Madame BelleFleur. Gdy usłyszeliśmy pozwolenie, 
zdyszani weszliśmy do środka. 
— Panna Einberg i panicz Van der Bild, co was tu sprowadza? — zapytała zaciekawiona. 
Spojrzałam wymownie na Tannera, nie miałam zamiaru opowiadać tej historii. 
— A więc... — zaczął Tanner  i wymamrotał całą opowieść. 
— On tam nadal leży?— spytała zdziwiona. Pokiwaliśmy zgodnie głową.— Marsz do swoich 
pokoi — nakazała. 
Odwróciłam się i złapałam klamkę od drzwi, kiedy usłyszałam: 
— Bym zapomniała. Dostałaś list. 
Zamarłam. Nie znałam nikogo spoza zamku. Podeszłam do niej i wzięłam leżącą na biurku 
kopertę. 
Była ładna. Bardzo oryginalna. Samo opakowanie wykonane z jedwabiu sprawiało niezwykłe 
wrażenie, a rodowa, piękna pieczęć z wielką literą V odznaczała się swoją niesamowitą strukturą. 
Widząc już same V wiedziałam kto ją przysłał. Cholerny „V”. Zostawiłam Tannera i sama 
pobiegłam na górę, do własnego pokoju.  
Bonny siedziała zadowolona, malując długie paznokcie jaskrawym kolorem. Delikatnie uniosła 
kąciki ust, gdy mnie zauważyła. Bonny?! Pewnie wyszła już od doktor Chase! 
— On! — wysapałam wściekła.  
Opadłam na łóżku i zaczęłam  ciężko oddychać. Wreszcie się przemogłam  i drżącymi rękoma 
otwarłam kopertę. Opakowanie szybko puściło i zaraz potem wyjęłam czarno-białą fotografię. 

background image

54 
 

Wytrzeszczyła oczy, kiedy zobaczyłem postacie na zdjęciu. Bonny, Allan i ja pod koniec 
dziewiętnastego wieku. Mój żołądek zrobił salto.  
 Jakim cudem V miał tą fotografię?! To nie możliwe. Wszystkie rzeczy z pobytu w Worhington 
zostały spalone, by nikt nas nie powiązał ze śladami kłów na szyi w pobliskiej wsi. 
— Z tyłu jest coś napisane —  odezwała się przyjaciółka bezbarwnym głosem. 
Szybko odwróciłam  zdjęcie na drugą stronę. Odręcznym kaligrafią było napisane: 
 
„Zmysł wzroku szwankuje u ciebie. Następnym razem przyglądaj się bacznie. 

                                                                                               V.” 

 
Czułam jaki się czerwienię ze złości. On mnie znał! Pamiętał, w porównaniu do mojej osoby. 
— Pokaż mi to— powiedziała przyjaciółka spokojnie.  
Podałam jej fotografię, a ona zaczęła jej się bacznie przyglądać. 
— Pamiętam to — stwierdziła.  
Miałam ochotę urwać jej łeb. Jak ona mogła na to tak reagować? Chciałam jej wyrwać wszystkie 
kudły. Ja miałam ogromne poczucie winy, że ludzie przeze mnie giną, a ona robi sobie manicure? 
Nienawiść narastała we mnie. Zawsze byłyśmy nierozłączne, a teraz mam cichy zamiar ją udusić. 
Och! 
— Idę spać — burknęłam i wyszłam.  
Pomaszerowałam wprost do łazienki. Zdjęłam z siebie ubrania i wskoczyłam pod prysznic. 
Ciepła woda spłynęła po moim ciele. Czułam jak brud, oblepiający moje włosy, powoli się 
odkleja. Ciecz zaczęła się zabarwiać na okropny brązowy kolor. Aż się wzdrygnęłam. Gdy 
skończyłam wieczorną toaletę zegar wybił jedenastą. Kiedy weszłam do łóżka powieki zamykały 
mi się automatycznie. 
 
Przyjemne dźwięki dobiegły moich uszu. Rozmyte kształty zaczęły przypominać jedność. Oczom 
ukazała się przepiękna sala balowa. Ściany ozdobione złotymi tapetami, a podłogi nieskalanymi 
marmurami. Pary wirowały na parkiecie schowane za maskami. Kobiety ubrane w eleganckie, 
dziewiętnastowieczne suknie i panicze w długich, czarnych frakach.  Wszystko wyglądało tak 
magicznie, dopóki nie dostrzegłam… siebie! W białej jak śnieg sukni z charakterystyczną osłoną 
twarzy tańczyłam z… Allanem? Tak, chyba. Czekaj… Skoro to jest Allan, to ja muszę być w 
Worhington. To było tylko moje jedyne wybiórcze wspomnienie związane z takim przyjęciem. Nie 
tylko ja się wpatrywałam we „mnie”, kątem oka zauważyłam wysokiego mężczyznę o złotych 
włosach, tak pięknie mieniących się w świetle świec. Twarz zostawała całkowicie zakryta przez 
maskę, jedynie mogłam dostrzec jego niebieskie, nieprzeniknione oczy, które wydawały mi się tak 
strasznie znajome. Piosenka grana przed muzyków się skończyła. Powstał ruch, związany ze 
zmianą partnerów. Tymczasem Allan podszedł do jakieś młodej kobiety, zostawiając „mnie” 
samą.  Mężczyzna z końca sali szybko się pojawił przy niej, równiej ja podbiegłam, nie chcąc 
przeszkodzić jakiemukolwiek bawiącemu się, lecz byłam praktycznie jak zjawa. 
— Czy panienka miałaby chęć zatańczyć ze mną? — spytał swoim melodyjnym, tak mi znajomym 
głosem.  
Dziewczyna… moja postać, zaśmiała się słodko. 
— NIE RÓB TEGO!..— krzyczałam.  
Nawet mnie nie słyszała. 
— Oczywiście — odpowiedziała. 
Młodzieniec zaprowadził ją na parkiet i zaczęli razem poruszać się w takt muzyki. 

