background image

ALFRED HITCHCOCK 

 

 

 

TAJEMNICA 

NAWIEDZONEGO 

ZWIERCIADŁA 

  

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW 

 

(Przełożyła: DOROTA KEAŚNIEWSKA) 

background image

Słowo wstępne Alfreda Hitchcocka 

 

Jeśli  mieliście  już  przyjemność  poznać  Trzech  Detektywów,  możecie  opuścić 

niniejszy  wstęp  i  przejść  od  razu  do  rozdziału  pierwszego,  w  którym  rozpoczyna  się  nasza 

przygoda. A jeśli to Wasze pierwsze z nimi spotkanie, pozwólcie, że przedstawię Wam całą 

trójkę. 

Jupiter  Jones,  Pete  Crenshaw  i  Bob  Andrews,  trzej  młodzi  i  zdolni  detektywi, 

mieszkają w Rocky Beach, małej miejscowości leżącej w pobliżu Hollywoodu w Kalifornii. 

Jupiter  Jones  -  nieco  otyły  i  bardzo  inteligentny  -  jest  Pierwszym  Detektywem  i  przywódcą 

zespołu.  Jego  umysł  pracuje  z  szybkością  błyskawicy,  choć  czasem  Jupe  bywa  zbyt 

pompatyczny.  Pete  Crenshaw  -  Drugi  Detektyw  -  jest  silny  i  wysportowany,  ale  bardzo 

ostrożny.  Ryzykowne  przedsięwzięcia  Jupitera  nie  budzą  w  nim  entuzjazmu.  Bob  Andrews 

jest  spokojnym,  systematycznym  chłopcem.  Z  wielką  starannością  gromadzi  dokumentację, 

mogącą się przydać detektywom przy rozwiązywaniu kolejnych zagadek. 

Kwatera Główna młodych detektywów znajduje się w starej przyczepie kempingowej 

stojącej na terenie składu złomu należącego do wuja i ciotki Jupitera. 

Nasza  trójka  nie  zawsze  działa  w  Rocky  Beach.  Tym  razem  chłopcy  będą  mieli  do 

czynienia  ze  zjawą  nawiedzającą  pewną  starą  posiadłość  w  Hollywoodzie.  Powszechnie 

wiadomo, że w owej posiadłości straszy. Trzej Detektywi podejmą się wyjaśnienia tajemnicy 

pewnego człowieka, który zniknął w starym zwierciadle i nigdy nie powrócił. 

A może wrócił? 

Tylko  w  jeden  sposób  możecie  się  o  tym  przekonać.  Otwórzcie  pierwszy  rozdział  i 

sprawdźcie. 

Alfred Hitchcock 

background image

Rozdział 1 

Łapać złodzieja! 

 

-  Wujowi  Tytusowi  trafiła  się  wyjątkowa  okazja  -  stwierdził Jupiter  Jones,  opierając 

się  o  zderzak  pikapa  należącego  do  składu  złomu  Jonesów.  -  W  jedno  krótkie  popołudnie 

zdobył  cztery okna z witrażami, jeden marmurowy kominek, zabytkową wannę i  siedmioro 

mahoniowych drzwi. 

- To popołudnie wcale nie było takie krótkie - jęknął Pete Crenshaw, przysiadając na 

krawężniku. - Zwłaszcza kiedy trzeba było ładować to wszystko na samochód. Sama wanna 

ważyła chyba z tonę! 

Bob Andrews zachichotał. 

-  Rzeczywiście  ciężko  było,  ale  widok  pana  Jonesa  zdobywającego  te  sprzęty 

wynagrodził nam wysiłek. 

Jupe otarł ręką czoło. Razem z Bobem, Pete'em i wujem Tytusem wyruszyli z Rocky 

Beach zaraz po obiedzie. Pewien stary dom na jednym ze wzgórz nad Hollywoodem miał być 

zburzony i wuj Tytus chciał uratować z niego, co tylko się dało. Teraz dochodziła czwarta i 

sierpniowe  słońce  mocno  przypiekało  wzgórza  nad  miastem.  W  dole,  ulice  zdawały  się 

falować w upale. 

- Jupe - odezwał się Pete - co twój wuj tam robi tyle czasu? 

- Niewątpliwie sprawdza, czy nie przeoczył jakichś skarbów - odparł Jupiter Jones. 

Pozostali skinęli głowami ze zrozumieniem. Skład złomu Jonesów, należący do wuja i 

ciotki  Jupitera,  słynął  na  całym  Zachodnim  Wybrzeżu  z  różnorodności  towaru.  Wuj  Tytus 

regularnie  przemierzał  Los  Angeles  wzdłuż  i  wszerz  w  poszukiwaniu  zabytkowych  drzwi, 

nietypowych  lamp,  bram,  płotów,  sprzętu  domowego  i  starych  mebli.  Czasami  kupował 

rzeczy, na które potem trudno było znaleźć nabywcę. Ciotka Matylda trochę się o to złościła, 

ale  mimo  tego  zawsze  kazała  Hansowi  i  Konradowi  -  dwóm  braciom  Bawarczykom 

zatrudnionym  do  pomocy  -  robić  na  dziedzińcu  miejsce  dla  kolejnego  nabytku  męża.  W 

gruncie rzeczy, nawet najdziwaczniejsze meble znajdowały w końcu nabywcę. A wuj Tytus 

triumfował w takich chwilach. 

Jupiter  uśmiechnął  się  na  widok  wuja,  który  w  końcu  ukazał  się  w  drzwiach 

ogromnego,  pseudowiktoriańskiego  pałacu  zbudowanego  na  szczycie  Crestview  Drive.  Pan 

Jones  rozmawiał  chwilę  z  szefem  ekipy  rozbiórkowej.  Miała  ona  wkrótce  przystąpić  do 

burzenia pałacu, aby zwolnić miejsce pod nowe osiedle mieszkaniowe. Wreszcie podali sobie 

background image

ręce i wuj Tytus ruszył w stronę samochodu. 

- W porządku, chłopcy - powiedział. - Nie ma tam nic więcej wartościowego. Szkoda, 

że się już takich domów nie buduje. Musiał się kiedyś wspaniale prezentować. Teraz zostały 

w  nim  tylko  termity  i  grzyb  -  westchnął.  Przygładził  sumiaste,  czarne  wąsy  i  wspiął  się  do 

kabiny ciężarówki. 

- Jedziemy! - krzyknął. 

Nie  musiał  tego  dwa  razy  powtarzać.  Chłopcy  w  jednej  chwili  znaleźli  się  w 

bagażowej  części  pikapa  i  przycupnęli  wciśnięci  pomiędzy  mahoniowe  drzwi  i  witrażowe 

okna. Samochód zaczął powoli zjeżdżać ze wzgórza w kierunku Hollywoodu. Jupe zauważył, 

że okolica jest bardzo zadbana. Wzdłuż ulicy stały wielkie, stare domy - jedne w stylu letnich 

angielskich  rezydencji,  inne  niczym  francuskie  zamki,  a  jeszcze  inne  przypominały 

hiszpańskie  posiadłości  kolonialne,  zdobione  sztukaterią  i  pokryte  grubą,  czerwoną 

dachówką. 

- Popatrz! - Bob klepnął Jupitera po ramieniu i wskazał palcem ogromne hiszpańskie 

domisko  po  prawej  stronie  drogi.  Na  jego  dziedzińcu  stał  samochód,  ale  nie  jakiś  zwykły 

wóz. Był to czarny rolls-royce ze złoceniami. 

- Nasz rolls! - wykrzyknął Jupiter. - Worthington musi być gdzieś w pobliżu. 

Jakiś  czas  temu  Jupiter  wygrał  konkurs  organizowany  przez  wypożyczalnię 

samochodów. W nagrodę pozwolono mu przez trzydzieści dni korzystać z zabytkowego rollsa 

prowadzonego  przez  Worthingtona  -  angielskiego  szofera  o  nienagannych  manierach. 

Wielokrotnie  woził  on  Trzech  Detektywów  podczas  rozwiązywania  przez  nich  kolejnych 

tajemnic, odkrywania zaginionych skarbów i udaremniania czyichś nikczemnych zamiarów. 

Kiedy  wykorzystali  już  trzydzieści  jazd,  jeden  z  klientów  odwdzięczył  się  za  pomoc, 

załatwiając im w wypożyczalni możliwość dalszego korzystania z rolls-royce'a. 

Wuj Tytus zwolnił nieco, by podjechać do lśniącego rollsa. W tym samym momencie 

drzwi wielkiego domu otworzyły się z impetem. Wypadł z nich niski, chudy człowieczek w 

ciemnym garniturze i co sił w cienkich nogach pognał przed siebie. 

- Stój! Zatrzymaj się, łajdaku!  

Worthington rzucił się w pościg za chudzielcem.  

Wuj  Tytus  gwałtownie  zahamował,  a  Pete  wyskoczył  z  samochodu,  by  odciąć 

zbiegowi drogę ucieczki. 

- Łapać złodzieja! - krzyczał Worthington. 

Pete  dopadł  człowieczka,  próbując  przytrzymać  go  wpół.  Lecz  zbieg,  choć  drobny, 

okazał się silny i zwinny. Trafił Pete'a pięścią pod prawe oko. Chłopiec oszołomiony bólem 

background image

upadł  na  ziemię.  Słyszał  jednak  wyraźnie  tupot  biegnącego,  a  potem  trzaśniecie  drzwi 

samochodowych. 

- O, do licha! - zawołał Worthington.  

Pete otworzył oczy i potrząsnął głową, próbując dojść do siebie. Worthington pochylił 

się nad nim. 

- Czy wszystko w porządku, panie Pete? - zapytał. 

- Chyba tak. Trochę mnie zatkało.  

Nadbiegli Bob i Jupe. 

- Facet nawiał - powiedział Bob. - Miał zaparkowany przy drodze samochód. 

Worthington  wyprostował  się,  prezentując  swój  okazały  wzrost.  Jego  owalna  twarz, 

zazwyczaj pogodna, była teraz czerwona z gniewu i z wysiłku. 

-  Jak  mogłem  dopuścić,  by  mnie  ten  łotr  prześcignął?  -  rzekł  zasępiony.  Po  chwili 

twarz trochę mu się rozpogodziła. - No, ale przynajmniej porządnie go nastraszyliśmy! 

background image

Rozdział 2 

Dom luster 

 

- Worthington, czy on uciekł? Wezwałam już policję.  

Jupiter zamrugał oczami. Pete, wciąż oszołomiony, przetarł twarz niepewnym ruchem, 

a Bob wytrzeszczył oczy na kobietę, która pojawiła się w drzwiach posiadłości. 

- Obawiam się, że tak, proszę pani - odparł Worthington.  

Kobieta zaczęła schodzić w ich kierunku. Jupe nagle uświadomił sobie, że przygląda 

jej  się  z  otwartymi  ustami.  Szybko  je  zamknął.  Niełatwo  wprawić  w  osłupienie  Jupitera 

Jonesa,  ale  każdy  na  jego  miejscu  zareagowałby  podobnie  na  widok  damy  ubranej  w  suto 

marszczoną, długą do ziemi brokatową krynolinę. Kiedy podeszła bliżej, Jupiter zobaczył, że 

jasne włosy upięte w wysoki kok są peruką przysypaną pudrem. 

-  Pani  Darnley,  chciałbym  pani  przedstawić  moich  przyjaciół,  Trzech  Detektywów  - 

odezwał się Worthington. 

Kobieta wydawała się nieco zaskoczona. Po chwili uśmiechnęła się. 

- Ach, tak. To wy jesteście tymi trzema młodymi detektywami. Worthington wiele mi 

o was mówił. - Spojrzała na Jupe'a. - Jupiter Jones, prawda? 

- Zgadza się - odparł Jupe. 

Następnie Worthington przedstawił Boba i Pete'a. 

- Pan Pete próbował odciąć drogę temu złoczyńcy - wyjaśnił. 

- Ale nie jesteś ranny, prawda? - zapytała kobieta. 

- Nie, nie jestem - odrzekł Pete, powoli podnosząc się z ziemi. 

- Dzięki Bogu. Słyszałam, że włamywacze bywają niebezpieczni.  

W tym momencie wuj Tytus wysiadł z pikapa. 

- Pani Darnley, to jest Tytus Jones - przedstawił go Worthington.  

Kobieta uśmiechnęła się promiennie. 

-  Ach,  jakże  mi  miło  pana  poznać!  Tyle  słyszałam  o  pańskim  składzie  złomu. 

Wybierałam się nawet z wizytą, żeby zobaczyć, czy nie ma pan może jakichś interesujących 

luster. 

- Luster? 

- Tak. Kolekcjonuję je. Proszę wejść i obejrzeć moje zbiory.  

Kobieta odwróciła się zamaszyście i ruszyła do domu szeleszcząc suknią. 

- Czy ona ubiera się tak na co dzień? - zapytał Pete. 

background image

- To nadzwyczaj interesująca dama - odparł Worthington. - Często ją wożę, ponieważ 

nie  zależy  jej  na  posiadaniu  własnego  samochodu.  Przekonacie  się,  że  jej  dom  jest 

fascynujący. 

I rzeczywiście dom okazał się taki. Chłopcy i wuj Tytus weszli za Worthingtonem do 

dużego,  ciemnego  holu.  Panował  tu  dziwny  chłód.  Z  lewej  strony  zobaczyli  imponujące 

schody prowadzące na piętro. Za nimi wąski korytarz ciągnął się przez cały niemal dom. Po 

prawej stronie zwróciły ich uwagę ozdobne, dwuskrzydłowe drzwi. Nie mogli dojrzeć, co jest 

za  nimi,  ponieważ  w  pokoju  panowały  ciemności.  Gości  wprowadzono  do  przestronnego 

salonu.  Na  jego  ścianach  igrały  jakieś  cienie.  Całe  wnętrze  zdawało  się  pulsować  życiem. 

Ciężkie kotary nie przepuszczały światła dziennego i chłopcy dopiero po chwili zorientowali 

się, iż cienie, poruszające się po ścianach, to ich własne odbicia w dziesiątkach, a być może 

setkach, luster. Widzieli odbicia własnych odbić. Miało się wrażenie, iż w pokoju są nie trzej 

detektywi, lecz trzydziestu lub trzystu. 

- Piękne, prawda? - W lustrach pojawiła się postać pani Darnley. 

- Trochę kręci mi się w głowie - powiedział Pete. 

- Usiądź więc - poradziła pani Darnley i sama przysiadła na stołeczku obok kominka. - 

Niemal wszystkie moje zwierciadła są bardzo stare i każde z nich ma swoją historię. Zbieram 

je przez całe życie.  Zaczęłam jako mała dziewczynka. Czy pamiętacie bajkę o Alicji,  która 

przeszła na drugą stronę lustra i znalazła się w zaczarowanym  świecie,  w którym  wszystko 

odwrócone  było  do  góry  nogami?  Kiedy  byłam  dzieckiem,  wierzyłam,  że  i  mnie  to  się 

przydarzy, jeśli tylko znajdę właściwe lustro. 

Do  pokoju  wszedł  chłopiec  wzrostu  Pete'a  i  w  jego  mniej  więcej  wieku.  Miał 

marchewkowe włosy i piegowaty nos. Za nim wsunęła się dziewczynka tego samego wzrostu, 

ale  o  włosach  ciemniejszych.  Uśmiechnęła  się  na  widok  Worthingtona,  który  stał  sztywno 

przy jednym z okien. Następnie przesunęła spojrzenie na wuja Tytusa, a potem na chłopców. 

- To moje wnuczęta, Jean i Jeff Parkinson - przedstawiła ich pani Darnley. - Dzieci, a 

oto pan Tytus Jones, właściciel tego sławnego składu staroci, oraz jego siostrzeniec, Jupiter i 

ich przyjaciele, Bob i Pete. 

- Trzej Detektywi! - wykrzyknął Jeff. 

-  Co  za  zbieg  okoliczności!  -  zauważyła  dziewczynka.  -  Akurat,  kiedy  mieliśmy 

włamanie. Nic, co prawda, nie zaginęło. 

- Nic nie zaginęło? - zdziwiła się pani Darnley. 

- Tak mi się wydaje - odparła Jean. Usłyszeli coraz bliższy dźwięk syreny. 

-  To  pewnie  policja  -  stwierdziła  pani  Darnley.  -  Jean,  otwórz  im  drzwi.  A  ty, 

background image

Worthingtonie, usiądź, proszę. Chyba nie jest ci wygodnie tak stać jak słup. 

- Dziękuję pani - odrzekł Worthington i znalazł sobie jakieś krzesło. Jean wprowadziła 

dwóch młodych policjantów. Jeden z nich, na widok pani Darnley całej w brokatach, upuścił 

czapkę. Dama udała, że tego nie dostrzega, i opowiedziała im pokrótce, co się wydarzyło. 

-  Byłam  na  górze.  John  Chan,  który  zarządza  moim  domem,  właśnie  podawał  mi 

herbatę. Nie słyszeliśmy nic podejrzanego. Włamywacz niewątpliwie sądził, że w domu nie 

ma nikogo. Worthington i moje wnuki wrócili z zakupów w Farmers Market i zaskoczyli go. 

Był właśnie w bibliotece i, jak nam się wydaje, niczego nie ukradł. Być może nie zdążył. 

Następnie  Worthington  i  chłopcy  opisali  mężczyznę,  który  wybiegł  z  domu  -  niski, 

bardzo chudy, o ciemnych, kręconych włosach, w średnim wieku, lecz bardzo silny i szybki. 

Jupiter opisał samochód, którym uciekł. 

-  Takich  samochodów  są  tysiące  -  skrzywił  się  policjant.  -  Może  udało  ci  się 

zapamiętać numer rejestracyjny? 

- Niestety, nie. Cały samochód był zabłocony i tablica też.  

Policjant westchnął i zanotował coś. 

- Wiemy, jak dostał się do środka - odezwała się Jean Parkinson. - Wyłamał zamek w 

drzwiach kuchennych.  

Policjant pokiwał głową. 

- Zawsze to samo, kiepskie zamki w kuchennych drzwiach. 

-  Moje  drzwi  kuchenne  mają...  to  znaczy,  miały  bardzo  dobry  zamek.  Dbam  o  takie 

rzeczy - zapewniła pani Darnley. - Jak pan może zauważył, we wszystkich oknach są żelazne 

kraty.  Do  domu  można  się  dostać  tylko  głównym  wejściem  lub  drzwiami  kuchennymi 

poprzez  garaż.  Obie  pary  drzwi  mają  podwójne  zamki-skarbce.  Ten  człowiek  wyważył  je 

łomem. Jeff, zaprowadź panów do kuchni i pokaż, jak to wygląda! 

Policjanci  wyszli  razem  z  Jeffem  i  po  chwili  wrócili,  niosąc  łom  porzucony  przez 

włamywacza. 

- Zajmą się nim nasi specjaliści od daktyloskopii. 

- Ale ten człowiek miał rękawiczki - zauważył Pete. 

- Jesteś pewien? 

- Jestem. Odczułem to na własnej skórze. 

Policjanci  odjechali,  obiecując  pani  Darnley,  że  jak  tylko  trafią  na  ślad  przestępcy, 

natychmiast  ją  zawiadomią.  Worthington  też  się  pożegnał,  by  odwieźć  rolls-royce'a  do 

wypożyczalni. 

- Pewnie już nie usłyszymy więcej o tej sprawie - powiedziała pani Darnley. - No cóż, 

background image

właściwie nic takiego się nie stało. Może chcecie państwo obejrzeć dom? Kiedyś należał do 

magika Drakestara. To on go zbudował. 

-  Dom  Drakestara?  -  zainteresował  się  Jupiter,  który  dość  dobrze  znał  środowisko 

teatralne. - A więc to jest dom Drakestara! Czytałem o nim. 

Pani Darnley skinęła głową. 

-  Drakestar  umarł  tutaj  i  podobno  od  tamtej  pory  w  domu  straszy.  Ja  niczego 

dziwnego  jak  dotąd  nie  widziałam  ani  nie  słyszałam.  Ale  jeśli  lubicie  stare,  interesujące 

przedmioty, chodźcie ze mną. 

Otworzyła dwuskrzydłowe drzwi w końcu salonu. Wuj Tytus, Trzej Detektywi, Jean i 

Jeff Parkinson przeszli za nią do jadalni. Tutaj kotary były rozsunięte i popołudniowe słońce 

oświetlało  ściany  pokryte  grubym,  czerwonym  adamaszkiem.  Nad  kredensem  wisiało 

zwierciadło w ramie z pozłacanych wolut. Wyglądało na bardzo stare i jego srebrna, powłoka 

miejscami poodpryskiwała. 

- To jeden z moich najcenniejszych skarbów - powiedziała pani Darnley. - Pochodzi z 

Sankt Petersburga, z pałacu carów. Być może przeglądała się w nim sama Katarzyna Wielka. 

Właśnie  to  mnie  fascynuje  w  lustrach.  Odbijały  tyle  ludzkich  twarzy...  Niełatwo  się  oprzeć 

wrażeniu, iż jakaś cząstka każdej z tych osób w nich pozostała. 

Za jadalnią znajdowało się pomieszczenie na zastawę stołową, a za nim kuchnia, gdzie 

chłopcy poznali Johna Chana, zarządzającego domem pani Darnley. Był szczupły. Miał około 

dwudziestu  pięciu  lat.  I  choć  nie  ulegało  wątpliwości,  iż  jego  przodkowie  pochodzili  z 

Dalekiego  Wschodu,  mówił  z  silnym  bostońskim  akcentem.  Zawiadomił  panią  Darnley,  że 

wezwał już stolarza i ślusarza, i do wieczora drzwi kuchenne będą naprawione. 

-  Doskonale  -  ucieszyła  się.  Wskazała  ręką  boczne  drzwi.  -  To  pokój  Johna.  Nie 

pozwolił mi powiesić w nim ani jednego lustra. 

- Zbyt często musiałbym na siebie patrzeć - wyjaśnił zarządca z uśmiechem. 

- Przejdźmy dalej, pokażę wam  inne moje skarby.  -  Otworzyła jeszcze jedne drzwi i 

znaleźli się w wąskim korytarzu, który widzieli zaraz po wejściu do domu. 

- W czasach Drakestara cała część frontowa tworzyła wielką salę balową. Postawiłam 

w  niej  ścianki  działowe  i  w  ten  sposób  powstały...  no  cóż,  można  by  je  chyba  nazwać 

pokojami wystawowymi. 

Stłoczyli  się  wszyscy  w  narożnym  pomieszczeniu  o  ścianach  koloru  palonej  gliny. 

Stało w nim wąskie łóżko, skórzany kufer, krzesło i stół zbity z ręcznie ciosanych desek. Nad 

stołem wisiało lustro w klonowej ramie. 

-  To  lustro  sprowadzono  do  Kalifornii  w  czasach  gorączki  złota  -  objaśniła  pani 

background image

Darnley.  -  Zamówił  je  w  Nowej  Anglii  pewien  Amerykanin,  który  chciał  poślubić  córkę 

hiszpańskiego dona. Otrzymała je od niego w podarunku. 

- A chociaż wyszła za niego? - zapytał Bob. 

- Tak, i to był początek tragedii. Amerykanin okazał się hazardzistą i przegrał cały ich 

majątek.  Ten  pokój  jest  rekonstrukcją  pokoju,  w  którym  mieszkała.  Pod  koniec  życia  nie 

miała już niczego... kompletnie niczego. 

W kolejnym  pomieszczeniu  znajdował  się pokoik  panieński. Pani  Darnley  nazywała 

go wiktoriańskim. 

-  Zrekonstruowałam  salonik,  w  którym  Królowa  Wiktoria,  zanim  jeszcze  została 

królową,  zwykła  siadywać  ze  swoją  matką.  Meble  odtworzono  na  moje  zamówienie,  ale 

lustro nad kominkiem jest autentyczne. Należało do Królowej Wiktorii lub jej matki.  Lubię 

wyobrażać sobie przeglądającą się w nim Wiktorię, taką młodziutką i niewinną, mającą lata 

sławy  i  wielkości  dopiero  przed  sobą.  Przychodzę  tu  czasem  posiedzieć  sobie.  Wkładam 

wtedy  specjalną  suknię.  Nie,  oczywiście  nie  udaję  młodej  Wiktorii.  Jestem  na  to  za  stara. 

Niekiedy wyobrażam sobie, że jestem jej matką. 

Następnie obejrzeli pokój Lincolna. Panował w nim mrok i nieład. 

- To replika pokoju, w którym mieszkała Mary Todd Lincoln już jako stara, zmęczona 

i  samotna  kobieta,  długo  po  śmierci  prezydenta  Lincolna.  Właśnie  do  niej  należało  to 

zwierciadło. 

Wuj Tytus, stojący obok Jupitera, poruszył się niespokojnie. 

- Smutne miejsce - powiedział. 

-  Bardzo  smutne  -  zgodziła  się  pani  Darnley.  -  Ale  przecież  wielu  ludzi  zyskiwało 

sławę właśnie z powodu jakiegoś smutnego wydarzenia. 

Zamknęła drzwi do pokoiku i nagle ożywiła się. 

- Na  górze jest pokój  Marii  Antoniny. Jest  tam  małe ręczne zwierciadło należące do 

królowej  i  jeszcze  kilka  drobiazgów.  Suknia,  którą  mam  na  sobie,  została  uszyta  na  wzór 

sukni z jej portretu. 

- Rozumiem - wyszeptał Jupiter. - Czy ten pokój też jest smutny? 

-  W  pewnym  sensie  tak.  To  ładny  pokój.  Lubię  w  nim  przebywać.  Staram  się  nie 

myśleć o tym, jak umierała... biedna, głupiutka królowa. Pokażę go wam. Jest dokładną kopią 

jednego z jej pokoi w Wersalu. Ale najpierw musicie zobaczyć mój najnowszy nabytek. 

- To będzie prawdziwy horror - mruknęła Jean Parkinson. 

- Założę się, że wyda wam się okropny - dodał Jeff. 

-  Rzeczywiście  jest  brzydki,  ale  to  moja  prawdziwa  duma  -  odrzekła  dama  i 

background image

szeleszcząc suknią poprowadziła ich korytarzem aż do głównego holu. Wuj Tytus i chłopcy 

weszli  za  nią  przez  podwójne  drzwi  do  ciemnego  pokoju,  który  zauważyli  na  samym 

początku  wizyty.  Kiedy  tylko  pani  Darnley  odsłoniła  kotary,  zorientowali  się,  że  są  w 

bibliotece.  Trzy  ściany  zastawione  były  książkami  niemal  po  sufit.  Czwartą,  tę  od  frontu, 

pokrywała  ciemna  boazeria.  Między  dwoma  wysokimi  oknami  wisiało  ogromne  lustro 

sięgające od podłogi aż do sufitu. 

- O rany! - krzyknął Pete. 

W  samym  lustrze  nie  było  niczego  niezwykłego.  Odbijało  postaci  chłopców  i  wuja 

Tytusa wyraźnie i  bez zniekształceń. Uwagę zwracała natomiast jego  groteskowa metalowa 

rama, powyginana w dziwnie odrażające kształty. Tworzyły ją jakby splątane korzenie drzew, 

spomiędzy których wyglądały maleńkie twarze. Twarze niepodobne do ludzkich. Niektórym z 

czoła  wyrastały  rogi,  inne  miały  wąskie  szparki  zamiast  oczu.  Jeszcze  inne  wykrzywiał 

złośliwy  grymas.  Na  samym  szczycie  lustra  królowała  karłowata,  przygarbiona  postać  ze 

spiczastymi uszami. Trzymała w objęciach węża. 

- Co... - zaczął Bob wskazując ramę - co t-t-to za stworki? 

-  W  Hiszpanii  nazywa  się  je  trasgos  -  odparła  pani  Darnley.  -  My  mówimy  o  nich 

gobliny. To zwierciadło należało kiedyś do czarodzieja Chiava, który żył w Madrycie przed 

dwustu  niemal  laty.  Podobno  ukazywały  się  w  nim  duchy  i  gobliny  przepowiadające 

przyszłość.  -  Mieszkały,  rzekomo,  w  korzeniach  drzew  na  odludnych  mokradłach  -  wtrącił 

Jeff. - I przyjaźniły się z wężami i robakami. 

- Ohyda! - skrzywiła się Jean Parkinson. 

- Jestem dumna z posiadania tego zwierciadła    powtórzyła pani Darnely.  - Każde z 

moich luster ma swoją historię i niektóre widziały rzeczy piękne oraz wielkie tragedie. Lecz 

zwierciadło Chiava, jeśli wierzy się w takie rzeczy, jest podobno prawdziwym zaczarowanym 

zwierciadłem. 

Jupiter  Jones  pomyślał,  że  wyglądała  teraz  tak,  jakby  rzeczywiście  wierzyła,  iż 

zwierciadło jest zaczarowane. 

W holu rozległ się dzwonek. 

-  To  pewnie  senor  Santora  -  powiedziała  Jean,  uśmiechając  się  do  Trzech 

Detektywów. - Senor Santora przyjechał z Hiszpanii. Jest kolekcjonerem, jak babcia, całkiem 

zwariowanym na punkcie luster. Chce odkupić to zwierciadło oprawione w ramę z okropnymi 

stworkami. Przychodzi codziennie o tej samej mniej więcej porze. 

Znów rozległ się dzwonek. 

Pani Darnley odwróciła wzrok od lustra i popatrzyła w kierunku drzwi wejściowych. 

background image

- Codziennie - westchnęła. - Od tygodnia przychodzi tu każdego dnia, a dziś... 

Zawiesiła głos, nie kończąc myśli. 

- A dziś - odezwał się cicho Jupiter - w tym właśnie pokoju zaskoczono włamywacza. 

- Nikt  nie byłby w stanie udźwignąć tego lustra  -  nie zgodził się z nim Jeff.  -  Rama 

jest stalowa i waży chyba z tonę. Aż trzech ludzi wieszało je na ścianie. 

Pani Darnley uniosła z lekka głowę i jej twarz przybrała surowy wyraz. 

-  Panie  Jones  -  zwróciła  się  do  wuja  Tytusa  -  będę  wdzięczna,  jeśli  pan  i  chłopcy 

zostaniecie,  żeby  zobaczyć  senora  Santorę.  Worthington  bardzo  ceni  Trzech  Detektywów. 

Chciałabym poznać ich opinię o tym człowieku. 

