background image

 
 
 
 

JEFFREY ARCHER 

 
 
 
 

CHIŃSKA FIGURYNKA 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
  
 
 
 
 
 
 
 
 

 

 
 

FIKCJE I FAKTY 01/1989 

background image

 

Pod młotek licytatora miała iść teraz mała chińska figurynka. Wywołanie pozycji numer 

103 powitał ów lekki szmer, jaki zawsze poprzedza sprzedaż arcydzieła. Pomocnik prowadzą-
cego  aukcję  uniósł  w  górę  delikatne  cacko  z  kości  słoniowej,  ukazując  je  tłumnie  zgroma-
dzonej publiczności, a licytator rozejrzał się po sali, by upewnić się, gdzie siedzą poważni na-
bywcy. Przewertowałem katalog, w którym podano dokładny opis figurynki i garść faktów z 
jej historii. 

Zakupiona została w 1871 roku w Ha Li Chuan. W katalogu określono ją z właściwym 

Sotheby'emu wdziękiem, jako „własność pewnego dżentelmena”, co zazwyczaj znaczyło, iż 
jakiś arystokrata pragnie zataić, że los go zmusza do wyprzedaży rodzinnej schedy. Zaduma-
łem się. czy tak mogło być istotnie, i postanowiłem zbadać, co też po upływie ponad stu lat 
zaprowadziło maleńką chińską figurynkę na licytację tego czwartkowego ranka. 

— Pozycja numer sto trzy — ogłosił licytator. — Ile dostanę za ten wspaniały okaz... 

 

Sir  Alexander  Heathcote  był  nie  tylko  dżentelmenem,  ale  i  człowiekiem  akuratnym. 

Miał równo sześć stóp, trzy i ćwierć cala wzrostu, co rano z uderzeniem siódmej wstawał na 
śniadanie,  do  którego  zasiadał  z żoną,  spożywał  nieodmiennie  jedno  jajko  gotowane  dokła-
dnie cztery minuty, dwie grzanki z jedną łyżką marmolady Coopera i wypijał jedną filiżankę 
chińskiej herbaty. Punkt ósma wsiadał do wynajętego powozu oczekującego go pod jego do-
mem przy Cadogan Gardens, przybywał do Foreign Office regularnie ósma pięćdziesiąt dzie-
więć, do domu zaś wracał, gdy zegar właśnie wybijał szóstą. 

Sir  Alexander  od  dziecka  był  pedantem,  jak  przystało  jedynemu  synowi  generała. 

Inaczej  jednak  niż  ojciec  postanowił  służyć  swej  królowej,  a  mianowicie  w  dyplomacji, 
dziedzinie również wymagającej skrupulatności. Z podrzędnego stanowiska w Foreign Office 
awansował na trzeciego sekretarza w Kalkucie. drugiego sekretarza w Wiedniu, pierwszego w 
Rzymie,  charge  d'affaires  w  Waszyngtonie  i  wreszcie  posła  w  Pekinie.  A  kiedy  Gladstone 
ofiarował mu stanowisko przedstawiciela rządu brytyjskiego w Chinach, był uszczęśliwiony, 
od dłuższego bowiem czasu interesował się, zgoła nie po dyletancku, sztuką epoki Ming. Ta 
nominacja,  która  będzie  ukoronowaniem  jego  świetnej  kariery,  stworzy  mu  szansę,  o  jakiej 
nie śmiałby marzyć — okazję ujrzenia w ich rodzimym otoczeniu wielkich posągów, malo-
wideł i sztychów, które do tej pory podziwiać mógł jedynie na ilustracjach. 

