background image

MARGIT SANDEMO 

GDZIE JEST TURBINELLA? 

background image

ROZDZIAŁ I 

Sara  Wenning  przyjechała  do  miasta  rozgoryczona,  pełna  wątpliwości  i  pozbawiona 

wiary w siebie. Powodem był naturalnie mężczyzna, z którym w marzeniach wiązała swoją 

przyszłość.  Niestety,  jego  wybranką  została  inna.  Takie  problemy  miewa  wprawdzie  wiele 

kobiet,  jednak  niewielka  to  pociecha  dla  tych,  które  owo  doświadczenie  właśnie  dotknęło. 

Osamotnioną dziewczyną zainteresował się kolega z pracy Erik Brandt. Spragniona przyjaźni 

wydała mu się łatwą zdobyczą. 

Sara była miłą, młodą osóbką o zgrabnej figurze, długich nogach i żywych oczach, z 

ciekawością spoglądających na świat. Miała przy tym wiele dziewczęcego uroku, a właśnie 

takie kobiety najprędzej wpadały Brandtowi w oko. Erik chciał bowiem udowodnić sobie, że 

ż

adna dziewczyna nie jest w stanie mu się oprzeć. Mimo iż dobijał już czterdziestki, nie miał 

najmniejszego  zamiaru  czuć  się  gorszym  od  młodych,  przystojnych  i  wysportowanych 

mężczyzn.  Dlatego  często  brał  zimny  prysznic,  regularnie  biegał,  a  także  zażywał  tabletki 

drożdżowe,  które,  jak  wierzył,  pozwalały  mu  zachować  młodzieńczy  wygląd  i  piękne, 

kręcone  miedzianobrązowe  włosy.  Te  atuty  zwykle  budziły  podziw  dam.  Bywało,  że 

przybierał na wadze po biurowych lunchach i piwie. Potrafił wtedy ćwiczyć intensywnie cały 

tydzień i żywić się wyłącznie warzywami, by zrzucić zbędne kilogramy. 

Sara tak naprawdę niewiele o nim wiedziała. Podziwiała tego przystojnego mężczyznę 

o melancholijnym spojrzeniu i zdecydowanym, wyrażającym troskę głosie, mężczyznę, który 

okazywał jej wyraźne zainteresowanie. Zbyt łatwo dała się zwieść pozorom... 

Można  by  sądzić,  że  pokój  zamieszkiwany  był  przez  mnicha,  tak  skromnie  został 

wyposażony. 

Łóżko  stanowiła  zwyczajna  drewniana  ława  pokryta  szarą  wojskową  derką.  Stół  i 

krzesło,  obok  mała  kuchenka,  nad  nią  wisząca  szafka.  W  szafce  znajdował  się  kubek, 

szklanka,  kilka  talerzy,  każdy  z  innego  kompletu,  jeden  widelec  i  łyżka  oraz  inne  drobne 

przybory kuchenne. 

Mało kto odwiedzał ten pokój. 

Po jednej stronie stołu leżała deska do chleba i jakieś artykuły spożywcze zepchnięte 

w  najdalszy  kąt.  Drugiej  strony  używano  najwyraźniej  jako  biurka.  Niewielka  półeczka  na 

ś

cianie  mieściła  pięć  fachowych  książek  o  tematyce  policyjnej.  W  pokoju  nie  było  zasłon, 

tylko żaluzja, która miała uniemożliwić mieszkającym naprzeciwko zaglądanie do środka. 

background image

Z  pewnością  zastanowienie  budził  człowiek,  który  tu  zamieszkiwał.  Jak  można 

pozbawiać się wszelkiej wygody? Jak można żyć w tak spartańskich warunkach? 

W korytarzu zadzwonił telefon. Mężczyzna, który powolnym ruchem właśnie składał 

wypraną koszulę, podniósł słuchawkę. 

- Mamy morderstwo na Vindelveien trzydzieści cztery. Weźmiesz tę sprawę. 

- Są jakieś bliższe szczegóły? 

-  To  facet  około  pięćdziesiątki.  Na  poziomie,  ale  trochę  za  bardzo  samotny.  Został 

zasztyletowany przez profesjonalistę. 

- Dobra, już jadę . 

Słuchawka  spoczęła  na  widełkach,  a  koszula  została  ponownie  rozłożona. 

Przypominający ascetę komisarz policji kryminalnej westchnął i szybko się przebrał. 

Jego  powierzchowność  doskonale  przystawała  do  zawodu,  który  uprawiał.  Zacięty 

wyraz mocno opalonej twarzy, stalowoszare oczy, ostre rysy, nadmiernie szczupła sylwetka, 

tak jakby ciału dostarczano ledwie jeden posiłek dziennie, i to nic ponad suchy chleb i wodę. 

Policzki  zapadły  się  może  z  głodu  albo  nadmiaru  trosk,  jedynie  ciemnobrązowa,  gęsta 

czupryna nie poddawała się dyscyplinie narzuconej reszcie postaci. 

Komisarz  nie  był  krótko  ostrzyżony,  czego  można  by  się  spodziewać  znając  jego 

surowy  styl  życia.  Włosy  miał  podcięte  tylko  na  tyle,  by  dało  się  je  jakoś  ułożyć,  choć 

staranność fryzury pozostawiała wiele do życzenia. 

Wokół ust czaił się cień goryczy, choć ów mężczyzna nie należał z pewnością do osób 

zdradzających  komukolwiek  swoje  uczucia.  Twarz  byłaby  może  ciekawa,  gdyby  nie 

emanujący z niej przeraźliwy chłód i niedostępność. 

Charakterystycznym dla siebie sztywnym ruchem mężczyzna otworzył drzwi i opuścił 

pokój. 

Sara  stała  przy  oknie  i  spoglądała  na  smutną  listopadową  ulicę.  Co  chwila 

przejeżdżały tu samochody, ochlapując auta zaparkowane wzdłuż chodnika. 

Wyglądała  ładnie,  mogła  się  podobać.  Jasnozłote,  lśniące,  sięgające  aż  do  wąskich 

ramion  włosy  ucięte  były  równiutko  niczym  u  egipskiej  księżniczki.  Spod  opadającej  na 

wysokie  czoło  grzywki  spoglądały  duże  zielonoszare  oczy.  Twarz  wyrażała  rzadko 

spotykaną, ujmującą łagodność, często ozdobioną uśmiechem. 

Teraz jednak dziewczyna była poważna. 

Czyjaś dłoń spoczęła na jej ramieniu. 

- Saro, kochanie, czy chcesz, żebym sobie poszedł? 

background image

Czy  miał  odejść?  Naprawdę  sama  nie  wiedziała.  Znajomość  z  Erikiem  Brandtem 

osiągnęła  kulminacyjny  punkt.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni  stanowczo  za  dużo  o  nim 

myślała. Serdeczna przyjaźń w miejscu pracy powoli przemieniła się w głęboką więź, tak jej 

się  przynajmniej  wydawało.  On  jednak  liczył  na  coś  innego.  Kilka  wspólnych  obiadów  na 

mieście,  pogawędki  na  temat  spraw  zawodowych  i  wreszcie  wizyta  u  Sary  pod  pozorem 

przejrzenia  jakichś  dokumentów.  Pierwsze  pocałunki  wytrąciły  dziewczynę  zupełnie  z 

równowagi. Stała teraz bez ruchu i usiłowała odzyskać spokój. 

Erik żalił się cichym głosem: 

-  Wiesz  dobrze,  że  moje  małżeństwo  właściwie  nie  istnieje.  Kochanie,  nie  masz 

pojęcia, jaki opuszczony i nieszczęśliwy jestem ostatnio. Gdyby nie dzieci.... 

Cóż  za  banały!  Sara  czuła  niesmak  do  samej  siebie  z  powodu  sytuacji,  w  jakiej  się 

znalazła. Mimo to potrzebowała Erika, od samego początku bardzo go lubiła, narastała w niej 

tęsknota  za  przyjaźnią,  za  przywiązaniem.  Doszło  do  tego,  iż  Sara  chciała  po  prostu  być  z 

nim, być z kimś, kto by się o nią troszczył. Długa samotność dała się jej we znaki. Usiłowała 

przekonać samą siebie,  że żona Erika zbyt mało interesowała się sprawami męża i przez to 

winna  jest  rozpadu  ich  małżeństwa.  To  jednak  się  nie  udawało.  Przed  oczami  wciąż  miała 

dwójkę  dzieci  Erika,  które  kiedyś  spotkała,  i  teraz  odnosiła  wrażenie,  że  maluchy  są  w  jej 

pokoju i spoglądają na nią z wyrzutem. 

Wreszcie odezwała się: 

-  To  żadna  tajemnica,  Eriku,  ja  naprawdę  bardzo  cię  lubię.  Ale  błagam  cię,  nie 

wykorzystuj tego. 

- A jeśli porozmawiam dziś wieczorem z Birgitte, jeśli poproszę o rozwód... 

- Ja nie chcę być jego przyczyną. 

-  Przecież  dobrze  wiesz,  że  nie  jesteś.  Nasze  małżeństwo  skończyło  się  już  dawno 

temu. Ona zdaje sobie sprawę z faktu, że mogę odejść w każdej chwili. 

Objął czule dziewczynę i obrócił ku sobie. 

- Saro, skarbie... - wyszeptał. 

Patrzyła w jego wciąż młodzieńczą, a zarazem zdradzającą dojrzałość twarz. Zgrabna, 

wysportowana sylwetka, opiekuńcze ramiona i oczy, które wyrażały najgłębszy żal, cierpienie 

z powodu domu, który przestał być prawdziwym domem. A gdyby tak oboje...? 

Nie, tak nie można, odezwał się w niej jakiś głos. Nie chodzi jej przecież o fizyczną 

bliskość, nie tego teraz pragnie. Nie za taką cenę. 

background image

Mam ją wreszcie, pomyślał w tej samej chwili Erik Brandt. Nie poszło zbyt łatwo, jest 

na  to  zbyt  uczciwa.  Flirt  to  dla  niej  coś  nowego.  Ale  historyjka  o  moim  nieudanym 

małżeństwie zawsze skutkuje. Tak, trzeba się tego trzymać. 

Właśnie wtedy zadzwonił telefon. 

-  Proszę  cię,  nie  podnoś.  - Jego  uścisk  stał  się  silniejszy.  Telefon  jednak  nie  milkł  i 

ostry sygnał przywołał Sarę do rzeczywistości. 

-  To  brzmienie  jest  mało  romantyczne,  muszę  je  unieszkodliwić  -  żartem  usiłowała 

rozładować napiętą atmosferę. 

Puścił ją niechętnie, marszcząc przy tym brwi, a ona kolejny raz zdała sobie sprawę z 

tego, jak bardzo lubi każdy szczegół jego twarzy. Erik jest doskonały niczym dzieło sztuki, 

uznała. 

-  Czy  mogę  mówić  z  Sarą  Wenning?  -  zabrzmiał  w  słuchawce  metaliczny,  mocny 

męski głos, który mimo swej surowości wywołał w dziewczynie falę ciepła. 

Ta zaskakująca reakcja zdumiała Sarę. 

- Tak, jestem przy telefonie. 

- Czy pani jest bratanicą Hakona Tangena? 

- Owszem, jestem córką jego brata. 

-  Mówię  z  wydziału  kryminalnego.  Czy  pani  może  przyjechać  natychmiast  do 

mieszkania wuja? 

- Mogę. Czy coś się stało? 

- Obawiam się, że tak. Pani wuj nie żyje. 

- Jak to? Wuj Hakon...? - przeraziła się, ale zaraz dodała już spokojniej: - Naturalnie, 

zaraz tam będę. 

Zszokowana opowiedziała Erikowi, co się wydarzyło. 

- Zawiozę cię tam - zadecydował błyskawicznie. 

- Nie, proszę. Wezmę taksówkę. Najlepiej będzie, jeśli już pójdziesz. 

- No, skoro tak, to do zobaczenia, Saro. Skinęła mu na pożegnanie głową. 

Otworzył jej funkcjonariusz policji w cywilu. Sara rozejrzała się wokół, ale drzwi do 

sypialni były przymknięte. Dochodziły stamtąd jedynie przyciszone głosy. Spojrzała pytająco 

na policjanta. 

A więc tak wyglądają oficerowie śledczy. Wzdrygnęła się. Przed nią stał stosunkowo 

młody  mężczyzna  o  ciemnych  włosach  układających  się  w  niezupełnie  udaną  fryzurę,  z 

grzywką  opadającą  niesfornie  na  czoło.  Stalowoszare  oczy  spoglądały  groźnie,  bez 

background image

najmniejszego śladu życzliwości. Miał głęboko zapadnięte policzki, jakby systematycznie nie 

dojadał. Jego ubranie, choć schludne, było po prostu nijakie. 

Najbardziej przeraził Sarę sposób poruszania się  policjanta; jego ruchy do złudzenia 

przypominały ruchy robota. Przyszło jej na myśl, że wygląda to tak, jakby za wszelką cenę 

usiłował powstrzymać wybuch targających nim gwałtownych uczuć. 

Poprosił  ją,  by  zajęła  miejsce  na  kanapie,  po  czym  także  usiadł  z  brulionem  i 

długopisem w ręce. 

- Czy jest pani jedyną bliską zmarłego? 

Był  to  głos  zimny  i  niemal  bez  wyrazu,  ale  Sara  wyczuła  ów  szczególny  ton,  który 

wychwyciła już podczas wcześniejszej rozmowy telefonicznej. 

- Tak. 

Skinął głową na potwierdzenie. 

- To właśnie powiedziała mi sąsiadka. Od czasu do czasu wpadali tu podobno jacyś 

goście. 

-  Owszem,  choć  nie  sądzę,  żeby  odbywało  się  to  zbyt  często.  Co  się  tu  naprawdę 

wydarzyło? Skąd się wzięła policja? 

-  Pani  wuj  został  zamordowany.  Zginął  od  pchnięcia  nożem.  Zwłoki  znalazła 

sprzątaczka. Prawdopodobnie stało się to wczoraj. Jeszcze po południu widzieli go sąsiedzi. 

Powiedział im wtedy, że wieczorem wybiera się w podróż. Czy pani coś o tym wiedziała? 

- Nie, zupełnie nie. Nie rozmawiałam z wujkiem od kilku tygodni. 

Sama się zdziwiła, jak spokojnie zabrzmiał jej głos. Jakby jeszcze nie całkiem dotarło 

do niej, co właściwie tu zaszło. 

- Czy byliście sobie bliscy? 

-  Niestety,  nie.  Nie  znaliśmy  się  najlepiej.  Wuj  miał  swoje  sprawy,  ja  swoje. 

Spotykaliśmy  się  tylko  dlatego,  że  byliśmy  jedynymi  żyjącymi  członkami  rodziny.  Wiem 

jednak, że wuj dużo podróżował, zwłaszcza do Anglii. Tam miał wielu przyjaciół. 

- Czy zna pani nazwisko któregoś z nich? 

Nie podobało jej się, że komisarz jest taki dociekliwy. Czuła, że odziera ją z wszelkiej 

prywatności. 

-  Wydaje  mi  się,  że  utrzymywał  znajomości  w  kręgu  wysoko  postawionych 

urzędników, mam na myśli ministra, członka rządu. Chyba nazywał się Wells albo podobnie. 

Odczuwała irytację. Trudno było się jej skoncentrować. Niespodziewana śmierć wuja i 

to badawcze spojrzenie... Policjant notował. 

background image

- Tak. Rzeczywiście wygląda na to, że miał kontakty wśród dyplomatów i polityków. 

Ale czym, proszę pani, zajmował się Hakon Tangen? W książce telefonicznej figurował jako 

konsultant, a to bardzo szerokie pojęcie. 

-  W  młodości  uważany  był  w  rodzinie  za  czarną  owcę.  Objechał  niemal  cały  świat. 

Potem  zajął  się  chyba  interesami.  Bywało,  że  opływał  w  dostatki,  innym  razem  nie  miał 

grosza przy duszy. Ale co robił? Zastanawiam się, czy... 

- Tak? 

Sara  musiała  chwilę  pomyśleć.  Nagle  ni  stąd,  ni  zowąd  zaciekawiło  ją  coś  innego. 

Jakżesz  mógł  wyglądać  ów  surowy  policjant  z  odsłoniętym  torsem?  Czy  miał  ciemną 

karnację,  czy  był  bardzo  chudy?  A  może  miał  owłosioną  klatkę  piersiową?  Poczuła,  że  się 

rumieni. 

-  Przypuszczam,  że  wuj  wykonywał  jakieś  szczególne  zlecenia.  Był  za  nie  sowicie 

wynagradzany.  Prowadził  bardzo  burzliwe  życie  i  znal  się  na  wszystkim,  co  jest  niezbędne 

poszukiwaczowi przygód. 

- Czy sądzi pani, że mógł się zajmować nieuczciwymi interesami? 

Sara  zmarszczyła  brwi.  Siedzący  przed  nią  policjant  był  barczysty,  jego  dłonie 

wyglądały na bardzo silne, no i ta opalenizna... I to teraz, w listopadzie! 

-  Tego  nie  umiem  powiedzieć.  Nigdy  mi  się  nie  zwierzał.  Funkcjonariusz  pokiwał 

znowu głową. 

- W każdym razie nie figuruje w naszym archiwum. 

Siedział rozparty, a jego poza wydała się Sarze zbyt swobodna. Wygląda, wygląda... 

jak dziki zwierz! Oj, co też mi przychodzi do głowy. Dziki zwierz? Ten sopel lodu? 

Sara nie miała pojęcia, co się z nią dzieje. Zaczęła się wiercić. Nie, ten zupełnie nie 

jest w moim typie. Pełen rezerwy w stosunku do ludzi, obojętny na to, co inni o nim pomyślą. 

I do tego komisarz policji! Chyba w ogóle jest niemiły. 

Odwróciła oczy w drugą stronę. Erik, właśnie o Eriku chciała teraz myśleć. 

- Czy to było zabójstwo na tle rabunkowym? 

- Nic na to nie wskazuje. Wprawdzie pokoje zostały szczegółowo przeszukane, ale nie 

zginęły  ani  książeczki  czekowe,  ani  też  pieniądze.  Czy  pani  ma  wrażenie,  że  czegoś  tu 

brakuje? 

Sara wstała i obeszła powoli pokój. Zatrzymała się dopiero przy komodzie. 

- Tu trzymał swoje najważniejsze dokumenty - powiedziała, wskazując na mebel. 

-  Tu  już  szukaliśmy.  Trudno  jednak  stwierdzić, czy  coś  stąd  zniknęło.  Naszą  uwagę 

zwrócił  jedynie  notes,  który  znaleźliśmy  przy  pani  wuju. Jak  pani  widzi,  jest  prawie  nowy. 

background image

Zapisane zostały tylko dwie pierwsze kartki i są to zwyczajne, codzienne notatki. Ostatnia z 

nich pochodzi z wczorajszego dnia. O, proszę, tu jest data. Brakuje natomiast trzeciej kartki, 

która musiała być wyrwana. Nigdzie nie udało nam się jej znaleźć, sprawdzaliśmy nawet w 

koszu na śmieci. Być może pani wuj wyrwał ją sam albo... 

Zaczął przyglądać się z uwagą kolejnej, nie zapisanej kartce. 

- Proszę spojrzeć. Wuj naciskał długopis na tyle mocno, że litery z wyrwanej strony 

odbiły się na następnej. 

Sara skierowała kartkę pod światło, po czym wytężyła wzrok, by cokolwiek odczytać. 

-  Cóż  tu  jest  napisane?  Mnóstwo  wyrazów  nie  do  odcyfrowania,  ale  widzę  jakieś 

wyraźniejsze słowo... Turbinella? 

Komisarz potwierdził skinieniem głowy. 

- Tak, myśmy też do tego doszli. 

- Wydaje mi się, że tu jeszcze jest coś, jakby zaczynało się od „syn...” 

- Na to wygląda. Czy pani to coś mówi? 

- Nie. A czy Turbinella to jakieś nazwisko, imię? 

- Nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał nadać swojemu dziecku takie imię - oświadczył z 

powagą. 

- No nie, z pewnością. 

Sara podeszła do półki z książkami i odszukała tom encyklopedii zawierający hasła na 

literę T. 

- Tam też już sprawdzałem - zauważył sucho policjant. - Nic z tego, nie ma takiego 

hasła. Wiem natomiast, że sąsiadka widziała pani wuja kilka dni temu, gdy wracał do domu, 

podtrzymywany przez któregoś ze znajomych. Przez kogo, nie umie powiedzieć. Wyglądało 

na to, że wuj był nieco podpity. Słyszała też, że podśpiewywał sobie pod nosem: „Tarantela, 

tarantela”, choć przypuszczamy, że raczej było to inne słowo, prawdopodobnie „Turbinella”. 

-  Być  może  -  przytaknęła  Sara.  -  Wuj  nie  gardził  alkoholem,  zwłaszcza  podczas 

koktajli czy obiadów. Proszę mi wybaczyć, ale jak pan się właściwie nazywa? Jak mam się do 

pana zwracać? 

-  O,  przepraszam.  Zapomniałem  się  przedstawić.  Jestem  komisarz  Alfred  Elden  i 

pracuję w wydziale kryminalnym. 

W tym momencie otworzyły się drzwi do sypialni i wyszła stamtąd grupa techników 

policyjnych. 

- No, już po robocie. Można zabierać ten cały majdan. 

- Karlsen! - zareagował natychmiast komisarz Elden, wskazując na dziewczynę. 

background image

-  O,  przepraszam,  nie  wiedziałem...  Nasz  język  jest  mało  wyszukany,  ale  nigdy  nie 

mamy nic złego na myśli, proszę mi wierzyć. 

Sara skinęła głową. Słowa policjanta wzburzyły ją i nie zdołała tego ukryć. Mimo że 

nie znała wuja za dobrze, pozostawał jednak dla niej jedyną bliską osobą. Teraz nie ma już 

nikogo. 

Gdy funkcjonariusze opuścili pomieszczenie, Elden zwrócił się ponownie do Sary: 

-  Przerwaliśmy  pani,  coś  jeszcze  chciała  pani  powiedzieć.  Teraz  pojęła,  że  w 

mieszkaniu są tylko oni i nieboszczyk. Po chwili odezwała się drżącym głosem: 

-  Na  biurku  zauważyłam  katalog  biura  podróży.  Czy  wiecie  już,  dokąd  wujek  się 

wybierał? 

- Właśnie miałem zamiar tam zatelefonować, gdy pojawiła się pani. Znając charakter 

pana Tangena sądzę, że nie miała to być wycieczka zorganizowana. 

- O, na takie też się wypuszczał. Nie zawsze dysponował dużą gotówką. 

-  Pewnie  już  za  późno,  ale  możemy  spróbować  czegoś  się  dowiedzieć.  -  Policjant 

podszedł do telefonu i wykręcił numer biura podróży. 

I  znowu  uderzył  Sarę  szczególny  sposób,  w  jaki  komisarz  się  poruszał.  Obserwując 

jego sylwetkę z tyłu, nie mogła jednak zaprzeczyć, że był zgrabny i bardzo męski. Tak jak 

poprzednim razem przywiódł jej na myśl Erika. Kiedy Erik jej dotknął, zareagowała sprze-

ciwem. Może był to sygnał, że nie myślała o fizycznej bliskości ani romansie, ale pragnęła 

przyjaźni i oddania? Sara darzyła Erika sympatią, ale pociągał ją niejako platonicznie. Fakt, 

ż

e miał żonę i dwójkę dzieci, stanowił dla niej wielką barierę. Marzyła, by poczuć oplatające 

ją  ramiona  mężczyzny,  zespolić  się  z  nim  w  jedno.  Uświadomiła  sobie  nagle,  że  choć 

samotność  dotkliwie  jej  dokuczała,  to  pragnie  przede  wszystkim  głębszych  doznań.  I  co 

najdziwniejsze,  stało  się  to  za  sprawą  spotkania  z  tym  niedostępnym,  niechętnie  do  niej 

usposobionym policjantem. Czegoś podobnego nigdy by się nie spodziewała. 

Elden,  czekając  na  zgłoszenie  się  biura  podróży,  zwrócił  się  do  Sary  z  kolejnym 

pytaniem: 

- Zdaje się, że jest pani jedynym spadkobiercą? 

-  Spadkobiercą,  nie  rozumiem?  -  zdziwiła  się,  wodząc  wzrokiem  po  małym,  ale 

ekskluzywnie umeblowanym pokoju. 

- Proszę mi powiedzieć, gdzie była pani wczorajszego wieczoru? 

- O mój Boże! - wykrzyknęła, ale zaraz się opanowała. - - Byłam w domu. Odwiedziły 

mnie koleżanki z pracy i siedziały do około wpół do dwunastej. 

background image

Policjant  pokiwał  głową.  Po  krótkiej  chwili  połączył  się  Z  biurem  i  wymieniwszy 

kilka zdań, zapisał prywatny numer jednego z pracowników. 

-  Zastałem  tylko  sprzątaczkę.  Biuro  jest  już  naturalnie  nieczynne,  ale  mieliśmy 

szczęście - wyjaśnił, wystukując kolejny numer telefonu. - Halo, mówi komisarz Alfred Elden 

z wydziału kryminalnego. Zajmujemy się pewną sprawą i chciałbym zadać kilka pytań. Czy 

może mi pani pomóc? Czy przypomina sobie może pani klienta o nazwisku Hakon Tangen? 

Tak,  słucham?  Na  Cejlon,  do  Sri  Lanki?  Wczoraj  wieczorem?  Ale  dostaliście  państwo 

wiadomość, że się nie pojawił? 

Elden zamilkł na dłuższą chwilę, ale jego twarz wyrażała zdumienie. 

-  Wyjechał?  To  niemożliwe!  Jak  szybko  otrzymujecie  wiadomość  z  lotniska,  jeśli 

pasażer zrezygnuje? A jeśli ktoś inny przejmie bilet? Rozumiem. A więc Hakon Tangen na 

pewno był na pokładzie samolotu? Czy ma pani jego adres? Vindelveien trzydzieści cztery, 

tak, zgadza się. W takim razie dziękuję za pomoc, skontaktujemy się jutro. 

Odłożył słuchawkę. 

- Hakon Tangen udał się do Sri Lanki. 

- A co z jego paszportem i świadectwem szczepień? - Sara była niezwykle poruszona. 

-  Tutaj  żadnych  dokumentów  nie  znaleźliśmy.  Muszę  niestety  prosić  panią,  panno 

Wenning,  o  zidentyfikowanie  zwłok.  Wprawdzie  sąsiadka  już  to  zrobiła,  ale  w  tej  sytuacji 

musimy mieć stuprocentową pewność. 

- Czy to naprawdę konieczne? 

-  Obawiam  się,  że  tak.  Pójdę  pierwszy  i  postaram  się,  by  widok  był  dla  pani  jak 

najmniej przykry. 

Była wdzięczna komisarzowi za ten niespodziewany ludzki odruch. Po chwili poprosił 

ją do środka. 

Weszła na miękkich nogach. Nigdy przedtem nie widziała nieboszczyka i zawsze się 

bała, że kiedyś ją to spotka. Teraz nie miała innego wyjścia. 

Policjant  starał  się  zmniejszyć  przykre  wrażenie,  ale  Sara  i  tak  bardzo  przeżyła  ten 

moment. Wuj leżał na podłodze, twarzą skierowany ku drzwiom, jakby usiłował uciekać. Był 

przykryty kocem. 

Elden odchylił ostrożnie rąbek materiału z twarzy zmarłego. 

Sara  zdołała  kiwnąć  twierdząco  głową.  W  chwilę  potem  opuścili  sypialnię. 

Dziewczyna  ciężko  opadła  na  fotel  i  skwapliwie  przyjęła  kieliszek  koniaku  podany  przez 

Eldena. Nie lubiła mocnych alkoholi i lekko się zakrztusiła, smakując trunek. 

background image

Komisarz  interesował  się  znajomymi  wuja.  Zadał  Sarze  kilka  pytań,  na  które  nie 

umiała  udzielić  odpowiedzi.  Wreszcie  pozwolił  jej  odejść,  ale  poprosił,  by  stawiła  się  w 

komisariacie następnego dnia około dziesiątej. 

- Nie wiem, czy zwolnią mnie z pracy. 

- Z pewnością zwolnią - odparł z nutą groźby w glosie. 

Następnego dnia w pracy Erik przyszedł do jej pokoju. Byli zatrudnieni w tej samej 

instytucji, Sara miała etat pianistki, Erik był inżynierem. 

- No i jak poszło? - zapytał z troską, muskając przelotnie jej dłoń opartą o stół. 

- Eriku, oni mnie podejrzewali! - zawołała wzburzona. - Ale na szczęście miałam alibi. 

Muszę się znowu stawić na policji za pół godziny. Zwolniłam się.. 

Erik stał chwilę milczący. 

Saro,  nie  mogłem  porozmawiać  wczoraj  z  Birgitte.  Mieliśmy  niespodziewanych 

gości. 

Goście nie towarzyszyli im chyba w sypialni, pomyślała ze smutkiem Sara, choć tak 

naprawdę  odetchnęła  z  ulgą.  Ich  obecna  sytuacja  była  nie  do  zaakceptowania,  niemniej  nie 

chciała  doprowadzić  do  rozbicia  małżeństwa.  Nie  zachwycały  jej  także  wykrętne 

usprawiedliwienia niewiernych małżonków i potajemne schadzki. Właściwie sama nie miała 

pojęcia, czego chce. 

- Czy nie moglibyśmy poczekać, aż zakończy się ta straszna sprawa z morderstwem? - 

zapytała  prosząco.  -  To  mnie  kompletnie  wytrąca  z  równowagi.  Dziś  zupełnie  nie  mogłam 

zasnąć. Nie wspominaj o niczym swojej żonie. Nie warto. Chyba jakiś czas wytrzymamy bez 

spotkań? 

- Ależ, Saro! Przecież ja cię pragnę - wyszeptał podniecony Erik. 

Spojrzała na niego. Prezentował się nadzwyczaj dobrze, był nienagannie  ubrany, nie 

tak  jak  tamten  komisarz  policji.  Sara  wciąż  bolała  nad  tym,  że  Erik  okazał  się  żonatym 

mężczyzną. Ale cóż robić! Dowiedziała się o tym zbyt późno. 

- Bądź cierpliwy, proszę. 

W komisariacie Sarę czekała niemała niespodzianka. 

Na miejscu był naturalnie Alfred Elden, a poza nim jego przełożony, choć w pierwszej 

chwili nie rozpoznała stopnia. 

Elden siedział bez słowa i ściskał kurczowo długopis. 

- No jak, panno Wenning, czy pamięta pani kogoś ze znajomych wuja? 

- Tak, ale kompletnie nie potrafię skojarzyć nazwisk i twarzy. 

- A gdyby ich pani zobaczyła? 

background image

Nie spodziewała się podstępu, więc odparła z właściwą sobie szczerością: 

- Och, wtedy pewnie rozpoznałabym parę osób. Minęła dłuższa chwila, zanim padło 

kolejne pytanie: 

- Czy może pani wziąć dwa tygodnie wolnego? 

- Teraz? Ja dopiero co wróciłam z urlopu! 

- Była pani w Afryce, w Tunezji, zdaje się? 

Jak oni się o tym dowiedzieli? Czyżby ją szpiegowali? 

- Więc jest pani zaszczepiona przeciw chorobom tropikalnym - kontynuował policjant. 

-  Także  Elden  jest  po  szczepieniach  w  związku  z  niedawnym  zadaniem  w  Ameryce 

Południowej. Świetnie. Zatem oboje udacie się dziś wieczorem na Cejlon. Skontaktuję się z 

pani szefem i załatwię pani wolne. 

Sara nie była w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa. 

- Wszystkie koszty pokryje państwo. Jest nam pani potrzebna, ażeby zidentyfikować 

mężczyznę, który podszywa się pod pani wuja. 

- Ale... - usiłowała się bronić - wycieczki zorganizowane wyjeżdżają, o ile wiem, raz 

w. tygodniu? 

- Z tym nie ma problemu. Dziś odprawiana jest kolejna grupa, a w hotelu znalazł się 

wolny dwuosobowy pokój. 

- Co?! - Tego było już dla Sary zbyt wiele. - Dwuosobowy? 

Komisarz wpatrywał się uporczywie w blat biurka. 

- Jako para nie będziecie wzbudzać podejrzeń. Samotny mężczyzna zawsze może być 

brany za policjanta. 

Odwróciła się, wbijając wzrok w Eldena. Ten siedział ponury niczym chmura gradowa 

i przyglądał się swoim paznokciom. 

- Zapewniam panią, że to nie jego pomysł. On protestował jeszcze bardziej stanowczo 

niż pani. Męczyłem się z nim ponad godzinę. 

- Ale ja jestem zajęta! - wypaliła Sara. - Mój narzeczony nigdy... 

Erik jej narzeczonym? Cóż, w miłości i na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. 

- Nie musi nic wiedzieć o wspólnym pokoju. Pani pojedzie pod własnym nazwiskiem. 

W końcu teraz takie czasy, że kobiety często zatrzymują swoje nazwiska panieńskie, więc nie 

powinno to budzić podejrzeń. 

- Ale ja nie chcę mieszkać z nim w jednym pokoju, chciałam powiedzieć, z nikim - 

dodała już zupełnie zrezygnowana. - Po prostu nie lubię dzielić pokoju z obcymi, niezależnie 

od płci. 

background image

W tej sekundzie Elden wstał ze swego miejsca. 

-  Panno  Wenning,  ręczę  pani,  że  również  nie  jestem  zachwycony  tym  pomysłem. 

Wprawdzie  nie  mam  przyjaciółki,  ale  może  być  pani  pewna,  że  nie  przekroczę  linii 

oddzielającej pani część pokoju ani o milimetr. 

Sara  spoglądała  to  na  jednego,  to  na  drugiego  policjanta.  Wreszcie  zrozumiała,  że 

protesty na nic się tu nie zdadzą. - No dobrze. A więc zdecydowaliśmy. 

background image

ROZDZIAŁ II 

Rzeczywiście,  żadne  protesty  nie  pomogły.  Sara  wyraziła  obawę,  że  mężczyzna 

podający się za Hakona Tangena może ją przecież rozpoznać. 

W takim razie należy się trzymać od niego z daleka, otrzymała zimną odpowiedź. 

Wyprawa  do  Sri  Lanki  była,  zdaniem  policjantów,  niezwykle  ważnym 

przedsięwzięciem. Poszukiwany nie tylko pozbawił Tangena życia, ale też przywłaszczył so-

bie jego dokumenty. 

- Ja w każdym razie nie pojmuję, dlaczego zdecydował się na zwykły lot czarterowy? 

- zapytała zdziwiona Sara. 

- Sądzę, że wuj pani chciał uniknąć rutynowej kontroli, wiadomo zaś, że w przypadku 

czarterów jest ona wyrywkowa. Natomiast naszemu poszukiwanemu jeszcze bardziej na tym 

zależało. Niewykluczone, że człowiek ów planuje kolejne zabójstwa. Dlatego tak ważne jest, 

ż

ebyśmy temu zapobiegli. Loty czarterowe to bez wątpienia najprostszy sposób na dotarcie do 

Sri Lanki. 

-  Ale  czy  komisarz  Elden  naprawdę  nie  poradzi  sobie  beze  mnie?  -  nie  dawała  za 

wygraną Sara. - Chyba nie sprawi panom trudności zidentyfikowanie osoby, która podróżuje 

podszywając się pod mego wuja? Wystarczyłoby zapytać w recepcji. 

-  Ma  pani  rację.  Powtarzam  jednak:  małżeństwo  nie  budzi  takich  podejrzeń,  jak 

działający na własną rękę mężczyzna, zwłaszcza wyglądający tak jak Elden. Jego zawód bez 

trudu można wyczytać z jego oczu. Pani zaś być może jest w stanie rozpoznać poszukiwanego 

osobnika. 

- A gdyby komisarz Elden go zaaresztował? Stawia mu się ciężki zarzut, morderstwo z 

premedytacją! 

-  Oczywiście,  ale  wtedy  nigdy  się  nie  dowiemy,  o  co  toczy  się  gra.  Musi  pani 

zrozumieć,  panno  Wenning,  że  nie  zajmujemy  się  wyłącznie  zwykłymi  sprawami  kry-

minalnymi. Nasz wydział współpracuje ściśle z biurem śledczym. 

- Czy to znaczy, że szukacie szpiegów? - Sara zrobiła wielkie oczy. 

- No, można to tak nazwać - odparł z łagodnym uśmiechem nadkomisarz. - Wuj pani 

obracał się wśród polityków z najwyższych sfer, musimy więc i taką ewentualność wziąć pod 

uwagę. Niewykluczone, że właśnie dowiedział się o czymś niezwykle istotnym. 

background image

- Mój wujek szpiegiem? - rzekła w zadumie Sara. - Nie, tego sobie nie  wyobrażam. 

Owszem, z natury był żądny przygód i chętnie pojawiał się w towarzystwie znanych postaci, 

chwalił się nawet, kogo znał, ale nie podejrzewałabym go o nic więcej. 

- A jednak nie gardził pieniędzmi, czy tak? 

-  Owszem,  temu  nie  mogę  zaprzeczyć.  Komisarz  tylko  pokiwał  głową  na  znak,  że 

rozumie. Tymczasem Sara, nieco już uspokojona, powiodła nieobecnym wzrokiem gdzieś w 

przestrzeń. Po chwili zastanowienia rzekła: 

- Myślę, że... że ten mężczyzna nie zdążył się zaszczepić. Musi mu chyba bardzo na 

czymś zależeć, skoro podejmuje takie ryzyko, przecież czyha na niego wiele niebezpiecznych 

chorób. 

- W gruncie rzeczy nie ma aż tak wielkiego niebezpieczeństwa, ale że się nie wahał 

ani chwili, o tym jestem przekonany. 

- A może jest trochę podobny do wuja Hakona? No bo zdjęcie w paszporcie i...? 

-  Najprawdopodobniej.  Chociaż  jeśli  ma  możliwość  sfałszowania  paszportu,  to  dla 

niego bez różnicy. 

-  Takie  podróbki  to  bardzo  ryzykowne  przedsięwzięcie.  Muszą  być  wykonane 

profesjonalnie - zauważył krótko Alfred Elden. 

Mimo że Elden siedział cały czas z tyłu, Sara wyraźnie wyczuwała jego obecność, tak 

jakby wypełniał sobą pokój. Bardzo ją to złościło. 

W pewnej chwili oczy Sary rozbłysły. 

- Ciekawa jestem, co też się za tym wszystkim kryje? Ale wolałabym mieszkać sama. 

Czy nie dałoby się tego jakoś załatwić? 

- Przykro mi, ale w hotelu brak wolnych pokoi. 

- Może pani być spokojna, że zadowolę się wyłącznie swoją częścią pomieszczenia - 

odezwał się komisarz Elden z gniewem w głosie. - Będę się ściśle trzymał granicy. 

Zabrzmiało to jednoznacznie. 

- Nie chodzi tylko o to. Z zamieszkiwaniem we wspólnym pokoju wiąże się przecież 

mnóstwo  innych  problemów  -  przerwała  i  westchnęła.  -  Zresztą  jak  pan  sobie  życzy,  panie 

nadkomisarzu. 

Nadkomisarz zatrzymał ją jeszcze przez moment po tym, jak Elden opuścił pokój. 

- Pani zapewne sądzi, że policja próbuje posłużyć się niecodziennymi metodami? 

- Tak - odparła - nigdy nie przypuszczałam, że będziecie zmuszać dwoje obcych ludzi 

do przebywania razem. 

I zachęcać do niemoralności, dodała w myśli, ale nie powiedziała tego głośno. 

background image

Nadkomisarz oparł dłonie o poręcz krzesła. 

-  Mam  swoje  powody,  proszę  pani.  My  tutaj  w  wydziale  kryminalnym  bardzo  się  o 

Alfreda  martwimy.  To  jeden  z  naszych  najlepszych  ludzi,  ale  on  robi  wszystko,  żeby  się 

pogrążyć. Jeśli tak dalej pójdzie, najpewniej załamie się nerwowo. 

Sara patrzyła na niego uważnie. 

- Może mi pan wyjaśni, o co chodzi. Czy pan Elden nadużywał... 

-  Nie,  to  nie  to.  Ma  poważne  problemy  rodzinne,  ale  nie  o  nich  chcę  teraz  mówić. 

Najgorsze,  że  on  cały  czas,  w  każdej  wolnej  chwili,  gryzie  się  nimi.  Nie  żyje  tak,  jak 

normalny  człowiek,  tylko  doprowadza  się  do  ruiny.  Mało  kto  potrafi  egzystować  w  takiej 

izolacji jak on. 

- I ja mam mieszkać pod jednym dachem z takim dziwakiem? W co wy mnie chcecie 

wplątać? 

Nadkomisarz przechylił się ku dziewczynie. 

-  Trzeba  go  trochę  oswoić,  przekonać  do  ludzi.  Kiedy  Sara  usiłowała  protestować, 

kontynuował: 

- Naprawdę, proszę mnie źle nie zrozumieć. On potrzebuje jedynie towarzystwa miłej, 

przyjaznej  osoby  z  poczuciem  humoru,  mam  na  myśli  osobę  kulturalną,  wyrozumiałą,  taką 

jak  pani.  Elden  musi  się  trochę  otworzyć  do  ludzi.  Nie  zrobi  pani  najmniejszej  krzywdy, 

szanuje prywatność. Jemu potrzeba przyjaciela, kogoś, kto mu pokaże, że można żyć inaczej. 

Czy pani mnie rozumie? 

- Dlaczego sądzi pan, że ja się nadaję do tego? 

- Panno Wenning, my wiemy o pani niemało. 

Sara siedziała dłuższą chwilę bez ruchu, a wewnętrzny bunt nieco już zelżał. Pokiwała 

głową. 

- Rozumiem. Mogę w każdym razie okazać mu serdeczność. 

- Wspaniale - ucieszył się nadkomisarz. 

Następne  godziny  spędzili  w  biegu.  Normalnie  przygotowania  do  wyjazdu  trwają 

kilka  dni,  tygodni  czy  nawet  dłużej.  Sarze  dano  zaledwie  parę  godzin  na  spakowanie  się. 

Ciągle  miała  wrażenie,  że  zapomniała  połowy  rzeczy.  Poprosiła  sąsiadkę  o  opiekę  nad 

kwiatami i odbieranie poczty. Potem udała się do lekarza, by wziąć jeszcze jeden zastrzyk, w 

aptece  kupiła  tabletki  przeciwko  malarii,  przekazała  niektóre  sprawy  swoim 

współpracownikom w biurze, następnie szybkie mycie włosów i mała przepierka. Przez cały 

ten czas nie opuszczała jej jedna myśl - będzie dzielić pokój z obcym mężczyzną, i to jeszcze 

z jakim! Dwa tygodnie spędzi razem z tym dziwakiem Alfredem Eldenem. 

background image

Jak  ona  to  wytrzyma?  Nadkomisarz  jest  zdania,  że  dwoje  cywilizowanych  ludzi 

powinno podejść do tego rodzaju zadania z należytym zrozumieniem, ale to nie było uczciwe 

posunięcie  wobec  niej,  Sary.  Kobiety  -  policjantki  są  pewnie  przyzwyczajone  do  tego  typu 

zadań, ale nie ona! 

Nagle  w  całym  tym  zamieszaniu  zadzwonił  Erik.  Słysząc  jego  głos,  Sara  uspokoiła 

się. Ucieszyła się, że będzie mogła podzielić się swoimi kłopotami ze starszym przyjacielem. 

Wyjaśniła, co postanowiono w komisariacie i że ma to związek z zabójstwem wuja. Pominęła 

naturalnie nieprzyjemny szczegół wyprawy, jakim była konieczność zamieszkania w jednym 

pokoju z Eldenem. 

-  W  takim  razie  jadę  z  tobą!  -  ożywił  się  Erik.  Tylko  nie  to!  Do  tego  nie  mogła 

dopuścić. Nie w sytuacji, kiedy ów straszny komisarz siedział jej na karku. 

- Ale... Przerwał jej. 

-  Pomyśl,  jak  byłoby  cudownie.  Ty  i  ja,  i  ta  piękna  wyspa!  Słońce,  plaża,  palmy, 

romantyczne tropikalne noce... Nikt by o nas nie wiedział. 

- Ale w hotelu nie ma już wolnych miejsc! 

- O hotel się nie martw. Leżą jeden obok drugiego, coś załatwię. 

-  A  szczepienie?  Nie  wpuszczą  cię  do  tego  kraju,  jeśli  nie  okażesz  świadectwa 

szczepienia! 

- Więc zaraz pobiegnę do lekarza. 

- Eriku, jesteś szalony. Nie, ja nie chcę. Na miłość boską, on nie może jechać! 

- Więc nie chcesz, żebym był z tobą? - zapytał z pretensją w głosie. 

-  Nie  o  to  chodzi  -  usiłowała  się  wykręcić.  -  To  zbyt  niebezpieczne  dla  twojego 

zdrowia. A ja przecież niedługo wrócę. 

- No, może masz rację - przyznał z westchnieniem. - Ale pomyśl, taka okazja... 

Sara  także  odetchnęła  z  wyraźną  ulgą.  Chociaż  nie  mogła  zaprzeczyć,  byłoby 

cudownie. Erik jest taki dojrzały i opiekuńczy... 

Tymczasem  Erik  widział  siebie  samego  zupełnie  inaczej.  We  własnych  oczach  był 

młodym,  pociągającym  kochankiem,  którego  urok  zniewalał  niewinną  Sarę.  To  on  miał  ją 

wprowadzić w tajemnice alkowy. Starał się nie pamiętać, że jest szacownym ojcem rodziny. 

W chwilę potem zadzwonił komisarz Elden, oznajmiając, że nieco się spóźni. Gdyby 

Sara mogła przyjechać do niego, udaliby się bezpośrednio na lotnisko. To zresztą najlepsze 

rozwiązanie, nie będą się szukali wśród tłumu podróżnych. Elden miał oba bilety przy sobie. 

background image

Sara zgodziła się. Była zadowolona, że nie musi sama jechać autobusem na lotnisko. 

Tak więc o umówionej godzinie nacisnęła dzwonek u drzwi Eldena, stawiając torbę podróżną 

na ziemi. Otworzył natychmiast. 

-  Proszę  wejść.  Za  chwilę  będę  gotowy  -  rzekł  krótko.  Weszła  do  pokoju 

przypominającego celę mnicha i aż ścisnęło się jej serce na ten widok. Czy to możliwe? Ani 

jednego  zdjęcia,  ani  firanek,  zupełnie  nic!  Dostrzegła  tu  wyłącznie  absolutnie  niezbędne 

sprzęty, bez których człowiek nie może się obejść. I nic ponad to! 

Spojrzała badawczo na mieszkającego tu mężczyznę, który właśnie stał pochylony nad 

jakimiś  papierami.  Taki  zdolny  człowiek,  zdawałoby  się,  stworzony  do  korzystania  ze 

zdobyczy cywilizacji, inteligentny, interesujący z wyglądu, wychowany w poszanowaniu dla 

dóbr kultury, żyje w taki sposób? W tej mniszej celi brakowało tylko religijnych symboli. Co 

się z nim stało, co ukrywał za swoją nieprzeniknioną maską? 

