background image

BARBARA CONKLIN 

ZAKOCHAJ SIĘ 

Przełożyła Elżbieta Pajewska 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Mam go ze sobą. Zamierzam go dzisiaj tam zanieść. 

Byliśmy już na końcu łąk Talbota, kilka metrów od terenu szkoły, kiedy wreszcie nie 

wytrzymałam  i  powiedziałam  Amy  o  wszystkim.  Obdarzyła  mnie  najpromienniejszym  ze 

swoich uśmiechów, a jej ciemne oczy błyszczały z podniecenia. 

- Wspaniale, Mariah! Nie sądziłam, że się kiedyś na to odważysz! 

Na  schodach  przed  wejściem  do  szkoły  tłoczyli  się  ostatni  uczniowie,  my  też 

przyspieszyłyśmy kroku. Jeszcze jedno spóźnienie i będziemy musiały zostać po lekcjach. W 

naszej szkole karą za spóźnienie - nawet dla uczniów najstarszych klas, takich jak Amy i ja - 

były  „zajęcia  wyrównawcze”.  Trzeba  było  siedzieć  w  klasie  pana  Fema  z  nosem  w  książce, 

którą on wybierał Po dwóch dniach zaś należało dostarczyć pisemne wypracowanie na temat 

tej  właśnie  książki.  Jeśli  się  tego  nie  zrobiło,  można  było  zostać  zawieszonym  w  swoich 

prawach i obowiązkach, a na to uczeń ostatniej klasy nie mógł sobie pozwolić. 

- Nie będziesz miała teraz czasu, by zanieść go do sekretariatu - ostrzegła mnie Amy. 

- Podrzucę  go  tam  w  czasie  przerwy  na  lunch  -  odpowiedziałam  jej,  spoglądając  na 

zegarek.  Wiersz,  który  chciałam  zgłosić  do  naszej  szkolnej  poczty,  musi  jeszcze  trochę 

poczekać. 

Już  i  tak  czekał  prawie  rok,  odkąd  go  napisałam.  Te  kilka  godzin  nie  zrobi  żadnej 

różnicy. 

Rozdzieliłyśmy się przed fontanną, Amy poszła na zajęcia z nauk społecznych, a ja z 

literatury. Patrzyłam jeszcze przez chwilę, jak Amy znika w dumie, potem odwróciłam się i 

ruszyłam do sali numer sto dwadzieścia dziewięć. W ostatnim momencie pani Dressler weszła 

tuż za mrą i zamknęła drzwi. 

Miękkie  kosmyki  siwych  włosów  wymykały  się  jej  spod  luźno  upiętego  na  karku 

koka.  Była  tak  chuda,  że  jasnozielona  sukienka,  którą  miała  na  sobie,  wyglądała  tak,  jakby 

ciągle  jeszcze  wisiała  na  wieszaka  Zawsze,  gdy  mijałam  panią  Dressler,  starałam  się  być 

wyjątkowo ostrożna w ruchach, by przypadkiem jej nie przewrócić. 

Czym  prędzej  zajęłam  swoje  miejsce  w  „sekcji  I”.  Po  mojej  lewej  stronie  siedziała 

Marcy Jackson, a po prawej Kenny Johnsville. Pani Dressler wzięła do ręki kawałek kredy i 

poprosiła klasę o uwagę. 

Znowu  czytaliśmy  Szekspira.  Tym  razem  byli  to  „Dwaj  panowie  z  Werony''.  Jak 

zwykle nie potrafiłam się skupić . Nie wiem dlaczego. Bo skoro chciałam zostać prawdziwą 

background image

pisarką, to dlaczego nie umiałam skoncentrować się na Szekspirze tak, jak powinnam? 

Rozejrzałam się dokoła. Mary  Lee, z nosem utkwionym w podręczniku, z pewnością 

była pochłonięta tematem. Ted Rogers natomiast, dawno zapomniawszy o Szekspirze, bazgrał 

coś w swoim zeszycie. 

Kent  Brooks  zeskrobywał  paznokciem  grafit  z  ołówka.  Ciekawe,  jak  by  zareagowali 

na wiadomość, że napisałam już własną książkę? 

Właśnie.  Skończyłam  ją  kilka  miesięcy  temu  i  teraz  spoczywała  pod  dolną  szufladą 

mojej komody. Nie w dolnej szufladzie, ale właśnie pod nią, tak, żeby nikt przypadkowo jej 

nie znalazł. 

Moja  matka  oczekując  ode  mnie,  że  sama  będę  utrzymywała  mój  pokój w  porządku, 

raczej w nim nie sprzątała, zaś Kim, moja siedmioletnia siostra, nigdy by nie wpadła na po-

mysł,  od  czasu  do  czasu  grzebiąc  w  moich  rzeczach,  by  wyjąć  szufladę  z  biurka.  Ojciec 

przychodzi czasem do mego pokoju, ale tylko porozmawiać. Tak więc książka była całkowi-

cie bezpieczna. 

Przez cały czas, kiedy ją pisałam, szukałam kogoś, kto by ją wydał, ale gdy została już 

ukończona, zabrakło mi odwagi by wysłać rękopis. Cóż, może któregoś dnia... 

Nasza szkoła jest bardzo stara i ma wiele wysokich okien z widokami doskonałymi do 

snucia rozmyślań. 

Właśnie  pogrążona  byłam  w  marzeniach,  kiedy  pani  Dressler  to  powiedziała. 

Dumałam nad tym, jak byłoby wspaniale, gdyby można było ujrzeć z tych okien ocean, a nie 

tylko  nie  kończące  się  pola.  I  właśnie  wtedy  pani  Dressler  zaczęła  mówić  o  przedstawieniu 

teatralnym przygotowywanym przez uczniów najstarszych klas. 

- Mamy  szczęście  w  tym  roku  -  zaczęła.  -  Pan  Barret  wybrał  „Tysiąc  klownów”, 

bardzo interesującą sztukę. To komedia, ale taka, która daje coś więcej prócz dobrej zabawy. 

Pani  Dressler  zawsze  organizowała  najróżniejsze  szkolne  przedsięwzięcia  i 

wiedziałam,  że  lada  chwila  będzie  prosić  o  ochotników  do  projektowania  kostiumów  lub 

malowania dekoracji. 

- By  osiągnąć  sukces  -  kontynuowała  -  potrzebujemy  nie  tylko  doskonałej  sztuki,  ale 

także  dobrych  aktorów  -  a  przede  wszystkim  zespołu  do  pracy  za  kulisami  Na  moim  biurku 

leży  żółta  kartka.  Zanim  wyjdziecie,  proszę  ochotników  o  umieszczenie  na  niej  swoich 

nazwisk i podanie posiadanych zdolności. 

Lekcja  się  skończyła  Zgarnęłam  książki  i  ruszyłam  w  stronę  drzwi  mijając  grupę 

tłoczącą się wokół tej żółtej kartki. 

Ż

adne  moje  zdolności  nie  przyszły  mi  na  myśl.  Nikt  nie  będzie  mnie  tam 

background image

potrzebować. 

O jedenastej dwadzieścia pięć, kiedy dzwonek ogłosił przerwę na lunch, udałam się do 

sekretariatu.  Skrzynka  na  materiały  do  „Sandpiper”,  naszej  szkolnej  gazety,  stała  zawsze  na 

biurku  sekretarki  po  lewej  stronie.  Sekretarka  zdążyła  już  wyjść  na  lunch,  tak  więc  nikt  nie 

widział,  jak  wsunęłam  do  skrzynki  złożoną  kartkę  papieru.  Doskonale.  Chciałam,  żeby  tak 

właśnie było. 

W drzwiach sekretariatu pojawiła się Amy. 

- Och! - pisnęła. - Zrobiłaś to! Moja przyjaciółka, Amy Iverson. Zawsze mnie strzegła 

i rozumiała, gdy nikt inny na świecie mnie nie rozumiał. 

- Po  prostu  jesteś  wyjątkowo  nieśmiała  -  nie  przestawała  powtarzać.  -  Trzymaj  się 

mnie, a wszystko będzie okay. 

Ale oto znajdowałyśmy się w ostatniej klasie gimnazjum. 

Przez  całą  szkołę  podstawową  byłyśmy  dwiema  wystraszonymi,  małymi 

.dziewczynkami, nieśmiałymi i nie rzucającymi się w oczy, nie odstępującymi się ani na krok, 

by mieć z kim spacerować i rozmawiać. Największym koszmarem było wówczas dla nas to, 

ż

e  musiałybyśmy  wędrować  samotnie,  mijając  te  roześmiane,  doświadczone  dziewczęta,  od 

których zawsze czułyśmy się gorsze. 

Wtedy,  ostatniego  lata  przed  rozpoczęciem  przez  nas  szkoły  średniej,  lata,  które  ja 

spędziłam w Palm Springs, zaś Amy u swojego ojca w Nowym Jorku, Amy przeistoczyła się 

w  atrakcyjną,  pewną  siebie  młodą  kobietę.  I  znowu  musiałam  się  z  nią  zapoznawać  od 

początku. 

Tego  właśnie  lata  ojciec  Amy  wysłał  ją  do  uzdrowiska  z  fantastycznym  salonem 

piękności.  Zaordynowali  jej  tam  dietę,  powiedzieli,  jak  ma  się  odżywiać,  nauczyli,  jak  czuć 

się dobrze w licznym towarzystwie, a nawet - jak rozmawiać. Potem ojciec zaprowadził ją do 

okulisty,  który  wybrał  jej  odpowiednie  szkła  kontaktowe.  Wyrzuciła  więc  swoje  grube 

okulary.  Kiedy  spotkałam  Amy  tuż  przed  rozpoczęciem  roku  szkolnego,  była  już  całkiem 

inną osobą. 

Trzeba  było  niewiele  czasu,  by  chłopcy  to  zauważyli.  Randki  następowały  jedna  za 

drugą i przez chwilę wydawało mi się, że utracę przyjaciółkę, ale Amy nie dopuściła do tego. 

Nadal wędrowałyśmy razem do i ze szkoły, nadal dzieliłyśmy ze sobą nasze sekrety. Jedyną 

nowością było to, że teraz Amy nakłaniała mnie, bym także chodziła na randki. 

Używałam  najrozmaitszych  wymówek,  na  przykład,  że  muszę  pomóc  siostrze  w 

sprzedaży  ciasteczek  upieczonych  przez  drużynę  zuchów,  albo,  że  mam  dużo  zadane,  że 

muszę  pomóc  matce  w  domu  -  tysiąc  i  jeden  powodów.  Amy  zawsze  z  niezadowoleniem 

background image

kręciła na nie głową. 

Dzisiaj miała na sobie jedną ze swych ulubionych podkoszulek, z wielkim napisem z 

przodu „Tak wielu chłopców - tak mało czasu!” Śmiałam się, patrząc na to. Amy to rzeczy-

wiście był ktoś! Takie rzeczy mogły uchodzić tylko jej. 

- Czy zgłosiłaś się do pracy przy przedstawieniu? - spytała mnie, kiedy dołączyłam do 

niej w holu, oglądając się jeszcze raz na skrzynkę z moją samotną kartką papieru w środku. 

- Oczywiście, że nie - odpowiedziałam. - Nie jestem tym zainteresowana. 

- Tak  właśnie  myślałam  -  powiedziała  Amy,  obrzuciwszy  mnie  gniewnym 

spojrzeniem - Mariah, ty mnie wpędzisz do grobu. Musisz się w końcu wyrwać z tego zaklę-

tego kręgu szarej codzienności! 

- Nie jestem w żadnym zaklętym kręgu. A nawet jeśli, to może jest mi z tym dobrze. 

Jestem tam, gdzie chcę być. 

Rozdzieliłyśmy się ponownie. Tym razem ja szłam na historię średniowieczną, a Amy 

na hiszpański. 

- Adios, mi amiga - wesoło zawołała do mnie na pożegnanie. 

- Na razie - odpowiedziałam, ciągle myśląc o moim wierszu. 

Ostatnia  lekcja,  a  potem  ostatni  dzwonek.  Skończył  się  kolejny  dzień  w  gimnazjum 

Talbota  i  pora  była  wracać  z  Amy  do  naszych  domów.  Mój  położony  był  wśród  wysokich 

skał,  tylko  półtorej  mili  od  Laguna  Beach.  Nie  mieszkaliśmy  właściwie  w  mieście  i  dlatego 

nie mogłam uczęszczać do tamtejszej szkoły średniej. Ale nie przeszkadzało mi to, bo lubiłam 

gimnazjum Talbota, Było naprawdę w porządku. 

Moja  matka  jak  zwykle  przywita  mnie  w  kuchni,  z  której  rozchodzić  się  będą 

wspaniałe  zapachy.  Pierwszą  rzeczą,  jaką  robiła  po  powrocie  do  domu  z  pracy  w  prywatnej 

szkole w  Laguna  Beach, było  gotowanie. Kim będzie ćwiczyć figury baletowe przed swoim 

lustrem na piętrze albo razem z przyjaciółką, Judy, będzie skakać po pokoju. 

Mój  ojciec  wróci  później  i  skieruje  się  od  razu  do  kuchni  i  do  matki,  centrum 

domowego  ciepła.  Będzie  ją  tulił  do  siebie,  a  ja  widząc  ich,  jak  zawsze  będę  czuć  takie 

szczęście, iż znowu są razem, że aż dreszcze będą przebiegać mi po plecach. 

W  domu  będzie  to  zwyczajny  poniedziałek,  tak  samo  jak  w  szkole.  Jedyną  różnicę 

stanowiło to, że wreszcie zdobyłam się na odwagę, by złożyć mój wiersz. 

Kiedy  tak  czekałam,  aż  tłum  uczniów  pchających  się  do  drzwi  wyjściowych 

przerzedzi  się,  rozmyślałam  o  tym,  jak  doskonale  będzie  wyglądać  mój  wiersz  na  rym 

skrawku miejsca w prawym dolnym rogu ostatniej strony, gdzie zawsze pojawiały się wiersze 

w  rubryce  opatrzonej  nagłówkiem  „Seascapes”.  Zwykle  było  tam  kilka  fraszek  -  często 

background image

zastanawiałam  się,  czemu  niektóre  z  nich  w  ogóle  zostały  przyjęte  -  ale  parę  z  nich  było 

naprawdę dobrych, rzeczywiście wartych lektury. 

Napór  tłumu  przywołał  mnie  do  rzeczywistości  i  znowu  byłam  tylko  jeszcze  jednym 

uczniem, niecierpliwie chcącym wydostać się na świeże powietrze styczniowego popołudnia i 

być może skorzystać trochę ze słońca, zanim opadną zimowe ciemności. 

Amy czekała jak zwykle na najwyższym stopniu schodów, rym razem rozmawiając z 

dwoma  chłopakami  Joe  Anderson  próbował  ją  namówić  na  pójście  z  nim  na  mecz  ko-

szykówki w piątek wieczorem Amy odgarnęła ciemne, sięgające ramion włosy, które opadły 

jej na twarz, odsłaniając swoje błyszczące, piwne oczy. 

- Nie mogę - odpowiedziała i posłała swój uśmiech numer jeden. Jej oczy rozjaśniają 

się wtedy, a kończy go specjalne mrugnięcie. - Zgłosiłam się do pomocy w przygotowywaniu 

szkolnego przedstawienia. Pierwsze spotkanie jest właśnie w piątek wieczorem. 

Usłyszałam, jak Joe jęknął i powiedział: 

- Łamiesz mi serce Amy! 

Dołączyłam  do  ich  małej  grupki  i  stanęłam  obok  Amy,  patrząc  jak  odrzuca  w  tył 

głowę i wybucha dźwięcznym śmiechem Obaj chłopcy zobaczywszy mnie cicho się odsunęli 

Można było pomyśleć, że jestem chora na jakąś zarazę. 

- Zgłosiłaś  się  do  pomocy?  -  szepnęłam  do  Amy,  kiedy  już  odeszli  -  Uważasz,  że  to 

dobry pomysł? To przedstawienie zabierze ci sporo twego czasu przeznaczonego na randki. 

- Och, nie martw się - odpowiedziała mi, kiedy schodziłyśmy ze schodów. - Wszystko 

dokładnie  przemyślałam.  Widzisz,  pracując  przy  tym  przedstawieniu,  spotkam  wielu 

chłopców i będę miała jeszcze więcej randek, gdy ta sztuka zostanie wreszcie wystawiona! 

Amy  była  tak  cholernie  sprytna!  Milcząc  przeszłyśmy  przez  szkolne  zabudowania  i 

wkroczyłyśmy na łąki, na dobrze znaną ścieżkę, którą ryle lat przemierzałyśmy razem. 

- Będzie  wspaniale  -  powiedziała  Amy,  na  nowo  podejmując  temat.  Nigdy  nie 

musiałam  się  obawiać,  że  nie  będziemy  miały  o  czym  rozmawiać  w  drodze  do  domu.  Amy 

zawsze dbała, aby tak nie było. 

- Praca  przy  „Tysiącu  klownów”  będzie  bardzo  interesująca.  Pan  Barret  od  literatury 

angielskiej powiedział nam, że ze wszystkich sztuk, które reżyserował, właśnie w tej pomoc-

nicy są najważniejsi Tak więc czuję się już bardzo ważna! 

Roześmiałam się. Amy miała taki zabawny sposób przedstawiania różnych spraw. 

- Myślisz,  że  zgłoszenie  tego  wiersza  nie  było  błędem?  -  Absolutnie  nie  !  - 

wykrzyknęła Amy. - Wydawca tej kolumny, Dan Gordon, jest genialny. Po prostu genialny! 

Chodzi  ze  mną  na  zajęcia  z  angielskiego.  Jest  też  urodzonym  komikiem  Miły,  wesoły 

background image

chłopak. Wszyscy go lubią. Przełożyła książki do drugiej ręki. 

- Właściwie pochodzi z San Diego, ale jego ojciec został przeniesiony do Irvine, więc 

kupili dom tu, niedaleko Laguna. Słyszałam, jak mówił Tomowi Moore'owl że bardzo pragnął 

skończyć szkołę w San Diego i nienawidził tej naszej przez pierwsze kilka miesięcy, ale teraz 

już  ją  polubił  -  paplała  dalej  Amy.  -  Ciągle  szuka  nowych,  świeżych  wierszy  do  swojej 

kolumny - zapewniła mnie. 

Znowu  zaczęła  mówić  o  przedstawieniu,  ale  ja  pozostałam  myślami  przy  swoim 

wierszu.  Zastanawiałam  się,  co  będzie  czuł  ten  Dan  Jak  -  mu  -  tam,  gdy  będzie  go  czytać. 

Amy  pokazała  mi  tego  chłopaka  na  korytarzu  parę  tygodni  tema  Znała  absolutnie  każdego 

chłopaka w szkole i zawsze mnie dziwiło, w jaki sposób potrafiła kojarzyć nazwiska z odpo-

wiednimi twarzami. 

- A więc nie zgłosiłaś się do pracy przy przedstawieniu? - Musiała powtórzyć pytanie 

dwa razy, nim je usłyszałam. 

- Nie - odpowiedziałam, łamiąc grubą łodyżkę trawy. Zółto - zielony motyl zatańczył 

przed nami, a potem nagle zniknął. 

- Nawet do malowania dekoracji? - Nie. Nawet do tego. 

- To  dobrze  -  odrzekła  Amy,  a  w  jej  oczach  zadrżały  figlarne  błyski  Odwróciła  się, 

zatrzymując mnie w pół kroku. - To dobrze, boja zgłosiłam cię do prac pomocniczych. 

- Coo?  -  Ten  jej  tupet!  Zgłaszać  mnie  bez  mojego  pozwolenia!  Rzuciłam  książki  w 

wysokie zielsko i podparłszy się pod boki, spojrzałam na nią. - Nie! Zgłosiłaś mnie! 

Odwróciła się tak, że nie widziałam jej twarzy, ale czułam, że Amy się śmieje. 

- Tak. - Przeszła obok mnie. - Oczywiście, że tak! 

Spojrzałam  w  dół  na  porozrzucane  książki  i  pozwoliłam  opaść  rękom  Amy  była 

zupełnie niemożliwa. 

- Więc  nie  pojawię  się  na  spotkaniu  -  powiedziałam,  schylając  się  w  końcu,  by 

podnieść  książki.  -  Po  prostu  im  powiem,  że  sfałszowałaś  mój  podpis.  To  będzie  bardzo 

proste i wtedy ty będziesz mieć kłopoty! 

Amy zatrzymała się, odwróciła i posłała mi swój uśmiech numer jeden. 

- Nie  zrobisz  mi  tego,  Mariah.  Nie  zrobisz  i  sama  o  tym  dobrze  wiesz.  Po  prostu 

przyjdź parę razy i wtedy, jeśli rzeczywiście będzie tu dla ciebie nie do wytrzymania, możesz 

łatwo zrezygnować. No, i co ty na to? 

Pochyliła się i pomogła mi pozbierać książki. Amy zawsze osiągała to, czego chciała, 

a  wiedziałam,  że  od  dłuższego  już  czasu  prowadziła  kampanię,  by  „wprowadzić”  mnie  w 

ś

wiat. 

background image

- W  porządku  -  odpowiedziałam  -  Pójdę  tam  kilka  razy,  żeby  uratować  twoją  głowę, 

ale tylko kilka razy! 

Znów  podjęłyśmy  naszą  wędrówkę.  Widziałam  już  zbudowany  z  kamienia  i  cegły 

dom Amy, ukryty za wysokimi eukaliptusami. 

Tu  zawsze  rozstawałyśmy  się,  ja  podążałam  w  stronę  biegnącej  wzdłuż  brzegu 

Pacyfiku autostrady i mojego wznoszącego nad oceanem domu. 

Amy odwróciła się do mnie, a jej twarz rym razem była poważna. 

- Mariah, po prostu spróbuj, okay? 

Zapadła  miedzy  nami  taka  cisza,  że  słyszałam  łagodny  szelest  skórzanych  liści 

eukaliptusa. Czułam wydzielane przez nie w powietrze olejki. 

- Okay - powiedziałam łamiącym się głosem. Próbowałam odkaszlnąć. 

Amy  poszperała  chwilę  w  swoich  rzeczach  i  wreszcie  wyjęła  ze  środka  swego 

notatnika cienką, żółtą książeczkę. 

- Proszę.  Zabrałam  dodatkowy  egzemplarz  z  pokoju  pana  Barretta  dziś  po  południu. 

Wszyscy powinniśmy mieć jeden. 

Spojrzałam na okładkę niewielkiej książeczki: „Tysiąc klownów” - komedia w trzech 

aktach autorstwa Herba Gardnera. 

- Przejrzyj ją dzisiaj wieczorem, jeśli będziesz mieć trochę czasu - powiedziała Amy. - 

To  naprawdę  zabawna  sztuka.  W  piątek  wieczorem  pójdziemy  razem  na  spotkanie  w 

audytorium. 

Przytaknęłam  i  wzięłam  od  niej  książkę.  Wetknąwszy  ją  we  własny  notatnik, 

podniosłam głowę i pomachałam Amy na pożegnanie. 

- Do zobaczenia - zawołałam za nią. 

Nie  było  najmniejszych  wątpliwości.  Amy  miała  oczywiście  rację  -  powinnam 

„dołączyć do ludzkiej rasy”, jakby to ujęła moja  matka. Kiedyś już mi się to prawie udało  - 

tego  lata  przed  pójściem  do  szkoły  średniej.  Prawie  -  to  jednak  za  mało.  Tamtego  lata 

spotkałam chłopaka i on mnie odmienił. Czy kiedyś zdarzy się to jeszcze raz? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- A  oto  nowość  na  dzisiejszy  wieczór  -  powiedziała  moja  matka,  z  twarzą  lśniącą  od 

pary buchającej z garnka na tylnym palniku kuchenki. - Alice, nauczycielka czwartych klas, 

podała  mi  ten  przepis  .  Spójrz,  to  egzotyczny  sposób  przyrządzania  dyni  z  dodatkiem 

zielonego  pieprzu  i  pomidorów.  Tuż  przed  włożeniem  do  piekarnika  zamierzam  posypać  ją 

tartym, ostrym serem.. 

Po przyjściu z pracy nie zmieniła nawet sukienki, założyła tylko na wierzch swój stary 

ż

ółty  fartuch.  Włosy  w  kolorze  karmelu  miękko  opadały  na  jej  brązowe  oczy,  odgarnęła  je 

więc i promiennie uśmiechnęła się do mnie. 

- Jak było w szkole? - spytała, kiedy kładłam książki na kuchennym krześle. 

Nagle  z  mojego  notatnika  wypadł  na  podłogę  tekst  sztuki.  Schyliła  się  i  zanim 

zdążyłam go jej zabrać, przeczytała tytuł. 

- Hmm - Ponownie odgarnęła włosy z oczu. Poczułam zapach jej perfum. 

- Czytacie to na lekcjach? 

- To tekst szkolnej sztuki - odpowiedziałam, wyjmując go z jej rąk. - Amy zgłosiła się 

do pomocy. Mnie zresztą też zapisała Obawiam się... 

Nie najszczęśliwiej dobrałam słowa. 

- Obawiasz  się?  -  podchwyciła  matka  -  Nie  ma  się  czego  bać.  To  dobra  zabawa.  Ja 

także  pomagałam  w  wystawianiu  szkolnego  przedstawienia,  gdy  byłam  w  ostatniej  klasie 

gimnazjum, a twój ojciec działał w teatrze amatorskim. 

- Właściwie  nie  chciałam  powiedzieć,  że  się  „boję”  -  odpowiedziałam.  -  Po  prostu 

uważam,  że  to  nie  w  porządku,  by  ktoś,  zgłaszał  kogoś  innego  bez  jego  wiedzy.  Każdy  po-

winien sam o sobie decydować. 

Widziałam,  że  moja  matka  próbuje  powstrzymać  wybuch  irytacji  Zawsze  starała  się 

mnie  nakłonić,  bym  bardziej  angażowała  się  w  życie  towarzyskie  i  nieraz  już  doszło  z  tego 

powodu między nami do kłótni. Ze złością położyła przykrywkę na garnku i wyjęła z lodówki 

ser. Zaczęła trzaskać drzwiczkami kredensu w poszukiwaniu tarki. 

Wiedziałam,  że  jeśli  zostanę  jeszcze  trochę  w  kuchni,  to  znowu  zaczniemy  się 

sprzeczać, zabrałam więc książki z krzesła. 

- Lepiej  będzie,  jeżeli  od  razu  zacznę  odrabiać  lekcje.  Oczywiście,  jeśli  nie  jestem  ci 

potrzebna. 

- Mam  wszystko  pod  kontrolą  -  Jej  gniew  już  trochę  złagodniał.  -  Tak,  zrób  tyle,  ile 

background image

możesz  przed  obiadem  Poproszę  Kim,  by  nakryła  do  stołu.  Ojciec  powiedział,  że  wróci  do 

domu na szóstą. Odwołali to handlowe spotkanie. 

Wbiegłam  po  schodach,  by  jak  najszybciej  znaleźć  się  w  swoim  pokoju.  W  mojej 

kryjówce,  gdzie  nikt  nie  będzie  mnie  poganiał,  zmuszał,  bym  się  bardziej  towarzysko 

udzielała. Może trochę pooszukuję zamiast się uczyć, usiądę na parapecie i będę obserwować 

morskie fale, tak jak robiłam to już wiele razy. 

Rzuciwszy  na  biurko  książki,  podeszłam  do  białej  toaletki  Usiadłam  na  taborecie  i 

rozwiązałam kołnierz z kremowej organdyny. Spojrzałam na swoje odbicia w trzech lustrach. 

Ujrzałam  w  nich  dziewczynę  o  ciemnych,  zamyślonych  oczach.  Jej  włosy  miękko 

rozdzielające  się  na  •  środku  głowy,  opadały  łagodnie  na  ramiona  W  oczach  połyskiwały 

plamki zieleni i żółci. Usta nie uśmiechały się. 

Popatrzyłam  na  górną  krawędź  środkowego  lustra  Samochodowa  naklejka  „P.S. 

Kocham Cię”, ciągle była tam, gdzie ją przylepiłam na początku pierwszej klasy gimnazjum 

Obok  zatknięta  była  pocztówka  z  widokiem  na  indiańskie  wąwozy,  jedna  z  tych,  które 

otrzymałam od Strobe'ów. 

Wstałam  i  podeszłam  do  biurka  Znalazłam  je  w  sklepie  z  używanymi  meblami  i 

własnoręcznie odnowiłam, wykańczając śnieżnobiałym kolorem. 

Przez okno nad moim biurkiem mogłam patrzeć na ocean, którego widok nigdy mnie 

nie  nudził.  Czasami  myślę,  że  jego  piękno  odciąga  mnie  od  pisania  Siedzę  i  patrzę  nań 

stanowczo za długo. 

Wysunęłam środkową szufladę biurka i wyjęłam z niej kartkę papieru. Zrobiłam kilka 

kopii  mojego  wiersza,  ale  to  był  oryginał  i  kartka  była  mocno  zniszczona  od  częstego  do-

tykania Wyobraziłam sobie znowu, jak to będzie wspaniale, gdy zobaczę go w „Sandpiper”. 

Przez chwilę ogarnęła mnie panika Może nie powinnam była podpisywać go własnym 

nazwiskiem Może niektórzy będą uważali, że jest śmieszny, a nie pełen smutku. Może... 

Po raz setny rozkładając kartkę, przeczytałam go na głos. 

„Nie pytaj mnie, czemu mewy krzyczą” 

Widziały nas tu razem w jasnym słońca blasku, Po złotym pyle szliśmy, nie po piasku. 

Od  morza  wiatr  powtarzał  nasze  słowa,  Mewy  krzyczały  krążąc  nam  nad  głową.  Te  czarne 

skały ogłosiłeś swą krainą Królem i królową byliśmy oceanu, Ale odszedłeś... A mewy? 

Patrzą,  jak  ze  spuszczoną  głową  chodzę  tu  samotnie,  Złoty  pył  zniknął,  pod  stopami 

został tylko piasek. Wiatr zapomniał o nas, śpiewa teraz smutno, Są tu czarne skały, lecz nie 

ma królestwa Więc nie pytaj mnie, czemu mewy krzyczą. 

Napisałam  go  dawno  temu,  w  styczniu  pierwszego  roku  nauki  w  gimnazjum 

background image

Poprzedzające  lato  było  najcudowniejszym  latem  mego  życia  -  wtedy  poznałam  Paula 

Strobe'a Moi rodzice byli ciągle rozwiedzeni, a matka znalazła pracę w Palm Springs. 

Na początku niewiele wiedziałam o Paulu i nic o tym, że jego rodzina jest bogata Nie 

wiedziałam tego, bo nie zachowywał się tak, jak myślałam, że się zachowuje bogata młodzież 

-  dając  do  zrozumienia,  że  jest  lepsza  niż  wszyscy  dokoła.  W  zasadzie  był  to  pierwszy  raz, 

kiedy  czułam  się  dobrze  w  towarzystwie  chłopaka.  Uważał,  że  mam  miły  uśmiech.  Nie 

wiedział, że do tej pory nie potrafiłam się uśmiechać, będąc z jakimś chłopcem. 