background image

55 
 

 
Obudziłam się w środku nocy. Zlana potem i czerwona na całej twarzy. Odetchnęłam z ulgą. To 
był tylko sen! Przecież… to było moje wspomnienie. Chociaż ja pamiętałam to bardzo 
cząstkowo. Za cholerę nie mogłam sobie przypomnieć tego mężczyzny. 
  Wygrzebałam się z łóżka. Blask księżyca oświetlał cały pokój. Szybko wciągnęłam na siebie 
stare ciuchy, a na ramiona zarzuciłam bluzę. Cicho wyszłam z pokoju. Ani jednej żywej duszy w 
koło. Właściwie czemu się dziwię, skoro jest środek nocy? Pobiegłam na dół. Otworzyłam 
mosiężne drzwi do biblioteki. Wyglądała naprawdę przerażająco. Większość skórzanych ksiąg, 
które mają prawie tyle lat co ja i błyszczące pyłki kurzu, delikatnie spadające na ziemię. 
Wymacałam świeczkę, stojąca na ogromnej komodzie koło drzwi, a zaraz koło niej zapałki. 
Wyjęłam drewienko i ostrożnie potarłam o podpałkę. Mały promień zaiskrzył się na żółto, 
oświetlając część pomieszczenia. Wzięłam świecę w rękę i ruszyłam do działu z kronikami. Co 
chwilę potykałam się o własne nogi, a strach dawał mi się we znaki, ponieważ dłonie strasznie mi 
się pociły, a przez to świeca wysuwała się. Wbiłam w nią mocniej paznokcie i w końcu doszłam 
do starszej części biblioteki. Półki były tutaj zakurzone, co sprawiało duże problemy z 
oddychaniem Przejechałam palcem po rocznikach. Tak! Wreszcie znalazłam stare kroniki, 
właśnie z roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego drugiego, gdy razem z Bonny podczas pobytu 
w Worhington poznaliśmy Allana. Powoli zaczęłam oglądać stronę po stronie. Mało się nie 
przewróciłam, kiedy ujrzałam wzmiankę o morderstwach w tym mieście. Nagłówek głosił: 
”Kolejna ofiara morderczego krwiopijcy”. Wczytałam się dokładnie w tekst: 
 
Miejscowa policja znalazła kolejne ciało poszarpane na części i opróżnione z krwi. 
Porucznik, pan Smith, oznajmia że ludzie muszą zacząć krytycznie patrzeć na miasto. Nie jest już 
tak bezpiecznie odkąd morderca grasuje po jego uliczkach. Apelujemy do wszystkich 
mieszkańców o nie wychodzenie po zmroku z domu. Osoby, które mogą coś wiedzieć, są proszone 
o zgłoszenie się na komisariat. 
 
To jakiś żart! Przecież to takie same zbrodnie, jakie są popełniane teraz w Salem. Czyli to 
znaczy, że zbrodniarz ma podobną liczbę lat co ja. To daje do myślenia! 
Nagle usłyszałam kroki blisko mnie. Nie zdążyłam się obrócił, gdy bezsilnie padłam na podłogę, 
a moje oczy ponownie się zamknęły. 
 
„Myśl, wiesz kim jest V!” — usłyszałam aksamitny głos w mojej głowie. — „Wszystkie sny, 
wiadomości, morderstwa…. Wiesz kim jest V! Pomyśl! Wiesz też, kto będzie następny” —  
wyszeptał. — „Wilkołaki idą w odstawkę… Wampiry… Szukaj ofiary wśród nich” —  
odpowiedział z rozkoszą w głosie. 
 
— Tiana!? — wsłuchałam się w czyjś głos. 
— Czy tobie już do końca odbiło? — Dźwięk się nasilił, a ja poczułam, że ktoś mną potrząsa. 
Otworzyłam lekko oczy. Męska sylwetka klęczała nade mną. Mogłam dostrzec jej ironiczny 
uśmieszek. Przetarłam oczy. Kark bolał mnie okrutnie, miałam wrażenie jakbym miała tam wbite 
tysiąc igieł. 
— Eric? Co ty tu robisz w środku nocy? — zapytałam i przetarłam zaspane oczy. 
— Dziewczyno, nie za dużo białego proszku? — odpowiedział pytaniem podszytym sarkazmem. 
— Co? — Rozejrzałam się wokół siebie.  
Strugi natarczywego światła wlewały się do biblioteki. 
— Orientujesz się, która jest godzina? — zapytał tępo. 

background image

56 
 

— Nie! 
— Koło dziesiątej.— Wytrzeszczyłam oczu ze zdziwienia.  
Przecież, jak to? Przyszłam tu może o drugiej. Zaczęłam szukać kronik  i… No właśnie, co dalej?   
Szybko podniosłam się do góry, rozprostowując ręce. Wtedy właśnie zobaczyłam co mam 
napisane na przedramieniu. Dużymi, czarnymi literami wypisano: 
 
„Chcesz to zakończyć? Dobrze, spotkajmy się na wyśnionej łące o północy. 
                                                                       Pozdrowienia. V.” 
 
Od razu się uśmiechnęłam. Miałam okazję zakończyć tę maskaradę na dobre. Czułam nieodpartą 
radość. Tak, tak i jeszcze raz tak! Nikt już więcej nie ucierpi. 
— Czego się tak durnie szczerzysz? —  Eric zapytał opryskliwie. — I co masz napisane na ręce? 
Złapał za mój nadgarstek i boleśnie wykręcił, aby zobaczyć napis. 
— Auu! — zawyłam z bólu. 
— Spotykasz się ze swoim kumplem Tannerem?— zakpił.  
Chwila. Dlaczego powiedział „z Tannerem”?  Czy on mógł by mieć coś wspólnego z V? Nie, to 
niedorzeczne. 
— Odpieprz się od niego — naskoczyłam na chłopaka. 
— Ktoś się poczuł urażony? Szkoda, mam to gdzieś — odpowiedział cynicznie i odszedł. 
Do cholery, co się z tym kretynem dzieje?! I to niby ja jestem dla niego wredna. Trele Morele. 
 
