background image

Szanowny Czytelniku!
Niech cię nie zmyli tytuł! Nie będzie to prezentacja satyry w krótkich majteczkach. Na zamówienie  
wydawnictwa „Solaris" przedkładam wybór moich krótkich utworów prozą, a właściwie jego pierwszą  
część, obejmującą twórczość lat siedemdziesiątych i początku lat osiemdziesiątych, w większości z 
„radia wziętą". Niniejsze nowelki i mikropowieści miały swoją premierę jako słuchowiska i opowiadania 
w magazynie„ 60 minut na godzinę ", a następnie weszły w skład zbiorów pt. „Sześćdziesiąt minut na  
godzinę" ( Wyd. RTV1978), „Zprzymrużeniem ucha" (Wyd. RTV 1984) i „Tragedia Nimfy 8" (Nasza  
Księgarnia 1987). Do antologii zebrałem wyłącznie utwory z pogranicza fantastyki, horroru lub po 
prostu dziwności. Nie znajdziesz tu,  Drogi Czytelniku ani bieżących monologów satyrycznych, ani 
„Antybaśni" które umieściłem w innych antologiach („Kabaret Nadredaktora" t. I i II wyd. „Nowy Świat",  
2002, 2003 oraz „Antybaśnie z Tysiąca i Jednego Dnia" (Supernowa - w druku). W niniejszym tomie w  
charakterze bonusa zamieściłem „Kwadraturę trójkąta", średnio długą powieść, opublikowaną dotąd 
wyłącznie w „Fantastyce" (cztery odcinki w 2000 roku).
W kolejnym tomie „shortów"  chciałbym przedstawić  twórczość lat późniejszych, wzbogacając ją  o  
nigdy nie publikowane utwory postradiowe, czekające dopiero na swoją adaptację.
Proszę popuścić pasy, nie regulować radioodbiorników i nie traktować przedłożonego materiału zbyt 
serio.
Marcin Wolski

Marcin Wolski - 60 minut na godzinę

Żółw

Żółwia otrzymałem w spadku. Z tym że słowo „żółw" nie jest określeniem precyzyjnym. Zgodnie z 
prawem wszedłem w posiadanie jednej trzydziestej tego sympatycznego gada. Wszystko zaczęło się 
przed 95 laty, kiedy mój pradziad przywiódł półmetrowej długości osobnika z mórz południowych. Żółw 
okazał się stworzeniem żywotnym i bardzo przywiązanym do naszej rodziny. Jak dotąd przetrzymał 
już trzy pokolenia i nie zamierzał na tym poprzestać.
Wraz   z   upływem   czasu   pojawiły   się   komplikacje.   Rodzina   mnożyła   się,   żółw   zaś   nie.   Pradziad 
umierając,   podzielił   w   testamencie   żółwia   na   cztery   części,   to   znaczy   opiekę   nad   zwierzątkiem 
przekazał   czterem   swoim   synom   -   po   kwartale   dla   każdego.   W   drugim   pokoleniu   było   już   14 
dziedziców, w trzecim 73...
Udziały   nie   były  jednak   równe.   Skomplikowane   zapisy,   darowizny,   zakupy  i   wymiany   sprawiły,   że 
niektórzy potentaci, jak ja, mieli żółwia przez jeden dzień w miesiącu, inni tylko przez cztery godziny w 
roku. Dla zapewnienia porządku rodzina zatrudniała trzech adwokatów, a i tak co rusz wybuchały 
procesy.
Tu   dochodzimy   do   istoty   zagadnienia   -   dlaczego?   Skąd   ta   drobiazgowość   i   dokładność   w 
zainteresowaniu zwierzątkiem? Otóż żółw (zaobserwował to już pradziadek) przynosił szczęście. Kie-
dy przebywał pod czyimś dachem, jego tymczasowym właścicielom nie groziły choroby, a w żadnym 
wypadku śmierć. (Pradziad zmarł, kiedy na tydzień opuścił żółwia). Mając gada u siebie, można było 
wygrać na loterii, dostać okazyjnie poszukiwany artykuł w sklepie, awansować...
Nic dziwnego, że wielokrotnie usiłowano żółwia uprowadzić, odkupić lub przekupić. Za każdym razem 
sąd familijny był bezwzględny!
W   miarę   rozmnażania   się   rodziny,   żółw   podróżował   z   domu   do   domu   coraz   częściej,   szybciej, 
sprawniej, co niestety nie najlepiej odbijało się na jego zdrowiu. Zachodziła obawa, czy w ogóle uda 
mu się zachować własną osobowość. Ale czy można było wydziedziczyć drobnych udziałowców? Czy 
byłoby to sprawiedliwe?
Narady familijne stały się areną wiecznych starć. Drobni udziałowcy proponowali reformę żółwiową 
bez odszkodowania i podział roku na 73 równe części. W trakcie kolejnych debat wyłoniła się nawet 
grupa „wściekłych", która przedstawiła najbardziej radykalny program—kontrolę urodzin w rodzinie. 
Wuj Artur był zdania, że największych potentatów powinno się w ogóle zlikwidować. Na czele jego 
czarnej listy znajdowała się ciotka Pelagia z czterema dniami miesięcznie.
24   lutego   rozpoczęło   się   kolejne   starcie   dyskutantów.   Żółw   przysłuchiwał   się   obradom   z   coraz 
większym   przerażeniem.   Widząc   w   jego   oczach   niepokojące   błyski,   wyprosiliśmy   go   do   kuchni   i 
narada potoczyła się przy drzwiach zamkniętych.
Gdy dyskusja zaogniła się i w ruch poszły krzesła, do pokoju wbiegła moja córka i spadkobierczyni 
cała we łzach.
-On nie żyje, on nie żyje! - wołała.
-Pobiegliśmy do kuchni. Stał tam wielki gar, w którym zazwyczaj gotowano bieliznę. Tym razem pływał 
w niej żółw a ściślej mówiąc, zupa żółwiowa. Spojrzeliśmy po sobie.

background image

-Kto to zrobił?
Odpowiedzią były  koślawe  litery  wydrapane na linoleum:  Nie  wińcie nikogo! Jedzcie i niech wam 
będzie na zdrowie! Wasz Żółw.

Z lotu ptaka

Pierwszy lot nad Megehuą, jedną z prowincjonalnych stolic Amirandy, przebiegł pomyślnie. Dopiero 
kiedy pilot wysiadł, zauważyliśmy, ze drżą mu ręce, a na policzki wystąpiły niezdrowe rumieńce.
-Co się stało, Diego? - spytałem.
-Piękna - wyszeptał.
-Kto przyjacielu?
-Megehua...
-Wiemy to - powiedział burmistrz. - Nasz zmarły przed rokiem architekt dbał o rozwój przestrzenny 
miasta, jak nikt.
-Nie o tym mówię. Zresztą, i tak nikt by mi nie uwierzył. To trzeba zobaczyć - wyszeptał pilot.
Był tak tajemniczy, że trzy osoby - burmistrz, jego żona i ja - postanowiliśmy wybrać się razem z nim. 
Ruszyliśmy. Samolot zrazu potoczył się ku morzu, wzbił się na znaczną wysokość i zawrócił. Najpierw 
widać było nie kończącą się zieleń łąk i naraz...
-Niech mnie diabli! - stęknął burmistrz.
-Co za bezeceństwo! - zawołała jego żona.
Nie   odezwałem   się   słowem.   Zamiast   Megehuy   wśród   morza   zieloności   ujrzałem   leżącą   na   ziemi 
młodą,  przepiękną kobietę. Mimo lekkiej mgiełki  i wysokości widać jąbyło  wyraźnie. Łagodna linia 
bioder, głębokie oczy, cudowne piersi...
Zniżyliśmy lot i cała mozaika rozbiła się natychmiast na komórki budynków z różowego kamienia, żyłki 
ulic   -   nawet   włosy   okazały   się   zrudziałym   od   słońca   parkiem   miejskim.   Proporcje   jednak   były 
doskonałe, bo kiedy ponownie wzbiliśmy się wyżej, powróciła poprzednia iluzja.
- Wspaniały architekt - cmoknął burmistrz. – Fascynująca architektura.
- Wracamy! - zakomenderowała żona. 
Pilot nie reagował, serce nie wytrzymało. Uratowaliśmy się, skacząc na spadochronach. Wylądowałem 
na   lewej   piersi,   na   którą,   co   stwierdziłem   później,   składał   się   kompleks   gmachów   parlamentu. 
Wyznam, że lądowałem z mieszanymi uczuciami.
Ledwo zdążyłem na dobre oprzytomnieć, a już żona burmistrza przemawiała na zaimprowizowanym 
wiecu.
- Pornografia nie przejdzie! - grzmiała. - Zburzyć Megehuę. Przenieść stolicę!
Wtórował jej aplauz zebranych kobiet i gwizdy nielicznych mężczyzn.
- Wszelako turyści byliby zachwyceni - usiłował wtrącić się burmistrz.
Wrzucono go do sadzawki.
-Trzeba przynajmniej zburzyć miejsca występne - zaproponowała działaczka Rady Niewiast.
-Zdeglomerować! Przecież niebo patrzy na to z góry. Wstyd!
- sekundowały jej inne.
- Słuchajcie - odezwała się nestorka związku plastyków
- mam inny pomysł. Wystarczy otynkować nieprzyzwoite dzielnice i będzie wyglądała jak ubrana.
Pomysł chwycił. Brygady tynkarzy nałożyły Megehule slipy i biustonosz. Nawiasem mówiąc, parlament 
pomalowany na niebiesko wyglądał ohydnie.
Nazajutrz delegacja Rady Niewiast wybrała się na lotniczy rekonesans,
- Wygląda możliwie - oceniły matrony - ale przydałby się bardziej powściągliwy makijaż.
Znów ruszyły ekipy tynkarskie.
Mężczyźni oponowali, ale co mogli, biedacy, poradzić. Z dnia na dzień Megehua stawała się coraz 
brzydsza, ale za to bardziej nowoczesna i pretensjonalna. Przelot nad miastem przestał być dla nas 
przyjemnością. Gdzie podział się ten wdzięk i świeżość? - wzdychaliśmy.
Zmiany przyniosło dopiero  trzęsienie  ziemi i sztorm, który przerwał tamy, wtłaczając  wielkie masy 
wodne na naszą nizinę. Ewakuacja stolicy przebiegała sprawnie.
Kiedy   po   tygodniu   wróciliśmy   na   miejsce,   wśród   nasiąkniętych   wodą   łąk   nie   było   już   Megehuy. 
Pozostał jedynie wyżęty kostium kąpielowy monstrualnej wielkości.
Stary latarnik z Przylądka Genowefy opowiada po dziś dzień, że widział podczas kataklizmu olbrzymią 
dziewczyną, w strugach deszczu, która owiana cyklonem szła przez zalaną wodą równinę w kierunku 
morza. Dziewczyna była naga, wywijała nad głową kostiumem kąpielowym i śpiewała jakąś dziką, 
zmysłową pieśń, aż latarnikowi od łez zapotniały okulary. I to wszystko.

background image

Siła woli

Od dzieciństwa ćwiczyłem wolę. Godzinami potrafiłem wpatrywać się w wodę, trwać w jednej pozycji 
lub wykonywać miarowy, jednostajny ruch. Rezultaty przeszły wszelkie oczekiwania. Po latach sa-
modoskonalenia, nie miałem najmniejszego kłopotu z wbiciem gwoździa wzrokiem czy wyłączeniem 
telewizora jednym gniewnym skrzywieniem ust. Ba! Zawsze musiałem uważać, by grymas nie był zbyt 
duży, gdyż inaczej w studiu artyści padali jak muchy. Dojeżdżając do skrzyżowania, miałem zawsze 
pełną władzę nad światłami, niezależnie od urządzeń elektronicznych. Krótkim cmoknięciem mógłbym 
też wy-koleić każdy pociąg. Ktoś obdarzony tak wielkimi możliwościami być może wahałby się przed 
ich nadużywaniem. Dla mnie fałszywy wstyd był czymś obcym. Kobiety? To sprawa najłatwiejsza - 
miałem ich zawsze dość, a nawet trochę więcej.
Ilekroć brakowało mi pieniędzy, udawałem się na mały spacer w okolice banku.
Wiązka fluidów wysłana w odpowiednim kierunku sprawiała, że kasjerzy sami wynosili mi dowolną 
ilość   gotówki.   Nawet   gdyby   tego   nie   uczynili,   bez   trudu   mogłem   samym   spojrzeniem   rozpruć 
najgrubszą blachę lub żelbet.
Pewnego razu, kiedy usłyszałem o zbrojnym konflikcie dwóch państewek, poszybowałem tam swoim 
helikopterem.   Minuta   wystarczyła,   aby   obie   armie   zgodnie   zajęły   się   pomaganiem   miejscowym 
kmieciom   w   żniwach;   a   z   wszystkich   kuźni   dolatywały   sympatyczne   odgłosy   -   to   młoty   same 
przekuwały miecze na lemiesze.
Równie skutecznie panowałem nad sobą.
Kiedyś   wyłącznie   za   pomocą   kontemplacji   pozbyłem   się   ślepej   kiszki.   Nigdy   też   nie   miałem 
najmniejszych kłopotów z zębami.
W miarę upływu czasu ludzie - nie powiem, że bez mojej wiedzy - zaczęli oddawać mi cześć boską. 
Ja, dzięki mej woli, rozwiązywałem ich liczne problemy; przebijałem tunele przez masywy górskie, 
dokonywałem  arcytrudnych operacji,  uszczęśliwiałem  zrozpaczonych.  Oni,  w dowód  wdzięczności, 
stawiali mi posągi, świątynie, opiewali mnie w pieśniach.
Moje rozumne oczy, malowane na małych karteczkach stanowiły amulety i lekarstwa praktycznie na 
wszystko, moje uwagi pocieszały strapionych, mój głos wskrzeszał martwych.
Po pewnym czasie - utrwaliwszy głos na taśmie, wzrok na filmach kasetowych, tchnienie w aerozolach 
- przestałem się w ogóle zajmować otaczającym światem.
Aż pewnego dnia przed mym łożem, w środku mego pałacu, stanął kudłaty wyrostek.
- Te, stary, obudź się!
Uniosłem powieki i delikatnie spiorunowałem zuchwalca wzrokiem.
- Znikaj!
Ale chłopak nie zniknął. Spróbowałem jeszcze raz, odrobinę mocniej, aż zapiekły mnie powieki. Nic z 
tego nie wyszło! Zrobiło mi się głupio.
-Kim jesteś, młody człowieku? - zapytałem uprzejmie.
-Nieważne! Spływaj, ale już! Zajmuję to miejsce.
-Ty? Jakim prawem?...
-Prawem czasu.
-Rozumiem, pewnie też ćwiczyłeś wolę. To bardzo interesujące.
Przeciągałem rozmowę, zastanawiając się, czy lepiej zawalić strop na zuchwalca, czy sprawić, by 
ziemia rozstąpiła się mu pod stopami...
-Jaką   wolę?   Wola   teraz   jest   niemodna.   Ja   w   ogóle   nie   mam   siły   woli,   nie   mam   też   za   grosz 
charakteru, stanowczości, energii, zapału, inteligencji, a nawet sprawności fizycznej.
-I ty chcesz mnie usunąć?! O, nieszczęsny świecie!
-Tak się złożyło.
-Już ja ci pokażę!
Czułem   ogarniający   mnie   szał.   Ściągnąłem   do   pomocy   burzę,   pioruny,   trzęsienie   ziemi,   tornado, 
huragan - umordowałem się krańcowo, a on ani drgnął.
- Słuchaj, stary, i spróbuj zrozumieć - powiedział. - Ty jesteś strasznie silny, a ja strasznie słaby. W 
ogóle nie stawiam oporu. Twoje pioruny mogą sobie walić i walić. Nie można przełamywać czegoś, 
czego nie ma. Ja nie mam żadnych atutów i to właśnie jest mój atut. Mnie nie można zniszczyć... A 
teraz zjeżdżaj!
Zimny   pot   wystąpił   mi   na   czoło.   Czułem   rosnące   szaleństwo.   Chciałem   się   za   wszelką   cenę 
opanować. Cały się ścisnąłem w sobie, zwarłem.
Śmierć przyszła szybko. Niestety, wziąłem się za mocno w garść. Żebra nie wytrzymały...

Takie buty

background image

Było to przed laty. W mieścinie tak małej, że będącej właściwie wsią, rozłożył się na zimowe leże 
oddział   dragonów   jego   cesarskiej   mości.   Dowodził   nim   rotmistrz   Rudolf,   człowiek   butny   i   tak 
nadzwyczajnie tępy, że powiedzenie o nim „głupi jak but" byłoby straszliwą obelgą rzuconą eleganckim 
oficerkom   rotmistrza.   Buty   bowiem,   w   przeciwieństwie   do   ich   właściciela,   emanowały   wręcz 
wewnętrzną inteligencją. Miejscowy szewc włożył w nie całą duszę niedocenianego artysty i chyba nie 
wyjął, bowiem nawet postronny obserwator dostrzegał coś rozumnego w lśniących noskach, jakaś 
ironia kryła się w sprzączkach, aostrogi dzwoniły niewątpliwą kokieterią. Przy dokładniejszym wsłucha-
niu się w stuk żabek o koci bruk, usłyszeć mogłeś: „Oto idziemy my, super-buty, a wraz z nami nasz 
pożałowania godny hegemon. Gdyby nie lojalność i dyscyplina, dawno byśmy uciekły, gdzie pieprz 
rośnie..."
Powodem nadzwyczajnego starania szewca była okoliczność, że obuwie zwykł szyć dosyć rzadko, 
albowiem miejscowa ludność preferowała chodzenie boso przez oszczędność. Parę miesięcy trwało 
małżeństwo z rozsądku rotmistrza i oficerek, z korzyścią dla obojga. Buty wyprowadzały swego pana z 
szynku na moment przed krańcowym zamroczeniem. Tańczyły jak złoto podczas balów u burmistrza, 
a w czasie potyczek z chłopstwem pod Diablą Górą, zawsze w porę wycofywały dzielnego żołnierza 
na z góry upatrzone pozycje. Rudolf zresztą nie był niewdzięcznikiem. Codziennie jego ordynans Fritz 
pokrywał   obuwie   brązowym   mazidłem,   a   nocą   wychylał   z   bucików   zdrowie   swego   przełożonego. 
Siwuchą!
Nieszczęście zdarzyło się wiosną. Najpierw Fritza pokąsał wściekły pies, dotąd pilnujący cyrkułu, a 
potem   ten   -   urągając   ile   wlezie   dragonii   i   monarchii   -   pogryzł   skórzaną   cholewkę,   goniąc   za 
nieszczęsnymi oficerkami po całej kwaterze. No i buty się wściekły.
Najpierw zerwały z serwilizmem. Godzinami potrafiły przeglądać się w kałuży, mimo że zdenerwowany 
rotmistrz przestę-pował z nogi na nogę. Łasiły się do każdych napotkanych damskich szpilek i usuwały 
w tłoku przed ludowymi chodakami* Rotmistrz ani zauważył, jak znalazł się zupełnie pod pantoflem. 
Daremnie   szpicrutą   zachęcał   obuwie   do   wyjścia   podczas   ulewy,   bezskutecznie   kokietował   je 
importowanymi pastami i wyborną irchą. Były coraz bardziej niezależne. Chodziły własnymi drogami, 
wzbraniały się przed kontaktem z używanymi onucami.
Pewnej nocy Rudolf zdybał je na flircie z pantoflami gospodyni, która - jak się okazało - pracowała dla 
obcego wywiadu. Sąd skazał buty na rozstrzelanie. Zaocznie, ponieważ udało im się zbiec, porywając 
rotmistrza ze sobą.
Jeżeli  spotkacie  gdziekolwiek  siwego jak  gołąb staruszka w  niemodnym  obuwiu,  który  pozornie  z 
własnej woli biegnie gdzieś bez celu, nie podstawiajcie mu nogi. I tak ma ciężkie życie. Tym bardziej, 
że przekorny duch obuwia z latami przerzucił się także na spodnie, kalesony, a ostatnio chyba nawet i 
na kamizelkę.

Fotografia

Stary,   łysy  fotograf   szedł  ulicami  miasteczka.   Na   placyku   przed   kościołem  przystanął   i   czekał   na 
klientów. Siedziałem w cieniu na ławce i obserwowałem, jak z wielkim pietyzmem rozstawia stojak i 
umieszcza na nim czarną skrzynkę, a obok kładzie małą wali-zeczkę, na której z daleka można było 
dojrzeć napis: OSTROŻNIE, GROZI EKSPLOZJĄ!
Zegar   wydzwonił   kwadrans   po   pierwszej.   Anna,   z   którą   umówiłem   się   właśnie   tu,   ciągle   nie 
przychodziła. Fotograf zaś napił się wody z saturatora i siadł obok mnie, wachlując się gazetą.
-Ale upał - powiedziałem, żeby przerwać milczenie.
-Aha - odpowiedział lakonicznie.
-A przecież zapowiadali opady.
-Tak, tak, zapowiadali - zgodził się ze mną.
-A ja, widzi pan, na wszelki wypadek wziąłem parasol. Co odpowiedział, uszło mej uwagi, bo właśnie u 
szczytu stromej uliczki pojawiła się Anna Śmiejąc się, zbiegała do mnie.
Rozpędzona   ciężarówka,   załadowana   beczkami,   niespodziewanie   wpadła   na   placyk.   Na   zakręcie 
zarzuciło ją. Jedna z beczek wyleciała na chodnik i potoczyła się w stronę stojaka.
- Uwaga! - wrzasnął staruszek i z siłą, o jaką nigdy bym go nie posądził, szarpnął mnie do pobliskiego 
rynsztoka.
Rozległo się krótkie łupnięcie, coś błysnęło i zapanowała cisza.
- Czy pan zwariował, wpychać mnie do błota! - Wstawałem, próbując jednocześnie otrzepać spodnie.
Staruszek nadal wyglądał na przerażonego. Rozejrzałem się. Kolorowy, letni dzień nabrał teraz barwy 
dziwnego   brązu,   jaki   mają   tylko   stare   fotografie.   Wszystko   się   jakoś   spłaszczyło,   uspokoiło. 
Ciężarówka   znieruchomiała   na   zakręcie   razem   z   obłokiem   wzbijanego   przez   siebie   kurzu.  Anna, 
wspięta na palce, z wyrzuconą wysoko nogą, zastygła w tej nienaturalnej pozycji nad chodnikiem. 
Nawet ptak zakrzepł jak grudka wosku na zbrązowiałym niebie.

background image

-Tego się obawiałem! Boże Święty! - lamentował staruszek.
-Czego się pan obawiał? - Ciągle nie bardzo kojarzyłem jego reakcję z rzeczywistością.
-Tej eksplozji. Wszystko się utrwaliło... Na zawsze!
-Nie rozumiem.
Staruszek z hukiem wytarł nos i wyjaśnił;
-Eksplodował odczynnik mojej produkcji. Cały świat stał się zdjęciem.
-Cały świat?
-Dokładnie wszystko, co było w zasięgu detonacji. Nas uratował tylko ten głęboki rynsztok.
Rzeczywiście, pod naszymi nogami trawa pomiędzy kocimi łbami pozostała zielona.
-Ale możemy chyba stąd wyjść? - dopytywałem się.
-Niestety nie, jesteśmy uwięzieni wewnątrz fotografii. W dwuwymiarowości. Poderwałem się. Zabolało. 
Tuż nad głową powietrze było twarde i śliskie jak papier emulsyjny.
-Ale przecież ktoś musi nam pomóc!
-Ci   z   zewnątrz?   -   Staruszek   skrzywił   się.   -   Nie,   proszę   pana.   Otaczający   nas   świat   zabliźnił   się 
natychmiast po eksplozji, niczym tafla wodna, w którą wpadł kamień. Zginęliśmy bez śladu.
-Niemożliwe, zniknięcie całego miasta nie może zostać nie zauważone.
-Może, może. Pamięć zabliźnia się najszybciej. 
Czułem narastającą trwogę.
- Nie wierzę panu. Jeśli to pana wynalazek, musiał pan się zabezpieczyć na tę sytuację.
Stary fotograf skrzywił się. Ironicznie.
- A może marzyłem o takiej sytuacji. To w końcu ciekawe doznanie. A ty... Spróbuj walczyć.
Na skraju lasu obudził się turysta. W południe był tak znużony wycieczką, że postanowił zdrzemnąć 
się   na   trawie,   chociaż   tylko   kilkaset   metrów   dzieliło   go   od   pierwszych   zabudowań   miasteczka. 
Wieczorny cień poderwał go na nogi. Turysta podniósł plecak i chciał ruszył w stronę miasta. Ale 
miasta nie było.
Przez chwilę przecierał oczy.
- Przysiągłbym, że widziałem je jak na dłoni. Musiało mi się przyśnić - pomyślał, schodząc na drogę 
biegnącą ku horyzontowi.
W pewnym momencie zauważył, że nawierzchnia szos zrobiła się jakaś bardziej brązowa, a w jednym 
miejscu dostrzegł spore wybrzuszenie asfaltu. Wydawało mu się nawet, że gorąca nawierzchnia drga, 
jakby uderzana od spodu czymś dużym i okrągłym. Bąbel, który się utworzył, miał już ze dwadzieścia 
centymetrów wysokości. Turysta kopnął go i poszedł sobie dalej.

Taksówka o północy

 (Opowiadanie kierowcy)

Powinien już dawno zjechać na bazę. Był mocno zmęczony, ale akurat klienci dopisywali jak nigdy. Ani 
chwili oczekiwania, ani chwili drzemki. Rudzielec we fraku wsiadł do taksówki dokładnie o północy. 
Podał nazwę odległego przedmieścia. Fryderyk nigdy tam jeszcze nie jeździł.
- Poprowadzę pana - pasażer ubiegł wątpliwości kierowcy. Za rzeką skręcili w nieuczęszczaną ulicę, 
pokrytą kocimi łbami.
Wiodła wśród wysypisk śmieci, nad którymi unosiły się opary mgły, idącej znad wody. Wreszcie, kiedy 
licznik wybił około setki, pasażer kazał zatrzymać.
- Pan zaczeka - powiedział do Fryderyka i zniknął. Taksówkarz zapadł w sen, z którego obudził go 
ostry   powiew   chłodu.   Klienta   nie   było.   Postanowił   wstać   i   rozprostować   kości.   Ruszył   zarośniętą 
ścieżką.
Trawa wokół była zroszona, cykały świerszcze, z oddali dobiegała muzyka. Za zakrętem jego oczom 
ukazał się okazały dwór z rozjarzonymi oknami, pulsujący muzyką i gwarem...
- Wracamy! - Rudy, który pojawił się nie wiadomo skąd, trącił Fryderyka w ramię.
Zanim jednak silnik się rozgrzał, kierowca usłyszał jak odległa muzyka cichnie. W ciemności zapiał 
kogut.  Może   to   było   złudzenie,   ale  w  tym  momencie   we  wstecznym   lusterku  ukazała   się  dziwnie 
zapadnięta twarz rudzielca, a ściślej mówiąc, jego zaciśnięte, pożółkłe zęby. Pojechali...
Wysiadając w centrum, pasażer wręczył Fryderykowi jakiś pierścionek i mruknął:
- Nie mam gotówki, to powinno starczyć...
W Desie pierścień, antyk z XVII wieku, oceniono na 180 tysięcy...
Mój przyjaciel taksówkarz opowiadał mi tę historię, parokrotnie. Któregoś dnia odtworzyłem razem z 
nim trasę przejechaną owej nocy. Dworu jednak nie znaleźliśmy. Podobno spłonął podczas I wojny 
światowej. W centrum natomiast bez trudu udało się ustalić miejsce, gdzie wsiadł i wysiadł rudy klient. 
Znajdowało się w odległości pięćdziesięciu metrów od bramy cmentarnej...
Wszystko to działo się jedenaście lat temu. Życie rzuciło mnie na drugi kraniec kraju, więc w mieście 
mojej młodości zjawiłem się dopiero z początkiem zeszłego roku. Fryderyka spotkałem tylko raz, był 

background image

niechlujnie zarośnięty, miał nieprzytomny wzrok i nie odpowiedział na moje powitanie.
- Co się z nim stało? - pytałem wspólnych znajomych.
Wzruszali ramionami. Podobno którejś nocy, jakieś dziesięć lat temu, znów zdarzył mu się tajemniczy 
nocny   kurs,   tym   razem   do   zamku   O,   ruiny   położonej   kilkanaście   kilometrów   za   miastem.   Wrócił 
odmieniony, bez zapasowych kluczy do wozu, za to ze złocistym medalionem, przedstawiającym jakąś 
urodziwą arystokratkę.
Od tego czasu co noc parkował pod murem cmentarnym. W dzień pił. Czasami przynosił do jubilera 
jakieś zabytkowe przedmioty, ale uśmiech już nigdy nie zagościł na jego twarzy. Nikomu też nie chciał 
opowiadać o swoich nocnych kursach.
-Fryderyku, kogo ty właściwie wozisz? - pytał kumpel z warsztatu.
-A choćby i samego diabła, jeśli dobrze płaci!
Nie ulegało wątpliwości, były to objawy postępującej choroby psychicznej.
Zwłaszcza wieczorami nachodził taksówkarza dziwny niepokój .
-Zostań... - prosiła go matka.
-A jeśli ona będzie chciała jechać? Teraz karnawał.
-Jaka ona?
Milczał. Za to kiedyś po pijanemu wrzasnął na knajpę:
- Murzyna sobie znaleźli! Jak jej dzisiaj nie będzie, więcej nie jadę!
Nazajutrz po naszym ostatnim spotkaniu, 16 lutego, znacznie przekroczywszy dozwoloną prędkość, 
wpadł na betonowy słup Przy szosie. Razem z nim w zniszczonym samochodzie znaleziono pożółkły 
szkielet mężczyzny z resztką rudawych włosów na czaszce.
Aha, jeszcze jedno. W mieście przebywałem w związku z naukowymi badaniami katakumb kościoła 
św. Cecylii. 3 marca otworzyliśmy zamkniętą od czterystu lat kryptę książąt O. W jednej z trumien, 
wśród szarego prochu, moja asystentka znalazła lśniące kluczyki od samochodu

Płetwy 

(Opowiadanie grozy)

Skaranie boskie, co się teraz na tym świecie wyrabia! W jakiś czas po pokazie filmu „Szczęki", na 
wodach naszego jeziora pojawił się wściekły karp niespotykanych rozmiarów! Miał on perfidny zwyczaj 
atakowania kąpiących się. Potrafił także przewrócić kajak, staranować żaglówkę, a nawet podgryźć 
dyrektora campingu odpoczywającego na molo. Być może, składanie na karb karpia innych wydarzeń, 
jak zaraza ziemniaczana, pożar geesu czy włamanie na plebanię - byłoby wyciąganiem zbyt daleko 
idących   wniosków.   Wszelako   już   przed   początkiem   sezonu   panika   ogarnęła   niestrzeżone   plaże. 
Wprawdzie karp nie czynił wiele złego pływającym, ot, pozbawiał ich jedynie garderoby, którą obgryzał 
zwinnie   i   zagrzebywał   w   mule.   Mógł   to   jednak   być   tylko   pierwszy   krok   w   eskalacji   zuchwalstwa. 
Pierwsi mieli z nim styczność licealiści, którzy, wraz z pozbawieniem ich strojów kąpielowych, wyzbyli 
się   wszelkiego   wstydu   i   na   nieuczęszczanej   wysepce   oddali   się   zajęciom   fakultatywnym.   Potem 
doszło do wywrócenia łódki z działaczkami Ligi Kobiet, a następnego dnia karp zasromał ratownika, 
zaś   w   niedzielę   obnażył   komendanta   straży   pożarnej.   Kąpieliska   zamarły.   Władze   miejskie 
rozpaczliwie załamywały ręce, które tak pracowicie przygotowały otwarcie sezonu. Ogłoszono nawet 
premię   za   złapanie   „rybiego   świntucha",   ale   karp   był   nieuchwytny.   Miejscowa   garbarnia   w   czynie 
społecznym   wpuściła   do   jeziora   ścieki!   Nic   nie   pomogło.   Restauracja   „Dworcowa"   zatopiła   sto 
posiłków - ten sam efekt! Daremnie pirotechnicy rzucali granaty, rybacy gmerali sieciami. Specjalista 
karpolog, który zanurzył się w pełnym sprzęcie, ku swemu wstydowi został wyrzucony przez rybę na 
środku promenady nagi jak palec. Do sezonu turystycznego pozostały już tylko dwa dni, a potworny 
lubieżnik wciąż grasował bezkarnie. Nie skutkowały nawoływania megafonów nadbrzeżnych: „Wstydź 
sic> rybo, wstydź", a wzniesienie tablic umoralniających z napisami: „KAŻDA KULTURALNA RYBA 
WIE, CO ŚWIŃSTWO I OHYDA" miało tylko ten efekt, że nazajutrz tuż nad wodą znaleziono brzydki 
czteroliterowy  wyraz,   ułożony  przez  karpia   ze   zdobycznych   kąpielówek.   Wreszcie   ostatniego   dnia 
nauczyciel   przyrody   zgłosił   projekt,   który   przyjęto   po   burzliwej,   jednomyślnej   naradzie.   Nadeszło 
słynne przedpołudnie dwudziestego czerwca. Dzień był piękny. Pogoda wspaniała. Delikatna bruzda 
na wodzie wskazywała miejsce pobytu przestępcy. Uderzono w dzwony i natychmiast ze wszystkich 
stron mieszkańcy miasta, trzymając się za ręce... Szli młodzi i starzy, umysłowi i fizyczni, szefowie i 
podwładni.   Szli   zrównani   w   pięknej   humanistycznej   goliźnie.   I   stało   się   to,   co   przewidział 
doświadczony pedagog. W jeziorze zabulgotało. Karp wypłynął! Płetwy trzymał podniesione wysoko 
do góry. Skapitulował! Satysfakcja była ogromna! Pokonaliśmy go przecież jego własną bronią. Po co 
chciał, drań, propagować u nas nudyzm?!

Muza

background image

Czułem się  wyjałowiony, pusty. Tak,  pusty. To bardzo właściwe słowo, jeśli chce się określić  stan 
pełnego zawieszenia, w bezruchu, w ciszy, kiedy za oknem siąpi deszcz i ma się świadomość, że za 
dwa dni upływa termin składania prac na konkurs, i choć wzięło się wysokie wadium, w głowie nie ma 
cienia pomysłu. Nagły dzwonek telefonu poderwał mnie na równe nogi:
-Słucham, Dobrojolski.
-Dobry wieczór, mistrzu - odezwał się ciepły nieznajomy głos. - Tu mówi spółdzielnia „Muza". Czy nie 
potrzebuje pan przypadkiem naszej pomocy?
-Słucham, kto mówi?
-Spółdzielnia wysyłkowa „Muza". Za odpowiednim wynagrodzeniem wysyłamy klientom natchnienie i 
muzy dyżurne.
Przełknąłem ślinę:
-To... bardzo interesujące.
-Rozumiemy, że pan reflektuje.
-Chyba tak...
-Na muzę czy na natchnienie?
-Chyba na jedno i na drugie.
-Przyjęliśmy. Muza będzie u pana za kwadrans.
Spółdzielnia wyłączyła się, a ja wpadłem w zapał. Zaścieliłem tapczan, wyciągnąłem kieliszki, umyłem 
zęby. Przyjdzie do mnie muza, utuli, rozpali natchnienie. A może nie tylko?...
Dzwonek do drzwi zastał mnie gotowego i wypachnionego.
- Chwileczkę, już otwieram!
Na progu stał zwalisty typ o tępym obliczu.
-Dobry wieczór. Już jestem - burknął ponuro.
-Nie bardzo rozumiem.
-Przecież pan mnie zamówił.
Wzruszyłem ramionami.
-Ja?! Pierwszy raz na oczy pana widzę. Kim pan jest?
-Pełnię obowiązki muzy - powiedział, odsuwając mnie od Progu.
-Jak?...
- Jestem p.o. muzy. Mówiąc krótko, muz jestem. Ładnie tu u pana.
Mimo mego sprzeciwu starannie zamknął drzwi. Byłem zaszokowany.
-Nie bawią mnie te żarty, pan wybaczy, ale czekam na kobietę. To jakaś pomyłka.
-Wszystko jest w porządku. Niech pan siada i tworzy. Ja jestem, żeby tego dopilnować.
-Pan oszalał. Mnie dopilnować? Czy pan wie, do kogo pan mówi? Będzie lepiej, jeśli się pożegnamy. 
Nie chcę być niegrzeczny, ale drzwi są tam.
-Stul dziób i pisz - spokojnie odpowiedział muz.
-Co?!
-Zamknij mordę!
Stałem jak słup, zaskoczony eskalacją bezczelności. Facet przespacerował się po mieszkaniu, zajrzał 
do kuchni i zamruczał
łagodnie:
-Mam dopilnować, żebyś pisał. Będziesz więc pisał grzecznie, bez żadnych humorów.
-Złożę zażalenie w centrali.
-Spróbuj. Widziałeś kiedy taką łapę?
Coś wielkości bochenka chleba mignęło mi przed nosem.
- Chcesz pomacać?
Zareagowałem jak każdy człowiek obezwładniony własnym dobrym wychowaniem:
-To zwyczajna przemoc!
-„Zwyczajna przemoc"? - ucieszył się. - Widzisz, mamy już tytuł.
-Co?
-Napiszesz utwór przeciwko przemocy.
-Nic nie napiszę. Precz stąd, won!
Kiedy usiłowałem chwycić go za kołnierz, j ego cios podbródkowy rzucił mnie na bibliotekę, sierp 
owinął dookoła biurka, a prosty ustawił ponownie w pozycji pionowej.
-No, widzisz, po co ci to było? - Muz był bardzo zmartwiony.
Pomacałem łuk brwiowy, nie wyglądał triumfalnie.
-Boli.
- A jak! Mogę ci zrobić kompres, tylko już pisz. Musisz pisać!
Zastanawiałem się, co robić? Wezwać milicję? Uciec? Na razie grałem na zwłokę:
-Powiedzmy, że będę pisać. A ty? Długo zostaniesz tu ze mną? Osiem godzin, dniówkę?

background image

-Zobaczy się. Jestem na umowie akordowej, będą wyniki - pójdę do domu.
-A jak nie będzie wyników?
Zniecierpliwiony, zapalił papierosa.
-Rany boskie, ale pan nudny. Chrzaniony intelektualista! Czy nie możesz przez chwilę zachowywać 
się jak mężczyzna? Pomyśl. Przed kwadransem nie miałeś tematu, nie odczuwałeś niczego poza 
znudzeniem. Teraz czujesz i strach, i nienawiść, i wściekłość. Czy to nie jest wspaniałe? A jak ci 
zabraknie   inwencji,   znów   dostaniesz   w   dziób.   Strach   to   pyszna   podnieta.   Jeszcze   będziesz   mi 
wdzięczny.
-To przechodzi wszelkie pojęcie -jęknąłem.
-Co przechodzi? Powtórz! - Powoli odłożył papierosa.
-Nic, nic... już piszę.
-To dobrze. I pamiętaj. Masz pisać ładnie. Z marginesem, z należytymi odstępami, z metaforyką. - 
Przytaknąłem. - „Było mi źle..." No, pisz!
-Zamierzasz mi dyktować?! - Pot przykleił mnie do krzesła.
-Przecież zamawiałeś muzę z natchnieniem-wyjaśnił i dyktował dalej: „Całun nostalgii spowijał ulice, a 
tajemna przemoc taiła się w kącie pokoju..."
Nieśmiało zgłosiłem wątpliwości stylistyczne.
- Niech pan mnie posłucha — zaapelowałem. - Możemy się przecież jakoś dogadać. Pan da mi święty 
spokój, a ja zapłacę. No, dajmy na to, podwójną stawkę. Dobrze?
Muz poczerwieniał:
- Pan mnie obraża. Mnie, swego najlepszego druha?!
-Chodzi mi tylko o efekt - szepnąłem płaczliwie.
Roześmiał się.
-Nie bój się, kochany, o efekt. Gdybym ja ci opowiedział, jakich ja już klientów miałem. Weźmy tę 
france...pardon tego Franza... no, Kafkę! Jaki on był na początku twardy, jak się stawiał, ale powolutku 
wpędziłem go w manię prześladowczą.
-P-p-pan?
- A jak? - W głosie muza zadrgała duma. - Czuł się osaczony, samotny, zaszczuty.... Czytałeś „Proces" 
albo „Zamek"? Moja robota!
Wypadało się zdziwić. Zrobiłem to:
- Niemożliwe!
Facet westchnął.
- Byłem wtedy na kontrakcie dożywotnim. Ale Franz długo pociągnął.
Nogi ugięły się pod moim krzesłem.
-A wiesz, jak było z Szekspirem? - Muz wpadł teraz w ton gawędziarski. - Jak tylko Wilek nie chciał 
pisać, to ja go w zęby. I tak w kółko. Te wszystkie trupy w jego sztukach, to jak myślisz, skąd się 
wzięły? Brał odwet za mnie, szatkując swoich bohaterów. To mnie chciał kopać, gwałcić, sztyletować.
-Nie wierzę. Gdybym ja był Szekspirem.... - Ująłem się za klasykiem.
-To co? Wszyscy jesteście tacy sami, literackie mięczaki! Brak wam za grosz odwagi, stanowczości! - 
Tu przeszedł do dydaktyki: - Beze mnie rozpijacie się, rozłazicie na łatwiznę, na dziewczynki, trwonicie 
talenty. Ale jak was wziąć w garść... Kiedyś opowiem ci o Dostojewskim.
-Czyżby „Zbrodnia i kara" była także waszym wspólnym dorobkiem? - spytałem.
-Oczywiście! A głównie „Zbrodnia". Wszystkie większe arcydzieła to nasza robota. Słyszał pan chyba o 
moich braciach? Kaliop, Terpsychor, Melpomen, Polihymen?
-Zawsze sądziłem, że to były kobiety! - jęknąłem.
-Były, ale się zmyły — zażartował rubasznie. — To nie fach dla bab, użerać się z wami, tfu... twórcami. 
Owszem, dawniej to był zawód sfeminizowany, ale teraz wszystkie byłe muzy, jak jeden mąż, poleciały 
do przemysłu, do administracji...
-Ciekawe   -   powiedziałem,   dyskretnie   przesuwając   się   z   krzesłem   ku   drzwiom   kuchni,   skąd   było 
wyjście awaryjne. Dostrzegł to.
-Ciekawe, nieciekawe. My tu sobie gadu-gadu, a poezja stygnie. Na czym to stanęliśmy?
-A gdybym, mimo wszystko, odmówił pisania? - zapytałem.
-Mam dyscyplinę rzemienną — wskazał wypchany plecak.
-A gdybym i tak nie chciał niczego napisać?
-To by dowodziło, że nawet śmiertelni mają czasem charakter. - Muz zaniósł się brzydkim śmiechem.
-Zdaje się, że pan zaczął dyktować - powiedziałem, wkręcając kartkę w maszynę.
Opuścił mnie dopiero nad ranem, kiedy połowa utworu była gotowa. Mimo głupiej sytuacji, o dziwo, 
zaczęło wychodzić coś nienajgorszego. Dzień zużyłem na wypoczynek, ale pod wieczór, kiedy znów 
mogłem się skoncentrować, po krótkiej rozterce sam sięgnąłem po słuchawkę telefonu.
-Informacja?

background image

-Chciałem prosić numer telefonu spółdzielni „Muza"
-Przepraszam, numer czego?
-Spółdzielni „Muza" - powtórzyłem.
-Niestety, nie mamy w spisie takiej instytucji.
-To niemożliwe. Byli u mnie... Zapłaciłem słono! - bełkotałem.
-Bardzo mi przykro, ale musiano pana oszukać. Teraz trzeba bardzo uważać na rozmaitych oszustów. 
Do widzenia.
Jeszcze raz rzuciłem okiem na plik zapisanych kartek.
- Cholera,   oszust!   Oczywiście,   można   się   było   tego   spodziewać.   Ale   jak   ja   skończę   pracę 
konkursową?
Rzuciłem jeszcze kilka kalumni pod adresem mego gościa, jego firmy i mojej własnej naiwności, kiedy 
zadzwonił telefon.
-Panie Dobrojolski - głos w słuchawce brzmiał szorstko, niesympatycznie. - Dlaczego nie ma pan do 
nas zaufania? Nasza muza już do pana nie pojedzie. Swoimi podejrzeniami uraził pan jej uczucia i 
ambicję zawodową. Do widzenia.
-Halo. Halo, kto mówi?
-Spółdzielnia „Muza"

F. A.

Z   pewnością   ta   wysepka   nie   byłaby   gościnna   dla   Robinsona.   Właściwie   był   to   kawałek   skały 
zanurzony w lodowatej wodzie. Nad bazaltami unosiły się chmary ptactwa, które wśród nielicznych 
mchów i karłowatych drzewek znalazło dla siebie schronienie.
A przecież i tu wtargnęła cywilizacja. Na południowym stoku wyrósł pewnej wiosny stalowosrebrzysty 
hangar   i   kilka   hermetycznych,   klimatyzowanych   pawilonów.   Do   niewielkiej  przystani  co   jakiś   czas 
zawijały śmigłe stateczki, a w słoneczne niedziele na skałach wygrzewali się pracownicy.
Mała elektrownia na baterie słoneczne (w dzień) lub na wiatr (nocą) dostarczała energii, zaś regularnie 
co miesiąc do magazynów ładowano produkt finalny w dużych skrzyniach.
Jedno różniło ten zakład od innych - na skrzyniach nie uświadczyłbyś żadnego znaku firmowego. Ani 
„madę in", ani nazwy produktu. Pracownicy mówili różnymi językami, a siwy pan nadzorujący całość, 
nie   odzywał   się   prawie   w   ogóle,   wydając   komendy   skinieniem   głowy,   uśmiechem,   czasem 
zdecydowanym zmarszczeniem brwi. Furkotały skrzydła wielkich energetycznych wiatraków, stateczki 
przypływały i odpływały. Mijały miesiące...
Pierwsza wiadomość o wysepce rozeszła się po świecie dzięki statkowi wielorybniczemu, który w 
pogoni za szczególnie urodziwym płetwalem zapędził się aż pod skalny przylądek.
W tydzień później nad skałą przeleciał samolot zwiadowczy. W doniesieniach prasowych pojawiły się 
liczne  znaki zapytania. Na konferencji NATO szefowie marynarki patrzyli na siebie podejrzliwie, a 
kiedy doszło do indagacji, nikt nie przyznawał się do tajemniczej fabryczki. Równie kłopotliwa sytuacja 
miała miejsce na spotkaniu szefów ważniejszych koncernów.
Problem  podniesiono  na  Zgromadzeniu  Ogólnym ONZ,  ale  i  tam  żaden  kraj  nie  poczuwał się do 
odpowiedzialności za wyspę. Norwegowie zerkali na Anglików, Anglicy na Islandczyków, a delegat 
radziecki oburzony bezpodstawnymi podejrzeniami, że zakład mógłby należeć do Kraju Rad, opuścił 
sesję.
Prasa   brukowa   zaczęła   dopatrywać   się   w   tym   terrorystów,   Marsjan   albo   zbuntowanych   robolów. 
Sprawę komplikował fakt, że skała, acz figurująca na dokładniejszych mapach morskich, formalnie nie 
należała do żadnego z krajów.
Wysłany z  Islandii  kuter  patrolowy  dopłynął  na  odległość  trzech  niil  od  wybrzeża.  Natrafił tam na 
niewielką boję, która, potrącona, pękła z dziwnym świstem. Załogę i dowódcę jednostki natychmiast 
ogarnęło   olbrzymie   zniechęcenie,   które   minęło   dopiero   po   powrocie   do   Reykjaviku.   Było   to 
zastanawiające.   Gdy   Zgromadzenie   Ogólne   zebrało   się   ponownie   dla   rozpatrzenia   sprawy,   na 
posiedzenie wkroczył siwowłosy pan, w którym niektórzy rozpoznali naukowca milionera, który dawno 
temu, po otrzymaniu Nagrody Nobla z chemii, wycofał się z życia naukowego. Gość trzymał w ręku 
nieduży kanister oraz planszę z napisem w pięciu językach: „Fabryka Absolutów - z pozdrowieniami 
dla wszystkich".
Starzec   skłonił   się   zebranym   i   odkręcił   korek   kanistra.   Prawie   równocześnie   na   sali   zapanowało 
radosne poruszenie. Delegat Izreala uścisnął Irakijczyka, Salwadorczyk pokiwał wesoło do delegata 
Hondurasu,   Cypryjczyk,   Grek   i   Turek   podążyli   wspólnie   do   baru.   Tak   Fabryka   Absolutów 
zademonstrowała swoje istnienie. Obszerny wywiad, który ukazał się nazajutrz w kilku poważnych 
dziennikach, wyjaśnił sprawę ostatecznie. W fabryczce, zlokalizowanej na tajemniczej wysepce, grupa 
filantropów produkowała z rześkiego, polarnego powietrza Arktyki zmaterializowane pojęcia - dobro w 

background image

płynie, sprawiedliwość w ryzach, szczęście w kostkach, miłość w aerozolu oraz mądrość w brykietach.
Już  od  dłuższego  czasu w  próbnej  sprzedaży  pojawiały  się  torebeczki  z poczuciem  humoru  oraz 
flakony zdrowego rozsądku, nikt jednak nie kojarzył tego z odległą wyspą.
Jak   poinformował   na   spotkaniu   z   dziennikarzami   główny   patron   przedsięwzięcia,   nota   bene 
wysławiający się po łacinie, w produkcji znajdowały się jeszcze takie produkty, jak: umiarkowanie, 
tolerancja, serdeczność, życzliwość. Towary miały być rozprowadzane nieodpłatnie, a jedyną bronią 
wynalazców   były   boje   i   baloniki   ze"   zniechęceniem,   których   działanie   poznała   na   sobie   załoga 
islandzkiego   kutra   oraz  grupa   fotografów,   zbyt   natrętnie   atakująca   dostojnego   staruszka.   Jedno   z 
ostatnich pytań na konferencji padło ze strony reportera wysokonakładowego brukowca.
- Czy są jakieś oldpadki i zanieczyszczenia, pozostające po procesie wytwarzania?
Starzec zamyślił się.
- Prosimy odpowiedzieć! - naciskali żurnaliści. - Są czy nie ma? -Niestety, powstają pokaźne odpady, 
ale przechowujemy je, odpowiednio zabezpieczone.
- Co to jest? Też jakiś absolut? -Takjest. Zło!
Rzecz ciekawa, ale właśnie ta informacja poruszyła wszystkich najbardziej. Zło w granulkach, może w 
proszku   -   czyż   to   nie   fantastyczne?   Na   razie   jednak   ze   wszystkich   stron   słano   zamówienia   na 
cudowne   absoluty.   Szły   prośby   o   trzytonowe   kontenery   zdrowia,   o   beczki   śmiechu,   o   palety   z 
rozsądkiem...
Wkrótce pakiet zamówień zaczął przerastać możliwości fabryki. Wydłużyły się okresy oczekiwania.
Tymczasem zapadła noc polarna i morza wokół skały zamarzły. Rozszalała się burza, ograniczająca 
widoczność do kilku metrów. Pod wielkim wiatrakiem zasnął w zaspie radar. W nocy z 7 na 8 stycznia 
starzec   spał   źle.   Mimo   zażycia   dwóch   pastylek   dobrego   samopoczucia   niepokoiło   go   coś,   czego 
zdefiniować nie mógł. Może jego obawy wywoływały tony zła wypełniającego pieczary pod wysepką?
Wyjrzał   przez  okno.   Ciemność  z  rzadka   rozświetlana   blaskiem  reflektorów.   Wirujący   śnieg.   Wstał 
jednak i wyszedł. Wkrótce natrafił na ślad przypominający odciski płóz wielkich sań.
Przewracany przez wiatr, dobiegł do włazu awaryjnego. Był uchylony. Ktoś, a najprawdopodobniej 
kilka osób złej woli, dostał się do magazynów odpadów. Na przeciwdziałanie było za późno. Starzec 
wiedział, że za chwilę otworzą się wszystkie grodzie i zmasowane zło runie na świat.
Zawrócił  i wpadł  do  dyspozytorni.  Łzy zamarzły  mu  na  policzkach.  Nie  przejmując  się  tym,  rozbił 
szklane drzwiczki skrywające instalację ostatniej szansy. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie 
musiał jej użyć, ale zabezpieczył się i na taką ewentualność. Gorączkowo włączał kolejne przyciski 
awaryjnego zaminowania magazynu dobra, siłowni miłości, centrum sprawiedliwości. Potem uruchomił 
dźwignię. Głuchy łomot ozwał się wśród polarnej nocy, która na jedną chwilę stała się dniem. Wysepka 
jak kruche ciastko przełamała się na pół. W niebo strzeliły dwa słupy ognia: barwny i wonny oraz 
czarny, duszący. Zanim jednak fale pokryły skałę, oba gejzery splotły się razem, tworząc jedną szarą 
średniość. Znów było tylko rześkie połarne powietrze. I ciemność.

Jeden dzień

Przypadkowo   znalazłem   się   w   okolicy   N.   Nie   potrafię   nazwać   impulsu,   który   skłonił   mnie,   żeby 
wysiąść na małej stacyjce, na której ekspres zatrzymał się tylko z powodu jakiejś awarii. Do N. było 
stąd około ośmiu kilometrów. Tylko tyle dzieliło mnie od miasteczka mego dzieciństwa, którego nie 
odwiedzałem   od   trzydziestu   lat.   Miałem   sporo   czasu;   sympozjum,   na   które   mnie   zaproszono, 
zaczynało się dopiero za dwa dni.
Byłem   ciekawy,   co   przez   ten   czas   zmieniło   się   w   N.,   chociaż   ta   część   kraju   uległa   stosunkowo 
najmniejszym   przeobrażeniom.   Wysiadłem   jako   jedyny   z   pasażerów.   Przed   stacyjką   nie 
uświadczyłbyś autobusu, dwa psy wygrzewały się w słońcu, a jedyny taksówkarz, który drzemał w 
zdezelowanym mercedesie, na propozycję jazdy do N. odburknął: Zjeżdżam na obiad.
Miałem ze sobą tylko lekką aktówkę i płaszcz. Postanowiłem przejść się pieszo. Zwłaszcza, że znałem 
drogę na skróty, przez lasek. Po drodze kupiłem w sklepiku jeszcze krótki aktualny przewodnik po 
okolicy i nie przeglądając go, wsunąłem do aktówki.
Było gorąco i duszno, ale maszerowałem dziarsko. Lasek przez trzydzieści lat zmienił się w prawdziwy 
las,   ścieżka   była   mocno   zarośnięta   i   wyraźnie   nieuczęszczana.   Wkrótce   wyszedłem   na   niewielka 
przełęcz. Całe N., położone w kotlinie u stóp wielkiego zbiornika retencyjnego, widoczne było stąd jak 
na dłoni. Szkoła kryta dachówką, biała wieża kościółka, plantacje tytoniu.
- Do licha, nic się nie zmieniło!
Niesiony chłopięcą wręcz energią, nieomal sfrunąłem na ry-neczek. Na wystawie u piekarza piętrzył 
się stos świeżych bułek, z zakładu szewskiego dobiegał znajomy hałas, a w mieszkaniu nad apteką 
ktoś  niemiłosiernie  katował   gamy  na   pianinie,  jak  Zosia Antosiak,   młodsza   siostra  mojej   klasowej 
miłości. Wszystko brzmiało, pachniało i wyglądało jak przed laty.

background image

- Marek, gdzie ty się podziewałeś, nieznośny chłopaku! - zabrzmiał naraz znajomy głos.
Ciotka? Niemożliwe, teraz miałaby ze sto lat. A jednak to była moja ciotka, rumiana i pulchna jak 
maślana bułeczka z witryny.
Parę kroków za nią dostrzegłem Karola, mego kuzyna równolatka. Stał w mundurku szkolnym i z 
namysłem dłubał w nosie.
- Następnym razem, jak będziesz tak bałaganił, nie dostaniesz podwieczorku - gderała dalej ciotka. - 
No, chodź do domu, andrusie.
Śmiesznie   jest   słuchać   takich   słów,   będąc   szpakowatym   dżentelmenem   z   czarną   aktówką. 
Oszołomiony - usłuchałem.
Jak   dawniej,   wchodziło   się   do   domu   brudnawąprzybudówką   od   podwórza,   pachnącą   obierkami   i 
gorącą wodą z przyległej pralni. Po drodze parokrotnie próbowałem powiedzieć ciotce, że nie mam 
trzynastu   lat...   ale   było   to   rzucanie   grochu   o   ścianę.  A  w   saloniku   na   ścianie,   miedzy  zegarem   i 
widoczkiem przedstawiającym Dianę w kąpieli wisiał kalendarz, 5 lipca 1955 roku.
Jeszcze raz popatrzyłem na ciotkę i Karola. Czy ja śniłem?
-Nie zapomnij o nałożeniu sobie szpinaku! – powiedziała staruszka, a Karolek dorzucił szeptem:
-Zerwałeś się dziś z lejb, prawda? Weź mnie jutro ze sobą. Dobrze wiem, co ty tam kombinujesz w 
lesie.
Trwał zwariowany dzień. Grałem w piłkę, nieporadnie, aż wpadłem w zadyszkę i koledzy wywalili mnie 
z drużyny. Potem ciotka ślęczała nade mną, zmuszając do odrabiania matematyki, z której klasówkę 
zapowiadano na następny dzień.
- Jak oblejesz rok, pójdziesz do szkoły specjalnej — groziła. Ja nie kapując nic z zadań, pogrążałem 
się w rozpaczy. Nie dość tego, kiedy oknem wymknąłem się do parku za kościołem, zastałem tam 
moją Irkę całującą się z Wojtkiem Bocianem i niemal pękło mi serce. Na domiar złego natknąłem się 
na grupkę chuliganów, których herszt, niejaki Dera, zażądał zwrotu jakiegoś długu i twierdził, że jeśli 
nie oddam go rano, zastosuje wobec mnie chińskie męczarnie.
Na   potwierdzenie   swej   groźby   walnął   mnie   w   nos,   aż   krew   pociekła,   plamiąc   koszulę   nabytą   w 
Peweksie.
Najgorsze, że nikt nie zauważył mojej dorosłości. Co więcej, wszyscy automatycznie przestawali mnie 
słuchać, gdy próbowałem wyjść z roli nastolatka. Marzyłem o jednym, doczekać końca upiornego dnia.
Noc miałem ciężką, śniły mi się koszmary.
- Wstawaj, spóźnisz się do szkoły! Już po ósmej! — Szarpanie i gwizd czajnika wyrwały mnie ze snu.
-Do jakiej szkoły? Ja muszę wracać na dworzec.
-Tu masz drugie śniadanie i pamiętaj, uważaj na matematyce.
Pomyślałem o zaczynającym się dziś sympozjum i rzuciłem okiem na wiszący w saloniku kalendarz. 5 
lipca   1955   roku.   Podszedłem,   żeby   zerwać   kartkę,   ale   ciotka   wyjrzała   z   kuchni   i   cofnąłem   się. 
Sięgnąłem po koszulę, ślady krwi zniknęły. Co jest? Oczywiście do szkoły nie poszedłem. Tornister 
cisnąłem   w   krzaki,   sam   zaś   pobiegłem   w   stronę   lasu.   Doskonale   znałem   drogę,   a   mimo   to 
pobłądziłem; niby cały czas szedłem prosto przed siebie, ale zawsze w końcu znajdowałem się na 
polance poniżej przełęczy. Czy szedłem przez najgłębszy gąszcz, czy ścieżką wzdłuż starych okopów, 
zawsze jakimś cudem znajdywałem się w punkcie wyjścia. Spróbowałem pójść drogą, ale zaraz na 
mostku dorwał mnie jedyny miasteczkowy milicjant i za ucho zaprowadził do szkoły.
Pierwszą rzeczą, którą zauważyłem na tablicy, to data 5 lipca...
Nie pamiętam, przez ile dni powtarzała się taka sytuacja. Codziennie scenariusze były takie same albo 
prawie takie same. Nie udało mi się wydostać z miasteczka. Do przystanku zawsze docierałem, gdy 
PKS znikał za zakrętem. Próba dotarcia do telefonu kończyła się fiaskiem.
- Dzieciom nie udostępniamy międzymiastowej – powiedziała urzędniczka.
Radio podawało codziennie identyczny serwis wiadomości. Na obiad był ciągle szpinak i szpinak. Po 
obiedzie, gdy wychodziłem z domu, jeśli nie robiłem tego z własnej inicjatywy, ciotka wysyłała mnie do 
szewca, jakąkolwiek drogę wybrałbym, nieodmiennie natykałem się na Irkę, potem na Derę i kończyło 
się   rozkwaszonym   nosem.   Nie   potrafiłem   opanować   strachu   przed   klasówką,   chociaż   doskonale 
wiedziałem, że nie będzie żadnej klasówki. Czas stanął.
Z każdym dniem rosła moja rozpacz i bezradność. Miotałem się w zaczarowanym kręgu, którego nie 
mogłem   skruszyć   ani   opuścić.   Straszne!   Gdzieś   po   tygodniu   zauważyłem,   że   posiwiałem   w 
dwójnasób.   I   wtedy   po   raz   pierwszy   otworzyłem   moją   aktówkę.   Znajdował   się   tam   referat   na 
sympozjum (które już dawno musiało się skończyć), kalendarz na rok 1985 oraz krótki przewodnik po 
okolicy.   Otworzyłem   go,   obejrzałem   pięć   razy   znajomą   mapę,   a   potem   otworzyłem   na   rozdziale 
poświęconym N. Jego historii od pradziejów po... właśnie! Szczególnie zastanawiająca była końcówka 
notatki.   „Dokładnie   o   12.00   w   nocy,   5   lipca   1955   roku,   na   skutek   pęknięcia   zapory,   N.   zostało 
kompletnie zniszczone i przykryte grubą warstwą szlamu. Dotąd nie zostało zrekonstruowane".
Błyskawica przeleciała przez mózg. Nagle odblokowały mi się luki w pamięci. Przynajmniej ich część. 

background image

Zrozumiałem,   dlaczego  mając  trzynaście   lat,  spędziłem   parę   miesięcy  w  szpitalu.   Choć  momentu 
samej awarii nie pamiętałem (musiała zaskoczyć mnie we śnie), zrozumiałem, dlaczego moi rodzice 
nigdy nie wspominali mi o mieście mojego dzieciństwa, o ciotce, o Karolku...
A na kalendarzu był ciągłe 5 lipca.
Nie pamiętam, kiedy zdecydowałem się na krok ostateczny. Po tygodniu, po miesiącu? Czułem, że 
muszę się stąd wyrwać. Za wszelką cenę.
Przypomniało mi się, iż jako chłopiec lubiłem bawić się w pirotechnika. Zgromadziłem nawet spory 
zapas materiału wybuchowego, wydobytego z pocisków pozostałych po ostatniej wojnie. Stary bunkier 
z moim arsenałem odszukałem bez trudu. Pomysł był głupi, powiem więcej, zbrodniczy. Ale kiedy 
znalazłem się przed zaporą i zacząłem instalować minę domowego wyboru, zdałem sobie sprawę, że 
nie robię tego po raz pierwszy, że już kiedyś mały chłopiec doprowadzony do ostateczności...
Dochodzi północ.
Niech się dzieje, co ma się dziać. Jedyna nadzieja, że nic już nie będzie takie jak dawniej.

Epizod

Różne rzeczy potrafią chodzić za człowiekiem, za jednym chodzi wódka, za innym kobiety, natomiast 
za   Filipem   chodził   tego   wiosennego   dnia   stary   człowiek,   którego   zmiętoszona   twarz   dziwnie 
kontrastowała z doskonale skrojonym, ciemnym garniturem.
Po raz pierwszy zobaczył tę gębę odbijającą się w szybie, gdy przystanął przed „Delikatesami" na 
Placu   Zbawiciela,   później   przygarbiona   postać   mignęła   mu   w   tłumie   przechodzącym   przez 
skrzyżowanie   z   Mokotowską.   Mógł   przysiąc,   że   stary   człowiek   go   śledzi.   Tylko   dlaczego?   Filip 
zajmował się literaturą dość hermetyczną, oderwaną od życia, toteż nie interesującą ludzi zawodowo 
trudniących   się   śledzeniem,   ani   tym   bardziej  wrogich   ośrodków.   Może   to   ojciec   tej   małej   Zuzi?   - 
przemknęło mu przez myśl. Wykluczone, ojciec apetycznej nastolatki, którą dość treściwie obracał na 
ostatnim party u Stefana, musiał być grubo młodszy. Przez chwilę pomyślał o wzięciu taksówki, aby 
urwać   się   nieznajomemu,   ale   ogonek   kolejki   na   parkingu   przy  Alei   Wyzwolenia   i   całkowity   brak 
pojazdów nie wróżyły powodzenia tej koncepcji. Doszedł do Alej. Stary człapał za nim w odległości 
kilkunastu   kroków.   Zaczynało   się   to   robić   zabawne.   Filip   skręcił   nagle   w   cienistą   alejkę   Parku 
Ujazdowskiego i ostentacyjnie usiadł na ławce. Stary zrobił to samo, zajmując miejsce obok. Milczeli.
-Jak ma pan coś do mnie, to już! - Młody literat odwrócił się znienacka do starucha. — Spieszę się!
-Nie spieszyłbyś się, gdybyś mnie wysłuchał - sapnął nieznajomy.
-Od kiedy jesteśmy na ty? - W głosie Filipa zabrzmiała irytacja.
-Ho, ho, od bardzo dawna.
-Co u pana znaczy dawno, mam dwadzieścia pięć lat i...
-Dokładnie masz dwadzieścia cztery lata, dwa miesiące i siedem dni. - Natręt szelmowsko przymrużył 
oko.
Stawało się jasne, że musi to być jakiś dociekliwy wielbiciel młodego talentu literackiego.
- Liczby się zgadzają, ale czy to ma jakieś znaczenie? - Poeta wzruszył ramionami.
- Pamiętasz, jak mawiał wuj Augustyn: „To, co nie ma znaczenia dzisiaj, już jutro może się okazać 
ostatnią deską ratunku".
Filip   dokonał   w   myślach   błyskawicznej   rekapitulacji   bliższych   i   dalszych   krewnych,   ale   stary   nie 
pasował mu do żadnej gałęzi drzewa genealogicznego, z gałęzią wuja Augustyna włącznie. Krótką 
biografią  młodego  twórcy  jak  dotąd interesowała  się  jedynie  pewna Aneta,  zbierająca  materiał  do 
pracy magisterskiej o poezji młodych, zresztą bibliografię dość szybko porzuciła na rzecz tapczanu, 
gdzie   łatwo   odnaleźli   nie   tyle   zbieżność   poglądów,   co   szeroką   płaszczyznę   wzajemnego 
porozumienia. Stary zaś na wielbiciela nie wyglądał... A może interesujągo młodzi mężczyźni? Na 
wszelki wypadek cofnął się na ławce.
Tajemniczy rozmówca zachichotał.
-A pamiętasz tę ławeczkę? - Ponieważ Filip nie pamiętał,- ciągnął dalej: - No, przypomnij sobie, mając 
szesnaście lat, siedziałeś już na niej.
-O co panu chodzi? Pan z milicji?
Rozmówca tylko pokręcił siwą łepetyna, stwierdzając, że w ogóle to przybywa z miejsca odleglejszego 
niż komisariat na Wilczej, a teraz chciałby tylko ustalić, czy Filip pamięta Joannę.
Trzeba było zrobić mały remanent Joann. (W grę wchodziły cztery - barmanka ze „Stodoły", śmieszna 
ruda montażystka z telewizji, modelka z „Córy". Zaraz...  a może  ta  małoletnia laureatka festiwalu 
piosenki   studenckiej   przed   dwoma   laty,   tylko   że   ona   chyba   nazywała   się   Majka?)   Od   pięciu   lat 
wszystkie   imiona   pozostawały   w   swobodnym   związku   z   ciałami,   których   było   dużo   i   w   szerokim 
wyborze. Pieprzyki myliły się z myszkami, zapach włosów ze smakiem szminek. Poeta wzruszył więc 
ramionami i powtórzył przeciągle, chcąc zyskać na czasie.

background image

-Joanna?
-Zadziwiające, że ty nie pamiętasz, podczas gdy ja pamiętam ją tak dokładnie. Najpiękniejsza z całej 
dziesiątej klasy. Siedzieliście na tej ławce. Byłeś taki onieśmielony. Zapadł zmierzch, a ty odważyłeś 
się jedynie zanurzyć usta w jej włosach, nic więcej. - Stary opowiadał o tym z dobrotliwą miną Lwa 
Tołstoja.
-Pan nas wtedy podglądał?
-Uchowaj Boże, tylko byłem tutaj.
-A nam się wydawało, że w tej alejce nie ma nikogo! Dużo pan o mnie wie.
-Chyba wszystko - w głosie nieznajomego zabrzmiał ton przechwałki. - Zresztą możesz sprawdzić. 
Pytaj, o co zechcesz, o najbardziej intymne szczegóły twego życia, nigdy nie wypowiedziane myśli.
Zabawa   robiła   się   coraz   bardziej   intrygująca.   Niewątpliwie   stary   był   jakimś   telepatą,   który   lubił 
sprawdzać   swe   możliwości   w   praktyce.   Faktycznie   wiedział   o   Filipie   wszystko.   Przypomniał   mu 
najwcześniejsze   wrażenia   przedszkolne,   przymusową   kąpiel   w   przerębli,   szczegóły   wycieczki   do 
klasztornych podziemi, nieudaną noc z Elżbietą i szampańskie weekendy z Marią. Męską rozmowę z 
Arturem, kiedy nie dość, że oberwał po twarzy, ale po raz pierwszy dowiedział się prawdy o sobie. 
Wreszcie jasnowidz zadeklamował wiersz, który powstał ubiegłej nocy i w przypływie energii zrzucił 
krawat, rozpinając koszulę. Poniżej grdyki błysnęła charakterystyczna blizna po usunięciu tarczycy. 
Filip spocił się z wrażenia. Sam przeszedł tę operację trzy lata temu. Z dobrotliwego Tołstoja wyłaził 
jakiś niesamowity Dostojewski. Młody człowiek zerwał się na równe nogi, ale stary powstrzymał go 
zdecydowanie.
- Nie ma co dłużej ukrywać, Filipie. Jestem tobą!
Tego było już za wiele. Udając, że nadal słucha wynurzeń niewątpliwego psychopaty, młody twórca 
począł rozglądać się za kimś, kto ewentualnie mógłby udzielić mu pomocy. Głos starego przybrał 
tymczasem twardy ton zagniewanego ojca.
- Nie szukaj innych wytłumaczeń, Filipie, kiedy masz przed sobą najprostsze, jestem tobą, starszym o 
drobne trzydzieści sześć
lat.
-Nie powiem, żebym się najlepiej trzymał - zauważył ironicznie.
-Wódka, narkotyki, choroba - powiedział cicho stary. – Jeśli chcesz, opowiem ci twoje przyszłe losy...
-Kto by nie chciał?
-No to ci powiem, choć nie będzie to opowiastka dla grzecznych dzieci. Zacznijmy od opisania sytuacji 
wyjściowej.   Jesteś   doskonale   zapowiadającym   się   młodym   twórcą.   Swoimi   poetyckimi 
eksperymentami trafiłeś dokładnie w obowiązującą modę. Właściwy styl we właściwym momencie. 
Faktem jest, że twój debiutancki tom spotkał się ze sporym uznaniem. A te kilka nowych wierszy, 
których   jeszcze   nie   wydałeś,   również   zostanie   docenione.   Z   opowiadań   liczą   się   dwa.   Pierwsze. 
Będziesz   miał   szczęście,   bo   twoją   sztukę,   tę   z   zeszłorocznego   „Dialogu",   weźmie   pod   koniec 
bieżącego sezonu świetny inscenizator i z błahostki zrobi arcydzieło. To wszystko! -Piszę powieść...
-Nigdy jej nie skończysz, podobnie jak tej sztuki dla Krakowa. Ale dokończmy wizji lokalnej. W twoim 
życiu   same   pozytywy,   masz   wyrozumiałą   żonę,   rocznego   syna,   kobiety   cię   uwielbiają.   Nie   wiesz 
nawet, jak powinieneś być szczęśliwy.
-To moja sprawa.
-Nasza. Popatrz zatem na mnie! Prawda, zupełnie inny człowiek? Ale jeśli przyjrzysz się uważnie, 
znajdziesz podobieństwo. Widzisz faceta, który niczego w życiu nie dokonał, wszystko co zaczęte, 
pomarnował, zrobił masę złych rzeczy, a kiedy umarł, pies z kulawą nogą nie uronił nad nim łzy.
-Pan nie żyje, to bardzo przykre - Filip spróbował odezwać się tonem możliwie swobodnym.
-Umarłem wczoraj. A licząc według twojej chronologii - dokładnie za trzydzieści sześć lat.
-61 lat?. Wieszczowie umierali znacznie wcześniej.
-Żartuj   sobie,   żartuj!   Możesz   nie   wierzyć,   ale   przekraczasz   właśnie   swój   Rubikon.   Już   ostatnio 
zacząłeś dużo pić...
-Mam mocną głowę!
-I coraz gorzej piszesz. Redakcje przyjmują ci wszystko, co z pióra skapnie, masz powodzenie, robisz 
więc na akord. Tymczasem już za dwa lata zacznie się mówić o literackiej pomyłce. Zwłaszcza gdy 
minie euforia wywołana twoją sztuką o demonach. Minie moda na eksperymenty. Po awanturze w ZLP 
narazisz   się   krytykom.   Prawdziwe   nieszczęście  

TZ

.