Dzwonek znów zadźwięczał. 

Pani Darnley, nie czekając na odpowiedź wuja Tytusa, poleciła Jean: 

- Otwórz senorowi Santorze. 

background image

Rozdział 3 

Klątwa Chiava 

 

Jean  wprowadziła  do  biblioteki  mężczyznę  o  mocnej  budowie,  bardzo  ciemnych 

włosach  i  szeroko  rozstawionych,  czarnych  oczach.  Miał  na  sobie  jasny  garnitur  z  bardzo 

dobrego  materiału  o  jedwabistym  połysku.  Jego  gładka  twarz,  nie  naznaczona  czasem  ani 

troską, była lekko zaczerwieniona, jakby od gniewu. 

- Senora Darnley, jeśli można... - zaczął. Na widok wuja Tytusa i chłopców przerwał i 

zachmurzył się, zaciskając przy tym wargi.  - Miałem nadzieję, że zastanę panią... że będzie 

pani...  -  znów  przerwał,  jakby  szukając  odpowiednich  angielskich  wyrazów  dla  wyrażenia 

myśli. - Miałem nadzieję, że zastanę panią bez gości - powiedział w końcu. 

- Bardzo proszę, niech państwo usiądą - rzekła pani Darnley, zajmując jedno z miejsc. 

-  Właśnie  opowiadałam  przyjaciołom  o  dumie  mojej  kolekcji  -  zwierciadle  goblinów  - 

zwróciła się chłodnym tonem do seńora Santory. 

-  Zwierciadło  wielkiego  Chiava  -  westchnął  Santora,  siadając  przy  stoliku  z  lampą. 

Położył na nim paczkę owiniętą w biały papier. - Cudowne zwierciadło! 

- Rzeczywiście cudowne - przytaknęła pani Darnley. - Senor Santora, sama musiałam 

czasem dołożyć wielkich starań, aby zdobyć niektóre z tych luster, lecz pański upór staje się 

doprawdy śmieszny. 

-  Pragnienie  posiadania  zwierciadła  Chiava  wcale  nie  jest  czymś  śmiesznym.  Pani 

Darnley... senora... proszę o rozmowę na osobności. 

- Nie widzę takiej potrzeby. Nie mamy o czym rozmawiać. 

- Ależ mamy - rzekł podniesionym tonem, pochylając się do przodu. 

Nikt z obecnych nie poruszył się. 

-  Rozumiem.  A  więc  musimy  mieć  publiczność.  Jak  pani  sobie  życzy,  senora. 

Złożyłem pani bardzo korzystną ofertę. Dziś przychodzę z jeszcze korzystniejszą. Dam pani 

dziesięć  tysięcy  dolarów  za  zwierciadło  Chiava  i  dołożę  do  tego  pewien  eksponat  z  mojej 

własnej kolekcji. – Wręczył pani Darnley białą paczkę. - To małe ręczne lusterko znalezione 

w ruinach Pompei. 

Pani Darnley wybuchnęła śmiechem. 

- Mam więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek zdołam wydać, a przedmioty z Pompei nie 

są aż tak rzadkie. A zwierciadło goblinów jest tylko jedno. 

- Tylko jedno - zgodził się Santora. - Jedno na całym świecie. I muszę je mieć, seńora! 

background image

- Nie. 

-  To  niezwykle  ważne.  Nawet  sobie  pani  nie  zdaje  sprawy,  jak  ważne!  -  krzyknął 

Santora. 

- Oczywiście, że ważne, skoro dotyczy lustra jedynego na świecie. Tylko że dla mnie 

jest tak samo ważne, jak dla pana. Czemu pańska kolekcja miałaby być lepsza od mojej? 

- Senora, muszę panią ostrzec! - podniósł głos. Jupiter zauważył, że zacisnął pięści, a 

pani Darnley wyprostowała się na krześle. 

- Przed czym? - zapytała, patrząc mężczyźnie prosto w twarz. - Senor Santora, czy pan 

wie,  że  jakiś  człowiek  włamał  się  dziś  do  mojego  domu.  Przyłapano  go  w  tym  właśnie 

pokoju. 

Rumieniec  zniknął  z twarzy  Santory.  Stała  się  ona  wręcz  kredowobiała.  Spojrzał  na 

lustro. 

- W tym pokoju? Ależ... ależ nie, skąd miałbym o tym wiedzieć? 

- Miejmy nadzieję, że tak właśnie jest. 

Santora spuścił wzrok na podłogę, a potem na swoje ręce. 

-  Przyłapano  go?  Tutaj?  -  Santora  podniósł  głowę  i  na  jego  twarzy  pojawił  się 

wymuszony  uśmiech.  -  Rzeczywiście,  czytałem  w  waszych  gazetach,  że  macie  złodziei, 

którzy okradają domy w dzień, korzystając z tych godzin, kiedy mieszkańcy wychodzą. Mam 

nadzieję, senora, że policja potraktuje surowo tego osobnika. 

- Niestety, udało mu się zbiec - odparła pani Darnley. 

- Ach, tak - zmarszczył brwi, jakby rozważał jakiś trudny problem. 

- Senora, nie mogę niczego powiedzieć o tym włamywaczu, lecz oboje dobrze wiemy, 

iż człowiek tak nikłej postury nie uniósłby zwierciadła Chiava. W tym lustrze czai się pewne 

niebezpieczeństwo. 

- Czyżby? 

-  Nie  byłem  z  panią  całkiem  szczery  -  wyznał  Santora.  -  Tak  naprawdę  nie  jestem 

kolekcjonerem. To lusterko z Pompei... kupiłem je wczoraj w Beverly Hilis. 

- Mam nadzieję, że nie dał pan za nie fortuny - odparła pani Darnley nie bez sympatii. 

- Jeśli to lusterko nie skłoni pani do rozstania z lustrem Chiava, może zrobi to pani ze 

względu  na  mnie.  Widzi  pani,  nie  tylko  zwierciadło  Chiava  jest  unikatem  światowym,  ja 

jestem nim także. 

Pani Darnley była wyraźnie rozbawiona. 

- Nie jest pan aż takim unikatem, seńor Santora. 

- Mogę pani opowiedzieć historię tego lustra. 

background image

- Ależ ja znam jego historię. 

-  Tak  się  tylko  pani  wydaje  -  powiedział  Santora  już  bez  gniewu.  Głos  miał  teraz 

łagodny, niemal błagalny. - Chiavo był wielkim czarnoksiężnikiem. Lustro zaczarował przy 

pomocy wielu zaklęć. Miał dzięki niemu dostęp do świata stworzeń i duchów mieszkających 

pod  ziemią.  Od  nich  dowiadywał  się  o  wydarzeniach,  które  miały  dopiero  nastąpić.  Aż 

pewnego dnia Chiavo zniknął. 

-  Wiem  o  tym  -  wtrąciła  pani  Darnley.  -  I  zostawił  zwierciadło  pewnej  rodzinie  z 

Madrytu. Ludzie ci nazywali się Estancia.  

Santora skinął głową. 

- To prawda. Lecz to nie wszystko. Chiavo miał wrogów. Ludzi, którzy  bali się go i 

twierdzili, że ich skrzywdził. Nie chciał więc, by ktokolwiek wiedział, iż rodzina Estancia, to 

jego  własna  rodzina  -  jego  żona  i  syn.  Ten  syn  też  miał  syna,  a  ten  z  kolei  -  córkę,  która 

wyszła  za  mąż.  W  ten  sposób  nazwisko  Estancia  zaginęło.  Lustro  pozostało  jednak  w 

rodzinie,  przekazywane  z  pokolenia  na  pokolenie.  Aż  kiedyś,  ponad  czterdzieści  lat  temu, 

jeszcze  przed  moim  urodzeniem,  lustro  wielkiego  Chiava  zostało  skradzione,  gdzieś  w 

Madrycie. Złodziej zapłacił za to stokrotnie. Mój ojciec wytropił go i... 

-  Pański  ojciec?  -  krzyknęła  pani  Darnley.  -  Czy  chce  pan  powiedzieć,  że  jest  pan 

potomkiem Chiava? Mężczyzna skinął głową. 

- I to jedynym. Mój ojciec już nie żyje. Pozostałem tylko ja i dlatego muszę odzyskać 

to lustro. Należy do mnie i chcę je przekazać mojemu synowi. 

Pani Darnley milczała zamyślona. W końcu zapytała: 

- Jeśli pański ojciec wytropił złodzieja tyle lat temu, dlaczego nie odzyskał lustra? 

- Ponieważ złodziej już wtedy nie żył, a lustro zabrała jakaś inna kanalia. Widzi pani, 

lustro jest bezpieczne tylko w rękach naszej rodziny. 

Tylko  my  znamy  jego  sekret  i  tylko  my  wiemy,  co  zrobić,  by  lustro  przepowiadało 

przyszłość. 

- Przydatne urządzenie - stwierdziła pani Darnley. 

-  Rzeczywiście.  Lecz  dla  ludzi  nie  pochodzących  z  rodu  Chiava  może  być 

niebezpieczne.  Człowieka,  który  ukradł  je  mojemu  ojcu,  znaleziono  w  domu  martwego. 

Jedynym obrażeniem był ślad na czole, jakby po oparzeniu - ale on nie żył. A lustro zniknęło. 

Mój ojciec wznowił poszukiwania. Kiedyś usłyszał, że lustro trafiło do Barcelony. Odnalazł 

nowego posiadacza. Niestety, przybył za późno. Mężczyzna właśnie się powiesił. Właściciel 

domu, w którym ów człowiek mieszkał, zabrał lustro i sprzedał komuś, kto z kolei... 

- Też się powiesił? - dokończyła za niego pani Darnley. 

background image

- Zginął w katastrofie kolejowej, zanim mój ojciec zdołał do niego dotrzeć. Jego syn 

oddał  lustro  przyjacielowi,  który  właśnie  jechał  do  Madrytu.  Powiedział  też,  że  tuż  przed 

śmiercią ojciec ujrzał w zwierciadle postać mężczyzny o długich, siwych włosach i dziwnych, 

zielonych oczach. Nie zdziwiło to mojego ojca. Tak bowiem wyglądał Chiavo. Członkowie 

naszego rodu wiedzą, co się stało z Chiavem. Przeszedł na drugą stronę lustra, do podziemnej 

krainy  duchów.  Jest  tam  do  dziś.  Czasem  tylko  zbliża  się  do  lustra  i  wygląda  na  zewnątrz, 

żeby dać jakąś przestrogę. 

Pani Darnley podniosła rękę do gardła. 

- Przeszedł... na drugą stronę lustra? 

- Jak Alicja - szepnęła cichutko Jean. 

- Ja... ja nie wierzę w takie rzeczy - powiedziała pani Darnley. 

-  To  teraz  tak  pani  twierdzi.  Dalszą  historię  już  pani  zna.  Człowiek,  który  jechał  do 

Madrytu,  sprzedał  lustro  studentowi  o  imieniu  Diego  Manolos.  Niedługo  potem  Manolos 

opuścił Hiszpanię i wrócił tam, gdzie się urodził. Zna pani to miejsce, senora Darnley, małą 

wyspę  należącą  do  państewka  o  nazwie  Ruffino.  Ożenił  się  z  pani  przyjaciółką.  Czy  mogę 

wiedzieć, co mówiła o lustrze? 

- Nie lubiła go. Uważała, że jest brzydkie, w czym oczywiście miała rację. Oddałaby 

mi  je  już  lata  temu,  lecz  jej  mąż  nie  chciał  się  z  nim  rozstać.  Nie  wspominała  jednak,  by 

kiedykolwiek coś w nim zobaczyła. Manolos miał je u siebie przez trzydzieści z górą lat, lecz 

moja przyjaciółka nigdy nie dojrzała w nim żadnego ducha. 

Santora  pochylił  się  w  stronę  pani  Darnley  i  głosem  tak  cichym,  że  Jupe  ledwie  go 

słyszał, powiedział: 

-  Lustro  jest  przeklęte.  Chiavo  rzucił  klątwę  na wszystkich  jego  właścicieli,  jeśli  nie 

wywodzą się z tego rodu. 

-  Ale  Diega  Manolosa  ta  klątwa  nie  dosięgła.  Wiodło  mu  się  świetnie.  Był  doradcą 

prezydenta państwa Ruffino. 

-  Może  dosięgła  jego  żony  -  powiedział  Santora,  wpatrując  się  ciemnymi  oczami  w 

panią  Darnley.  -  Senora  Darnley,  proszę  mi  opowiedzieć  o  swojej  przyjaciółce.  Czy  była 

szczęśliwa? 

Pani Darnley spuściła wzrok i odwróciła głowę. 

-  Cóż...  nie.  Myślę,  że  za  życia  męża  Isabella  Manolos  nie  była  szczęśliwą  kobietą. 

Zawsze źle ją traktował. Ale teraz on już nie żyje i... 

- I co robi wdowa po nim? Pozbywa się lustra. Wysyła je do pani. 

-  Wiedziała,  że  chciałam  mieć  je  w  kolekcji  -  pani  Darnley  otrząsnęła  się,  jakby  ze 

background image

złego snu, i wstała. - Senor Santora, opowiedział mi pan całkiem niewiarygodną historię. Nikt 

nie  może  tak  po  prostu  zniknąć  w  lustrze.  Jeśli  jest  pan  rzeczywiście  potomkiem  Chiava, 

muszą  być  na  to  jakieś  dokumenty  -  świadectwa  urodzin,  ślubów.  Jeśli  lustro  należy  do 

pańskiej rodziny, oddam je. Ale najpierw musi pan to udowodnić. 

Santora też wstał i podniósł ze stołu białą paczkę. 

-  Odnalezienie  tego  zwierciadła  zabrało  wiele  lat.  Mój  ojciec  podążył  jego  tropem  z 

Madrytu do Barcelony i z powrotem do Madrytu. Ja udałem się do Ruffino, ale do wdowy po 

Manolosie dotarłem za późno. Teraz jestem tutaj. Zdobycie dokumentów, o które pani prosi, 

zabierze trochę czasu, ale mam go dużo. Poślę po nie do Hiszpanii. 

- Poczekam - odparła pani Darnley. 

- Tylko  proszę uważać,  senora.  Lustro może być niebezpieczne.  -  Santora wyszedł  z 

biblioteki i chłopcy usłyszeli odgłos otwieranych, a potem zamykanych drzwi wejściowych. 

- Ale historia! - wykrzyknął Pete. Wydawał się nieco przestraszony. 

- Zręcznie skonstruowana opowieść sensacyjna - podsumował Jupiter. 

-  Z  pewnością  to  wszystko  wymyślił  -  dodała  pani  Darnley  takim  tonem,  jakby 

usiłowała przekonać samą siebie. - Nie może być potomkiem Chiava, a poza tym... poza tym 

nie można przecież zniknąć w lustrze. Jeśli rzeczywiście pochodzi z rodu Chiava, czemu nie 

powiedział tego od razu, kiedy tu przyjechał ponad tydzień temu? 

- Może dopiero dziś przyszło mu to do głowy - rzucił Jupiter. 

background image

Rozdział 4 

Jupiter wyczuwa tajemnicę 

 

Żegnając  się  z  panią  Darnley,  Jupiter  Jones  wręczył  jej  wizytówkę  Trzech 

Detektywów. 

- Na odwrocie znajdzie pani nasz numer telefonu. W razie potrzeby, chętnie służymy 

pani pomocą. 

Zamyślona wzięła wizytówkę i złożyła ją na pół. 

- Nie można przecież zniknąć w lustrze - powtórzyła z naciskiem. 

- Ja też tak sądzę  -  odparł Jupiter.  -  Ale myślę, że warto zobaczyć, jakie  dokumenty 

przedstawi senor Santora na poparcie swojej historyjki. 

Pani  Darnley  skinęła  głową.  Wyszli  pozostawiając  ją  wraz  z  wnukami  w  holu  jej 

wielkiego,  ponurego  domu.  Kiedy  tak  stała  w  swym  staromodnym  stroju,  wydała  im  się 

bardzo zmęczona i  mizerna. W niczym  nie przypominała energicznej  damy oprowadzającej 

ich z dumą po swoich lustrzanych komnatach i udającej Marię Antoninę. 

-  Ciarki  mnie  przechodzą  na  myśl  o  tym  domu!  -  krzyknął  Pete,  kiedy  jechali  z 

powrotem do składu złomu. 

Jupiter nie odpowiedział. Obejmując rękami kolana, siedział z zamkniętymi oczami, 

oparty o ściankę pikapa. 

- Co się stało, Jupe? - zapytał Bob. 

- Sam nie wiem. Coś mi się nie zgadza w tym, co powiedział Santora. 

- Nic tu się nie zgadza! - stwierdził Pete. - Nikt mi nie wmówi, że można zaczarować 

lustro tak, żeby przejść  na jego drugą stronę i  zostać tam na zawsze! A do tego wracać od 

czasu do czasu, żeby postraszyć trochę ludzi! 

-  Nie  to  miałem  na  myśli  -  odparł  Jupiter.  -  Wydaje  mi  się,  że  możemy  uznać 

opowieść Santory za bajkę, którą zmyślił, żeby wystraszyć panią Darnley i wydobyć od niej 

lustro. 

-  Ja  wiem  jedno  -  wtrącił  Bob.  -  Coś  się  nie  zgadza  w  tej  jego  opowieści  o 

trzydziestoletnich  poszukiwaniach  zwierciadła.  Człowiek,  który  jest  doradcą  prezydenta, 

raczej  nie  ukrywa  się  gdzieś  w  podziemiach.  Lustro  przez  cały  ten  czas  znajdowało  się  u 

Diega Manolosa, a musiał być on przecież postacią publiczną. 

-  Agencje  światowe  nie  piszą  zbyt  wiele  o  Ruffino  -  powiedział  Jupiter.  -  Co  o  nim 

wiecie?  

background image

Odpowiedziało mu milczenie. 

-  Nieznane  państewko,  o  którym  nie  słychać  w  świecie.  Odszukanie  lustra  akurat  w 

nim mogło tyle trwać. Nie, nie to mnie niepokoi. Zastanawia mnie opis włamywacza podany 

przez  Santorę.  Pamiętacie,  co  powiedział:  “oboje  dobrze  wiemy,  iż  człowiek  tak  nikłej 

postury nie uniósłby zwierciadła Chiava”. Przecież nie widział włamywacza ani nikt z nas mu 

go nie opisywał. A mimo tego, określił go - i słusznie - człowiekiem nikłej postury. 

Bob jęknął. 

- Ta twoja pamięć absolutna! Może tak się tylko wyraził. Każdy człowiek wydałby się 

mały przy tym monstrualnym lustrze! Sądzisz, że miał coś wspólnego z włamaniem? 

- Jego zdumienie na wiadomość o włamaniu wydało mi się szczere. Chyba też trochę 

się  zdenerwował.  Od  razu  założył,  że  złodziej  interesował  się  zwierciadłem,  choć  pani 

Darnley  wcale  tego  nie  powiedziała.  Zauważcie  też,  iż  dopiero  wtedy  przyznał  się  do 

pokrewieństwa  z  Chiavem.  Jakby  zdecydował,  że  trzeba  użyć  wszelkich  argumentów,  by 

skłonić  panią  Darnley  do  oddania  lustra.  Nie,  nie  sądzę,  aby  Santora  wiedział  o  włamaniu, 

zanim  tu  przyszedł,  ale  chyba  się  domyśla,  kim  jest  włamywacz.  Tak  czy  owak,  jestem 

pewien, że jeszcze usłyszymy o tym zwierciadle. 

- Nie będę miał nic przeciwko temu, jeśli już o nim nie usłyszymy - powiedział Pete. 

Jupiter  Jones  uśmiechnął  się.  Jego  przyjaciele  znali  ten  uśmiech  aż  nadto  dobrze. 

Wyczuł tajemnicę i zapragnął się z nią zmierzyć. 

-  Musimy  się  przygotować  do  tej  sprawy  -  oznajmił.  -  Sprowadzenie  dokumentów  z 

Hiszpanii zajmie Santorze co najmniej tydzień. Do tego czasu wszystko będzie gotowe. 

- Co będzie gotowe? - zapytał Pete. 

- Informacje - odparł Jupiter radośnie. - Musimy zdobyć więcej informacji o państwie 

Ruffino i o Chiavie. Ze słów pani Darnley wynika, że był on sławnym czarodziejem. Ja nigdy 

o nim nie słyszałem. Bierzmy się do zbierania wiadomości, a kiedy nadejdzie właściwa pora, 

zaczniemy działać. 

Jak się okazało, Jupe dobrze ocenił czas, jaki mieli do dyspozycji. 

Niemal  dokładnie  tydzień  po  wizycie  Trzech  Detektywów  u  pani  Darnley,  Jeff 

Parkinson  jechał  autobusem  do  Rocky  Beach.  Dopiero  późnym  popołudniem  rudzielec 

odnalazł skład złomu Jonesów. Jupe pracował w swoim warsztacie pod gołym niebem. Robił 

jakieś drobne naprawy w starej maszynie drukarskiej, którą wcześniej poskładał z części. Na 

widok Jeffa wyprostował się i wytarł ręce w kawałek ścierki. 

- Czy senor Santora odezwał się do was? - zapytał. 

Jeff pokręcił przecząco głową i usiadł na krześle obrotowym Jupitera. 

background image

- Ani słowem - odparł. 

Podszedł do nich Pete. Miał mokre włosy i równie mokrą koszulę. 

- Cześć! - krzyknął widząc Jeffa. - Zaniosło cię daleko od domu. 

- Jak tam surfing? - zapytał Jupiter Pete'a. 

- Aż za dobrze. - Pete przysunął sobie drewnianą skrzynkę i siadł na niej. - Fale były 

naprawdę wysokie. Trzy razy mnie zmyło i stwierdziłem, że nie będę nadstawiał karku. 

Jeff roześmiał się. 

-  Worthington  powiedział  kiedyś,  że  nie  lubisz  ryzyka.  “Pan  Pete  woli  unikać 

nadmiernego niepokoju”, tak to ujął.  

Teraz Pete wybuchnął śmiechem. 

-  Niepokój  nie  jest  właściwym  określeniem  stanu,  w  jakim  znajduje  się  człowiek  w 

towarzystwie Jupitera Jonesa. Jupe zawsze wymyśla rzeczy do głębi przerażające. 

- Czasami warto podjąć ryzyko, by rozwiązać tajemnicę - wtrącił Jupe. 

I  rzeczywiście.  W  odległym  kącie  składu  złomu  stała  stara,  uszkodzona  przyczepa 

kempingowa. Wuj Tytus i ciotka Matylda zupełnie o niej zapomnieli. Z czasem, zgromadzone 

wokół  niej  przedmioty  całkiem  ją  zasłoniły  przed  oczami  ciekawskich.  W  poobijanej 

przyczepie znajdowała się Kwatera Główna Trzech Detektywów. Mieli w niej swoje biuro z 

telefonem,  szafki  z  dokumentacją,  małe,  lecz  w  pełni  wyposażone  laboratorium  i  ciemnię 

fotograficzną.  Kiedy  Jupiter,  Pete  i  Bob  zakładali  firmę  detektywistyczną,  niepotrzebne  im 

były szafki na dokumentację. Teraz mieli ich kilka. Stały w przyczepie wypełnione po brzegi 

notatkami  skrupulatnie  sporządzanymi  przez  Boba  podczas  wszystkich  dochodzeń.  Takich 

archiwów mogliby im pozazdrościć detektywi kilkakrotnie od nich starsi. Wykazywały one, 

że  ryzyko  podejmowali  detektywi  często,  a  nawet  bardzo  często.  Jupe  nie  należał  do  osób, 

które wahają się przed podjęciem ryzykownych zadań. 

-  Mam  przeczucie  -  zwrócił  się  do  Jeffa  -  że  przyszedłeś  powiedzieć  nam  coś 

ważnego. 

- Sam nie wiem. Słyszeliście opowieść Santory o starym czarodzieju, który przeszedł 

na drugą stronę lustra do krainy goblinów? 

-  Tak,  fantastyczna  historia  -  odparł  Jupe.  -  Ale  czemu  o  tym  mówisz?  Podobno 

Santora nie odezwał się do was. Przypuszczam też, iż nie przedstawił twojej babci żadnych 

dokumentów potwierdzających jego rodowód. 

-  Nie.  Jeśli  je  ma,  odzyska  zwierciadło.  Babcia  chce  być  w  porządku,  ale  nie  da  się 

nabrać  na  jego  niestworzone  historie.  Zdaje  się,  że  w  zeszłym  tygodniu  poznaliście  u  nas 

Johna. 

background image

- Johna Chana? Zarządzającego domem twojej babki? Czemu o niego pytasz? 

- To bardzo spokojny człowiek - ciągnął Jeff. - Pracuje u babci już kilka lat i nigdy nie 

widziałem go zdenerwowanego. Gotuje i pilnuje swoich obowiązków, a w wolnych chwilach 

ćwiczy grę na gitarze. Studiował na Harvardzie, ale go nie ukończył. Jego ojciec chciał, żeby 

został adwokatem, on jednak woli grać na gitarze klasycznej. 

- No i co? - zapytał Pete. 

- No i John, który nigdy się nie denerwuje, zaczął od niedawna słyszeć jakieś głosy i... 

i ja być może też zacząłem je słyszeć.  

Jupe i Pete czekali w napięciu na dalszy ciąg. 

-  Zeszłej  nocy  słyszałem  jakby  czyjś  śmiech.  Wstałem  z  łóżka  i  zszedłem  na  dół. 

Drzwi wejściowe były zamknięte tak, jak wtedy, gdy kładliśmy się spać. Zapaliłem światło w 

salonie,  ale  tu  też  wszystko  wyglądało  normalnie.  Miałem  już  wracać  do  łóżka,  gdy  nagle 

kątem oka coś dostrzegłem, tak jakby ktoś wszedł do biblioteki lub coś się w niej poruszyło. 

Zajrzałem  tam,  zapaliłem  światło,  lecz  w  bibliotece  nie  było  nikogo.  Ale  za  to,  kiedy 

cofnąłem się do holu, zobaczyłem Johna w szlafroku i z nożem kuchennym w ręce. Po-po... 

pomyślałem, że coś z nim nie tak. Miał taki dziwny wyraz twarzy i ten nóż... Przestraszyłem 

się! 

- I co dalej? - spytał niecierpliwie Jupe. 

-  Powiedziałem  coś  głupiego. Chyba  “hej”? A on na to “Och, to  tylko ty!” Staliśmy 

tak, patrząc na siebie, i wtedy obaj usłyszeliśmy ten dźwięk, coś jakby śmiech. Dochodził z 

biblioteki, gdzie wisi to lustro. John znalazł się tam w jednej chwili, lecz znów nie było w niej 

nikogo. Nikogo ani niczego. Cztery ściany, mnóstwo książek i lustro. 

Pete potarł brodę. 

- Chcesz powiedzieć, że to zwierciadło rzeczywiście jest nawiedzone? 

-  Nie  wiem.  Ale  nie  wierzę,  żeby  w  domu  straszyło,  jak  twierdzą  niektórzy. 

Domiszcze jest może trochę ponure, lecz nigdy nikomu z nas nic się nie stało. Ani babci, ani 

Johnowi, Jean czy mnie. A przyjeżdżamy tu z Chicago co lato w odwiedziny do babci. 

-  To  interesujący  dom  -  powiedział  Jupiter.  -  Przeczytałem  o  nim  kilka  artykułów. 

Magik  Drakestar  postawił  go  już  po  odejściu  ze  sceny.  Interesował  go  spirytyzm  i  często 

zapraszał  przyjaciół  na  seanse  spirytystyczne.  Umarł  dwanaście  lat  temu.  A  ludzie,  którzy 

kupili po nim dom, twierdzili, że jego duch powracał tu już kilkakrotnie. 

- Podobno w nocy słyszeli jakieś podejrzane hałasy - wtrącił Jeff - ale babcia mieszka 

tu już dziesięć lat i jak dotąd niczego podejrzanego nie słyszała. Twierdzi, że tamtym ludziom 

musiało się tylko wydawać. Teraz my obaj z Johnem też słyszymy dziwne odgłosy. John nie 

background image

wierzy w duchy, stał się jednak nerwowy. Przyznał się, że na wszelki wypadek sypia z nożem 

pod poduszką i kazał mi przysiąc, że nie pisnę słowa babci. John nie chce jej denerwować. 

Ale wydaje mi się, że ona też coś słyszała. 

- Mówiła ci o tym? - spytał Pete. 

-  Nie,  ale  po  rozmowie  z  Johnem,  położyłem  się  spać  i  obudził  mnie  odgłos 

zamykanych  drzwi  w  pokoju  babci.  Wyjrzałem  na  korytarz.  Babcia  stała  przy  schodach  i 

spoglądała w dół. Zapytałem, czy coś się stało, a ona aż podskoczyła. Powiedziała tylko, że 

poczuła silny przeciąg, i kazała mi wracać do łóżka. A musicie wiedzieć, że babcia nie należy 

do osób narzekających na przeciągi. Myślę, że coś usłyszała. 

- Czy się czegoś obawia? - zapytał Jupiter Jones. 

- Nie wiem. Nie rozmawiała z nami o tym. Wiem tylko, że ja coś słyszałem. I myślę, 

że ona też. Te odgłosy pojawiły się pierwszy raz, więc to nie mógł być duch Drakestara. One 

muszą  mieć  coś  wspólnego  z  tym  zwierciadłem.  Wy  trzej  jesteście  detektywami.  Czy 

moglibyście  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  tym  lustrze?  Babcia  wie  tylko  tyle,  ile 

powiedziała jej przyjaciółka. 

- Wdowa po Manolosie - dokończył Jupiter.  

Jeff skinął potakująco głową. 

-  Kiedy  babcia  była  mała,  w  szkole  z  internatem,  do  której  chodziła,  poznała 

dziewczynkę  pochodzącą  z  Ruffino.  To  mały  wyspiarski  kraj  leżący  u  wybrzeży  Ameryki 

Południowej.  Niektóre  tamtejsze  rodziny  wysyłają  swoje  dzieci  do  szkół  w  Stanach 

Zjednoczonych.  Po  skończeniu  szkoły,  ta  dziewczynka  wróciła  do  Ruffino,  a  gdy  dorosła, 

poślubiła  Manolosa.  Babcia  utrzymywała  z  nią  kontakt  i  nawet  parę  razy  ją  odwiedziła. 