Kiedy po prawie dwumiesięcznej podróży morzem i lądem Sir Alexander wraz ze swą 

świtą przybył do Pekinu, wręczył cesarzowej Tzu-Hsi pisma uwierzytelniające oraz list pry-
watny od królowej Wiktorii. Cesarzowa, spowita od stóp do głów w biało-złote szaty, przy-
jęła nowego ambasadora w sali tronowej Pałacu Cesarskiego. Kiedy czytała list od królowej 
Anglii, Sir Alexander stał wyprężony jak struna. Jej Cesarska Wysokość nie zdradziła nowe-
mu posłowi nic z jego treści, życzyła mu tylko powodzenia w pełnieniu misji. Następnie le-
ciutko uniosła kąciki ust, co Sir Alexander trafnie odczytał jako sygnał zakończenia audiencji. 
Krocząc przez olbrzymie komnaty Pałacu Cesarskiego za mandarynem  w długiej  dworskiej 
szacie  w  kolorze  czerni  i  złota.  Sir  Alexander  ociągał  się  jak  mógł,  pochłaniając  wzrokiem 
przepyszny zbiór rzeźb z kości słoniowej i jadeitu rozmieszczonych wokół równie niedbale, 
jak arcydzieła Celliniego i Michelangela stłoczone dziś ciasno jedno przy drugim we Floren-
cji. 

Misja Sir Alexandra miała trwać zaledwie trzy lata, zrezygnował więc z wypoczynku w 

zaciszu  swej  rezydencji  i  nie  zwlekając  wyruszył  konno  do  oddalonych  prowincji,  by  bliżej 
poznać kraj i ludzi. W kolejnych wyprawach zawsze towarzyszył mu mandaryn z dworu cesa-
rzowej, służący jako tłumacz i przewodnik. 

Podczas  jednej  z  owych  wycieczek,  kiedy  przejeżdżali  grząskimi  od  błota  uliczkami 

małej  wioski  Ha  Li  Chuan,  jakieś  pięćdziesiąt  mil  za  Pekinem, Sir  Alexander  przypadkiem 
natknął się na warsztat starego rękodzielnika. Zsiadł z konia, po czym sam, bez towarzyszącej 

background image

mu świty, wszedł do walącej się szopy, gdzie jego zachwyconym oczom ukazały się delikatne 
wyroby z kości słoniowej i jadeitu. wypełniające półki od podłogi aż po sufit. Roboty co pra-
wda współczesnej, lecz zachwycająco wykonane przez biegłego w swej sztuce mistrza. Poseł 
wszedł  tutaj  z  zamiarem  kupna  jakiejś  drobnej  pamiątki.  Trudno  mu  się  było  poruszać;  bał 
się, że coś strąci. Nikt tu widać nie spodziewał się gości mierzących sześć stóp, trzy i ćwierć 
cala wzrostu. Sir Alexander urzeczony, stał nieruchomo, wciągając w nozdrza delikatną woń 
jaśminu unoszącą się w powietrzu. 

Pospieszył ku niemu stary Chińczyk w długiej, niebieskiej szacie kulisa i płaskim cza-

rnym kapeluszu; kruczoczarny warkoczyk opadał mu na plecy. Zgiął się głęboko w pokłonie, 
po  czym  spojrzał  w  górę  na  Anglika  wielkoluda.  Poseł  odwzajemnił  pokłon,  mandaryn  zaś 
objaśnił, kim jest Sir Alexander, dodając, iż pragnie on obejrzeć wytwory jego kunsztu. Sta-
rzec  wyraził  swą  zgodę,  nim  jeszcze  mandaryn  zdążył  skończyć.  Godzinę  z  okładem  poseł 
wzdychał  i  cmokał  z  zachwytu  podziwiając  co  piękniejsze  okazy,  wreszcie  zwrócił  się  do 
starca  z  pochwałami.  Rękodzielnik  znów  zgiął  się  w  pokłonie  i  uśmiechając  się  nieśmiało 
ujawnił wprawdzie brak zębów, ale za to ogrom uciechy. Następnie wskazał w głąb pracowni, 
zapraszając  obu  znakomitych  gości,  aby  podążyli  za  nim.  Uczyniwszy  to,  znaleźli  się  w 
istnym Sezamie z bajki, wypełnionym stojącymi w rzędach, miniaturowymi cesarzami i kla-
sycznymi figurkami. Wśród tych cudeniek z kości słoniowej poseł mógłby spędzić i calutki 
tydzień.  Korzystając  z  pomocy  tłumacza  gawędzili  sobie  ze  starym  Chińczykiem  i  rychło 
ujawniło się znawstwo posła i jego umiłowanie sztuki okresu Ming. Wówczas rozjaśniła się 
twarz małego Chińczyka. Zwrócił się do mandaryna i powiedział coś przyciszonym głosem. 
Mandaryn kiwnął głową i przetłumaczy! jego słowa: 

— Ekscelencjo, mam pewien drobiazg z okresu Ming. który może chciałby pan zoba-

czyć. Figurkę, która od siedmiu pokoleń jest w posiadaniu mojej rodziny. 