ZTR

\

Q

  się   jednak,   gdy   nawiążesz   romans   z 

Gabrielą... Tą piosenkarką z grupy „Bis".
-Nie znam jej osobiście! Choć rzeczywiście diablo ładna dupeczka!
- Poznasz ją za tydzień w SPATiF-ie. Po miesiącu porzucisz dla niej żonę. I powieść. Zaczniesz pisać 
piosenki. A potem ona cię rzuci. Zacznie się picie na umór! Coraz więcej niepowodzeń. Klapa kolejnej 
sztuki. Picie. Odwyk. Powrót do domu, znów zerwanie. Twoja żona, nie mogąc znieść tej huśtawki, 
jedenastego sierpnia, za cztery lata, odkręci gaz. Picie. Narkotyki. Coraz gorsze piosenki. Kryminały 

background image

dla   chleba.   Szyderstwa   kolegów.   Potem,   kiedy   zmienią   się   polityczne   układy,   będziesz   chciał   się 
odegrać. Zeszmacisz się do tego stopnia, że twoje, właściwie nasze nazwisko, stanie się synonimem 
lakiernictwa i lokajstwa. Pewnego zimowego dnia twoja szkolna miłość Joanna odeśle ci pocztą twój 
debiutancki tomik. Ciebie jednak to już wtedy nie poruszy. Będziesz wierzył, że wchodzisz w nowy, 
lepszy okres kariery. Teraz urzędniczej. Potem nastąpi przebudzenie. Bardzo bolesne. Klinika. Próba 
rozpoczęcia od nowa. Pół roku spędzisz w Bieszczadach z Anną. Tam dopadnie cię wiadomość o 
śmierci twego syna.
-Rafała. Co pan mówi?!
-Głupi przypadek, furgonetka wpadnie w poślizg na oblodzonej ulicy i runie z impetem na wysepkę 
autobusową. Rafał będzie wracać z liceum plastycznego. Duży talent...
-Przestań!!
-A potem któregoś dnia odejdzie Anna. Też bez sensu, i nie wiadomo nawet dlaczego. Może dlatego, 
że Charles, ten skubany żabojad, okaże się w łóżku lepszy od ciebie. Zostaniesz kompletnie sam. 
Rozpocznie   się   powolna   wegetacja.   Długie,   puste   lata   zapomnienia,   walki   z   chorobą.   Umrzesz 
samotnie   w   wieku   sześćdziesięciu   jeden   lat   na   raka   żołądka,   jako   podrzędny   autor   szmatławych 
reportaży kryminalnych do czasopism.
Mężczyzna umilkł, a Filip poczuł, jak ciarki chodzą mu po plecach.
-Mówi pan, trzeba przyznać, bardzo sugestywnie - rzekł.
-I   jeśli  to   prawda,   nie  można   odmówić  panu   okrucieństwa.   Nie   rozumiem  tylko,   po  co   mi  pan   to 
opowiedział? Mam się ustatkować, a może zacząć pracę nad sobą.
-To   by   nic   nie   dało.   Znam   twój   charakter,   Filipie,   zryw   potrwałby   może   tydzień,   potem   wszystko 
wpadłoby na powrót w koleinę przeznaczenia. Mam lepszy plan.
-Ciekawe...
-Jesteś, jak powiedziałem, na szczycie. I masz tylko jeden sposób, by na nim pozostać na zawsze. 
Twój   niewielki,   ale   wartościowy   dorobek,   uzupełni   mitologia.   Będziesz   nowym   Bursą,   Hłaską, 
Wojaczkiem...
Młody autor wzruszył ramionami. Mam się zapić czy zabić?
-Ciekawe, jaki to sposób?
-Zejdziemy zaraz na dół Piękną, przy rogu Rozbrat i Górnośląskiej weźmiesz taksówkę. Razem z tobą 
będzie  chciała  się zabrać starsza kobieta.  Zgodzisz  się. Gdyby  nie dzisiejsza rozmowa, zapewne 
usiadłbyś z tyłu. Po dziesięciu minutach na Wisłostradzie dojdzie do kraksy. Dwie osoby z przodu 
poniosą śmierć. Ta z tyłu wyjdzie bez szwanku.
-To chyba dobrze!
-Jednak proponuję ci, żebyś TY usiadł z przodu. To będzie szybka śmierć. Zostawisz po sobie legendę 
młodego,   niespełnionego,   pięknego   dwudziestoletniego,   wobec  którego   sprawdzi   się   powiedzenie: 
„Kogo muzy kochają, ten umiera młodo".
-Czy pan zwariował?!
-Uratujesz w ten sposób życie twej żony i twego syna, zostaniesz w ludzkiej pamięci, a ja rozpłynę się 
w niebycie! Dobrze radzę.
-Co za idiotyzm!
W istocie, starzec rozognionymi oczyma przypominał nawiedzonego. Filip przysiągłby, że czuje odeń 
zapach zgnilizny przemieszany z siarką. Rzucił się do ucieczki. Wypadł z parku. Pisk hamulca. Poznał 
czerwone audi Stefana.
-Mogę cię podrzucić do domu, jadę Wisłostradą - powiedział Stefan.
-Może mógłbyś jakąś inną drogą? - wymamrotał poeta.
-Jak chcesz, mogę wjechać Tamką na górę.
Oparł się wygodnie o siedzenie i usiłował uspokoić myśli. Co za idiotyzm, przejąć się dywagacjami 
jakiegoś pomyleńca. Nagle wóz stanął, Stefan cicho zaklął. Przez chwilę piłował rozrusznik.
-Co się stało?
-Śmieszne. Zupełnie zapomniałem o zatankowaniu. Ale obok masz postój. Jest i taxi.
Znajdowali się na rogu Rozbrat i Górnośląskiej. Pod pusty chodnik podjeżdżała wolna taksówka. Z 
przeciwnej strony zmierzała ku niej jakaś starsza kobieta.
Filip zachichotał histerycznie, odwrócił się i trzymając się bliziutko muru, ruszył w stronę, przystanku 
autobusowego.

***
Powyższą historię odtworzyłem na podstawie opowiadania żony Filipa. Jadwiga rozmawiała ze mną 
parę miesięcy później, kiedy doszła już trochę do siebie. Podobno tego popołudnia jej Wybitny mąż 
wrócił z miasta jak struty. Długo nie chciał nic mówić, tylko leżał na tapczanie, tępo wpatrując się w 
sufit. Wieczorem zadzwonił do swego znajomego z pogotowia ratunkowego i wypytywał o dzisiejsze 

background image

wypadki   drogowe.   Okazało   się,   że   najtragiczniejszy   zdarzył   się   wczesnym   popołudniem   na 
Wisłostradzie. Autobus, który nie chcąc przejechać psa, usiłował gwałtownie zahamować, wpadł w 
poślizg i zatarasował wewnętrzny pas, powodując kolizję z taksówką. Kierowca i pasażerka ponieśli 
śmierć na miejscu.
Filip zjadł kolację, pierwszy raz w życiu wykąpał małego i zamknął się w pokoju z magnetofonem. 
(Jeszcze tego samego wieczora zdenerwowana żona znalazła taśmę z relacją o dziwnym spotkaniu). 
Potem, jakby wzywany przez niewidzialną siłę, ucałował Jadzię, (od dawna tego nie robił), założył 
swój ulubiony płaszcz i wyszedł na spacer. Od tej chwili nikt go już nie widział.
Po latach, grzebiąc trochę w papierach, w związku z zupełnie inną sprawą, dostałem do wglądu akta 
poszukiwań Filipa. Było tam interesujące zeznanie żoliborskiego pijaczka. Zeznał,że owego wieczora 
drzemał na skraju Lasku Bielańskiego, kiedy około północy obudziły go podniesione głosy. Kłóciło się 
dwóch  mężczyzn, stary i młody. Potem słyszał  jeszcze jakby odgłosy bójki zakończone  bolesnym 
jękiem. Kiedy dotarł na polankę, gdzie musiała rozgrywać się scysja, nie napotkał nikogo, ale trawa 
była   mocno   zryta,   jak   po   walce.   Milicjanci   przeszukujący   okolicę   dwa   dni   później   znaleźli   w   tym 
miejscu jedynie pojedynczy guzik od płaszcza. Filipa uznano za zaginionego, co wpłynęło doskonale 
na jego późniejszą legendę. Nie wykluczam możliwości, że żyje gdzieś pod zmienionym nazwiskiem i 
trudni się zwykłym rzemiosłem. Byłby to jakiś kompromis z przeznaczeniem.
Co się tyczy guzika, ustalono, że nikt w kraju nie produkuje tworzywa, z którego został wytworzony. 
Nic dziwnego. Dopiero siedem lat później ową lekką, metalopodobną masę uzyskało po raz pierwszy 
jedno z ekskluzywnych laboratoriów w USA.

Zimny warsztat

Tegoroczny   wernisaż   rzeźb   śnieżnych   i   lodowych   upłynął   w   rześkiej,   mroźnej   atmosferze. 
Sprzyjającym  czynnikiem   były  złe   warunki   atmosferyczne   i   kiepska   frekwencja   publiczności,   która 
przybywając liczniej, nagminnie rozdeptywała pomniejsze arcydzieła.
Tak   więc   nieliczni   goście   mogli   swobodnie   podziwiać   wspaniały   szpaler   posągów,   wśród   których 
szczery podziw wzbudzał kilkunastometrowej długości dinozaur oraz transporter budowlany, któremu 
chciano nawet dać pierwszą nagrodę, ale okazało się, że jest to autentyk pozostawiony przez ekipę 
wykonawczą na polu wystawowym jeszcze wiosną ubiegłego roku.
Wśród figur monstrualnej wielkości można było podziwiać pomniki ludzi roku - statuy Borga, Travolty i 
Chomeiniego.
Koneserzy najspieszniej (bo mróz) kierowali się ku figurce (naturalnych rozmiarów) przedstawiającej 
nagą dziewczynę o proporcjach tak doskonałych, że niejednemu aż się w głowie mąciło.
„Piękna" - bo takie miano nosiła rzeźba - była dziełem rzeźbiarza R, uznawanego w kołach zbliżonych 
do artystów za ekscentryka. Lubił golić czaszkę na zero, chodzić zimą w klapkach, odziany jedynie w 
cielęcą   skórę.   Mówiono   też,   że   nadużywa   wszystkiego,   czego   można   nadużywać,   ale   prawdę 
powiedziawszy, był to człowiek samotny, skromny i pełen kompleksów.
W dniu otwarcia, popiwszy sobie  tęgo,  zapuścił się w alejki ekspozycji i odczekawszy,  aż odejdą 
ostatni zwiedzający, rzekł do swego dzieła:
-Ach, moja bajeczna, żebyś ty jeszcze gotować umiała.
-A na co byś miał ochotę, mistrzu? - zabrzmiał głos słodki i srebrzysty jak dzwonki janczarów.
Rzeźbiarz P. tylko usta rozdziawił. Stał się cud. Śnieżna Ga-latea nie tylko przemówiła, ale w chwilę 
potem zeszła z cokołu.
Nieliczni świadkowie widzieli, jak razem z artystą wsiadła do taksówki i udała się w stronę mansardy 
samotnika.
I tak zaczęła się miłość, gorąca, a zarazem superlodowata.
P- panicznie bojąc się, że ukochana może mu się rozpuścić 'a Przecież nikt nie lubi rozpuszczonych 
narzeczonych), postanowił stworzyć Galatei idealne warunki przechowalnicze. Odciął dopływ pary do 
kaloryferów,   wytłukł   szyby   i   w   mieszkaniu   zrobiło   się   jak   w   psiarni   Eskimosów.   Zawczasu 
zabezpieczając  się  przed  latem,  zamówił  ogromną szafę  chłodniczą,  którą ustawił w  sypialni.  Tak 
przygotowany czekał wiosny, nie rozstając się ze swoją lodową babeczką, którą uważał za dzieło 
życia.
Przy okazji sam zahartował się niebywale. Zadziwiał bohemę kąpielami w przerębli i pożerał po 20 
porcji lodów, nie nabywając wcale nieżytu górnych dróg oddechowych.
I wreszcie zaświeciło wiosenne słonko. Tego ranka artysta obudził się połaskotany promykiem i czym 
prędzej poszukał wzrokiem swej kochanki.
Galatea siedziała koło łóżka okutana dwoma kożuchami.
—Zimno mi, zimno — szczękała śnieżnobiałymi ząbkami. Podbiegł do niej i objął. Była ciepła. Bardzo 
ciepła. Mogła mieć nawet gorączkę. Być może w innej sytuacji zastanowiłby się nad tym fenomenem, 

background image

ale owego dnia miał ważny wernisaż, wsadził więc dziewczynę do łóżka, zamówił lekarza i popędził na 
wystawę, której ozdobą miały być jego prace. Przemówienie powitalne dyrektora muzeum dłużyło się 
okropnie.   P.   ledwie   mógł   ustać,   czuł   się   wyjątkowo   marnie.   W   pewnym   momencie   zauważył,   że 
wszyscy patrzą mu pod nogi.
-Co wy, kolego? - dobiegł szept znajomego grafika. Rzeźbiarz spojrzał na posadzkę i zdrętwiał. Stał 
po kostki w wielkiej kałuży. Jednocześnie poczuł się o wiele chudszy i słabszy. Chciał zrobić krok. Nie 
mógł.
-Wielkie nieba, on się topi - krzyknął dyrektor, przerywając przemówienie.
-Szybko, do lodówki z nim! - zawołali koledzy. Nie donieśli. Przeciekł im przez ręce.
Osobliwe relacje między dziełem i jego twórcą opisał już ongiś Oskar Wilde w „Portrecie Doriana 
Greya", a potwierdziły to liczne przykłady z życia, jak choćby wypadek architekta B., który złamał nogę 
w momencie zawalenia się budowli jego autorstwa. Casus rzeźbiarza P. dowiódł przede wszystkim, że 
utożsamienie artysty z własną sztuką musi mieć jakieś granice bezpieczeństwa.
A Galatea żyła potem długo i szczęśliwie (z bardzo wieloma artystami), chociaż dobrze poinformowani 
twierdzili, że w pewnych sprawach pozostała kobietą zimną.

Zadziwiający przypadek fascynacji

Film   skończył   się   tradycyjnym   happy   endem,   Joan   (22   lat   -   fotomodelka)   westchnęła,   zgasiła 
niedopalonego papierosa i wyłączyła telewizor. Musiało być trochę po północy. Czuła się nieco senna, 
ale  jeszcze   bardziej  znudzona.   Mijał  trzeci  wieczór,   jak  pokłóciła  się   z Markiem   (28   lat  -  plastyk-
dekorator   wnętrz).   Rozsądek   przemawiał   za   snem,   od   rana   zaczynała   się   męcząca   seria   zdjęć 
reklamujących odzież ochronną. Wstała więc, zrzuciła szlafrok i jak co wieczór z satysfakcją obejrzała 
się w lustrze. „Co ja poradzę, że jestem ładna?" Wykonała dwa taneczne pas, cisnęła szlafrok na fotel. 
I wtedy nagle Tobby zawarczał.
- Co tobie, głuptasie?
Leciwy Tobiasz (8 lat - buldog francuski) zwykł o tej porze przebywać w samym środku królestwa 
Morfeusza, przyjmując wszelkie objawy rzeczywistości, czyli dzwonki telefonów, strzały z telewizji czy 
śpiewy i podskoki Joan, jako zdarzenia niegodne uwagi psiego filozofa. Tym razem jednak zdawał się 
być całkowicie rozbudzony; wychynął na pół łba spod ulubionej kanapy i odsłoniwszy krzywe kiełki 
warczał, jakby w mieszkaniu znalazł się ktoś obcy. Co prawda Tobby szczekał z wielkim zapałem 
także na „swoich": na Leona (59 lat - reżyser), który od czasu przekroczenia przez Joan dwudziestego 
roku   życia   wpadał   jednak   dużo   rzadziej,   czy   na   Raya   (31   lat   -   pastor   mało   znanej   sekty 
Wielkopostowców).  Ray był sąsiadem  modelki i  wpadał  co  piątek,  aby  pogadać  o  transcendencji, 
psychoanalizie i Apokalipsie, namawiając dziewczynę, aby zeszła z grzesznej drogi, która wiedzie 
donikąd i z powrotem. Joan przygotowywała na te seanse zwykle bardzo dobre kolacje, z czerwonym 
winem (piła sama), za które Ray rewanżował się równie dobrym śniadaniem, przynoszonym do łóżka. 
Tobby szczekał nawet na ciotkę Clau-dię (46 lat - stara panna), odwiedzającą ich raz w miesiącu. 
Marka zaś wyróżniał spośród innych w ten sposób, że go gryzł. Na nikogo natomiast z mniej lub 
więcej znajomych osób, buldożek nie warczał.
Warczenie wzmogło się. Modelka mimo woli sięgnęła po szlafrok. Tak jakby poczuła na sobie czyje 
spojrzenie. Omiotła wzrokiem mieszkanie. Pusto. Mimowolnie przypomniał jej się świeżo oglądany 
film. Występowali w nim gwałciciele o namagnesowanych butach, wspinający się po metalicznych 
ścianach   wieżowców.   Rozsunęła   zasłony.   Za   hermetycznie   zamkniętymi   oknami   rozciągało   się 
rozświetlone miasto, widziane doskonale z wysokości dwudziestego piętra, rozległe i obojętne.
- Musiało ci się coś złego przyśnić, kretynku - powiedziała do psa i podrapała go za uchem. Ucichł. - 
Pilnuj dobrze mieszkania, a ja tymczasem się wykąpię.
Na wszelki wypadek sprawdziła zamki w drzwiach. W porządku, nie sforsowałby ich nawet czołg. 
Pomyślała, że warto by zadzwonić do portiera na dole, czy ktoś nie wchodził, albo przynajmniej nie 
pytał o nią, ale zrezygnowała. Doskonale wiedziała, że Jack (60 lat — emerytowany sierżant piechoty 
morskiej)   nie   wpuściłby   do   apartamentu   nawet   prezydenta,   bez   uprzedniego   porozumienia   się   z 
lokatorem. Wkrótce, w wannie pełnej piany przesyconej zapachem kalifornijskich sosen i jabłuszek 
rodem z Nowej Anglii, zapomniała o swych niepokojach, oddając się ciepłej wodzie z rozkoszą, jakiej 
nie zapewnił jej dotąd żaden mężczyzna.
Niepokój   wrócił   dopiero   w   sypialni.   Wchodząc   zauważyła,   że   pali   się   górne   światło,   którego   nie 
włączała w zasadzie nigdy. - Tobby, Tobby! - zawołała nerwowo. Ale buldożek dobiegł tylko do progu, 
żadne zachęty ani nawet czekolada (Van Hutten) nie mogły go skłonić do przekroczenia niewidzialnej 
linii   demarkacyjnej   dzielącej   salon   od   sypialni.   Dziewczyna,   uzbrojona   w   suszarkę   do   włosów 
zrewidowała szafy, ale nie znalazła tam żadnego zapóźnionego kochanka, zajrzała pod toaletkę, a 
nawet   do   pustego   pawlacza   w   korytarzu.   Nikt   nie   krył   się   również   za   kotarami.   Przez   moment 

background image

zastanawiała   się,   czy   nie   są   to   jakieś   kawały   rozgoryczonego   Marka.   Może   oszalały   z   zazdrości 
wynajął prywatnego detektywa, aby sprawdzić, czy u podłoża kłótni nie czai się inny mężczyzna? Jak 
każdy facet, nie mógł przyjąć do wiadomości, że Joan ma po prostu dość jego troskliwości, dość jego 
zazdrości,   stałej   reżyserii   jej   życiowych   posunięć,   a   przede   wszystkim   dość   jego   żony,   która 
wprawdzie tolerowała znajomość zdolnego plastyka z doskonale zapowiadającą się modelką, ale nie 
chciała nawet słyszeć o rozwodzie. Wątpliwe zresztą, czy Mark kiedykolwiek jej to proponował.
A  niechby   wynajął   jakiegoś   szpicla   -   pomyślała,   połykając   proszki   nasenne   (Hipnonal,   pochodny 
barbituranów) - i tak mu nic nie powie.
Zasnęła   natychmiast.   Bardziej   we   śnie   niż   na   jawie   dotarł   do   zwolna   wyłączanych   obwodów 
świadomości ostrzegawczy skowyt Tobby'ego i wydało jej się, że coś delikatnie wsunęło się w nogi jej 
posłania.
-Dobranoc,   piesku   -   pomyślała   raczej   niż   szepnęła.   Nie   usłyszała   już   odpowiedzi.   Cichego   głosu 
naładowanego bólem i żarliwością:
-Dobranoc, kochana, kochana, kochana...
Dzień był szalony, jak zwykle na początku tygodnia. Co gorsza - lało! Zrobili więc tylko krótką serię 
zdjęć w atelier, Mark się nie pojawił, przysłał swego zastępcę Normana (23 lata - chyba malarz), 
niskiego gnoma o chorobliwej jak na swój wiek tuszy. „Brzydszy od guana" - oszacowała go Joan.
Potem były zakupy, spotkanie z Barbarą (33 lata - dziennikarka), która załatwiała Joan wejście do 
telewizyjnego serialu. Trzeba się ubezpieczyć na wypadek definitywnego rozstania z Leonem. Późnym 
wieczorem Barbara, jej przyjaciel Michael (około 40 — nie wiadomo kto, może coś wspólnego z mafią) 
oraz brat Barbary, Ro-nald (25 lat - tancerz, urzekająco inteligentny homoseksualista) zabrali modelkę 
do chińskiej restauracji, by koło pierwszej odstawić ją do domu. Ronald wspaniale nadawał się na 
kumpla okresu przejściowego - opiekuńczy, bystry, doskonale zorientowany w aktualnych prądach, od 
mody po sztukę nowoczesną, zyskał u Joan moc sympatii. Jego, modna ostatnio, dewiacja tylko doda-
wała znajomości szczególnego pieprzyku.
Taktownie odmówił, kiedy zaprosiła go na kawę. Sama więc zamknęła drzwi do mieszkania. Brzęknęła 
startująca winda, a dziewczynę znów zalała niewytłumaczalna fala niepokoju. Nie, to nawet nie był 
strach, raczej pewien gatunek podniecenia, które spada na nas, gdy stajemy oko w oko z nieznanym. 
Tobby czekał na nią skulony w szafce na buty. Znów paliły się wszystkie światła.
Zdenerwowana   podniosła   dywan,   przesunęła   etażerkę.   Nigdzie   ani   śladu   instalacji   kamer   czy 
posłuchów. Zadzwoniła do portiera, ale ten stwierdził, że nikogo nie było i nikt się o nią nie pytał. 
Lekko zataczając się - mieszanka szampana i czegoś przypominającego sake, mirno że wypita w 
umiarkowanej ilości, zrobiła swoje — Joan puściła Wodę do wanny i poszła się rozebrać. Wróciła po 
chwili i kiedy spojrzała w lustro, serce podeszło jej do gardła. Na świeżo zaparowanej tafli ktoś napisał 
palcem: NIE BÓJ SIĘ. JA CIĘ KOCHAM. Nie krzyknęła, choć krzyknąć chciała, wybiegła z łazienki i 
dopiero skowyt podeptanego przez nią Tobiasza przywrócił jej zdolność mowy.
- Mark...? - rzuciła niepewnie w stroną uchylonych drzwi sypialni.
Cisza. Tylko szmer wody napełniającej wannę.
- Kto tu jest? - zapytała,  nie poznając własnego głosu.  – Proszę natychmiast wyjść, bo zawołam 
policję. - Sięgnęła po telefon.
-Nie rób tego, proszę! - odezwał się tuż za nią męski głos. Skoczyła, upuszczając aparat.
-Gdzie pan jest? Ratunku!
Rozpłaszczona na drzwiach od kuchni słuchała, jak głos niewidzialnego osobnika przybliża się coraz 
bardziej i bardziej.
-Nie bój się mnie. Mnie tu nie ma.
-Mark pana wynajął, prawda?
-Nie znam żadnego Marka. Nikt mnie nie wynajął. Mnie tu
nie ma.
- Przecież pana słyszę. Proszę wyjść!
Powoli dochodziła do siebie. Jak na razie nieznajomy nie wydawał się agresywny. Ale magnetyczny 
gwałciciel też zaczynał od karmienia dzieci cukierkami.
- Przebywa u pani jedynie cząstka mnie — ciągnął głos. – Moja myśl, którą ogromnym wysiłkiem 
przemieniłem   w   głos.   Czasem,   gdy   się   wyjątkowo   skupię,   mogę   na   chwilę   stać   się   maleńkim 
fragmentem materii. Na przykład własnym palcem.
- To pokaż ten palec! - rzekła rzeczowo.
Przez chwilę trwała cisza, po czym o jakiś metr od dziewczyny zamajaczył niewyraźny, jakby utkany z 
cielistej mgły męski kciuk. Po sekundzie znikł, a towarzyszyło temu ciężkie westchnienie.
- To bardzo męczące - powiedział głos.
Widok kciuka, o dziwo, znacznie uspokoił Joan, zrobiła parę kroków. Strach zmienił się w ciekawość.
- Musi pan być znakomitym iluzjonistą- stwierdziła—to naprawdę nadzwyczajny trick.

background image

- To miłość, Joan!
Dopiero w tym momencie dziewczyna uświadomiła sobie, że stoi naga, rozmawiając z niewidzialnym 
właścicielem kciuka, a woda z pianą wylewa się już na korytarz.
-Proszę zaczekać - rzuciła machinalnie i pobiegła do łazienki. Poszedł za nią.
-Pan nie miał prawa mnie nachodzić! - powiedziała, zakręcając kran i narzucając podomkę. - Gdyby 
mój Mark się dowiedział...
-Wiem,   nie  powinienem  -  w  głosie  zabrzmiała   skrucha   -  ale   proszę   mnie  zrozumieć.  Nie  potrafię 
zapanować nad swym uczuciem. Jakiś miesiąc temu znalazłem pani zdjęcie w „Playboyu". I od tej 
pory dosłownie zwariowałem! Wpatrywałem się w tę fotografię godzinami i nie potrafiłem myśleć o 
niczym innym jak o tobie. A miałem dużo czasu...
Zwykły fetyszysta - pomyślała Joan, a głośno rzekła: -Wiem, że jestem ładna, dostaję sporo listów od 
wielbicieli...
-To nie to - przerwał jej głos. - Ja myślałem o pani inaczej. Myślałem intensywnie, aż do bólu. A potem 
zdarzyło się coś niewiarygodnego. Moje myśli skupiły się i odnalazły panią. I wtedy cię zobaczyłem. 
Całą...
-Rozumiem, wyobraźnia.
-Wyobraźnia to słabo powiedziane! Dogoniłem cię swymi myślami niczym wiązką lasera. Nigdy nie 
widziałem cię osobiście, a dziś potrafię powiedzieć o tobie więcej, niż gdybym znał cię latami. Tego nie 
powiedziało mi płaskie zdjęcie. Ja od paru tygodni widzę cię bez przerwy! Raz zdobywszy myślowy 
kontakt, postanowiłem go nie stracić. Mimo że oddziela nas wiele setek kilometrów, z dnia na dzień 
moja myśl materializowała się coraz bardziej. Widzenie twej twarzy, postaci, z czasem rozszerzyło się 
na   twoje   otoczenie,   mieszkanie   i   w   końcu   cała   moja   świadomość   znalazła   się   przy   tobie,   Joan. 
Zmaterializowała się tutaj część mnie samego.
-To nieprawdopodobne!
-Wyciągnij rękę, proszę.
Zaryzykowała.   Uniosła   dłoń.   Przez   ułamek   sekundy   dostrzegła   nad   nią   cień   ust   i   poczuła   ciepło 
pocałunku. Zadrżała. Z pocałunku emanował taki żar, ogromna, przekonywująca siła...
- Teraz   proszę   jednak   wyjść   -   powiedziała,   cofając   rękę.   Odszedł.   Był   równie   delikatny   jak 
niewidzialny.   Przez   moment   Joan   zastanawiała   się,   czy   go   nie   przywołać,   przekonać   się,   !lzy 
naprawdę myśli tego mężczyzny cały czas krążą wokół niej? wyciężyła kobieca kalkulacja - niech on 
decyduje.
Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Zderzenie z nieznanym przekraczało jej możliwości percepcyjne. 
Każda   próba   wytłumaczenia   zjawiska   prowadziła   w   ślepą   uliczkę.   Poza   jedną.   Że   gdzieś   żyje 
mężczyzna oszalały na jej punkcie z miłości, a jego myśli potrafią się zmaterializować. Może dlatego 
nie powiedziała o wieczornym gościu nikomu.
Tymczasem   Głos   (nie   wymienił   swego   imienia,   a   ona   postanowiła   nie   pytać)   wrócił   następnego 
wieczora. Joan złapała się na tym, że czekała, gorąco pragnęła tej dziwnej, wywołującej dreszczyk 
obecności.   Imponowała   jej   owa   szaleńcza   miłość   i   czuła   się   w   obecności   Głosu   jak   Alicja 
przekradająca się na drugą stroną lustra.
Ten wieczór i osiem następnych utworzyły jakby kolejne sceny niezapomnianego snu. Niewidzialny był 
przemiły - opowiadał wspaniałe historie, z których wynikało, że zna świat jak własną kieszeń, śpiewał 
melodyjne piosenki, całował japo rękach. Nic więcej zrobić nie mógł i chyba nie chciał.
Po południu dziewiątego dnia  wpadł Mark. Prawie go  nie poznała, był  blady, miał sine worki pod 
oczami, a całe ciało przesycał zapach alkoholu. Dużo kosztowało go to przyjście.
- Wygrałaś, Joan - rzucił ponuro. - Nie mogę żyć bez ciebie. Rozwodzę się z tą suką!
Kiedyś podskoczyłaby na te słowa do sufitu. Teraz nic nie odpowiedziała. Przeprosiła tylko Marka 
stwierdzając, że oczekuje umówionej wizyty. Czuła, jak wszystko w niej zamknęło się na głucho przed 
tym   obcym,   choć   niewątpliwie   nieszczęśliwym   człowiekiem.   Myślała   o   Głosie.   Obojętnie   przyjęła 
stwierdzenie Marka, że odwiedzi ją jutro, nie zareagowała na gorące prośby o spędzenie wspólnego 
wesołego   wieczoru,   nie   wzruszyły   jej  nawet   dwie   łzy,   które   zakręciły  się   w   oczach   tego   przecież 
silnego człowieka.
Owego wieczoru Głos był jakiś nieswój. Przygnębiony. W pierwszej chwili myślała, że chodzi mu o 
wizytę jej byłego narzeczonego, że przysłuchiwał się jego wyznaniom, ale nie.
-Powinnaś się z nim pobrać, zasługujesz, żeby być szczęśliwą - powiedział.
-Co ci jest? - Po raz pierwszy odczuła przemożną chęć dowiedzenia się o nim czegoś więcej. Odgadł 
to natychmiast.
-Chciałbym, żebyś o mnie pamiętała, Joan, Nawet jeśli dowiedziałabyś się o mnie złych rzeczy. Nie 
wierz w nie. A przynajmniej nie do końca!
-Ależ to niemożliwe, nigdy nie uwierzę, że mógłbyś zrobić coś złego.
-W każdym z nas jest paru ludzi. Jesteśmy bardzo słabi. A im słabsi, tym gorsi. A czasami mamy 

background image

koszmarnego pecha.
Postanowiła przejąć inicjatywę.
-A gdybyśmy się tak spotkali? Jeżeli nie możesz do mnie przyjechać, może ja przyjechałabym do 
ciebie?
-Niemożliwe - odpowiedział z takim cierpieniem, że aż ją zabolało. - I tak widzimy się dziś po raz 
ostatni.
-Co takiego?
-Dostałem od ciebie dziesięć dni. Dziesięć wspaniałych dni. Chyba jedynych pięknych dni w moim 
życiu.   Dziękuję  ci  za  nie. Aha,   wielokrotnie   chciałaś  zapytać  o  moje   imię.   Nazywam  się  Richard. 
Normalne imię, nic specjalnego. Muszę odejść, nie mam już siły...
Krzyknęła, gdy głos zaczął cichnąć. Nic nie rozumiała. Wszystko miałoby skończyć się tak głupio, tak 
nijak? Jeśli naprawdę ją kochał? Nie lubiła tego słowa, uważając je za egzaltowane. Chociaż sama w 
ciągu tego tygodnia bardzo się zmieniła. I nawet zaczynała wierzyć, że wielkie uczucie jest możliwe.
- Dick! Nie odchodź! Jeśli naprawdę mnie kochasz, to bądź ze mną. Na zawsze. Jak mężczyzna. 
Chcę cię mieć całego, nie tylko twój głos. Dick!
Odpowiedzią była cisza, jedynie Tobby obudzony krzykiem swej pani zaczął cichutko skowyczeć.
Wydarzenia w więzieniu stanowym mające miejsce o świcie 7 października odbiły się szerokim echem 
w miejscowej, a nawet ogólnokrajowej prasie. Do dziś żadna ze specjalnie powołanych komisji nie 
potrafiła   wyjaśnić,   jak   to   się   stało,   że   tuż   przed   włączeniem   prądu   Richard   Stenten   (38   lat   - 
sześciokrotny zabójca z lubieżności) zniknął nagle z krzesła elektrycznego.
Konsternacja   powiększyła   się,   gdy   w   parę   miesięcy   później   okazało   się,   że   Stenten,   ekshippis, 
domokrążca   był   niewinny,   a   wszystkich   zbrodni   dokonał   jego   sobowtór   odnaleziony   w   jednym   z 
południowych stanów.
Joan   ocknęła   się   nad   ranem.   W   słabym   świetle   sączącym   się   przez   kotary   prawie   natychmiast 
dostrzegła postać siedzącą na fotelu obok jej tapczanu. Postać początkowo mglistą, z każdąjednak 
sekundą nabierającą wyglądu żywego człowieka.
- Dicki Jesteś! Wróciłeś, kochanie!
Richard wykonał gest, jakby chciał coś powiedzieć. Zatrzymać ją. Za późno. Cofnął się więc razem z 
fotelem,   aż   pod   metalowy   grzejnik.   Ale   Joan   wyskoczyła   z   łóżka   i   bosa   rzuciła   się   na   szyję 
ukochanego mężczyzny.
Dopiero   po   dwóch   dniach,   po   sprowadzeniu   policji   i   wyłamaniu   drzwi,   Mark  odnalazł   zwłoki  swej 
narzeczonej splecione z ciałem mężczyzny, którego tożsamości dotąd nie udało się ustalić. Oba ciała 
były sczerniałe, jak po porażeniu prądem olbrzymiej mocy. Nigdzie jednak nie znaleziono śladu spięcia 
czy przebicia w elektrycznej instalacji. Nie uległo zwęgleniu nic z wyposażenia mieszkania. Na wszelki 
wypadek, prasy do sprawy nie dopuszczono.

Problem malarski

Manfred   był   niewątpliwie   uzdolnionym   malarzem.   Może   nieco   ekscentrycznym,   może   nazbyt 
ulegającym nowym trendom, chociaż byli i tacy krytycy, którzy uważali jego twórczość za czystą neo-
klasykę.
Jako człowiek skromny, żył na uboczu, na przedmieściu, malując portreciki i pejzaże, tylko czasem na 
zlecenie rady miejskiej palnął jakiś „wymarsz straży dziennej" czy scenkę mitologiczną.
Niemniej   jego   malarstwo   (ocenę   kolorystyki   jej   światłocienia   pozostawmy   specjalistom) 
charakteryzowała jedna zdumiewająca cecha. Było ono żywe. Absolutnie. Jeśli ktoś jeszcze nie pojął, 
co   to   znaczy,   powtarzam,   na   obrazach   Manfreda   toczyły   się   autentyczne   bitwy,   lała   się   krew, 
wniebowstępowali święci, a rodzina regenta szczerzyła zęby i robiła miny.
Nikt nie rozgryzł do dziś dnia jego specyficznej techniki malowania, w każdym razie nie była to ani 
holografia,  ani telewizja, rzeczy  w  owej zamierzchłej  epoce  nieznane,  raczej ogromna  siła  talentu 
malarza odbijała się w obrazie jak w lustrze i telepatycznie oddziaływała na odbiorców. Nie dziwota 
więc, że kiedy szerzej rozeszły się wieści o niezwykłym kunszcie, napłynęły dziesiątki zamówień, nie 
wyłączając kół dworskich. I Manfred zaznał prawdziwej sławy. Co prawda krótkotrwałej.
Chryja wybuchła po sportretowaniu infantki. Isabella była dziewczynką niesforną i taką pozostała na 
portrecie. Pokazywała język, pluła na gości zagranicznych, a na koniec obsiusiała posła cesarskiego.
Jeśli   do   tego   dorzucimy   niezdyscyplinowane   zachowanie   starego   gwardzisty   z   obrazu   „Szarża   w 
bitwie   pod   Magambos",   który   podczas   otwarcia   wystawy   wykonał   nieregulaminowy   w   tył   zwrot   i 
zamierzył   się   bagnetem   na   jego   wysokość  marszałka,   jasne   się   stało,   że   rychło   z   faworyta   elity, 
Manfred przekształci się w wyrzutka, a potem w banitę.
Jego obrazy zamknięto w najniższych partiach skarbca. Wyznaczono do ich pilnowania strażników - 
ślepców, samo zaś imię Manfred zostało wycofane z kalendarza i nawet ci nieliczni, którzy je nosili, 

background image

czym prędzej przechrzcili się na Mamertów, Maurycych i Marchołtów. I zapanował spokój.
Wiele wody upłynęło w rzekach królewskich, zmieniło się paru monarchów, aż pewnego dnia jak grom 
z   jasnego   nieba   uderzyła   wszystkich   wieść,   że   Manfred   został   odznaczony   „Wielkim   Krzyżem 
Cesarstwa Pontu", mianowany Kawalerem Maltańskim, a jego dzieła wystawiono w Luwrze i w British 
Museum. Wielkie poruszenie nastało w kraju. Dwór nakazał bić w dzwony, strzelać z dział na wiwat, 
chociaż co młodsi obywatele nie pojmowali ani o kogo, ani o co chodzi.
Rychło zorganizowano też ekspozycję prac Manfreda. Wywołała ona niezwykle zainteresowanie, a 
bilety zostały wykupione na pięć miesięcy wcześniej. Nadszedł dzień otwarcia.
W   kuluarach   dawnej   stajni,   przebudowanej   na   pawilon   wystawowy,   zgromadziła   się   bohema, 
oligarchia i inna śmietanka.
Szczęknęły złote nożyce w rękach arcyksięcia, ze szmerem towarzystwo wpłynęło do galerii. Potem 
nagle zapadła cisza, którą przerwał dopiero czyjś piskliwy okrzyk:
— To falsyfikaty!
Tłum począł cisnąć się do obrazów. Znane z opowiadań malowidła trwały majestatycznie całkowicie 
nieruchome - dostojna infantka, sztywni gwardziści z „Szarży pod Magambos", podobnie jak osłupiałe 
amorki z „Tryumfu Wenus".
— Falsyfikaty! — zakotłowało się na sali.
— Nieprawda — wykrzyknął siwowłosy krytyk. — Wszędzie są sygnatury Manfreda, znam te obrazy 
doskonale i ręczę za ich autentyczność.
—Dlaczego więc są nieruchome?
—Po prostu z wiekiem ekscentryczny twórca ustatkował się. A obrazy wraz z nim.
Prawda wyszła na jaw znacznie później. Puścił farbę po pijanemu dozorca ekspozycji. Okazało się, że 
w noc przed otwarciem, na rozkaz odpowiednich czynników, wszystkie postacie z obrazów zostały 
poprzybijane gwoździami do ściany.

Urojenie

Nie wiem, skąd się to wzięło. To ciągłe, denerwujące urojenie, uczucie czyjejś stałej, nieproszonej 
obecności.
- A może ja jestem chory psychicznie? - Ileż razy dziennie zadawałem sobie to pytanie. Niestety, nigdy 
nie miałem dość odwagi i zdecydowania, aby pójść do lekarza specjalisty.
A przecież, czy mogło to być tylko urojenie? Te kroki, szelesty i nieustanny ciężar czyjegoś uważnego 
spojrzenia. Co gorsza, z biegiem czasu mój niepokój stawał się coraz silniejszy. Zwłaszcza siedząc w 
pustym pokoju, czułem jego obecność za szafą.
Mówię o nim „on" - bo czyż mogłem nazwać inaczej coś, czego nie sposób dojrzeć ani zrozumieć? Po 
prostu on mi towarzyszył. Zasypiając czułem, jak staje przy mym wezgłowiu, lecz kiedy raptownie 
otwierałem oczy, tylko lekkie kołysanie story w uchylonym oknie zdradzało kierunek jego ucieczki.
Miałem też ślady bardziej namacalne — z lodówki znikało pożywienie, z barku napoje. Kiedy szedłem 
pustą ulicą, słyszałem za plecami jego lekki krok, kiedy jednak odwracałem się, zawsze zdążył ukryć 
się za węgłem. A może rzeczywiście to była tylko chora wyobraźnia.
Nie, nie powiem, żeby czynił mi coś złego. Po prostu był. Kiedy zamykałem się w łazience, słyszałem 
zza drzwi trzeszczenie mojego bujanego fotela i szelest gazet. Czasem dopisywał mi słowo brakujące 
w krzyżówce, kiedy indziej ściszał radio grające na pełny regulator.
Usiłowałem jakoś się z nim porozumieć. Pisałem do niego kartki i podania. Apelowałem. Błagałem, 
żeby wyznał chociaż, dla kogo pracuje. Bez rezultatu.
Najgorzej   było,   kiedy   przychodziła   do   mnie  Anna.   Wspaniała   dziewczyna,   cała   moja   nadzieja   na 
lepsze   życie   pozamałżeńskie.   Ledwie   drżącymi   dłońmi   zanurzałem   się   w   batyst   jej   bluzeczki,   z 
przedpokoju dolatywało ciche, znaczące chrząknięcie. Dlaczego jednak panowała dyskretna cisza, 
kiedy wypełniałem obowiązki małżeńskie?
Było ze mną coraz gorzej. Podobno marniałem w oczach. Nieraz pytałem znajomych, czy nie widzą i 
nie słyszą czegoś koło mnie. Wzruszali ramionami.
-Jesteś nadwrażliwy — powtarzali.
-Ja nadwrażliwy?! Być może, ale nie do tego stopnia!
Z dnia na dzień rosła we mnie tępa agresja. Czułem, że trzeba z tym skończyć. Obojętnie, w jakim 
celu mnie szpiegowano - skończyć raz na zawsze. Wśród moich zbiorów, a pasjonowałem się od lat 
zbieraniem militariów, posiadałem jeden sprawny granat.
Nastało właśnie piękne letnie popołudnie, żona miała dyżur, nic więc dziwnego, że zawitała do mnie 
Anna.  Świeża,  pachnąca,  w  najwyższym stopniu  ponętna.  Siadłem  jak  zwykle  przy  biurku,  a ona 
przycupnęła mi na kolanach. Jej włosy muskały mi twarz. Jej szyja... Wtuliłem się w nią pocałunkiem. 
Do licha! Zapowiadało się prawdziwe szaleństwo.

background image

W przedpokoju zachrząkało.
Udając,  że  posuwam  się   dalej  w  namiętnej  grze,   uchyliłem  szufladę   i  namacałem  chłodny metal. 
Wyciągnąłem zawleczkę. Policzyłem i wrzuciłem granat do przedpokoju!
Huk. Kurz. Poleciały szyby, posypał się tynk. Anna zemdlona osunęła się na dywan. Nie zwracałem na 
to uwagi.
Przysiągłbym,   że   w   momencie   eksplozji   usłyszałem   wysoki,   bolesny   krzyk.   Wybiegłem   do 
przedpokoju. Wszędzie była krew, na podłodze, na poharatanej boazerii, na suficie. Krew i pióra... 
Długie, białe pióra, strzępy delikatnej, śnieżnobiałej tkaniny... Krew, pióra i złocisty krążek aureoli na 
wieszaku.

Zbrodniarz

Joe  Adams   wdusił   przycisk  samochodowego   magnetofonu,   odezwała   się   muzyka.   Niezadowolony 
pokręcił głową i wyminąwszy szerokim łukiem transkontynentalną ciężarówkę, obrócił kasetę na drugą 
stronę, potem cofnął taśmę i ponownie nacisnął przycisk.
„Naprawdę nie wiem, panie Adams, co mnie podkusiło, żeby pójść na tę wyprzedaż. Byłem całkowicie 
szczęśliwym   człowiekiem.   Miałem   dobrą   pracę,   kochającą   żonę,   urocze   dziecko.   Czy   tylko   nagły 
impuls kazał mi sprzedać poczciwego austina, czy chęć zaimponowania Frankowi? Czerwony wóz stał 
na samym skraju placu. Zwracał uwagę solidną sylwetką i oryginalnym kształtem. Mimo że znam się 
na wozach, nie rozpoznałem marki.
- Robota   na   specjalne   zamówienie   -   mruknął  któryś   z   tych   niechlujnie   ubranych   znawców,   którzy 
szwendają się po podobnych giełdach starych samochodów.
Spojrzałem  na  tekturkę  z  wypisanymi parametrami,  dane  były  zachęcające.  Duża  moc,  niewielkie 
spalanie, produkcja wprawdzie sprzed trzech lat, ale zgoła minimalny przebieg.
Nie wahałem się długo, zwłaszcza że cena była doprawdy śmieszna.
Ponieważ   w   baku   nie   było   ani   kropili   benzyny,   wziąłem   kanister   i   przeszedłem   do   dystrybutora 
znajdującego   się   vis-a-vis.   Obsługiwał   go   siwy   mężczyzna   o   krzaczastych   brwiach   i   głęboko 
zapadniętych   oczach,   przywodzący   na   myśl   puszczyka.   Mówił   zresztą   podobnie,   chrapliwie 
wyrzucając z siebie sylaby.
-Pan, proszę pana, kupuje ten wóz?
-Już kupiłem.
Westchnął ciężko i precyzyjnie splunął przez lewe ramię.
- To był błąd, wielki błąd.
Kiedy wyraziłem zdziwienie i spytałem, na czym polegał ten błąd, jeszcze raz powtórzył to samo i 
zakończył burkliwym przekleństwem.
Mechanik dyżurny nie podzielał obaw staruszka.
-Zrobił pan pierwszorzędny interes. Wóz jest w doskonałym stanie. Opiekuję się nim od przeszło roku.
-Od roku? I nikt go nie kupił?
Uśmiechnął się z politowaniem:
-Wie pan, jacy są ludzie. Przesądni.
-Znaczy, dokładnie na czym to polega? Wzruszył ramionami:
- Daj pan spokój, nie płacą mi za opowiadanie bajek. Ktoś chlapnął, że podobno taki wóz przynosi 
pecha. Ale kto by wierzył w podobne bzdury w dwudziestym wieku.
Z   natury   jestem   dociekliwy,   zasięgnąłem   więc   informacji   o   poprzednich   właścicielach.   Samochód 
szybko przechodził z rąk do rąk. Trzech ostatnich posiadaczy wozu ustaliłem dosyć szybko. Byli nimi: 
lord Sunderton, Jonathan Cooks Jr. i wielebny George Donovan.  Wehikuł miał rzeczywiście ponurą 
przeszłość. Pastor Donovan, po potrąceniu grupki dzieci przechodzących przez jezdnię, zeskoczył z 
wysokiego wiaduktu w Burton Hills, Jonathan Cooks udusił na tylnym siedzeniu swoją sekretarkę, 
natomiast lord Sunderton zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Ostatni świadkowie widzieli go, 
jak jechał z dużą szybkością w stronę swego letniego domku, w Devonshire. Na miejsce jednak nie 
dotarł. Natomiast dwa dni później czerwony automobil odnalazł się w garażu pod jego londyńskim 
mieszkaniem.
Nie  udało mi się natomiast  niczego  dowiedzieć  o  jego  konstruktorze ani  producencie,  biorąc pod 
uwagę ustawienie kierownicy, musiała to być produkcja kontynentalna.
Bieżące   obowiązki   sprawiły,   że   zapomniałem   o   tych   wszystkich   ostrzeżeniach   tym   bardziej,   że 
samochodzik przez równy tydzień sprawował się doskonale, powiem więcej, panowała w nim taka 
jakaś miła atmosfera, że nawet po krótkim przejeździe wychodziłem odprężony i zrelaksowany.
Dopiero w czwartek zdarzył się zadziwiający fakt. Lord, nasz airedale-terrier, znany ze spokojnego 
charakteru, przywitał mnie po powrocie z pracy dziwnie zjeżony, gniewnie obszczekiwał wóz i usiłował 
nawet ugryźć oponę. Odgoniłem go, a nawet przyłożyłem smyczą, co wywołało łzy u mojej małej Mary, 

background image

której Lord był ulubieńcem.
Nazajutrz, był to piątek, po pracy nie wjechałem samochodem do garażu, tylko zostawiłem go na 
podjeździe z zamiarem gruntownego umycia karoserii. Był piękny letni dzień. Mary z Lordem figlowali 
wśród drzew w ogrodzie. Skończywszy mycie, poszedłem zakręcić kran i wtedy nagle usłyszałem 
przeraźliwy krzyk dziecka: - Tato, tato!!!
Wybiegłem spoza domu. Mimo zaciągniętego hamulca ręcznego wóz stoczył się spod garażu i wbrew 
wszelkiej logice zamiast ku ulicy przez trawnik potoczył się w głąb ogrodu, zatrzymując się dopiero na 
pniu starej jabłoni. Za nim właśnie w ostatniej chwili schroniła się Mary, szlochając i drżąc:
- Zabierz go, koniecznie zabierz go stąd tatusiu, on chciał mi zrobić krzywdę.
Usiłowałem ją uspokoić, ale daremnie.
- On mnie gonił, paliły mu się reflektory, sam ruszył. Ścigał mnie!
Wzruszyłem   ramionami.   Opowieść   dziecka   brzmiała   tak   absurdalnie,   że   nie   można   jej   było 
potraktować poważnie. Wycofałem samochód do garażu, zamknąłem bramę. Ale później coś mnie 
podkusi-ło, żeby obejrzeć ślady na trawniku. Zadziwiające. Wóz, którym nikt nie kierował, wykonał 
prawdziwy slalom między drzewami. Doszedłem jednak do wniosku, że musiały sprawić to kamienne 
płytki wystające z darni. Bo jakież mogło być inne wytłumaczenie?
Moja niefrasobliwość już wkrótce miała mnie drogo kosztować. Cztery dni później musiałem udać się 
do jednego z naszych klientów poza miastem.
Pora była przedwieczorna. Jechałem niezbyt szybko wąską, pustą drogą, gdy kilkaset metrów przed 
sobą ujrzałem turystę idącego skrajem. Słysząc nadjeżdżający pojazd, odwrócił się i zamachał dłonią.
Zdjąłem nogę z gazu, ale ku memu zdumieniu wóz sam przyspieszył. Usiłowałem skręcić, kierownica 
była   jak   zabetonowana.   Zdumienie   na   twarzy   młodego   człowieka   zmieniło   się   w   śmiertelne 
przerażenie,   skoczył   w   bok,   ale   samochód   jakby   przewidując   jego   zachowanie,   skręcił   o   ułamek 
sekundy   wcześniej.   Ciało   turysty   przekoziołkowało   ponad   wozem   i   runęło   z   charakterystycznym 
łomotem na asfalt. Z całej siły naciskałem na hamulec, ale miało to odwrotny skutek, kluczyk nie dawał 
się   wyrwać   ze   stacyjki,   ręczny   nie   działał.   Dopiero   po   ujechaniu   paru   mil   wóz   począł   reagować 
normalnie.   Zachowywał  się  posłusznie,  miękko,   wręcz przymilnie.  Nie  wiem,   czy  może  pan  sobie 
wyobrazić, panie Adams, co działo się w mojej głowie. Nikt nie miałby wątpliwości, że rozmyślnie 
staranowałem   człowieka,   nie   usiłując   hamować,   co   gorsza   goniąc   go   na   poboczu,   a   następnie 
zbiegłem z miejsca wypadku, nie udzielając mu pomocy.
Czy w tej sytuacji może pan się dziwić, że nie zgłosiłem się na policję? Kto by uwierzył w bajeczkę o 
zbrodniczych instynktach automobilu? Jeszcze bardziej zdumiałem się po oględzinach auta. Mimo 
zderzenia w pełnym pędzie, nie znalazłem ani śladu wgniecenia karoserii, ani najmniejszego odprysku 
lakieru.
Na wszelki wypadek następnego dnia zostawiłem wóz w garażu i pojechałem do pracy kolejką, myśląc 
gorączkowo, jak wyplątać się z afery. Mój sceptycyzm prysnął, pragnąłem tylko jednego, pozbyć się 
mordercy, nawet gdybym miał dopłacić. A do czasu zawarcia transakcji, za żadną cenę nie wypuścić 
go z garażu.
Wczesnym popołudniem udałem się na lunch z Gary Fishe-rem, jednym z naszych stałych klientów. 
Gary miał ze sobą teczkę, w której, jak twierdził, znajdowało się sporo nieoszlifowanych diamentów. 
Wyszliśmy z baru, zamierzając wezwać taxi (wóz Garego byt akurat u mechanika), kiedy usłyszałem 
cieple:
- Jestem, kochanie. Tak, jak prosiłeś.
Mówiącąbyła  moja  żona,  która  stała  obok  czerwonego,  sportowego samochodziku,  wyciągając  do 
mnie rękęz kluczykami. Uderzyła mnie fala gorąca.
- Prosiłem? Co ci wpadło do głowy? Zdziwiła się.
- Dzwoniono z twego biura, że koniecznie potrzebujesz wozu. Przyprowadziłam ci go, żaden kłopot. I 
tak wybierałam się do fryzjera.
- Znakomicie - ucieszył się Gary. - Podwieziesz mnie? Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale 
Fisher   nalegał.   Jak   się   wykręcić?   Przecież   trudno   było   mu   powiedzieć,   że   podróżowanie   moim 
samochodem grozi śmiercią lub kalectwem. Inna sprawa, miałem cichą nadzieję, że przy świadkach 
wóz będzie zachowywać się przyzwoicie. Siadając za kierownicą, zachodziłem w głowę, jaki cymbał z 
firmy wpadł na pomysł, żeby wyświadczyć mi taką przysługę. Znacznie później uświadomiłem sobie, 
że w moim wehikule znajduje się radiotelefon.
Na razie moją głowę zaprzątał inny plan: po odwiezieniu Fi-shera zamierzałem po prostu porzucić 
auto na ulicy.
Przez całą drogę zbrodniczy czterosuw nie dawał najmniejszych powodów do obaw. Dopiero, kiedy 
stanęliśmy na miejscu i Gary zaczął wysiadać, gwałtownie zatrzasnęły się drzwiczki, przycinając mu 
rękę. Drogocenna teczka została w środku, a silnik ostro ruszył.
Znowu   zostałem   ubezwłasnowolniony,   Fisher   krwawiąc   pędził   za   nami,   a   wóz...   Wóz   wyrwał 

background image

kilkadziesiąt metrów do przodu, po czym migając światłami, gwałtownie zawrócił. Wiedziałem już, co 
nastąpi.   Zamknąłem   oczy.   Uderzenie   było   miękkie,   precyzyjne.   Z   miejsca   mordu   oddaliliśmy   się 
szybko. I znowu po paru milach wszystko wróciło do normy. Zahamowałem. Czułem się jak ciężko 
chory, wie pan, torsje, zawroty głowy. Później, gdy trochę ochłonąłem, począłem uciekać w pole, i 
wtedy... Pan nie uwierzy, on ruszył za mną, spokojnie, jak dobrze przyuczony pies, nie za wolno, nie 
za szybko, nie za blisko i nie za daleko. Nasz spacer trwał jakiś czas, dopóki nie błysnęła mi myśl: 
przechytrzę go, przy najbliższej okazji rozbiję bydlaka na kawałki. Sam przy tym zginę, ale to nawet 
lepiej.
Jakże   nie   doceniałem   mechanicznego   upiora.   Od   momentu,   gdy  znowu   znalazłem   się   w   środku, 
dosłownie wściekł się. Nie reagował na nic. Nieposłuszny był mi zarówno klakson, jak i wycieraczki, 
zablokowały   się   drzwi,   a   nawet   elektryczna   zapalniczka   kopała   impulsami   elektrycznymi,   gdy 
próbowałem jej dotknąć.
A  zbrodniarz   działał   niezmordowanie;   nie   potrafię   wymienić,   ilokrotnie   spowodował   kolizje   innych 
pojazdów,   ile   razy   zepchnął   do   rowu   motocyklistę   czy   rowerzystę.   Dodajmy   do   tego   potrącenia 
kilkunastu pieszych i najazd na grupę pasażerów oczekujących na autobus, a obraz hekatomby stanie 
się kompletny. Tak, panie Adams, uwięziony w stalowym pudle przeżyłem koszmar, który, jak mi się 
wydawało,   trwał   wieki,   a   w   istocie   skończył   się   po   trzech   godzinach,   wraz   z   wyczerpaniem   się 
benzyny.
Dotoczyliśmy się w pobliże stacji. Pozwolił mi wysiąść. Najwyraźniej bez paliwa był bezsilny. Jeszcze 
raz   obrzuciłem   go   stekiem   przekleństw.  Ani   drgnął.  Tylko   z   wnętrza   dobiegł   cichy,   niski   głos   nie 
przypominający ludzkiego: „Jakby co, pamiętaj, że masz żonę i dziecko".
Idąc w stronę pawilonu stacji zdecydowałem się. Kupiłem kanister i napełniłem go benzyną, zapałki 
miałem przy sobie.
- Zobaczymy,   czy   jesteś   palny   i   niezniszczalny?   Zawróciłem,   ale   w   tym   momencie   obok   stacji   z 
piskiem zahamowały dwa wozy policyjne. Zostałem aresztowany.
Tu w nagraniu następowało długie westchnienie.
- Resztę   pan   zna,   panie   redaktorze.   Proces,   oskarżenie   o   zabójstwo   Gary'ego   z   pobudek 
rabunkowych.   Stwierdzono,   że   chciałem   ukraść   jego   teczką.   Dalsze   wypadki   uznano   za   „skutek 
pospiesznej ucieczki z miejsca zbrodni". Początkowo mój adwokat usiłował dowodzić, że w momencie 
popełniania   zbrodni   byłem   niepoczytalny,   że   mój   stan   psychiczny...   Ale   biegli   szybko   wykluczyli 
chorobę umysłową, stąd wyrok, który pan zna...
Oczywiście   nawet   w   ostatnim   słowie   nie   powiedziałem   niczego   o   samochodzie-mordercy.   Po 
pierwsze, nikt by mi nie uwierzył, a po drugie, pamiętałem o groźbie pod adresem mojej rodziny. Sam 
pan rozumie. Zgodziłem się rozmawiać tylko z panem, bo znam pańską odwagę, panie redaktorze, 
wiem, że mogę na panu polegać. Wiem, że tylko pan może mi pomóc, już nie mnie, ale ewentualnym 
nieszczęśnikom, którzy nabędą tego czerwonego diabła. Musi pan znaleźć sposoby, aby go zniszczyć, 
zanim dojdzie do dalszych zbrodni. Jestem pewien,  że pan  to  potrafi. Wierzę panu... Proszę być 
ostrożny. Będę się za pana modlił."
Na  tym  zapis  się  kończył.  Joe  Adams  wyłączył  magnetofon.  Historia  była  naprawdę  niezwykła,   a 
opowieść wariata niezwykle sugestywna - przez moment Adams gotów był w nią uwierzyć. Oczywiście 
materiał bardziej nadawał się na opowiadanie fantastyczne niż na reportaż...
Zjechał z głównej drogi na bocznicę. Jeszcze z pół godziny i będzie u Carol, w jej sympatycznym 
domku   letniskowym.   Zerkając   w   boczne   lusterko,   dostrzegł,   mimo   zapadającego   zmroku   nieduży 
samochód,   który   zjechał   z   autostrady   zaraz   za   nim.  Adams   był   ciekawy,   kto   udaje   się   na   takie 
bezludzie w równie mało atrakcyjnej porze roku, zwolnił. Ten z tyłu też zwolnił. Nie na tyle, żeby nie 
móc mu się przyjrzeć. Był to niewielki czerwony samochód o nietypowej sylwecie i, co najciekawsze, 
wydawało się, że nikt nie siedzi za kierownicą. Dziennikarz dodał gazu.

***
Joe Adams zginął po wypadnięciu z szosy na wysokim wiadukcie koło Greenham. Prawdopodobnie 
zawiódł układ kierowniczy. Nie znaleziono żadnych śladów kolizji z innymi pojazdami. Tak przynajmniej 
uważają eksperci. Żadnych świadków incydentu nie było.