Babcia nie lubiła Manolosa. Uważała, iż był stuknięty i podle postępował z jej przyjaciółką. 

A  jednak  zrobił  karierę  i  został  doradcą  prezydenta.  Kiedy  miesiąc  temu  umarł,  senora 

Manolos od razu wysłała zwierciadło do mojej babci. Wiemy, że Manolos kupił zwierciadło 

w  Hiszpanii  i  że  Chiavo  rozmawiał  podobno  przy  jego  pomocy  z  tymi  okropnymi  małymi 

goblinami. I tak naprawdę to już wszystko, co wiemy. 

-  Nas  też  zaciekawiła  ta  sprawa  -  powiedział  Jupiter.  -  Być  może  już  wkrótce 

będziemy  mogli  powiedzieć  ci  coś  więcej  o  Chiavie  i  o  zwierciadle.  Spędziliśmy  z  Bobem 

kilka dni, próbując znaleźć jakieś materiały o tym człowieku. W bibliotece w Rocky Beach 

nie  było  niczego,  podobnie  w  bibliotece  uniwersyteckiej  i  wielkiej  bibliotece  publicznej  w 

Los Angeles. Dziś rano Bob pojechał na pobliski Uniwersytet Ruxton. Wykłada tam pewien 

antropolog,  doktor  Barrister,  którego  pasją  jest  kolekcjonowanie  różnych  historii  o 

zjawiskach  nadprzyrodzonych.  Już  raz  bardzo  nam  pomógł  przy  rozwiązaniu  tajemnicy 

background image

śpiewającego węża. Być może słyszał o Chiavie. Kiedy Bob wróci... 

- Już jestem - rozległo się i w warsztacie nieoczekiwanie pojawił się Bob. Oparł rower 

o ścianę. - I widzę, że w samą porę. Cześć, Jeff. 

- Znalazłeś coś? - spytał Jupiter. 

-  Zgadłeś.  Uniwersytet  Ruxton  to  wspaniałe  miejsce.  Tak  się  składa,  że  nasz 

antropolog  napisał  kilka  rozpraw  o  zwierciadle  Chiava.  Legenda  mówi,  że  Chiavo  był 

prawdziwie potężnym czarownikiem i że zwierciadło jest zaczarowane. Mówi też, że Chiavo 

nigdy nie umarł. Podobno przeszedł na drugą stronę lustra do krainy podziemnych duchów, 

właśnie tak, jak to opisał senor Santora. 

W  warsztacie  zapadła  cisza.  Czterej  chłopcy  siedzieli,  rozmyślając  nad  legendą  o 

starym  czarowniku,  według  której  żył  on  teraz  w  obcym,  nieludzkim  świecie.  Nagle 

pociemniało wokół. Pete wzdrygnął się i spojrzał w górę. 

- Chyba będzie burza - powiedział, nie wiedzieć czemu, zniżając głos do szeptu. 

Żarówka wisząca nad starą drukarką zamigotała. 

- Aha! - mruknął Jupiter Jones. Odsunął kratę opartą o warsztat stolarski i zniknął w 

wielkiej, karbowanej rurze znajdującej się za kratą. 

- Co się dzieje...? - zdumiał się Jeff Parkinson.  

Żarówka przestała migotać. Bob wskazując na nią, wyjaśnił: 

- To sygnał, że w Kwaterze Głównej dzwoni telefon. Jupe poszedł Tunelem Drugim i 

odebrał go. - Czy twoja babcia wie, gdzie jesteś? 

- Moja siostra wie. 

- Więc to pewnie ona dzwoni. Chodźmy. 

Jeff  Parkinson  uklęknął  i  na  czworakach  ruszył  tunelem  za  Bobem  i  Pete'em.  Cały 

tunel usłany był kawałkami starych dywanów. Kończył się klapą, przez którą wchodziło się 

wprost  do  Kwatery  Głównej  Trzech  Detektywów.  Jupiter  stał  przy  stole  i  rozmawiał  przez 

telefon. 

- Kiedy to się stało? - zapytał. 

Jeff  wszedł  do  środka  i  rozejrzał  się  wokół.  Biuro  urządzone  w  starej  przyczepie 

kempingowej  było  ciasne,  lecz  panował  tu  porządek.  Oprócz  stołu,  krzeseł  i  szafek  na 

dokumenty,  spostrzegł  mikroskop  i  jakieś  elektroniczne  urządzenia  sporządzone  przez 

Jupitera dla usprawnienia pracy detektywów. 

- Myślę, że postąpiłaś właściwie - powiedział Jupiter do słuchawki.  -  Zrobimy, co w 

naszej mocy. Zamknijcie drzwi na klucz i czekajcie na nas. 

Odłożył słuchawkę. 

background image

- Co się dzieje? - spytał Bob. Jupe zwrócił się do Jeffa: 

-  To  była  twoja  siostra.  Piętnaście  minut  temu  wróciły  z  waszą  babcią  z  zakupów  i 

weszły na górę. W pewnej chwili usłyszały śmiech dochodzący z biblioteki. Zaczęły powoli 

schodzić  i  kiedy  znalazły  się  w  połowie  schodów,  zajrzały  do  biblioteki  i  zobaczyły  w 

zwierciadle  postać  mężczyzny.  Był  bardzo  blady  i  miał  długie,  białe  włosy  i  jasnozielone 

oczy. 

- Chiavo! - krzyknął Jeff. 

-  Pani  Darnley  chce  zbadać  tę  sprawę  i  wybrała  do  tego  Trzech  Detektywów! 

Worthington podjedzie po nas za pół godziny! 

background image

Rozdział 5 

Kolejne ostrzeżenie 

 

Worthington  zjawił  się  nawet  wcześniej.  Zabrał  chłopców  i  pojechał  do  domu  pani 

Darnley z maksymalną szybkością, na jaką pozwalały przepisy. 

- Muszę zwrócić samochód do wypożyczalni - powiedział, gdy znaleźli się na miejscu. 

- Potem pojadę wprost do domu. Jeśli będę wam potrzebny, dzwońcie do mnie. 

Trzej Detektywi obiecali, że zrobią to, i poszli za Jeffem do drzwi wejściowych. Jean 

otworzyła je, zanim jeszcze zdążyli nacisnąć dzwonek. W holu natknęli się na panią Darnley. 

Z ponurą miną siedziała na stołeczku i patrzyła w stronę biblioteki. Była bardzo blada i nawet 

się nie poruszyła, kiedy Jean zamykała na klucz drzwi wejściowe. 

- Nie potrafię się zdobyć, żeby tam wejść, ale pilnuję przez cały czas, aby nikt stamtąd 

nie wyszedł - powiedziała. 

- Czy naprawdę nie spuszczała pani oka z tych drzwi od chwili, gdy coś się ukazało w 

zwierciadle? - zapytał Jupe. 

-  Ani  na  moment  -  odparła  pani  Darnley.  Kiedy  poprawiała  sobie  włosy,  chłopcy 

zauważyli, że ręka jej drżała. 

- Zadzwoniłam do was i posadziłam babcię na stołeczku. Następnie sprawdziłam okna 

i drzwi - rzekła Jean. 

- A gdzie jest John? - spytał Pete. 

- Ma dziś wolne - wyjaśnił Jeff. 

-  A  więc  dom  był  pusty,  kiedy  wyszła  pani  po  zakupy,  pani  Darnley?  -  odezwał  się 

Jupe. 

- Pusty i dobrze zamknięty - podwójne zasuwy na drzwiach i kraty w każdym oknie. 

Nie było na nich żadnych śladów świadczących  o włamaniu. Nikt  nie mógł  tu  wejść. Nikt. 

Jestem  pewna,  że  zostawiłyśmy  drzwi  zamknięte.  John  wyszedł  razem  z  nami. 

Dopilnowałam,  żeby  dobrze  pozamykał  wszystkie  zamki.  A  Jean  jeszcze  je  po  nim 

sprawdziła. 

-  Czy  jest  możliwe,  żeby  John  wrócił  po  coś  i  wychodząc  ponownie,  nie  zamknął 

porządnie drzwi? 

- Nie. Kilku studentów z kursu gry na gitarze daje dziś koncert w Ebell Club, a John 

ma być solistą. W drodze do Westwood podrzuciliśmy Johna do Ebell. 

Jupiter  wszedł  do  biblioteki.  Pani  Darnley  wahała  się  chwilę,  potem  jednak  wstała  i 

background image

poszła  za  nim.  W  pokoju  było  niemal  całkiem  ciemno.  Na  zewnątrz  poszarzało,  a  ciężkie 

kotary  na  oknach  nie  przepuszczały  światła.  Jupe  dostrzegł  w  lustrze  zarys  swojej  postaci. 

Zapalił lampkę i rozejrzał się dokoła. Bob i Pete weszli do pokoju, a Jean stanęła niepewnie w 

progu.  Biblioteka  wyglądała  tak,  jak  tydzień  temu.  Wszystko  znajdowało  się  na  swoim 

miejscu. 

-  Jean,  gdzie  stałaś  w  chwili,  kiedy  w  lustrze  ukazał  się  duch?  -  zapytał  Jupe.  - 

Potrafisz określić dokładnie to miejsce? 

-  Oczywiście.  -  Jean  odwróciła  się  i  podeszła  do  schodów.  Na  ósmym  schodku  od 

góry zatrzymała się i zmarszczyła brwi. 

- Tutaj! - zawołała. - Ja stałam tutaj, a babcia dwa schodki wyżej. 

- Dobrze, zostań tam. - Jupe cofnął się w najodleglejszy kąt biblioteki. Przez cały czas 

nie spuszczał oczu z lustra. Kiedy odnalazł miejsce, z którego widać było postać Jean odbitą 

w zwierciadle, krzyknął: 

- Czy mnie widzisz? 

- Widzę cię w lustrze - odkrzyknęła dziewczynka. 

- W ten właśnie sposób można to zrobić - zwrócił się Jupe do pani Darnley. - Gdyby 

ktoś stanął w tym miejscu, to pani, schodząc ze schodów, dostrzegłaby w lustrze jego odbicie, 

biorąc je za lustrzaną zjawę. Przy zaciągniętych kotarach jest tu dość ciemno. Czy widziała 

pani wyraźnie tę postać? 

Pani Darnley zamknęła oczy, jakby nie chciała już wracać do tej sprawy. 

- Bardzo wyraźnie. On... jakby to ująć... biło od niego jakieś światło. 

- Tajemne przejście! - wykrzyknął Bob. - Musi tu być jeszcze inne wyjście! 

- Chyba że... chyba że mamy do czynienia z duchem - szepnął Pete i zadrżał. 

Chłopcy zabrali się do szukania. Pete i Jeff zwinęli dywany i obejrzeli całą podłogę, 

badając  przy  pomocy  kuchennego  noża  wszystkie  podejrzane  szczeliny.  Bob  i  Jupe 

pozdejmowali z półek książki i opukali ściany. 

- Wyglądają solidnie - stwierdził Bob. - Wyraźnie widać, gdzie wbito ćwieki. 

Jupe spochmurniał. Wskazał na ścianę naprzeciw lustra. 

- Co przylega do tego pokoju? - zapytał. 

- Nic - odparła pani Damley. - To ściana zewnętrzna. Przylega do wzgórza. Właściwie 

część tej ściany znajduje się pod powierzchnią ziemi. Dlatego nie ma w niej okien, podobnie 

jak w północnej ścianie salonu. 

-  Hmm!  -  mruknął  zasępiony  Jupe,  skubiąc  wargę.  Znów  postukał  w  ścianę.  -  Jakoś 

mnie to nie przekonuje. 

background image

Rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych. Wszyscy aż podskoczyli. 

- Ja otworzę - rzekła Jean. 

Pani Damley i chłopcy słuchali, jak mocowała się z zamkami, aż wreszcie powiedziała 

do kogoś: 

- Och, to pan. 

W  tej  samej  niemal  chwili  do  biblioteki  wszedł  senor  Santora.  Jean,  wyraźnie  zła, 

deptała mu po piętach. 

- Nie zapraszałam pana do środka! - krzyknęła.  

Senor  Santora  skrzywił  się  na  widok  chłopców.  Spojrzał  na  zwinięte  dywany  i 

poukładane na podłodze książki. 

- Ach! - wyrwało mu się. Jupe dosłyszał w jego głosie pewną satysfakcję. 

- Czy ma pan dla nas jakąś wiadomość? - spytała pani Damley. 

-  Przyszedłem  sprawdzić,  czy  z  moim  zwierciadłem  wszystko  w  porządku.  Nadal 

czekam  na  dokumenty  z  Hiszpanii.  Ale  coś  tu  się  wydarzyło.  Zdaje  się,  że  coś  panią 

przestraszyło. 

- Nic się nie wydarzyło - odparła pani Damley spokojnym głosem. 

- Pani coś widziała - nalegał. - Myślę, że widziała pani Chiava. Senora, niech pani już 

nie zwleka z oddaniem mi lustra, bo inaczej może być za późno. Ukazanie się Chiava oznacza 

ostrzeżenie. Proszę mi zwrócić zwierciadło. 

- Proszę udowodnić, że jest pan jego prawowitym właścicielem, a wtedy je zwrócę. 

-  Jak  pani  sobie  życzy.  -  Wyjął  mały  notatnik  i  napisał  w  nim  coś  srebrnym 

długopisem.  Wyrwał  karteczkę  i  wręczył  ją  pani  Damley.  -  Na  wypadek  gdyby  jednak 

zmieniła pani zdanie, proszę do mnie zadzwonić. Oto mój numer w hotelu “Beverly Sunset”. 

Ukłonił się i wyszedł. Jean zamknęła za nim drzwi. 

- Wiedział! - odezwała się pani Damley. - Wiedział, że zobaczyłyśmy to coś w lustrze. 

Jakim cudem mógł się o tym dowiedzieć? 

-  Może  wiedział,  a  może  tylko  zgadywał,  proszę  pani  -  stwierdził  Jupiter.  -  Po 

przyjściu  tutaj  na  pewno  zorientował  się,  że  coś  się  wydarzyło.  Inaczej  po  cóż  mielibyśmy 

doprowadzać pokój do takiego stanu? 

Pani Damley spojrzała na karteczkę od Santory. 

-  Senor  Santora  zapłaci  niezły  rachunek  z  powodu  tego  lustra.  “Beverly  Sunset”  nie 

należy  do  tanich  hoteli.  Moja  przyjaciółka  Emily  Stonehurst  zazwyczaj  w  nim  się 

zatrzymywała. 

- Chyba wiem, gdzie on jest - odezwał się Jupe. - Na Bulwarze Zachodzącego Słońca. 

background image

Zgadza się? Trochę na zachód od Sunset Strip? 

- Owszem. Róg Sunset i Rosewood. 

- Bob i Pete, Worthington powiedział, że gdybyśmy go potrzebowali, będzie w domu. 

Zadzwońcie do niego i zapytajcie, czy nie podwiózłby was do hotelu. Będziecie obserwować 

senora Santorę. Hotel ma na pewno dwa wyjścia - główne i tylne. Dlatego musicie jechać tam 

obaj. 

- Świetnie! Z przyjemnością stąd wyjdę! - odparł Pete pośpiesznie. 

- A ja zadzwonię do mamy i powiem, że raczej nie zdążę dziś na kolację - powiedział 

Bob. - A co ty będziesz robił, Jupe, kiedy my będziemy obserwowali Santorę? 

Pucołowaty Pierwszy Detektyw, wodząc palcem po dziwnych kształtach zwierciadła 

goblinów, odparł: 

-  Razem  z  Jeffem  poukładamy  książki  na  półkach,  a  potem  będziemy  czekali. 

Zobaczymy, czy ukaże się coś w zwierciadle, podczas gdy wy będziecie pilnowali Santory. 

background image

Rozdział 6 

Pete w kłopotach 

 

Pete,  Bob  i  Worthington  zatrzymali  się  tylko  na  chwilę  przy  Beverly  Hilis,  żeby 

przegryźć jakiegoś hamburgera w budce. Kiedy dotarli do hotelu “Beverly Sunset”, zaczynało 

zmierzchać,  a  nad  górami,  od  północy,  piętrzyły  się  ciemne,  burzowe  chmury.  Ładny, 

czteropiętrowy  budynek  z  cegły  zajmował  cały  odcinek  pomiędzy  dwiema  przecznicami 

Bulwaru Zachodzącego Słońca. 

- Musi tu być drogo - stwierdził Pete. 

Worthington zaparkował swojego forda w uliczce naprzeciw hotelu. 

- Tak, to rzeczywiście ładne miejsce. Woziłem kilka osób, które tu mieszkały. To nie 

jest zwykły hotel turystyczny. Gości spoza miasta jest w nim niewiele. Dużo ludzi mieszka tu 

na stałe. Unikają w ten sposób kłopotów związanych z posiadaniem własnego domu. 

-  Możemy  więc  chyba  uznać,  że  senor  Santora  do  biedaków  raczej  nie  należy  - 

stwierdził Bob. 

- Patrzcie, to on! - zawołał Pete. 

Cała trójka przyglądała się w napięciu, jak dżentelmen z Hiszpanii wychodzi z hotelu. 

Przez  chwilę  stał  na  chodniku,  spoglądając  na  nadciągające  chmury  i  nasłuchując  dalekich 

grzmotów. Potem odwrócił się i z rękami w kieszeniach ruszył przed siebie. 

Worthington zmarszczył brwi. 

- Czyżbym musiał złamać przepisy i zawracać na Bulwarze Zachodzącego Słońca?  - 

mruknął sam do siebie. 

Senor Santora zatrzymał się przed kwiaciarnią i chwilę podziwiał wystawę. Przeszedł 

dalsze kilkadziesiąt kroków, znów stanął przed wystawą sklepu z materiałami malarskimi, po 

czym wszedł do środka. 

- Wydaje mi się, że on się nigdzie nie wybiera  -  powiedział Pete. - Chodzi sobie dla 

zabicia czasu. 

- Hej! Spójrzcie! - krzyknął nagle Bob. - Tam, na rogu!  

Szczupły mężczyzna w ciemnym, znoszonym garniturze skręcił zza rogu na Bulwar i 

szybko zmierzał w stronę hotelu. 

- Przecież to włamywacz! - zawołał Pete. 

-  W  rzeczy  samej,  panie  Pete.  -  Worthington  poruszył  się,  jakby  chciał  wysiąść  z 

samochodu. 

background image

- Proszę zostać, Worthington  - powstrzymał go Pete. - Być może nadarza się okazja, 

by wreszcie wyjaśnić parę spraw. 

- Ależ to kryminalista! Włamał się do domu pani Darnley. 

-  Wiem,  wiem.  A  pani  Darnley  podejrzewa,  że  zrobił  to  z  polecenia  Santory. 

Zauważcie,  że  człowiek  ten  pojawia  się  w  jego  hotelu  tuż  po  tym,  jak  coś  ukazało  się  w 

lustrze. 

Pete  zmarszczył  brwi  i  chwilę  nad  czymś  rozmyślał.  Potem  westchnął  i  otworzył 

drzwi, żeby wyjść z samochodu. 

- Co zamierzasz zrobić? - zapytał go Bob. 

-  Iść  za  nim.  A  co  innego  mogę  zrobić?  Jeśli  Santora  jest  w  zmowie  z  tym 

człowiekiem, musimy o tym wiedzieć. 

-  Jeżeli  wybrali  sobie  na  miejsce  spotkania  ten  sklep,  to  lepiej  bądź  ostrożny.  Obaj 

widzieli cię z bliska. Na pewno cię rozpoznają. 

- A ten włamywacz może być niebezpieczny - ostrzegł Worthington. 

Pete zachmurzył się. 

- Tak, wiem. Nie bójcie się o mnie. Będę uważał. 

Ruszył  szybkim  krokiem  w  kierunku  skrzyżowania,  nie  spuszczając  oczu  z  ciemno 

ubranej  postaci.  Odetchnął  z  ulgą,  kiedy  okazało  się,  że  mężczyzna  nie  poszedł  w  stronę 

sklepu, lecz skręcił do hotelu. 

Pete poczekał na zielone światło i przeszedł przez Bulwar. Z wysoko uniesioną głową 

i ustami złożonymi jak do gwizdania zbliżał się do hotelu. Ot, młody człowiek, któremu pstro 

w głowie. I w ten sposób wszedł do hotelu za włamywaczem. 

Główny hol w “Beverly Sunset” wyłożono puszystym dywanem. Było tu spokojnie i 

zacisznie. Świeże kwiaty na niskich, okrągłych stolikach, głębokie, przytulne fotele i kanapy, 

a  na  nich  kilka  starszych  osób.  Jedne  coś  czytały,  inne  gawędziły  cicho,  a  jeszcze  inne  po 

prostu siedziały. 

Pete  od  razu  zauważył  obiekt  swojego  pościgu.  Włamywacz  w  ciemnym  garniturze 

stał w odległym krańcu holu i rozmawiał z recepcjonistą. 

Pete zastanawiał się, co w tej sytuacji zrobiłby Jupiter Jones i doszedł do wniosku, że 

próbowałby podsłuchać rozmowę w recepcji. Pete postąpił podobnie. Przeszedł bezszelestnie 

po  grubym  dywanie  i  zatrzymał  się  w  pobliżu  włamywacza.  Uklęknął  i  zaczął  rozplątywać 

sznurowadło. 

- Przykro mi - powiedział recepcjonista - lecz senora Santory nie ma w tej chwili. 

- Więc zostawię dla niego wiadomość. Ma pan jakąś kartkę? 

background image

- Oczywiście, sir. 

Pete podniósł się i zobaczył, jak włamywacz pisał coś, pochylony nad ladą. Chłopiec 

spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Porównał czas ze swoim zegarkiem i siadł na kanapie 

tyłem do recepcji. 

- Proszę. Niech pan dopilnuje, aby senor Santora to otrzymał. 

- Oczywiście. 

Pete  obejrzał  się  ukradkiem  za  siebie.  Chudzielec  ciągle  stał  odwrócony  do  niego 

tyłem. Pete zauważył, jak recepcjonista wkłada złożoną kartkę do przegródki z numerem 426, 

a potem, unosząc brwi, odwraca się do chudego gościa, jakby pytając, czy może jeszcze coś 

dla niego zrobić. 

- To sprawa wielkiej wagi - podkreślił mężczyzna. 

- Będę pamiętał, sir - obiecał recepcjonista.  

Zadzwonił telefon stojący na biurku za ladą. 

- Przepraszam pana - mruknął recepcjonista i odwrócił się, by wziąć słuchawkę. 

Chudy  mężczyzna  przesunął  się  ukradkiem  w  stronę  wind.  Chwilę  później  Pete 

usłyszał odgłos zamykanych drzwi i szum ruszającej windy. Gość senora Santory wcale nie 

zamierzał  powierzyć  recepcjoniście  wiadomości!  Pete  doszedł  do  wniosku,  że  zostawienie 

kartki było jedynie pretekstem, aby zdobyć numer pokoju Santory. 

Chłopiec wahał się chwilę, po czym wstał i wolno przeszedł obok recepcji w stronę 

wind.  W  rogu,  za  masywnymi,  ognioodpornymi  drzwiami  znajdowały  się  schody 

przeciwpożarowe. Pete  przystanął  i  poczuł,  jak żołądek podchodzi  mu do gardła. Następnie 

ruszył  w  górę  po  dwa  stopnie  naraz.  Na  czwartym  piętrze  uchylił  lekko  drzwi  i  wyjrzał  na 

korytarz. 

Na podłodze leżał taki sam, jak w holu, luksusowy dywan. Pod ścianami na niskich 

stoliczkach stały wazony pełne świeżych kwiatów. Zobaczył też drzwi. Drzwi, drzwi i jeszcze 

raz drzwi. I ani śladu chudego włamywacza. 

Pete ruszył korytarzem. Zatrzymał się przy numerze 426. Nie wiedział, co robić. Czy 

włamywacz jest w pokoju Santory? Czy zamierza go obrabować? A może tylko czeka, żeby z 

nim pomówić? Czy wzywać kogoś na pomoc? 

Rozejrzał  się  po  korytarzu.  Nie  dostrzegł  w  pobliżu  żadnego  telefonu.  Był  tylko 

puszysty  dywan,  stoliki  z  kwiatami  i  szeregi  obojętnych,  zamkniętych  drzwi.  A  może 

powinien zbiec na dół i zaalarmować portiera? 

Znów  wyobraził  sobie,  że  jest  Jupiterem  Jonesem.  Czy  Jupe  pobiegłby  do  recepcji? 

Pete uznał, że jednak nie. Jupe zostałby na straży i czekał na dalszy rozwój wydarzeń. Tak 

background image

trzeba zrobić, w ten sposób będzie można dalej śledzić włamywacza, gdyby ten zdecydował 

się opuścić pokój przed przyjściem Santory. A jeśli Santora wróci wcześniej? To może być 

ciekawie. 

Nie mógł jednak czekać w korytarzu. Gdyby któryś z gości otworzył drzwi i wyszedł 

na korytarz, pewnie by się zainteresował Pete'em. Należało się schować. 

Niemal  naprzeciw  drzwi  Santory  znajdował  się  pokój  nie  oznaczony  żadnym 

numerem.  Pete  przekręcił  gałkę.  Drzwi  ustąpiły.  Poczuł  zapach  pasty  i  wilgoci.  Znalazł 

pomieszczenie na szczotki i środki czystości. 

-  Nieźle  mi  idzie  -  mruknął  do  siebie.  Wszedł  uważnie,  by  nie  przewrócić  szczotek 

opartych o ściany i nie nastąpić na odkurzacz. Przymknął drzwi, zostawiając jedynie maleńką 

szparkę. Oparł się wygodnie o szafę z mydłami, płynami do czyszczenia i zaczął obserwować 

korytarz. Uśmiechnął się. Drzwi Santory widział jak na dłoni. Gdyby ktoś je otworzył, Pete 

mógłby swobodnie dojrzeć, co się dzieje w środku. 

Znieruchomiał,  czekając  na  dalsze  wydarzenia.  Z  oddali  doszedł  go  odgłos 

nadciągającej burzy. 

W końcu korytarza rozległ się szum windy. Stanęła. Pete usłyszał, jak pneumatyczne 

drzwi  otwierają  się  i  zamykają.  W  korytarzu  rozległy  się  ciężkie  kroki.  Ktoś  zbliżał  się  do 

kryjówki Pete'a, mamrocząc coś po hiszpańsku. Wtem zobaczył senora Santorę, który minął 

schowek na szczotki i zatrzymał się przed pokojem 426. Włożył klucz do zamka. 

Pete uchylił drzwi jeszcze odrobinę, żeby nie uronić niczego, co się zaraz stanie. 

Santora przekręcił klucz dwa razy i pchnął drzwi. Wszedł do środka. Pete wyśliznął 

się ze schowka i właśnie miał przyłożyć ucho do drzwi Santory, gdy nagle cały zesztywniał. 

Usłyszał głuchy odgłos uderzenia, a potem drugi, głośniejszy, jaki wydaje upadające ciało! 

Drzwi otworzyły się gwałtownie i przez ułamek sekundy Pete znalazł się oko w oko z 

ubranym na ciemno włamywaczem. 

- To ty! - warknął opryszek i rzucił się na Pete'a. Ten zdążył się uchylić i mężczyzna 

wylądował na ścianie po drugiej stronie korytarza. Pete'owi zdawało się, że napastnik aż odbił 

się od ściany. Zaraz potem popędził w stronę schodów przeciwpożarowych. Pete zauważył, iż 

trzymał w ręce jakieś białe zawiniątko. 

Pete skoczył na przeciwnika, aby złapać go za nogi. Udało się. Włamywacz runął jak 

długi, a białe zawiniątko potoczyło się po dywanie. Mężczyzna zaczął szarpać się i kopać, aż 

w końcu jego ciężka pięść wylądowała na głowie Pete'a. 

Chłopiec  stracił  na  chwilę  przytomność.  Jego  przeciwnik  podniósł  się  i  pobiegł  w 

stronę schodów. Stalowe drzwi zamknęły się za nim z hukiem. 

background image

Pete pozbierał się jakoś i wreszcie wstał. Cały drżał. Oparł się o ścianę. Jeszcze przez 

chwilę  był  zamroczony  i  niewyraźnie  widział.  Ale  kiedy  to  minęło,  od  razu  dojrzał  białe 

zawiniątko  upuszczone  przez  opryszka.  Leżało  na  dywanie  pod  ścianą.  Nie  namyślając  się, 

podniósł je i odruchowo włożył do kieszeni. 

Cofnął  się  do  pokoju  426.  Drzwi  były  otwarte.  Senor  Santora  leżał  nieruchomo  na 

podłodze. Zza ucha ciekła mu krew i spływając na kark, plamiła kołnierzyk. 

-  O  Boże!  -  jęknął  Pete  i  podbiegł  do  Santory.  Ukląkł  przy  nim,  sprawdził  puls  i 

odetchnął z ulgą, kiedy go wyczuł. Być może Santora był ciężko ranny, ale żył. 

Pete  odnalazł  na  stole  telefon  przykryty  papierami  wyrzuconymi  z  eleganckiej, 

skórzanej walizeczki. Podniósł słuchawkę. 

- Czym mogę służyć? - rozległ się miły głos hotelowej telefonistki. 

-  Zraniono  senora  Santorę  -  powiedział  szybko  Pete.  -  Proszę  natychmiast  wezwać 

policję i doktora! 

Odłożył  słuchawkę,  zanim  telefonistka  zdążyła  odpowiedzieć.  Przeszedł  nad  ciałem 

Santory i popędził w stronę schodów. Zbiegając, słyszał windę jadącą z dołu. 

W  głównym  holu  z  trudem  zmusił  się,  by  iść  spokojnym  krokiem.  Nie  zauważył 

żadnego zamieszania. Jedynie recepcja była pusta. 

Wyszedł na ulicę. Było już całkiem ciemno i padał deszcz. Nad wzgórzami przetoczył 

się grzmot, a po nim błyskawica rozdarta ciemności. Pete biegł skulony, osłaniając się przed 

deszczem. Poczekał na zielone światło, przebiegł na drugą stronę i wskoczył do samochodu, 

w którym czekali na niego Worthington z Bobem. 

-  Co  się  stało?  -  zapytał  Bob.  -  Widzieliśmy,  jak  Santora  wchodził  do  hotelu.  Czy 

spotkał się z włamywaczem? 