** 
 
Z biblioteki poszłam od razu na lekcje. Choć ani razu nie mogłam się skupić, próbowałam coś 
wymyśleć. A jedyne, co przyszło mi do głowy, to spotkanie się z Allanem, który może będzie coś 
wiedział. Nie, on musi coś wiedzieć. Poza tym przez cały dzień Tanner się do mnie nie odzywał. 
Spotkałam go na korytarzu, a on tylko skinął głową i odszedł prędko. Tak samo Eric zachowywał 
się chamsko w stosunku do mnie. Wszyscy ludzie powariowali?! Po skończeniu zajęć pobiegłam 
do swojego pokoju. Założyłam na siebie kurtkę, do kieszeni wepchnęłam zdjęcie. Kiedy 
wychodziłam z zamku było już ciemno. Po drodze zdążyłam się jeszcze zgubić kilka razy. W 
końcu na horyzoncie pojawił się miasto, Salem i mały bar Whisky, prowadzony przez mojego 
przyjaciela. 
Pchnęłam drzwi do speluny. Miałam zamiar iść do kontuaru, gdzie stał Allan, lecz w tym samym 
momencie poczułam uścisk na ramieniu. Ktoś mnie podniósł i zaprowadził do męskiej ubikacji. 
Zamknął drzwi na klucz i obrócił się w moją stronę. 
— Skąd się tu wzięłaś, do cholery? — zapytał wściekły Eric. 
— Chciałam się spotkać z Allanem — odpowiedziałam zacięcie. 
Jego zielone oczy patrzyły na mnie z czystą wrogością. 
— Co ty tu robisz?! — spytałam tym razem ja, a mój głos brzmiał buńczucznie. 
— Nie twoja sprawa! — warknął zirytowany. 
Nie! Koniec tej rozmowy. 
— Wypuść mnie — powiedziałam najmilej jak potrafiłam. 
Zrobił wredny uśmieszek, a w jego oczach pojawiły się złośliwe iskierki. 
— Dopóki mi nie powiesz, po co tu przyszłaś, nie licz na to! 
Górował nade mną i sam o tym wiedział. Osaczył mnie swoimi ramionami tak, że nasze oczy 
były na równej linii. Zbliżył się do mnie, poczułam jego ciepły oddech na swojej twarzy. 
— Zamierzasz mi powiedzieć?! — zapytał.  

background image

57 
 

Jego usta były coraz bliżej moich. Mogłam wyczuć jak moje tętno natychmiastowo się podniosło. 
Delikatnie przekręciłam klucz od drzwi.  
— Chyba śnisz! 
 I właśnie, gdy chłopak zbliżył się niebezpiecznie, pchnęłam drzwi i wyswobodziłam się z jego 
uścisku. Mogłabym przysiąc, że słyszałam jak całuje lustro! Jeden-zero dla mnie! 
Zadowolona podeszłam do kontuaru. 
— Cześć — przywitał się uśmiechnięty Allan.  
— Muszę z tobą pogadać — powiedziałam cicho, tak żeby nikt inny siedzący obok nie usłyszał.  
Zrobił zdziwioną minę, ale zaprowadził mnie do swojego gabinetu. Od razu zobaczyłam  
rzucające się w oczy bordowe ściany, obwieszone najróżniejszymi plakatami. Oparł się o 
drewniane biurko, stojące na środku pokoju. Skrzyżował ręce na piersiach i wyczekiwał aż 
zacznę. Wyjęłam fotografie, na której jesteśmy razem z kurtki i podałam mu do ręki. Na jego 
twarzy malowało się czysty szok. 
— Skąd to masz? — zapytał oschle. — Spaliliśmy wszystkie rzeczy. 
— Zdaję sobie sprawę, ale dostałam to w liście. 
— Jak to? — wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. — Od kogo? 
— Nie wiem — odpowiedziałam zgodnie z prawdą. — Pamiętasz coś z tamtego roku? 
— Niewiele. To było ponad sto lat temu— stwierdził zamyślony. 
Desperacko opadłam na kanapę za mną. Twarz schowałam  w dłoniach. Musi coś pamiętać! 
— Nawet najmniejszego szczegółu? Może jakaś nowa osoba czy rodzina wprowadziła się wtedy? 
— Możliwe. Chwila….— stwierdził.  
Podszedł  do starej komody z ogromnymi segregatorami. Przejechał palcem po zakurzonych 
okładkach teczek. Zatrzymał go na czerwonej z napisem „Alkohol”.  Niespokojnie zaczął 
przerzucać kartki, by w końcu przestać na skrawku dziennika. 
— Który rok konkretnie cię interesuje? — spytał poruszony. 
— Tysiąc osiemset dziewięćdziesiąty drugi — odpowiedziałam z  próżną nadzieją w głosie. 
— Tylko jedna rodzina jest zapisana. Ale… nie ma podanego pełnego nazwiska tylko… V. 
Moje ciało napięło się ostrzegawczo. Próbowałam ustalić czy to przydatna wiadomość. Cholera! 
— Ilu osobowa? 
— Trzy. Ojciec, zresztą bardzo młody, matka i nastoletni syn. Pamiętasz kogoś takiego? 
— Nie, praktycznie nic sobie nie przypominam — odpowiedziałam gorzko. 
 Podniosłam głowę i popatrzyłam mu w oczy. Jego zielony tęczówki błyszczały z niepokojem.  
— Słyszałeś o niedawnych morderstwach? — zapytałam.  
Pokiwał twierdząco głową. 
— To znaczy, że są nowi nomadzi w mieście? — kontynuowałam. 
— Niestety nie — odpowiedział smutno. — Przeszukałem całe miasto i nikogo nie znalazłem. 
Ktoś nas zdradził.   
— W akademii nie pijemy ludzkiej krwi. Bierzemy wszystko z banku — odpowiedziałam 
zdziwiona, lekko mrużąc oczy.  
Przyjaciel zmierzwił nerwowo swoje jasne włosy. 
— Wiem — odpowiedział już spokojnie. 
— Ale ludzi ginie coraz więcej! Co mamy z tym zrobić? 
— Mam pomysł. — Schylił się do szuflady w biurku i zaczął czegoś szukać.  
Patrzyłam zdziwiona na Allana, który wreszcie podał mi mały woreczek z jakimś brązowym 
zielskiem. Delikatnie parzyło w skórę przez plastik. Gdy chciałam otworzyć torebkę, upomniał 
mnie. 
— Nie rób tego. Poparzysz się! — skwitował.  