Odżywka

Historia zaczęła się dosyć banalnie; George P. Burnett od lat prowadził badania nad pierwotniakami. 
Narażony był z tego powodu na ustawiczne docinki braci, również zoologów, z których najstarszy 
zajmował się słoniami, średni bydłem domowym, a najmłodszy męczył króliki.
- Co ty sobie takim drobiazgiem głowę zawracasz? — podkpiwali.
George P. Burnett, jako prawdziwy naukowiec, niewiele robił sobie z tych docinków i nadal badał 

background image

pierwotniaki, więcej - pokochał je szczerze, głęboko. Traktował je czułe, opiekuńczo; niekiedy, karmiąc 
pantofelka, przemawiał do niego tkliwie:
— No jedz, za tatusia, za mamusię. To bardzo dobra odżywka, lepiej się będziesz rozmnażał.
Odżywka   „Super"   była   osobistym   wynalazkiem   G.P.   Burnetta.   Po   jej   skonsumowaniu   pantofelki 
mnożyły się szybko i bez końca, co umożliwiało skomplikowane i niezwykle doniosłe badania. Badania 
te zresztą były jedyną przyjemnością G.P. od czasu, kiedy jego narzeczona Betty porzuciła go dla 
magistra Collinsa, który w sąsiedztwie przeprowadzał doświadczenia na storczykach. Burnett zemścił 
się   paskudnie,   podrzucając   do   szklarni  fiolkę   z  robactwem,   które   w   jedną   noc  zeżarło   Collinsowi 
najlepsze okazy. Od tego czasu między obu naukowcami zapanowała głucha nienawiść, tym bardziej 
nieuzasadniona,   że   Betty   rychło   przeniosła   swoje   upodobania   na   docenta   Higginsa,   żeby   było 
zabawniej, filozofa—sadystę.
Tymczasem zaszedł pewien fakt, który nadał sytuacji zupełnie inny wymiar. Któregoś dnia rodzina 
(wuj, ciotka, teściowa, szwagier), chcąc dokuczyć Burnettowi, wsypała mu pokaźny zapas odżywki 
..Super" do porannego mleka. I wtedy się zaczęło...
Jeszcze  G.P.   nie  wstał  od   śniadania,   a   tu  pidżama  poczęła  na   nim  pękać,   twarz  się  rozszerzać, 
podział poprzeczny dokonywać się. Przerażona rodzina zaczęła go przepraszać, krępować, nama-
wiać, żeby tego nie robił, ale niestety... Po kwadransie, dwóch Burnettów naturalnej wielkości biegało 
po mieszkaniu, domagając się pożywienia i gorączkowo myśląc, jak zapobiec dalszym podziałom. 
Daremnie.  Po  godzinie  było   już  czterech   Burnettów,   po   trzech   -  ośmiu,  po  pięciu  —  szesnastu... 
Zaczynało brakować dla nich garderoby i jedzenia, żarłoczni byli bowiem jak piranie. Nad ranem cały 
blok mieszkalny był dla nich za mały, a w południe zgłodniały tłum Burnettów wyległ na ulicę, prosząc 
sąsiadów o wsparcie, ewentualnie o dobicie. Wkrótce również w dzielnicach śródmiejskich zaczęło 
dochodzić do budzących zgorszenie scen - Burnettowie dzielili się podłużnie i bezwstydnie na oczach 
kobiet   i   dzieci.   Po   południu   parlament,   na   nadzwyczajnym   posiedzeniu   i   dwugodzinnej   debacie, 
uchwalił   kredyty   na   dodatkowe   prace   badawcze,   celem   zahamowania   podziałów.   Ale   wszystko 
następowało już zbyt szybko. Pod wieczór Burnettów można było spotkać wszędzie. Co gorsza, dało 
się zauważyć, że inteligencja ich malała wraz z ilością . podziałów: dwóch Burnettów było dwa razy 
głupszych   od   jednego,   czterej   posiadali   jedną   czwartą   inteligencji   pierwszego.   Po   dwóch   dniach 
mrowie rozplenionych G.P. miało inteligencję stada ślimaków.
Powtórne   posiedzenie   parlamentu,   po   dłuższych   wahaniach   ustaliło   premię   za   odstrzał   Burnetta. 
Pomysł  był  jednak  spóźniony,  kiedy  bowiem   o  północy  wprowadzono  go   w  życie,  Burnettów  było 
więcej niż obywateli w mieście, ba... więcej nawet niż amunicji. A czy ktokolwiek może wyobrazić 
sobie,  jaką bestią był rosły, osiemdziesięciokilogramowy  Burnett, o  móżdżku  stawonoga,  który, co 
gorsza, mimo spadku inteligencji zachował wzmożony instynkt samozachowawczy i niezwykłą wprost 
żarłoczność.
Drugiej nocy wielotysięczne tłumy identycznych tęgawych, łysiejących osobników rozlały się po całym 
kraju jak stonka, jedząc co się dało i gdzie się da. Nie pomagało rozpylanie DDT, wzniecanie pożarów 
czy bombardowanie najbardziej zaburnetto-wionych okolic.
W Europie dowiedzieliśmy się o tym późno, z wieczornych wiadomości.
- Widzisz, jak się mnożą - powiedziała moja żona. - A ty] nie chcesz się zgodzić na trzecie dziecko.
W   trzy   dni   potem   cały   kontynent   uznano   za   stracony,   moja   rodzina,   podobnie   jak   reszta   świata, 
patrzyła z przerażeniem na obrazy przekazywane nam przez satelity telekomunikacyjne. Przy dużych 
zbliżeniach widać było, jak każdy skrawek terenu pokrywała wielopiętrowa, skłębiona masa Burnettów 
dzielących się z przerażającą regularnością.
- Mają za swoje - skwitowała moja żona i poleciała kupić więcej mąki.
Tymczasem nadzieja na lokalizację katastrofy zawiodła.
Czwartego dnia burneciej ekspansji ubito pierwszego Burnetta na przedmieściu Paryża, piątego dnia - 
pierwsze osobniki pojawiły się w Rzymie.
W chwili obecnej całą nadzieję łączę z podanym przed godziną oświadczeniem profesora Davidsona: 
„Tak, to ten szczupły, szpakowaty genetyk, który ostatnim samolotem ewakuował się z USA, uwożąc 
resztkę odżywki „Super" oraz znanego wroga Burnetta, magistra Collinsa".
Po   nakarmieniu   Collinsa   odżywką   rozpoczęto   jego   intensywną,   kontrolowaną   hodowlę.   W   chwili 
obecnej   prawdopodobnie   już   pierwsze   egzemplarze   Collinsów   zrzucane   są   na   spadochronach   na 
zbur-nettowiony   kontynent.   Istnieje   uzasadniona   nadzieja,   że   żarłoczne   Collinsy,   dzielące   się 
poprzecznie,   w   ciągu   tygodnia   uporają   się   z   miliardami   Burnettów,   dzielącymi   się   podłużnie,   a 
następnie   same   ulegną   hodowanym   równocześnie,   jeszcze   bardziej   żarłocznym   Higginsom   — 
rozmnażającym się przez pączkowanie i nienawidzącym Collinsów jeszcze bardziej niż ci Burnettów.
Dalsze perspektywy trudne są  do przewidzenia,  w każdym razie naukowcy  obiecują, że będą  się 
starać utrzymać proces pod kontrolą.

background image

Świadek koronny

Porucznik Murowany miał pecha - dyżur akurat w Wigilią. Razem z nim dyżurował podoficer, Pajda 
Józef, którego ze wzglądu na osobliwe warunki fizyczne całe osiedle przezywało „sierżant Garcia" (na 
cześć tęgawego bohatera serialu „Znak Zorro"). Zrobili sobie małą choinkę, tyle że nikt nie pomyślał o 
podstawce   i   po   nieudanych   próbach   osadzenia   jej   w   wypełnionym   śniegiem   kaloszu,   porucznik 
zdecydował się na przykucie jej kajdankami do grzejnika.
Słodką melodię kolęd płynących z odbiornika zmącił dopiero nerwowy dzwonek telefonu, którego ostry 
dźwięk wskazywał, że niechybnie stało się nieszczęście.
- Słucham, Murowany! - Rzucił standardowo do słuchawki. - Kto mówi?
Odpowiedź   była   niewyraźna,   niski,   burkliwy   głos   zdradzał   oznaki   dużego   zdenerwowania. 
Usprawiedliwiał   się,   że   jest   przejęty,   ponieważ   telefonuje   pierwszy   raz   w   życiu,   a   ośmielany   i 
zachęcany warknął wreszcie:
-Powiem krótko.
-Na   niczym   bardziej   mi   nie   zależy   -   ucieszył   się   Murowany   i   włączył   magnetofon   sprzężony   z 
telefonem.
-Popełniono morderstwo. Z zimną krwią, na moich oczach. Niestety nie mogłem przeciwdziałać. Mój 
biedny pan!
-Chwileczkę! Skąd pan telefonuje?
-Z domu.
-Adres?
-Makowa 34, mieszkania 25.
Porucznik   poprosił   jeszcze   o   personalia   meldującego   o   przestępstwie.   Padło   nazwisko   Bryś. 
Dwukrotna prośba o podanie imienia nie poskutkowała. Oficer zaczął nawet zastanawiać się, czy nie 
ma do czynienia z jakimś żartownisiem. Rozmówca odgadł te wahania.
- Ja nie żartuję, panie poruczniku. Przyjeżdżajcie szybko. Mój pan leży w sąsiednim pokoju, a ja nie 
mogę tam wejść. Drzwi są zamknięte. Ale przez szpary widziałem wszystko, a po zapachu poznam 
mordercę nawet w piekle.
Murowany postanowił szybko zakończyć rozmowę. Owszem, wyśle kogoś, jak tylko będzie miał pod 
ręką wóz. Jednak kategorycznie prosił o podanie prawdziwego nazwiska i imienia.
- Nie mogę podać czegoś, czego nie mam - warknął rozmówca. - Ja jestem tylko psem...
- A ja kotem! - uciął Murowany, odkładając słuchawkę. Pajda, który w międzyczasie sprawdzał telefon, 
miasteczko było małe i miało ręczną centralę, ustalił, że rzeczywiście dzwoniono z mieszkania przy 
Makowej, właścicielem którego był znany miejscowy jubiler. Co się tyczy telefonującego psa, uważał, 
że nie jest to sprawa niemożliwa.
- Mamy dziś noc wigilijną, obywatelu poruczniku, a podania ludowe głoszą, że w tę noc zwierzęta 
przemawiają ludzkim głosem.
Murowany   wybuchnął   śmiechem,   obok   zaocznego   prawa   zaliczył   kiedyś   pół   semestru   filozofii 
materialistycznej,   co  uprawniało   go  do  wrzucenia  koncepcji  Pajdy  między  gusła  i  zabobony.   Spór 
średniowiecza   z   oświeceniem   przerwał   dopiero   następny   telefon.   Dzwonił   dozorca   posesji   przy 
Makowej. W mieszkaniu numer 25 rzeczywiście popełniono morderstwo.
Było już grubo po północy, kiedy dotarli na ulicę Makową, położoną na tak dalekich peryferiach miasta, 
że   prawie   w   drugim   województwie.   Dozorca   z   grupką   sąsiadów   oczekiwali   na   dole.   W   samym 
mieszkaniu   zastali   uchylone   drzwi,   denata   w   salonie   i   psa   dziko   szamocącego   się   w   zamkniętej 
kuchni.   Trup   zachowywał   się   z   powagą,   stosowną   do   sytuacji,   pies   natomiast   szalał   i   dziabnął 
sierżanta, który usiłował nawiązać z nim konwersacje.
- Przestańcie się zachowywać jak dziecko, sierżancie. To normalny kundel. Może jeszcze każecie mu 
własnoręcznie   spisać   życiorys.   Jak   na   koronnego   świadka   coś   mało   rozgarnięty   -   ironizował 
Murowany.
Pajda westchnął i mruknął, że obecny brak porozumienia o niczym nie świadczy, zapewne pora, w 
której zwierzęta mają głos, minęła i Bryś utracił już zdolność mówienia i rozumowania.
- A wy razem z nimi - zaśmiał się porucznik.
Fakt, że obok kuchennej szafki leżała strącona z telefonu słuchawka, cała ośliniona, a na tarczy widać 
było   ślady   psich   pazurów,   oficer   przypisał   bezładnej   szamotaninie   psa   podczas   popełniania 
morderstwa.
- Kto więc telefonował?
- Rzecz jasna, morderca, z telefonu w przedpokoju, na którym nie było absolutnie żadnych odcisków 
palców.
Śladów palców mordercy nie znaleziono nigdzie - ani na rozprutej skrytce pod reprodukcją van Gogha 
(„Słoneczniki"),  ani  na  statuetce  Wenus,  która  posłużyła  za  narzędzie  zbrodni.   Wnioski,  że   był  to 

background image

pospolity rabunek i ofiara musiała znać zabójcę (w dwudzie-stotysięcznym miasteczku wszyscy się 
znają,   choćby   z   widzenia),   nie   posunęły   śledztwa   naprzód.   Odwilż   zatarła   wszelkie   ślady, 
przesłuchanie   kilkudziesięciu   obywateli   też   niczego   nie   wniosło.   Można   było   co   najwyżej   żywić 
nadzieję, że któreś ze zrabowanych precjozów (siostra denata, pani Hortensja, która akurat na święta 
wyjechała  do  swej  przyjaciółki,  podała  dość dokładną   listę)  pojawią   się  u  paserów  lub  wyłapią   je 
celnicy na przejściu granicznym. Na razie należało uznać zbrodnię za doskonałą.
Pół roku później, spacerującego skrajem miejskiego parku sierżanta nieoczekiwanie zaczepiła chuda 
niewiasta w czerni.
-Od dawna chciałam do panów przyjść, panie milicjancie, ale trochę się bałam i wstydziłam.
-Słucham   was,   obywatelko.   -   Pajda   wskazał   jej   na   ławeczce   jakieś   miejsce,   stosunkowo   mniej 
preferowane przez gołębie.
-Czy pan mnie poznaje?
Sierżant, który był znakomitym fizjonomistą, posiadał pamięć do twarzy jak kiper do win, skinął głową.
- Obywatelka Hortensja G. z ulicy Makowej.
Siostra   jubilera   przytaknęła,   po   czym,   rozejrzawszy   się   dookoła   świdrującymi   oczkami   i   nie 
zauważywszy niczego podejrzanego, zaczęła trajkotać z szybkościąpociągu ekspresowego. Dopiero 
gdzieś na wysokości Koluszek sierżant odważył się zrobić przystanek i zapytać, o co właściwie chodzi, 
bo jak dotąd starsza pani mówiła o wszystkim i o niczym.
- O   Brysia   chodzi   -   rzuciła,   nabierając   powietrza   jak   delfin   przed   głębokim   zanurzeniem.   -   Mam 
wrażenie, że ktoś chce mu zrobić krzywdę. Parę dni temu, kiedy szliśmy na spacer, nieomal otarło się 
o nas rozpędzone auto, pies na szczęście zdołał uskoczyć. Albo wczoraj: ktoś podrzucił pod nasze 
drzwi kawałek kiełbasy (zwyczajnej). Nie zdziwiło mnie to, bo często sąsiedzi dają Brysiowi skórki albo 
kostki. Zanim jednak wypuściłam psa, kiełbasę porwał kot państwa Malinowskich i smyrgnął na szafę. 
Stoi taka na korytarzu, właściwie milicja powinna się tym zainteresować, bo korytarz jest wspólny, a 
szafa pani Kowalskiej... Ale ja nie o tym. Pół godziny potem wychodzę, a kot trup!
-Przykra sprawa - sierżant wrzucił wyrazy współczucia niczym kolejarz przesyłkę poleconą do wagonu 
pocztowego, zaś ekspres zasuwał dalej.
-A te telefony! Proszę pana milicjanta, co ja z nimi mam! Już sześć razy jakiś nieznajomy dzwonił, że 
chce odkupić ode mnie Brysia. Ostatnio proponował pięć tysięcy złotych, ma pan pojęcie, pięć tysięcy 
złotych za kundla. Mówię panu, znałam przed wojną mecenasa Wąwołkiewicza. Oni to mieli psa... nie, 
mieli sukę, rasy... Aha, przepraszam, już mówię na temat. No więc, ja pomyślałam sobie, że gdyby mój 
brat  Albin  żył,   to   Brysia  nigdy  by nie   sprzedał,   na  cmentarz  też  razem  chodzimy...  A  wie   pan,   ci 
kamieniarze to po prostu powariowali, powariowali. Obstalowałam normalny grób. Ale murowany na 
dwie osoby. Oni...
-Ale co ten facet? Ten nieznajomy!
-Ano nic. Koniecznie chciał psa kupić. Ja sprzedać nie miałam zamiaru, ale wie pan, człowiek jest 
ciekawy, dlaczego ktoś chce wyrzucić tyle pieniędzy! Chciałam więc się spotkać... A on, że pieniądze 
przyśle pocztą, a psa mam przywiązać jutro w lasku do tablicy „Chroń pożar przed lasem", czy coś 
takiego... Nie chciałam się zgodzić, to mnie tylko wyśmiał. A potem przestał dzwonić.
Pajda należał do ludzi w większym stopniu przywiązujących wagę do intuicji niż do zdobyczy nauki; 
bojąc się wyśmiania przez swego zwierzchnika, nie wtajemniczył go w swój eksperyment. Jednak 
postanowił dyskretnie zaopiekować się Brysiem. Jeśli sprawcą tajemniczych zamachów był morderca 
jubilera i plotka o tym, że wiadomość o morderstwie przekazał na posterunek pies w niepojęty sposób 
rozpowszechniła   się   po   mieście,   życiu   koronnego   świadka   groziło   śmiertelne   niebezpieczeństwo. 
Sierżant postanowił zapewnić mu ochronę, przynajmniej do następnego wieczoru wigilijnego, kiedy 
miał nadzieję, a w zasadzie pewność, że kundel złoży pod przysięgą stosowne zeznanie. Pilnował 
więc zwierzęcia dzień i noc, wtajemniczając żonę i syna. Do minimum ograniczył spacery Brysia. 
Urządził   mu   nawet   ubikację   w   ogrodzonej   wysoko   palisadą   części   ogródka.   Dbając   o   jego   życie 
towarzyskie zapraszał niekiedy suczkę sąsiadów, Helgę. Nikt jakoś nie kwapił się nastawać na życie 
czworonoga.
Kolejnej Wigilii dyżur przypadł komu innemu. Porucznik Murowany, człowiek samotny, mieszkający w 
wynajętym pokoju, z wdzięcznością przyjął zaproszenie do Pajdów. Przyjemność była tym większa, że 
kuchnia pani Pajdowej cieszyła się zasłużoną renomą w rodzinach miejscowych funkcjonariuszy.
Brysia porucznik w pierwszej chwili nie poznał. Miał na głowie prelekcję, którą zamierzał obdarować 
rodzinę sierżanta. Jej tematem miały być „Laickie korzenie obrzędowości świątecznej". Gdzieś koło 
jedenastej,   milczący   dotąd   tajemniczo   sierżant   począł   instalować   domowy   magnetofon,   próbować 
mikrofon. Murowany z wolna zaczął domyślać się właściwego celu rodzinnej kolacji.
-Sami przekonacie się, sierżancie, o bezsensowności guseł i klechd - powiedział.
-Ano, zobaczymy - odrzekł sucho Pajda. — W każdym razie świadków powinno wystarczyć, miała 
jeszcze przyjść pani Hortensja, ale widocznie mróz zatrzymał ją w domu.

background image

W tym momencie ozwał się dzwonek u drzwi.
-O, pewnie już jest - powiedziała Pajdowa, a jej mąż otworzył. Na progu stał święty Mikołaj. Gęsta 
broda przysłaniała mu twarz aż po ciemne okulary, a całość postaci kryła czerwona peleryna.
-Co za miła niespodzianka - ucieszył się sierżant.
-Chyba nie będziecie utrzymywać, że to autentyczny Dziadek Mikołaj Mróz? - zaśmiał się porucznik, 
ale przestał, gdy w ręku dobrotliwego staruszka zobaczył pistolet.
- Ręce do góry. Twarzą do ściany. I przysięgam, że nie żartuję - wycharczał nienaturalnym głosem 
„święty". - Nic państwu nie grozi. Przyszedłem tylko po psa Otwórz te drzwi - rzucił do zbaraniałej 
Pajdowej, której twarz nabrała koloru opłatka czy raczej klusek bez maku.
Otworzyła. Bryś wysunął się czujny i pełen jakiejś niezwierzęcej godności.
- Jestem, morderco! - powiedział miękkim, charakterystycznym basem, który Murowany rozpoznał w 
mgnieniu ucha. — No, na co czekasz, strzelaj do mnie, draniu. Myślisz, że nie złożę zeznań? I tak 
dosięgnie cię kara. Panie poruczniku, to jest...
Dwa  strzały  zagłuszyły  dalsze  słowa.   Pies  wywinął  kozła   i  padł   na   dywan.   Pajdowa   krzyknęła,   a 
Mikołaj zwinnie zatrzasnął drzwi, zamknął je od zewnątrz kluczem i pogalopował w noc.
- Nie żyje! - stwierdził sierżant, pochylając się nad świadkiem.
W tym samym czasie porucznik dopadł do okna.
- Przekleństwo, kraty! Pomóż z tymi drzwiami, Józek. Naparli obaj, ale gdy udało im się wysadzić 
drzwi z futryn, tylko wiatr hulał po pustej ulicy. W tym czasie fałszywy Mikołaj był już dwie przecznice 
dalej, do śmietnika wyrzucił brodę i wąsy, cisnął pelerynę. Z leżącej za pojemnikiem teczki wydobył 
zimową kurtkę, potem dorobionym kluczem otworzył jakąś bramę, przeszedł przez jedno podwórko, 
drugie, był już na rynku, spokojnie wmieszał się w tłum ludzi koło kościoła. Nie zauważył jednego. 
Podczas rozcharakteryzowania śledziły go czyjeś bardzo czujne oczy.
Kiedy próba pościgu spełzła na niczym, obaj funkcjonariusze wrócili do mieszkania sierżanta, aby 
ponownie zamocować nadwerężone drzwi. Pajdowa płakała. W międzyczasie zadzwoniono do pani 
Hortensji. Okazało się, że nagła gorączka nie pozwoliła jej opuścić mieszkania.
- Przepraszam was, sierżancie, mieliście rację – powiedział Murowany. - Co jednak nie zmienia faktu, 
że znowu przegraliśmy...
Tymczasem znowu odezwał się dzwonek. Sierżant szybko poszukał broni, a porucznik otworzył drzwi. 
Pies!? Na progu stała Helga, rodowodowa suka rasy owczarek alzacki, którą sąsiad Pajdów, inżynier 
budowlaniec, przywiózł sobie z dłuższego pobytu w Niemczech.
- Guten Abend - powiedziała przybyła z nienagannym akcentem Goethego i Schillera.
Zbaranieli.
-Ich mochte eine wichtige Aussage ablegen. Ich war Zeuge?
-Co ona mówi? - wykrzyknął Murowany.
-Podejrzewam, że coś po niemiecku - stwierdził domyślnie sierżant. - Helga, nie możesz mówić po 
polsku?
-Nein. Ja słabo po polski. Ich spreche nur Deutsch!
Niestety, nikt ze zgromadzonych nie znał języka naszych sąsiadów. Porucznik usiłował zagadać po 
angielsku. Pajda po rosyjsku — daremnie. A że Helga miała coś ważnego do powiedzenia, niezbicie 
świadczyła   czapka   świętego   Mikołaja,   którą   przyniosła   ze   sobą.   Niestety   inżynierostwo   byli   na 
pasterce. Nie zastanawiając się długo, porucznik zadzwonił po tłumacza przysięgłego i prokuratora. 
Miał nadzieję, że dzięki zeznaniom Helgi ustalą przynajmniej rysopis mordercy, a może i więcej.
Tłumacz przybył dopiero po godzinie, zły i zaspany, wyprzedzając
0 parę kroków prokuratora, którego odnaleziono u dalszych krewnych. Zastali całe towarzystwo na 
podłodze,   pogrążone   w   wertowaniu   rozmówek   polsko-francuskich,   polsko-węgieiskich   i   polsko-
szwedzkich oraz słownika wyrazów obcych. Między nimi leżała piękna, doskonale utrzymana wilczyca. 
Właśnie minęła pierwsza.
-Muszą mieć chyba trochę w czubie — pomyślał prokurator.
-Spóźniliście się, niestety, nic już nie zezna – Murowany z westchnieniem podniósł się z dywanu. - Ale 
co się odwlecze, to nie uciecze, będziemy cię strzec jak źrenicy oka cały rok, do następnej Wigilii, ty 
nasz kochany świadku koronny!
-Będziesz  mówiła   prawdę  i   tylko  prawdę   -  dodał  głaszcząc  sukę   sierżant.   -  Specjalnie   dla   ciebie 
zapiszę się na kurs niemieckiego. I tak mamy szczęście, że nie jesteś pekińczykiem.
Tłumacz  desperacko  wychylił  pełną  czarę  kompotu   ze  śliwek.   Prokurator  miał  ze   zdumienia  oczy 
okrągłe jak plasterki makowca. Cicho wycofał się do sąsiedniego pokoju, otarł pot z czoła
1 począł ostrożnie wykręcać numer najbliższego pogotowia psychiatrycznego.

Apokalipsa

background image

Tego dnia nasza ekipa geologiczna wwierciła się znacznie głębiej niż zwykle. Ledwie starczyło rur.
- Hej, Slim! Pobiliśmy chyba rekord głębokości! – powiedział mój kumpel Luis.
Skinąłem głową, rzeczywiście, nasz świder sięgał już 25 kilometrów.
- Wiercimy dalej! - zakomenderowałem. I w tym momencie usłyszałem dziwny, odległy gwizd. Luis 
musiał usłyszeć go również, ponieważ zastrzygł uchem i rzucił się do ucieczki. Poszedłem w jego 
ślady   i   dobrze   zrobiłem,   bo   już   po   kilkunastu   sekundach   gwizd   zmienił   się   w   huk,   runęła   wieża 
wiertnicza, a stężony bradnożółty gaz strzelił w niebo. Potężny podmuch rzucił nas obu wprost na 
oddział chirurgiczny odległego o 50 mil szpitala.
Zszyto nas tak błyskawicznie, że już po upływie doby mogliśmy wysłuchać komunikatu z helikoptera, 
który udał się w rejon katastrofy. Komunikat był krótki; nasza ekipa zrobiła DZIURĘ W ZIEMI. Tępy z 
natury Luis nie zrozumiał grozy płynącej z tej informacji.
-Co to znaczy? Odkryliśmy złoża gazu ziemnego? — dopytywał się.
-Gorzej, przyjacielu, znacznie gorzej, słyszałeś może o teorii profesora Granta?
Skąd miał słyszeć, do tej chwili gwizdało mu w uchu. Wytłumaczyłem więc jak dziecku:
-Profesor Grant twierdzi, że Ziemia przypomina w budowie piłkę.
-Piłkę? - zaśmiał się Luis,
-Tak - uciąłem ponuro. - Jego zdaniem jest to stosunkowo cienka powłoka wypełniona rozgrzanym 
gazem, a my ją przebiliśmy.
Pojął. Pobladł.
- I co teraz będzie? — wyjąkał.
-No  cóż,  zwołano  Kongres  Wulkanizatorów,   może  coś uradzą.   Następne  komunikaty  były jeszcze 
gorsze. Na kongresie jednomyślnie stwierdzono, że o zrobieniu łaty nie może być mowy. A sytuacja 
komplikowała się coraz bardziej. Syk słyszało się wszędzie, bo syczał nie tylko ulatniający się gaz, ale 
i cała paromiliardowa ludzkość. Ze strachu. Miała powody. Z Ziemią zaczęły się bowiem dziać smutne 
rzeczy: masywy górskie zaczęły flaczeć, oceany zapadać, kontynenty marszczyć... po trzech dniach 
planeta skurczyła się tak, że gęstość zaludnienia stała się nie do wytrzymania. Zapanowała ogólna 
panika, bo nikt już zgoła nie wiedział gdzie góra, gdzie dół, pion czy poziom...
Czwartego dnia zrobiło się tak ciasno, że ciężko było ludziom ustać jeden obok drugiego, zwłaszcza, 
że   na   skutek   obsunięcia   się   gruntu   Anglicy   i   Holendrzy   stali   po   szyję   w   wodzie,   a   w   gęściej 
zaludnionych   okręgach   musiano   położyć   się   warstwami.   Społecznymi.   Razem   z   moim   kumplem 
Luisem staliśmy teraz na jednej nodze, z trudem zachowując równowagę.
-Nie możesz się ociupinkę posunąć? - jęczał Luis.
-Nie mogę, wpadłbym do Pacyfiku. To ty się posuń.
- Moi sąsiedzi już stoją po kostki w Zatoce Meksykańskiej, Byliśmy przekonani, że wkrótce zginiemy. 
Pocieszała nas tylko myśl, że umrzemy stojąc. Ale nie była to wielka pociecha. Wszystkie niziny się 
pomarszczyły jak ciało emeryta, a wzgórza wyglądały jak sparciałe...
- Nie będzie nawet gdzie nas pochować - narzekał mój przyjaciel. - Koniec świata! Koniec świata!
I tak nadszedł dzień szósty, glob nasz wyglądał jak kapeć obsiadły przez mrówki, a wszelka nadzieja 
zgasła. I naraz Obserwatorium Astronomiczne w Greenwich nadało komunikat o zbliżaniu się do Ziemi 
podłużnego przedmiotu ogromnych rozmiarów. Ów lśniący przedmiot zbliżył się do dziury, wniknął w 
nią i począł robić miarowe: pach, pach, pach...
- Czujesz, Slim, tłok jakby zelżał! - powiedział naraz Luis. Wypuściłem brzuch i stanąłem na dwóch 
nogach. Czekałem na dalszy rozwój sytuacji.
W dwie godziny potem Ziemia była znowu napompowana, dziura sama się zabliźniła, a ogromna 
pompka oddaliła się w kosmos. Wróciliśmy do przerwanej rozmowy.
-Widzisz, przyjacielu - rzekł Luis - tyle razy mówiłem, że Opatrzność czuwa nad nami i nie ma co 
popadać w rozpacz. Zawsze na czas przyjdzie pomoc.
-A może to był tylko przypadek - powiedziałem.
-Przypadek? Wykluczone. Nikt nie pompuje niczego bez powodu, Opatrzność musiała w tym mieć 
jakiś cel.
-Tylko jaki?
-Nasze dobro.
Rozmowę   przerwał   nam   nowy   komunikat   obserwatorium   w   Greenwich.   Donosił   on,   że   w   rejonie 
Saturna pojawiły się dwa olbrzymie buty piłkarskie, z których jeden z zawrotną prędkością zbliżał się 
do Ziemi...

Telefon

Kazimierz był nie wyróżniającym się niczym starszym mężczyzną. Pracował w miarę gorliwie, żył na 
stopie odpowiadającej przeciętnym wskaźnikom Głównego Urzędu Statystycznego, nie miał żony, willi 

background image

czy samochodu, ani żadnej z tych rzeczy, które mogą wskazywać na duże wymagania w stosunku do 
życia. Miał natomiast telefon. Telefon właściwie całkowicie zbędny, Kazimierz nie posiadał bowiem 
rodziny ani przyjaciół.
Nie był to jednak głuchy telefon.
Codziennie, dokładnie wpół do dwunastej, rozlegał się dzwonek, ostry, niepokojący... Kazimierz zrywał 
się z pierwszego snu i oblany potem wpatrywał się w czarną skrzyneczkę. A telefon terkotał. Jego 
dźwięk przebijał kołdry i poduszki, którymi się oszań-cowywał starszy pan. Zawsze w końcu podnosił 
słuchawkę.
Ale na niepewne „hallo" jedyną odpowiedzią była przejmująca, dziurawiąca uszy cisza.
Powtarzało się to stale przez dziesięć lat, z dokładnością co do minuty, chyba że Kazimierz wyłączył 
aparat. Ale zawsze już po kwadransie nie mógł się oprzeć pokusie włączenia, aby sprawdzić, czy 
zadzwoni.
Dzwonił!
Dwa tygodnie temu zdarzyło się jednak coś dziwnego. Telefon się nie odezwał. Kazimierz warował 
przy słuchawce do trzeciej. Nic. Sytuacja powtórzyła się następnego dnia i następnego...
- Dlaczego nie dzwoni? - niepokoił się starszy pan. - A może linia jest uszkodzona?
Zadzwonił do działu napraw.
- Linia jest w porządku - otrzymał odpowiedź. Bez trudu łączył się z zegarynką, z informacją.
- A może zmieniły się godziny dzwonienia? - kombinował.
Chcąc to sprawdzić, czwartego dnia ciszy nie poszedł do pracy.
Czekał. Denerwował się.
- No, dzwońże wreszcie! — nalegał.
Wieczorami otwierał okno i nasłuchiwał miejskiego zgiełku.
- Dlaczego o mnie zapomniano? Może temu komuś, co dzwonił, coś się stało?
Studiował nekrologi, ale odczytywane nazwiska nic mu nie mówiły. I czuł się jeszcze bardziej samotny, 
niepotrzebny.
Dziś minęły równo dwa tygodnie ciszy. Skończył się też urlop. Minęła jedenasta. Kazimierz dawno 
sześć razy posprzątał pokój, umył kubek po kolacji i czekał.
Właściwie już nie czekał. Dokładnie wpół do dwunastej zdecydowanym ruchem podniósł słuchawkę i 
wykręcił pierwszy lepszy numer, który przyszedł mu do głowy: 666-12-95.
Czekał, przełykając ślinę.
Z drugiej strony odebrała jakaś kobieta.
- Hallo, słucham, hallo, kto mówi? - powtarzała.
Delikatnie odłożył słuchawkę. Szczęśliwy.

Wiem wszystko.

Czytałem właśnie do poduszki rozprawę Immanuela Kanta, kiedy zadzwonił kolejny, 175 tego dnia 
telefon. Odebrałem.
Kojący głos z drugiej strony przedstawił się jako Telefon Zaufania i spytał, czy można mieć do mnie 
zaufanie?
-Ależ chwileczkę, od zaufania to raczej wy jesteście - powiedziałem.
-W zasadzie tak, ale tym razem dzwonimy do pana - miękki bas mruczał przymilnie. - Mamy pewną 
sprawę...
-To mnie nie interesuje - przerwałem ostro.
Miałem już dość. Od tygodnia, bez chwili przerwy, otrzymywałem podobne telefony. Dwadzieścia razy 
dzwoniła panienka z zega-rynki, pytając namolnie „która godzina, która godzina, która godzina?" Co 
rusz odzywała się informacja kolejowa, handlowa, turystyczna i ogólna. Bliżej nieznani ludzie z kół 
dobrze poinformowanych pytali mnie o najnowsze plotki,
-Czegoście się mnie uczepili?! - wrzasnąłem w telefon, za którym krył się Telefon Zaufania.
-Bo pan wie wszystko.
-Ja wiem wszystko?! Skąd to twierdzenie?!
Bas wymijająco zauważył, jeż jako wszystkowiedzący i to powinienem wiedzieć najlepiej.
-Skąd wzięła się ta idiotyczna opinia? - wysyczałem, grożąc ciśnięciem słuchawki.
-Przed tygodniem wygrał pan teleturniej WIEM WSZYSTKO. Przed kamerami telewizji wykazał się 
pan   rewelacyjną   sprawnością   intelektualną,   błyskotliwością,   pamięcią,   a   na   dodatek   pana   głos   i 
ujmująca powierzchowność wzbudziły takie zaufanie, że niewątpliwie wszyscy mający jakieś problemy 
będą teraz zwracać się wyłącznie do pana.
-Ja się zabiję! - jąknąłem.
Telefon zignorował tę autopogróżkę i zaczął mamrotać o swoich problemach.

background image

-Nic nie mogę poradzić - przerwałem w połowie zdania.
-To fałszywa odpowiedź - zahuczało.
Wtedy pojąłem, że mimowolnie podsunięto mi rewelacyjny sposób na pozbycie się natrętów. Nie dając 
dojść do głosu Telefonowi, wyrzuciłem z siebie podziękowania za zaufanie, odłożyłem słuchawkę i 
trzymany ciągle w ręku tom Kanta.
Na następny telefon nie czekałem długo. Jak zwykle odezwała się zegarynka. Na jej pytanie „Która 
godzina, która godzina?"
- powtórzyłem pięciokrotnie 16.10, co było wierutnym kłamstwem, grubą nicią szytym, jako że noc już 
zapadła gęsta.
Wkrótce potem zadzwonił jakiś rozdygotany nieszczęśnik. Powitałem go krótko:
-Słucham. Tu „W-W".
-Chciałem prosić pana o radę - jęknął mój rozmówca.
- Ostatnią radę. Stoję właśnie na parapecie otwartego okna. Pode mną, dwadzieścia pięter w dole, 
rozciąga się wstęga ulicy. Co mam robić?
- Jak to co? Skacz pan.
Facet zaniemówił, więc powtórzyłem jeszcze raz z naciskiem:
-Proszą zamknąć oczy, wziąć zamach...
-Ale przecież ja się zabiję - wybełkotał.
Zacząłem tłumaczyć łagodnie, że przecież właśnie o to mu chodzi. Wskazałem, że życie i tak jest 
krótkie. Problemów w nim do diabła i trochę. Nieszczęśnik z parapetu właściwie zgodził się z tym, a 
kiedy w ciemno strzeliłem „żona pewnie pana rzuciła?" zawołał nie tając podziwu:
-Pan naprawdę wie wszystko!
-Staram   się-  odpowiedziałem   i   wygarnąłem   mu   kolejno   defekty  jego   życia,   syna   chuligana,   szefa 
biurokratę... Zgadzało się.
-No, widzi pan - ciągnąłem - a bruk jest zaledwie 20 pięter w dole.
Skacz!
-Ale z drugiej strony życie ma jednak pewne uroki - oponował nieśmiało.
-Wątpliwe, idzie niż barometryczny, rośnie inflacja...
-Jednak może się coś w końcu zmienić...
-Zawsze na gorsze.
-Ale człowiek nie ma chyba prawa odbierać sobie życia
- powiedział wreszcie.
Skrytykowałem   ostro   to   jego   asekuranckie   stanowisko   i   brak   woli  ostatecznego   rozwiązania,   atoli 
zamiast się obrazić, nieszczęśnik podziękował mi wylewnie i podniesiony na duchu obiecał, że skakać 
nie będzie, a najwyżej otworzy gaz.
Kolejną rozmowę odbyłem z maturzystką o głosie namiętnym i, jak na mój nieco staroświecki gust, 
mocno   zdemoralizowanym.   Za   informacje   do   ściągawki   obiecywała   mi   swoją   najszczerszą 
wdzięczność, ale odmówiłem.
-Pomagam, moja panno, bezinteresownie. Przejdźmy do konkretów!!! Co chcesz wiedzieć?
-Pan jest zupełnie jak Buldog — westchnęła.
-Kto?
-Nasz belfer.  A  więc  niech  pan  mi  poda  informacje.  Mam  wątpliwości,  a   nie  znam  się   na   mapie. 
Napiszę to sobie wszystko na udzie.
-Proszę konkretniej.
-Po wewnętrznej stronie - szepnęła.
Zirytowany krzyknąłem, że chodzi mi o konkretne pytania. Jak się okazało, pierwsze było z geografii 
„Największe państwo Ameryki Południowej".
- Urugwaj! - rzuciłem bez namysłu.
Zanotowała, popiskując, że bardzo ją to łaskocze. Z matematyki spytała mnie o wzór twierdzenia 
Pitagorasa.
- E = mc2
Ucieszyło ją to i spytała teraz o żonę Ludwika XVI. Wyrecytowałem jak z nut:
- Dąbrówka...
Po pewnym czasie telefony z pytaniami poczęły stawać się rzadsze, aż wreszcie ustały. Jeśli jednak 
ktoś sądzi, że zmartwiłem się tym — jest w błędzie. Obok spokoju zyskałem jeszcze dowód, iż z 
tuzinkowego erudyty przeobraziłem się w głębokiego myśliciela, „WIEM przecież, ŻE NIC NIE WIEM",
Męczy mnie tylko jedno: ktoś to zdanie wypowiedział przede mną. Ale kto? Juliusz Cezar? Napoleon? 
„WIEM, ŻE NIC NIE WIEM". Nerwowo usiłuję sobie przypomnieć nazwisko laureat teleturnieju WIEM 
WSZYSTKO z bieżącego tygodnia...

background image

Z pamiętnika młodego inżyniera

Od dzieciństwa przepadałem za bajkami,  a mimo to zostałem inżynierem cybernetykiem. No  cóż, 
zdarza się. Do moich ulubionych opowieści należała „Cudowna lampa Aladyna". Zawsze fascynował 
mnie w niej moment, kiedy po potarciu starej lampy pojawiał się potężny dżin, gotów spełnić każde 
życzenie pocieracza.
Któregoś dnia, przed rokiem, nudząc się w mojej domowej pracowni, wpadłem na pomysł, aby cały 
zasób wiedzy o lampie Aladyna zaprogramować memu komputerowi najnowszej generacji. Dla żartu 
wydałem mu też polecenie: Sporządź schemat!
I sporządził. Był to posłuszny komputer, dwa razy się zawiesił, trzy razy zdefragmentował, ale rysunek 
techniczny na pierwszy rzut oka wyglądał bez zarzutu, no, może z wyjątkiem jednego elementu, ale 
była nim, jak mi wyjaśnił, istota urządzenia - przystawka metafizyczna.
Ponieważ miałem akurat pewne kontakty z elektronicznym zakładem produkcyjnym, wysłałem im ten 
schemat   z  prośbą  o  sporządzenie   prototypowego   egzemplarza.  Widocznie   uznali,   że   zrobiłem  im 
kawał, bo żadnej odpowiedzi nie otrzymałem.
Rychło zapomniałem o całej sprawie, zwłaszcza że pochłonęły mnie doświadczenia nad laserowym 
aparatem do krajania chleba. Dopiero pół roku później, idąc główną ulicą mego miasta, dostrzegłem 
na wystawie sklepu AGD staroświecką lampę, której kształt coś mi przypominał i chociaż cena nie była 
zbyt przystępna - kupiłem ją.
Po   powrocie   do   domu   połączyłem   się   z   zakładem,   do   którego   wysłałem   mój   schemat.   Dyrektor 
wykręcał się jak piskorz, ale w końcu przyznał, że bez mojej zgody uruchomił taśmową produkcję lamp 
w stylu retro, które z miejsca zaczęły się cieszyć wielkim wzięciem na rynku.
-Pierwsze sto egzemplarzy poszło jak woda - wyznał z dumą.
-Ale jakim prawem, bez mojej zgody!
-Nie denerwuj się, stary - usłyszałem odpowiedź. - Dopiszemy cię na listę nagród kwartalnych.
Jeszcze nie ochłonąłem z furii, kiedy od strony lampy, którą postawiłem na biurku, doleciał cichutki 
głosik:
-No, pocieraj, pocieraj...
Potarłem.
Dżin był stary, chudy i orientalny, dwakroć rymnął turbanem o dywan, nazwał mnie swoim hegemonem 
i zniknął, pozostawiając po sobie niezapomniany zapach epoki Haruna ar-Raszida.
Nim ochłonąłem, wrócił.
-Wybacz, hegemonie - powiedział - ale dwudziesty czwarty akurat zażądał kolorowego telewizora.
-Dwudziesty czwarty?
-No tak, posiadacz lampy Aladyna, numer seryjny 24.
-I załatwiłeś mu?
-To przecież drobiazg... O, przepraszam! Wzywa mnie czterdziesty pierwszy.
-Jak to...
-Lampy są seryjne, podrabiane, ale dżin jeden - autentyk.
Tym razem wrócił dopiero po kwadransie, wyżął turban z potu, podobno wezwano go równocześnie w 
dziesięć miejsc. Życzenia były coraz bardziej wygórowane, numer 41 chciał samochodu, numer 12 
willi z basenem, numer 55 jachtu. Rozumiałem teraz, skąd na rynku zrobił się taki popyt na lampy, 
które tymczasem nieprzerwanie schodziły z taśmy produkcyjnej. Współczułem zarazem staruszkowi 
serdecznie,   w   ciągu   godziny   znikał   piętnastokrotnie,   a   wymagania   klientów   rosły   w   postępie 
geometrycznym.
-Chcą   kopalń   złota,   wysp   na   Pacyfiku,   brylantów   stukaratowych   i   małżeństwa   z   Liz   Taylor   - 
relacjonował dżin. – Numer 51 zażyczył sobie, żeby szlag trafił numer 33, a 33 odwrotnie.  I
-I co ty na to, dżinie?
-Spełniłem życzenie obu, złotopalcy inżynierze. Niestety, rezerwy się kończą, nawet abstrakcja ma 
swoje granice, a moi hegemonowie chcą coraz trudniejszych suwenirów - domagają się władzy, sławy, 
miłości. A z tym w puli kruchutko.
Znów chciał zniknąć, ale go powstrzymałem. Już od godziny nurtowało mnie pytanie, dlaczego w 
nawale obowiązków ciągle wracał do mnie...
-Chcesz czegoś ode mnie, przyjacielu?
-Błagam o radę, hegemonie. Napisane jest w księgach „I będziesz do usług posiadaczom lampy". Co 
mam robić?
-Przede   wszystkim   zachowaj   spokój.   Jeśli   produkcja   nie   ustanie   i   tak   nie   obsłużysz   wszystkich, 
prawda?
-Prawda kapie jak miód z twych warg, kalifie mego serca.
-Zatem posłuchaj mnie uważnie. Masz świadczyć usługi, czyż nie?

background image

-Tak efendi.
-No to je świadcz, a nie bezmyślnie wypełniaj.
-Nie pojmuję, boski inżynierze, mówisz zagadkowo jak wyrocznia pod Kaabą.
-Po   prostu   zwolnij.   Twórz   utrudnienia   w   otrzymywaniu   usług.   Zasłaniaj   się   brakiem   czasu, 
trudnościami   obiektywnymi,   dowolnie   zmniejszaj   zamówienia,   wydłużaj   terminy.   Niech   petenci 
składają   swoje   prośby   na   piśmie,   w   wielu   egzemplarzach,   z   umotywowaniem,   zaświadczeniami, 
załącznikami...
-Na brodę Allacha! Nigdy bym tego nie wymyślił - cmoknął dżin.
-I zapamiętaj jedno - im bardziej zależy na tych cudach niż tobie.
-A święte posłannictwo? A Kodeks Hammurabiego? - westchnął.
Roześmiałem się.
-Teoretycznie żaden kodeks na tym nic nie ucierpi. Nadal przecież będziesz świadczył usługi. Ogłoś 
jedynie   godziny,   w   których   reagujesz   na   pocieranie   (możliwie   w   czasie   najmniej   dogodnym   dla 
pocieraczy), dalej - wprowadź limity, przydziały, talony, substytuty, ekwiwalenty, namiastki... Zatrudnij 
sekretarkę, księgowego, zespół rzeczoznawców, kontrolerów. Pamiętaj, każda dodatkowa formalność 
o połowę zmniejszy grono pocieraczy.
-Och panie - dziękczynnie przypadł mi do kolan - a jeśli ich to rozgniewa?
-To niech gadają do lampy.
Porad tych udzielałem z dwóch przyczyn: z litości, a przede wszystkim dlatego, że chciałem mieć 
dżina   wyłącznie   dla   siebie.   Okazał   się   jednak   uczniem   zbyt   pojętnym.   Mimo   zaświadczeń   o 
szczepieniu przeciw durowi i poparciu Rejonowego Urzędu Pocztowego już nigdy nie udało mi się go 
przywołać. Ustała też lawina zagadkowych awansów i wzbogaceń w naszym mieście. Tu i ówdzie 
wkroczył prokurator.
Tymczasem   zakład,   który   maksymalnie   rozkręcił   produkcję   lamp,   stanął   w   obliczu   plajty.   Lampy 
masowo zgłaszano z reklamacjami, wyszło na jaw nieformalne rozpoczęcie produkcji. Brak atestów.
Oczywiście   wszystko   zwalono   na   mnie.   Poczułem   trwogę,   kiedy   okrzyknięto   mnie   aferzystą   i 
zagrożono NIK-iem. Gorączkowo myślałem nad rozwiązaniem. Wreszcie jeszcze raz chwyciłem tomik 
bajek i wpadłem do mojej pracowni.
-Schemat   czapki   niewidki   -   wrzasnąłem   do   komputera.   Zaiskrzył   jakoś   tak   inaczej,   cyniczniej, 
współcześniej.
-Schemat   czapki   niewidki,   od   ręki,   bez   umotywowania,   bez   przedpłaty?!   Czy   pan   zwariował, 
inżynierze, w bajki pan wierzy?

Szansa

Doktor   Diego   Hernandez   wrócił   do   domu   dokładnie   pięć   minut   przed   północą.   Zostawił   wóz   pod 
kępątamaryszku i ruszył do drzwi ciemniejących na tle szarawej bryły pawilonu. Czuł się rozbity i 
nawet porządna szklanka brandy nie bardzo mogła mu pomóc.
-Jestem bankrutem - pomyślał, zapadając się w głąb fotela i machinalnie włączając radio. PerDios! Co 
za   passa!   W   istocie,   dzisiejsza   przegrana   w   klubie   stanowiła   tylko   przypieczętowanie   pasma 
niepowodzeń, które zapoczątkowało rozstanie z Francescą i kłótnia z ordynatorem. Był zrujnowany i 
bez pracy.
-Cholerny kraj - wymamrotał. - Trzeba było posłuchać Alonsa, gdy rok temu proponował wyjazd do 
Stanów.
Tymczasem w odbiorniku ucichły ostatnie akordy hymnu „Tyrani giną, gdy śpiewa lud" i ozwał się 
ciepły głos spikera:
- Minęła godzina 24. Mamy dziś wtorek, 23 maja. Słońce wzejdzie o 4.05, zajdzie o 21.15. Imieniny 
obchodzą Rodrigo i Isabella. Przed 48 laty urodził się Miguel Sanchez...
Było parno. Za oknami w ogrodzie szalały cykady, których chór przypominał bardziej jęk blachy niż 
symfonię żywych owadów. Zanosiło się na burzę. Stłumiony grzmot przetoczył się od strony Sierra 
Blanca.
Doktor nalał sobie drugą lufę trunku i wychylił ją duszkiem.
- Piję jak prostak - obsztorcował się w myśli - ale być może to ostatni kieliszek markowej brandy, na 
jaki będę mógł sobie pozwolić w najbliższym czasie.
Faktycznie, jeśli nawet po sprzedaniu tej posiadłości wypłacze się z długów, jego sytuacja będzie i tak 
nie do pozazdroszczenia. Pracy w stolicy nie dostanie, Alvarado ma długie łapy, zaś perspektywa 
egzystencji w zawszonych barakach, któregoś z górniczych osiedli w dżungli, gdzie więźniowie płuczą 
złoty piasek ku chwale Jedynej Demokratycznej Junty, napawała przerażeniem jeszcze do niedawna 
świetnie zapowiadającego się psychiatrę.
Co go podkusiło, żeby przyłączyć się do spisku przeciwko ordynatorowi! Z drugiej strony wszyscy 

background image

mówili, że nadużycia szefa są zbyt znaczne... Że Alvarado musi odejść, że będzie potrzebny ktoś 
młody.   Jak   głupi   zgodził   się   podpisać   pod   protestem.   Zgodził,   mimo   oczywistych   nici   łączących 
Alvarado z tajną policją. A tak wszystko dobrze szło.
Beznamiętny głos spikera w radio nabrał nieoczekiwanej ostrości.
- Uwaga, obywatele! W dniu wczorajszym ze szpitala więziennego Santa Clara zbiegł niebezpieczny 
maniak,   kryminalista.   Jest   możliwe,   że   ukrył   się   w   rejonie   Dzielnicy   Zachodniej.   Ostrzega   się 
wszystkich   przed   udzielaniem   schronienia,   a   nawet   rozmową   z   nieznajomymi.   Grozi   to   śmiercią! 
Zawiadomcie policję, w razie potrzeby używajcie broni. Powtarzam...
Przyciszył odbiornik i usiłował wycisnąć jeszcze kilka kropli z butelki, a gdy próba zawiodła, ruszył do 
kuchni. W lodówce powinno znajdować się parę puszek piwa. Szedł przez mroczny dom, potykając się 
o sprzęty. Otworzył lodówkę. Krótko zaklął. Piwa nie było! Podobnie brakowało szynki i paczkowanej 
kiełbasy.   Błyskawicznie   otrzeźwiał.   Zapalił   światło.   Najwyraźniej   ktoś   pod   jego   nieobecność 
myszkował w kuchni. Poczuł, jak od stóp do głów oblewa go pot. Szybko pobiegł w stronę gabinetu. 
Wszędzie było pusto, jednak sięgając do telefonu, zobaczył pokrwawiony bandaż na szafce. Uniósł 
słuchawkę.
- Nie działa, już próbowałem!
Hernandez znieruchomiał, głos dobiegający zza firanki sparaliżował go i poraził.
Upuścił słuchawkę na widełki. Zza zasłony wysunął się przygarbiony mężczyzna z twarzą pokrytą 
szpakowatym, parodniowym zarostem. Jedna ręka zawinięta była w pokrwawione bandaże, w drugiej, 
kurczowo zaciśniętej, lśnił typowo policyjny pistolet.
To   ten   szaleniec!   Spokojnie,   tylko   spokojnie   -   przebiegło   przez   głowę   doktora.   Spróbował   się 
uśmiechnąć i nadać ściągniętym rysom wyraz czystej życzliwości i sympatii.
- Trochę dziś późno przyszedłem do domu, musiał pan długo czekać?
-Wszedłem przez niedomknięte drzwi do garażu, byłem głodny, potrzebowałem bandaży - powiedział 
intruz.
-Nic nie szkodzi. - Diego starał się nie patrzyć na wylot lufy. - Czym mógłbym panu służyć?
-Potrzebuję innego ubrania i trochę pieniędzy -rzeczowo stwierdził zbieg. - Chciałbym też, żeby ktoś 
poprawił mój opatrunek. Krwotok zahamowałem dość niefachowo.
Doktor   zbliżył   się   do   nie   zapowiedzianego   pacjenta.   Odwinął   bandaż.   Właściwie   mógłby   w   tym 
momencie pokusić się o rozbrojenie maniaka, ale ciągle był na rauszu i niepewny własnego refleksu 
wolał nie ryzykować. Postrzał był brzydki, choć płytki.
-Niech się pan nie denerwuje, ubranie i pieniądze odeślę, kiedy tylko będę mógł - wymamrotał ranny.
-Oczywiście,   nie   ma   problemu   -   Diego   nadał   już   swemu   głosowi   naturalne,   ciepłe   brzmienie. 
Najważniejsze to zdobyć zaufanie szaleńca, potem wszystko pójdzie łatwiej.
-Uważa mnie pan za wariata? — zapytał natarczywie przybysz.
-Ależ skąd — doktor zaprzeczył może zbyt gwałtownie.
-Wiem, wiem, ale to nawet lepiej, dużo lepiej. Są w życiu takie sytuacje, kiedy lepiej za dużo nie 
wiedzieć. Jeszcze jedno. Pożyczy mi pan samochód? Chciałbym przed świtem być w górach, wóz 
zostawiłbym na parkingu w Villa Montana.
-Przecież   pan   wie,   że   nie   mogę   odmówić.   Sadzę   jednak,   że   powinien   pan   przede   wszystkim 
wypocząć. Stracił pan sporo krwi.
-Bzdura, nic mi nie jest. - Zbieg wstał i usiłował dojść do drzwi, ale zachwiał się. - Może rzeczywiście 
powinienem   zdrzemnąć   się   kwadransik.   W   końcu   wystarczy,   jeśli   wyjadę   na   dwie   godziny   przed 
świtem.
-Może się pan położyć na kozetce. Przyniosę koc – powiedział troskliwie doktor.
Maniak cały  czas zachowywał  się   poprawnie   i  gdyby nie  ściskany  kurczowo   rewolwer,   można   by 
polubić   jego   towarzystwo.   Tymczasem   Hernandez   mimo   zadania   kilkunastu   pytań   testowych, 
niezauważalnych przez laika, nadal nie potrafił określić schorzenia nieoczekiwanego pacjenta. To nie 
była schiozofrenia ani paranoja...
-Na pana miejscu spróbowałbym testu Warrena - padła naraz propozycja rannego.
-Ależ ja... wcale pana nie badam.
-Szkoda! Ja na pana miejscu bym to zrobił. Dobrze jest wiedzieć, kogo się gości pod swoim dachem. 
Prawda?
-Słyszałem jakiś komunikat w radio... - bąknął Diego.
-Zapewne o mnie. Udana ucieczka z Santa Clara zdarza się raz na piętnaście lat. A propos, doktorze, 
ile lat miał pan piętnaście lat temu?
-Byłem   uczniem...   w  dobrej   szkole.   Chociaż,   jeśli   chodzi   panu   o   ówczesne   wydarzenia   w   stolicy, 
pamiętam je dość dobrze. Przypominam sobie, że byłem zrozpaczony, ponieważ mama pochowała mi 
wszystkie   buty,   żebym   nie   mógł   wziąć   udziału   w   kwietniowej   demonstracji.   Przez   to   nie   mogłem 
zobaczyć Ojca Manuela.

background image

—Mówi pan o Sanchezie? — spytał zbieg.
—Naturalnie.
—Nie przypuszczałem, że ktoś może go jeszcze pamiętać.
Diego roześmiał się, po raz pierwszy w trakcie tego nieprzyjemnego
wieczoru. Więzień rzeczywiście był słabo poinformowany. Któż nie wiedział o Sanchezie, nie znał na 
pamięć jego życiorysu, nie  uczył się  na  jego ideałach. Ojciec Manuel  -  „Górski  Orzeł" - Nadzieja 
Kontynentu... To tylko trzy, z tysięcy tytułów najpopularniejszej postaci dziejów najnowszych. A przy 
tym co za niezwykła kariera.
— Może pan mi o nim opowiedzieć? - spytał przybysz. Hernandez spełnił jego prośbę.
Dwa lata przed wydarzeniami kwietniowymi Manuel Sanchez był nauczycielem historii w La Vista. 
Dobrym nauczycielem, samodzielnym chociaż, jak mówiono, kontrowersyjnym. W tym czasie reżim 
generała  Portillosa  znajdował  się  u  szczytu  potęgi.  Więzienia  były  pełne,  swobody  zawieszone,  a 
ogniska buntów zadeptane buciorami żandarmów. Oczywiście wszystko odbywało się pod hasłami 
ładu, porządku i bezpieczeństwa publicznego. Nic dziwnego, że odważny nauczyciel rychło znalazł się 
na liście osób nieprawomyślnych. Sytuację zaogniły informacje donosicieli, że po lekcjach spotyka się 
w   swoim   mieszkaniu   z   wybraną   grupą   młodzieży   i   rozmawia   na   tematy   nie   objęte   programem 
nauczania.   Co   gorsza,   po  wyrzuceniu   ze   szkoły  nie  poniechał   tej  działalności.  Los  Sancheza   był 
przesądzony i zapewne dopiero po paru latach któryś ze spychaczy niwelujących podmiejskie pagórki 
odnalazłby jeszcze jeden anonimowy grób ze zwłokami mężczyzny, z kulą wbitą w podstawę czaszki. 
Szczęściem   dla   Manuela,   Portillos   lubił   niekiedy   uchodzić   za   praworządnego   (zwłaszcza   gdy 
potrzebował zagranicznych pożyczek i kredytów żywnościowych) i dlatego pedagog zamiast zniknąć 
bez   śladu,   został   jedynie   oskarżony   w   całym   majestacie   prawa   i   opluty   przez   dyspozycyjnych 
dziennikarzy,   jako   demoralizator   młodzieży   i   agent   obcego   imperium.   Proces   miał   być   pokazowy, 
transmitowany   przez   telewizję.   Po   pięciu   miesiącach   śledztwa   oprawcy   byli   pewni,   że   oskarżony 
będzie zeznawać w sposób pożądany.
Niestety. Sanchez nie tylko odwołał wymuszone zeznania, udowodnił bezsens oskarżeń i mechanizmy 
dyktatury,   ale,   co   gorsza,   dzięki   przyzwoitości   przewodniczącego   trybunału   (który   miał 
zaawansowanego raka i mógł sobie pozwolić na niezawisłość) został uniewinniony. Opuszczając salę 
sądową, był już sławny i popularny jak żaden z tłamszonych po cichu rebeliantów czy kawiarnianych 
opozycjonistów. Wprawdzie propaganda usiłowała uniewinnienie zinterpretować jako sukces władzy, 
która obiektywnym wyrokiem dowiodła własnej praworządności, ale była to próba zatykania Amazonki 
korkiem od wanny. Skrewił również nasłany zamachowiec, kierowca wielkiej ciężarówki, przed którą 
Manuel   uratował   się   skokiem   z   wiszącego   mostu.   Dalszy   życiorys   buntownika   stał   się   jeszcze 
barwniejszy.
Wydalony z kraju, zjednoczył w Paryżu rozbite i podzielone jałowymi sporami grupki emigracyjne, po 
czym z dokumentami na nazwisko Leo Santorri powrócił do ojczyzny.
Tymczasem w ciągu owego roku kryzys gospodarczy jeszcze się pogłębił. Co rusz wybuchały dzikie 
strajki górników i tkaczy, tłumione bądź za pomocą dodrukowywania pesetów, bądź brutalnymi akcjami 
oddziałów   specjalnych.   Rósł   ferment   w   kołach   intelektualnych,   z   ambony   grzmiał   (posługując   się 
czytelnymi aluzjami) biskup La Visty, dopóki nie zginął zastrzelony przez jakiegoś szaleńca, który (jak 
dowiodło tego drobiazgowe śledztwo) działał na własną rękę i nie miał żadnych wspólników.
Tymczasem Sanchez dwoił się i troił. Ukrywany przez pe-onów i szmuglerów papierosów przemierzał 
kraj wszerz i wzdłuż. To wypływał wśród strajkujących górników, pomagając im formułować żądania, to 
znów uczył zecerki rozgorączkowanych studentów. Za jego głowę wyznaczono nagrodę w wysokości 
miliona pesetów, ale jakoś nikt się nie kwapił po jej odbiór.
Tymczasem poczęły wybuchać pierwsze ładunki instalowane w różnych miejscach przez narwańców z 
partyzantki   leśnej   i   miejskiej.   Portillos,   zaskoczony   obrotem   spraw,   działał   chwiejnie   i 
niekonsekwentnie.   Jednego   dnia   wysyłał   oddziały   specjalne,   zezwalając   na   krwawe   pacyfikacje 
wiosek   indiańskich,   aby   drugiego   zwoływać   rozpędzony   parlament   i   wyciągać   posiwiałych 
deputownych z więzień i obozów pracy.
W   marcu   można   było   odnieść   wrażenie,   jakby   sytuacja   zaczynała   się   uspokajać,   Portillos 
zapowiedział   powrót   do   rządów   cywilnych,   przebąkiwał   o   możliwości   amnestii   dla   więźniów 
politycznych.
Jednakże w pierwszych dniach kwietnia jeden z szefów policji wykombinował zorganizowanie wiecu 
popierającego dyktatora. Spędzono na stadion młodzież szkolną, aktywistów grup paramilitarnych i 
emerytowanych oficerów. Wiec udał się aż za dobrze, zwłaszcza gdy do tłumów wychodzących ze 
stadionu   poczęli   dołączać   robotnicy   i   studenci   wołając,   że   trzeba   iść   pod   pałac,   aby   osobiście 
podziękować Portillosowi za przewodzenie narodowi. I szedł tłum, wielki jak wezbrana wiosną rzeka, 
po   Avenida   del   Soi,   tłum   brodatych   konfidentów,   z   ukrytymi   w   teczkach   bańkami   z   benzyną, 
beztroskiej   młodzieży   i   zdezorientowanych   kobiet,   które   porzuciły   swoje   stałe   miejsca   w 

background image

wielogodzinnych kolejkach po chleb.
W tym samym czasie Portillos znajdował się już w swoim bunkrze daleko od miasta, a w parku za 
pałacem   gromadziły   się   grupy   specpoli   uzbrojonych   w   automaty.   Z   podmiejskich   garnizonów 
wyruszyły kolumny wozów pancernych.
Tymczasem tłum minął katedrę Matki Boskiej z Gwadelupy, białe schody Pałacu Gigantów i śpiewając 
pieśni, szedł dalej, wielogłowy i beznadziejnie ufny w siłę pokojowej demonstracji.
Naraz, ledwie o trzysta metrów od Pałacu Republiki, z bocznej uliczki wyjechał wóz z podnośnikiem, 
służącym   do   wymiany   świetlówek   w   lampach   ulicznych,   stał   na   nim   mężczyzna   w   sile   wieku,   w 
kapeluszu peonów z Montanii. Poznano go.
-Manuel, Manuel, Manuel! - zaskandował tłum i zatrzymał się.
-Słuchajcie, ludzie - rzucił Sanchez. - Rozejdźcie się, to prowokacja dyktatora!
Z dołu ozwały się głosy niedowierzania.
-Jeśli   nie   wierzycie,   wyślijcie   delegację   pod   pałac   albo   lepiej   za   pałac.   Chcą   was   sprowokować, 
oskarżyć o bunt i krwawo go stłumić.
-Przecież jesteśmy nieuzbrojeni! - zawołał ktoś z tłumu.
-To nie ma żadnego znaczenia. Zaprawdę mówię wam, czas jeszcze nie nadszedł.
Dialog   toczył   się   nerwowy,   lecz   w   końcu   tłum   usłuchał   i   niechętnie,   bo   niechętnie,   począł   się 
rozchodzić. Zaimprowizowani przywódcy rozprowadzali kolumny do stacji metra, parków, przystanków 
autobusowych.
W minutę po przemówieniu Sancheza patrole otoczyły podnośnik, ale Manuel piysnął przez balkon 
zabytkowej   kamieniczki   i   przepadł   jak   kamień   w   wodzie.   Nieudana   prowokacja   jeszcze   bardziej 
skruszyła   fundamenty   władzy   Portillosa.   Wśród   młodszych   hierarchów   z   Rady   Junty   poczęło   się 
szerzyć   przekonanie   o   nieuchronności   zmian.   Przebąkiwano   o   wymianie   Portillosa   na   jakiegoś 
konserwatywnego cywila.
I właśnie wtedy rozegrał się dramat na Bagnie Flamingów. Do dziś nie wiadomo: efekt przypadku czy 
zdrady?
Z początkiem czerwca oddział żandarmerii natknął się na obozowisko partyzantów, które wizytował 
Sanchez. Nauczyciela skosiła jedna z pierwszych serii. Bojownicy nawet nie zdążyli chwycić za broń, 
zaczęła   się   systematyczna   rzeź.   Zabito   wszystkich,   łącznie   z   Mariną,   prześliczną   Metyską   — 
dziewczyną „Górskiego Orła". Przebieg masakry cały czas kręcili reporterzy telewizyjni. Zapadający 
zmierzch i narastająca ulewa, która zmieniła bagno w nieprzebyte grzęzawisko, zmusiły do odwrotu 
dzielnych żandarmów. A nazajutrz program sławiący odpowiedzialnych patriotów poszedł w wydaniu 
Tele-globu.
Był to ostatni wieczór Portillosa.
Miara się przebrała, zmagazynowany gniew samorzutnie wybuchnął.
W pół godziny po emisji wiadomości wszystkie posterunki policji w stolicy były już zdobyte. Uzbrojone 
tłumy ruszyły na pałac. Jednostki pancerne, wyznaczone do kontrnatarcia, przeszły na stronę rebelii. 
Za nimi poszła żandarmeria, a najwierniejszy z wiernych - szef telewizji rządowej osobiście wygłosił 
przemówienie przeciwko tyranii. Portillos nie zdążył uciec do bunkra ani na sekretne lotnisko, gdzie 
czekał doskonale wyposażony samolocik odrzutowy.
Zastrzelił go osobiście porucznik Carania z Gwardii Republikańskiej, od roku tajny członek organizacji 
Sancheza.   On   też,   już   jako   pułkownik,   stanął   na   czele   całego   ruchu,   dusząc   ostatnie   gniazda 
popleczników dyktatora, zresztą bardzo nieliczne...
W dwa tygodnie później ogólnonarodowe referendum uczyniło go prezydentem.
Kiedy Diego opowiadał całą tę historię, gość nie odezwał się ani słowem. Widocznie w Santa Clara 
odcięty był od jakichkolwiek informacji. Gdy Hernandez zamilkł, przybysz westchnął i po dłuższym 
milczeniu spytał:
-A co było potem?
-Potem rozpoczęły się rządy Caranii, zrazu liberalne, pełne obietnic i zapewnień, z czasem coraz 
twardsze,   coraz   bardziej   dyktatorskie.   Dzięki   kredytowi   zaufania   i   hasłom   odziedziczonym   po 
Sanchezie, Carania zdobył władzę o jakiej Portillos nie mógł marzyć. Nie liczył się więc z nikim i z 
niczym.   Znów   zapełniły   się   więzienia,   a   dawni   żandarmi   i   prokuratorzy   szybko   powrócili   do   łask. 
Fachowcy zawsze są potrzebni. Większość byłych towarzyszy Ojca Manuela, o ile nie poszła ślepo za 
Carania, jest dziś za granicą, bądź znikła bez wieści.
-A zatem zapomniano o Manuelu?
Doktor tylko się roześmiał.
- Zapomnieć   o   Sanchezie   byłoby   równoznaczne   ze   zdradą   stanu.   „Górski   Orzeł"   to   na   równi   z 
Simonem Bolivarem nasz bohater narodowy. Jego imię noszą ulice i place, zatoki i szczyty górskie, 
rzeźnie i wytwórnie majtek. Jego ostry profil widnieje na znaczkach pocztowych, monetach i kapslach 
od piwa. Portrety we wszelkich możliwych formatach zdobią ściany urzędów i szkół, mokną podczas 

background image

oficjalnych   parad.   A   pomniki   -jakaż   jest   ich   różnorodność:   Sanchez   wsparty   o   skałę,   Sanchez 
głaszczący   małą   Indiankę   po   włosach,   Sanchez   przy   ognisku,   a   przede   wszystkim   Sanchez   na 
historycznym  podnośniku.  W  każdej  książce  musi  być  przynajmniej  jeden  odsyłacz  do   jego  pism, 
jeden   cytat   z  jego   przemówień.   Ba,   świeżo   upieczone   małżeństwa  po   wyjściu  z  katedry  składają 
kwiaty pod jego obeliskiem..
Zbieg uśmiechnął się tylko.
- A  zatem   —   rzekł   —   mogę   mniemać,   że   potrafiłby   pan,   doktorze,   bez   trudu   naszkicować   jego 
rysopis?
Diego wzruszył ramionami:
- Czarna gęsta czupryna, orli nos, nieco wydatne wargi, oczy ukryte pod krzaczastymi brwiami i gruba 
blizna na prawym policzku.
-A może chciałby pan jej dotknąć, doktorze?
Hernandez   trwał   przez   dłuższą   chwilę   zupełnie   nieruchomo.   Nie   zareagował   nawet,   kiedy   piorun 
uderzył gdzieś blisko willi, a wszystkie światła na moment przygasły. Zdumienie tylko przez moment 
walczyło z niedowierzaniem. Sanchez uniósł się z kozetki, odłożył trzymaną dotąd kurczowo broń.
-Nie pyta pan, jak to możliwe?
-No właśnie... - bąknął lekarz, nerwowo zapalając papierosa.
-Wtedy   na   moczarach,   żaden   z   postrzałów   nie   był   śmiertelny.   Kiedy   oprawcy   oddalili   się, 
zaniepokojeni podnoszącą się wodą, półprzytomny doczołgałem się na jakiś pagórek, tam znalazł 
mnie   Carlos,   stary   rybak,   analfabeta,   jeden   z   nielicznych   autochtonicznych   mieszkańców   Bagna 
Flamingów.  Bardzo  długo  trwało,  zanim  leczony  odwiecznymi  metodami  krajowców  doszedłem  do 
zdrowia.   Kiedy   z   ranami   się   poprawiło,   przyplątała   się   febra.   Minęło   kilkanaście   miesięcy,   zanim 
mogłem pozwolić sobie na marsz do najbliższej osady. Nie wiedziałem nawet, że zwyciężyłem. Rybak 
nie znał się na polityce. Wiedział, co robi. Dopiero po dotarciu do jednej z wiosek dowiedziałem się, że 
rewolucja   wygrała,   a   ojcem   narodu   jest   Carania.   Natychmiast   udałem   się   na   posterunek   policji. 
Powiedziałem,   kim   jestem.   Najpierw   wzięto   mnie   za   wariata,   ale   po   namyśle   dyżurny   sierżant 
zadzwonił   do   komendy   prowincjonalnej.   Już   nazajutrz   przyjechał   do   osady   major   Quesada,   swój 
chłop,   góral   jak   ja.   Poznał,   uściskał   i   zadzwonił   bezpośrednio   do   Caranii.   Prezydent   podobno 
zaniemówił. Po chwili obiecał wysłać specjalny helikopter. Trochę zrobiło mi się nieprzyjemnie, że nie 
poprosił mnie do telefonu.
To   czerwcowe   popołudnie   było   najpiękniejszym   dniem   mojego   życia.   Całe   Magambos,   bo   tak 
nazywała się osada, zorganizowało festyn wolności. Tańczono, pito i śpiewano, ciesząc się z mojego 
zmartwychwstania.
Pół godziny przed zmierzchem, kiedy wyzwoliłem się z objęć pięknych córek właściciela plantacji, 
przyszedł do mnie zaskakująco spochmurniały Quesada.
-Czy to nie dziwne? Do tej pory radio nie nadało żadnego komunikatu o twym odnalezieniu, panie.
-Może chcą nadać ceremonii specjalną oprawę, uzgodnić to ze mną - odrzekłem niefrasobliwie. Ale 
Ouesada nie rozpogodził się po tych słowach.
-Dobrze pan zna Caranię?
-Spotkaliśmy się zaledwie kilkakrotnie. Świetny żołnierz...
Nad lasem zaterkotał helikopter. Wsiadłem doń żegnany owacyjnie
Przez   kilkudziesięciu   mieszkańców   Magambos.   Byłem   zmęczony.   W   helikopterze   znajdował   się 
lekarz, nieznany mi osobiście Pułkownik (podobno adiutant Caranii) i pielęgniarka. Obaj z Ouesadą 
otrzymaliśmy po filiżance aromatycznej kawy i zaraz potem zapadłem w sen. Ocknąłem się dopiero w 
Santa  Clara,  w  pawilonie IV,  głęboko  wkopanym  w  wulkaniczną  glebę.  Usługiwał mi głuchoniemy 
strażnik   i   lekarz   cudzoziemiec,   nie   odzywający   się   ani   słowem   i   nie   reagujący   na   moje   próby 
porozumienia. Przez piętnaście lat nie miałem żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, nie udało 
mi się też zrozumieć do końca, co się właściwie stało.
Opowieść musiała zmęczyć Sancheza, bo wyczerpany opadł na kozetkę,
- Mogę   uzupełnić   pańską   historię   -   powiedział   poważnie   Hemandez.   Pozbył   się   już   wszelkich 
wątpliwości. - Byłem młody, ale czytałem gazety. Gdzieś z początkiem tamtego lata major Ouesada 
popełnił   samobójstwo,   wyskakując   z   górnych   okien   Ministerstwa   Policji.   Mówiono,   że   z   powodów 
osobistych.
Manuel westchnął tylko, a Diego ciągnął dalej.
-Mówił pan, że gościnna wioska nazywała się Magambos. Ta nazwa też nie jest mi obca. „Dramat w 
Magambos" – wielkie czarne nagłówki...
-Proszę mówić.
-Dokładnie nie pamiętam, ale gdzieś w tym samym czasie, kiedy zginął Quesada, grupa bandytów 
napadła na tę osadę i wzięła wszystkich mieszkańców jako zakładników. Razem zabarykadowali się w 
miejscowym   kościele.   Podczas   pertraktacji   z   przybyłym   dowódcą   żandarmerii   doszło   do 

background image

niewyjaśnionej eksplozji. Wszyscy przebywający w kościele zginęli.
Sanchez ukrył twarz w dłoniach.
- Więc to jednak Carania! A ja, głupi, przez te wszystkie lata podejrzewałem nieżyjącego Quesadę, 
myślałem, że to jakiś spisek niedobitków Portillosa. Usiłowałem wysyłać listy do prezydenta. Carania! 
Mój uczeń! Wielki Boże!
Hernandez patrzył na niego zdziwiony. „Ojciec Manuel - Nadzieja Kontynentu" okazał się łatwowierny 
jak dziecko. Czyżby nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo przerósł go własny mit i jak bardzo był 
niewygodny dla kapłanów tego mitu? Doktor, który był realistą, nie dziwił się postępowaniu Caranii, 
dziwne było raczej to, że zdecydował się pozostawić Sancheza przy życiu. Oficerowie, którzy przejęli 
władzę, nie byli aż takimi idealistami jak nauczyciel z La Vista. Wykorzystali rewoltę do pałacowego 
przewrotu. Dziś, p° piętnastu latach, Carania, jeśli nie liczyć rewolucyjnej frazeologii i sanchezowskich 
haseł, niczym nie różnił się od swego poprzednika, Portillosa.
Diego zamierzał coś powiedzieć, ale odgłosy dochodzące z kozetki upewniły go, że pacjent zasnął. 
Gdzieś w głębi domu stary zegar wybił pierwszą, burza kotłowała się jeszcze nad wzgórzami, ale 
grzmoty  były  coraz  odleglejsze.   Hernandez   na   palcach   zbliżył   się   do   śpiącego   i   szybko   podniósł 
leżący na stoliku pistolet. Sanchez ani drgnął, oddech miał równy, choć nieco chrapliwy.
Doktor wycofał się na palcach. W myślach miał zamęt. Wielkie pomieszanie ekscytacji ze strachem.
- Co zrobię, jeśli go u mnie znajdą? Nie! Bzdura, dlaczego mieliby znaleźć? Deszcz zmył wszelkie 
ślady. Cholera, żeby choć kropla alkoholu!
Włączył ekspres do kawy. I nagle gwałtowna myśl przeszyła mu mózg: szansa! Jakkolwiek by patrzeć, 
pojawienie się Manuela stanowiło wielką szansę. A on i tak nie miał nic do stracenia. Błyskawicznie 
przemknęły mu przez głowę dwie koncepcje: spokojniejsza - wyjazd z Sanchezem za granicę (zawsze 
to   dobrze   być   osobistym   lekarzem   czołowego   przywódcy   emigracji)   i   druga   -   znacznie   bardziej 
ryzykowna... Konspiracja.
Była jeszcze jedna możliwość, telefon na policję, ale doktor zbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że przy 
takiej aferze żaden ze świadków, nawet superlojalny, nie ma prawa pozostać przy życiu.
W hallu rozległ się cichy brzęk. Hernandez podszedł do telefonu.
- Chwała Bogu, znów włączyli linię.
Wiedział,   co   zrobi.   Zadzwoni   do   Alonsa.   Młody   chirurg   miał   rozległe   znajomości   w   kręgach 
opozycyjnych, był również bardzo popularny wśród studentów, przechwalał się swymi dojściami do 
telewizji. Gdyby możliwie szeroko ujawnić zmartwychwstanie Sancheza, kto wie?
Już po chwili wykręcał siedmiocyfrowy numer.
Alonso mimo późnej pory jeszcze nie spał. Jego miły głos wniósł od razu element spokoju.
-Co dobrego, Diego?
-Chciałbym, żebyś wpadł do mnie, mam ważną sprawę.
-Ku zdziwieniu Diega Alonso nie zadawał żadnych pytań, tylko potwierdził krótko.
-Dobrze!
Z własnej inicjatywy Hernandez dorzucił:
-Mam pacjenta, który mógłby was - to słowo wypowiedział z naciskiem - zainteresować. Najciekawszy 
przypadek od piętnastu lat...
-Będę, za pół godziny - przerwał mu Alonso.
-Z kim pan rozmawia? - Sanchez stanął w drzwiach gabinetu, ciężko opierając się o framugę.
Doktor upuścił słuchawkę, jak dziecko przyłapane na gorącym uczynku.
-Z przyjacielem, może nam pomóc.
-Dziękuję, ale prosiłem tylko o pożyczenie wozu i odzieży - w głosie rannego zabrzmiała nieufność i 
irytacja.
-I co pan zamierza?
-Być wolnym. Wrócić w góry.
-Walczyć?
Manuel pokręcił głową.
- Wyrosłem z tego. Każdy kiedyś może bawić się w rewolucję. Z wiekiem to przechodzi...
Hernandez popatrzył z niedowierzaniem.
- Ależ don Manuelu, mówmy otwarcie. Tysiące ludzi w kraju marzyło o pańskim zmartwychwstaniu. W 
niejednym burzyła się krew, kiedy widział, kto żeruje na pańskiej legendzie. Czy pan wie, jak bardzo 
jesteśmy  dziś  upodleni?  Kim  my  jesteśmy?  Marionetkami,  półludźmi  w  teatrze   pozorów.  Udajemy 
wiarę, nie mamy nadziei, a przepaja nas nienawiść.
-To   istotnie   przykre   —   Sanchez   wyraźnie   nie   ekscytował   się   przemową   Diega.   Przeciwnie,   jego 
rezerwa wzrosła.
-Ale  to można zmienić, wystarczy  pana imię.  Ono nas zjednoczy, wyzwoli energię narodu. Jeden 
manifest: „Prawda dla ludzi, ziemia dla peonów" i jesteśmy na czele fali.

