background image

 

 

Leigh Michaels 

 

 

Wspólne noce, wspólne dni 

 

Husband on Demand 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Klucz  leżał  tam,  gdzie  zawsze,  czyli  blisko  wejścia,  pod  donicą  z  drobnymi 

żółtymi chryzantemami. Tym razem jednak Cassie wsunęła go do kieszeni żakietu, 
zamiast jak zwykle odłożyć na miejsce po otworzeniu drzwi. 

Znalazła się w cichym holu nieprzyjemnie opustoszałego domu, należącego do 

Peggy  Abbott.  Rozejrzała  się  wokół,  chociaż  świetnie  znała  każdy  kąt.  Trudno 
zliczyć, ile razy tu przychodziła, żeby przynieść odebrane z pralni garnitury pana 
domu  albo  zabrać  przygotowaną  przez  Peggy  listę  zakupów.  Również  przed 
ostatnimi świętami Bożego Narodzenia spędziła tu cały dzień, pakując prezenty i 
piekąc  ciasteczka.  Po  wykonaniu  różnych  zleceń  wracała  do  siebie,  teraz  jednak 
miała tu na jakiś czas zamieszkać, i to zupełnie sama. Dlatego dom wydał jej się 
nieprzytulny i mało gościnny, czyli zupełnie inny niż zazwyczaj. Uśmiechnęła się, 
pokpiwając  w  duchu  ze  swego  przewrażliwienia.  Nie  mogła  się  jednak  pozbyć 
nieprzyjemnego wrażenia, że jest tu niechcianym intruzem. 

A przecież tak naprawdę Peggy niemal błagała Cassie, by się tutaj wprowadziła 

i czuła się jak u siebie. 

– Znam swoje szczęście i wiem – przekonywała – że jeśli pozostawię sprawy 

swojemu  biegowi,  będzie  to  wyglądało  tak:  pojadę  z  Rogerem  na  tę  koszmarną 
wyprawę, a po powrocie okaże się, że hydraulik nie tylko nie zainstalował wanny z 
biczami  wodnymi,  lecz  w  ogóle  nawet  się  nie  pojawił.  Gdyby  się  okazało,  że 
spędziłam  wieczność  w  lesie  pod  namiotem  z  powodu  remontu,  do  którego  w 
rzeczywistości nie doszło, pewnie podcięłabym sobie żyły. 

–  Bez  wanny  nie  dasz  rady  –  fachowo  poinformowała  ją  Cassie.  –  Jeśli  ktoś 

profesjonalnie podchodzi do tego zabiegu, powinien usiąść w wypełnionej ciepłą 
wodą  wannie.  Tak  postępują  wszyscy  porządni  samobójcy.  Szczerze  jednak 
mówiąc,  wolałabym,  abyś  zrezygnowała  z  tak  radykalnego  kroku,  bo  wtedy 
Wypożyczalnia Żon straciłaby jedną z najlepszych klientek. 

–  No  to  wprowadź  się  do  mnie  i  miej  oko  na  tego  budowlańca  –  nalegała 

Peggy. – Jeśli tu zamieszkasz, nie będzie miał pretekstu, żeby migać się od roboty. 

Cassie nie była o tym przekonana, z doświadczenia bowiem wiedziała, że pod 

tym  względem  rzemieślnicy  są  wprost  niewyczerpani  w  pomysłach.  Z  drugiej 

background image

jednak  strony  Wypożyczalnia  Żon  od  początku  swego  istnienia  zajmowała  się 
zarówno załatwianiem różnych spraw w imieniu klientów, by nie musieli zwalniać 
się z pracy, jak i pilnowaniem ich domów podczas nieobecności właścicieli. Peggy 
prosiła  o  połączenie  tych  dwóch  usług,  a  przecież  elastyczność  była  głównym 
hasłem firmy. 

Jednym  słowem  Cassie  nie  pozostało  nic  innego,  jak  wprowadzić  się  tutaj. 

Zresztą miało to również swoje dobre strony. Dom przy Terrace Square wydawał 
się  Cassie  pałacem  w  porównaniu  z  jej  skromnym  mieszkaniem.  Nie  tylko  z 
powodu  komfortowego  wnętrza,  lecz  przede  wszystkim  dlatego,  że  był  solidnie 
zbudowany. 

Można tu było włączyć muzykę o każdej porze dnia i nocy nie obawiając się, 

że spokój sąsiadów zostanie zakłócony, co dla Cassie było wielce kuszącą zachętą. 
Obiecała  sobie,  że  gdy  tylko  rozpakuje  rzeczy,  natychmiast  wypróbuje  pianino 
Peggy. 

Właśnie  wieszała  w  szafie  ostatni  z  przywiezionych  kostiumów,  kiedy 

zadzwoniła przyczepiona do paska komórka. 

– Wypożyczalnia Żon – odezwała się automatycznie. 
–  Jest  ósma  wieczorem,  Cassie.  Nie  musisz  być  ciągle  na  posterunku  – 

usłyszała głos jednej ze wspólniczek. 

– Cześć, Paige. Masz rację, to już skrzywienie zawodowe. 
– No i jak tam? Urządzasz się? 
– Jest super, ta przestrzeń... Skończy się na tym, że Peggy po powrocie będzie 

musiała wyrzucać mnie siłą. – Cassie chwyciła żakiet, który zsuwał się z wieszaka, 
omal przy tym nie upuszczając komórki. – Co mówiłaś, Paige? 

–  Pytałam,  czy  jutro  będziesz  mogła  zająć  się  przyjmowaniem  zleceń 

telefonicznych.  Sabrina  jedzie  do  Fort  Collins  odebrać  dziecko  klienta  z  obozu 
koszykarskiego, a ja muszę pojechać z matką do lekarza. 

–  Jasne,  nie  ruszę  się  stąd  na  krok.  Najpierw  będę  czekać  na  szefa  firmy 

budowlanej, a potem muszę się przyjrzeć pracy jego ekipy. 

–  Czy  Peggy  rzeczywiście  tego  żądała?  To  brzmi  jak  wyrok.  Jak  sobie 

poradzisz? 

–  Nie  będzie  tak  źle.  Kiedy  już  remont  ruszy  pełną  parą,  co  jakiś  czas 

skontroluję postęp robót, co w niczym nie przeszkodzi mi w wykonywaniu moich 
zwykłych obowiązków. A jeśli chodzi o jutro, to podaj domowy numer Peggy, bo 
w mojej komórce wysiada bateria. Gdyby było dużo zamówień, to... 

– Optymistka! Jakbyś nie wiedziała, że to bardzo kiepski okres... 

background image

Właśnie!  Kiepski  okres!  Cassie  uświadomiła  sobie,  że  to  był  kolejny  powód, 

aby  przyjąć  zlecenie  od  Peggy,  która  nigdy  nie  marudziła  przy  płaceniu 
rachunków. W tym martwym sezonie każda wpłata na konto firmy witana była z 
radością. 

–  Wiem.  Niestety,  tak  to  już  jest  w  naszym  fachu.  Gdyby  to  było  tylko 

możliwe,  już  teraz  ubrałabym  choinkę.  Za  kilka  miesięcy  będziemy  zbyt  zajęte 
przedświątecznymi zleceniami, żeby myśleć o sobie. Ale co z twoją mamą? Mam 
nadzieję, że to nic groźnego... 

– Jutro ma tylko wizytę kontrolną, ale wiesz, jak to nieraz długo trwa. Zawsze 

trzeba czekać, aż przyjmą wszystkie nagłe przypadki. No to cześć. Rano przełączę 
telefon na twój numer. 

Cassie przypięła komórkę do paska, wsunęła puste walizki pod łóżko i zeszła 

na dół do obszernego salonu. Zapadł już wieczór i dom pogrążony był w mroku, 
nieco tylko rozproszonym przez światło stylizowanych latarni, które otaczały mały 
park  i  plac  zabaw,  znajdujące  się  pośrodku  osiedla  domków.  Ozdobna  szklana 
ścianka przy drzwiach wejściowych rozszczepiała światło, które migotało i rzucało 
drżące refleksy, stwarzając wrażenie, jakby wszystko wokół się poruszało. Cassie 
wzdrygnęła się i szybko przeszła przez hol. 

Salon  był  połączony  z  holem,  wyglądał  jednak  znacznie  przytulniej,  co  na 

pewno  było  zasługą  grubego,  miękkiego  dywanu  i  wygodnych  foteli. 
Wypolerowane  czarne  pudło  pianina  lśniło  nawet  w  mroku.  Cassie  delikatnie 
przesunęła ręką po powierzchni instrumentu, podniosła wieko i niepewnie dotknęła 
klawiszy. 

Palce  miała  sztywne.  Nic  dziwnego,  skoro  od  przeszło  roku  grała  tylko  od 

przypadku  do  przypadku.  Uderzyła  w  klawisze  i  z  ogromną  radością  wykonała 
kilka  wprawek.  Po  chwili  ręce  odzyskały  dawną  gibkość  i  elastyczność,  a  palce 
niemal instynktownie znajdowały kolejne nuty... 

Nie  była  dobrą  pianistką,  nigdy  bowiem  nie  pobierała  regularnych  lekcji 

muzyki,  ale  zawsze  szukała  w  niej  ucieczki.  Wprawdzie  nie  miała  własnego 
instrumentu,  ale  często  grywała  w  szkole,  w  kościele,  u  koleżanek  czy  w 
uniwersyteckim  kampusie.  Pianino  stało  się  jej  najlepszym  przyjacielem  i 
powiernikiem. 

Spod palców Cassie zaczęła płynąć wiązanka jej ulubionych utworów. Czasami 

zatrzymywała  się,  by  przypomnieć  sobie  poszczególne  frazy.  Dopiero  gdy 
wyczerpała  cały  swój  repertuar,  przyjrzała  się  nutom  ułożonym  na  sekretarzyku 
obok pianina. 

background image

Ze stosu wygrzebała zapis starego marsza. Jaka to przyjemność grać tak sobie 

do  woli,  gdy  grube  ściany  oddzielające  szeregowe  domki  skutecznie  chroniły 
spokój sąsiadów. 

Marsz  był  skomplikowany,  a  w  dodatku  w  świetle  lampki  ustawionej  na 

pianinie trudno było odczytać wyblakłe nuty. Pierwsze donośne akordy skutecznie 
zagłuszyły silne uderzenie w drzwi wejściowe. 

Drugi  cios  zabrzmiał,  jakby  ktoś  próbował  rozwalić  drzwi  taranem.  Cassie 

struchlała.  Oderwała  ręce  od  klawiatury  i  oczami  rozszerzonymi  trwogą 
wpatrywała się w sylwetkę niewyraźnie rysującą się za szklaną ścianką. 

Włamywacz! – pomyślała, sztywna ze strachu. Ktoś najwyraźniej uznał, że nie 

oświetlony dom jest pusty. 

Trzecie  uderzenie  było  jeszcze  potężniejsze.  Rozłupane  i  wiszące  już  na 

jednym  tylko  zawiasie  drzwi  uderzyły  w  ścianę  holu.  Z  cienia  wyłonił  się 
olbrzymi, przerażający mężczyzna. 

Cassie  wydawało  się,  że  mdła  lampka,  przy  której  ledwie  mogła  odcyfrować 

nuty,  teraz  zapłonęła  pełnym  blaskiem,  bezlitośnie  ją  oświetlając.  Mężczyzna 
skoncentrował wzrok na dziewczynie. Oczy mu się zwęziły, ciało naprężyło. 

I  nagle  odezwał  się.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej  mogła  spodziewać  się  po 

włamywaczu, było pytanie, które zadał głębokim, pełnym niedowierzania głosem: 

– A kimże, do diabła, pani jest?! 
Klucz nie leżał tam, gdzie zawsze, czyli blisko wejścia, pod donicą z drobnymi 

żółtymi chryzantemami. 

– Masz ci los, ładna niespodzianka! – zezłościł się Jake. No tak, ale skoro jego 

brat i bratowa z takim uporem zostawiali klucz w najbardziej oczywistym miejscu, 
należało spodziewać się, że któregoś dnia skorzysta z niego ktoś niepowołany. 

Prawdopodobnie o ich dwutygodniowym wyjeździe do Manitoby wiedzieli nie 

tylko  przyjaciele  i  współpracownicy,  ale  także  całe  osiedle.  Każdy  mógł  z  tej 
informacji  skorzystać.  Swoją  drogą  złodziej  był  dość  niecierpliwy.  Od  wyjazdu 
Rogera  i  Peggy  upłynęło  co  najwyżej  sześć  godzin,  a  ich  dobytek  już  był 
zagrożony. 

Nie  ma  co,  świetne  zajęcie  na  resztę  wieczoru!  –  pomyślał  Jake.  Zamiast 

gorącego  prysznica  i  dobrze  zasłużonego  odpoczynku,  będzie  miał  wątpliwą 
przyjemność  poznać  gliniarzy  z  Denver  i  obserwować,  jak  zabierają  się  do 
śledztwa. Koszmar! 

Właściwie Roger i Peggy zasłużyli sobie na to. Jake najlepiej by zrobił, gdyby 

po prostu położył się spać i zostawił cały ten bałagan do rana. Jeśli włamywacz nie 

background image

narobił  poważnych  szkód,  można  by  nawet  udawać,  że  się  w  ogóle  niczego  nie 
zauważyło... 

Kładł już rękę na klamce, ale zatrzymał się z ciężkim westchnieniem. Nie mógł 

z czystym sumieniem zostawić tak tej sprawy. Będzie musiał przejść przez park do 
biura  administratora,  zgłosić  brak  klucza  i  poprosić  o  wezwanie  policji.  A  poza 
tym,  gdyby  nawet  zlekceważył  zasady  i  odłożył  problem  do  rana,  przecież  nie 
wejdzie do środka przez zamknięte drzwi. 

Zamierzał  właśnie  ruszyć  do  administracji  osiedla,  kiedy  z  domu  dobiegły 

jakieś  dziwaczne  dźwięki.  Sprawa  przybrała  inny  obrót.  Złodziej  był  w  środku  i 
włączył muzykę. Czyżby przed kradzieżą postanowił sprawdzić jakość sprzętu? 

Na  taką  bezczelność  Jake’a  ogarnęła  furia.  Zebrał  się  w  sobie  i  z  całej  siły 

rąbnął barkiem w drzwi. 

Zatrzęsły się, ale wytrzymały. Gorzej było z barkiem, lecz Jake tylko skrzywił 

się  z  bólu  i  zaatakował  powtórnie,  tym  razem  wymierzając  drzwiom  potężnego 
kopniaka prawą nogą, potem lewą i znów prawą. Wreszcie zamek puścił i drzwi z 
impetem walnęły w ścianę. Jake wkroczył do środka, gotów do stoczenia następnej 
walki, tym razem z włamywaczem. Błyskawicznie znalazł się w salonie i... 

To,  co  zobaczył  w  przyćmionym  blasku  lampki,  wprost  zaparło  mu  oddech. 

Przy  pianinie  Peggy  siedziała  młoda  kobieta  o  bladej  twarzy  otoczonej  strzechą 
rudych, kręconych włosów i największych oczach, jakie kiedykolwiek widział. Nie 
miała  na  sobie  czarnej  maski,  nie  trzymała  latarki  ani  łomu.  Ubrana  była  w 
elegancki tweedowy żakiet, w którym świetnie prezentowałaby się w roli szefowej 
jakiegoś biura. Dopiero co musiała oderwać dłonie od klawiatury. 

Jednym  słowem,  w  niczym  nie  przypominała  groźnego  rabusia.  Jake 

przeczuwał, że prawdziwe kłopoty dopiero się zaczną. 

Cassie jakimś cudem zdołała odzyskać głos. 
–  To  moja  sprawa,  kim  jestem!  –  warknęła  wściekle,  buńczuczną  postawą 

pragnąc  stłumić  strach.  –  Natomiast  bardzo  jestem  ciekawa,  kim  pan,  do  diabła, 
jest?! To ja mam prawo pytać, a nie pan, bo nie ja wdarłam się tu jak King Kong! 

–  Oparła  ręce  na  biodrach,  dyskretnie  próbując  palcami  wymacać  klawiaturę 

komórki.  Gdyby  udało  się  niepostrzeżenie  wybrać  numer  alarmowy,  mogłaby 
wykrzyczeć adres po zgłoszeniu się operatora... 

Zdołała  nacisnąć  pierwszy  klawisz,  lecz  zamiast  radosnego  brzęczenia, 

komórka  wydała  słaby  jęk,  będący  ostatnim  tchnieniem  zamierającej  baterii. 
Cassie  gwałtownie  usiłowała  przypomnieć  sobie,  gdzie  stoi  najbliższy  aparat,  co 
zresztą nie miało większego znaczenia, jako że olbrzym pilnie się w nią wpatrywał 

background image

i nie mogła wykonać żadnego ruchu. 

Na dodatek zbliżał się do niej! Z bliska nie wydawał się już tak ogromny, nadal 

jednak budził grozę. 

– Czekam na wyjaśnienia – ponagliła Cassie. 
Mężczyzna sięgnął do kontaktów na ścianie holu i włączył wszystkie światła. 

Górne  lampy  salonu  na  chwilę  ją  oślepiły,  ale  gdy  tylko  przyzwyczaiła  oczy, 
mogła wreszcie przyjrzeć się intruzowi. 

 
Faktycznie był wysoki – musiał mieć ponad metr osiemdziesiąt – i dość szeroki 

w  barach, ale  to,  co w  ciemnościach nadawało  mu  nadludzkie  rozmiary,  okazało 
się dużą torbą podróżną, którą niósł na ramieniu. Było  mało prawdopodobne, by 
włamywacz  wybrał  się  na  robotę  z  tak  wielkim  i  zapewne  ciężkim  bagażem. 
Cassie zaczęła się uspokajać. 

– Nazywam się Abbott – przedstawił się zwięźle. – Ja także chciałbym usłyszeć 

jakieś wyjaśnienie. 

Oczy Cassie rozszerzyły się ze zdziwienia. Nie spotkała dotąd Rogera Abbotta, 

ale  wnioskując  z  niektórych  uwag  Peggy,  nigdy  nie  podejrzewałaby,  że  może 
wyglądać jak ciemnowłosy grecki bóg, któremu brak tylko piedestału... 

Zmitygowała się w duchu. Nie przystoją takie myśli o mężu klientki. 
– Jak rozumiem, Peggy nie powiedziała panu, że zleciła mi opiekę nad domem 

–  przerwała  swoje  rozmyślania.  –  Sądziłam,  że  jesteście  w  połowie  drogi  do 
Kanady.  Coś  nie  wypaliło  z  planami  wakacyjnymi?  W  takim  razie,  gdzie  jest 
Peggy? 

– Przypuszczam, że z Rogerem. – Mężczyzna odstawił torbę i pomacał ramię. 
–  Więc  pan  nie  jest...  –  Cassie  zawahała  się.  –  To  kim  pan  właściwie  jest? 

Jednoosobową brygadą antyterrorystyczną? 

Zatrzymał się w pół kroku i zmrużył oczy. 
– Zabrzmiało to tak, jakby takiej wizyty pani oczekiwała. 
–  Też  coś!  Po  prostu  wydaje  mi  się,  że  tylko  antyterrorystyczna  akcja  może 

usprawiedliwić wyłamanie drzwi. 

– Nie było klucza na zwykłym miejscu. 
Cassie otworzyła usta ze zdziwienia. Czyżby miała do czynienia z uciekinierem 

z domu wariatów? 

–  I  dlatego  pan  się  włamał?!  Nie  mógł  pan  pójść  po  zapasowy  klucz  do 

administratora? Zresztą, co ja mówię. Skoro nie ma pan prawa tu przebywać, i tak 
by go pan nie dostał... 

background image

–  Mam  prawo.  Jestem  bratem  Rogera.  Przyszedłem  tutaj,  szukałem  klucza  i 

usłyszałem hałas, choć dom powinien być pusty... 

– Zaczynam rozumieć. Uznał pan, że jestem włamywaczem,  więc postanowił 

pan uratować mienie pańskiego brata. 

– Chyba pani nie myśli, że wyważyłbym drzwi do obcego mieszkania? 
– Ależ skąd! Jestem też pewna, że kiedy Roger i Peggy obejrzą szkody, bardzo 

się ucieszą, że zdemolował pan ich dom, a nie sąsiadów. 

Westchnął. 
– Proszę posłuchać. Jestem zmęczony i mam dość tych słownych utarczek. Ma 

pani rację, zachowałem się zbyt pochopnie. jednak gdy rozmawiałem z Rogerem, 
nie  wspomniał  mi,  że  będę  miał  towarzystwo.  Mam  nadzieję,  że  ma  pani  coś na 
potwierdzenie swojej tożsamości? 

–  W  torebce  na  górze.  Pan  chyba  też  nie  będzie  się  wzbraniał  przed 

pokazaniem  mi  prawa  jazdy?  –  A  gdy  zmarszczył  brwi,  dodała:  –  Uczciwość  za 
uczciwość. Każdy może udawać brata Rogera Abbotta. 

–  A  jest  choć  jeden  powód,  dla  którego  warto  by  to  robić?  –  mruknął, 

wyciągnął jednak z kieszeni skórzany portfel. 

–  Miło  słyszeć  takie  wyznanie  braterskiej  miłości  –  zadrwiła  Cassie.  –  Teraz 

sobie  przypominam.  Słyszałam  już  o  panu.  Peggy  mówiła,  że  nawet  na  ich  ślub 
pan się nie pofatygował. 

– Robi z tego straszny problem. 
– W końcu to pana brat. 
–  I  jego  trzeci  ślub.  Z  praktyką,  jaką  dzięki  niemu  nabyłem  jako  mistrz 

ceremonii, mógłbym poprowadzić tę uroczystość nawet przez telefon. A co więcej, 
w  tym  właśnie  czasie  zaczynałem  pracę  na  Florydzie.  Chce  pani  zobaczyć  moje 
dokumenty, czy nie? 

Cassie sięgnęła po prawo jazdy i celowo długo je studiowała. Nazywał się Jake 

Abbott.  Przed  zeszłorocznymi  świętami  pakowała  prezent  dla  Jake’a,  i  było  to 
jakieś straszne okropieństwo... Tak, przypomniała sobie: bilety na krwawą walkę 
psów. 

Według danych wpisanych do prawa jazdy mieszkał na Manhattanie. 
Najwyraźniej praca na Florydzie nie potrwała zbyt długo. Zastanawiała się, czy 

Jake Abbott wpadł tylko z wizytą do Denver, czy też nowojorski adres również był 
nieaktualny. 

Jednak  pozostałe  dane  były  bez  zarzutu:  wzrost  trochę  ponad  metr 

osiemdziesiąt, waga osiemdziesiąt pięć, oczy brązowe. No i zdjęcie, choć kiepskiej 

background image

jakości,  bez  wątpienia  przedstawiało  tego  samego  człowieka,  który  właśnie  ją 
obserwował z ledwie skrywaną niecierpliwością. 

–  W  porządku,  panie  Abbott.  Przekonał  mnie  pan,  że  jest  tym,  za  kogo  się 

podaje. – Oddała mu dokument. 

– Świetnie. Teraz moja kolej. Kim pani jest? 
– Cassie Kerrigan – odparła. – Jestem współwłaścicielką Wypożyczalni Żon i 

Peggy wynajęła mnie... 

– Wypożyczalni czego? – Ręka z portfelem zawisła w powietrzu. – I to Peggy 

panią wynajęła? 

–  Niech  pan  powstrzyma  wyobraźnię  –  powiedziała  ostro  Cassie.  – 

Wypożyczalnia Żon nie świadczy usług... 

– Pomyślałem jedynie o agencji towarzyskiej, a nie o... 
–  Domyślam  się  –  warknęła.  –  Wypożyczalnia  Żon  załatwia  różne  domowe 

sprawy,  na  które  pracującym  zawodowo  ludziom  zwykle  brak  czasu.  Po  prostu 
ułatwiamy im życie. Jest jednak szereg rzeczy, których nie robimy: nie odkurzamy, 
nie myjemy okien, nie opiekujemy się dziećmi, a już na pewno nie angażujemy się 
w żadne perwersyjne... – przerwała. – Właściwie, po co ja to wyjaśniam? 

–  Widocznie  sama  pani  czuje,  że  jej  profesja  może  różnie  się  kojarzyć  – 

podsunął usłużnie. 

– Jedynie nazwa firmy – przyznała. – Gdybyśmy lepiej się nad nią zastanowiły, 

nazwałybyśmy firmę Pomocna Dłoń, czy podobnie. Jeśli pan tu zaczeka, przyniosę 
jakiś dokument. 

– Nie ma potrzeby. – Jake potrząsnął głową. 
–  Skąd  ta  zmiana?  Chyba  nie  chce  pan  powiedzieć,  że  moja  uczciwa  twarz 

przekonała pana o mojej prawdomówności? 

–  Nie,  ale  uwierzyłem,  że  pani  firma  nie  świadczy  perwersyjnych  usług 

erotycznych, bo wówczas nazwa brzmiałaby Wypożyczalnia Kochanek. 

–  Dziękuję  za  wskazówkę.  Nie  omieszkam  wykorzystać  jej  na  najbliższym 

posiedzeniu zarządu. 

– Zawsze do usług. – Potarł ramię. – Tak więc wreszcie wiemy, kto kim jest. 

No  cóż,  całe  nieporozumienie  wynikło  stąd,  że  Roger,  gdy  zaproponował  mi 
skorzystanie ze swojego domu, nie wspomniał mi o pani. To dziwne, ale stało się. 

–  Mnie  też  nikt  nie  uprzedził.  Może  Peggy  w  ogóle  mu  o  mnie  nie 

powiedziała?  Wygląda  na  to,  że  mają  pewne  kłopoty  z  porozumiewaniem  się. 
Peggy zatrudnia mnie, a Roger oddaje dom do dyspozycji panu... 

– Przypuszcza pani, że celowo zataił przed żoną mój kilkutygodniowy pobyt w 

background image

Denver? 

– Być może miał swoje powody, aby jej nie zawiadamiać o pańskiej wizycie – 

zauważyła  cierpko.  –  Czy  to  nowa  praca?  A  może  okres  między  kolejnymi 
zajęciami? 

– Nowa praca. No tak, najpewniej młodzi małżonkowie zapomnieli wymienić 

się tak nieistotnymi informacjami, jak to, kto będzie mieszkał w ich domu. Zresztą, 
czy to  ma znaczenie, jak doszło do tego nieporozumienia? W każdym razie pani 
misja  dobiegła  już  końca,  ponieważ  ja  tu  się  wprowadzam  i  dom  nie  będzie  stał 
pusty. Szczerze mówiąc, pani obecność tylko by mi zawadzała. 

–  A  może  jednak  –  nie  rezygnowała  Cassie  –  Roger  zawiadomił  Peggy  o 

pańskiej  wizycie,  lecz  ona  uznała,  że  lepiej  mieć  na  miejscu  kogoś,  kto 
zneutralizuje  pańskie  nieokiełznane  skłonności.  –  Wymownie  spojrzała  na  wciąż 
otwarte i wiszące na jednym zawiasie drzwi. – Powinna mnie jednak powiadomić, 
że dotychczas nie nauczył się pan korzystać z dzwonka... 

– Co z panią, panno Kerrigan? Martwi się pani utratą ciepłej posadki? 
– Nie pan mnie zatrudniał i nie pan będzie mnie zwalniał – warknęła Cassie. 
– Upiera się pani, żeby tu zostać? Dlaczego tak bardzo pani na tym zależy?  – 

Głos mu podejrzanie złagodniał. 

–  Na  pewno  nie  po  to,  żeby  nawiązać  z  panem  bliższą  znajomość.  –  Cassie 

wzdrygnęła się ostentacyjnie. – W porządku. Skoro pan się tu wszystkim zajmie... 
Trzymam pana za słowo. Myślę, że współpraca z robotnikami dobrze się ułoży. – 
Minęła go i ruszyła w stronę schodów. 

– Jakimi znowu robotnikami? – Głos Jake’a stał się mniej zaczepny. 
–  Tymi,  którzy  jutro  zaczną  rozbierać  ściany  –  rzuciła,  nie odwracając  nawet 

głowy. 

– Co takiego?! 
–  Chyba  nie  sądzi  pan,  że  Peggy  wynajęła  mnie  do  pilnowania  szminek  i 

ozdobnych  poduszek  na  kanapie?  Gdyby  nie  remont,  nie  byłabym  tu  potrzebna. 
Ale skoro pan tak bardzo chce przejąć moje obowiązki... 

– Nie mam na to czasu – powiedział szybko. 
–  Rozumiem  –  uspokoiła  go  Cassie.  –  Proszę  więc  pozwolić,  bym  zajęła  się 

tym,  co  do  mnie  należy.  Zanim  się  jednak  rozstaniemy,  myślę,  że  powinnam 
zadbać o pański spokojny sen... – Cassie podeszła do telefonu. – Na jaki hotel pana 
stać? 

– Nie znoszę hoteli! – Jake był wyraźnie zirytowany. 
– Raczej nie chce pan rezygnować z darmowego mieszkania. – Cassie wydęła 

background image

usta.  –  Nie,  nie  krytykuję  pana.  Rozumiem,  że  nie  chce  pan  ponosić  żadnych 
kosztów, póki się nie okaże, czy to stała praca. 

– Czy pani ma dobrze w głowie? – Irytacja ustąpiła miejsca rozbawieniu. – Nie 

spodziewam się wylania z pracy. 

Cassie żałowała, że nie ugryzła się w język, ale cóż, ten facet nadepnął jej na 

odcisk. Nie powinna jednak interesować się ani jego pracą, ani tym, jaki styl życia 
preferował. 

–  Cóż  to  musi  być  za  ulga  –  odparła  uprzejmie.  –  Szczególnie,  gdy  czekają 

pana wydatki związane z naprawą drzwi. Szczęśliwie się składa, że przedsiębiorca 
budowlany i tak tu będzie... 

– Niech pani nie próbuje zwalić całej winy na mnie i wykręcić się od swojego 

udziału. 

–  Mojego?  To  nie  ja  podjęłam  błędną  decyzję,  tylko  spokojnie  sobie  tu 

siedziałam, rozkoszując się muzyką... 

– A ja myślałem, że jakiś sadysta torturuje stado kotów. Gdyby nie ten upiorny 

hałas, poszedłbym do administratora po klucz. 

– I zamiast tego rzucił się pan na ratunek cierpiącym zwierzątkom? Dziękuję – 

skwitowała go Cassie. – Bardzo mi miło, że podobał się panu mój występ. Gdyby 
jednak zechciał pan zrezygnować z tych dygresji i wrócił do tematu... Po głębszym 
zastanowieniu,  wolę,  żeby  pan  nie  szedł  do  hotelu.  Nie  chcę  zostać  z  tym 
bałaganem. Tych drzwi nie da się przecież zamknąć nawet na klamkę, a co dopiero 
na klucz... 

– Czemu więc pani nie wróci do domu? Bo zakładam, że ma pani jakiś dom. 

Chyba Peggy nie znalazła pani w kartonowym pudle pod mostem? 

– Już panu mówiłam. Muszę tu być w związku z remontem. Nie pamięta pan? 
–  Przecież  można  wszystkiego  dopilnować,  wpadając  od  czasu  do  czasu.  Nie 

musi pani siedzieć tu bez przerwy. 

– Peggy chciała, abym co rano wpuszczała ich do domu. Żeby przejechać całe 

miasto  i  zdążyć  tu  przed  robotnikami,  musiałabym  opuszczać  mój  karton  pod 
mostem  o  nieprzyzwoicie  wczesnej  porze.  –  Chociaż  jutro  –  z  triumfującą  miną 
machnęła ręką w kierunku wejścia – wpuszczenie robotników nie będzie stanowiło 
najmniejszego problemu. 

– Nie poddaje się pani, co? 
–  Zostałam  tu  zatrudniona,  natomiast  panu  wyświadczono  przysługę,  trudno 

więc porównać powody, dla których tu jesteśmy. Jeśli jedno z nas miałoby wyjść, 
to na pewno nie ja. 

background image

Jake ziewnął. 
– Jak pani chce. Jeśli o mnie chodzi, jestem zmęczony po długim locie. Zrobiło 

się  późno,  a  przed  porannym  spotkaniem  muszę  jeszcze  popracować.  Jednym 
słowem idę spać. 

– A co z drzwiami? 
– Zabezpieczę je krzesłem. 
– Dziękuję, będę czuła się absolutnie bezpieczna – powiedziała zgryźliwie. 
–  Ależ  to  nie  ja  sugerowałem,  bym  wyniósł  się  do  hotelu  i  zostawił  tu  panią 

samą  –  odrzekł  Jake  z  przyganą.  –  W  takim  razie  przeciągnę  sofę  z  salonu  i 
własnym ciałem zatarasuję drzwi, żeby chronić panią przed napastnikami. 

– Nigdy bym nie pozwoliła na takie poświęcenie. Musi się pan dobrze wyspać, 

żeby jutro oczarować nowego szefa. 

Jake uśmiechnął się, a Cassie nagle poczuła dziwny dreszcz. 
–  Proszę  się  nie  obawiać,  że  pomylę  pokoje  i  wkroczę  do  pani  sypialni  – 

mruknął. – Może pani spać spokojnie. – Z trudem powstrzymał kolejne ziewnięcie. 
–  Przypuszczam,  że  po  przeprowadzce  z  kartonu  pod  mostem  miała  pani  ochotę 
zająć sypialnię gospodarzy, ale ostatecznie możemy o to rzucać monetą. 

Cassie spuściła  oczy  z  miną  niewiniątka, żeby  nie  zauważył  rozbawienia, nad 

którym z trudem panowała. Nie! Nie oszczędzi mu niemiłej niespodzianki, a siebie 
nie  pozbawi  złośliwej  satysfakcji,  dlatego  nie  uprzedzi  go,  że  od  rana  z  powodu 
remontu  praktycznie  przestanie  istnieć  łazienka  przy  sypialni  właścicieli 
mieszkania. 

– Wrodzone poczucie delikatności nie pozwoliło mi wkraczać do prywatnych 

pomieszczeń mojej klientki... 

Jake podniósł oczy. 
– Delikatność? Mnie na pewno taki drobiazg nie powstrzyma od skorzystania z 

ich łóżka. 

– Nigdy bym pana o to nie podejrzewała – słodko odparła Cassie. 

background image

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Biorąc  pod  uwagę  okoliczności,  Cassie  spała  zadziwiająco  dobrze,  może 

dlatego, że pokój gościnny był przytulny i wygodny, a żadne hałasy nie zakłócały 
ciszy nocnej. 

Obudziła się wraz z pierwszymi promieniami słońca i natychmiast z radością 

pomyślała o czekających ją kolejnych utarczkach z Jakiem Abbottem. Tym razem 
będzie miała obstawę w postaci ekipy robotników uzbrojonych w łomy. 

Zamówiony  przez  Peggy  przedsiębiorca  dotrzymał  słowa.  Cassie  z  uznaniem 

spojrzała  na  zegarek,  gdy  punktualnie  o  siódmej  rozległ  się  dzwonek.  Ostrożnie 
odsunęła  krzesło,  którym  Jake  zablokował  klamkę.  Miała  nadzieję,  że  drzwi  nie 
rozsypią się podczas otwierania. 

Młody  mężczyzna,  który  stał  na  schodach,  przesunął  trzymaną  w  ustach 

wykałaczkę. 

–  Dzień  dobry,  pani  Abbott  –  powiedział  powolnym,  rozwlekłym  jak  guma 

arabska głosem. – Jestem Buddy Nelson, mam tu zainstalować wannę. 

Inaczej  wyobrażała  sobie  oczekiwanego  majstra.  Był  młodszy,  niż 

przypuszczała,  na  pewno  nie  przekroczył  jeszcze  trzydziestki.  Nie  był  też  tak 
mocno  zbudowany,  jak  według  niej  powinien  prezentować  się  ciężko  pracujący 
hydraulik.  Raczej  należałoby  powiedzieć  o  nim  „tyczkowaty”.  Ubrany  był  w 
zniszczone, poplamione i wymięte dżinsy, którymi zapewne wzgardziłby najmniej 
wybredny łachmaniarz. 

Rozchełstana,  wyblakła  flanelowa  koszula  odsłaniała  zapadnięty  tors,  a 

kilkudniowy  zarost  oraz  tłuste  włosy,  związane  w  kucyk,  świetnie  pasowały  do 
całości. Na dodatek fachowiec przybył sam. Gdzież podziała się jego ekipa? 

– Nie jestem panią Abbott – zaczęła wyjaśniać. – Jestem jej… 
Buddy nie patrzył na nią, tylko na drzwi. 
– Jakieś problemy, widzę. – Jego głos miał nosowe brzmienie. 
– Pan Abbott porozmawia o tym z panem. Trzeba będzie to naprawić. 
Spojrzał na nią z powątpiewaniem. 
– Znaczy się drzwi, proszę pani? 
Cassie  nie  miała  wątpliwości,  skąd  brało  się  jego  zdziwienie.  W  dziennym 

background image

świetle zniszczenia wyglądały znacznie poważniej. Zauważyła teraz, że drzwi były 
wykonane nie z litego drewna, tylko z pokrytej fornirem sklejki, która rozszczepiła 
się na nieregularne kawałki. Zniszczenia wyglądały na nieodwracalne. 

–  Ta  sprawa  nie  należy  do  mnie.  –  Cassie  nie  chciała  wdawać  się  w  zbędne 

dyskusje.  –  Proszę  wejść,  panie  Nelson.  Zaraz  pójdę  po  pana  Abbotta.  Będziecie 
mogli omówić sprawę tej naprawy, zanim przyjdzie cała ekipa. 

– Żadna tam ekipa. Sam tu jestem. 
Cassie chciała się zapytać, jak w pojedynkę zamierza poradzić sobie z wielką 

wanną  z  biczami  wodnymi,  w  której  wygodnie  mogły  się  kąpać  dwie  osoby, 
uznała jednak, że Peggy musiała przed zawarciem umowy upewnić się, iż Nelson 
podoła  tej  robocie.  Ktoś  jej  go  polecił,  a  ona  nie  zadała  sobie  trudu,  by 
porozmawiać z nim osobiście, inaczej bowiem nie uznałby Cassie za panią Abbott. 

