background image

Macomber

    Debbie

  

Zapominalska 

panna 

młoda

background image

PROLOG

– Bez ślubu nie ma mowy.
Dziesięcioletni Martin Marshall klepnął się ze złością po biodrach.
– Mówiłem ci, że się na to nie zgodzi.
Caitlin   przyglądała   się,   jak   najlepszy   przyjaciel   jej   brata   wyciąga   z kieszeni 
drugą   nalepkę   z zawodnikiem   baseballa.   Jeśli   Joseph   Rockwell   chce   ją 
pocałować, wszystko musi odbyć się jak Pan Bóg przykazał. Mimo iż miała 
zaledwie   osiem   lat,   wiedziała,   jak   należy   zachować   się   w takiej   sytuacji. 
Spoglądając   na   lalkę,   którą   tuliła   w ramionach,   pomyślała   instynktownie,   że 
Barbie z pewnością nie pochwalałaby całowania się z chłopcem przed ślubem.
Martin znów podszedł do niej.
– Joe powiedział, że dołoży jeszcze Dona Drysdale’a.
– Mówiłam już, że bez ślubu nie ma mowy. – Z wyniosłą miną wygładziła 
plażową sukienkę.
– Dobrze już, dobrze, ożenię się z nią – mruknął Joe, idąc wolnym krokiem 
przez podwórko.
– Jak masz zamiar to zrobić? – spytał Martin.
– Weź Biblię.
Jak   na   kogoś,   kto   tak   bardzo   chce   ją   pocałować,   Joseph   nie   wyglądał   na 
specjalnie zadowolonego. Caitlin postawiła wszystko na jedną kartę.
– Ślub ma się odbyć w forcie.
– W forcie? – wybuchnął Joe. – Wiesz doskonale, że dziewczęta nie mają tam 
wstępu.
– Nie wyjdę za chłopca, który odmawia mi wstępu do swego fortu.
– Wycofaj się – powiedział Martin. – Ona żąda zbyt wiele.
Nie musisz dawać mi drugiej nalepki – kusiła Caitlin. Myśl, że byłaby pierwszą 
dziewczynką dopuszczoną do ich królestwa, była niezwykle nęcąca. Dzięki temu 
zostanie   prawdopodobnie   zaproszona   na   przyjęcie   urodzinowe   do   Betsy 
McDonald.
Chłopcy wymienili znaczące spojrzenia i zaczęli szeptać między sobą, do Caitlin 
dobiegały   tylko   strzępy   rozmowy.   Martin,   wyraźnie   niezbyt   zachwycony 
ustępstwami przyjaciela, kręcił wciąż głową, jak gdyby nie mógł uwierzyć, że 
Joseph   poszedł   na   coś   takiego.   Caitlin   zaś   nie   wiedziała,   czy   może   zaufać 
Josephowi.   W całym   sąsiedztwie   znany   był   ze   swej   namiętności   do   płatania 
różnych figli.
– Muszę  nakarmić  dziecko – powiedziała,  odwracając się i chcąc odejść.

background image

– W porządku – Joseph zgodził się z widocznym ociąganiem. – Ślub odbędzie 
się w forcie. Udzieli go Martin, pod warunkiem iż nikomu  nie zdradzisz, że 
byłaś w środku, rozumiesz?
– Jeśli to zrobisz, ciężko pożałujesz! – dodał Martin, rzucając siostrze groźne 
spojrzenie.
– Nikomu nie pisnę ani słowa – obiecała Caitlin. Właściwie nie przeszkadzało 
jej, że musi dochować tajemnicy. Okropnie lubiła sekrety.
– Jesteś   gotowa?   –   spytał   Joseph.   Gdy   już   uzgodniono  warunki,   zaczął   się 
nagle bardzo śpieszyć, co zirytowało Caitlin. Nie podobał się jej również mars 
na jego czole. Pan młody  powinien przynajmniej  wyglądać  na szczęśliwego. 
Chciała mu to powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
– Rzecz jasna, musisz się przebrać. Garnitur, który miałeś na sobie w czasie 
świąt Wielkanocy będzie całkiem odpowiedni.
– Co takiego? – wykrzyknął Joseph.  – Nie mam  zamiaru  wkładać żadnego 
garnituru!   Posłuchaj,   Caitlin,   to   już   koniec   moich   ustępstw.   Albo   biorę   ślub 
w tym,   w czym  jestem,   albo   odwołujemy   wszystko!   Westchnęła,   wywracając 
wymownie oczy.
– Och, niech ci będzie, ale muszę przedtem iść na chwilę do domu.
– Tylko się pośpiesz, dobrze?
Martin poszedł za nią, zatrzaskując z hukiem drzwi wejściowe. Wziął Biblię ze 
stolika w korytarzu i wybiegł na podwórko.
Caitlin popędziła do swego pokoju, przejechała szczotką po włosach, poprawiła 
różowe   kokardy   w warkoczach,   zgarnęła   swoje   ulubione   lalki   i wybiegła 
z powrotem na podwórko.
Po chwili otworzyła uroczyście rozklekotane drzwi i powoli, jak to podpatrzyła 
na ślubie starszej kuzynki, weszła do fortu chłopców zbudowanego z klatek po 
owocach i kartonów.
Przystanąwszy w wąskim przejściu, rozejrzała się ciekawie dookoła. I czym tu 
się przechwalać! Z opowieści Martina wynikało, że jest to pałac o marmurowych 
posadzkach i kryształowych żyrandolach. Poczuła się odarta z iluzji. Gdyby nie 
korciło jej tak bardzo, by zobaczyć fort, nalegałaby, by wszystko odbyło się jak 
należy, w kościele.
Jej   brat   stał   dumnie   wyprostowany   na   odwróconej   dnem   do   góry   klatce   po 
jabłkach,   przyciskając   Biblię   do   piersi.   Minę   miał   obowiązkowo   poważną. 
Caitlin uśmiechnęła się z aprobatą. Przynajmniej on traktował całą sprawę serio.
– Nie możesz przynosić do fortu lalek – zawołał Joseph.

background image

– Z całą pewnością mogę. Barbie, Ken, Paula i Jane są naszymi dziećmi.
– Naszymi dziećmi?
– Oczywiście   nie   urodziły   się   jeszcze,   na   razie   są   tylko   aniołkami,   ale 
pomyślałam, że powinny być tutaj, byś mógł je zobaczyć. – Starannie usadziła 
lalki w rządku na drugiej klatce po jabłkach, za Martinem. Joseph ukrył twarz 
w dłoniach i przez chwilę zdawał się być bliski zmiany decyzji.
– Bierzemy ten ślub czy nie? – spytała.
– Dobrze już, dobrze. – Joseph westchnął ciężko i popchnął Caitlin do przodu, 
trochę zbyt szorstko, jak na jej gust.
Stanęli   we   dwoje   przed   Martinem,   który   otworzył   na   chybił   trafił   oprawną 
w skórę   Biblię,   a potem   obrzucił   wzrokiem   Caitlin   i swego   najlepszego 
przyjaciela.
– Czy ty, Josephie Jamesie Rockwell chcesz pojąć Caitlin Rosę Marshall za 
żonę?
– Za prawowitą małżonkę – poprawiła Cait. Pamiętała te słowa z widowiska 
telewizyjnego.
– Prawowitą małżonkę – powtórzył Martin niechętnie.
– Tak. – Caitlin zauważyła, że w głosie Josepha nie było entuzjazmu. – Chyba 
jest   tam   coś   o dostatku   i biedzie,   zdrowiu   i chorobie   –   dodał,   zerkając   na 
dziewczynkę, jak  gdyby  chciał  powiedzieć,  że  nie  jest  jedyną  osobą  znającą 
słowa przysięgi.
Martin skinął głową i mówił dalej:
– Czy ty, Caitlin Rose Marshall, bierzesz za męża Josepha Jamesa Rockwella 
i będziesz przy nim w zdrowiu i chorobie, w dostatku i biedzie?
– Poślubię wyłącznie mężczyznę, który jest zdrowy i bogaty.
– Nie możesz teraz stawiać warunków – oburzył się Joseph. – Wszystko już 
uzgodniliśmy.
– Po prostu powiedz „tak” – ponaglił ją Martin poirytowanym tonem. Caitlin 
podejrzewała, że tylko powaga sytuacji powstrzymała go od dodania: „ty zołzo”.
Nie była pewna, czy powinna na to przystać. W wieku ośmiu lat wiedziała już, 
że lubi ładne rzeczy i wyobrażała sobie, że po ślubie mąż zbuduje dla niej zamek 
na skraju lasu. Będzie ją ogromnie kochał i obsypywał prezentami – jedwabnymi 
wstążkami   do   włosów   i flakonikami   drogich   perfum.   Nakupi   ich   tyle,   że 
zabraknie dla nich miejsca na jej komódce.
– Caitlin – wycedził Martin przez zaciśnięte zęby.
– Tak – wymówiła uroczyście.

background image

– Oświadczam, że od tej chwili jesteście mężem i żoną – powiedział Martin, 
zatrzaskując Biblię. – Możesz pocałować pannę młodą.
Joseph odwrócił się przodem do Caitlin. Był od niej o kilkanaście centymetrów 
wyższy. Jego oczy miały ładny odcień błękitu, który przypominał poranne niebo 
po nocnej ulewie. Bardzo jej się podobały.
– Jesteś gotowa? – spytał.
Skinęła głową i zamknąwszy oczy, zacisnęła mocno wargi, skłaniając głowę na 
lewe   ramię.   W głębi   duszy   nie   miała   nic   przeciwko   temu,   żeby   Joseph   ją 
pocałował, choć nie przyznałaby się do tego za żadne skarby... cóż, damy nie 
poruszają takich tematów.
Minęło sporo czasu, zanim poczuła dotyk jego warg. A właściwie można by to 
nazwać pacnięciem. O Boże, pomyślała, tyle hałasu o nic.
– I  co?   –   spytał   Martin  przyjaciela.   Otworzywszy   oczy,  Caitlin   spostrzegła 
niezadowoloną minę Josepha.
– Wcale nie było tak, jak opowiadał Pete – burknął.
– To na pewno wina Caitlin. – Martin popatrzył na siostrę oskarżycielskim 
wzrokiem.
– A właśnie że nie moja, tylko Josepha! – Słowa chłopców zabrzmiały tak, 
jakby   celowo   ich   oszukała.   Jeśli   ktoś   tu   został   oszukany,   to   właśnie   Cait, 
ponieważ nie mogła powiedzieć Betsy McDonald, że była w ich forcie.
Przez dłuższą chwilę Joseph się nie odzywał. Następnie powoli wyjął z kieszeni 
koszuli nalepkę. Spojrzał na nią z czułością, po czym podał ją niechętnie Caitlin.
– Proszę – powiedział – jest twoja.
– Chyba   nie   masz   zamiaru   jej   oddać?   Zwłaszcza   że   Caitlin   tak   zawaliła 
sprawę!   –   wykrzyknął   Martin.   –   Pocałunek   nie   był   taki,   jak   mówił   Pete. 
Mówiłem ci przecież, że to nie dziewczyna, tylko zołza.
– Umowa jest umową – powiedział smutno Joseph.
– Możesz   zatrzymać   swoją   głupią   nalepkę!   –   Dumnie   podniósłszy   głowę, 
Caitlin pozbierała ze złością lalki i ruszyła w stronę wyjścia.
– Nie   powiesz   nikomu,   że   wpuściliśmy   cię   do   naszego   fortu,   prawda?   – 
krzyknął za nią Martin.
– Nie.   –   I tej   obietnicy   z pewnością   dotrzyma.   Żaden   z nich   jednak   nie 
wspomniał ani słowem, by nie rozgłaszała w szkole, że ona i Joseph Rockwell 
zostali mężem i żoną.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Po raz trzeci tego popołudnia Cait starła ze złością kurz z blatu swego biurka. 
Jeśli   ten   rozgardiasz   związany   z modernizacją   potrwa   dłużej,   drobinki   kurzu 
dostaną   się   do   jej   komputera   i zniszczą   tak   ważne   połączenie   z nowojorską 
giełdą.
– Musimy to stąd wynieść – usłyszała za sobą niski męski głos.
– Przepraszam   pana.   –   Caitlin   zerwała   się   nagle   i rzuciła   pędem   w stronę 
drzwi. Dość tego! Wszyscy ci mężczyźni w kaskach ochronnych spacerujący po 
biurze,   przesuwający   sprzęty,   sprawiali   wystarczająco   dużo   kłopotów.   Ale 
dotychczas   mogła   przynajmniej   zamknąć   drzwi   i odizolować   się   od   hałasu. 
A teraz nawet to będzie niemożliwe.
– Zamierzamy przeprowadzić tędy przewody elektryczne – wyjaśnił ten sam 
chropawy   głos.   Nie   widziała   warzy   mężczyzny,   ponieważ   stał   na   zewnątrz, 
u wejścia do jej pokoju, ale zdawało jej się, że jest barczysty. – Wszystko wróci 
do normy w ciągu tygodnia.
– Tygodnia! – Nie będzie mogła obsługiwać swoich klientów, jak ma pracować 
bez   biurka   i telefonu?   I gdzie   mają   zamiar   ją   upchnąć?   Z pewnością   nie 
w korytarzu! Nigdy się na to nie zgodzi.
– Przykro mi z tego powodu, Caitlin – powiedział Paul Jamison, wślizgując się 
do jej pokoju obok brygadzisty.
Na   widok   jego   zabójczego   uśmiechu,   wywietrzały   jej   z głowy   wszystkie 
argumenty.
– Nie   przejmuj   się   –   odrzekła.   Mogła   teraz   służyć   za   przykład   łagodności 
i tolerancji. – Takie rzeczy się zdarzają, gdy firma rozwija się tak dynamicznie 
jak nasza.
Spojrzawszy   na   siedzącą   w pokoju   po   przeciwnej   stronie   korytarza   swą 
najlepszą   przyjaciółkę,   wzruszyła   lekko   ramionami,   jak   gdyby   pytając:   „Czy 
Paul   wreszcie   mnie   kiedyś   zauważy?”   Lindy   uśmiechnęła   się   do   niej 
porozumiewawczo  i skinęła   głową,  by  podtrzymać  ją  na  duchu.   Ale  jakie  to 
miało znaczenie? Paul był świetnym menedżerem, powinna dziękować Bogu za 
możliwość   współpracy   z człowiekiem   tak   utalentowanym   i zarazem   pełnym 
pomysłów. Firma maklerska Webster, Rodale & Missen jest filią najprężniejszej 
firmy   w kraju.   Została   otwarta   niespełna   dwa   lata   temu,   a już   zdążyła   pobić 
wszelkie rekordy sprzedaży. Zdaniem Caitlin stało się tak dzięki menedżerskim 
umiejętnościom Paula.
Szczupły, ciemnowłosy i niezwykle przystojny Paul mógłby być przedmiotem 

background image

marzeń każdej kobiety. A zwłaszcza Cait. Wszystko jednak wskazywało na to, 
że   on   nie   widział   jej   w podobnie   romantycznym   świetle.   Traktował   ją   jak 
ważnego członka zespołu. Jedną z pracownic. Co najwyżej przyjaciela.
Cait   wiedziała,   że   zwykła   przyjaźń   często   przeradza   się   w romans   i miała 
nadzieję,   że   tak   się   stanie   w ich   przypadku.   Ustępując   bez   słowa   protestu 
stolarzom i elektrykom, miała nadzieję zdobyć kilka punktów u szefa.
– Gdzie przez ten czas będzie stało moje biurko? – spytała, uśmiechając się do 
niego   ciepło.   Z przyzwyczajenia   podniosła   rękę,   by   odgarnąć   zabłąkany   lok, 
zapominając, że niedawno obcięła włosy. Był to kolejny daremny wysiłek, by 
przyciągnąć jeśli  nie uczucia, to choćby  uwagę Paula. Jej  długie do ramion, 
kasztanowe włosy zostały ostrzyżone, poddane trwałej i teraz okalały jej twarz 
aureolą miękkich loków.
Wszyscy w biurze orzekli, że Cait, która przedtem nosiła starannie upięty kok, 
wygląda   szałowo.   Wszyscy,   z wyjątkiem   Paula.   Fryzjer   powiedział   jej,   że 
fryzura bardzo zmieniła jej wygląd – chłodną elegancję zastąpił pełen ciepła 
entuzjazm. A Cait bardzo chciała zasłużyć na taką właśnie opinię u Paula.
Niestety, on zdawał się nie zauważać żadnej różnicy. Przynajmniej dopóki Lindy 
nie skomentowała jej głośno w obecności roztargnionego szefa. Dopiero wtedy 
raczył przyznać, że owszem, coś się w niej zmieniło, ale nie był pewien co.
– Myślę, że moglibyśmy cię przenieść... – Paul zawahał się.
– Pański   gabinet   byłby   chyba   najodpowiedniejszym  miejscem   –   powiedział 
brygadzista.
Cait   omal   nie   rzuciła   mu   się   na   szyję.   Był   wysoki   mierzył   chyba   metr 
dziewięćdziesiąt   z okładem   i masywny   niczym   Mount   Rainier,   majestatyczny 
szczyt, który widziała z okna swego pokoju. Przyjrzała mu się po raz pierwszy 
i uderzyło ją w nim coś dziwnie znajomego. Przypuszczała, że jest brygadzistą, 
ale   nie   miała   pewności.   Kręcił  się   po   biurze   od   rana,  choć   bez   określonego 
rozkładu. Za każdym razem, gdy się pojawiał, praca zaczynała wrzeć jak w ulu.
– Ach... sądzę, że Cait rzeczywiście może przenieść się na razie do mnie – 
zgodził  się   Paul.  W swych   marzeniach   na  jawie  Cait   powróci  jeszcze   do  tej 
chwili, tyle że w jej wersji Paul spojrzy na nią zdziwiony i zachwycony, zbliży 
wargi do jej warg i...
– Proszę pani?
Cait otrząsnęła się z zadumy i odwróciła się do mężczyzny, który nieświadomie 
wyświadczył jej taką przysługę.
– Słucham?

background image

– Czy mogłaby pani pokazać nam dokładnie, dokąd mamy przenieść cały ten 
kram?
– Ależ   oczywiście.   –   Ten   jej   romantyzm   zawsze   wpędza   ją   w kłopoty. 
Wystarczy, że spojrzy na Paula, a głowę ma od razu pełną nadziei, fantazji, traci 
poczucie rzeczywistości...
Trzymając   oburącz   stertę   segregatorów,   podążyła   za   robotnikami,   którzy 
ustawili jej biurko w rogu przestronnego gabinetu Paula. Po chwili wniesiono jej 
komputer oraz telefon i w piętnaście minut później była już pogrążona w pracy.
Prowadziła właśnie rozmowę telefoniczną z jednym z najważniejszych klientów, 
gdy do gabinetu wszedł bez zapowiedzi tamten mężczyzna. W pierwszej chwili 
Caitlin   pomyślała,   że   szuka   Paula.   Brygadzista   –   czy   ktokolwiek   to   był   – 
zawahał się, po czym podniósłszy tabliczkę z jej nazwiskiem,  uśmiechnął się 
szeroko, jak gdyby odkrył coś bardzo zabawnego. Spróbowała zignorować jego 
obecność, przerzucając bezcelowo strony segregatora.
On jednak podszedł bliżej i rzucił tabliczkę na blat jej biurka. Gdy spiorunowała 
go wzrokiem, mrugnął do niej bezczelnie.
Cait wcale to nie rozśmieszyło. Jak ten... ten... dureń śmie z nią flirtować?!
Zmierzyła go wściekłym spojrzeniem, mając nadzieję, że będzie na tyle dobrze 
wychowany i rozsądny, by wyjść. Ależ skąd! Najwyraźniej uparł się, by zostać 
i działać jej na nerwy. Prowadziła więc dalej swą rozmowę i po zrobieniu kilku 
notatek, odłożyła słuchawkę.
– Życzy pan sobie czegoś? – spytała, patrząc mu w oczy. I znów dostrzegła 
w nich wyraźne rozbawienie. To nie miało sensu.
– Nie   –   odpowiedział,   szczerząc   zęby   w uśmiechu.   –   Przepraszam,   że   pani 
przeszkodziłem.
  Po raz drugi Cait uderzyło w nim coś znajomego. Odczekała kilka minut, po 
czym pobiegła do Lindy.
– Czy znasz przypadkiem jego nazwisko?
– Czyje nazwisko?
– Tego... faceta, który zmusił mnie do zwolnienia mojego pokoju, nie wiem, 
kim on jest. Myślałam, że brygadzistą, ale... – Zmarszczyła brwi, usiłując przy- 
pomnieć sobie, czy ktoś wspominał jego nazwisko.
– Nie mam zielonego pojęcia, jak się nazywa. – Lindy odsunęła się z krzesłem 
do tyłu, obracając w palcach ołówek. – Niczego sobie, nie uważasz?
– Wiesz, że dla mnie istnieje tylko jeden mężczyzna  –uśmiechnęła

 

się 

łagodnie Cait.

background image

– Czemu więc pytasz o jakiegoś budowlańca?
– Nie... nie wiem. Z jakiegoś powodu wydaje mi się znajomy, poza tym bez 
przerwy uśmiecha się do mnie, jak gdyby wiedział o czymś, o czym ja nie wiem. 
Nienawidzę, gdy mężczyźni zachowują się w ten sposób.
– Zapytaj więc kogoś z jego ekipy. Z pewnością powiedzą ci, jak się nazywa.
– Nie mogę tego zrobić.
– Dlaczego?
– Mógłby pomyśleć, że się nim interesuję.
– A  obie  wiemy,  że  to  absolutnie  niemożliwe – powiedziała Lindy z lekkim 
przekąsem.
– Właśnie. – Lindy i prawdopodobnie wszyscy inni koledzy biurowi znali jej 
uczucia   do   Paula.   Natomiast   sam   szef   zdawał   się   być   ich   całkowicie 
nieświadomy.   Pozostało   jej   tylko   czekać,   aż   Kupido   ulituje   się   i trafi 
niedomyślnego mężczyznę strzałą prosto w serce.
– Chcesz pójść teraz na lunch? – spytała Lindy. Cait skinęła głową. Zbliżała się 
druga, a ona nie miała nic w ustach od śniadania. Dzień maklera giełdowego na 
West Coast zaczynał się bladym świtem. Cait zwykle była w biurze już przed 
szóstą  i pracowała  bez wytchnienia do zamknięcia  giełdy, czyli do pierwszej 
trzydzieści czasu Seattle. Dopiero wówczas robiła przerwę na lunch.
Mniej więcej w połowie swej kanapki z indykiem, doszła do wniosku, że ponosi 
ją wyobraźnia. Facet pewnie przyszedł spytać o Paula, a potem zmienił zamiar. 
Przecież przeprosił, że przeszkadza jej w pracy.
Ale puścił do niej oko.

Nazajutrz pojawił się znowu. Z torbą na narzędzia i w kasku na głowie wydawał 
rozkazy niczym sierżant podczas musztry. Cait przyłapała się na tym, że gapi się 
na   niego   z niechętną   fascynacją.   Wiedziała   już,   że   jest   właścicielem   firmy 
budowlanej, nie była więc zaskoczona.
Przyjrzawszy mu się, stwierdziła ponownie, że jest bardzo atrakcyjny. Wcale nie 
z powodu wyjątkowej męskiej  urody, po prostu miał w sobie coś władczego, 
autorytet, prezencję, które zwracały uwagę, gdziekol- wiek się pojawił. Cait nie 
mogła zrozumieć, dlaczego wydawał jej się tak... znajomy?
Gdy   przyglądała   mu   się   następnego   dnia,   odwrócił   się   nagle,   śmiejąc   się 
z czegoś, co powiedział jeden z jego podwładnych. Doszła wtedy do wniosku, że 
to jego uśmiech intryguje ją najbardziej. Kiedy co jakiś czas rzucał spojrzenie 

background image

w jej stronę, Cait za każdym razem zdawało się, że jest bardzo bliska odkrycia, 
kogo jej przypomina.
– To  mnie  doprowadza  do szału  – przyznała się  swej przyjaciółce  podczas 
lunchu.
– Co mianowicie?
– Nie mogę go zlokalizować.
– Kiedy już wreszcie ci się uda, poznaj nas, dobrze? Chętnie poderwałabym 
takiego seksownego faceta.
A   więc   Lindy   też   zauważyła   jego   męską   zmysłowość.   Nic   dziwnego, 
zauważyłaby ją każda kobieta.
Po lunchu Cait wróciła do biura. Oczywiście znów się na niego natknęła, ale 
mimo wysiłków nie zdołała go rozszyfrować. Wreszcie, gdy się najmniej tego 
spodziewała, przeszedł obok niej i znów bezczelnie puścił do niej oko.
Zaczerwieniwszy się po uszy, Cait utkwiła wzrok w ekranie komputera.
– Ma na imię Joe – oznajmiła Lindy, wchodząc do pokoju w dziesięć minut 
później. – Słyszałam, jak ktoś się do niego tak zwracał.
– Joe – powtórzyła w zamyśleniu Cait. Nie przypominała sobie, by znała kogoś 
o tym imieniu.
– Coś ci to mówi?
– Nie – z żalem pokręciła głową. Gdyby kiedykolwiek przedtem spotkała tego 
mężczyznę,   musiałaby   zwrócić   nań   uwagę.   Nie   należał   do   facetów,   których 
kobiety łatwo zapominają.
– Spytaj go – molestowała ją Lindy. – To śmieszne, że tego do tej pory nie 
zrobiłaś.  Jeszcze  trochę,  a dostaniesz  fioła z tego powodu. A potem – dodała 
z irytującą   logiką   –   gdy   już   go   rozgryziesz,   będziesz   mogła   nas   przy   okazji 
poznać.
– Nie mogę po prostu podejść i zacząć go wypytywać – odparła Cait. Pomysł 
był kompletnie niedorzeczny. – Pomyśli, że chcę go poderwać.
– Zwariujesz, jeśli czegoś nie zrobisz.
– Masz   rację   –  westchnęła   Cait.   –  Nie   zasnę   dzisiaj,   jeśli   nie   wyjaśnię   tej 
sprawy.
Zostawiwszy   Lindy   siedzącą   jak   na   szpilkach   w pokoju,   podeszła   do   niego. 
Rozmawiał właśnie z jednym ze swoich pracowników. Skończywszy rozmowę, 
odwrócił się do niej ze swym leniwym uśmiechem.
– Dzień dobry – powiedziała lekko drżącym głosem. – Czy ja pana znam?
– Chcesz powiedzieć, że nie pamiętasz? – spytał ze zdumieniem i urazą.

background image

– Oczywiście. Choć przyznaję, że uderza mnie w panu coś znajomego.
– Mam   nadzieję.   Kilka   lat   temu   zdarzyło   się   między   nami   coś   bardzo 
szczególnego.
– Naprawdę? – Nigdy dotąd Cait nie była tak zmieszana.
– Hej, Joe, mamy tutaj mały problem! – zawołał jeden z mężczyzn. – Mógłbyś 
na to spojrzeć?
– Zaraz   idę   –   rzucił   przez   ramię.   –   Przepraszam,   będziemy   musieli 
porozmawiać później.
– Ale...
– Pozdrów ode mnie Martina – powiedział, wchodząc do jej dawnego pokoju.
Martin. Cait zupełnie nie przychodziło do głowy, co jej brat mógł mieć z tym 
wspólnego. Przebiegła w myśli listę przyjaciół z dzieciństwa – bez skutku.
I   nagle   ją   olśniło.   No   jasne!   Serce   zaczęło   jej   walić   jak   oszalałe,   w uszach 
słyszała łomot pulsu. Jak automat doszła do pokoju Lindy i osunąwszy się na 
krzesło obok biurka, zagapiła się przed siebie.
– No i co? – ponagliła ją Lindy. – Nie trzymaj mnie w niepewności.
– Hm, to trudno wyjaśnić.
– A więc przypomniałaś go sobie?
Cait pokiwała głową. Boże, jeszcze jak dokładnie!
– Co się stało, na miłość boską? Jesteś blada jak ściana!
Cait   gorączkowo   szukała   w myślach   wyjaśnienia,   które   nie   zabrzmiałoby... 
śmiesznie.
– No, powiedzże wreszcie – nalegała Lindy. – Nie siedź tak z idiotycznym 
uśmiechem, jakbyś miała za chwilę zemdleć.
– Trzeba się cofnąć o ładne kilka lat.
– No to się cofnij, do licha! Mów!
– Wiesz przecież z własnego doświadczenia, że dzieci lubią robić różne głupie 
rzeczy.
– Jeśli idzie o mnie, to się zgadzam – powiedziała spokojnie Lindy – ale ty 
jesteś   bez   zarzutu.   Od   początku   naszej   przyjaźni   nie   widziałam,   byś   zrobiła 
cokolwiek   bez   namysłu.   Ani   razu.   Zanim   przystąpisz   do   działania,   zawsze 
wszystko   dokładnie   rozważasz.   Nie   potrafię   sobie   wyobrazić,   że   mogłaś 
kiedykolwiek głupio postąpić.
– Raz mi się to zdarzyło – wyznała Cait – ale miałam wtedy zaledwie osiem 
lat.
– Cóż takiego mogłaś zrobić w wieku ośmiu lat?

background image

– Ja... ja wyszłam za mąż.
– Za mąż? – Lindy aż uniosła się z krzesła. – Żartujesz sobie!
– Chciałabym, żeby to był żart.
– Założę   się   o tygodniową   pensję,   że   twój   mąż   miał   na   imię   Joe.   –   Lindy 
uśmiechała się teraz szeroko.
Cait skinęła głową, próbując odwzajemnić uśmiech.
– Czym   ty   się   martwisz?   Na   miłość   boską,   dzieci   zawsze   się   bawią   w ten 
sposób! Przecież to nie ma najmniejszego znaczenia.
– Ale ja byłam naprawdę nieznośna. Joe i mój brat Martin bardzo się ze sobą 
przyjaźnili. Joe chciał koniecznie wiedzieć, co się czuje całując dziewczynę, a ja 
się uparłam, że najpierw musi się ze mną ożenić. Jakby jeszcze tego było mało, 
zmusiłam ich, by ceremonia zaślubin odbyła się w forcie, do którego wstęp mieli 
wyłącznie chłopcy.
– Widzę,   że   było   z ciebie   niezłe   ziółko,   zresztą   to   normalne   u większości 
ośmioletnich   dziewczynek   w kontaktach   z braćmi.   Dostał   to,   czego   chciał, 
prawda?
Cait odetchnęła głęboko i ponownie skinęła głową.
– I jak ci smakował pocałunek? – spytała Lindy dziwnie gardłowym głosem.
– Boże   drogi,   naprawdę   nie   pamiętam   –   odrzekła   krótko   Caitlin,   następnie 
dodała po chwili namysłu: – A właściwie, o ile sobie przypominam, nie było 
najgorzej, choć, rzecz jasna, oboje nie mieliśmy pojęcia, jak się to robi.
– Lindy, wciąż tu jesteś? – spytał Paul, wchodząc do pokoju. Skinął przelotnie 
głową  w stronę  Cait,   ale  odniosła   wrażenie,   że  ledwie  ją   zauważył.  W ciągu 
ostatnich kilku dni pojawiał się tu rzadko, jak gdyby celowo jej unikał. Było to 
jednak zbyt bolesne, by się nad tym głębiej zastanawiać.
– Właśnie   kończę   –   powiedziała   Lindy,   spoglądając   na   Cait   ze   zmieszaną 
miną. – Obie kończymy.
– Dobrze,   dobrze,   nie   chciałem   wam   przeszkodzić.   Zobaczymy   się   rano.   – 
I wyszedł.
Cait patrzyła za nim, nie umiejąc ukryć swych uczuć. Odczekała, aż znajdzie się 
poza zasięgiem jej głosu i westchnęła:
– Jest kompletnie ślepy. Co mam zrobić, walnąć go w głowę?
– Masz do tego wszystkiego złe podejście – ofuknęła ją Lindy. – Będziesz 
pracować z nim w jednym pokoju jeszcze przez pięć dni. Postaraj się, żeby cię 
zauważył.
– Naprawdę   się   starałam   –   szepnęła   Cait,   zniechęcona.   Wypróbowała   już 

background image

wszystkie sztuczki znane kobietom, niestety bez powodzenia.

Lindy wyszła z pracy przed nią. Cait włożyła do skórzanej teczki kilka ceduł 
giełdowych, żeby zapoznać się z nimi wieczorem. Lindy miała rację, mówiąc, że 
jest metodyczna i skrupulatna. Mogła być z tych cech dumna – dobrze służyły jej 
klientom.
Ku przerażeniu Cait, Joe dogonił ją i zaczepił.
– A   więc   –   powiedział   z uśmiechem,   doskonale   zdając   sobie   sprawę 
z obecności innych ludzi stłoczonych przy windzie. – Z kim się całowałaś przez 
te wszystkie lata?
Zarumieniła się jak piwonia. Czy koniecznie musi poniżać ją publicznie?
– Przemawia przeze mnie zazdrość.
– Bądź tak uprzejmy i przestań! – szepnęła z wściekłością, przeszywając go 
wzrokiem. Ścisnęła tak mocno uchwyt teczki, że aż palce ją zabolały.
– Przypomniałaś sobie?
Potaknęła niechętnie, wpatrując się w cyferki rozbłyskujące nad drzwiami windy 
i modląc się, by zjechała w rekordowym tempie, zamiast zatrzymywać się na 
każdym piętrze.
– Ogromnie się zmieniłaś na korzyść przez te lata.
– Dziękuję. – „Szybciej, szybciej!” – ponaglała w myślach windę.
– Nigdy  bym nie  uwierzył, że  mała   siostrzyczka  Martina wyrośnie  na  taką 
piękność.
– Dziękuję – powtórzyła niechętnie.
– Jak   się   miewają   nasze   dzieci?   Nie   pamiętam   ich   imion.   –   Gdy   nie 
odpowiedziała od razu, dodał: – Tylko nie mów mi, że zapomniałaś.
– Barbie i Ken – wyszeptała.
– Rzeczywiście. Teraz sobie przypominam.
Jeśli do tej pory Joe nie zwrócił na nich uwagi jej kolegów z pracy, to zrobił to 
teraz.   Cait   mogłaby   przysiąc,   że   nie   było   w windzie   osoby,   która   nie 
odwróciłaby się, by na nią popatrzeć.
– Jak długo zamierzasz mi dokuczać? – spytała ostro.
– To zależy – odrzekł Joe z uśmieszkiem, który mogła określić jedynie jako 
sadystyczny. Zacisnęła zęby. Może jego ta sytuacja bawiła, natomiast jej nie 
sprawiała   żadnej   przyjemności   perspektywa   stania   się   pośmiewiskiem   całego 
biura.

background image

Odetchnęła z ulgą, gdy winda się zatrzymała. Drzwi się rozsunęły i Cait szybko 
postąpiła   w ich   kierunku,   zdecydowana   uwolnić   się   od   towarzystwa   tego 
denerwującego faceta.
On jednak podążył za nią, stanęła więc z nim twarzą w twarz, sztywna jakby 
połknęła kij.
– Naprawdę musisz to robić? – syknęła ze złością, czując na sobie ciekawskie 
spojrzenia ludzi oczekujących na windę.
– Chyba   nie   –   wyszczerzył   zęby   w uśmiechu.   –   Chciałem   sprawdzić,   czy 
zdołam   cię   wyprowadzić   z równowagi.   Nigdy   mi   się   to   nie   udawało 
w dzieciństwie. Zawsze byłaś taka opanowana.
– Posłuchaj, nie lubiłeś mnie wtedy i nie widzę powodu...
– Nie lubiłem cię? – zaprotestował tak głośno, że jego słowa usłyszeli wszyscy 
wokół. – Przecież ożeniłem się z tobą.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
Cait miała wrażenie, że serce przestało jej bić. Zdała sobie sprawę, że zarówno 
ludzie w windzie, jak i na zewnątrz gapią się na nią z nie ukrywaną ciekawością. 
Drzwi   windy   omal   się   nie   zamknęły,   postąpiła   więc   szybko   krok   naprzód, 
wyciągając ręce, by je przytrzymać. Czuła się jak Samson pomiędzy dwiema 
marmurowymi kolumnami.
– To wcale nie jest tak – poczuła się w obowiązku wyjaśnić głośno. Rozejrzała 
się  błagalnie.   Wyglądało  na  to,  że  najlepszym wyjściem  będzie  powiedzenie 
prawdy.
– Na wypadek, gdyby ktoś wyciągnął fałszywe wnioski, chcę wyjaśnić, że ten 
pan   i ja   nie   jesteśmy   małżeństwem!   –   wykrzyknęła.   –   Dobry   Boże,   miałam 
zaledwie osiem lat!
Żadnej   reakcji.   Jak   gdyby   stała   się   niewidzialna.   Pokonana,   opuściła   ręce 
i cofnęła się do windy, uwalniając drzwi, które zamknęły się natychmiast.
Ignorując   ludzi,   którzy   w dalszym   ciągu   starannie   unikali   jej   wzroku,   Cait 
zacisnęła   pięści   i spojrzała   Joemu   prosto   w twarz.   Rysy   miała   ściągnięte 
gniewem.
– To było świństwo z twojej strony – wymówiła ochrypłym szeptem.
– Czemu? Przecież to prawda.
– Ośmieszasz się, twierdząc, że się pobraliśmy.
– Przykro mi, że traktujesz małżeństwo tak lekko.
– Ja... to nie było legalne. Nawet rozmowa na ten temat jest niedorzecznością. 
Nie mogę ponosić odpowiedzialności za coś, co zdarzyło się tak dawno.
– Odgrzewanie tej zabawy teraz jest... jest infantylne i nie mam zamiaru brać 
w tym udziału.
Gdy   winda   zatrzymała   się   wreszcie   na   parterze,   Cait   wystrzeliła   z niej   jak 
z procy. Usiłując zachować resztki godności, przepchnęła się przez tłum w holu 
w kierunku   drzwi   wyjściowych.   Choć   była   dopiero   czwarta   po   południu, 
zaczynało się już ściemniać, wysokie budynki biurowców rzucały długie ciemne 
cienie.
Dotarłszy do pierwszego skrzyżowania, odetchnęła z ulgą. Ani śladu Josepha 
Rockwella.   Zapaliło   się   czerwone   światło,   przystanęła   więc,   mimo   iż   inni 
przechodnie przebiegali przez jezdnię, wykorzystując mały ruch. Cait zawsze 
przestrzegała przepisów.
– Jak myślisz, co powie Paul, gdy się o tym dowie? – usłyszała za sobą głos 
Joego.

background image

Drgnęła,   zaskoczona,   i spojrzała   na   swego   dręczyciela.   Nie   zastanawiała   się 
dotąd nad reakcją Paula. W gardle jej zaschło, nie mogła wykrztusić ani słowa, 
w przeciwnym   razie   obsztorcowałaby   Joego   i kazałaby   mu   się   wynieść   do 
wszystkich   diabłów.   Zadał   jednak   pytanie,   którego   nie   mogła   zlekceważyć. 
A jeśli Paul usłyszał o jej dawnych stosunkach z Joem i pomyślał, że coś między 
nimi było?
– Jesteś w nim zakochana, prawda?
Skinęła bez słowa głową. Na samo  wspomnienie  o Paulu kolana się  pod nią 
uginały.   Był   jej   ideałem   mężczyzny.   Szalała   za   nim   od   miesięcy,   a teraz 
wszystko to miałoby być obrócone wniwecz przez denerwującą, bezsensowną 
zjawę z przeszłości.
– Kto   ci   o tym   powiedział?   –   warknęła,   Nie   wierzyła,   by   Lindy   mogła   ją 
zdradzić, ale przecież nie rozmawiała o tym z nikim poza nią.
– Nikt. Masz to wypisane na twarzy.
Cait wytrzeszczyła na niego oczy, zrobiło jej się słabo.
– Czy... czy sądzisz, że Paul o tym wie?
– Może – wzruszył ramionami Joe.
– Ale Lindy powiedziała...
Światło się zmieniło i Joe, ująwszy Cait pod ramię, przeprowadził ją przez ulicę.
– Co takiego powiedziała Lindy?
Spojrzała nań, omal się nie wygadawszy, gdy nagle uświadomiła sobie, że wdaje 
się w rozmowę ze swym wrogiem. To właśnie ten facet wprawił ją w zmieszanie 
i poniżył w obecności wszystkich pracowników biura.
– Nieważne.   A teraz,   wybacz...   –   odparła   i z pod-   niesioną   dumnie   głową 
ruszyła w dalszą drogę. Uczyniła zaledwie parę kroków,gdy   dobiegł   ją 
serdeczny śmiech Joego.
– Nie zmieniłaś się przez te dwadzieścia lat, Caitlin Marshall. Ani trochę.
Zacisnąwszy zęby, poszła dalej nie oglądając się.