background image

Ranny uśmiechnął się gorzko,
-Mam być znów odskocznią, dla nowych „przyjaciół ludu"? Nie, doktorze, starczy, że wychowałem 
Caranię. Ruszam.
-Tak nie można mówić - Diego czuł, jak rozsypuje się lodowy pałac jego nadziei.
Sanchez zachichotał.
-Chce pan zostać ministrem zdrowia, to się da załatwić nawet teraz.
-W jaki sposób?
-Jedna pielgrzymka do Matki Boskiej z Gwadelupy. Krew napłynęła do twarzy Diega,
-Proszę nie żartować!
Gość   wzruszył   ramionami.   Zaczął   krążyć   po   mieszkaniu,   zbierać   rozrzucone   bandaże,   zajrzał   do 
szafy, wybrał sobie garnitur. \V ogóle nie reagował na odżywki gospodarza. Chichotał albo czasami 
rzucał jakieś zdanie o czterdziestu wiekach, które na nich patrzą.
Hernandez poczuł, że ogarnia go przerażenie. Zwariował. Piętnaście lat spędzonych w lochu zrobiło 
swoje. Pal jednak wariactwo, nawet zidiociały Sanchez to jednak Sanchez.
Gość otworzył szufladę i liczył pieniądze, mamrotał przy tym do siebie.
-Kiedy   tylko   wybuchła   ta   epidemia   tyfusu,   wiedziałem,   że   ucieknę,   nie   ma   nic   lepszego   niż 
zamieszanie w więzieniu, cały czas mówiłem do siebie, Pedro, teraz twoja kolej.
-Jaki Pedro?
-Pedro Jimenez... Nie przedstawiłem się jeszcze?
-Ależ, don Manuelu!
Chichot wzmógł się.
- Ładnie   wymyśliłem   tę   historię,   prawda?   Mam   wielki   talent   literacki.   Ogromny.   Kiedyś   dostanę 
Nagrodę Nobla. A do Sancheza chyba rzeczywiście jestem podobny.
Doktorowi zrobiło się słabo. A potem fala gniewu oblała go od stóp do głów. Taka szansa, taka szansa. 
I on, naukowiec, dał się oszukać byle schizofrenikowi,
Przybysz kuśtykając dotarł do kuchennych drzwi. Otworzył je.
-Do widzenia, doktorze. Dziękuję za wszystko... Aha, proszę o zwrot broni.
-Musi pan zostać u mnie, Jimenez, jest pan chory...
-Proszę oddać mi broń!
Nagłym skokiem, z energią, o którą trudno podejrzewać rannego szaleńca, zbieg z Santa Clara dopadł 
Hernandeza. Doktor jednak znał sztukę samoobrony. Chwilę szamotali się w milczeniu. I nagle padł 
strzał. Uścisk zelżał. Nocny gość osunął się na podłogę.
- Nie strzelaj - zawołał -ja naprawdę...
Hernandeza ogarnęła furia; zbyt drogo kosztowało go całe oszustwo. Za bardzo uwierzył w swoją 
szansę. Strzelił jeszcze raz, drugi, trzeci.
Potem   podszedł   do   telefonu,   wykręcił   numer   policji,   podał   swoje   nazwisko   i   adres.   Powiedział   o 
zbiegłym maniaku, który go zaatakował i o konieczności użycia broni w obronie własnej.
Komendant podziękował i powiedział, że natychmiast wyśle ekipę.
Hernandez  wyszedł  przed   dom.   Ogarnęły  go  zapachy  ogrodu  i  szaleństwo  cykad.  Był   zmęczony, 
bardzo zmęczony. Czuł się, jakby przybyło mu co najmniej dwadzieścia lat.
W dole na drodze błysnęły reflektory samochodu.
- Szybko działają - pomyślał z uznaniem.
Na   podjeździe   ostro   zahamował   stary   datsun.   Wyskoczył   z   niego  Alonso   i   jeszcze   jakiś   brodaty 
mężczyzna.
-Cholera, zapomniałem ich odwołać. Co ja im teraz powiem?
Alonso uścisnął mu ręce. Przedstawił nieznajomego.
- To  pułkownik Ribeira z Gwardii  Republikańskiej, nasz człowiek.  Za pięć minut  przyleci prywatny 
helikopter arcybiskupa. No, gdzie on jest?
-Kto?
-Manuel Sanchez!  Myślisz, że nie zorientowałem się natychmiast, co jest grane? Mieliśmy cynk z 
Santa Clara, że uciekł, mieli go przenieść do innego więzienia, dlatego przyspieszyliśmy akcję. Nie 
masz pojęcia, jak bardzo nam pomogłeś. Wiesz, co się teraz dzieje w mieście?
-Co się dzieje?
-Wszystko   gotowe   do   rewolucji.   Kontrolujemy   już   nadajnik   radia,   przez   które   Manuel   wygłosi 
przemówienie. Gwardia już opowiedziała się przeciwko Caranii. Studentom i robotnikom rozdano broń. 
PerDiosl Carania już jest trupem. Cały kraj stanie za nami. Skończy się beznadzieja, przemoc i rządy 
klik. Rozumiesz, Diego? Czy możesz to zrozumieć?!

Loteria

background image

Srebrzysta kulka potoczyła się skrajem tarczy, obiegła ją kilkakrotnie, terkocząc w nagłej ciszy, która 
zapadła   na   wykwintnej,   acz   zadymionej   sali,   pełnej   pięknych   kobiet   i   czcigodnych   starców, 
zgromadzonych wokół stołów pod cienkimi weneckimi żyrandolami, wśród purpurowych obić i kotar 
tłumiących zarówno westchnienia przegranych, jak i odgłosy zadowolenia szczęśliwców.
-Numero guinze, la sante- zabrzmiał dobitny głos krupiera, a czarne grabki z chińskiej laki wskazały 
chudego dżentelmena na skraju stołu, kurczowo ściskającego kieliszek z koniakiem.
-Numer piąty to ja! - zawołał i wychylił duszkiem bursztynowy płyn.
-Ma   facet   szczęście,   wygrał   Zdrowie   na   loterii!   –   usłyszałem   obok   siebie   szept   przesiąknięty 
alkoholem.
-Proszę?
-Udało   się   staremu   Duvalowi.   Wytrwałość   została   nagrodzona   -   powtórzył   mój   sąsiad   z   prawej, 
czerwony tłuścioch o przekrwionej twarzy i króliczych oczach albinosa.
Przez moment zastanawiałem się, czy mówił do mnie. Są takie chwile, kiedy człowiek ze zdumieniem 
patrzy dookoła i myśli, skąd właściwie się tutaj wziął. Pamiętam dokładnie moment wejścia do kasyna, 
kilka nieudanych kolejek przy ruletce, zabawę przy barku z, jednorękimi bandytami" — tam nawet mi 
się trochę poszczęściło. Ale potem? Chyba zobaczyłem dziewczynę, smukłą blondynkę, której twarz 
prawie   w   całości   wypełniały   fiołkowe   oczy.   Zupełnie   natomiast   nie   mogłem   sobie   przypomnieć 
momentu wejścia na salę z loterią, więcej powiem, tyle razy odwiedzałem kasyno, a mimo to nie 
miałem pojęcia o istnieniu purpurowego sanktuarium.
-Napijemy się? - Tęgi sąsiad ujął mnie pod ramię. - Tę kolejkę pauzuję. Mam telefon od świętego 
Antoniego - przekornie zmrużył oko,
-Który numer pan obstawia? - zapytał mnie krupier.
-Jedenaście - rzekłem machinalnie, kładąc szton na odpowiednim Polu.
-Też  zawsze  obstawiam  nieparzyste  -  szepnął  tłuścioch.   -  Denerwował  mnie,  ale  z  drugiej  strony 
irytujący   klimat   dziwacznego   snu   sprawiał,   że   miałem   ochotę   zapytać   kogokolwiek,   nawet   tego 
nachalnego gościa, co tu właściwie jest grane?
Znowu zagrzechotała kulka, posuwając się po ruchomej tarczy z przezroczystego tworzywa. Dopiero 
teraz zauważyłem, że pod nią znajduje się druga tarcza z kolorowymi napisami. Maszyna stanęła, 
kulka   wpadła   w   przegródkę   numer   14,   a   wokół   stołu   rozległo   się   westchnienie   ni   to   ulgi,   ni   to 
rozczarowania.
- Widzi pan, co za sprawiedliwość. Grek trafia Miłość trzeci raz w tym miesiącu.
Oliwkowy przystojniak spokojnie schował do kieszeni żeton i z godnością opuścił salę. Grubas zajął 
się swoim kieliszkiem, a ja oswobodziwszy ramię z jego paluchów, odsunąłem się od stołu.
- Zupełnie słusznie - dobiegła mnie pochwała wymówiona głosem cichym i niesamowicie seksualnym.
Ona! Tajemnicza nieznajoma stała o krok ode mnie, bawiąc się paciorkami naszyjnika okalającego 
szyję, przywodzącą na myśl modelki Botticellego.
-Lepiej odejść po pierwszej  kolejce  — kontynuowała, patrząc mi prosto  w  oczy - chociaż kto raz 
połknął bakcyla, będzie grać nieprzerwanie.
-Lubię zabawę z losem, ale nie jestem hazardzistą- odrzekłem.
- Zawsze potrafię przerwać.
-Wszystko jest kwestią stawki - stwierdziła i zaraz dodała:
-nazywam się Ana.
Grzechot kulki ponownie uciął rozmowy i uśmiechy.
-Numero dix-hnit, la tristesse..,
-Witaj,   Smutku   -   zażartowała  Ana,   wskazując  wzrokiem   starszą   damę   chowającą   w   torebce   swój 
żeton. - Mogło być gorzej.
-Czy mogłabyś wytłumaczyć mi reguły loterii? - spytałem.
-To proste: w tej sali gra się w życie. W każdej kolejce możesz wygrać swój los na następny dzień. 
Jeśli wypadnie Miłość, nazajutrz będziesz mógł zdobyć każdą kobietę; jeśli Zdrowie, w trawiącej cię 
nieuleczalnej chorobie nastąpi przełom; jeśli Szczęście...
-A jeśli Smutek?
- Smutek to pusty los. Jeden dzień chandry, po którym będzie można zagrać na nowo.
Podszedłem do stołu. Wiara, Nadzieja, Miłość... Na dolnej tarczy można było przeczytać słowa, które 
od lat zwykłem traktować jak puste dźwięki. Pomyślałem, że warto byłoby trafić Miłość.
Zwłaszcza, że Ana była przy mnie. Prześliznąłem się wzrokiem po twarzach grających, bez większego 
trudu mogłem wyczytać, na co liczyli. Może za wyjątkiem pergaminowego, trzęsącego się staruszka, 
przypominającego bardziej puste miejsce przy stole niż zwyczajnego hazardzistę.
-A ty, Ana, na co liczysz?
-Ja nie gram, ja tylko ostrzegam.
Znów uczułem na sobie pytające spojrzenie krupiera. Uprzejme, czujne, zimne.

background image

-Rien na va plus? - Sięgnąłem po mój żeton.
-Proszę cię, nie graj - powiedziała wielkooka.
-Dlaczego?
-Jesteś młody, zbyt młody.
-Jeszcze raz jedenaście - rzekłem spokojnie.
-Najważniejsza jest konsekwencja - znów wtrącił się tłuścioch. Miał już bardzo mocno w czubie i ledwo 
trzymał się na nogach. - Najważniejsze to wierzyć w swój los - zabełkotał i przysiadł na jednej z sof, z 
wyrazem twarzy zniechęconego buldoga.
Tarcza zawirowała. Ujrzałem, jak zwężają się oczy Any, niczym u drapieżnika gotującego się do skoku.
-Numero onze, la mort - powiedział krupier i po sali przeszedł szmer mocniejszy niż uprzednio. Grabki 
podsunęły ku mnie żeton, a suchy staruszek podbiegł do mnie i potrząsnął moją ręką.
-Gratuluję, szczerze gratuluję!
Ana miała spuszczoną głowę. Gotów byłbym przysiąc, że w jej ogromnych oczach zakręciły się łzy. 
Inni ludzie odwrócili głowy.
- Czy coś się stało?
Piękna miała już twarz spokojną, surową,
- Miałeś   szczęście   -   stwierdziła.   -   W   drugiej   kolejce   wygrałeś   to,   o   co   wielu   latami   zabiega 
bezskutecznie - śmierć.
Brzmiało   to   jak   marny   kawał.   Roześmiałem   się   nieszczerze.   A   jednocześnie   zapragnąłem   jak 
najszybciej opuścić to zwariowane kasyno, obudzić się we własnym albo cudzym łóżku, a w każdym 
razie czym prędzej wrócić do rzeczywistości.
- Chodźmy - Ana pociągnęła mnie ku drzwiom ukrytym za kotarą. - Tego już nie można odegrać. A 
wątpię, żeby ktoś się z tobą zamienił losem. Przykro mi, że zwabiłam cię tutaj, ale naprawdę, daję 
słowo, zrobiłam to mimowolnie. Pojedziemy do mnie.
Gzuję się winna i przynajmniej postaram się, aby twoja ostatnia noc była przyjemna.
Czułem się oszołomiony i to na pewno nie z powodu alkoholu, piłem przecież dość umiarkowanie. Z 
wielu pytań, które przelatywały mi przez głowę, wykrztusiłem jedno:
-Powiedz, kim ty właściwie jesteś?
-Moje pełne imię brzmi Ananke, Przeznaczenie - powiedziała, płacąc taksówkarzowi.
Wstyd powiedzieć, ale uciekłem. Uciekłem widząc, jak duża wskazówka zbliża się do godziny siódmej, 
godziny, w której mój los miał się, jak mówiła Ana, uprawomocnić.
Dziewczyna   spała   z   burzą   włosów  rozrzuconych   na   poduszce,   oddychając  równo,   spokojnie.   Nie 
miałem serca jej zbudzić ani udusić, choć oba pomysły równocześnie przyszły mi do głowy. Przez 
okno wlewał się najzupełniej realny świt. Kiedy balkonowymi drzwiami wydostałem się do ogrodu, 
skąd uchylona furtka wypuściła mnie na cyprysowy bulwar, poczułem się inaczej, normalnie. Niebo 
było błękitne, a wiatr od morza świeży, rzeźwiący. Z minuty na minutę narastała we mnie pewność, że 
wydarzenia   ostatniej   nocy   były   wyłącznie   pasmem   majaków,   koszmarów   i   widm,   po   których 
ostatecznie zbudziłem się do życia. A Ana? Żart? Kaprys losu?
- Halo, halo, proszę pana!
Odwróciłem   się.   I   zbladłem.   Biegł   za   mną   ów   natrętny   tłu-ścioch   z   kasyna,   teraz   nieco   bledszy, 
straszliwie skacowany. W jednej chwili nadzieja, że loteria była snem, prysła.
- Myślałem, że już pana nie znajdę - sapał - a jednak udało się. I to przed siódmą.
Dreszcz przebiegł mi po karku na samo wspomnienie feralnej godziny.
-O co chodzi? - usiłowałem zachować maksymalnie spokojny ton.
-Ja   wiem,   że   to   kłopot...   ale   chętnie   dopłacę,   wczoraj   byłem   pijany,   może   zrobiłem   na   panu   nie 
najlepsze wrażenie, ale jestem człowiekiem solidnym. Robię w wełnie... - mówił chaotycznie, jąkając 
się i połykając sylaby.
-Ale o co chodzi? - powtórzyłem, wpatrując się w zegar zdobiący tympanon jednego z findesieclowych 
pensjonatów.
-Chciałbym zamienić swój los z pańskim. Miałem pecha. Wygrałem wczoraj Prawdę, cenna rzecz, ale 
w   moim   zawodzie   niezbyt   przydatna,   a   potrzebuję   Sukcesu.   Podpisuję   dziś   ważny   kontrakt...   i 
muszę... Cena nie gra roli...
Wzruszyłem ramionami i chciałem mu wytłumaczyć, że posiada mylne informacje, jeśli ktoś wygrał 
tego   wieczoru   Sukces,   to   na   pewno   nie   ja,   ale   nie   dopuścił   mnie   do   głosu.   Grubymi   paluchami 
wysupłał z kieszeni swój żeton i począł mi go nachalnie wtykać razem z paczką banknotów.
-Chciałem, żeby pan zrozumiał... - wahałem się.
-Rozumiem, rozumiem, każdy pragnie Sukcesu. Ale pan może zagrać dziś wieczór, a ja, jeśli nie 
dobiję tego kontraktu, będę zrujnowany.
Machinalnie wyciągnąłem swój żeton. Zwykły czarny kawałek ni to metalu, ni to sztucznego tworzywa, 
bez żadnych znaków. Wyglądem nie różnił się od sztonu trzymanego przez tłuściocha...

background image

Chciałbym,   żebyście   mnie   dobrze   zrozumieli,   naprawdę   nie   miałem   zamiaru   się   zamieniać,   nie 
wierzyłem zresztą, że taka zamiana może cokolwiek pomóc w mojej sytuacji. Ale nie miałem nic do 
powiedzenia. Przemysłowiec prawie wyrwał mi żeton, wcisnął swój, owinięty pieniędzmi i spiesznie się 
oddalił. Może zbyt spiesznie, przebiegając na drugą stronę ulicy nie dostrzegł czarnej limuzyny, która z 
impetem wyjechała zza rogu... Pisk hamulców, łomot ciała, które przeleciało kilkanaście metrów w 
powietrzu, zanim roztrzaskało się o betonową balustradę, a potem szybkie dodanie gazu.
Czarny wóz zniknął. Tylko ja, mimo opalizującej szyby zauważyłem blond włosy i wielkie zielone oczy.
Przyspieszyłem kroku. Było mi niedobrze. Słabo. Marzyłem o znalezieniu się w moim hotelu, o kąpieli, 
o śnie.
Cuda kosztują naprawdę sporo zdrowia.
Pieszo dotarłem do śródmieścia. Tłum na trotuarach zgęstniał. W zasadzie wszystko było w porządku. 
Nie mogłem tylko pojąć, dlaczego każdy z mijanych przechodniów obrzucał mnie krótkim spojrzeniem 
i mamrotał mniej lub bardziej wyraźnie:
„Świnia, świnia, świnia".

Szczepionka

Mój   dom   co   najmniej   z   dwóch   powodów   był   szczególnie   często   odwiedzany   przez   rozmaitych 
domokrążców. Po pierwsze - stał na rogu ulicy, a po drugie - miał wiecznie niedomkniętą furtkę, przy 
której  napis „Uwaga, zły pies!" brzmiał co najwyżej kokieteryjnie.  Wszyscy w okolicy wiedzieli,  że 
posiadamy ratlerka i to (o kaprysie natury!) ratlerka niemowę, o temperamencie leniwca.
A zatem, przynajmniej raz w tygodniu nachodziły nas a to Cyganki, a to Świadkowie Jehowy, a to 
pokątni   sprzedawcy,   nie   wspominając   o   kominiarzu,   który   zamiast   raz   na   rok,   ostatnio   wpadał   z 
powinszowaniami co miesiąc.
Osobną kategorię gości stanowili usługodawcy - cyklinia-rze, glazurnicy, malarze - osobnicy ci zjawiali 
się przeważnie pod koniec miesiąca, proponowali usługę, pobierali zaliczkę, zostawiali jakiś sprzęt, na 
przykład   starą   czapkę   i   znikali   raz   na   zawsze.   W   ten   właśnie   sposób,   mimo   woli   stałem   się 
posiadaczem  maszyny cykliniarskiej,  kompletu   młotków  do  obijania  drzwi  blachą,   wiadra  z  czymś 
obrzydliwym, diamentu do cięcia szkła, a także pewnej ilości garderoby luzem.
Owego dnia zajmowałem się polowaniem na muchy, które szczególnie się rozmnożyły, nie wiedzieć 
czy   ze   względu   na   wilgotne   lato,   czy   przez   knowania   imperialistów.   Muchy   łowiłem   za   pomocą 
odkurzacza,   a   następnie,   korzystając   z   czasowego   ich   ogłuszenia,   wpuszczałem   przez   szparę   w 
drzwiach do pokoju sublokatora, którego nie bez podstaw podejrzewałem o zbytnią poufałość wobec 
mojej żony.
Wessałem właśnie wyjątkowo dorodną osę, która zaplątała się w musze towarzystwo, kiedy ozwał się 
dzwonek.
— Proszę wejść — powiedziałem, zatykając otwór ssawki poduszką, aby insekty nie mogły wrócić na 
wolność.
Dzwoniący  okazał się niedużym, pulchnym człowieczkiem,  z czarną trójkątną torebką, jaką zwykli 
nosić lekarze. Lekarzem jednak nie był.
- Czego pan się boi? - spytał zamiast przywitania i nie czekając na moją odpowiedź, wyrecytował. - 
Niepewnej   przyszłości,   frustracji,   zmór   nocnych,   żony,   gradobicia,   bomby   neutronowej,   bursy   z 
piorunami? Tak, nie, w pewnym sensie, nie mam zdania, niepotrzebne skreślić.
-No, można chyba... - zastanawiałem się oszołomiony.
-Nie ma żadnego chyba! Boi się pan i już! - powiedział wesoło. - Ale poradzimy sobie z tym.
Tu otworzył torbę pełną ampułek i jednorazowych strzykawek.
-Co to jest?
-Uniwersalne szczepionki — zawołał, sprawnie obnażając mi przedramię.
-Jednocześnie na gradobicie i bombę neutronową? - spytałem, próbując bezskutecznie wyszarpnąć 
rękę z jego uchwytu.
-Na strach, drogi kliencie, na bojaźń i trwogę! Mówiąc po prostu, mój preparat uodparnia człowieka na 
reakcje negatywne, blokując wydzielanie adrenaliny.
Nabrał pełną strzykawkę błękitnej cieczy i z satysfakcją popatrzył na mgiełkę wytryskującą ze szczytu 
igły. Zrobiło mi się nieprzyjemnie.
- Ma pan stracha? - zachichotał wynalazca. — Proszę, to pomoże opamiętać to uczucie. Już nigdy go 
pan nie zazna.
Kiedy ustało bolesne pieczenie i ustąpiły zawroty głowy, po domokrążcy nie było nawet śladu. Ulotnił 
się,   pobierając,   chyba   w   ramach   gratyfikacji   symboliczną   kwotę,   którą   żona   przechowywała   w 
bieliźniarce. Nie przejąłem się tym. Byłem zgoła innym człowiekiem. Czułem, jak z każdą chwilą rośnie 
we   mnie   bezgraniczna   odwaga.   Jednym   kopnięciem   wyrzuciłem   przez   okno   ratlerka,   potem 

background image

wymówiłem niesolidnej gosposi i zerwałem z żoną (pomyśleć - tyle lat nie odważyłem się podnieść na 
nią  głosu).  Następnie  w  nastroju   euforii  zadzwoniłem  do  mojego  szefa,  wygarniając  wszystko,   co 
leżało mi na wątrobie i skończyłem, również telefonicznie, parę znajomości.
Od   tego   dnia   minęło   sporo   czasu.   Nie   jest   mi   lekko.   Od   bardzo   dawna   nie   wychodzę   z   domu. 
Świadomość mojej nadludzkiej odwagi paraliżuje mnie. Wiem, że wychodząc na ulicę, mogę stać się 
nieodpowiedzialny,   że   mógłbym   zacząć   wtrącać   ludzi   do   rzeki   po   to   tylko,   by   ich   ratować,   bądź 
podpalać domostwa celem wyniesienia z pożogi jakiegoś niemowlęcia.
Czasami staję przed lustrem i bez obawy mówię, co myślę o sobie. Telefon zniszczyłem, żeby w 
nastroju   heroicznym  nie  popełnić  więcej  głupstw.  A  ponieważ potrafię  odważnie   oceniać  sytuację, 
ciągle   czekam   na   dzień,   w   którym   jakiś   nowy   domokrążca   odwiedzi   mój   dom   i   zaproponuje 
szczepionkę „napędzającą strachu". Bez cienia trwogi zdecyduję się na ten zabieg.

Pies, przyjaciel człowieka

Pan Jan, urzędnik szóstej albo siódmej kategorii, zwykł co dnia udawać się do pracy pieszo. Czynił to 
tym chętniej, iż większa część trasy prowadziła przez park w stylu angielskim, a dopiero ostatnie sto 
metrów ruchliwą ulicą handlową. Cały dystans wynosił nie więcej niż półtora kilometra, odległość była 
w sam raz na spacer, tym bardziej, że lekarz zalecił panu Janowi dużo ruchu na świeżym powietrzu.
Któregoś dnia, wyruszając w codzienną drogę, już przy bramie dostrzegł dużego psa, z wyglądu doga, 
jak   by   powiedzieli  Anglicy.   Pan   Jan,   człowiek   z   natury   cichy   i   zahukany,   do   psów   miał   stosunek 
obojętny, byleby nie łasiły się i nie gryzły. Dog jednak nie zdradzał ciągot w żadnym z tych kierunków.
Z   godnością   dołączył   do   urzędnika   i   przy   nodze   przeszedł   cały   półtorakilometrowy   odcinek, 
opuszczając pana Jana dopiero na placyku przed biurem.
Nasz   bohater,   który   miał   akurat   na   głowie   kwartalny   bilans   czy   też   roczne   sprawozdanie,   uznał 
incydent za nieistotny, może tylko trochę go zdziwiło, gdy po pracy pies odprowadził go do domu.
- Może mu kogoś przypominam? A może jest samotny i potrzebuje pana?
Nazajutrz   goląc   się,   rozmyślał,   czy   pies   przyjdzie.   Przyszedł.   Urzędnik   usiłował   poczęstować   go 
zawczasu przygotowaną kanapką.
- Na, dobry piesek, dobry, zje kanapeczkę...
Dog nie zareagował, zachował doskonałą obojętność.
Tak minęły trzy miesiące. Regularnie o wpół do ósmej pies meldował się przed domem i za pięć ósma 
znikał przed biurowcem. W niedzielę obaj mieli wolne.
Panu Janowi, człowiekowi samotnemu jak palec pechowego drwala, nawet pochlebiało, że idzie przez 
park w towarzystwie tak pięknego, dostojnego czworonoga. Dotychczas nikt nie zwracał na niego 
uwagi, zwłaszcza kobiety. Był kawalerem z konieczności, odludkiem z wyboru. A teraz...
Któregoś zimowego dnia przecięła mu drogę sympatyczna czarnulka. Uśmiechnęła się tak ciepło, że 
śnieg dookoła stopniał.
Pan Jan usiłował skręcić za nią, ale poczuł zdecydowane trącenie w nogę. Urzędnik mimo to postąpił 
krok za dziewczyną. Dog warknął.
Pan Jan więcej już nie próbował zmieniać trasy. Tym bardziej, że z dnia na dzień opiekuńcze instynkty 
psa zaczęły się wzmagać.  Warczał,  gdy pan Jan,  od dawna cierpiący  na astmę, usiłował  zapalić 
papierosa, chrząkał, gdy urzędnik zagapił się przed witryną monopolowego czy zdradzał ochotę na 
grzane piwo sprzedawane na rogu.
Po jakimś czasie z własnej inicjatywy począł dostarczać panu Janowi co bardziej prawomyślne gazety 
i delikatnie zębami chwytał za łydkię, kiedy ten zbyt pobieżnie oddawał się lekturze.
Pan Jan kilka razy, ot tak, dla próby, usiłował zmylić czworonożnego przyjaciela: wychodzić z domu 
boczną bramą lub przez okno - pies jednak zawsze odgadywał zamiar i czekał tam, gdzie powinno go 
nie być. Raz urzędnik pozwolił się odwieźć koledze dorożką. Pies, biegnąc obok trotuarem, spoglądał 
z takim wyrzutem, że po stu metrach nasz bohater uznał za stosowne wysiąść. Nigdy też nie udało mu 
się wyjaśnić, skąd dog przychodził i do kogo należał, choć wyszczotkowana sierść zdradzała staranną 
opiekę.
Wiosną   przyniósł   panu   Janowi   elegancką   smycz,   na   której   kazał   się   prowadzić,   a   gdy   nasz 
biedaczyna zanadto przyspieszał, chłostał go ogonem.
Z biegiem lat pan Jan począł spostrzegać, że i o innych porach roku dog roztacza nad nim opiekę. Nie 
dopuszczał do mieszkania gości, których uważał za niewskazanych, szczególnie tępiąc koleżankę z 
biura, dobrotliwą starą pannę, tak jakby obawiał się, że jego podopieczny może założyć rodzinę.
Wieczorami domagał się spacerów, przy czym, rzecz dziwna, odnosiło się wrażenie, że dog miał tu na 
względzie wyłącznie zdrowie pana Jana. Nie szli nigdy zbyt daleko, pies doprowadzał urzędnika pod 
jakąś latarnię, potem wracali.
Lata mijały. Pan Jan starzał się o wiele szybciej niż tajemniczy czworonóg. W połowie wyłysiał, w 

background image

połowie osiwiał. Coraz mniej ochoczo wychodził na wieczorne spacery, więcej wysiłku kosztowało go 
przebycie parku w stylu angielskim, obecnie wycinanego pod j^kąś fabrykę. Wreszcie przeszedł na 
emeryturę.
Dyrektor wręczył mu zegarek, koledzy podarowali laurkę. Pies czekał pod biurem z dodatkową porcją 
gazet.
Tego wieczora starszy pan nie reagował na skrobanie w drzwi, zabezpieczone łańcuchem. Nie chciał 
spaceru. Czuł, że więź, która związała ich przez te lata jak smycz, pękła.
Następnego dnia była niedziela. Psa ani śladu. Pan Jan udał się do wesołego miasteczka, gdzie 
wygrał butelkę na strzelnicy i przejechał się łódką po stawie z jakąś inną rencistką. Obiecali sobie 
spotkanie w tygodniu.
W   poniedziałek,   o   wpół   do   ósmej,   wiedziony   przyzwyczajeniem,   z   teczką   pojawił   się   w   bramie. 
Dopiero widok psa przypomniał mu, że przecież już nie musi...
Chciał zawrócić, ale dog zabiegł mu drogę, zdecydowanie odebrał teczkę i wsunął do ręki smycz. I 
poszli. Pies  nie spiesząc  się, prowadził go  nieznanymi  ulicami, aż  do Dzielnicy Zachodniej, gdzie 
weszli do jakiegoś dużego budynku. Zdezorientowany emeryt nie zdążył nawet odczytać tabliczki na 
frontonie.
W   hallu   na   parterze   było   tłoczno.   Na   krzesełkach   siedzieli   interesanci:   jakaś   staruszka   z  dwoma 
energicznymi ratlerkami, inwalida z wilczurem, wyraźnie podchmielony gość z bokserem.
Rzecz ciekawa - wszystkie zwierzęta robiły znacznie weselsze wrażenie niż ludzie.
Dog warknął krótko. Pan Jan zrozumiał komendę „siad!" i usiadł na krzesełku. W ciągu tych lat nauczył 
się przecież aportować i służyć. A nawet dawać głos.
Nie czekali zbyt długo. Po kwadransie obite dermą drzwi otworzyły się. Jakiś facet w kitlu z twarzą 
czerwoną jak rak, zawołał:
- Kto następny do uśpienia? Dog pchnął pana Jana nosem lekko, ale zdecydowanie.

Labirynt

Do miasta zjechało wesołe miasteczko. Zresztą, czy bardzo wesołe? Raczej biedne, portierzy w nim 
nie posiadali złoconych guzików, tylko  kuse  ortaliony,  jeden wyleniały  niedźwiedź zastępował całą 
menażerię, a reklamowana kobieta z brodą miała zaledwie wąsy. Nawet karuzela była na pedały, 
którymi   kręcili   sami   pasażerowie.   Jedyną   porządnie   wyglądaj   ącą   rzeczą   był   folder   rekla-mujący 
niezwykłe atrakcje lunaparku, a wśród nich labirynt. Stałem na wydeptanym placyku patrząc, jak mój 
syn Mateusz kręci się na karuzeli, kiedy ktoś trącił mnie w ramię.
-O co chodzi?!
-Zapraszamy   do   labiryntu.   -   Obok   mnie   stał   nieduży   człowieczek   czy   raczej   duży   szczur,   gdyby 
klasyfikować go po wąsikach i świdrujących oczkach.
-Dziękuję - powiedziałem sucho - nie bawią mnie takie atrakcje.
-Jestem dyrektorem obiektu i gwarantuję panu wrażenia, jakich nie przeżył pan nigdy.
-A gdzie jest ten labirynt?
-Tu! — mówiąc to, wskazał mi niewielką szopę na skraju lunaparczku.
Nie mogłem opanować rozbawienia. Widziałem już parę labiryntów w życiu, ale nigdy czegoś równie 
żałosnego.
- Serdecznie zapraszam - powtórzył szczurek. - Cena biletu jest przystępna.
Przyznam się, że poczułem do niego coś w rodzaju współczucia. Popatrzyłem na karuzelę, Mateusz 
nadal pedałował wniebowzięty. Skoczę na pięć minut, zrobię człowiekowi przyjemność - pomyślałem.
W progu szopy dyrektor poczęstował mnie szklanką mdłej lemoniady i rzekł, zniżając głos:
- Radzę zawsze trzymać się lewej strony.
Usiadłem na szczycie małej zjeżdżalni, odbiłem się i pomknąłem w ciemność. Nie leciałem długo, ale 
przyznam,   że   trochę   zakoły-sało   mi   się   w   głowie.   Wylądowałem   miękko   i   natychmiast   musiałem 
przymknąć oczy. Potem otworzyłem je i znów zmrużyłem. Przede mną rozpościerało się olbrzymie 
miasto. Spojrzałem pod nogi: murawa. Do góry: niebo. Roześmiałem się zachwycony iluzją. Rozległ 
się gwizd.
- Nie deptać trawników - pouczył barczysty policjant, sprowadzając mnie na trotuar.
Z lekkiego wyniesienia widziałem metropolię jak na dłoni. Jej ulice i autostrady tworzyły kłębowisko 
rzeczywiście zbliżone do labiryntu. Ruszyłem w kierunku centrum, a im dalej szedłem, tym większe 
ogarniało mnie zdumienie. Barwne reklamy, bogate wystawy, śmiałe rozwiązania architektoniczne. Co 
najdziwniejsze, miasto choć jakby znajome, nie było żadną światową metropolią, a mieszkańcy, mimo 
że doskonale rozumiałem, co mówią, nie porozumiewali się żadnym znanym językiem. Przez parę 
godzin   oszołomiony   zwiedzałem   niezwykłe   muzea,   kina,   pałace.   Wszędzie   wstęp   był   wolny.   Pod 
wieczór poczułem głód i prawie natychmiast uliczny sprzedawca szaszłyków podał mi pełną tacę, nie 

background image

żądając zapłaty.
Miasto spełnionych życzeń - pomyślałem. I wtedy przypomniałem sobie o synu pozostawionym na 
karuzeli. Rzeczywiście, zachowałem się jak wyrodny ojciec. Czym prędzej zbliżyłem się do jednego z 
dorodnych mieszkańców, spacerującego po ulicy i zapytałem o wyjście z labiryntu. Popatrzył na mnie, 
jakby   nic   nie   rozumiał.   To   samo   powtórzyło   się   z   następnym   i   następnym.   Po   dłuższym   czasie 
pojąłem, że choć ja rozumiem ich doskonale, mój język jest dla nich całkowicie niezrozumiały. Ogarnął 
mnie   niepokój.  Przez  następne   dni  i  tygodnie  przemierzyłem   miasto  wszerz  i  wzdłuż  -   daremnie. 
Nigdzie nie znalazłem wyjścia. W swoich gonitwach dotarłem aż do rogatek miasta, dalej zaczynały 
się pola, łąki, ale czy przestrzeń była zakrzywiona, czy nie potrafiłem chodzić prosto, zawsze w końcu 
znajdowałem   się   z   powrotem   w   metropolii.   Czułem   się   też   potwornie   osamotniony.   Owszem, 
otrzymywałem pożywienie i rozrywkę, ale z żadnym z mieszkańców nie udało mi się zaprzyjaźnić lub 
choćby zaznajomić.
Nigdy nie zostałem zaproszony do ich mieszkań. Łudziłem się, że może tam znajdzie się wyjście z 
tego zaczarowanego świata. Którejś nocy zakradłem się do jednej willi, ale dom okazał się zupełnie 
normalnym domem.
Tymczasem tygodnie zmieniały się w miesiące, miesiące w lata. Ileż to razy przypominałem sobie 
pouczenie dyrektora. Trzymaj się zawsze lewej strony. Trzymałem się, ale i wtedy wracałem do punktu 
wyjścia. Sypiałem na ławkach lub wśród kwietników. Na szczęście klimat był niezmiernie ciepły i nigdy 
nie padało. Moje ubranie zniszczyło się, ale w najbliższym sklepie za darmo dostałem nowe, idealnie 
podobne do poprzedniego. Aż wreszcie któregoś dnia znalazłem się w owym parku za miastem, w 
miejscu   mego   wylądowania.   Poznałem   je   po   niedużym   słupku   pośrodku   trawnika.   Normalnie 
niewidoczny, teraz po świeżym pokosie wyjrzał i bielał w słońcu. Stanąłem obok niego. I znów jak 
echo odezwało się we mnie - zawsze trzymaj się lewej strony, zawsze trzymaj się...
I nagle przyszło mi do głowy, żeby zacząć chodzić wokół słupka. Obróciłem się ze dwa razy w lewo i 
nagle moja noga namacała niewidzialny stopień. Potem drugi. Był słoneczny dzień, kiedy zacząłem 
wspinać się ponad  łąką, ale  już po przejściu dziesięciu stopni moja głowa znalazła się w mroku. 
Szedłem dalej, wyżej, wyżej, coraz bardziej zadyszany. Doleciał mnie hałas lunaparku, jeszcze dwa 
kroki i wyszedłem z budy.
Właśnie   zatrzymała   się   karuzela.   Mateusz   zsiadł,   śpiewając   coś   wesoło.   Szczurowaty   dyrektor 
prowadził grupkę frajerów ku drzwiom labiryntu. A więc to była jedynie iluzja. Wszystko nie trwało 
dłużej niż parę minut. W lemoniadzie musiał być j akiś narkotyk. Rzeczywiście niesamowita zabawa. 
Podbiegłem do syna. Wyciągnąłem ręce.
- O co chodzi, dziadku... zgubiłeś się w wesołym miasteczku? — zapytał chłopak.
Obok wyjścia zauważyłem niewielkie lustro, spojrzałem weń i przerażony przymknąłem oczy. Moje 
odbicie miało jakieś sto lat.

Tragedia „Nimfy 8”

Konfrontacja

Zielony uciekał. Wolno, niezdarnie jak kura podrywał się, łopocąc krótkimi skrzydełkami, przeskakiwał 
z   dachu   na   dach,   z   płotu   na   plot,   umykając   rozwrzeszczanej   tłuszczy,   zbrojnej   w   bosaki   i   widły. 
Parokrotnie zagrzechotał niecelny wystrzał z dubeltówki. Kosmita przeklinał pechową awarię, która 
kazała mu wyjść z szóstego wymiaru i usiąść wirolotem na zaoranym polu, przeklinał też ciążenie 
ziemskie   parokrotnie   większe   od   panującego   na   planecie   Zeu.   Był   już   zmęczony.   Co   jakiś   czas 
przysiadał na słupie trakcyjnym i trzymając sięjedną parą chwytni, drugą czynił przyjazne gesty wobec 
tłumu.   Mówić   nie   mógł,   bo   choć   rozumiał   prymitywny   dialekt   ziemski,   jego   własne   organy   mowy 
emitowały w paśmie nie odbieranym przez tubylców. Na przestrojenie brakowało czasu.
Parę   razy   wymachiwał   urwaną,   zieloną   gałązką,   która   według   wszelkich   znanych   mu   opracowań 
stanowić miała na niegościnnej planecie znak pokoju. Na próżno. Zawsze po paru minutach obok 
słupa   pojawiały   się   drabiny,   na   drabinach   zaś   jurni   osobnicy,   a   każdy   tylko   marzył,   by   -   mimo 
obrzydzenia  - schwytać  zieleńca, który przy swych  dziecinnych rozmiarach i  lękliwym  charakterze 
wydawał się łatwym łupem.
Co rusz świstały kamienie, przed którymi jednak udawało mu się uchylać.
-Zabić tę latającą żabę! - wrzeszczała ciżba. Zielony zastanawiał się, dlaczego? Od chwili swego 
wylądowania nie uczynił tubylcom niczego złego, pobrał trochę wody i próbek gruntu, niepostrzeżenie 
prowadził   obserwacje   budzących   się   wieśniaków   i   ich   dobytku,   przy   czym   zawstydził   się   swą 
niewiedzą, gdy przyglądając się udojowi, wziął krowę za osobę intelektualnie stojącą wyżej od dojarki. 
Dopiero gdy mgła się podniosła i ten siwy wyszedł za stodołę upuścić odrobinę cieczy z osobistej 
chłodnicy, kosmita wychylił się zza węgła. I stało się. Chłop wrzasnął nieludzko i rzucił się do ucieczki. 

background image

Wieś ożyła w mgnieniu oka. Wybiegli nawet ci młodzi ze stryszku, obsypani sianem, w którym, według 
mniemań zielonego, dokonywali wyrównywania własnego bilansu energetycznego.
-Zabić tę latającą żabę!
Całe szczęście, że udało mu się przerwać łączność tej osady z resztą świata, przybycie posiłków, a 
zwłaszcza   wojska,   przesądziłoby   sprawę.   Znów   poderwał   się   do   lotu,   jak   latająca   wiewiórka 
przeszybował ponad stawem i opadł na miedzy.
Od lasu dzieliło go najwyżej pięćset metrów. Począł biec z prędkością, na jaką tylko pozwalały mu 
jego   krótkie,   cherlawe   nóżki,   przystosowane   do   spacerowania   w   zgoła   innych   warunkach 
grawitacyjnych. W zielonym poszyciu będę miał większe szansę - myślał.
- Mamy cię! - Tuż przed uciekinierem wyrosły trzy rosłe postacie wiejskich osiłków. Z największym 
trudem wystartował pionowo, przeskoczył prześladowców, których łapy omal nie dotknęły jego drygiew 
i wylądował w kępie krzaków. Zabolało. Kolce przenikły przez delikatną strukturę zewnętrzną. Chwilę 
leżał, dysząc ryjkiem przetwornika, później spróbował się podnieść.
- Na Obłok Magellana, co to?
Siła upadku sprawiła, że wklinował się między gałęzie. Szarpnął się raz, drugi. Tymczasem nagonka 
była coraz bliżej; przez magmę wrzawy przebijały głośniejsze wykrzykniki, warkot motoru i ujadanie 
psów. Ogarnął go strach.
Nie, nie bał się o siebie, jako penetrator galaktycznych rubieży miał ryzyko wpisane w zawód. Bał się o 
nich. Sytuacja stawała się groźna. Wiedział, że w momencie pojmania lub dotknięcia; niezależnie od 
jego woli zadziała energetyczne żądło. Jak wiele istot z gatunku zawodowych zwiadowców posiadał w 
organizmie mocny ładunek dezintegracyjny. Ładunek, który go unicestwiał, uniemożliwiając dostanie 
siew ręce obcych. Ładunek ów wystarczał też na zniszczenie przeciwnika. W aktualnym przypadku, 
przestałaby istnieć nie tylko cała osada, ale olbrzymia połać niedużej planety. Na obszarach wyżej 
rozwiniętego kosmosu nikomu nie przyszłoby do głowy łapać penetratora. Zresztą po co? Żadnego 
zagrożenia nie stanowił, zajmował się wyłącznie badaniami naukowymi; toteż ze swym ładunkiem 
mógł czuć się bezpiecznie jak szerszeń lub (trochę z innych powodów) skunks. - Jest w tych krzakach! 
Nie ucieknie, skubaniec! Co za pech. Po tylu parsekach natknąć się akurat na zespół jednostek tak nie 
uświadomionych, prymitywnych i nieskorych do dialogu.
„Gdybym jeszcze mógł się z nimi jakoś porozumieć. Uświadomić grożące niebezpieczeństwo! Nie 
mówiąc o innych korzyściach płynących
ze spotkania. Iluż pożytecznych rzeczy mógłbym nauczyć tych biedaków z epoki stali surowej".
Prześladowcy znajdowali się tuż-tuż.
-Tam   jest!   W   tych   krzakach!   Przynieście   siekiery!   Chaotycznie   próbował   innych   częstotliwości 
dźwięków. Czuł ból w emiterach.
-Konfrontacja nie, konfrontacja nie! - zapiszczał.
- Słyszycie,   grozi   nam,   bydlak!   -   zahuczał   jakiś   bas.   Kosmita   umilkł.   Przez   futerał   mózgowy 
przelatywały   mu   najrozmaitsze   pomysły.   Unicestwienie   kilku   napastników   rozsierdziłoby   resztę. 
Zresztą, chociaż mógł, nie potrafiłby zmusić się do zabijania, nawet w samoobronie. Z kolei jego gesty 
przyjazne byłyby zapewne poczytywane za słabość. Widział ich przez listowie. Twarze nabiegłe krwią, 
oczy błyszczące podnieceniem. Coś takiego nie zdarzyło się we wsi od ostatniej wojny. Wtem wrzawa 
umilkła. Czyjś spokojny głos zapanował nad tłumem. Zielony wysunął na zewnątrz drygiew, włosowaty 
organ, który miał na końcu czujnik wzrokowy. Mówiącym był mężczyzna w czerni. Musiał mieć dziwną 
władzę nad ciżbą, bo słuchali go potulnie, a ręce z bronią poopadały. Mężczyzna był nie uzbrojony. 
„Może  czarownik?"  Miękki  głos  tłumaczył,   że  latający  stwór  jest   niewątpliwie  stworzeniem  bożym, 
zachowuje się przyjaźnie, a naukowcy ze stolicy niewątpliwie dużo zapłacą, jeśli zachowa się go w 
stanie nieuszkodzonym. Szczególnie ostatni argument podziałał pacyfikująco.
Tymczasem Kosmita uwolnił wreszcie zaklinowany tułów i wygramolił się z krzaków. „Może na razie 
nic mi nie zrobią?" Udało mu się wreszcie zmodyfikować pasmo nadawcze. Wygadał piskliwie:
- Jestem przyjacielem, jestem przyjacielem.
Patrzył   na   tłum   zgromadzony   ciasnym   kręgiem,   tłum   patrzył   na   niego.   Jakiś   facet   w   mundurze 
rozdziawił szczerbaty otwór gębowy. Zachichotała zaróżowiona samiczka ludzka. Ktoś odłożył łom i 
pobiegł   po   aparat   fotograficzny.   Górę   brała   ciekawość   i   życzliwość.   Zapewne   nienawiść   chodziła 
zwykle w tej krainie w parze z niewiedzą. Zielony rozluźnił się do tego stopnia, że nie zauważył w 
porę, jak przepełniony życzliwością człeczyna w gaciach • półkożuszku podbiegł do niego z szerokim 
uśmiechem i przyjacielsko klepnął w ple...
Zaryglował drzwi, sprawdził klapę włazu remontowego. Zabezpieczona! Jeszcze raz rozejrzał się po 
kabinie. Był sam. Powoli krew napłynęła  do pobielałej  twarzy. Opuścił krótkomiot. Z korytarza nie 

dolatywał żaden odgłos. Zresztą kto miał się odzywać? Zostało przecież ich tylko dwóch. On i 
morderca.   I   stygnące   ciało   Jacąueline   na   drugim   poziomie.   Zniekształcona   grymasem   twarz, 

kiedyś tak piękna, poczerniałe ręce, którymi w ostatniej chwili próbowała zapewne zasłonić się przed 

120

background image

ciosem. Usiadł na  koi, nie spuszczając oczu z  drzwi. Chyba na  razie  był bezpieczny. Na ekranie 
odbiornika widział cały odcinek dziesięciometrowego korytarza,  którym mogła  nadejść śmierć.  Nie 
nadchodziła. Przez chwilę rozważał inne możliwe zagrożenia: odcięcie dopływu tlenu lub wyłączenie 
ogrzewania?
Nie, Rod nie mógł tego zrobić wbrew Automatycznemu Dyspozytorowi - a komputer, wyposażony w 
potrójne zabezpieczenia lojalnościowe, nie stałby się przecież wspólnikiem mordercy. . - Prędko mnie 
nie dopadnie!
Niestety   czasu   pozostało   jeszcze   sporo.   „Nimfa   8"   weszła   wprawdzie   w   przestrzeń   Układu 
Słonecznego,   ale   od   Ziemi   dzieliło   ją   wiele   tygodni   lotu.   Dopiero   przed   kilkoma   dniami   zostały 
uruchomione silniki konwencjonalne. Co zamierza Rod? Jeszcze wczoraj, kiedy było ich troje, obaj 
mężczyźni podejrzewali Jacąueline. Nie, nie dlatego, żeby darzyli dziewczynę szczególną antypatią, 
ale   od   chwili  śmierci   Levkovica   stało   się   jasne,   że   mordercą   systematycznie   likwidującym   załogę 
statku   musi   być   ktoś   z   ich   trójki.   Siebie   wykluczali.   Znali   się   przecież   tyle   lat...   Wspólne   studia, 
podróże. Została piękna Jacky. Egoistyczna, samolubna suka. Ale teraz... Cholera! Czyżby Rod osza-
lał?  A  może   nie   pracował   już   dla   Północnoziemskiej   Centrali   Lotów   Badawczych,   tylko   flirtował  z 
wojowniczą FederacjąPołudnia, od dawna aspirującą do poszerzenia swych wpływów w kosmosie? 
Niemożliwe! Ojciec Roda zginął z ręki Południowców podczas walk o bazę księżycową przed Wielkim 
Rozejmem. Chociaż nie takich werbowano.
Żeby jeszcze móc nawiązać łączność z Ziemią! Niestety, aparatura została uszkodzona, włącznie z 
centrum remontowym, a jedyny mechanik, który się na niej znał, płowowłosy Olaf Johannssen, nie żył 
od trzech dni.
Obraz na odbiorniku uległ zmąceniu. Dłoń kosmonauty ścisnęła silniej uchwyt krótkomiota.
- Brian! - ekran wypełniła twarz Roda Millera. Jasna, otwarta twarz kapitana statku. - Brian, dlaczego 
się nie odzywasz? Nie mogę połączyć się z Jacky.
Cynizm? A może jeszcze nie wie, że Brian już odnalazł zwłoki. Wówczas byłaby jakaś szansa. O'Neil 
postanowił zagrać wariata.
-Straciłem   ją   z   oczu,   kiedy   poszła   sprawdzić,   jaka   jest   szansa   uruchomienia   radiostacji 
krótkodystansowej. Potem miała wpaść do ciebie.
-Tu jej nie ma - w głosie kapitana zabrzmiał niepokój.
-Uważam, że w obecnej sytuacji w ogóle nie powinniśmy się rozstawać.
Automat skończył właśnie sekcję Levkovica.
-No i co?
-Trucizna.   Ktoś   dodał   trucizny   do   pastylek   pokarmowych.   Trzeba   będzie   mocniej   przycisnąć 
Jacąueline.
Świetnie   grał!   Patrząc   mu   prosto   w   twarz,   Brian   doszedł   do   wniosku,   że   kapitan   mógłby   śmiało 
ubiegać się o „Oskara"!
- Chciałbym,   żebyś   przyszedł   do   mnie,   Brian.   Oczywiście   ostrożnie,   cały   czas   będę   miał   na 
podglądzie korytarz, w razie czego ostrzegę...
„Chce mnie zwabić, bandyta". - Astronauta zastanawiał się gorączkowo, jak odmówić, nie wzbudzając 
podejrzeń, a potem wyciągnąć Roda na linię strzału. Byłaby to przecież samoobrona.
-Sprawdzę drogę - mówił tymczasem kapitan.
-Nie, zaczekaj! — zawołał O'Neil.
Za późno. Wzrok kapitana padł na ciało Jacąueline. Sekundy ciszy. A potem rozległ się zmieniony głos 
Millera:
- Ze mną nie pójdzie ci tak łatwo. Ostrzegam, Brian!
Trudno nazwać wyprawę „Nimfy 8" sukcesem. Od czasu, gdy ludzkość opanowała loty z prędkościami 
nadświetlnymi, podobne ekspedycje organizowano w różne regiony Galaktyki. Jak dotąd nie natknięto 
się   na   istoty   rozumne,   co   więcej,   nie   znaleziono   nawet   śladów   wyżej   zorganizowanego   życia. 
Dwudziestoletni  lot  „Nimfy  8" (dla  załogi  trwał  on  mniej  więcej  rok,  większość  czasu  spędzono  w 
hibernacji), nie przyniósł rewelacyjnych odkryć. Trochę nowych planet i planetoid, cenne materiały o 
nieznanych rodzajach promieniowania, przygoda z wirem meteorytowym (wtedy uległo uszkodzeniu 
główne urządzenie nadawcze), ot i cały dorobek ekspedycji. Gdyby nie liczyć Omegi. Omega było to 
dziwne ciało rozmiarów Księżyca, na które natrafiono pod koniec wyprawy, na krótko przed ponowną 
hibernacją załogi.
Optycznie planeta przypominała Wenus, gęsta warstwa chmur przysłaniała dość urozmaicony (sądząc 
po wynikach echosondo-wań) teren. Nie mgła jednak stanowiła główną zagadkę. Oprócz niej całą 
planetę   opatulała   niewidzialna   poducha   ochronna   uniemożliwiająca   dostęp.   „Nimfa   8"   parokrotnie 
usiłowała sforsować chmury - za każdym razem odrzucała jądziwaczna siła przepuszczająca światło, 
dźwięk, promieniowanie, ale wszelkie zabiegi przeniknięcia dalej przypominały próbę wbicia palca w 
powierzchnię   balonu.  Ani   profesor   Spinelli,   ani   Brian   nie   zdołali   ustalić   charakteru   owej   bariery   - 

background image

nazwali ją neograwitacyjną. Przekroczony limit czasowy, uszkodzona część rakiety, wreszcie kłopoty z 
zapasami, nakazywały odwrót.
- Niech inni się nią zajmą - zdecydował Miller.
Hipotez mieli parę - zwłaszcza że Omega żeglowała w idealnej pustce i nie związana była z żadnym 
innym   ciałem   kosmicznym.   Profesor   Spinelli   brał   pod   uwagę   możliwość,   że   jest   to   rodzaj   żywej 
substancji.   Jacąueline   Durocąue   obstawała   przy   ogromnym   statku   kosmicznym,   reszta   wolała 
traktować Omegę jako wybryk materii nieożywionej.
Rozstali się z nią bez żalu, zwłaszcza gdy próbnik dostarczył odrobinę substancji z powłoki. Omal nie 
skończyło się to katastrofą. Substancja „omegia", mało aktywna w pustce kosmicznej, eksplodowała w 
zetknięciu z powietrzem w śluzie. Gdyby nie zabezpieczenie, gram „omegii" starczyłby do zniszczenia 
całej   atmosfery   „Nimfy   8".   Trzy   doby   po   zniknięciu   tajemniczego   ciała   kapitan   Miller   zarządził 
hibernację.   Uszkodzenia   magazynów,   zakłócenia   w   procesie   odzysku   żywności   nakazywały 
maksymalne skrócenie okresu aktywności. Zapadli więc w sen.
Po   przebudzeniu   perspektywa   rychłego   lądowania   na   Ziemi   przywróciła   dobry   humor   w   załodze. 
Johannssen   i   Levkovic   godzinami   rozwiązywali   łamigłówki   szachowe,   O'Neil   porządkował   notatki, 
Jacąueline grała w karty z Millerem.
Kapitan ustawicznie przegrywał. Chyba on jeden był w nie najlepszym humorze. Dopiero po paru 
dniach zwierzył się O'Ne-ilowi z powodów swej troski.
- Komputer zarządził nasze przebudzenie za wcześnie, wygląda, że nie miał wyjścia, coś zaczęło się 
psuć   w   aparaturze   hibernacyjnej.   Powiem   ci   wprost,   Brian,   nasz   cudowny   statek   to   jeden   wielki 
szmelc.   Niedoróbki,   surowce   zastępcze,   zwykłe   niechlujstwo.   Prototyp   „Nimfy   8"   był   może 
arcydziełem, ale to seryjne pudło stanowi kupę złomu powiązanego sznurkiem.
Pierwszy zginął profesor Spinelli. Rubaszny, krępy neapolitań-czyk, kopalnia wiadomości na temat 
biologii i anegdot ze świata sztuki. Jego śmierć nosiła wszelkie cechy przypadku. Spinelli spadł ze 
stromej drabinki w sztolni centralnej po paru godzinach spędzonych samotnie w laboratorium, spadł, 
spiesząc się do kapitana Millera. Podobno miał zamiar zakomunikować mu coś niezwykle ważnego.
Dlaczego   wybrał   drogę   awaryjną   zamiast   normalnego   dobrego   korytarza?   W   jaki   sposób 
wygimnastykowany Włoch pośliznął się na suchych szczeblach i dlaczego przed wyjściem skasował 
pamięć   podręcznego   komputera,   nad   którym   spędził   kilkanaście   godzin   poprzedzających 
nieszczęście? Nie wiadomo.
Może niepotrzebnie i za szybko przyjęto jako pewnik stwierdzenie Jacąueline:
- To musiał być nieszczęśliwy wypadek... A gdyby tak byli czujniejsi?
„Nimfa 8" wchodziła tymczasem coraz głębiej w Układ Słoneczny.
Następny był Johannssen. Mrukliwy, płowowłosy Skandynaw przypominający krzyżówkę polarnego 
niedźwiedzia z antycznym obeliskiem. Z bliżej nieustalonych powodów postanowił wyjść na zewnątrz 
statku. Złamał przy tym podstawowy nakaz uprzedniego powiadomienia kapitana. Samotnie otworzył 
właz i ruszył w przestrzeń kosmiczną. Sygnał alarmowy postawił wszystkich na równe nogi. Kwadrans 
później na sznurze opodal statku unosiło się już tylko bezwładne ciało olbrzyma z północy. Levkovic 
wciągnął je do środka. Ustalono przyczynę tragedii: rozdarcie skafandra i pęknięty przewód tlenowy. 
Trudno stwierdzić, czy Johannssen wpierw zamarzł, czy też najpierw się udusił.
I ta śmierć wydawała się naturalna, chociaż Brian zaczął poważnie zastanawiać się, czy nad statkiem 
nie zawisło jakieś ponure  fatum.  I  dopiero zgon Levkovica, ewidentnie otrutego szybko działającą 
trucizną, jego grymas przedśmiertny, szept- „uciek... wszyscy... zginą" - uświadomił im grozę sytuacji. 
Ktoś   albo   coś   rozpoczęło   systematyczną   likwidację   załogi   „Nimfy   8".  Teraz   dopiero   nabrał   sensu 
gryzmoł Johannssena poprzedzający jego wycieczkę na zewnątrz: „...ktoś kręci się dookoła statku". To 
również   tłumaczyłoby,   dlaczego   ostatnią   książką   czytaną   przez   Spinellego   było   klasyczne   dziełko 
Wierbłudowa : „Stany zagrożenia i walki wewnątrz statku kosmicznego". W trójkę przeszukali statek - 
nie znajdując żadnego pasażera na gapę- zresztą komputerowe czujniki doniosłyby o nim wcześniej. 
Dookoła rakiety w kosmicznej pustce również nie zarejestrowano żadnego obiektu. Badanie powietrza 
nie wykazało najmniejszych choćby substancji toksycznych.
Pierwsza odważyła się powiedzieć to głośno Jacąueline: - Nie oszukujmy się, koledzy, jeśli odrzucimy 
wiarę w duchy, morderca musi być wśród nas.
Przez chwilę panowała cisza. Brian nerwowo przełknął ślinę.
- Nie udawaj wariata, Rod - rzekł. - Obaj wiemy, że ja tego nie zrobiłem.
Miller milczał przez chwilę.
-Nie   próbuj   opuszczać   swojej   kabiny,   Brian.   Doprowadzę   ten   statek   na   Ziemię   i   nikt   mnie   nie 
zatrzyma. Powiedz tylko, dlaczego zabiłeś Jacky?!
-Ja?   Równie   dobrze   mógłbym   zapytać   o   to   ciebie.   Badałem   ciało,   dziewczyna   nie   popełniła 
samobójstwa, podobnie jak profesor, Olaf czy Mirko...
-Masz ze sobą broń, Brian. Połóż ją na widoku kamery, a potem spokojnie, nie próbując żadnych 

background image

sztuczek, przyjdź do mnie.
O'Neil roześmiał się.
-Proszę nie traktować mnie jak durnia, kapitanie.
-Porozmawiamy.
-Nie ma o czym mówić. Sprowadź statek na Ziemię, tam się już zajmą wyjaśnieniem zagadki.
-Jak chcesz, ale nie opuszczaj kabiny. Będę miał cię na oku.
O'Neil zaśmiał się cokolwiek histerycznie, chwycił ciężką
roboczą rękawicę i zakrył nią oczko kamery. Stał się dla kapitana niewidzialny.
- I po co ta ciuciubabka - mężczyzna widoczny na monitorze pokiwał głową. - Jeśli spróbujesz wyjść z 
kabiny i tak zarejestruje to kamera na korytarzu. Mówię całkiem spokojnie. Musimy się zastanowić...
Brian wyłączył głośnik. Bał się magnetycznego tonu dowódcy. Usiłował zebrać rozkojarzone myśli. 
Jakie miał szansę przeżycia?