- Teraz jestem gotowy. Możemy jechać. 

Spędziła  trzynaście  godzin  w  samolocie  obok  mężczyzny,  którego  właściwie  nie 

znała. Kilka prób nawiązania rozmowy zostało uciętych mało zachęcającym mruczeniem pod 

nosem. 

Byłoby  najlepiej,  gdyby  usiedli  każde  w  innym  końcu  maszyny.  A  tymczasem  było 

tak niewiele miejsca, że komisarz Elden nie bardzo mógł zmieścić swoje długie nogi. Kolana 

opierał o fotel znajdujący się bezpośrednio przed nim, co wywoływało narzekania siedzącej 

tam  pani.  W  końcu  jakoś  usadowił  się  tak,  że  nikomu  już  nie  przeszkadzał,  sam  jednak 

cierpiał katusze z powodu niewygody. 

-  W  drodze  powrotnej  musimy  się  postarać  dla  ciebie  o  miejsce  przy  wyjściu 

awaryjnym - zauważyła Sara - będzie ci tam znacznie lepiej. 

W odpowiedzi wymamrotał coś nieokreślonego. 

Trzeci  z  pasażerów  siedzący  w  ich  rzędzie  co  chwila  zamawiał  kolejne  drinki,  palił 

mimo  zakazu  i  starał  się  uszczypnąć:  stewardesę  zawsze,  kiedy  przechodziła  obok.  Posiłki, 

choć  bardzo  smakowite,  podano  na  zdecydowanie  za  małych  stolikach.  Z  łokciami 

przyciągniętymi jak najbliżej do siebie Sara usiłowała utrzymać talerzyki i szklanki na swoim 

miejscu.  Stolik  komisarza  był  z  kolei  krzywy,  co  sprawiało,  że  męczył  się  niemiłosiernie, 

ażeby  zapobiec  przesuwaniu  się  całej  zastawy  na  jedną  stronę.  Sara  zaproponowała  z 

uśmiechem,  że  może  mu  podawać  jedzenie  do  ust,  podziękował  jednak.  Nie  był  wcale 

zachwycony ani tym żartem, ani innymi próbami rozweselenia go. 

Niewiele  rozmawiali  o  celu  swojej  podróży.  Raz  tylko  Sara  zapytała,  czy  policja 

natrafiła na nowe ślady. 

background image

- Tylko jeden.  Listonosz stwierdził, że do pana Tangena nadeszło w ostatnim czasie 

kilka listów, przedwczorajszy zaś, był wyjątkowo gruby. Potwierdza się więc informacja, że 

wuj  miał  sporo  przyjaciół  w  Anglii.  W  mieszkaniu  nie  znaleziono  jednak  niczego 

szczególnego. 

- A może listonosz będzie pamiętał, kim był nadawca? 

- Owszem, pytaliśmy o to i coś niecoś mu się przypomniało. Nazwisko zaczynało się 

na „Con”, a w nazwie miejscowości było „Manor”, chociaż z niczym znanym mu się to nie 

kojarzyło. Koperta wyglądała na elegancką. 

- Żadnego znaku firmowego? 

-  Nie,  list  pochodził  wyraźnie  od  osoby  prywatnej.  „Manor”  to  może  jakiś  herb 

rodowy lub coś w tym rodzaju. 

- Wuj Hakon lubił przebywać wśród elit. 

W tym momencie poczuła lekkie ukłucie w okolicy serca. Przypomniała sobie, jak za 

ż

ycia wuja często irytowała się na jego zadufanie, dumę i skłonność do wynoszenia się ponad 

innych. Szklaneczka z alkoholem w jednej dłoni, papieros w drugiej i opowieści o dalekich 

wyprawach,  wytworni  goście,  z  którymi  był  za  pan  brat.  Dziś  miała  wrażenie,  iż  był 

samotnym  mężczyzną,  który  mimo  swoich  romansów,  mimo  przyjaciół  odchodzi  bez 

pożegnań, bez kwiatów i mów. Policja obiecała, że poczeka z pogrzebem do powrotu Sary i 

Eldena,  gdyby  nie  to,  nikt  nie  towarzyszyłby  Hakonowi  Tangenowi  w  ostatniej  drodze. 

Biedny wujek! 

Przespała sporą część lotu, ukryta za ciemną maską, którą przyniosła jej stewardesa. 

Raz  po  raz  jednak  budził  Sarę  gadatliwy  sąsiad.  Alfred  Elden  nie  spał,  takie  przynajmniej 

odniosła wrażenie. Próbowała namówić go na drzemkę, by dotarł na miejsce wypoczęty. 

- Moje zapotrzebowanie na sen jest minimalne - odburknął. 

Odebrała  tę  odpowiedź  jak  pretensję  o  to,  że  dba  wyłącznie  o  zapewnienie  sobie 

wszelkich  wygód.  Poczuła  wyrzuty  sumienia.  Wyprostowała  się  więc  i  zaczęła  wyglądać 

przez malutkie okienka. 

Płonące szyby naftowe w Kuwejcie przypominały gigantyczne pochodnie na pustyni. 

Potem  przypatrywała  się  górskim  szczytom  sterczącym  ponad  porannym  morzem  mgieł. 

Zapytała, czy to góry Kaukazu, i zaraz potem zaczerwieniła się ze wstydu, bo Elden wyjaśnił, 

iż to najbardziej wysunięta część półwyspu Oman. Zupełnie się skompromitowała. 

Znajdowali się nad bezkresnym Oceanem Indyjskim. Lotu nad wodą Sara wprost nie 

znosiła. Nie bała się latać nad lądem; gdy wydarzy się jakieś nieszczęście, maszyna spada na 

background image

ziemię, wybucha i nie  ma co zbierać. Ale awaria samolotu i do tego utonięcie w morzu, to 

stanowczo za wiele. 

Wreszcie, po wielu godzinach lotu, usłyszała głos pilota: 

- Proszę państwa, za chwilę lądujemy na lotnisku w Kolombo. Proszę zapiąć pasy. 

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że czeka ją przygoda. Wszystko potoczyło się tak 

błyskawicznie,  nie  mogła  uwierzyć,  iż  zaraz  znajdzie  się  na  jednej  z  najciekawszych  wysp 

ś

wiata.  Nieświadomie  uśmiechała  się  do  komisarza  Eldena,  nie  zdając  sobie  sprawy,  jak 

spontaniczny i pociągający był to uśmiech. 

Jego  twarz  znowu  przybrała  wyraz  surowości.  Najwyraźniej  nie  miał  zamiaru 

odpowiedzieć Sarze tym samym. 

Sara  w  jednej  chwili  straciła  cały  rezon,  aż  coś  ją  ścisnęło  w  dołku.  Czy  naprawdę 

musi być skazana na towarzystwo tego człowieka przez całe dwa tygodnie? Zastanawiała się, 

jak  też  mogła  wyglądać  osoba,  która  tak  bardzo  go  uraziła,  odchodząc.  Odniosła  bowiem 

wrażenie, że Elden został zraniony przez kobietę i teraz demonstruje wszystkim paniom, że 

wcale nie są mu do szczęścia potrzebne. Ten typ ludzi jest zniechęcający. 

Samolot  obniżał  wysokość  i  czuło  się  szpilki  w  uszach.  Szybowali  teraz  tuż  nad 

lustrem wody i prawie muskali ciężkie, powolne fale. Jak okiem sięgnąć, nie widać było nic 

poza bezkresem oceanu. 

To  się  chyba  źle  skończy,  pomyślała.  Twarz  miała  bladą  i  instynktownie  chwyciła 

komisarza  za  ramię.  Tego  rodzaju  bliskości  Elden  jednak  sobie  nie  życzył.  Nie  widział 

również tak dobrze jak ona, że lecą tuż nad powierzchnią wody. Uwolnił się ostrożnie, ale z 

wyraźnym niesmakiem. 

- Przepraszam - wymamrotała Sara, kiedy się zorientowała, co zrobiła. - Ale zupełnie 

nie  widzę  Cejlonu.  Jeśli  tak  dalej  pójdzie,  to  za  moment  będziemy  się  pluskać  w  Oceanie 

Indyjskim.  Pilot  musiał  się  chyba  pomylić,  a  może  to  kompas  albo  inne  urządzenie 

nawigacyjne jest niesprawne? 

Elden  coś  odpowiedział,  ale  Sara  z  powodu  zmiany  ciśnienia  właśnie  przestała 

cokolwiek słyszeć, nie wiedziała więc, o czym mówił. Zabrzmiało to jednak niemiło. Jak ona 

wytrzyma towarzystwo takiego mruka! 

No, przynajmniej będzie miała spokój i pozostanie wierna Erikowi. 

Tęskniła za poczuciem bezpieczeństwa, które, jak wierzyła, właśnie Erik był w stanie 

jej  zapewnić.  Jego  ciepłe  spojrzenia,  ramiona,  które  by  ją  objęły,  i  on  sam,  słuchający 

zwierzeń  samotnej  dziewczyny.  Był  mądry  i  życiowo  doświadczony,  z  pewnością  by  ją 

background image

zrozumiał. Przytulałby i okazywał, że są sobie naprawdę bliscy i że nikt na świecie tego nie 

zmieni. 

Ona dałaby mu ciepło, którego nie zaznał w swoim zimnym, martwym małżeństwie. 

Teraz  żałowała,  że  nie  posłuchała  Erika.  Potrzebował  jej  w  swojej  samotności, 

pozbawiony  serca  ze  strony  wyrachowanej  żony,  żądnej  wyłącznie  luksusu  i  pieniędzy, 

kobiety  wyzutej  z  uczuć  dla  tego  wrażliwego  mężczyzny.  Nie,  Sara  nie  miała  zamiaru  się 

poddać. 

Przez  moment  przeniosła  się  w  odległy  świat  i  pogrążyła  w  marzeniach.  Nagle 

drgnęła, powracając do rzeczywistości. 

Samolot przeleciał ponad uciekającymi falami i nie wiadomo skąd za oknem pojawił 

się las palm. Maszyna zatoczyła wielki krąg nad drzewami i skierowała się na lądowisko. 

Wszyscy  pasażerowie  umilkli,  włącznie  z  rozgadanym  sąsiadem  Sary  i  Eldena. 

Siedział teraz z poszarzałą twarzą i zaciskał dłonie tak, że kostki aż mu zbielały. Do Sary nie 

dochodziły żadne głosy, ale może to z powodu kłucia w uszach. 

Dwa, trzy lekkie uderzenia o płytę lotniska i już wylądowali. 

Alfred zdjął kurtkę Sary z górnej półki, po czym ruszyli do wyjścia. Aha, więc jednak 

wiedział, że można od czasu do czasu okazać odrobinę uprzejmości, pomyślała. 

Uderzyła  ich  fala  nagrzanego,  wilgotnego  powietrza.  Różnica,  jaką  odczuli, 

przylatując z listopadowej, zimnej Norwegii, była ogromna. W jednej chwili dziewczyna zo-

rientowała  się,  że  zarówno  spodnie,  jak  i  sweter  są  za  ciepłe,  Elden  także  od  razu  zrzucił 

kurtkę. Gdy weszli do hali lotniska, pośpieszyli ku nim bosonodzy tragarze. 

Czekała  ich  długa  i  szczegółowa  kontrola  dokumentów:  zatrzymywały  ich  różne 

barierki, odpowiadali na pytania, okazywali wizy, wreszcie oczekiwali na bagaż. Rutynowa 

kontrola była tu bardziej czasochłonna i zawiła niż kontrola graniczna w  ich kraju. Jeden z 

urzędników  zerknął  najpierw  w  paszport  Eldena  na  stronę,  gdzie  wpisano  zawód,  a  potem 

podniósł pytająco wzrok. 

- Urlop - odparł, wskazując przy tym na Sarę jakby na potwierdzenie swych słów. 

Urzędnik uśmiechnął się przyjacielsko i przepuścił oboje. 

_  Weźmiemy  taksówkę  -  oświadczył  Elden,  kiedy  już  wydostali  się  z  tłumu  na 

lotnisku i wyszli na zewnątrz, gdzie panował jeszcze większy tłok. Stały tu rzędy autobusów i 

biegały setki ludzi. 

_  Nie  będziemy  się  przyłączać  do  grupy  wycieczkowej,  oni  udają  się  w  innym 

kierunku. 

Odetchnęli, oddalając się od niesympatycznego i podpitego towarzysza podróży. 

background image

Sara dreptała tuż za komisarzem, ale nie czuła się zbyt pewnie. Przyglądała mu się z 

tylu - prezentował się bardzo dobrze, aż do chwili gdy spojrzało się na jego ponurą twarz. Ta 

twarz nie budziła odrobiny sympatii. 

_ Gdzie się teraz udamy? 

-  Do  Negombo  -  odparł  i  zatrzymał  taksówkę,  która  wydała  się  mu  znośna.  -  O  ile 

wiem, to mała rybacka miejscowość. Do hotelu Sea Dragon - zwrócił się do kierowcy. 

Rozpoczęła się niezwykła podróż. Sara siedziała, obserwując z zapartym tchem drogę 

i  całą  okolicę.  Tutaj,  zdaje  się,  samochody  jeździły  lewą  stroną,  ale  na  razie  nie  mogła  się 

zorientować, czy istotnie tak było. Taksówka przepychała się, trąbiąc co chwila, przez tłumy 

ludzi, dziesiątki bezpańskich psów, prosiąt, krów i wołów, kur, a czasem nawet słoni. Nikt nie 

przejmował  się  autami, kierowcy  używali  klaksonu,  żeby  sobie  utorować  drogę.  Powstawał 

nieopisany chaos. Na szczęście samochodów nie jeździło zbyt dużo. Po obu stronach drogi, 

między palmami, stały domy, a raczej proste chałupinki, przez które widać było wszystko na 

wylot.  Mijali  zaniedbane  zagrody,  piękne  bungalowy  oraz  starannie  utrzymane,  bajecznie 

kwitnące  ogrody;  wszystko  przeplatało  się  ze  sobą.  Czarujące,  byle  jak  odziane  dzieciaki 

machały w kierunku taksówki ze śmiechem i radością mimo wielkiej biedy, w jakiej żyły. 

Sara także machała im ręką. 

- Jakie to wspaniałe! - zawołała entuzjastycznie. - Zaczynam się cieszyć z tej podróży. 

- Pamiętaj, że to nie jest zwykła wycieczka - zauważył zimno Elden. 

Potwór, który potrafi zdławić najmniejszą radość! 

Skręcili  w  ulicę  Nadmorską,  jak  wyjaśnił  kierowca,  i  zaraz  poczuli  zapachy  z 

nabrzeża.  Była  to  ulica  pełna  turystów,  właściciele  małych  sklepików  powywieszali  na  ze-

wnątrz wzorzyste tkaniny i barwne maski. Po drugiej stronie, pomiędzy prostymi rybackimi 

chatami a kołyszącymi się palmami, znajdowały się niewysokie budynki hoteli. 

- Sea Dragon - zakomunikował kierowca i zahamował ostro. 

Hotel wyglądał przyjemnie, sprawiał wrażenie chłodnego. Nie opodal szumiał ocean. 

W recepcji Alfred rzekł szybko do Sary: 

-  Zapytaj  się  o  pokój  twojego  wuja.  Ja  nie  mogę  tego  zrobić,  to  może  wzbudzić 

podejrzenie. 

Sara pojęła go w lot. Ponieważ w pobliżu nie znajdowali się Skandynawowie, zapytała 

recepcjonistę, czy Hakon Tangen już przyjechał. 

- Chwileczkę, sprawdzę. Tak, mieszka w pokoju numer siedem. 

- Czy zjawił się sam...? 

background image

-  Wynajął  cały  pokój  dla  siebie.  Proszę,  oto  państwa  klucze.  Numer  szesnaście,  na 

parterze po prawej stronie. 

Tragarz  -  wziął  bagaże  i  podreptał  długim,  wyłożonym  kamieniami  tarasem 

biegnącym wzdłuż całego skrzydła. Znajdujące się tu pokoje miały widok na morze. 

Sara wskazała na tablicę z numerami pokojów i zauważyła cicho: 

- On też mieszka na parterze. 

-  Najbardziej  wysunięty  pokój,  jak  sądzę  -  zamruczał  w  odpowiedzi  Elden.  - 

Spróbujemy się zorientować, który to. 

Kiedy dotarli do swojego pokoju, tragarz otworzył drzwi i odszedł. 

Niepewnie weszli do środka. 

Pokój  był  bardzo  przyjemny,  jakkolwiek  dużo  skromniejszy  niż  te,  do  których 

przyzwyczajeni są mieszkańcy Europy. Była tu zarówno garderoba, jak i oddzielna łazienka. 

Zamiast wanny - prysznic z ciepłą wodą. 

Sara  z  ulgą  stwierdziła,  że  łóżka  są  odsunięte  od  siebie.  Pod  sufitem  zamocowano 

moskitiery. 

Alfred podszedł do drzwi prowadzących na werandę i obejrzał je uważnie. 

-  Zasuwa  na  dole  jest  zniszczona,  za  to  zamek  w  porządku.  Pamiętaj,  żeby  drzwi 

zawsze były zamknięte. Prowadzą prosto do ogrodu, więc każdy mógłby tu bez trudu wejść. 

Pierwszy raz zwrócił się do Sary przez ty, ale sposób, w jaki to uczynił, nie zachwycił 

jej.  W  ogóle  nie  podobało  jej  się  całe  przedsięwzięcie  i  okropnie  bała  się  ich  „wspólnego” 

mieszkania. Czuła to tym bardziej, że teraz pozostali sam na sam. 

Elden wyszedł na werandę, Sara podążyła za nim. 

Rzeczywiście, od ogrodu dzieliło ich zaledwie kilka kroków. Kamienny taras ciągnął 

się  także  z  tej  strony  wzdłuż  całego  hotelu  aż  do  skrzydła  recepcyjnego.  Za  ogrodem,  w 

którym  rosło  mnóstwo  pnących  roślin  o  różnobarwnych  kwiatach,  rozciągała  się  plaża, 

podmywana  co  chwila  przez  fale.  Było  późne  popołudnie,  a  mimo  to  panował  upal. 

Skandynawowie nie nawykli do takich temperatur. 

Komisarz ruszył powoli w kierunku ogrodu i ogarnął pozornie obojętnym spojrzeniem 

cały hotel. Sara wiedziała jednak, że patrzy bardzo uważnie. 

Wiedziała, że przyglądał się pokojowi numer siedem. Po chwili wrócił i oboje weszli 

do środka. 

-  Do  jego  pokoju  jest  stąd  dość  daleko  -  zakomunikował.  -  Wszystkie  pokoje  na 

wyższych piętrach mają balkony z wysokimi balustradami, a nie werandy, jak u nas. 

Sara skinęła głową. 

background image

- Chciałabym skorzystać z łazienki i przebrać się - powiedziała - ale najpierw chyba 

musimy omówić kilka szczegółów. 

Spoglądał  na  Sarę  wyczekująco,  nawet  na  moment  nie  spuszczając  z  niej  szarych, 

przenikliwych oczu. 

Komisarz  był  naprawdę  przystojny,  ale  jego  uroda  nie  robiła  teraz  na  dziewczynie 

najmniejszego wrażenia. 

-  Mam  nadzieję,  że  mogę  zwracać  się  do  ciebie  po  imieniu,  choć  wydaje  mi  się  to 

dziwne.  Nie  mam  natomiast  zamiaru  publicznie  okazywać  ci  „małżeńskich”  uczuć.  Nie  ma 

mowy o przytulaniu czy pocałunkach. 

-  Doskonale  -  odparł.  -  To  zupełnie  zbędne.  Jeśli  tylko  przestaniesz  obrzucać  mnie 

takim  wrogim  spojrzeniem,  jak  to  masz  w  zwyczaju,  wszystko  będzie  w  porządku. 

Wystarczy, że będziemy wobec siebie uprzejmi. 

- Nie wiedziałam, że mam wrogie spojrzenie - odpowiedziała bojowo. 

- Zupełnie jak u rozzłoszczonego jeża. 

- Obiecuję, że postaram się to zmienić. 

- Łazienkę wykorzystamy jako przebieralnię, zaoszczędzi to nam obojgu kłopotliwych 

sytuacji. Za chwilę podadzą obiad, więc przebierz się, a ja się rozpakuję. 

Pół  godziny  później  szli  długim  korytarzem  w  kierunku  głównego  budynku.  Elden 

miał na sobie białą koszulę z krótkim rękawem i spodnie koloru khaki, Sara włożyła lekką, 

letnią  sukienkę  i  sandały.  Cieszyła  się,  że  niedawno  powróciła  z  Tunezji,  była  więc  ładnie 

opalona. 

Mimo to ostatni urlop nie był udany. Na wyjazd namówiła ją koleżanka, okazało się 

jednak, że niewiele miały ze sobą wspólnego. Sara dopiero co odkryła Erika i nieustannie o 

nim marzyła; wtedy jeszcze nie wiedziała, że jest żonaty. Jej towarzyszka spędzała całe dnie 

na plaży, wieczorami zaś chodziła na dyskoteki. Sara snuła się samotnie tam i z powrotem i 

była rada, że tydzień tak szybko minął. 

Tym  razem  postanowiła,  że  nie  będzie  tracić  czasu  na  wspomnienia  związane  z 

Erikiem. Ale jakim sposobem miała tego uniknąć, kiedy jej jedynym towarzyszem podróży 

był ów gruboskórny mężczyzna, uchodzący za jej męża? 

Poczuła tak ogromną samotność i pustkę, że z trudem powstrzymywała się od łez. 

background image

ROZDZIAŁ III 

Młodzi  kelnerzy  o  ciemnej  karnacji  byli  wszechobecni,  zjawiali  się  na  każdy  gest 

wycieczkowiczów. 

- Jesteśmy trochę pokrzywdzeni - żaliła się do Eldena Sara - nie należymy do żadnej z 

grup i nie otrzymaliśmy żadnych informacji. 

- Myślę, że możemy jutro z samego rana porozmawiać z przewodnikiem. Masz rację, 

o wielu szczegółach powinniśmy się dowiedzieć. 

Ucieszyła się, że wreszcie się z nią zgodził, ale odparła sucho: 

- Na przykład o tych ogromnych płazach, które wiszą nad naszymi głowami... 

Alfred podniósł wzrok. 

- Nie masz się czego obawiać - odparł - na pewno na nas nie spadną. 

Sara nie była jednak w pełni przekonana. 

- Nazwy potraw w menu brzmią obco, ale jeśli poprosimy o obiad firmowy, w kuchni 

nie będą musieli przyrządzać żadnych specjałów. 

Przytaknął  i  zaraz  zamówi!  posiłek  u  młodego,  zwinnego  kelnera,  który  obsługiwał 

ich stolik. 

- Zauważyłem, że jest tu wielu Szwedów - rzekł komisarz - poznaję to po gwarze z 

sąsiednich stolików. 

- Szwedzi i Niemcy są wszędzie tam, dokąd docierają turyści - odpowiedziała Sara. - 

Ten hotel wygląda na stale zamieszkiwany przez Skandynawów. 

Obiad obojgu bardzo smakował. Gdy wstawali od stołu, Sara zaśmiała się radośnie. 

- Czy dozwolone jest okazywanie zadowolenia z tutejszej kuchni? - zapytała. 

W odpowiedzi ujrzała wreszcie blady uśmiech. 

- Mnie także się tu podoba, mimo że tak niewiele jeszcze widzieliśmy. 

- Ludzie wydają się bardzo przyjaźni i serdeczni. 

- Dla nich spotkanie ze Skandynawami o kwaśnych minach jest pewnie zaskoczeniem. 

Czyżby mnie miał teraz na myśli? zdumiała się Sara. 

Mimo wszystko wyglądało na to, że oboje ulegli nastrojowi ciepłej wieczornej pory, 

pięknu  otoczenia,  zapachom,  podmuchom  wiatru  znad  oceanu.  Sara  westchnęła.  Gdyby  tak 

zamiast Alfreda siedział tu Erik! Przystojny, serdeczny, nieszczęśliwy i chwilami nawet słaby 

Erik. Chyba jest jednak trochę niesprawiedliwa. Erik to prawdziwy mężczyzna. Tak się jakoś 

background image

złożyło,  że  zaczęła  porównywać  go  z  surowym  Alfredem,  z  którym  wcale  nie  pragnęła  się 

zaprzyjaźniać. 

Po  obiedzie  wybrali  się  na  plażę.  Obserwowali  tam  małe  kraby,  które  podskakując 

uciekały bokiem i chowały się. Było już ciemno, a mimo to żądni zysku handlarze wciąż nie 

odchodzili  ze  swoich  stoisk,  nakłaniając  turystów  do  kupowania  pamiątek.  Nie  brakło  też 

ż

ebrzących  bez  skrupułów  dziewczynek,  które  prosiły  o  pieniądze,  ubrania  czy  choćby 

długopis. 

Chcieli pójść jeszcze dalej, ale zatrzymał ich funkcjonariusz straży miejskiej. 

- Spacery o tej porze nie są bezpieczne - poinformował dyskretnie. - W każdym razie 

nie dla samotnych dam. Pani ma wprawdzie eskortę, więc może... 

- Oczywiście, zawrócimy. Dziękujemy za ostrzeżenie - zadecydował komisarz. 

-  Nie  wiedziałam,  że  wśród  Syngalezów  są  kryminaliści  -  stwierdziła  z  zawodem  w 

głosie Sara. 

- No, niezupełnie kryminaliści - odparł Elden - ale bieda panuje w wielu miejscach na 

ś

wiecie, turyści zaś niekiedy zachowują się wręcz prowokująco. W przeciągu kilku dni tracą 

kwoty  równe  rocznym  zarobkom  tutejszych  mieszkańców.  Miejscowi  nie  mogą  przecież 

wiedzieć,  że  większość  przyjezdnych  to  zwykli  robotnicy,  którzy  długo  oszczędzali  na  tę 

podróż. 

- To prawda. 

W  tej  chwili,  u  boku  Eldena,  nie  bała  się  niczego.  Osłaniał  ją,  Sara  wyraźnie 

wyczuwała  emanującą  od  niego  silę.  Ostrożnie  podniosła  głowę  i  zerknęła  na  komisarza. 

Koścista,  ponura  twarz  miała  jednak  w  sobie  wiele  wyrazu,  nawet  mogła  przyciągać.  Ale 

sztywne, jakby automatyczne ruchy, bo tego się Elden nie wyzbył, sprawiały, że przypominał 

raczej robota niż żywego człowieka. Szedł teraz obok Sary, zatopiony we własnych myślach, 

a jednocześnie ani na sekundę nie spuszczał z niej oczu. Musnęła ręką jego ramię i poczuła 

przyjemne, kojące ciepło. 

Pokręciła głową i roześmiała się cichutko sama z siebie. 

- W oknie naszego przyjaciela ciemno - zauważyła z lekkim drżeniem w głosie. 

- Tak, też już tam zerkałem. 

- Spójrz szybko na rożek księżyca! - wykrzyknęła raptownie. - Leży na plecach, tak 

jakby był zbyt ciężki i się przewrócił. A dalej, do góry nogami, Orion! 

- Znajdujemy się niedaleko równika - przypomniał. Wymienili pieniądze i umieścili je 

w hotelowym sejfie. Potem wrócili do pokoju, oboje niezwykle spięci. 

background image

Ale  wszystko  odbyło  się  zupełnie  normalnie.  Rytuał  przygotowania  do  snu  był 

precyzyjnie obliczony w czasie: jedno w łazience, jedno odwrócone do ściany w chwili po-

wrotu drugiego do pokoju. Bardzo dyskretnie udało się obojgu ułożyć każde w swoim łóżku. 

Oczywiście Sara zaplątała się przy tym w moskitierę i komisarz musiał wstać, by jej pomóc. 

W końcu jednak w pokoju zapadła cisza. 

Tej  chwili  Sara  obawiała  się  najbardziej:  w  jednym  pokoju  z  obcym  mężczyzną, 

którego w dodatku nie lubiła. Może zresztą tak było dla nich najlepiej. 

W  pomieszczeniu  panowała  duchota.  Wentylator  szumiał  monotonnie  pod  sufitem, 

cienki  koc  wydawał  się  cięższy  niż  powinien.  Elden  jeszcze  raz  zapalił  lampkę,  wsta!  i 

przekręcił wentylator na najwyższe obroty. 

Nagle Sara poderwała się przestraszona, słysząc odgłos przypominający mlaskanie. 

- Alfredzie - szepnęła w popłochu, mimowolnie zwracając się do niego po imieniu - na 

ś

cianie siedzi zielona jaszczurka! 

Elden ułożył się z powrotem w łóżku. 

- Już dobrze, nic się nie bój. Czytałem, że są pożyteczne i odstraszają owady. 

- A jeśli one... 

- One nie wchodzą do łóżek - powiedział uspokajająco. -  Za żadne skarby. Spij już, 

dobranoc! 

Sara leżała sztywna ze strachu i nasłuchiwała, czy to małe zwierzątko jeszcze raz da o 

sobie znać. Na koniec usnęła, wymęczona podróżą i ukołysana szumem fal. 

Obudziła się w samym środku nocy z dziwnym wrażeniem. Zapaliła lampkę i usiadła 

na łóżku. Była trzecia rano, a posłanie Eldena świeciło pustką. 

Lampa  na  werandzie  paliła  się  bez  ustanku  ze  względów  bezpieczeństwa  i  w  jej 

ś

wietle Sara ujrzała zza firanki profil komisarza. Wstała ostrożnie i wyszła do niego. 

-  Czy  coś  się  stało?  -  wyszeptała,  wsłuchując  się  jednocześnie  w  noc  pełną 

tajemniczych, krzykliwych śpiewów ptasich dochodzących z plaży po prawej stronie hotelu. 

- Rybacy wyciągają swoje sieci. Widzisz światła? Zrobiła kilka kroków do przodu. Na 

całej długości plaży jak okiem sięgnąć jarzyły się pochodnie i małe światełka. 

- Jakie to piękne! - wyszeptała oczarowana. - Czy długo tu stoisz? 

- Tylko chwilę. Musiałaś wstać, kiedy wychodziłem. 

- Dlaczego mnie nie obudziłeś? 

-  Właściwie  już  miałem  to  zrobić,  ale  nie  byłem  pewien,  jak  zareagujesz.  Może 

byłabyś zła? 

- Obiecaj mi, proszę, jedno: nie pozbawiaj mnie nigdy przeżyć związanych z przyrodą. 

background image

Zwrócił głowę ku Sarze i przyjrzał się jej uważnie. 

- Zareagowałaś z takim obrzydzeniem na jaszczurkę, że nie byłem pewien... 

- Z obrzydzeniem? To nieprawda! Z obawą, bo nie wiedziałam, co to jest. Teraz już 

myślę o niej z sympatią. 

Zaśmiał się krótko, unosząc jeden z kącików ust. Sara wiedziała jednak, że zyskała w 

jego oczach. 

Łagodny  podmuch  wiatru  rozkołysał  gałęzie  palm  i  w  nieregularnych  odstępach 

wysyłał ku nim rzewną balladę. 

- Gdyby Torii mogła to zobaczyć - zamruczał do siebie. Sara zerknęła w jego stronę. 

Torii? Jakoś  nie mogła  sobie  wyobrazić  dziewczyny  u  jego  boku.  Człowiek  mieszkający  w 

takich jak on spartańskich warunkach? Każda kobieta w jednej chwili coś by z tym zrobiła, 

ożywiła. Nie, on nie mógł nikogo mieć. 

Komisarz  zapomniał,  że  Sara  stoi  tuż  obok.  Po  raz  pierwszy  jakieś  uczucie 

odmalowało się na jego twarzy. Troska i może nienawiść? 

Czyżby  historia  miłosna  z  nieszczęśliwym  zakończeniem?  pomyślała  Sara.  Była 

ciekawa,  czy  Alfred  jest  kawalerem.  Właściwie  ile  on  ma  lat?  Pewnie  ze  trzydzieści,  choć 

trudno  to  ocenić.  Może  być  nieco  starszy,  ale  też  i  młodszy.  „W  każdym  razie  może  być 

ż

onaty. 

Stali tak, przysłuchując się ptasim śpiewom, aż ucichły zupełnie i światełka przygasły. 

- Ach, jaki piękny kraj - wyszeptała. - A przecież właściwie nie widzieliśmy wiele za 

dnia. 

Wtedy  Elden  odwrócił  się  do  Sary  i  zrobił  taką  minę,  jakby  był  zły  z  powodu  jej 

obecności w tym miejscu. 

-  Czy  to  zimne  wyrachowanie  skłoniło  cię  do  prezentowania  się  w  takim  skąpym 

stroju? 

Sara zarumieniła się gwałtownie. Było tak parno, iż nie zdawała sobie sprawy, że ma 

na sobie tylko cienką nocną koszulę. 

- Nie sądziłam, że może robić to na tobie wrażenie. 

-  Dobrze  sądziłaś.  Ale  nieodparcie  nasuwa  mi  się  podejrzenie,  że  chcesz  sprawdzić 

moją odporność. 

- Sam też nie jesteś w pełnej gali - zauważyła z sarkazmem i wskazała na jego spodnie 

od piżamy, poza którymi nie miał na sobie nic. 

-  Nie  spodziewałem  się  tutaj  ciebie.  A  tak  nawiasem  mówiąc,  ciekawe,  co 

powiedziałby twój narzeczony, gdyby cię ujrzał w tej chwili? 

background image

Narzeczony? No tak. W komisariacie dała im do zrozumienia, że jest zaręczona. 

- Czy ta dyskusja ma w ogóle jakiś sens? - spytała, wycofując się do pokoju. Elden 

podążył za nią i zamknął drzwi. 

Sara rzuciła się na swoje łóżko i znowu zaplątała się w moskitierze. 

-  Chyba  nigdy  sobie  z  nią  nie  poradzisz  -  burknął  zniecierpliwiony.  -  Jak  on 

zareagował na tę podróż? 

- Kto taki? - Nie wiedziała, o kogo mu chodzi. - Aha, narzeczony, Erik. Nie mówiłam 

mu,  że  mamy  mieszkać  w  tym  samym  pokoju  -  przyznała.  -  Nie  sądzę,  żeby  mu  się  to 

spodobało. 

- To zrozumiałe. - Elden wsunął się pod koc. - Czy to dobry chłopak? 

-  Mężczyzna  -  poprawiła.  -  Owszem.  To  porządny  człowiek,  dobrze  wychowany.  I 

nieszczęśliwy. 

- Nieszczęśliwy, dlaczego? 

-  To  niech  już  pozostanie  jego  osobistą  sprawą  -  odparła  Sara  chłodno.  Nie  miała 

najmniejszej  ochoty  zwierzać  się  komisarzowi.  Byłoby  dla  niej  upokarzające  opowiadać  o 

małżeństwie Erika. Jej narzeczony jest żonatym mężczyzną! Jeszcze by tego brakowało! 

Elden już się nie odezwał. Zgasił światło i w pokoju znowu zapanowała ciemność. 

- Od czego zaczniemy jutro? - spytała po dłuższej chwili Sara. 

- Musimy sprawdzić, kto mieszka pod numerem siódmym, i spróbujemy tego kogoś 

ś

ledzić. Naturalnie bardzo dyskretnie. Trzeba się dowiedzieć, co robi w wolnym czasie, o kim 

i o czym rozmawia i tym podobne. 

- Czy nie powinniśmy przyłączyć się do jakiejś grupy wycieczkowej? 

Elden chwilę się zastanawiał. 

- Chyba jeszcze nie czas na to. Musimy zorientować się w sytuacji. 

- A może uda się nam znaleźć kogoś, kto zabawi się w detektywa? - zaśmiała się. 

- Niewykluczone. Ale nie będzie to raczej zabawa. 

- Nie, nie to chciałam powiedzieć. 

Torii... Kim jest ta dziewczyna? To pytanie nie dawało Sarze spokoju. 

Obudziła się pierwsza. Korzystając z tego, że komisarz jeszcze śpi, ubrała się szybko i 

poszła na spacer w kierunku plaży. Słońce zawędrowało już wysoko, ale pora była wczesna, 

piasek jeszcze nie zdążył się nagrzać. Z chatek rybackich dochodziły wesołe głosy dzieci. 

Na  piasku  Sara  znalazła  muszle  o  najróżniejszych  kształtach,  jedne  skręcone  jak 

spirale, inne  gładkie, wypłukane przez wodę. Wyszukała kilka spiralnych i kilka płaskich z 

ciekawymi wzorkami. 

background image

Daleko  na  oceanie  sunęły  w  kierunku  rybackich  łowisk  setki  katamaranów  z 

czerwonymi żaglami. 

Spacerowała dalej wzdłuż plaży, robiąc co chwila w myślach zakłady, czy fale obmyją 

jej bose stopy. 

Podszedł do niej ten sam strażnik, którego spotkali ubiegłego wieczoru. Miał na sobie 

bardzo ładny mundur. 

- Dzień dobry pani - przywitał ją - Wcześnie dziś pani wstała. 

-  Tak.  To  mój  pierwszy  dzień  w  Sri  Lance.  Wszystko  wydaje  mi  się  takie  nowe  i 

ekscytujące. 

Widać było, że strażnik po długim nocnym dyżurze ma ochotę pogawędzić. Zadawala 

mu więc wiele pytań i uzyskała sporo ciekawych informacji o kraju, zwierzętach, roślinach. 

Ale  najchętniej  strażnik  opowiadał  o  sobie,  o  tym,  że  marzy  o  wyjeździe  za  granicę  i 

zarobieniu  pieniędzy.  Był  to  prosty,  ale  niezwykle  otwarty  człowiek.  Jeśli  wszyscy  jego 

rodacy są do niego podobni, pomyślała Sara, chętnie bym się z nimi zaprzyjaźniła. 

Rozmowa  tak  ją  pochłonęła,  że  całkiem  zapomniała  o  falach,  więc  kiedy 

niespodziewanie pojawiła się większa, spryskując jej nogi aż po rąbek sukienki, krzyknęła w 

popłochu. 

Syngalez parsknął śmiechem. 

Sara zdumiała się, że woda jest aż tak ciepła, i natychmiast zatęskniła za kąpielą. 

Kiedy strażnika odwołano do innych obowiązków, Sara powędrowała dalej plażą, nie 

opuszczając jednak terenu należącego do hotelu. 

W pewnym momencie dostrzegła chłopca o jasnych włosach i tak samo jasnej cerze. 

Szedł  powoli,  mocno  pochylony,  wyraźnie  czegoś  szukając.  Od  czasu  do  czasu  podnosił  z 

piasku jakieś znalezisko. 

Sara czuła się osamotniona, więc postanowiła do niego zagadać. 

- Czy ty też szukasz muszli? - spytała. 

Spojrzał na nią z uśmiechem. Był bardzo ładny, mógł mieć około siedemnastu lat. 

- Tak, w ogóle zbieram muszle - odparł po szwedzku Z entuzjazmem w głosie. - To 

dla  mnie  świetna  okazja.  Sri  Lanka  należy  do  krajów  najbardziej  znanych  z  rzadkich  i 

pięknych muszli. 

Sara pokazała mu znalezione przez siebie skarby. 

- Na pewno masz już te wszystkie? - zapytała przepraszająco, ale z nadzieją, że może 

natknęła się na coś szczególnego. 

background image

-  Niestety,  tak  -  odrzekł  chłopiec  z  żalem.  -  Ale  ta  jest  bardzo  ładna.  Piramida.  Tę 

musisz zachować. 

Powędrowali  razem  wzdłuż  brzegu,  wypatrując  ciekawych  okazów  wśród  setek 

skorupek, które ocean  wyrzucił na brzeg  w ciągu ostatniej nocy.  Była dumna,  gdy znalazła 

kolejną przepiękną muszlę, którą chłopak wyraźnie się zachwycił. 

-  Dlaczego  sama  nie  zaczniesz  zbierać?  -  dziwił  się.  -  Nie  musisz  robić  tego  tak 

systematycznie jak ja, ale choćby dla przyjemności. 

Pokiwała głową. 

- Chyba się zdecyduję. Będziesz mógł mi co nieco pomóc. 

W tej samej chwili jakaś wysoka postać przesłoniła im słońce. Sara drgnęła. Cóż za 

atrakcyjny mężczyzna, pomyślała i nagle zorientowała się, że to przecież komisarz Elden we 

własnej osobie. 

-  Witaj!  -  zawołała,  żeby  ukryć  zmieszanie.  -  To  jest  Lasse,  który  mieszka  w 

Sztokholmie. Szukamy muszli, Lasse jest pilnym zbieraczem. 

-  Zauważyłem  -  odparł  i  skinął  na  przywitanie  głową.  Całkiem  niespodziewanie 

musnął  ręką  włosy  Sary,  ale  wyglądało  to  tak,  jakby  chciał  tym  gestem  wyrazić  nie-

zadowolenie. 

-  Słuchaj,  moja  panno.  Ja  też  nie  życzyłbym  sobie,  żeby  omijały  mnie  ciekawe 

wydarzenia. 

-  Przepraszam  cię,  ale  sądziłam,  że  jesteś  zmęczony.  Nie  odpowiedział,  sprawiał 

wrażenie, że z trudem panuje nad sobą. 

-  Może  pójdziemy  na  śniadanie,  Saro?  -  spytał  i  zaraz  potem  dodał:  -  Nie  mam  nic 

przeciwko  nawiązywaniu  przez  ciebie  znajomości,  ale  chyba  nie  zwierzasz  się  nikomu  ze 

szczegółów naszej wyprawy? 

- Oczywiście, że nie. Nawet nie próbowałam uzyskać jakichkolwiek informacji. Pod 

numerem siódmym zasłony jeszcze zaciągnięte. 

- W każdym razie rannym ptaszkiem to on nie jest. Zatrzymał się i spojrzał w kierunku 

morza. 

- Prawda, że te katamarany są prześliczne? 

- Tak... Są nieopisanie piękne. 

Na twarz Alfreda znów wrócił wyraz napięcia. Po chwili poszli ku hotelowi. 

Sala  jadalna  była  prawie  pusta.  Młody  kelner,  którego  mieli  okazję  poznać 

poprzedniego wieczoru, skierował się ku nim z rozpromienioną twarzą, tak jakby rozpoznał 

starych  przyjaciół.  Sara  odpowiedziała  mu  uśmiechem.  Podano  kontynentalne  śniadanie  z 

background image

tostami,  kawą  i  owocami.  Sara  nie  oparła  się  egzotycznej  papai,  ale  okazało  się,  że 

smakowała zupełnie jak norweski melon. Elden skusił się na ananasa. 

Nie mogła dłużej znieść milczenia, więc zapytała: 

- Co z tobą? Wydajesz się dziś taki poirytowany, a przecież mieliśmy podawać się za 

parę przebywającą na urlopie? 

Popatrzył  zakłopotany  i  zaśmiał  się,  o  ile  te  nie  wyrażające  radości  dźwięki  można 

było nazwać śmiechem. ,. - Popełniam wciąż te błędy, o które sam mam do ciebie pretensje. 

- Tego już zupełnie nie rozumiem. 

Nachylił  się  nad  nią.  Z  bliska  jego  szare  oczy  wydawały  się  fascynujące,  zwłaszcza 

kiedy się ożywiał. 

-  Saro,  uśmiechasz  się  tak  spontanicznie,  zupełnie  jak  małe  dziecko.  To  ci  dodaje 

uroku. Tylko że uśmiechem obdarowujesz wszystkich innych, a kiedy odwracasz się do mnie, 

twoja  twarz  nabiera  lodowatego  wyrazu.  Nie  wyobrażaj  sobie,  że  to  zazdrość,  ale,  tak  jak 

mówisz, staramy się odgrywać rolę jako tako udanego małżeństwa. Możesz chyba zdobyć się 

od czasu do czasu na trochę pogodniejszą minkę. 

- Ależ ja próbowałam w czasie całej podróży - starała się odeprzeć atak - ale mi nie 

pozwoliłeś. A przecież sam wiesz, że nie można nikogo zmusić do tego, by zachowywał się 

naturalnie. 

Zamyślił się na chwilę, a kąciki ust zadrżały mu ledwie dostrzegalnie. Kiedy znowu na 

nią spojrzał, w jego oczach pojawił się wreszcie błysk rozbawienia. 

-  Chyba  oboje  zupełnie  nie  potrafimy  zapanować  nad  demonstrowaniem  niechęci 

wobec całej tej wyprawy. Nie sądziłem, że moje postępowanie cię deprymuje. Wierz mi, że 

nigdy  przedtem  nie  znalazłem  się  w  takiej  sytuacji,  więc  nie  bardzo  wiem,  jak  mam  się 

zachować. 

Położyła swoją dłoń na jego dłoni w pojednawczym geście. 

- Ani ja. Potraktujmy to więc jako dobry początek kolejnej próby. 

Zgodził się z nią jakby z odrobiną wahania, może dodając w duchu: „W porządku, ale 

bez przesady”. W końcu pokiwał głową. 

- Co teraz będziemy robić? - zapytała ochoczo. 

-  Trochę  się  rozejrzymy  i  zapoznamy  z  otoczeniem.  Ale  najpierw  porozmawiamy  z 

przewodnikiem. 

Sara wstała. 

- Muszę na chwilkę skoczyć do pokoju i zmienić buty, więc spotkamy się w recepcji. 

Czy masz klucze? 

background image

Zabrzmiało  to  zbyt  familiarnie  i  chyba  tak  właśnie  odebrał  to  Alfred,  bo  na  jego 

twarzy  znów  pojawił  się  wyraz  napięcia.  Zaraz  jednak  przytaknął  spokojnie  i  wręczył  jej 

klucze. 

W drodze powrotnej Sara wpadła na pewien pomysł. Zebrała włosy wysoko w koński 

ogon,  nałożyła  ciemne  okulary  i  słomkowy  kapelusz  z  szerokim  rondem.  Potem  podbiegła 

schodami w górę, pokonała cały korytarz aż do następnych schodów i zatrzymała się,  gdyż 

stąd  miała  dobry  widok  na  pokój  z  numerem  siódmym.  Nie  mogła  budzić  niczyjego 

zdziwienia, bo goście hotelowi często czekali na schodach na spóźniającego się partnera. 

Na  korytarzu  panowała  zupełna  cisza,  którą  tylko  czasem  z  lekka  zakłócały  ciche 

kroki pokojowych. Sara zdała sobie sprawę z bezcelowości oczekiwania, bo nie miała pojęcia, 

jak długo będzie zmuszona tak stać, aż ktoś się pojawi. W tej jednak chwili jedne z drzwi zo-

stały otwarte z impetem, zaś z wnętrza pokoju do uszu Sary dobiegło kilka ostrych słów w 

języku szwedzkim. Na korytarz wyszedł mężczyzna w średnim wieku, tuż za nim małżonka, 

która nie przestawała mówić z gniewem: „...widziałam, jak zniknąłeś z tą młódką!”, a zaraz 

potem  dorzuciła  kilka  podobnych  niedyskrecji  dotyczących  niewątpliwie  kulejącego 

małżeńskiego pożycia. 

W tym momencie otworzyły się drzwi siódemki i wyjrzał z nich mężczyzna zwabiony 

rodzinną  kłótnią.  Sara  ukryła  się  za  filarem,  podczas  gdy  mieszkaniec  siódemki  puszczał 

dymek z papierosa, obserwując oddalającą się parę. Sara przez ułamek sekundy zastanawiała 

się,  co  zrobić,  ale  po  chwili  przeszła  spokojnie  obok  mężczyzny,  kierując  się  w  stronę 

recepcji. 

