background image

Anne Marie Winston

Spotkanie po latach

(Lover’s Reunion)

background image

PROLOG

Czyżby słyszał jakieś głosy?
Marco  Esposito  powoli  otworzył  oczy  i  wpatrzył  się  w  złowróżbnie  majaczące  dokoła, 

nienawistne  cienie  dżungli.  Jeśli  wydostanę  się  stąd  żywy,  pomyślał,  to  już  nigdy,  aż  do 
końca życia, nie włożę na siebie niczego zielonego. 

Wstrzymał oddech i nasłuchiwał, ale do jego uszu docierały tylko gwizdy i syki dziwnych 

stworzeń ukrytych w masie zieleni nad jego  głową. A więc były to tylko pobożne życzenia 
albo gra wyobraźni. 

Opuchnięty  język  przyklejał  się  do  podniebienia.  Marco  oddałby  wszystko  za  odrobinę 

wody. Niestety, skończyła się poprzedniego dnia po południu. Ku ironii losu powietrze było 
tak parne i wilgotne, że całe ciało miał mokre. Coś wpełzło na jego dłoń. Zamarł w bezruchu. 
Miał  tylko  nadzieję,  że  nie  jest  to  jedna  z  tych  pięknie  ubarwionych  żabek  drzewnych, 
których jad wykończyłby go o wiele szybciej niż dotychczasowy upływ krwi. Wiedział, że nie 
wolno mu się poruszyć, i to nie tylko ze względu na zagrażające mu stworzenia. Dopóki leżał 
nieruchomo, ból był do zniesienia. Chciał zerknąć na zegarek, ale nawet lekkie przesunięcie 
ramienia powodowało falę bólu przenikającą prawą nogę, więc nie drgnął. 

Zmrużył  oczy  i  spojrzał  w  górę.  Był  dzień.  Prawdopodobnie  drugi,  chyba  że  był 

nieprzytomny znacznie dłużej, niż sądził. Całe szczęście. W dzień jaguar, którego obawiał się 
najbardziej, leżał przyczajony gdzieś w ukryciu. Wychodził na łowy dopiero wieczorem. W 
ciemnościach  jego  wzrok  nie  miał  sobie  równych.  Ostatniej  nocy  Marco  nie  gasił  latarki  i 
nieustannie zataczał światłem kręgi po pobliskich krzewach, aż w końcu bateria wyczerpała 
się i światło przygasło. Wiedział, że jeśli ludzie nie znajdą go w ciągu dnia, jaguar na pewno 
zrobi to wieczorem. 

Kątem oka widział po swojej lewej stronie szczątki samolotu bez skrzydeł, leżące wśród 

paproci.  Pilot  nadal  był  w  środku.  Zginął  na  miejscu.  Drugie  ciało  leżało  na  ziemi  obok 
samolotu.  Marco przykrył je ciężką plandeką, rozgniótł  i  ułożył  w pobliżu  kilka kapsułek z 
amoniakiem, i modlił się, by żaden drapieżnik nie odważył się sprawdzić, skąd pochodzi ten 
dziwny zapach. 

Na  myśl  o  martwym  koledze  ogarnął  go  żal.  Stu  był  dobrym  badaczem,  wiernym 

przyjacielem  i  świetnie  sprawdzał  się  na  takich  wyprawach.  Zmarł  w  niecałą  godzinę  po 
katastrofie samolotu. Marco żywił nadzieję, że będzie miał okazję powtórzyć kiedyś rodzinie 
jego ostatnie słowa. Stu pozostawił żonę i dwoje dzieci, z których jedno chodziło jeszcze do 
szkoły. Zycie bywa czasem wyjątkowo podłe. 

Rodzina... Jeśli nie wydostanie się z tego zielonego piekła, jego własna rodzina również 

się  rozpadnie.  W  ciągu  ostatnich  piętnastu  lat  rzadko  bywał  w  domu,  ale  dużo  myślał  o 
swoich  bliskich.  Mama,  ojciec,  dziadkowie,  cztery  siostry...  W  każdym  razie  nie  zostawiał 
żony i dzieci, które po jego śmierci musiałyby samotnie zmagać się z losem. 

No i była jeszcze ona, Sophie. Próbował o niej zapomnieć, od sześciu lat usiłował wybić 

ją  sobie  z  głowy,  ale  bezskutecznie.  Widział  ją  teraz  wyraźnie:  miękkie  loki,  roześmiane 

background image

czarne oczy, pełne usta, które tak lubił całować. Nie powinien był tego robić, ale gdy już raz 
spróbował, nie wystarczyło mu siły woli, by się . powstrzymać przed powtórkami. Kochali się 
tylko  raz,  ale  Marco  pamiętał  wszystko,  potrafił  przywołać  w  pamięci  obrazy,  zapachy, 
smaki, jakby to było wczoraj. 

Jedyne,  co  mógł  zrobić,  to  trzymać  się  od  niej  z  dala.  Z  dala  od  Chicago,  z  dala  od 

własnego domu, od tej dziewczyny z sąsiedztwa, która twierdziła, że go kocha. Ale była za 
młoda, by kochać kogokolwiek, powtarzał sobie w nieskończoność. 

Słodka Sophie. Czy zmartwiłaby się jego śmiercią? Czy czasem jeszcze myśli o nim? Na 

pewno jest już mężatką i ma dzieci. Marco zawsze uważał, że nie nadaje się na ojca rodziny, 
ale  gdy  pomyślał,  że  może  umrzeć,  nie  pozostawiając  po  sobie  nikogo,  kto  odziedziczyłby 
jego nazwisko i geny... 

Od  wielu  lat  nie  pozwalał  sobie  na  takie  myśli.  Jeśli  jednak  wyobrażał  sobie  własne 

dzieci,  to  zawsze  widział  je  w  ramionach  Sophie.  Była  jedyną  kobietą,  z  którą  mógłby  je 
mieć. 

– Hop, hooop!
Głos, który przedarł się przez gęstą, wilgotną roślinność, pochodził z niedaleka. 
– Halo! Tu jestem! – zawołał Marco, zwracając głowę w stronę, z której usłyszał wołanie. 

To był błąd. Całe jego ciało natychmiast przeszył ból. Zacisnął zęby i znieruchomiał. 

– Marco! Mów coś! Idziemy do ciebie! Rozpoznał ten głos jeszcze na chwilę przed tym, 

zanim spoza jednego z olbrzymich pni drzew wyłoniła się płomiennoruda czupryna. Ratunek! 
Ulga,  podniecenie,  panika  i  wszystkie  powstrzymywane  dotychczas  uczucia  ogarnęły  go 
jednocześnie. 

Na widok Marka Jared Adamson przyśpieszył kroku. 
– Tutaj! – zawołał. – Tam jest Esposito. Samolot też. Pochylił się nad rannym i zaświecił 

mu w oczy latarką. 

– Hej, stary! Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę!
Marco spróbował się uśmiechnąć. Jared padł na kolana i ściągnął z ramion wielki plecak. 
– Co się, do diabła, stało? Czegoś takiego nie mieliśmy w planach. 
Marco chciał odpowiedzieć coś lekkim tonem, ale poczuł napływające do oczu łzy. Ponad 

ramieniem przyjaciela widział kilku innych ratowników krzątających się wokół samolotu. 

– Awaria silnika. Pilot nic nie mógł zrobić – wykrztusił w końcu. – Inni nie żyją. Moja 

noga... Jest niedobrze. 

Jared tylko skinął głową. 
– Widzę. Jakim cudem Stu wydostał się z samolotu?
– Ja go wyciągnąłem. Dopiero potem zmarł. 
Jared zagwizdał cicho i potrząsnął głową. 
– Ty go wyciągnąłeś? Z taką nogą? Tylko tobie mogło się to udać – mruknął, pochylając 

się nad raną. – Sam to zabandażowałeś?

Jedną  ręką  uniósł  nieco  głowę  Marka,  a  drugą  przytknął  mu  do  ust  metalowy  kubek  z 

wodą. Marco chciwie wypił wodę, zanim odpowiedział:

– Musiałem. Traciłem za dużo krwi. 

background image

Jared skrzywił się, przemywając ranę środkiem odkażającym. 
– Dobra robota – mruknął, biorąc głęboki oddech. – Będę musiał nastawić tę nogę, zanim 

cię stąd zabiorę. Trzymaj się mocno, stary. To będzie porządnie bolało. 

Na chwilę zamilkł i pochwycił wzrok przyjaciela. 
– Brzydko to wygląda. Nie byłbym zdziwiony, gdyby lekarz zaproponował ci amputację. 
Marco  zastygł.  W  głębi  duszy  przez  cały  czas  wiedział,  że  nie  wygląda  to  dobrze,  ale 

starał się nie myśleć o zmiażdżonym ciele i okruchach kości, które poprzedniego dnia owinął 
bandażem. 

– Oszczędź mi tego – szepnął. 
Całe  jego  życie  opierało  się  na  reputacji,  jaką  wyrobił  sobie  jako  badacz,  podróżnik 

dokumentujący środowiska geologiczne. Udusiłby się, pracując przykuty do jednego miejsca. 

– Proszę, powiedz im, że jeśli jest jakakolwiek szansa...
– Jasne – odrzekł Jared, ściskając jego dłoń. – A teraz będę musiał zająć się twoją nogą. 
– W porządku – rzekł Marco, ale głos po chwili przeszedł w krzyk. Stracił przytomność. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Marco  zaparkował  wynajęty  granatowy  samochód  przy krawężniku  o  kilka  metrów  od 

domu  rodziców  w  Elmwood  Park  w  stanie  Illinois.  Wychował  się  tutaj,  na  przedmieściu 
Chicago,  i  znajomy widok  geranium  matki  spływającego  kaskadą  ze  skrzynki  na  parapecie 
okna  nad  garażem  wywołał  falę  wspomnień.  Rozświetliły  one  nieco  czarną  rozpacz,  która 
zbierała się w nim od chwili, gdy lekarz mu powiedział, że jego prawa noga już na zawsze 
pozostanie niemal zupełnie sztywna. 

Sięgnął ręką do dźwigni zmiany biegów i z opóźnieniem przypomniał sobie, że nie jest w 

stanie  używać  sprzęgła.  Wcisnął  przycisk  automatycznej  skrzyni  na  pozycję  parkowania, 
otworzył  drzwiczki  i  ostrożnie  wysiadł,  uważając,  by  nie  urazić  sztywnego  kolana.  Noga 
raczej nie sprawiała mu kłopotów, o ile nie zachowywał się lekkomyślnie. 

Wziął  głęboki  oddech,  wypełniając  płuca  wiosennym  powietrzem.  Początek  maja  w 

Chicago rzadko bywał tak ciepły. Trzeba się cieszyć tą pogodą, dopóki trwa, pomyślał. Jako 
geolog, który podróżował po całym świecie, najwięcej czasu spędzał w tropikalnym klimacie 
i lubił ciepło. 

Znów spochmurniał. Wziął do ręki laskę i powoli obszedł samochód. Nie znosił tej laski i 

właściwie na krótkich dystansach już jej nie potrzebował, ale lot z Buenos Aires był długi i 
męczący, a gdy Marco był zmęczony, noga potrafiła odmówić mu posłuszeństwa bez żadnego 
ostrzeżenia. Zarzucił torbę na ramię i ruszył w stronę domu. 

– Marco! – usłyszał radosne wołanie i drzwi otworzyły się z rozmachem. Dora Esposito 

zbiegła  ze  schodków  z  szybkością  zupełnie  nie  przystającą  do  matki  pięciorga  dorosłych 
dzieci.  Zanim  Marco  zdążył  się  odezwać,  otoczyła  go  ramionami.  Wolną  ręką  przytulił  ją 
mocno, spoglądając z góry na czarne włosy bez odrobiny siwizny. 

– Wciąż farbujesz włosy, mamo?
– A  ty  wciąż  nie  okazujesz  mi  ani  odrobiny  szacunku – zaśmiała  się  Dora,  ocierając 

załzawione oczy. – Będę musiała nad tobą popracować. Jak długo tu zostaniesz?

– Nie jestem pewien – odrzekł z wahaniem. Twarz Dory posmutniała. 
– Tylko mi nie mów, że wyjeżdżasz jutro, jak zwykle! Czasami myślę, że zatrzymujesz 

się u nas tylko dlatego, że nie masz pieniędzy na nocleg w hotelu. 

Teraz Marco się roześmiał. 
– Mamo, tym razem nigdzie nie wyjeżdżam. Zostaję. Dorze Esposito rzadko brakowało 

słów, ale teraz na chwilę zaniemówiła. 

– Chyba nabierasz swoją starą matkę! – wykrztusiła w końcu. 
– Skąd – odrzekł  Marco.  Zatrzymał  się  przed  schodkami  i  chwycił  mocniej  laskę. 

Przekonał się już, że schody, nawet kilkustopniowe, wymagają od niego pełnej koncentracji. 
– Dostałem pracę w Purdue na semestr letni i jesienny. Niedługo będziesz mnie miała całkiem 
dosyć. 

– Nie mogę w to uwierzyć! – zawołała matka, przyciskając dłoń do piersi, i dopiero teraz 

zauważyła jego wysiłki. – Och, pomogę ci! – zawołała, chwytając go za łokieć. 

background image

Marco zmusił się do uśmiechu. 
– Nie trzeba, mamo! Poradzę sobie sam. Tylko trochę powoli mi to idzie. A poza tym ja 

ważę ponad sto kilo, a ty niecałe pięćdziesiąt. Co byś zrobiła, gdybym się przewrócił?

Matka posłała mu smutny uśmiech. 
– Pójdę przygotować ci pokój. 
– Dzięki – rzekł,  otwierając  przed  nią  drzwi.  – Jutro  zacznę  szukać  mieszkania,  więc 

pewnie nie będę ci się plątał pod nogami dłużej niż do końca miesiąca. 

– Co  ty wygadujesz! – oburzyła się matka. – Odkąd Teresa się wyprowadziła, w domu 

jest tak smutno! Bardzo się cieszę, że przyjechałeś. 

Marco  postawił  torbę  w  drzwiach  i  poszedł  w  głąb  domu,  w  którym  przez  wiele  lat 

mieszkał  z  rodzicami  i  czterema  siostrami.  W  salonie  po  lewej  dominował  ogromny 
telewizor. On sam kupił go przed kilkoma laty, by ojciec mógł w komfortowych warunkach 
oglądać mecze koszykówki z udziałem Chicago Bulls. Meble były praktyczne i wygodne. W 
koszyku obok sofy leżała robótka ręczna matki. Stoliki, tak samo jak kiedyś, przykryte były 
haftowanymi serwetkami. 

Na stole w jadalni leżał koronkowy obrus. Na jednej ze ścian wisiały znajome fotografie 

w  ramkach:  Marco  i  jego  siostry – Camilla,  Elisabetta,  Luisa  i  Teresa  jako  niemowlęta, 
podczas pierwszej komunii, w dniu ukończenia szkoły; dziadkowie, ciotki i wujowie, a także 
ślubne zdjęcie rodziców. Pokój ożywiał bukiet czerwonych tulipanów z ogródka matki. Nad 
stolikiem, który spełniał rolę ołtarzyka, wisiał krucyfiks. 

Nic się tu nie zmieniło i ta świadomość dziwnie podniosła Marka na duchu. 
Kuchnia również wyglądała tak, jak ją zapamiętał. Jedyną nową rzeczą była zmywarka do 

naczyń, prezent gwiazdkowy dla rodziców od wszystkich dzieci sprzed... chyba sprzed dwóch 
lat? Czyżby naprawdę upłynęły już dwa lata od czasu jego ostatniego pobytu w domu?

Tak,  uświadomił  sobie  ze  zdumieniem.  Naprawdę  minęły  już  dwa  lata.  Ostatnie  Boże 

Narodzenie  spędził  w  paragwajskim  szpitalu,  walcząc  z  infekcją,  która  zmniejszała  jego 
szansę na uratowanie nogi. W tej cholernej dżungli musiały być miliony bakterii. To i tak był 
cud, że nie złapał niczego gorszego. 

Podszedł do okna nad zlewem, odsunął koronkową firankę i bezmyślnie popatrzył na rząd 

cichych,  dobrze  utrzymanych  podwórek.  Wszystkie  dzieci  z  sąsiedztwa  już  dorosły  i 
wyprowadziły  się.  Ulica,  niegdyś  kipiąca  życiem,  teraz  przekształciła  się  w  spokojną 
społeczność  seniorów,  którzy  nieustannie  rozważali  możliwość  sprzedaży  domków  z 
piaskowca i cegły i przeprowadzki na Florydę. Jednak w ciągu ostatnich dwudziestu lat żaden 
dom nie zmienił właściciela. 

Zauważył  jakiś  ruch  na  sąsiednim  podwórzu  i  wszystkie  jego  zmysły wyostrzyły się  w 

jednej  chwili.  Na  patio  stała  szczupła  dziewczyna  z  ciemnymi,  wijącymi  się  włosami  do 
ramion. Twarz miała zwróconą w stronę wiosennego słońca. Dokoła niej biegał czarnobiały 
cocker-spaniel. Dziewczyna miała świetną figurę, smukłą, lecz zaokrągloną tam, gdzie trzeba, 
i  długie  nogi.  Zapewne  jest  to  żona  któregoś  z  młodych  Domeniców.  Marco  jednak  nie 
potrafił  zrozumieć,  w  imię  czego  taka  piękność  miałaby  się  wiązać  ze  Stefem,  Tommiem, 
Vincentem albo Geordiem. 

background image

Rodzina Domeniców od zawsze mieszkała w sąsiednim domu. Obydwie rodziny kupiły 

domy  w  tym  samym  roku,  a  w  następnym  w  każdej  z  nich  pojawiło  się  pierwsze  dziecko. 
Marco  i  chłopcy  Domeniców  tworzyli  niezrównaną  drużynę  koszykarską,  z  którą  inne 
okoliczne  zespoły  nie  mogły  się  równać.  Pięcioro  małych  Espositów  i  siedmioro  dzieci 
Domeniców tworzyło coś w rodzaju jednej wielkiej rodziny. 

Nie  byli  jednak  rodziną.  Stało  się  to  jasne,  gdy  w  grę  zaczęła  wchodzić  najmłodsza  z 

rodzeństwa Domeniców, Sophie. 

Marco z głębokim westchnieniem oparł się o zlew. Wciąż dręczyły go wyrzuty sumienia 

z powodu tego, jak ją potraktował. Czuł się teraz głupio, wiedząc, że spotka się z nią za dwa 
tygodnie,  na  przyjęciu,  które  jego  siostry  chciały  urządzić  jako  niespodziankę  z  okazji 
rocznicy  ślubu  rodziców.  Wiedział,  że  sytuacja  będzie  niezręczna.  Gdzieś  w  jego  duszy 
kołatała  się  nadzieja,  że  Sophie  wyszła  za  mąż  i  ma  już  dzieci  z  jakimś  mężczyzną,  który 
kocha ją tak, jak na to zasługuje. Pozostała część jego duszy... no cóż, mniejsza o to. Przez 
ostatnie sześć lat nieustannie marzył o tej dziewczynie, ale to była wyłącznie jego wina. Nie 
powinien był pozwolić, by sprawy zaszły między nimi tak daleko, i nie powinien dopuścić, by 
w jej głowie zaświtała myśl o małżeństwie. Już wtedy wiedział, że pokusa jest silniejsza niż 
wola  jakiegokolwiek  mężczyzny.  Był  podróżnikiem  z  zamiłowania  i  najbardziej  na  świecie 
kochał... 

Sophie! Wyprostował się tak nagle, że omal nie rozbił nosem szyby. Dziewczyna na patio 

zwróciła  twarz  w  jego  stronę  i  dopiero  teraz  zauważył,  że  to  ona!  Krew  napłynęła  mu  do 
twarzy.  Sophie  wyglądała  świetnie.  Kiedyś  była  nieco  pulchna,  ładna,  ale  nie  uderzająco 
piękna.  Zawsze  się  dziwił,  dlaczego  uważał  ją  za  tak  atrakcyjną,  dlaczego  tak  mocno 
reagował  na  jej  obecność,  a  nawet  na  samą  myśl  o  niej.  W  niczym  nie  przypominała  tych 
olśniewających  dziewcząt  o  manierach  księżniczek,  z  którymi  się  spotykał.  Sophie,  cicha  i 
spokojna, zupełnie nie była do nich podobna. Ale w jego ramionach stawała się dziką kotką. 
Gdy się o tym przekonał, inne kobiety zupełnie przestały dla niego istnieć. 

Nie spuszczał z niej wzroku. Wsunęła ręce do tylnych kieszeni  obcisłych dżinsów i ten 

gest ściągnął uwagę Marka na jej biodra. Była znacznie szczuplejsza niż kiedyś, ale jej piersi 
nadal  wydawały  się  pełne  i  zachęcające.  Zawołała coś  do  psa,  który  wbiegł  na  schodki.  W 
chwilę potem obydwoje zniknęli w drzwiach domu. 

Marco pochylił głowę. Powiedział kiedyś Sophie, że małżeństwo nie leży w jego planach. 

Zranił ją boleśnie i zostawił samą z poczuciem krzywdy. Zdawał sobie sprawę, że jest ostatnią 
osobą na świecie, którą Sophie zechciałaby powitać z otwartymi ramionami. 

Usłyszał za plecami jakiś dźwięk. Do kuchni weszła matka. 
– Marco, usiądź. Dam ci jeść – powiedziała, a widząc, że syn nie odwraca oczu od okna, 

znacząco uniosła brwi. – Czyżbyś zobaczył tam coś ciekawego?

– Bardzo  zabawne – mruknął,  kuśtykając  do  stołu.  – Mam  trzydzieści  osiem  lat,  a  nie 

osiemnaście. Nie wypatruję już oczu za nastolatkami.

– A  kto  mówi  o  nastolatkach? – zdziwiła  się  matka  z  niewinną  miną.  – Mężczyzna  w 

twoim  wieku  potrzebuje  kobiety,  a  nie  nastolatki.  Powinieneś  się  ustatkować.  Szczególnie 
teraz, gdy... 

background image

– Mamo – przerwał jej Marco bezbarwnym tonem – nie wracajmy po raz kolejny do tej 

samej rozmowy. 

– Dobrze,  dobrze – uśmiechnęła  się  matka.  – Po  prostu  chciałabym,  żeby  mój  syn  był 

szczęśliwy. 

– Nie, raczej chciałabyś mieć więcej wnuków niż sąsiadki – odrzekł Marco, przypatrując 

się jej uważnie. – Obiecaj, że nie będziesz próbowała mnie swatać. 

– Obiecuję – westchnęła Dora. 
Marco zajął się zupą minestrone, którą jego matka potrafiła przyrządzać jak nikt inny na 

świecie,  ale  jego  myśli  wciąż  błądziły  wokół  Sophie.  Nie  zauważył  przy  tamtym  domu 
żadnego obcego mężczyzny, a poza tym gdyby sąsiadka wyszła za mąż, matka na pewno by 
mu o tym powiedziała. Ciekaw był, czy Sophie pracuje, czy ma stałego chłopaka i czy nadal 
topniałaby w jego ramionach tak jak kiedyś. Niewątpliwie była jedyną osobą, która mogłaby 
go odciągnąć od rozważań o jego smutnym losie. Gdy o niej myślał, przestawał żałować, że 
dni jego wypraw na najbardziej niedostępne krańce świata minęły bezpowrotnie. 

Sophie  Morrell  drgnęła  na  dźwięk  telefonu.  Przed  chwilą  wróciła  od  rodziców  i 

przygotowała  się  na  spokojny  wieczór.  Wstała  z  kanapy,  na  której  zdążyła  już  umościć  się 
wygodnie z zamiarem poczytania romansu swej ulubionej autorki, i podniosła słuchawkę. 

– Halo?
– Cześć, siostrzyczko! Co porabiasz?
– O,  cześć,  Vee – ucieszyła  się  Sophie.  Jej  siostra  Violetta  była  zaledwie  o  dwa  lata 

starsza i od dzieciństwa bardzo się przyjaźniły. – Szczerze mówiąc, nic nie robię. Spędziłam 
popołudnie z mamą i tatą, a potem wróciłam do domu i postanowiłam sobie poczytać. 

– Jadłaś już kolację?
– Oczywiście, że tak – zaśmiała się. – Nie martw się o mnie. 
– Jako starsza siostra muszę poważnie traktować swoje obowiązki – obruszyła się Vee. –

Ale nie chciałam cię zdenerwować. To tylko taki nawyk. 

– W  porządku – uśmiechnęła  się  Sophie.  Dobrze  wiedziała,  dlaczego  siostra  tak  się 

interesuje jej kolacją. Podczas choroby męża Sophie spędzała przy nim cały czas, zaniedbując 
własne  potrzeby  i  nie  dopuszczając  do  siebie  rozpaczy.  Często  zapominała  o  jedzeniu  albo 
była zbyt zmęczona, by się martwić o posiłki. Do chwili śmierci Kirka straciła ponad dziesięć 
kilogramów. Potem schudła jeszcze bardziej i dopiero niedawno przybrała na wadze tyle, że 
nie przypominała już żywego szkieletu. 

Choć nikomu nie polecałaby tej metody odchudzania, to jednak była bardzo zadowolona 

z rezultatów. Od dwóch lat, odkąd owdowiała, zmieniła swoje zwyczaje żywieniowe, a poza 
tym  regularnie  ćwiczyła  i  nie  miała  już  kłopotów  z  zachowaniem  linii.  Nie  zdarzało  jej  się 
przekroczyć idealnej wagi o więcej niż dwa kilogramy i była z siebie dumna. 

W gruncie rzeczy nie wymagało to jednak wielkiego wysiłku. Praca w klinice w ubogiej 

latynoskiej  dzielnicy  w  centrum  miasta  zajmowała  jej  cały  wolny  czas.  Często  Sophie 
docierała  do  domu  o  szóstej  czy  siódmej  i  dopiero  wieczorem  przypominała  sobie,  że  nie 
jadła jeszcze lunchu. 

background image

Lubiła jednak ten tryb życia i  ruch panujący w  klinice. Pracowała z młodymi matkami. 

Uczyła je, jak dbać o dzieci i zarazem radzić sobie na rynku pracy. Chwile, gdy trzymała w 
ramionach czarnowłose, wielkookie niemowlęta, należały do najpiękniejszych w jej życiu. 

I  nawet  jeśli  czasem  uroniła  łzę  na  myśl  o  niesprawiedliwości  losu,  który  uczynił  ją 

bezdzietną wdową, to nigdy nie pozwoliła, by ktokolwiek widział te łzy. 

Oczywiście w jej pracy zdarzały się również smutne momenty. Ona jednak przeżyła już w 

życiu  chwile  prawdziwej  rozpaczy  i  choć  brakowało  jej  Kirka,  była  przekonana,  że  to,  co 
przeżyła, wzbogaciło ją wewnętrznie. Poznała żal, rozpacz i wściekłość, potrafiła więc nieść 
pociechę innym. 

– Mam niesłychane nowiny – powiedziała Violetta, wyrywając ją z rozmyślań. 
– Jakie?
– Spróbuj zgadnąć. 
Sophie wzniosła oczy do nieba, choć Vee nie mogła tego zobaczyć. 
– Nie mam najmniejszego pojęcia. 
– Dam ci wskazówkę. Niedługo odbędzie się przyjęcie z okazji rocznicy ślubu. U kogo?
– U państwa Espositów. Ale co to ma... 
– Pewna  czarna  owca  z  tej  rodziny  wróciła  do  domu  i  będzie  świętować  razem  z 

rodzicami. Jak myślisz, kto?

Marco?! Sophie poczuła ucisk w żołądku. 
– On  nie  jest  żadną  czarną  owcą – zaczęła  go  bronić  odruchowo.  – Po  prostu  dużo 

podróżuje. 

Natychmiast pożałowała swoich słów, ale było już za późno. Świadomość, że Marco jest 

w Chicago, zupełnie wytrąciła ją z równowagi. 

– Dlaczego  go  bronisz? – obruszyła  się  siostra.  – Przecież  zostawił  cię  kiedyś.  Wybrał 

podróże i swobodny tryb życia. Nie widziałaś go prawie pięć lat... 

– Prawie sześć – poprawiła ją Sophie. 
– No to sześć. Chodzi mi o to, że... 
– Wiem,  o  co  ci  chodzi,  Vee – przerwała  jej  siostra  z  westchnieniem.  – Ale  nie 

zapominaj, że potem wyszłam za mąż za kogoś innego. Nie musisz  się o mnie martwić. To 
było  tylko  młodzieńcze  zauroczenie.  Moje  uczucia  do  Marka  wygasły  wiele  lat  temu.  Ale 
miło mi będzie znów go zobaczyć. Długo go tu nie było. Czy wiesz, że to przyjęcie może być 
pierwszą od lat okazją do spotkania wszystkich dzieci Domeniców i Espositów?

– To  byłoby  wspaniale – odrzekła  Violetta  już  łagodniejszym  tonem.  – Rozmawiałam 

wczoraj z Camillą. Pytała, czy mogłybyśmy poświęcić kilka godzin w sobotę, żeby pomóc im 
udekorować salę przy kościele. 

– Powiedz jej, że przyjdę – powiedziała Sophie. Camilla była starszą siostrą Marka i to 

przede wszystkim ona zajmowała się organizacją przyjęcia. 

Jeszcze  przez  kilka  minut  rozmawiały na  inne  tematy,  po  czym  Violetta  rozłączyła się. 

Sophie jednak wiedziała, że nie ma już mowy o spokojnym wieczorze. Zazwyczaj starała się 
nie  myśleć  o  Marku.  Tak  było  najbezpieczniej.  Ale  świadomość,  że  on  jest  w  mieście, 
niedaleko od niej, sprawiła, że zaczęła drżeć. Wspomnienia napłynęły niepowstrzymaną falą. 

background image

Marco... Widziała jego twarz tak wyraźnie, jakby stał przed nią: ciemne oczy, w których 

wiecznie błyskało rozbawienie, ładnie wykrojone usta, prosty nos, ciemne włosy ostrzyżone 
krótko  i  dołki  w  szczupłych  policzkach.  Kiedyś,  dawno  temu,  siostry  kpiły  z  jego 
umiejętności przyciągania do siebie dziewcząt. Czy nadal jest równie atrakcyjny? Czy te oczy 
wciąż obiecują kobietom niewyobrażalne rozkosze?

Pragnęła go od zawsze, odkąd zaczęła zauważać chłopców. Był o siedem lat starszy od 

niej. Jako osiemnastolatek już miał spory wianuszek adoratorek. Jeśli w ogóle zwracał uwagę 
na Sophie Domenico, to myślał o niej wyłącznie jako o młodszej siostrze swoich kolegów. To 
jednak  wówczas  nie  miało  dla  niej  znaczenia.  Na  przyjęciu  z  okazji  jego  wyjazdu  do 
college’u  pocałował  ją  lekko  w  policzek  i  w  tym  momencie  na  zawsze  zdobył  jej 
jedenastoletnie serce.  Nigdy nie  zawiesiła  sobie  w  sypialni  fotografii  żadnego idola;  Marco 
był jedynym mężczyzną z jej marzeń. 

W  dniu  swoich  szesnastych  urodzin  była  cała  w  skowronkach,  bo  Marco  tego  dnia 

przyjechał  do  domu.  Skończył już  studia  i  dostał  właśnie  pierwszą  posadę  jako  asystent  na 
wyprawie  badawczej.  Przed  wyjazdem  pocałował  ją  w  usta.  Był  to  niewinny,  przyjacielski 
pocałunek, ale dla niej znaczył tyle co oświadczyny. Choć w szkole średniej umawiała się z 
innymi  chłopcami,  nigdy  nie  związała  się  z  nikim  na  dłużej.  W  porównaniu  do  Marka 
wszyscy  koledzy  wydawali  się  jej...  No  cóż,  byli  po  prostu  chłopcami.  Marco  zaś  był 
mężczyzną i za każdym razem, gdy o nim myślała, jej serce zaczynało szybciej bić. 

Oczywiście  było  to  głupie.  Marco  przyjeżdżał  do  domu  jakieś  cztery  razy  do  roku  i 

najczęściej prawie jej nie zauważał, a jeśli już, to tylko ciągnął ją za włosy i pokpiwał z niej. 
Zazdrośnie obserwowała spoza firanek, jak przyprowadzał dziewczyny na rodzinne pikniki, a 
gdy zobaczyła, jak całował głupią Elle Pescke na noworocznym przyjęciu wydawanym przez 
rodzinę Espositów, popłakała się. To przyjęcie było tradycją w dzielnicy. Tańczono, a wina 
było tyle, że mogłoby wypełnić niewielki staw. 

Aż w końcu skończyła dziewiętnaście lat. Jej urodziny wypadały dziewiętnastego lipca, w 

samym środku  lata.  Rodzice  zabrali  wszystkie  dzieci  do  restauracji.  Nikogo nie  brakowało, 
pojawiła  się  nawet  Arabella,  siostra-bliźniaczka  Vincenta,  choć  była  już  w  przenoszonej 
ciąży.  Przyszło  także  kilka  osób  z  rodziny  Espositów  i  Sophie  omal  nie  rozpłynęła  się  ze 
szczęścia,  gdy  Marco  wszedł  do  sali  w  towarzystwie  Stefana  i  Tomasa,  jej  starszych  braci. 
Właśnie przyjechał do Chicago i rankiem następnego dnia znów miał zamiar wyjechać. 

Mrugnął do niej i życzył jej wszystkiego najlepszego. To dopełniło  miary jej szczęścia. 

Mogłaby  przez  cały  wieczór  po  prostu  siedzieć  i  patrzeć  na  niego.  Ale  podczas  kolacji 
Arabelli  odeszły  wody.  Lionel,  jej  mąż,  pobiegł  po  samochód,  a  pozostali  zabrali  resztę 
jedzenia do papierowych toreb i gromadnie udali się do szpitala, gdzie zajęli całą poczekalnię. 

Marco również poszedł z nimi. 
– Będę mógł rano zdać mamie bezpośrednią relację – powiedział, błyskając w uśmiechu 

białymi zębami. 

Sophie wciąż pamiętała zdumienie na twarzy pielęgniarki, która przyszła powiedzieć im, 

że Arabella urodziła dziewczynkę. 

– Chyba  nie  jesteście  wszyscy rodziną? – wyjąkała.  A  potem  modlitwy  Sophie  zostały 

background image

wysłuchane... Noc prawie minęła. Wszyscy zaczęli się rozchodzić do domów. Ku zachwytowi 
Sophie Marco czule objął ją ramieniem i poszli razem wzdłuż szpitalnego korytarza. 

– Możesz  pojechać ze  mną – zaproponował.  – Dotrzymasz  mi  towarzystwa,  żebym  nie 

usnął za kierownicą. 

