background image

 

background image

Andrzej Drawicz 

Miasto siedmiu diabłów 

Okładkę projektował: Janusz Przybylski 

MON 1965 

background image

Koniec Odessy 

...  Tyraliera  podchodzi  coraz  bliżej:  czerwone,  otwarte  do  krzyku  twarze,  ręce  z 

podwiniętymi  rękawami,  smugi  pocisków.  W  środku  czołg  T-IV  -  nienawistne  bydlę  z 

czarnym krzyżem... Strzelać! Strzelać do cholery! Dlaczego nikt nie strzela? Major szarpie za 

ramię  cekaemistę;  ten  podnosi  głowę,  ale  nie  wiadomo  dlaczego  ma  twarz  politruka 

Kowalenki, tego samego, który poległ pierwszego dnia pod Dalnikiem. Strzelaj, Kowalenko! 

Przecież on jest martwy; puste oczodoły, dziura w czole... Tyraliera podchodzi coraz bliżej, 

sypią się  bezgłośne serie  -  czemu  nic  nie słychać?  Czołg staje  się ogromną  czarną górą, na 

wieżyczce  siedzi  okrakiem  czarny  czołgista  z...  Tak,  to  on!  To  ta  twarz!  Hitler!  Prędzej 

pistolet! Zdrętwiałe palce ślizgają się po kaburze, nie mogą jej rozpiąć, szarpią broń;  nagan 

okazuje  się  raptem  ciężki  jak  cekaem;  nadludzkim  wysiłkiem  major  podrzuca  go  w  górę, 

widzi  jak  muszka  tańczy  po  twarzy  Hitlera,  naciska  spust.  Strzały  pękają  jak  eksplozje 

pocisków, z ogłuszającym hukiem: jeden, drugi, trzeci... Czołg staje dęba i wali się na majora 

wielotonową  masą;  spazm  strachu,  ręka  zakrywa  twarz,  krzyk...  i  zamiast  miażdżącej  stali 

ciepły, słony chlust wody. 

Wstrząs,  przebudzenie.  Tuż  nad  uchem  wali  sprzężony  czterolufowy  karabin 

maszynowy;  wali  w  wychodzącego  z  nurkowania  Stukasa,  który  przelewa  się,  leniwie 

błyskając  brzuchem  z  wymalowanymi  zębami  rekina;  istotnie  ma  w  sobie  coś  z  drapieżnej 

ryby. O pokład Czerwonego Kaukazu chlastają słupy wody; bomby padły blisko. Kolejny Ju-

87 odrywa się z kręgu kołujących w górze maszyn i leci w dół, jak kamień, ze świdrującym 

wizgiem  syren.  Pokład  krążownika  wali  teraz  w  niego  ze  wszystkiego,  co  strzela;  działka, 

cekaemy przeciwlotnicze, a także karabiny i automaty żołnierzy 25 Dywizji Czapajewowskiej 

i marynarzy 8 Brygady Piechoty Morskiej podnoszą piekielny jazgot... 

Zamroczona  snem  świadomość  majora  Kowtuna  rejestruje  to  machinalnie  i  bez 

specjalnych emocji; głowa jest ciężka od prześnionych przed chwilą koszmarów, lewa ręka z 

wysiłkiem  odrywa  się  od  ściśniętej  spazmatycznie  balustrady,  prawa  jeszcze  chwilę  błądzi 

wokół  kabury.  „Tfu,  czort  pobieri,  rozklejam  się!”  -  myśli  major;  wstaje,  nawykłym, 

pedantycznym gestem obciąga bluzę, zapina kołnierzyk, sprawdza guziki. Tam, skąd właśnie 

odpłynęli,  na  przedpolach  Odessy,  w  sztabowym  młynie  dywizyjnym  uważano  go  przecież 

nie darmo za arcywzór spokoju i opanowania; dobrodusznie podkpiwano z  „buchalterskiej”, 

jak  to  określano,  systematyczności.  No  cóż  -  rzeczywiście  był  przez  kilka  lat  księgowym, 

zarządzał kołchozami, stał na czele przedsiębiorstw - nim go, tuż przed wojną, nie powołano z 

background image

powrotem do armii, którą opuścił na początku pierwszej pięciolatki... No i niech tam! W razie 

potrzeby umiał przecież - wszyscy o tym wiedzieli - dać sobie radę w każdej bojowej sytuacji. 

Okopani  wśród  kukurydzianych,  pododeskich  pól  piechurzy  dobrze  znali  jego  krępą, 

energiczną sylwetkę, z mocno sklepioną, wygoloną czaszką. 

- Jest! Dostał, gad! Dostał, sukinsyn! - zaryczano nagle ze śródokręcia i w górę frunęło 

kilka  na  raz  marynarskich  czapek.  Trzeci  Junkers,  wcześniej  wyprowadzony  z  nurkowania, 

skręcił  raptownie  w  stronę  lądu  ciągnąc  za  sobą  smugę  dymu.  Po  ciemnym  przedrannym 

niebie pogoniły jeszcze za nim koraliki pocisków, ale samolot szedł nisko nad wodą i oddalał 

się  szybko  tam,  gdzie  horyzont  podświetlały  odległe  odeskie  pożary.  Inne  również  dały  za 

wygraną.  Nagle  zrobiło  się  tak  cicho,  że  słychać  było  senne  mlaśnięcia  fal  o  kadłub 

krążownika. Zamglona nieruchomość nieba zapowiadała pogodny dzień. 

Cztery godziny temu, z ostatnimi, osłonowymi  grupami żołnierzy  major schodził do 

odeskiego portu. Pod nogami trzeszczało szkło;  zmęczeni  ludzie klęli półgłosem, potykając 

się  o  ścięte  pociskami  gałęzie;  do  czerwonego  od  pożarów  nieba  wzlatywały  słupy  iskier. 

Miasto  przywarowało  w  milczeniu,  śledząc  ich  pustymi  oczodołami  okien.  Marynarz-

przewodnik  przynaglał;  rejs  do  Sewastopola  nie  zapowiadał  się  najłatwiej,  lotnictwo 

nieprzyjaciela panowało w powietrzu niemal  niepodzielnie. Daleko za  miastem, gdzieś  spod 

Dalnika,  gdzie  pozostały  ich  pozycje,  słychać  było  rzadkie  strzały;  widać  Rumuni  macali 

grunt.  Ale  w  mieście  był  spokój,  doborowe  oddziały  marszałka  Antonescu,  mocno 

wykrwawione, nie kwapiły się z następowaniem im na pięty... 

„Nic dziwnego - myślał Kowtun, siedząc w marynarskiej szalupie, która z miarowym 

skrzypem  dulek  zmierzała  ku  czerniejącemu  nieopodal  kadłubowi  krążownika.  -  Nic 

dziwnego.  Taka  obrona  nie  hańbi.  Siedemdziesiąt  trzy  dni  trzymaliśmy  tu  osiemnaście 

rumuńskich  dywizji.  I  nie  tylko  trzymaliśmy:  trzepaliśmy  zdrowo.  A  teraz  odjeżdżamy.  I 

guzik nam mogą zrobić. Nie mają siły. Ech, żeby tak wszyscy!” 

Tu myśli stały się mroczniejsze i nie opuszczały majora, kiedy wchodził po drabince 

na pokład  Czerwonego Kaukazu, kiedy  nadsłuchiwał  szumu  maszyn  i ze  ściśniętym  sercem 

patrzył na ciemną sylwetkę miasta, odciętą na różowym tle nieba, odsuwającą się coraz dalej i 

dalej,  i  w  końcu  przekreśloną  wykrzyknikiem  woroncowskiej  latarni  morskiej,  kiedy  okręt 

wyszedł na pełne morze. 

Było o czym  myśleć. Wiadomości z  frontów, skąpo dochodzące do oblężonej armii, 

były  gorzej  niż  złe.  Parszywe.  Rumuńskie  ulotki  o  Moskwie  i  Leningradzie  kłamały,  ale 

Kijów  padł.  Mało  tego:  już  z  naszej  strony,  widocznie  z  okrętów,  którymi  dowożono  do 

Odessy zaopatrzenie i posiłki - przesączały się do sztabu Armii Nadmorskiej niejasne wieści o 

background image

wielkiej klęsce na wschód od Kijowa, o gigantycznym kotle, o śmierci generała  Kirponosa, 

dowódcy Frontu Południowo-Zachodniego. Nacisk na Moskwę nie ustawał. Tu, na Południu, 

Niemcy byli już w Rostowie. Razem ze swoją Odessą znaleźli się nagie na głębokich tyłach. 

W piątym miesiącu wojny! 

Z  dna  przytłoczonej  ciężkimi  myślami  pamięci  wychynął  nagle,  jak  zjadliwe 

szyderstwo, skoczny motyw piosenki, którą do niedawna śpiewał cały kraj: 

... I na czużoj ziemie my wraga razobiom 

Małoj krowiu, moguczim udarom! 

„A tymczasem jak dotąd - myślał ponuro major - wszystko było na odwrót. Przecież i 

spod  Odessy  przerzucono  ich  w  nader  nie  sprzyjających  warunkach.  Chodziły  słuchy,  że 

obrona  na  Pierekopie  trzeszczy,  że  51  Armia  wycofała  się  już  na  rezerwowe  pozycje  pod 

Iszunem,  że  tylko  patrzeć,  a  Niemcy  mogą  wtargnąć  na  Krym.  Najwidoczniej  przyjdzie  im 

teraz podpierać własnymi plecami nadwątloną, pierekopską barierę. Żeby tylko zdążyli...” 

Nagle  poczuł  ciężkie  zmęczenie.  Wielodniowe  napięcie  parowało  ze  strudzonego 

ciała; po raz pierwszy od jakiego to czasu - chyba od początku wojny? - mógł się na razie o 

nic nie troszczyć. Pietrow poszedł spać; poinformował go o tym dyżurny oficer sztabu. Raport 

zda mu później... Przysiadł na zwoju lin koło stanowiska karabinów maszynowych na rufie. 

Było cicho; ze wszystkich stron słychać  było tylko ciężkie oddechy  i  chrapanie  śmiertelnie 

zmęczonych  ludzi;  cały  pokład  krążownika  wypełniały,  leżące  pokotem,  ciała  śpiących 

żołnierzy i marynarzy Armii Nadmorskiej. 

Głowa  sama  jakoś  oparła  się  o  barierę;  potok  myśli  jął  się  zakłócać,  plątać,  płynąć 

coraz kapryśniej. Na powierzchnię świadomości wydobywały się pojedyncze obrazy, strzępy 

wspomnień,  niby  porwana  taśma  filmowa.  Zatroskane  w  siatce  zmarszczek  zmęczone, 

chłopskie  oczy  matki...  Wyrostek  w  szynelu  do  kostek,  w  przydużej  budionnówce,  z 

portretem Lenina (ja sam?). Chrzęszczący w ustach pył ukraińskich dróg  - z tamtych pogoni 

za Machną, czy z tych ostatnich, trzykroć przeklętych odwrotów?... my mirnyje liudi, no nasz 

broniepojezd...  Zaraz!  Co  to?  Co  to  za  piosenka?  Gdzie  się  podział  ten  pociąg  pancerny? 

Czemu go nie było? Dlaczego pozwoliliśmy się tak zaskoczyć? Przecież wszyscy wiedzieli... 

I  znienacka,  zaraz  potem,  z  bolesnym  skurczem  serca  zepchnięta  na  samo  dno  myśli  - 

wychynęła raptem skupiona twarz Tuchaczewskiego, pochylonego nad  mapą na manewrach 

trzydziestego piątego... Nie, nie, nie - nie myśleć! Lub przywołać na pomoc tę inną twarz, tę 

background image

najbliższą, tak dobrze znaną, zwielokrotnioną z tysięcy portretów  - twarz człowieka z fajką, 

we frenczu i w wysokich butach! Ale major nie może jej jakoś dojrzeć; widzi za to, zupełnie 

wyraźnie, szeregi nacierających Rumunów i czarny czołg... 

Tak to wyglądało, nim go zbudził huk wystrzałów i walące się na pokład słupy wody. 

„Starzeję się, czy co?” - pomyślał i sięgnął po ostatniego, zgniecionego „Kazbeka”. 

- Towarzyszu majorze... 

Kowtun odwrócił się. Stał przed nim adiutant Piotrowa. 

- Dowódca armii prosi was do siebie. 

- Dobrze, już idę. 

„Skończyła się twoja laba, Kowtun” - przemknęło mu przez głowę. 

Na śródokręciu przystanął na chwilę. Zagrodziła mu drogę odwrócona plecami grupa 

marynarzy.  Słuchali  z  widoczną  przyjemnością  młodego  chłopca  z  zawadiackim  czubem, 

wymachującego zdobycznym niemieckim automatem. 

-  ...  i  mówię  wam,  jak  po  nim  wtedy  przeciągnąłem!  Od  dziobu  do  ogona!  Widzę  - 

kopci się! Aaa, dobrze ci tak, myślę sobie. Mam cię, gadzie! I poprawiam. A ten jak nie da 

nura... 

- I właśnie wtedy przypaskudziłeś mu, Wasieńka, w samo oko. A fryc puszcza drążek 

i  w  krzyk:  „O  rany,  o  mać  twoja  taka  i  owaka,  ale  mi  ten  Cybulko  przyrżnął!  Artyleria  to 

frajer,  ale  jemu  nie  dam  rady”.  I  jazda  do  Göringa  na  skargę:  „Wodzu,  ratuj,  powiada,  bo 

giniemy; Wasia Cybulko wziął nas na cel i nie popuści !” 

Gruchnął  soczysty  śmiech.  Chłopak  zaperzył  się;  czub  opadł  mu  na  oczy,  twarz 

poczerwieniała. Marynarze walili go z radości po plecach, aż huczało. 

- Śmiejcie się, śmiejcie - nie dawał za wygraną. - A ja wam mówię, że go kropnąłem! 

- Wasieńka, miły, ale i tak pokpiłeś sprawę, bo zwiał. A trzeba było soli! Soli na ogon 

i po krzyku! Oni tego strasznie nie lubią. Fajt - i po frycu! 

Nowa salwa śmiechu. Cybulkę zamurowało; zastygł z otwartymi ustami. 

- Przejście dla majora, chłopcy! 

Marynarze  rozstąpili  się  z  szacunkiem.  Kowtun  przystanął  na  chwilę.  Popatrzył  z 

przyjemnością  na  wytarte  bluzy,  pociemniałe  od  potu  koszulki,  zawadiacko  przekrzywione 

czapki,  opalone  twarze.  Zapachniało  Odessą,  walką,  wysiłkiem,  straceńczym  męstwem, 

którymi zasłynęli, zaskarbili sobie dobrą pamięć ci żołnierze morskiej piechoty. Rumuni bali 

się ich jak stu diabłów. 

- Ósma brygada? 

background image

-  Trzeci  batalion,  towarzyszu  majorze  -  odpowiedział  rosły  politruk,  ten  sam,  który 

przed chwilą kazał zrobić przejście. 

- Filczenko? 

- A jakże, towarzyszu majorze - oszczędny uśmiech rozjaśnił surową twarz marynarza. 

- Jak tam mój towar? Opłaciło się? Niedrogo wziąłem, co? 

„Towarem” był na wpół uduszony rumuński kapitan. Przyniesiono go Kowtunowi w 

worku; nie było rady, musiał na niewidzianego wykupić zdobycz litrem spirytusu. Ale cena 

była uczciwa; w armijnym zwiadzie podcucony Rumun śpiewał jak z nut. 

- Można wytrzymać. To twój chłopak? 

- A jakże, towarzyszu majorze. 

-  Starszy  marynarz  Wasilij  Cybulko  -  wypalił  blondas.  -  Tu  właśnie  wynikła, 

towarzyszu majorze, taka sprawa. Oni nie wierzą, że ja... 

- Słyszałem, owszem. No cóż, bracie, jak tam było, nie wiem, bo nie widziałem. Ale 

fakt: strzelałeś głośno. Aż ja sam się obudziłem... 

Marynarze zarechotali, ale Kowtun nie chciał sprawić chłopcu przykrości: 

-  ...  i  jeszcze  ci  powiem:  grunt  się  nie  przejmować.  Celów  ci  nie  zabraknie.  Krop, 

bracie, byle dobrze. 

-  Starczy  dla  nas  wszystkich  -  dodał  chmurnie  krępy  wąsacz.  -  Pchają  się,  swołocz, 

niech im wszystkim rosyjska ziemia lekka będzie. 

-  Podobno  z  Pierekopem  coś  nietęgo,  towarzyszu  majorze  -  dodał  inny.  -  Co,  nie 

utrzymają się nasi? 

Pytanie, rzucone  mimochodem,  brzmiało  niewinnie, ale kryło chytrość:  a  nuż da się 

tego  Kowtuna  pociągnąć  za  język?  Major  uśmiechnął  się,  rozejrzał  się  po twarzach  swoich 

rozmówców i zaraz spoważniał wspomniawszy niedawne myśli. 

-  Utrzymają,  nie  utrzymają,  to  na  razie  ich  sprawa.  Nie  nasza.  Każą,  to  ich 

podeprzemy. Jak w Odessie, nogami w ziemię i ani kroku! Tam gdzie nas postawią. Może w 

Sewastopolu, może na Kerczu. Byle, braciszkowie, po waszemu, po marynarsku. Tak, jak po 

tym samolocie. Żeby kurz z nich szedł, sukinsynów! Za to wszystko... - major machnął ręką. - 

Ech, widzicie nie jestem mówcą. Niech wam to wszystko Filczenko opowie. Pora na mnie. 

Patrzyli za nim w milczeniu. A kiedy schodził do luku, usłyszał z tyłu okrzyk Cybulki: 

- Ale to jednak ja go kropnąłem! 

I gęsty, spokojny bas Filczenki: 

- Ty, Wasieńka, a jakże. Ty! 

background image

Sebastopol muss fallen 

Herein

W progu stanęła smukła, sztywna sylwetka szefa sztabu 11 Armii. 

Herr Generaloberst, dowódcy zebrali się zgodnie z pana rozkazem. 

- Dziękuję, Wohler. Niech ich pan poprosi. 

Po  chwili  świetlica  chutoru  w  Nowej  Askanii  wypełniła  się  wyższymi  oficerami 

niemieckimi. Kiedy za ostatnim z wchodzących zamknęły się drzwi i przebrzmiał dyskretny 

stuk  obcasów,  człowiek  pochylony  nad  biurkiem  podniósł  głowę  i  ogarnął  wszystkich 

uważnym spojrzeniem. 

Guten Abend, meine Herrschaften - powiedział kordialnie. - Setzen Sie sich, bitte

Siadający  patrzyli  na  niego  ciekawie;  był  ich  dowódcą  dopiero  od  miesiąca.  Nie 

zdążyli  się  jeszcze  do  niego  przyzwyczaić.  Mieli  przed  sobą  niewysokiego,  szczupłego 

człowieka o siwej czuprynie ze starannym przedziałkiem; o łagodnych, nieco marzycielskich 

oczach  bawarskiego  piwosza.  Mimo  że  człowiekowi  temu  najwyraźniej  zależało  na 

sprawianiu  wrażenia  idealnego  pruskiego  dowódcy  -  wyglądał  raczej  na  typowego 

niemieckiego  privatdozenta,  bohatera  anegdotek  o  roztargnionych  i  safandułowatych 

uczonych. 

Wiedzieli  jednak,  że  te  pozory  głęboko  mylą.  Dowodził  nimi  Erich  von  Manstein, 

niewątpliwie  jeden  z  najlepszych  generałów  armii  hitlerowskiej.  Był  filarem  sztabu 

generalnego,  choć  tuż  przed  wojną  musiał  go  opuścić  na  tle  rozgrywek  personalnych.  Był 

przede  wszystkim  autorem  słynnej  koncepcji  uderzenia  na  Francję  przez  Ardeny,  która 

przyniosła Niemcom tak oszałamiające zwycięstwo

1

.  Dał  się  również  poznać  jako  wysokiej 

klasy  dowódca  liniowy.  We  Francji  dowodził  38  Korpusem  Pancernym.  Przygotowywał 

inwazję  na  Anglię.  Na  początku  kampanii  rosyjskiej  przeprowadził  błyskotliwy  rajd  56 

Korpusu Pancernego z Królewca na przedpola Leningradu. Stamtąd rozkaz Hitlera przerzucił 

go  w  połowie  września  do  Nikołajewa  i  postawił  na  czele  11  Armii.  Nominacja  ta  była 

otoczona  aurą  pogłosek  o  specjalnych  i  zaszczytnych  przeznaczeniach  tego  doborowego 

związku.  Dowódcy  dywizji  i  korpusów  czuli  się  nimi  mile  połechtani  i  wprawdzie 

początkowo  obserwowano  z  pewną  rezerwą  poczynania  tego  mimo  wszystko  sztabowego 

gryzipiórka,  ale  pokazowe  forsowanie  Dniepru  pod  Borysławiem  i  przełamanie  frontu  pod 

Melitopolem skruszyły lody. Tak, trzeba było przyznać, że ten człowiek umiał dowodzić. 

                                                             

1

 Por. tomik Zagadka Dunkierki. 

background image

Wrócił  właśnie  z  Kwatery  Głównej.  Zanosiło  się  na  ważne,  może  nawet  sensacyjne 

nowiny. 

- Porucznika Specht - powiedział Manstein do adiutanta. 

Ten odsłonił wiszącą na ścianie mapę. 

Była to mapa Krymu. 

Manstein obserwował spod oka wrażenie. Nie omylił się; po sali przebiegł lekki szmer 

zaskoczenia. Generał uśmiechnął się ironicznie. 

-  Tak  więc,  proszę  panów,  führer  postawił  przed  naszą  armią  nowe,  ważne  zadania. 

To,  co  było  dotychczas  naszym  celem  ubocznym,  stało  się  głównym.  Krym,  Kercz, 

Sewastopol. 

Spojrzał:  już  się  opanowali,  choć  zaskoczenie  nie  znikło.  Przecież  byli  już  znacznie 

dalej  na  wschód.  Pod  Rostowem.  Miasto  powinno  paść  lada  dzień.  A  Rostów  oznacza 

wyłamanie  bramy  do  Kaukazu.  Marsz  po  bakińską  naftę.  Może  jeszcze  dalej?  Od 

oszałamiających perspektyw kręciło się w głowach. Nikt nie był tak daleko na wschodzie jak 

oni, jak jedenasta. I - zawracać? Pchać się w ten mocno zawiązany krymski worek? 

„Głupcy”  -  pomyślał  szyderczo  generał.  Wiedział  dobrze,  czuł  swoim  sztabowym 

doświadczeniem to, czego te zakute łby nie były w stanie pojąć: że tegoroczny blitzkrieg już 

wygasa, rozpęd słabnie, opór Rosjan krzepnie. Myślał nad tym w ciągu niejednej bezsennej 

nocy. Zastanawiał się nad perspektywami. Jedno było jasne: nie można było jednocześnie iść 

na Rostów i wykrwawiać 54 Korpus na Perekopie. Trzeba  było coś wybrać.  Ale co dawało 

lepszą perspektywę? 

Kiedy leciał do Loetzen, wiedział, że gra pójdzie o dużą stawkę. Musiał przechytrzyć 

samego  führera,  do  którego  czuł  jednocześnie  i  podziw,  i  pogardę  zmieszaną  ze 

zniecierpliwieniem  za  ustawiczne  wtykanie  nosa  w  strategię,  o  której  nie  miał  głębszego 

pojęcia. 

Z pamięci wychynęło zielonkawe światło salonki, gęste powietrze, zarzucone mapami 

stoły, nieruchome sylwetki Keitla i Haldera, i to pośpieszne, denerwujące bieganie Hitlera od 

ściany do ściany. „Jak rozzłoszczony jeż” - pomyślał wtedy. 

Właśnie skończył mówić. Każde słowo było ważkie. Racje wydawały się nieodparte. 

Na obu kierunkach nacierać nie można. Więc który? Przedstawił oba warianty. Żaden nie był 

lepszy.  Nie  można  się  było  zorientować,  który  on,  Manstein,  woli.  Ale  zadbał  o  to,  by  - 

rzekomo niezależnie od jego woli - zaproponować nacisk na Rostów i Kaukaz. To powinno 

dojść do Hitlera: Manstein marzy o rajdzie po zagłębie naftowe. Mansteinowi śnią się wielkie 

background image

pochody. Chorobliwa ambicja Hitlera  nie powinna tego wytrzymać. Hitler go przecież ceni, 

ale go nie znosi. 

-  Generale  -  Hitler  był  w  tym  momencie  odwrócony  tyłem,  głos  zabrzmiał 

niespodziewanie  i  zaskoczony  generał  mimo  woli  lekko  drgnął.  -  To,  co  pan  powiedział, 

trzyma się kupy, owszem. Z waszego punktu widzenia. Ale wy, wojskowi, patrzycie ciasno. 

A  wojna  to  przede  wszystkim  polityka.  Polityka!  A  w  polityce  wszystko  się  liczy!  -  Hitler 

ruszył  teraz  spod  ściany,  wpatrując  się  uporczywie  w  Żelazny  Krzyż  na  szyi  Mansteina. 

Zaczął się gorączkować, zamachał rękami. - Liczy się Krym! Krym! Rozumie pan? Sowiecki 

lotniskowiec!  Miecz  nad  głową  tych  zacofanych  Turków  i  tchórzliwych  Rumunów,  którzy 

potrafią  tylko  skamleć,  że  im  trochę  przetrzepano  Ploeszti!  Najchętniej  siedzieliby  nad 

Dniestrem i patrzyli, jak za nich walczymy! Dwa miesiące stali pod Odessą po to, żeby cała 

armia odpłynęła im sprzed nosa! Muszę mieć dla nich argument, rozumie pan? 

I po pauzie dodał już spokojniej: 

- Zdobędzie pan Krym w jak najkrótszym czasie. To nie ja, to Niemcy żądają tego od 

pana. Nasza misja na Wschodzie musi być spełniona do końca. Wtedy może pan pomyśleć o 

Kaukazie.  Jeśli  się  pan  szybko  uwinie.  Najkrótsza  droga  na  Kaukaz  prowadzi  przez  Kercz. 

Rozumie pan? 

Jawohl, mein Führer

- Niech pan zaraz zabiera spod Rostowa wszystko, co pan tam ma. Kleist sam da sobie 

radę. I tak to całe bolszewickie imperium zawali się lada dzień. Tak, moi panowie, gdybyście 

się nie ociągali, byłoby już dawno po wojnie! Ciągle was trzeba poganiać. Teraz wystarczy 

jeden  cios!  Jeden  porządny  cios  i  koniec!  Nie  chcę  słyszeć  o  żadnej  zwłoce,  Manstein. 

Rozumie pan? 

Jawohl, mein Führer

- Jest pan wolny. Czekam na wiadomości. 

Ale, gdy generał był już przy drzwiach: 

- Manstein! 

Mein Führer?... 

Pauza.  Długi  marsz  spod  ściany.  Wielkie  zbliżenie  twarzy.  Rozszerzone  oczy  o 

nieruchomych źrenicach. Głos brzmi tym razem zupełnie spokojnie: 

- Lubi pan samodzielność, prawda? Więc ją pan ma. Jest pan niezależny. Podlega pan 

bezpośrednio jemu - tu skinięcie ręką w stronę Haldera. - Zadowolony pan? 

„A  jednak  to  gracz!  Już  byłem  pewny,  że  dał  się  wyprowadzić  w  pole,  a  przecież 

ostatnie słowo należy do niego!” 

background image

Jawohl, mein Führer

-  No,  oczywiście  musi  się  pan  dogadać  z  Antonescu  i  jego  podwładnymi.  W 

rękawiczkach,  rozumie  pan?  Dostanie  pan  ich  korpus.  Korpus  będzie  u  pana,  ale  armią 

dowodzi  Antonescu.  Duma  narodowa  i  takie  tam  bzdury!  No,  da  pan  sobie  z  tym  radę. 

Żegnam!  Wielka  Rzesza oczekuje wiadomości o wzięciu Sewastopola. Niech pan pośle ten 

przeklęty lotniskowiec na najgłębsze dno i to szybko. Żegnam. 