Obcy  nie  zwracał  na  Sarę  uwagi,  odprowadzając  wzrokiem  kobietę,  która  wcale  nie 

zamierzała kończyć gniewnej tyrady przeznaczonej dla męża. Podszywający się pod Hakona 

Tangena mężczyzna przygasił papierosa i zamknął za sobą drzwi. 

Sara  przyspieszyła  i  zdenerwowana  dopadła  autokaru,  przy  którym  stał  Alfred, 

gawędząc z przewodnikiem. 

Próbowała  dawać  mu  znaki,  ale  komisarz  nie  mógł  tak  nagle  przerwać  rozmowy. 

Patrzył na nią, unosząc w zdumieniu brwi na widok nowej fryzury, okularów i kapelusza. 

Kiedy pojazd zapełnił się szwedzkimi wycieczkowiczami, przewodnik rzekł: 

- Teraz możemy udać się do mojego biura. Tam nikt nam nie będzie przeszkadzał. 

Sara szeptem zakomunikowała Eldenowi, kogo udało jej się zobaczyć. 

- Nie rozpoznał cię? - zapytał, ale zanim odpowiedziała, dodał: - No nie, przecież ja 

też cię w pierwszej chwili nie poznałem. Znasz go może? 

background image

Na tym się skończyło, bo przewodnik zwrócił się właśnie do nich, informując o wielu 

praktycznych szczegółach ułatwiających pobyt. 

-  Możecie  się  przyłączyć  do  mojej  grupy  -  oznajmił  na  koniec  przyjaźnie  -  i 

uczestniczyć  w  wycieczkach.  Wczoraj  odbyliśmy  przejażdżkę  wokół  Negombo,  byliśmy  na 

targu rybnym, obejrzeliśmy miasto i zakład farbowania tkanin. 

- Nadrobimy zaległości na własną rękę - odparł Elden. 

-  Świetnie.  Zawiadomienia  o  pozostałych  wycieczkach  są  wywieszone  w  recepcji. 

Jeśli będziecie mieli ochotę, wpiszcie tylko swoje nazwiska na listę uczestników. 

Oczy  Alfreda  rozjaśniły  się  i  Sara  w  jednej  chwili  wiedziała,  o  czym  pomyślał 

komisarz:  w  ten  sposób  łatwo  mogliby  sprawdzić,  na  jakie  wyprawy  zapisał  się  „Hakon 

Tangen”. Świetna okazja, aby przyjrzeć mu się bliżej. 

Dopiero kiedy znaleźli się w recepcji, Alfred poprosił: 

-  Skocz  do  sali  jadalnej  i  zobacz,  czy  naszego  gościa  nie  ma  przypadkiem  na 

ś

niadaniu. Ja tymczasem tu będę miał na niego oko. Jeszcze mi go szybko opisz! 

-  Blondyn  około  trzydziestu  pięciu  lat,  przystojny,  o  aryjskiej,  chłodnej  urodzie.  Do 

złudzenia przypomina oficera SS z drugiej wojny światowej, tak, tak właśnie wygląda. 

Pokiwał głową. 

- Spotkałaś go wcześniej? 

- Nie, z całą pewnością. 

- Czy w mieszkaniu twojego wuja znajdowały się jakieś twoje zdjęcia i czy on mógł je 

widzieć? Zastanawiała się przez moment. 

-  Nie  sądzę,  wuj  nie  był  szczególnie  rodzinny.  Ale  ten  tu  jest  zupełnie  do  wuja 

niepodobny, ani na jotę. 

- A więc musiał wkleić swoje zdjęcie do skradzionego wcześniej paszportu. 

- To jest możliwe? 

- Trudność leży w podrobieniu tłoczonego stempla. Dla zawodowców to żadna sztuka. 

Sara  pośpieszyła  do  sali  jadalnej  i zajrzała  do  środka,  udając  zdumienie,  że  mąż  nie 

dotarł tu przed nią. Następnie wróciła do Alfreda. 

- Niestety, nie ma go na śniadaniu. 

' - W takim razie poczekamy tutaj. I tak będzie musiał przejść koło nas, schodząc na 

posiłek.  Najpierw  zajęli  się  oglądaniem  pamiątek  w  hotelowym  kiosku,  potem  zasiedli  na 

kanapie i chwilę rozmawiali, wreszcie podeszli do drzwi wyjściowych i obserwowali plażę. 

Czas mijał, ale „Tangen” się nie pojawiał. 

background image

Stojący przy schodach chłopiec hotelowy uśmiechnął się do nich. •••. - Czy państwo 

na kogoś czekają? 

-  Taak...  Na  naszego  rodaka,  blondyn,  średnio  uprzejmy  -  odrzekła  Sara,  której 

zaświtał pewien pomysł. 

Elden  spojrzał  na  nią  z  wściekłością,  dziewczyna  jednak  się  tym  nie  przejęła. 

Wiedziała, że postępuje właściwie. 

- Czy chodzi o pana Tangena? 

- Tak, właśnie. 

Teraz i Elden nadstawił ucha. Chłopiec bezradnie rozłożył ramiona. 

- Wyszedł, kiedy państwo rozmawialiście z przewodnikiem. 

- Jaka szkoda! Nie wie pan przypadkiem, dokąd się uda? 

- Nie mam pojęcia, ale mogę zapytać taksówkarza, jak się pojawi. 

-  Nie,  dziękujemy.  Dalej  już  poradzimy  sobie  sami.  I  proszę  nie  wspominać  panu 

Tangenowi, że o niego pytaliśmy. W zasadzie się nie znamy, chcieliśmy tylko zobaczyć, jak 

wygląda. Tyle słyszeliśmy o nim od znajomych, ale nie chcemy go niepokoić bez powodu. 

-  Rozumiem.  Tu,  w  tym  miejscu,  zwykle  stoi  taksówka,  którą  najmuje  -  wskazał 

uprzejmie. 

- Bardzo dziękujemy za pomoc. Alfredzie, przejdziemy się? 

Kiedy szli już nagrzaną drogą w kierunku postoju, Alfred zauważył: 

- Mówisz świetnie po angielsku. 

-  Angielski  należał  do  moich  ulubionych  przedmiotów  w  szkole  -  odpowiedziała, 

zdejmując okulary i kapelusz i rozpuszczając włosy. Zauważyła też, że komisarz ukradkiem 

się jej przygląda, ale kiedy przyłapała go na tym, szybko odwrócił wzrok. 

-  Czy  jesteś  na  mnie  zły?  -  zapytała.  -  Odniosłam  wrażenie,  że  Tangen  się  nam 

wymknął. 

- Tym razem miałaś rację. Zapamiętaj jednak, że w pracy policji nie może być mowy 

o kobiecej intuicji ani o dobrym nosie lub czymś podobnym. 

- Dobrze, zapamiętam - odparła z uśmiechem. 

background image

ROZDZIAŁ IV 

Po  drodze  natknęli  się  na  miejscowe  dzieci,  które  żebrały,  posługując  się 

pojedynczymi  szwedzkimi  słowami.  Sara  i  Elden  bez  większych  trudności  przemknęli  się 

przez tłumek maluchów, gdyż, mocno już opaleni, nie wyglądali na łatwowiernych turystów. 

Sara  spostrzegła  sklepik  z  pamiątkami  i  zapragnęła  do  niego  zajrzeć.  W  środku 

sprzedawca  nie  odstępował  ich  ani  na  chwilę.  Oglądali  małe  słoniki  -  maskotki,  przeróżne 

maski,  wzorzyste  tkaniny  i  miniatury  katamaranów.  Sara  kupiła  kilka  kolorowych 

widokówek, a także śliczną, białą muszlę dla Lassego. Wydała pięć rupii, co nie przekraczało 

ceny  gazety  i  nie  nadwerężyło  jej  skromnego  budżetu.  Potem  wyszli  na  spieczoną  słońcem 

ulicę. 

W drodze powrotnej wybrali spacer plażą. Zdjęli buty i z rozkoszą chłodzili stopy w 

wodzie. Sara podskakiwała co chwila, uciekając przed większymi falami, i pokrzykiwała przy 

tym radośnie jak dziecko, Elden natomiast, zachowując charakterystyczną dla siebie powagę, 

dostojnie kroczył obok. 

Mógłby się wreszcie odprężyć, pomyślała zatroskana Sara. Co się z nim dzieje? 

- Spójrz tylko na te psy! Boże, ależ one wychudzone! - i wykrzyknęła, wskazując na 

bezdomne stworzenia, plączące się w pobliżu. 

? - Niech ci czasem nie przyjdzie do głowy ich głaskać. Mogą mieć pchły, a może są 

nawet wściekle... 

- Brrr! - wzdrygnęła się z lękiem. 

Kiedy dotarli już do hotelu, Elden przystanął zamyślony. Jakby w obawie, że zostanie 

posądzony o coś zdrożnego, zapytał nieśmiało: ' - Czy nie sądzisz, że moglibyśmy popływać? 

- O, to świetny pomysł! - zawołała entuzjastycznie. 

- Muszę przyznać, że oczy ci się zaświeciły z zadowolenia - rzekł nie bez podziwu. - 

Sprawdzę  tylko,  czy  taksówka  czasem  nie  przyjechała,  i  zaraz  się  spotkamy  na  plaży.  Ty 

możesz się przez ten czas przebrać. 

- Wcale nie muszę, kostium mam na sobie. 

- Coś takiego! Czyżbyś była przygotowana nawet na podróż dookoła Sri Lanki? 

Sara zachichotała tylko i już jej nie było. Chciała zabrać z pokoju ręcznik. Po drodze 

rzuciła okiem na werandę „Tangena”. 

Na poręczy krzesła wisiał błękitny ręcznik, ale pamiętała, że „Tangen” wybrał się na 

przejażdżkę, więc nie powinna się spodziewać niczego szczególnego. 

background image

Sara  już  wcześniej  zdążyła  się  przekonać,  że  do  wody  trzeba  wchodzić  ostrożnie. 

Podczas  gdy  powoli  zanurzała  się  w  oceanie,  Alfred  stał  na  brzegu,  obserwując  ją.  Jak 

przypuszczała,  świetnie  się  prezentował  w  kąpielówkach.  Odwróciła  się  i  pomachała  do 

niego, wołając: 

- Chodź, woda jest przewspaniała! 

już widział tylko jej głowę, bo reszta zanurzyła się w wodzie. Jedna z większych fal, 

napływając w kierunku brzegu, natarła na Sarę od tyłu, podcięła ją i poniosła ku plaży. Zanim 

dziewczyna zdołała się podnieść, ta sama fala, ale już powracająca, znowu zabrała ją, tym ra-

zem w przeciwnym kierunku. Kostium w jednej chwili wypełnił się piaskiem i dziewczyna 

ledwie zdołała go w porę przytrzymać, zapobiegając krępującemu incydentowi. 

Zbliżała się kolejna potężna fala, ale tym razem Sara była już przygotowana i co sił 

rzuciła się ku brzegowi, gnana przez napierającą wodę. 

Tego  było  już  dla  Eldena  za  wiele:  parsknął  śmiechem,  nie  udało  mu  się  bowiem 

utrzymać powagi. Ze śmiechu aż łzy napłynęły mu do oczu. 

- Teraz przynajmniej wiem, czego mam unikać! - zawołał i podał jej rękę. 

- Równie dobrze ty mogłeś znaleźć się na moim miejscu - odparła i z przyjemnością 

przytrzymała jego dłoń w swojej nieco dłużej, niż było to konieczne. 

Mimowolnie zwróciła wzrok ku jego smagłej, szczupłej, prawie wychudzonej postaci. 

Ma tak ładnie owłosiony tors, pomyślała. 

Gdy zorientowała się, dokąd wędrują jej myśli, poczuła na policzkach rumieniec. 

Szybko nabrali wprawy, tak że nawet silne fale nie były w stanie zbić ich z nóg. 

Zabawa w wodzie trwała ponad pól godziny. Wśród mnóstwa nieznajomych turystów 

bezwiednie  szukali  swojego  towarzystwa.  Kiedy  Sara  wypływała  dalej  od  brzegu,  Elden 

podążał za nią, kiedy zostawała w tyle, wracał po nią. Był spokojny wiedząc, że Sara płynie 

tuż za nim. 

Kąpiel tak ich pochłonęła, że zapomnieli, po co właściwie znaleźli się na Cejlonie, aż 

do momentu, kiedy Sara przypadkowo rzuciła okiem ku hotelowi. 

- Alfred - wyszeptała - z altany zniknął niebieski ręcznik. Elden natychmiast stał się 

czujny. 

- Wracamy. Możliwe, że ręcznik zabrała pokojówka, ale trzeba to sprawdzić. 

.; - A jak się dowiemy, że wrócił? - zapytała, kiedy wyszli już z wody. 

- Zauważyłem, że w przegródce w recepcji leżał jego klucz. 

- Ależ ty jesteś spostrzegawczy! - zawołała zdumiona. Nic nie odpowiedział. Pewnie 

sądził, że była to ironiczna uwaga, podczas gdy Sara myślała tak naprawdę. 

background image

Dreptała tuż za Alfredem, zastanawiając się w duchu, czy przypadkiem po kąpieli nie 

stał się trochę swobodniejszy.  Nie, chyba ona wyobraża sobie za wiele.  Przecież nie mogła 

nagle,  jak  za  dotknięciem  różdżki  czarodziejskiej,  rozwiązać  wszystkich  jego  problemów. 

Nie, to z pewnością złudzenie. 

Ale przecież się śmiał! 

Klucz do pokoju „Tangena” nadal leżał w przegródce. 

-  Teraz  nic  już  nie  rozumiem  -  stwierdził  Alfred.  -  Taksówka  też  się  nie  pojawiła. 

Mogła jednak odjechać z innymi pasażerami. Muszę przyznać, że kiepscy z nas obserwatorzy. 

Wyszli przed hotel w nadziei, że zobaczą taksówkę. Auta jednak nie było. 

Nagle Sara schwyciła Alfreda za ramię. 

-  Zobacz,  tam  po  drugiej  stronie  przy  rybackich  chatach!  Przecież  to  on  siedzi  i 

rozmawia z miejscowymi! 

- Saro, to niemożliwe, żebyś odróżniła go z takiej odległości. 

- Ależ tak! Poznaję po jasnych włosach i zielonej koszuli. To na pewno on! 

- Teraz się podnieśli i weszli do środka. Do diabla, to może potrwać! 

- Ale jeśli weszli do domu, to chyba coś oznacza? 

-  Niekoniecznie.  Przewodnik  mówił,  że  tutejsi  mieszkańcy  na  pewno  prędzej  czy 

później zaproszą nas do siebie, a wtedy nie wypada odmówić. Taki tu panuje zwyczaj. 

- Dziwi mnie, że ten arogant w ogóle chce wejść do czyjegoś domu. To ci dopiero! I 

co dalej, zaproszą go na posiłek? 

-  Tak  sądzę.  Ale  wtedy  musi  być  ostrożny.  Tutejsze  jedzenie  i  woda  mogą  wyjść 

bokiem turyście, który nie przestrzega zasad higieny. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  ten  typ  naje  się  i  napije  do  syta!  W  drodze  do  hotelu  Elden 

przyjrzał się Sarze uważniej. 

-  Chyba  pierwszy  raz  po  śmierci  wuja  pozwalasz  sobie  na  uzewnętrznianie  swoich 

uczuć. 

- Naprawdę strasznie mi go szkoda - odparła w zamyśleniu. - Po tej stracie czuję się 

całkiem wyizolowana ze społeczeństwa. Zostałam sama jak palec. Nie jestem mściwa, ale nie 

mogę się powstrzymać, by nie życzyć mordercy małej niestrawności żołądkowej. 

- Właściwie brak nam dowodów, by przesądzać sprawę. Nie wiemy na pewno, czy to 

on jest zabójcą. 

- O, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości - odparła z przekonaniem Sara. - 

Jeśli kiedyś spotkałam mordercę, to on jest nim z pewnością. 

background image

- Czy sądzisz, że mordercę rozpoznaje się po wyglądzie?. - Przekonasz się, jak tylko 

zobaczysz jego lodowaty wzrok! 

Weszli do recepcji hotelowej, która była przyjemnie zacieniona. 

- Może znajdziemy sobie miejsce tu na tarasie i przy okazji coś zjemy. Stąd roztacza 

się cudowny widok na okolicę. 

Gdy oczekiwali na podanie potraw, Elden zapytał: 

- Mówiłaś, że czujesz się osamotniona, ale przecież, zdaje się, masz narzeczonego? 

-  Jego  do  tego  nie  mieszaj  -  odparła  nieco  zbyt  ostro  i  starała  się  nie  zauważyć 

mrocznego spojrzenia, jakim ją obrzucił. Musiała przyznać, że coraz trudniej było jej myśleć 

o  Eriku  jako  o  podporze  duchowej.  Oddalał  się  z  każdą  godziną,  a  zamiast  niego  widziała 

dwoje pozostawionych dzieci. Wtedy bardzo się wstydziła swojego postępowania. 

Nareszcie  podano  do  stołu.  Tym  razem  skusili  się  na  homara,  który  wyglądał 

niezwykle  apetycznie.  Elden  zdołał  namówić  Sarę  na  kieliszek  białego  wina,  mimo  że  al-

kohol, chyba jako jedyny towar, był tu faktycznie drogi. 

Sarze  nie  bardzo  podobał  się  szczególny  sposób,  w  jaki  Alfred  na  nią  spoglądał. 

Odnosiła wrażenie, że chce jej powiedzieć: „Nie wyobrażaj sobie za wiele, dziewczyno. 

To tylko pozory, żeby zmylić gości hotelowych”. 

Posiłek bardzo im smakował. „Hakon Tangen” wciąż się nie pojawiał. Powoli zrobiło 

się  gorąco  nie  do  wytrzymania.  Plaża  prawie  zupełnie  opustoszała,  najgorliwsi  zwolennicy 

opalania także dali za wygraną i poszli kurować oparzenia. Nawet rozkrzyczane ptaki szukały 

chłodu w cieniu wielkolistnych krzewów. 

- Czas na sjestę - zauważyła Sara, rozkosznie rozleniwiona winem. Teraz cały świat 

widziała w różowych kolorach, nawet ponurego policjanta. 

- Masz rację, w tym upale człowiekowi w ogóle nie chce się ruszać. 

Przeszli do pokoju, gdzie panował miły chłód. Położyli się na łóżkach. 

Sara  czuła,  że  piękno  przyrody  znacznie  złagodziło  agresję,  jaka  cechowała  ich 

wzajemne kontakty, wino zaś dodało dziewczynie odwagi. 

- Nie sądziłam, że pijasz wino. 

- Nie przywykłem do tego, ale cóż, skoro panuje tu taki zwyczaj. 

Sara była ciekawa, czy wino podziałało także na niego. Nagle zapytała: 

- Kim jest właściwie Torii? Czy to twoja przyjaciółka? Elden momentalnie wrócił do 

rzeczywistości i rzucił Virze gniewne spojrzenie. 

~  Wiesz  coś  o  niej?  Nic  poza  tym,  że  wymieniłeś  jej  imię  dzisiejszej  nocy. 

Powiedziałeś, że podobałoby się jej tutaj. 

background image

Kiedy nie usłyszała odpowiedzi, dodała poirytowana: 

- To nie moja wina, że ja tu jestem, a nie Torii. 

- Daruj sobie, Saro! 

Po  tak  nieudanej  próbie  nawiązania  rozmowy  umilkła.  W  pokoju  szumiał 

klimatyzator.  Do  uszu  Sary  i  Eldena  docierały  nieco  przytłumione  krzyki  mew.  Uczucie 

rozleniwienia opanowało dziewczynę, tłumiąc wrażenie przegranej. 

- Torii to moja siostra - usłyszała niespodziewanie. - Ma niespełna siedemnaście lat, 

ale żadnej przyszłości przed sobą. Opuściła ją wszelka radość życia. 

W  tym  momencie  Sara  pojęła,  że  dzieje  się  coś  niezwykłego.  Alkohol,  do  którego 

Elden zbytnio nie nawykł, wywołał u niego potrzebę zwierzenia się. 

-  Dlaczego,  co  się  stało?  -  spróbowała  ostrożnie  -  -  Widzę,  że  jesteś  do  niej  bardzo 

przywiązany? 

- A co ciebie mogłoby to obchodzić? 

- Czy czasem nie oceniasz mnie zbyt pochopnie? 

- Kieruje tobą zwykła ciekawość, czy nie tak? 

Bała się powiedzieć mu wprost, jak bardzo znowu zrobił się niemiły, ciągnęła jednak 

odważnie:  -  Rozumiem,  że  to  ważna  część  twojego  życia.  Nie  chciałabym  cię  urazić,  ale 

gorycz i  chłód bijący od ciebie sprawia mi ból i jednocześnie denerwuje. Widząc twój kla-

sztorny  pokój  i  doświadczając  odpychającego  sposobu  bycia,  pomyślałam,  że  to  z  powodu 

zawodu miłosnego. A stąd już bardzo blisko do głębokiej niechęci, jaką u ciebie dostrzegam 

wobec płci pięknej. Ale może się mylę? 

- Rzeczywiście, mylisz się. Po prostu na kobiety dotąd nie miałem czasu. 

- Nie miałeś czasu? Więc masz jednak jakiś cel, który ci ten czas pochłania? To nie 

jest chyba praca w policji, prawda, to dotyczy twojej siostry? 

- Skąd wiesz? 

- Wywnioskowałam z tonu twojego głosu. Za oknem cykady rozpoczęły swój koncert. 

Alfred  leżał  z  rękoma  pod  głową,  wyciągnięty  na  swoim  posłaniu.  Wydawał  się 

jeszcze chudszy niż zwykle, bo w tej pozycji brzuch całkiem mu się zapadł. Nie widzącymi 

oczyma wpatrywał się tępo w sufit. 

-  Pewnie  masz  rację  -  odrzekł.  -  Może  przesadzam,  ale  tak  się  tym  wszystkim 

zadręczam, ogarnia mnie kompletna bezradność i zwątpienie. Ani na chwilę nie mogę prze-

stać myśleć o mojej siostrze. 

Sara leżała w milczeniu, przysłuchując się jego słowom. 

background image

- Było nas troje rodzeństwa - zaczął, a Sara domyśliła się, że nigdy przedtem o tym 

nikomu  nie  opowiadał  -  ja  najstarszy.  Po  śmierci  mamy  musiałem  się  nimi  zaopiekować. 

Ojciec  zmarł  wiele  lat  wcześniej.  Kiedy  wydarzyła  się  tragedia,  Torii  miała  piętnaście  lat. 

Niełatwo  przychodziło  utrzymać  ją  na  miejscu.  Geir  był  kilka  lat  młodszy.  Przypadkowo 

dowiedziałem  się,  że  Torii  zakochała  się  w  dojrzałym  mężczyźnie.  Ona  oczywiście  nie 

pisnęła w domu słówkiem, najprawdopodobniej on sobie tego nie życzył. Chodziły pogłoski, 

ż

e jest to człowiek o nieciekawej przeszłości, a poza tym klasyczny podrywacz. Typ, którego 

trudno  przyłapać  na  gorącym  uczynku,  ale  który  niejedno  ma  na  sumieniu.  Nikt  jednak  nie 

umiał  powiedzieć,  kim  jest  ten  mężczyzna.  Torii  toczyła  więc  wojnę  ze  mną  i  młodszym 

bratem,  a  moje  ostrzeżenia  traktowała  jako  atak  na  jej  ukochanego.  Była  śliczną,  niewinną 

dziewczyną, więc nic dziwnego, że miał na nią chrapkę mimo swoich trzydziestu lub - więcej 

lat. Unikał mnie i czynił to z najwyższą perfekcją, zwłaszcza że wiedział, czym się zajmuję. 

Torii  zaś  nigdy  się  nam  nie  zwierzała.  Tylko  od  czasu  do  czasu  miała  zwyczaj  siadywać 

zamyślona i rysować niewidzialny ślad ostrzem noża od łokcia w kierunku dłoni. Geir zapytał 

ją kiedyś, dlaczego to robi, a ona odpowiedziała, czerwieniąc się mocno: „Blizna...” 

Sara pokiwała głową. 

- Przypuszczam, że to on nosił bliznę w tym miejscu. 

Dziewczyna była chyba bardzo zakochana. 

-  Niestety,  tak.  -  Alfred  przerwał  na  moment,  wspomnienie  wyraźnie  sprawiało  mu 

ból. - Któregoś piątkowego wieczoru zabrała torbę i usiłowała czmychnąć. Zauważyliśmy to 

obaj z bratem i doszło do ostrej wymiany zdań. Oskarżyła mnie o tyranię i brak zrozumienia. 

Oświadczyła, że zamierza wyjechać ze swoim przyjacielem na sobotę i niedzielę i nikt jej w 

tym  nie  przeszkodzi.  Gdy  zatrąbił  samochód,  Torii  wypadła  z  domu  niczym  wicher.  Mały 

Geir ruszył za nią i dobiegi do auta, gdy ona już do niego wsiadła. Chwycił za klamkę, ale w 

tej  chwili  mężczyzna  ruszył  z  impetem.  Geir  nie  zdążył  się  puścić  i...  -  Alfred  odetchnął 

głęboko - i dostał się pod koła. 

Sara zadrżała. 

-  Dopiero  wtedy  pojawiłem  się  na  ulicy  i  usłyszałem  przeraźliwy  krzyk  siostry. 

Błagała  mężczyznę,  żeby  się  zatrzymał.  Nie  posłuchał  jej,  a  wtedy  ona  sama  wyskoczyła  z 

jadącego pojazdu i chyba została mocno poturbowana. Samochód zawrócił, po czym potrącił 

bezwładnie leżące ciało dziewczyny, i odjechał. 

- O mój Boże, to straszne! - Z trudem powstrzymywała napływające do oczu łzy. - Ale 

dlaczego to zrobił? 

background image

- Torii dobrze wiedziała, kim on jest. Prawdopodobnie miał dużo więcej do ukrycia, 

niż sądziliśmy. Nie chciał dopuścić do tego, by zatrzymała go policja. Nie zdążyłem mu się 

przyjrzeć,  a  numer  rejestracyjny  wozu  był  nie  do  odczytania,  być  może  zabrudzono  go 

celowo. Podbiegłem do brata, ale już niestety nie oddychał. Torii jeszcze dawała oznaki życia. 

Na ulicę zaczęli wychodzić sąsiedzi i to oni wezwali pomoc. Dziewczynka przebywa teraz w 

domu  dla  upośledzonych.  Ma  sparaliżowane  nogi  i  ciągle  pozostaje  w  szoku,  zupełnie  nie 

mam  z  nią  kontaktu.  Moje  mieszkanie  jest tak  skromnie  umeblowane,  bo  wszystkie  środki, 

jakimi rozporządzam, przeznaczam na jej leczenie. Odwiedziliśmy najlepszych specjalistów. 

Stwierdzono,  że  być  może  zaczęłaby  chodzić,  gdyby  poprawił  się  jej  stan  psychiczny. 

Zabieram ją w różne ładne miejsca, żeby ją przywrócić do życia, ale jak na razie bez skutku. 

- A co z tym człowiekiem? 

-  Nie  znaleźliśmy  go.  Torii  nie  odpowiada  na  żadne  pytania,  a  nikt  nie  zna  tego 

mężczyzny. 

Głos  Eldena  załamał  się,  choć  jego  twarz  wciąż  pozostawała  obojętna.  Sara 

zrozumiała, jak błędnie oceniła Alfreda. To nie wino sprawiło, że zaczął mówić, raczej pijąc 

je  sam  chciał  dodać  sobie  odwagi,  tak  bowiem  silna  była  chęć  podzielenia  się  z  kimś 

troskami. Te potworne przeżycia drążyły go od wewnątrz i nie dawały spokoju, Alfred zdawał 

się być bliski obłędu. W końcu uznał, że musi z kimś porozmawiać, i tym kimś okazała się 

właśnie ona, Sara! 

Poczuła  głębokie  wzruszenie.  Czym  zasłużyła  sobie  na  to,  by  stać  się  jego 

powierniczką? 

Alfred dodał jeszcze, ale mówił już raczej do siebie: 

-  Mały  Geir  był  moim  najlepszym  przyjacielem...  Sara  z  najwyższym  trudem 

powstrzymywała drżenie głosu, a do oczu napływały jej łzy. 

- Więc dlatego, żeby schwytać tamtego mężczyznę, poszedłeś do pracy w policji? 

-  Myślisz,  że  z  chęci  zemsty?  Nie,  już  wtedy  byłem  szeregowym  funkcjonariuszem, 

ale  rzeczywiście  czyniłem  starania,  by  dostać  się  do  wydziału,  w  którym  teraz  pracuję.  Tu 

mam największe szanse, by wpaść na jego trop. Udało nam się stwierdzić, że obracał się w 

podobnych kręgach co twój wuj Hakon. 

Palcem narysował w powietrzu jakiś znak. 

-  Zemsta?  Nie,  to  nie  w  moim  stylu.  Najważniejsze  to  unieszkodliwić  tak 

bezwzględnego i cynicznego mordercę. 

On  musi  znaleźć  się  za  kratkami,  inaczej  wciąż  będzie  zagrażał  społeczeństwu.  Ale 

niewielką mamy nadzieję. 

background image

Sara  przypomniała  sobie  skromny  pokój  komisarza.  W  wyobraźni  zobaczyła  też 

dwójkę rodzeństwa na ulicy owego tragicznego wieczoru i zastanawiała się, co Alfred musiał 

wtedy odczuwać. 

Wyszła na werandę. Stała tam dłuższą chwilę, by zebrać myśli i odzyskać równowagę. 

Krzewy rosnące przed balkonami zlały się w czerwonopomarańczową kulę, palmy  widziała 

jak przez mgłę. Mewy wrzeszczały przeraźliwie. 

Wierzchem dłoni osuszyła wilgotne policzki. Alfred mógł ją przecież zobaczyć przez 

okno. Jeden z gości hotelowych przeszedł tarasem w kierunku dalszych pokoi. Sara powróciła 

do środka. Z trudnością wypowiedziała następne zdanie: 

- Chyba trzeba się czymś zająć, nie sądzisz? 

' Alfred przyglądał się Sarze uważnie. Usiadł na łóżku i założył sandały. 

- Mam nadzieję, że ten chłopak jest ciebie wart. 

- Kto taki? 

- Twój narzeczony, ten, o którym wcześniej wspominałaś. 

Zaskoczona palnęła bezwiednie, mimo iż chciała to Zachować dla siebie: 

- Oj, trochę z tym przesadziłam, y Spojrzał na nią zdziwiony. 

- Z czym przesadziłaś? 

Do Sary teraz dopiero dotarło, co powiedziała. Zrezygnowana usiadła na łóżku. 

-  Z  narzeczonym.  Kiedy  postanowiono,  że  mamy  dzielić  pokój,  chciałam  się  jakoś 

wybronić. 

- Więc nie masz przyjaciela? - zapytał beznamiętnie. Westchnęła zniecierpliwiona. 

- Właściwie mam, ale ta przyjaźń dopiero się rozwija. To po prostu dobry, serdeczny 

kolega  z  pracy.  Jest  sporo  ode  mnie  starszy,  a  ja  czuję  się  taka  samotna.  Potrzebuję  kogoś 

dojrzałego, kto mnie wesprze. 

Zrozumiał, że przeżywa głęboką rozterkę. 

- Przyjechałaś do całkiem obcego miasta, nie znając nikogo. Nie miałaś przyjaciół, czy 

tak? 

-  Coś  w  tym  rodzaju  -  odparła  ostrożnie.  -  Wydawało  mi  się,  że  jestem  w  nim 

zakochana. Ale kiedy mnie pocałował, pamiętasz, właśnie wtedy zadzwoniłeś, informując o 

ś

mierci wuja... 

- Ach, więc przerwałem randkę? 

- Tak. I byłam z tego powodu bardzo rada. Bo wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę 

się oddać temu mężczyźnie. Pragnęłam jedynie jego opieki i serdeczności. 

- A on, czy miał na ciebie ochotę? 

background image

- Bez wątpienia. 

- W takim razie cieszę się, że wtedy zadzwoniłem. Sara zaczerwieniła się. 

- To porządny człowiek, naprawdę nadal bardzo go lubię. 

- Ale powiedziałaś kiedyś, że jest nieszczęśliwy? Jaką on ma pamięć, nic nie ujdzie 

jego uwagi! 

- On mnie potrzebuje, a to jeszcze pogarsza sprawę, nie sądzisz? 

- Uważam, że niewiele wart jest związek zbudowany wyłącznie na współczuciu. 

Z policzków Sary nie schodziły wypieki. 

-  Może  się  mylę,  może  jestem  zakochana?  Tak  mi  samej  źle,  tak  bardzo  za  kimś 

tęsknię... 

-  Potrzebujesz  mężczyzny,  to  przecież  nie  powód  do  wstydu,  a  raczej  oznaka 

normalności. 

- A ty? - odparła szybko, żeby zmienić niewygodny temat. - Czy ty twierdząc, że nie 

masz czasu na kobiety, jesteś normalny? 

Od  razu  pożałowała  tego  pytania.  Nigdy  nie  potrafiła  rozmawiać  o  tak  intymnych 

sprawach. 

Alfred podniósł się i podszedł do okna. 

- Co do mnie, z pewnością jestem najnormalniejszy pod słońcem. Ale myślę, Saro, że 

ty wcale nie kochasz tego mężczyzny. 

- A co ty o tym możesz wiedzieć? 

- Owszem, powiem nawet więcej: ty nawet nie lubisz tego człowieka. 

- O, a to ciekawe. Na jakiej podstawie tak sądzisz? Odwrócił się teraz do niej. 

-  Jeśli  dwoje  ludzi  jest  razem  i  oboje  odczuwają  samotność,  jeśli  pragną  się 

wzajemnie, czy nie byłoby naturalne, gdyby dali się ponieść temu pragnieniu? 

Serce Sary zabiło gwałtowniej. 

- Myślisz o seksie? Tak po prostu zaspokoić namiętność, niezależnie od wzajemnych 

uczuć? Nie, to niemożliwe. 

- Dlaczego nie? Nie pozwala ci na to dobre wychowanie czy poczucie skromności? 

-  O  skromności  lepiej  nie  wspominaj,  kiedy  cały  hotel  sądzi,  że  jesteśmy 

małżeństwem! 

Nagle zrozumiała, że rozmowa podąża w niebezpiecznym kierunku. Dodała szybko: 

- Nie mam zamiaru oddawać się mężczyźnie, któremu potem nie będę mogła spojrzeć 

prosto w oczy. Uważam, że ludzie muszą darzyć się szacunkiem i miłością. 

- Oczywiście - rzekł z powagą. - Też tak sądzę. Właściwie ile ty masz lat? 

background image

- Dwadzieścia dwa. 

- Tak myślałem - powiedział i niespodziewanie się roześmiał. - Naprawdę się cieszę, 

ż

e nie jesteś inna. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- No, jeśli już musimy mieszkać razem... 

Nie kończył, więc Sara przyparła go do muru. 

- To nie jest odpowiedź. Chciałabym usłyszeć coś więcej. 

- No dobrze. Taka właśnie mi się wydałaś na początku. Zawiódłbym się wiedząc, że 

padasz w ramiona pierwszemu lepszemu mężczyźnie, nic do niego nie czując. 

Sarę ogarnęła złość, ale nie umiała dokładnie powiedzieć, dlaczego. Może z powodu 

niedomówień? 

- A jaka ci się wtedy wydałam? 

Wzruszył ramionami, a jego głos zabrzmiał tak, jakby cała dyskusja już go znudziła: 

-  Masz  coś  takiego  w  spojrzeniu,  czego  nie  potrafię  nazwać,  ale  co  bardzo  lubię. 

Wydajesz mi się taka czysta, nie z tego świata. Wydajesz mi się niezmiernie łagodną istotą. 

Taka  istota  nie  powinna  zostać  zraniona  przez  nie  najmłodszych  już,  rzekomo 

nieszczęśliwych adoratorów. 

- Dziękuję za szczerość - odparła krótko. Nie miała pojęcia, jak powinna zareagować. 

W każdym razie nie było to zabawne. 

Jeszcze mniej spodziewała się kolejnego wyznania: 

- Także i siebie zaliczam do owych nieszczęśliwych adoratorów. Nie musisz się mnie 

obawiać, chociaż i ja zmieniłem się w ciągu kilku ostatnich dni. 

Sara walczyła teraz z własną nieśmiałością. 

- No dobrze. Ja także będę szczera - rzekła po chwili. - Ja też zmieniłam swój stosunek 

do twojej osoby. Bardziej, niż bym sobie tego życzyła. Dostrzegłam twoje problemy; i byłam 

niemal  gotowa  wpaść  we  własne  sidła:  ogarnęło  mnie  bowiem  współczucie,  a  tego  nie 

znosisz, prawda? 

- Możesz być pewna. W każdym razie już wiemy, na czym stoimy. Czy zaczniemy od 

nowa? 

- Chętnie, ale chyba nie musimy się na nowo zaprzyjaźniać? 

- Pewnie, że nie. A teraz chodźmy zapolować na mordercę. 

- Nie mów takich rzeczy, to brzmi koszmarnie. 

- Niestety, taka jest prawda. 

background image

-  Rozumiem  -  westchnęła  i  szybko  zmieniła  temat:  -  Wiesz,  wpisałam  nas  na  listę 

chętnych na pokaz folkloru Kandy. 

- A co to takiego? 

- To głównie ludowe tańce mieszkańców okolic miasta Kandy. Występ odbędzie się w 

jednym z hoteli, nie pamiętam, w którym. 

- Czy on się tam wybiera? 

- Raczej nie. Nie znalazłam jego nazwiska. 

- Więc dlaczego my...? 

-  Z  prostej  przyczyny:  ja  mam  ochotę  je  zobaczyć.  Wpatrywał  się  w  nią  dłuższą 

chwilę. 

- Przecież to strata czasu! Saro, poza tym powinnaś być ostrożniejsza, nie wpisywać 

nigdzie swojego nazwiska. A jeśli on zasłyszał je od twojego wuja? 

Zerkała na niego niewinnie jak owieczka. 

- Wpisałam tylko: Elden, dwie osoby... 

-  Nie  do  wiary!  -  wymamrotał  i  przyjrzał  się  jej  uważniej,  ale  wyczuwając  smutek 

dziewczyny, złagodniał. 

- Niech będzie. Właściwie wieczorem i tak nie mamy nic specjalnego w programie. 

Sara rozpogodziła się. 

-  Wiesz  co?  -  pokręcił  ze  zdumieniem  głową.  -  Twoje  minki  są  śmiertelnie 

niebezpieczne. Wszyscy niedoświadczeni panowie w okolicy powinni mieć się na baczności. 

Opuścili  pokój  i  szli  wolno  przez  ogród  kamiennym  korytarzem,  kierując  się  do 

głównego  skrzydła.  Sara,  idąc  za  Alfredem,  przyłapała  się  na  tym,  że  z  przyjemnością 

przypatruje  się  jego  zgrabnej  sylwetce.  Zła  na  samą  siebie,  z  irytacją  zacisnęła  usta.  Po 

ostatniej szczerej rozmowie kompletnie nie wiedziała, jak ma się do niego odnosić. 

Znała za to uczucia, które owładnęły Alfredem: były to nienawiść i pragnienie zemsty, 

niezależnie od tego, co sam twierdził. 

Kiedy  Alfred  minął  werandę  należącą  do  pokoju  numer  siedem,  -  wyszedł  stamtąd 

mężczyzna  podszywający  się  pod  Hakona  Tangena.  Sara  nie  mogła  zatrzymać  swego 

towarzysza, zmieszana uśmiechnęła się więc lekko, tak jak wtedy gdy spotyka się obcych, ale 

zamieszkujących  w  tym  samym  hotelu  gości.  Mężczyzna  natomiast  na  jej  widok  nawet  nie 

mrugnął. 

Sarze ciarki przeszły po plecach. 

background image

ROZDZIAŁ V 

Usiedli  przy  stoliku  na  przestronnym  tarasie  i  zamówili  herbatę.  Sara  zajęła  się 

wypisywaniem  kart  pocztowych,  zaś  Alfred  podziwiał  ocean  i  obserwował  zmierzające  ku 

brzegowi katamarany. 

„W pewnej chwili Sara powiedziała: 

- Nie odwracaj się teraz. Nasz poszukiwany zbliża się w tę stronę. 

- Sam? - Tak. 

Podczas  gdy  starając  się  zachować  swobodę  gawędzili  o  tym  i  owym,  szczupły,  ale 

muskularny mężczyzna przeszedł obok i wybrał sobie stolik dokładnie naprzeciwko Alfreda. 

Tym razem Sara siedziała tyłem. 

Fałszywy Tangen przywołał kelnera, a jego głos zabrzmiał niczym rozkaz w wojsku. 

W okamgnieniu kelner pojawił się przy nim. 

-  Popatrz,  popatrz  -  zamruczał  pod  nosem  Alfred  -  ten  chyba  ciągle  sądzi,  że  nie 

skończyły się czasy niewolnictwa. 

Mężczyzna zamówił coś nieprzyjemnym, ostrym tonem. 

- Kiepski, przesadny angielski - skomentowała Sara. 

- Co o nim sądzisz? 

Alfred wzdrygnął się. 

-  Rzeczywiście  przystojny  facet,  ale  niebezpieczny.  Masz  rację,  wygląda  na  takiego 

typa, którego bez wahania można by posądzić o dokonanie morderstwa. Siedź tak i nie ruszaj 

się, zrobię zdjęcie. 

- Zdjęcie? W jaki sposób? 

- O to się nie martw. 

Opowiadała  o  swoich  szaleństwach  w  wodzie,  Alfred  zaś  trzymał  ręce  tak,  że  Sara 

zupełnie  nie  widziała,  czy  coś  w  nich  ma,  on  natomiast  cały  czas  udawał,  że  uważnie  jej 

słucha. 

- W porządku. Możemy iść? 

Nie było to pytanie, a raczej polecenie. Skierowali się do hallu. 

-  Dzięki  temu  aparatowi  zdjęcie  wywołuję  natychmiast  -  wyjaśnił.  -  Bardzo  to 

wygodne, zwłaszcza zagranicą. Skoczę do toalety, a ty postaraj się o kartkę papieru i kopertę. 

Pokiwała głową i pomknęła do swojego pokoju, szczęśliwa, że wreszcie na coś może 

się przydać. 

background image

Kiedy znów spotkali się w hallu, Alfred podziękował Sarze, napisał kilka słów, włożył 

list i zdjęcie do koperty i dokładnie zakleił. 

- Czy możecie wysłać ten list ekspresem? - zapytał w recepcji. 

Recepcjonista  uniósł  ze  zdziwieniem  brwi,  kiedy  zorientował  się,  że  adresatem  jest 

norweska policja. Nie musiało to jednak oznaczać niczego szczególnego. 

- Tak szybko, jak to tylko możliwe - obiecał. 

- A teraz, moja droga, masz wolne - zwrócił się Alfred do Sary - ponieważ teraz będę 

go śledził. 

- Czy chcesz z nim porozmawiać? - zapytała, a w jej oczach pojawiło się przerażenie. 

-  Ależ  skąd!  Nie  zapominaj,  że  naszym  zadaniem  jest  jedynie  obserwacja.  Muszę 

wybadać, jakie on ma zamiary i jak spędza czas. 

Sara nie ukrywała zawodu, że Alfred pozbył się jej w taki sposób. Mimo to pożegnała 

go uprzejmie i ruszyła na plażę, by skorzystać jeszcze ze słońca. 

Alfred na szczęście pojawił się na plaży, budząc Sarę w takim momencie, że jeszcze 

nie  zdążyła  się  spiec.  Według  jego  relacji  nic  szczególnego  się  nie  wydarzyło.  „Tangen” 

bardzo szybko powrócił do pokoju hotelowego. 

Elden  uciął  sobie  także  pogawędkę  z  kierowcą  taksówki.  Taksówkarz  narzekał,  że 

przedpołudniowa  wycieczka,  którą  odbył  z  Tangenem,  była  nudna.  Pojechali  kilkanaście 

kilometrów na północ wzdłuż wybrzeża i niedługo potem zawrócili. Pasażer wypytywał tylko 

o miejscowości rybackie, które mijali po drodze, i o narodowości zamieszkujące Sri Lankę. 

- A cóż on taki zainteresowany tutejszą kulturą? - Sara pokręciła sceptycznie głową. 

- Ale wiesz, taksówkę zamówił ponownie na pojutrze. Nie wykluczył, że tym razem 

podróż będzie dłuższa. Nie powiedział jednak, gdzie się udadzą. 

- I nie bałeś się wypytywać kierowcę o takie szczegóły? - zdumiała się Sara. 

Rozsiadł się wygodnie w fotelu obok. 

- Nic takiego nie zrobiłem. Od czasu do czasu rzuciłem tylko jakieś pytanie. To nie 

mogło wydać się podejrzane. 

Sara siedziała zwrócona plecami do słońca. Miała nadzieję, że nie opaliła zbyt mocno 

twarzy. Schodząca skóra nie dodawałaby jej urody. 

Elden westchnął. 

- Do diaska! Nic a nic się nie posunęliśmy. Nawet nie wiemy, jak się nazywa. 

-  Nie  mów  tak  -  odparła  Sara,  starając  się  podtrzymać  Alfreda  na  duchu,  choć 

właściwie przyznawała mu rację. - Może jutro wreszcie coś się wydarzy? 

background image

Alfred mocno w to wątpił. Podszywający się pod Hakona Tangena mężczyzna zdawał 

się starannie strzec przed obcymi swych tajemnic. 

-  W  każdym  razie  musisz  przyznać,  że  nawet  gdybyśmy  mieli  błądzić,  to  nie 

mogliśmy znaleźć lepszego miejsca. 

- To prawda - przyznała Sara. 

Minął kolejny dzień. Wieczorem wrócili do swojego pokoju z zamiarem udania się do 

łóżek. Elden pomógł Sarze uporać się z moskitierą, mimo że dziewczyna wcale go o to nie 

prosiła. 

- Pomyśl tylko, że jesteśmy tu zaledwie jedną dobę, a ja mam wrażenie, że dużo, dużo 

dłużej - rzekła z uśmiechem. 

- Rzeczywiście. Wprawdzie mieliśmy pewne złe doświadczenia na polu wzajemnego 

wychowania, ale sporo się o sobie dowiedzieliśmy, a nadmiar wrażeń nie pozwala usnąć. 

Wsunął się pod koc. 

-  Wydaje  mi  się,  że  jakoś  sobie  radzimy  -  powiedziała  niepewnie  -  to  znaczy,  no 

wiesz, wspólny pokój i wspólne spędzanie czasu... - przerwała zagubiona. 

- Nie spodziewałem się, że pójdzie tak dobrze - stwierdził Alfred ku wielkiej radości 

Sary. - Teraz nie zgodziłbym się mieć na twoim miejscu kogoś innego. 

Czyżby  to  znaczyło,  że  Alfred  nie  wyobraża  sobie  innej  dziewczyny  u  swego  boku, 

pomyślała podekscytowana, ale on szybko pozbawił ją złudzeń, mówiąc: 

-  Jesteś  rozsądną  osobą.  Nie  mam  z  tobą  żadnych  kłopotów,  dotrzymujesz  naszej 

umowy, co bardzo cenię. 