– Nie lubię pracować w pośpiechu i chcę wszystko zrobić akuratnie – ciągnął 

powolnym, nosowym głosem. – Ale proszę mówić do mnie Buddy. 

Zanim  hydraulik  zdołał  przekroczyć  próg,  była  już  w  połowie  schodów.  Gdy 

się obejrzała, ostrożnie poruszał wejściowymi drzwiami. Pewnie sprawdzał stopień 
zniszczenia. Wyglądało na to, że Buddy z natury jest wyjątkowym flegmatykiem, 
co nie wróżyło zbyt dobrze. 

Z pokoju Jake’a nie usłyszała dzisiaj jeszcze żadnych odgłosów, a sama przy 

porannej krzątaninie zachowywała się jak najciszej. Wczoraj był bardzo zmęczony, 
dała  mu  więc  pospać.  To  nie  jej  wina,  że  sielanka  się  skończyła  i  zaraz  nastąpi 
gwałtowne przebudzenie. 

Ze złośliwą satysfakcją głośno zapukała. 
–  Proszę  wejść.  –  Rześki  głos  Jake’a  niemile  ją  zaskoczył.  Cassie  uchyliła 

drzwi. 

– Widzi pan? Tak to się zwykle robi: należy zgiąć palce, uderzyć kostkami o 

drzwi i poczekać cierpliwie na zaproszenie do środka. 

Rozczarowała  się  jeszcze  bardziej,  widząc,  że  Jake  jest  gotowy  do  pracy. 

Marynarka  co  prawda  leżała  na  łóżku,  ale  miał  już  na  sobie  nieskazitelnie  białą 
koszulę,  zdążył  też  zawiązać  ciemnoczerwony  krawat.  W  ciągu  ostatniego  roku 
Cassie przewoziła  do  pralni  tyle  jedwabnych  krawatów,  koszul  z  monogramem  i 
szytych  na  miarę  garniturów,  że  nauczyła  się  bezbłędnie  oceniać  markową 
garderobę,  dlatego  natychmiast  spostrzegła,  że  ubrania  Jake’a  były  bardzo 
wysokiej jakości. Wyraźnie chciał wywrzeć wrażenie na nowym szefie. 

Siedział przy laptopie ustawionym na małym stoliku pod oknem. Zajęty pracą, 

ledwo na nią spojrzał. 

background image

– Czemu zawdzięczam pani wizytę? 
–  Na  pewno  nie  przemożnej  chęci  sprawdzenia,  czy  sypia  pan  w  piżamie  – 

powiedziała cierpko Cassie. – Przyszedł fachowiec od remontu. 

– Później z nim porozmawiam. 
– Obawiam się, że nie da się tego odłożyć. – Bardzo się starała, żeby jej głos 

nie zabrzmiał zbyt radośnie. – Przykro mi, ale remont zacznie się właśnie tutaj.  – 
Wskazała na drzwi do łazienki. 

– Mówiła pani o rozbieraniu ścian. – Jake gwałtownie odwrócił się do niej. 
Cassie powstrzymała uśmiech. 
–  Proszę  mi  wybaczyć,  ale  wczoraj  chyba  nie  zdążyłam  przekazać  panu 

wszystkich szczegółów. 

–  Doskonale  pani  wie,  że  nie  chyba,  tylko  na  pewno.  Teraz  już  rozumiem, 

czemu tak łaskawie udostępniła mi pani ten pokój. 

– Byłam tak oczarowana naszą rozmową, że zapomniałam pana ostrzec. Jeśli 

jednak teraz się pan pospieszy, zdąży pan zabezpieczyć wszystko przed kurzem. 

Mruknął  coś  niezrozumiale,  z  tonu  jednak  sądząc,  nie  było  to  miłosne 

wyznanie,  więc  Cassie  uznała,  że  po  wygranej  potyczce  nastała  pora  na  odwrót. 
Zanim jednak wyszła, Jake zawołał: 

– Przecież nie muszę z tym majstrem rozmawiać. Niech pani mu powie, żeby 

wymienił drzwi i przysłał mi rachunek. 

–  O,  nie  –  odparła  beztrosko.  –  Za  żadne  skarby  nie  pozbawię  pana 

przyjemności poznania Buddy’ego. 

Właśnie  wchodziła  na  marmurową  posadzkę  holu,  gdy  u  szczytu  schodów 

pojawił się Jake, który nadal mruczał coś pod nosem. Cassie, zadowolona, że udało 
jej  się  wywołać  taką  reakcję,  uśmiechnęła  się  uroczo  do  Buddy’ego  i 
odmaszerowała do kuchni. 

Gdy sprawdzała zawartość spiżarni, zadzwonił telefon. 
Paige była niezawodna! Choć to dopiero wpół do ósmej, już przełączyła linię. 
Tym razem jednak nie dzwonił klient, lecz trzecia wspólniczka. 
–  Sabrina?  –  zdziwiła  się  Cassie.  –  Myślałam,  że  jesteś  w  drodze  do  Fort 

Collins.  –  Przytrzymywała  słuchawkę  ramieniem, żeby  mieć  wolne  ręce. Musiała 
poprzestawiać pudełka i puszki, by sprawdzić, co znajduje się w głębi szafki. 

–  Zaraz  wyjeżdżam,  ale  chciałam  upewnić  się,  że  pamiętasz  o  jutrzejszym 

spotkaniu. 

Cassie westchnęła. 
– Niemal zapomniałam, jaki dziś dzień. Jasne. Będę jak zawsze. 

background image

– Mogłabyś przyjść trochę wcześniej? Muszę z tobą coś omówić. 
– Bez Paige? – zaniepokoiła się Cassie. – Czy z Eileen wszystko w porządku? 

Paige  wprawdzie  mówiła,  że  to  rutynowe  badania,  ale  obawiała  się,  że  mogą 
potrwać cały dzień. 

–  Trudno  mówić  o  rutynie,  gdy  ktoś  jest  skazany  na  wózek  inwalidzki  – 

zauważyła  Sabrina.  –  Mój  problem  nie  dotyczy  jednak  Eileen,  tylko  klienta. 
Chciałam poznać twoje zdanie na pewien temat. 

– Oczywiście – wolno powiedziała Cassie. – Wystarczy nam pół godziny? 
Nagle  włosy  zjeżyły  się  jej  na  karku,  lecz  zanim  zorientowała  się,  skąd  ten 

niepokój, z tyłu padło pytanie: 

– Czy to telefon do mnie? 
Gwałtownie się wzdrygnęła i duża torba z mąką, która stała na samym brzegu 

półki,  runęła  na  podłogę.  Papierowe  opakowanie  pękło  i  w  kuchni  uniosła  się 
chmura białego pyłu. 

– Czy to twój majster? – zainteresowała się Sabrina. – Wiedziałam, że będę ci 

zazdrościć tej pracy. Sądząc po głosie, to muskularny i silny facet. 

Cassie  przez  ramię  spojrzała  na  Jake’a,  który  stanął  w  drzwiach.  Był  już  w 

marynarce.  Jej  poła była  niedbale  odchylona,  gdyż  nonszalancko  trzymał  rękę  w 
kieszeni  spodni.  W  drugiej  ręce  niósł  płaską  teczkę.  Już  wieczorem,  mimo 
zmęczonych  oczu  i  popołudniowego  zarostu,  wyglądał  bardzo  przystojnie, 
natomiast teraz, wypoczęty i odświeżony, niewiele odbiegał od ideału. 

–  Dodaj  również:  agresywny,  dominujący  macho  –  powstrzymała  zachwyty 

przyjaciółki. 

–  To  twój  punkt  widzenia,  kochanie  –  wymruczała  Sabrina.  –  Nie  mogę  się 

doczekać,  kiedy  mi  opowiesz  wszystko  o  właścicielu  tego  seksownego  głosu. 
Może w czasie jutrzejszego lunchu? 

Cassie  miała  ochotę  rzucić  jakieś  przekleństwo,  lecz  w  ten  sposób  jeszcze 

bardziej zaciekawiłaby Sabrinę. 

– W takim razie spotkajmy się godzinę wcześniej – zaproponowała. 
–  O,  nie,  kochana.  Nie  pozwolę  ci  zacząć  przed  przyjściem  Paige.  Jeśli  nie 

usłyszy szczegółów od ciebie, będę musiała wszystko jej powtarzać. 

Cassie,  zaciskając  zęby  ze  złości,  odłożyła  słuchawkę.  Jake,  bezwiednie 

masując obolały bark, wszedł do kuchni. 

– Kto dzwonił? 
–  Moja  przyjaciółka  –  odparła  nadzwyczaj  uprzejmie.  –  Zapewniam,  że 

zawołałabym pana do telefonu. Nie musi się pan trudzić podsłuchiwaniem. 

background image

–  Ani  mi  to  w  głowie.  Widząc  jednak,  jak  pani  zadrżała,  gdy  się  zbliżyłem, 

byłem pewien, że wie pani o mojej obecności. 

Cassie  zjeżyła  się,  ale  po  chwili  zastanowienia  wzruszyła  ramionami.  Skoro 

Jake  jeszcze  nie  zauważył,  że  jej  reakcje  na  jego  obecność  spowodowane  są 
głęboką niechęcią, nie zaś rozpalonymi zmysłami, nie było sensu tego wyjaśniać. 
Nie wyglądał zresztą na specjalnie zainteresowanego. 

Sięgnęła po szufelkę i zaczęła zgarniać rozsypaną mąkę. 
– Jak poszło z Buddym? 
– Chyba nieźle, choć na początku rozmowy musiałem mocno się natrudzić, by 

odwrócić jego uwagę od pani. Dopiero wtedy zaczął przytomnie reagować. 

Wyprostowała się gwałtownie, niemal wypuszczając z rąk szufelkę. 
–  Odwrócić  uwagę?  Ode  mnie?  A  cóż  to  za  pomysł?  Patrzył  wyłącznie  na 

zrujnowane przez pana drzwi. 

– No to przestał, zanim tam przyszedłem. Co pani z nim zrobiła? Rzuciła urok? 

To  człowiek  stracony,  naprawdę  kiepsko  z  nim.  Jednak  poniekąd  się  temu  nie 
dziwię, bo nawet na mnie zrobiło wrażenie, jak pani szła przez hol. 

– O co panu chodzi? 
–  Nie  chce  mi  pani  chyba  wmówić,  panno  Kerrigan,  że  to  kręcenie  biodrami 

nie było zaplanowane. 

– Najwyraźniej niektórym wyobraźnia płata figle – warknęła Cassie, na co on 

uśmiechnął się szeroko, zaś ona powtórzyła sobie w duchu, że nie będzie wdawać 
się w wyjaśnienia. Jake i tak wszystko zinterpretuje po swojemu. – Szkoda jednak 
się trudzić zbędną gadaniną. Domyślam się, jak pokrętnymi ścieżkami przemykają 
pana myśli. A co z drzwiami? 

–  Buddy  oznajmił,  że  nie  zajmuje  się  wymianą  drzwi.  Cassie  zamrugała 

gwałtownie. 

– Co takiego? Przecież ma firmę remontową. 
–  Hydrauliczno-remontową.  Zakłada  wanny,  zmywarki,  termy,  ale  nie  drzwi. 

Wyjaśniał mi to niezwykle cierpliwie. 

W  głosie  Jake’a  zabrzmiała  ironiczna  nuta,  a  Cassie  bez  trudu  wyobraziła 

sobie, jak Buddy wymienia przeraźliwie długą listę hydraulicznych akcesoriów. 

– I co teraz? 
Jake zaczął bawić się zamkami przy teczce. 
–  A  może  pani porozmawiałaby  z  Buddym  –  zasugerował  –  i  przekonała go, 

żeby zmienił zdanie? 

– To znaczy mam pokręcić biodrami? Niech pan to sobie wybije z głowy. 

background image

– W porządku. 
Cassie  przyjrzała  mu  się  podejrzliwie.  Zdążyła  już  na  tyle  poznać  Jake’a 

Abbotta, że nie wierzyła w ten jego pojednawczy ton. 

– Tymczasem – dodał wesoło – chyba jestem winien pani przeprosiny... 
– Zaczyna się – mruknęła Cassie. 
– ... za wczorajszą próbę nakłonienia pani do opuszczenia domu. Okazuje się, 

że  Peggy  słusznie  panią  wynajęła.  Póki  pani  tu  jest  i  może  wszystkiego 
przypilnować... 

–  Wolnego  –  Cassie  przerwała  mu  szybko.  –  Nie  obiecywałam,  że  całymi 

dniami będę siedzieć przy wejściu jako ochroniarz. 

–  Wygląda  na  to,  że  są  to  dość  niezwykłe  drzwi.  Nie  wiem,  czy  zauważyła 

pani,  ale  są  zupełnie  inne  niż  w  pozostałych  domkach.  Buddy  natychmiast  to 
dostrzegł. Jego zdaniem będą kłopoty z wymianą. 

–  A  skąd  Buddy  może  o  tym  wiedzieć?  Przecież  sam  mówił,  że  to  nie  jego 

specjalność... 

–  Ale  zna  innych  fachowców.  Twierdzi,  że  o  tej  porze  roku  i  w  tutejszym 

klimacie  mają  pełne ręce  roboty.  Muszą przed  zimą  zakończyć  umówione prace. 
Jeżeli więc pani nie ruszy do akcji, czeka nas duży kłopot. – W głosie Jake’a była 
zarówno prośba, jak i nadzieja. 

Cassie skapitulowała. 
– No dobrze – zgodziła się niechętnie. – Porozmawiam z Buddym, choć nic nie 

obiecuję. 

–  Ma  pani  na  myśli  rezultat,  czy  bodźce  mające  skłonić  Buddy’ego  do 

działania? 

Cassie zacisnęła pięści. 
– Jeśli sugeruje pan to, co myślę... Jake uniósł brwi. 
– Cóż za wyobraźnia, panno Kerrigan. Myślałem o upieczeniu jego ulubionego 

ciasta.  Nawiasem  mówiąc,  ma  pani  na  sobie  tyle  mąki,  jakby  już  się  pani  za  to 
wzięła. – Znów rozmasował ramię. – A skoro o tym mowa, czy znajdzie się tu coś 
do zjedzenia? Wczoraj nie jadłem obiadu. 

– W zamrażarce jest paczka meksykańskich naleśników. 
– Na śniadanie? O tej porze nie zjem przecież tak ostrego dania! 
– Zapomniał pan? – upomniała go Cassie. – To nie hotel. 
– Przypuszczam, że Peggy opróżniła lodówkę? 
– No myślę! Pan by tego nie zrobił przed dwutygodniowym wyjazdem? – Do 

dziś  pamiętała  czyszczenie  porośniętej  pleśnią  lodówki  w  eleganckim 

background image

apartamencie  pewnego  kawalera.  Natychmiast  po  pracy  wyrzuciła  gumowe 
rękawice, których używała, a przez kolejny miesiąc nie mogła nawet pomyśleć o 
zjedzeniu jakiejkolwiek zieleniny. 

–  Nie  zawracam  sobie  głowy  opróżnianiem  lodówki,  bo  trzymam  w  niej 

keczup, oliwki i kilka puszek piwa. Nic się nie może popsuć. 

– A narzeka pan, że Peggy zostawiła tylko mrożone naleśniki? 
 
Otworzył lodówkę i przejrzał niemal puste półki. 
–  Chyba  miała  pani  rację,  mówiąc  o  kłopotach  komunikacyjnych  Rogera  i 

Peggy. Roger uprzedziłby mnie, gdyby wiedział o remoncie, z kolei Peggy, gdyby 
wiedziała, że przyjeżdżam... 

– Zostawiłaby panu lodówkę pełną pyszności. – Cassie wrzuciła torbę po mące 

do kosza na śmieci. – Niedługo pójdę do sklepu. Może coś panu kupić? 

Przerwał inspekcję lodówki i spojrzał na Cassie z niedowierzaniem. 
– Mówi pani serio? 
– Z przyjemnością kupię wszystko, co pan chce – zniecierpliwiła się Cassie. – 

Wypożyczalnia  Żon  pobiera  opłaty  za  godzinę  pracy,  a  do  zakupów  doliczamy 
procent w zależności od wysokości rachunku. Jeśli ma pan na coś ochotę... 

– Wiedziałem, że musi tkwić w tym jakiś haczyk, ale niech będzie. Proszę mi 

kupić keczup, oliwki i... 

– ... zielone czy czarne? – upewniła się. 
– Oba rodzaje. 
– A jakie piwo? 
Rozległ się dzwonek telefonu i Cassie automatycznie sięgnęła po słuchawkę. 
– Wypożyczalnia Żon, Cassie przy telefonie. 
Po  drugiej  stronie  zapadła  cisza.  Cassie  powtórzyła  powitanie  i  po  chwili 

usłyszała głęboki męski głos: 

– To chyba pomyłka. Dzwonię do Jake’a Abbotta i przysięgam, że podał mi ten 

numer. 

Cassie skrzywiła się. 
– Jest tutaj. Już go proszę. 
Jej rozmówca nagle parsknął śmiechem. 
– Powiedziała pani  „wypożyczalnia żon”? Dopiero wczoraj przyjechał i już... 

Ależ ma tempo! 

Zignorowała  tę  uwagę  i  oddała  słuchawkę.  Chciała  wyjść  do  holu,  ale  Jake 

stanął przed nią, blokując przejście. 

background image

–  Dzień  dobry  –  powiedział  do  telefonu.  –  Oczywiście,  Caleb.  O  jedenastej? 

Świetnie.  –  Spojrzał  na  Cassie.  –  Nie,  nie  przesłyszałeś  się,  właśnie  tak 
powiedziała. 

Powoli i pedantycznie odłożył słuchawkę. Wyglądało to groźniej, niż gdyby z 

furią ją cisnął. 

– Ta rozmowa dotyczyła spotkania w interesach. Wzruszyła ramionami. 
– Zorientowałam się. Nie oczekuję wyjaśnień. 
–  Nic  nie  wyjaśniam,  tylko  chcę,  żeby  pani  coś  zrozumiała.  To  był  Caleb 

Tanner, najbardziej wpływowy człowiek w Kolorado... 

– To pański nowy szef? Jak miło. Co za pieskie szczęście! Mogłam nawiązać 

znajomość ze sławnym Calebem Tannerem i straciłam taką szansę! I taki ważniak 
sam załatwia telefony? Nie dziwi to pana? 

–  Czy  zechce  mnie  pani  łaskawie  wysłuchać,  panno  Kerrigan?  Może  się 

zdarzyć, że będą do mnie dzwonić ludzie, z którymi pracuję. Na Calebie już pani 
zdążyła zrobić złe wrażenie... 

– Chwileczkę – zaprotestowała Cassie.  – Na pewno nie jest moją winą, jakie 

wnioski wyciągnął. 

– Mogła pani rozsądniej nazwać firmę. Nawet nie chcę powtarzać jego uwag. 

W każdym razie, niech pani więcej nie odbiera telefonów. 

Z namysłem potarła nos czubkiem palca. 
– Skończył pan? – spytała uprzejmie. 
– Sądzę, że wszystko wyjaśniłem. 
– To może teraz ja przedstawię swój punkt widzenia, jeśli oczywiście zechce 

mnie  pan  wysłuchać,  panie  Abbott...  Byłam  tu  pierwsza,  można  powiedzieć,  że 
zaklepałam  sobie  ten  telefon,  a  poza  tym,  stąd,  z  tej  kuchni,  prowadzę  firmę. 
Widzę więc trzy wyjścia: po pierwsze, jeśli otrzymam takie zlecenie, znajdę panu 
mieszkanie;  po  drugie,  powie  pan  wielkiemu  Tannerowi,  że  zmuszony  jest  pan 
korzystać z telefonu towarzyskiego... – Ominęła go i w drzwiach odwróciła się na 
pięcie. – Po trzecie, zamieszka pan w jego biurze i wtedy Tanner nie będzie musiał 
tutaj  dzwonić.  Polecam  szczególnie  to  rozwiązanie,  bo  wprost  rewelacyjnie 
poprawiłoby pańskie notowania w pracy. Nie mówiąc już o tym, że dla mnie byłby 
to prawdziwy dar niebios! 

Firma Tanner Electronics bardzo różniła się od tych przedsiębiorstw, które Jake 

dotąd odwiedził. Chociaż powstała całkiem niedawno, usiłowano nadać jej cechy 
firmy z tradycjami. Dywany wprawdzie były nowiutkie, podobnie jak kosztowne 
meble,  wśród  nich  jednak  pojawiały  się  sprzęty,  które  sprawiały  wrażenie,  że 

background image

wyciągnięto je z magazynów Armii Zbawienia. 

Natomiast  personel  wymykał  się  wszelkim  definicjom,  bo  takich  ludzi  nie 

zatrudniały żadne renomowane firmy, ani te, które na swój wizerunek pracowały 
przez  wiele  pokoleń,  ani  te,  które  niedawno  przebojem  zdobyły  rynek.  Mówiąc 
wprost,  pracujący  w  Tanner  Electronics  projektanci  skomplikowanego  sprzętu 
elektronicznego  wyglądali  na  pomocników  Buddy’ego.  Jednak  ta  banda 
obdartusów wprost emanowała zapałem, fachowością i inteligencją. Gdy w głowie 
kłębią  się  pomysły,  łatwo  zapomnieć  o  wypraniu  dżinsów.  Jake  wiedział,  że  z 
takimi ludźmi można przenosić góry. 

Wszędzie  panował  twórczy  nieład,  czy  też,  mówiąc  wprost,  bałagan,  tylko  w 

biurze  naczelnego  dyrektora  było  inaczej.  Pokój,  przez  który  wchodziło  się  do 
gabinetu  Tannera,  wyposażono  co  prawda  w  dywan,  a  na  ścianach  powieszono 
kilka  dobrych  reprodukcji,  ale  to  było  wszystko.  Ani  mebli,  ani  sekretarki.  Nic 
dziwnego, pomyślał Jake, że Caleb sam załatwia telefony. 

Ponieważ drzwi do gabinetu były otwarte, Jake zamierzał wejść bez pukania, 

lecz w progu powstrzymał go kobiecy śmiech. 

– No, kochanie – mówiła zdyszanym głosem – pomogę ci to zdjąć. 
Było jednak już za późno, by się taktownie wycofać, bowiem mężczyzna, który 

siedział na brzegu biurka i próbował zdjąć sweter w jaskrawych kolorach, zawołał: 

– Jake Abbott? 
– Przepraszam, ale drzwi były otwarte – odpowiedział tym bardziej zmieszany, 

że zgrabna blondynka wcale nie kryła swego niezadowolenia. 

Caleb  jednym  zręcznym  ruchem  ściągnął  sweter  przez  głowę  i  wręczył  go 

dziewczynie. 

– Przepraszam, Angélique, ale interesy czekają. – Zsunął się z biurka i uścisnął 

rękę Jake’a. 

Blondynka wydęła wargi. 
–  Och,  w  porządku.  Zobaczymy  się  wieczorem.  –  Przesłała  Calebowi 

pocałunek, przewiesiła sweter przez rękę i przez chwilę uważnie lustrowała Jake’a. 
Potem  uśmiechnęła  się  zalotnie,  dając  do  zrozumienia,  że  już  pozbyła  się  urazy. 
Caleb nie zwracał na nią uwagi. Mocno kręcąc biodrami, opuściła pokój. 

Jake uznał, że jej ruchy są prostackie i nienaturalne. Przypomniał sobie, z jakim 

wdziękiem  poruszała  się  Cassie  Kerrigan.  Poza  tym  włosy  blondynki  były  bez 
życia, natomiast czupryna Cassie kusiła, by zanurzyć w niej ręce... 

Rozejrzał  się  ciekawie  po  gabinecie.  Na  blacie  masywnego,  eleganckiego 

biurka z drzewa tekowego, zamiast suszki do atramentu, secesyjnego przycisku do 

background image

papierów i przybornika, walały się narzędzia i elektroniczne części, a piękny blat 
nosił ślady głębokich zadrapań. 

Caleb włożył sztruksową marynarkę i wskazał fotele w rogu gabinetu. 
–  Przepraszam,  pewnie  pomyślałeś,  że  trafiłeś  na  różowy  balecik.  Angélique 

robi mi sweter i postanowiła sprawdzić, czy długość rękawów jest odpowiednia. 

Jake  pamiętał  swoją  babcię,  która  godzinami  w  skupieniu  ślęczała  nad 

robótkami  i  zupełnie  nie  mógł  w  tej  roli  wyobrazić  sobie  blondynki  Caleba.  Tę 
głęboką refleksję zachował jednak dla siebie powiedział natomiast: 

– Utalentowana dziewczyna. 
– Tłumacząc to na nasze, uważasz więc, że nie potrafiłaby nawet zliczyć oczek. 

– Caleb spojrzał przenikliwie. – No cóż, mnie też co jakiś czas ogarniają podobne 
wątpliwości. – Rozparł się wygodnie w fotelu. – Słuchaj, powiedz mi szczerze, co 
ty kombinujesz z tymi wypożyczanymi żonami? 

– Jeśli o to chodzi... – zaczął Jake. 
– ... to ma sens – przerwał mu Caleb. – Wypożyczyć żonę, w chwili kiedy jest 

potrzebna i uniknąć zamieszania, gdy człowiek chce się jej pozbyć. – Odchylił się 
do tyłu. 

–  Ale  chyba  nie  będziemy  o  tym  rozmawiać.  Co  sądzisz  o  naszym  nowym 

urządzeniu? 

– Wypróbowałem  je, tak samo jak inne wasze produkty  – odparł Jake.  – Nic 

dziwnego,  że  opanowaliście  rynek.  Zapewniacie  rewelacyjną  jakość.  Chciałbym 
tylko mieć pewność, że następny gadżet też będzie miał takie powodzenie. 

Caleb uniósł brwi. 
– Nie wierzysz, że użytkownicy magnetowidów starego typu rzucą się na nowe 

urządzenie, które steruje się głosem? 

– Są już podobne urządzenia. 
–  Ależ  skąd.  Wszystko,  co  jest  dostępne,  wymaga  ustawienia  czasu,  kanału, 

wybierania wielu różnych cyfr. Nasza zabaweczka pozwala powiedzieć maszynie, 
żeby nagrała odpowiednie odcinki któregokolwiek serialu, a ona sama je wyszuka, 
bez  względu  na  to,  gdzie  i  o  której  godzinie  są  nadawane.  Dorzućmy  do  tego 
cyfrową jakość nagrania, bez taśmy, która się zużywa lub zrywa... 

–  Wysoko  mierzysz,  lecz  mimo  to  zastanawiam  się,  ilu  widzów  jest  aż  tak 

zafascynowanych serialami, żeby na tę nowość wydać niemałe pieniądze. 

– Badania rynku wskazują... Jake przerwał chłodno. 
– Badania rynku wskażą wszystko, co zechcesz. – Uważnie spojrzał na Caleba 

Tannera, niemal oczekując wybuchu. Jednak jedyną reakcją było zaciśnięcie ust. – 

background image

Może zresztą – ciągnął Jake – jeśli wykorzystacie ten pomysł, żeby przystosować 
urządzenie  nagrywające  do  istniejących  magnetowidów...  Produkując  je  jako 
dodatek  do  tego,  co  już  jest  na  rynku,  nie  będziecie  zmuszać  ludzi  do  tak 
radykalnych zmian. 

–  Osłabię  w  ten  sposób  wartość  całego  pomysłu.  To,  co  sugerujesz,  oznacza 

rezygnację z możliwości cyfrowego przechowywania danych oraz błyskawicznego 
przeszukiwania i odtwarzania. 

– Ale pozwoli na trzykrotnie większą sprzedaż za połowę przewidywanej ceny. 
Caleb zastanowił się chwilę, a potem pokręcił głową. 
– Nie chciałbym firmować czegoś takiego. 
– Ja z kolei nie jestem pewien, czy właściciele magnetowidów, i tak najczęściej 

pokrytych kurzem, będą chcieli zapłacić proponowaną cenę za kolejny gadżet. 

– Nawet wtedy, gdy bije on na głowę wszystko, co do tej pory widzieli? 
–  To,  że  coś  jest  lepsze,  nie  zawsze  znaczy,  że  musi  odnieść  sukces. 

Szczególnie bez reklamy, a to kosztowna sprawa. 

Caleb wzruszył ramionami. 
–  Inwestycje  kapitałowe  i  całe  te  finansowe  zawiłości  nie  są  moją 

najmocniejszą  stroną.  To  twoje  zadanie,  Jake.  Trzeba  znaleźć  na  to  pieniądze.  – 
Zerwał  się  z  fotela.  –  Przede  wszystkim  musisz  wszystko  obejrzeć,  prawda? 
Zawiozę cię do zakładu i pokażę, czym Tanner Electronics może się pochwalić. 

– To miał być kolejny punkt mojej wizyty – zgodził się Jake. 
–  Mam  nadzieję,  że  zechcesz  pojechać  ze  mną  motocyklem?  –  upewnił  się 

Caleb. – Oczywiście, mam kask dla pasażera. 

Jake próbował ukryć uśmiech. Ostrzegano go, że Caleb jest oryginalny, było to 

jednak chyba zbyt łagodne określenie. 

background image

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Dzień  był  bardzo  ładny,  ale  pod  wieczór  wzmógł  się  wiatr.  Każdy  trzask 

wzbudzał w Cassie obawę, że jeszcze chwila, a rozsypią się drzwi wejściowe. W 
końcu uznała, że gapienie się na nie i tak nic nie pomoże, poszła więc do kuchni 
zająć się swoim obiadem. 

Miała powód do zdenerwowania, każdy by to przyznał. I wcale nie wiązało się 

to z faktem, że od porannej rozmowy w  kuchni Jake ani się nie pokazał, ani nie 
zadzwonił. 

Może mimo wszystko poszedł do hotelu, zastanawiała się, dziobiąc widelcem 

odgrzane w mikrofalówce danie z indyka. W takim wypadku na pewno jednak by 
ją zawiadomił, oczywiście podając jakiś zmyślony powód. Za nic przecież by się 
nie przyznał, że zastosował się do jej rady! 

Wyrzuciła  resztki  obiadu  do  śmieci  i  usadowiła  się  w  salonie.  Mały  stolik 

zasłany był folderami jej firmy. Ma przed sobą cały wieczór, by przygotować je do 
wysyłki, i dzięki temu zajęciu nie będzie musiała zastanawiać się nad drzwiami. A 
co  do  Jake’a...  Gdyby  nie  myśl  o  tym,  jak  perfidnie  postąpił,  zostawiając  cały 
bałagan na jej głowie, mogłaby już zacząć świętować z radości, że go tu nie ma! 

Jednak  w  żaden  sposób  nie  mogła  się  skupić  na  wypisywaniu  zaproszeń  do 

potencjalnych klientów Wypożyczalni Żon. Kiedy zorientowała się, że na jednej z 
kartek  zaczęła  pisać:  „Drogi  Jake’u”,  ze  złością  odłożyła  pióro  i  zrobiła  kulkę  z 
ulotki. Postanowiła zająć się czymś innym. 

Próbowała  właśnie  podważyć  obudowę  komórki,  żeby  dostać  się  do  baterii, 

kiedy  usłyszała  głośne  pukanie  do  drzwi.  Przez  chwilę  wpatrywała  się  w  nie,  w 
końcu podniosła się i wyjrzała przez szklaną ściankę. 

Serce  zabiło  jej  radośnie  na  widok  Jake’a,  zaraz  jednak  upomniała  się:  to 

dlatego, że bała się siedzieć tu sama. Tak samo ucieszyłaby się, gdyby zobaczyła 
administratora, sąsiadkę lub Buddy’ego... 

No, może wszystkich oprócz Buddy’ego. Otworzyła drzwi. 
– Szybko się pan uczy – pochwaliła Jake’a. – Wystarczyła jedna lekcja pukania 

i proszę, jakie efekty! 

– Uznałem, że to bezpieczniejszy sposób. Poza tym nadal nie  mam klucza.  – 

background image

Ostrożnie ujął klamkę i poruszył drzwiami w przód i w tył. – Hej, nie jest już tak 
tragicznie. Jak się to pani udało? 

– Buddy je trochę wzmocnił. Uśmiechnął się radośnie. 
– Wiedziałem, że potrafi go pani przekonać. 
–  To  tylko  prowizorka.  Dużo  im  brakuje  do  dawnej  świetności.  Przez  te 

pęknięcia wiatr wyje jak potępiona dusza. 

– Może powinniśmy wezwać firmę od efektów dźwiękowych. Mieliby gotowy 

podkład do filmu o nawiedzonym domu. 

– Hałas to nic w porównaniu z przeciągiem. Buddy chciał je zabić na głucho. 

Mówił,  że  bezpieczniej  będzie  wcale  ich  nie  używać.  Uznałam  jednak,  że 
chodzenie przez patio byłoby zbyt kłopotliwe. 

– Słusznie. Trzeba byłoby okrążać całe osiedle, żeby dojść do parkingu. – Jake 

odstawił teczkę i zrzucił płaszcz. Znów rozcierał ramię. 

– Dobrze się pan czuje? Coś pana boli? – spytała z troską Cassie. 
– Tak, ramię. Stłukłem je wczoraj, uderzając o drzwi. 
–  Racja!  A  więc  nici  z  mojego  współczucia,  bo  to  konsekwencja  pańskich 

wybryków. – Cassie skierowała się w stronę sofy. – Byłam już pewna, że pan nie 
wróci... 

– Skąd przyszło to pani do głowy? 
– Bo wszystkie pana rzeczy znikły. 
– A więc sprawdziła to pani. Z ciekawości, czy też ze strachu? 
–  Nic  z  tych  rzeczy  –  odpowiedziała  z  godnością.  –  Weszłam  tam,  gdy 

pomagałam Buddy’emu uprzątnąć łazienkę, żeby mógł zacząć pracę. 

Jake wzruszył ramionami. 
–  Sama  pani  radziła  mi,  bym  wszystko  zabezpieczył  przed  kurzem,  co  też 

zrobiłem. Była pani zaniepokojona? 

– Tym, że pan bez słowa znikł? Ależ skąd. Uwielbiam w czasie takiej wichury 

przebywać  sama  w  obcym  domu,  zwłaszcza  z  drzwiami,  które  chronią  przed 
nieproszonymi gośćmi równie skutecznie, co sznurek przeciągnięty od futryny do 
futryny. 

– Co za ulga, że już mnie pani nie zalicza do nieproszonych gości. 
–  Niech  pan  sobie  za  dużo  nie  wyobraża  –  powstrzymała  go  Cassie.  –  Choć 

może pan zyskać kilka punktów, jeśli zdoła pan otworzyć telefon komórkowy.  – 
Ze złością spojrzała na oporny aparat. 

–  Proszę  mi  to  dać.  –  Jake  usiadł  naprzeciwko  w  dużym  fotelu  i  sięgnął  do 

kieszeni spodni. 

background image

–  Nic  dziwnego,  że  mężczyźni  nie  mogą  się  obyć  bez  kieszeni  –  mruknęła 

Cassie,  widząc,  że  wyciąga  spory  scyzoryk.  –  Nie  podejrzewałam  też,  że  Caleb 
Tanner ma w sobie coś z poganiacza niewolników. 

– Skąd ten pomysł? – zdumiał się Jake. 
– Bo przywlókł się pan dopiero o tej porze, a to przecież pierwszy dzień pracy. 

Nie sądzę, by wieczór spędził pan na przyjęciu. 

–  Nie  ma  pani racji.  –  Jake  odłożył nóż  i  kciukami  zaczął naciskać obudowę 

telefonu, aż rozległ się głośny trzask. 

– Czyli nie jest poganiaczem? 
– Byłem na przyjęciu. Gdzie jest nowa bateria? Przesunęła opakowanie w jego 

stronę. 

–  Chyba  nie  było  to  jedno  z  owych  słynnych  przyjęć  Caleba  Tannera,  bo 

wówczas bawiłby się pan dobrze. 

–  Myślałem,  że  pani  go nie  zna.  – Jake zamknął  obudowę komórki  i położył 

aparat na kolanach Cassie. 

– Nigdy go nie poznałam, ale każdy  mieszkaniec Denver słyszał o playboyu, 

który  wart  jest  miliony,  a  także  o  jego  kociaku.  –  Z  zadowoleniem  włączyła 
komórkę. 

–  Kociak?  –  zdziwił  się  Jake.  –  Z  tego,  co  zdążyłem  zauważyć,  Caleb  nie 

ogranicza się do jednej dziewczyny. 

– Jasne, przecież mówi się o nim, że zwykle  ma jakąś główną panienkę oraz 

tłum kandydatek na jej następczynię. A ile ich było na przyjęciu? 

– Straciłem rachubę. – Wyciągnął się z westchnieniem w fotelu i zamknął oczy. 
Cassie przyglądała mu  się  z  zainteresowaniem.  Ponieważ  lampa  stojąca obok 

sofy  nie  oświetlała  miejsca,  gdzie  siedział,  jego  twarz  pozostawała  w  cieniu,  a 
rzęsy wydawały się niezwykle długie, ciemne i gęste. Westchnął i podniósł dłoń do 
obolałego barku. 

Cassie zaniepokoiła się, jednak wrodzona złośliwość wzięła w niej górę. 
– Co się stało?  – spytała z udawanym współczuciem.  – Czyżby nie bawił się 

pan  dobrze?  Caleb  Tanner  okazał  się  egoistą  i  nie  dopuścił  pana  do  swojego 
haremu? 

– Wręcz przeciwnie, był bardzo hojny. 
–  Och!  –  Nie  zdołała  ukryć  drżenia  głosu,  brnęła  jednak  dalej:  –  Biedaku, 

musiały pana bardzo wymęczyć. 

Jake otworzył jedno oko i uśmiechnął się. 
– Niech się pani nie denerwuje. Mimo usilnych prób Caleba, w jego obecności 

background image

żadna z jego panienek nie chciała się mną zainteresować. 

Nie denerwować się? Co za przypuszczenie! 
–  Proszę  mi  wierzyć  –  zauważyła  cierpko  –  nie  cierpię  na  myśl,  że  pan 

przebywał w ich towarzystwie. – Jej słowa nie zabrzmiały zbyt przekonująco. 