„Ciekawe,  co  by  powiedzieli,  gdybym  im  powtórzył  słowa  führera.  Zwłaszcza  temu 

lalusiowi  Dumitrescu...”  -  spojrzenie  generała  spoczęło  mimochodem  na  fircykowatej 

sylwetce rumuńskiego generała. - „No dobrze, dość wspomnień”. 

-  A więc,  moi panowie, czeka  nas trochę roboty.  Kubler  i Salmuth, zawracacie spod 

Rostowa i jak najszybciej luzujecie Hansena. Za tydzień musicie wybić ten perekopski korek. 

Generale Schmidt, kiedy pięćdziesiąta zdąży spod Odessy? Potrzebuję jeszcze od pana dwóch 

dni. Nasi dzielni sojusznicy - skinięcie głowy w stronę Dumitrescu - już gotowi? Doskonale. 

Czołgi?  Na  razie  wszystko  pchają  w  Kleista.  Dostajemy  tylko  brygadę  Zieglera.  Jeszcze 

jakieś pytania? 

Narada trwała długo. Na zakończenie Manstein powiedział: 

- Panowie, mamy przed sobą zdemoralizowanego i słabego przeciwnika. Pięćdziesiąta 

pierwsza  broni  się  ostatkiem  sił.  Próbują  jej  teraz  podrzucić  posiłki  z  Odessy,  ale  i  to  nie 

pomoże. Nasze zadanie: pośpiech i jeszcze raz pośpiech! Wybić korek i naprzód, nie dać im 

się opamiętać! Hansen, liczę na pana, rzuca pan natychmiast w wyłom Zieglera. Niech gna na 

swoich czołgach do Sewastopola. Niech go bierze z marszu, zanim się opamiętają. Żeby ani 

zipnęli.  Może  im  się  marzy  Wojna  Krymska?  Nie  te  czasy,  wybijemy  im  to  z  głowy. 

Rozetniemy  ich  na  pół  -  niebieski  ołówek  generała  przekreślił  grubą  krechą  półwysep  -  i 

potopimy w morzu. Jesteście, panowie, wolni. 

Ręka  Mansteina  doprowadziła  niebieską  linię  do  Sewastopola  i  z  rozmachem 

przekreśliła go na krzyż. 

background image

Sewastopol będzie się bronić 

Ręka  generała  Pietrowa  zakreśliła  ołówkiem  półkole;  w  jego  centrum  leżał 

Sewastopol. 

-  Tutaj  mamy  pierwszą  linię  obronną.  Opieramy  się  o  Bałakławę,  potem  o  Czorgun, 

Duwankoj, Mackenzie, Kołyntaj. Przydadzą nam się odeskie doświadczenia... 

Ogarnął  spojrzeniem  siedzących  przed  sobą  oficerów.  Wpatrywali  się  chciwie  w 

mapę,  jakby  pragnęli  znaleźć  w  niej  tę  samą  pewność  siebie,  która  nadawała  siłę  słowom 

generała.  Na  wszystkich  twarzach  widać  było  ślady  znużenia  i  nerwowego  napięcia  - 

wyczuwalna pieczęć odwrotu. 

Dopiero co gorączkowali się, mówili słowa ostre i gwałtowne. Istotnie, sytuacja stała 

się  znowu  bardzo  groźna.  Zanim  forsownymi  marszami  przerzucono  Armię  Nadmorską  z 

Sewastopola  na  Perekop,  Manstein  przerwał  pozycję  51  Armii  pod  Iszunem.  Niemieckie 

kolumny  pościgowe  werżnęły  się  w  osłabione  i  zdemoralizowane  oddziały,  zaskoczyły  w 

stepie nadchodzące posiłki. Niemiecka brygada pancerna rwała na Symferopol, grożąc Armii 

Nadmorskiej odcięciem odwrotu... 

Za  oknem  szkolnej  sali  w  Dżankoju  przelewał  się  zmieszany  zgiełk  maszerujących 

oddziałów.  Zrobiło  się  cicho.  Pietrow  podniósł  głowę  i  ujrzał  wszystkie  oczy  wpatrzone  w 

siebie. 

-  Z  tyłu  -  podjął  przerwany  wątek  -  sewastopolczycy  rozbudują  nam  przez  ten  czas 

drugą  linię  obronną.  Kadykowka,  Kamyszy,  Belbek...  Będziemy  tam  mieli  baterie  artylerii 

nadbrzeżnej.  Flota  wesprze  nas  ogniem.  A  jeśli  już  będzie  bardzo  źle,  można  się  będzie 

jeszcze wycofać na wzgórza sapuńskie i na południowy brzeg Zatoki Północnej. Dalej już nie 

ma dokąd. Dalej jest tylko miasto. 

Było tak cicho, że słyszało się bzykanie ostatnich jesiennych much. 

-  Plan  Mansteina  jest  prosty  -  ciągnął  Pietrow.  -  Aby  do  Sewastopola.  Chce  wziąć 

miasto z  marszu. Jest szybszy  niż  my  i wali krótszą drogą. Cała  nadzieja, że  marynarze go 

przytrzymają. My będziemy musieli przedrzeć się przez góry, przez Ałusztę i Jałtę. Być może 

-  także  przez  linie  przeciwnika.  Jeżeli  się  na  to  zdecydujemy.  Decyzja,  towarzysze,  będzie 

zależała od nas wszystkich... 

Wytrzymał zdziwione spojrzenia. 

-  Właśnie  tak.  Wprawdzie  regulamin  tego  nie  przewiduje,  ale  nie  szkodzi.  Zresztą 

regulamin  nie  przewidział  niejednego.  Na  przykład  tego,  że  w  piątym  miesiącu  wojny 

background image

będziemy  bronić  Krymu,  a  nie  zdobywać  Berlin.  -  Generał  uśmiechnął  się  niewesoło  pod 

strzyżonym  wąsikiem;  głowa  drgnęła  mu,  jak  zawsze,  gdy  był  zdenerwowany,  nabawił  się 

tego tiku  jeszcze  nad  Prutem.  -  Mamy  przed  sobą  dwie  drogi.  Żadne  dyrektywy  z  Kwatery 

Głównej  nie  nadeszły.  Musimy  decydować  sami.  Możemy  iść  za  pięćdziesiątą  pierwsza  na 

Kercz.  Jest  jeszcze  czterdziestokilometrowe  przejście.  Przeskoczymy  w  ciągu  nocy  i 

zajmiemy  obronę.  Myślę  jednak,  że  ostatecznie  da  sobie  z  tym  radę  sama  pięćdziesiąta 

pierwsza.  A  my  moglibyśmy  utrzymać  Sewastopol.  Ale  odwrót  do  Sewastopola  to  sprawa 

trudna  i  trzeba  by  go  zacząć  natychmiast.  Będziemy  teraz  głosowali.  Każdy  z  towarzyszy 

obok swego nazwiska napisze nazwę miasta, do którego, jego zdaniem, należy się wycofać... 

Zaszeleściły  kartki,  zaskrzypiały  ołówki.  Po  chwili  okazało  się,  że  za  Kerczem 

głosowali tylko dowódca i komisarz 95  i 42 oraz szef sztabu 40 Dywizji. Pozostali wybrali 

Sewastopol. 

-  Tak  więc  -  zamknął  naradę  Pietrow  -  sytuacja  jest  jasna.  Wyruszamy  natychmiast. 

Towarzysze,  nie  muszę  chyba  przypominać:  wszystko  zależy  od  pośpiechu.  Będziemy  się 

ścigać z Niemcami. Cała nadzieja, że marynarze ich przytrzymają... 

background image

Pułkownik Ziegler atakuje 

W słuchawkach rozległ się głos generała Hansena, dowódcy 54 Korpusu. 

- Pułkowniku Ziegler, proszę meldować położenie. 

Krępy czołgista w czarnym berecie poprawił mikrofon i pochylił się nad mapą. 

- Panie generale, o 8.35 przekroczyłem Kaczę. Zostałem ostrzelany z broni lekkiej ze 

wzgórza 132,5; pozostawiłem tam grupę fizylierów. Obecnie znajduję się na skrzyżowaniu w 

kwadracie 87-89. Wysyłam rozpoznanie w kierunku... 

-  Pułkowniku,  niech  pan  nie  marudzi!  -  w  głosie  Hansena  brzmiało  widoczne 

zniecierpliwienie.  -  Żadnych  rozpoznań.  Proszę  nie  tracić  czasu;  natychmiast  skręca  pan  na 

szosę  Duwankoj-Belbek-Inkerman  i  posuwa  się  całą  mocą  naprzód.  Bolszewicy  mają  tam 

tylko  oddziały  osłonowe;  niech  się  pan  nie  zatrzymuje.  Po  południu  ma  pan  być  w 

Sewastopolu.  Dostanie  pan  liście  dębowe.  Teraz  wszystko  zależy  od  pana.  Wszystko! 

Zrozumiał pan? 

Jawohl, Herr General

- Wykonać! 

Stojąca  w  wąwozie  kolumna  czołgów  i  transporterów  opancerzonych  z  czarnymi 

krzyżami ożywiła się. Myszkujący po okolicznych winnicach czołgiści i piechurzy biegli do 

maszyn z naręczami przejrzałych owoców. Rozsiadali się wygodnie, dowcipkowali, zajadali 

zwarzonymi od słońca winogronami;  nie zdążono ich w tym roku uprzątnąć, miały wkrótce 

zgnić w jesiennych słotach. Słychać było żarty, śpiewy, pokrzykiwania; zdejmowano bluzy, 

ciesząc się z niespodziewanie, jak na początek krymskiego listopada, ciepłego dnia. Panował 

nastrój  raczej  majówkowy  niż  wojenny.  Cóż,  ta  rosyjska  wojna  przypominała  jak  dotąd 

wszystkie  poprzednie.  Szła  dość  gładko,  może  dlatego,  że  jedenastej  Armii  nie  przypadły 

najtrudniejsze zadania. Był wprawdzie Perekop, była ostra młócka pod Iszunem, ale wszystko 

wskazywało  na  to,  że  spalone  wraki  czołgów,  trupy  towarzyszy,  zaciekłość  przeciwnika 

pozostanie coraz dalszym wspomnieniem. Wojna była już wygrana, Moskwa padła lub padnie 

lada chwila; przez radio płynęły triumfalne  marsze, głos  spikera zachłystywał  się potokiem 

nazw  zdobytych  rosyjskich  miast...  Czekał  ich  triumfalny  rajd  do  tego  portu o  egzotycznej 

nazwie. Przejażdżka i zasłużony odpoczynek, nic więcej. 

Rozebrani  czołgiści  porozsiadali  się  na  wieżyczkach,  słodki  winogronowy  sok  kapał 

im po brodach i rękach, mieszał się z kłębami gęstego, podnoszonego przez gąsienice kurzu; 

śmiejąc się ciskali w siebie ciężkimi kiściami z okrzykami ruki wwierch

background image

-  Macke,  ty  koniu  boży,  nie  wariuj  -  powiedział  dowódca  czołowego  PzKw  IV

feldfebel  Martens,  wysadzając  głowę  z  wieżyczki.  Jego  celowniczy,  gruby  monachijczyk, 

znany  ze  swego  nieposkromionego  gadulstwa  i  zwany  popularnie  „Szwejkiem”,  siedział  w 

krótkich  spodenkach  okrakiem  na  lufie  działa.  -  Jeszcze  się  sturlasz  i  spłaszczymy  ci  ten 

kałdun. 

-  Nie  ma strachu, Hans, nic się  nie  martw, jeszcze  moja kolejka  nie  nadeszła. Muszę 

się przecież dzisiaj przespacerować po tym Siebenteufel... 

- Sebastopol, ty nieuku, Sebastopol. Skąd ci te siedem diabłów

2

 przyszło do głowy? 

- Co za różnica: diabły, czy anioły? I tak się będzie nazywał inaczej. 

- A to, że już się tutaj sto lat temu prali. I już raz Iwanom dali w kość. Dobrze, się oni, 

co prawda, wtedy trzymali. Nie to co teraz. 

- No i fajnie, mnie tam wszystko jedno, historia to nie moja specjalność. Franz, chcesz 

winogron? O, to nawet mają zupełnie dobre,  nie  powiem.  W ogóle,  moi panowie, wojna to 

jest coś dla mojego brzucha. On sobie chwali. Po tym koszarowym życiu nareszcie odżyłem. 

W  Polsce  mieli  bardzo  dobre  to  czerwone,  tylko  cholernie  trudne  do  wymówienia  - 

barschtch?  bartsch?  i  bigos.  We  Francji, eech!  Franz, pamiętasz tę piwniczkę  w Szampanii, 

coś to do niej niechcący wjechał? 

Z przedniego włazu za całą odpowiedź doniosło się głośne westchnienie kierowcy. 

-  ... W Grecji  - ciągnął  niezmordowany Macke, czknąwszy rozgłośnie  -  jedliśmy coś 

takiego  słodkiego  i  lepkiego.  Dobre  to  było,  ale  przez  dwa  tygodnie  musieliśmy  biegać  z 

portkami  w  garści.  A  znów  tutaj,  na  Ukrainie,  och,  himmelkreutz!  Prosiaki  z  taką  złocistą, 

chrupiącą  skórką,  polane  śmietaną.  Prawdziwy  poemat  gastronomiczny!  Ciekawe,  co 

będziemy  młócić  w  tym  Siebenteufel.  Może  jakieś  rybki?  W  każdym  razie  mówię  wam, 

chłopcy,  nie  ma  jak  Rosja!  Tu  człowiek  nie  zginie  z  głodu.  Jak  się  tylko  skończy  wojna, 

zostaję tu na stałe, ot co! 

- A co, Szwejku, będziesz hodował, sadło? 

- Żebyś wiedział! Zaraz ściągam moją starą, chłopaków i rozkręcam tu interes na sto 

dwa.  Może  mi  się  nie  należy?  Może  führer  nie  obiecał  nagrody  swoim  bohaterskim 

żołnierzom?  Może  się  nie  starałem?  O,  wezmę  sobie  taką  fermę  jak  tu...  -  Mackę  machnął 

ręką w stronę gromadki szarych domków, które wynurzyły się zza zakrętu. 

                                                             

2

 Sieben Teufel - siedem diabłów. Przekręcona prawidłowa niemiecka nazwa Sewastopola, która brzmi 

Sebastopol. 

background image

„Duwankoj” - pomyślał Martens. Czołg chybnął się biorąc zakręt. Okolica wyglądała 

na zupełnie opustoszałą. „Na wszelki wypadek wyślę zwiad” - zdecydował i już otwierał usta, 

aby rzucić komendę kierowcy, gdy w słuchawkach coś zarechotało. 

-  Martens  -  rozległ  się  niski  głos  pułkownika  Zieglera.  -  Masz  ten  Duwankoj?  Nie 

czekaj,  wrzucaj  pełny  gaz  i  pruj  prosto.  Jak  się  coś  trafi,  to  pod  gąsienice  i  dalej.  Gazu, 

Martens, nie ma czasu. Rozprostujesz nogi w Sewastopolu. Wszystko. 

- ... jak ta na lewo - trajkotał Macke. - Tych tubylców do roboty dadzą mi, ile zechcę. 

A ja już ich przypilnuję! Żadnego bumelowania! Oni się będą uwijali, a ja ze szpicrutką i jak 

tylko coś zobaczę - chlast, chlast i go... 

Świadomość  Martensa  zarejestrowała  mechanicznie  jakiś  suchy  trzask;  jednocześnie 

poczuł  na twarzy spocony  brzuch Mackego. Grubas przygniatał go całym ciężarem.  „Co za 

kawały?”  -  pomyślał  i  w  tym  samym  momencie  poczuł,  jak  bezwładne  ciało  celowniczego 

wali  się  na  bok.  Czołg  gwałtownie  zahamował,  trzasnął  przedni  właz.  Martens  dał  nura  do 

środka. 

- To stamtąd! - krzyknął Forster. - Z tego domku. Świnie. Ja im... 

- Halo, tu dwunasty! Tu dwunasty! Ostrzelano mnie z przodu, z Du... 

Trzask serii z karabinu maszynowego. 

- Hans, uważaj na lewo. Widzisz go! Rzuca! Dostał? Nie... 

Ogłuszający huk, tępy ból, błysk pod czaszką i rozchodzące się kręgi ciemności, jakby 

wpadał  w  coraz  głębszą  wodę.  Osłabłe  jak  z  waty  ręce  macają  kurczowo,  szukając  włazu, 

dym  wypełnia  płuca  -  i  feldfebel  Martens  skręca  się  w  bezgłośnym  charkocie,  opada  i 

nieruchomieje z błąkającą się jeszcze ostatnią myślą: 

„Rozprostujesz nogi w Sewastopolu”... 

background image

„Gdie nasza nie propadała!...” 

Tego  samego,  słonecznego  siódmego  listopada  o  kilka  godzin  wcześniej  pluton 

piechoty morskiej zaległ w rozwalonych domkach Duwankoju. Wieś opustoszała po nalocie; 

błąkały się po niej zdziczałe psy, pod ścianami leżały trupy. Marynarze przyszli tu forsownym 

marszem, okopywali się pośpiesznie, maskowali, wybierali pola ostrzału, układali obok siebie 

ciężkie  granaty  przeciwpancerne.  Jeszcze  w  nocy  likwidowali  pod  Belbekiem  grupę 

niemieckich  fizylierów;  poprzedniego  dnia,  nad  Kaczą,  byli  bombardowani  i  ostrzeliwani  z 

powietrza.  Przerzucano  ich  z  miejsca  na  miejsce;  kilka  batalionów  morskiej  piechoty  i 

robotnicze oddziały pospolitego ruszenia stanowiły wszystko, co w tych najcięższych dniach 

niemieckiego  zaskoczenia  miał  Sewastopol  na  swoją  obronę.  Armia  była  jeszcze  daleko, 

kiedy  zaniepokojone  miasto  usłyszało  pierwsze  salwy  baterii  nadbrzeżnych:  pancerne 

czołówki  Mansteina  parły  ku  niemu,  pewne  łatwego  sukcesu.  Cienki  łańcuszek  obrońców 

nadrabiał swą wątłość ruchliwością i uporem. 

Filczenko obchodził pozycje; z jego skupionej, przeciętej głęboką zmarszczką twarzy 

znikł zwykły uśmiech. Niespiesznie, po gospodarsku obchodził stanowiska, zaglądał ludziom 

w  oczy,  przysiadał,  wypalał  skręta,  mówił  kilka  stale  tych  samych  zdań,  których  sens 

rozumieli  wszyscy.  Kiwano  w  skupieniu  głowami,  nie  słychać  było  tradycyjnych, 

marynarskich  żartów;  sprawa  była  zbyt  serio,  wiedziano  o  tym,  przypominała  o  tym  pusta 

pętla  szosy,  zrujnowane  domki,  trupi  zapach,  niepokojąca  pustka  pod  rozsłonecznionym 

niebem - wszystko to kładło się na serce coraz większym ciężarem, przeczuciem największej i 

najważniejszej próby. 

Sam Filczenko z czterema marynarzami urządził się w rozwalonej budce dróżnika, tuż 

przy szosie, u samego wjazdu do wsi.  „Tędy muszą przejeżdżać” - pomyślał i nie miał czasu 

pomyśleć  o  niczym  więcej.  Zza  zakrętu  od  strony  Symferopola  rozległ  się  przygłuszony, 

narastający warkot. 

Czterech  żołnierzy  jak  na  komendę  spojrzało  na  swojego  politruka.  „To  już?”  - 

odczytał w ich bladych, ściągniętych grymasem determinacji twarzach. 

- To już, chłopcy - powiedział zachrypniętym głosem. 

Wasia  Cybulko  chwycił  wiązkę  granatów,  wśliznął  się  do  rowu  i  po  chwili 

przeskoczył na drugą stronę szosy. Zatrzeszczały gałęzie krzaków. 

Pozostali przywarli do ziemi. Warkot narastał. Sekundy wlokły się nieznośnie długo. 

background image

Zza zakrętu wyskoczyli motocykliści. Zahamowali koło budki; obrońcy zostali owiani 

swędem spalin i usłyszeli gardłowy bełkot. Filczenko poczuł lęk, że za chwilę zostaną odkryci 

i  będą  musieli  przedwcześnie  strzelać  do  tych  szwargocących  Niemców,  a  strzeliwszy  - 

zdradzą swą pozycję. 

Ale  po  chwili  motocykliści  pojechali  dalej,  a  warkot  zgęstniał,  spotęgował  się  -  i 

wytoczył zza zakrętu wraz z pierwszym czołgiem. 

Czołg  jechał  szybko.  Jechał  prosto  na  nich.  Filczenko  wpatrzył  się  jak 

zahipnotyzowany  w  jego  kwadratową,  tępomordą  sylwetkę.  Kryła  się  w  niej  brutalna, 

niedosięgalna  siła  -  i po plecach politruka przebiegł zimny dreszcz. Poczuł  nagle  fizycznie, 

całym  sobą,  ciężar  tej  wielotonowej  masy  żelaza,  która  za  chwilę  zmiażdży  go  i  wetrze  w 

ziemię. Tak, to nie Odessa z krzykliwymi Rumunami. To prawdziwy, bezwzględny, świetnie 

uzbrojony wróg. Oto jego słynna technika. 

Za pierwszym czołgiem ukazał się następny, zza zakrętu wytaczał jeszcze jeden. Huk 

rozsadzał  bębenki,  prowadząca  maszyna  była  coraz  bliżej,  a  niemoc  ciągle  jeszcze 

obezwładniała silne ciało politruka. 

W  tej  samej  chwili  dostrzegł  jednak  coś,  co  wyrwało  go  z  odrętwienia:  grubasa  w 

krótkich  spodenkach  siedzącego  okrakiem  na  dziale  i  zajadającego  z  apetytem.  W  tej 

bezczelnej pewności siebie beztroskiego wroga było coś, co chlasnęło Filczenkę na odlew jak 

policzek.  Strach  przepadł;  do  gardła  podeszła  zimna  wściekłość.  Poczuł  się  nagle  lekki  i 

spokojny. 

Kątem oka spostrzegł, że czołg zrównał się z krzakami, za którymi zniknął Cybulko. 

Dotknął ramienia Odincowa: 

- Mitia, wal! 

Krótka  seria  z  Diegtiarowa.  Niemiec  na  czołgu  zastygł,  potem  zamachnął  rękami  i 

bezwładnie  osunął  się  na  bok  jak  worek  mąki.  „Jak  w  filmie”  -  pomyślał  machinalnie 

Filczenko.  Czołg  zahamował,  lufa  jego  działa  powoli  obróciła  się  w  stronę  budki.  Politruk 

ujrzał jej ciemny wylot. W tej samej chwili w krzakach coś mignęło; jasna czupryna Cybulki, 

zamach  ręki,  jakiś  przedmiot  lecący  w  powietrzu  i  błysk  detonacji.  Wielki  kłąb  kurzu 

przesłonił wszystko; po chwili zaczął czernieć od dymu. 

-  Tym razem kropnąłeś go, Wasieńka. Tym razem kropnąłeś go na pewno  - mruknął 

przez zęby Filczenko. 

Erkaem  Odincowa  zachłysnął  się  długą  serią.  Spomiędzy  kłębów  dymu  wyskoczyły 

sylwetki  w  mundurach  feldgrau.  Bokiem,  mocno  przychylony,  przełaził  z  trzaskiem  przez 

rów następny czołg. Błysk wystrzału, huk eksplozji, łoskot lecących cegieł zlały się w jedno. 

background image

Narożnik  ruin,  które  ich  ochraniały,  został  zniesiony.  Ale  ogłuszony  politruk  dojrzał  w 

ceglanym  pyle  te  same  skupione  twarze  Parszina,  Odincowa  i  Krasno-  sielskiego.  Seria 

niemieckiego kaemu zazgrzytała po resztkach futryn. Parszin sprężył się do skoku na szosę. 

- Zaczekaj, Jura... - powiedział spokojnie Filczenko. - Zaczekaj, bracie. Zdążysz. 

To było właśnie to, czego chciał nauczyć innych i o czym sam myślał z ukrytą trwogą: 

czy  potrafi?  Spokój.  Całkowity  spokój  w  godzinie  próby.  Wszystko  było  jasne;  najgłębszy 

sens życia otwierał się w jednym mgnieniu oka z dziecinną  łatwością. Tutaj, obok tych ruin, 

w łuku szosy, w ostrym blasku południowego słońca - trzeba będzie zostać. 

I nic więcej. „To nic, potem mi wszystko dopiszą” - błysnęła myśl. 

Pochylił  się,  spojrzał  na  nich  -  niech  tak,  we  trójkę,  zostaną  w  pamięci  -  poprawił 

czapkę, sięgnął po wiązkę granatów. 

- No, chłopcy, tylko uważnie. 

Nabrał  w  płuca  powietrza,  jak  przed  skokiem  do  wody,  i  już  otwierał  usta,  żeby 

zawołać to, co podobno wołają wszyscy w takich wypadkach. Ale w ostatniej chwili zmienił 

zamiar. Machnął ręką i powiedział tylko: 

Eech, gdie nasza nie propadała... 

I wybiegł na szosę. 

background image

Pierwszy - odparty 

W  nierównej  walce  Wasilij  Cybulko  został  śmiertelnie  ranny,  ale  zdążył  zniszczyć 

faszystowski czołg. Wówczas starszy politruk Mikołaj Filczenko stawił czoło nowemu atakowi 

wroga. Dosięgnięty serią z karabinu maszynowego rzucił się z wiązką granatów i okrzykiem 

„Za  Ojczyznę!  Za  Stalina!”  pod  wraże  gąsienice;  T-IV  stanął  w  płomieniach.  Za  jego 

przykładem poszli kolejno Parszin, Krasnosielski i Odincow. 

Bohaterscy marynarze zniszczyli i  unieruchomili  9 czołgów dzięki  czemu rzucone do 

boju  rezerwy  opanowały  sytuację.  Dalsze  posuwanie  się  niemieckiej  kolumny  pancernej 

zostało udaremnione. Wnoszę o pośmiertne odznaczenie bohaterów Duwankoju... 

Od  ściany  skalnego  lochu,  w  którym  mieścił  się  sztab  obrony  Sewastopola  wiało 

piwnicznym  chłodem.  Major  Kowtun  wzdrygnął  się;  ostre  światło  nieosłoniętej  żarówki 

odcinało  na  suficie  jego  zgarbiony  cień.  Odłożył  kartkę  papieru.  Przeciągnął  ręką  po 

zmarszczonym czole. Wziął następną. 

Niemiecko-faszystowskie czołgi i  transportery opancerzone dokonały  szybkiego rajdu 

szosą Eupatoria - Kacza z zamiarem podstępnego wdarcia się do bohaterskiego Sewastopola. 

Na  szczęście  czujność  jego  obrońców  pokrzyżowała  te  zdradzieckie  plany.  Jako  pierwsza 

weszła w kontakt z wrogiem 54 bateria artylerii obrony wybrzeża Floty Czarnomorskiej pod 

dowództwem  starszego  lejtnanta  N.  N.  Zaiki.  Bateria  otworzyła  ogień  do  kolumny  wroga, 

podpaliła  i  unieruchomiła  cztery  czołgi  i  trzy  transportery.  Przeciwnik  stracił  około  200 

zabitych. Nierówny bój  trwał  przez trzy doby. Otrzymawszy rozkaz odwrotu  obsługa  baterii 

stopniowo  wycofała  się  na  brzeg,  do  oczekującego  torpedowca.  Żony  oficerów  pod  ogniem 

wroga opatrywały rannych. Odwrót osłaniali ogniem: starszy lejtnant Zaika i politruk Miller. 

Dopiero  straciwszy  około  800  zabitych  i  rannych  hitlerowcom  udało  się  zawładnąć 

zniszczoną baterią. 

Jeszcze  jeden  meldunek,  i  jeszcze.  Major  przerzucał  je  w  zamyśleniu.  Były  różne: 

proste, patetyczne, skromne i efektownie upiększone. Znał te style, metodę, te zwroty; widział 

za nimi ludzi, którzy je pisali. Widział tych, o których pisano. Krew, pot, wysiłek, bezimienne 

żołnierskie męstwo... 

background image

„To dzięki nim jesteśmy w Sewastopolu - pomyślał Kowtun. - Zdążyliśmy.” 