— Będę zaszczycony — rzekł poseł. 
— To ja będę zaszczycony, Ekscelencjo — odparł mały człowieczek, po czym pospie-

sznie wybiegł przez tylne drzwi, i omal nie wpadłszy na zabłąkanego psa, popędził do pobli-
skiej,  starej  chałupy.  Poseł  i  mandaryn  nie  ruszyli  się  z miejsca;  Sir  Alexander  wiedział,  iż 
stary  Chińczyk  nigdy  nie  ośmieliłby  się  prosić  czcigodnego  gościa  w  niskie  progi  swego 
domostwa, o ile by go nie znał od wielu lat. i to tylko pod warunkiem, gdyby sam został naj-
pierw  zaproszony.  Po  kilku  minutach  ujrzeli  wracającą  truchtem  drobną  błękitną  postać,  z 
warkoczykiem  podskakującym  na  ramionach.  Chińczyk  coś  niósł  i  już  po  sposobie,  w  jaki 
tulił to coś do piersi, można było poznać, co to za skarb. Wręczył ów przedmiot posłowi. Sir 
Alexander aż otworzył usta. Nie potrafił ukryć podniecenia. Niewielka statuetka, nie wyższa 
niż sześć cali, przedstawiała cesarza Kung i była najpiękniejszym okazem z epoki Ming, jaki 
zdarzyło  mu  się  oglądać.  Był  pewien,  iż  jest  to  dzieło  wielkiego  Pen  Q,  który  tworzył  pod 
patronatem cesarza; figurynka pochodziła zatem z końca piętnastego wieku. Jedyną jej wadą 
był brak podstawki z kości słoniowej, na jakiej wspierają się zazwyczaj tego rodzaju figurki; 
u  dołu  spod  szat  cesarza  wystawa!  tylko  pręcik.  Lecz  i  tak  Sir  Alexandrowi  nic  nie  mogło 
przyćmić piękna figurki. Chińczyk nie odzywa! się ani słowem, ale w oczach starca odbijała 
się radość, jaką promienia! jego gość. 

— Jak się panu podoba? — spytał wreszcie przez tłumacza. 
— Jest wspaniała — odparł Sir Alexander. — Po prostu wspaniała. 
— Moje figurki nawet się do niej nie umywają — stwierdził z pokorą stary Chińczyk. 
— Ależ skąd — zaprzeczył poseł, lecz mały Chińczyk wiedział, iż dostojny gość czyni 

to  tylko  przez  grzeczność,  bowiem  po  sposobie,  w  jaki  trzymał  figurkę  z  kości  słoniowej, 
widać było, że ceni ją równie wysoko jak starzec. 

Poseł uśmiechnął się do małego człowieczka zwracając mu figurkę, po czym, chyba po 

raz pierwszy od trzydziestu pięciu lat. od kiedy służył swej królowej i ojczyźnie jako dyplo-
mata, nierozważnie powiedział: 

background image

— Tak bym chciał ją mieć. 
Pożałował swych nieopatrznych słów natychmiast, gdy tylko usłyszał, że mandaryn je 

tłumaczy,  znał  bowiem  dobrze  stary  chiński  zwyczaj,  który  nakazuje  gospodarzowi  spełnić 
życzenie czcigodnego gościa, czym zyskuje sobie podziw otoczenia. 

Stary Chińczyk z posmutniałą twarzą wręczył z powrotem figurynkę posłowi. 
— Nie, nie, ja doprawdy tylko żartowałem — powiedział Sir Alexander usiłując szybko 

zwrócić figurynkę. 