Zabierał  mnie  wszędzie,  pokazując  miejsca  wokół  Palm  Springs,  do  których  turyści 

nigdy nie docierają, bo po prostu nie wiedzą o ich istnieniu. Indiańskie kaniony, wodospady, 

strome  zbocza,  drzewa  sięgające  nieba  -  brał  mnie  za  rękę  i  z  radością  w  swoich  głębokich, 

niebieskich oczach pokazywał mi to wszystko. 

Zakochaliśmy się w sobie, naprawdę. Powiedział mi, że uwielbia ocean i zwykle nad 

nim spędza swoje wakacje, ale to lato stanowiło wyjątek. Paul musiał się leczyć - prawie się 

załamałam, gdy dowiedziałam się, że ma raka. 

Spojrzałam  znowu  na  wiersz.  Paul  nigdy  nie  miał  szansy  naprawdę  spacerować  ze 

mną  po  tym  złotym  piasku.  Obiecał  mi,  że  tak  będzie,  kiedy  tylko  zostanie  wypisany  ze 

szpitala w Teksasie, ale umarł w swoim domu w Palm Springs. 

Umarł,  kiedy  obchodziłam  Boże  Narodzenie  z  moją  rodziną,  nie  podejrzewając,  że 

nigdy go już nie ujrzę. 

Ale  marzyłam  o  tym,  że  jest  tutaj,  że  wędruje  wzdłuż  mojej  plaży.  Śniłam  o  nas, 

spacerujących razem, trzymających się za ręce, obserwowanych przez mewy. A teraz mój sen 

się rozpadł, pozostały tylko krzyczące ponad głową ptaki. A więc napisałam ten wiersz. 

Sama byłam wydawcą naszej szkolnej gazety na początku pierwszej klasy gimnazjum, 

ale zrezygnowałam z tego, kiedy Paul umarł. Nauczyciele byli na mnie wściekli, a ja nic nie 

powiedziałam  o  tym  rodzicom  -  nie  chciałam  ich  martwił  Paul  także  byłby  mną 

rozczarowany. 

Zanim spotkałam Paula, nigdy nie chodziłam na randki Zawsze powtarzałam, że boję 

się chłopców, bo nie mam braci. Myślę, że to się zdarza czasami. Ale kiedy spotkałam Paula, 

wszystko się zmieniło. Powiedziałam mu nawet o rym, jak bardzo chciałam zostać pisarką, a 

on  słuchał  mnie  z  uwagą.  Wcale  się  z  tego  nie  śmiał.  W  zamian  opowiedział  mi,  że  jego 

ojciec w tajemnicy przed wszystkimi także jest pisarzem. 

Jego  ojciec  był  właścicielem  księgami  w  Palm  Springs,  a  pisał  książki  pod 

pseudonimem  W  ten  sposób  mógł  stać  z  boku  i  obserwować  ludzi  przeglądających  jego 

książki, wysłuchując komentarzy i krytyki Powiedział Paulowi że właśnie dzięki temu stał się 

background image

znacznie lepszym autorem. 

Cały  mój  pokój  pełen  był  wspomnień  o  Paulu.  Żółta  naklejka  pochodziła  z  naszej 

wycieczki tramwajem Kupił ją specjalnie dla mnie, bym mogła przyczepić ją w swoim poko-

ju, aby na nią patrzeć i wspominać wspaniały czas, jaki ze sobą spędziliśmy. 

Pocztówki z widokami indiańskich rezerwatów wisiały wszędzie, a moja biblioteczka 

pełna była książek o Palm Springs. Na komodzie stały dwie porcelanowe figurki Indian, obok 

nich dwa gładkie kawałki skały, które zabrałam z dna kanionu Andreasa. 

Przeczytałam  wiersz  jeszcze  raz,  potem  złożyłam  go  i  ostrożnie  umieściłam  w 

ś

rodkowej  szufladzie.  Może  nie  powinnam  go  była  ujawniać,  był  przecież  tak  bardzo 

osobisty. Nie widzieli go nawet moi rodzice. Ani Kira Szczególnie Kim, która by się z niego 

ś

miała; była za mała, by go rozumieć. Do tej pory znała go tylko Amy. Siedziała na jednym 

końcu łóżka, a ja na drugim, obserwując, jak go głośno czyta. 

Kiedy  skończyła,  westchnęła  ciężko  i  powiedziała:  -  Mariah,  to  prawie  tak  dobre  jak 

utwory  Roda  McQuena  z  tego  twojego  albumu.  To  naprawdę,  naprawdę  dobre.  -  Znowu 

westchnęła i złożyła go z powrotem. Potem znów rozłożyła i przeczytała szeptem. - No, no! 

Jak już mówiłam wcześniej, Amy jest prawdziwym przyjacielem. 

Genka,  żółta  książeczka  wysunęła  się  z  mojego  czarnego  notatnika,  więc  wyjęłam  ją 

całkowicie. Wyglądała raczej niepozornie jak na tak ważną sztukę, więc zaczęłam ją kartko-

wać. 

Potem  wróciłam  do  początku  i  czytałam  już  powoli  -  naprawdę  czytałam  -  i  wkrótce 

nie mogłam się już od niej oderwać. Fabuła był świetna. Murray Burns, facet ze wspaniałym 

poczuciem humoru, próbuje zatrzymać opiekę nad swym siostrzeńcem Na scenie pojawia się 

nudna  para,  przedstawiająca  się  jako  pracownicy  socjalni  sprawdzający,  czy  warunki,  w 

jakich  mieszka  Murray  są  odpowiednie  dla  chłopca.  To,  co  potem  następuje,  jest 

przezabawne.  Nudny  facet  wychodzi,  obraziwszy  się  na  wszystkich,  a  Sandra,  jego 

towarzyszka,  zostaje,  bo  zaczyna  sobie  zdawać  sprawę  z  tego,  jak  wiele  z  życia  ją  omija, 

zaczyna rozumieć, że musi nauczyć się śmiać. 

Odłożyłam  tekst  sztuki  tylko  na  czas  obiadu  i  zmywania  naczyń,  i  znów  byłam  u 

siebie na  górze. Nie oderwałam się od lektury, póki nie dotarłam do ostatniej strony. Nawet 

wtedy nie zamknęłam książki, tylko uważnie studiowałam listę niezbędnych do wystawienia 

sztuki rekwizytów. 

Wreszcie odłożyłam skrypt Amy miała rację. To będzie bardzo zabawne. Może to był 

sposób,  w  który  mogłabym  zaangażować  się  towarzysko,  wyjść  z  depresji,  być  może  nawet 

spróbować i pójść od czasu do czasu na podwójną randkę z Amy. 

background image

Kiedy  zgasiłam  nocną  lampkę  i  opadłam  w  całkowitych  ciemnościach  na  poduszki, 

domowe  dźwięki  w  końcu  zamarły,  a  cała  rodzina  bezpiecznie  spoczęła  w  swoich  łóżkach. 

Jedynym słyszalnym odgłosem stał się szmer fal oceanu gdzieś w dole. 

To  istny  cud,  że  moja  ulubiona  skała  nie  rozpadła  się  jeszcze  pod  wpływem  nie 

kończących się uderzeń spienionych fal. Ale ona tam stała, zawsze taka sama, czekająca bym 

się na nią wspięła. Mewy także czekały. 

Zamknęłam oczy i jeszcze raz pomyślałam o moim wierszu. 

- Niech  się  nikt  nie  śmieje  -  wyszeptałam  w  poduszkę.  -  Proszę,  niechaj  nikt  się  z 

niego nie śmieje. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Tej nocy miałam dziwny sen. Byłam pracownicą socjalną, kobietą, która zapomniała, 

jak  się  śmiać.  Jednakże  ludzie  na  widowni  śmiali  się  -  ze  mnie  -  kiedy  chłopiec,  który  grał 

Murraya zabawiał się moim kosztem Publiczność śmiała się coraz bardziej, a ja, upokorzona, 

zaczęłam płakać. 

Wyraźnie  widziałam  siebie  jako  Sandrę,  ale  nie  mogłam  ujrzeć  twarzy  chłopca 

grającego  rolę  Murraya  Walczyłam,  by  się  zbudzić  i  kiedy  się  ocknęłam,  moja  twarz  była 

mokra od łez. Ten sen wydawał się być tak realny. 

Miałam  nadzieję,  że  piątek  nigdy  nie  nadejdzie,  ale  oczywiście  nadszedł.  Myślę,  że 

Amy  była  tak  samo  podekscytowana  jak  ja,  kiedy  tego  ranka  przemierzałyśmy  łąki  Nasza 

szkolna gazeta wychodzi co drugi piątek i jeśli mój wiersz nie pojawi się w tej, będę musiała 

czekać następne dwa tygodnie. 

- Myślisz,  że  naprawdę  będzie  dziś  rano  w  gazecie?  -  spytała  Amy,  dźwigając  stary 

zegar  kominkowy  jej  matki  Był  tak  wielki  i  nieporęczny,  że  musiałam  pomóc  jej  nieść 

książki. 

Amy  zdążyła  mi  już  powiedzieć,  że  ponad  dwadzieścia  całkiem  zepsutych  zegarów 

najróżniejszych  rozmiarów  i  typów  zostanie  użytych  w  sztuce  jako  rekwizyty.  Matka  Amy 

była  szczęśliwa  że  mogła  oddać  swój.  Odkąd  przestał  chodzić  dwa  lata  temu,  najbardziej  w 

ś

wiecie chciała sobie kupić nowy. 

- Musi być dzisiaj - powiedziałam - Nie mogłabym czekać jeszcze dwa tygodnie. 

Ale  nie  będziemy  o  tym  wiedziały,  aż  do  przerwy  na  lunch,  kiedy  to  gazeta  zostanie 

wywieszona przed gabinetem dyrekcji. 

- Wrzuć te książki do mojej szafki - poprosiła Amy jak tylko weszłyśmy do szkoły. - 

Zaniosę zegar do pana Barretta i wezmę resztę podręczników, kiedy skończy się lekcja. 

W  ten  sposób  znalazłam  się  przy  naszych  szafkach  sama,  w  każdym  razie  na  tyle 

sama, na ile można być w zatłoczonym, gimnazjalnym korytarza. 

Koperta  była  wsunięta  pod  drzwi  szafki.  Przez  chwilę  stałam  bez  ruchu  jak  posąg  i 

wpatrywałam  się  w  nią.  Wreszcie  wyciągnęłam  po  nią  dłoń,  która  stała  się  nagle  wilgotna  i 

zimna. 

Była  to  zwyczajna  biała  koperta  zaklejona  taśma  Spojrzałam  szybko  na  zegarek. 

Miałam  jeszcze  czas,  by  ją  otworzyć  i  przejrzeć  zawartość,  zanim  pobiegnę  na  pierwszą 

lekcję. Ale zdecydowałam, że najpierw zajmę się rzeczami Amy. 

background image

Pogmerałam przecz chwilę przy zamku szyfrowym i drzwi stanęły otworem Amy i ja 

znałyśmy nawzajem szyfry do naszych szafek. 

W  końcu  wróciłam  do  koperty.  Prawdopodobnie  upomnienie  ze  szkolnej  biblioteki. 

Często  tak  robią,  ale  nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  bym  ostatnio  zalegała  ze  zwrotem 

jakiejś książki. 

Korytarz  zaczynał  już  pustoszeć,  uczniowie  spieszyli  do  swoich  klas.  Lecz  ciągle 

miałam  jeszcze  trochę  czasu,  otworzyłam  kopertę.  Wypadła  z  niej  na  podłogę  pojedyncza 

kartka papieru, schyliłam się więc, by ją podnieść. Przez sekundę  gapiłam się na nią, leżącą 

tak na podłodze. Zdawała się być zupełnie nie na miejscu. Miałam problemy z utrzymaniem 

równowagi. 

Wreszcie, z trudem łapiąc oddech, podniosłam ją Mój wiersz. 

Ponownie zajrzałam do koperty. W środku było jeszcze coś. Może wydawca zwracał 

mi oryginał i dziękował, że go nadesłałam. Może pisał, że będę chyba zadowolona, widząc go 

w dzisiejszej gazecie. 

Szybko  rozłożyłam  notatkę.  Zobaczyłam  wiadomość  napisaną  czarnym  atramentem 

Wyraźne, staranne pismo. 

„Mariah, 

Dziękuję  za  nadesłanie  do  „Seascapes”  swojego  wiersza.  Jego  lektura  sprawiła  mi 

ogromną  przyjemność,  ale  jeśli  przyjrzysz  się  naszemu  kącikowi  poezji,  zauważysz,  że  za-

mieszczamy  tylko  utwory  na  luzie.  To  miłe  z  twojej  strony,  że  nadesłałaś  swój  wiersz,  lecz 

wolelibyśmy otrzymać coś lżejszego. Staramy się, by ta kolumna była nowoczesna i - nie ma 

lepszego  określenia  -  na  luzie.  Proszę,  spróbuj  napisać  coś  innego.  Z  niecierpliwością 

oczekuję na twą następną propozycję. 

Dan Gordon” 

Początkowo,  oczekując  paru  komplementów,  przeleciałam  tylko  wzrokiem  po  liście, 

ale  teraz  czytałam  go  drugi  raz  powoli,  moja  ręka  trzęsła  się  nerwowo,  rumieniec  złości 

wystąpił mi na twarz. 

- Na  luzie!  -  wykrzyknęłam  Całe  szczęście,  że  korytarz  był  już  pusty.  -  To  bardzo 

ładne, ale wolimy coś na luzie! 

Chwyciłam  podręczniki  potrzebne  na  pierwszych  dwóch  lekcjach  i  trzasnęłam 

drzwiczkami szafki tak mocno, że odbiły się od framugi i musiałam je zamknąć jeszcze raz. 

- Śmierdziel!  -  wyrzuciłam  z  siebie  w  stronę  szafki  -  Miota!  O  czym  on  chce,  bym 

pisała? O grze w ringo? 

Tak, o to właśnie chodzi. Ostatnie dwa wiersze, jak najbardziej, były właśnie o tym - o 

background image

grze  w  ringo  i  że  ocean,  gdyby  miał  oczy,  widziałby  ludzi  rozwalających  się  na  piasku, 

nurkujących  wśród  fal,  rzucających  w  siebie  tymi  idiotycznymi  żółtymi,  zielonymi  i 

pomarańczowymi krążkami! Jeżeli Dan Gordon reprezentował tych, którzy mają otrzymać w 

rym roku dyplomy, to świat naprawdę schodził na psy! 

Przekręciłam  wreszcie  do  końca  zamek  i  pobiegłam  na  pierwszą  lekcję.  Prędzej  mi 

kaktus na dłoni wyrośnie, nim pozwolę temu debilnemu Danowi Gordonowi przeczytać jakiś 

inny z moich wierszy. Niech się udławi tym swoim ringo. 

Zauważyłam  pana  Granta,  gotowego  zamknąć  drzwi  do  klasy,  przyspieszyłam  więc 

kroku. Nie obchodziło mnie w tej chwili nawet, że ktoś może zauważyć w moich oczach łzy. 

Cóż  oni  mogą  wiedzieć?  Wszyscy  pewnie  tacy  sami  jak  Dan  Gordon,  niedojrzali, 

nieczuli - ale bardzo, bardzo na luzie! 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Amy  wpadła  po  mnie  tego  wieczora  o  siódmej.  Prowadziła  nowy  samochód  swojej 

matki - niebieskiego dodge'a challengera Powodem jej spóźnienia był, jak mi wyjaśniła, trwa-

jący całe dziesięć minut wykład, który wygłosiła jej matka na temat, że samochód jest nowy, 

więc niech prowadzi ostrożnie - i tym podobne. 

Ja  nie  miałabym  nic  przeciwko  wędrówce  do  szkoły  na  przełaj,  przez  łąki,  ale  nasi 

rodzice  zabraniali  nam  tego.  „Nie  po  ciemku''  -  zawsze  powtarzała  mi  matka.  Matka  Amy 

mówiła to samo. Brzmiało to dokładnie, jak stara płyta. 

Prowadzenie samochodu było sprawą stosunkowo nową dla nas obu. Zasłużyłyśmy na 

nasze prawa jazdy dopiero w listopadzie, a więc obie nie czułyśmy się jeszcze zbyt pewnie za 

kierownicą.  Powiedziałam  „zasłużyłyśmy”,  bo  według  pana  Elwooda,  tak  właśnie  należy  na 

to patrzeć. Mówił on też, że otrzymanie prawa jazdy jest przywilejem, i Jeśli będziesz w ten 

sposób  o  nim  myśleć,  tym  mniejsze  jest  prawdopodobieństwo,  że  je  kiedykolwiek 

pogwałcisz”. 

Amy była śmielsza ode mnie. Uwielbiała jeździć na autostradzie najszybszym pasem 

Ale mimo to znacznie częściej mogła korzystać z samochodu swojej mado, niż ja ze starego 

forda mojej albo nowej impali ojca. Moi rodzice zdecydowali, że ojciec powinien mieć nowy 

wóz, bo jako agent ubezpieczeniowy podróżuje w interesach. Matka zaśmiała tylko kilka mil 

do prywatnej szkoły, gdzie pracowała jako nauczycielka pierwszych i drugich klas. 

Samochód ojca prowadziłam tylko dwa razy. Była to przejażdżka zaledwie do sklepu 

warzywnego,  a  i  tak  ojciec  siedział  z  przodu  obok  mnie,  obserwując  każdy  mój  ruch.  To 

wcale nie było zabawne. A starego gruchota mojej matki nie znosiłam. Zdawał się mieć swój 

własny rozum i odwzajemniał moje do niego uczucia. 

Amy przejęła się wiadomością o odrzuceniu wiersza niemal tak mocno jak ja. 

- Idiota! Półgłówek! Świnia! Nie jest w stanie poznać się na dobrej poezji! - krzyczała 

- Powinnaś mu dać nauczkę. Wyślij ten wiersz do jakiegoś magazynu, a kiedy go wydrukują 

wsadź egzemplarz między drzwi jego szafki! 

Zaczęłam się głośno śmiać. 

- Pomyślałam już o tym, by kupić ringo i wcisnąć mu je do gardła żeby się udławił - 

powiedziałam, kiedy wjeżdżałyśmy na szkolny parking. 

Amy stanęła na wolnym miejscu i wyłączyła silnik. 

- W  końcu  się  z  tego  śmiejesz  -  rzekła,  odwracając  do  mnie  twarz.  -  Cieszę  się,  że 

background image

potrafisz to zrobić. 

Oprócz  starych  dżinsów,  miała  na  sobie  kurtkę  podbitą  sztucznym  królikiem,  bo  na 

dworze  było  dość  chłodno.  Mimo  że  popołudniami  temperatura  dochodziła  do  dwudziestu 

pięciu stopni Celsjusza w nocy było tylko około dziesięciu i wilgoć przejmowała dreszczami 

całe ciało. Ja miałam na sobie kilka swetrów. Nienawidzę marznąć. 

Wysiadłam i wcisnęłam zatrzask. W samochodzie unosił się zapach nowości, a lakier 

na  masce  wydawał  się  być  jeszcze  mokry.  Ostrożnie  zamknęłam  za  sobą  drzwi  i  obeszłam 

dookoła samochód, by dołączyć do Amy. Razem podążyłyśmy w stronę bocznego wejścia do 

audytorium. 

Pan Barrett i pani Dressler rozmawiali z grupką uczniów na scenie. 

- Powinnyśmy  być  tam  -  wyszeptała  do  mnie  Amy.  -  Zobacz,  to  Bill  Foster.  On  ma 

kierować wszystkimi pomocnikami. 

Weszłam  jej  śladem  po  wyłożonych  niebieskim  dywanem  schodach  proscenium. 

Nigdy przedtem nie stałam na scenie, poczułam się więc lekko oszołomiona, spoglądając na 

te wszystkie krzesła w dole. 

Chyba  z  dziesięciu  uczniów  otaczało  na  scenie  dwoje  nauczycieli,  a  na  widowni 

dalszych trzydziestu siedziało w małych grupach. Wszyscy oni byli gotowi do wypróbowania 

swych  sił.  W  sztuce  występowało  tylko  sześć  postaci,  wielu  więc  będzie  rozczarowanych  - 

szczególnie  dziewcząt.  Chłopcy  mogli  startować  do  więcej  niż  jednej  roli,  ale  żeńska  była 

tylko jedna partia. 

Byłam  wdzięczna  światu,  że  to  nie  ja  miałam  być  przesłuchiwana.  Tak  bardzo 

szczękałabym  zębami  ze  zdenerwowania,  że  publiczność  nie  byłaby  w  stanie  nawet  mnie 

usłyszeć. Próbowałam uchwycić, co mówił pan Barrett. 

- Będziemy pracować w zespołach. - Udało mi się, kiedy się zbliżyłam. - Mieszkanie 

Murraya,  gdzie  przebiega  większość  akcji,  znajduje  się  na  pierwszym  piętrze  kamienicy  na 

Zachodnim Manhattanie. Składa się ono z jednego dużego, wysokiego pokoju, wypełnionego 

meblami bez jakiegokolwiek ładu i składu. Niektóre meble są zbyt awangardowe, niektóre po 

prostu niepraktyczne. Nic do siebie nie pasuje. 

- Ze sztuki dowiadujemy się, że Murray Burns jest kolekcjonerem - kontynuował pan 

Barrett - chociaż nie jest w pełni jasne, co kolekcjonuje. Wszędzie w pokoju, na podłodze, na 

stoliku  do  kawy,  na  kredensie  znajdują  się  zbiory  Murraya  -  osiemnaście  zepsutych 

radioodbiorników,  niektóre  w  dziwacznych  obudowach;  ponad  dwa  tuziny  niechodzących 

zegarów  rozmaitej  wielkości;  osiem  wiktorianów,  przeważnie  sekretarzyki;  najróżniejsze 

kapelusze; hełmy, piracki pistolet; trąbka; megafon, stosy czasopism i książek. 

background image

Pani Dressler wyciągnęła parę szkiców i położyła je na stoliku stojącym na scenie. 

- Zrobiliśmy wiele kopii tych rysunków - powiedziała. - Ogromnie ważne jest, byście 

wszyscy dokładnie obeznali się z nimi To są setki rzeczy do zapamiętania. 

- Jak zamierzacie to zdobyć? - spytał Bruce Gemmons. Takie samo pytanie przeleciało 

przez moją głowę. Wydawało mi się niemożliwością zgromadzić wszystkie te przedmioty. 

- Został  już  powołany  specjalny  komitet  do  poszukiwania  tego  wszystkiego  - 

odpowiedziała  pani  Dressler.  -  Mieliśmy  szczęście,  że  udało  nam  się  pożyczyć  Bubbles  z 

teatru w Huntington Beach. 

Spojrzałam pytająco na Amy, ona zaś wzruszyła ramionami, dając mi do zrozumienia, 

ż

e także nie ma pojęcia kim - lub czym - jest Bubbles. 

Pani Dressler podeszła do aksamitnej kurtyny, obok której leżał już stos rekwizytów, i 

wyciągnęła  stamtąd  kartonowe  pudło.  Z  niego  zaś  wyjęła  plastykową  figurkę  tańczącej  hula 

hożej  dziewczyny.  Wszyscy  wybuchnęli  śmiechem,  chłopcy  trącali  się  łokciami  Poczułam, 

jak się rumienię, ale także nie umiałam powstrzymać. 

Figurka  była  pomalowana  na  jasny  pomarańcz  i  czerwień  oraz  posiadała  elektryczny 

przełącznik. 

- Kiedy sieją podłączy do prądu  - powiedziała pani Dressler - pierś tej  figurki zapala 

się i mruga w sposób, który naprawdę szokuje wszystkich pracowników socjalnych. 

Teraz  cała  grupa  wręcz  pokładała  się  ze  śmiechu,  a  uczniowie  z  dalszych  części 

audytorium  podeszli  bliżej,  by  dołączyć  do  zabawy.  Kiedy  pan  Barrett  znalazł  przedłużacz, 

podłączył do siebie figurkę i włączył, całe audytorium zaczęło kwiczeć. 

Pan Barret uniósł wreszcie rękę, by nas uciszyć. 

- Okay, wiem, że musicie do tego przywyknąć. Możecie śmiać się teraz, ale nie chcę 

słyszeć  żadnych  chichotów  w  czasie  prób  i  przedstawień.  Pragnę,  byście  traktowali  swoją 

pracę poważnie. 

Grupki  uczniów  na  widowni  powróciły  do  swoich  własnych  spraw,  gdy  pan  Barrett 

kontynuował: 

- Schodzimy  ze  sceny.  Ponieważ  inni  przygotowują  się  właśnie  do  przesłuchań, 

spotkamy się w ostatnich sześciu rzędach. 

- Widzisz, mówiłam ci, że to będzie dobra zabawa - wyszeptała do mnie Amy, ciągle 

się jeszcze śmiejąc. 

Nasza  grupka  zebrała  się  ponownie  z  tyłu  audytorium,  a  grupa  tych,  którzy  mieli 

nadzieję  uzyskać  jakieś  role,  wspięła  się  na  scenę,  gdzie  pani  Keene,  nowa  nauczycielka 

angielskiego, wydawała im polecenia. 

background image

- O, tam jest - powiedziała Amy, szturchając mnie w żebra - ten w białym swetrze. To 

on - ten potwór! Ten chłopak, któremu nie podobał się twój wiersz! 

Podniosłam  wzrok.  Rozmawiał  z  Betsy  Cooper,  potem  razem  się  z  czegoś  śmiali. 

Położył  jej  rękę  na  ramieniu,  drugą  zaś  gestykulował  w  powietrzu,  tak  jakby  chciał  jej  coś 

pokazać  i  wtedy  znowu  zaczęli  się  śmiać.  Naszło  mnie  straszne  podejrzenie.  A  jeśli 

opowiadał  jej  o  moim  wierszu?  Ten  gest  w  powietrzu  -  czy  mówił  o  mewach?  Nie,  chyba 

zwariowałam.  Naprawdę  jestem  stuknięta  Na  pewno  już  zdążył  zapomnieć,  że  istniał  jakiś 

wiersz. 

Miał ładny profil. Wcale nie wyglądał jak potwór. Łaciny nos, prawdziwie wspaniały 

uśmiech. A może wyglądał w ten sposób tylko z daleka Ciekawa byłam, jaki jest z bliska. 

- W  porządku,  dzieciaki  -  powiedział  pan  Barrett.  -  Wszyscy  macie  swoje  listy. 

Będziecie odpowiedzialni za przynoszenie i odnoszenie tych rzeczy ze sceny. 

Spojrzałam  na  moją  listę  obowiązków  i  przeraziłam  się.  Stare  czasopisma,  zegary, 

stare krawaty, neseser, lornetka, stary dzbanek do kawy, ręczniki z kuchni i łazienki, napoczę-

ta  tubka  pasty  do  zębów,  dwie  szczoteczki  do  zębów,  pięć  książek  związanych  sznurkiem  I 

tak bez końca. 

- Och! - westchnęłam, ponownie przeglądając listę. 

- Możesz  to  powtórzyć  w  moim  imieniu  -  jęknęła  Amy,  studiując  własną.  -  No  cóż, 

możemy tylko spróbować. 

Nasza  grupka  poszła  w  rozsypkę,  niektórzy  zaczęli  się  już  zbierać  do  domu.  Amy 

także odwróciła się, by wyjść. Nie wiem, co mnie wtedy naszło, ale chwyciłam ją za ramię. 

- Chodźmy  na  początek  i  popatrzmy  na  nich  przez  dziesięć  minut  -  powiedziałam 

szeptem  Przesłuchania  miały  się  właśnie  zacząć.  Pani  Keene  stała  na  scenie,  trzymając  listę 

uczniów, którzy się zgłosili, a oni siedzieli w dwóch pierwszych rzędach czekając, aż zostaną 

wywołani. 

Amy spojrzała na mnie dziwnie, ale zaraz przytaknęła. 

- Okay,  Mariah,  ale  nie  mogę  zbyt  późno  wracać.  Mama  będzie  myśleć,  że  miałam 

wypadek i jej bezcenny challenger został rozbity. 

Prędko ruszyłyśmy do głównego przejścia i usadowiłyśmy się w czwartym rzędzie. 

- Jesteście gotowi? - zawołała pani Keene do pana Barretta i pani Dressler. 

- Tak - odpowiedział pan Barrett. - Sprawdź, czy mikrofony są włączone. 

Pani  Keene  odwróciła  się  i  powiedziała  coś  do  dwóch  chłopaków,  którzy  zeszli  do 

podnóża schodów, by sprawdzić system nagłaśniający. 

Wreszcie poprosiła o ciszę. 

background image

- Zaczniemy  od  przesłuchań  do  roli  Murraya  Burnsa.  -  Spojrzała  na  listę.  -  Numer 

pierwszy - Dan Gordon. 

Dan podniósł się ze swego miejsca i z tekstem w dłoni wszedł po stopniach na scenę. 

Górował wzrostem nad panią Keene, tak więc przypuszczałam, że mierzy sobie około metra 

osiemdziesięciu pięciu centymetrów. Jego proste włosy były w kolorze ciepłego brązu, prawie 

kasztanowe. Nie mogłam uwierzyć, jak bardzo wydawał się być spokojny. Uśmiechnął się do 

pani Keene: 

- Strona pięćdziesiąta druga? 

- Tak  -  odpowiedziała.  -  Fragment,  w  którym  starasz  się  wytłumaczyć,  dlaczego 

uważasz, że twój siostrzeniec powinien zostać z tobą. 

Przesunęła wzrokiem po stronie: 

- Zacznij od: „Ja tylko chcę, żeby został.” 

Dan  usiadł  na  taborecie  i  zaczął  czytać.  Jego  głos  był  mocny,  nie  załamywał  się,  ani 

nie  drżał.  Dan  od  razu  wczuł  się  w  rolę  i  stał  się  mężczyzną  opanowanym  wiarą,  że  może 

zrobić znacznie więcej dla swego zaniedbanego siostrzeńca niż ktokolwiek inny, włączając w 

to pracowników socjalnych. 

Słyszałam,  jak  z  tyłu,  za  mną  pan  Barrett  i  pani  Dressler  szeptali  między  sobą;  byli 

zachwyceni Danem w roli Murraya. 

Dan  czytał  dalej,  podkreślając  niektóre  kwestie  gestami.  Wreszcie  zwolnił  i, 

zwróciwszy się w stronę pani Keene, która czytała partię Sandy podczas tej próby, rzekł: 

- A  oprócz  tego  wszystkiego,  muszę  dodać,  widzisz  -  jego  głos  urósł  do  krzyku  - 

Sandy, ja nie chcę, by on odszedł. Lubię, kiedy jest ze mną Co mam uczynić, Sandy? Pomóż 

mi. 

Pochylił się do przodu, ukrywając twarz w dłoniach. 