Miał  to  wszystko  opracować.  Generał  Pietrow  żądał  uogólnienia  doświadczeń 

pierwszego,  spontanicznego  okresu  obrony.  To  zadanie  spadło  na  Kowtuna;  był  teraz 

pomocnikiem szefa oddziału operacyjnego Armii Nadmorskiej. 

Ślęczał  nad  meldunkami  nie  pierwszą  godzinę.  I  im  dłużej  to  trwało,  tym  więcej 

lektura  ta  przysparzała  mu  mieszanych  uczuć.  Także  goryczy  i  ciężkiej  zadumy.  W  tych 

aktach spontanicznego męstwa, którymi załatano ciężkie klęski, krył się na dnie jakiś bolesny 

wyrzut. 

Chciał uświadomić sobie samemu, na czym właściwie polega to uczucie. Zaczął pisać 

swoje opracowanie od końca. 

W ten sposób podjęta przez Mansteina próba  wdarcia  się do Sewastopola od  strony 

Eupatorii  i  Bachczysaraju,  z  kierunku  północnego  i  północno-wschodniego,  została 

udaremniona.  Gdyby  nasze  rozproszone  oddziały  od  pierwszego  dnia  działały  nie  tylko 

odważnie,  ale  także  w  sposób  zorganizowany  -  Niemcy  w  ogóle  nie  zaszliby  tak  daleko. 

Bohaterstwo  jednostek  nie  utraciło  oczywiście  we  współczesnej  wojnie  znaczenia;  nie  ono 

jednak  jest  w  stanie  przesądzić  rezultat  działań  bojowych.  O  efektywnym  zużytkowaniu  sił 

decyduje  przede  wszystkim  koordynacja.  W  ciągu  pierwszych  dni  walk  pod  Sewastopolem 

obserwowaliśmy  właśnie  bohaterstwo  jednostek;  marynarze  nie  żałowali  swojej  krwi  i 

potrafili zadawać wrogowi ciężkie straty, ale poprawiło to sytuację nie na długo. 

Kiedy udało się połączyć i skoordynować wysiłki - wróg był zatrzymany. 

Dziewiątego listopada Kwatera Główna określiła ostateczne zasady organizacji obrony 

miasta.  Dowódcą  Sewastopolskiego  Rejonu  Obronnego  mianowano  wiceadmirała 

Oktiabrskiego. Dowódcą obrony lądowej i pierwszym zastępcą Oktiabrskiego został generał 

Iwan  Pietrow;  szefem  sztabu  Armii  Nadmorskiej  został  generał  Kryłow.  Pełnił  on  tę  samą 

funkcję w czasie obrony Odessy. 

Odeski  tandem  Pietrow-Kryłow  budził  zaufanie.  Nowe  dowództwo  podjęło  szereg 

energicznych  kroków.  Improwizacja  ustępowała  miejsca  organizacji  i  dyscyplinie. 

Pięćdziesięciokilometrowe  półkole  obronne,  otaczające  miasto  z  trzech  stron  i  oparte 

skrzydłami o morze, podzielono na cztery sektory; wyznaczono ich komendantów - byli nimi 

dowódcy  dywizji  Armii  Nadmorskiej.  Sektory  dzielono  z  kolei  na  odcinki  i  rejony. 

Pośpiesznie umacniano pozycje. 

background image

Pośpiech  nakazywała  sytuacja.  Szesnastego  listopada  51  Armia  opuściła  Kercz. 

Niemcy byli teraz niepodzielnymi panami Krymu. Cała siła uderzeniowa 11 Armii  - siedem 

dywizji piechoty i dwie brygady górskie - zwierała się w kułak dla zadania ostatecznego ciosu 

Sewastopolowi. Broniące go wojska liczyły 51 tysiące ludzi, miały do dyspozycji 170 dział i 

100  samolotów.  Liczebna  przewaga  Niemców  była  stosunkowo  niewielka;  technicznie 

natomiast  -  przytłaczająca.  Myśl  o  tym  spędzała  obrońcom  sen  z  powiek  i  kazała  z 

niepokojem oczekiwać następnego uderzenia. 

background image

Kolej na Bałakławę 

„Gdzie teraz?” - myślał Kowtun. 

Wszyscy  w  sztabie  zadawali  sobie  to  pytanie.  W  połowie  listopada  niemieckie 

uderzenia na północnym skrzydle obrony wyraźnie straciły impet. Napór przeciwnika zelżał; 

doświadczenie  starego  sztabowca  mówiło  majorowi,  że  Manstein  zbiera  siły  do  nowego 

ciosu.  Kowtun  niemal  go  widział  w  myślach,  pochylonego  nad  mapą,  badającego  jak 

złoczyńca miejsce najbardziej podatne na mordercze pchnięcie. 

W czasie takich rozmyślań zastał go dyżurny. 

- Towarzyszu majorze, szef sztabu wzywa was do siebie. 

Szczupła, wyrazista, zawsze opanowana twarz generała Kryłowa miała w sobie wyraz 

jakiegoś szczególnego napięcia. 

„Coś się stało” - pomyślał major. 

- Andrzeju Ignatjewiczu, otrzymałem niejasny meldunek z Bałakławy. Wygląda na to, 

że zaczęło się tam coś poważnego. 

„Bałakława!  Tym  razem  -  południe!  Najbardziej  wysunięty  na  południe  odcinek 

całego  radziecko-niemieckiego  frontu!  Maleńka  mieścina  nad  zatoczką,  rozsławiona  od 

czasów  Wojny  Krymskiej  szarżą  angielskiej  lekkiej  brygady,  w  czasie  której  poległ  kwiat 

arystokracji  ówczesnych  wrogów,  a  dzisiejszych  sojuszników!...  Bałakława...  Co  my  tam 

mamy?” 

- Słucham, Mikołaju Iwanowiczu. 

-  Proszę  natychmiast  wyjechać  i  wyjaśnić  sytuację  na  miejscu.  Zezwalam  podjąć 

wszystkie  kroki,  jakie  będą  konieczne  do  przywrócenia  sytuacji.  Byle  tylko  nie  oddać 

Bałakławy. Wszystko, co będziemy mogli ściągnąć, podrzucimy wam. Czekam na dokładny 

meldunek. 

...W miarę jak wioząca majora jałtańską szosą ciężarówka oddalała się od miasta  - z 

przodu dawały się słyszeć coraz wyraźniejsze odgłosy walki. Za Kadykówką po obu stronach 

szosy rozerwało się kilka  min.  Kierowca dodał gazu. Przeskoczyli. Odłamek  chlasnął tylko 

burtę maszyny. 

W Bałakławie napięta uwaga majora uchwyciła natychmiast oznaki rozprzężenia. Po 

miasteczku  kręciły  się  bezradnie  grupki  żołnierzy;  w  stronę  Sewastopola  odjeżdżały 

ciężarówki;  czuć  było  swąd  palonych  pośpiesznie  papierów.  Zza  grzbietu  wzgórza, 

panującego nad miastem, dochodziła gęsta i niebezpiecznie bliska palba karabinowa. 

background image

Kowtun  wysiadł  przed  szkołą  NKWD.  Jej  komendant  był  jednocześnie  dowódcą 

odcinka. 

Nikt  nie  pilnował  wejścia.  Hall  zasłany  był  grubą  warstwą  papierów;  na  podwórku 

wrzucano  je  całymi  naręczami  do  ognia.  Po  szerokich  schodach,  między  poprzewracanymi 

meblami miotali się kursanci z wyrazem paniki w oczach. 

- Gdzie dowódca? - spytał Kowtun, zastępując drogę jednemu z nich. 

Zapytany wzruszył bezradnie ramionami. W tej samej chwili z góry, przeskakując po 

trzy stopnie wpadł j do hallu postawny pułkownik, najwyraźniej nie mogąc sobie dać rady z 

guzikami płaszcza. 

- Lewczenko! Maszynę! - wołał idąc ku wejściu.  - Sidorczuk, wszystko załadowane? 

Kriwicki, natychmiast do oddziałów, niech się stopniowo wycofują... 

-  Chwileczkę  -  w  głosie  Kowtuna  było  coś,  co  zagłuszało  panujący  w  hallu 

rozgardiasz. – Zaczekajcie z tym rozkazem... 

- Co to ma znaczyć? - spytał impetycznie pułkownik. - Kim wy jesteście, majorze? 

Kowtun  bez  słowa  podał  mu  swój  sztabowy  dokument  i  z  uwagą  obserwował,  jak 

nalana, czerwona twarz pułkownika traci wyraz pewności siebie. 

-  Sytuacja  jest  beznadziejna  -  powiedział  pułkownik,  usiłując  teraz  nadać  swemu 

głosowi  odcień  opanowania.  -  Zrobiliśmy  wszystko,  co  było  w  naszej  mocy.  Podjąłem 

decyzję o wycofaniu się do Kadykowki... 

Major poczuł, że krew uderza mu do głowy. Opanował się jednak i powiedział cicho, 

starannie akcentując każde słowo. 

- Zmieniam waszą decyzję. 

- Co? Jakim prawem! 

-  Natychmiast wydacie rozkaz pozostania  na dotychczasowych pozycjach  i  bronienia 

Bałakławy. W przeciwnym razie zostaniecie zdegradowani i postawieni przed sąd wojenny. 

- Ależ ja... 

- Meldujcie sytuację. 

Już po kilku nieskładnych zdaniach Kowtun zorientował się, że pułkownik nie potrafi 

mu  udzielić  rozsądnej  odpowiedzi.  Dopilnował  więc  tylko,  by  tamten  zmienił  swoje 

poprzednie  rozkazy  i  wyznaczył  zastępcę.  Potem  prawie  siłą  wepchnął  go  do  swojego 

samochodu.  Ruszyli  górzystymi  serpentynami  i  nie  dojeżdżając  do  grzbietu  wyszli  z 

maszyny.  Narastające  odgłosy  ostrej  strzelaniny  nie  wróżyły  nic  dobrego,  ale  dopiero 

stanąwszy  na  grzbiecie  jednym  rzutem  oka  ocenił  całą  powagę  sytuacji.  Wszystko  nabrało 

dramatycznej jasności. Na prawo, nacierając wzdłuż brzegu zatoki, Niemcy doszli prawie do 

background image

podnóża starych ruin Baszty Genueńskiej. Widać było jednak, że napotkali na solidny opór; 

ogień  baterii  nadbrzeżnych  zmusił  ich  do  zatrzymania  się.  Teraz  najwidoczniej  podciągali 

rezerwy;  słychać  było  warkot  samochodów,  w  niebo,  wyznaczając  cele,  leciały  rakiety, 

gęstniał ogień moździerzy. 

Tego odcinka bronili marynarze i - mimo że Niemcom brakowało dosłownie kilkuset 

metrów do grzbietu bałakławskich wzgórz - major nie sądził, że uda im się je szybko przejść. 

Gorzej było z centrum i  lewym skrzydłem. Kursanci najwidoczniej szykowali się do 

odwrotu. Każda chwila groziła katastrofą. Nerwowa krzątanina zdezorganizowanych ludzkich 

gromadek,  bezładna  wrzawa,  brak  dowództwa  -  wszystko  to  domagało  się  opanowania  za 

wszelką  cenę.  Zza  przeciwległego  grzbietu  lada  minuta  mogło  ruszyć  nowe  niemieckie 

natarcie. Tu, na odkrytym płaskowzgórzu nie można było go zatrzymać. 

„Natychmiast  kontratakować!  Zająć  przeciwległy  grzbiet,  nim  Niemcy  podciągną 

większe siły, i umocnić się.” 

Była to jedyna możliwa decyzja. 

Czym jednak kontratakować? 

Kowtun posłał pułkownika na styk oddziału kursantów z marynarzami. Mimochodem 

zauważył, że oficer zdołał już trochę ochłonąć i zrozumieć, czego się od niego żąda. Na  nic 

więcej nie było czasu. 

Major  rozejrzał  się.  Zatrzymał  dwóch  lejtnantów,  rozesłał  ich  na  prawo  i  na  lewo, 

każąc  zatrzymać  przebiegających  żołnierzy.  Robił  to także  sam.  Parę  razy  musiał  machnąć 

komuś przed nosem wyciągniętym z kabury naganem. Starał się nie podnosić głosu, ale - nie 

wiedząc kiedy - zachrypnął od krzyku. Powoli jednak mała grupka, która go otaczała, zaczęła 

rosnąć  i  jak  magnes  przyciągać  ludzkie  opiłki.  Roztrzęsieni,  zdenerwowani  kursanci 

uspokajali  się;  psychoza  panicznego  lęku  mijała.  Znalazły  się  granaty  przeciwczołgowe.  W 

samą  porę,  bo  z  przeciwległego  parowu,  łamiąc  zarośla  wytoczyły  się  dwie  tankietki  z 

czarnymi krzyżami. Tylko patrzeć, jak ruszy za nimi nowa fala niemieckiego natarcia. 

Całym sobą odczuł w tym momencie major, że sytuacja stała się krytyczna. Wiedział, 

że można zrobić tylko jedno. I to właśnie zrobił. Powiedział: - za mną! - machnął naganem i 

poszedł długim, szybkim krokiem nie oglądając się za siebie. Wiedział, że nie idzie sam. Już 

po  chwili  usłyszał  tupanie  nóg  i  przyśpieszone  oddechy  ludzi.  Czuł  ich  za  plecami.  Potem 

zobaczył  ich  plecy.  Zorientował  się,  że  go  wyprzedzają,  że  biegną.  Więc  pobiegł  sam. 

Usłyszał przeciąłe: a-a-a! i nie bez pewnego zdziwienia stwierdził nagle, że i sam ryczy całą 

mocą  zachrypniętego  gardła.  Potknął  się,  padł;  to  go  zapewne  uratowało  -  seria  z  tankietki 

ścięła  kilka  gałązek  tuż  nad  jego  głową.  Ale  po  chwili  bliski  wybuch  obsypał  go  grudami 

background image

tłustej ziemi  i kiedy wstał przecierając oczy, zobaczył, że tankietka stoi w dziwnej pozycji, 

przechylona  i  zaryta  tępym  nosem  w  ziemię.  Zaraz  potem  strzelił  prosto  w  wykrzywioną 

twarz  człowiekowi  w  czarnym  berecie,  przeskoczył  przez  niego,  pobiegł  dalej,  zobaczył 

czyjeś plecy w mundurze feldgrau, z rozmachem uderzył powyżej nich kolbą nagana, ujrzał 

szeroki zad drugiej tankietki, która grzechocząc  wpełzała pośpiesznie do parowu. Krzyknął: 

„stój, gadzie!” i zupełnie bez sensu wystrzelał w jej stronę resztę naboi. Wtedy ochłonął. A 

kiedy ochłonął, zorientował się, że stoi na przeciwległym stoku i że za chwilę z całą tyralierą 

wejdzie na jego grzbiet. 

W tym samym momencie ujrzał wychodzącą zza wzgórza tyralierę przeciwnika. 

Niemcy  szli  gęsto,  strzelając  w  marszu;  powietrze  fastrygowały  nitki  serii.  Szli 

szybko, pewnie, z rozmachem, prawie nie załamując rozczłonkowanego szyku. 

Ludzie Kowtuna drgnęli, zachwiali się, zaczęli odskakiwać do tyłu. 

Niemcy byli coraz bliżej. 

Znał ten widok. Tak samo szły kiedyś na niego, gołowąsa, oficerskie pułki Denikina 

pod Carycynem i gdyby nie pociąg pancerny... Tak samo było we śnie. Ale tym razem to nie 

była  ani przeszłość, ani  sen  i  majorem owładnęło przeczucie  bliskiego końca. Więc to tak? 

Wszystko się sprawdza? Ręce machinalnie załadowały rewolwer i Kowtun metodycznie, jak 

na strzelnicy, zaczął podnosić lufę, przesuwać ją, naprowadzać muszkę, naciskać spust - cały 

zesztywniały, napięty w oczekiwaniu ostatecznego ciosu. 

Lecz cios nie nastąpił. Zamiast niego przez wrażą tyralierę przebiegło jakieś drgnienie; 

Niemcy jakby się zawahali, zmylili krok, zakłócili porządek... 

- ...raa-raa-raa - rozległo się za plecami majora. 

Obejrzał  się  i  zastygł  porażony  niezwykłością  widoku.  Po  stoku,  z  którego  ruszył 

niedawno  on  sam,  biegli  teraz  ludzie  w  przedziwnych  mundurach.  Znaczna  część  miała  na 

sobie  kawaleryjskie  bryczesy,  niektórzy  -  przekrzywione  z  fantazją  kubanki,  tu  i  ówdzie 

machano  szablami.  Wszystko  stało  się  jednak  jasne,  kiedy  major  dostrzegł  sadzącego 

wielkimi krokami wąsacza w burce i wysokiej papasze. 

- Kudiura! 

To  dowódca  spieszonej  kawaleryjskiej  dywizji,  znany  z  fantazji  i  przywiązania  do 

swojego ukochanego rodzaju broni, przybył z posiłkami dosłownie w ostatniej chwili. Kryłow 

dotrzymał słowa. 

Odwrócony ciągle ku nadbiegającym kawalerzystom major usłyszał nagle nad głową 

przeciągły  świst,  a  po  pauzie,  za  plecami,  grzmiący  łoskot.  Odwrócił  się.  Za  zmieszaną 

tyralierą Niemców wyrósł wielki słup wybuchu. Nowy gwizd - nowa eksplozja - już w samej 

background image

tyralierze. Trzeci, czwarty, piąty. Szyk wroga łamie się, w kłębach kurzu migają jasne plamki 

przerażonych twarzy, coś wylatuje w górę, po stoku z brzękiem toczy się hełm. Za Niemcami, 

między nimi wyrasta ściana ognia; żołnierze rozbiegają się na wszystkie strony. 

Co to? Co to jest? To nie stotrzydziestki z baterii nadbrzeżnych... 

Tyraliera Kudiury stanęła. Nie chce wpaść pod własny ogień. Wszyscy patrzą na lewo, 

w  tył,  ku  Zatoce  Bałakławskiej.  Podrzucają  w  górę  kubanki.  Jest  rzadka  w  boju,  pierwsza 

dzisiaj  chwila  ulgi  i  odprężenia.  Ogłuszeni  od  huku  artylerzyści  z  baterii  nadbrzeżnych 

krzywią w grymasie uśmiechu poczerniałe od dymu twarze. Marynarze na prawym skrzydle 

jeszcze  mocniej  wpijają  się  w  ziemię,  a  potem  skaczą  do  przodu  i  wypychają  Niemców  za 

Basztę  Genueńską.  Apoplektyczny  pułkownik  bez  czapki,  z  purpurową  od  krzyku  twarzą 

ociera twarz rękawem i po raz pierwszy myśli o tym, że pozycja jest do utrzymania. 

Wszyscy  patrzą  ku  zatoce,  gdzie  otoczone  białym  obłokiem  dymu,  przeszywanego 

błyskami  wystrzałów,  leży  na  wodzie  szare  cygaro  okrętu  z  wysokim  masztem  i  trzema 

charakterystycznymi kominami. 

Czerwona  Ukraina”  -  myśli  major  z  ulgą,  obciąga  bluzę,  chowa  nagan,  zdejmuje 

czapkę i idzie szybko wzdłuż zbocza na prawo ku Baszcie Genueńskiej, przeskakując przez 

ciała  zabitych.  Tyraliera  Kudiury  zniknęła  za  grzbietem,  krążownik  przeniósł  ogień  i 

wybuchy  brzmią  teraz  daleko  z  przodu,  koło  Warnutki,  tam,  skąd  dziś  rano  wyparto 

kursantów.  Wątpliwe,  czy  uda  się  ją  odzyskać;  mimo  wszystko  nie  starczy  sił  na  ogólny 

kontratak. Ale za to, już chyba na pewno, będzie można utrzymać Bałakławę. 

* * * 

Jeszcze  przez  kilka  dni  o  miasteczko  toczyły  się  zażarte  walki.  Generał  Müller-

Gebhardt,  dowódca  72  Dywizji  Piechoty,  otrzymywał  bez  przerwy  naglące  telefony  od 

Mansteina. Dowódca armii miał powody do zdenerwowania; liczył na to, że uda się ofiarować 

Hitlerowi Sewastopol w rocznicę Rewolucji Październikowej. Nic  jednak z tego nie wyszło. 

Kolejny termin - 1 grudnia - nie wydawał się pewniejszy od innych. 

Impet  natarcia  słabł  i  siwy  człowiek  w  jasnym  mundurze  z  Żelaznym  Krzyżem  pod 

szyją, pochylony nad mapami w małym domku w Sarabuzie pod Symferopolem, czuł to coraz 

wyraźniej.  To  miasto  przekreślało  jego  plany.  Przedwcześnie  przekłute  koncentrycznymi 

strzałami,  przekreślone  na  krzyż  kpiło  sobie  z  niego,  wymagało  poważnego  potraktowania. 

background image

Już  nie  lekceważył  atakowanego  nieprzyjaciela.  Przeciwnie,  myślał  o  nim  z  szacunkiem,  z 

odcieniem mimowolnego podziwu. Ten Pietrow to jednak był ktoś... 

Generał  Pietrow  przybył  tymczasem  osobiście  pod  Bałakławę.  Zachował  w 

Sewastopolu  swoje  odeskie  zwyczaje;  najtrudniej  było  go  znaleźć  w  sztabie.  Obejrzał 

pozycje,  rozmawiał  z  żołnierzami,  zarządził  odprawę  dowódców.  Pułkownika  NKWD  po 

namyśle  pozostawił  na  stanowisku  dowódcy  kursantów,  zagroził  mu  jednak  w  cztery  oczy 

rozstrzelaniem,  gdyby  sytuacja  sprzed  dwu  dni  miała  się  powtórzyć.  Dowódcą  odcinka 

mianował pułkownika Muchamedowa, którego 31 pułk właśnie przybył z Noworosyjska. 

Kowtunowi  przemknęło  przez  myśl,  że  Muchamedow  nie  zna  jeszcze  miejscowych 

warunków,  ale  już  w  dzień  później  musiał  przyznać,  że  Pietrow  nie  przestał  znać  się  na 

ludziach.  Müller-Gebhardt  poganiany  przez  Mansteina  i  Wohlera  rzucił  tego  dnia  do  ataku 

wszystko, co miał,  i  był o krok od sukcesu;  na  styku  między  szkołą  NKWD a 31 pułkiem, 

dokładnie  w  tym  miejscu,  gdzie  Kowtun  organizował  kontratak,  fizylierzy  siedemdziesiątej 

drugiej  wdarli  się  na  grzbiet  i  wzięli  pod  ostrzał  miasteczko.  Major  siedział  w  sztabie,  z 

uznaniem obserwował spokojne i przemyślane decyzje Muchamedowa. 

-  Co  zameldować  generałowi?  -  spytał  na  pożegnanie  otrzymawszy  telefoniczny 

rozkaz Kryłowa, by udać się na pozycję sąsiedniego sektora. 

-  Zameldujcie,  że  w  nocy  przywrócę  poprzednie  położenie  -  powiedział  spokojnie 

pułkownik o skupionej, śniadej tatarskiej twarzy. 

- Może trzeba wam coś podrzucić? 

- Dziękuję, dam sobie radą sam. Bądźcie łaskawi zameldować właśnie w ten sposób. 

Mało  było  dowódców,  którzy  w  takiej  sytuacji  nie  ulegali  pokusie  i  nie  prosili 

przynajmniej o jedną baterią. „Z takim można wojować” - pomyślał z szacunkiem Kowtun. 

W nocy położenie zostało istotnie przywrócone. 

background image

* * * 

Rozrzucona nad swoją małą zatoką, wciśnięta w strome zbocza Bałakława przetrwała 

niemiecki  napór  i  rozpoczęła  przedziwną  egzystencję  już  nie  przyfrontowego,  lecz  zgoła 

frontowego  miasteczka.  Przez  kilka  miesięcy  miało  ono  odtąd  płynąć  pod  znakiem  -  nader 

względnego przecież - spokoju. 

We  wznoszącej  się  nad  miasteczkiem  Baszcie  Genueńskiej  siedzieli  mocno 

marynarze. Na dole, niemal u samego wejścia, o rzut granatem, zaryli się Niemcy. Wisieli nad 

Bałakławą, widzieli dachy jej pierwszych domów, trzymali pod ostrzałem zatokę. 

Stromizna  utrudniała  jednak  ostrzał.  Niemcy  prześladowali  pojedynczych 

przechodniów, ale ruch nie ustawał. Urządzali prawdziwe polowania na woziwodę, w końcu 

zabili mu konia. Osiągnęli tylko tyle, że stary musiał nosić wodę wiadrami. Ukryte w skale 

pracowały piekarnia, łaźnia, składy zaopatrzeniowe, fryzjernia. Zwłaszcza ta ostatnia cieszyła 

się  ogromnym  powodzeniem.  Stary,  sześćdziesięcioletni  fryzjer,  Dymitr  Konstantynowicz 

Toszcza,  nie  pozwolił  się  ewakuować  i  golił  brody  tuż  pod  nosem  Niemców.  Zaciszna 

fryzjernia, spełniająca zarazem rolę świetlicy, bardzo przypadła do gustu obrońcom odcinka: 

„wyskoczyć do Toszczy” stało się obiegowym powiedzeniem frontowym. 

Co  rano  nad  zatoką  kucali  z  wędkami  cierpliwi  rybacy.  Zdenerwowani  Niemcy 

płoszyli ich ostrzałem z granatników; wystarczyło jednak, by kanonada uspokoiła się bodaj na 

chwilę,  a  już  pochowani  w  różnych  dziurach  amatorzy  wylęgali  ma  brzeg  i  gremialnie 

wyławiali  łatwą, bo ogłuszoną  wybuchami zdobycz. Niemcom  nie przychodziło rzecz  jasna 

do głowy, że dopomagają w ten sposób miastu i jego obrońcom w rozstrzyganiu problemów 

zaopatrzenia. 

background image

Iwanow, wal! 

Impet natarcia słabł coraz wyraźniej. 22 listopada Niemcy rzucili się do straceńczego 

ataku na środkowym odcinku obrony, na styku drugiego i trzeciego sektora, w rejonie doliny 

Kara-Koba i wsi Czerkiez-Kameń. Nie osiągnęli jednak powodzenia. Wkrótce stało się jasne, 

że był to ostatni akord pierwszego szturmu Sewastopola. 

Miasto  odetchnęło,  ale  świadome  ciągle  grożącego  niebezpieczeństwa  nie  traciło 

czasu  nadaremnie.  Pośpiesznie  wzmacniano  umocnienia,  gorączkowo  wznoszono  nowe. 

Twierdza morska czyniła co mogła, by stać się również twierdzą lądową. Kto żył, pracował 

dla potrzeb frontu. Fabryki przeniesiono w podziemia, chroniąc je przed bombardowaniem  i 

ostrzałem;  nieprzerwanym  potokiem  płynęła  z  nich  na  pozycje  amunicja,  broń, 

umundurowanie.  Wykorzystano  stare  pieczary  i  jaskinie,  wyryto  nowe,  przekopano  skalne 

zbocza  sztolniami, umieszczono w  nich  szkoły, szpitale, urzędy, przygotowano schrony dla 

wszystkich  tych,  których  nie  obejmowała  ewakuacja  i  którzy  byli  miastu  niezbędnie 

potrzebni.  Pod  Inkermanem,  w  jednym  z  tuneli,  stał  pociąg  pancerny,  kąsając  Niemców 

nagłymi wypadami. 

Miasto  żyło  dla  frontu  i  samo  było  frontem.  Spoważniało,  zszarzało,  straciło  coś  ze 

swego  wesołego,  czarnomorskiego  wdzięku  -  na  rzecz  ostrości  i  skupionej  powagi. 