Wpatrując  się  w  ulotki,  zastanawiała  się,  co  tak  bardzo  wyprowadziło  ją  z 

równowagi.  W  końcu  zrozumiała.  Kociaki  z  definicji  mają  ograniczone 
możliwości  intelektualne,  ale  tylko  kobieta  całkiem  pozbawiona  mózgu  mogła 
walczyć o względy Caleba Tannera, gdy pod ręką miała Jake’a. 

Odepchnęła foldery. 
–  Idę  zrobić  sobie  czekoladę.  –  Podniosła  się  z  sofy.  –  Ma  pan  ochotę  na 

filiżankę? 

Jake  mruknął  coś  sennie,  co  można  było  uznać  za  zgodę,  poszła  więc  do 

kuchni, karcąc się w duchu, że próbuje otoczyć go opieką. Szybko jednak znalazła 
usprawiedliwienie. Postąpiłaby tak wobec każdego klienta firmy albo przyjaciela. 
Tyle że Jake nie należał do żadnej z tych kategorii. 

Po chwili wróciła do salonu z tacą i gorącym kompresem. 
– Proszę, to powinno pomóc na stłuczenie. 
–  Miała  mi  pani  nie współczuć  –  uśmiechnął  się  Jake.  Przyłożył  kompres  do 

obolałego ramienia. – Zawsze się tak pani opiekuje ludźmi? 

Już  miała  powiedzieć,  że  nie  zawsze  robi  to  z  chęcią,  ale  zamiast  tego 

wyjaśniła: 

– Kiedy byłam dzieckiem, moja matka często niedomagała, musiałam więc ją 

zastępować. 

– A pani ojciec? 
Pytanie  nie  miało  żadnego  podtekstu,  ale  przecież  nie  musiała  opowiadać,  że 

jej ojciec potrafił tylko wprowadzać zamęt. 

–  Miał  swoje  sprawy.  Nauczyłam  się  wtedy  wielu  rzeczy,  za  które  teraz  mi 

płacą. 

– Ma pani dość dziwne zajęcie. 
–  Choć  nie  siedzę  za  biurkiem,  nie  znaczy  to,  że  moja  praca  jest  gorsza  czy 

niepotrzebna.  –  Wygładziła  pomiętą  ulotkę.  Kilka  zręcznych  ruchów  i  papierowy 
samolocik  poszybował  w  stronę  Jake’a.  –  Widzi  pan  motto  firmy?  To  nie  tylko 
slogan reklamowy. To realia współczesnego świata. 

Jake rozłożył kartkę. 
– Czy chodzi o zdanie: „Każdy, kto pracuje, potrzebuje żony”? 
– Przecież to prawda. Każdemu, kto pracuje zawodowo, potrzebna jest osoba, 

background image

która zajmie się różnymi domowymi sprawami, by życie toczyło się bez zakłóceń. 
W  dzisiejszych  czasach  dotyczy  to  nawet  bardziej  kobiet,  niż  mężczyzn. 
Załatwiamy wiele spraw, dzięki czemu nasze klientki mają czas dla siebie. 

Jake spojrzał na nią znad brzegu kubka. 
– A kto dba o pani sprawy? 
Cassie spojrzała zaskoczona. Nigdy przedtem nikt jej o to nie pytał. 
–  Dzisiaj  chętnie  pozwoliłabym  którejś  ze  wspólniczek  wyręczyć  się  w 

zakupach. 

– To dlaczego pani tego nie zrobiła? 
– Bo obie są zajęte. 
– Czyli cały dzień biega pani za cudzymi sprawami, a sobą zajmuje się dopiero 

po godzinach. 

– Nie jest tak źle, bo często łączę jedno z drugim. Na przykład robiąc zakupy 

dla klientów, kupuję również coś dla siebie. 

–  Muszę  pamiętać,  by  szczególnie  starannie  sprawdzić  rachunek  ze  sklepu  – 

mruknął Jake. 

–  Nie  mówiłam  o  łączeniu  wydatków  –  zirytowała  się  Cassie,  i  dopiero  po 

sekundzie zorientowała się, że stroi sobie z niej żarty. Wykrzywiła się i wycedziła: 
– Choć oczywiście kusiło mnie, żeby zamiast oliwek w pierwszym gatunku i piwa 
z  importu,  kupić  panu  jakieś  nędzne  namiastki.  Mogłabym  wtedy  zarobić  na 
pańskim  rachunku  kilka  dodatkowych  dolarów.  A  przy  okazji:  paragon  jest  na 
drugiej półce w lodówce, pod butelką keczupu. 

– Mam iść po pieniądze już teraz, czy poczeka pani do rana? 
– Jeśli doliczy pan odsetki za zwłokę, gotowa jestem poczekać do popołudnia – 

zaśmiała się Cassie. 

Jake’owi rozbłysły oczy. Zadrżała, ale zaraz uspokoiła się. Nie, pomyślała, bez 

obaw, nie zakocham się w nim z powodu seksownego uśmiechu. Co do tego nie 
miała żadnych wątpliwości. 

– Poza tym nie jesteśmy na okrągło zajęte, zdarzają się dni. kiedy mogę robić, 

co  tylko  zechcę.  Wciąż  jednak  muszę  dbać  o  swój  wizerunek  i  wykorzystywać 
każdą okazję do zdobywania nowych klientów dla naszej firmy. 

– Czy to znaczy, że nie ustawiają się do was w kolejce? 
–  Powiedzmy,  że  nie  wszyscy  są  przekonani  o  korzyściach  wynikających  z 

posiadania żony, którą można wezwać przez telefon. 

–  Nie  wiem,  czy  to  poprawi  pani  samopoczucie,  ale  Caleb  uważa,  że  to 

rewelacyjny pomysł: wynająć żonę, zamiast sale w nią inwestować. 

background image

Cassie zmarszczyła się z niechęcią. 
– Nic dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę kobiety, jakimi się otacza. A czy... 

– zawahała się. 

– Niech pani dokończy, Cassie. 
– Czy panu nie przeszkadza... jego stosunek do kobiet? 
– Rozumiem, że pani zdaniem powinienem nie posiadać się z oburzenia. 
– Wiem, że to nie pańska sprawa, jednak po charakterze szefa można poznać, 

jakim będzie pracodawcą. 

– Czyli jeśli oszukuje żonę lub urząd skarbowy, może również oszukać swoich 

podwładnych. Interesująca teoria – mruknął Jake. 

– Jak sądzę, według pana jest zbyt uproszczona i naiwna, ale... 
– To nie tak. Odniosłem wrażenie, jakby pani się kiedyś mocno sparzyła. Czy 

ten facet był z gruntu nieuczciwy, czy też zachował się nie fair tylko wobec pani? 

Cassie  poczuła,  że  się  rumieni.  Próbowała  zapanować  nad  ogarniającym  ją 

zmieszaniem. Nie zamierzała zwierzać się Jake’owi Abbottowi i opowiadać mu o 
Stephanie. 

– Mówiliśmy o Calebie Tannerze – odparła stanowczo. Jake przyglądał się jej 

przez dłuższą chwilę, po czym powiedział łagodnie: 

–  Oczywiście,  skoro  tak  pani  twierdzi.  Caleb  i  jego  kobiety.  Moim  zdaniem 

najważniejsze jest to, czy potrafi oddzielić swoje romanse od interesów. Z tego, co 
widziałem dziś wieczorem wynika, że nie ma z tym problemów. 

–  To  świetnie  –  skwitowała  Cassie.  –  Cieszę  się,  że  zadowala  pana  jego 

praktyczne podejście do życia. – Odrzuciła koc, którym była owinięta.  – Robi się 
późno,  a  Buddy  przyjdzie  wcześnie  rano.  Obiecał,  że  postara  się  znaleźć  nowe 
drzwi. 

– Od razu wiedziałem, że potrafi pani owinąć go wokół małego palca. 
– Mówił tylko, że spróbuje – powtórzyła Cassie. – Gdy jednak wspomniałam o 

naprawie, przesunął wykałaczkę w ustach i odparł, że jeśli chcę w terminie mieć 
wannę... 

– Gdyby Peggy stała przed takim wyborem... 
– Zakłada pan, że wybrałaby drzwi, a nie bicze wodne? Wcale nie jestem taka 

pewna.  Gdy  szykowałam  łazienkę  do  remontu,  zorientowałam  się,  że  przed 
wyjazdem jej nie uprzątnęła. 

Jake zastanowił się. 
–  Rozumiem,  że  na  podstawie  tej  uwagi  powinienem  coś  wydedukować,  ale 

przyznaję, że nie wiem co. 

background image

– Zostawiła wszystko tak jak stało – zniecierpliwiła się Cassie, – Sądzę, że ma 

pan  rację,  Roger  nic  nie  wiedział  o  remoncie.  Pewnie  Peggy  chce  mu  zrobić 
niespodziankę. Dlatego niczego nie ruszała, żeby się nie zdradzić. 

– A jeśli wanna nie zostanie zamontowana przed ich powrotem, Peggy będzie 

wściekła. Tak pani myśli? 

–  Może nie  tylko  ona? Bo z  drugiej strony,  jeśli  Roger  miałby  ochotę  na  tak 

radykalne zmiany, po co utrzymywała to w tajemnicy? 

– Lub też Peggy jest zbyt leniwa, by zrobić porządek? 
– Tak czy inaczej, jest raczej pewne, że będzie zła, gdy remont się przeciągnie. 

A tak się stanie, jeśli Buddy zamiast łazienką, zajmie się drzwiami. 

– Na pewno zdąży zamontować wannę, zanim znajdzie drzwi. – Jake wzruszył 

ramionami. 

Twarz Cassie nagle rozjaśniła się. 
– Mam! Skończyłby dużo wcześniej, gdyby mu pan pomógł przy montowaniu 

wanny. – Jej radość nagle zgasła. – Nie, to się nie uda... 

– Jeśli chce pani powiedzieć, że plątałbym się mu pod nogami i tylko opóźniał 

pracę, to jest pani w błędzie. 

– Jest inny problem – odparła z namysłem. – Buddy pana nie lubi. 
– To może pani zgłosi się do podawania narzędzi? Założę się, że nawet gdyby 

pani mu przeszkadzała, nie będzie miał nic przeciwko temu. 

– Naprawdę ma pan wspaniałą wyobraźnię, panie Abbott. Uparł się pan, że tak 

mu się podobam... 

– Nawet facet z wykałaczką w gębie może mieć dobry gust. 
Cassie zastanowiła się chwilę. 
– Uznam to za przypadkowy komplement – odparła w końcu. 
–  Nie  był przypadkowy.  –  Jake odrzucił kompres i poszedł  za  nią do  holu.  – 

Dziękuję, Cassie. – Niby przypadkiem dotknął ręką jej włosów. 

Bardzo  starała  się  nie  zadrżeć  pod  jego  dotykiem,  lecz  udało  się  jej  to  tylko 

połowicznie. 

– Mówiłam panu, jaki tu przeciąg. Wyciągnął rękę w stronę drzwi. 
– Ma pani rację. Czy mogę zaproponować coś, co by panią rozgrzało? 
–  Nie, dziękuję  –  rzuciła cierpko.  – Chyba domyślam  się,  co  panu  chodzi  po 

głowie.  Pan  i  Caleb  Tanner  oraz  te  wasze  teorie  o  kobietach  na  właściwym 
miejscu... 

– Chciałem tylko zasugerować – mruknął Jake – żeby wzięła pani dodatkowy 

koc. Ale najwyraźniej ma pani lepszy pomysł. Chętnie bym usłyszał, jaki... 

background image

Cassie  odwróciła  się  na  pięcie  i  pomaszerowała  na  górę.  Z  każdym  mocnym 

stąpnięciem próbowała zagłuszyć w sobie uczucie ciepła, jakie ją opanowało. 

Jej  włosy  okazały  się  znacznie  bardziej  miękkie,  niż  myślał.  Rude  loki 

sprawiały  wrażenie  jedwabistych  spiralek,  które  w  naturalny  sposób  oplotły  jego 
palce.  Dużo  wysiłku  kosztowało  go  zabranie  ręki,  którą  chętnie  zanurzyłby  w 
gęstwinie loków. 

A  jednak  się  wycofał.  Dreszcz,  który  ją  przeniknął,  przypominał  drżenie 

dzikiego stworzonka, które powodowane głodem daje do siebie podejść, ale nadal 
boi się każdego gwałtowniejszego ruchu. 

Podniósł z fotela kompres, pozbierał kubki i schylił się po leżący na podłodze 

samolocik. 

Wypożyczalnia  Żon.  Caleb  Tanner  miał  rację  –  co  za  praktyczny  pomysł. 

Wynająć  same  przyjemności,  unikając  całej  reszty.  Takiej  żonie  nie  trzeba 
wyjaśniać, dlaczego wróciło się z pracy dopiero o północy, nie trzeba jej składać 
ani dotrzymywać żadnych obietnic... 

Wewnątrz  folderu  było  miejsce  na  kilka  słów  skierowanych  do  nowych 

klientów. Cassie napisała: „Drogi Jake’u”, a później próbowała to zamazać. 

Poczuł, jak budzi się w nim pełne nadziei oczekiwanie. Planował krótki pobyt 

w Denver, ale dlaczego nie miałby go sobie uatrakcyjnić, skoro Cassie myślała tak 
samo... 

Jak by zareagowała, gdyby wszedł teraz na górę i zapukał do niej? Drżała, gdy 

jej dotknął... 

A może Cassie po prostu wzdrygnęła się z zimna? Wiatr hulał po holu, a drzwi 

skrzypiały  i  trzeszczały  jak  w  nawiedzonym  domu.  Nic  dziwnego,  że  Buddy 
myślał o zabiciu wejścia na amen. 

Jake zaklął pod nosem. W szufladzie kuchennej szafki znalazł kilka pinezek i 

na  feralnych  drzwiach  umocował  koc.  Jutro  porozmawia  z  Buddym  o 
solidniejszym zabezpieczeniu, a na razie będą wychodzić z domu przez patio. 

Idąc  do  siebie,  na  moment  zatrzymał  się  pod  drzwiami  pokoju  gościnnego  i 

smutno pokręcił głową. Płonne nadzieje, Cassie wcale go nie zachęcała: na górze 
było jeszcze zimniej, stąd jej drżenie. 

Otworzył  sypialnię  i  zamarł  w  progu.  Rano  wychodził  z  normalnego, 

mieszkalnego pokoju, a wszedł do rzemieślniczego warsztatu. 

Zdjęte  z  zawiasów  drzwi  do  łazienki  zastawiały  wejście  do  garderoby,  gdzie 

złożył  wszystkie  swoje  rzeczy.  Za  drzwiami  stało  wielkie  lustro.  Na  środku 
dywanu, przykrytego brezentową płachtą, rozstawione były krzyżaki, na nich leżał 

background image

kawał zniszczonej płyty z całym zestawem narzędzi. Druga płachta rozpościerała 
się na łóżku. Tam z kolei Buddy ustawił pudła z rurkami i innymi hydraulicznymi 
akcesoriami. Dwie szafki wyciągnięte z łazienki stały między drzwiami a łóżkiem. 
W otwartym oknie umocowane było koryto do zsuwania gruzu. 

Nic  dziwnego,  że  wiatr  hulał  po  całym  domu.  Nawet  przy  zamkniętych 

drzwiach podmuchy z okna musiały powodować przeciąg. 

No cóż, Cassie uprzedzała, że Buddy go „nie lubi”. Co za eufemizm! Sądząc po 

efektach, zakochany hydraulik musiał wprost zionąć nienawiścią do swego rywala. 

Gdy  Jake  próbował  przesunąć  ciężką  szafkę  łazienkową,  by  dostać  się  do 

łóżka, w nadwyrężonym barku poczuł gwałtowny ból. 

W tej samej chwili powietrze przeszył przeraźliwy krzyk. – Co, do diabła...? – 

Upuścił szafkę i natychmiast szpetnie zaklął, ponieważ spadła mu na stopę. 

Gdzieś w głębi korytarza Cassie krzyknęła ponownie. 

background image

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Nim  Jake  zdołał  wybiec  z  sypialni,  Cassie  jak  bomba  wpadła  do  środka  i 

gwałtownie zatrzasnęła za sobą drzwi. 

Miała  na  sobie  biały  bawełniany  szlafrok,  z  długimi  rękawami  i  wysokim 

kołnierzem.  Pewnie  odziedziczyła  go  po  babci  i  wierzyła,  że  okrywa  się  nim 
bardzo  dokładnie.  Nadzwyczaj  dokładnie,  albowiem  smagana  październikowym 
wiatrem miękka bawełna tak szczelnie przylgnęła do ciała, że ujawniła, iż Cassie 
pod spodem nie ma nic więcej. 

Jake powstrzymał gwizdnięcie. Być może Buddy go nie lubi, on jednak poczuł 

sympatię do mężczyzny, który zostawił otwarte okno, dzięki czemu udostępnił mu 
taki widok. 

– Czemu pan tak mi się przygląda? – zirytowała się Cassie. 
Z niechęcią przeniósł wzrok na jej twarz. 
– Szukam sińców i ran – wykręcił się. 
–  Nie  ma  potrzeby.  Nic  mi  się  nie  stało.  –  Zbladła,  a  jej  wielkie  oczy 

pociemniały. 

– To świetnie. Nie musiałaś jednak robić aż takiego zamieszania, wystarczyło 

otworzyć  drzwi  swojego  pokoju  i  spytać:  „Och,  Jake,  może  zechciałbyś  mnie 
odwiedzić?”. 

Rumieńce wróciły jej na twarz. 
– Nie przyszłam tu ogarnięta nagłym porywem namiętności. Tylko... coś jest w 

tamtej łazience. 

– To i tak lepiej, bo w tej łazience w ogóle nic nie ma. 
– Nie wygłupiaj się. Tam jest... coś żywego. 
– A więc nie jest to duch – zakpił Jake. – Czyli kto? Może włamywacz? 
– Nie wiem. Widziałam tylko oczy. Poruszało się. Jake podrapał się po głowie. 
–  Wolałbym  uzyskać  dokładniejsze  informacje  o  intruzie.  Na  przykład,  gdzie 

mam się z nim zmagać: wysoko czy nisko? 

– Nisko, prawie na podłodze. 
–  Aha,  włamywacz-karzełek.  Czy  z  wyglądu  nie  jest  trochę...  myszowaty?  – 

Dostrzegł odpowiedź w jej oczach i jęknął. – Wspominałaś, że Wypożyczalnia Zon 

background image

nie oferuje mycia okien i opieki nad niemowlakami. Teraz widzę, że również nie 
ustawia pułapek na myszy. – Ruszył w stronę łazienki przy pokoju gościnnym. 

Cassie szła tuż za nim. 
– Idziesz tak z gołymi rękami? 
Jake zgiął ramię jak zawodowy kulturysta, krzywiąc się nieco z bólu. 
– Zamierzasz o tej porze biec do sklepu po pułapkę na myszy? 
– Niekoniecznie. 
– Nasz gość na pewno ucieszy się z tego powodu. – Otworzył drzwi, włączył 

światło  i  wybuchnął  śmiechem.  –  Maleńka,  musimy  ci  poszukać  adwokata. 
Nazwać  cię  myszą!  Powinnaś  oskarżyć  ją  o  zniesławienie.  –  Pochylił  się  nad 
brodzikiem  pod  prysznicem,  a  po  chwili  wyprostował  się,  trzymając  coś  w 
zamkniętych dłoniach. – Chcesz zobaczyć winowajczynię? 

– To nie mysz? – Cassie odsunęła się. 
– Nie, tylko ropucha. 
– Niewielka różnica. Skąd się tu wzięła? 
– Pewnie weszła po korycie do gruzu. Nie możesz mieć do niej pretensji, że w 

tak zimną noc chciała się ogrzać. 

– Faktycznie. – Nie brzmiało to zbyt przekonująco. – Co z nią zrobisz? 
–  Wyniosę  na  zewnątrz,  chyba  że  masz  lepszy  pomysł.  Może  chcesz  ją 

pocałować i sprawdzić, czy nie przemieni się w księcia? 

–  To  powinna  być  żaba,  a  nie  ropucha.  Poza  tym  nie  wiadomo,  czy  nie  jest 

dziewczynką. 

– Słusznie się wahasz. To mógłby być przebrany Buddy – ustąpił Jake. – Jest 

jakieś podobieństwo. Ten sam nieruchomy wzrok, powolne ruchy... 

Cassie zadrżała. 
– Maszeruj do łóżka – zadecydował Jake. – Przynajmniej ty możesz to zrobić, 

bo nie masz zamiast pościeli stosu rur. 

– Sam chciałeś zająć sypialnię gospodarzy. Nie oczekuj teraz współczucia. 
–  Nie  liczyłem  na  nie  –  zapewnił  ją  Jake.  –  Gdybyś  jednak  przemyślała 

propozycję, żeby podzielić się ze mną... 

Patrzył  zafascynowany,  gdy  szybko  zmykała  do  swojego  pokoju.  Ten  prosty 

biały szlafroczek wyglądał z tyłu równie zmysłowo. 

Delikatnie  wyniósł  ropuchę  na  patio  i  umieścił  ją  w  suchym,  zacisznym 

zakątku. Ostatecznie nie tylko Buddy wyświadczył mu dziś wieczorem przysługę. 
Ropucha też okazała się pomocna. 

Następnego ranka Buddy zjawił się wcześniej. Dzwonek zabrzmiał, gdy Cassie 

background image

schodziła  na  dół.  Spojrzała  na  drzwi,  przetarła  oczy  i  jeszcze  raz  popatrzyła 
uważnie. Nie przywidziało jej się. Koc zakrywał wejście i przeszkloną ściankę, tak 
że w holu światło było przyćmione. 

Odczepiła  kilka  pinezek  i  spróbowała  uchylić  drzwi,  które  złowieszczo 

zatrzeszczały pod ciężarem wełny. Buddy wetknął głowę do środka. 

– Szefowi nie spodobała się moja robota — powiedział. I nie było to pytanie. 
To naprawę mamy z głowy. Nie zdołam go teraz przekonać, pomyślała Cassie. 
– Założył ten koc, bo w nocy było strasznie zimno – tłumaczyła pospiesznie. – 

Nie ma to nic wspólnego z pańską pracą. Był bardzo zadowolony z tego, co pan 
zrobił. 

Po diabła to wyjaśniam, westchnęła w duchu. Niech Jake sam się z tym upora. 

Jednak  sprawa  drzwi  dotyczyła  również  jej,  musiała  więc  dbać  o  dobrym  nastrój 
Buddy’ego. 

– Jake jeszcze nie zszedł – ciągnęła. – Może napije się pan kawy? 
Z sypialni na górze doszedł ryk, jakby znajdował się tam wściekły nosorożec. 
– Cassie?! Dlaczego, do diabła, mój prysznic jest odłączony? – Jake ukazał się 

u  szczytu  schodów  z  wielkim  włochatym  ręcznikiem,  niedbale  owiniętym  wokół 
bioder. Biała tkanina mocno podkreślała jego opaleniznę. – Jeśli ma się zajmować 
wanną... O, cześć, Buddy! Co się dzieje z prysznicem? 

Cassie wyczuła, że hydraulik cały się zjeżył. 
–  Muszę  dopasować  kolanka  do  rury  od  prysznica  –  wycedził.  –  Dlatego  nie 

działa teraz i jeszcze przez parę dni nie będzie działać. 

–  Możesz  skorzystać  z  mojej  łazienki.  –  Cassie  spojrzała  na  Jake’a.  –  Tylko 

oszczędzaj moje mydło, bo to ostatnia butelka, a tak pięknie pachnie bzem. 

Jake  prychnął  i  zniknął  w  korytarzu.  Zanim  zszedł  do  kuchni,  Cassie 

wysłuchała wszystkich możliwych informacji o metodach łączenia rur. Cierpliwie 
czekając,  aż  Buddy  przerwie  wyjaśnienia,  zorientowała  się,  że  zapach,  który  do 
niej dotarł, przypominał nie bez, lecz jałowiec. 

Jake nie włożył tym razem garnituru, tylko dżinsy i koszulę z dzianiny. Czyżby 

poważnie potraktował jej żartobliwą uwagę i zamierzał zgłosić się do pomocy przy 
remoncie łazienki? 

Jeśli  nawet  miał  taki  zamiar,  to  Buddy  nie  dał  mu  szansy.  Wstał  i  postawił 

pustą filiżankę obok zlewozmywaka. 

– Dziękuję za kawę, proszę pani – powiedział sztywno. 
– Biorę się do roboty i spróbuję nie sprawiać więcej kłopotów.  – Nie spojrzał 

nawet na Jake’a, ale wiadomo było, do kogo kieruje swoje słowa. 

background image

Gdy odszedł, Jake zauważył ponuro: 
– Miałaś rację. Rzeczywiście mnie nie lubi. 
– Dobry Boże, zupełnie nie mogę zrozumieć, dlaczego. 
– Cassie nie kryła sarkazmu. – Skorzystaj z mojej rady, Jake, i nigdy nie kupuj 

domu. 

– A niby dlaczego? – spytał niezadowolony. 
– Dla dobra domu, oczywiście. Nie można tak rozmawiać z rzemieślnikami. To 

ludzie drażliwi i niezależni. Zadawanie im głupich pytań... 

– Pytanie o prysznic nie było głupie. 
– ... i wtrącanie się do ich pracy... 
– O czym ty mówisz? 
– O wieszaniu ciężkiego koca na drzwiach, które z takim trudem umocował na 

zawiasach. 

– Zrobiłem to, zanim stwierdziłem, że trąbę powietrzną w holu spowodowało 

otwarte okno. 

– Dobre chęci nic tu nie pomogą. Rzemieślnicy  nie znoszą amatorów, którzy 

wtykają nos w nie swoje sprawy. Dobrze będzie, jeśli Buddy nie odłoży narzędzi i 
nie odejdzie. 

Gdyby tak zrobił, sam będziesz tłumaczył się przed Peggy, bo ja na pewno nie. 
– Nie odejdzie. 
Jake wydawał się tak pewny siebie, że Cassie miała ochotę palnąć go w ucho. 
– Pewnie ze względu na czar, który roztaczasz. 
– Nie ja, tyko ty. Mówiłem już, że Buddy aż pali się do ciebie. 
– Nie mam pojęcia, skąd ten pomysł. 
–  Rozczarowujesz  mnie,  Cassie.  Nie  zauważyłaś,  jak  starannie  się  dzisiaj 

ogolił? Założę się, kochanie, że nie mnie chciał tym oczarować. 

– Rzeczywiście, nie zwróciłam uwagi – przyznała Cassie. 
–  Jak  również  na  to,  że  włożył  czystą  koszulę,  i  to  całą,  bez  jednej  dziurki. 

Biedny Buddy! Taka strata czasu. Podejrzewam, że teraz nastąpi etap pochlebstw. 
Nie  sądzę  jednak,  by  była  to  wielka  poezja,  raczej  coś  prostszego,  na  przykład 
pochwała kawy. Niestety – dodał – ponieważ sam jej nie próbowałem, nie wiem, 
czy to pochlebstwo, czy też prawda. 

–  Jeśli  to  aluzja...  –  westchnęła.  –  Właściwie  to  powinnam  ci  ją  wylać  na 

głowę. – Sięgnęła do szafki po kubek. 

– Nie musisz posuwać się tak daleko, po prostu dopisz ją do rachunku. – Ujął 

kubek w dłonie i z przyjemnością wciągnął aromatyczny zapach. 

background image

– A jak z zapłatą za zakupy? Jeśli nie idziesz dziś do pracy... 
– Czemu tak myślisz? 
– Z powodu stroju. 
– To dyżurny uniform w Tanner Electronics. Panują tam nieco ekscentryczne 

obyczaje. Przypuszczam, że pracujący tam faceci często sypiają pod biurkami. 

– Jeżeli pójdziesz w ich ślady, nie będziesz musiał narzekać na zdemolowaną 

przez  Buddy’ego  sypialnię.  –  Cassie  zadumała  się.  –  Właściwie  to  miałam 
nadzieję, że dziś zostaniesz w domu. 

–  Pragniesz  mnie,  Cassie?  Naprawdę  nie  wiem,  co  powiedzieć.  Onieśmielasz 

mnie. 

Wzniosła oczy do góry. 
– W czasie lunchu mam spotkanie ze wspólniczkami, a wczoraj koło południa 

Buddy  wyszedł  na  chwilę,  myślę  więc,  że  dziś  też  będzie  chciał  zrobić  sobie 
przerwę. 

– Nie chcesz zostawić pustego domu? 
– Obawiam się nieproszonych gości – stwierdziła oschle. 
– Masz rację, łatwo się tu włamać – przyznał ze skruchą Jake, wspomniawszy 

nieszczęsne drzwi. – Wiesz co, odszukam ropuchę i postawię ją na straży. 

– Łatwo ci żartować... 
Jake uśmiechnął się urokliwie. 
– Ty na jej widok zmykałaś w popłochu. 
Pobliski  bar,  gdzie  co  środę  na  lunchu  spotykały  się  trzy  właścicielki 

Wypożyczalni  Zon,  tym  razem  był  dość  zatłoczony.  Cassie  czekała  w  kolejce, 
zastanawiając się nad wyborem dama, gdy w lustrze nad ladą spostrzegła Sabrinę. 
Zatrzymała się w drzwiach, zdjęła ciemne okulary i zaczęła rozglądać się po sali. 
Jej egzotyczne, skośne zielone oczy uważnie penetrowały każdy kąt. Mężczyzna, 
który stał w kolejce za Cassie, westchnął z tęsknym rozmarzeniem. 

Wreszcie Sabrina stanęła obok Cassie i uśmiechnęła się do mężczyzny. 
– Przepraszam – powiedziała uprzejmie – nie chciałabym sprawiać kłopotu, ale 

czy pozwoli pan, że stanę tu razem z przyjaciółką? 

Wymamrotał  coś  na  temat  zaszczytu,  jaki  właśnie  go  spotkał,  co  Sabrina 

wynagrodziła mu uśmiechem. Wzięła Cassie pod rękę i niemal jej nie przewróciła. 

– Cholera – zezłościła się, łapiąc równowagę. – O coś się potknęłam. 
– Pewnie o tę słoneczną plamę na podłodze – spokojnie oznajmiła Cassie. – Jak 

ty to robisz? 

– Ze potykam się o promień światła? 

background image

– Nie, jak skłaniasz ludzi do zachwytu, gdy wpychasz się bez kolejki? 
 
Sabrina spojrzała przez ramię na mężczyznę, który nadal wpatrywał się w nią 

jak w obraz. 

– Na ogół ludzie – powiedziała wyraźnie – są bardzo uprzejmi, jeśli zwrócić się 

do nich o pomoc. 

Matrona stojąca kilka miejsc dalej głośno prychnęła. 
– Mnie to nigdy nie wychodzi – pożaliła się Cassie. Sabrina rzuciła okiem na 

matronę. 

–  Musisz  poćwiczyć,  kochanie.  A  teraz  mów,  czy  on  naprawdę  jest  tak 

przystojny, jak można sądzić po jego głosie? 

Cassie  jęknęła  w  duchu.  Oczywiście  Sabrina  nie  zapomniała  o  wczorajszej 

rozmowie, którą zakłócił Jake. 

–  Kto?  –  Podeszła  do  lady.  –  Proszę  chleb  żytni  z  wędzoną  wołowiną  i 

musztardą.  –  Odwróciła  się  do  Sabriny.  –  Prosiłaś,  żebym  przyszła  wcześniej  w 
jakiejś niezwykle ważnej sprawie – powiedziała stanowczo. 

– Ale dotyczy klienta, więc trudno, żebym omawiała ją w kolejce. 
–  To  już  pani  kolej  –  odezwał  się  uczynny  mężczyzna.  Sabrina  spojrzała 

chłodno na matronę. 

–  Chyba  jednak  pana,  bo  ja  stoję  gdzieś  tam  z  tyłu.  Chciałam  tylko 

porozmawiać  z  przyjaciółką.  Nie  myślał  pan  przecież,  że  wepchnę  się  przed 
tyloma osobami? 

Prychnięcie  matrony  było  jeszcze  głośniejsze,  natomiast  mężczyzna 

zaniemówił. Cassie odebrała kanapkę i wbiła w nią zęby. 

Sabrina torowała drogę do stolika. 
– Jak to kto? Przecież mówię o tym facecie od remontu. Nie można zapomnieć 

mężczyzny o takim głosie. 

Cassie postanowiła nie wspominać o Jake’u i trzymać się wersji o hydrauliku. 

Tak będzie prościej. 

– Brzmi jak stare, przeziębione organy. 
– Co takiego? – Cassie zakrztusiła się kanapką. Sabrina wzruszyła ramionami. 
– Nigdy nie twierdziłam, że metafory są moją mocną stroną, więc nie patrz na 

mnie, jakbyśmy były na zajęciach z literatury. 

– No cóż, należałby ci się punkt za oryginalność. 
–  Dziękuję.  Ale  do  rzeczy,  wiesz  o  co  mi  chodzi.  Taki  niski,  dudniący, 

seksowny głos... 

background image

Czyżby  Sabrina  rzeczywiście  mogła  to  wszystko  wywnioskować  z  kilku 

zaledwie słów? Pierwszy raz spostrzegła, że jej przyjaciółka ma słuch wyczulony 
jak ryś. 

–  Dzwoniłam,  żebyś  zabrała  ze  sobą  paczkę  naszych  nowych  folderów. 

Powiedział,  że  wyszłaś  przed  chwilą  –  dodała  Sabrina,  jakby  odgadując  myśli 
wspólniczki. 

Było  pewne,  że  tej  informacji  nie  udzielił  Buddy.  Odłożyła  kanapkę,  by  coś 

powiedzieć, gdy nagle w drzwiach dostrzegła drobną blondynkę. 

– Jest już Paige – poinformowała Sabrinę z ulgą. – Wygląda na zdenerwowaną, 

nie uważasz? 

Sabrina spojrzała przez ramię. 
– Paige zawsze tak wygląda. Czasami nawet sprawia wrażenie bezradnej, małej 

kobietki,  choć  naprawdę  jest  równie  bezbronna,  jak  bulterier.  –  Podniosła  się.  – 
Stanę  teraz  uczciwie  w  kolejce,  a  ty  zastanów  się,  do  czego  możesz  mi  się 
przyznać w sprawie tego rzemieślnika. 

Zanim  obie  przyjaciółki  wróciły  do  stolika,  Cassie  bezwiednie  pokruszyła 

kanapkę. Sabrina popatrzyła  znacząco na  jej  talerz,  ale nim  zdołała się odezwać, 
Cassie zwróciła się do Paige: 

– Jak mama? – To nie próba zmiany tematu, uspokoiła sumienie. Wszystko, co 

dotyczyło  jej  przyjaciółek,  a  więc  i  zdrowie  Eileen  McDermott,  było  dla  niej 
ważne. 

Paige zmarszczyła czoło. 
– Ma zapalenie górnych dróg oddechowych. 
–  Nic  dziwnego,  że  jesteś  zdenerwowana.  –  Serce  jej  się  ścisnęło  na  widok 

zmartwionych oczu Paige. – Powiedz Eileen, że jeśli chce odpocząć od telefonów 
do Wypożyczalni Zon, mogę ją zastąpić – zaproponowała, licząc na to, że chociaż 
w ten sposób jej ulży. – Dopóki drzwi nie zostaną naprawione, jestem kompletnie 
uziemiona, więc przynajmniej do tego się przydam. 

– Jakie drzwi? – zdziwiła się Paige. – Myślałam, że chodzi o wannę. 
Cassie ugryzła się w język, ale Paige już ciągnęła dalej: 
–  Nieważne.  Nie  martwi  mnie  stan  matki,  tylko  firma.  Sprawdziłam  nasze 

wpływy. 

– Ludzie wiszą z zapłatą? – upewniła się Sabrina. 
–  Nie  –  Paige  pokręciła  głową.  –  Po  prostu  mamy  za  mało  zleceń,  a  będzie 

jeszcze  gorzej.  Poprawi  się  dopiero  po  Bożym  Narodzeniu,  jeśli  oczywiście 
będziemy miały tylu klientów, co zwykle. Ale do tego czasu... 

background image

– Musimy ograniczyć wydatki. – Głos Cassie brzmiał spokojnie, choć wcale się 

tak  nie  czuła.  Łatwiej  było  mówić  o  cięciach,  niż  je  stosować.  Sama  miała  do 
spłacenia  kredyt  studencki,  Sabrina  niedawno  wymieniła  skrzynię  biegów  w 
swoim samochodzie, a Paige co miesiąc płaciła gigantyczne rachunki za lekarstwa 
matki. – Mamy w tej chwili niezłą bazę potencjalnych klientów. W ciągu paru dni 
powysyłam foldery, może uda się złapać jakieś zlecenia. 

Gdy wyszły z baru, Sabrina zrównała się z Cassie. 
–  Muszę  jak  najprędzej  zabrać  od  ciebie  ulotki.  No  i  nie  powiedziałam  ci 

jeszcze,  co  to  za  sprawa...  Muszę  więc  wpaść  do  ciebie.  Przy  okazji  poznam 
wreszcie tego majstra. 

– Tylko nie miej pretensji, jeśli się rozczarujesz – uprzedziła ją Cassie. 
–  Usilnie  sprowadzasz  mnie  na  ziemię.  –  Sabrina  patrzyła  na  nią  z 

rozbawieniem. – Cassie, kochana, za kogo ty mnie bierzesz? Chyba nie sądzisz, że 
zechcę ci go sprzątnąć? 

Nie  musisz  nawet  próbować,  pomyślała  Cassie.  W  tym  cały  problem. 

Mężczyźni lgnęli do Sabriny jak pszczoły do miodu. 

Co mnie to obchodzi, zganiła się Cassie, jadąc w kierunku domu. Nie martwiła 

się  o  Sabrinę.  Wiedziała,  że  przyjaciółka  potrafi  o  siebie  zadbać,  a  jeśli  Jake 
Abbott  sparzy  się,  dobrze  mu  to  zrobi.  Nie  będzie  pierwszym,  któremu  Sabrina 
dała po łapach. 