Z  wrażenia  zaparło  jej  dech  w  piersiach.  Samochód  Marka  stał  na  drugim  końcu 

szpitalnego  parkingu.  Po  drodze  rozmawiali  o  błahych  rzeczach:  o  jej  planach dotyczących 
college’u,  jego  pracy  przy  projekcie  geofizycznym  w  zachodniej  Australii,  o  braciach  i 
siostrach, z których większość założyła już własne rodziny i dochowała się pierwszych dzieci. 
Zatrzymali się przy nocnym sklepie, kupili jakieś napoje i dalej rozmawiali. Niebo zaczęło już 
jaśnieć.  Gdy  wreszcie  dojechali  do  domu,  wszystkie  pozostałe  samochody  stały  już 
zaparkowane przy krawężniku. 

Marco wysiadł i otworzył Sophie drzwi. 
– Dziękuję, że ze mną przyjechałaś – powiedział. – Jeszcze raz wszystkiego najlepszego. 
Jednym palcem uniósł lekko jej brodę i lekko przycisnął usta do jej warg. 
Teraz, po latach, Sophie zdawała sobie sprawę, że był to tylko przyjacielski gest. Wtedy 

jednak natychmiast zarzuciła mu ramiona na szyję i z całą mocą oddała pocałunek. Marco na 
chwilę zamarł, ale zaraz  objął ją mocno i  przycisnął do siebie. Całował  ją długo i  głęboko, 
delikatnie gładząc po plecach, aż stała się zupełnie bezwładna w jego ramionach. 

Gdy  w  końcu  uniósł  głowę,  na  jego  twarzy  odbiło  się  zdumienie  pomieszane  z 

rozbawieniem. 

– No, no – mruknął, oddychając ciężko – nie spodziewałem się czegoś takiego. 
Sophie  zaczerwieniła  się  aż  po  korzonki  włosów,  dopiero  teraz  uświadamiając  sobie 

śmiałość własnego zachowania, i spróbowała wysunąć się z ramion Marka. 

– Przepraszam – wymamrotała. – Nie miałam zamiaru... 
On  jednak  nie  pozwolił  jej  skończyć,  znów  pochylając  się  nad  nią.  Po  dłuższej  chwili 

odezwał się:

– Nie powiedziałem, że mi się to nie podoba, tylko że się tego nie spodziewałem. 
Urwał i  na  jego  twarzy  pojawił się dziwny  wyraz. Sophie  odniosła wrażenie, że  Marco 

waży coś w myślach. W końcu oświadczył:

– Dziś wieczorem. Pójdziemy na kolację? I do kina?
Odłożyła książkę i podeszła do okna. W sumie spotkali się kilkanaście razy, gdy Marco 

wpadał do domu między jednym a drugim kontraktem. 

Zawsze  wyczekiwała  go  z  utęsknieniem.  On  zaś  nigdy  nie  pisał  ani  nie  dzwonił.  Nie 

wiedziała, kiedy go zobaczy, dopóki nie usłyszała od jego rodzeństwa, że już przyjechał, albo 
dopóki  nie  zobaczyła  go  na  progu  własnego  domu.  W  najlepszym  wypadku  był  to 
niezadowalający układ i Sophie niecierpliwie czekała, aż Marco wreszcie poczuje gotowość, 
by się ustatkować. 

Ale  ten  dzień  nigdy  nie  nadszedł.  Pewnego  wieczoru,  gdy  była  na  ostatnim  roku 

college’u, Marco przyjechał do domu, zaprosił ją na kolację i powiedział łagodnie, że już nie 
będą się widywać. Stwierdził, że jest dla niej za stary, że powinna zapomnieć o nim i zająć się 
własnym życiem. 

background image

Rozpłakała się, a on zaczął ją pocieszać. 
Następnego  dnia  Sophie  już  wiedziała,  co  to  znaczy  być  kobietą.  Marco  okazał  się 

wspaniałym  kochankiem.  Miała  nadzieję,  że  namiętność,  która  ich  połączyła,  skłoni  go  do 
zmiany zdania, on jednak wyjechał, tak jak zapowiedział. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Tydzień  w  klinice  był  bardzo  ciężki.  Na  dodatek  w  piątek,  w  środku  nocy,  Sophie 

odebrała  telefon  z  centrum  kryzysowego,  działającego  na  tym  samym  terenie  co  klinika. 
Jedna  z  jej  podopiecznych  została  pobita  przez  swojego  chłopaka  i  znalazła  się  w  szpitalu. 
Nie  miała  żadnej  rodziny,  więc  trzeba  było  zorganizować  opiekę  dla  jej  dwumiesięcznego 
dziecka. 

Sophie  została  w  szpitalu  aż  do  rana,  wypełniając  dokumenty.  Lekarz  zbadał  dziecko  i 

stwierdził, że nie stała mu się żadna krzywda, jednak we wszystkich rodzinach zastępczych 
albo nie było miejsc, albo też nie można się było do nich dodzwonić. 

W końcu, około ósmej rano w sobotę, udało się znaleźć zastępczą matkę, która zajmowała 

się  dziećmi  w  podobnej  sytuacji.  Kobieta  zgodziła  się  wziąć  maleństwo,  ale  dopiero  w 
niedzielę  rano.  Po  krótkiej  konsultacji  telefonicznej  przełożony  Sophie  zgodził  się,  by 
zatrzymała dziecko u siebie przez  noc i  rano zawiozła  je do zastępczej matki. Na szczęście 
była  przygotowana  na  taką  sytuację.  Już  nie  po  raz  pierwszy  zdarzało  się,  że  musiała 
opiekować się dzieckiem przez noc lub dwie. 

Dotarła do domu około dziesiątej rano. Mała spała, więc Sophie również postanowiła się 

zdrzemnąć. Niestety, z nich dwóch Ana zgłodniała znacznie szybciej, toteż drzemka Sophie 
nie trwała długo. Zdumiewające, jak wiele czasu zajmowało wykonanie nawet najprostszych 
czynności, gdy w pobliżu znajdowało się dziecko. Sophie co chwila musiała przerywać swoje 
zajęcia, by zmienić małej pieluszkę, podgrzać butelkę z mlekiem, zabawiać ją, gdy marudziła, 
a  potem,  po  południu,  ukołysać  do  snu.  Co  prawda  nie  uważała  tych  obowiązków  za 
uciążliwe.  Kochała  dzieci  i  zawsze  lubiła  zajmować  się  swoimi  licznymi  siostrzeńcami  i 
bratankami, teraz zaś była przekonana, że sama już nigdy nie zostanie matką. 

Potem przypomniała sobie, że obiecała wpaść na kolację do rodziców, zadzwoniła więc i 

uprzedziła,  że  zabierze  ze  sobą  Anę.  Na  Edie  Domenico,  która  miała  już  trzynaścioro 
wnucząt, ta zapowiedź  nie wywarła większego wrażenia. Korzystając z  tego, że  mała nadal 
spała,  Sophie  szybko  wzięła  prysznic  i  wrzuciła  do  torby  wszystkie  przybory  niezbędne 
niemowlęciu.  Usadowiła  Anę  w  dziecinnym  foteliku  samochodowym,  który  zawsze  miała 
pod ręką na wypadek takich właśnie okoliczności, i po dziesięciu minutach była już w domu 
rodziców. 

– Cześć – zawołała, stając w progu z dzieckiem na jednej ręce, a torbą pieluch w drugiej. 

Postawiła torbę i podrapała po głowie cocker-spaniela ojca. Pies natychmiast  przewrócił się 
na grzbiet. Sophie poskrobała go po brzuchu czubkiem buta. 

– Cześć! – odkrzyknęła matka z kuchni. – Daj to dziecko ojcu i pomóż mi zagnieść ciasto 

na makaron. 

Sophie uśmiechnęła się szeroko, podejrzewając, że mamie chodzi nie tyle o jej pomoc, co 

okazję  do  podzielenia  się  najświeższymi  plotkami.  Ojciec,  wygodnie  rozparty  w  fotelu, 
niepewnie poruszył gazetą, która zasłaniała mu twarz. Sophie była pewna, że właśnie obudził 
się z drzemki. 

background image

– Cześć, tato – powitała go. – Nie musisz się zajmować Aną. 
– Chcesz mi odebrać tę przyjemność? – oburzył się Renaldo Domenico. – A w dodatku 

nawet nie pocałowałaś swojego starego, przepracowanego ojca! Co to za obyczaje?

Sophie ze śmiechem cmoknęła go w policzek. 
– Jakim sposobem możesz być przepracowany? Przecież jesteś na emeryturze!
– No  właśnie – chrząknął  ojciec.  – Twoja  matka  wynajduje  mi  tyle  obowiązków,  ilu 

nigdy nie miałem w pracy. – Wziął małą Anę na ręce z wprawą człowieka, który całe życie 
spędził na niańczeniu dzieci. – Kim jest ta mała ślicznotka?

Sophie wyjaśniła mu sytuację dziewczynki i zostawiła oboje w salonie. W kuchni oprócz 

matki siedziała jej starsza siostra Arabella. 

– A gdzie są dziewczynki? – zapytała Sophie, mając na myśli trzy córki Arabelli. 
– Elissa rozgrywa mecz, a Lionel i siostry jej kibicują. Mnie udało się urwać. Wyjaśniłam 

im, że przynajmniej raz w tygodniu muszę spędzić kilka godzin bez dzieci. 

– Czyżbyś poczuła się wyczerpana? – zaśmiała się Sophie. – Frustracja? Lekki obłęd?
– Wszystko  naraz – westchnęła  Belle.  – Moje  córki  teraz  ciągle  się  kłócą.  Chwile 

wytchnienia zdarzają się niezmiernie rzadko. 

Różnica  wieku  między  starszymi  córkami  Belle  wynosiła  zaledwie  siedemnaście 

miesięcy.  Jedna  miała  dziesięć  lat,  a  druga  dziewięć,  i  przestały  już  przypominać  niewinne 
aniołki. 

– To  minie – stwierdziła  matka.  – A  potem  będą  najlepszymi  przyjaciółkami,  tak  jak 

wszystkie moje córki. 

– Pewnie masz rację, mamo – mruknęła Belle. 
– Sophie,  czy  już  słyszałaś,  że  Marco  wrócił  do  domu? – zapytała  matka,  zagniatając 

ciasto na makaron. 

– Tak, Vee mi mówiła – odrzekła Sophie, w duchu przygotowując się na nieuniknione. 
Matka i siostra uniosły głowy. 
– I... ? – zapytała matka. 
– I co? – Sophie uśmiechnęła się blado. 
– Nie udawaj, że nie wiesz, o co nam chodzi. Czy serce nie zabiło ci mocniej? – zdziwiła 

się Belle. – Chociaż odrobinę?

– Oczywiście,  że  tak – przyznała  Sophie.  W  tym  otoczeniu  nie  było  sensu  niczego 

udawać. – Przecież Marco był moją pierwszą wielką miłością. Ale nie zemdlałam z wrażenia. 

– Mhm – mruknęła siostra znad szklanki z wodą. 
– Widziałam  go któregoś  dnia – oznajmiła matka. – Jest równie przystojny jak zawsze. 

Ale to, co się stało, jest ogromnie smutne. Już nigdy nie wróci do pełni zdrowia. 

– A co się stało? – zapytała Sophie ostrożnie, przypuszczając, że to jakiś żart matki, która 

chce ją skłonić do rozmowy o Marku. 

Belle raptownie uniosła głowę. 
– No, ten wypadek z nogą. 
– Jaki wypadek?
Oczy Belle, zaokrągliły się ze zdziwienia. 

background image

– Mamo, nic jej nie powiedziałaś? Matka wyglądała na poruszoną. 
– Nie. Myślałam, że wie już od Vee albo od ciebie. 
– Ja nic jej nie mówiłam. Myślałam, że ty... 
– O czym mi nie mówiłaś? – zawołała zaniepokojona Sophie. W kuchni zapadła cisza. 
– No  cóż – powiedziała  w  końcu  Edie – wiesz  przecież,  że  Marco  ciągle  jeździł  po 

dżunglach, pustyniach i... 

– Mamo – jęknęła Sophie, krzyżując ramiona na piersiach. 
– Samolot, którym leciał, rozbił się – wtrąciła szybko Belle. – Wszyscy pozostali zginęli. 

Marco przeżył, ale miał zranioną nogę. Groziła mu amputacja, ale na szczęście okazało się, że 
to nie było konieczne. 

– Och, Boże! – jęknęła Sophie, siadając na krześle. – Chyba żartujesz. 
– Nie – potwierdziła  matka.  – Niestety.  Cesare  i  Dorotea  omal  nie  oszaleli  ze 

zmartwienia.  Marco  był  w  szpitalu  gdzieś  w  Ameryce  Południowej.  Zadzwonił  do  nich 
dopiero  w  miesiąc  po  wypadku  i  nie  pozwolił  im  tam  przylecieć.  Dora  siedziała  tutaj,  w 
naszej kuchni, i wypłakiwała sobie oczy. 

Sophie w oszołomieniu potrząsnęła głową. 
– Dlaczego ja nic o tym nie wiedziałam? Gdzie wtedy byłam?
W kuchni znów zapadło milczenie. 
– Byłaś  na  urlopie – wyjaśniła  w  końcu  Belle.  – To  się  zdarzyło  na  początku 

października. Chyba po prostu zapomniałyśmy ci o tym powiedzieć, kiedy wróciłaś. 

– Poza tym wiecznie jesteś taka zajęta – dodała matka. – Przykro mi. Po prostu jakoś się 

nie zgadałyśmy. 

– Wszystko w porządku – powiedziała cicho Sophie. Ale nic nie było w porządku. Wstała 

i wyszła na werandę przed domem. Potrzebowała świeżego powietrza i chwili samotności. 

Na początku października? To był dla niej bardzo trudny miesiąc. Właśnie wtedy zmarł 

Kirk  i  od  dwóch  lat  Sophie  spędzała  październik  w  domku  przyjaciółki  nad  jeziorem 
Wisconsin, w samotności opłakując śmierć męża. Żałowała, że nie da się zupełnie wymazać 
tego miesiąca z kalendarza. 

Dopiero po chwili dotarto do niej pełne znaczenie słów matki. Marco, jakiego pamiętała, 

świetnie tańczył, grał w koszykówkę, był aktywnym, energicznym mężczyzną. Przypomniała 
sobie, jak wspiął się na wielki dąb, by zdjąć z gałęzi jej kotka. Całe jego życie opierało się na 
sprawności  fizycznej.  A  teraz  na  pewno  czuje  się  jak  zamknięte  w  klatce  dzikie  zwierzę. 
Sophie poczuła ściskanie w gardle, ale stłumiła łzy. Nie było sensu rozpaczać teraz nad jego 
losem.  Przeżył,  a  skoro  przyjechał  na  przyjęcie  rodziców  o  własnych  siłach,  to  znaczy,  że 
nieźle sobie radzi. 

Usłyszała  trzaśniecie  drzwi  i  na  werandzie  domu  państwa  Espositów  pojawił  się 

mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany, czarnowłosy... 

Wspierał się na kuli. 
Już  od  wielu  dni  szukał  pretekstu,  by  z  nią  porozmawiać.  Teraz,  gdy  znajdowała  się  o 

kilka  metrów  od  niego,  wszystkie  słowa  wyparowały  mu  z  głowy.  Była  piękna.  Stał  i 
wpatrywał  się  w  nią  jak  idiota.  Po  chwili  Sophie  odwróciła  głowę  i  ich  oczy  się  spotkały. 

background image

Marco chrząknął i zawołał:

– Cześć, Sophie!
Ona również przez chwilę przyglądała mu się bez słowa, a potem uśmiechnęła się lekko. 
– Cześć, Marco. Słyszałam, że wróciłeś do domu. Nie miał ochoty nawet na krótką chwilę 

odrywać  od  niej  wzroku,  ale  jeszcze  bardziej  nie  chciał  się  upokarzać,  spadając  z  niskich 
schodków,  skupił  się  więc  i  ostrożnie  zszedł  na  trawnik.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  Sophie 
uważnie obserwuje jego niepewne kroki, i znów wezbrała w nim wściekłość. 

Jego  kolano  zapomniało,  że  powinno  się  zginać  i  podtrzymywać  ciężar  ciała.  Marco 

wiedział, że z czasem noga jeszcze trochę się usprawni, ale było pewne, że on już nigdy nie 
wróci  do  swojej  poprzedniej  pracy,  nie  będzie  w  stanie  przedzierać  się  przez  nieprzyjazny 
teren ani nosić ciężkiego ekwipunku. 

Zatrzymał  się  przy  białym  płocie,  który  oddzielał  od  siebie  dwie  posesje,  i  oparł  się 

ramieniem  o  słupek,  próbując  opanować  zamęt  w  myślach.  Przez  ostatnie  lata  ani  razu  nie 
zapytał nikogo o Sophie. Nie chciał, by ktokolwiek pomyślał, że była dla niego kimś więcej 
niż tylko przyjaciółką z lat dziecinnych. Sądził, że tak będzie lepiej dla niej. Gdyby uznała, że 
istnieje jakaś nadzieja, to gotowa byłaby czekać na niego do końca życia. 

Mimo to podczas swych nielicznych wizyt w domu czujnie nadstawiał uszu, gdy siostry 

rozmawiały o sąsiadach. Przez pierwszy rok Luisa i Liz często wspominały o Sophie, i chcąc 
go  rozdrażnić,  opowiadały  mu  o  chłopcach,  z  którymi  ich  sąsiadka  się  spotykała.  Potem 
jednak ten temat zniknął z ich rozmów. Niewiele brakowało, by Marco złamał się i sam o nią 
zapytał.  Powstrzymywała  go  przed  tym  jedynie  świadomość,  że  następnego  dnia  znów 
wyjedzie. 

Ale teraz nigdzie się nie wybierał. Nie było powodu odmawiać sobie przyjemności, którą 

kiedyś mógł mieć na każde zawołanie. 

– Miło  cię  widzieć – powiedział,  przypatrując  się  Sophie  z  zainteresowaniem.  –

Wyglądasz fantastycznie. 

– Dziękuję – odrzekła, schodząc ze stopni werandy. – Ciebie również miło widzieć. Czy 

przyjechałeś do domu na przyjęcie? – zapytała, na wszelki wypadek ściszając głos. 

– Tak. Między innymi – odparł Marco, zastanawiając się, co się w niej zmieniło. Kiedyś 

była  po  prostu  nieśmiała.  Teraz  wydawała  się  ostrożna  i  pełna  rezerwy.  Jej  słowa  były 
przyjazne, lecz dziwnie bezosobowe, jakby rozmawiała z przelotnym znajomym. To pewnie 
dlatego,  że  Sophie  nie  zapomniała,  w  jaki  sposób  się  rozstali.  Nie  winił  jej  za  to,  ale  był 
pewien, że potrafi znów ją oczarować i sprawić, by mu wybaczyła. Przecież kiedyś mówiła, 
że go kocha. 

– Właśnie dowiedziałam się o twoim wypadku. To musiało być dla ciebie okropne. 
Marco wzruszył ramionami z pozorną obojętnością. 
– Jakoś to przeżyłem. A co u ciebie słychać?
– Nieźle – odrzekła po chwili wahania. 
– Sophie... Wracając do naszego rozstania... Przesunęła ręką przed twarzą, jakby chciała 

wymazać jego słowa. 

– To było dawno i już o tym zapomniałam. Wciąż uważam cię za przyjaciela. 

background image

Marco  zmarszczył  czoło.  Nie  spodziewał  się  takiej  odpowiedzi.  Ta  spokojna,  pełna 

rezerwy kobieta była zupełnie inna od dziewczyny, która kiedyś spijała słowa z jego ust. 

– Chciałbym,  żebyśmy  znów  poznali  się  bliżej.  Czy  mógłbym  cię  zaprosić  na  kolację? 

Masz czas dziś wieczorem?

Sophie  szeroko  otworzyła  brązowe  oczy  i  dopiero  teraz  Marco  zdał  sobie  sprawę,  że 

wcześniej nie pojawił się w nich nawet cień emocji. 

– To bardzo miło z twojej strony, ale... 
Za plecami Sophie otworzyły się drzwi. Obydwoje spojrzeli na jej matkę stojącą w progu 

z niemowlęciem na rękach. 

– Dziecko  zaczyna  marudzić.  Czy  mam  podgrzać  mleko?  Sophie  skinęła  głową  i 

odgarnęła włosy za uszy. 

– Tak, mamo, dziękuję. Nie jadła prawie od czterech godzin. Pewnie jest wygłodzona. 
Marco  był  wstrząśnięty.  A  więc  Sophie  ma  dziecko?  Ona  zaś  popatrzyła  na  niego  i 

potrząsnęła głową. 

– Dziękuję za  zaproszenie, ale muszę  zająć się  małą. Prawie nie  spałam  ostatniej nocy. 

Mam nadzieję, że dzisiaj będzie lepiej – uśmiechnęła się krzywo. 

Marco  w  milczeniu  skinął  głową,  niezdolny  wykrztusić  słowa.  Kto  śmiał  jej  dotknąć? 

Przecież należała do niego!

– Miłego pobytu – dodała. – Do zobaczenia za dwa tygodnie. 
Jej  głos  przywrócił  go  do  przytomności.  Stał  sparaliżowany  falą  absurdalnego, 

niedorzecznego gniewu. Zacisnął palce na płocie tak mocno, że aż kostki mu zbielały. 

Sophie  bez  słowa  przeszła  przez  podwórko  i  zniknęła  w  domu.  Marco  również  powoli 

powlókł się do drzwi. Matka już czekała na niego w progu. 

– Wejdź. Zrobię ci lemoniady. Boli cię noga?
Miał ochotę prychnąć: „Nie, wcale. Ja tylko dla zabawy utykam jak starzec”. Opanował 

się jednak i zdobył na rozbawiony ton:

– Daj  spokój,  mamo.  Obiecuję,  że  jak  zechcę,  byś  pocałowała  mnie  w  kolano,  żeby 

przestało boleć, to ci powiem. 

– Widziałam, że  rozmawiałeś z  Sophie – zauważyła matka.  – Nadal  jest  taka  ładna  jak 

kiedyś, prawda?

– Kto  jest  ładny? – zapytała  Elisabetta,  siostra  Marka,  wpadając  do  kuchni  z  połówką 

banana  w  jednej  ręce.  Drugą  podtrzymywała  na  ramieniu  śpiącego  syna.  – Cześć,  mamo. 
Dzięki za przypilnowanie małego. 

– Sophie  jest  ładna.  Nie  ma  za  co – odrzekła  Dora.  Postawiła  przed  synem  szklankę 

lemoniady i zabrała się do wyciskania następnej cytryny. 

– Aha – mruknęła Liz wymownie. – Nadał się w niej podkochujesz, braciszku?
– Zawsze  można  popatrzeć – zirytował  się  Marco.  – Tylko  tyle  mi  teraz  wolno.  Nie 

uwodzę mężatek. 

Liz spojrzała na niego ze zdumieniem. 
– Sophie nie jest już mężatką. Nie wiedziałeś o tym?
– Nie miałem pojęcia, że w ogóle wyszła za mąż. Za kogo?

background image

– Nazywał się Kirk Morrell. Poznali się w college’u – wyjaśniła siostra – Wygląda na to, 

że  to  małżeństwo  nie  trwało  długo  – zauważył  Marco.  – Czy  któreś  jeszcze  z  rodzeństwa 
Sophie jest rozwiedzione?

Dora mocno ścisnęła cytrynę w ręku. 
– Kirk nie żyje – powiedziała powoli. – To był taki miły chłopak. 
Marco nie ukrywał, że poczuł się wstrząśnięty. 
– Jak zmarł?
– Na raka. 
W  ustach  matki  to  słowo  brzmiało  jak  przekleństwo.  Boże,  pomyślał  Marco.  Dziecko 

Sophie ma zaledwie kilka miesięcy, musiała więc owdowieć bardzo niedawno. 

Liz zatrzymała na nim wzrok. 
– Marco...  proszę,  postaraj  się  nie  zranić  Sophie.  Ostatnie  lata  były  dla  niej  bardzo 

ciężkie. 

– Nie zamierzam jej ranić – odrzekł, siląc się na spokój. 
– Jestem pewna, że kiedyś też nie chciałeś tego zrobić, ale zrobiłeś – mruknęła siostra. –

Chcę ci tylko uświadomić, że Sophie dość się już nacierpiała. Jest bardzo wrażliwa. 

– Dziękuję za ostrzeżenie. – Marco uśmiechnął się chłodno. – Będę się z nią obchodził 

tak, jakby była ze szkła. 

– Chyba  lepiej  byłoby,  żebyś  w  ogóle  się  z  nią  nie  kontaktował – mruknęła  Liz  pod 

nosem. 

Młodsze siostry potrafiły być okropnie irytujące. 
W  jakiś  czas  później  Marco obserwował  z  okna  Sophie,  która  właśnie  opuszczała  dom 

rodziców.  Oczywiście  nie  wypatrywał  jej  specjalnie.  Po  prostu  jego  fotel  stał  akurat  przy 
oknie wychodzącym na ulicę. Marco siedział tam ponad godzinę, przeglądając program zajęć 
z  glacjologii,  które  miał  prowadzić  od  października  na  pobliskim  uniwersytecie.  Ruch  na 
ulicy przyciągnął jego uwagę. 

Sophie niosła na ramieniu torbę z pieluchami, jedną ręką trzymała dziecko, a w drugiej 

miała następną torbę. Marco przypuszczał, że ta druga torba pełna jest smakołyków produkcji 
pani Domenico. Postawiła obydwie torby obok białego samochodu, otworzyła tylne drzwi  i 
pochyliła  się,  by  umieścić  dziecko  w  foteliku.  Marco  widział  teraz  jej  plecy  i  biodra  w 
granatowych obcisłych dżinsach. 

Przełknął ślinę. A więc jednak nie jest mężatką. 
Sophie  wyprostowała  się,  podeszła  do  drzwi  od  drugiej  strony  i  usiadła  za  kierownicą. 

Marco patrzył za nią, aż samochód zniknął za rogiem ulicy. 

Następnego dnia była niedziela. Rodzice  zwykle chodzili  do kościoła na poranną mszę. 

Marco  wprawdzie  zarzucił  regularne  praktyki  religijne,  ale  teraz,  po  raz  pierwszy  od  czasu 
wypadku, postanowił pójść z nimi. 

Dziwnie  się  czuł,  wchodząc  do  kościoła,  w  którym  w  dzieciństwie  służył  do  mszy  i 

przystępował do  pierwszej  komunii.  Usiadł  w  ławce,  w  której  rodzice  siadali  jeszcze  przed 
jego urodzeniem. Teraz wszystkie cztery jego siostry wyszły już za mąż albo były zaręczone. 

background image

Pomiędzy dorosłymi  kręciła  się  gromadka dzieci.  Przed  nimi  znajdowała  się  ławka  rodziny
Domeniców.  Marco  przyjrzał  się  siedzącym  tam  osobom,  ale  Sophie  nie  było  wśród  nieb. 
Domenicowie  zajmowali  już  dwa  rzędy.  Najmłodsza  generacja  odznaczała  się  znaczną 
rozpiętością wieku: od około dziesięcioletniego chłopca, który musiał być synem Stefana, do 
ubranego na różowo niemowlęcia trzymanego na rękach przez jakiegoś mężczyznę, zapewne 
męża Violetty. 

Siostra Sophie, Arabella, uśmiechnęła się do Marka i przesłała mu pocałunek. Zauważył, 

że kilkakrotnie odwróciła się i spojrzała z wyczekiwaniem na drzwi kościoła. Gdy w końcu 
uśmiechnęła się i skinęła komuś głową, Marco również się odwrócił i zauważył idącą w ich 
stronę Sophie. Nie mógł przepuścić tak znakomitej okazji. Zanim Belle zdążyła poprzesuwać 
rodzinę w ławce i zrobić siostrze miejsce, Marco wstał i pociągnął Sophie za rękę. 

– Możesz usiąść tutaj – powiedział cicho. – Nie ugryzę cię. 
Zapomniał  już,  jak  była  drobna.  Nawet  w  butach  na  wysokich  obcasach  sięgała  mu 

zaledwie do podbródka. Przechyliła głowę na bok i spojrzała mu prosto w oczy. Oczy miała 
ciemnobrązowe, w kolorze czekolady. Zawahała się i spróbowała uwolnić rękę, nie puścił jej 
jednak.  Sophie  była  zbyt  dobrze  wychowana,  by  robić  mu  scenę  w  kościele.  Na  jej  twarzy 
pojawił się chłodny uśmiech. 

– Dziękuję – odparła  i  usiadła,  nie  patrząc  na  niego.  Splotła  dłonie  na  kolanach  i 

skrzyżowała nogi. Marco usłyszał szelest jedwabiu. Ubrana była w ładny, niebieski kostium. 
Chyba  nie  straciła  na  wadze  aż  tak  wiele,  ale  dzięki  temu  jej  figura  przybrała  kształt 
klepsydry. 

Zaczęła się msza. Marco z poczuciem winy oderwał wzrok od Sophie. Miał wrażenie, że 

jeśli  w  kościele  podda  się  niestosownym  myślom,  to  spali  go  piorun  z  jasnego  nieba.  Przy 
przekazywaniu znaku pokoju Sophie zignorowała go. Marco uznał to za dowód, że nie jest jej 
tak obojętny, jak usiłowała to okazać podczas tamtej rozmowy przed domem. 

Wypowiadał znajome słowa z uczuciem, że jakiś mocno zaciśnięty węzeł w jego duszy 

zaczyna się rozluźniać. Cichy głos matki  po prawej stronie, głos Sophie  po lewej, szmery i 
szepty towarzyszące ceremonii, wszystko to było dobrze znane i przynosiło mu wewnętrzny 
spokój. Dotychczas nie uświadamiał sobie, jak bardzo mu tego brakowało. 

Nie  był  w  stanie  uklęknąć;  musiał  przycupnąć  jak  starzec,  z  nogą sztywno  wyciągniętą 

przed siebie. Jego modlitwa składała się z jednego zdania: Boże, spraw, żeby to się wreszcie 
skończyło. 

Msza wkrótce dobiegła końca. Sophie wysunęła się z ławki już przy pierwszych taktach 

hymnu  na  wyjście  i  natychmiast  wmieszała  się  w  grupkę  utworzoną  przez  rodzinę 
Domeniców.  Marco  nie  odznaczał  się  szczególną  cierpliwością,  ale  wiedział,  że  Sophie  nie 
będzie  mogła  wiecznie  go  unikać,  pozwolił  więc,  by  pierwsza  wyszła  z  kościoła.  Nie 
spuszczał tylko jej z oka i gdy zauważył, że zmierza w stronę parkingu, poszedł za nią. 

Jednak  przemieszczał  się  rozpaczliwie  powoli.  Nie  wziął  ze  sobą  kuli,  bo  rankiem  był 

wypoczęty  i  lekarz  zalecał  mu,  by  od  czasu  do  czasu  próbował  się  poruszać  o  własnych 
siłach.  Zanim  dotarł  do  samochodu,  Sophie  siedziała  już  za  kierownicą  i  zapalała  silnik. 
Zauważyła go, ale otworzyła okno dopiero wtedy, gdy podszedł i zastukał w szybę. Położył 

background image

dłoń na klamce, ona jednak szybko wcisnęła blokadę drzwi. 

– Dziękuję, że zrobiłeś mi miejsce – rzekła z chłodnym uśmiechem. 
– Mamy  wiele  spraw  do  omówienia – odrzekł  Marco,  ignorując  ten  wstęp.  – Może 

wybrałabyś się ze mną na kolację jutro wieczorem?

Ona jednak tylko potrząsnęła głową i powiedziała stanowczo:
– Nie, dziękuję. 
– Skoro jutro jesteś zajęta, to może spotkamy się we wtorek?
Sophie prychnęła niecierpliwie. 
– Marco, nie jestem zajęta. Gdybym chciała pójść z tobą na kolację, to bym poszła. Ale 

nie chcę. 

– Czy to z powodu dziecka? Sophie uniosła wysoko brwi. 
– Jak to?
– Jeśli  chcesz,  to  możemy  je  zabrać  ze  sobą – rzekł  Marco.  Nie  miał  nic  przeciwko 

dzieciom,  raczej  je  lubił,  i  choć  nie  podobał  mu  się  obraz  Sophie  w  ramionach  innego 
mężczyzny, bardzo był ciekaw jej maleństwa. 

Odwróciła wzrok i zmarszczyła czoło. 
– Nie wiedziałam, że masz dziecko – mruknęła. 
– Ja? – zdumiał się Marco. 
Sophie popatrzyła na niego przenikliwie. 
– W takim razie o jakim dziecku mówimy?
– O twoim. Nie przeszkadza mi... 
– Ja  nie  mam  dzieci – usłyszał  w  odpowiedzi.  Zapadło  milczenie.  Po  dłuższej  chwili 

Sophie dodała: – Zupełnie nie wiem, skąd ci przyszedł do głowy taki pomysł. 

– Pamiętasz, kiedy z tobą rozmawiałem, twoja matka wyszła z domu i zapytała, czy ma 

nakarmić dziecko – wyjaśnił  z  uczuciem  przejmującej  ulgi.  – Skoro  to  maleństwo  nie  było 
twoje, w takim razie czyje?

– Ach, to dziecko... – Sophie uśmiechnęła się i jej twarz wyraźnie złagodniała. – Czekało 

na tymczasową rodzinę zastępczą. Zabrałam je poprzedniego wieczoru i musiałam zatrzymać 
u siebie na noc. 

– To brzmi całkiem nieźle – zauważył Marco z rozbawieniem. – Mam na myśli spędzenie 

nocy  w  twoim  towarzystwie.  – Pochylił  się  nisko  i  popatrzył  jej  w  oczy.  – Zjedz  ze  mną 
kolację, Sophie. 

Z jej ust wyrwało się lekkie westchnienie. Ujęła jego dłoń i stanowczo odsunęła od swojej 

twarzy. 

– Dziękuję za zaproszenie, ale nie jestem zainteresowana twoją propozycją. 
Marco zdołał uśmiechnąć się leniwie. 
– Kiedyś  byłaś  nawet  bardzo  zainteresowana – przypomniał,  znów  dotykając  jej  dłoni. 

Ona jednak nie zamierzała ustępować. 

– To było dawno temu – oświadczyła. – Od tamtej pory zdążyłam dorosnąć. 
– Daj  spokój,  Sophie.  Zapraszam  cię  tylko  na  kolację.  Chwila  rozmowy,  trochę 

wspomnień... 

background image

– Nie. – Porzuciła chłodną rezerwę i spojrzała na niego z taką goryczą, że Marco aż się 

cofnął. – Nie zamierzam już zapewniać ci rozrywek, gdy na chwilę pojawiasz się w domu. 

– To nie było tak – zaprotestował. Jej słowa sprawiły mu przykrość. Przecież robił to ze 

względu na nią! – Byłaś dla mnie kimś znacznie więcej niż... 

– To  już  nieważne – przerwała  mu  lodowatym  tonem.  – Teraz  mam  własne  życie,  w 

którym nie ma miejsca dla ciebie. To był twój wybór, pamiętasz?

Zanim  zdołał  wymyślić  jakąś  odpowiedź,  wrzuciła  bieg  i  ruszyła.  Musiał  cofnąć  rękę, 

żeby nie stracić równowagi. Odjechała, nie oglądając się za siebie. 

Marco  usłyszał,  że  woła  go  Teresa,  najmłodsza  siostra.  Kilka  razy  odetchnął  głęboko, 

żeby się uspokoić, i powoli podszedł do rodziny. 