background image

58 
 

Popatrzyłam na niego krzywo, przecież to zwykle zioła. 
—Co to jest Allan? — zapytałam zdziwiona. 
—Catuaba — powiedział opanowanym głosem. — Zapomniane zioło, którym mądrzy znachorzy 
używali do sprawdzania, kto jest wampirem. 
Zaśmiałam się ironicznie. Czy on naprawdę w to wierzył? 
— Zakładasz, że to prawda? 
— Tak, sprawdziłem — odpowiedział i zaczął powoli podwijać rękaw koszuli w szkocką kratę. 
— Jak powiedziałem znachorzy znakowali jakby wampiry. To co nazwałaś zielskiem to 
Catuaba. Parzy istoty takie jak my i zostawia im bliznę. 
Zakasał koszulę aż do łokcia, ukazując mi wręcz bordowe znamię. Było w kształcie normalnego 
liścia. Skrzywiłam się na samą myśl o tym czymś. Przyjaciel, widząc moją minę powiedział: 
— To i tak nic, wczoraj wyglądało gorzej i paliło żywym ogniem — uśmiechnął się nieznacznie. 
— Co zamierzasz z tym zrobić? 
— Srebro już nie wystarczy, ten ktoś sobie z nim radzi. Za to zioło po przegotowaniu twardnieje i 
nabiera matowego koloru. Ludzie będą bezpieczni, mając je na szyjach. A my będziemy mieli 
czas, by odkryć, co to za gnojek. Jutro pójdę do burmistrza i przekonam go do tego. 
— Świetnie — odpowiedziałam uradowana tym pomysłem. 
 
** 
 
Wyszłam z baru około jedenastej trzydzieści. Skierowałam się prosto do ciemnego lasu. Drzewa 
wydawały się całkowicie czarne. Małe gałązki, leżące na ubitej ziemi, łamały się pod moim 
ciężarem. Niebo było przejrzyste. Każda gwiazda błyszczała wśród mrocznego nieboskłonu. Od 
czasy do czasu można było usłyszeć pohukiwanie sów i wycie wilków.  
Nie, wróć! W naszych lasach nie ma wilków!  
Stanęłam otępiała, nie wiedząc co mam zrobić. Wzięłam kilka głębokich oddechów i ruszyłam 
dalej. Miałam może jeszcze jakieś sto metrów do przejścia. 
 Tiana, weź się w garść. Jesteś wampirem, a nie jakimś tak głupim człowiekiem — powtarzałam 
sobie w myślach jak mantrę. 
Na horyzoncie pojawiła się wolna przestrzeń, nie zarośnięta drzewami. Łąka! Odetchnęłam z 
ulgą. Wreszcie pozbędzę się swojego problemu. Weszłam na miękką trawę. Jest początek zimy, a 
w tym miejscu nadal nie ma śniegu. Dziwne. Stanęłam dokładnie na środku i przygotowałam się 
na nachodzące niebezpieczeństwo. Nic się nie stało. Zirytowana popatrzyłam na zegarek. Było 
już dziesięć minut po północy. Nieprzeniknioną ciszę rozdarł krzyk, niosący się po całym lesie. 
Mogłam usłyszeć jak kości w kręgosłupie strzelają, później obojczyk. Ale w czyim ciele pękają? 
Kolejny krzyk z bólu, tym razem mogłam wyodrębnić głos kobiety.  
— Ratunku — wyszeptał młody głos, dochodzący z oddali. — Proszę!— Dźwięk coraz bardziej 
słabł. 
Naglę rozbłysło światło. Czerwonozłote języki ognia, może pięćset metrów ode mnie.  
Najszybciej jak mogłam, pobiegłam w stronę płomieni. Widok był koszmarny! 
Młoda kobieta, człowiek, miała może z dwadzieścia pięć lat, paliła się żywcem. Była obdarta do 
połowy ze skóry. Za to druga część po prostu rozpuszczała się i boleśnie spływała na dół.  Na 
twarz widniała wyryta dużo blizna w kształcie litery V, z której sączyła się obficie krew. W 
niektórych miejscach było jej widać kości, pękające pod wpływem ciepła. Do tego dziewczyna 
cały czas żyła. Wdychała pośpiesznie dym, próbują  się wyswobodzić, z sznurków na ciele. 
— Pomocy! — znów wyszeptała czerwonymi ustami. To były jej ostanie słowa zanim jej serce 
przestało bić. 