Parkując  samochód,  zauważyła,  że  ktoś  stoi  na  drabinie  na  schodkach  przy 

drzwiach wejściowych. To chyba Buddy. Dobry Boże, zdobył drzwi i właśnie je 
montuje Nie, to jednak nie on. Mężczyzna był wyższy i nie tak szczupły. Nie miał 
też kucyka. Ciemne włosy były krótkie i rozwichrzone przez wiatr. 

Sabrina zatrzymała swój stary kabriolet tuż obok Cassie. 
– Prawdę mówiąc – powiedziała, wysiadając z samochodu – taki widok nawet 

najbardziej etyczną osobę może skłonić do tego, by zrobić świństwo przyjaciółce. 

– Nie musisz nic robić, bo to i tak nie ma znaczenia – zbagatelizowała sprawę 

Cassie. –  Wystarczy,  że oddychasz, a  mężczyźni padają  jak  muchy. Spójrz tylko, 
jak się gapi na ciebie, choć nawet nie uśmiechnęłaś się do niego. 

A  tak  nabijał  się  z  Buddy’ego, pomyślała  Cassie, że  pożera  mnie  wzrokiem... 

No  cóż,  nie  ma  sprawiedliwości  na  tym  świecie:  kobiety  takie  jak  Sabrina 
przyciągały Jake’ów, dla Cassie pozostawał Buddy... 

Jake  uniósł  śrubokręt  w  niedbałym  pozdrowieniu  i  wrócił  do  mocowania 

podpórki nad drzwiami. 

– Przywiozłaś mi kanapkę, Cassie? 

background image

– A zamawiałeś? – zdziwiła się. 
–  Kochanie,  chyba  nie  masz  sumienia.  Dziś  rano  nie  zauważyłaś  gładkich 

policzków  Buddy’ego  i  jego  nowej  koszuli,  a  teraz  zignorowałaś  wilczy  głód, 
widoczny w moich oczach... 

– Biedaczku, ledwie trzymasz ten śrubokręt – zadrwiła Cassie. – A właściwie, 

co robisz? 

– Mocuję kamerę, żebyś czuła się bezpieczniej. 
–  Wielkie  dzięki.  Usiądę  sobie  w  salonie  i  będę  obserwować  na  ekranie,  jak 

ktoś wyłamuje nędzne resztki tych drzwi. 

–  To  też.  Jest  również  drugi  wariant:  wracasz  do  domu  i  widzisz,  że  ktoś 

wszedł  do  środka.  Nie  musisz  wtedy  wpadać  w  panikę,  tylko  będziesz  mogła 
sprawdzić, czy to chuligani, wichura, czy zaprzyjaźniona ropucha. 

– To chyba strata czasu, przecież za kilka dni będą nowe drzwi... 
– Peggy i Rogerowi też się przyda kamera. – Jake dokręcił śrubę. – Kiedy znów 

im podprowadzą klucz, będą mogli sprawdzić, kto to zrobił. 

Cassie szybko zmieniła temat. 
– Mam nadzieję, że skonsultowałeś ten pomysł z Buddym? Jake? 
– W oczach Buddy’ego i tak już nic nie mogę stracić. Do tej pory Sabrina stała 

prawie bez ruchu, jedynie kręcąc głową podczas uważnego śledzenia rozmowy. 

– Kto to jest Buddy? – spytała wreszcie. 
– Hydraulik – odparła Cassie. 
Sabrina  podeszła  do  schodków,  uśmiechając  się  promiennie.  Czubkiem  buta 

zawadziła o drabinę, która zachwiała się niebezpiecznie. 

– Przepraszam, o wszystko się dziś potykam. A więc pan musi być...? – urwała 

zachęcająco. 

– Nie Buddym – chłodno skwitował Jake. 
–  Boże  –  powiedziała  skruszona  Cassie  –  rzeczywiście  musisz  być  głodny, 

skoro tak warczysz. Jeśli chcesz, zrobię ci kanapkę z oliwkami i keczupem. – Nie 
czekając  na  odpowiedź,  obeszła  drabinę  i  przez  uchylone  drzwi  wsunęła  się  do 
środka. 

Tuż za nią szła zamyślona Sabrina. 
– Ostrzegałam cię  – tłumaczyła Cassie. – Choć sama jestem zaskoczona jego 

zachowaniem. 

–  Omal  go  nie  strąciłam  z  tej  drabiny.  –  Sabrina  wepchnęła  do  torby  plik 

folderów. – A jeśli chodzi o tego klienta... – zaczęła. 

– Więc jednak jest jakaś sprawa? Nie chodziło ci tylko o to, by poznać Jake’a? 

background image

–  Jake?  –  miękko  powtórzyła  Sabrina.  –  Jakie  ładne  imię.  Tak  ciepło  je 

wymawiasz. 

– Co to za klient? 
Sabrina nagle spoważniała i przysiadła na brzegu krzesła. 
– Ben Orcutt. Robiłaś dla niego jakieś zlecenie? Cassie wzdrygnęła się. 
– Tak. Jeśli chce, żeby znów wyczyścić mu lodówkę, poradź, żeby wezwał wóz 

asenizacyjny. 

–  Aż  tak  źle?  Miałam  wczoraj  zrobić  mu  bilans,  a  kiedy  przyszłam,  prosił  o 

przyszycie guzików do koszul. Nie patrz tak na mnie  – zaperzyła się. – Zrobiłam 
to. 

– Ile razy wbiłaś igłę w palec? 
– Trzy. 
– Trzy razy na każdy guzik, czy trzy ogółem? 
–  Nie  przyszłam  omawiać  nieistotnych  szczegółów  –  odparła  Sabrina  z 

godnością.  –  Chciałam  porozmawiać  o  zachowaniu  Bena.  Czy  wobec  ciebie 
zachowywał się jakoś... dziwnie? 

–  On  jest  dziwny  od  dnia  narodzin,  czyli  od  jakichś  siedemdziesięciu 

dziewięciu lat. 

– Raczej od sześćdziesięciu pięciu, ale nie o to mi chodzi. Nie próbował się do 

mnie dobierać. Niemal żałowałam, bo z tym poradziłabym sobie. Był jednak tak 
bardzo przyjacielski, pomyślałam więc... 

– ... że o to mu chodzi? 
– Właśnie. Czy wobec ciebie też tak się zachowywał? 
– Mężczyźni nie tracą tak łatwo głowy dla niskich rudzielców, jak dla kobiet w 

twoim  typie.  Jednak  teraz  sobie  przypominam,  że  właśnie  taki  był:  niezwykle 
przyjacielski. 

–  I  co  z  tym  zrobimy?  Nie  możemy  zajmować  się  klientami,  którzy 

podszczypują nas po kątach. – Rzuciła okiem na Cassie. – Choć myślę, że gdyby 
chodziło o ciebie i Jake’a... 

– Jake nie jest naszym klientem – przerwała jej Cassie. – Powiedziałaś Paige o 

Orcutcie? 

–  Żartujesz?  Ona  uważa,  że  na  zachodniej  półkuli  nie  ma  ani  jednego 

przyzwoitego mężczyzny. Jeśli damy jej pretekst, wyeliminuje z bazy wszystkich 
mężczyzn, a wtedy nasze wpływy rzeczywiście będą marne.  – Sabrina podniosła 
się. 

– Nie oczekuję, że coś mi doradzisz, Cassie, po prostu musiałam o tym komuś 

background image

powiedzieć. Nie byłam pewna, czy nie histeryzuję. 

Cassie odprowadziła przyjaciółkę na parking. Sabrina bardzo ostrożnie obeszła 

drabinę, wciąż blokującą drzwi. 

Już  w  samochodzie  wyjęła  okulary  słoneczne  i  zakładając  je,  zapytała 

poważnie: 

– Niemal zapomniałam. Cassie, kiedy się dowiem, o co chodzi z tą ropuchą? 

background image

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Kiedy Cassie wracała z parkingu, Jake nadal stał na drabinie. 
– Mogłabyś podać mi kamerę z tamtego pudełka? – Pochylił się do niej. 
Gdy  spełniła  jego  prośbę,  Jake  zaczął  mocować  kamerę  nad  drzwiami. 

Zauważyła, że nadal stara się oszczędzać ramię. 

– Jeśli kiedyś stracę głowę i kupię dom – odezwał się w końcu – skorzystam z 

twojej rady. 

– Przede wszystkim radziłam, żebyś go w ogóle nie kupował  – przypomniała 

Cassie. 

– Myślę o innej radzie. Do tego domu wynajmę żonę na pełny etat, by zajęła 

się takimi sprawami. 

– Tapetą też? 
– Powiedz od razu, o co chodzi. – Spojrzał na nią podejrzliwie. 
–  Kiedy  wyważyłeś  drzwi,  drzazgi  rozerwały  tapetę  w  holu.  Zauważyłam  to 

dopiero dziś rano, ale Peggy zorientuje się zaraz po przyjeździe. 

Jake tylko wzruszył ramionami i skończył przykręcanie śruby. 
– Co zamierzasz z tym zrobić? – nalegała. 
– Na pewno nie będę się zamartwiał. Poproszę ją, żeby położyła nową tapetę na 

mój koszt. 

Cassie szybko policzyła w myślach. 
– Zastanawiam się, komu zleci tapetowanie. 
– Nie wiem, i nic mnie to nie obchodzi. 
– A nie poleciłbyś Wypożyczalni Żon? 
– Czemu nie? Przynajmniej pieniądze pójdą na zbożny cel. – Sięgnął po kabel 

przeciągnięty przez otwór, który wywiercił w ścianie.  – W pudełku powinna być 
taka mała kształtka. 

Cassie znalazła potrzebną część i podała Jake’owi. 
– Cieszysz się, że nie musisz co chwilę schodzić z drabiny? 
– Gdyby kręciła się tu twoja przyjaciółka, zszedłbym bez oporu. 
Nie zaskoczył jej.  Wiedziała od razu, że jego szorstkie zachowanie nie miało 

nic wspólnego z Sabriną. 

background image

– Pewnie zaraz poprosisz mnie o jej numer? 
– Tego nie planowałem. 
– Dlaczego? Myślisz, że bym ci go nie dała? – spytała podejrzliwie. 
Jake oparł się o szczebel drabiny. 
– Wiem, że dostałbym go od ciebie – powiedział spokojnie. – Ze strachu, abym 

nie uznał cię za osobę samolubną. 

–  Samolubną?  –  wykrztusiła  Cassie.  –  Czyżbyś  podejrzewał,  że  nie  chcę  się 

tobą z nikim dzielić? 

– No właśnie – odparł Jake. – Choć nie oczekiwałem, że tak łatwo się do tego 

przyznasz. Poczekaj minutkę, zejdę na dół i wtedy mi to powtórzysz... 

– To nie było stwierdzenie. 
– Jesteś pewna? Powiedziałaś to bez chwili zastanowienia. 
– Pragnęłam ci wykazać, jakie głupie wnioski wyciągasz. 
– Jak chcesz. – Wzruszył ramionami. – Caleb na pewno ma już jej numer. 
Zaskoczył tym Cassie. Dlaczego sądził, że Sabrina zna Caleba Tannera lepiej 

niż ona? Krew jej zawrzała. 

– Czy śmiesz sugerować, że Sabrina jest jedną z tych panienek, którymi otacza 

się Caleb? 

– Na pewno ma odpowiedni wygląd. 
Cassie doskonale wiedziała, że nie był to komplement. 
– Nie przeczę, jest jednak również bardzo mądra i wykształcona. 
– Dlatego więc jeździ dziesięcioletnim gratem i pracuje w Wypożyczalni Zon? 
– To nie grat, tylko kolekcjonerski okaz – zjeżyła się Cassie. – A co do firmy, 

przynajmniej obie wiemy, gdzie będziemy pracować w przyszłym miesiącu. 

– Uważasz, że ja nie wiem? 
Widać było, że Jake świetnie się bawi, mimo to Cassie zawstydziła się. 
–  Możesz  mi  wierzyć  na  słowo,  że  Sabrina  ma  prawo  szczycić  się  nie  tylko 

urodą. 

Po  co  ja  to  robię,  zastanowiła  się,  przecież  Sabrina  nie  potrzebuje  kolejnego 

wielbiciela.  Jednak  dzięki  temu  Jake  może  przestanie  podejrzewać,  że  Cassie 
marzy, by się nią zainteresował. Czy jednak właśnie tego nie pragnie? Czy broniąc 
tak zaciekle przyjaciółki, kieruje się tylko lojalnością? Hmm... 

–  Wśród  jej  licznych  zalet  nie  wymieniasz  wdzięku  –  zwrócił  uwagę  Jake.  – 

Zawsze jest tak niezręczna? 

– Skądże, jestem pewna, że specjalnie potknęła się o drabinę, abyś zwrócił na 

nią  uwagę  –  odparła  drwiąco  Cassie.  –  Wiesz,  Jake,  jesteś  najbardziej 

background image

zarozumiałym mężczyzną, jakiego miałam nieszczęście spotkać. 

Jake sprawdził podłączenie kamery i zszedł z drabiny. 
– W każdym razie, gdyby nadal tu była, czym prędzej zszedłbym na dół. Nie 

po to, żeby ją lepiej poznać, lecz by uniknąć śmierci podczas upadku z drabiny. 

–  Faktycznie,  w  nekrologu  brzmiałoby  to  dość  głupio.  Jake  spojrzał  na  nią 

krzywo. Złożył drabinę i odstawił na bok. 

– Wejdź do środka. Sprawdzimy, jak to działa. 
– Wciąż nie rozumiem, po co to robisz. Jeśli Buddy wymieni drzwi... 
Przepuścił ją przodem. 
– Chcesz tu tkwić do czasu, aż je przyniesie? 
–  Masz  rację.  Że  też  o  tym  pomyślałeś.  –  Naprawdę  się  ucieszyła,  więc  za 

wszelką  cenę  starała  się  pozbyć  ironii  z  głosu.  –  Miło,  że  zatroszczyłeś  się  o 
odrobinę wolności dla mnie. 

– Prawda? Mam kilka pomysłów, jak mogłabyś okazać mi wdzięczność. 
Nigdy  przedtem  nie  zauważyła,  że  hol  jest  tak  ciasny  i  duszny.  Zdołała  się 

jednak uśmiechnąć. 

–  Akurat,  spryciarzu.  Tę  kamerę  zamontowałeś  dla  siebie,  byś  nie  musiał 

pilnować domu. 

^  Też  prawda,  ale  przede  wszystkim  chciałem  dać  ci  pretekst  do  wyrażenia 

swej  wdzięczności...  a  tak  naprawdę  do  pofolgowania  sobie,  gdybyś  zapragnęła 
czegoś w tym stylu... 

Ujął w ręce twarz Cassie, pochylił się nad nią i zanurzył dłonie w jej włosach, 

delikatnie wplatając palce w drobne loczki. 

Przeszył  ją  dreszcz  oczekiwania.  Gdy  delikatnie  dotknął  ustami  jej  warg, 

westchnęła cichutko i zamknęła oczy. Czuła, że całe jej ciało czeka na więcej. 

Jake  jednak  nie  pogłębił  pocałunku,  ani  nie  przyciągnął  jej  bliżej.  Kiedy  ją 

puścił  i  podniósł  głowę,  Cassie  miała  ochotę  wyć  z  bólu  na  myśl,  że  tak  nią 
wstrząsnął,  podczas  gdy  sam  pozostał  niewzruszony.  Gdy  jednak  ujrzała  jego 
pociemniałe z namiętnej tęsknoty oczy... 

–  Jeśli kiedyś  tego  zapragnę  – odezwała  się ochryple  –  zapamiętam,  że  mam 

dobry pretekst. 

Jake uśmiechnął się. 
– Spójrz, jak to obsługiwać. – Otworzył drzwi szafy we wnęce pod schodami i 

zaczął regulować mały telewizorek. 

Cassie próbowała zapanować nad zbyt przyspieszonym oddechem. 
– Czemu wstawiłeś monitor do szafy? 

background image

– Nikt nie będzie go szukał między butami. Poza tym nie mogłem przeciągnąć 

kabla przez cały dom, bo Peggy by mnie zabiła. 

– A nie sądzisz, że ta dziura we frontowej ścianie też jej nie zachwyci? 
–  A  cóż  to  przeszkadza?  Zresztą,  gdy  Peggy  dowie  się,  że  bierze  udział  w 

ankiecie  marketingowej  dla  Tanner  Electronics  i  może  zgłaszać  uwagi  na  temat 
produktu... 

–  Nie  miałam  pojęcia,  że  zajmują  się  systemami  zabezpieczeń.  –  Cassie 

przyjrzała  się  uważniej.  –  To  stąd  twój  zapał  do  majsterkowania,  po  prostu 
testujesz ich urządzenia. Robisz badania rynku dla Tanner Electronics? 

– I wiele innych rzeczy. 
– Czy twój zawód objęty jest klauzulą „ściśle tajne”? – zirytowała się Cassie. – 

Chciałam tylko zapytać, jak ci idzie w pracy. Cieszę się, że dobrze. Ile panienek 
spotkałeś dziś w biurze? 

–  Trzy  lub  cztery.  I  wcale  nie  wiem,  jak  mi  idzie.  Na  pierwszy  rzut  oka 

wygląda to na kontrolowany chaos, ale kiedy przyjrzeć się firmie dokładniej... 

– Nie wiesz, co zwycięży: kontrola czy chaos? 
–  Ani po  której stronie  jest  Caleb.  –  Pochylił się  w stronę  monitora.  –  Ekran 

jest za mały, by cokolwiek zobaczyć. 

 
– Większy monitor nie zmieściłby się w tej szafie. A może, gdyby na jakiś czas 

odprawić panienki, dałoby się sprawdzić, ile Caleb jest rzeczywiście wart? 

Jake wyraźnie zainteresował się rewolucyjną ideą Cassie. 
–  Świetny  pomysł,  tylko  jak  go  zrealizować?  Nie  wiem,  czy  wzrok  mnie  nie 

myli... Popatrz sama. – Wskazał ekran. 

Cassie przysunęła się. 
– Wygląda na listonosza z wielką pocztówką. Czekaj, to drzwi! Biedny Jake, 

cała robota na nic. Buddy znalazł... – Głos jej zamarł, gdy człowiek za drzwiami 
odstawił swój ogromny pakunek i odwrócił się do dzwonka. 

To  na  pewno  był  Buddy,  lecz  zmiana,  jaka  w  nim  nastąpiła,  była  wprost 

niesamowita! 

–  Jake,  on  chyba  jednak  cię  lubi.  –  Cassie  z  trudem  odzyskała  głos.  –  Jest 

uczesany identycznie jak ty. 

– Czuję się zaszczycony. – Otworzył drzwi. 
–  Gdzie  mam  to  postawić?  –  spytał  Buddy.  Cassie  oparła  się  o  zniszczoną 

futrynę. 

– Może od razu na właściwym miejscu? 

background image

–  Nie  da  się.  –  Buddy  pokręcił  głową.  –  Wpierw  należy  je  pomalować,  a  i 

futrynę  trzeba  wymienić.  Mogę  znaleźć  kogoś  do  malowania  –  zaproponował  – 
tylko nie wiem, kiedy mi się uda. 

A już myślała, że problem drzwi został rozwiązany. Z namysłem popatrzyła na 

Jake’a. 

– Co zamierzasz teraz robić? 
– Na razie podziękować Buddy’emu i poprosić o rachunek – odrzekł. – Potem 

muszę wrócić do pracy. Ponieważ przedłużyłem sobie przerwę na lunch, zostanę 
dłużej i nie zdążę już wpaść do sklepu po farbę, więc... 

– Byłam tego pewna... – zaczęła zrzędzić Cassie. 
– Przecież możesz teraz wyjść. Kamera pracuje, więc dom jest bezpieczny. 
–  W  porządku,  pójdę  po  farbę  –  poddała  się.  –  Ale  swój  czas  doliczę  ci  do 

rachunku. 

Jake ściągnął brwi. 
–  Nie  należy  mi  się  łapówka  za  załatwienie  wam  zlecenia  na  tapetowanie? 

Chyba że myślisz o innych warunkach płatności... 

Wolno  przesunął  wzrokiem  po  jej  ciele,  rozgrzewając  każdy  centymetr  jej 

skóry. Gdy wreszcie skończył ten przegląd, podniósł teczkę i spacerowym krokiem 
poszedł do samochodu. 

Buddy  patrzył  za  nim  z  nienawiścią  w  oczach,  sama  też  niezbyt  ciepło 

pomyślała o Jake’u. Rzucać takie insynuacje, i to w obecności trzeciej osoby! Co 
on chciał osiągnąć? Zachęcić Buddy’ego do rywalizacji? 

– To gdzie mam położyć drzwi? – ponownie zapytał Buddy. 
– Może pod daszkiem na patio? 
– Na zewnątrz jest za dużo pyłu. 
– W takim razie pozostaje salon. Tylko tu jest odpowiednio dużo przestrzeni – 

westchnęła Cassie. 

Buddy zniósł z góry krzyżaki i położył na nich nowe drzwi. Cassie zdumiała 

się  ich  ogromem.  Z  jednej  strony  sięgały  niemal  pianina,  z  drugiej  zawisły  nad 
stolikiem  do  kawy.  Wyglądało  na  to,  że  jedynym  sposobem  ich  obejścia  będzie 
droga przez patio, wokół osiedla, do drzwi frontowych. A niech to... 

– Albo na czworakach pod krzyżakami – mruknęła. 
– Słucham? – nie zrozumiał Buddy. 
– Nic takiego. Załamuje mnie ten bałagan, tym bardziej że to nie moja wina. 

Na dodatek nie będę mogła teraz tu pracować. 

– To już nie moja sprawa... – Buddy spochmurniał. – Nie jestem zwolennikiem 

background image

rozwalania drzwi. Ale rozumiem tego pana. Co miał zrobić, jak pani się przed nim 
zamknęła? 

Cassie na chwilę odebrało mowę. 
–  Tak  panu  przedstawił  tę  sprawę?  Niby  pokłóciliśmy  się  i  zamknęłam  mu 

drzwi przed nosem? 

–  To  znaczy,  że  tak  nie  było?  –  Buddy  wyraźnie  się  zmieszał,  nawet 

zarumienił. 

–  Ani  trochę.  Pan  macho  Abbott  chciał  po  prostu  udowodnić...  –  Niemal 

zatkało  ją  z  wściekłości.  Przemaszerowała  przez  hol  i  zdecydowanym  ruchem 
zerwała  luźny  skrawek  płyty  zwisający  z  drzwi  wejściowych.  –  Idę  poszukać 
odpowiedniej farby – oznajmiła. 

Po  powrocie  ze  sklepu  złożyła  sobie  uroczyste  ślubowanie,  że  utopi  Jake’a 

Abbotta w zielonkawej farbie. 

Drzwi  do  gabinetu  Tannera  zastał  otwarte.  Nie  dostrzegł  żadnych  panienek. 

Podejrzewał, że jedynym tego powodem jest nieobecność Caleba. 

W  oczekiwaniu  na  szefa  usiadł  w  fotelu,  opierając  głowę  na  rękach.  Chciał 

przemyśleć  kilka  spraw,  jednak  woń  bzu  skutecznie  odwracała  jego  uwagę  od 
problemów Tanner Electronics. 

Dłonie przesiąkły zapachem Cassie, kiedy wsunął palce w jej włosy. Powinien 

umyć ręce, ale... mydło nie usunie przecież myśli o niej. 

Nie  przewidział,  że  przelotny  pocałunek  tak  na  niego  podziała.  Zamierzał  ją 

tylko  zaciekawić,  co  zresztą  się  udało.  Jej  lekko  ochrypły  głos  i  zamglone  oczy 
powiedziały mu, że osiągnął cel, choć usiłowała to ukryć. 

Nie  przewidział  jednak  własnej  reakcji.  Już  wcześniej  zauważył,  jak  ładną 

dziewczyną  jest  Cassie  Kerrigan,  ale  nawet  poprzedniego  wieczoru,  kiedy  sycił 
oczy  jej  ciałem  okrytym  zdradliwym  szlafrokiem,  nie  podejrzewał,  że  pod  tą 
śliczną  powłoką  kryje  się  prawdziwy  dynamit.  Jeszcze  chwila,  a  sięgnąłby  po 
więcej, jednak Cassie chyba nie była na to gotowa. 

Jeśli  jednak dobrze  to  rozegra,  następnym  razem  sama  będzie  chciała,  by  tak 

postąpił... 

Caleb  wrócił  do  biura  w  towarzystwie  jakiegoś  mężczyzny.  Zajęci  rozmową, 

nie zwrócili na niego uwagi. 

Do  Jake’a  docierały  strzępy  rozmowy  o  nowym  rodzaju  silnika.  W  końcu 

Caleb przerwał: 

–  Dobra.  Proszę  się  tym  zająć  bez  względu  na  czas  i  środki,  i  zgłosić  się  do 

mnie z wynikami. 

background image

Jake’a zaskoczyły te słowa, mimo że nie w pełni rozumiał omawiany problem. 
Po wyjściu inżyniera Caleb usiadł za biurkiem. 
– Pytam z czystej ciekawości – powiedział Jake. – Czy masz jakieś pojęcie, ile 

mu pozwoliłeś wydać? 

–  Badania naukowe nie  są tanie.  Nie próbuję nawet  śledzić  kosztów  każdego 

pomysłu, tym bardziej że tylko niektóre z nich kończą się sukcesem. – Odchylił się 
do tyłu i przymknął oczy. – Już ci mówiłem, że finanse nie są moją mocną stroną. 

– Właśnie to zauważyłem. 
Caleb wyprostował się z westchnieniem. 
– Co mamy na dzisiaj, Jake? 
– Chciałbym przejrzeć z tobą parę pozycji – zaczął Jake, ale zmienił zamiar i 

spytał:  –  Masz  jakiś  kłopot?  Jeśli  to  dotyczy  interesów  firmy,  lepiej  powiedz  od 
razu. 

– Ta sprawa nie dotyczy liczb, nad którymi ślęczysz. Chodzi o personel. Nigdy 

nie było z tym problemu, ale ostatnio parę osób postanowiło zmienić pracę. 

– To znaczy ile? 
– Pięć. 
–  To  nie  tak  wiele.  –  Jake  wzruszył  ramionami.  –  Zawsze  jest  jakaś  rotacja. 

Niektórzy  chcą  poszukać  sławy  i  fortuny  tam,  gdzie  mogą  zdobyć  je  prędzej.  – 
Jednak  już  mówiąc  te  słowa,  miał  wątpliwości.  Personel  firmy  wydawał  mu  się 
wyjątkowo zintegrowany i zdolny do poświęceń. 

–  Jeden  z  najlepszych  inżynierów  wręczył  mi  właśnie  wymówienie  – 

powiedział Caleb. – Chce odejść już pod koniec tygodnia. 

Nie  było  w  tym  nic  dziwnego.  Dobrze  wykwalifikowani  pracownicy  byli  w 

cenie i firmy o nich zabiegały. Nie ma sposobu, by kogoś zatrzymać, gdy sam chce 
odejść.  Jednak  tu  działo  się  coś  niedobrego.  Czyżby  szczury  zaczęły  uciekać  z 
tonącego  okrętu?  Być  może  ludzie  przeczuwali,  że  minął  już  najlepszy  okres 
Tanner Electronics. 

– Rozmawiałeś z nimi? – spytał Jake. 
– Jasne. Przemaglowałem każdego z nich, ale nadal nic nie rozumiem. 
–  Może  źle  przeprowadziłeś  rozmowę?  Gdybyś  dziś  po  pracy  zabrał  tego 

inżyniera gdzieś na piwo... 

– Problem leży w tym, że nigdy u nas nie było zwyczaju wspólnych wypadów 

do baru. 

–  Nazwij  to  pożegnalnym  przyjęciem.  Wybierz  jakieś  sympatyczne  miejsce, 

zaproś kolegów z jego działu. Najlepiej niech to będzie obiad, od stołu nie wstaje 

background image

się w trakcie posiłku. Podczas takiego spotkania... 

– Ty mógłbyś zadać właściwe pytania – przerwał mu Caleb. – Tobie na pewno 

odpowie. 

Przez otwarte drzwi Jake kątem oka dostrzegł tę samą blondynkę, która była tu 

wczoraj. 

–  Caleb,  kochanie,  przyniosłam  ci  sweter.  Jest  już  gotowy.  –  Angélique 

przedefilowała przez pokój krokiem modelki na wybiegu i położyła paczkę przed 
Calebem.  –  Niechcący  słyszałam,  o  czym  rozmawiacie.  Chętnie  zorganizuję  to 
przyjęcie. 

– Nie mówiliśmy o przyjęciu w twoim stylu, Angélique – zaoponował Caleb. 
– Kochanie, wszystko, co robisz, jest w moim stylu. – Zaśmiała się rozkosznie. 
Jake  nie  zdołał  powstrzymać  parsknięcia.  Spojrzała  na  niego,  otwierając 

szeroko oczy. 

–  Jake,  mój  drogi,  kogo  ci  zaprosić  do  towarzystwa?  Wydawało  mi  się,  że 

wczoraj przypadliście sobie z Missą do gustu. Pewna jestem, że dla ciebie chętnie 
by zrezygnowała z innych planów. 

A  to  rewelacja!  Zachwalana  Missa  przypominała  mu  dobrze  wytresowanego 

konia cyrkowego. 

–  Obiad  w  „Pinnacle”  –  zadecydowała  Angélique.  –  Najlepsza  restauracja  w 

mieście.  Jej  szef  ma  wobec  mnie  zobowiązania,  więc  nie  będzie  problemu  z 
rezerwacją. Dla ilu osób, kochanie? 

No cóż, Angélique brała sprawy w swoje ręce. Co za diabeł go podkusił, żeby 

użyć  słowa  „przyjęcie”?  Gdyby  powiedział  „konferencja”,  dziewczyna 
zignorowałaby całą sprawę. Teraz jednak nie było sposobu, by się jej pozbyć. 

Co takiego powiedziała Cassie? „Gdyby odprawić panienki...” To jest to! Może 

jednak  uda  mu  się  dowiedzieć,  co  wzbudza  niepokój  pracowników  Tanner 
Electronics. 

– Dziękuję za propozycję – rzucił cierpko. – Mam z kim przyjść. 
Obiad  w  „Pinnacle”,  najlepszej  restauracji  w  mieście.  To  bez  wątpienia 

spodoba się Cassie. 

Cassie  przeniosła  się  z  folderami  do  kuchni.  Zaklejała  koperty,  słuchając 

jednocześnie pełnego napięcia głosu w telefonie. 

–  Dobijają  mnie  dokumenty  ubezpieczeniowe.  Strata  matki  to  okropne 

przeżycie, ale do głowy mi nawet nie przyszło, że porządkowanie i przygotowanie 
do sprzedaży jej domu będzie tak stresujące. I te rachunki, które ciągle spływają ze 
szpitala.  Nie  chodzi  mi  o  pieniądze,  tylko  o  papiery.  W  ogóle  nie  mogę  się 

background image

skoncentrować. Już nawet nie wiem, za co płacę... 

– Możemy zająć się tym wszystkim – uspokoiła swoją rozmówczynię Cassie. – 

Proszę tylko przygotować dokumenty. Odbiorę je jutro i załatwię sprawy związane 
z  ubezpieczeniem.  A  później  spotkamy  się  w  domu.  Gdy  wskaże  nam  pani,  co 
chce zachować, razem z Sabriną i Paige przejrzymy resztę rzeczy i przekażemy je 
na cele dobroczynne, lub tam, gdzie pani zechce. 

– Wie pani, czuję się jak kretynka. Sama nie wiem, co chcę zrobić... 
–  Wszystko  się  ułoży,  Jayne.  Na  razie  każdy  drobiazg  przypomina  pani  o 

stracie. Proszę pozwolić pomóc sobie. 

– No właśnie – zgodziła się.  – Trafiła pani w sedno, Cassie. Och, co za ulga 

znaleźć kogoś, kto to rozumie! 

Co za ulga, pomyślała Cassie, odkładając słuchawkę, że znalazła się klientka, 

która zleci nam tyle pracy. 

Wybierała właśnie numer komórki Paige, żeby natychmiast podzielić się dobrą 

nowiną,  kiedy  usłyszała  charakterystyczne  skrzypienie  frontowych  drzwi.  To 
pewnie Buddy poszedł do samochodu po jakieś narzędzia. 

Paige  odebrała  telefon  w  tej  samej  chwili,  kiedy  Jake  wszedł  do  kuchni. 

Uśmiechnął się do Cassie, palcem przejechał wzdłuż jej ramion i karku, po czym 
otworzył lodówkę. 

Wprawdzie jej serce zabiło gwałtownie, ale równie mocno wzrosła jej irytacja. 
– Halo? – powtórzyła Paige. 
– Przepraszam – Cassie mówiła to niemal bez tchu. – Zadzwonię później. 
– Przecież właśnie zadzwoniłaś – zaczęła Paige, lecz Cassie już się rozłączyła. 
–  Nie  musiałaś  przerywać  rozmowy  –  powiedział  Jake.  –  Moja  dobra 

wiadomość może poczekać. 

Ależ wesolutki i pewny siebie! Jest przekonany, że skończyła rozmowę, żeby 

móc  cieszyć  się  bez  przeszkód  z  jego  powrotu.  Postanowiła  natychmiast 
wyprowadzić go z błędu. 

–  Ale  to,  co  ja  chcę  powiedzieć  tobie,  nie  może  już  czekać!  –  powiedziała 

stanowczo. – Jak mogłam zamknąć przed tobą drzwi, skoro nawet nie wiedziałam, 
że chcesz wejść? 

Stał jak skamieniały przy otwartej lodówce. 
– O czym ty mówisz? 
– Powiedziałeś Buddy’emu, że rozwaliłeś drzwi, bo nie chciałam cię wpuścić! 
– Tak powiedziałem? – Jake odzyskał równowagę, natomiast Cassie aż dławiła 

się z wściekłości. 

background image

–  Nawet  nie  wiesz,  co  mówiłeś?  Przedstawiłeś  to,  jakby  chodziło  o  kłótnię 

kochanków. 

– Nie jestem mocny w kłótniach, lecz... 
– Nawet nie próbuj wspominać o kochankach! 
–  Właśnie  pomyślałem,  że  to  świetny  pomysł.  –  Jake  nadał  głosowi  żałosne 

brzmienie. – Uspokój się, Cassie. Czy to naprawdę ma znaczenie, co powiedziałem 
Buddy’emu? Przecież nie skłamałem. Drzwi były zamknięte, ty byłaś w środku, a 
zatem... 

– Jeśli tyle dla ciebie znaczy słowo „prawda”… 
Zauważyła, że patrzy gdzieś ponad nią. Spojrzała przez ramię. W drzwiach stał 

Buddy. 

– Skończyłem na dziś – powiedział bezbarwnym głosem. 
–  Niech  pan  zamknie  za  sobą,  dobrze?  –  poprosiła  Cassie.  Buddy  bez  słowa 

poszedł do wyjścia. 

– Mam wrażenie, że wściekasz się, bo Buddy przestał uważać cię za boginię i 

ma cię teraz za jędzę. 

W furii chciała złapać coś, czym mogłaby w niego cisnąć, ale tylko przewróciła 

filiżankę z kawą. Jake złapał ścierkę i oboje rzucili się do wycierania zachlapanych 
kopert,  które  z  takim  wysiłkiem  adresowała.  Zanim  skończyli,  trochę  się 
opanowała.  Chyba  zbyt  wielką  wagę  przywiązywała  do  całej  sprawy.  Tak 
naprawdę  nie  ma  znaczenia,  co  Jake  powiedział  Buddy’emu,  który  zresztą  mógł 
wszystko przekręcić. 

Telefon  zadzwonił,  gdy  kończyła  osuszać  koperty,  a  Jake  wykręcał 

przesiąkniętą kawą ścierkę. Cassie sięgnęła po słuchawkę, ale zawahała się. 

–  Odbierz.  Powiedziałem  mojemu  milionerowi,  że  masz  dyżury  telefoniczne, 

więc nie będzie zaskoczony – wyjaśnił Jake. 

Głos  w  słuchawce  nie  należał  jednak  do  Caleba.  Był  zdyszany,  afektowany, 

zdecydowanie kobiecy. Oczywiście domagał się Jake’a. 

Jake wziął od niej słuchawkę i odwrócił się tyłem. 
– Czyli ósma. Świetnie, Angélique. Do zobaczenia w „Pinnacle”. 
Cassie  starała  się  stłumić  zawód.  Co  z  tego,  że  Jake,  najpewniej  w 

towarzystwie  niezwykle  atrakcyjnej  dziewczyny,  wybiera  się  do  najlepszej 
restauracji  w  Denver?  Tylko... kłóciło  się  to  z  jego  twierdzeniem,  że  wczoraj  nie 
zainteresowała się nim żadna z panienek Caleba. Zmusiła się do uśmiechu. 

–  Cholera,  a  właśnie  zamierzałam  cię  spytać,  czy  nie  zechcesz  zjeść  ze  mną 

obiadu? 

background image

– Naprawdę zamierzałaś to zrobić? – Głos miał podejrzanie łagodny. 
–  Nie  przejmuj  się  mną  –  odparła.  –  Masz  już  zaplanowany  wieczór,  na 

dodatek w „Pinnacle”, i to jeszcze z jakąś boską Angelique... 

– To nie tak, choć prawdę mówiąc, chciała przyprowadzić dla mnie partnerkę. 
– Szczęściarz. – Pochyliła się nad zlewem i zabrała za mycie naczyń. 
– Ale powiedziałem jej, że przyjdę z tobą. Kubek wypadł jej z ręki. 
– Co takiego? 
– Wybrałabyś się na obiad do „Pinnacle”, Cassie? 
– Chcesz się mną zasłonić, by wykręcić się od randki w ciemno? 
– Myślałem, że się ucieszysz. Przecież to twój pomysł. 
– Mój? 
– Powiedziałaś, żeby pozbyć się panienek Caleba i... 
–  I  to  ja  mam  spowodować,  by  Caleb  przestał  uganiać  się  za  kociakami? 

