background image
background image

Margaret Peterson Haddix

Dzieci cienie

Wśród zdradzonych

Wśród notabli

Przełożyła Małgorzata Kaczorowska

background image

W

ŚRÓD

 

ZDRADZONYCH

Dla Metedith

background image

R

OZDZIAŁ

 

1

  Z  koszmarnego   snu   można   się   prędzej   czy 

później obudzić.

Nina   powtarzała   to   sobie,   kuląc   się   na 

betonowej   podłodze   celi.   Przez   całe   życie 
prześladowały   ją   okropne   sny   o   tym,   że   została 
złapana przez Policję Populacyjną. Czasem trzymali 
szufle i podnosili ją jak śmieć z ulicy, a czasem mieli 
karabiny,   którymi   szturchali   ją   w   plecy   albo   w 
głowę.

Zawsze jednak budziła się, zanim któryś z nich 

pociągnął za spust.

Pewnego   razu   przyśnił   się   jej   nawet   policjant 

populacyjny,   który   przyszedł   po   nią   ubrany   w 
marszczoną koszulę nocną i czepek cioci Zenki. Całe 
miesiące po tym śnie Nina odmawiała dawania cioci 
Zence całusa na dobranoc i nikt nie wiedział, o co jej 
chodziło, a ona nie mogła powiedzieć, bo wszyscy 
by się śmiali, a to nie było zabawne.

Nina wiedziała, że ma prawo bać się śmiertelnie 

Policji Populacyjnej. Byli Złym Wilkiem, Babą Jagą 
i   wszystkimi   potworami   i   złoczyńcami,   o   jakich 
kiedykolwiek słyszała, w jednym.

Ale   podobnie  jak  Zły  Wilk,   Baba   Jaga   i  inne 

potwory, Policja Populacyjna stanowiła część świata 
opowieści i koszmarnych snów, a nie rzeczywistości.

background image

Teraz   zaś   Nina   uderzyła   głową   o   betonową 

ścianę za plecami.

–   Obudź   się!   –   nakazała   rozpaczliwie   samej 

sobie. – Obudź się!

Uderzenie sprawiło, że głowa ją zabolała, a to 

nie mogło się dziać we śnie, prawda? W snach nic 
nie bolało. Mogli cię wychłostać do krwi, a ty nic nie 
czułaś, mogli związać ci nogi, żebyś nie uciekła, a 
sznury nie ocierały.

Nadgarstki i kostki u nóg Niny były otarte do 

krwi   przez   kajdanki   przykuwające   ją   do   ściany,   a 
skóra   na   plecach   tak   pocięta,   że   każde   dotknięcie 
materiału   sukienki   wysyłało   falę   bólu.   Jedno   oko 
miała   spuchnięte   od   pobicia   i   nie   mogła   go 
otworzyć.

Wszystko ją bolało.
Nina powtarzała sobie jednak z uporem, że jej 

aresztowanie to koszmarny sen.

Rozpamiętywała   w   kółko   nierealność   swoich 

wspomnień, zupełnie jakby aresztowanie było czymś 
dobrym – a nie najgorszym momentem w jej życiu. 
Nie   mogła   sobie   przypomnieć   policjantów 
populacyjnych   wchodzących   do   jadalni   i 
wywołujących jej nazwisko – czy to nie znaczyło, że 
cała historia nie wydarzyła się naprawdę? Prawda? 
Prawda? Siedziała sobie, jedząc śniadanie i ciesząc 
się   z   tego,   że   znalazła   całe   trzy   rodzynki   w 
owsiance, aż nagle w jadalni zapadła głucha cisza i 

background image

wszyscy   wlepili   w   nią   wzrok.   Czuła   te   wszystkie 
spojrzenia   –   upuściła   łyżkę,   a   owsianka   ochlapała 
siedzącą   obok   dziewczynkę.   Jednakże   Lisie   nie 
powiedziała   ani   słowa,   tylko   gapiła   się   tak   jak 
pozostali.   Właśnie   te   spojrzenia,   a   nie   dźwięk   jej 
nazwiska,   sprawiły,   że   Nina   wstała   i   wyszła   na 
środek, pozwalając, żeby zakuto ją w kajdanki.

Jakim imieniem mnie wywołali? – zastanawiała 

się Nina. – Nina, czy... czy...

Nie, nie mogła nawet myśleć o tym, ponieważ w 

jej   snach   Policja   Populacyjna   potrafiła   czasem 
czytać w myślach.

Nina wróciła do rozpamiętywania tamtej chwili, 

przypominając   sobie   inne   dziewczynki,   które 
siedziały bez ruchu jak lalki na półce, podczas gdy ją 
prowadzono niekończącym się przejściem pomiędzy 
stołami.   Znajoma   jadalnia   zmieniła   się   jakimś 
sposobem w dolinę pełną oczu – Nina nie oglądała 
się na prawo ani na lewo, ale czuła te wszystkie oczy 
śledzące ją w milczeniu. Przypominały oczy lalek, 
puste jak szklane paciorki.

Dlaczego   nikt   nie   stanął   w   mojej   obronie?  – 

zastanawiała   się   Nina.   –  Dlaczego   nikt   się   nie  
odezwał,   nie   zaczął   prosić,   błagać,   starać   się   nie  
dopuścić, żeby mnie zabrano?

Wiedziała. Nawet jeśli to był tylko koszmarny 

sen   –   a   był,   prawda?   –   wiedziała,   że   pozostali 
siedzieli zbyt przerażeni, żeby chociaż pisnąć. Sama 

background image

byłaby zbyt   przerażona, by  powiedzieć   cokolwiek, 
gdyby to ktoś inny jak we śnie zmierzał w stronę 
mężczyzny   obwieszonego   medalami,   gdyby   ktoś 
inny   spośród   nich   miał   zostać   aresztowany. 
(Dlaczego to była ona? Jak ją rozpoznali? Dlaczego 
tylko   o   niej   wiedzieli?  Przestań  –   skarciła   się   w 
myślach. – Koszmary nigdy nie mają sensu).

Pamiętała   teraz,   jak   trudno   jej   było   poruszać 

nogami: w górę, w dół, prawa, lewa, bliżej, bliżej... 
Nie   mogła   także   zaprotestować   ani   bronić   się,   bo 
gdyby   otworzyła   usta   choćby   po   to,   żeby   jęknąć, 
dostałaby ataku histerii.

Nie zabijajcie mnie! Jestem tylko dzieckiem, nie  

chciałam złamać żadnego prawa, to nie moja wina. I  
proszę, nie zabierajcie Jasona...

Teraz, siedząc w więziennej celi, Nina zacisnęła 

zęby   w   obawie,   że   te   słowa   zdążą   jeszcze   się   jej 
wymknąć. Nie mogła  sobie na to pozwolić – ktoś 
mógł podsłuchiwać i usłyszeć jego imię. Niezależnie 
od   tego,   co   zrobi,   musi   chronić   Jasona.   Jasona, 
babcię i ciotki, no i oczywiście rodziców. Potrafiła 
trzymać   język   za   zębami,   jeśli   chodziło   o 
pozostałych,   ale   chciała   wypłakać   imię   Jasona, 
wykrzyczeć je na głos.

Jason,   wiesz,   gdzie   jestem?  Czy   zaniepokoiłeś 

się, kiedy nie pojawiłam się na spotkaniu w lesie?  
Jesteś taki odważny, czy mógłbyś... czy mógłbyś mnie  
uratować?

background image

Była okropnie głupia – to przecież tylko sen. Za 

kilka   minut   zabrzmi   poranny   dzwonek,   a   ona 
otworzy   oczy   i   znajdzie   się   na   chwiejnej   górze 
piętrowego łóżka w Szkole dla Dziewcząt Harlow. 
Potem   umyje   zęby,   opłucze   twarz,   ubierze   się   i 
może, ale tylko może, znajdzie podczas śniadania w 
owsiance cztery rodzynki...

W   jej   głowie   znów   pojawił   się   moment 

aresztowania. Przypomniała sobie, jak podeszła do 
drzwi jadalni i stanęła przed policjantem. W ostatniej 
chwili,   tuż   przedtem,   zanim   policjant   zatrzasnął 
stalowe   kajdanki   na   jej   nadgarstkach,   zauważyła 
innego mężczyznę stojącego za nim i wpatrującego 
się w nią tak samo uważnie, jak jej koleżanki. Ale jej 
koleżanki miały oczy zeszklone strachem i puste jak 
oczy lalek, podczas gdy spojrzenie tego mężczyzny 
mówiło wszystko.

Był wściekły. Nienawidził jej. Pragnął, żeby nie 

żyła.

Nina wzięła gwałtowny oddech – nie mogła już 

dłużej  udawać. Pamiętała  zbyt  wiele, nie  mogłoby 
jej   się   przyśnić   takie   spojrzenie.   Było   prawdziwe, 
podobnie jak wszystko, co ją spotkało. Prawdziwe 
były   kajdanki   na   jej   nadgarstkach   i   rany   na   jej 
plecach,   prawdziwe   było   także   ogarniające   ją 
przerażenie.

– Zabiją  mnie  – wyszeptała Nina  właściwie z 

ulgą, tracąc w końcu – w końcu! – resztki nadziei.

background image
background image

R

OZDZIAŁ

 2

Dlaczego?
To słowo eksplodowało w uszach Niny, budząc 

ją   gwałtownie.   W   następnej   chwili   szarpnęła   się, 
ponieważ   zobaczyła   o   centymetry   od   siebie   twarz 
mężczyzny, który na nią krzyczał.

–   Dlaczego   zdradziłaś   swój   kraj?!   –   zażądał 

odpowiedzi mężczyzna.

Nina   zamrugała.   Skoro   i   tak   jej   los   był 

przesądzony, to dlaczego nie miałaby się kłócić?

„Zdradziłam kraj? – mogłaby warknąć. – Co to 

za kraj, który uważa za zdradę to, że się urodziłam? 
Czy miałam się zabić z obywatelskiego obowiązku? 
Z patriotyzmu? Czy to moja wina, że rodzice mieli 
wcześniej dwójkę dzieci?”.

Takie słowa narażałyby jednak jej matkę, babcię 

i ciotki – wszystkie te osoby, które trzymały ją w 
ukryciu, osoby, które pozwoliły jej żyć.

Nie odezwała się ani słowem.
Mężczyzna   przysiadł   na   piętach.   W   celi   Niny 

było   ciemno   –   pomyślała,   że   pewnie   jest   środek 
nocy. Sylwetka mężczyzny majaczyła przed nią jak 
niewyraźny cień.  On jest cieniem tak samo jak ja  – 
pomyślała Nina. Była nadal na tyle zamroczona, że 
ta myśl wydała jej się zabawna.

W tym momencie mężczyzna odwrócił głowę i 

background image

mruknął:  Już,  a celę natychmiast zalało ostre, zbyt 
jaskrawe   światło   pojedynczej   żarówki   na   suficie. 
Nina zacisnęła powieki.

–   Wiem,   że   nie   śpisz   –   powiedział   cicho 

mężczyzna. – Nie możesz się ukryć.

Nina zesztywniała, słysząc słowo „ukryć” – on 

wiedział.   Jasne,   że   wiedział,   inaczej   dlaczego 
zostałaby aresztowana? Pogodziła się już z myślą o 
śmierci, ale nagle zaczęła ją ogarniać panika. Czy to 
już ta chwila? Czy ten człowiek zaraz ją zastrzeli? A 
może   zabierze   ją   gdzieś   indziej,   żeby   wykonać 
wyrok   śmierci?   Jak   Policja   Populacyjna   zabija 
nielegalne dzieci?

Nina odrobinę uchyliła powieki. Wolała widzieć 

zabójcę, niż kulić się na oślep, oczekując w każdej 
chwili  strzału. To, co zobaczyła, zaskoczyło ją po 
raz  kolejny:   rozpoznawała   tego  mężczyznę.  To  on 
był   przy   jej   aresztowaniu   i   wpatrywał   się   w   nią 
pełnymi nienawiści oczami.

Poczuła, że słabnie, i zamknęła oczy – chociaż 

to nie miało znaczenia, dalej widziała, utrwaloną w 
pamięci   twarz   tego   mężczyzny.   Był   wysoki, 
muskularny i elegancko ubrany, jak ludzie, których 
widywała w telewizji. Ciemne włosy miał odgarnięte 
z   wysokiego   czoła   i   sprawiał   wrażenie   silnego   i 
wpływowego, podobnie jak Jason. Ale Jason nigdy 
nie patrzył na nią z taką nienawiścią.

Nina przypomniała sobie jedno z powiedzonek 

background image

babci: „Gdyby wzrok mógł zabijać... ”. Wzrok może 
zabijać, babciu
  – chciała jej teraz powiedzieć Nina. 
– Ten wzrok mnie zabije.

Mężczyzna roześmiał się.
– Nie obchodzi mnie, czy będziesz mówić, czy 

nie   –   rzucił.   –   Twój   wspólnik   już   nam   wszystko 
wyśpiewał.   Sypał,   aż   miło.   Pomyślałem   tylko,   że 
chciałabyś   dostać   możliwość   opowiedzenia   nam 
własnej  wersji  wydarzeń. Nie  wykluczam,  że  twój 
przyjaciel   troszkę   nakłamał,   żeby   ratować   swoją 
skórę, żeby on wypadł trochę lepiej, a ty, no cóż, 
znacznie gorzej. Jako znacznie bardziej winna. Co ty 
na to?

Mężczyzna   prawie   mruczał   Ninie   do   ucha, 

przysuwając twarz tak blisko, że czuła jego oddech 
na policzku. Ledwie była w stanie zebrać myśli – o 
czym on mówił?

Przez   moment   nie   rozumiała   nawet   słowa, 

którego   użył   –   „wspólnik”.   O   co   mu   chodziło? 
Potem   przypomniała   sobie   wszystkie   powieści 
kryminalne, które ciocia Lystra czytała na głos w te 
wieczory, kiedy  telewizor  nie  działał. Detektyw w 
takich   książkach   zawsze   oskarżał   kogoś,   że   był 
„wspólnikiem zbrodni”. Wspólnikami byli partnerzy, 
pomocnicy. Czy miał na myśli babcię i ciotki, które 
były wspólniczkami w ukrywaniu jej?

Nina   z   trudem   powstrzymała   się,   żeby   nie 

krzyknąć.   „Nie!   –   miała   ochotę   wrzasnąć.   –   Nie 

background image

złapaliście   ich!   Nie   mogliście!”.   Milczała,   a   łzy 
zaczęły jej spływać po twarzy.

Ale   mężczyzna   nie   powiedział   „wspólniczki”, 

„one”. Powiedział „wspólnik” i „on”.

Nina   znała   tylko   jedną   osobę,   o   którą   mogło 

chodzić.

Nie  –   poprawiła   się   desperacko.   –  Spotkałam 

innych   chłopców   ze   Szkoły   Hendricksa.   To,   że  
właściwie ich nie znałam, nie znaczy, że nie mogli  
mnie   zdradzić.   Więcej,   to   nawet   bardziej  
prawdopodobne, że to właśnie oni mnie wydali.

Nina pomyślała o chłopcach, z którymi ona i jej 

przyjaciółki   spotykały   się   potajemnie,   wymykając 
się wieczorami do lasu. Byli płochliwi i nieśmiali jak 
króliki,   a   Nina   nie   potrafiła   sobie   wyobrazić,   by 
którykolwiek   z   nich   miał   dość   odwagi,   żeby 
rozmawiać z Policją Populacyjną.

Z wyjątkiem jednego.
Nie!  Spróbowała   wyrzucić   tę   myśl   z   mózgu, 

może nawet wykrzyczała przeczenie na głos. Nawet 
jeśli   zapomniałaby   o   tym,   że   Jason   był   w   niej 
zakochany,   że   całował   ją   w   ukryciu,   przy   świetle 
księżyca   –   to   przecież   on   także   był   nielegalnym 
trzecim   dzieckiem.   Jak   wszyscy,   cała   grupa 
spotykająca   się   w   lesie.   Nawet   gdyby   chcieli, 
ponosiliby zbyt wielkie ryzyko, zdradzając ją.

Może   chodzi   o   mojego   ojca   –  pomyślała   z 

goryczą Nina. – Może babcia się myliła, może on nie  

background image

wiedział, że się urodziłam, nie wiedział, że istnieję.  
Może   pomyślał,   że   dostanie   nagrodę   za   wydanie  
mnie.

Nina otwarła oczy, dostatecznie wściekła, żeby 

wytrzymać bez mrugnięcia spojrzenie nienawistnika.

Mężczyzna uśmiechał się.
– Cóż, Scott, a może raczej Jason, miał nam do 

opowiedzenia   naprawdę   ciekawe   rzeczy   –   rzekł 
pogodnie. – Zrobił z ciebie niezłe ziółko.

Nina   wrzasnęła.   Dźwięk   odbił   się   echem   w 

maleńkiej   betonowej   celi,   pojedynczy 
nieartykułowany skowyt wściekłości i bólu.

Kiedy   przestała   krzyczeć,   mężczyzny   już   nie 

było.

background image

R

OZDZIAŁ

 3

Jeśli nawet nadszedł poranek, Nina nie miała jak 

tego   odgadnąć.   Siedziała   przez   całe   godziny, 
zesztywniała,   obolała   i   z   krwawiącym   sercem, 
skulona w jaskrawym świetle pojedynczej żarówki.

Ludzie zawsze mówią, że najgorszą rzeczą, jaka  

może   cię   spotkać,   jest   śmierć  –   myślała.   –  To 
nieprawda.

Żałowała, że mężczyzna po prostu nie zabił jej i 

nie   zakończył   wszystkiego.   Mogła   umrzeć   –   no, 
może nie szczęśliwa, ale przynajmniej mając coś, w 
co wierzyła:  Jason mnie kocha. Zegnaj, ukochany! 
Uświadomiła   sobie,   że   od   chwili   aresztowania 
wyobrażała sobie Jasona i siebie jako tragicznych, 
związanych

 

przeznaczeniem

 

kochanków, 

przypominających   tych,   którzy   zaludniali   ulubione 
książki i seriale telewizyjne cioci Zenki.

Babcia i pozostałe ciotki zawsze żartowały sobie 

z upodobania cioci Zenki do tego rodzaju książek i 
filmów.

–   No,   dajże   spokój!   –   narzekała   pewnego 

wieczora ciocia Lystra, kiedy ciocia Zenka czytała 
na   głos   przy   świetle   świecy.   –   Dlaczego   piękna   i 
pełna   życia   bohaterka   nie   powie   po   prostu 
Jacquesowi:   „Słuchaj,   jesteś   śmiertelnie   chory   na 
gruźlicę.   Życie   jest   za   krótkie,   żebym   je   miała 

background image

marnować i czekać, aż umrzesz. Cześć!”.

–   Ponieważ   oni   się   kochają!   –   zaprotestowała 

ciocia Zenka. – A miłość to...

–   Kupa   śmiecia   –   dokończyła   za   nią   ciocia 

Lystra,   która   pracowała   w   wydziale   oczyszczania 
miasta i zawsze wszystko porównywała do śmieci.

Nina   żałowała   biednej,   sentymentalnej   cioci 

Zenki,   która   odpływała   w   świat   marzeń   już   w 
pierwszych   sekundach   filmu   albo   z   pierwszym 
zdaniem książki. Teraz jednak doszła do wniosku, że 
ciocia Lystra na pewno miała rację i uznałaby, że 
Nina była głupia, ufając Jasonowi.

Ale   on   był   dla   mnie   taki   dobry  –   broniła   się 

Nina. – Był silny, przystojny, wiedział tak dużo...

Po raz pierwszy Nina zaczęła się zastanawiać, 

skąd właściwie Jason wiedział tak dużo. Wiedział, 
że można się bezpiecznie spotykać w lesie. Wiedział 
o istnieniu Szkoły dla Dziewcząt Harlow. Dokładnie 
wiedział, kiedy należy wsunąć karteczkę pod drzwi 
szkoły, żeby znalazła ją któraś z dziewcząt idących 
na lekcje, a nie ktoś z nauczycieli.

Tą   dziewczynką   była   właśnie   Nina.   Znowu 

zatopiła się we wspomnieniach. Dwa miesiące temu 
na   korytarzu   w   Szkole   Harlow   podniosła   złożoną 
karteczkę,   którą   inne   dziewczynki   po   prostu 
ominęły.   Przed   dłuższą   chwilę   obracała   sztywny 
kremowy   kartonik   w   dłoniach,   wyobrażając   sobie, 
co też to może być. Wiedziała, że prawdopodobnie 

background image

nic ciekawego, nic, co by jej dotyczyło – na przykład 
czyjś rachunek za energię elektryczną albo rządowe 
powiadomienie   o   rozmiarach   łyżek,   jakich   należy 
używać   w   szkolnej   stołówce.   Dopóki   jednak   nie 
rozłożyła kartki, mogła sobie wyobrażać, że zawiera 
coś ekscytującego – jak otrzymane przez Kopciuszka 
zaproszenie na bal u księcia. A ponieważ to ona ją 
podniosła...

Oczekiwanie   było   nieznośne,   więc   Nina 

przesunęła   palcem   pod   krawędzią   złożonej   kartki, 
rozrywając   pieczęć.   Ostrożnie   rozłożyła   i 
przeczytała:

Do   wszystkich   dziewcząt   w   Harlow,   które  

interesuje problem cieni:

Zapraszamy   na   spotkanie   z   dzielącymi   te  

zainteresowania   uczniami   ze   Szkoły   dla   Chłopców  
Hendricksa,   o   godzinie   20,   16   kwietnia,   w   lesie  
pomiędzy naszymi szkołami.

Nina nigdy nie słyszała o Szkole dla Chłopców 

Hendricksa i nigdy nie była w lesie – jakimkolwiek 
lesie.   Pomijając   dzień,   w   którym   została 
przywieziona do szkoły, nigdy nie była na dworze. 
Niepokoiło ją też słowo „cienie” – czy znaczyło to, 
co   myślała,   że   mogło   znaczyć?   Czy   to   było 
niebezpieczne?

Nina jednak nie dbała o nic, od pierwszej chwili 

background image

wiedziała,   że   pójdzie   na   to   spotkanie.   Poszłaby, 
nawet   gdyby   wiadomość   głosiła:   „Do   wszystkich 
dziewcząt   w   Harlow,   które   interesuje   problem 
młotków”,   albo   „muszek   owocówek”,   albo 
„ołówków”.   Albo   „systemów   kanalizacyjnych   i 
nawadniających   starożytnych   cywilizacji”   –   jak 
brzmiał   temat   ostatniej   lekcji,   której   nie   słuchała. 
Miała   wrażenie,   że   od   całych   trzynastu   lat   życia 
czekała na takie zaproszenie.

Przekonanie przyjaciółek okazało się niełatwe.
–   Nie   wolno   nam   wychodzić   na   zewnątrz   – 

powiedziała   lękliwie   Sally,   kiedy   po   zgaszeniu 
świateł Nina wyszeptała jej swój sekret.

– Nikt nam tego tak właściwie nie  zabronił  – 

sprzeciwiła   się   Nina,   próbując   ukryć   panikę   we 
własnym   głosie.   Jeśli   przyjaciółki   odmówią,   czy 
będzie miała dość odwagi, żeby pójść sama?

– Nie zabraniają nam też płukania zębów wodą 

z   kibla,   ale   to   nie   znaczy,   że   mam   to   robić   – 
prychnęła Bonner, druga współlokatorka Niny.

Sally   była   drobniutka   i   złotowłosa,   a   Bonner 

wysoka,   ciemna   i   grubokoścista,   prawie   zwalista. 
Ponieważ   Nina   była   średniego   wzrostu   i   średniej 
wagi,   z   brązowymi   włosami,   zawsze   się   czuła 
łączącym je ogniwem. Kiedy szły korytarzem, Nina 
była   zawsze   pośrodku,   a   kiedy   jej   koleżanki   się 
sprzeczały,   to   zawsze   ona   proponowała   jakieś 
kompromisowe   rozwiązanie.   Fakt,   że   obie   się   jej 

background image

sprzeciwiły, sprawił, że poczuła się rozpaczliwie.

–   Słuchajcie,   oni   chcą   pogadać   o   cieniach   – 

powiedziała.   Nawet   w   ciemnościach   potrafiła 
stwierdzić,   że   obie   jej   przyjaciółki   zamarły   na 
dźwięk   tego   słowa.   Szkoła   Harlow   skrywała 
tajemnice, o których wszyscy wiedzieli, ale prawie 
nikt   o   nich   nie   rozmawiał.   Na   początku   roku 
szkolnego,   kiedy   Nina   nadal   okropnie   tęskniła   za 
domem,   wyobrażała   sobie,   jak   ciocia   Rhoda, 
najbardziej   praktyczna   z   jej   ciotek,   pojawia   się   w 
stołówce podczas śniadania albo lunchu i maszeruje 
na środek sali, żeby wyłożyć wszystkim prawdę:

–   Fakty:   Każda   z   was,   dziewczęta,   jest 

„cieniem”: trzecim, czwartym, a może nawet piątym 
dzieckiem,   którego   przyjście   na   świat   było 
nielegalne, ponieważ rząd zabronił posiadania więcej 
niż dwójki dzieci.

–   Fakty:   Wszystkie   przyjechałyście   tutaj   z 

fałszywymi

 

dowodami

 

tożsamości, 

poświadczającymi,   że   jesteście   kimś   innym,   kto 
zdaniem rządu ma prawo do istnienia.

– Fakty: Każdy półgłówek mógłby zauważyć, że 

wszystkie udajecie. Ta blondynka o skandynawskiej 
urodzie   najczęściej   zapomina   zareagować   na   imię 
Uthant   Mogadishu,   i   nie   ona   jedyna.   Wszystkie 
kulicie się na samą wzmiankę o rządzie i wszystkie 
trzęsiecie się ze strachu, kiedy ktoś otwiera drzwi.

–   Konkluzja:   Więc   może   zakończyłybyście   tę 

background image

farsę i pogadały otwarcie? Zdradziły sobie nawzajem 
prawdziwe   imiona,   opowiedziały   o   prawdziwych 
rodzinach,   nie   o   przybranych   braciach,   siostrach   i 
rodzicach,   których   prawdopodobnie   w   życiu   nie 
widziałyście na oczy. Porównały sposoby ukrywania 
się   przez   te   wszystkie   lata,   zanim   dostałyście 
fałszywe   dokumenty,   pocieszyły   się   nawzajem, 
zamiast   leżeć   każdej   nocy   w   łóżkach,   szlochając 
bezgłośnie   i   udając,   że   nie   słyszycie,   że   wasze 
koleżanki też płaczą.

Ale   oczywiście   ciocia   Rhoda   została   wiele 

kilometrów   stąd,   a   Nina   nie   była   dostatecznie 
odważna,   żeby   wstać   i   wygłosić   taką   przemowę. 
Jednakże   w   rozmowach   z   Sally   i   Bonner, 
prowadzonych w ciemnościach nocy, w zaciszu ich 
pokoju, zdradzała pewne drobiazgi, a one robiły to 
samo.   Przez   cały   rok   szkolny   przypominało   to 
podążanie ścieżką wytyczoną przez okruchy chleba, 
jak w bajce – Nina nigdy nie dowiadywała się zbyt 
wiele naraz, ale wiosną wiedziała już, że Sally ma 
dwie starsze siostry, dom nad morzem i rodziców, 
którzy   działają   w   ruchu   oporu,   chcąc   obalić   rząd. 
Natomiast   Bonner   miała   brata,   siostrę   i   całe 
mnóstwo   ciotek   i   wujków;   wszyscy   mieszkali   po 
sąsiedzku i dzielili się opieką nad nią.

–   Chcą   rozmawiać   o   cieniach   –   powtórzyła 

Bonner. – Jasne. Tak samo jak Policja Populacyjna. 
A jeśli to pułapka?

background image

– A jeśli to nie jest pułapka? – syknęła Nina. – 

A jeśli to nasza jedyna szansa?

Miała   nadzieję,   że   żadna   z   jej   koleżanek   nie 

zapyta,   jaką   szansę   ma   na   myśli,   ponieważ   nie 
potrafiłaby im tego wyjaśnić. Może Sally i Bonner w 
trakcie ukrywania się nigdy nie doszły do tej fazy, 
kiedy ma się ochotę wrzeszczeć na otaczające cztery 
ściany.   Może   nie   czytały   w   kółko   i   na   okrągło 
wszystkich tych bajek, w których księżniczki były 
uwalniane   z   mocy   magicznych   zaklęć   i 
złowieszczych   klątw.   Może   nigdy   nie   myślały, 
nawet   już   w   Harlow:  Proszę,   niech   to   nie   będzie  
wszystko! Moje życie musi oznaczać coś więcej.

–   Słuchajcie,   możemy   zabrać   ze   sobą   do   lasu 

dowody tożsamości – przekonywała Nina. – Policja 
Populacyjna nic nam nie zrobi, jeśli będziemy miały 
dokumenty.   Nie   musimy   nawet   rozmawiać   z 
chłopcami,   możemy   po   prostu   schować   się   za 
drzewami i obserwować ich. Tylko chodźcie ze mną, 
proszę.

–   No,   niech   będzie   –   powiedziała   ponuro 

Bonner.

– Sally? – zapytała Nina.
–   Dobrze   –   odparła   cichuteńko   Sally,   a   Nina 

wiedziała,  że   gdyby w  pokoju była   choć   odrobina 
światła, zobaczyłaby w oczach koleżanki śmiertelne 
przerażenie. Tym razem była wdzięczna, że wokół 
panuje całkowita ciemność.

background image

Tak   więc   poszły   do   lasu,   ściskając   fałszywe 

dowody   tożsamości   jak   koła   ratunkowe,   ale   nie 
pozostały po prostu w ukryciu, obserwując. Poznały 
Jasona i jego kolegów, a on opowiedział im cudowną 
historię  o  dziewczynce   w   ich   wieku,   Jen   Talbot, 
która poprowadziła pikietę, żądając przyznania praw 
trzecim  dzieciom,   takim   jak   oni.   Jen   była 
dostatecznie odważna, żeby powiedzieć rządowi, że 
trzecie   dzieci   nie   powinny   być   zmuszane   do 
ukrywania   się.   Jen   zginęła   w   obronie   swoich 
poglądów,   ale   mimo   to,   słuchając   cudownego, 
głębokiego głosu Jasona wychwalającego Jen, Nina 
pragnęła być taka jak ona.

Teraz   jednak   Nina   została   aresztowana   i 

wszystko wskazywało na to, że Sally i Bonner miały 
rację.   Las   był   niebezpieczny,   żadna   z   nich   nie 
powinna wychodzić na krok za mury Szkoły Harlow. 
Nina nie powinna nigdy spotkać Jasona, całować się 
z nim, zakochać się w nim.

–   Nie!   –   Nina   uświadomiła   sobie,   że   znowu 

krzyczy. – Nie, nie, nie, nie, nie...

background image

R

OZDZIAŁ

 4

Kiedy   nienawistnik   wrócił,   Nina   spojrzała   na 

niego zimno, z wysoko podniesioną głową i oczami 
zmrużonymi w szparki.

–   To   pan   kłamie   –   powiedziała.   –   Dlaczego 

miałabym panu wierzyć? Może pan powiedzieć, co 
tylko pan chce, ale ja wiem, że Jason by mnie nie 
zdradził.

Nienawistnik   nie   odwzajemnił   jej   spojrzenia, 

patrzył na przeciwległą ścianę celi.

– Dlaczego nic nie jadłaś? – zapytał.
Dopiero w tym momencie Nina zauważyła tacę 

ustawioną tuż koło jej stóp: na talerzu leżały dwie 
grube   kromki   ciemnego   chleba   posmarowane 
syntetycznym masłem i nieduże jabłko, wyglądające 
na robaczywe. Jedzenie nie było to gorsze od tego, 
jakie dostawała w Harlow czy w domu.

– Nie byłam głodna – powiedziała wyzywająco i 

była to prawda, ale  teraz, kiedy spojrzała na tacę, 
zaburczało jej w brzuchu.

– Jasne – prychnął niedowierzająco mężczyzna. 

– Strajk głodowy nie jest szczególnie przydatny, jeśli 
i tak masz zostać skazana na śmierć.

Powiedział to tak zwyczajnie, że Nina z trudem 

powstrzymała okrzyk zgrozy. Więc to była prawda, 
zamierzali ją zabić. Trudno. Ale nie mogli sprawić, 

background image

że umrze, nienawidząc Jasona.

Mężczyzna   kołysał   się   na   piętach   i   patrzył 

zmrużonymi   oczami   na   Ninę,   jakby   był 
przyrodnikiem obserwującym interesującego owada. 
Przez   jakiś   czas   rząd   mocno   forsował   pomysł,   że 
wszyscy   powinni   jeść   owady,   więc   w   telewizji 
pokazywano mnóstwo filmów przyrodniczych na ten 
temat. Nina nigdy wcześniej nie myślała, że będzie 
współczuła obserwowanym owadom.

–   No   dobrze   –   zaczął   mężczyzna.   –   Czy 

naprawdę nazywasz się Nina Idi?

Nie!  –   miała   ochotę   wrzasnąć   Nina.   Byłoby 

cudownie   teraz,   gdy   wszystko   było   skończone, 
powiedzieć prawdę. Nina zawsze uwielbiała swoje 
prawdziwe   imię,   Elodie.   Elodie   Luria.   Kiedy   była 
zupełnie mała, ciocia Zenka ułożyła nawet piosenkę 
o   jej   imieniu:   „Jesteś   jak   śliczna   melodia...   nasza 
maleńka Elodie”. Elodie było imieniem księżniczki z 
bajki. Kiedy babcia  i  ciotki uciułały w końcu dość 
pieniędzy, żeby kupić  dla Niny na  czarnym rynku 
fałszywy   dowód   tożsamości,   babcia   wróciła   do 
domu i położyła dokument na stole jak złoty medal. 
Nina   podeszła   na   paluszkach   i   przeczytała   imię, 
podczas kiedy wszystkie ciotki i babcia stały wokół 
niej   jak   dobre   wróżki   chrzestne   na   chrzcinach 
Śpiącej Królewny. Wtedy Nina zaczęła krzyczeć.

– Nina Idi? Tak się teraz nazywam? To brzmi 

jak... Jak Ninia Idiotka! Chcecie, żebym była Ninią 

background image

Idiotką?   Mimo   tego   krzyku   Nina   czuła   wstyd, 
ponieważ   mały   plastikowy   prostokącik   był   jej 
przepustką   na   wolność.   Oznaczał   dwanaście   lat 
noszenia przez ciotkę Lystrę okularów, przez które 
nie widziała już najlepiej, dwanaście lat chodzenia 
przez   ciotkę   Rhodę   w   tym   samym   płaszczu, 
dwanaście lat cerowania przez babcię skarpetek tak 
często,   że   więcej   było   na   nich   łat   niż   pierwotnej 
tkaniny. Dwanaście lat życia o czerstwym chlebie i 
wodnistej zupie. Mimo to Nina nie mogła się oprzeć 
wrażeniu,   że   bezcenny   dowód   to   dla   niej   raczej 
wyrok śmierci  niż  ułaskawienie. Jeśli  nie  była  już 
Elodie, jeśli miała zostać tą nową, obcą osobą, Niną 
Idi, to oznaczało, że nie była też maleńką melodią 
cioci Zenki, małym złotkiem babci, najukochańszym 
promyczkiem   słońca   w   mieszkaniu   pełnym 
zmęczonych, starych kobiet. Była po prostu nikim.

Jakimś   zdumiewającym   cudem   babcia   i   ciotki 

zrozumiały,   że   Nina   krzyczy   ze   strachu,   a   nie 
dlatego, że jest rozpieszczonym bachorem. Stłoczyły 
się wokół niej, tuląc ją i pocieszając.

–   Zawsze   będziesz   naszą   dziewczynką, 

niezależnie od wszystkiego, co się wydarzy. Nawet 
kiedy będziesz daleko, w szkole...

Słysząc po raz pierwszy słowo „szkoła”, Nina 

zrozumiała,   że   Nina   Idi   miała   tak   naprawdę   zabić 
Elodie   Lurię.   Elodie   mogła   istnieć   tylko   w 
mieszkaniu babci, Nina była w stanie je opuścić.

background image

Ale   teraz,   kiedy   Nina   Idi   miała   niedługo 

umrzeć, czy nie wolałaby umrzeć jako Elodie?

To było kuszące.
–   To   nie   jest   trudne   pytanie   –   skarcił   ją 

mężczyzna. – Nazywasz się Nina Idi czy nie?

– To wy mnie aresztowaliście – warknęła Nina, 

żeby zyskać trochę na czasie. – Nie wiecie nawet, 
jak się nazywam? Może aresztowaliście niewłaściwą 
osobę?

Mężczyzna odwrócił się.
–   Strażnik?   –   zawołał   do   drzwi.   –   Proszę 

krzesło.

Po kilku minutach pojawił się strażnik niosący 

masywne   drewniane   krzesło.   Mężczyzna   usiadł. 
Oparł   się   wygodnie,   wyraźnie   zadowolony   z 
lepszego siedzenia,  podczas gdy  Nina   nadal  kuliła 
się na zimnej betonowej podłodze. Strażnik wyszedł, 
zamykając za sobą drzwi na klucz.

– Uznałem, że ta rozmowa może potrwać nieco 

dłużej, niż miałbym na to ochotę. Nie mam zamiaru 
tkwić w kucki na tej twojej cuchnącej podłodze – 
powiedział   znienawidzony   mężczyzna,   zupełnie 
jakby to była wina Niny, że cela więzienna jest tak 
brudna. Pochylił się do niej, opierając podbródek na 
dłoniach, a łokcie na kolanach.

–   Dobrze.   Z   pewnością   zorientowałaś   się,   że 

moje pytanie nie jest tak głupie, jak mi to zarzuciłaś. 
Ostatecznie   drugi   z   aresztowanych   wczorajszego 

background image

ranka   przestępców,   Scott   Renault,   udawał   Jasona 
Barstowa,   podszywając   się   pod   nielegalne   trzecie 
dziecko, które zdobyło fałszywy dowód tożsamości. 
Twierdził, że chciał nakłonić inne nielegalne dzieci z 
fałszywymi dokumentami, żeby zdradziły mu swoje 
prawdziwe nazwiska i żeby mógł wydać je w ręce 
Policji   Populacyjnej.   Rozumiesz?   Ta   historyjka, 
oczywiście, jest absurdalna. Wszyscy wiedzą, że w 
naszym   wspaniałym   kraju   nie   jest   możliwe,   żeby 
ktoś   wyjęty   spod   prawa   zdobył   fałszywy   dowód 
tożsamości.   Żaden   porządny   obywatel   nie 
sprzeciwiłby się w tak niesłychany sposób naszemu 
ukochanemu rządowi.

Nina w osłupieniu gapiła się na mężczyznę.
–   Za   co...   za   co   zostałam   aresztowana?   – 

zapytała cicho.

–   Oczywiście,   za   zdradę   –   odparł   niemalże 

pogodnym   głosem   mężczyzna.   –   Zdradziłaś   swój 
kraj.

– W jaki sposób? – zapytała znowu Nina.
–   Hej,   kto   tu   niby   zadaje   pytania?   – 

zaprotestował   mężczyzna,   ale   mimo   wszystko   jej 
odpowiedział:   –   Ty   i   ten   Jason...   Scott?   Jak 
właściwie powinienem go nazywać?

–   Jason   –   wyszeptała   Nina.   –   On   się   nazywa 

Jason.

–   Dobrze,   wszystko   jedno.   Ty   i   ten   Jason 

próbowaliście   oszukać   Policję   Populacyjną,   żeby 

background image

zapłaciła   wam   za   wydanie   kilkorga   tak   zwanych 
pojawów,   czyli   nielegalnych   dzieci   udających 
pełnoprawnych   obywateli.   Tak   jak   mówiłem 
wcześniej.   Tyle   tylko,   że   te   rzekome   „pojawy”   w 
rzeczywistości były pełnoprawnymi obywatelami, a 
niektóre z nich pochodziły z bardzo wpływowych i 
znaczących   rodzin.   Pomyśleć   tylko,   co   by   było, 
gdyby Policja Populacyjna dała się nabrać na waszą 
sztuczkę...

Nina   przestała   słuchać.   Nigdy   wcześniej   w 

życiu nie czuła się tak tępa i głupia. Nic tutaj nie 
miało sensu.

– Więc nie uważacie, że ja jestem nielegalnym 

trzecim   dzieckiem   z   fałszywym   dowodem 
tożsamości? – zapytała ostrożnie.

– Oczywiście, że nie – odparł mężczyzna. – Nie 

ma   na   to   żadnych   dowodów,   a   gdybyś   sama   była 
pojawem,   dlaczego   miałabyś   zdradzać   swoich 
współtowarzyszy?

Nina zamknęła  oczy w obawie, że  mężczyzna 

zauważy gigantyczną ulgę, jaką nagle odczuła. Miała 
wrażenie, że z piersi spadł jej ogromny ciężar.  Oni 
nie wiedzą! – 
chciała krzyknąć. Nie odszukają babci, 
ciotek   i   jej   matki,   nie   aresztują   ich   wszystkich   za 
ukrywanie jej. Nikt w Szkole Harlow nie będzie miał 
kłopotów   z   powodu   trzymania   w   tajemnicy 
obecności   zbiega.   Policja   Populacyjna   nie   zabije 
Niny Idi za to, że jest nielegalnym dzieckiem.

background image

Nie,   po   prostu   zabiją   ją   za   coś,   czego   nie 

zrobiła. Zdrada? Wydawanie pojawów?

Nina   otwarła   oczy   i   obdarzyła   nienawistnika 

spojrzeniem pełnym najgłębszego oburzenia.

–   To   pomyłka   –   powiedziała   stanowczo.   – 

Nigdy nie próbowałam wydawać pojawów ani prosić 
Policji Populacyjnej, żeby mi zapłaciła.

Mężczyzna wyciągnął nieduży notes i zaczął w 

nim pisać.

–   No,   wreszcie   zaczęłaś   mówić   –   mruknął.   – 

Wiedziałem,   że   w   końcu   odzyskasz   rozsądek   i 
zaczniesz   oskarżać   Jasona,   tak   jak   on   oskarżył 
ciebie. Trudno liczyć na honor wśród przestępców. – 
Przestał pisać, ale trzymał długopis w gotowości. – 
No   więc,   jak   brzmi   twoja   wersja?   Jesteś   biedną 
niewinną dziewczynką, która tylko robiła to, co jej 
kazał Jason? To zabrzmi bardziej przekonująco, jeśli 
się trochę popłaczesz.

Nina poczuła się, jakby ją spoliczkował.
–   Nie,   mówię   prawdę!   –   zaprotestowała.   – 

Niczego nie zrobiłam i jestem pewna, że Jason także 
niczego nie zrobił.

– Czyli możesz poręczyć za Jasona? – zapytał 

mężczyzna. – Jego zachowanie i działania w każdej 
minucie każdego dnia?

– Nie, ale...
– Ale co? – Mężczyzna zaczął się uśmiechać.
–   Ale   ja   znam   Jasona   i   wiem,   że   nigdy   nie 

background image

zrobiłby czegoś takiego.

–   Tak   samo   jak   wiesz,   że   nigdy   by   cię   nie 

zdradził – powiedział mężczyzna.

– Właśnie tak! – rzuciła gorąco Nina.
Mężczyzna   wyjął   z   wewnętrznej   kieszeni 

marynarki   prostokątny   plastikowy   przedmiot   i 
obrócił go w rękach.

– Strażnik? – krzyknął. Chwilę później pojawił 

się strażnik i podał przez pręty metalowe pudełko.

–   Widziałaś   kiedyś   magnetofon?   –   zapytał 

mężczyzna Ninę.

– Nie – odparła Nina.
–   No   cóż,   to   właśnie   to.   Pozwala   nagrać   na 

taśmie   wszystko,   co   ktoś   powiedział.   –   Podniósł 
wyjęty z kieszeni plastikowy przedmiot i wsunął go 
do   magnetofonu.   –   A   kiedy   już   coś   nagramy, 
możemy to odtworzyć tyle razy, ile tylko chcemy. – 
Nacisnął przycisk.

Nina usłyszała szum, a potem głos. Na taśmie 

słychać było trzaski, a głos był niewyraźny, jak w 
telewizorze   w   burzowe   dni,   ale   Nina   mimo   to   go 
rozpoznała:   to   był   głos   Jasona.   Pochyliła   się 
gwałtownie   do   przodu,   zupełnie   jakby   Jason 
naprawdę tam był i mogła mu się rzucić w ramiona.

„Wtedy Nina mi powiedziała: «Widziałeś kiedyś 

te reklamy w telewizji? Te o trzecich dzieciach i o 
tym, że Policja Populacyjna chce się ich pozbyć?». 
Powiedziała: «Założę się, że nieźle by nam zapłacili, 

background image

gdybyśmy kogoś wydali». Ja jej odpowiedziałem, że 
nie znam żadnych trzecich dzieci, a wtedy ona się 
roześmiała i powiedziała: «No to co? Wystarczy, że 
ich   oszukamy,   możemy   wydać   kogokolwiek,   a 
potem dostaniemy nagrodę». Ja mówiłem:  «Ale to 
będzie kłamstwo! To nie w porządku, nie wolno tak 
robić!», ale ona mnie nakłoniła... wie pan, jakie są 
dziewczyny”.

Nina chwyciła magnetofon i z całej siły cisnęła 

nim  o  przeciwległą   ścianę.   Pękł   przy   uderzeniu   o 
beton, a kiedy spadł na podłogę, wyleciała z niego 
kaseta.   Nina   sięgnęła   po   nią,   chcąc   ją   także 
zniszczyć, ale mężczyzna był szybszy. Złapał kasetę, 
podczas kiedy kajdanki wbiły się w nadgarstki Niny, 
przytrzymując   ją   w   miejscu.   Schował   taśmę   z 
powrotem do kieszeni.

–   Proszę,   proszę   –   powiedział.   –   Cóż   za 

charakterek. – Znowu wyciągnął notes. – Czy mam 
zapisać   w   raporcie,   że   powiedziałaś   dokładnie   to 
samo, co Jason, tylko na odwrót? „Wtedy Jason mi 
powiedział: «Założę się, że nieźle by nam zapłacili, 
gdybyśmy kogoś wydali», a ja powiedziałam: «Ale 
to będzie kłamstwo! To nie w porządku, nie wolno 
tak robić!»”. Naśladowany przez niego głos Niny był 
wysoki, afektowany i okropnie dziecinny.

Nina milczała. Odwróciła twarz do ściany, żeby 

mężczyzna   nie   widział,   że   płacze.   W   jej   głowie 
zamajaczyła   nowa   myśl:  To   nie   koszmarny   sen,  

background image

nawet koszmarne sny nie są tak okropne.

– Czy mam uznać twoje milczenie za zgodę? – 

poganiał ją mężczyzna. – Ale na co się właściwie 
zgadzasz? Ze chcesz zdradzić tego Jasona, którego 
tak dobrze znasz, tak samo jak on zdradził ciebie? 
Czy też, że on powiedział prawdę i to ciebie należy 
za wszystko winić? Którą wersję wybierasz?

Nina zmusiła się, żeby spojrzeć z powrotem na 

mężczyznę.

– Nigdy nie zgodzę się na nic, co pan mówi – 

powiedziała gorąco.

– Hmm – odezwał się mężczyzna. – To ciekawe, 

ponieważ   właśnie   miałem   ci   złożyć   propozycję, 
dzięki   której   mogłabyś   ocalić   życie.   Coś   mi   się 
jednak   wydaje,   że   nie   jesteś   w   tym   momencie   w 
najlepszym   nastroju,   więc   moja   propozycja   będzie 
musiała poczekać.

Wstał, zabrał krzesło i szczątki magnetofonu, po 

czym   wyszedł   z   celi.   Nina   trzymała   głowę 
odwróconą, żeby szlochać z twarzą przy ścianie.

Kiedy   jednak   była   pewna,   że   już   go   nie   ma, 

odwróciła   z   powrotem   głowę   i   zobaczyła,   że 
zostawił   białą   chusteczkę,   elegancko   złożoną   i 
idealnie wyprasowaną. Złapała chusteczkę i zgniotła 
ją   w   kulkę,   żeby   nią   także   cisnąć   o   przeciwległą 
ścianę,   ale   chusteczka   nie   uderzyłaby   o   mur   z 
satysfakcjonującą   siłą,   tak   jak   magnetofon. 
Chusteczka spłynęłaby tylko łagodnie na ziemię, jak 

background image

ptak znajdujący bezpieczną gałąź.

Nina rozejrzała się, żeby mieć pewność, że nikt 

nie patrzy, i głośno wysmarkała w nią nos.

background image

R

OZDZIAŁ

 5

Nina   zjadła   chleb.   Była   zniesmaczona   samą 

sobą,   tym,   że   wyzbierała   wszystkie   okruchy   i 
pożarła  robaczywe   jabłko   razem   z   ogryzkiem. 
Powinna tęsknić za Jasonem, szlochając bezustannie, 
jak   jakaś   nieszczęsna   porzucona   bohaterka   książki 
cioci Zenki. Ale nie miała już złamanego serca, była 
wściekła, a jedzenie dało jej więcej energii, żeby się 
złościć.

– Byłam faktycznie Ninią Idiotką – mruknęła. – 

Zasłużyłam na to imię.

Jak   on   mógł?   Jak   Jason   mógł   stać   w   świetle 

księżyca   wieczór   za   wieczorem,   z   taką   miłością 
patrząc jej w oczy, a potem odwrócić się na pięcie i 
zrobić   coś   takiego?   Czy   planował   ją   zdradzić   już 
miesiąc temu, kiedy po raz pierwszy wyszeptał jej 
do ucha: „Może powiemy innym, żeby już wracali, a 
my   jeszcze   zostaniemy?   Będziemy   mieć   chwilę 
tylko dla siebie”. Potem trzymał ją za rękę, całował 
jej szyję, a Nina czuła, że cała słabnie. Nawet teraz 
pamiętała jeszcze dotyk jego ręki na swojej dłoni, 
jego   ust   przyciśniętych   do   jej   ust.   Przypominała 
sobie po wiele razy każdy dotyk i pocałunek, a w 
uszach dalej brzmiał jego szept: „Kocham cię”.

Ale   nie   kochał   jej;   powiedział   Policji 

Populacyjnej,   że   zrobiła   coś   złego,   i   teraz   miała 

background image

zostać za to zabita.

Wypluła pestkę jabłka tak gwałtownie, że odbiła 

się od podłogi.

Przez   Jasona   zrobiła   z   siebie   kompletną 

kretynkę.   Pamiętała   doskonale   wszystkie   te 
spotkania   w   lesie,   kiedy   patrzyła   na   niego   z 
uwielbieniem   i   gadała   głupoty,   flirtując.   Pamiętała 
też ten raz, kiedy nowy chłopak, Lee Grant, zaczął 
wychodzić   na   zewnątrz,   a   Jason   opowiadał   mu   o 
pikiecie   prowadzonej   przez   Jen   Talbot   w   obronie 
praw trzecich dzieci. Nina nie była wtedy w stanie 
włączyć   się   do   rozmowy   inaczej,   niż   potakując 
Jasonowi:   „Właśnie,   pikieta...   ”.   Nie   potrafiła 
powiedzieć   niczego   inteligentnego,   ponieważ   tak 
właściwie nie słuchała rozmowy, patrzyła tylko na 
przystojny profil Jasona widoczny w przyćmionym 
świetle i podziwiała doskonały kształt jego nosa.

Idiotka.
Nawet   wcześniej,   zanim   ona   i   Jason   po   raz 

pierwszy   się   pocałowali,   flirtowała   z   nim   w   inny 
sposób, zadzierając nosa i nabijając się z chłopców. 
„No, to typowe dla chłopaków!”, powtarzała chyba 
setki   razy  z   głupkowatym   uśmiechem   na   twarzy   i 
czuła się, jakby grała w jednym z seriali oglądanych 
przez   ciocię   Zenkę.   Potrzebowała   tylko   sukni 
balowej i malutkiego składanego wachlarza, którym 
mogłaby   trzepotać   za   każdym   razem,   kiedy 
powiedziałaby coś szczególnie pretensjonalnego.

background image

Absurdalne.   Tak   właśnie   teraz   wyglądała   – 

absurdalnie.   Jak   mogła   zapomnieć,   że   jest 
niezgrabną   trzynastolatką   z   mysimi   warkoczykami 
zwisającymi po obu stronach twarzy? Nawet gdyby 
miała  na  sobie  suknię  balową  i   trzymała  składany 
wachlarz, wyglądałaby po prostu głupio.

Nic   dziwnego,   że   Jason   ją   zdradził.   Nic 

dziwnego, że Sally i Bonner odsuwały się od niej w 
lesie, jakby nie chciały, żeby je razem widziano.

Nina miała ochotę znowu się rozpłakać, ale łzy 

nie   chciały   jej   napłynąć   do   oczu.   Miała   wrażenie, 
jakby jej serce zamieniło się w kamień. Wszystko 
wokół   było   zimne,   twarde   i   bezlitosne:   betonowe 
ściany,   cementowa   podłoga,   żelazne   pręty   w 
drzwiach.   Myślała,   że   zdoła   otulić   się 
wspomnieniami   o   tym,   jak   była   kochana  –   przez 
Jasona, przez przyjaciółki w Harlow, przez babcię i 
ciotki.   Ale   miłość   Jasona   okazała   się   fałszywa, 
przyjaciółki   nie   stanęły   w   jej   obronie,   a   babcia   i 
ciotki były tak daleko i rozstała się z nim tak dawno, 
że   miała   wrażenie,   iż   kochały   zupełnie   inną   małą 
dziewczynkę.   Jakąś   maleńką   Elodie,   którą   Nina 
ledwie pamiętała.

Zasnęła   z   suchymi   oczami   i   skamieniałym 

sercem, zimna jak wszystko inne w więzieniu.

background image

R

OZDZIAŁ

 6

O to moja propozycja – powiedział mężczyzna.
Nina zamrugała głupio oczami i spróbowała się 

obudzić   –   to   musiał   znowu   być   środek   nocy. 
Żarówka   nad   jej   głową   świeciła   oślepiająco,   a 
dziewczynka   czuła   mdłości   z   powodu   braku 
jedzenia. Dwie kromki chleba i jedno małe jabłko na 
chyba półtora dnia niewiele złagodziły jej głód.

–   Uważamy,   że   możesz   się   nam   przydać   – 

powiedział   gładko   mężczyzna,   wyciągając   do   niej 
rękę.   Nina   zamrugała   jeszcze   kilka   razy,   żeby 
widzieć   wyraźniej.   To,   co   trzymał   w   dłoni 
mężczyzna,   było   zbyt   nieprawdopodobne,   żeby 
mogła uwierzyć: kanapka. I to nie taka z ciemnego 
chleba   i   pleśniejącego   sera,   do   jakich   Nina   była 
przyzwyczajona,   ale   puszysta   bułeczka,   gruba   i 
złocistobrązowa,   z   jasnoróżowymi   plastrami 
czegoś...   czy   to   była   szynka?   Tak,   z   szynką 
wystającą   po   bokach.   Nina   widziała   takie   rzeczy 
tylko   w   telewizji,   na   zakazanych   kanałach,   które 
pokazywały życie przed czasami głodu.

–   Masz,   zjedz   to.   –   Mężczyzna   beztrosko 

machnął kanapką przed oczami Niny.

Wepchnęła sobie połowę kanapki do ust, zanim 

w ogóle się zorientowała, że po nią sięgnęła.

– Chyba nikt nigdy nie uczył cię dobrych manier 

background image

– powiedział mężczyzna z odrazą.

Nina   zignorowała   go,   ponieważ   kanapka 

smakowała bosko. Bułeczka była lekka i puszysta, a 
w   środku   oprócz   szynki   krył   się   plasterek   ostrego 
sera.   Dziewczynka   czuła   też   inne   smaki   – 
przypłynęły do niej słowa ze starej reklamy: „sałata, 
pomidory, ogórki, cebula... ”. Nie była pewna, czy to 
właśnie   je,   ale   kanapka   była   cudowna,   absolutnie 
doskonała, więc zwolniła trochę tempo, żeby cieszyć 
się nią dłużej.

– Od razu lepiej – rzucił gniewnie mężczyzna. 

Nina prawie zapomniała o jego istnieniu, ale teraz 
podał   jej   butelkę,   a   napój   w   środku   był   także 
wyborny,   słodki   i   cytrynowy.   Napiła   się,   myśląc 
tylko o ugaszeniu pragnienia.

Kiedy kanapka zniknęła, a butelka była pusta, 

Nina w końcu spojrzała na mężczyznę.

– Propozycja...? – zapytała niepewnie.
– Zgodnie z prawem powinnaś zostać stracona 

już   w   dniu   aresztowania   –   wyjaśnił   mężczyzna.   – 
Czasem jednak nawet dla Policji Populacyjnej może 
być korzystne przymknięcie oka na pewne aspekty 
prawa.

Nina zamarła w oczekiwaniu.
– Oczywiście, nie mówię tu o łamaniu prawa – 

ciągnął   mężczyzna.   –   Ze   względu   na   wagę   naszej 
misji zostały przewidziane pewne specjalne wyjątki. 
Załóżmy, że trafia do nas przestępca, który może być 

background image

przydatny   w   naszej   sprawie.   Po   co   mielibyśmy 
wykonywać wyrok śmierci na kimś takim?

– Czego? – zapytała Nina przez zaciśnięte zęby. 

– Czego pan chce ode mnie?

Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Nic, czego ty i Jason i tak nie próbowaliście 

zrobić.

–   Czy   Jason   będzie   mi   pomagał?   –   zapytała 

Nina, zanim zdążyła się powstrzymać.

–   Niestety,   Jason   nie   okazał   się   dla   nas   tak 

przydatny, jak możesz być ty. – Mężczyzna z jeszcze 
większą obojętnością wzruszył ramionami.

– Czyli on...
– Nie żyje? Oczywiście – odparł mężczyzna. – 

Szybka i skuteczna sprawiedliwość to nasze motto.

Nina miała wrażenie, że wszystko wewnątrz niej 

rozsypuje się na kawałki. Usta jej zadrżały.

– No już, już – powiedział mężczyzna. – Proszę, 

tylko   bez   pokazowej   rozpaczy.   Zdradził   cię,   nie 
pamiętasz? Nie miał oporów, żeby wpakować ci nóż 
w plecy, kiedy myślał, że może tym ocalić własną 
skórę. Oczywiście, nic mu to nie dało, ale, jak sądzę, 
ktoś,   kto   zdradza   własny   kraj,   bez   najmniejszego 
wahania może zdradzić jedną dziewczynkę.

Nina   starała   się   go   nie   słuchać,   ale   to   było 

niemożliwe. Jason ją zdradził, pamiętała jego głos na 
taśmie,   zimny   i   wyrachowany.   Poczuła   nowy 
przypływ   gniewu   i   przyjęła   go   z   ulgą,   ponieważ 

background image

dawał jej siłę.

–   Dlaczego   uważa   pan,   że   mogę   być   bardziej 

przydatna niż on? – zapytała, z całej siły starając się 
zachować spokój w głosie.

– Nie wiem. Może trudno mi sobie wyobrazić 

małą   dziewczynkę   z   warkoczykami   jako 
zatwardziałą   kryminalistkę?   –   odparł   beztrosko 
mężczyzna.   –   Może   uważam,   że   ci,   których   masz 
podejść, szybciej zaufają dziewczynce. A może po 
prostu nie spodobał mi się Jason.

Nina pragnęła wziąć w obronę Jasona, wrzasnąć 

na tego mężczyznę, że ktoś jemu podobny nie ma 
prawa twierdzić, że Jason może się nie podobać, ale 
stawanie   w   obronie   Jasona   było   ponad   jej   siły. 
Musiał   przecież   wiedzieć,   że   zdradzając   Ninę, 
skazuje ją na śmierć. Dlaczego to zrobił? Dlaczego 
sam próbował oszukać Policję Populacyjną?

Nina nie miała czasu na rozpamiętywanie tego 

typu   pytań,   ponieważ   mężczyzna   zaczął   znowu 
mówić, wyjaśniając, czego od niej oczekuje.

– Aresztowaliśmy kilkoro nielegalnych dzieci – 

powiedział.   –   Cieni   z   fałszywymi   dowodami 
tożsamości...

– Mówił pan przedtem, że to niemożliwe, żeby 

nielegalne   dzieci   dostały   fałszywe   dowody 
tożsamości – przerwała Nina.

– Cóż, nie były dostatecznie dobre. Nie mogą 

mieć takich, które pozwolą oszukać władze – odparł 

background image

mężczyzna.   –   Dlatego   właśnie   te   dzieci   zostały 
złapane,   nie   zdziwiłbym   się,   gdyby   same   sobie 
zrobiły   te   dokumenty,   ale   nie   chcą   się   do   tego 
przyznać.   Moim   obowiązkiem,   jako   pracownika 
Policji   Populacyjnej,   jest   dowiedzieć   się,   skąd 
wzięły fałszywe dokumenty, na wypadek gdyby ktoś 
jeszcze   był   zamieszany   w   ten   proceder. 
Chcielibyśmy  też wiedzieć, kto przez te wszystkie 
lata ukrywał nielegalne dzieci. Zostały aresztowane 
na ulicy i odmówiły podania nazwisk rodziców oraz 
adresów zamieszkania. Rozumiesz, na czym polega 
nasz problem? Jeśli natychmiast stracimy te dzieci, 
inni przestępcy, ci, którzy je ukrywali albo zrobili 
dla   nich   fałszywe   dokumenty,   nigdy   nie   zostaną 
złapani. Ale jeśli umieścimy cię w celi razem z nimi, 
a ty zdobędziesz ich zaufanie i powiedzą ci prawdę, 
będziesz   mogła   mi   ją   powtórzyć,   a   wtedy 
pozbędziemy   się   wszystkich   przestępców. 
Sprawiedliwości stanie się zadość, rozumiesz?

Nina   rozumiała   doskonale   i   właśnie   dlatego 

dygotała tak gwałtownie, że nawet jej warkocze się 
trzęsły.

– A jeśli odmówię? – zapytała. Głos też jej się 

trząsł.

Mężczyzna uniósł brwi.
–   Ośmielasz   się   w   ogóle   rozważać   taką 

możliwość?   –   zagrzmiał.   –   Jeśli   odmówisz, 
dołączysz   do   swojego   wspaniałego   przyjaciela 

background image

Jasona. Umrzesz.

Kanapka,   która   kilka   minut   temu   tak   bardzo 

smakowała   Ninie,   teraz   przewracała   się   w   jej 
żołądku. Jak mogła się zgodzić na to, co proponował 
ten mężczyzna?

Ale jak mogła się nie zgodzić i pozwolić, żeby 

ją stracono?

Jason ją zdradził, przyjaciółki jej nie broniły – 

porządek świata był taki, że każdy troszczył się tylko 
o siebie.

–  Dlaczego któreś z   tych cieni  miałoby  mi   w 

ogóle zaufać? – zapytała.

–   Ponieważ   będą   myślały,   że   także   jesteś 

pojawem   –   wyjaśnił   mężczyzna.   –   Z   pewnością 
świetnie umiesz to udawać.

No jasne, umiałabym –  pomyślała Nina. –  Ale 

jak mogłabym żyć ze świadomością, że te dzieci mi  
zaufały, a ja je potem zdradziłam
?

Mężczyzna   wstał   już   i   otrzepał   okruchy   ze 

spodni.

–   Czyli   postanowione   –   powiedział,   jakby 

rozmowa  była zakończona, a Nina zgodziła się na 
współpracę. – Rano przeniesiemy cię do ich celi.

Odwrócił   się   i   ruszył   powoli   do   drzwi.   Miała 

wrażenie, że dobrych pięć minut zajęło mu wyjęcie 
klucza, włożenie go w zamek i przekręcenie, żeby 
drzwi   się   otworzyły.   Nina   powtarzała   sobie,   że 
powinna   za   nim   krzyknąć:   „Proszę   zaczekać!   Nie 

background image

zrobię   tego!   Prędzej   umrę,   niż   będę   pracować   dla 
Policji   Populacyjnej!   Ja   także   jestem   pojawem, 
nazywam się Elodie i jestem z tego dumna... ”. Ale 
nie była w stanie otworzyć ust i poruszyć językiem.

Wreszcie   mężczyzna   znalazł   się   za   drzwiami, 

nacisnął wyłącznik i cela pogrążyła się z powrotem 
w ciemnościach. Usłyszała jego kroki odbijające się 
echem w korytarzu – samotny dźwięk w ponurym 
więzieniu.

Teraz   to   miejsce   odpowiednie   dla   mnie  – 

pomyślała Nina. – Jestem zdrajczynią, jestem zła.

background image

R

OZDZIAŁ

 7

Nina do rana rozmyślała o baśni, ale tym razem 

nie o takiej, w której piękna księżniczka zakochuje 
się w przystojnym księciu. Na myśl przychodziła jej 
baśń o Titeliturym.

Jestem jak córka młynarza – powiedziała sobie. 

– Król powiedział jej, że musi uprząść złoto ze słomy  
albo zginie. Biorąc pod uwagę dany jej wybór, jasne  
było, że się nie sprzeciwiła i nie powiedziała: „Ups,  
przepraszam, ale to niemożliwe. Proszę mnie zabić”.  
Ja także nie zamierzam tego powiedzieć.  
Ale córka 
młynarza  nie  miała  nikogo  skrzywdzić,  żądano  od 
niej zrobienia czegoś niewykonalnego, a nie czegoś 
złego.

To, co miała zrobić Nina, z pewnością było złe.
Może tamte dzieci są okropne i wstrętne, a ja  

będę   się   cieszyła,   że   mogę   je   zdradzić  –   myślała 
Nina. – Może zasługują na to.

Nie   potrafiła   jednak   się   zmusić,   żeby   w   to 

uwierzyć.

Nadal   siedziała   bezsennie   w   ciemnościach, 

kiedy usłyszała, jak drzwi jej celi otwierają się ze 
zgrzytem. Strażnik więzienny podszedł i szarpnął ją 
za ramię.

– Idziemy! – warknął.
– Kajdanki... jestem przykuta! – zaprotestowała 

background image

Nina. – Jestem przykuta do ściany.

Strażnik   zaklął   i   kopnął   ją   w   brzuch,   tak   że 

zwinęła   się   z   bólu.   Czy   tak   właśnie   Policja 
Populacyjna   traktowała   tych,   którzy   dla   niej 
pracowali?

Strażnik wyszedł z celi i chwilę później wrócił z 

kluczem.   Otworzył   nim   zamek,   a   potem   szarpnął 
Ninę,   stawiając   ją   do   pionu.   Dziewczynka   nie 
wstawała   od   dwóch   dni,   więc   miała   wrażenie,   że 
nogi są sztywne i bezużyteczne.

–   No   już,   idziemy!   –   rozkazał,   ciągnąc   ją   za 

ramię.

Nina,   potykając   się,   ruszyła   za   nim.   Zeszli 

schodami  i  przemierzyli   szereg   długich   korytarzy, 
mijając   tuziny   zaryglowanych   drzwi.   Nina   chętnie 
zajrzałaby za któreś z nich, ale było za ciemno, a 
strażnik szedł zbyt szybko. Zeszli po jeszcze jednych 
schodach;   powietrze   stało   się   bardziej   wilgotne. 
Nina potknęła się i straciła równowagę, a jej nagie 
kolano   dotknęło   kałuży   wody,   nim   zdążyła   się 
wyprostować.   Przesunęła   palcami   po   kamiennym 
murze, który także był wilgotny.

Znajdowali się w podziemiach, może nawet w 

jaskini.

Doszli   do   kolejnych   drzwi   wykonanych   z 

grubego drewna, a strażnik mocniej ścisnął jej ramię. 
Drugą ręką otworzył drzwi i popchnął ją do przodu.

–   Jak   będziesz   dalej   sprawiać   kłopoty,   będzie 

background image

jeszcze   gorzej!   –   wrzasnął,   puszczając   ją.   Nina 
poleciała   do   przodu   i   upadła   na   ziemię,   a   za   nią 
zatrzasnęły się drzwi.

–   Hej?   –   zapytała   ostrożnie,   spoglądając   w 

ciemność,   w   której   nie   była   w   stanie   niczego 
dostrzec.   Ściana   równie   dobrze   mogła   być   na 
wyciągnięcie   ręki,   jak   i   kilometr   dalej.   –   Hej?   – 
zapytała znowu. – Jest tu ktoś?

Usłyszała szelest po prawej stronie i zaczęła się 

zastanawiać, czy to nie są tylko myszy albo szczury, 
a   cała   propozycja   współpracy   nie   okaże   się 
okrutnym   żartem.   Jednak   chwilę   później   w 
ciemności błysnęła zapałka i ktoś wyszeptał:

– Nie, już mam...
Potem zapaliła się świeczka, a w słabym świetle 

Nina dostrzegła dwie – nie, trzy twarze. To były te 
dzieci, które miała zdradzić.

– Czy któreś z was ma więcej niż pięć lat? – 

krzyknęła z przerażeniem.

background image

R

OZDZIAŁ

 8

Cała trójka popatrzyła na Ninę z urazą. Nigdy w 

życiu   nie   widziała   jeszcze   tak   brudnych   i 
obszarpanych dzieci. Po dwóch dniach w więzieniu 
w   podartej   i   pokrwawionej   sukience,   z   twarzą   ze 
smugami łez i brudu oraz rozplecionymi warkoczami 
ona także nie wyglądała jak z żurnala mody, ale te 
dzieci   sprawiały   wrażenie   (niestety,   także 
zapachowe),   jakby   przyszły   na   świat   na   jednym   z 
wysypisk śmieci cioci Lystry. Miały brud zaschnięty 
na   policzkach   i   smugi   nie   wiadomo   czego   na 
połatanych   workowatych   ubraniach,   a   sfilcowane 
włosy   zwisały   im   w   postrzępionych   płatach   nad 
oczami. Nie można było nawet stwierdzić, czy są to 
chłopcy, czy dziewczęta  – Nina nie zdziwiłaby się, 
gdyby   się   okazało,   że   to  jakieś   dziwaczne 
człekopodobne   zwierzęta,   o   których   dotąd   nie 
słyszała.

Wtedy zaczęły mówić.
– Wszyscy mamy więcej niż pięć lat – odezwało 

się to siedzące pośrodku. – Jesteśmy tylko mali na 
swój wiek.

Najmniejsze energicznie pokiwało głową.
– Matthias ma dziesięć lat, Percy dziewięć, a ja 

sześć.

– A jak masz na imię? – zapytała łagodnie Nina.

background image

– Alia – odparło dziecko.
Alia   –   czyli   najmniejsze   z   nich   było 

dziewczynką.  Jak   mogłabym   zdradzić   małą  
dziewczynkę?
  – pomyślała Nina. Kiedy sama miała 
sześć lat, ciotki na zmianę trzymały ją na kolanach i 
uczyły   czytać.   Babcia   udzielała   jej   lekcji 
matematyki,   a   ciocia   Rhoda   pokazywała,   jak   się 
pisze. Nina pamiętała jeszcze, jakie to było uczucie – 
siedzieć wygodnie razem z ciotką w wielkim fotelu, 
z książką opartą na kolanach. Niezależnie od tego, 
jak zimno bywało w ich mieszkaniu, sześcioletniej 
Ninie zawsze było ciepło.

Ta   sześciolatka   kuliła   się   w   wilgotnej   celi 

więziennej, czekając na egzekucję.

–   Jeśli   pozwolisz   –   odezwał   się   największy, 

czyli   Matthias   –   zgasimy   teraz   świeczkę.   Mamy 
tylko tę jedną, ale chcieliśmy ci się przyjrzeć.

– Jasne, nie ma sprawy – odparła Nina, chociaż 

tęskniła   do   światła.   Dwa   dni   w   ciemności   to 
zdecydowanie za długo.

–   Moja   kolej!   –   zawołała   radośnie   Alia. 

Pochyliła się i zdmuchnęła świeczkę. Płomień zgasł, 
a Nina od razu pożałowała jego zniknięcia.

W ciemności łatwiej mi będzie ich oszukać. Nie  

wyczytają z mojej twarzy, że kłamię.

Ale czy zamierzała ich okłamać? Nie potrafiła 

się zdecydować.

–   No   więc,   kim   jesteś?   –   zapytał   nieznajomy 

background image

głos, chyba Percy’ego.

Nina   już   czuła   się   zagubiona   –   jakie   imię 

powinna   podać?   Jakie   imiona   oni   jej   podali   – 
prawdziwe   czy   fałszywe?   Z   trudem   mogła   sobie 
wyobrazić,   jak   ktokolwiek   chciałby   nadać   synowi 
imię Percy, więc prawdopodobnie nadal udawali, że 
są   tymi   osobami,   na   które   były   wystawione   ich 
dokumenty.

–   Możecie   mnie   nazywać   Nina   –   powiedziała 

ostrożnie. – Ale naprawdę mam na imię...

– Nie! Nie mów! – krzyknęła Alia.
–   Uważamy,   że   mogą   nas   podsłuchiwać   – 

wyjaśnił szeptem Matthias.

– No to co? – zapytała brawurowo Nina. – I tak 

nas pozabijają.

Prawie   czuła   zaszokowane   milczenie   po 

przeciwnej   stronie   celi.   Nawet   w   ciemnościach 
potrafiła   sobie   wyobrazić   te   brudne   twarzyczki 
wykrzywione przerażeniem.

– Wcale nie – zaprzeczyła Alia. – Przekonają 

się, że jesteśmy niewinni, a wtedy nas wypuszczą.

Głos Alii był pełen nadziei, spokojny i pewny – 

czy naprawdę wierzyła w to, co mówi? Czy była aż 
taka  głupia? Ze sposobu, w jaki te dzieci kuliły się 
razem, co widziała przez krótki czas, gdy paliła się 
świeca, Nina odgadła, że Matthias i Percy opiekują 
się Alią. Może chłopcy, nie chcąc mieć do czynienia 
z   histeryzującą   sześciolatką,   nabili   jej   głowę 

background image

kłamstwami:   „Wszystko   będzie   dobrze,   nie 
skrzywdzą nas. Niedługo stąd wyjdziemy”.

A   może   Alia   grała   na   użytek   Policji 

Populacyjnej,   która   podobno   miała   ich 
podsłuchiwać?  Może jeden z chłopców powiedział 
jej: „Zachowuj się, jakbyśmy byli niewinni, to nam 
uwierzą”?   Ale   czy   sześciolatka   potrafiłaby   tak 
przekonująco udawać?

Jak   w   ogóle   mogli   myśleć,   że   Policja 

Populacyjna   ich   podsłuchuje?   A   może   wiedzieli   – 
gdyby   Nina   powiedziała   Policji   Populacyjnej 
wszystko,   czego   się   dowie,   to   czy   to   nie   byłoby 
podsłuchiwanie jej uszami?

Nina   potarła   czoło   –   sytuacja   była   taka 

zagmatwana. Jak teraz miała sprawić, że te dzieci jej 
zaufają   i   wyznają   jej   swoje   tajemnice?   Czy 
naprawdę chciała, żeby to zrobiły?

Mogłabym poznać ich tajemnice i po prostu nie  

powiedzieć   niczego   Policji   Populacyjnej 

– 

pomyślała.

– Jak długo tu jesteście? – zapytała, starając się 

mówić   obojętnie,   jakby   właściwie   jej   to   nie 
interesowało, ale nie miała nic lepszego do roboty.

Nikt   jej   od   razu   nie   odpowiedział,   a   Nina 

pomyślała, że może naradzają się szeptem po drugiej 
stronie celi. W końcu odezwał się Percy.

– Nie bardzo wiemy, trudno tu poznać, czy jest 

noc, czy dzień.

background image

– Do tej pory nakarmili nas trzy razy – dodała 

Alia.