Był pewien, że uda mu się przełamać niechęć Sophie i znaleźć jakiś sposób, by musiała 

zaakceptować jego obecność w swoim życiu. Chyba nie sądziła, że on podda się tak łatwo. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Pukanie  do  drzwi  zaskoczyło  Sophie.  Siedziała  na  podłodze  w  gościnnej  sypialni, 

otoczona  stertami  fotografii.  Zawsze  robiła  mnóstwo  zdjęć,  a  potem  czuła  się  zobowiązana 
powkładać je do albumów. Przez cały wieczór dzieliła je na kupki: rodzina, przyjaciele, praca. 
Pukanie rozległo się  w  chwili,  gdy właśnie  miała  zacząć wkładanie fotografii  do foliowych 
przegródek  w  albumach.  Podniosła  głowę  i  przycisnęła  dłoń  do  serca,  a  potem  na  palcach 
podeszła do drzwi. Była ósma wieczór. Kto mógł ją odwiedzić o tej porze?

Po mszy została u rodziców na lunch i około drugiej pod jakimś pretekstem wróciła do 

siebie. Towarzystwo wielkiego klanu Domeniców sprawiało jej radość, ale naraz poczuła, że 
musi  od  nich  odetchnąć.  Teraz  przyszło  jej  do  głowy,  że  może  zostawiła  coś  w  domu  albo 
mama  przysłała  jej  przez  kogoś  jeszcze  trochę  jedzenia.  Uchyliła  drzwi  na  tyle,  na  ile 
pozwalał łańcuch. 

– Cześć, Sophie. 
Za  progiem  stał  Marco  z  krzywym  uśmiechem  łobuziaka  przyłapanego  na  niecnym 

uczynku.  Ubrany był  w  jasnoniebieską  dżinsową  koszulę  i  nieco  ciemniejsze  dżinsy.  Kilka 
ostatnich guzików koszuli miał rozpiętych. 

Sophie patrzyła na niego bez słowa. 
– Nie  zaprosisz  mnie  do  środka? – zapytał  z  rozbawieniem.  Sophie  poczuła,  że  się 

rumieni. Otworzyła drzwi szerzej, ale nie odsunęła się. 

– Marco!? Co ty tutaj robisz?
Znów się uśmiechnął i w kącikach jego oczu zarysowały się zmarszczki. 
– Przyszedłem w odwiedziny. 
– Nie mam ochoty na gości – rzekła Sophie bardzo niedyplomatycznie. – Idź sobie. 
Zanim jednak zdążyła zamknąć drzwi, Marco wepchnął ramię w szparę i przecisnął się do 

środka.  Sophie  dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  jak  wygląda.  Ubrana  była  w  za  dużą 
bawełnianą  koszulkę  i  obcisłe  spodenki,  w  których  przed  dwiema  godzinami  biegała.  Z 
czystej kobiecej  próżności  żałowała teraz, że  nie  wzięła prysznica i  nie  przebrała się  w  coś 
ładniejszego. 

– Jeszcze mnie nie pocałowałaś na przywitanie – rzekł Marco z potępieniem w głosie – a 

już mi każesz wychodzić? Twoja matka byłaby bardzo rozczarowana takimi manierami. 

– Być może – mruknęła Sophie. – Nie mam jednak najmniejszego zamiaru cię całować. 
Marco zdecydowanie potrząsnął głową. 
– Może pozwolisz mi wejść i usiąść chociaż na pięć minut?
Dopiero w tej chwili Sophie zauważyła w jego dłoni kulę. 
– Nie miałeś tego ze sobą dzisiaj rano – stwierdziła, wycofując się do salonu. 
– Już jej nie potrzebuję przez cały czas – odparł z niechęcią i usiadł na kanapie, sztywno 

wyciągając  przed  siebie  prawą  nogę.  – Staram  się  obywać  bez  niej  coraz  dłużej.  Przyjdzie 
dzień, kiedy w ogóle przestanie mi być potrzebna. 

Sophie zamknęła drzwi i stanęła naprzeciwko niego. 

background image

– Skoro już wszedłeś, to pewnie zechcesz się czegoś napić. Mrożonej herbaty, piwa czy 

wina?

– Piwa – odrzekł  z  błyskiem  triumfu  w  oczach.  Sophie  bez  słowa  poszła  do  kuchni  i 

wyjęła  z  lodówki  puszkę.  Sama  nie  piła  piwa,  ale  ze  względu  na  czterech  braci  zwykle 
trzymała w domu zapas tego napoju. Wyciągnęła z szafki torebkę orzeszków, wsypała je do 
miseczki i zaniosła wszystko do salonu. 

– Więc po co tu przyszedłeś? – zapytała, znów stając przed nim. 
Marco spokojnie podniósł puszkę do ust, a potem sięgnął po orzeszki. 
– Czy to nie jest oczywiste? Chciałem cię zobaczyć. 
– A nie zastanowiłeś się, czy ja też tego chcę? Przecież już ci wyraźnie powiedziałam, że 

nie mam ochoty iść z tobą na żadną kolację.. 

– Nie musimy nigdzie wychodzić. – Wzruszył ramionami. 
– Jak to? – zdumiała się. – To czego chcesz? 
Marco zawahał się. 
– Sophie... potrzebuję przyjaciela. Zawsze dobrze nam się ze sobą rozmawiało. Nie mam 

teraz z kim pogadać. 

– Och,  daj  spokój – zawołała  niecierpliwie.  – Masz  cztery  siostry,  rodziców,  są  moi 

bracia, i chcesz mi wmówić, że nie masz z kim porozmawiać?

Znów się zawahał i po chwili wskazał na nogę. 
– Nie o tym. 
Sophie wiedziała, że jeśli da się ponieść współczuciu, to przepadnie. A jednak... Marco 

wydawał się w tej chwili taki bezradny, przygnębiony. Wiedziała, że ta sytuacja musi być dla 
niego niezmiernie trudna. 

– No cóż – mruknął, sięgając po laskę. – Wierzyłem, że uda się ocalić naszą przyjaźń, ale 

chyba masz rację. Te nadzieje były bezpodstawne. Przykro mi, że zakłóciłem twój spokój. 

– Poczekaj, Marco – zawołała Sophie, ujmując go za ramię. – Przepraszam, że byłam taka 

niemiła. Proszę, zostań. 

Pociągnęła go za rękę, ale nie zareagował. Twarz miał bez wyrazu i omijał ją wzrokiem. 
– Nie, masz rację. Nie powinienem ci zawracać głowy. 
– Nie zawracasz mi głowy! – zawołała, cofając rękę. – Usiądź i dopij piwo. 
– Dziękuję – odrzekł, zatrzymując na niej pełne wdzięczności spojrzenie. 
Wrócił na poprzednie miejsce. Sophie przycupnęła na kanapie w bezpiecznej odległości 

od niego. 

– Jak długo zamierzasz tu zostać tym razem, zanim znów wyjedziesz? – zapytała, nadając 

głosowi obojętne brzmienie. 

Marco zatrzymał wzrok na jej twarzy. 
– Nigdzie nie wyjeżdżam. Wróciłem tu na stałe. Na razie będę uczył w Purdue, a potem 

się  zastanowię,  co  robić  dalej.  Nie  nadaję  się  już  na  żadną  wyprawę,  więc  nie  będę 
podróżował. 

Jego ostatnie słowa wzbudziły w Sophie gorycz. A więc wrócił do domu na stałe, ale nie 

dla niej, tylko dlatego, że fizycznie nie był już w stanie znieść trudów wyprawy. Przed sześciu 

background image

laty przyjęłaby go bez względu na wszystko, ale od tego czasu zdążyła już dorosnąć. Choć nie 
odwzajemniała miłości męża tak, jak na to zasługiwał, to jednak wiedziała już, co to znaczy 
być kochaną, i wiedziała również, że Marco nigdy nie darzył jej miłością. Potrzebował jej, by 
pomogła mu zapomnieć o fizycznych ograniczeniach, a nie ze względu na nią samą. 

Miała  ochotę  wyrzucić  go  z  domu  i  porządnie  sobie  popłakać,  ale  wylała  już  z  jego 

powodu zbyt wiele łez. On zaś potrzebował przyjaźni i choć obawiała się pozwolić mu, by na 
powrót zaistniał w jej życiu, to jednak nie była w stanie mu odmówić. 

– Będzie ci brakowało podróży – zauważyła ze współczuciem. 
– Tak – mruknął.  – Ale  czas  nie  stoi  w  miejscu.  Wszystko  toczy  się  dalej.  Jakoś  to 

przeżyję. Swego czasu nawet to nie było do końca pewne – dodał z krzywym uśmieszkiem. 

Na myśl o tym, że Marco leżał bezradnie w jakiejś dżungli, a potem w szpitalu w zupełnie 

obcym miejscu, do oczu Sophie napłynęły łzy. 

– Tak  mi  przykro – zreflektował  się  nagle.  – Nie  powinienem  był  tego  mówić. 

Zapomniałem, że twój mąż... – Podniósł rękę, jakby chciał dotknąć jej policzka, ale zaraz ją 
opuścił. 

– Wszystko w porządku – powiedziała Sophie, ocierając łzę. Marco sądził, że myślała o 

Kirku. No i dobrze. 

Wolała,  by  nie  domyślił  się  prawdziwej  przyczyny  jej  wzruszenia.  – Masz  ochotę 

opowiedzieć mi o tym? Marco wzruszył ramionami. 

– Nasz samolot miał awarię silnika. Musieliśmy lądować w dżungli nad Amazonką. Pilot 

nie przeżył. Drugi członek załogi zmarł w kilka godzin później. Ja czekałem na ratunek ponad 
dobę. 

Sophie była wstrząśnięta. Odruchowo wyciągnęła rękę i położyła ją na jego dłoni. 
– Leżałeś tam przez całą dobę ze złamaną nogą, obok dwóch trupów?
– Mogło być gorzej – rzekł, patrząc na ich splecione palce. 
– O ile gorzej? To, co powiedziałeś, już wydaje mi się wystarczająco okropne. 
Marco przesłał jej krzywy uśmiech. 
– Czy opowiadałem ci kiedyś, jak wygląda dżungla w nocy? Robi się ciemno, ale nie tak 

ciemno  jak  w  twojej  sypialni,  gdzie  wzrok  się  przystosowuje  i  możesz  się  swobodnie 
poruszać.  Jest  zupełnie  czarno,  jak  w  kominie.  Tak  ciemno,  że  nie  widzisz  własnej  dłoni 
przed  twarzą.  – Potrząsnął  głową.  – Noc  potrafi  być  cholernie  długa,  gdy  wyczerpują  się 
baterie  w  twojej  latarce  i  zastanawiasz  się,  czy  krążącego  w  pobliżu  jaguara  znęci  zapach 
twojej krwi. 

Sophie stłumiła westchnienie. 
– Na szczęście – ciągnął Marco – jaguar chyba nie był wtedy głodny. Ale zapewniam cię, 

że bardzo się cieszyłem, iż nie musiałem przeżywać drugiej takiej nocy. 

– A potem trafiłeś do szpitala – podpowiedziała. 
– Tak,  trafiłem  do  miejscowego  szpitala – powtórzył  machinalnie.  Sophie  poczuła,  że 

jego  dłoń  naraz  zesztywniała.  –  I  gdybym  nie  miał  przy  sobie  przyjaciela,  to  pewnie  teraz 
nosiłbym protezę. 

Tym razem to ona uścisnęła jego palce. 

background image

– W takim razie miałeś dużo szczęścia. 
– Chyba tak – rzekł refleksyjnie i puścił jej dłoń. – Chociaż czasami zastanawiam się, czy 

nie byłbym sprawniejszy z protezą. 

– Przecież  jeszcze  nie  minął  rok  od  tego  wypadku – zauważyła  Sophie.  – Czy  lekarze 

uprzedzili cię, czego możesz oczekiwać?

Marco skinął głową. 
– Noga powinna z czasem stad się trochę sprawniejsza niż teraz. Będzie się nieco lepiej 

zginać. Ale już nigdy nie zagram w Chicago Bulls. 

– Wydawało  mi  się,  że  pogrzebałeś  te  marzenia  już  w  szkole  średniej.  – Sophie 

uśmiechnęła się. – Zdaje się, że to Tony Kniecki odebrał ci trofeum stanowe?

Marco wysoko uniósł brwi. 
– Nie  sądziłem,  że  to  pamiętasz.  Tak,  z  przykrością  muszę  przyznać,  że  Tony’emu 

przytrafiło się kilka znakomitych zagrań. 

– Tobie też – stwierdziła lojalnie Sophie. Zbyt późno zdała sobie sprawę, że była to chyba 

najgorsza rzecz, jaką mogła powiedzieć. W pokoju zapanowała pełna napięcia cisza. Marco 
podniósł puszkę do ust. 

– Więc czym się teraz zajmujesz? Jesteś pracownikiem socjalnym?
Sophie skinęła głową, wdzięczna za zmianę tematu. 
– To była moja specjalizacja w college’u. Pracuję w klinice dla matek z dziećmi. 
– A, to stąd wzięłaś to niemowlę – domyślił się Marco. 
– Na imię  ma Ana. – Sophie  potrząsnęła  głową.  – Teraz jest w  rodzinie  zastępczej. Jej 

matka leży w szpitalu. 

– To jakaś ponura historia. 
– Zdarzają  się  w  mojej  pracy  ponure  chwile.  Ale  również  wiele  radosnych.  Naprawdę 

lubię to zajęcie. Pomagam młodym kobietom zdobyć wykształcenie i kwalifikacje do pracy. 
Dzięki temu mogą stać się lepszymi matkami. 

Marco obdarzył ją uśmiechem. 
– Dam  sobie  rękę  uciąć,  że  jesteś  dobra  w  swojej  pracy.  Zawsze  umiałaś  współczuć 

innym. 

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. 
– Sophie... – odezwał się w końcu Marco. 
– Tak? – Podniosła  na  niego  wzrok  i  ze  zdziwieniem  zauważyła  na  jego  twarzy  coś  w 

rodzaju onieśmielenia. 

– Może miałabyś ochotę wybrać się do kina albo gdzieś indziej?
Wiedziała,  że  powinna  odmówić,  ale  gdy  Marco  zatrzymał  na  niej  spojrzenie  swych 

ciemnych  oczu,  cała  determinacja  nagle  ją  opuściła.  Zawsze  był  taki,  pomyślała.  Te  oczy 
obiecywały kobietom najwspanialsze przeżycia. Kiedyś wierzyła w tę obietnicę, teraz jednak 
wiedziała,  że  nie  ma  ona  pokrycia  i  że  nic  trwałego  nie  może  między  nimi  powstać.  A 
jednak... 

– Dobrze – westchnęła. – Chętnie wybiorę się z tobą do kina. 
– No,  to  mnie zabijcie – powiedziała  Sophie  do swoich  sióstr  w  dwa  tygodnie później. 

background image

Stały wśród wiaderek wypełnionych kwiatami i układały z nich bukiety. Sophie dołożyła do 
bukietu  gałązkę  gipsówki,  przyjrzała  mu  się  krytycznie  i  z  westchnieniem  odłożyła  go  do 
miski z wodą. – On potrzebuje przyjaźni. 

– Akurat! – prychnęła Violetta. – On chce ciebie, Sophie. Mężczyzna z takim wyglądem 

nie szuka kobiet po to, żeby się z nimi przyjaźnić. Zresztą – dodała, wymachując różowym 
goździkiem – wydaje mi się, że ma tu aż za wielu przyjaciół. 

Sophie  musiała  przyznać  jej  rację.  Marco  w  towarzystwie  jednego  ze  swych  szwagrów 

oraz jej braci, Vince’a i Toma, ustawiali stoły. Dwaj pozostali bracia szli za nimi i rozstawiali 
przy  stołach  składane  krzesełka.  Camilla,  siostra  Marka,  stała  pośrodku  sali  i  dyrygowała 
swoim mężem, który rozwieszał pod sufitem bibułkowe wstążki i dzwonki. Dwie najmłodsze 
siostry Marka oraz Arabella nakrywały stoły różowym papierem. 

– W  naszych  dwóch  rodzinach  jest  tyle  osób,  a  on  chce  rozmawiać  akurat  z  tobą? –

zdziwiła  się  Violetta  i  natychmiast  się  zaczerwieniła.  – Nie  chciałam  cię  urazić –
wymamrotała, speszona. 

– Dzięki – odrzekła Sophie sucho. – Czuję się taka... dowartościowana. 
– Wiesz,  co  chciałam  powiedzieć – tłumaczyła  się  siostra.  – Przecież  od  zawsze 

przyjaźnił się z naszymi braćmi. 

– Ze  mną  też – zauważyła  Sophie.  – Kiedyś  rozmawialiśmy  o  wszystkim.  Przestań  się 

martwić. Jesteśmy tylko przyjaciółmi. 

I  to  była  prawda.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  dwukrotnie  byli  w  kinie,  a  raz 

pojechali do lodziarni w Harlemie na znakomite lody. Spierali się o szansę Bulls w meczu z 
Bullets i o to, czy Skarpety przetrwają w dobrej formie do końca sezonu. Sophie opowiadała 
mu,  co  się  dzieje  z  dawnymi  przyjaciółmi  i  sąsiadami,  on  zaś  raczył  ją  opowieściami  o 
szalonych  wyczynach  jej  braci  z  czasów  szkoły  średniej,  w  których  on  sam  oczywiście 
również uczestniczył. 

Sophie bardzo się starała nie pokazać po sobie tego, że za każdym razem na jego widok 

serce zaczyna jej bić szybciej. Po kinie w czwartek wieczorem Marco odwiózł  ją do domu. 
Pod tym względem był uparty jak osioł. 

– Możemy prowadzić na zmianę – zaproponowała Sophie. – Raz ty, raz ja. Tak powinno 

być między przyjaciółmi. 

– Nic  z  tego – odrzekł  z  żelazną  stanowczością.  – To  mężczyźni  odwożą  kobiety  do 

domu. 

– Ty Tarzan, ja Jane? – zakpiła. 
– Możesz to nazywać, jak zechcesz. Nie pozwolę, żebyś jeździła sama po mieście nocą. 
– Aha, więc jeśli się wybierzemy dokądś na przykład w sobotę po południu, to pozwolisz 

mi poprowadzić? – ucieszyła się. 

Marco jednak nie ustąpił ani o krok. 
– Nie. Mój ojciec wychował mnie na dżentelmena. Żadna kobieta w moim towarzystwie 

nie usiądzie za kierownicą. 

Sophie spojrzała na niego, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. 
– To czysty męski szowinizm! – zawołała z oburzeniem. 

background image

– Tak – przyznał  Marco  obojętnie.  Zatrzymał  samochód  i  odprowadził  ją  do  drzwi 

mieszkania.  Robił  to  już  poprzednio  i  żegnał  się,  nie  dotykając  jej,  teraz  więc  bardzo  się 
zdziwiła, gdy utkwił wzrok w jej twarzy i powiedział:

– Lubię twoje towarzystwo, Sophie. 
A potem ujął ją za łokcie i pochylił się nad nią. Sophie zesztywniała, skupiona na myśli o 

nadchodzącym  pocałunku,  ale  ku  jej  zdziwieniu  Marco  tylko  lekko  musnął  ustami  jej 
policzek. 

– Do zobaczenia w sobotę – zawołał przez ramię i wrócił do samochodu. 
– Do  zobaczenia – powtórzyła.  Wypuściła  wstrzymywany  oddech  i  weszła  do  domu, 

powtarzając sobie w myślach, że są tylko przyjaciółmi. 

Kiedyś  jednak  łączyło  ich  coś  więcej.  Po  raz  pierwszy  od  wielu  dni  pozwoliła  sobie 

wrócić myślami do tamtych czasów. Przypomniała sobie jedyną noc, którą spędzili razem. 

Marco przyjechał do domu rankiem, a następnego dnia znów miał wyjechać. Zaprosił ją 

na  kolację,  ona  zaś  zgodziła  się  natychmiast,  rezygnując  ze  wszystkich  wcześniejszych 
planów.  Po  kolacji  zabrał  ją  do  nowego  kina,  w  którym  akurat  grano  dwa  najnowsze  hity 
filmowe.  Niestety  thriller  zawierał  ostre  sceny  erotyczne.  Na  początku  Sophie  czuła  się 
bardzo skrępowana, oglądając te sceny w towarzystwie Marka. Niespostrzeżenie skrępowanie 
przeszło w podniecenie. Ubranie zaczęło parzyć jej skórę. 

W połowie jednej ze scen Marco zerwał się na równe nogi. 
– Chodź – wymamrotał i pociągnął ją za rękę. 
Bez  słowa  wyszli  z  kina.  Samochód  Marka  stał  na  parkingu  o  dwie  przecznice  dalej. 

Wyjechali z miasta i skierowali się w stronę Elmwood, w pewnej chwili jednak Marco zjechał 
z autostrady i skręcił do niewielkiego parku. 

Wysiedli i znaleźli ławeczkę nad stawem. Marco objął Sophie ramieniem, ona zaś oparła 

głowę na jego piersi. Było jej tak dobrze, że westchnęła z zadowolenia. 

On  zaś  wziął  ją  w  ramiona  i  zaczął  całować,  przyciskając  coraz  mocniej  do  siebie.  Po 

chwili wsunął dłoń pod jej sweter. Sophie drgnęła. 

– Sophie – wymruczał Marco. – Powiedz mi, żebym przestał. 
– Nie – wykrztusiła,  obejmując  go  mocniej.  Już  wcześniej  zdarzały  się  im  takie 

pieszczoty, ale Marco zawsze je przerywał, zanim posunęli się za daleko. Tym razem jednak 
Sophie nie chciała, żeby przestał. 

– Nie  pomagasz  mi – szepnął.  W  jego  głosie  usłyszała  jednocześnie  rozbawienie  i 

pożądanie.  Powoli  oderwał  usta  od  jej  warg,  cofnął  dłoń  i  przytulił  dziewczynę  do  swego 
boku. 

Zerknęła na niego z ukosa i zauważyła zmarszczkę na jego czole. 
– Coś nie tak? – zapytała. 
– Wszystko – odpowiedział. – Ja. Ty. Przez tyle lat byłaś dla mnie po prostu małą Sophie, 

sąsiadką. A teraz przez cały czas myślę tylko o tym, kiedy znów będę mógł cię dotknąć. 

– To proste – odrzekła Sophie śmiało. – Wystarczy wyciągnąć rękę. 
Ujęła jego dłoń i położyła ją na swoich piersiach. Marco gwałtownie wypuścił oddech. 
– Sophie! – wydyszał. – Powinnaś teraz dać mi w twarz, zamiast prowokować lubieżne 

background image

myśli!

– Podobają  mi  się  twoje  lubieżne  myśli – odrzekła.  Zaśmiał  się,  ale  w  tym  śmiechu 

brzmiała frustracja. 

Wstał i pociągnął ją za rękę. 
– Igrasz z ogniem, skarbie. Kilka pocałunków mnie nie zadowoli. 
– Dobrze – zgodziła się bez wahania. Od zawsze  wiedziała, że należy do Marca, i była 

zachwycona, widząc, że on również wreszcie zaczął jej pragnąć. 

– To kiepski pomysł – prychnął. – Jesteś dziewicą, prawda?
Te słowa brzmiały niemal jak oskarżenie. Sophie zaczerwieniła się. 
– Tak, ale... 
– Więc niech tak pozostanie. – Odwrócił  się i  utkwił  wzrok  w tafli stawu. – Sophie,  ja 

jutro  wyjeżdżam,  nie  wiadomo  na  jak  długo.  Nie  mam  zwyczaju  wykorzystywać  młodych 
dziewcząt, a potem ich porzucać. 

– Nie jestem młodą dziewczyną – upierała się Sophie. – Jestem kobietą i potrafię sama 

decydować o tym, czego chcę. 

– Nie mogę zostać – odrzekł Marco z desperacją. 
– Nie proszę cię o to – stwierdziła, choć w głębi duszy tego właśnie pragnęła najbardziej. 

Przesunęła  się  o  krok  i  stanęła  tuż  przed  nim.  – Za  każdym  razem,  gdy  wyjeżdżasz, 
zastanawiam się, czy kiedykolwiek tu wrócisz. Chcę mieć przynajmniej jakieś wspomnienia 
na czas twojej nieobecności. 

Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła się do niego całym ciałem. Gdy Marco wciąż stał 

nieruchomo jak posąg, wzięła głęboki oddech i oparła dłonie na jego biodrach. 

– Proszę, Marco. Chcę, żebyś się ze mną kochał. 
I zrobił to. W tym miejscu, na porośniętym trawą brzegu stawu. Zrobił to tak delikatnie, 

że  nie  poczuła  prawie  żadnego  bólu.  Tamtej  nocy  pokazał  jej,  do  czego  jest  stworzone  jej 
ciało. Gdy nadszedł świt, obydwoje dyszeli z wyczerpania. 

A potem wyjechał, tak jak wcześniej planował, choć Sophie była niedorzecznie pewna, że 

zatrzyma go przy sobie swoim ciałem. I tak jak zapowiedział, nie wrócił więcej do domu. 

Do jej oczu napłynęły łzy. Rzuciła się na łóżko i poddała rozpaczy. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Od  ponad  dwóch  lat  nie  miał  na  sobie  garnituru.  Zdecydował  się  na  czarny  w  drobne 

prążki.  Kupił  go z  myślą  o  ostatnim  sylwestrze,  okazało  się  jednak,  że  spędził  ten  dzień  w 
szpitalu. 

Marynarka  była  nieco  przyciasna  w  ramionach.  Marco  dobrze  wiedział,  dlaczego. 

Ponieważ jego możliwości ćwiczeń fizycznych były teraz ograniczone, skoncentrował się na 
pływaniu  i  podnoszeniu  ciężarów.  Obydwa  te  sporty  rozwijały  mięśnie  ramion  i  klatki 
piersiowej. Przejrzał się w lustrze, które wisiało w holu od czasów, gdy jego siostry weszły w 
wiek dojrzewania. Wyglądał nieźle, ale bez wahania oddałby wszystkie te mięśnie za zdrową 
nogę. 

Prychnął ze zniecierpliwieniem. Gdyby Jared mógł go teraz zobaczyć, chyba tarzałby się 

ze śmiechu po podłodze. Poprawił czerwony krawat i przyznał w duchu, że zależy mu na tym, 
by dobrze wyglądać. Chciał, by Sophie otworzyła mu drzwi i na jego widok zaniemówiła z 
zachwytu. 

Westchnął,  znalazł  kluczyki  i  powoli  zszedł  ze  schodków.  Przynajmniej  nie  musiał  po 

cichu  wykradać  się  z  domu.  Camilla  i  Mike  zaprosili  rodziców  na  kolację  do  eleganckiej 
restauracji, a potem mieli zamiar wstąpić do kościoła. Mama i ojciec byli przekonani, że ma 
się  tam  odbyć  urodzinowe  przyjęcie  innego  członka  parafii.  Camilla  posunęła  się  nawet  do 
tego,  że  wydrukowała  i  wysłała  rodzicom  zaproszenie  na  tę  fałszywą  uroczystość. 
Zaproszenie to wisiało na lodówce już w dniu, gdy Marco wrócił do domu. 

Zatrzymał się na czerwonych światłach  i  niecierpliwie  zabębnił  palcami po kierownicy. 

Jechał po Sophie. Nie było łatwo ją przekonać, że powinna pójść na to przyjęcie razem z nim, 
ale  nie  chciał,  by  jeździła  sama  po  nocy.  Niechętnie  myślał  nawet  o  tym,  że  Sophie  jeździ 
sama po centrum miasta w dzień. 

Od kiedy przekonał ją, że potrzebuje po prostu przyjaźni, odnosiła się do niego łagodnie i 

miło,  ale  w  jej  zachowaniu  nie  było  nawet  śladu  zainteresowania  erotycznego,  on  zaś  przy 
każdym  spotkaniu  coraz  bardziej  szalał  na  jej  punkcie.  Jedynie  wtedy,  gdy  jej  dotykał, 
wyczuwał,  że  nie  jest  jej  tak  obojętny,  jak  pragnęłaby  okazać.  Postanowił  znów  ją 
przyzwyczaić do swego dotyku, ale dotykając jej przyjaźnie, tak, by jej nie spłoszyć; musiał 
resztkami  woli  powściągać  swoje  zapędy.  Poprzedniego  wieczoru  z  najwyższym  trudem 
powstrzymał się, by nie porwać jej w ramiona i nie obsypać pocałunkami. Cmoknął ją szybko 
w policzek i natychmiast odszedł. Wiedział, że gdyby Sophie uznała, iż Marco jej się narzuca,
to pewnie już nigdy nie zechciałaby z nim rozmawiać. 

Zaparkował  samochód  i  podszedł  do  drzwi  jej  mieszkania  z  długą,  białą  różą  w  ręku. 

Kupił ją pod wpływem impulsu, gdy pojechał po kwiaty z Teresą i Lu. Siostry kpiły z niego 
niemiłosiernie  i  uspokoiły  się  dopiero  wtedy,  gdy  zagroził,  że  wyleje  im  na  głowy  wiadro 
wody. 

Sophie otworzyła mu natychmiast. 
– Cześć.  Możesz  wejść  na  chwilę.  Nie  chciałabym  się  spóźnić.  Zaraz  będę  gotowa, 

background image

tylko... 

Marco ujął ją pod łokcie i obrócił. 
– Jaka piękna sukienka – rzekł z zachwytem. 
– Och. Dziękuję – wymamrotała Sophie, nerwowo splatając palce. 
Sukienka była skromna, czarna z lekkim satynowym połyskiem. Kończyła się w połowie 

ud, miała długie rękawy i duży dekolt obnażający ramiona. Przywierała do ciała Sophie jak 
druga  skóra.  Nogi  dziewczyny  w  pantoflach  na  wysokich  obcasach  wydawały  się  jeszcze 
dłuższe niż w rzeczywistości. 

Marco wyciągnął różę zza pleców. 
– Proszę. 
Sophie spojrzała na kwiat, szeroko otwierając oczy ze zdumienia. 
– Dziękuję – odrzekła po chwili wahania. 
– Wyglądasz pięknie – powiedział Marco jeszcze raz. 
– Dziękuję – powtórzyła  Sophie  niepewnie.  – Ty  też  dobrze  wyglądasz.  – Przeszła  na 

drugi koniec pokoju i wzięła do ręki torebkę. – Idziemy?

Marco wsunął ręce do kieszeni spodni. 
– Tak, chyba że wolisz, żebyśmy zostali. Tu przynajmniej mógłbym cię rozebrać. 
– Oferta  nie  do  odrzucenia – zaśmiała  się.  – Ale  twoje  siostry  byłyby  niepocieszone, 

gdybyś sienie pokazał na przyjęciu. Chyba nie chcesz rozgniewać czterech kobiet?

– Nie – uśmiechnął się  Marco. – Już  to  kiedyś  przeżywałem i  wolałbym  nie powtarzać 

takiego doświadczenia. 

– Założę się, że nie chodziło o twoje siostry – domyśliła się Sophie i pierwsza wyszła z 

mieszkania. 

Marco  poszedł  za  nią,  w  gruncie  rzeczy  będąc  całkiem  zadowolony.  Po  raz  pierwszy 

poczuł,  że  być  może  nie  stoi  na  straconej  pozycji.  Wydawało  mu  się,  że  usłyszał  w  głosie 
Sophie nutę zazdrości, a w takich sprawach rzadko zdarzało mu się mylić. 

Dotarli  do  kościoła  sporo  przed  czasem.  W  sali  trwały  jeszcze  ostatnie,  gorączkowe 

przygotowania. Sophie  natychmiast  dołączyła do  sióstr,  a  Marco wdał  się  w  rozmowę  z  jej 
braćmi Wkrótce pojawili się inni goście. Sophie wmieszała się w tłum. Marco nie spuszczał 
jej z oczu. Każdy mężczyzna poniżej czterdziestki przyprawiał go o niepokój. Szybko stracił 
dobry humor. Gdy Sophie w pewnej chwili przechodziła obok niego, pociągnął ją za rękę. 

– Zostań tutaj – poprosił. 
– Dlaczego? – zdziwiła się, ale zaraz zmarszczyła brwi z niepokojem. – Chyba za długo 

już stoisz. Zaczekaj, przyniosę ci krzesło. 

– Nie chcę krzesła – zazgrzytał zębami Marco. – Chcę tylko, żebyś była przy mnie. 
– Och – wzruszyła  ramionami  dziewczyna.  – Może  masz  rację.  Przyjaciele  powinni 

trzymać się razem. 

Marco  miał  już  powyżej  uszu  tego  gadania  o  przyjaźni.  Czyżby  Sophie  naprawdę  nie 

zdawała  sobie  sprawy,  że  jego  zainteresowanie  było  innego  rodzaju?  Był  pewien,  że  on 
również nie jest jej obojętny, dlaczego więc odmawiała im obydwojgu przyjemności, którymi 
mogli cieszyć się wspólnie?

background image

Zacisnął pałce na jej dłoni. Sophie podniosła na niego wzrok. 
I w tej  właśnie chwili Camilla  otworzyła drzwi  na oścież  i  przepchnęła rodziców przez 

próg. 

– Niespodzianka!
W sali zapanowało szaleństwo. Ukradkiem ocierane łzy, wypadające wsuwki do włosów, 

ciasto,  które  musiało  okrążyć  cały  stół,  szampan  i  toasty,  niezliczone  fotografie  rodzinne... 
Zanim orkiestra zaczęła grać do tańca, Marco miał już wszystkiego dość. Noga go bolała od 
zbyt długiego stania, ale uparł się, że nie usiądzie. 

Gdy parkiet wypełnił się tańczącymi parami, Marco skierował się do kąta sali, w którym 

znajdowały  się  dwie  kolumny  otoczone  doniczkami  paproci  i  innych  dużych  roślin,  i 
przycupnął  na  parapecie  za  kolumnami.  Nikt  nie  mógł  go  zauważyć,  on  jednak  widział 
wszystkich.  Orkiestra  grała  wiązanki  muzyki  tanecznej  i  Marco  zaczął  rytmicznie 
podrygiwać. Kiedyś był  świetnym tancerzem. Taniec sprawiał mu przyjemność, a poza tym 
był znakomitym sposobem na podrywanie dziewczyn. Kobiety przepadały za mężczyznami, 
którzy dobrze tańczyli. Zresztą, mając cztery siostry, i tak musiałby się nauczyć tej sztuki. 

Ale teraz również i taniec stał się dla niego tylko wspomnieniem. Znów poczuł przypływ 

żalu i złości na niesprawiedliwość losu. Mocno zacisnął dłonie w pięści. 

– Marco?
Sophie wyłoniła się przed nim z zieleni jak rusałka. 
– Nic ci nie jest? – zapytała, podchodząc bliżej. 
– Nie, wszystko w porządku – skłamał, ale nie udało mu się nadać głosowi właściwego 

brzmienia. 

– Nie wierzę ci – stwierdziła Sophie. 
Podeszła jeszcze o dwa kroki bliżej i stanęła przed nim, oparta biodrem o parapet. – Czy 

boli cię noga?