Miałam na myśli jakąś gwiazdę rocka lub filmu... 

–  Nie doceniasz  się, Cassie.  Masz szansę poznać  milionera i  pokazać  mu,  co 

traci, nie znając ciebie. 

– Wielkie dzięki, ale znajomość z panem Tannerem nie jest celem mego życia. 
– Wystarczy, że będziesz uprzejma. No powiedz, kiedy ostatnio jadłaś obiad w 

„Pinnacle”? 

Musiała przyznać, że dawno już nie brała udziału w takim przyjęciu. 
–  Sałatka  z  homarów  –  kusił  Jake.  –  Cielęcina  pod  parmezanem,  stek  a  la 

Dianę... Nie cieknie ci ślinka? 

Spędzić  z  nim  elegancki  wieczór...  Chyba  mądrzej  będzie  nie  rozwijać  tego 

wątku. 

–  Lepiej  zaproś  Sabrinę  –  mruknęła.  –  Nadal  jesteś  pewien,  że  nie  chcesz 

numeru jej telefonu? 

background image

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Cassie nadal szczotkowała włosy, choć każdy lok lśnił już jak wypolerowana 

miedź.  Trudziła  się  tak  nie  dlatego,  że  zamierzała  rywalizować  z  seksbombą 
Caleba, tylko potrzebowała czasu, by przemyśleć sytuację. 

Nie  idę  na  randkę,  powtarzała  sobie  w  duchu.  Jake  na  pewno  by  jej  nie 

zaprosił, gdyby wiedział, że w czasie obiadu będzie musiał skupić swą uwagę na 
Cassie,  a  tak  zaborczy  na  pewno  okazałby  się  kociak  przyprowadzony  przez 
Angélique. Przy niej natomiast będzie mógł zająć się szefem. 

Ostatnie  pociągnięcie  maskarą  i  mogła  zejść  na  dół.  Jake  czekał  w  salonie. 

Przyglądał się drzwiom, które Buddy ułożył na krzyżakach. 

– Nie wydaje się to zbyt trudne  – odezwał się. – Aż dziw, że jeszcze ich nie 

pomalowałaś. 

– Ja? Na pewno tego nie zrobię. Przeczytałeś instrukcję? 
– Jak pokrywać farbą płaskie powierzchnie? 
– A malowałeś już coś kiedyś? 
–  Ostatnio  w  przedszkolu,  ale  co  za  problem?  Maczasz  pędzel  i  mażesz.  – 

Rozejrzał się i sięgnął po leżący obok śrubokręt. – Nie wiem, dlaczego Buddy nie 
odkręcił zawiasów. 

– Mówił, że lepiej ich nie ruszać. Jake, to nie są takie zwykłe drzwi. Instrukcja 

informuje, żeby uważać z ostrymi narzędziami, bo... 

Śrubokręt  wyśliznął  mu  się  z  ręki  i  na  płycie,  tuż  przy  górnym  zawiasie, 

powstało  głębokie  wgniecenie.  Jake  obejrzał  je  uważnie,  ale  nie  odezwał  się  ani 
słowem,  natomiast  Cassie  była  pod  wrażeniem  jego  stoickiego  spokoju.  Prawie 
wszyscy znani jej mężczyźni w takiej sytuacji wpadliby we wściekłość. 

– ... bo są zrobione z bardzo miękkiego materiału – dokończyła. 
– Teraz rozumiem, dlaczego tak łatwo dały się wyważyć. Może na razie ich nie 

montować? Niech Roger i Peggy zastanowią się, czy nie lepiej będzie zainstalować 
coś solidniejszego. 

– To jeszcze cały tydzień i przez ten czas te stare się rozsypią. Poza tym Buddy 

zadał  sobie  tyle  trudu.  Powiemy  mu,  że  nagle  zmieniliśmy  zdanie?  Nie,  dzięki. 
Lepiej się przyznaj, że nie chcesz malować. 

background image

–  Fakt,  że  nie  jest  to  mój  konik.  –  Odłożył  śrubokręt  i  spojrzał  na  Cassie.  – 

Ładnie wyglądasz – powiedział bez emocji. 

Czego  właściwie  oczekiwała?  Ze  najpierw  zatka  go  z  wrażenia,  a  potem 

rozpłynie się z zachwytu? Przecież tak głupia nie była. 

Znów  musiała  sobie  powtórzyć,  że  to  nie  randka.  Z  tego  zresztą  powodu 

wybrała prostą, nie rzucającą się w oczy czarną sukienkę. Zresztą w jej garderobie 
i  tak  nie  było  strojów  na  ekstra  okazje,  nie  mogła  więc  olśnić  Jake’a  cekinami  i 
dżetami.  A  nawet  gdyby  obsypała  się  błyskotkami,  pewno  nie  zrobiłaby  na  nim 
wielkiego wrażenia. 

–  Nie  wiedziałem,  czy  masz  tu odpowiedni strój  –  usprawiedliwił się  Jake.  – 

Czy to sukienka Peggy? 

– Nie, moja. 
–  Chcesz  powiedzieć,  że  twoje  kartonowe  mieszkanko  pod  mostem  posiada 

garderobę? 

Prawie zapomniała o rozmowie, jaką prowadzili pierwszego wieczoru. 
–  Moje  mieszkanie  rzeczy  wiście  jest  niewiele  większe  od  sporego  kartonu  i 

dużo bym dała za przyzwoitą garderobę. – Sięgnęła po swój codzienny tweedowy 
żakiet.  –  „Pinnacle”  jest  w  śródmieściu.  Musimy  ruszać,  jeśli  nie  chcesz  się 
spóźnić. 

Spojrzał na żakiet. 
– Mogłabyś wziąć płaszcz Peggy. Chyba ma coś odpowiedniego. 
–  Peggy  ma  wszystko,  nawet  czarną  pelerynę  z  lisów,  przy  której  moja 

sukienka wyglądałaby jak z lumpeksu. Bałabym się, że ją gdzieś zgubię. Wolę iść 
w tym. Zostawię żakiet w szatni. 

Przed  wejściem  do  hotelu  Jake  oddał  kluczyki  portierowi.  Zatrzymał  się  na 

chodniku  i  spojrzał  do  góry.  Na  szczycie  wieży,  nad  szklaną  ścianą  budynku, 
widać było wybrzuszenie. 

– Tam jest restauracja? 
– Jak do tego doszedłeś? – zadrwiła Cassie. – Czyżby po nazwie? 
– Mam nadzieję, że to się nie kręci? 
– Owszem, kręci się. Czyżbyś miał chorobę lokomocyjną? 
– Nie mam zaufania do takich urządzeń. Niepokoi mnie myśl, że cała podłoga, 

na dodatek obrotowa, podparta jest tylko w jednym punkcie. 

– Odpręż się. Niedawno wyremontowali całe urządzenie. 
– A dokładniej kiedy? 
– Trzy lub cztery lata temu. Wstawili wtedy nowy mechanizm. 

background image

–  Nowy  mechanizm,  wykonany  z  zastosowaniem  nowoczesnej  myśli 

technicznej. To rzeczywiście wzbudza zaufanie. 

Zdaniem  Cassie  w  jego  głosie  słychać  było  wszystko  oprócz  przekonania,  że 

tak właśnie jest. 

Ruszyli  w  kierunku  windy.  Jake  wziął  Cassie  pod  rękę.  Zrobił  to  w  sposób 

naturalny,  niemal  bezwiednie.  Zastanawiała się,  czy  Jake  dobrze  tańczy.  Szkoda, 
że nigdy się tego nie dowie. 

Gdy czekali na windę, Jake delikatnie odwrócił Cassie do siebie. Pomyślała, że 

to także zrobił bezwiednie. 

– Jakim cudem ty, elektronik, nie jesteś fanatykiem nowinek technicznych?  – 

spytała. 

– Bo widziałem ich mnóstwo. Uwierz mi, większość z nich niczemu nie służy, 

poza tym, że dodatkowo utrudnia życie. 

Podeszła do nich  jakaś  para.  Kobiety  Cassie nie  znała,  ale  mężczyznę  kiedyś 

już musiała widzieć. Jego głos też już słyszała. 

–  Niech  pani  go  nie  słucha.  Jake  nie  jest  elektronikiem,  tylko  zajmuje  się 

pieniędzmi. 

Teraz Cassie rozpoznała jego twarz, bowiem wizerunek Caleba Tannera często 

pojawiał  się  zarówno  w  lokalnej  prasie  i  w  telewizji,  jak  i  na  bilboardach. 
Blondynka,  która  wisiała  na  jego  ramieniu,  nie  była  tak  znana,  choć  na  pewno 
równie fotogeniczna. 

Jake przedstawił ich sobie. Caleb spojrzał na Cassie z uśmiechem. 
– A więc jesteś wynajętą żoną. – Gdy nadjechała winda, Caleb jakimś cudem 

zdołał wyzwolić się z uścisku Angélique i ujął pod rękę Cassie. – Musisz mi o tym 
opowiedzieć. Na jak długo zawieracie umowę: na dzień, na tydzień? 

Przynajmniej  nie  padło  „na  godziny”  lub  „na  noc”.  Zrezygnowała  z  ciętej 

riposty, wszak przybyła tu z misją: miała odciągnąć Caleba od Angélique. 

W  restauracji  czekały  już  na  nich  dwie  pozostałe  pary.  Kobietę,  równie 

efektowną jak Angélique, wyraźnie zaskoczył widok Cassie u boku Caleba. Obok 
stało  młode  małżeństwo.  Widać  było,  że  w  tym  otoczeniu  nie  czują  się  dobrze. 
Szczupła,  ciemnowłosa  kobieta  wyglądała  na  strapioną,  natomiast  jej  mąż  miał 
sceptyczny wyraz twarzy. 

Kiedy Caleb witał swoich gości, Cassie znów znalazła się obok Jake’a. 
–  Powiedziałeś  mu,  że  mam  dyżury  telefoniczne  w  ramach  usługi 

„porozmawiaj z żoną o wszystkim” – mruknęła groźnie. 

– Cassie, kochanie – uśmiechnął się Jake – nie sądzisz chyba, że w to uwierzył? 

background image

Gdy  Caleb  zamierzał  przedstawić  Cassie  pozostałym  gościom,  Jake 

zdecydowanie przejął inicjatywę: 

– Pozwól, Caleb, że ja to zrobię. Angélique zbyt długo jest sama. 
Lekko objął Cassie ramieniem. 
–  Co  ty  wyrabiasz?  –  spytała  cicho.  –  Miałam  przecież  odciągnąć  go  od 

Angélique. 

–  Świetnie  sobie  radzisz  –  odszepnął.  Gdy  przedstawiał  ją  całej  czwórce, 

zorientowała się, że w przyjęciu biorą udział osoby związane z Tanner Electronics. 
Mężczyzna  w  średnim  wieku,  towarzyszący  przyjaciółce  Angélique,  był  szefem 
produkcji,  natomiast  młode  małżeństwo,  jak  Cassie  szybko  się  zorientowała, 
zjawiło  się  tu  dlatego,  że  mężczyzna  właśnie  odchodził  z  firmy.  Było  to  więc 
spotkanie pożegnalne. 

Gdy podano drinki, Cassie, sącząc białe wino, zajęła się obserwacją zebranych. 

Przyjaciółka  Angélique  od  czasu  do  czasu  rzucała  szefowi  produkcji  uśmiech, 
natomiast  Angélique  była  wściekła,  bo  Caleb  wyraźnie  więcej  uwagi  poświęcał 
Cassie  niż  jej.  Zona  młodego  inżyniera  wyglądała  tak,  jakby  bardzo  chciała 
znaleźć się gdzie indziej. 

Natomiast  Jake  wciąż  trzymał  rękę  na  ramieniu  Cassie.  I  choć  pozory  były 

inne, tym razem miała pewność, że robił to zupełnie świadomie. Przytulony niemal 
do niej, swobodnie obserwował Caleba, który był wyraźnie nią zaintrygowany, jak 
nową, atrakcyjną zabawką. 

Cassie prawie współczuła Angélique, która rozpaczliwie próbowała walczyć o 

utrzymanie  swojej  pozycji,  lecz  koniec  jej  kadencji  natychmiast  zauważyła  jej 
przyjaciółka. Teraz ledwo już zwracała uwagę na swojego towarzysza. Co pewien 
czas zerkała na Angélique, a jednocześnie wabiła zachwyconym wzrokiem Caleba 
i wprost chłonęła każde jego słowo. 

Caleb zadawał mnóstwo chaotycznych pytań na temat Wypożyczalni Zon, aż w 

końcu  Cassie  podniosła  ręce  w  geście  poddania.  Bała  się,  że  podczas  tak 
niezbornej  rozmowy  może  dojść  do  licznych  przekłamań,  dlatego  postanowiła 
wszystko wyłożyć po kolei: motto firmy, założenia i listę spraw, którymi się nie 
zajmują. 

Kiedy skończyła, w towarzystwie zapadła na chwilę cisza. Cassie przestraszyła 

się, że zrobiła z siebie widowisko. 

Jake przyciągnął ją bliżej. 
– Uwielbiam słuchać, jak opowiadasz o swojej firmie. 
–  Założę  się,  że  nie  tylko  w  tym  jest  dobra  –  wycedziła  Angélique.  – 

background image

Załatwianie tych spraw to pewno tylko jedna z wielu jej umiejętności. 

Jej przyjaciółka zachichotała. 
–  A  dla  mnie  brzmi  to  wspaniale  –  odezwała  się  żona  inżyniera.  –  Lubię 

siedzieć w domu i zajmować się dziećmi, ale są dni, kiedy przydałaby mi się żona. 

Cassie uśmiechnęła się do niej z wdzięcznością. 
– Dam pani wizytówkę. Jeśli będziemy mogły kiedyś pomóc... 
Angélique skrzywiła się drwiąco. 
–  A  komu  wolałabyś  pomóc?  Jej,  czy  może  jednak  jemu?  –  rzuciła 

prowokacyjnie. 

Młoda kobieta zmieszała się. 
–  Na  razie  nie  stać  mnie  na  to  –  odparła  szybko.  –  Zanim  Erie  nie  znajdzie 

czegoś nowego, nie będziemy mieli pieniędzy... 

Inżynier zacisnął rękę na ramieniu żony. Cassie zauważyła jej zmieszanie, więc 

taktownie  się  odwróciła.  Zdziwił  ją  wyraz  twarzy  Jake’a,  który  jak 
zahipnotyzowany wpatrywał się w panią inżynierową. 

Cassie pogrzebała w torebce i podała jej wizytówkę. 
– Proszę, tak na wszelki wypadek. Zawsze może się coś zmienić. 
– Które zlecenia najbardziej ci odpowiadają? – spytał Caleb Tanner. 
– I jak długo musisz się do nich przygotowywać? – kpiła nadal Angélique. 
Miarka się przebrała. Nie będzie ignorować sugestii, że to brak wykształcenia 

zmuszają  do  obecnej  pracy,  a  niedostatki  inteligencji  zmuszają  do  pokornego 
znoszenia obraźliwych uwag. 

–  Aby  przygotować  się  do  prowadzenia  firmy,  musiałam  wykonać  znacznie 

więcej  pracy,  niż  przy  jakiejkolwiek  innej  okazji.  Nawet  zdobycie  dyplomu  na 
wydziale literatury angielskiej nie było tak pracochłonne – odparła. 

Angélique zaniemówiła. 
–  Choć  czasami  specjalizacja  z  poezji  elżbietańskiej  też  mi  się  przydaje  – 

dodała  Cassie  słodkim  głosem.  –  Bywa,  że  mężczyźni,  którzy  mają  kłopoty  z 
wyrażaniem uczuć, proszą mnie o wyszukanie jakiegoś wiersza dla ukochanej. Ich 
dziewczyny  i  tak nie  są  w  stanie  rozpoznać  mistyfikacji, tylko  ronią  miłosne łzy 
nad  młodzieńczymi  sonetami  Johna  Miltona  lub  wierszami  Edmunda  Spencera, 
przekonane, że zostały napisane dla nich. 

Ciszę, która zapadła, przerwał głośny śmiech Caleba. 
– Dostałaś nauczkę, Angélique. No, ale dajmy już spokój i siadajmy do stołu. 
Cassie nie była zaskoczona, że Jake prowadzi ją na miejsce możliwie daleko od 

Angélique.  Zmartwiło  ją  tylko,  że  Caleb  siada  u  szczytu  stołu  koło  swojej 

background image

dziewczyny. Czuła się winna, że jej wybuch uniemożliwił Jake’owi zbliżenie się 
do szefa. 

Pochyliła się do niego, gdy zajęli miejsca. 
– Chyba nie spełniłam twoich oczekiwań – szepnęła. – Przepraszam. 
– Nie przejmuj się. – Podał jej kartę. 
Cassie  pomyślała,  że  tak  właśnie  mówi  się  do  dziecka,  gdy  się  chce,  by 

przestało zawracać głowę. 

Jake podsunął inżynierowi i jego żonie koszyczek z pieczywem. 
– Powiedz mi, Erie, co dla ciebie jest najważniejsze w pracy? 
Młody człowiek rzucił okiem na żonę i powiedział cicho: 
– Nowe wyzwania. 
Cassie  niewidzącym  wzrokiem  wpatrywała  się  w  menu.  Wyrzucała  sobie,  że 

przez  nią  Jake  nie  będzie  mógł  wypełnić  swojego  zadania.  Zamiast  mu  pomóc, 
stała  się  zawadą.  To  fakt,  że  urażono  jej  dumę,  powinna  jednak  przełknąć 
zniewagę,  nie  zaś  odwzajemniać  się  tym  samym.  Zniżyła  się  do  poziomu 
Angélique, a konsekwencje poniesie Jake. 

Znów spojrzała w kartę dań. Dziwne, ale żadna egzotyczna nazwa nie wydała 

się jej atrakcyjna. 

Czy ten wieczór nigdy się nie skończy? Jake uczestniczył w wielu koktajlach i 

przyjęciach,  gdzie  jedynym  wspólnym  tematem  były  interesy.  Spotkania,  na 
których  prowadzono  pseudo  towarzyskie  rozmowy,  a  tak  naprawdę  nieustannie 
stosowano  dyplomatyczne  gierki,  by  wysondować  rozmówcę  i  przekonać  go  do 
swoich racji, uważał za śmiertelnie nudne. 

Jednak  dzisiejsze  spotkanie  przerosło  jego  wszelkie  najgorsze  oczekiwania. 

Rozmowa kulała, żaden ogólny temat nie chwycił i wszyscy wyraźnie męczyli się 
sztuczną  atmosferą.  Na  dodatek  Jake  wciąż  nie  wiedział,  dlaczego  jeden  z 
najlepszych  pracowników  Tannera  postanowił  odejść  z  firmy,  choć  nie  miał  nic 
innego na oku. Dzięki czystemu przypadkowi, czy też raczej Cassie, chociaż tyle 
zdołał się dowiedzieć. Dobre i to. 

Teraz  nawet  Cassie  zamilkła.  Poczuła  na  sobie  jego  wzrok  i  spojrzała  znad 

talerza. Jej niebieskie oczy były większe i ciemniejsze, niż wcześniej sądził. 

– Naprawdę mi przykro, że tak namieszałam. 
Nie był to najlepszy czas na wyjaśnienia. Poza tym, co miał jej powiedzieć? Ze 

chciał głośno zaklaskać, gdy ostro usadziła Angélique? Lub że żałował, iż usiedli 
do  stołu,  bo  nie  miał  już  pretekstu,  aby  ją  obejmować?  Tak  bardzo  pragnął 
przytulić ją do siebie... 

background image

No cóż, gdyby się z tym zdradził, pewnie uznałaby, że stracił rozum. A może 

naprawdę  tak  się  stało?  Nie,  to  tylko  zapach  jej  płynu  do  kąpieli  uderzył  mu  do 
głowy. Ilekroć się poruszyła, dolatywała do niego woń bzu. 

Z  westchnieniem  wciągnęła  powietrze.  Jej  wzrok  powędrował  ku  Calebowi. 

Siedział  między  Angélique  a  jej  przyjaciółką.  Obie  ślicznotki  z  uwielbieniem 
chłonęły każde jego słowo. 

Cassie  wyglądała  jak  małe  dziecko,  które  nie  może  zdobyć  upragnionej 

zabawki. W wyrazie jej twarzy Jake dostrzegł żal i dziwną tęsknotę. 

Opanowało  go  przygnębienie.  Zaledwie  kilka  godzin  temu  mówiła,  że  nie 

pragnie  poznać  Caleba  Tannera,  lecz  teraz  wprost  pożerała  go  wzrokiem.  Do 
diabła, co w tym playboyu tak pociągało kobiety? 

– Raczej nie jesteś w jego stylu  – rzucił szorstko. Dopiero po dłuższej chwili 

skierowała na niego wzrok. 

– Boże, dzięki, Jake. Gdyby nie ty, nigdy bym na to nie wpadła. 
Przynajmniej  znowu  używa  swojego  ostrego  języka.  To  była  ta  sama  Cassie, 

którą poznał. 

–  To  miał  być  komplement  –  zaprotestował.  –  Zresztą,  o  co  ci  chodzi?  Gdy 

poświęcił ci całą uwagę, nie byłaś szczególnie zainteresowana. 

– Nie byłam i nadal nie jestem, myślałam tylko, że tobie na tym zależy. Co ty 

tu  właściwie  robisz?  Co  miał  na  myśli  Caleb,  mówiąc,  że  nie  zajmujesz  się 
elektroniką, tylko pieniędzmi? 

Nie sądził, że zapamięta tę zdawkową uwagę. 
–  Badam  szanse  pozyskania  kapitału  inwestycyjnego  dla  jego  nowych 

projektów. 

– Reprezentujesz inwestorów? Jake przytaknął. 
– Więc tak naprawdę wcale nie pracujesz dla Caleba. 
– Nie bezpośrednio. 
– Nic dziwnego, że nie chciałeś wynająć mieszkania. Po prostu nie będziesz tu 

zbyt długo. 

– Pracę w Denver oceniam na kilka tygodni, najwyżej miesiąc. 
– To zajęcie na Florydzie, przez które nie przyjechałeś na ślub Rogera i Peggy, 

polegało na tym samym? 

– Początkująca firma potrzebowała pieniędzy na plastikowe modele. Przedtem 

były telefony komórkowe w San Diego, a jeszcze wcześniej... 

– Pewnie dlatego nie trzymasz w lodówce łatwo psujących się produktów? 
–  Do  Nowego  Jorku  wpadam  tylko  między  projektami.  Najwyżej  na  dwa 

background image

miesiące w roku. 

–  Nie  ma  to  jak  w  domu...  No,  ale  widocznie  odpowiada  ci  takie  życie.  Bez 

wątpienia znudziłoby cię przebywanie w jednym miejscu. 

Usłyszał w jej głosie cień goryczy. Nie była pierwszą kobietą, która uważała, 

że powinien się ustatkować. Najlepiej przy niej. A już myślał, że Cassie jest inna. 

–  To  prawda,  że  niespecjalnie  przepadam  za  rutyną...  Cassie  z  dezaprobatą 

pokręciła głową. 

– Bardzo jesteś skryty. Sprawiasz wrażenie, jakbyś nie potrafił utrzymać się w 

pracy, a tymczasem masz stałe zajęcie. 

–  Uważasz,  że  powinienem  wypisać  historię  mojego  życia  na  wizytówkach  i 

wręczać je wszystkim dokoła? – spytał ze zdumieniem. 

Zaczerwieniła się i zagryzła wargi. 
– Zanim zaczniesz rzucać oskarżenia – ciągnął Jake – pamiętaj, że nie ja jeden 

celuję w niedomówieniach. 

Zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc aluzji. 
–  Twój  dyplom  –  przypomniał.  –  Pamiętam  naszą  rozmowę  na  temat  twojej 

firmy.  Na  pewno  nie  przegapiłbym,  gdybyś  wspomniała,  że  wolisz  tę  pracę  od 
ślęczenia nad starymi księgami. 

Co  ją  tak  zaniepokoiło?  Dlaczego  dyplom  uniwersytecki  był  tak  delikatną 

sprawą?  Sama  przecież  o  nim  wspomniała,  co  prawda  pod  wpływem  stresu,  ale 
teraz  jej  reakcja  również  nie  była  typowa.  Dlaczego  Cassie  wstydziła  się,  że 
zaczynała  karierę  zawodową  jako  naukowiec?  Gdyby  przyznała  się,  że  była 
gwiazdą porno, jej zażenowanie byłoby zrozumiałe, ale dyplom uniwersytecki? O 
co w tym wszystkim chodzi? – zastanawiał się. 

Wreszcie  przyjęcie  dobiegło  końca.  Gdy  ruszali  spod  hotelu,  Cassie  nagle 

powiedziała: 

–  Jake,  z  tym  dyplomem...  nie  powiedziałam  prawdy.  Był  rozczarowany.  No 

cóż... 

– Nie byłaś na uniwersytecie? To znaczy, że nabrałaś Angélique? 
–  Nie  całkiem.  –  Westchnęła.  –  Po  prostu  nie  ukończyłam  studiów. 

Zrezygnowałam kilka godzin przed obroną pracy. 

– Dlaczego? 
– Powiedzmy, że to nie było zajęcie, któremu miałam ochotę poświęcić życie. 

Zdałam sobie z tego sprawę w ostatniej chwili. 

– To na pewno nie wszystko. Czy nie jest w to wmieszany facet, który tak źle 

cię  potraktował?  –  W  blasku  świateł  na  skrzyżowaniu  zobaczył  w  jej  oczach,  że 

background image

odgadł prawdę. – Co on ci zrobił, Cassie? 

Zawahała się, rozłożyła bezradnie ręce, ale w końcu wyjaśniła: 
–  Duża  część  mojej  pracy  dyplomowej  znalazła  się  w  jego  artykule  dla 

pewnego magazynu naukowego. 

– Jednym słowem, wykorzystał twoje badania. W milczeniu przytaknęła. 
–  I  to  wystarczyło,  żebyś  zrezygnowała  z  kariery?  Oczy  Cassie  zapłonęły 

gniewem. 

–  Nie  miałam  wyboru.  Nie  potrafiłam  udowodnić,  że  Stephan  ukradł  moją 

pracę, bo zdołał odpowiednio się zabezpieczyć. A poza tym, i tak nikt by mi nie 
uwierzył. 

– Dlaczego? 
–  Bo  był  profesorem,  specjalistą  od  Szekspira  –  odpowiedziała  po  dłuższej 

chwili. 

Jake gwizdnął cicho. 
– I musiał kraść spostrzeżenia studentki na temat poezji elżbietańskiej? 
– Sam widzisz. Kto by w to uwierzył? – Przygryzła wargi. – Nie mogłam tam 

zostać, a nie stać mnie było na podjęcie studiów gdzie indziej. Stypendium było na 
wyczerpaniu, musiałam zacząć spłacać kredyt studencki. 

– Skończyłaś więc jako żona do wynajęcia. 
– Mówisz, jakbym się zdeklasowała, nie wykorzystała swojej szansy. Czasami 

życie zmusza nas do różnych rzeczy. Dowiedziałeś się dziś tego, co zamierzałeś? 

– Pytasz, czy rozgryzłem do końca charakter Caleba? 
– Nie, chodzi mi o tego inżyniera. Spojrzał na nią z uznaniem. 
– A więc domyśliłaś się. 
–  Od  pewnego  momentu  mogłam  zajmować  się  wyłącznie  obserwowaniem 

innych. 

– Dziękuję ci, Cassie. 
– Za co? 
– Gdyby nie ty, jego żona nie wyznałaby, że on nie ma jeszcze pracy. 
– To jest ta ważna informacja? 
–  Wręcz  kluczowa.  Gdyby  mu  zaproponowano  niezwykle  korzystne  warunki 

lub  wyższe  stanowisko,  nie  byłoby  problemu,  on  jednak  najwyraźniej  jest 
niezadowolony z pracy u Tannera. Muszę odkryć, co złego tam się dzieje, zanim 
wydamy majątek na nowy produkt i kampanię reklamową. 

Zaparkował samochód przed domem, jednak Cassie nadal siedziała bez ruchu. 

Wyraźnie nad czymś się zastanawiała. 

background image

–  Jedyna  zła  rzecz  w  Tanner  Electronics  –  odezwała  się  po  chwili  –  to  brak 

zainteresowania ze strony Caleba. – Wysiadła z samochodu i z rękami wciśniętymi 
w kieszenie żakietu pospieszyła do domu. 

Dogonił ją, gdy wkładała klucz do zamka. 
–  Masz  na  myśli  panienki,  które  wciąż  tam  się  kręcą?  Cassie,  wiem,  że  nie 

podoba ci się Angélique, nie masz też najlepszej opinii o Calebie. Rzeczywiście, ta 
dziewczyna nam wszystkim działa na nerwy, ale nie ma zbyt wielkiego wpływu na 
Caleba. 

Otworzyła drzwi. 
–  Wspominałeś  o  kontrolowanym  chaosie.  Jake,  jeśli  sytuacja  w  firmie  choć 

trochę przypomina dzisiejsze  spotkanie, mamy  do  czynienia z  czystym  chaosem, 
bez żadnej kontroli. 

– Przyjęcie rzeczywiście było dziwne, ale to o niczym nie świadczy. – Przerwał 

i zastanowił się nad uwagą Cassie. Nie miała racji, mówiąc, że Caleb nie interesuje 
się firmą. Przecież on nią żył. 

– Moim zdaniem, gdy nie do końca wiadomo, kto kieruje pracą, oznacza to, że 

szef  nie  wypełnia  swoich  obowiązków.  Innymi  słowy,  nie  powinien  zajmować 
tego stanowiska. 

Jake spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale nic nie powiedział. Musiał się skupić. 
–  Tylko  –  niepewnie  ciągnęła  Cassie  –  co  ja  właściwie  wiem  o  przemyśle, 

ekonomii i zarządzaniu? 

Szybko pokonała schody,  lecz  zatrzymała  się na górze.  Wychylając  się  przez 

barierkę, dodała: 

– A tak przy okazji, Jake... 
Jej głos brzmiał teraz zupełnie inaczej i Jake natychmiast zapomniał o Calebie 

Tannerze, młodym inżynierze i kapitale inwestycyjnym. 

Jedno słowo, pomyślał. Wystarczy jedno jej słowo... 
– Dziękuję za obiad – dokończyła Cassie. – To był niezapomniany wieczór. – 

Starannie zamknęła za sobą drzwi pokoju. 

Rzeczywiście  niezapomniany,  myślała  Cassie,  leżąc  w  ciemnościach.  Co  ją 

opętało?  Po  co  wtykała  nos  w  interesy  Jake’a  i  udzielała  mu  rad  w  sprawach,  o 
których nie miała zielonego pojęcia? I w dodatku ta historia z dyplomem... 

Co gorsza, czuła się rozgoryczona, a nawet odrzucona, kiedy dowiedziała się, 

na czym polega jego praca. 

Jasne, nie istniał żaden powód, dla którego miał ją o czymkolwiek informować, 

tak samo jak ona nie zdradzała, z jakiego powodu porzuciła studia. 

background image

Nie musiał opowiadać o swojej działalności przypadkowym znajomym, a ona 

kimś takim właśnie była i wcale nie chciała, by to się zmieniło. 

Tak więc fakt, że nie uznał jej za kogoś, komu mógłby się zwierzać, nie miał 

żadnego znaczenia. 

background image

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Cassie  spała  dłużej  niż  zwykle  i  obudziły  ją  dopiero  hałasy  dochodzące  z 

remontowanej łazienki. Skoro Buddy zaczął już pracę, Jake musiał go wpuścić. W 
takim razie sam pewnie wyszedł do biura. 

To dobrze. Wczoraj długo nie mogła zasnąć, zajęta rozpamiętywaniem swojego 

zachowania.  Co  ją  podkusiło,  żeby  wygłaszać  swój  amatorski  sąd  o  Calebie 
Tannerze?  Musiała  chyba  postradać  zmysły!  Sądząc  z  wyrazu  twarzy  Jake’a,  on 
też tak uważał. Dobrze chociaż, że się opanował i nie przywołał jej do porządku. 

Zastanawiała  się,  czy  powinna  go  przeprosić  za  wtykanie  nosa  w  nie  swoje 

sprawy.  Nie,  lepiej  zostawić  to,  tak  jak  jest.  Być  może  Jake  już  zapomniał  o  jej 
naiwnych uwagach. 

Zanim  była  gotowa do zejścia na dół,  Buddy  zajął  się  mniej hałaśliwą  pracą. 

Zatrzymała  się  na  chwilę  pod  drzwiami  łazienki.  Właściwie  powinna  sprawdzić, 
jak postępuje remont. Wczoraj w ogóle tam nie zajrzała. 

Postanowiła  odłożyć  inspekcję  na  później.  Nie  czuła  się  na  siłach,  –  żeby 

rozmawiać z kimkolwiek, a tym bardziej z Buddym. 

Na  dole  zaskoczył  ją  dochodzący  z  salonu  zapach  farby.  To  Jake  malował 

drzwi! 

Starała  się  nie  zwracać  uwagi  na  znoszone  dżinsy,  mocno  opięte  na  jego 

wąskich  biodrach,  ani  też  na  uśmiech,  który  pojawił  się  w  jego  oczach,  gdy 
podniósł wzrok znad pędzla. 

– Kawa powinna być już gotowa – powitał ją. 
Nie  tylko  czuła  zapach  kawy;  miała  wrażenie,  że  zażyła  już  dużą  porcję 

kofeiny. 

Jej  reakcja  na  pewno  nie  była  wywołana  tylko  uśmiechem  Jake’a,  miała  też 

związek z ulgą, że niewątpliwie zamierzał zignorować jej wczorajszą gafę. 

– Czyżbyś przygotował ją dla mnie? 
– Skądże znowu – przyznał z radosnym uśmiechem. – Tak naprawdę myślałem 

o Buddym. 

– Akurat. Dzięki, Jake, że mu otworzyłeś. Trzeba było mnie obudzić. 
– Będę pamiętał o zaproszeniu. – Uśmiech stał się jeszcze bardziej promienny. 

background image

– Nie o tym myślałam. – Czuła, że się czerwieni. 
– Taki już mój los – zasmucił się. 
Nie należało tego ciągnąć. Poszła do kuchni, napełniła filiżanki i zaniosła je do 

salonu.  Gdyby  miała  choć  trochę  rozsądku,  podałaby  kawę  Jake’owi,  drugą 
zaniosła Buddyzmu, a sama wróciła do kuchni, by przygotować plan dnia. 

Jednak zamiast tego stanęła w przejściu i jak durna nastolatka zapatrzyła się w 

Jake’a, który wciąż pracowicie malował. 

– Niewątpliwie masz ukryty talent. Prawdziwa złota rączka. 
–  Nic  z  tych  rzeczy  –  pokręcił  głową.  –  Skorzystałem  z  twojej  rady  i 

przeczytałem instrukcję. 

– Tak po prostu przyznajesz się do tego? – Cassie gwizdnęła z uznaniem. 
Wykrzywił się do niej. 
– Są ciemniejsze niż tamte drzwi. 
–  Sprzedawca  zapewniał  mnie,  że  to  ten  sam  odcień.  Po  wyschnięciu  farba 

stanie się jaśniejsza. 

– Mam nadzieję. Nie chciałbym zaczynać od nowa. 
–  Widzę,  że  zależy  ci  na  pomalowaniu  drzwi  tak  samo,  jak  mnie  na  ich 

założeniu. 

–  Chciałbym  to  szybko  skończyć.  –  Rzucił  okiem  na  zegarek  i  ponownie 

zanurzył pędzel w puszce. 

– Przecież nie odbijasz karty zegarowej, a po wczorajszym przyjęciu Caleb się 

nie obrazi, gdy ranek poświęcisz osobistym sprawom. 

– Sam nie wiem. Zresztą wpadnie tu niedługo. 
– Tutaj? Dlaczego? – spytała zszokowana. 
– Musimy spokojnie porozmawiać. W biurze co i rusz przychodzą pracownicy 

z różnymi technicznymi problemami, natomiast na mieście Caleb wciąż wpada na 
znajome dziewczyny. – Jake zajął się malowaniem przeciwległego rogu. – Cassie, 
zastanawiam się, czy mogę cię prosić o przysługę – dodał po chwili, unikając jej 
wzroku. 

– Skończyły ci się oliwki? 
–  Jeszcze  nie.  Chciałbym,  żebyś  skontaktowała  się  z  żoną  tego  inżyniera  z 

Tanner Electronics i spróbowała dowiedzieć się, dlaczego rzucił pracę. 

Naprawdę potrzebował jej pomocy? Ufał jej ocenie? Serce zabiło jej mocniej. 

Z trudem opanowała drżenie głosu. 

–  Mam  być  wywiadowcą?  –  spytała  powoli.  Ręka  z  pędzlem  zawisła  w 

powietrzu. 

background image

– Niech zgadnę. Chcesz mi oznajmić, że Wypożyczalnia Zon jest zbyt etyczna, 

aby trudnić się szpiegostwem przemysłowym? 

– Nie o to chodzi. Dotychczas nikt nas o to nie prosił. – Cassie zamyśliła się. – 

To mógłby być początek nowej działalności. Jasne, zajmę się tym. 

–  Dziękuję,  Cassie.  –  Uśmiechnął  się  inaczej,  swobodniej  i  czulej,  czyli 

znacznie bardziej niebezpiecznie. 

Z trudem odwróciła wzrok. 
– Uważaj, rozchlapujesz farbę. 
Jake rozprowadził pędzlem krople, które spadły na gładką powierzchnię. 
– Możesz zrobić to już dziś? Im szybciej zdobędę potrzebne informacje... 
Tym  prędzej  będzie  mógł  dokonać  oceny  i  ruszać  dalej.  Nie  musiał  kończyć 

zdania. Wszystko było jasne. 

Dobry nastrój prysł. Prosił o pomoc, bo polegał na jej zdaniu. Była wyłącznie 

środkiem prowadzącym do celu. Nie powinna być tym zaskoczona, a jednak... 