– Jak zostaliście aresztowani? – spytała Nina.
Znowu   chwilę   potrwało,   zanim   usłyszała 

odpowiedź.

Żałowała, że nie może ich zobaczyć.
–   Czekaliśmy   w   kolejce,   żeby   kupić   kapustę. 

Wszyscy   troje   –   powiedział   w   końcu   Matthias.   – 
Policja Populacyjna przyszła do sklepu i sprawdzała 
dowody   tożsamości.   Powiedzieli,   że   nasze   są 
fałszywe, więc aresztowali nas...

– Ale nie są fałszywe! – przerwała Alia. – Są 

prawdziwe   i   Policja   Populacyjna   powinna   o   tym 
wiedzieć. Słyszycie mnie?!!! – Słowa Alii nie były 
skierowane do Niny, ale do drzwi i odbiły się tak 
głośnym echem, że Nina ledwie słyszała, jak chłopcy 
uciszają małą.

Uznała, że lepiej będzie, jeśli to zignoruje.
–   Dlaczego   rodzice   po   was   nie   przyszli?   – 

zapytała.

– Nie mamy rodziców – wyjaśniła Alia.
Nina   zwróciła   uwagę   na   dobór   słów   –   „Nie 

mamy rodziców”, a nie „Nasi rodzice nie żyją”, czy 
„Mieszkamy   u   dziadków”,   albo   „Przyjdzie   po   nas 
ciotka”.

– Kto się wami opiekuje? – spytała ostrożnie.
– Sami się sobą opiekujemy! – odparła gorąco 

Alia.

background image

Tym   razem   Nina   była   pewna,   że   słyszy 

chłopców  szepczących Alii, że nie powinna mówić 
niczego więcej. W jej gardle rosła rozpaczliwa gula 
–   te   dzieci   mogły   być   potwornie   brudne,   ale 
przynajmniej miały siebie  nawzajem. Nina pragnęła 
także przytulić się do kogoś. Gdyby Jason tu byt...

Nie, nie Jason, który był już martwy, a poza tym 

przecież ją zdradził. Jak mogłaby o tym zapomnieć? 
Wspomnienie   jego   uścisku   sprawiało,   że 
przechodziły   ją   ciarki,   myśl   o   jego   pocałunkach 
powodowała   przypływ   żalu,   że   nie   walnęła   go 
pięścią   w   nos   zamiast   odwzajemnić   pocałunek. 
Dlaczego nie sprawdziła go jakoś, nie powiedziała: 
„Cały   czas   powtarzasz,   że   powinniśmy   zrobić   coś 
dla trzecich dzieci, coś takiego jak słynna pikieta Jen 
Talbot.   No   to   może   to   zróbmy?”.   Mogłaby   wtedy 
zdemaskować go jako oszusta i zostać bohaterką, tak 
jak Jen.

Zamiast tego miała właśnie zostać zdrajczynią.

background image

R

OZDZIAŁ

 9

Nieszczęśliwa zapadła w sen, ponieważ był to 

jedyny sposób ucieczki. Niech tamci sobie szepczą, 
ile tylko chcą.

Obudziła się, kiedy padła na nią smuga blasku – 

ktoś świecił latarką przez otwarte drzwi.

– Nina Idi – zawołał znudzony głos.
Nina chwiejnie wstała na nogi, obejrzała się i 

zobaczyła, że tamci troje także zasnęli, nadal blisko 
siebie.   Alia   leżała   skulona   na   kolanach   Matthiasa, 
Matthias   opierał   głowę   na   ramieniu   Percy’ego. 
Światło najwyraźniej nie obudziło żadnego z nich – 
Alia   przekręciła   się   tak,   że   wtulała   twarz   w   nogę 
Matthiasa   zamiast   w   jego   rękę,   ale   nie   otworzyła 
oczu.

Nina zmrużyła oczy i spojrzała w stronę źródła 

światła.   Trzymająca   latarkę   osoba   poświeciła   na 
podłogę,   więc   dziewczynka   mogła   widzieć   trochę 
wyraźniej,   ponieważ   blask   nie   raził   jej   prosto   w 
oczy. W cieniu za latarką stał strażnik.

– No, chodź – rzucił zirytowanym tonem.
Nina   pomyślała,   że   to   może   być   ten   sam 

strażnik  co  poprzednio,  ale  nie   była   pewna.  Może 
wszyscy strażnicy wyglądali i zachowywali się tak 
samo,   ponurzy   i   w   ciemnych   mundurach.   Zrobiła 
krok   w   stronę   drzwi,   a   jej   łańcuch   zadzwonił   o 

background image

podłogę.   Obejrzała   się   i   zobaczyła,   że   cała   trójka 
obudziła się.

Nienawidziła   wyrazu   przerażenia   w   ich 

zaokrąglonych ze strachu oczach.

–   Masz   iść   na   przesłuchanie   –   powiedział 

strażnik.

Nina zrobiła kolejny krok naprzód, ale widziała, 

jak pozostałe dzieci wymieniają spojrzenia. Jak tylko 
stąd wyjdę – 
pomyślała z goryczą – Matthias powie 
Alii:   „Widzisz,   dlatego   nie   możemy   jej   niczego  
powiedzieć. Nie wolno jej ufać”.  
Nina pragnęła, by 
chociaż   jedno   z   dzieci   wyszeptało   „Powodzenia” 
albo spojrzało na nią ze współczuciem, ale siedziały 
nieruchome i milczące jak posążki.

Strażnik złapał Ninę za ramię i wyciągnął ją na 

zewnątrz, ale kiedy tylko drzwi się za nią zatrzasnęły 
i przeszli kawałek korytarzem, mężczyzna pochylił 
się   i   zdjął   łańcuch   pętający   jej   kostki,   a   potem 
wyprostował się i otworzył jej kajdanki.

–   Uwalniacie   mnie?   –   zapytała   Nina   z 

niedowierzaniem.

Mężczyzna prychnął.
– Chyba oszalałaś.
Ale   pozwolił,   żeby   szła   sama   obok   niego 

korytarzem,   a   potem   schodami.   Na   szczycie 
schodów   obrócił   się   w   lewo   i   otworzył   stalowe 
drzwi. Po ich drugiej stronie znajdował się wyłożony 
dywanem   korytarz   o   kremowych   ścianach 

background image

oświetlonych   łagodnym   światłem.   To   miejsce 
sprawiało   wrażenie   innego   wszechświata   w 
porównaniu   z   tym,   który   właśnie   opuściła.   Szkoła 
dla Dziewcząt Harlow była przyjemnym miejscem, 
szczególnie w porównaniu z mieszkaniem babci, ale 
mimo wszystko były w niej popękane ściany i smugi 
na   wykładanych   kafelkami   podłogach.   Tutaj   Nina 
nie   mogła   dostrzec   choćby   jednej   niedoskonałej 
kępki dywanu.

Strażnik   musiał   zauważyć   jej   pełne   podziwu 

spojrzenie, bo znowu prychnął.

– Gabinety oficerów – wyjaśnił. – Wszystko, co 

najlepsze dla grubych szych.

Zaprowadził ją do pokoju z długim drewnianym 

stołem,   pięknie   rzeźbionym   w   winogrona,   jabłka   i 
inne   wzory,   których   Nina   nie   potrafiła   rozpoznać. 
Usiadła   na   krześle,   jakiego   jej   zdaniem   mógłby 
używać prezydent.

–   Śledczy   zaraz   tu   przyjdzie   –   powiedział 

strażnik i wyszedł.

Nina rozglądała się wokół, mrugając z zachwytu 

oczami.   Na   każdej   ścianie   wisiały   portrety   w 
eleganckich złotych ramach, a po przeciwnej stronie 
pokoju dwa okna spoglądały na nią jak gigantyczne 
oczy.

Niewiele   wiedziała   o   oknach   –   w   Harlow   z 

jakichś dziwnych powodów nie było ani jednego, a 
kiedy   mieszkała   z   babcią   i   ciotkami,   wszystkie 

background image

żaluzje musiały być cały czas zaciągnięte z obawy, 
że   ktoś   z   zewnątrz   przypadkiem   zobaczy   Ninę   i 
doniesie o tym fakcie Policji Populacyjnej. („Wcale 
nam tego nie brakuje, naprawdę – zapewniła kiedyś 
Ninę ciocia Zenka. – Te okna wychodziły tylko na 
ślepy zaułek i śmietnik. Tak naprawdę to dobrze się 
składa, że możemy patrzeć na te żaluzje i udawać, że 
za   nimi   znajdują   się   przepiękne   pejzaże   –   bystre 
rzeki,   majestatyczne   góry,   wysokie   lasy   i   ogrody 
różane...   Ja   wolę   sobie   wyobrażać   właśnie   coś 
takiego”).

Teraz jednak bycie widzianą nie stanowiło dla 

Niny zagrożenia, skoro Policja Populacyjna miała ją 
już w swoich rękach – nic gorszego nie mogło się 
wydarzyć. Odważnie wstała i podeszła do jednego z 
okien   –   po   drugiej   stronie   o   szybę   opierały   się 
gałęzie krzewu. Dzień był słoneczny – Nina nigdy 
nie   widziała   czegoś   takiego   na   własne   oczy, 
ponieważ kiedy była przywożona do Harlow i kiedy 
ją   stamtąd   zabierano,   akurat   padało.   Teraz   niebo 
miało   cudownie   czysty   odcień   błękitu,   od   którego 
Ninę zaczęło coś boleć w piersiach. Wysoko płynęły 
po   nim   puchate,   białe   chmury,   za,   żywopłotem 
ogromny   trawnik   opadał   do   jeziora,   a   w   oddali 
widać było nieduży las.

To była scena jak z wyobraźni cioci Zenki.
–   Podoba   ci   się   widok?   –   zapytał   głos   za   jej 

plecami.

background image

Nina   gwałtownie   wciągnęła   powietrze   i 

odwróciła się – to był nienawistnik. Odsunęła się od 
okna.

Ale   mężczyzna   nie   sprawiał   wrażenia 

zagniewanego, podszedł bliżej i także wyjrzał.

–   Nie   tego   należałoby   się   spodziewać   wokół 

więzienia, prawda? – zagadnął. Nina nie była pewna, 
czy mężczyzna nie mówi po prostu do siebie. – W 
przypadku   więzienia   na   myśl   przychodzą   raczej 
wysokie   mury,   mnóstwo   drutów   kolczastych, 
uzbrojone   patrole   strażników...   I   tak   rzeczywiście 
jest,   po   drugiej   stronie,   tam,   gdzie   są   trzymani 
więźniowie. Jeśli jednak chodzi  o  tę część, to cóż, 
oficerowie lubią czasem popatrzeć na piękno natury. 
Pewnie   dlatego,   że   tyle   w   naszej   pracy   jest... 
brutalności i okropieństw. Rozumiesz?

Nina   nie   bardzo   wiedziała,   czy   ma   mu   coś 

odpowiedzieć. Chwilę później nienawistnik odsunął 
się od okna.

– Dziękuję – powiedział przez ramię i zwrócił 

się do Niny: – Zjemy coś?

Nina zobaczyła, że kiedy ona wyglądała przez 

okno, strażnik po cichu postawił na stole tacę – a na 
niej   istna   uczta.   Pieczony   kurczak,   ziemniaki, 
groszek, koszyk puchatych rogalików... Mężczyzna 
odsunął krzesło dla Niny, która uświadomiła sobie 
nagle, jak okropnie wygląda – z pewnością nie jak 
osoba,   dla   której   ktoś   odsuwa   krzesło.   Z 

background image

zakłopotaniem odgarnęła włosy z oczu.

–   Dobrze,   dobrze   –   powiedział   mężczyzna.   – 

Jestem   pewien,   że   marzysz   o   porządnym,   długim 
prysznicu,   ale,   niestety,   musisz   wyglądać 
odpowiednio do roli.

Dziewczynka   usiadła,  jak we  śnie   sięgnęła  po 

rogalik, zjadła kurczaka, którego mężczyzna nałożył 
jej   na   talerz,   pochłonęła   groszek   i   wypiła   pyszne 
tłuste mleko.

– To chyba najlepszy posiłek, jaki kiedykolwiek 

jadłam – powiedziała mimo woli na głos.

– Cóż, współpraca z Policją Populacyjną wiąże 

się   z   pewnymi   korzyściami   –   roześmiał   się 
mężczyzna.

Nina przestała jeść.
– Najadłaś się? – zapytał mężczyzna.
–   Raczej   tak   –   odparła,   chociaż   to   nie   była 

prawda.   Mogłaby   spokojnie   spałaszować   jeszcze 
jedną ogromną porcję wszystkiego.

– Poczekaj chwilę. – Mężczyzna wstał, podszedł 

do drzwi i zaczął się naradzać w jakiejś sprawie ze 
strażnikiem.   Nina   popatrzyła   na   stojący   przed   nią 
koszyk   z   rogalikami   i   przypomniała   sobie 
wymizerowaną,   głodną   twarzyczkę   Alii. 
Przypomniała   sobie   też,   jak   Alia   powiedziała 
odważnie:   „Do   tej   pory   nakarmili   nas   trzy   razy”. 
Mężczyzna   nie   patrzył   –   co   by   szkodziło,   gdyby 
złapała jeden rogalik dla Alii? Mogłaby wziąć nawet 

background image

trzy,   po   jednym   dla   każdego   i   schować   je   w 
rękawach bluzki, a nikt by niczego nie zauważył.

Przypomniała sobie, jak dzieci patrzyły na nią, 

kiedy przyszedł po nią strażnik i przypomniała sobie, 
że nie usłyszała ani słowa pociechy czy otuchy.

Nie sięgnęła po rogaliki.
Chwilę   później   strażnik   przyszedł   i   zabrał 

pozostałe jedzenie, a nienawistnik usiadł na krześle 
naprzeciwko   Niny,   oparł   się   wygodnie   i   położył 
stopy na stole.

–   No   dobra   –   powiedział   swobodnie.   – 

Domyślam   się,   że   nie   jesteś   typem,   który   łatwo 
nawiązuje   przyjaźnie   i   potrafi   wpływać   na   innych 
ludzi.   Założę   się,   że   nie   masz   mi   niczego   do 
powiedzenia.

–   Podsłuchiwaliście!   –   rzuciła   oskarży   cielsko 

Nina.

Mężczyzna prychnął z rozbawieniem.
– Proszę, proszę, cóż za mania prześladowcza. 

Oczywiście, że nie podsłuchiwaliśmy, po to właśnie 
ty tam jesteś. Po prostu umiem to odczytać z mowy 
ciała. Mack... czyli nasz strażnik, nie byliście chyba 
sobie przedstawieni? No więc Mack powiedział mi, 
że kiedy po ciebie przyszedł, spałaś w jednym kącie 
celi, a pozostała trójka kuliła się razem, tak daleko 
od ciebie, jak to możliwe. To nie brzmi, jakbyś się z 
nimi skumplowała.

– Oni się przyjaźnią od dawna – zaprotestowała 

background image

Nina.  –  Znali   się   jeszcze   przed  aresztowaniem.   Ja 
jestem dla nich kimś obcym.

– No to przestań być – odparł mężczyzna. – Nie 

zależy ci na życiu?

Nina przełknęła ślinę.
– Są głodni, zmarznięci i przerażeni. Nie mają 

ochoty   rozmawiać   –   powiedziała,   sama   słysząc 
jękliwy ton swojego głosu. – Poza tym myślą, że są 
podsłuchiwani,   dlatego   nie   będą   mówili   o... 
niektórych  sprawach. Sądzą, że Policja Populacyjna 
wszystko słyszy. To beznadziejne!

Mężczyzna cmoknął z dezaprobatą.
–   Myślałem,   że   jesteś   bardziej   inteligentna   – 

potrząsnął   głową.   –   Musisz   sprawić,   żeby   ci   to 
powiedzieli. Pracujesz teraz dla Policji Populacyjnej, 
więc zachowuj się odpowiednio!

background image

R

OZDZIAŁ

 10

Kiedy Nina została wepchnięta z powrotem do 

celi,   znalazła   tamtych   skulonych   przy   zapalonej 
świeczce.

– Alia się bała – wyjaśnił Matthias. – Pomyślała, 

że możesz zostać... no, wiesz.

Nina   obejrzała   się   przez   ramię,   w   obawie,   że 

strażnik   zauważy   i   zabierze   świeczkę,   ale   on 
zatrzasnął   już  i  zaryglował   drzwi,   nawet   nie 
zaglądając do środka.

– Martwiliście się o mnie? – zapytała Nina.
Matthias   wzruszył   tylko   ramionami,   ale   Alia 

skinęła głową, a ogromne oczy w jej wymizerowanej 
twarzyczce   były   bardzo   poważne.   Nagle   Nina 
poczuła się okropnie winna, że nie zabrała dla nich 
żadnych rogalików.

– Czego chcieli? – spytał Percy.
– Zadali mi kilka pytań.
– Z nami też tak robili, kiedy nas tu przywieźli – 

powiedziała   Alia.   –   Zabierali   nas   pojedynczo,   ale 
żadne z nas nie powiedziało niczego złego. Sa... To 
znaczy, wiedzieliśmy, co powinniśmy powiedzieć.

Nina usłyszała, że małej wymknęło się to „Sa... 

”, a ponieważ świeczka jeszcze się paliła, zauważyła 
też,   że   Matthias   wbił   łokieć   w   bok   Alii.   Żeby   ją 
ostrzec,   a   może   uciszyć?   Czego   ona   omal   nie 

background image

powiedziała? Czy „Sa... ” było początkiem czyjegoś 
imienia?

Nina z trudem ukryła, jak bardzo zaciekawiła ją 

ta pojedyncza sylaba.

–   Skąd   wiedzieliście,   co   trzeba   powiedzieć,   a 

czego nie wolno mówić? – zapytała z nadzieją, że 
zabrzmi   to,   jakby   chciała   sama   poradzić   sobie   z 
podobnym   problemem.   –   Czy   ktoś   was   tego 
nauczył?

– Nie, po prostu wiedzieliśmy – wyjaśniła Alia. 

–   Jesteśmy   wszyscy   bardzo   sprytni.   Załóżmy,   na 
przykład, tylko na niby, że jesteś dzieckiem cieniem. 
Będziesz   bezpieczna,   dopóki   nie   powiesz   Policji 
Populacyjnej, jak się naprawdę nazywasz.

– Oczywiście – przytaknęła Nina. – Gdybym ja 

była cieniem i miała fałszywy dowód tożsamości, na 
pewno   nie   zdradziłabym   nikomu   prawdziwego 
imienia. To znaczy nikomu poza moją rodziną.

Ale   zrobiła   to   –   pamiętała   pewien   wieczór, 

kiedy Jason całował ją pod drzewem i wyszeptał jej 
do ucha: „Jesteś taka śliczna, a ja nie wiem nawet, 
jak masz naprawdę na imię... ”. Wtedy wymknęło jej 
się:   „Elodie...   Nazywam   się   Elodie”.   To   był   jej 
prezent dla niego.

I spójrzcie tylko, jaki zrobił z niego użytek.
– Czy mówiłaś Policji Populacyjnej coś o nas? – 

zapytał Percy. Jego głos przywołał Ninę z powrotem 
do   teraźniejszości,   do   zimnej   i   mokrej   celi 

background image

więziennej, sześciorga oczu wpatrujących się w nią i 
okropnego wyboru, przed jakim stała.

– Tylko, że jest wam zimno i jesteście głodni – 

odparła Nina, co właściwie nie było kłamstwem. – I 
powiedziałam   temu   mężczyźnie,   który   zadawał   mi 
pytania,   że   uważacie,   że   oni   podsłuchują   każde 
wasze   słowo.   Roześmiał   się   i   powiedział,   że   to 
absurd.

–   Dlaczego   to   powiedziałaś?   –   zapytał   z 

wściekłością   Matthias.   –   Jeśli   już   wiedzą,   nie 
możemy mówić niczego, co mogłoby ich oszukać.

Nina przez moment  nie  rozumiała, ale szybko 

się domyśliła, o co może mu chodzić.

– Cóż, na razie niewiele wam z tego przyszło, 

prawda?   –   rzuciła   wyzywająco.   –   Siedzicie   tutaj, 
prawie was nie karmią i nie dali wam nawet mydła, 
żebyście się mogli umyć.

– Ale  też  nas nie  zabili  – odezwała  się  cicho 

Alia.   Nina   popatrzyła   na   dziewczynkę.  Kiedy   ja 
miałam sześć lat, nie potrafiłabym powiedzieć czegoś  
takiego
  –   pomyślała.   –  Byłam   jeszcze   dzieckiem,  
bawiłam   się   lalkami   i   stroiłam   w   stare   ubrania  
ciotek, udając, że jestem księżniczką. A cztery starsze  
panie traktowały mnie jak księżniczkę.

–   Przepraszam   –   powiedziała.   –   Nie   chciałam 

zrobić niczego złego.

Pozwoliła   jednak   nienawistnikowi   mówić,   że 

będzie szpiegować dla Policji Populacyjnej, i zjadła 

background image

zaoferowane   jedzenie,   co   było   jak...   przyjęcie 
judaszowych   srebrników   albo   coś   w   tym   rodzaju. 
Nie   odmówiła   w   żadnej   sprawie,   nie   zaczęła 
krzyczeć   i   wrzeszczeć,   że   Policja   Populacyjna   nie 
ma   racji.   Nie   domagała   się,   żeby   wypuścił 
Matthiasa, Percy’ego, Alię – i ją samą – na wolność.

Pochyliła   głowę,   zbyt   zawstydzona,   żeby 

spojrzeć na pozostałych.

Zgrzytnięcie,   jakie   rozległo   się   za   nią, 

oszczędziło   jej   konieczności   mówienia 
czegokolwiek więcej.

– Jedzenie! – zawołała z zachwytem Alia.
Strażnik   otworzył   drzwi,   cisnął   w   ciemność 

pakunek, a potem zatrzasnął drzwi i odszedł.

Alia   sięgnęła   pierwsza,   podniosła   paczkę   i 

podała chłopcom. Matthias uniósł wyżej świeczkę, 
żeby wszyscy zobaczyli.

– Patrz, Nina! – pisnęła Alia. – Tutaj jest jeden, 

dwa,   trzy,   cztery,   pięć...   osiem   kromek   chleba! 
Wcześniej przynosili nam najwyżej sześć!

– Teraz jest nas więcej o jedną osobę, głuptasie 

– przypomniał jej Percy. – Dalej wypada po dwie na 
głowę.

– Aha – powiedziała Alia.
Nina przysunęła się do pozostałych, czując, że 

przekracza   jakąś   niewidzialną   linię.   Przykucnęła  i 
zajrzała do torby, w której znajdował się taki sam 
twardy,   ciemny   chleb,   jak   ten,   który   dostała   na 

background image

pierwszy posiłek w więzieniu. Nie było masła czy 
choćby   jabłek.   Po   uczcie,   jaką   zjadła   u 
nienawistnika, nie potrafiła udawać, że ma ochotę na 
taki chleb.

–   Wiecie   co?   –   powiedziała   z   wystudiowaną 

obojętnością. – Nie jestem właściwie głodna, więc 
może zjecie też moją porcję?

Zagapili się na nią.
– Jesteś pewna? – zapytała Alia. – Chyba nie 

karmią nas codziennie.

– W porządku, możecie to zjeść – potwierdziła 

Nina.

Nie potrzebowali dodatkowej zachęty – w ciągu 

kilku sekund pochłonęli cały chleb. Nina zauważyła 
jednak, że Matthias w dziwny sposób podzielił jej 
porcję – Alia dostała całą kromkę, a on i Percy zjedli 
drugą. Widząc łapczywie jedzące dzieci, poczuła, że 
brzuch zaczyna ją boleć.

Kiedy skończyli, zebrali wszystkie okruszki i je 

także   zjedli.   Nina   siedziała   obok   nich,   udając,   że 
wraz   z   nimi   szuka   okruchów.   Potem   usiedli   z 
powrotem, szczęśliwi i nasyceni. Nina zajęła miejsce 
obok Alii, która pochyliła się do niej i uściskała ją.

– Dzięki, Nina. Mam  nadzieję, że  później  nie 

zgłodniejesz.   To   chyba   najlepszy   posiłek,   jaki 
jadłam.

Nina   mogła   przynieść   Alii   świeże,   pyszne 

rogaliki, ale nie zrobiła tego. Zamiast tego pozwoliła 

background image

małej  dziewczynce zjeść stary, zapleśniały i prawie 
niejadalny ciemny chleb, tylko dlatego, że sama był 
zbyt   nasycona   wspaniałym   posiłkiem   Policji 
Populacyjnej, żeby udawać, że jest głodna. A teraz 
Alia jej za to dziękowała.

Czuła się jeszcze bardziej winna niż wcześniej.

background image

R

OZDZIAŁ

 11

Dni   mijały.   Nina   nie   miała   pojęcia,   ile   czasu 

upłynęło,   ponieważ   nic   nie   działo   się   regularnie. 
Czasem   strażnik   przynosił   jedzenie,   czasem 
wyciągał   jedno   z   nich   na   przesłuchanie,   czasem 
Matthias decydował, że  mogą  zapalić świeczkę  na 
kilka   minut   ale   tylko   ze   względu   na   Alię,   kiedy 
uznawał, że mała tego potrzebuje.

Żadne   z   nich  nie   wiedziało,   o  której   godzinie 

dzieją się te wszystkie rzeczy.

Poza   tym   mogli   mierzyć   czas   w   więziennej 

jaskini   tylko   rytmem,   w   jakim   stawali   się   senni, 
spragnieni lub musieli ulżyć potrzebie naturalnej.

Żadna z tych spraw nie była prosta.
Ich „toaleta” znajdowała się po prostu w rogu 

celi,   którego   starali   się   za   wszelką   cenę   unikać, 
ponieważ potwornie cuchnął.

Nie mieli żadnego posłania, ani jednej poduszki 

czy   koca,   a   spanie   na   mokrych   kamieniach 
sprawiało, że Nina była przemoczona, zesztywniała i 
bardziej zmęczona niż wcześniej.

Kiedy byli spragnieni, musieli iść do najbardziej 

wilgotnej   części   jaskini   i   zlizać   wodę   ze   ściany. 
Strażnik nigdy nie przynosił im wody, ale Matthias 
wpadł na pomysł, żeby zatrzymać jedną z toreb, w 
których   było   przynoszone   jedzenie,   i   nasączyć   ją 

background image

wodą. Powiedział  strażnikowi, że upuścili  torbę  w 
kącie   służącym   za   toaletę.   „Nie   wejdzie,   żeby 
sprawdzić”,   zapewniał   ich   ledwie   słyszalnym 
szeptem i okazało się, że miał rację. Potem Matthias 
położył   torbę   pod   ścianą,   po   której   stale   ściekała 
woda, a kiedy była całkiem przemoczona, starannie 
wycisnął wodę wprost w oczekujące usta Alii, potem 
Percy’ego,   a   następnie   podzielił   się   cennymi 
kroplami z Niną, która zakasłała i wypluła je.

– Fuuuj! – krzyknęła.
– Co się stało? – zapytała Alia.
–   To   było   ohydne   –   jęknęła.   Woda   była 

wystarczająco   niesmaczna,   kiedy   zlizywali   ją   ze 
ściany   –   smakowała   kamieniem,   siarką   i   odrobiną 
jakichś   chemikaliów,   których   Nina   nie   potrafiła 
rozpoznać. Ale wyciśnięta z torby woda smakowała 
jak skała, spleśniały chleb i brudna, gnijąca torba, a 
może nawet jak czyjeś wymiociny.

–   To   jest   woda   –   powiedział   Matthias.   –   Jest 

nam potrzebna do życia.

Nina niczego już nie powiedziała, ale wróciła do 

zlizywania   wody   bezpośrednio   ze   ściany,   po 
kropelce,   i   pozwoliła   pozostałym   dzielić   się   wodą 
wyciskaną z torby.

Podejrzewała,   że   tamci   troje   przed 

aresztowaniem przez Policję Populacyjną prowadzili 
życie znacznie gorsze niż ona. Ciemność wyraźnie 
nie przeszkadzała im tak bardzo jak jej, nie narzekali 

background image

na   brak   jedzenia   ani   nawet   na   smród   z   kąta 
służącego   za   toaletę.   (Cóż,   sami   nie   pachnieli 
najlepiej, podobnie zresztą jak Nina).

Nina starała się jak najczęściej siedzieć blisko 

pozostałych – żeby się trochę ogrzać i żeby słuchać, 
czy znowu o niej nie rozmawiają, a może po to, żeby 
się czegoś dowiedzieć. Ale kilka razy obudziła się z 
głębszego   snu   i   stwierdziła,   że   przenieśli   się   pod 
drugą ścianę celi i szepczą tam o czymś.

– Tam był okropny przeciąg – mówiła Alia. – 

Zmarzliśmy,   ale   ty   wyglądałaś,   jakby   ci   to   nie 
przeszkadzało, więc nie chcieliśmy cię budzić.

To   brzmiało   całkiem   niewinnie   i   może   było 

niewinne, ale Nina i tak w duchu się na nich złościła.

Naprawdę ich zdradzę – myślała. – Będą mieli  

za swoje. W ogóle mnie nie obchodzą.

W takich chwilach zdarzało jej się jęknąć:
–   Tak   strasznie   tęsknię   za   rodziną!   A   wy   za 

kimś tęsknicie?

Nawet Alia nie odpowiadała na takie pytanie.
Później, na spotkaniu z nienawistnikiem, Nina 

była   im   wdzięczna   za   milczenie,   ponieważ 
wiedziała, że pod spojrzeniem tych przeszywających 
niebieskich   oczu   nie   zdołałaby   dochować   żadnej 
tajemnicy.   Miała   wrażenie,   że   mężczyzna   wie,   że 
ona jest pojawem. Czuła, że gdyby ją zapytał, wbrew 
swojej woli byłaby zmuszona podać mu nazwisko i 
adres babci, musiałaby opisać szczegółowo wygląd 

background image

każdej   siwowłosej   ciotki   i   podać   dokładnie   ich 
stanowiska i miejsca pracy.

Na   szczęście   nigdy   nie   pytał   o   to,   kto   ją 

ukrywał. Pytał tylko o Alię, Percy’ego i Matthiasa.

– Proszę mi dać więcej czasu – błagała Nina. – 

Nie znam ich jeszcze.

W  duchu myślała, że  mogłaby spędzić  z  nimi 

całe wieki w więziennej jaskini i nadal niczego by o 
nich   nie   wiedziała.   Percy   przypominał   skałę   – 
twardy,   nieugięty   i   nieprzenikniony,   Matthias   był 
rozmowny jak drzewo i nawet Alia, która sprawiała 
wrażenie   najsłabszego   ogniwa,   okazała   się   bardzo 
cicha, skryta, uprzejma i nic ponadto.

– Mam ci dać więcej czasu? Siedzisz tam już od 

wielu dni – warknął nienawistnik podczas kolejnego 
przesłuchania w środku nocy. – Ile czasu ci potrzeba, 
żeby powiedzieć:  „Moi rodzice nazywają się  tak i 
tak. A twoi?”.

Przez   jedną   przerażającą   chwilę   Ninie 

wydawało   się,   że   on   naprawdę   pyta   o   imiona   jej 
rodziców. Wbrew woli zaczęła składać wargi, żeby 
wymówić   pierwszą  sylabę   imienia   matki.   „Rita. 
Moja matka nazywa się Rita. Mój ojciec nazywa się 
Lou. Moja babcia nazywa się Ethel. A ja... ”.

Przygryzła mocno wargę, zatrzaskując słowa w 

ustach,   ale   nienawistnik   wyraźnie   niczego   nie 
zauważył. Chodził po pokoju i dalej się złościł.

–   Nawet   imiona   by   nam   pomogły.   Nawet 

background image

inicjały. Musisz mi coś powiedzieć.

Nie pytał o imiona jej rodziców, mówił tylko, 

jakie pytania powinna zadać pozostałym. Serce Niny 
tłukło się w panice, która utrudniała jej myślenie.

A   jeśli...   A   jeśli   nie   potrzebuje   znać   imion  

moich rodziców, ponieważ już je zna?  A jeśli wie 
już o babci i ciotkach? Czy dlatego o to nie pyta?

Nina   gorączkowo   próbowała   sobie 

przypomnieć,   czy   kiedykolwiek   wspomniała 
Jasonowi   choćby   słowo  o  swojej   rodzinie.   Chyba 
nie, prawda? Rozmawiając z Jasonem, pragnęła się 
wydawać   egzotyczna   i   godna   zainteresowania,   a 
babcia i trzy ciotki – stare panny – nie bardzo do 
tego obrazu pasowały.

Nienawistnik przestał krążyć po pokoju i okręcił 

się na pięcie, stając twarzą w twarz z Niną. Patrzyli 
sobie prosto w oczy.

– Nie możesz bawić się z Policją Populacyjną, 

mała – powiedział. – Za to zostaje się skazanym na 
śmierć.

Nina zadrżała.
Mężczyzna wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
Nina siedziała sama, przerażona, w luksusowym 

wnętrzu pokoju przesłuchań. Stół przed nią był za 
stawiony jedzeniem, którym opychała się z wilczym 
apetytem podczas rozmowy. Może dlatego, że był to 
środek nocy, a nie środek dnia, na posiłek podano 
tylko przekąski – głównie rzeczy, jakich Nina nigdy 

background image

wcześniej   nie   jadła:   prażona   kukurydza,   solone 
orzeszki   ziemne,   serowe   krakersy,   rodzynki. 
Dziewczynka   nadal   była   głodna   –   zawsze   była 
głodna,   nie   potrafiła   sobie   przypomnieć   żadnej 
chwili w swoim życiu, kiedy czułaby się najedzona 
do   syta.   Teraz   jednak   nie   potrafiła   zmusić   się   do 
przełknięcia   kolejnego   kęsa,   bo   głos 
znienawidzonego mężczyzny nadal rozbrzmiewał jej 
w uszach. Mimo to sięgnęła do miski z orzeszkami i 
zaskoczona   zorientowała   się,   że   jej   ręce   podnoszą 
naczynie   i   wsypują   zawartość   za   dekolt   sukienki. 
Zacisnęła   mocniej   pasek,   tworząc   na   brzuchu 
torebkę, w której zmieściły się orzeszki. Gdy tylko 
skończyła, strażnik otworzył drzwi.

–   Podobno   dzisiaj   wcześniej   skończył   – 

warknął. – Wracasz do celi.

Nina wstała powoli – żaden orzeszek nie wypadł 

na podłogę. Skrzyżowała ramiona i przycisnęła je do 
siebie,   przytrzymując   pasek   na   miejscu.   Zrobiła 
krok,   potem   kolejny   i   nic   się   nie   stało;   orzeszki 
łaskotały ją, ale nie dbała o to.

Ukradłam   jedzenie   Policji   Populacyjnej!  – 

pomyślała Nina. – I uszło mi to na sucho!

Wracając do celi, nie czuła się jak dziewczynka, 

która  omal   nie  zdradziła   swoich  rodziców  i   której 
ukochana   babcia   i   ciotki   mogą   znajdować   się   w 
niebezpieczeństwie.   Nie   czuła   się   jak   nielegalne 
dziecko bez prawa do życia, nie czuła się jak chora z 

background image

miłości,   głupiutka   nastolatka   zdradzona   przez 
chłopaka, w którym się zakochała. Nie czuła się jak 
potencjalna zdrajczyni swoich współbraci.

Czuła się oszołomiona, pełna nadziei, sprytna i 

odpowiedzialna   –   a   wszystko   to   dzięki   orzeszkom 
ziemnym szeleszczącym jej pod sukienką.

background image

R

OZDZIAŁ

 12

Nina nadal kradła jedzenie.
Podczas   każdego   spotkania   z   nienawistnikiem 

nadchodziła   niezmiennie   chwila,   w   której 
mężczyzna   wychodził   na   krótko   z   pokoju   –   żeby 
porozmawiać   ze   strażnikiem,   iść   do   łazienki   albo 
przynieść nowy długopis. Wtedy Nina łapała stojące 
najbliżej jedzenie i wepchnęła je sobie za sukienkę, 
w  skarpetki   i  gdzie  tylko  mogła.  Zabierała  jabłka, 
pomarańcze, ciasteczka, rodzynki, suszone banany, 
łuskane   orzechy   włoskie,   paczki   płatków 
śniadaniowych   i   zapakowane   batoniki   owsiane. 
Ukradła   także   torbę,   w   której   strażnik   przynosił 
ciemny   chleb,   i   nosiła   ją   zawsze   przy   sobie, 
przywiązaną pod sukienką, żeby móc zabrać więcej 
jedzenia.

Problem   polegał   na   tym,   że   nie   wiedziała,   co 

powinna z nim zrobić.

Była głodna i bez problemu dałaby radę zjeść 

wszystko sama, ale kiedy znajdowała się z powrotem 
w   celi,   jej   żołądek   ściskał   się   na   myśl   o   tym,   że 
miałaby przełknąć chociażby okruch z kradzionego 
jedzenia. A jeśli usłyszą, że coś gryzie? Jak mogłaby 
objadać się takimi smakołykami, kiedy oni obok niej 
głodowali? Jak w ogóle mogła kiedykolwiek jeść to, 
co dawała jej Policja Populacyjna, kiedy tamci byli 

background image

głodni?

Myślała   o   tym,   żeby   się   z   nimi   podzielić   – 

prawdopodobnie po to właśnie za pierwszym razem 
sięgnęła do miski z orzeszkami, ponieważ czuła się 
okropnie   winna,   że   nie   przyniosła   rogalików   dla 
Alii. Ale jak miałaby im wytłumaczyć, skąd wzięła 
jedzenie?

Pewnej   nocy,   kiedy   strażnik   wepchnął   ją   z 

powrotem   do   celi   i   zobaczyła   pozostałą   trójkę 
skuloną   razem,   w   jej   głowie   zalęgła   się   okropna 
myśl.   Nina   usiadła   koło   nich   i   oparła   się   o   Alię, 
która   obraziła   się,   mocniej   przytulając   się   do 
Matthiasa.   Podłoga   była   mokra   i   twarda,   Nina 
marzła   i   wszystko   wydawało   jej   się   beznadziejne: 
przestało ją obchodzić, co się stanie z innymi, jeśli 
tylko jej będzie ciepło, jeśli dostanie suche ubranie i 
ją wypuszczą z więzienia. Mogłabym wykorzystać to  
jedzenie,   żeby   ich   przekupić
  –   pomyślała.   – 
Mogłabym   im   powiedzieć,   że   dostaną,   ile   tylko  
zechcą   zjeść,   jeśli   zdradzą   mi   swoje   tajemnice.  
Nie...   Będę   im   wydzielać   po   orzeszku   albo   po  
rodzynce   za
  każdym   razem,   kiedy   odpowiedzą   na  
moje   pytanie.   Kto   to   jest   „Sa...   ”?   Skąd   macie  
dokumenty?   Kto   jeszcze   powinien   zostać   z   wami  
aresztowany?

Nie   zrobiła   tego,   ale   nadal   kradła   jedzenie, 

którego nie mogła zjeść, oddać ani w żaden sposób 
wykorzystać. Miała wrażenie, że jest w więzieniu od 

background image

zawsze   i   na   zawsze   w   nim   pozostanie.   W   swojej 
przyszłości   widziała   tylko   kolejne   noce   snu   w 
wilgotnym, brudnym ubraniu na zimnych i twardych 
kamieniach, kolejne dni prób podsłuchania szeptów 
pozostałej   trójki,   kolejne   nieregularne   wizyty   w 
gabinecie   nienawistnika,   który   krzyczał   na   nią   i 
dawał jej jedzenie, które kradła, nie mogąc go potem 
zjeść.

Aż pewnego dnia wszystko się urwało.
– Masz dwadzieścia cztery godziny – warknął 

do niej nienawistnik. – Ani chwili więcej.

Nina zagapiła się na niego, a jej mózg próbował 

ogarnąć to, co właśnie usłyszała. Prawie zapomniała, 
że dwadzieścia cztery godziny to jeden dzień – że na 
świecie są takie rzeczy jak liczby i liczenie godzin.

–   Chce   pan   powiedzieć...   –   zaczęła,   bardziej 

zdziwiona niż przestraszona.

–   Jeśli   nie   powiesz   mi   wszystkiego,   co   chcę 

wiedzieć – spojrzał na zegarek na nadgarstku – do 
dziesiątej pięć jutro wieczorem zostaniesz stracona. 
Ty i ta trójka pojawów.

Nina czekała, aż ogarnie ją zgroza, ale była zbyt 

zobojętniała. Nagle coś innego odwróciło jej uwagę. 
Strażnik więzienny Mack zaczął dobijać się do drzwi 
gabinetu,   w   którym   się   znajdowali.   Nienawistnik 
otworzył drzwi, a Mack chwiejnie wpadł do środka i 
osunął się na stół. Nina zobaczyła, że wciąż ściska 
pęk   kluczy,   których   zawsze   używał,   kiedy 

background image

wyprowadzał   ją   z   celi.   Jego   długie   ramiona   z 
impetem   uderzyły  o  blat,   palce   rozluźniły   się,   a 
klucze ześlizgnęły się na podłogę.

– Tru... – wybełkotał Mack. – Trucizna... 
Nienawistnik zerwał się na równe nogi i złapał 

telefon, błyskawicznie wybierając numer.

–   Natychmiast   przysłać   karetkę   do   kwatery 

głównej Policji Populacyjnej! – zażądał. – Jeden z 
naszych strażników został otruty.

Wyciągnął Macka na korytarz – stopy strażnika 

obijały się o podłogę.

– Trzymaj się, Mack – mruknął nienawistnik. – 

Zaraz przyjedzie pomoc.

– Unnnh – jęknął Mack.
Obaj najwyraźniej zapomnieli o istnieniu Niny, 

która   zobaczyła   leżący   na   podłodze,   tuż   obok   jej 
krzesła, pęk kluczy. Poszczególne klucze sterczały z 
niego pod dziwacznymi  kątami. Powoli, obojętnie, 
jakby sięgała po upuszczony orzeszek, pochyliła się i 
podniosła je.

background image

R

OZDZIAŁ

 13

Wsunęła kółko z kluczami na lewy nadgarstek i 

przesunęła   je   wyżej   i   jeszcze   wyżej   na   ramię,   aż 
mogło się samo utrzymać. Klucze wbijały się w jej 
rękę, ale nie było to nieprzyjemne uczucie. Dzięki 
temu się obudziła.

Mam klucze.
Mam jedzenie.
Mam dwadzieścia cztery godziny.
Muszę wymyślić plan.

Nienawistnik wrócił do pokoju – Nina nie miała 

najbledszego   pojęcia,   ile   czasu   go   nie   było. 
Możliwe,   że   przez   całe   godziny   siedziała   tutaj, 
dotykając kluczy przez materiał rękawa sukienki.

– Nie do uwierzenia! – wściekał się mężczyzna. 

–   Mack...   Wezwałem   kogoś,   żeby   się   nim   zajął. 
Odprowadzę cię do celi, rusz się! Muszę tu wrócić 
jak najszybciej...

Nina wstała, czując ciężar przywiązanej w pasie 

torby z jedzeniem i ukłucia kluczy na ramieniu. Tak 
powoli,   jak   tylko   się   odważyła,   okrążyła   stół   i 
podeszła do nienawistnika. Złapał ją za ramię – na 
szczęście prawe – i szarpnął.

–   Do   czego   to   dochodzi   –   mruczał,   kiedy 

background image

podeszli do drzwi dzielących luksusowy korytarz od 
reszty   więzienia.   Nina   wstrzymała   oddech, 
niepewna,   czy   nie   zauważy   teraz,   że   potrzebuje 
kluczy Macka.

Nie   –   wyciągnął   własny   klucz   z   kieszeni 

marynarki, wepchnął go do zamka i przekręcił, cały 
czas utyskując:

– Mack to porządny, uczciwy facet, ma rodzinę i 

dzieci, nie mam pojęcia, czemu...

Podeszli do następnych drzwi, które mężczyzna 

otworzył, niemal się nie zatrzymując.

Na   dole   schodów   były   kolejne   drzwi,   ale 

mężczyzna poganiał tylko Ninę, która odważyła się 
przestać wstrzymywać oddech. W końcu znaleźli się 
przed jej celą.

Nienawistnik   zatrzymał   się   i   spojrzał   na   swój 

pęk kluczy.

– Niech to szlag! – warknął. – Nie mam do nich 

klucza, muszę wrócić.

Obejrzał   się   na   drzwi,   przez   które   właśnie 

przeszli, a na jego twarzy tak wyraźnie malowały się 
odraza  i  zniecierpliwienie, że Nina miała wrażenie, 
jakby słyszała jego myśli:  Teraz muszę wracać na  
samą górę, wlekąc ze sobą tę okropną dziewuchę, a  
potem  zejść   jeszcze   raz   w   to  gnojowisko.  
Tak, na 
pewno myślał coś takiego, podniósł nawet nogę i z 
obrzydzeniem   spojrzał   na   błoto   przyklejone   do 
podeszew   jego   lśniących   butów.  Nie   mam 

background image

najmniejszej ochoty zawracać sobie teraz głowy tą  
bezużyteczną   smarkulą,   chciałbym   sprawdzić,   co  
się dzieje z nieszczęsnym Maćkiem...

–   Wiesz   co?   –   odezwał   się.   –   Nie   będę   cię 

wsadzać do celi, tylko zostawię po prostu tutaj, na 
korytarzu. W tym skrzydle i tak nie ma teraz nikogo, 
a tamte drzwi będą zamknięte... – mówił tak, jakby 
to Nina, a nie on, powinna się martwić, że nie jest 
dostatecznie dobrze zamknięta. – Strażnik z porannej 
zmiany   wpuści   cię   do   celi,   kiedy   przyjdzie   koło 
ósmej na obchód.

Już wychodził już przez drugie drzwi.
–   Mówi   się   trudno   –   mruknął   i   zatrzasnął   je 

przed nosem Niny.

Dziewczynka   stanęła   przed   potężnymi 

stalowymi   drzwiami   i   dotknęła   palcem   dziurki   od 
klucza. Jeden z  kluczy zostawionych przez  Macka 
będzie   pasował,   była   tego   pewna.   Gdyby 
nienawistnik wsadził ją z powrotem do celi, klucze 
na nic by się jej nie przydały, ponieważ tamte drzwi 
nie dawały się otworzyć od środka.

Miała   jednak   klucze   do   wszystkich   drzwi 

dzielących   ją   od   pokoju   przesłuchań   z   oknami 
wychodzącymi na zewnątrz.

Miała klucze i jedzenie – mogła uciec.

background image

R

OZDZIAŁ

 14

Nina   po   omacku   wpychała   klucze   do   dziurki, 

szukając   właściwego.   Jedynym   źródłem   światła  w 
korytarzu była słaba i brudna żarówka wisząca kilka 
metrów dalej, więc dziewczynka miała problemy ze 
stwierdzeniem,   które   klucze   już   wypróbowała,   a 
których   jeszcze   nie.   Nie   było   także   łatwe 
powstrzymanie pozostałych kluczy od obijania się o 
metalowe   drzwi,   kiedy   próbowała   obrócić   jeden   z 
nich   w   zamku.   Była   przekonana,   że   musi 
zachowywać   się   cicho...   Ale   właściwie   dlaczego? 
Nienawistnik był już na pewno na górze, i opiekował 
się otrutym Maćkiem, a powiedział przecież, że tu, 
na dole, nie ma innych więźniów.

Oczywiście oprócz Percy’ego, Matthiasa i Alii.
Percy, Matthias i Alia.
To dziwne, ale Nina nie pomyślała o nich ani 

razu od chwili, w której zacisnęła palce na kluczach 
strażnika. Zapomniała o ich istnieniu, myślała tylko 
o kluczach, zamkach w drzwiach i swoim życiu.

Percy, Matthias i Alia.
Myśl   o   nich   sprawiła,   że   Nina   upuściła   pęk 

kluczy,   które   zadzwoniły   o   kamienną   podłogę   i 
przesunęły   się   kawałek   dalej.   Dźwięk   odbijał   się 
echem   w   jej   uszach,   zupełnie   jakby   upuściła   co 
najmniej   tysiąc   kluczy   na   tysiąc   podłóg.   Prawie 

background image

chciała, żeby któreś z nich  – Percy, Matthias albo 
Alia – zaczęło walić w drzwi celi i wołać: „Hej! Co 
się tam dzieje?!”.

Wtedy musiałaby się do nich odezwać, stanąć z 

nimi twarzą w twarz i spojrzeć im w oczy, próbując 
zdecydować:  Czy   powinnam   ich   poprosić,   żeby  
uciekli ze mną?

Ale żadne z nich nie zaczęło walić w drzwi ani 

jej nie zawołało – zresztą nie spodziewała się, żeby 
to   zrobili.   Nawet   jeśli   usłyszeli   przez   ciężkie 
drewniane   drzwi   brzęk   kluczy,   pomyśleli 
prawdopodobnie, że po prostu strażnik robi więcej 
hałasu   niż   zwykle.   Niezależnie   od   tego,   czy   coś 
usłyszeli,   siedzieli   skuleni   razem   w   kącie   celi, 
ponieważ   w   więzieniu   głupotą   było   zwracanie   na 
siebie czyjejkolwiek uwagi.

W więzieniu głupotą było myśleć o kimś poza 

sobą.

Nina nie pochyliła się, żeby podnieść klucze – 

jeszcze nie.

Od kiedy nienawistnik przedstawił jej wiele dni 

temu   swoją   propozycję,   unikała   podjęcia 
jakiejkolwiek  decyzji.   Leżała   w   brudzie,   potykała 
się,   idąc   za   strażnikiem,   siedziała   ze   spuszczoną 
głową, kiedy nienawistnik wygłaszał do niej tyrady, 
ale nie zrobiła właściwie nic, co mogłoby zaszkodzić 
Percy’emu,   Matthiasowi   i   Alii.   Nie   zrobiła   też 
właściwie nic, co mogłoby im pomóc  – po prostu 

background image

siedziała dokładnie na środku idealnie nieruchomej 
wagi.

Teraz   jednak   szale   tej   wagi   musiały   się 

przechylić, a ona musiała dokonać wyboru.

Gdyby Nina uciekła sama, nie oglądając się za 

siebie, skazałaby tym samym Percy’ego, Matthiasa i 
Alię na śmierć. Czy nienawistnik nie powiedział, że 
pozabija   ich   wszystkich,   jeśli   nie   dostanie 
potrzebnych   informacji   do   dziesiątej   wieczorem 
następnego dnia? W głębi serca Nina wiedziała, że 
to   Jeśli”   dotyczyło   tylko   szansy   dla   niej   –   gdyby 
Percy, Matthias i Alia nadal znajdowali się w celi 
następnego dnia, zostaliby straceni.

Ale   przecież   nie   mam   aż   tyle   jedzenia   –  

pomyślała Nina. –  Czworgu dzieci trudniej będzie  
się   ukrywać   i   dotrzeć   w   bezpieczne   miejsce   niż  
jednemu. Poza tym Alia jest jeszcze taka mała, że  
prawdopodobnie nie potrafi iść bardzo szybko, a ja  
musiałabym dojść dziś wieczorem tak daleko, jak to  
tylko możliwe, zanim ktoś zauważy moje zniknięcie.  
Tak   czy   inaczej   te   dzieci   nie   przeżyją,   a   jeśli  
zabiorę je ze sobą, to tylko sama przy tym zginę.

Nina pomyślała o tym, jak Jason ją zdradził, a 

wszystkie   jej   przyjaciółki   tylko   patrzyły,   kiedy 
Policja Populacyjna przyszła ją aresztować. Nikt mi 
nie pomógł!
  – miała ochotę wrzasnąć do malutkiej, 
upartej   części   samej   siebie,   która   odmawiała 
podniesienia   po   prostu   kluczy   i   ucieczki.   Potem 

background image

jednak pomyślała o babci, cioci Zence, cioci Lystrze 
i   cioci   Rhodzie,   czterech   starszych   paniach,   które 
mogłyby sobie pozwalać na niewielkie przyjemności 
za   swoje   emerytury,   ale   zamiast   tego   harowały 
ciężko, wykonując nużące i nieciekawe prace, a po 
godzinach   opiekowały   się   malutkim   dzieckiem, 
rozpieszczając   je.   Pomyślała  o  swojej   matce, 
kobiecie,   którą   ledwie   znała,   ale   która   ukrywała 
ciążę,   przyjeżdżała   w   tajemnicy   do   domu   babci   i 
przysyłała   pieniądze,   kiedy   tylko   zdołała.   Dla 
wszystkich byłoby prościej, gdyby od razu pozbyli 
się Niny.

Ale to by nie było w porządku.
Nina   westchnęła   i   wypuściła   z   płuc   wilgotne, 

niezdrowe  więzienne powietrze, a potem pochyliła 
się  i  podniosła   klucze.   Obróciła   się   i   podeszła   do 
innych   drzwi,   szukając   innego   klucza   –   o   dziwo, 
znalazła   go   od   razu.   Ciężkie   drewniane   drzwi 
skrzypnęły i stanęły otworem.

–   Alia?   Percy?   Matthias?   –   zawołała.   – 

Chodźcie, wynosimy się stąd.

background image

R

OZDZIAŁ

 15

Sześć par oczu przewiercało Ninę spojrzeniem.
Przedtem   miała   wrażenie,   że   straciła   poczucie 

czasu, ale teraz wiedziała, że bezcenne, może nawet 
życiodajne sekundy upływają, podczas kiedy tamci 
gapią się na nią w milczeniu.

– Co? – zapytał w końcu Percy.
– Ukradłam mnóstwo jedzenia – wyjaśniła Nina. 

– A potem ktoś otruł strażnika i on upuścił klucze, a 
potem   ten   nienawistnik   nie   zauważył,   że   je 
podniosłam i spieszył się, więc nie wsadził mnie do 
celi,   bo   chciał   jak   najszybciej   wrócić   do   Macka. 
Mack to ten strażnik. W każdym razie: mam klucze i 
nikt o tym nie wie, więc możemy uciec. Chodźcie!

Znowu długa cisza – wyraźnie nie rozumieli.
– Ty otrułaś strażnika? – zapytała cichutko Alia.
–   Nie,   nie   mam   pojęcia,   kto   go   otruł.   Nie 

obchodzi mnie to. Ważne jest tylko to, że przez to 
zgubił klucze, a teraz ja je mam i zamierzam stąd 
uciec.   A   wy   możecie   iść   ze   mną,   jeśli   się   zaraz 
zdecydujecie.

– Może to podstęp – mruknął Percy.
– Może to jest test – odmruknął Matthias, wstał i 

podszedł do Niny. – Dlaczego mielibyśmy ci ufać? – 
zapytał.

Nina poczuła, że opada jej szczęka. Spodziewała 

background image

się,   że   będą   zachwyceni,   wdzięczni   i   gotowi   do 
natychmiastowej ucieczki – w ogóle nie brała pod 
uwagę, że mogliby zakwestionować jej propozycję.

–   Dlaczego   macie   mi   ufać?   –   zapytała 

oszołomiona.   –   Ponieważ...   ponieważ   siedzicie   w 
okropnej celi więziennej, zlizując wodę ze ściany i 
sikając  w kącie, a  jutro, jeśli tu będziecie, Policja 
Populacyjna każe was stracić. Nie macie szczególnie 
dużego wyboru, ja jestem waszą jedyną szansą.

Percy i Alia podeszli, stając za Matthiasem jako 

wsparcie.

– Ma trochę racji – szepnął Percy do Matthiasa. 

– Ale...

Nina zaczęła tracić cierpliwość, wszystko szło 

na odwrót: to oni powinni ją błagać, nie ona ich.

–   Poza   tym   jestem   dobra   –   upierała   się.   – 

Naprawdę. Nie znacie mnie, ponieważ w więzieniu 
nie   byłam   właściwie   sobą,   bo...   –   Nie   mogła 
powiedzieć   „bo   nie   mogłam   się   zdecydować,   czy 
chcę was zdradzić”.

– Nieważne. Ale możecie mi zaufać, słowo.
Percy   popatrzył   na   Alię,   Alia   popatrzyła   na 

Matthiasa, który z kolei popatrzył na Percy’ego.

– No dobra, idziemy – oznajmił Matthias.
–   No   to   świetnie.   –   Nina   nie   zdołała   ukryć 

odrobiny   sarkazmu   w   głosie.   –   Cieszę   się,   że   się 
zdecydowaliście. – Odwróciła się do drugich drzwi, 
dzwoniąc trzymanymi kluczami.

background image

– Jaki masz plan? – zapytał Percy.
– Plan? – powtórzyła Nina.
–   Mówiłaś,   że   jakiś   strażnik   został   otruty, 

prawda?   –   spytał   Percy.   –   Jak   zamierzasz   ominąć 
innych   strażników,   którzy   będą   wystraszeni   i 
wściekli i będą szukać kogoś, na kogo można zwalić 
za to winę?

– Yyy... – powiedziała Nina.
– I dokąd mamy uciekać?
Nina poczuła się jak idiotka – z powodu kluczy 

nie   tylko   zapomniała   początkowo   o   Percym, 
Matthiasie i Alii, ale także o wszelkiej logice. Nie 
wystarczyło   uciec   z   więzienia,   trzeba   było   uciec 
dokądś.

Pomyślała o babci i ciotkach, ale to było zbyt 

ryzykowne. W Szkole Harlow wszyscy wiedzieli, że 
została   aresztowana,   nikt   nie   odważyłby   się   jej 
pomóc i ukrywać ją. Przełknęła gwałtownie ślinę.

– Znacie jakieś bezpieczne miejsce? – zapytała 

cicho.

Pozostała   trójka   znowu   wymieniła   spojrzenia: 

tym  razem   Alia   spojrzała   na   Percy’ego,   Percy   na 
Matthiasa, a Matthias na Alię. Dobrze, że do tej pory 
Nina większość czasu spędzała z nimi w ciemności, 
ponieważ   inaczej   ta   wymiana   spojrzeń 
doprowadzałaby ją do furii.

Możliwe, że nadal ją doprowadzała do furii.
– Nie znamy żadnego bezpiecznego miejsca – 

background image

powiedział Matthias. – Już nie.

– No to wspaniale – wściekła się Nina, opierając 

plecami o ścianę. – Mamy jedzenie, mamy klucze, 
mamy   wszystko,   co   potrzebne   do   ucieczki...   Poza 
miejscem, do którego moglibyśmy uciec.

–   To   nie   jest   takie   łatwe,   przetrwać.   Tam   na 

zewnątrz   –   odezwał   się   Percy,   gestem   głowy 
wskazując stalowe drzwi, jakby cały świat znajdował 
się po ich drugiej stronie. – Potrzebujesz jedzenia, 
potrzebujesz   schronienia,   potrzebujesz   ciepła...   no, 
może   nie   o   tej   porze   roku,   ale   kiedy   przychodzi 
zima...

–   Potrzebujesz   miejsca,   w   którym   będziesz 

bezpieczna – wtrąciła się Alia.

– Daleko od Policji Populacyjnych i wszystkich 

ludzi, którzy mogliby cię wydać Policji Populacyjnej 
– zgodził się Matthias.

Nina   zaczęła   żałować   swojej   decyzji:   ostatnią 

rzeczą,   jakiej   potrzebowała,   była   trójka   małych 
dzieci   pouczających   ją,   jak   niebezpiecznym 
miejscem jest świat. Czy nie pomyśleli, że ona wie o 
tym? Zupełnie jakby istniało jakieś miejsce z dala od 
ludzi.

W   głowie   Niny   nagle   pojawił   się   pewien 

pomysł. Z dala od ludzi... Jak na pokazie slajdów w 
jej pamięci zaczęły się wyświetlać obrazy drzew i 
tylko drzew, lasu ciągnącego się całymi kilometrami 
pomiędzy ogromnymi trawnikami prowadzącymi do 

background image

dwóch   szkół   bez   okien.   Szkół,   których   uczniowie 
najprawdopodobniej   nigdy   nie   mieli   już   wyjść   na 
zewnątrz,   do   lasu,   skoro   Nina   i   Jason   zostali 
aresztowani...

–   Chyba   znam   takie   miejsce   –   powiedziała 

powoli Nina, nadal myśląc intensywnie.

– Czy będzie tam dużo jedzenia? – zapytała z 

ożywieniem Alia.

–   Nie,   ale...   –   Nina   lekko   skubnęła   przez 

materiał sukienki przywiązaną w pasie torbę. Jednak 
znowu   była   głupia,   ponieważ   najprawdopodobniej 
zjedliby   całe   ukradzione   jedzenie,   zanim   w   ogóle 
dotrą do lasu. A w lesie jedzenie nie będzie leżało na 
ziemi...   a   może   będzie?   Nina   przypomniała   sobie 
nowego   chłopca   w   otaczającej   Jasona   grupce 
uczniów ze Szkoły Hendricksa. Kazał się nazywać 
Lee Grant, chociaż Jason kilka razy mówił Ninie, że 
to   nazwisko   na   pewno   jest   fałszywe.   Kiedy 
zobaczyła   go   po   raz   pierwszy,   Lee   był   wściekły, 
ponieważ założył w lesie ogród, a inne dzieciaki mu 
go stratowały.

Jedzenie rosło w ogrodzie – Nina była miejskim 

dzieckiem, ale tyle przynajmniej wiedziała. Jeśli Lee 
Grant mógł założyć ogród w lesie, to samo mogła 
zrobić ona, z Percym, Matthiasem i Alią.

–   W   tym   miejscu,   o   którym   myślę... 

moglibyśmy   wyhodować   własne   jedzenie   – 
powiedziała Nina i szybko wytłumaczyła, o co jej 

background image

chodzi. Pilnowała się, żeby nie wspomnieć o Jasonie 
i nie zdradzić zbyt wiele szczegółów dotyczących jej 
pobytu   w   Szkole   Harlow   i   przyczyn,   dla   których 
musiała ją opuścić.

Po raz kolejny Percy, Matthias i Alia wymienili 

spojrzenia.

–   Myślę,   że   wyhodowanie   jedzenia   jest 

trudniejsze, niż mówisz – powiedział Percy.

– Ale... – Matthias popatrzył na otaczające ich 

więzienne mury – to lepsze niż siedzenie tutaj.

– Lubię drzewa – odezwała się cicho Alia.
Te słowa przesądziły, a Nina uświadomiła sobie, 

że   po   raz   pierwszy   uśmiechnęła   się   do   tamtych 
szczerym, szerokim uśmiechem. Była szczęśliwa, że 
nie   musi   już   próbować   unikać   ich   spojrzeń   albo 
podsłuchiwać ich rozmów, nie musi się martwić, że 
oni wiedzą, że zamierza ich zdradzić. Teraz już na 
pewno nie zamierzała ich zdradzić.

Zamierzała uratować im życie.

background image

R

OZDZIAŁ

 16

We czwórkę zdecydowali po dłuższej dyskusji, 

że   zaczekają,   zanim   otworzą   drzwi   i   spróbują 
wyślizgnąć się z więzienia.

– Jeśli ktoś został otruty, przez jakiś czas będzie 

tu panował kompletny chaos – powiedział Percy. – 
Powinniśmy zaczekać i spróbować w środku nocy.

– Ale ten nienawistnik... ten facet, który mnie 

przesłuchiwał...   powiedział,   że   o   ósmej   rano   ktoś 
przyjdzie, żeby mnie wsadzić do celi. Czyli za jakieś 
dziesięć godzin. Możemy być daleko od więzienia, 
jeśli   przez   dziesięć   godzin   nie   zauważą   naszego 
zniknięcia.

– Godzina – powiedział Matthias, jakby decyzja 

zależała   tylko   od   niego.   –   Zaczekamy   godzinę,   to 
powinno dać strażnikom czas, żeby się uspokoili.

A   na   wypadek   –   spojrzał   na   drzwi   celi 

więziennej  –   gdyby   ktoś   przyszedł   tu   zajrzeć,   my 
troje powinniśmy tam na razie wrócić.

Z wyrazu jego twarzy – a także z wyrazu twarzy 

Alii i Percy’ego – Nina mogła odczytać, jak bardzo 
nie podoba im się ten pomysł. Kiedy wolność była 
odległa  o  zaledwie   godzinę,   powrót   do   celi 
więziennej wydawał się karą nie do zniesienia. Samo 
spojrzenie   w   ciemność   za   drzwiami   sprawiło,   że 
Nina   zadrżała.   Była   szczęśliwa,   że   przynajmniej 

background image

sama   zostanie   w   korytarzu,   pod   światłem   słabej 
żarówki.

–   Zamknij   nas   na   klucz   –   powiedział   cicho 

Percy.

Troje dzieci przekroczyło próg celi i zamknęło 

za sobą drzwi, a Nina przekręciła klucz w zamku. 
Zapadka spadła na miejsce z głośnym stuknięciem.

Ja nie – pomyślała Nina. – Nie weszłabym tam  

z   powrotem,   nie   potrafiłabym   się   zmusić.  Gdyby 
chodziło   tylko   o   nią,   zaryzykowałaby,   gotowa 
byłaby   zmarnować   szansę   ucieczki,   żeby   tylko 
uniknąć   siedzenia   w   ciemnej,   wilgotnej,   okropnej 
celi   przez   jeszcze   jedną   godzinę.   Ale   żadne   z 
pozostałych nawet nie mruknęło.

Nina   spędziła   kolejną   godzinę,   chodząc   od 

drzwi   celi   do   stalowych   drzwi   prowadzących   na 
schody   na   górę,   w   kółko   i   w   kółko.   Byłoby 
rozsądniej oszczędzać energię, mięśnie i podeszwy 
butów na godziny marszu, które ją czekały, ale nie 
była   w   stanie   usiąść   spokojnie   i   odpocząć   choćby 
przez sekundę. Kiedy uznała, że minęła już godzina, 
zastukała do drzwi celi.

– Już? – zawołała przez drzwi.
–   Jeszcze   nie   –   usłyszała   stłumiony   głos 

Matthiasa.

Nina chodziła jeszcze przez jakiś czas, a potem 

usiadła i zajrzała do torby z jedzeniem. Opierała się 
plecami  o stalowe  drzwi, ponieważ  stwierdziła, że 

background image

schowa   wszystko   błyskawicznie,   jeśli   usłyszy,   że 
ktoś   zamierza   je   otworzyć.   Biszkopty   były 
pokruszone,   jabłka   obite,   a   pomarańcze   miękkie. 
Czy   to   naprawdę   było   dość   jedzenia   dla   całej 
czwórki?

Możesz jeszcze uciec bez nich – wyszeptał w jej 

głowie   złowieszczy   głos.   –  Nie   jest   jeszcze   za  
późno, żeby zmienić zdanie.

Nie  –   powiedziała   sobie   stanowczo   Nina. 

Wróciła do drzwi celi i znowu zastukała.

– Nikt nie przyszedł – oznajmiła. – I nikt nie 

przyjdzie. Musimy iść.

– Dobrze – odparł jeden z chłopców; nie była 

pewna który.

Otworzyła   drzwi   i   wypuściła   ich   –   sprawiali 

wrażenie   spokojnych   i   opanowanych,   jakby 
wybierali   się   na   piknik,   a   nie   planowali   uciec   z 
więzienia Policji Populacyjnej. Nina znowu zaczęła 
szukać klucza do drzwi zewnętrznych.

– Mogę? – zapytał Percy.
Zawahała się – tak bardzo przejmowała się tym, 

żeby jej zaufali, że w ogóle nie pomyślała, czy sama 
powinna   im   ufać.   A   jeśli   Percy   złapie   klucze, 
odepchnie Ninę i ucieknie bez niej?

Miał   przecież   dziewięć   lat.   Podała   mu   pęk 

kluczy,   a   Percy   przyjrzał   się   dziurce   w   drzwiach, 
potem wybrał srebrny matowy klucz.

– Spróbuj tym – powiedział.

background image

Nina   wsunęła   klucz   do   dziurki   –   pasował. 

Zamek   szczęknął   i   drzwi   stanęły   otworem.   Przed 
nimi   znajdowały   się   puste,   tonące   w   półmroku 
schody.

– Może jedno z nas pójdzie na górę i upewni się, 

że jest bezpiecznie? – szepnęła Nina.

– Ja – odparła Alia.
Nina była pewna, że jeden z chłopców powie: 

„Nie,   na   pewno   nie   ty”.   Jak   mogliby   wysłać 
najmłodszą   przodem?   Ale   nikt   nie   powiedział   ani 
słowa,   więc   Nina   także   się   nie   sprzeciwiła.   Alia 
ruszyła   przed   siebie   na   palcach,   z   cichą   gracją 
kotów,   które   Nina   widywała   w   telewizji.   Kiedy 
dotarła na szczyt schodów, odwróciła się, machnęła 
na   nich   i   poruszyła   wargami,   bezgłośnie   mówiąc: 
„Droga wolna”. Percy i Matthias ruszyli naprzód, a 
Nina podążyła za nimi.

– Robiła to już wcześniej – wyszeptała Nina. – 

Umie chodzić na zwiady.

– Cśśś – rzucił przez ramię Matthias.
Kiedy   dotarli   do   drzwi   prowadzących   do 

gabinetów   oficerów,   Nina   doszła   do   wniosku,   że 
chyba   przebywa   w   towarzystwie   grupki 
zawodowych   złodziei.   Możliwe,   że   naprawdę   tak 
było – co właściwie o nich wiedziała?

Wiedziałam,   że   umrą,   jeśli   im   nie   pomogę   –  

powiedziała   sobie.   –  Tylko   to   się   liczy.  Poza   tym 
wspaniale było mieć Percy’ego, który przy każdych 

background image

drzwiach  umiał bezbłędnie wybrać właściwy klucz, 
bez   cienia   wahania   czy   hałaśliwych   poszukiwań. 
Wspaniale   było   mieć   Alię   która   wysuwała   się 
bezgłośnie

 

naprzód

 

i

 

wypatrywała 

niebezpieczeństwa, zawsze gotowa ich ostrzec. Nina 
czuła się bezpieczniej w ich towarzystwie.

Ale przy drzwiach na korytarz prowadzący do 

gabinetów oficerów Matthias przytrzymał Ninę.

–   Czy   jest   jakaś   inna   droga   na   zewnątrz?   – 

zapytał.

–   Ja   żadnej   nie   znam   –   odparła.   –   A   o   co 

chodzi?

Wskazał   szare  kable  biegnące   wzdłuż  framugi 

drzwi, tak cienkie i niepozorne, że Nina nigdy by ich 
sama nie zauważyła.

– System alarmowy – mruknął.
Nina   poczuła,   że   zaczyna   w   niej   narastać 

panika.  Jak  mieliby zawrócić  teraz,  skoro  byli  tak 
blisko wyjścia?

Ale jak ominąć system alarmowy?

background image

R

OZDZIAŁ

 17

Nina   zamrugała   mocno   oczami,   starając   się 

powstrzymać łzy.

–   Czyli   to   koniec   –   powiedziała   z   głębokim 

rozczarowaniem.

Jednakże   pozostali   nie   sprawiali   wrażenia 

zaniepokojonych.

–   Ile   jeszcze   drzwi   musimy   minąć,   zanim 

znajdziemy się na zewnątrz? – zapytał Matthias.

– Tylko jedne, do pokoju przesłuchań – odparła 

Nina.   –   A   potem   możemy   wyjść   przez   okno.   To 
znaczy,   moglibyśmy   wyjść.   –   Spojrzała   w   dół, 
szurając czubkiem buta o brudną podłogę.

Kiedy   podniosła   głowę,   Alia   wdrapała   się   na 

ramiona Matthiasa, zakołysała się lekko i sięgnęła do 
kabli systemu alarmowego.

– Powoli – powiedział Percy.
– Co wy robicie? – spytała Nina.
– Przecinam kable – wyjaśniła Alia. Sięgnęła do 

kieszeni spódnicy i wyciągnęła nóż.

– To chyba niebezpieczne? – Nina nie wiedziała 

zbyt   wiele   o   systemach   alarmowych,   ale   babcia   i 
ciotki   zawsze   ostrzegały   ją,   że   ma   się   trzymać   z 
daleka od gniazdek i kabli elektrycznych.

–   Owszem   –   powiedziała   Alia.   –   Dlatego 

uważam.

background image

Nie   zachowywała   się,   jakby   uważała   –   raczej 

piłowała kabel, starając się przeciąć go tak, żeby był 
możliwie   jak   najbardziej   poszarpany.   Zeskrobała 
plastikową izolację ze sporego kawałka przewodu, a 
szary plastik zaczął spadać na podłogę.

– Zauważą to od razu – powiedziała Nina.
–   Zauważą   i   tak,   kiedy   tylko   zgasną   im 

monitory – odparł Percy. – Ale dzięki temu będzie to 
wyglądało tak, jakby jakaś mysz przegryzła kable, a 
nie jakby więźniowie próbowali uciekać.

– Macie klucz pod ręką? – zapytała Alia przez 

zaciśnięte zęby.

–   Tak.   –   Percy   stanął   tuż   przy   drzwiach   i 

obejrzał się przez ramię na Ninę. – Kiedy tylko to 
przetnie, biegniemy. Jasne?

Nina skinęła głową i przesunęła się, żeby stanąć 

za nim.

Alia ze stłumionym jękiem bólu po raz ostatni 

szarpnęła nożem. Percy wepchnął klucz do zamka i 
przekręcił, a Alia zeskoczyła z ramion Matthiasa  i 
przebiegła   przez   drzwi   razem   z   Niną.   Percy 
zajmował się już drzwiami do pokoju przesłuchań.

–   Mamy   szczęście   –   wysapał.   –   Nie   są 

zamknięte. Nina przebiegła przez drzwi i otwarła na 
oścież  okno, przez które wydostali się na zewnątrz. 
Gałęzie krzaków podrapały ramiona dziewczynki i 
zaczepiły  o  jej sukienkę, ale nie zatrzymywała się, 
biegnąc w dół zbocza. Torba z jedzeniem obijała się 

background image

jej o nogi. Kątem oka zobaczyła, że Matthias został z 
tyłu, I zamknął za nimi okno.

–   No,   chodź   –  syknął   Percy  do   ucha   Niny.  – 

Schowamy się wśród drzew.

Na   pół   biegnąc,   a   na   pół   się   potykając,   Nina 

biegła na oślep za Percym i Alią. Byli szybcy, a w 
ciemnościach dziewczynka bała się, że straci ich z 
oczu. Kierowała się bardziej słuchem niż wzrokiem 
–   dopóki   słyszała   ciężkie   oddechy   pozostałych, 
wszystko było dobrze.

Trawa stała się gęstsza, łapała ją za kostki. Nie, 

to   nie   była   trawa   –   to   były   niskie   krzewinki   w 
podszyciu lasu. Znaleźli się wśród drzew.

– No dobrze – powiedział cicho Matthias, który 

stał   tuż   za   nią;   najwyraźniej   zdążył   ich   jakoś 
dogonić. – Zatrzymajmy się i popatrzmy.

Nina chciała biec dalej, ale Percy położył rękę 

na jej ramieniu, przytrzymując w miejscu. Pozostałe 
dzieci   przykucnęły,   więc   Nina   poszła   ich   śladem. 
Przyglądali się gmachowi więzienia.

Teraz, kiedy znalazła się na zewnątrz, widziała, 

że   nienawistnik   powiedział   jej   prawdę:   więzienie 
miało   na   tyłach   wysokie   ogrodzenie   z   drutem 
kolczastym, wieżyczki strażnicze i jasne reflektory. 
Skrzydło z gabinetami oficerów, przez które uciekli, 
było tylko niedużym,  jednopiętrowym aneksem do 
niechronionej   części   i   stało   pogrążone   w 
ciemnościach. Nina musiała zmrużyć oczy, żeby je 

background image

zobaczyć w blasku bijącym od reszty więzienia.

–   Jeszcze   nas   nie   szukają   –   wymamrotał 

Matthias.

–   Nie,   tam...   Patrz!   –   Percy   odetchnął 

gwałtownie, wskazując coś.