—  Nie  przyjmując  cesarza  okryłby  pan  niesławą  mój  skromny  dom.  Ekscelencjo  — 

rzekł z zatroskaniem Chińczyk, mandaryn zaś poważnie skinął głową. 

Poseł przez chwilę milczał. 
— Zhańbiłem swój własny dom, panie — powiedział w końcu i spojrzał na mandaryna, 

który stał z nieodgadnioną miną. 

Mały Chińczyk skłonił się i rzekł: 
— Muszę przymocować podstawkę do figurki, bo nie mógłby jej pan postawić na wido-

ku. 

Odszedł  do  kąta  i  otworzył  drewniany  kufer,  w  którym  mieściło  się  pewnie  ze  sto 

podstawek do figurek jego roboty. Poszperał chwilę, po czym wyciągnął podstawkę zdobioną 
maleńkimi, ciemnymi postaciami, która nie wzbudziła co prawda zainteresowania posła, lecz 
idealnie pasowała do figurynki.  Chińczyk zapewnił Sir Alexandra, że wprawdzie nie zna jej 
historii, ale sygnował ją dobry wykonawca. 

Zafrasowany poseł przyjął podarunek i z ciężkim sercem podziękował małemu człowie-

czkowi. Chińczyk raz jeszcze zgiął się nisko w  pokłonie, a Sir Alexander z mandarynem  o 
obojętnym wyrazie twarzy opuścili warsztacik. 

W  drodze  powrotnej  do  Pekinu  mandaryn  poruszony  wielkim  przygnębieniem  posła 

odezwał się, co niezwykłe, pierwszy: 

— Wasza Ekscelencja zna zapewne stary chiński zwyczaj, który na osobę hojnie obda-

rowaną przez nieznajomego nakłada obowiązek spłacenia długu wdzięczności w ciągu roku 
kalendarzowego. 

Sir Alexander uśmiechnął się w podzięce i zadumał nad słowami mandaryna. Po powro-

cie do swej rezydencji bezzwłocznie udał się  do bogato wyposażonej biblioteki z zamiarem 
ustalenia  prawdziwej  wartości  małego  arcydzieła.  Długo  szperał  w  książkach,  aż  wreszcie 
znalazł rycinę figurynki z okresu Ming, niemal identycznej jak ta, którą mu ofiarowano, i przy 
pomocy mandaryna oszacował jej wartość, równającą się niemal trzyletnim poborom dostoj-
nika na służbie Jej Królewskiej Mości. Poseł zasięgnął rady Lady Heathcote, która nie miała 
cienia wątpliwości, jak powinien postąpić jej mąż. 

Następnego  tygodnia  poseł  wysłał  osobistego  posłańca  z  listem  do  dyrektora  banku 

Coutts  i  Spółka  mieszczącego  się  na  Strandzie  w  Londynie  z  prośbą  o  pilne  przesłanie  do 
Pekinu lwiej części jego oszczędności. Po dziewięciu tygodniach, gdy nadeszły pieniądze, po-
seł ponownie udał się do mandaryna, który uważnie go wysłuchał i po siedmiu dniach udzielił 
żądanych informacji. 

Mandaryn ustalił, że rękodzielnik Yung Lee pochodził ze starego i szanowanego rodu 

Yung Shau, którego członkowie od mniej więcej pięciuset lat parali się rzemiosłem artysty-
cznym.  Ponadto  Sir  Alexander  dowiedział  się,  że  prace  niejednego  z  przodków  Yung  Lee 
ozdabiały pałace książąt z dynastii mandżurskiej. Yung Lee był już stary i pragnął osiąść w 
górach  wznoszących  się  nad  wioską,  gdzie  jego  przodkowie  dożywali  swych  ostatnich  dni. 
Do przejęcia pracowni i kontynuowania rodzinnej tradycji sposobił się jego syn. Sir Alexan-
der  podziękował  mandarynowi  za  jego  trud  i  wyraził  jeszcze  jedno,  ostatnie,  życzenie. 
Dostojnik chiński przyjaźnie wysłucha! brytyjskiego posła, po czym udał się do pałacu. 