Zamalowano  białe  ściany  domów,  by  nie  wyznaczały  nocami  konturów  zatoki  i  nie 

naprowadzały  na  cel  nieprzyjacielskich  lotników.  Amfiteatr  sewastopolskich,  nadbrzeżnych 

pagórków nabrał nowego wyrazu. Mokra zima zmiatała porywistymi wiatrami rozsypane na 

bulwarach liście akacji i mieszała je z sypkim, żółtawym śniegiem. Na morzu często szalały 

sztormy, wątła  nitka komunikacji z  Wielką  Ziemią trzeszczała  niebezpiecznie.  Ale  miasto i 

front potrzebowały zaopatrzenia; co noc okręty z portów kaukaskich - przedzierając się przez 

burze, naloty, zasadzki niemieckich i rumuńskich kutrów torpedowych, zrzucane z samolotów 

miny - przybijały do nadbrzeży, pośpiesznie oddawały miastu swój ładunek, brały rannych  i 

ewakuowanych,  aby  przed  świtem  wyruszyć  z  powrotem.  Ten  pośpiech  był  konieczny;  co 

rano szczekanie zenitówek obwieszczało nową falę nalotów; bombowce 8 Floty Powietrznej 

Luftwaffe  napływały  fala  za  falą  ze  swoimi  śmiercionośnymi  ładunkami.  Bombardowano 

Sewastopol dziko i systematycznie zarazem, chcąc go zdeptać, wbić w ziemię i złamać wraz z 

owym  nieuchwytnym,  ale  tak  boleśnie  przez  hitlerowców  odczutym  duchem  oporu,  który 

odrodził  się  na  nowo  wśród  pamiątek  Wojny  Krymskiej,  między  Panoramą  Sewastopolską, 

tkwiącą  w  wodzie  zatoki  kolumną  ku  pamięci  poległych  marynarzy,  pomnikiem  admirała 

background image

Korniłowa,  z  jego  słowami:  „Brońcie  Sewastopola!”,  zarysami  dawnych  pozycji  na 

Kurchanie Małachowskim. Bombardowano boleśnie, lecz bez owego moralnego skutku, który 

wydawał się napastnikom nieuchronny, a tymczasem nie następował. Zatopiono tylko - i była 

to  ciężka  strata  -  Czerwoną  Ukrainą,  krążownik,  który  tak  bardzo  dopomógł  obrońcom 

Bałakławy.  Reszta  floty  przeniosła  się  do  Noworosyjska  i  Tuapse,  by  nadal  pełnić  swoją 

bojową służbę na Morzu Czarnym. 

Miasto  zacięło  się,  zgarbiło  jak  człowiek  idący  pod  wiatr,  przygięło  do  ziemi.  Kto 

mógł, pracował dla frontu. Kobiety zastępowały zdolnych do noszenia broni mężczyzn; dzieci 

zastępowały dorosłych. Ludzie prześcigali się w wymyślaniu pożytecznych zajęć, chcieli być 

potrzebni;  kto  nie  mógł  wyjść  z  domu,  prał,  robił  na  drutach,  szył,  a  pewien  emerytowany 

archiwista  zaskarbił  sobie  szczerą  wdzięczność  frontowców  klejąc  dla  nich  koperty  i 

wycinając kartki papieru listowego z czystych stronic kancelaryjnych ksiąg. 

Miasto miało chwile swego triumfu i umiało je przeżywać z ogromną intensywnością, 

z całym swym niespożytym temperamentem, biorąc odwet na tych, którzy przyłożyli mu nóż 

do gardła. 

Pewnego  listopadowego  dnia  Bulwar  Nadmorski  pokrył  się  tłumem  patrzących  w 

niebo  ludzi.  Było  to  w  czasie  jednego  z  wielu  nalotów.  Sewastopol  nauczył  się  już  nie 

zwracać na nie uwagi. Nadlatujący znad Zatoki Północnej  He-111 został zaatakowany przez 

radzieckiego  „jastrząbka”.  Niemiec  wywijał  się  unikając  ataku  i  parł  ku  miastu,  chcąc 

najwidoczniej  za  wszelką  cenę  rzucić  bomby  i  uzyskać  swobodę  ruchów.  Celna  seria 

radzieckiego  pilota  zmusiła  jednak  do  zamilknięcia  jego  tylnego  strzelca.  Wynik  walki 

wydawał się teraz przesądzony. Myśliwiec zbliżył się do Heinkla na minimalną odległość i... 

nie otworzył ognia. 

-  Wal!  Wal!  -  krzyczeli  rozgorączkowani  widzowie,  posyłając  w  niebo  wiązanki 

soczystych, czarnomorskich epitetów. 

Po chwili sytuacja stała się jednak jasna. Radzieckiemu pilotowi zabrakło amunicji. 

Pilot  Heinkla  musiał to również  zrozumieć. Zniżył swoją  maszynę  i  lotem koszącym 

gnał wzdłuż wybrzeża w stronę portu. Artyleria nie mogła go teraz razić, był za nisko. 

Wydawało się, że Rosjanin musi dać za wygrane,  lecz... Z piersi patrzących wyrwało 

się zbiorowe westchnienie. Radziecka maszyna zaszła przeciwnika od tyłu; rozległ się nagle 

suchy  trzask:  usterzenie  Heinkla  zawadzone  końcówką  płata  myśliwca  rozpadło  się  na 

szczątki. Hitlerowski  bombowiec runął  jak kamień  na przybrzeżne  skały wzbijając w  niebo 

fontannę  wybuchu.  „Jastrząbek”  zakołysał  się,  z  trudem  wyrównał  lot  i  zawrócił  w  stronę 

lotniska. 

background image

Był to wyjątkowy wypadek powietrznego taranu, w którym atakujący zdołał uratować 

swoją maszynę. Pod Sewastopolem zastosował go po raz pierwszy pilot pułku myśliwskiego 

majora Ostriakowa, młodszy lejtnant Jakub Iwanow. 

W  trzy  dni  później  młody  lotnik  powtórzył  swój  wyczyn  strącając  do  morza 

bombowiec Do-215. Tym razem jednak własna maszyna zawiodła go i również runęła w dół. 

Iwanow zginął; pośmiertnie odznaczono go tytułem Bohatera Związku Radzieckiego. 

background image

Cisza przed burzą 

... Wiadomości zrelacjonowane przez majora Potapowa były bardzo niepokojące. 

Kowtun,  którego  po  zakończeniu  pierwszego  niemieckiego  natarcia  mianowano 

szefem  oddziału  operacyjnego  Armii  Nadmorskiej,  słuchał  codziennego  raportu  dowódcy 

zwiadu, marszcząc brwi i w zamyśleniu postukując ołówkiem w rozłożoną mapę. Oczywiście 

trudno się  było  spodziewać, że  zniechęcony pierwszą próbą Manstein odstąpi od oblężenia. 

Wiedziano, że przeciwnik zbiera siły do drugiego szturmu i pragnie za wszelką cenę uczynić 

go decydującym. 

I oto, zdaniem dowódcy zwiadu, coraz wyraźniej  mnożyły się oznaki świadczące, że 

chwila nowej wielkiej próby już nadchodzi. Wśród oddziałów niemieckich na pierwszej linii 

zaobserwowano  podejrzany  ruch;  można  było  przypuszczać,  że  dokonuje  się  luzowanie  i 

wprowadzanie  do  akcji  nowych  jednostek.  Przypuszczenia  te  szybko  się  potwierdziły; 

„język”, złapany przez czapajewowców, pochodził z 24 Dywizji Piechoty, świeżo przybyłej 

spod Charkowa. Ogółem Manstein miał już pod Sewastopolem do jedenastu dywizji piechoty 

i dwie rumuńskie brygady górskie. 

„To  dobrze  -  myślał  Kowtun.  -  Z  jednej  strony  to  bardzo  dobrze.  To  znaczy,  że 

spełniamy  swoje  zadanie:  wiążemy  jak  najwięcej  aktywnych  sił  przeciwnika  i  to  właśnie 

teraz, kiedy obrywa cięgi pod Rostowem, kiedy natarcie na Moskwę załamało się. Ale dla nas 

to gorzej.” 

Dalsze  wiadomości  nie  były  również  zbyt  pocieszające.  Partyzanci  donosili  o 

podciąganych pod Sewastopol działach: można było wywnioskować, że chodzi o najcięższe 

haubice, a także o działo kolejowe wielkiego kalibru. 

- Co w ogóle słychać u partyzantów? - zapytał Kowtun. 

Tu nowiny brzmiały weselej: ruch partyzancki na obszarze całego półwyspu krzepł  i 

najwyraźniej  przysparzał  już  Niemcom  sporo  kłopotów;  świadczyły  o  tym  drakońskie 

zarządzenia,  wydawane  przez  lokalne  władze  okupacyjne.  Ale  i  tu  nie  zabrakło  gorzkiej 

pigułki.  Okazało  się,  że  część  krymskich  Tatarów  współpracuje  z  Niemcami,  że  stworzono 

już spośród nich oddziały pomocnicze, że jeden z nich ochrania symferopolskie lotnisko... 

Potapow już odszedł, a Kowtun długo jeszcze garbił się w swej sztabowej klitce nad 

mapą;  przez  głowę  przeciągało  niewesołe  pasmo  myśli.  Patrzył  na  półkolistą,  powyginaną, 

pięćdziesięciokilometrową linię obrony. Znał ją dokładnie; miał w czubkach palców każdy jej 

występ, każde załamanie; klisza pamięci utrwaliła i ukazywała teraz metr po metrze wzgórza i 

background image

wąwozy,  transzeje  i  bunkry;  znaki  taktyczne  ożywały  twarzami  dowódców  i  żołnierzy... 

Przerzucał to w myśli, opukiwał, brał pod światło, sprężony w oczekiwaniu, ogarnięty - który 

to  już  raz?  -  tą  jedną,  przemożną  myślą,  która  zadręcza  skazanych  na  bierne  oczekiwanie 

dowódców: kiedy? I drugą: skąd? 

* * * 

Gruby  ołówek  Mansteina  przeciął  jak  lancet  kapryśną  kreskę,  oznaczającą  pozycje 

przeciwnika.  Raz,  drugi,  trzeci.  Niebieskie  linie  wycelowały  swe  strzałki  w  pobliski 

Sewastopol  i  przecięły  Zatokę  Północną,  sforsowały  Wzgórza  Sapuńskie  i  spotkały  się  w 

centrum miasta. 

„Gdybyż to było takie proste w rzeczywistości!” - pomyślał sentencjonalnie generał i 

spojrzał bacznie na zebranych wokół stołu oficerów; wydało mu się raptem, że niejednemu z 

nich  musiała  przyjść  do  głowy  ta  sama  myśl.  Ale  twarze  dowódców  i  sztabowców  były 

nieprzeniknione. 

„A może myślą o tym, że już nie pierwszy raz przełamuję Rosjan... na papierze? No, 

dosyć.  Tym  razem  wszystko  jest  gotowe.  Wszystko  powiedziałem.  Popełniłem  przedtem 

poważny błąd - nie doceniałem przeciwnika. Okazało się, że wśród tych upartych fanatyków 

są jeszcze dobrzy żołnierze. Więc dobrze - potraktuję ich teraz tak, jak na to zasłużyli. Z całą 

powagą.  To  jednak  dobrze,  że  nie  oddałem  siedemdziesiątej  trzeciej  do  Rostowa,  żeby 

pomagała  Kleistowi  wyplątać  się  z  tych  tarapatów,  w  jakie  wlazł  wskutek  swej  głupoty, 

pchając się z odsłoniętymi skrzydłami... 

Niech  go  teraz  Rundstedt  ratuje,  nie  ma  głupich”.  Z  satysfakcją  przypomniał  sobie 

rozmowę telefoniczną, w której uprzejmie, lecz stanowczo przypomniał Rundstedtowi, że nie 

podlega  Grupie  Armii  „Południe”,  lecz  bezpośrednio  Głównej  Kwaterze.  „Ten  mały 

Napoleonek zapomniał pewnie, że  już  nie  jestem jego szefem  sztabu  i  nie  muszę cierpliwie 

znosić jego kaprysów.” 

Podniósł głowę. 

- Czy wszystko jest jasne? 

Milczenie. 

- Pytania? 

-  Herr  General  -  z  krzesła  podniósł  się  zwalisty  pułkownik  Mahlsieg,  szef 

intendentury - pozwolę sobie przypomnieć to, o czym miałem już możność panu generałowi 

background image

zameldować.  A  mianowicie,  że  w  wypadku...  -  tu  pułkownik  lekko  się  zająknął  -  w  razie, 

gdyby  oblężenie  Sewastopola  miało  się  przedłużyć,  będziemy  zupełnie  nieprzygotowani  do 

spędzenia zimy w warunkach polowych. Brak ciepłej odzieży... 

-  Wiem,  wiem  -  w  głosie  Mansteina  zabrzmiało  zniecierpliwienie.  -  Nie  będzie  pan 

spędzał  tej  zimy  w  warunkach  polowych,  pułkowniku.  Sewastopol  ma  dobrze  zaopatrzone 

składy. Weźmie pan sobie stamtąd wszystko, co trzeba. Oczywiście, jeśli Hentschel panu da - 

zażartował generał, zerkając z ukosa na wyprostowanego, suchego jak szczapa pułkownika z 

monoklem  w oku, o pociągłej, arystokratycznej twarzy. W  myśl zasady  Ordnung muss sein 

wyznaczono go zawczasu wojennym komendantem miasta. 

Żart rozładował atmosferę;  istotnie,  najgorszy pesymista  nie  sądził,  że  mogą  jeszcze 

dreptać  pod  tym  diabelskim  miastem  dłużej  niż  dwa  tygodnie.  Ich  dowódca  obiecał  go 

führerowi na gwiazdkę i tym razem obietnicy nie można już było nie wykonać. 

Naradę zakończono. Sala wiejskiego klubu w Sarabuzie wypełniła się przytłumionym 

gwarem wielu głosów. 

background image

Drugi odparty 

- Towarzyszu generale... 

Pietrow  przysiadł  na  swoim  łóżku  i  spojrzał  na  adiutanta  zupełnie  przytomnymi 

oczami.  Jednocześnie  jego  świadomość  zarejestrowała  lekkie  wibrowanie  skalnych  ścian, 

jakby  wstrząsanych  wewnętrznym  dreszczem.  Nawet  tu,  do  podziemi,  docierały  odgłosy 

odległego, zmasowanego ostrzału artyleryjskiego. 

- Generał Kryłow... 

- Dobrze, idę. 

To, że zbudzono go o tej porze,  mogło oznaczać tylko  jedno, a pulsowanie  ścian to 

właśnie  potwierdzało.  Zapiął  kołnierzyk  bluzy,  sięgnął  po  okulary,  przygładził  łysiejącą 

głowę i otworzył drzwi do sąsiedniego pokoju. Stali tam Kryłow i Kowtun. 

- Gdzie? - spytał Pietrow, podchodząc do mapy. 

- Ósma - odpowiedział Kryłow, wskazując ołówkiem czwarty sektor. 

* * * 

Po  bardzo  solidnym  przygotowaniu  artyleryjskim,  siedemnastego  grudnia  ruszyło 

drugie niemieckie natarcie na Sewastopol. 

Ruszyło  na  całym  froncie,  szybko  jednak  zorientowano  się,  że  Niemcy  naciskają 

najbardziej na styk trzeciego i czwartego sektora, na kierunku Belbek-Kamyszły, z zamiarem 

opanowania Inkermanu i północnego brzegu Zatoki Północnej. Po tej samej osi posuwała się 

w  listopadzie  brygada  Zieglera,  osadzona  i  zmuszona  do  odwrotu  przez  bohaterów 

Duwankoja. 

Teraz nacierający nie liczyli już na łatwy sukces. 

Gęste  tyraliery  niemieckie  wpadły  pod  zmasowany,  celny  ogień  zawczasu 

przygotowanej obrony. Nad radzieckimi pozycjami pojawiły się bombowce. Nieustanna palba 

wszystkich rodzajów broni osiągnęła niespotykane jeszcze pod Sewastopolem natężenie. 

Liczne  czołgi,  które  i  tym  razem  miały  być  główną  siłą  uderzeniową  Mansteina, 

dostawały się pod ogień dobrze zamaskowanych i okopanych armat przeciwpancernych. Te, 

które  zdołały  przedrzeć  się  aż  do  pierwszej  linii  radzieckich  okopów,  zarzucano  z  bliska 

background image

granatami  i  butelkami  z  płynem  zapalającym.  Płonęły  na  zboczach  pagórków  jak  wielkie 

pochodnie, zasnuwając wszystko duszącym, czarnym dymem. 

Artylerzystom  pułkownika  Bogdanowa  rozgrzały  się  lufy  dział;  mimo  zimnego, 

grudniowego  dnia  pot  ściekał  im  po  twarzach,  głuchli  od  nieustannego  huku.  Ich  dowódca 

znany  był  z  brawury  i  żołnierskiej  fantazji;  jeszcze  w  Odessie  miał  zwyczaj  wołać  do 

chwiejących się tyralier piechoty:  „Śmiało! Weselej! Bogdanow z wami!” I tym razem pułk 

okazał się godnym swojej sławy. 

Pierwszego  i  drugiego  dnia  wszystkie  ataki  odparto.  Pole  walki  zasłały  stosy 

niemieckich trupów. 

Trzeciego  dnia  22  Dolnosaksońska  Dywizja  Piechoty  osiągnęła  za  cenę  ogromnych 

strat pewne powodzenie  na  styku  sektorów. Obrońcy kontratakowali,  ale  nie  było  ich czym 

wesprzeć. Klin niemieckiego natarcia uparcie posuwał się naprzód; zajęto Belbek i Kamyszły, 

walki toczyły się teraz o przystanek kolejowy Góry Mackenzyjskie. 

Po  pięciu  dniach  Niemcy  wdarli  się  na  głębokość  od  siedmiu  do  dziesięciu 

kilometrów, nigdzie jednak nie potrafili zdecydowanie przełamać obrony. 

Manstein się niecierpliwił. 

-  Pułkowniku  -  powiedział  do  barona  von  Choltitza,  dowódcy  16  pułku  piechoty, 

którego  uważał  za  jednego  z  najlepszych  oficerów  w  11  Armii.  -  Pułkowniku,  do  rana 

zamelduje mi pan, jak wygląda Zatoka Północna. 

-  Rozkaz  -  odpowiedział  ponuro  von  Choltitz.  Jego  grenadierzy  wdarli  się  już  na 

przedpole  trzeciej  linii  obrony,  ale  dostali  się  tu  w  krzyżowy  ogień  solidnych  umocnień, 

noszących  nazwy  „Fortu  Stalina”  i  ,,Fortu  Maksyma  Gorkiego”.  Dalsze  natarcie  zostało 

utopione we krwi; impet załamał się i baron nie był w stanie nic na to poradzić. 

A  wieczorem  dowódca  22  Dywizji,  generał  Wolff,  musiał  zakomunikować 

Mansteinowi  kilka  nieprzyjemnych  wiadomości.  Brzeg  Zatoki  Północnej  był  nadal 

niedostępny. Przeciwnik zastopował  natarcie;  jego ustawiczne kontrataki  napawały generała 

obawą o utrzymanie zdobytego terenu. 

- A von Choltitz? - spytał Manstein po chwili milczenia. 

Była to ostatnia gorzka pigułka; ciało von Choltitza z oderwaną rosyjskim pociskiem 

głową leżało w jednej z izb sztabu dywizji, oczekując jutrzejszego pogrzebu. 

Tym razem Manstein milczał długo. Potem rzucił sucho. 

- Niech pan naciera dalej. 

I położył słuchawkę. 

background image

* * * 

-  Kudiura  zabity!  -  usłyszał  Kowtun  i  pamięć  natychmiast  wskrzesiła  bałakławskie 

płasko  wzgórza,  wąsatego  człowieka  w  papasze,  krzyk:  urra-aaa!  i  niespodziewany  smak 

życia, które mu wówczas podarowano. 

- Jak to się stało? - spytał młodego lejtnanta o delikatnej, niemal dziewczęcej twarzy, 

który przybiegł z meldunkiem do sztabu sąsiedniej dywizji generała Kołomyjca. 

Poczęstował  go  papierosem  i  kątem  oka  obserwował  ze  współczuciem,  jak  chłopak 

długo, drżącymi palcami, łamie zapałki, a potem chciwie i głęboko zaciąga się dymem. 

Historia  była  krótka:  nieuleczalny  kawalerzysta  wyjechał  gazikiem  na  rekonesans  w 

rejon góry Jaiła-Basz. Miały się tam znajdować oddziały osłonowe 12 Brygady, a tymczasem 

byli tam już Niemcy. Z daleka widać było gwałtowne zahamowanie samochodu, rozległa się 

krótka  strzelanina  i  po  pół  godzinie  kierowca  i  adiutant  przydźwigali  ciało  ulubionego 

dowódcy, trafione kilkunastoma pociskami. 

„Gdyby  przy  wszystkim  był  trochę  ostrożniejszy”  -  pomyślał  przelotnie  Kowtun,  a 

następnie spytał lejtnanta, który zdążył tymczasem nieco ochłonąć. 

- Jak tam u was? 

- Gniotą, ścierwa, towarzyszu majorze - powiedział ponuro lejtnant i słowo „ścierwa” 

zabrzmiało  dziwacznie  w  jego  dziecinnych  ustach.  -  Mało  nas...  Nie  ma  czym  uzupełniać 

strat. 

- Wiem. Poczekajcie do jutra. Wielka Ziemia ma nam coś niecoś podrzucić. 

* * * 

Wartownik  przyświecając  sobie  ślepą  latarką  zajrzał  do  wnętrza  samochodu,  ale 

natychmiast zasalutował i usunął się na bok. Maszyna ze zgaszonymi światłami wjechała do 

portu  i  ostrożnie  lawirując  koło  starannie  zaciemnionych  budynków,  kranów  i  wagonów 

wjechała na molo. 

Słychać tu było przytłumiony gwar wielu głosów, szczęk broni, tupot nóg. Z rzadka 

błyskały  światła  ślepych  latarek.  Brygada  pułkownika  Bielikowa,  przerzucona  z 

Noworosyjska, pośpiesznie wyładowywała się na brzeg. 

background image

Trzasnęły  drzwiczki.  Od  samochodu  oderwała  się  wysoka  sylwetka  i  podeszła  do 

stojącej przy trapie grupy oficerów. 

- Pułkownik Bielikow? 

- Jestem. 

-  Generał Pietrow, dowódca Samodzielnej  Armii  Nadmorskiej.  Witajcie, towarzysze, 

w Sewastopolu. Bardzo na was czekamy. Jak tam podróż? 

- W normie, towarzyszu generale. Trochę nas wykołysało. 

-  Wybaczcie, ale  nie  będę  mógł zapewnić wam odpoczynku. Mamy  bardzo poważną 

sytuację. Kiedy będziecie gotowi? 

- Za trzy godziny. 

-  To  dużo.  Zacznie  świtać.  Naciśnijcie  trochę.  Za  dwie,  zgoda?  Wyruszycie 

natychmiast  szosą  do  Inkermanu,  potem  w  kierunku  przystanku  Góry  Mackenzyjskie.  Na 

szesnastym kilometrze grupy niemieckich fizylierów przedostały się na włoski cmentarz, o tu, 

w kwadracie 17-89. Oczyścicie cmentarz, wyjdziecie na linię frontu w pasie 8 Brygady  i 14 

Brygady  Kawalerii,  zluzujecie  15  i  27  batalion,  zajmiecie  obronę  na  odcinku  Kamyszły  - 

wzgórze  135,6.  Jasne?  W  takim  razie  nie  będę  wam  przeszkadzał.  Działajcie.  Wyślijcie  od 

razu rozpoznanie. 

-  Sam  pojadę  -  odpowiedział  Bielikow.  -  Podpułkowniku  Łozowski!  Towarzyszu 

generale,  przedstawiam  mojego  szefa  sztabu.  Piotrze  Iwanowiczu,  za  dwie  godziny 

prowadzicie brygadę po wyznaczonej marszrucie. 

-  Do  zobaczenia  w  Kamyszłach,  towarzysze  -  powiedział  na  odchodnym  Pietrow.  - 

Spieszcie się. Jesteście tutaj bardzo potrzebni. 

W tym  momencie  jaskrawy  błysk przeciął  ciemność  i  na  moment wydobył  z  mroku 

ostre  kontury  okrętów  i  mrowiące  się  od  ludzi  molo.  W  ślad  za  nim  przetoczył  się  ciężki, 

soczysty  grzmot.  To  Czerwony  Krym,  który  osłaniał  transport,  bił  teraz  ze  swych  ciężkich 

dział na drugą stronę zatoki. Wkrótce niebo rozjaśniły na horyzoncie luny dalekich pożarów. 

Zawyły  syreny  ogłaszając  alarm  lotniczy;  od  krańców  miasta  ku  portowi  przybliżało  się  i 

narastało ostrzegawcze ujadanie zenitówek. 

Tej  samej  nocy  w  Zatoce  Strzeleckiej  pod  miastem  wyładowała  się,  przysłana  z 

Tuapse,  345  Dywizja  Piechoty  pułkownika  Guza.  Odebrał  ją  Kowtun.  Dywizję  posłano 

równie  pospiesznie  pod  Kamary,  na  styk  pierwszego  i  drugiego  sektora,  gdzie  krwawiły  w 

upartych kontratakach resztki kawalerzystów Kudiury. Brygada Bielikowa już w tym czasie 

walczyła; wtedy właśnie rozgrzani powodzeniem grenadierzy Choltitza poczuli z trwogą, jak 

background image

nadwątlona,  uginająca  się  pod  ich  nieustannymi  atakami  linia  Rosjan  tężeje,  i  po  krótkiej 

walce musieli opuścić stację kolejową. 

Cmentarz  Włochów  poległych  w  czasie  Wojny  Krymskiej,  opanowany  przez 

zaskoczenie  przez  niemiecki  desant  czołgowy,  oczyszczono  jeszcze  przed  przybyciem 

brygady.  Ochotnicy  pospolitego  ruszenia  sewastopolskiego,  robotnicy  skrzyknięci  pod  broń 

po  dwu  przepracowanych  zmianach,  dopadli  Niemców  z  bliska,  rozproszyli  między 

marmurowymi  nagrobkami, zmusili do krótkiej,  zażartej walki wręcz, w czasie której strzał 

padał rzadko, a w ruch szły kolby,  bagnety,  łopatki  i pięści. Bito się  na  śmierć w ponurym 

milczeniu,  roztrzaskiwano  głowy  o  nagrobki,  dopadano  na  wyrwanych  z  ziemi  przez 

niedawne  wybuchy  artyleryjskie  zbutwiałych  trumnach,  z  których  wysypały  się  prochy 

poległych.  Trwało  to  niedługo;  po  pewnym  czasie  po  cmentarzu  rozniosło  się  ostrożne 

nawoływanie  zwycięzców.  Rozmawiano  skąpo,  na  śmiech  nie  wystarczyło  sił;  zmordowani 

ludzie  marzyli  teraz  o  śnie.  Nikt  im  nie  dziękował  ani  oni  sami  tego  nie  oczekiwali;  nie 

przyszło  im do głowy, że  być  może tej krytycznej  nocy z 21  na 22 grudnia  - w przeddzień 

gwiazdki, która miała przynieść führerowi złożony przez 11 Armię w podarunku Sewastopol - 

to oni właśnie ocalili swoje miasto. 

Zresztą - nie tylko oni. 

Mglistym rankiem na Bulwarze Nadmorskim zebrał się spory tłumek gapiów; pogoda 

nie wróżyła nalotu, zresztą widok wart był ryzyka. Bulwarem szła, wzięta w nocy do niewoli 

przez kontratakującą  brygadę  Bielikowa, kolumna Niemców. Na  jej czele  niby  na paradzie, 

ostro wybijając krok, maszerował wysoki, chudy oficer w mundurze pułkownika. Konwojenci 

nie  byli  od tego,  by  podzielić  się  z  gapiami  usłyszaną  gdzieś  przy  sztabie  wiadomością,  ale 

wzdłuż szlaku kolumny przenosiły się półgłośne słowa: 

- Komendant Sewastopola... Komendant Sewastopola... 

Kiedy  indziej  byłoby  to  po  prostu  śmieszne.  Ale  nikt  się  nie  śmiał,  zbyt  wiele  było 

nieszczęść,  zbyt  wiele  krwi,  zbyt  wiele  napięcia  po  bezsennej  nocy,  zbyt  wiele  napiętego 

oczekiwania na noce i dni, które miały dopiero nadejść. Było cicho. Patrzono tylko uparcie w 

twarz pułkownika, on zaś, najwyraźniej  wytrącony z równowagi tą ciszą, która dręczyła go 

bardziej  niż oczekiwane wyzwiska  - czuł się  niepewnie. Patrzył w czubki  swoich  butów, to 

znowu podnosił głowę i z napięciem śledził niebo, poprawiając opadający monokl i starannie 

unikając widoku wybladłych twarzy i roztrzaskanych bombami domów. 