Przyćmione   światło   –   latarka?   –   zalśniło   na 

moment w oknie, przez które wyszli, a potem znikło 
i   pojawiło   się   znowu   w   innym   oknie   skrzydła 
oficerskiego.

–   Nikt   nie   wyszedł   na   zewnątrz   –   mruknął 

Matthias. – Oszukaliśmy ich.

Nina zadrżała, na myśl o tym, co by się stało, 

gdyby Matthias nie zamknął okna, a Alia przecięła 
kabel systemu alarmowego gładko, nie starając się 
naśladować zwierzęcych zębów.

– Co byśmy zrobili, gdyby wyszli nas szukać? – 

zapytała.

– Schowalibyśmy się – odparł rzeczowo Percy. 

– Umiemy się dobrze chować.

–   Umiecie   mnóstwo   rzeczy   –   powiedziała   z 

podziwem Nina. – Ja... – Chciała im podziękować, 
przyznać, że nie zdołałaby bez nich uciec, ale tamci 
wstali już, szykując się do dalszej drogi.

– Księżyc wstawał tam, czyli tam jest wschód – 

stwierdził   Percy.   –   W   jakim   kierunku   jest   to 
bezpieczne miejsce, o którym nam opowiadałaś?

Nina rozejrzała się, patrząc na lśniący księżyc w 

pełni, jasne światła więzienia i czarny las przed nimi. 

background image

Atak   paniki,   który   zbliżał   się   przez   całą   noc,   w 
końcu ją dopadł.

– Nie wiem! – jęknęła rozpaczliwie. – Nie mam 

pojęcia, jak się tam dostać!

background image

R

OZDZIAŁ

 18

Pozostali nie sprawiali wrażenia zaskoczonych.
Nina   czuła   się   bardziej   zawstydzona   niż 

kiedykolwiek wcześniej: oni spodziewali się, że nie 
będzie wiedziała, spodziewali się, że będzie głupia.

– Uspokój się – powiedział szorstko Matthias. – 

Możemy   się   nad   tym   zastanowić.   –   Spojrzał 
wyczekująco na Percy’ego.

– To bezpieczne miejsce, o którym myślisz, jest 

w pobliżu twojej dawnej szkoły, prawda? – zapytał 
Percy.

Nina skinęła głową.
–   A   Policja   Populacyjna   przywiozła   cię   do 

więzienia prosto ze szkoły, tak?

Nina znowu przytaknęła.
– Jaka była pora dnia, kiedy cię tu przywieźli?
Przez moment Nina obawiała się, że nie zdoła 

odpowiedzieć nawet na to pytanie, ale szybko doszła 
do   siebie,   a   pamięć   podsunęła   jej   składankę 
przerażających obrazów.

–   Rano   –   powiedziała.   –   Aresztowali   mnie 

podczas śniadania.

Przypomniała   sobie   zapach   owsianki,   widok 

trzech samotnych rodzynek, chowających się wśród 
płatków   owsianych.   Samo   wspomnienie   sprawiało, 
że prawie się zadławiła.

background image

– No dobrze – powiedział Percy zachęcającym 

tonem,   jakby   rozmawiał   z   naprawdę   małym 
dzieckiem,   młodszym   nawet   od   Alii.   –   A   teraz 
zastanów się spokojnie. Kiedy cię tutaj wieziono, po 
której stronie samochodu było słońce?

– Słońce? – Nina nie była pewna, czy dobrze 

usłyszała pytanie, a potem przestała być pewna, czy 
umie   na   nie   odpowiedzieć.   Została   dopiero   co 
aresztowana   przez   Policję   Populacyjną,   była 
śmiertelnie   przerażona:   kto   normalny   w   takich 
okolicznościach   zwracałby   uwagę   na   słońce?   I 
wtedy przypomniała sobie wodę, która chlapała na 
okno samochodu tuż koło niej i ściekała kropelkami 
po   szybie.   –   Nie   było   słońca  –   powiedziała 
triumfalnie. – Padał deszcz.

Percy i Matthias wymienili spojrzenia, a Nina 

zaczęła podejrzewać, że nie powinna się z tego tak 
cieszyć.

– Jakie to ma znaczenie? – zapytała.
–   Gdybyśmy   wiedzieli,   po   której   stronie 

samochodu   było   słońce   –   wyjaśnił   Matthew   – 
wiedzielibyśmy,   w   jakim   kierunku   cię   więziono. 
Słońce rano jest po wschodniej stronie nieba. Jeśli 
padało   i   nie   było   widać   słońca,   nie   wiem,   skąd 
przyjechałaś.

–   Aha   –   powiedziała   Nina.   Nie   widziała 

dostatecznie   wyraźnie,   ale   miała   nieodparte 
wrażenie, że Matthias mówi przez zaciśnięte zęby.

background image

To nie było w porządku, oczekiwać, że będzie 

wiedziała   coś   o   słońcu   i   niebie   –   jedno   i   drugie 
widywała w swoim życiu niezwykle rzadko.

Dlaczego Percy i Matthias tak świetnie się na 

tym znali?

–   Możesz   spróbować   sobie   przypomnieć?   – 

zapytał   cierpliwie   Percy.   –   Czy   jakaś   część   nieba 
tego ranka była jaśniejsza niż inne?

To  przypominało  jeden  z  seriali   kryminalnych 

cioci   Lystry,   w   których   detektyw   zawsze   zadawał 
pytania w rodzaju: „Wiem, że to trudne, proszę pani, 
ale   to   bardzo   ważne,   żeby   sobie   pani   spróbowała 
przypomnieć: czy jest pani pewna, że pan X wyszedł 
z   pokoju   przed   północą?”.   Ale   w   serialach   cioci 
Lystry świadkowie byli zawsze pewni siebie: „Ależ 
tak.   Słyszałam,   jak   otwierał   drzwi,   tuż   zanim 
przejechał   pociąg   o   północy,   tuż   zanim   zadzwonił 
zegar”.   Nina   nie   patrzyła   na   niebo,   kiedy   Policja 
Populacyjna wiozła ją do więzienia. Patrzyła w dół, 
na skute kajdankami ręce i na łańcuch na nogach. 
Ale jeśli zauważyła, że pada...

– Kiedy wyjeżdżaliśmy ze szkoły, było jeszcze 

ciemno – powiedziała powoli. – Ale potem wydaje 
mi   się...   wydaje   mi   się,   że   przez   okno   widziałam 
jakiś odblask na niebie, pomimo deszczu.

– Słońce wstawało – mruknął Matthias.
– To słońce wstaje? – spytała Nina. Nigdy nie 

zastanawiała się nad tym, jak słońce pojawia się na 

background image

niebie: na obrazkach i w telewizji po prostu było już 
gdzieś wysoko.

Percy zignorował jej pytanie i zadał kolejne:
– Po której stronie samochodu siedziałaś?
– Po lewej, z tyłu – odpowiedziała Nina.
–   Czyli   wschód   był   po   lewej   stronie...   To 

znaczy, że jechałaś na południe – oznajmił Percy.

– Skoro tak mówisz – odparła Nina.
– Jej szkoła jest prawdopodobnie na prawo od 

drogi numer I – powiedział Matthias. – Na północ od 
miasta. Odważymy się iść wzdłuż drogi?

– Jeśli tego nie zrobimy, na pewno się zgubimy 

– orzekł Percy.

Nina zauważyła, że nawet nie udawali, że pytają 

ją o zdanie. W końcu obaj chłopcy spojrzeli na Alię, 
żeby mogła wyrazić zgodę skinieniem głowy.

Nina powiedziała sobie, że nie obchodzi jej to; 

miała   tylko   nadzieję,   że   nie   pomyliła   się   co   do 
strony, z której wstawało słońce.

background image

R

OZDZIAŁ

 19

Cała czwórka maszerowała mozolnie przez las 

przez   całe   godziny.   Nina   była   tak   zmęczona,   że 
przestała zwracać uwagę na to, gdzie idzie i o czym 
rozmawiają   pozostali,   a   także   na   wszystko   inne. 
Liczyło się tylko zmuszanie się do stawiania nogi za 
nogą,   każdy   krok   kawałek   dalej   naprzód. 
Przypomniała sobie, jak myślała, że pozostałe dzieci 
będą ją opóźniać – dobry kawał, to ona poruszała się 
najwolniej. To na nią pozostali musieli się oglądać i 
czekać niecierpliwie.

W końcu Alia podbiegła do Niny i wzięła ją za 

rękę.

–   Możesz   teraz   usiąść   –   powiedziała.   – 

Poczekamy tu chwilę, aż... aż Percy i Matthias coś 
załatwią.

Nina   opadła   na   ziemię   i   oparła   głowę   o   pień 

drzewa, wygodniejszy od jakiejkolwiek poduszki.

– Chcesz coś zjeść? – zapytała sennie.
– Jasne! – odparła Alia. – Mogę?
Nina   odwiązała   od   pasa   torbę   z   jedzeniem   i 

podała ją otwartą małej dziewczynce.

– Weź, na co masz ochotę – zachęciła.
– Myślę, że wezmę coś małego – zdecydowała 

Alia.   –   Dopóki   nie   wrócą   chłopcy.   Oni   będą 
wiedzieli, jak zrobić, żeby starczyło na dłużej.

background image

Nina   nie   próbowała   nawet   nie   zasypiać   i 

zobaczyć,   co   wzięła   Alia.   Następną   rzeczą,   jaką 
poczuła,   był   kawałek   pomarańczy,   który   mała 
wsunęła jej łagodnie do ust.

– To ci da trochę energii – powiedziała.
Nina przeżuła i przełknęła – rzadko kiedy jadała 

pomarańcze,   a   ta   była   słodka   i   soczysta.   Jeden 
kawałek  to  stanowczo  za  mało,  przypomniał   tylko 
Ninie,   jak   bardzo   jest   wygłodzona.   Pogrzebała   w 
torbie   z   jedzeniem,   wyciągnęła   paczkę   płatków 
śniadaniowych, otwarła ją i zaczęła wsypywać sobie 
zawartość   do   ust.   Nigdy   w   życiu   nie   połykała 
niczego tak łapczywie.

– To twoje jedzenie, nie nasze – odezwała się 

Alia. – Ale czy nie powinnaś zostawić trochę, żeby 
na pewno starczyło nam na całą podróż?

W   ciemnościach   Nina   nie   zorientowała   się 

nawet, że Alia widzi, co ona robi. Zaczerwieniła się i 
przestała przeżuwać – jadła tak łapczywie, że trochę 
płatków   nie   trafiło   do   jej   ust   i   spadło   na   ziemię, 
marnując się.

– Czy Percy i Matthias powiedzieli, że kiedy ich 

nie ma, mam się ciebie słuchać? – jęknęła.

– Nie – odparta Alia.
Nina   zaczęła   wyjmować   płatki   po   jednym   z 

opakowania, kładąc każdy ostrożnie na języku.

– Gdzie oni w ogóle są?
–   Chyba   ci   powiedzą,   jak   wrócą   –   wyjaśniła 

background image

niepewnie Alia.

To było irytujące, Nina miała ochotę rzucić w 

małą   całą   paczką   płatków   śniadaniowych.   W   tym 
momencie   dostrzegła   jednak   przebłysk   światła 
poruszającego się wśród drzew i zbliżającego się do 
nich.

–   Patrz,   Alia!   –   wyszeptała.   –   To   Policja 

Populacyjna!   Poszli   naszym   śladem!   Musimy 
uciekać...   –   zerwała   się   na   nogi,   cudem   unikając 
rozsypania reszty płatków.

– Nina, spokojnie, to Percy i Matthias – odparła 

Alia.

– Skąd wiesz?
– To nasz sygnał, takie kołysanie się latarki.
Nina   przyjrzała   się   uważniej   i   rzeczywiście, 

światło  latarki kołysało się w równym rytmie: dwa 
razy na prawo, raz  na lewo i znowu dwa  razy na 
prawo, raz na lewo.

– Skąd wzięli latarkę? – zapytała Nina.
Alia nie odpowiedziała.
Kilka   minut   później   światło   zgasło.   Nina 

zesztywniała, kiedy trzasnęła za nią gałązka, ale to 
tylko Percy i Matthias podkradli się do nich.

– Wszystko w porządku? – zapytała Alia.
– Tak – odparł Percy.
– Gdzie byliście? Skąd macie latarkę? – spytała 

Nina.

– Znaleźliśmy. Mamy mnóstwo szczęścia, nie? 

background image

– powiedział Matthias.

Nina   zauważyła,   że   odpowiedział   jej   na   tylko 

jedno   pytanie,   w   dodatku   w   sposób,   który   nie   do 
końca ją przekonał. Latarki były cenne, szczególnie 
jeśli miały baterie. Sama żadnej nie widziała przed 
przyjściem   do   szkoły   –   kto   zostawiłby   latarkę   po 
prostu leżącą w lesie?

– Nina zaproponowała nam jedzenie – wtrąciła 

się Alia.

Nina stłumiła odruch irytacji – nie proponowała 

im jedzenia, podzieliła  się  nim  tylko z Alią. Poza 
tym,   dlaczego   miała   wrażenie,   że   Alii   chodziło 
głównie  o  to, żeby zmienić temat? Ale nie zdołała 
wymyślić nic innego, więc wyciągnęła przed siebie 
torbę z nieuprzejmym: „Macie”.

Percy   i   Matthias   wzięli   sobie   po   paczuszce 

rodzynek.

– Już prawie świt – odezwał się Percy. – Myślę, 

że możemy tutaj bezpiecznie odpocząć przez jakiś 
czas. Możemy zmieniać się na warcie.

– Na warcie? – zapytała Nina. – To znaczy...
–   Jedna   osoba   pilnuje,   kiedy   pozostali   śpią   – 

wyjaśniła Alia.

Nina   zmrużyła   oczy   i   zastanowiła   się:   to 

zabrzmiało   tak,   jakby   Alia   wiedziała   wszystko   o 
staniu na warcie.

–   Mogę   być   pierwsza   –   zaproponowała.   – 

Zdążyłam   się   już   trochę   przespać,   kiedy   wy 

background image

„znajdowaliście”

różne   rzeczy.   –   Miała   nadzieję,   że   zauważą 

ironiczny ton w jej głosie, ale nikt nie skomentował 
tego ani słowem.

Miała wrażenie, że w ciągu kilku minut wszyscy 

już   głęboko   spali,   zwinięci   razem   na   ziemi.   Nina 
wpatrywała się w półmrok pełen tajemnic i żałowała, 
że   nie   może   zapalić   latarki,   żeby   światło 
dotrzymywało   jej   towarzystwa.   Ale   to   było   zbyt 
niebezpieczne – światło zdradziłoby ich lokalizację 
każdemu,   kto   przechodziłby   w   pobliżu.   Poza   tym 
latarka   też   stanowiła   tajemnicę,   na   myśl   o   której 
Nina zaczynała się bać.

Odwróciła   się   i   popatrzyła   na   tamtych. 

Ciemność bladła, a Nina obserwowała twarze dzieci 
wyłaniające się z cieni – tak dużo czas spędziła z 
nimi w mroku, że nigdy nie miała okazji naprawdę 
im się przyjrzeć. Alia we  śnie wyglądała słodko i 
milutko, a chociaż na policzkach miała smugi brudu, 
jej   jasne   włosy   były   schludnie   zebrane   w   ogonek. 
Sukienkę  miała  obszarpaną i brudną, ale rozdarcia 
zostały zaszyte drobnymi, starannymi szwami. Nina 
była   ciekawa,   kto   zrobił   te   szwy   i   kto   zajął   się 
włosami   Alii   –   czy   Percy   i   Matthias   siedzieli   w 
ciemności   więziennej   celi   i   codziennie   starannie 
czesali małą? Gdzie się tego nauczyli?

Może Alia zrobiła to sama – Nina pamiętała, z 

jaką  pewnością  siebie  dziewczynka  wspięła  się  po 

background image

schodach   w   więzieniu,   a   potem   odwróciła   się   i 
wyszeptała: „Droga wolna”. Gdzie nauczyła się, jak 
chodzić na zwiady?

Nina rozejrzała się po otaczającym ich lesie – 

miała   przecież   stać   na   warcie   –   ale   nic   się   nie 
poruszało,   poza,   kołysanymi   przez   wiatr   liśćmi 
paproci. Z powrotem spojrzała na trójkę dzieci, tym 
razem zatrzymując wzrok na Percym, który składał 
się   z   samych   kantów   –   szpiczasty   nos,   zaciśnięte 
usta,   kościste   łokcie   wystające   z   podwiniętych 
rękawów   za   dużej   koszuli.   Ciemne   włosy   miał 
długie   i   splątane   –   jeśli   to   on   był   fryzjerem   Alii, 
wyraźnie zużył na nią całą energię i nie chciało mu 
się robić niczego z własnym wyglądem.

Oparty   o   plecy   Percy’ego   Matthias   nawet   we 

śnie sprawiał wrażenie zaniepokojonego. Jego oczy 
zacisnęły się mocniej, jęknął cicho, jakby śniło mu 
się   coś   złego.   Przekręcił   głowę   z   boku   na   bok,   a 
brązowe włosy spadły mu na oczy.

O czym śnił Matthias? O czym myślał? Kim w 

ogóle   był?   Nina   zastanowiła   się   nagle,   czy   może 
zabił   kogoś,   żeby   zdobyć   latarkę   –   przez   moment 
prawie   że   mogła   to   sobie   wyobrazić.   To   nie   było 
niemożliwe, a teraz Policja Populacyjna szukała już 
pewnie   nie   tylko   zbiegłych   więźniów,   ale   także 
morderców.

Nina   zadrżała:   jakby   na   to   nie   patrzeć,   była 

zagubiona   w   dziwnym   lesie,   groziło   jej 

background image

niebezpieczeństwo,   i   do   tego   przebywała   z   trójką 
dzieciaków, którym nie ufała. Równie dobrze mogli 
być   tacy   sami   jak   Jason  –   gotowi   ją   zdradzić   w 
dowolnym   momencie.   W   jej   głowie   zaczęły   się 
pojawiać   szalone   pomysły:   a   może   zamierzali   ją 
zabić i ukraść jej jedzenie? Może próbowali znaleźć 
sposób, żeby wydać ją w ręce Policji Populacyjnej i 
dostać nagrodę, unikając przy tym  złapania? Może 
Nina powinna teraz uciekać od nich tak szybko, jak 
tylko mogła?

Alia   westchnęła   cicho   przez   sen   i   to 

wystarczyło,   żeby   powstrzymać   atak   paniki.   Nie 
była pewna, co myśleć o Percym i Matthiasie – w 
końcu ostatni chłopak, któremu zaufała, zdradził ją. 
Ale   słodka,   kochana   Alia   z   pewnością   nie   mogła 
brać   udziału   w   spisku   mającym   na   celu 
skrzywdzenie Niny.

Nie mogła?
Nina   znowu   zaczęła   się   wpatrywać   w   las, 

dziwaczne i dzikie miejsce, w którym gałęzie rosły 
pod   dziwnymi   kątami,   a   pnącza   zwieszały   się   jak 
zasłony.   Nie   potrafiłaby   powiedzieć,   czy   las 
przypominał ten otaczający jej szkołę – tamtego nie 
widziała   nigdy   w   dzień,   przemierzała   go   tylko   po 
ciemku,   ściskając   rękę   Jasona.   Ten   oświetlony 
słońcem   był   przerażającym   miejscem:   liście   na 
drzewach wydawały się ukrywać oczy, w podszyciu 
prawdopodobnie   było   pełno   węży.   Co   najgorsze, 

background image

Nina nie miała pojęcia, którędy powinna iść, żeby 
dotrzeć   w   bezpieczne   miejsce.   Percy   to   wiedział, 
podobnie jak Matthias, a może nawet Alia.

Niezależnie   od   tego,   czy   Nina   chciała   zaufać 

pozostałym dzieciom, czy nie, nie miała wyboru.

Nie przetrwałaby bez nich.

background image

R

OZDZIAŁ

 20

Nina zasnęła.
Nie miała takiego zamiaru, ale zbyt trudno było 

jej   walczyć   z   sennością   po   całonocnym   marszu. 
Powtarzała   sobie,   że   musi   trzymać   oczy   otwarte 
chociażby jeszcze chwilę dłużej, przynajmniej zanim 
ktoś inny się obudzi – ale nawet jej własne oczy ją 
zawiodły. Zamknęły się w chwili nieuwagi, a potem 
obudziła się gwałtownie, przerażona.

– Co? Kto? – rzuciła nieprzytomnie.
Nad jej głową śpiewały ptaki, a dzień zrobił się 

upalny. Nawet w cieniu Nina czuła, jak pot ścieka jej 
po plecach. Ale żaden policjant populacyjny nie stał 
nad   nią,   żaden   straszny   wąż   nie   syczał   u   jej   nóg, 
żaden   senny   koszmar   nie   zmaterializował   się   na 
jawie.

Pozostałe dzieci nadal spały.
Powieki Alii drgnęły.
– Czy to już moja kolej? – zapytała sennie.
–   Nie,   nie,   śpij   dalej   –   zdołała   odpowiedzieć 

Nina.

Ale teraz poruszył się także Percy, a Matthias 

przeciągnął się i ziewnął. Zmrużył oczy i spojrzał na 
niebo.

–   Minęło   już   południe.   Czuwałaś   przez   cały 

czas?   –   zapytał   Ninę.   –   Dzięki,   że   pozwoliłaś   się 

background image

nam wyspać.

–   Nie   ma   sprawy   –   odpowiedziała   niepewnie. 

Nie potrafiła się przyznać, że ona także zasnęła. Nic 
się nie stało, więc to przecież nie miało znaczenia, 
prawda?

Percy także popatrzył na słońce – zachowywali 

się tak, jakby to był ich zegar i mapa jednocześnie.

–   Myślę,   że   dotrzemy   w   to   twoje   bezpieczne 

miejsce, zanim zrobi się ciemno.

Nina   wzruszyła   ramionami,   nie   chcąc   pytać, 

skąd on to wie.

– Możemy  coś zjeść na śniadanie?  – zapytała 

Alia słodkim głosikiem małej dziewczynki.

–   Chcesz   powiedzieć,   na   lunch   –   poprawił   ją 

Matthias.

Nina niechętnie sięgnęła po torbę z jedzeniem, 

która w świetle dnia sprawiała wrażenie obszarpanej 
i   brudnej.   Była   jednak   zbyt   głodna,   żeby   się   tym 
przejmować   –   wyciągnęła   dla   siebie   owsiany 
batonik,   potem   podała   torbę   Matthiasowi,   który 
wybrał pokruszone ciasteczko.

–   Spleśnieją,   jeśli   nie   zjemy   ich   w   pierwszej 

kolejności – powiedział, a Nina dosłyszała w jego 
głosie cień nagany, że sama wybrała coś innego.

Percy i Alia także wzięli po ciasteczku, a Nina 

poczuła, że batonik stanął jej w gardle.

– Będzie nam potrzebna woda – wymamrotała. 

– Strasznie mi się chce pić. Czy ludzie mogą umrzeć 

background image

z pragnienia?

To   było   zaskakujące,   jak   wielu   rzeczy   nie 

wiedziała,   ponieważ   nigdy   wcześniej   nie 
potrzebowała tej wiedzy. Wychowywały ją babcia i 
ciotki   –   ubóstwiając,   rozpieszczając   i   spełniając   z 
wyprzedzeniem   każdą   jej   zachciankę   –   a   to   nie 
stanowiło najlepszego przygotowania do przetrwania 
w   lesie.   Także   Szkoła   Harlow   nie   nauczyła   jej 
niczego pożytecznego.

– Przed nami jest rzeka – poinformował Percy.
Tym   razem   Nina   nie   powstrzymała   się   od 

pytania.

– Skąd wiesz?
– Słyszę ją – odparł.
W tym momencie Nina także usłyszała odległy 

szum,   ledwie   słyszalny   przez   ćwierkanie   ptaków   i 
szelest wiatru w gałęziach. Czy to był dźwięk wody?

–   W   takim   razie   chodźmy   –   powiedziała, 

przestraszona nagle, że jej gardło może się zacisnąć, 
a ona umrze z pragnienia tu i teraz.

–   Najpierw   musimy   posprzątać   –   stwierdził 

Matthias.

Nina   otwarła   usta,   żeby  zapytać,  co   miał   na 

myśli   –   wszędzie   było   brudno,   jak   on   wyobrażał 
sobie sprzątanie lasu? Ale on, Percy i Alia wzięli się 
już do roboty, zbierając okruchy, mierzwiąc trawę, 
którą   wygnietli   podczas   snu,   i   usuwając   wszelkie 
ślady ich obecności.

background image

– Skąd wiecie, jak to robić? – spytała Nina.
Percy wzruszył ramionami.
– Nie jesteśmy głupi – odparł, a Nina usłyszała 

to, czego nie dopowiedział: „Nie to, co ty”.

Odwróciła   się   do   nich   plecami,   żeby   nie 

zobaczyli, jak bardzo czuje się dotknięta. Pozostała 
trójka   ruszyła   w   stronę,   z   której   dochodził   szum 
rzeki, a Nina poszła kawałek za nimi, czując, że boli 
ją gardło.

Szum   wody   stawał   się   głośniejszy,   a   kiedy 

znaleźli   się   bliżej,   przypominał   odgłosy   ruchu 
ulicznego, jakie Nina słyszała w lecie, kiedy okna w 
mieszkaniu babci i ciotek były otwarte. Ten dźwięk 
sprawił,   że   dziwnie   zatęskniła   za   domem.  Gdyby 
babcia mogła mnie teraz zobaczyć –  
pomyślała. – 
Brudną,   obszarpaną,   obrzydliwą   i   zrozpaczoną.  
Babcia   dawniej   szorowała   całą   twarz   Niny,   jeśli 
dostrzegła chociażby odrobinę dżemu w kąciku ust. 
Niezależnie   od   tego,   ile   kosztował   olej   opałowy, 
upierała się, żeby podgrzewać wodę, w której Nina 
się   kąpała.   Babcia   zawsze   powtarzała,   że   gorąca 
woda zabija zarazki.

Wspomnienia   przepływały   przez   głowę   Niny, 

kiedy śladem pozostałych uklękła na brzegu rzeki i 
nabrała   wody   w   dłonie,   żeby   napić   się   do   syta. 
Zaspokoiwszy pragnienie, oznajmiła:

– Wykąpię się tutaj.
Wszyscy troje popatrzyli na nią ze zdziwieniem.

background image

– Jesteśmy brudni – przypomniała Nina. – Nie 

kąpałam   się,   od   kiedy   mnie   aresztowali.   Wy   też 
powinniście się umyć.

– Umiesz pływać? – zapytał Percy.
–   Nie   –   przyznała   Nina   i   popatrzyła   na   drugi 

brzeg   szerokiej   rzeki.   Czyżby   tu   było   głęboko?   – 
Będę się trzymała brzegu.

Odwiązała od pasa torbę z jedzeniem i powiesiła 

ją   na   gałęzi   wysoko   nad   ich   głowami.   Miała 
nadzieję,   że   nie   zauważą,   że   im   nie   ufa.   Potem 
ściągnęła   buty   i   pończochy,   a   następnie,   nie 
zdejmując sukienki, weszła do wody.

Zawahała się, kiedy jej stopy zapadły się w muł 

–   czy   zdoła   się   umyć,   czy   też   mulista   woda 
dodatkowo ją ubrudzi? Ale opływająca ją woda była 
chłodna   i   cudowna,   więc   zrobiła   krok   naprzód, 
pochyliła   się   i   zaczęła   zmywać   z   rąk   i   ramion 
więzienny   brud.   Potem   ochlapała   twarz   i   włosy. 
Rozplotła   warkocze  i  zanurzyła   całą   głowę, 
podnosząc stopy z dna rzeki, tak że prąd zniósł ją 
kawałek. Znowu stanęła.

–   Chodźcie!   –   ponagliła   pozostałych.   –   Woda 

jest świetna!

Zobaczyła, że Alia patrzy pytająco na Matthiasa, 

który   wzruszył   ramionami.   Dziewczynka   zaczęła 
ściągać ciężkie buty.

–   Patrzcie,   pływam!   –   krzyknęła   Nina, 

poruszając   ramionami   tak,   jak   robili   to   pływacy, 

background image

których   widywała   w   telewizji.   Opuściła   głowę   i 
poczuła, jak włosy poruszają się za nią, unosząc się 
na wodzie. Czuła się szczęśliwsza niż kiedykolwiek 
od   czasu,   kiedy   została   aresztowana,   dowiedziała 
się, że Jason ją zdradził, a nienawistnik żądał od niej, 
żeby   zdradziła   Percy’ego,   Matthiasa   i   Alię.   Woda 
opływała ją, a prąd wydawał się dostatecznie silny, 
żeby   spłukać   z   niej   całe   nieszczęście,   złość   i 
podejrzenia. Usłyszała z tyłu, że Alia się śmieje.

– Jestem rybą! – zawołała Nina i zanurkowała. 

Sukienka jej ciążyła i oplątywała jej nogi, ale to nie 
miało znaczenia: Płynęła razem z wodnymi żukami, 
a potem wynurzyła się, żeby słońce znowu ogrzało 
jej skórę.

– Nie odchodź za daleko – ostrzegł ją Percy z 

brzegu.

– Wszystko w porządku – odkrzyknęła Nina. – 

Woda   nie   sięga   mi   nad   głowę.   Dno   jest   zaraz... 
zaraz... – sięgnęła stopą w dół i jeszcze dalej w dół, 
ale   nie   poczuła   znajomego   dotyku   mułu.   Zanim 
zdążyła się zorientować, jej głowa zanurzyła się pod 
wodę.

Machnęła   rękami   i   wychyliła   się   nad 

powierzchnię   na   dostatecznie   długą   chwilę,   żeby 
zaczerpnąć   trochę   powietrza.   Ubranie   stało   się 
cięższe niż wcześniej, nieubłaganie ciągnąc ją w dół, 
a   prąd   napierał   na   nią   coraz   mocniej   i   mocniej, 
oddalając   ją   od   Percy’ego,   Matthiasa   i   Alii.   Nina 

background image

gorączkowo młóciła wodę, próbując przedostać się z 
powrotem do brzegu.

Nagle   stwierdziła,   że   może   na   czymś   oprzeć 

stopy i cudownie stanęła na dnie rzeki.

– Nic mi nie jest – krzyknęła do pozostałych. – 

Nie martwcie się!

Stała   nieruchomo,   rozkoszując   się   dotykiem 

mułu   –   życiodajnego   mułu   przeciskającego   się 
między   palcami   nóg.   Wszystko   działo   się   tak 
szybko,   że   nie   zdołała   w   pełni   ogarnąć   tego,   co 
mogło   się   wydarzyć,   ale   mogła   przecież   utonąć   z 
powodu   tych   wygłupów.   To   byłoby   idiotyczne: 
przetrwać   zdradę   Jasona   i   więzienie   Policji 
Populacyjnej   tylko   po   to,   żeby   utonąć   w   czasie 
kąpieli.

Rozejrzała   się,   doceniając   każdy   bezpieczny, 

cudowny oddech, jaki napełniał jej płuca, każdą nutę 
śpiewu ptaków w gałęziach otaczających ją drzew. 
W   tym   momencie   jej   wzrok   zaczął   rejestrować 
wszystko   w   zwolnionym   tempie.   Nie   otaczały   jej 
tylko drzewa, rzeka i niebo – prąd zniósł ją za zakręt, 
a tuż przed nią znajdował się most, wielki, ohydny, 
betonowy   most   postawiony   przez   rząd.   Na   tym 
moście, przechylając się przez barierkę, stało dwóch 
mężczyzn   w   mundurach.   Dwóch   mężczyzn   w 
mundurach   przechylało   się   przez   barierkę   i 
krzyczało na nią.

Nina   miała   wrażenie,   że   ich   słowa   także 

background image

docierają do niej wolniej niż zwykle powinny.

–   Ty   tam!   Tam   w   rzece!   To   zabronione! 

Wychodź i pokaż nam swój dowód!

background image

R

OZDZIAŁ

 21

Gdyby tylko Nina potrafiła pływać – pragnęła z 

powrotem zanurkować i płynąć całe kilometry, nie 
wynurzając się na powierzchnię. Uciekać.

Skoro to było niemożliwe, powinna wyskoczyć 

z wody i uciekać do lasu z nadzieją, że uda się jej 
ukryć   wśród   drzew.   Ale   Policja   Populacyjna   po 
prostu zaczęłaby wtedy polowanie, przeczesując całą 
okolicę. Nie miała szans.

Wszystkie   te   obrazy   –   płynięcia,   biegu, 

momentu schwytania – przemknęły w jednej chwili 
przed   oczami   Niny.   Widziała   nawet,   jak   Percy, 
Matthias i Alia zostają schwytani razem z nią – i to 
była jej wina, zdradziła ich mimo wszystko.

Nina zamarła w śmiertelnym przerażeniu, a jej 

mózg   nie   podpowiadał   żadnej   odpowiedzi,   jakiej 
mogłaby   udzielić   mężczyznom   w   mundurach, 
żadnego sposobu zyskania choćby sekundy czasu na 
zastanowienie się.

W   tym   momencie   usłyszała   obok   siebie   głos 

Alii.

–   Chwileczkę   –   powiedziała   mała.   –   Moja 

siostra i ja zostawiłyśmy dowody na brzegu, razem z 
butami.

Okej  – jakaś część mózgu Niny była w stanie 

myśleć zaskakująco jasno mimo przerażenia. –  To 

background image

daje   mi   dodatkową   minutę   albo   dwie.   Powinnam  
była sama na to wpaść, ale czy policjanci nie będą  
jeszcze   bardziej   źli,   kiedy   się   zorientują,   że   ona  
kłamie?

– No  to idź  po te  dowody – warknął  jeden z 

mężczyzn na moście.

Nina obejrzała się przez ramię, ale Alia zniknęła 

już za zakrętem rzeki.

To nie w porządku  –  pomyślała Nina.  –  Teraz 

Alia  i  chłopcy będą bezpieczni, a ja nie.  Potrafiła 
sobie wyobrazić, jak Alia, Percy i Matthias właśnie 
uciekają, oddalając się od rzeki tak szybko, jak to 
tylko   możliwe.   Jasne,   dzięki   Alii   zyskała   trochę 
więcej   czasu,   ale   co   jej   to   da?   Ile   potrwa,   zanim 
policjanci populacyjni na moście zorientują się, że 
Alia   nie   zamierza   wracać?   Co   się   wtedy   stanie   z 
Niną?

Ale  Alia  pojawiła  się   z  powrotem,  brodząc  w 

kierunku   Niny,   z   dwoma   plastikowymi   kartami   w 
ręku.   Nina   wpatrywała   się   w   nią   ze   zdumieniem. 
Wyciągała  szyję, żeby zobaczyć, co tamta  trzyma. 
Mała dziewczynka zrównała się z nią, wsunęła palce 
w dłoń Niny i pociągnęła ją za sobą.

–   Nie   rób   takiej   zdziwionej   miny   –   syknęła, 

prawie nie otwierając ust. – Ja będę mówić.

To nie powinno być trudne – Nina nadal była 

tak ogłuszona, że nie potrafiłaby chyba wydobyć z 
siebie głosu. Zdołała rzucić okiem na trzymane przez 

background image

Alię karty, które wyglądały jak zwyczajne dowody 
tożsamości.   Na   jednym   widniał   napis   SUSAN 
BROWN, na drugim – JANICE BROWN.

Były też na nich zdjęcia Alii i Niny.
Nie – Nina przyjrzała się uważniej – to nie były 

ich   zdjęcia,   ale   na   tyle   podobne,   że   policjanci   z 
pewnością się na to nabiorą, jeśli tylko ona i Alia nie 
popełnią żadnych błędów.

Alia trzymała dowody tak niedbale, jakby były 

po prostu ślicznymi liśćmi, które podniosła z ziemi.

Wyszły na brzeg – Alia nadal szła przodem, a 

Nina   kilka   kroków   za   nią.   Nadbrzeżne   chaszcze 
kłuły ją w kostki i drapały w stopy, szła niepewnie, 
omal się nie przewracając. Mocny uścisk ręki Alii 
pozwolił jej złapać równowagę.

– Nie wolno pływać w tej rzece – powiedział 

surowo   jeden   z   mężczyzn.   –   To   własność 
państwowa.   Moglibyśmy   was   aresztować   za 
wkroczenie na teren rządowy.

Alia   podała   mu   dowody   tożsamości   do 

sprawdzenia.   Mężczyzna   wziął   je,   rzucił   okiem   i 
podał drugiemu policjantowi.

– No i co? – zapytał pierwszy mężczyzna. – Nie 

boicie się, że was aresztuję?

– Ojej, proszę nas nie aresztować! – Dziewczęcy 

głosik Alii był jeszcze słodszy i bardziej dziecinny 
niż zwykle. – Miałyśmy iść z wizytą do babci, ale 
wpadłyśmy   w   błoto.   Nie   chciałyśmy,   żeby   nas 

background image

zobaczyła takie brudne, więc pomyślałyśmy, że się 
szybko   umyjemy.   Nie   wiedziałyśmy,   że   tak   nie 
wolno, przepraszamy.

– Gdzie mieszka wasza babcia?
– W Terrazzine – powiedziała bez wahania Alia; 

Nina nigdy nie słyszała o takiej miejscowości.

–   Czy   twoja   siostra   umie   mówić?   –   zapytał 

drugi   mężczyzna,   oddając   dokumenty   Alii,   która 
schowała je do kieszeni.

– Nie, proszę pana – powiedziała Alia, a Nina 

szybko zamknęła usta, które zaczęła otwierać, żeby 
mu   odpowiedzieć.   Miała   nadzieję,   że   nikt   niczego 
nie zauważył. – Moja siostra jest niemową, proszę 
pana. I ma nie całkiem w porządku w głowie, jeśli 
pan rozumie, co chcę powiedzieć. Mamusia mówi, 
że muszę się nią opiekować.

– Jesteś bardzo dzielna, malutka – pochwalił ją 

pierwszy mężczyzna. – Puścimy was tym razem, ale 
macie być ostrożne i trzymać się drogi, rozumiesz? 
Wiesz chyba, że tu niedaleko jest więzienie Policji 
Populacyjnej.   Od   lat   powtarzam,   że   gdyby   ktoś 
stamtąd uciekł...

– Wiem, proszę pana. – Alia wzdrygnęła się z 

udawanego przestrachu. – Mama opowiadała nam o 
więzieniu.

Policjanci poszli w swoją stronę, a Alia z Niną 

w swoją. Dopiero teraz Nina zauważyła, że Alia ma 
ich   buty   zawieszone   na   szyi   na   zawiązanych 

background image

sznurowadłach.

–   Proszę,   Janice,   włożymy   teraz   buty   – 

powiedziała Alia trochę za głośno.

Ogłupiała Nina wysunęła najpierw jedną nogę, a 

potem   drugą,   pozwalając   Alii   założyć   sobie 
pończochy i buty. Usłyszała w oddali za sobą warkot 
silnika samochodu – policjanci odjechali.

Nina z ulgą oparła się o drzewo.
– Co... Jak ci się...
– Cśśś – rzuciła Alia. – Czasem wracają, żeby 

sprawdzić,   czy   mówimy   prawdę.   Na   razie   nie 
możemy rozmawiać swobodnie, ale chodźmy już.

Złapała za rękę Ninę, która posłusznie poszła za 

młodszą   dziewczynką.   Szły   teraz   środkiem   drogi, 
doskonale widoczne dla wszystkich.

–   Nie   możesz   mi   wyjaśnić   wszystkiego   po 

drodze? – mruknęła Nina, starając się nie poruszać 
ustami.

– Nie – odparła Alia.
Wiszące   nad   nimi   słońce   zaczęło   się   zniżać, 

ciągnący   się   wzdłuż   drogi   las   skończył   się,   a   one 
szły pomiędzy rozrzuconymi domami i nierównymi 
polami. To była wieś, jaką Nina widziała wcześniej 
tylko dwa razy – jadąc do szkoły i opuszczając ją – 
ale   wtedy   siedziała   w   samochodzie,   sztywna   ze 
strachu.   Teraz   sztywność   już   minęła,   mózg 
odtwarzał w kółko chwile grozy – wciągającą ją w 
głąb wodę, policjanta krzyczącego:

background image

„Wychodź i pokaż nam swój dowód!”, a potem 

Alię, która przyszła jej na ratunek.

–   Kiedy   będziemy   już   mogły   rozmawiać   – 

powiedziała cicho Nina – kiedy spotkamy się znowu 
z Percym i Matthiasem, powiecie mi o wszystkim. 
A... A ja też powiem wam o wszystkim.

Alia   rzuciła   jej   spojrzenie,   którego   Nina   nie 

umiała odczytać. Mogło znaczyć: „Bądź cicho” albo: 
„Chyba oszalałaś, jeśli myślisz, że ci coś powiemy”.

Ale mogło też znaczyć: „W porządku, już czas, 

żeby się podzielić informacjami na swój temat”.

background image

R

OZDZIAŁ

 22

Alia i Nina dotarły aż do drogi prowadzącej do 

Szkoły dla Dziewcząt Harlow, zanim Alia uznała, że 
mogą bezpiecznie rozmawiać.

– Czy to twoja szkoła? – zapytała cicho, kiedy 

wyszły zza zakrętu drogi.

Nina   popatrzyła   na   olbrzymi   trawnik   i 

imponujący, trzypiętrowy budynek z cegły. Szkoła 
nie miała okien – to się wydawało całkiem naturalne, 
kiedy   Nina   była   w   środku,   ponieważ   i   tak   nie 
przywykła   do   widoku   okien,   ale   z   zewnątrz 
sprawiało   dziwaczne   wrażenie.   Zupełnie   jakby   ten 
budynek miał być pomnikiem albo grobowcem, a nie 
miejscem, w którym mogą mieszkać ludzie.

– Tak, to ona – odparła Nina. – A las jest za 

szkołą.

Wskazała   kierunek,   a   Alia   skinęła   głową   i 

zaczęła obchodzić szkołę, kryjąc się za krzakami.

– A co z Percym i Matthiasem?  I... i naszym 

jedzeniem? – Nina nie chciała, żeby to zabrzmiało, 
jakby torba z jedzeniem obchodziła ją bardziej niż 
dwaj chłopcy, ale trudno, żeby było inaczej, kiedy w 
brzuchu burczało jej z głodu.

– Znajdą nas – powiedziała spokojnie Alia.
Kilka   minut   później   znalazły   się   w   chłodnym 

cieniu lasu. Alia usiadła na pieńku, a Nina opadła na 

background image

ziemię  koło niej. Ściągnęła  buty i roztarła  obolałe 
stopy.

– Jak myślisz, ile przeszłyśmy? – zapytała.
– Jakieś dziesięć kilometrów – odparła Alia.
– Skąd wiedziałaś, jak tu dojść?
– W tej chwili zostało do wyboru niewiele dróg 

–   wyjaśniła   Alia.   –   Percy   uznał,   że   ta   będzie 
właściwa.   Ładnie   tutaj   –   dodała   pogodnie, 
rozglądając się po lesie.

–   Chyba   tak   –   powiedziała   niepewnie   Nina, 

obserwując pająka, który wspinał się na jej but. Czy 
pająki są jadowite?  Czy przeżyła więzienie  Policji 
Populacyjnej, niemal utonęła w rzece i uciekała tak 
daleko   tylko   po   to,   żeby   umrzeć   od   ukąszenia 
pająka?

Alia wyciągnęła rękę i strzepnęła intruza, który 

uciekł pospiesznie.

– Dzięki – mruknęła Nina. Zastanawiała się, czy 

kiedykolwiek   przywyknie   do   przebywania   na 
dworze.   Wydawało   jej   się   nienaturalne,   żeby   nie 
mieć wokół siebie czterech ścian, nad głową sufitu, a 
pod stopami twardej podłogi. Jason zawsze żartował 
sobie z dzieciaków, które bały się lasu.  Nie, nie  – 
skarciła   się.   –  Nie   myśl   nigdy   więcej   o   Jasonie.  
Mimo   wszystko   las   był   wystarczająco 
nieprzyjemnym   miejscem   nawet   teraz,   w   ciepłym 
blasku   słońca.   Jaki   będzie,   kiedy   zacznie   padać 
deszcz albo gdy przyjdzie zima?

background image

Alia, wyraźnie się tym nie przejmując, zaczęła 

gwizdać,   beztroska   jak   ptak.   Jej   gwizdanie 
najwidoczniej oszukało także ptaki, ponieważ jeden 
na jej „Fiu-fiu-fiu” odpowiedział „Fiu-fiu”.

W tym momencie Nina zorientowała się, że to 

nie   ptak,   ale   Percy   i   Matthias,   którzy   bezgłośnie 
wyszli z lasu.

– W porządku? – zapytała Alia.
– W porządku – odparł Matthias.
Chłopcy usiedli koło Niny i zupełnie, jakby się 

wcześniej   umówili,   Percy   otworzył   torbę   z 
jedzeniem  i  wyciągnął   prawdziwą   ucztę:   paczkę 
płatków śniadaniowych, paczkę rodzynek i po jabłku 
dla   każdego.   Nina   nie   protestowała.   Matthias 
podniósł jabłko, jakby chciał wznieść toast.

– Za nasz nowy dom – powiedział.
– Za życie na łonie natury – dodał Percy.
– Za pomysł Niny – wtrąciła Alia.
Nina popatrzyła na ich twarze, podniosła własne 

jabłko i powiedziała:

–  Za  moich   nowych  przyjaciół,  dzięki   którym 

bezpiecznie tu dotarliśmy.

Jedli   w   milczeniu.   Przeżuwanie   i   przełykanie 

było   taką   przyjemnością,   że   nikt   nie   odezwał   się, 
dopóki  nie   zjedli   jabłek   aż   do   końca,   wyskubując 
ostatnie   kawałeczki   miąższu   spomiędzy   pestek.   W 
końcu Nina powiedziała to, nad czym zastanawiała 
się, kiedy wędrowała w milczeniu z Alią.

background image

–   Cała   wasza   trójka   jest   przyzwyczajona   do 

takiego   życia   –   odezwała   się.   –   Nie   wiem,   gdzie 
mieszkaliście, zanim zostaliście aresztowani, ale to 
było   na   pewno   na   dworze.   I   nie   wiem   jak,   ale 
robiliście fałszywe dokumenty dla trzecich dzieci, po 
to   właśnie   Percy  i  Matthias   poszli   ostatniej   nocy, 
kiedy uciekliśmy z więzienia. Wtedy, kiedy wrócili z 
latarką.

Nina   czekała,   podczas   gdy   tamci   wymieniali 

spojrzenia.   Alia   niemal   niedostrzegalnie   skinęła 
chłopcom głową.

– Tak – powiedział cicho Percy. – Masz rację.
–   Dlaczego   mi   nie   powiedzieliście,   że   mamy 

dokumenty? – spytała Nina. – Mogliśmy iść gdzie 
indziej, skoro nie musimy się chować. Gdzieś, gdzie 
mielibyśmy ściany, dach i podłogę.

– Ale gdzie? – zapytał Matthias. – Dokumenty 

to nie jedzenie ani pieniądze na czynsz. To nie są 
dorośli,   który   odpowiadaliby   na   wścibskie   pytania 
urzędników. Dokumenty to tylko kawałki plastiku.

Nina   wzruszyła   ramionami   –   zanim   została 

aresztowana,   zawsze   miała   zapewnione   jedzenie, 
schronienie i opiekę dorosłych. Brakowało jej tylko 
legalnej tożsamości. Spróbowała innego podejścia.

–   Mogłam   się   zdradzić   ze   wszystkim,   kiedy 

zobaczyli mnie policjanci populacyjni – powiedziała. 
–   Nie  wiedziałam,   że   macie   dla   mnie   dokumenty, 
więc   mało   brakowało,   a   zaczęłabym   krzyczeć   i 

background image

uciekać. Wtedy by się domyślili...

–   Myślałaś,   że   ci   faceci   byli   z   policji 

populacyjnej? – zapytał z niedowierzaniem Percy. – 
Policja   Populacyjna   wiedziałaby,   że   ma   szukać 
zbiegów. To były tylko lokalne gliny, małe płotki. 
Podejrzewam, że nie znoszą Policji Populacyjnej tak 
samo jak my.

Nina próbowała ogarnąć tę wiadomość.
– Ale...
–   Słuchaj,   Policja   Populacyjna   nie 

powiedziałaby   nikomu,   że   ktoś   uciekł   z   ich 
więzienia,   bo  to  byłby...  to  byłby  cios   zadany  ich 
dumie.   Chcą,   żeby   wszyscy   myśleli,   że   są 
niepokonani, niemożliwi do przechytrzenia. A gdyby 
nawet   zapytali   lokalną   policję,   ci   policjanci   nie 
powiedzieliby   im,   że   widzieli   dwie   małe 
dziewczynki   na   skraju   miasta,   na   drodze 
prowadzącej na północ. Dlatego jesteśmy bezpieczni 
– wyjaśnił Matthias.

Nina   była   ciekawa,   dlaczego   jest   tego   taki 

pewien.

–   Żyliśmy   wcześniej   na   ulicy   –   powiedziała 

cicho Alia. – W mieście. Wiemy, jak to wszystko 
działa.

Nina   spróbowała   to   sobie   wyobrazić   –   nic 

dziwnego, że wiecznie byli brudni. Ale jak zdołali 
przetrwać?   Skąd   brali   jedzenie?   Jak   udało   im   się 
uniknąć aresztowania już dawno temu?

background image

– Kto się wami opiekował? – zapytała.
–   Bóg   się   nami   opiekował   –   odparła   Alia.   – 

Modliliśmy się do niego, a on się nami opiekował. 
Modliliśmy się do niego w więzieniu, a on przysłał 
nam ciebie, żebyś nam pomogła.

Nina słyszała już dawniej o Bogu – na przykład 

w domu babcia modliła się do niego, chociaż ciocia 
Lystra wyśmiewała ją za to.

– To jedyna sprawa, w której rząd ma rację – 

mówiła   ciocia   Lystra.   –   Gdyby   istniał   jakiś   Bóg, 
któremu naprawdę na nas zależy, to czy myślisz, że 
musiałybyśmy żyć w taki sposób?

„W   taki   sposób”   obejmowało   wszystko,   od 

przeciekającego dachu przez korniki w podłodze, aż 
po długą kolejkę po kapustę w sklepie.

– Możesz wierzyć, w co chcesz, a ja też będę 

wierzyła, w co chcę – odpowiadała zawsze babcia. – 
Ja, na przykład, potrafię wskazać tu kilka cudów.

Nina   zawsze   była   szczęśliwa,   że   wzrok   babci 

przy tych słowach spoczywał na niej. Nawet kiedy 
była   za   malutka,   żeby   zrozumieć   słowo   „cud”, 
podobał   jej   się   sposób,   w   jaki   babcia   mówiła   o 
Bogu.

Nie rozumiała jednak, w jaki sposób Bóg mógł 

opiekować  się  trójką małych dzieci, samotnych na 
ulicy.

–   Chce   mi   się   pić   –   oznajmił   Percy,   rzucając 

Alii ostrzegawcze spojrzenie. – Poszukajmy jakiejś 

background image

wody i rozejrzyjmy się tu trochę.

Zerwali się na nogi, a Nina włożyła z powrotem 

buty   i   poszła   w   ich   ślady,   zastanawiając   się 
intensywnie.

Nie   powiedzieli   jej   wszystkiego,   dlatego   ona 

także nie powiedziała ani słowa o swojej przeszłości.

background image

R

OZDZIAŁ

 23

Dni, które nastały po przybyciu dzieci do lasu, 

dziwnie przypominały wakacje: słońce świeciło  tak 
że   było   im   ciepło,   ale   nie   za   gorąco.   Bawili   się 
doskonale,   wędrując   po   lesie   i   odkrywając   nowe 
rzeczy. Każdej łagodnej nocy spali pod gwiazdami. 
Nina nie zapomniała do końca o zdradzie Jasona i 
koszmarze   więzienia,   ale   wszystkie   te   okropności 
stawały się odległe w czasie, a ona sama coraz mniej 
bała   się   ponownego   aresztowania.   Kiedy   rankiem 
otwierała   oczy   i   widziała   kołyszące   się   łagodnie 
gałęzie   i   mozaikę   klonowych   liści   na   tle   nieba, 
wydawało   się   niemożliwe,   żeby   kiedykolwiek 
jeszcze   mogła   zostać   uwięziona   w   mrocznej 
podziemnej celi.

Percy, Matthias i Alia nie mieli nic przeciwko 

traktowaniu pobytu w lesie jak długich wakacji. Nie 
rozmawiali o więzieniu, nie mówili też nic o tym, co 
było,   zanim   trafili   do   więzienia.   Wspinali   się   na 
drzewa,   skakali   po   kamieniach   w   strumieniu, 
rysowali   patykami   obrazki   w   błocie   na   brzegu 
strumienia.

Aż   wreszcie   pewnego   ranka   Nina   sięgnęła   do 

torby   z   jedzeniem   i   nie   znalazła   w   niej   niczego. 
Sięgnęła   głębiej,   czując,   jak   jej   żołądek   nagle 
zaciska się z głodu, i wyjęła tylko małą, pogniecioną 

background image

paczuszkę płatków śniadaniowych i pustą skorupkę 
orzeszka   ziemnego.   Położyła   je   na   kolanach   i 
sięgnęła jeszcze raz.

Nic, naprawdę nic – w torbie nie zostało nawet 

żadne spleśniałe ciasteczko.

– Nie mamy więcej jedzenia! – wykrzyknęła.
Pozostali   przerwali   śniadanie   –   Percy   zastygł, 

podnosząc do ust nadgryziony batonik, Alia zamarła 
z jabłkiem w ręku, tylko Matthias dalej przeżuwał 
płatki.

– Co takiego? – zapytał z pełnymi ustami.
– Nie mamy jedzenia! – powtórzyła Nina. – To, 

co teraz jecie, to resztki.

– Masz już gotowy ogród? – zapytał spokojnie 

Percy. – Mówiłaś, że możesz założyć tu ogród.

Nina zagapiła się na niego.
– Nie miałam na myśli... To znaczy... – Co ona 

obiecała im w rozpaczy, jeszcze w więzieniu, kiedy 
planowali ucieczkę? Czy oni naprawdę liczyli na to, 
że   Nina   zatroszczy   się   o   jedzenie?   Dlaczego   nie 
wspomnieli   o   tym   wcześniej?   –   Ja...   Alia,   daj   mi 
pestki z tego jabłka.

Alia   posłusznie   wydłubała   paznokciami   ze 

środka   jabłka   i   podała   Ninie   trzy   brudnobrązowe 
pestki.   Nina   odgarnęła   trochę   ściółki   pod   nogami, 
wykopała   trzy   dołki   jeden   obok   drugiego   i   do 
każdego  włożyła  jedną  pestkę.  Potem  przykryła  je 
ziemią tak, że przestały być widoczne.

background image

–   Proszę   –   powiedziała.   –   Przynajmniej 

będziemy mieć więcej jabłek.

– Ile to potrwa? – zapytał Percy.
Nina wpatrywała się w ziemię z nadzieją, że coś 

może   się   wydarzyć   już   zaraz.   Podejrzewała,   że 
jabłoń   potrzebuje   więcej   niż   kilku   minut,   żeby 
urosnąć – prawdopodobnie znacznie więcej niż kilku 
minut. A żeby jabłoń zaczęła rodzić jabłka...

–   Nie   wiem   –   powiedziała   bezradnie; 

podejrzewała, że to może potrwać całe dni, tygodnie, 
nawet miesiące. A może i lata. – Nie wiem niczego o 
uprawianiu   roślin   –   przyznała   się.   –   Pomyślałam 
tylko,   że   możemy...   że   wymyślimy   coś,   kiedy   już 
tutaj będziemy. To lepsze niż więzienie, prawda?

–   W   więzieniu   nas   karmili   –   odezwała   się 

cichutko Alia.

–   I   zamierzali   nas   pozabijać   –   odparowała 

szorstko Nina.

Alia   patrzyła   w   ziemię,   Percy   i   Matthias 

wymieniali spojrzenia – Nina nie mogła znieść, że 
znowu to robią.

–   Słuchajcie,   jestem   tylko   dzieckiem   – 

powiedziała błagalnie. – Nie mam o niczym pojęcia. 
Moja babcia  i  ciotki zawsze się mną opiekowały, a 
kiedy poszłam do szkoły... no, oni też nie chcieli, 
żebyśmy   myślały   same.   Zawsze   dostawałyśmy 
jedzenie,   trzy   razy   dziennie,   nie   musiałyśmy 
wiedzieć, skąd ono się bierze.

background image

Tamci   przez   chwilę   milczeli.   W   ciszy   Nina 

słyszała   wiatr   zmieniający   kierunek   w   gałęziach 
drzew.

– Nigdy nie mówiłaś nam o babci i... ciotkach – 

odpowiedziała w końcu Alia. – Nie mówiłaś nam o 
szkole.

–   Nie   wiedziałam,   czy   mogę   wam   zaufać   – 

przyznała   Nina.   –   Jestem   trzecim   dzieckiem, 
nielegalnym.

– Tak przypuszczaliśmy – stwierdził Percy.
Znowu nastała cisza, którą przerwał Matthias.
– Tak samo jak my – dodał cicho.
Nina wstrzymała oddech. Ostatnim razem, kiedy 

przyznała   się   do   bycia   nielegalnym   dzieckiem   i 
usłyszała,   jak   ktoś   inny   przyznaje   się   do   tego, 
skończyło   się   to  aresztowaniem   jej   przy   śniadaniu 
przez   Policję   Populacyjną.   Wpatrywała   się   w 
otaczające ją drzewa, jakby myślała, że dowolne z 
nich   może   skrywać   funkcjonariusza   Policji 
Populacyjnej,   który   tylko   czeka   na   odpowiedni 
moment, żeby ją złapać. Ale nic się nie stało, nikt się 
nie poruszył.

– To po prostu śmieszne – powiedziała Nina. – 

Trzecie dzieci zostały wyjęte spod prawa z powodu 
jedzenia,   bo   nie   było   go   dostatecznie   dużo   po 
suszach i pladze głodu. Ale kiedy byłam nielegalna, 
ktoś   zawsze   znajdował   dla   mnie   jedzenie,   a   teraz 
korzystałam   już   z   dwóch   fałszywych   dowodów 

background image

tożsamości  i  jedzenie   mi   się   skończyło.   Jestem 
legalna, mam dokumenty, żeby to poświadczyć, ale 
umrę z głodu. Wszyscy umrzemy.

Wiedziała   już,   dlaczego   ostatnie   kilka   dni 

przypominało wakacje: to istotnie były wakacje – od 
rzeczywistości. Żadne z nich nie chciało spojrzeć w 
twarz   ponurej   prawdzie:   nie   wystarczyło   uciec   z 
więzienia   Policji   Populacyjnej,   nie   wystarczyło 
zdobyć   fałszywy   dowód   tożsamości.   Ich   los   nadal 
był   przypieczętowany.   Było   łatwiej   łazić   po 
drzewach i skakać po kamieniach, niż myśleć o tym, 
że kiedy torba zjedzeniem się opróżni, nie będą mieli 
nic, co pozwoli im utrzymać się przy życiu.

– Nikt nie umrze z głodu – stwierdził Percy. – 

Coś wymyślimy. Czy masz jakiś pomysł, żeby się 
dowiedzieć, jak założyć ogród?

Nina chciała zaprzeczyć, ale w tym momencie 

przypomniała   sobie,   dlaczego   w   ogóle   wpadła   na 
pomysł zakładania ogrodu.

– Jest jeden dzieciak – powiedziała. – W szkole 

dla chłopców, nazywa się Lee Grant. To on wiedział 
wszystko o ogrodach. Gdybyśmy go znaleźli...

Nina   opowiedziała,   jak   ona   i   jej   koleżanki 

spotykały się z chłopakami z drugiej szkoły. Jakoś 
tak wyszło, że wypłynęła z niej cała historia: o tym, 
jak   ona,   Bonner   i   Sally   uważały   się   za   strasznie 
ważne, bo spotykają się z chłopcami w lesie. O tym, 
jak zakochała się w Jasonie i o tym, jak została przez 

background image

niego zdradzona.

Kiedy   skończyła,   pozostali   długą   chwilę   nie 

odzywali się.

– Więc możemy zaufać temu Lee Grantowi czy 

nie? – zapytał Percy. – Czy on pracował z Jasonem?

– Nie wiem – odparła Nina, czując się znowu 

bezradna. – Wydawało mi się, że jest w porządku, 
ale... – nie dokończyła zdania: „... ale Jason też się 
wydawał w porządku^ Nawet znacznie bardziej niż 
tylko   w   porządku.   Jak   mogłabym   kiedykolwiek 
jeszcze zaufać mojemu osądowi?”.

–   Jedno   z   nas   musi   się   zakraść   do   szkoły, 

znaleźć tego Lee i zobaczyć, czy możemy mu zaufać 
– zdecydował Matthias.

– Może  nawet mógłby  dla  nas wynieść jakieś 

jedzenie   ze   szkoły   –   podsunęła   Nina.   –   Może 
chłopców karmią lepiej niż dziewczynki.

Czuła   teraz   przypływ   otuchy   –   wszystko   się 

mogło   ułożyć.   Czekała,   aż   Percy   albo   Matthias 
zaproponują,   że   któryś   z   nich   zakradnie   się   do 
szkoły dla chłopców. Matthias był prawie w wieku 
Lee Granta – gdyby udawał nowego ucznia, mógłby 
prawdopodobnie trafić z nim do jednej klasy. Nina 
uważała   jednak,   że   Percy   jest   sprytniejszy   – 
wiedziałby,   jak   podejść   Lee,   żeby   wszystko   im 
powiedział.

Ale   ani   Percy,   ani   Matthias   nie   odzywali   się. 

Zaskoczona Nina popatrzyła na nich i stwierdziła, że 

background image

obaj wpatrują się w nią.

– No więc? – zapytała. – Który z was to zrobi?
Percy   odczekał   jeszcze   chwilę   i   potrząsnął 

głową  z niesmakiem, jakby nie mógł uwierzyć, że 
Nina sama się wszystkiego nie domyśliła.

– Tylko ty wiesz, jak ten Lee Grant wygląda. I 

tylko   ciebie   zna,   więc   najszybciej   tobie   zaufa.   Ty 
musisz iść – powiedział.

– Ale ja jestem dziewczynką! – zaprotestowała 

Nina. – To jest szkoła dla chłopców!

–   Możesz   schować   włosy   pod   moją   czapką   – 

odparł   Percy.   –   Możesz   też   włożyć   ubranie 
Matthiasa. Musisz udawać.

Nina   gapiła   się   na   niego,   próbując   wyobrazić 

sobie   siebie   w   postrzępionej   koszuli   i   połatanych 
dżinsach   Matthiasa,   stojącą   pomiędzy   elegancko 
ubranymi   chłopcami   ze   szkoły   Hendricksa. 
Zostałaby momentalnie zauważona i w jednej chwili 
wyrzucona.

–   Nie   rozumiesz   –   powiedziała.   –   Nie   jestem 

taka   jak   wy.   Nie   musiałam   nigdy...   polegać   na 
swoim   sprycie,   żeby   przeżyć.   Gdyby   ktoś   mnie 
zatrzymał,   nie   wiedziałabym,   co   powiedzieć. 
Dlatego...   –   W   ostatniej   chwili   zdołała   się 
powstrzymać od wyjawienia wszystkiego. „Dlatego 
nie   wiedziałam,   co   mam   zrobić,   kiedy   ten 
nienawistnik chciał, żebym  was zdradziła. Dlatego 
mało brakowało, a bym was zdradziła”. Dokończyła 

background image

tylko niemądrze. – Dlatego ktoś inny powinien iść 
zamiast mnie. Nie możecie mi ufać.

– Ale my ci ufamy – powiedziała cicho Alia.
Jak Nina miałaby przeciwko temu protestować?

background image

R

OZDZIAŁ

 24

Zmierzchało,   a   ukośne   cienie   kładące   się 

pomiędzy   drzewami   przypominały   Ninie   o   wielu 
innych wieczorach spędzonych w lesie, kiedy wraz z 
przyjaciółkami   wymykały   się,   żeby   spotkać   się   z 
Jasonem   i   jego   kolegami.   Teraz   znowu   siedziała 
przykucnięta   za   drzewem,   obserwując   i   czekając. 
Znowu   nasłuchiwała   trzaśnięcia   gałązki 
sygnalizującej   zbliżające   się   niebezpieczeństwo. 
Znowu serce tłukło się jej w piersiach, a wszystkie 
włókna   nerwowe   w   jej   ciele   były   pobudzone 
przeczuciem ryzyka, jakiego miała się podjąć.

Tym   razem   jednak   przygotowywała   się   do 

wymknięcia się z lasu, a nie zakradnięcia do niego. 
Naciągnęła   czapkę   Matthiasa   głębiej   na   oczy   i 
wyjrzała   zza  drzewa   –   uznała,   że   wieczór   będzie 
najbezpieczniejszą   porą   na   tę   wyprawę.   Miała 
nadzieję, że w szkole dla chłopców, tak samo jak w 
szkole dla dziewcząt, wieczorami są przeprowadzane 
nudne   pogadanki   indoktrynacyjne,   na   których 
uczniowie   przysypiają   lub   z   których   próbują   się 
urwać.   Mogłaby   pewnie   zajrzeć   do   sali,   gdzie 
odbywała się pogadanka, spróbować odszukać Lee 
Granta, a potem odciągnąć go na bok, kiedy wszyscy 
będą wychodzić. Miała nadzieję, że się jej to uda – 
planowała to przez cały dzień.

background image

Nie wzięła jednak pod uwagę, jak bardzo będą 

ją   przerażać   cienie   –   nie   tylko   cienie   pomiędzy 
drzewami,   ale   także   cienie   kładące   się   na 
niesamowicie szerokim trawniku oddzielających las 
od   Szkoły   dla   Chłopców   Hendricksa.   Jeśli   miała 
znaleźć Lee Granta, musiała pobiec przez te cienie i 
przez   otwartą   przestrzeń,   gdzie   ktoś   mógł   ją 
zobaczyć.

Zupełnie   inaczej   wyglądała   wędrówka   przez 

trawnik Szkoły Harlow do lasu, kiedy Sally i Bonner 
szły   po   jej   obu   stronach,   cały   czas   chichocząc 
nerwowo. Nina wiedziała teraz, że nie były wtedy w 
prawdziwym niebezpieczeństwie – tamto było bladą 
imitacją   niebezpieczeństwa,   niczym,   czego   nie 
można   by   odgonić   machnięciem   dowodem 
tożsamości.

Nina pamiętała, że bała się także, kiedy szła po 

otwartej   przestrzeni   razem   z   Alią,   po   tym,   jak 
zostały   przepytane   przez   policjantów   na   moście. 
Jednakże Alia ocaliła ją w magiczny sposób przed 
policjantami i Nina miała wtedy fałszywe poczucie 
pewności, że cokolwiek się stanie, Alia, Percy albo 
Matthias będą mogli ją uratować.

Teraz jednak nikt z tamtych nie wybierał się z 

nią do Szkoły Hendricksa – była kompletnie sama.

Teraz   już   wiem,   dlaczego   babcia   wierzyła   w  

Boga – pomyślała Nina. – Panie Boże? Czy możesz  
mnie także pomóc?

background image

Dziewczynka   przekradła   się   na   skraj   lasu,   a 

potem   rzuciła   się   do   rozpaczliwego   biegu   przez 
trawnik.

Dotarła   do   ściany   budynku   szybciej,   niż   się 

spodziewała,   uświadamiając   sobie,   że   przez 
większość   drogi   trzymała   oczy   mocno   zaciśnięte. 
Miała   szczęście,   że   nie   wpadła   na   mur   szkoły. 
Odwróciła   się   i   spojrzała   za   siebie   –   nie   mogła 
uwierzyć,   że   przebyła   taką   odległość   przez   te 
wszystkie   cienie.   Odetchnęła   głęboko   i   zacisnęła 
palce na wystających ze ściany szkoły cegłach, jakby 
to miało pomóc jej się utrzymać na nogach.

– Drzwi – szepnęła. – Muszę znaleźć drzwi.
Ruszyła   przed   siebie,   przesuwając   rękami   po 

ścianie   i   rozglądając   się.   Zanim   dotarła   do 
narożnika,   jej   palce   były   poocierane   od   szorstkich 
cegieł, a myślenie wyraźnie nie szło jej za dobrze. 
Czy to możliwe, żeby przeoczyła drzwi? Czy może 
na tej ścianie budynku nie było ich w ogóle?

Zamiast   zawrócić,   przeszła   za   róg   i   znalazła 

grube   metalowe   drzwi   z   wystającą   gałką.   Drzwi   i 
gałka – tego właśnie szukała.

Nie dając sobie czasu na utratę odwagi, złapała 

gałkę, przekręciła ją i popchnęła drzwi.

Otworzył się przed nią ciemny korytarz. Weszła 

do wnętrza szkoły, a drzwi zatrzasnęły się za nią.

Jeśli wcześniej serce Niny mocno biło, to teraz 

waliło jak oszalałe, a każde włókno nerwowe w jej 

background image

ciele

 

krzyczało:

 

„Uwaga!

 

Uwaga! 

Niebezpieczeństwo! Niebezpieczeństwo! Zawracaj i 
uciekaj w bezpieczne miejsce!”.

Nina była zdumiona, że jej mózg potrafił mimo 

wszystko zignorować te ostrzeżenia i zmusić nogi, 
żeby   niosły   ją   do   przodu.   Potknęła   się,   ale   nie 
przewróciła, i ruszyła przed siebie.

Ciemny   korytarz   doprowadził   ją   do   innego 

ciemnego korytarza. W pierwszej chwili skręciła w 
prawo,   potem   jednak   zawahała   się   i   zawróciła   – 
przez   dudnienie   w   uszach   słyszała   krzyki 
dobiegające   z   tamtej   strony.   Gdzieś   na   końcu 
korytarza chłopcy śmiali się i wrzeszczeli, ile sił w 
płucach.

To   zupełnie   nie   brzmiało   jak   pogadanki 

indoktrynacyjne,   które   znała   Nina   –   kiedy   jakiś 
sztywny   i   zakurzony   stary   nauczyciel   terkotał   coś 
monotonnie   do   zebranych.   To   brzmiało   jak...   jak 
zabawa.

Nina zaczęła się skradać w tamtym kierunku, ale 

po chwili przyspieszyła, uświadomiła sobie bowiem, 
że   w   tym   gwarze   nikt   nie   usłyszy   jej   kroków.   W 
końcu   dotarła   do   oświetlonych   drzwi,   za   którymi 
wyraźnie   znajdowało   się   źródło   hałasu.   Zajrzała 
ostrożnie   do   środka,   wysuwając   głowę   tylko   tyle, 
żeby zobaczyć coś poza framugą.

To była ogromna sala przypominająca jadalnię 

w Szkole dla Dziewcząt Harlow. Nina widziała stoły 

background image

i krzesła odsunięte pod ściany – to prawdopodobnie 
była   jadalnia   w   szkole   dla   chłopców,   ale   pełniła 
dzisiaj   inną   funkcję,   ponieważ   chłopcy   biegali   po 
całej sali za tuzinami gumowych piłek.

– Podaj tutaj!
– Nie, do mnie!
– Rzuć mi piłkę!
Nina zamknęła oczy i cofnęła się z powrotem za 

drzwi.   Zabawa   chłopców   sprawiła,   że   przypłynęło 
do niej jedno wspomnienie sprzed lat.

Trwało lato, a w mieszkaniu było tak duszno, że 

ciocia   Lystra   otwarła   okna   za   żaluzjami, 
wpuszczając   słabe   podmuchy   wiatru.   Jednakże 
dobiegające odgłosy ulicy po raz pierwszy w życiu 
Nina nie odbierała jako monotonny szum. Usłyszała, 
jak jakieś małe dziecko odlicza: „Ene, due, rabe... ”, 
jak   coś  –   może   skakanka   –   uderza   o   chodnik,   a 
towarzyszy jej rytm podskakujących stóp, jak jakiś 
głos   podśpiewuje   piosenkę...   Nina   stała   na   środku 
małego,   gorącego   mieszkania,   a   na   jej   twarzy 
pojawił się wyraz zdziwienia. „Tam... Tam są inne 
dzieci – wykrztusiła zdumiona. – Bawią się. Robią 
mnóstwo hałasu i nikt im nie zabrania. Nikt na nie 
nie krzyczy. Czy ja... ” – ale pytanie ugrzęzło jej w 
gardle,   ponieważ   zobaczyła   odpowiedź   w   oczach 
babci   i   w   oczach   wszystkich   ciotek.   Inne   dzieci 
mogły się bawić na zewnątrz i hałasować, ale Nina 
nie mogła – Ninie nigdy nie będzie wolno robić tego, 

background image

co robiły inne dzieci.

Osunęła się na podłogę.
Dlaczego  chłopcy  w   Szkole   Hendricksa  mogli 

się bawić? Nina pamiętała, jak dziewczęta ze Szkoły 
Harlow siedziały na  lekcjach cichutko jak myszki, 
przemykały   przerażone   po   korytarzach,   gotowe 
uciec   i   schować   się,   gdyby   pojawił   się   choć   cień 
zagrożenia.   Nina   potrzebowała   wielu   dni,   żeby 
zebrać się na odwagę i zacząć szeptane rozmowy z 
Bonner i Sally nocą w ciemnościach ich pokoju. Nie 
potrafiła   sobie   wyobrazić,   że   krzyczy   w   ich 
towarzystwie, a jej głos rozbrzmiewa w zatłoczonej, 
jasno oświetlonej sali.

A to właśnie robili chłopcy.
Nina   odwróciła   głowę   i   znowu   wyjrzała,   tym 

razem powstrzymując zdumienie, żeby przyjrzeć się 
ich   twarzom.   Czy   w   grupie   tych   szalonych, 
krzyczących chłopaków znajdował się Lee Grant?

Prześlizgiwała   się   wzrokiem   po   kolejnych 

chłopcach  –   za   mały,   za   wysoki,   za   ciemny,   za 
jasny...   Czy   w   ogóle   była   w   stanie   przypomnieć 
sobie, jak wygląda Lee Grant?

W tym momencie ktoś krzyknął:
– Świetnie, tylko podnoś ją szybciej!
Nina   rozpoznała   ten   głos   –   chyba.   Przeniosła 

szybko spojrzenie na chłopca, który się odezwał: stał 
z   boku,   machając   rękami   i   komenderując 
pozostałymi. Był wyższy, niż Nina zapamiętała, ale 

background image

może urósł przez tych kilka miesięcy. Było w nim 
też coś innego – nie potrafiła tego do końca nazwać, 
ale   wyraźna   różnica   sprawiła,   że   zaczęła   się 
zastanawiać, czy się nie pomyliła. Może chodziło o 
to, że ten chłopiec zachowywał się swobodniej niż 
Lee, którego Nina zapamiętała, może uśmiechał się z 
większą pewnością siebie.

W ogóle nie przypominała sobie, czy widziała, 

jak   Lee   się   uśmiecha,   nie   potrafiła   więc   go   sobie 
wyobrazić, jak z dumą zagrzewa innych:

– Tak, właśnie! Zdobyłeś gola!
Albo jak klepie z triumfem po plecach innego 

chłopca.

Wstrząśnięta cofnęła się od drzwi. Przez długą 

chwilę siedziała, nasłuchując otaczającego ją gwaru 
rozbawionych chłopców.

Nie mogła tego zrobić.
Nie mogła podejść do tego dziwnego chłopca i 

poprosić   go   o   pomoc,   ponieważ   to   nie   był   ten 
chłopiec,   którego   pamiętała.   Nawet   jeśli   był   Lee 
Grantem, nie znała go dostatecznie dobrze albo też 
zmienił   się   za   bardzo,   żeby   mogła   mu   ufać.   Był 
pełen   dumy   –   w   dobrym   tego   słowa   znaczeniu   – 
sprawiał   wrażenie   równie   pewnego   siebie,   jak 
nienawistnik.