– Czy myślisz, że Paul słyszał o tym? – spytała nazajutrz swą przyjaciółkę przy 
pierwszej nadarzającej się okazji. Nowojorska giełda była zamknięta tego dnia 
i Cait nie widziała Paula od rana. Wyglądało na to, że celowo jej unika.
– Skąd   mam   wiedzieć?   –   odrzekła   Lindy,   wprowadzając   jakieś   liczby   do 
swego   komputera.   –   Ale   plotka   o twoim   dziecinnym   małżeństwie   szerzy   się 
lotem błyskawicy. To dowcip dnia. Co wyście zrobili? Ogłosiliście je publicznie 
przed wyjściem z pracy?

background image

Była tak bliska prawdy, że Cait spuściła oczy ze zmieszaną miną.
– Nie pisnęłam ani słowa – zajęła pozycję obronną. – To wina Joego.
– Oznajmił   wszystkim,   że   wzięliście   ślub?   –   Kącik   ust   Lindy   drgał 
podejrzanie, jakby się miała za chwilę roześmiać.
– Niezupełnie. Zaczął mnie głośno wypytywać o nasze dzieci.
– To dzieci też były?
Cait z trudem opanowała przemożne pragnienie, by zamknąć oczy i policzyć do 
dziesięciu.
– Nie. Przyniosłam na tę uroczystość moje lalki. Posłuchaj, nie mam zamiaru 
wałkować   na   nowo   głupiego   incydentu,   który   miał   miejsce   tyle   lat   temu. 
Bardziej się obawiam, że Paul usłyszy o tym i wyciągnie fałszywe wnioski. Nic 
mnie nie łączy z Josephem Rockwellem. Prawdopodobnie Paul nie będzie się 
nad tym zastanawiał, ale nie chcę żadnych niedomówień, rozumiesz?
– Jeśli spędza ci to sen z powiek, porozmawiaj z nim – doradziła Lindy, nie 
odrywając wzroku od ekranu. – Najlepiej stawiać sprawy uczciwie, sama o tym 
wiesz.
– Tak, ale to może być odrobinę żenujące, nie uważasz?
– Paul będzie cię szanował za to, że powiedziałaś mu prawdę, nim dotarły doń 
plotki.   Szczerze   mówiąc,   Cait,   wydaje   mi   się,   że   robisz   z igły   widły.   Nie 
dopuściłaś się przecież przestępstwa.
– Wiem o tym.
– Paula z pewnością to ubawi tak samo, jak całą resztę. – Spojrzała na Cait, 
jakby szykowała się do odparcia kolejnych argumentów.
Cait   jednak   nie   zaprotestowała.   Myślała   intensywnie   nad   radą   przyjaciółki, 
skubiąc dolną wargę.
– Myślę, że masz rację. Paul powinien docenić, że sama mu wyjaśniłam całą 
sytuację, zamiast udawać, że nic się nie stało. – Pomyślała, że wyznanie mu 
prawdy może okazać się pomocne pod wieloma względami.
Jeśli Paul coś do niej czuje, o co się cały czas modliła, mógłby stać się odrobinę 
zazdrosny   o jej   stosunki   z Josephem   Rockwellem.   Ostatecznie   Joe   jest 
atrakcyjnym   mężczyzną.   Wysoki,   muskularny   i,   cóż,   trzeba   przyznać, 
przystojny.   Typ   męskiej   urody,   który   podoba   się   kobietom   –   nie   Cait, 
oczywiście, lecz innym kobietom. Czy nie wpadł natychmiast w oko Lindzie?
Pomysł szczerej rozmowy z szefem coraz bardziej jej się podobał. Jak to było 
w jej zwyczaju, idąc do gabinetu Paula, powtórzyła sobie w myśli, co chce mu 
powiedzieć, po czym spróbowała dodać sobie trochę animuszu.

background image

– Nie   pamiętam,   byś   miała   zwyczaj   mówienia   do   siebie.   –   Podskoczyła 
z przestrachu na dźwięk męskiego głosu. – Ale wiele mi umknęło przez te lata, 
prawda, Caitlin?
– Co ty tu robisz? – wykrzyknęła. – Czemu uparłeś się, by wszędzie za mną 
łazić?   Czy   nie   widzisz,   że   jestem   zajęta?   –   Był   ostatnią   osobą,   którą   miała 
ochotę w tej chwili widzieć.
– Nie gniewaj się. – Podniósł ręce w przepraszającym geście, któremu przeczył 
błysk w niebieskich oczach. – Co byś powiedziała na wspólny lunch?
Potrafił zaleźć człowiekowi za skórę. Byłaby idiotką, gdyby chciała mieć z nim 
cokolwiek do czynienia. Diabli wiedzą, na co by sobie pozwolił, gdyby go choć 
trochę   ośmieliła.  Prawdopodobnie  zamówiłby  reklamę   lotniczą,  by  obwieścić 
całemu miastu, że zawarli w dzieciństwie związek małżeński.
– Ustalenie terminu lunchu nie powinno ci chyba sprawiać takiej trudności – 
powiedział chłodno.
– Mówiłeś serio?
– Jasne że tak. Mamy do odrobienia wieloletnie zaległości.
– Jestem po południu z kimś umówiona... – Podała pierwszą wymówkę, jaka 
jej   przyszła   do   głowy.   Może   i banalną,   ale   za   to   bliską   prawdy.   Planowała 
bowiem zjedzenie lunchu z Lindy.
– No to wybierzmy się razem na kolację. Jestem ciekaw, co słychać u Martina.
– U Martina – powtórzyła, szukając w myśli innej wymówki. Nie miała dużego 
doświadczenia w takich sytuacjach. Owszem, umawiała się na randki, ale raczej 
rzadko.
– Słuchaj,   jasnooka,   nie   musisz   się   obawiać.   To   nie   jest   zaproszenie   na 
studencką potańcówkę, lecz przyjacielskie spotkanie. Absolutnie platoniczne.
– I nie wspomnisz o... naszym ślubie kelnerowi lub komukolwiek innemu?
– Przyrzekam.   –   By   udowodnić   czystość   swych   intencji,   polizał   czubek 
wskazującego   palca   i uczynił   nim   krzyż   na   sercu.   –   To   sekretna   przysięga 
Martina i moja. Jeśli któryś z nas ją złamał, drugi miał prawo wymyślić karę. 
Obaj zdawaliśmy sobie sprawę, że będzie to gorsze niż śmierć.
– Niepotrzebna   mi   złamana   przysięga,   Josephie   Rockwell,   by   poddać   cię 
torturom. W ciągu dwóch dni udało ci się zamienić moje życie w... – przerwała 
w pół   słowa,   zauważyła   bowiem   przechodzącego   Paula.   Spojrzał   na   nią 
i uśmiechnął się życzliwie.
– Cześć, Paul! – zawołała, unosząc lekko prawą rękę. Tego ranka wyglądał 
nadzwyczaj   przystojnie   w trzyczęściowym   ciemnoniebieskim   garniturze. 

background image

Kontrast   pomiędzy   nim   a Joem,   w zakurzonych   dżinsach,   ciężkich   butach 
z cholewami   i z torbą   pełną   narzędzi,   był   tak   uderzający,   że   Cait   nie   mogła 
oderwać wzroku od swego szefa. Gdyby to Paul zaprosił ją na kolację...
– Przepraszam – powiedziała uprzejmie, prześliz- gując się obok niego i idąc 
za   Paulem,   który   wszedł   do   gabinetu.   Odczuwała   palącą   potrzebę   rozmowy 
z nim. Układała sobie w głowie słowa wyjaśnień.
Joe   chwycił   ją  za   ramiona   i uniósł   lekko.   Cait   złapała   oddech  i wlepiła   weń 
przestraszone oczy.
– Kolacja – przypomniał jej.
Zamrugała, nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć.
– No dobrze – mruknęła z roztargnieniem i podała mu swój adres, chcąc jak 
najszybciej się go pozbyć.
– Świetnie. Przyjdę po ciebie o szóstej. – Puścił ją wreszcie i poszedł sobie.
Odczekała   jeszcze   chwilę,   by   się   pozbierać   wewnętrznie,   po   czym   stanęła 
w drzwiach gabinetu.
– Dzień dobry, Paul – powiedziała. – Czy znajdziesz chwilę czasu na rozmowę 
ze mną?
Rzucił na nią spojrzenie sponad sterty segregatorów i uśmiechnął się ciepło.
– Oczywiście,   Cait.   Usiądź   i czuj   się   swobodnie.   Weszła   do   gabinetu, 
zamykając za sobą drzwi.
– Masz jakiś problem? – spojrzał na nią.
– Niezupełnie. – Powoli usiadła w krześle naprzeciwko jego biurka. Teraz, gdy 
zechciał jej wysłuchać, nie wiedziała od czego zacząć. Wszystkie wyjaśnienia 
i dowcipne   powiedzonka,   które   sobie   przygotowała,   wyleciały   jej   z głowy.   – 
Oprocentowanie obligacji samorządowych jest ostatnio wyjątkowo wysokie – 
powiedziała nerwowo.
– Utrzymuje się na takim poziomie już od kilku miesięcy – potwierdził Paul.
– Mhm, wiem. Dlatego tak świetnie idą.
– Nie powiesz mi, że zamknęłaś drzwi po to, by rozmawiać o obligacjach – 
powiedział łagodnie Paul. – Jakie masz zmartwienie, Cait?
Roześmiała się z przymusem, zastanawiając się, jak mężczyzna może być tak 
bystry w jednych sprawach, a tak ślepy w innych. Gdybyż okazał jej odrobinę 
uczucia! Ale on tylko siedział naprzeciwko i czekał. Był dość serdeczny, nawet 
miły, i nic poza tym. Słaba nadzieja, by kiedykolwiek zaczęła go obchodzić.
– Chodzi o Josepha Rockwella.
– Przedsiębiorcę budowlanego, który dokonuje modernizacji?

background image

– Tak. Znałam go wiele lat temu, gdy byliśmy jeszcze dziećmi. – Spojrzała na 
Paula. Jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć. – Mieszkaliśmy po sąsiedzku. 
Joe   i mój   brat   Martin   bardzo   się   przyjaźnili.   Joe   przeprowadził   się   na 
przedmieście, gdy byli z Martinem w szóstej klasie i więcej o nim nie słyszałam, 
aż do dziś.
– Jaki ten świat jest mały, prawda? – zauważył Paul uprzejmie.
– Joe i Martin byli typowymi chłopakami, lubiącymi błaznować i płatać figle.
– Chłopcy zawsze pozostaną chłopcami – zauważył Paul bez entuzjazmu.
– Tak, wiem o tym. Pewnego razu – zmusiła się do uśmiechu – wciągnęli mnie 
w swoje wygłupy.
– Do czego cię namówili? Do obrabowania banku?
– Niezupełnie.   Joe,   wtedy   zawsze   mówiłam   do   niego   „Joseph”,   ponieważ 
doprowadzało go to do szewskiej pasji, oraz Martin mieli przyjaciela o imieniu 
Pete, który był o rok starszy i część wakacji spędził u swej ciotki w Peorii, tak, 
o ile pamiętam była to Peoria... Tak czy owak po powrocie przechwalał się, że 
całował   się   z dziewczyną.   Oczywiście   Martin   i Joe   strasznie   mu   zazdrościli, 
postanowili   więc,   że   jeden   z nich   powinien   wypróbować,   czy   całowanie 
dziewczyny rzeczywiście jest warte zachodu, tak jak opowiadał Pete.
– Założę się, że to właśnie ty miałaś być królikiem doświadczalnym.
– Zgadłeś!   –   Cait   ucieszyła   się,   że   Paul   nadąża   za   tym   pokrętnym 
tłumaczeniem.  – Mając  osiem lat uchodziłam za straszną...  zołzę.  – Umilkła 
w nadziei,   że   Paul   wtrąci   uwagę   typu:   „Ależ   to   absolutnie   niemożliwe!”, 
ponieważ   jednak   tego   nie   zrobił,   mówiła   dalej,   trochę   rozczarowana   jego 
powściągliwością.   –   Najwyraźniej   zasługiwałam   na   to   miano   bardziej   niż 
pamiętam. Uważałam, że całowanie się z chłopcami
nie przystoi grzecznym dziewczynkom,  jeśli nie jest uświęcone sakramentem 
małżeńskim.
– Pocałowałaś zatem Josepha Rockwella – powie- dział Paul z roztargnieniem.
– Tak, a co gorsza zmusiłam go, by się ze mną ożenił.
Paul uniósł wysoko brwi.
– Teraz,   po   blisko   dwudziestu   latach,   odgrywa   się   na   mnie,   rozpowiadając 
wszystkim dookoła, że jesteśmy małżeństwem. Doprawdy śmieszne!
Po jej oświadczeniu zapanowała przez chwilę nienaturalna cisza.
– Nie bardzo wiem, co powiedzieć – mruknął wreszcie Paul.
– Och,   nie   oczekuję   wcale,   byś   coś   powiedział.   Uważałam   po   prostu,   że 
powinnam wyjaśnić całą sprawę, to wszystko.

background image

– Rozumiem.
– Robi   to   tylko   dlatego...   cóż,   po   prostu   taki   jest   Joe.   Nawet   gdy   byliśmy 
dziećmi,   uwielbiał   takie   zabawy.   Nikt   nie   miał   mu   tego   za   złe,   a zwłaszcza 
dziewczęta,   ponieważ   potrafił   być   bardzo   miły...   Sądziłam,   że   powinieneś 
wiedzieć – dodała – gdyby przypadkiem dotarły do ciebie jakieś plotki. Nie 
chciałam, żebyś pomyślał, że coś mnie łączy z Joem.
Paul zamrugał oczami. Przerywając niezręczne milczenie, Cait zaczęła paplać 
dalej.
– Joe   musiał   rozpoznać   moje   nazwisko   na   tabliczce,   gdy   przenosił 
z pracownikami biurko do twojego gabinetu. Był zachwycony i rozbawiony tym, 
że go nie poznałam i narobił zamieszania, pytając mnie w obecności mnóstwa 
osób o nasze dzieci.
– Dzieci?
– Moje lalki – wyjaśniła szybko Cait.
– Joe Rockwell jest świetnym facetem, Cait. Podziwiam twój gust.
– Ale ja nie jestem zaangażowana! Mój Boże, nie widziałam go od prawie 
dwudziestu lat!
Rozumiem – powiedział wolno Paul. W jego głosie zabrzmiało... rozczarowanie. 
To   niemożliwe,   musiała   się   przesłyszeć.   Nie   ma   przecież   najmniejszego 
powodu, by czuł się rozczarowany. Była zbyt zdetonowana, by zastanawiać się 
w tej chwili nad fiaskiem swego planu. Paul okazywał się zawsze kompletnie 
ślepy, gdy w grę wchodziły jej uczucia. Co może jeszcze zrobić, by wreszcie 
zrozumiał?
– Po prostu chciałam cię zapewnić – zaczęła jeszcze raz z tej samej beczki – na 
wypadek,   gdyby   dotarły   do   ciebie   jakieś   plotki,   że   nic   mnie   nie   łączy 
z Josephem Rockwellem.
– Rozumiem   –   powtórzył.   –   Nie   przejmuj   się,   Cait.   Twoje   stosunki 
z Rockwellem nie będą miały wpływu na twoją pracę.
Wstała i skierowała się do wyjścia. Modliła się, by okazał choć cień zazdrości, 
cień zainteresowania. Nic. Spróbowała więc jeszcze raz.
– Zgodziłam się pójść z nim na kolację.
Paul zajął się z powrotem papierami, których czytanie mu przerwała.
– Przez wzgląd na dawne czasy – dodała. – Nie mam zamiaru spotykać się 
z nim na stałe.
– Baw się dobrze – uśmiechnął się Paul.
– Dziękuję. – Zamiast serca miała młyński kamień. Wyszła z gabinetu Paula, 

background image

nie zastanawiając  się, dokąd pójdzie i z kim będzie rozmawiać.  Przez chwilę 
zapomniała, że nie ma własnego pokoju. Tam, gdzie się kiedyś znajdował, pełno 
było zwojów kabla, drabin i mężczyzn. Na szczęście Joe musiał gdzieś wyjść.
Postanowiła porozmawiać z przyjaciółką. Lindy uniosła głowę i spojrzała na nią.
– No i co? – spytała. – Rozmawiałaś z Paulem? 
Cait skinęła głową.
– Jak ci poszło?
– Chyba  dobrze.   –  Przysiadła   na   brzegu   biurka  Lindy,  kołysząc   rytmicznie 
lewą   nogą   w takt   uderzeń   swego   zranionego   serca.   Powinna   była   dawno 
przyzwyczaić   się   do   rozczarowań,   jeśli   idzie   o Paula,   ale   każde   kolejne 
niepowodzenie odciskało świeże piętno na jej sponiewieranym „ja”. – Miałam 
nadzieję, że Paul będzie zazdrosny.
– A nie był?
– Chyba nie.
– To   niepodobne   do   Paula,   żeby   był   zazdrosny   o małżeństwo   zawarte 
w dzieciństwie dla kawału –stwierdziła rozsądnie Lindy.
– Wspomniałam też, że wybieram się z Joem na kolację – powiedziała Cait 
z markotną miną.
– A wybierasz się? Kiedy? – ożywiła się Lindy.– Dokąd?
Gdyby to Paul przejawił tyle zainteresowania!
– Dziś wieczorem. Nie mam pojęcia, dokąd.
– Pójdziesz, prawda?
– Chyba tak. Nie bardzo mam się jak wywinąć. Nie da mi spokoju, póki nie 
ustąpię.
– Posłuchaj, muszę jeszcze skończyć parę rzeczy- odrzekła

 

Lindy 

z roztargnionym uśmiechem. – Może poszłabyś do barku i zajęła dla nas stolik. 
Dołączę do ciebie za piętnaście minut.
– Oczywiście. Co zamówić dla ciebie?
– Na razie nie jestem jeszcze zdecydowana.
– W   porządku,   do   zobaczenia   za   kilka   minut.   Często   jadały   w barku   po 
przeciwnej stronie ulicy.
Jedzenie było smaczne, obsługa sprawna, a zwykle około trzeciej po południu 
Cait zaczynał doskwierać głód.
Była tak pogrążona w myślach, że nie zwróciła uwagi na przeszło półgodzinne 
spóźnienie przyjaciółki.
– Przepraszam – wysapała Lindy. Wyglądała na ogromnie wzburzoną i dziwnie 

background image

wstrząśniętą. – Nie przypuszczałam, że te drobiazgi zajmą mi tyle czasu. Musisz 
umierać z głodu. Mam nadzieję, że już coś zamówiłaś. – Zdjęła płaszcz i osunęła 
się na krzesło z czerwonym obiciem.
– Jeszcze nie – westchnęła Cait. – Tylko herbatę.
Wciąż była w raczej minorowym nastroju. Nie miała już wątpliwości, że Paul 
nie żywi w stosunku do niej żadnych romantycznych uczuć. Traciła tylko czas 
i energię.   Brakowało   jej   doświadczenia   w kontaktach   z płcią   przeciwną.   Od 
chwili ukończenia college’u jej sprawy sercowe wyglądały raczej marnie. Jeśli 
tak dalej pójdzie, trzydzieste urodziny powita w stanie wolnym – perspektywa 
zbyt   smutna,   by   się   nad   nią   zastanawiać.   Nie   rozmyślała   dotąd   specjalnie 
o małżeństwie i dzieciach, zawsze bowiem zakładała, że staną się nieodłączną 
częścią jej życia. Teraz przestała być tego pewna. Nawet jako dziecko widziała 
siebie   w marzeniach   jako   kobietę   pracującą,   lecz   otoczoną   rodziną.   Mimo 
zewnętrznej   otoczki   kobiety   robiącej   karierę   zawodową,   wewnątrz   pozostała 
tradycjonalistką, tęskniącą do założenia rodziny.
Musiała liczyć się z faktem, że nigdy nie wyjdzie za mąż, jeśli wciąż będzie 
kochać   mężczyznę,   który   nie   odwzajemnia   jej   uczuć.   Jęknęła   żałośnie 
i zobaczyła, że przyjaciółka przygląda jej się z zatroskaną miną.
– Pozwól, że coś zamówię – powiedziała szybko Lindy, sięgając po jadłospis. 
– Jestem strasznie głodna.
– Myślę, że zrezygnuję dziś z lunchu – mruknęła. Upiła łyk herbaty i skrzywiła 
się.   –   Niedługo   Joe   zabierze   mnie   na   kolację.   Szczerze   mówiąc,   nie   mam 
specjalnego apetytu.
– To wszystko moja wina, prawda? – spytała Lindy.
– Oczywiście że nie. Po prostu jestem realistką. – Rzeczywiście była realistką, 
ale nie w przypadku Paula. – Ale ty zamów coś dla siebie.
– Jesteś pewna, że nie masz nic przeciwko temu?
– Nie wygłupiaj się.
– Wobec tego wezmę sobie kanapkę z indykiem.
– Ja poproszę tylko o herbatę.
– Lecisz do Minnesoty na święta, czy zmieniłaś plany?
– Mmmhmm. – Cait kupiła bilet lotniczy kilka miesięcy temu. Martin wraz 
z rodziną mieszkał niedaleko Minneapolis. Po śmierci ojca matka Cait przeniosła 
się   do   Minnesoty   i zamieszkała   w pobliżu   Martina,   jego   żony   i ich   czworga 
dzieci.   Cait   starała   się   odwiedzać   ich   przynajmniej   raz   w roku.   Ostatnio 
zahaczyła   o Minnesotę   w sierpniu,   wracając   z podróży   służbowej.   Zwykle 

background image

spędzała u nich tydzień w okolicach świąt Bożego Narodzenia. Na giełdzie nie 
było wtedy ruchu. Skoro już podróżowała przez pół Stanów, chciała spędzić 
więcej czasu z rodziną.
– Którego   lecisz?   –   spytała   Lindy,   choć   Cait   była   pewna,   że   mówiła   jej 
kilkakrotnie.
– Dwudziestego   trzeciego.   –   Przez   ostatnie   pięć   lat   wyjeżdżała   w weekend 
poprzedzający   Gwiazdkę,   w tym   roku   jednak   Paul   wydawał   świąteczne 
przyjęcie, którego za skarby świata nie chciała opuścić.
Kelnerka przyjęła zamówienie od Lindy i przyniosła wrzątek na herbatę dla Cait. 
Gdy   tylko   odeszła,   Lindy   wygłosiła   długą   tyradę   na   temat,   jak   nienawidzi 
przedświątecznych zakupów i jaki tłok panuje na ulicach o tej porze roku. Cait 
patrzyła na nią zdezorientowana. Taka paplanina zupełnie nie była w stylu jej 
przyjaciółki.
– Lindy – przerwała jej – czy coś się stało?
– A co się miało stać?
– Nie wiem. Trajkoczesz jak nakręcona od dziesięciu minut.
– Naprawdę? – Zapadło nagłe niezręczne milczenie. Cait pomyślała, że teraz 
kolej na nią.
– Włożę chyba czerwoną aksamitną suknię – powiedziała.
– Na kolację z Joem?
– Nie – pokręciła głową. – Na przyjęcie świąteczne Paula.
Lindy westchnęła.
– A jak się ubierzesz dzisiaj?
Pytanie   zaskoczyło   Cait.   Nie   traktowała   spotkania   z Joem   jak   prawdziwej 
randki. Chciała po prostu pogadać o dawnych czasach. Nagle spojrzała na Lindy, 
marszcząc brwi, po czym zamknęła oczy.
– Martin jest pastorem Kościoła Metodystycznego – powiedziała cicho.
– Wiem – przypomniała jej Lindy. – Powiedziałaś mi o tym, gdy spotkałyśmy 
się po raz pierwszy. Kiedy to było? Trzy lata temu?
– W zeszłym miesiącu minęły cztery.
– Co ma do tego wszystkiego zajęcie Martina?
– Joseph Rockwell może się dowiedzieć – powiedziała szeptem Cait.
– Nie mam  zamiaru  go o tym informować  – zapewniła ją również szeptem 
Lindy.
– Muszę wymyślić memu bratu jakiś inny zawód...
– Może adwokat? – podsunęła Lindy. – Ale czemu nie możesz powiedzieć 

background image

Joemu o Martinie?
– Pomyśl tylko!
– Myślę, myślę i nic mi nie przychodzi do głowy. Wątpię, by Joemu robiło to 
jakąś różnicę.
Mógłby  to wykorzystać. Nie znasz  go tak jak ja. Dokuczałby  mi  przez cały 
wieczór, mówiąc, że małżeństwo jest ważne, ponieważ Martin, który udzielił 
nam ślubu, naprawdę jest pastorem – i tego rodzaju bzdury.
– Nie pomyślałam o tym.
Lindy sprawiała wrażenie, jak gdyby myślami błądziła gdzieś daleko. Cait nie 
pamiętała jej tak roztargnionej.   Gdyby  nie  znała jej   tak  dobrze, pomyślałaby, 
że chodzi o mężczyznę.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Za dziesięć szósta Cait w pośpiechu suszyła niesforne loki, żałując, że w ogóle 
obcięła włosy. Perspektywa kolacji cieszyła ją mniej więcej tak samo, jak wizyta 
u dentysty. Jedyne, czego pragnęła, to mieć  ją już za sobą,  wrócić do domu 
i z twarzą ukrytą w poduszce obmyślać sposób zwrócenia na siebie uwagi Paula.
Zmiana   fryzury   nie   odniosła   żadnego   skutku.   Praca   w nadgodzinach   też   nie 
wywarła   na   nim   spodziewanego   wrażenia.   Cait   zaczynała   myśleć,   że   nie 
dostrzegłby jej, nawet gdyby stanęła naga na biurku.
Weszła   do   swego   małego   saloniku   i wygładziła   na   szczupłych   biodrach 
włóczkowy  sweter robiony grubym ściegiem.  Nie ubrała się specjalnie  na tę 
okazję, choć sweter był nowy i drogi. Szare wełniane spodnie, niebieskoszary 
golf oraz srebrny naszyjnik w kształcie serca miały  pasować do stylu Joego. 
Spodziewała się, że przyjdzie po nią w kowbojskich butach i dżinsach, jeśli nie 
w kasku i z torbą na narzędzia.
O tak, Cait wyczuła go przy pierwszym spotkaniu. Joe Rockwell to typ twardego 
faceta.   Bez   wątpienia   prowadzi   ciężarówkę   o tak   grubych   oponach,   że   przy 
wsiadaniu   do   niej   musi   używać   składanej   drabinki.   Jest   szorstki,   gburowaty 
i lubi, by jego kobiety były potulne i uległe. W tym przypadku, rzecz jasna, nie 
ma powodu do zmartwienia.
Przyjechał   o czasie,   co   zaskoczyło   Cait.   Punktualność   nie   pasowała   do 
wizerunku   Josepha   Rockwella,   prostego     budowlańca,   jaki   stworzyła     sobie 
Cait.
Westchnęła i z wymuszonym uśmiechem podeszła wolno do drzwi.
Uśmiech zamarł jej na ustach. Joe stał przed nią, wysoki i czarujący, w ciemnym 
garniturze   w drobne   prążki   i szarym   jedwabnym   krawacie   w różowe   paski. 
Klasyczny przykład wyszukanej elegancji. Ten sam facet, który wcześniej nosił 
zakurzone ubranie robocze, zmienił się teraz nie do poznania. Oczywiście nie 
przypominał  Paula, ale był niezwykle przystojnym mężczyzną o nieodpartym 
wdzięku. Rzadko widziała, by ktoś się uśmiechał w taki sposób. Oczy błyszczały 
mu figlarnie, były pełne ciepła i życia. Nietrudno wyobrazić go sobie z małym 
chłopcem o takich samych oczach. Cait nie miała pojęcia, skąd nagle przyszła jej 
do głowy taka myśl, odpędziła ją więc szybko, zanim zdążyła zapuścić korzenie.
– Cześć – powiedział, błyskając uśmiechem.
– Witaj. – Nie mogła przestać mu się przyglądać.
– Mogę wejść?
– Och... jasne. Przepraszam. – Cofnęła się pośpiesznie, potykając się. Dała się 

background image

kompletnie zaskoczyć.
– Miałam się właśnie przebrać – powiedziała szybko.
– Wyglądasz świetnie.
– W tych starych ciuchach? – Udała, że się śmieje.
– Wybacz,   za   chwilę   będę   gotowa.   –   Nalała   mu   filiżankę   kawy,   po   czym 
uciekła   do   sypialni,   ściągając   sweter   przez   głowę   i zatrzaskując   nogą   drzwi. 
Jednym   susem   znalazła   się   przy   szafie,   zrzucając   po   drodze   pantofle. 
Przesunąwszy   zawieszone   w równym   rządku   spódnice   i żakiety,   wyjęła   je 
i rzuciła na łóżko. Wszystkie pasowały bardziej do biura niż na randkę.
Jedyną sukienką na specjalne okazje była tamta z czerwonego aksamitu, którą 
kupiła   na   przyjęcie   świąteczne   wydawane   przez   Paula.   Opanowała   jednak 
pokusę, by ją włożyć, zostawiając ją dla szefa, który zresztą prawdopodobnie 
i tak jej nie zauważy.
Zdecydowała się na spódnicę i różową bluzkę. Stroju dopełniły pantofelki na 
średnim obcasie i aksamitna marynarka. Odetchnęła głęboko i wróciła do salonu 
po równo trzech minutach.
– To   była   rzeczywiście   chwila   –   powiedział   z uznaniem   Joe,   stojący   przy 
kominku   z założonymi   do   tyłu   rękami   i przyglądający   się   umieszczonej   tam 
fotografii w ramce.
– Czy to rodzina Martina?
– Martin... czemu... tak, to Martin, jego żona i dzieci. – Miała nadzieję, że nie 
zauważył lekkiego drżenia w jej głosie.
– Czworo dzieci.
– Tak, Martin i Rebecca postanowili, że chcą mieć dużą rodzinę. – Bicie serca 
powoli się uspokajało, choć Cait wciąż odczuwała lekki zawrót głowy. W głębi 
duszy podejrzewała, że podziałał tak na nią nieodparty męski wdzięk Josepha.
Uświadomiła   sobie   ze   zdumieniem,   że   Joe   nie   zrobił   ani   też   nie   powiedział 
niczego, co mogłoby wprawić ją w zakłopotanie lub gniew. Spodziewała się, że 
tuż po wejściu zaserwuje całą serię uwag mających na celu wyprowadzenie jej 
z równowagi.
– Timmy ma dziesięć lat, Kurt osiem, Jenny sześć, a Clay cztery. – Wyliczyła 
dzieci kolejno na nie wskazując.
– Ładne dzieciaki.
– Prawda?
Cait   wręcz   rozpierała   duma.   Głównym   powodem   corocznych   podróży   do 
Minneapolis były dzieci Martina. Uwielbiały ją, a ona też miała bzika na ich 

background image

punkcie. Cóż to byłaby za Gwiazdka bez Jenny i Claya, wtulonych w nią, gdy 
tymczasem jej brat czytał im historię narodzenia Chrystusa. Bez śpiewania kolęd 
przy   akompaniamencie   gitary   Martina,   przed   kominkiem,   w którym   wesoło 
trzaskał   ogień.   Bez   wieszania   prażonej   kukurydzy   i żurawin   na   przeszło 
dwumetrowej   choince  zdobiącej   zawsze   salon.  Bez  pilnowania  całej   czwórki 
w kuchni podczas dekorowania ciasta. Caitlin Marshall mogła być oddanym bez 
reszty pracy maklerem giełdowym z imponującą klientelą, ale gdy przyjeżdżała 
do domu Martina, była ciocią Cait.
– Nie umiem wyobrazić sobie Martina z dziećmi – powiedział Joe, odstawiając 
ostrożnie fotografię na miejsce.
– Spotkał Rebeccę na pierwszym roku college’u i oboje wpadli na amen.
– A ty? – spytał, odwracając się do niej nagle.
– Co ja?
– Dlaczego nie wyszłaś za mąż?
– Hm... – Cait nie bardzo wiedziała, co mu odpowiedzieć. Dla ciekawskich 
miała na podorędziu gładką wymówkę, intuicyjnie wiedziała jednak, że Joe jej 
nie zaakceptuje. – Nigdy tak naprawdę się nie zakochałam.
– A Paul?
– Zanim   poznałam   Paula   –   sprostowała,   sama   zaskoczona,   że   zapomniała 
o silnych uczuciach, które żywi dla swego szefa. Tak bardzo starała się   być 
uczciwa,  że przeoczyła  rzecz  oczywistą.
– Jestem   bardzo   zakochana   w Paulu   –   dodała   wyzywająco,   żeby   uniknąć 
jakichkolwiek nieporozumień.
– Nie musisz mnie przekonywać, Caitlin.
– Wcale nie próbuję cię o niczym przekonać. Jestem w nim zakochana prawie 
od roku. Kiedy zrozumie, że również mnie kocha, pobierzemy się.
Joe skrzywił się i najwyraźniej miał zamiar posprzeczać się z nią na ten temat. 
Uprzedzając go, popatrzyła wymownie na zegarek.
– Czy nie powinniśmy już wyjść?
– Tak,   myślę,   że   powinniśmy   –   odrzekł   Joe   łagodnie   po   dłuższej   chwili 
milczenia.
Cait poszła po płaszcz do szafy w przedpokoju, świadoma, że Joe ją obserwuje. 
Odwróciła się doń z uśmiechem, który zniknął z jej twarzy, gdy spotkały się ich 
oczy. Jego spojrzenie było niepokojące – dziwnie pieszczotliwe i intymne.
Pomógł jej włożyć płaszcz i poszli razem na parking, gdzie zostawił samochód. 
I tu   czekała   ją   kolejna   niespodzianka.   Nie   jeździł   ciężarówką,   lecz   czarnym 

background image

kabrioletem z końca lat sześćdziesiątych w doskonałym stanie.
Restauracja   należała   do   najelegantszych   w Seattle.   Znana   była   z wybornych 
potraw ze skorupiaków i ryb morskich.  Cait zamówiła  łososia z rusztu, a Joe 
krewetki.
– Czy pamiętasz, jak postanowiliśmy otworzyć z Martinem własny interes? – 
spytał Joe, gdy sączyli wino. Cait rzeczywiście pamiętała to lato.
– Kiosk z lemoniadą. Mogliście wykazać większą pomysłowość.
– Może... ale wiodło nam się całkiem nieźle, dopóki nieznośna ośmioletnia 
dziewczynka nie popsuła wszystkiego.
Cait nie miała zamiaru pozostawić tego stwierdzenia bez komentarza.
– Używaliście spleśniałych cytryn, a dla zabicia smaku dodawaliście zbyt dużo 
cukru.   Poza   tym   kilkakrotne   używanie   papierowych   kubeczków   jest 
niehigieniczne.
Joe roześmiał się na głos.
– Powinienem był wtedy wiedzieć, że będą z tobą same kłopoty.
– A ja uważam, że sami byliście winni wszystkim kłopotom. Nie chcieliście 
mnie słuchać. Musiałam coś zrobić, zanim kogoś struliście tymi cytrynami.
– I dlatego wywiesiłaś ogłoszenie: „Porozmawiajcie ze mną, zanim kupicie tę 
lemoniadę”? Przyznasz, że to było małe świństwo.
– Nawet jeśli tak, to tylko napędziło wam klientów – powiedziała sucho Cait, 
wspominając, jak jej plan spalił na panewce. – Wszyscy chłopcy z sąsiedztwa 
chcieli spróbować, jak smakuje skażona lemoniada.
– Byłaś cholernie nieznośna, Cait, przyznaj z ręką na sercu. — Uśmiechnął się 
szelmowsko.
– Właśnie że nie! To raczej wyście byli...
– „Obrzydliwi” – tak zwykłaś z upodobaniem nazywać mnie i Martina.
– Robiliście   wszystko,   co   w waszej   mocy,   by   zasłużyć   na   ten   epitet   – 
powiedziała,   próbując   powstrzymać   uśmiech.   Sięgnęła   po   kromkę   chleba 
i zatopiła w niej zęby, by ukryć rozbawienie. Zawsze sprawiało jej przyjemność 
droczenie   się   z Martinem   i Joem,   choć   nigdy   by   się   do   tego   nie   przyznała, 
zwłaszcza w wieku ośmiu lat.
– Pikietowanie   kiosku   z lemoniadą   nie   było   twoim   najpaskudniejszym 
podstępem – zauważył złośliwie Joe.
Cait omal się nie udławiła. Powinna być na to przygotowana. Skoro pamiętał 
całą historię z lemoniadą, to tym bardziej nie mógł zapomnieć, co się stało, gdy 
Betsy McDonald dowiedziała się o incydencie z pocałunkiem.