- Lubię,  kiedy  mi  czyta  rubrykę  ogłoszeń  w  gazecie.  Cała  grupa  siedząca  w 

pierwszych dwóch rzędach wybuchła gromkim aplauzem. 

- Bardzo dobrze - zawołał pan Barrett. - Doskonale. 

- Cudowna interpretacja - zgodziła się z nim pani Dressler. 

Jeszcze  pięciu  innych  chłopców  było  przesłuchiwanych  do  roli  Murraya  Burnsa,  ale 

było  tak  oczywiste,  że  to  Dan  ją  otrzyma,  iż  prawie  z  przykrością  patrzyliśmy,  jak  próbuje 

ktoś inny. 

- On jest genialny - wyszeptała do mnie Amy. Przez chwilę czułam się tak, jakby Amy 

mnie zdradziła. 

Ale w końcu musiałam przyznać, że jeśli chodzi o aktorstwo, Dan był doskonały, choć 

background image

nie znał się na dobrej poezji. Cóż, nie można być najlepszym we wszystkim. 

Następnie odbyły się przesłuchania do roli Sandry. Zgłosiło się dwanaście dziewcząt. 

Mimo że czytały tylko bardzo krótką scenę, przesłuchanie ciągnęło się bez końca Betsy była 

ostatnia  Jak  tylko  zaczęła  czytać,  stało  się  jasne,  że  to  ona  otrzyma  tę  rolę.  Przeszedł  mnie 

dreszcz  podniecenia,  kiedy  jej  słuchałam.  Dziewczyny,  które  czytały  wcześniej,  były  takie 

nijakie,  że  aż  mi  ich  było  żal.  Jasnowłosa  Betsy,  ze  swoją  słodką,  niewinną  twarzą  będzie 

idealną Sandrą. 

Znowu  słyszałam  pomruki  aprobaty  ze  strony  pana  Bametta  i  pani  Dressler.  A  więc 

wszystko  było  już  ustalone.  Mimo  że  obsada  zostanie  oficjalnie  ogłoszona  dopiero  w  po-

niedziałek  rano,  kiedy  to  nazwiska  szczęśliwców  pojawią  się  na  głównej  tablicy 

informacyjnej,  byłam  pewna,  wnioskując  z  rozmowy  prowadzonej  za  mną,  że  Betsy 

otrzymała rolę Sandry. 

Pani  Keene  ogłosiła  dziesięciominutową  przerwę.  Amy  odwróciła  się  do  mnie  i 

powiedziała: 

- Muszę się stad zbierać. Robi się już późno. - Przytaknęłam jej i właśnie zamierzałam 

wstać  z  miejsca,  kiedy  pani  Dressler  dotknęła  mego  ramienia.  Nie  miałam  pojęcia,  czego 

mogłaby ode mnie chcieć. 

- Mariah, tak się zastanawiałam. Wiem, że zgłosiłaś się do pomocy przy rekwizytach, 

ale potrzebujemy dwóch suflerów i chciałabym, żebyś była jednym z nich. 

Zaschło mi w gardle. 

- D - dlaczego ja? - spytałam. 

- Po  pierwsze,  bo  jesteś  odpowiedzialna,  a  po  drugie,  mając  z  tobą  w  zeszłym  roku 

zajęcia z poezji nowożytnej, zauważyłam, że bardzo dobrze czytasz. 

- A  co  to  ma  z  tym  wspólnego?  -  zapytałam.  Przez  cały  czas  gorączkowo  szukałam 

wymówki,  by  nie  zostać  suflerem  Pomoc  przy  rekwizytach  to  jedno  -  były  tylko  martwymi 

przedmiotami - ale bycie suflerem oznaczało, że musiałabym mieć do czynienia z aktorami - 

także z Danem Gordonem. 

- W razie, gdyby coś się przydarzyło osobie grającej rolę Sandry, zastąpisz ją. 

Musiałam wyglądać na przerażoną, bo szybko dodała: - Nie żebym oczekiwała, że tak 

się  stanie.  Do  tej  pory  nigdy  się  to  nie  zdarzyło.  A  jeśli  już  się  wydarzy,  tylko  przeczytasz 

swoją kwestię - nie będziesz musiała znać jej na pamięć. 

Twoim  głównym  zadaniem  jako  suflera  będzie  obecność  na  próbach  i  udzielanie 

pomocy  oraz  przebywanie  za  kulisami  w  czasie  przedstawień  i  podawanie  tekstu  aktorom, 

jeśli będą tego potrzebować. Zrobisz to? 

background image

Otworzyłam  już  usta,  by  powiedzieć,  że  nie,  w  żaden  sposób  nie  mogę,  kiedy  Amy 

szturchnęła mnie łokciem. 

- Na  co  czekasz  -  powiedziała  zdrajczyni.  -  Spróbuj.  Zawsze  możesz  później 

zrezygnować. - Sławne ostatnie zdanie Amy. 

Pani  Dressler  czekała  na  moją  odpowiedź.  Wydawało  mi  się,  że  nie  pozwoli  nam 

wrócić do domu, póki nie powiem tego, co chce usłyszeć. 

Wreszcie skinęłam głową i niechętnie odrzekłam: 

- Myślę, że mogę spróbować. 

Pani Dressler położyła mi rękę na ramieniu. 

- To  dobrze  -  powiedziała  z  zadowoleniem  -  Aktorzy  będą  spotykać  się  tutaj  cztery 

razy  w  tygodniu,  od  poniedziałku  do  czwartku,  aż  do  przedstawienia,  które  odbędzie  się 

piętnastego, szesnastego i siedemnastego kwietnia. 

Kiedy tam tak stałam, pomyślałam sobie, że wszystko to uszczęśliwi moich rodziców, 

a  szczególnie  ojca,  który  spędzał  tyle  czasu  w  teatrze  amatorskim,  kiedy  był  młodszy.  Zaś 

matka poczuje ulgę, że w końcu się w coś zaangażowałam. 

Amy wydawała się być zachwycona. 

- Będzie wspaniale, zobaczysz - trajkotała kiedy opuszczałyśmy audytorium Po drodze 

do samochodu nie mówiła o niczym innym. 

- A  jeśli  coś  się  stanie?  -  powiedziałam,  otwierając  drzwiczki  - Jeśli  coś się  przytrafi 

Betsy i naprawdę będę musiała wystąpić na scenie? 

- Uspokój się - odpowiedziała Amy, sadowiąc się za kierownicą.  - Mówisz o szansie 

jednej na milion. 

- Wiem,  wiem  -  odrzekłam,  zapadając  się  głębiej  w  fotel,  kiedy  Amy  cofała 

samochód. - Ale ciągle może się to zdarzyć. I co wtedy? 

Amy się tylko zaśmiała. Ona nie miała się czym martwić. 

Zaczęłam  roztrząsać  w  myślach  najgorsze  możliwości  Co  będzie,  jeżeli  Betsy  - 

wszystkie moje myśli obracały się wokół niej - jednak zachoruje, a ja będę musiała wystąpić? 

Nawet  jeślibym  miała  w  rękach  tekst,  to  nie  zmienia  faktu,  że  musiałabym  grać  razem  z  tą 

ś

winią Danem Gordonem, chłopakiem, który odrzucił mój wiersz! Ale musiałam przyznać, że 

była to bardzo przystojna świnia. A co się stanie, jeśli Betsy nie zjawi się na którejś próbie? 

Będę  musiała  czytać  jej  partie.  A  jeśli  zdarzy  się  to,  kiedy  będziemy  próbować  fragment,  w 

którym Murray ma pocałować Sandrę? Czy suflerzy muszą także całować? 

Amy ciągle się uśmiechała, patrząc na mnie, jak wysiadam z samochodu. Obrzuciłam 

ją na pożegnanie mrocznym spojrzeniem. 

background image

- Też mi przyjaciółka! - wymamrotałam i ruszyłam w stronę domu. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Obie  z  Amy  byłyśmy  pierwszymi  osobami  przy  szkolnej  tablicy  informacyjnej  w 

poniedziałkowy ranek. Oficjalnie ogłoszono wyniki przesłuchań - Dan i Betsy dostali główne 

role.  Ja  i  Rick  Backer  zostaliśmy  suflerami.  Uczniowie  zajmujący  się  rozmaitymi 

technicznymi aspektami tego przedsięwzięcia także byli wymienieni. 

Po  przeczytaniu  listy,  Amy  i  ja  odsunęłyśmy  się  na  bok  i  obserwowałyśmy,  jak  inni 

zainteresowani tłoczą się przy tablicy, a ich nerwowe chichoty, uśmiechy i jęki rozczarowania 

wypełniają korytarz. 

Zobaczyłam go wcześniej niż Amy. Dan Gordon podszedł do tablicy ogłoszeń, rzucił 

jedno krótkie spojrzenie, a potem stanął bokiem, opierając się łokciem o ścianę. Ktoś coś do 

niego  mówił,  a  on  się  uśmiechał.  Odrzucił  do  tyłu  głowę,  wybuchając  śmiechem  na  jakąś 

uwagę, a później przyczesał włosy palcami. 

Miał  na  sobie  brązowe  sztruksy  i  jasnożółtą  koszulę,  a  na  wierzchu  ten  sam,  biały 

pulower. Gdy znienacka pojawiła się Betsy Cooper, otoczył ja ramieniem. Poczułam dziwny 

skurcz w żołądku. 

- Chodźmy już - powiedziałam do Amy - bo się spóźnimy. 

- Spóźnimy  się?  -  spytała  Amy,  obrzucając  mnie  dziwnym  spojrzeniem  -  Wstałyśmy 

super  wcześnie,  żeby  być  tutaj  pierwsze.  Mamy  jeszcze  -  zerknęła  na  swój  zegarek  -  całe 

dziesięć minut! 

Ruszyłam  w  stronę  naszych  szafek,  a  ona  podążyła  za  mną  niechętnie.  Korytarz  był 

teraz mocno zatłoczony i musiałyśmy się przeciskać, by dotrzeć do dziesiątki i jedenastki. 

Zdjęłam  szyfrowy  zamek,  otworzyłam  drzwi  schowałam  do  środka  ciemnozieloną 

kurtkę  i  wrzuciłam  w  ślad  za  nią  moją  torebkę  ze  śniadaniem  Później  włożyłam  książki 

których nie będę na razie potrzebowała i szybkim, wyćwiczonym ruchem zatrzasnęłam drzwi. 

Amy stała za mną, obserwując pełen ludzi hol. 

- Jest bardzo przystojny, no nie? 

Poczułam rumieniec na twarzy. 

- Kto? - zapytałam nonszalancko. 

Amy się roześmiała. 

- Nikt taki Mariah. Jeśli nie zauważyłaś, nie ma o czym mówić. 

- Mówisz zagadkami - odparłam na to i ruszyłam na pierwszą lekcję. 

W czasie przerwy na lunch poszłam do mojej szafki po drugie śniadanie. Właśnie gdy 

background image

miałam już zamykać drzwi poczułam nadlatujący z niej nieprzyjemny zapach. Gdzieś w tym 

bałaganie była kanapka albo coś innego, o czym zapomniałam. Może stara pomarańcza -  tak, 

to musi być to - pomyślałam. 

Zdecydowałam  się  poświęcić  minutę  lub  dwie  i  wyjąć  wszystko.  Śmierdziało  tak,  że 

nie mogłam tego zignorować. Szybko ułożyłam  książki na podłodze, z dzisiejszym lunchem 

na  wierzchu  i  zaczęłam przetrząsać'  zawartość  szafki  Rzeczywiście  znalazłam  starą  torbę  na 

ś

niadanie ze zgniłą, zapleśniałą pomarańczą. 

Odstąpiłam  na  krok  i  obrzuciłam  szafkę  jednym  spojrzeniem.  Włożenie  z  powrotem 

wszystkich rzeczy zajmie mi tylko chwilę, ale musiałam się spieszyć, ponieważ Amy czekała 

na  mnie  pod  wierzbą  płaczącą,  gdzie  umówiłyśmy  się,  że  zjemy  razem  lunch.  Zawsze  tam 

jadałyśmy w ciepłe, pogodne dni, a dzisiaj temperatura dochodziła już do dwudziestu pięciu 

stopni, czyli całkiem typowo dla południowo kalifornijskiego stycznia. 

Nagle u mojego boku pojawił się Dan Gordon. Każdy, kto zjawiłby się w tej chwili za 

moimi plecami, śmiertelnie by mnie przestraszył, korytarz był bowiem zupełnie wyludniony, 

gdy  znalazłam  tę  pomarańczę.  Ale  żeby  właśnie  Dan  Gordon!  Odwróciłam  się  tak 

gwałtownie, że potrąciłam stos książek, rozsypując je po  całej podłodze.  Mój lunch poleciał 

razem z nimi. 

Dan  natychmiast  schylił  się,  podniósł  dwie  książki  i  podał  mi  je.  Moje  usta  były 

szeroko  otwarte  z  wrażenia,  więc  czym  prędzej  je  zamknęłam  i  nawet  próbowałam  się 

uśmiechnąć. 

- Albo jesteś Mariah Johnson, albo włamujesz się do jej szafki - powiedział ciepłym, 

niskim  głosem,  uśmiechając  się  oczami  Były  niebieskie,  szokująco  niebieskie.  Wolałabym, 

ż

eby  były  w  jakimkolwiek  innym  kolorze,  tylko  nie  takie  niebieskie.  Och,  Paul!  - 

westchnęłam beznadziejnie w myślach. 

- Tak - odrzekłam słabo, schylając się, by pomóc mu w zbieraniu książek. 

- Miałem straszne uczucie, że wetknąłem twój wiersz do złej szafki - ciągnął dalej, a 

włosy przesłoniły mu twarz, kiedy podnosił kolejną książkę. - A więc pomyślałem, że przyjdę 

tu i sprawdzę. Twoja szafka ma numer dziesiąty, tak? Sekretarka powiedziała mi, że nie jest 

pewna, czy masz dziesiątkę czy jedenastkę. 

- Nie,  to  znaczy  tak.  Mam  dziesiątkę.  -  Krew  gwałtownie  napłynęła  mi  do  głowy.  - 

Moja przyjaciółka Amy dostała dziesiątkę, kiedy zaczynałyśmy pierwszą klasę, ale później ja 

zaczęłam  pisać  do  szkolnej  gazety.  Byłam  jednym  z  redaktorów  i  zawsze  wydawało  się,  że 

mam  dużo  więcej  papierów  niż  Amy,  a  jej  szafka  miała  dodatkową  półkę,  więc  się  za-

mieniłyśmy. Tak więc ja mam dziesiątkę, a ona jedenastkę - tylko, że teraz nie mam już tyle 

background image

papierów, bo nie współpracuję z gazetą. 

Mówiłam  byle  co,  aby  pokryć  swoje  zmieszanie.  Dan  obrócił  się,  by  podać  mi  kilka 

książek i stanął nogą na coś, co leżało za nim Usłyszałam miękki, mlaskający dźwięk . Oboje 

spojrzeliśmy w dół na jego nogę i na torbę z moim lunchem pod nią. 

- Przepraszam,  strasznie  przepraszam  -  wyjąkał  z  twarzą  płonącą  rumieńcem  -  Mam 

nadzieję, że to nie jest - nie był - twój lunch? 

Obraz  mojej  kanapki  z  masłem  orzechowym  i  marmoladą  oraz  paczki  Twinkies 

przeleciał mi przed oczami, ale szybko się otrząsnęłam, wiedząc, że jest już za późno. 

- Nie szkodzi - powiedziałam - tak naprawdę nie byłam głodna. 

- Pozwól  mu  kupić  ci  lunch  -  rzekł,  podnosząc  z  podłogi  okropnie  spłaszczoną  torbę 

ś

niadaniową - Jak kanapka może tak bardzo dać się sprasować? 

Wzięłam ją od niego. 

- Och,  nie.  Nic  nie  szkodzi.  To  tylko  kanapka  z  masłem  orzechowym  i  marmoladą 

pomarańczową A poza tym nie jestem dzisiaj zbyt głodna. 

Wyglądał  na  tak  zmartwionego,  że  powiedziałabym  cokolwiek,  byle  tylko  poczuł  się 

lepiej. 

- Tak się właśnie składa - wariacko ciągnęłam dalej - że dzisiaj są urodziny Amy i jej 

matka zapakowała specjalny lunch, właśnie Amy zamierza się ze mną podzielić. - Jak głupio 

muszą brzmieć wypowiedzi niektórych osób? 

- Jesteś pewna? - spytał zatroskany. 

- Jestem pewna - odparłam, podchodząc do kosza na śmieci i wyrzucając nieszczęsny 

lunch. Pomógł mi włożyć książki z powrotem do szafki, po czym złapałam torebkę ze zgniłą 

pomarańczą  i  także  wrzuciłam  ją,  zanim  Dan  miał  szansę  ją  zobaczyć.  Chociaż  musiał 

zapewne poczuć. 

- Jeśli  chodzi  o  twój  wiersz  -  powiedział.  -  Miałem  uczucie,  że  może  powinienem 

wręczyć  ci  go  osobiście,  a  nie  po  prostu  wetknąć  w  drzwi  szafki,  jak  to  zrobiłem.  Mam  na 

myśli to, że ten wiersz pewnie wiele dla ciebie znaczy. 

- Och,  to  nic  takiego  -  skłamałam,  przekręcając  szyfr  w  zamku.  -  To  tylko  coś,  co 

nabazgrałam któregoś dnia, gdy nie miałam nic lepszego do roboty. Właściwie napisałam go 

w  czasie  oglądania  telewizji.  A  moja  młodsza  siostra  miała  właśnie  spotkanie  zuchów  w 

jadalni. 

- Rozumiesz, jak się czuję - mam na myśli powód, dla którego zwracam ten wiersz. 

- Oczywiście - powiedziałam starając się, by mój głos brzmiał beztrosko. 

- Widzisz  -  spróbował  jeszcze  raz  -  po  raz  pierwszy  mieszkam  tak  blisko  oceanu  i 

background image

jestem  zwariowany  na  jego  punkcie.  Sprawia,  że  czuję  się  wzmocniony,  szczęśliwy,  taki 

pełen  energii!  Po  prostu  nie  mogę  patrzeć  na  niego  z  jakimkolwiek  rodzajem  smutku. 

Wszystkie  moje  kłopoty  wydają  się  znikać,  kiedy  stojąc  na  plaży,  patrzę  na  te  olbrzymie 

przewalające się z rykiem fale. 

- Tak, rozumiem - odparłam. 

- Przykro mi z powodu twojej kanapki - powtórzył znowu. 

Nie mogłam uwierzyć, że wciąż jeszcze przepraszał. 

- Mówiłaś, że z czym była? 

- Z  masłem  orzechowym  i  marmoladą  pomarańczową  -  odrzekłam  zaintrygowana 

Jakie to miało teraz znaczenie? - Na pełnoziarnistym chlebie. 

Praktycznie mogłam poczuć jej smak. 

- Moja ulubiona - stwierdził Dan i odprowadził mnie korytarzem Rozstaliśmy się przy 

drzwiach.  Ja  szłam  w  stronę  wierzby,  a  on  do  kafeterii  Zmarnowaliśmy  tyle  czasu,  że  teraz 

oboje musieliśmy się pospieszyć. 

- Zauważyłem,  że  będziesz  suflerem  w  przedstawieniu  -  powiedział  na  chwilę  przed 

tym, jak dotarłam do drzwi. 

- Tak - potwierdziłam, otwierając je, a świeże, czyste powietrze wypełniło mi płuca. 

- A  więc  do  zobaczenia  dziś  wieczorem  -  powiedział  uśmiechając  się.  Ruszył  z 

powrotem korytarzem z ręką uniesioną w geście pożegnania. 

- Okay.  -  Głos  mi  z  całą  pewnością  drżał.  Ale  oto  byłam  już  na  zewnątrz,  czułam 

ciepło słońca na mojej głowie, kiedy nie myśląc o niczym, biegłam w stronę wierzby. 

Kiedy w końcu dotarłam do Amy, ujrzałam ją otoczoną chłopcami jak wiosenny kwiat 

przez pszczoły. Skończyła już jeść swój lunch. Torebka po nim była pusta i starannie złożona 

spoczywała na jej kolanach. Joe Bronson siedział przy Amy, Bill Quigley stał, zachowując się 

tak,  jakby  chciał  usiąść,  ale  nie  miał  na  to  dość  odwagi;  zaś  Bob  French  i  Tom  Mason 

zajmowali miejsca u jej drugiego boku. 

Tamara  Blake  szła  na  przełaj  przez  świeżo  skoszoną  trawę,  zamierzając  odzyskać 

Boba Frencha, który był jej chłopakiem Miała okropnie niezadowolony wyraz twarzy, a wło-

sy gwałtownie podskakiwały na jej plecach. 

Amy spojrzała na mnie z irytacja. 

- Spóźniłaś się, Mariah. Już zjadłam swój lunch. Co cię zatrzymało? 

- Oh, musiałam posprzątać w mojej szafce. Była tam ta stara pomarańcza.. - Ale Amy 

rozmawiała  już  z  Joem  i  jestem  pewna,  że  nie  usłyszała  ani  słowa  z  moich  wyjaśnień. 

Pomyślałam, że spyta mnie o to później, w czasie drogi do domu. 

background image

Przez  resztę  dnia  musiałam  pokasływać  i  obejmować  rękami  żołądek,  tak  bardzo 

burczało mi w brzuchu. Nie był przyzwyczajony do głodówki i dawał mi o tym znać za każ-

dym razem, gdy cisza ogarniała klasę. 

Przetrząsnęłam torebkę w poszukiwaniu drobnych, ale robiłam w niej porządek akurat 

poprzedniego dnia, tak więc nie znalazłam nawet tyle pieniędzy, by kupić coś w automacie. A 

z pewnością nie zamierzałam pożyczać od kogokolwiek, bo czułam się wtedy zobligowana do 

opowiedzenia  o  mojej  kanapce  i  Danie,  a  na  razie,  sama  nie  wiedząc  do  końca  dlaczego, 

wolałam zatrzymać to tylko dla siebie. 

W  końcu  musiałam  jednak  wyjaśnić  wszystko  Amy  w  drodze  powrotnej  ze  szkoły. 

Właśnie  skończyłyśmy  ostatnie  lekcje  i  spieszyłyśmy  w  dół  po  szkolnych  schodach,  kiedy 

wpadłyśmy na biegnącego do góry Dana. 

- Hej  -  zawołał  i  roześmiał  się.  -  Cześć  Amy!  Wszystkiego  najlepszego  z  okazji 

urodzin! - Znów się uśmiechnął i zniknął za drzwiami szkoły. 

Amy była zupełnie zbita z tropu. 

- Co mu się stało? - zapytała, potrząsając głową - Przecież nie mam dzisiaj urodzin. 

Nie  mogłam  powstrzymać  uśmiechu.  -  Powiem  ci  w  drodze  do  domu.  Przynajmniej 

raz to ja miałam jej coś do opowiedzenia! 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Oglądałam  wiele  szkolnych  przedstawień  przez  te  lata  spędzone  w  gimnazjum,  ale 

nigdy przedtem nie brałam udziału w naprawdę ciężkiej pracy, którą trzeba było odwalić, aby 

wystawić  sztukę.  Tego  pierwszego  wieczora  podczas  próby  obserwowałam,  jak  ludzie  od 

dekoracji  planowali  długą  ławę  przy  oknie,  wyszukane  drewniane  wezgłowie  w  łóżku 

Murraya i trzy okna w jego mieszkaniu. 

Amy  była  zajęta  wraz  ze  swoją  grupą  za  kulisami,  przeprowadzając  inwentaryzację 

rekwizytów, które już zostały zgromadzone. 

Pierwsza  próba  była  czytana,  więc  Rick  Baker  i  ja  nie  mieliśmy  zbyt  wiele  roboty. 

Siedzieliśmy w pierwszym rzędzie, śledząc tekst sztuki, który głośno czytano na scenie. Nie 

mogłam się powstrzymać od spoglądania co rusz na Dana Gordona grającego Murraya. Tego 

wieczora  Dan  miał  na  sobie  ciemnoniebieski  sweter  nałożony  na  sportową  koszulę,  a  w 

ciemnych  sztruksach  wydawał  się  być  jeszcze  wyższy  i  szczuplejszy.  Ron  Cross,  chłopak, 

który grał Nicka, siostrzeńca Murraya, został wybrany nie tylko z powodu dobrych wyników 

przesłuchania,  ale  też  dlatego,  że  był  niewysoki  i  wyglądał  na  dużo  młodszego,  niż  był  w 

istocie.  Obaj,  Ron  i  Dan,  doskonale  sobie  radzili.  Byłam  pewna,  że  musieli  się  wcześniej 

gdzieś spotkać i sami przeprowadzić próbę. 

Te  dwie  godziny  naszego  pierwszego  spotkania  szybko  przeleciały.  Kiedy  już  się 

skończyło, Amy dołączyła do mnie. - Widziałaś, jacy byli dobrzy? - spytałam. 

- Byłam zajęta - odparła uśmiechając się - ale to, co widziałam było fantastyczne . To 

będzie wspaniałe przedstawienie. 

Kątem oka dostrzegłam, jak postać w ciemnoniebieskim swetrze zatrzymała się. 

- Mariah? - usłyszałam szept. 

Odwróciłam się i oto ujrzałam Dana, uśmiechającego się radośnie. 

- Co o rym myślisz? Mój wzrok powędrował od Amy, która także uśmiechała się, do 

Dana Pierwszą myślą było, dlaczego obchodzi go to, co ja sądzę. 

- Było fantastycznie, wspaniale - wyjąkałam słowami Amy. 

- Dzięki  -  odpowiedział,  odgarniając  niesforny  kosmyk  włosów  z  czoła  Niebieski 

kolor swetra podkreślał  błękit jego oczu. Ogarnęło mnie takie dziwne, niesamowite uczucie; 

nie znałam dobrze Dana Gordona, ale zdawałam się znać te niebieskie oczy. 

Miałam  ochotę  dotknąć  jego  ramienia  i  poprosić,  by  został,  ale  po  sekundzie  czy 

dwóch milczenia odszedł do innej grupki uczniów. 

background image

- Pora  iść  -  powiedziała  Amy.  Spojrzała  na  swój  zegarek.  -  Zanosi  się  na  to,  że  nie 

będę  mogła  pójść  spać  przed  porą  wstawania.  Muszę  pouczyć  się  do  tego  jutrzejszego  eg-

zaminu z hiszpańskiego. 

Amy zręcznie wprowadziła samochód na nasz podjazd, wyłączyła silnik i przyciszyła 

radio. 

- Czy chcesz usłyszeć pewną radę? Zaczęłam wysiadać z samochodu. 

- Radę? - powtórzyłam, a moje pytanie zawisło w powietrzu. - W jakiej sprawie? 

- Dana Gordona - Odpowiedź także zawisła w powietrzu. Mogłam prawie jej dotknąć - 

jej brzmienie wypełniło cały samochód. 

Zagryzłam  wargi.  Znowu  się  zaczyna,  pomyślałam,  przygotowując  się  na 

nadchodzący wykład” 

- Chodzi tylko o to, że wydaje mi się, że on cię lubi Więc nie traktuj go tak ostro. Nie 

zmrażaj go w czasie rozmowy tak, że pozostaje mu tylko odejść, jeżeli chce zachować twarz. 

- Wcale go nie zmroziłam Przeciwnie, byłam bardzo miłą Powiedziałam wszystko, co 

chciał usłyszeć, nie? Był bardzo dobry. Powiedziałam mu to. 

- Tu  chodzi  przede  wszystkim  o  twoje  nastawienie  do  niego,  Mariah.  -  Przekręciła 

kluczyk w stacyjce i silnik znowu zaczął pracować. - Chcę powiedzieć tyle: myślę, że Dan cię 

lubi, ale go zniechęcisz, jeśli nie spróbujesz zachowywać się trochę przyjaźniej. 

Roześmiałam się krótkim, nerwowym śmiechem i za chwilę nienawidziłam się za to. 

Ten śmiech tyle razy mnie już zdradził. 

- Nie  sądzę,  aby  zechciał  poświęcić  mi  jeszcze  trochę  uwagi  -  powiedziałam, 

wysiadając z samochodu. - Myślę, ze czuje się po prostu zobowiązany do uprzejmości wobec 

mnie,  bo  odrzucił  mój  wiersz  i  rozgniótł  mój  lunch.  Próbuje  być  miły,  rzucając  w  moim 

kierunki kilka zdawkowych zdań. 

- Zapomnij  o  tym  -  Amy  zawołała  za  mną,  -  Nie  mam  zamiaru  powiedzieć  już  ani 

jednego słowa na ten temat. 

- Czy to obietnica? - krzyknęłam do niej, kiedy cofała samochód. Amy powinna zostać 

pisarzem,  pomyślałam.  Miała  taką  genialną  wyobraźnię,  zawsze  dostrzegała  rzeczy,  które 

były ukryte, a nawet takie, które w ogóle nie istniały. 

Następnego ranka, kiedy się ubierałam, Kim zapukała do drzwi mojej sypialni. Ciągle 

była  jeszcze  w  piżamie  i  szlafroku,  a  rude,  kędzierzawe  włosy  sprawiały,  że  wyglądała  jak 

Ania z Zielonego Wzgórza. 

- Proszę - powiedziała, wręczając mi pakunek. Rzuciłam dżinsy z powrotem na łóżko i 

wzięłam go od niej. 

background image

Był  mały,  wielkości  piórnika,  opakowany  w  aluminiową  folię  i  przewiązany 

jasnoczerwonym  sznurkiem.  -  Co  to  jest?  Skąd  to  masz?  Dzisiaj  nie  mam  urodzin.  Kim 

zachichotała. 

- No, otwórz wreszcie, Mariah. Ja też jestem ciekawa. Mama znalazła go, wychodząc 

z domu. Po prostu wpadł do mieszkania. Musiał opierać się o drzwi. 

Sadowiąc  się  na  łóżku,  rozerwałam  sznurek,  a  potem  folię.  To  pudełko  zawierało 

kiedyś materiały piśmienne, ale teraz było w nim coś innego. Pokrywka łatwo odskoczyła. W 

ś

rodku zaszeleściła folia. 

- Co to jest? Co to jest? - Kim aż podskakiwała z ciekawości. 

Zaczęłam  się  śmiać,  najpierw  cicho,  a  później  już  z  całego  serca,  kiedy  odsłoniłam 

zawartość przed wzrokiem Kim. 

- Kanapka  -  powiedziałam.  -  Z  masłem  orzechowym  i  pomarańczową  marmoladą  na 

pełnoziarnistym chlebie. 

- Ale zabawny prezent - stwierdziła Kim, szturchając ją palcem, by sprawdzić, czy jest 

prawdziwa. 

- Cd zabawnego chłopaka - odpowiedziałam jej. - Od miłego, zabawnego chłopaka. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Zdarzyło  się  to  na  początku  lutego.  Amy  i  ja  mozolnie  wędrowałyśmy  do  domu  w 

okropnym,  przenikliwym  deszczu.  Zaczęło  padać  gdzieś  tak  około  wpół  do  drugiej  tego  po-

południa  i  wyglądało  na  to,  że  zamierza  tak  lać  jeszcze  bardzo  długo.  Obie  próbowałyśmy 

skryć się pod małą, składaną parasolką, którą zawsze na wszelki wypadek trzymałam w rogu 

mojej szafki. 