Pete nie od razu odpowiedział. Spoglądał na swoje ręce. Drżały. 

- Co się stało? - powtórzył Bob. 

- Czy... czy widzieliście, jak wybiegał ten bandyta? - zapytał Pete drżącym głosem. 

- Nie. Więc nie było go u Santory?  

Pete pokręcił głową. 

-  Za-za-zadzwoniłem  do  recepcji.  Ten  niski  facet...  musiał  chyba  wybiec  tylnymi 

drzwiami. 

- Panie Pete, co się stało? - zapytał Worthington. Na Bulwarze rozległ się jęk syreny i 

kluczący między samochodami wóz policyjny zatrzymał się z piskiem opon przed głównym 

wejściem do hotelu. 

- Ten włamywacz. O-o-on próbował zabić Santorę. W każdym razie rozbił mu głowę. 

background image

Nie mogłem tam zostać. Nie mogłem. Miałbym poważne kłopoty, gdyby znaleziono mnie w 

tym pokoju. Santora... wszędzie było tyle krwi! 

background image

Rozdział 7 

Duch w zwierciadle 

 

Kiedy  Bob  i  Pete  odjechali  z  Worthingtonem  z  domu  pani  Darnley,  Jupiter  Jones 

zrobił  obchód  całej  posiadłości,  aby  sprawdzić,  czy  wszystkie  drzwi  zostały  zamknięte  i 

zaryglowane, a wszystkie kraty na oknach zabezpieczone. Przeszedł przez wszystkie pokoje, 

ciemne i ponure, starając się nie zwracać uwagi na narastające poczucie, że wokół niego coś 

się dzieje. Zdawało mu się, że stary dom zaczyna pulsować jakąś własną, złowieszczą formą 

życia. Przekonywał sam siebie, że to jedynie efekt zgromadzenia we wnętrzu tylu luster, które 

odbijały jego postać, gdziekolwiek się ruszył. 

W  bibliotece  zatrzymał  się  dłużej  i  zaczął  nasłuchiwać.  Z  kuchni  w  drugim  końcu 

domu  dochodziły  odgłosy  rozmowy  Jean  i  pani  Darnley.  Brzęczały  rozkładane  na  stole 

talerze,  stuknęły  drzwi  od  lodówki,  szumiał  wentylator  nad  kuchnią  -  zwykłe  odgłosy 

codziennej krzątaniny - miłe i kojące. A jednak w tym domu brzmiały obco. 

Gdzieś na północy zagrzmiało, a w zwierciadle goblinów pojawił się nowy cień. To 

Jeff Parkinson wszedł do biblioteki. 

- Dziś wcześnie się ściemni - powiedział. 

- Tak, chyba że burza się rozejdzie. 

Twarz Jeffa była nieco spięta. Mówił, jakby na siłę szukał jakiegoś lekkiego tematu do 

rozmowy. 

- Myślałem, że latem w Kalifornii nie pada. 

- Rzeczywiście, przeważnie tak właśnie jest - odparł Jupiter. 

-  Babcia  przygotowała  już  kolację.  Zjemy  w  kuchni.  Nie  ma  w  niej  żadnych  luster. 

Wydaje mi się, że chwilowo babcia ma ich dosyć. 

Jupe skinął głową ze zrozumieniem i długim korytarzem ruszył za Jeffem. Po drodze 

minęli  pokoje  urządzone  przez  panią  Darnley  tak,  by  stanowiły  właściwą  oprawę  dla  jej 

drogocennych luster. Wreszcie trafili do jasnej, przestronnej kuchni. John Chan miał wrócić 

dopiero rano i pani Darnley kazała zabarykadować kredensem drzwi prowadzące do garażu. 

Była  dzisiaj  z  Jean  na  zakupach  w  jasnym,  letnim  kostiumie.  Teraz  miała  na  sobie 

spodnie  i  bluzkę,  które  mimo  całkiem  prostego  fasonu  wyglądały  na  niezwykle  drogie. 

Srebrno-złote włosy upięła na karku w mały koczek. 

- Tu przynajmniej nie grożą nam żadne zjawy - powiedziała, kładąc na stole półmisek 

z jajecznicą. - Dobrze, że John nie pozwolił mi powiesić w kuchni żadnego lustra. 

background image

- Widziała pani  zjawę tylko  w jednym lustrze  -  w zwierciadle Chiava  -  przypomniał 

jej Jupiter. 

Pani  Darnley  siadła  do  stołu.  Wyglądała  teraz  na  starą,  zmęczoną  i  jakby 

zrezygnowaną. 

-  Czasem  wydaje  mi  się,  że  wszystkie  moje  lustra  są  nawiedzone.  Kiedy  tak  sobie 

tutaj siedzę, a was nie ma ze mną, moje dzieci, czuję się tak, jakbym sama była duchem. 

Jupiter  Jones  poruszył  się  niespokojnie.  Czyżby  jego  klientka  pozwoliła,  by  świat 

luster pochłonął ją tak dalece, że świat realny zaczął wymykać jej się z rąk? 

-  Pani  Darnley,  ale  w  tych  innych  lustrach  nie  widziała  pani  duchów?  -  zapytał 

pospiesznie. 

Spojrzała na niego i wyraz zadumy zniknął z jej twarzy. Uśmiechnęła się pogodnie. 

-  Nie,  Jupiterze.  Nie  widziałam.  Być  może  zbyt  często  widzę  w  tym  domu  własne 

odbicie i pewnie zbyt wiele rozmyślam o tych, którzy przeglądali się w lustrach przede mną, a 

potem skończyli tak tragicznie. Nie mam jednak halucynacji. Nigdy przedtem nie widziałam 

ducha w moich lustrach. 

-  To  dobrze  -  uspokoił  się  Jupiter.  -  Pozostaje  więc  tylko  jedno  lustro  -  zwierciadło 

Chiava. Albo to zwierciadło jest rzeczywiście nawiedzone, albo w tym domu jest wejście, o 

którym  pani  nie  wie,  albo  ktoś  się  tu  dobrze  ukrywa.  Jedno  z  tych  rozwiązań  musi  być 

prawdziwe. 

Pani Darnley skinęła głową. 

- Zgadzam się z tobą. 

-  Zdaje  się,  że  niepokojące  odgłosy,  które  słyszeli  mieszkańcy  tego  domu,  rozlegały 

się przeważnie w nocy. Czy tak? - zapytał Jupiter. 

- Tak. Kiedy duch ukazał mi się po raz pierwszy... Jupiter zesztywniał. 

- Czyżby widziała go pani już wcześniej? 

-  Widziałam  go  zeszłej  nocy  -  przyznała  się  pani  Darnley.  -  Było  późno.  A  nawet 

bardzo  późno.  Najpierw  usłyszałam,  jak  Jeff  i  John  kręcą  się  po  domu,  a  kiedy  wrócili  do 

łóżek, nie mogłam już zasnąć. Po jakimś czasie usłyszałam kroki w korytarzu. Wstałam. To 

nie mógł być Jeff, bo zawsze słyszę, jak otwiera drzwi, choćby robił to najciszej. To również 

nie mógł być John. Znam jego kroki. Włożyłam szlafrok i wyszłam na korytarz. Oczywiście 

było  ciemno,  lecz  nie  na  tyle,  bym  niczego  nie  widziała.  Nie  zauważyłam  w  holu  nikogo. 

Słychać było jedynie ten okropny dźwięk, jakby chichot. Zdawał się dochodzić z biblioteki. 

Zaczęłam  schodzić  ze  schodów  i,  no  cóż,  zobaczyłam  to  samo,  co  Jean  dziś  po  południu  - 

twarz. Okropną twarz w lustrze. 

background image

-  Po  południu,  przy  zasłoniętych  oknach,  w  bibliotece  było  bardzo  ciemno.  W  nocy 

musiało być jeszcze ciemniej. 

- Całkowicie - odparła pani Darnley. - A mimo to, widziałam tę twarz. 

- Babciu, dlaczego mi o tym nie powiedziałaś?  - zapytał Jeff z wyrzutem.  - Przecież 

byłem tak blisko. Czemu ze mną nie porozmawiałaś? 

-  Ponieważ  nie  wierzę  w  duchy.  I  nie  przyznałabym  się,  gdyby  nie  to,  że  Jean 

zobaczyła to samo dziś po południu. 

- No, dobrze. Oto, co proponuję. Wszyscy pójdą teraz na górę - zarządził Jupe. - Czy 

jest tam telewizor? - Pani Darnley skinęła głową. - Świetnie. Możemy więc wszyscy oglądać 

telewizję. 

- Wszyscy? - spytała Jean. 

-  Niezupełnie  -  odparł  Jupiter.  -  Pogasimy  wszystkie  światła  w  holu  i  ja  usiądę  na 

schodach tam, skąd pani i Jean widziałyście ducha. Być może, kiedy w domu zapanuje cisza, 

duch Chiava powróci tu. I może uda się dojść, w jaki sposób powstaje w lustrze ten obraz. 

Pomysł spodobał się wszystkim. Po kolacji, Jean, Jeff i pani Darnley weszli na górę, 

robiąc  przy  tym  jak  najwięcej  hałasu.  Pani  Darnley  zapytała  głośno,  jakie  programy 

telewizyjne  Jupiter  lubi  najbardziej.  Kiedy  gasiła  światła  w  holu,  Jupe  przycupnął  na 

schodach naprzeciwko otwartych szeroko drzwi do biblioteki. 

Przez jakieś pół godziny słychać było jedynie odgłosy nadchodzącej burzy i stłumiony 

śmiech  z  odbiornika  telewizyjnego.  Od  czasu  do  czasu  błyskało  się  i  grzmiało  to  bliżej,  to 

znów  dalej  i  znowu  bliżej.  Jupe  czekał  w  napięciu,  nie  pozwalając  sobie  ani  na  chwilę 

rozluźnienia. 

Aż nagle dosłyszał w dole jakiś szmer. Tak nikły, iż Jupe nie był do końca pewien, 

czy  aby  się  nie  przesłyszał.  Był  to  jakby  cichy  jęk  lub  pisk.  Czyżby  drewno  reagowało  na 

spadek temperatury, czy też coś się poruszyło? 

Naraz coś głucho stuknęło! 

Jupe wzdrygnął się. Nie mógł się pomylić. Brzmiało to tak, jakby ktoś upuścił ciężki 

przedmiot lub mocno tupnął. 

Jupe  nadal  niczego  nie  widział  oprócz  zarysu  bibliotecznych  drzwi  tworzących 

ciemny prostokąt na nieco jaśniejszej ścianie holu. Za nimi było całkiem ciemno. 

Rozległ się śmiech. Jupe cały zadrżał, choć zazwyczaj niełatwo go było przestraszyć. 

To,  co  usłyszał,  przypominało  ohydny,  złośliwy  chichot,  jakby  wydany  przez  jakąś  duszę 

potępioną. 

Bibliotekę  zalało  zielonkawe  światło.  Nagle  -  tak  niespodziewanie,  że  Jupiter  aż 

background image

zamrugał - uświadomił sobie, że spogląda w to okropne lustro. Patrzył wprost na ducha! 

Zesztywniał z przerażenia! To coś w lustrze zniknęło, a chłopiec mocno przetarł oczy. 

Ledwie mógł uwierzyć w to, co się stało. Zjawa miała siwe, splątane włosy wiszące po obu 

stronach twarzy, jak mokre wodorosty. Twarz była bielsza od kredy, bielsza niż śmierć. A do 

tego  jarzyła  się  jakimś  dziwnym  pozaziemskim  światłem.  I  te  oczy  -  ogromne,  zielone, 

szyderczo uśmiechnięte! 

Ktoś otworzył drzwi od pokoju telewizyjnego. 

Jupe  ponownie  usłyszał  przejmujący  chichot.  Znów  zobaczył  zielonkawą  poświatę  i 

ohydną twarz w zwierciadle. 

Zerwał się na równe nogi i co sił zbiegł na dół. Zjawa zniknęła. Dokoła znów zrobiło 

się ciemno. Szyderczy śmiech stawał się coraz cichszy, aż całkiem zanikł. 

Jupe wpadł do biblioteki i jak szalony zaczął szukać kontaktu. Znalazł lampę i włączył 

ją. 

W  bibliotece  nie  było  nikogo  oprócz  Jupe'a,  który  wpatrywał  się  w  swoją  własną 

kredowobiałą twarz odbitą w zwierciadle goblinów. 

background image

Rozdział 8 

Siedziba ducha 

 

Nagle w lustrze obok twarzy Jupitera pojawiła się głowa Jeffa Parkinsona. 

- Widziałeś to? - zapytał Jeff.  

Jupe skinął głową. 

Jean i pani Darnley weszły tuż za Jeffem. Pani Darnley wystarczyło jedno spojrzenie 

na pobladłą twarz Jupitera. 

- Okropny widok, prawda? - zapytała uśmiechając się i wzdychając jednocześnie. 

Jupe odetchnął głęboko i całą siłą woli starał się powstrzymać drżenie rąk. Udało mu 

się odpowiedzieć dość spokojnym głosem: 

- Rzeczywiście okropny. Wcale się nie dziwię, że nie chciała pani o tym mówić. 

Jupe dokładnie obejrzał puste ściany i lustro. 

- Ale co się z tym stało? - zapytał. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  poszło  tam,  skąd  przyszło  -  odparła  Jean  drżącym  głosem.  - 

Może... może opowieść senora Santory jest prawdziwa. Może Chiavo faktycznie pojawia się 

w lustrze. 

- Ależ... ależ to  absolutnie niemożliwe  -  powiedziała pani  Darnley.  -  Przecież ludzie 

nie  mogą  przebywać  w  głębi  luster.  To  tylko  lustro.  Zwykłe  lustro.  Z  wyjątkiem  ramy, 

oczywiście, która jest ohydą. 

- Owszem - zgodził się z nią Jupe. Podszedł do zwierciadła i dotknął ramy.  - Ohyda, 

lecz  ohyda  całkiem  zwyczajna.  Po  prostu  rama  z  litej  stali.  Nie  ma  w  niej  żadnych 

przewodów,  niczego,  co  by  pomogło  płatać  takie  sztuczki.  W  szkle  też  nie  ma  niczego 

niezwykłego, prócz tego, że jest antyczne. Ukazało nam odbicie jakiegoś okropnego starca. W 

tym pokoju musiał ktoś być! Musiał! Przecież widziałem odbicie na własne oczy! 

Burza, zbierająca się od tak dawna, wreszcie uderzyła z impetem. Wydawało się, że 

nawet natura protestuje w ten sposób przeciwko lustrzanej zjawie. Spadły pierwsze, ogromne 

krople  deszczu,  a  po  nich  lunęły  z  nieba  prawdziwe  potoki  wody.  Błyskawica  rozdarła 

ciemności  i  gdzieś  w  pobliżu  uderzył  piorun.  Stary  dom  zatrząsł  się  w  posadach.  Światło 

zamigotało i całkiem zgasło. 

- Dobry Boże! - jęknęła pani Darnley. - Piorun musiał trafić w transformator! 

Jupiter  Jones  stał  w  bibliotece  pogrążonej  w  ciemności  i  uważnie  rozglądał  się 

dookoła. Nagle zauważył słabą, zielonkawą poświatę dobywającą się z odległego kąta pokoju. 

background image

Podszedł  do  tajemniczego  źródła  światła  i  wyciągnął  rękę  w  kierunku  jasnej  smugi. 

Poczuł pod dłonią brzeg regału i jeszcze coś. Coś lepkiego. 

A kiedy ją cofnął, okazało się, że opuszki palców lekko świecą w ciemności. 

- Musimy znaleźć jakąś latarkę albo chociaż zapałki. 

Jean  i  Jeff  wyszli  poszukać  czegoś  i  słychać  było,  jak  próbują  odnaleźć  drogę  w 

ciemnościach. Nagle łagodny blask świecy rozjaśnił hol, a potem bibliotekę. 

-  Baterie  w  latarce  są  wyładowane  -  powiedział  Jeff,  stawiając  jedną  świeczkę  na 

stoliku. Drugą wręczył Jupiterowi. - To nam musi wystarczyć. 

Jupe  obejrzał  swoją  dłoń.  Stwierdził,  że  zielonkawa  poświata  zniknęła,  a  końce 

palców pokrywa jakaś szara substancja. 

- Co to jest? - zapytał Jeff. 

Jupe dmuchnął na dłoń, a potem odwrócił się do Jean i pani Darnley oznajmiając: 

-  Mamy  do  czynienia  z  duchem,  który  używa  pudru!  I  to  nie  zwyczajnego,  lecz 

takiego, który fosforyzuje w ciemnościach. Będziemy potrzebowali więcej świec. 

Jean przyniosła świece i zapaliła je. Jupe dokładnie obejrzał półkę, na której zostały 

resztki  szarej  substancji.  Wytarł  chusteczką  dłoń,  zdjął  z  półki  wszystkie  książki  i  oświetlił 

ścianę za regałem. Następnie kilka razy postukał w nią, nasłuchując. 

- Wygląda bardzo solidnie. Ale musi tu  gdzieś być tajemne przejście.  Zauważcie, że 

za  tą  ścianą  nie  ma  już  niczego.  Można  tędy  wyjść  na  zewnątrz.  Być  może  nasz  duch 

przedostawał  się  do  środka  w  ten  właśnie  sposób,  pomimo  wszystkich  zamków  i  krat.  Tu 

musi być jakieś przejście! 

-  Tylna  ściana  domu  styka  się  ze  zboczem  wzgórza  -  wtrąciła  pani  Darnley.  -  Po 

drugiej stronie jest ziemia. 

- Być może jest tam tunel - odparł Jupiter. - Wcale nie musi być duży. 

- Albo jeszcze jeden pokój  -  dodała Jean drżącym  głosem.  -  A może to... to  coś stoi 

tam teraz i podsłuchuje nas. 

Jeff  wyszedł  raptem  z  biblioteki.  Jupe  słyszał,  jak  biegnie  do  kuchni.  Rozległo  się 

trzaskanie szufladami i drzwiczkami szafek. Jeff wrócił z ciężkim, drewnianym młotkiem. 

-  Nie  wiem,  do  czego  używał  go  John,  ale  wiem,  co  ja  z  nim  zrobię,  jeśli  to  coś 

wyjdzie zza ściany - oświadczył Jeff. 

- Może go już tu wcale nie ma - powiedział Jupiter. - Jest tylko jeden sposób, aby się o 

tym  przekonać.  Trzeba  znaleźć  i  otworzyć  tajemne  przejście.  Jestem  pewien,  że  gdzieś  tu 

musi być. 

Pani Darnley usiadła. 

background image

- Jupiterze, tylko bądź ostrożny. 

- Zawsze jestem ostrożny, proszę pani. 

Jupiter  zabrał  się  do  pracy  z  właściwą  sobie  precyzją.  Jean  i  Jeff  pomagali  mu 

zdejmować  książki  z  półek.  Wszyscy  pukali,  stukali,  nasłuchiwali.  Wydawało  się,  że 

wszystko  nadaremnie.  Na  ścianie  za  regałem  nie  było  żadnych  zarysowań  ani  pęknięć, 

jedynie  gładka,  jednolita  powierzchnia.  Kontakty  okazały  się  zwykłymi  kontaktami  z 

odpowiednią  liczbą  drucików,  o  czym  Jupiter  przekonał  się  po  odkręceniu  od  ściany 

zewnętrznych oprawek. 

Nic nie odkształcało się ani nie uginało pod naciskiem. 

-  Musi  tu  być  jakaś  dźwignia  lub  zatrzask  -  upierał  się  Jupiter.  -  Pozostaje  pytanie  - 

gdzie? 

- Może daje się otworzyć tylko z zewnątrz - poddał myśl Jeff. 

- Nie. Pamiętajcie, że dom ten wybudował magik Drakestar. To przejście też musiało 

zostać  wykonane  na  jego  polecenie.  Drakestar  był  jednym  z  najsławniejszych  magików,  a 

szczególnie zasłynął z triku polegającego na znikaniu. Nawet po odejściu ze sceny, zapraszał 

do  siebie  gości  i  wykonywał  przed  nimi  tę  sztuczkę.  Dzisiaj  duch  Chiava  zniknął  z  tego 

pokoju.  Z  pewnością  właśnie  tutaj  Drakestar  podejmował  gości.  A  to  oznacza,  że  tajemne 

drzwi muszą się otwierać z tej strony. 

Jupe popatrzył na regały. 

- Och! - wykrzyknął nagle. 

- Co? - spytała Jean. 

- Ponieważ wszystko, co sprawdziliśmy dotąd, spaliło na panewce, to zadziałać musi 

to, czego jeszcze nie sprawdziliśmy. Te regały wyglądają wyjątkowo masywnie. Czy były już 

tutaj, kiedy pani kupiła dom? 

- Tak, są zamontowane na stałe. 

- A pani wypełniła je książkami. Jak widać, nic się nie działo, gdy ciężar przykładany 

był od góry. Zobaczmy teraz, co się stanie, kiedy zrobimy o tak... 

Jupiter podłożył rękę pod półkę, na której znalazł szare plamy, i nacisnął. 

Lekki  przeciąg  poruszył  płomieniami  świec,  a  cała  ściana  z  regałami  bezszelestnie 

przekręciła się. 

Wszyscy  w  pokoju  znieruchomieli.  W  osłupieniu  wpatrywali  się  w  otwór.  Jednak 

żadna straszna zjawa nikogo nie zaatakowała. Ich oczom ukazało się pomieszczenie szerokie 

na  ponad  pół  metra.  Przeciwległa  ściana  wyłożona  była  betonowymi  płytami  i  stanowiła 

właściwą ścianę zewnętrzną domu. 

background image

Jupe zajrzał do ciasnej kryjówki, a Jeff niemal siedział mu na plecach. Pełno tu było 

pajęczyn i kurzu. Wtem dojrzał schody. Prowadziły w dół, w atramentowe ciemności. 

- Świeca. Dajcie mi świecę - poprosił. 

Jeff podał mu ją. Jupe badał przez chwilę ścianę, która się poruszyła. 

- Nic dziwnego, że wydawała się taka gruba i solidna. Zrobiono ją z grubego drewna i 

gipsu, jak każdą porządną ścianę. Różni się tym, iż umocowana jest na stalowej ramie. Cóż za 

majstersztyk! 

Jeff popatrzył na schody ginące w ciemnym lochu. 

- Zejdziesz tam? - zapytał szeptem. 

- Z całą pewnością nie zejdziesz! - zawołała pani Darnley. 

- Przykro mi, ale sądzę, że powinienem to zbadać - odrzekł Jupiter. - Mam awersję do 

rozwiązywania tajemnic tylko połowicznie. 

- A więc idę z tobą! - oznajmił Jeff. 

- Jeff, nie!! - krzyknęła przeraźliwie pani Darnley. 

- Ależ proszę pani, ducha już na pewno tam nie ma - powiedział Jupe i zaczął powoli 

schodzić. Jeff ścisnął mocniej młotek i ruszył za nim. 

Ukryte  schody  były  bardzo  strome.  Migocący  płomień  świecy  oświetlał  pokryte 

kurzem i pleśnią mury. Jupe poczuł ostry zapach stęchlizny i wilgoci. 

W pewnym miejscu loch ostro zakręcał i po trzech jeszcze schodkach chłopcy znaleźli 

się w maleńkiej piwnicy z cementową podłogą i ścianami wyłożonymi betonowymi płytami. 

Jupe wysoko uniósł świeczkę. Jeff stanął obok. 

- Nikogo tu nie ma! - wyszeptał ledwo dosłyszalnie. 

- Ktoś tu jednak był - odszepnął Jupiter. - Widzisz te ślady na podłodze? 

Jupiter pokazał Jeffowi dwa bardzo stare kufry stojące pod ścianą. Przyłożył palec do 

ust,  nakazując  milczenie.  Oddał  Jeffowi  świeczkę  i  uklęknął,  żeby  przyjrzeć  się  lepiej 

pierwszemu  kufrowi.  Przy  zamku  zwisała  otwarta,  zardzewiała  kłódka.  Jupiter  podważył 

wieko.  Otworzyło  się  z  piskiem  zawiasów.  Jeff  przybliżył  świeczkę  i  chłopcy  zobaczyli 

używany śpiwór, jakieś stare butelki i słoiki oraz kanapkę opakowaną w przezroczystą folię. 

Jupiter  spojrzał  na  Jeffa.  Ten  odpowiedział  mu  pytającym  i  trochę  przestraszonym 

spojrzeniem. Jupe uniósł brwi i wskazał głową drugi kufer, stojący pod przeciwległą ścianą. 

Jeff  zrozumiał.  Duch  mieszkał  tu  przez  jakiś  czas  i  być  może  nadal  tu  jest.  Kufer  był 

wystarczająco duży. Jupe zaczął iść w jego stronę, starając się stąpać jak najciszej. Jeff uniósł 

wyżej  świecę  i  mocniej  ścisnął  młotek,  kiedy  Jupe  wyciągnął  rękę,  żeby  otworzyć  wieko 

kufra. 

background image

Lecz  zanim  Jupe  zdążył  go  dotknąć,  wieko  odskoczyło  samo,  uderzając  o  ścianę. 

Rozległ  się  dziki  wrzask  i  ktoś  wyskoczył  ze  środka.  Jupe  zobaczył  przed  sobą  zielone, 

fosforyzujące oczy. Na ułamek sekundy, w ciemnej piwniczce chłopcy stanęli twarzą w twarz 

z upiorną zjawą czarnoksiężnika Chiava. 

Upiór  rzucił  się  do  przodu,  popychając  Jupitera  na  Jeffa.  Chłopcy  upadli,  a 

upuszczona na ziemię świeczka zgasła. Duch fosforyzował nad nimi w ciemnościach. Jeff z 

trudem  oddychał.  Młotek  wypadł  mu  z  ręki.  Duch  wbiegł  na  schody.  W  ostatniej  chwili 

Jupiter zdążył chwycić brzeg jego długiego płaszcza i rozległ się trzask rozdartego materiału. 

Szybkie kroki zadudniły na schodach. Jupe odwrócił się na plecy. Poczuł w dłoni coś 

miękkiego.  Był  to  kawałek  materiału.  Poderwał  się  na  nogi  i  ruszył  w  stronę  schodów. 

Pokonywał właśnie najniższe stopnie, gdy w górze rozległ się krzyk Jean Parkinson. 

Potem uderzył piorun. Nawet z dna lochu Jupe zdołał dojrzeć odblask błyskawicy. W 

jej świetle zobaczył wyraźnie uciekającą zjawę - wysoką, chudą z rozwianym dziko włosem. 

Zbliżała się właśnie do tajemnych drzwi. Znowu rozległ się krzyk Jean. Jupe wbiegł na górę 

najszybciej  jak  tylko  mógł.  Akurat  w  porę,  by  zobaczyć,  jak  duch  wyważa  zamki,  otwiera 

gwałtownie drzwi i  wybiega w deszcz. W świetle błyskawicy zdołali jeszcze dojrzeć chudą 

postać z rozwianym siwym włosem. Uderzył piorun i duch zniknął w oddali. 

- Dobry Boże! - krzyknęła pani Darnley. 

Jupiter ciężko dyszał, lecz twarz rozjaśniał mu uśmiech. 

- Nadzwyczaj interesujący duch - stwierdził. - Zdobyłem kawałek jego płaszcza! 

background image

Rozdział 9 

Tajemniczy list 

 

Bob, Pete i  Worthington  zjawili się w domu  pani  Darnley dopiero po ósmej. Jupe z 

Jeffem przetrząsali stare kufry w ukrytej piwnicy. Jean pilnowała drzwi wejściowych, a pani 

Darnley nadaremnie próbowała dodzwonić się na policję. 

- Prawie nam się udało złapać ducha Chiava - powitała ich Jean. 

- Mieszkał w naszej piwnicy. Chodźcie i zobaczcie sami. 

Poprowadziła  ich  do  biblioteki.  Tajemne  przejście  stało  otworem.  Jean  zawołała 

Jupitera i Jeffa. Wyszli umorusani i zakurzeni, ale Jupe miał zadowoloną minę. 

- Wiedziałem, że to nie mógł być żaden duch - oświadczył na widok kolegów. - Ktoś 

urządził sobie kryjówkę w piwnicy pod tym pokojem! Jak się tam dostał? Nie wiem. Żywił 

się  fasolą  z  puszki,  starymi  kanapkami  i  wodą  z  butelki.  Ohyda!  Znaleźliśmy  też  śpiwór, 

lusterko, latarkę i fosforyzujący puder, którym się posypywał, żeby świecić w ciemnościach. 

Do biblioteki weszła pani Darnley wyraźnie poirytowana. 

- Nie mogę się połączyć z policją. Burza musiała uszkodzić linię telefoniczną. 

- Przecież nic tu nie pomogą, babciu - uspokajała ją Jean. - Duch, kimkolwiek był, już 

uciekł.  Wiemy  przynajmniej,  że  nie  był  to  senor  Santora  ani  ten  chudy  włamywacz.  Duch, 

który wybiegł głównymi drzwiami, był od nich o wiele wyższy. 

-  Kiedy...  jak  to  duch  wybiegł  głównymi  drzwiami?  -  zdziwił  się  Pete.  -  Nie 

próbowaliście go zatrzymać? 

-  Wybiegł  jakieś  dwadzieścia  minut  temu  -  odparł  Jeff.  -  Próbowaliśmy  z  Jupe'em 

schwytać go. Widzisz, mam tu nawet młotek, który trzymałem w pogotowiu, tylko że... tylko 

że on wyskoczył tak niespodziewanie z tego kufra, jak jakiś wrzeszczący upiór. No i ja... ja 

wpadłem w panikę. 

- Wyglądał jak prawdziwy duch - stwierdziła Jean. - Czułam, że w tych podziemiach 

siedzi coś okropnego. Byłam na to przygotowana, a mimo tego zaczęłam krzyczeć. Jedynie 

Jupe  zachował  zimną  krew.  Chwycił  upiora  za  płaszcz  i  urwał  kawałek.  Jutro  spróbuje 

dowiedzieć się, skąd pochodzi ten materiał. 

- To bardzo niezwykły materiał - dodał Jupe, wyjmując z kieszeni skrawek tkaniny. - 

Gruba,  czarna  wełna  ze  srebrną  nitką.  Może  się  okazać  najcenniejszą  wskazówką  w 

odnalezieniu naszego tajemniczego ducha. A wy z czym wracacie? 