Widząc jej troskę, Marco złagodniał. 
– Trochę – przyznał. 
– Wiedziałam. Przez całą salę dostrzegłam, że coś jest z tobą nie tak. Chcesz stąd wyjść? 

Ja mogę prowadzić... 

Marco uśmiechnął się i wziął ją za rękę. 
– Ciągłe tylko szukasz okazji, żeby usiąść za kierownicą, tak?
Ostrożnie zsunął się z parapetu i usiadł obok niej. 
– Widzisz, urządziłem tu sobie małe, osobne przyjęcie, a właściwie wieczór wspomnień. 

Kiedyś lubiłem tańczyć. 

– Pamiętam – odrzekła Sophie cicho. – Ale przecież już niedługo... 
– Nic z tego. Nie będzie już tak jak kiedyś. – Muzyka zmieniła się na powolną. Marco z 

zazdrością  wskazał  na  tancerzy,  którzy  poruszali  się  po  parkiecie  lekko  i  swobodnie.  –
Zabawne, jak wiele rzeczy uznaje się za oczywiste aż do chwili, gdy staną się niemożliwe. 

– Przecież  możesz  tańczyć  nawet  teraz.  Chodź,  zatańcz  ze  mną – powtórzyła  Sophie  z 

uporem,  stając  przed  nim.  Marco  patrzył  na  nią  z  pobłażliwym  uśmiechem,  naraz  jednak 
uderzyła  go  pewna  myśl.  Już  od  wielu  dni  zastanawiał  się,  co  zrobić,  by  Sophie  wpadła  w 

background image

jego ramiona, tymczasem ona sama, z własnej inicjatywy, podsunęła mu pewien niezawodny 
sposób. 

Poczuł  zapach  jej  perfum.  Sophie  położyła  sobie  jego  dłoń  na  plecach,  a  drugą  mocno 

pochwyciła. 

– Teraz możesz tańczyć – stwierdziła. 
Bardzo  powoli  przeniosła  ciężar  ciała  z  jednej  nogi  na  drugą,  aż  obydwoje  stanęli 

wyprostowani i w tej pozycji zaczęli się kołysać w przód i w tył. Na ustach Sophie pojawił się 
triumfalny  uśmiech.  Marco  przesunął  dłoń  z  jej  talii  na  biodro  i  przycisnął  ją  mocniej  do 
siebie.  Gdy  Sophie  uświadomiła  sobie,  co  się  dzieje,  na  jej  twarzy  pojawił  się  przebłysk 
paniki pomieszanej ze zmysłowością. Jej piersi ocierały się o jego koszulę. Marco przyciągnął 
ją do siebie jeszcze bliżej, aż oparła głowę na jego ramieniu. 

– Teraz to dopiero jest taniec – wymruczał cicho. 
– To już chyba nie jest taniec – odrzekła Sophie z napięciem. 
– Nie? – uśmiechnął  się  Marco,  muskając  ustami  jej  ucho.  – W  takim  razie  jak  byś  to 

nazwała?

Sophie mocniej zacisnęła dłonie na jego plecach. 
– To nie taniec, tylko problem. 
– Każdy problem można jakoś rozwiązać – szepnął Marco uwodzicielsko, nie spuszczając 

oczu z jej twarzy. – Akurat ten da się rozwiązać w bardzo prosty sposób. 

Pocałował  ją  i  nie  odrywając  ust  od  jej  twarzy,  oparł  się  o  parapet  i  ustawił  Sophie 

między swoimi kolanami. Stali spleceni ze sobą, kołysząc się lekko. 

– Hej, wy tam! – odezwał się naraz czyjś rozbawiony, głęboki głos. – Nie zapominajcie, 

że tu się tańczy!

Marco uniósł głowę i spostrzegł przed sobą Stefana, starszego brata Sophie. 
– Idź  stąd,  Steffie – mruknął,  przytulając  twarz  dziewczyny  do  swojego  ramienia.  –

Przecież tańczymy. 

– Aha! – mruknął Stefano sceptycznie. – Skoro tak wygląda taniec w wykonaniu faceta ze 

sztywną nogą, to ja bym się chyba na to pisał. 

– Nie z moją dziewczyną. Stefano lekko zmrużył oczy. 
– To moja siostra. Nie wiedziałem, Marco, że jest twoją dziewczyną. Już kiedyś złamałeś 

jej serce i potem wyjechałeś Bóg wie dokąd, pamiętasz?

– Zawsze mi się podobała – odrzekł Marco. – Ale teraz zamierzam ją zdobyć. 
Sophie poruszyła się nerwowo w jego ramionach, usiłując się wyswobodzić. 
– Nie jestem meblem – rzekła z tłumioną wściekłością. – I nie potrzebuję twojej ochrony, 

Steffie. A poza tym nikt mnie nie zdobędzie, dopóki sama się na to nie zgodzę – dodała pod 
adresem Marka. 

Stef uniósł obie ręce do góry. 
– W porządku. Chciałem tylko pomóc. 
– Idź stąd! – wykrzyknęła. 
Jej brat spojrzał na Marka z uśmiechem. 
– Tak, proszę pani. Już znikam, proszę pani – powiedział pokornie i znów wmieszał się w 

background image

tłum tańczących. 

Marco położył rękę na karku Sophie. Powoli odwróciła głowę i spojrzała na niego z nie 

skrywaną irytacją. 

– Przykro mi – rzekł ze smutkiem. – Twój brat... 
– Jest równie nieznośny jak ty – przerwała mu i odsunęła się nieco. 
– Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – tłumaczył się Marco niezręcznie. 
– Wiem – odrzekła  z  rezygnacją.  – Zachowałeś  się  tak,  jak  musi  się  zachować 

mężczyzna, żeby nie stracić twarzy, a w gruncie rzeczy wcale tak nie myślisz. Wszystko w 
porządku. Po prostu trochę nas poniosło. 

– Trochę nas poniosło – powtórzył z namysłem. – Nie miałem zamiaru przepraszać za to, 

że cię całowałem. Przykro mi tylko, że twój wścibski brat nam przerwał. I dlaczego uważasz, 
że wcale tak nie myślę?

– Bo nigdy nie mówiłeś tego, o czym myślałeś – wypaliła Sophie i podniosła rękę do ust, 

ale było już za późno. 

Marco skrzywił się boleśnie. 
– Chyba zasłużyłem  sobie  na ten  komentarz. – Ustawił  Sophie  twarzą do  siebie i  oparł 

dłonie na jej nagich ramionach. – Ale tym razem naprawdę myślę to, co mówię. Wróciłem na 
stałe tutaj, do Chicago, do twojego życia, i lepiej zacznij się do tego przyzwyczajać!

Pocałował ją szybko w usta, obrócił i lekko przepchnął między kolumnami. 
– Skończymy  tę  rozmowę  kiedy  indziej,  w  bardziej  sprzyjającym  miejscu  i 

okolicznościach. 

Sophie nie była już jednak tą samą uległą dziewczyną co przed laty. Zatrzymała się przy 

kolumnie i rzekła zupełnie poważnie:

– O ile w ogóle ją skończymy. 

Chyba  zupełnie  zwariowała.  Nie  mogło  tu  być  żadnego  innego  wyjaśnienia.  W 

poniedziałek  rano  wrzuciła  do  samochodu  rzeczy  przeznaczone  do  prania  chemicznego, 
włącznie z czarną sukienką, którą miała na sobie w sobotę, i ruszyła do pracy. Jednak przez 
cały czas prześladowały ją wciąż te same myśli. 

W  głębi  duszy  od  początku  wiedziała,  że  wcale  nie  chodziło  mu  o  przyjaźń  i  że 

podtrzymywanie bliskiej znajomości z nim to igranie z ogniem. A już na pewno nie powinna 
pozwalać,  by  znaleźli  się  sam  na  sam.  Tymczasem  sama  go  sprowokowała.  Chyba 
rzeczywiście miała źle w głowie. Przecież już raz zapłaciła za swoją naiwność. 

Wtedy – rankiem  po  owej  pamiętnej  nocy – odprowadziła  go  na  lotnisko.  Sama  nie 

wiedziała, czego ma oczekiwać. Marco prawie się do niej nie odzywał, a gdy już to czynił, 
słyszała w jego głosie wyraźne zniecierpliwienie. 

Szła za nim przez lotnisko aż do ostatniej bramki. Pasażerowie już przygotowywali się do 

odlotu. Sophie poczuła, że coś jest nie w porządku. Przecież to nie mogło się tak zakończyć. 
Nie po ostatniej nocy. 

– Czy jesteś na mnie zły? – zapytała cicho. Marco zastygł i powoli obrócił głowę w jej 

stronę. 

background image

– Nie, skarbie – odpowiedział, biorąc ją za rękę. – Jestem zły na siebie. 
– Dlaczego?
Opuścił wzrok na ich splecione dłonie. 
– Bo to, co się zdarzyło, nie powinno się zdarzyć. Nie powinienem... 
– Ale ja chciałam – odrzekła Sophie z zapałem. – To było wspaniałe. I wcale niczego nie 

żałuję. 

– Ale ja żałuję – powiedział łagodnie. – Sophie... Ja nie jestem typem mężczyzny, który 

mógłby się ustatkować. Moje życie to kilka tygodni tu, kilka tygodni tam. Moskity, malaria, 
lawiny błotne. Ty nie mogłabyś tak żyć. 

– Poczekam na ciebie – obiecywała. – Marco, ja cię kocham. Proszę... 
– Cśś – szepnął i przyłożył palec do jej ust. – Kochanie, ja nie mówię o roku czy dwóch. 

To  jest  moje  życie.  Ty  potrzebujesz  mężczyzny,  który  mógłby  ci  dać  poczucie 
bezpieczeństwa, dom i kilkoro dzieci, które mogłabyś rozpieszczać. Ja taki nie jestem – dodał 
z trudem. Sophie nie potrafiła powstrzymać łez. 

– Nie  możesz  być  tego  pewny.  Ludzie  się  zmieniają.  Marco  jednak  tylko  potrząsnął 

głową. 

– Nie aż tak bardzo. – Ujął ją za ramiona i zajrzał głęboko w oczy. – Nie czekaj na mnie, 

Sophie, bo ja nie wrócę. 

Była zbyt wstrząśnięta, by odpowiedzieć. Marco przytulił ją do siebie i kciukami otarł łzy 

z jej policzków. 

– Muszę już iść, kochanie. Szkoda, że nie wyjechałem wczoraj. 
Ze  zdławionym  szlochem  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  zaczęła  gorąco  całować. 

Zacisnął dłonie na jej ramionach i oddał pocałunek, a po chwili już wsiadał do samolotu. 

Tamtego  dnia  Marco  złamał  jej  serce.  Mimo  wszystko  nie  wierzyła  w  jego  słowa  i 

czekała,  pewna,  że  on  w  końcu  zmieni  zdanie.  Minął  rok  i  nadzieja  przygasła.  Pod  koniec 
drugiego  roku  oświadczył  jej  się  Kirk.  Niewiele  brakowało,  by  Sophie  odrzuciła  te 
oświadczyny, czuła się jednak samotna, a Kirk oferował jej miłość i towarzystwo. W końcu 
zagrzebała  marzenia  o  Marku  w  najgłębszym  zakamarku  duszy  i  zaczęła  żyć  własnym 
życiem. 

A teraz Marco wrócił... ona zaś przekonała się, że jej marzenia nadal są żywe. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Na  szczęście  przez  całe  przedpołudnie  była  zbyt  zajęta,  by  myśleć  o  Marku.  Trudne 

przypadki sypały się jak z rękawa. Musiała wpisać do terminarza kilka wizyt domowych. Po 
popołudniowych  zajęciach  z  matkami  niemowląt  powinna  jeszcze  zajrzeć  do  szpitala  i 
odwiedzić pobite rodzeństwo, dla którego musiała znaleźć rodzinę zastępczą. 

Zanim się obejrzała, nadeszła pora lunchu. Wstała późno i śpieszyła się przed wyjściem 

do pracy, toteż nie zdążyła zabrać z domu niczego do jedzenia. Wszyscy jej współpracownicy 
przynieśli  lunch  ze  sobą  i  nigdzie  się  teraz  nie  wybierali.  Sophie  melancholijnie  zamknęła 
szafki i sięgnęła po torebkę. Zamierzała pójść do El Milagro, małej meksykańskiej restauracji, 
w której podawano znakomite jedzenie. 

Dzień był piękny. Majowe słońce świeciło jasno i wiał lekki, ciepły wietrzyk. Zamykając 

drzwi Centrum Matki i Dziecka, Sophie usłyszała za sobą kroki i odwróciła się z uśmiechem, 
by wyjaśnić spóźnionemu przybyszowi, że centrum będzie otwarte dopiero za godzinę. 

Jednak  osoba  stojąca  na  schodkach  nie  była  klientem,  lecz  kłopotem,  i  to  dużym.  Jak 

inaczej można było nazwać tego mierzącego metr osiemdziesiąt, czarnowłosego Włocha?

– Hej – powiedział, stając przed nią z przekornym uśmieszkiem. – Czy dobrze trafiłem?
Sophie starała się nie okazać po sobie zdziwienia. 
– Teraz  w  centrum  jest  przerwa  na  lunch.  Jeśli  masz  tu  coś  do  załatwienia,  przyjdź  za 

godzinę. 

– Nie muszę. Osoba, której szukam, właśnie stoi przede mną. Idziesz coś zjeść?
– Tak, ale... 
– To świetnie. Masz coś przeciwko temu, żebym ci towarzyszył?
– Tak, bo... 
– No dobrze, skoro nalegasz – zaśmiał się i pociągnął ją za rękę w przeciwną stronę, niż 

zamierzała pójść. 

– Zaraz – zawołała Sophie, wyrywając dłoń. – Ja idę w tamtą stronę, o dwie przecznice 

dalej!

– Nie  ma  problemu – odrzekł  Marco  gładko  i  ruszył  we  wskazanym  kierunku.  Sophie 

włożyła ręce do kieszeni i, chcąc nie chcąc, poszła za nim. 

– Co ty tutaj robisz? – zapytała, chociaż wiedziała, że w kontaktach z Markiem atak nie 

jest najlepszą strategią. Nie mogła jednak uwierzyć, że ją tu odnalazł. 

– Idę z tobą na lunch – rzekł, odgarniając kosmyk włosów z jej twarzy. – Zdaje się, że 

zdążyłem akurat na czas. 

– To ty tak uważasz. Ja nie pamiętam, żebym się z tobą umawiała. 
– To  był  impuls – wyjaśnił.  – Byłem  rano  w  bibliotece  uniwersyteckiej,  żeby  się 

przygotować do zajęć, które będę prowadził w Purdue, i przyszło mi do głowy, żeby do ciebie 
zajrzeć, zanim wrócę do domu. 

Udało mu się zainteresować sobą Sophie. 
– Kiedy zaczynasz i czego będziesz uczył?

background image

– Będę  prowadził  pięciotygodniowe  seminarium  z  geologii  środowiskowej  od  końca 

czerwca  do  końca  lipca.  Sierpień  mam  wolny,  a  potem  zaczyna  się  semestr  jesienny. 
Zgodziłem  zajmować  się  tylko  jedną  grupą  początkujących,  więc  będę  prowadził  kurs 
wstępny, seminarium z glacjologu i jeszcze jedno o dynamice skorupy ziemskiej. 

Sophie uśmiechnęła się. 
– A więc, nie lubisz początkujących?
– Powiedzmy, że  wolę  pracować ze  studentami,  których interesuje  to,  czego  się  uczą –

odrzekł sucho. – Zresztą nie jestem pewien, czy nawet i to spodoba mi się na dłuższą metę. 
Moje doświadczenie w nauczaniu ogranicza się do seminariów w plenerze, wykładów i kilku 
krótkich kursów, takich jak ten letni. Prowadzenie jednej grapy przez całe szesnaście tygodni 
będzie dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. 

– Nie wydajesz się szczególnie podniecony tą perspektywą. 
– Pewnie polubię studentów, gdy zajęcia już się rozpoczną – odrzekł Marco, ale brzmiało 

to tak, jakby usiłował przekonać samego siebie. – To zupełnie coś innego niż rzeczy, jakimi 
zajmowałem się dotychczas. 

– I wolałbyś, żeby nic nie musiało się zmieniać – zauważyła Sophie. 
Marco wzruszył ramionami. 
– Nic na to nie poradzę, więc nie ma sensu się nad tym zastanawiać. 
– Wolisz więc zająć się prześladowaniem mnie – uśmiechnęła się. 
– Tak – zaśmiał się Marco. – To moje drugie w kolejności ulubione zajęcie. 
Te słowa ukłuły ją boleśnie, ale wzięła się w garść. Marco dopiero po chwili uświadomił 

sobie, co powiedział. 

– Sophie,  nie  chciałem  powiedzieć,  że  jesteś  mniej  ważna  od  mojej  pracy – zaczął  się 

tłumaczyć. 

Byli już o kilka metrów od restauracji. Sophie przyśpieszyła kroku. 
– Nic się nie stało. Na szczęście już wiele lat temu przestałam się zamartwiać tym, jakie 

miejsce zajmuję w twoim życiu.

Pchnęła  drzwi  mocniej,  niżby  należało,  wzięła  głęboki  oddech  i  podeszła  do  baru,  za 

którym  krzątały  się  trzy  kobiety  w  czarnych  sukienkach  i  siatkach  na  włosach.  Drobny, 
czarnowłosy mężczyzna siedzący przy kasie bacznie obserwował każdy ich ruch. 

– Jak ci się tu podoba? – zapytała Sophie. 
Marco  rozejrzał  się.  Salka,  choć  mała  i  zatłoczona,  lśniła  czystością.  Wszystkie  napisy 

były  hiszpańskie.  Na  stolikach  stały  plastikowe  wazoniki  z  wypłowiałymi  sztucznymi 
kwiatami. Krzesła również były plastikowe. Na ścianach wisiały jaskrawe olejne malowidła z 
przyklejoną  ceną,  a  w  kącie  ustawiono  obraz  przedstawiający  Madonnę  w  wianuszku 
czerwonych i białych róż. 

– To  miejsce  ma...  swoistą  atmosferę – odrzekł  i  Sophie  z  ulgą  zauważyła,  że  na  jego 

twarzy  znów  pojawił  się  wyraz  rozbawienia.  Nie  lubiła  jego  poważnego,  przenikliwego 
spojrzenia. 

– Pomyśl tylko, że jeden z tych matadorów mógłby się stać twoją własnością za całkiem 

umiarkowaną cenę. 

background image

– Nie, nie – odrzekł Marco pośpiesznie. – Tutaj prezentują się o wiele lepiej. Nawet by mi 

do głowy nie przyszło, żeby ich stąd zabierać. – Uśmiechnął się do Sophie, ale w jego oczach 
nadal malowała się powaga. – Więc co mi polecasz, señorita?

Sophie zastanawiała się przez chwilę. 
– Chile rellenos. Jest znakomite. Ja wezmę bistek. 
– 
To chyba wołowina z kapustą, tak?
– Zgadza się. 
– Spróbuję  tego  rellenos – oznajmił  Marco.  Podszedł  do  lady  i  zanim  Sophie  zdążyła 

powiedzieć  cokolwiek  o  płaceniu  za  siebie,  złożył  zamówienie  dla  obydwojga. 
Zaprotestowała, ale mężczyzna przy kasie z lubością ją zignorował i rozmawiał wyłącznie z 
Markiem. 

– Jestem ci winna pieniądze – powiedziała, gdy przynieśli talerze do stolika. 
– Jakoś  wyrównamy  rachunki – rzekł  Marco  uprzejmie,  jednak  coś  w  jego  głosie 

zaniepokoiło Sophie. Spojrzała na niego bacznie. Na twarzy miał uśmiech kota z Cheshire. 

Nie  odezwała  się  aż  do  końca  posiłku.  Zauważyła,  że  Marco  pochłaniał  swoje  danie  w 

błyskawicznym tempie, i gdy zjedli, nie mogła się powstrzymać, by nie zapytać:

– Czy to nie było dla ciebie zbyt mdłe?
Chile  rellenos wypalało dziurę  w żołądku,  Marco jednak w żaden sposób  nie okazał, że 

danie to było dla niego za pikantne. 

– Nie,  bardzo  mi  smakowało – odrzekł.  – Meksykańskie  dania  w  Stanach  rzadko 

przypominają prawdziwe meksykańskie potrawy, ale to rellenos było tylko odrobinę za mało 
przyprawione – powiedział i dopiero teraz zauważył błysk rozbawienia w oczach Sophie. – A 
więc, chciałaś mnie narazić na cierpienia, tak? – zaśmiał się. 

Do diabła z uprzejmością, pomyślała. Skoro narzucił jej swoją obecność, to miała prawo 

powiedzieć mu, co naprawdę myśli. 

– Nie mam zamiaru robić tego więcej – oświadczyła. Marco uniósł brwi ze zdziwieniem. 
– Czego? Jeść lunchu w tej restauracji?
– Wiesz, o czym mówię. Nie chcę się z tobą więcej spotykać, nawet jako z przyjacielem. 

Przykro mi, ale... 

– Dlaczego? Czy dlatego, że za bardzo nas do siebie ciągnie? Wiem, że tamtego wieczoru 

zachowywałem się zbyt natrętnie. Ale mogę ci dać tyle czasu, ile tylko zechcesz, aż zaczniesz 
czuć się ze mną naprawdę dobrze. 

– Nie  o  to  chodzi – zirytowała  się  Sophie.  – Kiedyś  już  nam  nie  wyszło  i  nie  wiem, 

dlaczego miałoby się udać  tym  razem. – Spojrzała  na niego ponad stolikiem, zastanawiając 
się,  jakich  słów  użyć,  żeby  wreszcie  zrozumiał  jej  motywy.  – Kiedyś  bardzo  mi  na  tobie 
zależało. A ty wyjechałeś. Miałam męża, którego kochałam. Ale on zmarł. Po prostu nie czuję 
się na siłach wchodzić w kolejny związek, jakikolwiek miałby on być. 

– Więc  nie  będziemy  się  z  niczym  śpieszyć,  dopóki  nie  będziesz  pewna,  co  do  mnie 

czujesz – rzekł Marco łagodnym, przekonującym tonem. 

Sophie ściągnęła brwi z irytacją. 
– Wcale mnie nie słuchasz. 

background image

– Owszem, słucham. 
Ponad stołem sięgnął po jej dłoń i przybliżył ją do ust. 
Najpierw lekko pocałował jej wnętrze, a potem, widząc, że Sophie kurczy palce, obrócił 

dłoń i całował po kolei wszystkie kostki. Robił to zdumiewająco zmysłowo i Sophie poczuła, 
że oblewa ją gorąco. Po chwili Marco puścił jej dłoń. 

– Po prostu nie zgadzam się z tym, co powiedziałaś. 
– Ho,  ho – odezwała  się  ciemnowłosa  kobieta  w  eleganckim  kostiumie,  która  właśnie 

przechodziła obok ich stolika. – Ależ tu gorąco. Skarbie, gdybyś uznała, że nie chcesz tego 
faceta, to proszę, podeślij mi go, dobrze?

– Może weźmie go pani od razu? – zaproponowała Sophie. 
Kobieta rzuciła im uśmiech i wycofała się. W policzkach Marka pojawiły się dołeczki. 
– Widzisz? Większość kobiet uważa mnie za cenną zdobycz. 
Sophie rzuciła serwetkę na stół i wstała. 
– To dlatego, że nie znają nikogo lepszego. 
– Znów ranisz moje uczucia – jęknął. Sztywne kolano nie przeszkodziło mu znaleźć się 

przy drzwiach wcześniej od niej. Otworzył je z galanterią, a na ulicy natychmiast objął Sophie 
ramieniem. – Całe szczęście, że jestem gruboskórny. 

Resztę drogi przebyli w milczeniu. Sophie bardzo wyraźnie czuła obecność Marka przy 

swoim  boku,  jego mocne  ramię  obejmujące  ją  i  ciepło  jego  ciała.  Przy  nim  czuła  się  małą, 
drobną,  potrzebującą  opieki  kobietką.  Było  to  zupełnie  niedorzeczne  odczucie.  Przecież 
świetnie  potrafiła  sama  dawać  sobie  radę.  Powinna  się  odsunąć,  ale  nie  chciała  dać  mu  tej 
satysfakcji. 

Na chodniku przed kliniką Marco obrócił ją twarzą do siebie i przytulił. 
– Do zobaczenia wieczorem – wymruczał, całując ją we włosy. 
– Wieczorem? – zdumiała się. 
– Tak, chyba że masz inne plany. Możesz mnie nakarmić, a potem pokażę ci mieszkanie, 

które właśnie wynająłem. 

Uniósł jej głowę, aż jego wargi znalazły się tuż nad jej ustami. 
– Zgadzasz się?
– T... tak – wymamrotała niepewnie i odepchnęła go. 
– Przestań. Jesteśmy w miejscu publicznym, przed oknami mojej kliniki. 
Puścił ją, ale nie spuszczał z niej badawczego wzroku. 
– Przyniosę wino i jakiś deser. 
– Nie. Nie chcę, żebyś przychodził do mnie – rzekła już spokojniej. – Marco, ja naprawdę 

nie mam zamiaru wiązać się z tobą. 

Zapadło długie milczenie. W końcu Marco powiedział cichym, bezbarwnym głosem:
– Dobrze!  Przepraszam  cię,  że  byłem  tak  nachalny.  Czuję  po  prostu...  sam  nie  wiem. 

Straciłem wszystko, na czym dotychczas opierało się moje życie. Nie chciałem tracić również 
i ciebie. Wydawało mi się, że widzę szansę na związek, jaki powinniśmy stworzyć już wiele 
lat temu. 

– Delikatnie uścisnął jej ramię. – Do zobaczenia. 

background image

– Do zobaczenia – powtórzyła Sophie i wbiegła do budynku. 
Przez  następną  godzinę  ciągle  wynajdywała  sobie  jakieś  zajęcia,  żeby  zapomnieć  o 

Marku.  W  końcu  jednak,  gdy  usiadła  przy  zniszczonym  biurku  w  swoim  gabinecie, 
przekonała się, że nie potrafi myśleć o niczym innym. 

Gdy  zostawiła  go  na  ulicy,  na  jego  twarzy  malowało  się  znużenie  i  rezygnacja.  Gdyby 

Sophie  nie  znała  go  lepiej,  sądziłaby,  że  go  uraziła.  To  podła  manipulacja,  myślała.  Marco 
usiłował grać na jej współczuciu. A najgorsze było to, że po tylu latach jego urok znów zaczął 
na nią działać. 

Znała go jednak wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że w jego słowach kryło się ziarno 

prawdy.  Próbowała  sobie  wyobrazić,  jak  ona  sama  czułaby  się  na  jego  miejscu.  Marco  był 
zagubiony  i  bardzo  samotny.  Sophie  dobrze  znała  to  uczucie.  Mimo  wszystko  nie  mogła 
pozwolić, by nią manipulował. 

Naraz  przyszła  jej  do  głowy  pewna  myśl,  tak  śmiała  i  nie  w  jej  stylu,  że  w  pierwszej 

chwili  odrzuciła  ją  jako  absurdalną.  Ale  jednak...  Dlaczego  miałaby  sobie  odmawiać 
przyjemności, jaką daje jej jego towarzystwo? Mogła przecież zgodzić się na związek – ale na 
własnych warunkach. Zycie już raz ją oszukało. Teraz nie miała nic do stracenia. Była dorosła 
i mogła sobie pozwolić na niezobowiązujący romans. Wielu ludzi tak robi. Marco też byłby 
zadowolony  z  takiego  układu.  Na  pewno  bardziej,  niż  gdyby  rzuciła  mu  się  na  szyję, 
deklarując miłość do grobowej deski. 

Nie wolno jej tylko zapominać, że Marco pewnego dnia może znów odejść, ona zaś musi 

być gotowa, by sobie z tym poradzić. 

Nie dając sobie czasu na zastanowienie, podniosła słuchawkę telefonu i wykręciła numer 

państwa Espositów. Na szczęście to Marco odebrał telefon. Sophie odetchnęła z ulgą. 

– Marco?
– Sophie? – zapytał. 
– Tak,  to  ja – powiedziała  szybko.  – Pomyślałam,  że...  może  popełniam  błąd.  Czy 

miałbyś ochotę wpaść dziś wieczorem do mnie na kolację?

Milczenie po drugiej stronie trwało tak długo, że Sophie już zaczęła się zastanawiać, czy 

połączenie nie zostało przerwane. W końcu jednak Marco powiedział:

– Bardzo chętnie. O której? Wzięła głęboki oddech. 
– Może o siódmej? Zdążę jeszcze coś przygotować, pewnie jakieś spaghetti. 
– Dziękuję. 
– Proszę  bardzo – uśmiechnęła  się  drżącymi  ustami.  – W  takim  razie  do  zobaczenia  o 

siódmej. 

– O szóstej. Pomogę ci. 
– Niech będzie o szóstej. 
– Do zobaczenia, ślicznotko – rzekł i odłożył słuchawkę. 
Sophie  wróciła  do  domu  wcześnie.  Wzięła  szybki  prysznic  i  umyła  włosy,  a  potem 

przygotowała lasagne z warzywami według przepisu matki. Gdy skończyła kroić warzywa na 
sałatkę, włosy miała jeszcze wilgotne. Wyciągnęła suszarkę i podsuszyła je trochę. Były tak 
gęste,  że  zawsze  schły  bardzo  długo.  Od  czasu  ślubu  obcinała  je  tak,  by  sięgały  ramion. 

background image

Odłożyła suszarkę i przejrzała się w lustrze. 

Zobaczyła delikatną  twarz  w  kształcie  serca,  otoczoną  masą  czarnych loków.  Po  trzech 

latach wciąż dziwiło ją, że nie widzi w lustrze dobrze znajomych pulchnych kształtów. Nie 
schudła  bardzo,  straciła  tylko  niecałe  dziesięć  kilo,  ale  za  to  pozbyła  się  tłuszczyku  we 
właściwych miejscach.  W  dalszym ciągu bardziej przypominała Wenus  z  Milo niż Twiggy, 
ale już nie spędzało jej to snu z powiek. 

Na dźwięk dzwonka drgnęła jak oparzona. Wiedziała, że zapraszając Marka na kolację, 

zgodziła się przekroczyć pewne granice. A po tym, co zdarzyło się między nimi na przyjęciu, 
nie mogła już udawać, że tylko przyjaźń jest między nimi możliwa. 

Dzwonek  znów  zadźwięczał.  Gdy  otworzyła  drzwi,  Marco  obrzucił  ją  przenikliwym 

spojrzeniem.  Ubrana  w  legginsy  i  długi  sweter,  stała  nieruchomo  pod  jego  badawczym 
wzrokiem, jakby czekała na werdykt. Marco miał na sobie czarne dżinsy i czarną koszulkę z 
krótkimi  rękawami.  Ten  kolor  podkreślał  mocną  budowę  jego  ciała  i  przydawał  mu 
atrakcyjności. 

Milczenie  trwało  odrobinę  za  długo.  Zanim  Sophie  zdążyła  wypowiedzieć  jakieś  słowa 

powitania, Marco postąpił o krok do przodu, objął ją i mocno pocałował. Sophie odkryła ze 
zdziwieniem,  że  stoi  na  palcach,  obejmuje  go  za  szyję  i  z  zapałem  oddaje  pocałunki.  Co 
mogło być w tym złego? Wszystko było w najlepszym porządku, musi tylko pamiętać, że nie 
wolno jej liczyć na trwały związek. 

Wsunęła  dłoń  w  jego  włosy  i  mocniej  przytuliła  się  do  niego.  Marco  był  wyraźnie 

podniecony. 

– Zaczekaj chwilę – wymamrotał. 
– Na co? – zapytała oszołomiona Sophie. 
– Jeśli zaraz nie przestaniesz – rzucił Marco przez zaciśnięte zęby – to położę cię tutaj, w 

progu, na podłodze i zerwę z ciebie ubranie. 

Głos  miał  ochrypły,  niemal  gniewny.  Sophie  poczuła  jednocześnie  lęk  i  podniecenie. 

Jedynym mężczyzną w jej życiu oprócz Marka był Kirk, który zawsze traktował ją delikatnie 
i z atencją. Zesztywniała i odsunęła się od niego. 

– Pragnę cię – przyznała – ale na coś takiego nie jestem gotowa. 
Spodziewała się wybuchu złości, ale Marco tylko zaśmiał się krótko. Podniosła na niego 

zdumiony wzrok. 

– O mało mnie nie nabrałaś – powiedział, prowadząc ją w głąb domu. – Twoja definicja 

gotowości pochodzi chyba z innego słownika niż moja. 

Sophie uznała, że lepiej będzie zignorować te słowa. 
– Właśnie  takie  twoje  zachowanie  sprawia,  że  zaczynam  się  zastanawiać,  czy  nie 

popełniam błędu, widując się z tobą – stwierdziła. 

– Dlaczego? Przecież podoba ci się to tak samo jak mnie – rzekł, wchodząc do kuchni. 
– Lubię lody, ale nie jadam ich przy każdym posiłku – odparowała, idąc za nim. 
– Rozluźnij  się – zawołał  i  przesłał  jej  uśmiech,  od  którego  zawsze  miękły  jej  kolana. 

Podejrzewała  zresztą,  że  nie  tylko  jej.  – Możesz  mnie  mieć  w  takich  ilościach,  w  jakich 
zapragniesz, i na pewno nie przytyjesz od tego ani odrobinę. 

background image

Nic nie mogła na to odpowiedzieć, więc skupiła się na szukaniu korkociągu. Marco był 

niepokonany w słownej szermierce. Rzadko się zdarzało, by komuś udało się go przegadać. 

– Więc co robiłaś po południu? – zapytał z dziwnym błyskiem w oczach. Wyjął jej z ręki 

korkociąg  i  wprawnie,  kilkoma  ruchami,  otworzył  butelkę.  Sophie  była  mu  wdzięczna  za 
zmianę tematu. 

– Pamiętasz tę dziewczynkę, którą przywiozłam do domu dwa tygodnie temu?
– Twoje dziecko – uśmiechnął się. 
– Tak. Widziałam się dzisiaj z jej matką. Nie jest pewna, czy chce odzyskać małą – rzekła 

Sophie ze smutkiem. 

Marco potrząsnął głową z niedowierzaniem. 
– Dlaczego?
– Ma  zaledwie  szesnaście  lat.  Uciekła  z  domu,  gdy  wujek  wykorzystał  ją  seksualnie. 

Wtedy  poznała  ojca  Any.  Zaszła  z  nim  w  ciążę,  więc  wzięli  ślub.  Rodzina  nie  chce  teraz 
przyjąć ani jej, ani dziecka, ona zaś obawia się, że jeśli zostanie z mężem, to on skrzywdzi ją 
albo, co gorsza, małą. 

– A czy nie możesz jej pomóc stanąć na własnych nogach i zatrzymać dziecko? – zapytał 

Marco, siadając na stołku. 