- Nie  uda  mi  się  dzisiaj  przyjść  na  próbę  -  powiedziała  przez  nos  Amy.  -  Złapałam 

okropne przeziębienie. Ledwo oddycham. 

Biedna Amy, pomyślałam. 

- I tak nie masz już teraz zbyt wiele do roboty. Starałam się ją pocieszyć. - Właściwie 

musisz uczestniczyć tylko w dwóch na cztery. Chciałabym, żeby tak było i ze mną. 

- Nie rozumiem, dlaczego musisz chodzić tak często - powiedziała Amy skrzypiącym 

głosem. - Wszyscy znają swoje kwestie na pamięć. 

Byłyśmy już w miejscu, gdzie się rozstawałyśmy. 

- Idź  do  łóżka  Amy.  Dzisiaj  jest  czwartek.  Myślę,  że  jeśli  zostaniesz  w  nim  cały 

weekend, to poczujesz się lepiej. 

Pomachała  mi  słabo  na  pożegnanie  i  zniknęła  pośród  eukaliptusów.  Wszyscy  się 

zaziębiali ostatnio. Kim nie chodziła do szkoły tydzień wcześniej i siedziała w domu z ojcem, 

który także otrzymał swoją porcję kataru i kaszlu. 

Pożyczę  samochód  od  matki  albo  od  ojca,  by  pojechać  do  szkoły  na  próbę.  Później 

będą  trzy,  wolne  od  tego  wszystkiego  wieczory  i  znów  będę  mogła  się  zabrać  do  nauk 

społecznych - nie poszło mi zbyt dobrze na ostatnim egzaminie. 

Moje plany, by pożyczyć któryś z samochodów runęły, gdy tylko przekroczyłam próg 

domu. 

- Twój ojciec musi, powtarzam, musi uczestniczyć dzisiaj w comiesięcznym zebraniu 

handlowym. Będzie przemawiać - poinformowała mnie matka. 

Wycierała właśnie rękę w ścierkę do naczyń. 

- Kim nocuje dzisiaj u Judy. Cała jej klasa ma jutro zwiedzać Muzeum Sztuki w Los 

Angeles, jeśli oczywiście nie zostaniemy zalani do tej pory. A ja muszę pojechać do jej szkoły 

na spotkanie rodzicielskie. 

Poczułam zapach fasoli z szynką dolatujący z piekarnika. Bardzo ostrożnie uchyliłam 

drzwiczki i zerknęłam do środka. 

background image

- Nie  rób  tego,  Mariah  -  ostrzegła  mnie  matka.  -  Spieszę  się  i  nie  chcę,  by  piekarnik 

stracił temperaturę. 

- Cóż,  muszę  dzisiaj  wieczorem  pojechać  na  próbę  -  powiedziałam.  -  Gdyby  nie 

padało, poszłabym na piechotę. 

- Nie, nie poszłabyś - matka odrzekła twardo, sama zerkając do piekarnika. - Wiesz, co 

myślę  o  spacerach  po  zmroku.  Nie.  Podrzucę  cię  na  próbę,  a  potem  przyjadę  po  ciebie,  gdy 

się skończy. 

A  więc  wszystko  było  ustalone.  Za  dziesięć  siódma  wjeżdżałyśmy  na  teren  szkoły. 

Matka przestrzegała mnie, bym jak najszybciej schowała się przed deszczem Nikt o tym nie 

musiał  mi  przypominać.  Temperatura  spadła  co  najmniej  o  pięć  stopni,  a  deszcz  lał  się 

potokami Było tysiące rzeczy, które wolałabym w tej chwili robić, zamiast iść na próbę. 

Szkoła  wydała  mi  się  dziwnie  mroczna,  kiedy  wbiegłam  po  mokrych  schodach. 

Odwróciłam  się  i  zobaczyłam,  jak  moja  matka  odjeżdża.  Miałam  nadzieję,  że  nie  będzie 

jechać  zbyt  szybko  po  śliskich  drogach.  Pewnie  pchnęłam  wielkie,  frontowe  drzwi,  ale  nie 

ustąpiły. I wtedy zobaczyłam białą kartkę papieru. 

Ktoś  w  pośpiechu  przyczepił  ją  do  drewnianych  drzwi  Grube,  czarne  litery  były  już 

trochę rozmyte: 

„Próba czwartkowa odwołana z powodu deszczu i panującej grypy.” 

Stojąc  tak  w  strugach  wody,  jęknęłam.  Przeczytałam  informację  ponownie,  jak 

gdybym  miała  nadzieję,  że  jeśli  przeczytam  ją  wystarczającą  ilość  razy,  napis  ulegnie 

zmianie, a drzwi się otworzą. Co za los! Teraz i tak będę musiała wracać do domu piechotą. 

Moja matka była już w drodze powrotnej na zebranie rodzicielskie w szkole Kim. 

Powoli zaczęłam schodzić po schodach. Nie było powodu się spieszyć. Już i tak byłam 

mokra. Woda spływała po mojej kurtce przeciwdeszczowej i wsiąkała w spodnie. Nałożyłam 

kaptur, który jednak nie osłaniał mnie w pełni. Podmuchy wiatru były tak gwałtowne, że nie 

mogłam go utrzymać na głowie. 

Wtem zobaczyłam samochód. Dan Gordon prowadził swojego starego chevroleta - tak 

starego, jak ford mojej marki Zahamował i drzwi od strony pasażera otworzyły się. 

- Wskakuj,  szybko!  -  zakomenderował,  a  ja  po  chwili  wahania  uczyniłam  to.  - 

Pomyślałem, że możesz się zjawić, bo byłaś jedyną osobą, której nie zdołaliśmy zawiadomić. 

W ostatniej godzinie prawie wszystkie telefony w okolicy przestały działać. 

Włosy  przylepiły  mi  się  do  twarzy.  Woda  ściekająca  po  wewnętrznej  stronie  mojej 

kurtki  wprawiała  mnie  w  okropne  dreszcze,  trzęsłam  się  więc  bez  opanowania.  Moje  buty 

były  przemoczone  i  czułam  się  tak,  jakbym  włożyła  stopy  w  dwie  przejrzałe  kantalupy. 

background image

Chciało mi się płakać, ale nie było już w samochodzie miejsca na więcej wody. 

- Co  za  pogoda  -  powiedziałam  sadowiąc  się.  Dmuchawa  zaczęła  natychmiast 

ogrzewać  mi  nogi  gdy  zagłębiłam  się  w  pluszowe  obicie  fotela.  W  radiu  cicho  śpiewał  Neil 

Diamond.  Nie  mogłabym  czuć  się  wygodniej  nawet,  gdyby  Dan  zaproponował  mi  ogień  w 

kominku i niedźwiedzią skórę do okrycia. 

- Och  -  westchnęłam,  a  nagły  dreszcz  przeszedł  całe  moje  ciało  -  dzięki,  że 

zainteresowałeś się moim losem Musiałabym biec do domu w tym deszczu. 

Dan powoli wykręcał samochód, wyjeżdżając ze szkolnego parkingu na główną drogę. 

- Zabiorę  cię  prosto  do  domu.  Powinnaś  natychmiast  się  przebrać  -  przerwał  i 

roześmiał się. - Mówię, jakbym był jednym z twoich rodziców. 

Wkrótce parkowaliśmy już na moim podjeździe. Ocean daleko w dole z wściekłością 

rozbijał swe fale o skały, a wiatr ryczał jak gniewny lew. 

Mój  mały  dom  wydawał  się  być  jeszcze  mniejszy  w  zacinającym  deszczu,  jakby 

przycupnął ze strachu na urwistym brzegu, próbując ukryć się przed groźną ulewą. 

Odwróciłam  się  i  dopiero  teraz  zobaczyłam,  że  Dan  także  padł  ofiarą  deszczu  -  jego 

włosy były mokre, a kołnierzyk kurtki poznaczony kroplami wody. W innej sytuacji nigdy nie 

zdobyłabym się na odwagę, ale dzisiaj, w tej ulewie, zaprosiłam go do siebie. 

- Może napiłbyś się gorącej czekolady? Albo herbaty lub kawy? - zaoferowałam. 

Przez chwilę myślałam, że odmówi, ale wtedy on wyłączył silnik i uśmiechnął się. 

- Okay,  to  brzmi  zachęcająco.  Dlaczego  ludzie  spieszą  się  w  czasie  deszczu?  Często 

się nad tym zastanawiałam. Kiedy są tak potwornie przemoczeni, że bardziej już nie można, 

dlaczego się nie rozluźnią i nie zaczną poruszać trochę wolniej? 

Mimo wszystko popędziliśmy w stronę domu jak wariaci. 

- Mógłbyś  rozpalić  dla  nas  ogień”  w  kominku  -  powiedziałam,  zrzucając  buty  i 

wyskakując  z  kurtki  Otworzyłam  drzwi  szafy  pod  schodami  i  wyjęłam  wieszak.  Potem  po-

biegłam do łazienki na parterze, by powiesić ociekającą wodą kurtkę nad wanną. 

Dan podał mi swoją i powtórzyłam wszystko jeszcze raz, dziwiąc się, że jego kurtka 

jest taka duża Dotknęłam jej jeszcze raz, nim opuściłam łazienkę. Czułam, że mam rozpaloną 

twarz,  mimo  zmarznięcia  w  czasie  ulewy.  Zajrzałam  do  lustra  w  łazience,  ale  ku  memu 

zaskoczeniu rumieńce dodawały mi tylko uroku. 

Zanim  wróciłam  do  salonu,  Dan  zdążył  juz  zebrać  kilka  gazet  i  teraz  zwijał  je  w 

wiechcie na podpałkę. Obserwowałam go, jak przytyka zapałkę do paru pierwszych i roznieca 

płomienie. 

- Macie  całkiem  słuszny  zapas  -  powiedział,  spoglądając  na  wielki  stos  w  pudle  na 

background image

drewno. 

- Mój  ojciec  zawsze  powtarza,  że  nigdy  nic  nie  wiadomo  -  roześmiałam  się.  - 

Poprzedniego roku prawie go nie używaliśmy, ale dwa lata temu, gdy pora deszczowa trwała 

bardzo długo, to właściwie go zabrakło. 

- Lepiej  zmień  dżinsy  -  stwierdził,  patrząc  na  mnie  z  dołu.  -  Idź,  ja  zacznę  dokładać 

trochę drewna, a kiedy wrócisz przebrana, będzie tu już przyzwoity ogień. 

Przeskakiwałam  po  dwa  stopnie.  Moje  dżinsy  były  tak  przemoczone,  że  musiałam 

zdrowo szarpnąć, by je zdjąć. Szybko założyłam inną parę, a mokre powiesiłam nad wanną w 

łazience na piętrze. Ściągnęłam skarpetki i rzuciłam w kąt wanny. 

Złapałam suszarkę i spróbowałam coś zrobić z włosami, ale nie na wiele się to zdało, a 

poza tym się spieszyłam Nie chciałam, by Dan poczuł się źle w moim towarzystwie przez to, 

ż

e tak długo samotnie czeka. 

Kiedy  wreszcie zbiegłam na dół, stwierdziłam,  że nie było się czego obawiać.  Ogień 

palił się pięknie. Pomarańczowe, żółte i czerwone płomienie lizały szczapy drewna, a bijące 

od ognia ciepło wypełniło salon. 

Dan  Gordon  schylony  nad  rodzinnym  albumem,  wydawał  się  być  całkowicie 

pochłonięty  oglądaniem  naszych  zabawnych,  starych  zdjęć.  Poprzedniego  wieczora  moja 

matka próbowała jakoś uporządkować ten album. 

- To byłaś ty? - zapytał. 

Nachyliłam  się  nad  nim  i  zobaczyłam  zdjęcie  zrobione,  kiedy  miałam  pięć  lat. 

Wielkie,  orzechowe  oczy,  ciemne  włosy  spływające  aż  do  pasa,  kciuk  w  ustach  i  łza 

błyszcząca w kąciku oka. Byłam tylko w jednym bucie. Moja matka mówiła później, że nigdy 

nie znalazłam tego drugiego. Sądziła, że może wyrzuciłam go do śmieci Do tej pory, jak tylko 

wpadam do domu, pierwsze, co robię, to pozbywam się butów. 

Dan spojrzał w dół na moje bose stopy i roześmiał się. 

- To  bardzo  przyjemne  stać  boso  na  włochatym  dywanie  -  powiedziałam  Ponownie 

spojrzał na zdjęcie, później na mnie i znowu na zdjęcie. 

- Byłaś  śliczną,  mała  dziewczynką  -  powiedział  -  I  nie  utraciłaś  tego  piękną  Ciągle 

jesteś śliczna. 

Szybko się odwróciłam, z trudnością łapiąc oddech. 

- Może gorącej czekolady, tak, to dobry pomysł, a może gorącego jabłecznika. 

- Nie  piłem  gorącego  jabłecznika  odkąd  miałem  sześć  lat  -  odpowiedział.  -  a  może 

macie... 

- Cynamonowe  paluszki?  -  dokończyłam  pytanie.  -  Oczywiście,  że  tak!  Proszę, 

background image

poczekaj jeszcze chwilę. 

Paluszki cynamonowe zostały po przyjęciu, które matka wydała dla Kim i jej drużyny 

zuchowej;  mieliśmy  też  dwa  galony  jabłecznika  w  kredensie.  Podgrzałam  jabłecznik,  słu-

chając śmiechów i zabawnych komentarzy Dana przeglądającego stare zdjęcia. 

- Czy twój ojciec nadal ma wąsy? - zawołał do mnie. 

- Nie!  -  odkrzyknęłam,  nalewając  gorący  jabłecznik  do  szklanek.  Włożyłam  do  nich 

paluszki i ruszyłam w stronę salonu. Nagle zawróciłam i dołożyłam jeszcze sześć imbirowych 

ciasteczek i dwie serwetki. 

Klęcząc  przy  stoliku  do  kawy,  popijaliśmy  jabłecznik  i  jedliśmy  ciastka.  Dan 

przewracał  stronę  za  stroną,  oboje  śmialiśmy  się,  aż  wreszcie  rzuciłam  okiem  na  zegar  nad 

kominkiem. 

- Lepiej zadzwonię do mamy - powiedziałam - bo jeszcze pojedzie do szkoły i będzie 

tam czekać na mnie. 

Wreszcie,  po  szóstym  sygnale  ktoś  podniósł  słuchawkę  u  Kim  w  szkole  i  przyrzekł 

przekazać mojej matce wiadomość. 

- Co zamierzasz robić? - spytał mnie Dan, kiedy wróciłam od telefonu. 

- Co przez to rozumiesz? 

- Po czerwcu. Jakie masz plany? Ponownie usiadłam przy stoliku. 

- Złożyłam  papiery  w  Uniwersytecie  Kalifornijskim  Chcę  studiować  dziennikarstwo, 

uczęszczać na kurs twórczego pisania, liznąć trochę psychologii, socjologii - chcę robić to, co 

mogłoby mi pomóc w pisaniu. Będę poznawać moich ulubionych pisarzy. Mój ojciec mówi, 

ż

e  może  mi  załatwić  pracę  na  pół  etatu  w  swoim  biurze  ubezpieczeniowym,  tak  więc  będę 

mogła sama płacić za studia, ale wolałabym znaleźć robotę przy jakiejś gazecie. Dan skinął z 

powagą głową. 

- Brzmi nieźle - stwierdził. - A ty? 

- Prawo.  Mam  wstępną  akceptację  na  uniwersytet  w  Connecticut.  Moja  ciotka  z 

mężem mają dom niedaleko i oboje zaprosili mnie, bym mieszkał z nimi podczas studiów. 

- Ale  dlaczego  aż  tak  daleko?  -  spytałam,  zastanawiając  się,  czemu  tak  bardzo  mnie 

obchodzi, co się stanie z Danem po zakończeniu szkoły. 

- Bo  mój  wuj  jest  prawnikiem  i  będę  miał  możliwość  pracy  u  niego  w  biurze  - 

odpowiedział,  zamykając  album.  -  Ucząc  się  w  szkole,  będę  mógł  równocześnie  zdobywać 

wiedzę w prawdziwym biurze prawniczym - to dopiero będzie wspaniałe doświadczenie! 

- Podziwiam cię - powiedziałam. - Masz tak dokładnie zaplanowane życie. A ja będę 

uczęszczać  na  te  wszystkie  kursy,  ale  to  jest  jak  strzał  w  ciemno.  Być  może  nic  z  tego  nie 

background image

wyjdzie. 

Ogień na kominku trzaskał wesoło. Mogłam zobaczyć, jak odbija się w Dana oczach, 

kiedy ten zamknął moje ręce w swoich dłoniach. 

- Uda ci się, Mariah. Wiem, że tak. Masz wszystko czego potrzeba Jesteś inteligentna 

Twoje  nazwisko  jest  zawsze  wymieniane  w  gronie  najlepszych  uczniów.  Jesteś  wrażliwa 

Sadzę tak na podstawie twego wiersza I potrafisz zrobić coś, czego wielu pisarzy nie umie - 

potrafisz  pogodzić  się  z  odrzuceniem  swojego  utworu.  Musiałaś  być  wściekła,  kiedy 

odrzuciłem  ten  wiersz.  Ale  oto  jesteśmy  tu  razem,  a  ty  nie  okazujesz,  byś  żywiła  do  mnie 

jakaś urazę. 

Twarz znowu zaczęła mi płonąć. Może siedziałam zbyt blisko ognia. 

- Mogłabyś  nawet  zostać  aktorką,  tak  myślę  -  ciągnął  dalej.  -  Pani  Dressler 

powiedziała, że dobrze czytasz. 

Nagle  pochylił  się  i  wyciągnął  swój  tekst  sztuki  z  tylnej  kieszeni  spodni.  Szybko 

otworzył  go  na  stronie  czterdziestej  czwartej.  Była  to  scena,  w  której  Sandra  zbiera  swoje 

rzeczy gotując się do odejścia Dan wskazał na dół strony. 

- Proszę, przeczytaj to. Natychmiast zaczęłam czytać i nagle, ponieważ znałam tę rolę 

bardzo dobrze, mówiłam kwestię bez zaglądania do skryptu: 

- Muszę już iść. 

- Hmm?  -  Dan  grał  Murraya  -  Tak  -  odpowiedziałam,  z  łatwością  wczuwając  się  w 

rolę Sandry. 

- Muszę się zbierać. - Wstałam, podniosłam wyimaginowaną torebkę, wsunęłam stopy 

w wyimaginowane buty i ruszyłam w stronę, gdzie wyobraziłam sobie, że znajdują się drzwi. 

Dan podążył za mną, tak jak to czyni w sztuce Murray. 

- Nie zapomnij swoich akt. 

- A,  tak  -  powiedziałam  -  Moje  akta  -  Wzięłam  od  niego  wyimaginowane  akta  -  A 

więc do widzenia Dan, słowami Murraya, odpowiedział tylko: - Do widzenia, Sandro. 

- Dowidzenia  -  powtórzyłam  i zamknęłam  za  sobą  nieistniejące  drzwi.  Dan  ruszył  za 

mną. 

- Ty idiotko. Byłem gotowy cię zabić. 

Tak,  jak  to  robi  w  sztuce  Sandra,  upuściłam  moją  torebkę  i  akta  na  podłogę  i 

zarzuciłam mu ramiona na szyję. 

- Co  się  stało?  Nic  nie  mówiłeś.  Czekałam,  aż  coś  powiesz.  Dlaczego  nic  nie 

powiedziałeś, ani nie pocałowałeś mnie, ani.. 

- Czekałem  na  ciebie,  na  miłość  boską.  -  I  wtedy  Dan  chwycił  mnie  i  pocałował  tak, 

background image

jak powinien to zrobić w sztuce Murray. 

Widziałam to tyle razy na scenie i zawsze ogarniało mnie jakieś dziwne uczucie, kiedy 

patrzyłam, jak Dan Gordon bierze w ramiona Betsy Cooper. A teraz to byłam ja. Usta Dana 

spoczywały  na  moich  i  zapomniałam,  że  jestem  Sandrą.  Byłam  znowu  Mariah,  czując 

pocałunek, który był rzeczywisty, gorący i czuły. 

Szybko odsunęłam się. 

- Wiedziałem  -  oznajmił  Dan.  -  Mogłabyś  to  zrobić,  gdybyś  chciała.  Powinni  byli 

wybrać ciebie zamiast Betsy Cooper! 

Dotknęłam palcami moich warg; ciągle czułam na nich pocałunek. 

- To było tylko kilka zdań i nie miałam publiczności Postaw mnie przed tłumem ludzi 

i nie będę pamiętać nawet tych kilku linijek. - Cała drżałam. 

Dobiegło nas szczękniecie zamka od strony frontowych drzwi. Wiedziałam, ze musi to 

być moja matka. Było za wcześnie jak na ojca. Dan szybko usiadł na sofie, a ja podeszłam do 

drzwi. 

Mama  zdążyła  całkowicie  zmoknąć  w  drodze  od  samochodu.  Podając  mi  swój 

ociekający wodą płaszcz przeciwdeszczowy i parasolkę, próbowała strząsnąć z włosów krople 

deszczu. Wyglądała na zdziwioną ujrzawszy, że mam towarzystwo. 

- Odwołano próbę. To jest Dan Gordon. Gra rolę Murraya. 

- Tak, dostałam twoją wiadomość, że jesteś już w domu - odrzekła i wyciągnęła rękę 

do  powitania  Obserwowałam  Dana,  jak  wstawał  z  sofy  i  potrząsał  serdecznie  ręką  mojej 

matki. 

- Przyniosę ci gorącego jabłecznika, mamo - zaoferowałam. 

- Mhm,  to  brzmi  interesująco  -  odpowiedziała.  -  Pójdę  tylko  na  górę  się  przebrać. 

Zaraz będę z powrotem. 

Wyszła z pokoju, ciągnąc za sobą mokre rzeczy, a ja z Danem znowu zostaliśmy sami. 

- Naprawdę muszę już lecieć - powiedział. - Mam jutro tę klasówkę z trygonometrii, a 

nie jestem na tyle dobry, by ściągać. 

Pobiegłam do łazienki i zdjęłam jego kurtkę z wieszaka. Tym razem przyłożyłam ją na 

chwilę  do  piersi,  wdychając  zapach  kolońskiej  wody.  Była  taka  sama,  jak  ta,  której  używał 

mój ojciec. Ciepły i znajomy zapach. 

Dan otworzył drzwi i właśnie chwycił mnie za rękę, kiedy usłyszałam, jak moja matka 

wołała z góry. 

- Och, ta Kim! Znowu to zrobiła! Zostawiła otwarte okno w swojej sypialni i teraz jest 

tam pełno wody! Mariah Przynieś szmatę! 

background image

Dan uśmiechnął się. 

- Słyszałaś, Kopciuszka Przynieś szmatę! 

Patrzyłam za nim, jak biegł przez kałuże do swego samochodu. Stałam i machałam na 

pożegnanie dopóki mogłam dojrzeć samochód. Tym, co zmusiło mnie do wejścia z powrotem 

do domu, były powtarzające się krzyki matki, bym przyniosła wreszcie tę cholerną szmatę. 

Czy pocałował mnie jako Murray - czy może naprawdę był to Dan? Czy kiedykolwiek 

się dowiem? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Nim nadszedł poniedziałek, nasza część Kalifornii znowu kapała się w jasnym słońcu. 

Nawet Amy poczuła się na tyle dobrze, ze wróciła do szkoły, a próby naszej sztuki toczyły się 

według planu. 

Do  połowy  lutego  aktorzy  koncertowali  się  na  drugim  akcie,  a  ja  obserwowałam  ze 

swojego miejsca w trzecim rzędzie, jak Betsy Cooper odgrywała tę samą  scenę, którą ja za-

grałam z Danem w moim własnym domu. 

Któregoś wieczora Amy siedziała obok mnie, gdy na scenie Dan podchodził do Betsy 

i mówił jej, by  nie zapomniała swoich  akt W chwilę później, kiedy  ją  całował, mimowolnie 

wcisnęłam  się  głębiej  w  fotel.  Wzrok  Amy  był  skierowany  na  mnie,  więc  pospiesznie 

opuściłam  oczy  na  tekst  sztuki  tak,  by  myślała,  że  jedynym  powodem,  dla  którego 

interesowałam się tym, co się dzieje na scenie, były moje obowiązki suflera. 

- Rozmawiałam z Danem przed minutką - wyszeptała Amy. 

- Hmm? - starałam się wyglądać na niezainteresowaną. 

- Tak.  Powiedział  mi,  że  zamierza  cię  zapytać,  czy  nie  mógłby  mnie  wyręczyć  w 

odwiezieniu cię do domu. Ale się zastrzegł, że nie zrobi tego, jeśli byłoby mi przykro wracać 

samej. 

- To  taki  okrężny  sposób  spytania  mnie  -  odszepnęłam  -  Czy  aby  na  pewno  nie 

zaaranżowałaś tego? Amy spojrzała na mnie z dezaprobatą. 

- Mariah! Jesteś niemożliwa! Ja tylko relacjonuję ci naszą rozmowę, żebyś wiedziała, 

co się dzieje. Z pewnością nie musisz jechać z nim, jeśli nie chcesz. 

- Nie  chcę  -  odpowiedziałam  Amy.  -  Tak  się  składa,  że  powinnam  być  w  domu  tak 

wcześnie, jak się tylko da, bo mam jutro klasówkę z literatury angielskiej, a nie jestem jeszcze 

przygotowana. 

- Pójdę  o  zakład  -  powiedziała  Amy  bez  śladu  uśmiechu  -  że  już  od  urodzenia  jesteś 

przygotowana do tej klasówki z literatury angielskiej. 

Grupa  ze  sceny  zaczęła  się  rozchodzić,  Dan  i  Betsy  rozmawiając  ze  sobą  zbiegli 

równocześnie ze schodów. Amy wstała, gotowa wymknąć się bocznym wyjściem, kiedy Dan 

nagle ruszył w kierunku naszego rzędu. Ja stałam tuż za nią. 

- Poczekaj! Mariah? - zawołał. 

Znowu  poczułam,  jak  rumieniec  oblewa  mi  twarz  i  szyję.  Spojrzałam  na  Amy.  Ona 

zaś wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć: „Mówiłam ci”. 

background image

Odwróciłam  się  z  powrotem  do  Daną  Szedł  wzdłuż  naszego  rzędu,  trzaskając 

składanymi krzesłami. Wreszcie znalazł się obok mnie. 

- Mariah,  chciałbym  cię  odwieźć  do  domu  -  jeśli  się  zgodzisz.  Amy  powiedziała,  że 

nie będzie jej przykro wracać samej. 

I  oto  byłam  otoczona,  z  jednej  strony  stał  Dan,  z  drugiej  Amy.  Kiedy  wreszcie 

otworzyłam usta, wydobyło się z nich cichutkie piśniecie: 

- Okay - powiedziałam - jeśli Amy nie ma nic przeciwko temu. 

Amy była już w drodze do wyjścia. 

- I tak muszę lecieć - zawołała do nas. - Mam jutro klasówkę z literatury angielskiej, a 

jeszcze nie jestem przygotowana. 

Roześmiałam się. Co za przyjaciółka! 

- Pomyślałem sobie, że zatrzymamy się po drodze i coś zjemy, hamburgera albo coś w 

tym  rodzaju  -  mówił  Dan,  gdy  przesuwaliśmy  się  wzdłuż  rzędu.  Złapał  mnie  za  rękę  i 

poprowadził w stronę swego samochodu. - Jesteś głodna? 

- Troszeczkę - odrzekłam. 

Noc była jasna, tak różna od tej, kiedy siedziałam w samochodzie Dana przemoczona 

do suchej nitki Było bardzo zimno, więc kuliłam się w mojej zielonej kurtce z dzianiny. Dan 

zapalił silnik i włączył magnetofon. Głos Harry'ego Nilssona wypełnił wnętrze samochodu. 

- Lubię te stare kawałki - powiedział Dan. - Są ponadczasowe. 

- Czy umiałeś  grać na ukulele wcześniej - przed tą sztuką? - zapytałam. - To znaczy, 

grasz „Tak, panie, to moja ukochana'' dobrze. Nauczyli cię teraz? Czy też umiałeś wcześniej? 

Dan się roześmiał. 

- Miałem  szczęście.  Mój  ojciec  grywał  to  bezustannie,  gdy  byłem  dzieckiem  Zresztą 

tych parę akordów potrzebnych w sztuce można się nauczyć z łatwością. Ron Cross, chłopak, 

który  gra  Nicka,  nie  znał  przedtem  ani  jednej  nury,  a  po  kilku  godzinach  ćwiczeń,  był  już 

całkiem dobry. 

Podjechaliśmy do baru Megana i dziewczyna w czerwonym kostiumiku wyskoczyła z 

bocznych drzwi budynku Pomyślałam, że na pewno musi marznąć. 

- Czym  mogę  wam  służyć?  -  zapytała.  Dan  spytał  mnie  na  co  mam  ochotę,  a  potem 

złożył zamówienie na dwa hamburgery, frytki, plasterki cebuli i dwie duże cole. 

Puścił  taśmę  z  muzyką  zespołu  Rolling  Stones,  ja  zaś  zagłębiłam  się  w  fotel  i 

westchnęłam. 

- To  będzie  wspaniałe  przedstawienie  -  powiedziałam.  -  Chciałabym,  żeby  już  był 

kwiecień. Nie mogę się doczekać, kiedy moja rodzina je zobaczy. 

background image

- Będzie mi brakować prób - rzekł Daa - Będzie mi brakować widoku twej twarzy na 

widowni. 

Przez  całą  następną  piosenkę  siedzieliśmy  w  milczenia  Wreszcie  dziewczyna 

wyskoczyła z budynku ponownie, zjawiając się po stronie Dana z naszym zamówieniem Dan 

ostrożnie zdjął jedzenie z tacy i podał mi moją porcję. 

Często obawiałam się jedzenia na mieście w towarzystwie chłopca. To znaczy, myślę, 

ż

e  żując  coś,  nie  pokazujemy  się  z  najatrakcyjniejszej  strony.  Spędziłam  całe  godziny, 

obserwując ludzi u Macka i w łodziami, i obie z Amy wiele razy się z tego śmiałyśmy. A oto 

sama to robiłam w towarzystwie Dana. 

Ale  tu  było  łatwo.  Nie  siedziałam  naprzeciwko  niego,  a  tylko  obok,  było  więc  dużo 

łatwiej. Byłam wdzięczna za to, że wybrał bar samochodowy. 

- Mariah, czy chodzisz na randki? - Dan połknął całego swojego hamburgera w dwóch 

kęsach. 

Gwałtownie przełknęłam. 

- Nie, nie. 