-  Santora  jest  w  szpitalu  -  odparł  Pete  -  a  ten  mały  człowieczek,  którego 

background image

podejrzewaliśmy  o  działanie  w  zmowie  z  Santora,  nie  jest  jego  wspólnikiem.  -  Pete 

opowiedział w największym skrócie, co wydarzyło się w hotelu “Beverly Sunset”. 

-  Po  uderzeniu  Santory  w  głowę,  włamywacz  zbiegł  po  schodach  i  prawdopodobnie 

ulotnił się tylnymi drzwiami. Worthington z Bobem pilnowali głównego wejścia i nie widzieli 

go. Czekaliśmy aż do chwili, gdy podjechał ambulans i zabrał Santorę do szpitala. 

-  Nie  mogę  sobie  darować  mojego  gapiostwa  -  jęknął  Bob.  -  Powinienem  pilnować 

drzwi od zaplecza, a Worthington głównego wejścia. Wtedy moglibyśmy za nim pojechać lub 

przynajmniej spisać jego numer rejestracyjny. 

-  To  było  nadzwyczaj  nierozważne  z  naszej  strony  -  przyznał  Worthington.  -  Ale 

zarówno  pan  Robert,  jak  i  ja,  założyliśmy,  że  ów  człowiek  przyszedł  do  “Beverly  Sunset”, 

aby  spotkać  się  z  senorem  Santora.  Uznaliśmy,  iż  dalsze  obserwowanie  nie  ma  sensu, 

zwłaszcza kiedy zobaczyliśmy, że senor Santora wrócił do hotelu. 

- Nie tylko ty wpadłeś na jakiś trop, Jupe - powiedział Pete i wyjął z kieszeni zmiętą 

kartkę. - Włamywacz upuścił to na korytarzu. Ale nie potrafię odczytać, co tu napisano, bo to 

nie  po  angielsku.  Lecz  skoro  facet  tę  kartkę  ukradł,  musi  być  na  niej  coś  ważnego.  Jest  tu 

wymienione pani nazwisko, pani Darnley. 

- Czyżby? - pani Darnley aż usiadła.  

Nagle rozbłysło światło. 

-  Dzięki  Bogu  -  odetchnęła  pani  Darnley.  -  Jean,  pogaś  świece,  zanim  puścimy  to 

miejsce z dymem, i zobaczmy, co też jest na kartce, którą przyniósł Pete. - Popatrzyła na list, 

a potem na obecnych. - Czy ktoś zna hiszpański lub portugalski? 

- Ja znam trochę hiszpański, pani Darnley - zgłosił się Jupiter. Wziął kartkę i zaczął ją 

czytać z uwagą, marszcząc czoło  i  przygryzając  dolną wargę, co zawsze czynił w chwilach 

największej koncentracji. 

- Ma datę sprzed pięciu dni - odezwał się w końcu - a zaczyna się od słów “Mój drogi 

Rafaelu”. 

- Zdaje się, iż senor Santora ma na imię Rafael - powiedziała pani Darnley. - Tak się 

przedstawi kiedy przyszedł tu po raz pierwszy. Co dalej? 

- W podpisie są tylko inicjały A.F.G. Nie umiem przetłumaczyć dokładnie, lecz brzmi 

to mniej więcej tak: 

 

Mój drogi Rafaelu, 

Nie uważam, byś popełnił błąd, opowiadając senorze Darnley o zwierciadle Chiava. 

Zdobycie dokumentów zajmie nam jednak trochę czasu. Byłoby dobrze, gdybyś ją nakłonił do 

background image

sprzedaży  lustra,  nie  czekając  na  papiery.  A  im  szybciej  to  zrobisz,  tym  lepiej.  Bardzo  się 

obawiam  Juana  Gomeza.  To  człowiek  z  gruntu  zły  i  może  być  niebezpieczny.  Boję  się  o 

Ciebie,  o  senorę  Darnley  i  o  republikę  Ruffino.  Gomez  nie  może  poznać  tajemnicy 

zwierciadła.  Gdyby  do  tego  doszło,  nieszczęściom  nie  byłoby  końca.  Dowiedziałem  się,  że 

Juan Gomez ma krewnych w Los Angeles. Mieszkają w Silverlake. Może tam trafisz na jego 

ślad.  A  jak  go  znajdziesz,  to  postaraj  się  bacznie  go  obserwować.  I  zrób,  co  możesz,  by 

odzyskać lustro. Ono nie może wpaść w jego ręce. 

I  uważaj  na  siebie.  Ja  się  już  starzeję.  Zaszedłem  w  życiu  wysoko,  ale  brakuje  mi 

Twego wsparcia. Dobrze mi robi, kiedy mogę spojrzeć na Ruffino Twoimi oczami, młodszymi 

i bystrzejszymi od moich. 

A.F.G. 

 

Jupiter Jones skończył tłumaczenie listu. 

-  Jakie  to  smutne  -  powiedziała  pani  Darnley  w  zadumie.  -  To  brzmi  jak  list  od 

samotnego, starego człowieka. 

-  Człowieka,  który  zaszedł  wysoko  -  dodał  Jupiter.  -  Człowieka,  który  się  obawia  o 

Santorę, o panią i o republikę Ruffino. Czy nie domyśla się pani, kto jest autorem tego listu? 

Czy  pani  przyjaciółka,  senora  Manolos,  zna  osobę  o  inicjałach  A.F.G.?  Jej  mąż  zajmował 

przecież wysokie stanowisko w Ruffino. 

Pani Darnley pokręciła przecząco głową. 

-  Korespondujemy  z  Isabellą  Manolos  od  lat,  od  czasów  szkolnych,  ale  nasze  listy 

zawsze dotyczyły błahostek. Nie mogłam znieść tego okropnego osobnika, którego poślubiła, 

i obawiam się, że wiedziała o tym. 

- Kiedy kogoś nie lubisz, babciu - odezwała się Jean - wszyscy dookoła o tym wiedzą. 

- Tak. No cóż, zdarza mi się czasem powiedzieć coś, czego nie powinnam mówić. Nie 

lubiłam Diega Manolosa. Nigdy nie mogłam zrozumieć, jak Isabellą mogła wyjść za takiego 

człowieka.  A  kiedy  zaczął  się  piąć  po  stopniach  kariery  rządowej,  moja  niechęć  do  niego 

jeszcze  wzrosła.  Zawsze  miał  na  twarzy  ten  okropny  uśmieszek,  jakby  uważał,  że  jest 

najmądrzejszy  na  świecie.  Tak  więc  niewiele  wiem  o  rządzie  Ruffino  i  roli,  jaką  w  nim 

odgrywał mąż Isabelli. Nie wiem też, kto napisał ten list. 

- Czy jest tu gdzieś almanach z informacjami o świecie? - zapytał Bob. - Powinniśmy 

tam coś znaleźć.  

Jean aż podskoczyła. 

- Kupiłam taki almanach w zeszłym roku, kiedy namiętnie rozwiązywałam krzyżówki. 

background image

Odnalezienie almanachu wśród porozkładanych na podłodze książek zajęło im trochę 

czasu.  Bob  szybko  przejrzał  indeks,  a  następnie  odszukał  republikę  Ruffino.  Informacja  o 

małym wyspiarskim kraju była dość skąpa. Zajmowała jedynie pół strony. 

- To kraj demokratyczny - oznajmił Bob, czytając pobieżnie notkę. - Rząd jest bardzo 

zbliżony do amerykańskiego, tylko o wiele, wiele mniej liczny. Ciało ustawodawcze to senat 

plus izba reprezentantów składająca się z siedemdziesięciu ośmiu osób. Jest też rada doradcza 

prezydenta... 

-  Streszczaj  się  -  ponaglił  go  Pete.  -  Widzę  po  twojej  twarzy,  że  znalazłeś  coś 

ciekawego.  

Bob uśmiechnął się. 

-  Nie  ma  tu  żadnych  nazwisk  senatorów  ani  posłów,  ale  almanach  podaje  nazwisko 

prezydenta. 

- Zaczekaj! - krzyknął Pete. - Podam ci inicjały. 

- Prezydent republiki Ruffino nazywa się Alfredo Felipe Garcia - powiedział Bob. 

Na  chwilę  zapadła  cisza.  Wtem  Jupiter  wstał  i  zaczął  przemierzać  pokój  wielkimi 

krokami, przygryzając dolną wargę. 

- Prezydent republiki - mruknął. - Ten list zawiera wiele cennych informacji, mimo że 

człowiek,  który  go  napisał,  starał  się  być  bardzo  ostrożny.  Wiemy  teraz,  że  trzeba  się 

wystrzegać osobnika o imieniu i nazwisku Juan Gomez. Możemy chyba przyjąć, że ów Juan 

Gomez to właśnie nasz włamywacz oraz że on i Santora są przeciwnikami. Każdy z nich chce 

zdobyć  zwierciadło.  Dziś  Santora  został  zraniony  przez  włamywacza.  Gomez  chyba 

rzeczywiście jest niebezpieczny. Z listu wynika także, iż Santora usiłuje odzyskać lustro nie 

dla  siebie,  lecz  dla  jakiejś  wysoko  postawionej  osobistości  z  Ruffino.  Chodzi  tu  o  coś 

ważnego, coś co łączy się ze zwierciadłem goblinów. Chyba nie ulega dla nas wątpliwości, że 

Santora wymyślił historię swego pokrewieństwa z Chiavem i że dokumenty z Hiszpanii - jeśli 

przedstawi  je  kiedykolwiek  -  będą  na  pewno  podrobione.  Osobiście  wątpię,  by  Santora  był 

Hiszpanem. Myślę, że jest obywatelem Ruffino.  

Pani Darnley pokręciła głową. 

- Biedna Isabella Manolos! Jeśli autorem listu jest rzeczywiście prezydent Ruffino, to 

może ona mieć kłopoty. Sądzę, że trzeba to sprawdzić, zanim cała sprawa nabierze rozgłosu. 

- Co przez to rozumiesz, babciu? - spytała Jean. 

-  To,  że  powinniśmy  zadzwonić  na  policję  i  opowiedzieć  o  wszystkim,  co  się  dotąd 

stało.  Z  drugiej  jednak  strony,  być  może  będzie  to  najgorsze  rozwiązanie  -  pani  Darnley 

spojrzała pytająco na Jupitera, potem na Boba i Pete'a. - Wynajęłam was do zbadania sprawy 

background image

mojego zwierciadła. Zrobiłam to, ponieważ Worthington bardzo dobrze o was mówił, a także 

ponieważ  młodzi  ludzie  są  czasem  mądrzejsi  od  starych.  Nie  mają  za  sobą  lat  różnych 

doświadczeń  życiowych,  więc  podchodzą  do  wielu  spraw  bez  uprzedzeń.  Wierzą,  że 

wszystko jest możliwe. 

- Nie da się tego ukryć - wtrącił Worthington. 

-  Rozumiem  panią  -  powiedział  Jupiter.  -  Wiemy  już,  że  nawiedzone  zwierciadło 

wcale nie jest nawiedzone. Jednak łączy się z nim jakaś tajemnica. Musimy się dowiedzieć, 

co to za tajemnica. 

Pete jęknął. 

-  Robi  się  późno.  A  poza  tym  jestem  wykończony,  ale...  no,  już  dobrze.  Możemy 

spróbować. Coś musi się w nim kryć. 

Jeff poszedł do kuchni po drabinkę i narzędzia. Postękując z wysiłku, czterej chłopcy i 

Worthington  zdjęli  ogromne  lustro  ze  ściany.  Jupiter  odkręcił  drewnianą  stronę  lustra  od 

metalowej ramy, lecz pod spodem niczego nie było. Obejrzał ramę centymetr po centymetrze. 

I  znowu  nic.  Nie  było  na  niej  niczego  oprócz  potworków  z  podziemnego  świata  oraz 

wstrętnego goblina na szczycie, igrającego z wężem. Nie było żadnych wgłębień, w których 

można  by  coś  umieścić.  Tylko  ogromna,  szkaradna  rama,  stare  lustro  i  drewniany  spód,  w 

paru  miejscach  naprawiany.  Na  kilku  niewyraźnych  naklejkach  widniały  nazwiska 

rzemieślników z Madrytu i Ruffino, którzy zajmowali się naprawą lustra. 

Jupiter  kucnął  nad  rozmontowanym  zwierciadłem  i  zastanawiał  się,  co  też  mogło  w 

nim zainteresować prezydenta republiki? 

background image

Rozdział 10 

Płaszcz magika 

 

Następnego dnia, wczesnym rankiem Bob Andrews pojechał ze swoim ojcem do Los 

Angeles. Zamierzał przejrzeć stare numery “Los Angeles Times” w poszukiwaniu wzmianek 

o republice Ruffino i o magiku Drakestarze oraz jego domu na Wzgórzach Hollywoodzkich. 

Jupe i Pete zabrali się do Hollywoodu z Konradem,  który miał  dostarczyć stary stół 

jadalny klientowi składu złomu Jonesów. 

- Santora wciąż jest w szpitalu - powiedział Jupe, kiedy znaleźli się na autostradzie. - 

Zeszłej nocy obdzwoniłem wszystkie szpitale w Beverly Hilis, aż w końcu go znalazłem. Jest 

w  Centrum  Medycznym  Beverly  Crest.  Nie  udzielali  żadnych  informacji,  a  on  sam  nie 

przyjmował telefonów. Ale kiedy zadzwoniłem ponownie dziś rano, chcieli mnie połączyć z 

jego pokojem, więc nie jest aż tak ciężko ranny. 

- To dobrze - stwierdził Pete. - Nie jestem pewien, czy on jest dobrym, czy też złym 

facetem,  ale  nie  mam  takich  wątpliwości  co  do  tego  drugiego  gościa.  Wiem,  że  jest 

skończonym łotrem. 

- Juan Gomez - odezwał się Jupe. - Niebezpieczny człowiek o nazwisku Juan Gomez. 

Przejrzałem dziś książkę telefoniczną i znalazłem kilku Gomezów w okolicy Silverlake. Ale 

wcale nie mamy pewności, czy kuzyn Gomeza nosi to samo nazwisko, o ile w ogóle Gomez 

zatrzymał się u niego. Nie wiemy też, czy ma on telefon. Ale nie martwmy się tym dzisiaj. 

- A co wobec tego będziemy dziś robić? - spytał Pete. Jupe wyjął z kieszeni notatnik. 

- Pokazałem ciotce Matyldzie ten kawałek materiału, który urwałem z płaszcza upiora. 

Przyznała, że to dość niezwykły materiał. Przejdziemy się po wypożyczalniach kostiumów w 

Hollywoodzie.  Nasz  duch  musiał  skądś  zdobyć  swój  strój.  Logicznie  rozumując,  takim 

miejscem powinna być jakaś wypożyczalnia kostiumów. 

Pete zachmurzył się na widok notesu Jupitera. 

- Widzę, że masz już nawet listę. Ciekawe, ile jest takich wypożyczalni? 

- Całkiem sporo. 

- Och, moje biedne nogi! - jęknął Pete. 

- Praca dobrego detektywa wymaga wytrwałości - odparł surowo Jupe. 

Samochód  zjechał  z  autostrady  i  po  kilku  minutach  Konrad  zatrzymał  się  na  rogu 

Bulwaru Zachodzącego Słońca i Vine Street. Chłopcy wysiedli. 

- Czy mam po was przyjechać? - zapytał Konrad. 

background image

- Nie, wrócimy autobusem - odrzekł Jupiter. - Pewnie spędzimy tu cały dzień. 

- Twoja ciotka będzie zła - ostrzegł Konrad. -  Nie lubi, kiedy wychodzisz z domu w 

sobotę. 

- Ale zazwyczaj potem mi wybacza. 

Konrad  odjechał,  a  chłopcy  rozpoczęli  poszukiwania.  Pierwsza  wypożyczalnia  na 

liście  Jupitera  mieściła  się  niedaleko  Vine  i  Fountain.  Detektywi  weszli  do  budynku 

przypominającego  wielki  skład.  Przy  wejściu  znajdowała  się  część  biurowa,  w  której  jakiś 

łysiejący  mężczyzna  przeglądał  żurnal  mody.  Dalej,  chłopcy  zobaczyli  rzędy  wiszących 

kostiumów najróżniejszych rozmiarów, kolorów i fasonów. 

Łysiejący mężczyzna podniósł głowę i mruknął: 

- Taaa? 

Jupiter pokazał mu skrawek materiału. 

-  Moja  ciotka  próbuje  dobrać  taki  sam  materiał.  Wypożyczyła  kostium  na  zabawę  i 

rozdarła go. Przed oddaniem musi go zreperować. Nie udało jej się trafić na taki materiał w 

zwykłych sklepach. Może u pana coś się znajdzie? Umiałby pan to naprawić? 

Mężczyzna wziął materiał i potarł go w palcach. 

- Hmm, wełna. W Dalton Mills produkowali coś podobnego, ale my nie używaliśmy 

tego do szycia kostiumów. Przepraszam.  

Chłopcy wymamrotali podziękowania i wyszli. 

- Nie mam ochoty na dalsze szukanie - oświadczył Pete. 

- Dopiero zaczęliśmy - powiedział Jupiter. - Wypożyczalnie kostiumów nigdy niczego 

nie wyrzucają. Naprawiają, czyszczą i trzymają te rzeczy u siebie w nieskończoność. Nie ma 

dla nich znaczenia, że materiał jest stary. 

Właściciel drugiej wypożyczalni nigdy nie widział takiego materiału. Podobnie było 

w trzeciej, czwartej i piątej. Dochodziła jedenasta, kiedy Pete i Jupe stanęli przed budynkiem 

na Bulwarze Santa Monica, w którym mieściła się Lancet Costume Company. Wewnątrz, jak 

zwykle, znaleźli część biurową. Jakiś osiłek palący cygaro opierał się o ladę. 

Jupiter pokazał mu materiał i powtórzył historyjkę o podartym kostiumie. Mężczyzna 

wyjął z ust cygaro i burknął: 

- Powiedz Baldiniemu, żeby sam naprawiał swoje łachy! 

- Baldiniemu? - powtórzył Jupiter. 

- Nie udawaj głupiego, chłopcze - warknął mężczyzna i sięgnął po szmatkę. - Drugiej 

takiej  nie  ma  -  powiedział  już  łagodniejszym  głosem.  -  W  Dalton  Mills  robiono  podobną 

wełnę ze srebrną nicią, ale nie tak dobrą. Tę utkano specjalnie dla magika Drakestara. 

background image

Jupe poczuł silniejsze bicie serca. 

- Nie wiem, co mi odbiło, żeby pożyczać temu Baldiniemu płaszcz Drakestara. A teraz 

zabierajcie się z powrotem do tej rudery na Virginia Avenue i przekażcie Baldiniemu, że ma 

odnieść płaszcz. Zreperuję go, ale Baldini słono za to zapłaci. Już was tu nie ma! 

- Ale materiał mojej ciotki... - zaczął Jupiter. 

- Dziecko, to nie jest materiał twojej ciotki, o ile w ogóle masz jakąś ciotkę. Powiedz 

Baldiniemu, żeby zwrócił płaszcz, bo jak nie, to sam będę u niego za pięć minut i porachuję 

mu kości! 

Wychodząc,  Jupiter  i  Pete  z  całych  sił  starali  się  zachować  powagę.  Na  zewnątrz 

wybuchnęli śmiechem. 

-  Kapitalne!  Jakiś  Baldini  wypożycza  płaszcz  Drakestara,  a  potem  nawiedza  lustro 

wiszące w dawnym domu magika! W najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że pójdzie nam 

aż tak gładko! Nasz duch okazał się prawdziwym artystą! 

- I mieszka w jakiejś ruderze na Virginia Avenue - dodał Pete. - To musi być gdzieś 

niedaleko,  skoro  tamten  człowiek  zamierzał  dotrzeć  tam  w  pięć  minut  i  porachować 

Baldiniemu kości. 

- To co? Idziemy? 

Podekscytowani  ruszyli  w  kierunku  Virginia  Avenue  i  bez  trudu  odnaleźli  dom 

Baldiniego wyróżniający się na tle nowych bloków mieszkaniowych. Choć był zniszczony i 

stary,  dookoła  niego  panował  nienaganny  porządek.  Trawniki  były  równo  przycięte,  a  przy 

ganku na rabatkach kwitły kwiaty. Przed wejściem wisiała informacja o wolnym pokoju. 

-  I  co teraz?  -  spytał  Pete.  - Wchodzimy i  pytamy  o  Baldiniego, żeby się przekonać, 

czy jest duchem, czy nie? 

-  Mógłby  mnie  wtedy  rozpoznać.  To  chyba  nie  najlepszy  pomysł.  Udajmy,  że 

przeprowadzamy  ankietę  na...  na  zajęcia  z  socjologii.  Zapytamy  właścicielkę,  ile  osób 

wynajmuje tu pokoje i czym się zajmują. 

- No, dobrze, ale ty będziesz z nią rozmawiał. Jesteś lepszy ode mnie w te klocki. 

- Rzeczywiście - przyznał Jupiter. Wyjął notatnik, pomaszerował do drzwi i nacisnął 

dzwonek. 

Drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem i wyjrzała zza nich siwa kobieta. 

- Tak? - spytała. 

- Przepraszamy panią za to najście. Przeprowadzamy badania dla szkoły  - powiedział 

Jupiter. 

-  Ale  przecież  są  wakacje  -  odparła  i  przyjrzała  im  się  podejrzliwie.  -  Szkoły  są 

background image

zamknięte.  

Jupiter zrobił smutną minę. 

- Niestety, nie dla nas. Nie zdaliśmy końcowych egzaminów w czerwcu i powiedziano 

nam, że możemy sobie poprawić ocenę, jeśli starannie przeprowadzimy to badanie. 

- Bardzo nam na tym zależy, proszę pani - włączył się Pete. 

-  No,  dobrze.  Wyglądacie  na  porządnych  chłopców.  Więc  czego  chcecie  się 

dowiedzieć? 

- Przede wszystkim, ile osób mieszka w tym domu? 

- Sześć. Pięciu lokatorów i ja.  

Jupiter zapisał coś w notatniku. 

- Czy pani lokatorzy mieszkają tu na stałe, czy też często się zmieniają? 

-  Och,  na  stałe!  -  odparta  kobieta  z  dumą.  -  Staram  się,  aby  moim  gościom  było 

wygodnie. Na przykład pan Henley mieszka tu już od pięciu lat. 

- Ale przy drzwiach wisi ogłoszenie o wolnym pokoju - Jupiter wskazał tabliczkę. 

- Tak. Wczoraj wieczorem wyprowadził się nagle pan Baldini. To dziwne. Ale ludzie 

teatru często są dziwni, prawda? 

- Czy mieszkał tu długo? 

- Cztery lata. Aż trudno mi pojąć, że mógł tak zniknąć bez uprzedzenia. Nie zostawił 

nawet nowego adresu dla listonosza. 

-  Rzeczywiście,  dziwne  -  przyznał  Jupiter.  -  Ale  z  drugiej  strony,  jak  pani  słusznie 

zauważyła, ludzie teatru są czasem dziwni. Czy on był aktorem? 

-  Magikiem.  To  znaczy,  dawniej  nim  był.  Teraz  magicy  rzadko  kiedy  mają  pracę. 

Zajął się sprzedażą gazet. Ma kiosk na rogu Santa Monica i Fountain Avenue. 

-  Rozumiem  -  powiedział  Jupiter,  zamykając  notatnik.  -  Bardzo  pani  dziękujemy. 

Przeprowadzimy  jeszcze  cztery  takie  rozmowy  i  badania  skończone.  Bardzo  nam  pani 

pomogła. 

- Ależ to przecież nic takiego - odparła kobieta i zniknęła za drzwiami. 

Chłopcy pobiegli do Santa Monica Street, gdzie złapali autobus. 

- Musimy nabrać co do tego pewności - powiedział Jupiter - ale mam przeczucie, że w 

kiosku na Fountain Street nie znajdziemy Baldiniego. 

Przeczucie  nie  myliło  Jupitera.  Kiosk  na  rogu  Santa  Monica  i  Fountain  Street  był 

zamknięty na trzy spusty. Paczki gazet powiązane sznurkami leżały obok na chodniku. 

- Nawet nie zawiadomił dystrybutorów. Nasz duch, Baldini, rozpłynął się - westchnął 

Jupiter. 

background image

Rozdział 11 

Katastrofa! 

 

Właśnie minęło południe, kiedy Jupiter Jones i Pete Crenshaw wysiedli z autobusu w 

Rocky Beach. 

- Nie wracajmy jeszcze - zaproponował Jupe. - Jak tylko ciotka Matylda nas zobaczy, 

to zaraz znajdzie dla nas jakąś robotę. Zadzwońmy do Boba. Sprawdzimy, co udało mu  się 

znaleźć w “Timesie”. 

- Czerwona Furtka Korsarza? - spytał Pete. 

- Czerwona Furtka Korsarza - odpowiedział Jupiter. 

Przemknęli się na tyły składu złomu. Kilku artystów z Rocky Beach ozdobiło w tym 

miejscu  płot  wspaniałym  obrazem  przedstawiającym  wielki  pożar  San  Francisco  w  1906 

roku. W dolnej części obrazu namalowano psa siedzącego i wpatrującego się w płomienie. W 

miejscu, gdzie powinno być jego oko, ktoś zrobił dziurę. Jupiter włożył w nią rękę i nacisnął 

klamkę po drugiej stronie płotu. Potem popchnął sztachety. Trzy z nich ustąpiły. To właśnie 

była  Czerwona  Furtka  Korsarza.  Jupe  i  Pete  weszli  przez  otwór  w  płocie  i  wąską  ścieżką 

ukrytą wśród zwałów złomu udali się do Kwatery Głównej. 

Nie  trzeba  było  telefonować  do  Boba  Andrewsa.  Szczupły  okularnik  był  już  w 

Kwaterze. Na biurku leżały porozkładane jakieś czasopisma i książki, a Bob pochłonięty był 

robieniem notatek. 

Podniósł  głowę  na  widok  przyjaciół,  którzy  weszli  do  przyczepy  Wejściem 

Czwartym, czyli włazem zamaskowanym od zewnątrz kilkoma grubymi deskami. 

- Wcześnie wracacie - powitał ich. - Co udało wam się ustalić? 

Jupiter  usiadł  na  krześle  po  przeciwnej  stronie  biurka,  a  Pete  przyniósł  sobie  jakiś 

stołek z drugiego końca przyczepy, w którym chłopcy urządzili laboratorium. 

- Ustaliliśmy, że duch ze zwierciadła to niemal z całą pewnością wodewilowy magik o 

nazwisku Baldini, który niestety zniknął. 

-  Mogę  się  założyć,  że  Santora  wynajął  Baldiniego,  by  przestraszył  panią  Darnley  i 

skłonił ją w ten sposób do sprzedania zwierciadła - dodał Pete. 

- Możecie się mylić - powiedział cicho Bob. 

- Czyżbyś znalazł coś o Baldinim? - zapytał Jupe. Bob skinął głową. 

-  Zanotowałem  to  tylko  dlatego,  że  wspomniano  w  tekście  o  Ruffino.  -  Bob 

przekartkował swoje notatki. - Przejrzałem mikrofilmy “Timesa”, szukając jakiejś wzmianki 

background image

o  Ruffino  i  o  Drakestarze.  Uznałem,  że  nasz  duch  musiał  dobrze  znać  dom  Drakestara,  bo 

inaczej nie wiedziałby o tajnym przejściu. Drakestar często wydawał przyjęcia i zapraszał na 

nie dziennikarzy. Gazety więc sporo o nim pisały. Jedno z przyjęć wydał na cześć pewnego 

magika, który właśnie przyjechał do Stanów z małej wyspiarskiej republiki Ruffino. 

- Ciekawe - mruknął Jupiter. 

- I to jak - zgodził się z nim Bob. - Drakestar oficjalnie przeszedł na emeryturę, lecz 

czasem  dawał  przedstawienia  dla  wybranych  znajomych  i  dla  młodych  magików,  którym 

starał się pomagać. Baldini był jednym z nich. Zdaje się, że Baldini nie zrobił nigdy kariery, 

ale to już nie z winy Drakestara. 

-  A  więc  Baldini  przyjechał  tu  z  Ruffino  -  powiedział  Jupiter.  -  Nawiedzone 

zwierciadło  pochodzi  z  Ruffino  i  ktoś  wysoko  postawiony  chce,  aby  tam  wróciło.  Wysyła 

więc po nie Santorę. Mamy tu jeszcze niebezpiecznego włamywacza, który prawdopodobnie 

nazywa się Juan Gomez. Czy jest możliwe, aby Baldini też chciał zdobyć zwierciadło? 

- Myślę, że wynajął go Santora - upierał się Pete. - Myślę też, że Santora pochodzi z 

Ruffino. Znał Baldiniego już wcześniej i postanowił go wynająć. 

-  Być  może  Baldini  próbuje  zastraszyć  panią  Darnley,  żeby  sprzedała  lustro  - 

zastanawiał się głośno Jupe. - Może też działać w zmowie z Gomezem. 

-  Jeśli  ten  Gomez  tak  bardzo  pragnie  zdobyć  zwierciadło  -  odezwał  się  Bob  -  i  jeśli 

spiskuje z Baldinim, to  czemu  dotąd nie zabrali lustra, kiedy nikogo nie  było  w domu? Na 

przykład w tym tygodniu dom był pusty dwa razy. 

-  Nie  mogli.  Lustro  jest  za  ciężkie  -  odparł  Pete.  -  Przecież  zdejmowaliśmy  je  ze 

ściany we trzech i jeszcze pomagał nam Jeff Parkinson z Worthingtonem. Jeden czy dwóch 

ludzi nie dałoby rady tak po prostu z nim wyjść. A skoro Baldini pochodzi z Ruffino, to jest 

prawdopodobne, że nadal ma tam przyjaciół. Jakieś plotki o zwierciadle mogły dojść do jego 

uszu. Mógł się nawet dowiedzieć, że senora Manolos wysłała je do pani Darnley. 

-  A  więc  porzuca  karierę  sprzedawcy  gazet,  wypożycza  płaszcz  Drakestara  i  udaje 

ducha,  który  nawiedza  zwierciadło  -  dodał  Jupe.  -  Lubię  skomplikowane  zagadki,  ale  ta 

dotyczy  chyba  zbyt  wielu  osób.  Wystarczy  już  Baldini,  przynajmniej  na  dziś.  A  czego 

dowiedziałeś się o Ruffino? 