background image

– To nie był podstęp – zaprotestowała.
– Niemniej   opowiedziałaś   wszystkim   w szkole,   że   cię   pocałowałem,   choć 
obiecałaś dyskrecję.
– Cała sprawa wyglądała nieco inaczej. Przypomnij sobie dobrze, kazaliście mi 
przyrzec, że nie opowiem nikomu o bytności w waszym forcie. Nie wspominali 
cie nic o pocałunku.
Joe zmarszczył brwi, jakby chciał pobudzić swą pamięć.
– Jak możesz pamiętać takie szczegóły? Przecież to się zdarzyło tyle lat temu.
– Pamiętam   wszystko   –   powiedziała   uroczyście,   co   było   grubą   przesadą, 
zważywszy,   że   nie   poznała   Joego.   Ale   w tym   przypadku   miała   absolutną 
pewność.
– Chodziło   wam   przede   wszystkim,   żebym   nie   zdradziła   tajemnicy   fortu. 
O pocałunku nie było mowy.
– Ale czemu musiałaś powiedzieć właśnie Betsy? Robiła do mnie słodkie oczy 
od  wielu  tygodni.  Gdy   się   dowiedziała,  że  pocałowałem  ciebie  zamiast   niej, 
wpadła w furię.
– Betsy cieszyła się ogromną popularnością w całej szkole. Zwierzyłam się jej, 
bo chciałam się z nią zaprzyjaźnić.
– I sprzedałaś mnie.
– Czy wobec tego przyjmiesz moje przeprosiny?
Pewna,  że znów się z nią przekomarza,  Cait uśmiechnęła się doń czarująco.
– Chyba  tak   –   odwzajemnił   uśmiech   Joe,   a błękit  jego   oczu   nabrał   jeszcze 
większej głębi. Cait z trudem oderwała od nich spojrzenie.
– Jeśli   Betsy   tak   cię   lubiła   –   spytała,   wygładzając   serwetkę   na   kolanach   – 
czemu nie pocałowałeś właśnie jej? Pewnie by ci pozwoliła. Nie musiałbyś jej 
przekupywać nalepkami z gumy do żucia.
– Żartujesz   sobie!   Gdybym   pocałował   Betsy   McDonald,   to   równie   dobrze 
mógłbym podpisać cyrograf na moją duszę – odparł kpiącym tonem Joe.
– Mężczyźni nawet jako mali chłopcy boją się zobowiązań.
Joe udał, że nie słyszy jej komentarza.
– Wcale nie masz takiej dobrej pamięci, jak myślisz- czuła  się  w  obowiązku 
uświadomić  mu.  Nie podejrzewała, że może tak dobrze się bawić.
I tym razem Joe nie zwrócił uwagi na jej słowa.
– Pamiętam, jak Martin się uskarżał, że sadzasz  swoje lalki w szeregu i bawisz 
się   w szkołę.   Raz   nawet   zmusiłaś   go,   by   wystąpił   gościnnie   w charakterze 
wykładowcy. Jakim cudem ci się to udało?

background image

– Znalazłam   parę   brudnych   dżinsów   wepchniętych   pod   kanapę   z czymś 
zdechłym w kieszeni. Mama sprałaby go na kwaśne jabłko, gdyby je znalazła, 
tak więc Martin stał się moim dłużnikiem.
– Poczciwy   stary   Martin   –   pokiwał   głową   Joe.   –   Był   równie   przejęty   tą 
uroczystością, jak ty. Udzielenie nam ślubu stało się punktem zwrotnym w jego 
życiu. Od tej chwili nosił wciąż ze sobą Biblię, tak jak inne dzieciaki procę. 
Byłem niemal pewny, że zostanie misjonarzem.
– Martin? – zaśmiała się nerwowo. – Nigdy w życiu. Za bardzo lubi wygody. 
Nie jeździł nawet pod namiot.
Joe przyglądał jej się równie badawczo, jak ona jemu.
– Zaskakujesz mnie – oznajmił nagle.
– Czemu? Czy cię rozczarowałam?
– Ależ nie. Po prostu zawsze myślałem,  że gdy dorośniesz,  będziesz  miała 
gromadkę   dzieci.   Ciągałaś   wszędzie   ze   sobą   swoje   lalki.   Uciszałaś   mnie 
i Martina, żebyśmy nie zakłócili ich snu. Nie mogliśmy się bawić na podwórku, 
ponieważ   właśnie   wydawałaś   dla   nich   herbatkę.   To   było   aż   nadto,   by 
doprowadzić   dziesięcioletnich   chłopców   do   szaleństwa.   Ale   gdy   tylko 
ośmieliliśmy   się   poskarżyć,   spoglądałaś   na   nas   pogodnie   i z najsłodszym 
uśmiechem mówiłaś, że powinniśmy być cierpliwi, ponieważ to wszystko dla 
dobra dzieci.
– Okropnie   się   przejmowałam   sprawami   macierzyństwa,   prawda?   –   Słowa 
Joego poruszyły przykre wspomnienia. Naprawdę bardzo kochała dzieci. Sama 
nie wiedziała, jak to się stało, że minęły lata i puściła w niepamięć marzenia. 
Teraz nie lubiła za dużo myśleć o mężu i rodzinie – o życiu, które ją ominęło.
– Powinnam była się domyślić, że skończysz w budownictwie – powiedziała, 
zmieniając temat.
– Dlaczego?
– Czy to nie ty zbudowałeś Fort?
– Martin mi pomagał.
– Jasne,  schodząc  ci z drogi – uśmiechnęła  się. – Znam mojego  brata.  Jest 
ósmym cudem świata, jeśli idzie o stosunki z ludźmi, za to nie można mu dać 
młotka do ręki.
Kolacja była po prostu pyszna, ale trzeba przyznać, że dotąd Cait bawiła się tak 
świetnie, że smakowałby jej nawet talerz suchych grzanek. Potem zamówili dwie 
filiżanki   kawy   capuccino   i siedzieli   rozmawiając   i śmiejąc   się,   a czas   mijał 
niepostrzeżenie. Cait nie pamiętała, kiedy ostatnio śmiała się tak serdecznie.

background image

Gdy wreszcie zerknęła przypadkiem na zegarek, stwierdziła ze zdumieniem, że 
jest już dobrze po dziesiątej.
– Nie miałam pojęcia, że jest tak późno! – wykrzyknęła. – Powinnam dawno 
być w domu. – Wstawała zwykle przed piątą.
Joe   zajął   się   rachunkiem   i podał   jej   płaszcz.   Grudniowa   noc   była   pogodna 
i mroźna, na niebie mrugały jasne gwiazdy.
– Zimno ci? – spytał, gdy czekali na podstawienie samochodu.
– Nie,  ani   trochę.  –  Mimo   to  otoczył  ją  ramieniem,   przyciągając  do  siebie 
bliżej.
Cait nie zaprotestowała. Bliskość tego mężczyzny odczuwała jako rzecz zupełnie 
naturalną.
Wsiedli do samochodu i dojechali w milczeniu pod dom Cait. Gdy zatrzymali się 
na   parkingu,   przemknęła   jej   przez   głowę   myśl,   by   go   zaprosić   na   kawę, 
zrezygnowała jednak. Wypili już dzisiaj mnóstwo kawy, poza tym oboje szli 
rano do pracy. Szalę przeważyła obawa,  by  Joe nie  wyciągnął z zaproszenia 
fałszywych wniosków. Był starym przyjacielem i nie poza tym. I chciała, by tak 
pozostało.
Odwróciła się do niego z miłym uśmiechem.
– Świetnie się bawiłam. Dziękuję ci bardzo.
– Cieszę się, Cait. Musimy to powtórzyć.
Cait za zdumieniem uświadomiła sobie, że bardzo ją nęci perspektywa spędzenia 
następnego wieczora z Josephem Rockwellem. Nie doceniła go.
– Jest   jeszcze   coś,   co   chciałbym   ponownie   wypróbować   –   powiedział 
z szatańskim błyskiem w oczach.
– Ponownie wypróbować?
Objął ją i przez chwilę spoglądali na siebie z zapartym tchem.
– Nie wiem, co prawda, czy mam szansę bez przekupienia cię nalepkami.
– Chcesz mnie pocałować? – przełknęła ślinę Cait. 
Skinął głową, oczy mu nagle pociemniały.
– Przez   wzgląd   na   dawne   czasy.   –   Pogładził   pieszczotliwie   jej   kark, 
przesuwając delikatnie kciuk ku zagłębieniu szyi.
– No   dobrze.   Przez   wzgląd   na   dawne   czasy.   –   Nie   spodziewała   się   takiej 
reakcji serca na myśl... o pocałunku z Joem.
Jego usta były coraz bliżej, czuła ciepły oddech muskający jej skórę.
– Tylko   pamiętaj   –   szepnęła,   gdy   niemal   już   dotykał   wargami   jej   warg. 
Schwyciła go za klapy marynarki. – Dawne czasy...

background image

– Będę pamiętał – powiedział, zamykając jej usta pocałunkiem.
Westchnąwszy,   powoli   oplotła   ramionami   szyję   Joego.   Pocałunek   był   długi 
i namiętny. Gdy się skończył, Cait wciąż trzymała się kurczowo jego marynarki.
Joe zanurzył palce w jej krótkich miękkich lokach, powodując żywsze krążenie 
krwi w żyłach. Czuła, jak ogarnia ją gwałtowne podniecenie, eksplozja ciepła, 
niepodobna do żadnego ze znajomych doznań.
Pocałował ją drugi raz...
– Tylko pamiętaj... – powtórzyła, gdy oderwał usta od jej warg i sunął nimi po 
łagodnym łuku jej szyi.
Joe kilkakrotnie wciągnął głęboko powietrze, próbując uspokoić oddech, zanim 
spytał ją rwącym się głosem:
– O czym mam pamiętać?
– Och, proszę, pamiętaj...
Uniósł głowę, wspierając lekko dłonie na ramionach Cait, z twarzą tuż przy jej 
twarzy.
– Co jest tak ważnego, że nie wolno mi o tym zapomnieć?
To   nie   o Joego   chodziło,   lecz   o samą   Cait.   Nie   zdawała   sobie   sprawy,   że 
wypowiedziała te słowa na głos. Zmieszana, zamrugała oczami, wlepiając wzrok 
we własne dłonie, byle tylko nie spojrzeć na niego.
– Och... że jestem zakochana w Paulu. 
Zapadło kłopotliwe milczenie.
– W porządku – odezwał się po chwili Joe. – Jesteś  zakochana w Paulu. – 
Wypuścił ją z objęć.
Cait zawahała się, speszona.
– Jeszcze raz dziękuję za wspaniałą kolację. – Ujęła klamkę, pragnąc uciec, 
gdzie pieprz rośnie.
– W każdej chwili do usług – powiedział nonszalancko, zaciskając dłonie na 
kierownicy.
– Do zobaczenia wkrótce.
– Wkrótce – powtórzył. Wyskoczyła z samochodu, pozbawiając Joego szansy 
otwarcia   drzwi   po   jej   stronie.   Wiedziała,   że   czeka   w samochodzie,   aż   ona 
wejdzie   na   klatkę   schodową.   Wbiegła   na   podest   i otworzywszy   drzwi   od 
mieszkania, zapaliła światło, dając mu znak że dotarła bezpiecznie do domu.
Następnie powoli zdjęła płaszcz i schowała go starannie do szafy. Gdy wyjrzała 
przez okno, Joego już nie było.
Lindy pracowała już przy swym biurku, gdy Cait zjawiła się w pracy nazajutrz 

background image

rano. Uśmiechnęła się do niej, przechodząc, ale nie zatrzymała się na ploteczki.
Czuła   na   plecach   wzrok   Lindy   i wiedziała,   że   przyjaciółka   jest   ogromnie 
rozczarowana.   Na   razie   jednak   nie   była   gotowa   do   rozmowy   o kolacji 
z Josephem Rockwellem, obawiała się bowiem, że nie zdoła uniknąć wzmianki 
o pocałunku. A chciała jej uniknąć za wszelką cenę. Oczywiście, nie uda jej się 
zwodzić   przyjaciółki   w nieskończoność,   ale   wolała   odłożyć   rozmowę 
przynajmniej do końca dnia.
Była   kompletną   idiotką,   pozwalając   Joemu   na   pocałunek!   Wtedy   jednak 
wydawało się to całkiem naturalnym zakończeniem czarującego wieczoru.
Fakt, że pozwoliła mu na to bez cienia protestu, wprawiał ją w zakłopotanie. 
Gdyby Paul się o tym dowiedział, mógłby pomyśleć, że naprawdę Joe coś dla 
niej znaczy. A to przecież oczywista bzdura.
Rankiem   w biurze   panowała   istna   gorączka.   Kątem   oka   Cait   zanotowała 
pojawienie   się   Joego.   Rozmawiając   z ważnym   klientem,   obserwowała 
równocześnie,  jak  Joe  podchodzi  do potężnego  brygadzisty,  wyjmuje  projekt 
z długiej wąskiej tuby, rozwija go i pochylają się nad nim wraz z dwoma innymi 
mężczyznami.   Nad   czymś   chwilę   dyskutowali,   następnie   brygadzista   skinął 
głową i Joe wyszedł, nie spoglądając nawet w stronę Cait.
Poczuła się dotknięta. Mógł przynajmniej jej pomachać na przywitanie. Skoro 
jednak chce ją ignorować, to proszę bardzo. Odpłaci mu pięknym za nadobne.
Gdy wreszcie giełdę zamknięto i gorączka opadła, Lindy natychmiast odszukała 
Cait.
– Jak tam twoja wczorajsza randka?
– Bawiłam się wspaniale.
– Dokąd cię zabrał? Do baru z grillem, tak jak myślałaś?
– Szczerze   mówiąc,   nie.   –   Odchrząknęła,   by   pokryć   zmieszanie,   wywołane 
myślą, że mogła w ogóle coś takiego sugerować. – Zabrał mnie do „Henry’s”. – 
Wymówiła   te   słowa   trochę   zbyt   głośno,   zauważyła   bowiem,   że   do   gabinetu 
wchodzi Paul. Niestety, więcej uwagi poświęciłby zapewne świeżej farbie na 
ścianach.
– Do   „Henry’s”?   –   zawtórowała   jej   Lindy.   –   Naprawdę?   To   jedna 
z najlepszych restauracji w mieście! Musiało go to kosztować fortunę.
– Nie mam pojęcia. W mojej karcie nie były podane ceny.
– Żartujesz. Nikt mnie dotąd nie zaprosił do tak eleganckiej restauracji. Co 
zamówiłaś?
– Łososia z rusztu. – Przyglądała się wciąż Paulowi, wypatrując jakiejś oznaki 

background image

świadczącej o tym, że słucha ich rozmowy. Siedział przy swoim biurku, czytając 
artykuł, który Cait poleciła mu wcześniej.
– I był świetny? – pytała dalej Lindy.
Minęło parę chwil, zanim Cait zorientowała się, że Lindy chodzi o łososia.
– Wyborny! Od lat nie jadłam tak pysznej ryby.
– Co robiliście potem?
Cait spojrzała na przyjaciółkę.
– Skąd   przypuszczenie,   że   cokolwiek   robiliśmy?   Jedliśmy   kolację, 
rozmawialiśmy, a potem odwiózł mnie do domu. Nic się więcej nie zdarzyło. 
Rozumiesz? Nic.
– Skoro tak twierdzisz – powiedziała Lindy, przyglądając jej się podejrzliwie. 
– Czemu więc przyjmujesz pozycję obronną?
– Po prostu chcę, by wreszcie do ciebie dotarło, że Joe Rockwell to po prostu 
mój stary przyjaciel i nic poza tym.
Paul podniósł wzrok sponad artykułu i przeniósł go najpierw na Lindy, a dopiero 
po dłuższej chwili na Cait.
– Cześć,   Paul   –   pozdrowiła   go   wesoło   Cait.   –   Czy   ci   przypadkiem   nie 
przeszkadzamy? Może wyjdziemy na korytarz?
– Ależ   nie,   skądże.   Plotkujcie   sobie.   –   Spojrzał   nad   ich   głowami   w stronę 
drzwi i wstał. – Cześć, Rockwell.
– Czy   przerwałem   wam   zebranie?   –   spytał   Joe,   wchodząc   do   środka.   Był 
ubrany w swój nieodłączny kask i przybrudzone dżinsy, torba z narzędziami też 
znajdowała się na miejscu. Mimo to Cait bez trudu rozpoznała w nim towarzysza 
wczorajszej wytwornej kolacji.
– Nie, nie – odrzekł Paul – po prostu sobie gawędzimy. Wejdź, proszę. Jakieś 
problemy?
– Nic ważnego. Chciałbym tylko, byś rzucił na coś okiem w drugim pokoju.
– Zaraz tam przyjdę.
Joe uśmiechnął się chłodno do Cait.
– Witaj.
– Cześć,   Joe.   –   Serce   waliło   jej   jak   młotem.   Śmieszne,   to   na   pewno   ze 
zmieszania,   przekonywała   samą   siebie.   Joe   jest   przyjacielem   z dawnych   lat, 
chłopcem z sąsiedztwa. To, że dała mu się pocałować, wcale nie oznacza, że 
zaczęło się pomiędzy nimi coś romantycznego. Im wcześniej to zrozumie, tym 
lepiej.
– Joe i Cait byli wczoraj na kolacji – powiedziała znacząco Lindy do Paula. – 

background image

Zabrał ją do „Henry’s”.
– To miło – skomentował Paul, wyraźnie bardziej zainteresowany wykryciem 
usterek wspólnie z Joem niż omawianiem historii randek Cait.
– Bawiliśmy się świetnie, prawda? – mrugnął Joe do Cait.
– Owszem, bardzo dobrze – odrzekła sztywno. 
Joe odczekał, aż Paul wyjdzie z pokoju, po czym cofnął   się i   pocałował ją 
w policzek.   Następnie powiedział   na   tyle   głośno,   by   usłyszeli   wszyscy 
w pobliżu: 
– Byłaś wczoraj niesamowita!

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
– Mówiłaś   podobno,   że   nic   się   nie   zdarzyło   –   powiedziała   Lindy,   patrząc 
z natężeniem na czerwoną jak burak Cait.
– Bo n i c się nie zdarzyło. – Cait była tak wściekła na Josepha Rockwella, że 
z przyjemnością kopnęłaby go w goleń. Jak on śmiał powiedzieć coś tak... tak 
żenującego przy Lindy! Paul z pewnością też to usłyszał!
– Dlaczego miałby mówić coś takiego?
– Skąd mam wiedzieć? – burknęła Cait. – Jeden niewinny pocałunek, a on robi 
z tego...
– Pocałował cię? – spytała ostro Lindy, oczy jej się zwęziły. – A ty przez cały 
czas mi wmawiasz, że nic między wami nie zaszło!
– Na miłość boską, przecież ten pocałunek nie ma najmniejszego znaczenia! 
Był   absolutnie   platoniczny   –   przez   pamięć   dawnych   czasów.   –   W porządku, 
trochę przesadziła, ale dla dobra sprawy.
Pozbierała swoje rzeczy i włożyła je do torebki. Zatrzasnęła ją i sięgnąwszy po 
płaszcz, zaczęła szarpać się nerwowo z rękawami.
– Miłego weekendu – rzuciła sucho, nie rozumiejąc, dlaczego tak ją irytuje 
Lindy.   –   Do   zobaczenia   w poniedziałek.   –   Wymaszerowała   z pokoju, 
zatrzymując się na moment przed Joem.
– Życzysz sobie czegoś, kochanie? – spytał przymilnym tonem.
– Jesteś okropny!
Joe wyglądał na ogromnie rozczarowanego.
– A nie podły i odrażający?
– To też.
Uśmiechnął się od ucha do ucha w dobrze jej znany sposób.
– Miło mi to słyszeć.
Cait miała na końcu języka ciętą ripostę, ale się powstrzymała. Nie ma zamiaru 
wdawać się w utarczki słowne z Josephem Rockwellem. On zawsze musi mieć 
ostatnie słowo. Kipiąc gniewem, podeszła do windy i niecierpliwie przycisnęła 
guzik.
– Zobaczymy się wieczorem, kochanie! – zawołał Joe, gdy drzwi się zamykały, 
odbierając jej tym samym możliwość zaprotestowania.
Żartował. Musiał żartować! Żaden mężczyzna będący przy zdrowych zmysłach 
nie mógłby się spodziewać, że zaprosi go do domu po kawale, jaki jej wyciął. 
Nawet taki impertynent, jak Joe Rockwell.

background image

Po powrocie do domu Cait wzięła długi relaksujący prysznic, wysuszyła włosy 
i przebrała się w dżinsy i sweter. Piątkowe wieczory upływały jej zwykle bardzo 
spokojnie.   Chrupiąc   precelki,   badała   właśnie   niezbyt   zachęcającą   zawartość 
lodówki, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
To nie może być Joe, powiedziała sama do siebie.
Ale   to   był   Joe,   z ogromną   pizzą   w jednej   ręce   i butelką   czerwonego   wina 
w drugiej.
Cait wlepiła w niego wzrok, niezdolna wykrztusić słowa.
– Przybywam z darami – powiedział z ceremonialnym ukłonem.
– Posłuchaj,   ty...   ty   idioto,   trzeba   czegoś   znacznie   więcej   niż   pizza,   by 
wynagrodzić świństwo, które zrobiłeś mi po południu.
– Daj spokój, Cait, potraktuj to lekko.
– Lekko?! Ty... ty...
– Myślę, że słowo, którego ci zabrakło brzmi: „durniu”.
– Masz tupet. – Podparła się pod boki, wiedząc, że powinna rozkwasić mu nos 
drzwiami. I zapewne by to zrobiła, ale pizza pachniała tak smakowicie, że jej 
oburzenie nie wytrzymało tej próby.
– Dobrze, przyznaję się. – Błękitne oczy Joego wyrażały autentyczną skruchę. 
–   Poniosło   mnie.   Masz   rację,   jestem   idiotą.   Pozostało   mi   tylko   błagać   cię 
o przebaczenie.   – Uniósł  pokrywkę  pudła i Cait  zobaczyła  istne  arcydzieło – 
najgrubszą   i najsmakowiciej   wyglądającą   pizzę,   jaką   kiedykolwiek   widziała. 
Palce   lizać!   Nadzienie   składało   się   co   najmniej   z dziesięciu   kuszących 
składników,   a wszystko   to   pokrywała   gruba   warstwa   gorącego   roztopionego 
sera.
– Czy przyjmiesz moje pokorne przeprosiny? – nie ustępował Joe wymachując 
pizzą przed jej nosem.
– Czy są w niej fileciki anchois?
– Na połowie.
– Wybaczam ci. – Ujęła go za łokieć i wciągnęła do mieszkania.
Przeszli do kuchni. Cait wyjmowała z szafki kuchennej talerze, noże, widelce, 
serwetki, przeliczając w myśli jego przestępstwa.
– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę to powiedziałeś – wymamrotała, kręcąc 
głową. Ustawiła wszystko starannie na stole, odsuwając na bok leżące na nim 
papiery.   –   Wytłumacz   mi   przynajmniej,   czemu   koniecznie   musiałeś   się   tak 

background image

zachować przy Paulu. Lindy już zaczęła wymuszać na mnie zeznania. Czy jesteś 
w stanie wyobrazić sobie, co oni o mnie  pomyśleli?  – Sięgnęła do szafki  po 
kieliszki do wina i ustawiła je obok talerzy. – Nigdy w życiu nie byłam bardziej 
zakłopotana.
– Nigdy?   –   spytał,   otwierając   i zamykając   szuflady   w poszukiwaniu 
korkociągu.
– Nigdy – powtórzyła z przekonaniem. – I nie myśl, że pizza jest gwarancją 
trwałego pokoju.
– Nie śmiałbym o tym marzyć.
– To na początek, ale jeszcze długo będziesz moim dłużnikiem za ten wybryk, 
Josephie Rockwellu.
– Będę   grzeczny   –   obiecał   z błyskiem   w oku.   Zręcznie   wyciągnął   korek, 
spróbował wina, po czym napełnił oba kieliszki.
Cait usiadła w wiklinowym fotelu.
– Czy Paul powiedział coś, gdy wyszłam?
– Na jaki temat? – Joe wysunął krzesło i usiadł obok niej.
Cait nałożyła na talerze po grubym kawałku pizzy, odcinając nożem ciągnące się 
pasemka stopionego sera.
– Na mój, oczywiście – mruknęła.
– Właściwie nie. – Joe podał jej kieliszek wina.
– Co to znaczy „właściwie nie”?
– Tylko tyle, że był raczej powściągliwy.
Joe droczył się z nią, wydzielając jej informacje po troszeczku i czekając na jej 
reakcję. Była jednak tak ciekawa, że schowała dumę do kieszeni.
– Powiedz mi wszystko – zażądała. – Słowo po słowie.
Joe miał usta pełne jedzenia, Cait musiała więc poczekać, aż przełknie.
– Napomknął chyba, że mu opowiadałaś, iż znamy się od dziecka.
– Czy go to obeszło? Był zazdrosny? – Cait nie potrafiła udać obojętności.
– Paul? Nie, raczej znudzony.
– Znudzony – powtórzyła Cait. Przygarbiła się, zawiedziona. – Przysięgam, że 
ten facet nie zauważyłby mnie nawet, gdybym przedefilowała nago przez jego 
gabinet.
– Świetny pomysł i chyba jedyna rzecz, która mogłaby zadziałać. Proponuję, 
byś zrobiła próbę generalną w domu. Chętnie ci pomogę, jeśli myślisz o tym 
poważnie. – Zabrzmiało  to tak niedbale, jakby  oferował abonament  telewizji 
kablowej. – Po to ma się przyjaciół. Może pomóc ci się rozebrać?

background image

Cait upiła łyk wina, by ukryć uśmiech.  Joe  nie zmienił  się ani trochę przez 
dwadzieścia lat. Pozostał kawalarzem, uwielbiającym wygłupy i dokuczanie.
– Bardzo śmieszne.
– Hej, wcale nie żartuję. Udaję, że jestem Paulem i...
– Obiecałeś, że będziesz grzeczny. Podniósł znacząco brwi.
– I będę. Poczekaj trochę.
Cait czuła, jak krew napływa do jej policzków. Wbiła oczy w talerz.
– Joe, przestań. Robisz to specjalnie, żebym się zaczerwieniła, a ja nienawidzę 
się   czerwienić.   Moja   twarz   wygląda   jak   dojrzały   pomidor.   –   Nałożyła   sobie 
jeszcze jeden kawałek pizzy i odgryzła spory kęs, przeżuwając go w zamyśleniu. 
–   Nie   rozumiem   cię.   Za   każdym   razem,   gdy   myślę,   że   cię   już   rozgryzłam, 
wycinasz jakiś numer, który mnie całkiem zaskakuje.
– Na przykład?
– Na   przykład   wczoraj.   Zaprosiłeś   mnie   na   kolację,   ale   w najśmielszych 
marzeniach nie spodziewałabym się, że zabierzesz mnie do „Henry’s”. Przez 
cały   wieczór   zachowywałeś   się   jak   dżentelmen   w każdym   calu,   a dziś   byłeś 
taki...
– Podły i odrażający.
– Właśnie.   Raz   jesteś   chodzącym   wdziękiem   i kulturą,   a zaraz   potem 
zadręczasz mnie swoimi wygłupami.
– Sama powiedziałaś, że jestem dokuczliwym facetem.
– Ale   ja   nie   mogę   się   z tobą   spotykać,   skoro   nie   wiem   czego   po   tobie 
oczekiwać.
– To   właśnie   stanowi   mój   wdzięk.   –   Sięgnął   po   drugi   kawałek   pizzy.   – 
Podobno kobiety uwielbiają w mężczyznach właśnie to, że nie wiedzą, czego 
mogą po nich oczekiwać.
– Ja  nie należę  do tego rodzaju  kobiet  – poinformowała  go natychmiast.  – 
I muszę wiedzieć, na czym stoimy.
– Na podłodze.
Joe, uspokój się, ja wcale nie żartuję. Nie mogę dopuścić, byś mi robił takie 
afery, jak dzisiaj. Żyłam sobie spokojnie i miło  przez dwadzieścia osiem lat. 
Pojawiłeś się dwa dni temu i zdążyłeś zaszargać mi reputację w miejscu pracy. 
Nie mogę chodzić dłużej z podniesioną głową. Słyszę ludzkie szepty i wiem, że 
to na mój temat.
– Na nasz temat – sprostował.
– Jeszcze   gorzej.  Skoro  mają   już  łączyć moje   imię  z jakimś  mężczyzną,   to 

background image

wolałabym, żeby to był Paul. Jak długo jeszcze potrwa ta modernizacja?
– Całkiem niedługo.
– Jeśli   dalej   będziesz   pracować   w takim   tempie,   firma   Webster,   Rodale   & 
Missen zdąży otworzyć filie na Księżycu.
– Obiecuję, że zapniemy wszystko na ostatni guzik przed końcem roku.
– Nie wiem, na ile można polegać na twoich obietnicach.
– Jestem przecież grzeczny, prawda?
– Przypuśćmy.   –   Odsunęła   stertę   papierów   z zasięgu   ręki   Joego,   który   już 
zaczął w nich grzebać.
– Co to jest? – spytał, łapiąc w locie niedużą kartkę.
– Lista zakupów świątecznych. Mam zamiar załatwić je jutro.
– Powinienem był się domyślić, że i w tej dziedzinie jesteś zorganizowana. – 
W jego ustach zabrzmiało to trochę obraźliwie.
– Byłam zorganizowana przez całe życie i raczej się już nie zmienię.
– Dlatego chciałem, żebyś się rozluźniła. – W dalszym ciągu studiował listę 
zakupów. – O której się wybierasz?
– Sklepy otwierają o ósmej.
– Pewnie zapisałaś wszystko, co zamierzasz kupić i o niczym nie zapomnisz.
– Oczywiście.
– Bardzo   rozsądnie.   –   Jego   uwaga   zdziwiła   Cait.   Skończył   czytać 
i z okrzykiem: „Hej, nie ma mnie na tej liście!”, dopisał do niej swoje nazwisko. 
– Czy mam ci podpowiedzieć, co chciałbym dostać?
– Wiem już, co ci kupię. 
Uniósł ze zdziwieniem brwi.
– Naprawdę? Tylko proszę, nie powiedz przypadkiem „nic”.
– Nie, ale będzie to coś odpowiedniego, na przykład kaganiec.
– Och, Caitlin, kochanie, ranisz moje serce! – Obdarzył ją jednym ze swych 
szelmowskich uśmiechów. Cait poczuła, że mięknie. A tego właśnie nie chciała! 
Miała prawo być na niego wściekła. Gdyby nie przyniósł pizzy, zatrzasnęłaby 
mu  drzwi przed nosem.  Zawsze miała  słabość do włoskiej kuchni. Jej drugą 
słabością był Paul. Kochała go. Nikt nie zdawał się w to wierzyć, ale wiedziała, 
od chwili gdy go zobaczyła po raz pierwszy, że jej przeznaczeniem jest spędzić 
resztę życia, kochając Paula Jamisona. Tyle że wolałaby spędzić ją raczej jako 
jego żona niż pracownica!
– A ty już zrobiłeś zakupy? – spytała leniwie.
– Jeszcze nie zacząłem. Co roku mam dobre chęci, obiecuję sobie, że starannie 

background image

wybiorę wspaniałe prezenty dla moich siostrzenic i siostrzeńców, ale jakoś nigdy 
mi nie wychodzi. Zwykle wpadam w panikę w Wigilię, biegam po sklepach jak 
szalony   i kupuję   co   popadnie.   W zeszłym   roku   zapomniałem   o papierze   do 
pakowania. Moja matka uratowała sytuację.
– Nie sądzę, byś posłuchał mojej rady i zaczął wszystko planować?
– Nie mam czasu.
– A co robisz teraz? Sporządź swoją listę i zaplanuj czas kupienia prezentów.
– Kochana Cait, czyżby to było zaproszenie do wspólnego wypadu jutro?
– Och... – Nie myślała o tym, ale pomysł nie był zły, pod warunkiem że Joe 
będzie się przyzwoicie zachowywał. – Bardzo chętnie, ale musisz przyjąć moje 
warunki.
– Jakie?
– Bez głupich żartów, bez kawałów w stylu dzisiejszego, bez dokuczania. Jeśli 
oznajmisz   choć   jednej   osobie,   że   jesteśmy   małżeństwem,   zostawiam   cię   na 
środku ulicy.
– Przyjmuję! – Podniósł rękę, po czym uczynił na sercu znak krzyża.
– Obliż najpierw palce – zażądała Cait. Natychmiast po wypowiedzeniu tych 
słów,   zdała   sobie   sprawę,   jak   śmiesznie   zabrzmiały.   Nie   miała   już   przecież 
ośmiu lat.
Podniósł się z krzesła i wstawił swój talerz do zlewu. Oczy mu błyszczały.
– To okropne, że jesteś taka zakochana w Paulu – powiedział. – Jeśli nie będę 
ostrożny, sam wpadnę po uszy. – Po czym pocałował ją w policzek i wyszedł.
Przyciskając   palce   do   policzka,   Cait   wzięła   głęboki   oddech   i zatrzymała 
powietrze   w płucach,   póki   nie   usłyszała,   że   drzwi   się   zatrzaskują.   Dopiero 
wówczas wypuściła je ze świstem.
– Och, Joe – szepnęła. Naprawdę za skarby świata nie chciała, by się w niej 
zakochał. Owszem, jest przystojny, miły i uroczy, ale przecież to nie mężczyzna 
dla   niej.   Ich   osobowości   różnią   się   krańcowo.   Za-   chowanie   Joego   trudno 
przewidzieć, zawsze wyskoczy z jakimś nieoczekiwanym pomysłem, natomiast 
życie Cait toczy się jak w zegarku.
Lubiła go. Wolałaby, żeby tak nie było, ale nic nie mogła na to poradzić. Choć 
przez   jego   ciągłe   wybryki   wyląduje   niedługo   w najbliższym   szpitalu   dla 
psychicznie chorych.
Cait zamknęła pudło z resztką pizzy i wstawiła je na najwyższą półkę lodówki. 
Wkładała właśnie brudne naczynia do zmywarki, gdy zadzwonił telefon. Szybko 
umyła ręce i podniosła słuchawkę.

background image

– Halo!
– Cześć, mówi Paul.
Cait była tak wstrząśnięta, że słuchawka wyślizgnęła jej się z dłoni. Próbując ją 
złapać,   potknęła   się   o otwarte   drzwiczki   zmywarki,   uderzając   golenią   o ostrą 
krawędź.   Jęknęła   i tłumiąc   głośny   okrzyk   bólu   szarpnęła   ku   sobie   zwisający 
kabel.
– Przepraszam, przepraszam – wyjąkała, gdy udało jej się wreszcie odzyskać 
słuchawkę. – Paul, jesteś tam jeszcze?
– Tak, jestem. Czy zadzwoniłem nie w porę? Może nakręcę do ciebie później. 
Jesteś sama? Nie chciałbym ci przerywać przyjęcia lub czegoś w tym rodzaju.
– Ależ nie, pora jest absolutnie odpowiednia. Nie wiedziałam, że masz mój 
domowy   numer...   ale,   oczywiście,   nic   w tym   dziwnego.   Pracujemy   przecież 
razem prawie od roku. Dokładnie jedenaście miesięcy i cztery dni. Poza tym mój 
numer z pewnością jest w kartotece z danymi osobowymi.
Zawahał   się.   Cait   schyliła   się,   masując   uderzone   miejsce.   Na   pewno   będzie 
miała paskudnego siniaka, ale co tam siniak! Paul do niej zadzwonił!
– Dzwonię, żeby...
– Tak, Paul – powiedziała szybko, gdy cisza w słuchawce przeciągała się zbyt 
długo.
– Chciałem   ci   tylko   podziękować   za   to,   że   mi   podrzuciłaś   ten   artykuł 
o spółkach. To bardzo ładnie z twojej strony.
– Zawsze możesz na mnie liczyć. Czytam wiele opracowań z tej dziedziny, 
wiesz o tym. Ostatnio było parę ciekawych artykułów na ten temat. Jeśli cię to 
interesuje, mogę je przynieść w przyszłym tygodniu.
– Chętnie. Będę ci zobowiązany. Jeszcze raz dziękuję, Cait. Do widzenia.
Rozłączył się, zanim Cait zdążyła coś odpowiedzieć. Powoli uśmiech rozjaśnił 
jej twarz, z cichym okrzykiem triumfu podrzuciła słuchawkę do góry, złapała ją 
w powietrzu i odłożyła na widełki.