- Nie?  Nigdy?  -  odwrócił  się  i  patrzył  teraz  prosto  na  mnie.  Oblizałam  wargi,  mając 

nadzieję,  że  wokół  ust  nie  pozostały  mi  resztki  majonezu.  Wybrałam  hamburgera  z  sałatą, 

pomidorami i majonezem Niestety, okazał się być rozlazły. 

- Nie - nigdy - tutaj - powiedziałam mu. - Miałam chłopca dwa lata temu. Chodziliśmy 

ze sobą tylko przez jedne wakacje w Palm Springs. 

- Czy nadal go widujesz? - zapytał Dan, żując swoje frytki. 

Ta  uwaga  przywołała  na  moje  usta  uśmiech.  Uśmiech  pełen  bólu.  Tak,  nadal  go 

widuję, pomyślałam Kiedy zamknę oczy i siedzę bardzo, bardzo cicho. 

- Paul  umarł  na  raka  pod  koniec  roku  -  w  Boże  Narodzenie.  Chodziłam  wtedy  do 

pierwszej klasy. - Plasterek cebuli utkwił mi w gardle i musiałam wypić duży łyk coli. 

- Tak mi przykro - powiedział. Była to utarta, zwyczajowa reakcja na taką wiadomość, 

bo ludzie czują, że oczekuje się od nich, by to mówili Słyszałam to już tysiące razy. Ale jego 

„bardzo mi przykro” brzmiało prawdziwie. 

Nastało między nami długie, głębokie milczenie. 

- Nie  wiem,  czy  o  tym  już  słyszałaś,  ale  ludzie  z  obsady  mówią  o  zorganizowaniu 

przyjęcia Odbędzie się ono jakieś dwa tygodnie  przed premierą  - powiedział. - Na początku 

kwietnia. - Złożył swoją serwetkę i odstawił papierowe talerze na tacę za oknem samochodu. 

-  W  Newport  Beach  na  starka  Wszyscy  możemy  zaprosić  swoich  przyjaciół  i  powinno  być 

bardzo fajnie. Tak myślałem, Mariah - czy nie zechciałabyś pójść ze mną? 

background image

Jego ręka zsunęła się z oparcia fotela i odnalazła moją, ściskając ją ciepło. Poczułam, 

jak lekki dreszcz przechodzi mi po plecach. Dlaczego Dan chciał akurat mnie zaprosić na tak 

ważną  imprezę.  Był  przecież  otoczony  najładniejszymi  dziewczynami,  takimi,  które 

naprawdę  były  popularne.  Spójrzcie  na  Amy  -  mógł  równie  łatwo  zaprosić  ją  -  albo  Betsy 

Cooper, która zdawała się nie widzieć poza nim świata. Dlaczego to jej nie zaprosił? 

Nie zdołałam jeszcze nic odpowiedzieć, kiedy zaczął mówić dalej. 

- Tylko  zastanów  się  nad  tym  przez  chwilę.  Nie  odmawiaj  od  razu.  Poproszę  cię 

jeszcze  raz  za  kilka  dni,  a  potem  jeszcze  raz,  będę  pisał  do  ciebie  liściki  i  przyczepiał  na 

drzwiach  twojej  szafki  i  wszyscy  będą  się  zatrzymywać,  by  je  przeczytać,  a  ty  umrzesz  ze 

wstydu... 

Teraz  już  się  śmiał,  a  ja  nie  mogłam  się  powstrzymać  i  też  się  roześmiałam.  I 

ś

mialiśmy się tak, aż do momentu, kiedy podjechaliśmy pod mój dom Dan odprowadził mnie 

do  drzwi.  Księżyc  w  pełni  świecił  na  nas  prawie  tak  jasno,  jak  sceniczne  reflektory.  Dan 

pochylił się i ujął mnie pod brodę. 

Kiedy mnie pocałował, wiedziałam, że tym razem nie była to gra. 

Tej  nocy,  długo  po  tym  jak  zgasiłam  światło,  leżałam  z  otwartymi  oczami, 

zastanawiając się, w jaki sposób udało mi się dotrzeć do takiego momentu w moim życiu, że 

znowu czułam się szczęśliwa. 

Miałam to wspaniałe, radosne uczucie będąc z Paulem i myślałam, że to się już nigdy 

nie powtórzy, ale oto stało się - a może tylko sama siebie oszukiwałam, bo głęboko w środku 

cały czas czekałam, aż się to zdarzy ponownie? 

Przewracając  się  na  łóżku,  próbowałam  zasnąć,  ale  sen  nie  nadchodził.  Księżyc 

przedarł się przez zasłony  i świecił wprost na moją toaletkę.  Żółta, fluorescencyjna nalepka, 

którą podarował mi Paul, zdawała się oświetlać pokój. 

Słowa  „P.S.  Kocham  Gę”  jarzyły  się  niesamowicie.  Odwróciłam  głowę  i  schowałam 

twarz w poduszkę. „Paulu Strobę, kochałam cię - ale ciebie już nie ma' ' - wyszeptałam. - „A 

teraz Dan Gordon wkroczył w moje życie. Sprawia, że znowu czuję się pełna życia, tak samo, 

jak wtedy, gdy znałam ciebie. Czy to w porządku?” 

Moje łzy zmoczyły poszewkę, więc odwróciłam poduszkę na drugą stronę. Położyłam 

się na plecach i zapatrzyłam się w sufit. Księżyc schował się za chmurą, mój pokój ogarnęły 

ciemności  Powoli  zapadłam  w  niespokojny  sen,  w  którym  Paul  stał  obok  Dana,  a  obaj 

wyciągali do mnie szeroko rozwarte ramiona. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

,,Pavilion  Queen”  czekała  cierpliwie,  byśmy  weszli  na  jej  pokład.  Było  nas 

dziewięćdziesiąt  sześć  osób:  obsada  sztuki  z  przyjaciółmi,  pomocnicy  i  sympatie,  pani 

Dressler i jej mąż George oraz pan Barrett ze swoją aktualną przyjaciółką, Maureen Haver. 

Zdecydowano,  że  przyjęcie  odbędzie  się  pod  koniec  marca  zamiast  w  kwietniu,  z 

uwagi na napięty plan zajęć. Ponieważ nocne powietrze bywa chłodne w marcu, każdy miał 

ze sobą kurtkę albo sweter. 

Amy przyszła z Joem Bronsonem, a Betsy Cooper zaprosiła w końcu Toma Masona, 

po tym, jak się dowiedziała, że Dan poprosił mnie, a ja się zgodziłam. 

Czterech mężczyzn weszło na pokład, niosąc ogromne tace zjedzeniem, które zaczęli 

rozstawiać  na  długich,  przykrytych  białymi,  lnianymi  obrusami  stołach.  Wędrowali  do  re-

stauracji „Wielorybia Opowieść” i z powrotem, donosząc ciągle nowe smakołyki. 

Będziemy  krążyć  po  wodach  Newport  Harbor  na  pięknym,  niebieskobiałym, 

dwupokładowym statku rzecznym Wszyscy byli podekscytowani, przygotowani na wspaniałą 

zabawę.  Sześcioro  spośród  pomocników  znalazło  trochę  czasu  na  przystrojenie  statku 

kolorami  naszej  szkoły,  niebieskim  i  żółtym,  a  ktoś  też  wygrzebał  dekoracje  z  jakiegoś 

przyjęcia, ozdobione klownami. 

- Zupełnie jak przyjęcie dla dzieci - powiedziałam Danowi, gdy weszliśmy po trapie i 

stanęliśmy na pokładzie Queen. On zaś uścisnął mi dłoń. 

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - powiedział, uśmiechając się do mnie. 

- Ale to nie są moje urodziny - zaprotestowałam. 

- O  tak,  są.  -  Śmiał  się,  a  jego  niebieskie  oczy  błyszczały.  -  Nie  byłem  z  tobą 

poprzedniego  drugiego  czerwca,  a  więc  obchodzę  je  dzisiaj,  trochę  późno,  ale  lepiej  niż 

wcale. 

- A skąd znasz datę moich urodzin? - zapytałam. 

- Amy mi powiedziała. 

- Amy ci powiedziała - Wyrzekliśmy oboje równocześnie i wybuchnęliśmy śmiechem. 

Amy,  kiedy  ją  spotkaliśmy,  trzymała  za  rękę  swojego  Joego  Bronsona  i  była  cała  w 

uśmiechach. Wyglądała bardzo elegancko. Jej ciemne włosy były zaczesane na czubek głowy 

i upięte. Wijące się kosmyki wymykały się tu i tam, jak malutkie strumyczki. Joe nie odrywał 

od niej pełnych uwielbienia oczu. 

Powiedziano  nam,  byśmy  ubrali  się  jak  na  szkolny  bal,  co  oznaczało,  że  mogłeś 

background image

wybrać strój od sportowego aż po oficjalny, jak tylko chciałeś. 

Obie z Amy wybrałyśmy sukienki Góra mojej wyglądała jak wiktoriańska bluzka, zaś 

jasnoniebieska spódnica była obszyta u dołu falbankami. Amy miała na sobie ciemnozieloną 

sukienkę, z raglanowymi rękawami i rozszerzającą się do dołu spódnicą. 

Dan spojrzał na zegarek. 

- Za jakieś pięć minut powinniśmy już ruszać w drogę - oznajmił naszej grupce. Wziął 

z jednego ze stołów precel i włożył mi go do ręki. 

Pianino cicho grało piosenkę o miłości, światła na „Pavilion Queen” zamrugały i nasz 

statek odbił od nabrzeża i wypłynął na ciemną wodę. Przyjęcie zaczęło się. 

Ś

wiatła  domów  stojących  wzdłuż  nabrzeży  portowych  migotały  wesoło,  kiedy  obok 

przepływaliśmy.  Kapitan  pokazał  nam  dawny  dom  Johna  Wayne'a  i  jeden  z  domów  Jamesa 

Cagneya. 

- Wodny szlak gwiazd - ogłosił z powagą, gdy nasz statek sunął przez port. 

Setki  podskakujących  na  wodzie  żaglówek,  uśpionych  przy  swych  cumowiskach,  ze 

starannie zwiniętymi na noc żaglami Dwóch szeroko uśmiechniętych mężczyzn wiosłujących 

w małej dinghy minęło nas, machając w pozdrowieniu. 

- Założę  się,  że  woleliby  być  z  nami  na  pokładzie  -  rzekła  Amy,  odwzajemniając 

powitanie. 

Smakowite  zapachy  tajemniczych  potraw  unosiły  się  aż  na  górny  pokład,  gdzie 

staliśmy, opierając się o reling i machając jak wariaci do każdego, kto tylko mijał nasz statek. 

Wielki, niebiesko - biały jacht z cichym szumem motorów prześlizgnął się obok nas. 

Mężczyzna i kobieta unieśli do góry lornetki w geście powitania i znowu machaliśmy rękami. 

- Kim jesteście? - zawołał do nas mężczyzna. 

- Gimnazjum  Talbota,  aktorzy  ze  szkolnego  przedstawienia  i  ich  przyjaciele  - 

odkrzyknął Joe Bronson. 

Jacht zwolnił. 

- Co  wystawiacie?  -  zapytał  mężczyzna.  Dan  złożył  dłonie  wokół  ust  w  trąbkę  i 

zawołał: 

- „Tysiąc klownów”. 

- Aha  -  zdołaliśmy  jeszcze  usłyszeć  ze  strony  szczęśliwej  pary  i  oto  już  byliśmy  za 

daleko, by się z nimi porozumieć. 

Wszyscy  zdążali  schodami  w  dół,  by  coś  zjeść  i  nasza  grupka  poszła  ich  śladem  Na 

dolnym pokładzie powitała nas uczta godna zwycięskiej armii: wszelkie rodzaje sałatek i go-

rące dania, ekstrawaganckie desery i wielka czara różowego ponczu z cieniutkimi plasterkami 

background image

cytryny, pływającymi po wierzchu. 

Wśród biesiadników rozchodziły się pełne zachwytu okrzyki. 

- Chodźmy zjeść na  górny pokład  - zaproponował Dan, kiedy już napełniliśmy nasze 

talerze.  Joe  i  Amy  zostali  jednak  na  dolnym,  podczas  gdy  ja  z  Danem  skierowaliśmy  się  w 

stronę  wąskich  schodów  prowadzących  na  górę.  Większość  zdążyła  już  zejść  na  dół,  więc 

znaleźliśmy się na górze prawie całkiem sami. 

Usiedliśmy na jednej z ławek i co drugi kęs wychwalaliśmy jedzenie. 

Nagła bryza sprawiła, że włosy przesłoniły nam twarze. 

- Czy chcesz zejść na dół? - zapytał Dan. 

Dolny  pokład  był  przeszklony  i  nie  bylibyśmy  tam  wystawieni  na  podmuchy 

wilgotnego wiatru, ale przecząco potrząsnęłam głową. 

- Tutaj jest zbyt pięknie. Gwiazdy świecą tak jasno. Dziś w nocy naprawdę można je 

zobaczyć. 

Dan spojrzał w górę. 

- Z całą pewnością. To miła odmiana. 

- Powinieneś  zobaczyć  gwiazdy  nad  Palm  Springs  -  powiedziałam.  -  A  może  już 

widziałeś? 

- Nie  -  odrzekł  Dan,  podnosząc  mnie  z  ławki  i  ciągnąc  na  drugą  stronę  pokładu.  - 

Spójrz, stąd pawilon wygląda tak nierealnie, jak malowidło. 

Stałam obok niego i patrzyłam na Pawilon Balboa Był to piękny budynek i naprawdę 

wyglądał nierealnie, jaśniejący w mrokach niczym zabawka. 

- Jaki piękny - wyszeptałam, a Dan objął mnie ramieniem i przyciągnął bliżej siebie. 

Znowu spojrzałam na gwiazdy. 

- Gwiazdy  nad  Palm  Springs  są  tak  wyraźne,  że  wydają  się  być  klejnotami 

rozsypanymi na czarnym aksamicie - powiedziałam mu wspominając. - A góry wokół miasta 

otoczone są niesamowitą niebieską poświatą. Powinieneś pojechać tam kiedyś i ujrzeć to na 

własne oczy. 

- Pojadę  -  odrzekł  Dan.  Westchnął  głęboko,  kierując  się  z  powrotem  na  drugą  stronę 

pokładu. Ujął mnie za rękę i posadził na ławce. 

- Tak  wyraźnie  widać  wybrzeże.  Kiedy  ostatnim  razem  płynąłem  po  zatoce  była 

straszna mgła. 

- A  powietrze  w  Palm  Springs  jest  zawsze  krystalicznie  czyste  -  ciągnęłam  dalej.  - 

Możesz naprawdę oddychać. 

Dan przytulił mnie silniej, a ja oparłam głowę na jego piersi. 

background image

Znajomy  zapach  jego  wody  kolońskiej  przywołał  z  powrotem  wspomnienia  tego 

szczęśliwego,  deszczowego  dnia.  Wiedziałam,  że  chciał,  abym  przestała  paplać  o  Palm 

Springs.  Powinniśmy  cieszyć  się  teraźniejszością,  a  nie  rozmawiać  o  innych  miejscach  czy 

innych  czasach.  Ugryzłam  się  w  język,  przysięgając  sobie  nie  powiedzieć  już  ani  jednego 

słowa o przeszłości. 

Pytanie zostało wypowiedziane tak cichym szeptem, że musiałam wytężyć słuch, by je 

usłyszeć.  Z  głową  spoczywającą  na  piersi  mogłam  wyczuć  bicie  jego  serca.  Zdawało  się 

przyspieszyć swój rytm, kiedy zapytał: 

- Jaki on był, ten Paul, którego znałaś? 

Znów powiała bryza i przyniosła ze sobą słaby zapach ryb. Daleko na pływającej boi 

widziałam fokę składającą swoje przednie płetwy, zupełnie tak, jakby klaskała. 

- Jaki  on  był?  -  powtórzyłam  On  -  on  miał  włosy  w  kolorze  piasku.  Jego  oczy  były 

niebieskie - jak twoje. 

Uniosłam głowę by mu odpowiedzieć, lecz po chwili ułożyłam ją z powrotem na jego 

piersi Mijały minuty, a my nie mówiliśmy nic. 

- Opowiedz  mi  o  nim  -  poprosił  cicho.  Wzięłam  głęboki  oddech,  dalej  przytulając 

głowę do jego piersi by słyszeć bicie jego serca. 

- Był wysoki - zaczęłam powoli - i szczupły. W miarę, jak jego choroba postępowała, 

stawał  się  coraz  szczuplejszy,  aż  w  końcu  chciało  mi  się  płakać.  Nade  wszystko  pragnął 

zostać architektem, żeby budować piękne  gmachy, a któregoś dnia może nawet katedrę, tak, 

aby coś po sobie światu zostawić. 

Zaczęłam mówić i teraz nie byłam już w stanie przerwać. 

- Był jedynym dzieckiem swoich rodziców, a więc to wszystko było dla nich straszne. 

Kiedy  Paul  dowiedział  się,  że  najprawdopodobniej  umrze,  był  z  początku  wściekły, 

kompletnie wściekły, ale z czasem uspokoił się i przejął ich nadzieję, że jednak wyzdrowieje. 

Czułam gorące, piekące łzy, wtuliłam więc głowę głębiej w miękką marynarkę Dana. 

- Paul mocno wierzył, że ludzie nie mogą umrzeć, naprawdę umrzeć, jeśli ich bliscy, 

których  za  sobą  pozostawiają,  po  prostu  myślą  o  nich  czasami  O  swoim  dziadku  zawsze 

mówił  w  ten  sposób:  „On  nigdy  naprawdę  nie  umarł  dla  mnie.  Mogę  sprawić,  by  żył 

wiecznie, jeśli tylko usiądę i wspomnę go. We mnie on będzie żyć wiecznie”. 

Wyprostowałam się i spojrzałam w smutne, niebieskie oczy Dana. 

- W  ostatnim  liście,  który  od  niego  otrzymałam,  Paul  prosił  mnie,  bym  to  zrobiła  - 

pamiętała o nim - i właśnie tak robię. 

Dan  objął  moją  twarz  rękami.  Ucałował  łzy  na  moich  policzkach  i  przytulił  mnie 

background image

mocno. Sięgnęłam do kieszeni płaszcza i wyciągnęłam chusteczkę. Wziął ją ode mnie i otarł 

łzy z mojej twarzy. 

- Był szczęśliwy, że mógł cię poznać - powiedział Dan, uśmiechając się w zadumie. - 

Musiał bardzo cię kochać. 

Muzyka dochodząca z dołu stała się dużo głośniejsza. 

- Tańczą  już  -  rzekł  Dan.  -  Chodź  Mariah,  zejdziemy  na  dół  i  zjemy  jeszcze  trochę 

tych smakołyków, może chwilę potańczymy. 

Kiedy  szliśmy  w  dół  po  kręconych  schodach,  trzymał  moją  rękę  mocno,  bym  nie 

straciła  równowagi.  Po  raz  pierwszy  od  długiego  czasu  czułam  się  dobrze  i  zupełnie 

bezpiecznie. 

Kiedy „Pavilion Queen” majestatycznie przepływała przez port, ludzie we wszystkich 

tych modnych restauracjach na brzegu odwracali się, by spojrzeć, zastanawiając się, czyje to 

przyjęcie.  Było  to  wielkie  święto  dla  tych  wszystkich  uczniów,  którzy  tak  ciężko  pracowali 

przy  sztuce  i  dla  nauczycieli,  którzy  z  radością  poświęcali  swój  czas,  by  być  pewnymi,  że 

wszystko się uda. 

Niewiele  mogliśmy  jeszcze  zrobić,  by  udoskonalić  nasze  dzieło.  Aktorzy  znali  role, 

pomocnicy  potrafili  swoją  robotę  wykonać  z  zawiązanymi  oczami,  a  i  cała  reszta  znała  swe 

obowiązki  na  pamięć  .  Nie  mogło  być  lepszych  odtwórców  głównych  ról  niż  Dan  i  Betsy. 

Chłopak, który grał Nicka zachowywał się tak naturalnie, że przechodziły mnie dreszcze, gdy 

patrzyłam na jego grę. I myślę, że ten, który grał nudnego pracownika socjalnego, był lepszy 

od aktora z filmu. Pani Dressler i pan Barrett byli tak zadowoleni ze wszystkiego, że uśmiech 

nie schodził im z twarzy. 

A więc był to wieczór świętowania. I tańcząc z Danem, po chwili spędzonej przy stole 

zjedzeniem,  zdałam  sobie  sprawę  z  tego,  że  oprócz  przedstawienia,  świętuję  też  coś  innego. 

Znowu  zaczynałam  kochać,  pomimo  iż  sądziłam,  że  nigdy  to  już  nie  nastąpi  On  był  realny, 

ten  Dan  Gordon  i  to  on  trzymał  mnie  w  swoich  ramionach,  gdy  zespół  muzyczny  grał 

„Dlaczego nie zatańczymy jeszcze jednego tańca - nim wszystko się skończy”. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Pewnego  sobotniego  poranka  na  początku  kwietnia  zadzwonił  telefon.  Moja  matka 

odebrała go na dole. 

- To  do  ciebie,  Mariah!  -  zawołała  -  Nie  rozmawiaj  zbyt  długo.  Masz  jeszcze  do 

umycia podłogę w kuchni, a jest już prawie pora lunchu. 

Kończyłam właśnie cotygodniowe porządki w swoim pokoju i chociaż uwielbiałam w 

soboty  gawędzić  przez  telefon  z  Amy,  to  dzisiaj  nie  mogłam  się  doczekać,  kiedy  wyjdę  z 

domu.  Temperatura  sięgała  już  trzydziestu  stopni  Celsjusza  i  chciałam  zacząć  pracować  na 

dobrą opaleniznę. 

Ale to nie była Amy. To był Dan. Słyszałam jego oddech. A głos w słuchawce brzmiał 

bardzo nisko. 

- Chciałbym  przyjść  na  chwilę,  jeśli  masz  czas.  Mam  tremę  przed  przedstawieniem  i 

chciałbym po prostu z kimś porozmawiać. 

- Dobrze  -  odrzekłam,  spoglądając  w  dół  na  moje  brudne  szorty  i  pogniecioną,  starą, 

czarną koszulkę, w której robiłam porządki. - Za jakąś godzinę? 

- Nie, będę za pół godziny - powiedział i usłyszałam szczęk odkładanej słuchawki. 

Moja matka stała w drzwiach z kablem od odkurzacza wnęce. ..... 

- Czy  to  był  ten  chłopak,  który  przywiózł  cię  w  tę  ulewną  noc,  a  potem  zabrał  na 

przyjęcie - Dan Gordon? 

- Tak - odpowiedziałam. - On gra główną rolę w sztuce. 

- Wydaje  się  być  bardzo  miły  -  stwierdziła  matka,  wciskając  wtyczkę  do  kontaktu  w 

mojej sypialni. 

- Chce  przyjść  tu  na  chwilę.  Wydaje  się  być  trochę  zdenerwowany  w  związku  z 

przedstawieniem Czy nie przeszkadzałoby ci, jeślibym później umyła podłogę w kuchni? 

- Podłoga  w  kuchni  będzie  na  swoim  miejscu  i  jutro  -  powiedziała  moja  matka 

uśmiechając się. - Wiesz, Marian, jeszcze kilka lat temu uważałabym, że ważniejsze są inne 

sprawy. Powiedziałabym, że najpierw trzeba umyć podłogę, ale przez ostatnie lata nauczyłam 

się, że przebywanie z przyjacielem to znacznie lepszy sposób spędzania dnia. 

Nie mogłam się powstrzymać. Objęłam ją i pocałowałam. 

- Jednak nie zapomnij o niej zupełnie - powiedziała, nadal się uśmiechając. 

- Nie  zapomnę  -  przyrzekłam  jej.  Jak  tylko  usłyszałam,  że  włączyła  odkurzacz, 

podeszłam do mojej szafy, próbując znaleźć w niej coś odpowiedniejszego do ubrania. 

background image

Kiedy gong u drzwi zabrzmiał swoim do - re - mi, byłam już gotowa i ruszyłam w dół 

po schodach. Zastanawiałam się, czy dobrze wyglądam w nowych, białych szortach i różowej 

górze. Wydawało mi się, że jeżeli chciał tylko porozmawiać, spacerując wzdłuż plaży, był to 

jak  najbardziej  odpowiedni  strój.  Jeśliby  chciał  pójść  gdzieś  indziej,  zawsze  mogłam  się 

przebrać. 

Zanim  dotarłam  na  dół,  zadzwonił  ponownie  i  dźwięk  gongu  wisiał  jeszcze  w 

powietrzu, kiedy otworzyłam drzwi - Przychodzę, niosąc dary. - Uśmiechnął się. 

- Tylko  nie  kolejną  kanapkę  z  masłem  orzechowym  i  pomarańczową  marmoladą  na 

pełnoziarnistym chlebie! - jęknęłam i udałam, że mdleję. 

Uratował  mnie,  biorąc  w  ramiona  i  muskając  ustami  mój  policzek  nim  zdążyłam 

odskoczyć.  Wiedziałam,  że  nie  było  obawy,  by  ktoś  nas  w  takiej  chwili  zobaczył,  ale  w 

dalszym ciągu nie wydawało mi się to całkiem w porządku, otwarcie zachowywać się w ten 

sposób. 

Prezent opakowany był w folię aluminiową, którą zaraz rozerwałam. Ringo. 

- Och,  Dan!  Nie  powinieneś!  -  powiedziałam,  kontynuując  naszą  małą  zabawę.  -  W 

ż

adnym wypadku nie mogę tego przyjąć. Jest to zbyt ekstrawaganckie jak na prezent. 

- Wiem  -  odrzekł  wyniośle  Dan  -  ale  po  ostatniej  nocy,  po  tym  jak  przyrzekłaś  być 

moją  na  zawsze,  moja  gołąbeczko,  musiałem  przypieczętować  czymś  nasze  przysięgi.  Na 

szczęście jubiler miał jeszcze to luksusowe ringo. 

Odkurzacz  zamilkł  i  te  ostatnie  słowa  zabrzmiały  głośno  w  nagłej  ciszy. 

Przytłumiliśmy  nasz  śmiech,  zakrywając  usta  dłońmi,  a  potem  Dan  złapał  mnie  za  rękę  i 

podeszliśmy do frontowych drzwi. 

- Chodź,  chcę  zobaczyć  tę  twoją  sławną  skałę.  Ześlizgiwaliśmy  się  i  co  krok 

potykaliśmy w drodze w dół urwiska, ziejącego między moim domem a plażą. 

- Mogliśmy zejść schodami - powiedziałam w połowie drogi, ciężko dysząc. 

- Ale  w  ten  sposób  bardziej  przypomina  to  prawdziwą  przygodę  -  odrzekł  Dan, 

ś

miejąc się i zarazem upewniając, czy nie zsuwam się zbyt szybko. 

- Aleja mam na nogach sandały - przypomniałam mu. 

- Więc je zdejmij - poradził. 

Ale ja wiedziałam lepiej. Pomimo że całe wzgórze pokryte było kwiatami, pomiędzy 

nimi rosły pojedyncze kaktusy. Wreszcie dotarliśmy do piasku. 

- Oooh - jęknęłam, pocierając kostkę. Pokuśtykałam do najbliższej skały i usiadłam na 

niej. 

- Czy to twoja skała? - zapytał, rozglądając się dokoła. 

background image

- Nie, ta nie jest dość duża - odpowiedziałam mu, odgarniając z oczu włosy. - Musimy 

pójść trochę plażą. Widzisz? Tam jest. 

Wędrowaliśmy powoli wzdłuż brzegu nim wreszcie osiągnęliśmy moją  skałę, lub też 

inaczej, skałę, którą uważałam za swoją. 

- Czy tutaj właśnie napisałaś ten wiersz? - zapytał, siadając obok mnie. 

- Tak  -  odpowiedziałam,  podciągając  pod  brodę  kolana.  -  Zapisałam  go  w  notesie  w 

bardzo niedoskonałej formie. Później dokończyłam na mojej maszynie do pisania. 

Przez  kilka  chwil  żadne  z  nas  nic  nie  mówiło.  Stary  mężczyzna  z  małym  chłopcem 

przeszli obok. - Dziadek ze swoim wnukiem. 

- Skąd wiesz? - zapytał. 

- Zgaduję.  Zawsze siedzę tu i układam historyjki o ludziach, którzy tędy  przechodzą. 

Próbuję zgadywać, ile mają lat i co robią, takie rzeczy. 

- A co powiesz o nim? - Dan wskazał na chłopaka około osiemnastoletniego, idącego 

powoli zmęczonym krokiem, z deską do surfingu pod pachą. 

- Zwykł był spacerować tutaj z dziewczyną i był  wtedy szczęśliwy - powiedziałam. - 

Ale  dziewczyna  się  wyprowadziła  i  teraz  jest  samotny.  Tutaj  właśnie  po  raz  pierwszy  ją 

spotkał. To prawie, jakby miał nadzieję znaleźć tu gdzieś nową miłość. 

- Naprawdę?  -  Dan  spojrzał  na  mnie  szeroko  otwartymi  oczami.  Odrzuciłam  do  tyłu 

głowę i zaśmiałam się. 

- Och,  Dan,  wszystko  to  zmyślam  Mówiłam  ci,  że  siedzę  tu  i  próbuję  rozgryźć 

przechodzących ludzi. Nigdy go przedtem nie widziałam. 

Dan także się roześmiał. 

- Och, ci pisarze! - jęknął, szarpiąc włosy palcami Kolejna para kierowała się w naszą 

stronę, oboje mieli po dwadzieścia kilka lat, dziewczyna co chwila odwracała się, by spojrzeć 

w oczy mężczyźnie Ich dłonie były ciasno splecione. 

- A co powiesz o nich? - zapytał szeptem Dan. 

- Cóż,  zakochali  się  w  sobie,  pobrali  się,  mieli  straszliwą  kłótnię  i  rozeszli  się,  ale 

teraz znów są razem - w swoim drugim miesiącu miodowym - odpowiedziałam Danowi. 

- Z jakiego powodu wybuchła ta kłótnia? 

- On ogląda zbyt wiele futbolu i basebolu w telewizji, a ona chce chodzić do kina. On 

nie cierpi filmów. 

- Jak więc rozwiązali ten problem? 

- Kupili drugi telewizor - odpowiedziałam. - Teraz ona ogląda na jednym filmy, on zaś 

swój  sport  na  drugim,  więcej  już  się  nie  kłócą,  ponieważ  cały  czas  są  w  innych  pokojach  i 

background image

wcale się nie widują. 

- Och.  -  Byłam  pewna,  iż  przez  chwilę  myślał,  że  jednak  mówię  prawdę.  Ale 

spojrzawszy na mnie, zaczął się śmiać i żartobliwie trzepnął mnie w ucho. 

- Jesteś zwariowana. - Chwycił mnie, przyciągnął do siebie i objął ramionami. 

Ciągle  jeszcze  trzymałam  w  dłoniach  ringo.  Wyślizgując  się  z  objęć  Dana, 

zeskoczyłam ze skały i odbiegłam kilka metrów. 