Albo Jason.
Odsunęła   się   od   drzwi   i   na   palcach   wycofała 

korytarzem, aż wróciła do tego, którym tu przyszła i 

background image

niemal   wyczołgała   się   przez   drzwi   na   zewnątrz, 
podnosząc tylko na tyle, żeby przekręcić gałkę i z 
powrotem opadając na ziemię.

Ostatnie   poblaski   zachodu   słońca   właśnie 

dogasały,   a   las   stał   się   ogromnym   cieniem 
majaczącym   po   lewej   stronie.   Nina   nie   potrafiła 
znieść teraz myśli o spotkaniu z Percym, Matthiasem 
i Alią. Na oślep mszyła prosto, idąc powoli w stronę 
innej kępy ocienionych zarośli. Może zdoła się tam 
schować   i   dopiero   rano   powiedzieć   pozostałym   o 
swoim tchórzostwie.

Dotarła   na   skraj   cienia   i   rozdeptała   coś 

miękkiego.   Zmarszczyła   brwi   z   obrzydzeniem,   ale 
potem pociągnęła nosem.

Pomidory.   Powietrze   nagle   zapachniało 

pomidorami.

Pochyliła się, szukając po omacku w ciemności 

–   wymacała   kłującą   łodygę,   delikatne   kwiaty   i 
zaostrzone   na   końcach   liście,   a   potem   wyczuła 
nieduże,   gładkie   kule.   Szarpnęła   jedną   z   nich, 
zrywając ją z rośliny, podniosła do ust i ostrożnie 
nadgryzła.

Smak   świeżego   pomidora   eksplodował   w   jej 

ustach – Nina z zaskoczenia upuściła owoc i ruszyła 
biegiem do lasu, z radości zapominając o wszelkiej 
ostrożności.

–   Alia!   Percy!   Matthias!   –   krzyknęła.   – 

Znalazłam ogród! Jesteśmy uratowani!

background image
background image

R

OZDZIAŁ

 25

Wrócili całą czwórką, niosąc latarkę – żadne z 

nich nie było ostrożne. Świecili na kolejne rośliny:

– Patrzcie, ile pomidorów!
– I kapusta...
– Czy to jest zielony groszek?
Matthias   dokonał   wspaniałego   odkrycia,   kiedy 

potknął się i niechcący wyrwał roślinę o pierzastych 
liściach.   Jej   korzeń   to   była   ogromna   marchew 
wyciągnięta ze swojej ziemnej kryjówki, więc Nina 
wyrwała kolejne rośliny i znalazła więcej marchwi. 
Pożarli   je   na   surowo,   nie   przejmując   się 
chrzęszczącym w ustach piaskiem.

Kiedy najedli się do syta, Percy poświecił wokół 

nich   na   powyrywane   rośliny,   połamane   łodygi   i 
ślady stóp na ziemi.

– Ktoś to zauważy – powiedział.
Nina zagrabiła palcami ziemię, zacierając odcisk 

buta.

– Zamaskujemy ślady – powiedziała. – Tak jak 

to robiliśmy w lesie.

Chodzili tam i z powrotem, zanosząc wszystkie 

wyrwane   rośliny   do   lasu,   żeby   je   tam   schować. 
Zakopali też rozdeptane pomidory, które niechcący 
zrzucili na ziemię, podnieśli każdy oberwany liść i 
leżącą łodygę.

background image

–   No   już.   –   Percy   przykrył   ostatnią   ze 

stratowanych roślin garścią ziemi przesypaną między 
palcami. – Czy tak to wyglądało wcześniej?

Nina   poświeciła   wokół   latarką   –   czerwone   i 

zielone   kule   wyglądały   upiornie   na   krzaczkach 
pomidorów, a liście pozostałych marchwi ocieniały 
dziury, które tak starannie zakopali.

–  Nie   wiem  –  powiedziała  niepewnie.  Trudno 

było   jej   przypomnieć   sobie,   jak   ogród   wyglądał 
początkowo;   była   zbyt   głodna   i   uradowana 
perspektywą posiłku. – Myślę, że następnym razem 
powinniśmy być bardziej ostrożni.

Powlekli się do lasu – byli teraz cicho, zmęczeni 

po nagłym wybuchu entuzjazmu.

Od   tej   pory   jedno   z   nich   każdej   nocy 

wyprawiało   się   do   ogrodu   i   zabierało   jedzenie   na 
cały dzień. Starali się zrywać najwyżej po jednym 
pomidorze   z   krzaczka  i  wykopywać   po   jednej 
marchwi   z   każdego  rzędu.   Trzymali   się   z   dala   od 
kapusty,   ponieważ   zabranie   ogromnej   głowy 
oznaczałoby   pozostawienie   dziury,   którą   każdy   by 
zauważył. Mimo to mieli mnóstwo jedzenia, chociaż 
Nina   żałowała,   że   na   jakichś   krzakach   nie   może 
rosnąć   pieczywo   albo   owoce   –   miała   już   dość 
warzyw.

– Gdybyśmy  mogli chociaż upiec ziemniaki – 

jęknęła   pewnego   wieczora,   jedząc   surowy   zielony 
groszek.

background image

– Ktoś mógłby zobaczyć ogień – przypomniał 

Matthias. – Znaleźliby nas.

Percy wzruszył ramionami.
– Przynajmniej mamy jedzenie.
Nina westchnęła: chciałaby, żeby którekolwiek 

z pozostałych chociaż raz się na coś poskarżyło – na 
niewygodę   spania   na   korzeniach   i   drapiących 
liściach, na deszcz padający na nich przez pół nocy, 
na mulisty smak wody ze strumienia. Zachowywali 
się   jednak   tak,   jakby   las   był   pałacem,   a   surowe 
warzywa   najwspanialszymi   delikatesami.   Zaczęła 
być znowu ciekawa, jak wyglądało ich życie, zanim 
zostali aresztowani przez Policję Populacyjną.

–   Co   jedliście   w   mieście,   kiedy   żyliście   na 

ulicy? – zapytała.

–   To   samo,   co   wszyscy   –   odparł   Percy, 

otrzepując z ziemi marchewkę.

–   Czasem   znajdowaliśmy   pączki   w   śmietniku 

przy   cukierni   –   powiedziała   rozmarzonym   tonem 
Alia,   jakby   to   było   jedno   z   jej   najlepszych 
wspomnień.

Nina wzdrygnęła się.
–   Nie   zarabialiście   pieniędzy   na   sprzedaży 

fałszywych dokumentów? – zapytała. – Jak w ogóle 
je robiliście?

–   Powiedzmy,   że   to   była   działalność 

niedochodowa   –   uciął   Matthias.   –   Ktoś   ma   coś 
przeciwko temu, żebym zjadł ostatnią marchewkę?

background image

Nina   wiedziała,   kiedy   ktoś   zatrzaskiwał   jej 

drzwi przed nosem – Matthias równie dobrze mógł 
powiedzieć:   „Nie   zadawaj   więcej   pytań”.   Mimo 
wszystko nie posłuchała go.

–   Myślicie,   że   moglibyście   wrócić   do   takiego 

życia?   –   zapytała.   –   Mogłabym   wam   pomagać. 
Dlaczego nie pomyśleliście, że możecie wrócić do 
miasta   i   znowu   żyć   na   ulicy?   Mogłabym   iść   z 
wami... moglibyśmy pracować razem. Może nawet 
moglibyśmy   znowu   znaleźć   jakieś   pączki.   – 
Uśmiechnęła się lekko do Alii. Nagle wszystko to 
wydało jej się możliwe: nawet wyjadanie pączków 
ze śmietnika. Las i surowe warzywa stanowiły tylko 
tymczasowe   rozwiązanie,   musieli   poczynić   jakieś 
plany na przyszłość, kiedy ogród zwiędnie... kiedy 
przyjdzie zima. Muszą być gotowi.

– Zostaliśmy aresztowani w mieście, pamiętasz? 

– przypomniał szorstko Percy. – Ktoś nas zdradził, 
nie   wiemy   kto,   dlatego   nie   możemy   wracać.   Nie 
wiedzielibyśmy, komu możemy zaufać.

Nina   połknęła   łzy,   których   inni   nie   powinni 

zobaczyć, i wstała.

–   Dzisiaj   wieczorem   ja   idę   do   ogrodu   – 

mruknęła. – To moja kolej.

Apatycznie   przedzierała   się   pomiędzy 

drzewami,   a   potem   przeszła   przez   trawnik 
prowadzący   do   ogrodu.   Zapomniała   latarki,   ale   to 
nie miało znaczenia – pora była jeszcze stosunkowo 

background image

wczesna jak na taką wyprawę, a cień rzucany przez 
budynek szkoły dopiero zaczął wpełzać na trawnik. 
Czerwone   pomidory   lśniły   w   gasnącym   świetle 
zachodu słońca.

– Pomidory, groszek i marchew – mruknęła do 

siebie Nina. W porównaniu z tym nawet wygrzebany 
ze śmietnika pączek brzmiał apetycznie. Dotarła na 
skraj ogrodu i zerwała pierwsze warzywo – ogórek, 
po prostu dla odmiany.

Świadomość,  że  ktoś zdradził  tę trójkę dzieci, 

sprawiała, że Nina czuła się gorzej niż kiedykolwiek. 
Nawet jeśli poznawała ich historię po kawałeczku, 
czuła, że rozumie ich coraz lepiej. Nic dziwnego, że 
początkowo   nie   chcieli   jej   ufać,   kiedy 
znienawidzony   mężczyzna   wrzucił   ją   do   ich   celi. 
Może powinna im opowiedzieć resztę swojej historii, 
o   tym,   jak   Jason   ją   zdradził.   Może   powinna   im 
powiedzieć,   że   znienawidzony   mężczyzna   chciał, 
żeby ich zdradziła. Może wtedy...

Nina   nie   wiedziała,   co   by   się   stało,   gdyby 

powiedziała   pozostałym   dzieciom   o   wszystkim. 
Może to dałoby im tylko pretekst, żeby ją wydać w 
ręce Policji Populacyjnej?

Na świecie było zdecydowanie za dużo zdrady.
Nina   zerwała   kolbę   kukurydzy   z   wysokiej 

rośliny rosnącej na skraju ogrodu i odchyliła miękką 
łupinę, zastanawiając się, czy kolba w środka nadaje 
się   do   jedzenia.   Do   tej   pory   kukurydza   była 

background image

niejadalna, ale Nina mimo wszystko miała nadzieję. 
Podniosła drobne ziarenka do ust, ugryzła i zaczęła 
je   przeżuwać   z   namysłem.   Niezłe   –   spojrzała   na 
drugi   rząd   roślin   kukurydzy,   mając   nadzieję,   że 
wypatrzy większe kolby.

I zastygła w miejscu.
Pomiędzy   pędami   kukurydzy   stał   chłopiec 

patrzący   na   nią   z   wściekłością.   Jego   twarz 
wykrzywiał gniew.

– Ty! – syknął. – To ty okradasz mój ogród!
– Nie, zaczekaj, mogę wytłumaczyć...
Ale chłopiec podbiegł i złapał ją za nadgarstki, a 

dołączył do niego drugi, ściskając prawą rękę Niny. 
Dziewczynka   przyjrzała   im   się   –   teraz   ich 
rozpoznawała.

–   Lee!   Trey!   –   krzyknęła.   –   Nie   pamiętacie 

mnie? Jestem Nina, spotykaliśmy się w lesie...

– Tak, a potem pomogłaś Jasonowi nas zdradzić 

– warknął Lee.

– To nieprawda! Nieprawda! – wrzasnęła Nina.
Ale to było na nic – powlekli ją ze sobą.

background image

R

OZDZIAŁ

 26

Nina   próbowała   się   zaprzeć   obcasami   i 

zatrzymać  w miejscu, albo wyrwać ręce z uścisku 
chłopców. Pamiętała ich obu jako chudych słabeuszy 
–   jak   małe   króliki   w   porównaniu   z   mięśniami 
Jasona. Ale do tej pory nabrali sił i wyrywanie się 
nie miało sensu.

Lee i Trey na pół ciągnęli, a na pół nieśli Ninę 

obok   szkoły,   a   potem   drogą   dojazdową,   z   której 
skręcili   w   wąską   alejkę.   Przed   nimi   wznosił   się 
zbudowany z kamienia dom – Nina po raz ostatni 
spróbowała   się   szarpnąć,   ale   chłopcy   tylko 
przytrzymali ją mocniej.

–   Gdzie   mnie   zabieracie?   –   zażądała 

odpowiedzi.

– Do pana Hendricksa – powiedział gwałtownie 

Lee.   Nina   była   ciekawa,   kim   jest   pan   Hendricks: 
nigdy  nie   przyszło   jej   do   głowy,   że   Szkoła 
Hendricksa   mogła  wziąć   nazwę   od   żyjącego 
człowieka. Czy istniał także pan Harlow? A może 
pani Harlow?

Nie   miała   pojęcia,   jakim   cudem   mogła   się 

zajmować takimi myślami w obecnej sytuacji. Doszli 
do kamiennego domu, a Lee zaczął się dobijać do 
drzwi.

– Panie Hendricks! Panie Hendricks! Złapaliśmy 

background image

złodzieja!

Drzwi się otwarły i Nina popatrzyła na wprost. 

Nie   zobaczyła   jednak   nikogo.   Dopiero   potem 
opuściła wzrok, tak jak zrobili to chłopcy.

Przed   nimi   siedział   mężczyzna   na   wózku 

inwalidzkim.

– Zaiste – powiedział.
Lee   szarpnął   Ninę   za   ramię,   ciągnąc   ją   do 

wnętrza domu.

– Co masz nam do powiedzenia, młoda damo? – 

zapytał   pan   Hendricks,   kiedy   cała   trójka   stanęła 
przed nim w holu.

Nina   otwarła   usta,   ale   nie   zdołała   wydobyć   z 

siebie ani słowa.

– Na pewno masz do powiedzenia coś na swoją 

obronę – naciskał pan Hendricks.

– Nie wiem, co panu powiedzieć – wybuchnęła 

Nina. – Nie wiem, po czyjej jest pan stronie.

Pan Henricks roześmiał się.
–   W   takim   razie   powinnaś   chyba   powiedzieć 

prawdę – oznajmił.

Wszyscy czekali, ale Nina trzymała zęby mocno 

zaciśnięte.   Wszystko   było   skończone:   ten   pan 
Hendricks na pewno zawiadomi Policję Populacyjną, 
a ona znowu zostanie aresztowana. Była pewna, że 
tym   razem   nienawistnik   nie   da   jej   żadnej   szansy 
ocalenia – mogła mieć już tylko nadzieję, że jakimś 
cudem   Percy,   Matthias   i   Alia   unikną   schwytania. 

background image

Musiała ich jakoś ostrzec...

– Czyli nie masz nic do powiedzenia? – zapytał 

pan   Hendricks.   –   Może   moi   młodzi   przyjaciele 
powiedzą mi, co odkryli, i od tego zaczniemy?

– Złapaliśmy ją, jak wyjadała naszą kukurydzę, 

proszę pana – zaczął Lee. – Chowała też mnóstwo 
warzyw do swojej torby.

Nina   uświadomiła   sobie,   że   nadal   ma 

zawieszony   na   szyi   stary   i   brudny   jutowy   worek. 
Odezwała   się   szybko,   zanim   ktoś   zapytał,   jak 
pojedyncza dziewczynka mogłaby zjeść aż tyle:

– Byłam głodna, okropnie głodna.
–   Aha   –   powiedział   pan   Hendricks.   –   Teraz 

słyszymy   jakąś   wymówkę.   –   Zmrużył   oczy, 
wpatrując się gdzieś w dal i lekko potrząsnął głową, 
a   jego   siwe   włosy   delikatnie   się   poruszyły.   – 
Chłopcy,   wydaje   mi   się,   że   sam   sobie   już   teraz 
poradzę. Czy możecie zaprowadzić ją do salonu, a 
potem wrócić na swoje posterunki?

Nina   była   ciekawa,   co   oznaczało   „wrócić   na 

swoje posterunki”, ale obaj chłopcy skinęli głowami. 
Lee pociągnął Ninę za rękę.

– Idziemy – mruknął.
Kiedy   znaleźli   się   w   salonie,   najelegantszym 

miejscu, jakie Nina kiedykolwiek widziała, pełnym 
ciężkich   drewnianych   mebli,   Lee   popchnął   ją   w 
kierunku 

kanapy.   Uświadomiła   sobie,   że 

prawdopodobnie nigdy już go nie zobaczy.

background image

– Lee – wyszeptała – prawdopodobnie mi  nie 

uwierzysz,   ale...   nie   chciałam   was   zdradzić.   Nie 
wiedziałam, co robi Jason. Czy... czy powiesz o tym 
innym? Żeby zapamiętali mnie dobrze?

Lee nie powiedział ani „tak” ani „nie”, po prostu 

wyszedł   z   pokoju,   a   Nina   nie   była   pewna,   czy   w 
ogóle   ją   usłyszał.   Nie   spodziewała   się,   żeby 
ktokolwiek miał  o  niej szczególnie dobre zdanie – 
nie była przecież Jen Talbot, bohaterką walczącą o 
sprawę   wszystkich   trzecich   dzieci.   Miała   jednak 
nadzieję, że  przynajmniej  Sally i Bonner  nie  będą 
przez resztę życia uważać jej za zdrajczynię. Miała 
też nadzieję, że jeśli chłopcy ze Szkoły Hendricksa i 
dziewczęta   ze   Szkoły   Harlow   zaczną   się 
kiedykolwiek   znowu   spotykać   w   lesie,   nie   będą 
powtarzać   sobie   historii   o   Jasonie   i   Ninie,   obojgu 
równie złych i podstępnych.

Kiedy Lee i Trey wyszli, pan Hendricks wtoczył 

się   na   wózku   do   salonu   i   przymknął   za   sobą 
drewniane drzwi.

–   No   dobrze   –   powiedział.   –   Może   będziesz 

śmielsza bez dodatkowej widowni.

Nina   przebiegła   wzrokiem   po   pokoju, 

zauważając   niedomknięte   drzwi,   grube   szyby   w 
oknach,   ramki   ze   zdjęciami   i   ciężkie   bibeloty   na 
stolikach.   Szukała   drogi   ucieczki,   a   może   także 
broni.   Co   by   się   stało,   gdyby   cisnęła   tym 
ceramicznym ptakiem w mężczyznę na wózku? Czy 

background image

by go trafiła? Co by jej to dało?

Uważnie   przyjrzała   się   panu   Hendricksowi   – 

pomimo   białych   włosów   trudno   było   go   nazwać 
starym czy zniedołężniałym. Podejrzewała, że wózek 
inwalidzki może być tylko dekoracją przygotowaną 
po   to,   żeby   myślała,   że   może   go   z   łatwością 
pokonać. Prawdopodobnie był silny i umięśniony jak 
Lee i Trey. Prawdopodobnie...

Spojrzenie   Niny   spoczęło   na   stopach   pana 

Hendricksa   –   albo   raczej   na   pustym   miejscu,   w 
którym   powinny   się   znajdować,   ponieważ   pan 
Hendricks nie miał stóp.

Nie   może   mnie   gonić  –   pomyślała   Nina.   – 

Gdybym zdołała uciec...

Ale mógł wezwać pomoc i w ciągu kilku minut 

zorganizować grupę poszukiwawczą.

Ale   kilka   minut   wystarczy   mi,   żeby   ostrzec  

Percy’ego, Matthiasa i Alię...

– Więc? – zapytał pan Hendricks.
Nina   zerwała   się   z   kanapy,   złapała   oparcie 

wózka i popchnęła je, przewracając pana Hendricksa 
na   podłogę.   Wypadła   przez   drzwi   salonu   i   minęła 
drzwi frontowe, a potem zbiegła po schodach. Bała 
się,   że   wpadnie   na   Lee   i   Treya   –   gdzie   były   ich 
posterunki, koło ogrodu? – ale stopy niosły ją tak 
szybko,   że   wszystko   wokół   wydawało   się 
rozmazane. Nie mogła rozglądać się za nimi ani za 
nikim innym.

background image

Zanim   się   zorientowała,   już   przedzierała   się 

przez las do polanki, gdzie pozostała trójka czekała 
na jej powrót z jedzeniem.

– Percy! Matthias! Alia! – krzyknęła. – Muszę 

was   ostrzec...   –   Słowa   nie   padały   dostatecznie 
szybko między jej ciężkimi oddechami.

Alia wychyliła się zza drzewa.
– Nina! – skarciła ją. – Robisz za dużo hałasu! 

Ktoś cię może usłyszeć!

–   To...   bez...   znaczenia...   –   wydyszała   Nina. 

Zatrzymała   się   i   spróbowała   złapać   oddech. 
Widziała, że Matthias i Percy patrzą na nią z cienia 
za krzakiem. – Złapali mnie. Uciekłam znowu, ale 
prawdopodobnie   niedługo   zaczną   mnie   szukać. 
Musiałam   was   ostrzec...   –   zaczerpnęła   kolejny 
głęboki oddech, jej mózg domagał się tlenu. – To 
miejsce   już   nie   jest   bezpieczne.  Musicie   iść   gdzie 
indziej. Uda się wam, jesteście sprytni.

– W takim razie chodź z nami – zaprotestowała 

Alia.

– Nie – powiedziała Nina. – To by było dla was 

niebezpieczne.   Wiedzą   już,   że   mają   mnie   szukać, 
prawdopodobnie   nie   zostało   mi   dużo   czasu.   Ale 
chciałam   wam   powiedzieć...   ten   nienawistnik,   w 
więzieniu, umieścił mnie w waszej celi, żebym was 
zdradziła.   Chciał,   żebym   przekazała   mu   wszystkie 
wasze sekrety, a ja mogłam to zrobić, gdybyśmy nie 
uciekli, ja...

background image

– Ale nie powiedziałaś – przerwał Matthias. – 

Nie powiedziałaś niczego Policji Populacyjnej.

–   Chciałam   –   odparła   Nina.   –   Jason   mnie 

zdradził,   a   ja   chciałam   skrzywdzić   kogoś   i   ocalić 
swoje życie...

– W porządku – powiedziała Alia, podchodząc 

bliżej.

– Nie mam do was pretensji, że mi nigdy nie 

zaufaliście   –   ciągnęła   Nina.   –   Nie   byłam   godna 
zaufania, nawet tamtej pierwszej nocy w lesie, kiedy 
miałam  stać  na  warcie, zasnęłam.  – To była  ulga, 
móc   się   przyznać   nawet   do   tego.   –   Ja   też   tak 
naprawdę   wam   nie   ufałam,   moje   poprzednie 
przyjaciółki nie pomogły mi w ogóle, kiedy zostałam 
aresztowana, więc myślałam...

Nina   płakała,   a   strach   z   powodu   schwytania, 

zmęczenie z powodu ucieczki – i prawdopodobnie 
głód,   ponieważ   od   wielu   dni   nie   jadła   niczego 
oprócz warzyw – spowodowały, że kręciło się jej w 
głowie. Czuła jednak, że musi wszystko powiedzieć 
pozostałym,   wyrzucić   z   siebie   wszystkie   historie, 
chociaż dla nich to pewnie nie miało cienia sensu. 
Opowieści   o   zabawie   lalkami   z   ciocią   Zenką 
mieszały się z opowieściami o spotkaniach w lesie z 
chłopcami ze Szkoły Hendricksa, na które chodziła z 
Sally i Bonner.

–   Chciałabym   też,   żebyście   znali   moje 

prawdziwe   imię   –   dodała   Nina.   –   Nazywam   się 

background image

Elodie.   Jeśli   będziecie   mnie   wspominać, 
wspominajcie Elodie.

Kiedy   skończyła   mówić,   w   lesie   było   już 

ciemno   –   miała   szczęście,   że   nie   została   od   razu 
znaleziona. Nie widziała twarzy pozostałej trójki, nie 
potrafiła   powiedzieć,   co   myślą,   słuchając   jej 
wybuchu,   ale   chyba   po   raz   pierwszy   od   chwili 
aresztowania   Nina   była   pewna,   że   robi   właściwą 
rzecz. Oni będą teraz bezpieczni, a ona powiedziała 
im prawdę.

–   Powinniście   już   iść   –   powiedziała.   –   A, 

właśnie. – Zdjęła z szyi obszarpaną torbę i podała 
Alii. – Nie ma tam dużo, bo... no, ale to lepsze niż 
nic, prawda?

Łzy   spływały   jej   po   twarzy.   Pochyliła   się, 

przytuliła   Alię,  a  Percy  i  Matthias  podeszli  bliżej, 
żeby   objąć   obie   dziewczynki   ramionami.   Stali   tak 
razem, kołysząc się lekko i tuląc do siebie.

Nina   zaciskała   oczy,   powstrzymując   łzy,   ale 

przez te łzy nagle dostrzegła błysk światła z prawej 
strony.   Wyrwała   się   z   uścisku,   wpatrując   w 
kołyszącą się w oddali między drzewami latarkę. W 
tym momencie zobaczyła inne latarki, okrążające ją i 
zbliżające się coraz bardziej.

–   Szukają   mnie!   –   syknęła.   –   Idźcie   już! 

Schowajcie się gdzieś daleko ode mnie!

Nie miała czasu sprawdzić, czy tamci zdążyli się 

ukryć,   ponieważ   kilka   sekund   później   latarka 

background image

zaświeciła   jej   prosto   w   twarz,   a   donośny   głos 
zawołał:

– Nina Idi! Cóż za spotkanie!
To był nienawistnik.

background image

R

OZDZIAŁ

 27

Przerażona Nina rzuciła się do ucieczki, ale coś 

złapało ją za ramię, a coś innego przytrzymało  jej 
nogi. Potknęła się i rozciągnęła jak długa na ziemi.

– Puśćcie mnie! – wrzasnęła, przekonana, że to 

jakieś pnącza oplątały jej kostki, a gałąź zaczepiła 
się  o  jej ramię. Spróbowała wstać, ale było już za 
późno:   latarka   zaświeciła   jej   w   oczy,   a   głos 
nienawistnika zabrzmiał prawie tuż przy jej uchu.

–   Nina,   Nina,   Nina   –   powiedział.   –   Już   po 

wszystkim.

Nina   z   trudem   usiadła   –   to   Percy   ściskał   jej 

ramię, a Matthias przytrzymywał jej nogi.

Oni   także   ją   zdradzili,   wydali   ją   w   ręce 

nienawistnika.

Alia stanęła obok chłopców i uśmiechnęła się do 

Niny, która poczuła, że łzy napływają jej do oczu. 
Nie Alia! Nie potrafiła znieść myśli, że Alia także ją 
zdradziła.

– Nie – jęknęła Nina i krzyknęła: – Nie!
Nie obchodziło jej, kto może ją usłyszeć – za 

nienawistnikiem   widziała   sylwetki   chyba   z   tuzina 
ludzi świecących na nią latarkami. Ich twarze były 
schowane w ciemności i niemożliwe do rozpoznania.

Alia   pochyliła   się   w   otaczającym   Ninę   kręgu 

światła.

background image

–   Jesteś   bezpieczna   –   powiedziała   radośnie.   – 

Zaliczyłaś próbę.

Nina gwałtownie potrząsnęła głową, nie chcąc 

wierzyć w to, co miała przed oczami.

–   Uciekaj,   Alia   –   wyszeptała,   niepewna,   na 

czym   zależy   jej   bardziej:   żeby   mała   dziewczynka 
była bezpieczna, czy żeby Alia po prostu dowiodła, 
że też się boi i nie pomogła zdradzić Niny. Alia nie 
ruszyła się z miejsca, a Nina miała jeszcze nadzieję, 
że po prostu jej nie usłyszała. – Alia, musisz uciekać. 
Ten   człowiek   jest   z   Policji   Populacyjnej.   To   jego 
nazywałam nienawistnikiem!

– Nie, to nie tak – rozległ się z cienia znajomy 

głos.   –   On   tylko   udaje,   że   pracuje   dla   Policji 
Populacyjnej, to pan Talbot, tata Jen Talbot. – Lee 
Grant   podszedł   bliżej   i   pochylił   się   nad   Niną.   – 
Pamiętasz, kim jest Jen Talbot?

– Jasne, że tak – warknęła Nina. – Bohaterką 

walczącą za sprawę wszystkich trzecich dzieci. Jason 
stale nam o niej opowiadał. Ale...

Nagle   zaczęła   się   zastanawiać,   czy   może   to 

także nie było kłamstwo – może żadna Jen Talbot 
nie   istniała   albo   nie   była   bohaterką.   Oszołomiona 
popatrzyła na otaczające ją twarze; wszyscy podeszli 
bliżej,   tłocząc   się   wokół   niej.   Percy   i   Matthias 
pomogli   jej   wstać,   żeby   lepiej   widziała   –   nie 
przytrzymywali jej już. Po prawej stronie stali Lee, 
Trey i kilku chłopców ze Szkoły Hendricksa.

background image

Nienawistnik – pan Talbot? – odchrząknął.
–   Lee   mówi   prawdę   –   zaczął.   –   Jestem 

podwójnym   agentem   pracującym   dla   Policji 
Populacyjnej   tylko   po   to,   żeby   ich   oszukiwać.   Na 
wiosnę stanąłem przed pewnym dylematem. Jeden z 
chłopców   ze   Szkoły   dla   Chłopców   Hendricksa 
powiedział   Policji   Populacyjnej,   że   zna   kilkoro 
dzieci-cieni   w   swojej   szkole,   używających 
fałszywych dokumentów i udających pełnoprawnych 
obywateli. Wiedziałem,  że jeśli  ten chłopiec zdoła 
przekonać   Policję   Populacyjną,   kilkoro   dzieci 
umrze. Dzięki obecnemu tutaj Lee Grantowi, a także 
szybkiemu   refleksowi   niektórych   członków   kadry 
pedagogicznej   udało   nam   się   pokrzyżować   jego 
plany.

Jednakże ten chłopiec, to był Jason, powiedział, 

że miał wspólniczkę w szkole dla dziewcząt. Ninę 
Idi, czyli ciebie, dlatego także zostałaś aresztowana. 
Im dłużej jednak cię przesłuchiwałem, tym bardziej 
dochodziłem   do   wniosku,   że   naprawdę   jesteś 
niewinna i nie wiedziałaś niczego o planach Jasona. 
Nie mogłem jednak mieć stuprocentowej pewności, 
a jej uzyskanie było kwestią życia i śmierci.

–   Tak,   mojego   życia   albo   mojej   śmierci   – 

mruknęła   Nina,   nadal   zbyt   oszołomiona,   żeby 
myśleć jasno.

– A także wielu innych – odparł pan Talbot. – 

Znałaś prawdę o wielu dzieciach.

background image

Wszystkie   dziewczęta   w   Szkole   Harlow  – 

pomyślała   Nina.   –  I   wielu   chłopców   ze   Szkoły  
Hendricksa.   Wiedziałam,   że   oni   wszyscy   byli  
dawniej   cieniami,   czy   ktoś   naprawdę   myślał,   że  
mogłabym ich zdradzić?

– Mniej więcej w tym samym czasie działający 

w   stolicy   informator   Policji   Populacyjnej   wydał 
trójkę dzieci zamieszanych w podrabianie dowodów 
tożsamości:  Percy’ego, Matthiasa i Alię. Uznałem, 
że   przynajmniej   chwilowo   będą   bezpieczniejsi   w 
więzieniu niż na ulicy. Ich opiekun, Samuel Jones, 
został   w   kwietniu   zabity   podczas   pikiety   na   rzecz 
praw trzecich dzieci.

–   Więc   to   był   ten   „Sa...”,   kiedyś   omal   nie 

wymieniliście   jego   imienia   –  powiedziała   Nina   na 
wpół do siebie.

– Zajmował się trzecimi dziećmi – wyszeptała 

Alia.   –   Kiedy   rodzice   nas   porzucili,   on   nas 
wychowywał. Opiekował się nami.

– Mówiliście chyba, że Bóg się wami opiekował 

–   prychnęła   Nina   najbardziej   sceptycznym   tonem, 
jakiego użyłaby ciocia Lystra.

– A jak myślisz, dla kogo pracował Samuel? – 

zapytała Alia.

Nina   nadal   potrząsała   głową,   jakby   chciała 

zaprzeczyć każdemu słyszanemu słowu.

– Percy i Matthias obiecali Samuelowi, że będą 

się trzymać z dala od pikiety, żeby chronić Alię – 

background image

ciągnął   pan   Talbot.   –   Dlatego   tylko   oni   ocaleli   i 
tylko oni pozostali, żeby można było ich zdradzić. 
Później, w więzieniu, zgodzili się pomóc mi poddać 
cię próbie, żeby zobaczyć, po czyjej jesteś stronie. 
Gdybyś ich zdradziła, wiedzielibyśmy, że nie można 
ci   ufać.   Gdybyś   postanowiła   ich   chronić... 
ocalilibyśmy cię.

Nina gwałtownie odetchnęła, ponieważ w końcu 

zaczęło do niej  docierać  to, co mówił  pan Talbot. 
Jeśli   nienawistnik   nie   wierzył   naprawdę   w   misję 
Policji Populacyjnej, jeśli był podwójnym agentem 
działającym   przeciwko   niej,   to   wszystko   było   na 
opak.

–   Czyli   gdybym   ich   oszukała,   chcąc   ratować 

własne życie... zostałbym zabita? – zapytała.

– Tak – odparł pan Talbot.
Nina pomyślała o tym, jak niewiele brakowało, 

żeby zdradziła pozostałych, jak nieszczęśliwa była w 
więzieniu, jak zrobiłaby niemal wszystko, żeby się 
uratować.

– Nie zrobiłam tego – powiedziała. – Mogłam, 

ale nie zrobiłam.

–   Ale   nie   odmówiłaś   także   zdradzenia   ich   – 

przypomniał pan Talbot. – Nie przechylałaś się na 
żadną   stronę,   dlatego   musieliśmy   dodać   bardziej 
niebezpieczny element do tej próby.

Nina   nie   rozumiała,   o   czym   on   mówi,   aż 

przypomniała sobie rozciągniętego na stole strażnika 

background image

Macka, i pęk klucz ześlizgujący się na podłogę tuż 
obok niej.

–   Pozwolił   nam   pan   uciec   –   rzuciła 

oskarżycielsko, jakby to było coś złego. – Pozwolił 
mi  pan zabrać  klucze  i  wydostać  się  na  zewnątrz, 
sprawił pan, że myślałam, że sama na to wszystko 
wpadłam. Założę się... założę się, że Maćkowi nic 
nie było.

Pan Talbot roześmiał się.
–   Nie,   ale   odegrał   piękne   przedstawienie, 

prawda?

–   A   potem   –   Nina   dalej   starała   się   połączyć 

fakty   –   pozostała   trójka   wiedziała,   że   mogę   im 
zaproponować   ucieczkę.   Dlaczego   to   nie 
wystarczyło? Dlaczego wtedy mi nie zaufaliście?

Pomyślała   o   przeszłości   –   czy   to   były   całe 

tygodnie?   –   o   spaniu   pod   gołym   niebem,   starym 
spleśniałym   jedzeniu   i   brudnych   surowych 
warzywach. Czy mogła tego wszystkiego uniknąć?

–   Nadal   nie   byliśmy   ciebie   pewni   –   wyjaśnił 

Percy   swoim   zwykłym   rzeczowym   tonem.   –   Było 
możliwe, że zabierasz nas ze sobą tylko dlatego, że 
boisz   się   uciekać   sama.   Mogłaś   chcieć   nas   tylko 
wykorzystać.

Nina   przypomniała   sobie,   jak   pozostali   nie 

przejmowali   się,   kiedy  skończyło   się   jedzenie,   jak 
nie próbowali w ogóle robić planów na przyszłość. 
Nic dziwnego, czekali na nią – czekali, aż ona się 

background image

sprawdzi.

–   Kiedy   spotkaliśmy   tych   policjantów   nad 

rzeką... – zaczęła.

–   To   także   była   część   próby   –   przyznał   pan 

Talbot.   –   To   nie   byli   policjanci,   tylko   ludzie 
działający dla naszej sprawy.

– I zdałam tę próbę? – zapytała Nina.
– Do pewnego stopnia – odparł pan Talbot. – 

Nie   próbowałaś   wydać   pozostałych.   Ale   nadal   nie 
byliśmy pewni twoich motywów.

Nina wzdrygnęła się na myśl o tym, jak bacznie 

była   przez   cały   czas   obserwowana.   Za   każdym 
razem, kiedy narzekała na twarde i nierówne „łóżka” 
w lesie, kiedy marudziła nad brudnymi warzywami.

–   Założę   się,   że   wy   dostawaliście   dodatkowe 

jedzenie – powiedziała.

–   Nie   bardzo   –   powiedziała   cichutko   Alia, 

patrząc   w   ziemię.   Podniosła   na   Ninę   błyszczące 
oczy. – Ja uważałam, że jesteś dobra i chciałam ci 
powiedzieć.   Ale   oni   –   wskazała   Percy’ego, 
Matthiasa i pana Talbota – oni powiedzieli, że muszę 
czekać, aż powiesz nam o wszystkim. Aż powiesz 
nam, że miałaś nas zdradzić dla Policji Populacyjnej.

–   Zrobiłam   to   dzisiaj   –   zastanowiła   się   Nina. 

Znowu rozejrzała się po otaczającym ją kręgu ludzi, 
kręgu światła w ciemnym lesie.

Przypomniała   sobie,   jak   przerażona   była, 

biegnąc przez las zaledwie minuty temu – w ogóle 

background image

nie   myślała  o  ratowaniu   własnego   życia,   chciała 
tylko ocalić Percy’ego, Matthiasa i Alię.

Nie   zależało   jej   tak   bardzo   na   nich,   kiedy 

spotkała ich po raz pierwszy, kiedy proponowała im 
ucieczkę,   kiedy   zobaczyła   fałszywych   policjantów 
nad rzeką.

– Dał pan mi mnóstwo okazji – powiedziała do 

pana Talbota.

– Uznałem, że na nie zasługujesz – odparł. – Nie 

zasługiwałaś na to, co cię spotkało wcześniej.

Nina   przypomniała   sobie   dzień   aresztowania, 

kiedy   nikt   nie   wstawił   się   za   nią,   gdy   szła   przed 
siebie przez środek jadalni. Przypomniała sobie, jak 
bardzo  ufała   Jasonowi  i   jak  on  ją  potem   zdradził. 
Nie, nie zasługiwała na to, nikt nie zasługiwał na coś 
takiego.   Zasługiwała   na   miłość,   jaką   otaczały   ją 
babcia i ciotki, na to, żeby ukrywały ją, ryzykując 
przy   tym   własnym   życiem.   Ale   Alia,   Percy   i 
Matthias   także   nie   zasługiwali   na   to,   żeby   zostać 
zdradzonymi, nie zasługiwali na tygodnie w ciemnej 
więziennej celi, a potem kolejne tygodnie spania pod 
gołym niebem na kamieniach, gałęziach i drapiących 
liściach.   Jednakże   znieśli   to   wszystko   z   własnej 
woli,   dla   niej   –   zgodzili   się   znosić   to   wszystko, 
zanim jeszcze w ogóle dowiedzieli się, czy ona jest 
dobra, czy zła.

Oczy Niny napełniły się łzami, ale to nie były 

już łzy strachu, paniki czy żalu. To były łzy radości.

background image

– Dziękuję – wyszeptała, kierując to słowo do 

wszystkich tych, którzy przed nią stali: Percy’ego, 
Matthiasa i Alii, pana Talbota, a nawet Lee i Treya. 
Ale   jej   słowo   było   jeszcze   potężniejsze,   szept 
popłynął przez ciemność  nocy i Nina mogła  sobie 
wyobrazić, że gdzieś tam daleko słyszą go także jej 
babcia i ciotki.

background image

R

OZDZIAŁ

 28

Nina stała obok Lee Granta i zrywała kukurydzę 

z rosnących w rzędzie wysokich łodyg.

– Zostaw małe kolby, żeby urosły – ostrzegł ją 

Lee.   –   Potrzeba   nam   tylko   tyle,   ile   zjemy   na 
przyjęciu.

–   Tylko?   –   roześmiała   się   Nina.   –   Będzie   ze 

dwadzieścia osób!

–   W   takim   razie   czterdzieści   kolb,   to   nie   jest 

dużo   –   odparował   Lee.   –   Kiedy   w   domu   mama 
robiła kukurydzę w słoikach, zbieraliśmy...

–   Ile?   Czterdzieści   milionów?   –   zażartowała 

Nina.

Po tym, jak została „schwytana”, zamieszkała w 

domu pana Hendricksa razem z Percym, Matthiasem 
i Alią, ale spędzała dużo czasu z Lee i zdążyła już 
wysłuchać   tuzinów   opowieści   o   jego   domu.   Nie 
wiedziała, jak jest w Szkole dla Dziewcząt Harlow, 
ale chłopcy ze Szkoły Hendricksa nie próbowali tak 
bardzo   zachowywać   się   odpowiednio   do   nowych 
tożsamości   z   fałszywych   dokumentów   i   częściej 
mówili prawdę.

Nina zerwała kolejną kolbę.
– Tak czy inaczej nie potrzebujemy czterdziestu 

– powiedziała. – Jeśli liczysz po dwie na osobę, to 
będzie   trzydzieści   osiem.   Nie   mogłabym   chyba 

background image

przełknąć kukurydzy po tym, jak przeraziłaś mnie w 
zeszłym tygodniu w ogrodzie, kiedy ją podjadałam.

–   Więcej   dla   mnie!   –   Lee   udał,   że   chce 

samolubnie zagarnąć całą zebraną kukurydzę.

Nina   była   ciekawa,   czy   tak   się   zachowują 

normalne   dzieci,   które   nigdy   nie   musiały   się 
ukrywać.   Przypuszczała,   że   teraz   będzie   miała 
szansę się tego dowiedzieć: ona, Percy, Matthias i 
Alia   mieli   zostać   przeniesieni   do   innej   szkoły,   w 
której   trzecie   dzieci   z   fałszywymi   dowodami   były 
wymieszane   z   pierwszymi   i   drugimi   dziećmi. 
Dlatego właśnie organizowali wieczorem przyjęcie, 
żeby świętować i pożegnać się.

– Biorąc pod uwagę wcześniejsze wydarzenia, 

Szkoła   Harlow   nie   jest   już   dla   ciebie   najlepszym 
miejscem – powiedział Ninie pan Hendricks.

Nina   w   kolejnym   przebłysku   wspomnień 

zobaczyła koszmarny tunel oczu obserwujących, jak 
idzie na swoją zgubę.

– Ja... ja chyba potrafiłabym wybaczyć innym 

dziewczynkom – powiedziała. – Teraz.

– Ale czy one będą skłonne przebaczyć tobie? – 

zapytał   pan   Hendricks.   –   Niezależnie   od   tego,   ile 
będziesz   je   zapewniać,   ile   będą   je   zapewniać 
nauczyciele, zawsze któraś będzie podejrzewać, że 
po prostu wszystko uszło ci na sucho, że naprawdę 
współpracowałaś z Jasonem. One... nie dorosły, tak 
jak ty.

background image

Nina to zrozumiała – nie była tą samą chorą z 

miłości, strachliwą dziewczynką, jaką była w Szkole 
Harlow.   Dlatego   właśnie   lubiła   teraz   rozmawiać   z 
Lee, ponieważ on także zachowywał się, jakby był 
dorosły. Inni chłopcy podziwiali go i nie nazywali 
nawet Lee, ale najczęściej L. G. – i wymawiali to z 
szacunkiem.

Nina   nadal   nazywała   go   Lee,   nie   lubiła   zbyt 

wielu jednoczesnych zmian.

–   Słuchaj,   Nina   –   odezwał   się   Lee,   powoli 

obierając kukurydzę z łusek, żeby zobaczyć, czy nie 
jest nadpsuta. – Zanim wyjedziesz jutro, chciałem ci 
coś powiedzieć.

– Co takiego?
Lee dorzucił kukurydzę na stosik pozostałych – 

widocznie była w porządku.

– Myślałem o Jasonie – powiedział.
Nina zesztywniała na sam dźwięk tego imienia. 

Mogła być gotowa wybaczyć swoim przyjaciółkom 
w Harlow, ale nie była gotowa wybaczyć Jasonowi.

– No i? – spytała.
–   Myślałem   o   tym,   co   podsłuchałem,   kiedy 

rozmawiał przez telefon z Policją Populacyjną tego 
wieczora, gdy chciał wydać wszystkich. To brzmiało 
tak, jakbyś współpracowała z nim.

– Wiem – odparła Nina. – Dlatego trafiłam do 

więzienia. – Nie potrafiła ukryć goryczy w swoim 
głosie.

background image

Lee   jednym   zręcznym   szarpnięciem   zerwał 

kolbę z kolejnej łodygi.

– Ale nie wydaje mi się, żeby Jason mówił to, 

żeby cię wpakować w kłopoty. Nie spodziewał się, 
że   zostanie   aresztowany   i   że   ty   zostaniesz 
aresztowana. Chciał, żeby to dzieciaki z fałszywymi 
dokumentami   zostały   aresztowane.   Myślę...   myślę, 
że tak naprawdę chciał cię ocalić.

Nina cofnęła się o krok, kompletnie ogłuszona. 

Lee   spojrzał   tylko   na   nią   i   ciągnął   swoje 
wyjaśnienia.

–   Nie   rozumiesz?   –  zapytał.   –  Nie   miałoby 

żadnego   sensu,   żeby   Jason   powiedział,   że   z   nim 
współpracujesz,   gdyby   chciał   cię   wpakować   w 
kłopoty.   Myślał,   że   i   on   sam,   i   ty,   dostaniecie 
nagrodę.   On...   mógł   próbować   ochronić   cię   przed 
tym,   żeby   wydał   cię   ktoś   inny.   Rozumiesz,   jakby 
minęło   ileś   lat   i   ktoś   oskarżył   cię,   że   jesteś 
nielegalna, mógłby się wtrącić i powiedzieć: „Nina? 
Jak Nina może być pojawem, przecież pomagała ich 
wydać!”.

Lee tak dobrze naśladował głos Jasona, że Nina 

prawie mu uwierzyła – ale tylko prawie.

– To, co robił Jason, było niesłuszne, złe. Chciał 

śmierci niewinnych dzieci – powiedziała szorstko i 
tak mocno pociągnęła kolbę, że wyrwała z ziemi całą 
roślinę.

Lee zmarszczył brwi, ale nie powiedział nic na 

background image

temat swojej bezcennej kukurydzy.

–   Wiem.   Uwierz   mi,   sam   byłem   naprawdę 

wściekły na Jasona, ale chcę tylko powiedzieć... że 
wydaje mi się, że nie był do końca zły. Myślę, że on, 
no, naprawdę cię lubił i dlatego próbował cię ocalić.

Nina   stała   nieruchomo,   próbując   zrozumieć 

słowa   chłopca,   które   wywracały   do   góry   nogami 
wszystko to, co myślała przez ostatnie miesiące. Jak 
mogła   uwierzyć   w   wyjaśnienia   Lee?   Jak   mogła 
uwierzyć, że Jason był całkowicie zły, ale mimo to 
próbował ją uratować?

Przez moment niemal uwierzyła, ale potem coś 

sobie przypomniała.

–   Pan   Talbot   miał   taśmę   –   powiedziała 

bezbarwnie. – Z zeznaniami Jasona, który kłamał i 
mówił,   że   to   wszystko   była   moja   wina,   że   to   ja 
chciałam wydać pojawów.

–   Pan   Talbot   mógł   sfałszować   tę   taśmę   – 

wyjaśnił   Lee.   –   Widziałem   już   wcześniej,   jak 
fałszował zdjęcia.

– Ale to był głos Jasona – przekonywała Nina. – 

Słyszałam go. Słuchałam tej taśmy!

Lee odwrócił się plecami do ogrodu.
– Zapytaj go. – Wzruszył ramionami.
Nina przez moment stała nieruchomo, a potem 

rzuciła kukurydzę na ziemię i pobiegła, a w jej sercu 
zaczęła się budzić nadzieja. Wpadła do domu pana 
Hendricksa   i   wtargnęła   do   salonu,   gdzie   pan 

background image

Hendricks naradzał się z panem Talbotem.

– Taśma  – powiedziała. – Na której było, jak 

Jason   mnie   zdradza   i   kłamie.   Czy   ona   jest 
prawdziwa?

Pan Talbot odwrócił się powoli i patrzył na nią, 

nie rozumiejąc.

– Miał pan taśmę – powtórzyła Nina bez tchu. – 

W więzieniu. Było na niej nagrane, jak Jason mówi, 
że   zdradzenie   pojawów   i   wydanie   ich   Policji 
Populacyjnej to był mój pomysł. Czy naprawdę to 
powiedział? Czy może sfałszował pan nagranie?

Pan Talbot zamrugał.
– Czy to ważne? – zapytał.
–   Oczywiście,   że   to   ważne!   –   krzyknęła 

piskliwie Nina.

Pan Talbot uniósł jedną brew.
– Dlaczego? – spytał.
Nina   miała   tak   wiele   powodów,   że   wszystkie 

zaczęły się plątać.

–   Jeśli   on   mnie   nie   zdradził,   jeśli   naprawdę 

starał się mi pomóc, to znaczy, że naprawdę mnie 
kochał. A to znaczy, że ciocia Zenka miała rację i 
miłość   jest   wszystkim,   a   świat   jest   dobrym 
miejscem, i że mogę go wspominać szczęśliwa. Ale 
jeśli   mnie   zdradził...   jak   mogłabym   myśleć   o   tym 
czasie spędzonym razem z nim i nie nienawidzić go? 
Jak mogłabym jeszcze kiedykolwiek komuś zaufać?

– Przez całe miesiące wierzyłaś, że cię zdradził 

background image

–   przypomniał   pan   Talbot.   –   Mimo   to   zaufałaś 
Percy’emu, Matthiasowi i Alii, a teraz zachowujesz 
się,   jakbyś   ufała   także   Lee,   Treyowi,   panu 
Hendricksowi i mnie. Czy nie tak?

– Tak, ale... – Nina nie potrafiła tego wyjaśnić. – 

Może nie powinnam panu ufać, tyle razy mnie pan 
okłamał.

Była zaskoczona, kiedy zarówno pan Talbot, jak 

i pan Hendricks wybuchnęli śmiechem.

– To nie jest zabawne! – zaprotestowała.
Pan Talbot przestał się śmiać i westchnął.
–   Żyjemy   w   trudnych   czasach,   Nino.   Byłbym 

szczęśliwy,   gdybym   podczas   pierwszej   naszej 
rozmowy w więzieniu mógł ci wprost powiedzieć: 
„Posłuchaj,   jak   jest:   nienawidzę   Policji 
Populacyjnej,   a   ty?”.   Byłoby   wspaniale,   gdybym 
mógł   mieć   pewność,   że   udzielisz   mi   szczerej 
odpowiedzi,   ale   czy   potrafisz   to   sobie   wyobrazić 
naprawdę? Czy nie widzisz, jak niejasne są intencje 
wszystkich, jak ludzie robią złe rzeczy ze słusznych 
powodów albo słuszne rzeczy ze złych powodów? I 
jak wszyscy możemy tylko starać się z całych sił i 
mieć   nadzieję,   że   kiedyś,   jakoś,   to   wszystko   się 
ułoży?

Nina   spuściła   wzrok   na   swoje   ręce,   nadal 

pobrudzone   błotnistą   ziemią   z   ogrodu,   a   potem 
podniosła głowę.

–   Czy   ta   taśma   była   fałszywa?   –   powtórzyła 

background image

pytanie.

Pan Talbot patrzył prosto na nią.
–   Była   fałszywa   –   powiedział   cicho.   –   Nasi 

technicy ją zmontowali.

Na twarzy Niny pojawił się uśmiech.
–   Czyli   Lee   miał   rację,   Jason   mnie   kochał   – 

wyszeptała z zachwytem.

Pan   Talbot   i   pan   Hendricks   wymienili 

spojrzenia   w   sposób,   który   przypomniał   Ninie   o 
podobnym zachowaniu Percy’ego, Matthiasa i Alii.

– Więc to ci wystarczy? – zapytał pan Talbot. – 

Nie   ma   znaczenia,   że   Jason   chciał   śmierci   innych 
dzieci?   Nie   obchodzi   cię,   że   był   zły,   skoro   cię 
kochał?

Uśmiech Niny przygasł – dlaczego pan Talbot 

musiał znowu wszystko komplikować?

– Nie, nie – powiedziała. – Nie myślę tak, to 

znaczy tylko... że nie był całkiem zły. Zresztą i tak 
nie żyje, więc mogę... wspominać go dobrze i nie 
być już na niego wściekła.

Była   ciekawa,   co   sprawiło,   że   Jason   stał   się 

kimś  takim,  kim był. Pamiętała, jak zdesperowana 
była   w   celi   więziennej,   kiedy   kuszono   ją   zdradą 
Percy’ego, Matthiasa i Alii – a jeśli Jason był jeszcze 
bardziej zdesperowany? A jeśli on także nie chciał 
nikogo   zdradzić,   ale   był   za   słaby,   żeby   się 
sprzeciwić?

Dziwnie  było myśleć  o Jasonie  w kategoriach 

background image

słabości, ale teraz mogła naprawdę go pożałować i 
mogła na zawsze zachować jego wspomnienie, tak 
jak wspomnienia babci i ciotek.

– Posłuchaj, Nino – odezwał się pan Talbot. – 

Jason   żyje.   Myślałem,   że   został   stracony,   ale... 
okazało   się,   że   inna   frakcja   Policji   Populacyjnej 
uznała, że może się im jeszcze przydać. Niedawno 
się   dowiedziałem,   że   pracuje   dla   Policji 
Populacyjnej   nad   pewnym   supertajnym   projektem, 
bardzo   niepokojącym   dla   wszystkich   tych,   którzy 
działają   przeciwko   rządowi.   –   Urwał   na   chwilę, 
czekając,   aż   do   Niny   dotrze   ta   nowina.   –   Co   dla 
ciebie   znaczy   taka   informacja?   Czy   zamierzasz 
pobiec   do   niego   i   pomagać   mu,   ponieważ   on   cię 
kocha?

Zdumiona Nina wpatrywała się w pana Talbota.
– On żyje? – jęknęła. – Żyje?
O dziwo, to brzmiało jak zła wiadomość. Gdyby 

Jason   był   martwy,   mogłaby   go   wspominać   ze 
wzruszeniem, snuć marzenia o tym, co mogłoby być, 
tak   jak   ciocia   Zenka   śniła   nad   swoimi   książkami. 
Ale   skoro   był   żywy   i   pracował   dla   Policji 
Populacyjnej...

–   Muszę   dalej   być   na   niego   wściekła   – 

powiedziała   na   głos.   –   Nie   mogę   mu   nigdy 
przebaczyć.

–   Zgorzknienie   nie   jest   dobrym   sposobem   na 

życie – odparł pan Talbot.

background image

Nina przypomniała sobie, że on sam stracił Jen i 

miał   powody,   żeby   na   zawsze   pozostawać 
wściekłym na rząd. Opadła na jedną z kanap pana 
Hendricksa – to wszystko po prostują przytłaczało, 
była   tylko   małą   dziewczynką,   która   spędziła 
większość życia, wysłuchując niemądrych historyjek 
opowiadanych przez starsze panie. Czy rzeczywiście 
były niemądre? Wszystkie te bajki, które opowiadały 
jej babcia i ciotki, mówiły o ludziach zachowujących 
się godnie w obliczu wielkich przeciwności losu. Źle 
je   rozumiała,   jeśli   uważała,   że   powinna   po   prostu 
siedzieć jak księżniczka i czekać, aż jakiś książę ją 
pokocha.

Popatrzyła prosto na pana Talbota.
–   Nie   chcę   być   zgorzkniała.   Ale   chciałabym 

panu   pomóc:   co   mogłabym   zrobić,   żeby 
pokrzyżować plany Jasonowi?

Pan Talbot prawie się uśmiechnął, a Nina miała 

wrażenie, że zaliczyła kolejną próbę.

– Zobaczymy – powiedział. – Zobaczymy.
Nina poszła z powrotem do ogrodu Lee Granta, 

żeby pomóc mu zbierać kukurydzę. Słońce było już 
nisko, a na ścieżce kładły się długie cienie: niemal z 
każdym krokiem Nina przekraczała granicę między 
światłem i ciemnością. Jej myśli skakały niemal tak 
samo gwałtownie.  Jason mnie kochał. Tylko to się  
liczy...   Ale   mimo   to   jest   zły...   Dlaczego  
powiedziałam, że pomogę panu Talbotowi w walce  

background image

z rządem? Jak mogłam tego nie powiedzieć, po tym  
wszystkim, co pan Talbot dla mnie zrobił?... Co w  
ogóle mogłabym zrobić?

Kiedy zbliżyła się do ogrodu, zobaczyła, że Lee 

czeka na nią i uświadomiła sobie, że niezależnie od 
tego,   co   zrobi   dla   pana   Talbota,   nie   będzie   sama. 
Prawdopodobnie   Lee   także   weźmie   w   tym   udział, 
podobnie jak Percy, Matthias i Alia.

Nina   przypomniała   sobie,   jak   bardzo   samotna 

czuła   się   w   więziennej   celi,   tyle   miesięcy   temu   – 
poczucie,   że   została   opuszczona   i   zdradzona   było 
gorsze   od   głodu,   gorsze   od   zimna,   gorsze   od 
kajdanków   na   jej   nadgarstkach.   Ale   nie   została 
opuszczona   i   tylko   przez   przypadek   została 
zdradzona.

– No i co? – zapytał Lee, kiedy tylko podeszła 

dostatecznie   blisko,   żeby   go   usłyszeć.   –   Miałem 
rację?

Potrwało   chwilę,   zanim   Nina   przypomniała 

sobie, o czym on mówił: o taśmie i zdradzie Jasona.

– To długa historia – odparła. – I jeszcze się nie 

skończyła.

Ale jakiś rozdział jej historii został zamknięty – 

ten, w którym była niewinna, głupia i bezużyteczna. 
Tak   bardzo   martwiła   się   wcześniej,   że   ludzie   nie 
zapamiętają   jej   jako   Elodie   –   słodkiej,   kochanej, 
malutkiej   Elodie.   Ale   wyrosła   z   bycia   Elodie   i 
wyrosła   także   z   bycia   Ninią-Idiotką.   Była   teraz 

background image

gotowa   sprawić,   że   ludzie   zaczną   szanować   i 
podziwiać dowolne imię, jakiego będzie używać.

Tak jak Jen Talbot.
– Chyba... chyba właśnie zaproponowałam panu 

Talbotowi   i   panu   Hendricksowi,   że   będę   im 
pomagać   w   walce   z   Policją   Populacyjną   – 
powiedziała.

Spojrzenie Lee było pełne pewności i spokoju.
– To dobrze – odparł. – Witamy w klubie.

background image

W

SRÓD

 

NOTABLI

 

Dla mojego ojca 

background image

R

OZDZIAŁ

 1

Hej, L. ! Pan Hendricks chce cię zobaczyć!
Podobne   wezwanie   zaledwie   kilka   miesięcy 

wcześniej   sprawiłoby,   że   Luke’a   Garnera 
sparaliżowałby   strach.   Kiedy   trafił   do   Szkoły   dla 
Chłopców   Hendricksa,   sama   myśl   o   rozmowie   z 
kimś   dorosłym,   nie   mówiąc  o  dyrektorze   szkoły, 
przemieniłaby   go   w   jąkającego   się  i  drżącego   z 
przerażenia   głupka,   rozpaczliwie   tęskniącego   za 
jakimś miejscem, w którym mógłby się ukryć.

Ale to było w kwietniu, teraz nadszedł sierpień, 

a   pomiędzy   kwietniem   a   sierpniem   wydarzyło   się 
wiele rzeczy.

Teraz   Luke   machnął   tylko   ręką,   uspokajając 

zbiorowe westchnienie kolegów, z którymi siedział 
na lekcji matematyki.

– Co znowu narozrabiałeś, L.? Wymykałeś się w 

nocy do lasu? – zażartował jego przyjaciel John.

–   Proszę   o   spokój   –   powiedział   łagodnie 

nauczyciel, profesor Rees. – Możesz iść, yyy...

Luke nie czekał, czy profesor Rees zdoła sobie 

przypomnieć jego nazwisko, ponieważ nazwiska w 
Szkole   Hendricksa   nie   należały   do   spraw 
oczywistych.   Luke,   podobnie   jak   wszyscy   jego 
przyjaciele, oficjalnie przyjęty pod innym imieniem i 
nazwiskiem niż te, które nosił od urodzenia. Dlatego 

background image

trudno   było   zapamiętać,   jak   się   do   kogo   należy 
zwracać.

Chłopiec   przecisnął   się   pomiędzy   ławkami   i 

wyślizgnął   się   przez   drzwi,   do   Treya,   swojego 
przyjaciela,   który   przyniósł   wiadomość   od   pana 
Hendricksa.

–   O   co   chodzi?   –   zapytał,   kiedy   obaj   ruszyli 

korytarzem.

–   Nie   wiem,   robię   tylko   to,   co   mi   kazał   – 

przygnębiony Trey wzruszył ramionami.

Czasami   Luke   miał   ochotę   złapać   go   za 

ramiona,   potrząsnąć   nim   i   wrzasnąć:   „Myśl   za 
siebie!   Otwórz   oczy!   Postaraj   się   jakoś   żyć!”. 
Dwanaście   lat   ukrywania   się   w   małym   pokoju 
przemieniło   Treya   w   człowieka-żółwia,   zawsze 
gotowego   ukryć   się   w   skorupie   na   najmniejszy 
nawet sygnał niebezpieczeństwa.

Ale pan Hendricks polubił Treya i pracował z 

nim   osobiście   –   dlatego   właśnie   chłopiec   pełnił 
dzisiaj rolę gońca.

Trey   rzucił   na   Luke’a   spojrzenie   spod 

ciemnych, spadających mu na oczy, włosów.

– Myślisz może, że... no wiesz... to już czas?
Luke nie musiał pytać, co Trey miał na myśli, 

ponieważ  czasem   odnosił  wrażenie,  że  wszyscy  w 
Szkole  Hendricksa  po prostu wstrzymują  oddech i 
czekają. Czekają na dzień, kiedy żaden z nich nie 
będzie już nielegalny, kiedy będą mogli wrócić do 

background image

swoich prawdziwych rodziców bez obawy, że złapie 
ich Policja Populacyjna. Jednakże zarówno Luke, jak 
i Trey, wiedzieli, że to nie będzie proste, a sam Luke 
poprzysiągł, że zrobi wszystko, aby urzeczywistnić 
te marzenia.

Poczuł, jak jego żołądek kurczy się gwałtownie 

–   a   wydawało   mu   się,   że   wyrósł   już   z   tego   lęku, 
który go właśnie dopadł.

–   Czy   mówił...   czy   pan   Hendricks   mówił...   – 

zająknął się. A jeśli pan Hendricks miał jakiś plan i 
potrzebował   pomocy   Luke’a?   A   jeśli   ten   plan 
wymagał   więcej   odwagi   niż   ta,   na   którą   Luke 
mógłby się zdobyć?

Trey   z   powrotem   utkwił   wzrok   w   wykładanej 

gładkimi kafelkami posadzce.

– Pan Hendricks nic nie mówił, tylko: „Znajdź 

twojego   kolegę   L.,   który   ma   teraz   matematykę,   i 
powiedz mu, żeby do mnie przyszedł” – wyjaśnił.

– Aha – odparł Luke.
Doszli   do   końca   korytarza,   a   Luke   pchnął 

ciężkie   drewniane   drzwi   prowadzące   na   zewnątrz. 
Trey   zamrugał,   jak   zawsze,   kiedy   wychodził   na 
słońce i świeże powietrze, ale Luke cieszył się, że 
może odetchnąć swobodnie. Pierwsze dwanaście lat 
swojego życia  spędził na rodzinnej farmie, a wśród 
jego   najcenniejszych   wspomnień   była   ziemia   pod 
bosymi   stopami,   ciepło   słońca   na   karku   i   ciężar 
motyki w ręku – a także obecność jego rodziców i 

background image

braci tuż obok niego.

Teraz już nie miało jednak sensu rozmyślanie o 

rodzicach   i   braciach   –   przyjęcie   fałszywej 
tożsamości oznaczało, że opuścił zarówno ich, jak i 
farmę.   Nawet   kiedy   był   z   nimi,   musiał   prowadzić 
życie   cienia   albo   ducha,   o   kim   nie   może   się 
dowiedzieć nikt spoza rodziny.

Pewnego razu, kiedy jego średni brat Mark był 

w pierwszej klasie, niechcący wymknęło mu się w 
szkole imię Luke’a.

–   Musiałam   wmówić   nauczycielowi,   że   Mark 

ma wymyślonego przyjaciela, którego nazwał Luke 
– powiedziała Luke’owi matka. – Ale zamartwiałam 
się tym przez całe miesiące, umierałam ze strachu, 
że   nauczyciel   zgłosi   to   władzom,   a   Policja 
Populacyjna  przyjdzie   i  cię  zabierze. Na  szczęście 
mnóstwo małych dzieci ma wymyślonych przyjaciół.

Kiedy   opowiadała   Luke’owi   tę   historię, 

przygryzała   wargi,   a   chłopiec   pamiętał   wyraz 
cierpienia na jej twarzy. Nie wspomniała mu o tym 
aż do dnia, kiedy miał opuścić na zawsze farmę  i 
rodzinę,   a   wtedy   wiedział,   że   chciała   go   tylko 
utwierdzić w przekonaniu, że podjął słuszną decyzję, 
wyjeżdżając.

Wtedy   Luke   nie   wiedział,   jak   rozumieć   tę 

historię – była po prostu jeszcze jednym fragmentem 
w chaosie splątanych myśli i strachu w jego głowie. 
Teraz jednak... Teraz ta opowieść wprawiała go w 

background image

gniew   –   to   nie   było   w   porządku,   że   musiał   być 
niewidzialny, to nie było w porządku, że jego brat 
nie mógł o nim nikomu powiedzieć. To nie było w 
porządku,   że   rząd   wyjął   go   spod   prawa   tylko 
dlatego, że był trzecim dzieckiem, a rząd uważał, że 
żadna rodzina nie powinna mieć  więcej niż dwoje 
dzieci.

Luke wyszedł na słońce, dziwnie szczęśliwy z 

powodu   tego   gniewu,   ponieważ   przyjemnie   było 
czuć   się   tak   pewnym   własnego   zdania,   tak 
całkowicie przekonanym, że ma się rację, a rząd się 
myli. A jeśli pan Hendricks miał jakieś plany co do 
Luke’a,   byłoby   dobrze   zapamiętać   ten   słuszny 
gniew.

Chłopcy   zeszli   po   niekończących   się 

marmurowych schodach, a Luke zauważył, że Trey 
kilka razy obejrzał się tęsknie na szkołę. On sam nie 
miał   podobnych   odczuć   –   Szkoła   Hendricksa   nie 
miała   okien,   żeby   łagodzić   lęki   takich   dzieciaków 
jak Trey, ale z kolei Luke zawsze czuł się uwięziony 
w jej wnętrzu.

Alejka  doprowadziła  ich do na  wpół  ukrytego 

wśród krzewów domu, gdzie pan Hendricks czekał 
na nich przy drzwiach.

– Wejdź – powiedział serdecznie do Luke’a. – 

Trey, możesz wracać do szkoły i sprawdzić, czy nie 
udałoby ci  się  czegoś wreszcie  nauczyć. – To był 
żart, ponieważ Trey, żyjąc w ukryciu, zajmował się 

background image

tylko czytaniem  i  w wielu dziedzinach jego wiedza 
dorównywała wiedzy nauczycieli.

Luke   otworzył   drzwi,   a   pan   Hendricks   cofnął 

trochę wózek, robiąc dla niego miejsce. Na początku 
chłopiec  czuł się w jego towarzystwie skrępowany, 
głównie   z   powodu   tej   niepełnosprawności   –   teraz 
jednak prawie zapomniał, że starszy mężczyzna nie 
ma nóg. Po wejściu do salonu odruchowo zszedł z 
drogi wózka.

– Inni chłopcy niedługo się o tym dowiedzą – 

odezwał   się   pan   Hendricks.   –   Chciałem   jednak 
powiedzieć   najpierw   tobie,   żebyś   miał   czas   się 
przyzwyczaić.

–   Przyzwyczaić   do   czego?   –   zapytał   Luke, 

siadając na kanapie.

– Do tego, że razem z tobą będzie chodził do tej 

szkoły twój brat.

–   Mój   brat?   –   powtórzył   Luke.   –   Chce   pan 

powiedzieć, że Matthew albo Mark... – Spróbował 
wyobrazić   sobie   któregokolwiek   ze   swoich 
nieokrzesanych   i   nieposłusznych   starszych   braci, 
przemierzających   w   spłowiałych   spodniach   i 
flanelowej   koszuli   marmurowe   schody   w   Szkole 
Hendricksa.   Jeśli   on   czuł   się   uwięziony   w 
pozbawionej   okien   szkole,   jego   bracia   mieliby 
wrażenie,   że   zostali   zakuci   w   dyby,   kajdany   i 
wrzuceni do karceru. Poza tym jakim cudem matka i 
ojciec   mogliby   sobie   pozwolić   na   przysłanie   ich 

background image

tutaj? Dlaczego mieliby tego chcieć?

–   Nie,   Lee.   –   Pan   Hendricks   z   naciskiem 

wymówił fałszywe imię, którym Luke posługiwał się 
od   czasu   wyjścia   z   ukrycia.   Luke   wiedział,   że 
powinien   być   wdzięczny,   że   rodzice   chłopca 
imieniem   Lee   Grant   podarowali   mu   tożsamość   i 
nazwisko   syna,   kiedy   prawdziwy   Lee   zginął   w 
wypadku   na   nartach.   Grantowie   byli   notablami, 
prawdziwymi   bogaczami,   dlatego   nowa   tożsamość 
Luke’a była naprawdę imponująca, ale on sam nie 
lubił, żeby go nazywać Lee, nie lubił, żeby nawet 
przypominać mu o tym, że powinien stać się kimś 
innym.

Pan   Hendricks   patrzył   prosto   na   Luke’a, 

czekając, aż chłopiec zrozumie jego słowa.

–   Mówiłem   o   twoim   bracie   –   powtórzył.   – 

Smithfield   William   Grant,   dla   ciebie   Smits. 
Przyjeżdża jutro.

background image

R

OZDZIAŁ

 2

Pan   Hendricks   podał   Luke’owi   zdjęcia,   ale 

chłopiec chwilowo był zbyt zszokowany, żeby na nie 
spojrzeć.

– Brat Lee – powiedział w końcu cicho. – Brat 

Lee przyjeżdża do tej szkoły, jutro.

– Tak, twój brat – powtórzył pan Hendricks. – 

Ty jesteś Lee.

– Ale panie Hendricks! – zaprotestował Luke. – 

Jesteśmy tu sami, nie musimy udawać, prawda? Inne 
chłopaki wiedzą przecież, że nie jestem prawdziwym 
Lee   Grantem,   ten   cały   Smits   też   zauważy,   że   nie 
jestem jego bratem. Więc chyba nie musimy udawać, 
prawda?

Pan Hendricks tylko patrzył na Luke’a, który nie 

potrafił powstrzymać pytań.

– Dlaczego on tu w ogóle przyjeżdża?
–   Tęskni   za   starszym   bratem   –   wyjaśnił   pan 

Hendricks. – Tęskni za tobą.

Słowo   „starszy”   zaskoczyło   Luke’a,   który 

poczuł się teraz jeszcze dziwniej.

–   Panie   Hendricks,   nie   wiedziałem   nawet,   że 

Lee   miał   brata.   Ten   dzieciak   nie   może   za   mną 
tęsknić, nigdy mnie nie spotkał. O co tu właściwie 
chodzi?

Mężczyzna oparł się głębiej w fotelu.

background image

–   Powtarzam   ci   tylko   to,   co   jego   rodzice 

powiedzieli mi dziś rano przez telefon – odparł.

– No jasne – powiedział Luke. – Wiedzieli, że 

nie można mówić prawdy przez telefon i że Policja 
Populacyjna zawsze ma założony podsłuch na linii. 
To wszystko jakieś... jakieś nieporozumienie czy coś 
takiego.

– Luke... chciałem powiedzieć, Lee... Naprawdę 

nie   wiem,   o   co   tu   chodzi,   ale   wydaje   mi   się,   że 
dobrze będzie zachować ostrożność. Musisz zacząć 
się   zachowywać   jak   Lee,   musisz   udawać,   że 
naprawdę   znasz   Smitsa...  jak  brata.  Dla  dobra   nas 
wszystkich.

Zazwyczaj   Luke   bardzo   szanował   pana 

Hendricksa,  ale   tym   razem  nie  mógł  powstrzymać 
grymasu na twarzy.

– To idiotyczne – powiedział. – Dlaczego mam 

udawać, skoro nikt się na to nie nabierze?

– Nikt? – odparował pan Hendricks. – Nikt? Nie 

bądź tego taki pewien, aktorzy nie zawsze wiedzą, 
kto siedzi na widowni.

Luke pogardliwie potrząsnął głową.
–   To   jest   Szkoła   Hendricka,   a   nie   kwatera 

główna Policji Populacyjnej – przypomniał. – To nie 
jest placówka rządowa, jesteśmy tutaj bezpieczni i 
wszyscy   wiedzą,   że   prawie   każdy   tutaj   to   trzecie 
dziecko z fałszywym dowodem tożsamości. Nikt na 
nas nie doniesie.

background image

– Czy naprawdę masz aż taką krótką pamięć? – 

zapytał pan Hendricks. – A jak było z Jasonem?

Mówił   o   szpiegu   Policji   Populacyjnej,   który 

przeniknął do szkoły. Na sam dźwięk jego imienia 
Luke   poczuł,   że   przechodzi   go   dreszcz   strachu. 
Opanował się jednak, żeby pan Hendricks niczego 
nie zauważył.

–  Jasona  już   nie   ma  –  odparł   Luke,  dumny  z 

tego, że jego głos jest spokojny i opanowany. – I 
sam   pan   powiedział,   że   nowi   kandydaci   są   teraz 
lepiej   sprawdzani,   żeby   coś   takiego   się   nie 
powtórzyło.   Wszyscy   teraz   czujemy   się   tutaj... 
bardzo pewnie, rozmawiamy  o  tym, jak to jest być 
nielegalnym,   o   fałszywych   dokumentach.  Jesteśmy 
przyjaciółmi.

Pan   Hendricks   podjechał   wózkiem   do   okna   i 

zapatrzył się na krzew forsycji osłaniający jego dom 
od strony alejki.

– Martwi mnie, że czujecie się zbyt pewnie, że 

nie  będziecie  przygotowani  na... – Urwał  i  znowu 
spojrzał   na   Luke’a.   –   Na   spotkanie   z 
rzeczywistością. A jeśli ten Smits okaże się nowym 
Jasonem?

Pytanie zawisło w powietrzu, a Luke spojrzał na 

zdjęcie   Smitsa,   żeby   uniknąć   wzroku   pana 
Hendricksa.

Zobaczył chłodne, szare oczy, wąski nos, jasne 

włosy  i  grymas   pogardy:   Smits   Grant   miał 

background image

prawdopodobnie   jedenaście   czy   dwanaście   lat,   ale 
wyglądał jak miniaturowy dorosły. Spojrzenie, jakim 
obdarzał obiektyw aparatu – a teraz także Luke’a – 
sprawiało, że Luke znowu poczuł się ubogim i tępym 
dzieciakiem   ze   wsi  i  nie   miało   znaczenia,   że   sam 
nosił   teraz  skórzane  buty, szyte   na   miarę   spodnie, 
elegancką   koszulę  i  krawat.   W   porównaniu   ze 
Smitsem na fotografii czuł się bosy, zasmarkany i 
głupi ponad wszelkie pojęcie.