Sophie wzruszyła ramionami. 
– Na tym właśnie polega moja praca. Ale nic nie mogę zrobić, jeśli sami zainteresowani 

tego nie  chcą.  Ta  dziewczyna jest  w  desperacji.  Boi  się  i  nie  wyobraża  sobie,  jak  mogłaby 
sama poradzić sobie z wychowaniem małej. 

– To smutne – stwierdził Marco. – W krajach Trzeciego Świata wielokrotnie widywałem 

ludzi żyjących w rozpaczliwych warunkach. Nigdy nie udało mi się przywyknąć do widoku 
nędzy, chorób i  niedożywienia... Pewnie powinienem chcieć, żeby matka  Any zdecydowała 
się ją zatrzymać, ale coś mi mówi, że tej dziewczynce byłoby lepiej w rodzinie adopcyjnej. 

– Możliwe.  – Sophie  skinęła  głową.  – Na  razie  jednak  będzie  to  rodzina  zastępcza,  a 

biorąc pod uwagę to, co  się teraz dzieje  w sądach, wiele osób nie będzie już  chciało nawet 
słuchać o adopcji. 

– Rodzina zastępcza – skrzywił się Marco. – Jeśli ktoś chce się zaopiekować dzieckiem, 

którego  rodzice  nie  chcą,  pokochać  je,  to  powinien  mieć  prawo  do  adopcji.  Niektórym 
rodzicom  nie  powinny  przysługiwać  żadne  prawa.  Chciałbym  zabrać  sędziów,  którzy 
podejmują takie decyzje, do slumsów w Brazylii albo na ulice w Indiach, żeby zobaczyli, co 
się dzieje z dziećmi, podczas kiedy oni tracą czas i pieniądze. Jeśli zdarzy ci się trzymać w 
ramionach umierające dziecko, to szybko zmieniasz punkt widzenia. 

Pociągnął Sophie za rękę i posadził na krześle naprzeciwko siebie. 
– Czy  jakieś  dziecko  umarło  w  twoich  ramionach? – zapytała.  Nie  miała  pojęcia, 

dlaczego  jego  słowa  tak  ją  poruszyły.  Miała  już  do  czynienia  z  dziećmi,  które  dorośli 
doprowadzili do okropnego stanu. Ale to była jej praca. 

– Tak. – Marco skinął głową. Nie powiedział nic więcej, ale blask zniknął z jego oczu. –

A  wiesz,  co  w  tym  wszystkim  jest  najgorsze?  Te  dzieci  umierają  z  bardzo  banalnych 
przyczyn, takich jak grypa, infekcje i dyzenteria. 

background image

– Na pewno widziałeś wiele takich sytuacji. 
– Za wiele. – Zacisnął usta. – Kiedyś marzyłem, że zabiorę wszystkie te dzieci do siebie, 

do  mojej  rodziny.  Ale  potem  uświadomiłem  sobie,  że  jest  ich  o  wiele  za  dużo.  I  wtedy 
przyszło mi do głowy, że mógłbym pomagać ich rodzicom, dać im szansę wyjścia z nędzy, w 
jakiej żyli od zawsze, szansę na naukę i pracę... – Zamilkł i w jego policzkach znów pojawiły 
się dołeczki. – Powinienem zostać pracownikiem socjalnym tak jak ty. 

– Nie. – Sophie uśmiechnęła się, ciesząc się, że do ich rozmowy powrócił pogodniejszy 

nastrój. – Jesteś bardzo dobry w swojej dziedzinie. Czytałam niektóre twoje artykuły. 

– Byłem dobry – uściślił. – A więc czytałaś o mnie? – Od czasu do czasu – przyznała. –

Twoi rodzice byli bardzo podnieceni, gdy ukazywało się cokolwiek, co podpisane było twoim 
nazwiskiem. Wszyscy znajomi musieli to czytać. 

– Aha, więc robiłaś to z obowiązku – mruknął Marco z dziwnym wyrazem twarzy. 
– No,  niezupełnie.  – Wzruszyła  ramionami.  – Pierwszej  miłości  nie  zapomina  się  tak 

łatwo. Byłam ciekawa, co się z tobą dzieje. 

– Ale jednak zapomniałaś o mnie, tak jak przypuszczałem – zauważył. – Wyszłaś za mąż. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Po co wspominał o jej małżeństwie?
Głupi  jesteś,  Esposito,  pomyślał.  I to  akurat  teraz,  gdy w  końcu  udało  ci  się  sforsować 

drzwi jej mieszkania i tak dobrze ci szło. 

Twarz  Sophie  ściągnęła  się,  jej  dobry  humor  gdzieś  zniknął,  i  patrząc  na  nią,  Marco 

dopiero teraz uświadomił sobie coś, co usiłował zignorować od chwili, gdy się dowiedział, że 
wyszła za mąż. 

Nadal  przeżywała  śmierć  męża.  W  jej  oczach  odbijał  się  wielki  smutek.  Marco  powoli 

wyciągnął rękę i delikatnie ujął jej dłoń. Miała taką miękką skórę... 

– Musiał być kimś wyjątkowym, skoro go pokochałaś. Opowiedz mi o nim. 
Na twarzy Sophie odbiło się wielkie zdziwienie. 
– Poznaliśmy się w college’u – zaczęła niepewnie. – Nazywał się Kirk Morrell. Pochodził 

z  farmy  w  pobliżu  Peorii.  Czy  możesz  sobie  mnie  wyobrazić  w  roli  żony  farmera? –
Uśmiechnęła się lekko. 

Marco z wysiłkiem zdobył się na uśmiech. 
– Absolutnie nie. – Potrząsnął głową. 
– Niewiele brakowało. Kirk skończył wydział rolnictwa i w tym samym roku wzięliśmy 

ślub. Zamierzaliśmy zamieszkać na farmie jego rodziców w Tiskilwa... ale zachorował. 

– Zachorował? – powtórzył Marco. Z jednej strony nie chciał słuchać tej opowieści, tym 

bardziej  że  te  wspomnienia  wydawały  się  bardzo  bolesne  dla  Sophie,  ale  z  drugiej  czuł 
dziwną potrzebę, by się dowiedzieć jak najwięcej o mężczyźnie, który był jej mężem. 

– To  był  rak – odrzekła  cicho,  obracając  w  dłoniach  widelec.  – Przeszedł  operację, 

chemioterapię, wszystko, i przez jakiś czas lekarze mieli nadzieję, że wyzdrowieje. Ale potem 
wystąpił nawrót. 

– W  takim  razie  nie  miałaś  nawet  czasu,  żeby  się  nacieszyć  normalnym  życiem  w 

małżeństwie. 

– To  prawda – przyznała.  – Nie  zdążyliśmy.  Wzięliśmy ślub  trzy  lata  temu,  w  maju,  a 

Kirk zmarł w półtora roku później. 

– Tak mi przykro – powiedział Marco cicho. I była to prawda. Choć cieszył się, że to on 

może siedzieć teraz przy stole z Sophie i obserwować ją w świetle świec, to jednak nigdy nie 
posunąłby się do tego, żeby życzyć śmierci jej mężowi. 

– Mnie też jest przykro – westchnęła Sophie. – Kirk był bardzo dobrym człowiekiem. –

Wypiła łyk wina i skinęła głową w jego kierunku. – Opowiedz mi coś o swoich podróżach. 
Nigdy nie byłam za granicą, nawet poza kontynentalną częścią Stanów. 

Marco  bez  oporu  zgodził  się  na  zmianę  tematu.  Wolał,  by  Sophie  zaczęła  myśleć  o 

przyszłości. 

Rozmowa  zeszła  na  bardziej  ogólne  tematy.  Marco  opowiadał  o  miejscach,  które 

odwiedził w trakcie swych wojaży, Sophie zaś odwzajemniła mu się relacjami z życia braci i 
sióstr. Między najstarszym a najmłodszym z jej braci było zaledwie sześć lat różnicy. Marco 

background image

przyjaźnił się ze wszystkimi. Śmiał się głośno, gdy Sophie  dowcipnie opowiadała mu o ich 
rodzinach, szczególnie o bliźniaczkach Giordona. 

– Bliźniaczki! Jakoś nie mogę go sobie wyobrazić w roli ojca, szczególnie dwóch córek!
– Bliźniaki często pojawiają się w naszej rodzinie – przypomniała mu Sophie. 
– Tak, ale chyba powinny się rodzić co drugie pokolenie!
– Bo tak jest – zauważyła. Obydwoje zbierali właśnie naczynia i wynosili je do kuchni. –

Zostaw  to  tutaj.  Pozmywam  później.  O  czym  to  ja  mówiłam?  Aha,  moja  babcia  ze  strony 
matki  była  jedną  z  dwóch  bliźniaczek.  Mama  też  urodziła  bliźnięta,  ale  Giordono  nie  był 
bliźniakiem, więc w tym przypadku nastąpił przeskok o dwa pokolenia. Jeśli twoja teoria jest 
prawdziwa, to Vince i Belle nie powinni mieć bliźniąt, bo sami są bliźniakami. 

– I mówiłaś, że nie mają bliźniąt. 
– To prawda. 
– Głowa mnie od tego rozbolała – poskarżył się Marco, stawiając dwie filiżanki z kawą 

na stoliku przy kanapie. 

Sophie przyniosła z kuchni talerz z ciasteczkami swojej mamy. 
– Proszę,  częstuj  się.  Po  każdej  wizycie  u  rodziców  wracam  do  domu  obładowana 

smakołykami jak wielbłąd. Zabieram część tych delicji do pracy i częstuję kolegów, ale oni 
też nie potrzebują aż tylu kalorii. 

Usiadła obok niego. Marco z trudem się powstrzymał, by nie przyciągnąć jej do siebie. 

Jego ciało pragnęło dokończyć to, co  zaczęło  się między nimi  w drzwiach, przy powitaniu, 
wyczuwał  jednak,  że  Sophie  nie  jest  na  to  jeszcze  gotowa.  Otoczyła  się  murem  rezerwy, 
dostrzegalnym tylko dla kogoś, kto dobrze ją znał. A Marco znał ją dobrze. 

Nie miał wątpliwości, że prędzej czy później znajdą się razem w łóżku, nie chciał jednak, 

by  Sophie  tego  żałowała,  postanowił  więc  poczekać  i  sięgnął  po  jedno  z  niezrównanych 
ciasteczek  z  rodzynkami  produkcji  pani  Domenico.  Ułożył  wygodnie  głowę  na  oparciu 
kanapy i wyciągnął nogi przed siebie. 

– Nie powiedziałaś mi jeszcze, jak to się stało, że tak schudłaś. Świetnie teraz wyglądasz. 

Wcześniej też bardzo mi się podobałaś – dodał szybko i zaśmiał się na widok jej rumieńca. –
Ale ten zgrabny tyłeczek wygląda teraz fascynująco. 

Sophie w milczeniu piła kawę, czekając, aż rumieniec zniknie z jej policzków, i dopiero 

po dłuższej chwili zwróciła twarz w jego stronę. 

– Gdy Kirk zachorował, byłam bardzo zajęta opieką nad nim. Nie miałam czasu ani siły 

zawracać sobie  głowy jedzeniem  i  spaniem. A potem  stwierdziłam, że  wolę siebie w takim 
wydaniu, więc teraz staram się nie przytyć. 

Marco wziął ją za rękę i splótł palce z jej palcami. 
– Gdzie poznałaś swojego męża?
Tak naprawdę nie chodziło mu o to, gdzie, lecz: kiedy. Kiedy przestałaś o mnie myśleć? 

Tego  pytania  jednak  nie  miał  odwagi  zadać.  Wiedział,  że  nie  powinien.  To  byłoby  nie  w 
porządku.  W  końcu  sam  powiedział  Sophie,  by  o  nim  zapomniała  i  zajęła  się  własnym 
życiem. 

A jednak przez wszystkie te lata podświadomie był przekonany, że ona należy do niego. 

background image

Gdy wracał do domu, spodziewał się, że wszystko będzie jak dawniej, że Sophie nic się nie 
zmieniła i nadal jest tą samą cichą dziewczyną, w której rozbudzał namiętność i która gotowa 
była dać mu wszystko, niczego nie żądając w zamian. 

Gdy Sophie przez dłuższą chwilę nie odpowiadała, wyciągnął się wygodniej i otoczył ją 

ramieniem. W końcu rzekła powoli:

– Poznałam  go  na  pierwszym  roku  college’u.  Byliśmy  w  jednej  grupie.  Wielokrotnie 

proponował mi spotkanie, ale ja ciągle odmawiałam. W końcu jednak dotarło do mnie, że nie 
mogę mieć żadnej nadziei na związek z tobą, bo ja byłam za młoda, a ty zajęty podróżami, 
więc właściwie nie było powodu, by odrzucać te zaproszenia. 

Urwała. Milczenie znów się przedłużało. 
– Bardzo szybko zdecydowałaś się na ślub – zauważył w końcu Marco. 
Sophie obróciła głowę i spojrzała na niego z dziwnym błyskiem w oczach. 
– Zaczęliśmy się spotykać w czerwcu i wzięliśmy ślub w dwa lata później... To o wiele 

dłużej, niż potrzebowałam, żeby się zaangażować w związek z tobą. 

Marco  skrzywił  się  boleśnie,  przypominając  sobie,  jak  niewiele  brakowało,  by  Sophie 

straciła dziewictwo już  na pierwszej randce.  Ale  czy można  się było  dziwić, że  nie potrafił 
utrzymać rąk z dala od niej?

Chciał  się  dowiedzieć  czegoś  więcej.  Ciekaw  był,  kiedy  Sophie  i  tamten  facet  zostali 

kochankami, co czuła, gdy dotykał jej inny mężczyzna, czy kochała męża tak jak jego. 

Nie był jednak na tyle głupi, by zadać jej te wszystkie pytania. 
– Chciałbym obejrzeć wiadomości – powiedział. – Czy mogę włączyć telewizor?
Sophie  bez  słowa podała mu  pilota. Marco znalazł wiadomości i  rzucił pilota  na stół, a 

potem wyciągnął do niej ręce. 

– Chciałbym cię objąć – powiedział cicho. – Tylko objąć, nic więcej. 
Zerknęła na niego podejrzliwie, ale odpowiedział jej szczerym spojrzeniem. Oparł się na 

łokciu  i  objął  ją  ramieniem.  Po  pierwszej  chwili  sztywnej  rezerwy  Sophie  rozluźniła  się  i 
oparła głowę na jego piersi. 

– Dobrze ci? – zapytał. 
– Tak – odrzekła. – Dobrze mi. 
Marco czuł  się jak w niebie. Ciepłe ciało Sophie  przylegało do jego ciała. Pod  palcami 

czuł  jej  płaski  brzuch  i  szczupłe  biodra.  Gdyby  odrobinę  przesunął  dłonie,  jego  kciuki 
otarłyby się o wypukłości piersi. 

Naraz przypomniał sobie o mieszkaniu. 
– O, do diabła – jęknął. 
– Co  się  stało? – zdziwiła  się  Sophie  i  spróbowała  się  podnieść,  Marco  jednak 

przytrzymał ją zdecydowanie. 

– Nic takiego. Tylko to,  że  chciałem ci pokazać  mieszkanie, które zamierzam  wynająć. 

Ale możemy wybrać się tam jutro. 

Usłyszał westchnienie ulgi i ogarnęły go wyrzuty sumienia. Niepotrzebnie ją przestraszył. 

Pomyślała  zapewne,  że  stało  się  coś  naprawdę  złego.  I  wiedział,  dlaczego.  Zbyt  wiele  już 
złych rzeczy zdarzyło się w jej życiu. 

background image

Chciał ją udobruchać, toteż powiedział pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy:
– Chociaż właściwie mógłbym zamieszkać tutaj, z tobą. Natychmiast zrozumiał, że trafił 

jak kulą w płot. Sophie zesztywniała. 

– To nie wchodzi w grę – oznajmiła stanowczo. Marco poczuł irytację. Pochwycił ustami 

płatek jej ucha. 

– A dlaczego nie? – zapytał cicho. – Po tym powitalnym pocałunku nie możesz już dłużej 

udawać, że nic do mnie nie czujesz, skarbie. Wcześniej czy później trafię do twojego łóżka i 
mam wrażenie, że jedna czy dwie noce w tygodniu nam nie wystarczą. Wydaje mi się, że to 
nie byłoby najgorsze wyjście. 

Sophie obróciła się nagle. Marco był zdumiony gwałtownością jej reakcji. 
– Ja  wcale nie  udaję – wycedziła  przez  zęby.  – Odrobina  romantyzmu  wcale by  tu  nie 

zaszkodziła, ale nigdy nie byłeś szczególnie romantyczny, więc właściwie nie wiem, dlaczego 
tym razem spodziewałam się, że będzie inaczej. 

Marco oniemiał  ze  zdumienia.  Jego  Sophie,  dziewczyna,  o  której  marzył  przez  tyle lat, 

miała temperament, ale nigdy wcześniej nie wybuchała taką złością. 

Uniosła się i stanęła nad nim. 
– Chcesz iść ze mną do łóżka? – zapytała z furią. – Proszę bardzo. Mam już dość sporów 

na ten temat. 

Jednym ruchem ściągnęła sweter przez głowę. Marco poczuł, że serce przestaje mu bić. 

Była  piękna  jak  bogini.  Wielokrotnie  wyobrażał  sobie  podobne  sceny,  ale  rzeczywistość 
przerosła wszelkie jego fantazje. Co prawda przed laty widywał ją częściowo rozebraną, ale 
zawsze odbywało się to w mroku samochodu lub w innym ciemnym miejscu, gdzie mogli się 
posunąć w pieszczotach odrobinę dalej niż przed drzwiami domu, przy pożegnaniu. 

Sophie miała na sobie czarny, koronkowy biustonosz. Czarny! Rany boskie! Czy istniało 

ha tym świecie coś bardziej seksownego niż kobieta w czarnych koronkach? Biustonosz nie 
zakrywał  wiele.  W  zagłębieniu  między  piersiami  jej  skóra  była  kremowobiała,  nietknięta 
przez słońce. 

W następnej chwili Sophie sięgnęła do zamka obcisłych legginsów i rozsunęła go jednym 

szarpnięciem. Marco błyskawicznie pochwycił ją za ręce i zamknął je w żelaznym uścisku. 

– Przestań – wybełkotał wyschniętymi z wrażenia ustami. – Do diabła, Sophie, przestań!

– Podniósł się niezgrabnie z kanapy, stanął obok niej i mocno przytulił ją do siebie. 

– Dlaczego? – zawołała. – Sądziłam, że tego właśnie chcesz! Przecież o to ci chodziło od 

chwili,  gdy  znów  mnie  zobaczyłeś!  Ja  też  tego  pragnę.  Nie  chcę  tego,  ale  cię  pragnę.  O 
niczym  innym  nie  mogę  myśleć,  tylko  o  tobie.  O  tym,  co  czuję,  gdy  mnie  całujesz,  jak 
pragnę, byś dotknął moich piersi... 

Marco  poczuł,  że  za  wszelką  cenę  musi  zamknąć  jej  usta.  Najprostszym  sposobem  był 

pocałunek.  Dotknął  jej  warg  tak  gwałtownie,  że  zęby  uderzyły  o  zęby.  Sophie  natychmiast 
zaczęła prowokacyjnie poruszać biodrami i Marco znalazł się na granicy utraty rozsądku. 

Ta  świadomość  go  otrzeźwiła.  Myśl  o  utracie  rozsądku,  o  poddaniu  się  bezmyślnemu 

szaleństwu. Nie tego chciał. Nie w taki sposób. 

Oderwał się od Sophie i wydyszał:

background image

– Kochanie,  zaczekaj.  Nie  chcę,  żeby  to  trwało  pięć  minut  i  skończyło  się,  zanim 

którekolwiek z nas poczuje się zaspokojone. 

– Szkoda – syknęła ze złością Sophie. Otworzyła usta, przygotowując się do następnego 

wybuchu, ale nagle zamknęła je i do jej oczu napłynęły łzy. O, do diabła! pomyślał Marco. 
Tylko nie to. Wolał najgorsze tortury od widoku płaczącej kobiety. Szczególnie gdy była to 
jego kobieta, kobieta, z którą pragnął dzielić życie. 

Ta  myśl  była  dla  niego  prawdziwym  wstrząsem.  Wypłynęła  z  głębi  podświadomości  i 

natychmiast na dobre zadomowiła się w umyśle. 

Po  policzkach  Sophie  płynęły  łzy.  Ramiona  jej  drżały.  Marco  pośpiesznie  porwał  jej 

sweter  z  kanapy  i  wciągnął  go  jej  przez  głowę.  Miał  szczere  chęci,  by  zachować  się  w  tej 
sytuacji szlachetnie, było to jednak zupełnie niemożliwe, gdy przed oczami miał dwie piękne 
kobiece piersi. 

– Sophie, kochanie! Kochanie, proszę, nie płacz! Tak mi przykro! – Uklęknął przed nią, 

nie  zważając  na  sztywne  kolano.  – Tak  mi  przykro – powtórzył.  – Chciałbym  się  z  tobą 
kochać, nie tylko uprawiać seks. Pragnę, żeby to było coś wyjątkowego. Bo ty zawsze byłaś 
dla mnie kimś wyjątkowym. 

– Mhm – wychlipała.  – Tak  wyjątkowym,  że  potrafiłeś  odejść  i  następnego  dnia 

zapomnieć o mnie. 

– Nigdy o tobie nie zapomniałem. – Otarł jej łzy rąbkiem swetra i szybko go opuścił. –

Nigdy, przenigdy. Nawet gdy byłem o tysiące mil stąd, zawsze pozostałaś kobietą, do której 
porównywałem wszystkie inne. 

– Jakie inne? – zapytała Sophie podejrzliwie. 
– Hm! No wiesz... Żony przyjaciół. 
– A,  tak,  jasne – odrzekła  z  ironią.  – Marco,  nie  kłam,  bo  potem  nie  będę  potrafiła 

uwierzyć w nic, co mi powiesz. 

To go dobiło. Ujął ją pod brodę i powiedział:
– Nie kłamię. Nigdy nie przestałem cię pragnąć. Ale wtedy musiałem odejść. Byłaś zbyt 

młoda, w dodatku nasze rodziny komplikowały sprawę, a ja nie zamierzałem osiadać nigdzie
na stałe... Teraz myślę, że byłem bardzo głupi. Trzeba było się z tobą ożenić i wozić cię ze 
sobą do tych wszystkich miejsc ukrytych w głębi dżungli. Przynajmniej wtedy nie mogłabyś 
mnie oskarżać o to, że cię nie pragnąłem. 

Nos miała zaczerwieniony, a oczy nadal błyszczące od łez, ale na jej twarzy w tej chwili 

odbijało się wyłącznie szczere zdumienie. 

– Naprawdę chciałeś się ze mną ożenić? – wyjąkała w końcu. 
Marco skinął głową. 
– Tylko że to nie byłoby w porządku wobec ciebie. 
– Wiesz, że pojechałabym z tobą. Puścił ją i odsunął się o krok. 
– Wiem – odrzekł ponuro. – Właśnie dlatego nie poprosiłem cię o to. 
– Myślałam, że to tylko wymówka, bo tak naprawdę wcale mnie nie chciałeś. 
– Jezu!  Jak  mogłaś  tak  myśleć?  Naprawdę  nie  wiedziałaś,  co  czuję?  Boże,  Sophie,  do 

żadnej innej kobiety nigdy nie czułem tego, co do ciebie!

background image

– To znaczy: czego? – zapytała ostrożnie, nie spuszczając wzroku z jego twarzy. 
Naraz  Marco  uświadomił  sobie,  że  ta  rozmowa  zaczyna  stawać  się  dla  niego 

niebezpieczna. Niewiele zastanawiał się nad własnymi uczuciami i zupełnie nie był gotów, by 
o nich mówić. Zamknął usta, wziął Sophie za rękę i podszedł do drzwi. 

– To  znaczy,  że  musisz  się  zastanowić  nad  tym,  co  powiedziałem.  Nie  interesuje  mnie 

szybki seks. A teraz muszę wyjść, bo moje ciało walczy z rozsądkiem i jeśli jeszcze chwilę tu 
zostanę, to nie jestem pewien, co zwycięży. 

– Och! – jęknęła Sophie. Marco pocałował ją szybko. 
– Zadzwonię jutro – mruknął i wyszedł. 
Na korytarzu musiał przystanąć i oprzeć się o ścianę. Dopiero po dłuższej chwili kolana 

przestały  mu  drżeć.  Miał  wrażenie,  że  właśnie  wpadł  do  głębokiej,  nieznanej  wody.  Ale 
ponieważ w żaden sposób nie mógł się dłużej obywać bez Sophie, wiedział, że zrobił to, co 
musiał uczynić. 

Następnego dnia zadzwonił do Sophie do pracy i zaproponował, żeby wybrali się razem 

na  kolację,  a  potem  poszli  obejrzeć  jego  mieszkanie.  Sophie  miała  ochotę  znów 
zaproponować,  żeby  zjedli  kolację  u  niej,  ale  zdrowy  rozsądek  przeważył.  Wolała  nie 
zostawać z nim sam na sam zbyt długo. 

Poszli do małej chińskiej restauracji, która znajdowała się w tym samym miejscu od lat. 

Sophie była pewna, że już kiedyś tu byli. Déjá vu. 

– Chyba tu już kiedyś byliśmy, prawda? – zwróciła się do Marka. 
Z uśmiechem poprowadził ją do stolika. 
– Tak. Chciałem sprawdzić, czy pamiętasz. 
– Pamiętam, że jedzenie było tu fantastyczne. 
To się nie zmieniło. Zamówili zupę i rozmawiali o błahych sprawach. Dopiero gdy kelner 

postawił przed nimi  główne danie, Marco ujął dłoń  Sophie  nad stołem  i podniósł  w toaście 
kieliszek z winem ryżowym. 

– Za nas – powiedział. 
Sophie zawahała się lekko, ale stuknęła kieliszkiem o jego kieliszek. 
– Za nas – powtórzyła. 
Jednak  gdy  sięgnęła  po  widelec – uprzedziła  wcześniej  Marka,  że  nie  ma  zamiaru 

kompromitować się, jedząc pałeczkami – jej myśli zaczęły się plątać. 

– O czym myślisz? – zapytał Marco. 
– Tydzień  temu  nie  było  jeszcze  żadnych  „nas” – odrzekła  powoli.  – A  teraz  odnoszę 

wrażenie, jakbyś zaplanował już cały nasz związek aż do najdrobniejszego szczegółu i wiózł 
mnie ze sobą jak pasażerkę. 

– Zawsze było jakieś „my” – odpowiedział łagodnie. – Po prostu wcześniej nie mieliśmy 

planu podróży. 

– Zdaje się, że opracowałeś go bardzo dokładnie – zauważyła Sophie, marszcząc brwi. 
– Nie jestem pewien, jak to rozumieć – rzekł Marco ostrożnie. – Czy to zbrodnia, że chcę 

być z tobą? Bo o to tylko mi chodzi, Sophie. Chcę dać nam czas, żebyśmy mogli się dobrze 

background image

poznać. 

Zastanawiała się nad tym przez chwilę. 
– Dobrze, poznajmy się. Kto pierwszy?
– Co: pierwszy?
– Kto pierwszy zadaje pytania – wyjaśniła. – Zazwyczaj ludzie poznają się właśnie w taki 

sposób. 

– Wydaje mi się, że znamy się już dość dobrze – zaprotestował. 
– W takim razie na co jest nam potrzebny ten czas?
– To  tylko  takie  wyrażenie.  Nie  miałem  zamiaru  otwierać  tu  żadnej  puszki  Pandory. 

Posłuchaj,  skoro  nie  podoba  ci  się  mój  sposób  kierowania  naszą  znajomością,  to  może  na 
jakiś czas sama przejmiesz ster?

– A jeśli nie wykonam żadnego ruchu? 
Marco uśmiechnął się. 
– To jedyne, czego nie wolno ci zrobić. 
Poddała  się.  Gdy  Marco  podjął  jakąś  decyzję,  nie  było  sposobu,  by  na  niego  wpłynąć. 

Przekonała się o tym już wiele lat temu. 

Skończyli  posiłek  w  atmosferze  napiętego  rozejmu.  Marco  zapłacił  rachunek  i 

poprowadził Sophie do samochodu. Był ciepły, wiosenny wieczór. 

– Chciałbym, żebyś obejrzała moje mieszkanie – powiedział. – Nie potrzebuję zbyt wiele 

miejsca. Wydaje mi się, że powinno wystarczyć. 

Zawiózł  ją  do  dzielnicy  bliźniaczych  segmentów,  położonej  o  pięć  minut  drogi  od  jej 

mieszkania. Zastukał do jakichś drzwi i po chwili wrócił z kluczem. 

– Właścicielka również tu mieszka – wyjaśnił, – To zresztą dobrze, bo dom jest zadbany, 

przynajmniej z zewnątrz. 

Zaprowadził ją do domku położonego między dwoma innymi i otworzył drzwi. Weszli do 

środka. 

– Na dole jest pralnia, dodatkowy pokój na gabinet i garaż. Właściwe mieszkanie jest na 

górze – wyjaśnił. 

Znajdowała  się  tam  sypialnia  z  łazienką,  kuchnia,  salon  oraz  jadalnia  i  druga  łazienka. 

Salon  oddzielony  był  od  jadalni  ceglaną  ścianą  z  gazowym  kominkiem.  Kuchnia  była 
przestronna i wyposażona we wszystkie niezbędne sprzęty. 

– Bardzo  ładne  mieszkanie – powiedziała  Sophie,  stając  na  progu  sypialni.  – Nie 

podpisałeś jeszcze umowy?

– Nie. Chciałem, żebyś najpierw je obejrzała. Sophie zajrzała do łazienki i uśmiechnęła 

się do niego. 

– Masz  moje  błogosławieństwo,  skoro  ci  na  nim  tak  zależy.  Podpisz  tę  umowę,  zanim 

ktoś zdmuchnie ci sprzed nosa taką okazję. 

Marco pochwycił ją wpół i wbił palce między jej żebra. 
– Dobrze, mądralo!
Pisnęła i uciekła na drugi koniec pokoju. 
– Rozejm, rozejm! Wiesz przecież, że jestem zupełnie bezradna, gdy ktoś mnie łaskocze!

background image

W  dzieciństwie  bracia  często  przytrzymywali  ją  i  łaskotali;  Marco  niejednokrotnie 

wybawiał ją z opresji. 

– Pamiętam – skinął głową. Po chwili z jego twarzy zniknął uśmiech. Podszedł do niej i 

znów objął ją w pasie, tym razem jednak nie zamierzał jej łaskotać. 

– Sophie – powiedział cichym, stłumionym głosem. – Pocałuj mnie. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

– Czy ty myślisz o tym, o czym ja myślę? – zapytał Marco. 
Leżeli na stercie ubrań w salonie pustego mieszkania. 
– Nie  wiem – odrzekła  Sophie  ostrożnie.  Nie  miała  w  tej  chwili  ochoty  analizować 

swoich uczuć. 

– Bo  ja  myślę,  że  nie  pomyślałem – rzekł  Marco  ponuro.  Ton  jego  głosu  zaniepokoił 

Sophie. 

– O czym?
– O zabezpieczeniu – wyjaśnił, obejmując dłońmi jej twarz. Przymknął oczy i potrząsnął 

głową. – Po raz pierwszy w życiu zupełnie o tym nie pomyślałem. 

– Wszystko w porządku... 
– Nie – przerwał jej gwałtownie. – Nie miałem zamiaru fundować ci ciąży. Przynajmniej 

na razie, dopóki... 

Sophie zakryła mu usta ręką. 
– Marco. To nie jest odpowiedni dzień... 
Zastanawiał się przez chwilę. 
– Jesteś pewna?
Skinęła głową w milczeniu. 
– To dobrze. Zajmę się tym jutro. 
Nie odpowiedziała. Leżała z głową opartą na jego ramieniu i, prawdę mówiąc, prawie nie 

słyszała jego słów. Wypełniała ją rozpacz. 

Zaakceptowała  ograniczenia  tego  związku,  pogodziła  się  z  jego  niedoskonałością. 

Chociaż  Marco zapewniał  ją, że  zostaje  w Chicago na stałe, nie  wierzyła, by potrafił  długo 
wytrzymać  w  jednym  miejscu.  Była  przekonana,  że  któregoś  dnia  znów  odejdzie,  ale 
postanowiła wykorzystać czas, jaki został jej dany. Śmierć Kirka nauczyła ją, jak ulotne jest 
życie. Nie chciała obudzić  się któregoś dnia ze świadomością, że straciła  czas, który mogła 
spędzić z Markiem. 

Dotyk jego dłoni na jej plecach przywołał ją do rzeczywistości. 
– Bardzo mi się podoba ta pozycja, ale chyba jednak w łóżku byłoby nam  wygodniej –

powiedział Marco. – Może wrócimy do ciebie?

Podniosła głowę i uśmiechnęła się, odsuwając od siebie ponure myśli. 
– To chyba niezły pomysł. Wstali z podłogi i ubrali się. 
– Skoro  zaakceptowałaś  to  mieszkanie,  to  chyba  będę  musiał  je  wynająć – zaśmiał  się 

Marco. 

Odniósł  klucz  właścicielce  i  pojechali  do  mieszkania  Sophie.  W  drodze  obydwoje 

milczeli.  Marco  trzymał  Sophie  za  rękę.  Nadal  milcząc,  wysiedli  z  samochodu  i  weszli  na 
górę. Tuż za drzwiami mieszkania Marco chwycił Sophie w ramiona z równą niecierpliwością 
jak pół godziny wcześniej. 

Porozrzucane  części  ubrania  wyznaczyły  drogę  do  sypialni.  W  połowie  korytarza 

background image

obydwoje byli już nadzy. Marco jednym ramieniem objął plecy Sophie, a drugie wsunął pod 
jej kolana i podniósł ją do góry. 

– Marco, postaw mnie! Twoje kolano... – zaprotestowała, opierając się rękami o ścianę. 

On jednak wcale się tym nie przejął. 

– Moje  kolano – powiedział  przez  zaciśnięte  zęby – jest  ostatnią  rzeczą,  o  którą  mam 

ochotę teraz się martwić. Przestań się wyrywać i pokaż mi drogę do sypialni. 

– Pierwsze drzwi na lewo – mruknęła i zachichotała. Na szczęście korytarz nie był długi. 

Marco utykał, ale nie postawił jej na podłodze. 

W drzwiach sypialni zatrzymał się i zapytał z nagłą podejrzliwością:
– Czy spałaś już z kimś w tym łóżku?
– Nie – odpowiedziała Sophie, całując go w ramię. – Kupiłam to mieszkanie już po... po 

wszystkim, i urządzałam je na nowo. 

Marco pocałował ją w usta. 
– Przepraszam. Nie powinienem o to pytać. 
– Nic nie szkodzi – odrzekła, zbliżając twarz do jego twarzy. – Ja też chcę, żeby wszystko 

było nowe... bo to nowy rozdział w naszym życiu. 

Marco  usiadł  na  łóżku  i  posadził  ją  sobie  na  kolanach.  Miał  nadzieję, że  Sophie  nie 

zauważy drżenia jego nogi. Teraz jednak zupełnie się tym nie przejmował. Były ważniejsze 
rzeczy. 