- Zobaczymy, jaki jesteś dobry, Danie Gordon! - krzyknęłam. 

W sekundę później już go nie było na skale, a żółty dysk latał szaleńczo w powietrzu, 

ś

migając tam i z powrotem. 

Dan  był  dobry,  bardzo  dobry  i  przez  chwilę  dzielnie  mu  dotrzymywałam  kroku,  ale 

nagle upadłam do tyłu i ringo wpadło do morza. 

Zerwałam się na równe nogi, ścigając się z Danem po ringo. 

Spotkaliśmy  się  w  lodowato  zimnym  przyboju  piszcząc,  kiedy  woda  zalewała  nam 

stopy. Dan sięgnął po ringo, ale zamiast je chwycić nabrał pełną garść wody i chlapnął mi nią 

w twarz. Zaraz potem odskoczył, śmiejąc się z mojego zaskoczenia. 

- Ty bestio! Ty okropna bestio! - krzyknęłam na niego, rozbryzgując fale najmocniej, 

jak tylko mogłam. 

Schylił się, by zaczerpnąć trochę wody. Ja zaś, jak tchórz odskoczyłam i pobiegłam w 

stronę suchego piasku - i potknęłam się o kamień. Padając na twarz, poczułam w ustach słony 

smak piasku. 

- Nie!  Nie!  -  piszczałam,  przykrywając  głowę  ramionami,  kiedy  Dan  biegł  w  moją 

stronę.  Kiedy  nic  się  nie  stało,  zerknęłam  na  niego  przez  palce.  Zwalił  się  obok  na  piasek  i 

wziął  mnie  w  ramiona;  przez  chwilą  obawiałam  się,  co  pomyślą  przechodzący  koło  nas 

ludzie, ale po chwili przestało mnie to już obchodzić. 

Ucałował  moją  mokrą  twarz,  potargane  włosy  i  zamknięte  powieki,  a  później  usta, 

drżącymi  od  zimnej  wody  wargami.  Przywarłam  do  niego  całym  ciałem  Lecz  za  moment 

siedzieliśmy już, śmiejąc się oboje. 

- Gdzie jest ringo? - spytał wreszcie, cały czas mnie obejmując. 

- Tam, na piasku, gdzie położył je ten żółty pies - odpowiedziałam. 

Spojrzał  w  kierunku,  w  którym  wskazywałam  i  na  nowo  wybuchnął  śmiechem, 

ujrzawszy psa. Pies, zupełnie jakby był w tym celu tresowany, chwycił ostrożnie w pysk ringo 

i przyszedł do nas, kładąc je u stóp Dana. 

- Przynajmniej pies ma dość rozumu, by przynieść je z powrotem - powiedział, ciągle 

mnie nie puszczając. 

background image

Podniósł ringo i rzucił je, a pies pognał posłusznie i znowu przyniósł z powrotem. 

- Wolę  to  robić  w  ten  sposób  -  oświadczył,  obejmując  mnie  mocniej.  -  Niech  pies 

odwala całą robotę. 

Prawie  godzinę  później,  po  tym  jak  pies  wreszcie  się  zmęczył  i  pobiegł  dalej  plażą, 

otrzepaliśmy się z piasku i powędrowaliśmy z powrotem w kierunku mojej skały. 

- Czy on często bywał tutaj z tobą? - nieoczekiwanie zapytał Dan. 

- Paul? - powiedziałam, mimo że dobrze wiedziałam kogo miał na myśli. 

Podniosłam z piasku muszlę i powiodłam palcem wzdłuż jej nierównych krawędzi. 

- Nie. Choć zawsze to planował. Mówił o tym w swoich listach ze szpitala w Teksasie, 

ale nie, nigdy nie wędrował ze mną po tej plaży - po mojej plaży. 

- Więc ten wiersz?... 

- Paul często spędzał wakacje ze swoimi rodzicami na plaży w  Laguna, ale nigdy się 

na niej nie spotkaliśmy. To był tylko miły zbieg okoliczności, że oboje kochaliśmy plażę. Tak 

więc kiedy opuściłam Palm Springs, marzyłam o Paulu spacerującym tu ze mną Marzyłam o 

rym  tak  często  ,  że  zaczęłam  wierzyć,  że  było  tak  naprawdę  i  że  mewy  obserwowały  nas, 

kiedy chodziliśmy razem i rozmawialiśmy. A kiedy on umarł, cóż, marzenie pozostało. 

- A więc napisałaś ten wiersz... 

Odwróciłam się, by spojrzeć na Dana. Dana Gordona, wesołego chłopca, który pewnie 

nigdy w życiu nie zaznał smutnej chwili. 

- On  jest  częścią  mnie  -  powiedziałam.  -  Jest  ze  mną  przez  cały  czas.  Chciałabym, 

ż

ebyś  wiedział,  jak  to  jest.  Dlatego  ci  to  wszystko  opowiadam...  -  Czy  wiesz,  co  jest  naj-

bardziej zadziwiające, kiedy kogoś stracisz? - zapytałam szeptem, a on nachylił się, by lepiej 

słyszeć. - Naprawdę zadziwiające jest to, że gdy ktoś, kogo bardzo kochasz umiera, wszystkie 

te nieważne rzeczy, codzienne rutynowe czynności, nadal toczą się niezmiennym rytmem, tak 

jakby  nic  się  nie  stało!  Możesz  włączyć  telewizor,  a  w  nim  ciągle  te  wszystkie  głupie 

komedie  i  cały  ten  puszkowany  śmiech!  Ludzie  świętują,  chodzą  na  przyjęcia.  Chłopak, 

roznoszący  gazety,  wrzuca  je  w  to  samo  głupie  miejsce  pod  tylną  werandą,  skąd  muszę  je 

wydostawać przy pomocy szczotki Te zwariowane mewy nadal siadają w szeregu na tej skale. 

Wszystko  to  nie  przestaje  się  toczyć  swoim  torem,  zupełnie  jakby  nic  okropnego  się  nie 

wydarzyło. 

Nastąpiła długa chwila ciszy, w której ręka Dana zamknęła się wokół mojej. 

- Nigdy  nikogo  nie  straciłem  -  powiedział,  a  ja  przypomniałam  sobie,  jak  sama 

mówiłam  te  słowa  do  Paula  dawno  temu.  -  Do  tej  pory,  oprócz  rodziców,  nikogo  też  nie 

kochałem - dodał. 

background image

Odwróciłam się i spojrzałam mu w twarz. Jego oczy stały się ciemne i pełne napięcia, 

czoło przecinała głęboka zmarszczka. Nagle skoczył na równe nogi. 

- Jesteśmy  głodni!  -  krzyknął  na  dreptającego  obok  malutkiego  biegusa,  który  nawet 

nie  odwrócił  w  naszą  stronę  głowy.  -  Wskoczmy  w  mój  samochód  i  zjedzmy  coś  „U 

Gospodarza”.  -  Pociągnął  mnie  ze  sobą  i  nagle  uświadomiłam  sobie,  że  naprawdę  byłam 

bardzo głodna. 

Spałam dziś dłużej niż zwykle i nie jadłam jeszcze wcale śniadania. 

Kiedy dotarliśmy na powrót do domu, żeby powiedzieć mojej matce, dokąd idziemy, 

stała właśnie pośrodku kuchni Dan wyciągnął do niej rękę, a ona ciepło ją uścisnęła. 

- Mariah mi cały czas opowiada że jesteś wspaniałym Murrayem - powiedziała. 

Dan uśmiechnął się do niej, a potem do mnie. 

- Może na próbach - rzekł całkiem poważnie. - Ale trochę się denerwuję premierą. 

Nigdy przedtem nie słyszałam, żeby mówił słowo „denerwować się”. Przyjrzałam mu 

się  z  większą  uwagą.  Nie  wiedziałam,  że  Dan  może  się  denerwować.  Zawsze  był  taki 

szczęśliwy.  Kiedy  szliśmy  w  stronę  jego  samochodu,  ponownie  na  niego  spojrzałam  Może 

Dan miał jeszcze drugie oblicze, o którym nie miałam pojęcia Mógł się denerwować i co on 

przedtem takiego powiedział? Te słowa nie zwróciły wtedy mojej uwagi: „Do tej pory, oprócz 

rodziców, nigdy nikogo też nie kochałem..” 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Następne  dwa  tygodnie  szybko  przeleciały.  Widywałam  Dana  tylko  krótko  między 

lekcjami  albo  podczas  prób.  Był  zajęty  i  zdenerwowany,  ale  wyczułam  w  nim  tę  subtelną 

zmianę, która nie miała nic wspólnego z tremą. Nie śmiałam nawet myśleć, że jej przyczyną 

mogłabym być ja - albo coś, co zrobiłam. 

Czwartek  zbliżał  się,  jak  na  skrzydłach.  Pani  Dressler  i  pan  Barrett  zmienili  się  na 

naszych  oczach  w  kłębki  nerwów.  Betsy  wyglądała  na  przerażoną,  jak  tylko  wkraczała  rano 

do szkoły aż do momentu, gdy schodziła wieczorem ze sceny. 

- Próby idą zbyt dobrze - powiedział pan Barrett pewnego wieczoru do pani Dressler. 

Usłyszałam, jak rozmawiali za mną, kiedy samotnie siedziałam w audytorium nad otwartym 

skryptem, którego zresztą, wcale już nie potrzebowałam. 

- Tak - zgodziła się pani Dressler. - Mówi się, że jeśli próby idą gładko - to miej się na 

baczności! 

Pomocnicy użerali się z rozmaitymi rupieciami, które powinny być usunięte ze sceny 

po tym, jak Sandra posprząta mieszkanie Murraya. 

Pan Barrett zaczął ich strofować. 

- Słuchajcie,  już  wam  przecież  mówiłem,  że  kiedy  dzieciak  wkracza  z  powrotem  do 

mieszkania  przed  przybyciem  Murraya,  musimy  pokazać,  jak  Sandra  je  uporządkowała. 

Upewnijcie się, że wszystko to zostanie zrobione. 

Prawdą było to, co mówili na początku. Pomocnicy mieli do wykonania  w tej sztuce 

olbrzymią pracę. 

Betsy  była  już  bardzo  dobra.  W  odpowiednich  miejscach  płakała,  tupała  ze  złości 

nogami i śmiała się szaleńczo. Jej timing był perfekcyjny. Najgorsze było dla mnie, gdy Dan 

musiał ją pocałować. Wstrzymywałam oddech za każdym razem, gdy to następowało. To była 

tylko  gra,  ale  martwiło  mnie  oglądanie  ich  tak  blisko  siebie,  szczególnie,  że  my  nie 

przebywaliśmy ze sobą ostatnimi czasy. 

Ostatni raz, kiedy naprawdę spędziłam trochę czasu z Danem, było to właśnie tamtej 

soboty  na  plaży,  ale  już  tego  dnia  zauważyłam  w  nim  tę  nagłą  zmianę.  Podtrzymywał 

rozmowę  na  błahe  tematy  przez  cały  lunch,  który  jedliśmy  w  Laguna,  kiedy  wreszcie 

pożegnaliśmy  się,  jego  pocałunek  był  zaledwie  muśnięciem  mojego  policzka.  Od  tej  pory 

spostrzegłam  lekki  chłód  w  jego  pozdrowieniach.  Nawet  po  próbach,  żegnał  mnie  tylko 

skinięciem  głowy  lub  zatrzymywał  się  zaledwie  na  króciutką  rozmowę.  Nie  mogłam 

background image

zrozumieć, co było nie tak. Z pewnością nie był aż tak zdenerwowany zbliżającą się premierą 

Próbowałam nie martwić się tym i skupić na sztuce. 

W  środę  wieczorem  wszyscy  znajdowali  się  już  u  kresu  sił,  ton  rozmów  był 

sarkastyczny i nikt się nie uśmiechał. 

- To normalne - powiedziała Amy, kiedy szykowałyśmy się do drogi - Kelly, też jest 

jednym  z  pomocników,  powiedziała,  że  przed  lary  jej  matka  była  aktorką  i  mówi,  że  to 

normalne zachowanie przed premierą. 

A  więc  wszyscy  byliśmy  normalni,  pomyślałam  Dobrze.  Ale  z  jakiego  powodu  Dan 

mnie unikał? A może to tylko moja wyobraźnia? 

Kiedy  Dan  zszedł  ze  sceny,  podeszłam  do  niego.  Amy  pozostała  w  tyle,  ale  mogła 

doskonale słyszeć, co mówię. 

- Życzę ci powodzenia jutro - powiedziałam drżącym głosem Przez chwilę myślałam, 

ż

e Dan odwróci się i odejdzie, nic nie mówiąc. 

Wtedy Amy wypaliła: 

- Mariah, jeśli chcesz wracać do domu z Danem, nie będzie mi to przeszkadzać. 

Dan  stał  tak  i  wydawał  się  być  zawstydzony,  kiedy  Amy  i  ja  czekałyśmy  na  jego 

reakcję.  Wreszcie  z  twarzą  płonącą  rumieńcem  odwróciłam  się  na  pięcie  do  Amy.  Zdawało 

mi się, że on nie chce mnie odwieźć do domu! 

- Och, pojadę z Amy - powiedziałam lekko. Dan uniósł rękę. 

- Nie.  -  Wreszcie  odzyskał  głos.  -  Dzięki,  Amy.  Zawiozę  Mariah  do  domu.  -  Chcę  - 

muszę i tak z nią porozmawiać. Poczekaj, wezmę tylko swoje rzeczy. 

Zniknął za sceną i Amy szybko odwróciła się do mnie. 

- Przepraszam, jeśli powiedziałam nie to, co trzeba, ale myślałam, że wy dwoje... - Na 

twarz Amy także wystąpił rumieniec. 

- W porządku - odpowiedziałam - Nie powiedziałaś nic złego. Po prostu przez ostatnie 

kilka dni wydaje się pragnąć, by go pozostawiono samego. 

- Aktor  z  niego.  -  Zaśmiała  się  Amy.  -  Tak  -  odrzekłam,  ale  wcale  nie  byłam  tego 

pewna Dan zdawał się naprawdę stracić mną zainteresowanie. 

Powoli ruszyliśmy do jego samochodu Wokół opadała gęsta mgła Nienawidziłam jej. 

Przez tyle czasu mieliśmy takie czyste niebo, a tu nagle z dnia na dzień zaczęła nas okrążać 

tak  okropna  mgła  Snuła  się  wzdłuż  brzegu  gęsta  niczym  wata,  otaczając  nas  coraz  ciaśniej. 

Sprawiała, że czułam się, jakbym się dusiła. 

Dan nie odzywał się do mnie, sadowiąc się za kierownicą. 

- Nienawidzę mgły. Skóra od niej cierpnie - powiedziałam, żeby tylko coś powiedzieć. 

background image

Nie  zareagował.  Włączył  silnik  i  zaczął  prowadzić.  Jego  oczy  były  skierowane  na 

białą linię pośrodku autostrady. Byliśmy już prawie przy moim domu, kiedy zdobyłam się na 

odwagę, by zapytać: 

- Dan, czy jesteś na mnie zły? Nic nie mówisz. Nie jesteś sobą. Z pewnością nie jesteś 

aż tak zdenerwowany przedstawieniem. 

Silnik zawył trochę głośniej, gdy dotarliśmy do mojego podjazdu. Wiedziałam, że Dan 

miał  kłopoty  ze  znalezieniem  go  w  tej  mgle  i  nie  powinnam  była  w  ogóle  nic  mówić.  Moja 

dłoń spoczęła na klamce, kiedy Dan mnie zatrzymał. 

- Kocham cię, Mariah, tak jak nie kochałem jeszcze nikogo. Chcę, żebyś została moją 

dziewczyną.  Myślałem,  że  jeśliby  się  nam  udało,  to  po  czerwcu,  po  tym  jak  wyjadę,  mo-

glibyśmy planować naszą przyszłość razem - mogłabyś na mnie czekać. - Nerwowo wykręcał 

palce.  -  Ale  ja  nie  jestem  Paulem.  Mam  straszne  uczucie,  że  kiedy  jestem  z  tobą,  on  stoi 

pomiędzy nami i ty może chcesz, żebym był nim. Cóż, Mariah, ja jestem Danem Gordonem I 

nawet gdybym miał na to milion lat to nie zmienię się i nie stanę się Paulem. 

Głos  mu  się  załamał  i  Dan  nie  mógł  wypowiedzieć  już  ani  słowa.  Siedziałam  jak 

przykuta do miejsca z ręką ciągle na klamce. Obrócił się, by spojrzeć mi w twarz i delikatnie 

wziął ją w dłonie. 

- Spójrz na mnie, Mariah. Widzisz? To tylko ja Dan. Tylko ja. 

Wtedy mnie puścił i w jakiś sposób wydostałam się z samochodu. Przekręcił kluczyk 

w stacyjce i silnik zaczął działać. W chwilę później mgła połknęła samochód. 

Moi rodzice zostawili zapalone światła w salonie. Poszli spać wcześnie i byłam za to 

wdzięczna losowi. W tym stanie nie chciałam nikogo widzieć, odpowiadać na żadne pytania, 

a nawet mówić komuś dobranoc. 

Powoli weszłam po schodach do mojej sypialni i rozebrałam się w  ciemnym pokoju. 

Włożyłam moją starą, niebieską piżamę i najstarszy, najwygodniejszy szlafrok. Na moim ulu-

bionym miejscu przy oknie było trochę zimno, ale i tak tam usiadłam. 

Wiedziałam,  że  fale  rozbijają  się  o  brzeg,  ale  nie  mogłam  ich  dostrzec,  mimo,  że 

słyszałam, jak walą w dole o skały. Musiałam tak siedzieć co najmniej godzinę. I wtedy nagle 

mgła  zaczęła  ustępować.  Tajemniczo,  powoli  zaczęła  unosić  się  znad  plaży.  Nadszedł  ostry 

wiatr  i  ona  rozpadła  się  pod  jego  naporem.  Zamrugałam  oczami  ze  zdumienia.  Chociaż 

widziałam to już wiele razy, ciągle nie mogłam uwierzyć, jak w jednej chwili ukryta we mgle 

plaża, już w następnej była doskonale widoczna. 

Nawet  w  moim  pokoju  pojaśniało.  Zapaliłam  nocną  lampkę  przy  łóżku,  by  rozjaśnić 

go jeszcze bardziej. Dokładnie wiedziałam, co zrobić. 

background image

Najpierw podeszłam do lustra i odkleiłam ostrożnie nalepkę, tak, by jej nie rozedrzeć. 

Zachowałabym ją w każdym wypadku. Będzie cudownym wspomnieniem, które zawsze będę 

pielęgnować.  Delikatnie  owinęłam  ją  w  jasnożółtą  apaszkę  i  zrobiłam  dla  niej  miejsce  w 

dolnej szufladzie mojego biurka. 

Potem  pozdejmowałam  wszystkie  pocztówki  i  inne  wspominki  po  Paulu.  One  także 

znalazły miejsce w dolnej szufladzie. Poszłam do łazienki i wyjęłam z szafki płyn do mycia 

szyb  i  wyczyściłam  wszystkie  trzy  lustra.  Dziewczyna  z  nich  uśmiechnęła  się  do  mnie. 

Widziałam  wyraźnie.  Dobre  rzeczy  miały  się  jej  przytrafić.  To  było  tak,  jak  ta  mgła  na 

zewnątrz.  Nienawidziłam  tej  mgły,  ale  ona  nie  trwała  wiecznie.  Wcześniej  czy  później,  ale 

zawsze uniesie się. 

Usiadłam przy biurku. O tej porze, w nocy, nie śmiałam używać maszyny do pisania, a 

więc  wzięłam  do  ręki  pióro  i  napisałam  liścik,  który  następnego  dnia  chciałam  wręczyć 

Danowi. Nie wiedziałam, jak na niego zareaguje, ale jakoś musiałam mu to powiedzieć. 

,,Drogi Danie, 

Ostatniej nocy, kiedy odjechałeś, zrobiłam coś, co powinnam była zrobić dawno temu. 

Schowałam  wszystkie  pamiątki  po  Paulu.  Są  w  bezpiecznym  miejscu,  do  którego  zawsze 

mogę pójść, jeżeli będę tego potrzebować, ale jest to miejsce zarezerwowane dla przeszłości. 

Ty jesteś moją teraźniejszością. Proszę, bądź moją przyszłością. Kocham Cię. 

Mariah” 

Będę czekać jutrzejszego ranka przy jego szafce i osobiście mu go wręczę. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

- Dziś premiera! - powiedziała Amy, a jej ciemne włosy lekko rozwiewał ciepły wiatr. 

-  Pogoda  jest  dobra,  ostatnie  próby  poszły  świetnie,  nikt  nie  jest  chory  i  większość  biletów 

sprzedana To musi być dobry omen! 

- Tata i mama mogą przyjść dopiero jutro - oznajmiłam, próbując dotrzymać jej kroku. 

- Chciałabym, żeby mój ojciec mógł to zobaczyć - Amy rzekła ze smutkiem - Ale po 

prostu lot z Nowego Jorku zbyt wiele kosztuje. Zresztą i tak nie znalazłby na to czasu. 

Było mi żal Amy. Bardzo rzadko widywała swojego ojca. 

- A mama przyjdzie dopiero w sobotę wieczorem - dodała. 

Mijałyśmy już szkolne budynki. 

- Mamy  jeszcze  prawie  piętnaście  minut  do  dzwonka  -  stwierdziła  ciągnąc  mnie  za 

rękę. - Usiądźmy na kilka minut pod wierzbą. Chcę z tobą porozmawiać. 

Wierzba była naszym ulubionym miejscem „serdecznych zwierzeń” i szczęśliwie tego 

ranka nie było pod nią nikogo innego. 

- Ostatnim  razem  były  tu  mrówki  -  powiedziałam  jej,  z  uwagą  przyglądając  się 

miejscu, na którym miałam usiąść. 

- Zostaw  te  mrówki  -  przerwała  mi  niegrzecznie  Amy.  -  Chciałam  porozmawiać  o 

tobie - o tobie i Danie Gordonie. 

Serce  mi  na  chwilę  zamarło,  kiedy  wymówiła  jego  imię.  Nagle  zabrakło  mi  tchu. 

Planowałam  złapać  Dana,  zanim  wejdzie  do  szkoły.  Spod  wierzby  miałyśmy  doskonały 

widok na parking i musiałby przechodzić obok nas w drodze do głównego wejścia. 

- Proszę  cię,  Amy,  jeżeli  zobaczysz  Dana  idącego  przez  trawnik,  powiedz  mi  o  tym. 

Muszę mu dać coś ważnego. 

- Jak poważne jest to między tobą a Danem? - spytała cicho. 

- Jest trochę dziwne - odpowiedziałam, zaczesując do tyłu włosy. - Nie wiem, w jaki 

sposób dokładnie oddać to słowami i nie mów nikomu, że to powiedziałam... 

- Och,  Mariah!  -  przerwała  zdegustowana  Amy.  -  Czy  kiedykolwiek  rozpowiadałam 

wokół to, o czym mówiłyśmy? 

- Nie  -  powiedziałam,  kładąc  jej  rękę  na  ramieniu  -  W  porządku.  To  było,  jakby 

wchodzenie na zjeżdżalnię. Pamiętasz, tak jak kiedy byłaś mała Cóż, zakochiwanie się jest do 

tego  podobne.  Zanim  się  spostrzegłam,  byłam  już  na  szczycie  drabinki,  a  cała  zgraja 

dzieciaków  tłoczyła  się  za  mną,  więc  nie  mogłam  już  zmienić  zdania  Można  tylko  postąpić 

background image

krok naprzód Po prostu ześlizgnęłam się. Myślisz, że zwariowałam, co, Amy? 

Amy uśmiechnęła się. Chwyciła mnie za ramię. 

- Masz szczęście - powiedziała. - Szkoda, że nie możesz znaleźć takiej zjeżdżalni dla 

mnie! 

- Przecież spotykasz się z tyloma chłopcami, Amy. 

- Ale  żaden  z  nich  nie  jest  dla  mnie  tym  wyjątkowym,  nie  czuję  nic  z  tego,  o  czym 

mówiłaś.  Lubię  wielu  z  nich,  ale  jestem  dość  inteligentna,  by  wiedzieć,  że  to  nic 

szczególnego. 

Kiedy spostrzegł nas Ted Rogers, miałam nadzieję, że nie podejdzie tu, ale niestety to 

zrobił. 

- Gotowe na dzisiejszy wieczór? - spytał nas obie, ale patrzył przy tym tylko na Amy. 

Ted także pomagał przy rekwizytach i wiedziałam, że dla niego Amy była wyjątkowa. 

Jednak ona nie zaprzątała sobie nim myśli i absolutnie nigdy nie ośmielała. Był taki wysoki 

jak  Dan,  szczupły,  o  przyjemnej  twarzy.  Miał  brązowe  oczy,  najciemniejsze,  jakie  w  życiu 

widziałam Zdawał się być opalony przez okrągły rok - uwielbiał surfing. 

- Nie  mogę  być  bardziej  gotowa,  jeśli  można  tak  powiedzieć  -  odpowiedziała  Amy 

ś

miejąc  się.  Wstała  z  trawy  i  otrzepała  swoje  dżinsy.  Wtedy  właśnie  zobaczyłam  Dana 

idącego przez trawnik ku frontowym drzwiom. 

- Poczekaj! - zawołałam za nim, aż uniósł ze dziwienia głowę. 

Podbiegłam do niego, otwierając torbę, wyciągnęłam z niej kopertę i wcisnęłam mu ją 

w ręce. Spojrzał na list, a potem w moje oczy, szukając wyjaśnienia. 

- Przeczytaj  to  tylko  -  wyszeptałam.  Wziął  to,  odwrócił  i  ruszył  w  stronę  schodów. 

Myślałam,  że  wybuchnę  płaczem.  Przygryzając  wargi,  odwróciłam  się  do  przyjaciół  Nadal 

stali pod drzewem, więc z powrotem do nich dołączyłam. Amy popatrzyła na mnie dziwnie, 

ale  Ted  w  dalszym  ciągu  coś  gadał,  tak  więc  nie  musiałam  martwić  się  o  podtrzymywanie 

rozmowy. 

Mieliśmy  jeszcze  około  pięciu  minut,  zanim  wejdziemy  po  szkolnych  schodach  i 

rozpoczniemy swój uczniowski dział. Spojrzałam w stronę wejścia do budynku i on już tam 

był. Przeskakując po dwa stopnie, Dan pędził po schodach w dół, a potem w kierunku naszej 

małej grupki Musiał zostawić swoje książki przed szafką, bo jego ręce były puste. 

Wreszcie do nas dotarł Porwał mnie z ziemi i postawił na nogi, otaczając ramionami i 

wobec wszystkich głośno ucałował. 

- Już tylko za jedenaście i pół godziny kurtyna pójdzie w górę - krzyknął tak, by każdy 

go słyszał. - Pocałuj mnie na szczęście! 

background image

Amy  i  Ted  umyślnie  zaczęli  się  śmiać,  także  kilka  innych  osób  zatrzymało  się  i 

chichotało. 

- Nie  tutaj,  ty  idioto  -  próbowałam  wyszeptać,  ale  on  roześmiał  się  i  nadal  mnie 

obejmował. Amy i Ted wstali, ciągle się śmiejąc i mszyli przed nami w stronę szkoły. 

- Dan, nie powinieneś... 

- Chcę, żeby cały świat wiedział - wyszeptał mi do ucha - To dlaczego szepczemy? 

- Okay  -  zaczął  krzyczeć,  śmiejąc  się  szaleńczo.  -  CHCĘ,  ŻEBY  CAŁY  ŚWIAT 

WIEDZIAŁ! 

Zakryłam mu usta dłonią, a on odrzucił głowę w tył i zaśmiał się. Potem nachylił się 

do mnie i wyszeptał: 

- Kocham  cię!  Mariah.  Kocham  cię.  I  jeżeli  nie  wyszepczesz  tego  samego  do  mnie, 

wykrzyczę swoją miłość teraz, w tym miejscu! 

- Nie zrobisz tego! - odszepnęłam stanowczo. - Nie zrobisz tego! 

- O  tak  -  odrzekł,  ciągle  śmiejąc  się  i  mogłam  przysiąc,  że  jego  niebieskie  oczy  były 

jeszcze bardziej niebieskie niż zwykle. Puścił do mnie oko. 

- Powiedz to - nalegał. - Powiedz to, a będę grzeczny. 

- Dobrze  już,  dobrze  -  odpowiedziałam.  Schylił  się,  żeby  móc  usłyszeć  mój  szept:  - 

Kocham cię, Dan. Kocham cię. 

Ś

cisnął moją rękę. Staliśmy już na dolnych stopniach. 

- Powiadają, że aktorom życzy się, by „złamali nogę' ' - powiedział już poważniej Dan. 

- A więc złam nogę - rzekłam - Złam nogę! 

Przeskakując  po  dwa  stopnie,  rozstaliśmy  się  wkraczając  do  głównego  korytarza. 

Przesłał  mi  pocałunek  i  oto  byłam  w  drodze  na  pierwszą  lekcję,  ciągle  uśmiechając  się  na 

myśl o Danie. On był szalony. Miły, wspaniały, szalony chłopiec, a ja go kochałam. 

background image

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Spokój  ogarnął  wszystkich  członków  zespołu.  Chłopak,  który  miał  grać  Nicka, 

siedział na scenie przed telewizorem, czekając, aż kurtyna pójdzie w górę. Na sygnał od pani 

Dressler grupa ośmiu dziewcząt i chłopców krzyknęła: 

- Zagrajmy piosenkę Wiewiórki Chichotki. 

Nick  miał  oglądać  telewizyjny  show  z  udziałem  Wiewiórki  Chichotki  i  co  chwila 

można było usłyszeć okrzyki dzieciaków z widowni w studiu telewizyjnym. 

Kurtyna  uniosła  się  powoli,  odsłaniając  mieszkanie  Murraya  Zespół  wstrzymał 

oddech. Przedstawienie się rozpoczęło. 

Siedziałam  na  wysokim  stołku,  kolana  tak  mi  drżały,  że  aż  uderzały  o  siebie.  Moje 

palce, przewracające strony tekstu, były lodowato zimne. Nie miałam pojęcia, dlaczego byłam 

tak zdenerwowana. Tak naprawdę to nie miałam nic do roboty, prócz śledzenia tekstu, a i tak 

jego  większość  znałam  na  pamięć.  Widziałam  wszystko,  co  rozgrywało  się  na  scenie,  przez 

szparę w bocznej kurtynie, za którą mnie umieszczono. Od czasu do czasu któryś z aktorów 

znikał mi z pola widzenia, ale się tym nie przejmowałam, ponieważ dokładnie wiedziałam kto 

gdzie  stoi.  Po  drugiej  stronie  sceny  siedział  Rick  Baka,  gotowy  podpowiedzieć  tekst 

komukolwiek, kto by tego tam potrzebował. 