–   Nie   może   mu   pan   zabronić   przyjechać?   – 

zapytał   pana   Hendricksa.   –   Powiedzieć,   że   nie 
zostanie przyjęty do tej szkoły? To znaczy, jeśli ma 
pan jakieś wątpliwości.

–   To   jest   Smithfield   Grant   –   wyjaśnił   pan 

Hendricks. – Jego ojciec... twój ojciec... jest jednym 
z   najbardziej   wpływowych   ludzi   w   tym   kraju. 
Prędzej   zatrzymałbym   wiatr,   niż   powstrzymałbym 
Granta od zrobienia tego, na co ma ochotę.

– Ja także jestem Grantem – przypomniał Luke, 

niepewny,   czy   stara   się   w   ten   sposób   zażartować, 
czy też chce wypróbować te słowa, sprawdzić, czy 
zabrzmią przekonująco. Jego głos okazał się cichy i 
niepewny,   pod   każdym   względem   sprawiając   mu 
zawód.

Ale pan Hendricks skinął głową.
– Dobrze – powiedział. – Pamiętaj o tym.

background image

R

OZDZIAŁ

 3

Luke   siedział   na   szczycie   schodów 

prowadzących   do   Szkoły   Hendricksa   i 
przygotowywał   się  do   odegrania   swojej   roli, 
ponieważ Smits Grant miał przyjechać lada moment.

Mój brat tu niedługo będzie  – powtarzał sobie 

Luke.   –  Jestem   tak   szczęśliwy,   że   nie   mogłem  
wysiedzieć   w   środku.   Nie   darowałbym   sobie,  
gdybym nie był pierwszą osobą, która go zobaczy.

Wszystko to nie mogło być dalsze od prawdy: 

pan   Hendricks   musiał   się   posunąć   niemalże   do 
postraszenia   Luke’a   plutonem  egzekucyjnym,   żeby 
wypędzić   go   na   zewnątrz,   a   sam   Luke   byłby 
najszczęśliwszy,   gdyby   nigdy   w   życiu   nie   miał 
zobaczyć Smitsa.

Czy to było możliwe? A gdyby Luke odwrócił 

się teraz, ukrył w szkole i jakimś cudem cały czas 
schodził   Smitsowi   z   drogi?   Na   pewno   będą   w 
różnych klasach, a Luke mógłby zdobyć plan lekcji 
Smitsa   i   dopilnować,   żeby   nigdy   się   nie   spotkali. 
Miał mnóstwo doświadczenia w ukrywaniu się.

Oczywiście, aby unikać Smitsa, musiałby się też 

obchodzić bez jedzenia, ponieważ wszyscy chłopcy 
zawsze   spotykali   się   w   jadalni.   Luke   jakoś   nie 
potrafił   sobie   wyobrazić,   żeby   pan   Hendricks 
pozwolił mu jadać gdzie indziej.

background image

Poza   tym   sam   by   tego   nie   chciał,   ponieważ 

wszyscy jego przyjaciele zostaliby w jadalni – tak 
naprawdę wolałby, żeby to Smits był oddzielony od 
innych   i   ukryty.   O   ile   rzeczywiście   musiał   być   w 
Szkole Hendricksa.

Po raz chyba  milionowy, od kiedy dowiedział 

się  o  istnieniu Smitsa, Luke zaczął się zastanawiać: 
Dlaczego on w ogóle chce tu przyjechać?

Nie odrywał spojrzenia od długiej, zakręcającej 

drogi   prowadzącej   na   podjazd.   Ciemny   samochód 
skręcił w bramę Szkoły Hendricksa, zniknął za kępą 
drzew,   pojawił   się   znowu   i   przyspieszył,  zbliżając 
się do gmachu szkoły. Luke poczuł, że jego żołądek 
się zaciska.

Samochód   zatrzymał   się   na   podjeździe   przed 

szkołą   –   długi   jak   traktor   razem   z   przyczepą   na 
siano.   Wszystkie   dziesięć   okien   miało 
przyciemniane szyby, więc Luke nie wiedział, czy w 
środku znajduje się chłopiec wpatrujący się w niego 
tak   samo   intensywnie,   jak   on   wpatrywał   się   w 
samochód.

No nie. A jeśli przyjechali także rodzice Smitsa?
Luke nie pomyślał o tym wcześniej, a teraz w 

jego żyłach zaczęła płynąć czysta panika. Nie byłby 
w   stanie   spotkać   się   jednocześnie   z   całą   trójką 
Grantów, po prostu nie mógłby tego zrobić.

Drzwi   kierowcy   otworzyły   się   płynnie,   jakby 

zostały osadzone na dobrze naoliwionych zawiasach. 

background image

Luke   wstrzymał   oddech,   czekając,   kto   się   pojawi. 
Wyłonił się lśniący but, a potem drugi, chyba jeszcze 
bardziej   błyszczący   –   z   samochodu   wysiadł   i 
wyprostował   się   wysoki,   arystokratycznie 
wyglądający   mężczyzna   w   ciemnoniebieskim 
uniformie   i   sztywnej   czapce.   Złociste   plecionki 
zdobiły mankiety i kołnierzyk uniformu, a także otok 
czapki.   Luke   był   gotów   uwierzyć,   że   zostały 
zrobione z prawdziwego złota.

Mężczyzna   obrócił   się   i   przemaszerował   jak 

żołnierz na drugą stronę samochodu, gdzie otworzył 
drzwi, wyciągnął rękę i powiedział:

– Sir?
Czyli to nie był pan Grant, tylko służący, szofer.
Luke   zobaczył   bardzo   bladą   rękę,   która 

wysunęła się z samochodu i chwyciła dłoń szofera. 
Luke rozpoznał wysiadającego chłopca jako znanego 
mu ze zdjęcia Smitsa Granta.

Jakimś cudem zdołał zmusić swoje nogi, żeby 

zeszły po schodach do samochodu.  Pan Hendricks 
wyraził   się   całkowicie   jasno:   Luke   miał   się 
zachowywać, tak, jakby się cieszył na widok Smitsa. 
Powinien   od   razu   do   niego   podbiec   –   ale   myśli 
Luke’a pędziły znacznie szybciej niż jego stopy.

Co   powinienem   zrobić,   kiedy   już   tam   zejdę?  

Uścisnąć mu rękę? Czy... no nie. A jeśli Grantowie  
mają zwyczaj ściskać się na powitanie?

Luke   potknął   się   na   dole   schodów,   ale   zaraz 

background image

odzyskał równowagę – szofer i Smits chyba niczego 
nie   zauważyli,   nie   patrzyli   w   jego   stronę.   Luke 
zatrzymał   się   zaledwie   trzy   metry   od   młodszego 
chłopca,   ale   musiał   odchrząknąć,   żeby   Smits 
odwrócił do niego głowę.

–   Cześć,   yyy,   bracie   –   powiedział   niepewnie 

Luke.

Z wahaniem uniósł prawą  rękę, żeby uścisnąć 

dłoń Smitsa, gdyby tamten sobie tego życzył, a jeśli 
Smits   podszedłby   dostatecznie   blisko   i   wyciągnął 
obie ręce, Luke byłby w stanie zmusić się do objęcia 
go w czymś w rodzaju uścisku – o ile rzeczywiście 
było to konieczne.

Smits nawet nie drgnął.
Zimne, szare oczy wpatrywały się w Luke’a – 

chłopiec miał wrażenie, że wręcz patrzyły poprzez 
niego. Przez jedną straszliwą chwilę obawiał się, że 
Smits odmówi rozpoznania go, może nawet wrzaśnie 
na   głos:   „Ten   chłopiec   to   oszust!   Ukradł   imię 
mojego   prawdziwego   brata!”.   Ale   wtedy   Smits 
odwrócił wzrok i mruknął:

– Cześć, Lee.
Luke   odetchnął,   ledwie   powstrzymując   głośne 

westchnienie ulgi.

Smits spojrzał na szofera.
– Mój bagaż? – zapytał.
– Oczywiście, sir – odparł szofer i przeszedł na 

tył samochodu.

background image

Luke   opuścił   na   pół   wyciągniętą   prawą   rękę, 

ponieważ było jasne, że Smits nie życzy sobie, żeby 
go dotykać. Podczas gdy Smits obserwował szofera, 
Luke zebrał się na odwagę, żeby rzucić okiem do 
wnętrza samochodu. Gdyby siedzieli tam pan i pani 
Grant, chciał być przygotowany.

– Nie przyjechali – powiedział Smits.
Luke podskoczył.
– Co?
–   Mama   i   tata   –   wyjaśnił   Smits.   –   Nie   byli 

zainteresowani, żeby mi tu towarzyszyć. – Mówił z 
taką   pewnością   siebie,   że   Luke   miał   ochotę   go 
trzepnąć.

–   Jasne   –   odparł.   –   Cóż,   dlaczego   mieliby   to 

robić?

Starał   się,   żeby   jego   słowa   zabrzmiały 

zwyczajnie, tak jakby rozmawiał ze swoimi braćmi – 
prawdziwymi braćmi.

–   Ze   względu   na   mnie   –   powiedział   Smits.   – 

Ponieważ mogliby chcieć się ze mną pożegnać.

background image

R

OZDZIAŁ

 4

Do obiadu cała szkoła huczała już od plotek.
Nowy chłopiec przywiózł cztery walizki, własny 

komputer i ogromny telewizor. Nowy chłopiec rzucił 
okiem   na   pokój,   który   miał   dzielić   z   pięcioma 
kolegami,   udał   się   do   gabinetu   administratorki   i 
zażądał   własnego   pokoju,   w   dodatku   odpowiednio 
dużego. Nowy chłopiec wszedł do jadalni podczas 
obiadu, pociągnął raz nosem i natychmiast oznajmił, 
że   wszystkie   jego   posiłki   mają   być   podawane 
oddzielnie i dowożone z odległego o godzinę drogi 
miasta.

Luke   był   skłonny   uwierzyć   we   wszystkie   te 

plotki,   chociaż,   o   ile   wiedział,   był   jedynym 
chłopcem   w   szkole,   który   rzeczywiście   spotkał 
Smitsa.

–   Jaki   on   jest   naprawdę?   –   zapytał   Trey, 

szturchając   widelcem   pozbawiony   smaku   kopczyk 
gotowanej zieleniny na talerzu. – Rzeczywiście taki 
okropny?

Luke   przez   minutę   żuł   i   przełykał   kęs, 

zadowolony dla odmiany, że jedzenie jest tak twarde 
i   włókniste,   bo   dzięki   temu   miał   czas,   żeby   się 
zastanowić. Wzruszył ramionami, starając się, żeby 
wypadło to nonszalancko.

– Cóż, jest moim bratem – powiedział. – Chyba 

background image

większość braci jest okropna.

Trey prychnął.
–   Twoim   bratem,   jasne.   To   dlaczego   ty   nie 

przywiozłeś   ze   sobą   komputera   i   telewizora? 
Dlaczego ty nie masz oddzielnego pokoju? Dlaczego 
jesz te pomyje, zamiast, bo ja wiem, kawioru i foie 
gras?
  Luke nie miał najbledszego pojęcia, czym są 
kawior albo foie gras, ale nie zamierzał się do tego 
przyznawać.   Wiedział,   że   wszyscy   chłopcy   przy 
stole patrzą na niego, czekając na odpowiedź, więc 
znowu wzruszył ramionami.

–   Widać   nie   jestem   taki   wybredny   jak   on   – 

powiedział. – Widać jestem milszym gościem.

Z   ulgą   zauważył,   że   chłopcy   przestali   się   w 

niego wpatrywać – ich wzrok był teraz wlepiony w 
punkt tuż nad jego głową.

– Lee? – powiedział ktoś.
Luke   obrócił   się   w   miejscu   i   zobaczył,   na   co 

patrzyli   pozostali,   czyli   Smitsa.   Poczuł,   że   jego 
twarz   robi   się   czerwona   –   ile   tamten   zdążył 
usłyszeć?

– Nie przedstawisz mnie? – zapytał zimno Smits 

i usiadł obok Luke’a. Pozostali chłopcy pospiesznie 
zrobili mu miejsce, jakby stół tak naprawdę należał 
do Smitsa i byli wdzięczni, że nie rozkazał im się 
wynosić.

– Tak, jasne – odparł Luke. – Słuchajcie, to jest 

mój   brat,   Smits.   –   Był   dumny,   że   to   gigantyczne 

background image

kłamstwo   zdołało   mu   tak   gładko   przejść   przez 
gardło. – Smits, to jest Trey, Robert, Joel, John...

Smits skinieniem głowy przyjmował każde imię 

i wyciągał do każdego chłopca rękę do uściśnięcia, a 
przyjaciele Luke’a po chwili niepewności zdołali się 
domyślić, że także powinni się przywitać. Luke nie 
był   zdziwiony   ich   niezręcznością,   ale   czuł   się 
dziwnie   zawstydzony  –   dlaczego   Trey   nie   mógł 
pamiętać,   że   powinien   odłożyć   widelec,   zanim 
wyciągnie   rękę?   Ochlapał   koszulę   Smitsa   oślizgłą 
zieleniną, a Smits tylko pogorszył sprawę, udając, że 
niczego nie zauważył, i potrząsając dłońmi na prawo 
i lewo, jak dobrze ułożony polityk.

– Miło mi cię poznać – powtarzał w kółko. – 

Miło mi cię poznać.

Luke przypomniał sobie, co pomyślał, kiedy po 

raz pierwszy zobaczył zdjęcie Smitsa – że chłopiec 
wygląda jak miniaturowy dorosły. Zachowywał się 
też   jak   dorosły   albo   może   jak   mały   robot, 
zaprogramowany,   żeby   mówić   to,   co   zdaniem 
jakiegoś sztywnego i oficjalnego dorosłego powinno 
mówić   dziecko.   Luke   miał   ochotę   wrzasnąć   na 
niego:   „Daruj   sobie   i   powiedz   nam   prawdę. 
Dlaczego tu jesteś?”.

Oczywiście nie zrobił tego.
– A zatem – powiedział Smits, kiedy prezentacja 

nareszcie   dobiegła   końca.   –   Czy   to   porządne 
miejsce? Lee nie powiedział mi prawie niczego, nie 

background image

pisze do domu tak często, jak życzyłaby sobie tego 
mama.   –   Żartobliwie   szturchnął   Luke’a   w   ramię   i 
mrugnął   do   pozostałych   chłopców.   –   Muszę 
powiedzieć,   że   tutejszy   personel   jest   niezwykle 
skłonny do kompromisów.

Luke   domyślił   się,   że   Trey   jest   jedyną   osobą 

przy   stole,   która   wie,   co   to   są   „kompromisy”,   i 
pewnie dlatego odważył się odezwać.

–   Dlatego,   że   dali   ci   oddzielny   pokój   – 

powiedział Trey. – I pozwolili sprowadzać jedzenie, 
jakie chcesz.

Smits   popatrzył   na   talerze   pozostałych 

chłopców.

–   Oczywiście   –   powiedział.   –   Trudno   się 

spodziewać, żeby ktokolwiek jadł coś takiego.

Luke   zauważył,   że   John   i   Joel   bez   słowa 

odłożyli widelce.

–   Nie   jest   takie   złe   –   wtrącił.   –   Powinieneś 

spróbować, zanim coś postanowisz.

Smits roześmiał się.
– Nie, dziękuję – powiedział. – Mama zawsze 

powtarza, że masz niewyrobiony gust, a tata żartuje, 
że Lee jest w stanie zjeść wszystko, co nie próbuje 
zjeść jego. Ja jestem inny.

–   Dla   Smitsa   wszystko   co   najlepsze,   tak?   – 

zapytał cicho Luke.

Smits klepnął go po plecach.
– Pamiętasz! – zawołał, a potem odsunął się od 

background image

stołu.   –   No   nic,   pozwolę   sobie   się   pożegnać. 
Chciałem   tylko   poznać   przyjaciół   Lee.   Do 
zobaczenia później.

I   całkowicie   ignorując   szkolne   zasady, 

wymaszerował z jadalni.

Nikt   go   nie   zatrzymywał,   a   Luke   i   jego 

przyjaciele   gapili   się   za   nim   jeszcze   przez   dobrą 
minutę.

– O co tu chodziło? – zapytał w końcu Trey.
– Nie mam najbledszego pojęcia – odpowiedział 

Luke.

background image

R

OZDZIAŁ

 5

Po obiedzie był czas na zabawę.
Luke czuł się z tego powodu niezwykle dumny, 

ponieważ   to   on   wpadł   na   pomysł,   żeby   poprosić 
pana Hendricksa o wyznaczenie czasu na bieganie i 
zabawę.

Większość jego kolegów dawniej ukrywała się 

w   niewielkich   pomieszczeniach   i   od   dziecka   byli 
uczeni   zachowywania   ciszy   i   bezruchu,   szeptania 
zamiast krzyczenia i chodzenia na palcach zamiast 
biegania.

Od tego zależało ich życie – Luke nie wiedział i 

nie   chciał   wiedzieć,   jak   wiele   cieni   zostało 
wykrytych   z   powodu   pechowego   okrzyku   radości 
albo   przebiegnięcia   po   skrzypiącej   podłodze. 
Jednakże   jego   koledzy   stali   się   tak   dobrzy   w 
nieruszaniu   się   i   niemówieniu,   że   nawet   teraz 
sprawiali wrażenie, jakby się ukrywali.

–   Potrzebują   okazji,   żeby   pobyć   dziećmi   – 

przekonywał   pana   Hendricksa   na   początku   lata.   – 
Potrzebują czasu, w którym będą mogli biegać tak 
szybko, jak zdołają, krzyczeć na cały głos... – Luke 
nie   był   w   stanie   dokończyć   myśli,   ponieważ 
napłynęła do niego fala wspomnień z jego zabaw z 
braćmi, prawdziwymi braćmi. Piłka nożna, baseball, 
futbol, zbijak, siatkówka, berek...

background image

–   No   dobrze   –   powiedział   pan   Hendricks.   – 

Zajmij się tym.

Na początku wydawało się, że pomysł Luke’a 

skończy się sromotną klęską. Chłopcy, którzy przez 
całe   życie   siedzieli   nieruchomo,   nie   mieli   pojęcia, 
jak się biega, kulili się na widok toczącej się w ich 
stronę piłki  i przewracali  się  ze strachu, jeśli  ktoś 
rzucił w nich piłeczką tenisową. Jednakże Luke był 
cierpliwy. Rzucał piłką tak powoli, że niemal się nie 
poruszała i chwalił każdego, kto zdołał chociażby iść 
szybszym   krokiem.   Teraz,   po   trzech   miesiącach, 
Trey   okazał   się   całkiem   dobrym   miotaczem   w 
baseballu, John był świetny w zbijaku, a  w klasie 
ośmiolatków był mały chłopiec, który potrafił biegać 
tak   szybko,   że   zdarzało   mu   się   prześcigać   nawet 
nauczycieli, którzy czasem brali udział w zawodach.

Luke   uważał,   że   ma   prawo   być   dumny   z 

kolegów, chociaż nadal bawili się zwykle w jadalni z 
odsuniętymi pod ścianę stołami i krzesłami. Myśl o 
wyjściu   na   zewnątrz   była   ciągle   zbyt   przerażająca 
dla   większości   chłopców.   Jednakże   Luke   miał 
nadzieję, że następnego lata wszyscy będą już biegać 
na zewnątrz, wspinać się na drzewa, a może nawet 
wymyślać własne zabawy.

O   tym   właśnie   marzył,   kiedy   nie   marzył   o 

zmianie ustawy populacyjnej.

Jednakże   kiedy   tego   wieczora   zaczął   składać 

krzesła   po   obiedzie,   zatrzymała   go   pani   Hawkins, 

background image

dyrektorka administracyjna.

–   Dzisiaj   nie   będziesz   się   bawił,   młody 

człowieku.

Luke zagapił się na nią – pani Hawkins nigdy 

nie  zostawała w szkole do obiadu, a co dopiero do 
wieczora. Była dość nieprzyjemną osobą i Luke nie 
przypominał   sobie,   żeby   zamieniła   z   nim   chociaż 
dwa słowa od dnia, w którym został przywieziony do 
szkoły.

Pani   Hawkins   mówiła   dalej,   jakby   była 

przyzwyczajona   do   tego,   że   chłopcy   jej   nie 
odpowiadają – co zapewne było zgodne z prawdą.

– Zamiast tego spotkasz się w bratem w holu 

głównym – powiedziała, a kiedy Luke nie ruszył się 
z miejsca, warknęła: – No już! Ruszaj się!

Luke   podał   jej   trzymane   krzesło   –   zdołała   je 

złapać,   ale   sprawiała   wrażenie   zaskoczonej,   jakby 
nie   potrafiła   rozpoznać   krzesła,   które   zostało 
złożone.

Poza panem Hendricksem cały personel szkoły 

był trochę dziwny i gdyby Luke nie wiedział, że to 
niemożliwe,   zastanawiałby   się,   czy   oni   także   nie 
spędzili   dzieciństwa   w   ukryciu.   Jednakże   ustawa 
populacyjna obowiązywała od czternastu lat, a Luke 
był   jednym   z   najstarszych   dzieci,   które   wyszły   z 
ukrycia. Pan Hendricks po prostu celowo zatrudniał 
dziwaków.

– Gdyby pani Hawkins chciała któregoś z was 

background image

wydać – powiedział pewnego razu Luke’owi – to kto 
by jej uwierzył?

To samo odnosiło się do nauczycieli, szkolnej 

pielęgniarki,   a   nawet   woźnych.   Luke   rozumiał 
podane przez pana Hendricksa powody, ale czasem 
żałował,   że   nie   może   mieć   do   czynienia   z 
normalnymi   dorosłymi.   Teraz   nie   był   pewien,   czy 
powinien uwierzyć w polecenie pani Hawkins, czy 
może jej się coś pomyliło. Smits powinien chyba być 
tutaj, bawiąc się z innymi chłopcami, a nie wyciągać 
Luke’a na prywatne spotkanie.

–   Głuchy   jesteś?   –   zapytała   groźnie   pani 

Hawkins.

– Uhm,  nie  – odparł  Luke. – To znaczy, nie, 

proszę pani.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia.
– Trey, możesz dzisiaj wieczorem zorganizować 

zabawę? – zawołał po drodze do przyjaciela.

– Co... Jak ja mam to zrobić? – Trey był tak 

spanikowany, jakby Luke zażądał, żeby zaatakował 
kwaterę główną Policji Populacyjnej.

– Weź sobie do pomocy Johna i Joela – rzucił 

Luke.

Joel i John spojrzeli znad odsuwanego stołu tak 

samo przerażeni jak Trey.

Luke   nie   był   pewien,   czy   poradzą   sobie   bez 

niego, ale mimo to wyszedł z sali.

Korytarz   przed   jadalnią   był   cichy   i   słabo 

background image

oświetlony.   Luke   mijał   ciemne   sale   lekcyjne   i 
gabinety.   Postanowił   powiedzieć   po   prostu 
Smitsowi, żeby spadał, właśnie tak – Smits nie miał 
prawa mu rozkazywać.

Kiedy   jednak   znalazł   się   w   holu   głównym   – 

przestronnym   pomieszczeniu   z   zabytkowymi 
portretami   na   ścianach   –   jego   pewność   siebie 
zniknęła.   Smits   stał   tam   samotnie,   odwrócony 
plecami i Luke po raz pierwszy uświadomił sobie, 
jak drobny jest ten chłopiec. Wyglądał jak ktoś, kto 
zostaje   wybrany   jako   ostatni   do   drużyny 
baseballowej.

W tym momencie Smits odwrócił się.
–   Cześć,   bracie   –   powiedział   serdecznie.   – 

Pomyślałem sobie, że mógłbyś oprowadzić mnie po 
szkole i pokazać, jak to miejsce właściwie wygląda.

– Dobra – odparł niepewnie Luke.
Smits już otwierał frontowe drzwi, jakby to on, 

a   nie   Luke,   znał   Szkołę   Hendricksa.   W   milczeniu 
zeszli   po   schodach,   a   potem   Smits   odwrócił   się   i 
przyjrzał się budynkowi, mrużąc oczy.

–   Dlaczego   tu   nie   ma   ani   jednego   okna?   – 

zapytał.

Luke   nie   był   pewien,   ile   Smits   wie   o   Szkole 

Hendricksa,   trzecich   dzieciach   i   potrzebach   cieni, 
które wyszły z ukrycia – ale na pewno znał prawdę i 
nie musiał zadawać tego pytania.

Wybrał najbezpieczniejszą możliwą odpowiedź.

background image

– Niektóre dzieciaki tutaj cierpią na agorafobię. 

Wiesz, co to jest? To znaczy, że boją się otwartych 
przestrzeni.   Pan   Hendricks   uważa,   że   brak   okien 
może im pomóc w leczeniu – wyjaśnił. – Uważa, że 
jeśli nie będą widzieć świata zewnętrznego, zaczną 
za nim tęsknić.

– Ale to jest tortura dla wszystkich pozostałych, 

prawda?   –   odparował   Smits.   –   To   jak   okrutna   i 
dziwaczna   kara,   że   nie   wspomnę   o   zagrożeniu 
pożarowym.   –   Potrząsnął   głową,   odgarniając 
opadającą   na   oczy   grzywkę.   –   Zażądam,   żeby   w 
moim pokoju zostało przebite okno. Może nawet w 
każdym   pomieszczeniu,   w   którym   miałbym 
przebywać.   To   nie   do   pomyślenia,   żeby   dziedzic 
fortuny Grantów zginął w pożarze czy czymś takim.

Luke   zauważył,   że   tamten   powiedział 

„dziedzic”, a nie Jeden z dziedziców” – czy to była 
wskazówka? Czy Smits przyszedł po to, żeby ostrzec 
go, że powinien się trzymać z dala od rodzinnych 
pieniędzy?   Czy  powinien  teraz   odpowiedzieć:   „Ej, 
nie potrzebuję ani grosza z waszej fortuny, nie chcę 
niczego   od   waszej   rodziny   poza   tożsamością   i 
prawem do istnienia”?

Ale   nic   nie   powiedział   –   to   prawda,   że   nie 

obchodziły   go   pieniądze   Grantów,   nie   potrafił 
jednak   zdobyć   się   na   szczerą   rozmowę   z   tym 
dziwnym,   przesadnie   pewnym   siebie   dzieciakiem. 
Łatwiej było udawać, że łączące ich kłamstwo jest 

background image

rzeczywistością.

Poszli na spacer drogą prowadzącą do szkoły – 

w   innym   towarzystwie   byłoby   to   dla   Luke’a 
przyjemnością. W krzakach grały koniki polne, a na 
horyzoncie lśniło zachodzące słońce, ale on sam był 
zbyt spięty, żeby się tym cieszyć.

– W tamtym domu mieszka dyrektor szkoły – 

powiedział,   wskazując   palcem   po   to   tylko,   żeby 
przerwać   ciszę.   –   Nazywa   się   pan   Hendricks   i 
zwykle   nie   przychodzi   do   szkoły,   pozwala,   żeby 
wszystko toczyło się swoim trybem.

–   Rozmawiałem   z   nim   dzisiaj   cztery   razy   – 

odparł Smits.

– O – powiedział Luke. Kilka miesięcy temu nie 

miałby odwagi, żeby wykrztusić cokolwiek więcej, 
ale teraz stał się śmielszy. – O czym?

– O ważnych sprawach – zbył go Smits.
Ruszyli   dalej,   ale   Luke   widział,   że   młodszy 

chłopiec nie zwraca w ogóle uwagi na otoczenie – na 
pochylające   się   łagodnie   nad   drogą   wierzby 
płaczące,   na   strumyk   bulgoczący   tuż   na   granicy 
terenu szkoły.

– Widziałem już to wszystko, kiedy tu jechałem 

–   rzucił   niecierpliwie   Smits.   –   Nie   ma   niczego 
więcej?

–   Na   tyłach   szkoły   jest   nasz   ogród   i   las...   – 

zaczął Luke.

– Zaprowadź mnie tam – przerwał Smits.

background image

Odwrócili się, a Luke ze wszystkich sił starał się 

ukryć niepewność. Był dumny z wieczornych zabaw, 
ale był jeszcze bardziej dumny ze szkolnego ogrodu. 
Pod jego kierunkiem uczniowie Szkoły Hendricksa 
zasadzili rośliny, pielili je i dbali o nie przez całe 
lato. Potrafił sobie wyobrazić, jak Smits rzuca tylko 
okiem na ogród i prycha lekceważąco: „No i?”.

A   jeśli   chodziło   o   las   –   las   także   był 

szczególnym   miejscem.   Kiedy   na   wiosnę   Luke 
przybył   do   Szkoły   Hendricksa,   las   stał   się   jego 
schronieniem;   to   tam   na   polanie   po   raz   pierwszy 
spróbował założyć ogród i tam odważył się postawić 
oszustowi Jasonowi. Tam też spotkał dziewczęta z 
sąsiedniej   Szkoły   dla   Dziewcząt   Harlow   –   w   tym 
jego   obecną   przyjaciółkę   Ninę,   która,   czego   był 
pewien,   pewnego   dnia   przyczyni   się   do   zniesienia 
ustawy populacyjnej.

Luke wiedział, że nigdy nie potrafiłby wyjaśnić 

tego wszystkiego Smitsowi, który w ogóle nie miał 
prawa  o  tym słuchać i którego prawdopodobnie w 
ogóle by to nie obeszło. Dla Smitsa las wyglądał na 
pewno   jak   mnóstwo   postrzępionych   krzaków   i 
zaniedbanych drzew.

Gotując się w milczeniu ze złości, poprowadził 

Smitsa w bok od drogi, a potem zarośniętą ścieżką 
do   lasu.   Ściemniało   się   już,   więc   może   Smitsowi 
wystarczy, jeśli tylko przejdą koło lasu i ogrodu, a 
Luke   nie   będzie   musiał   wysłuchiwać   jego 

background image

komentarzy.

Luke odwrócił się na skraju lasu.
–   Proszę   bardzo,   tu   jest   las.   Teraz   już   go 

widziałeś.

Smits   nie   odpowiedział,   tylko   schylił   się, 

przechodząc pod niską gałęzią i niepewnie dotknął 
pnia drzewa, jakby się obawiał, że może go ugryźć.

– Często tu przychodzisz? – zapytał.
– Dawniej tak – odparł szorstko Luke.
– Niewiele wiem o przyrodzie – przyznał Smits. 

– Czasem się zastanawiam...

– Nad czym? – zapytał Luke.
Smits   potrząsnął   głową,   jakby   nie   chciał   albo 

nie mógł powiedzieć nic więcej. Przesuwał palcami 
po korze drzewa, aż w końcu spojrzał z powrotem na 
Luke’a, a w świetle zmierzchu jego twarz wydawała 
się bledsza niż kiedykolwiek.

– Czy możesz mi pomóc? – wyszeptał. – Czy 

możesz być Lee?

background image

R

OZDZIAŁ

 6

Luke wpatrywał się w młodszego chłopca.
Ja... ja nie wiem – przyznał uczciwie i była to 

prawdopodobnie   pierwsze   szczere   słowa,   jaką 
powiedział do Smitsa. – Mogę spróbować.

Smits opuścił wzrok.
–   W   jego   śmierci   było   coś   dziwnego   – 

wyszeptał   tak   cicho,   że   Luke   musiał   się   nachylić, 
żeby go usłyszeć.

– Był na nartach, prawda? – zapytał Luke, który 

miał bardzo blade pojęcie, na czym polega jazda na 
nartach. – Czy wpadł na drzewo?

Smits niecierpliwie potrząsnął głową.
– Nie rozumiesz  – odparł. – On... – Urwał, a 

jego spojrzenie nagle przykuło coś znajdującego się 
za Lukiem. W następnej chwili znowu spojrzał pod 
nogi   i   podniósł   głos.   –   Fuj!   Po   co   mnie   tu 
przywlokłeś?! Mam całe buty ubłocone!

Zaskoczony Luke spojrzał przez ramię – w ich 

stronę   biegł   masywny   mężczyzna,   którego   nigdy 
wcześniej nie widział.

– Widzę cię, Smithfield! – krzyknął mężczyzna. 

– Zabawa skończona.

Kiedy znalazł się bliżej, Luke miał wrażenie, że 

widzi poruszające się drzewo albo górę – mógł tylko 
z   podziwem   patrzeć   na   potężnego   mężczyznę   z 

background image

wydatnymi mięśniami na rękach i nogach. Jego szyja 
była   chyba   grubsza   niż   talia   Luke’a,   a   pięści 
zaciskał, jakby szykował się do walki. Luke od razu 
pożałował każdego przeciwnika, który ośmieliłby się 
z nim zmierzyć.

–   Cześć,   Oscar   –   powiedział   Smits  spokojnie, 

jakby   znowu   znajdował   się   w   jadalni   i   witał   z 
kolegami Luke’a. Nagle znowu zaczął przypominać 
małego robota.

– To nie było śmieszne, co zrobiłeś – pieklił się 

Oscar.   –   Twoi   rodzice   zostali   o   wszystkim 
poinformowani i nie byli zachwyceni.

Smits wzruszył ramionami.
–   Chodzenie   z   ochroniarzem   jest   okropnie 

męczące, wiesz – powiedział.

Przez   moment   Luke   obawiał   się,   że   Oscar 

uderzy Smitsa: ogromny mężczyzna podszedł bliżej, 
ale ograniczył się do groźnego przymrużenia oczu.

–   To   konieczne   –   rzucił   z   irytacją.   –   To 

ryzykowne,   żebyś   poruszał   się   gdziekolwiek   bez 
ochrony, szczególnie – popatrzył z obrzydzeniem na 
niskie   drzewa   i   wysoką,   nieprzycinaną   trawę   na 
skraju lasu – szczególnie w miejscu do tego stopnia 
pozbawionym zabezpieczeń.

–   Ale   tu   jest   Lee   –   przypomniał   Smits.   – 

Dlaczego nie chronisz także jego?

Oscar przeniósł na chwilę spojrzenie na Luke, a 

potem   z   powrotem   na   Smitsa.   Sprawiał   wrażenie 

background image

jeszcze bardziej wściekłego.

–   Twoi   rodzice   zatrudnili   mnie   wyłącznie   do 

ochrony   ciebie   –   przypomniał.   –   Wykonuję   moją 
pracę z honorem, godnością i dumą. – Przemawiał 
tak pompatycznie, że Luke prawie spodziewał się, że 
zakończy zdanie wojskowym salutem.

Smits przewrócił oczami.
–   Czyli   mówisz   „z   honorem,   godnością   i 

dumą”?   –   powtórzył,   wyraźnie   przedrzeźniając 
słowa   mężczyzny.   –   Trudno   było   ci   chyba 
wytłumaczyć   się   z   tego,   że   obudziłeś   się   o   kilka 
godzin   za   późno,   zamknięty   w   schowku,   podczas 
kiedy ja już wyszedłem.

– To twoja wina! – wybuchnął Oscar. – I twoi 

rodzice o  tym wiedzą, opowiedziałem im wszystko. 
Podałeś   mi   środek   nasenny   i   zaciągnąłeś   mnie   do 
tego schowka.

Luke   uznał,   że   chyba   poważnie   nie   docenił 

Smitsa,   skoro   był   on   w   stanie   przeciągnąć   Oscara 
choćby  o  kilka   centymetrów.   Smits   nie   byłby 
ostatnim   dzieciakiem   wybranym   do   drużyny 
baseballowej,   tylko   dzieciakiem,   który   stratowałby 
każdego gracza nawet bez pomocy kolegów.

–   Ja?   –   zapytał   niewinnie   Smits.   –   Ja   jestem 

tylko małym dzieckiem, skąd miałbym wziąć jakiś 
środek nasenny? Skąd miałbym siłę, żeby cię gdzieś 
zaciągnąć?

–   Miałeś   pomocnika   –   warknął   Oscar.   –   Ten 

background image

szofer...

– Ej – wzruszył ramionami Smits. – To będzie 

twoje słowo przeciwko jego słowom. I moim.

–   Ale   twoi   rodzice   mi   uwierzyli   –   odparował 

Oscar,   złapał   Smitsa   za   ramię   i   szarpnął   tak,   że 
chłopiec   prawie   stracił   równowagę.   –   Chodź, 
zabieram cię w jakieś bezpieczne miejsce.

– Dobrze – powiedział Smits. – Jak wrócimy do 

pokoju, możesz wyczyścić moje buty z błota.

Oscar jęknął.
Luke   w   ślad   za   nimi   wszedł   na   wzgórze, 

trzymając się kilka kroków z tyłu. Smits wyraźnie 
już   o   nim   zapomniał,   a   Oscar   od   początku 
praktycznie go nie zauważał. Smits dogadywał teraz 
Oscarowi, nabijając się, że jest głupim i łatwym do 
nabrania mięśniakiem.

W co takiego bawił się Smits? Czy to w ogóle 

była zabawa?

Luke pamiętał gorączkowy ton jego głosu: „Czy 

możesz mi pomóc? Czy możesz być Lee?” i „W jego 
śmierci   było   coś   dziwnego”.   Co   Smits   miał   na 
myśli?

Luke’owi   wydawało   się,   że   przyjmując 

tożsamość   Lee   Granta   uciekł   przed 
niebezpieczeństwem, ale teraz nagle poczuł, że być 
może   zamienił   jeden   rodzaj   niebezpieczeństwa   na 
inny.

background image

R

OZDZIAŁ

 7

Okazało się, że Smits chodzi jednak na lekcje z 

Lukiem – i to na wszystkie.

– Widzicie, tak się właśnie dzieje, kiedy starszy 

brat się obija, ucieka ze szkoły i zostaje na drugi rok 
–   powiedział   Smits,   siadając   w   ławce   za   Lukiem 
następnego ranka. – Musi wytrzymywać z młodszym 
bratem przez cały dzień.

Luke czuł, że wszyscy jego koledzy się w nich 

wpatrują,   ale   Smits   uśmiechnął   się   tylko   do   nich 
promiennie.

–   To   ja   jestem   tym   mądrzejszym   z   braci, 

jakbyście nie zauważyli – oznajmił.

Luke spojrzał na niego z wściekłością.
– Daruj sobie – mruknął półgłosem.
– Ktoś nas słyszy – syknął w odpowiedzi Smits.
Luke   na   pół   się   odwrócił   –   z   tyłu   klasy, 

zaledwie 

metr   od   nich,   nad   chłopcami 

przemykającymi   jeszcze   do   sali   górowała   potężna 
sylwetka.

To był Oscar.
Nie tylko Luke się na niego gapił – olbrzymi 

mężczyzna   sam   w   sobie   wystarczająco   przyciągał 
uwagę, ale dzisiaj jeszcze bardziej rzucał się w oczy 
dzięki   trzymanemu   w   potężnej   dłoni   młotowi 
dwuręcznemu.

background image

–   Słuchajcie,   poznajcie   mojego   ochroniarza   – 

przedstawił go Smits.

–   Czy   on   zawsze...   –   Trey   przełknął   ślinę.   – 

Chodzi tak uzbrojony?

– Chodzi ci o ten młot? – Smits wykrzywił się 

drwiąco.   –   Według   moich   rodziców   to   jest 
kompromis. Będzie go nosił, dopóki pan Hendricks 
nie przebije tutaj kilku okien. – Smits rozejrzał się 
po   kompletnie   nierozumiejących   twarzach.   –   Czy 
żaden z was nie pomyślał, co by się stało, gdyby tu 
wybuchł pożar? Ze bylibyście całkowicie uwięzieni? 
Nie musicie się już dłużej martwić, w sumie to wasi 
rodzice powinni się dorzucić do pensji Oscara. Jak 
rozwali mur, to was też uratuje.

Smits   udał,   że   robi   zamach   niewidzialnym 

młotem.

–   Chłopcy,   przypominam,   że   mamy 

przygotowane procedury ewakuacyjne – odezwał się 
łagodnie   stojący   na   przedzie   klasy   ich   nauczyciel, 
profesor Dirk.

Wszyscy   popatrzyli   na   niego   z   podziwem,   a 

Luke   zastanawiał   się,   czy   którykolwiek   z   jego 
kolegów  kiedykolwiek   wcześniej   obawiał   się   tutaj 
pożaru.   Niebezpieczeństwo   czyhające   na   zewnątrz 
murów Szkoły Hendricksa wydawało się zawsze tak 
wielkie,   że   był   pewien,   iż   nikt   nigdy   nie   bał   się 
uwięzienia w środku. Miał ochotę wstać i zapytać: 
„Czy czujecie się lepiej, wiedząc, że macie jeszcze 

background image

jeden powód do obaw?”.

Zamiast   tego   osunął   się   niżej   na   krześle   i 

siedział   cicho,   podczas   gdy   profesor   Dirk   zaczął 
lekcję historii starożytnej.

Reszta   dnia   upłynęła   podobnie:   Smits   się 

popisywał, koledzy Luke’a  gapili  się na Oscara, a 
Luke   podczas   każdej   kolejnej   lekcji   mógł   tylko 
coraz   bardziej   kulić   się   na   krześle.   Posiłki   były 
chwilą ulgi, ponieważ Smits nie pojawiał się na nich 
–   w   każdym   razie   nie   fizycznie,   ponieważ   chyba 
wszyscy w jadalni rozmawiali o nim.

– Jak myślicie, co on teraz je? – zapytał przy 

obiedzie   Joel,   podnosząc   łyżkę   ociekającą   rzadką 
kaszą na wodzie.

– Pieczoną dziką kaczkę, oczywiście nielegalną, 

ziemniaki z czosnkiem, zieloną fasolkę krojoną we 
wstążki i mus czekoladowy – odparł ponuro Trey. – 
Mówił mi wcześniej.

– Może kłamał – powiedział Luke.
– Nie – zaprzeczył Trey. – Ja mu wierzę.
Luke także wierzył, przynajmniej w tej sprawie, 

ale nie zamierzał tego przyznawać.

– Jak myślicie, ile ten jego ochroniarz musi jeść, 

żeby   utrzymać   takie   mięśnie?   –   spytał   John.   – 
Widzie liście go? Nie zrobiłem nawet kawałka pracy 
domowej w czasie na samodzielną naukę, myślałem 
tylko o tym, co by się stało, gdyby zamachnął się na 
mnie tym młotem. Wiecie, stał tuż za mną.

background image

– I tak nigdy nie odrabiasz lekcji w czasie na 

samodzielną   naukę   –   powiedział   Luke,   ale 
najwyraźniej nikt go nie usłyszał.

Kiedy przyszła cisza nocna, Luke marzył tylko o 

tym, żeby ten dzień się skończył, ale ledwie zasnął, 
ktoś zaczął nim potrząsać. To była potężna łapa z 
grubymi   palcami   –   Luke   nigdy   wcześniej   nie 
wiedział,   że   ludzie   mogą   mieć   do   tego   stopnia 
umięśnione palce.

– Twój brat cię potrzebuje – szepnął niski głos. 

– Chodź.

To był Oscar, a Luke stłumił jęk przerażenia.
– Nie obudź kolegów – ostrzegł Oscar.
Luke był ciekaw, ilu z nich już się obudziło i 

teraz udawało tylko sen. Siedmiu chłopców dzieliło 
z nim pokój – ilu z nich miało odrobinę uchylone 
powieki,   tylko   tyle,   żeby   zobaczyć,   że   wychodzi? 
Jeśli   Oscar   chciał   wywabić   Luke’a,   żeby   go 
skrzywdzić   albo   może   nawet   zabić,   ilu   chłopców 
potrafiłoby powiedzieć panu Hendricksowi: „Oscar 
przyszedł do naszego pokoju o północy, żeby zabrać 
Luke’a. To jego wina, on jest niebezpieczny”?

Luke   powiedział   sobie,   że   Oscar   nie   ma 

powodów,   żeby   robić   mu   krzywdę,   nie   mówiąc   o 
zabijaniu, a zatem nie miał powodów, żeby się go 
obawiać.

Ale i tak się bał.

background image

R

OZDZIAŁ

 8

Luke   zmusił   się   do   wstania   z   łóżka   –   Oscar 

trzymał   mu   ostrzegawczo   rękę   na   ramieniu,   a 
chłopiec  z   trudem   powstrzymał   się   od   tego,   żeby 
złapać   Treya,   który   spał   na   łóżku   piętrowym   nad 
nim,   albo   śpiącego   na   sąsiednim   łóżku   Joela,   i 
błagać, żeby z nim poszli albo go ratowali. Nagle 
miał wrażenie, że także potrzebuje ochroniarza.

Ale   zachował   milczenie,   jakby   najważniejsze 

było wyparcie się własnego strachu. Oscar wypchnął 
go przez drzwi na korytarz, a potem pociągnął na 
górę   tylnymi   schodami.   Luke   wbrew   woli 
przypomniał sobie, kiedy ostatnio był w nocy poza 
pokojem, a do tego tak przerażony – wtedy, kiedy 
desperacko   próbował   pokrzyżować   plany   Jasona, 
szpiega Policji  Populacyjnej, który udawał, że  jest 
jednym z trzecich dzieci z fałszywymi dokumentami. 
Czy teraz Oscar – albo może Smits – też snuli jakieś 
plany?

Luke   uspokajał   siebie,   że   wtedy   nie   wiedział, 

czy   może   zaufać   komukolwiek   w   Szkole 
Hendricksa, a teraz był pewien, że w razie potrzeby 
może   ufać   swoim   przyjaciołom   i   panu 
Hendricksowi.   Mógł   pobiec   do   dowolnej   dorosłej 
osoby w szkole; nawet jeśli personel był tu dziwny, 
wiedział, że wszyscy zrobią co w ich mocy, żeby mu 

background image

pomóc.

Na   szczycie   schodów   Oscar   obrócił   Luke’a 

twarzą do rzeźbionych drewnianych drzwi, ale zanim 
jeszcze je otworzył, chłopiec usłyszał, że w środku 
ktoś płacze. Kiedy drzwi się otworzyły, Smits usiadł 
na łóżku i spojrzał ze złością na Luke’a.

–   Tęsknię...   –   zaczął,   ale   cokolwiek   chciał 

powiedzieć, utonęło w napadzie żałosnego szlochu.

–   Za   domem   –   skończył   za   niego   Oscar.   – 

Tęskni za domem, jak mały głupi dzieciak.

Oscar   opadł   na   krzesło   w   nogach   łóżka   i 

popchnął Luke’a w kierunku Smitsa, którego szloch 
zmienił się w ciche zawodzenie. Siadając na łóżku 
obok młodszego chłopca, Luke nagle zrozumiał, co 
tamten chciał powiedzieć: za Lee. Smits tęsknił za 
Lee,   prawdziwym   Lee,   prawdziwym   starszym 
bratem, którego musiał podziwiać i kochać. Po raz 
pierwszy   Luke   poczuł   przypływ   współczucia   dla 
Smitsa – nie potrafił sobie wyobrazić, co by było, 
gdyby któryś z jego prawdziwych braci, Mark albo 
Matthew,   nie   żył.   Było  wystarczająco   okropne,   że 
Luke   miał   ich   prawdopodobnie   nigdy   już   nie 
zobaczyć,   ale   przynajmniej   dalej   mógł   sobie 
wyobrażać, jak siedzą w domu, robią kawały, grabią 
siano i żartują z siebie nawzajem, a może tęsknią za 
nim. Potrafił sobie wyobrazić, jak ich życie toczy się 
nawet bez niego.

Ale Smits – Smitsowi nie zostało nic po bracie, 

background image

który odszedł na zawsze.

A Luke zabrał jego imię.
Luke z lękiem rzucił spojrzenie na Oscara – jak 

ktoś, kto słyszał szloch Smitsa, mógł  uznać, że to 
tylko tęskniący za domem niemądry dzieciak? Luke 
wiedział, jak wygląda rozpacz, potrafił usłyszeć cały 
ból w pozbawionym słów płaczu Smitsa:  Mój brat 
nie żyje. Kochałem go, a jego już nie ma i to boli  
bardziej,   niż   cokolwiek   mogłoby   boleć...  
A   jeśli 
Oscar także to zrozumie?

Rozpacz   Smitsa   była   niebezpieczna   –   mogła 

stanowić śmiertelne zagrożenie dla Luke’a.

Luke   wyciągnął   rękę   i   niezręcznie   poklepał 

Smitsa po ramieniu.

– No już, już – powiedział głosem, który nawet 

jemu   samemu   wydał   się   drewniany.   –   Wszystko 
dobrze.

Smits   zesztywniał   i   spojrzał   na   niego 

oszołomiony, jakby nigdy wcześniej go nie widział.

–   Naprawdę   tęsknisz   za   domem?   –   zapytał 

Luke. – Czy może po prostu przyśnił ci się koszmar?

Siedzący   za   nimi   Oscar   zapalił   górne   światło, 

którego   ostry   blask   raził   oczy   Luke’a.   Smits 
gwałtownie zamrugał.

–   Tak,   to   rzeczywiście   był   koszmar   – 

powiedział. – Ja... śniło mi się, że umarłeś.

– Cóż, w takim razie mam nadzieję, że to po 

mnie płakałeś. – Luke starał się, żeby zabrzmiało to 

background image

jak żart między braćmi, nie jak ostrzeżenie między 
nieznajomymi: „Graj dalej”, miał ochotę powiedzieć 
do   Smitsa.   „Nie   pozwól,   żeby   Oscar   domyślił   się 
prawdy.   Chyba   wiesz,   co   ryzykujesz?”.   Nie   był 
jednak pewien, czy Smits to wiedział i czy w ogóle 
go to obchodziło.

Smits pociągnął nosem.
– Mogę ci opowiedzieć mój sen? – zapytał.
Luke   znowu   rzucił   okiem   na   Oscara,   który 

rozparł się na krześle z przymkniętymi oczami. Cała 
jego   postawa   mówiła   jasno:   „Jestem   tutaj,   żeby 
pilnować życia tego dzieciaka, koszmary to nie moja 
sprawa”.

– Jasne – odparł Luke. – Opowiedz mi.
– Je... jechałeś na nartach – powiedział Smits, 

po   czym   urwał   i   przełknął   ślinę.   Nie   patrzył   na 
Luke’a, miał spuszczoną głowę i wzrok utkwiony w 
kołdrze.   –   Jechałeś   na   nartach   i   byłeś   w 
niebezpieczeństwie.   Wiedziałeś,   że   jesteś   w 
niebezpieczeństwie...

– A co, ty jechałeś za mną? – zapytał Luke. – 

Bałem się, że się na mnie przewrócisz? – Zależało 
mu na utrzymaniu lekkiego tonu, żeby powstrzymać 
Smitsa od nawrotu rozpaczliwego żalu.

Smits rzucił mu spojrzenie pełne czystej furii i 

w   tym   momencie   Luke   zrozumiał,   że   młodszy 
chłopiec nie opowiada snu, ale to, co się naprawdę 
stało z Lee. Uważał, że Luke powinien wiedzieć, a 

background image

tylko w ten sposób mógł mu to przekazać.

– Nie było mnie tam – wyjaśnił cicho Smits, a 

Luke   chciał   zaprotestować   i   powiedzieć,   że   Smits 
zdradza  w tym momencie  zbyt  wiele. Ale  to było 
zgodne   z   logiką   niektórych   snów,   pozwalających 
śniącemu wiedzieć  o  rzeczach, które wydarzyły się 
daleko od niego.

– Czy L... To znaczy, czy ja wiedziałem, co to 

za niebezpieczeństwo? – spytał Luke.

Smits z namysłem przechylił głowę.
– Nie wiem – odparł. – Chyba tak. Niosłeś coś, 

nie   jeździłeś   na   nartach   dla   przyjemności, 
próbowałeś   gdzieś   dojechać   i   coś   przekazać.   A 
potem zastrzelił cię żołnierz.

– Żołnierz? – zapytał Luke. Przywykł do lęku 

przed Policją Populacyjną, ale nigdy nie myślał, że 
żołnierze mogą strzelać do zwykłych ludzi.

Oczywiście prawdziwy Lee Grant nie był nigdy 

zwykłym   człowiekiem,   był   synem   jednego   z 
najbogatszych ludzi w kraju.

–   Dlaczego   ten   żołnierz   do   mnie   strzelał?   – 

spytał Luke.

–  Nie   wiem  – powiedział   Smits,  który znowu 

płakał,   ale   tym   razem   po   cichu.   –   Chciał   cię 
powstrzymać przed dotarciem w to miejsce, w które 
się   wybierałeś,   I   przekazaniem   tego,   co   miałeś 
przekazać.

– A ty nie wiesz, co to było ani gdzie jechałem?

background image

Smits w milczeniu potrząsnął głową.
Oscar nagle wydał z siebie donośne chrapnięcie, 

które   sprawiło,   że   Luke   podskoczył.   Chrapnięcie 
przeszło   w   cichsze   pochrapywanie,   a   Smits 
zachichotał.

–   Chyba   nie   musimy   się   już   przejmować...   – 

zaczął Luke.

Ale Smits przestał się śmiać, zatkał mu usta ręką 

i pochylił się do jego ucha.

– Może udawać, nie jest taki głupi, za jakiego 

go masz. Zawsze jest czujny... – wyszeptał.

Odsunął się od Luke’a i obaj chłopcy popatrzyli 

na siebie, próbując z powrotem wejść w odgrywane 
role.

– I to był cały sen? – zapytał Luke.
Smits skinął głową.
–   Sam   widzisz,   że   to   tylko   koszmar,   nic 

prawdziwego.   Jestem   tutaj,   nic   mi   nie   jest,   żaden 
żołnierz do mnie nie strzelał. Zresztą o tej porze roku 
i tak nie miałbym gdzie jeździć na nartach.

Z każdym wypowiadanym słowem Luke widział 

łzy   napływające   do   oczu   Smitsa   –   cóż,   wiedział 
dobrze,   że   jego   obecność   nie   była   dla   młodszego 
chłopca   żadną   pociechą.   Nie   uspokajało   go   to,   że 
Luke   żył,   ponieważ   prawdziwy   Lee   był   nadal 
martwy.

– No już – powiedział szorstko Luke i poklepał 

poduszkę   Smitsa.   –   Idź   spać,   rano   poczujesz   się 

background image

lepiej.

Smits posłusznie położył się do łóżka, ale nie 

zamknął oczu.

–   Jakie   jest   twoje   ulubione   wspomnienie   z 

czasów, kiedy byliśmy mali? – zapytał.

Luke zawahał się, ale odpowiedział szczerze:
– To, jak matka opatulała mnie wieczorem na 

dobranoc.

Wiedział,   że   prawdziwy   Lee   prawdopodobnie 

nie  mówiłby  tak o  swojej  matce,  ale  to nie  miało 
znaczenia. Ten jeden raz nie zaszkodziło powiedzieć 
prawdę.

Smits uśmiechnął się sennie.
–   A   wiesz,   co   ja   pamiętam?   Pamiętam,   że 

mieliśmy   taki   duży   czerwony   wagonik,   a   nasza 
niania ciągnęła nas w nim, obu jednocześnie, przez 
całe godziny. A potem, kiedy byliśmy trochę więksi, 
ty   mnie   sam   w   nim   ciągnąłeś,   wokół   naszego 
pokoju,   a   ja   wołałem:   „Jeszcze!   Jeszcze!”.   Ale   ja 
nigdy   cię   nie   ciągnąłem,   powinienem   to   zrobić 
chociaż raz...

– Byłeś za mały, głuptasie – odparł Luke. Smits 

nie   był   jego   prawdziwym   bratem,   a   on   nigdy   nie 
widział tego czerwonego wagonika, o którym mówił, 
ale mimo to przeszedł go zimny dreszcz. – Coś ci 
powiem:   jeśli   jeszcze   kiedyś   znajdziemy   ten 
wagonik, będziesz mógł mnie w nim pociągnąć.

– To nie będzie to samo – mruknął Smits. – To 

background image

już nie będzie to samo.

background image

R

OZDZIAŁ

 9

Następnego dnia przyjechał pan Talbot.
To   właśnie   pan   Talbot   umożliwił   Luke’owi 

zdobycie   fałszywego   dowodu   tożsamości.   Kiedy 
jeszcze Luke się ukrywał, rząd przymusowo wykupił 
od   jego   rodziny   las   za   ich   domem,   żeby   na   jego 
miejscu wybudować eleganckie osiedle dla bogaczy. 
Kiedy   zostało   ukończone,   do   domu   najbliższego 
domowi   Luke’a   wprowadził   się   pan   Talbot   z 
rodziną. To, że  inni  ludzie  zamieszkali  tak blisko, 
przerażało rodziców Luke’a, którzy obawiali się, że 
ktoś odkryje jego istnienie – ale zamiast tego Luke 
odkrył   inne   ukrywające   się   trzecie   dziecko:   córkę 
pana Talbota, Jen.

Przez   kilka   cudownych   miesięcy   Luke   w 

sekrecie   przekradał   się   między   swoim   domem   a 
domem Talbotów. Jen stała się jego przyjaciółką, a 
poprzez   czat   internetowy   przedstawiła   go   innym 
ukrywającym się  trzecim dzieciom. Podzieliła się z 
nim   także   swoim   marzeniem   o   dniu,   w   którym 
wszystkie trzecie dzieci będą wolne.

A   później   Jen   została   zamordowana   podczas 

pikiety, walcząc o tę wolność.

Pan Talbot ocalił Luke’a, dał mu tożsamość Lee 

Granta   i   przywiózł   go   do   Szkoły   Hendricksa.   Od 
tamtego czasu Luke widział go tylko dwa razy – za 

background image

każdym   razem   wtedy,   gdy   groziło   im 
niebezpieczeństwo.

Teraz sam jego widok sprawił, że Luke zaczął 

się martwić.

Jednakże   gdyby   sądzić   pana   Talbota   po 

zachowaniu,   Luke   byłby   skłonny   uwierzyć,   że   nie 
trapią go żadne problemy. Mężczyzna wparował na 
lekcję przyrody i zagrzmiał:

– Przepraszam, strasznie przepraszam, że wam 

przeszkadzam.   Wiem,   że   nauka   przyrody   jest 
niezwykłe ważna, ale może ktoś tutaj miałby ochotę 
zerwać się z lekcji i zjeść ze mną lunch?

Luke mógłby sobie wyobrazić, że w innej klasie 

i   w   innej   szkole   po   takiej   propozycji   dzieciaki 
zaczęłyby machać rękami i krzyczeć: „Ja! Ja! Proszę 
mnie wybrać!”.

W   jego   klasie   chłopcy   zastygli   bez   ruchu, 

obserwując czujnie pana Talbota i tylko Smits nie 
sprawiał   wrażenia   przerażonego.   Zmrużył   oczy   i 
przekrzywił   głowę   z   namysłem,   ale   on   także   nie 
odpowiedział na zadane pytanie.

Pan Talbot roześmiał się serdecznie.
– Nie pchajcie się tak wszyscy – zażartował i 

zwrócił się do nauczyciela: – Widzę, że tak ich pan 
zafascynował nauką, że nie chcą wychodzić. Należą 
się   panu   najwyższe   pochwały   za   tak   wspaniałą 
pracę.

Nauczyciel, profesor Nimms, sprawiał wrażenie 

background image

równie przerażonego, jak jego uczniowie.

– Cóż, nie chcę wam zabierać zbyt wiele czasu – 

powiedział   pan   Talbot.   –   U   pana   Hendricksa   jest 
miejsce na dwie dodatkowe osoby, a ja obiecałem 
Grantom, że skoro tu będę, sprawdzę, co słychać u 
ich synów. Chodź, Lee, chodź, Smits, zjedzmy coś 
pysznego.

Luke   usłyszał   czyjś   zawistny   szept:   „Smits 

codziennie je coś pysznego” i musiał ukryć uśmiech, 
kiedy on, Smits i Oscar wstali, żeby wyjść.

–   Momencik   –   wtrącił   pan   Talbot.   –   Pan   nie 

musi   z   nami   iść.   –   Zwrócił   się   do   Oscara.   – 
Zapewniam,   że   pan   Hendricks   ma   doskonale 
zabezpieczony dom i obaj młodzi Grantowie będą ze 
mną całkowicie bezpieczni. Może pan sobie wziąć 
wolną   godzinkę,   jestem   pewien,   że   chętnie   pan 
chwilę odsapnie.

–   Mam   rozkaz,   żeby   nie   spuszczać   chłopca   z 

oka – warknął Oscar. – Nawet na chwilę.

Luke widział, jak pan Talbot umiał przechytrzyć 

Policję Populacyjną – nie raz, ale dwa razy – i był 
pewien, że teraz zdoła jakoś obrócić słowa Oscara 
przeciwko niemu samemu i zmienić jego plany tak, 
że Oscar sam przyzna: „A tak, oczywiście, zostanę 
tutaj.   Niech   pan   idzie   z   chłopcami,   ufam   panu 
całkowicie”.

Ale pan Talbot tylko wzruszył ramionami.
– Cóż, pana strata – powiedział. – Z pewnością 

background image

przekażę   pana   pracodawcom,   z   jakim   oddaniem 
wykonuje pan swoje obowiązki.

Luke był boleśnie świadomy obecności Smitsa i 

Oscara   za   swoimi   plecami,   kiedy   wychodził   obok 
pana Talbota z klasy, szedł korytarzem i mijał drzwi 
na zewnątrz, kierując się do domu pana Hendricksa. 
Gdyby nie oni, zasypałby pana Talbota pytaniami: 
„Czy   wie   pan,   dlaczego   Smits   tu   jest?”,   „Co 
Grantowie sobie wyobrażają?”, „Czy Smits stanowi 
dla   mnie   zagrożenie?”,   „Czy   mogę   mu   zaufać?”, 
„Jak   zginął   prawdziwy   Lee?”.   Pan   Talbot   zawsze 
znał wszystkie odpowiedzi.

Dzisiaj   jednak   pan   Talbot   zachowywał   się, 

jakby   nie   obchodziły   go   pytania   kłębiące   się   w 
głowie   Luke’a.   Odwrócił   się   i   zaczął   rozmowę   ze 
Smitsem.

–   Przyzwyczaiłeś   się   już   do   nowej   szkoły?   – 

zapytał. – Dałeś rodzicom znać, że wszystko jest w 
porządku?

–   A   co   ich   to   obchodzi?   –   odpowiedział 

pytaniem Smits.

– Cóż, jesteś ich synem – pan Talbot nie tracił 

pogody ducha.

– Zawsze woleli Lee – odparł Smits.
No nie, powiedział „woleli”, w czasie przeszłym 

– serce Luke’a zaczęło się tłuc w panice, że Oscar 
mógł to usłyszeć. Obejrzał się przez ramię, ale Oscar 
maszerował   w   milczeniu   obok   Smitsa,   nie 

background image

zdradzając się, że cokolwiek usłyszał.

–   Och,   z   pewnością   tak   nie   jest   –   powiedział 

szybko pan Talbot. – Jestem pewien, że kochają was 
tak samo. – Luke był wdzięczny panu Talbotowi za 
położenie nacisku na czas teraźniejszy. – Może ci się 
teraz   wydawać,   że   wolą   Lee,   ponieważ   Lee   tak 
wspaniale pracował nad sobą, żeby się zmienić, od 
kiedy   trafił   do   Szkoły   Hendricksa.   Żadnych 
wagarów,   żadnych   niezaliczonych   klasówek, 
naprawdę się przykłada do nauki. Jestem pewien, że 
tobie także pobyt tutaj świetnie zrobi.

– Nieważne – rzucił Smits.
Doszli do domu pana Hendricksa, który wpuścił 

ich do środka.

–   Mamy   dzisiaj   doskonałą   zapiekankę 

warzywną   –   pochwalił   się.   –   Z   groszkiem, 
marchewką i fasolą wyhodowanymi w naszej szkole, 
dzięki Lee.

Luke miał nadzieję, że Smits usłyszy dumę w 

głosie   pana   Hendricksa   i   zrozumie,   co   zdołał 
osiągnąć Lee, ale Smits najwyraźniej przebywał we 
własnym nadąsanym świecie.

Usiedli   przy   stole   w   jadalni,   podczas   kiedy 

Oscar   stał   na   warcie   za   ich   plecami.   Początkowo 
nastąpiło   zamieszanie   z   rozstawianiem   talerzy   i 
nakładaniem porcji zapiekanki, ale szybko zapadła 
niezręczna cisza. Wszyscy wyraźnie czekali, aż ktoś 
się odezwie. W końcu Smits odłożył widelec.

background image

–   Jeśli   jest   pan   tutaj   na   polecenie   moich 

rodziców – oznajmił, patrząc wprost na pana Talbota 
– to proszę im powiedzieć, że do niczego nie mogą 
mnie zmusić.

–   Oczywiście   –   odparł   pan   Talbot.   –   Czy 

powinienem   także   patrzeć   na   nich   z   wściekłością, 
kiedy będę to przekazywać? Wydaje  mi  się, że to 
spojrzenie jest ważną częścią wiadomości, prawda?

Smits   opuścił   wzrok   na   talerz   i   nic   nie 

odpowiedział.

–   To   twoi   rodzice   –   wtrącił   łagodnie   pan 

Hendricks. – Troszczą się o ciebie.

– Wcale nie – mruknął Smits.
– Wiesz, byłem kiedyś takim chłopcem jak ty – 

odezwał   się   pan   Hendricks.   –   Samolubnym, 
dbającym tylko o własne zachcianki...

–   Samolubnym?   –   wybuchnął   Smits.   – 

Samolubnym?  Czy   to  jest   samolubne,   że  chcę...  – 
urwał   nagle,   przenosząc   spojrzenie   z   Oscara   na 
Luke’a,   a   potem   odepchnął   krzesło   od   stołu, 
odwrócił   się   i   wybiegł   z   pokoju.   Oscar   w   jednej 
chwili pognał za nim. W następnym momencie Luke 
zobaczył ich przez okno – Oscar gonił Smitsa, ale 
chłopiec miał wystarczające fory, więc złapanie go 
powinno potrwać chwilę.

– O co tu chodziło? – zapytał.
Pan   Talbot   podszedł   do   okna,   bacznie 

obserwując   potężnego   ochroniarza   biegnącego   za 

background image

chłopcem.

– Twojemu bratu – powiedział ponuro – grozi 

zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym.

– Szpitalu psychiatrycznym? – powtórzył Luke. 

– Znaczy tam, gdzie się wsadza wariatów? Ale on 
nie   jest   wariatem,   jest   trochę   dziwaczny   i 
niegrzeczny, ale nie jest nienormalny.

–   Rozpowiadał,   że   jego   starszy   brat,   Lee,   nie 

żyje   –   powiedział   pan   Talbot,   nadal   wyglądając 
przez   okno.   –   W   poprzedniej   szkole   powiedział 
kolegom   z   klasy,   że   jego   brat   został   zabity   na 
polecenie rządu.

Luke gwałtownie wciągnął oddech.
– Ale...
Pan Talbot odwrócił się do niego.
– Nie uwierzyli mu – wyjaśnił. – Na szczęście 

Smits wyrobił sobie już wcześniej reputację kłamcy. 
Ale   jest   niebezpieczny;   w   naszym   kraju 
dwunastolatek   uzbrojony   w   prawdę   jest   zaiste 
bardzo niebezpieczną osobą.

Luke potrząsnął głową, próbując zrozumieć to, 

co właśnie usłyszał.

–   Czy   Grantowie   naprawdę   zrobiliby   coś 

takiego? – zapytał. – Wsadziliby Smitsa do jakiegoś 
domu   wariatów,   bo   nie   umie   usiedzieć   cicho? 
Odesłaliby   prawdziwego   syna,   żeby...   żeby   mnie 
chronić?

– Ty nie obchodzisz Grantów – odparł szorstko 

background image

pan Talbot. – Starają się ochronić tylko siebie.

Luke   znowu   potrząsnął   głową,   ale   teraz   już 

nawet nie starał się czegokolwiek zrozumieć. Jeśli 
Smits   był   kłamcą,   w   jak   wielu   sprawach   okłamał 
Luke’a?

–   Czy   Lee   Grant   naprawdę   został   zabity   na 

polecenie rządu? – zapytał.

Pan   Talbot   patrzył   prosto   na   niego,   mrużąc 

oczy, marszcząc brwi i wydymając wargi. Wyraźnie 
zastanawiał się, czy może, czy też nie powinien tego 
mówić Luke’owi.

– Prawdopodobnie – odparł w końcu.
Oscar i Smits wrócili do domu pana Hendricksa: 

wielka   łapa   Oscara   ściskała   prawe   ramię   chłopca, 
który dyszał ciężko, ale nadal patrzył z wściekłością 
na górującego nad nim mężczyznę. Kiedy stanęli na 
progu jadalni, Luke zobaczył, że Smits cofnął nogę i 
z   całej   siły   kopnął   Oscara   w   łydkę,   jednak 
ochroniarz nawet nie drgnął.

–   Zabiorę   Smithflelda   do   pokoju   –   oznajmił 

Oscar. – Skoro nie potrafi okazać dobrych manier, 
nie   zasługuje   na   to,   żeby   jeść   z   cywilizowanymi 
ludźmi.   Lee,   przynieś   mu   potem   pracę   domową   z 
pozostałych lekcji.

Po raz pierwszy Oscar zwrócił się do Luke’a po 

imieniu   –   czy   to   możliwe,   że   nadal   wierzył   w   to 
kłamstwo?

– Tak, jasne – odparł Luke.

background image

Oscar   wywlókł   za   drzwi   wyrywającego   się 

przez cały czas Smitsa.

Kiedy   zniknęli,   Luke   uświadomił   sobie,   że   w 

końcu ma to, na czym mu wcześniej zależało: pana 
Talbota   i   pana   Hendricksa   tylko   dla   siebie.   Był 
jednak   zbyt   oszołomiony,   żeby   wymyśleć   jeszcze 
jakieś   pytania,   a   pan   Talbot   i   pan   Hendricks 
wyglądali   na   zbyt   zatroskanych,   żeby   cierpliwie 
udzielać mu potrzebnych wyjaśnień.

– Jak myślicie, co się teraz stanie ze Smitsem? 

I... i ze mną? – zapytał w końcu.

A pan Talbot, który zawsze znał odpowiedzi na 

wszystkie pytania, powiedział:

– Nie wiem.

background image

R

OZDZIAŁ

 10

Nie stało się nic.
Pan Talbot wyjechał, a Luke wrócił na lekcje  i 

robił   notatki   dotyczące   życia   roślin   i   kompozycji 
muzycznych. Tuż przed obiadem poszedł do pokoju 
Smitsa, żeby zanieść mu zadaną pracę domową, ale 
Oscar  odebrał  ją od niego w drzwiach i Luke  nie 
zobaczył nawet przelotnie młodszego chłopca.

Następnego dnia Smits wrócił do klasy tak samo 

arogancki jak zawsze, z tak samo złowieszczym jak 
zawsze Oscarem stojącym za jego plecami z młotem 
dwuręcznym.   Sama   ich   obecność   zabiła   wszelkie 
rozmowy i sprawiła, że wszyscy co chwila rzucali 
przez   ramię   przerażone   spojrzenia.   Luke   zauważył 
nawet,   że   niektórzy   chłopcy   patrzą   na   niego   ze 
złością, jakby to była jego wina, że Smits i Oscar się 
tu znaleźli.

Wiedział, że w jakiś dziwny sposób jest to jego 

wina, chociaż teraz rozumiał, że nawet pan Talbot 
nie był pewien, dlaczego Grantowie wysłali Smitsa 
do Szkoły Hendricksa.

Minął   tydzień,   minęły   dwa   tygodnie,   trzy 

tygodnie 

–   Luke   spodziewał   się   jakichś 

dramatycznych wydarzeń, może kolejnego wybuchu 
Smitsa,   ale   dostawał   tylko   matematykę,   przyrodę, 
literaturę, historię, muzykę  i wieczorne zabawy. A 

background image

co jakiś czas wezwanie od Smitsa, kiedy wszyscy już 
spali.

Smits nie wspominał już o śmierci Lee ani jako 

o prawdziwym wydarzeniu, ani udając, że to coś, co 
wydarzyło   się   we   śnie.   Zamiast   tego   późną   nocą, 
kiedy Oscar spał – albo udawał, że śpi – opowiadał o 
swoich wspomnieniach związanych z Lee.

–   Pamiętasz,   jak   zrobiliśmy   kawał 

kamerdynerowi?   –   mówił.   –   Kiedy   włożył   buty   i 
odpaliły   się   te   petardy...   pamiętasz,   jak   wysoko 
skoczył?

Albo:
– Pamiętasz tę nianię, która pachniała bananami, 

a my nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego, bo byliśmy 
pewni, że nie wolno jej jeść żadnych bananów. A 
potem   gospodyni   złapała   ją,   jak   nacierała   włosy 
pastą z bananów, bo gdzieś usłyszała, że zrobią się 
od tego grubsze, a ona była zakochana w szoferze, 
który wtedy u nas pracował, i kiedyś przyłapaliśmy 
ich, jak się całowali w garażu...

Albo:
–   Pamiętasz,   jak   kradliśmy   pokojówkom 

miotełki   od   kurzu?   Powiedziałeś   mi,   że   zostały 
zrobione z prawdziwych ptaków, a ja się bałem, że 
ożyją i zaczną latać po domu w środku nocy...

Wspomnienia   Smitsa   nie   zawsze   miały   sens, 

ponieważ przeskakiwał od historii do historii, a Luke 
nie   potrafił   nigdy   powiedzieć,   ile   lat   on   i   Smits 

background image

powinni mieć w każdej z tych opowieści. Czy Smits 
i   prawdziwy   Lee   spuścili   w   toalecie   całą   rolkę 
papieru toaletowego, kiedy mieli dwa i trzy lata, czy 
kiedy mieli jedenaście i dwanaście lat? Trudno było 
mu zadawać pytania, ponieważ te historie powinny 
być   także   jego   wspomnieniami.   Nie   powinien 
potrzebować   Smitsa,   żeby   mu   na   przykład 
opowiadał, ile kucharek miało osmalone rzęsy, kiedy 
eksplodował   płonący   deser   podczas   jednego   z 
eleganckich   przyjęć   urządzanych   przez   ich 
rodziców.

Smitsa chyba nie obchodziło, czy Luke rozumie 

jego paplaninę, czy też nie, ale po kilku nocach Luke 
ze   zdumieniem   zauważył,   że   może   się   włączyć   w 
snucie   wspomnień,   ponieważ   Smits   zaczął 
powtarzać historie, które już słyszał.

–   Prawda,   miotełki   do   kurzu!   –   wykrzyknął 

Luke. – Prawie o tym zapomniałem. Na litość boską, 
dlaczego ty się ich tak bałeś? Nie myślałeś chyba, że 
naprawdę mogą ożyć, prawda?

Smits obdarzył go zagadkowym spojrzeniem.
–   Owszem,   myślałem   –   odparł.   –   Nie 

rozumiałem  wtedy,   czym   jest   śmierć.   –   A   potem 
zaczął kolejną opowieść.

Początkowo   Luke   tylko   grał   –   udawał,   że 

słucha, że go to obchodzi. Powoli jednak zaczął się 
wciągać w rozwijające się hipnotyczne opowieści o 
życiu, jakie Smits i Lee prowadzili. To był dla niego 

background image

obcy   świat:   sam   wzrastał   wśród   ciężkiej   pracy   i 
strachu,   życie   dla   jego   rodziny   było   ciągłą   walką, 
podczas gdy Smits  i  Lee mieli własne miniaturowe 
samochodziki,   którymi   mogli   jeździć   po   alejkach 
posiadłości. Pewnego razu na przyjęcie urodzinowe 
Smitsa   przyjechał   prawdziwy   cyrk   i   dał 
przedstawienie dla jego trzydziestu pięciu gości.