***
Rod Miller był niezłym psychologiem. Nie musiał analizować długo zachowania O'Neila. Tak reagował 
człowiek   przerażony,   zwierzyna   ścigana,   nie   ścigająca,   ale   tym   bardziej   niebezpieczna,   jak  ranny 
niedźwiedź. Ale jeśli mordercą nie był Brian, to kto? Wersję, że uczynił to któryś z nich we śnie czy bez 
świadomości, należało wykluczyć.
Połączył się z Automatycznym Dyspozytorem - o ile większość wypadków zdarzyła się poza zasięgiem 
jego   kamer,   zabójstwo   Jacąueline   dokonało   się   w   pełnym   świetle.   Musiało   być  zarejestrowane   w 
cybernetycznej pamięci.
- Proszę nagranie odcinka G II 18 z godziny 16.20 – wydał polecenie.
W odpowiedzi zabuczał metaliczny głos.
- Dziesięć minut awarii, dziesięć minut nierejestrowane. Nic nie wiem. Nic nie nie mam do pokazania.
Cóż   za   cholerna,   zacinająca   się   maszyna!   Jeszcze   raz   wrócił   wzrokiem   na   korytarz   z   ciałem 
Jacąueline. Nie zmieniło swego położenia. Ślady na ciele wskazywały na porażenie termiczne. W tym 
korytarzu... Szła do O'Neila, a może do Centrum? Pół kroku dalej, na wystającej listwie dostrzegł 
odrobinę srebrzystej tkaniny. Nastawił przybliżenie. Tak, tkanina została wyrwana z kostiumu panny 
Durocąue. Gwałtownie. Nieostrożność dziewczyny? Amoże ucieczka. Ale przed kim... przed czym? 
Kapitan nacisnął żółty klawisz. Wszedł wielofunkcyjniak, niski robot spełniający wszelkie posługi na 
pokładzie. Mógł parzyć kawę, reperować przecieki reaktora, a w razie potrzeby nawet walczyć.
-Przynieś Jacky!
-Tak jest.
Kiedy  wyszedł, Rod machinalnie rzucił okiem na zegarek.  Zaraz. Przecież się pomylił. Jacąueline 
musiała   zginąć   najpóźniej   o   15.20.   Dlaczego   więc   komputer   zapytany   o   zapis   z   godziny   l6.20 
wspomniał od razu o uszkodzeniu. Czyżby Automatyczny Dyspozytor kłamał?
Miller   postanowił   porozumieć   się   z   0'Neilem.   Wiedział,   że   łatwo   nie   zdobędzie   zaufania   swego 
podwładnego   -   postanowił   więc   przyznać   się   do   morderstwa   i   poddać   Brianowi.   Niech   na   razie 
potraktuje go jak więźnia. A gdy będą już razem...
Ale jak miał porozumieć się z kosmonautą? Sygnał akustyczny. Tak jest! Nie używali go od dawna. 
Zaintrygowany Brian z pewnością przywróci łączność. Pang... Pong...!
Żadnej reakcji. Jeszcze raz. Nic. Zaniepokojony włączył czujnik termiczny wewnątrz jego kabiny. Skala 
nawet nie poszarzała.
Rod poczuł na plecach zimny pot. Kabina numer 5 była pusta. Pomimo zamkniętych drzwi nie było w 
niej   Briana   żywego   ani   martwego.   Wyparował...   Czujnik   wskazywał   lekki   ruch   powietrza.   No, 
oczywiście!   Właz   remontowy!   Miller   zaklął   cicho.   Lada   moment   mógł   znaleźć   się   w   zasięgu 
krótkomiota 0'Neila. Polowanie rozpoczęło się.

***
Słaby   powiew   powietrza   chłodził   rozognione   czoło.   Posuwając   się   kanałem   remontowym,   O'Neil 
powtarzał sobie w duchu:
„To   będzie   tylko   samoobrona.   Zresztą   wcale   nie   zabiję   go,   tylko   obezwładnię.   Muszę   to   zrobić. 
Przecież Rod nie miał skrupułów wobec przyjaciół, towarzyszy długotrwałego lotu. Obezwładnię go, a 
potem przesłucham".
Był już  blisko kabiny  dyspozycyjnej.  Drzwi zastał zamknięte i zabezpieczone, pozostawała  jednak 
płyta rozdzielająca dyspozytornię z laboratorium. Szyba była pancerna, ale od przygody z meteorytami 
mocno  obluzowana  w  swoich  gumopodobnych   ramach.   Brian  przemyślał  wszystko  w  drodze.  Nie 
czekał,   aż   Rod   poinformowany   przez   czujniki   o   jego   zbliżaniu   spróbuje   przedsięwziąć   cokolwiek. 
Całym   ciężarem   osiemdziesięciopięciokilo-wego   ciała   uderzył   w   płytę,   wepchnął   ją   do   środka   i 
wywijając koziołka strzelił. Chybił. Kapitana nie było na swoim posterunku, zdołał skryć się za pulpitem 

background image

komunikacyjnym.
„Teraz on ma mnie!"
O'Neil, nie przestając koziołkować, wypalił jeszcze raz, rozwalając całą kunsztowną tablicę łączności 
wewnętrznej. Znów nie sięgnął Millera.
 „Dlaczego on nie strzela? Dlaczego nie strzela!" I naraz Brianowi przyszło do głowy, że kapitan może 
nie   mieć   broni,   że   została   gdzieś   poza   zasięgiem   jego   ręki.   Kryjąc   się   za   masywnym   pulpitem 
nawigacyjnym, wychrypiał:
- Mam cię na muszce, Rod! Wstań i unieś ręce! Doskonale. Wiesz, że nie jestem mordercą. Muszę cię 
przesłuchać.
Sekundy, znowu sekundy. Będzie odpowiedź czy smagnięcie płomieniem krótkomiota? Miller wstał. 
Krótkomiot zabezpieczony wisiał spokojnie w jego kaburze. A więc nie był bezbronny.
- Świetnie, że się widzimy, Brian - powiedział. - Mam pewną interesującą hipotezę. Tylko schowaj 
spluwę!
O'Neil poczuł, jak nerwy poczynają mu drgać niczym włókna w nadwątlonej i napiętej linie okrętowej. 
„Zasadzka, to na pewno zasadzka - wył gdzieś w mózgu impuls alarmowy - muszę go unieszkodliwić!" 
Postanowił strzelać w nogi. Uniósł krótkomiot. Smagnięcie ognia i ból w ręce. Spluwa wyłuskana z 
dłoni   0'Ne-ila   poleciała   w   kąt.   Ktoś  trzeci?  Tak   jest,   wielofunkcyjniak!   Mimo   iż  jedną   macką   niósł 
martwą   Jacky,   drugą   odstrzelił   broń   Briana.   Nic   dziwnego,   miał   zakodowany   kategoryczny   nakaz 
obrony szefa statku. Zanim jednak równie zaskoczony Rod zdołał wymówić słowo, O'Neil ponownie 
dopadł otworu, przesadził go i na czworakach wylądował w laboratorium w pobliżu drzwi. Usłyszał 
znajomy syk mechanizmu.
- Zaraz drzwi zasuną mi się przed nosem.
Syk jednak przerodził się w metaliczny jęk. Widać w szale niszczenia uszkodził również mechanizm 
zamykający. Na szczęście. Nie zastanawiając się, że jego szerokie plecy w seledynowym kubraku 
stanowią   doskonały   cel   dla   Millera,   skoczył   w   drzwi   i   znikł   za   zakrętem   korytarza.   Ekrany   były 
pogaszone, na kamerach nie jarzyły się rubinowe oczka. „Nimfa 8" była od wewnątrz ślepa. Cóż, 
doskonale chroniona od zewnątrz, nie była przygotowana do walk wewnętrznych.... Brian skręcił w 
„Wielki Labirynt", jak trochę na wyrost nazywano korytarze obok ładowni. Uciekł, to prawda. Jego 
sytuacja była jednak rozpaczliwa. Nie miał broni, arsenał znajdował się pod pieczą Automatycznego 
Dyspozytora,   a  ten   słuchał  wyłącznie   kapitana.  Oczywiście  mógł  uciekać,  ale  jak  długo  zdoła  się 
wymykać Rodowi wspomaganemu przez wielofunkcyjniaka. Dobrze chociaż, że obaj postanowili go 
wziąć żywcem. Tak, to był chytry pomysł Millera. Przecież jeżeli wylądowałby sam na Ziemi, byłby 
głównym podejrzanym. Przywo-  \  żąc schwytanego O'Neila - Rod będzie miał kozła ofiarnego, choć 
nie bardzo wiadomo, po co. Dowody - jeśli jest się kapitanem i ma na usługach komputery, da się 
doskonale sfałszować. Brian miał jedną szansę na milion. Ale musiał spróbować.
Miller   nie   ścigał   uciekiniera.   Ręczną   dźwignią   zamknął   i   za-   J   bezpieczył   drzwi   od   laboratorium. 
Wielofiinkcyjniak zajął się analizą uszkodzeń. Kapitan poprzestał na zamianie  nadtopionego fotela 
innym   ocalałym   zydlem.   Intensywnie   myślał.   Nie   należał   do   ludzi   impulsywnych,   łatwo   się 
ekscytujących, we wszystkich sytuacjach zachowywał zimną krew i starał się obiektywnie analizować 
sytuację. Tylko jego spokojowi i sprawności Automatycznego Dyspozytora zawdzięczała „Nimfa 8" 
wyjście z meteorytowego wiru. Teraz jednak kapitan miał do czynienia z problemem, który wydawał się 
przerastać intelektualne możliwości człowieka. Jednego był pewien - zyskał przewagę nad Brianem. 
O'Neil dał się ponieść emocjom i teraz był bezbronny. Jednak jego chaotyczne działanie dowiodło, że 
nie on mógł być zimnym, systematycznym mordercą. W mózgu kapitana pozostawało kilka wielkich 
znaków   zapytania.   KTO?   Jeszcze   ważniejsze   PO   CO?   Najłatwiejsza   była   odpowiedź,   W   JAKI 
SPOSÓB?:   Zepchnąć  profesora,  uszkodzić  kombinezon   Johannssena   tak,   by  pękł   w  zetknięciu   z 
próżnią,   zamienić   pastylki   czy   strzelić   z   bliskiej   odległości   do   Jacąu-eline,   mógł   właściwie   każdy. 
Chociaż w przypadku Johannssena zbrodniarz musiałby wiedzieć wcześniej o jego zamiarze wyjścia 
na zewnątrz.
Zatem KTO? - wielka niewiadoma. Stosując metodę eliminacji, wychodziło że nikt.
Dlaczego?   -   Kwestia   jeszcze   bardziej   tajemnicza.   Gdyby,   puszczając   wodze   fantazji,   jakimś 
nadludzkim istotom zależało na zagładzie całej załogi, zlikwidowaliby ją równocześnie; gdyby chodziło 
im   o   statek,   cóż   za   trudność   dotrzeć   do   samolikwida-tora?   Tymczasem   w   tym   wypadku   każdą 
zbrodnię   dzielił  dystans  czasu.   Może   więc  chodziło  o  kolejność  -   wpierw  biolog,   później  spec  od 
łączności,   dalej   zastępca   nawigatora,   lekarz...   A   jeśli   nieszczęśnicy   sami   sprowokowali   własną 
śmierć?   Może   z   jakiegoś   powodu   stali   się   dla   mordercy   niewygodni?   O   wiele   prościej   byłoby 
analizować  tę   sprawę  wspólnie   z Automatycznym  Dyspozytorem,  ale   Rod   miał  wątpliwości  co   do 
powodzenia takiej współpracy.
Nie   dlatego,   żeby  uważał   komputer   za   wspólnika   morderstw,   to   było   niemożliwe,   układ   lojalności 
stanowił tuż za bezwarunkową ochroną statku jeden z jego najsilniejszych obwodów, a Miller całkiem 

background image

niedawno   sprawdził   ten   zespół   i   nie   zauważył   odchyleń.   Jednak   w   zdefektowanym   wehikule 
kosmicznym kapitan wolał polegać wyłącznie na własnych szarych komórkach. W młodości rozczy-
tywał się w zabawnych ramotkach Agaty Christie. Obecna sytuacja przypominała jako żywo jedną z jej 
błyskotliwych zagadek. Tyle że w „10 Murzynkach" mordercą okazywała się jedna z wcześniejszych 
ofiar. Tu prócz ich dwóch pozostały jedynie trupy. Wrócił do chronologii.
Pierwszy zginął Spinelli, najwyraźniej w momencie, gdy odkrył coś niezwykle ważnego, dotyczącego 
bezpieczeństwa statku. Następny był Johannssen, słynny ze swych uzdolnień telepatycznych i ta-
lentów do łamigłówek. Dlaczego przyszło mu do głowy, by wyjść na zewnątrz statku? „Ktoś kręci się 
na zewnątrz". Kto, u licha? Levkovic - zginął w najbardziej tradycyjny sposób, otruty. Ale musiał też na 
coś wpaść, czegoś się domyślać. Wskazywały na to jego ostatnie słowa. Zaraz... ale czy można uznać 
za zbieg okoliczności fakt, że zginął właśnie Mirko, człowiek, który ściągał do wewnątrz statku ciało 
martwego kolegi? Może zauważył coś więcej, ale nie podzielił się swą wiedząz kolegami. Może nie 
zdążył? Wreszcie Jacąueline... Inteligentna, bystra dziewczyna sporo czasu poświęciła oględzinom 
skafandra Skandynawa. Czyżby...? Ale miejsce, w którym zginęła. Dokąd zmierzała?
I   nagle   wszystko   ułożyło   się,   wskoczyło   na   swoje   miejsce.   Wariacka   koncepcja   jak   błyskawica 
przeleciała przez mózg Roda. Rzucił okiem na tablicę czujników zewnętrznych - niech to szlag! Że też 
ten szalony Brian musiał ją uszkodzić. Spojrzał do banku zapisów. Wszystko w normie: temperatura, 
promieniowanie kosmiczne. Nikt jednak od dawna nie nastawiał aparatury na inne parametry! Tyle, że 
teraz już niczego  nie można  było sprawdzić. Chyba żeby  wyjść na zewnątrz. Do tego  jednak  był 
potrzebny Brian. I to Brian współpracujący, ufny. A nawet we dwóch będzie im trudno. Zwłaszcza że 
podobne przedsięwzięcie nie udało się czwórce kolegów. Gwizdnął na wielofunkcyjniaka. Musimy ująć 
O'Neila. Żywego! Wiedział, że nie będzie to łatwe, promieniowanie biologiczne jest wyczuwane przez 
roboty dopiero z odległości 3 metrów. Statek miał sporo zakamarków, ale trzeba od czegoś zacząć. 
Krótkomiot zamknął w szafce. Na razie nie będzie potrzebny. Miał jakąś jedną szansę na dziesięć, że 
Brian mu uwierzy.
Po chwili znalazł się już na korytarzu. Minął miejsce, w którym śmierć spotkała Jacqueline i skręcił w 
dół. Robot miał penetrować sąsiedni poziom i w razie czego wziąć ściganego w dwa ognie. Miller 
szedł korytarzem i nagle drgnął. Nad jednym z luków gorzało światło. Ktoś postawił w stan gotowości 
automatyczny   próbnik   powierzchniowy.   Ktoś,   kto   uprzednio   zadał   sobie   trud   i   odłączył   go   od 
Centralnej Dyspozycji; od Nadkomputera dowódcy. Licznik wskazywał, że nastąpiło to godzinę przed 
śmiercią pani doktor. Jacąueline?! Próbnik od czterech godzin badał zewnętrzną pokrywę statku. Co 
ustalił? Tarcza mierników była rozbita czymś twardym, a przecież wśród potrzaskanych wskaźników 
kapitan zauważył jedną błyskającą literkę. Jedną, ale znaczącą! Nagle szósty zmysł kazał mu się 
odwrócić. Jakiś duży cień przeciął smugę światła padającą z sąsiedniego korytarza.
Trudno, trzeba sobie będzie przypomnieć walkę wręcz.
Pospieszył w tamtą stronę. Wszedł w przecznicę. Stanął jak wryty. Z głębi ładowni wolnymi krokami 
szedł   w   jego   stronę   Olaf   Johannssen.   Olaf   Johannssen   w   rozdartym   skafandrze,   monumentalny, 
groźny...
Chyba po raz pierwszy w życiu Miller bezwiednie zrobił krok do tyłu. Podłoga usunęła mu się pod 
nogami. Runął w otwór powstały przez usunięcie jednej z płyt korytarza.

***
Świadomość powracała. Żył. Tylko to światło i chłód.
- Gdzie jestem?
Zamrugał oczami. Nad sobą ujrzał uśmiechniętą, życzliwą twarz O'Neila. Brian zdjął już hełm, ale 
pozostawał w podartym skafandrze kolegi.
- Wszystko   będzie   dobrze,   Rod.   Na   Ziemi   na   pewno   znajdą   okoliczności   łagodzące.   Bardzo   mi 
przykro, ale musiałem, Dobro ekspedycji...
„Jestem  w  komorze  hibernacyjnej"  -  pomyślał  Miller.  I  ogarnął  go  strach.  Chciał  krzyknąć,  ale  na 
ustach miał usypiający gazu. Chciał dać znak wzrokiem. Jednym spojrzeniem powiedzieć wszystko 
Brianowi. Zabijał Automatyczny Dyspozytor. Nie z morderczych inklinacji. Musiał! Działał kategoryczny 
imperatyw chronienia statku.
A wszyscy kolejno usunięci zmierzali do jego zniszczenia. Tyle, że beztrosko zwierzali się z pomysłu 
Dyspozytorowi.
On,   kapitan,   też   chciał   zniszczyć   „Nimfę   8",   ale   miał   nadzieję   zrobić   to   wspólnie   z   Brianem, 
unieszkodliwiając   przedtem   systemy   zabezpieczające.   Nie   udało   się.   W   decydującym   momencie 
wielofunkcyjniak   nie   pomógł   kapitanowi.   Najwyraźniej   Miller   był   kolejnym   przeznaczonym   do 
neutralizacji z woli Automatycznego  Dyspozytora.  Dochodził  prawdy. Stawał się  niebezpieczny dla 
statku jak poprzednia czwórka. Przeklęta sprawność elektronicznej maszyny pozbawionej wyobraźni. 
Konstruktorzy nie zakodowali w niej zasady „mniejszego zła".

background image

A była nim w tym wypadku zagłada „Nimfy 8".
Przeklęta   nieufność   Briana,   którego   prywatny   lęk   przesłonił   starąprzyjaźń,   a   walka   o   doraźne 
bezpieczeństwo jakąkolwiek dalszą perspektywę. Gatunkowa skaza! Ileż zła wyrządził podobny lęk 
ludzkości, nakazując zbrojenia, wojny prewencyjne, zbrodnie i terror - zawsze ze strachu. Zaufanie 
było zawsze potrzebniejsze niż eliksir życia i kamień filozoficzny.
„Brian, Brian! Zastanów się, nim zmienisz mnie w bryłę lodu. Statek musi być zniszczony! Wokół niego 
rozpościera się niedostrzegalna przez większość czujników warstewka „omegii". Nie do usunięcia, ani 
do likwidacji. Chyba że razem z rakietą. Pamiątka po próbie penetracji nieznanej planety!"
Wzrok Roda krzyczał. Ale Brian nie patrzył mu w oczy. Był bardzo zmęczony. Może jutro, może za 
parę dni zastanowi  się nad  wszystkim.  Wspólnie  z  Dyspozytorem. Teraz uśpi  Millera,  potem sam 
pójdzie się położyć.
Tymczasem „Nimfa 8" w pęcherzyku z „omegii", stanowiącym jedną ogromną bombę kosmiczną, która 
w ciągu paru sekund pozbawi Ziemię całej atmosfery - nieubłaganie dążyła w stronę trzeciej planety 
Układu Słonecznego.

Matryca

Piekielny   tydzień!   Andrew   przygryzł   wargi,   usiłując   całą   uwagę   skupić   na   trzynastu   trzymanych 
kartach.   Z trudem  panował  nad  nerwami.  Szósty  przegrany  rober  przez  kogoś,  kto  nie  lubi  prze-
grywać, nie umie przegrywać i nie chce! Oczywiście nie chodziło tylko o pieniądze.
- Pas - rzucił gniewnie.
W kartach nie zapowiadało się na zmianę. Stocky wierzył w prawo serii. Nie powinien zgadzać się na 
tę grę. Dziś nazbyt wiele rzeczy toczyło się nie po jego myśli. Gwałtowne rozstanie z żoną, kiedy 
wydał się jego romans z Claudią, spadek akcji w związku z falą terrorystycznych zamachów, zerwanie 
ze wspólnikiem. Tymczasem za oknami transkontynentalnego ekspresu wąski wąwóz ustąpił miejsca 
łagodnym pagórkom.
- Drugi pas - stwierdził łysy z lewej.
Partner Andrewa, szczupły urzędnik o siwiejących włosach, wyraźnie nie przejmował się żadną złą 
passą, otworzył bowiem z dwóch kierów. Drugi z rywali spasował. Wypadało coś powiedzieć. Mruknął 
dwa bez atu, skończyło się na trzech... Wyłożył karty na rozkładany stolik, praktyczne wyposażenie 
przedziałów o podwyższonym standardzie. Myślami był daleko, w gardle mu zaschło.
- Powinno nam wyjść - uśmiechnął się rozgrywający, Andrew sięgnął po wiszącą kurtkę. Przyniosę 
coś do picia - mruknął. - Może się nam odmieni.
Bar   mieścił   się   o   trzy   wagony   dalej,   podążając   w   kierunku   odwrotnym   do   biegu   pociągu.   Idąc 
korytarzem, dyrektor Stocky zauważył z zadowoleniem, że mimo prędkości 250 kilometrów na godzinę 
w   ogóle   nie   odczuwa   się   tempa.   W   barze   było   pustawo,   jeśli   nie   liczyć   szczupłej,   ciemnowłosej 
dziewczyny.   Stocky   nie   widział   jej   twarzy,   przypuszczał   zresztą,   że   nigdy   już   jej   nie   zobaczy.   W 
pierwszej   chwili   jego   uwagę   zwróciły   jaskrawożółte   buty   nieznajomej.   Jaskrawożółte   z   ostrymi 
szpicami. Jaskrawożółte...
Na temat terroryzmu narosło wiele sprzecznych opinii. Zadziwiające, że wraz z rosnącym dobrobytem 
plaga ta nie ustępowała, lecz potężniała. Nawet kiedy zlikwidowano zorganizowane grupy karmiące 
się paranoicznymi ideami, wykluczono infiltrację zewnętrzną, pozostało dość aferzystów, frustratów, 
schizofre-ników,   słowem   Herostratesów   naszej   doby,   skłonnych   przelać   swą   nienawiść   do 
społeczeństwa w szaleńczy gest, tym okrutniejszy, że wycelowany na ślepo.
Co miał wspólnego 24-letni Metys Pele Mosco z pasażerami superekspresu? Czy kupił kiedykolwiek 
dywan w firmie Stoc-ky'ego, czy czytał książki Gerda Weissenbacha z przedziału nr 7, czy spotkał 
chociaż raz ciemnoskórego maszynistę Hugh Powel-la, miłośnika rybek akwariowych albo przeżył miłe 
chwile w jednym z hoteli Hiltona, z Marią Swan właścicielką butów koloru jajecznicy? Śledztwo być 
może ustali jakieś relacje. Nie był w każdym razie faszystą ani goszystą, wyznawcą voo—doo ani 
filozofii Zoroastra, nie używał nawet narkotyków, a mimo to ogrodniczym sekatorem przeciął siatkę 
biegnącą wzdłuż torowiska ekspresu i o godzinie 16.28 za pomocą niewielkiego ładunku wybuchowe-
go  uszkodził  automatyczną  zwrotnicę.  Wystarczyła chwila,  a  pędzący  przeszło  250  kilometrów na 
godzinę pociąg, zamiast pognać ku horyzontowi znalazł się na bocznym torze, zajętym przez skład 
kontenerowy.
Spostrzegawczość wyrabiana dzięki obserwacji złotych rybek oraz zmysł kolejarza spowodowały, że 
Hugh Powell zwolnił, zanim jeszcze dostrzegł drobną sylwetkę przy torach.
Chwilę   później   włączył   hamowanie.   Najlepszy   jednak   system   hamulców   nie   zatrzyma   w   miejscu 
stalowego potwora.
- O Jezu! - krzyknął pomocnik, widząc rosnący w oczach wagon kontenerowy. Powell, zaciskając 
palce na dźwigni,  przymknął oczy, starając się wyobrazić sobie ogromną złocistą we-lonkę na tle 

background image

rozkołysanych wodorostów.

***
Alice   Stocky   nieufnie   zareagowała   na   informację   portiera,   że   dwóch   panów,   w   tym   jeden   z 
ubezpieczeń,   zmierza   do   jej   apartamentu.   Mocniej   ściągnęła   atłasowy   szlafrok   i   paroma   ruchami 
szczotki próbowała  doprowadzić do  porządku włosy. Szklankę z  cuba librę  odstawiła na półkę  za 
statuetkę Rosenthalowskiego aniołka...
„Ładna jestem, tylko okropnie zaniedbana" - pomyślała, przypatrując się swemu odbiciu.
Zgodnie   z   anonsem   portiera,   przyszło   dwóch.   Agent   towarzystwa   asekuracyjne-go   wyglądał   jak 
typowy urzędnik, tego drugiego z łysiną i kępkami nastroszonych siwych włosów musiała już gdzieś 
widzieć, chociaż oba nazwiska zabrzmiały obco.
- Pani Stocky. Z głębokim żalem chciałem zakomunikować pani przykrą wiadomość - rzekł agent. - 
Słyszała pani zapewne o katastrofie ekspresu.
—Tak, tak, widziałam w telewizji, strasznie to wyglądało, wagony jak połamane papierosy. Złapano już 
sprawcę?
- Oczywiście - powiedział urzędnik. - Teraz chodzi nam jednak
0 coś innego, pani mąż Andrew Stocky...
Wiadomość przyjęła spokojnie. Podobnie jak stwierdzenie iż przedział, w którym podróżował jej mąż 
został tak zniszczony, że identyfikacji ciał dokonano wyłącznie na podstawie dokumentów i rzeczy 
osobistych. Zacisnęła usta. Jakaś cząstka umysłu szeptała jej, że musiała to być kara za to, co jej 
zrobił, może zbyt okrutna, ale konieczna.
- Trzy pierwsze wagony uległy całkowitemu zniszczeniu. Jednak trochę rzeczy osobistych udało się 
uratować.  W   teczce  dyrektora   Stocky'ego  policja   znalazła  tę  szkatułkę,   stanowiącą  zapewne  pani 
własność.
Nie widziała nigdy tej bransoletki. Kupił ją zapewne dla swojej nowej dziwki. Dłuższą chwilę patrzyła 
na   złocistą   plecionkę,   pokrytą   niby-łuską   i   coś   w   niej   pękło.   Wybuchnęła   płaczem.   Mężczyźni 
odczekali chwilę,  łyso—siwy  zapalił  papierosa.  Przez  moment  zastanawiał  się,  czy  nie  lepiej było 
zacząć stereotypowo: Mamy dwie wiadomości, dobrą i złą, od której zacząć? Ale postanowił od razu 
przejść do rzeczy.
-Chciałem pani wyrazić swoje najgłębsze współczucie, jednocześnie jednak muszę poinformować, że 
za chwilę będzie pani miała gościa. Ostrzegam, że wzruszenie może być silne.
-Jeszcze ktoś? - Alice usiadła ciężko na sofie. Widać było, że informacja o śmierci męża, owszem, 
niekochanego, od paru tygodni żyjącego z nią w separacji, ale jednak człowieka, z którym przeżyło się 
ponad dziesięć lat, dopiero teraz dociera do niej w pełni.
Odezwał się gong przy drzwiach. Łysy otworzył drzwi, wyszczerzając nierówne zęby w czymś, co z 
grubsza można było uznać za uśmiech. Do pokoju wszedł Andrew Stocky. Alice zemdlała.
Lęk  przed  śmiercią.   Któż  jest   od  niego  wolny?  Podskórna  rzeka  tocząca  swe  wody  pod   skorupą 
zwyczajnych dni, wśród których nie ma czasu na myślenie o rzeczach ostatecznych. Rzeka wypły-
wająca na powierzchnię w chwilach choroby, zwątpień lub wówczas, gdy odchodzą najbliżsi. A także 
podczas tych bezsennych nocy, kiedy w absolutnej ciszy mroku wsłuchujemy się w nierówny łomot 
serca   lub   nieudolnie   pragniemy  odszukać   własny   puls.   Równocześnie   z   owym   lękiem  od   dawien 
dawna   egzystowało   wśród  ludzi  marzenie  o   wiecznym   życiu  i  to  możliwie  ziemskim.   Być  zawsze 
młodym. A niechby i jurnym starcem. Ale żyć. Żyć!
Jednak   ani   lata   osiemdziesiąte,   ani   dziewięćdziesiąte   nie   przyniosły   odkrycia   eliksiru   młodości. 
Zaczęło się nowe tysiąclecie, a nie pokonano raka. Co gorsza, pojawiły się nowe choroby wynikające 
z nerwowego trybu życia i rosnących zanieczyszczeń. Owszem, rozszerzyły się praktyki zamrażania 
beznadziejnie   chorych,   ale   nikt   z   poddających   się   zabiegowi   nie   miał   najmniejszej   pewności,   że 
kiedykolwiek   zostanie   obudzony   z   hibernacji.   Co   prawda   w   kilku   krajach   rozpoczęto   pewne 
doświadczenia z podrasowywaniem genów płodu, ale na sprawdzenie wyników tych eksperymentów 
trzeba będzie poczekać kilkadziesiąt lat. To niewielka pociecha dla tych, którzy już dziś przekraczają 
smugę cienia.
Kiedy jest się w średnim wieku, nie ma czasu na czekanie na przełom w nauce. Na tej niecierpliwości 
żerują hochsztaplerzy, na niej prosperują kliniki neogeriatrii; ale Bogiem a prawdą wszystkie wyniki jak 
dotąd były mizerne. Bardzo mizerne, aż do 11 czerwca 2003 roku.
Denis Tassaud był lekarzem psychiatrą. Jego prace na temat funkcjonowania mózgu już w końcu lat 
osiemdziesiątych zyskały niemały rozgłos. Kandydował też do Nagrody Nobla, aliści w otrzymaniu 
tego   zaszczytu   przeszkodziła   mu   opinia   środowiska   medycznego.   Opinia   nieprzychylna,   niekiedy 
wręcz wroga. Nie chodziło nawet o zastrzeżenia naukowe. Tassaud narażał się swoją łatwością w 
głoszeniu ultranowoczesnych poglądów, ekstrawagancją zachowania. W wypowiedziach nie krył się z 
opinią,   iż   cel   uświęca   środki,   a   jego   wywody   podważały   odwieczne   hipokratejskie   pryncypia 

background image

medycyny.   Był   za   prawem   wolnej   śmierci   dla   nieuleczalnie   chorych,   za   eutanazją   kalek   i   dzieci-
potworków. Nie miał też skrupułów, jeśli idzie o ingerowanie w działalność ludzkiego mózgu.
Doświadczenia,   jakie   przeprowadzał   w   swoim   zakładzie   na   pacjentach   chorych   umysłowo,   po 
ujawnieniu wywołały powszechne zgorszenie i potępienie. Zagrożony procesami, pozbawiony prawa 
do   kontynuowania   praktyki,   opuścił   kraj,   chroniąc   się   w   stronach,   w   których   kodeks   moralny 
traktowany był z dialektyczną elastycznością. Tam poznał Karola Bauera, niedocenianego elektronika, 
również wygnańca, ściganego za hakerstwo. Dość szybko odnaleźli wspólny  język.  Władze, które 
udzieliły im azylu, żyjąc pod nieustanną presją oblężonej twierdzy, wyasygnowały znaczne kwoty na 
badania   obu   naukowców,   żywiąc   nadzieję,   że   rozwój   elektroniki   mózgu   z   czasem   zaowocuje 
produkcją nowego człowieka - a konkretnie superlojalnych obywateli.
Denis i Karol należeli jednak do nonkonformistów, a w dodatku ludzi pomysłowych: wykorzystując 
stworzone im możliwości dla szeroko zakrojonych badań, wcale nie mieli zamiaru tworzyć idealnego 
społeczeństwa.  Miast utopijnych wizji pociągała  ich sława  i  pieniądze. W odpowiednim momencie 
udało im się zbiec za granicę razem z wynikami. Wiele nie ryzykując, na pogróżki i żądania powrotu 
odpowiadając kontrszantażem, że jeśli ich byli mocodawcy zrezygnują z prób pościgu i odwetu, to 
obaj naukowcy zobowiązują się do dyskrecji na temat tamtejszego systemu lecznictwa, a także nie 
ujawnią programu, w jakim uczestniczyli. Znaleźli schronienie w innym nader liberalnym kraju, gdzie 
wkrótce otworzyli swoją lecznicę. Zakład produkcji nieśmiertelnych.
Pierwszy zawał, dość zresztą lekki, dopadł Stocky'ego w trakcie podróży po Europie. Wytrącił go z 
dotychczasowego rytmu zajęć i obowiązków, rozlegając się niczym dzwonek alarmowy, zmuszający 
do zastanowienia. Oto zużył tyle czasu na zrobienie pieniędzy, że teraz może mu braknąć lat, aby je 
wydać. I cóż za pociecha, że on, syn biednego emigranta ze Środkowej Europy, będzie miał pogrzeb 
godny potomka przybyszów z „Mayflower"? Na co miały zdać się wszystkie dotychczasowe ryzykowne 
przedsięwzięcia? Nie miał nawet dzieci, które mogłyby cieszyć się spadkiem.
Na dalszych krokach zaważyła rozmowa z jednym ze współ-rekonwalescentów. Zamożny biznesmen 
zwierzył się, że po trzecim zawale nie miał zamiaru czekać na czwarty.
- Słyszał pan o doktorze Tassaud? — zapytał, ściszając głos.
-Tym hochsztaplerze?
-Jedni mówią o nim hochsztapler, inni, geniusz. A jeszcze inni pędzą do niego poddać się zabiegowi. 
Kosztuje sporo, ale nie ma podobno żadnego ryzyka. Jedyny problem, że trudno się tam dostać bez 
rekomendacji, bo doktor nie lubi rozgłosu. Ale mógłbym wspomnieć mu o panu.
Andrew nic nie wiedział o klinice nieśmiertelnych, ale jego rozmówca wydawał się być doskonale 
zorientowany.
-Proszę pana - mówił świszczącym głosem astmatyka - Wprawdzie nikt nie zna szczegółów patentu 
Tassauda - Bauera, ale sama zasada wygląda na niezbyt skomplikowaną. Pański mózg to jakby jedna 
wielka   matryca,   albo   lepiej   -   zespół   dyskietek,   na   których   zapisane   są   pańskie   doświadczenia   i 
upodobania, wiedza i samoświadomość - no, po prostu cały pan.
-Ale dyskietka lub taśma ma tę zaletę, że można ją powielić. A mózgu nie!
-A kto panu to powiedział? Doktor Tassaud znalazł osób na bioelektroniczne przepisanie pańskiego 
umysłu na inny, świeży. I w momencie, w którym coś stałoby się oryginałowi, do akcji wkracza pańska 
druga wersja.

***
-Milion - powiedział beznamiętnie Karol Bauer.
-Dużo - westchnął Stocky. Wynalazca uśmiechnął się.
-Głupi milion dolarów za coś, co jest bezcenne? Wydaje mi się, że to cena dość umiarkowana. Zresztą 
wobec klientów takich jak pan, możemy zgodzić się na raty. To chyba jeszcze bardziej uwiarygadnia 
eksperyment, prawda? Jesteśmy pewni, że pan spłaci dług. Poza tym, to naprawdę bardzo kosztowny 
zabieg.   Nawiasem   mówiąc,   pomimo   wysokiej   ceny   zaczynamy   mieć   trudności   ze   zrealizowaniem 
wszystkich zamówień. Tylu jest chętnych!
-Chciałbym   poznać   szczegóły   —  Andrew   nerwowo   rozejrzał   się   po   wnętrzu   gabinetu.   Ogromne 
pomieszczenie,   dziwne   połączenie   izby   przyjęć   i  Arkadii,   emanowało   spokojem,   a   dzięki   obfitości 
egzotycznych roślin przypominało przedsionek raju.
-Usługi świadczymy od dwóch lat. Jak dotąd, nie było reklamacji. Przygotowania pacjenta trwają około 
dwóch tygodni. Samo przepisywanie tożsamości niespełna dobę.
-Niemal tyle, ile kiedyś ładowanie akumulatora.
-Znakomite   porównanie.   Oczywiście   trochę   czasu   trwa   jeszcze   dostosowanie   powierzchowności 
dublera.
-Nie rozumiem.
-Większość z naszych klientów życzy sobie, aby duplikat również fizycznie był kopią oryginału. Stąd 

background image

poza starannym doborem „inblanka", wchodzą w grę operacje plastyczne. Zdarza się, że musimy 
transplantować   brodawki,   robić   na   życzenie   sztuczne   blizny   czy   nawet   przeszczepiać   gruczoły 
potowe. A mieliśmy nawet klienta, który zażądał, aby „przepisać" go na kobietę i to w dodatku Mulatkę.
Tu Stocky przerwał wywód Bauera i zapytał, skąd klinika bierze materiał na duplikaty.
- Przecież ich nie produkuje od zera?
-Myślimy o hodowli dzieci z probówek, ale to sprawa dalszej przyszłości. Obecnie „inblanki" pochodzą 
z odzysku. Na rękę poszło nam miejscowe ustawodawstwo dotyczące chorych umysłowo i skazanych 
na śmierć...
-Co takiego? -Andrew aż podskoczył.
-Działamy niezwykle humanitarnie, imbecylom i skazańcom kasujemy dotychczasowy wadliwy zapis 
mózgu,   leczymy   organiczne   usterki,   jeśli   były   takowe,   następnie   na   „czystym"   mózgu   odbijamy 
świadomość klienta.
-Czyli miałbym oddać swoją osobowość jakiemuś świrowi czy seryjnemu mordercy.
-Ależ to już nie będzie wariat. To będzie pan!!! Zdrowy na umyśle, oczywiście młody, z gwarancją 30 
lat   bez   awarii.   (Nie   bierzemy   oczywiście   odpowiedzialności   za   nieszczęśliwe   wypadki,   wynikłe   z 
przyczyn od nas niezależnych). Technicznie sprawa wygląda następująco: po przepisaniu pańskiej 
świadomości   na   umysł   „inblanka",   zostaje   on   zabezpieczony   w   stanie   półuśpienia,   to   znaczy 
zachowuje aktywność biologiczną, ćwiczy dla podtrzymania kondycji, ale niczego nie pamięta, nie 
przeżywa, a jedynie czeka, proszę wybaczyć szczerość, na pańską śmierć. Dopiero wówczas zostaje 
wprowadzony   na   pańskie   miejsce,   budzi   się   i   uważa,   że   jest   panem.   I   oczywiście,   jeśli   wyrazi 
życzenie,  natychmiast  może,  za pół stawki,  zostać „przekopiowany" na kolejnego  zmiennika. Tym 
sposobem żyje pan wiecznie. Aha i jeszcze jedno, duplikat posiada pańską świadomość z dnia zapisu, 
dlatego też co miesiąc dokonujemy uzupełnienia. Jednym słowem — pańska nowa wersja pamiętać 
będzie wszystko, z wyjątkiem momentu śmierci. Czy to nie cudowne?
Najpierw odczuł ciepło światła padającego na twarz, potem bezwładność własnego ciała, pieczenie 
skóry, wreszcie twarde imadło wokół ręki. Gdzieś spoza granic świadomości docierał monotonny głos:
- Panie Williams! Panie Williams!
Andrew otworzył oczy i natychmiast je zamknął, porażony jasnością dziennego światła. Ktoś musiał to 
zauważyć,   usłyszał   szelest   opuszczanych   żaluzji.  Teraz   uchylał   powieki   powoli,   ostrożnie.   Plamy, 
nieregularne plamy, wszystko nieostre, zamazane.
- Dzięki Bogu. Nareszcie pan się obudził, panie Williams.
Plamy uformowały się w końcu w postacie lekarza i pielęgniarki. Twarze obojga były mu obce, ale 
tchnęły troskliwością. Rozejrzał się po pokoju. Nie znał tego pomieszczenia.
-Gdzie jestem?
-W szpitalu - odpowiedział mężczyzna. - Wszystko w porządku, szok mija.
-Długo tu przebywam?
-Trzeci tydzień.
-Ale dlaczego, coś z sercem? - nie miał pojęcia, dlaczego właśnie serce przyszło mu do głowy.
-Miał pan wypadek. Ale skończyło się na potłuczeniu i zwichnięciu nadgarstka.
-To była kraksa samochodowa?
-Nie - odezwała się pielęgniarka - katastrofa kolejowa. Naprawdę niczego pan nie pamięta?
Andrew milczał. Rzeczywiście nie pamiętał żadnej katastrofy. Nie mógł sobie nawet przypomnieć, że 
jechał  ostatnio  pociągiem. A w  ogóle...  Czuł się,  jakby  dopiero  się  urodził,  jakby  wyszedł  z  mgły. 
Zacisnął oczy. W głowie mu huczało.
-Nic nie pamiętam - westchnął.
-Amnezja pourazowa - lekarz pokiwał głową ze zrozumieniem — ale to minie, panie Williams. Może 
już teraz przypomina pan sobie coś z wcześniejszych czasów. Z dzieciństwa...
-Nic - mętlik w mózgu groził w każdej chwili przerodzeniem się w panikę - może tylko...
- Tak? - Popatrzyli na niego z zainteresowaniem.
- Jednego jestem pewien, nie nazywam się Williams. Przyjechała Sara Williams. Drobna, nerwowa 
kobietka na zadziwiająco chudych nogach.
-To nie on! - krzyknęła, spojrzawszy tylko na posiniaczoną twarz pacjenta.
-Jest pani pewna? - zatroskał się lekarz.
-Oczywiście. Ted był tęższy, łysy, w ogóle niepodobny. Skąd przyszło wam do głowy, że ten facet to 
mój Teddy? - Zaczęła płakać. Wyprowadzili ją z separatki.
-Mieliśmy duże kłopoty z identyfikacją  zwłok. Z pierwszych wagonów  pozostała kupa szmelcu. To 
znaczy... - lekarz zmieszał się, ale Sara w ogóle go nie słuchała. - Ocalały w zasadzie jedynie ostatnie 
wagony,   w   tym   pół   restauracyjnego...   Tam   go   znaleźliśmy.   Miał   w   kieszeni   kurtki   dokumenty   na 
nazwisko Ronalda Williamsa. Musiała zajść jakaś pomyłka. Może założył cudze okrycie? Zaraz dam 
pani coś uspokajającego.

background image

Kiedy uporał się już z rozhisteryzowaną niewiastą i wrócił do gabinetu, długo wpatrywał się w oficjalną 
listę ofiar. Zidentyfikowano 79 ciał, część wyłącznie na podstawie przedmiotów. Do 11 ofiar nie udało 
się dopasować żadnego nazwiska.
Kim u licha mógł być cierpiący na amnezję pacjent z pokoju 322?

***
Tassaud zajął się zemdloną panią Stocky, a policjant wyprowadził jej męża do sąsiedniego pokoju. 
Kobieta szybko doszła do siebie. Poprosiła tylko o odrobinę alkoholu. Spełnił jej prośbę.
-Czy ja miałam halucynacje? - zapytała. Pokręcił głową.
-Nie słyszała pani nigdy o „matrycowaniu"?
Chwila zastanowienia.
-Andrew wspominał kiedyś, że gdy umrze, mogę się nie martwić, bo... Zaraz! To jest ten drugi?!! - 
zerwała się na nogi.
-Tak, to dubler - powiedział spokojnie Denis. - Chyba dość udany. Mam jednak ogromnąprośbę do 
pani. On nie powinien wiedzieć, że jest kopią pani męża. To... mogłoby mieć niedobre psychologiczne 
następstwa.  Dlatego  właśnie  przywiozłem  go osobiście,  a  nie  Bauer,  z  którym kiedyś  pan  Stocky 
stykał się w klinice, zawierając umowę.
Alice uspokajała się z wolna. Zapaliła papierosa.
-Właściwie nie bardzo mnie to powinno obchodzić - rzekła. - Jestem z Andrewem w separacji.
-Od kiedy? — Denis sięgnął po notes
-Od ponad tygodnia.
-A miesiąc temu? - zapytał z naciskiem Tassaud.
-Mój Boże, wtedy wyglądało to zupełnie inaczej. - Westchnęła. - Wróciliśmy z wakacji na Hawajach. 
Czułam się, jakbym po raz wtóry przeżyła miodowy miesiąc, a on chyba jeszcze nie poznał tej dziwki.
-Zatem   wszystko   jest   w   porządku!   -   ucieszył   się   wynalazca.   -   Ostatniej   aktualizacji   dokonaliśmy 
miesiąc   temu,   dokładnie   20   września.   Wszystko,   co   zdarzyło   się   późnej,   nie   istnieje   w   jego 
świadomości.
Otworzyły się drzwi. Stocky podbiegł do żony i przygarnął ją do siebie.
- Stęskniłem się za tobą, kochanie, tak jakbym nie widział cię całą wieczność.
Następnego dnia Alice wyszła dość wcześnie. Całkiem nowy, czy raczej zrewaloryzowany mąż dodał 
jej chęci do życia. W planie miała biosaunę, fryzjera, drobne zakupy. „Zmiennik" zachowywał się bez 
zarzutu. Ciało miał młodsze o dziesięć lat, wital-ność bynajmniej nie osłabioną przez okres uśpienia. 
„Dożyliśmy   wspaniałych   czasów   -   myślała   Alice   -   właściwie   i   ja   powinnam   pomyśleć   o   swoim 
zapasowym wcieleniu".
Dubler pozostał sam w mieszkaniu. Wszystko było znajome. A jednak co chwila doznawał wrażenia, 
jakby całość apartamentu spowijała delikatna mgiełka gazy, jakby meble, naczynia, ludzie, pochodziły 
z trójwymiarowego filmu. Składał to na karb przebytego szoku. Lekarz, który go obudził, poinformował 
go o katastrofie kolejowej i o częściowej amnezji.
Prawdziwego zaskoczenia dostarczył wiszący na ścianie kalendarz. Dubler przypuszczał, że kończy 
się sierpień, a tu już nadchodziły ostatnie dni września.
Zadzwonił do biura. Zaskoczeniem było, że nie odebrała Susan. Dźwięczny głosik bardzo ucieszył się 
wiadomością, że dyrektor powrócił do zdrowia. Na pytanie o Susan, nowa sekretarka poinformowała, 
lekko   zdziwiona,   że   Zuzia   nie   pracuje   już   od   dwóch   tygodni   Poprosił   o   dokumentację   ostatniego 
miesiąca i o wcześniejsze telefony
- Ciągle wydzwania jakaś Claudia. Po parę razy dziennie - poinformowała sekretarka.
Zdziwił się i zajrzał do terminarza, potem do kalendarzyka z telefonami. Nigdzie ani śladu żadnej 
Claudii. Zamyślony odłożył telefon, nalał sobie drinka i sięgnął po poranne gazety. Zaskoczyła go 
notatka o wizycie nowego premiera Francji (nie wiedział że upadł poprzedni gabinet) oraz o pogrzebie 
przywódcy Chin.
Jakby cały miesiąc poprzedzający katastrofę ulotnił się z jego pamięci. Nawykowo odwrócił gazetę na 
stronę   aktualności   lokalnych.   Obok   informacji   o   poprawiającym   się   stanie   zdrowia   130   rannych   z 
niedawnego wypadku, jego uwagę przykuło jedno zdjęcie.
- Kim jest pacjent szpitala w Redford?- zapytywał nagłówek wybity tłustą czcionką. - Twarz mimo 
bandaża i siniaków wyglądała znajomo. Dubler zastanawiał się przez chwilę, nerwowo przechadzając 
się po pokoju. Naraz stanął przed lustrem. Gazeta wysunęła mu się z rąk. Oczywiście pamiętał o 
zabiegu, wiedział, że ma kopię. Dotąd nie miał jednak pojęcia, że tą kopią może być on sam.
Andrew   obudził   się   w   środku   nocy.   Głęboka   cisza   zalegała   szpital.   Słychać   było   tylko   tykanie 
elektrycznego zegara i odległy szum miasta przecinany z rzadka charakterystycznym jękiem pędzącej 
karetki. Miał zły sen, choć nie potrafiłby powtórzyć, co mu się właściwie śniło. Leżał lepki od potu, 
czując przyśpieszony rytm serca. Strach nie miał określonej twarzy, ale czaił się w kącie, był blisko. 

background image

Nie miał związku z wieczornym gniewem na własną amnezję. Nie! Stocky czuł, że grozi mu coś dużo 
konkretniej szego.
Kroki na korytarzu. Nauczył się już je rozpoznawać, figlarny stuk pantofelków pielęgniarki, energiczny 
chód lekarza, człapanie chorego z pokoju obok. Tym razem jednak stąpanie było lekkie, kocie.
Pierzchła resztka snu. Kroki zatrzymały się przy drzwiach izolatki. Delikatnie poruszyła się klamka. 
Wstrzymał oddech. O tej porze nie mógł to być lekarz ani nikt z personelu. Zresztą inaczej otwieraliby 
drzwi.
W zimnej poświacie z korytarza dostrzegł masywną sylwetkę. Mógł zerwać się albo udawać głęboki 
sen.   Wybrał   drugą   ewentualność,   otulony   pościelą   z   zagipsowaną   ręką   nie   miał   szans   ucieczki. 
Wyrównał więc oddech, zmrużył oczy. Postać zbliżyła się. Oddychała pośpiesznie, płytko. Stocky nie 
widział twarzy, ale czuł, że nocny gość przypatruje mu się uważnie. Nasłuchuje. Później usłyszał ciche 
westchnienie, po czym gość pochylił się i znikł za oparciem łóżka.
„Czyżby chciał mi podać basen?"
Znowu rozległy się kroki, tym razem cichnące, drzwi zamknęły się automatycznie, a po chwili z oddali 
dobiegł charakterystyczny dźwięk ruszającej windy. Stocky wyskoczył z pościeli, narzucił szlafrok i 
zapalił światło. A potem zajrzał pod łóżko. I zobaczył. Niewielki pakuneczek.
W tym momencie przypomniało mu się, że okno z korytarza wychodzi na rzęsiście oświetlony przez 
całą   noc   podjazd.   Jeśli   nieznajomy   opuszczał   szpital,   powinien   go   zobaczyć.   Przywarł   do   szyby. 
Widoczność miał znakomitą. Nie upłynęło wiele sekund, a mężczyzna w szarej jesionce przekroczył 
frontowe drzwi. Nie poszedł jednak w stronę parkingu. Przeszedł na drugą stronę podjazdu i wykonał 
w tył zwrot. Andrew  skurczył  się za  filarem. Mężczyzna zapalił papierosa i stał  tak, jakby  na  coś 
czekał.
Potężny huk targnął uśpionym szpitalem. Podmuch cisnął Andrewa
0 ziemię,   posypały   się   odłamki   szkła.   W   sąsiednich   krzakach   rozległy   się   krzyki.   Stocky   niewiele 
myśląc   wbiegł   na   schody   awaryjne.   Instynkt   podpowiadał   mu,   że   powinien   uciekać,   zanim 
zamachowiec przekona się, że sfuszerował. Tylnym wejściem wydostał się na ulicę.
Biegł między uśpionymi ogródkami i domkami, nie odczuwając chłodu. Nie wiedział, dokąd biegnie? 
Nie miał pojęcia, dlaczego postanowiono go zabić? Przystanął dopiero opodal nocnego bistro. Chciał 
wejść, kiedy zorientował się, że jest w szlafroku i w kapciach. Stał
1 wpatrywał się przez wielką szybę w na wpół opustoszałe wnętrze, ruchliwą barmankę i samotną 
dziewczynę na wysokim stołku przy kontuarze. Przejechał wzrokiem po szczupłej sylwetce i naraz 
jakby ostry płomień targnął jego jaźnią. Żółte buty! Krzykliwe żółte buty siedzącej tyłem dziewczyny. 
Świat   zafalował   niczym   ekran   objazdowego   kina   targnięty   porywem   wiatru.   Przypomniał   sobie 
wszystko. I umykający za oknem pejzaż, i pisk hamulców, a potem zadziwiający moment, gdy frunął 
jak ptak ponad barowymi stolikami... On, Andrew Stocky. Dyrektor firmy handlującej dywanami, lat 44, 
żonaty, w separacji...
Zadzwonił telefon. Opalone ramię wysunęło się z kłębów piany i odnalazło słuchawkę w praktycznie 
umieszczonej wnęce.
-Myszeńka? - zabrzmiał znajomy głos z drugiej strony.
-Andrew!   Tak   się   denerwowałam,   od   czterech   dni   nie   dajesz   znaku   życia.   W   biurze   twoja   jędza 
sekretarka nie udziela żadnej wiadomości na twój temat. Umierałam ze strachu. Wiedziałam przecież, 
że miałeś jechać tym ekspresem. Szukałam cię na liście ofiar i rannych. Nie było cię.
-Nie   było   mnie?   -   w   głosie   Stocky'ego   na   moment   zabrzmiało   zdziwienie.   -   Zresztą   nieistotne, 
wszystko ci opowiem, jak przyjadę. Udało mi się pożyczyć trochę pieniędzy i płaszcz.
-Będziesz prędko?
-Jak najszybciej, Myszeńko. Aha, czy nikt o mnie nie pytał?
-Nie. Zresztą twoi znajomi mnie nie znają.
-Jednak gdyby ktoś cię pytał o mnie, nie udzielaj żadnych informacji. Nikomu nie otwieraj drzwi...
-Ale co się stało?
-Sam dokładnie nie wiem. Ale wyjaśnię to. Nic się nie martw. Czekaj na mnie, kochanie!
Claudia   wyskoczyła   z   wanny.   Narzuciła   peniuar   i   rozczesując   włosy   przed   lustrem   pomyślała   o 
Stockym.
„Nic mu się nie stało, zaraz tu będzie". - Jej serce zalała fala ciepła.
Gong do furtki rozległ się mniej więcej po kwadransie. Wyjrzała. Andrew stał przy siatce w szarej 
jesionce i palił papierosa. Otworzyła bramkę, a potem pobiegła po schodach, pragnąc jak najszybciej 
znaleźć się w jego ramionach.
Ucałował   ją   dość   chłodno.   Wydawał   się   mocno   zdenerwowany,   jego   obwiązana   bandażem   twarz 
wydawała się znacznie szczuplejsza niż przed tygodniem. Po wejściu do mieszkania potknął się na 
progu, a potem czujnie rozejrzał się dookoła.
-Jest ktoś u ciebie? - zapytał.

background image

Roześmiała się.
-A co, zazdrosny? Nie, jak na razie nie ma nikogo... Nie zdejmując płaszcza, opadł na fotel.
-A telefon?
-Oprócz ciebie nikt nie dzwonił. Zresztą kto telefonowałby tak wcześnie?
Energicznie   podszedł   do   okna.   Widocznie   jednak   ogród   nie   zrobił   na   nim   wrażenia,   bo   szybko 
odwrócił się i przeszedł na drugą stronę pokoju, skąd rozciągał się widok na ulicę.
-Czy coś się stało? - spytała.
-Nic ważnego.
-Obiecywałeś, że opowiesz mi, co się dzieje?
-Cierpliwości. Podaj mi lepiej drinka.
Zdziwiła ją ta propozycja. Stała w drugim kącie pokoju, a barek ukryty w regale znajdował się tuż przy 
Andrewie. Musiałaby go odsunąć, aby sięgnąć za drzwiczki ukryte za atrapą „Encyklopedii Britannica". 
Sama nie wiedząc dlaczego, zapytała:
- Przywiozłeś moją bransoletkę?
- Do licha, zapomniałem, nie mam jej przy sobie! Ale jutro wszystko naprawię.
Kobiety posiadają siódmy zmysł. Claudia zapewne nie była gorsza od innych przedstawicielek swojej 
płci.
-Jest platynowa, jak prosiłam? - rzuciła niedbałym tonem.
-Naturalnie, kochanie. Wszystko dla pań!
Zadrżała.   Bransoletka   zgodnie   z   jego   zapewnieniami   była   szczerozłota.   Mimo   podobieństwa, 
identycznego głosu, ba, sposobu wyrażania, przybysz nie był jej Andrewem. Andrew rzucił dla niej 
palenie. Andrew nigdy nie mówił do niej inaczej jak Myszeńko. Andrew nie kłamał. Nie rozumiała, co 
się dzieje, ale czuła, że nad jej prawdziwym ukochanym, który lada moment powinien tu przybyć, 
zawisło potworne niebezpieczeństwo.
-Zrobię kawy, wyglądasz na zmęczonego - powiedziała, siląc się na swobodę.
-Prosiłem o drinka. - Wyszedł na środek pokoju. Nareszcie mogła go ominąć i otworzyć barek. Żeby 
tylko nie zauważył drżenia jej rąk. — A kawę możesz zaparzyć swoją drogą.
-A potem będziemy się kochać? - szepnęła uwodzicielsko.
-Naturalnie — uśmiechnął się szeroko.
Starając się nie iść ani za wolno, ani za szybko, zeszła na parter. Z livingu widoczny był wprawdzie 
cały hali, ale w kuchni drugie niewidoczne wyjście prowadziło do ogrodu. Między krzakami można było 
niepostrzeżenie   dotrzeć   do   tylnej   furtki.   Dalej   była   w   miarę   uczęszczana   ulica.   Narzuciła   kurtkę   i 
delikatnie uchyliła drzwi. Uderzył ją silny powiew wiatru. Nogi miała miękkie jak podczas marnego snu. 
Na górze gwałtownie otworzyło się okno. Przyśpieszyła kroku. Niczym lampart zeskoczył z balkonu na 
dach garażu. Drugi skok i wylądował tuż przed nią. Oczy miał przeraźliwie zimne, na ustach nadal 
igrał uśmieszek.
- Dokąd, najdroższa?
Krzyknęła. Zatkał ręką jej usta i nie zwracając uwagi na rozpaczliwe wierzgania, zawlókł do domu. Był 
bardzo silny. Dużo silniejszy niż Stocky. W kuchni skrępował ją i zakneblował, a następnie cisnął na 
kanapę w saloniku.
- Teraz napiję się kawy - wycedził. Wodziła za nim wzrokiem zwierzęcia przeznaczonego na ubój. 
Zdarł jej rajstopy, rozdarł, a następnie skrępował nimi ręce i nogi. Nie przestawał się uśmiechać.
- Nie denerwuj się. Przyrzekam, to nie potrwa długo. Twój Andrew zaraz się zjawi. Aha, zaspokoję 
jeszcze twoją ciekawość, coś ci się należy. Prawdopodobnie zastanawiasz się, kim jestem
-duplikatem. Ale nie na długo... Już wkrótce... - Zachichotał.
-Według   kontraktu   miałem   zostać   aktywowany   dopiero   po   śmierci   oryginału.  Ale   zaszła   pomyłka. 
Pospieszono się. Co zresztą nie ma większego znaczenia. Jestem Stockym bis. I słowo honoru, nie 
mam   ochoty   czekać   na   nową   okazję.   Zwłaszcza,   że   zabieg   ponownego   uśpienia   może   się   nie 
powieść. Tak, Claudio! Życie jest zbyt piękne, by dobrowolnie z niego rezygnować, zwłaszcza gdy ma 
się pieniądze i pozycję społeczną.
Nie krępując się niczym, w paru słowach opowiedział Clau-dii o zabiegu, o fotografii w gazecie, o 
wizycie w szpitalu, wreszcie o tej kłopotliwej chwili, gdy zorientował się, że zamach chybił.
— Zastanawiałem się, dokąd na miejscu starego Stocky'ego skierowałbym swe kroki. Domyśliłem się, 
że w ostatnim czasie przed katastrofą z żoną coś mu się nie układało. Potem Alice wygadała się na 
temat   separacji.   Dzięki   sekretarce   poznałem   twoje   imię.   Przeglądając   jego   kalendarz,   znalazłem 
zakreślony termin pokazu mody sprzed trzech tygodni. Później natrafiłem na folder z tego pokazu. 
Była tam tylko jedna Claudia. Ty. Znałem jego gust, znaczy mój gust. No i jestem... Cieszysz się, 
prawda?
Przed domem zapiszczały hamulce taksówki. Rozległ się gong.
Dubler uruchomił przycisk od furtki. Stanął obok drzwi z hebanową statuetką czarnej Wenus. Claudia 

background image

napięła mięśnie. Więzy jednak nie miały zamiaru puścić.
Stocky, mimo osłabienia wbiegł na schody, przeskakując po dwa stopnie. Pchnął drzwi. A potem, kiedy 
nagle   zza   framugi   wyrósł   cień,   instynktownie   zasłonił   się   zagipsowaną   ręką.   Cios   stracił   impet. 
Wystarczył jednak, żeby rzucić Andrewa na podłogę.
-Żyjesz, tym lepiej - krzyknął dubler. Młodszy o dziesięć lat bez trudu obezwładnił i skrępował na wpół 
ogłuszonego Stocky'ego. Potem zaniósł obie ofiary na górę.
-Jest mi niewymownie przykro - mówił, posapując. – Mamy wprawdzie ze sobą dużo wspólnego, ale 
świat jest za mały dla nas dwóch. A poza tym, wybaczcie, gdzieś głęboko w mózgu czuję jeszcze inną 
osobowość oprócz twojej. Możesz nazwać to potrzebą okrucieństwa, trudno. Życie jest bezwzględne. 
Albo ty mnie, albo ja ciebie.
Ułożył ich na dywanie.
- To będzie wyglądało na nieszczęśliwy wypadek.
Z   garażu   przyniósł   kanister.   Metodycznie   chlapał   benzyną   na   dywan,   regał,   boazerię.   Potem   na 
spodeczku pełnym tej samej cieczy umieścił zapaloną świeczkę.
- Macie   pół   godziny   albo   mniej,   jeśli   kaganek   się   wywróci.   Ja   będę   wtedy   daleko   stąd,   u   boku 
kochanej żony. Nie masz, stary, pojęcia, jak ta baba mnie uwielbia. Zupełnie, jakby odzyskała nie 
wiadomo jaki skarb. Żegnam. Zatrzasnął drzwi i lekko zbiegł po schodach. Jakże łatwo wszystko się 
udało.   Niepotrzebny   był   nawet   ten   zamach   w   szpitalu.   Jeszcze   ktoś   dojdzie,   że   oprócz   handlu 
wykładzinami dyrektor Stocky miał kontakty z terrorystami, utrzymywane przez jedną z jego agend. 
Kilkakrotnie w perskich dywanach szmuglowano broń. Dubler oczywiście nie wiedział, że poznanie 
Claudii i na tym polu stanowiło przełom w życiu Stocky'ego, że postanowił zerwać z dotychczasowym 
życiem, rozwiązał umowę z podejrzanym wspólnikiem. Nie wiedział również, że pirotechniczny wyczyn 
Pele   Mosco   był   egzekucją   zamówioną   przez   wspólników   za   próbę   ograniczenia   interesu.   Dubler 
wykorzystał   natomiast   swoją   wiedzę   o   jednej   z   dawnych   kryjówek,   aby   przed   wizytą   w   szpitalu 
zaopatrzyć się w ładunek wybuchowy.
W połowie drogi do furtki stanął jak wryty. Obok ogrodzenia stała Alice. Blada, słaniająca się, wyraźnie 
pod wpływem alkoholu. Przyśpieszył kroku.
-Poszedłeś jednak do tej dziwki - powiedziała - ty też mnie zdradziłeś...
-Ależ, kochanie, co ty, wszystko ci wyjaś... - urwał, głos uwiązł mu w krtani. W rękach pani Stocky 
pojawił się mały pistolet, prawie zabawka, którą parę lat temu otrzymała w prezencie od męża. Uniosła 
go   i   prawie   nie   celując,   poczęła   naciskać   spust,   raz,   dwa,   trzy,   aż   do   opróżnienia   magazynku. 
Czepiając się siatki, dubler począł osuwać się na ziemię, pełen bezgranicznego strachu, osłupienia, a 
zarazem świadomości, że wszystko jest jedną wielką koszmarną pomyłką.
Alice cisnęła broń. I nie oglądając się za siebie, ruszyła w głąb sennej uliczki.

***
Z lotniska wzięli taksówkę.
- Prędzej,   prędzej   -   przynaglał   Bauer.  Tassaud   milczał.  Tego   nie   brali   pod   uwagę.   Kiedy   wczoraj 
wieczorem wpadła im w ręce gazeta z fotografią Stocky'ego, a potem dowiedzieli się o zamachu w 
szpitalu, pojęli, że nastąpiło coś, czego nie przewidzieli. Co za pech! Co za idiotyczna pomyłka! W 
momencie, kiedy zamierzali rozkręcić interes na pełną parę, kiedy ich eksperymentem zainteresowali 
się mężowie stanu, a kontrwywiady wrogich państw obiecywały krocie za dostarczenie zapasowych 
kopii prezydentów, premierów czy królowych...
Po   drodze   przejrzeli   dossier   „inblanka".   Ogarnął   ich   strach.   Dubler   Stocky'ego   był   jednym   ze 
skazanych na śmierć kryminalistów. Jeśli zbrodnicze popędy, jak twierdzili niektórzy naukowcy, kryły 
się   nie   w   przekopiowanym   przodomóżdżu,   ale   w   nietkniętym   zabiegami   pniu,   niebezpieczeństwa 
związane z sytuacją, w której istniało dwóch Stocky'ów, stawały się wręcz niewyobrażalne.
Alice   Stocky   nie   zastali   w   domu.   Portier   twierdził,   że   wyjechała   przed   godziną   w   stanie   silnego 
wzburzenia. Nie wiedział, dokąd się udała. Ale przekupiony zwitkiem banknotów otworzył mieszkanie. 
Pierwszą   rzeczą,   którą   zauważyli,   była   książka   telefoniczna   otwarta   na   stronie,   gdzie   czerwonym 
flamastrem zakreślono nazwisko Claudii Blair i jej adres. W pół godziny dotarli na willową uliczkę. Od 
razu dostrzegli krzywo zaparkowany wóz Alicji. Przy furtce, w kałuży krwi leżał Stocky bis. Nie żył od 
kwadransa. A co się stało w domu?
Bauer   kopniakiem   wyważył   furtkę.   Wbiegli   do   środka.   Wszędzie   pachniało   rozlaną   benzyną.   Na 
pierwszym piętrze zastał związaną parę. Na stole stała przekrzywiona świeczka. Zgaszona!
—Przeciąg   zgasił,   gdy   ten   łajdak   zamykał   drzwi   –   wyjaśnił  odkneblowany  Andrew.   Był   blady,   ale 
próbował się uśmiechać. Szybko przystąpił do cucenia nieprzytomnej dziewczyny.
—Wydaje mi się, że nieprędko zostaną naszymi klientami - mruknął doktor Denis Tassaud. Wycofali 
się po schodach.
W progu czekali policjanci. Po sprawdzeniu personaliów nałożyli obu wynalazcom kajdanki.

background image

—Za co? — bronił się Bauer. — Mamy koncesję na zabiegi.
—Być może w Trzecim Świecie, ale nie u nas — padła odpowiedź. - W demokratycznym państwie 
wasza działalność jest przestępstwem. Zwłaszcza gdy prowadzi do efektów, jakie tu widzimy. Sprawa 
Stocky'ego to nie pierwszy przypadek. Zbrodnie paru innych dublerów nieźle obciążają wasze konto.
Z piskiem opon nadjechał kolejny policyjny ambulans.

Niech się panowie nie łamią - pocieszył ich drugi funkcjonariusz, ładując ich do środka. - Jeśli 

nawet zostalibyście skazani, nie wątpię, że zadbaliście, aby sporządzić swoje doskonałe matryce.