background image

59 
 

Rozdział 9 
 
Następne wydarzenia pamiętam jak przez mgłę. Może płakałam, może biegłam, może 
krzyczałam. Nie potrafię sobie przypomnieć. Znalazłam się przy bramie, prowadzącej do 
akademii. Sama nie wiem jak. Próbowałam wejść, ale przejście było zamknięte. Szarpałam nim 
kilka razy, ale nadal nic. Jęknęłam z frustracji. Po raz pierwszy odkąd przebywałam w szkole 
furtka była zablokowana. I jak ja mam wejść do akademii? Nie mówiąc już o tym, że nie 
powinnam wychodzić. Kolejna katastrofa w moim dziwnym życiu. Prawdopodobnie się w końcu 
przyzwyczaję. Nie… to nie jest możliwe. Załamana zaczęłam obchodzić mur dookoła. Byłam 
naprzeciwko boiska, gdy usłyszałam ciche szeptanie. Podeszłam bliżej. Dźwięki niosły się lasem, 
więc nie mogły pochodzić z daleka. Zdziwiona weszłam w ciemny gąszcz. Z każdym metrem 
głosy stawały się wyraźniejsze. Mięsnie mojego ciała napięły się ostrzegawczo, a dłonie pociły 
się nieprawdopodobnie. Doszłam aż do starej, zapomnianej przez wszystkich studni. Dwie 
postacie, zdecydowanie męskie natarczywie się ze sobą kłóciły. Schowałam się za wielką sosną, 
by dokładnie przyjrzeć się sylwetkom. Pierwsza górowała nad drugą. Miała może ze sto 
dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Szerokie, rozbudowane ramiona kontrastowały z 
umięśnioną resztą ciała. Kolejny mężczyzna był niższy, posiadał przydługą grzywkę i jak 
zawsze… kogoś mi przypominał. Z wnikliwej obserwacji wyrwał mnie krzyki osobników. 
— Ile to jeszcze będzie trwać?! — zapytał ostro wyższy facet. 
— Nie wiem. Tyle ile będę chciał — odpowiedział nastolatek po namyśle.  
Jego głos był zdecydowanie młodzieńczy. Drugi zaśmiał się gorzko. 
— Radzę ci to skończyć! Ja to wymyśliłem i to ja dzierżę władzę — odciął się ostro. Młodzieniec 
zmierzwił nerwowo swoje włosy. 
— Dlaczego? — zapytał, ale nie słysząc odpowiedzi, ciągnął dalej: — Ona mi ufa! Rozumiesz? 
Jeszcze jeden miesiąc, a będzie tańczyć tak jak jej zagram. 
— Dałem ci prawie cztery. Nie uważasz, że to i tak zbyt dużo? 
— Tiana. Ona jest taka naiwna, tak samo ten jej Eric. —  Wow, czy ja dobrze usłyszałam. 
Przerażenie wzięło nade mną górę. Powoli i delikatnie zaczęłam się cofać. Poczułam coś 
wielkiego z tyłu łydki i z hukiem upadłam na mokrą od porannej rosy glebę. Głupie korzenie! 
— Cholera! — zaklęłam pod nosem.  
Oczy mężczyzn zwróciły się na mnie. Dostrzegłam perfidny uśmieszek na twarzy starszego. 
— Dlaczego jeszcze stoisz?! — warknął na młodzieńca. — Złap ją i zabij! 
I tyle z mojego podsłuchiwania. Pieprzyć wszystko, muszę uciekać! Skoczyłam na równe nogi i 
biegiem rzuciłam się w stronę muru, dzielącego mnie ze szkołą. W duchu przeklinałam się, że tak 
bardzo nie lubiłam wychowania fizycznego. Obiecuję, jeśli przeżyje wezmę się za bieganie, 
jestem przecież cholernym wampirem. Słyszałam jak kroki za mną stają się głośniejsze. Kurde, 
dogania mnie! 
— Nie uciekniesz! — wychwyciłam ostre słowa pośród drzew i szaleńczy śmiech. 
— Zobaczymy — odgryzłam się.  
Na horyzoncie pojawił się wysoki, granitowy mur. Moja jedyna szansa na przeżycie. Odbiłam się 
przy samej krawędzi, rękoma zaparłam się o wierzch i tyle ile miałam sił, podniosłam się ku 
górze, by później przeskoczyć za ogrodzenie. Tak, jestem na terenie szkoły! Ale nadal nie 
miałam pewności czy będę bezpieczna. Szybko skryłam się za starym dębem z dużymi konarami, 
które dawały cień przy wstawiającym słońcu. Nagle zamarłam, poczułam drżenie ziemi wokół 
drzewa. Puls mi przyśpieszył, a serce waliło nieokiełznanie. 
— Cholera! — krzyknął niedaleko mnie. — Zwiała, następnym razem ją dorwę. 
Kroki zaczęły cichnąć. Oparłam się o dąb, w pełni bezpieczna i odetchnęłam z ulgą. Zaczynam 

background image

60 
 

wariować. Przez chwilę miałam wrażenie, że starszy mężczyzna to Chri…  
Nie, to nie możliwe.  
On nie żyje. 
Chyba.  
Skoro miałam pewność, że nikogo nie ma, musiałam wymyśleć jak się dostać do mojego pokoju. 
Może po prostu drzwi wejściowe będą otwarte? Tak by było łatwiej. Z moim pechem, mogę od 
razy założyć, iż są zamknięte. W takim razie zostaje mi tylko wspinaczka po winorośli na wieżę, 
w której jest dormitorium. Desperackim krokiem podeszłam do wieżyczki. Oplatały ją 
zmarznięte łodygi rośliny. Wspięłam się na pierwsze drewienka i później znów do góry. W 
połowie drogi poczułam rozdzierający ból w udzie. Schyliłam głowę i zobaczyłam jak moje 
nowe dżinsy barwią się na czerwono, metaliczną cieczą. Cholerne kolce, czy co to tam jest. Przez 
przypadek spojrzałam w dół i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Znajdowałam się jakieś 
dziesięć metrów nad ziemią. Mój uścisk się osłabił, lewa ręka opadła bezwładnie. Żołądek 
podszedł mi do gardła. Lecz na szczęście w porę się opamiętałam i wróciłam do stabilnej pozycji. 
Wreszcie wspięłam się na parapet mojego pokoju. Usadowiłam się na ciasnej powierzchni wnęki. 
Zapukałam mocno w szybę, robiąc małe wygięcie. Upss, wypadek przy pracy. Bonny się 
poruszyła w swoim ciepłym i wygodnym łóżku, w którym też ja powinnam być. Przyjaciółka 
podniosła półprzytomnie głowę. Kolejny raz uderzyłam z piskiem w szybę. 
— Bonny! Rusz tyłek! — warknęłam, zaparowywując  okno. 
— Jezu, Tiana! — wydukała zdziwiona. — Co ty tam robisz? 
— Latam, wiesz. Otwórz te durne okiennice, a nie zadawaj głupich pytań. 
Szybko podbiegła do okna, obluzowała klamkę i wypchnęła framugę. Zachwiałam się 
niebezpiecznie, by w dobrym czasie złapać równowagę. Z ulgą wskoczyłam do środka. Oparłam 
się o ścianę i zaczęłam dyszeć dla uspokojenia. Powoli dochodziłam do normalnego stanu 
emocjonalnego. 
— Nie było cię całą noc! — odezwała się Bonny raczej do siebie niż do mnie. 
— Długa historia — stwierdziłam zgodnie z prawdą.  
Czułam jak moje powieki opadają ze zmęczenia. 
— Opowiesz mi co się działo? — zapytała podenerwowana.  
Na jej młodzieńczej twarzy panował niepokój, za to w oczach można było dostrzec irytację. 
— Na pewno. Tylko teraz padam z nóg. 
— Nie masz zamiaru iść na lekcje? 
— Jakby ktoś się pytał powiedz im, że mam to gdzieś — odpowiedziałam niewzruszona. Bonny 
wygięła brew w niedowierzaniu. 
— Serio? 
— Zdaje się na twoją kreatywność — rzuciłam w odpowiedzi.  
Położyłam się na swoim łóżku, okrywając ciepłą pierzyną. 
— Tiana!— krzyknęła przyjaciółka, dając upust złości.  
Zignorowałam ją, już odpłynęłam w inny świat. Jak się okazał w ten gorszy. 
 