Ale   to   Luke   miał   matkę,   która   opatulała   go 

każdej   nocy   do   snu,   i   ojca,   który   grał   z   nim   w 
warcaby   w   ponure   zimowe   dni,   kiedy   nie   było 
żadnej roboty w gospodarstwie, podczas kiedy Smits 
i Lee mieli tylko służbę.

Pewnej nocy, na  początku czwartego tygodnia 

snucia   przez   Smitsa   opowieści,   Luke   odważył   się 
przerwać pytaniem długą i skomplikowaną historię 
zaginionego misia.

–   Możesz   mi   przypomnieć,   gdzie   wtedy   była 

mama?

Smits   przerwał   i   rzucił   mu   zaskoczone 

spojrzenie.

– Też nie pamiętam – odpowiedział. – Pewnie 

dobrze się bawiła na jakimś przyjęciu. Jak zawsze.

I   kontynuował,   wyrażając   się   z   najwyższym 

oburzeniem   o   niani,   która   odmówiła   wyjścia   na 
dach,   żeby   wyciągnąć   misia   z   rynny,   do   której 
wrzucił go Smits.

Niedługo   potem   na   zakończenie   wyjątkowo 

długiej sesji wspomnieniowej Smits powiedział:

background image

– Przepraszam, wiem, że starasz się mi pomóc. 

Przynajmniej   nie   zasypiasz   –   przewrócił   oczami, 
wskazując   potężną   sylwetkę   chrapiącego   Oscara. 
Luke   stłumił   ziewnięcie   i   mało   brakowało,   a   nie 
zauważyłby, że Smits zacisnął szczęki, a jego twarz 
przybrała  poważny wyraz, znowu  upodabniając  go 
do miniaturowego dorosłego.

– Cokolwiek się wydarzy – powiedział Smits – 

możesz   powtórzyć   innym   to,   co   ci   mówię:   to   nie 
przez ciebie. To nie będzie twoja wina. Ja... ja chyba 
cię nawet polubiłem.

W jego głosie brzmiało zdziwienie.

background image

R

OZDZIAŁ

 11

Luke chwiejnie wracał do własnego pokoju. Był 

tak   senny,   że   niemal   rozważał   położenie   się  i 
zaśnięcie na schodach. W głębi duszy przeczuwał, że 
powinien   dokładnie   się   zastanowić,   co   oznaczały 
słowa:   „Cokolwiek   się   wydarzy...   To   nie   będzie 
twoja wina”. Był jednak tak niewyspany z powodu 
Smitsa,   że   jego   umysł   dokonywał   cudów,   żeby 
kierować stopami: po schodach na dół, w lewo, w 
prawo, na dół i jeszcze na dół. Wiedział, że nie zdoła 
przemyśleć niczego ważnego aż do rana.

Smits   prawdopodobnie   już   spał   –   cokolwiek 

miało   się   jego   zdaniem   wydarzyć,   na   pewno 
wydarzy się najwcześniej rankiem.

Luke dotarł do swojego pokoju, padł na łóżko i 

niemal natychmiast zasnął.

Miał wrażenie, że dosłownie kilka minut później 

wyrwała go ze snu donośna syrena alarmowa. Kiedy 
otworzył oczy, zobaczył migające światła i grzmiący 
w   pokoju   głos:   „Zarządzam   natychmiastową 
ewakuację!

 

Zarządzam

 

natychmiastową 

ewakuację!”.

Pozostali   chłopcy   siedzieli   oszołomieni   na 

łóżkach,   przyciskając   dłonie   do   uszu   –   głos   w 
głośnikach   był   tak   donośny,   że   Luke   z   trudem 
słyszał własne myśli. Zobaczył, że Trey zeskakuje z 

background image

piętrowego łóżka – jego usta się poruszały i Luke 
pomyślał, że przyjaciel chce go o coś zapytać, ale 
nie miał szans usłyszeć niczego przez wycie alarmu. 
Popatrzył na Treya i bezradnie rozłożył ręce.

Trey pochylił się i wrzasnął mu prosto do ucha:
– A jeśli to podstęp? Myślę, że powinniśmy się 

schować!

Luke potrząsnął głową, ponieważ jego umysł po 

raz   pierwszy   zarejestrował   coś   poza   alarmem. 
Przycisnął   złożone   ręce   do   ucha   Treya   i   krzyknął 
najgłośniej, jak mógł:

– Nie! Czuję zapach dymu!
Głos w głośniku oznajmił: „Znajdujecie się  w 

niebezpieczeństwie!   W   szkole   wybuchł   pożar! 
Zarządzam   natychmiastową   ewakuację.   Opuśćcie 
budynek przez tajne drzwi w waszych pokojach”.

Tajne drzwi? Luke nie miał pojęcia, co to miało 

znaczyć, ale nagle w ślepej ścianie, na którą nigdy 
nie zwracał specjalnej uwagi, pojawiła się szczelina, 
a kilka sekund później otwarły się drzwi prowadzące 
na słabo oświetlony korytarz.

Luke   przyjrzał   się   im   podejrzliwie   –   Trey 

obawiał  się  podstępu.  A   jeśli   głos  kierował  ich  w 
stronę   źródła   zagrożenia,   a   nie   w   bezpieczne 
miejsce?   Chłopiec   ostrożnie   wysunął   głowę   przez 
tajemnicze   drzwi   i   na   końcu   pogrążonego   w 
półmroku   korytarza   zobaczył   prowadzące   na   dół 
schody. Czy to była najkrótsza droga na zewnątrz? 

background image

Podszedł   do   zwykłych   drzwi   pokoju   i   szarpnął 
klamkę, ale drzwi nawet nie drgnęły, zablokowane 
lub zamknięte na  klucz. Nie dawały się  otworzyć, 
więc jeśli on i jego przyjaciele nie wyjdą przez tajne 
drzwi, pozostaną tu uwięzieni.

Gwałtownie   wciągnął   powietrze:   teraz   był   już 

pewien,   że   czuje   zapach   dymu,   zdecydowanie 
wyraźniej niż przedtem.

– Ruszcie się! – wrzasnął, chociaż nikt go nie 

mógł usłyszeć, i zaczął popychać chłopców w stronę 
tajnych drzwi. Żaden z nich nie chciał  się  ruszyć, 
woleli się kulić we własnych łóżkach. Luke musiał 
powlec   Roberta   przez   cały   pokój,   a   nawet   wtedy 
Robert po prostu skulił się w wejściu do korytarza. 
Czy Luke miał go znieść po schodach?

Nagłe,   jakby   znikąd,   w   drzwiach   tajnego 

korytarza   pojawił   się   nauczyciel   historii,   profesor 
Dirk, który złapał Roberta za ramiona i postawił go 
na   nogi.   Z   jego   pomocą   Luke   zdołał   sprowadzić 
pozostałych chłopców po schodach.

Na   dole   profesor   Dirk   popchnął   drzwi,   za 

którymi dostrzegli czyste nocne niebo.

Luke z ulgą wciągnął w płuca świeże powietrze 

i  chciał   ruszyć   przed   siebie,   ale   pozostali   chłopcy 
ociągali się.

–   Nie   zatrzymywać   się!   –   krzyknął.   –   Na 

zewnątrz!

Joel,   John   i   Trey   wysunęli   się   lękliwie   przez 

background image

drzwi, ale   palce   Roberta  Luke   musiał  odrywać  od 
poręczy schodów i przepychać go krok za krokiem w 
stronę wyjścia.

Już miał wyjść z budynku, kiedy usłyszał nad 

uchem głos profesora Dirka.

– Teraz pomóż mi z resztą.
Z resztą?
Jak we śnie wrócił za nauczycielem po schodach 

na górę. Przez tajny korytarz wchodzili do kolejnych 
pokojów,   wyciągając   chłopców   z   łóżek   i   szaf,   w 
których się kulili, trzęsąc się ze strachu. Luke stracił 
poczucie   czasu,   nie   miał   pojęcia,   ilu   chłopców 
popychał   i   ciągnął,   a   czasem   nawet   niósł.   Po 
pewnym czasie przestał nawet patrzeć na ich twarze, 
wiedział tylko, że musi wyprowadzić wszystkich na 
zewnątrz.

W   końcu,   kiedy   kolejny   raz   Luke   i   profesor 

Dirk   znaleźli   się   na   dole   schodów,   nauczyciel   nie 
zawrócił na górę. Luke odwrócił się, jakby jego nogi 
poruszały się zgodnie z własną wolą.

–   Nie,   nie   –   powiedział   profesor   Dirk.   – 

Wszyscy   są   już   bezpieczni,   ewakuowaliśmy   całe 
drugie i trzecie piętro.

Łagodnie   odciągnął   Luke’a   od   schodów. 

Chłopiec z ulgą wyszedł w końcu na dwór i poczuł 
na   skórze   chłód   nocnego   powietrza.   Nie   miał 
pojęcia, że tak bardzo się spocił – jego piżama była 
mokra, bolały go wszystkie mięśnie. Wyjąca za nim 

background image

syrena alarmowa nie wydawała się już tak donośna, 
głos w głośnikach nie brzmiał już tak ponaglająco. 
Wszyscy   z   drugiego  i  trzeciego   piętra   byli 
bezpieczni, na  pierwszym piętrze  nikogo nie  było, 
bo   w   środku   nocy   sale   lekcyjne   stały   puste, 
natomiast na czwartym piętrze...

Luke okręcił się na pięcie.
– Smits! – krzyknął rozpaczliwie.

background image

R

OZDZIAŁ

 12

Luke był gotowy biec z powrotem na górę, ale 

profesor Dirk złapał go za ramię.

–   Korytarze   ewakuacyjne   nie   dochodzą   na 

czwarte   piętro   –   powiedział.   –   Jestem   pewien,   że 
Smits zdołał się wydostać inną drogą, nie cierpi na... 
lęki tego rodzaju, co reszta z was.

Luke spojrzał w górę, gorączkowo przebiegając 

wzrokiem   po   najwyższym   piętrze.   Bardzo   chciał 
zobaczyć   dziurę   zrobioną   bezcennym   młotem 
Oscara, ale widział tylko gładkie cegły aż do samego 
dachu, nienaruszone ani przez ogień, ani przez próbę 
ucieczki.   Ostatnie   smugi   dymu   wznosiły   się   do 
księżyca.

– Chyba ogień został już opanowany – odezwał 

się pokrzepiająco profesor Dirk. – Nie wiem, czy w 
ogóle stanowił poważne zagrożenie, ale to dobrze, że 
nasze  procedury   ewakuacyjne   tak   pomyślnie 
przeszły   tę   próbę.   Wiesz,   to   był   mój   pomysł. 
Uznaliśmy, że chłopcy będą raczej skłonni ukryć się 
w   razie   niebezpieczeństwa,   więc   postanowiliśmy 
jakoś   to   wykorzystać.   Nie   uważasz,   że   te   tajne 
drzwi, korytarze i schody doskonale się sprawdziły?

Luke   nigdy   nie   słyszał,   żeby   profesor   Dirk 

mówił aż tyle o wydarzeniu, które nie miało miejsca 
wieki temu.

background image

– Chcę ci powiedzieć, że twoja pomoc okazała 

się nieoceniona – ciągnął profesor Dirk.

–   Muszę   znaleźć   Smitsa   –   przerwał   mu 

niegrzecznie Luke i odszedł.

Chłopcy   stali   lub   siedzieli   jak   odrętwiali   w 

grupkach   na   trawniku.   Luke   chodził   od   grupki   do 
grupki, powtarzając bez końca to samo pytanie.

– Widzieliście Smitsa? Widzieliście Smitsa?
Nikt go nie widział.
Nawet   zajęty   gorączkowymi   poszukiwaniami 

Smitsa Luke zauważył, jak sparaliżowani strachem 
byli jego przyjaciele i koledzy. Nie był pewien, czy 
przeraziło ich to, że zostali wyciągnięci z łóżek w 
środku nocy z powodu pożaru, czy po prostu bali się 
tego,   że   znaleźli   się   na   dworze.   Część   chłopców 
dygotała gwałtownie, niektórzy nawet płakali.

– No już, już, wszystko jest dobrze – powiedział 

ktoś uspokajająco.

Luke odwrócił się – to był pan Hendricks, który 

przejechał na wózku przez nierówny trawnik i klepał 
jednego   z   młodszych   chłopców   po   plecach.   Luke 
podbiegł do niego.

–   Czy   nikomu   się   nic   nie   stało?   –   zapytał 

gwałtownie. – Co ze Smitsem?

Pan Hendricks popatrzył na niego z namysłem.
– Nikomu się nic nie stało – potwierdził. – Smits 

i  Oscar   znajdują   się   obecnie   w   moim   domu, 
zamknięci w oddzielnych pokojach.

background image

– Dlaczego? – zapytał zdumiony Luke.
–   Smits   oskarża   Oscara   o   podłożenie   ognia   i 

próbę zamordowania go – odparł pan Hendricks. – A 
Oscar oskarża Smitsa.

background image

R

OZDZIAŁ

 13

Luke chciał zadać kilka pytań, chciał, żeby pan 

Hendricks   wyjaśnił   mu   wszystko   tu   i   teraz,   ale 
mężczyzna   już   zwracał   się   do   innego   chłopca, 
powtarzając:

– Wszystko będzie dobrze, jesteś bezpieczny.
– Powinni  się znaleźć pod dachem – mruknął 

Luke,   patrząc   na   przerażonych   chłopców, 
pozbijanych w grupki na pogrążonym w ciemności 
trawniku. – Czy nie zmieściliby się u pana w domu?

– Doskonały pomysł – odparł pan Hendricks i 

podniósł głos. – Za pięć minut w domu dyrektora 
szkoły zostanie  podany gorący kompot  jabłkowy i 
herbatniki.

Przerażeni   chłopcy   ostrożnie   zaczęli 

przemieszczać   się   w   ciemności,   a   Luke   po   raz 
kolejny wziął na siebie rolę przewodnika.

–   Na   ścieżce   jest   bezpiecznie,   słowo   – 

zapewniał kolejnych chłopców. – Nic wam nie grozi.

Myślał,   że   jego   koledzy   zrobili   ogromne 

postępy  i  stali   się   znacznie   odważniejsi,   ale 
dzisiejsza noc najwyraźniej zniweczyła wcześniejsze 
wysiłki.

Kiedy   dotarli   do   domu   pana   Hendricksa,   bez 

wahania   stłoczyli   się   w   środku   –   nikt   nie   chciał 
zostać na ganku, nawet jeśli oznaczało to, że stali 

background image

ściśnięci jak sardynki w puszce. Ktoś zaczął roznosić 
herbatniki i kubki z kompotem. Kompot wylewał się 
na   podłogę,   a   okruchy   sypały   się   wszędzie,   ale 
nikogo to nie obchodziło – wszyscy pomału wracali 
do życia.

– Kiedy otworzyło się to przejście w pokoju, nie 

wierzyłem własnym oczom – powiedział Joel.

–   Czy   ktoś   w   ogóle   wiedział   o   istnieniu   tych 

drzwi? – zapytał John.

– Dlaczego nie pozwolili nam po prostu wyjść 

normalną drogą? – chciał wiedzieć Robert.

– Bo wiedzieli, że będziemy zbyt przerażeni – 

odparł   ponuro   Trey.   –   Wiedzieli,   że   jesteśmy 
tchórzami.

Sprawiał   wrażenie   całkowicie   zdegustowanego 

własną postawę i nie patrzył Luke’owi w oczy. Luke 
pomyślał   o   tym,   jak   czułby   się   teraz,   gdyby   był 
jednym z tych chłopców, którzy kulili się na łóżkach 
albo trzęśli, schowani w szafach. Poczuł przypływ 
dumy, że on, przynajmniej tym razem, był odważny.

– Słuchajcie, a może w ogóle nie było żadnego 

pożaru, może to tylko ćwiczenia? – odezwał się Joel. 
– Może Luke i nauczyciele wymyślili taki test, żeby 
zobaczyć,   jak   się   zachowamy.   Smits   mógł   im 
podsunąć ten pomysł, kiedy mówił o tym, że będzie 
potrzebny młot, żeby uciec.

On   i   kilku   innych   chłopców   prawie   że 

oskarżycielsko popatrzyli na Luke’a.

background image

– Nie, to był pożar – powiedział bezbarwnym 

głosem Trey. – Nie czuliście dymu?

– Właśnie, gdzie jest Smits? – zapytał John. – 

Dlaczego nie siedzi tutaj i nie przechwala się, jak to 
jego ochroniarz pomógł mu uciec, ponieważ jest taki 
bogaty, że jego życie jest o wiele więcej warte od 
naszego?

Teraz   wszyscy   już   patrzyli   wyczekująco   na 

Luke’a,   spodziewając   się   jakichś   wyjaśnień.   Smits 
nie był jego prawdziwym bratem, ale oczekiwano, że 
Luke się nim w jakiś sposób opiekuje.

– On też jest tutaj, w domu pana Hendricksa – 

odparł Luke. – Jest w innym pokoju.

–   Pewnie   ma   własny   pokój   dla   siebie   – 

powiedział Joel z niechęcią.

Luke   tym   razem   nie   odpowiedział,   nadal 

próbując   poukładać   sobie   to,   co   usłyszał   od   pana 
Hendricksa.   Ostatnią   rzeczą,   na   jaką   miał   ochotę, 
było   tłumaczenie   tego   pozostałym,   biorąc   pod 
uwagę, że i tak nie przepadali za Smitsem. Z drugiej 
strony   nie   lubili   też   Oscara   i   pewnie   najchętniej 
obwinialiby ich obu o podłożenie ognia.

Luke   był   niemal   pewien,   który   z   nich   jest 

winny. Ale dlaczego?

Rozmowa zaczęła się oddalać od Luke’a, kiedy 

pozostali chłopcy przenieśli się z jadalni do kuchni. 
Został z nim tylko Trey.

–   Naprawdę   nie   bałeś   się?   –   zapytał   cicho.   – 

background image

Dlaczego nie chciałeś się też schować?

Luke   zastanowił   się   –   trudno   mu   było 

przypomnieć sobie, co myślał, kiedy usłyszał syrenę 
alarmową,   kiedy   padło   pierwsze   polecenie   z 
głośników:

 

„Zarządzam

 

natychmiastową 

ewakuację!”.   Nie   był   pewien,   czy   w   ogóle   wtedy 
myślał.

– Chyba chciałem się schować – odpowiedział. 

– Po prostu wiedziałem, że nie mogę i martwiłem się 
o innych.

– Jasne – odparł Trey. – Bo ty jesteś odważny. 

Jesteś bohaterem, a ja nie. Nigdy taki nie będę.

Luke przypomniał sobie, jak nieszczęśliwy się 

czuł, kiedy się dowiedział, że jego przyjaciółka Jen 
zginęła   podczas   pikiety   na   rzecz   praw   trzecich 
dzieci, podczas kiedy on sam nie miał nawet dość 
odwagi, żeby z nią pojechać. Ale Luke przynajmniej 
miał   tę   pociechę,   że   jego   tchórzostwo   –   jeśli   tak 
należało to nazwać – najprawdopodobniej ocaliło mu 
życie,   podczas   gdy   tchórzostwo   Treya   mogło 
doprowadzić do jego śmierci.

–   Umówmy   się   tak   –   powiedział   lekko.   – 

Następnym razem z przyjemnością pozwolę ci być 
bohaterem zamiast mnie.

Trey potrząsnął głową.
–   Ja   nie   żartuję   –   powiedział.   –   To   nie   takie 

proste.   Kiedy   jestem   przerażony,   nie   potrafię   po 
prostu   wstać  i  powiedzieć:   „Dobra,   czas   pobyć 

background image

bohaterem!”. Nie mógłbym. A ty... Ile razy wróciłeś 
do   palącego   się   budynku?   Sześć,   siedem,   osiem? 
Narażałeś swoje życie.

Luke nie miał ochoty myśleć w taki sposób o 

tym, co zrobił.

–   To   nie   było   tak   naprawdę   niebezpieczne   – 

odparł. – Nie widziałem nawet ognia.

–   Dlatego,   że   te   korytarze   ewakuacyjne   były 

odizolowane   –   wyjaśnił   Trey.   –   Profesor   Dirk 
mówił,   że   odcięli   trasy   ewakuacyjne   od   reszty 
budynku,   kiedy   tylko   rozległ   się   alarm.   To   był 
naprawdę genialny system, nikt z nas na niego nie 
zasłużył poza tobą.

Luke nigdy wcześniej nie widział Treya w takim 

stanie – przyjaciel nigdy nie przejmował się tym, że 
łatwo go nastraszyć, nigdy nie skarżył się, że brakuje 
mu odwagi. Co takiego zrobił z nim pożar?

– No dobrze, słuchajcie wszyscy – oznajmił pan 

Hendricks,   stając   w   drzwiach   pokoju.   – 
Sprawdziliśmy   dokładnie   całą   szkołę   i 
stwierdziliśmy,   że   możecie   bezpiecznie   wracać   do 
swoich   pokojów.   Domyślam   się,   że   to   wszystko 
wytrąciło   was   z   równowagi:   poranne   lekcje   są 
odwołane, więc możecie się wyspać.

Chłopcy  odzyskali  na   tyle   ducha,  żeby  wydać 

słabe okrzyki radości, ale ich dobry humor skończył 
się, kiedy tylko znowu musieli wyjść w ciemność i 
zmierzyć się z lękiem przed światem zewnętrznym.

background image

Luke przesuwał się na obrzeżu grupy, pewien, 

że   będzie   musiał   poprowadzić   ich   z   powrotem   do 
szkoły, ale pan Hendricks zatrzymał go w drzwiach.

– Nie ty – powiedział, kładąc ostrożnie rękę na 

ramieniu   Luke’a.   –   Będzie   mi   potrzebna   twoja 
pomoc.

– W sprawie Smitsa? – zapytał Luke.
Pan Hendricks skinął głową.
– I Oscara.

background image

R

OZDZIAŁ

 14

Luke   czekał,   siedząc   na   kanapie,   aż   pozostali 

chłopcy   wyjdą,   ale   kiedy   pan   Hendricks   w   końcu 
zamknął   drzwi   wejściowe   i   przytoczył   swój   fotel 
inwalidzki z powrotem do niego, wybuchnął:

– Panie Hendricks, to na pewno Smits podłożył 

ogień. Powiedział mi...

Pan Hendricks podniósł rękę, uciszając Luke’a.
– Już, już – powiedział. – Ostatnią rzeczą, jakiej 

w tym momencie potrzebuję, to kolejne chaotyczne 
oskarżenia.   Zastanów   się   bardzo   dokładnie,   zanim 
mi coś powiesz.

Co   szkodziło   powiedzieć   panu   Hendricksowi 

prawdę? – zastanowił się Luke i zmieszany opadł na 
kanapę.

– Jedną z nielicznych rzeczy, w których Oscar i 

Smits się zgadzają, jest to, że byłeś ostatnią osobą, 
która   przebywała   w   pokoju   Smitsa   wczoraj 
wieczorem – powiedział pan Hendricks. – Poza nimi 
dwoma, rzecz jasna. Chciałbym teraz, żebyś poszedł 
na górę, do pokoju Smitsa, i powiedział, czy twoim 
zdaniem   czegokolwiek   brakuje,   oczywiście   poza 
zniszczeniami spowodowanymi przez ogień.

–   Pożar   wybuchł   w   pokoju   Smitsa?   –   zapytał 

Luke.

Pan Hendricks skinął głową.

background image

– Niemal wyłącznie – odparł. – Udało nam się 

go opanować bardzo sprawnie.

Pewność Luke’a trochę osłabła – niezależnie od 

tego, co Smits powiedział, dlaczego miałby chcieć 
spalić własny pokój?

Ale   skoro   już   o   tym   mowa,   dlaczego   Oscar 

miałby chcieć skrzywdzić chłopca, którego powinien 
chronić?

Luke z łatwością mógł zrozumieć, dlaczego pan 

Hendricks jest tak zaniepokojony. Wstał.

– Dobrze – powiedział. – Wrócę za kilka minut.
Wyszedł   przez   frontowe   drzwi,   a   nocne 

powietrze, które z taką ulgą powitał zaledwie jakąś 
godzinę   temu,   teraz   wydawało   mu   się   zimne   i 
nieprzyjazne.   Czuł   się,   jakby   zaraził   się   od 
pozostałych chłopców strachem.

Jednakże to nie żaden z pozostałych chłopców 

miał oglądać spalony pokój, tylko Luke.

Luke   prowadził   w   myślach   wyimaginowaną 

rozmowę z panem Hendricksem i panem Talbotem:

Wiecie co? Kiedy powiedziałem, że mam dość  

odwagi,   żeby   działać   na   rzecz   uwolnienia  
wszystkich trzecich dzieci, nie to miałem na myśli.  
Boję   się   tego,   to   jest   narażania   się   na  
niebezpieczeństwo   bez   powodu   i   nie   ma   to   nic  
wspólnego   z   walką   za   sprawę.   To   nie   ja  
powinienem się zajmować Smitsem, to nie jest mój  
problem.

background image

Nie   potrafił   jednak   wyobrazić   sobie,   co 

odpowiedzieliby   pan   Hendricks   albo   pan   Talbot, 
gdyby naprawdę oznajmił im coś takiego.

Luke   wślizgnął   się   do   szkoły   przez   główne 

drzwi i po cichu wbiegł po schodach. Nie widział 
innych   chłopców,   a   chociaż   część   nauczycieli 
patrolowała korytarze, nikt go nie zatrzymywał.

Na czwartym piętrze zapach dymu był trudny do 

wytrzymania   i   Luke   pragnął   tylko   znaleźć   jakieś 
otwarte   okno,   przez   które   mógłby   się   wychylić. 
Jednakże poza zapachem nie widział żadnych oznak 
pożaru aż do chwili, kiedy dotarł do drzwi pokoju 
Smitsa.   Na   framudze   widać   było   wypalone   ślady. 
Drzwi były zamknięte. Luke popchnął je ostrożnie.

Pokój,   który   odwiedził   zaledwie   kilka   godzin 

wcześniej,   był   całkowicie   odmieniony:   dywan 
pokrywał  mokry  popiół, a kołdra  na  łóżku została 
całkowicie   spalona.   Luke   pomyślał   o   tym,   że   pan 
Hendricks  nie  powiedział  mu   prawie   nic  na   temat 
różnic w wersjach wydarzeń podanych przez Oscara 
i Smitsa. Czy to możliwe, żeby Oscar podłożył ogień 
pod łóżko Smitsa, kiedy chłopiec spał?

Aby   odsunąć   to   przerażające   pytanie,   Luke 

podszedł   do   biurka   Smitsa,   które   wyglądało 
stosunkowo nie najgorzej – ułożone w równy stosik 
podręczniki były lekko osmalone – ale podobnie jak 
wszystko inne w pokoju, ociekały wodą. Komputer, 
który   zrobił   na   wszystkich   takie   wrażenie,   kiedy 

background image

Smits przyjechał, zamienił się teraz w smętną kupę 
stopionego plastiku.

Luke   pragnął   uciec   stąd,   pobiec   do   pana 

Hendricksa i zameldować: „Nie widziałem niczego 
dziwnego”,   a   potem   spróbować   wykręcić   się   z 
jakiejkolwiek odpowiedzialności za Smitsa i Oscara, 
do   której   zdaniem   pana   Hendricksa   powinien   się 
poczuwać. Chciał położyć się do łóżka, tak jak inni 
chłopcy,  zasnąć  i   wmawiać   sobie,  że  wszystkie   te 
przerażające rzeczy były tylko koszmarnym snem.

Ale coś sprawiało, że metodycznie przeszukiwał 

pokój   z   uczuciem   przypominającym   przerażającą 
fascynację. Wyciągał szuflady i przeglądał papiery, 
które nie zostały uszkodzone przez ogień, ale widział 
tylko   zwyczajne   prace   domowe   –   zapisy   nut   i 
odmiany   czasowników.   Luke   zostawił   biurko   w 
spokoju, a w nietkniętej przez ogień szafie znalazł 
złożone   łóżko   połowę,   na   którym   najwyraźniej 
sypiał Oscar, jeśli nie spał na krześle.

Pod   materacem,   w   głębi   rozdarcia   na   szwie, 

Luke   wyczuł   coś   sztywnego,   plastikowego   i 
prostokątnego. Wsadził głębiej rękę i wyciągnął dwa 
dowody tożsamości.

Fałszywe.
Czy na pewno?

background image

R

OZDZIAŁ

 15

Jeden z dowodów tożsamości pokazywał twarz 

Smitsa, ale wystawiony był na inne nazwisko:

Peter Goodard; na drugim dokumencie nie było 

zdjęcia, wpisane było tylko imię: Stanley Goodard. 
Dlaczego   brakowało   zdjęcia?   Czy   pożar 
przeszkodził   Oscarowi   we   wklejeniu   własnej 
fotografii – czy w usunięciu fotografii Smitsa? Czy 
Oscar i Smits naprawdę nie byli Oscarem i Smitsem, 
tylko Peterem i Stanleyem? A może naprawdę byli 
Oscarem i Smitsem i planowali podszywać się pod 
kogoś   innego?   Dlaczego   mieliby   to   robić?   I   kto 
wymyślił cały plan – Oscar/Stanley czy Smits/Peter?

Luke   poczuł   się   tak   przytłoczony   tym 

wszystkim, że klapnął na podłogę, nie przejmując się 
tym, że pobrudzi ubranie popiołem. Wpatrywał się w 
trzymane w drżących dłoniach fałszywe dokumenty.

– Czy wszystko wydaje ci się zadowalające? – 

odezwał się za nim ktoś stojący w drzwiach pokoju. 
To był profesor Dirk.

Luke  chciał pospiesznie  ukryć  dokumenty, ale 

kiedy   spróbował   je   wsunąć   do   kieszeni   spodni, 
uświadomił sobie, że nadal jest w piżamie – a nawet 
eleganckie   piżamy   notabli   nie   miały   kieszeni   w 
spodniach,   tylko   w   bluzie.   Schował   dokumenty   w 
stulonych dłoniach i starał się ich nie pokazywać.

background image

–   Pan   Hendricks   poprosił   mnie,   żebym 

sprawdził,   co   się   z   tobą   dzieje,   bo   tak   długo   nie 
wracałeś – wyjaśnił profesor Dirk.

– Och, ja tylko... byłem staranny – odparł Luke. 

–   Tak   jak   zawsze   nam   to   pan   powtarza   na 
klasówkach.

Profesor   Dirk   roześmiał   się,   ale   nie   sprawiał 

wrażenia rozbawionego.

Czy   coś   szkodziło,   żeby   zdradzić   mu   sekret, 

który   Luke   właśnie   odkrył?   Zamierzał   przecież 
powiedzieć  o  tym   panu   Hendricksowi,   a   pan 
Hendricks   ufał   profesorowi   Dirkowi.   W   tym 
momencie   Luke   przypomniał   sobie   słowa   pana 
Hendricksa: „Zastanów się bardzo dokładnie, zanim 
mi coś powiesz”. Czego się obawiał? Czy Luke nie 
powinien   tak   szybko,   jak   to   możliwe,   przekazać 
ciężaru   swojego   odkrycia   godnym   zaufania 
dorosłym?

Chciał to zrobić, ale coś mu podpowiadało, żeby 

był cicho.

–   Czyli,   starannie   czy   nie,   skończyłeś   już? 

Wiesz  chyba, że  pan Hendricks czeka  na  ciebie  – 
przypomniał profesor Dirk.

– Yyy, tak – odparł Luke.
Odwrócił   się   powoli,   usiłując   jednocześnie 

schować   dowody   tożsamości   do   rękawa   piżamy. 
Ponieważ   siedział   na   podłodze,   dopiero   teraz 
zobaczył, co leży pod łóżkiem Smitsa.

background image

– Młot Oscara – powiedział, wskazując wolną 

ręką.

Profesor Dirk przeszedł przez pokój, a jego buty 

zostawiły   ślady   na   mokrym,   spalonym   dywanie. 
Pochylił się i wyciągnął młot spod łóżka – znajdował 
się   bliżej   głowy,   dokładnie   poniżej   poduszki,   na 
której   leżał   Smits,   kiedy   Luke   go   widział   po   raz 
ostatni.

– Czy to coś znaczy? – zapytał Luke. – Czy to 

ważne, gdzie go znaleźliśmy?

– Możliwe – odparł profesor Dirk. – Nie jestem 

ekspertem sądowym. Dlatego właśnie lubię historię, 
z   perspektywy   czasu   niemal   zawsze   można 
powiedzieć, co było ważne.

Luke spróbował sobie przypomnieć, czy kiedy 

po   raz   ostatni   odwiedził   Smitsa,   Oscar   miał   przy 
sobie   ten   młot,   ale   wtedy   po   prostu   nie   zwracał 
uwagi na ochroniarza.

– Zabiorę go do pana Hendricksa – zdecydował. 

– On będzie wiedział, co z tym zrobić.

Złapał   jedną   ręką   młot   i   trzymając   drugą 

dokumenty   w   rękawie   piżamy,   zostawił 
zaskoczonego   profesora   Dirka   na   środku 
zniszczonego pokoju Smitsa.

W   domu   pana   Hendricksa   Luke   bez   słowa 

położył młot i dwa dowody tożsamości na stole w 
jadalni.   Oczy   pana   Hendricksa   rozszerzyły   się   ze 
zdumienia  na  widok dokumentów,  ale  natychmiast 

background image

zgarnął je ze stołu i podał z powrotem Luke’owi.

–   Schowaj   to   dobrze   –   powiedział.   –   Czy 

ktokolwiek je widział?

Luke   mógł   teraz   z   ulgą   potrząsnąć   głową   i 

ostrożnie wsunąć dokumenty do kieszeni bluzy od 
piżamy.

–  To  zaiste  bardzo  ciekawy   rozwój   sytuacji   – 

mruknął pan Hendricks, najwyraźniej do siebie.

– A jeśli to są prawdziwe tożsamości Smitsa i 

Oscara? – zapytał Luke, klepiąc się po kieszeni. – A 
jeśli okłamywali nas przez cały czas?

– Smits to na pewno Smits, nie ma co do tego 

cienia   wątpliwości   –   odparł   pan   Hendricks.   – 
Natomiast Oscar może być kimkolwiek, dlatego jest 
niebezpieczny.

Luke   potrząsnął   głową,   mając   nadzieję,   że   to 

pomoże mu rozjaśnić myśli. Za oknem domu pana 
Hendricksa   dostrzegł   pierwszy   poblask   świtu   na 
horyzoncie,   a   przez   całą   noc   spał   najwyżej   kilka 
minut.   Chyba   dlatego   tak   długo   trwało,   zanim 
dotarły do niego słowa pana Hendricksa, ale kiedy je 
zrozumiał, podskoczył przerażony.

– Oscar może być kimkolwiek? – powtórzył. – 

Myśli pan, że jest z Policji Populacyjnej?

–   Nie   –   odpowiedział   pan   Hendricks.   –   Ale 

może   lepiej,   żebyś   się   zachowywał   tak,   jakby   tak 
właśnie było.

Luke zmrużył oczy, niczego nie rozumiejąc. Pan 

background image

Hendricks westchnął i podał mu pęk kluczy.

–   Smits   jest   w   sypialni   na   tyłach   domu   – 

powiedział.   –   Czy   mógłbyś   go   do   mnie 
przyprowadzić?

Luke spodziewał się, że Smits będzie spał, ale 

chłopiec   wyskoczył   z   pokoju,   kiedy   tylko   drzwi 
stanęły otworem.

–   Jestem   już   bezpieczny?   Wysłaliście   tego 

mordercę   do   więzienia,   gdzie   jego   miejsce?   – 
wrzasnął,   a   potem   oparł   się   o   framugę,   kiedy 
zobaczył, że to tylko Luke.

– O, cześć, Lee.
– Oszalałeś? – zapytał Luke.
Młodszy chłopiec nie odpowiedział, ale poszedł 

za nim korytarzem. Kiedy wrócili do jadalni i Smits 
zobaczył   leżący   na   stole   młot,   znowu   zaczął 
histeryzować.

– Czyli znaleźliście broń Oscara – wściekał się. 

–  Pod  łóżkiem,  prawda?   Nie  zamierzał  tego  użyć, 
żeby mnie ratować, wiecie? Mam szczęście, że nie 
zatłukł mnie na śmierć, kiedy spałem.

– Smits – powiedział cierpliwie pan Hendricks – 

skąd wiedziałeś, gdzie Oscar ukrył młot, żeby cię nie 
ratować, skoro powiedziałeś mi wcześniej, że spałeś, 
kiedy on podłożył ogień?

Smits wyraźnie oklapł.
Pan Hendricks potrząsnął głową.
–   Smits,   biorąc   pod   uwagę,   jak   często   byłeś 

background image

podobno   oskarżany   o   mówienie   nieprawdy, 
spodziewałbym się, że będziesz lepszym kłamcą.

–   Właśnie   –   nadąsał   się   Smits.   –   Nigdy   nie 

byłem dobrym kłamcą. Nie zauważył pan, że jeśli 
ktoś   jest   dobry,   to   nie   zostaje   złapany?   Gdybym 
potrafił dobrze kłamać, nie byłoby mnie tutaj.

Luke   był   ciekaw,   co   dokładnie   Smits   miał   na 

myśli.

– Dlaczego podłożyłeś ogień, Smits? – zapytał 

łagodnie pan Hendricks.

Chłopiec popatrzył w podłogę.
– Chciałem, żeby odesłał pan Oscara – mruknął, 

a   potem   popatrzył   ze   szczerą   prośbą   na   pana 
Hendricksa. – Mógłby pan to zrobić? Mógłby pan 
powiedzieć   moim   rodzicom,   że   to   jego   wina,   a 
wtedy zwolniliby go i musiałby stąd pójść? I mógłby 
im pan powiedzieć, że świetnie tu sobie radzę, więc 
nie potrzebuję ochroniarza...

–   A   co   by   to   miało   dać?   –   zapytał   pan 

Hendricks.

Smits przeniósł spojrzenie z niego na Luke’a.
– Wtedy mógłbym robić, co chcę. Nikt... nikt by 

mnie nie szpiegował. Mógłbym się dowiedzieć... – 
urwał i zaczął się znowu wpatrywać w podłogę.

–   Czego   dowiedzieć   się?   –   spytał   pan 

Hendricks.

Ale Smits tylko potrząsnął głową, nie unosząc 

wzroku. Luke nie wiedział, czy młodszy chłopiec nie 

background image

płacze.

– Siadaj, Smits – powiedział pan Hendricks. – 

Lee, czy mógłbyś wypuścić teraz Oscara?

Tak więc Luke wziął drugi klucz i poszedł do 

innych drzwi na tyłach domu. Podobnie jak Smits, 
Oscar czekał przy drzwiach, tyle że na widok Luke’a 
nie   odezwał   się   ani   słowem,   tylko   wyminął   go 
pospiesznie, i poszedł do pana Hendricksa.

– Muszę zadzwonić do moich pracodawców – 

oznajmił.   –   Proszę   natychmiast   udostępnić   mi 
telefon!

Pan   Hendricks   spojrzał   na   Oscara   z 

rozbawieniem.

– Wydaje mi się, że jako dyrektor szkoły to ja 

mam   obowiązek   zadzwonić   do   Grantów   – 
powiedział. – Oczywiście, jeśli zechcą rozmawiać z 
panem, umożliwię im to. A teraz proszę usiąść.

Oscar   usiadł,   a   Luke   zgasił   uśmiech,   jaki 

pojawił   się   na   jego   twarzy   na   widok   potężnego, 
muskularnego   mężczyzny,   słuchającego   poleceń 
starszego pana na wózku inwalidzkim. Oscar mógłby 
z łatwością poradzić sobie z panem Hendricksem i 
sięgnąć po każdy telefon, na jaki miałby ochotę, ale 
pan Hendricks promieniował takim autorytetem, że 
Luke   mógłby   się   założyć,   iż   Oscarowi   nawet   nie 
przyszło do głowy się sprzeciwiać.

Pan   Hendricks   pojechał   do   gabinetu,   żeby 

zadzwonić, a Oscar, Luke i Smits siedzieli przez ten 

background image

czas   w   milczeniu   przy   stole   w   jadalni.   Po   chwili 
Oscar sięgnął po młot. Luke zauważył, że siedzący 
obok Smi  ts drgnął, ale mężczyzna nie zrobił niczego 
z młotem, trzymał go tylko w ręku.

Potem wrócił pan Hendricks.
– Grantowie zostali poinformowani, że w szkole 

miał   miejsce   niewielki   pożar,   prawdopodobnie   z 
powodu   spięcia   w   instalacji   elektrycznej   – 
powiedział i spojrzał prosto na Smitsa. – Chcą, żebyś 
jak   najszybciej   wracał   do   domu,   do   czasu,   aż 
wszystkie   systemy   w   naszej   szkole   zostaną 
dokładnie   sprawdzone.   Ze   względów 
bezpieczeństwa.

– Ale... – zaprotestował Smits.
Luke zauważył, że Oscar także miał ochotę coś 

powiedzieć, nie odezwał się jednak ani słowem.

– Byli nieugięci – wyjaśnił pan Hendricks. – Nie 

przypuszczam, żebyś mógł ich przekonać do zmiany 
zdania.   No   dobrze,   to   może   teraz   pójdziecie   z 
Oscarem   i   spakujecie   to,   co   ocalało   z   waszych 
rzeczy?

Zdumiony   Luke   patrzył,   jak   Smits   i   jego 

ochroniarz wychodzą.

– Uważa pan, że można ich spokojnie zostawić 

samych? – zapytał Luke, kiedy tamci tylko znaleźli 
się za drzwiami.

– Tak – odparł pan Hendricks. – Tak długo, jak 

długo Oscar nie śpi, a nie wydaje mi się, żeby miał 

background image

się kłaść spać w najbliższej przyszłości.

Wzmianka   o   śnie   wydała   się   Luke’owi 

doskonałym pomysłem do realizacji, ale chciał zadać 
jeszcze jedno pytanie, a potem także zamierzał się 
pożegnać.

– Dlaczego nie powiedział pan Grantom prawdy 

o przyczynie pożaru? – zapytał.

–   W   kraju   tak   pełnym   kłamstw,   jak   nasz   – 

wyjaśnił   pan   Hendricks   –   prawda   ma   czasem 
mniejsze   znaczenie   niż   to,   w   co   wierzą   ludzie 
pokroju Grantów.

Luke zmarszczył brwi, próbując to zrozumieć.
–   Chce   pan   dać   Smitsowi   drugą   szansę   – 

stwierdził.

Pan Hendricks skinął głową.
– Można na to spojrzeć i w ten sposób, chociaż 

nie wiem,  czy w rzeczywistości  chodzi  o dawanie 
szansy. Jestem pewien, że Oscar nie omieszka przy 
pierwszej  okazji   przedstawić   im   swojej   wersji 
wydarzeń.   Tak   czy   inaczej,   jak   mi   zawsze 
przypominasz, linie telefoniczne nie są bezpieczne, a 
nie   ma   sensu   informować   podsłuchujących   o 
naszych problemach.

Luke   wzruszył   ramionami   –   słowa   pana 

Hendricksa miały sens, a do niego właśnie dotarło, 
że jeśli Smits i Oscar wyjadą, to oznacza koniec jego 
wszystkich problemów. Nie mógł sobie wyobrazić, 
żeby   Smits   miał   tu   wrócić,   kiedy   jego   rodzice 

background image

dowiedzą się prawdy. Teraz już mógł nie zawracać 
sobie   głowy   tajemnicą   fałszywych   dowodów 
tożsamości,   mógł   odzyskać   swoje   dotychczasowe 
życie, znowu rozmawiać z przyjaciółmi o tym, jak to 
jest być cieniem. Nie musieli już niczego udawać ze 
względu   na   rozpuszczonego   bogatego   dzieciaka   i 
jego zwalistego ochroniarza, kręcących się  między 
nimi.

Luke miał wrażenie, że ogromny ciężar został 

właśnie   zdjęty   z   jego   ramion.   Odwrócił   się   do 
wyjścia, przekonany, że po raz pierwszy od ponad 
miesiąca uda mu się porządnie wyspać.

– Posłuchaj, Luke – odezwał się pan Hendricks.
– Grantowie nie chcieli tylko tego, żeby Smits i 

Oscar wrócili do domu.

– Tak? – powiedział Luke.
–   Martwili   się   o   bezpieczeństwo   obu   swoich 

synów.

Luke obrócił się na pięcie.
– Nie chce pan powiedzieć...
– Owszem, Luke – potwierdził pan Hendricks. – 

Rano przyjedzie szofer, żeby zabrać Smitsa, ale oni 
chcą, żeby przywiózł do domu także ciebie.

background image

R

OZDZIAŁ

 16

Luke wpatrywał się w pana Hendricksa.
Powiedział   im   pan,   że   nie   pojadę,   prawda? 

Powiedział im pan, że dobrze się tu czuję? – zapytał.

Pan Hendricks westchnął.
– Luke, twój ojciec jest niezwykle wpływowym 

człowiekiem. Niektórzy mówią, że ma władzę nad 
krajem równą władzy prezydenta. Nikt nie może mu 
odmówić.

– Ale...
–   Z   prawnego   punktu   widzenia   jesteś   jego 

synem   i   jesteś   nieletni.   Może   ci   polecić   pojechać, 
gdzie tylko będzie chciał.

Luke zaczął się trząść i musiał walczyć ze sobą, 

żeby utrzymać własne lęki pod kontrolą.

– Czego oni chcą ode mnie? – spytał.
Pan Hendricks skrzywił się.
–   Nie   wiem   –   powiedział.   –   Przykro   mi, 

naprawdę chciałbym ci pomóc. Tam dzieje się coś, 
czego nie rozumiem, a najlepszą rzeczą, jaką mogę 
zrobić,   jest   trzymanie   Smitsa   i   Oscara   z   dala   od 
mojej szkoły. Muszę chronić moich uczniów.

Teraz   Luke   zaczął   się   zastanawiać,   czyim 

pomysłem było odesłanie Smitsa i Oscara do domu.

–   Ja   też   jestem   jednym   z   pana   uczniów   – 

przypomniał. – Nie chce mnie pan chronić? – Nie 

background image

czekał na odpowiedź. – Wiem, może pan zadzwonić 
do   pana   Talbota   i   poprosić,   żeby   przyjechał   i 
przywiózł mi inny fałszywy dowód tożsamości. Nie 
jestem Lee Grantem i nie muszę nim być, proszę mi 
pozwolić być kimś innym, kimś, kto może tu zostać.

Jednakże pan Hendricks potrząsnął głową.
– Nie wiesz, jak trudno było zdobyć dla ciebie tę 

tożsamość?   Nie   wiesz,   ile   dzieci   wciąż   czeka   w 
ukryciu na to, co ty już masz?

Luke skulił się, próbując uniknąć wzroku pana 

Hendricksa. Fałszywe dokumenty w kieszeni ukłuły 
go, podsuwając mu pomysł.

–   A   te   tożsamości?   –   zapytał,   klepiąc   się   po 

kieszeni.   –   Mógłbym   zostać   Peterem   albo 
Stanleyem, do wyboru.

– Naprawdę myślisz, że to takie proste? – spytał 

pan Hendricks. – Nie masz pojęcia, co niosą ze sobą 
te tożsamości. A jeśli prawdziwy Stanley Goodard, 
kimkolwiek   by   nie   był,   jest   poszukiwany   za 
morderstwo? A jeśli...

– Dobrze, dobrze, rozumiem – mruknął Luke.
Pan Hendricks popatrzył na niego łagodniej.
–   Przykro   mi,   ale   nie   możesz   tak   po   prostu 

zmienić tożsamości. Nawet gdybyś mógł bez trudu 
podszyć się pod kogoś innego, nie możesz odrzucić 
bycia Lee Grantem. Nie teraz, ponieważ z jakiegoś 
powodu oni chcą teraz, żebyś nim był.

Luke   przypomniał   sobie   pytanie,   które   Smits 

background image

zadał mu pierwszego wieczora w Hendricks: „Czy 
możesz   być   Lee?”.   Dlaczego   Smitsowi   albo   jego 
rodzicom miałoby na tym zależeć?

I   czy   zależało   im   na   tym   z   tych   samych 

powodów?

Luke   nie   potrafił   dojść   do   ładu   z   własnymi 

uczuciami   –   czego   właściwie   się   spodziewał   ze 
strony Grantów? Nie wiedział i na tym polegał jego 
problem.

Pomyślał   o   tym,   co   powiedział   mu   Trey 

zaledwie godzinę temu: „Jesteś bohaterem... ”. Trey 
uważał,   że   Luke   jest   bardzo   odważny,   a   Luke 
pragnął,   by   pan   Hendricks   uważał   tak   samo. 
Żałował,   że   nie   potrafi   udawać   kompletnie 
niewzruszonego,   machnąć   zwyczajnie   ręką   i 
powiedzieć: „No to skoro muszę jechać, to muszę. 
Jeśli pan Grant jest taki wpływowy, to może  przy 
okazji,   skoro   już   tam   będę,   pogadam   z   nim  o 
oswobodzeniu   trzecich   dzieci?”.   Ale   Luke   nie   był 
odważny,   był   przerażony.   Bieganie   po   płonącym 
budynku   i   przekonywanie   skulonych   chłopców   do 
wyjścia   wydawało   się   śmiesznie   proste   w 
porównaniu  z   wyjazdem   do   domu   Grantów   w 
towarzystwie Smitsa i Oscara.

Przyszła mu do głowy nowa myśl.
–   Służba   będzie   wiedzieć,   że   nie   jestem 

prawdziwym   Lee   –   powiedział.   –   Przyjaciele 
państwa Grantów mnie zobaczą...

background image

–   Grantowie   nie   sprawiali   wrażenia 

zaniepokojonych   tą   perspektywą   –   odparł   pan 
Hendricks. – Musimy  przyjąć, że  to nie  okaże  się 
problemem.

Luke   przygryzł   wargi,   próbując   znaleźć   inną 

przeszkodę.

– Luke, nie wiem, czy to ci coś pomoże, ale... 

Chciałbym móc także ciebie ochronić – powiedział 
łagodnie pan Hendricks. – Po prostu to niemożliwe, 
ale powiem ci, że patrząc na wszystkich chłopców w 
tej   szkole,   tylko   w   twoim   przypadku   wierzę,   że 
wyjdziesz z tego cało. Postępuj zgodnie ze zdrowym 
rozsądkiem, a wszystko będzie dobrze.

Te właśnie słowa Luke powtarzał sobie w kółko, 

kiedy zaledwie dwie godziny później wsiadł w ślad 
za Smitsem do limuzyny, która miała go zawieźć do 
obcego domu.

Wszystko   będzie   dobrze,   wszystko   będzie  

dobrze, wszystko będzie dobrze...

Luke   żałował   tylko,   że   nie   potrafi   w   to 

uwierzyć.

background image

R

OZDZIAŁ

 17

Zauważyłeś,   Lee?   Mamy   nowego   szofera   – 

powiedział Smits, kiedy zamknął szczelnie szklaną 
szybę oddzielającą kierowcę od miejsca, gdzie on, 
Oscar   i   Luke   rozpierali   się   na   luksusowych 
skórzanych   kanapach.   Luke   uważał,   że   Szkoła 
Hendricksa   była   sztywna   i   elegancka,   ale   w 
porównaniu z wnętrzem tego samochodu wyglądała 
jak   rudera.   Chłopiec   miał   przeczucie,   że   lepiej 
będzie,   jeśli   od   razu   oduczy   się   zachwycania 
wszystkim   –   dom   Grantów   był   prawdopodobnie 
jeszcze bardziej luksusowy.

Nie   miał   pojęcia,   jak   powinien   traktować 

Smitsa,   więc   tylko   wzruszył   ramionami   i   dalej 
wyglądał   przez   okno.   Minęli   już   dom   pana 
Hendricksa i wyjeżdżali na główną szosę.

– Nasi rodzice nigdy nie trzymają służby zbyt 

długo – ciągnął Smits.

Czy   próbował   w   ten   sposób   coś   przekazać 

Luke’owi?   Na   przykład   to,   że   Luke   będzie 
bezpieczny u Grantów, ponieważ nie został nikt ze 
starej służby, kto by pamiętał prawdziwego Lee?

Nie, Smits zwracał się teraz do Oscara.
–   Słyszałeś?   –   oznajmił.   –   Powiedziałem,   że 

nasi rodzice nigdy nie trzymają służby zbyt długo. 
Na   pewno   wylali   już   poprzedniego   szofera,   a   jak 

background image

tylko   usłyszą,   co   się   wydarzyło   w   Hendricks, 
wywalą też i ciebie.

–   Smits,   poprzedni   szofer   został   zwolniony   z 

twojego powodu – przypomniał Oscar. – Dlatego, że 
go przekupiłeś, żeby mnie oszukać.

–   No   i   co   z   tego?   –   zakpił   Smits.   –   Ty   też 

zostaniesz   zwolniony   z   mojego   powodu,   bo   nie 
ochroniłeś mnie podczas pożaru.

– Sam podłożyłeś ogień! – ryknął Oscar.
Smits   wzruszył   ramionami   i   tym   razem   Luke 

mógł   zrozumieć   wściekłość   ochroniarza.   Kiedy 
zamykał oczy, wciąż widział strach malujący się na 
twarzach swoich przyjaciół – przyjaciół, z którymi 
nawet nie zdążył się pożegnać.

– Smits, z twojego powodu mogło zginąć wielu 

chłopców   –   powiedział   Luke.   –   Ogień   mógł   się 
rozprzestrzenić na całą szkołę.

– Rany, przecież w każdym pokoju są zraszacze 

–   odparł   Smits.   –   Nie   było   żadnego 
niebezpieczeństwa.

Czy to była  prawda?  Czy bohaterstwo  Luke’a 

niewiele

 

wykraczało

 

poza

 

ćwiczenia 

przeciwpożarowe?   Miał   dziwne   wrażenie,   jakby 
Smits coś mu odebrał.

Luke   odwrócił   twarz   do   okna   z   nadzieją,   że 

Smits   zrozumie,   iż   nie   ma   ochoty   na   rozmowę. 
Limuzyna jechała drogą, której nigdy nie widział – 
co   nie   było   szczególnie   zaskakujące.   Tylko   raz 

background image

wcześniej siedział w samochodzie, kiedy pan Talbot 
przywiózł   go   z   rodzinnej   farmy   do   Szkoły 
Hendricksa, i czuł się wtedy tak oszołomiony, że nie 
potrafił   przypomnieć   sobie   niemal   nic   z   tego,   co 
zobaczył. Teraz zmusił się do zachowania czujności. 
Jacy ludzie mogli mieszkać w tych małych domkach 
przy   drodze?   Czy   ktoś   uprawiał   te   zapuszczone 
pola?   Był   już   prawie   październik,   dlaczego   na 
polach nie roiło się od farmerów zbierających plony? 
Luke  był   pewien,  że   w  domu   jego  ojciec  i   bracia 
ciężko   pracują,   a   matka   prawdopodobnie   wzięła 
wolne   w   fabryce   drobiu,   żeby   im   pomagać.   Czy 
dalej tęsknili za Lukiem tak, jak on tęsknił za nimi?

Luke przełknął gulę w gardle i zamknął oczy. 

Czasem okazywało się, że lepiej nie zwracać uwagi 
na   otoczenie,   nie   zastanawiać   się   nad   tym,   gdzie 
jechał, ani też nad tym, co go tam mogło czekać...

Następną rzeczą, jaką zarejestrował, było to, że 

samochód   się   zatrzymał,   a   szofer   zagląda   przez 
otwarte drzwi.

–   Proszę   panów   –   powiedział   nieśmiało.   – 

Przepraszam? Przyjechaliśmy do domu, wasi rodzice 
chcieliby,   żebym   pomógł   wam   wysiąść. 
Przepraszam?

Luke sennie otworzył oczy – spał tak mocno, że 

przez   chwilę   miał   trudności   z   przypomnieniem 
sobie, gdzie się znajduje. Dlaczego nie leży w swoim 
łóżku   w   Hendricks,   patrząc   na   spód   piętrowego 

background image

łóżka Treya? Dlaczego twarz przykleiła mu się do 
poduszki? Nie, to nie była poduszka – dlaczego spał 
na skórzanej kanapie?

Na zewnątrz, za plecami szofera, Luke zobaczył 

coś,   co   przypominało   tysiące   diamentów 
zwisających z nieba, które nie zniknęły nawet wtedy, 
kiedy   odkleił   twarz   od   siedzenia   samochodu   i 
potrząsnął   głową,   żeby   się   trochę   obudzić.   Teraz 
widział, że opadały kaskadą z dachu nad podjazdem.

Szofer zauważył, na co patrzy Luke.
– Podoba ci się nowy żyrandol twojej matki? – 

zapytał. – Nie było go chyba, kiedy wyjeżdżałeś z 
domu, prawda?

Luke   nie   wiedział,   co   ma   odpowiedzieć   – 

niewinne pytanie od razu zbiło go z tropu.

Siedzący naprzeciwko niego Smits i Oscar także 

obudzili się i zaczęli przeciągać. Smits skrzywił się 
do szofera.

–   Jest   ohydny,   durniu   –   powiedział.   –   To 

najbrzydszy żyrandol, jaki kiedykolwiek mieliśmy.

Jasne, że Smits był niegrzeczny, ale oszczędził 

przynajmniej Luke’owi konieczności odpowiadania.

Oszołomiony   Luke   wysiadł   z   samochodu   na 

podjazd   wykładany   tysiącami   maleńkich   płytek, 
tworzących   zawiły   wzór.   Żyrandol   ponad   nim 
kołysał się lekko na wietrze, a Luke wpatrywał się w 
niego z niedowierzaniem. Z łukowatego sklepienia 
zwisała   ogromna   złota   kula   połączona   wygiętymi 

background image

prętami z otaczającym ją wokół tuzinem mniejszych 
kul.   Z   każdej   z   nich   zwieszały   się   diamenty   na 
sznurkach, posplatanych razem i zbiegających się do 
ogromnego kryształu znajdującego się dokładnie pod 
największą złotą kulą. Tęczowe blaski tańczyły po 
całym podjeździe, ale Luke uznał, że żyrandol nie 
mógł być zrobiony z prawdziwych diamentów – na 
całym świecie nie było ich chyba dostatecznie dużo. 
To były prawdopodobnie kawałki szkła, ale chłopiec 
nie   widział   żadnej   różnicy:   tak   czy   inaczej   widok 
zapierał dech w piersiach, efektowny ponad wszelkie 
pojęcie.

Podobnie jak wszystko inne. Ściany posiadłości 

Grantów wznosiły się nad nim jak strome urwisko – 
naprawdę nie potrafił powiedzieć, gdzie się kończy 
posiadłość,   a   zaczyna   reszta   świata   i   nie   byłby 
szczególnie   zaskoczony,   gdyby   się   okazało,   że 
posiadłość nie ma końca. W odróżnieniu od Szkoły 
Hendricksa ten gmach miał okna, całe tuziny okien 
podzielonych   na   mniejsze   szybki   z   ciężkiego 
ołowianego   szkła.   Każda   szybka   w   każdym   oknie 
lśniła tak, jakby ją polerowano co godzinę i Luke nie 
zdziwiłby się, gdyby naprawdę tak było.

Po drugiej stronie limuzyny aksamitny zielony 

trawnik   ciągnął   się   aż   do   rzędu   idealnie 
przystrzyżonych   drzew.   Luke   nie   widział   z   tego 
miejsca   innych   domów   –   posiadłość   Grantów 
sprawiała wrażenie tak samo odizolowanej od reszty 

background image

świata, jak rodzinna farma Luke’a.

– Tęskniłeś za domem? – zapytał go szofer. – 

Cieszysz się, że wróciłeś, prawda?

Luke tylko wzruszył ramionami, naśladując złe 

maniery Smitsa.

–   O,   pozwólcie,   że   was   zapowiem   – 

przypomniał sobie szofer.

Podszedł   do   podwójnych   drzwi   frontowych   i 

otworzył je na oścież.

–   Państwa   synowie   przyjechali!   –   zagrzmiał 

donośnym głosem.

Smits pierwszy przeszedł przez próg i wkroczył 

na lśniąco białą posadzkę. Luke niepewnie ruszył za 
nim.

– Pewnie w ogóle nie ma ich w domu – oznajmił 

gorzko   Smits.   –   Tata   jest   w   pracy,   a   mama 
oczywiście na jakimś przyjęciu.

Ale w długim, zakręcającym korytarzu słychać 

było kroki, których samo brzmienie miało w sobie 
coś władczego i rozkazującego – Luke był pewien, 
że nie zbliża się do nich nikt ze służby. Zobaczył 
mężczyznę i kobietę, prawdopodobnie w wieku jego 
rodziców   lub   nawet   starszych,   ale   ich   twarze   nie 
miały bruzd i zmarszczek, jak twarz ojca Luke’a, a 
w   ich   oczach   nie   było   strachu   i   znużenia,   jak   w 
oczach   matki   Luke’a.   Jasne   włosy   kobiety   były 
ułożone   w   tworzące   hełm   idealne   loki,   miała   na 
sobie intensywnie czerwony sweter i czarne spodnie. 

background image

Mężczyzna miał ciemne  włosy i oczy oraz równie 
ciemny   garnitur,   a   Luke   nie   potrzebował   widzieć 
metek   z   ceną,   żeby   wiedzieć,   że   ich   ubrania   były 
bardzo,   bardzo   kosztowne.   Uznał,   że   ta   para   w 
najmniejszym   nawet   stopniu   nie   przypomina 
rodziców:   nie   potrafił   sobie   wyobrazić,   jak 
którekolwiek   z   nich   opatruje   stłuczone   kolano, 
pozwala beknąć płaczącemu niemowlęciu czy całuje 
dziecko w czoło. Oczywiście, jeśli opowieści Smitsa 
o służbie były prawdziwe, naprawdę nigdy tego nie 
robili.

– Moi chłopcy! – wykrzyknęła dystyngowanie 

kobieta. – Nie mogliśmy się was doczekać.

Luke   przygotował   się   na   to,   że   zostanie 

zignorowany. Musiał zachowywać się normalnie, ze 
względu na służbę – szofera i chyba trzy pokojówki 
wyglądające   z   pobliskiego   pokoju   –   ale   nie   miał 
pojęcia,   co   było   normalnym   zachowaniem   w   tego 
rodzaju domu. Popatrzył na Smitsa, szukając jakichś 
wskazówek,   ale   młodszy   chłopiec   zesztywniał   i 
czekał, aż rodzice podejdą bliżej.

Wtedy   pani   Grant   wyminęła   Smitsa   i   złapała 

oszołomionego   Luke’a   w   ramiona.   Luke   poczuł 
zapach   eleganckich   perfum,   a   potem   został 
wypuszczony.   Pani   Grant   lustrowała   go   wzrokiem 
od stóp do głów.

– Och Lee, ależ wyrosłeś przez ten czas, kiedy 

cię nie było – wykrzyknęła. – Zeszłej jesieni sięgałeś 

background image

mi tylko do ramienia, a teraz... – Teraz Luke mógłby 
spojrzeć jej prosto w oczy, gdyby tylko zdobył się na 
odwagę.   –   Och,   ależ   za   tobą   tęskniłam!   Dlaczego 
wyjechałeś na cały rok?

Uściskała go jeszcze raz, a ponad jej ramieniem 

Luke   zobaczył   przez   moment   twarz   Smitsa, 
ściągniętą bólem.

– Witaj, Smits – powiedział dość sztywno pan 

Grant i uścisnął rękę syna.

Luke   spodziewał   się,   że   rodzice   zamienią   się 

teraz miejscami – pani Grant uściska Smitsa, a pan 
Grant poda sztywną rękę Luke’owi, ale kiedy pani 
Grant   wypuściła   Luke’a   z   objęć,   oboje   dorośli   po 
prostu   stali,   patrząc   z   zakłopotaniem   na   dwóch 
chłopców. Smits nie zrobił żadnego ruchu w stronę 
matki   i   mógłby   równie   dobrze   być   niewidzialny, 
ponieważ nie zwróciła na niego w ogóle uwagi. W 
końcu pan Grant skinął krótko głową Luke’owi.

–   Cóż,   na   pewno   chcecie   się   rozpakować   w 

swoich pokojach – powiedziała w końcu pani Grant. 
– Na pewno jesteście zmęczeni po podróży. Oscarze, 
czy mógłbyś...

Pani Grant nie musiała nawet kończyć zdania, 

ponieważ Oscar zrobił krok naprzód, stając tuż za 
Smitsem.

– Już idę, idę – mruknął Smits.
Luke   miał   ochotę   powiedzieć:   „Nie   chcecie 

wiedzieć, co się wydarzyło w szkole? Nie wiecie, że 

background image

niebezpiecznie   jest   zostawiać   ich   samych?”.   Był 
przyzwyczajony do swoich rodziców, którzy byliby 
ciekawi, przejmowaliby się nimi.

Patrzył, jak Smits przechodzi obok matki, która 

ledwie   spojrzała   w   jego   stronę,   ściągając   usta   w 
cienką  linię dezaprobaty. Ze swojego miejsca Luke 
widział   emocje   na   twarzy   Smitsa:   najpierw   ból,   a 
potem wściekłość.

Smits pragnął, żeby matka uściskała także jego.
Luke   nie   rozumiał   sceny,   której   stał   się 

świadkiem,   ani   tego,   dlaczego   został   uściskany 
zamiast   Smitsa.   Nadal   nie   rozumiał,   dlaczego 
Grantowie chcieli, żeby tu przyjechał, ale wiedział, 
że właśnie został odesłany do swojego pokoju.

I nie miał bladego pojęcia, gdzie może się ten 

pokój znajdować.

background image

R

OZDZIAŁ

 18

Uratował   go   szofer,   który   właśnie   wszedł, 

niosąc bagaże – Luke po prostu poszedł za nim na 
górę,   a   potem   długim,   imponującym   korytarzem. 
Znowu pół piętra do góry po schodach i do innego 
skrzydła   domu,   aż   wreszcie,   kiedy   Luke   miał 
wrażenie,   że   przeszedł   chyba   kilka   kilometrów, 
szofer   zostawił   jego   bagaż   i   walizki   Smitsa   pod 
drzwiami sąsiadujących pokoi.

Luke zawahał się przed drzwiami pokoju, który 

musiał należeć do Lee, i obejrzał się na stojących 
jeszcze w korytarzu Smitsa i Oscara.

– Zostaw mnie wreszcie w spokoju! – warknął 

Smits. – Jestem w domu! Jestem bezpieczny, jasne?

–   Myślisz,   że   tutaj   nie   ma   żadnego 

niebezpieczeństwa? – odparł Oscar. – Myślisz, że ty 
nie jesteś tutaj niebezpieczny?

Luke wślizgnął się do pokoju Lee z nadzieją, że 

tamci nie zauważyli, że ich słyszał. Potem zaczął się 
rozglądać, zapominając o całym świecie.

Cała   reszta   domu   była   luksusowa   i   wytworna 

ponad wszelkie wyobrażenie, ale pokój Lee okazał 
się pierwszym miejscem, w którym można się było 
dobrze   bawić.   Pod   jedną   ze   ścian   cztery   kanapy 
otaczały wielkoekranowy telewizor, a wnęka  kryła 
cały   salon   gier.   Inna   wnęka   przypominała   sklep 

background image

sportowy: pod ścianami leżały starannie poukładane 
narty, kije golfowe i hokejowe oraz rakiety tenisowe 
i stały całe kosze piłek futbolowych, koszykowych i 
baseballowych.   Trzecia   wnęka   zawierała   zestaw 
perkusji i trzy gitary.

–   Umiesz   grać?   –   zapytał   szofer,   o   którego 

istnieniu   Luke   zdążył   całkowicie   zapomnieć. 
Wpatrywał się tęsknie w gitary.

–   Trochę   –   skłamał,   domyślając   się,   że 

prawdziwy Lee musiał to umieć i mając nadzieję, że 
szofer nie poprosi o demonstrację.

Na szczęście szofer tylko skinął głową, skłonił 

się i wyszedł.

Luke   przez   dłuższą   chwilę   obchodził   pokój   i 

czuł   się   całkowicie   zagubiony.   Zajrzał   do   szuflad 
pełnych   schludnie   poskładanych   ubrań,   wyciągnął 
parę spodni i przyłożył je do talii. Nogawki kończyły 
się w tym samym miejscu, co nogawki jego spodni, 
ale   nie   był   pewien,   czego   to   dowodziło.   Czy 
prawdziwy   Lee   był   mniej   więcej   wzrostu   Luke’a, 
czy też Grantowie w tajemnicy dowiedzieli się, jaki 
rozmiar   ubrań   nosi   i   odpowiednio   do   tego 
zaopatrzyli pokój?

Luke   tak   naprawdę   szukał   czegoś   osobistego, 

jakiegoś dowodu na to, że w tym pokoju mieszkał 
prawdziwy   chłopiec.   Inicjałów   wyrytych   na   ramie 
łóżka albo starego rysunku samolotu, który dla pani 
Grant   (albo   niani?)   był   zbyt   szczególny,   żeby   go 

background image

wyrzucić.   Wystarczyłyby   mu   nawet   jakieś   ślady 
zużycia   piłek   do   koszykówki,   ale   wszystko 
sprawiało wrażenie nowego i nieużywanego. Jeśli to 
rzeczywiście   był   pokój   prawdziwego   Lee, 
oryginalny właściciel nie pozostawił w tym miejscu 
nawet smugi na ścianie.

Albo też wszystkie ślady jego obecności zostały 

zatarte.

Luke   wzdrygnął   się   na   tę   myśl   i   nagle 

wystraszony przeszedł do pokoju Smitsa, który był 
równie obszerny jak pokój Lee.

Smits leżał wyciągnięty na łóżku, wpatrując się 

w sufit. Nigdzie nie było widać śladu Oscara.

– Smits, możesz mi powiedzieć... – zaczął Luke.
Smits   potrząsnął   głową   i   położył   palec   na 

ustach, wskazując  otwarte  drzwi, za  którymi  Luke 
dostrzegł   ubraną   w   czarną   sukienkę   sylwetkę 
pochyloną nad porcelanową umywalką. Pokojówka 
sprzątała łazienkę.

–   Rany,   cudownie   być   w   domu   –   oznajmił 

Smits. – W domu, gdzie nawet ściany mają uszy.

– Chciałem tylko zapytać, czy nie zszedłbyś ze 

mną   na   dół,   żeby   coś   przegryźć   –   dokończył   bez 
większego sensu Luke.

Pokojówka wyłoniła się z łazienki.
– Nie psujcie sobie apetytu, chłopcy – skarciła 

ich. – Kucharze cały dzień szykują wykwintny obiad 
na wasze powitanie.

background image

Nic   nie   byłoby   w   stanie   popsuć   Luke’owi 

apetytu: śniadanie w Szkole Hendricksa był obfitsze 
niż zwykle, ale minęło od niego wiele godzin. Jeśli 
jednak Smits nie chciał z nim pójść, nie był pewien, 
czy   zdoła   znaleźć   kuchnię,   a   bez   towarzystwa 
młodszego   chłopca   i   tak   nie   miałby   odwagi 
poszukiwać jedzenia.

– I tak nie jestem głodny – powiedział Smits.
Luke   postarał   się   zignorować   burczenie   w 

brzuchu.

– To może masz ochotę wyjść na zewnątrz i w 

coś zagrać? Strzelić kilka bramek czy co?

–   Nie   –   odparł   Smits.   –   Na   zewnątrz   drzewa 

mają uszy.

Luke domyślał się, że chodziło o ogrodników – 

przypuszczał, że Smits stara się go ostrzec i chyba 
powinien być mu za to wdzięczny.

Tak naprawdę  jednak miał  ochotę  trzasnąć  go 

pięścią w nos – Smits był niemal tak nieznośny, jak 
prawdziwy brat.

background image

R

OZDZIAŁ

 19

Reszta   dnia   ciągnęła   się   w   nieskończoność. 

Luke   przez   kilka   godzin   wędrował   bez   celu   po 
posiadłości  i  otaczającym  ją   ogrodzie.  Nie   spotkał 
żadnego z rodziców Smitsa, ale miał wrażenie, że za 
każdym   rogiem   stoi   ktoś   ze   służby   i   wszyscy 
wiedzieli   wszystko  o  nim   –   albo   przynajmniej   o 
osobie, którą powinien być.

– Poprawiłeś już te oceny z matematyki, paniczu 

Lee?   –   zagadnął   go   w   głównym   holu   mężczyzna, 
którego Luke uznał za kamerdynera.

– Sprawdziłem silnik w pańskim skuterze, sir – 

poinformował   mechanik   w   poplamionym   smarem 
kombinezonie,   stojący   obok   garażu   dostatecznie 
wielkiego, żeby pomieścić jacht. Luke nie zdziwiłby 
się, gdyby naprawdę stał w nim jacht.

Kiedy zegar stojący przy drzwiach frontowych 

wybił siódmą, gosposia skarciła go:

– Tu jesteś! Dlaczego jeszcze się nie umyłeś i 

nie przebrałeś do obiadu?

– Ja... – zaprotestował Luke i pospiesznie ruszył 

w stronę miejsca, które wcześniej uznał za jadalnię. 
Przypominał sobie, że w jednym z pokojów widział 
ogromny drewniany stół, tylko gdzie to było?

Głównie   dzięki   łutowi   szczęścia   trafił   do 

właściwego   pokoju:   pan   i   pani   Grant   siedzieli   na 

background image

przeciwnych   końcach   wielkiego   stołu,   a   pomiędzy 
nimi ustawione zostały dwa krzesła. Smits siedział 
na jednym z nich, więc Luke szybko skierował się 
do drugiego.

– A gdzie twój smoking, młody człowieku? – 

zapytała pani Grant.

– Yyy... – zająknął się Luke, który zauważył, że 

zarówno   Smits,   jak   i   pan   Grant   mieli   na   sobie 
eleganckie   czarne   ubrania   ze   śnieżnobiałymi 
koszulami   i   czarnymi   muszkami   zawiązanymi 
sztywno pod szyją.

–   Nie   musieliśmy   się   przebierać   do   obiadu   w 

szkole – wtrącił Smits. – Lee pewnie całkiem o tym 
zapomniał.

– Zaiste – pociągnęła nosem pani Grant. – Cóż, 

tutaj   nie   możesz   zapominać   o   takich   sprawach. 
Natychmiast idź się przebrać.

Luke uważał, że ma sporo szczęścia, ponieważ 

zdołał znaleźć drogę powrotną do własnego pokoju i 
garnitur – smoking? – w szafie, a także ubrać się w 
niego. Szarpał się z muszką, zastanawiając się, jak 
bardzo pogniewają się na niego Grantowie, jeśli po 
prostu   zapomni   ją   włożyć   –   a   jak   bardzo   będą 
rozgniewani, jeśli każe im dłużej czekać – kiedy do 
pokoju bezgłośnie wszedł Oscar i z wprawą pomógł 
mu   zawiązać   muszkę   we   właściwy   sposób.   Potem 
wygładził   rękawy   smokingu   Luke’a,   odgarnął   mu 
zabłąkany   kosmyk   włosów   z   czoła   i   bez   słowa 

background image

popchnął go w stronę drzwi.

W jadalni pani Grant rzuciła łagodniej:
– No, od razu lepiej, takiego syna chcę widzieć.
Później ona, pan Grant i Smits zaczęli jeść zupę, 

która tymczasem zdążyła wystygnąć.

Obiad   minął   jak   we   śnie:   Luke   zjadł   solidną 

porcję zupy, żałując, że to wszystko, co dostanie, i 
był mile zaskoczony, kiedy została podana sałatka. 
Później   jednak   pojawiły   się   dania,   których   nie 
potrafił   zidentyfikować   –   raz   miał   wrażenie,  że   je 
białe grudki ryżu w jakimś sosie, ale był pewien, że 
to nie jest sos na wieprzowym tłuszczu, jedyny, z 
jakim miał wcześniej do czynienia.