Przezorność

Ciężar   perfekcjonizmu?   Tak,   zapewne   istnieje   takie   brzemię,   ogromniejące   w   miarę   upływu   lat 
zasobem   dokonań.   Jeśli   znakomitym   chirurgom   nie   wypada   pomylić   woreczka   żółciowego   z 
portmonetką, uznanym artystom spłodzić knota, tak mnie nie wolno ponieść porażki.
Przeklęte litery „WD", użyte po raz pierwszy przed kilkunastu laty, wówczas jakże nobilitujące, dziś na 
wizytówkach,   na   złoconych   kopertach   (cóż   za   nowobogacki   smak   mojej   sekretarki)   jedynie 
zobowiązują   i   męczą.   Używałem   w   życiu   wielu   nazwisk   i   wielu   pseudonimów,   a   przecież   owo 
określenie ukute przez prowincjonalnego pismaka okazało się najtrwalsze - Wielki Detektyw. Człowiek 
do wynajęcia.
Mój kodeks moralny był i jest prosty - można mnie zatrudnić, każdy może skorzystać z moich usług 
pod warunkiem, że będę działał po stronie prawa. Choć, jak wiadomo, i prawo może mieć wiele stron. 
Można też chcieć mnie zabić. Wielu próbowało, niektórym to się nawet prawie udało. Szczególnie 
ostatnie   dwa   miesiące   stanowiły   prawdziwy   koncert   zamachów   -   najpierw   wysadzono   mnie   w 
powietrze na jachcie „Betsy II", później stoczyłem wielogodzinny, samotny pojedynek z Joe Dusicielem 
na wysypisku śmieci, wreszcie trafiłem przed pluton egzekucyjny w Bam-buko, skąd uratował mnie 
cud i kiepska celność tubylców. Tym cudem okazała się pewna jasnowłosa dziennikarka, równie szyb-
ko   strzelająca   z   „kodaka"   jak   z   „remingtona",   a   jeszcze   szybciej   jeżdżąca   terenowym   wozem   po 
afrykańskich bezdrożach. Nie zostałem z Maud długo. Z urlopu na Maderze wróciłem bledszy niż po 
pobycie w niejednym więzieniu centralnym. Prawdę mówiąc, pani redaktor nie nadawała się na stałą 
partnerkę.   Była   zbyt   podobna   do   mnie,   zbyt   ambitna,   zbyt   wymagająca,   czasami   nawet   trochę 
niebezpieczna.   W   kobietach   poszukiwałem   zazwyczaj   ciepła   i   bezpieczeństwa.   Samokrytycznie 
przyznam, przymioty owe znajdowałem dosyć rzadko, częściej musiałem nader rozpaczliwie szukać 
pistoletu pod poduszką.
Nie   wiem,   jak  radzą   sobie   z   pieniędzmi  fikcyjni  bohaterowie   wagonowej   literatury   -   Bond,   Baron, 
Święty? Na ogół są to ludzie znakomicie sytuowani. Może bywają lepszymi buchalterami niż ja, JDługi
to   moja   specjalność"   -   mógłbym   rzec,   parafrazując   Marlowe'a.   Nieraz   zdarzało   się,   że   musiałem 
odmawiać ciekawych prac w Szwecji, gdzie na me pojawienie się tylko czeka urząd podatkowy, czy 
omijać Holandię, gdzie komornik zajął mi mieszkanie. Prawda, honoraria mam duże, ale utrzymywanie 
czterech   domów,   kilkunastu   kryjówek,   opłacanie   dublera,   który   stale   występuje   w   mojej   roli   (w 
wariancie   playboyskim)   w   rozmaitych   Monakach,   Las   Vegas   czy   Hongkongach,   sporo   kosztuje. 
Podobnie jak sekretarki, radca prawny, stary rusznikarz, lekarz domowy oraz cze-redka nieślubnych 
dzieci, rozsiana dużym rozrzutem po zakamarkach świata. Cóż, jestem do tego stopnia przyzwoity, że 
nigdy nie wypieram się nawet bardzo problematycznego ojcostwa, tylko bulę. Efekt jest oczywisty, 
bywa, że brakuje mi na taksówkę, i na spotkanie z koronowanym klientem czy potrzebującym pomocy 
premierem muszę udawać się metrem.
Z Funchalu wróciłem spłukany jak spod prysznica. Szczęściem, na lotnisko wyjechała Gabriela. Nie 
poznała mnie dzięki charakteryzacji i w pierwszej chwili omal nie zastosowała jujit-su, kiedy znienacka 
pocałowałem ją w kark.
-Oszalałeś, dziadku? Co za zboczeniec!
-To tylko ja, Mart - rzuciłem cicho. - A poza tym, moja panno, więcej szacunku dla dostojnej siwizny.
Naprawdę pocałowaliśmy się dopiero w jej citroenie, po od-klejeniu brody i wąsów.
-Dokąd jedziemy, do mnie czy do ciebie? - spytała z typową rzeczowością zawodowej sekretarki.
-U  mnie  spotkamy  prasę,  u   ciebie   twego  wujka,  a   w  jednym  i  drugim  miejscu  agentów  paryskiej 
Surete, która z przyjaźni i z paru jeszcze innych powodów lubi czuwać nad każdym moim krokiem.
Pojechaliśmy   do   małego   pensjonatu   pod   Wersalem.   W   trakcie   kiedy   Gabriela   poszła   się   kąpać, 
otworzyłem szafę i zdjąłem marynarkę, by ją powiesić. Niestety, w szafie ktoś już wisiał. Oczy w słup, 
wywalony język.
Gaston!!!
Nerwowo wykonałem skok do tyłu. I wówczas Gaston nie wytrzymał, parskając śmiechem. Cholerny 
kawalarz!!!
Gaston od paru lat jest mym europejskim agentem. Z zawodu, czy raczej z powołania pastor, to jedyny 

background image

człowiek, który orientuje się w moich aktualnych miejscach pobytu, przy czym, o ile wiem, prasie ani 
policji nieznane są nasze wzajemne powiązania.
Gabriela wyszła z łazienki spowita w ręcznik kąpielowy. Na widok Gastona, który po wyjściu z szafy 
wyciągnął piersiówkę z pięciogwiazdkowym koniakiem, powiedziała cierpko:
- Nie wiedziałam, że zaprosiłeś mnie na przyjęcie?
Gdyby ktokolwiek z państwa pragnął mych usług, winien skontaktować się z moją centralą, biurem 
„WD"   w   Genewie,   prowadzonym   przez   Kurta   Baumanna.   Kurt   przyjmuje   oferty,   selekcjonuje   je, 
pobiera zaliczki, wypełnia stosowne dokumenty i organizuje kontakt stron, prowadząc te interesy ze 
znawstwem wyniesionym z wielopokoleniowej tradycji rodzinnej. I to jest znane powszechnie. Jednak 
nikt nie wie, że i Baumann nie odszukuje mnie osobiście, tylko robi to za pośrednictwem Gastona.
-Co masz? - zapytałem krótko pastora, gdy już obaj pociągnęliśmy z gwinta.
-Napomnienie z powodu grzesznego trybu życia. Widzę, że znów przybyło ci parę siwych włosów - 
odpowiedział. - A poza tym jedną ofertę.
-Dokąd?
-Ameryka Południowa!
Westchnąłem. Ledwo pozbyłem się ameby złapanej w Kenii.
-Kiedy miałbym zacząć?
-Wczoraj...
- Nie biorę. Należy mi się trochę wypoczynku. Absolutnie!
Gaston wyjął z szafy kapelusz i czarny parasol, z którym nie rozstawał się nawet w bezchmurnym 
lipcu.
-Masz na hotel? - zapytał na odchodnym. Pokręciłem głową.
Wystudiowanym gestem wyjął pugilares, starannie otworzył, odliczył pięćset franków, świeżych jak 
pościel na łóżku i wręczywszy mi je, bez słowa skierował się ku drzwiom.
-Ile ci latynosi mogą zapłacić? - zapytałem, gdy sięgnął klamki.
-Nasz interesant, komisarz Marąuez, reprezentuje miejscową administrację, a oni nie są skorzy do 
królewskich honorariów.
-Ile?
-Podwójna stawka plus koszty.
-Udałem, że nie słyszę.
-Wspomniałem mu jeszcze o dodatku sezonowym, taksie klimatycznej i premii za sukces - dorzucił 
sługa boży. I mój.
-Wpadnij  w  poniedziałek,  jutro  jest   sobota,  zamierzam  pójść  na  jakiś  spacer;   od  dawna   chciałem 
obejrzeć muzeum w Wersalu, a wieczorem ukulturalnić się w jakimś teatrze.
-Baumann  twierdzi,   że  nasi  szwajcarscy  wierzyciele  koczują   już na  podwórku   jego  willi  -  dorzucił 
Gaston.
—Z żalem popatrzyłem na świeżą pościel i równie świeżą Gabrielę, wonną jak reklama kąpielowych 
gałek z zapachem ambry.
-O co chodzi temu Marquezowi? - spytałem.
-Tego nie wiem, komisarz jednak twierdzi, że stanowi pan dla niego ostatnią deskę ratunku.
Wychodząc z założenia, że pod latarnią najciemniej, umówiłem się z Marąuezem w gmachu centrum 
telewizyjnego. Jest tam pewna toaleta damska na zapleczu amplifikatorni, w której absolutnie nie ma 
podsłuchu, a pracująca ze wszystkich stron aparatura elektroniczna skutecznie zakłóca możliwości 
namiaru kierunkowego czy satelitarnego.
Ubrany w kostium baletmistrza, z makijażem na twarzy, wszedłem do damskiej toalety i po zamknięciu 
drzwi, przysiadłem na zlewie. Marąuez wyglądał dokładnie inaczej, niż powinien wyglądać latynoski 
policjant.   Ostrzyżony   najeża   blondyn   bez   zarostu,   o   czerwonawych   oczach   albinosa.   Mówił 
flegmatycznie, choć moje ucho wyczuwało w owej flegmie duże podenerwowanie.
- Sprawa   jest   bezprecedensowa,   senior   Willer.   Jedenastego   maja,   na   terenie   miasteczka 
uniwersyteckiego, w biały dzień, podczas przerwy obiadowej zaginął Pedro Rodriguez; zdolny student 
prawa,   kawaler,   nie   powiązany   ani   z   kołami   opozycyjnymi,   ani   ze   środowiskiem   przestępczym. 
Wyszedł kupić pizzę i po prostu rozpłynął się w powietrzu. Nikt go odtąd nie widział, rodzinie nie 
proponowano zapłacenia okupu. Cisza.
Z męskiej toalety dobiegł gwałtowny szum spuszczanej wody. Komisarz ciągnął dalej:
- Dziesięć dni później z własnego mieszkania wyparował, bo trudno użyć mi innego określenia, Alonso 
Ribeira   -   młody   fizyk.   Musiano   porwać   go   w   samej   pidżamie.   Cała   jego   garderoba,   jak   twierdzi 
narzeczona, pozostała w domu. Nie znaleziono żadnych śladów gwałtu. Spalił się jedynie czajnik. 
Zapewne Ribeira znikł w momencie, gdy przygotowywał sobie wieczorną herbatę.
Ktoś poruszył klamką u drzwi. Niecierpliwie.
- Zajęte! - rzuciłem falsetem. - Niech pan mówi dalej.

background image

- Potem znów półtora tygodnia przerwy. I kolejna ofiara, Marina Mendoza, 18 lat. Ale żadna pin-up-girl. 
Jeśli idzie o urodę, sama przeciętność albo i gorzej. Jej hobby to filozofia. Aha, była szalenie aktywna 
w samorządzie szkolnym. Świeżo co przyjęto ją na studia. Zaginęła w biały dzień, na basenie. Miała 
na sobie jednoczęściowy kostium. Jej ubranie i dokumenty znaleziono w szafce. Oczywiście z basenu 
można wyjść do parku, ale tego dnia wszędzie było pełno ludzi. Trudno wyobrazić sobie uprowadzenie 
przemocą...
-Chyba, że po dobroci - mruknąłem.
-A wie pan, nasi eksperci uważają tak samo. Tu dodam, że we wszystkich przypadkach, a było ich w 
sumie dziesięć, scenariusze są podobne.
-Wszystkie ofiary rekrutowały się z tego uniwersytetu?
-Tak,   ale   to   ostatnia   cecha   wspólna.   Różne   były   wydziały,   różny   wiek:   wśród   zaginionych   są 
pracownicy, studenci, kilku z odległych o paręset kilometrów filii. Jak sprawdziłem, żadna z ofiar nie 
znała się osobiście z drugą. Pochodziły z rożnych grup społecznych i kręgów towarzyskich. Braliśmy 
pod   uwagę,   że   sprawcą   może   być   jakiś   maniak   pałający   ślepą   nienawiścią   do   Uniwersytetu 
Republikańskiego.   Zbadaliśmy   wszystkich   relegowanych,   zwolnionych   pracowników,   skłóconych 
naukowców.
-I co?
-I nic. Po kilku miesiącach śledztwa jesteśmy nadal w punkcie wyjścia. Nie wiemy nawet, czy porwani 
żyją,  czy też...  - dramatycznie zawiesił głos. — Ostatniego,  Carlosa Lomasa, uprowadzono  przed 
tygodniem. Otworzyłem puderniczkę i wacikiem przejechałem po twarzy.
- Biorę tę sprawę, komisarzu! Ja i moja sekretarka udamy się do Trinidad pojutrze, via Nowy Jork. Na 
wszelki wypadek wyruszę drogą okrężną i przybędę jako specjalista na kongres żywnościowy, który 
zdaje   się   właśnie   obraduje   na   waszym   uniwersytecie.   Wystąpię,   powiedzmy,   jako   ekspert   od 
kukurydzy.
Wyszliśmy na korytarz. W blond peruce, z kolczykiem w uchu, umalowanymi ustami i apaszką na szyi 
wyglądałem idiotycznie.
W drzwiach  telecentrum minęliśmy spieszący na nagranie  młodzieżowy zespół  „miękkiego rocka". 
Lider, o pucołowatej twarzy cherubinka, najpierw spojrzał krytycznie na mnie, później lustrował przez 
chwilę muskularną sylwetkę towarzyszącego mi mężczyzny. Usłyszałem cichy szept piosenkarza: - 
Szczęśliwa pudernica!

***
O owej iberoamerykańskiej republice mówiło się ostatnio coraz więcej. Ten spory kraj o ogromnym 
przyroście naturalnym, do którego w niemałym stopniu przyczyniała się bogobojność tubylców i niski 
poziom miejscowej telewizji, bezsprzecznie wkraczał w nowy okres swych dziejów. Nie bez powodu 
żurnaliści  lansowali   slogan   „o   dziewiątym   mocarstwie"   (regionalnym!),   na  razie  jednak,   jak  by  nie 
liczyć,   pozycja   republiki   oscylowała   między  36   a   89   lokatą   w   światowym  rankingu.   W   drodze   do 
Nowego   Jorku   przejrzałem   wszystkie   dostępne   materiały   na   temat   tamtejszej   przestępczości 
zorganizowanej, kanałów przerzutowych narkotyków, przejrzałem (pobieżnie) encyklopedyczny tom 
„Uprowadzenia   w   Trzecim   Świecie"   oraz   monografię   „Etyka   terrorystów"   ks.   Paulo   Ornatiego. 
Szczegóły porwań, jak i ustalenia dotychczasowego śledztwa miałem zamiar poznać na miejscu. W 
stosie   kserokopii   przygotowanych   przez   Gabrielę,   która   z   ufnością   niemowlęcia   spała   na   moim 
ramieniu, w klasie ekonomicznej, znalazłem również odbitkę broszury „Incydenty nieznane, zjawiska 
niewytłumaczalne",   z   której   wynikało,   że   7,2%   tajemniczych   zaginięć   idzie   na   karb   UFO. 
Uśmiechnąłem   się.   Należę   do   ludzi   mocno   stąpających   po   gruncie   i   wyjątkiem   bywają   jedynie 
trzęsienia ziemi. Przeżyłem jedno na Sumatrze, 7 stopni w skali Richtera i wolałbym nie repetować. 
Nie   znaczy   jednak,   żebym   lekceważył   jakiekolwiek   poszlaki.   Swoje   sukcesy   w   sprawach   skom-
plikowanych, nie mówię tu o wypadkach prostych, w których mąż zarąbał żonę siekierą, a wspólnik 
wyrzucił kompana przez okno - te mnie nie interesują, a więc powodzenie w sprawach złożonych 
zawdzięczam w dużym stopniu irracjonalnej wierze, że jeśli istnieje wersja najmniej prawdopodobna, 
ta właśnie okazuje się właściwa. Na tym bazując, mogłem tryumfować w śledztwach, przy których 
rutyna policyjna prowadziła w ślepy zaułek.
Nie nastawiam się nigdy z góry na jakiekolwiek hipotezy. Wypieszczona koncepcja, której próbuje się 
następnie podporządkować fakty, działa niczym końskie klapki na oczy. Toteż jechałem na kolejną 
akcję   z   mózgiem   czystym   jak   kawałek   marmuru   wypolerowany   przez   wodę   morską.   Nowy   Jork 
przywitał nas znakomitą pogodą. Przecharakteryzowałem się, zmieniłem paszport i zakupiłem hot-
dogi. Nazywałem się teraz Enrico Yermi, specjalista od
kukurydzy.
Idąc w stronę samolotu zwróciłem uwagę, że Gabriela utyka.
-Co się stało? - spytałem dziewczyny.

background image

-Nawet   nie   zdążyłam   ci   powiedzieć;   w   trakcie   twych   ostatnich   wojaży   miałam   drobny   wypadek 
Musiałam się poddać operacji kolana.
-Bidula - szepnąłem. - Coś z samochodem?
Zaczerwieniła się.
- Wieszałam firanki i spadłam ze stołka. A łękotkę miałam naderwaną od dawna. Pamiętasz, na lekcji 
tenisa.
Przez megafony obwieszczono lot do Trynidadu. Przyśpieszyliśmy kroku.

***
Jak sięgnę pamięcią, lotnisko imienia Bolivara zawsze znajdowało się w przebudowie. Albo zmieniała 
się koncepcja architektoniczna, albo przychodziło trzęsienie ziemi i wszystko trzeba było zaczynać od 
początku. Ledwo skończyłem odprawę celną, gdy między szalunkami zaszczekał głośnik:
— Doktor Enrico Yermi proszony jest o zgłoszenie się do informacji.
Zdziwiłem się. Nikomu nie wspomniałem, pod jakim nazwiskiem tu przybywam. Gabriela stała metr 
ode mnie. Z Marąuezem byłem umówiony na mieście w pewnym bistro. Czyżbym zapomniał czegoś w 
samolocie?   A   może   ktoś   był   ciekawy,   jak   wyglądam?   Podszedłem   do   najbliższego   automatu   i 
wykręciłem numer informacji. Hali był pustawy, doskonale widziałem okienko, za którym okrąglutka 
Mulatka podniosła słuchawkę. Prawie w tym samym momencie barczysty Amerykanin w kraciastej 
marynarce   szparkim   krokiem   przemierzył   hali,   kierując   się   do   informacji.   Sekundę   wcześniej 
zauważyłem niedużą teczkę pozostawioną obok okienka.
-Słucham, informacja.
-Padnij, dziewczyno!!!
Nie wiem, czy zareagowała. Huk targnął halą, posypały się kawałki szkła. Z Amerykanina pozostał 
tylko krwawy strzęp. Odezwała się syrena, ktoś krzyczał histerycznie. Pociągnąłem osłupiałą Gabrielę 
w   stronę   taksówki.   Miałem   dowód,   że   w   republice   nie   działa   UFO,   ale   raczej   ktoś   biegły   w 
pirotechnice. Ten ktoś wiedział już o moim przybyciu i zadbał, aby przywitaniu nadać należytą oprawę.
Marąuez   był   zakłopotany,   o   moim   przybyciu   wiedział   jedynie   jego   zastępca,   człowiek   absolutnie 
pewny oraz minister bezpieczeństwa. Obaj jednak nie znali dnia ani godziny, a zwłaszcza kierunku, z 
którego mogłem nadjechać.
-Może byliście śledzeni już od Paryża? - zauważył niepewnie.
-Zawsze wyczuwam, kiedy jestem śledzony! - powiedziałem.
Dwa następne dni upłynęły nam dość pracowicie. Odwiedziłem miejsca uprowadzeń, w większości z 
nich   trudno   byłoby   wyobrazić   sobie   porwanie   bez   zaalarmowania   licznych   świadków.   Wniosek 
nasuwał się jeden - porywacze posiadali wystarczające argumenty, aby ich ofiary udały się wraz z nimi 
bez stawiania oporu.
Analizy   życiorysów,   kontaktów,   wreszcie   cech   osobowych   zaginionych,   nie   wykazywały   żadnych 
wyraźnych cech wspólnych. Poza tym, że byli to ludzie młodzi, raczej utalentowani, chociaż bardzo 
dobre wyniki w nauce miało tylko czterech studentów, trójka była żonatych, jednego podejrzewano o 
homoseksualizm.
W trakcie tych poszukiwań Marąuez przydzielił mi dyskretną eskortę. Nie na wiele się to zdało. Na 
moście akademickim ledwie uskoczyłem przed rozpędzoną furgonetką, w Parku im. Kolumba niecelny 
snajper   strącił   mi   kapelusz,   a   w   hotelowym   pokoju   pod   łóżkiem   przyczaił   się   jadowity   skorpion. 
Wyglądało, że nieznany wróg był znakomicie poinformowany o mych planach, szlakach, posunięciach. 
Czyżby Marąuez grał na dwie strony? W kartotece uniwersytetu poprosiłem o fiszki osobowe zaginio-
nych. Jeszcze raz z oryginałów zapoznawałem się z danymi.
- A co to takiego?
Na marginesie kartonika widać było niewielką literkę D napisaną ołówkiem.
Obsługujący mnie urzędnik uśmiechnął się.
- Tak zaznaczamy, że pracownik lub student przeszedł test Diaza.
-Test Diaza, co to takiego?
Informator był nieco zawstydzony.
- To  trochę dziwaczne  hobby. Od chwili  przejścia na emeryturę  profesor Alberto Diaz zajmuje się 
horoskopami. Podobno naukowo.
Rok temu wpadł na pomysł, aby postawić horoskopy wszystkim z uniwersytetu - twierdził, że może to 
mieć  wpływ na  prognozowanie długoterminowe.  Ponieważ był u nas  kiedyś rektorem, nikt  się nie 
sprzeciwił.
-Czy ma pan jego adres?
-Naturalnie.
Gabriela siedziała wewnątrz przydzielonego mi przez Ma-rąueza kuloodpornego cadillaca. Ponieważ 
uwielbiała prowadzić, pozwalałem jej na to. Sprawdziłem tylko, czy włączone jest radio i czy nikt nas 

background image

nie śledzi, a potem podałem jej adres profesora w ekskluzywnej dzielnicy willowej. Czułem się jak 
rybak, który widzi niespokojny ruch spławika. Coś brało!

***
Alberto Diaz był równie martwy, jak Juliusz Cezar, Napoleon czy moja rodzona babcia, którzy zeszli z 
tego   świata   już   jakiś   czas   temu.   Fakt,   że   był   jeszcze   ciepły,   a   krew   z   przeciętej   aorty   dopiero 
zaczynała krzepnąć, nie mógł istotnie wpłynąć na stan jego ogólnego samopoczucia.
-   Spóźniliśmy   się!   Znowu!   -   krzyknąłem   wściekle   do   ubezpieczającego   mnie   sierżanta   Borgesa. 
Przeskoczyłem ciało rozciągnięte na ścieżce i pobiegłem w stronę ogrodowego pawilonu. I tu kłęby 
dymu wraz z burzą płomieni upewniły mnie, że przybyłem za późno. Najwyraźniej notatkom i zbiorom 
profesora przypadł w udziale los swego właściciela.
Mój aktualny stan najlepiej oddać można określeniem - bezsilna wściekłość. Czułem się jak Syzyf po 
raz kolejny upuszczający swój kamień. Wiedziałem, że zabezpieczenie śladów, oględziny zwłok czy 
podpalonej pracowni mogę pozostawić Borgesowi i miejscowym technikom. Przeciwnicy byli dużej 
klasy   profesjonalistami   i   naiwnością   byłoby   liczenie   na   ich   pomyłkę.   Ich   swoboda   działania 
wskazywała, że muszą mieć w kraju silnych popleczników, a zdolność przewidywania moich posunięć 
graniczyła z jasnowidztwem.
- Mam złe wiadomości,  senior Willer - powiedział  przybyły o godzinie  19.25 komisarz Marąuez.  - 
Duplikaty testów profesora Diaza ulotniły się z biblioteki uniwersyteckiej.
Trzeciego egzemplarza nie było. Zagryzłem wargi do bólu.
Przez   moment   słychać   było   wyłącznie   tykanie   zegara.   Przez   kuloodporne   szyby   hotelowego 
apartamentu nie przedzierał się najmniejszy nawet hałas z zewnątrz. Siedząca na pufie u mych stóp 
Gabriela popatrzyła na mnie pytająco, wzrokiem psiaka zatroskanego depresją swego pana.
-I co teraz?
-Pan naprawdę wierzy w te horoskopy? - odezwał się komisarz. - Przecież to niepoważne.
-Fakty świadczą o czymś przeciwnym. Komuś cholernie zależy, abym nie poznał przewidywanych 
losów porwanej dziesiątki.
-Teraz już zapewne ich nie poznamy - westchnął policjant.
- Skąd ten pesymizm, komisarzu? Ja nie rezygnuję łatwo
- powiedziałem, częstując go miętową landrynką. – Horoskopy mają to do siebie, że można je stawiać 
wielokrotnie.
-Ale Diaz nie żyje! Chciałby pan, aby jego badania powtórzyła jakaś Cyganka czy domorosły astrolog?
-Nie   domorosły   -   powiedziałem   dobitnie.   –   Znalazłem   w   Trynidadzie   człowieka   prowadzącego 
najzupełniej naukowo identyczne badania jak ten biedaczyna Diaz. Mam już zamówione dokładne 
minutowe daty urodzin całej dziesiątki. Odbierzesz je, Gabrielo.
- Tu podałem dziewczynie tekturkę z adresem. - Niedługo będziemy coś wiedzieć.
Kiedy drzwi zamknęły się za moją sekretarką, Marąuez aż podskoczył.
- Czy to nie ryzyko wysyłać ją samą? Jeśli nieznani dranie przewidują nasze ruchy, dziewczynie grozi 
śmiertelne niebezpieczeństwo!
-Jest pan pewien, może skosztuje pan landrynkę?
Oficer poczerwieniał.
-Czy pan sobie kpi?
-Tylko spokój może nas uratować - stwierdziłem. - Oczywiście proszę wysłać za Gabrielą ochronę. Ale 
dyskretną. A po odebraniu przez nią zamówionych danych - aresztować.
-Aresztować? Ależ...
-I nie spuszczać z niej oka ani na chwilę - dorzuciłem.
-Nic nie rozumiem!
-Czasem lepiej nie rozumieć. Na razie nie mam dla pana żadnych innych informacji. Teraz chciałbym 
się zdrzemnąć...
Wydaje się, że go obraziłem. Wstał, obciągnął mundur, bąkając parę chłodnych słów pożegnania.
- W hallu zostawiam Borgesa - dorzucił od drzwi.
- Dziękuję.
Zostałem   sam.   Wśród   ciemnych   myśli   i   złocistych   tapet.   Czekałem.   Czy  czułem   się   bezpieczny? 
Powinienem. Podchodząc do okna mogłem widzieć dwie sylwetki strzelców wyborowych przyczajone 
na dachu. Na ulicy stał ambulans, tajniacy czuwali na korytarzu i w hallu. Cała instalacja została 
gruntownie   przebadana.   Chociaż...   Mimo   świetnej   klimatyzacji   odczuwałem   duszność.   Czyżby 
skatowane tylekroć serce groziło strajkiem? Wykręciłem numer baru i zamówiłem piwo. Czekałem 
kwadrans.   Zapewne   ochrona   badała   kelnerkę   i   zawartość   puszek.   Kiedy   w  końcu   weszła   urocza 
Kreolka, wiedziałem, że smakowałaby mi znacznie lepiej niż schłodzony Heineken.
-Przyniosłam trochę więcej puszek - powiedziała, podjeżdżając ruchomym barkiem do mego stolika. 

background image

Otaczała ją niewidzialna, ale prawie namacalna otoczka ostrej kobiecości. Coś zgoła materialnego i 
tak diablo pociągającego, że na moment zapomniałem o normalnej czujności. Auu!!! Nie zauważyłem 
nawet, kiedy wydobyła spinkę z włosów i drasnęła mi pierś. Nie bolało, ale już po chwili uderzyła mnie 
fala gorąca. Kelnerka zachichotała i odskoczyła jak kotka.
-Tylko nie próbuj krzyczeć, Wielki Detektywie, bo nie przeżyjesz kwadransa.

-Trucizna? — spytałem głupio, czując, jak miękną mi nogi, a wzrok mętnieje.
-Mocna!   -   powiedziała   swym   niskim   altem,   teraz   już   bez   krzty   kokieterii.   -Musisz   się   bardzo 
pośpieszyć, jeśli chcesz zobaczyć jeszcze kiedykolwiek wschód słońca. Antidotum czeka!
-A jeśli zawołam sierżanta?
-Wierzymy,   że   nie   jesteś   kretynem.   Zanim   ustalą   skład   trucizny   i   poszukają   antidotum,   będziesz 
zimniejszy   niż   Grenlandia.  Twoja   szansa   to   być   posłusznym.   Zjedź   teraz   do   garażu   i   wsiądź   do 
błękitnej hondy. Tu są kluczyki. Potem jedź prosto do najbliższego skrzyżowania. Masz na wszystko 
pięć minut.
Postąpiłem, jak kazała. A co miałem zrobić? Nawet jeśli był to tylko blef mający na celu wywabienie 
mnie z idealnej twierdzy. Jeśli podobnymi patentami posługiwali się przy poprzednich porwaniach, 
tylko pogratulować. Teraz wiedziałem jedno. Chcieli mnie mieć, i to żywego.
- Zostańcie   na   miejscu   -   rzuciłem   do   podrywającego   się   na   mój   widok   Borgesa.   -   Wszystko   w 
porządku. Wychodzę na chwilę.
Osłupiały   skinął   głową.   Kreolka   zniknęła   już   gdzieś   na   korytarzu.   Wyznam,   że   już   dawno   nie 
śpieszyłem się tak przy wyprowadzaniu wozu, jak dziś. Z minuty na minutę czułem się gorzej. Mięśnie 
słabły, pot tryskał wszystkimi porami.
Czekali   dwieście   metrów   od   hotelu.   Ciemnozielona   furgonetka.   Wciągnęli   mnie   do   środka,   a   tęgi 
Murzyn błyskawicznie wbił mi strzykawkę. W głowie mi wirowało; zapadając w nirwanę usłyszałem 
jeszcze głos ciemnoskórego „sanitariusza":
- Grzeczny chłopczyk, bardzo grzeczny.
Było południe, a ja ciągle żyłem. Właściwie dopiero żyłem, jako że zbudziłem się z ciężkiego snu 
obolały, jakby przejechała po mnie brygada walców drogowych. Jako miejsce mej rekonwalescencji 
wybrano chłodny betonowy bunkier - wyglądający jak wszystkie bunkry na świecie, bez względu na 
długość lub szerokość geograficzną, pod którą się znajdują.
-Jak się czujemy? - spytał szczupły, siwy Metys w ciemnych okularach.
-A pan? - odpowiedziałem równie uprzejmie. Zachichotał.
-Cieszę się, że nie opuszcza pana dobry humor. To powinno ułatwić nam transakcję.
- Będziemy czymś handlować? - ucieszyłem się.
-Tak - przerwał twardo - życiem! - Po czym znowu zachichotał.
-Życie, mam rozumieć, jest moje, natomiast warunki chcecie zapewne stawiać wy?
-Zawsze   miałem   wiele   szacunku   dla   waszej   inteligencji,   senior   Willer.   Cieszę   się,   że   pana   nie 
zlekceważyliśmy.
-Proszę jednak się zdecydować, interesy czy uprzejmość?
-Dobra, do rzeczy. Odda pan te wszystkie dane o urodzeniach zaginionej dziesiątki i poda nazwisko 
swego horoskopiarza, po czym zapomni o całej sprawie. A my nawet uregulujemy pańskie honorarium 
zamiast Marąueza. Nie będzie pan stratny.
-To ciekawe propozycje - odrzekłem. - A gwarancje?
-Dogadamy się jak dżentelmen z dżentelmenem. - To już brzmiało mniej zachęcająco.
-Rad   byłbym   jednak   dowiedzieć   się   jeszcze,   skąd   czerpaliście   informacje   o   moich   posunięciach. 
Gabriela?
Skinął głową.
-To skutek naszej przezorności. Wiedzieliśmy, że wcześniej czy później władze zwrócą się do pana. 
Skorzystaliśmy   więc   z   okazji   i   podczas   operacji   kolana   wszczepiono   pańskiej   sekretarce   pewne 
dowcipne urządzenie nadawcze. Później wystarczy, ło, by nasi ludzie sfałszowali wyniki rentgena i nikt 
się nie domyślił.
-Ja zacząłem, pod koniec...
-Za późno jednak, za późno.
-Tak - powiedziałem, spoglądając na zegarek. – Najwyższy czas.
Rozległ się dźwięk dzwonka telefonicznego. Metys pochwycił słuchawkę, coś warknął. A potem coraz 
bardziej niemiał i niemiał, a ja z satysfakcją obserwowałem, jak jego twarz przechodzi przez wszystkie 
odcienie szarzyzny. Mimo grubych ścian słychać było narastającą kanonadę.
- Już pan chyba wie, że jesteście otoczeni - powiedziałem. - Wszelkie nieodpowiedzialne próby, na 
przykład likwidacja mnie czy innych porwanych, bo jestem pewien, że macie ich w pobliżu, byłyby 
błędem. Nie uszlibyście z życiem. A tak pewno wymienią was na wasze ofiary.

background image

Parsknął  ordynarnym  przekleństwem,  nie licującym  ze  statusem dyplomaty.  Odrzucona słuchawka 
opadła na widełki.
Doszedłem   do   wniosku,   że   lepiej   zrobię,   jeśli   będę   mówił.   Relacjonowałem   mu   więc   w 
najłagodniejszych słowach, że zrobiłem  wszystko, aby  mnie  porwali, bo tylko  w ten sposób mogli 
doprowadzić policję na trop swej kryjówki. Że wprawdzie Gabriela posiadała ukryty nadajnik, aleja też. 
Z odbiornikiem u Marąueza w biurku. Cóż, żyjemy w wieku elektroniki.
Kiedy   w   pół   godziny   później   stałem   razem   z   Marąuezem   i   jego   szefem   na   przełęczy,   głębokiej 
satysfakcji   towarzyszył   chłodny   wiatr   pełen   zapachu   wolności   i   bezkresnych   stepów.   Skutych   po-
rywaczy   ładowano   do   więziennych   ambulansów;   wyciąganymi   z   podziemi   ofiarami   zajmowali   się 
lekarze.   Ocaleni   mrużyli   oczy   w   słońcu,   a   ich   blade   twarze   i   przymknięte   powieki   przypominały 
jaskiniowe stworzenia, od pokoleń przywykłe do bytowania w ciemności.
Pozostały  do   wyjaśnienia   szczegóły.   Stojący  obok  Marąueza   mężczyzna   z   dystynkcjami  generała 
słuchał milcząco mej relacji, a cała jego pobrużdżona twarz, na której odcisnął się wiek i wieloletnia 
praca wśród przedstawicieli marginesu społecznego, wyrażała rosnące zdumienie.
- Jak  wiemy,  metoda  profesora Diaza,  załóżmy  przez  chwilę,  że  potraktujemy  ją  absolutnie  serio, 
zakładała możliwość stawiania  horoskopów doskonałych,  jubilersko precyzyjnych. A w  zestawieniu 
danych wszystkich młodych ludzi z głównej uczelni kraju profesor widział szansę na przewidzenie 
historii   przyszłości   i   to   dokładnej,   nieomal   z   datami   dziennymi.   Hipotezę,   że   w   układach   planet, 
koniunkcjach   i   koncentracjach   zawarty   jest   drobiazgowy   poemat   przyszłości,   miało   oczywiście 
zweryfikować życie.
Profesora najbardziej niepokoiło, czy doczeka sprawdzenia, niemniej horoskopy stawiane na nowo 
postaciom   z   przeszłości,   znajdowały   potwierdzenie   w   ich   dziejach.   Inna   sprawa,   że   gwiazdy   nie 
poinformowały  Diaza o własnej  śmierci,  choć z  tego,  co znalazłem  w  jego publikacjach wiem, że 
przewidywał swój zgon w roku parzystym jesienią.
-To by się zgadzało - zauważył Marąuez.
-Ale podczas klęski żywiołowej.
-Oczywista szarlataneria - powiedział generał. - Nie wiem, kto dopuścił do tej testacji. A pan twierdził 
ponadto, że zna innych takich maniaków. Uśmiechnąłem się.
-Moja   opowieść   o   zaprzyjaźnionym   astrologu   była   blefem.   Wiedząc,   że   jestem   podsłuchiwany, 
musiałem jakoś zmusić ich, by mnie porwali, a jednocześnie zachowali przy życiu. Okropnie nie lubię 
umierania.
Sięgnąłem po teczkę, jedną z kilkudziesięciu znalezionych w bunkrze. Diaz notował wszystkie dane 
staroświeckim,   kaligraficznym   pismem,   którego   znajomość   wyniósł   ze   szkoły   prowadzonej   przez 
jezuitów.
- Uważał, że ma klucz do przyszłości, chwalił się tym na prawo i lewo. Oczywiście szczegółowych 
danych nie ujawniał. Wszystko układało mu się w nadzwyczaj korzystną prognozę dla republiki, która 
rzeczywiście w ciągu dwudziestu lat miała stać się mocarstwem. I to głównie dzięki tej dziesiątce. - 
Ostatni ambulans, do którego wniesiono gorączkującą Marinę Mendoza, właśnie ruszał. - Zresztą, 
proszę   zobaczyć.   Rodriguez   to   przyszły   wybitny   prezydent   Republiki,   główny   architekt   jej 
mocarstwowej pozycji. Innymi filarami mająbyć Ribeira, który w roku 1999 dokona syntezy antymaterii, 
wyposażając   swój   kraj   w   superbroń.   Marina   Mendoza   to   twórczyni   w   niedalekiej   przyszłości 
niezwykłego panamerykańskiego ruchu. Nieomal wyrwali mi te teczki z rąk. Mówiłem dalej:
-Nie   znałem   oczywiście   tych   prognoz.   Wcześniej   jednak   zorientowałem   się,   że   uprowadzenia   są 
dziełem sekretnych służb wrogiego imperium.
-Nie   znaleźliśmy   skutecznej   metody   na   zapobieżenie   ich   infiltracji   —westchnął   generał.   -   Nasze 
uzależnienie ekonomiczne, ponadnarodowe koncerny... I tym razem pewnie nie pozwolą nam skazać 
tych złoczyńców. Ich szef ma papiery dyplomatyczne.
-Nie rozumiem jednak, dlaczego naciągnięte hipotezy sklerotycznego naukowca, nie traktowane serio 
nawet przez jego współpracowników, do tego stopnia zaniepokoiły władze mocarstwa.
-Nie zna pan tamtejszych stosunków - przerwał Marquez. - Nasz zamorski sąsiad, mimo swej siły, jest 
przewrażliwiony   niczym   ciotka   hipochondryczka.   Zapewne,   gdyby   się   tam   dowiedziano,   że 
poprosiliśmy świętego Mikołaja o bombę atomową, natychmiast wysłano by notę protestacyjną do 
nieba.  Nie  lekceważą   niczego,   co  mogłoby  w  najmniejszym  stopniu  im  zagrozić.  A  tolerowanie  w 
pobliżu   wyrastającej   potęgi?   Drogi  Wielki  Detektywie,   nawet   gdyby  koncepcje   Diaza   były   jeszcze 
mniej prawdopodobne, też potraktowano by je z uwagą. Aktualne kierownictwo...
Nie dowiedziałem się, co więcej na temat ościennego imperium miał do powiedzenia komisarz. Po 
zboczach  poczęły  sypać  się   drobne   kamyczki,  a   w  jaskrawej  kuli  słońca   na   bezchmurnym  niebie 
pojawiło się coś bezwzględnego. Głuche stęknięcie. I nagle wszyscy trzej potoczyliśmy się po ziemi 
jak   rozsypane   ulę-gałki.   Łagodny   stok   zaczął   ogromnieć   nad   nami   niczym   fala   łamiąca   się   na 
płyciźnie. Widziałem jeszcze, jak terenowy wóz z sierżantem Borgesem odrywa się od ziemi i szybuje 

background image

nad   mierzwą   roślinności   gdzieś   w   dolinę.   Moja   tutejsza   przygoda   kończyła   się   gigantycznym 
trzęsieniem ziemi. Tego popołudnia zginęło kilkadziesiąt tysięcy Latynosów. Całe dzielnice Trynidadu 
legły w gruzach, przez długie dni trwały rozprzestrzeniające się pożary. Były zresztą i dalsze wstrząsy. 
Najwięcej zniszczeń zanotowano w dzielnicy uniwersyteckiej; w miejscu neobarokowych gmachów 
uczelni powstała gigantyczna szczelina, dymiąca siarką i piekłem. Zapadła się większość budynków 
miasteczka akademickiego. Dziesięciu uprowadzonych długo będzie błogosławić porywaczy. Gdyby w 
momencie kataklizmu znajdowali się w swych normalnych miejscach pobytu, zapewne nie uszliby z 
życiem. Paradoks? A Diaz? Umarł tylko dzień przed terminem. Po całej jego posesji nie został nawet 
ślad.
Tak, to była pechowa wyprawa. Gabriela została ranna. Znowu w nogę. Na operację zabrałem ją do 
Europy,  choć  postanowiłem  nie  usuwać  nadajnika,   tylko  najwyżej  przestroić.  Nie  dostałem  żadnej 
gratyfikacji; po kataklizmie miejscowy rząd ogłosił niewypłacalność. Marąuez z własnej kieszeni kupił 
mi bilet na samolot. Na szczęście rachunek hotelowy przepadł razem z hotelem.
Obecnie wypoczywam. Sprzedałem jednego z moich Matis-se'ów i przy gospodarności Gabrieli może 
na dwa tygodnie starczy. Trochę rozmyślam na temat ostatnich doświadczeń; mój najstarszy syn (imię 
akurat   wyleciało   mi  z  głowy)   wstąpił  właśnie   do   college'u.   Gdybym   miał   więcej  czasu,   na   pewno 
intensywniej zająłbym się jego przyszłością. Postawiłbym horoskopy wszystkim jego rówieśnikom, a 
potem poradził, z kim powinien się zaprzyjaźnić. Znajoma wróżka, której sprawą rozwodową zajmuję 
się w wolnych chwilach, podała mi swoje typy na rok 2010: Herbert Cox, Kua-wej-tang, Patuso-kuei, 
Ram-Dasz-Har, Mahmed-al-Batisi, Andre Jadę, Mateusz Wolski, Aleksy Pawlukow, Kurt Bergdorf. Jej 
metody trudno nazwać naukowymi, ale być może i w tym coś się kryje.

Masa krytyczna

Działo się to wtedy, kiedy piastowałem jeszcze stanowisko jednego z Sekretarzy Prezydenta, czyli nie 
tak dawno, chociaż czasami wydaje mi się, że wieki zdążyły upłynąć od tamtej epoki. 14 maja w 
Rezydencji Letniej, ukrytej w jednej z niewielkich kęp zieleni otaczających Metropolię, został wydany 
wielki raut, na którym pan Prezydent miał wygłosić przemówienie o doniosłym znaczeniu. Na raucie 
znalazła się cała elita kraju: bankierzy i politycy, generalicja i przemysłowcy, przybyli też co znaczniejsi 
bossowie wszelakich mafii oraz kilku wybranych przedstawicieli radia i telewizji. Od śnieżnobiałych 
gorsów dyplomatów odbijały niechlujne stroje artystów, kontestujących władzę zgodnie z zaleceniami 
Ministerstwa ds. Artystycznych. Obserwując wszystko czujnie spoza palmy, za którą przysiadłem z 
uroczą oliwkową hostessą, z niemałą satysfakcją zauważyłem, jak kamery dyskretnie przygasły w 
momencie, gdy pan Prezydent serdecznie uściskał poetę Ramireza, uchodzącego oficjalnie za lidera 
undergroundu.
Hostessa miała na imię Ramona i naprawdę nie wiem, co pociągało mnie bardziej: jej strój topless czy 
też taca z przystawkami, którą odłożyła, przysiadłszy ze mną za wyżej wymienioną palmą.
- Opowiedz mi coś o sobie - zacząłem stereotypowo, wiedząc, że życiorys króliczki będzie jak dwie 
krople wody podobny do historii tych wszystkich dziewcząt podmiejskich ranczitos - osiedli nędzy, 
które obsiadłszy na kształt liszai wzgórza, napierały na stolicę od północy i zachodu. Gdyby nie uroda, 
Ramona pracowałaby zapewne w którejś z tkalni o wyposażeniu od dawna nadającym się do muzeum 
techniki.
- Chyba już gdzieś się spotkaliśmy - odparła filuternie dziewczyna. Jedną z cech pana Prezydenta 
było niezwykłe umiłowanie płci pięknej. Krążyły o tym gigantyczne plotki, a przepowiednie głosiły, że 
szef skończy kiedyś jak prezydent Faure w ramionach kurtyzany (daj, Boże, jak najszybciej). Jako 
sekretarz znałem prawdę o działalności V Departamentu, nazywanego eufemistycznie „Wydziałem 
Rekreacyjnym".   To   oni,   smukli   chłopcy   w   żółtych   mundurach,   przesiadywali   służbowo   w   lichych 
knajpkach, podrzędnych kabaretach, wizytowali szkoły (i internaty), przedstawiając następnie wyniki (i 
fotosy) panu Prezydentowi. I tak rosły zasoby króliczków, które mniej więcej po tygodniu służby w 
Pawilonie Dziewic (tylko dla ścisłego kierownictwa), przeznaczane były do ogólnego użytku całego 
establishmentu.   Oczywiście,   oficjalnie   dziewczęta   były   słuchaczkami   Wyższej   Uczelni 
Przysposobienia Artystycznego.
Z samego środka namiętnego pocałunku wyrwał mnie krótki szept:
- Stary cię wzywa!
Wściekły jak ogar zbity z tropu, ruszyłem w stronę gabinetu. Zegary wskazywały 19.30. A niektóre 
nawet 31.
Schody prowadzące do apartamentów dla wąskiego grona miały 124 stopnie (policzył je ktoś podczas 
upadku   Ministra   Rolnictwa,   który   przed   paru   miesiącami   został   dosłownie   strącony   ze   swego 
stanowiska). Idąc po marmurowych płytach, wyjrzałem na dziedziniec. Ciekawostka! Ktoś uprzątnął 
wszystkie kabriolety i rolls-royce'y, natomiast wśród cyprysów ciemniały sylwety wozów pancernych.

background image

Natychmiast   przypomniała   mi   się   zamierzchła   epoka   poprzednika   Prezydenta,   który   pewnego 
wieczoru, wiedziony instynktem samozachowawczym czy też poczuciem wolnego żartu, wysłał całą 
rautową śmietankę do pustynnych kopalń saletry. Tym razem jednak chodziło o coś zupełnie innego. 
Na moich oczach uniosły się stalowe blachy tajnej bramy i wtoczył się samochód, w którym obok 
szofera siedział tylko jeden siwy jegomość: Profesor. Wóz zatrzymał się przed drzwiami do windy. 
Profesor osobiście otworzył bagażnik i wyjął z niego czarną teczkę. Wyprężony jak struna Minister 
Defensywy przejął ją jak największą świętość. Pospieszyłem się.
Prezydent oczekiwał w Gabinecie Błękitnym, przyczesując czarne, metaliczne włosy i wygładzając 
szarfy orderowe.
- Chodź, synku - szepnął do mnie ciepło - będziesz świadkiem wielkich rzeczy.
Czasami   zdumiewała   mnie   sympatia   tego   człowieka,   którego   można   było   posądzić   o   wszystko   z 
wyjątkiem dobrego serca. Zanim został Prezydentem, przeszedł wiele szczebli i wiele opresji, które 
wykształciły   w   nim   niewiarygodny   talent   polegający   na   utrzymaniu   się   na   dotychczasowym 
stanowisku, z jednoczesnym posuwaniem się do przodu. Oprócz kobiet, którymi jednak zajmował się 
przelotnie   i   krótko,   pasjonowała   go   naprawdę   jedna   rzecz:   władza.   Wiecznie   był   jej  nienasycony, 
przypominał owego konia barona Miinchhausena, który nie mógł ugasić pragnienia ze względu na 
brak tylnej połowy ciała.
A że mnie lubił? Być może zastępowałem mu syna, którego nie miał (nie liczę pół tuzina bastardów, 
kształconych pod zmienionymi nazwiskami na zagranicz-nych uczelniach), być może, sam prostak, 
potrzebował kogoś o wybitnej inteligencji. Do sekretariatu prezydenckiego dostałem się, wygrywając 
ogólnokrajowy test i dystansując 1238 kandydatów z dużo lepszym pochodzeniem i znajomościami niż 
ja. Zresztą, mniejsza z tym. Gabinet Błękitny przylegał do sal gościnnych, gdzie nastrój był jeszcze 
swobodniejszy,   a   rytmy   proponowane   przez   zespoły,   żywsze.   Niejeden   z   notabli   zrzuciwszy   frak 
puszczał się w podrygi w rytmie mango czy calipso. Razem ze mną do gabinetu wszedł Profesor. Ów 
szczupły jegomość miał naturalnie imię, nazwisko i rozliczne tytuły, ale jak sięgam pamięcią, zawsze 
nazywano   go   Profesorem.   Naukowiec   twarz   miał   poważną,   skupioną,   kontrastującą   z   nastrojem 
Prezydenta, na którego licach pojawiły się ceglaste wypieki.
-Drogi  panie Profesorze,  czekaliśmy  na pana  przybycie  z prawdziwą  niecierpliwością! - zawołał. - 
Mieliśmy sygnały, że pańskie prace są na ukończeniu, a sam eksperyment, który tak wiele kosztował 
nasz skarb, zakończył się sukcesem.
-To prawda, ekscelencjo. Eksperyment udał się nadspodziewanie. Niestety!
Słowo to zaskoczyło Prezydenta. Zażądał wyjaśnień. Profesor udzielił ich, lekko zakłopotany.
- Ekscelencjo. Posiadamy superbroń, której praktycznie nie będzie można zastosować.
- Czyżby?
- Mój   stymulator   antymaterii   w   ciągu   sekundy   od   rozpoczęcia   reakcji   może   zniszczyć   całą   kulę 
ziemską tak, że nie pozostanie po niej ślad w Galaktyce.
Tu   nastąpił   wywód,   który   dla   mnie,   laika,   mimo   mej   niekwestionowanej   inteligencji   był   całkiem 
niezrozumiały,   a   co   dopiero   mówić   o   Prezydencie,   którego   edukacja   zakończyła   się   ledwie   na 
szczeblu szkoły ponad podstawowej. Z grubsza mówiąc, teoria sprowadzała się do tezy, że ładunek 
pierwotny   po   aktywacji   początkował   proces   syntezy   antymaterii   z   materią,   w   efekcie   czego   z 
wszystkiego nie zostawało nic.
- A gdyby się tak uprzednio ewakuować na Księżyc? - zapytał nagle Prezydent.
-Trudno przewidzieć, co stałoby się z satelitą, w momencie zniknięcia ciała, wokół którego krąży... być 
może zostałby pochwycony przez pole Wenus, choć bardziej  prawdopodobne jest, że spadłby na 
Słońce.
-Czy   wy,   naukowcy,   przypadkiem   nie   przesadzacie?   -   w   głosie   szefa   państwa   brzmiało 
niedowierzanie.
-Ekscelencjo,   proszę   sobie   uprzejmie   wyobrazić,   że   w   mgnieniu   oka   z   naszej   starej   Ziemi   nie 
pozostanie nic. Trochę energii równej lambda. A poza tym pustka, nul.
-Nul, dobre słowo! — uśmiech znów wypłynął na twarz szefa, a w świdrujących oczkach zapaliły się 
chytre   błyski.   -   W   moim   dzisiejszym   wystąpieniu,   które   nieopatrznie   przedostanie   się   do   prasy, 
nadmienię   i   o   tym.   Niech   nasi   przeciwnicy   wiedzą,   że   nie   ma   żartów   i   w   razie   czego   zginiemy 
wprawdzie wszyscy, ale do nas należeć będzie słowo decydujące. Nie byliśmy dotąd mocarstwem, ale 
od dziś w naszych sprawiedliwych rękach spoczywać będą losy świata... A propos, sądzę, że preparat 
jest dobrze strzeżony?
-Widziałem,   jak  przejął   go   Minister   Defensywy  –   wtrąciłem   się,   ale   prawie   natychmiast   zabrzmiał 
śmiech Profesora:
-To był zwyczajny kamuflaż, młody człowieku. Z prawdziwym superśrodkiem nie rozstałbym się tak 
łatwo. To  mówiąc,  sięgnął   do   dwóch  kieszeni   obszernego  płaszcza   i  wydobył   z  nich   dwie  butelki 
wypełnione jasnym płynem, do złudzenia przypominającym wino. Zresztą nalepki nie pozostawiały 

background image

wątpliwości, .Rosettina Bianco". Profesor niesłychanie uważnie ustawił obie flaszki po dwóch stronach 
postumentu   z   alabastrową   Wenus,   górującą   nad   Gabinetem   Błękitnym.   Popatrzyliśmy   z 
niedowierzaniem.
-Nul składa się z dwóch komponentów, które dla niepoznaki upodobniłem do wina i umieściłem w 
zwykłych butelkach. Kwestia ostrożności...
Tu dodam, że ostrożność ta nie była pozbawiona sensu. Mimo że badania były tajne, a Profesor 
prowadził je sam (jeśli nie liczyć robotów) w podziemnym bunkrze, ukrytym pół kilometra pod ziemią, 
pogłoski o nulu jakimś cudem wyciekły na zewnątrz. Nie dalej jak tydzień temu zdemaskowano grupę 
dywersantów, którzy zamierzali dobrać się do bunkra, stwierdzono też obecność obcych agentów w 
Ministerstwie Defensywy. Toteż nawet dzisiejszy przyjazd Profesora trzeba było upozorować w ten 
sposób,   że   trzydziestu   sobowtórów   w   trzydziestu   identycznych   samochodach   wyjechało   nieomal 
równocześnie z terenu doświadczeń, podążając różnymi drogami do stolicy. Profesor jechał wozem 
numer 29. Nie muszę dodawać, że wokół sal balowych, na których znajdowali się sami ludzie super 
sprawdzeni, czuwały doborowe jednostki, w pełnej gotowości. Tymczasem Profesor opowiadał dalej:
- Proszę sobie wyobrazić, wystarczyłoby, żeby dwie krople z obu butelek złączyły się, a już ruszyłby 
nieodwracalny proces syntezy antymaterii. Łańcuchowo wszystko obróciłoby się wniwecz.
Prezydenta jakby kto miodem smarował. Przeżywał chyba największy dzień w swoim życiu.
- Widzę,   że   pieniądze,   które   wyłożyliśmy   na   program,   nie   poszły   na   marne   -   mówił.   -   W   moim 
przemówieniu nie zostawię cienia wątpliwości. Albo świat przyjmie naszą koncepcję pokoju, albo nul... 
Chyba wyrażam się jasno?
Wszyscy   wiedzieliśmy,   że   zdolny   jest   do   takiej   zagrywki.   Oczywiście,   znając   go   lepiej   niż   inni, 
zdawałem sobie sprawę, że skończyłoby się na szantażu. Mimo wszystko za bardzo kochał życie. 
Któż jednak mógł przewidzieć, jak zareaguje świat. Czy dla świętego spokoju nie będzie zgadzał się 
na   coraz   to   nowe   żądania?   Pewnie   zacznie   się   od   wydania   uciekinierów   z   kraju,   później   na 
„wyrównaniu" granic...
Do gabinetu zajrzał Mistrz Ceremonii oraz dwie hostessy z kieliszkami i przekąskami. Uśmiechnąłem 
się do Ramony, odpowiedziała mi uśmiechem.
-Przepraszam, ekscelencjo -  powiedział Mistrz  Ceremonii - ale według protokołu ekscelencja miał 
właśnie wkroczyć na salę ogólną...
-Za chwilę, za chwilę. Na razie niech się bawią. My też się pobawimy. Niespodzianka będzie później...
W jednej chwili w gabinecie zapanowała luźniejsza atmosfera. Pacholątka zajęły się Prezydentem i 
Profesorem, ten wszelako, lubo bez spodni, kontynuował swój wywód.
-Byłbym   nieuczciwy,   panie   Prezydencie,   gdybym   nie   uwypuklił   wszystkich   niebezpieczeństw 
związanych z nową bronią...
-Niebezpieczeństwa?!   To   już   zostawiam   wam,   naukowcom.   Chciałbym   raczej   podkreślić,   że   nul 
pozwoli nam zrewidować globalny układ sił, nie mówiąc o rozwiązaniu licznych kwestii wewnętrznych. 
Któż teraz ośmieli się szumieć i sarkać? Każdy naród, wielki i mały, musi posiadać swój powód do 
dumy narodowej. Naszą dumą i naszą opoką będzie nul.
Znów zajrzał Mistrz Ceremonii z nową porcją trunków. Prezydent wychylił zastrzegając, że na razie to 
ostatni. Tu znacząco spojrzał na nas.
- A wy co?
- Pan wybaczy, jestem abstynentem - powiedział Profesor. - A ja już mam dosyć - dodałem.
Popatrzył na mnie z politowaniem i wrócił do improwizowanego przemówienia. Działalność pacholątek 
sprawiła   tylko   tyle,   że   pokraśniał   cały,   oddech   mu   przyspieszył,   ale   niezmordowanie   ciągnął 
dywagacje   na   temat   uniwersalności   nula,   który   rychło   stanie   się   dobrodziejstwem   ludzkości, 
zapewniając trwały pokój (niech no tylko ktoś spróbuje wojny) i ład międzynarodowy pod naszą egidą. 
I mówił tak, mówił, aż jęknął i oprzytomniał.
- Gdzie on jest?!! - zachrypiał, tocząc przekrwionym okiem po apartamencie.
Nasze spojrzenia pobiegły ku zgrabnym nogom alabastrowej Wenus. Postument był pusty. Nic też nie 
stało na ziemi ani na stolikach obok.
Usta   przywódcy   wyrzuciły   tylko   jedno   słowo   „zdrada"   i   nie   wiadomo   skąd   wyrósł   zwalisty   cień 
pułkownika Mortona - szefa ochrony, do którego słowo goryl pasowało jak but do Kopciuszka.
-Jestem, szefie - rzucił krótko.
-Trzeba natychmiast okrążyć pałac! - zawołał, kopniakami odganiając pacholątka i naciągając spodnie.
-Był okrążony od początku. Mysz się nie wyśliźnie. Jeśli trzeba, zaraz nakażę wprowadzić do akcji 
oddziały specjalne.
-Tak jest, z nikim się nie cackać, zrewidować wszystkich niezależnie od urodzenia czy stanowiska. 
Chodzi o dwie butelki.
Pułkownik wyszedł, a w parę sekund potem zewsząd buchnęła wrzawa, zagłuszona rychło chrzęstem 
butów, odgłosami  komend  i  sporadycznymi seriami karabinów maszynowych. Jeszcze chwila,  a z 

background image

wszystkich   głośników   popłynął   głos   Prezydenta,   który   z   każdego   miejsca   swej   rezydencji   mógł 
połączyć się z radiowęzłem.
- Drodzy goście. Tu mówi wasz Prezydent, cały i zdrowy. Proszę o zachowanie spokoju i nie ruszanie 
się z miejsc. Drobny incydent zmusza mnie do zastosowania środków specjalnych. Dlatego proszę nie 
utrudniać  akcji  oddziałom  sprowadzonym   dla   waszego   dobra.   Jednocześnie   apeluję,   ktokolwiek  z 
państwa widział dwie butelki...
Zamierzałem właśnie pobiec do centrali telewizyjnej (wszystko, co działo się w Błękitnym Gabinecie, 
podobnie jak w innych apartamentach, było przecież nagrywane na magnetowidy), kiedy do gabinetu 
wbiegła Ramona i pobladły Mistrz Ceremonii.
Jeszcze  chwila,  a mieliśmy  pełną  jasność.  Prezydent  z  wrażenia  upuścił  mikrofon,  który  rąbnął  o 
posadzkę.   Zwielokrotoniony   huk   wstrząsnął   posadami   pałacu,   ożywiając   czekające   w   odwodzie 
bataliony saperów.
-Myślałem, że ktoś postawił je tu przez pomyłkę – bełkotał Mistrz Ceremonii.
-Ja wzięłam jedną, Teresa drugą- tłumaczyła Romana. Prezydent odsapnął:
-W porządku, chwilowo nie wyciągnę wobec was konsekwencji. Przynieście je tylko z powrotem...
-To niemożliwe, ekscelencjo - szepnęła Romana.
-Dlaczego?!
-Bo wypite.
-Wypite!!! - bas szefa zmieszał się z cichym jękiem Profesora.
-Ludzie, mówcie, na rany boskie, kto to pił? - krzyknął naukowiec.
-Jedną flaszkę wzięłam na dół do koktajli - powiedziała Romana
- a drugą Teresa częstowała na górze. Piło bardzo dużo osób. Prawie wszyscy. Smakowało im.
Z wrażenia przysiadłem na kanapce, na której pyszniły się wyhaftowane srebrne kondory. Prezydent 
zamilkł. Tylko głos Profesora brzmiał twardo i zdecydowanie.
- Trzeba natychmiast  odseparować parter od piętra! Wystarczy pocałunek albo  podanie ręki tego, 
który pił napój pochodzący z butelki A, kosztującemu Rosettina Bianco z flaszki B, a reakcja ruszy. I 
nic jej nie powstrzyma.
- Co mam zrobić z tymi wszystkimi ludźmi, zlikwidować? - zapytał pułkownik Morton, meldując się w 
gabinecie.
Prezydent machinalnie powtórzył całe zdanie i ukrył twarz w dłoniach.
-Toż to wszyscy ministrowie, cały sztab naczelny - wyjęczał. - Co robić?
-Moim   zdaniem   wystarczy   internować   obie   grupy   w   dwóch   odległych   częściach   kontynentu   i   tak 
zabezpieczyć, aby nie spotkały się do końca życia. Nul w żywym organizmie nie rozkłada się, nie jest 
też wydalany. Po śmierci, ciała trzeba zalać ołowiem. To wystarczy - powiedział Profesor.
Prezydent   tylko   kiwnął   głową   na   znak   aprobaty.   Morton   zrobił   w   tył   zwrot   i   wrzawa   uczyniła   się 
większa, a serie z automatów częstsze. I nagle z parteru dobiegł rozpaczliwy głos kobiecy:
-Mężu mój, Karolu!
-Co wy robicie z moją żoną?! - krzyknął przywódca.
-Niestety, żona waszej ekscelencji również piła – zauważył nieubłaganie powracający pułkownik.
Cała furia Prezydenta zwróciła się teraz w kierunku Profesora. Szef państwa tupiąc i machając rękami, 
począł lżyć wynalazcę, całą naukę, z fizyką na czele.
-Jest pan zbrodniarzem - wołał - paranoikiem, psychopatą, antyhumanitarnym militarystą! Jak pan 
mógł stworzyć coś takiego jak nul!!! Zabierzcie go, Morton!
-Chwilowo nie mam odpowiednich mocy przerobowych - zauważył szef ochrony. - Poza tym Profesor, 
jak również Sekretarz pana Prezydenta, należą do tych nielicznych gości, którzy nie wypili ani kropli.
Błogosławiłem w tym momencie wszechobecność Mortona. Opancerzone samochody zapuszczały 
silniki.
-Wstrzymajcie je, muszę pożegnać żonę! - krzyknął dyktator.
-Wykluczone - Morton zastąpił mu drogę - pan również pił. Z butelki B.
Twarz, znana z pomników i banknotów (wskutek szalejącej inflacji o coraz wyższych nominałach), 
zrobiła się kredowoblada. Prezydent stanął jak wryty i bezradnie rozglądał się po sali, jak gdyby nic nie 
pozostało zakumulowanej latami pewności siebie i siły przebicia.
- Wykonajcie rozkazy, pułkowniku - powiedziałem miękko. Dłoń w czarnej rękawicy spadła na ramię 
przywódcy i popchnęła go ku drzwiom awaryjnym. Nawet nie próbował się opierać i tylko usta szeptały 
bezgłośnie  coś,  czego  nie  potrafiłem  odczytać  nawet  ja,  wyspecjalizowany  w  reagowaniu  na  byle 
grymas, zmarszczenie brwi lub krótkie mruknięcie.
-Jeśli   chodzi   o   ścisłość   -   wtrąciła   Romana,   która   cały   czas   jak   zahipnotyzowana   przyglądała   się 
toczącemu dramatowi – to pułkownik też umoczył usta.
-Niestety, Morton, będziecie musieli aresztować i siebie – rzekł Profesor.
- Już to zrobiłem! — padła głucha odpowiedź służbisty. — Idę z Prezydentem.

background image

Pałac opustoszał. Opieczętowano go i zablokowano kordonem sanitarnym na wsze czasy. Garstka 
abstynentów, po zrobieniu próby krwi, wydostała się na zewnątrz, na miękką murawę parkowych błoni, 
poharataną co nieco świeżymi śladami gąsienic.
Szliśmy najpierw wolno, ale potem, kiedy już znikły z oczu zabudowania rezydencji, ucichł chrzęst 
transporterów   i   wycie   syren,   przyśpieszyliśmy   kroku.   Fikaliśmy   koziołki,   ciesząc   się   jak   dzieci,   a 
srebrzysty śmiech Romany mieszał się z rześkim pohukiwaniem Profesora.
-Udało się, mój mały, udało. Dzięki pomocy Romany poszło łatwiej, niż myślałem. Zadanie, którego 
podjąłem się dwadzieścia lat temu, zadanie zlikwidowania całej militarno-politycznej nadbudowy kraju, 
zostało wykonane. Naród został wreszcie sam. Jutro zacznie się tu wiosna. Co mówię, jeszcze dziś! 
Przeskoczyliśmy  rów  z  wodą,  wkoło   śpiewały  ptaki,   a  ja  musiałem  w  końcu   zadać  pytanie,   które 
dręczyło mnie przez cały wieczór:
-Obywatelu Profesorze, czy może pan zdradzić, co naprawdę było w tych butelkach?
-Jak to co? Cudowne, aromatyczne wino... Wiesz przecież, że od paru miesięcy niszczyłem wszystkie 
prawdziwe wyniki badań.
Jeszcze chwila, a pochłonęła nas soczysta zieleń podmiejskiego zagajnika.