Powoli obrócił ją twarzą do siebie. Sophie usiadła okrakiem na jego kolanach. 
– Weź mnie – wymruczał. 
Objęła go mocno, popchnęła na łóżko i zaczęli poruszać się rytmicznie. 
Marco był tak wyczerpany, że nawet nie miał siły objąć Sophie. Westchnął tylko głęboko, 

gdy wygodnie umościła  się obok niego. Przez  kilka minut  po prostu leżeli, przytuleni, zbyt 
zmęczeni, by się poruszyć. W końcu ich oddechy trochę się uspokoiły. 

– Zdawało mi się, że pamiętam, jak to jest kochać się z tobą, ale myliłem się. 
– Wiem – uśmiechnęła się. 
Nie wiadomo dlaczego jej reakcja wzbudziła w Marku odruch obronny. 
– Wtedy, przed laty, zrobiłem to, co uważałem za najlepsze dla ciebie. 
Po chwili milczenia Sophie odpowiedziała:
– W tym również się myliłeś. 
Oczami wyobraźni Marco ujrzał nagle Sophie w ramionach innego mężczyzny. Podniósł 

się gwałtownie, zacisnął dłonie w pięści i wyszedł do łazienki. Ona należała do niego, tylko 
do niego! Zawsze była jego. To on powinien uczyć ją miłości. Myśl, że sam od niej odszedł, 
nie była w tej chwili dla niego żadną pociechą. 

Gdy wrócił do sypialni, zastał Sophie ubraną w za dużą koszulkę. Na jej twarzy odbijała 

się niepewność. 

– Masz ochotę na coś do picia? – zapytała. 
Było to uprzejme pytanie, na które należało odpowiedzieć równie uprzejmie. 
– Nie – warknął Marco. 
Sophie  spojrzała  na  niego  ze  zdumieniem.  Podszedł  do  łóżka,  pochwycił  ją  za  rękę  i 

background image

popchnął na materac, a potem jednym ruchem ściągnął z niej koszulkę. Położył się obok niej i 
przyciągnął ją do siebie. 

– Chcę spać razem z tobą, trzymając cię w ramionach. Czy masz coś przeciwko temu?
Podniosła głowę i delikatnie przesunęła ręką po włosach porastających jego przedramię.
– Nie – odpowiedziała z ciepłą satysfakcją w głosie. – Nie mam zupełnie nic przeciwko 

temu. 

Marco  obudził  się  w  środku  nocy,  Chciało  mu  się  pić.  Sophie  mocno  spała  w  jego 

ramionach.  Ostrożnie  przesunął  ją  na  materac,  poszedł  do  kuchni  i  wypił  szklankę  wody  z 
lodem. Znów ją napełnił, zabrał ze sobą do sypialni i wsunął się do łóżka. 

Sophie poruszyła się. Marco uświadomił sobie, że dziewczyna nie śpi. 
– Przepraszam, że cię obudziłem – powiedział, obejmując ją. 
– Nic nie szkodzi – odrzekła, tuląc się do niego mocniej. 
Marco  czuł  się  wspaniale.  Jeszcze  nigdy  nie  spędził  całej  nocy,  trzymając  kobietę  w 

ramionach. Jego spotkania z kobietami w sypialni nie miały na celu snu, a przy tych rzadkich 
okazjach, gdy spędzał noc u którejś z nich, nigdy nie spał dobrze. Jeszcze gorzej było, gdy to 
kobieta zostawała u niego. Bliskość drugiego ciała irytowała go i wybijała ze snu; budził się 
skulony na skraju materaca, próbując za wszelką cenę uniknąć kontaktu fizycznego i zawsze 
wtedy  zastanawiał  się,  czy  byłoby  bardzo  niegrzecznie  poprosić  ją,  żeby  sobie  poszła  do 
domu. 

Ale z Sophie było zupełnie inaczej. Miał wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. 
Może po prostu zaczynał się starzeć. A może to dlatego, że ostatnio przychodziły mu do 

głowy  myśli  o  osiedleniu  się  w  jednym  miejscu  na  stałe.  Seks  z  Sophie  był  fantastyczny. 
Dobrze czuli się w swoim towarzystwie, zapewne dlatego, że znali się od zawsze. Marco bez 
trudu  potrafił  sobie  wyobrazić,  że  mógłby  kochać  się  z  nią  przez  całe  życie,  każdej  nocy 
zasypiać, trzymając ją w ramionach i tak samo budzić się rano. 

Już wcześniej postanowił, że się z nią ożeni. A teraz doszedł do wniosku, że chciałby, aby 

Sophie  jak  najszybciej  zaszła  w  ciążę.  Mieliby  dom  pełen  hałaśliwych  dzieciaków,  które 
dawałyby  mu  tyle  zajęcia,  że  nie  miałby  już  czasu  na  bezpłodne  rozmyślania  o  własnym 
życiu. 

– O czym myślisz? – zapytała Sophie cicho. Marco nie był jeszcze zupełnie gotów, by się 

z nią podzielić swymi wnioskami, było jednak coś jeszcze, co chciał wyjaśnić. 

– Chyba nie ma potrzeby wynajmować tego mieszkania, które ci pokazywałem – rzekł, 

leniwie wiodąc dłonią wzdłuż jej pleców. 

– Dlaczego? – zapytała z lekkim napięciem w głosie. 
– Bo skoro już sypiamy ze sobą, to po co miałbym wynajmować osobne mieszkanie?
– Chcesz się tutaj wprowadzić?
– Bystra  jesteś – odrzekł  Marco  z  pozorowanym  rozbawieniem,  choć  ton  głosu  Sophie 

nieco go zaniepokoił. Nie poruszyła się, ale wyczuł w mroku, że odsunęła się od niego. 

– Wydaje mi się, że to nie jest dobry pomysł. 
– A mnie się wydaje, że tak – odrzekł, tłumiąc irytację. – Co ci się w nim nie podoba?

background image

Przez chwilę milczała. 
– Nie jestem jeszcze gotowa, by się z kimś podzielić moją przestrzenią – powiedziała w 

końcu. 

– Nie jestem po prostu „kimś” – mruknął Marco. 
– To  prawda – zgodziła  się.  – Jesteś  kimś  wyjątkowym.  Ale  dopiero  niedawno 

przyzwyczaiłam się do samotności i jeszcze nie jestem gotowa, żeby to zmieniać. 

No  cóż,  to  będzie  musiało  się zmienić,  pomyślał  Marco,  i  lepiej, żeby Sophie  już  teraz 

zaczęła się z tym godzić. 

– Dobrze – odrzekł  najłagodniej,  jak  potrafił.  – Ale  nie  przyzwyczajaj  się  do  tej 

samotności za bardzo, kochanie, bo jeszcze przed końcem roku weźmiemy ślub. 

Sophie usiadła na łóżku, wpatrując się w niego ze zdumieniem. 
– Ślub!
– Przecież ci mówiłem, że zamierzam zaistnieć w twoim życiu na stałe – uśmiechnął się i 

znów  pociągnął  ją  w  ramiona.  Nie  stawiała  oporu,  choć  twarz  w  dalszym  ciągu  miała 
poważną. 

– Pamiętam, co mówiłeś – odrzekła cicho. – Ale nie traktowałam tego poważnie. 
– Możesz to traktować jak najpoważniej. Już raz pozwoliłem ci się wymknąć... 
– To ty odszedłeś – przerwała mu. 
– A ty nigdy nie pozwolisz mi o tym zapomnieć, prawda? – zapytał ponuro. 
– Chyba nie – uśmiechnęła się Sophie. 
– Mniejsza o to. Możesz mi to wypominać do końca życia. Możesz nawet opowiadać o 

tym naszym wnukom. 

Jego uwagi nie uszło, że dziewczyna zadrżała. 
– Sophie? – zapytał, poruszony. 
– Nie śpieszmy się tak – powiedziała z napięciem. – Pozwólmy, żeby sytuacja rozwijała 

się sama. 

Marco pragnął wymusić na niej jakieś zobowiązanie. Najbardziej ze wszystkiego chciałby 

wziąć  z  nią  ślub  już  następnego  dnia.  Sophie  jednak  wydawała  się  tak  wstrząśnięta,  że  nie 
chciał denerwować jej jeszcze bardziej. 

– Dobrze – zgodził się. – Mamy przed sobą jeszcze wiele dni na rozmaite decyzje. 
Obróciła się twarzą do niego i zarzuciła mu ręce na szyję. Marco pomyślał, że skoro już 

los  zmusił  go  do  zmiany  stylu  życia,  to  nie  mógł  trafić  na  nic  lepszego.  Nie  było  sensu 
zastanawiać  się  dłużej  nad  tym,  co  już  nigdy  się  nie  zdarzy.  Powinien  wykorzystać  to,  co
miał, to, czym został obdarowany, i cieszyć się kobietą, która samą swoją obecnością potrafiła 
rozwiać czarną chmurę rozpaczy, w której pogrążył się pierwszego dnia w szpitalu w Rio. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Do  końca  tygodnia  spędzali  razem  wszystkie  wolne  chwile,  oprócz  godziny  przed 

południem,  gdy Marco  szedł  popływać.  Razem  jedli  śniadanie,  razem  brali  prysznic,  razem 
przygotowywali kolację i razem spali w łóżku Sophie. 

Zajęcia Marka w Purdue miały się rozpocząć pod koniec czerwca. Do tego dnia pozostały 

jeszcze dwa tygodnie. Marco od czasu do czasu zaglądał na uniwersytet i codziennie spędzał 
trochę  czasu,  przygotowując  materiał,  ale  gdy  Sophie  wracała  z  pracy,  pojawiał  się  w  jej 
mieszkaniu i wychodził dopiero następnego dnia rano. 

Sophie  żyła  jak  we  śnie  i  nie  reagowała  nawet  na  docinki  współpracowników,  którzy 

zaczęli  z  niej  pokpiwać,  gdy  jeden  z  nich  pewnego  dnia  na  schodach  przed  budynkiem 
centrum zobaczył ją w ramionach Marka. 

Zastanawiała  się,  czy  dobrze  zrobiła,  nie  pozwalając  mu  wprowadzić  się  do  niej. 

Pewnego  dnia,  gdy  przebierała  się  po  powrocie  z  pracy,  a  Marco  był  jeszcze  w  Purdue, 
pomyślała, że lada chwila powinien wrócić do domu, i ta myśl stała się dla niej wstrząsem. To 
było tak, jakby już mieli wspólny dom, a Sophie nie była pewna, czy tego właśnie chce. 

Marco  spędzał  tu  teraz  każdą  wolną  chwilę.  Zauważyła,  że  zagarnął  jedną  szufladę  i 

półkę  w  szafce  w  łazience.  Mówiła  mu  co  prawda,  że  musi  się  jeszcze  zastanowić  nad 
małżeństwem,  ale  zbyt  dobrze  go  znała.  Gdy  raz  coś  postanowił,  zmierzaj  do  celu 
niespostrzeżenie,  lecz  pewnie,  jak  czołg,  i  nic  nie  mogło  go  zawrócić  z  raz  obranej  drogi. 
Sophie uświadomiła sobie z lękiem, że tym razem to właśnie ona stała się częścią jego planu. 

Z jednej strony pochlebiało jej to i napełniało euforią, a z drugiej... 
Z drugiej strony, jeśli miała być ze sobą zupełnie szczera, to musiała przyznać, że radość i 

oszołomienie  mieszały  się  w  jej  duszy  z  niechęcią.  Marco  oczekiwał,  iż  ona  bez  wahania 
dostosuje się do jego planów, i jakaś część duszy Sophie sprzeciwiała się temu. 

W  przeszłości  zawsze  na  niego  czekała,  gdy  pojawiał  się  w  domu,  i  przypuszczała,  że 

jego zdaniem  nadal powinno  tak być. A  gdyby Kirk żył i  Sophie  wciąż  byłaby mężatką, to 
czy Marco wówczas po prostu wzruszyłby ramionami i odszedł?

Obawiała się,  że  tak by  się właśnie stało, że  jego  uczucie nie dorównywało potędze jej 

miłości do niego. 

Usłyszała zgrzyt klucza w zamku i po chwili Marco pojawił się w drzwiach. 
– Cześć – powiedział ze znajomym uśmiechem, od którego zawsze miękły jej kolana. 
– Cześć – odrzekła jednym tchem. Marco podszedł do niej i objął jej biodra. Zobaczyła w 

jego oczach dziwny blask. Po chwili jednak odsunął ją nieco od siebie i zapytał, przyglądając 
się jej uważnie;

– Co się stało? Miałaś zły dzień?
Jego spostrzegawczość spłoszyła Sophie. 
– Nie, nic się nie stało. Tylko... tęskniłam za tobą. 
– Ja też tęskniłem – powiedział niskim głosem i pochylił głowę, by ją pocałować. 
– Witaj w domu – szepnęła. – Jesteś głodny?

background image

– Tak – odrzekł z błyskiem w oku. – Umieram z głodu. 
– Nie o to mi chodziło – zaśmiała się. – Myślałam o kolacji. 
– Aha – skrzywił się Marco z udawanym niezadowoleniem. 
– Paliwo. – Sophie skinęła głową. – Wiesz, te rzeczy, które pozwalają nam utrzymać się 

przy życiu. 

– Ja  już  jestem  ledwo  żywy – poskarżył  się  i  zerknął  na  zegarek.  – Minęło  prawie 

dziewiętnaście godzin od czasu, gdy po raz ostatni... 

Sophie położyła mu dłoń na ustach. 
– Jesteś okropny. Czy ty nigdy nie myślisz o niczym oprócz seksu?
– Nie – mruknął,  wtulając  usta  we  wnętrze  jej  dłoni.  – Przez  cały  dzień  myślę  tylko  o 

tobie. 

Usiedli obok siebie na kanapie. 
– Opowiedz mi, co robiłaś dzisiaj – poprosił Marco. Sophie opowiedziała mu o zajęciach 

dla ojców, które prowadziła w klinice. Potem nagle coś sobie przypomniała. 

– A ty co robiłeś? Zdaje się, że byłeś umówiony z lekarzem?
Marco tylko wzruszył ramionami. 
– Wszystko w porządku. 
Sophie wyczuła jednak napięcie w jego głosie i ogarnął ją lęk. 
– Na pewno? Co dokładnie ten lekarz powiedział? – zapytała ostro, wysuwając się z jego 

objęć. 

– Wszystko w porządku – usłyszała znowu. 
Marco  nigdy  nie  narzekał.  Nigdy  nie  okazywał  po  sobie  rozczarowania,  smutku  czy 

złości. Na pozór przyjmował zmiany, które pojawiły się w jego życiu, z zupełnym spokojem. 
Sophie  jednak  znała  go  zbyt  dobrze  i  wiedziała,  że  te  zmiany  nie  pozostawiają  go  tak 
obojętnym, jak mogłoby się wydawać. Czekała, ale Marco nie powiedział już nic więcej. 

Zapadło niezręczne milczenie. Coś było nie tak. Jego niechęć do dzielenia się z nią swymi 

obawami boleśnie przypomniała Sophie sposób, w jaki ją traktował przed laty. Uświadomiła 
sobie, że choć są blisko fizycznie, istnieje między nimi mur nie do przekroczenia. 

W milczeniu wstała z kanapy i poszła do kuchni. 
– Dokąd idziesz? – zawołał za nią Marco. 
– Nakryję do stołu – odrzekła bezbarwnie. 
Marco pochwycił ją za przegub ręki i znów pociągnął na kanapę. 
– Zaczekaj! Jutro wpadnie tu dwójka moich przyjaciół. 
– To miło – odrzekła, odwracając twarz. 
– Sophie – westchnął Marco. – U lekarza naprawdę wszystko było w porządku. Tylko że 

przez cały czas marzę, by usłyszeć, że stał się cud i zupełnie wyzdrowieję. 

– Och, Marco – szepnęła Sophie i wyciągnęła do niego ramiona, on jednak przytrzymał 

jej ręce i zaśmiał się krótko. 

– Kiedyś w końcu przywyknę do myśli, że jestem kaleką. 
– Nie jesteś kaleką – oburzyła się. – To okropne słowo i nie chcę go więcej słyszeć. 
Kąciki oczu Marka zmarszczyły się w uśmiechu. 

background image

– Dobrze,  proszę  pani.  Nigdy  więcej,  proszę  pani.  Pod  przykrywką  uśmiechu  w  jego 

oczach czaił się żal. 

Sophie zdawała sobie z tego sprawę, ale jasne było, że Marco nie zamierza powiedzieć jej 

nic więcej. Przezwyciężyła urazę i odrzekła:

– Opowiedz mi coś więcej o tych twoich przyjaciołach. 
– Obydwoje są naukowcami i mają małą córeczkę. Oprócz rodziny to najbliżsi mi ludzie 

na świecie. Liczę na to, że oboje będziemy ich zabawiać. 

Wiedziała, że to głupie, ale poczuła się podniecona i szczęśliwa. Marco chciał, by poznała 

jego przyjaciół!

– O, tam są! Jared! Meny! – zawołał Marco, unosząc rękę. Na dźwięk jego głosu dwoje 

bardzo  wysokich ludzi  ruszyło w  ich  stronę  przez  poczekalnię  lotniska  O’Hare.  Mężczyzna 
był rudowłosym, brodatym olbrzymem o potężnych ramionach. Idąca obok wysoka, szczupła 
blondynka wydawała  się  przy nim  drobna. Gdy jednak  podeszła do Marka, by go uściskać, 
okazało się, ze nawet w płaskich sandałach jest od niego zaledwie odrobinę niższa. Na rękach 
trzymała mniej  więcej roczną  dziewczynkę z  szopą złocistorudych loków.  Mała przyciskała 
warkocz  matki  do  policzka  i  rozsyłała  uśmiechy,  trzymając  w  buzi  kciuk.  Oczy  miała 
niebieskie, tak jak matka. Marco żartobliwie dotknął palcem jej nosa. 

– Nie pamiętasz mnie, skarbie, prawda?
– Kitty, to jest twój ojciec chrzestny – wyjaśniła Meredith. 
– Ale  nie  wierz  w  żadne  jego  słowo – uzupełnił  Jared  Adamson,  ściskając  przyjaciela. 

Przez chwilę Sophie obawiała się, że Marco wyjdzie z tego uścisku z połamanymi żebrami, 
jednak  zamiast  radosnego  poklepywania  po  plecach,  jakiego  oczekiwała,  między 
mężczyznami pojawiła się chwila dziwnej, napiętej ciszy. Jared zamknął oczy i uścisnął ramię 
Marka tak mocno, że kostki jego palców zbielały. 

– Śmiertelnie mnie wystraszyłeś, bracie – powiedział ochrypłym ze wzruszenia głosem. –

Wyglądasz o niebo lepiej niż wtedy, gdy cię widziałem po raz ostatni. 

– To dzięki tobie – mruknął Marco. Jared tylko pomachał ręką. 
– Cieszę się, że cię widzę. Jak tam noga?
– Dobrze, dobrze! Nie mogę narzekać. 
Sophie  miała  wrażenie,  że  ramiona  Marka  odrobinę  zesztywniały.  Jared  chyba  niczego 

nie zauważył, ale na twarzy jego żony odbiła się troska. 

– Chciałbym,  żebyście  poznali  Sophie – ocknął  się  Marco,  otaczając  dziewczynę 

ramieniem.  – Sophie,  to  jest  mój  szacowny  kolega,  doktor  Jared  VannerAdamson,  i  jego 
warta znacznie lepszego losu żona, doktor Meredith BaylissAdamson. A ten mały aniołek to 
moja  córka  chrzestna,  Katherine,  która  reaguje  tylko  na  imię  Kitty.  Jared,  Merry,  to  jest 
Sophie. 

– Miło  cię  poznać – powiedziała  Meredith  z  promiennym  uśmiechem,  podając  Sophie 

rękę. 

Jared również ujął jej dłoń i obrzucił ją uważnym spojrzeniem. 
– Witaj,  Sophie.  Chciałbym  się  dowiedzieć,  dlaczego  zadajesz  się  z  takim  ciemnym 

background image

typem. Ale przede wszystkim, czy oprócz imienia masz jeszcze jakieś nazwisko?

Sophie uśmiechnęła się do niego szczerze. Podobał jej się otwarty, przyjacielski sposób 

bycia Jareda. Zanim jednak zdążyła odpowiedzieć, Marco przyciągnął ją bliżej do siebie. 

– Jej obecne nazwisko nie jest wam do niczego potrzebne. Wkrótce będzie się nazywała 

Sophia Esposito. 

Zapadło  zdumione  milczenie.  Dokoła  nich  huczała  wrzawa  największego  lotniska  w 

Chicago. Jared uniósł wysoko brwi, a oczy Meny stały się wielkie jak spodki. 

– Zamknij usta, przyjacielu, bo mucha ci w nie wpadnie – zaśmiał się Marco. 
Sophie poczuła, że się rumieni. Nie miała pojęcia, jak się zachować. Wiedziała jednak, że 

nie pozwoli zmusić się podstępem do małżeństwa ani nawet do zaręczyn. Zwróciła się więc 
do Adamsonów i wymownie postukała się palcem w czoło. 

– Nie mam zamiaru zmieniać nazwiska ani nawet stanu cywilnego – rzekła stanowczo. –

Nazywam się Sophie Morrell i bardzo mi miło was poznać. Marco jest ode mnie o siedem lat 
starszy  i  czasem  mam  wrażenie,  że  trochę  mu  się  miesza  w  głowie  z  powodu  podeszłego 
wieku.  Ale  moje  towarzystwo  dobrze  wpływa  na  jego  samopoczucie – zakończyła  i 
żartobliwie uszczypnęła Marka w policzek. 

Jared roześmiał się głośno. 
– Ta dziewczyna przejrzała cię na wylot – oznajmił z wielką satysfakcją. 
Marco zachmurzył się, chociaż Sophie nie potrafiła powiedzieć, co go tak zirytowało. Po 

chwili jednak jego twarz złagodniała. 

– Sophie może sobie żartować na mój temat, ile zechce, ale nie uda jej się mnie pozbyć –

oświadczył. 

Zapanowało  niezręczne  milczenie.  Sophie  nie  wiedziała,  co  na  to  odpowiedzieć.  Jared 

uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

W końcu Sophie powiedziała:
– Na  pewno  jesteście  zmęczeni.  Nasz  samochód  stoi  na  parkingu  przed  lotniskiem. 

Zabierzemy wasze bagaże i zawieziemy was do mieszkania Marka. 

– Nie  chcielibyśmy  sprawiać  wam  kłopotu – oświadczyła  Merry.  – Możemy  się 

zatrzymać w hotelu. 

– Zostaniecie u mnie – rzekł Marco stanowczo. – Mam duże mieszkanie. Ja i tak prawie 

przez cały czas jestem u Sophie, więc nikt nie będzie wam przeszkadzał. 

Sophie  znów  się  zarumieniła.  Miała  ochotę  kopnąć  go  w  kostkę.  Marco  najwyraźniej 

uparł  się  obwieścić  całemu  światu,  że  ona  pod  każdym  względem  należy  do  niego.  Była 
pewna,  że  jego  przyjaciele  nie  mają  złudzeń  co  do  powodów,  dla  których  będą  mieli  całe 
mieszkanie dla siebie. 

W  drodze  do  mieszkania  Marka  Sophie  zachowywała  milczenie,  ale  pozostałej  trójce 

chyba w ogóle to nie przeszkadzało. Rozmawiali o wspólnych przyjaciołach. Jared opowiadał 
również o ostatniej wyprawie do Afryki. Gdy przyjął tę propozycję, Kitty miała zaledwie trzy 
miesiące. 

Wkrótce  dotarli  na  miejsce.  Gdy  mężczyźni  zajęli  się  wypakowywaniem  bagaży  z 

samochodu, Sophie wsunęła się za kierownicę. W końcu to był jej samochód. 

background image

– Hej, dokąd ty się wybierasz? – zawołał Marco. 
– Do domu – odrzekła stanowczo, unikając jego wzroku. – Na pewno chcecie swobodnie 

porozmawiać. Może zostaniesz tu na popołudnie, a potem wszyscy przyjdziecie do mnie na 
kolację?

– Myślałem, że zabierzemy ich gdzieś do restauracji – skrzywił się Marco. 
– Prawdę mówiąc, chyba wolelibyśmy zjeść u Sophie – zawołała Merry zza jego pleców. 

– Oczywiście  jeśli  nie  sprawimy  jej  tym  wielkiego  kłopotu.  Wyprawa  do  restauracji  z 
rocznym dzieckiem to raczej nie jest najlepszy pomysł. 

– To żaden kłopot – zapewniła ją Sophie. – Kolacja będzie gotowa o wpół do siódmej. 

Macie jeszcze mnóstwo czasu, żeby odpocząć. 

– Wspaniale! W takim razie do zobaczenia – zawołała Merry i poszła za mężem. Marco 

ociągał się jeszcze przez chwilę. Wyraz twarzy miał ponury. Sophie nie wiedziała, co mu się 
stało, ale zanim zdążyła zapytać, on powiedział chłodnym, lakonicznym tonem:

– W porządku. Skoro we dwie wszystko już zaplanowałyście, to zobaczymy się o wpół do 

siódmej. 

Nie pocałował nawet Sophie w policzek, tylko odwrócił się i odszedł. 
Sophie  przygotowała  na  kolację  cielęcinę,  pewna,  że  Jared  i  Merry  zechcą  spróbować 

włoskiej kuchni. Potem szybko posprzątała mieszkanie, choć i  tak zwykle lśniło  czystością, 
przebrała się w luźną spódnicę i żółty sweter i na koniec nakryła do stołu. Bardzo uważała, by 
nie  położyć  na  miejscu  Kitty  niczego,  co  mogłoby  się  połamać  albo  potłuc.  Wyjęła  także 
zabawki, które zawsze miała w pogotowiu na wypadek wizyty siostrzeńców. 

Właśnie  te  zabawki  były  pierwszą  rzeczą,  jaką  Merry  zauważyła  po  wejściu  do 

mieszkania. 

– Mam nadzieję, że nie kupowałaś ich specjalnie dla nas! – zawołała. 
– Daję  słowo,  że  nie – zaśmiała  się  Sophie.  – Jestem  najmłodsza  z  siedmiorga 

rodzeństwa. Większość moich braci i sióstr ma dzieci. Przez parę lat zebrała mi się już spora 
kolekcja. 

– Jesteśmy  ci  bardzo  wdzięczni,  że  poświęcasz  nam  tyle  uwagi – mówiła  Merry.  –

Zamierzaliśmy tylko zobaczyć się na krótko z Markiem, ale takiego przyjęcia zupełnie się nie 
spodziewaliśmy. 

– To  żaden  problem – odezwał  się  Marco,  zanim  Sophie  zdążyła  otworzyć  usta.  –

Niewiele mam teraz do roboty. – Te słowa zabrzmiały niespodziewanie gorzko. Marco chyba 
sobie  to  uświadomił,  bo  zaraz  dodał: – Prowadzę  teraz  mało  męczący  tryb  życia.  Żadnych 
komarów ani pijawek, tylko studenci. 

Rozmowa  przy  kolacji  dotyczyła  głównie  dawnych  wypraw.  Jared  i  Marco  pracowali 

razem przy kilkunastu okazjach i za każdym razem, gdy jeden z nich opowiadał jakąś historię, 
drugi  starał  się  go  przebić  jeszcze  bardziej  niewiarygodną  opowieścią.  Sophie  kilkakrotnie 
dostrzegła na twarzy Marka dziwny wyraz i nie wiadomo dlaczego poczuła ochotę, by jakoś 
go pocieszyć. Sięgnęła po jego dłoń i splotła palce z jego palcami. Uścisk dłoni Marka był tak 
silny, że aż skrzywiła się z bólu, ale on chyba w ogóle tego nie zauważył. 

Usłyszała opowieść o tym, jak Jared i Marco zgubili się w dżungli, gdy zerwał się most 

background image

sznurowy przewieszony nad rozpadliną terenu. Opowiedzieli również, jak utknęli na dziesięć 
dni  w  namiocie  podczas  burzy  śnieżnej,  jak  w  amazońskiej  dżungli  spotkali  Indian 
uzbrojonych w dmuchawy ze strzałami zatrutymi kurarą, jak ich kajak przewrócił się w rzece 
pełnej agresywnych hipopotamów i piranii. Marco przypomniał, jak Jared irytował się przed 
sześciu  laty,  gdy  się  dowiedział,  że  osoba  zakwalifikowana  na  wyprawę  do  Wenezueli  jest 
kobietą – chodziło  o  Merry – a  potem  wspominali  wyprawy,  w  których  uczestniczyli  we 
trójkę. 

– A dokąd wybieracie się teraz? – zapytał Marco. Siedzieli w salonie i pili kawę. Kitty 

usnęła wśród zabawek i Merry położyła ją w łóżeczku w gościnnym pokoju. 

Jared i Merry spojrzeli po sobie. Ta wymiana spojrzeń była tak wymowna i intymna, że 

Sophie poczuła się jak intruz. 

– Na Hawaje – odrzekł Jared, obejmując żonę ramieniem. 
– Na Hawaje? A co tam jest takiego ciekawego? – zdziwił się Marco. 
– Jeśli  chodzi  o  pracę,  to  nic  takiego – zaśmiała  się  Merry.  – Jared  będzie  uczył  na 

uniwersytecie, a ja zajmę się opisem tamtejszej flory. Podpisałam już umowę na podręcznik. 

– Natomiast  jeśli  chodzi  o  rodzinę...  – podjął  Jared  z  uśmiechem – to  czekamy  na 

prawdziwe trzęsienie ziemi. Będziemy mieli drugie dziecko. 

Sophie zmusiła się do uśmiechu. 
– Gratuluję! – zawołała, tłumiąc zazdrość. Nie przestała jeszcze żałować, że nie zaszła w 

ciążę  w  czasie  małżeństwa  z  Kirkiem.  Teraz  zaś  nie  wierzyła,  że  pisane  jest  jej  urodzić 
dziecko Marka. 

Ten zaś wzruszył ramionami. 
– To świetnie. Ale... Wybaczcie mi szczerość, ale... czy to nie będzie trochę... nudne?
– Oto słowa prawdziwego kawalera – uśmiechnął się Jared. – Nie, przyjacielu, szczerze 

wątpię,  żebyśmy  mieli  czas  na  nudę.  Sama  Kitty  potrafi  dać  zajęcie  nam  obydwojgu.  Przy 
dwójce chyba zostanę świętym. 

– Ale co z wyprawami? – zapytał Marco z dziwną nutą w głosie. 
Czyżby to była panika? zastanawiała się Sophie. 
– Od  czasu  do  czasu  wybierzemy  się  gdzieś  w  plener – odrzekła  Merry.  – Prawdę 

mówiąc, gdyby to zależało tylko ode mnie, to w ogóle tkwić w jednym miejscu... 

– Ale ja nie mam zamiaru ciągnąć ze sobą dwójki dzieci po całym świecie – przerwał jej 

mąż. – Za kilka lat,  gdy  trochę podrosną, będziemy mogli  się zastanowić, co chcemy robić 
dalej. Hawaje są naszym kompromisem. 

Marco z niedowierzaniem potrząsał głową. 
– Niewiarygodne! Gdybym nie słyszał tego na własne uszy, to nigdy bym nie uwierzył. 
– Ja  powiedziałam  to  samo,  gdy  Jared  po  raz  pierwszy  wystąpił  z  tą  propozycją! –

zaśmiała się Merry. – Ale obiecał mi, że nie będę musiała na zawsze wyrzekać się wyjazdów, 
więc  doszłam  do  wniosku,  że  jakoś  zniosę  kilka  lat  w  trujących  oparach  cywilizacji.  –
Ziewnęła i spojrzała na męża. – Przykro mi, że muszę przerwać tak miłą rozmowę, ale jestem 
zupełnie wykończona. 

– Ja też – stwierdził Jared. – Miło byłoby przegadać całą noc, ale nasz samolot wylatuje 

background image

jutro w południe i musimy się trochę przespać. 

Sophie wstała i zaczęła zbierać filiżanki. 
– Było mi ogromnie miło was poznać. Marco was odwiezie. 
Merry również się podniosła. 
– Pomogę ci – zaproponowała. 
– Nie, dziękuję, poradzę sobie sama – protestowała Sophie, ale Merry już szła za nią do 

kuchni.  Gdy  Sophie  zajęła  się  wkładaniem  brudnych  naczyń  do  zmywarki,  żona  Jareda 
powiedziała:

– Mam nadzieję, że będziecie razem szczęśliwi. Sophie wyprostowała się i spojrzała jej w 

oczy. 

– Dziękuję  za  dobre  życzenia,  ale  ja  i  Marco  jesteśmy  po  prostu  przyjaciółmi.  A  jeśli 

chodzi  o  przyszłość,  to  nawet  nie  próbuję  zgadywać,  co  nam  przyniesie.  – Wzruszyła 
ramionami, uśmiechając się blado. – Mam już wystarczająco wiele doświadczeń z Markiem, 
by wiedzieć, że to, czego się spodziewam, na pewno się nie spełni. 

– To znaczy, że znasz go od dawna?
– Od lat – powiedziała Sophie, sięgając po kolejny talerz. 
– W takim razie na pewno znasz go bardzo dobrze. Jak on sobie teraz radzi? – zapytała 

Merry  cicho.  – Jared  bardzo  się  o  niego  martwił.  Właściwie  dlatego  wybraliśmy  drogę 
wiodącą przez Chicago. 

Sophie spojrzała na Merry i bezradnie wzruszyła ramionami. 
– Nie  potrafię  ci  powiedzieć,  bo  sama  nie  wiem.  Udaje,  że  wszystko  jest  w  porządku, 

chociaż  czasami  czuję,  że  nie  jest.  Ale  on  nie  dopuszcza  mnie  ani  nikogo  innego  na  tyle 
blisko do siebie, by się przekonać, o co tak naprawdę chodzi. 

W oczach Merry zabłysło współczucie. 
– Marco ma bardzo skomplikowaną osobowość, prawda? Wydaje mi się, że nawet Jared 

wie o nim tylko tyle, ile sam Marco zechce mu pokazać. Nigdy nie słyszałam, żeby mówił o 
jakiejś innej kobiecie – dodała, kładąc rękę na ramieniu Sophie. – Widziałam go z kilkoma i 
było  boleśnie  oczywiste,  że  to  tylko  przelotne  przygody.  Teraz,  gdy  poznałam  ciebie, 
rozumiem, dlaczego tak było. Ty przez cały czas tutaj czekałaś na niego. 

– To nie było zupełnie tak... 
– Ale  widzę  po  jego  zachowaniu,  że  bardzo  mu  na  tobie  zależy.  Jared  powiedział  mi 

dzisiaj, że czuje się o wiele lepiej teraz, gdy cię poznał. 

– Tak bardzo martwił się o Marka?
– „Martwił” to za mało powiedziane – rzekła Merry z wahaniem. – Czy Marco opowiadał 

ci o tym wypadku?