Uważał,   że   jedzenie   było   smaczne   –   wręcz 

przepyszne   –   ale   trudno   było   się   nim   cieszyć, 
siedząc   w   towarzystwie   nadąsanego   Smitsa   i   jego 
lodowatych rodziców. Armia służących bezustannie 
wchodziła   i   wychodziła,   zabierając   talerze,   kiedy 
tylko   któreś   z   nich   skończyło   jeść.   W   okolicy 
dziewiątego   dania   Luke   poczuł   coś   dziwnego   w 
żołądku: był przejedzony.

– Pssst, Lee – szepnął do niego w końcu Smits z 

drugiej strony stołu. – Nie musisz jeść wszystkiego.

Luke   zauważył,   że   pozostali   ledwie   skubali 

jedzenie,   pozwalając   służbie   zabierać   talerze   po 
skosztowaniu jednego czy dwóch kęsów.

– Aha – powiedział Luke, zastanawiając się, co 

się   dzieje   z   niepotrzebnym   jedzeniem.   Dostają   je 

background image

służący, czy może jest wyrzucane?

Patrząc   na   obyczaje   obiadowe   państwa 

Grantów, nikt nie zgadłby, że zaledwie piętnaście lat 
wcześniej panował powszechny głód, a jedzenie w 
kraju nadal było racjonowane. Luke miał przeczucie, 
że Grantowie w ogóle nie zwracali uwagi na głód.

Poza wyszeptaną przez Smitsa radą przy stole 

nie toczyła się żadna rozmowa, nie padały pytania 
rodziców   takie   jak:   „A   jak   tam   nauka?”   czy   „Jak 
myślicie, kiedy zostanie naprawiona elektryczność w 
Szkole Hendricksa?”. Pan i pani Grant kompletnie 
nie   zwracali   uwagi   na   Smitsa   i   Luke’a,   jakby 
uważali, że chłopcy są nadal w szkole.

Grantowie nie odzywali się nawet do służących 

przynoszących i zabierających kolejne potrawy. Na 
nich   także   kompletnie   nie   zwracali   uwagi   i   Luke 
zastanawiał   się,   czy   nie   uważają   przypadkiem,   że 
jedzenie pojawia się i znika dzięki magii.

Wreszcie   służący   przynieśli   lody   i   Luke   był 

pewien, że to już ostatnie danie. Pomimo bolącego 
żołądka zjadł całą swoją porcję, do ostatniego kęsa – 
lody  w   domu   były   niezwykłym   przysmakiem, 
którego próbował raz czy dwa razy w całym życiu.

– Lee – syknęła pani Grant. – Dżentelmeni nie 

obżerają się tak.

Luke   poczerwieniał   na   twarzy   i   upuścił 

łyżeczkę,   która   z   brzękiem   upadła   na   podłogę, 
zostawiając   smugi   roztopionych   lodów   na 

background image

wypolerowanym marmurze.

– Czy mogę już wstać od stołu? – zapytał Smits 

w zapadłej ciszy.

Pani Grant skinęła głową.
Luke   patrzył   na   służącą,   która   pojawiła   się 

znikąd, podniosła łyżeczkę i w jednej chwili wytarła 
lody. Zebrał się na odwagę, żeby się odezwać.

– Czy ja też mogę wstać od stołu?
– Tak, możesz – powiedziała pani Grant.
Luke z ciężkim sercem poszedł z powrotem do 

pokoju   Lee   i   rzucił   się   na   łóżko,   walcząc   z   falą 
mdłości.   Początkowo   nienawidził   także   Szkoły 
Hendricksa,   ale   dom   Grantów   wydawał   mu   się 
znacznie, znacznie gorszy. A jednak Smits wyraźnie 
starał się mu pomagać, a Oscar pojawił się w samą 
porę, żeby zawiązać jego muszkę.

Dlaczego?   Dlaczego   któregokolwiek   z   nich 

obchodziło, co się dzieje z Lukiem?

background image

R

OZDZIAŁ

 20

Luke od kilku godzin spał smacznie, kiedy ktoś 

zaczął szarpać go za ramię.

– Wstawaj, Lee – wyszeptał czyjś głos.
Luke   otworzył   oczy   w   całkowitej   ciemności   i 

pomyślał,   że   musi   być   środek   nocy.   Zasnął   w 
ubraniu,   a   teraz   węzeł   muszki   wpijał   mu   się 
nieprzyjemnie w szyję – pewnie dlatego śnił mu się 
stryczek.

– Co... Kto to? – zapytał, walcząc z uczuciem 

całkowitej dezorientacji.

– Cśś! – Na jego ustach natychmiast zacisnęła 

się czyjaś ręka, ponieważ niechcący odezwał się za 
głośno. – Nie rób więcej hałasu, bo słowo daję... – 
Maleńka   latarka   zabłysła   w   ciemności.   –   To   ja, 
twój... ojciec. Poznajesz?

Pan   Grant   podniósł   latareczkę   do   podbródka, 

podświetlając   twarz,   co   dało   upiorny   efekt   i 
pogłębiło dziwaczne cienie pod jego oczami. Luke 
miał wrażenie, że patrzy na halloweenową maskę.

– Chodź ze mną – szepnął pan Grant.
Luke nieśmiało wysunął z łóżka najpierw jedną, 

a   potem   drugą   stopę   –   przypomniał   sobie,   że   to 
zupełnie jak w te noce, kiedy budził go Oscar, żeby 
zaprowadzić do Smitsa. Zawsze szedł posłusznie, ale 
co   by   było,   gdyby   się   sprzeciwił?   A   gdyby   tak 

background image

chociaż raz tupnął nogą i oznajmił: „Wiecie co? Nie 
jestem Lee i nie zamierzam dłużej udawać. Dajcie 
mi spokój i pozwólcie mi spać”.

Jednakże   nie   odważył   się   tego   zrobić   nigdy 

wcześniej i nie mógł się odważyć teraz.

W   milczeniu,   walcząc   z   narastającym   złym 

przeczuciem, wyszedł z panem Grantem ze swojego 
pokoju,   a   dalej   korytarzem   i   na   dół   schodami. 
Podejrzewał,   że   pan   Grant   celowo   idzie   okrężną 
drogą, żeby go zmylić, ale ponieważ dom nawet w 
biały dzień przypominał labirynt, Luke doszedł do 
wniosku,   że   mężczyzna   naprawdę   prowadzi   go 
najkrótszą drogą do miejsca, w które zamierzał się 
udać.

W końcu pan Grant stanął przed zamkniętymi 

drzwiami   na   pierwszym   piętrze   –   Luke   nie   był 
pewien, ale wydawało mu się, że próbował otworzyć 
te   drzwi   wcześniej,   kiedy   w   dzień   zwiedzał 
posiadłość. Były wtedy zamknięte na klucz, ale teraz 
pan   Grant   rozejrzał   się   uważnie,   lekko   otworzył 
drzwi   i   gestem  zaprosił   Luke’a   do   środka.   Kilka 
sekund później wszedł za nim i zamknął drzwi.

– Aktywowałeś już system? – zapytał kobiecy 

głos w ciemności.

– Trzy, dwa, jeden... gotowe – odparł pan Grant.
W   tym   momencie   zapaliło   się   światło   – 

znajdowali się w gabinecie, na którego środku stało 
ogromne   mahoniowe   biurko,   a   ściany   zasłaniały 

background image

półki  z  książkami.  Pani  Grant  siedziała  na  krześle 
przy   biurku,   ale   szybko   wstała,   podchodząc   do 
Luke’a i pana Granta.

– Nareszcie – powiedziała.
Luke   zesztywniał   w   obawie,   że   znowu   go 

uściska,   ale   ona   tylko   wzięła   go   za   ramiona, 
przytrzymała na długość wyciągniętej ręki i uważnie 
zlustrowała zmrużonymi oczami.

–   Na   pewno   aparat   na   zęby   –   oznajmiła.   –   I 

chyba trochę farby do włosów...

– Może szkła kontaktowe? – zaproponował pan 

Grant.

– Myślisz, że ktoś będzie mu się wpatrywać w 

oczy? – zapytała pani Grant. – Nie różnią się aż tak 
bardzo,   a   jeśli   będziemy   mu   dopasowywać   szkła 
kontaktowe, to oznacza jeszcze jedną osobę, której 
trzeba będzie płacić...

– Oczywiście, masz rację – przyznał pan Grant.
Luke   czuł   się   jak   przedmiot,   którego   kupno 

rozważali – żadne z nich nie patrzyło mu w oczy ani 
nie   zwracało   się   bezpośrednio   do   niego.   Czy 
uważali, że nie ma nic do powiedzenia w sprawie 
aparatu   na   zęby,   farby   do   włosów   czy   szkieł 
kontaktowych?

Tak, oczywiście, że tak uważali.
W   końcu   pani   Grant   cofnęła   się   o   krok   i 

powiedziała:

–   Cóż,   wydaje   mi   się,   że   to   się   może   udać. 

background image

Uważam, że powinniśmy spróbować.

– Nie mamy nic do stracenia, prawda? – dodał 

pan Grant.

Luke z trudem zdołał wydobyć z siebie głos.
– Czego ode mnie chcecie? – zapytał stanowczo.
Pani   Grant   popatrzyła   na   niego   całkowicie 

poważnie.

– Chcemy, żebyś umarł – oświadczyła.

background image

R

OZDZIAŁ

 21

Luke odskoczył do tyłu i w panice sięgnął do 

drzwi, ale gałka gdzieś zniknęła.

– No ślicznie, Sarinio – skrzywił się pan Grant. 

– Udało ci się go przerazić. Nie chodzi o to, żebyś 
umarł   naprawdę   –   wyjaśnił   Luke’owi.   –   Chcemy 
tylko upozorować twoją śmierć, żeby... cóż, to długa 
historia.

– Proszę mi opowiedzieć – odparł Luke przez 

zaciśnięte zęby.

Pan Grant spojrzał na panią Grant i zmarszczył 

brwi.

– Nie powinniśmy od tego zaczynać – przyznał. 

– Musisz nam wybaczyć, nadal jesteśmy jeszcze... w 
żałobie. Dzisiejszy dzień był dla nas bardzo trudny, 
inny chłopiec, który udaje Lee...

Luke   rozejrzał   się   gorączkowo   –   był   środek 

nocy, a w pobliżu raz wreszcie nie widział nikogo ze 
służby.

Mimo   to   serce   zaczęło   mu   mocniej   bić   ze 

strachu na myśl o tym, że ktoś mógłby usłyszeć pana 
Granta mówiącego, że Luke nie jest Lee.

–   Wszystko   w   porządku   –   uspokoił   go   pan 

Grant. – To dźwiękoszczelny i zabezpieczony pokój, 
możemy tutaj rozmawiać otwarcie.

–   Usiądź   –   pani   Grant   przysunęła   Luke’owi 

background image

krzesło. – Wszystko ci wyjaśnimy.

Luke myślał właśnie o tym, że dźwiękoszczelny 

i   zabezpieczony   pokój   jest   doskonałym   miejscem, 
żeby   kogoś   zabić.   Ale   co   mógł   na   to   poradzić? 
Usiadł na krześle.

Pan   i   pani   Grant   także   usiedli   naprzeciwko 

niego, a pani Grant pochyliła się do przodu.

–   Nasz   syn   Lee   był   wspaniałym   chłopcem   – 

zaczęła smutnym głosem. – Był wszystkim, o czym 
mogą   marzyć   rodzice,   wysportowany,   uzdolniony 
muzycznie,   doskonały   uczeń...   –   przerwała,   żeby 
otrzeć oczy. – Był jednak trochę zbyt idealistyczny.

–   Stwarzał   problemy   –   dodał   szorstko   pan 

Grant. – Był uparty jak osioł i od urodzenia uważał, 
że potrafiłby lepiej urządzić świat.

Luke   spróbował   dopasować   do   siebie   te   dwa 

opisy:   Lee   był   idealny,   utalentowany,   uparty   i 
stwarzał problemy.

–   Wdał   się   w   ojca,   prawda,   skarbie?   – 

powiedziała miękko pani Grant.

–   Nieważne...   –   Pan   Grant   zbył   żonę 

machnięciem ręki. – Zanim zginął, zdarzyło mu się... 
odrobinę  złamać prawo – ciągnął. – Był... cóż, nie 
musisz znać całej historii, wystarczy, jeśli powiem, 
że   okoliczności   jego   śmierci   byłyby   dla   nas   dość 
trudne do ujawnienia.

Gdyby Luke był choć trochę bardziej odważny, 

mógłby zapytać: „Czy to prawda, że został zabity na 

background image

polecenie   rządu?”,   ale   tymczasem   pani   Grant 
przejęła pałeczkę.

– A po jego śmierci, jak możesz się domyśleć, 

byliśmy   zrozpaczeni   –   dodała.   –   Po   prostu 
zdruzgotani.

Subtelnie   pociągnęła   nosem   i   pozwoliła   panu 

Grantowi kontynuować wyjaśnienia.

–   Wtedy   nasz   przyjaciel   George   Talbot 

zaproponował nam możliwe wyjście z tej sytuacji, 
rozwiązanie,  dzięki   któremu   mogliśmy   udawać,  że 
Lee nie zginął... a przy okazji pomóc tobie. Trudno 
mieć do nas pretensje, że postanowiliśmy skorzystać 
z takiej okazji, prawda? – zapytał pan Grant.

To zabrzmiało tak, jakby naprawdę oczekiwał, 

że Luke mu odpowie – jakby chciał się dowiedzieć, 
co Luke myśli.

–   No,   nie   –   przyznał   Luke.   –   I   proszę   mi 

uwierzyć,   byłem   szczęśliwy...   –   Uznał,   że   chyba 
bardzo   niewłaściwie   zabrzmiałoby,   gdyby 
powiedział,   że   był   szczęśliwy,   podczas   kiedy   oni 
opowiadali   o   śmierci   syna.   –   To   znaczy,   jestem 
bardzo wdzięczny, że podjęliście taką decyzję.

– No właśnie. A teraz używasz imienia Lee od 

ilu? Pięciu czy sześciu miesięcy? – spytał pan Grant.

– Pięciu miesięcy, trzech tygodni i dwóch dni – 

powiedziała cicho pani Grant.

Luke mógł tylko skinąć głową, ponieważ matka 

Lee wiedziała dokładnie, ile czasu minęło od śmierci 

background image

jej syna. W jakiś sposób sprawiało to, że Lee stał się 
bardziej rzeczywisty, zupełnie jakby Luke znalazł te 
obrazki, które  Lee  malował,  listy, które  pisał  albo 
inicjały wyryte w pokoju.

Bardziej  odpowiadała  mu  poprzednia  sytuacja, 

kiedy   Lee   Grant   był   dla   niego   tylko   nazwiskiem, 
które mógł nienawidzić, jeśli zechciał.

–   No   więc   słuchaj.   –   Pan   Grant   zignorował 

swoją żonę. – Daliśmy ci te kilka miesięcy wolności 
i   teraz   chcemy   poprosić   o   niewielką   przysługę   w 
rewanżu.   Smits,   nasz   drugi   syn,   miał   poważne 
problemy   z   zaakceptowaniem   śmierci   brata. 
Poprosiliśmy   go,   żeby   zachował   tę   wiadomość   w 
tajemnicy, ale...

–   Możliwe,   że   oczekiwaliśmy   od   niego   zbyt 

wiele. Możliwe, że to dla każdego byłoby zbyt wiele 
– powiedziała pani Grant jakby do siebie.

Luke potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, które 

z nich podjęło decyzję o zatajeniu śmierci Lee.

– Zatrudniliśmy dla niego ochroniarza – ciągnął 

pan Grant. – Pozwoliliśmy mu się spotkać z tobą, w 
nadziei, że jakoś mu to pomoże. Jednakże jego stan 
się pogorszył.

Luke   był   ciekaw,   skąd   Grantowie   mogą   to 

wiedzieć   –   czy   Oscar   powiedział   im,   że   Smits 
podłożył   ogień?   Czy   Smits   zwierzył   się   z   tego 
rodzicom?

Nie   potrafił   sobie   w   ogóle   wyobrazić,   żeby 

background image

Smits potrafił powiedzieć rodzicom coś osobistego.

–   Dlatego   też   wymyśliliśmy   nowy   plan   – 

wyjaśnił pan Grant. – Uznaliśmy, że wydamy kilka 
przyjęć,   pokażemy   cię   w   szerszym   towarzystwie 
jako Lee, a potem...

–   Czyja   przypominam   Lee?   –   zapytał   cicho 

Luke.

Chciał,   żeby   pan   Grant   wyciągnął   zdjęcie   z 

portfela albo z biurka; nagle rozpaczliwie zapragnął 
przekonać   się,   jak   wyglądał   prawdziwy   Lee. 
Pomyślał,   że   gdyby   tylko   zobaczył   prawdziwego 
Lee,   potrafiłby   sam   zdecydować,   czy   zależało   mu 
tylko na sprawianiu problemów, jak opisał go ojciec, 
czy też był cudownym świętym, jak twierdziła pani 
Grant. Nagle zaczęło to mieć znaczenie.

Kim byłeś, Lee Grancie?
–   Uważamy,   że   możesz   udawać   Lee.   –   Głos 

pani   Grant   lekko   zadrżał.   –   Tak   nam   się   wydaje. 
Roztrząsaliśmy tę sprawę przez cały dzień.

– Czy mógłbym zobaczyć... – zaczął Luke, ale 

pan Grant mu przerwał.

–   Więc   tak   jak   mówiłem,   zamierzamy   cię 

pokazać, a potem upozorować twoją śmierć. Wtedy 
Smits...   a   także   moja   żona   i   ja...   będziemy   mogli 
otwarcie nosić żałobę. Nie będzie też ryzyka, że ktoś 
mógłby   nas   oskarżyć,   iż   Lee   zginął   w   kwietniu, 
zajmując   się...   nielegalną   działalnością,   ponieważ 
wszyscy   powiedzą,   że   widzieli   cię   dopiero   co   we 

background image

wrześniu.

Luke zastanowił się nad tym, jak to będzie, nie 

być   już   Lee.   Właściwie   przyniosłoby   mu   ulgę 
przyjęcie innego, anonimowego imienia i nazwiska – 
imienia, które nie niosłoby ze sobą komplikacji w 
postaci   zrozpaczonego   brata   i   wpływowych 
rodziców. Pamiętał jednak niepokój pana Hendricksa 
o to, że Luke mógłby zabrać imię, które pozwoliłoby 
wyjść   z   ukrycia   innemu   dziecku,   albo   przybrać 
nazwisko,   które   okazałoby   się   jeszcze   bardziej 
niebezpieczne   niż   Lee   Grant.   Był   ciekaw,   czy 
mógłby   wrócić   do   Szkoły   Hendricksa   pod   innym 
nazwiskiem.

–   Czy   nie   ma   innej   metody,   żeby   pomóc 

Smitsowi? – zapytał. – Gdybyście go zatrzymali w 
domu i rozmawiali z nim o Lee, we trójkę...

–   Co   pomyślałaby   służba?   –   zapytała   pani 

Grant.

–   Moglibyście   rozmawiać   tutaj   –   upierał   się 

Luke. – Moglibyście sami mu pomóc, w tajemnicy. – 
Nie potrafił sobie wyobrazić Grantów okazujących 
sobie ciepło i dzielących żałobę, płaczących razem. 
Nie potrafił sobie wyobrazić pani Grant przytulającej 
Smitsa   ani   nawet   pani   Grant   przytulającej   się   do 
pana Granta. Nie potrafił też wyobrazić sobie tego 
pokoju jako dobrego miejsca do szukania ukojenia, 
był   zbyt   zimny,   zbyt   oficjalny,   zbyt   wyraźnie 
przeznaczony   do   prowadzenia   interesów   i   snucia 

background image

intryg, nie do okazywania uczuć.

– Nie, ty niczego nie  rozumiesz. – Pan Grant 

zbył propozycję Luke’a machnięciem ręki. – Jesteś 
tylko   dzieckiem,   nie   wiesz,   o   czym   mówisz. 
Wystarczy, że dostosujesz się do naszego planu.

– Myślę, że pan Talbot mógłby zdobyć dla mnie 

nową fałszywą tożsamość – powiedział z wahaniem 
Luke.

– Ależ nie. – Potrząsnęła głową pani Grant. – 

Nie   możesz   używać   innej   tożsamości   po   tym,   jak 
będziesz   widziany   jako   Lee.   Ktoś   mógłby   cię 
rozpoznać i co by się wtedy z nami stało?

Luke popatrzył na nią z przerażeniem.
– Więc co ma się ze mną stać? Gdzie mam iść 

bez dokumentów Lee?

Pani Grant wzruszyła ramionami.
– Cóż, tam, gdzie byłeś, zanim zacząłeś udawać 

Lee.   –   To   zabrzmiało   tak,   jakby   Luke   ukradł 
tożsamość jej syna, może nawet jakby sam go zabił.

–   Chcecie,   żebym   z   powrotem   zaczął   się 

ukrywać? – zapytał z niedowierzaniem Luke.

Pani Grant popatrzyła prosto na niego.
– Oczywiście – powiedziała.

background image

R

OZDZIAŁ

 22

Przez jeden moment Luke wyobraził sobie, co 

by   się   stało,   gdyby   się   znowu   ukrywał:   mógłby 
wrócić do domu, do matki, ojca, Matthew i Marka.

Musiałby jednak znowu mieszkać na strychu i 

jeść posiłki na schodach, niewidoczny dla świata; nie 
wolno   byłoby   mu   wyjrzeć   na   zewnątrz   ani   nawet 
przejść koło okna.

–   Nie   mogę   –   powiedział   słabo.   –   Nie   mogę 

zacząć się znowu ukrywać.

–   Dlaczego   nie?   –   zapytał   pan   Grant.   – 

Ukrywałeś się, zanim zacząłeś używać imienia Lee, 
więc co za problem, żebyś znowu zaczął?

– To... – Luke potrafił tylko potrząsnąć głową. 

Oni byli bogaci i wpływowi, jak mogliby coś takiego 
zrozumieć?   Po   tym,   jak   zakosztował   wolności, 
zdobył się na odwagę i zaofiarował się zrobić coś 
wielkiego   dla   sprawy,   absolutnie   nie   mógł   już 
wrócić   do   pustego   życia   w   ukryciu.   –   Co   byście 
powiedzieli, gdyby ktoś kazał się wam ukrywać? – 
zapytał Grantów.

Pani Grant wstała z gestem oburzenia.
– Och, to po prostu śmieszne – powiedziała. – Ja 

nigdy   nie   musiałam   się   ukrywać,   jestem 
pełnoprawną obywatelką i notablem. To nie to samo.

–   Nie   uważacie,   że   ja   też   powinienem   mieć 

background image

prawa? – zapytał Luke.

Wtedy   właśnie,   patrząc   na   kamienne   twarze 

dwojga   dorosłych,   zaczął   tracić   nadzieję:   nie 
obchodziły ich trzecie dzieci, nigdy nie zastanawiali 
się   nad   tym,   czy   Luke   albo   ktokolwiek   do   niego 
podobny powinien mieć jakieś prawa. Był dla nich 
tylko pionkiem, kimś, kogo mogli użyć do swoich 
celów i wyrzucić, kiedy nie będzie już do niczego 
potrzebny.

– Nie to jest istotne – powiedziała pani Grant. – 

Istotne jest... – Na jej twarzy pojawił się przebiegły 
uśmiech. – Istotne jest to, że nie ma znaczenia, czy 
nasz plan ci odpowiada. Jeśli spróbujesz się z niego 
wyłamać, jeśli nie będziesz się zachowywać jak Lee, 
zaszkodzisz   samemu   sobie.   Nie   myśl,   że 
zawahalibyśmy   się   przed   wydaniem   cię   Policji 
Populacyjnej.

Groziła   Luke’owi,   który   poczuł,   że   krew 

odpływa   mu   z   twarzy.   Patrzył   na   nieskazitelnie 
piękną   panią   Grant,   idealnie   umalowaną   nawet   o 
trzeciej   nad  ranem   i   mimo   nietypowej   pory 
wystrojoną   w   naszyjnik   z   pereł.   Co   mógł   jej 
odpowiedzieć?

– Ale jeśli chcecie, żebym pomógł upozorować 

moją śmierć... – zaczął, zawstydzony tym, że jego 
głos zrobił się jękliwy.

–   O   to   się   nie   martw,   wszystko   mamy 

przygotowane. Nie potrzebujemy twojej współpracy 

background image

–   oznajmiła   pani   Grant   z   mdląco   słodkim 
uśmieszkiem.

Na   tym   potajemne   spotkanie   zostało 

zakończone,   a   pan   Grant   odprowadził   Luke’a   do 
jego pokoju – do pokoju Lee. Oszołomiony chłopiec 
zdjął pognieciony smoking i przebrał się we własną 
piżamę,   a   potem,   leżąc   w   łóżku,   jeszcze   raz 
odtworzył w pamięci całą rozmowę. Im dłużej o tym 
myślał,   tym   bardziej   wydawało   mu   się   to 
koszmarnym snem.

Chcemy, żebyś umarł...
Nie możesz używać innej tożsamości...
Ukrywałeś się, zanim zacząłeś używać imienia  

Lee, więc co za problem, żebyś znowu zaczął?

Luke   pomyślał,   że   Grantowie   mogliby   równie 

dobrze zabić go naprawdę i mieć wszystko z głowy. 
Powrót do ukrywania się był praktycznie tak samo 
okropny jak śmierć.

Wtedy   zaczęło   w   nim   kiełkować   nowe 

postanowienie:   niezależnie   od   wszystkiego   nie 
będzie się znowu ukrywać. Na pewno mógł robić coś 
w tajemnicy, jako część podziemnego ruchu oporu 
przeciwko rządowi. Pan Talbot dał mu wcześniej do 
zrozumienia, że istnieją tacy tajni działacze na rzecz 
sprawy,   a   Luke  nie   był   pewien,   czy   ktokolwiek   z 
nich   jest   pełnoprawnym   obywatelem,   czy   też   nie. 
Przypomniał  sobie  trójkę  dzieciaków, które poznał 
poprzez swoją przyjaciółkę Ninę – Percy, Matthias i 

background image

Alia zajmowali się dawniej podrabianiem dowodów 
tożsamości. Nie był pewien, co robili teraz, ale może 
mógłby im pomagać.

Plany   Luke’a   były   w   większości 

niesprecyzowane i niejasne, ale dzięki temu poczuł 
się lepiej. Nie był notablem jak Grantowie, nie był 
pełnoprawnym  obywatelem  jak Grantowie, nie  był 
nawet   dorosły,   ale   to   nie   znaczyło,   że   musiał 
grzecznie udawać trupa, skoro tak mu kazano. To nie 
znaczyło   też,   że   nie   miał   żadnego   wyboru   – 
wystarczyło,   że   w   tajemnicy   przed   wszystkimi 
nawiąże kontakt z panem Talbotem, a on na pewno 
zdoła go ochronić przed intrygą Grantów.

background image

R

OZDZIAŁ

 23

Pocieszony   własnymi   planami   Luke   zaczął 

zasypiać,   kiedy   ktoś   znowu   potrząsnął   jego 
ramieniem.

– Obudź się! – rozkazał szeptem szorstki głos. 

Tym   razem   to   był   Oscar,   a   Luke   zdobył   się  na 
odwagę, żeby odpowiedzieć:

– Jesteśmy już w domu. Jak Smits może więc 

tęsknić za domem?

–   Cśś   –   odparł   Oscar.   –   Chodź   ze   mną. 

Zaintrygowany   Luke   posłuchał,   ale   Oscar   nie 
skierował się do sąsiedniego pokoju, należącego do 
Smitsa, tylko poprowadził go pokręconą trasą przez 
cały   dom.   Dopiero   kiedy   stanęli   przed   ciemnymi 
drzwiami,   Luke   uświadomił   sobie,   że   Oscar 
przyszedł z nim z powrotem do tajnego gabinetu.

– Co... – zaczął Luke.
– Cśś! – rzucił stanowczo Oscar.
Nie   rozglądał   się   tak   jak   pan   Grant,   tylko 

wsadził klucz w zamek – drzwi stanęły otworem, a 
Oscar wepchnął Luke’a do środka i zaczął naciskać 
guziki   w   tej   samej   kolejności,   co   wcześniej   pan 
Grant. Znowu zapaliło się światło i tym razem Luke 
zauważył, że gałka rzeczywiście zniknęła, a drzwi w 
jakiś sposób przemieniły się w gładką ścianę.

– Skąd... skąd wiesz o tym pokoju? – zapytał 

background image

Luke.

– Lee mi powiedział – odparł Oscar. – On mi 

dał klucz.

Lee. Luke przełknął ślinę.
–   Ja   jestem   Lee   –   powiedział   bez   większego 

przekonania.   –   Nigdy   nie   wspominałem   ci   ani 
słowem o, no, naszym domu. Nigdy niczego ci nie 
dawałem.

Oscar   popatrzył   na   niego   niemal   ze 

współczuciem.

–   Jesteśmy   w   dźwiękoszczelnym   pokoju   – 

powiedział. – Obaj znamy prawdę, nie ma potrzeby 
tutaj kłamać.

Oszołomiony Luke opadł na to samo krzesło, na 

którym siedział podczas rozmowy z Grantami.

– Nie martw się – odezwał się Oscar. – Jestem 

po   twojej   stronie,   działamy   na   rzecz   tej   samej 
sprawy.

–   Skąd   mam   to   wiedzieć?   –   zapytał   Luke.   – 

Dlaczego miałbym ci zaufać?

Ku jego zaskoczeniu Oscar roześmiał się.
– Mały twardziel, co? Nie jak ten rozpuszczony 

bogaty synalek, którego mam cały czas pilnować.

Nie   jesteś   notablem,   prawda?   Niech   zgadnę   – 

Oscar   zmrużył   oczy,   patrząc   prosto   na   Luke’a.   – 
Założę się, że dorastałeś w biedzie, w prawdziwej 
biedzie, tak jak ja. Nie mam tylko pojęcia, dlaczego 
właśnie ty zostałeś wybrany, żeby przejąć tożsamość 

background image

Lee Granta.

Luke nie odpowiedział Oscarowi, wpatrywał się 

tylko w niego wyzywająco. Miał jednak wrażenie, że 
Oscar przejrzał na wylot elegancką piżamę notabla, 
ozdobioną inicjałami Lee Granta i wiedział skądś, że 
Luke jest nikim – nie jest naprawdę odważny, pewny 
siebie, bogaty.

Oscar wzruszył ramionami, jakby właściwie nie 

spodziewał się, że Luke mu coś odpowie albo jakby 
nie potrzebował wiedzieć o nim niczego więcej.

– Zamierzam ci coś opowiedzieć – powiedział 

cicho.   –   Wtedy   będziesz   wiedział,   dlaczego 
powinieneś mi zaufać. Jestem pewien, że docenisz 
prawdę.

Oscar   usiadł   naprzeciwko   Luke’a,   ubrany   w 

spodnie   od   dresu   i   T-shirt   podkreślający   potężne 
bicepsy,   ale   z   jakichś   powodów   przestał 
przypominać   przepakowanego   ochroniarza. 
Spoglądał z namysłem na Luke’a, mrużąc oczy.

–   Rząd   chciałby,   żeby   ludzie   wierzyli,   że 

wszyscy popierają obecnego dyktatora... to znaczy, 
prezydenta   –  powiedział   sarkastycznie.  –   Wszyscy 
podobno wierzą, że każda jego decyzja jest po prostu 
cudowna   i   całkowicie   słuszna.   Wszyscy   podobno 
uważają, że notable zasługują na swoje przywileje, a 
cała reszta zasługuje na ochłapy. Ale ty i ja wiemy 
coś  innego,   prawda?   –   Ponieważ   Luke   nie 
odpowiadał, Oscar powtórzył – Prawda, Lee?

background image

–   Tak   –   wyszeptał   Luke,   nadal   oszołomiony 

przemianą Oscara. Mężczyzna nie przypominał już 
dobrze wychowanego, przestrzegającego ściśle zasad 
służącego, nawet jego głos stał się bardziej szorstki.

– Kiedy coś jest niesprawiedliwe – powiedział 

Oscar – każdy, kto ma odrobinę zdrowego rozsądku, 
będzie się temu sprzeciwiać. Prawda?

Luke skinął głową i miał ochotę powiedzieć: „Ja 

sam   zadałem   cios   rządowi,   wydałem   informatora 
Policji   Populacyjnej”.   Nagle   miał   ochotę   zrobić 
wrażenie na tym nowym Oscarze.

Nie   był   jednak   pewien,   czy   na   Oscarze   zrobi 

wrażenie jakiekolwiek jego dokonanie.

– Miałem osiem lat, kiedy podłożyłem pierwszą 

rurobombę w skrzynce pocztowej notabla – oznajmił 
Oscar. – Jako dwunastolatek kradłem już samochody 
notabli,   oczywiście   nie   dla   zysku.   Razem   z 
kumplami   wrzucaliśmy   te   auta   do   rzeki,   nie   masz 
pojęcia, jaki plusk robi limuzyna i jak potem policja 
kłębi   się   na   brzegu.   Ryzykowaliśmy   życie   dla 
sprawy.

Luke gwałtownie przełknął ślinę.
–   Potem   notable   zaczęli   się   przeprowadzać 

coraz   dalej   od   wielkich   miast   –   ciągnął   Oscar.   – 
Załatwili sobie ogrodzenia i ochroniarzy, przybiegli 
do   rządu   z   płaczem:   „Buuu,   ci   wandale   są 
nieznośni!”,   a   rząd   ich   wysłuchał.   Zostały 
uchwalone  nowe  prawa: czy wiesz, że  zniszczenie 

background image

własności notabla jest cięższym  przestępstwem niż 
zabicie   zwykłego   człowieka?   Naprawdę.   –   Oscar 
zniżył   głos,   jakby   powierzał   Luke’owi   ogromny 
sekret. – A w tym czasie zwykli ludzie głodowali na 
ulicach...

–   To   nie   w   porządku   –   powiedział   cichutko 

Luke.

Oscar wstał i zaczął chodzić po pokoju.
– Właśnie, to nie w porządku. Dlatego musimy 

coś z tym zrobić.

– My? – zapytał Luke. Był ciekaw, czy Oscar 

powie   cokolwiek   o   niesprawiedliwej   ustawie 
populacyjnej,   zmuszającej   trzecie   dzieci   do 
ukrywania się. To także było coś, w czym rząd nie 
miał   racji.   Czy   Oscar   wiedział   o   tych   dzieciach, 
które miały jeszcze więcej powodów od niego, żeby 
nienawidzić rządu? Czy go to obchodziło?

Oscar zatrzymał się i popatrzył na Luke’a tak, 

że   chłopiec   poczuł   się   nie   większy   od   owada   i 
równie łatwy do zgniecenia.

– Od lat pracuję dla podziemnego ruchu oporu – 

wyjaśnił   Oscar.   –   Naszym   jedynym   celem   jest 
obalenie   rządu   i   notabli   oraz   przywrócenie 
sprawiedliwości. Równość dla wszystkich, to nasze 
motto.   –   Oparł   ręce   na   poręczy   krzesła,   które 
wcześniej zajmował, a Luke widział, że mężczyzna 
musiałby tylko napiąć mięśnie, żeby połamać je na 
kawałki.   Ale   Oscar   nie   poruszał   się,   obserwował 

background image

Luke’a.

–   Obaj   to   wiemy   –   powiedział.   –   Samo 

przyznanie,   że   się   nie   zgadzam   z   rządem,   jest 
uważane za zdradę. Jeśli na mnie doniesiesz, wyprę 
się wszystkiego i nie  znajdziesz żadnych dowodów 
na to, że cokolwiek planuję.

Luke widział, że Oscar czeka teraz na niego, na 

jakiś sygnał, żeby kontynuować.

– Nie doniosę na ciebie – odparł. – Dlaczego 

miałbym to zrobić?

– Doskonale – powiedział Oscar. – Widzę, że 

się rozumiemy.

Usiadł i spokojnie ciągnął swoją opowieść.
–   Przyznaję,   że   na   początku   byłem   tylko 

narwanym   dzieciakiem.   Biedny,   niewykształcony: 
jak mogło być inaczej? Ale potem moi kumple i ja 
trafiliśmy na innych bojowników, nazywaliśmy ich 
jajogłowymi.   Oni   zastanawiali   się   nad   takimi 
rzeczami   jak   filozofia   polityczna,   komu   to   było 
potrzebne?   Ale   mieli   pieniądze   pozwalające   na 
spowodowanie   prawdziwych   szkód   i   nauczyli   nas, 
jak   zrobić   coś   mającego   większe   znaczenie   niż 
wysadzenie kilku skrzynek pocztowych i zniszczenie 
kilku   samochodów,   podczas   gdy   notable   mogli 
zawsze kupić nowe. Nauczyli nas subtelnych metod, 
wyszkolili  nawet   niektórych  z  nas  na   księgowych, 
informatyków, elektryków i tak dalej. Dzięki temu 
mogliśmy   jeszcze   bardziej   szkodzić   rządowi  i 

background image

notablom.

– Aha – powiedział Luke.
– Pamiętasz te awarie elektryczności, które się 

powtarzają na wybrzeżu? To nasza robota – przyznał 
Oscar. – Udało nam się pozbawić prądu całe miasta.

Luke   nigdy   nie   słyszał   o   awariach 

elektryczności, ale spróbował wyglądać, jakby mu to 
zaimponowało.

Oscar   rozparł   się   na   krześle,   jakby   nie   miał 

żadnych   oporów   przed   opowiadaniem   Luke’owi 
części swojej historii.

– Nikt nie powinien o nas wiedzieć, ale na swój 

sposób staliśmy się sławni – powiedział. – Kto inny 
ośmieliłby   się   zrobić   cokolwiek?   Byliśmy   super, 
więc   dołączyło   do   nas   nawet   kilkoro   dzieciaków 
notabli, buntujących się przeciwko rodzicom.

Zaskoczony Luke podniósł głowę.
– Lee – powiedział.
– Właśnie – skinął głową Oscar. – Prawdziwy 

Lee Grant albo może raczej powinienem powiedzieć: 
oryginalna wersja.

Luke   wyczekująco   pochylił   się   do   przodu, 

uświadamiając sobie, że ledwie oddycha.

– Lee nie był pierwszym dzieciakiem notabli u 

nas, ale miał najlepsze kontakty – powiedział Oscar.

– Ale dlaczego miałby... – zaczął Luke.
– Jeśli twój tatuś jest najbogatszym człowiekiem 

w   kraju,   a   ty   jesteś   na   niego   wściekły,   to   jak 

background image

najlepiej   się   na   nim   odegrasz?   Załażąc   za   skórę 
rządowi. Świetna zabawa. – Oscar potrząsnął głową. 
– Nikt z nas mu nie ufał.

– To dlaczego go przyjęliście? – zapytał Luke.
–   Nie   rozumiesz?   –   odpowiedział   pytaniem 

Oscar. – To był Lee Grant, wspaniała broń w służbie 
naszej   sprawy.   –   Opuścił   wzrok.   –   Niektórzy   w 
naszej   grupie  uważali,   że   najlepiej   zrobilibyśmy, 
porywając go i żądając okupu. Moglibyśmy w ten 
sposób sfinansować całe lata działań.

– Ale nie zrobiliście tego – powiedział pytająco 

Luke.

– Nie – rzucił niecierpliwie Oscar. – Uznaliśmy, 

że   bardziej   nam   się   przyda   w   inny   sposób.   I 
rzeczywiście   tak   było.   On...   zrobił   się   bardziej 
dojrzały i stał się doskonałym wywrotowcem. Kiedy 
w przerwach od szkoły odwiedzał dom, przekazywał 
nam wiele dokumentów, które wykradał ojcu. Dzięki 
temu wiedzieliśmy, co planuje rząd, i mogliśmy się 
odpowiednio przygotować na jego działania.

–   A   co   dla   was   robił,   kiedy   był   w   szkole?   – 

spytał   Luke,  wbrew   sobie   zafascynowany  tą   nową 
wersją   życia   Lee.   Miał   wrażenie,   że   składa 
skomplikowaną   układankę:   tu   był   kawałek,   na 
którym   Lee   ciągnął   młodszego   brata,   Smitsa,   w 
czerwonym   wagoniku;   tu   był   kawałek   dołożony 
przez matkę: Lee jako utalentowany muzyk, zdolny 
sportowiec,   doskonały   uczeń;   tu   kawałek   od   pana 

background image

Granta:   Lee   jako   uparty   i   sprawiający   problemy 
dzieciak.

Tak się składało, że tylko ten ostatni kawałek 

pasował do historii Oscara.

– Chodził do jednej z eleganckich prywatnych 

szkół dla superbogaczy, a tam – Oscar zaśmiał się – 
oszukiwał   tych   wszystkich   synów   bogaczy   tak,   że 
pomagali   nam,   nawet   o   tym   nie   wiedząc.   Niezły 
numer był z tego Lee.

–   Ale   on   zginął   –   powiedział   Luke,   po   raz 

pierwszy łącząc razem to, co usłyszał od Smitsa i 
jego rodziców. – Został zabity, kiedy robił coś dla 
was, dla waszej grupy. – To nie było pytanie, to było 
to „złamanie prawa”, o jakim wspomniał pan Grant. 
Dlatego   właśnie   działający   na   polecenie   rządu 
żołnierz   strzelił   do   Lee;   Smits   nie   kłamał   w   tej 
sprawie.

Oscar zmarszczył brwi.
– Niestety tak. Zginął podczas jednej z naszych 

tajnych operacji.

– O co w niej chodziło?
Oscar   przymrużył   oczy,   jakby   próbując 

zdecydować, ile może powiedzieć Luke’owi.

– Zeszłej wiosny uznaliśmy, że możemy mieć 

szansę,   żeby   coś   zdziałać.   W   stolicy   odbyła   się 
antyrządowa   pikieta,   nie   mieliśmy   z   nią   nic 
wspólnego, od razu wiedzieliśmy, że jest skazana na 
klęskę. Ale to wstrząsnęło różnymi ludźmi, bo wiele 

background image

dzieciaków   zginęło   tam,   na   widoku   publicznym. 
Nawet   niektórzy   wyżsi   urzędnicy   byli   poruszeni, 
publiczna śmierć robi o wiele większe wrażenie niż 
potajemna.

Luke   nie   był   pewien,  jak  powinien   przyjąć   tę 

wiadomość.   Czy   Oscar   mówił   o   pikiecie,   którą 
poprowadziła Jen i w której zginęła? Czy ta pikieta 
przyniosła mimo wszystko jakieś efekty?

–   Postanowiliśmy   uderzyć   jak   najszybciej, 

dopóki siły nieprzyjaciela były pogrążone w chaosie 
– ciągnął Oscar. – Musieliśmy jednak zdobyć broń 
dla wszystkich członków naszej grupy tak szybko, 
jak to możliwe. Niektórzy nasi ludzie przebywali na 
dalekiej   północy   kraju,   a   Lee   był   doskonałym 
narciarzem biegowym.  Zaproponował, że  przejdzie 
przez góry i dostarczy przesyłkę.

– Przesyłkę? – powtórzył Luke.
– Broń – wyjaśnił Oscar.
Luke   spróbował   sobie   wyobrazić   chłopca   w 

swoim wieku samotnie niosącego broń przez góry. 
Nigdy   nie   widział   gór   na   żywo,   ale   wyobrażał   je 
sobie   jako   odludne   miejsce:   tylko   śnieg,   drzewa   i 
Lee niosący broń.

–   I   został   złapany,   przez   rząd   –   powiedział 

Luke.

Oscar skinął głową.
–   Lee   miał   dość   rozsądku,   żeby   próbować 

uciekać,   wiedział,   że   to   kwestia   życia   i   śmierci. 

background image

Gdyby złapali go żywego, mogliby go torturować, a 
on mógłby zdradzić nasze plany i wydać całą grupę. 
Gdyby   zaczął   mówić,   wszyscy   bylibyśmy   już 
martwi.

Czy   gdyby   Luke   znalazł   się   na   miejscu   Lee, 

potrafiłby się zdobyć na taką odwagę?

– Ale ten wasz plan – zauważył. – Nie udało 

wam się go przeprowadzić?

–  A   widziałeś,  żeby  rząd  zniknął,  a  bogactwa 

notabli   zostały   rozdane   ludziom?   –   Oscar   ścisnął 
poręcz   eleganckiego,   obitego   skórą   krzesła,   jakby 
naprawdę   pragnął   oddać   je   jakiemuś   biedakowi.   – 
Nie,   bez   naszych   sojuszników   na   północy   i   z 
rządem, który nabrał podejrzeń po znalezieniu Lee, 
nie było warto ryzykować.

– Aha – powiedział Luke.
Wszystko to wydarzyło się w czasie, kiedy on 

siedział w domu  i zastanawiał się, co się  stało na 
pikiecie Jen. Co jeszcze działo się wtedy w kraju? Ile 
jeszcze osób pragnęło obalenia rządu? Może gdyby 
wszyscy   zebrali   się   razem,   coś   mogłoby   się 
wydarzyć?

– Czy pan Talbot wiedział o waszym planie? – 

zapytał Luke.

– Kto? – zdziwił się Oscar.
– Pan Talbot, ten, który przyjechał raz do szkoły 

i  jadł   lunch   z   panem   Hendricksem,   Smitsem   i   ze 
mną. Tego dnia, kiedy Smits uciekł i powiedział, że 

background image

nie będzie się słuchać rodziców...

Na twarzy Oscara pojawił się wyraz niesmaku.
–   Jest   notablem,   notablom   nie   można   ufać   – 

powiedział.

– Zaufaliście Lee – przypomniał Luke.
– Lee był dzieciakiem – wyjaśnił Oscar. – Mógł 

zostać...   ukształtowany.   Ktoś   taki   jak   ten   Talbot... 
szkoda gadać!

Luke poczuł się zobligowany do obrony honoru 

taty Jen.

– Ale on mi pomógł – zaprotestował. – Więcej 

niż raz. – Czy powinien się odważyć i powiedzieć 
Oscarowi, że pan Talbot był podwójnym agentem, 
który   udawał,   że   pracuje   dla   Policji   Populacyjnej, 
podczas kiedy w tajemnicy sabotował ich działania?

–   Jesteś   pewien?   –   prychnął   Oscar.   –   Jesteś 

pewien,   że   po   prostu   nie   pomagał   sobie?   Czy 
pomógłby   ci  nawet   wtedy,   gdybyś   nie   był   mu 
potrzebny do jakichś celów?

Luke nie potrafił na to odpowiedzieć – ufał panu 

Talbotowi, oczywiście, że ufał panu Talbotowi. Ale 
może   panu   Talbotowi   opłacało   się   dać   Luke’owi 
fałszywy dowód tożsamości i chronić go w Szkole 
Hendricksa. Luke wiedział o Jen i mógł powiedzieć 
o   niej   Policji   Populacyjnej,   a   tym   samym   wydać 
wyrok śmierci na jej ojca.

Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że 

ma jakąś władzę nad panem Talbotem.

background image

Nie podobał mu się taki sposób myślenia, więc 

zmusił   się   do   tego,   żeby   spokojnie   odwzajemnić 
spojrzenie   Oscara,   żeby   mężczyzna   nie   zauważył, 
jak bardzo Luke czuje się zagubiony. Zaplótł ręce na 
piersi,   starając   się   wyglądać   na   spokojnego   i 
nieporuszonego. Coś w kieszeni piżamy  wbiło mu 
się   w   przedramię   –   to   były   fałszywe   dokumenty, 
które po pożarze zabrał z pokoju Smitsa w Szkole 
Hendricksa. Czy powinien się odważyć i powiedzieć 
o  nich  Oscarowi?  Czy   przyszedł   wreszcie   czas  na 
jakieś wyjaśnienia?

Nie.   Luke   czuł,   że   popełnił   błąd,   w   ogóle 

wspominając o panu Talbocie. Lepiej było zaczekać 
i zobaczyć, co Oscar mu powie sam z siebie.

Po chwili Oscar westchnął.
– Nieważne – odezwał się. – Ten pan Talbot nie 

ma teraz znaczenia. Dla wszystkich było lepiej, że 
zostałeś Lee Grantem. Tak było lepiej dla Grantów i 
dla   naszej   sprawy,   to   ochroniło   nas   przed 
podejrzliwością rządu.

Luke mógłby dodać „tak było lepiej także dla 

mnie”, może nawet powiedzieć to lekkim tonem, jak 
żart, żeby rozładować napięcie, które nagle pojawiło 
się pomiędzy nim a Oscarem. Ale nie potrafił się do 
tego zmusić, więc celowo zacisnął usta i nie odzywał 
się.

–   Tak,   pomogłeś   nam   wszystkim   –   przyznał 

Oscar. – Ale pojawiły się problemy...

background image

– Wiem, o co chodzi ze Smitsem – wtrącił Luke, 

czując,   że   to   bezpieczny   temat.   –   Wiem,   że 
rozpowiadał, że Lee nie żyje...

Oscar zbył go machnięciem ręki.
– Możemy sobie poradzić ze Smitsem, to tylko 

mały chłopiec, a ja go pilnuję. – Oscar uśmiechnął 
się w sposób przywodzący Luke’owi na myśl Złego 
Wilka z książki z bajkami, którą matka czytała mu, 
kiedy   był   mały.   Czy   nie   było   tam   historii   o   tym, 
dlaczego   głupotą   jest   pozwolić   wilkowi   pilnować 
owiec?

– Czy pan i pani Grant wiedzą, że ty, no... To 

znaczy... – zaczął Luke.

– Że wiem, jak zginął Lee? Że wiem, że Smits 

nie jest wcale stuknięty, tylko głupi? Że pracuję dla 
ruchu   oporu?   Masz   mnie   za   idiotę?   –   Oscar 
wpatrywał   się   w   Luke’a   tak,   że   chłopiec   przez 
chwilę myślał, że powinien coś odpowiedzieć. Ale 
wtedy Oscar wybuchnął. – Jasne, że nie. O niczym 
nie wiedzą.

– Cóż, to dobrze – mruknął Luke.
Oscar roześmiał się.
–   Tak,   można   tak   powiedzieć.   Całkiem 

„przypadkiem”   pojawiłem   się   w   odpowiednim 
momencie,   szukając   pracy.   „Szukają   państwo 
ochroniarza   dla   swoich   synów?”,   zapytałem. 
Powiedziałem „synów”, chociaż wiedziałem, że Lee 
już   nie   żyje.   Tak   się   też   złożyło,   że   miałem 

background image

nieskazitelne referencje... – Uśmiechnął się krzywo. 
– Nieskazitelne fałszywe referencje, rzecz jasna.

– Aha. – Luke zmarszczył brwi. – No to skoro 

Grantowie   nie   wiedzą,   a   ty   się   nie   martwisz   o 
Smitsa... To na czym polega problem?

– Ktoś szantażuje Grantów – powiedział Oscar.
Luke   popatrzył   na   niego,   niczego   nie 

rozumiejąc.

– Szantażuje? Czy to znaczy...
Oscar nie czekał, aż Luke domyśli się znaczenia 

tego słowa.

– Ktoś wie, co się naprawdę stało z Lee i on... 

albo oni, kimkolwiek są... grozi, że powie rządowi 
prawdę,   jeśli   Grantowie   nie   zapłacą   mu   mnóstwa 
pieniędzy.

Luke wpatrywał się w Oscara – tu nie chodziło 

tylko  o  Grantów   i   Lee,   stawką   było   także   jego 
własne życie.

– I oni mu płacą? – zapytał.
– Jak na razie, tak – odparł Oscar. – Ale chcą 

przestać.

Nagle Luke zrozumiał. Wiedział już, dlaczego 

został   zabrany   ze   Szkoły   Hendricksa,   dlaczego 
Grantowie wezwali go kilka godzin temu do tajnego 
pokoju,   dlaczego   nagle   znaleźli   dla   niego 
zastosowanie po tym, jak przez całe miesiące się nim 
nie interesowali.

–   Dlatego   chcą   upozorować   moją   śmierć   – 

background image

powiedział. – W ogóle nie obchodzi ich Smits ani 
żałoba,   chcą   po   prostu   uniemożliwić   ten   szantaż. 
Chodzi tylko o pieniądze. – Był całkowicie gotów 
uwierzyć   w   najgorsze   nawet   rzeczy   na   temat 
Grantów, ale nagle przypomniał sobie, że może nie 
powinien zdradzać tak wiele Oscarowi.

Jednakże   Oscar   skinął   tylko   ponuro   głową   – 

najwyraźniej wiedział wszystko o planie Grantów.

– Tak podejrzewałem, że właśnie to ci dzisiaj 

powiedzieli – odparł. – Cóż, nie musisz się martwić. 
Nie umrzesz, Smits umrze zamiast ciebie.

background image

R

OZDZIAŁ

 24

Przez   długą   chwilę   Luke   był   w   stanie   tylko 

gapić   się   bez   słowa   na   Oscara.   W   końcu   zdołał 
wykrztusił:

– Tylko na niby, prawda?
– A, tak – odparł szybko Oscar. – Zamierzamy 

upozorować jego śmierć w taki sam sposób, w jaki 
Grantowie   chcieli   upozorować   twoją.   Później 
Grantowie nie odważą się dopuścić, żeby cokolwiek 
się stało tobie, ponieważ to by wyglądało za bardzo 
podejrzanie,   gdyby   dwóch   ich   synów   zginęło   w 
tajemniczych wypadkach. A jako Lee Grant będziesz 
mógł   się   przysłużyć   sprawie,   pomyśl   o   tym,   ile 
zdołasz osiągnąć, działając z tego miejsca. Nie będą 
mogli cię powstrzymać...

Luke przypomniał sobie słowa pana Henricksa, 

zanim   Smits   przyjechał   do   jego   szkoły:   „Prędzej 
zatrzymałbym wiatr, niż powstrzymałbym Granta od 
zrobienia   tego,   na   co   ma   ochotę”.   A   gdyby   Luke 
naprawdę   potrafił   zachowywać   się   jak   Lee   Grant, 
potrafił   się   posłużyć   tą   przytłaczającą   potęgą? 
Niemal   był   w   stanie   uwierzyć   w   wizję   Oscara. 
Prawie.

– Ale co się stanie ze Smitsem? – zapytał.
–   Gdzieś   go   schowamy   –   wyjaśnił   Oscar.   – 

Chociaż to i tak nie ma znaczenia, ten dzieciak jest 

background image

bezużyteczny.

Luke   spróbował   sobie   wyobrazić   Smitsa 

zmuszonego   do   ukrywania   się.   Był   wystarczająco 
nieszczęśliwy w Szkole Hendricksa, która wydawała 
się   rajem   wolności   w   porównania   do   życia   w 
ukryciu. Jak Luke mógłby zamknąć Smitsa w takim 
samym więzieniu, z jakiego uciekł?

–   A   nie   ma   innego   sposobu?   –   zapytał 

niepewnie.   –   Nie   można   po   prostu   udaremnić 
planów Grantów, nie krzywdząc Smitsa?

Oscar roześmiał się.
–   Naprawdę   obchodzi   cię,   czy   Smitsa   spotka 

krzywda?   To   jest   wojna,   niczego   nie   osiągniemy, 
jeśli będziemy się bać, że komuś stanie się krzywda. 
Dlaczego to nie miałoby spotkać Smitsa? Jest może 
ktoś inny, komu wolałbyś zadać cierpienie?

Luke zesztywniał – czy Oscar mu groził? Czy 

Oscara obchodziło, komu się stanie krzywda? Czy 
obeszłoby go, gdyby ktoś zginął?

–   Nie   chcę,   żeby   kogoś   spotkała   krzywda   – 

powiedział   cichutko   Luke.   –   Nie   można   by   tego 
załatwić... pokojowo?

Tym   razem   śmiech   Oscara   był   tak 

niepohamowany,   że   mężczyzna   potrzebował 
dobrych pięciu minut, żeby się opanować.

–   No   błaaagam.   –   Oscar   nadal   dusił   się   ze 

śmiechu.   –   Czy   starasz   się   też   nie   zdeptać   żadnej 
mróweczki? Może źle cię oceniłem, nie wydawałeś 

background image

mi  się  mięczakiem i sympatykiem notabli, kolejną 
kukiełką popierającą klasę rządzącą i rząd...

–   Nie   popieram   rządu   –   przerwał   gniewnie 

Luke.

–  Jasne, możesz  tak mówić   – zakpił  Oscar.  – 

Ale ja ci daję szansę, żeby zadać cios przybliżający 
nadejście   wolności,   a   ty   się   boisz,   że   jakiś 
rozpuszczony dzieciak notabli może przy tym trochę 
ucierpieć.   Kim   w   ogóle   jest   dla   ciebie   Smits?   Co 
takiego kiedykolwiek zrobił dla ciebie?

–   Nic   –   odpowiedział   Luke,   ale   to   nie   była 

prawda,   ponieważ   nie   potrafił   zapomnieć   tych 
wszystkich   zwierzeń,   które   słyszał   od   Smitsa   w 
tamte noce w szkole. Smits podzielił się z Lukiem 
wspomnieniami  o  prawdziwym Lee, a Luke  nigdy 
nie musiał o nie prosić. Co nie znaczyło, że Smits 
był mniej irytujący, ale Luke nie umiał zapomnieć, 
że   Smits   był   nie   tylko   notablem,   ale   prawdziwym 
chłopcem pogrążonym w bólu i w żałobie.

Jak   mógłby   być   odpowiedzialny   za   kolejną 

krzywdę, która go spotka?

– Nie musimy o niczym decydować już teraz, 

prawda? – zapytał. – Pan i pani Grant powiedzieli, 
że zamierzają mi ufarbować włosy i załatwić aparat 
na zęby, więc nic się nie stanie od razu. Mamy czas, 
żeby   to   przemyśleć.   Może...   może   jeśli   będziemy 
razem działać, wymyślimy lepszy plan...

– Myślałem, że ktoś taki jak ty będzie wyłazić 

background image

ze skóry, żeby pomóc sprawie. Myślałem, że jesteś 
taki jak ja – prychnął Oskar. – Ze umiesz się zdobyć 
na odwagę.

„Jestem! Umiem!” – miał ochotę zaprotestować 

Luke, ale nie powiedział tego na głos, ponieważ nie 
był już niczego pewien.

Oscar nie dał mu możliwości się wtrącić.
–   Nie   rozumiesz?   Nie   zawsze   będziesz   mieć 

czas,   żeby   pomyśleć,   zastanowić   się   dokładnie. 
Teraz pojawiła się szansa i albo ją wykorzystamy, 
albo zmarnujemy. A jeśli zmarnujemy? Co się wtedy 
stanie? – Nie spuszczał oczu z Luke’a. – Muszę już 
teraz   poznać   twoją   odpowiedź.   Jesteś   ze   mną   czy 
nie?

Luke przełknął.
–   Nie   wiem   –   powiedział   i   to   była 

najodważniejsza   odpowiedź,   jakiej   umiał   udzielić. 
Przynajmniej szczera.

Ale jakie znaczenie miała szczerość dla takich 

ludzi jak Oscar i Grantowie?

Trudno było mu usiedzieć w miejscu, podczas 

gdy   Oscar   wpatrywał   się   w   niego,   czekając   na 
decyzję. Luke gwałtownie wstał.

– Gdzie się wybierasz? – zapytał Oscar.
– Yyy, z powrotem do łóżka? – Niezależnie od 

tego, jak bardzo Luke starał się być silny i pewny 
siebie,   twardy   tak   jak   Oscar,   w   jego   głosie 
zabrzmiało pytanie. – Ja... Znaczy, jeśli się wyśpię, 

background image

będzie mi łatwiej wszystko przemyśleć. Mógłbyś mi 
otworzyć drzwi? Proszę?

Luke   praktycznie   błagał   –   Oscar   w   tej   chwili 

miał nad nim taką władzę, że gdyby chciał, mógłby 
trzymać   tu   chłopca   uwięzionego,   dopóki   ten   nie 
zgodziłby się na jego warunki. Jak w takiej sytuacji 
postąpiłby Luke?

Ale Oscar także wstał.
–   Jedna   dobra   rada,   zanim   pójdziesz   – 

powiedział. – Uważaj na żyrandole.

background image

R

OZDZIAŁ

 25

Luke’a   obudziły   jasne   promienie   słońca 

wlewające się przez okno. To także wydawało mu 
się   w   jakiś  sposób   fałszywe,   niczym   magiczna 
sztuczka. Jak słońce mogło świecić, podczas kiedy 
umysł   Luke’a   pogrążony   był   w   kompletnym 
chaosie?   Popatrzył   na   ozdobny   kinkiet   nad   swoim 
łóżkiem   i   nawet   on   wydał   mu   się   tego   ranka 
niebezpieczny.   „Uważaj   na   żyrandole”,   powiedział 
Oscar.   Czy   kinkiet   nad   łóżkiem   liczył   się   jako 
żyrandol?   Czy   Luke   był   w   niebezpieczeństwie   za 
każdym razem, kiedy kładł się spać?

Luke   potrząsnął   głową,   nie   podnosząc   jej   z 

poduszki   –   musiał   opanować   te   lęki.   Przypomniał 
sobie,   co   matka   powtarzała   zawsze   w   domu,   za 
każdym  razem,   kiedy   on   albo   jego   bracia   na   coś 
narzekali: „Ciesz się z tego, co masz. Spójrz na to z 
jaśniejszej   strony”.   Obecne   problemy   Luke’a   były 
znacznie poważniejsze niż – powiedzmy – problem 
Matthew i Marka, którzy chcieli grać w piłkę nożną, 
podczas kiedy Luke  wolał zabawę  w berka. Może 
jednak   potrafiłby   nawet   teraz   znaleźć   rzeczy,   z 
których   powinien   się   cieszyć.   Zaczął   układać   w 
myślach listę.

1. Oscar był na tyle miły, że ostrzegł go przed 

żyrandolami.

background image

Ale   dlaczego?   Czy   to   było   prawdziwe 

ostrzeżenie, czy tylko podstęp?

Luke postanowił przejść do następnego punktu.
2. Nikt nie zamierzał go wydawać. Grantowie 

potrzebowali go jako Lee, Oscar potrzebował go w 
tym samym celu.

Ale co ze Smitsem? Czy Luke mógł mu zaufać, 

że dochowa tajemnicy?

Luke zmarszczył brwi i dał sobie spokój z listą, 

ponieważ   to   wszystko   okazało   się   zbyt   niejasne. 
Każda rzecz, z której powinien się cieszyć, niosła ze 
sobą kolejne zagrożenia  i wątpliwości. Wprawdzie 
było takie powiedzenie, że wszystko ma jakąś lepszą 
stronę,   ale   w   przypadku   Luke’a   wszystkie   lepsze 
strony kryły strony jeszcze gorsze.

Zadzwonię   po   prostu   do   pana   Talbota  – 

powiedział   sobie   Luke.   –  On   będzie   wiedział,   co  
robić.

„Jest notablem, notablom nie można  ufać..   – 

w jego myślach zabrzmiały słowa Oscara z ostatniej 
nocy.   Chłopiec   spróbował   je   odepchnąć,   ale 
wątpliwości pozostały.

Luke bardzo chciał zaufać Oscarowi, który był 

tu na miejscu i nie lubił Grantów tak samo jak on. 
Byłoby niezwykle łatwo zgodzić się z nim, zostawić 
mu całe planowanie, dać się uratować...

Gdyby tylko plan Oscara nie dotyczył Smitsa – 

jak Luke, który tak bardzo pragnął wolności, miałby 

background image

pomóc w zmuszeniu innego chłopca do ukrywania 
się?

I   czy   Oscar   naprawdę   planował   to   zrobić?   W 

tym momencie, zanim Luke zapytał: „Tylko na niby, 
prawda?”, zauważył błysk w oku mężczyzny.

Czy gdyby nie zaprotestował, Oscar pozwoliłby 

mu wierzyć, że Smits naprawdę ma zostać zabity?

Czy Oscar planował prawdziwe morderstwo?
A Grantowie?
Luke mylił się, twierdząc, że kiedy się wyśpi, 

rozjaśni   mu   się   w   głowie.   Jego   myśli   okazały   się 
bardziej splątane niż kiedykolwiek wcześniej, był też 
zdecydowanie bardziej przerażony.

–   Mogę   zaufać   panu   Talbotowi   –   powiedział 

gorąco na głos.

Wstał z łóżka, wyszedł na korytarz i zapukał do 

drzwi Smitsa.

– Kto tam? – zawołał niewyraźnie Smits.
– To ja – odparł Luke. Zbyt trudno było mu się 

posługiwać   imieniem   Lee   w   obecności   Smitsa, 
szczególnie   teraz.   Nie   czekając   na   odpowiedź, 
wszedł do środka.

–  Słyszałeś  o  czymś   takim  jak  prywatność?   – 

zapytał Smits. – Nie przyszło ci do głowy, że ktoś 
może chcieć dłużej pospać?

Smits   leżał   jeszcze   w   łóżku,   zaplątany   w 

prześcieradło i kołdrę, jakby przez całą noc toczył 
walkę z pościelą. Włosy sterczały mu na wszystkie 

background image

strony, przez co wyglądał na jeszcze młodszego. Był 
tylko dzieckiem,  a po wysłuchaniu planów Oscara 
Luke czuł, że boli go samo patrzenie na Smitsa.

Odetchnął jednak głęboko i przypomniał sobie, 

że   powinien   poczuć   się   jak   beztroski   notabl, 
obijający   się   w   dzień   nieoczekiwanie   wolny   od 
szkoły,   a   nie   jak   nielegalne   trzecie   dziecko, 
przerażone planowanym morderstwem.

– Jest już dziesiąta – powiedział. – Ile jeszcze 

zamierzasz spać?

Był   dumny   z   tego,   że   jego   głos   zabrzmiał 

zwyczajnie, spokojnie, wręcz żartobliwie.

Smits tylko jęknął.
–   Słuchaj,   –   Luke   nadal   zmuszał   się   do   tego, 

żeby   brzmieć   naturalnie.   –   Nie   wydaje   ci   się,   że 
powinniśmy zadzwonić do szkoły i zapytać, jak idzie 
im   ta   naprawa   instalacji?   Dowiedzielibyśmy   się, 
kiedy   będziemy   mogli...   znaczy,   kiedy   będziemy 
musieli tam wracać.

Ten   fortel   przyszedł   mu   do   głowy   dopiero   w 

tym   momencie:   będzie   mu   łatwiej   dać   znać   panu 
Hendricksowi, żeby wezwał na pomoc pana Talbota, 
niż kontaktować się bezpośrednio z ojcem Jen. Nikt 
nie zabroni skorzystać z telefonu chłopcu, który chce 
po prostu zadzwonić do szkoły, prawda?

Smits popatrzył na Luke’a tak, jakby kompletnie 

zapomniał  o istnieniu Szkoły Hendricksa, a  potem 
roześmiał się.

background image

–   Niezły   pomysł   –   powiedział.   –   Ale   tata   go 

przejrzy.

– Co takiego? – Luke nagle przestraszył się, że 

nawet Smits potrafi się domyśleć, co on planuje.

– Znowu chcesz robić kawały telefoniczne, co? 

–   zapytał   Smits.   –   Pamiętasz,   w   jakie   kłopoty   się 
wpakowaliśmy w ostatnią gwiazdkę? Tata zabronił 
nam w ogóle korzystać z telefonów w domu i założył 
na nie specjalne kody.

Po raz kolejny Smits ratował go, mówiąc coś, o 

czym Lee powinien wiedzieć, ale jako Luke nie miał 
pojęcia. Dlaczego? Dlaczego Smits mu pomagał?

To nie miało znaczenia – tak czy inaczej Luke 

nie mógł skorzystać z telefonu.

– Jesteśmy tu praktycznie więźniami, prawda? – 

zapytał cicho.

W   tym   momencie   do   pokoju   wszedł   Oscar,   a 

Luke zesztywniał.

– Ach, poranna braterska pogawędka, jak widzę. 

Jak   miło.   –   Oparł   się   niedbale   o   ścianę,   bardzo 
ostentacyjnie wyjął z uszu słuchawki i położył je na 
szafce obok. – Nie będą mi potrzebne, skoro jestem 
z wami w jednym pokoju.

Luke spojrzał na Smitsa, zastanawiając się, czy 

młodszy chłopiec także zrozumiał, że Oscar słyszał 
całą   ich rozmowę.   W  pokoju Smitsa   był   założony 
podsłuch, a Oscar mógł na odległość stwierdzić, co 
się tu dzieje.

background image

Twarz   Smitsa   nie   wyrażała   nawet   cienia 

zaskoczenia.

–   Tak,   było   bardzo   miło,   dopóki   się   nie 

pojawiłeś – stwierdził.

Luke przeniósł spojrzenie ze Smitsa na Oscara – 

czuł   się   uwięziony   pomiędzy   tą   dwójką   – 
muskularnym mężczyzną i chudym chłopcem. Oscar 
chciał, żeby Luke zdradził Smitsa, a Smits chciał... 
Czego właściwie?

– Czasem bracia mogą  się dzielić sekretami – 

odezwał   się   Oscar.   –   A   czasem   miewają   sekrety, 
które muszą zachować dla siebie.

W   tym   momencie   Luke   zobaczył,   patrząc   na 

Smitsa, że tamten myśli, iż Oscar mówi do niego, 
radzi mu, żeby nie dzielił się sekretami z Lukiem.

Jakie sekrety znał Smits?
Co mu powiedział Oscar?

background image

R

OZDZIAŁ

 26

Luke   wziął   prysznic   i   ubrał   się.   Z   powodów, 

których   nie   umiał   wyjaśnić   nawet   samemu   sobie, 
przełożył   fałszywe   dokumenty   Oscara   i   Smitsa   z 
kieszeni piżamy do kieszeni spodni. Może po prostu 
chciał mieć także kilka tajemnic, albo – skąd mógł 
wiedzieć,   czy   pokój   nie   zostanie   pod   jego 
nieobecność przeszukany?

Pobyt w domu Grantów stopniowo wpędzał go 

w paranoję.

Pytanie   tylko,   czy   paranoją   można   nazwać 

sytuację,   w   której   kolejne   obawy   zyskiwały 
potwierdzenie.

Rankiem,   schodząc   po   schodach   na   śniadanie, 

Luke   wyminął   Oscara.   Podświadomie   spodziewał 
się, że mężczyzna zatrzyma go i zapyta cicho: „No 
to jaka jest twoja odpowiedź?”.

Jednakże   Oscar   rzucił   mu   tylko   przelotne 

spojrzenie, a poza tym zachowywał się, jakby Luke 
nie istniał.

Uznał moje „nie wiem” za odmowę – pomyślał 

Luke. – A propozycja dołączenia do jego grupy była  
jednorazowa.  
Poczuł, że traci nadzieję, miał ochotę 
złapać   potężnego   mężczyznę   i   błagać   o   drugą 
szansę,   ale   nie   mógł   się   na   to   zdobyć.   Nadal   nie 
chciał skrzywdzić Smitsa.

background image

–   Co   się   teraz   stanie?   –   zapytał   słabo   Luke, 

mając   na   myśli:   „Zamierzasz   zamordować   Smitsa, 
czy   tylko   gdzieś   go   ukryć?   I   czy   Grantowie 
zamierzają zamordować mnie?”.

Oscar nie odpowiedział, mijając go obojętnie.
Luke   stał   nieruchomo,   powstrzymując   drżenie 

ciała.  Śniadanie  – powiedział sobie. –  Poczuję się  
lepiej   po   śniadaniu.  
Zmusił   się   do   zejścia   ze 
schodów.

Ale   po   obfitym   posiłku,   którego   smak   ledwie 

poczuł, nie potrafił sobie znaleźć innego zajęcia jak 
wędrowanie bez celu po całym domu. W salonie – 
właściwie   jednym   z   wielu   pokojów,   które   Luke 
nazwałby   salonem   –   znalazł   elegancki   telefon 
stojący na małym stoliczku. Bez większych nadziei 
podniósł słuchawkę.

Pokojówka pojawiła się znikąd i skarciła go.
– Proszę, paniczu Lee, wiesz przecież, że twój 

ojciec zabezpieczył telefony kodem.

Luke wpadł na pomysł.
– Powiedz mi, jaki to kod – powiedział. – Jesteś 

służącą,   a   ja   jestem   paniczem   Lee.   Musisz   mi 
powiedzieć, jaki jest kod.

Pokojówka roześmiała się.
–   Pewnie,   tylko   skąd   miałabym   go   znać?   – 

Zamachnęła się żartobliwie miotełką do kurzu. – No 
już, uciekaj. Muszę tu posprzątać.

Zawstydzony Luke odwrócił się – panicz Lee, 

background image

jasne. A Oscar myślał, że jeśli pozbędą się Smitsa, 
Luke   będzie   mógł   manipulować   Grantami,   żeby 
przysłużyć się sprawie.

Uświadomił sobie, że to nie tak: Oscar myślał, 

że   będzie   manipulować   Lukiem,   żeby   móc 
manipulować   Grantami.   Zatem   Luke   miał   do 
wyboru:   albo   zostanie   pionkiem   Grantów,   albo 
pionkiem Oscara.

Na   domiar   złego   nie   potrafił   nawet   wybrać 

między tymi dwoma możliwościami, ponieważ nie 
wiedział, jak i kiedy Grantowie lub Oscar zamierzają 
przeprowadzić swoje plany. Dlaczego podczas obu 
spotkań   w   tajnym   gabinecie   nie   udawał   bardziej 
chętnego   do   współpracy?   Dlaczego   po   prostu   nie 
kłamał, tak jak wszyscy inni?

Luke   opadł   na   najbliższą   kanapę:   nie   mógł 

zadzwonić do pana Talbota ani do pana Hendricksa i 
nie mógł ufać nikomu w domu Grantów. Nie mógł 
udaremnić żadnego z knutych wokół niego spisków, 
nie   mógł   nawet   odróżnić   słyszanej   prawdy   od 
kłamstw. Wcale nie byłby zdziwiony, gdyby okazało 
się,   że   Oscar   pracuje   dla   rządu,   a   nie   dla   ruchu 
oporu,   a   Smits   od   zawsze   nienawidził   starszego 
brata.   Może   Grantowie   byli   w   rzeczywistości 
najbiedniejszymi   ludźmi   w   kraju,   a   nie 
najbogatszymi... Nie – Luke  popatrzył na misternie 
tkany dywan pod stopami – bogactwo Grantów było 
jedyną rzeczą niepodlegającą dyskusji.

background image

– Lee, tu jesteś!  – Pani  Grant  nieoczekiwanie 

wtargnęła   do   pokoju.   Luke   natychmiast   usiadł 
prosto, ale i tak zmarszczyła brwi. – Na litość boską, 
natychmiast wstań z tej kanapy. Całkiem pognieciesz 
narzutę   i   jak   to   będzie   wyglądało   podczas 
wieczornego przyjęcia?

Luke zerwał się na równe nogi.
– P... przyjęcia? – wyjąkał.
– A tak – potwierdziła pani Grant. – To będzie 

wydarzenie   towarzyskie   sezonu,   planujemy   je   od 
miesięcy. To cudownie, że ty i Smits wróciliście do 
domu   ze   szkoły   i   będziecie   mogli   w   nim 
uczestniczyć, prawda?

Uśmiechnęła się tak słodko, że Luke z trudem 

sobie   przypomniał,   jak   zimno   przyglądała   mu   się 
zeszłej nocy.

– Czy to... czy my... – Luke chciał zapytać, czy 

Smits   i   Lee   zwykle   uczestniczyli   wcześniej   w 
wielkich   przyjęciach   organizowanych   przez   ich 
rodziców. Chciał zapytać, czy powinien znać kogoś 
z gości, a jeśli tak, co ma zrobić, jeśli spotka taką 
osobę dzisiaj wieczorem – ale oczywiście nie mógł 
się po prostu wyrwać z takimi pytaniami, chyba że 
znalazłby   się   w   tajnym   gabinecie.   Musiało   mu 
wystarczyć proste: – Czy mam założyć smoking?

Pani Grant zaśmiała się, a jej głos przypominał 

Luke’owi roztrzaskujące się szkło.