– Rozumiem – wykrztusiła w końcu. – Wpadnę do niej z folderem firmy. Nie 

wie przecież, że zwykle nie roznosimy ich osobiście. 

–  Wspaniale.  Zdobędę  adres,  jak  tylko  dotrę  do  biura.  –  Po  raz  ostatni 

pociągnął  pędzlem  i  odsunął  się,  żeby  obejrzeć  swoje  dzieło.  –  No,  starczy.  Z 
drugą stroną trzeba poczekać, aż ta wyschnie. – Zamknął puszkę z farbą i poszedł 
umyć pędzel. 

Cassie została w przejściu do holu. Głowę oparła o ścianę i przymknęła oczy. 
Nie  może  się  tak  przejmować.  To  oczywiste,  że  Jake  próbuje  wykorzystać 

wszystko, co może doprowadzić go do rozwiązania problemu. Na tym polega jego 
praca.  Dlaczego  ją,  przypadkową  znajomą,  miałby  traktować  w  jakiś  wyjątkowy 
sposób? No cóż, sprawę postawił uczciwie. Niczego nie owijał w bawełnę, tylko 
poprosił o pomoc. A mógłby nią manipulować... 

O nie, co najwyżej mógłby spróbować, ale szybko by się sparzył. 
Nadal  jednak  nie  wiedziała  tego,  co  najważniejsze:  dlaczego  tak  się  tym 

wszystkim przejmuje? 

Na  schodach  rozległy  się  kroki  Buddy’ego,  ale  nie  zamierzała  zmieniać 

pozycji. Jeśli uda, że go nie słyszy, może da jej spokój. 

Majster zatrzymał się u stóp schodów i niepewnie ruszył w jej stronę. 
– Proszę pani? 
Ukryła niezadowolenie i otworzyła oczy. 
Nowa  fryzura  Buddy’ego  nadal  ją  szokowała.  Uwolnione  z  kucyka  włosy 

sterczały  mu  bezsensownie  na  czubku  głowy.  Na  jego  twarzy  malował  się  tak 

background image

szczery niepokój, że jej zniecierpliwienie znikło. 

– O co chodzi, Buddy? 
– Dobrze się pani czuje? 
– Nigdy nie czułam się lepiej – bez powodzenia próbowała ukryć ironię. – W 

czym mogę ci pomóc? 

Zakołysał się na piętach i przesunął wykałaczkę do drugiego kącika ust. 
– Wie pani, to te rury. 
Przekleństwo cisnęło się jej na usta, ale Buddy przecież nie robił tego celowo. 

Postanowiła przyspieszyć rozmowę. 

– A dokładniej? 
– Podłączyłem nowe rury do starego systemu, ale ciągle gdzieś cieknie. Nie na 

złączach,  ale  w tych  starych  rurach.  Co załatam  jedną,  zaraz przecieka następna. 
Nie mogę gwarantować, że coś w nich nie puści i nie zaleje domu. 

–  Chodzi  o  to,  że  jest  więcej  roboty,  niż  początkowo  myślałeś?  Ale  chyba 

można to było przewidzieć? 

– Możliwe, proszę pani, ale to się zdarza. Z zewnątrz wyglądało dobrze. Dom 

ma  przynajmniej  dwadzieścia  lat,  a  hydraulika  od  początku  nie  była  najlepsza. 
Lepiej chyba zmienić cały system. Wtedy nic nie będzie przeciekać, wzrośnie też 
ciśnienie wody i wanna napełni się migiem. 

Cassie wyobraziła sobie Peggy, która po powrocie do domu zastaje wannę bez 

rur i kranów. 

– Przekażę tę informację – postanowiła. – Na razie musisz spróbować załatać 

co się da, bo nie mogę bez konsultacji podjąć takiej decyzji... 

Przerwała, gdy Buddy wściekle zacisnął zęby. 
– To on nawet nie pozwała pani o niczym decydować? – Jego głos nagle stracił 

swą powolność. – Ten pani cholerny mąż myśli, że pani nie ma swojego rozumu? 

Cassie nie wierzyła własnym uszom. Czyżby naprawdę powiedział „cholerny”? 

Nagle dotarł do niej sens słów, więc szybko próbowała wyjaśnić. 

–  Mówisz  o  Jake’u?  On  nie  jest  moim  mężem.  Dezaprobata  Buddy’ego  stała 

się bardziej widoczna. Jego twarz nie wróżyła niczego dobrego. 

–  Na  mój  rozum,  to  jeszcze  gorzej.  Straszy  panią,  co?  A  jak  pani  się  stawia, 

to... 

– Jeśli mówisz o drzwiach, to było nieporozumienie. 
– Niech pani nie próbuje go bronić. Już ja swoje wiem. Cassie potarła skronie i 

zaczęła jeszcze raz. 

– Buddy, źle to zrozumiałeś. 

background image

– I jeszcze to, że nawet się z panią nie ożenił – mówił z rosnącą wściekłością. – 

Tego nie mogę znieść. I nie zniosę! 

Coś  takiego,  pomyślała  Cassie.  Hydraulik,  który  zapatrzył  się  w  opery 

mydlane... 

Nie do śmiechu jej jednak było, kiedy na ramionach poczuła ręce Buddy’ego. 

Przyciągnął ją do siebie. Szorstką dłonią ujął ją pod brodę i zmusił do podniesienia 
głowy. 

–  Jake  –  próbowała  zawołać,  ale  przez  ściśnięte  gardło  wydobył  się  tylko 

ochrypły szept. 

– Próbowałem się nie wtrącać – oznajmił Buddy. – Ale skoro pani nie jest jego 

żoną... skoro jest pani wolna, to inna sprawa. 

Cassie przekręciła głowę i jego pocałunek trafił w policzek. Na szczęście... 
– Nie walcz ze mną. Nigdy cienie skrzywdzę, zobaczysz. – Jego usta były już 

bardzo blisko. 

Zza pleców Buddy’ego usłyszała chłodny głos Jake’a: 
–  To  bardzo  pouczające,  Buddy,  ale  Cassie  rezygnuje  z  dalszych  lekcji,  i  to 

natychmiast. – Bezceremonialnie chwycił go za ramię i odciągnął. 

Cassie, ciężko oddychając, wsparła się o poręcz. 
– Ona nie należy do ciebie – warknął Buddy. – Jeśli się z nią nie ożenisz, nie 

masz do niej żadnego prawa. – Odskoczył na bok i zamierzył się na Jake’a. 

Jake  sparował  cios  i  mocno  pchnął  Buddy’ego,  który  poleciał  na  drzwi 

wejściowe. 

Cassie  patrzyła  z  niedowierzaniem.  Wszystko  działo  się  jak  w  zwolnionym 

tempie.  Drzwi  zatrzeszczały  przeraźliwie  i  rozłupały  się  na  całej  długości. 
Zobaczyła  parking,  a  za  nim  park  w  głębi  osiedla.  Przez  dziurę  wpadł  promień 
słońca, oświetlając unoszące się w powietrzu drobiny kurzu i białe skrawki płyty. 
Kilka z nich opadło na głowę Buddy’ego, siedzącego wśród tego bałaganu. 

Jake  zrobił  parę  kroków  i  wyciągnął  do  niego  rękę,  on  jednak  ze  złością 

pokręcił głową i stanął o własnych siłach. 

– Nie przyjąłbym pana ręki, nawet gdyby moje życie od tego zależało – niemal 

wypluł te słowa. 

Jake z niedowierzaniem potrząsnął głową. 
– Masz tupet, żeby po tej scenie oskarżać mnie o niewłaściwe zachowanie. 
Cassie przerwała im szybko. 
– Spróbujmy trochę ochłonąć... 
Buddy patrzył na nią. 

background image

– Pani wcale niepotrzebny ratunek. Widocznie lubi pani być tak traktowana. W 

porządku. Narzędzia zabiorę innym razem. – Otrzepał dżinsy, kopnięciem odsunął 
ze  swojej  drogi  kawałek  płyty  i  wyszedł.  Kilka  sekund  później  dał  się  słyszeć 
klekot silnika jego półciężarówki. 

Cisza,  jaka  zapadła  w  holu,  aż  dzwoniła  w  uszach.  Cassie  usiadła  na 

najniższym schodku. 

– A niech to! Dzięki, Jake. – Nawet nie próbowała ukryć sarkazmu. 
– Zaraz, zaraz – zaprotestował. – Skoro nie chciałaś mojej pomocy, dlaczego 

krzyczałaś? 

– Wcale nie krzyczałam. 
–  Oczywiście,  że  tak  –  zawahał  się.  –  Brzmiało  to  co  prawda  jak  zduszony 

szept, ale wołałaś moje imię. 

– A ty czym prędzej pospieszyłeś z odsieczą. Teraz nie mamy ani drzwi, ani 

hydraulika. 

– Co... no tak, zjawi się tu tylko po narzędzia. Porzucił robotę. 
–  Myślę,  że  gdybyś  był  jedynym  pracodawcą  na  świecie,  Buddy  i  tak  nie 

zgodziłby się już pracować dla ciebie. Jednakże... 

– O co mu chodziło, gdy powiedział, że niepotrzebny ci ratunek? 
– Według niego bronię cię, mimo że podle mnie traktujesz. Uważa, że jestem 

twoją niewolnicą. 

– Co za bzdura. 
–  Nie  całkiem.  Sam  mu  powiedziałeś,  że  musiałeś  wyłamać  drzwi,  bo  nie 

chciałam cię wpuścić do domu. Gorszej opinii nie mogłeś sobie wystawić. 

–  Więc  uznał,  że  skoro  ja  zachowuję  się  jak  jaskiniowiec,  można  mnie 

naśladować? 

– Myślał, że wyświadcza mi przysługę. 
– Teraz z kolei bronisz jego. 
– Chcę tylko, żebyś zrozumiał, że niepotrzebnie go uderzyłeś. 
– Nie uderzyłem go, tylko odciągnąłem od ciebie. 
– Ale go popchnąłeś. 
– Zamierzył się na mnie. Cassie, pozwól sobie przypomnieć, że gdyby nie było 

mnie tutaj... 

– ... nie zachowałby się jak bohater opery mydlanej  – wpadła mu w słowo. – 

Nie miałby powodu. 

–  Kochanie,  czy  ty  naprawdę  myślisz,  że  to  ja  sprowokowałem  go  do  tych 

ekscesów? 

background image

Jak miała mu wyjaśnić, że gdyby jak zwykle rano poszedł do biura, nie stałaby 

w  holu,  rozmyślając  o  nim,  a  Buddy  nie  poczułby  się  w  obowiązku  bronić 
uciśnionej niewinności. I dzień toczyłby się jak co dzień. 

–  Co  ty  mu  takiego  powiedziałaś?  –  podejrzliwie  dopytywał  Jake.  – 

Wspomniałaś, że planujemy stać się małżeństwem? Czy tak? 

Przy swoim szczęściu nie powinna była liczyć, że mu to umknie. Ktoś taki jak 

Jake  nigdy  nie  przegapi  uwagi  o  małżeństwie.  Czujność,  to  główna  linia  obrony 
facetów, którzy dostają wysypki na samą wzmiankę o stabilizacji. 

Jednak nie pozwoli, by oskarżał ją o fantazje Buddy’ego. 
–  Ach,  to.  –  Jej  głos  był  pełen  słodyczy.  –  Zaledwie  mu  wspomniałam,  że 

wciąż  cię  błagam,  abyś  uczynił  ze  mnie  uczciwą  kobietę.  Ty  jednak  nie  tylko 
naigrawasz  się  z  moich  próśb,  ale  katujesz  mnie  coraz  okrutniej.  Nie  rozumiem, 
dlaczego tak się zezłościł... 

– Cassie, jeszcze chwila, a samo bicie nie wystarczy – przerwał jej rzeczowym 

tonem. 

–  Jake,  nie  zgrywaj  się.  Buddy  po  prostu  nie  wie,  kim  naprawdę  jesteśmy. 

Nigdy mu nie wyjaśniłam, iż ja opiekuję się domem, a ty jesteś gościem. 

– Pomylił nas z Peggy i Rogerem? – zdziwił się Jake. 
– To jednak nie tłumaczy jego zachowania. 
– Mimo to nie powinieneś się mieszać. Potrafię o siebie zadbać... 
–  Faktycznie  –  zadrwił.  –  Szło  ci  znakomicie.  Cholernie  żałuję,  że  się 

wtrąciłem. Z przyjemnością bym popatrzył, jak kładziesz Buddy’ego na łopatki. – 
Głos Jake’a złagodniał. 

– Cassie, przyznaj się, ta sytuacja cię przerosła. 
Nie patrzyła mu w oczy, ponieważ jednak usłyszała w jego głosie pobłażliwą 

nutę, z uporem powtórzyła: 

– Sama potrafię dać sobie radę. 
Jake odwrócił się, smutno kręcąc głową. Cassie wreszcie odetchnęła z ulgą. 
Nie zauważyła jednak, że Jake planuje atak. Chwilę potem znalazła się w jego 

ramionach.  Przycisnął  ją  mocno  do  siebie,  tak  że  uniosła  się  i  ledwie  końcami 
palców dotykała podłogi. Była całkiem bezradna, nie mogła się poruszyć. 

Chwyt Buddy’ego był agresywny i niemiły, natomiast ramiona Jake’a otulały 

ją jak aksamit. Tyle że pod aksamitem kryła się stalowa lina, która uniemożliwiała 
ucieczkę. Buddy’ego się bała, ale Jake ją przerażał. 

– Przestań – ledwie mogła wydobyć głos. – Puść mnie, Jake. 
– Masz szansę pokazać, jak sobie dajesz radę. Mogę zrobić, na co tylko mam 

background image

ochotę. Jak mnie powstrzymasz? – Pochylił głowę i lekko całując jej usta, szepnął: 
– Pokaż, jak to robisz. Broń się. 

Wiła się jak piskorz, ale brakowało jej siły, żeby się wyswobodzić. Gdyby choć 

udało się oprzeć stopy na podłodze... 

Zdecydowanie przycisnął usta do jej warg. Zakręciło się jej w głowie... 
Koniecznie  musiała  uwolnić  się  od  tego  pocałunku.  Nie,  żeby  wywoływał 

uczucie przykrości, bólu czy poniżenia. Bała się jednak, że przedłużenie pieszczoty 
zbyt  rozbudzi  jej  zmysły  i  nie  będzie  już  w  stanie  logicznie  myśleć,  ani  tym 
bardziej działać. 

Ostatnim wysiłkiem woli spróbowała użyć podstępu. Bezwładnie osunęła się w 

jego ramionach. Jeśli Jake pomyśli, że się poddała, przestanie udowadniać swoją 
przewagę.  Straci  czujność,  a  wtedy  ona  zaatakuje.  Najlepiej,  gdyby  pomyślał,  że 
zemdlała.  Wtedy  ją  puści,  bo  nieprzytomna  kobieta  nie  stanowi  już  żadnego 
wyzwania. No właśnie, wyzwanie. Tu leży sedno sprawy. Po prostu udowadniał, 
że jest wystarczająco silny, żeby zrobić z nią, co tylko zechce. 

Plan był rozsądny, ale nie doceniła Jake’a. Kiedy zamknęła oczy i zwiotczała, 

przytulił ją jeszcze mocniej. Za to pocałunki stały się delikatniejsze. 

Gdyby  był  bardziej  stanowczy,  zebrałaby  siły,  żeby  z  nim  walczyć,  lecz 

łagodny  dotyk  i  delikatne  pocałunki  kusiły  i  prowokowały.  Uległa  im  i  zaczęła 
oddawać pieszczoty. 

–  W  salonie  mamy  wygodną  kanapę  –  powiedział  z  ustami  tuż  przy  jej 

wargach. 

Coś było nie tak, tylko co? 
– Drzwi są otwarte na oścież – powiedziała wreszcie po długiej chwili. 
– To mnie nie powstrzyma – wymruczał wtulony w jej szyję. Oparła głowę o 

jego  ramię  i  pozwoliła  poprowadzić  się  do  salonu.  Posadził  ją  w  najbliższym 
fotelu.  Czekała  chwilę,  aż  do  niej  dołączy,  w  końcu  z  trudem  otworzyła  oczy. 
Świat zawirował. 

– Co się stało, Jake? 
– Jak słusznie zauważyłaś, drzwi są otwarte na oścież. Choć wydawało mi się, 

że specjalnie ci to nie przeszkadza. 

Rozwścieczona  zerwała  się  na  równe  nogi.  Zrobiła  to  z  takim  impetem,  że 

zawadziła nogą o świeżo pomalowane drzwi i zielonkawa farba zostawiła ślad na 
tweedowych spodniach. Zaklęła i próbowała zetrzeć plamę. Świetny pretekst, żeby 
nie patrzeć na Jake’a. 

– Oboje już wiemy, że twoja metoda obrony polega wyłącznie na samokontroli 

background image

drugiej  osoby.  –  Jake  mówił  przyduszonym  głosem,  jakby  miał  kłopoty  z 
odzyskaniem  oddechu.  –  I  jeszcze  jedno.  Co  prawda  nie  tego  chciałem  dowieść, 
nie  możemy  jednak  zlekceważyć  faktu,  że  pragniesz  mnie  równie  mocno,  jak  ja 
ciebie. 

– Nieprawda. Zaatakowałeś mnie. 
–  Tylko  pocałowałem,  a  ty  się  nie  opierałaś,  lecz  wręcz  przeciwnie.  Nie 

uciekniemy od tego, Cassie. Musimy coś z tym zrobić. 

Potrząsnęła głową. Chciała go ostrożnie wyminąć, ale przesunął się i oparł ręce 

o ścianę nad jej ramionami. Zatrzymał ją jak w potrzasku. 

– Musimy z tym coś zrobić – powtórzył. – Nie karm mnie bzdurami o jakimś 

profesorku,  który  zniechęcił  cię  do  wszystkich  mężczyzn.  Nie  jestem  do  niego 
podobny i nie chcę cierpieć za jego winy. Ja cię nie okłamię, Cassie. 

– Nigdy nie mówiłam, że jesteś do niego podobny. 
–  To  dobrze  –  szepnął.  –  Przynajmniej  to  wyjaśniliśmy.  –  Pochylił  głowę  i 

znów ją pocałował. 

Jego usta ledwie jej dotknęły, a już czuła się zniewolona, jakby oplatała ją sieć. 

Nie mogła złapać oddechu, jej reakcje spowolniały, skupiła się na pieszczocie. 

– A więc jest dokładnie tak, jak myślałem. Co z tym zrobimy? – zapytał cicho. 
– Na pewno nie romans – powiedziała drżącym głosem. 
– Romans już jest, tylko nie doszliśmy jeszcze do sypialni. – Obsypał jej twarz 

pocałunkami. 

Odwróciła głowę, ale niewiele to pomogło, bo niczym niezrażony Jake całował 

teraz jej skroń. 

– Coś takiego. – Starała się mówić możliwie lekko. – To wyjaśnia, dlaczego nie 

pamiętam, żebym z tobą spała. Już myślałam, że wyleciało mi to z głowy... 

–  Zapewniam  cię,  że  zapamiętałabyś  to  na  pewno  –  burknął  Jake.  –  To  ci 

gwarantuję.  –  Czubkiem  języka  bawił  się  jej  kryształowym  kolczykiem.  Poczuła 
dziwny szum w uszach. 

Nagle Jake westchnął i odsunął się. 
– Przyjechał Caleb. Jego motocykl piekielnie hałasuje. Dlatego szumiało jej w 

uszach. 

– Pójdę stąd – powiedziała pospiesznie. 
– Uciekasz? 
– Ależ skąd. Muszę zająć się spodniami, inaczej zostanie plama. 
– Dobrze, że wychodzisz – zauważył. – Jesteś trochę rozczochrana. Zobaczymy 

się później. A może chciałabyś, żebym odprawił Caleba? Mógłbym poprosić, żeby 

background image

zwolnił mnie jeszcze na parę godzin w... Jak to nazwałaś? Ach tak, pamiętam, w 
sprawach osobistych. – Jego niski matowy głos pieścił tak samo, jak pocałunki.  – 
Bardzo osobistych. 

– Och, nie zawracaj sobie mną głowy. 
– Już dobrze. Życzę ci miłego oczekiwania. Nie spojrzała na niego. 
– Nie licz na to, Jake. Mam dziś zbyt dużo zajęć, żeby myśleć o tobie. 
– Znajdziesz czas, zapewniam cię. 
Cassie pozazdrościła Jake’owi jego pewności siebie. 

background image

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Gdy  Cassie  poszła  na  górę  do  łazienki,  Jake  przymknął  oczy,  starając  się 

wyobrazić sobie widok za zamkniętymi drzwiami. 

Przyszło  mu  to  wyjątkowo  łatwo.  Farba  zabrudziła  spodnie  z  tyłu  na  udzie, 

więc żeby usunąć plamę, Cassie musiała je zdjąć. Miała teraz na sobie jedwabną 
bluzkę i niewiele więcej... 

Powiedziała,  że  to  nie  będzie  romans.  Uśmiechnął  się.  Ciekawe,  jak  długo 

wytrwa w tym postanowieniu, które wygłosiła drżącym głosem. 

W wejściu ukazała się twarz Caleba. 
– Użyłbym dzwonka – powiedział – ale widzę, że stosujecie politykę otwartych 

drzwi. 

– Jesteś pierwszą osobą, która z tego korzysta. Wejdź. Caleb ostrożnie ominął 

połamane kawałki płyty. 

– To straszne, że nie znalazłeś jeszcze rozwiązania. 
Jake  spojrzał  na  resztki  drzwi,  zastanawiając  się,  jak  zabezpieczyć  wejście. 

Trzeba będzie je zabić do czasu, aż nowe zostaną pomalowane i jakiś fachowiec, 
którego będzie musiał znaleźć, wmontuje je we framugę. 

– Jakiego rozwiązania? 
–  Odwiecznego  problemu  z  niezadowoloną  kobietą.  –  Caleb  smutno  pokręcił 

głową.  –  Skoro  żona,  którą  zaledwie  wynajmujesz,  jest  powodem  takich  strat, 
pomyśl, co mogłaby zrobić po ślubie. – Zadumał się. – Jedna dziewczyna rzuciła 
kiedyś we mnie drinkiem. Trafiła mnie prosto w nos, a była to jakaś obrzydliwie 
słodka mikstura. Że też nie mogła wybrać whisky z wodą sodową... Ale żadna z 
mojego powodu nie wyważała drzwi. Powiedz, wchodziła czy wychodziła? . 

– Ani jedno, ani drugie – uciął Jake. Nonszalancja Caleba nie była mu w smak, 

choć  przecież  nie  było  nic  złego  w  tym,  że  Tanner  całą  sytuację  potraktował 
żartobliwie.  Tyle  że  nie  widział  bladej,  przerażonej  twarzy  Cassie,  ani 
pochylającego się nad nią Buddy’ego... 

Wielokrotnie słyszał, jak ludzie mówili, że z gniewu krew ich zalała. Zawsze 

uważał, że to tylko przenośnia, ale dziś czuł  – niemal widział – jak krew zalewa 
mu oczy. Trwało to aż do chwili, gdy nie odciągnął tego zbira od Cassie. Jeszcze 

background image

chyba nigdy nie czuł takiej satysfakcji, jak w momencie, kiedy Buddy zatoczył się 
do tyłu i grzmotnął o drzwi. 

To  prawda,  że  cena  tego  wyczynu  okazała  się  dość  wysoka.  Szkoda,  że  nie 

popchnął go na ścianę. Tapetę i tak trzeba wymienić, więc kilka krwawych plam 
nie robiłoby różnicy. Cóż, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. 

Ciekawe,  czy  do  zabicia  wejścia  wystarczy  leżąca  na  górze  płyta,  na  której 

Buddy  trzymał  swoje  narzędzia?  To  nawet  rozsądne  rozwiązanie,  wykorzystać 
jego własność do naprawy szkód, które spowodował. 

Z  pomocą  Caleba  usiłował  przymocować  oderwane  kawałki  drzwi,  kiedy 

Cassie  zeszła  na  dół.  Z  szafy  w  holu  wyjęła  skórzaną  torbę,  tak  wielką,  jakby 
należała do listonosza. Ciekawe... 

Jake z premedytacją został na miejscu, zagradzając dziewczynie przejście. 
– Widzę, że udało ci się sprać farbę. 
Nie patrząc na niego, poprawiała na ramieniu pasek torby. 
– Zimna woda, mydło i suszarka potrafią zdziałać cuda. 
Cześć,  Caleb  –  przywitała  się.  –  Dziękuję  za  wczorajsze  przyjęcie.  Do 

zobaczenia, Jake. Wyciągnął rękę i zatrzymał ją. 

– Musisz wziąć klucz do drzwi na patio, bo te na razie nie nadają się do użytku. 
Ich oczy spotkały się. 
– Nawet nie wiem, gdzie go szukać. Naprawdę trzeba zabić główne wejście? 
Zamiast  odpowiedzi,  popchnął  wskazującym  palcem  to,  co  zostało  z  drzwi. 

Odpadł kolejny kawałek. 

–  W  porządku  –  zgodziła  się.  –  Jasne,  głupie  pytanie.  Tak  czy  inaczej,  nie 

wiem, gdzie jest ten klucz. Musisz wezwać ślusarza. 

– Tobie na pewno łatwiej. Dopiszesz mi do rachunku. 
–  Lista  należności  niedługo  cię  przerośnie.  –  Schyliła  się,  żeby  przejść  przez 

otwór.  Zatrzymała  się  gwałtownie,  gdy  zahaczyła  paskiem  torby  o  wystający 
fragment płyty. 

Jake pomógł jej uwolnić się. 
– Zobaczymy się później, Cassie – powiedział łagodnie. 
Zabrzmiało to bardzo niewinnie, doskonale jednak wiedziała, o co mu chodzi. 

Czubkami  palców  dotknął  jej  szyi,  sprawdzając  puls.  Wyrwała  mu  pasek  z  ręki  i 
oddaliła się pospiesznie. 

Caleb zakasłał znacząco. 
– Uważaj na siebie, Abbott. 
O nic nie pytał, Jake uznał więc, że nie oczekuje odpowiedzi. 

background image

– Zrobię kawę i porozmawiamy. 
Poszli do kuchni. Caleb przysunął sobie krzesło i usiadł z kubkiem w dłoni. 
– No już, strzelaj. 
– Dlaczego spodziewasz się złych wiadomości? 
– Dobre przekazałbyś mi w biurze. 
– Niekoniecznie. Trzeba dopracować szczegóły, a tam wciąż ktoś przeszkadza. 

Tak naprawdę, jeszcze nie podjąłem decyzji. Nadal muszę wiele przemyśleć. 

–  Powiedz  tylko,  czego  ci  potrzeba.  Dopilnuję,  żebyś  to  dostał.  –  Odstawił 

kawę i poruszył się na krześle. – W takim razie wracam do biura zająć się nowym 
typem silnika. Nie będę się przyglądał, jak myślisz. 

Jake uniósł brwi. 
– Myślałem, że silnik przekazałeś do działu badań. 
– Znasz powiedzenie: „Chcesz coś zrobić dobrze, zrób to sam”? 
Cassie powiedziała wczoraj, że Caleb nie interesuje się firmą. 
Nie  miała  racji,  przecież  Tanner  prawie  bez  reszty  skupiony  był  na 

przedsiębiorstwie. 

Cassie  wspominała  jeszcze  o  szefie,  którego  należy  zastąpić,  jeśli  źle  kieruje 

pracą... 

– Bądź tak dobry i odpowiedz mi na kilka pytań. Caleb wzruszył ramionami i 

odchylił się na krześle. 

– Jasne, co chciałbyś wiedzieć? 
–  Przypomnij  sobie  początki  istnienia  Tanner  Electronics.  Czy  było  coś,  co 

wtedy szczególnie cię ekscytowało, a czego brakuje ci dzisiaj? 

Caleb na chwilę zadumał się. 
– Najbardziej lubiłem rozwiązywać problemy techniczne. Być częścią zespołu, 

a  nie  kimś,  kto  wyłącznie  ogląda  rezultaty  badań,  i  to  tylko  wtedy,  jeśli  praca 
papierkowa na to pozwoli. 

– Innymi słowy, najbardziej podobała ci się praca inżyniera. 
– Tak zaczynałem, zakładając firmę. 
– Wiem. – Jake przybrał niedbałą postawę, jakby następne pytanie było mało 

ważne. – Nigdy się nie zastanawiałeś, aby do tego wrócić? Znów być inżynierem, 
a nie dyrektorem? No jak? 

– Masz na myśli sprzedaż firmy? 
–  Nie.  –  Jake  zawahał  się.  –  No,  może,  choć  takiego  rozwiązania  nie  brałem 

pod uwagę. Myślałem o czymś innym, a mianowicie o zatrudnieniu kogoś na twoje 
obecne  stanowisko.  Przyjmując  doświadczonego  specjalistę,  który  by  się  zajął 

background image

zarządzaniem... 

– ... na którym ja się nie znam. To masz na myśli? 
– Nie udawaj, że nie rozumiesz. Nadal byłbyś właścicielem Tanner Electronics 

i mógłbyś robić, co tylko zechcesz, natomiast kto inny przejąłby tak bardzo przez 
ciebie znienawidzone papiery. 

– To mogłoby też oznaczać utratę kontroli. 
– Na co dzień tak, ale możesz przecież zostać prezesem rady nadzorczej. 
– Chcesz powiedzieć, że nie potrafię kierować własną firmą? 
– Nie. Chcę tylko powiedzieć, że można być genialnym przedsiębiorcą, ale... – 

przerwał, szukając właściwych słów. 

–  Kiepskim  menadżerem?  –  dokończył  za  niego  Caleb.  Dobrze  powiedziane. 

Caleb nie bawił się w szukanie łagodnych określeń. 

–  Rzadko  spotyka  się  ludzi,  którzy  potrafią  wszystko.  Innych  umiejętności 

trzeba, aby założyć firmę, i zupełnie innych, aby doprowadzić ją do rozkwitu. 

– I twoim zdaniem, mnie ich brakuje. 
– Droga z warsztatu do gabinetu nie jest łatwa. Twoja wizja przedsiębiorstwa 

nie  ulegnie  zmianie,  bo  nowy  dyrektor  będzie  prowadził  taką  politykę,  jaką  mu 
zalecisz.  Ty  jednak  będziesz  mógł  usiąść  przy  desce  i  zająć  się  projektowaniem. 
Przestaniesz zawracać sobie głowę drobiazgami. 

Caleb  nie  odpowiadał,  ale  Jake,  prawdę  mówiąc,  spodziewał  się  tego.  Wcale 

nie  zamierzał  naciskać.  W  swojej  pracy  nauczył  się,  że  ludziom  należy  zawsze 
zostawić  czas  na  przemyślenie.  W  końcu  z  reguły  zgadzali  się  z  jego 
propozycjami. 

W innych dziedzinach ta filozofia również się sprawdzała. Na przykład Cassie. 

Ona też się zgodzi. Trzeba tylko cierpliwie poczekać. No i mieć nadzieję, że nie 
zabraknie  mu  czasu,  a  to  będzie  zależało  od  tego,  jak  długo  potrwa  jego 
współpraca z Tanner Electronics. 

Dzisiejsze  zlecenia  zajęły  Cassie  dwa  razy  więcej  czasu  niż  zwykle. 

Zapominała  o  najoczywistszych  rzeczach,  musiała  cofać  się  do  miejsc,  które  już 
odwiedziła.  W  rezultacie  spóźniła  się  na  spotkanie  z  Paige,  Sabriną  i  klientką, 
której miały pomóc w porządkowaniu rzeczy matki. Kiedy dojechała na miejsce, 
trzy  samochody  stały  już  na  podjeździe.  Zaparkowała  na  ulicy  i  ruszyła  w  stronę 
domu. 

Przy wejściu czekała na nią Paige. 
– Cassie, co się z tobą dzieje? Zadzwoniłaś wczoraj, odłożyłaś nagle słuchawkę 

i  nie  odezwałaś  się  aż  do  rana.  Sama  zaplanowałaś  dzisiejsze  spotkanie,  a  teraz 

background image

spóźniasz się dwie godziny. Czy coś się stało? 

Zza pleców Paige wyjrzała Sabrina. Spojrzała uważnie na Cassie i rzuciła: 
– Daj jej spokój, nie widzisz, że to zmęczenie wiosenne? 
– Przecież jest październik – zezłościła się Paige. Sabrina uśmiechnęła się. 
– Tym bardziej nic dziwnego, że jest trochę ogłupiała. Paige wzniosła oczy do 

nieba, ale twarz jej złagodniała. 

Posłała Cassie przepraszające spojrzenie. 
– Zaczynałam się martwić. To do ciebie niepodobne. 
–  Przepraszam,  Paige.  Wymieniałam  w  bibliotece  książki  pani  Carlson. 

Znalezienie pozycji, których jeszcze nie czytała, jest prawdziwym wyzwaniem.  – 
Cassie uspokoiła sumienie. To wszystko była prawda. 

Gdy weszły do środka, Sabrina zrównała się z Cassie. 
– Przyjmuję podziękowania za uratowanie cię z łap Paige – mruknęła. – A teraz 

powiedz, czemu jesteś tak roztrzęsiona? O co chodzi? 

–  Przede  wszystkim  o  dobre  zajęcia  z  samoobrony.  Sabrina  wysoko  uniosła 

brwi. 

–  Skąd  ten  pomysł?  Czy  poza  panią  Carlson  spotkałaś  się  dziś  z  Benem 

Orcuttem? 

Cassie pokręciła głową. Żałowała swojej niewczesnej uwagi. 
Zanim  skończyły  pracę  w  domu  i  zanotowały  wszystkie  życzenia  klientki, 

odzyskała  równowagę.  Minęło  sporo  czasu  i  teraz  inaczej  patrzyła  na  poranne 
wydarzenia. Zdała sobie sprawę, że przesadziła z oceną sytuacji. 

Jedynym  rzeczywistym  faktem  był  pocałunek,  nad  którym  straciła  kontrolę. 

Najgorsza rzecz, jaką mogła zrobić, to nadawać mu tak wielkie znaczenie. Przecież 
tak naprawdę nic ważnego się nie zdarzyło. 

Takie  stanowisko  powinno  również  odpowiadać  Jake’owi.  Prawdopodobnie 

obawiał się, czy Cassie nie zrozumie opacznie jego intencji. Możliwe, że potrwa 
trochę, nim zdoła przekonać go, że nie zależy jej na żadnym związku, tak samo jak 
on nie jest zainteresowany stabilizacją życiową, z wybraną kobietą u boku. 

Przed wyjściem Cassie zwróciła się do Paige: 
–  Lada  moment  będziemy  miały  zlecenie  na  tapetowanie.  Masz  do  tego 

odpowiedni wzór umowy? 

– Na pewno ma – wtrąciła się Sabrina. – Paige ma wszystko. 
Paige wrzuciła teczkę do samochodu. 
– U kogo to tapetowanie? 
– U Peggy w holu. 

background image

– Zdawało mi się, że odpowiada jej obecna tapeta, zresztą jest prawie nowa. 
Cassie nie patrzyła na nią. 
– Trochę się podarła. Właściwie to drobiazg, tyle że akurat na wysokości oczu 

przy samym wejściu. 

–  Ciągle  te  same  drzwi...  –  Sabrina  ściągnęła  wargi,  jakby  miała  gwizdnąć. 

Powstrzymała się jednak, gdy Cassie trąciła ją łokciem. 

Paige otworzyła usta. Najwyraźniej chciała uzyskać dalsze wyjaśnienia, ale po 

chwili dała sobie spokój. 

– Jeśli chodzi tylko o załatanie rozdarcia, wystarczą resztki tapety. Wydaje mi 

się, że znajdziesz je na górnej półce bieliźniarki. – Spojrzała na pudełko w rękach 
Cassie. – Jeśli nie masz ochoty na przeglądanie tych papierów... 

– Jak na to wpadłaś? 
– Jasnowidztwo – uśmiechnęła się Paige. – Daj, zajmę się nimi. 
– Wymienię się na każde inne zlecenie. Zrobię, co tylko zechcesz, naprawdę. 

Przeraziły mnie te dokumenty. 

–  Nie będę  wykorzystywać  sytuacji.  W  tej  chwili  wolę przyjmować  zlecenia, 

które można wykonać w domu. 

– Czy twoja mama czuje się gorzej? – zaniepokoiła się Cassie. 
– Nie, ale denerwuje się, gdy znikam na całe dnie. – Paige ustawiła pudło z tyłu 

samochodu. – Do zobaczenia – powiedziała i chwilę potem już jej nie było. 

Sabrina grzebała w torbie w poszukiwaniu kluczyków. 
– Czasami mam ochotę trochę nią potrząsnąć. 
– Masz na myśli Eileen? 
– Oczywiście. Ponieważ Eileen się denerwuje, więc Paige dostosowuje do niej 

całe swoje życie. Tak jest od dawna. 

–  Wciąż  jednak  ma  matkę  –  ze  smutkiem  w  głosie  zauważyła  Cassie.  – 

Oddałabym wszystko, żeby móc swoje życie dostosować do wymagań mamy. 

– Kochanie, przepraszam! – zawołała Sabrina. 
– Nie przejmuj się. Wszystko w porządku. 
– Boże, jestem taka nietaktowna. Powinnam była pamiętać, że... 
– Niby dlaczego? Nawet jej nie znałaś. 
– Ty też nigdy nie poznałaś mojej mamy. No tak, ale to zupełnie inna sytuacja. 
Cassie próbowała się uśmiechnąć. 
– Lecz jeszcze bardziej smutna. Ja przynajmniej mam świadomość, że zawsze 

mogę odwiedzać grób mamy, choć to bardzo daleko stąd. 

– Gdzie jest pochowana? 

background image

– W Indianie. 
– Dlaczego aż tam? – spytała Sabrina. 
–  Bo  tam  akurat  mieszkaliśmy  –  bez  entuzjazmu  wyjaśniła  Cassie.  –  Wtedy 

właśnie  mój  ojciec  postanowił  przerabiać  repliki  starych  samochodów  na  meble 
ogrodowe. 