Nazajutrz, wczesnym rankiem, ubrała się i czekała na Joego.
– Joe!   –   wykrzyknęła,   otwierając   z rozmachem   drzwi.   –   Mogłabym   cię 
ucałować.
Miał na sobie wypłowiałe dżinsy i brązową skórzaną kurtkę do bioder.
– Hej, nie mam nic przeciwko temu – powiedział, otwierając szeroko ramiona.
– Paul dzwonił do mnie wczoraj wieczorem – wysapała, ignorując zaproszenie. 

background image

Nie próbowała nawet zapanować nad podnieceniem.  Miała ochotę skakać do 
góry z radości i głośno podśpiewywać.
– Naprawdę? – Joe wyglądał na zdziwionego.
– Tak. Zaraz po twoim wyjściu. Podziękował mi za interesujący artykuł, który 
znalazłam w jednym z czasopism o tematyce zarządzania i – słuchaj uważnie! – 
spytał, czy jestem sama... jakby to naprawdę miało dla niego znaczenie.
– Czy jesteś sama? – powtórzył Joe, marszcząc brwi. – Co to ma do rzeczy?
– Nie rozumiesz? – Przy całej swej inteligencji, Joe bywał czasem dosyć tępy. 
– Chciał wiedzieć, czy ty jesteś u mnie. To ma sens, trudno zaprzeczyć. Paul jest 
zazdrosny, tylko sobie tego nie uświadamia. Och, Joe, chyba nigdy nie czułam 
się taka szczęśliwa!
– I to z powodu telefonu od Paula Jamisona?
– Nie bądź taki sceptyczny. To przełom, chwila, na którą czekałam od tylu 
miesięcy. Paul wreszcie mnie zauważył i to dzięki tobie.
– Przynajmniej   raz   mnie   doceniłaś.   –   Wciąż   nie   wyglądał   jednak   na 
szczególnie wstrząśniętego.
– Tak mi trudno w to uwierzyć – mówiła dalej Cait. – Nie spałam prawie przez 
całą noc. W jego głosie brzmiała jakaś nuta, której przedtem nie było. Taka... 
głęboka i osobista.  Nie umiem  tego wyjaśnić.  Po raz  pierwszy  od roku Paul 
zauważył, że żyję!
– Idziemy po te zakupy czy nie? – przerwał jej szorstko Joe. – Do cholery 
z tym wszystkim, Cait, naprawdę nie spodziewałem się, że się tak rozpłyniesz 
z powodu głupiej rozmowy telefonicznej.
– To nie była jakaś tam rozmowa – przypomniała mu. Sięgnęła po torebkę 
i płaszcz jednym zamaszystym ruchem. – To rozmowa z Paulem.
– Zachowujesz się jak egzaltowana nastolatka – skrzywił się Joe, ale Cait nie 
zamierzała pozwolić, by jego fochy popsuły jej humor. Paul zadzwonił do niej 
do domu i była pewna, że to początek prawdziwej zażyłości. Niedługo pewnie 
zaprosi ją na lunch, a potem...
Uśmiechając się przez cały czas, wyszła z mieszkania i ruszyła w kierunku drzwi 
wyjściowych. Na zewnątrz stała duża ciężarówka na gigantycznych oponach. 
Dokładnie   taka,   jaką   sobie   wyobrażała,   zastanawiając   się   nad   ewentualnym 
wehikułem Joego.
– To   twoja   ciężarówka?   –   spytała.   Nie   była   w stanie   powstrzymać   się   od 
śmiechu.
– Coś z nią nie w porządku?

background image

– Ależ nie, nie, po prostu tak łatwo przewidzieć twoje zachowanie.
Wczoraj mówiłaś coś wręcz przeciwnego.
Joe   otworzył   drzwi,   opuścił   rozkładany   stopień   i pomógł   jej   wdrapać   się   do 
kabiny. Siedzenie było zawalone rozmaitymi rupieciami, ale bardzo szerokie. 
Odsunąwszy wszystko na bok, zapięła pas. Tego ranka była tak szczęśliwa, że 
cały świat wydawał jej się zachwycający.
– Może   przestaniesz   się   uśmiechać,   zanim   ktoś   dojdzie   do   wniosku,   że 
przedawkowałaś witaminy – burknął Joe.
– Ojej, coś jesteśmy od rana w kwaśnym humorze.
– Dokąd jedziemy? – spytał, zapuszczając silnik.
– Do któregokolwiek z pasaży handlowych. Zdecyduj sam. Sporządziłeś swoją 
listę zakupów?
Joe poklepał się po piersi.
– Mam ją w kieszeni koszuli.
– Świetnie. Wiesz, co masz kupić dla kogo?
– Niezupełnie – uśmiechnął się z miną winowajcy.
– Pomyślałem sobie, że będę chodził za tobą i kradł twoje pomysły. Wiesz, co 
kupić dla matki? Mam zawsze kłopot z wybraniem czegoś dla mojej. W zeszłym 
roku   skończyło   się   na   pokarmie   dla   kotów.   Ma   pięć   własnych,   a dokarmia 
jeszcze Bóg wie ile przybłęd.
– Przynajmniej był to praktyczny pomysł.
– Owszem,   a poza   tym   w czasie,   gdy   wreszcie   wziąłem   się   za   świąteczne 
zakupy, jedynym otwartym sklepem był supersam.
– O Boże, Joe! – roześmiała się Cait.
– Nie śmiej się, byłem doprowadzony do rozpaczy, a zanim wyłuszczysz mi 
wszystkie swoje racje, powiem ci, że mama uważała pokarm dla kotów i dwa 
rostbefy za wspaniałe podarunki.
– Jestem tego pewna – powiedziała Cait z uśmiechem. Odkryła, że często to 
robi, będąc w towarzystwie Joego. Wyobraziła go sobie kupującego rostbef dla 
matki na Gwiazdkę!
– Podrzuć mi jakiś pomysł. Moja mama to ciężki przypadek.
– Prawdę   mówiąc,   nie   grzeszę   zbytnią   fantazją.   Co   roku   kupuję   dla   mojej 
mamy to samo.
– Co mianowicie?
– Kupony   na   rozmowy   międzymiastowe.   Może   w ten   sposób   dzwonić   do 
siostry   w Dubuque   i przyjaciółki   z lat   szkolnych   w Olathe,   w Kansas. 

background image

Oczywiście do mnie też dzwoni co jakiś czas.
– Dobra, to załatwia sprawę mamy. A jaki prezent przewidziałaś dla Martina?
– Orła z brązu. – Zdecydowała się na ten podarunek w czasie pobytu u rodziny 
latem,   gdy   uczestniczyła   w mszy   celebrowanej   przez   Martina.   We   wstępnej 
części kazania posłużył się orłami dla zilustrowania sensu wiary.
– Orła? – powtórzył Joe. – Masz jakiś specjalny powód?
– T-tak – odrzekła, nie kwapiąc się do jakichkolwiek wyjaśnień, – To długa 
historia, ale tak się składa, że mam słabość do orłów.
– Może masz dla mnie jakieś inne wskazówki?
– Kup papier do pakowania na poświątecznej wyprzedaży. Zapłacisz połowę 
ceny, a przechowasz go bez trudu pod łóżkiem.
– Świetny pomysł. Muszę o tym pamiętać w przyszłym roku.
Joe wybrał Northgate, pasaż handlowy znajdujący się najbliżej mieszkania Cait. 
Choć było zaledwie kilka minut po ósmej, parking zaczynał się zapełniać.
Joemu   udało   się   zaparkować   tuż   przy   wejściu.   Wyskoczył,   by   pomóc   Cait 
wysiąść z ciężarówki.
Tym razem nie zawracał sobie głowy opuszczaniem stopnia, lecz chwycił ją 
w pasie i podniósł do góry.
– Co   miałaś   na   myśli,   mówiąc,   że   łatwo   przewidzieć   moje   zachowanie?   – 
spytał, rzucając jej pełne wyrzutu spojrzenie.
Z rękami na jego ramionach i nogami majtającymi w powietrzu, czuła się mała 
i bezradna.
– Nic. Po prostu założyłam, że prowadzisz jedną z tych ciężarówek na grubych 
oponach i wyszło na moje.
– Czy masz coś przeciwko mojej ciężarówce? – Rzucił jej gniewne spojrzenie.
– Ależ skąd! Co się z tobą dzisiaj dzieje, Joe? Jesteś okropnie drażliwy.
– Wcale nie – warknął.
– Doskonale. Czy mógłbyś mnie postawić na ziemi?
– Jego duże dłonie ściskały ją w pasie niemal do bólu, choć Joe raczej nie 
zdawał sobie z tego sprawy. Nie miała pojęcia, co też mogło go tak rozzłościć. 
Chyba nie telefon od Paula? Nie, to bez sensu. Może, jak większość mężczyzn, 
po prostu nienawidzi robienia sprawunków.
Powoli postawił ją na asfalcie i niechętnie wypuścił z objęć.
– Zróbmy małą przerwę na kawę – zaproponował z ponurą miną.
– Przecież dopiero przyjechaliśmy. 
Joe gwałtownie wypuścił powietrze.

background image

– Nieważne. Muszę jakoś uspokoić nerwy. 
Skoro odczuwał brak kofeiny tak wcześnie rano, to jak wytrzyma przez następne 
kilka   godzin?   Sklepy   są   zatłoczone   o tej   porze   roku,   a zwłaszcza   w sobotę. 
Około dziesiątej trudno się będzie gdziekolwiek dopchać.
Nim minęła dwunasta, wiedziała z całą pewnością: Joe organicznie nie znosi 
zakupów świątecznych.
– Mam dość – jęknął Joe, odniósłszy po raz trzeci ich łupy do ciężarówki.
– Ja   również   –   zgodziła   się   ze   śmiechem   Cait.   –   To   miejsce   zaczyna 
przypominać dom wariatów.
– Co powiesz na lunch? Gdzieś bardzo daleko stąd. Na przykład w Tybecie.
Cait znów się roześmiała i ujęła go pod ramię.
– To naprawdę doskonały pomysł.
Na   zewnątrz   kilka   samochodów   krążyło   wokół   parkingu   w poszukiwaniu 
wolnego miejsca. Widząc, że Joe odjeżdża, trzy z nich ruszyły pędem, omal nie 
powodując   kolizji.   Z jednego   wyskoczył   zdenerwowany   kierowca   i zaczął 
wygrażać pięścią drugiemu.
– Niech żyje pokój i życzliwość – skomentował Joe. – Przysięgam, że święta 
Bożego Narodzenia wyzwalają w ludziach najgorsze instynkty.
– I najlepsze – przypomniała mu Cait.
– Szczerze mówiąc, nie wiem, co zatłoczone ciągi handlowe, przepychanie się 
przez   tłum   i cały   ten   merkantylizm   mają   wspólnego   z Gwiazdką   –   burknął. 
Samochód jadący przed nimi gwałtownie zahamował i Joe nacisnął ze złością 
klakson.
– Bardzo wiele, jeśli się nad tym zastanowisz – powiedziała łagodnie Cait. – 
Wyobraź   sobie   ulice   Betlejem,   tłumy,   hałas...   –   W ubiegłym   roku   Cait, 
wróciwszy świeżo z przedświątecznych zakupów, zadała sobie to samo pytanie. 
Tłok był wtedy wręcz nie do zniesienia. Najpierw w Northgate, gdzie zrobiła 
większość   zakupów,   a potem   na   lotnisku.   Sea-Tac   przypominało   mrowisko, 
wszyscy gdzieś się spieszyli, panował nieopisany hałas. Egoizm i grubiaństwo 
zdawały   się   wypierać   spokój   i otuchę.   Ale   później   w noc   wigilijną,   w ciszy 
kościoła,   wszystko   nabrało   innej   perspektywy.   Pomyślała,   że   podczas 
pierwszych świąt Bożego Narodzenia też były tłumy, panoszyło się grubiaństwo. 
Ale   pośród   tego   całego   zamieszania,nadeszła   radość,   spokój   i miłość.   I dla 
większości   ludzi   wciąż   jest   tak   samo.   Gwiazdkowe   podarunki,   dekoracje, 
przyjęcia,   są   wyrazem   miłości   odczuwanej   wobec   rodziny,   przyjaciół.   I jeśli 
nawet te przygotowania stają się czasem trochę chaotyczne – cóż, przestało jej to 

background image

przeszkadzać.
– Gdzie chcesz zjeść lunch? – spytał Joe, przerywając jej rozmyślania. Ledwie 
się posuwali, tak duży panował ruch na ulicach.
Spojrzała na niego z pogodnym uśmiechem.
– Naprawdę  wszystko  mi  jedno.  W pobliżu  jest  kilka świetnych  restauracji. 
Wybierz, ale tym razem to ja cię zapraszam.
– O   tym,   kto   płaci,   będziemy   rozmawiali   później.   Na   razie   chciałbym   się 
wydostać z tego korka, zanim upłynie całe moje życie.
– Nie sądzę, by zajęło to aż tyle czasu. – Uśmiech nie schodził z ust Cait.
– Ja również. – Joe odwzajemnił uśmiech i spojrzał jej głęboko w oczy. Patrzył 
tak przez chwilę, która zdawała się być wiecznością, póki ktoś za nimi nie zaczął 
trąbić nerwowo. Joe spojrzał przed siebie i dodał gazu, widząc, że samochody 
nagle ruszyły.
Cait nie rozumiała, co też Joe znalazł w niej tak fascynującego. Może to jej 
niesforne włosy? Nie czesała ich od wyjścia z domu – pewnie miała na głowie 
plątaninę   gęstych   potarganych   loków.   Tak   była   pochłonięta   szukaniem 
odpowiednich prezentów dla dzieciaków Martina, że nie wyciągała grzebienia 
z torebki.
– Coś nie w porządku?
– Czemu uważasz, że coś jest nie w porządku?
– Patrzyłeś na mnie jakoś dziwnie kilka minut temu.
– Ach, o to ci chodzi – powiedział, skręcając na parking przy restauracji. – 
Myślę, że dotąd nie doceniłem w pełni, jaka jesteś śliczna – dodał chłodnym 
rzeczowym tonem.
Cait spłonęła rumieńcem i odwróciła wzrok.
– Jestem   pewna,   że   się   mylisz.   Wcale   nie   jestem   taka   ładna.   Czasem 
przychodzi mi na myśl, że może Paul zauważyłby mnie wcześniej, gdybym była 
atrakcyjniejsza.
– Zaufaj mi, jasnooka – powiedział, wyłączając silnik. – Jesteś wystarczająco 
ładna.
– Wystarczająco do czego?
– A do tego. – Przechylił się przez siedzenie i przylgnął wargami do jej ust.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
– Lepiej,   żebyś   tego   nie   robił   –   szepnęła   Cait,   powoli   otwierając   oczy 
i próbując wrócić do rzeczywistości.
Jeśli   idzie   o pocałunki,   to   Joe   był   dobry.   Nawet   bardzo   dobry.   Całował   bez 
porównania lepiej od wszystkich mężczyzn, z którymi miała do czynienia ale to 
nie zmieniało faktu, że była zakochana w Paulu.
– Masz rację – mruknął, otwierając drzwi i wyskakując z ciężarówki. – Nie 
powinienem był tego robić. – Obszedł samochód i szarpnął drzwi od jej strony 
z większą siłą, niż to było potrzebne.
Cait   zmarszczyła   brwi,   zastanawiając   się   nad   zmiennością   jego   nastroju. 
W jednej chwili tulił ją w ramionach, całując czule, a w następnej był popędliwy 
i drażliwy.
– Jestem głodny – burknął, stawiając ją na chodniku.
– A gdy burczy mi w brzuchu, zachowuję się czasem niemądrze.
– Rozumiem.   –   Następnym   razem,   zanim   się   gdzieś   wybierze   z Josephem 
Rockwellem, upewni się, czy zjadł obfity posiłek.
W restauracji było tłoczno i Joe podał recepcjoniście ich nazwiska, by je dopisał 
do wydłużającej się listy oczekujących. Siedząc na ostatnim wolnym krześle, 
Cait postawiła na kolanach dużą czarną torbę i zaczęła w niej grzebać.
– Czego szukasz? Skarbów? – spytał złośliwie Joe, obserwujący ją przez cały 
czas.
– Krakersów – odpowiedziała, przesuwając wypchaną torebkę i wręczając mu 
do potrzymania jakieś drobiazgi, podczas gdy sama kontynuowała poszukiwania.
– Krakersów? Po co?
Popatrzyła   na   niego   przeciągle,   jak   gdyby   poddając   w wątpliwość   jego 
inteligencję.
– Z   oczywistych   powodów.   Skoro   zachowujesz   się   niemądrze,   gdy   jesteś 
głodny, mógłbyś zrobić coś głupiego. Szczerze mówiąc, nie mam ochoty, byś 
wprawiał mnie w zakłopotanie. Łatwo mi wyobrazić sobie, jak stoisz na stoliku 
i stepujesz.
– To jedyny sposób, by zwrócić uwagę kelnera. Dziękuję za pomysł.
– O! – Ze zwycięską miną, Cait wyciągnęła wreszcie z samego dna torby dwa 
miniaturowe ciasteczka w celofanie. – Jedz – nakazała mu – zanim wpadnie ci 
do głowy jakiś szalony pomysł.
– Chciałaś powiedzieć, zanim cię znów pocałuję – powiedział niskim głosem, 
pochylając ku niej głowę.

background image

– Właśnie – odchyliła się szybko. – Albo zaczniesz tańczyć walca z kelnerką 
czy zrobisz coś równie mądrego.
– Musisz przyznać, że byłem bardzo grzeczny przez cały ranek.
– Z jednym małym potknięciem – przypomniała, wciskając mu krakersy do 
ręki. – No, jedz.
Nim   jednak   Joe   zdążył   otworzyć   paczuszkę,   nadeszła   hostessa   z dwoma 
jadłospisami pod pachą.
– Pan i pani Rockwell. Stolik dla państwa jest już przygotowany.
– Pan   i pani   Rockwell   –   syknęła   Cait,   wbijając   gniewny   wzrok   w Joego. 
Powinna była wiedzieć, że nie może mu ufać.
– Przepraszam   panią   –   powiedziała,   wstając   gwałtownie   i podnosząc 
wskazujący palec. – Ten pan nazywa się Rockwell, a ja Marshall – wyjaśniła 
cierpliwie. Nie miała  zamiaru pozwolić, by Joe przeciągał swoje wygłupy. – 
Jesteśmy tylko przyjaciółmi, którzy przyszli razem na lunch. – Zwężonymi ze 
złości oczyma spojrzała na Joego, który wyglądał jak uosobienie niewinności. 
Wzruszył ramionami, jak gdyby chciał powiedzieć, że to nieporozumienie zaszło 
nie z jego winy.
– Rozumiem – odrzekła hostessa. – Przepraszam za nieporozumienie.
– Głupstwo. – Cait nie chciała robić z tego sprawy, lecz z drugiej strony nie 
mogła dopuścić, by Joe pomyślał, że mu się upiekło.
Kobieta   zaprowadziła   ich   do   stolika   nakrytego   lnianym   obrusem,   stojącego 
pośrodku sali. Joe odsunął krzesło dla Cait, po czym szepnął coś hostessie, która 
natychmiast obrzuciła ją współczującym spojrzeniem.
– Dobrze, teraz przyznaj się, co jej powiedziałeś – spytała półgłosem Cait, gdy 
Joe usiadł naprzeciwko niej.
Przez kilka minut zdawał się być całkowicie pochłonięty czytaniem jadłospisu.
– Czemu myślisz, że w ogóle jej coś powiedziałem?
Słyszałam   twój   szept   i widziałam   jej   rzewne   spojrzenie,   jak   gdyby   chciała 
przytulić mnie do piersi i zapewnić, że wszystko będzie dobrze.
– No więc, powiedziałem...
– Joe, przestań się ze mną bawić w kotka i myszkę.
– Dobrze, już dobrze, skoro koniecznie musisz wiedzieć, wyjaśniłem jej, że 
cierpisz na amnezję z powodu urazu głowy.
– Amnezję!   –   powtórzyła   na   tyle   głośno,   że   przyciągnęła   uwagę   ludzi 
siedzących przy sąsiednim stoliku. Zgrzytnąwszy zębami, chwyciła swoje menu, 
ściskając je tak mocno,  że aż zwinęły się brzegi. Nie było sensu spierać się 

background image

z Joem.   Ten   facet   jest   niemożliwy.   Za   każdym   razem,   gdy   próbowała   dojść 
z nim do porozumienia, wycinał jej taki numer, że zaczynała tego żałować.
– W   jaki   inny   sposób   miałem   jej   wytłumaczyć   fakt,   że   zapomniałaś,   iż 
zawarliśmy związek małżeński? – spytał rozsądnie.
– Nie zapomniałam,  bo nie miałam o czym zapomnieć – poinformowała go 
przez zaciśnięte zęby, przeglądając menu. – Na miłość boską, przecież to nie 
było nawet legalne!
Uświadomiła sobie, że przy ich stoliku stoi kelnerka z bloczkiem i długopisem 
w ręku. Popatrzyła na Cait, potem na Joego i zawodowy uśmiech zniknął powoli 
z jej   twarzy.   Usta   zacisnęły   się   w wąską   kreskę,   jak   gdyby   rzeczywiście 
podejrzewała, że zaplątali się w jakąś nielegalną historię.
– Och...   –   jęknęła   Cait,   czując   się   po   prostu   idiotycznie.   Odczuwała 
nieprzepartą chęć, by wszystko wyjaśnić, ale za każdym razem, gdy to robiła, 
pogarszała tylko sprawę. – Poproszę o kanapkę klubową – zamówiła, rzucając 
Joemu mordercze spojrzenie.
– Brzmi nieźle. Dla mnie to samo – powiedział, zamykając kartę.
Kelnerka   przyjęła   zamówienie   i odeszła   szybko,   rzucając   im   przez   ramię 
taksujące   spojrzenie,   jak   gdyby   chciała   dobrze   zapamiętać   ich   twarze   na 
wypadek, gdyby poszukiwała ich policja.
– Zobacz, co narobiłeś! – szepnęła ze wściekłością Cait, gdy kelnerka oddaliła 
się już na tyle, że nie mogła jej słyszeć.
– Ja?
Może była niemądra, ale to Joe zaczął tę bzdurną historię pierwszy. Nikt nigdy 
nie wyprowadzał jej z równowagi tak jak on. Nikt nie potrafił tak skutecznie jej 
zaszokować. A co gorsze, pozwoliła mu na to.
Wyprawa po zakupy była tego najlepszym przykładem. A wszystko przez pizzę! 
Żadna kobieta przy zdrowych zmysłach nie wpuściłaby Joego do mieszkania po 
tym, co powiedział w obecności Lindy. A ona nie dość, że go zaprosiła do domu, 
to   jeszcze   umówiła   się   na   wspólne   kupowanie   prezentów.   Powinna   iść   na 
badanie głowy!
– Co się stało? – spytał Joe, rozdzierając paczuszkę z krakersami. Raczej bez 
sensu, zdaniem Cait, skoro za chwilę miano im podać lunch.
– Co   się   stało?   –   wykrzyknęła,   oburzona,   że   w ogóle   śmie   pytać.   –   A co 
powiesz   na   wmawianie   hostessie,   że   doznałam   urazu   głowy   lub   na 
pozostawianie   kelnerki   w przekonaniu,   że   jesteśmy   handlarzami   narkotyków 
albo osobnikami równie podejrzanego autoramentu.

background image

– Proszę.   –   Podał   jej   miniaturowego   krakersa.   –   Zjedz   to,   a poczujesz   się 
lepiej.
Cait szczerze w to wątpiła, wzięła jednak ciasteczko, mrucząc coś pod nosem.
– Odpręż się – powiedział.
– Odpręż się – przedrzeźniła go. – Jak to możliwe, skoro mówisz i robisz tak 
żenujące dla mnie rzeczy?
– Przepraszam,   Cait.   Naprawdę   mi   przykro.   –   Rzeczywiście   wyglądał   na 
skruszonego. – Ale tak łatwo cię zdenerwować, że nie potrafię się powstrzymać.
Kelnerka   przyniosła   kanapki   z grubymi   plastrami   indyka,   szynki 
i najróżniejszymi   rodzajami   sera.   Cait   musiała   niechętnie   przyznać,   że   po 
jedzeniu poczuła się o wiele lepiej. Joemu też się wyraźnie poprawił humor.
– A   więc   –   spytał,   splatając   ręce   na   brzuchu   –   co   zaplanowałaś   na   resztę 
popołudnia?
Cait jeszcze się nad tym nie zastanawiała.
– Myślę, że powinnam popakować prezenty, które kupiłam dzisiaj. – Ale ta 
myśl   specjalnie   jej   nie   podniecała.   Po   przygodach   z Joem   było   to   takie 
zwyczajne.
– Co byś powiedziała na kino? – spytał ni stąd, ni zowąd. – Odnoszę wrażenie, 
że nie wypuszczasz się zbyt często.
– Kino? – Cait zlekceważyła uwagę o jej życiu towarzyskim, zwłaszcza że miał 
absolutną rację. Rzadko miała czas na rozrywki.
– Oboje   jesteśmy   zmęczeni   walką   z tłumem   –   dodał   Joe.   –   W pobliżu 
restauracji jest chyba sześć kin. Pozwalam ci wybrać film.
– Zapewne nie zechcesz pójść na żadną love story?
– Czemu nie, skoro masz ochotę, tylko...
– Tylko co?
– Tylko obiecaj mi, że nie będziesz oczekiwać po mężczyźnie, by plótł takie 
bzdury, jak ci faceci na ekranie.
– Co takiego?
– Dobrze   słyszałaś.   Kobiety   napatrzą   się   na   aktorów   plotących   jakieś 
idiotyzmy, a potem są okropnie rozczarowane, że prawdziwi mężczyźni tego nie 
robią.
– Mówiąc o prawdziwych mężczyznach masz na myśli siebie?
– Oczywiście. – Wyglądał na zadowolonego, potem nagle zmarszczył brwi. – 
Czy Paul lubi romanse?
Cait   nie   miała   zielonego   pojęcia,   nigdy   bowiem   nie   była   z nim   na   randce, 

background image

a w biurze nie rozmawiali na takie tematy.
– Przypuszczam, że tak – powiedziała, ocierając usta serwetką. – To nie w jego 
stylu wstydzić się własnych uczuć.
– Ohoho! Mała siostra Martina pokazuje pazurki.
– Nie pokazuję  pazurków, mam  po prostu  zdecydowane  poglądy  na pewne 
tematy. – Sięgnęła po torebkę i wyciągnęła z niej portfel.
– Co ty robisz? – spytał Joe.
– Płacę za lunch. – Wyciągnęła dwudziestodolarowy banknot. – Teraz moja 
kolej i nie ma mowy... – Zawahała się, widząc, że mars na czole Joego wyraźnie 
się pogłębia. – Czy prawdziwy mężczyzna nie może pozwolić, by jego przyjaciel 
płci żeńskiej postawił mu lunch?
– Jasne, idziemy – rzucił nonszalancko.
Cait z trudem udało się ukryć uśmiech. Przypuszczała, że Joe odbierze jej gest 
jako kompromitujący jego męską dumę.
Najwyraźniej miała rację. Gdy zbliżali się do kasjerki, Joe wyprzedził ją, wyrwał 
rachunek i rzucił jakieś pieniądze na kontuar. Spojrzał na nią, jakby spodziewał 
się kłótni w miejscu publicznym. Po zamieszaniu w restauracji, które już dziś 
wywołali, Cait nie miała zamiaru dać się sprowokować.
– Joe – spytała gniewnie, gdy tylko wyszli z restauracji – po co to wszystko?
– Dobrze, wygrałaś. Możesz mi powiedzieć, że mam przestarzałe poglądy, ale 
gdy   jestem   z kobietą,   ja   płacę   rachunki,   niezależnie   od   tego,   jak   jest 
wyemancypowana.
– Ale przecież to nie randka. Jesteśmy tylko przyjaciółmi i nawet...
– Gwiżdżę na to. Przyjmij to jako przeprosiny za kłopotliwą sytuację, w którą 
cię wpędziłem.
– Jesteś szowinistą, Joe.
– Wcale nie. Po prostu uznaję pewne... normy.
– Ach, rozumiem.  – Jego postawa nie powinna być dla niej niespodzianką. 
Stwierdziła   już   przecież   wcześniej,   że   łatwo   przewidzieć,   co   zrobi   i jak   się 
zachowa.
Trzymając Cait pod ramię, Joe poprowadził ją przez zatłoczony parking w stronę 
kina.
Gdy   czekali   w kolejce   po   bilety,   Cait   przyłapała   spojrzenie   Joego,   utkwione 
w plakat   reklamujący   jeden     z   sensacyjnych     filmów   –   kolejna     historia 
o praworządnym policjancie schodzącym na złą drogę.
– Zdaje się, że masz większą ochotę na kryminał niż na romans.

background image

– Obiecałem ci już, że to ty wybierasz film i dotrzymam słowa. Oczywiście, 
jeśli zdecydujesz się na inny film... – Schował ręce do kieszeni i uśmiechnął się 
do niej błagalnie – nie będę miał nic przeciwko temu.
– Jestem skłonna pójść na inny film, ale pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Ja płacę za bilety.
– Widzę, że znów pokazujesz pazurki. 
Podniosła  ręce i  rozcapierzyła palce w  geście rozzłoszczonej kotki.
– Decyzja należy do ciebie.
– A co z prażoną kukurydzą?
– Możesz kupić, jeśli koniecznie chcesz.
– No dobrze, ubiłaś niezły interes. 
Doszedłszy do okienka, Cait kupiła dwa bilety na kreskówkę Disneya.
– Disney? – zdumiał się Joe, gdy Cait wręczyła mu bilet.
– To chyba niezły kompromis?
W pierwszym momencie miał minę, jakby chciał się z nią spierać, po chwili 
jednak uśmiechnął się szeroko.
– Disney – powtórzył. – Masz rację, to może być niezła zabawa. Mam tylko 
nadzieję, że nie będziemy jedynymi widzami w wieku powyżej dziesięciu lat.
Zajęli miejsca w tylnej części sali, chrupiąc prażoną kukurydzę z dużej torebki. 
Sala była pełna, dzieci kręciły się w tę i z powrotem po przejściach. Joe martwił 
się   niepotrzebnie   –   dorosłych   było   sporo,   choć   oczywiście   większość   z nich 
towarzyszyła swym pociechom.
Światła   przygasły   i Cait   usadowiła   się   wygodnie   w fotelu,   sięgając   po   garść 
kukurydzy. Na ekranie pojawiły się reklamówki, ale hałas na sali prawie się nie 
zmniejszył.
– Czy dzieciaki ci przeszkadzają? – chciał wiedzieć Joe.
– O Boże, nie! Uwielbiam dzieci.
– Naprawdę?
Jego zdziwienie uraziło Cait, popatrzyła nań z wyrzutem.
– Rozmawialiśmy już na ten temat – odparła, zlizując sól z palców.
– Czyżby? Kiedy?
– Już zapomniałeś? Zebrało ci się na wspominki, jak to strasznie lubiłam bawić 
się lalkami i byłeś pewien, że szybko wyjdę za mąż i będę miała dom pełen 
dzieci.   –  Jego   słowa   sprawiły   jej   wówczas   przykrość,   ponieważ   „dom  pełen 
dzieci” był właśnie tym, czego najbardziej pragnęła, a nie wyglądało na to, by 

background image

miała szybko zrealizować swe marzenie.
– Ach tak, teraz sobie przypominam. – Zaczerpnął pełną garść kukurydzy. – 
Byłabyś fantastyczną matką, wiesz o tym.
Łzy napłynęły nagle do oczu Cait. Zamrugała szybko powiekami, zaskoczona, 
że wzruszyła się z tak głupiego powodu.
Zaczął się film, widzowie poprawili się w fotelach. Cait skoncentrowała uwagę 
na ekranie, sięgając co jakiś czas po omacku do torebki z prażoną kukurydzą. Ich 
ręce zetknęły się kilkakrotnie i niemal bez udziału jej świadomości, ich palce 
splotły  się.  Ten rodzaj kontaktu z Joem budził poczucie  spokoju. Był czymś 
naturalnym, ale w tej chwili nie chciała się nad tym zastanawiać. Joe naprawdę 
się nie zmienił, wciąż był sympatyczny i zabawny. Jeśli o to idzie, ona też się 
niewiele zmieniła...
Gdy projekcja się skończyła, puścił dłoń Cait.
Włożyła   szybko   płaszcz   i przewiesiła   torbę   przez   ramię.   Gdy   wychodzili 
z hałaśliwej,   zatłoczonej   sali,   znów   wydało   się   rzeczą   zupełnie   naturalną,   iż 
wzięli się za ręce.
Joe otworzył kabinę ciężarówki, opuścił składany stopień i pomógł Cait wsiąść. 
O tej porze  roku zaczynało się  wcześnie  zmierzchać  i na ulicy  paliły  się już 
jasne, wesołe światła latarń. Wolny placyk po drugiej stronie był teraz pełen 
choinek.
– Kupiłaś już choinkę? – spytał Joe, wskazując ruchem głowy placyk, gdy już 
wsiadł do kabiny i zapuścił silnik.
– Zwykle nie ubieram choinki u siebie w domu,  ponieważ świąteczny urlop 
spędzam z Martinem i jego rodziną... A ty? Może jest coś, co zostawiasz sobie 
na Wigilię Bożego Narodzenia? – zażartowała. Było jej przyjemnie wyobrażać 
sobie,   jak   Joe   czeka   do   późna   w nocy,   by   udekorować   choinkę   dla   swoich 
bratanic i bratanków.
– Wystarczająco dużo kłopotu sprawia mi znalezienie czasu na zakupy.
– Twoje projekty budowlane są tak absorbujące? – Nie zastanawiała się dotąd 
nad pracą Joego. Słyszała tylko od Paula, że Joe odnosi duże sukcesy. Nie miała 
żadnych   logicznych   podstaw,   by   odczuwać   dumę   z powodu   jego   dokonań, 
niemniej ją odczuwała.
– Prowadzenie własnego interesu to nie praca od dziewiątej do piątej. Jestem 
na zawołanie przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale muszę powiedzieć, 
że to mi odpowiada, ponieważ kocham moją pracę.
– Bardzo się z tego cieszę, Joe, naprawdę.