Po upływie kilku dni cesarzowa przychyliła się do prośby Sir Alexandra. 
Zbliżała się właśnie rocznica tamtego pamiętnego dnia, gdy Sir Alexander, w towarzy-

background image

stwie  mandaryna,  ponownie  wyruszył  z  Pekinu  do  wioski  Ha  Li  Chuan.  Zajechał  przed 
warsztat, prędko zsiadł z konia i wszedł do wnętrza, które tak głęboko zapadło mu w pamięć. 
Stary  Chińczyk  w  nieco  przekrzywionym  kapeluszu  siedział  na  swej  ławeczce,  w  ręku  zaś 
trzymał z pietyzmem nieobrobiony kawałek kości słoniowej. Oderwał się od pracy i podreptał 
ku  przybyszowi,  lecz  rozpoznał  olbrzymiego  cudzoziemca  dopiero  wówczas,  gdy  podszedł 
całkiem blisko. Wtedy nisko się skłonił. Poseł przemówił, a mandaryn tłumaczył jego słowa. 

— Powróciłem, panie, przed upływem kalendarzowego roku, aby spłacić swój dług. 
— Nie było potrzeby, Ekscelencjo. Moja rodzina czuje się zaszczycona, że mała figurka 

zamieszkała w wielkiej ambasadzie i może pewnego dnia wzbudzi podziw w pańskiej ojczy-
źnie. 

Posłowi zabrakło słów w odpowiedzi, więc tylko poprosił starca, by zechciał wybrać się 

z nim na przejażdżkę. 

Ów zgodził się bez słowa i we trójkę wyruszyli na osiołkach na północ. Dwie godziny z 

okładem wspinali się wąską krętą ścieżką wiodącą na wzgórza, a gdy dotarli do wioski Ma 
Tien,  wyszedł  im  na  spotkanie  drugi  mandaryn,  który  wpierw  skłonił  się  głęboko  przed 
posłem, a następnie powiódł ich za sobą. Powędrowali pieszo w milczeniu na kraniec wioski i 
zatrzymali się dopiero w górskiej kotlinie, skąd rozciągał się wspaniały widok aż hen, do Ha 
Li  Chuan.  W  kotlince  stał  świeżo  ukończony,  mały  biały  dom  o  niezwykle  harmonijnych 
proporcjach.  Frontowego  wejścia  strzegły  dwa  kamienne  lwy  z  jęzorami  zwisającymi  z 
otwartych paszczy. Mały Chińczyk, który od momentu opuszczenia warsztatu nie przemówił 
ani razu, wciąż jeszcze nie pojmował celu tej podróży. Poseł zwrócił się ku niemu i rzekł: 

— Oto skromny, niegodny waszego, panie, dar, licha odpłata za pańską hojność. 
Starzec upadł przed mandarynem na kolana prosząc o zmiłowanie, wiedział bowiem, że 

nie wolno było rzemieślnikom przyjmować podarunków od cudzoziemców. Mandaryn schylił 
się nad przestraszoną, niebieską postacią, pomógł starcowi wstać i wyjaśnił, że zgody udzieli-
ła sama cesarzowa. Chińczyk rozpromienił się, wolno podszedł do pięknego małego domku i, 
niezdolny oprzeć się pokusie, pogłaskał kamienne lwy. Trzej podróżni dłużej niż godzinę po-
dziwiali dom, a potem uradowani powrócili w milczeniu do Ha Li Chuan. Spłaciwszy honoro-
wy dług, Anglik rozstał się z Chińczykiem i udał się w podróż powrotną pełen satysfakcji, że 
jego postępek znalazł uznanie i w oczach mandaryna, i Lady Heathcote. 