– I ten facet ciągle jest na wolności? 
–  Zdaje  się,  że  nie  miałabyś  ochoty  zainwestować  w  jego  interes.  –  Cassie 

spojrzała na przyjaciółkę z żartobliwym rozgoryczeniem. 

–  Chyba  tylko  wtedy,  gdybym  miała  do  rozprowadzenia  fałszywe  banknoty. 

Och,  przepraszam,  Cassie,  to  było  głupie.  Nie  jestem  specjalistką  w  sprawach 
rodzinnych. 

Zastanowiła  się,  czy  smutek  w  głosie  przyjaciółki  nie  jest  wytworem  jej 

wyobraźni. Sabrina nigdy nie żaliła się, że rodzice wyrzekli się jej, nie wspominała 
też,  jakie  były  tego  powody.  Jednak  tak  czy  inaczej,  minęło  już  parę  lat  od  ich 
ostatniego  spotkania.  Czy  odczuwała  brak  rodziny?  Nie  było  sensu  pytać,  i  tak 
wszystko obróci w żart. 

Po  powrocie  na  osiedle  ucieszyła  się  z  pustego  miejsca  parkingowego  przed 

samym domem. Dopiero gdy stanęła na chodniku, dojrzała, że nie ma już otworu 
w miejscu drzwi. Wejście zostało dokładnie zabite płytą. 

Przypomniała sobie o ślusarzu. 
Wróciła  do  samochodu  i  w  przepastnym  notesie  odszukała  telefon  do 

warsztatu.  Zadzwoniła  tam  z  komórki,  umówiła  się  na  następny  dzień,  po  czym 
zebrała  swoje  rzeczy.  Musiała  obejść  osiedle  i  wśród  dwudziestu  pięciu 
identycznych  płotów  i  furtek  odszukać  ogród  Rogera  i  Peggy.  Podejrzewała,  że 
wejście przez salon zostało zamknięte. Pozostanie jej usiąść na patio i czekać na 
Jake’a. 

Gdy  jednak  wreszcie  tam  dotarła,  zobaczyła,  że  Jake  jest  w  salonie  i  maluje 

drugą stronę drzwi. Kiedy zapukała w szybę, odłożył pędzel i przecisnął się obok 
krzyżaków, żeby ją wpuścić. 

Wmawiała  sobie,  że  ucieszyła  się  na  jego  widok  tylko  z  powodu  chłodnego 

wiatru, który nie zachęcał do siedzenia na patio. 

– Dziękuję – powiedziała. – Wiesz, że na tych furtkach z tyłu nie ma numerów 

domów? Trafiłam dopiero za trzecim podejściem. Chyba powieszę coś na płocie, 
żeby znów się nie zgubić. 

– Czemu nie weszłaś od frontu? 
– Przecież mówiłeś, że trzeba zabić wejście – przypomniała Cassie. – Wygląda, 

background image

jakbyś już to zrobił. 

–  Mam  nadzieję,  że  skutecznie  odstraszy  nieproszonych  gości  –  przyznał.  – 

Planowałem, że przybiję płytę gwoździami, ale wymyśliłem coś innego. 

–  Malowanie,  stolarka.  Uważaj,  Jake,  bo  ani  się  obejrzysz,  a  zostaniesz 

majstrem od wszystkiego. 

– Nawet mnie to bawi – odparł. – Jak mnie już znudzi inwestowanie kapitałów, 

zacznę podróżować po kraju, wynajmując się do różnych robót. 

Jego słowa odbiły się echem w głowie Cassie. Zagryzła wargi.  Wiedziała, że 

dla Jake’a była to tylko zdawkowa uwaga, rzucona ot tak sobie... ale powiedział: 
„zacznę  podróżować  po  kraju”.  Nagle  w  zupełnie  innym  świetle  ujrzała  poranne 
zdarzenie. 

Nie  było  wątpliwości,  że  jego  pocałunki  zdenerwowały  ją  i  wyprowadziły  z 

równowagi.  Jake  przekroczył  granice  przyzwoitości.  Lecz  tak  naprawdę,  była 
przecież niespokojna, zanim pojawił się Buddy, czyli na długo przedtem, nim Jake 
ją  pocałował.  To,  co  nastąpiło  później,  oddaliło  co  prawda  jej  niepokój,  ale  nie 
zlikwidowało problemu. 

Rano  zaniepokoiła  ją  myśl, że  Jake traktuje  ją  jak  środek do  osiągnięcia  celu. 

Chciał szybko zakończyć pracę w Denver i ruszać w drogę. 

Nawet gdy żartował, mimowolnie zdradzał się, że nie zamierza nigdzie osiąść 

na stałe. Nim jeszcze go poznała, wiedziała od Peggy, że Jake jest jak toczący się 
kamień,  który  nigdy  nie  porasta  mchem.  Na  pewno  nie  marzył  o  przytulnej 
zatoczce. 

 
Cassie  musiała  przyznać,  że  wcale  jej  to  nie  dziwi.  Nie  rozumiała  więc, 

dlaczego denerwuje ją fakt, że Jake zachowuje się zgodnie z jej przewidywaniami. 
Zresztą, miała sporo doświadczenia z mężczyznami, którzy nie mogli usiedzieć na 
miejscu. 

Nie  potrafiłaby  zliczyć  miast,  w  których  mieszkała,  i  szkół,  do  których 

chodziła,  a  wszystko  za  sprawą  ojca,  który  był  wiecznym  poszukiwaczem 
skarbów, wciąż pędził za mrzonkami. 

Jakiś wewnętrzny głos mówił jej jednak, że Jake jest inny. 
Ojciec  Cassie  ciągał  je  z  mamą  od  miasta  do  miasta,  ze  stanu  do  stanu,  od 

jednego zajęcia do kolejnego. Jake nie zamierzał zakładać rodziny. Na dodatek, w 
odróżnieniu od Keitha Kerrigana, nie udawał, że następne miasto, stan czy praca, 
będą ostatecznym przystankiem. On wiedział, co robi, szedł drogą, którą sam sobie 
wybrał. 

background image

Wspomnienie ojca i walk, jakie toczyła matka, póki starczyło jej zdrowia, aby 

stworzyć  prawdziwy  dom  w  każdym  nowym  miejscu,  wywołały  nagły  skurcz 
żołądka. Cassie odebrała go jak ostrzeżenie. 

Jake kusił, miał pełno nęcących obietnic i beztroskich słów. Musiała pamiętać, 

że  wszystko,  co  go  dotyczy,  jest  tymczasowe.  Zapomnieć  o  tym  było  równie 
niebezpiecznie, jak kiedyś zaufać ojcu, że dotrzyma słowa i będzie żył w zgodzie 
ze swoimi dobrymi intencjami. 

Całe  szczęście,  że  miała  swoje  doświadczenia.  Nie  musiała  niczego  się 

obawiać, bo nic j ej nie groziło ze strony Jake’a. Keith Kerrigan niewiele zrobił dla 
córki,  ale  na  pewno  uodpornił  ją  na  mężczyzn  tego  samego  co  on  pokroju.  Nie 
mogli jej zauroczyć. 

Matka Cassie ciągle zawierała nowe przyjaźnie, a jednak umierała samotnie. W 

małym  miasteczku  w  Indianie  była  już  zbyt  chora,  żeby  nawiązać  jakieś 
znajomości.  W  przeciwieństwie  do  niej,  Cassie  bardzo  szybko  zrozumiała,  że 
lepiej zachować dystans, niż przy kolejnej przeprowadzce cierpieć z powodu utraty 
przyjaciół.  Chodziła  do  szkoły,  uczyła  się,  szukała  pociechy  w  muzyce, 
opiekowała się mamą i marzyła o dniu, kiedy znajdzie takie miejsce, które będzie 
mogła nazwać własnym. 

O,  nie.  Nie  groziło  jej  to,  że  zakocha  się  w  Jake’u.  Zbyt  przypominał  ojca, 

czym śmiertelnie ją przerażał. 

– Dobrze się czujesz? Jesteś zielona na twarzy. – Jake wyciągnął rękę w stronę 

jej czoła. 

Cassie  uchyliła  się,  unikając  dotknięcia.  Starała  się,  żeby  wyglądało  to 

możliwie naturalnie. 

– To pewnie odblask farby.  – Przysiadła na fotelu i zaczęła czegoś szukać w 

torbie. 

– Udało ci się porozmawiać z żoną inżyniera? 
Nie dała się oszukać zdawkowym tonem. Skinęła głową. 
–  Niestety,  niczego  się  nie  dowiedziałam.  Nic  z  tych  rzeczy,  których 

oczekiwałam. 

Spojrzał na nią pytająco. 
–  Może  to  głupie  –  tłumaczyła  się.  –  Spodziewałam  się  zwykłej  opowieści  o 

tym,  że  zrezygnował  z  pracy,  bo  go  zbyt  absorbowała,  a  chciałby  więcej  czasu 
poświęcać rodzinie. Albo, że jej zdaniem zaniedbywał dom. 

– A więc nie o to mu chodziło? Cassie pokręciła głową. 
– Jeśli dobrze zrozumiałam, zrezygnował, bo tempo było zbyt powolne, a praca 

background image

za mało absorbująca. 

Jake upuścił pędzel, ochlapując się farbą. 
–  Cholera  –  zaklął.  –  To  moje  ulubione  dżinsy.  Będziesz  taka  miła,  by 

powycierać ze mnie te plamy? 

Cassie  całą  siłą  woli  próbowała  powstrzymać  rumieniec,  który  oblewał  jej 

twarz. 

– Wypiszę ci instrukcję w punktach. 
– Zabawniej byłoby obserwować ciebie. Ale przepraszam, mówiłaś, że... 
– Nie znała szczegółów, ale generalnie mówiąc, jej mąż się zwolnił, ponieważ 

w firmie nastąpiły niekorzystne zmiany. Dawniej praca go ekscytowała, ale to się 
skończyło. Caleb był wówczas częścią zespołu i nie trzeba było czekać na zgodę, 
żeby dalej prowadzić badania. 

Jake  podniósł  pędzel,  ale  sprawiał  wrażenie,  jakby  myślami  wędrował  gdzieś 

daleko. 

– Przykro mi, że niewiele pomogłam – powtórzyła Cassie. – Mam wrażenie, że 

ona sama nie bardzo rozumie, o co w tym chodzi. – Przez chwilę obserwowała, jak 
Jake  maluje  drzwi.  –  Buddy  nie  przemyślał  sprawy  i  nie  pojawił  się  z 
przeprosinami? 

–  Nie,  ale  również  nie  przyszedł  po  narzędzia,  może  więc  jeszcze  się 

zastanawia. 

– Trudno, musimy przestać na niego liczyć. – Pochyliła się nad torbą. – Dziś w 

bibliotece  znalazłam  coś,  co  powinno  ci  się  przydać.  –  Wyciągnęła  dużą,  grubą 
księgę ilustrowaną kolorowymi zdjęciami, rysunkami i wykresami. – „Urządzamy 
kuchnię  i  łazienkę.  Poradnik  dla  amatorów”  –  przeczytała  tytuł.  –  Szukałam  też 
czegoś o zakładaniu drzwi. Nie mieli książki, więc wybrałam artykuł z czasopisma 
dla majsterkowiczów. – Wcisnęła mu w ręce wymienione pozycje. 

– Chyba nie myślisz poważnie, że zainstaluję wannę? – zdziwił się. 
–  Czemu  nie?  Przecież  Buddy  odszedł  przez  ciebie.  Peggy  wraca  za  tydzień. 

Jeśli zastanie nie wykończoną łazienkę, a główne wejście zabite płytą, z pewnością 
cię zabije. 

– Może mnie już tu nie być. 
Serce podskoczyło jej do gardła. Starała się, żeby głos jej nie zdradził. 
– Czy skończyłeś już pracę dla Caleba? 
– Nie całkiem, ale przedstawiasz mi tak niebezpieczną perspektywę, że chyba 

lepiej będzie, jak zostawię czek i pozwolę, żebyś to ty wszystko wyjaśniła. 

Była przekonana, że nie zrobi jej tego. Nie zostawi jej z tym całym bałaganem, 

background image

przecież  zajął  się  połamanymi  drzwiami...  Co  się  z  nią  dzieje?  Skąd  to  dziwne 
przekonanie?  Przecież  doskonale  wiedziała,  że  bez  względu  na  drzwi  oraz  inne 
kataklizmy w każdej chwili może stąd wyjechać. 

Wszystko  było  dla  niej  jasne,  lecz  mimo  to  w  głębi  serca  nie  wierzyła,  że 

mógłby tak postąpić. Nie wiadomo, czemu miała pewność, że Jake zostanie. Przy 
niej. 

Bo tego właśnie chciała. 
Zakręciło  się  jej  w  głowie.  To  nie  strach,  że  będzie  musiała  stanąć  twarzą  w 

twarz  z  Peggy.  To  smutek,  że  może  stracić  Jake’a.  Czegoś  tak  absurdalnego 
jeszcze nie doświadczyła. Jak można stracić coś, czego się nigdy nie miało? Było 
to  najbardziej  niedorzeczne  uczucie,  a  jednak...  Nie  wiadomo,  kiedy  się  zaczęło, 
kiedy  zrobiła  ten  krok:  od  niechęci  do  sympatii  i  nieśmiałej  przyjaźni. 
Następowało to stopniowo, w ciągu tych kilku dni. Zresztą, jakie znaczenie miało 
określenie  momentu,  w  którym  posunęła  się  o  jeszcze  jeden  krok  dalej:  od 
sympatii do miłości. 

Miłość. 
Nawet samo słowo sprawiało ból. Nic jednak nie da zaprzeczanie. Jeszcze kilka 

minut temu z dumą myślała, że nie pokocha Jake’a Abbotta. Do pewnego stopnia 
miała  rację.  Wtedy  już  jej  to  nie  groziło.  Miała  to  za  sobą  –  pokochała  go 
wcześniej. 

Było  już  za  późno,  by  wrócić  do  punktu  wyjścia.  Co,  na  Boga,  można  teraz 

zrobić? 

background image

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

 

 
Jake  przyglądał  się  jej  dziwnie.  Cassie  uniosła  brodę  i  obdarzyła  go 

wymuszonym  uśmiechem.  Później  rozważy  swoje  uczucia  i  ich  powody,  a  także 
zastanowi  się,  co  z  tym  zrobić.  Teraz  jednak  musiała  skupić  się  na  ukryciu  tej 
informacji.  Wyraźnie  dał  jej  do  zrozumienia,  że  nie  myśli  serio  o  żadnych 
związkach. Jeśli więc odkryje, jaką idiotkę z siebie zrobiła, lokując w nim swoje 
uczucia,  pomyśli,  że  ma  tyle  rozumu,  co  ropucha,  którą  wyniósł  z  łazienki. 
Musiałaby zgodzić się z tą opinią. Ależ z niej kretynka! 

Zajmie  się  tym  później.  Będzie  miała  dużo  czasu,  gdy  zostanie  sama.  Kiedy 

Jake odjedzie, pozostanie jej tylko czas... 

– Na pewno dobrze się czujesz? – zaniepokoił się. – Z początku myślałem, że 

zmęczyłaś  się  wędrówką  wokół  osiedla,  jeszcze  z  tą  wielką  torbą,  ale  ty  wciąż 
jesteś zielona na twarzy. 

–  Nic  mi  nie  jest.  –  Wiedziała,  że  mówi  zbyt  szorstko.  Postanowiła  zmienić 

zarówno  ton,  jak  i  temat  rozmowy.  Najlepiej  zejść  na  sprawy  zawodowe.  – 
Zastanawiałam  się,  czy  za  pieniądze,  które  jesteś  mi  winien,  nie  mógłbyś  mi 
udzielić porady w sprawie firmy. 

W jego oczach ujrzała uśmiech, od którego zrobiło się jej gorąco. 
–  Są  jeszcze  inne  rzeczy,  które  mógłbym  oferować  zamiast  pieniędzy  – 

powiedział powoli. – I inne sprawy, które wolałbym omawiać. – Odłożył pędzel i 
przysiadł  na  poręczy  jej  fotela.  –  Sądząc  po  twoich  nagle  zaróżowionych 
policzkach, wiesz doskonale, o czym myślę. 

Cassie  odsunęła  się,  lecz  dosięgną!  palcami  jej  włosów.  Delikatnie  przesunął 

rękę po jej szyi, ujął pod brodę i uniósł jej twarz. 

– Nie – szepnęła. – Proszę. Wolno pokręcił głową. 
–  Wiesz  przecież,  Cassie,  że  nie  da  się  tego  zignorować.  To  nie  załatwi 

problemu. – Delikatnie musnął wargami jej usta. 

Dotyk  był  lekki  jak  powiew,  lecz  ona  miała  wrażenie,  że  wszystko  w  niej 

wybucha. 

– Wiesz, czego oczekuję – szeptał z ustami przy jej twarzy. 
– O tak, wiem... – Głos się jej załamał. 

background image

Jake odsunął się nieco i spojrzał na nią uważnie. 
–  Myślisz  o  tym,  jak  zachowałem  się  dziś  rano.  Przepraszam  cię,  byłem 

niezręczny.  Zbyt  na  ciebie  naciskałem  i  przestraszyłaś  się.  Nigdy  już  tak  nie 
zrobię.  Kiedy  będziesz  gotowa,  Cassie...  –  Teraz  jego  pocałunki  były  badawcze, 
pytające, niemal błagalne. 

Musiała  bardzo  się  hamować,  żeby  nie  oddać  mu  pocałunku.  Najbardziej 

pragnęła  przyciągnąć  go  do  siebie,  cieszyć  się  chwilą,  przestać  myśleć  o 
przyszłości. 

– Wiesz, jak bardzo cię pragnę – szeptał. 
„Pragnę”. Nawet nie „potrzebuję”. A już na pewno nie „kocham”. 
Powinno  jej  to  wystarczyć  do  podjęcia  decyzji.  Już  jaśniej  nie  mógł  się 

wyrazić.  Nic  się  nie  zmieniło.  Proponował  krótki  flirt,  nic  więcej.  Cassie  to  nie 
satysfakcjonowało, mogła więc dać tylko jedną odpowiedź. 

W głowie czuła straszny zamęt. Za kilka dni może go już nie być, natomiast za 

tydzień  wracają  Peggy  z  Rogerem,  a  wtedy  skończy  się  jej  zajęcie  i  wróci  do 
domu. Nawet jeśli praca zatrzyma Jake’a trochę dłużej w Denver, ona i tak już go 
nie zobaczy. Może nawet nie spotkać go nigdy więcej. A wtedy nie dostanie tego, 
czego tak pragnie. 

Nie  było  sensu  rozmyślać  o  stałości,  zaangażowaniu,  trwałości,  skoro 

prawdziwy związek nie wchodził w grę. 

Mogła  tylko  rozważać,  czy  sięgnąć  po  tę  odrobinę  szczęścia,  jaka  była 

dostępna.  Wówczas  po  jego  wyjeździe  mogłaby  pielęgnować  miłe  wspomnienia. 
Było  jeszcze  drugie  wyjście:  odmówić  sobie  nawet  tych  okruchów  radości  tylko 
dlatego, że nie może dostać wszystkiego. 

W  tej  sytuacji  wybór  stał  się  oczywisty.  Niech  Jake  myśli,  że  to  przelotny 

romans. Ona też będzie udawać, że traktuje ich krótki związek jak świetną zabawę. 

A  za  kilka  dni  czy  tygodni,  jeśli  szczęście  jej  dopisze,  pozostaną  jej  cenne 

wspomnienia. 

Tylko  czy  zdoła  zachować  pozory  i  Jake  nie  zorientuje  się,  że  dla  niej  to 

znacznie więcej niż przelotna miłostka? Czy nie ryzykuje więcej, niż będzie mogła 
znieść? 

Według  czasopisma  zakładanie  drzwi  było  czynnością  tak  prostą,  jakby 

chodziło o przestawienie książek na półce. Jake nie bardzo się z tym zgadzał. Jego 
zdaniem łatwiej byłoby na nowo postawić dom. 

Odrzucił  śrubokręt  Buddy’ego  i  usiadł  na  jednym  z  krzyżaków.  Nie  miał 

problemu ze zdjęciem starych drzwi, z których zresztą niewiele zostało. Problem 

background image

tkwił w demontażu zniszczonej futryny. 

Sięgał już po większy śrubokręt, zatrzymał się jednak, widząc ruch w salonie. 

Cassie pochyliła się, dokładając drwa do kominka. Sztruksowe spodnie znakomicie 
podkreślały jej zaokrąglone kształty. Z powrotem usadowił się na krzyżaku, żeby 
rozkoszować się widokiem. 

Przez  moment  rozważał  całkowite  przerwanie  pracy.  W  październikowym 

chłodzie,  przy  braku  drzwi  wejściowych,  Cassie  będzie  stale  dokładać  do  ognia. 
Godzinami mógłby się tak gapić. 

Miał  też  lepsze  pomysły.  Na  przykład  przerzucić  ją  przez  ramię  i  zanieść  na 

górę... 

Westchnął, przypomniawszy sobie, jak w chwili słabości obiecał, że nie będzie 

jej  do  niczego  zmuszał.  Dotąd  dotrzymał  słowa,  choć  kosztowało  go  to  wiele 
wysiłku. 

Wtedy  był  pewien,  że  dobrze  odczytał  intencje  Cassie.  Postawiłby  roczną 

pensję, że choć bardzo starała się zignorować wzajemne przyciąganie, w końcu jej 
uczciwość i ciekawość przeważą szalę. 

Minęło jednak kilka dni, a Cassie, choć uprzejma i nawet rozmowna, nie dała 

mu żadnego sygnału, że chciałaby z nim dzielić łóżko. 

Domyślał się, że nie jest jej obojętny. Tę nadzieję rozbudził w nim sposób, w 

jaki czasami spoglądała na niego spod oka. 

Cassie na chwilę zapatrzyła się w płomienie, a potem wróciła do holu i spytała: 
– Jeszcze nie zamarzłeś? Mam na sobie trzy swetry, a ty tylko koszulkę. 
– Pracuję fizycznie – powiedział z godnością Jake. 
– Raczej chwalisz się mięśniami. 
Nareszcie jakiś punkt dla niego. Musiała zauważyć jego muskulaturę. 
– Zamontowałeś już nową futrynę? 
– Jeszcze nie. Śruby, którymi przymocowano starą, mają z pół metra długości. 

Złamałem dwa śrubokręty Buddy’ego i nadwyrężyłem drugi staw barkowy. 

Cmoknęła z żartobliwym współczuciem. 
–  Jak  tylko  ciasteczka  będą  gotowe,  na  pociechę  przyniosę  ci  kilka  prosto  z 

piekarnika. 

–  To  ja  doznaję  kontuzji,  mocując  drzwi,  a  ty  zajmujesz  się  ciasteczkami?  – 

pożalił się. 

– Muszę coś robić, żeby się rozgrzać. 
Uchwycił  moment,  gdy  odkryła  drugie  znaczenie  swoich  słów.  Może  zresztą 

była  to  celowa  aluzja?  Zaproszenie?  Z  przyjemnością  patrzył,  jak  rumieńce 

background image

występują jej na twarz. 

– Nie próbuj sugerować, że masz dla mnie jakieś inne rozwiązanie – zauważyła 

kwaśno. 

–  Po co  mam  sugerować,  skoro  doskonale  o  tym  wiesz?  –  Uśmiechnął się.  – 

Zaraz zacznę wykład. Gdybyś jednak wolała prezentację... 

Parsknęła  i  uciekła  do  kuchni.  Jake  odzyskał  humor,  podniósł  śrubokręt  i 

przepełniony energią, ponownie zaatakował futrynę. 

Udało mu się wyrwać jedną oporną śrubę. Gdy zabierał się do kolejnej, Cassie 

wróciła z kuchni z talerzem pełnym czekoladowych ciasteczek, szybko odstawiła 
talerz i zatrzepotała palcami. 

– Są jeszcze bardzo gorące – wyjaśniła. Jake ujął jej dłoń. 
– Mówiono mi, że najlepiej na oparzenie działa zimna woda, a jeśli akurat jej 

nie ma... – Włożył końce palców Cassie do ust. 

Zadrżała na całym ciele i próbowała wyrwać rękę. 
Poprawił  chwyt  i  niewinnie  przesuwał  językiem  po  jej  palcach.  Czuł  na  jej 

nadgarstku  oszalały  puls.  Nic  w  tym  dziwnego.  Jego  ciśnienie  też  osiągnęło 
rekordową granicę. 

–  Doskonale  wiesz,  że  nie  potrzeba  mi  pierwszej  pomocy  –  powiedziała 

zdecydowanie. 

Słyszał,  że  z  trudem  łapała  oddech.  Niechętnie  wyjął  jej  palce  z  ust,  ale  nie 

puścił dłoni. 

– Obiecałem, że nie będę cię zmuszał – powiedział Jake. 
–  Muszę  ci  jednak  czasami  przypominać,  że  ciągle  tu  jestem  i  czekam  na 

odpowiedź. 

– Już ją dostałeś. 
O dziwo, nie zabrzmiało to tak pewnie. 
– Czekam – powtórzył łagodnie – na taką odpowiedź, która mi się spodoba. 
Cassie zacisnęła zęby. 
Miał  nadzieję,  że  wreszcie  coś  uda  mu  się  osiągnąć.  Podniósł  rękę  do  jej 

włosów. Sprężyste loki połaskotały dłoń. Wsunął palce głębiej. 

Zza pleców dobiegł czyjś głos: 
– Puk, puk. 
Cassie  zerwała  się  na  równe  nogi,  natomiast  Jake  nie  poruszył  się.  Powoli 

przesunął palce przez miękkie sploty i dopiero gdy nacieszył się ich jedwabistym 
dotykiem, odwrócił głowę. 

– Cześć, Caleb. Nie słyszałem motocykla. 

background image

– Nic dziwnego, masz dużo ciekawsze zajęcie. Przyjechałem  pogadać z tobą, 

ale... 

– Już idę – pospiesznie wtrąciła Cassie. 
– Nie spiesz się z mojego powodu. Nie zamierzałem robić głupich uwag. Tyle 

że od samego patrzenia kręci się w głowie, więc... 

– Poczęstuj się ciasteczkiem. – Cassie już była w holu. 
–  Od  razu  poczujesz  się  lepiej.  Jake  nie  powinien  jeść  słodyczy,  jest  zbyt 

roztrzęsiony. 

Caleb zjadł ciasteczko. 
– Ależ z ciebie szczęściarz. – Tęsknie popatrzył na talerz. 
–  Częstuj  się  –  zaprosił  Jake.  –  Słyszałeś,  co  mi  rozkazano.  Caleb  pochłonął 

kolejne dwa ciasteczka. 

–  Jake,  jeśli  nie  zachowasz  ostrożności,  może  się  okazać,  że  wziąłeś  żonę  w 

leasing. 

– Z powodu talerza ciastek? – zaśmiał się Jake. – Póki co, to nie ja je pożeram. 

Jeśli masz ochotę na stałą dostawę, sądzę, że Wypożyczalnia Żon chętnie się tym 
zajmie. 

Caleb  nie  odpowiedział.  Zastanawiając  się  nad  podsuniętym  rozwiązaniem, 

przeżuwał kolejne ciastko. Jake znów zajął się futryną. 

– Nie będzie ci przeszkadzać, że jednocześnie będę pracował? Robi się zimno. 

Cassie chciałaby, żebym zainstalował drzwi jeszcze dziś. – Na widok miny Caleba 
dodał ostrzej, niż zamierzał: – Nie jestem pod pantoflem, jeśli to masz na myśli. I 
przestań mówić o małżeństwie. 

– Przecież nic nie mówię – zdziwił się Caleb. – Dziwne, że ten problem tak cię 

nurtuje. 

–  Bo  myślę  o  twoich  pracownikach.  –  Zdziwił  się  własnymi  słowami.  Były 

zupełnie nie na miejscu, w każdym razie nie w obecnej sytuacji. 

– Możesz mi to wyjaśnić? 
Jake  zastanowił  się.  Skoro  już  zaczął...  –  .  Chcesz  utrzymać  swój  zespół, 

prawda? 

– Tak chyba będzie rozsądniej, niż przyjmować nowych ludzi. Zanim wdrożą 

się do zawodowych obowiązków, upłynie sporo czasu. 

– Święta prawda, ale w takim razie musisz też przyjąć do wiadomości, że twój 

personel  dojrzewa.  Przede  wszystkim  robią  się  starsi.  Nie  będą  już  w  stanie 
pracować osiemnaście godzin na dobę i sypiać pod biurkiem. Po pierwsze nie będą 
chcieli, a gdyby nawet, rano trudno byłoby im się podnieść. 

background image

– Sugerujesz, że przy każdym biurku i desce powinienem ustawić kozetkę... 
–  Bywały  bardziej  szalone  pomysły,  ale  dajmy  temu  spokój,  nie  o  to  chodzi. 

Problem w tym, że wraz z upływem czasu twoi ludzie zmieniają swój stosunek do 
życia. Wciąż poważnie traktują pracę, ale również zakładają rodziny, mają domy. 
Muszą  rozwiązywać  liczne  sprawy,  które  w  żaden  sposób  nie  wiążą  się  z 
elektroniką ani z firmą. Jeśli możesz więc rozwiązać ich problemy... 

–  Mam  przyjąć  na  etat  Wypożyczalnię  Żon?  Dziewczyny  będą  biegać  w 

różnych sprawach i wszystkich zaopatrywać w ciasteczka. 

 
Jake ze smutkiem spojrzał na pusty talerz i zauważył kwaśno: 
– Chyba przede wszystkim ciebie. W gruncie rzeczy w ten sposób  można by 

zacząć, ale miałem na myśli co innego: salę gimnastyczną, siłownię, imprezy dla 
całych rodzin, imprezy dla dzieci... 

– Organizacja tego wszystkiego, a potem zarządzanie zajęłoby mi dużo czasu. 
– Który jest potrzebny na prace badawcze – zgodził się Jake. – Zastanawiałeś 

się nad moją sugestią, żeby znaleźć kogoś do zarządzania firmą? 

– Tak – westchnął Caleb.  – Choć w pierwszej chwili powaliła  mnie myśl, że 

mogę stracić pracę we własnej firmie. 

Jake próbował ukryć irytację. 
–  Przecież  nie  było  o  tym  mowy.  Twoja  pozycja  się  nie  zmieni,  a  nawet 

poprawi,  bo  badania nabiorą  większego tempa,  jeśli nie trzeba  będzie  czekać,  aż 
uporasz  się  z  robotą  papierkową.  Dlatego  właśnie  zwolnił  się  ten  inżynier: 
spowolnienie pracy i brak zaplecza. 

– Naprawdę? – zdziwił się Caleb. 
–  Przeczuwałem  to,  więc  go  po  prostu  spytałem.  –  W  myślach  przeprosił 

Cassie.  Nie  mógł  zdradzić  Calebowi,  że  cała  czarna  robota  była  jej  zasługą,  bo 
znów wróciliby do problemu małżeństwa. 

– A myślisz, że mógłby wrócić? 
–  Natychmiast,  jeśli  będziesz  tak  dostępny,  jak  kiedyś.  Ale  tu  wracamy  do 

problemu administratora. 

– Kogoś w twoim stylu – zauważył Caleb. – Weźmiesz tę pracę? 
Zmiana  jego  stanowiska  była  tak  nagła,  że  minęła  dłuższa  chwila,  nim  Jake 

zrozumiał propozycję. Otworzył usta ze zdziwienia. 

– Ja? 
–  Dlaczego  nie?  –  spokojnie  odparł  Caleb.  –  Bądź  co  bądź,  to  twój  pomysł. 

Założenia  tej  koncepcji  mógłbyś  z  pewnością  przedstawić  bez  chwili 

background image

zastanowienia. Poza tym poznałeś już firmę. 

–  No,  nie  wiem  –  wolno  powiedział  Jake.  –  Nigdy  nie  rozważałem  zmiany 

obecnej pracy. 

To  nie  zmiana,  a  cała  rewolucja.  Przede  wszystkim  musiałby  na  stałe 

przeprowadzić  się  do  Denver  i  zająć  się  jedną  firmą.  Nie  przenosiłby  się  już  z 
przedsiębiorstwa  do  przedsiębiorstwa,  nie  poznawałby  kolejnych  produktów, 
rynków, problemów... 

Czy dreszcz, który jak bryłka lodu przeszedł mu po plecach, oznaczał  strach, 

czy  też  nadzieję?  Tylko  czas  pozwoli  znaleźć  odpowiedź  na  to  pytanie.  Czas  i 
staranne przemyślenie sprawy. Zbyt szanował Caleba, żeby z miejsca odrzucić lub 
przyjąć propozycję. 

–  Zastanów  się  nad  tym.  –  Caleb  sięgnął  po  śrubokręt.  –  Zabierzmy  się  do 

drzwi, żeby uszczęśliwić Cassie. 

Cassie.  Ciekawe,  co  też  ona  powie?  Jake  uśmiechnął  się  drwiąco.  Pewno 

zwróci  mu  uwagę,  że  gdy  zatrzyma  się  gdzieś  na  stale,  będzie  mógł  wreszcie 
uzupełnić zapasy w lodówce. Na przykład trzymać aż dwie butelki keczupu. 

Zrobił  się  już  wieczór.  Ogrzewanie  nie  poradziło  sobie  jeszcze  z  chłodem, 

który przeniknął dom. W salonie nadal palił się ogień. Jake leżał na brzuchu przed 
kominkiem.  Trzymając  brodę  opartą  na  złożonych  dłoniach,  wpatrywał  się  w 
płomienie. 

Nie  zauważył,  kiedy  weszła  Cassie.  Usiadła  w  fotelu,  nogi  podciągnęła  pod 

siebie.  Otworzyła  pudełko  pełne  kartek  urodzinowych,  lecz  zamiast  zająć  się 
wypisywaniem adresów, przyglądała się Jake’owi. 

 
–  Chyba  jesteś  zmęczony.  Nadal  boli  cię  bark?  Powoli  pomacał  obolałe 

miejsca. 

–  Niestety,  już  nie  jeden.  Nie  miałbym  nic  przeciw  temu,  gdybyś  zechciała 

rozmasować mi mięśnie. 

Chociaż  Cassie  miała  wystarczająco  dużo  rozumu,  jednak  gdy  Jake  leżał  tak 

rozciągnięty,  było  w  nim  coś  dziwnie  bezbronnego...  i  właśnie  owo  „coś” 
wyciągnęło ją z fotela i kazało usiąść na podłodze. 

Na  ciemnych  włosach  Jake’a  odbijały  się  złote refleksy.  Miał  na sobie  gruby 

sweter  z  dzianiny  i  Cassie  wsunęła  palce  przez  luźne  oczka.  Kiedy  zaczęła 
rozcierać  obolałe  mięśnie,  miała  wrażenie,  że  jego  rozgrzana od ognia skóra  jest 
wręcz gorąca. 

Z  westchnieniem  przekręcił  głowę,  ułożył  policzek  na  dłoniach  i  przymknął 

background image

oczy. 

Siedziała tak dość długo, delikatnie masując ramiona i kark. Oddychał wolno i 

miarowo, jakby ukołysała go do snu. Wiedziała, że powinna już przerwać masaż, 
nie chciała jednak rezygnować z tych krótkich chwil, kiedy mogła udawać, że Jake 
należy do niej. 

Wreszcie  tak  bardzo  się  zmęczyła,  że  musiała  przestać.  Siedziała  teraz 

nieruchomo,  wciąż  opierając  palce  o  jego  kark,  jakby  chciała  utrwalić  swoje 
odciski. 

Co za głupota, pomyślała, cofając ręce. 
Jake przekręcił się na bok i uniósł na łokciu. 
–  Dłonie  pianisty  –  powiedział  rozleniwionym  głosem.  –  Silne  i  wrażliwe. 

Dziękuję. – Czubkiem palca pogładził jej palce. – Ani razu nie grałaś od tamtego 
pierwszego wieczoru. W każdym razie, nie przy mnie. 

Cassie usiłowała opanować drżenie. 
– Biorąc pod uwagę zniszczenia, których dokonałeś, słysząc zwykły marsz, nie 

mam odwagi zagrać przy tobie tego, nad czym teraz pracuję. Chodzi o „Makbeta” 
w wersji operowej. Obawiam się, że gołymi rękami przerobiłbyś pianino Peggy na 
opał. 

– Dobrze mnie już znasz, prawda? – uśmiechnął się. Przesunął dłoń wzdłuż jej 

ręki  i  dotknął  policzka.  –  Drżysz,  Cassie.  Czy  naprawdę  tak  cię  przeraża,  że 
moglibyśmy poznać się jeszcze bliżej? 

– Nie o to chodzi – odrzekła. – Jest mi zimno. 
– Połóż się obok i pozwól się ogrzać. Spojrzała z ukosa. 
– Nie rezygnujesz, co? 
– Nigdy. – Bawił się jej rzęsami. – Czy między wami do czegoś doszło? Z tym 

facetem od Szekspira? Dlatego jesteś tak niechętna? 

– Ze Stephanem? Nie. 
–  Pewnie  dlatego,  że  nie  próbował.  –  Położył  dłoń  na  jej  szyi.  –  A  jeśli 

obiecam, że nie zrobię nic wbrew twej woli, położysz się tu? 

Nie  miała  wątpliwości,  że  dotrzyma  obietnicy.  Nie  jest  taki  jak  jej  ojciec. 

Czasami nie podobało jej się to, co mówił, ale zawsze była to prawda, natomiast na 
ojca nigdy nie można było liczyć. 

Ileż to razy Keith Kerrigan obiecywał, że to już ostatnia zmiana pracy, ostatnia 

przeprowadzka, szkoła. Jake był inny. 

Był uosobieniem uczciwości. Nie okłamałby jej. I nigdy, przynajmniej celowo, 

nie skrzywdziłby jej. 

background image

Zmęczyły  ją  już  pytania,  które  zadawała  sobie  od  dwóch  dni.  Miała  dość 

rozważania  ryzyka,  przewidywania  tego,  czego  przewidzieć  się  nie  dało, 
wiecznych obaw i zastanawiania się, czego tak naprawdę pragnie. 