Eksponat

Lecieli wewnętrznym skrajem czasoprzestrzeni. Postronnemu obserwatorowi „Explorador 13" mógłby 
się   wydać   wielką   kometą.   Oczywiście   mógłby   pod   warunkiem,   że   byłby   widoczny.   W   istocie 
ekspedycja przenikała czasy, wymiary i przestrzenie niewidzialnie, zgoła niepostrzeżenie, wywołując 
zaledwie tu i ówdzie zachwiania pola magnetycznego. Dowodził El, stary, siwy Glor, który starł swe 
czułki   w   niejednej   ekspedycji   badawczej.   Stanowisko   naczelnego   dyrektora   Wszechświatowego 
Muzeum Planet zmuszało go do częstych wypadów poza własną zaciszną Galaktykę Spiralną, ale 
zwykle każdy lot kończył się sukcesem w postaci nowego eksponatu. A to czerwonego karła, a to 
czarnej dziury, a to niewielkiego układu planetarnego. Tym razem ich celem był szczególnie odległy 
układ gwiezdny, a ściślej mówiąc, piąta z planet, wirująca wokół centralnego słońca, na której na bazie 
białka (tak, tak, przyroda notuje takie paradoksy) rozwinęła się podobno jakaś wyżej zorganizowana 
cywilizacja. Oczywiście, naturalne sygnały rozchodzą się po Wszechświecie bardzo wolno i zanim do 
Glora dotarła wiadomość, że na planecie pojawiło się życie, pierwsze trylobity wyszły już z morza. 
Później,   zanim   Dyrekcja   Muzeum   podjęła   decyzję,   co   z   tym   począć,   obróciły   się   w   węgiel   lasy 
karbonu,   a   gdy   wystartował   „Explorador   13",   wylęgły   się   już   ogromne   gady,   wypełniając   swymi 
cielskami lądy, morza i powietrze.
- Musimy  się   pośpieszyć  —  mruczał   El   —  zanim   rozwiną   się   do   tego   stopnia,   że   nie   dadzą   się 
bezkarnie   zaholować   do   Muzeum.   Pamiętacie,   jakie   mieliśmy   sęki   z   planetą   podwójną   z 
gwiazdozbioru Wegi.
Podwładni kiwali mózgoczłonami.
-A co mówi superkomputer? - zapytał ktoś z asystentów.
-Na planecie nadchodzi era zlodowaceń, wielkie czapy śniegu spełzają od biegunów. Pośpieszmy się.
„Explorador   13"   zdwoił   szybkość.   Tymczasem   komputer   wyrzucał   z   siebie   setki   informacji.   Glory 
załogowe mogły dowiadywać się kolejno o zlodowaceniach, o pierwszych istotach dwunożnych, o 
początkach cywilizacji i jej błyskawicznym pochodzie.
Przeszli w normalną trójwymiarowość na wysokości planety otoczonej dziwacznym pierścieniem. Byli 
tuż, tuż...
Planeta docelowa widoczna była na monitorach. I wtedy:
- Za późno - jęknął El.
Skoczyli  ku   wizjerom.  Planety  nie   było.  Targnięta   dziesiąt-kiem   wybuchów   rozpadła  się   na   setki  i 
miliony okruchów.
-Spóźniliśmy się - powiedział starszy asystent.
-Ale przynajmniej wiemy, że były tam na pewno istoty rozumne.
El   milczał.   Nie   mógł   się   pogodzić   z   niepowodzeniem   ekspedycji.   Popatrzył   na   sąsiednie   planety. 
Pierwsza tuż przy gwieździe centralnej była rozżarzona do czerwoności, drugą spowijały gęste opary 
amoniaku, czwarta była zbyt zimna. Ale trzecia... trzecia wyglądała całkiem sympatycznie. Miała nawet 
sporego satelitę. El zdecydował się. Wydał odpowiednie rozkazy. Roboty miały pozbierać resztki życia 
z rozłupanej planety, która na ich oczach zmieniała się w skupisko planetoid.
-Co pan chce zrobić, szefie? - spytał jeden z młodszych Glorów, Gab.
-No cóż, postaram się zrobić coś z niczego – uśmiechnął się siwy dyrektor.
-Nie bardzo mamy czas. Rok, najwyżej dwa — westchnął Gab.
-Nie sądzę, żeby mi to zajęło więcej niż sześć dni. Jak wiecie, siódmego odpoczywam.

background image

Przestępstwo i wyrok

Właściwie   tylko   ten   zegar   nie   dawał   mu   spokoju.   Po   jaką   cholerę   w   zabytkowym   gmachu 
zainstalowano   supernowoczesny   czasomierz   pokazujący   dni,   miesiące,   lata,   a   nawet   święta 
państwowe? Ale czyż cała sprawa nie jest anachroniczna, ten gmach, ten trybunał, wreszcie on sam, 
Victor Morley, na ławie oskarżonych? Zresztą od pewnego czasu obecny był tu jedynie fizycznie, jego 
myśl   błąkała   się   po   czasie   minionym,   zupełnie   innych   miejscach   i   innych   sprawach.   Właściwie 
wszystko skończyło się w momencie aresztowania. Skon czyło, a może dopiero zaczęło?
Podczas przesłuchań nie wyciągnęli z niego nic.
-Panie Morley, proszę się jeszcze zastanowić, milcząc, pogarsza pan tylko swoją sytuację - powtarzał 
śledczy.
-Nie mam nic ciekawego do powiedzenia!
-Może pragnie pan skontaktować się ze swoim adwokatem?
-Dziękuję, ale naprawdę nie potrzebuję adwokata.
Propozycji ugody było jeszcze parę. Funkcjonariusze nie mogli pojąć, że niezależnie od grożących 
konsekwencji, aresztowany nie miał zamiaru z nimi rozmawiać.
- Wysoki sądzie, sprawa, którą będziemy dzisiaj rozpatrywać, nie ma precedensu w całych dziejach 
sądownictwa   –   głos   prokuratora   obijał   się   o   wysoki   strop,   a   każde   słowo   miało   ostrość   ćwieka 
wbijanego   w   wieko   od   trumny   Victora.   -   Wzbudziła   ona   wiele   niezdrowej   sensacji   i   różnych 
nieodpowiedzialnych głosów w prasie, bo przecież wina oskarżonego Victora Morleya jest bezsporna. 
Każdy   uczciwy   obywatel   spoglądający   na   siedzące   obok   nas   indywiduum,   musi   zadawać   sobie 
pytanie - czy ogląda jedynie wielkiego formatu hochsztaplera, czy też cynicznego przestępcę przeciw 
ludzkości?
Jakże   łatwo   przechodzi   im   przez   gardło   słowo   ludzkość.   Co   oni   właściwie   rozumieją   pod   tym 
określeniem?..

***
-Vick - jedenastoletnia Alice wpatrywała się w niego ogromnymi, sarnimi oczami. - Vick, powiedz, dużo 
jest ludzi na świecie?
-Nie zmieściliby się na tej łące - odpowiedział ze swadą. – Nawet gdyby stanęli warstwami jedni na 
ramionach drugich, aż po chmury...
- Naprawdę? A wiesz, czasami chciałabym być chmurką, tam wysoko. A ty kim chciałbyś być?
Chłopak popatrzył na siostrę i milczał. Powtórzyła pytanie.
- Jeśli ty chciałabyś być chmurką, Alice - odparł wreszcie - to ja wolałbym być niebem, bo niebo jest 
wieczne.
-Co to znaczy wieczne?
-Nigdy nie umiera...

***
Oracja   prokuratora   przybiera   na   sile.   Kreśląc   życiorys   oskarżonego,   zwraca   uwagę   na   elementy 
pozerstwa   i   zawodowej   megalomanii,   które   pojawiły   się   już   z   początkiem   asystentury   Morleya   w 
Instytucie   Nowej   Terapeutyki.   Judasze   kamer   i   argusowe   oczka   reporterskich   aparatów   śledzą 
najmniejsze drgnienie twarzy sądzonego. Szczupła Martha z Agence France Presse niezmordowanie 
notuje coś w notatniku. Co ona właściwie pisze? - tekst prokuratora zostanie udostępniony agencjom. 
Jej blond włosy z lekkim rudawym połyskiem przypominają Victorowi pewien majowy dzień, o którym 
nigdy nie potrafił zapomnieć, mimo że chciał i uważał to za słuszne. Dzień, w którym zauważył, że 
stracił Annę.

***
-Vick, wybierzmy się dziś do dyskoteki!
-Kochanie, czy nie rozumiesz, że to niemożliwe. Muszę być przy siódmej serii...
-Znowu nie wrócisz na noc?
-Wrócę, Anno. Będę najpóźniej koło trzeciej.
-Nie tańczyłam już trzy miesiące, a wiesz, jak uwielbiam taniec.
- Możesz przecież pójść z Aghatą i Susan. I tak wiesz, że marny ze mnie tancerz.
Musiało być jeszcze sporo takich rozmów, chociaż nigdy nie przywiązywał do nich wagi. Kochał ją 
naturalnie.  Ale   po   swojemu.   Był   jej   pewny,   nie   musiał   o   nią   zabiegać.   To   raczej   ona,   studentka 
pierwszego roku straciła głowę dla młodego wykładowcy o przedwcześnie szpakowatych skroniach. 
Poznali się przypadkiem. Jego kumpel z uczelni prosił go o zastępstwo na zajęciach w college'u. I tam 
zobaczył ją po raz pierwszy. Pełną ekspresji, a zarazem rzadkiej wśród jej pokolenia nieśmiałości. 

background image

Która jednak nie trwała długo. Bardzo prędko Anna stała się częstym gościem w mieszkaniu Victora. 
Dużo   starszy   wiekiem   i   doświadczeniem,   imponował   dziewczynie,   ona   fascynowała   go   urodą   i 
świeżością. Poznali się jednak w niewłaściwym czasie. Morley rozpoczynał program, o którym marzył 
całe życie.  Toteż  coś,  co mogło być wielką miłością,  stało  się dla  niego niewiążącym romansem. 
Kochali   się   pospiesznie,   byle   jak,   w   krótkich   przerwach   między   kolejnymi   seriami   doświadczeń. 
Laboratorium miało priorytet przed sypialnią.
Gdyby   wówczas   pobrał   się   z Anną,   być   może   wszystko   potoczyłoby   się   inaczej.   Niestety,   doktor 
Morley   posiadał   już   jedna   żonę,   mieszkającą   wprawdzie   na   Wschodnim   Wybrzeżu,   za   to 
kategorycznie nie zgadzającą się na rozwód. Przynajmniej wówczas.

***
-Ann, gdzie byłaś aż do rana?
-Tańczyłam, bawiłam się, piłam szampana.
-Chyba troszkę przesadzasz.
-Kocham życie, Vick, a ty nie potrafisz żyć pełną piersią.
-Wypowiadasz się na temat życia, Anno. Ale czy sobie w ogóle uświadamiasz, co to jest życie? Czy 
kiedykolwiek usiłowałaś zdefiniować jego istotę?
-Wykładów mam dość w uczelni! A życie, Vick, polega na korzystaniu z uroków świata, póki jest się 
młodym i zdrowym. Potem bywa za późno.
-Dlaczego za późno?
-Ponieważ nic nie trwa wiecznie...
-Tak uważasz?
-Znowu zaczynasz swoje opowieści. Daj spokój, Vick. Jestem senna. Nie całuj mnie. Nie chcę.
Wyrzucił ją, gdy dowiedział się, że romansuje z Peterem. Uprzedził fakty. Prawdopodobnie odeszłaby 
sama. Teraz tamci mieli dwójkę wspaniałych dzieci. A on...Właściwie fajnie się złożyło, zostając sam, 
mógł bez przeszkód oddać się pracy. I tylko ten ból. Ćmiący ból nękał go długo, a w chwilach apatii 
czy  po  paru   whisky,   nawet   po   latach  wypełzał  jak  wąż z  nory.   Ból  i  mgliste   przeświadczenie,  że 
ominęło go coś bardzo ważnego, ważniejszego może nawet od odczynnika ypsilon.

***
Jest   trzynasta   pięćdziesiąt.   Interesujące,   czy   zdecydują   się   na   jakąś   przerwę   obiadową?   Głos 
oskarżyciela, rześki i wypoczęty, bynajmniej tego nie zapowiada:
-Nie jest dziś moim zadaniem oskarżać tych, którzy w porę nie przeciwstawili się dążeniom doktora 
Morleya, którzy dali się uwieść jego hipotezom - mówi.
Wzywają profesora Andrewsa. Stary Sid bardzo posunął się od czasu przejścia na emeryturę. Ma 
wyraźne kłopoty ze słuchem, ręce drżą chorobliwie. Starość. Parszywa rzecz, starość!
-Czy świadek poznaje wśród obecnych Victora Morleya?
-Tak jest, to on.
-Czy świadek mógłby nam powiedzieć, jakie kontakty miał z oskarżonym?
-Przez   jedenaście...   nie,   dwanaście   lat   Victor...   znaczy   pan   Morley,   pracował   w   moim   Instytucie. 
Początkowo jako asystent, później kierownik laboratorium. Kiedy go przyjmowałem do pracy, posiadał 
znakomite rekomendacje, znaczny dorobek naukowy. Do dziś, Wysoki Sądzie, nie mogę odżałować 
tego kroku.
„Profesorze Andrews! Mistrzu, a gdzie twoja odwaga cywilna?" Reporterzy odnotowująpewien cień 
uśmiechu na twarzy Morleya.

***
Kiedy   miała   miejsce   ta   ich   rozmowa?   Wczesną   zimą,   która   tak   dała   się   we   znaki   gajom 
pomarańczowym na wzgórzu uniwersyteckim?
- Drogi   chłopcze,   muszę   powiedzieć,   że   jestem   z   ciebie   bardzo   zadowolony.   Twoje   osiągnięcia 
przynoszą   chlubę   Instytutowi.   Twoja   praca   doktorska   wzbudziła   zainteresowanie   na   kongresie   w 
Vancouver.
Morley   spojrzał   prosto   w   oczy  profesora.   Sidney Andrews   promieniował   życzliwością,   toteż   Victor 
przełknął ślinę i odważył się przedstawić propozycję zmiany profilu badań.
-Zmiana? Ależ drogi przyjacielu, byłoby to nonsensem, twoja kariera rysuje się teraz tak wspaniale!
-Nie myślę o doraźnej karierze, panie profesorze... ale chciałbym spróbować czegoś samemu... mam 
pewne   hipotezy,   trochę   dowodów...   Nie   wspominałem   o   tym   dotąd   nikomu,   ponieważ   nie   chcę 
uchodzić za szarlatana...
- Mów może trochę jaśniej, na podstawie twej tajemniczości mam prawo sądzić, że chciałbyć podjąć 
pracę nad „kamieniem filozoficznym".

background image

Nie roześmiał się.
— Nie myli się pan, profesorze. Chociaż, jeśli pozostaniemy przy alchemicznej terminologii, wolałbym 
mówić o „eliksirze życia".

***
-Nie   mam   zamiaru,   Wysoki   Sądzie,   pomniejszać   wagi   mego   błędu.   Niestety,   dałem   posłuch 
bałamutnej  hipotezie...   -   kontynuuje Andrews.   -  Jednak  chyba   każdy  na   moim   miejscu   postąpiłby 
podobnie jak ja. Nawet jeśli istniała minimalna szansa rozwiązania problemu ludzkiej nieśmiertelności, 
wypadało   spróbować.   Dotychczasowe   osiągnięcia   Morleya   nakazywały   branie   jego   koncepcji 
poważnie. - Profesor mówi dość pewnie, ale nie patrzy na salę. Ani razu nie spojrzał też na Victo-ra. 
Stary, zmęczony człowiek. Czasem tylko jego słowa nabierają elementów bardziej emocjonalnych. 
Wówczas, gdy mówi o swej sympatii dla Morleya. O zaufaniu. Martha z Agence France Press zanotuje 
nawet: „Skąd tyle umiejętnie maskowanej nienawiści w tym starcu?"
Czas jest zaskakującym scenarzystą - rozprawa odbywa się dokładnie w dwa lata po tym radosnym 
dniu, kiedy Andrews i Morley ściskali się niczym para przyjaciół po wieloletniej rozłące.
- Gratuluję,   doktorze!   Naprawdę   to   wspaniałe.   Nie   wierzę   własnym   oczom.   Te   dowody   rzucą   na 
kolana całą tę hołotę niedowiarków. Potrafił dojrzeć pan to, czego nie udało się zobaczyć nikomu od 
początków   dziejów   ludzkości.   Czego   być   może   domyślał   się   Paracelsus!   O   czym   marzył   Józef 
Balsamo!!!
Morley uśmiechnął się, ale potem spoważniał.
-Przed publicznym ogłoszeniem wyników moich prac chciałbym, aby pan profesor zwrócił uwagę na 
słabe punkty koncepcji.
-Zostawmy   dziś   sprawy   drugorzędne,   liczy   się   sukces!   Wyodrębnienie   genu   śmierci!   Praktycznie 
zahamowanie procesu starzenia.
-U niższych zwierząt.
-Białko jest białkiem, niezależnie czy pochodzi od ośmiornicy, czy od prezydenta USA. Świat będzie 
nas błogosławić, wznosić pomniki...
-Ale pojawiają się istotne bariery. Przeprowadzenie moich doświadczeń na zwierzętach wyższych, nie 
mówiąc o ludziach, wymagałoby funduszy parokrotnie przewyższających budżet Instytutu.
Uśmiech profesora wskazywał, że jest to problem do przeskoczenia. Szef Instytutu Nowej Terapeutyki 
co weekend grywał w golfa z Ministrem Zdrowia i prezesami koncernów farmaceutycznych.

***
Zegar, ten zegar. Przeskakujące nieubłaganie płatki minut. Morley zdaje się nie zwracać uwagi na nic 
poza   czasomierzem.   Nawet   nie   odwrócił   głowy   w   stronę   świadka   oskarżenia.   Prokurator   zadaje 
pytanie:
-Czy   mógłby   świadek   wyliczyć   dokładniej   owe   wszystkie,   nie   przebierające   w   środkach   metody 
przymusu,  do których  uciekał się oskarżony, aby wyłudzać kolejne kwoty na  swój hochsztaplerski 
fundusz? W jaki sposób zmusił do przeprofilowania pracy całego instytutu na tak nieprawdopodobny 
program?
-Mam   nadzieję,   że   jeszcze   wypowiedzą   się   biegli.   Niestety,   wyniki   doświadczeń   ewidentnie 
sfałszowane, zostały przez pana Morleya zniszczone. Jeśli idzie o mnie i zarząd fundacji, aprobując 
jego działania, opieraliśmy się na mylnych danych. Hipoteza Morleya sprawdzała się u organizmów 
niższych.   Rzeczywiście,   wiele   wskazywało,   iż  udało   mu   się   wyhodować  jętki   jednodniówki  żyjące 
miesiącami, odnotowaliśmy brak objawów starzenia się u myszy poddawanych działaniu odczynnika 
ypsilon. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że egzemplarze doświadczalne mogły być podmieniane!
- Podmieniane!
Szmer   oburzenia   przetacza   się   przez   salę.   Wszystkie   oczy   koncentrują   się   na   szczupłej   postaci 
doktora. Zaprzeczy? Nie zaprzeczy? Morley jednak nie odrywa oczu od zegarowej tarczy.
- Doktor Morley, w celu zdobycia funduszy na swój proceder, wykorzystywał jeszcze inny argument. 
Znając   mój   głęboki   patriotyzm,   wspominał   między   wierszami,   że   jeśliby   nasz   rząd   odmówił 
finansowego   wsparcia,   mógłby   zwrócić   się   do   innego   państwa.   Nie   muszę   chyba   tłumaczyć,   jak 
ważnym   środkiem   militarnym   byłby,   gdyby   okazał   się   możliwy   do   wyprodukowania,   „eliksir 
nieśmiertelności".
Mało, że hochsztapler, to jeszcze zdrajca. Stanowczo Victor nie wzbudzi sympatii wśród czytelników 
popołudniówek. Żało-
sna postać. I jeszcze te miliardy roztrwonionych pieniędzy z kasy podatników... Nieoczekiwanie w tok 
pytań włącza się obrońca z urzędu:
- Mam pytanie do świadka. W prasie pojawiły się insynuacje o pewnych rodzinnych powikłaniach, 
chodziło o pańską córkę...

background image

Głos Andrewsa lekko drży:
- Moja córka nie miała nic wspólnego z doktorem Morleyem!
Przez   okna   niskiego   bungalowu,   mimo   spuszczonych   żaluzji,   wdziera   się   natarczywy   dźwięk 
antylskich   cykad,   przypominający   jęk   blachy   falistej   na   wietrze.   Włosy   Joan   pachną   piękniej   niż 
kolorowe kwiaty hibiskusa, olbrzymie jak księżyc nad Martyniką. Ich pierwszy wspólny urlop. Krótka 
przerwa   w   doświadczeniach,   która   pozwoliła   im   na   bajeczny   tydzień.   Morley   był   już   wtedy   po 
rozwodzie.   Joanna   Andrews   od   czterech   miesięcy   pracowała   w   jego   laboratorium.   Taka   sama 
pasjonatka jak on.
- Jestem szczęśliwy, Victorze, mogąc powierzyć ci tę nową asystentkę. Piąta lokata w tym roku wśród 
dyplomantów Berke-ley - powiedział ojciec lekko wzruszony, wprowadzając dziewczynę do instytutu.
Ich romans nie zaczął się szybko. Ciemnowłosa, trochę przypominająca bizantyjskie madonny, Joan 
była w pracy osobą zasadniczą i oschłą. Jej piwne oczy rozjaśniały się dopiero wówczas, gdy analiza 
wyników wypadała pozytywnie, gdy wbiegała do pokoju Victora ze świeżym wydrukiem komputera. 
Morley również nie od razu dostrzegł w swojej asystentce kobietę. Pracował dwadzieścia godzin na 
dobę, a przejścia z żoną i zdrada Anny napełniły go taką niechęcią do płci przeciwnej, że nie sądził, by 
mógł jeszcze kiedykolwiek zaangażować się w jakiś trwalszy związek. Początkowo we wzajemnych 
kontaktach z panną Andrews dominował nawet pierwiastek pewnej niechęci, ba, rywalizacji - on lubił 
pouczać,  ona  chwalić się własnymi koncepcjami, nie zawsze zgodnymi  ze wskazówkami  szefa. A 
potem   przyszedł   ten   dzień.   Właściwie   noc,   kiedy   zdobyli   pewność,   że   proces   starzenia   się 
trzydziestoletniego   szympansa   został   zahamowany.   Strzelił   szampan.   Dwa   szampany.   Potem   ten 
upadek ze schodów. Victor rozharatał sobie rękę. Joan odwiozła go do domu, opatrzyła. Przegadali 
prawie  całą  noc  o życiu  i  nie  padło ani jedno  słowo o szympansie!  Nad ranem Joan  zasnęła na 
kozetce, w odległości wyciągniętej dłoni. Ale bał się wyciągnąć tę dłoń, zresztą ręka bolała go jak 
wszyscy diabli. Dopiero w południe, kiedy wzięła kąpiel i wyszła z łazienki w jego starym szlafroku, i 
zapytała:
- Podobam ci się, Vick?
Zapomniał o wszystkich urazach, kompleksach i postanowieniach. Zapragnął jej natychmiast.
- Daj słowo, że się nie zakochasz, to zostanę z tobą - zaproponowała.
Odmówił. Mimo to została.
Urlop   na   Karaibach   przyniósł   pogłębienie   ich   związku.   Stanowił   krótki   moment   autentycznego 
szczęścia,   jakie   dać   może   miłość   ludzi   dojrzałych,   świadomych   erotycznego   kunsztu   i   sensu 
wzajemnego   uczucia.   Był   to   również   okres   ich   najwspanialszych   marzeń.   Wierzyli,   że   już   za   rok 
ludzkość skorzysta z wynalazku, że rozpocznie się niepowstrzymany pochód życia, raz na zawsze 
znoszący   zmorę   przemijania.   Geny   śmierci,   po   poddaniu   ich   działaniu   odczynnika   ypsilon,   nie 
regenerowały się. Jakaż wspaniała perspektywa otwierała się przed ludzkością uwolnioną od wiszące-
go nad głową każdego człowieka miecza Damoklesa, od bezwzględnej kary śmierci dla wszystkich, 
dotąd warunkowo tylko odroczonej w momencie przyjścia na świat.

***
Adwokat przypomina Humpty Dumpty z baśni Lewisa Car-rolla. Głos ma skrzekliwy, adekwatnie do 
figury, a okulary grubo szkliste w złotej oprawie. Jest obrońcą z urzędu, jednakże cechuje go poważny 
stosunek   do   swego   zadania.   W   jego   notesiku   znajduje   się   siedem   pytań,   które   zamierza   zadać 
profesorowi Andrewsowi. Nieszczęśliwemu, łatwowiernemu naukowcowi, który-wedle jego własnych 
słów   -   stał   się   ofiarą   szarlatana,   który   wyhodował   na   swym   łonie   węża   Eskulapa,   będącego 
zakamuflowanym grzechotnikiem.
- Pytania, które pragnę zadać, wypowiadam z przeświadczeniem, że prowadzą wyłącznie do poznania 
całej prawdy, która jest dla nas wszystkich wartością najwyższą - mówi. - Wśród zeznań profesora 
Andrewsa   znalazłem   parę   drobnych   nieścisłości.   Świadek   zeznał   między   innymi,   że   jego   córka, 
Joanna nie utrzymywała intymnych kontaktów z oskarżonym. Nie zaprzeczy pan, że w okresie, kiedy 
była pracownicą instytutu, wspólnie... Podrywa się oskarżyciel.
-Wysoki Sądzie, pytania mego kolegi nie dotyczą tematu niniejszej rozprawy. Wnoszę o ich uchylenie.
-Wysoki Sądzie, obrona ma chyba prawo... - słowa adwokata cichną ucięte szeptem Morleya:
-Proszę nie zadawać takich pytań!
Humpty Dumpty wzrusza ramionami, sędzia uchyla pytanie.

***
Zdenerwowanie   doktora   zaskoczyło   profesora   Andrewsa.   Pora   na   wizytę   też   była   nie 
najodpowiedniejsza. Środek nocy.
-Czy coś się stało, Victorze? - rzekł, ściągając mocniej poły szlafroka, rozchylane powiewem wiatru z 
otwartych drzwi.

background image

-Jestem przerażony!
W głosie wynalazcy słychać było rzeczywistą trwogę.
-Wchodź i mów, mój drogi.
-Dotychczas nie zajmowaliśmy się kosztorysem. Teraz jednak, kiedy wkraczamy w decydującą fazę, 
nie sposób chować głowy w piasek. Dokonałem wyliczeń, ile kosztować będzie jednorazowy zabieg 
unieśmiertelnienia.
-Ile?
Przez moment Morley bał się odpowiedzieć. Wreszcie wykrztusza: P
- Pięć milionów na jednego pacjenta, nie licząc standardowych kosztów szpitalnych.
Andrews nie dowierza.
- Kiedy terapia się upowszechni, jej cena znacznie się obniży - mówi. - O 20%. W ciągu najbliższych 
kilkunastu   lat   nie   można   wyobrazić   sobie   tańszej   produkcji   odczynnika   ypsilon.   Zdawałem   sobie 
sprawę, że nie będziemy mogli zapewnić nieśmiertelności wszystkim. Ale teraz widzę, że będziemy 
mogli dać tę szansę jedynie jednostkom.
Profesor nie wydawał się zaskoczony.
- Kto   mówi   o   wszystkich?   Chociażby   z   przyczyn   demograficznych   byłoby   to   ze   wszech   miar 
niewskazane. Nasz świat cierpi na przeludnienie, Victorze. Zresztą, iluż ze śmiertelników naprawdę 
zasługuje   na   nieśmiertelność!   Gawędziłem   na   ten   temat   z   moimi   przyjaciółmi   z   samej   góry.   Są 
przygotowani na to, że zabieg pozostanie elitarny. W pierwszej kolejności poddamy kuracji tych, którzy 
najbardziej potrzebują...
- Według   najbardziej   optymistycznych   danych   możemy   marzyć   najwyżej   o   dziesięciu   pacjentach 
rocznie.
-I to na początek obiecująca liczba. Minister zaproponował następujące rozwiązanie - połowę miejsc 
przeznaczy się dla tych, którzy zapłacą za zabieg podwójną cenę, drugą połowę przeznaczymy dla 
pacjentów z puli centralnej. Mamy już wstępną listę na najbliższe lata.
Victor pobladł. Oszołomiony zadawał sobie pytanie, jak było możliwe, że wcześniej nie brał pod uwagę 
takiego obrotu sprawy. Marzył o szczęściu dla wszystkich, no, może chwilowo, w okresie rozruchu, dla 
najwybitniejszych artystów i naukowców, tymczasem miał unieśmiertelnić multimilionerów i polityków.
- Ależ, profesorze, my nie możemy tak postąpić! - wykrzyknął.
- Nie można nieśmiertelności sprzedawać za pieniądze czy rozdzielać jak stanowiska po kolejnych 
wyborach.
- Uważasz się, mój złoty, za nowego Prometeusza? Serdecznie gratuluję samopoczucia, ale proszę 
nie zapominać, że jesteśmy pracownikami agencji rządowej - głos Andrewsa zrobił się zgryźliwy.
- Nie możemy bawić się na własną rękę w świętych Mikołajów. Wydane zostały ogromne pieniądze. 
Prasa   zaczyna   interesować   się   naszym   utajnionym   programem.   Zresztą,   jak   pan   wyobraża   sobie 
rozdzielanie promes na zabiegi?
-Może losując wśród najwartościowszych jednostek.
-Totalizator nieśmiertelności? Stanowczo masz zbyt duże poczucie humoru.
-Nigdy   nie   przestanę   sobie   wyrzucać   własnej   łatwowierności.   W   ostatnich   tygodniach,   przed 
rzekomym finałem prac, zachowanie Morleya było więcej niż podejrzane. Prawdopodobnie czuł, że 
zbliża się kres jego mistyfikacji.
-Jakie więc były, zdaniem pana, motywy postępowania oskarżonego, jeśli nie wierzył w powodzenie 
swego doświadczenia?
- Sędzia przerywa na moment wypowiedź profesora Andrewsa.
-Moim zdaniem absolutnie materialne. Przez jego ręce przechodziły wielkie pieniądze, pewnych kwot 
nie możemy się doliczyć. Kto wie, ile z tego trafiło na prywatne konta jego lub wspólników.
- Nie ma żadnych dowodów na jakąkolwiek defraudację - podrywa się adwokat.
- Tak,   nie   ma   na   to   dowodów   -   mówi   spokojnie   profesor   -   i   przepraszam   pana   Morleya,   jeśli 
oskarżyłem go niesłusznie. Istnieje jeszcze druga możliwość, tłumacząca jego postępowanie. Ślepa 
wiara w swoją teorię i brak odwagi, aby przyznać, że od początku była chybiona. To się zdarza. Wielu 
współpracowników   może   zaświadczyć,   że   jego   stan   psychiczny   był   wówczas   opłakany.   Najbliżsi 
współpracownicy nie mogli się z nim dogadać. Moja córka wzięła urlop, żeby tylko nie stykać się z tym 
osobnikiem.
Na   moment   mięśnie   twarzy   Victora   sztywnieją,   ale   już   po   chwili   rozprężają   się   w   apatycznym 
bezkształcie.   Czy   właściwie   mógł   się   dziwić   postawie   starego   naukowca?   Ostatnie   tygodnie   prób 
Morley spędził w laboratorium praktycznie sam. Czuł się jak długodystansowiec pokonujący ostatnie 
okrążenie.   Był   tak   rozemocjonowany,   że   dopiero   po   dwóch   dobach   dostrzegł   nieobecność   Joan. 
Zadzwonił.   W   willi   profesora   nikt   nie   odpowiadał.   Trochę   go   to   zdenerwowało,   nie   mógł   jednak 
opuszczać zakładu. Zadzwonił do przyjaciółki swej asystentki. Również nie widziała Joan od trzech 
dni. Czyżby coś się stało? Telefon o północy i znajomy głos sprawiły mu ulgę.

background image

-Vick...
- Nareszcie. Co się z tobą dzieje, kochanie? Nie przychodzisz do pracy, nie odbierasz telefonu.
Odpowiedź była krótka. Ojciec! Stary Andrews wręcz wściekł się. Postanowił nie wypuszczać córki z 
domu, póki Morley nie zmieni zdania i nie zgodzi się przyjąć pierwszej grupy wysoko postawionych 
pacjentów.
-Nie   mogę   mu   teraz   ustąpić,   Joan.   Byłoby   to   sprzeniewierzeniem   się   własnym   przekonaniom. 
Czasami w ogóle żałuję, że odkryłem odczynnik ypsilon.
-Co więc zrobisz?
-Nie wiem. Mam nadzieję, że i u nich zwycięży rozsądek. Jeśli zgodzą się na nieśmiertelność dla 
najlepszych, jeśli zwiększą fundusze, może za parę lat będziemy mogli dawać wieczne życie bardziej 
egalitarnie...
-A co z twoim ochotnikiem?
Dwa tygodnie wcześniej wyznał jej, że znalazł ochotnika, który na próbę podda się zabiegowi. Jego 
nazwisko zachował w tajemnicy. Sid Andrews w ogóle nie wiedział o tym eksperymencie.
-   Zabieg   udał   się   -   powiedział   Morley.   -   Ten   człowiek   jest   już   nieśmiertelny.   Chciałbym,   abyś 
asystowała przy następnym zabiegu.
Joan tłumaczy, że na razie to niemożliwe, potem nagle rozmowa zostaje przerwana. Victor próbuje 
dzwonić. Sygnał - zajęte! Nalewa z termosu kawy i wraca do swych testów krwi nieśmiertelnego. To w 
tej chwili jest naważniejsze.

***
Saul   Mayer   odwiedził   go   wieczorem   w   celi.   Jak   należało   się   spodziewać,   rozprawę   zamierzano 
zakończyć w dniu następnym. Mecanas nie taił swego zdenerwowania. Nawet występujący z urzędu 
adwokat nie lubił spraw, w których klienci nie chcieli z nim współpracować.
-Niepotrzebnie pan się denerwuje, mecenasie - mówi cicho Morley. - Wszystko zostało rozstrzygnięte 
dużo wcześniej. Nie powinien pan się w to w ogóle angażować.
-Mimo wszystko jestem człowiekiem. Ponadto interesuje mnie pańska konstrukcja psychiczna. Skąd w 
panu   tyle   rezygnacji?   Rozumiem,   dużo   pan   przeżył,   lekarze   jednak   twierdzą,   że   jest   pan   zdrów 
psychicznie. Trzeba się więc otrząsnąć z apatii, bronić! Nie wolno zgodzić się na rolę kozła ofiarnego! 
Proszę mi pozwolić rozprawić się przynajmniej z tą gnidą.
-Z kim?
-Z Andrewsem. Pan najwyraźniej go osłania. A przecież stary drań sprzedaje pana bez skrupułów. 
Profesorek umywa ręce! O niczym nie wiedział! W niczym nie uczestniczył. Nie chce się pan bronić, 
pana sprawa, ale niech przynajmniej on.dostanie za swoje. Nie zgodził się pan na świadków obrony, 
proszę przynajmniej pozwolić mi na prezentację tej kasety.
-Co to jest? - Victor spogląda na płaskie pudełeczko.
-Pewna  rozmowa   profesora  Andrewsa   nigdy nie  udostępniona  opinii  publicznej.  Tak jak  nigdy  nie 
miano ujawnić prawdy o zabiegach, aby nie stwarzać dodatkowych napięć społecznych. Moja sprawa, 
jak zdobyłem kopię. Chce pan posłuchać?
Nie czekając na odpowiedź, obrońca uruchamia mały magnetofon.
„Nie będę ukrywał, panowie, bliski jest ten historyczny dzień finału badań, zainicjowanych przeze mnie 
i prowadzonych przez specjalną sekcję instytutu. Metoda Andrewsa, o której panom
wspomniałem, pozwoli po jednorazowym zabiegu, niszczącym geny śmierci, na przedłużenie życia 
pacjenta w nieskończoność.
-Czy będzie to nieśmiertelność absolutna? - odzywa się głos, którego Victor nie rozpoznaje.
-Nie sądzę, byśmy mogli wykluczyć nieszczęśliwe wypadki, samobójstwa czy morderstwa. Twierdzę 
jedynie  z  całą   mocą,   że  u  człowieka,  który  przejdzie   naszą  kurację,  zostanie  zahamowany  zegar 
biologiczny, samopowtarzanie komórek przebiegać będzie w nieskończoność. Ba, wyrastać będą na 
nowo zużyte zęby, zniknie zjawisko łysienia, osteoporoza, przytępienie słuchu i wzroku. Dodam, że 
automatycznie nastąpi uodpornienie organizmu na choroby  zakaźne,  nowotworowe czy krążeniowe. 
Ba, dochodzić będzie nawet do pełnej regeneracji komórek nerwowych, co dotąd nauka kategorycznie 
wykluczała.
-Podobno dokonano już pierwszego zabiegu. Co z tym szczęśliwcem?
Głos profesora traci pewność siebie, można by domniemywać, że dyrektor instytutu nie ma na ten 
temat bliższych danych. Obraca pytanie w żart.
-Poznamy go po tym, że nas przeżyje!
Wybuch śmiechu."
Saul Mayer zatrzymuje nagranie i spogląda tryumfalnie na klienta.
- Ma się swoje kontakty, co? Zobaczymy ich miny jutro.
-Nie zobaczymy - odpowiada cicho Morley. - Nie zgadzam się na ujawnienie tej taśmy.

background image

-Pan jest naprawdę patentowanym osłem! - wrzeszczy adwokat. - Grozi panu więzienie, z którego nie 
wyjdzie pan do końca życia!
-Chce mi się spać! I panu też życzę kolorowych snów.

***
Sala   jest   poruszona.   Nie,   nie   chodzi   nawet   o   to,   że   za   chwilę   zostanie   wydany  wyrok.   Wszyscy 
studiują   tekst   ostatniej   wiadomości,   z   którą   Agence   France   Presse   ubiegła   swe   amerykańskie 
konkurentki. Dzielna Martha! Znalazła świadka, jednego z laborantów Instytutu Nowej Terapeutyki. 
Twierdził on z uporem, że uczestniczył w przygotowaniu do zabiegu unieśmiertelnienia. Jest pewien, 
że doktor Morley taki zabieg przeprowadził i wobec tego żyje na ziemi jeden człowiek równy bogom. 
Nagłówki pism zwracały się do niego wielkimi literami. „GDZIE JESTEŚ, NIEŚMIERTELNY?", JIATUJ 
SWEGO DOBROCZYŃCĘ!"
Nikt naturalnie nie wierzy w prawdziwość rewelacyjnego zeznania, niemniej wszyscy czujnie wpatrują 
się   w   widzów,   którzy   niczym   mielonka   z   maszynki   do   mięsa   wylewają   się   przez   wejście   do   sali 
sądowej. Gdybyż ów nieśmiertelny się zjawił. Mój Boże, cóż to byłaby za sensacja!
A gdzie jest myślami Victor Morley? W laboratorium. Jak zwykle był w swoim laboratorium tamtego 
fatalnego dnia. Po ostatniej rozmowie z profesorem, nerwy doktora były napięte jak druty trakcyjne 
podczas   mrozu.   Stary   Sid   od   próśb   przeszedł   do   pogróżek.   Żądał   podporządkowania   się   jego 
decyzjom   i   przygotowania   pawilonu   dla   pierwszych   wybrańców.   Wynalazca   nie   zamierzał   jednak 
ustępować.
Przebieg zdarzeń owego wieczoru jest dość znany. Około ósmej zamykają się drzwi za ostatnim ze 
współpracowników   laboratorium   i   Victor   pozostaje   sam.   O   ósmej   piętnaście   rozpoczyna   skromną 
kolację.   O   ósmej   czterdzieści   odbywa   krótką   rozmowę   telefoniczną   z   dyrektorem   Departamentu 
Zdrowia. Treść rozmowy nie jest znana, sekretarka dygnitarza utrzymuje, że Morley zdradzał silne 
podenerwowanie. Wreszcie dziewiąta dwanaście... Kolejny telefon.
-Słucham, Morley.
-Mówi Rimley - Victor poznaje głos kierowcy i po trosze goryla profesora Andrewsa. Zawsze pewny, 
trochę arogancki, dziś brzmi dziwnie, nieco histerycznie.
-Słucham, Ben.
-Panienka prosiła, żebym zadzwonił -jąka się Rimley - prosiła, żebym ostrzegł pana. Mają zamiar 
zmusić  pana  do  oddania  laboratorium,  dyskietek i  notatek,  nie cofną  się  przed  niczym.  Są  już w 
drodze.
-Kto?   -Victor   ocenia   pogróżkę   za   realną,   fakt   jednak,   że   telefonuje   najbardziej   zaufany   człowiek 
profesora, powoduje wzmożenie czujności.
-Wie pan doskonale, kto. Tyle miałem do przekazania.
-Dlaczego Joan nie zadzwoniła sama, mógłby ją pan przecież dopuścić do telefonu.
-Nie mogę... -jest w słowach goryla ton tak dziwny, niepokojący, że Morley ponawia pytanie, dlaczego?
-Kiedy dowiedziała się o planie... chciała pana ostrzec. Uciec.
Otworzyła okno, wyszła na parapet. Pośliznęła się.
- I co? Na miłość boską! To przecież tyiko pierwsze piętro.
—Na dole jest ogrodzenie, wie pan, ostre stalowe pręty zwieńczone ostrzmi w kształcie lilii. Spadła... 
Zdążyła jeszcze powiedzieć, żebym pana ostrzegł. Musiałem... - ochroniarz płacze - proszę nie mówić 
nic staremu.

***
Machinalnym ruchem Victor odkłada słuchawkę, twarz nieruchomieje. Rozważa możliwość ucieczki. 
Widzi światła nadjeżdżających samochodów. Zabrali mu Joannę, przybywają po wynalazek. Jak w 
transie rusza do działania. Dwa kanistry z benzyną. Notatki, retorty... Cały zapas odczynnika ypsilon.
Jęzory ognia ogarniają pawilon. Ukochane dziecko Morleya. Z głuchym hukiem eksplodują pojemniki z 
odczynnikiem.   Wynalazca   nie   ucieka.   Jest   przekonany   o   słuszności   swej   decyzji.   Wie,   że 
nieśmiertelność wyłącznie dla nielicznych byłaby dla ludzkości prawdziwą puszką Pandory, źródłem 
konfliktu,   podziałów   i   wielkich   dramatów   tych,   którym   nie   dane   byłoby   zostać   wybranymi.   Nie 
wykluczone byłyby akty terroryzmu.
Strażom pożarnym udało się uratować Morleya, natomiast z laboratorium zostały tylko wypalone ruiny. 
Przybyła policja znalazła w nich zwęglone zwłoki Joanny Andrews.
Akta   przechowywane   w   archiwum   profesora   okazały   się   celowo   zniekształcone   i   bezużyteczne. 
Tajemnica nieśmiertelności kryła się. już tylko w mózgu odkrywcy.
Czegóż nie robiono, aby ten mózg przejrzeć! Wielogodzinne przesłuchania i testy psychiatryczne. 
Prośby   i   groźby.   Zachęty   i   obietnice.   Kuszenie   sławą   i   roztaczanie   perspektywy   więziennej 
samotności. Morley oparł się wszystkim naciskom. Gdzieś w głębi pamięci ochronił maleńkie enklawy 

background image

wspomnień,  wyidealizowane  światy  przeszłości.  Tym  żył. A  czasami  nawet  potrafił  się  uśmiechać. 
Nawet teraz, kiedy przed trybunałem rozważano jego los.
-   Biedny  wariat   -   osądzało   99   procent   zgromadzonej  publiczności.   Nieśmiertelny  nie   zjawił   się   w 
sukurs.
Oskarżyciel   ponowił   zarzuty   -   wspomniał   o   zmarłym   podczas   pożaru   laboratorium   jednonogim 
dozorcy, o pannie Morley, którą pożar zaskoczył w instytutowym garażu, o dwóch ciężko poparzonych 
strażakach. Mimo protestów Andrewsa (cóż za szlachetność) śmierć Joan miała obciążyć naukowca 
szalbierza. Adwokat ripostował blado. Mówił o niejasnościach, o wątpliwościach motywacyjnych, o 
dziwnych ranach na ciele Joanny. Usiłował skłonić sąd do zawieszenia sprawy i poddania Morleya 
dłuższej   obserw-cji   psychiatrycznej.   Aż   wreszcie   łamiąc   wcześniejsze   ustalenia,   wykrzyknął 
dramatycznie:
- Victorze Morley, rozumiem, że przeżył pan wiele, że ugiął się pod ogromnym brzemieniem nacisków 
i odpowiedzialności, o wiele nie proszę, uczyń jedno -zdradź nazwisko swego pacjenta, na którym 
dokonałeś zabiegu. Personel twierdzi, że nad kimś pracowałeś, choć nikt nie widział nad kim. Zużyłeś 
pokaźną dawkę ypsilonu. Powiedz, czy to prawda. Czy istnieje nieśmiertelny?
Wszystkie głowy, nie wyłączając sędziego i oskarżyciela, kierują się w jedną stronę. Nawet muchy 
spacerujące   po   suficie   wstrzymują   oddech.   Wargi   wynalazcy   drgnęły.   „Sacre   Dieu,   powie!"   - 
przemknęło przez głowę Marthy.
- Cholera,   przegraliśmy!   -   przełknął   ślinę  Andrews.   Wzrok   Morleya   omiata   salę.  Tych   wszystkich, 
którzy jak pokolenia przed nimi i zapewne pokolenia po nich, zmuszeni będą opuścić kiedyś ów „padół 
łez". Jakby zastanawiał się. Powie: nie – pozostanie w opinii wszystkich hochsztaplerem, tak - wprawi 
w rozpacz wszystkich, którzy pogodzeni z nieuchronnością śmierci dowiedzieliby się o utracie szansy. 
Uśmiecha się. I nie odpowiada.
- Cóż za cynizm - syczy oskarżyciel.
Werdykt jest ciekawy, ale to przecież niezwykły proces: dożywotnie więzienie w pełnym odosobnieniu, 
bez   możliwości   złagodzenia,   zmniejszenia   lub   zawieszenia   kary.(Adwokat   odwoływał   się   od   tej 
bezprecedensowej formuły, ale zaakceptował ją dwa lata później Sąd Najwyższy). A więc dożywocie.
Kiedy Saul Mayer poinformował o tym swego klienta (była to zresztą ostatnia rozmowa obu panów), 
coś jakby cień strachu przebiegło przez twarz Victora. Rychło jednak uśmiech powrócił na bladą twarz.
- Zobaczymy.

***
Dwie mile za Stalowymi Wzgórzami, tam gdzie koryto rzeki Bez Nazwy przedarło się przez dawną 
Nieckę Miasta, znajduje się z roku na rok coraz bardziej przysypywany piaskiem bunkier.
Funkcjonuje   bardzo   dobrze.   Zapewne   dzięki   nienagannie   działającym   siłowniom   przetrwa   jeszcze 
bardzo   wiele   lat.   Równie   bez   zarzutu   pracuje   system   komputerowego   zabezpieczenia,   który 
wprowadzono  po   kolejnym  strajku  strażników  ludzi.  Cybernetyczni  „klawisze",  uprzejmi  i   grzeczni, 
dostarczają   jedynemu   więźniowi   wszystkiego,   co   potrzeba   -   pożywienia   z   laboratorium,   zmiany 
odzieży, zmuszają do spacerów, gimnastyki i łaźni. Golą, myją, strzygą. Chętnie na życzenie grają w 
szachy i karty. Nie chcą jednak - mimo tysięcy dyskusji, zabiegów i tłumaczeń - wypuścić. Nie trafia do 
nich żadna  argumentacja.  W najgłębszych  obwodach mają  bowiem zakodowany  rozkaz:  pilnować 
więźnia. Jak dożywocie, to dożywocie.
Niechętnie mówią o wiadomościach z zewnątrz. Zresztą, co to za wiadomości? Plaga szczurów, wyrój 
szarańczy, wylew rzeki.
Ludzie   zniknęli   z   powierzchni   Ziemi   kilkanaście   tysiącleci   temu.   A   więzień,   cóż,   jest   to   dziwny 
skazaniec - czasami wpada w furię, wyje, żąda, żeby mu nie dawać pożywienia, żeby odciąć dopływ 
tlenu. Kiedyś usiłował głodować. To karmili dożylnie i dawali pigułki optymizmu. Żyje więc. Ostatni 
egzemplarz interesującego, wymarłego gatunku. Gatunku, który chciał być równy Bogu. Nieśmiertelny.

Wariant autorski

Dziewczyna w dżinsach wyszła prawie na środek drogi, nie przestając wymachiwać ręką.
„Ładna - pomyślał Martin, wymijając ją szerokim łukiem. - Bardzo ładna".
Miała szczupłe nogi, metaliczne włosy, śmieszną, na wpół dziecinną buzię. Normalnie zabrałby ją do 
wozu. Teraz nie mógł. Działał według instrukcji. Wkrótce las się skończył, a właściwie pojawiła się 
obszerna polana, z widocznymi w oddali pawilonami nowoczesnego motelu. Vis-a-vis motelu widać 
było   niski   budynek   warsztatu   samochodowego,   udrapowany   wywieszkami   Toyoty,   Forda   i 
Volkswagena. Poza nim polanę z trzech stron zamykał bór, pełen wilgoci, ptactwa i żółknących liści. Z 
czwartej   rozciągała   się   zatoka   jeziora.   Podróżny   skręcił   na   podjazd   do   warsztatu.   Podjazd   był 
pustawy,   jeśli   nie   liczyć   dwóch   starych   betoniarek.   Wyszedł   mechanik,   rudy   byczek,   o   czerwonej 

background image

twarzy zadowolonego z siebie idioty.
- Kolizyjka? - uśmiechnął się, stukając butem o karoserię samochodu.
Martin skinął głową. Cały lewy bok wozu wyglądał kiepsko. Zmiażdżony błotnik, uszkodzone drzwi, 
potłuczone   światła,   oderwany   zderzak.   Jakże   zdziwiłby   się   mechanik,   gdyby   mógł   zobaczyć,   jak 
godzinę temu pan Volontier metodycznie dewastował swój wóz, ocierając go mozolnie o betonową 
podporę kolejowego wiaduktu.
- Długo potrwa naprawa? - spytał Martin.
Ryży rozłożył ręce, ale parę banknotów spowodowało, że wesoło klepnął maskę.
-Klepanko, lakierowanko... Jutro w południe będzie jak nowy.
Klient zmarszczył brwi.
-Bardzo   się   śpieszę.  A  poza   tym,   co   przez   ten   czas   miałbym   robić   ze   sobą?   Zdaje   się,   że   do 
najbliższego miasta mamy pięćdziesiąt mil.
-Sześćdziesiąt. Ale obok jest motel, całkiem przyzwoity i o tej porze roku prawie pusty.
Volontier   westchnął,   dał   kluczyki   i   ruszył   w   stronę   białych   schodków.   Szedł   wolno,   jak   człowiek 
wytrącony z normalnego rytmu. Minęła go dziewczyna w dżinsach. Biedactwo, musiała zrobić pół mili 
na piechotę. Uśmiechnął się. Obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem i skręciła do baru. Faktycznie, 
mógł ją podrzucić. Wziął klucz od pokoju, ale poprzestał na wniesieniu tam teczki.
- Przespaceruję się - powiedział do recepcjonisty, mimo że ów nie pytał o nic, zadowalając się wpisem 
w księdze: - „Michael Vernon z Montrealu".
Jezioro znajdowało się o czterysta metrów od motelu. Idąc według otrzymanych wskazówek, brzegiem 
doszedł do świeżo ściętej trzciny.
Zdjąwszy buty i podwinąwszy spodnie wszedł w trzciny. Woda była cieplejsza, niż myślał. Bez trudu 
znalazł   łódkę.   Stała   dokładnie   tam,   gdzie   powinna.   Cicho   wiosłując,   przepłynął   na   drugą   stronę 
cieśniny   okolonej   ciemnym   borem   i   przycumował   przy   starym,   prawie   nie   wyrastającym   z   trzcin 
pomoście. Stąd zarośnięta ścieżka zaprowadziła go do starej leśniczówki. Oglądał się parokrotnie za 
siebie. Nikt go nie śledził.
- Brawo,   pełna   precyzja.   Nie   spóźnił   się   pan   ani   minuty!   -   powiedział,   spoglądając   na   zegarek, 
szczupły   mężczyzna   o   krótkich,   połyskliwych   włosach   i   wąsie   przypominającym   przylepiony   pod 
nosem   kłębek   wełny.   Nie   wyglądał   na   leśniczego,   mimo   że   całe   wnętrze   budynku   wypełniały 
skrzyżowane   dubeltówki,   rogi   łowieckie,   oleodruki.   Jeszcze   raz   przyjrzał   się   postawnej   sylwetce 
przybysza i spytał ciszej:
-Martin Volontier, nieprawdaż?
-Nazywam się Michael Vernon, wybrałem się na spacer i myślałem...
-W porządku - uśmiechnął się ciemnowłosy. - Jestem major Omikron z Grupy Specjalnej. Poza tym, 
po co pytam? Któż nie zna twarzy mistrza Volontiera. Jeszcze w szkole zaczytywałem się pańskimi 
opowiadaniami.  Zawsze  nurtowało  mnie,  skąd  pan  bierze  pomysły? A  „Słoneczną stronę  Planety" 
znam na pamięć. „Siwy jednym wprawnym skokiem dopadł pneumolotu..." - zacytował.
Pisarz wzruszył ramionami. Nie przybył tu na wieczór autorski. Właściwie nie wiedział nawet, po co go 
ściągnięto.   Wczoraj   przed   północą   odwiedził   go   ktoś   przedstawiający   się   jako   profesor   Morris. 
Proponował królewskie honorarium za udział w poważnym naukowym eksperymencie. Prosił o pełną 
konspirację.
- Rozumiem, chciałby pan od razu przystąpić do rzeczy - domyślił się Omikron. - Zatem chodźmy.
Otworzył   dwuskrzydłowe   drzwi   dębowej   szafy.   Pisarz   zdumiał   się,   wewnątrz   czekała   na   nich 
nowoczesna kabina windy.
- Pomysłowe, prawda? - oficer puścił gościa przodem i nacisnął jeden z dwudziestu guzików. Ruszyli. 
- Zupełnie jak w „Grocie syren". Przyznam się, skopiowaliśmy nasze centrum dokładnie z pańskiego 
opowiadania. Ale przynajmniej tu możemy być pewni, że nikt nam nie przeszkodzi...
Winda   zatrzymała   się   na   poziomie   piątym.   Weszli   do   wielkiego   pomieszczenia,   przy   ścianie   stał 
strażnik z automatem, w głębi nad biurkiem pochylała się chuda postać profesora Mor-risa (o ile było 
to jego prawdziwe nazwisko). Drzwi windy zasunęły się automatycznie.
- Od razu zabierzmy się do rzeczy - powiedział profesor, nie tracąc czasu na jakiekolwiek wstępy. - 
Niech pan siada.
Światło przygasło, a w głębi zapłonął ekran wideo. Jak okiem sięgnąć, ciągnęło się przygnębiające 
odludzie - kraina bagnisk, karłowatych drzew i zimnych wiatrów. Labrador! „Ziemia, którą Bóg dał 
Kainowi"   -jak   napisał   klasyk.   Czarno-biały   film   ukazywał   kępę   namiotów,   hangar   ze   sprzętem, 
wreszcie   wykop.   Ekipa   geologów   zwabiona   podwyższonym   wskaźnikiem   radioaktywności   gruntu 
pracowała ze wzmożonym wysiłkiem. Nie było potrzeby  mrozić gruntu, mimo  wiosny, temperatura 
utrzymywała się ciągle poniżej zera. Poszukiwany obiekt nie leżał głęboko, a wszystko wskazywało, 
że raczej został zatopiony w bagnisku niż runął weń sam. Zbliżenie na ascetyczną twarz profesora 
Morrisa, promieniującą autentycznym podnieceniem. W końcu nie codziennie znajduje się latający 

background image

talerz!
Kosmiczny   spodek   wyglądał   dokładnie   tak,   jak   we   wszystkich   gazetowych   historyjkach   i 
popularnonaukowych   opisach.   Wykonano   go   z   nieznanego   na   Ziemi   stopu,   niezniszczalnego 
dostępnymi   metodami.   Może   dlatego   jego   pasażerowie   nie   zniszczyli   wehikułu,   poprzestając   na 
zatopieniu. Bo musieli być jacyś pasażerowie. Pojazd znaleziono otwarty.
Z   „meteorytem   tunguskim"   łączyła   go   wyłącznie   przyrodnicza   sceneria   dalekiej   północy   -jego 
pojawieniu nie towarzyszyły żadne detonacje i kataklizmy, nie licząc pewnej liczby martwych ryb w 
miejscowych   rozlewiskach.   Ustalono   datę   prawdopodobnego   lądowania.   Zatopienie   miało   miejsce 
dziewiętnaście i pół roku temu. Ówczesne obserwacje astronomów wspominały o małym świetlistym 
punkcie dość szybko zbliżającym się w stronę Ziemi; uznano go za meteor. Nieoczekiwanie, już blisko 
Ziemi, stracono go z oczu. Przypuszczano, że spalił się w górnych warstwach atmosfery. Co ciekawe, 
przelotu talerza nie odnotował żaden radar z Goose Bay, Chimo czy Fort Harrison. Dopiero dziś, 
patrząc   ze   współczesnej   perspektywy,   owo   lądowanie   można   wiązać   z   tajemniczym   zniknięciem 
trzech samolotów bojowych, które odbywając rutynowy lot nad Arktyką, weszły 2 października w strefę 
chmur, po czym urwał się ich kontakt z bazą. Ostatnie słowa jednego z pilotów brzmiały: „Zejdę niżej, 
to interesujące". Nikt nie widział od tej pory samolotów ani dziewięciu ludzi z załogi. Prawdopodobnie 
spoczywali teraz na dnie Atlantyku. A jednak profesor Morris znalazł wewnątrz kosmicznego wehikułu 
nieduży płaski klucz od skrytki bankowej należący do Johna Cabindy, strzelca pokładowego jednego z 
samolotów. Profesor nie uznał jednak za celowe dzielić się tym odkryciem z kimkolwiek.
Zainteresował   go   też   inny,   zlekceważony   przed   laty   fakt,   odnotowany   przez   lokalną   prasę.   Stary 
kłusownik Jednooki Sam opowiadał przy wódce, że w nocy z 2 na 3 października widział grupkę 
dziewięciu   mężczyzn   w   białych   kombinezonach,   dążących   w   deszczu   w   stronę   jedynej   szosy   w 
okolicy.   Opowieść   Sama   przekazano   do   akt   i   zapomniano   o   niej.   Kiedy   jednak   profesor   Morris 
odgrzebał historię i próbując odnaleźć gawędziarza, dotarł do rodzinnej osady kłusownika, dowiedział 
się   o   ciekawym   zbiegu   okoliczności.   Jednooki   Sam   zmarł   wkrótce   po   opublikowaniu   jego   relacji, 
spadając po pijanemu z mostu w nurt lodowatej rzeki. Nie żył również kierowca pocztowej terenówki, 
który 4 października przemierzał owe niegościnne rubieże i zamiast do punktu docelowego, zmienił 
trasę, kierując się z niewyjaśnionych przyczyn na południe, gdzie, w pobliżu Quebecu, na ostrym 
zakręcie wypadł z drogi i spłonął we wraku.
Tu Omikron przerwał na moment relację i przypomniał, że detektywistyczne poszukiwania geologa o 
ambicjach   śledczego   miały   miejsce   znacznie   później,   niż   sceny   pokazywane   w   filmie.   Wcześniej 
doszło   do   wydobycia   talerza.   Ceremonia   odbywała   się   w   klimacie   zrozumiałego   utajenienia, 
dopuszczano przecież możliwość ziemskiego pochodzenia obiektu. Dokładne przeszukanie pojazdu 
wskazywało, że pasażerów musiało być dziewięciu, były to istoty nie większe niż pięść dorosłego 
mężczyzny.   Wszystkie   ulotniły   się   bez   śladu.   Analiza   magazynu   i   kuchni   w   pojeździe   skłoniła 
naukowca  do  postawienia ciekawej  hipotezy:  ówczesna  katastrofa  eskadry  nie  była  przypadkowa. 
Kosmici znaleźli sposób, aby sprowadzić samoloty na ziemię (o sześć mil od talerza było lotnisko nie 
używane od wojny światowej), a następnie... Cóż, można fantazjować, czy możliwe jest stworzenie 
symbiotycznej   całości   z   Ziemianina   i   przybysza   z   gwiazd,   ulokowanego   wewnątrz   człowieka   na 
podobieństwo robaka w jabłku? Morris przypuszczał, że tak. Znalazło się nawet odpowiednie miejsce 
na ulokowanie pasożyta - przestrzeń w klatce piersiowej, powstała po usunięciu prawego płuca. Stąd 
kłączowaty   system   nerwowy   lokatora   rozprzestrzeniał   się   na   cały   organizm   żywiciela,   skutecznie 
kontrolując jego mózg i rdzeń kręgowy. Czy jednak zabiegu dokonano już 3 października, czy też 
sterowani hipnotycznie żołnierze dotarli najpierw ze swymi pasażerami (choćby noszonymi w chle-
bakach) do cywilizacyjnych okolic, trudno ustalić.
Co   się   tyczy   samolotów,   musiały   zostać   po   prostu   spalone   czy   raczej   unicestwione   nieznanym 
sposobem na opuszczonym lotnisku, więc nie pozostał po nich nawet ślad.
- Czyli - konkludował major Omikron, spoglądając z niejaką satysfakcją na osłupiałego Volontiera - od 
blisko dwudziestu lat kosmici są wśród nas. I co pan na to, drogi autorze „Słonecznej strony Planety"?
Profesor Morris był człowiekiem ambitnym. Swoje przemyślenia zostawiał dla siebie, poprzestając, na 
użytek ekipy, jedynie na oczywistych konstatacjach. Zrozumiałe, że sporządził dokładny raport dla 
władz i miał go w odpowiednim momencie przekazać, kiedy nastąpiły rzeczy dziwne i niewyjaśnione. 
Wyższe   czynniki   odwołały   ekipę.   Znaleziskiem   miała   zająć   się   Grupa   Wydzielona.   Posunięcia 
tłumaczono mętnie względami obronności. Morris był jednak człowiekiem upartym, dotarł do ministra 
(pozwólcie, że w naszej relacji unikać będziemy nazwisk) i przedłożył swój raport. Okazało się, że 
minister nic nie wiedział o zablokowaniu akcji, całością spraw zawiadywał jego zastępca (nazwijmy go 
Generałem), czterdziestosześcioletni ambitny oficer latynoskiego pochodzenia.
Morris podzielił się swymi rozterkami. Minister uspokajał go jowialnie, obiecywał wszystko wyjaśnić, w 
tym   celu   mieli   się   spotkać   nazajutrz.   Opuszczając   gmach   rządowy,   profesor   odczuwał   jednak 
nieokreślony niepokój. I słusznie. Jeszcze tej nocy minister zmarł w swojej rezydencji na zawał serca. 

background image

Cóż, w naszych nerwowych czasach zdarza się to nawet osobnikom uchodzącym za okazy zdrowia. 
Obowiązki szefa przejął Generał.
Czasami swe życie można zawdzięczać pechowi. Któż mógł przypuszczać, że wóz profesora Morrisa 
zepsuje się na ruchliwej ulicy i że naukowiec postanowi iść na spotkanie z Generałem pieszo, a w 
czasie mimowolnego spaceru zwichnie nogę i przez jednego ze swych dawnych uczniów, który akurat 
się napatoczył, zostanie odwieziony do zaprzyjaźnionego ortopedy. A czy trzeba większego zbiegu 
okoliczności niż taki, że brat bliźniak profesora zapragnie w tym samym czasie go odwiedzić? Nie 
mogąc się dodzwonić do drzwi, wyjmie klucz spod słomianki i beztrosko paląc papierosa, wejdzie do 
środka? Ktoś musiał nie zakręcić w mieszkaniu gazu. Fred Morris poczuł zapewne jego zapach, ale za 
późno. Huk, podmuch, deszcz spadającego szkła...
Po wizycie u ortopedy profesor zasiedział się u swego ucznia. Rano dowiedział się o śmierci ministra i 
brata, gazety zresztą podawały, że zginął on sam.
Uczniem, który w dramatycznej sytuacji podał mu rękę, był eks-policjant, eks-naukowiec, a obecnie 
szyszka w dowództwie wojsk chemicznych, przez przyjaciół nazywany majorem Omikronem. On to 
właśnie skłonił naukowca, aby podjął wyzwanie losu i zgodził się przejąć tożsamość własnego brata.
-Bardzo ładny scenariusz, prawda? - spytał Omikron. Twarz Volontiera zrobiła się niezykle poważna.
-Dlaczego opowiadacie mi o tym wszystkim? - zapytał.
-Dlatego, iż w świetle posiadanych danych, mamy prawo domniemywać, że dziewiątka przybyszów z 
innego układu nie bez powodu owego drugiego października znalazła się na Ziemi. Nie dla żartu 
zarobaczywiła się w ciałach pilotów, przy czym, w czyich znajduje się obecnie, trudno dociec.
-Tylko tyle?
-Tylko? Mam powody porzypuszczać, iż była to grupa zwiadowcza, a może coś więcej, grupa mająca 
rozpoznać teren i przygotować wszystko do inwazji.
-Inwazji? - Volontier zerwał się na równe nogi.
-Tak. Dokładnie po dwudziestu latach.
-Ale to tylko hipoteza?
-Niestety, nie. Z obserwatoriów astronomicznych donoszą nam o roju świetlistych plamek zbliżających 
się z ogromną prędkością w naszą stronę. Wiele wskazuje, że około pierwszego, pojazdy „obcych" 
znajdą   się   w   pobliżu   Ziemi.   Wiemy,   że   mają   nad   nami   znaczną   przewagę,   biologicznie   są 
niezniszczalni,   dysponują   ogromnymi   możliwościami   oddziaływania   na   ludzką   psychikę   i   co 
najważniejsze, są pozbawieni skrupułów.
Martin otwiera usta, by coś powiedzieć, ale nic rozsądnego nie przychodzi mu do głowy. Odzywa się 
profesor:
-Naszą sytuację utrudnia fakt obecności wśród Ziemian owych dziewięciu. Kto zresztą wie, czy nie 
było i drugiego zwiadu, a więc pewnej ilości agentów, którzy zagnieździli się wśród nas później. Przy 
ich   możliwościach,   nosicielem   może   być   każdy.   Każdy,   kto   zamiast   prawego   płuca   nosi   w   sobie 
potworka dysponenta. Co gorsza, podejrzewam iż żywicielami nie są szarzy zjadacze chleba.
-Przypuszczam, że ma pan rację - mruczy Volontier. – Ale mam nadzieję, że udało się wam kogoś 
rozszyfrować?
-Mieliśmy mało czasu - wzdycha Omikron - a poza tym musimy działać sami, moja grupka ludzi, 
profesor, paru przyjaciół. Przecież nawet Generał prawdopodobnie stał się nosicielem.
-Domyśliłem się tego. I jeszcze kto?
-Skazani jesteśmy na domniemania. Możemy jedynie zastanawiać się, jakie pozycje opanowalibyśmy 
sami, gdyby przyszło nam uczestniczyć w zwiadzie na obcej planecie. Podejrzanych są dziesiątki, 
może setki. Sztab Ochrony Powietrznej, Wojska Rakietowe, Agencja Aeronautyczna, wywiad, media... 
Problem w tym, że nie możemy, ot tak, zrobić tym wszystkim ludziom rentgena. Nie możemy też 
wykonać   kroku,   który   by   wskazał   „obcym",   że   jesteśmy   na   ich   tropie.   Stąd   nasze   centrum 
zlokalizowaliśmy   w   tych   bunkrach,   stąd   ograniczone   środki,   konieczność   fałszywych   informacji   o 
naszych   „badaniach"   wobec   zwierzchników...   -   atak   kaszlu   przerywa   oficerowi,   łyk   piwa   jednak 
przywraca mu mowę.
-Czy podejrzenia wobec Generała są pewne? Śmierć ministra, zamach na profesora - to mógł być 
tylko zbieg okoliczności? - pyta Martin.
-Parę lat później zdarzyła się ciekawa sprawa. Generał, wówczas jeszcze pułkownik, uczestniczył w 
obławie  przeciwko  gangsterom.   Brałem  udział  w  tej  akcji,  widziałem  też,   jak  ugodził  go  pocisk  w 
czoło...
-I nie zabił?
-Nawet nie drasnął, odbił się rykoszetem i zranił jednego z funkcjonariuszy schowanego za ścianą.
-Już wcześniej doszedłem do wniosku - wtrąca Morris – że „obcy", sami nieśmiertelni, zadbali o swe 
ludzkie skafandry. Pokryli je warstewką niewidocznego tworzywa. My nazywamy ju żartobliwie „żywym 
teflonem". Nie można ich zabić ani zranić. Prawdopodobnie wyjątek stanowią ręce. Za często trzeba je 

background image

podawać. Ktoś mógłby coś wyczuć...
-Czyli badanie lekarskie mogłoby... - ożywia się Volontier.
-Zapewne tak. Ale jak je wykonać, zwłaszcza, że do spodziewanej inwazji pozostał zaledwie tydzień, a 
podejrzenia dotyczą głównie osób wysoko postawionych.
Zapada cisza. Gdzieś z głębi bunkra dociera nieprzerwana wibracja jakiejś maszynerii.
- Dlaczego mnie tu zaprosiliście? - ponawia swoje pytanie Martin.
Omikron dolewa mu drinka.
-W sytuacji obecnej chwytamy się wszelkich środków. Tradycyjna nauka na niewiele się przydaje. 
Może zatem pomoże fantazja. Jest pan znany jako gejzer pomysłów z zakresu science fiction.
-Wyłącznie powieściowych.
-A   czymże   nasza   sprawa   różni   się   od   powieści?   Chcemy,   żeby   pan   myślał.   Fantazjował. 
Zaproponował tysiąc jeden projektów jak najbardziej nieprawdopodobnych. Oczywiście, nie za darmo.
-A jeśli nic nie wymyślę?
-Spróbujemy   czegoś   bardziej   prymitywnego.   Moi   ludzie   palą   się   do   dzieła,   aby   jako   przebrani 
terroryści zbadać wytrzymałość rozmaitych osobistości.
W głosie oficera brzmi tyle determinacji, że Yolontier wierzy, iż Omikron jest gotów na wszystko.
-Ile mam czasu? - zadaje pytanie.
-Powiedzmy   48   godzin.   Do   motelu   podrzucimy   panu   komputer   z   bankiem   wszystkich   pomysłów 
science fiction, jakie dotąd wymyślono. Mamy je zarejestrowane. Na razie jednak nowe koncepcje 
musi wymyślać człowiek.
- Dwie doby? Tylko? Skoro pozostał jeszcze tydzień? - Morris kręci głową.
-Nie możemy czekać, aż zacznie się inwazja. Pojutrze mamy tu naradę naszego prywatnego sztabu, 
musimy podjąć decyzję i przystąpić do działania.
-Czy mógłbym w takim razie otrzymać informacje o wszystkich podejrzanych?
-Pojutrze - uśmiecha się Omikron. - Teraz chodzi nam o pomysły teoretyczne. Jeśli pan sobie życzy, 
proszę - to dossier Generała. Nie ma w nim nic ciekawego poza informacją, w wieku 25 lat uległ 
wypadkowi samochodowemu.
- A więc nie był wtedy pokryty „żywym teflonem"!
- Widać jeszcze nie był. Z kraksy pozostała mu duża blizna na lewej części pleców, zaraz za prawym 
płucem. Na jakichś manewrach przed laty ściągnął koszulę... Ktoś sfotografował.
Kiedy w pół godziny później literat opuszczał leśniczówkę, major ściskał go kordialnie.
- Wierzymy w pana! To będzie najciekawsze zadanie literackie, o jakim kiedykolwiek słyszałem.
Przy recepcji westchnął na temat kłopotów z naprawą samochodu, która prawdopodobnie przedłuży 
jego pobyt całą dobę, wcześniej pod błahym pozorem zlecił mechanikowi rozebranie skrzyni biegów. 
Przy barku, mijając dziewczynę w dżinsach, popijającą przez słomkę jakąś dziwaczną amarantową 
ciecz,   lekko   się   ukłonił.   Odpowiedzią   było   wyszczerzenie   olśniewająco   białego   uzębienia.   Ładna, 
szelma!
Jego   pokój   znajdował   się   na   pierwszym   piętrze   i   nosił   numer   trzynasty.   Czerwone   kotary 
harmonizowały z jasną tonacją niedawno położonych tapet. Martin Volontier wziął się do pracy. Kartka 
po kartce notował, czasem rysował, konsultował się z laptopem, który bezbłędnie odpowiadał, jaki 
pomysł wykoncypował Stanisław Lem w 61, a Kurt Yonnegut w 74. Zatopiony w myślach nie zauważył 
nawet, jak otworzyły się drzwi. Zwłaszcza że zamknął je od wewnątrz. Puszysty dywan stłumił kroki. 
Zorientował się dopiero, gdy poczuł, jak jego karku dotknęła czyjaś ciepła dłoń.
-To   tylko   ja   -   powiedziała   dziewczyna   w   dżinsach.   Tym   razem   miała   na   sobie   jakiś   szlafrok.   - 
Myślałam, że czuje się pan samotny w taką noc.
-Pracuję   -   powiedział   cierpko,   mimowolnie   wpatrując   się   w   krzywizny,   które   półprzeźroczysty 
peniuarraczej uwydatniał niż zakrywał (teraz wydawała się znacznie starsza niż przy barze). - Kto 
panią tu przysłał?
-Mam na imię Julia - powiedziała szeptem.
-Michael - odburknął.
-To chyba na drugie, mistrzu Volontier - roześmiała się. - Ale jeśli nasza znajomość ma mieć charakter 
aż tak oficjalny i ja się ujawnię - porucznik Delta. Wiem, wiem, wyglądam raczej na markietankę, ale 
naprawdę jestem ze sztabu majora Omikrona. Mam czuwać nad tobą i udzielać wszelkiej stosownej 
pomocy. Wszelakiej! - podkreśliła. Przez moment zastanawiał się, czy nie jest to pułapka.
-Czy mam ci opisać wewnętrzny układ bunkra pod leśniczówką, aby pozyskać twoje zaufanie, czy 
wystarczy, jeśli pójdę wziąć kąpiel... - a widząc jego osłupienie dodała: - Nie robię z seksu misterium 
ani tematu długotrwałych negocjacji.
Zaczerwienił się. Ale pokręcił głową.
-Zostało mi jedynie 38 godzin - każda minuta jest droga, Julio. Jak skończę kwestię kosmitów, chętnie 
przystąpię do spraw ziemskich.