W ten sposób pułkownik Hentschel, komendant wojenny  miasta  i portu  Sewastopol, 

wkroczył na teren, którego „władcą” uczyniono go przed dwoma tygodniami. 

background image

Nowy dowódca! 

W  dwa  dni  później,  o  drugiej  w  nocy,  major  Kowtun  garbił  się  jak  zwykle  w  swej 

sztabowej klitce nad meldunkami sytuacyjnymi, które trzeba było opracować. 

Kryłow i Pietrow spali. Według ustalonego i wprowadzonego w życie porządku pracy 

w sztabie doba została podzielona tak, aby w każdej chwili któryś z trzech dowódców czuwał 

i  był  w  pełni  poinformowany  o  sytuacji.  Druga  część  nocy  należała  do  Kowtuna.  Chociaż 

major był już wdrożony w ten frontowy styl życia, co rusz i na krótką chwilę morzył go sen. 

Szczęknęły drzwi. Kowtun nie podniósł głowy; spodziewał się przybycia Potapowa z 

meldunkiem zwiadu. 

Długa chwila ciszy skłoniła w końcu majora do spojrzenia w stronę drzwi. 

Stał w nich krępy człowiek w wojskowym płaszczu z dystynkcjami generała lejtnanta. 

Zdumiony  major  wstał  i  machinalnie  zapiął  rozpiętą  pod  szyją  bluzę.  Tamten 

zauważył  ten  gest;  w  oczach  błysnęła  mu  ironia.  Kowtun  spostrzegł,  że  zlustrowano  go od 

stóp do głów. „Nie mam wyglądu rasowego sztabowca” - pomyślał i nie wiadomo dlaczego 

poczuł lekkie zdenerwowanie. 

Przedstawił się. W odpowiedzi usłyszał: 

-  Moje  nazwisko  Czerniak.  Generał  lejtnant.  Bohater  Związku  Radzieckiego.  Mam 

objąć dowództwo waszej armii. 

Major osłupiał. Spytany o Pietrowa odpowiedział, że dowódca śpi. 

-  To  niech  śpi,  nie  budźcie  -  powiedział  tubalnie  przybysz  i  gospodarskim  okiem 

zlustrował  klitkę.  -  Co  tu  macie?  Meldunek  operacyjny?  -  pochylił  się  nad  stołem.  - 

Kończyliście akademię? - zapytał po chwili. 

- Nie. 

- Od razu widać. Gdzieście się nauczyli robić takie zestawienie sił? Trzeba zestawiać 

ilość dywizji, a nie batalionów. Pracujecie jak za Kutuzowa. 

„Ładnie bym wyglądał z twoimi dywizjami!” - pomyślał Kowtun. Milczał. 

-  Tyle  macie  tych  dywizji  -  ciągnął  Czerniak  -  a  nie  możecie  ustać  na  miejscu? 

Kiepsko wojujecie, towarzysze oficerowie, kiepsko. Spuściliście nosy na kwintą, co? To nic, 

już ja was rozruszam... 

„Przecież to nasze dywizje, a to niemieckie - myślał Kowtun. - Nasze pułki mają nie 

po trzy, a po dwa bataliony, w dodatku najczęściej o niepełnym składzie.” 

background image

Ale  milczał,  pochylał  głowę  i  zacinał  się  w  sobie  coraz  bardziej.  W  fanfaronadzie 

przybysza było coś szczególnie niemiłego, co budziło jego głuche rozjątrzenie. 

Wszedł Pietrow; adiutant jednak go obudził. Poprosił Czerniaka do siebie. Tymczasem 

w sztabie zapanował ruch. Nikt nie rozumiał, co właściwie zaszło. Gubiono się w domysłach. 

Przecież Pietrow nie popełnił żadnych błędów... 

Wkrótce rozeszła się jeszcze jedna wieść: Pietrow miał być zastępcą Czerniaka. 

Generał  kazał  przygotować  materiały  dla  nowego  dowódcy.  Starał  się  zachować 

spokój, ale widać było, że jest zdenerwowany. 

Czerniak  połączył  się  kolejno  z  dowódcami  dywizji.  Po  obiedzie  wydał  polecenie 

przygotowania rozkazu do natarcia. 

„Jakże to tak?”- buntował się w duchu Kowtun. - Ledwo przyjechał, nigdzie jeszcze 

nie był, nie widział pierwszej linii, nie zna w pełni sytuacji i chce od razu nacierać?” 

Inni  oficerowie  sztabowi  byli  tego  samego  zdania.  Ale  służba  jest  służbą  i  machina 

sztabowa została wprawiona w ruch. Wieczorem Czerniak przejrzał materiały, oświadczył, że 

natarcie zostanie przeprowadzone w rejonie Lubimowki, i wyjechał. Wkrótce potem powrócił 

z pierwszej linii Pietrow. Wysłuchał wiadomości, pokręcił milcząco głową, wezwał do siebie 

Kryłowa i długo rozmawiał z nim w swoim pokoju. 

Rozkaz  do  natarcia  został  wydany,  ale  nie  wypełniony.  Następnej  nocy  do  sztabu 

armii nadeszła szyfrowana depesza z Kwatery Głównej. Pietrow miał powrócić na poprzednie 

stanowisko.  Czerniaka  mianowano  zastępcą  dowódcy  floty  do  spraw  wojsk  lądowych; 

brzmiało  to  dumnie,  ale  w  ówczesnych  warunkach  nie  miało  żadnego  określonego  sensu. 

Zresztą i tu nie zagrzał miejsca; po kilku dniach odwołano go do Noworosyjska. 

Pierwszym posunięciem Pietrowa było wydanie rozkazu o zaprzestaniu przygotowań 

do natarcia i kontynuowaniu uporczywej obrony. Front odetchnął z ulgą. Nacierać teraz  - w 

obliczu ciągłego nacisku Niemców, przy braku odwodów, wobec konieczności ustawicznego 

łatania dziur, przy ostrym reżimie oszczędności amunicji skąpo dowożonej z Wielkiej Ziemi - 

znaczyłoby ryzykować awanturę, grożącą w konsekwencji samobójstwem. 

Walki  trwały  dalej.  Hitler  nie  otrzymał  swego  gwiazdkowego  prezentu,  ale  Niemcy 

atakowali  nadal  i  na  kilku  odcinkach  odrzucili  obrońców  o  kilka  kilometrów.  Więcej  nie 

potrafili osiągnąć. 

Rok  1941  dobiegał  końca  w  zaciekłej  walce.  Koniec  ten  miał  jednak  przynieść 

oblężonemu miastu początek wielkich nadziei. 

background image

Kercz! 

- Towarzyszu majorze! Towarzyszu majorze!  - dyżurny wpadł do klitki Kowtuna bez 

pukania. Na jego twarzy malowała się radość. - Dowódca armii prosi! 

I kiedy Kowtun przechodził kolo niego, lejtnant zachłystując się ze wzruszenia rzucił 

tylko jedno słowo: 

- Kercz! 

Pietrow  czytał  depeszę.  Jego  surowa  twarz  wyraźnie  się  rozpogodziła.  Wyciągnął 

depeszę do Kowtuna. 

- Dobra nowina. Czytajcie! 

* * * 

Manstein  przeczytał  tekst  depeszy.  Zmarszczył  brwi.  Przeczytał  powtórnie.  Przez 

moment miał dziwne uczucie: napisany tekst nie dochodził do świadomości. 

Nie,  to  była  chyba  pomyłka?  W  tych  warunkach?  Podczas  takiego  sztormu 

zdecydować się na podobną operację? Może chodzi po prostu o dywersję? 

Ale w ślad za pierwszą depeszą napłynęły następne. Teraz nie było wątpliwości. 

- Wohler - generał zwrócił się do szefa sztabu - trzeba będzie zdjąć trzydziesty korpus 

i  natychmiast  przerzucić  na  Kercz.  Niech  pan  szykuje  rozkaz.  Czy  mamy  łączność  ze 

Sponeckiem? Musi się trzymać za wszelką cenę! 

Dwa  dni  wcześniej,  w  wieczór  wigilijny,  w  portach  kaukaskich:  Noworosyjsku, 

Anapie, Tomriuku i Tuapse odbywał się pospiesznie załadunek wojska i sprzętu. 

Starannie  przygotowana,  utrzymana  w  ścisłej  tajemnicy  wielka  operacja  desantowa 

wkraczała w decydujące stadium. 

Na morzu szalał sztorm. Nie można się już jednak było cofnąć. Trałowce, holowniki, 

transportowce  brnęły  pod  wiatr,  zalewane  wysokimi  falami.  Sztorm  opóźniał  lądowanie, 

zmieniał  plany,  uniemożliwiał  współdziałanie  z  lotnictwem.  Okręty  rozpraszały  się,  myliły 

szlaki,  podpływały  do  brzegu  w  innych  niż  oznaczono  miejscach.  Rozwścieczone  morze 

ciskało na skały łodzie desantowe. Sztorm zrywał zaopatrzenie, odcinał oddziały szturmowe 

od posiłków. Niektóre okręty  nie wypełniły zadań  i powróciły do swoich  baz;  ich dowódcy 

meldowali o niemożności wykonania operacji. 

background image

Ale  w  kilku  miejscach  atakujący  uchwycili  brzeg.  Marynarze  brnęli  przez  plaże, 

zalewani  falami,  pod  ciężko  nawisłymi  chmurami,  pod  ostrzałem  niemieckiej  artylerii. 

Wgryzali  się  w  skrawki  wybrzeża,  torowali  sobie  drogę  bagnetem  i  granatem,  poszerzali 

zdobyte  przyczółki.  Okręty  wojenne  ostrzeliwały  niemieckie  umocnienia.  Pod  osłoną  ich 

ognia,  działając  przez  zaskoczenie,  desant  piechoty  morskiej  opanował  Teodozję,  bardzo 

ważny strategicznie, choć niewielki port u nasady Półwyspu Kerczeńskiego. Próba dywersji w 

Eupatorii,  na  zachodnim  wybrzeżu  Krymu,  miała  początkowo  powodzenie.  Sztorm 

uniemożliwił jednak wysadzenie drugiego rzutu i pośpiesznie ściągnięte oddziały niemieckie 

zlikwidowały desant. Umocniono się natomiast i poszerzano przyczółki na przylądku Chroni, 

Ziuk, Kamysz-Burun, pod Jenikale. 

Książę  Sponeck,  dowódca  niemieckiego  42  Korpusu,  poczuł  się  zagrożony.  Miał 

praktycznie  do  dyspozycji  jedną  dywizję  niemiecką  i  jedną  brygadę  Rumunów;  całą  resztę 

skoncentrowano  pod  Sewastopolem.  Zdobycie  Teodozji  groziło  korpusowi  odcięciem.  28 

grudnia impet niemieckich kontrataków zaczął wyraźnie słabnąć… 

Był  to  moment  śmiertelnego  niebezpieczeństwa...  -  pisał  po  latach  Manstein.  -  Losy 

całej 11 Armii zawisły na włosku. 

Do  sztabu  armii  przybył  radiogram  Sponecka;  generał  komunikował  o  swej  decyzji 

opuszczenia Kerczu. 

„Kategorycznie zabraniam. Rozkazuję pozostać na poprzednich pozycjach. Wysyłam 

posiłki” - brzmiała odpowiedź Mansteina. 

Sponeck tłumaczył później, że rozkaz ten już  do niego nie dotarł. Tak czy owak, 42 

Korpus rozpoczął pośpieszną ewakuację. 29 grudnia oddziały radzieckie zajęły miasto Kercz, 

a po upływie tygodnia dotarły aż pod Kiet, do miejsca, w którym Półwysep Kerczeński łączy 

się z Krymskim. 

Manstein  próbował  jeszcze  jednego  desperackiego  wysiłku.  29  grudnia  całe 

niemieckie prawe skrzydło rzuciło się do generalnego szturmu. Napięcie walk przewyższyło 

wszystko,  co  dotychczas  pod  Sewastopolem  widziano.  Przetrzebionym  grenadierom  22 

Dywizji  udało  się  raz  jeszcze  wedrzeć  na  przedpole  „Fortu  Maksyma  Gorkiego”;  jego 

opanowanie  pozwoliłoby  Niemcom  na  ostrzeliwanie  całej  Zatoki  Północnej.  Obrońcy  fortu 

nie  mogli  już  używać  dział;  artylerzyści  chwycili  za  noże,  łopatki  i  granaty.  Ze  skrzydła 

uderzyli piechurzy Bielikowa. Niebezpieczeństwo zostało zlikwidowane. 

Manstein  musiał  teraz  z  ciężkim  sercem  rzucić  na  Kercz  30  Korpus  generała  von 

Salmutha. Po uporczywych walkach zdołał on odebrać Rosjanom Teodozję. Ostatecznie linia 

background image

frontu  ustabilizowała  się  w  najwęższym  miejscu  nasady  Półwyspu  Kerczeńskiego,  na  linii 

Ak-Monaj-Dalni Kamyszły. 

Generał Sponeck został oddany pod sąd wojenny i zdegradowany. 

Sewastopol odetchnął. Niemiecki uchwyt uległ wyraźnemu rozluzowaniu. Führer nie 

doczekał się swego prezentu również na Nowy Rok. Fiasko drugiego niemieckiego natarcia 

stawało się oczywiste. 

Obrońcy nie mieli jednak zamiaru konstatować tego z założonymi rękami. 

-  Spróbujmy,  towarzysze,  wykorzystać  sytuację  -  powiedział  Pietrow  na  posiedzeniu 

Rady  Wojennej.  -  Nie  chowajmy  się  za  plecami  pięćdziesiątej  pierwszej.  Nie  pozwólmy 

Niemcom niepokoić nas bezkarnie. 

Uchwała o natarciu była przyjęta jednogłośnie. 

Niemcy, początkowo zaskoczeni, bronili się ostro. 

Ostatecznie  jednak  w  połowie  stycznia  stracili  prawie  wszystko  z  drogo opłaconych 

zdobyczy drugiego szturmu. 

„Sowiecki lotniskowiec” ani myślał tonąć. 

background image

„A my jesteśmy w Sewastopolu...” 

Zanim  to  wszystko  nastąpiło,  Armia  Nadmorska  pośpiesznie  i  ukradkiem,  nie 

przerywając działań wojennych, świętowała Nowy Rok. 

- Za co teraz wypijemy, towarzysze? - spytał Pietrow podnosząc w górę szklankę. 

Wypito  już  dwa  toasty.  Ten  miał  być  ostatni;  tak  brzmiał  surowy  rozkaz  dowódcy. 

Obawiano się niespodzianek ze strony Niemców. 

Generał pomyślał chwilę. 

- Już wiem. Proponuję wypić za plany Mansteina. Niech mu się wiedzie tak, jak do tej 

pory. I niech tak samo dotrzymuje swoich terminów. 

Rozległ  się  zgodny  śmiech  aprobaty.  Generał  rozejrzał  się  wokół.  Miał  obok  siebie 

swych  najbliższych współpracowników, towarzyszy doli  i  niedoli,  ludzi, którzy wraz z  nim 

kierowali  obroną  Sewastopola.  Wszyscy  znali  się  już  dobrze.  Patrzyli  na  swego 

„Jefimowicza”, jak go potocznie w rozmowach określano, z sympatią i szacunkiem. Ten były 

dowódca dywizji, który zwrócił na siebie uwagę już w pierwszych dniach walk nad Prutem, 

który  zastąpił  w  Odessie  histeryzującego  i  kapryśnego  Safonowa  i  którego  zazwyczaj 

najtrudniej  było  zastać  w  sztabie  -  miał  opinię  człowieka  porywczego  i  prędkiego,  ale 

sprawiedliwego.  Widziano  go,  jak  w  krytycznym,  przeklętym  momencie  -  kiedy  czołgi 

Mansteina  wypadły  z  Perekopu  i  werżnęły  się  na  krymskich  stepach  między  podchodzące 

oddziały  armii  -  o  mały  włos  nie  rozstrzelał  osobiście  dowódcy  pułku,  który  nie  wykonał 

rozkazu  i  nie  zawrócił  swych  żołnierzy  do  Sewastopola.  Kiedy  jednak  dowiedział  się,  że 

rozkaz  ten  nie  dotarł  do  niego  -  generał  w  obecności  wszystkich  przeprosił  pułkownika  i 

prosił  go  o  wybaczenie.  Ceniono  go  za  te  porywy  i  za  ten  upór,  z  jakim  pod  Odessą  i 

Sewastopolem umiał wytrwać na małych skrawkach ziemi; za zdecydowanie, które udzielało 

się jego podkomendnym, za wiedzę i umiejętności wojskowe, których się u niego uczono. 

Poczuł  wokół  siebie  ciepłą  ludzką  życzliwość.  Było  mu  z  tym  dobrze.  Ale  tylko  na 

chwilę, tylko w momencie wychylenia tej ostatniej szklanki, mógł zapomnieć o tym, gdzie się 

znajduje. 

- Dziękuję wam, towarzysze - powiedział serdecznie. - Aby nam się w czterdziestym 

drugim działo lepiej niż w pierwszym. A teraz do roboty! 

Kiedy pracownicy sztabu rozeszli się do siebie, a Pietrow, swoim zwyczajem, udał się 

na  pierwszą  linię  -  Kowtun  i  Kryłow  znaleźli  jeszcze  trochę  czasu  dla  noworocznych 

wspomnień. 

background image

Najpierw  opowiedzieli  sobie,  jak  obaj  spotykali  rok  czterdziesty  pierwszy.  Padały 

nazwiska towarzyszy; dla wielu z nich tamta noc noworoczna była ostatnią. Zapadały chwile 

długiego  milczenia.  Niepostrzeżenie  rozmowa  przeszła  na  lata  1937-38.  Ich  wspomnienie 

dokuczało jak stara rana. Mówili o nich półsłówkami, oszczędnie, lecz nie kryjąc przed sobą 

zdziwienia i żalu; tych dwu uczuć, które określały każdą myśl o tym, co się wówczas stało z 

armią. Jak można było do tego dopuścić? 

Nie padało  niczyje  nazwisko, ale  mała sztabowa klitka wypełniła się  nagle  cieniami 

ludzi,  którzy  stanowili  kiedyś  dumę  Armii  Czerwonej,  a  teraz  byli  pogrążeni  w  niesławie  i 

zapomnieniu. Tuchaczewski, Blücher, Jakir, Uborewicz, Primakow, Putna, Eideman... 

Nie,  to  musiała  być  jakaś  ogromna,  tragiczna  pomyłka!  Teraz  jest  wojna,  ale  po 

wojnie  wszystko  musi  zostać  wyjaśnione.  Wojna  przywróci  wszystkiemu  właściwą  miarę. 

Wojna sprawdza ludzi i bezbłędnie ukazuje, ile są warci. 

-  Taak...  -  powiedział  w  zamyśleniu  Kowtun.  -  Dziwnie  to  wszystko  wyszło.  Nie 

miano do nas zaufania, a tymczasem siedzimy tu i trzymamy się zębami i pazurami za ostatni 

skrawek Krymu. Tyś przecież, Mikołaju, miał poważne nieprzyjemności... 

-  Ba! Całkiem  solidne. Zwolniono  mnie z wojska. Szukałem  jakiejś pracy, ale diabła 

tam!  Dopiero  hen,  nad  Kamą,  nająłem  się  za  tragarza.  A  Pietrowa  zwolnili  ze  stanowiska 

komendanta szkoły oficerskiej za „brak czujności”. Wiesz, co to wtedy znaczyło... 

-  A  jakże,  wiem.  Za  to  samo  przestałem  być  sekretarzem  rajkomu.  A  dlaczego 

właściwie,  dotąd  zachodzę  w  głowę...  Potem  na  plenum  wybrali  mnie  znowu.  Wtedy 

miejscowy naczelnik NKWD powiedział, że nie warto... 

Zapanowała chwila ciszy. 

- A my jesteśmy w Sewastopolu - powiedział w zamyśleniu Kryłow.  -  A gdzie są ci, 

którzy nam wtedy nie wierzyli? 

- Jeden taki był, ale już go na szczęście zabrali. 

- Myślisz o Czerniaku, Andrzeju? 

- Myślę. 

- Tak, dziwna sprawa. Bardzo dziwna. Przysyłają, odwołują, raz dwa; za co, po co: nie 

wiadomo. Zastanawiam  się, skąd się u  nas to wszystko bierze...  - szczupła,  nerwowa twarz 

Kryłowa  odzwierciedlała  wysiłek  myśli.  -  Pamiętam  podobną  historię  pod  Chałchin-gołem. 

Byłem  wtedy  szefem  sztabu  29  Brygady  Czołgów.  Najpierw,  jak  się  tylko  zaczęło,  posłali 

tam  Żukowa.  Dowodził  ostro,  wiadomo,  kawalerzysta.  Ale  dowodził  dobrze.  Po  tygodniu 

patrzymy: przyjeżdża Stern. Znałeś Sterna, Andrzeju? 

- Znalem. 

background image

Rozmówcy umilkli. Słynny komandarm Stern, bohater hiszpańskiej wojny domowej, 

został  aresztowany  i  przepadł  bez  wieści  wkrótce  po  zakończeniu  działań  wojennych 

przeciwko Japończykom. 

-  Przysłali  go  -  ciągnął  Kryłow  -  nie  wiadomo,  w  jakim  charakterze.  Rozumiesz 

sytuację? Żukow nie został odwołany. Stern zorientował się natychmiast, że tamten doskonale 

daje sobie radę sam. I że on, Stern, może mu co najwyżej przeszkadzać... 

- Głupia sytuacja> fakt. 

-  Poczekaj.  Na  tym  nie  koniec.  Jeszcze  po  tygodniu  prosto  z  Moskwy  przylatuje 

Mechlis.  Lew  Zacharowicz,  ten  sam.  Jest  wyższy  stopniem  od  każdego  z  nich.  Komisarz 

armii pierwszego stopnia. I w dodatku z ambicjami. 

- Tak, mówią, że Mechlis lubi dowodzić. 

- Bardzo lubi. Ten się nie krępował. Zaraz się starli z Żukowem. Ale tamten siedział 

mocno w siodle i nie dał się łatwo zjeść w kaszy. No i na szczęście dla nas wszystko to było 

już pod koniec operacji. 

-  Za  to  teraz  znowu  go  masz  pod  bokiem,  na  Kerczu.  No  cóż,  nacierali  nieźle. 

Zobaczymy, co będzie dalej. Tak czy owak mają tam w pięćdziesiątej pierwszej szefa sztabu 

z prawdziwego zdarzenia. 

- Mieli. 

- Jak to? Tołbuchin... 

- Od pierwszego przeniesiony. 

- A kto przyszedł na jego miejsce? 

- Generał Wieczny. 

- Wieczny, Wieczny? Skąd ja znam to nazwisko? 

-  Pewnie  z  prasy.  Pisał  często  artykuły  do  „Czerwonej  Gwiazdy”,  przypominasz 

sobie? 

-  Tak,  pamiętam.  Ale  on  był  raczej  teoretykiem,  a  tutaj,  na  froncie,  potrzebny  jest 

przede wszystkim doświadczony liniowiec. 

- O tym właśnie myślałem - podkreślił Kryłow. - Nie wiem, jak oni obydwaj, Mechlis 

i  Wieczny,  poradzą  sobie  z  dowodzeniem  armią,  zwłaszcza  na  tak  zagrożonym  kierunku, 

jakim jest Kercz. 

- No cóż, przekonamy się o tym na własnej skórze. 

Jeszcze  tej  nocy  major  Kowtun  znalazł  trochę  czasu,  by  uzupełnić  notatki  w  swoim 

dzienniku. Prowadził go regularnie, zapisywał dzień po dniu to, co zdarzyło się na froncie i w 

sztabie;  trzymał  się  faktów,  lecz  nieraz  nie  był  w  stanie  uniknąć  refleksji.  Epizod  z 

background image

komandarmem Czerniakiem i noworoczna rozmowa pozostawiły mu na dnie duszy niepokój. 

Chwilę wahał  się, czy  dać  mu wyraz w dzienniku  - w końcu  jednak zdecydował się:  może 

kiedyś przyjdzie czas, że notatki te zostaną opublikowane

3

, niech ludzie znają całą prawdę o 

życiu i walce obrońców tego miasta, o tej wielkiej i tragicznej grze, jaką jest wojna. 

                                                             

3

 Dziennik Sewastopolski A. I. Kowtuna zamieścił radziecki miesięcznik Nowyj Mir - nr 8/1963. 

background image

„Główny kaliber” ma głos 

Kilka  zimowych  miesięcy  miało  teraz  dla  Sewastopola  upłynąć  pod  znakiem 

względnej stabilizacji. Wyczerpani i osłabieni Niemcy nie byli na razie zdolni do wznowienia 

poważniejszych  działań  zaczepnych.  Obrońcy  umacniali  swoje  pozycje  i  chciwie 

wysłuchiwali wiadomości z Kerczu. 

Krążyły uporczywe pogłoski o wielkiej ofensywie, która doprowadzi do wyzwolenia 

całego  Krymu.  Zimowe  sukcesy  Armii  Czerwonej  pod  Moskwą  i  Tichwinem  dodawały 

otuchy  i  budziły  wielkie  nadzieje.  Informowano  się  o  kolejnych  „całkowicie  pewnych” 

terminach rozpoczęcia ofensywy. 

Czas jednak mijał i pozycje pod Ak-Monaj trwały w bezruchu. 

Na  stole  majora  Kowtuna  zadzwonił  po  raz  któryś  z  rzędu  telefon.  W  słuchawce 

rozległ  się  głos  kapitana  Kabaluka,  oficera  łącznikowego  admirała  Oktiabrskiego,  dowódcy 

Sewastopolskiego Rejonu Obronnego. 

-  Tak, trzynasty.  Tak.  Aaa,  morskie  orły...  Czym  mogę  służyć?  -  na  dnie  przesadnej 

uprzejmości majora czuło się ukrytą ironię. 

Mimo  na  ogół  ścisłej  współpracy,  podyktowanej  koniecznościami  wojennymi  i 

datującej  się  jeszcze  od  czasu  obrony  Odessy,  stosunki  między  armią  i  flotą  były  dosyć 

oficjalne.  Oficerowie  marynarki  zwykli  byli  patrzeć  z  góry  na  piechurów  i  artylerzystów, 

nazywając ich z przekąsem „królami pól”. Lądowcy odwzajemniali się im z nawiązką, dając 

przy  każdej  okazji  do  zrozumienia,  że  uważają  ich  za  dekowników.  Do  admirała 

Oktiabrskiego  żywiono  w  sztabie  Pietrowa  ciche,  dość  uzasadnione  pretensje,  że  przy 

podejmowaniu decyzji niezbyt liczy się z głosem armii i że w ciągu całego trzymiesięcznego 

okresu  obrony  tylko  raz  przybył  na  stanowisko  dowodzenia  dowódcy  armii,  by  stamtąd, 

zresztą bardzo krótko, obserwować przygotowanie artyleryjskie. 

Tym razem jednak głos Kabaluka zabrzmiał dla uszu Kowtuna jak słodka muzyka. 

-  Przypłynęli.  Stoją  u  wejścia  do  Strzeleckiej.  Zaczną  o  ustalonej  porze.  Nie 

zapomnijcie popatrzeć. Będzie fajerwerk, że proszę siadać. 

Major odłożył słuchawkę, spojrzał na zegarek i zawołał dyżurnego. 

- Powiedzcie, towarzyszu, żeby wyszli  na górę. Oczywiście tylko ci, którzy nie  mają 

pilnej pracy. Za pięć minut będzie przedstawienie. 

Punktualnie  o  dwunastej  w  nocy  gęstą  ciemność  rozdarły  jasne  błyski  i  do  uszu 

stojących przed wejściem do sztabu oficerów doleciał przeciągły grzmot salwy. Zaraz potem 

background image

nad ich głowami zaszumiały lecące pociski, a po dwu minutach od strony niemieckich pozycji 

dobiegły  basowe  odgłosy  eksplozji.  Przerwa.  Świdrująca  uszy  cisza.  Ostry  chlust  światła. 