- Dziękuję - odpowiedziała mocno zawiedziona. 

Zgasło światło. Fale jednostajnie, nieprzerwanie uderzały o brzeg. Czasami napływała 

większa, bo słyszeli jakby wybuch armatni, kiedy rozbijała się na piaszczystej plaży. 

Elden przerwał ciszę. 

-  Nie  wiemy,  czy  twój  wuj  wspominał  cokolwiek  o  tobie  temu  człowiekowi.  Twoje 

nazwisko jest raczej rzadko spotykane. Czy masz może jakieś przezwisko lub drugie imię? 

- Margrethe. 

- Jeśli on będzie w pobliżu, tak będę się do ciebie zwracał. Postaram się jednak tego 

unikać. 

- Dobrze, rozumiem. 

Sarze  podobała  się  barwa  głosu  Alfreda.  Słysząc  ten  niski  głos,  ożywiała  się  jak 

dziecko, któremu podano pyszny deser. Ze też takie porównania przychodzą jej do głowy! 

background image

-  Dobrze,  że  ty  nie  musisz  zmieniać  imienia  -  zaśmiała  się  nerwowo  Sara.  - 

Przyzwyczaiłam się do Alfreda i uważam, że to imię do ciebie pasuje. 

-  Dziękuję  -  odparł  zadowolony  i  lekko  zdziwiony.  Sara  nie  odzywała  się  przez 

chwilę. 

- Powiedz, czy jak twoi rodzice odeszli, miałeś podobne jak ja odczucia? Najstarszy w 

rodzinie... Człowiek nie jest w stanie sprostać sytuacji, to takie trudne... 

- Chyba tak. 

-  Odczułam  to  tym  bardziej  po  śmierci  wuja  Hakona.  Ty  masz  jeszcze  kogoś,  kim 

możesz się zająć, ja zostałam zupełnie sama. 

- Ale pewnie będziesz miała własne dzieci. 

- Wątpię. Mam same przykre doświadczenia w sprawach miłosnych, więc chyba już 

się nigdy nie zakocham. 

Wciąż  widziała  przystojnego,  cudownego  Erika.  Jednak  myśl,  że  mógłby  być  ojcem 

jej dzieci, wydała się Sarze zupełnie absurdalna. Wiedziała, że to inne dzieci mają do Erika 

większe prawo. 

- Myślę, że Torii na pewno by się tu podobało. Szkoda, że jej nie zabraliśmy. Jeśli te 

widoki nie wyrwałyby jej z apatii, to już chyba żadne inne. 

Alfred nie poprawił Sary, gdy powiedziała „zabraliśmy”. 

- To prawda - przyznał i mówił dalej z bólem w głosie, jakby zapominając, że dopiero 

rozmawiali o siostrze: - Mały Geir był wspaniałym chłopcem. Nigdy się nie pogodzę z jego 

odejściem. 

W ciemności, plącząc się w sieci moskitiery, Sara odnalazła jego dłoń i ujęła w swoją. 

- Teraz przypominam sobie artykuł w gazecie właśnie o tym wypadku. Donoszono o 

kierowcy - szaleńcu, który przejechał dwoje dzieci, prawda? - Tak. 

- Alfredzie, to przerażające. Delikatnie uwolnił rękę. 

-  Saro,  śpij  dobrze  -  usłyszała  na  koniec,  a  głos,  jakim  to  powiedział,  był 

nadspodziewanie łagodny. 

Następnego  dnia  przy  śniadaniu  zdarzyło  się  coś  nieoczekiwanego.  Gdy  weszli  do 

jadalni, mężczyzna, którego śledzili, już tam był. Nie zwracali na niego uwagi, a Alfred usiadł 

tak, by móc obserwować jego stolik. Ze swoich miejsc widzieli plecy rzekomego Tangena, a 

odległość, jaka dzieliła ich stoliki, była na tyle duża, że bez obaw mogli prowadzić rozmowę, 

nie będąc słyszani. Obserwowali natomiast sposób, w jaki ów człowiek odnosił się do Bogu 

ducha winnych młodych kelnerów. Mężczyzna zabrał ze sobą z Norwegii kawę i inne arty-

kuły spożywcze. 

background image

- I to jest rzekomo wytrawny turysta! - rzekł z przekąsem Alfred. 

Sara tylko pokiwała głową. 

Po kilku minutach Alfred znów się odezwał: 

-  Słuchaj,  on  ma  w  ręku  jakiś  list.  Teraz  czyta  go  drugi  raz.  Muszę  koniecznie  to 

sprawdzić. Siedź tu, ja zaraz wrócę, przejdę się tylko koło niego. 

-  Tylko  uważaj  na  siebie!  -  rzuciła  bez  zastanowienia,  choć  kierowanie  takiego 

ostrzeżenia do policjanta nie miało właściwie sensu. 

Sara najchętniej zapomniałaby o całym przedsięwzięciu, wolałaby spędzać na Cejlonie 

prawdziwy urlop. Nie powinna była zabraniać Erikowi przyjazdu. To jest wymarzone miejsce 

na wypoczynek, w pełni z nim się zgadzała. Teraz spacerowaliby plażą, poznawali się wzaje-

mnie i nikt nie miałby im tego za złe. Owszem, nie mogła niczego zarzucić Alfredowi, był 

nawet miły na swój nieco dziwaczny sposób, ale nic jej z nim nie łączyło poza tym, że musieli 

dzielić pokój. 

Gdyby tu był Erik, o melancholijnym, ale pełnym ciepła spojrzeniu, taki opiekuńczy... 

Erik  rozpieszczałby  ją,  nosiłby  na  rękach,  wdzięczny  za  jej  oddanie  i  wsparcie  w  trudnych 

momentach.  Dzielenie  życia  z  taką  zimną  i  wymagającą  kobietą  jak  żona  Erika  musi  być 

ogromnie przygnębiające. Sara wprawdzie nie spotkała nigdy Birgitte, ale Erik przedstawił ją 

w jak najgorszym świetle. Elden właśnie wrócił. 

-  Zorientowałem  się,  że  to  list  z  Anglii  przysłany  na  nazwisko  Hakona  Tangena. 

Słuchaj, ja muszę przeczytać ten list! 

- Chyba zwariowałeś, jak sobie to wyobrażasz? 

- A jak inaczej się dowiemy, co w nim jest, o co w ogóle chodzi w całej tej sprawie? 

Może mam podejść do jegomościa i zapytać, co robi w tym kraju, czy tak? 

W tym momencie mężczyzna wstał od stołu i skierował się do recepcji. 

- Idź za nim. Miej oczy i uszy otwarte, muszę wiedzieć, dokąd się teraz uda. 

Zaczyna się coś dziać! Sara była w siódmym niebie. Nareszcie może się przydać. 

Po dłuższej chwili, kiedy Elden powoli tracił panowanie nad sobą, nie będąc w stanie 

dokończyć śniadania, pojawiła się Sara. 

- Wszystko 'wskazuje na to, że wrócił do swojego pokoju. Nie szłam za nim, czekałam 

w recepcji. Po chwili zszedł na dół w innym ubraniu, zostawił klucz i zamówił taksówkę do 

centrum Negombo. Czy pojedziemy za nim? 

- Do Negombo? - Alfred chwilę się zastanawiał. - Nie, to chyba nie byłoby rozsądne. 

Chodź ze mną, Saro. Teraz zastosujemy się do prawa dżungli. 

background image

Podreptała za nim, coraz bardziej niepewna jego zamiarów, zwłaszcza kiedy otworzył 

drzwi do ich pokoju. 

- Alfredzie, chyba nie sądzisz...? 

- Muszę dostać ten list w swoje ręce. Sara uczepiła się jego ramienia. 

- Przecież on na pewno zabrał go ze sobą! 

- Niekoniecznie. Zauważyłaś przecież, że się przebrał. 

- Ale teraz jest pora sprzątania pokoi. 

- Mamy jeszcze nieco czasu. Sama widzisz, że nie kręci się tu zbyt wielu gości. 

- Czy takie są metody działania policji? - zapytała ostro. 

- Nie, ale pamiętaj, że ten człowiek prawdopodobnie jest mordercą, zaś list nie należy 

do niego. Poza tym jesteśmy tak daleko od kraju, że... 

-  Wspaniale,  tylko  tak  dalej  -  odparła  i  odwróciła  się  do  niego  plecami.  Byli  na 

miejscu. 

- Zostaniesz na straży, dobrze? - zapytał łagodniej po chwili milczenia. 

Pokiwała twierdząco głową. 

Ustalili  znaki  między  sobą,  tak  żeby  mogli  się  porozumieć  przez  drzwi,  po  czym 

Elden wyciągnął z kieszeni wytrych i wśliznął się do pokoju numer siedem. 

Ogromny bąk zabrzęczał pomiędzy roślinami na wielkiej ogrodzonej plantacji niczym 

helikopter. Jakaś para minęła Sarę. Dziewczyna, jak zwykle niepewna siebie, przyglądała się 

strojom innych kobiet, porównując je ze swoim.  Może była niestosownie ubrana? Miała na 

sobie lekką bawełnianą sukienkę i sandałki, więc raczej się nie wyróżniała. Odetchnęła z ulgą. 

Drgnęła, gdy dwie pokojowe z wiadrami i szczotkami na długich kijach pojawiły się 

na  korytarzu.  Krótkimi  spojrzeniami  obrzuciły  Sarę,  która  tymczasem  pilnie  studiowała 

tutejszą roślinność. 

Wreszcie  usłyszała  mocne  stukanie,  dochodzące  z  pokoju  numer  siedem.  W  tym 

momencie z innego pokoju wyłoniła się dwójka dzieci wraz z rodzicami, więc Sara nie mogła 

odpowiedzieć. 

Zaraz  po  rodzinie  zjawił  się  jakiś  robotnik,  być  może  hydraulik.  Przeszedł  obok, 

uśmiechając  się  przyjaźnie  do  Sary,  i  podążył  schodami  w  górę.  Sara  coraz  bardziej  się 

denerwowała, wydawało jej się, że na korytarzu pojawia się zbyt wiele ludzi. 

Wreszcie zapanował spokój. Sara ostrożnie zapukała do siódemki. 

Alfred  opuścił  pokój  w  okamgnieniu,  zamykając  za  sobą  drzwi.  Sara  odetchnęła  z 

wielką  ulgą  i  skierowali  się  do  siebie.  Po  drodze  Sara  nie  szczędziła  swemu  towarzyszowi 

wymówek za to, że przez długie minuty narażał ją na nieopisane zdenerwowanie. 

background image

Jakaś starsza pani szła w stronę sali jadalnej. Na szczęście nie zdążyła zauważyć nic 

podejrzanego. 

- Znalazłeś? - wyszeptała zaciekawiona dziewczyna. Skinął głową. 

- Zostawił go w kieszeni kurtki, którą miał wcześniej na sobie. 

- Ale chyba nie zabrałeś tego listu? 

- Nie, skąd. Cicho, nie gadaj teraz. 

Kiedy znaleźli się w pokoju, Sara pytała dalej: 

- Jak ci się udało...? 

- Najzwyczajniej w świecie sfotografowałem go i odłożyłem na miejsce. List składał 

się z dwóch kartek, no i do tego koperta. 

Wyjął swój aparat fotograficzny, który do złudzenia przypominał zapalniczkę. 

- James Bond we własnej osobie! - krzyknęła zdumiona Sara. 

Roześmiał  się  i  wprawnymi  ruchami  w  krótkim  czasie  wywołał  cztery  zdjęcia 

przedstawiające list. Oprócz nich wypadły też dwa inne. 

- Proszę, proszę! O tych zupełnie zapomniałem - przyznał mocno zaskoczony. 

Sara zdążyła je podnieść. 

- Przecież to moja fotografia! - wykrzyknęła kompletnie zbita z tropu. - Czyżbym i ja 

była podejrzana? 

- Skądże znowu! - odparł. 

Jedno  zdjęcie  Alfred  zrobił  na  plaży.  Przedstawiało  Sarę  w  stroju  kąpielowym, 

obserwującą wciągane na piasek katamarany. 

- A to drugie? - Dłużej nie mogła już powstrzymać śmiechu. - Jaszczurka?! Chyba jej 

nie podejrzewasz o przestępstwo? A może służy ci do przenoszenia meldunków z pokoju do 

pokoju? 

- Daj mi je z powrotem! - Czerwony jak burak szybko wyrwał oba zdjęcia z ręki Sary. 

-  Muszę  od  czasu  do  czasu  sprawdzić  możliwości  tego  aparatu.  Może  rzucimy  okiem  na 

zdjęcia listu? 

Sara  wpatrywała  się  teraz  w  jego  oczy  połyskujące  spod  grzywki.  Nic  jednak  nie 

rzekła. 

- Zobacz - powiedział, przyciągając stół i dwa krzesła bliżej światła. - To jest strona 

adresowa koperty, pisana maszynowo. Znaczki pochodzą niewątpliwie z Anglii. 

- Wszystko jest takie malutkie - narzekała. 

Alfred wyciągnął ze swojej torby szkło powiększające. 

- A tu masz drugą stronę. Nadawca: Sir Arthur Constable i adres z Sussex. 

background image

Sara odłożyła kopertę na bok i wzięła do ręki kartkę z listem. Siedzieli tuż obok siebie, 

oparci łokciami o stół. 

Alfred  przesuwał  lupę  nad  zdjęciem  w  tę  i  z  powrotem,  a  Sara  kolejny  już  raz 

pomyślała, że komisarz istotnie jest ciekawym mężczyzną. 

Co  za  głupstwa,  skarciła  samą  siebie.  Cóż  wart  jest  seks  wobec  opiekuńczości  i 

wyrozumiałości,  jaką  znajduje  u  Erika?  Absolutnie  nic.  Erik  daje  jej  poczucie  bez-

pieczeństwa, a Alfred to surowy policjant pozbawiony uczuć i wyobraźni. 

Nie, jest niesprawiedliwa. W każdym razie Alfred jej nie interesuje. Nie ma co do tego 

wątpliwości. 

A  jednak  zrobił  jej  zdjęcie,  dlaczego?  Z  pewnością  dlatego,  żeby,  jak  sam  twierdzi, 

skontrolować aparat. To całkiem naturalne. 

Zupełnie  niespodziewanie  odkryła,  że  przy  Eriku  trzyma  ją  właściwie  tylko 

ś

wiadomość, jak bardzo jest osamotniony w swym nieudanym małżeństwie. Czy tak jednak 

powinno być? 

- Saro, ty mnie w ogóle nie słuchasz - rzucił z pretensją Elden. 

- Ależ nie, słucham... Zaczęli czytać list: 

Nasz  wspólny  przyjaciel,  uprzednio  minister,  pan  C.  Wells  polecił  mi  osobę  Pana, 

zapewniając  o  Jego  solidności,  odwadze  i  sprycie.  Mam  głęboką  nadzieję,  że  podejmie  się 

Pan  tego  zadania.  Z  pewnością  orientuje  się  Pan,  o  co  chodzi.  Zależy  mi  bardzo  na 

odszukaniu  tego  obywatela  Sri  Lanki.  Proszę  jednak  zachować  dyskrecję  i  postępować 

dyplomatycznie,  bo  to  bardzo  dumny  naród.  Niech  się  Pan  nie  przejmuje  makabrycznymi 

legendami,  gdyż  są  to  wyłącznie  zabobony,  nie  znajdujące  Żadnego  pokrycia  w 

rzeczywistości. 

Jak  Pan  wie,  jestem  skłonny  zapłacić  znaczną  sumę.  Jak  tylko  on  wyrazi  Zgodę

skontaktuje nas Pan ze sobą, bym mógł przesłać pieniądze na jego konto. Nie sądzę, ażeby nie 

dał się skusić kwocie, jaką zamierzam 

mu zaproponować. Jeśli natomiast będzie się opierał, 

sam  zadecyduje  Pan,  jakich  środków  użyć,  by  go  przekonać.  Nie  ma  oczywiście 

mowy  o 

naruszaniu prawa! Honorarium zostanie Panu przekazane po dokonaniu transakcji. Na razie 

przesyłam pieniądze na bilet samolotowy i bieżące wydatki. 

- To dlatego list był taki gruby - zamruczał  pod  nosem Alfred. - Nasz poszukiwany 

zaspokoił pewnie swoje potrzeby dzięki pieniądzom przeznaczonym dla twojego wuja. 

Zerknęli na zdjęcie drugiej kartki listu. 

background image

Zapewne  zorientował  się  Pan  z  wysokości  honorarium,  jakie  Panu  zaproponowałem, 

że ogromnie mi zależy na załatwieniu tej sprawy ku obopólnej satysfakcji. Co do mężczyzny, 

zamieszkuje on prawdopodobnie jedną z wiosek rybackich na północy. 

Na północ od Kolombo? To właśnie gdzieś tutaj! - wtrąciła Sara. 

- Sporo wiosek leży na północ od Kolombo - odparł sucho Alfred. 

Musi  się  Pan  rozpytać  wśród  rybaków,  ci  znają  z  pewnością  jego  nazwisko  i  adres. 

Musi być powszechnie znany, skoro wieści o nim dotarły aż 

tu. 

Dalej następowały uprzejmości i pozdrowienia. 

Wyprostowali się. 

-  Wygląda  na  to,  że  sir  Constable  nawet  nie  wie,  jak  nazywa  się  ów  mężczyzna  - 

wywnioskował Alfred. 

-  Być  może  właśnie  dlatego  odwiedzał  dziś  rodziny  rybackie  w  Negombo.  Sir 

Constable nie wie również, że ktoś podszywa się pod Hakona Tangena. 

- Podejrzewam, że honorarium jest dostatecznie wysokie, aby ryzykować morderstwo 

i jechać aż tu. 

- Pociesza mnie jedna rzecz: wujek Hakon był rzeczywiście uczciwym człowiekiem. 

Alfred zerknął ukradkiem na Sarę. 

-  Rzeczywiście.  Co  do  tego  nie  ma  najmniejszych  wątpliwości  -  odparł  ciepło.  - 

Przynajmniej  to  nie  będzie  cię  dręczyło.  Niewiele  się  jednak  dowiedzieliśmy,  Saro.  Muszę 

skontaktować  się  z  sir  Constablem.  Powinien  się  dowiedzieć,  że  to  nie  Hakon  Tangen 

przebywa w Sri Lance, a bezwzględny przestępca. Przytaknęła. 

- Szkoda, że w liście nie ma nic na temat samego przedsięwzięcia. 

-  Hakon  Tangen  już  wcześniej  musiał  otrzymać  sporo  listów  w  tej  sprawie. 

Prawdopodobnie  opowiedział  o  nich  temu  mężczyźnie.  Owego  wieczoru,  kiedy  ktoś 

odprowadził go do domu po małej imprezie... 

- I powędrował na tamten świat. 

-  Tak.  Idę  natychmiast  zatelefonować  do  sir  Contable'a  w  Anglii,  zanim  nasz 

podejrzany wróci z przejażdżki. 

- Czy mam iść z tobą? 

- Nie. Weź prysznic, a potem spotkamy się na plaży. 

- Dobrze. Jeśli się spóźnię, to znaczy, że myję głowę. Na razie! 

Aż trudno uwierzyć, że staliśmy się parą dobrych przyjaciół, myślała Sara wskakując 

pod  letni  prysznic.  Dziś  był  czas  na  mycie  włosów,  czyniła  to  z  reguły  co  dwa,  trzy  dni. 

Chciała, żeby zawsze wyglądały ładnie, ale że były zupełnie proste, musiała poświęcać im du-

background image

ż

o czasu. Woda morska także nie miała na nie najlepszego wpływu, a Sara nie przepadała za 

czepkami kąpielowymi. 

Rozkoszowała się przyjemną, chłodną wodą. Nie wyobrażała sobie teraz kąpieli pod 

gorącym prysznicem, jaką zwykle brała w domu. 

Zastanawiało ją to, że ostatnio chętnie skupia się na zwykłych, codziennych sprawach, 

tak jakby chciała od czegoś uciec. Ale od czego? 

Alfred nie pojawił się jeszcze, Sara wyszła więc na plażę sama, postanowiła bowiem 

wysuszyć włosy na słońcu. Po wczorajszym opalaniu schodziła jej skóra z nosa. 

Wprawdzie nie było to żadną katastrofą, ale bardzo martwiło Sarę. Chciała naprawdę 

ładnie wyglądać. 

Czyżby jedynie z powodu pobytu w ciepłych krajach? Wcześniej nie przywiązywała 

aż tak wielkiej wagi do swego wyglądu. Pilnowała tylko, żeby zawsze świeżo pachnieć i mieć 

na sobie czyste ubranie. Kiedy jednak słońce przybrązawia skórę, a człowiek niewiele ma na 

sobie, robi się próżny. Tak sądziła Sara. 

Nad wodą przybywało plażowiczów, młody  ratownik znalazł jednak dla Sary  wolny 

leżak. Ułożyła się na brzuchu i poczęła wpatrywać się w grudki piasku. Wśród drobniutkich 

ziarenek dostrzegała mikroskopijnej wielkości muszelki: niegdyś żyły w nich malutkie istotki, 

które pływały w morzu. 

Z zadumy wyrwał ją głos Alfreda. Wciąż miał na sobie koszulę i długie spodnie. 

- Rozpoznałem cię wyłącznie po kostiumie kąpielowym - zaśmiał się. - Gdyby nie to, 

miałbym pewnie kłopoty z odnalezieniem cię w tym tłoku. 

Nie  przyznał  się  jednak,  że  rozpoznał  Sarę  po  zgrabnej,  smukłej  figurze,  której 

wypatrywał wśród wielu opalających się pań. 

- Czy udało ci się dodzwonić do tego Anglika? - zapytała siadając i robiąc mu miejsce 

obok  siebie.  On  machnął  tylko  przecząco  ręką  i  przystawił  drugi  leżak.  Rozpiął  koszulę  i 

ułożył się na plecach. 

- Nie. To nie takie łatwe. Wyjechał i pojawi się nie wcześniej niż za cztery dni. 

-  O,  to  szkoda.  Znowu  nie  posunęliśmy  się  ani  o  krok.  Alfred  robił  wrażenie 

zawiedzionego. 

- Dzwoniłem za to do naszego komisariatu i zrelacjonowałem sprawę. Sami spróbują 

skontaktować się z sir Constablem, mają więcej możliwości. 

- No tak. 

background image

Sara wyprostowała się i chciała obrócić, nagle jednak zamarła. Opanowała się szybko 

i  niemal  w  tym  samym  momencie  nachyliła  się  nad  Alfredem,  kładąc  swoją  dłoń  na  jego 

torsie. 

Wciągnął powietrze niczym ryba rzucona na brzeg. 

- Saro, co ty, u diabła, wyczyniasz? 

Dziewczyna  wsunęła  dłoń  pod  koszulę  Alfreda,  gładząc  jego  nagie  ramiona,  a 

jednocześnie wyszeptała mu wprost do ucha: 

- Ciii! On się właśnie zbliża po kryjomu, widzę go tuż za krzakami. Chyba wcześniej 

nie słyszał naszej rozmowy, ale teraz jest bardzo blisko. Uważaj na to, co mówisz. 

Dość niechętnie objął ją ramieniem i spytał: 

- W porządku, ale czy musisz stosować takie manewry? Odsunęła się nieco, zdążyła 

jednak wyczuć, jak drży jego ręka. Co ja wyprawiam, pomyślała. Do czego to doprowadzi? 

-  Alfred,  musiałam  cię  jakoś  ostrzec,  żebyś  nie  został  zaskoczony.  A  teraz  cię 

pocałuję. 

- Nie rób tego! 

-  Czy  ty  myślisz,  że  mi  to  sprawia  przyjemność?  Trzeba  się  go  stąd  pozbyć, 

przekonać, że jesteśmy zajęci wyłącznie sobą. 

-  Jesteś  kompletna  wariatka!  -  wysyczał  rozzłoszczony  przez  zęby,  ale  więcej  nie 

zdołał powiedzieć, bo usta Sary spoczęły na jego ustach. 

Sara  czuła,  jak  z  każdą  sekundą  jego  ciało  powoli  się  odpręża,  ją  zaś  opanowuje 

przedziwne,  obezwładniające  uczucie.  Nagle  nie  chciała  go  już  puścić.  Jego  ramiona 

zaciskały się wokół niej niczym stalowe obręcze, szepnęła mu więc do ucha: 

- Już dobrze, nie musisz tak przesadzać. 

Usiadła, biorąc głęboki wdech. Alfred uczynił to samo. 

- Już sobie poszedł - powiedziała Sara bezbarwnie. Nie odpowiedział. 

- Chyba muszę zażyć chłodnej kąpieli - ciągnęła. - Skoczę tylko po czepek kąpielowy, 

bo przed chwilą myłam włosy, ą słona woda je niszczy. Poczekasz tu? 

Potwierdził kiwnięciem głowy, nie był w stanie wydobyć z siebie słowa. 

Sara  nie  dotarła  do  swojego  pokoju,  jak  planowała.  Kiedy  mijała  pokój  z  numerem 

siedem,  mężczyzna  siedział  właśnie  na  werandzie.  Jak  jadowity  pająk,  który  czyha  na 

zdobycz. Gdy poprosił ją, by się zbliżyła, Sara nie miała dość odwagi, by odmówić. 

background image

ROZDZIAŁ VI 

Tym razem mężczyzna poznał i przywitał Sarę. 

- Jest pani Norweżką, prawda? 

- Tak - odparła niepewnie; nie wiedziała kompletnie, jak ma się zachować. 

- Musimy trzymać się razem, bo te hordy Szwedów nas zagadają. Może usiądzie pani 

na chwilę? 

- Naprawdę nie wiem, dziękuję... 

Szybko jednak zdecydowała, że zostanie. Może coś z niego wyciągnie? Skierowała się 

więc ku werandzie. 

Ręce lekko jej drżały, ale to nie domniemany morderca był tego powodem, o tym była 

przekonana. To incydent na plaży i pocałunek z Alfredem wyprowadził ją z równowagi. 

-  Proszę  się  rozgościć  -  odezwał  się  mężczyzna,  starając  się  nadać  lodowatemu 

spojrzeniu  bardziej  przyjazny  wyraz.  Nie  całkiem  mu  się  to  udało.  -  Może  się  pani  czegoś 

napije? Nie chciałbym raczyć się drinkiem w samotności. 

- O tej porze? - uśmiechnęła się nerwowo. - Nie, to dla mnie za wcześnie - dodała i 

usadowiła  się  w  pomalowanym  na  biało  koszu  plażowym.  Stąd  widziała  między  krzakami 

kontury  postaci  Eldena.  Siedział  na  ławce,  kręcąc  się  jednak  niespokojnie,  zdenerwowany 

przedłużającą się nieobecnością Sary. Ze swego miejsca nie mógł widzieć dziewczyny. 

-  Przygotuję  pani  coś  specjalnego,  proszę  nie  odmawiać  -  zaproponował  obcy 

mężczyzna i ruszył w kierunku drzwi. - Proszę mi tylko podać szklaneczkę. 

- Dobrze, ale chyba nie powinnam... Ale jego już nie było w pokoju. 

Dopiero  teraz  Sara  zdała  sobie  sprawę  z  tego,  jak  bardzo  się  naraża.  Ręce  i  nogi 

poczęły jej drżeć. Po krótkiej chwili obcy znów powrócił do pokoju. 

- Niestety, nie znalazłem nic innego do rozcieńczenia poza czystą wodą z karafki. Ale 

podobno jest sterylna. Tradycyjna whisky z sodą. Pozwoli pani? 

- Dziękuję. Chciałam powiedzieć, że raczej rzadko piję alkohol, a już szczególnie o tej 

porze. Pewnie zaraz zasnę. 

- Na zdrowie - mężczyzna uniósł szklankę. - Na imię mi Hakon. 

Ty oszuście, pomyślała Sara i przedstawiła się jako Margrethe. Oboje zatem kłamali 

jak z nut. 

- Czy to nie piękny kraj? - zapytała Sara, stawiając szklankę na stole. 

background image

W  odpowiedzi  mężczyzna  skrzywił  się  z  niesmakiem.  To  dopiero  znawca  wśród 

amatorów! 

-  Owszem,  jako  taki.  Wprawdzie  brudno,  a  i  ludność  prymitywna,  za  to  klimat 

wspaniały. 

Sara usiłowała podtrzymać rozmowę. 

-  Moim  zdaniem  ci  ludzie  robią  wrażenie  inteligentnych  -  stanęła  w  obronie 

mieszkańców wyspy. - I prawie wszyscy mówią po angielsku... 

Roześmiał się z pogardą. 

-  Nauczyli  się  kilku  zdań  jak  papugi.  Dzisiaj  wybrałem  się  do  Negombo,  gdzie 

zaproszono mnie na obiad do jednej z rodzin. Dziękuję bardzo, ale więcej nie skorzystam. Co 

za marny poziom! 

Sara odczuwała coraz większą niechęć do tego antypatycznego, zimnego mężczyzny 

w nienagannej białej koszuli i krawacie. 

- I nie bał się pan? To znaczy mam na myśli jedzenie? 

- Cieszę się na szczęście końskim zdrowiem - odparł, czyniąc przy tym kategoryczny 

ruch ręką. - Nic mi nie może zaszkodzić. 

- Jeżeli tak, to dobrze - powiedziała sucho Sara. Nachylił się w jej kierunku. 

- Muszę się pani przyznać, że niejedno już na tym świecie widziałem. Im więcej się 

jeździ, tym mniejszy wydaje się świat. A pani tu z pewnością po raz pierwszy? 

- Tak, oboje chcieliśmy zobaczyć Sri Lankę. Udało się nawet zgrać urlopy. 

- A czym zajmuje się pani mąż? 

O Boże, tego wcześniej nie omówili! 

- Jest inżynierem - improwizowała. 

- Aha, a w jakiej firmie? 

- W firmie? Nie, jest tylko pracownikiem państwowym. 

- O, to nic szczególnego. 

- A pan co robi? 

- Ja? Sam zajmuję się swoimi interesami. 

Nie wyglądało na to, by zamierzał powiedzieć o sobie coś więcej, Sara zaś nie miała 

odwagi go wypytywać. 

W towarzystwie „Hakona” nie czuła się zbyt pewnie, chociaż bez wątpienia należał do 

przystojnych  i  mogących  budzić  zainteresowanie  mężczyzn.  Wciąż  pamiętała,  że 

najprawdopodobniej ma do czynienia z mordercą. 

background image

Znowu uniósł szklankę  z trunkiem, więc Sara dopiła swojego drinka. Nie smakował 

jej specjalnie, nie przepadała za whisky. 

- Ach, więc tutaj przesiadujesz - usłyszała nagle zdradzający wzburzenie głos Alfreda. 

- Zdaje się, że miałaś tylko zabrać czepek? 

-  To  moja  wina  -  odezwał  się  spokojnie  Norweg.  -  Skusiłem  pana  piękną  żonę 

drinkiem. Może pan też nie odmówi? 

Alfred stał bez ruchu, podczas gdy jego szare komórki pracowały pełną parą. 

- Chętnie. Proszę zatrzymać krzesło, przycupnę tu na kamieniu. 

Mężczyzna wyszedł, by przynieść nową szklankę, Sara zaś wykorzystała tę chwilę, by 

szepnąć Alfredowi do ucha: 

- Jesteś inżynierem, pracujesz w urzędzie gminy. 

- Wielkie dzięki - odparł cicho. 

Nie zdążyli nic więcej powiedzieć, bo mężczyzna był już z powrotem. 

Przedstawił  się  Alfredowi  jako  Hakon  Tangen.  Rozmawiał  nonszalanckim  tonem  o 

tym, co zwróciło jego uwagę na wyspie. Sara z minuty na minutę stawała się coraz bardziej 

niespokojna. Coś jej tu nie pasowało. 

Nagle zerwała się na równe nogi, domyśliła się bowiem podstępu. 

- Alfred! - wykrzyknęła. - Która to godzina? Przecież umówiliśmy się na wyjazd do 

Negombo. Kierowca będzie czekał o drugiej, a przecież tak nie możemy jechać! 

Alfred już podniósł szklankę, by wychylić łyk, ale odstawił ją z powrotem. 

- Przepraszamy najmocniej, ale musimy się jeszcze przebrać - rzuciła Sara nerwowo. - 

Zobaczymy się później, mam nadzieję. 

Jej towarzysz wstał nieco zdziwiony, ale nie oponował. Zaraz też dodał: 

-  Jakie  to  szczęście,  że  żona  ma  taką  pamięć.  Niech  się  pan  nie  gniewa,  ale 

rzeczywiście musimy iść. 

- Oczywiście, rozumiem. 

Gdy byli już w swoim pokoju, Alfred rzekł gniewnie: 

- Oczekuję wyjaśnień. Najpierw znajduję cię w towarzystwie tego typa, a zaraz potem 

wypadasz od niego, jakby cię diabeł gonił? 

-  Nie  mylisz  się.  Naprawdę  nie  mogłam  odmówić,  kiedy  zaprosił  mnie  na  drinka. 

Miałam nadzieję, że może uda mi się czegoś dowiedzieć, ale niestety. Powiedział mi, że nie 

ma czym rozcieńczyć alkoholu, więc skorzystał z wody w karafce. Ale kiedy przyniósł twoją 

szklaneczkę, nie szedł od strony stolika, na którym stała karafka, ale z łazienki! 

- Chcesz powiedzieć, że dosypał mi trucizny? Czy ty aby nie dramatyzujesz? 

background image

- Ależ skąd! Są dużo prostsze metody. Wydaje mi się, że on się czegoś o nas domyśla. 

Może widział jednak gdzieś moje nazwisko, naprawdę nie wiem. Ale jutro znowu wybiera się 

w podróż i wolałby pozbyć się ewentualnego towarzystwa. 

Dopiero teraz Alfred domyślił się, w czym rzecz. 

- Sądzisz, że nalał mi - wody prosto z kranu? 

- Tak. 

- To dopiero! Banalne, ale jakie skuteczne. Dobrze, że mnie w porę ostrzegłaś. A ty 

nie piłaś? 

- Całą szklankę. 

- Może rzeczywiście była tam czysta woda? 

- Nie byłabym taka pewna. Jego spojrzenie zdradza przebiegłość, chyba że ma to od 

urodzenia. 

- Co za drań z niego! - wycedził Alfred przez zęby. Sara była załamana. 

- Ja nie chcę chorować! 

-  Musimy  cię  zabezpieczyć  -  rzekł  i  wyszukał  kilka  tabletek.  -  Weź  jedną  teraz,  a 

następne  dokładnie  co  cztery  godziny.  Powinny  ci  pomóc.  Najgorsze  ci  nie  grozi.  Mam  tu 

także małą butelkę wódki, którą kupiłem na lotnisku. 

- Kiedy ja nie dam rady więcej. Już po tym jednym drinku mam zawroty głowy! 

- Musisz. Wódka odkaża. 

- Dobrze, niech ci będzie. Raz kozie śmierć. Już wolę się poświęcić, niż zepsuć twoją 

wyprawę. 

Z duszą na ramieniu przełknęła spory łyk czystej wódki, którą podał jej Alfred. 

- Błagam cię, nie pozwól mi tylko wywołać skandalu - dodała prosząco. 

- Nic się nie martw. Będę sprawował nad tobą pełną kontrolę. 

:•  -  Wypiłam  wszystko.  Teraz  niech  się  dzieje,  co  chce.  Alfredowi  jednak  coś  nie 

dawało spokoju. Zebra! się odwagę i zapytał: 

- Wiesz, Saro, czy tam na plaży...? 

Cały czas miała nadzieję, że nie zada tego pytania. Odparła bez namysłu: 

- Tak mi przykro. Naprawdę nie chciałam i teraz ogromnie żałuję. 

- No tak, żałujesz. - Alfred unikał wzroku Sary, a jego głos zabrzmiał sucho. 

Sara pośpieszyła z dalszymi wyjaśnieniami: 

-  Nie  miałam  pojęcia,  co  robić.  Jak  inaczej  mogłabym  zbliżyć  się  do  ciebie  i 

poinformować, że on jest w zasięgu głosu? 

- No oczywiście, rozumiem, ale potem... Nie dała mu skończyć: 

background image

- Wpadłam w panikę. Nic nowego, o czym mogłabym ci powiedzieć, nie przychodziło 

mi  do  głowy,  czułam  się  kompletnie  pusta,  więc  rozpaczliwie  szukałam  rozwiązania.  No  i 

właśnie pomyślałam, że... Chciałeś coś powiedzieć? 

Odwrócił się od niej. W całej jego postaci widać było ogromne zmęczenie. 

- Nie, nic. Absolutnie nic. 

W pokoju zapanowała głęboka cisza. 

- Czy jesteś zły na mnie? 

-  Nie,  zły  nie  jestem  -  syknął  przez  zęby.  -  Ale  proszę,  żeby  się  to  więcej  nie 

powtórzyło. 

Sara raz po raz przełykała ślinę. Nadal paliły ją wargi od pocałunku, mimo że upłynęło 

już sporo czasu od tamtej niezwykłej chwili. Doskonale pamiętała, jaki smak miały jego usta, 

były delikatne, a jednocześnie zdecydowane. Najpierw jakby niechętne i zaciśnięte, wreszcie 

przylgnęły  do  jej  warg  i  wtedy  Sara  poczuła  się  jak  w  siódmym  niebie.  Nie  przypominała 

sobie, żeby kiedykolwiek przedtem z pocałunkami wiązały się takie wrażenia. Nigdy też nie 

całowała kogoś, kto tak się przed tym wzbraniał. 

Alfred był wściekły i to raniło ją dotkliwie. 

Nagle zorientował się, że Sara z trudnością powstrzymuje się od płaczu. Od razu się 

opamiętał i złagodniał. 

- Wybacz mi, drań ze mnie. Nie nawykłem do obecności kobiet. Najlepiej będzie, jak 

zapomnimy o owym fatalnym zdarzeniu, co? 

Sara wzięła głęboki oddech. 

-  W  porządku.  Teraz  chyba  powinniśmy  wybrać  się  wreszcie  do  Negombo,  bo 

kierowca pewnie już czeka. 

- Jasne. Mogę przysiąc,  że ów Hakon siedzi w recepcji, by sprawdzić, czy mówimy 

prawdę. 

Szybko się przebrali i skierowali do wyjścia. Nie mylili się: „Tangen” już tam był. 

- Spóźnimy się - zaśmiała się Sara, a Alfred pociągnął ją ku taksówce. Ruszyli ulicą 

Nadmorską,  mijając  zalane  słońcem  sklepy,  potem  cmentarz,  gdzie  pasły  się  krowy, 

wyskubując trawę spomiędzy nagrobków. Tak dojechali do centrum. 

-  Co  teraz?  -  zapytała,  kiedy  znaleźli  się  na  ruchliwej,  wąziutkiej  choć  nie  całkiem 

czystej ulicy. Pełno tu było straganów i sklepów. 

-  Nie  wiem  -  przyznał  Alfred.  -  Rozejrzyjmy  się  trochę,  a  potem  wrócimy  w 

odpowiednim czasie do  hotelu. Nie, nie, za kapelusz dziękuję! Za ognie  sztuczne też! Ależ 

oni są namolni! 

background image

Sara roześmiała się. 

- Daj mi rękę, proszę cię! Wszystko wokół widzę jak za mgłą. Ulica płynie na lewo i 

prawo, a ja śmieję się z byle powodu. 

Wziął ją za rękę, a uścisk dał jej od razu poczucie bezpieczeństwa. Wydawało się, że 

Alfred  chce  ją  przeprosić  za  swoje  zbyt  obcesowe  wcześniejsze  zachowanie,  jego  wzrok 

prosił o wybaczenie, więc Sara nie mogła odpowiedzieć inaczej niż tylko uśmiechem. 

- Widzę po tobie, że nieczęsto zdarza ci się pić, prawda? - spytał Alfred. 

- Tak. 

- To bardzo dobrze. 

Zatrzymali  się  na  moście.  Sara  oparła  się  o  barierkę,  by  utrzymać  jako  taką 

równowagę.  Kilkoro  dzieci  bawiło  się  wesoło  nad  brzegiem,  niektóre  pływały  w  wodzie 

przypominającej konsystencją grochówkę. 

-  Przedstawiciele  naszych  władz  rwaliby  włosy  z  głów  na  taki  widok  -  zauważył 

Alfred. - Ale czy nie sądzisz, że skandynawskie dzieciaki mimo to jednak coś tracą? 

- Tak - Sara potrząsnęła głową, bo obraz wokół nadal był zamglony. - Pomyśl tylko: 

biegać  swobodnie  w  wyświechtanych  ubraniach,  szaleć  w  błocie  z  równie  niechlujnymi 

maluchami, z rozszczekanymi psami, gołymi rękami łowić ryby w rzece, i nikt w domu nawet 

na ciebie nie krzyknie, nie skarci cię! Nikt nie nakaże wycierać nóg, uważać na ubranie czy 

dopiero co umytą podłogę! 

Alfred skinął głową, podczas gdy Sara ciągnęła: 

-  Dzieci  z  pewnością  zapadają  niekiedy  na  tę  czy  inną  chorobę,  ale  to  przecież 

normalne. Tu traktowane są z wielką miłością. Jeśli ci ludzie potrzebują jakiejś pomocy, to 

chyba tylko w dziedzinie higieny. Miłości mają pod dostatkiem. Nie miałabym nic przeciwko 

temu, żeby osiąść w tym kraju i żyć w równie prymitywnych warunkach jak oni - rzekła Sara. 

- Ale my, dorośli, tak już przywykliśmy do życia w luksusie, że nie wyobrażamy sobie świata 

bez  telewizji  czy  samochodów,  bez  narzucanej  nam  mody  i  reprezentacyjnych  domów. 

Zatraciliśmy  spontaniczność  i  umiejętność  okazywania  radości  z  małych  rzeczy,  brak  nam 

otwartości i zaufania do ludzi. 

- Ty nie - stwierdził Alfred. - Uważam, że jesteś ogromnie naturalna i spontaniczna. 

- Traktuję to jako komplement. 

- Oczywiście. 

Z  każdą  chwilą  Sara  stawiała  coraz  pewniejsze  kroki,  szli  więc  dalej.  Ustąpili  drogi 

dorożce  ciągniętej  przez  dwa  woły,  a  zaraz  potem  schronili  się  w  sklepiku  z  pięknymi 

tkaninami  przed  natrętnymi  ulicznymi  handlarzami  i  grupką  ciekawskich  maluchów. 

background image

Korzystając  z  okazji  sprzedawca  w  jednej  chwili  wyłożył  swoje  materiały  na  ladę.  Jeden  z 

nich  bardzo  spodobał  się  Sarze.  A  kiedy  Alfred  namawiał  ją  do  kupna,  nie  miała  innego 

wyjścia i musiała się przyznać: 

- Mam tylko czterysta rupii. To wszystko, co posiadam. 

-  Dlaczego  nic  mi  nie  powiedziałaś?  -  zapytał  zdziwiony,  płacąc  za  upatrzony 

materiał. - W takim razie to prezent ode mnie w nagrodę za świetną współpracę, lepszą niż 

mogłem się spodziewać. 

- Pomijając jeden niewypał - dodała. 

- Pomijając jeden niewypał. Proszę, tu jest pożyczka. Alfred wcisnął jej do ręki zwitek 

banknotów, który Sara przyjęła z pewnym oporem. Człowiek pozbawiony pieniędzy zawsze 

czuje się niepewnie, na nic go nie stać. 

Nagle  jakby  znikąd  pojawił  się  tuż  obok  bezzębny  mężczyzna,  proponując,  że 

oprowadzi ich po okolicy. Zaczął szybko opowiadać, co i gdzie się znajduje, jak się nazywa. 

Oboje przekonywali go, iż nie potrzebują przewodnika. W końcu w ogóle przestali na niego 

zwracać  uwagę,  kupili  kilka  pamiątek,  przyprawy  i  trochę  innych  drobiazgów.  Ku  swojej 

radości  ujrzeli  znajomego  taksówkarza,  który,  jak  się  okazało,  cały  czas  na  nich  czekał. 

Bardzo ich to ujęło. Kierowca odpędził natręta i zadbał, by spokojnie znaleźli się w aucie. 

„Przewodnik”  nie  dawał  jednak  za  wygraną  i  wyciągnął  dłoń  w  oczekiwaniu  na 

zapłatę. Alfred, rad nierad, rzucił mu dla świętego spokoju monetę i wreszcie mogli wsiąść do 

taksówki. Ich kierowca jeździł prawie nowym żółtym samochodem, z którego był niezwykle 

dumny.  Kupiony  naturalnie  z  drugiej  ręki,  a  właściwie  z  czwartej,  był  jednak  świetnie 

utrzymany. Alfred z Sarą po drodze dowiedzieli się o wozie wszystkiego. 

Z mnóstwem paczek zawiniętych w papier gazetowy udało im się wreszcie dotrzeć do 

pokoju.  Sara  z  niecierpliwością  rozpakowywała  wszystkie  sprawunki,  które  przywieźli,  a 

następnie przekładała je do torby podróżnej. 

- Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli dokupić jeszcze jedną - śmiał się Alfred. 

Spojrzała na niego w zamyśleniu. Stał teraz odwrócony plecami. Nadkomisarz z Oslo 

prosił ją, by starała się rozweselić Alfreda i pomóc mu w powrocie do normalnego życia. 

Sara  miała  nieśmiałą  nadzieję,  iż  była  na  dobrej  drodze  do  wyrwania  swego 

towarzysza z izolacji. Nie mogła jednak pozwolić sobie więcej na kompromitację w stylu tej 

nieszczęsnej sceny na plaży. Alfred wprost chorobliwie bał się okazywać uczucia i nadal nie 

mógł się wydobyć ze stresu, który upodabniał go do napiętej do granic wytrzymałości struny. 

Mimo wszystko nie był to już ten sam człowiek, którego Sara spotkała w komisariacie. Teraz 

częściej okazywał ludzkie cechy. 

background image

W tym momencie Alfred odezwał się, tak jakby odgadywał myśli Sary: 

- Jak się teraz czujesz? 

- Dziękuję, jako tako. Już nie mam zawrotów głowy. 

- Chodźmy więc coś zjeść i chyba już czas na te twoje występy. 

No tak, folklor Kandy! Zupełnie o tym zapomniała. 

-  Cieszę  się,  że  zdecydowałeś  się  mi  towarzyszyć  -  powiedziała  cicho.  -  Nie  lubię 

chodzić sama na tego typu imprezy. Nawet w autokarze nie potrafię się  zdecydować,  gdzie 

usiąść, sam wiesz - dodała. 

-  W  ten  sposób  daleko  nie  zajedziemy  -  westchnął  Alfred,  zajmując  miejsce  w 

ciasnawym  autobusie  tuż  obok  Sary.  Było  tak  parno,  że  ubrania  przyklejały  się  do  ciała. 

Mimo to dziewczynie sprawiało przyjemność, że ich ramiona się stykały. 

Autobus toczył się leniwie wąskimi, wykładanymi kocimi łbami uliczkami. Przed sobą 

mieli dużą lagunę i liczne wysepki, które ze stałym lądem łączyły mosty. Kury, psy a także 

stada  prosiąt  niechętnie  ustępowały  drogi  pojazdowi.  Widzieli  także  mieszkańców  tych 

okolic, którzy opuściwszy domy szukali ochłody nad wodą. 