Kurtyna poszła w górę punktualnie o ósmej trzydzieści ku zachwytowi pełnej widowni 

Dan  był  lepszy  niż  kiedykolwiek  przedtem  Mimo  iż  myślałam,  że  na  próbach  daje  z  siebie 

wszystko, musiał zaoszczędzić trochę swego talentu na prawdziwe przedstawienie. Jak tylko 

się pojawił na scenie, stał się Murrayem, tak właśnie, jak chciałby tego dramaturg. 

Jego szorstkie, sarkastyczne odpowiedzi kierowane do Nicka, padały tak, jak powinny 

były,  ale  można  było  zobaczyć,  że  pod  tą  szorstkością  kryje  się  miłość  do  chłopca.  A  kiedy 

rozmawiali  o  pracownikach  socjalnych,  którzy  mieli  przyjść  tego  dnia  i  możliwości,  że 

Murray straci swego siostrzeńca, moje oczy napełniły się łzami. 

Obserwowałam czekającą na swoje wejście Betsy Cooper. Była ubrana w pozbawiony 

wdzięku  strój:  niebiesko  prążkowaną  bluzkę,  ciemnoniebieski,  dwuczęściowy,  wełniany 

kostium i granatowe buty. Chłopak, który grał drugiego z nudnych pracowników socjalnych, 

stał obok niej. Był podobnie nieciekawie ubrany. 

Publiczność  ryknęła  śmiechem,  kiedy  Nick  pokazał  dwójce  pracowników  socjalnych 

figurkę  Bubbles i kiedy  ta rozjaśniła się,  gdy podłączył ją do prądu.  Gdy zaś Murray mówił 

Sandrze,  jak  bardzo  kocha  swego  siostrzeńca,  słychać  było  ciche  kaszlnięcia  i  pociągnięcia 

background image

nosem. 

Mieliśmy  kłopoty  tylko  raz,  kiedy  chłopak  grający  gwiazdę  telewizyjną,  zapomniał 

tekstu,  ale  Rick  szybko  mu  podpowiedział  i  ten  w  mgnieniu  oka  odzyskał  rezon.  Myślę,  że 

publiczność nawet tego nie zauważyła. 

Kiedy  kurtyna  opadła,  widownia  wybuchnęła  aplauzem.  Cała  obsada  ponownie 

wbiegła  na  scenę,  trzymając  się  za  ręce,  a  kurtyna  podniosła  się,  potem  opadła  i  znów  się 

uniosła. 

Aplauz  rósł  i  rósł,  aż  wreszcie  zaczęło  dzwonić  mi  w  uszach.  Pomocnicy  i  obsługa 

skakali  z  radości,  a  między  ukłonami  Dan  przybiegł  tam,  gdzie  byłam  ukryta  za  kotarą  i 

ucałował mnie głośno, nie zważając na to, czy ktoś nas widzi. 

Jakaś  osoba  wbiegła  po  bocznych  schodkach  i  wręczyła  Betsy  olbrzymi  bukiet 

czerwonych róż. Betsy ukryła w nich twarz i wiedziałam, że płacze. 

Pierwszy ze strasznych wieczorów dobiegł końca Pomyślałam, że dwa następne będą 

już znacznie łatwiejsze. Nigdy dotąd nie widziałam naraz tylu szczęśliwych ludzi. 

Uczucie szczęścia pozostawało ze mną dopóki koło szóstej rano nie zadzwonił telefon. 

Moja  matka  odebrała  go  w  sypialni  po  czwartym  sygnale.  Do  tego  czasu  zdążyłam  się  już 

całkowicie obudzić, zastanawiając się, któż to może być o tak wczesnej porze. 

Po  chwili  matka  stała  w  moich  drzwiach  ze  zmartwioną  twarzą  i  niepokojem 

wyzierającym z oczu. 

- Mariah - powiedziała - Jest pewien kłopot Potrzebują ciebie... 

background image

ROZDZIAŁ CZTERNASTY 

- Nie  mogę  tego  zrobić  -  jęczałam.  -  Nie  mogę.  Nie  zrobię.  -  Łzy  płynęły  mi  po 

twarzy, kiedy kurczowo trzymałam się ramienia matki. 

- Musisz! - Jej twarz nabrała srogiego wyrazu, usta zacisnęły się w wąską linię. 

W drzwiach pojawił się mój ojciec. - Co się na Boga stało? 

- Dzwonił  pan  Barrett  -  wyjaśniła  mu  matka  -  Krótko  po  tym,  jak  Betsy  Cooper 

wróciła do domu - to ta dziewczyna która gra Sandrę - cóż, zaczęła wymiotować i dostała wy-

sokiej  gorączki.  Miała  straszne  boleści,  więc  ojciec  zawiózł  ją  do  szpitala  Okazało  się,  że 

miała ostry atak wyrostka robaczkowego! 

- Och, nie - powiedział ojciec. 

- Właśnie zrobiono jej operację i lekarze mówią, że wszystko będzie dobrze - ciągnęła 

dalej matka - Ale to stawia Mariah na scenie w piątek i sobotę wieczorem. 

- Nie! - załkałam znowu. - Nie! 

Ojciec podszedł do mojego łóżka i przysiadł na brzegu. 

- Uspokój  się,  Mariah.  -  Pocałował  mnie  w  policzek  i  przez  chwilę  obejmował 

ramieniem Potem odwrócił mnie twarzą do siebie i odgarnął z moich oczu splątane włosy. Jak 

często  musiał  to  robić,  kiedy  byłam  małą  dziewczynką?  W  tej  chwili  czułam  się  dokładnie, 

jak ta sama mała dziewczynka, przestraszona koszmarnym snem. 

- Ile osób pomaga przy rekwizytach w tej sztuce? - zapytał. 

Starłam łzę wiszącą na czubku nosa. - Około dziesięciu - odpowiedziałam, pociągając 

nosem. - Wliczając ludzi, którzy tylko gromadzą rekwizyty. 

- A ile osób stanowi obecną obsadę. 

- Sześć - odpowiedziałam, zastanawiając się, czemu zadaje mi takie głupie pytania. 

- W  porządku,  Mariah.  Jak  wielu  ludzi  zawiodłabyś,  odmawiając  wyjścia  na  scenę  i 

zastąpienia Betsy? Nie licząc publiczności, wszystkich tych, którzy już wykupili bilety. 

Znowu  zaczęłam  płakać,  a  on  łagodnie  trzymał  mnie  w  ramionach.  Mama 

przetrząsnęła moją szafę i obrzuciła nas chusteczkami, które ojciec przykładał wokół mojego 

nosa i oczu, dopóki nie ucichło moje łkanie i tylko wzdychałam, gnębiona lekką czkawką. 

Tato  oczywiście  miał  rację.  Nie  mogłam  zawieść  wszystkich  tych  ludzi,  nawet 

jeślibym miała uczynić z siebie pośmiewisko. Musiałam spróbować. 

- Wiem,  jak  się  czujesz  -  ciągnął  dalej  ojciec.  -  Sam  byłem  przed  laty  dokładnie  w 

takiej  samej  sytuacji,  kiedy  to  odtwórca  głównej  roli  w  „Jiarveyu”  dostał  zapalenia  krtani. 

background image

Myślałem, że padnę trupem na miejscu - ale tak się nie stało. Nie mogłem zawieść przyjaciół 

z teatru amatorskiego. Musiałem wystąpić. I wiesz co, Mariah? Naprawdę wcieliłem się w tę 

postać i było to wspaniałe! 

Powoli skinęłam głową. 

- Spróbuję - wyszeptałam. 

- Nie mów „spróbuję” - powiedziała moja matka, obdarzając mnie lekkim uśmiechem. 

-  Słowo  „spróbuję”  oznacza  zawsze,  że  istnieje  możliwość,  że  się  nie  powiedzie.  Po  prostu 

powiedz, że to zrobisz. 

Siedzieli  tak  na  krawędzi  mojego  łóżka  czekając,  aż  to  powiem.  W  końcu  znalazłam 

odpowiednie słowa. 

- Zrobię  to.  -  Nie  mogłam  się  powstrzymać,  by  nie  roześmiać  się  przez  resztki  łez. 

Zachowywałam  się  jak  dziecko.  Oboje  musieli  bardzo  mnie  kochać,  skoro  potrafili  ze  mną 

wytrzymać. 

- A  teraz  prześpij  się,  jeśli  możesz.  Przynajmniej  zostań  w  łóżku  i  pozwól  odpocząć 

swojemu  ciału  -  twardo  powiedział  mój  ojciec.  -  Nie  chcesz  chyba  wystąpić,  wyglądając  na 

niewyspaną. 

Matka podciągnęła mi koc pod samą brodę, jakbym była ciągle małą dziewczynką. 

- Ojciec  ma  rację.  Spróbuj  zasnąć.  Pan  Barrett  zaproponował,  byś  została  w  domu  i 

samodzielnie  poćwiczyła  rolę,  spokojnie  i  cicho.  Organizuje  specjalną  próbę  o  trzeciej  trzy-

dzieści, tak że możesz zostać w domu aż do tej godziny. 

Rodzice  poszli  z  powrotem  do  swojego  pokoju,  ja  zaś  leżałam  w  łóżku  z  szeroko 

otwartymi oczami, kompletnie niezdolna zasnąć. Byłam zbyt zdenerwowana Pomyślałam, że 

chyba nabawiłam się nieuleczalnej tremy. 

background image

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY 

O  siódmej  piętnaście  telefon  zadzwonił  ponownie.  Odebrała  go  matka  i  podeszła  do 

drzwi mojego pokoju. 

- To Dan - oznajmiła. - Przyjmij rozmowę i później postaraj się zasnąć. 

- Dzień dobry, wielka gwiazdo - zaczął i rzeczywistość znowu mnie uderzyła. - Jak się 

czujesz? 

- Przestraszona - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Bardzo, bardzo przestraszona. 

- Poradzisz  sobie.  Jeżeli  będziesz  musiała,  będziesz  mogła  korzystać  na  scenie  z 

tekstu. Ale znasz przecież wszystkie kwestie i gesty. Poza tym mamy dziś po południu próbę, 

która da ci szansę poćwiczenia na scenie. 

- Zepsuję  całe  przedstawienie,  jeśli  będę  używać  tekstu.  Ale  czy  będę  w  stanie 

pamiętać o wszystkim, kiedy już znajdę się na scenie? A kto będzie mi suflerował? 

- Pani Dressler wszystko ustaliła. Będzie to robić osobiście. Właśnie skończyłem z nią 

rozmawiać  przez  telefon.  Na  szczęście  masz  takie  same  wymiary  jak  Betsy,  więc  kostiumy 

nie  wymagają  poprawek.  Jedyną  rzeczą,  jaką  musisz  jeszcze  zrobić,  jest  wprawienie  się  w 

nastrój pewności siebie. 

- Nie mam pojęcia, jak to uczynić. 

- Słuchaj. Każdy aktor, każdy dobry aktor albo denerwuje się trochę, albo nic nie jest 

wart - powiedział Dan. - Pamiętasz, jak ja się denerwowałem? 

- A już się nie denerwujesz? - Nie - odrzekł cicho. Nastąpiła dłuższa przerwa. 

- Ale nie wiem, jak sprawić, bym poczuła się pewniejsza - powiedziałam w końcu. 

- Po prostu powiedz sobie, że jesteś dobrą aktorką i wówczas poradzisz sobie z rolą. 

- Aleja wcale nie jestem aktorką. Jestem pisarzem. 

- Pewnie i zawsze się ukrywasz za tym pisaniem. Nawet ukrywasz swoje utwory pod 

łóżkiem! - Dan był teraz niegrzeczny. - Najwyższy czas, by  świat  cię zobaczył.  Nie możesz 

na zawsze pozostać tchórzem, Mariah! 

Prawie przewróciłam się na łóżko mojej matki. 

- Nie jestem tchórzem! - parsknęłam. - Nie masz zielonego pojęcia o pisaniu. Potrzeba 

prawdziwej  odwagi  żeby  pokazać  innym  utwory  wychodzące  z  głębi  własnej  duszy.  I  ja 

powoli buduję w sobie tę odwagę. Absolutnie nie masz prawa żądać ode mnie więcej. 

Dan zaczął się śmiać, a ja czułam, jak gorące łzy napłynęły mi do oczu. 

- Mariah, udało mi się ciebie rozzłościć. To już coś. Przynajmniej wiem, że posiadasz 

background image

trochę odwagi. Kocham cię, Mariah, ale sama jesteś swoim największym wrogiem. Wiem, że 

czytasz dobrze. Pani Dressler i pan Barrett także o tym wiedzą. A więc nie ma powodu, byś 

nie mogła tego zrobić równie dobrze, jak każdy inny - włączając Betsy Cooper. 

Opadłam na łóżko. Dan mówił tak przekonywująco. Sprawił, iż niemal uwierzyłam, że 

mogę to zrobić. 

- Po  prostu  zachowuj  się  tak,  jakbyś  była  Betsy  Cooper,  wyobraź  sobie,  że 

poprzedniego  wieczoru  byłaś  wspaniała  i  zamierzasz  powtórzyć  to  wszystko  dzisiejszego  i 

jutrzejszego wieczoru. - Było to prawie to samo, co powiedział mi ojciec. 

Pożegnaliśmy się, a ja poszłam z powrotem do swego pokoju, usiadłam przed toaletką 

i uważnie spojrzałam w oczy dziewczyny patrzącej na mnie z trzech luster. 

- Zrobisz to, Mariah - wyszeptałam. - Zrobisz to! - Ciemne oczy z luster popatrzyły na 

mnie i wtem trzy dziewczyny przede mną uśmiechnęły się. Zrobię to! 

Telefon  w  pokoju  mojej  matki  zadzwonił  ponownie.  Byłam  teraz  sama  w  domu. 

Rodzice wyszli już do pracy, a Kim do szkoły. To znowu był Dan. 

- Złam nogę, Mariah! 

background image

ROZDZIAŁ SZESNASTY 

Próba  nie  okazała  się  taką  klęską,  jakiej  się  obawiałam.  Tego  ranka  w  domu 

powtarzałam  moją  partię  raz  po  razie  i  odkryłam,  że  umiem  więcej,  niż  przypuszczałam  Z 

niewielką pomocą ze strony pana Barretta przy poruszaniu się i z odrobiną podpowiadania ze 

strony pani Dressler, przebrnęłam przez próbę. 

Zakończyła się ona o szóstej i większość członków zespołu popędziła do domów coś 

zjeść przed powrotem na siódmą trzydzieści. Jednakże ja potrzebowałam dodatkowego czasu 

na  charakteryzację  i  przebranie  się  w  kostium,  tak  więc  zdecydowałam  się  zostać  w  szkole. 

Dan pognał na miasto i przyniósł dla nas hamburgery i cole. Kiedy wrócił, powiedział: 

- Czy wiesz, że twoje nazwisko tam wisi? - Gdzie wisi? 

- Na drzwiach do szkoły i zaraz za drzwiami audytorium Są tam dwa wielkie plakaty 

mówiące: 

„W tym przedstawieniu rolę Sandry Markowitz zagra Mariah Johnsona” 

Uśmiechnęłam się. 

- Cóż, nie jest ono zbyt wyeksponowane, ale myślę, że to wystarczy. 

Usiedliśmy w ostatnim rzędzie audytorium i zaczęliśmy jeść. Zjadłam połowę mojego 

hamburgera, a resztę zawinęłam w papier. Nie byłam głodna. 

- Moi rodzice przyjdą dziś wieczór - powiedział Dan, kiedy skończył pić colę. 

- Moi  także  -  odrzekłam.  -  I  Kim,  moja  młodsza  siostra.  Mam  nadzieję,  że  ich  nie 

rozczaruję. 

- Me rozczarujesz, Mariah. - Dan otoczył mnie ramieniem, a ja wsparłam się na nim. 

Pani  Dressler  wkroczyła  do  audytorium  i  natychmiast  skierowała  się  w  naszą  stronę. 

Schyliła się i uścisnęła mi rękę. 

- Wiem, że wykonasz wspaniałą robotę dziś wieczorem - powiedziała. - Tylko upewnij 

się, że będziesz miała dość czasu na ubranie się i charakteryzację. 

Zapewniłam ją, że tak zrobię. Wtedy podszedł też pan Barrett. 

- Wszystko będzie dobrze, Mariah - zawołał. Udało mi się tylko odpowiedzieć słabo: 

- Dziękuję,  panie  Barrett  Zniknął  za  sceną,  a  Dan  nie  przestawał  mówić,  starając  się 

nie  pozwolić  mi  na  myślenie  o  przedstawieniu.  Opowiadał  mi,  jak  trudno  było  zebrać  się  i 

przeprowadzić tutaj. 

- A więc - powiedział - przyrzekłem sobie, że kiedy moje sprawy już się ułożą , to gdy 

tylko  zobaczę  nową  osobę  błąkającą  się  po  okolicy,  spróbuję  spotkać  ją  w  połowie  drogi  i 

background image

ułatwić jej to wszystko. 

Odwróciłam się do Dana. 

- Wiesz, Danie Gordonie, jesteś miłą osobą Myślę, że cię bardzo lubię! 

Oboje roześmialiśmy się, a ja przytuliłam się do jego silnego ramienia. 

Za  kulisami  panował  okropny  bałagan;  uczniowie  wpadali  na  siebie,  kiedy  pani 

Dressler  próbowała  ich  zorganizować.  Mnie  zaś  pochwyciły  dwie  dziewczyny,  kazały  zdjąć 

ubranie  i  włożyć  stary,  brązowy  płaszcz  kąpielowy.  Potem  posadziły  mnie  na  krześle  i 

zaczęły charakteryzację. 

- Kładziesz mi zbyt grubą warstwę podkładu - poskarżyłam się. 

- Muszę - odpowiedziała jedna z nich. - Wyglądałabyś z daleka jak duch, gdybym tego 

nie zrobiła. 

Miała rzeczywiście rację. Widziałam, jak Betsy przechodziła przez to samo. 

W łazience przebrałam się w pozbawiony wdzięku niebieski kostium Wszystko dobrze 

pasowało. Stojąc przed dużym lustrem, z uwagą przyjrzałam się sobie. Gładko zaczesane do 

tyłu  włosy  sprawiły,  że  wyglądałam  starzej  i  bardzo  pospolicie.  Później  wyjmę  spinki  i 

rozpuszczę włosy przed publicznością, by pokazać, że mogę robić, to co chcę i nie jestem już 

dłużej nudnym pracownikiem socjalnym. 

Była  już  ósma  dwadzieścia  pięć  i  grupa,  która  miała  naśladować  okrzyki  radości 

dobiegające z telewizyjnego programu, zebrała się za kotarą. 

Pani  Dressler  zajęła  miejsce  na  stołku,  na  którym  to  ja  siedziałam  poprzedniego 

wieczoru. Rick usadowił się po drugiej stronie. 

Na  scenie  Nick  usiadł  na  krześle  w  salonie,  udając,  że  ogląda  telewizję.  Przygasły 

ś

wiatła Pomocnicy za kulisami zaczęli się nawzajem uciszać. Dzieciaki naśladujące publicz-

ność  w  studiu  telewizyjnym,  zaczęły  wydawać  okrzyki  na  cześć  Wiewiórki  Chichotki. 

Ciemnozielona kurtyna powoli uniosła się. Przedstawienie się zaczęło. 

Scena  rozgrywająca  się  między  Nickiem  a  jego  wujem  Murrayem  poszła  gładko. 

Stałam  w  wejściu  z  Bobem  Howardem,  chłopakiem,  który  grał  drugiego  pracownika  socjal-

nego. Przyciskałam do piersi torbę, a Bob poprawił ją tak, ze zawisła mi na ramieniu. 

- Odpręż  się  -  uśmiechnął  się  do  mnie  ciepło.  -  Nie  przejmuj  się  rym,  że  będziesz 

wyglądać  trochę  sztywno  i  nienaturalnie,  gdy  pojawisz  się  po  raz  pierwszy.  Tak  właśnie 

powinna wyglądać Sandra. 

Wreszcie  przyszła  na  nas  kolej.  Bob  zapukał  do  drzwi  Zostały  otwarte  i  dla  mnie 

przedstawienie naprawdę się rozpoczęło. 

Nie zdawałam sobie sprawy z obecności widowni Czułam się tak, jakby jej nie było. 

background image

Nagle stałam się Sandrą Markowitz - pracownikiem socjalnym Dan nie był już dłużej Danem, 

ale mężczyzną, który desperacko pragnął zatrzymać przy sobie swego siostrzeńca. 

Publiczność  dobrze  się  bawiła  Sprawiało  mi  to  przyjemność.  Pani  Dressler 

uśmiechnęła się promiennie, kiedy Nick pokazał mi figurkę Bubbles. Moja pełna zgorszenia 

reakcja rozśmieszyła wszystkich, ja zaś byłam zadowolona, że im się to podoba. 

Zanim  się  spostrzegłam,  pierwszy  akt  dobiegł  końca  i  cały  zespół  serdecznie  mi 

gratulował  za  kulisami.  Potem  nastąpił  drugi  akt,  później  trzeci  -  i  nagle  było  już  po 

wszystkim. 

Owacja była burzliwa! Była znacznie większa i trwała dłużej niż po premierze, a może 

zresztą  tylko  tak  mi  się  zdawało,  bo  teraz  występowałam  w  sztuce,  nie  zaś  kryłam  się  za 

kulisami Nagle zostałam wypchnięta z powrotem na scenę, Dan trzymał mnie za rękę z jednej 

strony, Nick z drugiej. 

Wszyscy  ustawiliśmy  się  w  szeregu  i  kurtyna  ponownie  poszła  w  górę.  Aplauz 

wydawał się jeszcze rosnąć. Ktoś przyniósł Bubbles, włączył ją, a Nick pochylił nią niczym w 

ukłonie. Na widowni wszyscy oszaleli! 

Jakiś  człowiek  wbiegł  bocznymi  schodami  na  scenę  i  wręczył  mi  największy  bukiet 

róż, jaki kiedykolwiek w życiu widziałam. Kwiaty owinięte były w przepiękny, jasnozielony 

papier  i  pachniały  niebiańsko.  Obróciłam  się  z  uśmiechem  do  Dana.  Puścił  wtedy  stojącą 

obok niego osobę, objął mnie ramionami i pocałował. 

Publiczność znowu szalała, a cały zespół śmiał się i pokrzykiwał wesoło. 

- Wiedziałem, że możesz to zrobić! - Dan musiał krzyczeć, bym coś usłyszała. 

Łzy spływały mi potokami. 

- Och, tak? - odkrzyknęłam - Cóż, ja nie! 

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY 

Po  tym,  jak  kurtyna  opadła  już  po  raz  ostatni,  niektórzy  ludzie  z  widowni  ruszyli  za 

kulisy. Moi rodzice, znalazłszy mnie, od razu zaczęli mnie ściskać. Kim potrząsała moją ręką, 

mówiąc jak bardzo podobało jej się przedstawienie. Nawet ludzie, których wcale nie znałam, 

podchodzili, by mi pogratulować. Dwoje z nich wydawało się być szczególnie serdecznymi. 

- To moi rodzice - przedstawił mi ich z dumą Dan. 

Pan  Gordon  miał  stalowoszare  włosy  i  zadziwiająco  przypominał  swego  syna  albo 

raczej powinnam powiedzieć, że to Dan przypominał swojego ojca, od którego ze zdziwienia 

nie mogłam oderwać wzroku, nawet gdy Dan przedstawiał mi swą matkę. 

W końcu ocknęłam się i uścisnęłam jej rękę. Matka Dana była przepiękną miała włosy 

w kolorze ciepłego brązu, niebieskie oczy i cerę bez skazy. Ubrana była w miękką welurową 

suknię w kolorze swoich oczu. 

- Byłaś cudowna - powiedziała. 

- Dziękuję - odparłam - Miło mi panią poznać. 

- Zapomniałem  ci  powiedzieć,  że  moja  matka  jest  także  kimś  w  rodzaju  pisarza  - 

poinformował mnie Dan, uśmiechając się z dumą - Pisze teksty reklamujące damskie ubiory. 

- On  zawsze  się  mną  przechwala  -  odrzekła  pani  Gordon  śmiejąc  się.  -  Myślę,  że 

gdybym pracowała w fabryce mioteł, też by się mną chełpił! 

Pani Dressler i pan Barrett przedzierali się przez tłum, ostrzegając wszystkich, którzy 

wdrapali się na scenę, by byli ostrożni i nic nie dotykali, bo przedstawienie musi iść jeszcze i 

w sobotni wieczór. 

Ku mojemu zdumieniu Amy pojawiła się w towarzystwie Teda Rogera. 

- Chcecie pojechać na hamburgera do „Henry'ego” do Belmont Shores? - Ted zapytał 

Dana i mnie, gdy byliśmy już gotowi do wyjścia. 

- Oczywiście - odpowiedział Dan - jeśli ty także chcesz, Mariah. 

Amy uśmiechnęła się szczęśliwa. 

- Udało ci się, ale oczywiście dla mnie nie była to niespodzianka! - Cały czas trzymała 

Teda za rękę. Zabawne, lecz nigdy do tej pory nie widziałam, żeby tak długo trzymała za rękę 

jakiegoś chłopca. 

Wsiedliśmy do samochodu Dana, mówiąc  wszyscy  równocześnie W większości było 

to zwykłe gadanie na temat przedstawienia i tego, jak wszystko doskonale poszło. 

Wjechaliśmy  na  autostradę  Wybrzeża  Pacyfiku  i  skierowaliśmy  się  ku  Belmont 

background image

Shores.  „Bar  Henry'ego”  czynny  był  całą  noc,  tak  więc  nie  trzeba  było  się  spieszyć. 

Następnego dnia była sobota i mogliśmy spać do późna Stanowiliśmy więc jedną szczęśliwą 

gromadkę! 

Z  radia  płynęła  cicha  muzyka  Oparłam  się  wygodnie  na  fotelu,  słuchając  jednym 

uchem rozmowy Amy i Teda. 

Starałam  się  nie  być  wścibska,  ale  wyczuwałam  w  niej  coś  szczególnego.  Razem  się 

ś

miali i rozmawiali cicho. Zauważyłam lekkie drżenie w głosie Amy. Do tej pory była zawsze 

taka pewna siebie, lecz teraz zdawała się być prawie nieśmiała, jakby trochę przestraszona i 

delikatniejsza. Czy było możliwe, że Amy lubiła Teda dużo bardziej niż to okazywała? Teda, 

chłopaka,  do  którego  nigdy  nawet  nie  mrugnęła,  nie  obdarzyła  ani  razu  swym  uśmiechem 

numer jeden? 

Kiedy wracaliśmy do domu, byłam już zupełnie pewna Przez cały czas, gdy jedliśmy, 

rozmawialiśmy  i  śmialiśmy  się,  coś  bardzo  specjalnego  było  między  rym  dwojgiem.  Dan 

uchwycił moje spojrzenie i uśmiechnął się, jakby mówiąc: „Oni też to złapali. Są zakocham.” 

Och, miałam nadzieję, że tak. Nic piękniejszego niż prawdziwa miłość nie mogło się 

przydarzyć mojej najlepszej przyjaciółce. 

* * * 

Ostatniego  wieczora  przedstawienie  było  jeszcze  efektowniejsze,  jeśli  to  tylko 

możliwe. Musiała rozejść się już wieść, że jest to dobra rozrywka. 

Sporo  ludzi  przyjechało  z  Huntinton  Beach  High,  przyszły  kółka  dramatyczne  z 

collegów w Orange Coast Goldenwes. Mieliśmy na widowni nawet studentów z Los Angeles. 

Po  zakończeniu  przedstawienia  na  długich  stołach  porozstawianych  wprost  na  scenie 

serwowano przekąski i poncz. Setki ludzi korzystało z poczęstunku i możliwości uściśnięcia 

ręki  obsadzie.  Pani  Dressler  musiała  schować  głęboko  Bubbles,  żeby  ta  nie  została 

uszkodzona przez tych, którzy chcieli się nią bawić. 

W niedzielę po południu poszłam z Danem odwiedzić Betsy w szpitalu. Dan nazbierał 

dla niej bukiecik stokrotek, ja zaś przyniosłam trochę ciasteczek czekoladowych mojej matki. 

Były jeszcze ciepłe i wypełniały szpitalny pokój swoim apetycznym zapachem. 

- Słyszałam  same  pochwały  -  powiedziała  Betsy.  Byłam  zdziwiona,  że  wygląda  tak 

dobrze. Siedziała na przykrytym narzutą łóżku, w różowym szlafroku i puszystych, różowych 

kapciach. Marka Betsy musiała wpaść wcześniej tego ranka i ułożyć jej włosy. Wyglądały tak 

ś

licznie, opadając na jej ramiona. 

- Mariah  była  doskonała  -  powiedział  Dan  -  ale  brakowało  nam  cię,  Betsy.  Cała 

obsada przesyła ci najlepsze życzenia. 

background image

- Są  wspaniali  -  odrzekła  Betsy,  zataczając  ręką  po  pokoju.  Cały  był  wypełniony 

kwiatami: różami, paprociami w doniczkach, bukietami polnych kwiatów. 

- Żałuję, że nie mogłam tam być, by widzieć twój występ - rzekła serdecznie. - Byłaś 

zawsze  taka  pomocna,  kiedy  potrzebowałam  podpowiedzi  Gdy  się  to  stało,  wcale  się  nie 

martwiłam, wiedziałam, że sobie poradzisz. 

Dan się roześmiał. 

- A więc jest już nas dwoje - stwierdził. 

Kiedy  opuszczaliśmy  szpital,  zauważyłam,  że  boli  mnie  gardło,  gdy  przełykam. 

Odczuwałam  też  lekki  ból  w  całym  ciele,  tak  jakbym  zbyt  długo  pracowała  fizycznie. 

Przeszedł mnie nagły dreszcz i przytuliłam się do Dana. 

- Poczułam  się  bardzo  zmęczona  -  powiedziałam  -  Czy  nie  przeszkadzałoby  ci, 

gdybyśmy nie poszli na ten film? Wszystko, czego teraz pragnę, to pojechać do domu i odpo-

cząć. 

- To  przez  to  całe  zdenerwowanie  -  odrzekł  Daa  -  To  dobrze,  że  nie  musisz  grać  w 

jeszcze jednym przedstawienia. 

- Nie  mam  pojęcia,  jak  oni  to  robią,  znaczy  się,  ci  zawodowi  aktorzy.  Wieczór  w 

wieczór,  a  w  sobotę  jeszcze  popołudniówki.  I  tak  całymi  miesiącami!  -  Było  to  zbyt  wiele, 

ż

eby nawet o tym myśleć. - Sądzę, że pozostanę przy pisaniu - zaśmiałam się. 

Zaczęłam kaszleć i Dan spojrzał na mnie z niepokojem. 

- Lepiej  będzie,  jeśli  zawiozę  cię  do  domu,  Mariah.  Mam  nadzieję,  że  nie  złapałaś 

jakiejś grypy. 

- Potrzebuję tylko aspiryny i szklanki soku - oznajmiłam, dotykając rozpalonego ciała. 