background image

– Czy na tyle, by pomóc mi ubrać moją choinkę?
– Kiedy?
– W następny weekend.
– Bardzo bym chciała – odrzekła, poruszona tym zaproszeniem – ale właśnie 
wtedy odlatuję do Minnesoty.
– W porządku – uśmiechnął się Joe. – Może następnym razem.
Odwróciła się, marszcząc brwi, by ukryć rumieniec.
Jechali   w milczeniu,   bowiem   Joe   skoncentrował   się   całkowicie   na 
manewrowaniu ciężarówką w dużym ruchu ulicznym.
– Podobał   mi   się   film   –   powiedziała   Cait   po   dłuższej   chwili,   walcząc 
z przemożną   chęcią,   by   oprzeć   głowę   na   jego   ramieniu.   Usiłowała   wmówić 
sobie,   że   ten   impuls   spowodowany   jest   wyłącznie   ogromnym   zmęczeniem. 
Niczym ponadto!
– Mnie również – odrzekł czule. – Tylko następnym razem ja płacę za bilety. 
Zrozumiałaś?
Następnym razem. Znów to samo. Podejrzewała, że Joe zaczyna traktować ich 
znajomość zbyt poważnie. Sugerował już, że niedługo znów się zobaczą, mówił 
o przyszłych randkach, jakby byli związani ze sobą od dawna. Niemal jakby byli 
małżeństwem...
Rozmyślała   wciąż   nad   tym,   gdy   Joe   wjechał   na   parking   przed   jej   domem. 
Wyskoczył i zaczął zbierać jej pakunki, trzymając je przed sobą w ramionach 
niczym dziecko. Cait wygramoliła się sama z kabiny, weszła na klatkę schodową 
i otworzyła drzwi do mieszkania.
Stojąc w przejściu, odwróciła się, by odebrać kilka większych paczek z ramion 
Joego.
– Znakomicie się bawiłam – powiedziała wesoło.
– Ja też. – Idąc tuż za Cait, wepchnął ją do salonu, po czym zbliżywszy się do 
kanapy, rzucił na nią resztę pakunków. Zdawał się wypełniać sobą cały pokój.
Żadne   z nich   nie   odezwało   się   przez   kilka   minut,   ale   Cait   wyczuwała 
instynktownie, że Joe pragnie, by go zaprosiła na kawę. Myśl była kusząca, lecz 
niebezpieczna.   Nie   może   dopuścić   do   tego,   by   robił   sobie   jakieś   nadzieje. 
Przecież ona jest zakochana w Paulu. Po raz pierwszy od blisko roku Paul zaczął 
ją dostrzegać. Nie wolno jej zaprzepaścić wszystkiego, angażując się w jakąś 
historię z Joem.
– Dziękuję ci za... dzisiejszy dzień – powiedziała, zawracając do drzwi, by go 
wypuścić.   Joe   jednak   schwycił   ją   za   przegub   i przyciągnął   do   siebie.   Nim 

background image

zdążyła zaprotestować, znalazła się w jego ramionach.
– Mam zamiar cię pocałować – powiedział niskim, osobliwie czułym głosem.
– Naprawdę? – Nigdy jeszcze nie działała tak na nią bliskość mężczyzny, jego 
muskularne ciało, świeży zapach wody kolońskiej. Jej własne ciało zareagowało 
falą mieszanych doznań. Przede wszystkim było jej dobrze w jego ramionach. 
Nie była pewna, dlaczego tak jest, lecz obawiała się analizować swoje uczucia.
Powoli, leniwie pochylił głowę. Gdy zetknęły się ich wargi, Cait wydała cichutki 
jęk.
Na chwilę zapomniała, że zamierzała się uwolnić, nim pocałunek stanie się zbyt 
namiętny. Nim sprawy zajdą zbyt daleko...
Joe wyczuł chyba jej determinację,  przesunął  bowiem dłońmi  po jej plecach 
w delikatnej   pieszczocie,   przyciągając   ją   jeszcze   bliżej.   Jego   usta   rozpoczęły 
zmysłową wędrówkę po jej policzku, wzdłuż szczęki, potem w dół szyi...
– Joe! – wymówiła z jękiem jego imię, niepewna, co chce powiedzieć.
– Hmmm?
– Czy   jesteś   znów   głodny?   –   Zastanawiała   się   gorączkowo,   czy   nie   ma 
przypadkiem więcej krakersów w torbie. Może to by go powstrzymało.
– Bardzo głodny – odpowiedział z całą powagą niskim zduszonym głosem. – 
Nigdy nie byłem bardziej głodny.
– Zjadłeś przecież lunch i mnóstwo prażonej kukurydzy.
Zawahał się, po czym powoli uniósł głowę.
– Cait, jesteś pewna, że mówimy o tym samym? Och, do diabła, cóż to ma za 
znaczenie?   Tylko   to   ma   znaczenie.   –   Zamknął   pocałunkiem   jej   rozchylone 
wargi.
Cait   poczuła,   jak  kolana   się   pod   nią   uginają,   zawisła   na   nim,   chwytając   się 
kurczowo jego marynarki, jakby się spodziewała, że za chwilę upadnie. Co było 
wielce prawdopodobne, jeśli nie przestanie jej całować...
– Joe, proszę cię, dosyć. – Ale to właśnie ona lgnęła do niego. Musi coś zrobić, 
i to szybko, zanim straci całkowicie zdolność rozsądnego myślenia.
Wciągnął   spazmatycznie   powietrze   i wymruczał   coś,   czego   nie   zdołała 
rozszyfrować, ponieważ jego wargi muskały delikatnie jej policzek.
– Musimy... porozmawiać – oświadczyła, zaciskając mocno powieki. Jeśli nie 
spojrzy na Joego, będzie w stanie zrobić to, co powinna.
– Dobrze – zgodził się.
– Zaparzę nam kawy.
Joe wypuścił ją nagle z objęć z ciężkim westchnieniem i pozbawiona podpory 

background image

Cait niemal upadła na oparcie kanapy. Musiała się pozbierać, by jakoś dojść do 
kuchni. Bezwiednie przesunęła palcami po wargach, jakby nawet teraz nie była 
całkiem pewna, czy Joe nie trzyma jej wciąż w ramionach i nie całuje.
Tym razem nie żartował i nie pajacował. Jego pocałunki były jak najbardziej 
serio. Tak całuje mężczyzna kobietę, która go bardzo pociąga. Kobietę, z którą 
chce nawiązać bliższe stosunki. Cait poczuła, że cała dygocze, nie jest w stanie 
się poruszyć.
– Czy chcesz, żebym to ja zaparzył kawę?
  Skinęła głową i osunęła się na kanapę. Nie byłaby w stanie utrzymać się na 
nogach.
Joe   wrócił   po   kilku   minutach   z dwoma   parującymi   kubkami.   Jeden   podał 
ostrożnie   Cait,   ze   swoim   zaś   usiadł   w drugim   końcu   niebieskiej   welurowej 
kanapy.
– Chciałaś porozmawiać?
– Tak – wykrztusiła Cait. Ze zdenerwowania w gardle ją dławiło i nie czuła się 
na siłach logicznie myśleć i formułować zdania. Machnęła tylko z rezygnacją 
wolną ręką, co najwyraźniej nie wystarczyło Joemu.
– Cait – spytał – co ci jest?
– Paul. – Z jej ust wydobył się dziwny pisk.
– Co z nim?
– Dzwonił do mnie.
– Tak, wiem. Mówiłaś mi już o tym.
– Czy   ty   nic   nie   rozumiesz?   –   wykrzyknęła,   jej   głos   zabrzmiał 
nadspodziewanie   czysto.   –   Paul   wreszcie   okazał   mi   trochę   zainteresowania, 
a teraz   ty   mnie   całujesz,   rozpowiadasz   wszystkim   naokoło,   że   jesteśmy 
małżeństwem i robisz głupie rzeczy w stylu... – Zamilkła, łapiąc głęboki oddech. 
– Joe, och proszę, Joe, nie zakochaj się we mnie!
– Zakochać się w tobie? – powtórzył z niedowierzaniem. – Caitlin, chyba nie 
mówisz   serio.   Nie   obawiaj   się,   to   w ogóle   nie   wchodzi   w rachubę.   Nie   ma 
mowy.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
– Nie   ma   mowy?   –   Cait   była   pewna,   że   się   przesłyszała.   Zamrugała 
kilkakrotnie, jak gdyby to mogło poprawić jej słuch. Albo Joe nisko ocenia jej 
inteligencję, albo jest większym... draniem, niż myślała.
– Nie musisz się martwić. – Sączył kawę, jego spojrzenie było spokojne, bez 
śladu emocji. – Nie zakocham się w tobie.
– Innymi   słowy,   masz   zwyczaj   całowania   niczego   nie   podejrzewających 
kobiet.
– To nie jest zwyczaj – odparł po namyśle. – Raczej rozrywka.
– Wygląda   na   to,   że   w moim   przypadku   zaczyna   ci   to   jednak   wchodzić 
w nawyk.   –   Wzbierał   w niej   coraz   większy   gniew   i zupełnie   nie   rozumiała, 
czemu czuje się urażona. Powiedział jej dokładnie to, co pragnęła usłyszeć. Nie 
spodziewała   się,   że   jej   miłość   własna   dozna   takiego   uszczerbku.   Przecież 
powinien ucieszyć ją fakt, iż Joe nie ma najmniejszego zamiaru zaangażować się 
uczuciowo.
Ale jej nie cieszył.
To znaczy, że pocałunki były dla niego przyjemnym interludium. Czas upływał 
mu szybciej i dzięki nim nie nudził się w jej towarzystwie.
– Może  cię to zaszokuje  – mówił  Joe  obojętnie – ale mężczyzna  nie musi 
kochać kobiety, żeby ją całować.
– Wiem o tym – powiedziała ostro Cait, usiłując się opanować i nie dopuścić 
do wybuchu wściekłości.
– A ty przestań traktować to tak lekko. Gdybym nie była związana z Paulem, 
mogłabym sobie Bóg wie co pomyśleć.
– Nie   wiedziałem,   że   jesteś   związana   z Paulem   –   odparł   nieco   złośliwie. 
Pochyliwszy się do przodu, oparł łokcie na kolanach, w irytująco swobodnej 
pozie. – Gdyby to była prawda, nigdy nie umawiałbym się z tobą na randkę. 
Z mojego punktu widzenia ten „związek” jest raczej jednostronny. Czy nie mam 
racji?
– Masz – przyznała niechętnie.
– A   więc   –   mówił   dalej,   odchylając   się   z powrotem   na   oparcie   kanapy 
i zakładając nogę na nogę – czy pocałunki sprawiły ci przyjemność? Nabrałem 
chyba wprawy od tamtego pierwszego razu?
– Czy naprawdę chcesz, żebym wystawiła ocenę? –

spytała niecierpliwie.

– To jasne, że jestem znacznie lepszy, niż wówczas, gdy byłem dzieckiem, 
w przeciwnym razie nie byłabyś taka zmartwiona. – Upił łyk kawy, uśmiechając 

background image

się sympatycznie przez cały czas.
– Możesz mi wierzyć, że nie jestem zmartwiona.
– Czyżby? – Uniósł wysoko brwi.
– Bez wątpienia spodziewasz się, że padnę ci do stóp, pokonana twoim męskim 
wdziękiem. Cóż, jeśli o to właśnie ci chodzi, to twoje niedoczekanie!
Skrzywił usta w uśmiechu,  jak gdyby wyobraził ją sobie leżącą  na podłodze 
u jego stóp i widok ten sprawił mu przyjemność.
– Myślę,   że   mamy   tu   do   czynienia   z odwrotnym   problemem   –   może   to   ty 
zakochałaś się we mnie i po prostu o tym nie wiesz.
– Ja   miałabym   się   w tobie   zakochać?   –   parsknęła   z niedowierzaniem.   – 
Kompletnie ci odbiło. Prawdopodobieństwo jest równe zeru.
– Dlaczego? Wiele kobiet mówiło mi, że przystojny za mnie skurczybyk. I że 
mam dużo męskiego wdzięku. Mój Boże, jestem dość zamożny i raczej...
– Kto ci o tym mówił? Twoja matka? – postarała się, by słowa te zabrzmiały 
sarkastycznie.
– Może cię to zdziwi, ale mam sporo wielbicielek. 
Jego słowa dolały tylko oliwy do ognia. Sama nie wiedząc czemu była na niego 
tak wściekła, że ledwie mogła usiedzieć w miejscu.
– Nie wątpię, ale jeśli ja się zakocham w mężczyźnie, to na pewno nie z tego 
powodu, że jest „przystojnym skurczybykiem” – zacytowała ironicznie. – Spójrz 
na Paula – to typ mężczyzny, który mnie pociąga. Dla mnie większe znaczenie 
ma wnętrze człowieka, a nie aparycja.
Dlaczego więc tak się obawiasz zakochać we mnie?
– Wcale   się   nie   obawiam!   Cały   czas   wykręcasz   kota   ogonem.   Zaczęłam 
w ogóle ten temat, ponieważ sądziłam, że to ty zaczynasz myśleć o nas zbyt 
poważnie.
– Wyjaśniłem ci już, że problem nie istnieje.
– Słyszałam! – Cait odstawiła kawę. Joe wyprowadził ją z równowagi do tego 
stopnia, że ręce jej się trzęsły.
– No dobrze – powiedział cicho, spoglądając na nią – nie odpowiedziałaś na 
moje pytanie.
– Które?
– Czy zrobiłem postępy w całowaniu?
– Chyba nie mówiłeś serio!
– Przeciwnie. – Również odstawił kawę i uniósłszy się lekko z kanapy, chwycił 
ją w pasie i pociągnął ku sobie.

background image

Straciwszy równowagę, Cait upadła mu na kolana, zbyt zdziwiona, by stawiać 
opór.
– Spróbujmy jeszcze raz – szepnął.
– Ach... – Cait była przerażona podnieceniem, które nią owładnęło. Rozum 
podpowiadał   jej,   by   uciekała,   gdzie   pieprz   rośnie,   natomiast   inne 
uczucie,silniejsze   od   rozsądku   czy   ostrożności,   żądało   czegoś   wręcz 
przeciwnego.
Joe   pochylił   się   ku   niej   i stłumił   słowa   protestu   pocałunkiem.   Powinna   być 
sztywna jak kołek w jego ramionach, dać mu nauczkę, na jaką zasługiwał. Jak 
śmiał uważać, że natychmiast się w nim zakocha?! Jak śmiał insynuować, że jest 
kimś w rodzaju... greckiego herosa uwielbianego przez kobiety?! Ale w chwili 
gdy   spotkały   się   ich   usta,   Cait   zadrżała,   doznając   jednocześnie   wstrząsu 
i głębokiej przyjemności.
Wszystko   w niej   krzyczało,   że   to   nie   fair.   Nie   powinno   jej   być   tak   dobrze 
z Joem.   Są   wyłącznie   przyjaciółmi.   Takiej   reakcji   mogłaby   się   spodziewać 
podczas pocałunku z Paulem. Jeśli ją kiedykolwiek pocałuje.
Chciała   go   odepchnąć,   zamiast   tego   jednak   jęknęła   cicho.   To   było   takie 
niewiarygodnie cudowne. I dziwnie na miejscu. W tej chwili wszystkie obawy 
zdawały się odpływać w siną dal.
Nagle Joe przestał ją całować. Podświadome niezadowolenie z tego faktu kazało 
jej otworzyć oczy. Napotkała wzrok Joego, jego oczy miały w tej chwili kolor 
akwamaryny.
– I   jaki   stopień   mi   wystawisz?   –   spytał   ochrypłym   szeptem,   jak   gdyby 
mówienie sprawiało mu trudność.
– Dobry. – Zdobyła się zaledwie na krótką odpowiedź, choć była wściekła, że 
o to pyta.
– Tylko dobry? Pokiwała kilkakrotnie głową.
– Myślałem, że jesteśmy lepsi.
– My?

– Oczywiście jestem tylko tak dobry, jak moja partnerka.
– W-więc   jak   mnie   oceniasz?   –   Musiała   o to   zapytać.   Jak   idiotka   sama 
wręczyła   mu   topór   i położyła   głowę   na   pieńku.   Joe   z pewnością   wykorzysta 
okazję, by podeptać jej miłość własną i obrócić wszystko w żart. Nie zniosłaby 
tego w tej chwili. Spuściła wzrok w oczekiwaniu na egzekucję.
– Zrobiłaś duże postępy.

background image

Uniosła ze zdziwieniem jedną brew. Nie wiedziała, co na to powiedzieć.
Siedzieli oboje w milczeniu.
– Sama wiesz, Cait – powiedział wreszcie czule Joe, że jesteśmy w tym coraz 
lepsi. O wiele, wiele lepsi.
Przytulił głowę do jej czoła. 
– Jeśli nie będziemy ostrożni, jeszcze się we mnie zakochasz.

– Gdzie   byłaś   przez   całą   sobotę?   –   spytała   Lindy   w poniedziałek   rano. 
Odnawianie   zostało   zakończone   w piątek   późnym   popołudniem   i pierwszą 
rzeczą,   jaką   Cait   zrobiła   dzisiejszego   ranka,   było   przeniesienie   rzeczy 
z powrotem do własnego pokoju. – Dzwoniłam do ciebie co najmniej z dziesięć 
razy.
– Mówiłam   ci   przecież,   że   wybieram   się   na   przed-   świąteczne   zakupy. 
Kupiłam też trochę okolicznościowych ozdóbek do mojego pokoju.
– Zajęło   ci   to   cały   dzień?   –   Mrużąc   podejrzliwie   oczy,   postawiła   teczkę 
i oparła się o biurko Cait.
– Nie spotkałaś się chyba z Josephem Rockwellem? 
Cait   czuła,   jak   zdradziecki   rumieniec   wypełza   na   jej   szyję.   Spuściła   wzrok, 
udając,  że   sprawdza  coś   w wykazie   giełdowego  kursu  akcji  Dow   Jonesa,   by 
zyskać   na   czasie   i jakoś   się   pozbierać.   Nie   mogła   się   przyznać,   jak   było 
naprawdę.
– Byłam po prostu na zakupach – powiedziała. Żeby zmienić temat, sięgnęła 
po grubą teczkę z nazwiskiem Paula wypisanym u góry i spytała: – Nie wiesz 
przypadkiem, jakie plany na dzisiaj ma Paul?
– N-nie, nie widziałam go jeszcze. Czemu pytasz? 
Cait uśmiechnęła się promiennie do przyjaciółki.
– Zadzwonił   do   mnie   w piątek   wieczorem.   Och,   Lindy,   byłam   taka 
podniecona, że o mało nie wyskoczyłam ze skóry. – Zniżyła głos i rozejrzała się 
dla upewnienia, że nikt poza Lindy jej nie słyszy. – Naprawdę myślę, że chce się 
ze mną umówić na randkę.
– Czy ci to powiedział?
– Niezupełnie.   –   Cait   zmarszczyła   brwi.   Spodziewała   się,   że   Lindy   okaże 
trochę entuzjazmu.
– Po co więc dzwonił?
Cait odsunęła się z krzesłem i znów się rozejrzała.

background image

– Był chyba zazdrosny – szepnęła cicho.
– Naprawdę? – Lindy otworzyła szeroko oczy.
– Czemu tak cię to dziwi?
– Z czego wnioskujesz, że Paul mógł być zazdrosny?
– Może   wyolbrzymiam   fakty,   ponieważ   bardzo   chcę   w nie   uwierzyć.   Ale 
zadzwonił...
– I co powiedział? – naciskała Lindy, coraz bardziej ciekawa. – Musiał mieć 
chyba jakiś powód.
– Och, tak. Wspomniał, że jest mi wdzięczny za artykuł, który mu podsunęłam, 
oboje   jednak   wiedzieliśmy,   że   to   wymówka.   Myśl   o tym,   że   być   może   jest 
zazdrosny, nasunęło mi jego pytanie, czy jestem sama.
– Mógł spytać cię o to z wielu innych powodów, nie uważasz?
– Tak,   wiem,   ale   to   ma   sens,   że   chciał   wiedzieć,   czy   Joe   jest   ze   mną 
w mieszkaniu.
– A był?
– Oczywiście, że nie – odrzekła Cait zgodnie z prawdą. Nie czuła się winna 
z powodu ukrywania faktu, że był u niej wcześniej i że spędzili razem niemal 
całą   sobotę.   –   Jestem   pewna,   że   to   idiotyczna   uwaga   Joego   w piątek   była 
przyczyną telefonu Paula. Byłam potwornie wściekła na Joego, ale widzę, że 
mogę być mu raczej wdzięczna.
Co to jest? – spytała nagle Lindy, wskazując na grubą teczkę leżącą przed Cait. 
Usta miała lekko zaciśnięte, jak gdyby była zakłopotana lub zirytowana – Cait 
nie miała pojęcia, na co lub na kogo.
– To, kochanie, jest klucz do mojej przyszłości z naszym wspaniałym szefem.
Lindy nie odezwała się od razu i wyglądała na jeszcze bardziej zmieszaną niż 
przedtem.
– Co masz na myśli?
Cait nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie w porządku z jej najlepszą 
przyjaciółką. Najwyraźniej coś przed nią ukrywała. Cait wiedziała jednak, że 
Lindy powie jej o wszystkim, gdy będzie gotowa. Nie znosiła, by ją ponaglać 
i naciskać.
– Teczka – podsunęła jej Lindy, gdy Cait wciąż nie odpowiadała.
– Ach tak. Spędziłam calutką niedzielę, przekopując się przez stare czasopisma 
z dziedziny   zarządzania   w poszukiwaniu   artykułów,   które   mogłyby 
zainteresować   Paula.   Musiałam   się   cofnąć   o pięć   lat.   Zrobiłam   odbitki 
artykułów,   które   uważam   za   najbardziej   wartościowe   i dołączyłam   krótką 

background image

analizę własną. Chciałabym dać mu to dzisiaj. Dlatego pytałam, czy znasz już 
jego rozkład dnia.
– Niestety nie – mruknęła Lindy. Wyprostowała się, sięgnęła po swoją teczkę 
i udawała,   że   sprawdza   zegarek.   Następnie   uśmiechnęła   się   uspokajająco   do 
Cait. – Lepiej wezmę się do pracy. Wpadnę później i pomogę ci udekorować 
pokój, dobrze?
– Dzięki. Życz mi powodzenia z Paulem.
– Wiesz dobrze, że ci życzę – powiedziała cicho Lindy.
Gdy została sama Cait złapała się na tym, że spogląda co chwila w stronę drzwi, 
czekając, aż stanie w nich Joe. Jego pracownicy byli na miejscu od wczesnego 
ranka, ale mimo dość późnej pory Joe wciąż się nie zjawiał. Dopiero po pewnym 
czasie uświadomiła sobie, że to Paula powinna wyglądać, nie Joego. To Paul był 
obiektem   jej   zainteresowania   i złościło   ją,   że   Joe   zajmuje   tyle   miejsca   w jej 
myślach. Właśnie zamykano nowojorską giełdę, gdy na korytarzu mignęła jej 
sylwetka   Paula.   Chwyciwszy   pośpiesznie   teczkę,   bez   wahania   popędziła 
w kierunku   jego   gabinetu.   Okazja   spadła   jej   z nieba   i Cait   miała   zamiar   ją 
wykorzystać.
– Dzień dobry, Paul – powiedziała serdecznie, stając w drzwiach. – Czy masz 
chwilę czasu, czy też wolisz, żebym wpadła później?
Wyglądał na zmęczonego, jakby ten dzień wyczerpał wszystkie jego siły. Serce 
jej wezbrało świeżą falą miłości. To prawda, że przez krótką chwilę nękały ją 
wątpliwości.   Miałaby   je   każda   kobieta,   którą   choć   przez   moment   trzymał 
w objęciach Joe. Mógł być arogancki, robić głupie kawały, ale miał  wdzięk. 
Teraz jednak, będąc z Paulem, Cait przypomniała sobie, kogo naprawdę kocha.
– Nie chciałabym sprawiać kłopotu – dodała cicho.
– Wejdź, proszę, Cait. – Uśmiechnął się apatycznie. – Mam chwilę czasu. – 
Wskazał jej gestem krzesło.
Weszła do gabinetu niemal w radosnych podskokach. Wiedząc, że spędzi kilka 
minut sam na sam z Paulem, poświęciła więcej czasu porannej toalecie. Obrzucił 
ją spojrzeniem i uśmiechnął się, tym razem jednak Cait pomyślała, że dostrzega 
w jego oczach błysk uznania.
– Czym   mogę   ci   służyć?   Mam   nadzieję,   że   jesteś   zadowolona   ze   swego 
pokoju. – Ściągnął lekko brwi.
Przez   moment   zapomniała,   po   co   do   niego   przyszła   i wpatrywała   się   weń 
bezmyślnie, póki jego wzrok nie spoczął na trzymanej przez nią teczce.
– Pokój wygląda fantastycznie – powiedziała czym prędzej. – Hm, przyszłam 

background image

do ciebie, bo... – Zająknęła się,  po czym zaczerpnąwszy tchu,  mówiła dalej:
–   Przejrzałam   w domu   trochę   czasopism   z dziedziny   zarządzania   i znalazłam 
kilka artykułów, które mogą cię zainteresować. – Podała mu uroczyście teczkę. 
Wziął ją od niej i otworzył ostrożnie.
– O Boże – powiedział, przerzucając strony i przebiegając wzrokiem jej notatki 
– musiałaś spędzić nad tym wiele godzin.
– To... drobiazg. – Chętnie zrobiłaby znacznie więcej, by zyskać jego uznanie, 
a w końcu może i miłość.
– Nie uda mi się tego przejrzeć w ciągu najbliższych kilku dni.
– Och, przecież nie ma pośpiechu. Wspomniałeś, że poprzedni artykuł był ci 
bardzo pomocny, pomyślałam więc, że powinieneś zapoznać się dla porównania 
z innymi, które dotyczą obecnego stanu rynku.
– Dziękuję, to naprawdę bardzo ładnie z twojej strony.
– Jestem   szczęśliwa,   że   mogłam   to   dla   ciebie   zrobić.   Bardzo   szczęśliwa   – 
dodała z olśniewającym uśmiechem. Ponieważ Paul się nie odzywał, Cait wstała 
z ociąganiem. – Musisz być kompletnie wypompowany po tylu spotkaniach, nie 
będę ci dłużej zawracała głowy.
Była już prawie przy drzwiach, gdy Paul nagle przemówił.
– Właściwie wpadłem do pracy tylko po to, żeby zabrać parę rzeczy. Idę dziś 
wieczorem na ważną randkę.
Cait miała uczucie, że podłoga zapada się pod jej stopami.
– Randkę?   –   powtórzyła,   nim   zdążyła   ugryźć   się   w język.   Z najwyższym 
trudem udało jej się zapanować nad wyrazem twarzy.
Paul uśmiechnął się z chłopięcym wdziękiem.
– Tak, zaprosiłem ją na kolację.
– Wobec tego baw się dobrze.
– Dziękuję, na pewno będę. – Oczy błyszczały mu podnieceniem. – Och, przy 
okazji – dodał, wskazując na efekt jej cało niedzielnej pracy – dziękuję ci za 
wysiłek, który włożyłaś w przygotowanie tego materiału.
– Proszę bardzo.
Wróciwszy   do   swego   pokoju,   Cait   siedziała   w zupełnym   odrętwieniu.   Paul 
umówił  się na randkę. Nie oczekiwała,  by wiódł życie pustelnika, ale  nigdy 
dotąd nie wspominał, że się z kimś spotyka. Mogłaby podejrzewać, że rzucił tę 
uwagę po to, by wzbudzić jej zazdrość, gdyby nie jego autentyczna radość z tego 
powodu. Poza tym Paul nie jest człowiekiem, który potrafiłby udawać.
– Cait, na Boga – powiedziała Lindy, wchodząc w chwilę później do jej pokoju 

background image

– co się stało? Wyglądasz okropnie.
Cait przełknęła z trudem ślinę i spróbowała się uśmiechnąć.
– Rozmawiałam z Paulem i dałam mu zebrane przeze mnie materiały.
– Nie docenił  twojej pracy?  – Lindy wzięła  girlandę leżącą  na biurku Cait 
i przypięła ją do drzwi.
– Jestem pewna, że tak – odpowiedziała Cait. – To na mnie nie zwraca uwagi. 
Traktuje   mnie   jak   powietrze.   –   Odgarnęła   włosy   z czoła   i oparła   łokcie   na 
biurku, straszliwie przygnębiona. Jeśli nie zadziała błyskawicznie, straci Paula 
dla jakiejś kobiety bez twarzy i nazwiska.
– Przedtem też cię tak traktował. O co więc chodzi tym razem? – Zawiesiła na 
oknie   srebrny   dzwoneczek,   unikając   wzroku   Cait,   która   bezmyślnie   obracała 
w palcach ceramiczne figurki trzech mędrców ze Wschodu.
– Paul   umówił   się   na   randkę   i z jego   słów   wynika,   że   nie   jest   to   jakaś 
przypadkowa kobieta. Musi być dla niego ważna. Wyglądał jak mały chłopiec, 
któremu dano klucz do sklepu ze słodyczami.
Wiadomość   ta   najwyraźniej   zaskoczyła   Lindy   nie   mniej   niż   Cait.   Po   chwili 
milczenia spytała cicho:
– I co masz zamiar z tym zrobić?
– O Boże, naprawdę nie wiem! – wykrzyknęła Cait, kryjąc twarz w dłoniach.
Lindy wymówiła się czymś i wyszła. Gdy Cait podniosła oczy, przyjaciółki już 
nie   było.   Westchnęła   ze   znużeniem.   Przyszła   rano   do   pracy   w radosnym 
nastroju, pełna nadziei, a teraz wszystko spaliło na panewce. Nigdy jeszcze nie 
znajdowała   się   w stanie   takiej   depresji.   Wiedziała,   że   najlepszym   antidotum 
byłaby aktywność fizyczna. Cokolwiek. Najgorsze, co mogła zrobić, to pójść do 
domu i poddać się chandrze. Może powinna kupić sobie choinkę i trochę ozdób. 
To by jej zapewne poprawiło nastrój, a przynajmniej musiałaby wyjść z domu. 
Poza tym, gdyby zadzwonił Joe, nie musiałaby odbierać telefonu.
Ledwie   zdążyła   o tym   pomyśleć,   gdy   potężna   sylwetka   przesłoniła   światło 
drzwi.
Joe.
Jaskrawo-pomarańczowy   kask   miał   zsunięty   do   tyłu   na   kowbojską   modłę. 
Obrazu   dopełniały   zakurzone   buty   i torba   z narzędziami,   zwisająca   nisko   na 
biodrze.   Nawet   pozycja,   w jakiej   stał,   z kciukami   założonymi   za   pas, 
sugerowała, że szykuje się do ostatecznej rozgrywki.
– Cześć, ślicznotko – wycedził, uśmiechając się do niej leniwie. Cait mogłaby 
przysiąc, że zrobił to specjalnie, by zagrać jej na nerwach. Ale w jej obecnym 

background image

nastroju ten numer nie wypalił.
– Może znalazłbyś sobie inną ofiarę do swoich wygłupów?
– Coś takiego! – Joe pokręcił głową z udawaną rozpaczą. Nie przejmując się 
wcale brakiem zaproszenia z jej strony, wszedł i rozwalił się na krześle przy 
biurku.
– Posłuchaj,   Joe,   sam   widzisz,   że   jestem   dziś   marnym   kompanem.   Idź 
poflirtować z recepcjonistką, jeśli chcesz kogoś unieszczęśliwić.
– Widzę,   że   pazurki   są   dziś   wyjątkowo   ostre.   –   Pomacał   dłońmi   klatkę 
piersiową, jak gdyby sprawdzał obrażenia. – Co się stało? – Złośliwe błyski 
w jego oczach zniknęły, gdy dobrze się jej przyjrzał.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Joe powinien dawno już paść trupem, uodpornił się 
jednak na jej spojrzenia.
– Skąd   wiesz,   że   nie   przyszedłem   zainwestować   pięćdziesięciu   tysięcy 
dolarów? – spytał, czując się tu jak w domu. Wziął z jej biurka długopis i zaczął 
się nim bawić.
Cait nie miała najmniejszej ochoty na żarty.
– A przyszedłeś?
– Niezupełnie. Chciałem cię prosić...
– No to wynoś się stąd. – Chwyciła stertę papierów i prasnęła nią o biurko. Ale 
nieuprzejmość, nawet wobec Joego, nie leżała w jej naturze. Walczyła ze łzami 
i coraz silniejszą potrzebą wyjaśnienia swego zachowania, przeproszenia go za 
nie. Joe podniósł się powoli i smyrgnął niedbale długopis.
– Niech   ci   będzie.   Skoro   chęć   poproszenia   cię,   byś   mi   pomogła   wybrać 
choinkę, jest czymś tak karygodnym...
– Idziesz kupować choinkę?
– To właśnie powiedziałem – rzucił przez ramię, idąc w stronę drzwi.
Cały   świat   zwalił   się   nagle   na   jej   barki.   Zachowała   się   jak   ostatnia,   jędza. 
Przyszedł, by ją włączyć do swych przedświątecznych przygotowań, a ona go 
przepędziła swym ciętym jęzorem i wyniosłą postawą.
Cait   nie   była   osobą   skorą   do   łez,   teraz   jednak   z trudem   mogła   nad   nimi 
zapanować. Dolna warga zaczęła jej drżeć. Czuła się, jakby znów miała osiem 
lat – zupełnie jak tego dnia, gdy się okazało, że Betsy McDonald nie zaprosiła jej 
na urodzinowe przyjęcie. Tyle że teraz została odrzucona przez Paula.
Zebrawszy swoje rzeczy, Cait wrzuciła papiery do teczki z nietypowym dla niej 
lekceważeniem.   Włożyła   płaszcz,   zapięła   go   szybko   i zacisnęła   szalik   wokół 
szyi, jakby to był katowski stryczek.

background image

Joe rozmawiał z brygadzistą, który prowadził przez cały dzień swoje prace, nie 
przeszkadzając innym. Zawahał się na widok Cait, przerywając rozmowę. Ich 
oczy się spotkały i choć próbowała ukryć poczucie winy, raczej jej się to nie 
udało. Postąpił krok w jej kierunku, ona jednak zadarła głowę do góry, zbyt 
dumna, by przyznać się do swoich uczuć.
Przeszła obok niego, starając się patrzeć wszędzie, byle tylko nie na niego.
Krępy brygadzista wyraźnie chciał wrócić do przerwanej rozmowy, ale Joe nie 
zwracał na niego uwagi, wpatrując się w Cait przymrużonymi oczyma. Czuła 
jego badawczy wzrok tak wyraźnie, jak gdyby jej dotykał. Nie mogąc znieść 
tego dłużej, odwróciła ku niemu twarz. Broda jej się trzęsła, mimo iż usiłowała 
się opanować.
– Cait! – zawołał.
Szła szybkim krokiem w stronę windy, obawiając się, że nie zdoła zachować 
resztek godności i wybuchnie płaczem.  Nie odezwała  się, pewna, że mówiąc 
cokolwiek, zrobi z siebie jeszcze większą idiotkę niż zwykle. Nie miała pojęcia, 
co ją popchnęło do powiedzenia Joemu wszystkich tych okropnych rzeczy. To 
przecież   nie   on   sprawił   jej   przykrość,   ona   zaś   odegrała   się   na   nim   za   swe 
niepowodzenia.
Powinna była  się  spodziewać,  że ucieczka jest niemożliwa.  Niemal  biegnąc 
korytarzem,  minęła recepcję i zatrzymała się przed windą.
– Nie masz zamiaru odezwać się do mnie? – spytał Joe, który następował jej na 
pięty niczym pies gończy.
– Nie. – Wpatrywała się z napięciem w cyferki rozbłyskujące nad drzwiami 
windy,   która   poruszała   się   z denerwującą   powolnością.   Jeszcze   trzy   piętra 
i droga ucieczki stanie otworem.
– Co było obraźliwego w zaproszeniu cię do pomocy  w zakupie choinki? – 
spytał.
Niemal płacząc, machnęła ręką w nadziei, że zrozumie, iż w tej chwili nie jest 
zdolna do jakichkolwiek wyjaśnień. Gardło miała ściśnięte, oddychała z trudem. 
Łzy gromadziły się jej pod powiekami, wszystko zaczęło się zamazywać przed 
oczyma.
– No, powiedz – nie dawał jej spokoju. Spróbowała przełknąć ślinę.
– I tak nie zrozumiesz. – Czemu, och, czemu ta winda jedzie tak wolno?
– A może jednak?
– Miała dwa wyjścia: poddać się i wszystko wyjaśnić lub stać tak i kłócić się. 
Pierwsze  było łatwiejsze,  gdyż szczerze  mówiąc  Cait nie miała  siły  walczyć 

background image

z nim. Westchnęła głęboko i powiedziała:
– Zaczęło się od tego, że przygotowałam dla Paula analizę artykułów...
– Mogłem się domyślić, że Paul ma z tym coś wspólnego – mruknął Joe pod 
nosem.
– Siedziałam nad tym mnóstwo godzin, włożyłam tyle serca i... i... nie wiem, 
czego się spodziewałam, ale...
– Co się stało? Jak się zachował Paul? Cait otarła oczy wierzchem dłoni.
– Jeśli   masz  zamiar  bez  przerwy  mi   przerywać,  nie  widzę  sensu  mówienia 
czegokolwiek.
– Szefie?   –   zawołał   ze   zniecierpliwieniem   brygadzista.   Właśnie   wtedy 
otworzyły   się   drzwi   windy,   odsłaniając   gromadkę   ludzi.   Gapili   się   na   Cait 
i Joego, który chwycił ją za łokieć, nie pozwalając wejść do środka.
– Josephie! – syknęła. – Puść mnie natychmiast! – Uznając, że ma przewagę, 
zawołała: – Ten mężczyzna stosuje przemoc! – Jeśli miała nadzieję, że rycerz 
w błyszczącej zbroi pośpieszy jej na ratunek, przeżyła bolesne rozczarowanie. 
Mogłoby się zdawać, że nikt nie słyszał jej słów.
– Proszę się nie przejmować, jesteśmy małżeństwem.–Joe uśmiechnął się do 
wszystkich ze zniewalającym wdziękiem.
– Szefie? – powtórzył głośno brygadzista.
– Macie wolne na resztę dnia! – odkrzyknął Joe.
– Powiedz chłopcom, że mogą pójść po gwiazdkowe prezenty.
– Niech się upewnię – na dzisiejszy dzień koniec roboty? Myślałem, że mamy 
cholernie napięty plan?
– Tak jest – powiedział głośno Joe, gdy drzwi windy się zamknęły.
Cait   chyba   nigdy   w życiu   nie   była   w takim   centrum   zainteresowania.   Oczy 
wszystkich   były   utkwione   w nich   obojgu   i jedyne,   co   jej   pozostało,   to   stać 
z wysoko podniesioną głową.
Gdy napięcie stało się nie do zniesienia, Cait odwróciła się twarzą do reszty 
pasażerów.
– Nie jesteśmy małżeństwem – oznajmiła.
– Owszem,   jesteśmy   –   nie   dał   się   zbić   z tropu   Joe.–   Po   prostu   o tym 
zapomniała.
– Nieprawda i jeśli ośmielisz się pleść znów duby smalone o amnezji...
– Ależ, kochanie...
– Przestań   natychmiast,   Josephie   Rockwell!   Nikt   ci   nie   wierzy.   Wystarczy 
jedno spojrzenie na nas, by wiedzieć, kto tu mówi prawdę.