Powoli  Sara  rozpoznawała  pozostałych  uczestników  wycieczki.  Ich  podejrzany  nie 

pojawił  się,  zapewne  nie  interesowała  go  kultura  tego  kraju.  Za  to  jechał  z  nimi  Lasse, 

któremu towarzyszył mężczyzna, jak sądzili, jego ojciec. Sara przypomniała sobie, że ma dla 

chłopca  mały  prezent.  Kupiła  go  z  myślą  o  tym  zapalonym  zbieraczu  muszli,  ale  gdyby 

chłopca więcej nie spotkała, mogła muszelkę zatrzymać. 

- Musimy przystąpić do ataku - odezwał się Alfred - ale nie mam pojęcia, jak? 

Zanim Sara zorientowała się, że nie miał na myśli Lassego, upłynęła dłuższa chwila. 

- Może jutro pojawi się jakaś możliwość. Policjant burknął tylko pod nosem. 

Hotel, który był celem ich podróży, różnił się od ich hotelu. Całą grupę wprowadzono 

do przestronnej sali z długimi rzędami krzeseł. 

Usiedli w pierwszym rzędzie. 

- Będziesz stąd dobrze widziała - rzekł Alfred. 

- Na pewno - odparła wzruszona jego troskliwością. Po chwili szmer na sali ucichł, a 

na  scenę  wkroczyli  czterej  bosi  mężczyźni  z  owalnymi  bębnami,  odziani  w  kolorowe, 

egzotyczne stroje. 

- Wspaniali - powiedziała zachwycona Sara do Alfreda. Wyraz jego twarzy mówił jej, 

ż

e znów obdarzyła go spontanicznym uśmiechem. Przedtem nigdy nie uświadamiała sobie, ile 

uroku dodaje jej właśnie uśmiech. 

background image

Jeden z mężczyzn pojawił się niosąc wielką, białą muszlę. Dmuchnął w nią kilka razy, 

wydobywając z wnętrza przytłumione sygnały, po czym przy wtórze bębnów opuścił scenę. 

I wtedy wydarzyła się rzecz niezwykła. 

W  momencie  gdy  bębny  zmieniały  rytm  i  w  pomieszczeniu  przez  ułamek  sekundy 

panowała cisza, z rzędu za Sarą i Alfredem rozległ się szept: 

- Turbinella! 

background image

ROZDZIAŁ VII 

Spoglądali na siebie pełni zdumienia, podczas gdy muzycy nie przestawali uderzać w 

swoje instrumenty. Oboje odwrócili się w tej samej chwili. 

Nietrudno  było  się  zorientować,  z  czyich  ust  padło  to  obco  brzmiące  słowo.  Głos 

dotarł do nich z trzeciego rzędu. 

- Lasse! - wyszeptała do Alfreda zaszokowana Sara. Komisarz pokiwał głową. 

- Teraz niczego się nie dowiemy, ale jak tylko skończy się występ... 

Ludowe  tańce  Sri  Lanki  były  interesujące  pod  każdym  względem,  mimo  to  Sara 

bezpowrotnie  straciła  cały  entuzjazm  dla  artystów.  Myślała  teraz  tylko  i  wyłącznie  o 

niezwykłej nazwie, którą pamiętała z kartki wyrwanej z notatnika wuja Hakona. 

Tuż  po  zakończeniu  pokazów  w  sali  publiczność  przeniosła  się  do  ogrodu,  by 

obserwować popisy Hindusów tańczących na rozżarzonych węglach. 

Tam właśnie udało im się złapać Lassego. 

- Lasse, czy możesz poświęcić nam kilka minut? - zapytał Alfred. 

Lasse, stojący przy stosie węgli, skrzywił się z niechęcią. 

-  Nie  musimy  odchodzić  daleko.  Stąd,  z  góry,  będziesz  widział  wszystko,  co  się  tu 

dzieje. 

Kiedy  chłopiec  pokiwał  potakująco  jasną  głową,  szybko  znaleźli  dobry  punkt 

obserwacyjny. Nikt nie poszedł w ich ślady, więc Alfred zaczął: 

- Przed chwilą w sali wypowiedziałeś pewne imię. 

- Taaak? 

- Chodzi o Turbinellę! Co to oznacza? 

Właśnie  przed  publicznością  zjawił  się  bosonogi  mężczyzna,  który  zaczął  biegać  po 

ż

arzących się węglach. Na ten widok Sara poczuła, jak pieką ją stopy. 

- Ci ludzie czynią tak, by udowodnić, iż ich bogowie są najwięksi na świecie - rzekł 

przewodnik. 

Sara  zaniepokoiła  się.  Czy  zadając  chłopcu  pytanie  tak  wprost,  nie  narażali  jego  i 

siebie na niebezpieczeństwo? A jeśli to jakaś zmowa, jeśli wplątanych jest w to wielu ludzi? 

A może już wszystko popsuli, okazując zainteresowanie całą sprawą? 

Napotkała wzrok Alfreda i zrozumiała, że czyta w jej myślach. Nieznacznie pokręcił 

głową. Nie, przecież nie mogli wciągnąć w tę grę niewinnego chłopca. 

background image

- Turbinella? Aaa -  Lasse był wyraźnie zawiedziony. - Chodzi wam o tę muszlę, na 

której  grają  tutejsi  mieszkańcy?  To  święta  muszla  Hindusów.  Czasem  nazywa  się  ją  też 

Indian  Chank,  a  po  łacinie  Turbinella  pyrum  albo  Xancus  pyrum,  to  zależy  od  kraju,  w 

którym się je znajduje. 

- Czy ma dużą wartość? - zaciekawi! się Alfred. 

-  Nie,  niespecjalnie.  Ale  można  ją  znaleźć  tylko  tu,  w  Sri  Lance.  Ma  szczególne 

znaczenie  dla  wyznawców  hinduizmu.  Oni  używają  jej  w  czasie  procesji  i  modłów  w 

ś

wiątyniach.  Najprędzej  zobaczycie  je  w  sierpniu,  w  czasie  trwania  uroczystych  pochodów 

Kandy. Wtedy ludność chętnie je pokazuje i wygrywa melodie na takich muszlach. Poza tym 

nie przedstawiają wartości. Ale czemu pytacie? 

Alfred  nie  potrafił  dać  chłopcu  odpowiedzi;  wyraźnie  zbity  z  tropu,  zagryzł  jedynie 

wargi. Sara także westchnęła. Znowu kolejne przeszkody! 

Nagle Lasse podniósł głowę i cały się rozpromienił. 

-  Oczywiście,  o  ile  nie  należą  do  muszli  synitralnych!  Syn...  synitralne?  Oboje 

wymienili spojrzenia. 

- A czy taki egzemplarz jest wtedy coś wart? 

- Czy jest coś wart?! - odparł chłopiec. - Człowieku, wówczas jest bezcenny! Ale tylko 

Tamil ma szansę wejść w jego posiadanie. 

-  No  dobrze,  ale  może  nam  to  bliżej  wyjaśnisz.  Co  właściwie  oznacza  określenie 

„synitralny”? 

W  tym  momencie  Lasse  zupełnie  stracił  zainteresowanie  lokalnymi  mistrzami 

specjalizującymi  się  w  spacerach  po  rozżarzonych  węglach.  Teraz  mógł  popisać  się  wiado-

mościami na temat swoich ukochanych muszli. 

- Odejdźmy troszkę na bok, tutaj panuje niemożliwy hałas. 

Podreptali za nim posłusznie aż do plaży, skąd widać już było hotel. Lasse rozpoczął 

wykład. Nareszcie jakieś światełko w mroku! 

- Wszystkie muszle na całym świecie są, można by powiedzieć, prawoskrętne, czyli że 

ich  otwór  skierowany  jest  na  lewo  od  wierzchołka.  Jeśli  muszla  jest  synitralna,  a  więc 

lewoskrętna,  staje  się  tym  samym  niezwykle  wartościowa.  Mogę  dać  sobie  rękę  uciąć,  że 

nigdy  takiej  nie  spotkacie,  choćbyście  poruszyli  niebo  i  ziemię.  Właśnie  Turbinella  pyrum 

bywa lewoskrętna, choć zdarza się to nadzwyczaj rzadko. O ile wiem, na świecie jest około 

dwudziestu  takich  lewoskrętnych  muszli  i  stanowią  one  świętość  dla  Tamilów,  to  znaczy 

mieszkańców  północnej  części  kraju.  Wokół  tych  rzadkich  egzemplarzy  krążą  setki  legend, 

ale nie starczy mi czasu, by je wam opowiedzieć, bo zaraz odjeżdża autokar. Wiem jednak, że 

background image

Tamilowie wierzą, iż posiadanie takiej muszli ma zapewnić szczęście i bogactwo, więc nigdy 

by jej nie sprzedali. Słyszałem też, że niektórzy zbieracze gotowi są zapłacić za okaz nawet 

dwieście tysięcy dolarów. 

- Niesłychane! - wykrzyknęła Sara. 

- Na przykład sir Arthur Constable - szepnął Alfred. 

-  No,  ale  na  tym  koniec.  Przewodnik  już  na  nas  macha,  idziemy.  A  jutro  tata  i  ja 

robimy  trzydniowy  wypad.  Musimy  jeszcze  wrócić  do  tej  rozmowy.  Wiecie,  że  ja  to 

uwielbiam! 

Lasse nie zapytał, dlaczego interesują się właśnie turbinella. 

Tym  razem,  kiedy  już  wygodnie  siedzieli  w  autokarze,  Alfred  miał  bardzo 

zadowoloną minę. 

-  Saro,  jestem  ci  dozgonnie  wdzięczny,  że  zabrałaś  mnie  na  tańce  -  powiedział  - 

wreszcie udało się nam rozszyfrować tę tajemniczą nazwę. Wygląda na to, że sir Constable 

zlecił twemu wujowi odszukanie rzadkiego okazu muszli, a nasz zabójca doszedł do wniosku, 

iż  nie  będzie  to  trudne  zadanie,  a  może  okazać  się  opłacalne!  Cegiełki  wreszcie  zaczynają 

układać się w logiczną całość. 

W środku nocy Sara wyszła skwaszona z łazienki i usiadła zmartwiona na łóżku. 

Alfred obudził się i uniósł na ramieniu. 

- Więc jednak męczy cię ten żołądek? Pokiwała smutno głową. 

- Cholerny łobuz! Brałaś ostatnio tabletkę? 

- Przed chwilą połknęłam jedną. 

- I jak się czujesz? 

-  Fatalnie.  Jak  sobie  jeszcze  pomyślę,  że  to  taka  idiotyczna  przypadłość...  Ani  to 

poważna  choroba,  ani  pożałować  nie  ma  co,  tylko  wieczne  bieganie  do  toalety.  A  do  tego 

okropnie męczące! 

- Jest ci niedobrze? 

-  Nie,  tylko  wszystko  przelatuje  przeze  mnie  w  błyskawicznym  tempie.  Jak  pociąg 

ekspresowy. 

-  Wiesz,  znalazłem  coś  jeszcze  w  sklepie.  To  szwedzkie  krople,  mówią,  że  bardzo 

skuteczne. W każdym razie na pewno nie zaszkodzą. 

Sara  łyknęła  łyżkę  stołową  płynu.  Jej  język  zabarwił  się  momentalnie  na  czarno,  a 

buzia rozjaśniła się szerokim uśmiechem. Cieszyło ją, że rozbawiła Alfreda. 

Pomaszerowali z powrotem do łóżek. 

background image

-  Nici  z  mojej  jutrzejszej  wyprawy,  nie  będę  w  stanie  dotrzymać  ci  towarzystwa  - 

westchnęła zawiedziona. 

- To zrozumiałe, że nie możesz się stąd ruszyć. Będziesz za to pilnować toalety... Ale 

nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zamierzam śledzić samochód Tangena i może 

to być ryzykowne. Nie wiem, czy on ma przy sobie broń. 

- Przecież nie mógł przejść przez kontrolę celną z bronią! 

- Nie mam na myśli bagażu podręcznego, natomiast w torbie podróżnej, o ile nie trafi 

się szczegółowa kontrola, można przeszmuglować cuda. 

- A ten scyzoryk, który dzisiaj kupiłam... 

- No tak, to nierozsądne. Ale to ładna rzecz. 

-  Schowam  go  na  wierzchu  w  torbie  tak,  żeby  zatrzasnął  się  na  ręce  celnika,  jeśli 

będzie chciał tę torbę przeszukiwać. Przepraszam, ale znowu muszę wyjść. 

Następnego  ranka Sara  była  wycieńczona i  czuła się tak źle, że aż dostała dreszczy. 

Alfred, rad nierad, sam udał się na śniadanie. 

Kiedy  pojawił  się  z  powrotem,  trzymając  w  ręce  filiżankę  herbaty  dla  swojej 

przyjaciółki, miał rozradowaną minę. 

-  Saro,  przynoszę  doskonałe  wiadomości.  Właśnie  rozmawiałem  z  taksówkarzem, 

który  miał  zabrać  naszego  łotra  na  objazd.  Okazuje  się,  że  Tangen  przeliczył  się  ze  swoim 

końskim  zdrowiem.  Po  obiedzie,  który  zaserwowano  mu  wczoraj  u  jednej  z  miejscowych 

rodzin, rozchorował się na żołądek. 

- Ach, tak? Przykro mi, ale to naprawdę świetna wiadomość i nawet się cieszę. 

- Wcale się nie dziwię. Masz do tego prawo. Ja zresztą także życzę mu wszystkiego 

najgorszego.  Poza  tym  wezwałem  lekarza  -  Wkrótce  zjawi  się  tu,  by  zrobić  ci  zastrzyk. 

Myślę, że po nim znacznie ci się poprawi. 

-  Dziękuję,  Alfredzie,  to  miłe  z  twojej  strony.  Nie  chciałabym  drugi  raz  przeżyć 

podobnej nocy. 

Zamyśliła  się.  Przypominała  sobie  ich  wcześniejsze  rozmowy  i  tak  naprawdę  nie 

wiedziała, co ma sądzić o Eldenie. Teraz dbał o jej samopoczucie, kiedy drżała z zimna, oddał 

jej  swój  koc,  otulając  troskliwie.  Trwał  przy  niej  w  czasie  choroby,  najdrobniejszym  nawet 

gestem  nie  okazując  zniecierpliwienia  z  powodu  pospolitego  rozstroju  żołądka,  który  ją 

dopadł. Nie spuszczał jej z oczu, pełen niepokoju, ale i zrozumienia. 

Teraz czekała na lekarza, którego wezwał w trosce o jej zdrowie. Może nawet cieszyło 

go jej towarzystwo? Ale tego pytania nie mogła zadać Alfredowi. 

- Więc chyba dzisiaj nigdzie nie pojedziesz? 

background image

-  Nie,  ale  za  to  spodziewam  się  wizyty.  Rozmawiałem  dzisiaj  z  tym  młodym, 

sympatycznym kelnerem, obsługującym zwykle nasz stolik, ma na imię Victor. Pytałem go, 

gdzie  mogę  znaleźć  rozsądnego  i  jednocześnie  doświadczonego  rybaka,  z  którym 

porozumiałbym się po angielsku. Polecił mi swego wuja, tak więc będę miał gościa. 

- Świetnie! No i na pewno dowiesz się, kto jest szczęśliwym posiadaczem tej rzadkiej 

muszli? 

-  Mam  taką  nadzieję.  Musimy  ubiec  Tangena  i  powiadomić  o  niebezpieczeństwie 

właściciela okazu. Boję się, że Tangen nie cofnie się przed niczym. 

Musimy ubiec... Te słowa bardzo podniosły Sarę na duchu, czulą się potrzebna. 

- Masz rację - powiedziała. - Jedynym jego celem jest teraz zdobycie muszli i zrobi to 

bez względu na koszty, nawet za cenę czyjegoś życia. 

- Właśnie! 

Sara zamyśliła się. 

- Zbieracze mogą uczynić wiele złego na tym świecie. Dla nich przedmioty takie jak 

znaczki, etykiety czy choćby muszle, dla nas często nieważne, mają nadzwyczajną wartość. 

-  Rzeczywiście,  w  tym,  co  mówisz,  jest  trochę  racji.  Ale  też  tacy  zapaleńcy  dodają 

kolorytu szarej codzienności. 

Sara w dalszym ciągu była filozoficznie nastrojona. 

-  Wiesz,  dużo  myślałam  o  tym  mordercy.  Jeśli  jest  takim  profesjonalistą,  to  czemu 

dokonał zbrodni w mieszkaniu wujka, a nie gdzieś na uboczu? Przecież wytropienie go w tej 

sytuacji  nie  powinno  nastręczać  trudności.  A  jeszcze  ta  broszura  z  biura  podróży,  którą 

znalazłeś na stoliku. Jak to wytłumaczysz? 

-  Właściwie  nie  wprowadziłem  cię  we  wszystko,  wybacz  mi.  Sprzątaczka  została 

właśnie  wysłana  na  czternastodniowy  wypoczynek,  toteż  nikt  nie  spodziewał  się  jej  wizyty 

zaraz następnego dnia. Ale traf chciał, że zostawiła swój płaszcz w mieszkaniu wuja i wróciła, 

by go zabrać. Mężczyzna podszywający się pod twego wuja miał właściwie zapewnione dwa 

tygodnie  spokoju  i  liczył  zapewne,  że  to  mu  wystarczy.  Nie  spodziewał  się,  że  na  scenie 

pojawimy się my oboje. 

W  tym  momencie  przyszedł  lekarz  z  zastrzykiem  dla  Sary,  więc  Alfred  wycofał  się 

dyskretnie na werandę. Po chwili powrócił, by zapłacić za wizytę. 

- Czy zamawiano pana także do siódemki? 

- Tak, właśnie stamtąd wracam. Lekarz spochmurniał, więc Alfred dodał: 

- No cóż, nie każdy Norweg jest równie sympatyczny jak moja żona. 

background image

Jaki on dobry, pomyślała Sara o Alfredzie. Lekarz spojrzał na nich spod oka i pokiwał 

głową. 

- Nikt nie lubi, żeby go traktować jak służącego. Sara nie zdołała się powstrzymać i 

wykrzyknęła: 

- Mam nadzieję, że dał mu pan taki zastrzyk, żeby nie wstał prędko! 

- Saro, co ty mówisz? - rzekł zakłopotany, ale i lekko rozbawiony Alfred. 

-  Niestety,  proszę  pani.  Tak  bardzo  chciał  mnie  poniżyć  i  podważyć  moje 

umiejętności, że starałem się, by jak najszybciej wrócił do zdrowia. Niech wie, że nie ma do 

czynienia  z  byle  kim.  Nie  oczekuje  chyba  pani,  żebym  zaaplikował  mu  lekarstwo  o 

przeciwnym działaniu? 

- Ależ nie, tylko żartowałam. To oczywiste, że musi pan zachować swój prestiż. 

Tym razem roześmieli się wszyscy troje. 

- Pani także szybko stanie na nogi - zapewnił lekarz. - Jeśli ma pani ochotę, możecie 

państwo nawet pójść popływać. Proszę tylko trzymać się w pobliżu... wie pani, co mam na 

myśli. 

- Dziękuję, doktorze - uśmiechnęła się na pożegna - - nie Sara. 

Kiedy lekarz opuścił pokój, zwróciła się do Alfreda: 

- Wiesz, nie miałam odwagi mu opowiedzieć, z kim miał do czynienia. 

- Nie, nie możemy puścić pary z ust, bo spowodowałoby to wielkie zamieszanie. Na 

szczęście  wiemy,  że  nasz  podejrzany  leży  w  łóżku  i  nigdzie  się  nie  ruszy.  No,  a  ty  jak  się 

teraz czujesz? 

- Dziękuję, już nieźle. Proponuję spacer na plażę - zadecydowała Sara. 

-  Samouleczenie?  Dobrze,  a  więc  spróbujmy.  Zanim  jednak  opuścili  pokój,  Sara 

otrzymała wiadomość z recepcji, że ktoś na nią czeka. 

Spojrzeli na siebie zaskoczeni. 

- Ktoś czeka na mnie? - wykrztusiła zdumiona. - Sądziłam, że to ty spodziewasz się... 

- No nie wiem, chociaż rzeczywiście podałem Victorowi twoje nazwisko. Idź, zobacz, 

kto to, a ja zejdę chwilę po tobie. Dasz sobie radę? 

- Oczywiście, ciekawa jestem, kto też o mnie pyta. Powiedz mi, czy mogę pójść tak 

ubrana? 

Obrzucił ją badawczym  spojrzeniem. Miała na sobie bawełnianą koszulkę z krótkim 

rękawem  i  krótkie  spodenki.  Alfredowi  wydawało  się  wprawdzie,  że  taki  strój  zbytnio 

eksponuje jej nogi, ale w końcu skinął głową. Sara podążyła więc korytarzem do recepcji. W 

background image

połowie  drogi  zorientowała  się,  że  jest  bosa,  ale  było  już  za  późno.  Poczuła  lekki  zawrót 

głowy i musiała się oprzeć o ścianę, by nie stracić równowagi. 

Gdy na dole ujrzała oczekującego na nią gościa, doznała szoku. 

- Erik! - zawołała przerażona. - A co ty tu robisz? 

- Ciii, nie tak głośno - zaśmiał się Erik Brandt. - Zaskoczyłem cię, prawda? 

Wielkie  nieba!  Alfred  Elden,  dwuosobowy  pokój...  Sara  czuła  się  całkowicie 

bezradna, nie mogła skupić myśli. W końcu udało jej się jednak zaprowadzić Erika na taras, 

gdzie znaleźli wolny stolik. 

Gdy podeszła do nich młoda kelnerka, Sara zamówiła matowym głosem dwie filiżanki 

herbaty. 

-  O,  nie!  Odkąd  tu  przyjechałem,  piję  wyłącznie  herbatę  -  zaprotestował  Erik.  -  Dla 

mnie proszę piwo. 

Wydał  jej  się  niemłody,  choć  nigdy  wcześniej  nie  odnosiła  takiego  wrażenia. 

Wyglądał  na  zmęczonego,  w  ostrym,  słonecznym  świetle  jego  twarz  była  blada.  Sara 

porównywała go teraz z... 

- Opowiadaj szybko, jak się tu znalazłeś? - zapytała, by ukryć zmieszanie. 

W  tej  samej  chwili  uświadomiła  sobie,  że  z  nosa  schodzi  jej  skóra,  oczy  ma 

zapadnięte, zmęczone chorobą i niedospaniem, bose nogi i nie uczesane włosy, rano ledwie 

raz muśnięte grzebieniem. Z pewnością nie wyglądała szczególnie atrakcyjnie, a przecież Erik 

najlepiej czuł się w towarzystwie efektownych, młodych kobiet. 

-  Saro,  nie  mogłem  sobie  darować,  że  wakacje  z  tobą  przejdą  mi  koło  nosa. 

Zamieszkałem w hotelu Mount Lavinia, około czterdziestu kilometrów stąd. 

Bogu dzięki, pomyślała Sara. 

- Mam nadzieję, że przeniesiesz się do mnie, zamówiłem dwuosobowy pokój. 

- Ale ja nie mogę, jeszcze mam tu coś do zrobienia. 

- Co masz do zrobienia? - zapytał zdumiony i jakby z irytacją w głosie. 

Ku  swojemu  przerażeniu  Sara  ujrzała  właśnie  Alfreda  schodzącego  spokojnym, 

zdecydowanym  krokiem.  Machnęła  ręką  w  pozornie  nic  nie  znaczącym  geście.  Elden 

zrozumiał i zawrócił. 

- Co się stało? Czemu tak machasz rękoma? - zapytał Erik jeszcze bardziej zdziwiony. 

-  Nie,  patrzyłam  tylko  na  swoje  paznokcie.  Chyba  nie  całkiem  jej  uwierzył,  bo 

odwrócił się, ale teraz schody były puste. 

- Może pójdziemy do twojego pokoju, tutaj taki harmider, a chciałbym pobyć z tobą 

sam na sam. 

background image

- To niemożliwe... Ja mieszkam z koleżanką. 

- A gdzie ona jest teraz? Może na plaży? 

- Niestety, choruje. Ma problemy z żołądkiem. 

- Hm. A dlaczego nie chcesz pojechać ze mną do Mount Lavinii? 

-  Mam  jeszcze  spotkać  się  z  kilkoma  osobami  i  pewnie  zajmie  mi  to  kilka  dni  - 

improwizowała. 

- Dlaczego właśnie ty musisz z nimi rozmawiać? 

O Boże, czy on zawsze chce wszystko wiedzieć? 

- Być może dowiem się czegoś o śmierci mojego wuja. 

- Saro, zlituj się! Specjalnie dla ciebie przejechałem taki kawał drogi. 

Teraz  jego  spojrzenie  nabrało  owego  szczególnego  wyrazu,  który  zawsze  topił  jej 

serce.  Erik  był  wspaniałym  człowiekiem.  Ten  rys  tragizmu  wokół  ust,  życiowa  mądrość 

odbijająca się w oczach, łagodny sposób bycia - wszystko to sprawiało, że Sara chciała wtulić 

się w jego ramiona, odnaleźć w nich poczucie bezpieczeństwa. 

Tak było przedtem, dzisiaj owo pragnienie gdzieś się rozwiało. 

Znowu na schodach pojawił się Alfred, ubrany w jasną koszulę, ładnie kontrastującą z 

jego  ciemną  karnacją  i  równie  ciemną  czupryną.  Tym  razem  wydawał  się  zaniepokojony  i 

bezradny. Odczekał chwilę i ponownie zawrócił na górę. 

Sara poczuła napływającą falę gorąca i zawołała: 

-  Erik,  naprawdę,  tak  chciałabym  z  tobą  pojechać!  Potrzebuję  cię,  czuję  się  taka 

zagubiona... 

- Jak to? - zapytał łagodnie, mrużąc przy tym oczy. 

- Wiesz, ten policjant, który mi towarzyszy - mówiła tak szybko, że niemal połykała 

słowa  -  on  jest  taki  męski,  taki  pociągający,  że  nie  wiem,  co  mam  ze  sobą  zrobić.  On  nie 

może się o tym dowiedzieć, ale tak pragnę z kimś na ten temat porozmawiać. Ktoś starszy, 

doświadczony  mógłby  sprowadzić  mnie  na  ziemię.  Może  ty  mnie  zrozumiesz?  W  twoim 

wieku i z twoim doświadczeniem... A przy tym nie jesteś dla mnie uosobieniem seksu jak in-

ni, jesteś dla mnie jak starszy, kochający brat! 

Nagle dostrzegła, że twarz Erika zaczęła się zmieniać, wprost pozieleniała ze złości, 

chociaż może to wina cienia rzucanego przez liście palmowe. Ugryzła się w język. 

Dlaczego mieszała Erika w przyjaźń łączącą ją i Alfreda? Czym zawinił Alfred, by w 

taki sposób opowiadać o nim Erikowi? 

background image

- No wiesz, Saro - odparł Erik sucho, z trudnością dobywając słów - taki stary to ja nie 

jestem.  I  nieseksowny?  Chyba  to  nie  braterskie  łączą  nas  stosunki?  Takie  określenie  jest 

raczej nie na miejscu... 

-  Wybacz,  Eriku,  tylko  żartowałam  -  tłumaczyła  się  nerwowo  -  chciałam  się  z  tobą 

podroczyć. Tylko dlatego, że panie w biurze nazywają cię supermanem. Przepraszam, to był 

głupi żart. Powiedz lepiej, jak się masz? 

Powoli odzyskiwał równowagę, choć słowa Sary poruszyły go do żywego. W jednej 

chwili  odczuł  dolegliwości  swojego  wieku,  zobaczył  swoje  zapadnięte  policzki, 

przerzedzające  się  włosy  i  coraz  słabszy  wzrok.  Wziął  się  jednak  w  garść  i  kolejny  już  raz 

zaczął od nowa opowiadać historię swego życia, wiedział bowiem, że jego smutny los zawsze 

wzruszał Sarę. 

-  Nie  jest  mi  łatwo  -  westchnął.  -  Birgitte  całkiem  odsunęła  się  ode  mnie  i  nie 

interesuje  się  moimi  potrzebami.  Ale  nie  chce  ze  mnie  zrezygnować,  jak  wiesz,  dobrze 

zarabiam... 

Ten  smutny  uśmiech!  I  on  ożenił  się  z  taką  nieczułą  kobietą.  Sara  nie  mogła  tego 

zrozumieć. Jak zawsze poruszyło ją cierpienie przystojnego, ale jakże nieszczęśliwego lirika. 

Spontanicznie schwyciła jego dłoń, on także objął ją czule i tęsknie. 

Właśnie  wtedy  Sara  zorientowała  się,  że  zastrzyk  nie  do  końca  podziałał. 

Błyskawicznie cofnęła rękę. 

- Przepraszam na moment - wyszeptała i szybko skierowała się w kierunku damskiej 

toalety. 

Kiedy wróciła, na czole miała krople potu. 

-  Kochanie,  przecież  ty  jesteś  chora!  -  wykrzyknął.  Sara  nigdy  nie  lubiła,  kiedy 

mówiono do niej „kochanie”. Drażniło ją to słowo. 

- Rzeczywiście, nie najlepiej się czuję - wydusiła z siebie. - Ja także się zaraziłam tą 

chorobą. 

Erik cofnął się nieznacznie, ale w oczach Sary był to kilometr. 

- A cóż to za posiłki tutaj podają, że ludzie chorują? - zapytał gniewnie. 

Sara uśmiechnęła się lekko. 

- Już mi trochę lepiej. 

Pokiwał głową i zaczął, przybierając nieco ostrzejszy ton: 

- A ten policjant, którego wspominałaś? 

- Ach, taki suchy kij! 

Wybacz mi, Alfredzie, to nieprawda. . Erika ucieszyły jej słowa. 

background image

- Czyli że nie jest to żaden rywal. 

Do  diaska,  ależ  on  jest  zadufany  w  sobie,  pomyślała  Sara  ze  zdumieniem.  Nie 

odpowiedziała  jednak,  uśmiechnęła  się  tylko  w  taki  sposób,  że  można  to  było  sobie  różnie 

wytłumaczyć. 

Erik posłał Sarze całusa przez stolik, co także ją zirytowało. Nie, dzisiaj była zupełnie 

nie w formie. 

- Pojadę teraz do hotelu. Ale zadzwoń do mnie koniecznie, jak wyzdrowiejesz, i wtedy 

zabiorę cię do siebie. 

Sara przytaknęła zniecierpliwiona, podczas gdy Erik wręczał jej karteczkę z adresem i 

numerem telefonu. W tej chwili marzyła tylko o tym, by uciec od tego wszystkiego i ukryć się 

przed światem. 

Gdy  już  się  pożegnała  i  dotarła  do  pokoju,  rzuciła  się  na  łóżko.  Alfred  wrócił  z 

werandy. 

- Co to, znowu źle się czujesz? 

- Nie, tylko padam z nóg. 

- Kim był ten mężczyzna? 

-  Znajomy  z  Norwegii.  Mieszka  w  hotelu  Mount  Lavinia  na  południe  od  Kolombo. 

Prosił, żebym się tam przeniosła. 

Alfred zawahał się przez moment. Domyślił się, że to ów szczególny przyjaciel Sary. 

- Pojedziesz? 

Czy pojedzie? Erik Brandt nagle przestał pasować do ich świata. Sara już wiedziała, 

czego pragnie, ale czy pragnie tego również Alfred? 

Odpowiedziała nieobecna duchem: 

- Właściwie nic mnie tu nie trzyma. Nie znam mordercy i w ogóle sprawiam ci tylko 

kłopot. 

-  Pytałem  się,  co  zrobisz,  czego  sama  oczekujesz?  I  znowu  unikała  konkretnej 

odpowiedzi. 

-  Przejechał  dla  mnie  taki  kawał  drogi.  Mam  wrażenie,  mam...  I  tak  nigdzie  się  nie 

ruszę, zanim nie wyzdrowieję. 

- Myślę, że do jutra staniesz na nogi. 

- Nie bądź taki pewny. 

Dłużej  nie  mogła  znieść  tego  napięcia.  Była  wykończona.  Nie  umiała  sama  podjąć 

decyzji, co sprawiło, że opuściły ją wszystkie siły. Rozpłakała się, wściekła jednocześnie na 

siebie, że daje się tak ponieść emocjom. 

background image

- Przepraszam, ale teraz chciałabym odpocząć - wyszeptała ledwie dosłyszalnie. 

Alfred stal przez chwilę w zamyśleniu, po czym przysiadł na brzegu łóżka, odczekał 

jeszcze kilka sekund i ujął jej głowę w swoje dłonie, głaszcząc przy tym czule. Sara wciąż 

popłakiwała. 

- A ty nie boisz się zarazić? - wykrztusiła. 

Alfred usłyszał, że zaakcentowała wyraźniej słowo „ty”. 

- W taki sposób na pewno się nie zarażę. No jak, chcesz jechać czy zostaniesz tutaj? 

Ton jego głosu sprawił, że obudziła się w niej iskierka nadziei. 

-  Bardzo  chciałabym  wiedzieć,  jak  się  to  dalej  potoczy...  Delikatnie  ułożył  głowę 

dziewczyny z powrotem na poduszce i podniósł się. 

- A więc zostajesz. 

Nie  była  pewna,  czy  to  tylko  jej  się  wydaje,  czy  też  coś  jakby  cień  zadowolenia 

pojawiło się w jego głosie. Chyba to jednak złudzenie. 

Przymknęła powieki. Teraz miała okazję poznać zupełnie innego Alfreda Eldena, tak 

różniącego  się  od  tamtego  surowego,  wymagającego  policjanta.  Spotkała  starszego  brata 

biednej Torii, który z największym oddaniem zajął się nieszczęśliwą siostrą. 

To właśnie on siedział teraz przy niej i otaczał ją czułą opieką. 

background image

ROZDZIAŁ VIII 

Kilka  godzin  później  zjawił  się  wuj  Victora,  młodego  kelnera.  Sara  odpoczywała 

właśnie na dużym tarasie, a Alfred z gościem dotrzymywali jej towarzystwa. Już nie bała się 

przyznać, że musi wyjść do toalety, gdyż w tym gronie nikt nie miał jej tego za złe. 

Męczyły ją wprawdzie wyrzuty sumienia z powodu Erika, wykosztował się przecież 

na podróż tylko po to, by się z nią spotkać. Ale czyż mogła coś poradzić na niespodziewaną 

chorobę? Poza tym wcale nie zachęcała go do przyjazdu. 

Drobnymi łykami popijała specjalnie dla niej przygotowany napar z ziół. Miał ostry, 

bardzo specyficzny smak, ale ostatecznie dał się wypić. Przełknęła większy haust. 

Z zainteresowaniem przysłuchiwała się opowieści wujka Victora. Był to pan o miłej 

twarzy, w średnim wieku, nieco krępy, ubrany tylko w tradycyjny sarong. Bardzo sprawnie 

posługiwał się angielskim. Od czasu do czasu na horyzoncie pojawiał się Victor, dumny, że 

jego wuj rozmawia z gośćmi w tak ekskluzywnym hotelu. 

Mężczyzna  zaśmiał  się.  Nazywał  się  Fernando,  nosił  równie  popularne  nazwisko  co 

Kowalski, dlatego prosił, by zwracać się do niego po imieniu: po prostu Sebastian. 

-  Naturalnie,  że  słyszałem  o  świętej  muszli  Hindusów.  Niewiele  jednak  mogę 

powiedzieć,  gdyż  jestem  Syngalezem.  Zapytajcie  lepiej  jakiegoś  tamilskiego  rybaka. 

Tamilowie  zamieszkują  raczej  północne  części  kraju,  chociaż  w  Negombo  spotkacie  wielu 

tamijskich kupców. Ci najczęściej trudnią się sprzedażą tkanin przeznaczonych na sari, suknie 

dla hinduskich kobiet. 

-  Przecież  wczoraj  byliśmy  w  Negombo  -  odezwała  się  Sara.  -  Szkoda,  że  nie 

wiedzieliśmy. 

-  Kupcy  nie  znają  się  na  muszlach  -  pocieszył  ją  Sebastian.  -  Jak  mówiłem,  wiem 

niewiele, ale może któraś z tych kilku informacji wyda się wam interesująca. 

Alfred notował wszystko, co mówił gość. 

-  Te  rzadkie  okazy  muszli  nazywamy  tutaj,  odwrotnie  niż  wy,  prawoskrętnymi, 

zwykłe  muszle  są  zwane  lewoskrętnymi.  Wszystko  zależy  od  tego,  w  jaki  sposób  się  je 

trzyma. Ale zostańmy przy waszym określeniu. 

- Dobrze - zgodził się komisarz. 

-  To  właśnie  Tamilowie  odkryli  owe  muszle,  to  znaczy  byli  jedynymi,  którzy 

zorientowali  się,  że  niektóre  z  nich  są  zwrócone  otworem  w  drugą  stronę.  Dla  Tamilów 

stanowią  one  niemal  świętość.  Można  na  nie  trafić  u  północnych  wybrzeży  Cejlonu.  Tych 

background image

rzadkich muszli rzekomo strzegą zwyczajne muszle. Tamilowie wyszukują mielizny i nurkują 

bez żadnego sprzętu, a są w tym szczególnie  wytrenowani. Mogą przebywać pod  wodą tak 

długo,  że  wydaje  się  nam,  iż  dawno  utonęli.  O  lewoskrętnych  muszlach  opowiada  się 

mnóstwo  legend.  Jedna  z  nich  głosi,  że  poszukiwacz  musi  znaleźć  tysiąc  muszli  jednego 

rodzaju,  zanim  natrafi  na  tę  jedyną,  lewoskrętną.  Ale  który  rybak  wyłowi  w  ciągu  całego 

swojego  życia  aż  tysiąc  takich  samych  muszli?  Inna  legenda  opowiada,  że  lewoskrętne 

muszle  strzeżone  są  przez  morskie  smoki,  ale  to  tylko  inna  wersja  legendy  o  zwyczajnych 

muszlach, trzymających straż nad rzadkimi okazami. 

- Smoki morskie? Stąd pewnie nazwa hotelu: Sea Dragon, prawda? 

Sebastian przytaknął. 

- Pani ma taki uroczy uśmiech, madame. 

- Tak, to wiemy - wtrącił Alfred, niezadowolony z przerwania opowieści. 

-  W  każdym  razie  takie  muszle  należą  do  rzadkości.  Na  świecie  jest  ich  naprawdę 

niewiele. Jeśli nawet komuś udałoby się znaleźć i wyłamać taką muszlę, wszystkie pozostałe, 

te  zwyczajne,  zjawiają  się  nagle,  oblepiają  nurka  i  nie  pozwalają  mu  wydostać  się  na 

powierzchnię. Jedynie Tamilowie wiedzą, jak uchronić się przed muszlami - strażnikami. To 

sekret, którego nigdy nikomu nie zdradzą. 

- Czy chodzi może o jakąś magiczną formułę? Sebastian rozłożył bezradnie ramiona. 

- Tego nikt nie wie, poza kilkoma tamilskimi rodami. Sara zwróciła uwagę, że Alfred 

był coraz bardziej zniecierpliwiony. Jej samej legendy bardzo się podobały. 

Sebastian Fernando kontynuował opowieść: 

- Jeśli poławiacz wreszcie natrafi na lewoskrętną muszlę, chowa ją i dokładnie czyści 

mlekiem  pochodzącym  prosto  od  krowy.  Wiecie  pewnie,  że  krowy  są  także  nietykalnymi 

zwierzętami dla Hindusów. Następnie muszlę należy owinąć w białe płótno i przechowywać 

w  bardzo  kosztownym  kuferku.  Dawni  królowie  Sri  Lanki  wśród  innych  licznych  skarbów 

posiadali taką muszlę, zwaną Indian Chank. Wierzono, że przynosi ona szczęście i bogactwo 

jej właścicielowi. Za nic by jej nie sprzedali. 

- Czy zna pan kogoś, kto jest właścicielem takiej muszli? 

- Nie jestem pewien. Wprawdzie słyszałem o kimś takim, niechże sobie przypomnę... 

Alfred zamówił dla pana Fernando kolejne piwo i przy okazji spytał cicho Sarę: 

- Jak twoje samopoczucie? 

- Całkiem nieźle - odpowiedziała zdziwiona, bo rzeczywiście czuła się dużo lepiej. - 

Nie  wiem,  czy  to  za  sprawą  naparu,  czy  może  raczej  zastrzyku,  ale  chyba  zaczynam 

odczuwać głód! 

background image

- Świetnie, ale musisz jeszcze przez jakiś czas uważać na to, co jesz. 

- Dobrze. 

Była teraz w siódmym niebie: Alfred siedział koło niej i co chwila dopytywał się o jej 

zdrowie. Inaczej niż Erik, który tak szybko się zebrał do powrotu. Trochę ją to zabolało. 

-  Niestety,  nie  mogę  sobie  przypomnieć  -  odparł  rybak.  -  Tamilowie  mają  dużo 

dłuższe nazwiska niż nasze, często łączą imię i nazwisko w jedną całość. Nie wiem, ale zdaje 

mi  się,  że  ten  człowiek  mieszka  gdzieś  w  rejonie  zwanym  Jaffna,  najdalej  na  północ.  Nie 

pamiętam też miejscowości, ale mam znajomego Tamila, więc mogę zapytać. Powiem wam 

dziś wieczorem. 

-  Świetnie!  Jutro  się  tam  wybierzemy,  żeby  ostrzec  właściciela  przed  człowiekiem, 

który ma wielką ochotę na tę muszlę. 

Sebastian zaśmiał się. 

-  Nigdy  jej  nie  zdobędzie.  Żaden  Tamil  nie  sprzeda  swojej  Indian  Chank,  choćby 

ofiarowywano mu krocie. A jeśli ktoś zechce zdobyć ją w inny sposób, będą na niego rzucone 

uroki. Nawiasem mówiąc, słyszałem też pewne plotki... 

Milczał chwilę, zastanawiając się, czy może je wyjawić. 

- Tak? - Alfred od razu się ożywił. W ostatnich dniach skóra bardzo pociemniała mu 

od  słońca,  białe  zęby  i  jasnoszare,  błyszczące  oczy  kontrastowały  z  opalenizną.  Sara  ze 

zdumieniem przyłapała się na tym, że z przyjemnością przygląda się twarzy Alfreda. 

Sebastian szukał czegoś w pamięci. 

- Słyszałem coś o pewnym rybaku w Negombo, który także zajmuje się nurkowaniem, 

głównie  w  poszukiwaniu  małży.  On  twierdzi,  że  widział  lewoskrętną  muszlę  na  pobliskich 

mieliznach koło miasta Chilaw. Ale on sam jest Syngalezem i do tego katolikiem, więc mu-

szla szczególnie go nie zainteresowała. Być może trochę się bał, wierząc w legendy Tamilów. 

- Czy o tym, że widział świętą muszlę, wiedzą wszyscy w okolicy? 

- O, tak, takie wieści roznoszą się niczym ogień w lesie. 

- Więc nie zabrał jej ze sobą? 

- Nie, ale podobno wie, gdzie się ona znajduje. 

-  Coś  takiego,  przecież  mógłby  zostać  bogaczem!  Sebastian  wzruszył  ramionami, 

dopił  swoje  piwo  i  wyraźnie  miał  ochotę  na  jeszcze  jedno.  Alfred  zamówił  więc  dla  niego 

kolejny kufel. 

Wieczorem  wciągnięto  na  plażowy  maszt  czerwoną  flagę,  informującą  o  większym 

zagrożeniu.  O  tej  porze  ratownicy  wracali  do  domu,  a  powierzchnię  oceanu  po  przypływie 

burzyły wysokie fale. Właśnie wtedy Sara zażyczyła sobie kąpieli. Biły na nią siódme poty, a 

background image

poza tym 

zbyt długo przebywała w czterech ścianach i miała tego po dziurki w nosie. Teraz 

rozpierała ją energia. Alfred zgodził się jej towarzyszyć, choć równie dobrze mógł ją puścić 

samą. Dziewczyna odniosła wrażenie, że Alfred po prostu ma ochotę spędzać z nią czas, nie 

tylko na plaży, ale wszędzie. Bardzo ją to podnosiło na duchu. 

Wiatr się wzmagał, fale były coraz wyższe, ale to jeszcze bardziej Sarę podniecało. 

Kiedy  weszli  do  wody,  zauważyli,  że  pośród  plażowiczów  znajduje  się  ich  groźny 

sąsiad. 

- Widzę, że już ozdrowiał - mruknęła Sara w chwili, gdy starała się przeczekać falę, 

wbijając  mocno  stopy  w  dno.  Nie  oddalała  się  od  Alfreda,  gdyż  jeszcze  niezupełnie  ufała 

swoim siłom. 

- Tak, ale nie mam najmniejszej ochoty nawiązywać z nim rozmowy. 

- Jeszcze nas nie zauważył, więc trzymajmy się od niego z dala. 

Zachwycali  się  dużymi,  silnymi  falami,  pływając  dość  daleko  od  brzegu.  Raz 

podskakiwali wysoko, lądując na samym szczycie wodnego grzbietu, innym razem przecinali 

go w poprzek. Czuli się cudownie. Mimo że Sara szybko się zmęczyła, a serce waliło jej jak 

szalone, nie miała jeszcze ochoty rezygnować z pysznej zabawy. 

Mali  chłopcy,  brązowi  niczym  czekoladki,  pływali  trzymając  przed  sobą  niewielkie 

deski  przypominające  te  od  surfingu.  Byli  nadzwyczaj  sprawni.  Rozpoczynali  swoją  trasę 

daleko  od  brzegu  i  mknęli,  niesieni  falami,  aż  do  samej  plaży.  Jeden  ze  skandynawskich 

wycieczkowiczów  usiłował  naśladować  ich  technikę,  ale  zapadał  się  w  głębinę  niczym 

kamień, a jego deska nie posuwała się ani o milimetr. 

W  pewnej  chwili  Sara  zorientowała  się,  że  znajdują  się  niedaleko  fałszywego 

Tangena. Stał zwrócony do nich plecami, czekając na falę, która go poniesie. Nagle stało się 

coś nieoczekiwanego. 

Mężczyzna podniósł wysoko ramiona i w tym momencie poprzez szum oceanu Sarę 

dobiegł krzyk Alfreda. 

Patrzyła w tym samym co on kierunku i wprost nie wierzyła własnym oczom. 

Mężczyzna miał na lewym ramieniu szramę w kształcie spirali, biegnącą od łokcia w 

dół, aż do samego nadgarstka. Ślad był tak nietypowy, że chyba tylko jeden człowiek mógł go 

nosić

To on! - krzyknął zrozpaczony  Alfred.  - To ten sam! Dzieciobójca! Tyle  czasu go 

szukałem! 

Sara z przerażeniem patrzyła, jak twarz Alfreda wykrzywia się z nienawiści i z żądzy 

zemsty, a on sam rzuca się gwałtownie do przodu. 

background image

- Nie, nie rób tego! - zawołała. 

Mężczyzna  kierował  się  ku  plaży,  nie  zauważył  ich  obecności  w  wodzie.  Alfredowi 

niewiele było trzeba czasu, by go dopaść. 