 
Czerń. Pustka. Nicość. Ta w jednej chwili zamieniła się w dziwne miejsce. Po zastanowieniu 
nazwałabym to ścianą, tak… Zdecydowanie ścianą żalu. Na szarej marmurowej przeszkodzie 
były przyklejone zdjęcia. W samym środku moje! Obok niego masa innych przestawiających 
moich przyjaciół Bonny, Lexi, chłopaków, ale nie tylko: Mike Cliwertona, Leo, Malcolma, 
Tannera, do tego niektórych pozostałych uczniów, których w jakikolwiek sposób znam. 
Przerażające fotografie zmarłych wilków pomazane czerwoną cieczą, a na czole namalowane 

background image

61 
 

duże V. Za to w zdjęcie Erica był wbity nóż z oryginalną rękojeścią. Podeszłam do niego i z całej 
siły pociągnęłam, by go wydobyć. Na końcu ostrza wyryto tak dobrze mi znany obrazek. 
Skrzyżowane ze sobą płomienie. Herb rodzinny, który wymyślił mój pradziad. Nie dość, że 
morderca to psychol. 
 
 
 
Obudziłam się z krzykiem. Powoli podniosłam się do pionu. Zachłysnęłam się powietrzem na 
widok przedmiotu wbitego między moje nogi. Ten sam sztylet, ten sam herb. Rozejrzałam się 
spanikowana. Jak to coś się tutaj znalazło? Mam dość! Gdyby tak wbić go  prosto w moje serce. 
Ile rzeczy stało by się łatwiejszych. Mój wzrok spoczął na zegarku, na którym było  w pół do 
czwartej. Czyli lekcje się już skończyły. W takim razie, muszę porozmawiać z Tannerem. 
Dowiem się dlaczego mnie unika. Ale najpierw się przebiorę. Nieźle ode mnie zalatuje. 
Zrzuciłam z siebie brudne ciuchy i sięgnęłam do szafy po coś czystego. Wyjęłam  zwykły czarny 
t-shirt i dresy do kolan. Oprócz smrodu spalonych włosów, można byłoby powiedzieć, że 
wyglądam jakbym nie spała, a nie jak po kolejnym morderstwie. 
— Ujdzie — rzuciłam do odbicia w lustrze.  
Dogłębnie zlustrowałam dziewczynę ze szkła. Jej, dawniej długie, włosy były osmolone, a 
grzywka urosła, zakrywając duże zielone oczy. Uśmiechnęłam się smutno. Wyszłam z pokoju, 
uprzednio chowając sztylet do prowizorycznej pochwy, która schowałam za sprzączkę w 
spodniach i ruszyłam w stronę dormitorium chłopców. Nie minęło pięć minut, a znalazłam się w 
części sypialnianej  mężczyzn. Szłam przy drzwiach i nasłuchiwałam, czy aby ktoś nie idzie. 
Uczennice nie mogły tutaj przebywać, mógł grozić mi jak zwykle szlaban. Zaczęłam powoli 
odliczać pokoje. W pewnym momencie drzwi do sypialni Erica i Thomasa otworzył się, a ja 
zostałam wciągnięta do środka. Znowu. 
Tym razem będę twarda. Pokój był średniej wielkości. Na ścianach przyklejona szara tapeta, a na 
podłodze walały się ubrania i bielizna. Oparłam się o futrynę łóżka i popatrzyłam pytająco na 
Erica. 
— Byłaś już u tego psychopaty? — zapytał, opierając się o drzwi i nerwowo wyginając palce. 
— Taa. Właśnie u niego jestem — odpowiedziałam sarkastycznie. 
— Wiesz o kogo chodzi! 
— On ma imię i nie jest psychopatą w porównaniu do ciebie — warknęłam ze złością. 
— Dobra — odparł zrezygnowany. – Czy byłaś u Tannera? 
— Nie! Miałam tam iść, póki ty…… 
— Obejrzyj jego ręce — wydukał powoli chłopak, czekając na moją reakcje. 
— Co insynuujesz? 
— Że twój chłoptaś nie jest taki miły. Przemyśl słowa Allana. — Zatkało mnie. Ja… nie 
wiedziałam. Przede wszystkim myślałam, iż to sprawa między nami, a nie dodatkowo z Ericem. 
— Nie wierzę ci! — odpowiedziałam hardo.  
Westchnął teatralnie. Dopiero teraz zauważyłam, że ma nadgarstek opatrzony gazą. 
— Czy to wszystko? —  zapytałam znudzona.  
Szybko wstałam i wycofałam się z pokoju. 
— Uważaj na siebie — usłyszałam za sobą głos przyjaciela.  
Pokiwałam głową, miał rację, z resztą jak zawsze. Czy on nie wie za dużo? 
Podeszłam do drewnianych drzwi. Bez pukania wpadłam do środka pokoju Tannera. Chłopak 
podskoczył na krześle, gdy mnie zobaczył. Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. 
— Co ty tutaj robisz? — zapytał wzburzony. 