- Znalazłem cztery artykuły prasowe i jedną cienką książeczkę - odparł Bob. - Ruffino 

jest  małym,  ładnym  krajem  położonym  na  wyspie.  Ludzie  uprawiają  tam  trzcinę  cukrową  i 

banany. Klimat jest łagodny i życie płynie tam spokojnie. Ruffino było kolonią hiszpańską do 

roku 1872, kiedy to wybuchła rewolucja. 

- Krew lała się strumieniami, jak przypuszczam - powiedział Pete. 

background image

-  Nie.  Obie  strony  zachowały  się  w  sposób  cywilizowany  -  wyjaśnił  Bob.  -  Grupa 

wpływowych  kupców  i  polityków  zebrała  się  i  oznajmiła  hiszpańskiemu  gubernatorowi,  że 

jest  niemile widziany,  i  odesłano go do domu,  do Madrytu.  Hiszpanie nie wystąpili  przeciw 

temu  zbrojnie,  a  w  Ruffino  powstał  rząd  bardzo  zbliżony  do  naszego.  Obecny  prezydent, 

Alfredo  Felipe  Garcia,  kończy  właśnie  drugą  kadencję.  W  “Timesie”  sprzed  trzech  tygodni 

wyczytałem na jednej z ostatnich stron, że tej zimy będzie startował do kolejnych wyborów. 

Jego przeciwnikiem ma być poprzedni prezydent Simon de Pelar. Dwanaście lat temu Garcia 

pokonał de Pelara. 

- Kadencja prezydencka wynosi więc sześć lat - zauważył Jupiter. 

- Tak, i nie ma żadnych ograniczeń co do liczby kadencji przypadających na jednego 

prezydenta.  Nie  można  wierzyć  we  wszystko,  co  podają  książki,  lecz  w  historii  Ruffino 

wyczytałem, iż de Pelar cieszył się złą sławą. Obsadzał w rządzie swoich kolesiów i podnosił 

podatki.  Tolerował  branie  łapówek  przez  policję.  A  Garcia  oskarżył  go  o  fałszowanie 

dokumentów  dla  korzyści  majątkowych.  To  była  dość  brudna  kampania.  De  Pelar,  z  kolei, 

oskarżył Garcię o to, że w młodości był pospolitym złodziejem. Przysięgał, że ma dowody, 

ale  ich  nie  przedstawił.  Garcia  zwyciężył.  I  jeśli  wierzyć  temu,  co  podaje  książka,  całe 

szczęście, że tak się stało. Gdyby przegrał, to mogłaby wybuchnąć kolejna rewolucja, ale tym 

razem nie obeszłoby się pewnie bez rozlewu krwi. 

Bob odwrócił książkę tak, by przyjaciele mogli w nią spojrzeć. 

- A tu jest zdjęcie Garcii z jego doradcami  - objaśnił. Jupe wziął książkę i dokładnie 

obejrzał fotografię. 

-  Garcia  wygląda  na  uczciwego  człowieka,  choć  wygląd  może  czasem  mylić  - 

stwierdził  i  przeczytał  podpis  pod  fotografią.  Szybko  odnalazł  na  niej  Diega  Manolosa, 

zmarłego  męża  przyjaciółki  pani  Darnley.  Manolos  był  wysoki,  bardzo  ciemny  i  trochę 

zezowaty. - Ciotka Matylda powiedziałaby, że oczy miał osadzone zbyt blisko siebie. 

- Garcia? - spytał Bob zdziwiony. 

- Nie. Patrzyłem na Diega Manolosa. 

Nagle  rozległ  się  głośny  dzwonek  telefonu.  Trzej  Detektywi  aż  podskoczyli  z 

wrażenia. Bob podniósł słuchawkę. 

- Tak? 

Po chwili spytał: 

- Kiedy? - Znów chwilę słuchał i wreszcie powiedział: 

- Zaraz tam będziemy. 

- Co się stało? - zapytał Jupiter, kiedy Bob skończył rozmawiać. 

background image

- To Jean Parkinson. Jeff wyszedł rano do sklepu w Hollywoodzie i nie wrócił. Za to 

pod drzwi wsunięto kartkę. Jeff został porwany! Jean prosi, żebyśmy natychmiast przyjechali. 

Nie mogła się dodzwonić do Worthingtona, więc mamy wziąć taksówkę! 

background image

Rozdział 12 

Gdzie jest Jeff? 

 

Taksówka dowiozła Trzech Detektywów pod dom pani Darnley koło trzeciej. Weszli 

do salonu. Pani Darnley przemierzała go długim krokiem w tę i z powrotem. Jean siedziała 

skulona  na  krześle,  podskubując  nerwowo  kosmyk  włosów.  Lustra  odbijały  po  wielekroć 

postać jej babki spacerującej jednostajnie po pokoju. 

- Czy zawiadomiła już pani policję? - zapytał Jupiter. 

- Nie, i nie zamierzam jej zawiadamiać. Porywacz ostrzegł, żebym tego nie robiła. 

-  Porwanie  to  bardzo  poważne  przestępstwo  -  zauważył  Jupiter.  -  I  policja  w  takich 

wypadkach zawsze postępuje ostrożnie, aby nie narażać ofiary. 

-  Nie  będą  mieli  okazji  narażenia  Jeffa  na  cokolwiek!  -  krzyknęła  pani  Darnley, 

wręczając kopertę Jupe'owi. Wyjął z niej pojedynczą kartkę i zaczął czytać na głos: 

 

Mam pani wnuka, pani Darnley. Proszę w to nie wątpić i nie wzywać policji. Sam dziś 

do pani zadzwoni i powie, co musi pani zrobić, żeby go uwolnić. Mam nadzieję, że go pani 

posłucha, bo potrafię być okrutny, jeśli trzeba. 

 

Jupe przekładał kartkę w dłoniach. 

- Tani papier. Można taki dostać w byle jakim sklepie. Drukowane pismo. Porywacz 

używał długopisu. Wydaje mi się, że tego listu nie pisał Amerykanin. I domyślam się nawet, 

jakiego okupu zażąda. 

- To chyba wszyscy wiemy - zwierciadła goblinów - dodała Jean. 

-  Mogą  je  sobie  zabrać!  -  krzyknęła  pani  Darnley.  -  Żałuję,  iż  w  ogóle  wzięłam  to 

okropieństwo do domu! Jeśli ta bestia Santora zrobi coś... 

- Senor Santora jest w szpitalu - wtrącił Bob. - To znaczy... był w szpitalu jeszcze dziś 

rano. 

Jupiter Jones aż podskoczył. 

- Rzeczywiście był w szpitalu, ale przecież mógł zostać zwolniony. Lepiej to od razu 

sprawdzić. 

W sekundę Jupe znalazł się przy telefonie i wykręcił numer do Centrum Medycznego 

Beverly Crest. Rozmawiał chwilę z rejestratorką, po czym podziękował i odłożył słuchawkę. 

- Santorę wypisano ze szpitala. O której Jeff wyszedł z domu? 

background image

- O jedenastej, może o jedenastej trzydzieści - odparła Jean. 

-  Więc  porywaczem  może  być  Santora,  mimo  iż  wyszedł  ze  szpitala  dość  późno,  bo 

około dziesiątej trzydzieści. 

Jupe wykręcił jeszcze jeden numer, tym razem do hotelu “Beverly Sunset” i poprosił o 

połączenie z pokojem Santory. Ten odebrał telefon, a Jupe szybko odłożył słuchawkę. 

- A więc Santora jest w hotelu - powiedział Bob. - Czy chcesz, żebym tam pojechał i 

miał go na oku? Ktoś mógł zapamiętać Pete'a wczoraj. 

Pani Darnley otworzyła szufladkę w stoliku do kawy, wyjęła z niej kilka banknotów i 

wręczyła Bobowi ze słowami: 

- Wezwij taksówkę i zadzwoń do nas z hotelu. 

- Dobrze. I proszę się nie martwić, Santora mnie nie zobaczy.  

Bob wyszedł, a w pokoju zapadła ponura cisza. Jupiter rozmyślał o czymś, marszcząc 

brwi. Pete chodził od lustra do lustra, przeglądając się w każdym, jakby nigdy wcześniej nie 

widział własnej twarzy. 

Kwadrans przed czwartą zadzwonił telefon. Jean i Jupiter wbili wzrok w aparat. Pani 

Darnley podeszła do biurka, na którym stał, i podniosła słuchawkę. 

- Czego pan chce? - zapytała ostro, a po chwili, już łagodniej, odpowiedziała: - Ach, 

tak. Dziękuję. 

- Czy to Bob? - spytał Jupiter. 

- Tak. Powiedział, że Santora je właśnie późny lunch w kafeterii. A on sam siedzi w 

holu i zamierza tam pozostać tak długo, jak będzie trzeba. 

- To chwilowo załatwia sprawę Santory - stwierdził Jupiter. 

- Chciałbym wiedzieć, gdzie jest teraz nasz włamywacz - odezwał się Pete. - I Baldini. 

- Baldini? A kto to taki? - zapytała Jean. 

- Magik z Ruffino a zarazem nasz duch - odparł Jupiter. 

-  O,  Boże!  -  krzyknęła  pani  Darnley.  -  Następny  bandyta  z  tego  okropnego  kraju! 

Wolałabym nigdy o nim nie słyszeć. Żałuję, że kiedykolwiek poznałam Isabellę Manolos.  

Telefon znów zadzwonił. 

- To pewnie on! - powiedziała pani Darnley drżącym głosem.  

Rozległ się kolejny dzwonek. 

- Niech pani odbierze - poprosił Jupiter. - Ja będę słuchał z drugiego aparatu w kuchni. 

Pobiegł  pędem  do  kuchni,  gdzie  John  Chan  pracowicie  czyścił  srebra.  Bardzo 

ostrożnie podniósł słuchawkę. 

- Wszystko  w porządku, babciu  - usłyszał  głos  Jeffa.  - Mam ci  tylko  powiedzieć, co 

background image

musisz zrobić, a potem odłożę słuchawkę, dobrze? 

- Dobrze. Mów, a ja zrobię, co będzie trzeba. 

-  W  San  Pedro  jest  magazyn.  Przy  Ocean  Boulevard  stoi  tablica  z  napisem  “The 

Peckham Storage Company”. Magazyn jest zupełnie pusty. 

- Opuszczony magazyn przy Ocean Boulevard, San Pedro - powtórzyła pani Darnley. 

- Już zapisuję. 

-  Dostarczycie  tam  zwierciadło  Chiava  -  mówił  dalej  Jeff.  -  Wynajmij  jakąś  firmę 

przewozową  lub  ciężarówkę.  Niech  przewiozą  lustro  i  zostawią  je  w  magazynie.  Muszą  je 

oprzeć o filar w tylnej jego części, a potem odjechać. I babciu... 

- Co, Jeff? 

- Lustro musi się tam znaleźć jeszcze dziś przed siódmą. 

- I znajdzie się, nie martw się o to - odparła pani Darnley. 

-  Wtedy  znów  do  ciebie  zadzwonię.  On  powiedział,  że  będę  mógł  do  ciebie 

zatelefonować, ale nie wcześniej, niż kiedy zobaczy lustro. Coś kliknęło w telefonie i rozległ 

się głuchy sygnał. 

background image

Rozdział 13 

Melodia z pozytywki 

 

- Skąd ja wezmę ciężarówkę o tej porze? - jęknęła pani Darnley. - Już po czwartej! A 

co będzie, jak mi się nie uda jej zdobyć? 

- Zadzwonię do wuja - powiedział Jupiter. - Przyjedzie z Hansem i Konradem. Proszę 

się nie martwić, zrobi to z przyjemnością. Lustro znajdzie się w San Pedro przed siódmą. 

-  Och,  dziękuję  ci,  Jupiterze.  -  Pani  Darnley  usiadła  na  sofie.  -  Czy  mógłbyś 

zadzwonić do wuja od razu? Zdjęcie tego lustra ze ściany zajmie trochę czasu, a nie możemy 

sobie pozwolić na spóźnienie. 

Jupe  podszedł  do  telefonu,  podniósł  słuchawkę  i  zawahał  się,  po  czym  delikatnie 

odłożył ją z powrotem na widełki. 

- Jupiterze, nie mamy czasu! - krzyknęła pani Darnley. - Pośpiesz się i dzwoń do wuja. 

- Chwileczkę. Podczas rozmowy z Jeffem było jeszcze coś słychać. Coś w tle. Jakby 

muzykę? Zauważyła pani? 

- Muzykę? - zdumiała się pani Darnley. - Ja... słyszałam tylko Jeffa. A gdybym nawet 

słyszała muzykę, to co? Przecież to bez znaczenia. Jupiterze, proszę cię, dzwoń do wuja. 

-  Pozytywka  -  ciągnął  Jupiter  zamyślony.  -  Grała  jakąś  melodię.  Nie  od  razu  ją 

usłyszałem. Raz była głośniejsza, to znów cichła. To była piosenka “Mary miała owieczkę”. 

-  Lodziarz  -  odezwał  się  nagle  Pete.  Przerwał  chodzenie  od  lustra  do  lustra  i  stanął 

przy kominku. -  Firma “Meadow Fresh” sprzedaje lody z samochodów i  sprzedawcy nadają 

zawsze przez głośnik jakąś melodię. Ostatnio grali właśnie “Mary miała owieczkę”. 

Jupe siadł przy biurku. 

- To może naprowadzić nas na miejsce, gdzie trzymają Jeffa. Chyba możemy przyjąć, 

że  nie  dzwonił  z  San  Pedro,  a  przynajmniej  nie  z  tego  opuszczonego  magazynu.  Porywacz 

raczej nie ryzykowałby przetrzymywania go tam. Jeff dzwonił prawie punktualnie o czwartej. 

W  tym  czasie  przejeżdżał  tamtędy  samochód  z  lodami  firmy  “Meadow  Fresh”.  Słyszałem 

jeszcze  coś.  -  Jupe  zamknął  oczy,  próbując  przypomnieć  sobie  każdy  szczegół  rozmowy  z 

Jeffem.  -  Jakiś  inny  rodzaj  dzwonienia...  zaraz  potem,  jak  przejechał  samochód  z  lodami. 

Tylko  o  wiele  głośniejszy  -  jakby  włączył  się  alarm  w  samochodzie  lub  w  mieszkaniu.  A 

potem rozległo się jakieś dudnienie. 

- Twoja pamięć, Jupiterze, jest doprawdy zadziwiająca - powiedziała z podziwem pani 

Darnley. - Ja słyszałam tylko głos Jeffa. 

background image

- Pamięć absolutna - dodał Pete. - Jupiter z niej słynie. Nigdy niczego nie zapomina. 

-  Samochód  z  lodami,  dzwonki,  potem  dudnienie.  Przejazd  kolejowy!  -  wykrzyknął 

Jupiter.  -  To  odgłosy  z  przejazdu  kolejowego!  Najpierw  sygnał  ostrzegawczy,  następnie 

światła i dzwonek ostrzegający kierowców o nadjeżdżającym pociągu, i w końcu łoskot kół. 

W  pobliżu  miejsca,  gdzie  przetrzymują  Jeffa,  najpierw  koło  czwartej  przejechał  wóz  z 

lodami, a parę sekund później pociąg. 

- W Los Angeles są pewnie dziesiątki wozów z lodami - zauważyła Jean. 

-  Ale  nie  ma  dziesiątków  przejazdów  kolejowych.  A  sprzedawcy  lodów  mają  stały 

rozkład  kursów.  Do  Rocky  Beach  lodziarz  przyjeżdża  zawsze  koło  trzeciej  po  południu  i 

zatrzymuje  się  nie  dłużej  niż  dwadzieścia  minut.  Gdybyśmy  skontaktowali  się  z  ludźmi  z 

“Meadow Fresh”... 

- A jeśli to nie był pociąg? - wtrąciła pani Darnley. - Być może gdzieś w pobliżu Jeffa 

włączył  się  sygnał  alarmowy,  często  tak  się  dzieje,  a  potem  przejechał  obok  jakiś  ciężki 

samochód. 

-  Nie  -  odparł  Jupiter.  -  Przejazd  samochodu  trwa  parę  sekund.  A  tamten  stukot 

słychać było dość długo. To musiał być pociąg. Przy odrobinie szczęścia, dotrzemy do Jeffa, 

zanim porywacz dostanie lustro. 

- Jak chcesz, ale zabraniam ci wystawiać na niebezpieczeństwo życie mojego wnuka. 

Zadzwoń, proszę, do wuja po samochód. 

- Oczywiście  -  Jupiter podniósł  słuchawkę i  wykręcił numer składu złomu. Odebrała 

ciotka Matylda. 

- Jupiterze Jones, gdzie ty się podziewasz? Nie ma cię cały dzień, a Konrad mówił... 

-  Przepraszam,  ciociu  -  przerwał  jej  szybko  Jupe.  -  Nie  mogę  teraz  rozmawiać. 

Opowiem ci wszystko później. Czy jest wuj Tytus? 

Ciotka  Matylda  nie  odpowiedziała.  Jupe  wyobraził  sobie  jej  minę  zirytowaną  i 

urażoną, ale jednocześnie usłyszał, jak woła do telefonu wuja Tytusa. 

-  Jestem  u  pani  Darnley,  wujku.  Ma  poważne  kłopoty  i  potrzebuje  pomocy.  Czy 

mógłbyś tu przyjechać ciężarówką i przywieźć ze sobą Hansa i Konrada? To wielkie lustro z 

biblioteki  pani  Darnley  trzeba  przewieźć  do  San  Pedro  jeszcze  dziś  przed  siódmą.  A  jest 

bardzo ciężkie. Potrzebna nam będzie wasza pomoc. 

- Jupiterze, czy właśnie prowadzisz kolejną ze swoich spraw? 

- Tak, i nie mam teraz czasu... 

- W porządku - powiedział szybko wuj Tytus. - Zaraz przyjeżdżamy. 

Jupe uśmiechnął się, podziękował wujowi i odwiesił słuchawkę. 

background image

- Zapewniam panią, że dostarczymy lustro o czasie - zwrócił się do pani Darnley. 

Pete znalazł na półce książkę z numerami telefonów w Los Angeles. 

-  Główne  biuro  “Meadow  Fresh”  znajduje  się  na  Macy  Street,  niedaleko  Dworca 

“Union”. W tej okolicy biegnie więcej szyn kolejowych niż w jakimkolwiek innym miejscu 

stąd do Chicago. Czyżby tam właśnie trzymali Jeffa? 

Jupe pokręcił przecząco głową. 

-  To  mało  prawdopodobne.  W  lecie,  lodziarze  z  “Meadow  Fresh”  trzymają  swoje 

samochody na ulicach do późnych godzin wieczornych. Wątpię, aby któryś z nich znalazł się 

przy głównym biurze o czwartej po południu. Stoją pewnie w pobliżu miejsc, gdzie bawią się 

dzieci. Ale w biurze musi być jakiś kierownik, który zna trasy poszczególnych samochodów. 

-  Lepiej  jedź  tam  osobiście  -  poradziła  pani  Darnley.  -  Nikt  nie  udziela  takich 

informacji przez telefon. Weź to, proszę - i podała Jupiterowi parę banknotów z szufladki. - 

Dowiedz  się,  ile  się  da,  od  tych  lodziarzy,  a  ja  zaczekam  tu  na  twojego  wuja  i  dopilnuję 

pakowania lustra. Ale, proszę, bądź ostrożny. Nie zależy mi na lustrze goblinów. Chcę tylko, 

żeby Jeff wrócił cały i zdrowy. 

- Będę uważał, proszę pani - obiecał Jupe. 

- Pojadę z Jupe'em na wypadek, gdyby trzeba było się rozdzielić - powiedział Pete. 

Pani Darnley skinęła głową. 

- Ja też jadę - oświadczyła Jean Parkinson. 

-  Ty  nigdzie  nie  pojedziesz.  Nie  będę  narażała  obojga  moich  wnucząt.  Nie  opuścisz 

tego domu aż do powrotu Jeffa! 

background image

Rozdział 14 

Na ratunek! 

 

Przedsiębiorstwo  “Meadow  Fresh”  mieściło  się  w  długim,  niskim  budynku.  Otaczał 

go  spalony  słońcem  makadam.  Taksówka  minęła  parking  dla  samochodów  z  lodami  i 

platformę,  gdzie podjeżdżały, by załadować towar. W zasięgu wzroku nie było  ani  jednego 

samochodu. 

- Nie wiem, czego wy tu, dzieciaki, szukacie - powiedział taksówkarz. - Tu nie kupicie 

żadnych lodów. Musicie znaleźć któryś z tych samochodów. 

- Chcemy złożyć większe zamówienie, wydajemy przyjęcie - wyjaśnił Jupiter. 

Taksówkarz zatrzymał się obok platformy. Jupiter wyjął pieniądze otrzymane od pani 

Darnley i wręczył mu banknot dziesięciodolarowy. 

- Proszę na nas zaczekać. 

Jupe  i  Bob  wspięli  się  na  platformę  do  ładowania  towaru,  otworzyli  jedne  z 

podwójnych drzwi i weszli do biura. Siedział tu jedynie jakiś starszy człowiek w okularach o 

mocnych szkłach. Rozmawiał przez telefon i notował coś na wielkiej poliniowanej planszy. 

-  OK,  Flannery.  Masz  trochę  spóźnienia,  ale  nic  się  nie  stało.  Nie  przejeżdżaj  w 

okolicach stadionu aż do ósmej. Dziś jest późny mecz i nie ma co ładować się w te korki. 

Odłożył słuchawkę, zdjął grube okulary i spojrzał na detektywów. 

- Tak, słucham? - zapytał. 

Jupiter  Jones  wskazał  na  powiększoną  mapę  Los  Angeles  wiszącą  na  ścianie  za 

mężczyzną.  Mapa  była  czarno-biała,  a  z  okolicy  Macy  Street  rozchodziły  się  w  różnych 

kierunkach  różnokolorowe  linie:  czerwone,  niebieskie,  zielone,  pomarańczowe,  żółte, 

fioletowe i brązowe. Dochodziły do najdalszych krańców miasta. 

-  Domyślam  się,  że  te  linie  oznaczają  trasy  waszych  samochodów  z  lodami  - 

powiedział Jupiter. 

- I masz rację - odparł mężczyzna. - A o co chodzi? 

- Wasi kierowcy dzwonią tu do pana z różnych punktów miasta? 

- A pewnie, że tak. Chcemy wiedzieć, co się dzieje z naszymi chłopcami. Jeśli się nie 

odzywają, dzwonimy na policję. Było już kilka napadów. Ale co to ciebie obchodzi? 

-  Bardzo  nam  zależy  na  odnalezieniu  kierowcy,  który  przejeżdżał  dziś  koło  czwartej 

przez przejazd kolejowy w chwili, kiedy włączył się sygnał ostrzegawczy. 

Telefon na biurku mężczyzny zadzwonił. 

background image

- Proszę - powiedział Jupiter łagodnie, acz stanowczo. - Niech pan nie odbiera. Nic się 

nie stanie, jak trochę podzwoni. Dla nas to bardzo ważna sprawa. 

Mężczyzna podniósł słuchawkę. 

-  Meadow  Fresh.  OK,  Guilberti,  poczekaj  chwilę,  dobrze?  Mam  tu  dwa  problemy 

średniej ważności.  

Odłożył słuchawkę na biurko. 

- No, dobra, streszczajcie się. O co chodzi? Czy ktoś z naszych ludzi źle wam wydał 

resztę? 

-  Nie  mam  czasu  na  wyjaśnienia  -  odparł  Jupiter.  -  Proszę  nam  tylko  powiedzieć, 

który z pańskich ludzi przejeżdżał przez przejazd kolejowy około czwartej... 

- Od tego może zależeć życie ludzkie - wtrącił nagle Pete.  

Mężczyzna przyjrzał im się uważniej, ale widząc powagę na ich twarzach, przesunął 

palcem po leżącym przed nim wykazie wszystkich kursów. 

- Alberts przejeżdża przez tory do Santa Fe przy LaBrea Street - powiedział. - Ale jest 

tam zazwyczaj przed trzecią. To nie mógł być on. Nie. Lećmy dalej. Hmm, ta-a-k. To chyba 

musiał być Charlie Swanson. Jego trasa przecina przejazd przy Hamilton Street. - Mężczyzna 

podniósł się i pokazał chłopcom jakiś punkt na wielkiej mapie. Znajdował się w Dolinie San 

Fernando.  -  Dzwonił  do  mnie  ze  stacji  benzynowej  jakieś  dziesięć  po  czwartej,  więc  przez 

Hamilton musiał przejeżdżać koło czwartej. Czy chcecie się z nim skontaktować? 

- Niekoniecznie - odparł Jupiter. - Dziękujemy panu bardzo.  

Chłopcy  wybiegli  z  biura,  zeskoczyli  z  platformy  i  z  rozmachem  otworzyli  drzwi 

taksówki. 

-  Szybko!  -  krzyknął  Jupiter  do  kierowcy,  podając  mu  nazwę  miejsca.  -  To  nagły 

wypadek! 

- Proszę bardzo - odparł taksówkarz wzruszając ramionami. Robił, co mógł, żeby jak 

najszybciej  przebić  się  przez  zatłoczone  centrum  i  wydostać  na  autostradę  prowadzącą  z 

Hollywoodu do Doliny San Fernando. 

Na  szczęście  dla  detektywów,  ruch  uliczny  był  w  miarę  szybki  i  po  trzydziestu 

minutach taksówka znalazła się na Hamilton Street. 

- A teraz proszę zwolnić - poprosił Jupe i razem z Pete'em uważnie obserwowali obie 

strony  ulicy.  Początkowo  stały  przy  niej  domki  jednorodzinne,  za  nimi  ciągnęły  się  puste 

parcele. Gdzieniegdzie ustawiono ogłoszenia o ziemi na sprzedaż. Zobaczyli, że zbliżają się 

do  przejazdu  kolejowego.  Sygnał  ostrzegający  o  nadjeżdżającym  pociągu  włączał  się 

automatycznie. Teraz był wyłączony. Kierowca zwolnił przed torami i popatrzył uważnie w 

background image

prawo  i  w  lewo.  Jupe  zauważył  samotny,  stary  bungalow  niedaleko  torów.  Kiedyś  należał 

pewnie  do  plantacji  owoców  cytrusowych.  Kilka  ocalałych  drzewek  cytrynowych, 

zaniedbanych  i  suchych,  rosło  na  jego  tyłach.  Domek  był  zniszczony.  Z  okien  sterczały 

uszkodzone framugi, a z ganku wyrwano kilka desek. 

- No i co dalej? - spytał taksówkarz. 

- Proszę jechać - odpowiedział Jupiter. 

Minęli  kolejne  puste  parcele  i  ogłoszenia  o  sprzedaży  gruntów.  Wreszcie  wjechali 

znów w okolicę małych domków i starannie przystrzyżonych trawników. Na chodnikach, w 

popołudniowym słońcu bawiły się dzieci. 

- Proszę skręcić w prawo w najbliższą przecznicę - poprosił Jupiter. 

Taksówkarz  skręcił  i  zaparkował  przy  krawężniku  obok  domu,  przed  którym  jakiś 

mężczyzna podlewał trawnik. 

- A teraz dokąd? - zapytał kierowca. 

-  Muszę  się  zastanowić  -  odparł  Jupiter.  -  To  na  pewno  tamten  stary  dom  przy 

szynach. Inne są za daleko, żeby było w nich słychać sygnał ostrzegawczy. A ja słyszałem go 

bardzo wyraźnie, kiedy Jeff telefonował. 

-  Tak  -  zgodził  się  z  nim  Pete.  -  To  jedyne  miejsce  w  okolicy.  I  jaka  świetna 

kryjówka! Można krzyczeć do woli, a i tak nikt nie usłyszy.  

Taksówkarz odchrząknął. 

- Czy zrobiliśmy taki szmat drogi po to, żeby popatrzeć na jakąś starą ruderę? 

- Jak możemy się do niej dostać? - spytał Jupe. 

-  Ale  po  co?  -  zdziwił  się  kierowca.  -  Przecież  z  daleka  widać,  że  nikt  tam  nie 

mieszka, ale jeśli chcecie... 

-  A  jednak  ktoś  w  nim  jest  -  powiedział  Jupe.  -  I  musimy  się  tam  zbliżyć 

niepostrzeżenie. Chyba nawet wiem, jak. 

Zauważył  nadjeżdżający  samochód  z  pieczywem.  Kierowca  zatrzymał  się  jakieś 

kilkanaście  metrów  od  nich  i  zagrał  na  klaksonie  skoczną  melodię.  Z  jednego  z  domków 

wyszła  młoda  kobieta.  Na  jej  widok  mężczyzna  wyskoczył  z  samochodu  z  koszykiem 

pieczywa. Kobieta wybrała kilka bułeczek i zapłaciła kierowcy. 

- Tak! - krzyknął Jupe. - Udamy dostawców! 

- Świetnie! - zawołał Pete. Wyskoczył z taksówki i machając rękami, pognał w stronę 

samochodu z pieczywem. 

- Wyraźnie wam odbiło, dzieciaki - mruknął taksówkarz, kiedy Jupiter wyskoczył za 

Pete'em. - Mam na was czekać? Licznik wybił już piętnaście dolarów i... 

background image

Jupe podał mu następny banknot dziesięciodolarowy. 

-  Reszty  nie  trzeba.  A  jeśli  zobaczy  pan,  że  wsiadamy  do  tego  samochodu  z 

pieczywem, proszę nie czekać. Nie będziemy już pana potrzebowali. 

- W porządku - rzekł taksówkarz. 

Jupe  podszedł  do  człowieka  z  piekarni.  Był  to  szczupły,  opalony  chłopak  koło 

dwudziestki. 

- Nie wolno mi brać pasażerów - ostrzegł od razu. 

-  Nie  zależy  nam  na  podwiezieniu  -  uspokoił  go  Pete.  -  Chcemy  dostarczyć  trochę 

pieczywa do jednego domu niedaleko stąd.  

Taksówka zatrzymała się obok i kierowca wychylił się z okna. 

- Wszystko OK? - zapytał. 

- Nie, nie OK  - odparł chłopak z piekarni. - To moja pierwsza praca i nie chcę mieć 

kłopotów. 