Zdesperowana  dziewczyna  rzuciła  się  na  swego  towarzysza,  próbując  go  zatrzymać, 

ale to było tak, jakby chciała wstrzymać przypływ. Odepchnął ją jak niepotrzebną rzecz. 

Alfred stracił nad sobą  panowanie, ale na szczęście coraz wyższe fale nie pozwoliły 

mu swobodnie się poruszać. 

Sara po raz drugi starała się go zatrzymać. Tym razem złapała pod wodą za nogę, ale 

znowu się wyswobodził. 

Stracił  jednak  trochę  czasu,  a  kiedy  Sara  ponownie  wynurzyła  się  na  powierzchnię, 

zobaczyła fałszywego Tangena zmierzającego do hotelu, nieświadomego niebezpieczeństwa, 

jakie przed chwilą mu zagrażało. 

Teraz  Sara  przywarła  mocniej  do  Alfreda,  obejmując  go  ramionami  i  błagając,  żeby 

się  uspokoił.  Przecież  ściągnie  tylko  nieszczęście  na  siebie,  a  musi  myśleć  o  siostrze,  dla 

której jest jedyną bliską osobą. Być może krzyknęła też coś o sobie, o tym, że go potrzebuje, 

ale nie była pewna, czy wypowiedziała to na głos. 

Na  szczęście  nikt  nie  zwrócił  uwagi  na  to,  co  się  stało.  Pozostali  wczasowicze  w 

dalszym ciągu kąpali się, porywani przez kolejne fale, których szum tłumił wszelkie krzyki. - 

Alfred  aż  pobladł  z  wściekłości  i  usiłował  pozbyć  się  Sary  jak  natrętnej  pijawki,  która 

uczepiła się go i uniemożliwiała wszelki ruch. Dziewczyna zorientowała się' że zbliża się do 

nich duża fala, ale nie ostrzegła przyjaciela. Dobrze zrobi mu zimny prysznic, pomyślała. 

Kilka sekund później masa wody uderzyła  w nich z całą siłą. Sara puściła Alfreda i 

została porwana ku brzegowi. 

- Och, Alfred! - krzyknęła w popłochu. 

Właściwie  nic  groźnego  by  się  nie  stało,  ale  dziewczyn  na  była  już  kompletnie 

pozbawiona sił i straciła grunt. 

Po chwili poczuła silne dłonie wyciągające ją na brzeg, gdzie wreszcie oszołomiona, 

ciężko dysząca, stąpnęła na nogi. Złapała Alfreda za rękę tak mocno, że tym razem nie mógł 

już jej uciec. 

Alfred  najwyraźniej  powoli  się  uspokajał.  Ciągnąc  Sarę  za  sobą,  podniósł  ręczniki  i 

ruszył  w  kierunku  werandy.  Gdy  otworzył  drzwi,  Sara  powlokła  się  za  nim  do  pokoju,  by 

wreszcie opaść bez sił w fotelu. 

Zaraz potem zabrała mu klucze, zamknęła drzwi i wrzuciła klucze do swojej torebki. 

- Teraz nie zrobisz już nic nierozsądnego. 

background image

Woda  ciekła  z  Alfreda  ciurkiem,  a  jego  pierś  unosiła  i  opadała  podczas  szybkiego 

oddechu. W tej chwili wydał się Sarze bardzo atrakcyjny. 

Popatrzył na nią nieco dłużej, a na koniec westchnął ciężko. 

- Dziękuję ci - powiedział tylko. - Mogłem wszystko zepsuć. 

Mimo że Sara padała z nóg, przyniosła ręcznik i otuliła nim ramiona Alfreda, mocno 

je wycierając. 

- Teraz się połóż, jesteś strasznie zmęczony - dodała serdecznie. 

- Dobrze, dobrze - mruknął apatycznie. Zabrał swoje ubranie i zniknął w łazience. 

Sara zdjęła czepek kąpielowy, szybciutko zrzuciła z siebie kostium i włożyła pierwszą 

sukienkę, jaka nawinęła jej się pod rękę. Po chwili Alfred był już z powrotem w pokoju. 

Nie  miał  siły,  by  zmyć  słoną  wodę  pod  prysznicem.  Położył  się,  drżąc  z  zimna  i 

zdenerwowania. Nawet nie próbował ukrywać, jak bardzo jest wyczerpany. 

Sara  podeszła  do  niego  i  ostrożnie  usiadła  na  brzegu  łóżka.  Alfred  odsunął  się 

odrobinę,  by  zrobić  jej  nieco  miejsca.  Nie  okazywał  niechęci,  więc  położyła  dłoń  na  jego 

ramieniu i spytała cicho: 

- Czy chcesz zostać sam? 

Potrząsnął przecząco głową, nie unosząc powiek. 

- Nie, zostań tu. 

Odebrała to jako kolejny sygnał przyjaźni i zaufania: już nie obawiał się okazywania 

swoich uczuć nawet w trudnych chwilach. 

Sara położyła się koło niego, a Alfred jeszcze odrobinę się przesunął. 

Długo tak leżeli bez słowa, Alfred z przymkniętymi powiekami, Sara wpatrując się w 

sufit. Czuła nadał nerwowe drżenie jego ciała. 

W końcu Alfred odezwał się głucho: 

-  Wiesz,  Saro,  niewiele  brakowało,  a  chyba  bym  go  zabił.  Tam,  w  wodzie,  sam 

mogłem stać się mordercą. Zupełnie straciłem nad sobą panowanie. 

- Chyba cię rozumiem - odparła miękko. - Ale na szczęście nic takiego się nie stało. 

- Dzięki tobie. W końcu mnie powstrzymałaś. 

- Raczej wątpię, by była to moja zasługa. Ale mam nadzieję, że najgorsze już minęło, 

prawda? Bo jeśli spotkasz go znowu... 

-  Nie  obawiaj  się.  Na  pewno  nie  rzucę  się  na  niego.  Ale  teraz  już  nie  zrezygnuję. 

Przysięgam  ci,  że  go  dopadnę  i  pokrzyżuję  mu  plany.  Wykorzystam  w  tym  celu  wszystkie 

dopuszczalne środki. 

- Zgadzam się z tobą i w miarę swoich sił będę cię wspierać. 

background image

-  Do  końca  życia  będzie  siedział  za  kratkami!  Wcześniej  dyskutowali  o  wyższości 

zapobiegania przestępstwom kryminalnym nad zemstą, ale teraz Sara doskonale rozumiała, o 

czym myśli Alfred, a sama odczuwała ulgę, oczyma wyobraźni widząc Tangena w areszcie. 

- Można się było spodziewać, że to on właśnie zniszczył twoje rodzeństwo. Nieczęsto 

spotyka się takich cynicznych morderców. 

-  Niestety,  bardzo  często.  Nawet  się  nie  spodziewasz,  jak  bardzo  -  odparł  już  nieco 

spokojniejszy. - Ale muszę przyznać, że ten to faktycznie najcięższy kaliber. - Nie otwierając 

oczu ciągnął: - Kochana, z ciebie prawie życie uszło, tak mnie szarpałaś w wodzie. Jeszcze 

teraz słyszę ten nierówny, wymęczony oddech. Byłem, zdaje się, brutalny wobec ciebie. 

- Mogę to zrozumieć. 

Sara  leżała  zamyślona,  aż  nagle  zaczęła  się  cichutko  śmiać.  Alfred  odwrócił  ku  niej 

głowę i spojrzał pytająco. 

-  Teraz  nie  mogę  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Może  zauważyłeś,  jak  spieszno  mu 

było, żeby wydostać się z wody? On wcale nie od nas uciekał, przecież nawet się nie obejrzał. 

Dam sobie głowę uciąć, że wciąż ma kłopoty z żołądkiem. 

Alfred uśmiechnął się wymuszenie. 

-  Teraz  rozumiem,  dlaczego  chciał  nas  podtruć.  To  nie  twoje  nazwisko  go 

wystraszyło,  to  nazwisko  Elden  wzbudziło  w  nim  podejrzenia.  Pamiętasz?  Wpisałaś  je  na 

listę. Dobrze wiedział, że brat Torii Elden pracował w policji. Być może dopytywał się o nas 

w recepcji. 

- Rzeczywiście, ależ ja jestem głupia! 

- Przecież nie mogłaś o tym wiedzieć. 

W pokoju zapadła cisza. Sara zauważyła, że Alfred powoli się odprężał. Przestał też 

drżeć.  Ona  sama  była  zbyt  wycieńczona,  by  zwracać  na  cokolwiek  uwagę,  i  przez  dłuższy 

czas walczyła z opadającymi powiekami. Wreszcie dała za wygraną i zamknęła oczy. 

- Dzisiaj nie widziałam zielonej jaszczurki - wyszeptała w półśnie. 

- Nie? Była tutaj z samego rana. 

- A skąd wiesz, że to ona? 

- Powiedziała mi, że nazywa się Krystian. 

- Ach, tak. To dopiero! 

- Biedactwo! Wyglądasz jak cień. 

Przyjazne słowa sprawiły, że Sara przysunęła się odrobinę do Alfreda. On uniósł jej 

głowę i podłożył pod nią swoje ramię. 

Dziewczyna westchnęła z zadowoleniem i zapadła w sen. 

background image

Obudziło  ich  mocne  pukanie  do  drzwi.  Słoneczne  promienie  przesunęły  się  w  inne 

miejsce, pośrodku ściany siedział gekon. Sara nie wierzyła własnym oczom, że leżała aż tak 

blisko  Alfreda:  jej  twarz  nieomal  dotykała  jego  szyi.  Ale  i  on  zmienił  we  śnie  pozycję, 

obejmując ją ramionami, tak jakby się bał, że spadnie z łóżka. 

W jednej chwili poderwali się na nogi. 

- Niesłychane! Ja też zasnąłem - wykrzyknął zaskoczony Alfred. - Gdzieś ty schowała 

klucze? 

-  Jejku!  -  zawołała  w  poczuciu  winy.  -  Chwileczkę,  już  otwieram!  -  krzyknęła  do 

osoby stojącej za drzwiami, jednocześnie wyciągając z torebki klucze od pokoju. 

Za drzwiami czekał cierpliwie chłopiec hotelowy. 

- Telegram do pana Eldena. 

- Dziękuję - odpowiedział i przyjął list. Podszedł do okna, przeczytał wiadomość i bez 

słowa wręczył ją Sarze. 

Była to depesza z norweskiej policji kryminalnej. 

Dotyczy  przesianego  zdjęcia.  Kato  Helmuth  34  lata.  Skazany  za  fałszerstwo,  gwałt, 

import  narkotyków,  nielegalne  posiadanie  broni  itd.  Podejrzany  o  przynależność  do  grup 

terrorystycznych  i  o  morderstwo.  Poszukiwany  w  wielu  krajach.  Niebezpieczny.  Jak 

najszybciej odesłać Sarę Wenning do domu. Zachować najwyższą ostrożność, nie aresztować

Złapiemy go na Gardemoen. 

Gardemoen? Jeśli znajdzie muszlę, to uda się prosto do Anglii! 

- Nie pozwolę, żeby ją zdobył. 

- Czy słyszałeś o nim już wcześniej? - zapytała oddając mu telegram. 

- Naturalnie, to jeden z najgroźniejszych przestępców. Ujęcie go to niemal zaszczyt. 

Ale nie mogę uwierzyć, że Torii właśnie w nim się kochała. Nic dziwnego, że dotychczas się 

pilnował, by nie wchodzić mi w drogę. 

-  To  rzeczywiście  brzmi  koszmarnie  -  zauważyła  Sara.  -  Kontaktów  z  terrorystami 

mogłabym  się  po  nim  spodziewać.  Mimo  to  może  być  pociągający,  a  na  piętnastoletniej 

dziewczynie z pewnością potrafił zrobić wrażenie. 

-  Teraz  rozumiem,  dlaczego  podróżuje  pod  nazwiskiem  twojego  wuja:  nie  miałby 

najmniejszych  szans  wydostać  się  za  granicę,  gdyby  używał  własnego  nazwiska,  straż 

graniczna  zatrzymałaby  go  w  okamgnieniu.  Wybrał  lot  czarterowy,  gdyż  tu  kontrola  jest 

ograniczona.  Należy  do  najbardziej  poszukiwanych  przestępców.  Dobrze,  że  tym  razem 

posunęliśmy się na tyle, że wiemy, z kim mamy do czynienia. 

background image

Alfred  umilkł.  Stał  długo  w  zamyśleniu,  obserwując  Sarę.  W  końcu  aż  musiała 

zapytać, czy coś jest nie tak. Wzdrygnął się. 

-  Tak?  Myślałem  o...  Piszą,  że  mam  cię  odesłać  z  powrotem.  Teraz  nie  ma  jednak 

ż

adnego samolotu do Norwegii, więc może byłoby najlepiej, żebyś przeniosła się do twojego 

przyjaciela, do Mount Lavinii? 

Sarze zrobiło się przykro, choć nie bardzo rozumiała, dlaczego. 

Zaczęła mechanicznie zbierać ubrania porozrzucane po pokoju. Nie wiedziała, co ma 

powiedzieć. 

- Zrobię trochę prania. Masz coś brudnego, to wrzuciłabym to razem do wody? 

- Sam piorę swoje rzeczy. 

Nalegała jednak: 

- Ale ja to zrobię z przyjemnością. Muszę trochę odreagować. 

- Dobrze, weź więc to - powiedział, wręczając jej koszulę. 

Sara  znalazła  niewielką  torbę  z  proszkiem,  wsypała  do  miski  i  zalała  wodą. 

Nerwowymi ruchami tarła ubrania tak energicznie, że aż woda rozpryskiwała się na wszystkie 

strony. 

Alfred stał przy drzwiach. 

- Nie bardzo rozumiem, co miałaś na myśli, mówiąc „odreagować”. 

Z  natury  Sara  była  opanowaną,  zrównoważoną  osobą,  ale  teraz  kompletnie  straciła 

grunt pod nogami. Chwyciła namoczoną koszulkę i cisnęła ją w kierunku Alfreda. 

Całkiem zaskoczony, złapał ją w ostatniej chwili i spokojnie odłożył na miejsce. 

- Czy teraz już odreagowałaś? 

- Tak. Przepraszam cię, naprawdę nie chciałam - wyszeptała. 

- Dlaczego jesteś taka zła? Czy ja powiedziałem coś niestosownego? 

- Sama nie wiem. Proszę cię, nie gniewaj się. 

- Dobrze. Ponieważ już pora obiadowa, może zejdziemy na dół, jak już uporasz się z 

praniem?  Cały  czas  mam  wrażenie,  że  naopowiadałem  ci  mnóstwo  rzeczy  o  sobie.  Chyba 

czas najwyższy, żebyśmy porozmawiali o twoich sprawach. 

Zabrzmiało to dosyć groźnie. 

-  Chciałeś  podzielić  się  z  kimś  tym,  co  cię  trapi  -  powiedziała  już  łagodniej, 

wyżymając pranie. 

W gruncie rzeczy Sara była dumna z tego, że Alfred aż tak jej zaufał i zwierzał się ze 

swoich problemów. 

Zdawała sobie sprawę, że jest mężczyzną skrytym, zamkniętym w sobie. 

background image

-  Owszem,  odczuwałem  taką  potrzebę  i  dziękuję  ci,  że  mnie  wysłuchałaś.  Teraz 

ciekaw  jestem  bardzo,  co  masz  do  powiedzenia  na  swój  temat.  Nie  miałem  dotychczas 

ś

miałości się dopytywać. 

Pomógł jej powiesić koszulę. Poprosił ją też, żeby ubrała się ładnie na wieczór. 

Zabrała  ze  sobą  na  wszelki  wypadek  długą,  białą  sukienkę.  Kupiła  ją  kiedyś  pod 

wpływem  impulsu  i  nigdy  jeszcze  jej  nie  nosiła.  Przed  samym  wyjazdem  zastanawiała  się 

długo,  czy  zabrać  suknię,  nie  miała  raczej  nadziei,  że  nadarzy  się  okazja,  by  ją  założyć. 

Elegancka  suknia,  pantofelki  na  wysokim  obcasie,  rozpuszczone  włosy,  pomalowane 

paznokcie  i  dyskretny  makijaż  sprawiły,  że  teraz  Sara  nawet  sama  sobie  się  podobała. 

Odmieniona wyszła od Airrea'a. 

Na jej widok wykrzyknął zdumiony. 

- A co się stało z tamtą bosą, opaloną dziewczyną? - zapytał niepewnym głosem. - W 

takiej sytuacji i ja muszę się przebrać. Poczekasz, prawda? 

Sara roześmiała się radośnie. 

- Proszę tylko bez naigrywania się ze mnie! 

Sara  cieszyła  się,  śledząc  wzrokiem  Alfreda  znikającego  w  łazience  z  maszynką  do 

golenia i swoim najlepszym ubraniem. Niewątpliwie czekała go najtrudniejsza część zadania, 

Sara zaś wywiązała się już z powierzonych jej obowiązków. Bo jeśli chodziło o Alfreda, za-

chowywał się teraz zupełnie jak każdy inny mężczyzna. Choć pozostanie zamknięty w sobie, 

ale już nie w takim stopniu jak na początku. Sara odnosiła wrażenie, że miała na niego dobry 

wpływ.  Nie  mogła  jedynie  pojąć,  że  od  czasu,  kiedy  siedziała  samotna  i  opuszczona  w 

Norwegii, minął zaledwie tydzień. Tylko tydzień od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszała o 

turbinelli i o komisarzu Eldenie. 

background image

ROZDZIAŁ IX 

Wreszcie opuścili pokój i skierowali się do sali jadalnej. Alfred szedł kilka kroków za 

Sarą, gdyż w ten sposób mógł ukradkiem podziwiać jej smukłą sylwetkę w bieli. 

- Jutro z rana wybierasz się zatem do Jaffny, czy tak? - zapytała, kiedy wchodzili do 

jadalni. 

- Tak, chcę wyjechać jak najwcześniej, myślę, że około szóstej rano. Ale oznacza to, 

ż

e zostaniesz tu przez kilka godzin sam na sam z Helmuthem, a to wcale mi się nie podoba. 

Najlepiej byłoby, gdybyś dziś wieczorem pojechała jednak do Mount Lavinii. 

Sara odwróciła się od niego. 

- Nie masz na to ochoty? - zapytał ostrożnie. 

-  Rozumiem,  że  nie  chcesz  mieć  mnie  dłużej  na  głowie,  więc  chyba  nie  mam 

wyboru... 

Alfred nie odzywał się aż do momentu, kiedy dotarli do jadalni i zajęli swoje miejsce 

przy stoliku. 

- Sądziłem, że on jest... 

-  Moim  narzeczonym,  tak?  Już  ci  mówiłam,  że  nic  między  nami  nie  było  poza 

przyjaźnią  i  nigdy  go  nie  namawiałam,  żeby  tu  przyjeżdżał.  Ale  jeśli  rzeczywiście  chcesz 

wysłać mnie na los gorszy od śmierci, to pojadę. Nie życzysz mnie sobie tu dłużej. 

-  A  więc  tak?  -  Alfred  sprawiał  teraz  wrażenie  zadowolonego  z  siebie  niczym 

najedzony kot. - Więc to musiałaś odreagować? 

Sara zmęczonym ruchem dłoni odgarnęła z czoła niesforne kosmyki włosów. 

- Może i tak, sama nie wiem... 

- Ale co ja miałbym z tobą zrobić? Boję się tu ciebie zatrzymywać, a sama mówiłaś, 

ż

e twój przyjaciel to dobry człowiek. 

-  Owszem,  ale  nie  chcę  ryzykować,  żeby  zabierał  się  za  mnie  -  wypaliła  i  umilkła 

przerażona. 

- Nie zrobi tego. Jeśli ja byłem w stanie się opanować, to i on sobie poradzi. 

- To nie to samo - odparła. 

- Jak to? Machnęła ręką. 

- To sprawa uczuć. 

Alfred trwał w milczeniu, wpatrując się w obrus. 

background image

Podano  obiad,  a  oni  nadal  siedzieli  bez  słowa.  Sara  zjadła  tylko  trochę  zupy,  wciąż 

bała  się  o  swój  żołądek.  Myślała  o  tym,  co  powiedział  Alfred,  ale  nic  mądrego  nie 

przychodziło  jej  do  głowy.  Nie  znajdowała  właściwych  słów,  by  skomentować  jego 

wypowiedź. 

Mała  grupka  muzyków  przygrywała  między  stołami.  Były  to  rytmy  latynoskie, 

zapewne  związane  z  wpływami  z  okresu,  kiedy  Sri  Lanka  należała  do  Portugalii.  Sara 

wolałaby posłuchać tutejszych, wyspiarskich melodii. 

Grajkom  towarzyszyła  sympatyczna  młoda  dziewczyna  sprzedająca  kwiaty.  Z  jej 

koszyka wystawały banknoty, które przed chwilą otrzymała. Sara zauważyła, że dziewczyna 

chowa  skrzętnie  monety  i  drobne  pieniądze  pod  kwiaty,  a  na  wierzchu  zostawia  większe 

nominały, sugerując, że są przez nią chętnie widziane. 

Muzykanci  doszli  teraz  do  ich  stolika.  Dziewczyna  zawiesiła  na  szyi  Sary  wieniec 

bladoróżowych kwiatów, jeden kwiatek zatknęła też Alfredowi za ucho. 

- Wielki Boże, ileż to dziwnych rzeczy człowieka spotyka na tym świecie - wyszeptał. 

- Ale tak słodko wyglądasz! - zaśmiała się Sara. Odburknął coś pod nosem i wsadził 

łodyżkę w dziurkę od guzika przy koszuli. 

Kiedy grający dostali napiwki i odeszli, Alfred poprosił: 

- Saro, opowiedz mi wreszcie coś niecoś o sobie. Pochodzisz ze wsi, prawda? 

-  Owszem,  i  muszę  przyznać,  że  nie  nadaję  się  na  mieszczucha.  Nie  lubię  miasta. 

Wyjechałam ze wsi, żeby uciec od pewnej smętnej historii. 

- O! Jakiej to mianowicie? 

- Ach, to całkiem banalna sprawa. Wyobraziłam sobie, że pewien chłopak patrzy na 

mnie w szczególny sposób. Okazało się jednak, że był krótkowidzem. Kupił sobie okulary i 

ożenił się z zupełnie inną dziewczyną. 

- Bardzo to przeżyłaś? 

- Strasznie się tego wstydziłam. Chyba nawet nie byłam tak naprawdę zakochana, ale 

czułam się idiotycznie. Odważyłam się okazać mu zainteresowanie czy też odpowiedziałam 

na jego rzekome zaloty, które w ogóle nie miały miejsca. 

-  A  potem  wyjechałaś  do  miasta?  Przyznaj  się,  masz  pewne  doświadczenia...  no,  z 

mężczyznami? 

- Czy ty aby nie przesadzasz? Ja opowiadam szczerze o sobie, a ty zaczynasz robić się 

ciekawski! Owszem, mam pewne doświadczenia, ale to stare dzieje. 

- Jesteś więc spragniona przyjaźni i czułości? 

- Chyba już o tym mówiliśmy. Przede wszystkim muszę mieć pewność. 

background image

- Jaką pewność? Co do mężczyzny, czy co do uczuć? 

-  I  jedno,  i  drugie,  ale  uczucia  chyba  są  najważniejsze.  Nie  chciałabym  przeżyć 

kolejnego zawodu. 

- Potem znalazłaś pracę w mieście. Gdzie pracujesz? 

- W biurze inżynierskim „Elitebetong”. Alfred zmarszczył czoło. 

- Niedawno słyszałem tę nazwę. Kiedy to było, zaraz, zaraz... No tak, dzwoniłem tam 

na tydzień przed wyjazdem. 

- Dzwoniłeś do mojej pracy? Po co? 

- W zupełnie szczególnej sprawie. Przyprowadzono do nas kobietę, która zemdlała na 

ulicy. Niestety poroniła i odwieziono ją do szpitala. Dzwoniłem, żeby poinformować o tym 

jej męża, który pracuje w „Elitebetong”. To wszystko. 

- Hm - Sara była bardzo zdziwiona. - Nic o tym nie słyszałam. 

- To był, zdaje się, drugi czy trzeci miesiąc, więc na szczęście obyło się bez większych 

komplikacji. 

Sara  usiłowała  sobie  przypomnieć  pracujących  w  jej  firmie  mężczyzn,  kilku  z  nich 

było żonatych. 

- A jak nazywała się ta kobieta? 

- Myślisz, że pamiętam? Chociaż czekaj... Chyba Birgitte, Birgitte Brandt, na pewno. 

Sara poczuła, że nagle robi jej się gorąco. Drugi czy trzeci miesiąc? A Erik zapewniał, 

ż

e nie żyje z żoną od ponad roku! Mówił też, że Birgitte nigdy nie byłaby zdolna go zdradzić! 

Gdyby to zrobiła, miałby dobry powód do rozwodu. 

- Biedna kobieta - ciągnął Alfred, nie mając pojęcia, jaką przykrość sprawia Sarze. - 

Taka miła i uprzejma, widać było, że jest bardzo przywiązana do męża. Tymczasem jeden z 

moich kolegów twierdzi, że jej małżonek ugania się za młodymi, niewinnymi panienkami. 

Wyraźnie zapomina, że dziewczęta po romansie z nim nie są już tak niewinne. 

Co dalej? mówiła do siebie Sara. Co ciekawego masz jeszcze w zanadrzu?! 

Czy  powinna  siedzieć  spokojnie  i  słuchać  plotek?  Nie  wątpiła  w  prawdomówność 

Erika, a on przedstawiał Birgitte zupełnie inaczej! Mogła mieć kochanka, nawet jeśli się tego 

wypierała.  I  do  tego  jeszcze  te  aluzje  do  młodych  panienek!  W  to  już  zupełnie  nie  mogła 

uwierzyć.  Ich  przyjaźń  była  serdeczna  i  szczera,  rozwijała  się  przez  dłuższy  czas,  a  Erik 

nawet walczył ze swoim uczuciem. Tak przynajmniej mówił. 

- Czemu nagle zamilkłaś, Saro? A poza tym nic nie zjadłaś. Chyba nie jesteś znowu 

chora? - pytał zatroskany. 

Pokręciła przecząco głową. Gdy się odezwała, niemal nie poznała własnego głosu. 

background image

- Alfredzie, może będziesz na mnie zły, ale zdecydowałam, że nie pojadę do Mount 

Lavinii... 

Jego twarz wyrażała nieopisane zdziwienie. 

- Dlaczego? 

- Dlatego, że czeka tam na mnie właśnie mąż Birgitte Brandt. 

- Żonaty mężczyzna czeka na ciebie? 

-  Tak.  Mówiłam  ci,  że  jest  nieszczęśliwy,  i  wierzyłam  w  to  głęboko.  Byłam  ślepa. 

Twierdził, że jego żona jest zimną, pozbawioną uczuć osobą, że nie żyją ze sobą od dawna. 

Powinnam  ci  chyba  być  wdzięczna,  a  tymczasem  czuję  ogromne  rozgoryczenie.  Najpierw 

miałam ci za złe, że pozbawiłeś go glorii bohatera, mimo iż widziałam w nim raczej starszego 

brata  czy  ojca.  Teraz  jestem  całkiem  zrezygnowana.  Znowu  czuję  się  oszukana,  nie-

szczęśliwa, zmęczona tym wszystkim, wstydzę się za samą siebie. 

Zmieszany  Alfred  nie  bardzo  wiedział,  jaki  powinien  przybrać  wyraz  twarzy.  W 

końcu upodobnił się do ostrego, nieprzystępnego policjanta. 

- I pomyśleć, że cały czas wodził mnie za nos - dodała gorzko Sara. - Stary cap! 

- Co powiedziałaś? 

Muzykanci  zbliżali  się  właśnie  do  sąsiedniego  stolika.  W  kilka  sekund  po  tym  jak 

Alfred zadał pytanie, muzyka na moment umilkła, a w dużej sali o dobrej akustyce rozległ się 

donośny głos Sary: 

- Stary cap!!! 

Wszyscy jak jeden mąż zwrócili oczy w ich kierunku. Jeden ze skandynawskich gości 

z trudem powstrzymywał się od śmiechu. 

Sara  przykryła  dłonią  usta  i  patrzyła  przerażona,  choć  jednocześnie  rozbawiona,  na 

Alfreda; on także z trudem zachowywał powagę. 

Gdy już ochłonęli, Sara rzekła: 

- Wiem, że ci zawadzam, ale naprawdę nie mam się gdzie podziać. 

Alfred ocknął się z zamyślenia. 

-  Naturalnie,  pod  żadnym  pozorem  nie  pojedziesz  do  Mount  Lavinii.  Zakazuję  ci. 

Taki...  sama  zresztą  świetnie  go  scharakteryzowałaś.  Ale  nie  mogę  również  zostawić  cię  tu 

jutro samej. Dałabyś radę pojechać ze mną? Ostrzegam, że to może być męcząca wyprawa. 

Buzia Sary  rozpromieniła się w okamgnieniu. Alfred zmuszony był odwrócić twarz, 

gdyż radość i szczęście, bijące z oczu dziewczyny, wprost go poraziły. Zdał sobie przy tym 

sprawę, że Sara usiłowała wybłagać u niego taką właśnie decyzję. 

background image

- Nie chciałabym jednak towarzyszyć ci wbrew twojej woli - dodała z miną smutnego 

spaniela. 

- Czy takie odniosłaś wrażenie? Rzeczywiście, są z tobą pewne kłopoty, ale... 

- Kłopoty?! Ze mną? 

-  Nie  czas  na  dyskusję  -  mruknął  speszony.  -  Jutrzejsza  wyprawa  może  okazać  się 

niebezpieczna, ale... nie chcę, żebyś jechała do Mount Lavinii. 

- Więc dlaczego mi to proponowałeś? 

- Sądziłem, że powinienem. 

Spuściła głowę, a w jej oczach pojawiły się błyskawice. 

- Chciałeś mnie wypróbować? 

- A czy ty nie zachowywałaś się podobnie? 

- Nie powinieneś zmuszać mnie do zwierzeń, nie czyniąc tego samemu. 

- Moja droga, ciebie to także dotyczy. 

Wreszcie  między  obojgiem  zajarzyła  iskierka.  W  tym  momencie  podszedł  do  nich 

Victor, podając kartkę od swojego wuja Sebastiana. 

Alfred  podziękował  i  zaczął  czytać  list:  Człowiek,  którego  poszukujecie,  nazywa  się 

Paramanathan  i  mieszka  w  Balikulan  w  rejonie  Jahny.  Należy  do  niewielu  powszechnie 

znanych właścicieli lewoskrętnej muszli. 

Bogu  dzięki!  Teraz  mamy  wreszcie  coś  konkretnego.  Muszę  natychmiast 

porozmawiać z naszym kierowcą, z którym byliśmy w Negombo. 

- Pójdę z tobą. 

Na znak zawieszenia broni Alfred wziął Sarę za rękę. Dotyk jego ciepłej dłoni sprawił, 

ż

e poczuła się jak w siódmym niebie. 

Umówili  się  z  taksówkarzem,  że  wyjadą  nazajutrz  punktualnie  o  szóstej  rano. 

Dosłownie w tym samym momencie dobiegł Alfreda głos z recepcji: 

- Panie Elden! 

Kiedy podeszli do recepcjonisty, mężczyzna dyskretnie zniżył głos: 

- Policja kryminalna z Oslo prosi o natychmiastowy telefon. 

- Dziękuję. Czy mogę skorzystać z tego aparatu? 

- Ma się rozumieć. 

Po chwili zjawił się dyrektor hotelu. 

- Panie komisarzu, czy dzieje się coś niepokojącego? Weszli obaj do biura. 

-  Nic,  co  bezpośrednio  dotyczy  hotelu.  Chciałbym  zachować  najwyższą  dyskrecję. 

Mogę tylko powiedzieć, że mają państwo poszukiwanego przez policję gościa. 

background image

- Kto to taki? 

Alfred wahał się z udzieleniem odpowiedzi. 

- Wolałbym, żeby jak najmniej osób było w to wmieszanych. Podejrzany nie może się 

niczego domyślać. 

- Oczywiście rozumiem. Będzie pan potrzebował wsparcia tutejszej policji? 

- Niewykluczone. W razie konieczności dam znać. Dyrektor wciąż nie odchodził. 

- Panie Elden, chodzi o pokój numer siedem, prawda? 

- Owszem. 

Twarz dyrektora rozjaśniła się w uśmiechu. 

- Znam się jednak trochę na ludziach. Na tę osobę narzeka cały personel. Oczywiście 

będę  trzymał  język  za  zębami.  Mam  nadzieję,  że  żadnemu  z  gości  nie  zagraża 

niebezpieczeństwo? 

- Nikomu poza moją... poza panną Sarą. Ale jej nie spuszczam z oczu. 

- Świetnie. 

Policja  kryminalna  z  Oslo  donosiła,  że  nawiązali  już  kontakt  z  sir  Constablem  w 

Anglii. Constable był bliski szoku. Poinformował policję, że od lat konkuruje ze znajomym w 

kolekcjonowaniu  rzadkich  muszli.  Jego  przyjaciel  dowiedział  się  o  jednym  z  najrzadszych 

rodzajów porcelanki, których jest na świecie zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy, i taki okaz 

niedawno  zdobył.  W  swoich  zbiorach  miał  już  także  „Królową  mórz”,  czyli  Conus 

gloriamaris,  także  ogromnie  cenny  nabytek.  Obaj  panowie  posiadają  po  dwadzieścia  kilka 

najcenniejszych muszli. Sir Constable oddałby wszystko, by przebić przyjaciela. W tym celu 

musiałby wejść w posiadanie jednego jedynego okazu o jeszcze większej wartości: jest nim 

lewoskrętna Turbinella pyrum, zwana inaczej Xancus pyrum. 

Anglik  pozostawił  Tangenowi  wolną  rękę  w  poszukiwaniach  właściciela  tego 

drogocennego egzemplarza, sam nie wiedział, kto nim jest, słyszał tylko, że nazwisko osoby 

zaczyna się na „Para...” 

- To znaczy, że znaleźliśmy właściwego człowieka - ucieszył się Alfred. 

Kwota,  jaką  zaoferował  Anglik,  przyprawiła  oboje  o  zawrót  głowy:  sir  Constable 

przeznaczył na całe przedsięwzięcie milion funtów. Ta suma miała zarówno pokryć zapłatę za 

muszlę,  jak  i  honorarium  dla  wuja  Sary,  o  ile  sprawa  załatwiona  zostanie  pomyślnie  i 

naturalnie w granicach prawa. Jeśli natomiast zadanie przejął przestępca, sir Constable prosi o 

uniemożliwienie mu dokonania transakcji z tamilskim zbieraczem. 

- Wielkie nieba! Przecież to niewyobrażalny majątek! - zawołała Sara. 

background image

-  To  prawda  -  rzekł  Alfred  wychodząc  z  biura.  -  Pamiętaj  poza  tym,  że  wuj  miał 

zapłacić za muszlę, a resztę pieniędzy zatrzymać dla siebie. Teraz Helmuth będzie się starał 

przechwycić jak najwięcej z tej kwoty. 

- Czekaj no, muszę jeszcze poinformować... no wiesz, kogo, że nie przyjadę. 

- Jasne, koniecznie. 

Recepcjonista obiecał zatelefonować do pana Brandta i powiadomić, że Sara Wenning 

nie przeprowadzi się do niego. Niech lepiej wraca do domu i zajmie się swoją żoną, dodała 

Sara, choć nie była przekonana, czy ta informacja dotrze do Erika. 

Odetchnęła z ulgą. Naprawdę nie miała ochoty rozmawiać z niedawnym przyjacielem. 

Zamówili  budzenie  i  śniadanie  na  wpół  do  szóstej.  Obsługa  bardzo  im  teraz 

nadskakiwała. Czyżby na polecenie dyrekcji? 

- Helmutha nie było w sali jadalnej - rzekła Sara, kiedy oboje znaleźli się już w pokoju 

i,  odpoczywając,  przysłuchiwali  się  dźwiękom  dochodzącym  z  zewnątrz:  słyszeli  szum  fal, 

cykady, mewy, a także fragmenty pieśni nuconych przez miejscowych. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  jeszcze  nie  wykurował  żołądka,  zyskalibyśmy  wówczas 

przynajmniej jeden dzień. A jak z tobą? 

- W porządku. Jestem już zupełnie zdrowa. 

Nie  mogła  przecież  powiedzieć  nic  innego,  tak  bardzo  pragnęła  towarzyszyć 

Alfredowi następnego dnia. Zresztą rzeczywiście odzyskiwała formę. 

- Niech to diabli! - zawołała w pewnej chwili. 

- Co się stało? 

- Muszę się wydostać spod tej moskitiery albo padnę pastwą komara, który tu właśnie 

wleciał. 

- Och, z tą twoją moskitierą! Pokaż, pomogę. Komar zniknął, a Alfred stał chwilę przy 

łóżku Sary. 

Wyciągnął nieśmiało rękę, jakby chciał ją pogłaskać po głowie, ale w ostatniej chwili 

rozmyślił  się  i  wrócił  na  swoje  posłanie.  A  tymczasem  Sarze  przydałaby  się  odrobina 

serdeczności po nieszczęsnej historii z Erikiem... 

- Wiesz, Saro - zaczął Alfred po chwili namysłu - jednej rzeczy naprawdę żałuję. 

Przeraziła się nie na żarty. Czyżby nie miał chęci jej zabrać? 

- Czego? 

- Żałuję słów, które wypowiedziałem pierwszego dnia na werandzie: imputowałem ci, 

ż

e  celowo  założyłaś  tę  zwiewną,  przezroczystą  koszulkę.  Teraz  wiem,  że  to  nie  w  twoim 

stylu. Przepraszam cię za to. 

background image

- Nie przejmuj się. Już dawno o tym zapomniałam. 

- Kochana z ciebie dziewczyna - dodał już ciszej, ale niezwykle ciepło. - Nigdy nie 

miałem takiego dobrego przyjaciela. 

Na  twarzy  Sary  odmalowało  się  tyle  szczęścia,  że  Alfred  odczuł  wzruszenie.  Zdał 

sobie  nagle  sprawę,  jak  nietrudno  i  zarazem  przyjemnie  jest  sprawiać  bliźniemu  radość, 

choćby  kilkoma  ciepłymi  słowami.  W  ostatnich  latach  było  mu  naprawdę  ciężko  i  pewnie 

dlatego odnosił się z taką rezerwą do innych ludzi. 

Odezwał się ostrożnie: 

-  Powiedziałaś  niedawno,  że  nie  miałabyś  odwagi  zakochać  się  znowu  po  dwóch 

nieudanych historiach miłosnych, czy tak? 

-  Tak,  to  oczywiste.  Jak  mogłabym  po  tym  wszystkim  zaufać  swojemu  sercu?  I  jak 

miałabym kogoś przekonać o mojej miłości? 

- Nie bardzo cię rozumiem. 

-  Pomyśl  tylko:  przez  wiele  lat  byłam  sama,  spragniona  miłości,  jak  to  określiłeś. 

Nagle spotykam chłopaka, który spogląda na mnie z sympatią, i natychmiast sobie wmawiam, 

ż

e jestem w nim zakochana. 

- Uhm. To znaczy, że okazujesz zainteresowanie, sądząc, że on ci je wcześniej okazał? 

- Być może. Chłopak znajduje sobie inną dziewczynę, a zaraz potem zaczyna mi się 

podobać starszy ode mnie mężczyzna. I znowu tylko dlatego, że jest dla mnie miły. 

- Ale nie pociąga cię seksualnie? 

Czy  Alfred  nigdy  nie  odzwyczai  się  od  takich  jednoznacznych  sformułowań?  Nie 

nawykła do tego i zaraz się czerwieniła. 

Odpowiedziała zniecierpliwiona: 

- To nie ma nic do rzeczy. Czy ty nic nie rozumiesz? Jeślibym zakochała się po raz 

kolejny w kilka chwil po tamtych historiach, to nikt nie uwierzy w szczerość moich uczuć, a 

już najmniej ja sama! Wyszłabym na kobietę, która nie może obyć się bez mężczyzny. 

-  Rozumiem,  co  chcesz  powiedzieć  -  przerwał  jej  Alfred.  -  Mimo  to  twierdzisz,  że 

trzeba słuchać głosu serca. 

- Racja. Jeśli przydarzy mi się jakiś następny raz, to z pewnością nie będę kierować się 

współczuciem, nawet gdyby mi taki układ pochlebiał. Nie uznaję też dzikiego, zwierzęcego 

seksu. Zależy mi na głębokiej, prawdziwej miłości. 

- Myślę, że postępując w taki sposób nigdy nie zranisz swojego partnera. 

- No, dobrze. A teraz chyba już najwyższa pora na sen. Dobranoc i pamiętaj, że bardzo 

cię lubię. 

background image

Niesłychane, że Sara zdobyła się na odwagę, by poczynić takie zwierzenia srogiemu 

policjantowi. Nie poznawała samej siebie. 

Alfred wyciągnął rękę i lekko dotknął dłoni dziewczyny. 

-  Dobranoc,  malutka.  Jesteś  niezwykłą,  kochaną  istotą.  Uważaj  tylko,  żebyś  nie 

przeholowała z tą analizą własnych uczuć. 

Sara zaśmiała się cichutko. 

- Dziękuję za miłe słowa. Kwadrans później odezwała się znowu: 

- Nie możesz zasnąć? 

Alfred bez przerwy przewracał się z boku na bok. 

- Nie, ale nie zawracaj sobie mną głowy. Uniosła się na łokciu. 

- Kiedy mnie zależy na tym, żebyś dobrze się czuł. 

- Nie możesz mnie wreszcie zostawić w spokoju? - syknął poirytowany. - Cały czas 

próbuję zasnąć. 

- Przepraszam - wyszeptała speszona i opadła na łóżko. 

Z kolei on uniósł głowę. 

-  To  ja  powinienem  cię  przeprosić  -  powiedział  pokornie.  -  Właśnie  postanowiłem 

zacząć nowe, lepsze życie, chcę stać się łagodniejszy i bardziej przyjazny. I zaraz odzywam 

się tak niegrzecznie. Wybacz. Potwornie tu gorąco. Wyjdę na werandę. 

- Pójdę z tobą. 

- Nie, zostań - rzekł udręczony. - Na miłość boską, zostańże tu, gdzie jesteś! 

Zraniona  i  smutna,  wsunęła  się  znowu  pod  koc.  Wydawało  się  jej,  że  Alfred  coś 

mruczał pod nosem, coś jakby „cholerny szef, w końcu całkiem zamknął za sobą drzwi. 

Wciąż  nie  mogła  zasnąć.  Kiedy  po  długiej  nieobecności  Alfred  pojawił  się  z 

powrotem w pokoju, udała, że śpi. Bardziej go wyczuwała, niż widziała, gdy stanął przy jej 

łóżku i przyglądał się jej długo, bardzo długo. 

Tak ją to zmęczyło, że nie mogła normalnie oddychać. „Obudzić się” czy nie? 

Wreszcie rozległo się westchnienie Alfreda i jego ledwie słyszalny szept: 

- Boże, Boże, co ja mam zrobić? 

Po czym odszedł powoli i położył się spać. 

background image

ROZDZIAŁ X 

Sara  i  Alfred  jechali  trzęsącą  się  taksówką.  Przed  nimi  wyrastała  potężna  ściana 

dżungli.  Korony  drzew  rzucały  na  drogę  cudowny  cień,  a  wilgoć  przyjemnie  chłodziła 

powietrze.  Wozy  zaprzężone  w  powolne  bawoły  przecierały  mozolnie  szlak,  samotni 

wędrowcy machali z nadzieją na taksówki. 

Tego  ranka  oboje  wstali  bardzo  wcześnie,  jeszcze  zanim  zaczęło  się  rozwidniać.  Z 

plaży  docierały  do  nich  głosy  nawołujących  się  rybaków.  Teraz  słońce  stało  już  całkiem 

wysoko nad horyzontem. 

Elden,  napięty  i  czujny,  rozglądał  się  wokół  badawczo.  Wreszcie  dobiegły  końca 

długie jak wieczność spędzone w hotelu dni, kiedy nic szczególnego się nie działo. Wokół nie 

widzieli już turystów, a Alfred był nareszcie w swoim żywiole, na tropie tajemniczej muszli. 

Sara  nie  przypuszczała,  że  podróż  zajmie  im  tyle  czasu.  Najpierw  jechali  wzdłuż 

wybrzeża, mijając gęsto zabudowane miasto Chilaw. 

- Tę nazwę słyszeliśmy niedawno - zauważyła Sara. 

-  Zgadza  się.  Podobno  jeden  z  rybaków  -  poszukiwaczy  widział  w  tej  okolicy 

turbinellę. 

- Rzeczywiście! 

Następnie  dotarli  do  kolejnego,  znacznie  już  większego  miasta  Puttalam,  ze  sporym 

rondem  i  ulicami  odchodzącymi  od  niego  w  układzie  gwiaździstym.  Dalej,  mijając  park 

narodowy  Wilpattu,  kierowali  się  w  głąb  kraju,  aż  do  prastarego  królewskiego  miasta  o 

nazwie Anuradhapura. 

Sara zgłodniała. 

Alfred siedział obok kierowcy, dziewczyna miała do dyspozycji całe tylne siedzenie. 

Silnik  hałasował,  tak  że  Sara  nie  była  w  stanie  prowadzić  rozmowy  z  siedzącymi  z  przodu 

panami. Musiała się ograniczać do roli słuchacza. 

- Czy wie pan, gdzie leży Balikulam? - pytał Alfred. 

-  Tak,  chyba  tak...  W  razie  czego  zawsze  mogę  zapytać  -  odrzekł  niepewnie 

taksówkarz. 

Sara miała nadzieję, że trafią na miejsce bez kłopotów i nie będą musieli niepotrzebnie 

jeździć w tę i z powrotem. Wiedziała, że powinni znowu skierować się w stronę wybrzeża, 

jednak osady  rybackie  mogły być podobne do  siebie tak jak na południu i wówczas trudno 

background image

będzie odnaleźć tę „właściwą. Swoimi wątpliwościami podzieliła się zaraz z kierowcą, na co 

ten odparł jak zwykle w takich przypadkach: 

- Żaden problem, madame. 

Wcale jej to nie uspokoiło. Jak dotąd nie dostrzegła ani jednego drogowskazu. Nagle 

zawołała: 

- Patrzcie, patrzcie! Słonie! 

- To pracujące słonie prowadzone do kąpieli - wyjaśnił taksówkarz i ostro zahamował, 

ż

eby  nie  wpaść  na  ogromne  zwierzęta,  które  sunęły  przed  siebie,  zupełnie  nie  zwracając 

uwagi na ruch uliczny. Szare olbrzymy zajmowały niemal całą szerokość drogi. 

Alfred  odwrócił  się  i  zaczął  wyglądać  przez  tylną  szybę.  Każdy  nieprzewidziany 

postój sprawiał, że denerwował się coraz bardziej. Przypuszczał, że Helmuth wybierze się w 

swoją podróż tą samą drogą i tego samego dnia. 

Sara  usiłowała  uchwycić  spojrzenie  Alfreda,  gdyż  czuła  się  bardzo  osamotniona. 