background image

62 
 

— Przyszłam się spytać dlaczego mnie unikasz? 
— Musiałem przemyśleć kilka rzeczy — odpowiedział, próbując nieudolnie zakryć swoją prawą 
rękę.  
Miał na niej paskudną bliznę. Cała czerwona, z wielkim bąblami, jakby skóra miała od tego 
odejść. Do tego była o bardzo dziwnym kształcie, jakby liścia. Fascynujące. 
— Nic ci nie jest? — zapytałam. 
— Niee! Zwykłe znamię. 
Znamię!? Czy on naprawę nie widzi tego ohydztwa. 
— Ale.… to wygląda paskudnie. Byłeś już u doktor Chase?   
— Nie i nie zamierzam! — warknął wściekle. 
Wybałuszyłam oczy. On się słyszy? 
— Tanner, możesz mi powiedzieć dlaczego na mnie się wściekasz? Chcę ci tylko pomóc. 
— Nie chcę twojej pomocy — wyjęczał. 
— Dobra — odchrząknęłam zdekonspirowana. 
Zwróciłam się do wyjścia i złapałam na klamkę, gdy poczułam uścisk na nadgarstku. 
Odwróciłam się i zmierzyłam chłopaka chłodnym wzrokiem. Tanner patrzył na mnie spod byka. 
Był blisko, za blisko. Jego obecność nie działa na mnie za dobrze. 
— Przepraszam — powiedział. 
— Tak ja też przepraszam, … że tu przyszłam — stwierdziłam i wyszłam trzaskając drzwiami.  
Och, czy związki męsko-damskie zawsze muszą być takie trudne? Nawet jeśli to przyjaźń. 
Rozmyślona schodziłam po schodach. Przyglądałam się widokowi za oknami. Słońce akurat 
zachodziło, zostawiając czerwoną poświatę na nieboskłonie. Tak, czerwony zachód słońca. 
Dawno takiej rzeczy nad Salem nie było. Zapatrzona w krajobraz wpadłam na jakąś niską 
dziewczynę. Jak się okazało Pearl. 
— Hej! — zawyła dziewczyna, gdy uderzyłam w nią. Jej złote włosy zafalowały, a oczy 
pociemniały. — Możesz uważać, gdzie stawiasz nogi. 
— Aaa… przepraszam — rzuciłam nadal nie zainteresowana, lecz kiedy zauważyłam, że przed 
nami stoją tłumy osób oprzytomniłam. 
— Co tu się dzieje? — zapytałam dziewczynę. 
— Któryś z naszych szkolnych pajacy napisał jakiś napis, ale… więcej nie wiem.— zachichotała 
podniecona 
 — Dzięki. 
Zaczęłam się przetykać do przodu. Kolejni uczniowie krzyczeli na mnie, bym trochę bardziej 
uważała gdzie idę. W końcu przepchałam się na sam początek. Stała tam już profesor Blofitz. 
Omiotłam główną ścianę, na której znajdowało się mnóstwo okien, wzrokiem. Zauważyłam małe 
zawiniątko, właściwie maskę. Jedwabista różowa koronka była przyszyta wokół otworów na 
oczy. Obszycia zostały ozdobione malutkimi brylancikami. 
— To moja maska — zawołałam, aby zaraz tego pożałować.  
Skierowałam mój wzrok wyżej i zobaczyłam wypisane czerwoną farbą napis na wielkiej 
okiennicy. 
 
Nie ładnie jest się bawić w mordercę. 
 
Zdębiałam. Czułam te wszystkie zdziwione spojrzenia na sobie. Muszę nauczyć się trzymać 
język za zębami. 
— Jak to twoja? — zapytała zszokowana belferka.  
Z tyłu zaczęła się roztaczać pomruki. Jestem ugotowana. Na mojej twarzy pojawił się szkarłatny 

background image

63 
 

rumieniec.  
 — To twoja sprawka? 
—  Oczywiście, że nie proszę pani — odpowiedziałam niemal płaczliwie. 
—  Tak… jakoś przed chwilą oznajmiłaś nam, tutaj zebranym, że zguba, leżąca na ziemi jest 
twoja. Czy to aby nie jest wystarczający dowód? — spytała podejrzliwie. 
— Alee… ja... — Obejrzałam się zdesperowana w koło zebranych. Dostrzegłam Erica, moją 
jedyną nadzieję. — Ja byłam z Ericem. 
— Z Ericem Broust? 
— Tak — podpowiedziałam. 
Nauczycielka zawołała chłopaka do siebie. Szybko podbiegł, rzucił mi też pocieszające 
spojrzenie. 
— Była z tobą? — zadała pytanie twardym głosem.  
A on… 
— Nie — stwierdził.  
Wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia. Jak mógł tak bezczelnie kłamać? 
— Eric, ty cholerny kłamco, powiedz prawdę! — warknęłam na niego. 
— Tiana, jaką prawdę? — odpowiedział, udając oburzenie. — To jest prawda. Nie było cię ze 
mną, chyba bym o tym w takim razie wiedział! 
— Jak możesz? — zapytałam załamanym głosem. 
— W takim razie pójdziesz ze mną. — Dołączyła się do rozmowy belferka.  
Z tłumu wychwyciłam zadowolone  pomruki. 
— Ja nic nie zrobiłam! 
— O tym już zdecydowałam, a teraz za mną. Wyznaczę ci karę, oczywiście oprócz sprzątania tej 
szyby! 
Jęknęłam rozpaczliwie. To się nie może dziać? Pani Blofitz odwróciła się i zaczęła zmierzać do 
wyjścia ze szkoły. Opadłam na zimną podłogę. 
— Dlaczego? — zwróciłam się do Erica. 
— Dla twojego bezpieczeństwa — odpowiedział z takim czymś w głosie, że nie mogłam określić 
co to. 
— Guzik wiesz o moim bezpieczeństwie — wydukałam, kiedy łza spłynęła po moim policzku, 
zostawiając mokry ślad. 
— Podziękujesz mi kiedyś. 
— Nie chcę cię znać! Nie licz na to, że się do ciebie odezwę  — wyksztusiłam ze złością. 
Podniosłam się ciężko z podłogi, zmierzyłam chłopaka pogardliwym spojrzeniem i pobiegłam za 
profesorką, by ją dogonić. Czekała na mnie na kamiennej ścieżce, prowadzącej w głąb lasu. 
— Co pani zamierza? — zapytałam zdezorientowana. 
— Nie ja, to zadanie dla ciebie! 
— Nie rozumiem?  
— Szkoła wyznaczyła dyżury w lesie, by w razie czego móc pomóc tym biednym turystom. 
Nadal nie rozumiałam. Spięłam mięśnie z podenerwowania. 
— Przepraszam, czy ja mam dać się zabić za tych ludzi?  
— Och, tak — usłyszałam pomruk nauczycielki pod nosem. — Nie, masz w razie czego pomóc 
im uciec. 
— Super po prostu. Czy ja według pani wyglądam jak żywe mięso? — zapytałam retorycznie.— 
Jak duży obszar mam pilnować? 
— Wokół studni, najdalej kilometra od niej — odpowiedziała niewzruszona moją desperacją, 
próbą jakiegokolwiek wymigania się. 