background image

Winda zatrzymała się wreszcie na parterze i Cait odetchnęła z ulgą. Drzwi się 
rozsunęły. Pierwsze wyszły z windy dwie kobiety. Zatrzymały się na moment 
i obrzuciły Joego pełnym zrozumienia wzrokiem.
– Czy ona często to robi? – spytał jakiś mężczyzna z wyraźnym rozbawieniem.
– Niestety tak – odpowiedział Joe, biorąc Cait pod rękę i prowadząc ją przez 
hol.   Spróbowała   się   wyswobodzić,   trzymał   ją   jednak   mocno.   –   Widzi   pan, 
poślubiłem zapominalską pannę młodą.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Cait   nerwowo   wygładziła   na   biodrach   czerwoną   aksamitną   suknię.   Z sercem 
bijącym   jak   szalone,   czekała   na   przyjazd   Joego.   Spędziła   całe   godziny   na 
przygotowaniach do świątecznego przyjęcia w domu Paula. Ściskało ją w dołku 
ze zdenerwowania.
Ona, tajemnicza kobieta, z którą Paul umówił się na randkę, z pewnością tam 
będzie.   Cait   miałaby   pierwszą   okazję,   by   otaksować   rywalkę.   Przejrzała   się 
w lustrze   niezliczoną   ilość   razy,   próbując   obiektywnie   ocenić   swoje   szanse 
u Paula, jeśli idzie o wygląd. Suknia była szałowa. Włosy bez skazy. Reszta 
względnie doskonała.
Zadźwięczał   dzwonek   u drzwi   i Cait   dosłownie   pofrunęła   przez   pokój,   by   je 
otworzyć.
– Wiesz jaki jesteś, Josephie Rockwell?
– Spóźniony? – podsunął jej.
– Dokuczliwy   –   udała,   że   nie   słyszy.   –   Dokuczliwy   tyran.   Żałuję,   że   się 
w ogóle   zgodziłam,   byś   zabrał   mnie   na   przyjęcie   Paula.   Nie   wiem,   co   mi 
przyszło do głowy.
– Bez   wątpienia   miałaś   nadzieję   zapędzić   mnie   pod   jemiołę   –   powiedział 
z mrugnięciem, które miało sugerować, że da się łatwo namówić.
– Najpierw   porywasz   mnie   i zmuszasz,   bym   kupowała   z tobą   choinkę   – 
rozzłościła się. – Potem...
– Spokojnie, Cait, przyznaj, że się dobrze bawiłaś. – Rozwalił się na kanapie, 
tymczasem Cait wyjęła z szafy płaszcz i torebkę.
– Kto by uwierzył, że facet, który kupuje swojej matce rostbef i pokarm dla 
kotów na Gwiazdkę, będzie taki wybredny przy wyborze choinki!
– Zabrałem cię przecież potem na kolację!
Cait skinęła głową. Musiała przyznać, że Joe wychodził ze skóry, by zapomniała 
o swoich troskach. Mówiła o wyprawie po choinkę jak o ciężkiej pańszczyźnie, 
a to właśnie Joe sprawił, że wieczór był bardzo przyjemny i pozostanie na długo 
w jej pamięci.
Jego   dobry   humor   był   zaraźliwy   i bardzo   szybko   zapomniała   o Paulu   i jego 
randce z inną kobietą.
– Rozmyśliłam się – zdecydowała nagle Cait, przyciskając dłonią zbuntowany 
żołądek. – Wcale nie mam ochoty iść na to przyjęcie. – Wieczór był z góry 
stracony. Nie mogłaby się dobrze bawić obserwując, jak mężczyzna, którego 
kocha, nadskakuje kobiecie, którą kocha. Po co miała się tak katować?

background image

– Nie chcesz iść na przyjęcie? – zdumiał się Joe. – Myślałem, że ze względu na 
nie specjalnie zmieniłaś dzień wylotu do Minneapolis?
– Owszem,   ale   to   było   dawno.   –   Cait   rozprostowała   ramiona   i podniosła 
wysoko głowę, chcąc przekonać Joego, że mówi poważnie. Mógł ją zmusić, by 
poszła z nim kupować choinkę, ale przyjęcie to całkiem inna sprawa.
– Ona tam będzie – dodała w charakterze wyjaśnienia.
– Ona?   –   powtórzył   Joe,   chowając   ręce   do  kieszeni.   Był   diablo   przystojny 
w ciemnoniebieskim   garniturze   i najwyraźniej   o tym   wiedział.   W świetnie 
skrojonych spodniach czuł się równie swobodnie jak w dżinsach.
– Sądziłem, że chcesz ją poznać – prowokował.– To okazja, by wyrobić sobie 
zdanie na jej temat.
– Nie   chcę   nawet   wiedzieć,   jak   wygląda   –   odparła   Cait   ostro.   Nie 
potrzebowała. Miała już swoje zdanie o dziewczynie Paula. – Jest piękna.
– Ty również.
Cait   roześmiała   się   drwiąco.   Nie   miała   zamiaru   pomniejszać   walorów   swej 
urody. Była dość atrakcyjna, a tego wieczora wyglądała wyjątkowo korzystnie. 
Zerkając   na   swe   odbicie   w lustrze,   stwierdziła   z przyjemnością,   że   jej   włosy 
wyglądają bardzo ładnie i otaczają głowę puszystą aureolą. Ale nie będzie się 
oszukiwać. Nawet przy dużej dozie wyobraźni, trudno nazwać ją nadzwyczajną 
pięknością. Jej oczy mają ładny ciepły odcień brązu, to prawda, a nosek miły 
kształt. Zadzierżysty, jak go nazywa Lindy. Ale co to ma za znaczenie? Jak 
mogłaby się mierzyć z niewątpliwie szałową tajemniczą wybranką Paula. To tak, 
jakby porównywać grube bawełniane skarpety z jedwabnymi pończochami.
– Nigdy bym nie przypuszczał, że jesteś tchórzem – powiedział Joe obojętnym 
tonem i zawrócił ku drzwiom.
Najwyraźniej   nie   zamierzał   się   z nią  spierać.   Cait   niemal   pragnęła,   żeby   tak 
było,  mogłaby   wtedy  zademonstrować   swą   silną  wolę.  Żadne  argumenty  nie 
przekonałyby   jej   do   pójścia   na   przyjęcie.   Poza   tym   bolały   ją   nogi.   Włożyła 
nowe, jeszcze nie rozchodzone, pantofelki na wysokich obcasach i gdyby jednak 
zdecydowała się pójść na to nieszczęsne przyjęcie, prawdopodobnie utykałaby 
potem przez kilka dni.
– Nie   jestem   tchórzem   –   powiedziała   z mocą,   przybierając   obojętny   wyraz 
twarzy. – Po prostu kieruję się zdrowym rozsądkiem. Czemu mam zepsuć sobie 
cały urlop? Będę widziała Paula ostatni raz przed świętami. Jutro rano lecę do 
Minnesoty.
– Wiem. – Joe zmarszczył brwi i zawahał się przez chwilę, sięgając do klamki. 

background image

– Jesteś całkiem pewna?
– Absolutnie.   –   Była   nieco   zdziwiona,   że   Joe   nie   robi   z tego   historii. 
Spodziewała się potyczki słownej.
– Wybór, rzecz jasna, należy do ciebie – powiedział, wzruszając ramionami. – 
Ale wiem, że gdybym był na twoim miejscu, spędziłbym cały wieczór, żałując 
swej decyzji. – Przyjrzał jej się z chytrym uśmiechem. Jęknęła w duchu. Jedna 
rzecz doprowadzała ją do szału – sposób formułowania przez Joego najbardziej 
zaskakujących wypowiedzi. Od czasu do czasu mówił coś tak rozsądnego, że 
zmuszał ją do zwątpienia w słuszność własnych wniosków i przekonań. I tym 
razem tak było. Miał rację – jeśli nie pójdzie do Paula, będzie tego żałować. 
A ponieważ jutro rano leci do Minnesoty, nie będzie mogła spytać nikogo, jak 
się udało przyjęcie.
– Idziesz czy nie? – spytał.
Mrucząc coś pod nosem, Cait pozwoliła, by podał jej płaszcz.
– Idę, ale wcale mi się to nie podoba. Ani trochę.
– Wszystko będzie dobrze.
– Prawdopodobnie to samo powiedziano Joannie d’Arc.

Cait ściskała w dłoniach szklaneczkę z ponczem, jak gdyby się obawiała, że ktoś 
ją   jej   odbierze.   Od   chwili   przyjazdu   stała   nieruchomo   przy   udekorowanym 
girlandami kominku, w którym trzaskał wesoły ogień.
– Czy   ona   już   tu   jest?   –   szepnęła   do   Lindy,   przechodzącej   z tacą   pełną 
kanapek.
– Kto?
– Przyjaciółka  Paula –  powiedziała  znacząco  Cait.  Zarówno  Joe,  jak  Lindy 
zaczynali ją drażnić. – Od pół godziny sterczę tutaj i wypatruję jej.
Lindy odwróciła głowę.
– Ja... ja nie mam pojęcia, czy ona tu jest.
– Zostań   ze   mną,   na   miłość   boską   –   poprosiła   Cait,   drżąc   jak   osika.   Joe 
zostawił   ją   natychmiast   po   przyjeździe.   Owszem,   przyniósł   jej   szklaneczkę 
ponczu, ale po chwili zostawił ją samej sobie. I to był ten sam mężczyzna, który 
namawiał ją, by przyszła na przyjęcie, obiecując, że będzie u jej boku przez cały 
czas, gdyby go potrzebowała.
– Pomagam   Paulowi   szykować   przystawki   –   wyjaśniła   Lindy   –   inaczej 
z przyjemnością pogadałabym z tobą.

background image

– Znajdź Joego i powiedz, żeby tu przyszedł, dobrze? – Zrobiłaby to sama, ale 
noga dokuczała jej piekielnie.
– Oczywiście.
Gdy Lindy odeszła, Cait przebiegła wzrokiem salon pełen ludzi. Wśród gości 
było   wielu   współpracowników   i klientów   Paula,   no   i oczywiście   wszyscy 
koledzy biurowi.
– Chciałaś mnie widzieć? – spytał Joe, podchodząc do niej.
– Dziękuję ci bardzo – syknęła ze sztucznym uśmiechem na twarzy, siląc się na 
ironiczny ton.
– Ależ   proszę.   –   Oparł   się   łokciem   o obramowanie   kominka   i obdarzył   ją 
chłopięcym uśmiechem. – Mogę wiedzieć, za co mi dziękujesz?
– Przestań się bawić moim kosztem, Joe. Nie teraz, proszę. – Przeniosła ciężar 
ciała z jednej nogi na drugą, co ściągnęło uwagę Joego na jej pantofelki.
– Bolą cię nogi?
– Stąpanie   po   rozżarzonych   węglach   byłoby   mniej   bolesne   od   chodzenia 
w tych głupich szpilkach.
– Po co więc je włożyłaś?
– Ponieważ   pasują   do   sukienki.   Posłuchaj,   czy   masz   coś   przeciwko   temu, 
byśmy  zeszli z tematu  mojego  obuwia i porozmawiali  o bardziej interesującej 
sprawie.
– To znaczy?
– Która to?
Ale   Joe   był   równie   tępy   jak   Lindy.   Z pewnością   robił   to   celowo,   by 
wyprowadzić ją po raz n-ty z równowagi. I jak zwykle mu się udało.
– Czy ją widziałeś? – spytała z przesadną cierpliwością.
– Na razie nie – szepnął, jak gdyby dzielił się z nią tajemnicą najwyższej wagi. 
– Chyba jeszcze nie przyjechała.
– Rozmawiałeś z Paulem?
– Nie. A ty?
– Właściwie nie. – Paul powitał ich w drzwiach, ale w chwilę później wmieszał 
się   w tłum   gości.   W pracy   też   nie   było   lepiej.   Pojawił   się   i zaraz   zniknął, 
pomachawszy   jej   przyjaźnie   dłonią.   Ponieważ   nie   zamienili   ani   słowa,   nie 
wiedziała, jak udała mu się randka.
– Pomogę Lindy robić kanapki – powiedziała Cait. – Czy coś ci przynieść?
– Nie, dziękuję. – Patrzył z uśmiechem, jak odchodzi. Nie miała pojęcia, co go 
tak rozbawiło.

background image

Pokuśtykała   do   kuchni   i pchnęła   drewniane   drzwi.   Zatrzymała   się   w progu, 
zaskoczywszy Paula i Lindy w samym środku gorącej dyskusji.
– Och, przepraszam – powiedziała automatycznie.
– Nie szkodzi – odrzekł Paul. – Właśnie wychodziłem. – Przemaszerował obok 
niej sztywnym krokiem i szarpnął ze złością drzwi.
– O co chodzi? – spytała Cait.
– O nic. – Lindy nie przerwała układania kanapek na tacy.
– Wyglądało na to, że się kłócicie.
Lindy wyprostowała się i zagryzła wargi. Unikała wzroku Cait, koncentrując się 
na swoim zajęciu, jakby od estetycznego ułożenia kanapek na tacy zależało jej 
życie.
– Kłóciliście się, prawda?
– Tak.
Współpraca Paula i Lindy układała się zawsze doskonale, toteż fakt, że wynikła 
pomiędzy nimi różnica zdań, zaskoczył Cait.
– O co?
– Dziś po południu złożyłam wymówienie.
Cait   była   tak   wstrząśnięta,   że   wyciągnęła   kuchenne   krzesło   i opadła   na   nie 
bezsilnie.
– Ale dlaczego? Na miłość boską, Lindy, nigdy nie pisnęłaś nikomu słówka. 
Nawet mnie. Trzeba było najpierw porozmawiać ze mną. – Nic dziwnego, że 
Paul   był   wściekły.   Jeśli   Lindy   odejdzie,   będzie   to   oznaczało   wprowadzanie 
kogoś nowego w okresie, gdy w biurze są puchy. Cait wyjeżdża na urlop, sporo 
innych pracowników również. Istny dom wariatów!
– Czy dostałaś propozycję nie do odrzucenia? – Cait nie widziała powodu, dla 
którego przyjaciółka mogłaby być niezadowolona z pracy w Webster, Rodale & 
Missen.
– Trudno to nazwać propozycją w ścisłym tego słowa znaczeniu, ale coś w tym 
rodzaju – powiedziała niejasno Lindy. Uśmiechnęła się do Cait i wziąwszy tacę, 
weszła z nią do salonu.
Cait   zauważyła,   że   od  kilku   tygodni  coś   gryzie   jej  przyjaciółkę.   Nie   bardzo 
wiedziała, na czym to polega. Po prostu Lindy nie była tak pełna wigoru, jak 
zwykle.   Cait   miała   zamiar   spytać   ją,   co   się   dzieje,   ale   była   tak   pochłonięta 
własnymi problemami, że nigdy nie poruszyła tego tematu.
Siedziała, rozcierając wciąż stopy, gdy do kuchni wszedł powolnym krokiem 
Joe, gryząc kanapkę z serem.

background image

– Wiedziałem, że cię tu znajdę. – Usiadł na krześle naprzeciwko Cait.
– Czy ona wreszcie przyszła.
– Oczywiście.
– Dlaczego, do licha, nie powiedziałaś mi wcześniej? – spytała ostro. Wstała, 
wygładziła na biodrach sukienkę i spazmatycznie  wciągnęła powietrze. – Jak 
wyglądam?
– Jakby cię nogi bolały.
Posłała mu mordercze spojrzenie.
– Dziękuję bardzo. – Dokuśtykała do drzwi, uchyliła je i wyjrzała, w nadziei, 
że dostrzeże gdzieś tajemniczą kobietę. Nie zauważyła jednak żadnego nowego 
gościa.
– Jak ona wygląda? – spytała Cait i odwróciwszy się szybko, niemal wpadła na 
Joego, który stał tuż za nią. Wydała lekki okrzyk przestrachu. Joe przytrzymał ją, 
by uchronić przed potknięciem. Wypytując go o dziewczynę Paula, nie miała 
czasu   zastanawiać   się   nad   przyczynami   przyspieszonego   bicia   serca, 
w momencie gdy jego dłonie dotknęły jej nagiej skóry.
– No, jak ona wygląda? – powtórzyła ze zniecierpliwieniem.
– Nie wiem – odparł niedbale.
– Jak to? Przecież powiedziałeś mi przed chwilą, że już przyszła.
– Niestety, nie ma na czole tatuażu głoszącego, że jest ukochaną Paula.
– To skąd wiesz, że ona tu jest? – Jeśli Joe robi sobie z niej zabawę, gorzko 
tego pożałuje. Jej miłość to nie temat do żartów.
– Mam wyraźne przeczucie.
– Znowu   robisz   ze   mnie   idiotkę!   –   Ledwie   się   powstrzymała,   by   nie 
wymierzyć   mu   policzka.   –   Koniec   z naszą   przyjaźnią,   Josephie   Rockwell! 
Absolutny koniec! – Kulejąc, przeszła z kuchni do salonu.
Zupełnie nie przejmując się jej uwagą, Joe podążył za nią. Wziął z tacy kilka 
kanapek   i zdawał   się   być   całkowicie   pochłonięty   jedzeniem.   Cait   starała   się 
ignorować jego obecność.
Ponieważ waza z ponczem stała tuż obok, nalała sobie drugą szklaneczkę. Napój 
był słodki i zimny, zakręciło jej się po nim w głowie. Mocne drinki na pusty 
żołądek   działają   piorunująco,   toteż   Cait   sięgnęła   po   garść   mieszanych 
orzeszków.
– Pamiętam   czasy,   gdy   wybierałaś   wszystkie   orzeszki   ziemne   i jadłaś   je 
w pierwszej kolejności – powiedział stojący za nią Joe. – Następnie szły orzechy 
laskowe, a potem...

background image

– Migdały. Nie robiłam tego, odkąd skończyłam...
– Dwadzieścia lat – podpowiedział.
– Dwadzieścia pięć – sprostowała.
Joe   roześmiał   się   serdecznie,   a Cait   zawtórowała   mu   mimo   obolałych   stóp 
i przeświadczenia, że nie powinna była przychodzić na to przyjęcie.
Napełniwszy ponownie szklaneczkę, wypiła ją duszkiem. I tym razem napój był 
chłodny i odświeżający.
– Cait – ostrzegł Joe – ile ponczu już wypiłaś?
– Za mało. – Po raz trzeci napełniła kryształową szklaneczkę. A może już po 
raz czwarty? Wyprostowała się i wychyliła go do dna. Otarła usta wierzchem 
dłoni i uśmiechnęła się wyzywająco.
– Czy celowo starasz się upić? ~ spytał.
– Nie. – Zaczerpnęła następną garść orzeszków. – To dla kurażu.
– Dla kurażu?
– Tak – odrzekła z westchnieniem. – Postanowiłam sobie... – Zawahała się, 
roześmiała   trzpiotowato,   po   czym   okręciła   w kółko.   –   Jest   tu   chyba   jakaś 
jemioła, co?
– Myślę, że tak. A czemu pytasz?
– Zamierzam pocałować Paula – oświadczyła dumnie. – Poczekam, aż będzie 
przechodził,   schwycę   go   za   rękę,   zaciągnę   pod   jemiołę   i złożę   mu   życzenia 
świąteczne, całując tak, że długo tego nie zapomni.
– Co chcesz udowodnić, całując się z Paulem? 
Wróciła do rzeczywistości.
– Dla ciebie też mam zadanie bojowe. Chcę, byś bacznie obserwował twarze 
innych   kobiet.   Jeśli   zauważysz   na   którejś   z nich   oznaki   zazdrości,   będziemy 
znali dziewczynę Paula.
– Nie jestem pewien, czy twój plan zadziała.
– To lepsze niż zdawać się na twoje przeczucia. 
Wypatrzyła   jemiołę   wiszącą   w przejściu   pomiędzy   jadalnią   a salonem. 
Stanąwszy   w niedbałej   pozie   pod   ścianą,   z założonymi   do   tyłu   rękami,   Cait 
czekała cierpliwie na Paula.
W dziesięć, a może piętnaście minut później, trudno powiedzieć, Cait ziewnęła, 
osłaniając dłonią usta.
– Myślę, że powinniśmy już iść – zaproponował Joe, przechodząc obok niej. – 
Ledwie się trzymasz na nogach.
– Jeszcze nie pocałowałam Paula – przypomniała mu.

background image

– Zdaje się, że nieprędko skończy rozmowę, którą teraz prowadzi.
– Nie   śpieszy   mi   się.   –   Dziwnie   jej   zaschło   w gardle.   Wolałaby   napić   się 
czegoś bezalkoholowego, ale w pobliżu stała tylko waza z ponczem.
– Cait   –   ostrzegł   ją   ponownie   Joe,   widząc,   że   nalewa   sobie   kolejną 
szklaneczkę.
– Nie martw się. Wiem, co robię.
– Kapitan „Titanica” też wiedział.
– Nie   staraj   się   być   dowcipny,   Josephie   Rockwell.   Nie   mam   nastroju   do 
rozmów   z zabawnymi   ludźmi.   –   Uważając,   że   powiedziała   coś   ogromnie 
wesołego, wybuchnęła tłumionym chichotem.
– Och, nie – jęknął Joe – tego się obawiałem!
– Mianowicie czego?
– Jesteś pijana! 
Spojrzała nań krzywo.
– To śmieszne. Wypiłam zaledwie cztery malutkie szklaneczki ponczu. – By 
udowodnić, że dokładnie zdaje sobie sprawę z tego, co robi, podniosła do góry 
trzy   palce,   zauważyła   pomyłkę   i natychmiast   się   poprawiła.   A przynajmniej 
usiłowała   się   poprawić,   ale   odliczenie   czterech   palców   u jednej   ręki   było 
nadspodziewanie czasochłonne. Wreszcie ułatwiła sobie zadanie, podnosząc po 
dwa palce u obu rąk.
Odetchnąwszy głęboko, oparła się o ścianę i przymknęła oczy. I to był jej drugi 
błąd. Świat zawirował, podłoga zdawała się uciekać spod jej stóp. Pośpiesznie 
otworzyła oczy i spojrzała na Joego, jakby był kotwicą, ostatnią deską ratunku. 
Musiał wyczytać panikę na jej twarzy, bowiem podszedł do niej blisko i pokręcił 
głową.
– Tak to się kończy, moja mała. Zabieram cię stąd.
– Ale przecież nie byłam jeszcze pod jemiołą.
– Jeśli koniecznie musisz kogoś pocałować, służę swoją osobą.
Propozycja była niewątpliwie kusząca, ale Cait miała przecież pocałować swego 
opornego szefa.
– Wolę z tobą zatańczyć.
– Czy słyszysz jakąś muzykę?
– Potrzebujesz do tańca muzyki? – Zabrzmiało to tak straszliwie smutno, że 
dolna   warga   zaczęła   jej   drżeć.   –   O Boże,   Joe   –   szepnęła,   obejmując   głowę 
rękami – chyba masz rację. Rzeczywiście za dużo wypiłam...
– Jest aż tak źle?

background image

– Och, okropnie... Cały pokój to wznosi się, to opada. Nie ma chyba trzęsienia 
ziemi, co?
– Nie. – Ujął ją mocno pod ramię, prowadząc ku drzwiom frontowym.
– Chwileczkę   –   powiedziała   dramatycznym   tonem,   podnosząc   palec 
wskazujący. – Przyszłam w płaszczu.
Wiem. Zaczekaj tu, zaraz ci go przyniosę. – Był wyraźnie zmartwiony, że musi 
ją   na   chwilę   zostawić.   Cait   uśmiechnęła   się   uspokajająco,   jakby   chcąc   go 
zapewnić, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale z trudem udawało jej się 
utrzymać   równowagę.   Oparł   ją   o ścianę,   odstąpił   parę   kroków,   jak   gdyby 
sprawdzając, czy nie osuwa się na podłogę, po czym pobiegł szybko po płaszcz.
– Co się stało? – spytał po powrocie.
– A czemu uważasz, że coś się musiało stać?
– Po prostu łzy ci lecą z oczu.
– Bolą mnie nogi.
– Czemu więc włożyłaś te głupie szpilki?
– Już ci mówiłam – powiedziała płaczliwym tonem. – Nie złość się na mnie. – 
Wyciągnęła do niego ramiona, spragniona jego bliskości. – Zaniesiesz mnie do 
samochodu?
Joe zawahał się.
– Chcesz,  żebym cię zaniósł?  – powtórzył, jakby to było zadanie na miarę 
Herkulesa.
– Nie mogę chodzić. – Zrzuciła pantofelki i nie było takiej siły, która by ją 
zmusiła do włożenia ich z powrotem. A jak miała wyjść na dwór w samych tylko 
pończochach?
– Jeśli mam cię nieść, znajdźmy lepiej inne wyjście z tego domu.
– Dobrze.   –   Zgodziła   się   bez   dyskusji   Wziął   ją   za   rękę   i zaprowadził   do 
kuchni.
– Nie sądzisz, że powinniśmy się pożegnać ze wszystkimi? – spytała. Zdawało 
jej się, że grzeczność nakazuje tak właśnie postąpić.
– Nie – odpowiedział ostro. – Masz taki nastrój, że gotowa jesteś rzucić się 
Paulowi w ramiona i zażądać, by natychmiast się z tobą namiętnie kochał.
– To śmieszne. – Cait zaczerwieniła się jak piwonia. 
Joe mruknął pod nosem coś, czego nie dosłyszała i zaczął wkładać jej płaszcz. 
Gdy skończył ją ubierać, Cait wgramoliła się na krzesło kuchenne, wyciągając 
do   niego   ramiona.   Joe   wytrzeszczył   na   nią   oczy,   jakby   nagle   zamieniła   się 
w wilkołaka.

background image

– Co ty robisz? – spytał poirytowany.
– Masz mnie zamiar zanieść do samochodu, prawda?
– Zastanawiam się nad tym.
– Chcę,   żebyś   mnie   wziął   na   barana.   Kiedyś   przewiozłeś   na   barana   Betsy 
McDonald, a mnie nigdy.
– Cait! – jęknął Joe. Przeczesał palcami włosy i podał jej rękę, by pomóc zejść. 
– Złaź, zanim spadniesz. Dobry Boże, nawet święty by nie wytrzymał.
– Chcę, żebyś mnie wziął na barana – kaprysiła Cait. – Och, proszę cię, Joe. 
Noga boli mnie tak bardzo.
Znów wymamrotał coś pod nosem. Nie wszystko zrozumiała, ale to, co do niej 
dotarło, wystarczyło, by zjeżyć jej włosy na głowie. Z wyraźnym ociąganiem 
podszedł do krzesła i Cait, westchnąwszy z ulgą i rozkoszą, otoczyła mu szyję 
ramionami i objęła nogami jego wąskie biodra.
Nie przestając utyskiwać, Joe ruszył ku tylnemu wyjściu.
Właśnie w tym momencie drzwi do kuchni otworzyły się i weszli do niej Paul 
i Lindy. Lindy wydała okrzyk zdumienia, a Paul gapił się na nich w osłupieniu.
– Wszystko w porządku – szybko zapewniła Cait.
– Naprawdę. Czekałam pod jemiołą, a ty...
– Opróżniła cztery szklaneczki ponczu jedną po drugiej – wtrącił Joe, zanim 
Cait zdążyła przyznać się, że czekała tam na Paula.
– Może ci pomóc? – spytał Paul.
– Nie, dziękuję – odparł Joe. – Nie ma powodu do zmartwienia.
– Ale... – Lindy wyglądała na przejętą.
– Ona nie jest ciężka – powiedział złośliwie Joe.– To moja żona.

Zadzwonił   telefon,   wyrywając   Cait   z głębokiego   snu.   Przenikliwy   dźwięk 
dosłownie rozsadzał jej głowę, znalazła po omacku słuchawkę i przyłożyła ją do 
ucha.
– Halo – burknęła.
– Jak się czujesz? – spytał Joe.
– Mniej więcej tak, jak myślisz – wyszeptała z zamkniętymi oczyma, masując 
delikatnie   skronie.   Miała   uczucie,   że   w jej   głowie   zagnieździły   się   malutkie 
ludziki, które tupią zapamiętale, chcąc zwrócić jej uwagę.
– O której odlatuje twój samolot?
– Wszystko w porządku. Mam bilet na popołudniowy rejs.

background image

– Jest właśnie popołudnie.
– Co takiego? – otworzyła szeroko oczy.
– Czy w dalszym ciągu chcesz, bym cię zawiózł na lotnisko?
– Tak... proszę. – Odrzuciła pościel i sięgnęła po zegarek, zdumiona, że Joe ma 
rację. – Jestem już spakowana. Będę gotowa, zanim przyjedziesz. Och, Bogu 
dzięki, że zadzwoniłeś.
Cait   nie   miała   czasu   słuchać   ludzików,   rozrabiających   w jej   głowie.   Wzięła 
prysznic   i ubrała   się   w rekordowym   czasie,   przełknęła   filiżankę   kawy   i dwie 
aspiryny. Wkładała właśnie płaszcz, gdy Joe zadzwonił do drzwi.
Wpuściła   go   do   środka,   nie   zważając   na   podejrzanie   szeroki   uśmiech,   który 
gościł na jego twarzy.
– Co cię tak bawi?
– A czemu uważasz, że jestem rozbawiony?
– Joe, nie mamy czasu na gry słowne. Nie chcę się spóźnić na mój samolot. 
Możesz mi powiedzieć, o co chodzi?
– O nic. – Spacerował wciąż po pokoju z idiotycznym uśmiechem. – Nie sądzę, 
byś   zdawała   sobie   sprawę   z tego,   że   alkohol   działa   na   ciebie   w szczególny 
sposób.
Cait zesztywniała.
– To   znaczy?   –   Pamiętała   większą   część   przyjęcia   z całkowitą   jasnością. 
Dobrze, że Joe zabrał ją w porę do domu.
– Rozwiązuje ci język.
– Tak?   –   Wzięła   dwie   plastykowe   torby   wypełnione   po   brzegi   prezentami 
w kolorowych   opakowaniach,   pozostawiając   Joemu   tylko   walizkę.   –   Czy 
powiedziałam coś interesującego?
– Owszem, owszem.
– Joe – jęknęła, spoglądając na zegarek. Jeśli się nie pośpieszą, samolot odleci 
bez niej. – Zapomnij o tym, co powiedziałam – jestem pewna, że wcale nie to 
miałam na myśli. Jeśli cię obraziłam – bardzo przepraszam. Jeśli zdradziłam 
jakieś sekrety rodzinne – bądź uprzejmy o nich nie pamiętać.
Podszedł do niej i podniósł palcem jej brodę.
– Owszem, to była tajemnica.
– Jesteś pewien, że mówiłam prawdę?
– Raczej tak.
– Powiedz wreszcie, co zrobiłam. Wyznałam ci miłość aż po grób? Bo jeśli 
tak...

background image

– Nie, nic w tym rodzaju.
– Jak długo jeszcze zamierzasz torturować mnie w ten sposób?
– Ani chwili dłużej. – Wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie. – A więc 
Martin jest pastorem? Śmieszne, że nigdy dotąd o tym nie wspomniałaś.
– Ach... – Cait odstawiła torby i opadła na kanapę. A więc dowiedział się! Co 
gorsze, sama mu o tym powiedziała.
– To   może   mieć   bardzo   interesujące   implikacje,   moja   droga.   Czy   choć   na 
chwilę przestałaś o nich myśleć?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
– Właśnie dlatego nie mówiłam ci nic o Martinie – powiedziała Cait do Joego, 
który   ładował   walizkę   na   tylne   siedzenie   samochodu.   Spojrzała   na   zegarek 
i wydała lekki okrzyk przestrachu. Mieli zaledwie półtorej godziny do odlotu. 
Cait nigdy się nie spóźniała. A przynajmniej nie z własnej winy.
– Wygląda na to – mówił Joe z kamienną twarzą – że nasze małżeństwo może 
mieć pewne podstawy prawne.
Powiedział to specjalnie, by ją wytrącić z równowagi i, niestety, mu się to udało.
– Nigdy w życiu nie słyszałam czegoś równie idiotycznego.
– Przemyśl to, Cait – zaproponował, puszczając mimo uszu jej słowa. – Na 
wiosnę   będziemy   obchodzili   rocznicę.   Ile   to   lat   nam   stuknie?   Osiemnaście? 
Boże, jak ten czas leci.
– Posłuchaj,   Joe,   nie   uważam   tego   za   dowcip   najwyższego   lotu.   –   Znów 
spojrzała na zegarek. Czemu musiała zaspać? Nigdy więcej nie weźmie do ust 
ponczu. Zastanawiała się przez moment, co też jeszcze mogła nagadać Joemu, 
pomyślała jednak, że lepiej nie wiedzieć.
– Słyszałem przez radio o karambolu na autostradzie, musimy więc pojechać 
bocznymi drogami.
– Tylko pośpiesz się, błagam! – ponagliła go Cait niespokojnie.
– Zrobię, co w mojej mocy – powiedział Joe – ale nerwy nic tu nie pomogą.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie. Nic nie była w stanie na to poradzić. To nie on 
planował tę podróż od miesięcy. Jeśli nie zdąży na samolot, jej bratankowie 
i bratanice nie dostaną gwiazdkowych prezentów od cioci Cait. Po prostu musi 
zdążyć na lotnisko!
Najwyraźniej mnóstwo osób słyszało o wypadku na autostradzie, boczne drogi 
były bowiem potwornie zatłoczone. Cait wpadała w coraz większą panikę. Nie 
wolno jej się spóźnić na ten lot. Zdawało jej się, że prędzej dotarłaby na lotnisko, 
gdyby wyskoczyła z samochodu i pobiegła na przełaj.
Joe   zatrzymał   się   na   kolejnych   czerwonych   światłach,   ale   gdy   zapaliły   się 
zielone, wciąż nie mógł ruszyć – ciężarówka dostawcza zatarasowała im drogę. 
Cait,   pieniąc   się   z wściekłości,   odkręciła   szybę   i wystawiwszy   głowę   na 
zewnątrz, wrzasnęła ile sił w płucach:
– Zjeżdżaj stąd ze swoją landarą!
Łomot  w głowie  wciąż   się  nie   zmniejszał,  modliła  się,   by   aspiryna  wreszcie 
zaczęła działać.
– Iście świąteczny nastrój – mruknął Joe pod nosem.

background image

– Nic na to nie poradzę. Muszę złapać ten samolot.
– Już niedługo się w nim znajdziesz.
– W tym tempie nie dotrzemy na lotnisko Sea-Tac przed Wielkanocą.
– Zrelaksuj   się   trochę   –   zaproponował   łagodnie.   Włączył   radio   i samochód 
wypełniły dźwięki kolęd. Zwykle muzyka działała na Cait uspokajająco, dziś 
jednak   dokuczały   jej   równocześnie   kac,   depresja   oraz   ostry   lęk.   Ze 
zdenerwowania zaczęła ogryzać paznokcie.
Nagle wyprostowała się jak świeca.
– Psiakość! Zapomniałam dać ci prezent gwiazdkowy! Zostawiłam go w domu.
– Nie przejmuj się.
– To nie żaden kawał. – Rzeczywiście, była zadowolona z książki, którą udało 
jej się zdobyć dla niego – było to wielkie albumowe wydanie historii baseballa.
Czekała,   by   Joe   napomknął   o prezencie   dla   niej.   Na   pewno   coś   jej   kupił. 
Przynajmniej miała taką gorącą nadzieję, w przeciwnym razie czułaby się jak 
idiotka.   Choć   trzeba   przyznać,   że   przyzwyczaiła   się   do   tego   uczucia   przez 
ostatnich kilka tygodni.
– Myślę, że uda nam się wydostać na autostradę – oznajmił Joe, skręcając ostro 
w lewo. Wjechali na wiadukt i z tego dogodnego punktu obserwacyjnego mogli 
zorientować się, że autostrada jest odblokowana i ruch przebiega bez zakłóceń.
Niedługo potem Joe zatrzymał się przed terminalem jej linii lotniczych i oddał 
walizkę   bagażowemu,   tymczasem   Cait   szperała   w torebce   w poszukiwaniu 
biletu.
– Czas   się   pożegnać   –   powiedział   z czułym   uśmiechem,   który   przyśpieszył 
bicie jej serca.
– Wracam za niespełna dwa tygodnie – przypomniała mu, starając się mówić 
lekkim, niedbałym tonem.
– Zadzwonisz po przylocie?
Skinęła głową. Mimo wcześniejszego panicznego pośpiechu, teraz nie mogła się 
zdecydować na rozstanie z Joem. Powinna biec do swojego stanowiska odpraw, 
zwlekała   jednak,   z sercem   przepełnionym   uczuciami,   których   nie   potrafiła 
zdefiniować.
– Życzę ci bezpiecznej podróży – powiedział cicho.
– Dziękuję ci bardzo... za wszystko.
– Bardzo proszę. – Spoważniał, w jego oczach brakowało zwykłej wesołości. 
Cait nie była pewna, kto zrobił pierwszy krok. Wiedziała tylko, że Joe tuli ją 
w ramionach, głaszcząc kciukiem jej gładki policzek.