Odczytał  lęk  w  jej  oczach  i  uśmiechnął  się  przelotnie.  Uśmiech  ten  miał  ją  uspokoić,  nie 

pomógł jednak za wiele. 

Kiedy dotarli już do Anuradhapury, kierowca wcielił się w rolę przewodnika. 

Sara była zachwycona jego opowieściami. 

-  To  rzeczywiście  warto  by  zobaczyć!  -  zawołała  spontanicznie.  -  I  wszystkie 

zwierzęta w rezerwacie Wilpattu. Alfred, musimy tu kiedyś zabrać Torii! 

Nie odpowiedział i dopiero wtedy dziewczyna zorientowała się, że palnęła głupstwo. 

Opadła przygaszona na siedzenie. 

Sarze  wszystko  wokół  wydawało  się  piękne  i  ekscytujące,  ale  Alfred  rzekł  tylko 

krótko: 

- Przydałaby się jakaś niezła restauracja ź europejską kuchnią. 

Kiedy zatrzymali się przed jednym z hoteli, odwrócił się do Sary i rzucił: 

- Mamy bardzo mało czasu, musimy się szybko uwinąć. 

Sara nie jadła porządnego posiłku od kilku dni, westchnęła więc, niezadowolona. 

Elden przez całą drogę pozostawał zamknięty i milczący, zachowywał się zupełnie tak 

samo, jak w pierwszych dniach spędzonych na  wyspie. Ta odrobina zainteresowania z jego 

strony i serdeczność, które odczuła poprzedniego wieczoru, musiały być  chyba złudzeniem. 

Wszelkie próby poprawienia mu nastroju na nic się, jak widać, nie zdały. Alfred był taki jak 

przedtem. 

Ostrożnie zapytała go, co miał na myśli, mówiąc „przeklęty szef, na co Alfred szeroko 

otworzył oczy ze zdumienia. Zaraz jednak przypomniał sobie sytuację, w której wypowiedział 

background image

te  słowa.  Twierdził,  że  chodziło  mu  o  kierownika  drugiego  oddziału  kryminalnego.  Ów 

kierownik  przekonywał  go,  że  osoba  prywatna  będzie  bardziej  pomocna  w  poszukiwaniu 

mordercy Hakona Tangena niż kobieta - policjant. Nie raz zdarzało się, że dwoje policjantów 

podczas  wykonywania  zadania  musiało  udawać  parę  małżeńską,  mówił  dalej  Alfred.  Ale 

zmuszanie  zwyczajnej  dziewczyny  do  czegoś  podobnego  to  szaleństwo!  Przecież  Sara 

kompletnie nie ma doświadczenia w tych sprawach. Kiedy z kolei Sara zapytała pokornie, czy 

zrobiła  coś  złego,  nie  umiał  odpowiedzieć,  mruknął  tylko  coś  na  temat  spontaniczności  i 

niewielkiej efektywności. 

Cała trójka weszła do hotelu i zafundowała sobie smakowity lunch. Tak jak wszyscy 

mieszkańcy wyspy, uprzejmy kierowca bardzo szybko się z nimi zaprzyjaźnił. I Sara, i Alfred 

byli z tego niezwykle zadowoleni. Rozmowa toczyła się żywo, teraz taksówkarz opowiadał 

im o życiu na Cejlonie. Interesował się też ich wyprawą do Balikulam. Alfred nie był pewien, 

na ile może wprowadzać go w sprawę, więc przedstawił ją tylko w ogólnych zarysach. 

Ruszyli  w  drogę,  a  krajobraz  znowu  się  zmienił.  Dotarli  do  pustynnych  terenów  Sri 

Lanki. Roślinność zniknęła. Tu nie rosły już palmy, a ziemia została wypalona przez słońce. 

Panował upał, ale powietrze nie było tak wilgotne jak na południu. 

Kierowali  się  w  dalszym  ciągu  na  północ,  zostawiając  za  sobą  ogromny  rezerwat 

Wilpattu.  Sara  pamiętała,  że  odległość  dzieląca  Negombo  od  rejonu  Jaffny  nie  przekracza 

dwustu pięćdziesięciu kilometrów, wydawała się jednak dużo większa niż ten sam odcinek w 

Norwegii. Tu nie dało się jechać z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, gdyż 

drogi były wąskie, pełne zakrętów i wiecznie wędrowali nimi ludzie, zwierzęta, że poruszały 

się najdziwaczniejsze środki transportu. 

W pewnym momencie Sara usiłowała porozumieć się z taksówkarzem - Syngalezem i 

popełniła  wielką  gafę.  Jak  zwykle  w  czasie  długich  wypraw  od  czasu  do  czasu  robili  małe 

przerwy.  Panie  kierowały  się  na  prawo,  panowie  na  lewo.  Sara  podreptała  kilka  kroków  za 

drogę  i  odwróciła  się,  by  sprawdzić,  czy  nikt  jej  nie  widzi.  Kierowca  przyglądał  się  jej  z 

daleka,  więc  pomachała  mu  ręką.  Taksówkarz  najpierw  się  zdziwił,  potem  uśmiechnął  pod 

nosem  i  podszedł  bliżej.  Sara  machnęła  ponownie,  żeby  się  oddalił,  ale  kierowca  coraz 

bardziej rozpromieniony wciąż podążał w jej kierunku. 

Teraz Sara zdenerwowała się nie na żarty, gdyż jej sygnały, zmierzające do pozbycia 

się nieoczekiwanego obserwatora, nie odnosiły skutku. W końcu z samochodu dał się słyszeć 

rozbawiony głos Alfreda: 

- Saro, przecież to w ich języku znaczy: „chodź tutaj”! 

background image

Co  sobie  teraz  pomyśli  o  niej  kierowca?  Alfred  wyjaśnił  mu  jednak  całe 

nieporozumienie i skończyło się na serdecznym śmiechu. 

Sara była na siebie wściekła jeszcze długo po owym fatalnym zdarzeniu. Przejechali 

wiele kilometrów, nim wreszcie mogła się uśmiechnąć na myśl o niefortunnej przygodzie. 

Słońce  stało  już  wysoko  na  niebie,  kiedy  wreszcie  udało  im  się  dotrzeć  do 

miejscowości  Balikulam.  Tutaj,  w  północnej  części  Cejlonu,  wyraźnie  zaznaczał  się  wpływ 

kultury  hinduskiej.  Także  mieszkańcy  tego  regionu,  Tamilowie,  różnili  się  od  Syngalezów. 

Byli od nich ciemniejsi i mocniej zbudowani. 

Sara znowu poczuła głód, ale Alfred uznał, że nie mają teraz czasu na posiłek. 

- Najpierw jedziemy do komisariatu policji - zdecydował. 

Tak jak wcześniej musieli dopytywać się o drogę. Okazało się, że komisariat położony 

jest z dala od miasta. Alfredowi coraz bardziej pogarszał się humor. Kiedy dotarli na miejsce, 

kazał Sarze i kierowcy poczekać w samochodzie. 

Zrobiło  się  gorąco  nie  do  zniesienia.  Dopóki  jechali,  upału  nie  odczuwali  tak 

dotkliwie, gdyż okna były uchylone. Teraz jednak zatrzymali się i wysiedli. Sara wcześniej 

zdjęła  sandałki,  więc  kiedy  postawiła  stopę  na  piasku,  krzyknęła  z  bólu,  bo  piasek  parzył. 

Szybko włożyła buty, po czym razem z kierowcą poszukali zacienionego miejsca pod ścianą 

jednego z budynków. Kierowca zamienił kilka słów z mieszkańcami Balikulam, którzy zaraz 

obdarowali  go  mnóstwem  egzotycznych  owoców:  mango,  papają,  ananasami  i  małymi, 

czerwonawymi bananami. Podczas gdy Alfred rozmawiał z miejscowymi policjantami, Sara i 

jej towarzysz, obserwowani przez gościnnych Tamilów, zjedli wspaniały, złożony z owoców 

posiłek. 

Alfred  wyszedł  wreszcie  z  budynku  w  towarzystwie  trzech  umundurowanych 

mężczyzn z pistoletami w kaburach i pałkami zatkniętymi za paskiem. Sarze nie przypadł do 

gustu  taki  widok.  Policjanci  robili  wrażenie  wyniosłych  i  ogromnie  dumnych  z  tego,  że 

wezmą  udział  w  poważnej  akcji.  Wskoczyli  szybko  do  służbowego  wozu,  a  taksówka 

pojechała za nimi. 

W czasie drogi Sara podała Alfredowi kilka owoców. Alfred przyjął je i podziękował, 

ale  był  tak  spięty,  że  nie  miał  ochoty  na  jedzenie.  Kierowca  także  zdawał  sobie  sprawę  z 

powagi sytuacji i jechał bez słowa za policyjnym wozem. 

Znowu  znaleźli  się  w  Balikulam.  Policjanci  nie  mieli  żadnych  wątpliwości:  od  razu 

skierowali się do najbardziej okazałego domu, otoczonego imponującym ogrodem. 

Drzwi otworzył im służący. Jeden z funkcjonariuszy krótko wyjaśnił, w czym rzecz, 

po  czym  wszyscy  zostali  wpuszczeni  do  środka,  by  spotkać  się  z  panem  Paramanathanem. 

background image

Gospodarz  przyjął  ich  z  właściwą  dla  kultury  mieszkańców  tego  kraju  uprzejmością  i 

ż

yczliwością. 

Był to mężczyzna dość krępy, niskiego wzrostu, o bliżej nieokreślonym wieku; mógł 

mieć pięćdziesiąt albo nawet siedemdziesiąt lat. Ubrany był w biały sarong i sandały. Na szyi 

miał zawieszony potężny złoty łańcuch, który świadczył o jego zamożności. 

Podczas  gdy  do  pięknego  salonu  wnoszono  herbatę  i  napoje  orzeźwiające,  Alfred 

opowiedział  raz  jeszcze  całą  historię.  Przysłuchiwali  się  temu  funkcjonariusze  policji  i 

kierowca. 

- Och, ci zbieracze - śmiał się pan Paramanathan. - Już nie po raz pierwszy zwracają 

się  do  mnie.  Ale  naturalnie  nie  mam  najmniejszego  zamiaru  sprzedawać  mojej  Valampuri 

Changu. 

Sara  usiłowała  wyłowić  w  tamilskiej  mowie  gospodarza  znajomo  brzmiące  słowo 

„Chank”.  Tak  właśnie  tutaj  zwano  legendarną  muszlę.  Wyjaśniono  jej,  że  „valampuri” 

oznacza  prawoskrętny.  Pamiętała,  że  w  rozumieniu  europejskim  znaczy  to,  iż  muszla  jest 

lewoskrętna. 

-  Nie  przybyliśmy  tu  z  zamiarem  zakupu,  naszym  zadaniem  jest  zapobiec 

przestępstwu - wyjaśnił Alfred. 

Pan Paramanathan uśmiechnął się znowu, nieco zaskoczony. 

- Moja muszla jest bezpieczna, ja także. Nikt nie może nam zaszkodzić. 

-  Ten  człowiek  jest  bardzo  groźnym  mordercą  pozbawionym  wszelkich  skrupułów  - 

ciągnął Alfred. - Prawdopodobnie ma broń. Nie wiem, czy - zamierza się z panem targować, 

ale jeśli nie uda mu się kupić muszli, użyje bez wątpienia siły. 

-  Wy,  Europejczycy,  nie  jesteście  w  stanie  tego  pojąć  -  odparł  Tamil.  -  Valampuri 

Changu  to  jakby  żyjąca  istota.  Jeśli  z  samego  rana  zobaczę  tę  muszlę,  dzień  będzie 

szczęśliwy. Dlatego często z nią rozmawiam, pytam o radę w trudnych sytuacjach życiowych. 

Dzięki niej jestem bogaty i dobrze mi się powodzi. Popatrzcie chociażby na mój dom. Kiedy 

ją'  znalazłem,  byłem  tylko  biednym  rybakiem.  Ona  mnie  chroni  i  nie  można  jej  skraść.  W 

każdym razie nie bezkarnie. 

Alfred  przytaknął.  Gospodarz  wierzył  głęboko  w  to,  co  mówił,  zaś  Alfred  był  zbyt 

rozsądny i taktowny, by podać w wątpliwość jego słowa. 

W pewnej chwili do rozmowy wtrącił się kierowca: 

-  Znam  pewnego  rybaka,  Syngaleza  z  Negombo.  Przed  wielu  laty  wyłowił  jeden  z 

tych rzadkich okazów. Nie jest wyznawcą hinduizmu, jak wy, panie, więc wrzucił muszlę z 

background image

powrotem  do  morza.  Potem  znajdował  ją  jeszcze  dwukrotnie  i  za  każdym  razem  znowu 

wyrzucał. Wkrótce potem stracił majątek, a na dodatek nieustannie choruje. 

Tamilowie kiwali głowami. Dla nich nie było to zaskoczeniem. 

Tymczasem Alfred uznał, że najwyższy czas wrócić do rzeczywistości. 

- Gdzie przechowuje pan okaz? Czy tu w domu? 

- Oczywiście. Macie ochotę ją zobaczyć? 

-  Bardzo  chętnie!  -  wykrzyknęła  Sara,  a  wszyscy  pozostali,  włącznie  z  Alfredem, 

przytaknęli dziewczynie. 

- Więc chodźcie ze mną. 

Przeszli  przez  kilka  przestronnych,  ale  skromnie  wyposażonych  pokoi,  aż  w  końcu 

znaleźli  się  w  niewielkim  pomieszczeniu,  w  którym  stał  mały  ołtarzyk.  Pokoik  tonął  w 

kwiatach, a wokół roznosił się intensywny zapach palonych kadzideł. 

-  To  bóg  Kriszna  -  wyjaśnił  gospodarz.  -  Jedno  z  wcieleń  boga  Wisznu.  Właściwie 

Valampuri Chartgu należy do Wisznu. 

Na ołtarzu świeciło się jaskrawe światełko. Pan Paramanathan pochylił się, sięgając po 

piękny, bogato inkrustowany kuferek, który stał pod ołtarzem. 

- Jak widzicie, właśnie Wisznu jest wyryty na kufrze, w dłoni trzyma muszlę. 

Sara  spostrzegła  także  coś  innego:  sam  kuferek  musiał  mieć  ogromną  wartość, 

zwłaszcza dla zbieraczy z Europy. 

Gospodarz  uniósł  wieko  skrzyneczki.  Jej  wnętrze  wybite  było  jedwabiem.  Na  dnie, 

owinięta białą materią, spoczywała niezwykła muszla. 

Robiła wrażenie dużej i ciężkiej. Cała była biała. Tylko, jej otwór miał złotaworożową 

barwę. Nie wydawała się może olśniewająco piękna, miała dość pospolity kształt, ale wraz z 

wonią  kadzideł  i  mocnym  zapachem  kwiatów  stwarzała  w  pomieszczeniu  niecodzienny 

nastrój. Sara, przyglądając się rzadko spotykanemu okazowi, odczuła podniecenie. 

Mimowolnie schwyciła dłoń Alfreda. 

- Ona jest lewoskrętna, nigdy jeszcze takiej nie widziałam! 

- I nie przypuszczam, żebyś miała okazję zobaczyć po raz drugi - powiedział, starając 

się  zachować  obojętność,  ale  niezupełnie  mu  się  to  udało.  Dla  wszystkich  była  to  bardzo 

szczególna chwila. 

Sara  szybko  i  bezgłośnie  poruszała  ustami.  Gospodarz  obserwował  ją  z  życzliwym 

zainteresowaniem. 

- Czy pani się modli, madame? 

background image

-  Niezupełnie  -  odparła  zaskoczona.  -  Ja...  ja  właściwie  z  nią  rozmawiam...  Mam 

nadzieję, że Alfred, mój mąż, zdoła zapobiec niebezpieczeństwu, jakie zagraża panu i muszli 

ze  strony  naszego  rodaka.  Modlę  się,  żeby  ten  niedobry  człowiek  został  całkowicie 

unieszkodliwiony,  gdyż  pozbawił  życia  naszych  najbliższych.  Proszę  także  o  swoje  własne 

szczęście w przyszłości. 

Pan Paramanathan pokiwał głową ze zrozumieniem. 

- Ja rozmawiam z nią każdego poranka. Odczuwam wówczas niezwykły spokój. 

- Ona jest cudowna - powiedziała Sara wzruszona niemal do łez. - Jest piękna i pełna 

blasku. 

Przypuszczała, że Alfred uzna ją za osobę egzaltowaną, ale i Tamilowie, i kierowca 

zdawali się podzielać jej odczucia. Byli poruszeni i przejęci podniosłością chwili i atmosferą 

panującą w pomieszczeniu. 

- Martwi mnie jednak, że muszla jest tu zupełnie nie strzeżona - rzekł Alfred z troską 

w głosie. 

Gospodarz  tymczasem  delikatnie  zawinął  bezcenny  okaz  i  na  powrót  schował  w 

kuferku. 

- Nie ma potrzeby lepszego zabezpieczenia ponad to, co jest. Żaden Tamil nie odważy 

się jej skraść. 

-  Tamil  z  pewnością  nie,  ale  Europejczyk  nie  będzie  miał  skrupułów.  Nie  mogę, 

niestety,  pozwolić,  żeby  pozostał  pan  tu  dzisiaj  bez  ochrony.  Czy  nie  byłby  pan  łaskaw 

umieścić muszli na kilka dni w bankowym sejfie i wyjechać, nam zaś powierzyć pilnowanie 

pańskiego domu? 

- Nie mogę tego uczynić. Jeśli ów człowiek pojawi się tutaj i zechce nabyć muszlę, 

muszę go przyjąć, poczęstować herbatą i dopiero później odrzucić jego propozycję. To mój 

obowiązek. 

-  Czy  w  takim  razie  pozwoli  pan,  że  na  wszelki  wypadek  będziemy  czuwali  w 

pobliżu? 

- Owszem, na to mogę się zgodzić, jeśli to panów uspokoi. 

- Ale nie powinien wejść do tego pokoju. 

- Nie, nie zamierzam pokazywać mu mojej Valampuri Changu. 

- Czy mógłby pan powiedzieć, że muszla znajduje się w sejfie? 

- Przykro mi, ale kłamstwo nie przejdzie przez moje usta. 

Cóż, pomyślał Alfred, tak to już jest, że ludzie uczciwi nie mają szans w konfrontacji z 

osobnikami tak bezwzględnymi jak Helmuth. 

background image

- W takim razie spróbujemy zapewnić panu ochronę. Nas dwojga ów mężczyzna nie 

powinien  zobaczyć,  mieszkamy  bowiem  w  tym  samym  co  on  hotelu  Sea  Dragon.  Byłoby 

dobrze, gdyby w trakcie jego wizyty czuwali w pobliżu tutejsi policjanci. 

- Niech więc schowają się za zasłonami. Stąd mogą obserwować wszystko, sami nie 

będąc widziani. 

-  Świetnie.  W  takim  razie  ja  też  się  tam  ukryję.  Jeśli  pana  życie  będzie  w 

niebezpieczeństwie, policjanci użyją broni. 

- Rozumiem. 

- Teraz musimy zabrać  stąd taksówkę. Sara wraz z kierowcą pojadą do najbliższego 

hotelu i zamówią dla nas pokoje. 

-  W  żadnym  razie!  Będziecie  nocować  u  mnie  -  zaprotestował  gospodarz  i  zawołał 

służącego,  który  poprowadził  gości  do  pokojów  w  drugiej  części  domu.  Rozciągał  się  stąd 

widok  na  niewielkie  jeziorko,  „kulam”,  od  którego  wzięła  się  nazwa  miasta.  Gościom 

wyjaśniono  również,  że  „bali”  znaczy  „ofiara”.  „Jezioro  ofiar”  dla  Sary  brzmiało  nieco 

pompatycznie.  Kierowca  i  dwaj  funkcjonariusze  policji  otrzymali  pokoje  tuż  obok. 

Wszystkich  natomiast  zaproszono  na  obiad,  który  miał  być  podany  krótko  po  tym,  jak  się 

rozgoszczą w pokojach i nieco odpoczną po męczącej podróży. 

- Ale gdzie tu są łóżka? - spytała zdumiona Sara, kiedy już zostali sami. Rozglądała 

się po skąpo, jej zdaniem, wyposażonym pokoju. 

-  To  pewnie  są  posłania.  -  Alfred  wskazał  dwie  zwinięte  maty,  leżące  pod  ścianą.  - 

Tradycyjne  łóżka  znajdują  się  wyłącznie  w  hotelach  i  przeznaczone  są  dla  turystów.  Mie-

szkańcy Sri Lanki sypiają, jak widać, właśnie na matach. 

- Bez poduszek? 

- Nie wiem, nie znam ich zwyczajów. Przyznam, że panują tu spartańskie warunki. 

- O, dla ciebie to z pewnością nic nowego - rzuciła Sara przywołując w pamięci jego 

własny pokój. 

Stał  teraz  zwrócony  twarzą  do  okna  i  przyglądał  się  swoim  dłoniom,  opartym  o 

parapet. 

- Saro, co ty właściwie o mnie myślisz? Jakim według ciebie jestem człowiekiem? - 

zapytał niespodziewanie. 

Przypatrywała mu się z rosnącym zdziwieniem. 

- Opisz mnie tak, jak mnie widzisz - poprosił. 

- Hm, to nie takie proste - odparła nieco zbita z tropu. Wiedziała, że i on nie czuje się 

zbyt pewnie. - Nie jest to proste, gdyż mój stosunek do ciebie zmienia się każdego dnia. Nie 

background image

zawsze  umiem  uzasadnić  swoje  własne  reakcje.  Jesteś  z  zawodu  policjantem  i  już  choćby 

dlatego budzisz we mnie respekt. Ale chwilami nachodzi mnie nieodparta ochota, by zrobić ci 

przykrość,  więc  mówię  takie  rzeczy,  których  zaraz  potem  ogromnie  żałuję.  Czasami  jesteś 

taki przyjacielski i serdeczny, że mogę rozmawiać z tobą o wszystkim, a za chwilę niszczysz - 

wszystko  kilkoma  ostrymi  słowami.  Mimo  że  jesteś  bardzo  przystojny  i  męski,  w  twoim 

zachowaniu  dominuje  zawodowa  powaga  i  oficjalny  styl  do  tego  stopnia,  że  jest  to  wręcz 

odpychające.  Myślę,  że  tak  samo  odbierałyby  to  inne  kobiety.  Ale  ty  pewnie  wolałbyś 

usłyszeć coś innego? - przerwała sobie Sara. 

- Ależ nie, właśnie tego oczekiwałem - odpowiedział bezbarwnie. - Może pójdziemy 

do pozostałych? 

Obiad okazał się wspaniały, jeszcze bardziej egzotyczny niż te, które jadali w swoim 

hotelu.  Gdy  słońce  chyliło  się  już  ku  zachodowi,  dojrzeli  zbliżającą  się  od  strony  miasta 

taksówkę. 

Sarę  oraz  kierowcę  natychmiast  odesłano  do  ich  pokoi,  zaś  Alfred  i  dwaj  policjanci 

ukryli się za zasłonami. 

Sara  siedziała  w  fotelu,  nerwowo  zaciskając  dłonie.  Czas  płynął,  wiedziała,  że 

Helmuth już tu dotarł i rozmawiał właśnie w salonie z gospodarzem. Wreszcie kiedy upłynęła 

przeszło godzina, Sara usłyszała odjeżdżający samochód. W chwilę potem zjawił się Alfred. 

Pan Paramanathan oczekiwał ich w salonie. 

-  Ogromnie  nieprzyjemny  człowiek  -  powiedział  jeszcze  pod  wrażeniem  dopiero  co 

zakończonej  wizyty.  -  Udało  mi  się  go  odprawić,  ale  on  ma  zdecydowanie  złe  zamiary. 

Jestem pewien, że tutaj wróci. 

- Co powiedział? 

-  Oświadczył,  że  nazywa  się  Hakon  Tangen  i  że  przysyła  go  pewien  angielski 

multimilioner, który pragnie zakupić moją muszlę. Zaoferował tysiąc funtów. 

-  To  niewiele  -  wtrącił  Alfred  z  goryczą.  -  Myślał  pewnie,  że  trafił  na  naiwnego 

Tamila. Jeśli udałoby mu się maksymalnie obniżyć cenę okazu, dla niego samego zostałoby 

dużo więcej pieniędzy. 

-  Był  bardzo  arogancki  -  dodał  gospodarz.  -  Ale  ja  obstawałem  przy  swoim  i  nie 

chciałem  sprzedać  muszli.  Na  koniec  zaoferował  pól  miliona  funtów.  Wtedy  również 

odmówiłem,  na  co  on  zareagował  wielkim  wzburzeniem  i  wyszedł.  Podejrzewam,  że  tylko 

dzięki  obecności  służby  zdołał  się  pohamować.  Przyjrzał  się  z  największą  dokładnością 

każdemu szczegółowi w domu. Wróci tu, jestem przekonany - powtórzył. 

background image

- Nie tak łatwo zrezygnować z pół miliona funtów, nie każdy to potrafi. Podziwiam 

pana! - oświadczyła Sara. 

-  A  cóż  ja  zrobiłbym  z  taką  sumą?  -  zapytał  pan  Paramanathan.  -  Mam  wszystko, 

czego potrzebuję. Moja  muszla to świętość, nigdy  nie znalazłbym takiej  drugiej. Jest moim 

przyjacielem. To talizman, który przekażę w dziedzictwie swoim dzieciom. 

- Więc ma pan dzieci? - zapytał zaniepokojony Alfred. - I wnuki? 

- Mam dwóch dorosłych synów, obaj mieszkają w Indiach. Wnuków nie mam. 

-  To  dobrze,  bo  inaczej  Tangen  mógłby  posunąć  się  do  kidnaperstwa  i  szantażem 

wymusić oddanie muszli. 

- Nie wspomniałem mu o moich synach. 

- Świetnie. W takim razie będziemy tu dzisiejszej nocy trzymać straż. Na szczęście nie 

nocujemy  w hotelu,  gdzie moglibyśmy się przypadkiem na niego natknąć. Wolałbym, żeby 

nie wiedział, iż oboje, ja i Sara, znajdujemy się tutaj. Boję się o nią. 

Twarz  Sary  rozjaśniła  się  w  uśmiechu  wdzięczności.  Ale  dziwny  z  niego  człowiek, 

pomyślała. Twardy, zacięty, zamknięty w sobie, a jednocześnie zdolny do ludzkich odruchów 

i  serdeczności.  Wczorajszego  wieczoru  Sara  nabrała  przekonania,  że  udało  jej  się 

przynajmniej częściowo pokonać mur, którym Alfred oddzielił się od reszty świata, ale dzisiaj 

jakby się czegoś przestraszył i znów zamknął w sobie. 

Mimo to cieszyła się, że troszczył się o nią. 

W  domu  zapadła  cisza.  Gospodarz  i  jego  goście  udali  się  na  spoczynek,  na  straży 

pozostali jedynie trzej policjanci i kilku służących. 

Sara  nie  mogła  zasnąć.  Powodów  było  kilka:  nowe  miejsce,  niepokój  o  Alfreda, 

nieznane odgłosy za oknami, a przede wszystkim ta okropna mata! Nawykłe do wygodnego 

posłania ciało skandynawskiej dziewczyny boleśnie odczuwało twardość kamiennej podłogi. 

Sara  nie  znalazła  także  ani  jednej  poduszki,  musiała  zatem  zadowolić  się  ramieniem 

podłożonym pod głowę. 

W końcu podniosła się, pojękując cicho z bólu. Wyjrzała przez okno do ogrodu, gdzie 

w  ciemnościach  tropikalnej  nocy  koncertowały  cykady.  Niemal  wszystkie  drzewa  i  kwiaty 

skryły się w mroku, tylko niektóre rośliny rysowały się niewyraźnie na tle jaśniejszych wód 

zatoki. 

W  pewnej  chwili  Sara  dostrzegła  jakiś  ruch  z  prawej  strony.  Coś  działo  się  przy 

białym ogrodzeniu... 

Przez mur przeskoczył jakiś cień i natychmiast zniknął. 

Wybiegła z pokoju na korytarz, gdzie natknęła się na drzemiącego służącego. 

background image

- Jest tu! - wyszeptała. - Przeskoczył przez mur. Jest w ogrodzie! 

Służący momentalnie się podniósł i pospieszył przekazać tę informację swemu panu. 

Sara  zawróciła  do  pokoju,  gdyż  wedle  polecenia  Alfreda  miała  nigdzie  nie  wychodzić.  Nie 

bala się o siebie. Mimo że w oknach nie było szyb, a jedynie ozdobne kraty, nie czuła strachu. 

Przycupnęła przy ścianie nie opodal okna, tak by nie było jej widać, i pilnie nasłuchiwała. 

Ż

adnych odgłosów. Czyżby się pomyliła? 

Nie, teraz do jej uszu doszły szmery z drugiej strony domu. Ledwo słyszalne... 

Sara zaczęła drżeć na całym ciele. 

Znowu cisza. 

Naraz  usłyszała  krzyk,  strzał  i  pospieszne,  ciężkie  kroki  wielu  osób,  potem  łoskot 

przewracanych mebli, teraz już jakby docierający ze wszystkich stron. Przysiadła na podłodze 

i zakryła uszy rękoma. 

Hałas  zbliżał  się  do  jej  pokoju,  ktoś  chyba  upadł,  a  wśród  ścian  rozległ  się  kolejny 

krzyk. Drzwi otworzyły się z łoskotem. 

Sara zerwała się na równe nogi. Nagle ktoś zapalił światło. W otwartych drzwiach stał 

Kato  Helmuth,  szukający  możliwości  ucieczki.  Gdy  zobaczył  Sarę,  na  moment 

znieruchomiał, po czym dopadł do niej, złapał wpół i ustawił przed sobą niczym tarczę. W tej 

chwili do pokoju wbiegli policjanci. Wszystko wydarzyło się w ciągu ułamków sekund, tak że 

Sara nie miała nawet czasu pomyśleć, jak się zachować. 

- Jeśli mnie ruszycie, zastrzelę ją! - wrzasnął Helmuth. 

Rzeczywiście, na plecach poczuła ucisk czegoś twardego, sprawiało jej to nawet ból. 

Alfred oddychał ciężko, twarz mu pobladła. 

- Odsunąć się! - krzyczał Helmuth. - Na korytarz! Wyjdę z dziewczyną, a jeśli mnie 

ruszycie, ona zginie! 

Sara  poczuła,  że  wszystkie  siły  ją  opuszczają,  bała  się,  że  za  chwilę  zemdleje. 

Automatycznie przesuwała się w kierunku wyjścia. 

- Odejdźcie jeszcze dalej! - rozkazywał Helmuth policjantom. 

- Helmuth, nie masz szans, jesteś na wyspie... Poddaj się! - rzucił Alfred. 

Helmuth wycofywał się tyłem w kierunku drzwi wyjściowych, wciąż trzymając Sarę 

przed sobą. Łamiącym się ze zdenerwowania głosem spytał Alfreda: 

-  Skąd  wiesz,  że  nazywam  się  Helmuth?  Skąd  wiedziałeś,  że  wybierałem  się  do 

Jaffny? 

- Ty także powinieneś mnie znać - odrzekł Alfred. - Zamordowałeś moje rodzeństwo. 

Dziewczynę też z pewnością rozpoznasz. Jej wuj nazywał się Hakon Tangen! 

background image

Rozwścieczony Helmuth był już przy drzwiach wejściowych. 

- Jeśli ktoś za mną pójdzie, będę strzelał! - zagroził. 

Znaleźli się na zewnątrz, panował tu wielki upał. Dlaczego nie użyje broni? pomyślała 

Sara i w tej samej chwili sama odpowiedziała sobie na to pytanie. 

- Alfredzie! - krzyknęła z całych sił. - On jest nieuzbrojony, to tylko ręka! 

W powietrzu rozległ się świst i Sara pochyliła się instynktownie, czując jednocześnie, 

ż

e coś przelatuje nad jej głową tuż koło ucha. Nagle wszystko wokół pociemniało, słyszała 

tylko oddalające się kroki napastnika. 

background image

ROZDZIAŁ XI 

Sara powoli dochodziła do siebie. Wokół panował mrok, ale uporczywe światło latarki 

raziło ją prosto w oczy. Machnęła ręką, jakby odpędzała natrętnego owada, i światełko zgasło. 

-  Saro  -  wyszeptał  Alfred  tak  zmienionym  głosem,  że  dziewczyna  z  trudnością  go 

rozpoznała. - Bogu dzięki, wszystko w porządku - dodał po angielsku. 

-  Musimy  zabrać  ją  do  środka  -  powiedział  głos,  który  Sara  przypisała  panu 

Paramanathanowi. 

Alfred  podniósł  ją,  na  co  zareagowała  jękiem.  Sprawił  to  nagły,  przenikliwy  ból 

głowy.  Gdzieś  z  dala  dochodziły  ją  podniecone  krzyki  w  obcym  języku,  a  po  chwili 

zorientowała się, że były to głosy policjantów ścigających Helmutha. 

- Jak długo tu leżę? - zapytała. 

- Zaledwie kilka sekund - uśmiechnął się Alfred. 

- Mordercy, niestety, udało się wymknąć, ale ty jesteś ważniejsza. 

Szybko przeniósł dziewczynę do pokoju i ułożył na kanapie. 

-  Najsmutniejsze  jest  to  -  rzekła  Sara  -  że  nie  mam  żadnej  rodziny  i  nikt  na  całym 

ś

wiecie nie przejąłby się moją śmiercią. 

- Nie mów nic - odparł sucho Alfred. - Nie wolno ci tak myśleć, takie myśli na nic się 

teraz nie zdadzą. 

- Co się stało? Opowiadaj od samego początku - prosiła dziewczyna, przyjmując od 

służącego szklaneczkę. Napój okazał się mocny, pewnie tutejsza wódka, i Sara się zakrztusiła, 

ale trunek szybko postawił ją na nogi. 

-  Cóż,  Helmuth  dostał  się  do  domu,  a  kiedy  myśleliśmy,  że  jest  już  osaczony, 

chcieliśmy  go  obezwładnić.  On  jednak  odznacza  się  doskonałą  sprawnością,  był  przecież 

komandosem, a do tego miał przy sobie broń. Strzelił, raniąc jednego z policjantów... 

- Och, a oni są tacy mili! - wykrzyknęła Sara. 

-  Policjanci  nie  bywają  mili  w  takich  sytuacjach  -  uśmiechnął  się  Alfred.  -  Na 

szczęście nie było to nic poważnego, tylko niegroźny postrzał w ramię. Policjant upadł jednak 

na  ziemię,  krzycząc  z  bólu.  Przykląkł  przy  nim  kolega  i  odwrócił  go  na  plecy,  niemal 

jednocześnie  strzelając  do  Helmutha,  ale  nie  trafił.  Gdy  morderca  kierował  się  do  wyjścia, 

rzuciłem za nim krzesłem. Wcelowałem w nogi, więc Helmuth się przewrócił. Byliśmy już od 

niego  o  krok,  ale  poderwał  się  i  uciekł.  Służący  próbowali  zagrodzić  mu  drogę,  lecz 

błyskawicznie ich odepchnął. 

background image

- Prawdopodobnie padając zgubił pistolet - wtrąciła Sara. - W przeciwnym  razie nie 

wahałby się strzelić. 

-  Rzeczywiście,  broń  znalazłem  właśnie  tam,  gdzie  się  przewrócił.  Nie  miał  czasu, 

ż

eby ją podnieść. 

Wrócili dwaj policjanci, którzy podjęli pościg za Helmuthem. 

- Zniknął za murem, w ciemności nie mieliśmy najmniejszej szansy, by go schwytać - 

powiedział jeden z nich. - Jak czuje się pani Elden i co z moim przyjacielem? 

- Oboje mają się całkiem dobrze - odparł Alfred, nie prostując pomyłki, jaką popełnił 

policjant, nazywając Sarę panią Elden. 

Teraz  przyszła  kolej  na  relację  dziewczyny.  Kiedy  Alfred  zrozumiał,  jak  wielkie 

niebezpieczeństwo jej zagrażało, mocno zagryzł wargi. 

- Cios karate. Gdyby trafił tuż nad uchem, w skroń, nie miałabyś najmniejszych szans. 

Twoje szczęście, że się skuliłaś. 

- Zrobiłam to instynktownie - wyszeptała blada. - A co z muszlą? 

-  Muszli  nie  zabrał  -  odrzekł  gospodarz.  -  Dopiero  co  zaglądałem  do  skrzyni. 

Wszystko jest w najlepszym porządku. Czy myśli pan, że on pojawi się znowu? 

- Nie, raczej nie. Zdaje sobie sprawę, że policja już wie o wszystkim - odpowiedział 

Alfred.  -  Mimo  to  miejscowi  funkcjonariusze  powinni  zapewnić  panu  ochronę,  póki  on  nie 

opuści  Jaffny.  Zauważyliście,  jak  się  zdenerwował,  gdy  zobaczył  Sarę  i  mnie?  Najbardziej 

zirytował  go  fakt,  że  przedstawił  się  nam  jako  Hakon  Tangen,  a  my  cały  czas  dobrze 

wiedzieliśmy, kim jest. Saro, gdy tak się wycofywał, zasłaniając się tobą, wydawało mi się, 

ż

e... To było coś koszmarnego! Wiedziałem, że zdolny jest do wszystkiego... 

-  Wiesz,  kiedy  miałam  się  odwrócić,  poczułam,  że  jego  „pistolet”  jest  ruchomy,  i 

wtedy zorientowałam się, że to tylko dłoń. 

- Bogu dzięki, że jesteś taka opanowana i szybko myślisz! 

Tamilski gospodarz kręcił głową: 

- To nie może mu ujść na sucho. 

Podążyli  za  jego  wzrokiem.  Spoglądał  w  kierunku  niewielkiej  domowej  świątyni,  w 

której przechowywał muszlę. 

Alfred westchnął. Jeśli Helmutha kiedykolwiek dosięgnie kara, z pewnością nie stanie 

się to za sprawą muszli. 

Resztę  nocy  Sara  musiała  spędzić  w  pokoju  na  twardej,  niewygodnej  macie.  Głowa 

wciąż ją bolała. Alfred wraz z policjantami pilnowali domu aż do świtu. 

background image

Nazajutrz  przy  śniadaniu  otrzymali  wiadomość,  że  taksówka  z  pasażerem  o  blond 

włosach opuściła rejon Jaffny i podążyła na południe, kierując się na Anuradhapurę. Wobec 

tego  Sara  i  Alfred  także  zaczęli  zbierać  się  do  podróży  do  Negombo.  Pożegnaniom 

towarzyszyły  szczere  podziękowania  i  błogosławieństwo  ze  strony  pana  Paramanathana. 

Ż

yczył  im,  by  ich  związek  był  szczęśliwy  i  zaowocował  mnóstwem  zdrowych,  udanych 

dzieci.  Niewiele  brakowało,  by  Sara  odkryła  przed  nim  całą  prawdę,  ale  ręce  komisarza 

zacisnęły się ostrzegawczo na jej ramionach i spowodowały, że jej napięta twarz złagodniała. 

Po  nocy  spędzonej  na  twardej  macie  Sara  czuła  ból  w  całym  ciele.  Gdy  szli  do 

samochodu, wyznała Alfredowi: 

- Wiesz co, może nie powinnam tego mówić, ale przez cały czas miałam nieodpartą 

ochotę jeszcze raz spojrzeć na muszlę. Rozumiem teraz tych, którzy o niej marzą. 

- Hm - mruknął tylko. 

- Nawiązałam z nią swego rodzaju kontakt, tak jakby mnie zaczarowała. Nie umiem 

tego dokładnie określić. 

- Chyba wiem, co czujesz. To było niezwykłe przeżycie dla człowieka zwłaszcza tak 

wrażliwego jak ty i może ja też. Jednak ty odbierałaś tę chwilę intensywniej. 

Sara westchnęła. 

Kierowca  po  kilku  godzinach  snu  był  w  miarę  wypoczęty,  oni  natomiast  po  nie 

przespanej  nocy  odczuwali  zmęczenie.  Pewnie  dlatego  Alfred  usadowił  się  na  tylnym 

siedzeniu  obok  Sary,  choć  tym  razem  ona  niespecjalnie  tęskniła  za  towarzystwem. 

Sympatyczny  Syngalez  dał  jej  tabletkę  przeciwbólową,  po  jej  zażyciu  wreszcie  zasnęła. 

Obudziła się dopiero, gdy przybyli na miejsce. Miała żal do Alfreda, że pozwolił jej przespać 

całą drogę powrotną. 

-  Zatrzymaliśmy  się  w  Anuradhapurze,  gdzie  poinformowano  nas,  że  Helmuth  zjadł 

tam  posiłek  i  ruszył  w  dalszą  drogę  na  południe  jakiś  czas  przed  nami.  Próbowaliśmy  cię 

obudzić, ale spałaś jak zabita. Potem i ja zasnąłem - przyznał. 

- Na szczęście wyspałam się i nie boli mnie głowa. W recepcji poinformowano ich, że 

Kato Helmuth już się wyprowadził. Zabrał bagaże i opuścił hotel, nie zdradzając, dokąd się 

udaje. 

Porozmawiali  z  kierowcą,  który  woził  Helmutha  do  Jaffny  i  z  powrotem,  ale  ten 

niewiele im pomógł, bo z hotelu odwiózł Norwega ktoś inny. Alfred dopytywał się także, czy 

pasażer w czasie długiej podróży mówił coś interesującego, ale kierowca tylko machnął ręką. 

Oświadczył, że zwykle nawiązuje dobry kontakt ze swoimi klientami, ale z tym mężczyzną 

nigdy  więcej  nigdzie  nie  pojedzie.  Helmuth  odnosił  się  do  niego  jak  do  służącego,  gorzej 

background image

nawet, traktował jak powietrze. Taksówkarz miał tylko słuchać poleceń, a kiedy ośmielił się 

coś powiedzieć, dostało mu się za swoje. Nieprzyjemny turysta nie pozwolił zrobić przerwy 

na posiłek i nawet słówkiem nie zdradził, do kogo i po co się udaje. Tutejsi mieszkańcy nie 

nawykli do takiego zachowania. 

Alfred  wyjaśnił  sympatycznemu  taksówkarzowi,  jakiego  to  pasażera  musiał  wozić, 

dodał też, by miał oczy i uszy otwarte na wypadek, gdyby coś się działo lub gdyby dowiedział 

się o miejscu pobytu przestępcy. 

Później Alfred odprowadził Sarę do hotelu. Poprosił też, by obserwowano Helmutha, 

o  ile  by  się  pojawił.  Sam  udał  się  na  lotnisko  krajowe,  aby  wydać  kolejne  polecenia.  Jeśli 

przestępca  zechce  opuścić  Sri  Lankę,  należy  mu  to  umożliwić,  przekazując  jednocześnie 

wiadomość  o  tym  fakcie  na  kolejne  lotniska,  gdzie  samolot  będzie  miał  międzylądowania. 

Gdyby Helmuth chciał wysiąść, natychmiast go aresztować i powiadomić policję norweską. 

Sara  z  trudem  wracała  do  roli  wczasowiczki.  Tęskniła  za  Alfredem  i  była  mocno 

zawiedziona, że nie chciał zabrać jej ze sobą. 

Wracała właśnie z plaży, kiedy spotkała Lassego. 

- Cześć, kolego! - zawołała. - Już jesteś? 

- Tak, widzę, że i ty także - odpowiedział. - Przyjechaliśmy wczoraj, ale sądziłem, że 

wróciliście do domu. 

- Nie. Nie zgadniesz, gdzie byliśmy i co widzieliśmy! 

- Gdzie? 

- Wybraliśmy się do Jaffny i widzieliśmy tam lewoskrętną turbinellę. 

- Co takiego?! - zawołał zdumiony. Sara była dumna jak paw. 

- Nie kłamię. To naprawdę niezapomniane przeżycie. 

Ale dla ciebie też mam niespodziankę. 

- A może przyjdziesz do nas i zobaczysz, co myśmy zdobyli? - zaproponował Lasse. - 

Mieszkamy na pierwszym piętrze, w pokoju numer trzydzieści pięć. 

- Świetnie. Poczekaj chwilę, tylko wezmę paczuszkę dla ciebie. 

Kiedy  weszli  do  pokoju  chłopca,  jego  tata  nalewał  sobie  właśnie  coś  do  picia.  Sara 

została przedstawiona, po czym ojciec Lassego wycofał się dyskretnie na plażę, wymieniwszy 

z dziewczyną kilka żartobliwych uwag na jej temat. 

Lasse przybrał przepraszającą minę. 

-  Nie  może  się  od  tego  powstrzymać,  ale  jest  w  porządku.  Chodź  na  balkon,  tutaj 

gromadzę swoje skarby. 

background image

- Mam nadzieję, że takiej ci brak  w zbiorach -  powiedziała Sara, wręczając chłopcu 

podarunek. 

- Nie ma sprawy, w razie czego mogę się wymienić na inną. 

Lasse ucieszył się bardzo z prezentu Sary, gdyż rzeczywiście nie miał jeszcze takiego 

okazu. Potem gawędzili na temat przeróżnych skorupiaków i muszli, to znaczy Lasse mówił, 

a dziewczyna słuchała. 

-  Te  tutaj  -  wskazał  na  kanciaste  skorupki  o  pięknych  żłobieniach  -  są  śmiertelnie 

trujące. 

Sara odruchowo cofnęła rękę. 

- Nie, teraz nic ci się nie stanie - zaśmiał się. - Były groźne, kiedy mieszkało w nich 

zwierzę. Zawsze bardzo uważam na to, by nie zabrać muszli, w której jeszcze ktoś mieszka, 

zbieram wyłącznie puste. Nie mógłbym niszczyć żywych istot. Wracając do tych trujących: 

ich  właściciele,  czyli  skorupiaki,  strzelają  zatrutym  jadem,  by  się  bronić,  i  nie  ma  na  to 

lekarstwa. Ta trucizna jest śmiertelna - dodał ponuro. - A tu masz porcelanki, tamta z kolei 

przedstawia faktycznie sporą wartość. 

Rozmawiali  dalej.  Sara  musiała  zdać  dokładną  relację  o  turbinelli,  nie  wspomniała 

naturalnie ani słowem o incydencie z Helmuthem. Tymczasem pojawił się ojciec  Lassego i 

dalej  sączył  drinka,  siedząc  na  balkonie.  Przysłuchiwał  się  obojgu,  kręcąc  w  zdumieniu 

głową, że ktoś może mieć podobnie niepoważne hobby. 

W pewnej chwili Sara spostrzegła Alfreda i ogromnie się z tego ucieszyła. Stał przy 

wejściu obok jarzących się mocnym światłem latarni i rozglądał się po plaży. 

- Alfred! Tu jestem! Na górze! 

Odwrócił  się  w  jej  stronę  i  nagle  jakby  opuściły  go  wszelkie  troski.  Uszczęśliwiona 

tym Sara zbiegła na dół. 

- Wystraszyłaś mnie nie na żarty - powiedział z wyrzutem. - Szukałem cię od piętnastu 

minut. 

Opowiedziała,  że  była  u  Lassego  i  oglądała  kolekcję  jego  muszli.  Alfred  z  kolei 

poinformował Sarę, że sprawdził wszystkie hotele w Negombo, ale Helmuth w żadnym z nich 

nie mieszkał. Nie wyjechał również z kraju. 