background image

64 
 

— Już zaczynaj! — krzyknęła. 
Nie, no. Ona naprawdę mówi na poważnie. Świetnie, muszę pamiętać, żeby później ukatrupić 
Erica. Co ja gadam, przecież najprawdopodobniej zginę! 
 Powolnym krokiem zaczęłam się oddalać od nauczycielki. Wchodziłam w mrok, ciemność, 
czystą śmierć. Już nie ma dla mnie nadziei! Chyba za bardzo zaczynam panikować. Paranoiczka 
ze mnie. 
Brukowana ścieżka się skończyła, zeszłam więc na polną dróżką. Co chwilę chrzęściło mi coś 
pod nogami. Nagle, jakby znikąd wyłonił się ogromny konar drzewa. Uderzyłam o niego, a 
chwilę później zwijałam się z bólu po zderzeniu resztek drzewa z moim piszczelem. Żeby Eric 
tak cierpiał, najlepiej niech pójdzie do diabła. O tak! Tam na pewno jest mile widziany. 
— Cholera — powiedziałam sama do siebie, podnosząc się mocno otartymi rękami z ziemi. 
Czułam metaliczny zapach krwi. Nieźle, do tego się gdzieś skaleczyłam. Nadal zmierzałam przed 
siebie, lekko kulejąc. W powietrzu zaczął się unosić zapach brudnej wody. Musiałam być 
niedaleko. I tak jak myślałam, po około pięciu minutach moim oczom ukazała się mała budowla 
z drewnianym daszkiem. Moją wartę czas zacząć! Wzięłam głęboki oddech i podeszłam do 
zardzewiałej studni, którą oświetlał księżyc. Na granitowej powierzchni był wyryta napis: 
„Byśmy byli zawsze bezpieczni od istot piekielnych”. Przejechałam po nim dłonią. 
— Dziwne — stwierdziłam zdziwiona.  
Miałam niemiłe wrażenie, że chodzi o nas. Ale może znów świruję? Uprzednio zaparłszy się 
rękoma o budowle, schyliłam się i popatrzyłam na dół. Woda była skuta całkowicie lodem. 
Zamknęłam oczy by się rozluźnić. Uczucie zbliżającego się niebezpieczeństwa narastało we mnie 
z nie znanych mi przyczyn. 
— Zbliżają się kłopoty  — pomyślałam w natłoku bezradności. 
Nieoczekiwanie straciłam grunt pod nogami. Zaczęłam spadać, spanikowana machałam rękoma. 
Ja się już nigdy nie wywinę śmierci! Z głośnym hukiem uderzyłam o taflę lodu, łamiąc ją na 
ostre kawałki, raniące moją skórę i wpadłam wprost do zimnej wody. Chłód cieczy natarł na 
moją twarz, powodując trudności z oddychaniem. Spanikowana próbowałam się wynurzyć, ale 
starania spełzły na niczym. Nagle zrozumiałam, że woda uderza we mnie z prawej strony. Musi 
tu być jakiś prąd. Z desperacją poddałam mu się, a ten omiótł całe moje ciało i zmusił do 
płynięcia w stronę, którą on chciał. Zamknęłam oczy, dławiłam się z braku powietrza. Miałam 
wrażenie, że niewidzialna nić zaciska się na szyi, chcąc mnie udusić. Kiedy otworzyłam je 
ponownie, dostrzegłam inny kolor wody, jakby błękitny, a nie szkarłatno zielony. Nurt wypchnął 
mnie na powierzchnie. Łapczywie łykałam powietrze. 
Wtedy właśnie to zobaczyłam. Jaskinia! Była wykuta całkowicie w skale i oświetlała ją tylko 
mała lampa naftowa. A najbardziej zdziwiła mnie zawartość. Pod główną ścianą stało burko 
zawalone jakimiś papierami i wycinkami z gazet. Za to na ścianach wisiało pełno moich 
fotografii z różnego okresu. Od samego początku bycia wampirem. Poprzez te wszystkie lata 
podróżowania, nagle dowiaduję się, że cały czas byłam śledzona przez jakiegoś psychopatę. 
Chore. Gdy wyszłam z wody, dogłębnie przyjrzałam się przeróżnym zdjęciom. Nie wyglądały 
jak by je ktoś robił z ukrycia, przeciwnie jakbym sama chciała do nich pozować. Najbardziej 
wyróżniało się tę, na którym byłam z jakąś kobietą, może trzydziestoletnią. Miała złote włosy, i 
przepiękne niebieskie oczy, tak podobne do oczu … Tannera! Właśnie w tym momencie zdałam 
sobie z czegoś ważnego sprawę.  
 
Rana Tannera wyglądał tak samo jak blizna Allana? Czy to znaczy, że V to….. 
 
 

background image

65 
 

Kochani! 

TE ROZDZIAŁY ZOTSAŁY NAPISANE PO TO, ŻEBY WAM 

ZAMIESZAĆ W GŁOWIE. Czy nadal obstawiacie takie same  wersje 

V? 

 
PS. 
 
Chcę was przeprosić, że tak długo musieliście czekać na te rozdziały. 
Przepraszam ,tez, iż zabiłam kogoś. Obiecałam że, tego nie zrobię. Ale musiałam wyładować 
frustrację, spowodowaną życiem osobistym. 
 
Przechodzimy do podziękowań, które śle moim bliskim: 
 
xLoveVamierex – dziękuje, że zawsze jesteś ze mną. 
  
Lilith_zuo- która pomogła mi napisać o tym morderstwie tak krwawo. I zmuszała mnie na każdej 
przerwie, żebym dalej pisała. 
 

Dziękuje wam jesteście wielkie 

 

Ach, bym zapomniała. Rozdziały ze specjalną dedykacją dla Nataszy  

(cholernie_zaczytanej) 

Masz specjalne miejsce w moim sercu. 

Cheery