Znowu to samo. Jeszcze raz. I jeszcze. 

Była to prawdziwa artyleryjska symfonia. Oficerowie śledzili i słuchali jej chciwie. 

-  O,  Sewastopol!  -  mówili  ze  znawstwem  wskazując  miejsce,  gdzie  strzelano 

najdonośniej.  Potężny  linkor

4

  był  dumą  Floty  Czarnomorskiej.  Tej  nocy  zaś,  17  stycznia, 

właśnie flota przypłynąwszy z portów kaukaskich zabrała głos i przemówiła z całą mocą. 

-  To  się  nazywa  ogień  na  równoległym  kursie  -  powiedział  jeden  z  oficerów  floty, 

których przysłano do sztabu Armii Nadmorskiej dla obserwowania skuteczności ognia. 

- Żeby chociaż celny - westchnął ktoś sceptycznie. 

Momentalnie wywiązał się ostry spór. Stare namiętności zagrały znowu. Kiedy po pół 

godzinie  ostrzał  umilkł,  obie  strony  rzuciły  się  do  telefonów.  Rezultaty?  Jakie  są  rezultaty 

ognia? Czy cele zostały trafione? 

Artylerzyści lądowi kręcili sceptycznie głowami. 

Kiedy  zadzwonił  pierwszy  telefon,  otoczono  dyżurnego.  Wszyscy  zaglądali  mu 

niecierpliwie  przez  ramię.  Obserwatorzy  donosili,  że  rejony  celów  zostały  nakryte.  Straty 

przeciwnika pozostawały na razie nie określone. Określi się je dopiero jutro rano. 

Spory  wybuchły  z  nową  siłą.  Jedni  twierdzili,  że  skoro  rejon  nakryto,  to  zadanie 

zostało wykonane. Inni oponowali; trafić w rejon nie oznacza przecież trafić w cel. 

Znowu  zadzwonił  telefon.  Dyżurny  zapisał  coś  szybko  i  podał  kartkę  Kabalukowi, 

który właśnie wszedł do sztabu. Ten przebiegł ją szybko wzrokiem, zerwał się i pomachał nią 

przed nosami niedowiarków: 

- A widzicie! A widzicie! Trafili! 

                                                             

4

 Linkor - liniejnyj korabl - okręt liniowy, pancernik. 

background image

Naoczny świadek 

Lewe oko spuchło od uderzenia. W ustach kołatał się wybity ząb. Ławrow splunął nim 

na podłogę. Otrzymał za to nowy cios. Opuścił głowę i na ręku stojącego za nim żołnierza z 

automatem zobaczył zegarek; wskazówki zbliżały się do dwunastej. 

„Za  pięć  dwunasta.  Niedługo  koniec”  -  pomyślał  machinalnie.  Głowa  pękała  mu 

jeszcze od bliskiej eksplozji granatu. Ogłuszono go nim, związano i zabrano jak swego.. Jego, 

doświadczonego  zwiadowcę!  Cóż,  przyszła  kryska  na  Matyska.  Pech  chciał,  że  już  za 

niemieckimi  pozycjami  na  ziemi  niczyjej,  kiedy  wlekli  do  swoich  związanego  „języka”  - 

kiepskiego bo kiepskiego, kucharza, ale zawsze! - napatoczyli się na grupę Niemców, pewnie 

tak, jak i oni wracającą z zadania. Ławrow kazał swoim zabrać jeńca i cofać się. Sam osłaniał 

ich odwrót, dopóki go nie obeszli i nie zarzucili granatami. Kiedy się ocknął, już go mieli u 

siebie... 

Piwnica  wiejskiej  kooperatywy  w  Duwankoju,  oświetlana  ostrym  światłem  nie 

osłoniętej  żarówki,  zakołysała  mu  się  pod  nogami  jak  pokład  własnej  „Anapy”.  Od  ścian 

wiało ziąbem i zgnilizną. 

Siedzący za stołem, ostrzyżony na jeża Niemiec z naszywkami majora powiedział coś 

do stojącego obok szczupłego  i  małego człowieczka o wystających kościach policzkowych, 

ubranego  w  nieokreślony,  półcywilny,  półwojskowy  strój.  „Pewnie  Tatar”  -  pomyślał 

Ławrow. Wiedział, że wśród krymskich Tatarów znaleźli się zdrajcy. 

Mały  człowieczek  podszedł  do  Ławrowa.  Był  dużo  niższy  i  kiedy  podniósł  głowę, 

chuda szyja z latającą grdyką, w zbyt luźnym kołnierzyku bluzy, uczyniła go podobnym do 

oskubanego  kurczaka.  Marynarza  ogarnęła  nieprzeparta  chęć  chwycenia  go  za  gardło  i 

ukręcenia głowy. Poruszał obrzmiałymi palcami; ręce związano mu z tyłu dość nieporządnie, 

sznur już się rozluźnił. Opanował się jednak. 

- Będziesz mówił czy nie? 

Ławrow milczał, patrząc w ciemny kąt piwnicy. 

-  Język  ci  odjęło,  co?  Nie  widzisz,  rosyjska  świnio,  że  stoisz  przed  niemieckim 

oficerem? 

Milczenie. Major za stołem poruszył się. „Zaraz mnie kropnie” - pomyślał Ławrow. 

-  Myślisz,  że  nie  mamy  sposobu  na  takich  jak  ty?  Poczekaj,  w  Symferopolu  i  tak 

wyśpiewasz wszystko. 

„W Symferopolu! Więc nie teraz...” 

background image

- Wyprowadzić! - usłyszał jeszcze po niemiecku. 

Szarpnięto  go  za  ramię.  Odwrócił  się  machinalnie  i  wyszedł  do  przedsionka.  Mały 

człowieczek  szedł  przed  nim,  wartownik  z  tyłu.  Minęli  siedzącego  przy  stoliku  feldfebla, 

weszli po schodach  i Ławrow zobaczył przed sobą, w prostokącie otwartych drzwi, ciemny 

granat nieba. 

Lecz  w  tym  samym  momencie  jego  uwagę  napiął  i  obudził  przeciągły,  narastający 

gwizd.  Mały  człowieczek  zadreptał  nerwowo.  Pauza  i  po  chwili  ogłuszający  łoskot;  brzęk 

szyb, spadanie płatów tynku, trzask uderzających o ścianę drzwi. 

Schneller, du!... - wartownik dał mu kolbą w plecy. 

„Nasi! Nasi!” - wrzasnęło coś w głębi Ławrowa. 

Nowy gwizd, tym razem  potężniejszy,  świdrujący, groźny. Błysk upiornego światła, 

wyrywający z ciemności skurczoną twarz zdrajcy, czyjś obłąkany wrzask, łoskot, od którego 

pękają bębenki. Ciśnięty pod ścianę Ławrow nadludzkim wysiłkiem wyswobadza prawą rękę. 

Tuman  pyłu,  huk  spadających  belek,  prostokąt  drzwi.  Bosman  skacze  w  nie  ponad  głową 

leżącego bezwładnie wartownika - skacze jak do wody, długim wyrzutem ciała. W drzwiach 

wyrasta mała sylwetka z pistoletem w ręku. 

- Stój, stój! - woła Tatar. 

Ławrow  nie  zatrzymując  się  lewą,  jeszcze  obwiązaną  zwojem  sznura  ręką  odtrąca 

pistolet,  a  prawą  z  poczuciem  ogromnej  ulgi  wali  na  odlew  w  tę  szczurzą,  wykrzywioną 

twarz, aż coś w niej trzaska i mały człowieczek zapada w ciemność. Potem bosman pochyla 

głowę  i  rzuca  się  w  noc,  rozświetloną  jakimś  pożarem,  rozciętą  bieganiną  i  wrzaskiem. 

Biegnie na oślep, ale instynkt lub łut marynarskiego szczęścia go nie opuszcza; świadomość 

rejestruje okrzyki halt!, ale nogi niosą dalej, obok trawionego wysokim płomieniem budynku, 

z  którego  donosi  się  kwik  koni  lub  świń.  Dalej  jest  już  ciemno  i  Ławrow  pędzi  tam, 

przeskakując  jakiś  płot;  słyszy  nowy  gwizd,  na  moment  przed  nowym  błyskiem  pada  na 

ziemię.  Przerażony  widzi  tuż  przed  sobą  postacie  w  niemieckich  hełmach,  bezbronne  ręce 

macają na oślep po ziemi, ale w tej samej chwili orientuje się, że ogarnięte dzikim popłochem 

postacie nie zwracają na niego żadnej uwagi, że go nie dostrzegają, zajęte wyłącznie sobą. 

I wtedy szok mija. Myśl zaczyna powracać jasno i przejrzyście. „Co to było?” 

Odpowiedź może być tylko jedna. Marynarska świadomość rejestruje ją z satysfakcją: 

„Tylko główny kaliber. Nic więcej”. 

A  potem,  ochłonąwszy,  marynarz  podnosi  się  i  zgięty  wpół  czujnie  nadsłuchuje, 

biegnie wzdłuż płotu, przylega do ścian domów, pada na ziemię - oddalając się coraz bardziej 

od płonącego piekła Duwankoju. 

background image

* * * 

Na wysuniętej placówce 384 Dywizji obserwujący z satysfakcją odległą łunę żołnierze 

zauważyli nagle biegnącą od strony Niemców postać. 

- Spokojnie, orły - powiedział po chwili sierżant Kowiakin przyjrzawszy się uważnie 

biegnącemu. - Coś tu nie gra. Leci sam. Kropnąć zawsze zdążycie. Spróbujemy go capnąć na 

żywca. 

Sierżant wskoczył do pobliskiego rowu łącznikowego, przyczaił się i kiedy biegnący 

przeskakiwał nad nim - ściągnął go za nogę do środka. Przybysz nie stawiał oporu, ale spod 

pałatki, którą mu narzucono na głowę, zaczęły się szybko rozlegać przytłumione dźwięki. 

- Coś jakby nasz... - stwierdził ostrożnie Kowiakin. - Ano, dajcie mu zipnąć i do tyłu. 

Niech go tam sprawdzają. 

Po  piętnastu  minutach  Ławrow  pił  już  herbatę  ze  spirytusem  w  ziemiance  dowódcy 

batalionu,  a  ten  meldował  o  wypadku  pułkownikowi  Łaskinowi.  Relacja  szybko  trafiła  do 

sztabu  armii.  To  ona  właśnie  tak  bardzo  ucieszyła  Kabaluka.  Istotnie,  teraz  już  nie  było 

wątpliwości: przynajmniej jeden cel został trafiony. 

-  A  widzicie,  niedowiarki!  -  triumfował  Kabaluk.  -  Teraz  będziecie  wiedzieli,  co  to 

jest główny kaliber. 

Tym razem wątpiących nie było. 

background image

Do pięciu razy sztuka 

„Pietrow przyjechał!” 

Wiadomość  podawana  z  ust  do  ust  momentalnie  rozeszła  się  po  pierwszej  linii. 

Zaledwie w okopach ukazała się charakterystyczna sylwetka generała, kiedy już z obu stron 

obstąpili go żołnierze. 

- Jak żyjecie, towarzysze? - spytał generał. 

Miał zwyczaj zawsze zwracać się do podwładnych „towarzysze”. Nigdy nie pozwalał 

sobie  na  poufałość,  którą  lubiło  grzeszyć  wielu  dowódców,  by  w  ten  sposób  zarobić  sobie 

tanią  popularność.  Nie  znosił  również  pseudoprzyjacielskich,  naciąganych  wyrażeń  typu 

„przyjaciele”, „orły” albo „czołem junaki”. Zachowywał zawsze pewien dystans, ale żołnierze 

wiedzieli, że traktuje ich poważnie. To zjednywało mu znacznie więcej sympatii niż sztuczna 

poufałość niektórych innych wysokich szarż. 

-  Cóż,  towarzyszu  generale  -  odpowiedział  ktoś  -  jakoś  tam  się  żyje.  Tyle,  że  chleb 

darmo młócimy. 

- Jak to darmo? Nie rozumiem. 

-  Ano  tak,  siedzimy  na  jednym  miejscu,  kroczek  naprzód,  dwa  kroki  w  tył...  A 

chciałoby się: rraz! - i do domu. 

- Jeszcze nie pora. Przyjdzie czas, to sam was wyślę naprzód. 

-  Towarzyszu  Pietrow,  przepraszam,  towarzyszu  generale!  Czy  to  prawda,  że  pod 

Kerczem ani rusz nie mogą się zabrać do ofensywy? Kiedy oni w końcu zaczną atakować? 

-  Nie  potrafię  na  to  odpowiedzieć.  Nie  byłem  tam.  Nie  wiem.  Tylko  wiecie, 

towarzyszu, takich pytań - czy zaczną, kiedy zaczną, jak zaczną - wojskowi, tacy jak wy i ja, 

sobie nie zadają... 

- Tak, wiem, ale ja przecież tylko was, nie kogo innego... Wy przecież jesteście swój i 

starszy  stopniem.  Jak  syn  ojca...  -  młodziutki  żołnierz  zaczerwieniony  jak  burak  zaczął  się 

pośpiesznie usprawiedliwiać. 

-  A  ty,  Trofimow,  wiecznie  leziesz  z  tymi  swoimi  pytaniami  -  powiedział  z 

niezadowoleniem sierżant. 

- To nic, niech pyta - Pietrow dobrodusznie spojrzał na zawstydzonego chłopaka spod 

szkieł okularów. - Na co można, odpowiem. A czego nie mogę, nie powiem. Co zrobić, taką 

mam posadę. 

background image

W czasie tej rozmowy Pietrow szedł wzdłuż rowów. Zatrzymywał się na stanowiskach 

strzeleckich,  patrzył  w  stronę  przeciwnika,  składał  się  do  strzału,  zaglądał  do  ziemianek, 

sprawdzał  broń  i  od  czasu  do  czasu,  nie  podnosząc  głowy,  zwracał  żołnierzom  uwagę  na 

niedociągnięcia, które ci starali się od razu naprawić. 

-  No  dobrze,  towarzysze  -  powiedział  w  końcu.  -  Dłużej  nie  mogę,  niestety,  u  was 

zostać. Sami rozumiecie, że na brak zajęć nie narzekam. Jeśli mi się uda, to jeszcze do was 

przyjadę. 

Czuło się, że mówi prawdę. Że chciałby rzeczywiście zostać dłużej. 

Żołnierze patrzyli za nim, póki nie zniknął na zakręcie. 

-  To rozumiem!  To  jest...  -  Trofimow  zająknął  się,  nie  mógł  znaleźć  odpowiedniego 

słowa.  To  jest  człowiek!  -  powiedział  wreszcie  i  rozejrzał  się  wyzywająco;  oczekiwał 

drwiących uśmieszków i docinków. 

Nikt się jednak nie uśmiechał. 

- Masz rację, Trofimow - powiedział sierżant. 

* * * 

-  Na  styku,  Aleksieju  Piotrowiczu,  między  drugim  i  trzecim,  tam  gdzie  macie  na 

przedpolu ten parów, mogą wam chcieć zrobić jakiś kawał. Zechciejcie łaskawie zwrócić na 

to uwagę. Własnych środków wam  nie starczy.  Umówcie się z  Bogdanowem,  niech  was w 

razie  czego  odgrodzi  ogniem.  Bo  jak  się  tam  wpakują,  to  będą  mieli  skryte  podejście  i 

wykurzyć ich będzie trudniej. A poza tym... 

Pietrow  dowódca  384  Dywizji,  pułkownik  Łaskin,  rozmawiali  stojąc  przed  małym 

domkiem na Wzgórzach Mackenzyjskich; mieścił się tu sztab dywizji. 

- A poza tym, owszem, widać waszą rękę. Dobrze trzymacie swoje wojsko, Aleksieju 

Piotrowiczu. Dziękuję. I do widzenia. Pora na mnie. 

-  Staram  się  -  zasępiona  twarz  pułkownika  rozjaśniła  się  na  moment.  -  Pozwólcie, 

Iwanie Jefimowiczu, że was odpro... 

W  powietrzu  rozległ  się  przeciągły,  szarpiący  nerwy  zgrzyt,  przypominający 

szczękanie nieoliwionych zawiasów. 

- Na ziemię! - krzyknął Pietrow i szarpnąwszy Łaskina za rękaw padł sam. 

background image

Salwa  z  ciężkiego,  sześciolufowego  moździerza  zastała  ich  na  odkrytej  przestrzeni. 

Dwie miny rozerwały się jednocześnie. Potem jeszcze trzy. Rozległ się gruchot osypującej się 

ściany. W powietrzu zakwiliły odłamki. 

- No jak, żyjecie? - rozległ się głos Piętrowa. 

- Póki co - odpowiedział zachrypniętym głosem Łaskin. 

Obaj czekali jeszcze przez chwilę na szóstą eksplozję. 

Nie nastąpiła. 

- No cóż, wstajemy - zaproponował Łaskin. 

Otrzepali  płaszcze  i  jednocześnie,  nieco  ukradkiem,  spojrzeli  na  siebie.  Obaj 

stwierdzili,  że  są  spokojni.  Ale  uśmiechy,  którymi  to  pokwitowali,  były  nieco  wymuszone. 

Śmierć przeszła zbyt blisko. 

Ze sztabowego domku ciągle jeszcze sypały się cegły. Mina ścięła cały róg. Żołnierze 

wyciągali ogłuszonego adiutanta. Telefonista zdążył wyskoczyć przez okno; zwichnął  sobie 

za  to  nogę  i  siedząc  na  przewróconym  słupie  telegraficznym  okładał  Mansteina 

najwykwintniejszymi,  czteropiętrowymi  przekleństwami.  Na  szczęście  nikogo  więcej  w 

sztabie nie było. 

-  Towarzyszu  generale!  Towarzyszu  pułkowniku!  Nic  wam  się  nie  stało?  -  zawołał, 

podbiegając zadyszany wartownik. 

-  Jak  widzicie  -  odpowiedział  Pietrow  i  sięgnął  po  papierośnicę.  Jego  wzrok  spoczął 

przelotnie na nawianej kupie żółtawego śniegu; o trzy kroki od nich sterczał z niej stabilizator 

niewypału.  -  Jest  i  szósta.  Nasza  niedoszła  bratnia  mogiła.  Do  pięciu  razy  sztuka.  Do 

widzenia, Aleksieju Piotrowiczu. 

background image

Gdzie jest generał! 

- Dziwne u was zwyczaje - ruchliwy, pulchny, o różowej nieco nalanej twarzy generał 

Worobiow  pokręcił  głową  i  wzruszył  ramionami.  -  Kiedy  nie  przyjść  i  nie  spytać:  gdzie 

dowódca? - odpowiadają: na linii! na linii! Żadnego porządku! Powiedzmy w takiej Odessie, 

u Safanowa, jeszcze przed Pietrowem. Zupełnie  co innego. Dwa razy dziennie referowałem 

położenie wojsk. Rano - to, co się zdarzyło w nocy. Wieczorem - to, co zaszło w ciągu dnia. 

Otrzymywałem 

wskazówki. 

Przekazywałem 

je 

do 

dywizji. 

Organizowałem 

sprawozdawczość. Sporządzałem raporty i wykazy... 

„Ech, ty kancelisto!” - myślał Kowtun, starając się usilnie nadać swojej twarzy wyraz 

uprzejmego zainteresowania. 

- ... bo i czymże innym jest praca w sztabie - perswadował w natchnieniu Worobiow - 

jak  nie  kierowaniem  wielkim  wojskowym  biurem?  A  każde  biuro  wymaga  organizacji, 

majorze, tak jest: organizacji, porządku i należytej spra-woz-daw-czoś-ci. 

Kowtun  cierpiał  w  milczeniu.  Odłamek  niemieckiej  miny  ranił  w  końcu  stycznia 

Kryłowa. Rana  nie była ciężka, ale pułkownik miał jeszcze spędzić przynajmniej miesiąc w 

armijnym  szpitalu.  Zastępował  go  generał  Worobiow;  już  po  kilku  dniach  tego  zastępstwa 

wszyscy  jeszcze  lepiej  zrozumieli,  jak  bardzo  był  potrzebny  Sewastopolowi  Mikołaj 

Iwanowicz. 

- A tu u was i dowódca, i szef sztabu cały czas pchają się na pierwszą linię. No i macie 

rezultaty! Kryłow poczuł je na własnej skórze. 

„To prawda - myślał Kowtun - ale dzięki temu się trzymamy. Dzięki temu, że Kryłow 

i Pietrow wydeptali cały przedni skraj naszej obrony; że znają żołnierzy, a żołnierze znają ich. 

A na twoim Safanowie jednak się, mój biurokrato, szybko poznali i fiut!” 

W  tym  momencie  major  przypomniał  sobie  pewne  charakterystyczne  zdarzenia. 

Odchodząc  z  dywizji  na  stanowisko  dowódcy  Armii  Nadmorskiej  Pietrow  kazał  w  razie 

potrzeby  dzwonić  do  siebie  bezpośrednio.  Dzwonili;  nikt  nie  odpowiadał.  Któregoś  dnia 

generał przyjechał do nich i zapytał w trakcie rozmowy: 

- A czemu do mnie nie dzwonicie? 

- Nie odpowiadają... 

- Jak to? 

Za  drugim  pobytem  Pietrowa  wszystko  się  wyjaśniło.  Okazało  się,  że  z  czasów 

Safanowa przetrwały zarządzenia, na mocy których nikt nie mógł dzwonić bezpośrednio do 

background image

dowódcy armii. Telefonistki  łączyły tylko ściśle  określone osoby; pozostałym po prostu nie 

odpowiadano. 

- Zlikwidowałem ten biurokratyczny wynalazek - powiedział wtedy Pietrow. 

Rzeczywiście, jeszcze tego samego wieczoru zadzwonili i usłyszeli w słuchawce jego 

głos. 

Jakby akompaniując myślom majora, zadzwonił telefon. Generała Worobiowa już nie 

było. Kowtun podniósł słuchawkę. 

- Trzynasty, słucham... Tak. Taaak. Co? Gdzie? Domek Łaskina? O której godzinie? A 

pierwszy?  Halo,  co  tam  się  dzieje  do  cholery!  Pytam:  co  z  pierwszym?  Słyszycie  mnie? 

Natychmiast ustalić, co z Pietrowem? Gdzie jest Pietrow? - major w podnieceniu przestał się 

posługiwać kodem. - Pytam: gdzie jest Pietrow? 

-  Jestem,  Andrzeju  Ignatiewiczu  -  odezwał  się  spokojny  głos  za  plecami  majora. 

Generał wszedł do pokoju i zdejmował szynel. - Lepiej jednak używajcie kodu. W ten sposób 

nigdy ludzi nie nauczymy. 

-  Iwanie  Jefim...,  towarzyszu  generale!  No,  chwała  Bogu.  Ale  się  przestraszyłem. 

Dzwonię, mówią, że Łaskinowi rozbili chatę. A ja wiem, że wy powinniście tam teraz być... 

-  Byłem,  a  jakże.  Poćwiczyliśmy  sobie  z  pułkownikiem  starą  musztrę:  padnij, 

powstań.  Zwłaszcza  „padnij”  wyszło  nam  całkiem  nienajgorzej.  O!  -  Pietrow  pokazał 

zabłocony szynel. - No, co tam słychać nowego? 

- Generał Worobiow czeka. 

-  Worobiow?  - uśmiech Piętrowa przygasł.  - Dobrze,  już  idę.  A co z  Kryłowem?  Są 

jakieś  wiadomości?  Andrzeju  Ignatiewiczu,  bardzo  was  proszę,  zadzwońcie  do  naczelnego 

lekarza. Albo nie, po południu sam tam pojadę! 

background image

„Podrywacze” w akcji 

Kolejny „kadłubek”, jak go czule określił inżynier Kozłowski, ważył co najmniej tonę. 

Saperzy  zabrali  się  do  swojej  roboty  niespiesznie,  ze  znawstwem,  nie  zwracając  uwagi  na 

tłum  zgromadzonych  w  przyzwoitej  odległości  gapiów.  Ich  pozornie  niedbałe  ruchy  były 

spokojne i celowe. 

Kołpakow  i  Wołoszczenko  zgłosili  się  do  zespołu  „podrywaczy”  -  specjalnego 

oddziału likwidującego niewypały - na ochotnika. Kiedy pierwszy raz przystępowali do swej 

ryzykownej  pracy,  nie  mieli  żadnego  doświadczenia.  Nie  mogli  się  również  uczyć  na 

własnych błędach; nie darmo znane przysłowie mówi, że saper myli się tylko raz w życiu... 

Mieli  pełne  ręce  roboty.  Niemieckie  bombowce  wisiały  nad  miastem  prawie 

codziennie;  chroniąc  się przed gradem  bomb wszystko, włącznie z kinami, przeniesiono do 

podziemi.  Część  śmiercionośnego  ładunku  nie  wybuchała  i  nieliczni  przechodnie  oglądali 

często  na  ulicach  dziwne  procesje.  Przodem,  wolno  jak  karawan  pogrzebowy,  jechała 

ciężarówka.  Za  nią,  na  długiej,  kilkudziesięciometrowej  linie,  posuwała  się  platforma  z 

cylindrycznym  cielskiem  bomby.  Po  jej  obu  stronach  jak  żałobnicy  szli  saperzy,  dalej,  w 

bezpiecznej odległości, milicjanci. Mieszkańcy domów przy ulicach, którymi przechodził ten 

pochód, byli zawczasu uprzedzani; przechodniów kierowano do bram. 

Tym  razem  na  miejsce  upadku  bomby  przyjechał  sam  przewodniczący 

Sewastopolskiego  Komitetu  Obrony,  sekretarz  Miejskiego  Komitetu  Partii,  Borysow.  Stał 

właśnie w otoczeniu swoich współpracowników i z napięciem śledził pracę „podrywaczy”. 

Miejsce  upadku  otaczał  kordon  milicji.  Był  to  głęboki  dół;  na  jego  dnie  czerniała 

bomba. Pochylony saper starannie obwiązywał ją liną, przeciągniętą przez stojący nad dołem 

kołowrót. 

- Gotowe! - powiedział wreszcie, prostując plecy. 

- Uwaga, zaczynamy! - krzyknął inżynier Kozłowski. 

Saperzy chwycili za kołowrót. Zaskrzypiała naprężona lina. 

- Pomaleńku! - usłyszano z wykopu. 

Nagle  rozległ  się  suchy  trzask,  kołowrót  zawarczał  w  powietrzu,  a  z  dołu  doleciał 

głuchy łomot. Ktoś krzyknął: 

- Spadła! 

- Wołoszczenko, żyjesz? - spytał jeden z saperów. 

- Dobra, dobra - rozległo się z wykopu. - Dajcie teraz podwójnie. Ciężka jak cholera. 

background image

- Zdaje się, że nasza rybeńka ma z półtorej tony - powiedział Kozłowski do Borysowa. 

Za drugim razem bomba znalazła się na powierzchni. 

- Czy warto ryzykować życiem? - spytał Borysow. 

-  Przecież  to  oni  sami  wymyślili  -  odpowiedział  Kozłowski.  -  Wołoszczenko  i 

Kołpakow. I to tak, że nawet nie  ma w tym wielkiego ryzyka. Raz, dwa  i gotowe! Łebskie 

chłopaki! - surowa twarz inżyniera rozjaśniła się dobrym, miękkim uśmiechem. 

- I co teraz? Wysadzicie? 

- Ale skąd! Wypatroszymy. 

- A co zrobicie z materiałem wybuchowym? 

-  Odeślemy  do  specfabryki  numer  jeden.  A  korpus  Zakładom  Okrętowym  do 

przetopienia. Fryce znowu ten swój pasztecik dostaną. Odeślemy go im z powrotem - i ciasto, 

i nadzionko, ekspresem, tyle że oddzielnie... No dobra, na dzisiaj starczy! 

background image

Pod Sewastopolem bez zmian... 

Tak upływały dni, tygodnie, miesiące drugiej obrony Sewastopola. 

Mijał  styczeń,  luty,  marzec,  kwiecień...  W  raportach  majora  Kowtuna  najczęściej 

powtarzało  się  zdanie:  „Przed  frontem  Armii  Nadmorskiej  nieprzyjaciel  przejawił  jedynie 

umiarkowaną aktywność”. 