background image

Powoli nachylił się i pocałował ją. Gdy ich usta się spotkały, Cait zamknęła 
oczy.
Pocałunek   Joego   był  tak   czuły,   że  serce   nieomal   przestało   jej   bić.   Panujący 
dookoła hałas i zamęt zdawały się gdzieś odpływać. Cait czuła, że się roztapia.
Jęknęła  i przywarła  do niego  mocniej,  nie chcąc opuścić  bezpiecznego  azylu 
jego ramion. Joe zadrżał i objął ją ciasno, jakby chcąc zatrzymać na zawsze.
– Wesołych świąt, kochanie – szepnął, wypuszczając ją niechętnie z objęć.
– Wesołych świąt – zawtórowała, nie ruszając się z miejsca.
– Pośpiesz się lepiej, Cait – popchnął ją leciutko.
– Och,   dobrze.   –   Na   chwilę   zapomniała,   po   co   przyjechała   na   lotnisko. 
Cofnąwszy się o parę kroków, sięgnęła po torby z prezentami. – Zadzwonię, gdy 
będę już na miejscu.
– Koniecznie. Będę czekał na wiadomość od ciebie.
Wsadził   ręce   do   kieszeni,   a Cait   odniosła   nieodparte   wrażenie,   że   zrobił   to 
celowo, by się powstrzymać od pochwycenia jej znów w ramiona. Myśl była 
romantyczna, a pewność płynęła z głębi serca.
Jej serce... Jej serce było pełne uczuć do Joego, bardziej, niż sobie zdawała 
z tego sprawę. Zdominował jej życie przez ostatnich kilka tygodni – zapraszając 
ją na kolację, przekupując pizzą, wybierając się z nią po zakupy czy na przyjęcie 
do Paula. Stał się jej całym światem. Joe, nie Paul, a właśnie Joe.
Wywołano jej lot. Cait odwróciła się i szybko pobiegła do sali odlotów.
Do   odprawienia   pozostała   zaledwie   niewielka   grupka   pasażerów.   Niektórzy 
z nich żegnali się jeszcze z najbliższymi.
Cait   podeszła   ze   swoim   biletem.   Przed   nią   był   tylko   młody   żołnierz 
w marynarskim mundurze.
– Nie rozumie  mnie  pani – tłumaczył stewardesie. – Zarezerwowałem bilet 
przeszło miesiąc temu. Muszę polecieć tym samolotem!
– Jest   mi   naprawdę   ogromnie   przykro   –   przepraszała   młoda   kobieta   ze 
współczuciem. – Takie rzeczy czasem się zdarzają, zwłaszcza w okolicach świąt, 
ale jest pan na liście oczekujących. Chciałabym coś dla pana zrobić, ale nie 
mamy ani jednego wolnego miejsca.
– Ale   ja   nie   widziałem   mojej   rodziny   od   przeszło   roku.   Wujek   Harvey 
przyjeżdża   specjalnie   z Duluth.   Też   służył   w marynarce.   Moja   mama 
przygotowuje wypieki od trzech tygodni. Nie rozumie pani? Nie mogę ich teraz 
zawieść!
Cait obserwowała, jak stewardesa jeszcze raz sprawdza coś w komputerze.

background image

– Gdybym mogła wyczarować miejsce dla pana, z pewnością bym to zrobiła. 
Naprawdę nie mam ani jednego.
– W porządku – powiedział, wypuszczając ze świstem powietrze. – Na kiedy 
najwcześniej   ma   pani   wolne   miejsce   w jakimkolwiek   samolocie   lądującym 
w porcie   lotniczym   w obrębie   stu   mil   od   Minneapolis?   Przejdę   resztę   drogi 
piechotą, jeśli będzie trzeba.
Stewardesa ponownie sprawdziła dane w swoim komputerze.
– Na dwudziestego szóstego wieczorem.
– Dwudziestego szóstego! – wykrzyknął młody mężczyzna. – Ale przecież to 
już po świętach, poza tym stracę wówczas większą część urlopu. Będę w domu 
niecały tydzień.
– Poproszę o pani bilet – powiedziała stewardesa do Cait. Miała prawie tak 
samo nieszczęśliwą minę jak marynarz, nie mogła jednak w żaden sposób mu 
pomóc.
Cait podała jej swój bilet. Żołnierz popatrzył na niego tęsknym wzrokiem, po 
czym odsunął się, zrezygnowany, od kontuaru i usiadł na giętym plastykowym 
krześle.
Cait   zawahała   się,   przypomniawszy   sobie,   jak   wychyliła   głowę   przez   okno 
samochodu,   krzycząc   ze   zniecierpliwieniem   na   kierowcę   ciężarówki,   który 
zatamował   ruch.   Prześladowało   ją     wspomnienie   wcześniejszej   rozmowy 
z Joem,   gdy   to   dowodziła   mu,   że   święta   Bożego   Narodzenia   wyzwalają 
w ludziach   ich   najlepsze   instynkty.   Joe   sprzeczał   się   z nią,   że   czasem   bywa 
wręcz odwrotnie.
– Wszystko w porządku, proszę się udać do wyjścia. 
Cait   pochwyciła   bilet   w obie   dłonie,   pchnięta   impulsem,   by   działać   szybko. 
Wahała się jeszcze.
– Przepraszam   –   powiedziała,   oddychając   głęboko   i podejmując   decyzję. 
Podeszła   do   żołnierza.   Z bliska   wyglądał   jak   duże   dziecko.   Liczył   zapewne 
osiemnaście,   najwyżej   dziewiętnaście   lat.   Prawdopodobnie   podjął   służbę 
wojskową od razu po ukończeniu szkoły. Włosy miał ostrzyżone krótko przy 
skórze, a buty tak błyszczące, że można się było w nich przejrzeć.
– Słyszałam, że potrzebny jest panu bilet na ten samolot?
– Mam bilet, proszę pani. Ale jestem na liście oczekujących.
– Proszę – powiedziała, podając mu bilet – niech pan weźmie mój.
Jego rozjaśniona radością twarz była dla Cait rekompensatą za jej poświęcenie, 
za spędzenie świąt z dala od Martina i dzieciaków. Od matki...

background image

– Mam również rodzinę w Minneapolis, ale odwiedziłam ich w lecie.
– Nie mogę tego zrobić, proszę pani.
– Niech mi pan nie psuje przyjemności.
Ogłoszono   zamknięcie   odprawy   pasażerów.   Marynarz   wciąż   stał   z oczyma 
rozszerzonymi niedowierzaniem.
– Proszę   się   pośpieszyć   –   ponagliła   go   Cait,   czując   dławienie   w gardle.   –I 
wziąć to. – Wręczyła mu dwie torby pełne prezentów. – Na lotnisku będzie ktoś 
na mnie czekał. Wysoki pastor w koloratce. Proszę mu to dać. Zadzwonię, żeby 
wiedział, że ma pana szukać.
– Ale proszę pani...
– Spóźni się pan. No, już...
– Dziękuję bardzo... Nie mogę w to uwierzyć. – Wyjął z kieszeni swój bilet 
i podał jej. – Proszę. Dostanie pani przynajmniej zwrot pieniędzy.
Cait skinęła z uśmiechem głową. Marynarz uściskał ją, przewiesił przez ramię 
swój worek, schwycił obie torby z prezentami i pobiegł ku wyjściu.
Cait   odczekała   parę   minut,   po   czym   otarła   spływające   z oczu   łzy.   Nie   była 
pewna, czemu płacze. Przecież nigdy w życiu nie czuła się lepiej.

Obudziła się koło szóstej. Mieszkanie było ciche i ciemne. Wzdychając, sięgnęła 
po aparat telefoniczny, postawiła go na łóżku i wybrała numer Joego.
Podniósł słuchawkę po pierwszym sygnale, jakby czekał na jej telefon.
– Jak tam lot? – spytał natychmiast.
– Nie mam pojęcia. Nie było mnie na pokładzie samolotu.
– Spóźniłaś   się   na   samolot!   –   wykrzyknął   z niedowierzaniem.   –   Miałaś 
przecież jeszcze mnóstwo czasu.
– Wiem. To długa historia, ale w dużym uproszczeniu oddałam bilet komuś, 
komu był potrzebny bardziej niż mnie. – Uśmiechnęła się z rozrzewnieniem na 
wspomnienie rozradowanej twarzy młodego marynarza. – Opowiem ci później.
– Gdzie jesteś w tej chwili?
– W domu.
– Będę za piętnaście minut.
Przyjechał po dwunastu. Cait wyjaśniła mu co się stało najlepiej, jak umiała.
– Linie   lotnicze   odeślą   mój   bagaż   z powrotem   do   Seattle   najbliższym 
możliwym   lotem,   nie   ma   się   więc   czym   przejmować   –   powiedziała.   – 
Rozmawiałam   z Martinem,   który   natychmiast   mnie   pocieszył,   że   pan   Bóg 

background image

wynagrodzi moją wspaniałomyślność.
– Czy masz wobec tego zamiar polecieć późniejszym rejsem?  – spytał Joe. 
Nalał sobie filiżankę kawy i usiadł na krześle naprzeciwko Cait.
– Wszystkie   miejsca   są   zarezerwowane   –   odpowiedziała.   Odchyliła   się   na 
oparcie krzesła i przesłoniła dłonią usta, by ukryć ziewnięcie. Nie mogła pojąć, 
czemu jest tak zmęczona. Przespała przecież niemal całe popołudnie. – Poza tym 
mamy   w biurze   kłopoty   kadrowe.   Lindy   złożyła   wymówienie,   przychodzi 
praktykant, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Przydam się.
– Rezygnujesz z urlopu, żeby zrobić wrażenie na Paulu – skrzywił się Joe.
Słowa wyjaśnień cisnęły jej się na usta. Zdawała sobie sprawę, że Joe nie chciał 
jej obrazić, po prostu stwierdził fakt. Nie mógł przecież wiedzieć, że Cait przez 
cały dzień ani razu nie pomyślała o Paulu. Jej rezygnacja z lotu nie miała z nim 
nic wspólnego.
Jeśli już o kimś myślała, to właśnie o Joem. W głębi duszy musiała przyznać, że 
jej postępek nie był taki czysto bezinteresowny. Prawda była taka, że nie chciała 
się z nim rozstać. Tak jakby naprawdę do niego należała...
To   uczucie   towarzyszyło   jej   od   chwili   gdy   się   pożegnali   na   lotnisku.   Nie 
opuściło jej też, gdy wracała taksówką do domu. Joe był ostatnią osobą, o której 
pomyślała przed zaśnięciem, z myślą o nim się obudziła.
To doprawdy zdumiewające!
– Co będziesz robiła w czasie świąt? – spytał wciąż nachmurzony Joe sponad 
swojej   filiżanki.   Jak   na   kogoś,   kto   zdawał   się   być   ogromnie   zmartwiony 
z powodu jej wyjazdu na drugi koniec Stanów, nie wyglądał teraz na specjalnie 
uszczęśliwionego jej towarzystwem.
– Ja...   nie   zdecydowałam   się   jeszcze.   Spędzę   chyba   spokojny   dzień 
w samotności. – Pomyślała, że pośpi dłużej, zrobi sobie pachnącą kąpiel... Potem 
pomaluje paznokcie u nóg i usadowi się wygodnie, by poczytać dobrą książkę.
– Z całą pewnością nie będzie to spokojny dzień – rzucił Joe.
– Jak to?
– Ponieważ spędzisz go ze mną i moją rodziną.

– Joe po raz pierwszy zaprosił do nas dziewczynę na święta – powiedziała 
Virginia   Rockwell,   stawiając   tacę   pełną   świeżo   upieczonych   cynamonowych 
rożków   pośrodku   ogromnego   kuchennego   stołu.   Wytarła   ręce   o fartuch 
obwiązany wokół pełnej talii.

background image

Cait czuła się w obowiązku wyjaśnić sytuację. Była skrępowana, przyjeżdżając 
tu z Joem bez zapowiedzi.
– Joe i ja jesteśmy po prostu przyjaciółmi.
Pani Rockwell pokręciła głową, aż zatrzęsły się jej srebrne loki.
– Widziałam oczy mojego syna, gdy wchodził z tobą do domu. – Uśmiechnęła 
się   chytrze.   –   Pamiętam   cię   z dawnych   lat   w wykrochmalonych   sukienkach 
i różowych kokardach. Byłaś ładną dziewuszką, a teraz jesteś jeszcze ładniejsza.
– Rzeczywiście lubiłam wykrochmalone sukienki – potwierdziła Cait.
Matka Joego znów się roześmiała. 
– Pamiętam, jaką wywołałaś sensację, opowiadając, że Joe cię pocałował. – 
Oczy błyszczały jej figlarnie. – Jego ojciec i ja mieliśmy niezłą zabawę. Jeszcze 
teraz pamiętam wściekłość Joego, gdy się dowiedział, że tajemnica wyszła na 
jaw.
– Powiedziałam   tylko   jednej   osobie   –   zaprotestowała   Cait.   –   To   Betsy 
McDonald rozpaplała wszystkim, a wiadomość rozeszła się lotem błyskawicy.
– Tak   się   cieszę,   że   cię   znów   widzę,   Caitlin.   Gdy   będziemy   miały   chwilę 
czasu,   usiądziemy,   sobie   i opowiesz   mi   o swojej   mamie.   Tak   dawno   się   nie 
widziałyśmy.
Cait   postawiła   na   stole   talerz   z jajecznicą.   Brakowało   jej   rodziny,   ale 
przebywanie z matką Joego było dla niej wyraźną rekompensatą.
Zerknęła   do   pokoju,   gdzie   Joe   siedział   ze   swym   bratem   i jego   żoną.   Nie 
wiedziała   zupełnie,   co   począć   z nowo   odkrytym   uczuciem.   Powiedziała   pani 
Rockwell prawdę, Joe jest jej przyjacielem. Najlepszym wśród przyjaciół, jakich 
dotąd miała. Była wdzięczna za wszystko, co dla niej uczynił, odkąd spotkali się 
po   latach   kilka   tygodni   temu.   Ale   ich   przyjaźń   przeradzała   się   w znacznie 
silniejsze uczucie. Gdyby tylko nie odbiło jej tak na punkcie Paula. Gdyby nie 
czuła się tak głupio!
Joe zaczął śmiać się z czegoś, co powiedział jeden z jego bratanków i Cait nie 
mogła powstrzymać uśmiechu. Uwielbiała ten dźwięk – pełen życia, wigoru, siły 
– tak jak sam Joe.
Podczas śniadania Joe siedział obok Cait i brał ją co chwila za rękę. Czuła się 
dobrze wśród jego rodziny. Rozmowa była przyjemna i odprężająca, ale dzieci 
myślały tylko o tym, by otworzyć prezenty. Zastawa została sprzątnięta ze stołu 
i pozmywana w rekordowym tempie.
Cait   usiadła   obok   Joego   z filiżanką   kawy,   a najstarszy   wnuczek   rozdawał 
wszystkim   prezenty.   Przy   dźwiękach   kolęd   dzieci   niecierpliwie   rozrywały 

background image

papier.   Najmłodszą   dwuletnią   dziewuszkę   bardziej   interesowało   kolorowe 
pudełko niż jego zawartość.
Joe,   wziąwszy   do   ręki   prostokątną   paczkę   od   Cait,   potrząsnął   nią 
entuzjastycznie.   Ostrożnie   rozplatał   sznurek   i powoli   odwinął   prezent.   Cait 
patrzyła na niego wyczekująco.
– Książka o baseballu?
Cait skinęła głową z uśmiechem.
– O ile sobie przypominam, zbierałeś nalepki z graczami baseballa.
– Skończyłem z tym, gdy przehandlowałem najlepsze dwie, jakie miałem.
– Jestem pewna, że cel był zbożny.
– Oczywiście.
Oczy ich się spotkały i zatonęły w sobie. Trwali tak, póki nie zorientowali się, że 
cała rodzina im się przygląda. Joe odchrząknął.
– To wspaniały prezent, Cait. Dziękuję ci bardzo.
Pochylił się i pocałował ją, jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. 
Cait żałowała, że muszą poprzestać na jednym pocałunku.
– Na pewno masz coś dla Cait – ponagliła Virginia Rockwell swego syna.
– Jasne, że tak – powiedział, wyjmując z kieszeni koszuli niewielką paczuszkę. 
– No, otwórz to.
Cait drżały ręce, gdy rozpakowywała prezent. Zsunęła wstążeczkę i rozwinęła 
złoty papier. W środku znajdowało się białe pudełeczko z nazwą drogiego sklepu 
jubilerskiego, a w nim jeszcze jedno – małe, z czarnego aksamitu. Otworzyła je 
bardzo powoli i aż jęknęła z zachwytu na widok prześlicznej broszki z kameą.
– Och, Joe – szepnęła. Od lat marzyła o kamei i zastanawiała się, jakim cudem 
mógł się o tym dowiedzieć.
– Czy pocałujesz wujka Joego? – spytał bratanek. – Bo jeśli masz taki zamiar, 
to zamknę oczy.
– Jasne, że mnie pocałuje – odpowiedział za nią Joe. – Ale zrobi to później, 
kiedy już nie będzie pod obserwacją tylu ciekawskich oczu.
Dzień minął szybko. Gdy rozpakowano do końca prezenty – a trzeba nadmienić, 
że dzięki pomocy Cait przy zakupach wszyscy po kolei wydawali okrzyki pełne 
zdumionego zachwytu na widok podarunków od Joego – cała rodzina zebrała się 
wokół   fortepianu.   Przy   akompaniamencie   pani   Rockwell   wszyscy   śpiewali 
kolędy, głośno i radośnie.
Joe odwiózł Cait do domu dopiero późnym wieczorem. Pani Rockwell uparła 
się, by dziewczyna zabrała do domu ogromny talerz najrozmaitszych słodyczy – 

background image

Cait śmiała się, że wystarczyłoby tego na całą wieczność. W tej chwili czuła się 
senna i rozleniwiona. Rozparła się wygodnie na siedzeniu, przymykając oczy.
– Jesteśmy na miejscu – szepnął Joe, przysuwając usta do jej ucha.
Cait niechętnie otworzyła oczy i westchnęła.
– To był taki wspaniały dzień. Dziękuję ci, Joe. – Nie mogła powstrzymać 
ziewnięcia.   Ujęła   klamkę,   myśląc   tylko  o tym,   by   jak   najprędzej  znaleźć   się 
w łóżku.
– A więc to tak? – W jego głosie brzmiało rozczarowanie.
– O co ci chodzi?
– Przypomniałem sobie pewną obietnicę, którą złożyłaś dzisiaj rano.
– Kiedy? – zmarszczyła brwi zdziwiona.
– Podczas odpakowywania prezentów.
– Och – powiedziała, prostując się – wtedy gdy zobaczyłam kameę?
– Właśnie – potwierdził Joe z przesadnym naciskiem. – Teraz już pamiętasz?
– Oczywiście.   –   Pocałunek.   Zamierzał   go   wyegzekwować.   Musnęła   szybko 
wargami jego wargi i uśmiechnęła się. – Proszę.
– Jeśli   to   wszystko,   na   co   cię   stać,   powinnaś   była   pocałować   mnie   przy 
Charliem.
– Kwestionujesz moje umiejętności?
– Pies Charliego robi to lepiej od ciebie. 
Cait poczuła się co najmniej lekko obrażona.
– Czy to wyzwanie, Josephie Rockwell?
– Pewnie – odrzekł z łobuzerskim uśmiechem. – Masz cholerną rację.
– W porządku, masz, co chciałeś. – Odstawiła na bok talerz ze słodyczami, 
przesunęła   się   na   szerokim   siedzeniu   i otoczyła   ramionami   szyję   Joego, 
zanurzając palce w jego gęstych włosach.
– To mi się już bardziej podoba – wymruczał Joe z zadowoleniem.
Ich oczy spotkały się, uciekła z nich nagle figlarność i wesołość. Joe wciągnął 
powoli powietrze i zaczął muskać wargami jej policzek. Objął ją mocno w talii 
i przyciągnął do siebie. Jego wargi znaczyły wilgotny ślad na jej szyi. Było jej 
tak   dobrze,   że   zamknęła   oczy   i poddała   się   nie   znanemu   dotąd   uczuciu 
kompletnej nieważkości...
– Och,   Cait...   –   oderwał   się   od   niej,   oddychając   z trudem.   Instynktownie 
wiedziała, że chciał coś jeszcze powiedzieć, zrezygnował jednak i ukrył twarz 
w jej włosach, próbując zapanować nad oddechem.
– No i jak wypadłam? – spytała szeptem, gdy już była w stanie coś wykrztusić.

background image

– Po prostu świetnie.
– Czy jesteś zatem gotów odwołać swoje słowa?
– Nie wiem. – Zawahał się. – Przekonaj mnie jeszcze raz.
Spełniła jego prośbę. Przylgnęła wilgotnymi wargami do jego ust, serce waliło 
jej jak młotem.
Joe skinął głową, jakby nie ufając własnym strunom głosowym.
– Doskonale.
– To był wspaniały dzień – szepnęła. – Nie wiem, jak ci dziękować za to, że 
mnie ze sobą zabrałeś.
Joe   pokręcił   głową.   Chciał   jej   powiedzieć   jeszcze   wiele   rzeczy,   ale   nie   był 
w stanie.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Pogrążona w głębokim zamyśleniu Cait wpatrywała się od kilku minut w ekran 
komputera,   jednak   widoczne   na  nim  dane   nie  docierały   do  jej   świadomości. 
Z piersi wyrwało jej się przeciągłe westchnienie.
Paul   był   bardzo   zadowolony,   że   zjawiła   się   tego   ranka   w pracy.   Tydzień 
pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem zapowiadał się koszmarnie. 
Lindy,   wyraźnie   zdziwiona,   szybko   wycofała   się   do   swego   pokoju, 
przywitawszy   się   zdawkowo.   Zachowanie   przyjaciółki   wprawiało   Cait 
w zakłopotanie   nie   była   jednak   w stanie   skoncentrować   się   teraz   ani   na 
problemach Lindy, ani na własnej pracy.
Popadła   w taką   zadumę,   że   ledwie   usłyszała   pukanie   do   drzwi.   Z miną 
winowajcy   podniosła   wzrok   na   Paula,   który   stał   w progu   z rękami 
w kieszeniach. Miał bardzo zmęczone oczy.
– Paul! – Cait czekała, aż serce zacznie jej bić dwa razy szybciej, jak zwykle, 
gdy szef znajdował się w pobliżu. Nic takiego się nie stało. Sprawiło jej to ulgę, 
ale nie było już niespodzianką.
– Cześć, Cait! – uśmiechnął się z przymusem, twarz miał ściągniętą. Czuł się 
chyba nieswojo i ze wszelkich sił chciał to ukryć. – Masz chwilę czasu?
– Oczywiście. Wejdź, proszę. – Wstała i podsunęła mu krzesło. – Czym mogę 
ci służyć?
– Och, drobiazg. Po prostu chciałem ci powiedzieć, jak bardzo się cieszę, że 
przyszłaś   dziś   do   pracy.   Przykro   mi,   że   zrezygnowałaś   z urlopu,   ale   twoja 
obecność bardzo się tu dziś przyda. Zwłaszcza że Lindy odchodzi. – Zacisnął 
wargi.
Nikt   poza   Joem   i Martinem   nie   znał   prawdziwego   powodu   rezygnacji   Cait 
z wyjazdu do Minnesoty. Nie sugerowała też Paulowi, że zmieniła plany po to, 
by mu pomóc w trudnej sytuacji. Widocznie sam wyciąg- nął wnioski.
– A więc Lindy nie zmieniła zdania?
– Nic do niej nie trafia – nachmurzył się Paul. – Ta kobieta jest uparta jak... 
jak... – Paul wzruszył ramionami, nie znajdując odpowiedniego słowa.
– Modernizacja jest już prawie zakończona. – Cait zmieniła temat rozmowy, 
nie   chcąc   mówić   nic   złego   o swej   przyjaciółce.   Wstała   i zaczęła   spacerować 
w roztargnieniu po pokoju, zatrzymując się, by poprawić girlandę zawieszoną 
nad drzwiami przez Lindy. Bo winna się cieszyć, że Paul przyszedł do niej, 
a było jej to dziwnie obojętne.
– Tak, jestem bardzo zadowolony – powiedział Paul. – Joe Rockwell odwalił 

background image

kawał   świetnej   roboty.   Ma   doskonałą   opinię   i myślę,   że   nie   minie   kilka   lat, 
a stanie się jednym z największych przedsiębiorców budowlanych.
Cait kiwała od niechcenia głową, mając nadzieję, że udało jej się ukryć dreszcz 
podniecenia,   który   ją   przebiegł   na   samą   wzmiankę   o Joem.   I bez   Paula 
wiedziała,   że   Joe   ma   przed   sobą   świetlaną   przyszłość.   W czasie   świąt   pani 
Rockwell napomknęła o sukcesach syna. Joe zawarł ostatnio kontrakt na duży 
projekt rządowy i była z niego bardzo dumna.
– No   cóż   –   powiedział   Paul,   wciągając   głęboko   powietrze   –   nie   będę   ci 
zabierał czasu.   – Wstał,  wciąż  nachmurzony  i skierował  się  ku  drzwiom.   Po 
chwili,   odwrócił   się   znów   do   niej.   –   Pewnie   jesteś   zajęta   dziś   wieczorem? 
Chciałem cię zaprosić na kolację.
– Kolację – powtórzyła Cait, jak gdyby usłyszała to słowo po raz pierwszy 
w życiu. Paul zapraszał ją na kolację? Po tylu miesiącach? Teraz, gdy najmniej 
tego oczekiwała? Kiedy nie miało to już znaczenia? Tak wiele razy modliła się 
z głębi serca o odrobinę zainteresowania z jego strony, a on w końcu umawia się 
z nią na randkę. Teraz?
– Oczywiście, jeśli jesteś wolna.
– Hm... tak, z pewnością... bardzo mi miło.
– Świetnie. O której po ciebie przyjechać? Czy
– O wpół do szóstej to nie za wcześnie?
– Nie, będę gotowa.
– Wobec tego do zobaczenia.
– Do   zobaczenia,   Paul.   –   Cait   czuła   się   dziwnie   odrętwiała.   Jej   marzenia 
zaczęły się w końcu spełniać... Za późno. Paul, w którym się kochała tyle czasu, 
zaprosił ją na kolację. Powinna skakać z radości albo przynajmniej odczuwać 
coś poza tępym ściskaniem w dołku. Skoro było to tak wyczekiwane, ważne 
i podniecające wydarzenie, czemu nie sprawiło jej spodziewanej radości?
Pozbierawszy   nieco   myśli,   Cait   zdecydowała   się   pójść   do   Lindy.   Zastała 
przyjaciółkę rozmawiającą przez telefon. Lindy spojrzała na nią, uśmiechnęła się 
zdawkowo i natychmiast odwróciła wzrok, jak gdyby rozmowa wymagała od 
niej pełnego zaangażowania.
Cait odczekała kilka minut, wreszcie postanowiła wrócić, gdy Lindy nie będzie 
już   tak   bardzo   zajęta.   Musiała   porozmawiać   z przyjaciółką,   potrzebowała   jej 
rady. Lindy zawsze podtrzymywała Cait na duchu. Tak, rozmowa jest absolutnie 
konieczna. Spróbuje przekonać Lindy, by również jej się zwierzyła. Cait bardzo 
ceniła sobie jej przyjaźń. Wprawdzie było jej przykro, że osoba, którą uważała 

background image

na najlepszą przyjaciółkę, złożyła wymówienie nic jej o tym nie wspominając, 
ale widocznie miała swoje powody.
I może również potrzebowała duchowego wsparcia.
Słysząc, że dzwoni telefon w jej pokoju, szybko tam pobiegła. Była zajęta przez 
resztę dnia. Pozostało już niewiele minut do zamknięcia nowojorskiej giełdy, 
gdy zjawił się Joe.
– Hej – powitała go Cait z radosnym, zapraszającym uśmiechem. Ich oczy się 
spotkały i Joe również się uśmiechnął. Ze szczęścia serce omal jej z piersi nie 
wyskoczyło.
– Cześć, mała. – Wszedł do pokoju i opadł na to samo krzesło, które niedawno 
zajmował Paul. Wyciągnął przed siebie długie nogi i splótł ręce na brzuchu. – 
Jak się dziś miewa świat finansów?
– Mniej więcej tak samo dobrze jak zwykle. 
Jego uśmiech był ogromnie zaraźliwy. Jak zawsze zresztą – tyle że początkowo 
Cait nie chciała mu się poddać. Ale to dawno już minęło i dziś odpowiedziała 
mu ochoczo serdecznym uśmiechem.
– Skończyłaś na dzisiaj?
– Prawie. – Musiała jeszcze uprzątnąć parę rzeczy z biurka, ale to nic pilnego. 
– Czemu pytasz?
– Czemu?  – zmarszczył  brwi udając  zdziwienie. – Co  powiesz  na wspólną 
kolację?   –   Poderwał   się   z krzesła   i zaczął   tańczyć   walca   wokół   jej   pokoju, 
udając, że gra na skrzypcach. – Tylko ty i ja. Księżyc, wino i muzyka – mrugnął 
do   niej   znacząco.   –   Pracujesz   zbyt   intensywnie.   Chciałbym,   żebyś   bardziej 
cieszyła się życiem. Obojgu nam się to przyda.
Joe nie musiał jej namawiać na wspólną eskapadę. Jej serce uderzało radośnie na 
samą myśl o tym. Czuła się z nim świetnie, śmiała się, bawiła, chciała wziąć 
w ramiona   cały   świat.   Oczywiście,   potrafił   też   doprowadzić   ją   do   szału,   ale 
odrobina szaleństwa dobrze wpływa na szare komórki.
– Tylko   obiecaj   mi,   że   nie   włożysz   szpilek   –   pogroził   jej   palcem.   –   Od 
przyjęcia świątecznego u Paula cierpię na dokuczliwe bóle krzyża.
Imię Paula zabrzmiało nagłym dysonansem w ich rozmowie.
– Paul – powtórzyła, odchylając się bezsilnie na oparcie krzesła. – O Boże!
– Wiem, że uważasz go za Boga – dogryzł jej. – Co tym razem zrobił twój 
dzielny szef?
– Zaprosił mnie na kolację – przyznała się Cait z niezbyt zachwyconą miną. – 
Wpadł ni stąd, ni zowąd rano do mojego pokoju i umówił się ze mną, jakby to 

background image

stanowiło   chleb   powszedni.   Byłam   tak   oszołomiona,   że   nie   mogłam   zebrać 
myśli.
– I co mu powiedziałaś? – Joe zdawał się traktować tę całą sprawę jako niezły 
dowcip. – Zaczekaj – podniósł  rękę – niech  sam się  domyśle.  Podskoczyłaś 
z radości.
– Niezupełnie   –   odparła,   nieco   urażona   jego   zachowaniem.   Mógłby 
przynajmniej   okazać,   że   go   to   obchodzi.   Spędziła   z nim   Boże   Narodzenie, 
według słów jego matki była pierwszą kobietą, którą zaprosił na święta do domu, 
ale mimo rozpowiadania wszem i wobec, że są małżeństwem, wyraźnie nie miał 
nic przeciwko jej randce z innym mężczyzną.
– Założę się, że doznałaś szoku. – Uśmiech drżał w kącikach jego warg, jak 
gdyby wyobrażał sobie jej reakcję na propozycję Paula i ogromnie go to bawiło.
– Nie doznałam żadnego szoku – broniła się z gniewem.  – Po prostu mnie 
zaskoczył.
– Baw się dobrze – powiedział, idąc w stronę drzwi. – Zobaczymy się później. 
– I wyszedł.
Cait wprost nie mogła w to uwierzyć. Zaczęła przechadzać się z wściekłością po 
pokoju, zaciskając i rozwierając pięści. Minęła dobra chwila, zanim przyszła do 
siebie i pobiegła za nim.
Joe   rozmawiał   ze   swoim   brygadzistą,   tym   samym   krępym   mężczyzną,   który 
kiedyś był świadkiem ich przepychanki przy windzie.
– Przepraszam   –   powiedziała   przerywając   im   rozmowę   –   ale   chciałabym 
zamienić z tobą parę słów, gdy będziesz wolny. – Stała, zaciskając wciąż pięści, 
jak gdyby szykowała się do walki.
Joe rzucił okiem na zegarek.
– To może trochę potrwać.
– Wobec tego, czy mogłabym ci zabrać teraz chwilę czasu?
Brygadzista cofnął się o krok.
– Chciałaś coś ode mnie? – spytał Joe, gdy zostali sami.
Pytanie! Jasne, że chciała.
– Czy to wszystko, co masz mi do powiedzenia?
– Na jaki temat?
– Mojej kolacji z Paulem. Spodziewałam się, że będziesz... sama nie wiem... 
zdenerwowany czy coś w tym rodzaju.*
– Czym   miałbym   się   denerwować?   Uważasz,   że   będzie   czegoś   próbował? 
Szczerze w to wątpię, ale  jeśli masz  jakieś  obawy, weź mnie  ze  sobą. Będę 

background image

bardziej   niż   szczęśliwy   mogąc   bronić   twego   honoru.   –   Spoważniał   nagle.   – 
Naprawdę myślałaś, że będę zazdrosny?
– No, może nie zazdrosny – sprostowała, choć nie było to dalekie od prawdy. – 
Zaniepokojony.
– Nie jestem. Paul to porządny facet.
– Wiem, ale...
– Byłaś w nim zakochana od miesięcy...
– Myślę, że to raczej zaślepienie.
– To prawda. Ale umówił się z tobą wreszcie, a ty przyjęłaś zaproszenie.
– Tak, ale...
– Znamy się dobrze, Cait. Zapomniałaś, że jesteśmy małżeństwem?
– Raczej byłoby mi trudno. – Zwłaszcza że Joe dokładał wszelkich starań, by 
przypominać jej o tym przy każdej sposobności. – Czy nie powinno to mieć... 
jakiegoś znaczenia? – Cait nie mogła uwierzyć, że te słowa przeszły jej przez 
gardło. Od tygodni czuła się okropnie upokorzona za każdym razem, gdy Joe 
wspominał o ich wyczynie z okresu dzieciństwa, a teraz sama wykorzystała ten 
argument dla własnych celów. Joe ujął ją za ramiona.
– Prawdę powiedziawszy, nasze małżeństwo to niezła transakcja.
Warto było usłyszeć te słowa!
– Chcę tylko jak najlepiej dla ciebie. Będę szczęśliwy, jeśli wszystko pomiędzy 
tobą a Paulem dobrze się ułoży. A teraz przepraszam cię bardzo, muszę wracać 
do pracy.
Gdy wróciła do pokoju, owładnęło nią znów uczucie odrętwienia. Nie wiedziała, 
co   myśleć.   Wierzyła...   miała   nadzieję,   że   pomiędzy   nimi   zaczęło   się   coś 
szczególnego. Widocznie ich spotkania miały dla niej całkiem inne znaczenie niż 
dla   Joego.   W przeciwnym   razie   nie   potraktowałby   tak   obojętnie   jej   randki 
z Paulem. A już z pewnością nie odczuwałby zadowolenia!
To właśnie ubodło Cait najbardziej. Minęło kilka minut, zanim udało jej się 
zdefiniować własne uczucia – tak, po prostu została zraniona.
Właściwie   przypadkowo   zawędrowała   do   pokoju   Lindy.   Jej   przyjaciółka 
wkładała właśnie płaszcz, gotowa do wyjścia z pracy.
– Paul zaprosił mnie na kolację – wygadała się Cait.
– Naprawdę? – Oczy Lindy zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. Ale nie obróciła 
tego w żart, tak jak Joe.
– Tak   –   odrzekła   Cait.   –   Wszedł   i umówił   się   ze   mną,   jakby   to   był   jego 
codzienny zwyczaj.

background image

– Czy jesteś szczęśliwa?
– Nie   wiem   –   odpowiedziała   szczerze   Cait.   –   Chyba   powinnam   być 
zadowolona. Modliłam się przecież o to od miesięcy.
– O co więc chodzi? – spytała Lindy.
– Wydaje mi się, że Joe się tym nie przejął. Powiedział mi, że ma nadzieję, iż 
wszystko pójdzie po mojej myśli.
– Czyli?
Cait zastanawiała się przez chwilę, w gardle ją dławiło.
– Przysięgam, Lindy, nic już nie wiem.