background image

-To   się   nazywa   twórczy   charakter,   nie   bez   powodu   nazywają   pana   tytanem   pracy   i   gigantem 
wstrzemięźliwości. Nie jesteś przecież żonaty?
-Nie.
-A pozwolisz sobie zrobić kawy?
-Oczywiście.
Miała jeszcze sporo okazji podziwiać jego hart i wytrzymałość. Nie zmrużył oka, wypił 55 kaw, wypalił 
dziesięć paczek„marlboro", zapisując dwie ryzy papieru. Nie rezygnując z obowiązków gosposi, Julia 
zdrzemnęła   się   ze   cztery   razy,   dla   relaksu   obiegła   kilkadziesiąt   razy   motel,   wypiła   kilka   drinków. 
Drugiej nocy nad ranem, kiedy padła w lekki sen, poczuła nagle, że autor wstał od stolika, obszedł 
parę razy pokój, przypatrując się śpiącej, potem usiadł obok niej. Chwyciła go oburącz i przyciągnęła. 
Musnął ustami jej wargi i wstał.
- Nie teraz! Muszę zapisać pewien pomysł.
Świtało. Krawędź boru wyrzynała się już z jednolitej czerni nocy...
W  południe  minęła  czterdziesta  siódma  godzina  pracy.  Martin  zebrał  papiery.  Wnioski  pozakreślał 
czerwonym   flamastrem.   Julia   zaglądała   mu   przez   ramię,   ale   niewiele   mogła   wywnioskować   z 
gmatwaniny skrótów, nazw.
-Masz coś? - spytała.
-Starczyłoby na biblioteczkę. Pójdziesz ze mną do bazy?
-Oczywiście.
Ruszyli w stronę jeziora. Właśnie zza szańców chmur wyjrzało słońce. Było jednak dosyć chłodno. 
Volontier musiał być zadowolony z wyników, pogwizdywał, a nawet parę razy przygarnął dziewczynę 
do siebie.
-Zgaduję, że masz jakiś szczególnie ulubiony wariant - spytała.
-Chyba tak.
-A możesz mi go opowiedzieć?
-Teraz już mogę.
-No więc?
-Pomysł numer 24b. Nazwałem go pułapką. Wiedząc, że Generał jest kosmitą, spróbowałbym poddać 
go   inwigilacji,   następnie   poinformować   o   tym,   iż   jest   podejrzany.   Prawdopodobnie   spróbowałby 
skonsultować   się   z   resztą.   Ich   siły   telepatyczne   działają   z   pełną   mocą   dopiero,   gdy   zostaną 
uporządkowane w jedno pole...
Przerwał, wpatrywał się w niebo. I dostrzegł. Maleńką kre-seczkę nad horyzontem.
- Padnij!
Usłuchała.   Biaława   smuga   przecięła   niebo,   docierając   do   drugiej   strony   jeziora.   Ogłuszający   huk 
dotarł do nich chwilę później. Równocześnie wyleciały wszystkie szyby w motelu.
-Co to?! - krzyknęła.
-Chyba odkryli nasze zamiary. Gdzie pędzisz? Zaczekaj!
Ścieżką wokół jeziora Julia pognała w stronę, gdzie powinna znajdować się leśniczówka. Po co? Nie 
powinno zostać z niej śladu. Przy precyzyjnym uderzeniu nie ostałyby się i najniższe poziomy bunkra. 
Volontier zawołał, a potem pobiegł za dziewczyną. Dróżka była kręta. I naraz!
Rozstępowanie się ziemi pod nogami jest z pewnością uczuciem głupim. Martin wywinął koziołka i 
wylądował na dnie głębokiego dołu o stromych ścianach. Zaklął. Zaraz nad krawędzią
ukazały się twarze Omikrona, Morrisa i Julii.
- Wariant 24b pułapka - powiedziała porucznik Delta.- Zachowuj się spokojnie, Michael, Martin, czy jak 
naprawdę nazywają cię w twojej galaktyce.
Milczał, a jego oba mózgi pracowały gorączkowo.
-Jesteście bardzo podobni do ludzi. Cechuje was pycha i przesadna pewność siebie. A tak między 
nami, wasza rakieta uderzyła jedynie w atrapę bunkra - powiedział profesor. - Natomiast my mamy 
wszystkie twoje kontakty.
-Kontakty? — wysapał. - Jesteście w błędzie, bierzecie mnie za kogoś innego. Julia była ze mną cały 
czas i wie, że się z nikim nie kontaktowałem!
-Kolejny   błąd.   Nie   zorientowałeś   się,   że   pokój   numer   13   był   jedną   wielkąkomorączujnikową, 
nastawionąna   wyłapywanie   wszelkich   emisji   z   twego   organizmu.   Udając,   że   myślisz,   nadawałeś 
sygnały. Ustaliliśmy falę łączności biologicznej i mamy wszystkich osiemnastu twoich kumpli, bo były 
jednak dwa lądowania!
-Nic wam to nie da, jesteśmy nieśmiertelni! - krzyknął ochryple.
-To rzecz dyskusji i technologii - odpowiedział Omikron. Rozległ się dziwny dźwięk, ni to hurkotu, ni 
plusku i nad krawędziami dołu pojawiły się wirujące paszcze betoniarek. Niagary szarawego błota 
chlusnęły w dół. Pisarza ogarnęło przerażenie.
-Chcecie mnie tym zalać?

background image

-Tak,   uwięzić  niczym  muchę  w  bursztynie.  Tyle,   że  żywego.  Na  wieczność,   chyba,   że  jednak  nie 
potrafisz się obywać bez pożywienia.
-Zostaniecie zniszczeni!
-Spróbuj połączyć się z kumplami. Są w podobnej sytuacji. I Generał, i sztabowcy, a nawet prokurator 
generalny...
Targnęła nimi fala nagłego podniecenia, przechodzącego w zniewalającą bierność.
- Sięgasz   po   broń   telepatyczną?   -   roześmiał   się   Morris.   –   To   nic   nie   da!   Betoniarki   są   tak 
zaprogramowane, że nikt z nas nie może ich wyłączyć. Nawet jeśli nas zabijesz.
Zresztą strach już owładnął mózgiem Volontiera, paraliżujące promieniowanie osłabło.
-Popełniacie błąd, cholerny błąd - bełkotał. - Owszem, przyznaję, mieliśmy przygotować inwazję, ale 
wyłącznie dla waszego dobra...
Z urwanych zdań przebijała szczerość. Grał czy mówił prawdę?
-Od dawna obserwowaliśmy Ziemię. Jedyną planetę istot prawie rozumnych w tej części Galaktyki, 
pełnąjednak wewnętrznych sprzeczności i konfliktów, prowadzących nieuchronnie ku zagładzie. Jakiś 
czas temu nasza rejonowa baza na jednym z księżyców... - ugryzł się w język, później dowiedziono, 
że   chodziło   o   satelitę   Jowisza   -   zdecydowała   interweniować.   Przejąć   komisaryczny   zarząd   nad 
Ziemią. Uporządkować jej sprawy. Jesteście zapóźnionym i mocno zdefektowanym gatunkiem, ale 
chcieliśmy wam pomóc. Zlikwidować wojny, choroby, śmierć, dać wam...
—Sądzisz,   że   Ziemianie   zaakceptowaliby   taką   okupację,   nawet   dla   swego   dobra?   Zbyt   często   w 
historii próbowano uszczęśliwiać nas na siłę!
Volontier, stojąc po pas w płynnym cemencie, usiłował wspiąć się ścianę, daremnie, piasek usuwał mu 
się pod palcami.
— Wstrzymajcie betonowanie - wrzeszczał - nie macie prawa zamykać mnie na wieczność w tym 
dole! Nie umrę, pogrążony w letargu będę... Ludzie!!!
Płynna   masa   sięgnęła  mu   do   piersi.   Krzycząc  nieartykułowane   słowa   (może   zresztą  była   to   jego 
prawdziwa mowa), rozerwał kurtkę i koszulę. Obserwujący go z tyłu mogli widzieć wyraźnie dużą 
bliznę. W pewnej chwili niektórym wydało się, że blizna pęka, a z rany wynurza się mały, zielonkawy 
ryjek.   W   tym   momencie   jednak   część   ziemi   osunęła   się   w   głąb   dołu.   Szarawa   fala   przykryła 
znakomitego autora. Chwilę trwało szamotanie pod powierzchnią.
A betoniarki warczały miarowo.
i fala samobójstw w Skandynawii odwróciły uwagę od całej afery. Przynajmniej na jakiś czas.
Tylko krasnolicy mechanik samochodowy, mimowolny uczestnik dramatu, który od pewnego czasu 
przerzucił   się   na   pisanie   nowel   fantastycznych,   opowiada,   że   przynajmniej  raz  w   roku   do   motelu 
przyjeżdża przystojna dziewczyna w dżinsach, a następnie z wiązanką kwiatów udaje się do lasu, 
gdzie podwójne zasieki pod prądem otaczają betonową plombę w leśnym poszyciu.
Dziennikarzom światowych agencji pozostawmy relację o tym, co działo się dalej po samozwańczej 
akcji majora Omikrona, który na własną rękę wyeliminował kilkunastu czołowych prominentów, zresztą 
unieszkodliwiając ich różnymi dowcipnymi metodami. Wspomnijmy tylko, że wkrótce, zamiast wyroku 
sądu wojskowego, sypnęły się na niego i na resztę spiskowców odznaczenia, nagrody i zaszczyty. 
Przedtem jednak obserwatoria doniosły o nagłym zatrzymaniu się świetlistych plamek, a następnie 
stopniowym   ich   wycofaniu.   Zresztą   konflikty   międzynarodowe,   epidemia   cholery   w   Iranie.   Mam 
prośbę, Jack...
Bramofon znajdował się dokładnie na wysokości ust kierowcy. Aby porozumieć się z portierem nie 
trzeba było nawet wychodzić z samochodu. „Wszystko dla wygody człowieka" brzmiała dewiza willi na 
półwyspie. W swoisty sposób pojmował ją również portier, czarnoskóry Jackson, który usłyszawszy 
znajomy głos, nie zwykł nawet odwracać głowy od telewizora, aby popatrzeć, kto zatrzymał się przed 
bramą.
-To ja, Crane, dobry wieczór - rozległo się w głośniku.
-Witamy   -   odpowiedział   Jackson   i   uruchomił   włącznik.   Wielka   brama   wiodąca   do   posiadłości 
Donavanów drgnęła i bezszmerowo poczęła się rozsuwać. Charles Crane przycisnął gaz. Jeszcze 
kilkaset jardów aleją wśród skałek i znajdzie się nad brzegiem. Nim jednak pierwszy zderzak forda 
minął   linię   wrót,   zza   zakrętu   wyłonił   się   ciemny   „krążownik   szos",   jakim   zwykli   rozbijać   się 
nowobogaccy Murzyni.
„Rozwali mi kufer" przemknęło Charlesowi. Instynktownie dodał gazu. Olbrzymi wóz nie miał jednak 
zamiaru ani go taranować, ani wyprzedzać. W momencie gdy nieomal dotykał samochodu Crane'a, 
zwolnił  i tak wjechali w bramę,  stykając się tak blisko, jak  ongiś węglarka z parowozem. Za nimi 
zasunęła   się   brama.   Zapadł  już  zmierzch   i  samotny  kierowca   nie   miał   możliwości  zauważyć,   kto 
znajdował   się   w   pojeździe   tak   dowcipnie   wjeżdżającym   na   półwysep.   Zresztą   już   na   pierwszym 
zakręcie „akrobata" pozostał z tyłu.
Crane   wysiadł.   Willa   Donavanów,   zbudowana   w   latach   trzydziestych,   jarzyła   się   niczym   wielki, 

background image

zakotwiczony   transatlantyk   wycieczkowy.   Światła   odbijały   się   w   atramentowej   toni   jeziora, 
hermetyczne okna nie przepuszczały jednak na zewnątrz dźwięków muzyki. Charles znalazł miejsce 
na   zaparkowanie   wśród   kilku   aut   wypełniających   niewielki   placyk   i   wszedł   na   schody.   Będąc   w 
drzwiach,   gdzie   oczekiwał   już   Patt,   zwalisty   goryl   pana   domu,   przybysz   odwrócił   głowę.   Jego 
„przyczepka"   jeszcze   nie   dojechała.   Wzruszył   ramionami   i   wszedł   do   wnętrza.   Czuł   się   bardzo 
zmęczony.
Rozrywka była całym życiem Arthura Donavana - stanowiła treść jego egzystencji i dostarczała mu 
środków, aby uczynić życie odpowiednio atrakcyjnym. Ona też wyniosła skromnego agenta modelek 
do   rangi   jednego   z   największych   impresariów   i   dyktatorów   „show-biznesu".   W   życiu 
czterdziestopięcioletniego   dziś   potentata   nie   było   czasu   straconego   ani   fałszywych   kroków.   Czas 
musiał   opłacić   się   poczwórnie,   odkryta   gwiazdka   za   każdym  razem   przekształcała   się   w   „białego 
olbrzyma",   a   każda   nowa   znajomość   pomnażała   listę   dotychczasowych   osiągnięć.   Donavan   był 
bezwzględny, a zarazem próżny. Bo czyż nie próżność podyktowała mu zakup niezwykłej posiadłości, 
rodem   z   innej   epoki?   Rozsądek   natomiast   podsuwał,   kogo   zapraszać.   Crane   ściskał   dłonie 
zaproszonym gościom - wybitny kompozytor, reżyser, scenarzysta, modny malarz, parę gwiazdek w 
okresie inkubacji. Zestaw starannie przemyślany. Tylko on, młody naukowiec, nadzieja neurochirurgii, 
wyglądał tu jak gość z innego świata. Ale to już była zasługa jego siostry - Betty. Ślicznej jasnowłosej 
Betty Crane - Donavan o delikatnej twarzy anioła i długich nogach łani. Miłość potentata do młodej 
scenografki właściwie nie powinna nikogo dziwić. Arthur przekroczył swoją smugę cienia i znajdował 
się   w   wieku,   kiedy   z   ilości   przechodzi   się   na   jakość.   Poza   tym   był   to   już   najwyższy   czas   na 
stabilizację. Małżeństwo trwało od dwóch lat, rychło miał narodzić się potomek.
-Czego się napijesz, Charles? - spytał gospodarz.
-Obojętne, jestem okropnie zmęczony.
-No to nie przejmuj się nami, tylko odpocznij sobie chwilę na górze - powiedziała Betty, zbliżając się. - 
Cały wieczór przed nami.
Charles ucałował siostrę i  ruszył krętymi  schodami na górę. Czuł  się  podle: zmęczenie, początek 
grypy plus kac moralny. Myjąc ręce, przez moment przyglądał się swemu odbiciu w lustrze. Patrzył na 
szczupłą twarz dwudziestopięciolatka.
- To trzeba było zrobić, stary - mruknął - trzeba było wreszcie powiedzieć Lucy, że to koniec i że nie 
spotkamy się więcej.
Romans z narzeczoną, a obecnie żoną najbliższego przyjaciela, ciągnął się stanowczo zbyt długo. 
Teraz, gdy Lucy zrobiła mu awanturę o młodą laborantkę, nadarzyła się najlepsza okazja, żeby zerwać 
kontakty. Crane zastanawiał się parokrotnie, dlaczego Lucy była zwolenniczką takiego podwójnego 
życia.   W   końcu   to  ona  była   inicjatorką  i   animatorką   przydługiego   romansu.   Zawsze  dochodził  do 
wniosku, że przewrotność jest naturalną cechą kobiecej natury.
Wytarł twarz i wszedł do gościnnego pokoju.
- Muszę się na chwilę położyć, na kwadransik, nie więcej...
Crane należał do osobników raczej słabych fizycznie, posiadał jednak zdolność szybkiej regeneracji. 
Zazwyczaj wystarczało mu pół godziny snu, czasem kwadrans. Tym razem jednak nie przespał nawet 
kwadransa. Coś, może okrzyk, wyrwało go z drzemki. Nie pamiętał, czy miał jakiś zły sen, w każdym 
razie całe jego ciało pokrywał pot. Dlaczego nie zszedł natychmiast na dół? Sam nie wiedział.
Pozostałością   kawalerskich   czasów   Donovana,   kiedy   willa   impresaria   służyła   do   znacznie   mniej 
nobliwych spotkań, były małe szczeliny obserwacyjne, przez które goście pierwszego piętra mogli 
śledzić sytuację w salonie. Szczeliny były małe i do ich wad należało niewielkie pole widzenia. Z 
jednego   punktu   obserwacyjnego   można   było   oglądać   wydarzenia   tylko   w   części   obszernego 
pomieszczenia na dole. Po ślubie Betty poleciła zamurować „świńskie obserwatoria", ale rzemieślnicy, 
jak to bywa i w wysoko rozwiniętych krajach, nie wykonali swej roboty do końca. W garderobie i pokoju 
gościnnym szczeliny pozostały. Crane nie uczestniczył w dawnych przyjęciach na półwyspie, poznał 
Donavana   już   po   jego   moralnej   odnowie.   Luk   pokazał   mu   podczas   poprzedniej   bytności   jeden   z 
podchmielonych   gości,   który   zapaławszy   sympatią   do   młodego   naukowca,   koniecznie   pragnął 
opowiedzieć mu o swoich  męskich  przygodach. Teraz Charles obudzony i  zaskoczony  nerwowym 
łomotaniem serca, nie podnosząc się z łóżka, poruszył ryglem odsuwającym zaślepkę.
Wydało   mu   się,   że   ogląda   niemy   film.   Na   schodach   wiodących   do   livingu   stały   dwie   postacie   w 
czarnych kombinezonach z maskami Myszki Miki i Kaczora Donalda na twarzach. Niewybredny żart 
nowo   przybyłych   gości?   Chyba   tak.   Niepokojące   było   tylko   to,   że   w   ręku   poczciwego   Donalda 
błyszczał automatyczny pistolet wycelowany w głąb livingu. Myszka gestykulowała gwałtownie.
Crane zeskoczył z łóżka i ruszył ku schodom. Napad? Co w takim razie robi Patt? Naukowiec najpierw 
biegł. Potem zwolnił. Miękki chodnik na schodach stłumił jego kroki. Ciało goryla zobaczył, wychodząc 
zza zakrętu. Wierny sługa Donavana leżał w kałuży krwi o krok od wejścia... Świdrujący krzyk kobiecy.
-Nie,  nie, darujcie! - wybił się  ponad  inne hałasy dobiegające  z parteru. To  był  głos Betty.  Crane 

background image

stchórzył.   Skamieniały   zatrzymał   się   na   schodach.   Odgłosy   uderzeń   i   zwierzęcy   ryk   osaczonego 
żubra, tym razem należący do właściciela willi, splótł się ze szlochem jakiejś gwiazdki.
Prawie nie oddychając, wycofał się na piętro. Bał się. Zawsze był tchórzem, przeklinał, że na jego 
miejscu nie znajduje się choćby Jack Porter. Ten nie miał nigdy wahań, pierwszy w baseballu, w rugby, 
w boksie, nie jak oferma, maminsynek Crane, który nawet piłki dobrze schwycić nie potrafił. Żeby 
jeszcze mieć jakąś broń. Idiotyczne. Cóż mu po broni? Do wojska go nie przyjęli, nawet strzelać nie 
umiał. Jedno co posiadał, to nadrozwinięty mózg, w tej chwili jednak sparaliżowany z grozy, ergo 
absolutnie nieprzydatny. Od najbliższych zabudowań dzieliło go pół mili, woda w jeziorze musiała być 
przeraźliwie zimna. A telefon? Wszedł do sypialni Betty, pochwycił słuchawkę. Cisza. Ktoś rozumujący 
logicznie zawczasu unieszkodliwił centralę. Jeszcze raz spojrzał przez okienko. Disneyowskie maski 
zniknęły. W kadrze widać było nieruchomą postać w splotach czegoś, co wyglądało jak kłębowisko 
węży. Dyskotekowe światło utrudniało obserwację, trzeba było dobrej chwili, aby zorientować się, że 
są to ludzkie jelita. Potem ich usłyszał. Dwa męskie głosy należące do ludzi wspinających się po scho-
dach.
-Powinien być tu gdzieś jeszcze jeden...
-Ależ, Frank, ta baba powiedziała, że nie ma nikogo więcej...
Crane rozejrzał się rozpaczliwie: łóżko, szafka, łazienka. Zdecydował się wślizgnąć pod łóżko. Weszli. 
Sportowe adidasy i wojskowe buty.
-Tu nikogo nie ma.
-Poczekaj! - Skrzypnęła szafa. Rozległ się szelest wywalanych na podłogę ubrań. Brzęk tłuczonego 
lustra.
-Ale świnie mieszkają!
Potem   słyszał,   jak   napastnicy   buszowali   po   sąsiednich   pomieszczeniach.   Zagrała   potrącona 
pozytywka, wygrywająca marsz Mendelssohna, zanim dźwięku nie zdławił bucior bandyty. Napastnicy 
krążyli po domu jak chmury burzowe w upalny letni dzień, to oddalając się, to zbliżając do kryjówki 
Crane'a. Później ruszyli ku schodom.
- Czekaj - powiedział naraz bardziej zachrypnięty z głosów — coś widziałem.
Charles wstrzymał oddech. Znów wojskowe buty pojawiły się prawie na wysokości jego twarzy.
- Widziałeś to paskudztwo?
Brzęk i trzask rozdzieranego kartonu!
Tak potraktowano wiszący nad łóżkiem rysunek Picassa. Odeszli.
Długo nie miał odwagi opuścić swego schronienia. Nie przychodził mu jednak żaden pomysł poza 
jednym. Przeżyć! Bo cóż mógł poradzić on, oferma, tchórz, słabeusz. Upłynęła dobra godzina, zanim 
zdecydował się wydostać spod łóżka. Wyjrzał na schody. W całym domu panowała niezmącona cisza. 
Popatrzył przez okno. Z parkujących wozów znikła prześliczna lancia należąca do Betty.
- Odjechali.
Musiał mieć gorączkę. Wstrząsały nim nerwowe dreszcze. Zszedł na dół. Ochroniarz Patt nadal leżał 
w zakrzepłej kałuży krwi. Charles pomyślał o kuchni. Meggi i Steve! Oboje nie żyli. Ona z twarzą wbitą 
w naszykowane do podania torty. On skurczony w kącie, z tasakiem obok bezwładnych rąk i maleńką 
plamką pośrodku czoła. Na progu salonu targnęły Crane'em torsje. Wnętrze przypominało tandetny 
„salon okropności", z tym że zamiast woskowych lalek dookoła poniewierały się ciała znajomych. Od 
razu   widać  było,   że  mordercy  nie  zjawili  się  z  powodów  rabunkowych.   Przybyli  się  bawić.  Znany 
kompozytor   wisiał   na   żyrandolu.   Malarz   należał   chyba   do   nielicznych,   którzy   próbowali   walczyć. 
Martwa dłoń ściskała kawałek ułamanego krzesła. Obnażonego Donavana przybito gwoździami do 
blatu   stołu,   a   następnie   całą   kompozycję   ustawiono   pionowo.   Większość   ofiar   była   związana. 
Nietrudno było domyślić się scenariusza, ofiary najpierw sterroryzowano i spętano (może obiecując 
im, że po obrabowaniu domu nikomu włos z głowy nie spadnie), a dopiero później przystąpiono do 
szlachtowania.   Sądząc   po   krwawych   odciskach   stóp,   prześladowców   była   piątka.   Mordowali 
metodycznie, igrając z ofiarami, inscenizując zbrodnie. Obok nienawiści, musiała rozpierać ich jakaś 
demoniczna fantazja nieznana normalnym ludziom. A ciało Betty...
Crane płakał jeszcze wtedy, gdy zajechały liczne wozy policyjne. To Jackson, portier, mimo ciężkiego 
postrzału natychmiast po odzyskaniu przytomności dowlókł się do najbliższego automatu i zawiadomił 
posterunek.

***
Jack   Porter   zapłacił   taksówkarzowi   i   przez   moment   przyglądał   się   lśniącej   ścianie   mieszkalnego 
wieżowca.
Zastanawiał się, jak on, od tylu lat mieszkający na prowincji, znosiłby życie w owym gigantycznym 
akwarium.
-Do pana Crane'a - powiedział portierowi. Człowiek w uniformie zlustrował go, jakby miał do czynienia 

background image

z osobliwością przyrodniczą.
-Był pan umówiony? Pan Crane nikogo nie przyjmuje.
-Zostałem zaproszony - Jack machnął cieciowi przed nosem kopertą.
-Pozwoli pan, że sprawdzę.
Sięgnął po telefon. Wymienił półgłosem parę słów.
-W porządku, może pan iść. Najwyższe piętro.
-Dlaczego pan mi się tak przygląda? - zapytał Porter, przypuszczając, że być może ubiór prowincjusza 
robi takie wrażenie na metropolitalnym wydze.
-Jest pan pierwszą osobą, która odwiedza pana Crane'a w tym roku. On sam zresztą od tygodni 
prawie nie wychodzi.
-Chory?
Portier   wzruszył   ramionami.   Widocznie   nabrał   zaufania   do   przybysza,   bo   powiedział   mimowolnie 
ściszając głos:
-Moim zdaniem on jest - tu wykonał znaczący gest na czole.
Jack znał skarbce bankowe jedynie z filmów. Dlatego zaskoczyły go wielkie pancerne drzwi, które 
otworzyły się automatycznie po naciśnięciu dzwonka. W korytarzu były jeszcze jedne drzwi, równie 
potężne i równie samoczynne.
Potem   już   następowały   w   miarę   normalne   wnętrza   mieszkania   naukowca.   Szafy   nabite 
nieprawdopodobną   ilością   książek,   sterty   gazet   i   masa   sprzętu   doświadczalnego   -jakieś   retorty, 
mikroskopy.   Wszystko   skąpane   w   ostrym   jarzeniowym   świetle.   Porter   przeszedł   trzy   pokoje 
apartamentu zajmującego chyba całe najwyższe piętro wieżowca, zanim zorientował się, co jest w tym 
wnętrzu najdziwniejsze. Nigdzie nie było najmniejszego nawet okienka.
- Cześć, Jack. Zostań tam, gdzie jesteś. Dobrze? - Głos dochodził z głośnika, dopiero po chwili Porter 
zauważył szklaną taflę zagradzającą drogę do dalszych pomieszczeń tonących w półmroku i postać, 
która zbliżyła się do szyby.
- Charles, kopę lat... Ale masz tu fortecę, byku krasy! – Zaczął i umilkł.
Gdyby spotkali się na ulicy, Jack przypuszczalnie nie poznałby Crane'a. Tęgi zazwyczaj naukowiec, 
przypominał obecnie zabiedzonego pasikonika z dziecinnej bajki. Zasuszona główka na cienkiej szyi, 
okolona wianuszkiem siwych włosów, ciało ograniczające się praktycznie do szkieletu powleczonego 
luźnym garniturem. Cholera! Przecież obaj mieli dopiero po pięćdziesiąt lat.
-Czekaj, kiedy to myśmy się widzieli po raz ostatni? — powiedział, bojąc się ciszy, która zapadła. - 
Chyba ostatni raz na stacji benzynowej, piętnaście lat temu.
-Usiądź - powiedział zza szyby gospodarz. - Pewnie chcesz się czegoś napić; whisky znajdziesz w 
barku. A może jesteś głodny?
Jack z głębokim podziwem rozglądał się po pokoju.
-Ale strzeliłeś sobie laboratorium - cmoknął. - Myślałem, że w Ośrodku masz wszystko.
-Od paru lat nie pracuję w Ośrodku - przerwał nerwowo Crane. Szybko spacerował wzdłuż działowej 
szyby. Niczym wychudzony jaguar na swym wybiegu, nie przestając dziwacznie zacierać rąk.
-Naleję   sobie   podwójną   -  powiedział   Jack.   -   Jeśli   dobrze   pamiętam,   ty  nigdy  nie   przepadałeś   za 
whisky. A pamiętasz ten nasz wynajęty pokój na stryszku? Ile to lat? Pamiętam, jak uprzejmie szedłeś 
na spacer, aby mnie zostawić z Lucy. - Tu nagle spoważniał. - Wiesz, od trzech lat Lucy nie żyje.
-Ach, tak! - skomentował gospodarz.
-Po jej  śmierci zwinąłem  interes. Nie będę się  zabijać.  Nie mam dla  kogo.  Mój  mały  Michael nie 
odzywa się od paru lat... A ty się nie napijesz?
Charles na moment przerwał wędrówkę.
- Na razie nie.
Jack pociągnął tęgi łyk.
- Bardzo ucieszyłem się, że przypomniałeś sobie o mnie. Po tylu latach.
Naukowiec spojrzał mu w oczy.
- Mam prośbę, Jack.
-W porządku. Wal śmiało. Kłopoty finansowe?
Przeczenie.
-Trudności rodzinne?
-Nie mam żadnej rodziny. Jestem absolutnie sam – padła odpowiedź. — Mam natomiast prośbę, z 
którą mogę się zwrócić tylko do najstarszego przyjaciela.
-Cieszę się.
-Podejdź do biurka. - Porter spełnił polecenie. - Teraz otwórz trzecią szufladę. Widzisz tę spluwę?
-Widzę.
-Chciałem cię prosić... - urwał i nabrał więcej powietrza do płuc. - Chciałem cię prosić, żebyś mnie 
zabił.

background image

Z wrażenia Jack nalał sobie drugą szklaneczkę i wychylił ją duszkiem.
-Naturalnie żartujesz. - Porter chwycił się tej koncepcji niczym koła ratunkowego i zaczął się śmiać. - 
Kupiłem! Ale ci się udało mnie przestraszyć. Zawsze miałeś głowę do kawałów.
-Mówię zupełnie serio. Kiedy uruchomię dźwignię i otworzę tę szybę, masz strzelić mi w głowę. Zanim 
będzie za późno.
Jack gwałtownie zasunął szufladę.
- Pewnie uważasz, że zwariowałem. Zmienisz zdanie, kiedy zapoznam cię z faktami. Nie mam innego 
wyjścia.
Po tragedii na półwyspie, Charles Crane długo nie mógł dojść do siebie. Lata minęły, zanim po paśmie 
chorób   i   nerwowych   załamań,   wrócił   do   pewnej   równowagi.   Dziedzicząc   majątek   po   Berty   i 
Donavanie,   nieoczekiwanie   stał   się   bogaty,   mógł   realizować   swe   naukowe   pomysły.   Bardziej   niż 
kiedykolwiek   pociągać   go   zaczęła   patologia   zbrodni.   Proces   bandy   zwyrodniałych   morderców   z 
półwyspu (wpadli podczas porachunków przestępczych sekt - Czciciele Szatana sypnęli Wyznawców 
Krwi) jego zainteresowania jeszcze pogłębił. Pragnął znaleźć odpowiedź na pytanie nurtujące go od 
lat, jak rodzi się zbrodnia? Oczywiście, od dawna istniało wiele teorii dotyczących przestępczości. 
Ostatnimi   laty   szczególnie   lansowano   koncepcje   socjologiczne,   zrzucając   odpowiedzialność   za 
przestępczość na środowiska kryminogenne i alienację jednostki w społeczeństwie postindustrialnym. 
Inni   naukowcy   zwracali   się   ku   koncepcjom   uwarunkowań   psychologicznych,   wskazywali   na   rolę 
dziedziczności,   ba,   odgrzebywali   lombrozowską   teorię   o   związku   cech   anatomicznych   z 
przestępczymi skłonnościami.
Szansą dla badań Crane'a okazał się dostęp, jaki w końcu uzyskał do mózgów bandziorów skazanych 
na   śmierć.   Było   to   jeszcze   w   czasach,   kiedy   wykonywano   kary   na   notorycznych   złoczyńcach. 
Początkowo spotkało go rozczarowanie - mózg dusiciela jedenastu małych chłopców niczym nie różnił 
się od przeciętnych zwojów uczciwego śmiertelnika. Dopiero parę lat temu okazało się, że nie była to 
jałowa   robota.   W   śródmóżdżu   niejakiego   Lopeza   (mózg   otrzymał   drogą   wymiany   z  Akademią   w 
Paragwaju) udało się wyodrębnić niezwykły wirus, który upodobał sobie szczególnie ośrodki kierujące 
popędami, wolą...
Bojąc się narażenia na śmieszność, naukowiec nie ogłosił „wirusowej teorii przestępczości". Jednak 
pracował   nad   nią   dalej.   Znajdował   kolejne   dowody,   odtwarzał   przebieg   „choroby   kryminalnej",   w 
trakcie   której   rozwijający   się   z   wolna   wirus   łamał   wszelkie   bariery   powstrzymujące   normalnego 
człowieka przed działaniem jak dzika bestia. To tłumaczyło nie tylko szybką degenerację wszelkich 
grup przestępczości zorganizowanej, wyradzanie dyktatorskich klik, ale pozwalało zrozumieć dlaczego 
w   nawet   najbardziej   wzorowych   zakładach   penitencjarnych,   zamiast   do   resocjalizacji,   dochodzi 
zazwyczaj do pogłębienia cech kryminalnych wśród skazanych. Po prostu przestępcy zarażali się od 
siebie...   Oczywiście,   siła   i   agresywność   zbrodniarza   zależały   od   szczepu   wirusa.   Egzemplarze 
uzyskiwane od martwych bandytów były bardzo słabe. Charles stosował krzyżówki i naświetlenia. I 
wreszcie otrzymał niezwykłego mutanta. Czystą drobinę zła. Nazwał ją „supermordercą".
-Ale po co robiłeś to wszystko, Charles? - przerwał opowiadanie Jack.
-Zamierzałem wyprodukować szczepionkę. Wyobrażasz sobie: świat bez przestępstw, bez instynktów 
morderczych, a jeśli wirusowa koncepcja zła da się uogólnić, być może bez gwałtu, przemocy i wojny.
-Zbyt piękne, żeby było prawdziwe!
Crane zamilkł na chwilę, nabrał powietrza niczym pływak przed głębokim nurem.
- A jednak przeżyłem dzień triumfu! Dwa miesiące temu. Doświadczenia prowadziłem na szczurach i 
królikach. Zainfekowany królik na mych oczach zagryzł rosłego szczura. Niestety, był to również dzień 
mojej klęski. Kiedy po walce przenosiłem królika do jego klatki, wyrwał się i ukąsił mnie w rękę... 
Zaraził!
Porter patrzył na przyciśniętą nieomal do szyby twarz przyjaciela i mimowolnie skierował wzrok w 
stronę odsuniętej szuflady.
- Tak,   Jack.   Masz   przed   sobą   nosiciela   „supermordercy",   człowieka   bez   skrupułów,   potencjalnie 
najgroźniejszą bestię świata...
Przy wyrazie „bestia", dziwny grymas pojawił się na ustach naukowca. Porter nie wierzył.
-Jesteś chory, Charles.
-Tak, jestem bardzo chory, jestem nieuleczalnie chory, śmiertelnie chory -stopniował Crane. - Owszem, 
próbowałem się leczyć, stosowałem środki farmakologiczne, przetoczyłem krew. Udało mi się jedynie 
zahamować rozwój wirusa, utrzymywać go w stanie uśpionym. W tej chwili też jestem na narkotycznej 
blokadzie,   chwalić   Boga,   kontroluję   swoje   posunięcia.   Co   parę   godzin,   gdy   czuję,   że   działanie 
lekarstwa   mija,   wzmacniam   dawkę.   Gdyby   nie   ten   specyfik,   dawno   byś   nie   żył,   Jack.   Jesteś   w 
wiwarium kobry królewskiej. Wypuszczonej kobry, tęskniącej za zbrodnią!
„Wariat" - przemknęło Porterowi, nie wierzył w opowieść naukowca, nie miał jednak wątpliwości, że 
mężczyzna stojący za szybą jest chory umysłowo.

background image

-Może wezwę lekarza? - zaproponował nieśmiało.
-Im mniej osób ma ze mną do czynienia, tym lepiej - skontrował Charles. - Posłuchaj uważnie. Kiedy 
usunę tę szybę, zastrzelisz mnie. Zastrzelisz bez skrupułów, jakbyś miał przed sobą wściekłego psa. 
Wiem,   że   to   potrafisz.   W   tej   szafie   znajdziesz   w   hermetycznym   opakowaniu   sterylne   ubranie. 
Ubierzesz się dopiero na korytarzu. Na koniec oblejesz całe wnętrze benzyną, podpalisz i opuścisz 
mieszkanie... Nie, nie bój się, ogień nie przeniknie na zewnątrz. Wszystko tu jest ogniotrwałe. Musisz 
to zrobić! Musisz, nawet jeśli w trakcie chciałbym zmienić zdanie. Ja też się boję. Dobrze, Jack?
-Wykluczone - padła odpowiedź.
- Musisz! - nerwowy tik począł wstrząsać wychudzoną twarz Crane'a. - Pamiętaj, cały czas egzystuje 
we mnie dwóch ludzi... Ten drugi jest niewidoczny, ale czujny. Jak myślisz, kto nie pozwala popełnić mi 
samobójstwa? No... jest coraz silniejszy, w miaręjak ja słabnę. Wiem, że pewnego dnia powstrzyma 
mnie przed zastosowaniem blokady. I wtedy wyjdę na zewnątrz. Ruszę zarażać i zabijać... Nastanie 
czas apokalipsy. Wiesz, że nie zabraknie mi pomysłów. Nawet jeśli mnie zlikwidują, zdążę przekazać 
zarazę dalej. Wirus znajdzie następnych żywicieli. Dobrze wyhodowałem mego „supermordercę". Bar-
dzo dobrze! Jest odporny na wszystko. Wyobrażasz sobie tę rozszerzającą się epidemię zbrodni? - 
głos naukowca przechodzi w chichot. Crane podryguje nerwowo, przeskakując z nogi na nogę. - No, 
pora, już pora! — wo>ła, nagle zmieniając ton. Wychudła ręka odnajduje pokrętło. Przezroczysta płyta 
zaczyna się odsuwać. Chwiejąc się na nogach, Crane wchodzi do rzęsiście oświetlonego pokoju.
— Szybciej, on się wyzwala!
Jack jest spokojny. Wie, że tylko j ego spokój może powstrzymać szaleńca. Zresztą, co może zrobić 
mu ten wątły człowieczek?
—Może weźmiesz lekarstwo? — proponuje.
—Nie wezmę lekarstwa - chrypi Charles i całkowicie zmienionym głosem dorzuca. — No strzelaj, 
strzelaj, durniu! Co cię powstrzymuje?!
Krążą po pokoju. Oczy naukowca nabiegły krwią, w kącikach ust zbiera się ślina...
-1 to ma być mocny człowiek! — syczy. - Głupiec, dureń bez wyobraźni, zawsze byłeś durniem, Jack. 
Tępy dobroduszny olbrzym, którego tolerowałem w moim towarzystwie. A wiesz dlaczego?
—Byliśmy przyjaciółmi, Charles.
Rechot w odpowiedzi.
-Byłem słabym człowiekiem, mięczakiem. Potrzebowałem wyłącznie wsparcia twych mięśni. W twoim 
towarzystwie czułem się pewnie. To dobry patent mieć u boku osiłka, który zawsze stanie po mojej 
stronie. No i Lucy...
-Co Lucy?
-Nasza   Lucy.   Słab   y,   bo   słaby,   byłem   chyba   nie   najgorszym   samcem.   Pamiętasz   wtedy,   kiedy 
ożłopany piwem zdrzemnąłeś się na dywaniku?
-Charles!
-Cztery lata! Cztery lata miałem ją, kiedy tylko tego zapragnąłem. A może nigdy nie zauważyłeś, do 
kogo   naprawdę   podobny  jest  ten  twój  Michael?  Głupi  Jack,   tępy Jack!  -  mówiąc,   podskakuje  jak 
przedszkolaJc w trakcie dziecinnej wyliczanki.
Twarz piecze Porteia, gniew nieomal oszałamia. Z trudem, ale panuje nad sobą.
- Kłamiesz, żeby mnie sprowokować, ale nic z tego. Uspokój się i weź lekarstwo.
Crane porywa za nogę stojący w kącie stołek i wywijając nim z indiańskim okrzykiem wojennym, rusza 
na Portera. Ale cóż za trudność go obezwładnić? Stołek upada na ziemią. Mocne dłonie Jacka krępują 
rozdygotane ciało Charlesa. Ten wściekle rzuca głową.
- Puszczaj, puszczaj!
Zabolało.   Zęby   szaleńca   wbiły   się   w   rękę.   Porter   zwolnił   chwyt.   Crane   wyśliznął   się   jak   wąż   i 
przeskakując przez biurko, stanął w kącie pokoju.
-Udało się, udało się - radosne wycie wypełniło całe pomieszczenie. Jack oblicza dystans od drzwi. 
Musi skrępować przyjaciela, potem sprowadzić lekarzy. Czyżby każdy psychiatra musiał kończyć jako 
wariat? Tymczasem w ręku naukowca pojawia się pistolet. Szczęka odbezpieczany zamek.
-Nigdzie nie wyjdziesz, Jack. Poczekamy trochę, aż wirus się rozmnoży, a potem wyruszymy razem. 
We dwójkę jest znacznie przyjemniej. Tylko się nie ruszaj, proszę.
-Spokojnie, Charles, przekonałeś mnie, zrobię wszystko, jak zechcesz - mówiąc to, cały czas Porter 
przemierzał pokój.
-Ale ja już nie chcę, już nie chcę! - chrypi Crane. Skok. Dobrze przewidziany chwyt. Naukowiec jednak 
nie upuścił broni. Z niewiarygodną siłą walczył jak dzikie zwierzę.
Strzał. Jęk, w którym zawarte jest zdziwienie i ból, i strach. Bezwładne ciało osuwa się na dywan. Jack 
stoi osłupiały, z bronią w ręku. Usta jego przyjaciela drgają. Wydobywają się z nich strzępki wyrazów. 
Trudno nawet dokładnie je zrozumieć. Czy jest to „Zabij się", czy też „dobij mnie"? Wreszcie oczy 
Crane'a stają się szkliste, nieruchome. Jacka oblewa zimny pot.

background image

- Zabiłem człowieka, wielki Boże, zabiłem człowieka! W samoobronie, ale jednak... Jeśli żaden lekarz 
go nie badał, któż uwierzy, że to był szaleniec?
Dalej działa jak automat. Wyciera broń i wkłada ją w dłoń naukowca, potem równie troskliwie zajmuje 
się klamkami, barkiem.
- Cholera, jak piecze to ugryzienie!
Przez  moment  zastanawia  się,  czy  portier  będzie  mógł  go  rozpoznać.  Na  szczęście nie  wymienił 
swego nazwiska. Nie. Nie powinni go złapać. Kiedy ktoś wreszcie zajrzy do mieszkania, on będzie od 
dawna w innym kraju.
- Biedny Charles, zawsze był trochę zwariowany, ale teraz... Wirusa sobie wymyślił! Prędzej uwierzę, 
że miał masę powodów do popełnienia samobójstwa, ale zabrakło mu odwagi, by zrobić to samemu... 
A ten głupi kawał o Lucy? I jeszcze głupsza kartka pozostawiona na biurku:, JPamiętaj, Jack, gdybyś 
nie   daj   Boże   skaleczył   się   u   mnie,   nie   wolno   ci   wyjść.   Fiolkę   z   trucizną   znajdziesz   w   czwartej 
szufladzie.   Podpal   mieszkanie,   a   potem   przegryź   kapsułkę.   To   będzie   błyskawiczne,   prawie 
bezbolesne!" Czyste wariactwo!
Starannie   zamyka   jedne   opancerzone   drzwi,   potem   drugie.   Wychodząc   z   windy,   mija   portiera 
drzemiącego w swoim fotelu. Sympatyczna okoliczność! Postanawia pojechać na lotnisko autobusem. 
CIhyba   nikt   nie   powinien   skojarzyć   jego   krótkiej   wizyty   z   samobójstwem   świetnie   ongiś 
zapowiadającego się neurochirurga?
Potem   przez   jakiś   miesiąc   wszystko   toczyć   się   będzie   w   miarę   normalnie.   Dopiero   po   czwartym 
czerwca dziwny stan owładnie Porterem. Z b liżej nie znanych przyczyn spienięży cały swój majątek, 
uzyskane fundusze rozda na rozmaite fundacje i akcje charytatywne, a sarn ruszy do Azji, poświęcić 
resztę swego życia na pracę wśród głodujących i trędowatych. Cóż, zapewne działanie tajemniczego 
wirusa może prowadzić do różnych objawów. U osobników z inklinacjami egoistycznymi wywoływać 
będzie reakcje zbrodnicze, u ludzi z natury dobrych, zadziwiającą „gorączkę altruizmu".

Trzecia planeta

„Przeklęta demokracja - pomyślał Quor - kiedyś nas ostatecznie zgubi!" Już dzisiaj nie można powziąć 
żadnej  radykalnej   decyzji,   wszystko   musi  być   przedyskutowane,   wyważone.   Owszem,   w   chwilach 
zagrożenia udawało się niekiedy podejmować stanowcze wnioski, ale od tysiącleci nie spotkali się z 
żadnym poważniejszym zagrożeniem. Jakże niewdzięczne jest brzemię dowódcy Jednostki, który co 
rusz   musi   tłumaczyć   się   ze   swych   posunięć   przed   personelem.   „Żeby   to   jeszcze   był   personel! 
Personel!"   W   tym   momencie   przyszły   mu   na   myśl   Termitiony,   roje   ogromnych   Termitio-nów 
przypominających nawet z bliska okruchy skalne, przemierzające w swych łupieżczych ekspedycjach 
galaktyki,   w   miarę   jak   gasną   ich   życiodajne   słońca.   Tak,   Termitionami   można   rządzić   łatwo   i 
przyjemnie, panuje wśród nich absolutna dyktatura i hierarchia świetlna. Ten, który znalazł się na 
przedzie, ma niekwestionowaną władzę nad resztą. Prowadzi rój; nawet jeśli ku zagładzie, nikt nie ma 
do niego pretensji.
Tymczasem centralna gwiazda układu stawała się coraz ja-skrawsza, dawno wyodrębniła się z miliona 
prawie jednakowych plamek otaczających ze wszystkich stron Jednostkę. Nie trzeba było korygować 
kursu. Tylko te dyskusje...
-Nie rozumiem cię, Quor, czego szukasz w tym zapadłym kącie wszechświata? - zamigotał gderliwie 
impuls Wixa.
-Tak,   mamy   przecież   ograniczony   limit   lat   świetlnych   do   przelecenia,   a   rejon   GXS   50   został   już 
zbadany — dorzuciła Siba.
Maksymalnie   spokojnie   wyjaśnił   im,   że   ekspedycja   Impura   właśnie   w   rejonie   GXS   50-c   znalazła 
interesujące ślady życia.
-Na takie ślady można natrafić w prawie każdym zakamarku galaktyki - nie ustępowała Siba.
-Wszelako od wyprawy Impura upłynął miliard lat, jeśli liczyć według czasu Trzeciej Planety, życie 
mogło   w   tym   czasie   osiągnąć   tam   wyżej   rozwinięte   formy.  A  jak   wiecie,   naszym   zadaniem   jest 
poszukiwanie jakichkolwiek wyższych form zorganizowanej materii...
-Wysoko rozwinięte formy dałyby o sobie znać! - tym razem impuls pochodził od Loxa.
Quor odczuł znużenie. Sarn miał dość wędrówki, tęsknił za Układem Domowym.. Przecież był stary. 
Wszyscy byli starzy. Wszyscy, czyli on. Jedność w wielości... Gdyby ktokolwiek z zewnątrz otworzył 
Pojemnik Eksploracyjny, pierwsze skojarzenie nasunęłoby myśl o konserwie. W istocie prawie całe 
wnętrze, poza częścią magazynową, wypełniała jednolita szara substancja - bezwonna i inteligentna. 
Szczytowy   produkt   ewolucji.   Prehistoria   ich   gatunku   notowała   różn   e   fazy   rozwojowe.   Od 
słodkowodnych ąuasi-mięczaków, których ewolucja mózgu doprowadziła do obecnego stanu. Quor 
stanowił wnętrze, jego skorupa była zarazem powłoką kosmicznego wehikułu, zrośniętą organicznie z 
podróżnym  -  siłownia fotonowa  była  wykształconą ewolucyjnie  częścią organizmu. Wix, Siba, Lox 

background image

stanowili ruchome części jego osoby. Kiedyś można było nazwać je odnóżami i odwłokiem. Dziś każde 
z   nich   stanowiło   wyspecjalizowaną   jednostkę   badawczą   z   niezależną   świadomością.   Hominidzi   z 
Triangwy  wyśmiewali  tą   właściwość  Cjuorów,   w  ich  rysunkowych  programach  pełno  było   satyr,   w 
których dyskusje polityczne prowadziła noga z nogą albo ucho wypowiadało wojnę nosowi. Zresztą 
satyry te (oczywiście bez antropomorficznych wulgaryzmów) nie mijały się aż tak z rzeczywistością. 
Znany był wypadek Quora 134b25, któremu zbuntowały się organy ruchome i sterroryzowawszy go, 
gras.owały jakiś czas po bezdrożach Mlecznej Drogi w charakterze piratów. Oczywiście NaczeLna 
Rada Quorska nie wyciągnęła z tego żadnych wniosków. Przeciwnie, fakt możliwości takiego buntu 
uznany został za szczytowe osiągnięcie demokracji. D-D. Bo przecież Demokracja i Dobro stanowiły 
racje istnienia ich cywilizacji. Mieli wszystko i obecnie mogli zatracić się w sybarytyzmie albo obdzielać 
swymi dobrami innych. Co czynili.
-I skończy się, że zniszczą nas jakieś Termitiony czy któryś z ambitniejszych szczepów białkowych! - 
marudziła Siba.
Musiał koniecznie uciąć dyskusję, pokazać, kto jest komendantem. Wzmocnił impulsy:
-Utrzymujemy kurs na Trzecią Planetę. Nie wolno nam lekceważyć minimalnych nawet sygnałów. Jako 
najbardziej   rozwinięta   cywilizacja   wszechświata,   mamy   obowiązek   opiekować   się   wszelkimi 
przejawami życia, czy to opartymi na krzemie, czy na białłcu.
-Impur donosił o pierwocinach białkowych na Trzeciej Planiecie — zauważył Lox. - I to mnie martwi. 
Wszelkie  twory  białkowe  są  nieodpowiedzialne  i agresywnie witalne. A  poza  tym  tak obce naszej 
mentalności!
-Przerywam dyskusję, wkrótce musimy zacząć zwalniać!
-Tlen,   krzem,   glin,   żelazo,   wodór,   węgiel...   -   meldował   Rob,   mały,   zwinny   Analizator   Jednostki, 
rozwinięty ewolucyjnie z gruczołu smakowego.
Jednostka wisiała już nad Trzecią Planetą, na wysokości zaledwie kilkudziesięciu kilometrów.
-Szansę istnienia organizmów żywych? - spytał Quor.
-Duże... zresztą widać zieleń... Muszą istnieć organizmy roślinne oparte na asymilacji...
-Pytam o wyższe formy?
-Nie widać.
-A nie mówiłem - wtrącił się Wix. - Niepotrzebnie tu przylecieliśmy!
Quor udał, że ten impuls do niego nie dotarł.
- Schodzimy niżej - zdecydował.
Jednostka spoczywała nieruchomo, lekko zaryta w piaszczystym pagórku. Quor uchylił pancerza i 
chłonął naturalne, łagodne ciepło pobliskiej gwiazdy. Wix i Siba krzątali się na zewnątrz, ale prawdę 
powiedziawszy, ich zajęcia sprowadzały się głównie do poganiania Roba, który i bez tego robotny był i 
żwawy.   Wprawdzie   jego   jedynym   zmysłem   poza   dotykiem   był   smak,   ale   doprowadzony   do   takiej 
doskonałości, że zastępował mu wszystkie pozostałe - węch, wzrok (smakiem odróżniał barwy) czy 
słuch (np. hałas wpływał na cierpkość kosztowanego otoczenia). Toteż impulsy Roba przekazywane 
do   Quora   mogły   mieć   charakter   wielowymiarowych   obrazów.   Lox   odpowiedzialny   za   system 
defensywny przysiadł na uboczu, jego powierzchnia radaro-idalna nieprzerwanie rejestrowała wszelki 
ruch. Aliści jedynymi mieszkańcami okolicznych wzgórz były niewielkie ptaki i drobne gryzonie. Nie 
stwierdzał żadnych fal radiowych, promieniowanie utrzymywało się poniżej przewidywanej normy.
Chociaż ąuorańskie poczucie piękna opierało się na zupełnie innych kryteriach, musieli przyznać, że w 
otaczającej ich przyrodniczej harmonii kryło się wiele specyficznego uroku.
Przelot   tuż   nad   powierzchnią   planety   wskazywał   na   wszechwładne   panowanie   natury.   Pewne 
wzniesienia,   nasypy   czy   kanały  robiły  wprawdzie   wrażenie   sztucznych,   ale   wymagało   to   dokładni 
ejszego   zbadania.   Rob   rozsmakował   się   szczególnie   w   jednym   pagórku.   Mruczał   łakomie, 
przedzierając się przez kolejne warstwy, a gdy "uznał za słuszne podzielić się swymi informacjami, w 
jego impulsach drżał niezaprzeczalny entuzjazm.

Materiał, mnóstwo materiału, wysoko zorganizowana forma!!!

Ze ściany wykopu wyzierały rozmaite przedmioty, skorodowana szyna, pęknięta butelka, trochę kości, 
kawałek marmurowej kohunay.
Do wieczora mieli masę_ danych. Raport Impura okazał się proroc zy. Zaledwie kilkanaście tysiącleci 
temu pojawiły się na Trzeciej PLanecie istoty rozumne (przynajmniej do pewnego stopnia). Budowały 
miasta,   udomowiły   zwierzęta,   posiadły   sztukę   obróbki   żelaza.   Z   kawałków   malowanych   naczyń   i 
zachowanej mozaiki poznano nawet kształt tych dwunogów. Ich cywilizacja przetrwała parę tysięcy 
Lat.   Smak   Roba   dopuszczał   piąć   lub   sześć   tysiącleci.  A  potem?   Poteiri   znajdując   się   w   swoim 
apogeum, aczkolwiek dalekim od apogeów innych kultur kosmicznych, gwałtownie upadła. Obecne 
badania nie potrafiły jednoznacznie określić przyczyny. Bo i chyba nie było jednego powodu. Istniały 
też trudności z ustaleni em chronologii kataklizmów. Obok bratobójczych wojen nuklearnych (zresztą 
na ograniczoną skalę) nastąpiła degradacja środowiska, powszechne zatrucie wód. Niektóre szkielety 

background image

pochodziły jeszcze z trzeciego stulecia po Wielkiej Katastrofie. Gatunek jednak nie podniósł się z 
upadku i zniknął. A po paru wiekach przyroda odzyskała straco-ne ongiś pozycje.
Upłynął miesiąc badań.
— Sądzę, że teraz nie ma już najmniejszego powodu, żeby tu zostawać. Materiału archeologicznego 
mam aż za dużo. Zresztą, czy koigoś zainteresuje los nieudanej cywilizacji? Chyba jako przestroga - 
stwierdziła Siba.
Poparł j ą Lox:
— Niewielki to dorobek, potwierdzenie znanej teorii, że życie oparte na białku nie sprawdza się w 
wyższych formach.
— Nic tu po nas! - dorzucił Wix.
Quor milczał jeszcze dłuższą chwilę.

Waszemu   rozumowaniu   nie   można   w   zasadzie   niczego   zarzucić   -   zaczął.   -Wydaje   mi   się 

jednak, że koncentrując się na materialnych aspektach zagadnienia, zapominacie o jednym...
-O czym?
-O odpowiedzialności! Ciągle nie pamiętacie, że jako najdoskonalsza cywilizacja wszechświata, mamy 
pewne obowiązki moralne. Uważam, że ponosimy odpowiedzialność za bieg wydarzeń na Trzeciej 
Planecie.
-My?!! - wyrwało się Sibie.
-Oczywiście.   Gdybyśmy   przybyli   tu   wcześniej,   niewątpliwie   moglibyśmy   zapobiec   katastrofie. 
Pamiętacie   pomoc   w   uratowaniu   cywilizacji   Syriusza?   Nasze   doświadczenia   w   porę   przekazane 
tubylcom mogłyby...
-Nie ma co płakać nad wylanym białkiem — przerwał, niezbyt grzecznie, Wix. Quor zadygotał. Jego 
kontrimpuls był tak silny, że Wix aż zastygł w bezruchu. Wiedział dobrze, że „Tułów" - jak między sobą 
nazywali Quora, ma dość siły, by poskromić ich wszystkich, chociaż nigdy nie czynił ze swej mocy 
użytku.
-No to wyraźmy swoje ubolewanie i wracajmy – zaiskrzył impuls Loxa.
W tym momencie o głos poprosił Rob. Zdziwili się. Analizator rzadko odzywał się nie pytany. Uchodził 
za oddanego zwolennika Quora, ale bardziej lubił działać niż dyskutować.
-Mam propozycję - stwierdził łagodnie. - Jak wykazały moje badania, wszyscy mieszkańcy Trzeciej 
Planety zbudowani byli z komórek o stałym kodzie genetycznym. A zatem mając do dyspozycji jedną 
chociaż komórkę, posiadamy w niej model całego osobnika.
-Do czego zmierzasz - ożywił się Quor - czyżbyś chciał...?
-Tak. Mamy tu masę materiału genetycznego, kości, włosy, zasuszone kawałeczki skóry, zęby. Skoro 
mówiliśmy o odpowiedzialności moralnej, czyż nie byłoby rzeczą właściwą odrodzić życie na tej ziemi? 
Przecież   przy   naszych   możliwościach   moglibyśmy   odtworzyć   całą   populację   planety   i   to   we 
wszystkich pokoleniach, które na niej żyły...
-Już widzę ten tłok! - oponowała Siba.
-Kosmos roi się od nie zamieszkanych planet, na których moglibyśmy ich porozrzucać - włączył się 
Quor. Był zachwycony pomysłem Roba. Zuch, malec!
-Ależ to praca na tysiąclecia - marudził Wix.
-A co mamy lepszego do roboty? - w impulsach Quora czuło się coraz więcej entuzjazmu.
- A poza tym - dorzucił Rob - zrealizowalibyśmy ich wierzenia. Prawie wszystkie tutej sze kultury, 
wnioskując po ikonografii, charakterze grobów i ich wyposażeniu, wierzyły w zmartwychwstanie ciał. I 
to w krainie wiecznej szczęśliwości. Możemy zapewnić im jedno i drugie.
-Ale po co? - nie wytrzymała Siba. — Jeżeli ta cywilizacja nie sprawdziła się, to okazała się niezdolna 
do   samodzielnego   bytu.   Po   co   na   nowo   odradzać   tych   nieudaczników,   narażając   ich   na   kolejny 
nieuchronny upadek?
-Kataklizm mógł być dziełem przypadku — mruknął Quor.
-Za dobrze poznaliśmy ich dzieje, charakter, żeby obciążać odpowiedzialnością zbieg okoliczności. Ja 
jestem przeciwna. Szkoda czasu i kosmosu!
Tradycyjnie poparli ją Wix i Lox. Uważali, że nie należy przesadzać z filantropią.
-W imieniu nauki i dla jej dobra... -zaczął Rob, ale go zgromiono.
-Co ty, szczeniaku, wiesz o nauce — przycięła Siba. — Masz zbierać próbki i milczeć.
-Egoistka!
-Kurdupel!
Ogromnym wysiłkiem Q

UOT

 przywołał swe kończyny do rozsądku. I we własnej szarej substancji czuł 

pulsowanie niektórych wyspecjalizowanych, zwojów przeciwnych eksperymentowi.
„Jeszcze trochę i sam mózg podzieLi mi się na parę podjed-nostek z własną świadomością. Do czego 
ta demokratyczna ewolucja doprowadzi?" — pomyślał z goryczą.
-Oczywiście   możesz   narzucić   swoją   wolę,   ty   jesteś   szefem   -   dudnił   Wix   —   ale   proszę   o 

background image

zaprotokołowanie w pamięci Jednostki, że byłem przeciw...
-Dyktator! - szemrała Siba. - Chces.z dobra jakichś białkowych półgłówków, a skończy się na tym, że 
pewnego dnia wyhodowana przez: nas podgalaktyka unicestwi nas samych. Nie ma wdzięczności w 
skali kosmicznej.
-Ubezwłasnowolnij nas, no proszę, ubezwłasnowolnij - prowokował Lox.
-Nie ustępuj, szefie, mamy za sobą słuszność! — dolatywało bzyczenie Roba.
Quor   nie   lubił   walczyć.   Z   natury   swojej   stanowił   jeden   wielki   kompromis..   I   tym   razem   pragnął 
rozwiązania,   które   usatysfakcjonowałoby   wszystkich.   Choć   z   drugiej   strony   wiedział,   że 
najprawdopodobniej nie zadowoli nikogo. Nie chciał jednak być stroną w sporze, bardziej odpowiadała 
mu pozycja arbitra. Rob dobrze wywiązywał się z roli antagonisty.
- Biorąc pod uwagę wasze reakcje i twoje, Rob, uważam, że powinniśmy dokonać próby. Odtwórzmy 
na podstawie losowo wyłonionej komórki jednego osobnika tutejszej populacji - zaczął. - Badania, 
których   dokonamy   po   wyhodowaniu   „zmartwychwstańca",   odpowiedzą,   co   czynić   dalej.   Czy 
pozostawić   pl-anetę   swemu   losowi,   zabierając   ten   jeden   egzemplarz   do   naszego   Muzeum 
Zaginionych i Upadłych Cywilizacji, czy też rozwinąć akcję odrodzenia. Jeden żywy dwunóg więcej 
powie o swej cywilizacji niż cała archeologia. Słucham waszej opinii.
I zaczęło się. Wśród sporów, kto ma być losującą „sierotką" i czy ząb mleczny ma ten sam zapis 
genetyczny   co   trzonowy,   przystąpiono   do   dzieła.   Nie   będziemy   zanudzać   Czytelnika   szczegółami 
produkcyjnymi, w jaki sposób z normalnej komórki wyhodowano embriona i jak doprowadzono go w 
krótkim   czasie   do   wieku   dojrzałego.   Cały   czas   dochodziło   do   kontrowersji,   czy   obok   pamięci 
gatunkowej  „zmartwychwstaniec"  będzie   miał  świadomość  osobniczą.  Wix  to   wykluczał,  natomiast 
Rob   twierdził,   że   owszem,   przekonując,   że   rozwijającemu   się   osobnikowi   towarzyszy   stale 
niematerialna cząstka idealnej energii, którą nazwał „duszą nieśmiertelną". Wyśmiewano go, ale nie 
całkowicie.   Cóż   właściwie   wiedzieli   o   tworach   białkowych?   Qxior   nie   wykluczał   możliwości 
przechodzenia tożsamości osobniczej do innego wymiaru i powrotu jej wraz z odrodzeniem ciała. W 
każdym razie pachniało metafizyką i reinkarnacją.
Eksperyment miał się ku końcowi. Na polance nieopodal jednostki odłączono „zmartwychwstańca" od 
aparatury.   Jeszcze   był   bezwładny,   ale   jego   ciało   nabierało   rumieńców.   Był   to   dwudziestoparoletni 
dwunóg, w świetle tutejszych kryteriów zapewne przystojny. Nawet piękny! Może tylko w kształcie jego 
ust kryło się coś...
- Jeśli cała rasa była taka, to tylko sobie pogratulować – nadawał do Quora Rob. - Wygraliśmy! Warto 
było. Warto będzie...
Tymczasem sen mijał. Młodzieniec poruszył się na posłaniu. Rob i inne podąuory cofnęły się, aby nie 
wywołać swym widokiem szoku... Powieki młodzieńca drgnęły. Usta rozchyliły się.
- Nie, nie, Kasjuszu! -jęknął.
Mózg Quora przygotowany na odbiór każdego z paru tysięcy miejscowych dialektów, odtworzonych z 
inskrypcji i płyt dźwiękowych, ucieszył się. Mowa była dawna, lecz popularna.
„Zmartwychwstaniec"   ocknął   się   całkiem   i   usiadł   na   posłaniu.   Ruchy   miał   energiczne,   pewne. 
Prześliznął się wzrokiem po aparaturze, zieleni za przezroczystymi ścianami.
- Na Jowisza, jestem w niebie!
Quor   przywołał   dawno   nie   używany   emitor   dźwięków,   normalnie   śpiący   gdzieś   w   zakamarkach 
skorupy Jednostki. Przemodelował swoją myśl w dźwięk.
- Witajże, cny młodzieńcze i nasz przyjacielu z Trzeciej Planety.
Młody człowiek aż przysiadł, słysząc głos, a nie widząc mówiącego. Nie domyśliłby się rozmówcy w 
przypominającej blok skalny Jednostce.
- Nie  lękaj  się, albowiem przybywamy z dobrą nowiną. Rzeknij jeno, jak się nazywasz. Albowiem 
zamierzamy uczynić cię symbolem onego świata.
Zapytany jakby się zdziwił tym pytaniem. Krew mocniej napłynęła mu do policzków, w kącikach ust 
pojawił się grymas chełpliwości. Odparł krótko:
- Kaligula!