Oznaczało  to,  że  Niemcy  nie  rozpoczęli  trzeciego  szturmu.  Oznaczało  to,  że  obie 

armie trwają na swoich pozycjach, nękając się rzadkim ogniem i wysyłając na ziemię niczyją 

grupki zwiadowców. Oznaczało to codzienny, powszedni, krwawy żołnierski trud w okopach, 

bunkrach  i  na  stanowiskach  ogniowych,  u  Kołomyjca,  Kapitochina,  Łaskina,  Guza; 

artyleryjskie  pojedynki  dział  obrony  nadbrzeżnej  generała  Morgunowa  i  kąśliwe  wypady 

Bogdanowa; snajperską, skupioną gotowość kwitowaną pojedynczymi wystrzałami Ludmiły 

Pawliczenko  i  Niny  Oniłowej,  którą  czapajewowcy,  ku  pamięci  sławnej  bohaterki  Wojny 

Domowej,  nazwali  „cekaemistką  Anką”.  Oznaczało  to  napięty,  niewidoczny  wysiłek 

wszystkich pracowników frontu; łącznościowców, kierowców, sanitariuszy, intendentów. 

I  był  za  tym  z  tyłu,  odczuwany  przez  obrońców,  surowy  wysiłek  miasta,  pokrytego 

coraz gęstszymi ruinami zburzonych domów, ale tętniącego życiem; ukrytego w podziemiach 

i  wytężającego  swe  siły  dla  frontu,  gdzie  dzieci,  kobiety  i  starcy  zastępowali  przy  pracy 

mężczyzn,  gdzie  nie  dojadano,  nie  dosypiano  i  zaciskano  zęby,  a  po  bulwarach  dzwonił 

wesoło,  bardziej  dla  efektu  psychologicznego  niż  dla  rzeczywistej  potrzeby,  ciągle 

naprawiany i puszczany na nowo malutki sewastopolski tramwaj. 

Był  też  za  tym,  jeszcze  dalej,  ciężki  i  niebezpieczny  trud  wszystkich  tych,  którzy 

łączyli  ów  oblężony  skrawek  Krymu  z  Wielką  Ziemią,  przeciągali  niewidzialne  nici  do 

portów  kaukaskich,  umożliwiali  przetrwanie:  marynarzy,  którzy  w  sztorm  i  pogodę,  przy 

ciągłym  niebezpieczeństwie  niemieckich  zasadzek,  min,  nalotów,  przy  atakach  łodzi 

podwodnych i kutrów torpedowych odbywali czarnomorskie rejsy. 

Oznaczało to wreszcie ów niewidzialny pojedynek myśli dwu ludzi, oddzielonych od 

siebie  linią  frontu;  upór  na  upór,  podstęp  na  podstęp,  cios  na  cios.  Siwego,  starannie 

przyczesanego  generała  o  chytrze  dobrodusznej,  lisiej  twarzy,  z  dyndającym  pod  szyją 

Żelaznym Krzyżem, który przypięła ręka samego führera za ów plan, który ogłuszył i powalił 

na  kolana  Francję,  jak  cios  obucha  powala  rzeźne  zwierzę.  I  skromnego,  poważnego, 

okrągłogłowego, łysiejącego generała o skupionej, surowej twarzy wiejskiego nauczyciela, z 

wąsikami, z uważnym spojrzeniem spod okularów, z charakterystycznym tikiem głowy. 

background image

Po tamtej stronie narastała jątrząca, głucha wściekłość, podszyta u spodu wymuszoną 

rezygnacją.  Nadzieja  na  szybki  i  oszałamiający  sukces  wydawała  się  teraz  złośliwym 

szyderstwem,  pogrzebanym  w  zamarzniętej,  krymskiej  ziemi  wraz  z  trupami  poległych  w 

grudniowym ataku. Nikt nie miał odwagi wyznaczać nowych terminów. Pułkownik Mahlsieg 

nie okazał się fałszywym prorokiem; 11 Armia spędziła zimę dygocąc w podszytych wiatrem 

uniformach pod przeklętym miastem, które nie zostało prezentem dla führera. 

Po tej stronie z nadzieją oczekiwano wiosny i myślami łączono się z dywizjami, które 

zastygły pod Ak-Monaj, na przesmyku Parpacz. Wierzono z całych sił, że zwinęły się one w 

mocną pięść, gotową potężnym ciosem rozbić wroga i wraz z Armią Nadmorską oswobodzić 

Krym.  Na  razie  kerczeński  front  generałów  Kozłowa,  Mechlisa  i  Wiecznego  nie 

przedsięwziął niczego; niecierpliwym tłumaczono skąpo, że ziemia musi obeschnąć. Czekano 

więc z nadzieją, że czterdziesty pierwszy już się nie powtórzy. 

background image

Generał patrzy na mapę 

W  okno  pokoju  nauczycielskiego  w  Sarabuzie  stukały  gałązki  akacji,  pokryte 

świeżymi zielonymi listkami. W powietrzu pachniało na dobre wiosną; krymski kwiecień był 

ciepły i słoneczny. 

Wszystko to nie miało jednak żadnego wpływu na nastrój Mansteina. 

W  takie  dni  sztabowcy  stąpali  na  palcach,  wiedząc,  że  generałowi  nie  wolno 

przeszkadzać. 

Chodził  od  ściany  do  ściany  pogrążony  w  myślach.  Dojrzewała  w  nim  ostateczna 

decyzja. 

Trzeba  było  ją  koniecznie  podjąć.  Sytuacja  stawała  się  coraz  trudniejsza.  Ostatnia 

rozmowa  z  Hitlerem  miała  przebieg  bardzo  nieprzyjemny.  „Manstein,  dałem  panu 

samodzielność.  Nie  jestem  teraz  pewny,  czy  się  nie  pomyliłem.  Chciałbym  się  w  tym 

zorientować. Niech pan to sobie przemyśli,  zanim  mi pan  znowu poda nową datę”. Tak, to 

zabrzmiało groźnie. Przy tym te same, co zawsze długie monologi o tchórzliwych generałach, 

o  Turkach,  o  sojusznikach...  I  spotkanie  z  tym  starym  lisem  Antonescu;  konieczność 

znoszenia jego drobnych złośliwości. Te pytania - jak on to powiedział? - „jak długo Rumunia 

będzie  jeszcze  oddawać  swych  najlepszych  synów,  nie  mogąc  nawet  w  zamian  liczyć  na 

zabezpieczenie swych  najżywotniejszych  interesów?” Rzymianin, widzicie go!  Kabotyn!  W 

ustach Mussoliniego takie frazesy jeszcze jakoś brzmią, ale u niego... 

Decyzja  dojrzewała  powoli.  Manstein  ze  swą  przysłowiową  systematycznością 

przestudiował  najpierw  wszystkie  dostępne  materiały  o  przeciwnikach.  Interesowało  go 

wszystko: ich życiorysy, ich kariera wojskowa, ich charakter. Pietrowa poznał już zresztą w 

praktyce  i  żywił  dla  niego  rzeczywisty  szacunek:  tak,  to  był  ktoś.  Starannie  czytał 

przemówienie  Mechlisa;  sprowadzono  mu  komplet  „Czerwonej  Gwiazdy”  z  artykułami 

Wiecznego.  Wszystko  to  miało  swoje  znaczenie.  Długo  opukiwał  w  myślach  kerczeński 

triumwirat  swoich  przeciwników.  Brał  udział  w  przesłuchiwaniach  jeńców.  Studiował  i 

porównywał dane zwiadu. 

Teraz  także  stanął  przed  mapą.  Po  raz  tysięczny  popatrzył  na  sewastopolski  cypel, 

przypominający  wysuniętą  do  przodu  szczękę.  Już  sam  ten  kształt  krył  w  sobie  upór  i 

zawziętość. Przeniósł wzrok na wąską szyję Parpaczu, nabrzmiewającą od ukrytego napięcia. 

Linia frontu pod Ak-Monaj przecinała ją jak klapa bezpieczeństwa. 

background image

Spojrzał powtórnie na Sewastopol, ale tu wszystko było nieprzyjemnie jasne. Powrócił 

wzrokiem znowu na Kercz. 

Stosunek sił był tam dla Niemców wyraźnie niekorzystny. Siedemnaście dywizji - nie 

licząc oddziałów pomocniczych - przeciw jego dziewięciu. 

Przemierzał pokój nerwowymi krokami, zastanawiał się, ważył ostateczną decyzję. 

-  Proszę  wezwać  szefa  sztabu  -  powiedział  adiutantowi,  który  wyrósł  przed  nim  na 

dźwięk dzwonka. Patrzył nadal na mapę. 

Herr Generaloberst, generał Wohler melduje się na rozkaz. 

- Dobrze, Otto. Niech pan tu podejdzie. Niech pan patrzy. Co pan o tym sądzi? Tak, a 

potem tak i tak... Co? 

- No cóż, to ryzykowne, ale... Tak, rozumiem. Nie mamy wiele do stracenia. Póki się z 

nimi nie uporamy... 

- ... nie ma co myśleć o Sewastopolu, prawda? Wiszą nad nami jak miecz Damoklesa. 

No więc zrobimy im niespodziankę. Niech się pan zaraz bierze do roboty. 

* * * 

Sewastopol oczekiwał ofensywy Frontu Kerczeńskiego w kwietniu. 

Nie nastąpiła. 

Oczekiwanie  przedłużało  się  nieznośnie.  Całe  miasto  i  armia  żyło  tylko  jednym: 

kiedy? 

Wreszcie 8 maja gruchnęła wiadomość: 

- Zaczęli! 

background image

Z zapisków majora Kowtuna 

9 maja 

Na Froncie Kerczeńskim dzieje się coś niepojętego. Podobno 44 Armia zaczęła jakieś 

działania,  ale  informacje  są  sprzeczne.  Nie  wiadomo,  czy  to  natarcie,  czy  próba  sił.  Nasz 

podsłuch donosi, że Niemcy meldują o odparciu rosyjskich ataków na całym froncie. A dzisiaj 

wieczorem  Niemcy  oświadczyli,  że  przerwali  nasz  front  i  idą  naprzód.  Wymieniają  zdobyte 

miejscowości i podobno wzięli dużo jeńców. 

Dowódcy dywizji, szefowie sztabów - wszyscy dzwonią i pytają, co słychać na Kerczu. 

A co ja im mogę odpowiedzieć? Przecież sam nic nie wiem... 

11 maja 

Teraz  już  wiadomo,  że  Niemcy,  niestety,  nie  zełgali.  Pod  Ak-Monaj  stało  się  coś 

skandalicznego. Niemny przeszli do natarcia. Główne uderzenie wymierzono w pasie 44 armii 

Czerniaka. A ten nie wytrzymał. Ten sam Czerniak, który pod Sewastopolem chciał nas uczyć, 

jak się naciera! 

No cóż, zwlekali z tym natarciem, zwlekali, zbierali siły - i doczekali się. 

Na co liczy Manstein? Pod Sewastopolem ma półtorakrotną przewagę i nie może się 

zdecydować na atak. Dlaczego zaatakował tam, chociaż jest słabszy od Kozłowa? Pół biedy, 

jeśli  to  tylko  awantura,  która  skończy  się  fiaskiem.  Kozłow,  Wieczny  -  jeśli  to  rzeczywiście 

generałowie, a nie przypadkowi ludzie na wysokich stanowiskach - potrafią nie tylko odeprzeć 

ataki,  ale  sami  pójdą  naprzód.  Dojdą  na  karkach  wrogów  do  Perekopu,  oczyszczą  Krym, 

uwolnią Sewastopol. Pomożemy im w tym z całego serca. 

Ale może to są właśnie przypadkowi ludzie? 

12 maja 

Wiadomości z Kerczu coraz gorsze. Niemcy kontynuują natarcie w całym pasie obrony 

44 Armii i ciągle idą naprzód. 

Niemieckie  radio  rozbrzmiewa  zwycięskimi  marszami,  przerywanymi  relacjami  o 

odniesionych  sukcesach.  Te  audycje  są  przeznaczone  dla  nas.  Mają  podkopać  naszą  wolę 

oporu. Ale nas się na taką „psychologię” nie nabierze. 

background image

...  Chyba  jednak  Kozłow  na  prawym  skrzydle  stworzy  silną  grupę  pod  dowództwem 

generała  Lwowa,  dowódcy  51  Armii,  i  zacznie  nacierać  w  stroną  Teodozji.  Przecież  prawe 

skrzydło ciągle jeszcze stoi w miejscu. Byleby tylko nie zaczął łatać dziur we froncie 44 Armii 

siłami  51...  Wtedy  można  się  pożegnać  z  kontruderzeniem  i  Kercz  zamieni  się  w  drugi 

Sewastopol. 

15 maja 

Front Kerczeński rozplątuje się. Diabli wiedzą, co się tam właściwie dzieje! 

Mówią,  że  wszystkiemu  jest  winien  Czerniak.  Po  rozpoznaniu  walką,  kiedy 

osiągnęliśmy pewien sukces, Czerniak nie wiadomo dlaczego zatrzymał swoje wojsko. W nocy 

dowódca niemieckiego pułku zebrał wszystko co mógł i nad ranem zaczął kontratak. Dowódca 

dywizji  podtrzymał  go  i  tak  poszło.  Wszystko  się  zaczęło  sypać.  A  nasi,  zamiast  wykonać 

kontruderzenie  siłami  Lwowa,  zabierali  mu  dywizję  za  dywizją  dla  załatania  dziury.  W  ten 

sposób rozdrapali całą armię. 

Jaka szkoda, że tam nie było Tołbuchina! 

17 maja 

Pod Kerczem coraz gorzej. 

18 maja 

Wiadomości  z Kerczu jak najgorsze. Naszych przyparto do morza i rozcięto na kilka 

części.  Dwie  armie  zostały  kompletnie  zaprzepaszczone.  W  czasie  bombardowania  zginął 

generał Lwow. Walki toczą się już na przedmieściach miasta Kercz. 

I pomyśleć, że cała ta katastrofa zaszła  w ciągu  zaledwie paru dni! Manstein musiał 

dobrze rozpoznać i ocenić nasze położenie, jeśli tak śmiało zaczął działania z ograniczonymi 

siłami... 

background image

21 maja 

Na Kerczu zdaje się koniec. Nasi łącznościowcy złapali dziś przez radio rozmowę po 

rosyjsku, otwartym tekstem: „Dajcie barki do Jenikale!” A kto do kogo - nie wiadomo. 

Możemy już tylko liczyć na siebie. W kolejnym szturmie Sewastopola będą uczestniczyć 

wszystkie wojska Mansteina. Rozumie to nawet dziecko. 

Walki toczą się w samym mieście Kercz. Jest tam góra Mitrydata; podobno walczą o 

nią. Nie znamy Kerczu, więc spytaliśmy Kabaluka. Według niego, to już w samym mieście... 

background image

Zwycięzca pod ostrzałem 

Kiedy  Horch  wiózł  Mansteina  w  stronę  Ak-Monaj,  wymijając  po  drodze  kolumny 

jeńców, generał miał jeszcze pod powiekami ten widok, istotnie godny zwycięzcy. Panoramę 

z  góry  Mitrydata,  na  której  spotkał  się  z  generałem  Richtholenem.  Pogodny  lazur  nieba, 

purpurowy  krąg  słońca,  pogrążającego  się  w  wodę  Zatoki  Kerczeńskiej,  dymy  pożarów 

płonącego Kerczu, chaotyczny zgiełk dogasających starć, w czasie których spychano do wody 

rozpaczliwie broniącego się przeciwnika, triumfalne wycie Junkersów nurkujących nad plażą. 

A teraz ta szosa zawalona rozbitym rosyjskim sprzętem, z kolumnami jeńców... 

Generał  Manstein rozparty wygodnie  na poduszkach swojego wozu układał w  myśli 

słowa  depeszy  do  führera.  Co  prawda  ten  i  tak  spyta  o  Sewastopol.  Do  diabła  z 

Sewastopolem, pomyśli  się o nim  jutro! Dziś  jest dzień zwycięstwa, pogodny poranek, a w 

Jałcie  oczekuje  go  mała  galówka;  ze  względu  na  sojuszników  trzeba  ją  będzie  starannie 

odcelebrować. 

Po  przybyciu  do  Jałty  samochód  generała  i  towarzyszące  mu  wozy  ze  sztabem  i 

eskortą  skręciły  w  stronę  portu.  Honory  domu  czynił  tu  włoski  sojusznik,  komandor 

Mimbelli. Świętowano pojawienie się czerwono-biało-zielonej  bandery  na Morzu Czarnym. 

Kombinowanymi  wodno-lądowymi  drogami,  częściowo  rzekami,  a  częściowo  wielkimi 

kolejowymi platformami, przybyły niedawno dwie flotylle włoskich ścigaczy torpedowych. Z 

bazy jałtańskiej miały one wyruszać przeciwko rosyjskim transportom. 

Manstein  był  w  świetnym  humorze.  Otaczała  go  aureola  świeżego  triumfu; 

pochlebstwa  i  wyrazy  podziwu  brzęczały  mu  ustawicznie  koło  uszu,  sprawiając  prawdziwą 

przyjemność. 

Dokonano  przeglądu  kołyszących  się  na  redzie  lilipucich  okrętów;  Manstein  i 

Mimbelli  wygłosili  krótkie  przemówienia  naszpikowane  kurtuazją  i  okrągłymi  frazesami  o 

„zwycięskim 

sojuszu 

państw 

Osi, 

zjednoczonych 

przeciw 

bolszewickiemu 

niebezpieczeństwu”.  Po  chwili  grupa  oficerów  weszła  na  pokład  ścigacza  MAS-573,  aby 

odbyć przejażdżkę wzdłuż wybrzeża w stronę Bałakławy; generał zamierzał rzucić okiem na 

umocnienia nadbrzeżne wykonane przez 30 Korpus. 

Podróż  upłynęła  na  swobodnej  rozmowie;  roznoszono  napoje,  nastrój  przypominał 

raczej przedwojenny piknik. 

W drodze powrotnej sielanka została jednak brutalnie zakłócona trzaskiem lotniczych 

karabinów maszynowych. Dwa szturmowe Iły wyskoczyły niespodziewanie od strony słońca; 

background image

huk  maszyn  ścigacza  zagłuszył  ich  warkot.  Zanim  ktokolwiek  zdążył  się  zorientować,  było 

już  po  wszystkim;  na  posiekanym  pociskami  pokładzie  leżało  sześciu  zabitych  i  ciężko 

rannych  niemieckich  i włoskich oficerów oraz osobisty kierowca Mansteina. On  sam został 

lekko draśnięty w rękę. Na ścigaczu wybuchł pożar; z największym wysiłkiem zlokalizowano 

go do czasu przybycia pomocy z Jałty. Niewiele brakowało, a ogień dostałby się do wyrzutni 

torpedowych i wszystko skończyłoby się wielkim fajerwerkiem. 

Dobry  nastrój  prysł.  Generałowi  zrobiono  opatrunek;  jego  ciałem  długo  wstrząsał 

nerwowy szok. Przeciwnik przypomniał sobie. Walka nie była jeszcze skończona. 

background image

Trzeci i ostatni 

Rankiem  7  czerwca  do  Sztabu  Armii  Nadmorskiej  zaczęły  napływać  jednobrzmiące 

meldunki: 

-  Przeciwnik  przerwał  ostrzał  artyleryjski.  Zaobserwowano  samoloty  bombowe.  Na 

podstawie wyjściowej pojawiły się czołgi. Oddziały przeciwnika przechodzą do natarcia... 

Sztab  przyjmował  te  wiadomości  spokojnie,  a  nawet  z  pewną  ulgą.  Napięte 

oczekiwanie zmęczyło wszystkich. Teraz potwierdzała się wiadomość uzyskana od złapanego 

w nocy „języka”. 

Niemcy zaczynali trzeci szturm. 

Już  od  27  maja  na  pozycje  radzieckie  spadły  zmasowane  uderzenia  lotnicze  i 

artyleryjskie.  Niemcy  młócili  bombami  i  pociskami  cały  cypel;  nie  darowali  miastu 

owładnięci najwidoczniej pasją systematycznego unicestwienia wszystkiego co żywe, chęcią 

złamania wszelkiego oporu, przeorania ogniem i żelazem każdego skrawka ziemi. 

Trwało to dziesięć dni. Sewastopol zbierał siły do ostatecznej próby. 

Główny kierunek rozpoczętego na całym froncie uderzenia stał się rychło jasny. Był 

znowu  ten  sam  co  w  grudniu:  odcinek  Belbek-Kamyszły-Góry  Mackenzyjskie.  Na  dwóch  i 

pół  kilometrach  frontu  Niemcy  dokonali  tu  ogromnej  koncentracji  sił  i  środków.  Cel  był 

jasny: Zatoka Północna i miasto. 

Atakujący  liczyli  na  szybki  sukces.  Zdawało  się,  że  na  wąskim  skrawku  ziemi 

wszystko  zostało  zmieszane,  rozbite  i  unicestwione.  I tym  razem  nie  żałowano  artylerii.  54 

Korpus generała Hansena, który wykonywa i główne uderzenie, wsparty był 120 bateriami, w 

tej  liczbie 56 bateriami  artylerii ciężkiej  i  najcięższej kalibru od 190  do 420 mm. Poza tym 

użyto baterię  najcięższych  moździerzy 615  mm  i  800  mm  armatę kolejową, zwaną  „Dora”, 

przeznaczoną  w  swoim  czasie  do  kruszenia  najpotężniejszych  umocnień  linii  Maginota. 

Ogólne nasycenie artylerią na głównym kierunku natarcia wynosiło około 150 luf na kilometr 

frontu. 

Wystarczyło  jednak,  aby  przed  przednim  skrajem  obrony  pojawiły  się  czołgi  z 

czarnymi krzyżami i tyraliery piechoty wspierane nurkującymi  Junkersami, a już napastnicy 

natknęli się na twardą obronę, która unicestwiała nadzieję szybkiego przełamania radzieckich 

pozycji. 

Obrońcy  otworzyli  morderczy  ogień.  W  ciągu  pierwszych  dwu  dni  wszystkie  ataki 

Niemców odparto z ogromnymi stratami przeciwnika. 

background image

Niemcy nie dawali za wygraną. Ataki ponawiano codziennie. Od świtu do nocy, pod 

palącym  słońcem  krymskiego  lata,  w  piekielnym  żarze  wybuchów,  pożarów  i  wypalonej 

trawy,  w  huku  eksplozji  pękających  granatów,  wszystko  powtarzało  się  w  tym  samym 

porządku: artyleria, samoloty, tyraliery. 

Trzeciego  dnia  Niemcy  wdarli  się  do  okopów  Łaskina.  Przystanek  na  Wzgórzach 

Mackenzyjskich trzykrotnie przechodził z rąk do rąk. Przeciwnik wprowadził do walki drugie 

rzuty  i  około  100  czołgów.  Niektóre  z  nich  przedarły  się  przez  pierwszą  linię  obrony. 

Sytuację  uratował  Bogdanow;  zajechał  drogę  czołgom,  rozbił  je  i  na  czele  swoich 

zwiadowców  ruszył  do  kontrataku,  pociągając  za  sobą  piechotę.  Położenie  zostało 

przywrócone. 

Pod  wieczór  straszliwy  upał  osłabł.  Ludzie  pili  łapczywie  ocalone  krople  wody, 

ocierali sczerniałe od potu i dymu twarze. Wynoszono rannych, obliczano straty. Były duże, 

ale straty Niemców były kilkakrotnie większe. Jeńcy zeznali, że niemiecka 132 i 50 Dywizja 

praktycznie przestała istnieć. 

Następny  dzień  rozpoczął  się  od  „ataku  psychologicznego”.  Na  Wzgórzach 

Mackenzyjskich  kilka  batalionów  Niemców  i  Rumunów  ruszyło  do  natarcia  półnago,  z 

krzykiem,  ale  bez  strzału.  Pierwsza  linia  widziała  jednak  niejedno;  po  początkowym 

zaskoczeniu  żołnierze  spokojnie  dopuścili  przeciwnika  na  bliską  odległość.  Wówczas 

krzyżowy  ogień  zdziesiątkował  i  zmusił  do  ucieczki  wrogie  tyraliery;  część  z  nich  zaległa 

przed przednim skrajem i została wytłuczona łopatkami i bagnetami. 

Nacisk  nie  słabł.  Niemcy  otrzymywali  uzupełnienia,  podczas  gdy  obrońcy,  w 

warunkach  niemal  niepodzielnego panowania  niemieckiego  lotnictwa,  mogli  liczyć  na coraz 

bardziej skąpą pomoc Wielkiej Ziemi. 

To miało w przyszłości przechylić szalę. 

Ale na razie wszystkie ataki znowu odparto. Na kierunku jałtańskim, gdzie przeciwnik 

wykonywał  pomocnicze  uderzenie,  ciągle  jeszcze  nie  wpuszczano  Niemców  do  Bałakławy. 

Pod  Głową  Cukru  czapajewowcy  przeprowadzili  pomyślny  kontratak.  Pułkownik  Bielików 

utrzymywał Kamyszły. 

Po dwudniowej przerwie Niemcy zaatakowali z jeszcze większą zajadłością. 

W rejonie kołchozu im. Zofii Perowskiej Niemcom zagrodziła drogę 30 bateria obrony 

nadbrzeżnej.  Nakryto  ją  huraganowym  ogniem,  wielokrotnie  zbombardowano;  trawa  wokół 

baterii  zapłonęła,  poryta  wybuchami  ziemia  wyglądała  jak  fantastyczny,  księżycowy 

krajobraz.  Tu  właśnie  użyto  800  mm  „Dory”;  kilka  jej  niewypałów  monstrualnej  wielkości 

walało się wokół stanowisk baterii. 

background image

Otoczona niemal ze wszystkich stron, odcięta od swoich bateria nie przerywała ognia 

aż  do  16  czerwca.  Jej  ostatni  obrońcy  wydostali  się  na  powierzchnię  przez  podziemne 

przejścia.  Kiedy  wyruszyli  ku  swoim  -  powietrzem  wstrząsnął  potężny  huk.  Bryły  betonu, 

płyty  pancerne,  ciała  kilkudziesięciu  Niemców  -  wszystko  to  wysadzone  przez  ostatniego 

obrońcę baterii buchnęło w górę słupem ognia. 

W tym samym czasie kilka niemieckich czołgów przedarło się do  „domku Łaskina”. 

Bateria zenitówek unieruchomiła cztery z nich ogniem na wprost. Dwa pozostałe ugrzęzły w 

ogródkach; pisarze, ordynansi, kucharze, sam Łaskin i jego szef sztabu zarzucili je granatami. 

Żaden z czołgów nie ocalał. 

Sytuacja stawała się jednak coraz trudniejsza. Wszystkie odwody zostały zużyte. Dał 

się  odczuć  ostry  brak  amunicji.  Ze  względu  na  szczelną  blokadę  dostarczana  jej  ilość  nie 

przewyższała  jednej trzeciej zapotrzebowania.  Artyleria  mogła  już  strzelać tylko ogniem  na 

wprost.  Artylerzyści,  moździerzyści,  czołgiści  brali  często  udział  w  walkach  wręcz. 

Podstawową bronią stał się karabin, bagnet i granat. 

18  czerwca  pierwsze  grupy  Niemców  przedarły  się  nad  brzeg  Zatoki  Północnej. 

Jeszcze  przez  tydzień  bronił  się  Fort  Konstantynowski,  położony  u  wejścia  do  niej  i 

nazywany  z  tej  racji  „małym  Sewastopolem”.  Dopiero  24  nad  ranem,  po  opuszczeniu  fortu 

przez  załogę,  dowódca  i  jego  zastępca  wysadzili  go  w  powietrze,  a  sami  popłynęli  wpław 

przez zatokę do Sewastopola. 

Wyczerpane i zdziesiątkowane oddziały radzieckie cofały się krok za krokiem, każąc 

nieprzyjacielowi drogo płacić za każdy metr opuszczanej ziemi. 