Misja w Pekinie dobiegła końca. Cesarzowa uhonorowała posła Srebrną Gwiazdą Chin, 

a wdzięczna królowa dodała do licznych już jego odznaczeń Komandorię Orderu Wiktoriań-
skiego. Sir Alexander spędził w Foreign Office jeszcze kilka tygodni i po przekazaniu swych 
obowiązków w chińskim referacie przeszedł na emeryturę, przenosząc się w rodzinne strony, 
do Yorkshire, jedynego w Anglii hrabstwa, którego mieszkańcy w tym jedynym tylko miejscu 
chcą się rodzić i umierać, nie różniąc się pod tym względem zresztą zbytnio od Chińczyków. 
Sir Alexander dożywał swych ostatnich lat w rodzinnym domu w towarzystwie żony i minia-
turowego cesarza dynastii Ming. Figurynka stała w salonie na głównym miejscu nad komin-
kiem, tak by każdy mógł ją widzieć i podziwiać. 

Będąc człowiekiem skrupulatnym, Sir Alexander sporządził długi i bardzo szczegółowy 

testament, a zostawiając precyzyjne rozporządzenia co do swojego majątku, nie zapomniał też 
i o chińskiej figurynce. Zapisał cesarza swojemu pierworodnemu i zażądał, aby ten w przy-
szłości uczynił to samo; figurka miała być odtąd zawsze przekazywana najstarszemu synowi 
lub córce, gdyby męska linia rodu wygasła. Zastrzegł również, iż figurki nie wolno sprzedać, 
chyba że zagrożony byłby honor rodziny. Sir Alexander Heathcote wyzionął ducha w siedem-
dziesiątym roku życia, kiedy zegar bił północ. 
 

Pierworodny syn Sir Alexandra, major James Heathcote,  został właścicielem  chińskiej 

figurynki  w czasie,  gdy  walczył  w wojnie burskiej.  Urodzony żołnierz, oficer pułku  księcia 
Wellingtona,  nie  był  co  prawda  koneserem  sztuki,  poznał  się  jednak,  że  to  nie  zwyczajny 

background image

bibelot.  Wypożyczył  figurkę kasynu pułkowemu w Halifax i  cesarz, wystawiony  w jadalni, 
cieszył teraz oczy kolegów majora. 

Gdy James Heathcote został pułkownikiem, cesarz stał dumnie na stole wśród trofeów 

zdobytych  pod  Waterloo,  Sewastopolem  na  Krymie  i  Madrytem.  A  kiedy  pułkownik  prze-
szedł w stan spoczynku i osiadł w domu swego ojca w Yorkshire, cesarz powrócił do salonu 
na swe stare miejsce nad kominkiem. Pułkownik nie był typem człowieka, który by się sprze-
ciwił  woli  zmarłego  ojca,  nawet  w  obliczu  śmierci.  Rozporządził  zatem  wyraźnie,  iż  skarb 
rodzinny  zawsze  ma  być  przekazywany  pierworodnemu  rodu  Heathcote,  chyba  że  honor 
rodziny narażony byłby na szwank. Pułkownik James Heathcote, kawaler Krzyża Wojennego, 
nie umarł śmiercią żołnierza. Pewnej nocy zasnął zwyczajnie wiecznym snem siedząc przed 
kominkiem, z „Yorkshire Post” na kolanach. 
 

Najstarszy  syn  pułkownika,  wielebny  Alexander  Heathcote,  miał  wówczas  w  swojej 

pieczy  niewielką  trzódkę  wiernych  w  parafii  Much  Hadham  w  Hertfordshire.  Po  pogrzebie 
ojca,  który  odbył  się  z  honorami  wojskowymi,  umieścił  on  małego  cesarza  na  półeczce  nad 
kominkiem  w  plebanii.  Nieliczne  tylko  członkinie  Wspólnoty  Matek  doceniły  arcydziełko; 
podobno słyszano, jak jedna czy dwie starsze panie zachwyciły się jego subtelnym wykona-
niem. Dopiero wówczas, gdy wielebny otrzymał tytuł najprzewielebniejszego i przeniósł się 
do  pałacu  biskupiego,  figurynka  znalazła  się  w  godnym  siebie  otoczeniu.  Licznym  spośród 
gości  bywających  w  pałacu,  którzy  znali  opowieść  o  tym,  jak  dziadek  biskupa  wszedł  w 
posiadanie cesarza z kości słoniowej, wprost trudno było uwierzyć, że figurka nie miała nic 
wspólnego z podstawką, na której się wspierała. A swoją drogą cóż to za smakowita dykte-
ryjka do opowiedzenia po obiedzie! 