- Wiem o tym - powiedział Jupe. - Nie będziesz miał żadnych kłopotów. Słowo. Jak ci 

na imię? 

- Henry. Henry Andersen. 

- Proszę posłuchać, panie Andersen... 

-  Mów  mi  Henry.  To  ty  posłuchaj.  Jeśli  mnie  wyrzucą,  to  znów  zasilę  kolejkę 

bezrobotnych w biurze zatrudnienia.  

Jupiter skinął głową. 

-  Reprezentujemy  panią  Darnley  -  powiedział.  Wyjął  portfel  i  wręczył  chłopakowi 

wizytówkę  Trzech  Detektywów.  -  Mamy  powody,  aby  sądzić,  że  w  tym  domu  porywacze 

przetrzymują wnuka tej pani. 

-  Pani  Darnley?  -  powtórzył  Henry  Andersen.  -  Widziałem  jej  zdjęcie  w  gazetach. 

Ale... Trzej Detektywi? Nigdy nie słyszałem o Trzech Detektywach. 

- Jestem Jupiter Jones. A to jest Pete Crenshaw. Nasz partner, Bob Andrews, pilnuje 

właśnie podejrzanego w Beverly Hilis. 

- Jak w serialu telewizyjnym, co? - zauważył taksówkarz. 

-  Jesteśmy  detektywami  -  zapewnił  piekarza  Jupiter.  -  Udało  nam  się  rozwiązać 

tajemnice,  z  którymi  nie  mogła  sobie  poradzić  policja.  O  tej  sprawie  nie  zawiadomiono 

policji. Pani Darnley obawia się, że porywacze mogą zrobić krzywdę jej wnukowi. 

Henry Andersen obejrzał wizytówkę z obu stron, jakby spodziewał się na jej odwrocie 

znaleźć jakieś rozwiązanie. Spojrzał na Jupe'a, potem na Pete'a. 

-  Musimy  się  spieszyć  -  ponaglił  go  Pete.  Przyszła  mu  do  głowy  straszna  myśl.  - 

background image

Chyba nic się nie stało Jeffowi, ale nie możemy być tego pewni. W każdym razie jeszcze o 

czwartej dzwonił do swojej babki w sprawie okupu: 

- Policja... - wtrącił Henry Anderson bezradnie. 

- Nie możemy tego zrobić - powiedział Jupiter. - Pani Darnley nam zabroniła. Musimy 

sami uratować Jeffa. 

-  OK  -  uległ  w  końcu  Henry  Andersen.  -  OK,  OK,  OK!  Muszę  mieć  chyba  nie  po 

kolei w głowie, tak jak wy, ale jeśli mówicie prawdę, a ja wam nie pomogę... 

- Powodzenia! - krzyknął taksówkarz i odjechał. 

- Co mam zrobić? - spytał Andersen. 

-  Pożyczyć  mi  czapkę  i  marynarkę  -  odparł  Jupe.  -  I  zawieźć  nas  do  tego  starego 

domku koło szyn kolejowych. Zatrzymasz się przed nim, a ja podejdę i zadzwonię do drzwi. 

- Ja nie dzwonię. Naciskam klakson i ludzie sami wychodzą do mnie. 

-  Jeśli  porywaczem  jest  ten,  o  kim  myślimy,  to  nie  zna  on  twoich  zwyczajów  - 

zapewnił go Jupiter. 

Chwilę później samochód z pieczywem jechał Hamilton Street, minął puste parcele i 

ogłoszenia. Jupe wkładał czapkę i marynarkę Henry'ego Andersona. Pete kucnął na podłodze, 

opierając się o tace pełne bułeczek, chlebów i ciastek. 

- Uważaj na siebie - odezwał się do Jupitera. 

- Nie ma obawy. Jeśli wejdę i długo mnie nie będzie, to... 

- ...to będzie oznaczało, że mam niewiele do stracenia, i pójdę za tobą. 

- Ja też - wtrącił Henry Andersen. Zatrzymał samochód przed zniszczonym domem. - 

To tu? 

-  Tak.  -  Jupiter  wyskoczył  na  ziemię.  Marynarka  nie  dopinała  się  na  nim,  ponieważ 

był trochę za tęgi. Wziął kosz z pieczywem i pogwizdując ruszył popękaną betonową ścieżką 

do drzwi rozpadającego się domku. Ostrożnie wszedł na ganek, badając najpierw dokładnie 

każdy schodek. Nie znalazł dzwonka, więc głośno zapukał. 

Czekał. W środku panowała cisza. Zapukał ponownie.  

- Piekarnia Van Alstyna! - krzyknął. - Jest tam kto?  

Odpowiedziała mu głucha cisza. Jupe zajrzał przez okno. Dojrzał puste ściany, kurz, 

plamy i zacieki od deszczu. Ale było też coś, co spowodowało, że serce zabito mu mocniej. 

Na zakurzonej podłodze widać było wyraźne ślady, jakby przez pokój ciągnięto coś na tyły 

domu. A w jednym rogu stał aparat telefoniczny - nowy, błyszczący telefon! 

Jupe postawił koszyk na ganku i spróbował przekręcić gałkę w drzwiach. Ani drgnęła. 

Ale  okno  obok  drzwi  było  lekko  uchylone.  Wsunął  palce  pod  ramę  okienną  i  pociągnął. 

background image

Otworzyło się, głośno skrzypiąc. W domu nadal panowała cisza. Jupe przełożył nogę przez 

parapet  i  wszedł  do  środka.  Za  dużym  pokojem  ze  zniszczoną  tapetą  była  kuchnia.  Jupe 

dojrzał podarte linoleum i obdrapany zlew. Podszedł szybko do drzwi kuchennych i stanął jak 

wryty. 

Jeff Parkinson leżał  na podłodze, mocno związany. Usta zakneblowano mu  chustką. 

Oczy miał szeroko otwarte i przestraszone. Na widok Jupitera zmrużył je, jakby w uśmiechu. 

background image

Rozdział 15 

Wyścig z czasem 

 

Jeff siedział na środku kuchni i obiema rękami rozcierał kostki u nóg. 

- Stopy całkiem mi zdrętwiały - poskarżył się. Uśmiechnął się do Jupitera, a także do 

Pete'a i Henry'ego Andersona, którzy właśnie nadbiegli, zawołani przez Jupe'a. 

- Tak się cieszę, że was  widzę, chłopaki. Wcale nie byłem pewien,  czy ten kurdupel 

zamierza  wrócić  tu  i  wypuścić  mnie,  jak  już  dostanie  lustro.  Kiedy  zadzwoniłem  do  babci, 

wciągnął mnie do kuchni, bo bał się, że jak ktoś zauważy samochód przed domem, to może 

zajrzeć przez okno i zobaczyć mnie. 

- Kurdupel? - powtórzył Jupiter. - To eliminuje senora Santorę, a także ducha z lustra. 

Żaden z nich nie jest mały. Pozostaje tylko włamywacz. 

-  Tak,  to  on.  Nazywa  się  Juan  Gomez.  Nie  raczył  mi  powiedzieć,  po  co  mu  to 

zwierciadło. 

- Lepiej zadzwoń do pani Darnley - poradził mu Pete.  

Jeff skinął głową, podniósł się i przeszedł chwiejnym krokiem do białego telefonu w 

dużym  pokoju.  Siadł  przy  nim  i  wykręcił  numer  do  babki.  Trzej  pozostali  usłyszeli 

pojedynczy sygnał, a potem Jeff powiedział: 

-  Halo,  babciu.  To  ja,  Jeff.  Wszystko  w  porządku.  Ze  słuchawki  popłynęły  jakieś 

niezrozumiałe dźwięki. 

- Naprawdę wszystko w porządku - zapewniał Jeff. - Jupe z Pete'em mnie znaleźli. 

Jeff rozmawiał jeszcze chwilę, a następnie wręczył słuchawkę Jupiterowi. 

- Babcia prosi do telefonu Boba - wyjaśnił. 

-  Boba?  Myślałem,  że  Bob  jest  w  Beverly  Hilis  i  pilnuje  Santory!  -  Jupiter  wziął 

słuchawkę od Jeffa. - Bob? Co się stało? Gdzie jest Santora? 

-  Wszystko  zawaliłem!  -  wyznał  Bob  przygaszonym  głosem.  -  Uciekł  mi.  Około 

czwartej zszedł na dół i wyszedł na zewnątrz. Ruszyłem za nim. Miał samochód zaparkowany 

w  małej  uliczce  za  hotelem.  Wsiadł  do  niego  i  odjechał.  A  w  polu  widzenia  nie  było  ani 

jednej  taksówki.  Zadzwoniłem  do  pani  Darnley  i  Jean  powiedziała,  że  wyjechaliście  na 

poszukiwanie Jeffa, więc wróciłem. 

- A co z lustrem? - zapytał Jupiter. 

-  Parę  minut  temu  twój  wuj  wyjechał  do  San  Pedro  razem  z  Hansem  i  Konradem. 

Załadowali zwierciadło na ciężarówkę i wiozą je w umówione miejsce. Ale gdzie wy w ogóle 

background image

jesteście? Czy z Jeffem jest rzeczywiście wszystko dobrze? Pani Darnley chce... 

Bob przerwał w połowie zdania i Jupe usłyszał głos pani Darnley. 

- Kto porwał mojego wnuka? 

- Ten mały włamywacz, którego znaleziono w pani bibliotece - odparł Jupe. 

- Juan Gomez? 

- Zgadza się. Jeff powiedział mi, że jest on teraz w drodze do San Pedro. 

-  Nie  zapamiętałem  numeru  rejestracyjnego  jego  samochodu  -  jęknął  Jeff.  -  A  żeby 

to... Za bardzo się bałem. On miał pistolet. 

-  Nie  przejmuj  się  -  pocieszył  go  Jupiter,  a  do  pani  Darnley  powiedział:  -  Skoro 

Jeffowi nie grozi już niebezpieczeństwo, może pani zawiadomić o wszystkim policję i kazać 

otoczyć  magazyn  w  San  Pedro.  Wuj  Tytus,  Hans  i  Konrad  dostarczą  lustro  na  miejsce,  a 

kiedy Gomez pojawi się, żeby je zabrać, zostanie aresztowany. Porywacz dostanie za swoje... 

ale - Jupe zawahał się - ale wtedy, być może, nigdy nie poznamy rozwiązania tej łamigłówki. 

Nie  dowiemy  się,  co  go  łączy  z  Santorą  lub  z  Baldinim  -  magikiem,  który  udawał  ducha 

Chiava. 

- Zamierzam dowiedzieć się wszystkiego - orzekła pani Darnley. 

-  Świetnie!  A  więc  nie  ma  czasu  do  stracenia.  Pojadę  z  Pete'em  prosto  do  tego 

magazynu.  Proszę  powiedzieć  Bobowi,  żeby  spotkał  się  z  nami  w  San  Pedro.  Niech  stanie 

przy wylocie autostrady tak, aby mógł nas zobaczyć. Pojedziemy taksówką i zatrzymamy się 

na skrzyżowaniu i... 

- Nie pojedziecie taksówką! - poprawił go Henry Andersen. 

- Słucham? 

- Powiedziałem, że nie pojedziecie taksówką. Pojedziecie samochodem z pieczywem! 

Zaryzykowałem, ufając wam. A wy mnie nie zawiedliście, więc teraz chcę być z wami aż do 

wyjaśnienia całej sprawy. 

-  Samochód  z  piekarni!  -  krzyknął  Pete.  -  Fantastyczne!  Kto  by  podejrzewał,  że 

piekarz może być detektywem! 

- Przyjedziemy samochodem dostawczym z piekarni Van Alstyn - powiedział Jupiter. 

-  Zabierzemy  Boba  i  będziemy  obserwowali,  jak  porywacz  wchodzi  do  magazynu. 

Zobaczymy  też  jego  wspólnika,  jeśli  go  ma.  Lustro  jest  za  ciężkie  dla  jednego  człowieka. 

Ktoś musi mu pomagać! 

Jeff wziął słuchawkę. 

-  Babciu,  jadę  z  Jupe'em  i  z  Pete'em  -  i  odwiesił  ją,  zanim  pani  Darnley  zdążyła 

zaprotestować. 

background image

- W drogę! - krzyknął Pete. - Już prawie szósta! 

- Ocean Avenue? - upewnił się Henry Anderson. - Mówiliście o San Pedro. Czy tam 

właśnie jedziemy? 

- Tak - potwierdził Pete. - I musimy tam być przed siódmą. Myślisz, że zdążymy? 

Anderson uśmiechnął się. 

- Najwyżej zrobimy marmoladę z kilku ciastek, ale zdążymy - obiecał. 

Detektywi, Jeff i Anderson szybko wsiedli do samochodu. Pete i Jeff usiedli z tyłu na 

podłodze i oparli się, dla zachowania równowagi, o tace z ciastkami i chlebem. Jupiter siadł 

na  podłodze  z  przodu,  obok  jedynego  w  całym  samochodzie  fotela,  na  którym  siedział 

kierowca. Henry Anderson zatrzasnął drzwi i włączył silnik, jakby szykował się do startu w 

wyścigach,  i  ruszyli.  W dziesięć  minut  byli  już na  autostradzie  Hollywoodzkiej  i  Henry  od 

razu rozwinął maksymalną prędkość. 

- Nie można szybciej? - krzyknął Pete z tyłu. - Już pięć po szóstej! 

-  Jeśli  przekroczę  dozwoloną  szybkość  albo  zmienię  pas,  może  nas  zgarnąć  policja 

drogowa - odkrzyknął Anderson. 

- Nie przejmuj się. Poradzimy sobie. 

O  szóstej  dwadzieścia  pięć  samochód  skręcił  na  Harbor  Freeway  w  kierunku  San 

Pedro. Anderson musiał zwolnić. 

- Co się stało? - zapytał Pete. 

- To tylko duży ruch. Jest w porządku. Wszystko gra. Całe szczęście, że dziś sobota, 

bo inaczej utknęlibyśmy tu na amen. 

Pete pocił się i sapał z tyłu samochodu. Henry Anderson zapewniał ich co chwila, że 

wszystko jest w porządku, ale Jupe zauważył, że kierowca zaczął się trochę niepokoić. 

Tłok na drodze zmalał i znów mogli rozwinąć szybkość. Pędzili tuż przy pasie zieleni 

oddzielającym dwa kierunki autostrady. Kiedy zbliżyli się do wybrzeża, zaszło słońce. 

- Przed nami mgła - zapowiedział Anderson. - Cały port tonie we mgle. 

- Poradzimy sobie - zapewnił go Jupe. - Już wcześniej zdarzało się nam pracować we 

mgle. 

- Prawie dojeżdżamy. -  Anderson zwolnił i zjechał na Ocean Avenue. Po dojechaniu 

do pierwszej przecznicy zatrzymał samochód. 

- Czy mam zatrąbić? 

- Nie. Bob jechał z Hollywoodu, więc powinien tu być sporo przed nami. Na pewno 

gdzieś tu jest. Dajmy mu trochę czasu. Znajdzie nas. 

- Już za dziesięć siódma! - wrzasnął Pete. 

background image

- Co oznacza, że mamy jeszcze całe dziesięć minut - odparł spokojnie Jupiter. 

Szczupła postać wyskoczyła z drzwi budynku po drugiej stronie ulicy. 

- Czy to wasz przyjaciel? 

Jupe podniósł się, żeby lepiej widzieć. 

- Tak, to Bob - potwierdził i pomachał ręką. Bob odmachnął i pędem przebiegł przez 

jezdnię. Po chwili był już w samochodzie. 

- Strasznie żałuję, że zgubiłem Santorę - powiedział i uśmiechnął się do Jeffa. - Aleś 

wszystkich nastraszył. 

- Ja sam jeszcze nigdy w życiu tak się nie bałem! 

-  Porozmawiamy  o  tym  później  -  powiedział  ostro  Jupiter  Jones.  -  Jedziemy  dalej 

wzdłuż  Ocean  Avenue  -  zwrócił  się  do  Andersona.  -  Jedź  wolno,  jakbyś  czekał,  że  ktoś 

wyjdzie kupić od ciebie chleb. 

Anderson wykonał polecenie. 

- Jeden z naszych samochodów rozwozi pieczywo w okolicy San Pedro, zazwyczaj w 

godzinach rannych. Sprzedaje dużo towaru pracownikom doków i punktów rozładunkowych. 

Czego my tu szukamy? 

-  Opuszczonego  magazynu,  który  należał  kiedyś  do  firmy  “Peckham  Storage 

Company”. Pewnie zobaczymy jakąś tabliczkę z  nazwą firmy.  Kiedy znajdziemy magazyn, 

czy możesz udawać, że zaciął się silnik i nie chce zapalić? 

- Nie ma sprawy. 

Krążyli bulwarem niemal całkiem wyludnionym. Magazyny i biura spedycyjne po obu 

stronach ulicy były pozamykane. Minął ich samochód jadący w kierunku zachodnim w stronę 

autostrady, a chodnikiem  wlókł  się jakiś człowiek w kombinezonie roboczym,  z marynarką 

pod pachą. Zbliżając się do Ocean Boulevard, zauważyli, że mgła unosi się nieco, ukazując 

puste mola, a za nimi widok na port. 

- Jesteśmy - powiedział cicho Anderson. 

Jupe  i  Bob  uklękli,  żeby  wyjrzeć  przez  szybę.  Po  prawej  stronie  stał  kwadratowy 

budynek  z  cegły,  mocno  podniszczony  przez  upływ  czasu.  Napis  na  ścianie  frontowej  był 

niewyraźny, lecz wciąż jeszcze do odczytania. Przed tym  właśnie budynkiem stała większa 

ciężarówka wuja Tytusa. 

- Wuj Tytus, Hans i Konrad jeszcze tu są - poinformował Jupe przyjaciół siedzących z 

tyłu. 

- A to znaczy, że zdążyliśmy przed porywaczem  - powiedział Pete z wyraźną ulgą w 

głosie. 

background image

- Jedź jeszcze i zatrzymaj się dopiero parę domów za nimi - poprosił Jupe Andersona. 

Chłopak  od  pieczywa  przejechał  wolno  koło  magazynu  i  zatrzymał  się  kawałek  dalej. 

Wyłączył silnik. 

Jupe  i  Bob  przeszli  na  czworakach  na  tył  samochodu  i  wyjrzeli  przez  okienko. 

Zobaczyli, jak wuj Tytus  wychodzi  z magazynu  i  wspina się do szoferki swojej  ciężarówki. 

Hans i Konrad poszli w jego ślady. 

- W porządku - mruknął Jupe. -  Instrukcje z listu zostały wykonane. Teraz pozostaje 

nam tylko czekać. 

Henry Andersen zaczął szykować się do wyjścia z samochodu. 

- A ty dokąd? - spytał Pete. 

-  Będę  majstrował  przy  silniku.  Co  robi  kierowca,  kiedy  staje  mu  samochód? 

Majstruje przy silniku. Zwrócilibyśmy na siebie uwagę, gdybym tego nie zrobił. 

Jupiter zachichotał. 

- Masz zadatki na detektywa pierwszej klasy! 

background image

Rozdział 16 

Walka o nawiedzone zwierciadło 

 

Henry Anderson zaczął stukać i pukać w silnik samochodu. Wykręcił świece, przetarł 

je i wkręcił na miejsce. Obejrzał prądnicę i akumulator. 

W  środku  Trzej  Detektywi  i  Jeff  Parkinson,  niewidzialni  dla  otoczenia,  śledzili  na 

klęczkach rozwój wydarzeń. Pete, który pilnował tylnego okienka, odezwał się: 

- Coś mi się tu nie podoba. Mgła gęstnieje, zaczyna się ściemniać. Ten bandyta może 

już być w środku. A jeśli tak, to nie zauważymy, gdy będzie wychodził. 

-  Nie  wydaje  mi  się,  żeby  tam  był  -  powiedział  Jupiter.  -  Byłoby  głupotą  czekać  w 

środku na wniesienie lustra. Gdyby pani Darnley wezwała policję, znalazłby się w pułapce. 

Myślę,  że  on  gdzieś  tu  krąży  i  sprawdza,  czy  aby  policja  już  na  niego  nie  czeka.  Nasz 

przyjaciel Henry może wzbudzić jego podejrzenie. 

Jupe postukał lekko w szybę. Henry Andersen podszedł do niego. 

-  Może  lepiej  nie  baw  się  już  tym  silnikiem.  Postaraj  się  znaleźć  jakiś  telefon,  żeby 

zadzwonić po pomoc drogową. Czy nie tak byś postąpił, gdybyś naprawdę tu utknął? 

Anderson skinął głową. 

- Dobra. Idź poszukać telefonu. I tak nam będzie potrzebny, jeśli porywacz się pojawi. 

A potem wracaj. Możesz wzbudzić podejrzenie naszego przestępcy. 

-  Nie  chciałbym  tego  zrobić  -  odparł  Anderson  i  ruszył  w  górę  ulicy.  Minęło  pięć 

minut i nagle... 

- Spójrzcie! - krzyknął Pete. 

Jupe doskoczył do tylnego okienka. Pete pokazał mu ubranego na ciemno człowieka, 

który  skradał  się  za  płotem  otaczającym  skład  drewna.  Przystanął,  patrząc  podejrzliwie  na 

samochód z pieczywem. 

- To o n, prawda? - spytał Jupe Jeffa Parkinsona. 

- Tak sądzę - odrzekł Jeff. - Przez tę mgłę nie jestem do końca pewien. 

- Zaraz się przekonamy. 

Mężczyzna zaczął iść chodnikiem w stronę samochodu z pieczywem. 

- Nie wyglądajcie teraz! Idzie w naszą stronę! - wyszeptał Pete. 

- To Gomez! - dodał Jeff. - Co robimy? 

- Na podłogę! Szybko! - ponaglił Jupiter. 

W tym momencie rozległ się pogodny głos Henry'ego Andersona. 

background image

- Dobry wieczór. 

- Późno dziś kończysz - powiedział porywacz. 

- Próbowałem trochę dorobić. Ale to był głupi pomysł. Nie wiedziałem, że w soboty w 

San Pedro jest tak pusto. A do tego jeszcze zepsuł mi się samochód. Dostanie mi się od szefa. 

Nie ma pan może ochoty na jakąś bułeczkę lub bochenek chleba? 

-  Bochenek  chleba?  Owszem,  czemu  nie.  Pokaż  mi,  co  tam  masz.  Chłopcy 

przycupnęli w najciemniejszym kącie, żeby ich nie było widać. 

Henry Andersen wszedł do szoferki i sięgnął po koszyk. 

Bob  chwycił  koszyk  i  rzucił  go  Henry'emu.  Ten  odwracając  się,  niemal  uderzył 

porywacza w głowę tym koszykiem. 

-  Mam  tu  chleb  pszenny,  żytni,  pełnoziarnisty,  pumpernikiel,  chleb  z  francuskiego 

ciasta i...  

Mężczyzna skrzywił się. 

- Chyba jednak nie mam ochoty na chleb. 

- To może ciasteczko? 

- Nie, dziękuję. Przepraszam za kłopot. 

- Żaden kłopot. I tak muszę czekać na pomoc drogową. 

- Więc życzę ci miłego wieczoru. 

- Dzięki. 

Mężczyzna odwrócił się i zaczął iść w kierunku magazynu. 

Trzej Detektywi odetchnęli swobodniej. 

- Niewiele brakowało... - powiedział Bob. - Zjawiłeś się w samą porę, Henry. 

- Dwie przecznice dalej jest budka telefoniczna - zameldował Henry.  

Detektywi  obserwowali,  jak  porywacz  przechodzi  przez  ulicę,  zbliża  się  do  drzwi 

magazynu, szybko ogląda za siebie i wchodzi do środka. 

- Idziemy za nim? - spytał Jeff. 

- Poczekajmy jeszcze chwilę - wstrzymał go Jupe.  

Na ulicy pojawiła się inna postać. Wysoki mężczyzna wyszedł zza ogrodzenia składu 

z drewnem. Nie rozglądał się. Poszedł prosto do drzwi i wszedł do magazynu. 

- To był chyba Santora - powiedział Pete. 

- Właśnie tego się spodziewałem! - krzyknął Jupiter. - Teraz wejdziemy tam za nim i 

zobaczymy,  co  się  stanie.  Henry,  daj  nam  dziesięć  minut,  a  potem  dzwoń  na  policję.  Będą 

nam potrzebni, niezależnie od rozwoju wydarzeń. 

- Załatwione. 

background image

Detektywi i Jeff Parkinson wyskoczyli z samochodu i szybko podbiegli do magazynu. 

Przy drzwiach zatrzymali się. 

- Nic nie słychać - szepnął Bob. - Jedynie plusk wody. To miejsce zbudowano chyba 

na wodach Zatoki. 

Nacisnął  klamkę.  Drzwi  otworzyły  się  bezszelestnie  i  chłopcy  zobaczyli  ściany  i 

kolejne  drzwi.  Nad  nimi  było  małe  okratowane  okienko,  które  wpuszczało  do  środka 

zamglone,  wieczorne  światło.  Znaleźli  się  w  niewielkim,  pustym  pomieszczeniu  o  dwóch 

parach drzwi, przeszklonych w górnej części. Wspięli się na palce i zajrzeli do środka przez 

brudne  szyby.  Zobaczyli  ogromną  halę  ze  świetlikami  w  dachu.  W  jej  kątach  kładły  się 

cienie. W odległym końcu hali stał Juan Gomez i patrzył na zwierciadło goblinów. Wuj Tytus 

ze swoimi pomocnikami oparł lustro o jeden z filarów podtrzymujących wysoki dach. 

Pomiędzy  porywaczem  i  chłopcami  stał  Santora.  Tajemniczy  człowiek,  który 

utrzymywał, iż jest potomkiem Chiava, był zupełnie nieruchomy. Jupe zrobił małą szparę w 

drzwiach i chłopcy zamarli. Starając się niemal nie oddychać, patrzyli i słuchali, co nastąpi. 

Porywacz głaskał palcami ramę lustra. Powoli obszedł je dookoła. I wreszcie wyjął z 

kieszeni śrubokręt. 

- Czego tu szukasz, świniopasie? - odezwał się nagle Santora.  

Porywacz drgnął, upuścił śrubokręt i spojrzał na Santorę. 

- Nie ruszaj się - ostrzegł Santora. - Mam broń i nie zawaham się jej użyć. 

Santora ruszył przed siebie i chłopcy zobaczyli, że rzeczywiście pistolet wycelował w 

głowę porywacza. 

- Gomez, czy już na zawsze zamierzasz nosić tę hańbę? Manolos nie żyje. Wdowa po 

nim wiedzie spokojny żywot. Ona o niczym nie wie. 

- Bo jest głupia. 

- To ty jesteś głupi, Gomez. To ty naprowadziłeś nas na lustro. W nim kryje się cały 

sekret,  prawda?  Przez  te  wszystkie  lata.  To  w  nim  tkwi  potęga  Manolosa  -  w  zwierciadle 

Chiava. Zostanie ono unicestwione! 

- Należy do mnie. Obiecał mi je za te wszystkie lata harowania dla niego. Ale kiedy 

umarł, ta głupia kobieta wysłała je z kraju. Nie było mnie przy tym, ponieważ... 

- Ponieważ siedziałeś w więzieniu - dokończył Santora. -  Biedny Juan Gomez. Twój 

pan umierał, a ty siedziałeś w więzieniu, ponieważ próbowałeś ukraść portfel  angielskiemu 

turyście.  Biedny  Gomez.  Przegrałeś.  Zawsze  przegrywałeś.  Lustro  zostanie  zniszczone  dla 

dobra republiki. 

- Nie! - krzyknął Gomez. - Ono jest moje! Obiecano mi je. 

background image

- Manolos cię okłamał. Jak mogłeś sądzić, że z tobą będzie uczciwy, skoro okłamywał 

wszystkich? Myślałeś, że jesteś inny? Ale teraz nadszedł kres. Zniszczę to lustro! 

- Nie zrobisz tego! - krzyknął Gomez. - Jesteś za słaby. Znam cię. Nie uda ci się mnie 

zastraszyć!  Na  nic  się  nie  zdadzą  twoje  gładkie  maniery!  Nie  boję  się  ciebie!  Nie 

zaryzykujesz rozlewu krwi! 

Gomez rzucił się nagle na człowieka z pistoletem. 

Rozległ się wystrzał. Kula odbiła się rykoszetem od stalowej belki i utkwiła gdzieś w 

drewnianym  suficie.  Santora  krzyknął  i  próbował  zrzucić  z  siebie  małego  Gomeza,  jak 

myśliwy próbuje strząsnąć z siebie atakujące zwierzę. Wypuścił pistolet, który potoczył się po 

podłodze. 

Obaj  odwrócili  się,  próbując  go  dosięgnąć.  Gomez  wydał  wściekły  okrzyk,  widząc, 

jak pistolet wpada do kanału. Rozległ się plusk i było po pistolecie. 

Santora wyprostował się. 

- Może masz rację. Może bym cię nie zastrzelił. Ale i tak nie wyjdziesz stąd z lustrem. 

- Mówiąc to, podniósł z ziemi kawałek drewna i stanął przed zwierciadłem. - Zrobię to, po co 

tu przyjechałem. Zniszczę je. 

Jupiter wszedł do magazynu. 

- Zanim pan to zrobi - powiedział cicho - chciałbym zadać panu kilka pytań. 

Juan Gomez wytrzeszczył oczy na widok chłopców. Spojrzenie opryszka zatrzymało 

się  na  Jeffie,  jeszcze  do  niedawna  jego  zakładniku.  Wydał  dziki  okrzyk  i  ruszył  na 

detektywów. 

- Uwaga! - krzyknął Pete. Odsunął Jupitera i trafił napastnika w pierś. Gomez upadł na 

podłogę, jęcząc, a Pete siadł na nim okrakiem. - To zaczyna mi wchodzić w krew - dodał. 

- Pomogę ci - zaproponował Jeff i też siadł na Gomezie.  

Jupiter zwrócił się do zdumionego Santory: 

- Co prawda, nie jesteśmy dorośli, ale teraz jest nas dwóch na jednego i nikt nie opuści 

tego miejsca, aż nie wyjaśnimy kilku spraw. 

background image

Rozdział 17 

Zwierciadło wyjawia swoją tajemnicę 

 

Juan Gomez zaprzestał walki i zaczął mamrotać coś pod nosem. Brzmiało to jak jakieś 

przekleństwa. 