– Słyszałem, że podają tu wyśmienitego łososia – mówił Paul, przeglądając 
kartę. Jedli kolację w bardzo znanej restauracji „Boathouse”.
Cait przebiegła wzrokiem pozycje menu, decydując się na łososia z rusztu – to 
samo   danie,   które   zamówiła   pamiętnego   wieczora   z Joem.   Ale   dziś   było   jej 
właściwie wszystko jedno, co ma na talerzu.
– Zdaje się, że ostatnio często widywałaś się z Joem Rockwellem – zauważył 
Paul.
To, że Paul wspomniał w tej chwili imię Joego, było ironią losu. Cait nie mogła 
przestać myśleć o nim od popołudniowej rozmowy w pracy. Naprawdę wierzyła, 
że ich znajomość przeradza się w coś szczególnego. Joe jednak postarał się, by 
wyprowadzić ją z błędu.
– Tak – odpowiedziała niepewnie. – Wiesz przecież, że znamy się jeszcze od 
dzieciństwa.   Joe   i mój   brat   byli   w wielkiej   przyjaźni.   Potem   rodzina   Joego 
przeprowadziła się na przedmieście i straciliśmy kontakt.
Podeszła kelnerka i Paul zamówił butelkę białego wina. Gawędzili przyjaźnie 
przez kilka minut na tematy związane z ich wspólną pracą w firmie.
Cait   słuchała   z zainteresowaniem,   kiwając   od   czasu   do   czasu   głową   lub 
wtrącając   jakąś   uwagę.   Zastanawiała   się,   co   też   nadzwyczajnego   widziała 
w Paulu.   Owszem,   był   atrakcyjny,   ale   ani   w połowie   tak   dynamiczny   czy 
podniecający jak Joe. Wprawdzie miał pewien wdzięk, lecz z Joem przegrywał 
na całej linii. Cait nie potrafiła wyobrazić sobie swego szefa, niosącego ją na 
barana   i wymykającego   się   tylnym   wyjściem.   Nie   mówiąc   już   o tym,   że 
z pewnością nie umiałby się tak z nią przekomarzać.
Kelnerka przyniosła butelkę wina, otworzyła i napełniła im kieliszki. Wkrótce 
potem podała zamówione potrawy. Po dwóch kęsach wybornego łososia, Cait 

background image

zauważyła, że Paul nawet nie tknął jedzenia. Był wyraźnie zdenerwowany.
Obracał w palcach kieliszek, przyglądając się, jak mieni się w nim wino.
– Co myślisz o odejściu Lindy z naszej firmy? – przemówił nagle.
Cait zaskoczył żar w jego głosie, gdy wspomniał imię Lindy.
– Szczerze mówiąc, byłam zupełnie zaszokowana – przyznała.
– Więc wymówienie Lindy jest dla ciebie zaskoczeniem?
– Tak,   kompletnie   nic   o tym  nie   wiedziałam.   Lindy   nie   napomknęła   nawet 
słowem   o innej   propozycji   pracy.   Zawsze   myślałam,   że   jesteśmy   dobrymi 
przyjaciółkami.
– Lindy jest twoją przyjaciółką – powiedział z niezachwianym przekonaniem. 
– Nie uwierzyłabyś, jak dobrą.
– Wiem   o tym.   –   Jednakże   przyjaciele   niekiedy   miewają   w zanadrzu   różne 
niespodzianki. Lindy oraz Joe byli świetnym tego przykładem.
– Uważam   Lindy   za   absolutnie   wyjątkową   osobę   –   powiedział   Paul, 
obrzucając Cait badawczym spojrzeniem.
– Jest   chyba   jednym   z najlepszych   maklerów   giełdowych   –   przyznała   Cait, 
sącząc wino.
– Mój   podziw   znacznie   wykracza   poza   ramy   zawodowe.   Sądzę,   że   Lindy 
mogłaby być skarbem dla mężczyzny na całe życie – mówił dalej Paul.
– Całkowicie się z tobą zgadzam. – Gdyby tak Joe zdał sobie sprawę, jakim 
ona jest skarbem. Już raz wziął z nią ślub – no, przynajmniej coś w rodzaju ślubu 
–   i z pewnością   myśl   o wspólnym   spędzeniu   życia   niejednokrotnie   w ciągu 
ostatnich tygodni przyszła mu do głowy.
Paul zawahał się, wyraźnie zakłopotany.
– Przypuszczam, że ani trochę się nie domyślasz, jaki jest powód wymówienia 
Lindy?
Naprawdę nie miała pojęcia. Jej myśli i serce były do tego stopnia zdominowane 
przez   Joego,   że   nie   zastanawiała   się   dotąd   głębiej   nad   postępowaniem 
przyjaciółki.
– Pewnie dostała ciekawszą propozycję. – Nie zdziwiłoby jej to wcale – Lindy 
stanowiłaby cenny nabytek dla każdej firmy.
I   właśnie   w tej   chwili   Cait   zrozumiała.   Paul   nie   zaprosił   jej   na   kolację,   by 
nawiązać   z nią   romans.   Chciał   za   jej   pośrednictwem   dowiedzieć   się,   co 
popchnęło Lindy do odejścia z pracy. Poczuła nagłą ulgę, jak gdyby ktoś zdjął 
z jej ramion ogromny ciężar. Paul wcale nie był nią zainteresowany. Nie był i nie 
będzie. Jakiś czas temu przyjęłaby to jako druzgocącą porażkę, natomiast w tej 

background image

chwili przepełniała ją wdzięczność.
– Jestem pewna, że zmieni zdanie, jeśli z nią porozmawiasz.
– Próbowałem, wierz mi. Ale jest pewien problem... – zawahał się. – Cait, do 
licha, przecież to z twojego powodu!
Popatrzyła na niego, zaintrygowana.
– O co ci chodzi, Paul?
– Nie masz pojęcia, prawda? Przysięgam, że jesteś najbardziej niedomyślną 
kobietą   pod   słońcem!   –   Od-   sunął   swój   talerz   i zamknąwszy   oczy,   pokręcił 
głową. – Jestem zakochany w Lindy od tygodni... miesięcy. Za żadne skarby nie 
mogłem   jednak   sprawić,   by   mnie   zauważyła.   Gotów   byłem   robić   wszystko, 
nawet fikać koziołki pośrodku jej pokoju. W końcu olśniło mnie, czemu Lindy 
nie odwzajemnia moich uczuć.
– Z mojego powodu? – spytała Cait drżącym piskliwym głosikiem.
– Właśnie.   Nie   chciała   zdradzić   swej   przyjaciółki.   Pewnego   popołudnia   – 
chyba wtedy gdy spotkałaś po latach Joego – byliśmy z Lindy w moim gabinecie 
sami.   Naprawdę   nie   wiem,   jak   to   się   stało,   ale   szukając   czegoś   dla   mnie, 
potknęła   się   o jeden   z przewodów   pozostawionych   przez   robotników.   Na 
szczęście udało mi się uchronić ją przed upadkiem. Nie była to jej wina, ale 
rozzłościłem   się   z obawy,   że   mogła   zrobić   sobie   krzywdę.   Lindy   z kolei 
rozgniewała się na mnie z powodu mojej gwałtownej reakcji i pomyślałem, że 
jedynym sposobem, by ją uciszyć, jest pocałunek. Tak się to zaczęło, przysięgam 
ci, że wszystko mieliśmy wypisane na twarzach.
Cait przełknęła ślinę, zafascynowana jego opowieścią.
– Próbowałem ją wielokrotnie namówić na spotkanie. Wciąż mi odmawiała, aż 
wreszcie spytałem ją o powód.
– Powiedziała ci... co do ciebie czułam? – Myśl o tym była upokarzająca.
– Oczywiście, że nie. Lindy jest zbyt dobrą przyjaciółką, by zawieść twoje 
zaufanie. Poza tym nie musiała mi nic mówić. Domyślałem się od początku. Na 
miłość boską, Cait, co miałem zrobić, żeby cię zniechęcić? Napisać kredą na 
kominie?
– Nie  sądzę,  żebyś  musiał   podejmować  tak  drastyczne  kroki  –  powiedziała 
cicho, upokorzona do szpiku kości.
– Powtarzałem jej bez końca, że nie jestem w tobie zakochany, ale nie chciała 
słuchać. Wreszcie powiedziała mi, że jeśli z tobą porozmawiam i wyjaśnię ci 
wszystko, zgodzi się wypuścić gdzieś ze mną.
– Rozmowa telefoniczna – powiedziała Cait w nagłym przypływie natchnienia. 

background image

– To  dlatego  do  mnie  zadzwoniłeś,   prawda?  Chciałeś   porozmawiać   o Lindy, 
a nie o jakimś artykule.
– Tak. – Wyraźnie był wdzięczny za jej domyślność, choć przyszła tak późno.
– Czemu więc, do licha, tego nie zrobiłeś?
– Wielokrotnie   się   zbierałem,   ale   w ostatniej   chwili   zawsze   rezygnowałem. 
Sam chciałbym wiedzieć, dlaczego. Poza tym trudno prowadzić taką szczerą 
rozmowę przez telefon. Obiecywałem sobie codziennie, że ci powiem. Bóg wie 
ile razy robiłem różne aluzje, ale nic do ciebie nie docierało.
– Ale czemu Lindy odchodzi?
– Czy to nie jest oczywiste? – spytał Paul. – Coraz trudniej było nam pracować 
razem. Nie chciała zdradzić swojej najlepszej przyjaciółki, a jednocześnie...
– Jednocześnie oboje zakochaliście się w sobie.
– Nic dodać, nic ująć. Nie mogę jej stracić, Cait. Nie chciałbym zranić twoich 
uczuć,   naprawdę   uważam   cię   za   godną   zaufania   pracownicę   i sympatyczną 
dziewczynę – po prostu mnie nie pociągasz. –
Chyba nie jego jednego. Joe też traktuje ich związek wyłącznie jak dobry żart, 
nigdy nie wspomniał o żadnych romantycznych uczuciach.
– Muszę coś zrobić, zanim stracę Lindy.
– Całkowicie się z tobą zgadzam.
– Nie jesteś na nią zła, prawda?
– Na Boga, nie! – wykrzyknęła Cait, uśmiechając się do niego dzielnie.
– Sądziliśmy   oboje,   że   coś   się   kluje   pomiędzy   tobą   i Joem   Rockwellem. 
Spotykaliście się często, a potem na przyjęciu świątecznym...
– Nie przypominaj mi – jęknęła Cait.
Twarz Paula rozjaśniła się w spontanicznym uśmiechu.
– Ten Joe jest nie w ciemię bity, prawda? 
Cait   pokiwała   głową,   zrezygnowana.   Wyjaśniwszy   wreszcie   sytuację,   Paul 
nabrał nagle apetytu. Przysunął sobie z powrotem talerz i zaczął jeść. Natomiast 
Cait   straciła   zupełnie   ochotę   na   swego   łososia.   Wpatrywała   się   w talerz, 
zastanawiając się, jak zdoła wytrwać do końca wieczora.
Udało jej się to całkiem nieźle. Paul zdawał się nie zauważać, że coś jest nie tak. 
Cait nie była wcale zmartwiona jego wyznaniem, wręcz przeciwnie, czuła ulgę 
z powodu takiego obrotu sprawy i cieszyła się, że Lindy jest zakochana. Paul 
najwyraźniej miał bzika na jej punkcie, nigdy nie widziała go tak ożywionego, 
jak wówczas gdy mówił o Lindy. Jak mogła nie zorientować się w prawdziwych 
uczuciach swej przyjaciółki! Nie wspominając o Paulu...

background image

Paul zawiózł ją pod sam dom i odprowadził do drzwi frontowych.
– Nie wiem, jak ci dziękować – powiedział ciepło. Uścisnął ją impulsywnie 
i wsiadł do swego sportowego samochodu.
Mieszkanie Cait było ciemne i puste. Tak puste, że cisza zdawała się odbijać 
echem od ścian. Powiesiwszy płaszcz, zapaliła światło i zaparzyła sobie filiżankę 
herbaty.   Usiadła   na   kanapie   z podwiniętymi   nogami   i wpatrzyła   się   w ściany 
niewidzącym wzrokiem, ważąc swoje szanse. Wydały jej się znikome.
Paul   był   zakochany   w Lindy.   A Joe...   Cait   nie   miała   pojęcia,   jak   wyglądają 
sprawy pomiędzy nimi.
Rozmyślania  przerwał jej dzwonek telefonu. Podniosła słuchawkę  po drugim 
sygnale.
– Cait?   –   usłyszała   głos   Joego.   Był   zdziwiony,   że   zastał   ją   tak   wcześnie 
w domu. – Kiedy wróciłaś?
– Kilka minut temu.
– Twój głos brzmi jakoś dziwnie. Czy coś się stało?
– Mój Boże – powiedziała, wybuchając płaczem – a co miałoby się stać?

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Nie miała zamiaru płakać, taka myśl w ogóle nie postała jej w głowie. Chciała 
tylko   przetrawić   ostatnie   rewelacje,   a skończyło   się   na   tym,   że   szlochała 
histerycznie do słuchawki.
– Och, to wszystko twoja wina!
– Co się stało?
– Nic.   Nie...   nie   mogę   teraz   z tobą   rozmawiać.   Idę   spać.   –   Z tymi   słowy 
odłożyła słuchawkę. Miała cichą nadzieję, że Joe zadzwoni jeszcze raz, telefon 
jednak milczał jak zaklęty. Hipnotyzowała go wzrokiem przez kilka minut, ale 
widocznie Joemu nie zależało na rozmowie z nią.
Łzy płynęły jej strumieniem. Było to dla Cait coś absolutnie niezrozumiałego. 
Nie należała do osób skłonnych do płaczu, teraz jednak wydawało jej się, że 
nigdy nie przestanie.
Pociągając nosem, wstrząsana łkaniem, usiadła na brzegu łóżka i wciągnęła do 
płuc potężny haust powietrza. Rozpływanie się we łzach nie ma najmniejszego 
sensu.
Paul był zakochany w Lindy. Kiedyś ta wiadomość doprowadziłaby ją do ruiny 
psychicznej,   teraz   jednak   Cait   odczuwała   głęboką   radość,   że   jej   najlepsza 
przyjaciółka   znalazła   mężczyznę   swego   życia.   A zaślepienie,   któremu   uległa 
w stosunku do Paula, nie mogło się nawet równać z potęgą jej miłości do Joego.
Wreszcie przyznała się sama przed sobą. Kochała Joego. Faceta, który wmawiał 
pracownikom restauracji, że Cait cierpi na amnezję. Który pchał się za nią do 
windy i obwieszczał pozostałym pasażerom, że są mężem i żoną, a jednocześnie 
nie zdradził, że choć trochę go obchodzi jej randka z Paulem.
Joe był również tym mężczyzną, który trzymał ją czule za rękę na kreskówce 
Disneya,   doprowadzał   pocałunkami   niemal   do   utraty   przytomności, 
a w świąteczny   wieczór   trzymał   w ramionach,   jakby   nigdy   nie   zamierzał   jej 
wypuścić.
Zabrzęczał   dzwonek   u drzwi.   Bez   podglądania   przez   dziurkę   od   klucza 
wiedziała, że to Joe. Nagle wpadła w popłoch. Była zbyt zmieszana i zraniona, 
by go teraz widzieć.
Podeszła powoli do drzwi i uchyliła je.
– Co się tu, u diabła, dzieje? – spytał Joe i wszedł do środka, nie czekając na 
zaproszenie.
Cait wytarła oczy rękawem i zatrzasnęła drzwi.
– Nic.

background image

– Czy Paul próbował czegoś?
– Oczywiście, że nie.
– No to czemu płaczesz? – Stał pośrodku salonu z zaciśniętymi pięściami, jak 
gdyby był gotów do znokautowania jej szefa.
Gdyby Cait wiedziała, dlaczego wciąż nie może powstrzymać łez, z pewnością 
udzieliłaby mu odpowiedzi. Otworzyła usta, w nadziei, że uda jej się znaleźć 
i wykrztusić jakiś inteligentny powód, ale wydała z siebie jedynie cienki pisk. 
Joe gapił się na nią z zakłopotaniem.
– Ja... Paul jest zakochany.
– W tobie? – spytał z niedowierzaniem.
– W twoich ustach zabrzmiało to jak coś absolutnie niemożliwego – odparła ze 
złością.   –   Przecież   jestem   atrakcyjna,   może   nie?   –   Jeśli   oczekiwała,   że   Joe 
wymieni   natychmiast   niezliczone   mnóstwo   jej   wdzięków,   rozczarowała   się. 
Pogłębiła się tylko pionowa zmarszczka pomiędzy jego brwiami.
– Cóż więc zakochanie Paula ma z tym wszystkim wspólnego?
– Absolutnie nic. Życzyłam jemu i Lindy wszystkiego najlepszego.
– A więc to jednak Lindy – mruknął pod nosem Joe, jakby wiedział o tym 
przez cały czas.
– Przyznaj się, ani przez chwilę nie pomyślałeś, że się mną interesuje.
– Do licha, skąd miałem wiedzieć? Sądziłem, że kocha się w Lindy, ale to 
ciebie zaprosił na kolację. Szczerze mówiąc,  to wszystko było dla mnie  bez 
sensu.
– Chodzi o coś innego – powiedziała gniewnie Cait. Stała tak blisko niego, że 
ich   twarze   były   oddalone   zaledwie   o kilka   centymetrów.   Przypominali   parę 
rewolwerowców   szykujących   się   do   walki.   –   Chcę   wiedzieć   jedno. 
Rozpowiadasz ciągle wszem i wobec, że jesteśmy małżeństwem. Ale skoro to 
ma dla ciebie jakieś znaczenie...
– A kiedy to miało znaczenie?
Cait zignorowała pytanie, uważając, że odpowiedź jest oczywista.
– Oddałeś   mnie   tak   obojętnie   Paulowi,   jakbyś   chciał   się   mnie   pozbyć.   Już 
mniej nie mogło cię to obchodzić!
– Właśnie że obchodziło! – krzyknął.
– Jeśli tak rzeczywiście było, to nie zadałeś sobie trudu, by to okazać!
– Co   miałem   zrobić,   wyzwać   go   na   pojedynek?   Myślałem,   że   marzyłaś 
o randce z Paulem – poskarżył się. – O niczym innym nie potrafiłaś mówić! Paul 
to, Paul tamto! Wystarczyło, że przeszedł obok ciebie, a niemal mdlałaś.

background image

– Nie  ma   w tym  nawet  źdźbła prawdy.  – Może   kiedyś  tak, ale  od  tygodni 
z pewnością się to zmieniło. – Gdybyś mnie spytał, dowiedziałbyś się prawdy.
– Chcesz przez to powiedzieć, że nie kochasz Paula?
– Bingo!
– Nie pasuje do ciebie ta ironia!
– A do ciebie takie... okropne zachowanie. 
Potrzebował chwili, by to przemyśleć.
– Jeśli zamierzamy się wzajemnie oskarżać, to może przyjrzałabyś się sobie?
– Co przez to rozumiesz? – Jak zwykle Joe potrafił doprowadzić ją do stanu 
wrzenia. – Mniejsza o to-

powiedziała,   idąc   w stronę   drzwi.   –   Ta   rozmowa 

zaprowadzi nas donikąd. Umiemy tylko ranić się nawzajem.
– Nie zgadzam się – odrzekł spokojnie Joe. – Myślę, że czas już wszystko 
sobie wyjaśnić.
Odetchnęła głęboko, czując się jak balonik, z którego wypuszczono powietrze.
– Joe,   to   musi   poczekać.   Nie   jestem   w stanie   myśleć   rozsądnie   i nie   chcę, 
byśmy powiedzieli sobie rzeczy, których będziemy potem żałować. – Otworzyła 
przed nim drzwi. – Proszę cię.
Zamierzał   się   chyba   z nią   spierać,   ale   tylko   westchnął   i musnął   jej   wargi 
w przelotnym pocałunku. Patrzyła za nim szeroko rozwartymi oczyma.

Nazajutrz rano Lindy czekała na Cait z dwiema filiżankami świeżo zaparzonej 
kawy. Patrzyły na siebie przez chwilę w milczeniu.
– Jesteś na mnie zła? – wyszeptała Lindy. Podała Cait filiżankę kawy niczym 
gałązkę oliwną.
– Ależ   oczywiście,   że   nie   –   odpowiedziała   cicho   Cait.   Odstawiła   filiżankę 
ostrożnie na biurko i serdecznie uściskała przyjaciółkę. Następnie usiadły obie, 
by wreszcie szczerze porozmawiać.
– Czemu mi nie powiedziałaś? – wybuchnęła Cait.
– Naprawdę   chciałam   –   powiedziała   żarliwie   Lindy.   –   Ze   sto   razy 
zrezygnowałam w ostatniej chwili. Najgorsze było to, że czułam się winna – 
wiedziałam, że jesteś zakochana w Paulu, a sama go kochałam.
Cait nie była pewna, jak zareagowałaby, gdyby Lindy powiedziała jej prawdę. 
Wolała   myśleć,   że   podeszłaby   do   tego   z pełnym   zrozumieniem   i życzyła   jej 
szczęścia.
– Nie zdawałam sobie sprawy ze swoich uczuć – mówiła dalej Lindy – póki 

background image

pewnego   popołudnia   nie   potknęłam   się   o głupi   przewód   i nie   wpadłam 
w ramiona Paula. Od tej chwili wszystko potoczyło się jak lawina.
– Wiem,   Paul   mi   powiedział.   Uważam,   że   to   niesamowicie   romantyczna 
historia.
– Nie masz nic przeciwko temu? – Lindy obserwowała bacznie przyjaciółkę, 
jakby nawet teraz obawiała się jej reakcji.
– Myślę, że to cudowne.
Uśmiech Lindy był pełen ciepła i podniecenia.
– Nie wiedziałam dotąd, że miłość to takie wspaniałe uczucie, a jednocześnie 
może przynieść tyle cierpienia.
– Amen! – zawołała z emfazą Cait.
– Czy to Joe Rockwell? – spytała cicho Lindy.
– Tak – potwierdziła Cait, po czym dodała, kręcąc głową: – Nie masz pojęcia, 
jak   się   przez   niego   czuję.   –   Wydała   dziwny   dźwięk,   przypominający   ni   to 
śmiech, ni to szloch. – Ten człowiek doprowadza mnie do takiej wściekłości, że 
mam ochotę wrzeszczeć. Albo płakać.
– Chyba nie zawsze?
– Czasami kocham go tak bardzo, że zniosłabym wszystko. Uwielbiam nawet 
jego zbzikowane kawały.
– Co więc z wami będzie? – spytała Lindy. Gdy podnosiła filiżankę do ust, 
Cait zauważyła błysk brylantu.
– Lindy? – aż podskoczyła na krześle. – Co ty masz na palcu?
– Zauważyłaś? – Uśmiech Lindy niemal ją oślepił.
– To od Paula. Po kolacji z tobą wpadł jeszcze do mnie. Odbyliśmy bardzo 
długą rozmowę, a potem poprosił mnie o rękę. Z początku nie wiedziałam, co 
odpowiedzieć, ledwie się przecież znamy.
– Boże drogi, pracujecie przecież razem od wielu miesięcy.
– Wiem   –   powiedziała   Lindy   z nieśmiałym   uśmiechem.   –   Paul   użył   tego 
samego argumentu. Nie musiał mnie długo przekonywać. Gdy mi go wsunął na 
palec, przeżyłam najromantyczniejszą chwilę w moim życiu. Zanim zdołałam się 
opanować,   łzy   popłynęły   mi   po   twarzy.   Wciąż   nie   rozumiem,   czemu   się 
rozpłakałam i myślę, że Paul był równie zdziwiony. Ale zboczyłyśmy z tematu – 
powiedziała   Lindy   z marzycielskim   uśmiechem.   –   Opowiadałaś   mi   o sobie 
i o Joem...
– Nie   ma   o czym   mówić.   Jeśli   będzie   –   dowiesz   się   pierwsza.   Owszem, 
widywaliśmy się ostatnio dosyć często, ale nie sądzę, żeby miało to dla niego 

background image

większe   znaczenie.   Gdy   dowiedział   się,   że   Paul   zaprosił   mnie   na   kolację, 
wydawał się naprawdę zadowolony.
– Myślę, że to tylko gra.
Cait chciałaby w to wierzyć. Och, jak bardzo.
– Kochasz go? – spytała z wahaniem Lindy. Skinąwszy głową, Cait spuściła 
oczy. Myśl o Joem była bardzo bolesna. Lindy przynajmniej w jednym wypadku 
miała rację – wszystko było dla niego grą, jednym wielkim żartem. A miłość jest 
rzeczywiście   najcudowniejszą   rzeczą   na   świecie.   I równocześnie   przynoszącą 
najwięcej cierpienia.

∗ ∗ ∗

Nowojorska giełda została już zamknięta i Cait wprowadzała właśnie jakieś dane 
do swego komputera, gdy do pokoju wszedł Joe i zamknął drzwi.
– Nie krępuj się, wejdź – mruknęła, nie odrywając się od pracy. Serce waliło 
jej jak młotem, ale ukryła przed nim, jak działa na nią jego obecność.
– Czuję się tu jak w domu, dziękuję – odpowiedział wesoło, udając, że nie 
zauważa jej ironii. Rozparł się na krześle, zakładając wysoko nogę na nogę, 
rozluźniony, jakby siedział w kinie, czekając na rozpoczęcie filmu.
– Jeśli przyszedłeś tu w interesie, mogę ci polecić całkiem pewne akcje. – Cait 
nie odrywała wzroku od klawiatury, starając się nie zwracać uwagi na Joego
– Owszem, przyszedłem w interesie, ale nie ma on nic wspólnego z rynkiem 
giełdowym.
– Jakie możemy mieć wspólne interesy?
– Chciałbym kontynuować wczorajszą rozmowę.
– Możesz sobie chcieć, niestety to było wczoraj, a dziś mamy już nowy dzień. 
– Jej głos brzmiał pewnie i Cait była bardzo z siebie zadowolona. – Mogę się 
domyślić, że zamierzasz wyliczyć moje bez wątpienia liczne wady.
– Chcę porozmawiać o naszym małżeństwie.
– Naszym  małżeństwie?   –   Mógłby   już  wreszcie   przestać   mówić   o tym,   jak 
gdyby miało to rzeczywiście dla niego znaczenie, a nie było tylko żartem.
Na przekór wszystkiemu, serce omal jej nie wyskoczyło z piersi. Sięgnęła po 
stertę papierów i przełożyła je z jednego kosza do drugiego. Prawdopodobnie 
cały jej system ewidencyjny znalazł się w niebezpieczeństwie, ale musiała coś 
zrobić z rękami, żeby nie wstać i nie wyciągnąć ich do Joego. W końcu wstała, 
ale   tylko   po   to,   by   zdjąć   duży   srebrny   dzwonek   zawieszony   na   czerwonej 

background image

aksamitnej wstążce w oknie pokoju.
– Paul i Lindy mają zamiar się pobrać – powiedział Joe.
– Tak, wiem. Odbyłyśmy rano z Lindy długą rozmowę. – Podeszła z kolei do 
drzwi i zdjęła girlandę.
– Rozumiem, że jesteście z powrotem przyjaciółkami.
– Nigdy nie przestałyśmy nimi być – odparła sucho Cait, chowając girlandę, 
dzwonek i ceramiczne figurki trzech mędrców ze Wschodu do dolnej szuflady 
szafki biurowej. Choć była na siebie za to wściekła, czuła, jak jej opór słabnie.
– Lindy chce, żebym była jej główną druhną. Zgodziłam się.
– Czy zrewanżujesz się tym samym? 
Znaczenie jego pytania dotarło do niej dopiero po chwili, lecz nawet wtedy nie 
była   pewna,   czy   właściwie   odczytuje   jego   intencje.   Pochyliła   się   do   przodu 
i oparła ręce na biurku.
– Pisane   mi   zostać   starą   panną   –   powiedziała   lekko,   chociaż   zaświtała   jej 
iskierka nadziei.
– Nigdy nią nie będziesz. Przecież jesteśmy małżeństwem, nie musisz się więc 
martwić, że zostaniesz starą panną.
– Przestań, Joe – westchnęła ze zniecierpliwieniem. – Ten kawał ma już zbyt 
długą brodę.
– Pamiętam, że niedawno obchodziliśmy naszą osiemnastą rocznicę ślubu.
– Dość mam twoich wygłupów! – powiedziała, prostując się nagle. Skoro tak 
uwielbia   żarty,   to   będzie   miał   za   swoje.   –   W porządku!   Skoro   jesteśmy 
małżeństwem, chcę mieć dzieci.
– Hej, kochanie – zawołał, otwierając ramiona – twoje słowa są muzyką dla 
moich uszu! Nie mam nic przeciwko temu!
Cait pozbierała rzeczy, szykując się do wyjścia z pokoju.
– Byłam tego dziwnie pewna.
– Dwoje lub troje – wtrącił, a potem dodał, chichocząc: – Myślę, że pierwsza 
dwójka powinna nosić imiona Barbie i Ken.
Cait spiorunowała go spojrzeniem, co miało taki skutek, że wybuchnął jeszcze 
głośniejszym śmiechem.
– Jeśli wolisz, sprawę imion pozostawimy otwartą – powiedział.
– Trzeba być naprawdę bezczelnym... – burknęła Cait podchodząc do okna.
– Jeśli chcesz mieć córki, nie zgłaszam sprzeciwu, ale z tego, co wiem, nie 
zależy to od nas.
Cait odwróciła się do niego, krzyżując ramiona na piersi.

background image

– Bądź uprzejmy sprostować, jeśli się mylę – powiedziała zimno, pewna, że 
będzie zachwycony, mogąc to uczynić – ale zdaje się, że właśnie poprosiłeś 
mnie o rękę. Czy mógłbyś to potwierdzić?
– O niczym innym nie marzę, tylko o zalegalizowaniu tego, co już się stało.
Cait zmarszczyła brwi. Wygłupia się czy traktuje to serio? Mówi o małżeństwie, 
o ich wspólnym życiu, jak gdyby składał ofertę budowlaną.
– Gdy Paul prosił Lindy o rękę, ofiarował jej pierścionek z brylantem.
– Miałem zamiar kupić ci pierścionek – powiedział z naciskiem. – I dalej mam. 
Po prostu myślałem, że wolisz go wybrać sama. Skoro podoba ci się brylant, 
czemu   mi   nie   powiedziałaś?   Wykupię   cały   sklep   jubilerski,   jeśli   cię   to 
uszczęśliwi.
– Dziękuję, jeden pierścionek w zupełności wystarczy.
– Wybierz dwa lub trzy. Zdaje się, że brylanty są niezłą lokatą kapitału.
– Nie   tak   szybko   –   zmitygowała   go   Cait,   marszcząc   brwi.   Musiała 
bezwzględnie  utrzymać   dystans  pomiędzy   nimi.  Jeśli   Joe  zacznie  ją  całować 
albo mówić o dzieciach, nigdy nie uda jej się wszystkiego do końca wyjaśnić.
– Nie tak szybko? – powtórzył z niedowierzaniem. – Kochanie, czekałem na to 
osiemnaście lat! Nie masz zamiaru znowu wszystkiego popsuć, prawda?
Zrobił kilka kroków w jej kierunku.
– Nie zgadzam się na nic, dopóki się nie wytłumaczysz.
– Z czego? – Joe skrzywił się.
– Z Paula.
Zamknął powoli oczy, po czym znów je otworzył.
– Nie   rozumiem,   czemu   imię   tego   mężczyzny   zawsze   musi   się   pojawiać 
w każdej naszej rozmowie.
Cait pomyślała, że lepiej będzie, jeśli zignoruje tę uwagę.
– Nie powiedziałeś mi nawet, że mnie kochasz.
– Kocham cię. – W jego głosie pobrzmiewała irytacja, jak gdyby kazała mu 
w kółko powtarzać rzeczy oczywiste.
– Mógłbyś włożyć w te słowa trochę więcej uczucia.
– Jeśli chodzi ci o uczucie, to podejdź tu bliżej i pocałuj mnie.
– Nie.
– Dlaczego?   –   Zrobili   już   pełną   rundę   wokół   jej   biurka.   –   Mówimy 
o poważnych   sprawach.   Wierz   mi,   kochanie,   mężczyzna   nie   proponuje 
małżeństwa i nie rozmawia o dzieciach z pierwszą lepszą kobietą. Kocham cię. 
Kocham cię od lat, tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy.

background image

– To dlaczego pozwoliłeś, bym poszła z Paulem na kolację?
– Chcesz przez to powiedzieć, że mogłem cię powstrzymać?
– Oczywiście! Wcale nie chciałam z nim iść! Było mi tak okropnie przykro, 
gdy   musiałam   odrzucić   twoją   propozycję,   a ty   się   wcale   nie   przejąłeś,   że 
umówiłam się z innym mężczyzną. A przecież był twoim największym rywalem.
– Rzeczywiście się nie przejąłem.
– Ale później odniosłam zupełnie inne wrażenie.
– Dobrze, już dobrze. – Joe przegarnął włosy palcami. – Nie sądziłem, żeby 
Paul   interesował   się   tobą.   Widziałem   ich   kiedyś   razem   w biurze.   Prąd 
elektryczny, który się pomiędzy nimi wytwarzał, wystarczyłby do oświetlenia 
całego Seattle.
– Wiedziałeś o Paulu i Lindy?
– To za dużo powiedziane. Raczej podejrzewałem. Gdy jednak zaczęłaś mówić 
o Paulu, jakbyś była w nim zakochana, zmartwiłem się bardzo.
– I powinieneś był!
Jakimś   cudem   Joe   wykonał   taki   manewr,   że   dzieliło   ich   zaledwie   kilka 
centymetrów.
– Może wreszcie mnie pocałujesz?
Cait zgodziła się potulnie i wtuliła w jego ramiona niczym dziecko. To było jej 
miejsce na ziemi. W ramionach Joego. Nigdy więcej nie zwątpi w jego miłość.
Z westchnieniem, które wyrwało mu się z głębi piersi, Joe przytulił ją mocno. 
Z zapartym   tchem   spoglądali   sobie   przez   chwilę   w oczy.   Miał   ją   właśnie 
pocałować, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Do pokoju wszedł, nie czekając na zaproszenie, brygadzista Henry.
– Pewnie   nie   widziała   pani   Joego...   –   przerwał   w pół   zdania.   –   Och, 
przepraszam – powiedział zmieszany.
– Nic nie szkodzi – zapewniła go Cait. – Jesteśmy małżeństwem już od tylu lat.
Joe pochylił się ze śmiechem i dotknął wargami jej ust w pocałunku, który starł 
wszelkie wątpliwości i obawy, zastępując je obietnicami i wzruszeniami.

background image

EPILOG
Potężne   dźwięki   muzyki   organowej   wypełniały   kościół   w Seattle,   gdy   Cait 
kroczyła główną nawą, starając się stawiać kroki w takt weselnego marsza. Po 
jednej   stronie   ołtarza   stała   Lindy   jako   główna   druhna,   natomiast   po   drugiej 
czekał Joe wraz ze swym bratem, będącym drużbą.
Brat Cait, Martin, stał dokładnie na wprost niej. Uśmiechnął się, gdy zbliżyła się 
do niego z sercem przepełnionym szczęściem.
Cait i Joe zaplanowali ten dzień wiele miesięcy temu. Jeśli miała jakiekolwiek 
wątpliwości co do tego, czy Joe rzeczywiście ją kocha, to rozwiały się bez śladu. 
Nie należał do mężczyzn, którzy manifestują swą miłość za pomocą kwiatów 
i prezentów. O tym wiedziała jednak od początku. Uparł się, że ich dom musi 
być gotowy przed ślubem, spędzali więc niezliczone godziny nad planami. Cait 
pomagała mu w prowadzeniu ksiąg rachunkowych i postanowili, że gdy tylko 
powiększy im się rodzina, zajmie się tym na dobre. A stanie się to niedługo, Cait 
obliczyła, że na przyszłe święta Bożego Narodzenia będzie już w ciąży.
Zanim jednak rozpoczną razem prawdziwe życie, wyjadą w podróż poślubną do 
Nowej Zelandii. Joe chciał zrobić Cait niespodziankę,, ale musiała wyrobić sobie 
paszport.   Spędzą   tam   dwa   tygodnie,   tyle   bowiem   czasu   udało   się 
wygospodarować Joemu, który miał już kilka ofert na duże projekty.
Gdy organy skończyły grać marsza weselnego, Cait wręczyła swój bukiet Lindy 
i podała obie ręce Joemu.
Uśmiechnął   się   do   niej,   jak   gdyby   chciał   powiedzieć,   że   nigdy   w życiu   nie 
widział piękniejszej panny młodej.
– Moi drodzy – powiedział Martin, czyniąc krok do przodu – zebraliśmy się tu 
dzisiaj w obliczu Boga i ludzi, by pobłogosławić związek pomiędzy Josephem 
Jamesem Rockwellem i Caitlin Rosę Marshall.
Spojrzeli sobie głęboko w oczy. Serce Cait wezbrało ogromną miłością. Po tylu 
miesiącach czekania na tę chwilę, obawiała się, że ze zdenerwowania głos ją 
zawiedzie. Nic takiego się nie stało. Nigdy nie czuła się niczego bardziej pewna 
niż ich wzajemnych uczuć. Jej głos zabrzmiał czysto i stanowczo.
Gdy wymieniali obrączki, Cait usłyszała cichutkie łkanie obu matek. Ale były to 
łzy radości. Pani Rockwell i jej matka odnowiły dawną przyjaźń i cieszyły się 
perspektywą nowych wnuków.
Cait   czekała   niecierpliwie   na   chwilę,   gdy   Martin   pozwoli   Joemu   pocałować 
pannę młodą. Zamiast tego jej brat zamknął Biblię, odłożył ją z szacunkiem na 
bok i spytał:

background image

– Josephie   Jamesie   Rockwell,   czy   masz   przy   sobie   nalepki   z graczami 
baseballa?
– Mam!
Cait   przyglądała   im   się,   jak   gdyby   obaj   stracili   rozum.   Joe   sięgnął   do 
wewnętrznej kieszeni smokinga i wyjął z niej dwie błyszczące nalepki.
– Możesz dać je pannie młodej.
Joe podał nalepki Cait teatralnym gestem, ona zaś uśmiechnęła się szeroko.
– Teraz możesz pocałować pannę młodą – oznajmił Martin.
Joe skorzystał z przyzwolenia z najwyższą radością.