Nie  pozwoliłam  się  mu  nawet  porządnie  pocałować  na  pożegnanie,  więc  cmoknął 

mnie w czubek głowy, a ja pomachałam mu na do widzenia. Jednakże brakowało mi tego po-

całunku. 

Matka  tylko  rzuciła  na  mnie  okiem  i  od  razu  kazała  mi  iść  na  górę  do  pokoju.  I  tak 

bym zresztą poszła. 

- Przyniosę ci aspirynę i lekarstwo na przeziębienie - powiedziała. - Jeśli nie poczujesz 

się jutro lepiej, zobaczę, czy doktor Morris nie mógłby wpaść i cię zbadać. 

Doktor  Morris  był  naszym  najbliższym  sąsiadem.  Jego  dom  stojący  nad  następnym 

urwiskiem  był  tak  wielki,  że  mógłby  za  jednym  zamachem  połknąć  w  całości  nasz  domek. 

Doktor  bardzo  lubił  moją  matkę,  ponieważ,  podobnie  jak  i  on,  uwielbiała  pracę  w  ogródku. 

Mogli  godzinami  rozmawiać  o  różach,  chwastach  i  tym  podobnych  rzeczach.  Kilka  razy  w 

ciągu ostatnich paru lat doktor wpadał, by zbadać gardło Kim, a raz wyjął mi drzazgę z nogi, 

background image

kiedy nastąpiłam na kawałek drewna leżący na plaży. 

- Nie  zawracaj  mu  głowy,  mamo  -  powiedziałam  czując,  jak  pulsują  mi  skronie.  - 

Wszyscy  znamy  objawy  grypy.  Jeślibym  tylko  mogła  trochę  odpocząć...  Nie  pójdę  jutro  do 

szkoły, a we wtorek będę się już dobrze czuła. 

* * * 

Ale  we  wtorek  wcale  nie  czułam  się  lepiej.  Było  jeszcze  gorzej.  W  głowie  ciągle  mi 

pulsowało, niezależnie od tego, jak dużo aspiryny połykałam Kaszel stał się bardzo męczący i 

powodował  silny  ból  w  klatce  piersiowej.  Matka  pokręciła  głową,  kiedy  zmierzyła  mi 

temperaturę,  a  ja  zaczęłam  zwracać  nawet  sok  pomarańczowy  i  rosół  z  kurczaka.  Ale  nie 

przejmowałam się tym zbytnio, dopóki nie zaczęłam mieć kłopotów z oddychaniem. 

We wtorek wieczorem koło siódmej otworzyły się drzwi do mego pokoju i wkroczył 

doktor Morris. 

- Puk, puk - powiedział. - Wchodzę. 

Byłam zawieszona na  granicy snu i czuwania, i kiedy po raz pierwszy spojrzałam na 

niego,  zobaczyłam  dwóch  doktorów  Morrisów  pochylających  się  nade  mną.  Zamrugałam 

oczami  i  ujrzałam  tylko  jednego,  z  siwiejącymi  już,  brązowymi  włosami,  które  niezbyt 

dokładnie skrywały łysinę. 

- Jak się czuje dzisiaj moja chora dziewczynka? - zapytał. 

Zwykłe lekarskie gadanie, pomyślałam, jęcząc cicho, gdy przewracałam się na plecy. 

- Odejdź - rzekłam - Chcę spać. 

- Nie,  Mariah  -  powiedział  twardo.  -  Zamiast  tego,  myślę,  że  się  ubierzesz,  a  ja 

osobiście zawiozę cię do szpitala na prześwietlenie płuc. 

- Nie chcę jechać do szpitala - odparłam równie twardo. 

- Będziesz tam krótko. Nawet, jeśli masz to, co myślę, wrócisz do domu. Twoja mama 

mówi, że i tak potrzebowała urlopu ze szkoły, a więc będziesz pod dobrą opieką. 

Opuścił mój pokój i za chwilę weszła matka. 

- Spróbuj usiąść, Mariah. Pomogę ci się ubrać. - Co mi jest? - spytałam całkowicie już 

obudzona. 

- Doktor  sądzi,  że  masz  zapalenie  płuc,  wirusowe  zapalenie  płuc  -  odpowiedziała 

pomagając mi włożyć ubranie. - Oczywiście, być może to tylko okropne przeziębienie. 

Nie opierałam się. Nie miałam na to siły. 

- W porządku - powiedziałam, kaszląc tak mocno, że niemal straciłam przytomność. - 

W porządku, niech będzie, jak chcesz. 

background image

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY 

Kilka  następnych  dni  było  jak  zły  sen.  Prześwietlenie  wykazało,  że  owszem,  mam 

wirusowe  zapalenie  płuc  i  doktor  Morris  oznajmił  nam,  iż  spędzę  w  łóżku  co  najmniej  dwa 

tygodnie. I bez żadnych odwiedzin! 

- Nie  chcę,  byś  nawet  rozmawiała  przez  telefon,  młoda  damo  -  ostrzegł  mnie  -  Albo 

będziesz robić, co ci każę, albo zarezerwujemy dla ciebie miły pokój w szpitalu. 

Byłam  tak  wściekła  za  te  rozmowy  telefoniczne,  że  chciałam  krzyknąć:  „Mam 

nadzieję,  że  wypadnie  ci  i  ta  resztka  włosów.”  Ale  tego  nie  zrobiłam  Odwróciłam  się  tylko 

plecami i zamknęłam oczy. Teraz nawet nie będę mogła usłyszeć głosu Dana. 

Czułam  się  jak  uwięziona.  Wszystko  mnie  bolało  i  było  mi  straszliwie  niewygodnie. 

Punktualnie  co  godzinę  moja  matka  wkraczała  do  pokoju,  wpychała  mi  do  bolącego  gardła 

olbrzymie pigułki i tabletki, zmuszała do wypijania pełnych szklanek wody i nie wychodziła, 

zanim nie zjadłam paru łyżek rosołu. 

Upierała  się  przy  codziennej  zmianie  moich  prześcieradeł,  gdyż  stawały  się  mokre, 

kiedy  rosła  mi  gorączka.  To  było  całe  przedstawienie.  Wchodził  ojciec,  podnosił  mnie  i 

układał  na  fotelu,  podczas  gdy  matka  zdejmowała  stare  prześcieradła  i  zastępowała  je 

nowymi, pachnącymi czystością. 

Były  tak  świeże  i  chłodne,  że  samo  wślizgnięcie  się  pomiędzy  nie,  zdawało  się 

obniżać mi temperaturę. 

Doktor  Morris  przychodził  i  badał  mnie  prawie  co  wieczór,  i  na  początku  drugiego 

tygodnia,  mogłam  mu  uczciwie  powiedzieć,  że  oddychało  mi  się  znacznie  lżej,  a  gardło  nie 

bolało już tak mocno przy przełykaniu. 

- To  dobry  znak  -  powiedział  któregoś  wieczora  po  zbadaniu.  -  Przez  chwilę 

myśleliśmy,  że  będziesz  musiała  powędrować  do  szpitala,  żeby  wyzdrowieć.  Trzeba 

pogratulować twojej matce za tak troskliwą opiekę. 

- Czy mogę prowadzić już te rozmowy telefoniczne? - zapytałam. 

- Może pod koniec tygodnia - odpowiedział i wiedziałam, że nie było sensu się z nim 

spierać. 

Tego wieczora matka przytaszczyła do mojego pokoju przenośny telewizor. 

- Doktor  Morris  zgodził  się  na  to  -  powiedziała,  podłączając  go  do  kontaktu.  -  Chcę, 

ż

ebyś  wiedziała,  że  widziałam  kilka  razy  Dana  spacerującego  po  plaży  i  oczywiście 

rozmawiałam z nim przez telefon co najmniej raz dziennie. Nie zapomniał o tobie. 

background image

Pomyślałam o Danie i uśmiechnęłam się. Któregoś dnia przysłał mi przepiękny bukiet 

róż, które ciągle jeszcze wyglądały świeżo, stojąc w szklanym wazonie na mojej szafce. 

Koledzy  ze  szkoły  przysyłali  mi  kartki  z  życzeniami  powrotu  do  zdrowia,  a  pan 

Barrett  posłał  mi  pudełko  czekoladek.  Oprócz  tego,  moja  matka  odbierała  dziesiątki 

telefonów,  często  też  słyszałam  ją  albo  tatę,  albo  Kim,  jak  otwierali  frontowe  drzwi  i 

odpowiadali przybyszom: ,,Jeszcze nie teraz. Może będzie można ją odwiedzić za kilka dni”. 

Wydarzyło  się  to  w  jasne,  niedzielne  popołudnie.  Ojciec  wszedł  do  mojego  pokoju, 

szeroko się uśmiechając i uniósł mnie z łóżka. Matka chwyciła koc i opatuliła nim, potem po-

sadzono mnie na szerokim parapecie. 

- Jaki piękny dzień na... - mama powiedziała do taty. 

- Na co? - spytałam. Do pokoju wbiegła Kim, wydając okrzyki radości. 

- Na co? - ponownie zapytałam, ale wszyscy oni zachowywali się, jakbym nie istniała. 

- Przyniosę aparat fotograficzny - rzekł ojciec. Siedziałam tak na parapecie i patrzyłam 

w dół na plażę. 

Kilka  osób  spacerowało,  ale  poza  tym  nic  szczególnego  się  tam  nie  działo.  Wtem 

usłyszałam jakiś samochód na naszym podjeździe, ale był on poza zasięgiem mojego wzroku. 

Kim usiadła na krawędzi łóżka, ciągle się uśmiechając. 

- Nie  mogę  się  doczekać  -  zachichotała.  -  Bądź  cicho  -  nakazała  jej  matka  Chciałam 

właśnie  po  raz  kolejny  zapytać,  co  się  dzieje,  kiedy  zobaczyłam  Dana  Był  na  mojej  skale  . 

Schylił się nad wielkim pudłem Otworzył je i wyciągnął z niego latawiec. 

Na  początku  miał  z  nim  trochę  kłopotów,  lecz  nagle  powiała  bryza  i  szarpnęła 

latawcem, i oto był już wolny, wzlatując pod niebo. Był olbrzymi! 

Kim natychmiast znalazła się przy oknie, podskakując z radości. 

- Och, mamo - krzyczała. - Jest taki wielki i zobacz, co jest na nim napisane! 

Matka otworzyła szeroko okno. 

- Powietrze jest dzisiaj ciepłe - powiedziała. - Teraz będziesz miała lepszy widok. 

Latawiec  zatańczył  wesoło,  gdy  sznurek  się  naprężył  Podpłynął  bliżej,  dokładnie  w 

stronę okna. Mogłam wyciągnąć rękę i dotknąć go. 

Na  żółtym  tle  wypisane  było  dużymi,  niebieskimi  literami:  „KOCHAM  CIĘ, 

MARIAH!” Ojciec ponownie wszedł do sypialni, gdy czytaliśmy te słowa. 

- Och! - zachwycała się Kim. - Jak romantycznie! 

- Zwariowany  chłopak  -  powiedziałam,  a  łzy  napłynęły  mi  do  oczu.  -  Musiało  mu 

zająć masę czasu zrobienie czegoś takiego. 

Ojciec pstryknął aparatem. 

background image

- Mam go - rzekł, akurat gdy latawiec zdecydował się dać nurka w stronę plaży. 

Wychylona przez okno obserwowałam Dana zmagającego się z latawcem i sznurkiem, 

kiedy  go z powrotem pakował Potem Dan na kilka sekund zniknął, i kiedy  go znowu ujrza-

łam, taszczył jakiś zbiornik, a następnie wielkie pudło. 

- Co to? - zapytałam. - Cóż takiego na Boga on teraz robi? 

- Poczekaj,  a  zobaczysz  -  odpowiedział  ojciec  uśmiechając  się,  z  aparatem  gotowym 

do akcji. 

Nagle jakaś postać dołączyła na skale do Dana. To była Amy. Razem pochylili się nad 

zbiornikiem  i  wydawało  się,  że  coś  przy  nim  majstrują  Wtem  niespodziewanie  z  rąk  Dana 

wyskoczył  balon  -  później  następny  i  następny.  Niebieski,  różowy,  żółty,  zielony, 

pomarańczowy  -  pojawiały  się  coraz  szybciej  i  żeglowały  w  stronę  mojego  okna.  Niektóre 

zdryfowały nad morze, ale większość kierowała się prosto ku mnie. 

Moja mała siostrzyczka zapiszczała z radości. Chciała je pochwycić, gdy przepływały 

koło okna, ale matka ją powstrzymała. 

- Nie popsuj tego dnia,  wypadając z okna. Kolejna postać zdążała ku mojej skale. W 

mgnieniu  oka  rozpoznałam  ją  To  był  Ron  Cross,  ten,  który  grał  Nicka.  W  rekach  niósł  dwa 

ukulele. Amy  kontynuowała nadmuchiwanie i wypuszczanie na wiatr balonów, podczas  gdy 

Dan z Ronem pochylili się nad instrumentami, próbując je zestroić. 

Wreszcie  stanęli  na  szeroko  rozstawionych  nogach,  przycisnęli  do  piersi  ukulele  i 

buchnęła piosenka: „Tak, panie, to moja ukochana..'' 

Uprawiający  jogging  i  spacerujący  w  pobliżu  ludzie  przystanęli  i  zaczęli  ich 

obserwować. Niektórzy  z nich klaskali, gdy  Dan i Ron śpiewali zwrotkę za zwrotką. Aparat 

mojego ojca pstrykał nieustannie, a matka uśmiechała się. 

- Szalony,  szalony  -  powtarzałam  raz  po  razie.  Teraz  pojawiło  się  na  piasku  jeszcze 

więcej postaci Była tam Betsy Cooper. Uniosła w górę rękę i zawołała: 

- Cześć, Mariah! 

Widziałam Joego Bronsona, Teda Rogersa, Billa Quigley, Tamarę Blake i cały zespół 

pomocników pracujących przy sztuce. Wszyscy oni przesuwali ludzi na plaży, zmuszając ich 

do przejścia na jedną stronę, w czasie, gdy Dan z Ronem ciągle grali. 

- Patrz teraz uważnie - przestrzegł mnie ojciec. Kim przesunęła się bliżej do otwartego 

okna, moja matka wraz z nią. 

Zobaczyłam, że rzeczywiście trzymała Kim za pasek, by ta nie wypadła. 

Dzieciaki na dole rozbiegły się, wpadając na siebie. Niespodziewanie ujrzałam przed 

nimi pana Barretta. Gestem nakazywał im ustawić się w rzędzie. 

background image

Dwa  ukulele  brzdąkały,  tłum  na  plaży  klaskał  w  dłonie  i  śpiewał  razem  z  nimi.  Pan 

Barrett przeszedł wzdłuż szeregu uczniów i dwóm z nich kazał zmienić miejsca. 

Wreszcie stanął z boku i uniósł do góry prawą rękę. Kiedy ją opuścił jeden za drugim 

uczniowie  odwracali  się.  Każdy  z  nich  miał  na  plecach  literę  -  układali  jakiś  napis!  Ojciec 

wychylił się z okna, znowu pstrykając aparatem. 

Razem przeczytaliśmy te słowa, jak tylko ostatni uczeń się odwrócił: 

„SZYBKO ZDROWEJ, MARIAH.” 

Tłum wydawał radosne okrzyki ukulele dalej grały, aparat fotograficzny ojca pstrykał, 

a ja mogłam tylko siedzieć tam, patrzeć na tę gromadę zwariowanych dzieciaków i płakać. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY 

- No  i  co  o  tym  sadzisz?  -  spytała  Amy,  trzymając  w  ręku  delikatny  łańcuszek  ze 

złotym serduszkiem. 

- Jest  piękny!  -  powiedziałam  Amy  siedziała  na  brzegu  mojego  łóżka  i  pokazywała 

prezent, który dostała od Teda Rogersa. Ja leżałam wsparta o górę poduszek, niczym królowa. 

- Nie, chodziło mi o to, co o nim myślisz, o Tedzie Rogersie? 

- Zawsze  lubiłam  Teda  -  odpowiedziałam  jej  zgodnie  z  prawdą.  -  A  on  zawsze  był 

zwariowany na twoim punkcie, ale ty nigdy nie zwracałaś na niego uwagi. 

Amy uśmiechnęła się. Z każdym dniem stawała się coraz piękniejsza. Ubrana była w 

miękką, cytrynowożółtą bluzkę, a wąski, złoty pasek podtrzymywał dżinsy. Włosy zaczesała 

do tyłu w gruby warkocz. 

- Zamierza  wstąpić  do  wojska.  Właściwie  to  już  wstąpił,  ale  oczywiście  nie  zacznie 

służby przed ukończeniem szkoły  - ciągnęła - Jego brat był w wojskach  spadochronowych i 

on też tam chce służyć. Nie będzie go przez całe trzy lata. 

- Trzy lata to wcale nie tak długo - powiedziałam, opierając się o poduszkę. Wstałam 

dopiero  piętnaście  minut  temu,  ale  już  byłam  zmęczoną  Doktor  Morris  powiedział,  że  to 

normalne, i że siły będą mi wracać powoli Amy jako pierwszej pozwolono mnie odwiedzić, a 

i tak tylko dlatego, że przyniosła mi lekcje, abym mogła nadrobić zaległości. 

- Ale  to  jeszcze  nie  najważniejsza  wiadomość  -  mówiła  dalej,  a  jej  oczy  świeciły 

jasno. - Wiele się wydarzyło, odkąd zachorowałaś na zapalenie płuc. Dzwonił do mnie ojciec, 

a  potem  przysłał  mamie  długi  list.  Chce,  żebym  zamieszkała  z  nim  w  Nowym  Jorku  i  tam 

studiowała. June, jego żona, także mnie zaprasza. 

- Jak przyjęła to twoja matka? - zapytałam, czując nagłą suchość w gardle. 

- Cóż,  nie  jest  zachwycona,  ale  ma  przecież  jeszcze  moich  braci  -  odrzekła  Amy.  - 

Ona  naprawdę  mnie  kocha  i  powtarza,  że  chce  bym  była  szczęśliwa  A  ja  chciałabym  bliżej 

poznać tatę. 

- I będziesz się tam uczyć? 

- Chcę  studiować  handel  a  gdzież  jest  lepsze  miejsce  na  to  niż  Nowy  Jork?  Znasz 

mnie, zawsze miałam bzika na punkcie ubrań i teraz chcę się nauczyć, jak kupować ubrania 

dla wielkich magazynów. 

- A twój związek z Tedem? 

- Och,  Ted  ma  pełno  zabawnych  pomysłów.  Chciał,  żebyśmy  się  pobrali  zaraz  po 

background image

ukończeniu szkoły, ale wybiłam mu to z głowy. Najpierw chcę pójść na studia, lepiej poznać 

ojca, spotkać nowych ludzi i chcę, by Ted zrobił podobnie. Potem, jeśli nadal będziemy czuli 

to samo, będziemy wiedzieć, że możemy stać się prawdziwym małżeństwem. 

- Co powiedziała twoja matka, kiedy jej to oznajmiłaś? Amy uśmiechnęła się. 

- To  było  zabawne.  Odrzuciła  do  tyłu  głowę,  zaśmiała  się  i  ucałowała  mnie. 

Powiedziała: „Być może dzieci rozwiedzionych rodziców wiedzą o życiu trochę więcej.” 

Wstała i strzepnęła kawałek nitki z dżinsów. 

- A co z Danem? Potrzeba dużo więcej czasu niż trzy lata, żeby stać się prawnikiem. 

- Tak - odrzekłam, przymykając powieki. - Dużo czasu, ale on ma przed sobą wielką 

karierę. Będzie pracował w kancelarii swego wuja i równocześnie uczył się w szkole. Tak, jak 

sam powtarza, jest to wspaniała okazja. 

Amy  ponownie  usiadła  i  przez  następne  kilka  minut  nic  nie  mówiłyśmy.  Często  to 

robiłyśmy, będąc razem Jakby porozumiewanie się bez słów. Amy przeciągnęła złoty łańcu-

szek  pomiędzy  palcami,  dotykając  gładkiego  serduszka  i  z  powrotem  umieściła  go  w 

niebieskim pudełka. 

- Po skończeniu szkoły, sądzę, że nasze drogi się rozejdą. 

- Wiem - przyznałam ze smutkiem. 

- Chodzi mi o to, że im jesteśmy starsze, tym bardziej się od siebie oddalamy. Czy nie 

odnosisz takiego wrażenia? Zawsze robiłyśmy wszystko wspólnie. 

Wysunęłam rękę i dotknęłam jej dłoni. 

- Sądzę,  że  tak  po  prostu  być  musi,  Amy.  Ale  nie  każdy  zaznał  takiej  przyjaźni,  jak 

nasza. Miałyśmy wielkie szczęście. 

Uścisnęła mi dłoń. 

- Tak się cieszę, że lepiej się już czujesz, Mariah. Przez chwilę wszyscy tak bardzo się 

niepokoiliśmy. Twoi rodzice byli naprawdę zmartwieni, ale najgorzej było z Danem. On był 

zupełnie załamany. - Odrzuciła do tyłu głowę i roześmiała się. - Nie uwierzyłabyś! 

Ta myśl przywołała uśmiech na moją twarz. Jakie miłe, podnoszące na duchu uczucie, 

wiedzieć, że Dan tak się niepokoił. 

Amy schyliła się, ucałowała mnie w czoło i ruszyła do drzwi Odwróciła się do mnie i 

pomachała ręką. Przesłałam jej pocałunek. 

- Nie martw się Amy. Zawsze zdołamy się ponownie odnaleźć. Na zawsze zostaniemy 

najlepszymi przyjaciółkami. - Z trudem powstrzymywałam łzy. - Twoja matka będzie za tobą 

tęsknić, Amy, a ja, mnie też będzie ciebie brakować. 

Posłała  mi  swój  uśmiech  numer  jeden  i  po  chwili  usłyszałam  ją  zbiegającą  po 

background image

schodach.  Będzie  musiała  wyciągnąć  z  torebki  chusteczkę  i  wytrzeć  łzy,  aby  widzieć  drogę 

podczas jazdy do domu. 

background image

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY 

Było  piątkowe  popołudnie,  gdy  powoli  szłam  w  kierunku  mojej  skały.  Doktor 

powiedział,  że  powinnam  trochę  spacerować,  ubierać  się  ciepło,  i  być  może  pozwoli  mi  od 

poniedziałku wrócić do szkoły. 

W  powietrzu  czuć  było  lekki  chłód,  mimo  że  był  już  maj.  Szczelniej  owinęłam  się 

peleryną mojej matki. 

Za pół godziny muszę wrócić do domu. 

Promienie słońca padały mi na twarz, sprawiając wielką przyjemność. Spojrzałam do 

góry i zobaczyłam krążące nad głową mewy. 

Powoli  wdrapałam  się  na  skałę  i  zaczęłam  je  obserwować.  Wkrótce  zniżyły  lot  i  z 

tuzin ich wylądowało, przysiadło szeregiem na piasku. 

Obserwowałam  je  tyle  już  razy.  Będą  stały  na  skale  całymi  godzinami,  w  odstępach 

tak  równych,  jakby  je  odmierzały.  Mimo  iż  nie  wydawały  z  siebie  ani  jednego  dźwięku, 

zdawało się, że jest pomiędzy nimi jakieś milczące porozumienie, bo wszystkie spoglądały w 

tym  samym  kierunku,  z  dziobami  dumnie  zadartymi,  stojąc  na  swoich  prostych  i  silnych 

nóżkach. 

Daleko  na  plaży  ujrzałam  biegnącą  w  moją  stronę  postać.  Jeszcze  jeden  zapalony 

biegacz,  pomyślałam  Postać  zbliżyła  się.  To  był  Daa  Wymachiwał  czymś  szaleńczo  w 

powietrzu. 

Wstałam i pomachałam mu. Wreszcie znalazł się na skale, całkiem pozbawiony tchu. 

- Mariah, twoja matka powiedziała mi, że tu będziesz. 

- Tylko  przez  chwilę  -  odrzekłam  -  Jeśli  dzisiaj  przesadzę,  stracę  przyszły  tydzień,  a 

już i tak jestem we wszystkim opóźniona. 

Wdrapał się na skalę i pociągnął mnie, bym usiadła. 

- Posłuchaj, mam ci coś do powiedzenia - Rozwinął gazetę, którą trzymał w ręku. To 

była  „Sandpiper”.  Spójrz  -  powiedział,  z  trudem  łapiąc  oddech  i  wskazując  na  nią.  -  Tu  w 

rogu. 

Popatrzyłam  w  dół  i  przeczytałam  tytuł:  „Nie  pytaj  mnie,  czemu  mewy  krzyczą.” 

Ogarnęło mnie nagłe uczucie radości. 

- Och, Dan, kazałeś go wydrukować. Naprawdę tu jest! 

- Kazałem  go  wydrukować,  bo  teraz  wierzę  w  to,  o  czym  mówi  -  odparł,  obejmując 

mnie.  -  Właśnie  tak  czułem  się,  gdy  byłaś  chora  Przychodziłem  tutaj  i  czułem  się  okropnie, 

background image

patrzyłem na te głupie mewy krążące nade mną Siadałem na tej skale i zastanawiałem się, co 

bym uczynił, jeślibyś zachorowała tak ciężko, że w końcu byś umarła Słyszałem ten żałosny 

lament  i  wspominałem  twój  wiersz,  i  pomyślałem,  że  tak  właśnie  czuje  się  osoba,  która 

naprawdę kogoś straciła - tak bardzo samotna i smutna I dlatego zamieściłem go w gazecie. 

Przeczytałam wiersz na głos. 

- Dobrze wygląda w druku. Wiem, że to brzmi zarozumiale, ale nic na to nie poradzę. 

Wygląda wspaniale - czarny druk na tle tego białego papieru! 

Przysunęłam się do Dana, i już razem przeczytaliśmy wiersz ponownie. 

- Ale Dan - powiedziałam - pamiętaj, że to ja otrzymam prawa do jego ekranizacji! 

Dan zaśmiał się i ścisnął moją rękę. 

- To mi o czymś przypomniało - powiedział całkiem poważnie. - Chcę, żebyś pokazała 

ś

wiatu twój manuskrypt, tę książkę, którą trzymasz ukrytą. Chcę, byś ją gdzieś posłała. Może, 

jeśli  będziesz  mieć  szczęście,  jakiś  wydawca  poświęci  swój  czas,  by  pomóc  ci  ją  poprawić, 

jeżeli wymaga poprawek, a być może, jeżeli będziesz miała jeszcze więcej szczęścia, zostanie 

zaakceptowana w obecnej postaci. 

- Ależ Dan - zwróciłam się ku niemu zupełnie poważna - ta książka opowiada o Paula 

Wiedziałeś o tym. 

- Oczywiście, że wiedziałem. Ale to nic nie szkodzi - Przybliżył swoją twarz do mojej. 

-  To  było  coś,  co  musiałaś  zrobić.  Ale  teraz...  czy  nie  uważasz,  że  najwyższy  czas  napisać 

książkę o nas? 

Uśmiechnęłam się. 

- Dobrze ci idzie czytanie w moich myślach - stwierdziłam. 

Dwie dziewczynki przeszły obok. 

- Okay,  Mariah,  opowiedz  mi  coś  o  nich.  Znowu  bawiliśmy  się  w  naszą  grę.  Dan 

obejmował mnie mocno, kiedy mówiłam mu o tych dziewczynkach. 

- Są  siostrami,  urodzonymi  w  Arabii  i  zostały  porwane,  gdy  były  niemowlętami.  Nie 

wiedzą  tego,  ale  należą  do  rodziny  królewskiej.  Tam,  w  tej  kępie  zarośli  kryją  się  dwaj 

mężczyźni, przygotowujący się, by je uprowadzić i zawieźć z powrotem do ojczystego kraju. 

Dan odrzuca w tył głowę i śmiał się z całego serca. 

- A  co  powiesz  o  tamtym  facecie?  -  Wskazał  mężczyznę  koło  trzydziestki,  z  brodą, 

która wyglądała jak opuszczone ptasie gniazdo. Jego stopy były bardzo brudne. 

- Och, to bardzo smutne. Nie sądzę, żebyś chciał to usłyszeć - powiedziałam. 

- Przestań, Mariah! - Dan odparł śmiejąc się. - Nie mogę się już doczekać! 

- Cóż,  sam  o  to  prosisz  -  ostrzegłam  go.  -  Ten  człowiek  miał  piękną  żonę,  oboje 

background image

pojechali do  Los Angeles i wybrali się na jeden z tych telewizyjnych quizów, i ona wygrała 

absolutnie wszystko! 

- To brzmi wspaniale - powiedział Dan. 

- Ale to jeszcze nie wszystko - ciągnęłam - Ona wygrała wszystko i nawet zakochała 

się w jednym z producentów quizu. Opuściła tego mężczyznę z potarganą brodą i brudnymi 

stopami, i teraz on spaceruje plażą samotnie. Poprzysiągł sobie nie myć tych nóg, dopóki ona 

nie wróci. 

Dan spojrzał na mnie. 

- Jesteś cudowna. - Pocałował mnie mocno. - Będę za tobą tęskniła, jak wyjedziesz po 

skończeniu szkoły - powiedziałam - Naprawdę będę tęskniła. 

- Ale  będę  przyjeżdżał  do  domu  na  każde  święta  Bożego  Narodzenia  i  być  może 

będziesz mogła odwiedzać mnie w czasie letnich wakacji. - Przytulił mnie do siebie. 

- Amy  zauważyła,  że  wszystko  bardzo  się  zmienia  z  czasem. Czy  sądzisz,  że zawsze 

będziemy tacy zakochani jak dziś? 

- Oczywiście, że będziemy - odparł Dan, a wiedziałam, że on w to wierzy. - I będzie 

nam ze sobą coraz lepiej. 

Lecz nawet, gdy to mówił, czułam, że w życiu nie ma żadnych gwarancji. 

Mewy zmieniły swoje miejsca Dan spojrzał na nie i poprosił: 

- Opowiedz mi o nich, Mariah. 

- A  tak,  zupełnie  bym  zapomniała  Tuż  przed  twoim  przyjściem  odbywały  jedno  ze 

swoich spotkań. Ta najważniejsza ta która tam stoi, powiedziała innym - z ledwością można 

było cokolwiek usłyszeć' z powodu wiatru i fal - ale powiedziała innym, że następnym razem, 

gdy  ulecą  w  górę,  nie  będą  krzyczeć  smutno.  Będą  śpiewać  piosenkę.  O  nas.  A  teraz  patrz. 

Gotują się znowu do lotu. 

Kiedy  tak  siedziałam  tam  z  Danem,  mewy  rzeczywiście  rozprostowały  skrzydła 

skierowały swe dzioby w niebo i poderwały się do lotu ku białym obłokom. 

Siedzieliśmy najciszej jak potrafiliśmy, nasłuchując. I nagle usłyszeliśmy je. Śpiewały 

- śpiewały pieśń na cześć naszej miłości .