Pan Bóg powołuje na tamten świat nawet własnych wysłanników, jednak w przypadku 

biskupa Alexandra uczynił to dopiero wówczas, gdy ten sporządził testament pozostawiający 
figurkę  synowi  i  powtarzający  słowo  w  słowo  wskazania  dziadka.  Młody  kapitan  James 
Heathcote  był  zawodowym  oficerem  i  służył  w  pułku  swego  dziadka.  Figurynka  powróciła 
zatem do kasyna w Halifax. Podczas jej nieobecności pułkowi przybyło trofeów: spod Ypres, 
Marny  i  Verdun.  Pułk  znowu  walczył  z  Niemcami  i  młodziutki  kapitan  James  Heathcote 
poległ gdzieś na plażach Dunkierki nie zostawiwszy testamentu. Aliści litera prawa, wiadome 
życzenie prapradziada tudzież zdrowy rozsądek sprawiły, iż cesarz przekazany został dwule-
tniemu synkowi kapitana. 

Alex Heathcote — przykro to powiedzieć — z innej gliny był ulepiony niż jego dzielni 

przodkowie.  Ani  mu  było  w  głowie  służyć  komukolwiek  poza  sobą.  Po  tragicznej  śmierci 
kapitana  matka  rozpieszczała  chłopca  i  dogadzała  mu,  na  ile  tylko  pozwalały  jej  skromne 
dochody. Nie wyszło mu to na dobre i nie można winić wyłącznie Alexa za to, że, jak mawia-
ła babka, wyrósł na samolubnego, zepsutego nicponia. 

Kiedy  Alex  rzucił  szkołę,  nim  jego  zdążono  wyrzucić,  wkrótce  przekonał  się,  że  w 

żadnej pracy nie może utrzymać się dłużej niż kilka tygodni. I tak się jakoś dziwnie składało, 
że zawsze wydawał nieco więcej, niż mógł sobie — a raczej jego matka — na to pozwolić. 
Zacna kobieta, której to wszystko do cna obrzydło, opuściła ten padół, by dołączyć do wszy-
stkich pozostałych Heathcote'ów. Nie w Yorkshire, a w niebiosach. 

W  roztańczonych  latach  sześćdziesiątych,  gdy  w  Anglii  mnożyły  się  nowo  otwierane 

kasyna,  młody  Alex  wykoncypował,  że  wreszcie  nadarza  mu  się  idealny,  nie  wymagający 
żadnego wysiłku, sposób zarabiania na życie. Opracował niezawodny system gry w ruletkę, 
który wykluczał przegraną. A jednak przegrał, udoskonalił więc system i natychmiast przegrał 
jeszcze więcej; udoskonalił go znowu i teraz musiał się zapożyczyć, żeby pokryć straty. No i 
cóż z tego? W ostateczności, pocieszał się, zawsze mogę opylić chińską figurynkę. 

Ostateczność nie dała jednak na siebie długo czekać, każdy bowiem nowo opracowany 

system  przysparzał  Alexowi  coraz  to  większych  strat;  wreszcie  kasyna  zaczęły  nalegać  na 

background image

zwrot długów. Kiedy pewnego poniedziałkowego ranka złożyli mu nieproszoną wizytę dwaj 
dżentelmeni, nachalnie domagający się w imieniu swych pryncypałów oddania około ośmiu 
tysięcy  funtów, i  gdy na dodatek napomknęli  coś o pobiciu, o ile  sprawa nie zostanie zała-
twiona w ciągu czternastu dni, Alex dał za wygraną. W końcu w testamencie prapradziadka 
stało napisane czarno na białym: gdyby honor rodziny narażony był na szwank, figurkę nale-
ży sprzedać. 