- Jutro wybiorę się do  Kolombo i innych turystycznych miejscowości -  dodał. - Ale 

teraz umieram z głodu, chodźmy więc coś przekąsić. Już dawno po obiedzie! 

Dopiero teraz Sara zdała sobie sprawę, że minął prawie cały dzień, plaża opustoszała i 

powoli zaczęło się ściemniać. 

background image

-  Coś  takiego!  W  takim  razie  musiałam  siedzieć  u  Lassego  wiele  godzin.  Chyba 

zachowałam się nieelegancko. 

-  No  wiesz,  rano  jeszcze  byliśmy  w  Jaffnie,  więc  nic  dziwnego,  że  dzień  już  się 

kończy. Zatraciłaś zupełnie poczucie czasu. 

„Westchnęła. 

- Och, taka jestem z siebie niezadowolona! Na nic się nie przydałam, Helmuth nadal 

jest na wolności, a my nawet nie wiemy, gdzie! 

- Uratowałaś panu Paramanathanowi życie, a Helmuth nie dostał muszli w swoje ręce. 

Nie do ciebie należy obowiązek aresztowania go, zresztą nie stanie się to tutaj. Pamiętaj, że 

jesteś jedynie obserwatorem. Poza tym bardzo ładnie wyglądasz w tej kwiaciastej sukience - 

dodał niespodziewanie. - To mnie uspokaja. 

- Jak to uspokaja? 

- Ponieważ robisz wrażenie wyrośniętej dwunastolatki. Sara podrapała się po głowie. 

Czy  tę  wypowiedź  można  potraktować  jak  komplement?  Nie  była  o  tym  przekonana. 

Propozycja zjedzenia posiłku okazała się jak najbardziej na miejscu. W ogrodzie hotelowym 

tuż  koło  werandy  ustawiono  długi  stół  z  mnóstwem  egzotycznych  smakołyków,  wspaniale 

udekorowany  świeczkami  i  kwiatami.  Goście  czekali  w  długich  kolejkach,  by  spróbować 

tutejszych przysmaków, a i Alfred, stojący tuż za Sarą, spoglądał tęsknie w kierunku pełnych 

półmisków. 

- Czy myślisz, że znowu pojedzie do Jaffny? 

- Nie, wykluczam taką ewentualność. Jeśli Helmuth tam się pojawi, zostanie od razu 

schwytany, aż tak głupi nie jest. 

- Przepraszam, panie Elden... To był znajomy taksówkarz. 

- Mam dla pana wiadomość... Alfred odszedł z kierowcą na bok. 

- Tylko nie wpuszczaj nikogo na moje miejsce! - zawołał do Sary. 

Gdy  Alfred  wrócił,  dziewczyna  szła  już  w  kierunku  ich  stolika,  zdenerwowana,  czy 

zdoła utrzymać jednocześnie dwa talerze z nałożonymi wcześniej smakowitymi potrawami. 

- No, udało się, oto twoja porcja. Co mówił kierowca? 

- Helmuth mieszka u tego rybaka, który natrafiał kilkakrotnie na muszlę w okolicach 

Chilaw, chyba pamiętasz? 

-  Pewnie!  Ale  spójrz  tu!  Przyniosłam  ci  faszerowane  chili.  Jest  bardzo  ostre,  więc 

pewnie popiecze cię w środku. 

background image

-  Lubię  ostre  jedzenie  -  odparł  z  uśmiechem  -  ale  w  zupełności  mi  wystarczy  jedna 

papryka,  odłóż  więc  pozostałe.  A  to  co?  Masz  jeszcze  rybę?  W  takim  razie  poproszę.  W 

końcu ustaliliśmy, że przywiezie tu wuja Victora, Sebastiana. Umieram z głodu. 

Sara była zadowolona, że Alfred jest w dobrym nastroju, otwarty i przyjazny. Trzeba 

przyznać, że humor zmieniał mu się często. 

- I co dalej? Co z rybakiem? 

-  Kato  Helmuth  ma  prawdopodobnie  zamiar  udać  się  jutro  z  rana  do  Chilaw. 

Poprosiłem Sebastiana, żeby zabrał nas swoim katamaranem. 

-  Katamaranem!  -  wykrzyknęła  uszczęśliwiona  Sara,  omal  nie  upuszczając  talerza.  - 

Zawsze marzyłam o tym, żeby choć raz popłynąć taką łodzią! 

-  Ty  nie  popłyniesz,  moja  panno!  To  zbyt  niebezpieczne.  Popłynę  z  jeszcze  jednym 

policjantem. To miałem na myśli, mówiąc „my”. 

Sara  w  jednej  chwili  umilkła  i  zaczęła  bezmyślnie  grzebać  widelcem  w  nitkach 

zielonego makaronu na swoim talerzu. 

- A co ty właściwie masz tam do roboty? Przecież nawet nie możesz go zaaresztować? 

- Nie, ale chcę wiedzieć, co robi. Policjant, który popłynie ze mną, będzie uzbrojony. 

Chodzi  o  bezpieczeństwo  rybaka.  Nikt  nie  umie  przewidzieć,  co  Helmuthowi  strzeli  do 

głowy. Przestań już, nie przejmuj się aż tak bardzo. 

-  A  czy  ty  myślisz,  że  to  dla  mnie  wielka  frajda  siedzieć  tu  cały  dzień,  kiedy  ty 

przeżywasz przygody? - spytała obrażona. - Chcę być razem z tobą. 

Popatrzył na Sarę. Na jej twarzy malowało się przygnębienie. 

- Dostaniesz choroby morskiej. 

- Wezmę tabletki. 

- W katamaranie jest mało miejsca. Nie będziesz przecież siedzieć na dnie łódki. 

Milczała demonstracyjnie. 

- Saro, zrozum, że nie mogę cię zabrać. To nie zabawa! 

-  Miałeś  być  tylko  obserwatorem.  A  poza  tym  poinformowano  mnie,  że  Erik 

przyjechał tutaj i pytał się o mnie. Ma zamiar pojawić się znowu jutro. Pewnie był wściekły. 

Troszeczkę mijała się z prawdą. Erik rzeczywiście zjawił się w hotelu Sea Dragon, ale 

nawet  nie  wspomniał,  że  wróci  następnego  dnia.  Recepcjonista  nazwał  Sarę  panią  Elden  i 

powiedział, że mieszka w dwuosobowym pokoju. Erik Brandt nie wyglądał na zadowolonego. 

Alfred znowu popatrzył na Sarę. 

- Niech ci będzie. To przesądza sprawę - odparł w końcu. 

Sara uśmiechała się, triumfując w duchu. 

background image

Alfred  miał  wiele  spraw  do  omówienia  z  przedstawicielami  policji,  z  panem 

Sebastianem Fernando i innymi osobami. W tym czasie Sara ucięła sobie drzemkę. Chciała 

być wypoczęta przed jutrzejszą wyprawą. 

Była uszczęśliwiona swoim małym zwycięstwem, obietnicą uczestnictwa w wyprawie, 

jaką otrzymała od Alfreda. Nie miała ochoty zostawać w hotelu sama, bez zajęcia, mimo że 

okolica była nadzwyczaj malownicza. Do idealnego obrazu czegoś jej jednak brakowało. 

Powoli zapadała w sen, a na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. W oddali słyszała 

cichy śpiew. W końcu całkiem usnęła. 

Obudziła  się,  bo  ktoś  usiadł  na  brzegu  jej  łóżka.  Przy  posłaniu  Alfreda  paliła  się 

lampka, ale on sam Alfred podwiązał w górze moskitierę i przyglądał się jej uważnie. 

- Saro, ja już dłużej tego nie wytrzymam! 

Jego twarz była pełna powagi, by nie rzec - desperacji. Oczy mu pociemniały. 

- Czego nie możesz wytrzymać? Helmutha? 

- Nie, ciebie. Próbowałem unikać cię w ostatnich dniach, ale ani na sekundę nie mogę 

przestać o tobie myśleć. Ale ty pewnie nie odwzajemniasz moich uczuć? 

Zorientowała  się,  że  chciał  powiedzieć  coś  jeszcze,  więc  milczała.  Po  chwili 

spróbował od nowa: 

- Zbyt długo żyłem w samotności, a ty jesteś taką cudowną, dobrą dziewczyną, jedyną, 

która  miała  dość  cierpliwości,  by  znosić  moje  beznadziejne  zachowanie.  W  dodatku  jesteś 

taka śliczna i kobieca. Nie mam już sił, Saro! 

Po tych słowach Sara spontanicznie objęła ramionami jego szyję, on zaś przyciągnął ją 

do siebie, przytulił najmocniej jak potrafił i westchnął głęboko. Wciąż jednak trzymał się w 

ryzach. 

- Ale ty jesteś policjantem - szepnęła mu do ucha. - Masz zasady, jesteś silny i zimny, 

budzisz podziw, czy nie sądzisz, że... 

-  Kochana,  jestem  tylko  człowiekiem!  Przez  kilka  lat  tłumiłem  w  sobie  wszelkie 

uczucia i teraz nie umiem sobie z tym poradzić. 

- Kiedy ty budzisz we mnie taki respekt! Nie mogę wprost uwierzyć, że zależy ci na 

mnie. 

Słyszała  teraz  przyspieszone  bicie  jego  serca.  Nerwy  miał  napięte  do  ostateczności. 

Bał się, że swoim zachowaniem wystraszy dziewczynę. 

Jego usta musnęły ucho Sary. 

- Zapomnij o respekcie wobec mnie, Saro, proszę cię, zapomnij... 

background image

- Ale właśnie dlatego ciągle się zamykałam, dlatego okazywałam ci agresję i wrogość. 

Cały czas panicznie się bałam, że w końcu odkryjesz, jak bardzo cię lubię. Nie miałam nawet 

odwagi przyznać się przed sobą, jak wiele dla mnie znaczysz. Nie chciałam, żeby znowu ktoś 

mnie zranił! 

- Czy myślisz, że mógłbym cię zranić? 

- A czy ty mógłbyś uwierzyć w szczerość moich uczuć, w moje wyznania? Czy dałbyś 

wiarę, że nie chodzi mi tylko o fizyczną bliskość? 

- I mnie nie tylko o to chodzi. 

Sara odetchnęła z ulgą, a Alfred ułożył ją z powrotem na poduszce. 

Przyglądała mu się badawczo. 

-  Wierzę,  że  mówisz  prawdę  -  powiedziała  niepewnie.  -  Nie  myśl,  że  kieruję  się 

współczuciem. Potrzebuję cię i pragnę, kocham cię, ale jednocześnie się boję. 

- Ja też się boję. 

Sarę wzruszyła szczerość Alfreda. Przypomniała sobie jego smutny, zimny pokój, jego 

samotność,  ucieczkę  od  ludzi,  od  miłości  i  ciepła.  Wiedziała,  że  od  kilku  lat  jego  życie 

wypełniały jedynie ból i nienawiść. 

- Wiesz... Nie, to bez sensu, to zbyt trudne, głupie! - dodał zniecierpliwiony. 

- Na pewno nie. Co chciałeś powiedzieć? Zagryzł wargi tak mocno, że aż pobielały. 

-  Boję  się,  by  nie  sprawić  ci  zawodu.  Tak  bardzo  potrzebuję  twojego  ciepła.  Sam 

jestem  soplem  lodu,  któremu  dotąd  obce  były  ludzkie  odczucia.  Miłość  do  ciebie  poraziła 

mnie z taką siłą! Boję się, że nie będę umiał hamować własnych emocji... 

Sara przypatrywała mu się w zamyśleniu, a serce dudniło jej tak, że omal nie pękło. 

- Myślę, że o to nie musisz się martwić. Znużony zamknął oczy. 

-  Cały  wieczór  chodziłem  w  tę  i  z  powrotem  po  werandzie,  wracałem,  próbowałem 

zasnąć. Nie mam pojęcia, co robić. Brakuje mi sił, Saro! 

Podniosła dłoń i delikatnie pogładziła go po policzku. 

-  To  niełatwe  dla  nas  obojga.  Oboje  czujemy  się  samotni  i  zagubieni.  Nie  jesteśmy 

pewni samych siebie i odpychamy się nawzajem, bojąc się ujawnić głębsze uczucia. 

Usta Sary poczęły drżeć w strachu. 

-  Czy  nie  rozumiesz,  że  potrzebuję  cię  tak  samo  jak  ty  mnie?  -  Ujęła  jego  dłoń  i 

położyła na swojej piersi. - Czy czujesz, jak bije mi serce? Jak bardzo tęsknię za tobą? 

Sara  zebrała  całą  odwagę,  żeby  wypowiedzieć  te  słowa.  Wiedziała,  że  Alfred 

potrzebuje z jej strony aprobaty, by uporać się ze swymi problemami. 

background image

-  Tak  -  powiedział  cicho  schrypniętym  głosem.  Wyczuł,  że  piersi  Sary  leciutko  się 

naprężyły, a skóra drżała z rozkoszy, gdy jej dotykał. 

Skuliła się niczym przestraszony szczeniak i uniosła koc, robiąc mu miejsce. 

Podniecony, stęskniony, opadł w jej otwarte ramiona. 

- Przytul mnie, mój kochany - szeptała - tak mocno, jak tylko potrafisz! Czuję się taka 

samotna! 

Wzruszało  ją,  że  ten  z  pozoru  silny  i  chłodny  mężczyzna  szuka  pociechy  właśnie  u 

niej. Sara przymknęła oczy, jęknęła cicho i ujęła jego głowę w dłonie. 

-  Alfredzie  -  mówiła  mu  do  ucha  już  nie  kryjąc  uczuć.  -  Przecież  ja  cię  kocham! 

Dopiero teraz wiem, co to znaczy kogoś kochać! 

-  Saro,  dziecko!  -  uśmiechał  się  uszczęśliwiony,  zaraz  jednak  dodał  zawstydzony:  - 

Nie byłem w stanie trzymać się swojej strony pokoju! 

Wtedy Sara zrozumiała, jak silne jest uczucie, które nimi owładnęło. Już bez wahania 

dała się ponieść w cudowną krainę szczęścia. 

Sara  patrzyła  teraz  na  hotel  Sea  Dragon  z  zupełnie  innej  perspektywy,  z  oddali,  od 

strony oceanu. Siedziała, jak wielu rybaków przemierzających tę trasę dzień w dzień, w łódce 

z czerwonym, łopoczącym na wietrze żaglem. Słońce odbijało się oślepiającym światłem od 

taili wody, więc Sara dałaby wiele za przeciwsłoneczne okulary. Niestety, zapomniała o nich, 

a było już za późno, by po nie wracać. 

Gdyby choć w części zdawała sobie sprawę z tego, jak niewygodne są katamarany, ze 

znacznie  mniejszą  gorliwością  wpraszałaby  się  na  tę  wyprawę.  Bez  względu  na  warunki 

pragnęła  jednak  wszędzie  towarzyszyć  Alfredowi.  Siedziała  teraz  obok  niego  na  wąskich 

deszczułkach, skierowanych ku wysokiemu, wygiętemu pływakowi, utrzymującemu łódkę w 

równowadze.  Dalej  dno  łodzi  było  tak  wąskie,  że  Sebastian  musiał  ustawić  stopy  jedna  za 

drugą,  gdyż  nie  zmieściłyby  się  obok  siebie.  Młody  policjant,  przebrany  za  rybaka,  stal  w 

ś

rodkowej części lodzi i polewał wodą główny żagiel, by lepiej trzymał się go wiatr. 

Już po krótkim czasie Sara odczuwała ból w tej części siedzenia, która spoczywała na 

wąskich, twardych deskach. 

W  obawie  przed  zbyt  intensywnym  słońcem  włożyła  bluzkę  z  długimi  rękawami. 

Włosy ściągnęła gumką w koński ogon. Alfred także opuścił rękawy bluzy i rozkoszował się 

pięknem otoczenia, choć jego twarz zdradzała niepokój za każdym  razem, gdy spoglądał w 

kierunku Chilaw. Niekiedy muskał dłonią rękę Sary, jakby chciał się upewnić, że dziewczyna 

rzeczywiście  siedzi  obok  i  że  do  niego  należy.  Kiedy  patrzył  na  nią,  oczy  wyrażały  taką 

miłość, że Sarę ze wzruszenia ściskało w gardle. 

background image

Przeżyli niezapomnianą noc. Duchowa bliskość, jakiej zaznali, była trudna do opisania 

słowami. Sara znalazłaby  kilka siniaków po silnych uściskach  Alfreda, a wargi paliły ją od 

długich, gorących pocałunków, ale te dolegliwości nie sprawiały jej najmniejszej przykrości. 

Czuła się po raz pierwszy w życiu naprawdę szczęśliwa. Wiedziała, że z jej twarzy niczym z 

książki można teraz wyczytać stan ducha. 

Zapomniała  o  Helmucie,  zapomniała  o  zadaniu,  jakie  im  powierzono.  Nie  miała 

pojęcia, że coś jeszcze miało się wydarzyć w związku z turbinellą. 

background image

ROZDZIAŁ XII 

Sara  była  zadowolona,  że  zabrała  tabletki  przeciwko  morskiej  chorobie.  Wszystko 

bowiem wokół kiwało się i falowało. 

Pistolet miejscowego policjanta spoczywał w foliowej torebce na dnie łodzi. Miał być 

użyty  tylko  w  przypadku  zagrożenia  życia.  Obaj  Syngalezi  kręcili  mocno  głowami 

niezadowoleni  z  obecności  Sary,  ale  Alfred  zapewnił  ich,  że  będą  trzymać  się  w  takiej 

odległości  od  przestępcy,  że  ten  z  pewnością  jej  nie  rozpozna.  Mężczyźni  zabrali  trzy 

lornetki,  więc  Sara  z  góry  mogła  przewidzieć,  kto  będzie  musiał  obejść  się  bez  tego 

przyrządu... 

Helmuth wyruszył na wodę łodzią motorową i dlatego miał nad nimi dużą przewagę. 

Tu się dopiero opalę, pomyślała Sara. 

Policjant wskazał ręką kilka domów daleko przed nimi. To miasto Chilaw, obwieścił. 

Przepłynęli już spory kawałek drogi, zostawiając większość łodzi w tyle, niektóre kierowały 

się w przeciwną stronę, na otwarte wody. Tylko nieliczne sunęły w kierunku miasta. 

Wkrótce  dostrzegli  motorówkę,  którą  Sebastian  rozpoznał  po  kształcie  i  kolorze. 

Dryfowała daleko na morzu, ale nie widać było żadnych raf. 

- W jaki sposób orientują się...? - zaczęła Sara. Sebastian wyjaśnił: 

-  Rybacy  zawsze  wiedzą,  gdzie  znajdują  się  płycizny.  Rozpoznają  głębokość  po 

smaku  wody,  po  jej  temperaturze  i  zawartości  soli.  Nie  oznaczamy  miejsc,  w  których 

zarzucamy sieci, w ten sposób nikt ich nam nie skradnie. 

Skandynawowie nie mogli wyjść z podziwu. 

Na lśniących falach mijali wiele katamaranów i łodzi silnikowych, dlatego też gdy ich 

łódź podpłynęła, zarzucając cumę w odpowiedniej odległości od łódki Helmutha, nie budzili 

niczyjego zainteresowania. 

Motorówka  przypłynęła  prawdopodobnie  tuż  przed  nimi.  Widać  było,  że  znajdujący 

się  na  niej  rybak  dopiero  co  wynurzył  się  z  wody;  Kato  Helmuth  tymczasem  wkładał 

kombinezon nurka. 

- A gdzie on zdobył pełne wyposażenie? - dziwił się Alfred, obserwując motorówkę 

przez lornetkę. 

Cała trójka wypatrywała, co dzieje się na tej łodzi. Sara zerkała z nadzieją na Alfreda 

licząc, że pozwoli jej popatrzeć choć przez chwilę przez lornetkę, ale on zdawał się tego nie 

zauważać. 

background image

-  Kto  to  jest,  co  to  za  rybak?  -  pytał  dalej  Alfred.  -  Chodzi  mi  o  jego  styl  życia, 

charakter? 

- Myślę, że to porządny człowiek - odparł policjant. 

Nieszczególnie bystry, na pewno nie stroni od mocnych trunków, ale z pewnością nie 

należy do przestępców. Przypuszczam, że nie wie, jakiego typa zabrał ze sobą do łodzi. 

- Miejmy nadzieję, że nic złego mu się nie przytrafi - mruknął komisarz. 

- Czy nie moglibyśmy podpłynąć trochę bliżej? - spytał miejscowy policjant, kręcąc 

się niecierpliwie. 

- Nie wiem - Alfred spojrzał zakłopotany na Sarę. - Problem w tym, że  dziewczynę 

nietrudno odróżnić. 

Sebastian  znalazł  chustkę,  którą  zawiązał  Sarze  na  głowie,  chroniąc  ją  przed 

promieniami słonecznymi. 

-  Teraz  panienkę  trudno  rozpoznać  -  rzekł  i  zwrócił  się  do  Alfreda:  -  A  ty,  z  twoją 

ciemną opalenizną, możesz z powodzeniem uchodzić za półkrwi Syngaleza. Ale koniecznie 

zdejmij koszulę. 

Sara orientowała się, że miał na myśli pół Syngaleza, pół Europejczyka. 

Alfred  ściągnął  koszulę.  Rzeczywiście  był  bardzo  mocno  opalony,  choć  nie  tak 

brązowy jak tutejsi mieszkańcy. 

Podpłynęli bliżej. Helmuth był już gotowy do zejścia na dno. Usłyszeli plusk wody i 

Helmuth zniknął pod powierzchnią. 

Nie pozostawał tam długo. Kiedy się wynurzył, wyglądał na rozzłoszczonego. Zdjął z 

pleców butlę z tlenem i ostrym głosem krzyknął coś do rybaka. 

- Prawdopodobnie aparat do oddychania nie jest w porządku - uznał Alfred. - Widać, 

ż

e mu się nie przyda. 

- Podpłyniemy jeszcze bliżej. 

Teraz  nie  potrzebowali  już  lornetek,  by  śledzić,  co  dzieje  się  na  łodzi  obok.  Sarze 

polecili usadowić się tak, by jej jasna buzia nie rzucała się w oczy. A taka była dumna, że 

słońce ładnie ją opaliło! Czuła się obrażona. Mężczyźni udawali, że pilnie łowią ryby. 

Rybak po raz drugi został wysłany pod wodę przez rozsierdzonego Helmutha. Sara nie 

mogła pojąć, że Syngalez wytrzymał tam tak długo bez żadnego wyposażenia. W końcu sam 

Helmuth zaczął się niepokoić. Przechylił się przez burtę i zerkał w głębinę. 

Na  koniec  mężczyzna  wynurzył  się  i  ku  przerażeniu  obserwujących  wskazał  rękaw 

kierunku ich łodzi. 

- Cholera! - zaklął Alfred. - Zmieniają miejsce. Czy i my mamy się przesunąć? 

background image

- Nie ma się czego obawiać - odparł Sebastian. - Z pewnością nas nie rozpoznał. 

Motorówka  zbliżyła  się  nieco.  Sara,  przewieszona  przez  drugą  burtę,  udawała,  że 

wędkuje. 

Łódź zatrzymała się kilkaset metrów od nich. 

-  Teraz  nie  waż  się  pokazywać!  -  ostrzegł  Alfred  dziewczynę.  Sam  „łowił”  po  tej 

samej stronie co ona, gdyż także nie chciał zostać rozpoznany. 

Słońce  prażyło  niemiłosiernie.  Sara  narzuciła  koszulę  na  ramiona  w  obawie  przed 

egzemą  słoneczną.  Mimo  to  skóra  zaczęła  schodzić  jej  dużymi  płatami.  Dotychczas  bardzo 

uważała, żeby nie przesadzić z opalaniem. Westchnęła nad swą opalenizną, z której za chwilę 

nic nie zostanie. 

Rybak  znowu  pojawił  się  na  powierzchni.  Kiedy  znalazł  się  na  łódce,  podniecony 

powiedział coś do Helmutha. 

-  Znalazł  to  miejsce  -  skomentował  Sebastian.  Kato  Helmuth  najpewniej  polecił 

rybakowi  wydobyć  muszlę,  a  kiedy  ten  kategorycznie  odmówił,  zdawał  się  grozić 

mężczyźnie. Policjant schwycił za pistolet. 

- Spokojnie, nie ma obawy. Potrzebuje go, by wrócić na ląd - powiedział Sebastian. 

Przyznali mu rację. Nadal obserwowali, co dzieje się na motorówce. Helmuth trochę 

się  uspokoił,  przestał  krzyczeć  i  nie  potrząsał  już  Syngalezem,  który  zachował  respekt  dla 

tamilskich  wierzeń.  Zgodnie  z  nimi  tylko  Tamile  mogą  bezpiecznie  poszukiwać  świętych 

muszli. 

Helmuth, gestykulując energicznie, dawał do zrozumienia, że sam zejdzie pod wodę. 

- Czy on jest w stanie to zrobić? - zapytała Sara. 

- Jako były komandos jest świetnie wyszkolony i wysportowany - odparł Alfred. - Z 

pewnością  potrafi  też  nurkować,  ale  na  pewno  nie  wytrzyma  tak  długo  pod  wodą  jak 

miejscowy rybak. 

Helmuth namawiał Syngaleza, by zszedł z nim na dno, ale ten nie chciał się zgodzić. 

Teraz  Helmuth  najwyraźniej  prosił  o  wskazanie  mu  miejsca,  w  którym  leżał  rzadki 

okaz. I znowu, pomagając sobie gestami rąk, rybak dokładnie wyjaśnił, jak wygląda płycizna. 

-  „Wydaje  mi  się,  że  w  tym  miejscu  znajduje  się  spore  zbiorowisko  owych  Indian 

Chank - tłumaczył dalej Sebastian. - Widzę, że pokazuje naraz wszystkie palce obu rąk, by 

określić liczbę. 

- Jest wśród nich tylko jedna lewoskrętna, prawda? 

background image

- Oczywiście. Ale to właśnie tamte pozostałe powstrzymują go przed zanurkowaniem 

-  wtrącił  policjant.  -  Pewnie  słyszał,  co  dzieje  się  ze  śmiałkiem,  który  tknie  drogocenną 

muszlę. 

- Tamile często plotą od rzeczy - mruknął pod nosem Sebastian. 

Alfred  miał  dość  wyczucia  i  dobrego  tonu,  by  nie  pytać,  czy  Sebastian  sam 

zdecydowałby się nurkować w poszukiwaniu takiego skarbu. 

Helmuth  zeskoczył  z  łodzi,  odczekał  chwilę,  po  czym  nabrał  powietrza  w  płuca  i 

zniknął pod powierzchnią. 

-  Niełatwo  tu  nurkować  -  odezwał  się  Alfred  -  woda  jest  bardzo  zasolona,  co 

praktycznie uniemożliwia utonięcie, nawet jeśli ktoś miałby taki zamiar. 

Sara  dobrze  o  tym  wiedziała,  gdyż  sama  wcześniej  próbowała  nurkować.  Woda 

wypychała ją jak korek. 

Helmuth  nadspodziewanie  długo  przebywał  pod  wodą.  Gdy  się  pojawił,  wyraźnie 

domagał się dokładniejszych wskazówek. Rybak objaśniał więc dalej. 

Wyglądało  na  to,  że  Helmuth  wreszcie  pojął,  gdzie  znajduje  się  owo  szczególne 

miejsce. Ponownie zanurzył się w łagodne fale. 

- Co zrobimy, jeśli wyłowi muszlę? - zapytała Sara. - Odbierzemy ją? Tego bym sobie 

nie życzyła. 

- Nie, to nie wchodzi w grę. Będziemy cierpliwie czekać, niech inni się tym martwią. 

Mam na myśli policję angielską, norweską czy miejscową. Nie możemy mu przecież zakazać 

połowów muszli. Ma być ukarany za popełnienie morderstwa. 

Ocean lśnił tysiącem barw, wszyscy trwali w napięciu. 

- Znowu za długo - mruknął Sebastian. - Stanowczo za długo. 

Sara  odwróciła  się  w  kierunku  motorówki.  Dostrzegła,  że  zaniepokojony  rybak 

wychyla się z lodzi i patrzy w wodę. 

- Coś jest nie tak! Podpłyń bliżej! - powiedział cicho Alfred. 

Sebastianowi nie trzeba było tego powtarzać, tym bardziej że rybak z motorówki już 

zaczął się rozglądać za pomocą. 

- Płyniemy do was! - krzyknął Sebastian. 

- Niedobrze - westchnął Alfred. 

Powierzchnia wody wciąż była gładka. Ani śladu Helmutha. 

Dobili do motorówki. 

Rybak dostrzegł obecność Europejczyków i odezwał się dość nieudolnym angielskim: 

- On tak nalegał, tak nalegał! 

background image

- Czy zauważyłeś pęcherzyki powietrza? 

- Wcześniej widziałem, ale teraz to już nie! Namawiali rybaka, by wskoczył do wody. 

Wahał  się  chwilę,  po  czym  zanurkował.  Za  moment  pojawił  się  na  powierzchni,  głośno 

krzycząc. Oczy miał szeroko rozwarte i przerażone, nie zdążył zamknąć ust i napił się wody. 

Czym prędzej wciągnęli zszokowanego właściciela motorówki na pokład. 

Rybak nie przestawał krzyczeć. Zbliżyły się do nich inne łodzie, ale nikomu nie udało 

się wydobyć z Syngaleza ani jednego sensownego słowa. 

W końcu policjant oświadczył: 

- Ja zejdę na dno! - I zanim zdołali go powstrzymać, już skoczył z głośnym pluskiem. 

Rybak w dalszym ciągu jęczał, pozostali w napięciu czekali na policjanta. Nie był tak 

wyćwiczony  we  wstrzymywaniu  oddechu  jak  rybacy,  więc  szybko  pojawił  się  na 

powierzchni.  Mimo  opalenizny  widać  było,  że  bardzo  zbladł,  przejęty  tym,  co  zobaczył  w 

wodzie. Błyskawicznie wciągnięto go na pokład. 

- Odpłyńmy stąd! - rzucił krótko. 

- Jak to...? - zaprotestował Sebastian. 

-  Umocujcie  katamaran  do  motorówki  i  zabierajmy  się  czym  prędzej!  To  nie  jest 

miejsce dla ludzi! 

Zaskoczeni, zdumieni, uczynili jednak, jak mówił. 

- Widziałeś go? - zapytał Alfred. - Nie! 

- Więc jak mogłeś...? 

Policjant był wyraźnie podenerwowany. 

- Owszem, widziałem go. To znaczy myślę, że to chyba był on. Nie ma go co ruszać. 

Nic więcej na ten temat nie powiem. Uciekajcie stąd! - krzyczał w kierunku innych łodzi. - 

Rozproszcie  się!  Wracajcie  do  swoich  sieci!  Łodzie  oddalały  się  powoli.  Sara  ujęła  rękę 

Alfreda. 

- Czy myślisz, że...? Nie dokończyła zdania. 

Na twarzy Alfreda malowała się niepewność. 

- Wszystko mogło się zdarzyć. Mógł pojawić się rekin. Poza tym Ocean Indyjski na 

takich głębokościach roi się od nieznanych, niebezpiecznych ryb, ośmiornic, jadowitych węży 

morskich czy morskich krokodyli. 

Alfred zamilkł w końcu, nie udało mu się przekonać Sary, jego słowa nie przekonały 

też miejscowych rybaków. 

background image

Rybak  z  motorówki  siedział  skulony  i  zanosił  się  płaczem.  Policjant,  który  także 

widział, co się stało, jakby skamieniał: nie mrugnął okiem, ani jeden mięsień nie drgnął mu na 

twarzy. A właśnie on był najweselszy, kiedy wypływali. 

Sunęli wolno. Gdy rybak z motorówki nieco się uspokoił, policjant przesiadł się z nim 

do jego łodzi. Przywiązali do niej katamaran, zapalili silnik i nabrali prędkości. 

Sara siedziała zamyślona. Była przekonana, że już nigdy się nie dowie, co stało się z 

Kato Helmuthem. 

Tych  kilka  dni  w  Sri  Lance,  które  im  pozostały,  Sara  i  Alfred  wykorzystali  na 

zwiedzanie.  Kiedy  Alfred  załatwił  już  wszystkie  sprawy  związane  z  ich  misją,  kiedy  ob-

dzwonił Norwegię i Anglię, mogli wreszcie zakosztować prawdziwego wypoczynku. Kąpali 

się  tak  długo,  aż  pomarszczyła  im  się  skóra  na  czubkach  palców  rąk  i  nóg.  Odwiedzili  też 

kilka ciekawych miejsc, kupili pamiątki. Często towarzyszył im Lasse, który z entuzjazmem 

robił im wykłady na temat muszli i ślimaków. Wstąpili także do swoich nowych syngaleskich 

przyjaciół. Sebastian zaprosił ich do domu i wspaniale ugościł. Sara nie mogła się nadziwić, 

jak wielu sąsiadów zaglądało przez okna, by przypatrzeć się szacownym gościom z Europy. 

Kiedy już jedli, dzieci z okolicznych domów obstąpiły ich stół. 

Wieczory  i  noce  mieli  tylko  dla  siebie.  W  tym  czasie  zrodziła  się  między  nimi  taka 

bliskość,  jaką  trudno  sobie  nawet  wyobrazić.  Rozmawiali  ze  sobą  otwarcie  i  z  pełnym 

zaufaniem. 

Sara  dostrzegła  jednak,  że  Alfred  co  jakiś  czas  błądzi  myślami  gdzieś  daleko. 

Wiedziała, co go dręczy. W takich chwilach gładziła go delikatnie, brała jego dłoń w swoją, 

by odczuł, że jest przy nim, że teraz wspólnie będą walczyć o zdrowie Torii. Któregoś dnia 

spytała nawet, czy nie mogliby zabrać dziewczynki do siebie. On jednak był innego zdania. 

Torii żyje we własnym świecie i nie można nawiązać z nią kontaktu. Nie ma sensu, by Sara 

tak się poświęcała. 

I tak dni na Cejlonie dobiegły końca. Wreszcie, obiecując przyjaciołom, że będą pisać 

i kiedyś jeszcze tu przyjadą, opuścili wyspę. 

Norwegia  przywitała  ich  chłodem.  Wychodząc  z  samolotu,  trzęśli  się  z  zimna.  Sara 

zrezygnowała z pracy w „Elitebetong” i znalazła sobie inne zajęcie. Żadne z nich nie chciało, 

ż

eby nadal pracowała w jednej instytucji z Erikiem Brandtem. 

W  pierwszym  tygodniu  po  powrocie  Sara  wybrała  się  z  Alfredem  odwiedzić  jego 

siostrę Torii. Bardzo denerwowała się przed spotkaniem ze swoją przyszłą szwagierką, jedyną 

bliską im osobą. 

Gdy dotarli na miejsce, podeszła do nich pielęgniarka. 

background image

- Dobrze, że pan się zjawił, panie komisarzu. 

Alfred znieruchomiał. 

- Czy coś się stało z Torii? 

- Nie, nic groźnego - uśmiechnęła się siostra - tylko ostatnio jest bardzo niespokojna. 

- Niespokojna? Torii? 

- Tak. W ostatnią niedzielę zauważyliśmy, że zachowuje się inaczej niż zwykle. Mam 

wrażenie, że to dlatego, iż nie pojawił się pan z wizytą. 

- Ale przecież ona nigdy nie reaguje na moją obecność! Wydawało mi się, że jej jest to 

najzupełniej obojętne! 

- Wszyscy uważamy, że tęskni za panem. Alfred ożywił się i przyspieszył kroku. 

Torii była śliczną czarnowłosą dziewczyną, choć teraz na jej bladej buzi malowała się 

apatia. Miała zaledwie piętnaście lat, gdy Helmuth upatrzył ją sobie na zdobycz i ofiarę. 

Alfred  był  bardzo  zawiedziony,  bo  siostra  ani  jednym  gestem  nie  dała  poznać,  że 

cieszy się z jego przybycia. 

-  Cześć,  Torii  -  powiedział  cicho.  -  Już jestem  z  powrotem.  Musiałem  na  jakiś  czas 

wyjechać. Jak się masz, moja mała? 

Nie było odpowiedzi. Smutne oczy patrzyły gdzieś daleko w przestrzeń. 

-  To  jest  Sara.  Niedługo  mamy  zamiar  się  pobrać.  Mam  nadzieję,  że  przyjdziesz  na 

nasz ślub. 

- Dzień dobry, Torii - zagadnęła Sara. - Bardzo chciałabym cię poznać. 

Najmniejszej reakcji. 

Pozostali przy niej aż do końca odwiedzin. Alfred posadził Torii na wózek i pojechali 

do  parku.  Rozmawiał  z  siostrą  tak,  jakby  była  zdrowym  człowiekiem,  nie  zniechęcał  się 

brakiem odpowiedzi. 

W końcu odważyli się na eksperyment. 

- Torii - zaczął Alfred ostrożnie - ten niedobry człowiek już nie istnieje. Nie żyje. 

Czy to delikatne drgnięcie ust, czy tylko złudzenie? Alfred nie rezygnował: 

- Kato Helmuth nie żyje, rozumiesz? Już nigdy nie zrobi ci krzywdy. 

Czekali w napięciu. Wreszcie Sara spytała: 

- A może podał jej inne nazwisko? 

- Sam już nie wiem - rzekł Alfred zrezygnowanym głosem. 

Wrócili  z  Torii  do  jej  pokoju  i  ułożyli  z  powrotem  na  łóżku.  Gdy  Alfred  okrywał 

siostrę kocem, Sara wyszeptała: 

- Zobacz! Ona coś mówi! 

background image

- Torii, co ty mówisz? - zapytał Alfred. 

W tym momencie do pokoju weszła oddziałowa. 

- Torii często w ten sposób porusza wargami - powiedziała. - Ale nigdy nie doszliśmy, 

co próbuje powiedzieć. 

- Wydaje mi się, że to jakby jedno słowo - dodała Sara. 

- Tak. Na dodatek ciągle to samo. Alfred pobladł. 

- Wiem, co ona mówi - odparł bezdźwięcznie. - Wymawia imię. 

Głos mu się załamał. Pochylił się nad siostrą. 

- Geir już nie przyjdzie, musimy się z tym pogodzić. To nie była twoja wina, wierz mi, 

nie możesz tak myśleć! 

Torii opadła na łóżko. Znów ogarnęła ją apatia, której nie mogli pojąć ani pokonać. 

Kilka tygodni później do drzwi mieszkania Sary, do którego przeniósł się już Alfred, 

zadzwonił dzwonek. 

- Lasse, jak to miło! Wchodź do środka! 

- Jestem tu przejazdem, bo wybieramy się w góry. Pomyślałem, że... Zabrałem ze sobą 

część moich zbiorów, które chciałem wam pokazać. Mam też kilka podwójnych muszli, więc 

może spodobają ci się, Saro? 

-  Cześć,  Lasse.  -  Alfred  wyszedł  na  korytarz  i  przywitał  się  z  chłopcem.  -  Właśnie 

wychodzimy  w  odwiedziny  do  mojej  siostry,  która  przebywa  w  domu  opieki.  Nie  możemy 

opuścić tej wizyty. Ale jeśli masz ochotę z nami pojechać, pogadamy w samochodzie. 

Lasse  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Jadąc  samochodem,  gawędzili  żywo,  a  Lasse 

pokazywał im swoje skarby. Sarze podobały się muszle chłopca, ale nie chciała się przyznać, 

ż

e nie podziela jego pasji zbieracza. Po dramatycznych wydarzeniach w Sri Lance właściwie 

miała już muszli po dziurki w nosie. 

U  Torii  nie  wydarzyło  się  nic  nowego.  Pielęgniarki  mówiły,  że  po  ostatniej  wizycie 

Alfreda dziewczynka się uspokoiła. 

Lasse  okazał  chorej  wiele  ciepła.  Wzruszył  go  los  ślicznej  Torii.  Opowiadał  jej  o 

Alfredzie i Sarze, o ich przyjaźni, jaka nawiązała się w Sri Lance. Mówił też, że Torii także 

powinna  kiedyś  odwiedzić  ten  wspaniały  kraj.  Potem  podał  dziewczynie  kilka  muszli  o 

intensywnych kolorach, resztę ułożył na podłodze tuż przed nią. Nie przejmując się brakiem 

reakcji, opisywał każdy z okazów. 

Od  Alfreda  i  Sary  Lasse  dowiedział  się  o  turbinelli  i  tajemniczej  śmierci  Kato 

Helmutha. 

Po chwili namysłu chłopiec rzekł: 

background image

- Jestem realistą. Mogę się założyć, że to była sprawa rekina. 

-  Też  tak  sądzę  -  odparł  Alfred,  ale  Sara  wyczuła  w  jego  głosie  coś,  co  kazało  jej 

przyjrzeć mu się dokładniej. 

Jednak nic szczególnego nie dostrzegła, więc odwróciła się i nagle szepnęła: 

- Alfredzie, popatrz! 

Ręce  Torii  spoczywały  teraz  na  dywanie,  ale  palce  poruszały  się  lekko  i  usiłowały 

dosięgnąć muszelek. Zwłaszcza kauri przyciągała jej uwagę. 

Znieruchomieli,  tylko  Lasse  błyskawicznie  sięgnął  po  muszlę  i  położył  ją  na  dłoni 

Torii. 

-  Zobacz  tylko!  Czy  ona  nie  jest  wspaniała  w  dotyku?  Dłoń  Torii  objęła  muszlę. 

Dziewczynka  podniosła  wzrok  i  przyglądała  się  Lassemu,  podczas  gdy  on  niestrudzenie 

ciągnął swoje historie o ślimaczych domkach. 

I wreszcie twarz chorej dziewczyny rozjaśnił niepewny uśmiech. Wciąż nie spuszczała 

oczu z chłopca. 

-  Przez  dwa  długie  lata  próbowałem  nawiązać  z  nią  kontakt  -  wyszeptał  z 

niedowierzaniem Alfred. 

Sara śmiała się do niego roziskrzonymi oczami. 

- Jesteś tylko bratem, Alfredzie, tylko bratem! Obecność Lassego zupełnie odmieniła 

ś

wiat Torii. 

Nic  dziwnego:  młodą  dziewczynę  stale  otaczały  jedynie  kobiety  -  pacjentki  i 

pielęgniarki, tylko co jakiś czas wpadał brat, teraz również z narzeczoną. 

Lasse zrezygnował z wyprawy w góry. Zdecydował się na coś innego: dzień w dzień 

odwiedzał Torii w szpitalu. 

Gdy  Sara  i  Alfred  pojawili  się  tydzień  później  z  kolejną  wizytą,  przywitała  ich 

rozpromieniona pielęgniarka. 

- Nie poznacie jej! - zapewniała. - Są teraz oboje w parku i ćwiczą chodzenie. Torii 

wykazuje wiele zapału, wierzę więc, że się im powiedzie. Przedtem brakowało jej motywacji. 

Zatrzymali się w pewnej odległości od młodych  i przyglądali się próbom. Po chwili 

Torii spostrzegła brata i Sarę i od razu się ożywiła. Podeszli bliżej. 

- Torii, siostrzyczko! - wykrztusił Alfred i objął czule dziewczynę. 

Torii stała dłuższy czas bez ruchu, po czym odezwała się cicho: 

- Byłeś dla mnie taki dobry! Bardzo ci za wszystko dziękuję. 

Nie zdołał odpowiedzieć, wzruszenie ścisnęło mu gardło. 

- Sarę też lubię, i Lassego. 

background image

Kiedy wypowiadała imię chłopca, w jej głosie dało się wyczuć szczególny ton. 

- Na pewno jej nie zawiodę - obiecał Lasse, zwracając się do Alfreda. - Opowiedziała 

mi o wszystkim, co przeszła. Bardzo dobrze się stało, że wreszcie mogła o tym porozmawiać. 

- Na pewno. Lasse, dziękuję ci. Sam nie wiem, jak mógłbym ci się odwdzięczyć. 

- Nie ma za co dziękować - burknął chłopak pod nosem, po czym wziął Torii za rękę i 

poszli dalej ćwiczyć chodzenie. 

W drodze powrotnej, w samochodzie, Sara rzekła w zamyśleniu: 

- Oszukałeś Helmutha, prawda? 

- Co masz na myśli? 

- Wiedziałeś, że sir Constable wycofał swoją ofertę, ale przemilczałeś to. Helmuth nie 

zdawał sobie z tego sprawy. 

- Nie - przyznał. - Chyba rozumiesz, że nie mogłem puścić go wolno. Musiałem mieć 

pewność, że go zatrzymamy. 

- Ryzykowałeś w ten sposób niejedno życie. 

- Nie mieliśmy innego wyjścia. W przeciwnym razie znowu zniknąłby  nie wiadomo 

gdzie i popełniał kolejne przestępstwa. 

-  Być  może  masz  rację.  -  Sara  na  moment  zamilkła.  -  Ale  ty  wiesz,  jak  zginął 

Helmuth? 

- Utopił się - otrzymała krótką odpowiedź. 

- Tak, ale dlaczego? Jestem pewna, że dobrze wiesz. Mam rację? 

Alfred westchnął. 

- Wiem, w każdym razie wiem tyle, co opowiedział mi nurkujący za nim policjant. 

Zapadła cisza. Sara nie wytrzymała i znowu zapytała: 

- No więc jak? 

-  Jesteś  okropnie  ciekawska.  Zobaczył  wielkie  zbiorowisko  muszli,  które  jakby  coś 

pokrywały, ale to niczego nie dowodzi. Mogły na przykład porastać koralowiec. „Wyobraźnia 

Syngaleza  dopowiedziała  resztę.  Ciało  Helmutha  mogło  znajdować  się  w  zupełnie  innym 

miejscu. 

- No tak... - rzekła Sara, po czym znowu umilkła, tym razem na dłużej. - Słuchaj, czy 

nie moglibyśmy przesunąć daty ślubu? 

Alfred zjechał na pobocze i zatrzymał samochód. 

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że teraz żałujesz? 

- Ależ skąd. Przeciwnie. Przecież właściwie nie musimy czekać.. 

- Przecież sama o to prosiłaś. 

background image

- Tak, ale wtedy uważałam, że powinniśmy skoncentrować się na zdrowiu Torii. 

Alfred objął ją czule i przytulił do siebie. 

- Ale dlaczego teraz zmieniłaś decyzję? 

Sara nachyliła się ku niemu i wyszeptała nieśmiało: 

- Bo uważam, że mamy za małą rodzinę. 

- Może i tak, ale co z tego wynika? 

- Oczywiście trzeba przysporzyć jej nowych  członków... Jego twarz rozjaśniła się w 

uśmiechu. 

-  Świetny  pomysł!  W  takim  razie  nie  odkładajmy  ślubu!  Myślisz,  ze  Torii  będzie 

mogła nam towarzyszyć? 

-  Mam  wrażenie,  że  tak.  I  że  będzie  bardzo  szczęśliwa.  Do  niedawna  surowy, 

zamknięty  w  sobie  komisarz  Elden  nie  mógł  się  powstrzymać,  by  nie  wykrzyczeć  na  cały 

ś

wiat swej radości. 

- Saro! - zawołał. - Nie miałem pojęcia, że życie może być takie piękne! Dziękuję ci, 

najmilsza, że otworzyłaś mi oczy!