–  Oczywiście,  głuptasie. Wy,  chłopcy,  zawsze 

background image

myślicie,   że   uda   wam   się   wykręcić   od   smokingu. 
Uwierzysz, że Smits pytał mnie o to samo?

Luke   popatrzył   w   fałszywie   rozbawione   oczy 

pani Grant i pomyślał:  Nie. Nie jestem pewien, czy  
mogę   ci   wierzyć,   nawet   jeśli   mówisz   coś   tak  
oczywistego.

–   No,   rusz   się   –   powiedziała   pani   Grant.   – 

Ortodonta   i   fryzjer   już   czekają,   musimy   cię 
przygotować!

background image

R

OZDZIAŁ

 27

Do  godziny   ósmej   na   drzewach   wzdłuż 

podjazdu rozwieszono sznury maleńkich lampek, a 
cała  armia   pokojówek   dopilnowała,   aby   każdy 
centymetr   domu   Grantów   został   odkurzony   i 
praktycznie   lśnił   czystością.   Tuziny   kucharzy 
przygotowywały   kolejne   tace   potraw,   jakich   Luke 
nigdy wcześniej nie widział.

Luke także był jak odmieniony: większość jego 

zębów   została   zamknięta   w   srebrnej   klatce 
umocowanej   czymś,   co   przypominało   mu   drut 
kolczasty.   Jego   włosy   zmieniły   kolor   na 
ciemnobrązowy,  podczas gdy pani Grant stała  nad 
głową fryzjera i lamentowała: „Nie mogę uwierzyć, 
że nawet chłopcy potrafią teraz utlenić włosy, kiedy 
są w szkole... ”.

Aparat   na   zęby   bolał,   świeżo   ufarbowane   –   i 

nażelowane   –   włosy   wydawały   się   sztywne   i 
nienaturalne,   a   Luke   nie   poznawał   siebie,   kiedy 
przechodził obok lustra.

Teraz zaś on i Smits, ubrani w smokingi, stali na 

szczycie schodów i czekali.

– Chcę, żebyście obaj mieli wielkie wejście. – 

Pani Grant pochyliła się nad nimi, prostując krawat 
Luke’a   i   przygładzając   pojedynczy   odstający 
kosmyk z tyłu głowy Smitsa. – Kiedy pojawią się 

background image

wszyscy goście, kamerdyner was zaanonsuje. Powie: 
„A   oto   synowie   gospodarzy   przyjęcia,   Lee   i 
Smithfield Grant”, a wtedy zejdziecie ze schodów, o 
tak.

Zeszła drobnymi, eleganckimi kroczkami kilka 

stopni w dół, a potem obejrzała się, żeby sprawdzić, 
czy   na   pewno   słuchają.   Luke   był   ciekaw,   czy   to 
część planu. Czy Grantowie liczyli na to, że jest na 
tyle   niezdarny   i   nieprzyzwyczajony   do   stania   w 
świetle  reflektorów, że  potknie  się  i  spadnie?  Czy 
goście   uwierzą,   że   mógłby   się   zabić   przy   takim 
upadku?

Luke   popatrzył   w   dół   długich   schodów   – 

oczywiście, że by w to uwierzyli. Gdyby się potknął 
i   zleciał   z   trzydziestu   dwóch   stopni,   mógłby 
naprawdę się zabić.

To zapewne bardzo odpowiadałoby Grantom.
Chłopiec   powstrzymał   dreszcz   strachu   i 

przypomniał sobie o żyrandolach. Oscar powiedział 
mu, że powinien uważać na żyrandole, a zakładając, 
że   mówił   prawdę,   Luke   miał   dość   zmartwień   bez 
rozglądania się za innymi potencjalnymi pułapkami.

Gdzieś daleko zadźwięczał dzwonek do drzwi.
–   To   na   pewno   pierwsi   goście   –   powiedziała 

pani   Grant.   –   Założę   się,   że   to   Snodgrassowie, 
zawsze przychodzą za wcześnie. Nie mają za grosz 
manier. – Potrząsnęła z dezaprobatą głową i zaczęła 
schodzić ze schodów, ale odwróciła się jeszcze na 

background image

chwilę,   żeby   przypomnieć   obu   chłopcom:   – 
Pamiętajcie,   że   macie   się   starać   zachowywać   jak 
najlepiej.

Na   dole   kamerdyner   otworzył   drzwi,   a   Luke 

usłyszał jego donośny głos:

–   Ach,   państwo   Snodgrassowie.   Państwo 

Grantowie niezwykle się cieszą z państwa obecności. 
Czy mogę zabrać okrycia?

Stojący   obok   Luke’a   Smits   oklapł   i   usiadł   na 

najwyższym   stopniu,   więc   Luke   uznał,   że   może 
zrobić to samo. Przysiadł obok młodszego chłopca, a 
fałszywe   dokumenty,   które   przełożył   do   kieszeni 
smokingu,   ukłuły   go   w   nogę,   jakby   potrzebował 
kolejnego przypomnienia, że wszystko wokół niego 
jest także fałszywe.

– Nie mogę uwierzyć, że urządzają przyjęcie – 

mruknął Smits. – Mój brat nie żyje, a oni urządzają 
przyjęcie.

Luke   rozejrzał   się   niespokojnie:   Oscar   opierał 

się   niedaleko   o   barierkę   schodów,   ale   wyraźnie 
niczego nie usłyszał.

–   Minęło   już   prawie   sześć   miesięcy   – 

powiedział   współczująco.   –   Wydaje   mi   się,   że   to 
dostatecznie długa przerwa.

–   Oni   przez   cały   czas   urządzali   przyjęcia   – 

rzucił ponuro Smits.

–   Musieli   udawać...   –   zaczął   Luke,   który   nie 

miał   ochoty   bronić   państwa   Grantów,   ale   czuł,   że 

background image

ogarnia go panika. Smits także musiał udawać, co się 
stanie; jeśli powie komuś z gości na przyjęciu, że 
Lee nie żyje? Co się stanie, jeśli podsłucha go ktoś 
ze służby?

– Ale oni dobrze się bawili – rzucił z goryczą 

Smits.   –   Uwielbiali   te   przyjęcia,   Lee   ich   nie 
obchodził.

Luke sprzeciwił się wbrew sobie:
– Mówiłeś chyba, że woleli go od ciebie.
Smits obdarzył go morderczym spojrzeniem.
– To teraz już wiesz, ile ja ich obchodzę.
Za   nimi   Oscar   odchrząknął   ostrzegawczo,   ale 

Luke   nagle   zaczął   mieć   dość   tych   wszystkich 
wykrętów. Bez namysłu obrócił się i zapytał Oscara:

– Czy Smits wie, kim jesteś? Czy Smits wie, że 

znałeś Lee i że możesz mu opowiedzieć dokładnie, 
jak zginął?

Twarz   Oscara   poczerwieniała,   gwałtownie 

podniósł   pięści,   a   Luke   wiedział,   że   gdyby   choć 
jedna z tych pięści go trafiła, na pewno zleciałby ze 
schodów. Ale Oscar w ostatniej chwili powstrzymał 
się przed zadaniem ciosu.

Ponieważ Smits odpowiedział na te pytania.
Patrząc prosto przed siebie, zaczął recytować:
–   Oscar   jest   moim   ochroniarzem.   Rodzice 

zatrudnili go, kiedy zacząłem opowiadać kłamstwa 
w   mojej   starej   szkole.   Rodzice   mówią,   że   jestem 
niezrównoważony  psychicznie.   Dlatego   mam   przy 

background image

sobie Oscara. Oscar pracuje dla moich rodziców.

Brzmiał jak uczniak powtarzający lekcję, którą 

wykuł  na pamięć, ale  której nie rozumie. To było 
upiorne.

– Świetnie – warknął Oscar. – Teraz wszyscy 

wiemy, na czym stoimy.

Później   wszyscy   trzej   czekali   w   milczeniu   na 

szczycie schodów, dopóki ogromny reflektor nagle 
nie zaświecił na nich, a grzmiący głos kamerdynera 
obwieścił:

–   A   oto   synowie   gospodarzy   przyjęcia,   Lee   i 

Smithfield Grant.

Luke   zerwał   się   na   nogi   i   na   oślep   zaczął 

schodzić po schodach obok Smitsa. Światło było tak 
jaskrawe, że nie widział nikogo z gości, ale słyszał 
oklaski, więc spróbował się uśmiechnąć w kierunku, 
z którego dobiegały. Uśmiech sprawił, że jego wargi 
przycisnęły się mocniej do aparatu na zęby, a usta 
zaczęły jeszcze bardziej boleć.

Na   dole   schodów   pani   Grant   ostentacyjnie 

uściskała   najpierw   Luke’a,   a   potem   Smitsa,   który 
przynajmniej tym razem nie został pominięty.

–  Moi   synowie   –  powiedziała   i  zabrzmiało  to 

tak, jakby kochała ich z całego serca.

Stojący   za   nią   starszy   wąsaty   mężczyzna 

podszedł bliżej, żeby uścisnąć rękę Luke’a.

–   No   proszę,   ależ   wyrosłeś   –   powiedział.   – 

Kiedy cię ostatnio widziałem, sięgałeś mi ledwie do 

background image

kolan.

– Rzeczywiście, panie prezydencie. – Głos pani 

Grant był radosny i perlisty jak fontanna. – A teraz 
Lee   przechodzi   przez   ten   niezgrabny   okres 
dorastania,  nosi   aparat   na   zęby  i   naprawdę   trudno 
byłoby go poznać.

Panie prezydencie? Czy to był prezydent? Czy 

Luke   uścisnął   dłoń   człowieka,   który   wyjął   spod 
prawa   trzecie   dzieci?   Tylko   niedowierzanie 
powstrzymało go przed cofnięciem się gwałtownie.

–   Och,   wszędzie   bym   poznał   tego   chłopca   – 

odparł   mężczyzna   (prezydent?)   ze   śmiechem.   – 
Wygląda zupełnie jak jego prześliczna matka.

Luke stłumił dźwięk przypominający chichot.
– A on z pewnością poznałby pana. – Głos pani 

Grant brzmiał tak przymilnie, że Luke omal się nie 
zadławił.   –   Kiedy   ostatnio   odwiedziliśmy   miasto, 
wszędzie wisiały pańskie portrety.

– No cóż – uśmiechnął się mężczyzna. – Ludzie 

upierają   się   przy   ich   wieszaniu,   nawet   nie   wiem, 
skąd je biorą.

–   Obywatele   pana   uwielbiają   –   oświadczyła 

kojąco pani Grant.

Czyli   to   był   prezydent.   Oszołomiony   Luke 

potrząsnął   następną   wyciągniętą   do   niego   ręką, 
podczas   kiedy   Smits   witał   się   z   prezydentem.   Na 
szczęście   wyraźnie   nikt   nie   oczekiwał,   że   będzie 
mówił coś więcej niż: „Dobry wieczór panu”, a po 

background image

chwili Smits jakimś sposobem wyprzedził go i kilka 
razy   obrócił   się,   mówiąc   na   przykład:   „Patrz,   to 
Hadley-Perkinsowie!”.

Smits   znowu   mu   pomagał,   ale   Luke   nie   miał 

pojęcia, jak długo to potrwa. Niezależnie  od tego, 
jak   bardzo   starał   się   zachowywać   normalnie,   nie 
potrafił   powstrzymać   się   od   zerkania   w   górę   za 
każdym razem, kiedy zbliżał się do żyrandola. Jeden 
wisiał w holu, drugi w salonie, trzeci w bawialni... 
Po chwili Luke stracił rachubę.

Był jeszcze Oscar, niestrudzenie podążający za 

nimi jak mroczny cień.

Czy   Oscar   czekał,   aż   Luke   się   odwróci   i 

oznajmi:   „Dobra,   zdecydowałem   się,   mogę   ci 
pomóc”?

Czy było już na to za późno?
W końcu Smits i Luke dotarli na koniec kolejki 

dłoni,   które   powinni   uścisnąć,   i   goście   zaczęli   się 
zachowywać, jakby o nich zapomnieli. Obaj stanęli z 
boku,   a   Luke   wreszcie   miał   czas   się   zastanowić. 
Szturchnął Oscara.

–   Widziałeś   prezydenta?   –   zapytał.   –   A 

gdybyśmy...

Oscar natychmiast zatkał mu ręką usta.
– Nie próbuj kończyć tego zdania – syknął mu 

ostrzegawczo   do   ucha.   –   Wszędzie   dokoła   jest 
ochrona.

Wypuścił   Luke’a   i   skinął   głową   stojącemu 

background image

niedaleko mężczyźnie w ciemnym garniturze.

–   Pokazywałem   tylko   młodemu   chwyty   – 

wyjaśnił spokojnie.

Luke   nie   był   nawet   pewien,   co   zamierzał 

zaproponować   Oscarowi   –   ale   jak   Oscar,   który 
pragnął   obalić   rząd,   mógł   przebywać   w   jednym 
pokoju z prezydentem i nie zrobić niczego? Jak Luke 
mógł nie zrobić niczego?

Chłopiec   rozejrzał   się   teraz   i   zauważył,   jak 

wielu mężczyzn spośród tych, których brał za gości, 
miało   cieniutkie   druciki   prowadzące   do   uszu   i 
trzymało   ręce   w  pobliżu  kieszeni,  które,  Luke   był 
tego   pewien,   musiały   skrywać   broń.   Oscar   mówił 
prawdę, w domu roiło się od pracowników ochrony.

Czy   dzięki   temu   przyjęcie   było   bardziej   czy 

mniej bezpieczne dla Luke’a?

– Może przystawkę, sir? – zapytał znajomy głos.
Kelnerka   w   czarnej   sukience   i   falbaniastym 

fartuszku podsunęła mu tacę pełną kulek nieznanego 
jedzenia. Twarz  Luke’a  natychmiast  się  rozjaśniła, 
ale   nie   na   widok   jedzenia,   tylko   na   widok 
dziewczyny:   to   była   jego   przyjaciółka   Nina,   która 
dawniej   chodziła   do   szkoły   dla   dziewcząt 
sąsiadującej ze Szkołą Hendricksa.

Luke zapomniał się i wypalił:
– Co ty tu robisz?
Nina lepiej potrafiła odegrać swoją rolę:
– Zostałam dzisiaj przyjęta, sir – powiedziała, 

background image

dygając. – Pani zatrudniła kilkoro nowych służących 
tylko na dzisiejsze przyjęcie. Ja, Trey, Joel, John... 
mamy tutaj pomagać, sir.

Luke   zrozumiał,   że   ostatni   fragment   jej 

wypowiedzi należało rozumieć dosłownie, nie jako 
część   odgrywanej   roli.   Jego   przyjaciele   byli   tutaj, 
żeby mu pomóc: nie tylko Nina, ale także Trey, Joel 
i John. Pan Hendricks nie zapomniał o nim, kiedy 
wysłał go do posiadłości Grantów i po raz pierwszy 
tego wieczora Luke poczuł, że może się uśmiechnąć.

Jedna kulka sera, parówki, czy co to tam było, 

spadła   z   tacy   Niny,   a   dziewczynka   pochyliła   się, 
żeby   ją   podnieść   i   spojrzała   na   Luke’a,   który 
zrozumiał,   o   co   jej   chodzi.   Przyklęknął   i   udał,   że 
sięga po kulkę, a Nina pochyliła się i wyszeptała mu 
do ucha:

–   Uważaj,   większość   służby   jest   po   stronie 

Oscara.   i   możesz   uwierzyć,   że   trafia   mnie   szlag, 
kiedy muszę do ciebie mówić „sir”.

– Dobrze wiedzieć – odszepnął poważnie Luke.
Ponad nim zmaterializowała się pani Grant.
– Lee! – syknęła. – Zostaw to służbie, mój syn 

nie   powinien   czołgać   się   po   podłodze   podczas 
przyjęcia!

– Przepraszam, mamo – odparł posłusznie Luke, 

wstając z podłogi.

Pani Grant pociągnęła nosem i powlokła Luke’a 

za   sobą,   żeby   poznał   kogoś,   czyją   dłoń   jakimś 

background image

cudem zapomniał uścisnąć.

Podczas   kiedy   uśmiechał   się,   kiwał   głową   i 

starał   się   zachowywać   grzecznie,   kątem   oka 
dostrzegł   Treya   otwierającego   i   zamykającego 
drzwi, żeby wpuścić kolejnych gości, a także Johna 
układającego brudne talerze na stosik do zabrania. 
No   i   mrużącego   oczy   Oscara   rozmawiającego   z 
jednym z ochroniarzy prezydenta.

Luke uświadomił sobie, że przyjęcie jest polem 

bitwy, a linie podziału stron przebiegały pomiędzy 
damami   w   lśniących   sukniach,   mężczyznami   w 
smokingach   trzymającymi   eleganckie   kieliszki 
szampana,   służącymi   układającymi   maleńkie 
ciasteczka   w   równych   rzędach   na   ozdobnych 
serwetach.   Potrafił   zgadnąć   przynależność   każdej 
osoby w tej sali.

Poza Smitsem.
Młodszy   chłopiec   siedział   na   kanapie,   nie 

patrząc   nawet   na   rozmawiających   nad   jego   głową 
gości – Luke zastanawiał się, jak musiał się czuć, 
ignorowany, podczas kiedy pani Grant chwaliła się 
Lukiem:

– Lee, musisz też poznać...
Luke   żałował,   że   nie   miał   okazji   powiedzieć 

Smitsowi   chociaż   raz,   jak   bardzo   mu   przykro,   że 
stracił brata.

Ale czy Smits by mu uwierzył?

background image

R

OZDZIAŁ

 28

Kiedy   kilka   godzin   później   pierwsi   goście 

zaczęli wychodzić, Luke miał wrażenie, że uścisnął 
setki  dłoni, tysiące razy powtórzył „proszę pana” i 
„proszę pani”, od kiwania głową i uśmiechania się 
bolały go mięśnie twarzy, a dziąsła miał poocierane 
przez aparat na zębach. Jego wzrok stał się całkiem 
szklany od bezustannego zmuszania się, aby patrzeć 
prosto w twarz całkiem obcym ludziom, natomiast 
prawe ramię bolało od żelaznego uścisku pani Grant, 
która prowadziła go od gościa do gościa.

–  Prezydent   zaraz  wychodzi   –  syknęła   mu  do 

ucha.   –   Musimy   wyjść   i   pożegnać   go,   taki   jest 
protokół.

Tym   razem   Smits   także   przyszedł,   tak   więc 

Luke razem z trójką Grantów wyszedł na zewnątrz i 
stanął  z nimi w równej linii, podczas kiedy szofer 
przyprowadził   prezydencką   limuzynę   na   podjazd. 
Pan i pani Grant stali praktycznie ramię w ramię, ze 
Smitsem po prawej stronie pani Grant i Lukiem po 
lewej stronie pana Granta. Chłodny podmuch wiatru 
rozwichrzył włosy Luke’a. Chłopiec usłyszał ciche 
dzwonienie nad głową i spojrzał w górę – prosto na 
gigantyczny   żyrandol,   który   wywarł   na   nim   takie 
wrażenie, kiedy przyjechał do domu Grantów.

Luke   zadrżał   –   błyszczące   światła   rozmazały 

background image

się,   kiedy   walczył   z   atakiem   paniki.  Uważaj   na 
żyrandole...  
Z   trudem   się   opanował,   najchętniej 
rzuciłby się do ucieczki, ale nie mógł tego zrobić, 
ponieważ   wszyscy   goście   patrzyli   na   niego. 
Grantowie   nie   będą   próbowali   upozorować   mojej  
śmierci,   skoro   także   stoją   pod   żyrandolem
  – 
pomyślał.   –  A   Oscar   nie   spróbuje   upozorować  
śmierci   Smitsa,   skoro   ja   tu   jestem.  
Zmusił   się   do 
tego, żeby stać prosto i dumnie, jak arogancki Grant 
podobny do Smitsa i jego rodziców, ale kątem oka 
patrzył, gdzie są jego przyjaciele: Trey tuż za nim, 
trochę   na   lewo,   a   Nina,   Joel   i   John   w   grupce 
służących obserwujących przez boczne drzwi odjazd 
prezydenta.   Zauważył   też,   że   Oscar   stoi   tuż   za 
Smitsem.  Oscar   nie   narażałby   się   sam   na  
niebezpieczeństwo – 
tłumaczył sobie Luke.

Prezydent   wyszedł   z   domu,   a   jego   szofer 

otworzył   drzwi   limuzyny   i   stał   w   oczekiwaniu, 
podczas gdy prezydent powoli podszedł do Grantów. 
Uścisnął dłoń każdego z nich i ucałował panią Grant 
w oba policzki.

–   Cudowne   przyjęcie,   jak   zawsze,   Sarinio   – 

powiedział.   Zaraz   potem,   kiedy   szofer   pomagał 
prezydentowi wsiąść do samochodu, Luke usłyszał 
za sobą krzyk Niny:

– Uważaj!
Instynktownie spojrzał w górę – żyrandol drżał i 

kołysał się złowieszczo w przód i w tył. Luke miał 

background image

czas, żeby się poruszyć, ale nagle nie był w stanie 
niczego   zrobić   –   jego   mięśnie   stężały   ze   strachu. 
Wtedy, w momencie gdy żyrandol poleciał w dół, 
chłopiec poczuł, że ktoś zwalił go z nóg.

To był Trey, który rzucił się na niego.
Wylądowali  bezpiecznie  z boku i w tej samej 

chwili żyrandol roztrzaskał się w potężnej eksplozji 
szkła.   Luke   poczuł,   jak   ostre   odłamki   kaleczą   mu 
rękę,   chyba   jedyną   część   ciała   nieosłoniętą   przez 
Treya. Aparat na zęby wbił mu się w wargę, poczuł 
smak krwi w ustach, ktoś zaczął krzyczeć, a potem 
zapadła   cisza.   Luke   bał   się   spojrzeć   na   leżący 
żyrandol, ale podniósł wzrok na otaczający go krąg 
gości i służby, jawiących się niczym cienie sylwetek 
w przyćmionym świetle z okien. Wszyscy zastygli 
ze zgrozy.

– To nagroda za to, że nauczyłeś mnie grać w 

piłkę nożną – powiedział Trey do ucha Luke’a.

– Uratowałeś mi życie – szepnął w odpowiedzi 

Luke. – To ty byłeś dzisiaj bohaterem.

– No. – W głosie Treya dźwięczało zdumienie.
– Chyba rzeczywiście byłem.
Odsunął   się   ostrożnie,   pilnując,   żeby   nie 

dotknąć potłuczonego szkła – jego policzki i ręce już 
krwawiły.

Luke   nie   wstawał   jeszcze,   ale   zdobył   się   na 

odwagę,   żeby   obrócić   głowę   w   stronę   leżącego 
żyrandola. Jakimś cudem Smits stał z boku, nawet 

background image

niedraśnięty,   wpatrując   się   w   stos   szklanych 
odłamków z nieziemskim wyrazem twarzy.

– Nie żyją – zaczął lamentować. – Wszyscy nie 

żyją! Mój brat nie żyje! Moi rodzice nie żyją! Och, 
mój... brat... nie... żyje!

Luke   podniósł   się   tak   szybko,   że   niechcący 

rozciął   sobie   ręce   jeszcze   kilkoma   odłamkami, 
których nawet nie chciało mu się strzepnąć. Stanął i 
spojrzał   ponad   zniszczonym   żyrandolem   na 
młodszego chłopca.

– Ja żyję, Smits – powiedział. – Dopóki żyję, 

masz brata.

Gdyby   zależało   mu   tylko   na   podtrzymaniu 

pozorów, że jest Lee, inaczej dobrałby słowa, ale był 
zbyt   zszokowany,   żeby   myśleć   o   pozorach, 
udawaniu   czy   kłamstwach,   jakie   należało 
powiedzieć. Starał się tylko pocieszyć Smitsa.

– Jestem twoim bratem, Smits – powiedział, a 

Smits   popatrzył   na   niego   ponad   roztrzaskanym 
szkłem i skinął głową.

background image

R

OZDZIAŁ

 29

W  następnej   chwili   wszyscy   obecni   jakby 

ocknęli   się   z   transu.   Szofer   zatrzasnął   drzwiczki 
samochodu za prezydentem, wskoczył za kierownicę 
i   odjechał   pędem,   zostawiając   za   sobą   tuziny 
ochroniarzy,   którzy   zaczęli   krzyczeć   do 
mikrofonów:

„Alarm!   Alarm!   Próba   zamachu   na 

prezydenta!”.

Wrzasnęli   też   na   przerażonych   gości:   „Cała 

rezydencja   zostaje   zamknięta!   Nikt   nie   ma   prawa 
opuścić   tego   miejsca,   dopóki   nie   aresztujemy 
sprawców tej ohydnej zbrodni!”.

Luke rozejrzał się i zobaczył strach na twarzy 

Niny, Treya, Joela i Johna. Czy jeśli zostaną poddani 
długiemu   przesłuchaniu,   będą   potrafili   powtarzać 
kłamstwa, których powinni się trzymać? Skoro już o 
tym   mowa,   czy   on   będzie   potrafił?   I   co   powie 
Oscar?

Luke   ruszył   się  z   miejsca,  starając  się   iść  tak 

dumnym   krokiem   jak   Smits,   kiedy   przyjechał   do 
Szkoły Hendricksa, i przemawiać z taką pewnością 
siebie jak pan Grant.

– To absurd – oznajmił mężczyźnie, który był 

chyba   szefem   ochrony.   –   Nikt   nie   próbował 
zamordować prezydenta, przecież włos mu nie spadł 

background image

z   głowy.   To   moi   rodzice   zginęli   w   tragicznym 
wypadku, a mój brat i ja ledwie uszliśmy z niego z 
życiem.   Jestem   pewien,   że   to   był   wypadek:   kto 
mógłby   zrzucić   czterystakilogramowy   żyrandol 
dokładnie w wybranym momencie? Chcecie zacząć 
przesłuchania   teraz,   na   miejscu   tragicznej   śmierci 
moich rodziców, podczas kiedy oni... nadal są tam 
pogrzebani? – Wskazał gestem zniszczony żyrandol. 
Starał   się,   żeby   jego   słowa   brzmiały   jak   słowa 
zrozpaczonego i ogarniętego zgrozą chłopca, który 
właśnie był świadkiem śmierci rodziców. O dziwo, 
przychodziło mu to bez trudu. – Ja... mój brat i ja 
jesteśmy   dziedzicami   rodziny   Grantów   i   chcemy 
powiedzieć, że nie jest pan dłużej mile widziany w 
naszej posiadłości. Precz stąd! Natychmiast!

Szef   ochrony   patrzył   na   Luke,   a   jego   oczy  

wyraźnie mówiły: Jesteś tylko głupim dzieciakiem, 
nie muszę  słuchać ani słowa z tego, co mówisz. 
Skąd   mam   wiedzieć,   czy   to   nie   ty   wszystko 
ukartowałeś,   żeby   zdobyć   fortunę   rodziców? 
Cofnął się jednak o krok i zauważył zmianę nastroju 
zgromadzonych gości. Ludzie zaczęli się burzyć:

–   On   ma   rację,   jak   możecie   być   tak   okrutni 

wobec nieszczęsnych sierot?

Albo:
– Jestem notablem, z pewnością nie pozwolę się 

przesłuchać!

W tym momencie  Luke dostrzegł lęk także w 

background image

oczach szefa ochrony.

–   Jak   chcecie   –   powiedział   mężczyzna.   – 

Spiszemy   tylko   nazwiska   wszystkich   obecnych   i 
przeprowadzimy dochodzenie później, w dogodnym 
momencie.

Goście   zaczęli   się   wymykać;   kobiety,   jak   się 

okazało,   potrafiły   biegać   na   wysokich   obcasach, 
mężczyźni tak rwali się do opuszczenia posiadłości, 
że przejeżdżali samochodami po trawie i zostawiali 
ślady   opon   na   alejkach.   Luke   zauważył,   że 
niezależnie   od   tego,   jak   ciepło   goście   mówili   o 
Grantach chwilę  wcześniej, nikt nie  zatrzymał  się, 
żeby pocieszyć  Smitsa  i  Luke’a, nikt  nie  zaczekał 
nawet   dostatecznie   długo,   żeby   powiedzieć: 
„Naprawdę będzie mi brakowało moich przyjaciół, 
przykro mi, że nie żyją”.

Wszyscy byli przerażeni.
W końcu ochroniarze i goście zniknęli, a Luke 

stał w odrętwieniu, obserwując oddalające się tuziny 
tylnych   świateł   samochodów.   Niechętnie   odwrócił 
się i zobaczył, że wpatruje się w niego setka oczu: 
służba czekała na rozkazy, a on, wbrew wszelkiemu 
prawdopodobieństwu, stał się ich przełożonym.

Miał   ochotę   zapytać:   „Kto   to   zrobił? 

Dlaczego?”,   ale   wiedział,   że   w   odpowiedzi 
usłyszałby   tylko   kłamstwa.   Miał   też   ochotę 
krzyknąć:   „Dlaczego   patrzycie   na   mnie?   Czy   ktoś 
inny   nie   mógłby   się   tym   zająć?   Czy   ktoś   mógłby 

background image

zadzwonić do pana Talbota albo pana Hendricksa?”, 
ale   przecież   telefony   były   zabezpieczone   kodami. 
Nikt inny nie mógł przejąć dowodzenia, więc Luke 
przełknął   gwałtownie   ślinę   i   zaczął   wskazywać 
przypadkowych służących.

–   Uporządkuj   ten  bałagan.  Wy   zajmijcie   się... 

ciałami moich rodziców. Ty, ty, ty i ty: zacznijcie 
sprzątać po przyjęciu.

Cała   służba   rzuciła   się   wykonywać   jego 

polecenia.

Luke   przypomniał   sobie   cytat   z   jednego   z 

podręczników historii: „Umarł król, niech żyje król”. 
Wcześniej   zawsze   wydawało   mu   się   to   śmieszne, 
wręcz bezsensowne, ale teraz nagle nabrało sensu. 
Król i królowa posiadłości – pan i pani Grant – nie 
żyli, Luke stał się szefem i wszyscy chcieli wierzyć, 
że poradzi sobie z tą odpowiedzialnością.

Luke odwrócił się i nagle został uściśnięty przez 

Oscara.

–   Jesteś   dobrym   dzieciakiem,   nawet   jeśli   nie 

jesteś   jeszcze   gotów,   żeby   dla   mnie   pracować   – 
szepnął do ucha Luke’a tak cicho, że chłopiec ledwie 
go   słyszał.   –   Naszym   celem   był   prezydent,   ale 
zawahaliśmy   się,   żeby   ciebie   nie   trafić.   Jesteś   mi 
teraz coś winien.

Luke w to nie wierzył, ponieważ słowa Oscara 

nie   miały   sensu:   zginąłby,   gdyby   Trey   go   nie 
uratował.

background image

Oscar po prostu próbował znowu zmanipulować 

Luke’a, zamienić błąd w dług wdzięczności.

– A ja jestem ci coś winien za to, że odesłałeś 

ochronę – dodał Oscar. – Oto moje podziękowanie.

Luke poczuł, że jakiś przedmiot wsuwa się do 

kieszeni   jego   spodni,   ale   dopiero   kiedy   Oscar 
odszedł,   pozbierał   się   na   tyle,   żeby   sięgnąć   i 
sprawdzić, co to jest.

Jego palce dotknęły gładkiego metalu, a potem 

ząbków – to był klucz.

Luke   natychmiast   zrozumiał,   co   ten   klucz 

otwiera.

– Smits, chodź ze mną – rzucił. – Nina, Trey, 

wy też. Joel, John: pod moją nieobecność kierujcie 
wszystkim.

Udzielił   im   kilku   szybkich   instrukcji,   a 

oszołomieni   chłopcy   pokiwali   głowami.   Sytuacja 
była   znacznie   poważniejsze   niż   organizacja 
wieczornej   zabawy   w   Szkole   Hendricksa,   a   nawet 
wtedy   nie   sprawiali   wrażenia,   jakby   byli   w   stanie 
podjąć się tamtego zadania. Nic jednak nie można 
było na to poradzić.

Luke   poprowadził   Smitsa,   Treya   i   Ninę   przez 

labirynt   pokojów,   który   wyglądał   już   niemal 
znajomo. Przed drzwiami tajnego pomieszczenia nie 
zawracał sobie nawet głowy rozglądaniem się, czy 
ktoś ich nie widzi. Wsunął po prostu klucz do zamka 
– tak, to był właściwy klucz – i wpuścił przyjaciół 

background image

do   środka.   Zaczął   majstrować   przy   panelu   na 
ścianie,   ale   Smits   odsunął   go   i   wcisnął   właściwą 
sekwencję,   żeby   włączyć   światło   i   zablokować 
drzwi.

– Lee i ja przychodziliśmy tu czasem, żeby się 

schować   –   wyjaśnił.   –   Żeby   układać   tajne   plany, 
obmyślać różne głupoty, jak zrzucanie baloników z 
wodą   na   kucharzy   czy   wkładanie   proszku   na 
kichanie do łóżek, kiedy pokojówki miały sprzątać w 
naszych   pokojach.   Świetnie   się   bawiliśmy...   kiedy 
on jeszcze żył.

Rozejrzał się oszołomiony, jakby zapomniał, że 

mówi na głos.

–   O,   przepraszam,   nie   zauważyłem,   że   tu   jest 

służba. Nie możecie wierzyć w ani jedno moje słowo 
– powiedział do Treya i Niny. – Jestem stuknięty, 
wszyscy o tym wiedzą.

– Nie, nie jesteś – zaprzeczył Luke. – Możesz 

teraz mówić prawdę, Trey i Nina to moi przyjaciele.

– A prawda, Trey, przypominam sobie  ciebie. 

Co ty tutaj robisz?

–   Pomagam   –   odpowiedział   Trey,   ale   Smits 

dalej sprawiał wrażenie oszołomionego.

–   Chyba   jest   w   szoku   –   szepnęła   Nina   do 

Luke’a. Smits ją usłyszał.

– Nie – powiedział. – Myślę, że byłem w szoku 

przez   ostatnie   sześć   miesięcy.   Ale   teraz   jestem... 
wolny? Czy Oscar sobie poszedł?

background image

Luke przypomniał sobie, jak Oscar uściskał go, 

a potem zniknął w ciemnościach.

– Tak sądzę – odparł.
Smits opadł na jedno z krzeseł i zapatrzył się 

ponuro w ścianę.

–   Nie   myślałem,   że   ich   zabije   –   powiedział, 

prawie jakby mówił do siebie. – Powiedział, że chce 
zniszczyć   ciebie.   –   Powoli   podniósł   głowę,   aż   w 
końcu utkwił puste spojrzenie w Luke’u.

– M... mnie? – zająknął się Luke.
– Chciał, żebym mu pomógł – wyjaśnił Smits 

głosem wypranym z emocji. – Ponieważ nie byłeś 
Lee,   zabrałeś   jego   imię,   nie   byłeś   notablem. 
Wiedziałeś, że Oscar  był notablem?  Tylko udawał 
służącego, żeby się zemścić.

Luke’owi opadła szczęka.
–   Co?   Oscar   nie   był   notablem!   On   ich 

nienawidził!

Smits najwyraźniej nie usłyszał.
–   Nie   pomagałem   mu   –   powiedział.   –   Nie 

wtedy, kiedy to miało znaczenie. Pomagałem tobie, 
żeby go rozzłościć. Czy to... czy dlatego Oscar ich 
zabił? Bo nie zrobiłem tego, co mi nakazał?

Łzy zaczęły mu spływać po twarzy, wytarł je, 

zostawiając smugi krwi na policzkach. Musiał mieć 
pokaleczone dłonie, a nikt z nich tego nie zauważył.

–   Oscar   chciał   zabić   prezydenta,   nie   twoich 

rodziców – odparł Luke. – Po prostu... nie trafił.

background image

Nie   był   jednak   pewien,   czy   sam   wierzy   we 

własne   słowa   –   jak   mógł   wierzyć   w   cokolwiek   z 
tego, co powiedział mu Oscar?

– Zawsze ktoś próbował zabić moich rodziców – 

ciągnął   Smits.   –   Lee   i   mnie   nie   mówiono   o   tym, 
ale... pamiętasz, jak ci opowiadałem o deserze, który 
wybuchł? To był jeden z zamachów... I jeszcze była 
kiedyś   bomba   w   biurze   taty...   Ale   mama   i   tata 
zawsze uchodzili z życiem, jakimś cudem. Może... – 
Jego   twarz   rozjaśniła   się   i   usiadł   prosto.   –   Może 
teraz też nie są martwi? Może tylko zostali ciężko 
ranni, a jeśli służący zabiorą ich do szpitala...

Luke   przypomniał   sobie   stos   potłuczonego 

szkła,   całkowicie   skrywający   leżące   pod   spodem 
ciała państwa Grantów.

– Nie – powiedział łagodnie. – Oni nie żyją.
Smits znowu osunął się na krześle i zamilkł.
– Jak Oscar to zrobił? – zapytała Nina. – Jak 

mógł   sprawić,   że   żyrandol   spadł,   skoro   stał 
praktycznie pod nim? Gdyby ktoś na jego polecenie 
przeciął mocowanie żyrandola, zauważylibyśmy to.

Luke   nie   zastanawiał   się   nad   tym   –   upadek 

żyrandola przypominał tornado albo trzęsienie ziemi, 
nagły   kataklizm,   który   nie   potrzebuje   żadnych 
dodatkowych wyjaśnień.

– Myślę, że to było w jakiś sposób sterowane 

zdalnie   –   odezwał   się   Trey.   –   Założę   się,   że 
gdybyśmy   poszukali,   znaleźlibyśmy   mocowania 

background image

kabli, które puściły, kiedy Oscar dał sygnał. Może 
zresztą sam nacisnął guzik i nikt oprócz niego nie 
wiedział, co się stanie?

Luke   przypomniał   sobie   ostrzeżenie   Oscara: 

„Uważaj   na   żyrandole”   –   Smits   najwyraźniej   nie 
usłyszał   niczego   takiego.   Nawet   kiedy   Luke 
odmówił  wybrania jego strony, nawet po tym,  jak 
spadł żyrandol, Oscar nadal miał chyba nadzieję, że 
Luke   może   dołączyć  do   niego.   „Jesteś   dobrym 
dzieciakiem,   nawet   jeśli   nie   jesteś   jeszcze   gotów, 
żeby dla mnie pracować” – powiedział Oscar, a to 
Jeszcze” nadal dźwięczało Luke’owi w uszach.

Teraz zupełnie już nie potrafił wyobrazić sobie, 

że   dołącza   do   Oscara   –   czy   popełnił   błąd, 
pozwalając   mu   zniknąć   w   ciemnościach?   Ukrył 
twarz w dłoniach, czując w głowie gonitwę myśli. 
Czy   zdoła   kiedykolwiek   wyodrębnić   prawdę   z 
kłamstw   Oscara?   Mężczyzna   próbował   namówić 
zarówno Smitsa, jak i Luke’a, żeby mu pomogli, ale 
to Luke’a ostrzegł, a potem uściskał i zostawił mu 
klucz... Luke był niemal pewien, że Oscar naprawdę 
był   kiedyś   ubogi   i   wysadzał   skrzynki   pocztowe. 
Prawdopodobnie nienawidził notabli, wliczając w to 
Grantów.

–   Smits?   –   powiedział   łagodnie,   podnosząc 

głowę. – Jaką rolę grał Oscar dla twoich rodziców?

Smits zamrugał.
– Rolę? – zapytał, jakby źle zrozumiał pytanie. – 

background image

Tak, odgrywał swoją rolę, bezustannie. Był dla nich 
strasznie   miły,   zawsze   „Tak,   proszę   pani.   Nie, 
proszę   pana”,   ale   on...   szantażował   ich   przez   cały 
czas.

–   Co   takiego?   –   wybuchnął   Luke.   –   To   była 

sprawka Oscara? – Nigdy niczego nie podejrzewał, 
ale wszystko teraz zaczynało pasować.

Smits zachowywał się, jakby nie słyszał Luke’a 

i ciągnął jak w transie:

– Nie wiedzieli, że to on – powiedział. – Ale ja 

znalazłem...   znalazłem   czek   w   jego   portfelu,   wy 
stawiony przez nich, i to nie była pensja ochroniarza. 
Pisał do nich listy, że wie o tym, że Lee nie żyje i 
wie, jak zginął. Groził, że doniesie rządowi, jeśli nie 
zapłacą...

–   Powiedziałeś   rodzicom,   że   on   to   robi?   – 

zapytał Trey.

– Nie – twarz Smitsa wykrzywił grymas winy. – 

Pomyślałem...   pomyślałem,   że   dostali   to,   na   co 
zasłużyli.   –   Milczał   przez   chwilę,   a   potem   rzucił 
gniewnie   –   Nie   chcieli   mi   nawet   powiedzieć   o 
śmierci Lee! „Och, na pewno jest zbyt zajęty, żeby 
odpisywać na twoje maile”, mówili. „Och, po prostu 
wyszedł gdzieś, kiedy dzwoniłeś”. „Och, za dobrze 
się bawi, żeby przyjeżdżać i odwiedzać nieznośnego 
młodszego brata”.

Luke rozumiał poruszenie Smitsa.
– Ale dowiedziałeś się o śmierci Lee – wtrąciła 

background image

łagodnie Nina.

Smits przytaknął.
–   Lee   nie   był   taki,   nie   uważał,   że   jestem 

nieznośny. Opiekował się mną, kochał mnie. Dlatego 
wiedziałem, że coś się stało i zacząłem szpiegować 
mamę   i   tatę,   aż   w   końcu   przyłapałem   mamę,   jak 
płakała   tutaj.   Wtedy   zmusiłem   ją,   żeby   mi 
powiedziała, a ona kazała mi obiecać, że zachowam 
wszystko w tajemnicy, ale... nie mogłem, wiecie? I 
cały   czas   myślałem   o   tym,   jak   mama   płakała   po 
śmierci Lee i o tym, że nie płakałaby, gdybym to ja 
umarł. Ale dzisiaj, kiedy ten żyrandol runął... mama 
mnie odepchnęła, uratowała mi życie  i  nie zdążyła 
się   już   sama   uratować.   Ona...   ona   musiała   mnie 
mimo wszystko kochać. A teraz... teraz nie mam już 
w ogóle rodziców...

W tym momencie Smits zaczął płakać naprawdę 

gwałtownie,   Luke   niezgrabnie   poklepał   go   po 
ramieniu, a Nina pochyliła się i przytuliła go. Trey, 
który   wyraźnie   zupełnie   nie   umiał   sobie   radzić   z 
wybuchami   emocji,   przysunął   się   do   biurka   pana 
Granta   i   zaczął   grzebać   w   szufladach.   Po   chwili 
Luke dołączył do niego.

–   Byłoby   fajnie,   gdybyśmy   znaleźli   jakieś 

papiery,   jakieś   dowody   –   mruknął   Trey.   –   Nie 
możemy   wierzyć   w   to,   co   powiedział   nam   Smits, 
prawda?

Luke obejrzał się na szlochającego chłopca.

background image

–   Możemy   –   powiedział.   –   Jest   zbyt 

zrozpaczony, żeby kłamać.

Luke był przekonany, że Smits święcie wierzył 

we wszystko, co im powiedział. Od początku starał 
się mówić prawdę, aż do chwili, kiedy Oscar zaczął 
go   naciskać,   żeby   zdradził   Luke’a,   a   pośrednio 
swoich rodziców. Wszystkie kłamstwa Smitsa były 
słowami innych ludzi.

Luke  chętnie  zostałby w tajnym gabinecie, by 

spróbować przemyśleć wszystko, ale Trey szturchnął 
go w żebra.

– Skąd masz klucz do tego pokoju? – zapytał.
– Oscar mi go dał – odparł bez namysłu Luke.
–   Jaką   możemy   mieć   pewność,   że   nie 

zainstalował tutaj podsłuchu? – spytał Trey. – Skąd 
możemy wiedzieć, czy nadal nie planuje zabić ciebie 
i Smitsa?

Luke   wpatrywał   się   w   przyjaciela,   chociaż 

wszystko przed oczami zaczęło mu się rozmazywać. 
Dobrze byłoby się poddać tej słabości, skulić się na 
podłodze i pozwolić, żeby ktoś inny zastanawiał się, 
co należy zrobić. Ale zamrugał z całej siły, aż znowu 
zaczął widzieć wyraźnie Treya i tajny pokój, Ninę i 
Smitsa.

Przede wszystkim Smitsa.
–   Myślisz,   że   któreś   z   nas   będzie   umiało 

prowadzić samochód? – zapytał.

background image

R

OZDZIAŁ

 30

Ostatecznie   postanowili   zaufać   szoferowi, 

chociaż   Joel   i   John   usiedli   z   przodu,   gotowi 
obezwładnić  go,   gdyby   zaczął   się   zachowywać 
podejrzanie.

Trey   i   Lukę   zajęli   pierwsze   siedzenie   z   tyłu, 

rozkładając   między   sobą   papiery   z   biurka   pana 
Granta, przy zabraniu których uparł się Trey. Teraz 
systematycznie   czytał   jeden   dokument   za   drugim 
przy świetle latarki. Co jakiś czas pomrukiwał: „To 
niesamowite!”   albo   „Spójrzcie   tylko   na   to!”,   ale 
Luke   ledwie   go   słyszał.   To   wszystko   były   jakieś 
sprawy finansowe, coś związanego z prowadzonymi 
przez   pana   Granta   interesami,   co   w   ogóle   go   nie 
interesowało.   Patrzył   po   prostu   przed   siebie   i 
rozmyślał.

Naprzeciwko   nich   siedzieli   Nina   i   Smits   –   a 

właściwie Smits spał oparty o Ninę, rzucając się i 
jęcząc przez sen. Kilka razy musiała go złapać, żeby 
nie spadł z siedzenia.

Za   każdym   razem   Luke   utwierdzał   się   w 

przekonaniu, że postąpił właściwie.

Wyruszyli   w   środku   nocy,   więc   całą   drogę 

jechali w ciemnościach, a jedynym źródłem światła 
na świecie wydawał się ich samochód. Kiedy jednak 
Trey   w   końcu   odłożył   papiery   i   zgasił   latarkę,   na 

background image

horyzoncie   zaczęły   pojawiać   się   pierwsze   oznaki 
brzasku. Luke odwrócił się od Smitsa i przycisnął 
twarz   do   szyby,   starając   się   wypatrzeć   coś 
znajomego na zewnątrz. Nie mógł się napatrzeć na 
otaczający go krajobraz.

Kiedy   samochód   minął   skrzyżowanie,   przy 

którym   w   kępie   chwastów   stały   trzy   skrzynki 
pocztowe, Luke nagle krzyknął:

– Stop!
Szofer   nacisnął   hamulce   tak   gwałtownie,   że 

Smits w końcu spadł z siedzenia.

– Przepraszam, sir – powiedział szofer.
–   Nie   szkodzi   –   odparł   Luke.   –   Możecie 

wysadzić Smitsa i mnie tutaj.

–   Tutaj?   –   W   głosie   mężczyzny   zabrzmiało 

niedowierzanie, a Luke zobaczył, że wpatruje się w 
ciągnące się po horyzont, poryte koleinami pola. Dla 
szofera   i   niemal   każdej   innej   osoby,   która 
zobaczyłaby coś takiego, krajobraz wyglądałby jak 
bezkresne nieużytki w środku niczego.

Ale Luke widział co innego.
–   Możesz   zabrać   pozostałych   do   domu   pana 

Talbota – oznajmił. – Dziękuję.

Nie czekał nawet, aż szofer otworzy mu drzwi – 

sam wysiadł z samochodu.

–   No,   chodź,   Smits   –   powiedział   miękko, 

przytrzymując drzwi.

Nina podała mu młodszego chłopca, jakby był 

background image

pakunkiem,   a   Smits   stanął   prosto,   kiedy   tylko 
znalazł   się   na   zewnątrz.   Popatrzył   na   zaschnięte 
błoto na drodze, ale nie odezwał się ani słowem.

–   Nie   zmienisz   zdania?   –   zapytał   Trey.   – 

Możesz pojechać z nami.

– Nie – odparł Luke. – Muszę to tak załatwić.
Miał   przeczucie,   że   pan   Talbot   by   tego   nie 

pochwalał,   a   on   sam   był   prawdopodobnie 
tchórzliwy, nie zaczynając od wizyty u pana Talbota, 
albo   lekkomyślny,   nie   zaczynając   od   omówienia 
wszystkiego   z   panem   Talbotem   przed   podjęciem 
decyzji. Luke zdawał sobie jednak sprawę, że nawet 
pan Talbot nie wie wszystkiego i na pewno będzie 
zdumiony, kiedy się dowie o tym, co zrobił Oscar. 
Chłopiec czuł, że bardzo chętnie pozostawi Treyowi 
i Ninie przekazanie tych nowin.

– No dobrze – zgodził się z wahaniem Trey.
Luke zatrzasnął drzwi samochodu i spojrzał  na 

Smitsa.

– Tamten dom przed nami – powiedział. – Tam 

właśnie idziemy.

Czekali,   aż   samochód   zniknie   im   z   oczu,   a 

potem   ruszyli   przed   siebie.   Luke   z   trudem 
powstrzymywał się, żeby nie zacząć biec, tak bardzo 
był   niecierpliwy.   Musiał   jednak   myśleć   także   o 
młodszym   chłopcu,   a   Smits   w   tym   momencie   nie 
wydawał się zdolny do biegu.

W   końcu   dotarli   do   wjazdu   na   podwórko,   a 

background image

Luke   nie   mógł   już   się   pohamować:   podbiegł   do 
drzwi i załomotał w nie.

– Mamo! Tato! Wróciłem!
Drzwi otwarły się gwałtownie i stanęła w nich 

matka   z   wyrazem   całkowitego   zaskoczenia   na 
twarzy.

– Och, Lu... – zaczęła, ale nie dokończyła jego 

imienia,   tylko   złapała   go   w   objęcia,   a   potem 
odsunęła na długość ramienia, tak jak robiła to pani 
Grant, kiedy zastanawiała się, jak go należy zmienić. 
Jednakże pani Grant szukała w nim niedoskonałości, 
a   matka   promieniała,   jakby   wszystko   w   nim   było 
wspaniałe.

– Urosłeś, nabrałeś mięśni, włosy ci ściemniały 

i... czy to aparat na zęby? – zapytała ze zdumieniem, 
ale nie czekała na odpowiedź. Jej twarz zachmurzyła 
się   nagle,   jakby   właśnie   przypomniała   sobie, 
dlaczego   Luke   w   ogóle   wyjechał   z   domu.   –   Czy 
możesz tu się bezpiecznie pokazywać? – zapytała.

–   Jestem   tak   samo   bezpieczny   tutaj,   jak 

wszędzie   –   odparł   spokojnie   Luke,   bo   do   takich 
wniosków   ostatecznie   doszedł.   Oscar   wiedział   o 
Szkole   Hendricksa  i  istnieniu   pana   Talbota,   dom 
Grantów był bizantyjską mozaiką krzyżujących się 
interesów,   a   jeśli   Luke   miał  i  tak   znaleźć   się   w 
niebezpieczeństwie,   równie   dobrze   mógł   przedtem 
odwiedzić swoją rodzinę. Nie zamierzał zostawać na 
tyle długo, żeby ściągnąć na nich zagrożenie.

background image

– Wszystko się zmieniło, mamo – powiedział, 

ale   nie   potrafił   dodać:   „Właśnie   widziałem,   jak 
dwoje ludzi zginęło na moich oczach i sam omal nie 
zostałem zabity. A potem morderca uścisnął mnie... 
Jak  cokolwiek  mogłoby   się   nie   zmienić   po  czymś 
takim?”.

Matka przyjrzała się mu uważnie i otwarła usta, 

jakby   chciała   o   coś   zapytać,   ale   właśnie   w   tym 
momencie   do   frontowych   drzwi   podszedł   powoli 
Smits,   smutny   mały   chłopczyk,   który   sprawiał 
wrażenie, jakby miał tylko tyle energii, żeby wspiąć 
się   po schodkach.  Luke  zobaczył  na  twarzy  matki 
współczucie   –   nie   wiedziała   jeszcze   nawet,   co   się 
stało Smitsowi, ale już go żałowała.

To dobrze.
–   Mamo,   pamiętasz,   że   zawsze   chciałaś   mieć 

czterech   chłopców?   –   zapytał   Luke.   –   No   więc 
przyprowadziłem   ci   jeszcze   jednego   syna.   To   jest 
Smits Grant, jest... był... no, jest teraz moim bratem, 
a jego rodzice nie żyją.

Smits machinalnie wyciągnął rękę, a Luke przez 

moment   poczuł   ukłucie   niepokoju:   jego   matka   i 
Smits   wyglądali   jak   z   innych   światów   –   jak 
fotografie   wycięte  z   dwóch   różnych   czasopism   i 
niedbale sklejone. Smits, w eleganckim wełnianym 
garniturze   i   skórzanych   butach   nie   pasował   do 
znoszonej   domowej   sukienki   i   znużonej   twarzy 
matki,   siwiejących   włosów   zebranych   w   ciasny 

background image

koczek.   Co   właściwie   Luke   sobie   wyobrażał, 
przywożąc   Smitsa   z   jego   posiadłości   do   swojego 
domu rodzinnego, z obłażącą farbą i podniszczonymi 
deskami? Co Smits musiał sobie myśleć?

Matka   zignorowała   wyciągniętą   rękę   Smitsa   i 

przytuliła   go   tak   samo   szczerze,   jak   wcześniej 
Luke’a.

–   Zawsze   będziesz   tu   mile   widziany   – 

powiedziała.

W   tym   momencie   tata   i   starsi   bracia   Luke’a, 

Matthew   i   Mark,   wyszli   zobaczyć,   co   to   za 
zamieszanie. Oni nie byli skłonni do uścisków, ale 
Luke widział radość i ulgę w ich oczach, nawet w 
chwili,   kiedy   Matthew   szturchnął   go   w   ramię,   a 
Mark zażartował:

–   Luke?   Ty   nie   możesz   być   Lukiem,   zawsze 

mogłem   go   sprać   z   jedną   ręką   przywiązaną   na 
plecach.   Na   ciebie   musiałbym   chyba   użyć   obu 
pięści.

Luke   wiedział,   że   Mark   był   szczęśliwy   jak 

nigdy, że go znowu widzi.

Wszyscy   grzecznie   wymienili   uściski   dłoni   ze 

Smitsem,   ale   Luke   widział,   że   czują   się   w   jego 
towarzystwie skrępowani.

–   Jedliście   już   śniadanie?   Mieliśmy   właśnie 

siadać do stołu – powiedziała matka.

– Zjadłbym coś – przyznał cichutko Smits.
Matthew i Mark przynieśli dodatkowe krzesła z 

background image

innych pokojów i wszyscy usiedli przy kuchennym 
stole. Luke pomyślał, że wszystko się zmieniło od 
czasów,   kiedy   musiał   jeść   na   schodach,   podczas 
kiedy reszta rodziny jadała przy stole. Na śniadanie 
była tylko owsianka i pieczone jabłka, ale wszystko 
smakowało   Luke’owi   cudownie,   lepiej   niż 
najbardziej wyszukane posiłki w domu Grantów.

Był ciekaw, co myśli o tym Smits.
Po śniadaniu siedzieli i rozmawiali aż do chwili, 

kiedy matka musiała pospiesznie wyjść do pracy, a 
Matthew i Mark pobiegli do szkoły.

– Będziemy musieli się z tobą męczyć jeszcze 

po   powrocie   do   domu?   –   zapytał   Mark,   zanim 
podjechał szkolny autobus.

–   Chyba   tak   –   odparł   Luke.   –   Przynajmniej 

dzisiaj.

– Co za pech – rzucił Mark, ale Luke widział, że 

brat skrywa zadowolenie.

Kiedy pozostali już wyszli, tata zapytał:
–   Nie   masz   nic   przeciwko,   żebym   włączył 

radio? Chciałbym posłuchać wiadomości rolniczych.

To było bardzo dziwne, że tata prosił Luke’a o 

pozwolenie   na   cokolwiek.   Chłopiec   patrzył,   jak 
ojciec   włącza   radio;   z   głośnika   popłynął   znajomy 
głos spikera czytającego wiadomości.

– Rzecznik rządu donosi, że tegoroczne zbiory 

należą do rekordowych – oznajmił spiker.

Luke   przypomniał   sobie   puste   pola,   które 

background image

widział po drodze ze szkoły do posiadłości Grantów 
i   po  drodze   z   posiadłości   Grantów   do   własnego 
domu,   a   także   wszystkie   kłamstwa,   jakich   był 
świadkiem od chwili wyjazdu. Chociaż głos spikera 
brzmiał   jak   zwykle,   Luke   nie   potrafił   wierzyć   mu 
bez   zastrzeżeń,   tak   jak   kiedyś:   nagle   zaczął   się 
zastanawiać,   czy   cokolwiek   z   tego,   co   rząd   mówi 
ludziom, jest prawdziwe.

Koło niego Smits pociągnął nosem.
– Nie powiedzieli... nie powiedzieli niczego o 

mamie i tacie – zauważył.

– Nie – odparł łagodnie Luke. – I nie powiedzą. 

–   Przypomniał   sobie,   jak   bardzo   pragnął   usłyszeć 
jakieś   wiadomości   w   radio   o   Jen,   córce   pana 
Talbota, po pikiecie, kiedy jeszcze nie wiedział, co 
się   naprawdę   wydarzyło.   –   Dla   ciebie   też   będzie 
lepiej, jeśli tego nie ogłoszą – powiedział do Smitsa.

– Ale ja mogę mówić o tym, prawda? – zapytał 

Smits.

–   Tak   –   zapewnił   go   Luke.   –   Tutaj   możesz 

mówić o wszystkim, o czym chcesz.

Smits   zamilkł,   a   Luke   go   rozumiał,   ale   tata 

przenosił spojrzenie ze Smitsa na Luke’a, marszcząc 
brwi z zaciekawieniem.

– Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć? – 

zapytał.

– Potem – szepnął bezgłośnie Luke, wskazując 

wzrokiem   Smitsa   i   dając   tym   samym   sygnał:  Nie 

background image

przy małym. Luke uświadomił sobie, że jego rodzice, 
a nawet Matthew i Mark, robili tak w jego obecności 
wiele  razy przez wszystkie lata, kiedy mieszkał w 
domu.  Chronili go, kiedy był małym dzieckiem,  a 
teraz to on chronił Smitsa.

Luke   spodziewał   się,   że   tata   zacznie   zadawać 

dalsze pytania, ale on tylko skinął głową i wrócił do 
słuchania wiadomości.

–   Chodź   –   powiedział   Luke   do   Smitsa.   – 

Oprowadzę cię po domu.

Wyszli   z   domu   do   ogrodu,   a   Luke   zastygł, 

patrząc   na   stodołę,   drzewa   i   ogród,   teraz   pełen 
uschniętych, zamierających roślin. Kiedyś ten ogród 
był   praktycznie   całym   jego   światem,   wydawał   się 
wielki i nieskończony, szczególnie kiedy zbierał się 
na odwagę, żeby przebiec przez niego w drodze do 
Jen.   Teraz   jednak   –   teraz   wydawał   się   maleńki,   a 
Luke   miał   wrażenie,   że   mógłby   kilkoma   krokami 
pokonać odległość dzielącą go od ogrodu Talbotów.

Smits usiadł na schodach domu.
–   Twoja   rodzina   cię   kocha   –   powiedział.   – 

Tęsknili za tobą, kiedy cię nie było.

– Owszem – przyznał Luke.
– Żałuję, że moi rodzice nie... – zaczął Smits, 

ale   zakrztusił   się   na   tym   zdaniu   i   urwał.   Luke 
poklepał go po plecach i usiadł obok niego.

– Moi rodzice się tobą zaopiekują – powiedział. 

– Zgodzisz się?

background image

Po krótkiej chwili Smits skinął głową, a Luke 

wsunął   rękę   do   kieszeni   i   wyciągnął   dokument 
tożsamości, z którego wynikało, że Smits nazywa się 
Peter Goodard.

– Chcesz to? – zapytał Luke. – Znalazłem ten 

dokument   w   twoim   pokoju   w   szkole,   po   pożarze. 
Nie wiem, co Oscar zamierzał z tym zrobić, ale...

– Oscar? On nic nie wiedział – odparł Smits.
– Jak to? – Luke myślał już, że wszystko sobie 

poukładał, ale czekała na niego nowa niespodzianka.

–   Było   w   jego   materacu,   prawda?   –   zapytał 

Smits.   –   Ja   to   schowałem,   bo   pomyślałem,   że   to 
ostatnie   miejsce,   w   którym   będzie   szukał.   Oscar... 
przeszukiwał   wszystkie   moje   rzeczy,   codziennie, 
potrafił wszystko znaleźć.

Smits wziął od Luke’a dokument i ścisnął go w 

ręku.

–   Ale   tego   dnia,   kiedy   przyjechałeś   do 

Hendricks... wtedy oszukałeś Oscara – przypomniał 
Luke. – Zamknąłeś go w schowku.

Smits spojrzał na niego z niesmakiem.
–   To   Oscar   wszystko   zaplanował,   podpuścił 

mnie.  Myślał,  że   przyjadę  do  Hendricks  i  urządzę 
wielką   scenę,   wydam   ciebie   i   moich...   moich 
rodziców...

– Dlaczego tego nie zrobiłeś? – zapytał Luke.
Smits patrzył w ziemię.
– Kiedy cię spotkałem i musiałem cię nazywać 

background image

Lee,   to   miałem   wrażenie,   że   mówiąc   jego   imię... 
Pomyślałem, że może mógłbyś być Lee? To znaczy, 
wiedziałem, że nie jesteś nim naprawdę, ale... trochę 
go przypominałeś. Odrobinę. Więc pomyślałem, że 
może. .. Słuchałeś mnie, tak jak dawniej Lee mnie 
słuchał, ale  bywały chwile, kiedy byłem na ciebie 
wściekły i zachowywałem się okropnie, bo...

– Bo ja nie byłem Lee – dokończył Luke. – Nie 

naprawdę.

Smits skinął głową.
Z   tych   poplątanych   wyjaśnień   Luke   zaczął 

powoli rozumieć, jak wszystko wyglądało z punktu 
widzenia Smitsa. Nie mógł nikomu ufać, jego brat 
był   martwy,   a   Luke   używał   jego   imienia   –   nic 
dziwnego,   że   mały   się   na   niego   wściekał.   Ale 
pozwolił także sobie na ucieczkę w marzenia: „Czy 
możesz być Lee?” zapytał Luke’a pierwszego dnia w 
Szkole Hendricksa. Luke zastanawiał się wtedy, co 
Smits   miał   tak   naprawdę   na   myśli,   jaki   szyfr 
powinien   był   odczytać   –   ale   Smits   miał   na   myśli 
dokładnie to, co powiedział. Chciał, żeby Luke stał 
się Lee, niczego więcej i niczego mniej.

Luke   potrząsnął   głową,   próbując   poukładać 

nowe informacje.

–   Ale...   pożar   –   przypomniał.   –   Dlaczego 

podłożyłeś ogień, jeśli... i dlaczego nie zabrałeś tych 
dokumentów, kiedy...

– Oscar podłożył ogień – wyjaśnił Smits. – W 

background image

każdym   razie...   to   był   jego   pomysł.   Na   podstawie 
tego, co powiedziałem ci tamtej nocy, zorientował 
się, że chciałem uciec.

Czyli  Oscar   podsłuchiwał   przez   cały  czas,  we 

wszystkie te noce, kiedy Smits wspominał  Lee. A 
Smits   mógłby   uciec,   gdyby   nie   powiedział 
Luke’owi: „To nie będzie twoja wina. Ja... ja chyba 
cię   nawet   polubiłem”.   Wszystko   byłoby   inaczej, 
gdyby Smitsowi nie zaczęło zależeć na Luke’u.

Ale może – może wszystko byłoby gorzej, a nie 

lepiej. Może Smits także byłby teraz martwy.

–   Ale   dlaczego   chciałeś   uciekać?   –   zapytał 

Luke. – Gdzie miałeś zamiar iść?

– Tam, gdzie mógłbym się dowiedzieć czegoś 

więcej  o  Lee   –   odparł   Smits.   –   Chciałem 
porozmawiać z ludźmi, którzy widzieli się z nim tuż 
przedtem,   zanim   zginął.   Oscar   powiedział,   że   mi 
pomoże,   jeśli   zorganizuję   wszystko   tak,   żeby   nikt 
nie   obciążył   go   winą   za   moje   zniknięcie.   Żeby 
wyszło,   że   był   zbyt   zajęty   walką   z   pożarem   i 
ratowaniem mojego życia, aby powstrzymać mnie od 
ucieczki.   Więc   zapaliłem   zapałki,   a   Oscar   zatykał 
zraszacze tak długo, jak tylko mógł... Myślałem, że 
wyjdzie   z   pokoju,   a   ja   zdążę   w   ostatniej   chwili 
wyciągnąć dokumenty, ale ogień rozprzestrzeniał się 
szybciej, niż się spodziewałem, a potem pojawił się 
ten nauczyciel, profesor Dirk. Teraz myślę, że Oscar 
chciał po prostu, żeby pan Hendricks odesłał nas do 

background image

domu,   gdzie   mógłby   wyrządzić   większe   szkody. 
On... udało mu się to osiągnąć.

Luke starał się to wszystko ogarnąć.
– Czyli myślałeś, że Oscar ci pomoże? Dlaczego 

się zachowywałeś, jakbyś mu nie ufał?

Smits sprawiał wrażenie zmęczonego.
–   Bo   nie   ufałem   mu.   Słyszałem   tak   wiele 

kłamstw,   że   nie   wiedziałem,   w   co   mam   wierzyć. 
Czasem mu wierzyłem, czasem nie.

Luke   zadrżał,   przypominając   sobie   własne 

zagubienie   –   rozumiał   Smitsa,   który   tak   długo 
musiał radzić sobie z kłamstwami i manipulacjami 
Oscara.

– Chyba już wszystko pojmuję – powiedział. – 

Nie wiem tylko, skąd w ogóle wziąłeś te fałszywe 
dokumenty? I do kogo należał ten drugi dowód, jeśli 
nie do Oscara?

Luke   wyciągnął   pozbawiony   zdjęcia   dowód, 

wystawiony na Stanleya Goodarda, ale Smits nie był 
zaskoczony. Ostrożnie dotknął dokumentu.

– Do Lee – powiedział, patrząc na ogołocone z 

liści drzewa na granicy ogrodu. – Lee zdawał sobie 
sprawę   z   zagrożenia   –   wyjaśnił.   –   Powiedział,   że 
nasz kraj się zmieni i wtedy możemy się znaleźć w 
niebezpieczeństwie... Więc na wszelki wypadek dał 
mi te fałszywe dokumenty. Pokazał mi, że ma też 
przygotowane   dokumenty   dla   siebie,   a   potem 
wyjechał.

background image

–   To   skąd   masz   dokumenty   Lee?   –   zapytał 

Luke.

– Ukradłem je z biurka taty – powiedział Smits, 

patrząc na Luke’a wyzywająco, jakby tylko czekał, 
żeby   Luke   mu   powiedział,   że   kradzież   jest   czymś 
złym.

Luke nie zrobił jednak tego.
–   Czyli   te   dokumenty   miał   przy   sobie,   kiedy 

został zabity – powiedział. Dzięki temu fałszywemu 
dowodowi   tożsamości   on   sam   mógł   udawać   Lee, 
ponieważ   żołnierze   nie   wiedzieli,   że   zabili   tak 
naprawdę Lee Granta.

–   Ludzie   z   ruchu   oporu   musieli   przynieść   je 

twoim rodzicom jako dowód – dodał.

Smits   wzruszył   ramionami,   jakby   takie 

szczegóły były bez znaczenia.

– Ale co się stało ze zdjęciem? – spytał Luke.
W   odpowiedzi   Smits   sięgnął   pod   koszulę, 

odkleił   od   piersi   maleńki,   podniszczony   kawałek 
taśmy i podał go Luke’owi.

– Mama i tata pozbyli się wszystkich zdjęć Lee 

–   wyjaśnił.   –   Mówili,   że   to   dla   bezpieczeństwa. 
Więc... to wszystko, co mi zostało.

Pod   pogniecioną   i   zatłuszczoną   taśmą 

znajdowało   się   zdjęcie   chłopca,   który   trochę 
przypomniał starszą wersję Smitsa z ciemniejszymi 
włosami. Luke ostrożnie wziął fotografię i przyjrzał 
się jej uważnie, ale trudno było poznać coś więcej z 

background image

tak maleńkiego zdjęcia.

– Od dawna się z nim nie rozstajesz? – Luke 

ostrożnie oddał Smitsowi zdjęcie.

Młodszy chłopiec skinął głową.
– Teraz już nie muszę go mieć cały czas przy 

sobie, prawda? – zapytał.

– Nie – odparł Luke.
– Ale jeśli je odłożę, to nie będzie znaczyło, że 

zapomniałem o Lee?

– Jasne że nie – zapewnił go Luke. – Nigdy go 

nie zapomnisz. Ja też go nie zapomnę, a pewnego 
dnia będziemy mogli bezpiecznie powiedzieć całemu 
światu,   co   się   naprawdę   stało   z   Lee,   jaki   był 
odważny i w co wierzył.

Już mówiąc te słowa, Luke wiedział, że nigdy 

nie   będzie   całkowicie   pewien,   w   co   wierzył 
prawdziwy   Lee.   Czy   tak   jak   powiedział   Oscar, 
dołączył   do   rebeliantów   tylko   dlatego,   żeby   się 
odegrać na rodzicach?

Czy Oscar mówił prawdę, że nie obchodziło go, 

czy skrzywdzi niewinnych ludzi? A może naprawdę 
wierzył w to, co robił, i pragnął wywalczyć wolność 
dla wszystkich?

Luke nie potrafił winić Smitsa za to, że chciał 

się dowiedzieć więcej o zmarłym bracie, ponieważ 
sam   nie   miał   się   już   nigdy   dowiedzieć,   czy   pan   i 
pani Grant naprawdę zamierzali go zabić, czy tylko 
zmusić do powrotu w ukrycie. Jeśli chcieli go zabić, 

background image

jak mógłby opłakiwać ich śmierć?

Ale   jak   mógł   ich   nienawidzić   tak   jak   Oscar, 

skoro podarowali mu tożsamość Lee?

Smits   wyraźnie   nie   zauważył   wątpliwości 

Luke’a. Zagiął taśmę pod spód fotografii i schował 
ją   razem   z   oboma   fałszywymi   dokumentami   do 
kieszeni. Dopiero potem spojrzał na Luke’a.

–   Luke?   Wtedy,   kiedy   spadł...   spadł   ten 

żyrandol, a ja krzyczałem: „Mój brat nie żyje”, nie 
chciałem   cię   wydać.   Nie   wydaje   mi   się,   żeby 
ktokolwiek mnie zrozumiał, ale... przyniosło mi to 
ulgę, wiesz? W końcu mogłem powiedzieć na głos 
prawdę o Lee, przy tych wszystkich ludziach. Czuję 
się... czuję się teraz lepiej.

– Nie wydałeś mnie – powiedział Luke, myśląc 

o  tym, jaką ulgę przyniosłoby wszystkim, gdyby w 
końcu mogli powiedzieć prawdę. Pewnego dnia on, 
Trey,   Nina   i   wszyscy   jego   przyjaciele   będą   mogli 
stanąć   dumnie   i   w  końcu   oznajmić   całemu   światu 
swoje   prawdziwe   imiona,   opowiedzieć   prawdziwe 
historie.   Ale   jakoś,   nawet   teraz,   prawda 
wyślizgiwała się im czasem wśród wszystkich tych 
kłamstw i oszustw. – A ja mówiłem szczerze, kiedy 
powiedziałem, że jesteś teraz moim bratem.

– Wiem – przytaknął Smits. – Ale nie zostaniesz 

tu ze mną, prawda?

Luke pomyślał, że to zadziwiające, że Smits się 

tego   domyślił,   zorientował   się,   że   dla   Luke’a, 

background image

podobnie jak dla Lee, bycie jego bratem nie może 
być najważniejsze.

–   Nie   –   przyznał.   –   Ale   będziesz   tutaj 

bezpieczny, będziesz zwykłym pospolitym Peterem 
Goodardem, kimkolwiek by on nie był. Dobrze, że 
pan Hendricks jest jedyną osobą, która widziała te 
dokumenty.   Wymyślimy   jakąś   historię   o   tym, 
dlaczego tu jesteś. Nie przypominasz reszty rodziny, 
więc   nikt   nie   pomyśli,   że   jesteś   ich   trzecim 
dzieckiem   z   fałszywym   dowodem   tożsamości.   – 
Prawie dodał: „Tak jak mogliby pomyśleć, gdybym 
ja został”, ale nie powiedział tego i uśmiechnął się 
do   Smitsa.   –   Będziesz   miał   Matthew   i   Marka,   są 
okropnymi braćmi, ale, no cóż... są lepsi niż nic. A ja 
zostanę dzisiaj na noc, ale jutro...

– Wiem – przerwał mu Smits.
Jutro   Luke   przejdzie   przez   maleńki   ogród 

dzielący jego rodzinny dom od domu pana Talbota, a 
potem szofer zabierze go z powrotem do posiadłości 
Grantów albo do Szkoły Hendricksa, albo w jeszcze 
inne   miejsce.   Gdziekolwiek   się   uda,   będzie   w 
niebezpieczeństwie,   ale   zyska   także   możliwość 
działania, żeby kiedyś w końcu nadszedł upragniony 
przez niego dzień prawdy.

– Hej, mam pomysł – rzucił.
Wszedł bocznymi drzwiami do stodoły i wrócił 

ze starym pordzewiałym wagonikiem.

– Nie jest czerwony, a ja nie jestem Lee, ale... 

background image

obiecałem ci coś.

I Luke usiadł w małym dziecinnym wagoniku, z 

kolanami   prawie   przy   uszach,   ,   a   Smits   roześmiał 
się,   wstał,   złapał   za   rączkę   wagonika   i   pociągnął. 
Luke natychmiast wylądował na ziemi.

– Rany – powiedział. – Nic dziwnego, że Lee 

nigdy nie pozwalał ci się ciągnąć.

Potem   długo   jeszcze   wygłupiali   się   z 

wagonikiem,   na   zmianę   ciągnąc   go   i   siedząc   w 
środku. Zaczęli się bawić, który utrzyma się dłużej w 
wagoniku,   a   który   najszybciej   zdoła   wyrzucić 
drugiego na ziemię. Ojciec Luke’a wyszedł z domu i 
roześmiał się, stojąc na schodach.

– Siadajcie – powiedział. – Pociągnę was obu.
Luke i Smits wepchnęli się do wagonika, ledwie 

mieszcząc się w środku. Ojciec Luke’a pociągnął ich 
mocno   i   przez   moment   Luke   potrafił   znowu 
uwierzyć,   że   jest   tylko   małym   dzieckiem, 
pozwalającym   dorosłym   wybierać   za   siebie   drogę. 
Ale w następnej chwili wylądował na ziemi, a jego 
ojciec jęknął, pocierając ramiona.

–   Jesteście   obaj   za   ciężcy   –   poskarżył   się 

żartobliwie. – Teraz tylko mały.

Tak więc Luke odsunął się i patrzył, jak Smits 

bawi się z jego ojcem. Smits nie nosił już nazwiska 
Grant, ale nadal należało ono do Luke’a, za to Smits 
miał   teraz   rodziców   Luke’a,   a   Luke   już   nie. 
Wiedział,   że   to   kiepski   interes,   a   mimo   tego 

background image

wszystkiego, co ryzykował, nadal nie udało mu się 
zrobić niczego wielkiego dla sprawy.

Pomógł   jednak   Smitsowi   i   to   na   razie 

wystarczało.