Alex  zdjął  zatem  maleńkiego  cesarza  z  kominka  w  swoim  mieszkaniu  przy  Cadogan 

Gardens  i  przyjrzał  się  z  bliska  finezyjnej  robocie;  odezwały  się  w  nim,  o  dziwo,  resztki 
sumienia i na myśl o utracie rodzinnego skarbu poczuł ukłucie żalu. Pojechał samochodem na 
Bond Street, by zostawić cesarza u Sotheby'ego z poleceniem wystawienia go na aukcję. 

Wyszedł  do  niego  kierownik  działu  orientalnego,  blady,  chudy  człowiek,  z  wyglądu 

przypominający nieco figurkę z kości słoniowej, którą czule dzierżył teraz w dłoniach jak coś 
niezwykle cennego. 

—  Wycena  potrwa  kilka  dni  —  wymamrotał  —  ale  już  na  pierwszy  rzut  oka  można 

stwierdzić, że nigdy jeszcze nie trafił do nas równie piękny okaz roboty Pen Q. 

—  O,  w  zupełności  wystarczy,  jeśli  poznam  wartość  figurki  przed  upływem  dwóch 

tygodni — rzekł Alex. 

— Ależ oczywiście — zapewnił go ekspert. — Sądzę, że do piątku będę w stanie podać 

panu cenę wywoławczą. 

— Doskonale — ucieszył się Alex. 
W ciągu tygodnia powiadomił wierzycieli i wszyscy bez wyjątku zgodzili się poczekać 

na  wycenę  figurki.  Alex,  jak  należało,  stawił  się  na  Bond  Street  w  piątek,  z  promiennym 
uśmiechem  na  ustach.  Dobrze  wiedział,  ile  forsy  za  to  cacko  wybulił  prapradziadek  i  był 
pewien, że zgarnie teraz co najmniej dziesięć tysięcy funtów. Nie tylko wystarczy na spłatę 
wszystkich  długów,  ale  jeszcze  trochę  zostanie.  W  sam  raz  na  eksperyment  z  najnowszym, 
tym razem absolutnie niezawodnym systemem. Wchodząc po schodach do domu aukcyjnego 
Alex  dziękował  w  duchu  zacnemu  przodkowi.  Podszedł  do  recepcjonistki  i  poprosił,  aby 
wywołała  kierownika  działu  sztuki  orientalnej.  Dziewczyna  podniosła  słuchawkę  telefonu 
służbowego  i  po  chwili  za  kontuarem  stanął  ekspert  z  ponurym  wyrazem  twarzy.  Alexowi 
zamarło serce. 

— Ładna rzecz, ten pański cesarz, ale niestety jest to falsyfikat, prawdopodobnie sprzed 

dwustu, może dwustu pięćdziesięciu lat. Kopia oryginału. Często je sporządzano, gdyż... 

— Jaką może mieć wartość? — przerwał mu zniecierpliwiony Alex. 
— Siedemset, góra osiemset funtów. 
Dość,  aby  kupić  rewolwer  i  trochę  naboi,  pomyślał  szyderczo  Alex  i  obrócił  się  na 

pięcie. 

— Ależ, proszę pana... 
—  Tak,  tak,  sprzedajcie  to  paskudztwo  —  mruknął  Alex  nawet  nie  oglądając  się  za 

siebie. 

— Ale co mamy zrobić z podstawką? 
— Podstawką? — powtórzył Alex i wykonał półobrót, aby spojrzeć na orientalistę. 
— Tak, podstawką. Jest zachwycająca. Piętnasty wiek. Bez wątpienia dzieło geniusza. 

Zachodzę w głowę, jak... 
 

— Pozycja numer 103 — ogłosił licytator. — Ile dostanę za ten wspaniały okaz... 
Ekspert nie pomylił się. Tego czwartkowego poranka kupiłem na aukcji cesarza z kości 

słoniowej za siedemset dwadzieścia gwinei. A co z podstawką? Pewien Amerykanin noszący 
znane nazwisko nabył ją za dwadzieścia dwa tysiące gwinei. 
 

Przełożyła DANUTA SĘKALSKA