Sophie uśmiechnęła się z przymusem. 
– Udało  mi  się  wyciągnąć  z  niego  tylko  kilka  zdań.  Wiem,  że  spędził  noc  samotnie  w 

dżungli, ranny, i że wszyscy pozostali uczestnicy wyprawy zginęli. Ale jeśli chodzi o to, jak 
się  czuje  teraz...  wczoraj  był  u  lekarza  i  znów  powiedział  mi  tylko  tyle,  że  wszystko  w 
porządku. 

Merry potrząsnęła głową ze współczuciem. 

background image

– Nie dziwi mnie to. Nie rozmawia o tym wypadku nawet z Jaredem, a przecież to on go 

znalazł. Wiesz o tym?

Sophie była zdumiona. 
– Nie! Nigdy mi o tym nie mówił. 
– Gdy  tylko  Jared  usłyszał,  że  samolot  się  rozbił,  dołączył  do  grapy  ratowników  i  to 

właśnie  jego  ekipa  znalazła  samolot.  Z  trzech  osób,  które  były  na  pokładzie,  tylko  Marco 
jeszcze  żył.  Z  jego  nogą  musiało  być  naprawdę  niedobrze.  Jared  został  z  nim  w  Ameryce 
Południowej prawie przez miesiąc. Mówi, że gdyby go tam nie było, to lekarze amputowaliby 
tę nogę. 

Sophie  nie  była  zdziwiona,  że  żaden  lekarz  przy  zdrowych  zmysłach  wolał  nie 

sprzeciwiać  się  Jaredowi  Adamsonowi.  Krótkie  streszczenie  wypadków  przyprawiło  ją  o 
dreszcze. Jak Marco musiał się wtedy czuć?

– Nie  może  znieść  ograniczeń,  z  którymi  przyszło  mu  żyć – powiedziała  cicho – choć 

udaje, że nie zwraca na nie uwagi. Chciałabym, żeby wyrzucił z siebie złość, ale on tego nie 
robi. 

Dopiero teraz Sophie  uświadomiła sobie, że  Marco prawie nigdy nie tracił  kontroli  nad 

swoimi emocjami. 

Po  chwili  kobiety  skończyły  sprzątanie  i  dołączyły  do  mężczyzn.  Sophie  bardzo  się 

zdziwiła, gdy Marco wręczył Jaredowi kluczyki do samochodu i wytłumaczył mu, jak dotrzeć 
na miejsce. Jared i Merry mieli wpaść rankiem do mieszkania Sophie i zabrać Marka ze sobą 
na lotnisko. 

Sophie miała nadzieję, że udało jej się nie okazać po sobie niezadowolenia, gdy żegnali 

przyjaciół.  Może  to  było  głupie w  tym wieku  i  w  tej  epoce,  ale  czuła  się  zażenowana,  gdy 
ktoś się dowiadywał, że sypia z mężczyzną, który nie jest jej mężem. Gdy drzwi zamknęły się 
za Adamsonami, stanęła pośrodku salonu i wojowniczo oparła ręce na biodrach. 

– Twoi  przyjaciele  to  bardzo  mili  ludzie.  Cieszę  się,  że  mnie  z  nimi  poznałeś.  Ale  na 

przyszłość wolałabym, żebyś nie afiszował się tak z tym, że sypiasz u mnie. 

– Dlaczego? – zdziwił się Marco. 
Popatrzyła na niego w  milczeniu i dopiero po dłuższej  chwili uświadomiła sobie, że on 

pyta poważnie. 

– Marco... nie chcę, żeby inni wiedzieli, że sypiamy ze sobą. To znaczy, co innego, gdy 

ktoś się tylko tego domyśla, a co innego, gdy słyszy to wprost. 

Marco przyglądał się jej z taką fascynacją, jakby była jakąś wyjątkowo intrygującą formą 

ukształtowania terenu. 

– Twoje zasady są przestarzałe – poinformował ją. – Jared i Meny nie mają nic przeciwko 

temu, że mieszkamy razem. 

– Nie mieszkamy razem – sprostowała. – Tutaj mieszkam ja, a ty gdzie indziej. 
– Tylko na razie. Może już dzisiaj ustalimy datę ślubu? Moglibyśmy jutro rano zaprosić 

Jareda i Meny na nasze wesele. Może udałoby im się przyjechać. 

Sophie zaniemówiła. 
– Czy ty w ogóle słuchasz, co ja mówię? – wybuchnęła. 

background image

– Czasami – odrzekł Marco spokojnie. – Pomijam tylko to, co nie ma żadnego sensu. 
– Marco – westchnęła  Sophie  z  desperacją – naprawdę  nie  podoba  mi  się,  że 

obwieszczasz całemu światu, iż sypiasz u mnie. Czy to ma dla ciebie sens?

– Nie  za  bardzo – odparł.  – Poza  tym  mnie  się  nie  podobało  to,  że  wtrąciłaś  się  i 

zaprosiłaś  moich  przyjaciół  na  kolację  do  siebie,  więc  rachunki  się  wyrównują.  Sophie 
otworzyła usta ze zdumienia. 

– Jak to? Przecież to moje mieszkanie! Nie potrzebowałam twojego pozwolenia!
– Ale miło byłoby, gdybyś przynajmniej zapytała mnie o zdanie – odrzekł z narastającym 

gniewem.  – Pomyśl  tylko,  jak  się  czułem,  siedząc  tutaj  i  słuchając  opowieści  o  dawnych 
czasach?  Czy  sądzisz,  że  lubię,  gdy  mi  się  przypomina,  jak  wiele  jest  rzeczy,  których  już 
nigdy nie będę mógł robić? Do cholery, Sophie, sądziłem, że to rozumiesz!

Sophie  nie  była  w  stanie  wykrztusić  ani  słowa.  To  ona  miała  powody  do  złości,  a 

tymczasem Marco zaczął na nią krzyczeć. 

– Skąd  mam  o  tym  wiedzieć,  skoro  ty  nigdy  nie  mówisz  mi,  co  czujesz? – zapytała  w 

końcu złowróżbnym szeptem. 

Marco zacisnął szczęki, Sophie poczuła, że nie jest w stanie dłużej się hamować. 
– Odkąd ocknąłeś się w tym szpitalu i dotarło do ciebie, że twoje życie musi się zmienić, 

ukrywasz  swoje  uczucia  przede  mną,  przed  swoją  rodziną,  nawet  przed  najlepszymi 
przyjaciółmi!  Dlaczego  nie  zawiadomiłeś  rodziców  o  wypadku?  Czy  potrafisz  sobie 
wyobrazić, co musiała przezywać twoja matka, gdy się dowiedziała, że  jej syn leżał sam w 
szpitalu gdzieś na końcu świata ponad miesiąc? Nie pozwoliłeś im przyjechać w odwiedziny 
nawet później, gdy przechodziłeś rehabilitację! Moja mama mówiła, że twoi rodzice omal nie 
zwariowali ze zmartwienia! – Wzięła głęboki oddech i uspokoiła się nieco. – Marco, nie myśl 
za innych. Nie możesz kontrolować całego świata. 

– Janie... 
– Prawdę mówiąc – przerwała mu z nieoczekiwaną goryczą – gdybyś się tak nie upierał, 

żeby  przez  cały  czas  mieć  nad  wszystkim  kontrolę,  to  już  od  wielu  lat  mogliśmy  być 
małżeństwem!

W  salonie  zapanowało  milczenie.  Sophie  zakryła  usta  ręką.  Nie  mogła  uwierzyć,  że 

powiedziała to na głos. Twarz Marka ściągnęła się jeszcze bardziej. 

– To cię najbardziej boli, tak? To, że nie pozwoliłem ci uwiązać się do jednego miejsca... 
– Nigdy nie zamierzałam cię wiązać! – odkrzyknęła ze łzami w oczach. – Osądziłeś mnie 

bardzo  niesprawiedliwie!  Czekałabym  na  ciebie  albo  pojechałabym  z  tobą  do  dżungli, 
mogłabym  mieszkać  nawet  w  szałasie,  gdybyś  mnie  tylko  o  to  poprosił! – Po  jej  twarzy 
spływały strumienie łez. – Ale ty mnie nigdy o to nie poprosiłeś. Sam podjąłeś decyzję, nie 
pytając mnie o zdanie!

– Chciałem,  żebyś  była  ze  mną – odpowiedział  Marco  znużonym  głosem.  – Nie  masz 

pojęcia, jak bardzo chciałem zabrać cię ze sobą. I przyznaję, że popełniłem błąd. 

Podszedł do niej, wziął ją w ramiona i otarł jej policzki rąbkiem swojej koszuli. 
– Popełniłem błąd – powtórzył. – I będę tego żałował do końca życia. Proszę cię, Sophie, 

nie chcę się z tobą kłócić. Przepraszam, że wpadłem w złość. To był dla mnie trudny wieczór. 

background image

Nie miałem prawa wyładowywać się na tobie. 

– Raz  na  jakiś  czas  dobrze  jest  się  wyzłościć – odrzekła.  Marco  odpowiedział  jej 

uśmiechem,  ale  czuła,  że  znów  się  przed  nią  zamknął.  Nie  miała  pojęcia,  co  on  naprawdę 
myśli. 

– Nie  ma  sensu  się  złościć – powiedział  z  rezygnacją.  – W  żaden  sposób  nie  mogę 

zmienić tego, co jest, ani tego, co było. 

– Ale... 
Marco przytulił ją mocniej. 
– Wolę  spojrzeć  w  przyszłość – powiedział  niskim,  zmysłowym  głosem,  obejmując  jej 

biodra. 

Sophie uniosła głowę i przyjrzała mu się uważnie. Uświadomiła sobie, że tego dnia po raz 

pierwszy Marco na krótką chwilę ukazał jej swój gniew, ukryty pod przykrywką spokojnej, 
opanowanej osobowości. Ona zaś kochała go i dlatego po raz kolejny pozwoliła mu uniknąć 
konfrontacji z przeszłością. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

– Podoba mi się ta twoja Sophie – powiedział Jared. Czekali przy bramce na lotnisku, z 

którego Adamsonowie wkrótce mieli odlecieć. Merry poszła poszukać toalety i zabrała Kitty 
ze sobą, żeby przed lotem zmienić jej pieluchę. 

– Mnie też się podoba moja Sophie – uśmiechnął się Marco. Żałował, że Sophie musiała 

tego dnia iść do pracy. Miło byłoby mieć ją przy sobie, żegnając się z przyjaciółmi. 

– Zdaje się, że jesteście razem od dosyć dawna – rzekł ostrożnie Jared. 
– Niezupełnie – skrzywił  się  Marco.  – Podczas  gdy  ja  włóczyłem  się  po  świecie,  ona 

wyszła za kogoś innego. 

Jared uniósł brwi. 
– I rzuciła go, gdy wróciłeś do domu? 
Marco potrząsnął głową. 
– Nie. On umarł. 
– Aha. To wszystko wyjaśnia. 
– Na przykład, co? – zapytał Marco niepewnie. 
– Wyraz  jej  oczu.  – Przyjaciel  pokiwał  głową.  – Gdy  Sophie  sądzi,  że  nikt  na  nią  nie 

patrzy, pojawia się w nich melancholia. 

Marco poczuł się rozdrażniony tą uwagą. 
– Sophie nie jest smutna. Gdyby nie czuła się szczęśliwa, wiedziałbym o tym. 
– To  tylko  takie  spostrzeżenie – wzruszył  ramionami  Jared.  – Czasami  zdarza  mi  się 

mylić. 

Marco prychnął, ale nie skomentował tego. 
– Sophie i ja znamy się od dziecka. Nie w ten sposób, ty idioto – zirytował się, widząc 

znaczący uśmiech przyjaciela, zreflektował się jednak i dodał: – No, właściwie tak też. Ale 
była za młoda. Nie mogłem ciągnąć jej za sobą po świecie. 

Jared skinął głową i uśmiechnął się jeszcze szerzej. 
– Znam te argumenty. Sam je sobie powtarzałem, gdy poznałem Meny. No i sam widzisz, 

dokąd mnie to doprowadziło. 

Zadowolenie  na  jego  twarzy  świadczyło  jednak  wyraźnie  o  tym,  że  nie  zamieniłby 

takiego życia na żadne inne. 

– No cóż, teraz to już nie ma żadnego znaczenia – rzekł Marco pochmurnie. – I tak już 

nigdzie nie pojadę, więc mogę równie dobrze osiąść w Chicago, żyć w małżeńskim stadle i 
wychowywać gromadę małych włoskich bambino. 

Wzrok obserwującego go Jareda wyostrzył się nagle. 
– Brzmi to tak, jakbyś wybierał się na egzekucję, a nie do ślubu. 
Marco bez powodzenia spróbował się roześmiać. 
– Za długo siedziałeś w buszu i zapomniałeś już, jak się prowadzi uprzejmą rozmowę. 
– To prawda – rzekł Jared z namysłem. – Sophie szaleje za tobą, a jeśli chodzi o ciebie, to 

nawet ślepiec by zauważył, że ją kochasz. Więc w czym właściwie problem?

background image

– Nie ma żadnego problemu. 
Jared  nie  wyglądał  na  przekonanego,  ale  Merry  i  Kitty  właśnie  wróciły  z  toalety, 

przerywając ich rozmowę. Mała rzuciła się ojcu do kolan, domagając się, by wziął ją na ręce. 
Jared  pochylił  się  nad  dziewczynką  i  pochwycił  spojrzenie  przyjaciela.  Marco  pierwszy 
odwrócił głowę. 

Gdy Marco wieczorem wracał do domu, w uszach dźwięczały mu słowa Jareda: „Nawet 

ślepiec by zauważył, że ją kochasz”. 

Może i tak, ale on przecież nie był ślepy, a jakoś do tej chwili nie uświadamiał sobie tego. 

Przyznawał,  że  potrzebuje  Sophie  i  pragnie  jej  ciała.  Cenił  jej  umysł,  szanował  jej  pracę  i 
lubił jej towarzystwo. Słowa przyjaciela jednak zupełnie zmieniły jego punkt widzenia. 

Kochał Sophie. Kochał ją już od bardzo dawna, tylko był zbyt głupi i uparty, by się do 

tego przyznać. Brał miłość, którą ona go obdarzała, i nie zawracał sobie głowy dawaniem jej 
czegokolwiek w zamian. To cud, że ona wytrzymała z nim do tej pory i nie wyrzuciła go za 
drzwi, gdy znów pojawił się w jej życiu. 

Chociaż  niewiele  brakowało.  Sophie  nie  chciała  się  z  nim  wiązać.  Dała  mu  to  do 

zrozumienia bardzo wyraźnie, gdy odwiedził ją pierwszy raz. Nie była jednak w stanie oprzeć 
mu  się.  Markowi  sprawiało  to  satysfakcję,  ale  jednocześnie  czuł  przypływ  dziwnej  pokory. 
Był już najwyższy czas, by jej okazać uczucie. Czuł, że to wystarczy, by jej szczęście stało się 
pełne, by stopić pokłady rezerwy, którą czasami w niej wyczuwał. Nie była pewna jego uczuć 
i dlatego nie czuła się do końca szczęśliwa. Zapewne to właśnie zauważył Jared. 

No  cóż,  to  wszystko  się  zmieni,  gdy  powie  jej,  że  ją  kocha.  Chciał,  by  Sophie  była 

szczęśliwa. 

A jeśli nawet jakaś część jego duszy wciąż będzie opłakiwać to, co minęło, to przecież 

nikt nie musi o tym wiedzieć. Nowe życie będzie musiało mu wystarczyć. 

Sophie usłyszała trzaśniecie drzwi i podniosła głowę znad sterty fotografii. 
– Już jestem – zawołał Marco i po chwili pojawił się w progu. 
Szybko zamknęła pudełko ze zdjęciami i postawiła je na biurku obok kilku innych. 
– Cześć – powiedziała, podnosząc się z podłogi. Porwał ją w ramiona z taką siłą, jakby 

nie widział jej od miesięcy. Gdy zaczął odpinać guziki jej bluzki od góry, ona zrobiła to samo 
od dołu i spotkali się w połowie drogi. Marco obrócił ją tyłem do siebie i oparł o biurko. W 
gorączkowym  pośpiechu  nawet  nie  zauważyli,  ze  strącili  z  blatu  pudełko  ze  zdjęciami. 
Fotografie z szelestem rozsypały się po podłodze. 

Po  krótkiej  chwili  mięśnie  Marka  rozluźniły  się  gwałtownie.  Opadł  na  Sophie, 

przyciskając ją całym swoim ciężarem do biurka. Obydwoje ciężko dyszeli. W końcu Marco 
podniósł głowę. 

– Dobrze się czujesz? – wydyszał prosto do jej ucha. 
– Nie – westchnęła. 
– Nie?
Sophie poruszyła się lekko i Marco natychmiast wypuścił ją z uścisku. 
– Przepraszam – powiedział,  stając  za  jej  plecami.  – Czasami,  gdy  wracam  do  domu, 

background image

pragnę cię tak bardzo, że... 

– Czuję się fantastycznie – przerwała mu. 
– Co?
– Czuję się fantastycznie – powtórzyła. – Absolutnie wspaniale. Nawet nie próbuj mnie 

przepraszać. 

Poczuła jego rękę na swoim ramieniu. Marco porwał ją w objęcia i kuśtykając, zaniósł do 

sypialni.  Tam  położył  ją  na  łóżku,  sam  ułożył  się  obok  niej  i  nakrył  ich  obydwoje  kołdrą. 
Sophie, zadowolona, usnęła w jego ramionach. 

Gdy się obudziła po krótkiej drzemce, uświadomiła sobie z rozbawieniem, że prawie nie 

rozmawiali, nie licząc kilku pośpiesznie zamienionych słów. 

– Czy samolot  Adamsonów  odleciał  punktualnie? – zapytała,  przesuwając  ręką po  jego 

piersi. 

– Tak. Potem pojechałem do Purdue i pracowałem przez resztę dnia. 
– Zazdroszczę im. 
– Czego? Myślisz o małej? Tak, to fantastyczne dziecko. 
Czuła nuta w jego głosie boleśnie ukłuła Sophie. Zawsze, gdy Marco mówił o dzieciach, 

jego głos łagodniał i brzmiał miękko. Byłby wspaniałym ojcem, pomyślała. 

– Kitty jest urocza, ale nie to miałam na myśli – westchnęła. – Zazdroszczę Adamsonom 

wolności.  To  musi  być  coś  wspaniałego  podróżować  do  nowych  miejsc,  spotykać  nowych 
łudzi, mieszkać w różnych strefach klimatycznych i poznawać rozmaite zwyczaje. 

– Nie jest to tak fantastyczne, jak się wydaje na pierwszy rzut oka – mruknął Marco. 
– Ha.  A  teraz  jadą  na  Hawaje.  Hawaje!  Dla  dziewczyny,  która  na  palcach  jednej  ręki 

może  wyliczyć  wszystkie  podróże  poza  granice  własnego  stanu,  to  najbardziej  ekscytująca 
rzecz na świecie!

– Znienawidziłabyś takie życie, gdybyś musiała je prowadzić – powiedział Marco. – Tak 

bardzo tęskniłabyś za rodziną, że oddałabyś wszystko, byłe tylko móc wrócić do domu. 

Sophie  naraz zdała sobie  sprawę, dlaczego  Marco  przyjmuje  postawę  obronną. To  były 

argumenty, £a pomocą których usprawiedliwiał się przed sobą, gdy ją opuścił. 

– Tobie takie życie odpowiadało. Dlaczego z£ mną miałoby być inaczej?
– Bo byłoby. 
– Aha, rozumiem – mruknęła zgryźliwie. 
– Nic  nie  rozumiesz.  Nie  zdajesz  sobie  sprawy,  jak  wielkim  wsparciem  jest  dla  ciebie 

rodzina i jak dobrze człowiek się czuje, żyjąc w otoczeniu bliskich osób – Więc dlaczego ty 
stąd wyjechałeś?

Na  to  Marco  nic  nie  mógł  odpowiedzieć.  Przez  chwilę  milczał,  a  potem  uniósł  się  na 

łokciu i mruknął:

– Czasami za dużo gadasz. 
– Chcesz zmienić temat? – uśmiechnęła się słodko Sophie. 
– Mhm. 
Położył dłoń na jej brzuchu, a potem przesunął ją niżej i zaczął gładzić wewnętrzną stronę 

uda Sophie. 

background image

– Ten temat podoba mi się o wiele bardziej – stwierdził. 
Sophie zarzuciła mu ramiona na szyję. 
– Mnie też. 

Gdy minęła kolejna godzina, w brzuchu Marka rozległo się głośne burczenie. 
– Oho – zaśmiała się Sophie. – Zdaje się, że zaniedbaliśmy niektóre potrzeby ciała. 
– Tak, ale zaspokoiliśmy te najważniejsze – zaśmiał się Marco, podnosząc się z łóżka i 

nakładając spodnie. 

Sophie też wstała i narzuciła na siebie jego koszulkę, która sięgała jej prawie do kolan. 

Marco  objął  ją  ramieniem  i  razem  poszli  do  kuchni.  Poczucie  bliskości,  jakie  pojawiło  się 
między nimi, sprawiło, że łzy napłynęły do oczu Sophie. Marco jednak niczego nie zauważył. 
Przy drzwiach gościnnej sypialni zatrzymał się i pociągnął ją za rękę. 

– Co za bałagan. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem?
Sophie  tylko  się  roześmiała,  ale  gdy  Marco  chciał  podejść  do  biurka,  pociągnęła  go  za 

rękę. 

– Zostaw to. Posprzątam później. Teraz chodźmy coś zjeść. 
Ale było już za późno. Marco pochylił się nad fotografiami i zaczął je przeglądać. Sophie 

wiedziała, co zobaczył na tych zdjęciach: siebie sprzed lat. Kiedyś zawsze nosiła przy sobie 
aparat fotograficzny i robiła zdjęcia przy każdej okazji. Tylko one jej pozostały, gdy Marco 
wyjechał. 

Po dłuższej chwili podniósł głowę. 
– Zachowałaś wszystkie te zdjęcia? – zapytał ze zdziwieniem. 
W milczeniu skinęła głową. Nigdy nie potrafiła się zdobyć na to, by je wyrzucić, chociaż 

pilnowała, żeby Kirk ich nie zobaczył; nie zasłużył sobie na to, by go tak ranić. 

– Dlaczego? – zapytał cicho Marco. Sophie wzruszyła ramionami. 
– Dawały mi złudzenie bliskości, gdy nie widziałam cię przez dłuższy czas. 
Wyjęła pudełko z jego rąk i zamknęła pokrywkę. Odwróciła się, chcąc znów postawić je 

na biurku, ale Marco stanął tuż przed nią. 

– Ja nie potrzebowałem zdjęć – powiedział, obejmując ją. – Gdy chciałem cię zobaczyć, 

po  prostu  wyobrażałem  sobie  twoją  twarz.  Robiłem  to  nawet  wtedy,  kiedy  nie  chciałem  o 
tobie  myśleć.  Wiesz,  kiedyś  pewna  kobieta  rzuciła  we  mnie  kryształowym  wazonem,  bo 
nazwałem ją „Sophie” podczas... – Zamilkł, zmieszany. – No cóż, w każdym razie nie była z 
tego powodu szczęśliwa. 

– Przykro mi – mruknęła Sophie, wysuwając się z jego ramion. – Mam nadzieję, że trafiła 

celnie. 

Poczuła  się  zraniona.  Wiedziała,  że  w  życiu  Marka  przez  te  wszystkie  lata  były  inne 

kobiety. Merry Adamson mówiła o nich bez ogródek. Ale aż do tej pory nie wydawały się jej 
rzeczywiste. 

– Sophie, ja... 
Wyciągnęła w jego stronę rozpostartą dłoń. 
– Przestań! Nic nie mów. Dałeś mi jasno do zrozumienia, że nic nas nie wiąże. Obydwoje 

background image

byliśmy wolni. 

Obróciła się na pięcie i poszła do drzwi. 
– Idę podgrzać coś na kolację – rzuciła z furią. 
W kuchni zajęła się nakrywaniem do stołu. W chwilę później Marco dołączył do niej. Ani 

słowem nie wrócił do poprzedniej rozmowy. Podczas kolacji prawie nie rozmawiali, zamienili 
jedynie kilka zdawkowych, uprzejmych słów. Marco pomógł jej posprzątać ze stołu i włożyć 
naczynia do zmywarki.  Uderzyło ją, że  zawsze  pomagał w kuchni, nigdy nie  oczekiwał, że 
ona będzie go obsługiwać. W gruncie rzeczy często działo się odwrotnie. Marco był niezłym 
kucharzem i czasami przyrządzał kolację przed jej powrotem z pracy. 

Zatrzymała na nim wzrok. Sięgał właśnie na półkę po kieliszki do wina. Nawet ze ścierką 

przewieszoną  przez  ramię  był  nieopisanie  męski.  Miał  na  sobie  szorty  w  kolorze  khaki. 
Przestała już zauważać jego pokryte bliznami kolano. 

Naraz  do  oczu  napłynęły  jej  łzy.  Odwróciła  się  szybko,  by  je  ukryć.  Czasami  miała 

ochotę go udusić, ale przecież go kochała. Kochała go przez całe swoje życie. Jak mogłaby 
się go wyrzec?

Odpowiedź jednak była prosta. Musiała to zrobić. 
Wiedziała,  że  pewnego  dnia  on  znów  odejdzie,  a  wtedy  ona  pożegna  go  z  uśmiechem, 

choćby serce jej miało pęknąć. Weszła w ten związek z otwartymi oczami i wiedziała, czego 
może  oczekiwać.  Była  pewna,  że  Marco  przestanie  mówić  o  małżeństwie,  gdy  jego  noga 
stanie się w miarę sprawna i uświadomi sobie, że nie musi spędzać całego życia w Chicago. 
Sophie  nie  wierzyła,  by  podróże  już  na  zawsze  miały  się  stać  dla  niego  zamkniętym 
rozdziałem życia. 

Pozwalał jej na uniki, godził się z jej rezerwą, aż do chwili gdy zgasili światło i ułożyli 

się do snu. Jednak tutaj, w łóżku, nie zamierzał pozwolić się zignorować. 

Wyciągnął dłoń, wziął ją za rękę i poczuł, jak dotyk jej drobnych palców rozluźnia obręcz 

zaciśniętą  wokół  jego  serca.  Nie  chciał  jej  ranić.  Każde  z  nich  w  ciągu  ostatnich  lat 
przemierzało swoją drogę i Marco doszedł do wniosku, że już czas stawić temu czoło. 

– Jaki był twój mąż? – zapytał i poczuł, że Sophie zesztywniała. 
– Łagodny. Delikatny. Rozważny. A dlaczego pytasz?
– Po prostu jestem ciekaw. – Wzruszył ramionami. – Mówiłaś, że to małżeństwo trwało 

około roku?

– Szesnaście  miesięcy,  jeden  tydzień  i  dwa  dni.  Marco  poczuł  się  wstrząśnięty  tą 

precyzją. Sophie nie okazywała po sobie tego, by zbyt wiele myślała o innych mężczyznach, 
nawet o mężu. Nie podobało mu się to, chociaż wiedział, że to idiotyczne. 

– Mówiłaś, że był farmerem – podsunął. 
– Zamierzał  prowadzić  farmę – sprostowała.  – Przez  pewien  czas  po  ślubie  pracował 

tutaj, w Chicago. 

– Kochałaś go?
Usiadła i spojrzała na niego tak, jakby się zastanawiała, czy się nie przesłyszała, a potem 

wyskoczyła z łóżka tak szybko, że nie zdążył jej zatrzymać. 

background image

– Po co ci te pytania? – zawołała z furią, jakiej Marco jeszcze u niej nie widział. – Czego 

właściwie chcesz się dowiedzieć? Ciekaw jesteś, czy Kirk był jedynym mężczyzną w moim 
życiu  oprócz  ciebie?  Czy  był  dobrym  kochankiem?  Czy  go kochałam? – Zamilkła  i  wzięła 
głęboki oddech. – Dobrze, proszę bardzo. Tak, Kirk był moim jedynym kochankiem oprócz 
ciebie. Za pierwszym razem rozpłakałam się, a on nie wiedział, dlaczego. Myślał, że sprawił 
mi  ból.  Aleja  płakałam  dlatego,  że  on  nie  był  tobą,  bo  zawsze  sobie  wyobrażałam,  że  ty 
będziesz jedynym mężczyzną, który... 

– Sophie... 
Ona jednak nie przerywała. 
– Tak,  był  dobrym  kochankiem.  Jak  dla  mnie  wystarczająco  dobrym,  choć  nie 

przeżywałam z nim nawet w przybliżeniu tego, co z tobą. 

W kącikach jej oczu zebrały się łzy. Po chwili zaczęły spływać po policzkach. 
– A czy go kochałam? – ciągnęła. – Tak, w pewien sposób. Ale nie tak, jak ciebie. 
Marco wyciągnął do niej ramiona, ale odepchnęła go. 
– Czy to cię uszczęśliwia? To, że moje małżeństwo składało się z trzech osób, a jedną z 

nich  byłeś  ty?  Czy  możesz  sobie  wyobrazić,  jak  bardzo  się  czuję  winna  z  tego  powodu? 
Wyszłam za wspaniałego, opiekuńczego mężczyznę, którego nie kochałam, i mój mąż zmarł, 
nie wiedząc o tym, że to nie on był panem mojego serca!

Marco  znów  wyciągnął  ręce  i  przyciągnął  ją  do  siebie,  chociaż  się  wyrywała,  głośno 

szlochając. Utulił ją w ramionach i kołysał jak dziecko. Gdy trochę się uspokoiła, pociągnął ją 
na łóżko i posadził sobie na kolanach. 

– Gdzieś w głębi duszy zawsze przypuszczałem, że gdy wrócę do domu, będziesz na mnie 

czekała – powiedział  z  trudem.  Wyznania  nie  przychodziły  mu  łatwo.  – Byłem  głupim 
egoistą, myliłem się i nie mam prawa do zazdrości. Ale jestem zazdrosny. 

Sophie westchnęła z rozdzierającym smutkiem. 
– Gdybyś wiedział, ile nocy spędziłam, żałując, że te ramiona, które mnie obejmują, nie 

są twoje... 

Marco  nie  płakał  już  od  wielu  lat,  nawet  wtedy,  gdy  leżał  w  szpitalu  i  groziła  mu 

amputacja nogi. Teraz jednak poczuł ściskanie w gardle. Mocniej objął Sophie i pocałował ją 
w czoło. 

– Tak mi przykro, kochanie. 
– Kirk oświadczył mi się w walentynki, w rok po skończeniu college’u. Nie wiedziałam, 

co  mu  odpowiedzieć.  Przyjaźniliśmy  się  od  pierwszego  roku  i  od  czasu  do  czasu 
spotykaliśmy się po zajęciach. – Wzięła głęboki oddech i spojrzała mu w oczy. – Aleja wciąż 
czekałam na ciebie. Nie miałam od ciebie żadnych wiadomości od czasu, gdy... od tamtego 
dnia,  gdy  się  kochaliśmy,  ale  nadal  byłam  przekonana,  że  kiedyś  po  mnie  wrócisz.  –
Potrząsnęła głową, zdumiona własną naiwnością, i mówiła dalej: – Gdy Kirk zaproponował 
mi małżeństwo, byłam bardzo zaskoczona. Od jakiegoś czasu krążył wokół tego tematu, ale 
nigdy mu niczego nie obiecywałam. Gdy jednak  usłyszałam jego propozycję, poczułam się, 
jakby ktoś  wylał  mi  na  głowę  kubeł  zimnej  wody.  Uświadomiłam  sobie,  że  marnuję  życie, 
czekając na mężczyznę, który prawdopodobnie ani razu o mnie nie pomyślał od chwili, gdy 

background image

widzieliśmy się po raz ostatni, i że to może być moja jedyna szansa na szczęście. 

– Myślałem  o  tobie – powiedział  Marco  cicho.  – Nic,  co  powiem,  nie  może  zmienić 

przeszłości, ale gdy myślałem o ułożeniu sobie życia, oczami duszy zawsze widziałem wtedy 
ciebie. 

– Ale ja o tym nie wiedziałam – stwierdziła Sophie. 
– Dlatego  po  tygodniu  opłakiwania  swoich  marzeń  zgodziłam  się  za  niego  wyjść. 

Wzięliśmy  ślub  w  maju.  – Zsunęła  się  z  kolan  Marka,  podeszła  do  komody  i  bezmyślnie 
zaczęła obracać w palcach grzebień w srebrnej oprawce. Gdy znów stanęła twarzą do niego, 
oczy  miała  pociemniałe,  pełne  rozpaczy.  – Pewnego  dnia,  gdy  wróciłam  do  domu,  Kirk 
siedział  w  kuchni.  Od  razu  poczułam,  że  stało  się  coś  bardzo  złego.  Przyjaźniliśmy  się 
przecież od sześciu lat. Nie potrafił niczego przede mną ukryć. 

Marco  wyciągnął  rękę.  Po  chwili  wahania  Sophie  podeszła  bliżej,  ujęła  ją  i  usiadła  na 

łóżku obok niego. 

– Wkrótce  po  ślubie  Kirk zaczął  odczuwać  bóle  w  plecach.  Myślałam,  że  to  minie,  ale 

okazało się, że było coraz gorzej. Nic mi nie mówił, bo nie chciał mnie martwić. W końcu, 
gdy ból stawał się nie do zniesienia, poszedł do lekarza. Spodziewał się, że to jakieś problemy 
z kręgosłupem, że wypadł mu dysk albo coś w tym rodzaju i że wystarczy nastawienie wraz z 
serią masaży... ale okazało się, że to rak. Były już przerzuty. Miał wielki guz w podbrzuszu, 
który powodował bóle pleców. Również i w innych miejscach... 

Głos  Sophie  brzmiał  spokojnie  i  rzeczowo.  Marco  uświadomił  sobie,  że  tę  część 

opowieści musiała powtarzać już wielokrotnie w przeszłości. 

– Rozpoczął  leczenie,  ale  lekarze  nie  robili  mu  zbyt  wielkich  nadziei.  W  najlepszym 

wypadku pozostało mu kilka lat. Następnej jesieni, na początku października, zachorował na 
grypę i to był początek końca. W trzy tygodnie później zmarł. 

Marco odchrząknął. Nie miał pojęcia, co powiedzieć;
chciał ulżyć cierpieniu Sophie, ale czuł się zupełnie bezradny. 
– Do niedawna żałowałam, że nie umarłam razem z nim. 
Marco poczuł się wstrząśnięty. Uścisnął jej palce i powiedział cicho:
– Cieszę się, że tak się nie stało. I przykro mi, że Kirk zmarł. 
Po  raz  pierwszy  wymienił  imię  jej  męża.  Dotychczas  unikał  myślenia  o  nim,  ale  już 

dłużej nie mógł tego robić. Sophie powierzyła mu swój największy ból, najbardziej mroczne 
wspomnienia, i od tej pory te wspomnienia należały również i do niego. 