Gdzieś tam w środku doskonale wiedziała, że decyzja już zapadła. Nie mogła 

już odszukać w sobie tej niepewności, wahania. 

Wyciągnął  zachęcająco  rękę  i  powoli  ułożyła  się  obok  niego  na  miękkim 

grubym dywanie. 

Trocheja  przeraziło,  jak  doskonale  dopasowała  się  do  jego  ciała.  Leżała 

otoczona  jego  ramieniem,  z  głową  wspartą  o  bark.  Rozluźniła  mięśnie, 
dostosowując ciało do powolnego rytmu jego oddechu. 

– Masz bardzo refleksyjny nastrój – zauważyła w końcu. 
– Myślę o nowej pracy. 
Boże,  to  już!  Ogarnął  ją  smutek.  Tak  szybko.  Powinna  go  zapytać  lekkim  i 

możliwie niefrasobliwym tonem o tę nową pracę. Dowiedzieć się, gdzie pojedzie i 
co będzie robił. Zbyt się jednak bała, że załamie się jej głos. 

–  Ale  już  o  tym  nie  myślę.  Cassie,  wiesz,  jak  bardzo  cię  pragnę.  – 

Niepostrzeżenie  uniósł  się  i  spojrzał  jej  w  oczy.  W  jego  pociemniałym  wzroku 
ujrzała pytanie. 

A jeśli ta krótka chwila jest naszą jedyną szansą? Czy naprawdę chcesz, by się 

nie spełniła? – zdawał się ją pytać. 

Nie,  odszepnęło  jej  serce.  Położyła  dłoń  na  jego  szyi  i  przyciągnęła  go  do 

siebie,  do  przyjemnej,  choć  trochę  smutnej  krainy  marzeń,  gdzie  czas  zwalniał 
tempo,  gdzie  liczyło  się  tylko  ich  dwoje  i  cudowne  zaspokojenie  trawiącego  ich 
głodu. 

Cassie  kładła  na  patelni  plasterki  bekonu,  kiedy  Jake  wszedł  do  kuchni. 

Pocałował ją z tyłu w szyję. 

– Myślałem, że dzisiaj pośpisz sobie dłużej. Odłożyła widelec i odwróciła się w 

jego ramionach. 

–  A  ja  myślałam,  że  masz  ochotę  zjeść  śniadanie  w  łóżku.  –  Spojrzała  na 

granatowy  sportowy  płaszcz  i  rozpiętą  pod  szyją  koszulę.  –  Następnym  razem 
zostawię ci wiadomość. 

– Żebym nie wstawał z łóżka? Prościej byłoby, gdybyś ty to zrobiła. 
Chciała. Kiedy dziś rano przebudziła się w jego ramionach, słońce wydawało 

się jaśniejsze, a kolory żywsze. Ciało pulsowało energią, a zmysły miała niezwykle 
wyostrzone. 

Zaczęła  rozmyślać,  jak  bardzo  chciałaby  budzić  się  tak  każdego  ranka  i  łzy 

background image

napłynęły  jej  do  oczu.  Nie  mogła  dopuścić,  by  Jake  to  zobaczył,  wyśliznęła  się 
więc  z  jego  ramion  i  zeszła  na  dół.  Musiała  wziąć  się  w  garść.  Zapomnieć  o 
magicznej nocy i wrócić do codziennej rzeczywistości. 

Nie patrzyła mu w oczy. 
– Następnym razem tak zrobię. Ponownie ją pocałował i sięgnął po kubek. 
– Mógłbym się uzależnić od twojej kawy. 
Miała ochotę spytać, czy od niej też, lecz zamiast tego wzięła widelec i wróciła 

do patelni. 

– Jak ci przygotować bekon? 
– Chrupiący. Ale chyba nie dam już rady zjeść. Muszę zdążyć na samolot. 
Zamarła. Plasterek bekonu zawisł na widelcu. Powiedział wczoraj, że myśli o 

nowej pracy. Nie, że ją zaczyna. Nie dzisiaj... 

No cóż, od początku wiedziała, że ta idylla nie będzie długo trwać. 
Nie sądziła tylko, że koniec nastąpi tak szybko. 
Próbowała  się  opanować.  Musi  się  uśmiechnąć  i  uspokoić,  jakby  jej  serce 

wcale nie pękało. Nie, Jake chyba nic nie zauważył. Sięgnął po telefon i wybierał 
numer. 

– Caleb – mówił już po chwili. – Przez kilka dni nie będzie mnie tutaj. Dzisiaj 

lecę do Nowego Jorku. Chciałem przed wyjazdem porozmawiać o pracy, którą mi 
wczoraj zaproponowałeś. 

Cassie szeroko otworzyła oczy. Miał ofertę pracy? I to od Caleba? Czyli jakieś 

stanowisko w Tanner Electronics. To znaczy... 

Czy to możliwe, że nowa praca, nad którą wczoraj rozmyślał, związana była z 

Denver? Czy toczący się kamień znalazł jednak swoją zaciszną zatokę? Skoro Jake 
zamierzał zostać... 

–  Propozycja  jest  intrygująca  –  mówił  do  telefonu.  –  Naprawdę  znakomita. 

Mam nadzieję, że nie zrozumiesz mnie źle, ale nie mogę jej przyjąć. 

Cassie miała wrażenie, że wymierzył jej cios w żołądek. 
– Nie – ciągnął Jake. – Jestem pewien. To nie dla mnie. Nic się nie zmieniło. 

Cassie była zrozpaczona. Wiedziała, że odjedzie. Zaakceptowała to, pogodziła się 
z tą myślą. 

A  jednak,  gdzieś  w  głębi  duszy,  tak  głęboko,  że  nawet  sama  tego  nie 

dostrzegła,  miała  odrobinę  nadziei  na  cud.  Liczyła  na  to,  że  nastąpi  w  nim 
przemiana, że stanie się dla niego tym wszystkim, co w życiu najważniejsze. 

Rzeczywistość  była  jednak  zupełnie  inna.  Jake  miał  wybór  i  dokonał  go. 

Jednak to nie ją wybrał. Odrzucił ofertę Caleba, tym samym odrzucił Cassie. 

background image

Z  patelni  unosił  się  drażniący  dym.  Znakomicie,  pomyślała.  Przynajmniej  nie 

musi wyjaśniać, dlaczego płacze. 

background image

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Połączenie  zostało  przerwane,  lecz  Jake  nadal  stał  ze  słuchawką  w  ręku. 

Dlaczego tak trudno było odmówić? 

W ofercie Caleba było coś pociągającego, choć nie bardzo wiedział co. Może 

chodziło  o  szansę,  jaką  dawała  praca  nad  jednym  produktem,  począwszy  od 
projektu  aż  do  wprowadzenia  na  rynek  i  satysfakcja  z  osiągniętego  rezultatu? 
Mógłby  zastosować  własne  teorie,  do  tej  pory  rozwijane  po  trochu  w  różnych 
firmach w całym kraju. Poza tym chyba zmęczyły go już ciągłe podróże. 

Do  diabła,  sam  siebie  nie  rozumiał.  Zresztą,  co  za  różnica?  Podjął  jedyną 

słuszną decyzję. 

Nagle  doszedł  go  swąd  przypalanego  mięsa.  Opuścił  słuchawkę  na  widełki  i 

odwrócił się gwałtownie. Z patelni unosiły się kłęby dymu. 

– Co się dzieje, do wszystkich...? 
Cassie patrzyła na niego zalanymi łzami oczami. 
Jake złapał patelnię pełną poczerniałego, spalonego tłuszczu i cisnął do zlewu. 

Jeszcze przez dłuższą chwilę słychać było skwierczenie i syczenie. 

– Bekon nie miał być aż tak chrupiący – powiedział. Cassie nie odezwała się. 

Sięgnęła  po  zmywak  i  zajęła  się  wycieraniem  zachlapanej  tłuszczem  płyty 
kuchenki. 

– Jesteś zła? 
– Skądże. Nie mam prawa denerwować się tym, co robisz. 
Poczuł irytację. Jej słowa brzmiały pokornie, ale ton głosu był zupełnie inny. 
– Jesteś wściekła, bo nie powiedziałem ci wcześniej, że wyjeżdżam. 
Potrząsnęła głową. 
– Proszę cię, Jake... Nie uwierzę, że aż do tej pory nie wiedziałeś o wyjeździe. 
– Myślałem nad tym dziś rano i zdałem sobie sprawę, że właściwie mam już 

wszystkie potrzebne dane. Jeśli zdążę na samolot... 

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę. 
– Wiesz, Jake... – W jej głosie słychać było smutek. – Naprawdę myślałam, że 

jesteś inny. 

Spochmurniał. 

background image

– Niż kto? Ten oszust, który ukradł ci pracę? 
–  Tak.  O  nim  też  myślałam,  że  jest  inny.  Inny  niż  mój  ojciec.  I  był  taki pod 

wieloma  względami:  systematyczny,  uporządkowany,  solidny.  Niby  miał 
wszystkie cechy, jakich szukałam. A jednak okazało się, że wykorzystywał innych 
i kłamał. Zupełnie jak mój ojciec. – Spojrzała mu prosto w oczy. – I jak ty. 

Nie wiedział, czy bardziej go rozgniewała, czy zraniła. 
– Nigdy cię nie okłamałem. 
– Nie mnie. Siebie. Tak samo jak mój ojciec nie potrafisz przyjrzeć się sobie. – 

Wyżęła  zmywak  i  machinalnie  zaczęła  wycierać  blat  szafki.  –  Ilekroć 
przeprowadzaliśmy się, przysięgał, że to już ostatni raz. Tym razem znalazł idealne 
miasto,  zajęcie,  posadę.  Nie  zdążyliśmy  się  dobrze  zadomowić,  kiedy  znów 
odrzucał  wszystko,  bo  nadarzyła  się  kolejna  rewelacyjna  okazja.  Ponownie 
przysięgał, że to ostatnia zmiana. 

– Nie widzę związku. 
–  No  pewnie,  choć  po  części  masz  rację.  Trochę  się  jednak  różnicie.  On 

przynajmniej udawał, że chce się ustatkować, chociaż dobrych chęci starczało mu 
najwyżej na kilka miesięcy. Ty nawet do tego nie możesz się zmusić. Zeszłej nocy 
wziąłeś to, na co miałeś ochotę, a teraz uciekasz ze strachu, że ja zechcę więcej. 
Może zresztą nie o mnie chodzi; nie jestem tak ważna. Może to propozycja Caleba 
tak  cię  przeraziła.  Praca,  która  wymaga  przebywania  w  jednym  miejscu,  co  za 
okropność! 

– Nieprawda – odparł. – Nie uciekam ani od ciebie, ani od pracy u Caleba. Po 

prostu nie mogę jej przyjąć. 

–  Nie  możesz?  –  zakpiła.  –  Cóż  za  szkoda,  bo  przecież  tak bardzo  pragniesz 

osiąść na jednym miejscu, kupić dom, uprawiać ogród, startować w wyborach do 
rady miejskiej. 

Trzeba  przyznać,  że  żadna  z  tych  rzeczy  nie  przyszła  mu  do  głowy,  ale  jej 

drwiący ton dolał tylko oliwy do ognia. 

– A cóż byłoby w tym dziwnego, gdybym naprawdę chciał to wszystko robić? 

Na przykład majsterkowanie całkiem mi się spodobało. 

– No tak, jasne. Miłej podróży, Jake.  – Cisnęła zmywak do zlewu i wyszła z 

kuchni. 

Wściekłość uleciała z niego, jak powietrze z przekłutego balonu, zostało tylko 

zdziwienie. Co jej się, u licha, stało? 

Wyszedł  za  nią  do  holu.  Zdążył  postawić  nogę  na  pierwszym  stopniu,  gdy 

usłyszał trzaśniecie drzwi w pokoju na górze. 

background image

Ach, więc to tak... Z przyjemnością wróci do siebie. Na pewno nie zastanie tam 

żadnej  baby,  która  przy  całej  swojej  rzekomej  samowystarczalności  potrzebuje 
pomocy w zakładaniu baterii do komórki i żąda instalowania drzwi... 

Co prawda, nie będzie tam również wielkookiego rudzielca, który położy  mu 

kompres na obolały bark, zaparzy najlepszą na kuli ziemskiej kawę, lub nieśmiało, 
lecz  skwapliwi  zaprosi  go  do  łóżka,  a  także  uzna  go  za  bohatera  z  powód 
zabłąkanej ropuchy... 

Rzucił okiem na zegarek. Zanim zwróci wynajęty samo chód, odda bagaż do 

odprawy i odbierze bilet, będą już za powiadać jego lot. 

Otworzył  drzwi  i  niemal  wpadł  na  Buddy’ego,  który  trzymał  już  palec  na 

dzwonku.  Przez  kilka  sekund  przyglądali  się  sobie  badawczo.  W  końcu  Buddy 
odezwał się pierwszy. 

– Widzę, że znalazł pan kogoś do drzwi. Jake kiwnął głową. 
–  Sam  je  założyłem.  Nabrałem  jeszcze  większego  szacunku  dla  twoich 

umiejętności. 

– Tak? – Buddy skwitował to bez uśmiechu. – Przyszedłem po narzędzia. 
–  Chciałbym  nakłonić  cię  do  zmiany  decyzji.  A  tak  przy  okazji,  muszę  ci 

zwrócić za śrubokręty. 

–  Chce  pan,  żebym  został  i  skończył  robotę?  A  niby  czemu?  To  już  nie  mój 

interes. 

– Twój, skoro zawarłeś umowę – zdecydowanie powiedział Jake. – Chcę, żebyś 

skończył pracę, bo to oszczędź: kłopotu Cassie, kiedy wróci właścicielka domu. 

– Właścicielka? – Buddy zmarszczył brwi. 
Jake  wziął  głęboki  oddech  i  odważnie  wdał  się  w  wyjaśnienia.  Czuł,  że 

brzmiały  bardzo  mętnie,  zupełnie  jakby  opowiadał  pozbawiony  napisów  film  w 
nieznanym sobie języku. 

Trudno powiedzieć, czy Buddy cokolwiek zrozumiał, lecz nawet nie mrugnął 

okiem, jedynie wykałaczka przesuwała się w jego ustach. 

Jake przerwał dla nabrania oddechu. Nie był pewien, czy coś osiągnął. 
Buddy wypluł wykałaczkę. 
– I może pan przysiąc, że to prawda? – spytał. Pierwszy raz jego głos zabrzmiał 

tak rześko. 

Jake z ulgą skinął głową. 
– Mogę. Mimo tego, co zobaczyłeś, Cassie nigdy nic z mojej strony nie groziło. 

Były  pewne  nieporozumienia,  ale  bardzo  ją  szanuję.  –  Przymrużył  oczy.  – 
Oczekuję,  że  z  twojej  strony  też  jej  nic  nie  zagraża.  Inaczej  dowiesz  się,  jak  się 

background image

wylatuje przez ścianę, a nie przez dziurawe drzwi. 

– Źle to pan rozegrał, co? – obojętnie zauważył Buddy. – No dobra, skoro jej 

tak zależy, skończę tę łazienkę. I tak nie mam nic na ten tydzień. 

Na  górze  Buddy  poszedł  od  razu  do  pokoju  gospodarzy,  Jake  natomiast 

zacisnął zęby i zapukał do łazienki w korytarzu. 

– Cassie? Muszę z tobą pomówić. 
Obawiał się, że go odprawi, ale po chwili otworzyła drzwi. 
Widocznie  szczotkowała  włosy,  bo  wyglądały  o  wiele  piękniej  niż 

kiedykolwiek. Bezwiednie sięgnął do tej masy rudych loków, zupełnie jakby jego 
ręka kierowała się własną wolą. 

Odchyliła  się,  unikając  dotknięcia.  Ręce  skrzyżowała  z  przodu  na  jedwabnej 

bluzce. 

– Słucham – powiedziała sucho. 
Jake  odniósł  wrażenie,  że  gdzieś  w  mózgu  otwierają  mu  się  jakieś  klapki. 

Nagle zrozumiał, co zrobił. I było to uczucie przeraźliwie bolesne. 

W  ciągu  tygodnia  nie  miał  czasu  na  długie  rozmyślania,  wciąż  jednak 

uświadamiał  sobie  zdumiewającą  przyjemność,  jaką  czerpał  z  najzwyklejszego 
snucia się po domu. Teraz zrozumiał, dlaczego tak się działo. To nie dom stanowił 
atrakcję. Tę magiczną atmosferę wyczarowała Cassie. 

Jak można było tego nie dostrzec? 
Pragnął  jej,  oczywiście.  Prawdopodobnie  zaczęło  się  to  już  pierwszego 

wieczoru,  kiedy  wpadł  z  impetem  do  środka  i  ujrzał  ją  przy  pianinie.  Skromna, 
niewinna kobieta, która natychmiast wzbudziła w nim pożądanie. 

Później  pocałował  ją.  W  głowie  tak  mu  się  zakręciło,  że  nawet  nie  próbował 

rozważać, co się dzieje. Ciągle myślał, że to wyłącznie erotyczna zachcianka. Nie 
zauważył, jak przebył drogę od pożądania do potrzeby przebywania z Cassie. Do 
miłości... 

Zamęt w głowie najwyraźniej pozbawił go głosu. To nawet dobrze. Zaledwie 

kilka  minut  temu  zachwalał  uroki  majsterkowania,  a  teraz  miałby  oznajmić,  że 
popełnił drobny błąd w ocenie, co dla niego ważne: pędzle, śrubokręty czy ona? 

Milczał. Cassie przyglądała mu się uważnie. W końcu żachnęła się. 
– Chciałeś coś mi powiedzieć. Słyszałam rozmowę... Czy ktoś przyszedł? 
–  Tak.  –  Głos  miał  trochę  ochrypły,  ale  przynajmniej  mógł  mówić.  –  Buddy 

wrócił.  Skończy  łazienkę.  Wiem,  że  ci  się  nie  spodoba,  że  znów  będzie  tu 
pracował, jednak nie mamy wyjścia, jeśli wanna ma być zainstalowana w terminie. 
– Przerwał i dorzucił: – Wyjaśniłem mu, – że jeśli przyszłoby mu coś głupiego do 

background image

głowy,  będzie  miał  ze  mną  do  czynienia.  –  Wiedział,  jak  niezręcznie  to 
zabrzmiało. 

– Cóż za troskliwość – zadrwiła. – A czy poinformowałeś go, że rozprawisz się 

z nim telepatycznie, bo z Manhattanu? 

–  Nie  wyjeżdżam  na  zawsze,  tylko  na  kilka  dni.  –  Podszedł  bliżej  i  objął  ją 

ramieniem. – Wtedy jakoś to wszystko będziemy mogli rozwiązać. 

Nie próbowała odsunąć go, lecz stała nieruchomo i sztywno. 
– Cassie? – Uniósł jej twarz. 
Spojrzała mu w oczy. Jej głos był niemal uprzejmy. 
–  Chyba  jednak  coś  do  ciebie  nie  dotarło...  Nie  będę  twoją  dziewczyną  na 

telefon, kiedy wpadniesz przelotem do Denver. – Odepchnęła jego rękę i przeszła 
przez hol do pokoju gościnnego. 

Jake szedł za nią. 
–  To  nie  koniec,  Cassie.  Nie  możesz  się  ze  mną  kochać  w  taki  sposób  jak 

zeszłej nocy, a potem tak po prostu odprawić. 

–  Ta  noc  była  wielką  pomyłką.  Wszystko  jest  pomyłką.  W  gruncie  rzeczy  – 

spojrzała na niego z namysłem – już dawno powinnam skorzystać z twojej rady. 

– Jakiej rady? – spytał zniecierpliwiony. Lekko się uśmiechnęła. 
– Powinnam dać ci spokój i pocałować ropuchę. 
Jake  powiedział,  że  nie  może  przyjąć  pracy  w  Tanner  Electronics.  Cassie  z 

goryczą przyznawała, że nie była tym zaskoczona. 

I  tyle,  jeśli  chodzi  o  jego  uczciwość.  Chyba  jednak  lepiej,  że  nie  podał  jej 

prawdziwego  powodu  swej  decyzji,  wystarczyło,  że  w  głębi  serca  znała  prawdę. 
Gdyby  oświadczył,  że  Cassie  zbyt  mało  dla  niego  znaczy,  by  zostać  dla  niej  w 
Denver. .. A tak, wciąż się łudziła. 

Nie  chciała  liczyć  dni.  Była  wściekła  na  siebie,  że  denerwuje  się  brakiem 

jakiejkolwiek wiadomości od niego. Czyż naprawdę gładkie obietnice ojca niczego 
jej nie nauczyły? Jake mówił, że wróci za kilka dni, a ona, głupia, uwierzyła. 

Sama szydziła ze swojej naiwności. Niby czemu się dziwiła? Żałosne... 
Pewnego  późnego  popołudnia  usiadła  do  pianina.  Nie  grała;  myślała  o 

pierwszym wieczorze i próbowała powstrzymać płacz. 

Buddy zszedł na dół i po raz pierwszy od powrotu do pracy zajrzał do salonu. 

Cokolwiek Jake mu powiedział, odniosło to skutek. Podczas tych dni prawie na nią 
nie  spojrzał,  teraz  też  zatrzymał  się  tuż  za  progiem,  skubiąc  skórzany  pas  na 
narzędzia. 

– Proszę pani? To ja już... 

background image

– Chcesz już iść? Będziesz jutro o tej samej porze? 
–  Nie,  już  skończyłem  całą  robotę.  Pewno  pani  chce  sprawdzić,  nim  sobie 

pójdę. 

– W porządku. – Zamknęła wieko pianina i weszła na górę. 
W łazience unosił się specyficzny zapach materiałów budowlanych: surowego 

drewna,  klejów,  środków  czyszczących.  Przestrzeń  wokół  wanny  była 
nienaturalnie  pusta.  Peggy  będzie  miała  dużo  do  zrobienia,  jednak  Buddy  swoje 
zadanie wykonał. 

Tak jak Cassie. Umawiały się. że zostanie albo do czasu zainstalowania wanny, 

albo do powrotu Peggy. Teraz więc była już wolna. 

Buddy zaczął znosić narzędzia, natomiast Cassie zabrała się za porządkowanie 

łazienki.  Musiała  wszystko  odkurzyć,  a  potem  porozstawiać  drobiazgi,  które 
pochowała  w  pierwszym  dniu  remontu.  Na  koniec  napełniła  mosiężną  misę 
pachnącymi płatkami potpourri i przygotowała świecę zapachową. 

Buddy zwijał już ostatni przedłużacz. 
– Buddy, nie wiem, co Jake ci powiedział... – zaczęła. Wzruszył ramionami. 
– Mówił po prostu o swoich prawach do pani. Ja tam go za to nie winię. 
Jego prawa do niej. Świetny żart. 
– Gdyby pani kiedyś potrzebowała hydraulika... 
– Wówczas zadzwonię po ciebie, Buddy. 
Z  kieszonki  koszuli wyjął  świeżą  wykałaczkę.  Włożył  ją  energicznie do  ust i 

wyszedł. 

Cassie  zabrała  się  za  porządkowanie  następnych  pomieszczeń.  Odkurzyła 

sypialnię,  zmieniła  pościel,  do  pralki  wrzuciła  ręczniki.  Wszystko  to  oczywiście 
musiała  zrobić,  ale  było  jej  też  na  rękę,  że  każda  z  tych  czynności  pozwala  jej 
zostać tu trochę dłużej. 

Tłumaczyła sobie, że to głupota. Trzeba skończyć zabawę w udawanie. 
Podjęła  w  końcu  decyzję.  Spakowała  swoje  rzeczy  i  odłożyła  klucz  na 

umówione miejsce. Czas wracać do siebie. 

Nikt się nie odezwał, kiedy zadzwonił do drzwi. W domu nie było żywej duszy, 

tylko nieruchome oko kamery błyszczało nad drzwiami. Czy to znaczy, że Cassie 
nie ma w domu, czy może spojrzała na monitor i nie chce go widzieć? 

Zajrzał pod donicę z żółtymi kwiatkami i ze zdumieniem stwierdził, że klucz 

był na swoim miejscu. 

A więc odeszła. 
Uderzyło go to jak obuchem, chociaż wiedział, że głupotą byłoby oczekiwać, iż 

background image

nic się nie zmieniło. Nie mógł przecież liczyć na to, że Cassie będzie tu na niego 
czekać. Szczególnie po tym, jak powiedziała, że to już koniec. 

Stał  na  schodkach  i  obracając  klucz  w  ręku,  zastanawiał  się,  czy  warto 

wchodzić  do  środka.  Czy  zniesie  panującą  tam  ciszę  i  pustkę?  Czy  rzeczywiście 
ma  ochotę  zaglądać do lodówki,  gdzie  zapewne  w  idealnym  porządku stoją  jego 
rzeczy: sześć piw, dwa słoiczki oliwek i butelka keczupu? Albo wejść do łazienki? 
Nawet jeśli wyprowadziła się kilka  dni temu, bez wątpienia pozostał tam zapach 
bzu.  Mógłby  też  odtworzyć  film  zarejestrowany  przez  kamerę.  Przynajmniej 
zobaczyłby, jak Cassie opuszcza dom... 

„Źle pan to rozegrał”. Musiał przyznać, że Buddy miał świętą rację. 
Zdecydowanie  podniósł  klucz.  Pójdzie  prosto  do  telefonu  i  w  książce 

telefonicznej odszuka Wypożyczalnię Żon. Teraz już nie podda się. 

Cassie  wcisnęła  przełącznik  i  szum  odkurzacza  ucichł.  Dywan  w  salonie  był 

ostatnią  pozycją  na  liście  prac  porządkowych.  Nie  ma  już  żadnych  śladów  jej 
obecności. Peggy wróci do wysprzątanego, czystego domu. 

Przeniosła odkurzacz do holu. Właśnie wstawiała go do szafki, gdy w zamku 

zazgrzytał  klucz.  Pomyślała,  że  zawsze  ma  takie  szczęście.  Czy  Peggy  i  Roger 
musieli  wrócić,  zanim  zdołała  stąd  odejść?  Z  pewnością  zechcą  wysłuchać  jej 
relacji,  trzeba  więc  będzie  uśmiechać  się  i  udawać,  że  wszystko  odbywało  się 
spokojnie i bez zakłóceń... 

Drzwi otworzyły się szeroko. 
– Jake... – szepnęła. 
Stał  w  wejściu  bez  ruchu.  Najpierw  spojrzał  na  walizki  ułożone  w  holu,  a 

potem na Cassie. W jego brązowych oczach widniało niedowierzanie. 

– Myślałem, że się wyprowadziłaś. Nawet nie próbowała ukryć sarkazmu. 
– W takim razie nic dziwnego, że tu się zjawiłeś. Ale nie martw się, właśnie się 

wynoszę. 

Zastąpił jej drogę. 
– Nie, Cassie. Już mówiłem, że musimy to wszystko rozwiązać. 
– Mówiłeś też, że wrócisz za parę dni. Przykro mi, Jake, ale czas się skończył. 
Nie ruszył się. 
– Czego się boisz? Nie próbuj mi wmawiać, że niczego. Gdyby tak było, nie 

próbowałabyś uciec. 

– Świetnie, przynajmniej poznałam opinię eksperta od uciekania – odparowała 

Cassie. – Nie uciekam, po prostu nie mamy o czym mówić. Skoro jednak nalegasz, 
mogę ci poświęcić kilka minut. – Ironicznym gestem wskazała salon. 

background image

Przysiadła  na  brzeżku  obszernego  fotela.  Jake,  zbyt  podekscytowany,  żeby 

siadać, stanął przed kominkiem. 

–  Myślałam,  że  zająłeś  się  kolejną  firmą  –  powiedziała  Cassie.  –  Wiesz 

chociaż, gdzie teraz pojedziesz? 

–  Według  grafiku,  do  Fairbanks  na  Alasce.  Uświadomiła  sobie,  że  mimo 

wszystko aż do tej chwili miała wątłą nadzieję, lecz Jake rozwiał ją zdecydowanie. 

– Ale nie chcę tam jechać – dodał. 
Nie  próbowała  doszukiwać  się  ukrytych  znaczeń,  bo  całkiem  rozsądne 

wyjaśnienie narzucało się samo. Wzruszyła ramionami. 

–  Trudno  sobie  wyobrazić,  żeby  ktokolwiek  chciał  jechać  na  Alaskę  akurat 

teraz, gdy zbliża się najkrótszy dzień w roku. Pogratulować wyboru. 

– Cassie, nie o Alaskę chodzi. Dotyczy to każdego miejsca. Uczestniczyłem w 

rozmowach  wstępnych  i  guzik  mnie  obchodzi  Fairbanks.  Wszystko  inne  zresztą 
też, bo podczas ostatnich tygodni zbyt wiele się zmieniło. 

– Aż tak bardzo spodobała ci się praca przy drzwiach? 
– Uparłaś się, żeby nic mi nie ułatwić? 
– A jest chociaż jeden powód, by było inaczej? 
– Nie, nie ma. Po tym, jak dałem do zrozumienia, że się nie liczysz... 
Uniosła dumnie brodę. 
– Dlaczego miałabym uważać, że powinno być inaczej? Jesteś zbyt zajęty... 
–  Do  cholery,  Cassie,  przestań  udawać,  że  jesteś  jak  sopel  lodu!  Musi  cię 

obchodzić, co do ciebie czuję! 

– A niby dlaczego? – spytała ze złością. 
–  Bo  bardzo  chcę,  żeby  cię  to  obchodziło  –  powiedział  po  długiej  chwili 

milczenia.  –  Nie  okłamałem  cię,  Cassie,  a  przynajmniej  tak  mi  się  zdawało.  Nie 
wiedziałem, co się ze mną dzieje. Przyznaję, że sam byłem zaskoczony, zarówno 
tym,  co  robiłem,  jak  i  faktem,  że  sprawiało  mi  to  przyjemność.  Ale  nawet  nie 
próbowałem  zastanawiać  się  nad  tym.  Aż  do  chwili,  kiedy  powiedziałaś,  że  to 
koniec...  Wtedy  uświadomiłem  sobie,  że  wcale  nie  pragnę  krótkiego  romansu. 
Chcę... Och, chcę dużo więcej. 

To  wyznanie  powinno  stopić  jej  serce,  lecz  Cassie  czuła  tylko  zamęt. 

Powiedział, że jest dla niego ważna, że chciał więcej niż przelotnego flirtu. Tylko 
co to znaczy? Czego właściwie od niej oczekuje? 

Usiadł na brzegu jej fotela. 
–  Zakochałem  się  w  tobie,  Cassie  –  wyznał.  Zakochał  się.  Kręciło  się  jej  w 

głowie. Spełniało się jej marzenie, a jednak... 

background image

– Nie wierzę, że cię nic nie obchodzę. Gdyby tak było, nie kochałabyś się ze 

mną w taki sposób... 

– To była ciekawość – zaoponowała słabo. Jake pokręcił głową. 
–  Nie  chcesz  chyba,  żebym  w  to  uwierzył.  Skoro  jednak  tak  mówisz,  może 

jeszcze  zaspokoisz  swoją  ciekawość?  Może  sprawdzisz,  jak  smakuje  pocałunek, 
kiedy już wiesz, że cię kocham. 

Nie  czekał  na  odpowiedź,  tylko  pochylił  się  do  jej  ust.  Nie  próbowała  się 

odsunąć.  Choć  poruszał  się  wolno,  jakby  dając  jej  szansę  na  ucieczkę,  w  jego 
wzroku wyczytała zdecydowanie. 

Wcale  nie  chciała  uciekać.  Pragnęła  znaleźć  się  w  jego  ramionach.  W  jego 

sercu. I w jego życiu... 

Zamknęła oczy i próbowała się poddać, ale coś ją powstrzymywało. Usiłowała 

pamiętać o tym, że Jake nie jest taki jak ojciec. Czy jednak ona, podobnie jak jej 
cierpiąca  matka,  nie  będzie  żałować,  że  oddała  się  temu  czarującemu,  lecz 
zmiennemu mężczyźnie? 

Podniósł głowę. 
–  Co  się  dzieje,  Cassie?  Dlaczego  się  wahasz?  Zagryzła  wargi.  Musiała 

zaryzykować. 

– Pochlebia mi, że mnie pokochałeś, ale... 
– Co mam zrobić, Cassie? Nie poproszę cię, żebyś za mną jeździła od miasta 

do miasta... 

Serce jej zamarło. 
– Chcesz, żebym czekała na lotnisku, ilekroć zdarzy ci się dłuższa przerwa w 

podróży? Wolałabym więcej cię nie zobaczyć... 

– Na pewno mnie zobaczysz. Dzwoniłem w tym tygodniu do Caleba. 
– W sprawie pracy? – Spochmurniała. – Już wiem, że nie możesz jej przyjąć. 
– To prawda. Nastąpiłby konflikt interesów, gdybym przyjął posadę w firmie, 

którą  właśnie  sprawdzam  pod kątem  możliwości inwestycyjnych.  Postawiłoby  to 
pod znakiem zapytania bezstronność i wiarygodność mojej opinii. 

– Czyli nie ma o czym mówić? – Miała ochotę ukryć twarz na jego ramieniu i 

wyć z rozpaczy. 

Uśmiechnął się i pocałował jej skroń. 
– Ale teraz, kiedy Caleb zdobył już potrzebne środki, układ między nami uległ 

zmianie. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby złożył mi nową propozycję, którą ze 
spokojnym sumieniem mogę przyjąć. Cassie potrząsnęła głową. 

–  Nie  mogę  cię  o  to  prosić.  Gdyby  miało  cię  to  unieszczęśliwić...  – 

background image

Ofiarowywał  jej  gwiazdkę  z  nieba,  ale  za  cenę,  której  nie  zamierzała  płacić. 
Przygryzła wargę. – Jake, czy ty zdajesz sobie sprawę, jak mnie to przeraża? Nie 
wezmę na siebie takiej odpowiedzialności. A jeśli coś pójdzie nie tak? 

–  To  się  przydarzyło  moim  rodzicom.  Nie  rozwiedli  się,  chociaż  dla  nas 

wszystkich  byłoby  to  pewno  lepsze  rozwiązanie.  To  dlatego  Roger  trzy  razy  się 
żenił. Kiedy tylko dochodzi do jakichś nieporozumień, natychmiast bierze nogi za 
pas. 

– Może powinnam ostrzec Peggy. Uśmiechnął się krzywo. 
– Chyba już za późno. Jeśli ich małżeństwo przetrzyma ten remont, to znaczy, 

że Roger stał się innym człowiekiem. Zresztą, nie mnie oceniać, czy się zmienił. 
Wiem tylko tyle, że ja tak. 

– Jake... 
– Daj mi skończyć. Poszedłem inną drogą niż mój brat. Postanowiłem w ogóle 

nie  podejmować  ryzyka.  Tak  urządziłem  swoje  życie,  żeby  nigdzie  nie 
zatrzymywać  się  na  dłużej.  W  ten  sposób  nic  nie  mogło  się  popsuć,  niczym  nie 
mogłem  się  znudzić.  Ani  pracą,  ani  kobietą.  Miałaś  rację,  Cassie.  Byłem  zbyt 
zajęty,  żeby  zastanowić  się,  czy  rzeczywiście  chcę  tak  żyć.  Dopiero  przy  tobie 
zwolniłem  tempo  i  zobaczyłem,  co  tracę.  Jesteś  dla  mnie  najważniejsza.  Pragnę 
mieć cię przy sobie, gdy będę poznawał to, co mnie do tej pory ominęło. 

– Jesteś tego pewien? – szepnęła. – Mówiłeś, że nie znosisz rutyny. 
– Nie sądzisz chyba, że praca u Caleba kiedykolwiek stanie się monotonna? A 

jeśli  chodzi  o  ciebie...  nie doceniasz się. Coś  mi  mówi,  że  całe  lata  miną,  zanim 
jako tako ciebie poznam. Jeśli, oczywiście, dasz mi szansę. 

Powoli ustępowało jej napięcie. 
– W każdym bądź razie  – powiedział zdecydowanie  – w przyszłym tygodniu 

zaczynam  pracę  jako  dyrektor  finansowy  i  młodszy  wspólnik  w  Tanner 
Electronics.  Zostaję  tutaj,  czy  tego  chcesz,  czy  nie.  Razem  z  Calebem  mamy 
szerokie plany związane z Wypożyczalnią Żon. Chcemy zatrudnić twoją firmę do 
organizowania  imprez  dla  pracowników,  więc  i  tak  będziesz  miała  ze  mną  do 
czynienia. Chyba że wolisz wrócić na studia. 

Cassie zastanowiła się chwilę i pokręciła głową. 
– Zbyt wiele zawdzięczam Paige i Sabrinie, aby je teraz opuścić. To pierwsze 

prawdziwe  przyjaciółki  w  moim  życiu.  A  to,  co  ci  powiedziałam  na  temat 
dyplomu,  jest  najszczerszą  prawdą.  Życie  naukowca  to  nie  tylko  wieża  z  kości 
słoniowej  i  poezja.  Nie  chcę  mieć  do  czynienia  z  intrygami  i  ciągłą  presją. 
Znacznie bardziej odpowiada mi obecna rola. 

background image

– W takim razie daję ci zlecenie na znalezienie mieszkania. Uprzedzam tylko, 

że  łatwiej  mnie  do  niego  przekonasz,  jeśli  obiecasz  zamieszkać  ze  mną.  Gdybyś 
odmówiła,  będę  grymasił  przy  każdej  propozycji,  aż  tak  cię  zmęczę,  że  w  końcu 
zmienisz zdanie. – Przytulił ją mocniej. Drżała tak bardzo, że musiała oprzeć się o 
niego.  –  A  jeszcze  lepiej będzie  nam  się  współpracować, jeśli  zgodzisz się  wyjść 
za mnie. 

Pocałowała go wolno, bez pośpiechu. 
– Jeśli powiesz „tak” – odezwał się w końcu – równie dobrze mogę zamieszkać 

w kartonie pod mostem. 

– Mieszkania zacznę szukać jutro – szepnęła, przyciągając go do siebie. 
– Ja myślę – mruknął Jake, nadal obsypując ją żarliwymi pocałunkami. 
Tak, dzisiaj co innego było im w głowie.