- Niech pan nie niszczy lustra, senor Santora - poprosił Jeff. - Czy należy do pana, czy 

nie, proszę go nie niszczyć. Moja babcia dostanie ataku serca! 

- Proszę też pamiętać - dodał Jupiter - że gdy pan je rozbije, Juan Gomez pozna jego 

sekret. Bo wciąż go nie zna, prawda? 

- Tak, wiem o tym, ale ja też muszę zdobyć ten sekret. 

- Proszę spojrzeć na to z innej strony. Gomez nie wie, w której części lustra kryje się 

sekret.  Pan  też  tego  nie  wie.  A  co  do  pańskiej  historii  o  pokrewieństwie  z  Chiavem,  to 

możemy ją chyba włożyć między bajki. 

- Nie mam nic do powiedzenia - odparł Santora. 

-  Nie  musi  pan  mówić.  Wiemy,  na  przykład,  że  działa  pan  na  zlecenie  prezydenta 

republiki  Ruffino.  Nie  jest  pan  potomkiem  Chiava,  ale  może  pochodzi  pan  z  innej  sławnej 

rodziny? Czy jest pan synem prezydenta Garcii? 

Santora aż przysiadł na jakiejś paczce. 

- A więc to ty! To ty włamałeś się do mojego pokoju i przeszukałeś moje papiery! 

- To nie był  Jupe  -  włączył się Pete.  - To był  Gomez. To on uderzył  pana w  głowę. 

Byłem wtedy na korytarzu i widziałem, jak Gomez uciekał. 

Włamywacz znów zaklął pod nosem. 

- Patrzcie go! - burknął szyderczo. - Wystrojony goguś! I on śmie decydować o tym, 

co dobre dla naszej republiki! To siostrzeniec Garcii, tego uczciwego, niepokalanego Garcii, 

który uważa, że zbawi nasz kraj! Złodziej! Wuj jest złodziejem i siostrzeniec też! 

Jupe odchrząknął. 

-  Kiedy  Garcia  został  wybrany  na  prezydenta  dwanaście  lat  temu,  jego  przeciwnik 

oskarżał  go  o  nieuczciwość.  Twierdził,  iż  posiada  dowód  na  to,  że  Garcia  zaczynał  jako 

kryminalista.  Ale  ów  przeciwnik  nie  był  w  stanie  przedstawić  takiego  dowodu  i  Garcia 

zwyciężył. Dowód! Garcia znów wystartuje do wyborów w tym roku, prawda? Przypuśćmy, 

że ktoś przedstawi taki dowód? I co wtedy? 

- Będzie to tragiczne w skutkach dla Ruffino - odparł Santora. 

-  Zaraz  przyjedzie  tu  policja,  senor  Santora  -  powiedział  Jupiter.  -  Dzwoniliśmy  po 

background image

nich. Będą chcieli wiedzieć, dlaczego to lustro jest aż tak ważne, że posunięto się do porwania 

wnuka pani Darnley. Ja już chyba znam odpowiedź. 

Santora zerwał się na równe nogi. 

- Wiesz? Przecież to niemożliwe! 

- W grę wchodzi szantaż, prawda, senor Santora? Isabella Manolos była niewinna. Nie 

znała  prawdy  o  tym,  w  jaki  sposób  jej  mąż  doszedł  do  tak  wysokiej  pozycji  w  rządzie 

Ruffino.  Ale  my  możemy  się  domyślać,  w  jaki  sposób.  On  posiadał  dowód  na  to,  że 

oskarżenia w stosunku do prezydenta Garcii były prawdziwe, i szantażował nim prezydenta. 

Santora usiadł zrezygnowany. 

-  Wasza  policja  nie  może  się  o  tym  dowiedzieć!  Zanim  mój  wuj  objął  urząd,  lud 

Ruffino  żył  w  strasznej  biedzie.  Mogło  dojść  do  rewolucji.  Pod  jego  rządami  zapanował 

spokój i dobrobyt. Będę trwał przy Garcii. Nie ma powrotu do dawnych, złych czasów. Mój 

wuj  nie  ma  na  swoim  sumieniu  nawet  kropli  przelanej  krwi.  Otoczył  się  ludźmi  mądrymi, 

uczciwymi... z wyjątkiem tego łajdaka Manolosa. 

- Szantażysta? - drążył dalej Jupe.  

Santora pokiwał głową ze smutkiem. 

- No dobrze, wyjawię już wszystko.  I mam nadzieję, że ty z kolei powiesz mi, gdzie 

leży sekret lustra.  

Santora spojrzał na Gomeza. 

- Ta kreatura na podłodze była służącym Diega Manolosa. Sami zresztą wiecie, kto to 

jest - zwykły kieszonkowiec i włamywacz. A teraz okazał się też porywaczem. Nawet mnie to 

nie  dziwi.  Jest  niebezpieczny.  Nie  wie,  co  to  litość  i  serce.  Przez  dziesięć  lat  służył  u 

Manolosa. Możecie więc sobie wyobrazić, jakim człowiekiem był Manolos. Senora Manolos, 

przyjaciółka  pani  Darnley,  to  wspaniała  kobieta.  Ale  trudno  czasem  zrozumieć,  co  kieruje 

pewnymi kobietami przy doborze męża. Ona wiele wycierpiała przez tę decyzję. 

- Głupia baba! - warknął Gomez. 

- Milczeć! - krzyknął Santora. - Mój wuj w młodości postępował dość nierozważnie. 

To  się  zdarza.  Wysłano  go  do  Hiszpanii,  na  uniwersytet.  Tam  też  poznał  Diega  Manolosa. 

Manolos  miał  wtedy  zwierciadło  czarownika  Chiava.  Zapłacił  za  nie  uczciwie,  ale  był  to 

chyba ostatni uczciwy uczynek w jego życiu. Chiavo rzeczywiście miał syna, ten z kolei też 

miał  syna  i  tak  dalej.  Ostatnia  była  córka.  Nigdy  nie  wyszła  za  mąż,  a  kiedy  Manolos  ją 

odnalazł, była już starą kobietą. Mieszkała w wielkiej biedzie w małym  miasteczku Castile. 

Miała zwierciadło goblinów, ale nie miała pieniędzy. A potrzebowała ich bardzo. 

Manolos  sam  był  ubogi,  ale  za  to  młody  i  do  tego  dość  pomysłowy.  Pożyczył 

background image

pieniądze na kupno lustra i wysłał je statkiem do Madrytu. Wszędzie o nim rozpowiadał, w 

kawiarniach, na wykładach. Rozgłaszał wszystkim, że jest właścicielem zwierciadła Chiava. 

Wiadomość  rozeszła  się  szybko,  wywołując  pewne  poruszenie.  Czyżby  lustro  rzeczywiście 

przepowiadało przyszłość? Manolos udawał, że posiada ono tajemną moc. 

Na skutki nie trzeba było długo czekać. Najpierw przyszli do niego jacyś studenci z 

uniwersytetu  i  powiedział  im,  co  stanie  się  w  najbliższym  czasie.  Nie  była  to  precyzyjna 

przepowiednia, lecz niemądrzy studenci bardzo chcieli w nią wierzyć. Czasami jego wizje się 

spełniały, czasami zdarzało się coś zbliżonego do przepowiedni. W każdym razie rozeszła się 

wieść, że Manolos rzeczywiście widzi przyszłość w lustrze Chiava. Pojawili się też ludzie z 

bogatszych sfer. Im też spełniła się część przepowiedni. 

Po  pewnym  czasie  podła  natura  Manolosa  dała  o  sobie  znać.  Poradził  pewnemu 

człowiekowi cierpiącemu na podagrę, żeby wybrał się w podróż. Mężczyzna wyjechał, a w 

tym  czasie  obrabowano  jego  dom.  Pewnej  kobiecie  powiedział,  że  powinna  zanieść  swoje 

pieniądze do kościoła, aby je tam kapłan poświęcił. Zabrała wszystkie co do grosza i poszła 

do  swojej  parafii,  tyle  że  po  drodze  jakiś  kieszonkowiec  dokładnie  ją  ograbił.  Były  jeszcze 

inne sprawy, ale nie czas i miejsce, by o nich opowiadać. I tak dużo rozumiecie, jak na swój 

wiek. 

- Ale historia! - wykrzyknął Pete. - I policja hiszpańska niczego nie podejrzewała? 

-  Zaczęła  coś  podejrzewać  dopiero  po  jakimś  czasie.  Zanim  to  jednak  nastąpiło, 

Manolos zwrócił szczególną uwagę na mojego wuja. Już jako młody człowiek mój wuj wiele 

rozmyślał  o  przeprowadzeniu  reform  w  Ruffino.  Mówił  o  tym  przy  różnych  okazjach,  a 

Manolos  tylko  słuchał.  Uznał,  że  mój  wuj  zostanie  kiedyś  ważnym  człowiekiem,  i  chciał 

zawczasu wkraść się w jego łaski. Garcia był bardzo bogaty i już wtedy  Manolos planował 

swój szantaż. Zamierzał użyć do tego zwierciadła Chiava, by przy jego pomocy... jak to się 

mówi w filmach gangsterskich? 

- Chciał usadzić pana wuja? - podrzucił Bob. 

-  Si.  Tak.  Właśnie  o  to  mi  chodzi.  A  więc  Manolos  zdobył  względy  pewnej  młodej 

dziewczyny,  służącej  w  jakimś  bogatym  i  wpływowym  domu.  Przy  pomocy  zwierciadła 

udało  mu  się  ją  przekonać,  że  jest  oszukiwana  przez  pracodawców.  Wmówił  jej,  że  pada 

ofiarą wyzysku i słusznie należy jej się rekompensata. Następnie podszepnął dziewczynie, że 

zna człowieka, który dużo zapłaci za klejnoty jej pani. Obiecał, że jeśli włoży je do pudełka i 

owinie  czerwonym  papierem,  to  on  już  zajmie  się  resztą.  Miała  tylko  spotkać  się  z  owym 

człowiekiem,  oddać  mu  pudełko  i  wziąć  w  zamian  kopertę  z  pieniędzmi.  Tak  też  zrobiła. 

Ukradła biżuterię i spotkała się z człowiekiem Manolosa. Wręczył jej kopertę, a ona dała mu 

background image

pudełko w czerwonym papierze. Tym człowiekiem był mój wuj! 

- Złodziej! - prychnął Gomez. 

- Mój wuj o niczym nie miał pojęcia! - krzyknął Santora. - Sądził, że robi Manolosowi 

przysługę. Myślał, że doręcza list,  a dziewczyna  daje mu  upominek dla Manolosa. Spotkali 

się  na  ulicy,  koło  fontanny.  Manolos  ukrył  się  w  pobliżu  z  aparatem.  Zrobił  im  zdjęcie  w 

momencie, kiedy mój wuj podawał dziewczynie kopertę! 

- I zdjęcia, oczywiście, trafiły na policję - dodał Jupiter. 

-  Oczywiście.  Dziewczyna  otworzyła  kopertę  i  znalazła  w  niej  jedynie  papier. 

Przestraszyła  się.  Kiedy  właścicielka  biżuterii  zorientowała  się,  że  została  okradziona, 

wezwała policję, a dziewczyna z płaczem przyznała się do wszystkiego. Mój wuj był już w 

tym  czasie  w  drodze  do  Ruffino.  Nic  o  tym  wszystkim  nie  wiedział.  Ale  do  czasu. 

Manolosowi  udało  się  uciec  z  Madrytu  w  samą  porę  razem  z  lustrem  i  fotografiami.  I, 

oczywiście,  z  pieniędzmi.  Dopiero  wtedy  pojawiły  się  w  prasie  artykuły  o  jego  lustrze  i 

matactwach, jakich przy jego pomocy dokonywał. 

-  Więc  pojawił  się  w  Ruffino  i  zaczął  szantażować  pana  wuja  -  dokończył  za  niego 

Pete. 

-  Przyjechał  do  Ruffino,  ale  początkowo  niczego  nie  robił  -  odparł  Santora.  -  Miał 

pieniądze. Postanowił czekać na właściwy moment. Ożenił się z tą biedaczką, Isabellą, tylko 

dlatego, że była jedyną córką bardzo bogatego człowieka. Wciąż czekał. I kiedy dwanaście lat 

temu  ogłoszono  wolne  wybory,  a  nasz  kraj  stał  u  progu  rewolucji,  postanowił  uderzyć. 

Przysłał  mojemu  wujowi  odbitki  zdjęć  i  kopie  artykułów  prasowych  z  hiszpańskich  gazet. 

Wuj  popełnił  przestępstwo  i  oto  dowód.  Nieważne,  że  robił  to  nieświadomie.  Nieważne,  iż 

zdarzyło się to tak dawno. Jest dowód, który zniszczy karierę mojego wuja. Garcia nigdy nie 

zwycięży w wyborach. 

Wuj  uległ  żądaniom  tego  łajdaka.  Najpierw  dawał  mu  pieniądze,  ale  wkrótce  to  nie 

wystarczyło. Dopuścił go do władzy. I tak Manolos miał swój piękny dom i trochę szacunku 

obywateli... ale tylko trochę. W każdą rocznicę wyborów mój wuj otrzymywał odbitkę owej 

fotografii i kopie starych artykułów. W końcu Manolos umarł i obaj z wujem sądziliśmy, że 

koszmar wreszcie się skończył. 

Poszedłem  odwiedzić  senorę  Manolos.  Biedaczka  tonęła  we  łzach.  Chciałem  ją 

poprosić, żeby pozwoliła mi przeszukać mieszkanie. Właśnie zastanawiałem się, jak mam to 

delikatnie ująć - ponieważ senora to prawdziwa dama  - kiedy sama zaczęła się uskarżać na 

Juana Gomeza. Powiedziała, że przesłała lustro do przyjaciółki w Los Angeles. Gomez, kiedy 

się  o  tym  dowiedział,  wybuchnął  strasznym  gniewem.  Zaczął  na  nią  krzyczeć.  Nazwał  ją 

background image

głupią. Bała się nawet, że ją uderzy. 

Wtedy  zrozumiałem.  Negatywy  zdjęć  musiały  zostać  ukryte  w  lustrze.  Gomez  był 

jedyną  osobą,  której  ta  kreatura-Manolos  mógł  powierzyć  swój  sekret!  A  kiedy  Gomez 

przyleciał do Los Angeles, byłem już tego całkiem pewien! 

- Więc śledził go pan i próbował odkupić lustro od pani Darnley - odezwał się Jupiter. 

- A kiedy się nie udało, wymyślił pan tę historyjkę o pokrewieństwie z Chiavem. A kiedy i to 

nie  podziałało,  wynajął  pan  Baldiniego,  żeby  udawał  ducha.  Zwłaszcza  iż  wuj  słał  panu 

ponaglające listy. 

Santora zwiesił głowę. 

-  Bardzo  tego  żałuję  -  westchnął.  -  Nie  zamierzałem  straszyć  kobiet  i  dzieci,  ale  nie 

widziałem innego wyjścia. 

Na chwilę zapanowała cisza. Na zewnątrz rozległ się tupot nóg. Drzwi się otworzyły. 

- A oto i policja - powiedział Pete. 

Uspokojony, zaczął się podnosić z leżącego Gomeza. 

-  Co  jej  powiemy?  -  zapytał  Santora,  blady  jak  ściana.  -  Będą  chcieli  sprawdzić,  co 

jest w lustrze! 

- Ha! - wrzasnął dziko Gomez. Wyśliznął się Pete'owi i Jeffowi, zerwał na równe nogi 

i  chwycił kawałek drewna upuszczony przez Santorę. Rzucił się w stronę lustra.  -  Zdobędę 

mój dowód! A wtedy nikt się nie odważy... 

Wtem spojrzał w zwierciadło goblinów i zamarł w pół gestu, z podniesioną ręką, na 

widok  odbicia  własnej  twarzy  wykrzywionej  wściekłością  i  strachem.  Upuścił  drewno, 

wrzasnął  przeraźliwie  i  rzucił  się  do  ucieczki.  Potknął  się  o  własne  nogi  i  zniknął  za 

drzwiami.  Rozległ  się  głośny  plusk  i  w  tej  samej  chwili  w  magazynie  pociemniało  od 

mundurów  policyjnych.  Z  wody  za  drzwiami  magazynu  zaczęły  dochodzić  przeraźliwe 

krzyki. 

- Negatyw! - rozległ się groźny szept Santory. - Gdzie jest negatyw? 

Jupe  stanął  za  lustrem  i  zdarł  paznokciem  naklejkę.  Wyjął  spod  niej  coś  i  razem  z 

naklejką oddał Santorze. 

-  Mikrofilm  -  szepnął.  -  Oczywiście,  tylko  tam  mógł  zostać  ukryty.  Mikrofilm  pod 

którąś z nalepek. Najnowszą. 

Senor  Santora  wyszeptał  słowa  podziękowania  i  wsunął  film  razem  z  nalepką  do 

kieszeni. 

-  Gdzie  jest  Jeff  Parkinson?  -  zapytał  jeden  z  policjantów.  -  Który  z  was  to  Jeff 

Parkinson? 

background image

- To ja. 

Dwóch  policjantów  z  liną  pochyliło  się  nad  wodą.  Po  chwili  wciągnęli  mokrego 

Gomeza  do  środka.  Porywacz  upadł  na  podłogę,  zawodząc.  Policjant  popatrzył  na 

zmoczonego mężczyznę i zwrócił się do Jeffa: 

- Czy to on cię porwał? 

- Tak. Nazywa się Juan Gomez. 

- A ten? - spytał sierżant wskazując na Santorę. 

- To jest senor Santora - odpowiedział Jupe. - Nasz przyjaciel. Pomagał nam. 

- Co jest z tym facetem? - zawołał jeden z policjantów pilnujących Gomeza. 

- To coś! - mamrotał Gomez. - W lustrze, widziałem to! To... to... 

-  Co  to  za  historia  z  tym  lustrem?  -  spytał  sierżant,  spoglądając  z  ciekawością  na 

zwierciadło goblinów. 

-  Kiedyś  należało  do  sławnego  czarownika  -  wyjaśnił  Jupiter  Jones.  -  Podobno  jest 

nawiedzone. Wygląda na to, że porywacz bardzo się go boi. Może zobaczył w nim jakiegoś 

ducha? 

Policjant parsknął śmiechem. 

-  Wyobraźnia  płata  czasem  ludziom  dziwne  figle  -  dodał  Jupiter.  -  Zwłaszcza  o 

zmroku. 

- Chyba tak - rzekł policjant. 

Chłopcy i senor Santora spojrzeli w lustro. Odbijały się w nim puste ściany magazynu 

i  wiszące  pajęczyny.  Wyglądało  jak  zwykłe  lustro,  najzwyklejsze  na  świecie,  tyle  że 

oprawione w niezwykle brzydką ramę. 

Mimo  tego,  chłopcy  poczuli  lekki  dreszcz.  A  kiedy  sierżant  policji  poprosił 

wszystkich o opuszczenie magazynu, nie wahali się ani chwili. Wyszli pośpiesznie. 

background image

Rozdział 18 

Zaproszenie dla pana Hitchcocka 

 

Dwa tygodnie później Trzej Detektywi odwiedzili pana Hitchcocka, znanego reżysera 

filmowego.  Był  ich  opiekunem  i  to  on  podsuwał  im  większość  zagadek  do  rozwiązania. 

Kiedy  wszyscy  usiedli  wygodnie  wokół  stołu  w  pokoju  gościnnym,  Jupiter  wręczył 

reżyserowi kopertę. 

-  Co  to  jest?  -  spytał  pan  Hitchcock.  Otworzył  kopertę  i  wyjął  z  niej  drogi  papier 

listowy kremowego koloru. Przeczytał kilka linijek tekstu i popatrzył na chłopców. - Pnę się 

coraz wyżej. Pani Darnley przysyła mi zaproszenie na kolację, na której będę miał zaszczyt 

poznać  senora  Rafaela  Santorę.  Słyszałem  o  pani  Darnley.  Musi  mieć  ważny  powód,  by 

przysyłać was do mnie z zaproszeniem. 

Bob uśmiechnął się i podał panu Hitchcockowi aktówkę. 

-  Te  informacje  można  chyba  uznać  za  ściśle  tajne,  ale  powiedzieliśmy  senorowi 

Santorze, że z przyjemnością zapozna się pan z tak ciekawą sprawą. Oczywiście zachowa pan 

te informacje tylko dla siebie. 

-  Teraz  rzeczywiście  rozbudziliście  moją  ciekawość  -  powiedział  pan  Hitchcock  i 

otworzył teczkę. 

Chłopcy  czekali  w  ciszy,  aż  gospodarz  przeczyta  notatki  Boba  o  tajemnicy 

nawiedzonego  zwierciadła.  Wreszcie  reżyser  odłożył  ostatnią  stronę  raportu  i  spojrzał  na 

Jupitera. 

-  Czy  to  informacja  o  fotografii  podsunęła  ci  myśl  o  mikrofilmie  i  o  miejscu  jego 

ukrycia? 

-  Tak  -  odparł  Jupe.  -  Kiedy  senor  Santora  opowiedział  o  używaniu  fotografii  do 

szantażowania  jego  wuja,  zrozumiałem,  że  gdzieś  musiał  zostać  ukryty  negatyw.  Ponieważ 

rozłożyliśmy  już  lustro  na  części  i  niczego  nie  znaleźliśmy,  jedyne  miejsce  ukrycia 

mikrofilmu, jakie przychodziło mi do głowy, to były właśnie owe nalepki, przyklejane przez 

rzemieślników  po  naprawie  lustra.  Manolos  przechowywał  swoje  “dowody”  -  fotografie  i 

stare  artykuły  -  na  mikrofilmach,  ponieważ  tylko  one  mogły  się  zmieścić  pod  nalepką.  Co 

roku usuwał po prostu nalepkę, robił kolejne odbitki  - dowiedzieliśmy się, że miał w domu 

ciemnię - i wysyłał je prezydentowi Garcii, po czym chował mikrofilmy pod nową nalepką. 

- To dziwne, że zaufał takiemu bandycie, jak Gomez. Dlaczego wyjawił mu, że sekret 

kryje się w lustrze? 

background image

-  Nigdy  nie  będziemy  mieć  pewności  co  do  tego  -  odparł  Jupiter.  -  Gomez  nie  chce 

mówić.  Może  wraz  z  upływem  lat  sam  się  domyślił,  że  lustro  jest  źródłem  siły  Manolosa. 

Gomez pewnie co roku mu pomagał przy zdejmowaniu lustra ze ściany. Ale jestem pewien, 

że Manolos nie wprowadził go w całą sprawę. 

-  Dziwi  mnie  także,  po  co  zadawał  sobie  tyle  kłopotu  z  maleńkimi  mikrofilmami, 

kiedy przecież mógł je umieścić gdziekolwiek - powiedział reżyser. 

-  Trzeba  przyznać,  że  Manolosowi  nie  brakowało  wyobraźni  -  stwierdził  Jupiter.  - 

Najpierw przy pomocy lustra nakłonił biedną służącą z Madrytu do popełnienia przestępstwa. 

Potem wykorzystał jej postępek do pogrążenia Garcii, by wreszcie ukryć dowody winy w tym 

samym lustrze. Zadziwiający zbieg wypadków. 

- Jest w nim jakaś pokrętna logika - dodał pan Hitchcock. - A co na to policja? 

-  Uważają  Gomeza  za  wariata  -  odparł  Pete.  -  I  proszę  mi  wierzyć,  nie  zamierzamy 

wyprowadzać ich z błędu.  

Pan Hitchcock skinął głową. 

- Idę o zakład, że już się postarają, by odizolować Gomeza od świata na dłuższy czas. 

A  w  jaki  sposób  Gomez  dowiedział  się,  w  którym  hotelu  zamieszkał  Santora?  I  jak  to  się 

stało, że Santora pojawił się w magazynie w San Pedro w tym samym czasie co Gomez? 

- Senor Santora i Gomez śledzili się nawzajem - odpowiedział Jupe. - Każdy obawiał 

się,  że  przeciwnik  pierwszy  zdobędzie  lustro.  Przypuszczamy,  iż  Gomez  dowiedział  się  o 

przyjeździe Santory, ponieważ obserwował dom pani Darnley. I pewnie po wyjściu Santory 

poszedł za nim aż do hotelu. Wiedział, że Santora pokrzyżuje mu szyki, więc zdecydował się 

na atak. 

Santora,  z  kolei,  znalazł  Gomeza,  robiąc  to,  czego  my  nie  mieliśmy  czasu  zrobić. 

Wynajął samochód i krążył po Silverlake tak długo, aż dowiedział się, gdzie mieszka kuzyn 

Gomeza.  Śledząc  Gomeza,  trafił  na  ślad  zniszczonego  domku  na  farmie  w  Dolinie  San 

Fernando. Nie wiedział tylko, w jakim celu Gomez się nim interesował. W dniu zwolnienia ze 

szpitala trafił za Gomezem do tego domku. Nie miał pojęcia, że znajduje się w nim również 

Jeff. Zauważył samochód Gomeza przed domem i pojechał potem za nim aż do San Pedro. 

- Senor Santora miał szczęście - powiedział pan Hitchcock. - Gomez mógł go zabić. A 

jak  do  tej  łamigłówki  pasuje  magik  Baldini?  Jestem  pewien,  że  słyszałem  o  nim  już 

wcześniej. 

Jupiter zachichotał. 

-  Santora  był  kiedyś  na  występie  Baldiniego  w  Ruffino.  Baldini,  oprócz  innych 

sztuczek, potrafił się uwalniać z różnych więzów. Raz Santora widział, jak podczas występu 

background image

nałożono  mu  kajdanki,  związano  łańcuchami,  na  które  dodatkowo  nałożono  kłódki.  W  trzy 

sekundy  Baldini  pootwierał  wszystkie  zamki  i  uwolnił  się.  Santora  był  pewien,  że  taki 

sztukmistrz  bez  trudu  dostanie  się  do  domu  nawet  tak  dobrze  strzeżonego,  jak  dom  pani 

Darnley. 

Santora  odnalazł  Baldiniego  w  bardzo  prosty  sposób.  Dzwonił  do  agentów 

organizujących  występy  w  nocnych  klubach,  aż  wreszcie  trafił  na  agenta  Baldiniego. 

Początkowo  myślał  o  tym,  by  Baldini  przeszedł  się  parę  razy  po  domu  jako  duch  ze 

zwierciadła. Okazało się jednak, że magik znał Drakestara i wiedział o ukrytej pod biblioteką 

piwnicy.  Postanowili,  że  Baldini  ukryje  się  w  niej  na  kilka  dni.  Santora  dobrze  mu  za  to 

zapłacił i wyjaśnił, że chce tylko zrobić kawał pani Darnley. 

Biedny  Baldini!  Kiedy  odkryliśmy  ukryte  przejście  i  zeszliśmy  na  dół,  to  pewnie 

pomyślał, że takie kawały wcale nie są dowcipne. Po ucieczce z domu pani Darnley doszedł 

do wniosku, że wplątał się w zbyt  poważną sprawę i  postanowił zniknąć na jakiś czas. Nie 

miał już ochoty na ponowne spotkanie z Santora lub z nami. 

Pani  Darnley  wybaczyła  mu  jednak.  Dała  ogłoszenie  do  “Variety”  i  “Reportera 

Hollywoodu”, aby go zawiadomić, że wszystko jest w porządku. On też został zaproszony na 

dzisiejszą  kolację.  Włoży  na  siebie  strój  Drakestara  i  wykona  jego  słynną  sztuczkę  ze 

znikaniem - w tajemnym przejściu, oczywiście. 

- To musi być rzeczywiście niezwykłe przejście - powiedział pan Hitchcock. 

- Sam się pan przekona, jeśli przyjmie pan zaproszenie - zachęcał go Pete. 

-  Taki  widok  jest  chyba  wart  cierpień  związanych  z  oficjalną  kolacją  -  mruknął 

reżyser. - A tak przy okazji, co się stało z Henrym Andersenem, waszym pomysłowym kolegą 

z piekarni? Mam nadzieję, że nie miał kłopotów w firmie? 

-  Nie.  Wszyscy  policjanci,  którzy  przyjechali  do  magazynu  w  San  Pedro,  tak 

zgłodnieli, że wykupili cały towar i szef Henry'ego był bardzo zadowolony na widok pustego 

samochodu - powiedział Pete z uśmiechem. - Henry zdecydował, że praca w piekarni jest za 

spokojna. Chce zostać prywatnym detektywem! Pani Darnley obiecała mu pomóc. 

-  Świetnie  -  rzekł  reżyser.  -  Obiecuję,  że  nikt  się  nie  dowie  o  szczegółach  naszej 

rozmowy.  A  jeśli  zdecydujecie  się  na  opublikowanie  tej  historii,  to  mam  nadzieję,  że  dla 

dobra republiki Ruffino, zmienicie wszystkie nazwiska. 

- Oczywiście - odparł Jupiter. 

-  Jeśli zdecyduję  się  wziąć  udział  w  tej  kolacji,  czy  będę  mógł  obejrzeć  nawiedzone 

zwierciadło? - zapytał pan Hitchcock.  

Jupe skinął głową. 

background image

-  Ale  nie  wisi  już  w  bibliotece.  Senora  Manolos  przyjeżdża  w  odwiedziny,  a  ona 

nienawidzi  tego  lustra.  Pani  Darnley  kazała  więc  je  schować  w  ukrytej  piwnicy.  Myślę,  że 

pani  Darnley  też  już  go  nie  lubi.  Przez  nie  niemal  straciła  Jeffa.  A  poza  tym...  -  Jupiter 

zawahał się. 

- Ale chyba się go nie boi? - spytał reżyser. 

-  Nie.  Raczej  nie.  Tylko  że  Gomez  twierdził,  że  coś  w  nim  zobaczył  i...  no  cóż,  nie 

wyszło mu to na dobre, prawda? Siedzi teraz w więzieniu i zostanie tam jeszcze jakiś czas. 

-  A  według  ciebie,  Jupe,  co  skłoniło  panią  Darnley  do  schowania  zwierciadła?  - 

zapytał pan Hitchcock.  

Jupe uśmiechnął się. 

- Myślę, że zrobiła to, ponieważ jest ono takie strasznie brzydkie. Gdybym ja był jego 

właścicielem, też bym je trzymał w piwnicy.