Usiadła mu na kolanach i zarzuciła ramiona na szyję. 
– Kochaj mnie – szepnęła. – Potrzebuję cię. 
Objął ją mocno i przytulił. Chciał jej powiedzieć, jak bardzo ją kocha, ale wyczuwał, że 

Sophie potrzebuje czasu, by uporządkować kłębiące się w niej uczucia, by się przekonać, że 
jest  żywa,  że  on  również  jest  żywy  i  że  to,  co  istnieje  między  nimi,  jest  prawdziwe.  Jutro, 
pomyślał. Powiem jej o tym jutro. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Marco zaprosił Sophie na kolację. 
Przystanęła  na  schodkach  przed  jego  domem  i  spojrzała  na  zegarek.  Umówili  się  na 

szóstą, ale przyszła o kilka minut za wcześnie. 

Wygrzebała  z  torebki  klucz,  który  Marco  dał  jej  przy  pierwszej  wizycie,  i  weszła  do 

środka. 

Marco  nie  włożył  zbyt  wiele  wysiłku  w  urządzenie  tego  mieszkania.  Stała  tu  tylko 

skórzana  kanapa,  dwa  stoliki  z  mosiądzu  i  szkła  oraz  lampa.  W  kuchni  Sophie  znalazła 
jedynie stół i dwa taborety. 

Marco nigdy nie powiedział tego wprost, ale Sophie wiedziała, że nie przywiązywał wagi 

do urządzania tego miejsca, bo spodziewał się, że nie pozostanie tu długo. Robił wszystko, co 
było w jego mocy, by Sophie zgodziła się jak najszybciej wyjść za niego. 

Znajoma  obręcz  zacisnęła  się  wokół  jej  serca.  Przez  ostatnich  kilka  tygodni  Marco 

prowokował,  błagał,  przekonywał  i  wysuwał  wciąż  nowe  argumenty  przemawiające  za  ich 
małżeństwem.  Sophie  zaczęła  się  przyłapywać  na  nadziei,  że  ich  związek  może  się  okazać 
trwały.  Marco  na  każdym  kroku  okazywał  jej  swoją  troskę  i  uczucie,  opiekował  się  nią,  i 
Sophie powoli zaczynała wierzyć w jego miłość. Nie powiedział, że ją kocha, ale wiedziała, 
że takie wyznanie nie przyjdzie mu łatwo. Przez wiele lat wiódł życie samotnika, a poza tym 
nigdy nie robił niczego bez uprzedniego dokładnego przemyślenia. 

Czy jej nadzieje były zbyt wielkie? Wolała zachować ostrożność. 
Ostatniej  nocy  Marco  był  czuły  i  delikatny.  Sophie  wciąż  jeszcze  była  rozbita 

wewnętrznie po zwierzeniach na temat Kirka, ale współczucie Marka złagodziło jej ból. Gdy 
po południu zadzwonił i zaprosił ją na kolację, w pierwszej chwili chciała zaproponować, by 
raczej zostali w domu. Nie miała jednak siły gotować; Marco chyba też nie. 

Poszła do łazienki, umyła ręce i twarz i uczesała się. Przyszła tu prosto z pracy i czuła się 

nieco  nieświeżo,  ale  nie  miała  już  czasu,  żeby  wpaść  do  domu.  Przechodząc  korytarzem, 
zauważyła,  że  drzwi  do  gościnnej  sypialni  są  uchylone.  Wiedziała,  że  Marco  używa  tego 
pokoju jako gabinetu. Zaledwie przed tygodniem kupił na aukcji lśniące mahoniowe biurko. 
Weszła do środka, by jeszcze raz popatrzeć na ów mebel. 

Jej  uwagę  przyciągnęło  jednak  coś  innego.  Całą  podłogę  pokrywały  podarte  strzępy 

papieru. Niektóre kawałki były zmięte w kulę, inne tylko przedarte na pół. Cóż to mogło być? 
Uklękła  i  z  uśmiechem  zaczęła  zgarniać  papiery  na  jeden  stos.  W  jej  mieszkaniu  Marco 
bardzo dbał o porządek; rozbawiło  ją to, że  u siebie był takim  bałaganiarzem. Mimowolnie 
zerknęła na kilka trzymanych w ręku kartek i jej uśmiech przygasł. 

„Nazwisko: Marco C. Esposito... dr... Uniwersytet Stanforda... proszę wypełnić wszystkie 

części kwestionariusza...”

Spojrzała na inny kawałek papieru. 
„Badania  aktywności  sejsmicznej...  Universidad  de  Buenos  Aires…  wyprawa 

geologiczna do Egiptu... Royal Melbourne Institute of Technology... trzymiesięczny kontrakt. 

background image

.. rekonstrukcja i interpretacja historii jeziora... ekspedycja częściowo finansowana z funduszy 
Uniwersytetu w Edynburgu...”

Co to, do diabła, jest... ?
Naraz zrozumiała  i  z  wrażenia przestała oddychać. Czuła  się tak, jakby na  jej piersiach 

leżał stukilogramowy głaz. Powoli obróciła głowę i rozejrzała się po pokoju. 

Otaczały ją marzenia Marka... marzenia, w których nie było dla niej miejsca. Dziesiątki 

wypełnionych  ankiet  i  kwestionariuszy  dla  kandydatów  na  członków  ekspedycji 
geologicznych  prowadzonych  daleko  od  domu...  Wszystkie  rubryki  wypełnione  były 
równymi,  drukowanymi  literami.  Było  tu  wszystko,  od  nazw  szkół,  do  których  Marco 
uczęszczał,  aż  po  przebieg dotychczasowej  pracy.  Jedynie  rubryki  dotyczące  stanu  zdrowia 
fizycznego były puste, wyróżniając się tym na tle pozostałych. 

Niedowierzanie i odrętwienie Sophie przeszły w dojmujący ból. A więc przez cały czas, 

gdy  trwał  ich  romans,  Marco  marzył  o  wyrwaniu  się  z  Chicago  i  o  powrocie  do  dawnego 
życia.  Ona  zaś  była  dla  niego  tylko  środkiem  do  odciągnięcia  uwagi  od  ograniczeń,  jakie 
nakładała na niego niesprawna noga. Śmietnik w pokoju świadczył o cierpieniu, które Marco 
starannie  przed  nią  ukrywał.  Nie  chciał  się  dzielić  z  nią  swoimi  najgłębszymi  uczuciami, 
jakby to, co ich łączyło, nie było dla niego zbyt istotne. I przypuszczała, że taka właśnie jest 
prawda.  Marco  nigdy  nie  wpadał  w  złość.  Kilkakrotnie  widziała,  jak  powściągał  emocje  i 
chował  je  przed  nią  w  jakimś  tajemnym  zakamarku  duszy,  zasłaniając  się  przykrywką 
uwodzicielskiego uroku. Zamykał się przed nią po to, by móc w spokoju robić swoje, tak jak 
przez całe życie. 

W pokoju było ciepło, ale Sophie poczuła przejmujący chłód. Objęła kolana ramionami i 

siedziała na podłodze, kołysząc się bezmyślnie w przód i w tył. Była tak wstrząśnięta, że nie 
zdawała sobie sprawy, że czeka na przynoszące ulgę łzy, które jednak nie chciały popłynąć. 

Rozpromieniony  Marco  otworzył  drzwi,  trzymając  jedną  rękę  za  plecami.  Sophie 

uwielbiała  te  czekoladki  i  był  pewien,  że  to  pudełko  spodoba  jej  się  szczególnie.  W  końcu 
odebrał  zamówiony  pierścionek.  Przygotowania  do  niezapomnianego  wieczoru  zajęły  mu 
cały dzień. Pierścionek ukryty był w pudełku z czekoladkami; w drugiej ręce Marco trzymał 
torbę  ze  świecami  i  szampanem  oraz  bukiet  kwiatów,  który  właśnie  odebrał  z  kwiaciarni. 
Czekanie  miało  się  wreszcie  skończyć.  Tego  wieczoru  zamierzał  oficjalnie  oświadczyć  się 
Sophie, powiedzieć, że ją kocha i wyznaczyć datę ślubu. 

Nie było jej w salonie ani w kuchni. Marco zmarszczy! brwi. Położył torbę na podłodze i 

poszedł  dalej.  Może  postanowiła na  chwilę  się  położyć.  Rankiem  wyglądała na  zmęczoną  i 
wyczerpaną. Przez cały dzień martwił się o nią. 

Gdy przechodził obok gabinetu, jakiś dźwięk przyciągnął jego uwagę. Zwolnił, a potem 

zatrzymał się, ogarnięty niedobrym przeczuciem. Drzwi były uchylone. Zwykle je zamykał. 
Nacisnął klamkę i wszedł. 

Sophie siedziała skulona na podłodze, a obok niej stał kosz na śmieci. 
– Co ty tutaj robisz? – zapytał zaskoczony Marco. Nie odpowiedziała. 
– Te drzwi były zamknięte – ciągnął Marco, czując, jak wzbiera w nim złość. – Czego tu 

background image

szukałaś?

Podniosła głowę i napotkała jego spojrzenie. Oczy miała szkliste, bez wyrazu. 
– Przepraszam – powiedziała  cichym,  bezbarwnym  głosem.  – Drzwi  były  otwarte. 

Chciałam posprzątać... 

Potrząsnęła głową, jakby zapomniała,  co chciała  powiedzieć. Powoli,  ostrożnie, niczym 

staruszka, wstała i podeszła do drzwi. Z jej spódnicy osunęło się na podłogę kilka skrawków 
papieru. 

Marco stał w progu jak skamieniały. A więc widziała te ankiety, które wypełniał, a potem 

darł  na  strzępy  podczas  pierwszych  dni  spędzonych  w  tym  mieszkaniu.  Co  jej  się  stało? 
Dlaczego tak się zachowuje?

– Sophie?
– Idę do domu – odpowiedziała ze znużeniem. – Proszę, przepuść mnie. 
– Nigdzie cienie puszczę, dopóki mi nie wyjaśnisz, co sobie pomyślałaś – rzekł Marco z 

pozornym spokojem, choć w jego duszy szalała panika. 

Sophie na krótką chwilę przymknęła oczy, a gdy znów je otworzyła, Marco ujrzał w nich 

porażającą bezradność. 

– Myślę, że znowu okazałam się głupia i naiwna. 
– Dlaczego?
– Bo powinnam się niektórych rzeczy nauczyć już parę lat temu, gdy wyjechałeś. 
– Przecież teraz nigdzie nie wyjeżdżam. 
– Za  to  ja  wyjeżdżam – powiedziała  Sophie,  biorąc  głęboki  oddech.  – Nie  chcę,  żebyś 

traktował  mnie  jak  zabawkę,  która  pozwala  ci  na  chwilę  zapomnieć,  że  już  nie  możesz 
podróżować. Zasługuję na coś więcej. 

– Nie  możesz  wyjechać! – wykrzyknął  Marco  z  desperacją.  – Nie  jesteś  dla  mnie 

zabawką! To,  co się dzieje  między nami, jest dla  mnie bardzo ważne!  Nie  rozumiesz  tego? 
Moje  życie,  to  życie,  jakie  wiodłem  wcześniej,  już  nie  istnieje.  Nigdy  już  nie  będę  mógł 
wyjechać. Przez resztę swoich dni będę siedział za biurkiem!

– A ja pozwalam ci o tym na chwilę zapomnieć. 
– To nieprawda!
– Nie? – zapytała,  wskazując  ręką  pomięte  papiery.  – W  takim  razie  co  to  jest?  Czy 

możesz mi spojrzeć w oczy i szczerze powiedzieć, że wróciłbyś tutaj, do mnie, gdyby nie ten 
wypadek?

Cisza  w  pokoju  przedłużała  się.  Oczy  Sophie  stawały  się  coraz  bardziej  matowe  i 

nieprzeniknione.  Marco  nie  był  w  stanie  skłamać.  Dopóki  nie  wrócił  do  domu,  nie  zdawał 
sobie sprawy, jak bardzo potrzebuje Sophie. 

– To  nie  ma  znaczenia,  dlaczego  wróciłem – powiedział  w  końcu.  – Jestem  tutaj  i 

zamierzam tu pozostać. Weźmiemy ślub i stworzymy rodzinę. 

Sophie jednak potrząsnęła przecząco głową. 
– Nie, Marco. 
– Musisz się zgodzić – nalegał, poruszony jej stanowczością. Nie mógł jej teraz stracić! –

Jesteś jedyną kobietą na świecie, którą wyobrażam sobie jako matkę moich dzieci!

background image

Sophie wyraźnie skurczyła się. Marco miał ochotę ją objąć, ale widział, że ona resztkami 

sił zachowuje spokój. 

– Marco,  ty  nie  jesteś  typem  ojca  rodziny – powiedziała  cicho.  – Nie  ma  sensu  się 

oszukiwać, że jest inaczej. 

Pochyliła głowę i coś w wyrazie jej twarzy powiedziało Markowi, że nie ma sensu teraz 

jej przekonywać. Sophie odgrodziła się murem od wszelkich argumentów. 

Powoli odsunął się od drzwi. Sophie natychmiast wybiegła z pokoju. Usłyszał trzaśniecie 

drzwi wejściowych, a potem warkot silnika. 

Jak  bardzo  się  myliła! Przez  cały  czas  zdawał  sobie  sprawę  z  jej  rezerwy,  ale  od  kilku 

tygodni ten mur zaczął się kruszyć. Dopiero teraz, poniewczasie, Marco zrozumiał, jak cenny 
dar otrzymał. Kiedyś bardzo ją zranił. Teraz dostał jeszcze jedną szansę, ale zamiast prosić, 
próbował żądać. 

Brał, brał, przez cały czas brał od niej i prawie nic nie dawał w zamian. Nie powiedział jej 

nawet, że ją kocha. A gdyby spróbował zrobić to teraz, na pewno by mu nie uwierzyła. 

Gdy tak stał w progu i patrzył na zaścielające podłogę skrawki papieru, dotarło do niego, 

że to, czego pragnie, nie znajduje się gdzieś na drugim końcu świata. To coś przez cały czas 
czekało na niego tutaj, w Chicago, on zaś był zbyt głupi, by to w porę zrozumieć. 

Na przemian chodził po pokoju i siadał przez resztę wieczoru. Wiedział, że powinien dać 

Sophie trochę czasu. Nie było sensu jechać do niej jeszcze tego samego dnia. 

Spał  źle  i  bardzo  krótko.  Gdy  się  rozwidniło,  szybko  wziął  prysznic  i  ubrał  się,  nie 

zawracając sobie głowy śniadaniem. Miał nadzieję, że jeśli się pośpieszy, to uda mu się zastać 
Sophie w domu jeszcze przed wyjściem do pracy. 

W  drodze  do  jej  mieszkania  nastrój  zaczął  mu  się  poprawiać.  Powie  jej,  że  ją  kocha. 

Będzie musiała go wysłuchać. Wytłumaczy, że wypełniał te wszystkie ankiety kilka tygodni 
temu,  wkrótce  po  powrocie  do  domu,  zanim  jeszcze  sobie  uświadomił,  że  wszystko,  czego 
pragnie,  znajduje  się  tutaj.  Nie  miał  zamiaru  tracić  już  ani  jednego  dnia.  Chciał  zaraz 
rozpocząć życie z kobietą, którą kochał. 

Nie było jej w domu. 
Poczuł  głębokie  rozczarowanie,  ale  nie  wpadł  w  panikę.  Wiedział,  że  Sophie  czasami, 

wychodziła do pracy wcześniej. Jeśli spała równie źle jak on, to zapewne tak właśnie zrobiła, 
pomyślał i pojechał do centrum. 

Ale tu również czekała go niespodzianka. Sophie nie było w pracy. 
– Przykro mi – powiedziała uprzejma kobieta z przypiętą do piersi plakietką z imieniem 

„Josephina”. – Sophie wzięła kilka tygodni urlopu. Czy mogę jej coś przekazać?

Nie,  Josephina  nie  mogła  nic  przekazać  Sophie.  Marco  wsiadł  do  samochodu  i  znów 

skierował się na północny zachód. W myślach miał zamęt. Gdzie ona się podziewa? Przecież 
nie mogła tak po prostu wyjechać, bez uprzedzenia. 

Jej matka nie miała o niczym pojęcia. Nikt z rodziny nie wiedział, co się stało z Sophie, 

ale  gdy  usłyszeli  o  jej  zniknięciu,  wszyscy  bardzo  się  zmartwili.  Do  poczucia  winy  Marka 
dołączyły się dodatkowe wyrzuty sumienia. 

Nie pozostało mu nic innego, jak tylko wrócić do domu. 

background image

O ósmej wieczorem zadzwonił telefon. Marco przez cały dzień miał nadzieję, że Sophie 

w końcu się odezwie. Zerwał się na równe nogi i podbiegł do aparatu. 

Ale  to  nie  była  Sophie,  tylko  jej  siostra,  Vee.  Marco  słuchał  w  odrętwieniu,  jak  Vee 

wyjaśniała mu chaotycznie, urywanymi zdaniami, że Sophie zadzwoniła do rodziny i prosiła, 
by  przekazali  mu,  że  jest  cała  i  zdrowa,  nic  jej  się  nie  stało,  ale  zastrzegła,  że  nie  mogą 
powiedzieć mu, gdzie ona jest. 

W  milczeniu  odłożył  słuchawkę.  Odkąd  pamiętał,  Sophie  zawsze  czekała  na  niego, 

kochała go, po prostu była, gdy jej potrzebował. Ta pewność zachwiała się po raz pierwszy, 
gdy usłyszał ojej małżeństwie, ale nawet wtedy wątpliwości szybko minęły. Wystarczyło, że 
wziął ją w ramiona i wszystko wróciło do normy. 

A teraz Sophie zniknęła z jego świata i wszystko inne przestało mieć znaczenie. 

Wisconsin  było  ładniejsze  latem  niż  jesienią,  gdy  bywała  tu  poprzednio.  Domek  stał 

wśród drzew, na brzegu jeziora. Sophie jednak była zupełnie ślepa na uroki otoczenia. 

Wiedziała, że pewnego dnia ból stanie się mniejszy. Gdy choć na chwilę przestawała to 

sobie  powtarzać,  natychmiast  ogarniała  ją  pokusa,  by  wypłynąć  na  środek  jeziora  i  już  nie 
wrócić. Ale jej życie już raz legło w gruzach i przetrwała to, ból zaś z czasem minął. Choć 
każda myśl o Marku sprawiała, że chciało jej się wyć z rozpaczy, choć nie czuła się tak podle 
nawet po śmierci Kirka, była pewna, że przetrwa i to. 

Myśli  o  Marku  nie  opuszczały  jej  w  dzień  ani  w  nocy.  Tysiące  drobiazgów  wciąż 

przypominały jej o nim. Wystarczył widok nietypowej grupy skał, jakieś zdanie usłyszane w 
telewizji,  szerokie  ramiona  przypadkowo  ujrzanego  mężczyzny.  Śnił  jej  się  po  nocach. 
Czasami  w  tych  snach  był  czuły,  czasami  odpychał  ją  z  gniewem.  Zawsze  budziła  się  na 
poduszce mokrej od łez, z opuchniętymi oczami. 

Minęło  sześć  tygodni.  Lipiec  minął  i  nadszedł  sierpień.  Sophie  dzwoniła  do  rodziny  w 

każdą  niedzielę.  W  domu  wszystko  było  w  porządku,  wszyscy  za  nią  tęsknili  i  prosili,  by 
wróciła. I wszyscy starannie unikali najmniejszej wzmianki o Marku czy o czymkolwiek, co 
miało z nim jakiś związek. 

Pewnego  dnia  zadzwonił  telefon.  Sophie  uniosła  głowę  znad  czytanej  książki  i  ze 

zdumieniem spojrzała na aparat. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że powinna podnieść 
słuchawkę. 

Kto  mógł  do  niej  dzwonić  tak  wcześnie  rano?  Nie  znała  nikogo  w  okolicy.  Rodzina 

telefonowała  rzadko,  a  jeśli  już,  to  zawsze  wieczorem.  Poczuła  niepokój.  Czyżby  w  domu 
stało się coś złego?

Podbiegła do telefonu i podniosła słuchawkę. 
– Halo?
– Halo, Sophie? – zapytał nieśmiały, drżący głos, którego nie rozpoznała. – Mówi Dora 

Esposito. 

– Pani Esposito! – zdumiała się Sophie. – Skąd pani ma mój numer?
Usłyszała wahanie na drugim końcu linii. 
– Ja... hm... przepisałam go z notesu twojej mamy – wyznała Dora. 

background image

Sophie nie wiedziała, co odpowiedzieć. 
– Och. Czy z mamą stało się coś złego? – zapytała, owładnięta nagłym lękiem. 
– Nie, nie! – zawołała pośpiesznie Dora. – W twojej rodzinie wszystko jest w porządku. 
– Cieszę się – odrzekła Sophie z ulgą. – A co u pani słychać?
– Sophie... Nie lubię wtrącać się w sprawy moich dzieci... mam nadzieję, że o tym wiesz. 
– Oczywiście – odrzekła  Sophie.  A  więc  chodziło  o  Marka.  Znów  przeszyło  ją  ostrze 

bólu. 

– Marco... nie czuje się dobrze. 
– Czy jest chory? Co mu się stało? – zawołała Sophie z przerażeniem. 
– Nie chce mi powiedzieć – odrzekła pani Esposito. 
– Przestał  jeść.  Wygląda  tak,  jakby od  dnia  twojego  wyjazdu  nie  przespał  ani  godziny. 

Kochanie,  nie  wiem,  co  między  wami  zaszło,  ale  błagam  cię,  przyjedź  do  domu  i 
porozmawiaj z nim. Z nikim innym nie chce rozmawiać. 

– Sophie  usłyszała  stłumiony  szloch.  – Nie  mogę  przecież  tak  siedzieć  bezczynnie  i 

patrzeć, jak on umiera! – dodała Dora. 

Tego  samego  popołudnia  Sophie  zaparkowała  samochód  przed  domem  Marka  i  przez 

chwilę siedziała nieruchomo. 

Na  myśl,  że  Marco  umiera,  ogarnęła  ją  panika.  Dopiero  w  połowie  drogi  do  Elmwood 

Park  uświadomiła  sobie,  że  pani  Esposito  chyba  nie  miała  tego  na  myśli  dosłownie,  ona 
jednak  nie  zamierzała  ryzykować.  Straciła  już  jednego  bliskiego  mężczyznę  i  nie  mogła 
dopuścić  do  utraty  drugiego.  Nawet  jeśli  on  już  jej  nie  chciał,  mimo  wszystko  musiała 
spróbować. 

Powoli wyszła z samochodu i stanęła przed drzwiami. Nikt nie odpowiedział na dzwonek. 

Sophie wygrzebała z torebki klucz i weszła do środka. 

Uderzył ją panujący we wnętrzu domu mrok. Żaluzje były opuszczone. Dopiero po chwili 

jej oczy przywykły do ciemności i wówczas stanęła jak wryta. 

Mieszkanie przypominało spelunkę. Podłoga była zaścielona starymi gazetami, puszkami 

po napojach i piwie oraz plastikowymi kubkami. Przy drzwiach szafy ujrzała czarną walizkę 
pełną jakichś podartych papierów. Afgański kobierzec, którym zwykle przykryta była kanapa, 
leżał zmięty pośrodku podłogi. 

Kuchnia pełna była pudełek po pizzy, kartonów po mleku i pustych puszek. W otwartej 

zmywarce leżały sterty brudnych naczyń z zaschniętymi resztkami jedzenia. Z kranu miarowo 
kapała woda. 

Sophie ostrożnie przestąpiła nad papierowym talerzem z połówką nadgniłego jabłka. 
– Czego tu szukasz?
Gwałtownie  uniosła  głowę.  Marco  stał  w  korytarzyku  wiodącym  do  sypialni,  ubrany 

tylko  w  stare  spodnie  od  dresu  z  obciętymi  nogawkami.  Nawet  w  mroku  korytarza  widać 
było, że dawno się nie golił. Wyglądał żałośnie, a jednak serce Sophie na jego widok zaczęło 
bić  jak  oszalałe.  Patrzyli  na  siebie  w  milczeniu.  Bez  względu  na  podszepty  dumy,  bez 
względu  na  konwencje  dotyczące  związków,  wiedziała,  że  to  jest  mężczyzna,  którego 

background image

pragnie. 

Przy  nikim  innym  nie  czuła  się  tak  jak  przy  nim.  Wiedziała,  że  gotowa  jest  przyjąć 

wszelkie okruchy z jego życia, jakie on zechce jej dać. Był prawie dwudziesty pierwszy wiek, 
ona  jednak  gotowa  była  podtrzymywać  płomień  domowego  ogniska  dla  tego  mężczyzny  i 
cierpliwie czekać, aż on wróci do domu. Bo bez niego była niczym. 

Czy to była naprawdę ona, czy też tylko wyobrażenie stworzone przez jego rozpacz?
Patrzył  na  nią, rozpaczliwie  pragnąc,  by  okazała  się  prawdziwa.  Nie  odpowiedziała  na 

jego pytanie, tylko nogą odsunęła gazety na bok. 

– Wróciłaś – powiedział zdumiony. 
– Wróciłam – odpowiedziała cichym, miękkim głosem. Wyciągnęła rękę i lekko dotknęła 

jego policzka. – Schudłeś – dodała. 

– Nie miałem ochoty na jedzenie – odrzekł z trudem. – Gdzie byłaś?
Przez jej twarz przebiegł dziwny grymas. 
– W  domku  nad  jeziorem,  w  Wisconsin.  To  dobre  miejsce,  żeby  pewne  sprawy 

przemyśleć. Już tam kiedyś jeździłam. 

Domyślał  się,  kiedy  to  było – zapewne  po  śmierci  jej  męża.  Miał  ochotę  wziąć  ją  w 

ramiona,  ale  brakowało  mu  odwagi.  Sophie  znowu  zaczęła  coś  mówić.  Zmusił  się,  żeby 
słuchać. 

– Twoja mama do mnie zadzwoniła. 
Serce ścisnęło się w jego piersi boleśnie. Więc tylko dlatego przyjechała?
– Nie  chciałem  nikogo  martwić – mruknął  i  to  była  prawda.  Był  tak  załamany 

zniknięciem Sophie, że po prostu zamknął się w domu, wszedł w stan psychicznej hibernacji i 
zapomniał o całym świecie. 

– Pytałeś  mnie,  co  tu  robię – powiedziała  Sophie,  podnosząc  na  niego  wzrok.  –

Przyjechałam, żeby ci powiedzieć, że chcę być z tobą, bo bez ciebie nie czuję, że żyję. Nie 
obchodzi  mnie,  jak  długo  zostaniesz  przy  mnie,  godzinę  czy  dzień.  Zawsze  będę  na  ciebie 
czekać. Nie musisz się ze mną żenić. Możesz mnie mieć za darmo. Jeśli nadal tego chcesz –
dokończyła niepewnie. 

Dobry Boże!? Czy tego chciał! Poczuł się upokorzony. Sophie kochała go od tak dawna, 

a on nie potrafił docenić jej uczucia. To był cud, że jeszcze ją cokolwiek obchodził. Poczuł 
przypływ  euforii.  Zamierzał  przez  resztę  życia  czcić  ją  jak  boginię,  cenić  jak  najdroższy 
skarb. 

Powoli ujął jej dłonie, splatając palce z jej palcami. Poczuł, że Sophie się rozluźnia. 
– Oczywiście, że cię chcę – powiedział. – Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo. – Uniósł 

jej dłonie do ust i ucałował. – Czy tak właśnie ty się czułaś, gdy ja wyjechałem?

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc, o czym mówi. 
– Jak?
– Jakby  życie  straciło  wszelki  sens.  Jakby  nie  było  już  ważne,  czy  następnego  dnia 

wzejdzie słońce albo czy ziemia przestanie się obracać. 

Jej oczy napełniły się łzami. 

background image

– Tak – przyznała. 
– Nie chcę cię za darmo – powiedział. – Gdy wyjechałaś, coś we mnie umarło. Kocham 

cię. Chcę, żebyś do mnie wróciła, ale teraz założę ci na palec obrączkę i obiecasz mi, że nigdy 
więcej mnie nie opuścisz. 

Sophie pociągnęła nosem i uśmiechnęła się. 
– Te słowa brzmią bardzo zabawnie w twoich ustach. 
– Ja ci obiecam to samo. Po tym wypadku wydawało mi się, że moje życie się skończyło. 

Tak  się  skupiłem  na  tym,  co  tracę,  że  przeoczyłem  coś  znacznie  ważniejszego.  – Pochylił 
głowę i  dodał: – Sam nie wiem, dlaczego tak długo nie potrafiłem przyznać, jak ważna dla 
mnie jesteś. Co za idiotyzm!

Sophie objęła jego głowę dłońmi. 
– Nie, to nie idiotyzm. Gdy kochasz, nie możesz kontrolować wszystkiego, co dzieje się 

w twoim świecie. Musisz zaufać drugiej osobie. Nie byłeś na to gotowy. Nie musisz przede 
mną  udawać.  – Uśmiechnęła  się  blado.  – Nie  będę  cię  zmuszać  do  niczego,  czego  sam  nie 
zechcesz mi dać. 

Marco położył dłoń na jej ustach. 
– I  kto  teraz  gada  głupstwa?  Sophie,  proszę,  wróć  do  mnie.  Wyjdź  za  mnie.  Będziemy 

razem, aż obydwoje zestarzejemy się i posiwiejemy. Tak jak nasi rodzice. 

W jej oczach odbiło się zdumienie. Przez długą chwilę milczała. 
– Powiedz coś – poprosił Marco. – Bo zaczynam się denerwować. 
– Ja... 
– Kocham  cię – powtórzył.  – Będę  ci  to  musiał  mówić  jeszcze  wiele  razy,  żeby 

zrekompensować zbyt długie milczenie. Czy wyjdziesz za mnie?

Powoli skinęła głową. 
– Tak, wyjdę za ciebie – szepnęła, zarzucając mu ręce na szyję. – Och, tak!
Marco uniósł ją w ramionach i ruszył przez pokój. Sophie jednak zaczęła się wyrywać. 
– O, nie! Nie  położysz  mnie chyba na  niczym  w tym mieszkaniu!  Pierwsza  rzecz, jaką 

zajmiemy się jutro, to sprzątanie!

– Dobrze – zaśmiał się. – Ale kto mówi o leżeniu? Zaśmiała się, obejmując go za szyję. 

background image

EPILOG

W trzy tygodnie później Sophie odrzuciła welon z twarzy i obydwoje przemknęli  przez 

tłum  gości  weselnych  do  limuzyny,  która  czekała  za  drzwiami  sali  bankietowej.  Marco 
otworzył drzwiczki i wepchnął do środka Sophie oraz kilkanaście metrów białego trenu. 

– Szybko! – zaśmiał się. Brat Sophie, Stef ano, napalił silnik i ruszył, pozostawiając z tyłu 

tłum złożony z rodziny i przyjaciół. 

Marco przysunął się do Sophie i objął ją wpół. Skrzywiła się, myśląc o pomiętej sukience. 

Marco  na  niej  siedział,  a  poza  tym  chyba  tren  sukni  przytrzasnęły  drzwiczki.  Zaraz  jednak 
wzruszyła ramionami. A, co tam! W końcu ta sukienka nie będzie jej już więcej potrzebna. 

– O czym myślisz? – zapytał Marco. Sophie uśmiechnęła się do niego promiennie. 
– Próbuję zapamiętać każdą chwilę dzisiejszego dnia. Nie chciałabym zapomnieć nawet 

najdrobniejszego szczegółu. 

– Skoro już mowa o zapominaniu – rzekł Marco z dziwną troską w głosie – kochanie, nie 

chciałbym być wścibski, ale czy od czasu,  gdy stąd wyjechałaś, miałaś okres?  Bo wiem, że 
nie miałaś go od przyjazdu, i... 

Sophie podniosła dłoń do ust. 
– Och, mój Boże! Zupełnie o tym nie pomyślałam. 
– Po  prostu  miałaś  za  dużo  problemów  na  głowie  _  rzekł  Marco,  czule  ujmując  ją  pod 

brodę. – To znaczy, że nie?

– Nie – przyznała i zastanowiła się przez chwilę. – Ale przecież byliśmy ostrożni... 
– Oprócz  pierwszej  nocy – przypomniał  jej.  – No  i  jeszcze  wtedy,  gdy  rozsypaliśmy 

zdjęcia... 

– Ale to było już parę miesięcy temu!
– Wierz  mi,  nie  mogę  się  już  doczekać  chwili,  gdy  wreszcie  będę  mógł  spalić  te 

prezerwatywy. 

– Jeśli się nie mylisz, to nie będziemy ich potrzebować przez dłuższy czas – zachichotała 

Sophie. 

– W każdym razie do następnej wiosny – uzupełnił Marco. 
– Ostatnio było mi czasami niedobrze – przyznała Sophie. – Myślałam, że to stres przed 

ślubem. 

Marco objął ją mocniej i przyłożył czoło do jej czoła. 
– Czy wiesz, jaki jestem szczęśliwy? Uśmiechnęła się lekko. Marco dobrze się czuł w roli 

wykładowcy i z radością wyczekiwał jesiennego semestru. Ona zaś zachęcała go, by poszukał 
możliwości  wyjazdu  na  kontrakt.  Nawet  jeśli  nie  mógł  już  brać  udziału  w  wyprawach 
badawczych,  to  były  przecież  jeszcze  inne  sposoby,  by  zaspokoić  jego  potrzebę 
podróżowania. 

Ale  nie  podjęli  jeszcze  żadnych  decyzji.  W  podróż  poślubną  wybierali  się  na  Hawaje. 

Zamierzali odwiedzić po drodze Jareda i Merry, a potem wrócić tutaj, do mieszkania Sophie. 
Marco przeniósł już tam resztę swoich rzeczy. Siostry Sophie obiecały posprzątać mieszkanie 

background image

i  przynieść  tu  wszystkie  ślubne  prezenty,  żeby  państwo  młodzi  mogli  je  rozpakować  po 
powrocie. 

Ale  jeśli  Sophie  spodziewała  się  dziecka,  w  takim  razie  potrzebowali  większego 

mieszkania. Dziecko! Sophie dopiero teraz uświadomiła sobie, co to oznacza. 

– Och, Marco – szepnęła. – Nasze dziecko... 
– Wiem – odrzekł. – To nie do wiary! Coś, co stworzyliśmy razem. Nasz syn. 
– Albo córka. – mruknęła Sophie zaczepnie i po chwili spojrzała na męża z namysłem: –

A pamiętasz naszą rozmowę o bliźniętach?

Marco zastygł. 
– Wydaje  mi  się,  że  na  razie  jedno  dziecko  by  nam  wystarczyło.  Ale...  – wzruszył 

ramionami i w jego oczach pojawił się błysk. – Będziemy musieli jakoś sobie poradzić z tym, 
co dostaniemy. 

Pochylił głowę i pocałował ją. 
– Hej,  wy  tam! – zawołał  Stef  ano  przez  ramię.  – Zdaje  się,  że  już  kiedyś  przerwałem 

wam taką scenę!

Zaśmiali się obydwoje. Marco wyciągnął rękę i poklepał brata Sophie po głowie, a potem 

z trzaskiem zamknął szklaną przegrodę oddzielającą ich od przedniej części samochodu. 

– Niech się przyzwyczaja – mruknął i znów chwycił Sophie w ramiona.