Manstein nie dotrzymał jeszcze jednego terminu; Sewastopol miał paść 22 czerwca, w 

rocznicę napaści Hitlera na Związek Radziecki. Rozwścieczeni Niemcy ostrzelali budynek, w 

którym  mieściła  się  sławna  Panorama  Sewastopolska.  Ściany  i  kopuła  zostały  naruszone; 

pociski  w  kilku  miejscach  uszkodziły  płótno.  Wybuchł  pożar.  Żołnierze  z  pobliskich 

jednostek ugasili go, a następnie pod kierunkiem przybyłego z miasta kustosza pocięli płótno 

na części i zapakowali. W nocy Panoramę załadowano na niszczyciel Taszkent. Był to ostatni 

już  rejs  tego  zasłużonego okrętu,  który  czterdzieści  razy  przypływał  do oblężonego  miasta; 

prócz  Panoramy  Taszkent  zabrał  na  pokład  wielu  rannych.  Odtąd  kontakt  z  Sewastopolem 

utrzymywały tylko okręty podwodne i samoloty; dostarczane tą drogą zaopatrzenie stanowiło, 

niestety, kroplę w morzu potrzeb. 

Taszkent  nie  przeżył  zresztą  upadku  miasta.  Trzeciego  lipca  trafiony  niemieckimi 

bombami zatonął u nadbrzeża portu w Noworosyjsku. 

background image

Na  pozycjach  walczyli  już  wszyscy  z  wyjątkiem  kucharzy.  Dowódcy  dywizji 

prowadzili  do  kontrataków  resztki  swoich  pułków.  W  sztabach  pozostało  po  dwóch,  trzech 

oficerów. 

Wszyscy czuli, że epopeja sewastopolska zbliża się do końca. Nikt jednak o tym nie 

mówił. Szło już tylko o to, by zadać przeciwnikowi jak największe straty. 

Amunicji,  przy  najostrożniejszych  obliczeniach,  mogło  jeszcze  starczyć  na  tydzień. 

Tymczasem  24  czerwca  Niemcy  opanowali  cały  północny  brzeg  Zatoki  Północnej,  a  25 

przeprawili przez nią desant. Padł Inkerman. Padła Bałakława i Kadykowka. Ostatni obrońcy 

opuścili Wzgórza Sapuńskie. Niemiecki zagon pancerny dotarł do Zatoki Południowej, grożąc 

resztkom  obrońców  miasta  odcięciem  od  ostatniego  skrawka  obrony  -  Półwyspu 

Chersoneskiego - który dawał możliwość ewakuacji. 

W samym mieście toczyły się krwawe walki o każdą dzielnicę. 

Nadchodziły ostatnie godziny Sewastopola. 

* * * 

Major Kowtun wyszedł z głębokiej sztolni na światło dzienne i zatoczył się jak pijany. 

Od dwu tygodni spał praktycznie po dwie, trzy godziny dziennie. 

Słońce  było  zaciągnięte  kłębami  dymu.  Miasto  płonęło.  Dochodziła  zeń  gęsta  palba 

karabinowa. 

Obok sąsiednich pozycji 35  baterii pojawiły się  grupki żołnierzy.  Byli to bezrobotni 

artylerzyści bez amunicji. Pułkownik Bogdanow organizował ich w grupy bojowe i posyłał do 

boju  jako  piechotę.  Trzymał  się  jeszcze  Kołomyjec,  Bielikow,  Nowikow,  Horopiszczenko. 

Resztki  dywizji  Guza  i  Skutelnikowa  walczyły  razem  z  kilkudziesięcioma  ostatnimi 

czapajewowcami.  Walki  trwały  bez  przerwy  w  dzień  i  w  nocy.  Kierowanie  nimi  było  już 

niemożliwe. 

W dali, na szosie od strony Bałakławy, pokazały się niemieckie czołgi. Szły w stronę 

miasta. Walczono tam na dworcu, w parku i na przedmieściach. Linia frontu przestała istnieć. 

Walczyły  pojedyncze  grupy.  Dowódcy  skrzykiwali  wokół  siebie  rozproszonych  żołnierzy  i 

szli do miasta. 

Kowtuna wezwano do Kryłowa. 

- Otrzymaliśmy szyfrówkę z Moskwy --powiedział szef sztabu. 

Major wiedział, co za chwilę usłyszy. Bał się tych słów. 

background image

- Jest rozkaz ewakuacji sztabu armii i dowódców dywizji. Jednego dowódcę dywizji z 

niedużym  sztabem  zostawiamy  dla  kierowania  obroną  w  rejonie  Półwyspu  Fiolent,  aż  do 

podejścia okrętów. 

- Więc co, Mikołaju, koniec?... 

- Na razie koniec, Andrzeju. Chodźmy do Pietrowa. 

Dowódca armii  leżał  na swojej pryczy. Jego blada  i wymęczona twarz podniosła się 

ku wchodzącym z niemym zapytaniem. 

Kryłow krótko zameldował o sytuacji. 

- Wezwijcie, Mikołaju Iwanowiczu, dowódców dywizji - powiedział cicho generał. 

Kiedy wyszli, Kryłow wyciągnął w stronę Kowtuna jakiś papier. 

- Co to jest? 

-  Weź.  To  przepustka  na  samolot.  Tylko  się  pośpiesz.  Za  dwie  godziny  odlatują 

ostatnie maszyny. 

- A ty? A Pietrow? 

- My zostaniemy. Jeśli się uda, odpłyniemy łodzią podwodną. 

- W takim razie zostaję z wami. 

Surowe, zmęczone oczy Kryłowa złagodniały. Położył rękę na ramieniu Kowtuna. 

- Prawdę mówiąc to i tak wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Dziękuję ci, Andrzeju. 

Chodź, ściągniemy kogo się da. 

background image

Gorzki smak zwycięstwa 

Spalenizna  gryzła  w  oczy.  W  gardle  było  sucho.  Głowa  wydawała  się  niezwykle 

ciężka. Pewnie od dymu? 

Zwycięzca szedł po sewastopolskim Bulwarze Nadmorskim. Pod nogami trzeszczało 

szkło.  Zgiełk  niedawnej  walki  jeszcze  unosił  się  w  powietrzu.  W  dali  trzaskały  pojedyncze 

wystrzały;  byli  to  ostatni  obrońcy  lub  pierwsze  ekspedycje  karne.  Jeszcze  dalej  w  stronie 

Chersonesu  brzmiała  regularna  palba;  resztki  Armii  Nadmorskiej  stawiały  tam  rozpaczliwy 

opór. 

Ale  miasto,  znienawidzone  rosyjskie  miasto  o  greckiej  nazwie,  było  już  łupem 

zwycięzcy. 

Zwycięzca mijał w zamyśleniu potrzaskane sewastopolskie akacje z liśćmi pokrytymi 

grubą warstwą pyłu. W powietrzu unosił się słodkawy, trupi odór. Opuszczone domy świeciły 

wypalonymi oknami i wyrwami od pocisków. 

Z boku na jezdni i trawniku leżeli ludzie, wyprowadzani z domów przez żołnierzy w 

czarnych mundurach. Kazano im kłaść się nieruchomo, twarzą do ziemi. Do nieposłusznych 

strzelano bez ostrzeżenia. 

Zwycięzca  zauważył  to  kątem  oka,  ale  zaledwie  przyjmował  do  wiadomości.  To  go 

nie  interesowało.  To  nie  były  jego  sprawy.  On  zrobił  swoje.  Reszta  jest  teraz  rzeczą 

administracji. Naturalnie, gestapo i żandarmeria zazwyczaj nie działają w rękawiczkach, ale, 

mein Gott, cóż to może obchodzić jego, generała pułkownika Ericha von Mansteina? Zresztą - 

przemknęło  mu  przez  głowę  -  humanitaryzm  jest  piękną  rzeczą,  ale  w  warunkach 

współczesnej  wojny  musi  się  stać  nieuchronnie  szkodliwym  luksusem.  Ostatecznie  jakże 

można  mieć  pretensje  do  tych  ludzi,  którzy  zaprowadzają  tu  porządek  za  to,  że  są 

zdenerwowani?  Czyż całe to miasto nie zasłużyło na ostre potraktowanie? Czyż praktycznie 

wszyscy jego mieszkańcy nie byli żołnierzami? W pamięci pojawiły się strzępy meldunków o 

walkach  w  inkermańskich  sztolniach,  skąd  ludność  cywilna  nie  chciała  wychodzić  na 

powierzchnię  nawet  pod  groźbą  uduszenia;  o  kobietach  złapanych  z  bronią  w  ręku,  o 

desperackich  próbach  przebicia  się  z  otoczonego  Chersonesu,  w  czasie  których  razem  z 

żołnierzami szli przebojem chłopcy i dziewczyny  - zdziesiątkowano ich, ale część przedarła 

się  przecież  w  góry  jałtańskie,  do  partyzantów.  I  ci  partyzanci  szarpiący  tyły  11  Armii, 

nieuchwytni, chociaż osaczeni; prześladowani - a ciągle groźni... 

background image

Tak,  ale  wszystko  to  jest  głupstwem.  Ważny  jest  tylko  ten  moment,  historyczny 

moment, w którym spełnia się misja Niemiec na Wschodzie. Za jego sprawą. Niechże więc, 

do  licha,  pojawi  się  szybko  ten  smak  wielkiego  triumfu,  który  wieńczy  uczciwy  żołnierski 

wysiłek! 

Gdzież on jest? 

Powinien się przecież zjawić już wczoraj, kiedy z Winnicy nadszedł na jego nazwisko 

radiogram: 

W dowód uznania pańskich wyjątkowych zasług w czasie walk o Krym, rozgromienia 

przeciwnika  na  Kerczu  i  zdobycia  twierdzy  sewastopolskiej  -  niniejszym  mianuję  pana 

marszałkiem polnym. Adolf Hitler. 

Cóż,  kiedy  natychmiast  pojawiło  się,  jak  natrętna  mucha,  to  wspomnienie  owego 

nieszczęśliwego telefonu z 22 czerwca, kiedy prosił Hitlera o pozwolenie przerwania szturmu 

Sewastopola. Jakże mogły go tak całkowicie zawieść nerwy! Prawda, to był ten nieszczęsny 

dzień, kiedy Pietrow znowu zwarł swoje pozycje i wydawało się, że wykrwawione oddziały 

szturmowe  w  żaden  sposób  nie  zdołają  go  z  nich  zepchnąć.  W  uszach  brzmiał  mu  jeszcze 

zjadliwy głos Hitlera: „Jest pan zdaje się bardzo zmęczony, Manstein. Gotów jestem w takim 

razie  ofiarować  panu  solidny  odpoczynek.  Ale  teraz  niech  pan  się  weźmie  w  garść.  Będę 

uważał  tę  rozmowę  za  niebyłą.  Żegnam!”  A  teraz  te  plotki,  uporczywie  krążące  po  jego 

sztabie,  że  11  Armia  zostanie  rozformowana,  że  nie  pozwolą  jej  wykonać  wymarzonego 

skoku  przez  kerczeńską  cieśninę.  Zresztą  -  z  czym?  Czy  on  sam  mógłby  sobie  teraz  na  to 

pozwolić?  11  Armia  straciła  na  długo  zdolność  bojową,  była  wykrwawiona  i  śmiertelnie 

wyczerpana.  Wielkie  zmagania,  toczące  się  obecnie  na  Froncie  Południowym,  będą  się 

musiały obejść bez niej. 

Przystanął. Spojrzał na zatokę z czerniejącymi wrakami zatopionych okrętów. 

Gdzież jest ten triumf? 

Czemu to zwycięstwo ma taki gorzki smak? 

Pewnie dlatego, że czekał na nie zbyt długo, że pogrzebał zbyt wiele nadziei. Jakież to 

wszystko było potwornie wymęczone,  jakie  niesłychanie ciężkie! I  jak zupełnie niepodobne 

do  tych  wyobrażeń  z  początku  wojny  o  przewidywanym  łatwym  sukcesie  niemieckiej 

strategii  na  froncie  wschodnim.  Miał  tu  wejść  z  marszu,  jednym  skokiem,  na  karkach 

rozbitych  oddziałów  -  a  stał  osiem  długich  miesięcy,  daremnie  posyłając  na  śmierć  swoje 

najlepsze oddziały. To za wiele, aby można było się cieszyć. Koszty były zbyt wysokie. Jeśli 

tak dalej pójdzie... 

background image

Patrzył  ciągle  na  zasnutą  dymem  zatokę  i  nagle,  po  raz  pierwszy  w  życiu,  poczuł 

skurcz czegoś, co chyba  było  niejasnym  i  niedobrym przeczuciem. Uświadomił sobie skalę 

wypadków,  w  których  uczestniczył;  wyczuł  fizycznie  ogromną  rozległość  tego  bijącego 

ogniem  i  żelazem  rosyjskiego  frontu,  na  którego  południowym  cypelku  święcił  dziś  swój 

mizerny sukces. Cóż to znaczyło! Czymże jest ten Sewastopol! Ile takich Sewastopoli czai się 

jeszcze  w  głębi  tego  ogromnego  kraju,  gotowych  skupić  wokół  siebie  ludzką  zawziętość, 

upór, wysiłek i walczyć aż do upadłego! Poczuł, że zagląda w otchłań, od której kręci mu się 

w głowie i chociaż powietrze zastygło od upału, ciałem feldmarszałka wstrząsnął dreszcz. 

Odwrócił się do oficerów, którzy z szacunkiem przystanęli o kilka kroków za nim: 

- Jedziemy, panowie! 

background image

Pożegnanie z miastem 

Fale  karabinowej  palby  przewalały  się  już  bardzo  blisko.  Major  Kowtun  włożył 

wyjściową  bluzę  z  przypiętym  do  niej  Orderem  Czerwonego  Sztandaru,  schował  starannie 

legitymację partyjną  i  notesy ze swymi  zapiskami, które prowadził przez cały  czas obrony, 

obciągnął  fałdy  wokół  pasa  i  powoli,  z  zaciśniętymi  ustami  i  zmarszczonymi  brwiami, 

wyszedł długimi podziemnymi korytarzami sztabu, na powierzchnię. 

Ostatnia  siedziba  sztabu  Armii  Nadmorskiej  mieściła  się  wraz  ze  sztabem  Floty  na 

Półwyspie  Chersoneskim.  U  jego  nasady  grupy  osłonowe  broniły  przystępu  nacierającym 

Niemcom. Noc była jasna od łun. 

Po  chwili  z  podziemi  wyszli  Pietrow  i  Kryłow.  Za  nimi  kilku  wyższych  oficerów, 

którzy  nie  zdążyli  odlecieć  samolotami.  Cała  grupa  zaczęła  w  milczeniu  schodzić  w  stronę 

plaży. 

Żołnierze  rozstępowali  się  przed  Pietrowem,  a  dowódca  armii  patrzył  im  prosto  w 

oczy  długim,  nieruchomym  spojrzeniem.  Tylko  głowa  drżała  mu  nerwowo;  tik  nasilił  się 

jeszcze bardziej. 

Przy  brzegu  czekała  już  łódź  motorowa.  Brodząc  po  kolana  w  wodzie,  oficerowie 

weszli  na  nią  i  łódź  natychmiast  odpłynęła.  Po  kilkunastu  minutach  zamajaczyło  przed  nią 

długie cygaro okrętu podwodnego. 

Po  kolei,  wypatrując  dogodnego  momentu  przy  ciągłych  podrzutach  fal, 

przeskakiwano na pokład okrętu. 

Kowtun  skoczył  ostatni,  pośliznął  się,  przytrzymał  mokrego  pokładu.  Kapitan  naglił 

do pośpiechu; rejs zapowiadał się niebezpiecznie, a w dali, w stronie Noworosyjska, na niebie 

ukazały  się  już  blade  smugi  przedświtu.  Każda  chwila  zmniejszała  szansę  przeciśnięcia  się 

przez gęstą sieć niemieckiej blokady. 

Wszystko było gotowe do zanurzenia. Oficerowie jeden po drugim znikali w otworze 

włazu. 

Kowtun znowu znalazł się na końcu. Chciał jeszcze na chwilę odwlec ten moment. Z 

nogą na trapie zejściowym obejrzał się jeszcze raz za siebie. 

Nad  poszarpanymi,  czarnymi  sylwetkami  skał  Chersonesu  wzlatywały  w  niebo 

kolorowe  sznureczki  pocisków,  fontanny  iskier,  rozlegały  się  głuche  stęknięcia  eksplozji  i 

ustawiczny jazgot strzelaniny. 

background image

Resztki obrońców przedzierały się w góry, do partyzantów. Dogasały ostatnie ogniska 

oporu. W uszach majora brzmiały ostatnie wystrzały sewastopolskiej obrony. 

Marynarz  czekał  niecierpliwie,  aby  zamknąć  pokrywę  włazu,  ale  Kowtun  jeszcze 

zwlekał. Zatrzymał się. Patrzył. 

Przeszło  dwieście  czterdzieści  dni  -  w  całkowitej  izolacji,  oderwana  od  wszystkich 

pozostałych  frontów  i  połączona  ze  swymi  odległymi  bazami  wątłą,  nietrwałą,  ustawicznie 

zrywaną  nitką  komunikacji  -  walczyła  pod  Sewastopolem  Armia  Nadmorska  wraz  z 

marynarzami Floty Czarnomorskiej, niszcząc i wykrwawiając doborowe oddziały Mansteina. 

Dopiero kiedy zamilkły działa, kiedy zabrakło nieomal ludzi, którzy mogliby trzymać broń w 

ręku,  kiedy  nie  było  już  nawet  nabojów  karabinowych  i  granatów,  którymi  można  było 

niszczyć nieprzyjacielskie czołgi - wróg wdarł się do miasta. 

Major Kowtun rozumiał to wszystko. Wiedział, że zrobiono wszystko, co można było 

zrobić, że zadanie postawione przed Armią Nadmorską zostało w pełni wykonane. 

Rozumiał  i  wiedział.  Ale  ten  ostatni  widok  chłonął  i  zapamiętywał  z  poczuciem 

zapiekłej  wściekłości.  Tak  samo,  jak  pod  Odessą  czuł  piekącą  gorycz  tej  nocnej  ucieczki, 

opuszczania  płonącego  miasta,  porzucania  na  łaskę  i  niełaskę  wroga  długo  bronionego 

skrawka ojczystej ziemi. 

„Jak  długo  jeszcze?”  -  zapytał  siebie.  I  natychmiast  odpowiedział:  „Nie,  już  nigdy 

więcej! Dosyć! Dosyć! Dosyć!” 

I powoli, krok za krokiem, zaczął zstępować po trapie w dół z oczami utkwionymi w 

rozjaśnione  łunami  niebo,  chłonąc  chciwie  grzechot  wystrzałów  -  ostatni  salut  walczącego 

Sewastopola. 

background image

Epilog 

W  pół  roku  po  opisywanych  wypadkach  zwycięstwo  nad  Wołgą  zdecydowanie 

odwróciło  kartę  wojny

5

.  A  w  rok  po  upadku  Sewastopola  gigantyczna  batalia  pod  Orłem  i 

Kurskiem ostatecznie odebrała Niemcom inicjatywę strategiczną i obwieściła początek końca 

Trzeciej Rzeszy. 

Wyzwolenie Krymu zbliżało się teraz nieuchronnie. W ostatnich dniach października 

1943 roku wojska radzieckie odcięły i izolowały Półwysep Krymski od kontynentu. Niemcy 

wydali  wówczas  rozkaz  ewakuacji.  Już  po  kilku  godzinach  rozkaz  ten  został  jednak 

anulowany  osobiście  przez  Hitlera.  „Twierdza  Krymska”  -  jak  ją  oficjalnie  określała 

niemiecka  propaganda  -  była  ciągle  oczkiem  w  głowie  führera,  który  przypisywał  jej  nadal 

duże znaczenie strategiczne, a przede wszystkim przeznaczał do szachowania Turcji. 

Tymczasem silne grupy radzieckich oddziałów desantowych przeprawiły się na Krym 

przez rozlewiska Siwaszu. Utworzono również przyczółek na Kerczu  i utrzymano go mimo 

silnych kontrataków niemieckich. Zacięte walki trwały tu przez całą zimę. 

Nadeszła  wiosna  1944  roku.  Niemcy  wciąż  jeszcze  czuli  się  bardzo  pewnie  za 

potężnymi kerczeńskimi i iszuńskimi umocnieniami. Jeszcze w kwietniu dowódca broniącej 

Krymu 17 Armii, generał Jaenecke, pisał w jednym ze swych rozkazów: 

Nie  ma  w  świecie  takiej  siły,  która  byłaby  zdolna  przerwać  niemiecką  obroną  na 

Perekopie  i  Siwaszu.  Niech  więc  niemieccy  i  rumuńscy  żołnierze  spokojnie  odpoczywają  w 

swych okopach. Doczekają w nich chwili naszego zwycięstwa. Bolszewicy mają raz na zawsze 

odciętą drogę na Krym. 

W  odpowiedzi  na  te  przechwałki  dnia  3  kwietnia  łoskot  potężnego  przygotowania 

artyleryjskiego  oznajmił  początek  „trzeciego  szturmu”  -  tak  bowiem  nazywano  operację 

krymską.  4  Front  Ukraiński  pod  dowództwem  generała  Tołbuchina  po  trzech  dniach 

uporczywych walk przerwał niemieckie umocnienia pod Perekopem i Iszunem. Jednocześnie 

Samodzielna  Armia  Nadmorska  pod  dowództwem  generała  Jeremienki  zaatakowała 

Niemców  z  przyczółka  pod  Jenikale  i  po  krótkim  czasie  oswobodziła  Kercz.  20  kwietnia 

resztki  rozbitej  17  Armii  zostały  osaczone  w  Sewastopolu.  Generał  Jaenecke  udał  się  do 

głównej kwatery, aby przekonać Hitlera o konieczności opuszczenia półwyspu. Został za tę 

propozycję pozbawiony dowództwa; Hitler jeszcze raz domagał się kategorycznie utrzymania 

„Krymskiej Twierdzy”. 

                                                             

5

 Por. tomik Krach „Siwej Czapli”

background image

5  maja  rozpoczął  się  szturm  Sewastopola.  Główny  wysiłek  atakujących  został 

skierowany  na  Wzgórza  Sapuńskie  -  kluczowy  punkt  niemieckich  pozycji.  Rozgorzały  tam 

niesłychanie  zacięte  walki.  Metr  po  metrze,  pokonując  silny  opór  Niemców,  posuwały  się 

oddziały  szturmowe.  Wreszcie  saper  Jacunienko  zatknął  na  najwyższym  miejscu  wzniesień 

czerwony sztandar. 

Los Sewastopola był teraz przesądzony. 8 maja 17 Armia otrzymała od Hitlera rozkaz 

ewakuacji. 

W następnym dniu oddziały gwardii sforsowały Zatokę Północną i wyrzuciły wroga z 

miasta  na  półwysep  Chersones.  Niemcy  próbowali  tu  zorganizować  rozpaczliwy  opór. 

Uderzenie  czołgów  rozcięło  jednak  resztki  niemieckiego  ugrupowania  na  dwie  części. 

Gorączkowe  próby  ewakuacji  20  tysięcy  zebranych  na  półwyspie  żołnierzy  nie  dały 

większych rezultatów. Morze i powietrze były  praktycznie w całości  w rękach radzieckich; 

większość okrętów transportowych i barek została zatopiona. 

12  maja  ostatni  punkt  oporu  Niemców  był  złamany.  W  czasie  35  dni  walk  o  Krym 

stracili oni w zabitych i wziętych do niewoli 111 tysięcy żołnierzy. Zdobywany przez osiem 

miesięcy  Sewastopol  został  wzięty  szturmem  przez  Armię  Radziecką  w  ciągu  pięciu  dni. 

Niemiecka 17 Armia przestała istnieć. 

W  ten  sposób  pomszczono  pamięć  poległych  w  czasie  oblężenia  1941-1942  roku  i 

tych wszystkich, którzy padli ofiarami niemieckiego terroru w czasie okupacji półwyspu. Mit 

o  niemieckim  bastionie  nad  Morzem  Czarnym  rozwiał  się  w  proch  i  pył.  Dawni  obrońcy  i 

nowi  zdobywcy  miasta,  którego  dwa oblężenia  przeszły  do  historii,  ruszyli  na  Zachód,  aby 

dopełnić ostatnie akty dziejowej sprawiedliwości. 

Sewastopol mógł zabliźniać rany. 

* * * 

Na zakończenie wypada jeszcze poinformować Czytelników, co stało się z głównymi 

postaciami, występującymi w naszej opowieści. 

Generał Iwan Jefimowicz Pietrow, obrońca Sewastopola, pod koniec wojny dowodził 

w stopniu generała armii 4 Frontem Ukraińskim; pod jego dowództwem wyzwolono Węgry i 

Czechosłowację.  Po  wojnie  generał  Pietrow  był  dowódcą  Turkiestańskiego  Okręgu 

Wojskowego. Obecnie zajmuje wysokie stanowisko w Ministerstwie Obrony ZSRR. 

background image

Jego  szef  sztabu,  generał  Mikołaj  Iwanowicz  Kryłow,  ma  za  sobą  również  bogatą 

wojenną  przeszłość.  W  czasie  walk  o  Stalingrad  był  szefem  sztabu  słynnej  62  Armii.  Pod 

koniec wojny dowodził 5 Armią, która wchodziła w skład 1 Frontu Białoruskiego i walczyła 

w  Prusach  Wschodnich.  Po  zakończeniu  działań  w  Europie  generał  Kryłow  brał  udział  w 

operacji  przeciw  Armii  Kwantuńskiej  na  Dalekim  Wschodzie

6

.  Po  wojnie  dowodził  grupą 

wojsk znajdujących się na Sachalinie i Wyspach Kurylskich, a następnie Uralskim Okręgiem 

Wojskowym. Posiada również stopień generała armii. 

Major  Andrzej  Ignatjewicz  Kowtun  brał,  po  upadku  Sewastopola,  udział  w  wielu 

operacjach  i  ukończył  wojnę  w  stopniu  generała  majora.  Po  przejściu  w  stan  spoczynku 

mieszka obecnie w Symferopolu  na  Krymie, w pobliżu  miejsc, w których przed  laty spędził 

dramatyczne  osiem  miesięcy  sewastopolskiej  obrony,  utrwalonej  w  jego  frontowych 

zapiskach. 

A jakie były dalsze losy Mansteina? 

Marszałek polny Erich von Manstein przeżył pod Sewastopolem szczyt swojej kariery 

wojskowej. Dalej powodziło  mu się  już znacznie gorzej. Nie zdobył  Leningradu. Nie udało 

mu  się  przebić  z  odsieczą  do  oblężonego  Stalingradu  i  wyzwolić  6  Armię  Paulusa;  zdołał 

natomiast częściowo uratować krytyczną sytuację Niemców w zimie 1943 organizując udane 

przeciwnatarcie  pod  Charkowem.  W  czasie  wielkiej  batalii  pod  Kurskiem  dowodził  Grupą 

Armii  „Południe”;  został  zatrzymany  i  zmuszony  do  odwrotu.  Ostatecznie,  na  tle  coraz 

głębszych  rozdźwięków,  które  powstały  w  łonie  niemieckiej  kwatery  głównej  i  generalicji 

wobec  perspektyw  oczywistej  klęski,  został  w  kwietniu  1944  roku  zdymisjonowany  przez 

Hitlera. Po wojnie opublikował swoje wspomnienia pod wymownym tytułem  Die verlorene 

Siege (Stracone zwycięstwa); usiłuje w nich przedstawić siebie i całą niemiecką generalicję w 

jak  najlepszym  świetle  ubolewając  jednocześnie,  iż  błędy  Hitlera  nie  pozwoliły 

Wehrmachtowi wygrać wojny. 

                                                             

6

 Por. tomik Koniec samurajów. 

background image

BIBLIOGRAFIA 

A. I. Kowtun - Sewastopolskije dniewniki, „Nowyj Mir” nr 8/1963 

B. Borisow - Podwig Sewastopola, Moskwa 1957 

S. Maksimow - Obrona Sewastopola 1941-1942, Moskwa 1959 

Praca zbiorowa - Istorija goroda-gieroja Sewastopola, Kijów 1960 

Praca zbiorowa - Istorija Wielikoj Otieczestwiennoj Wojny Sowietskowo Sojuza, t. II-

IV, Moskwa 1961 

E. von Manstein - Die verlorene Siege, Bonn 1955