background image

MICHELLE MARTI 

DIABLICA Z HAMPSHIRE 

Przekład 

Maria Głowacka 

background image

Katharine Glyn z rozbawieniem obserwowała, jak Thomas Carrington usiłuje napełnić 

jej szklankę lemoniadą, nie oblewając przy tym, jak to miał w zwyczaju, ani swego surduta w 

purpurowe prążki, ani swych butów, ani wreszcie jej samej. 

Tym razem jego wysiłki uwieńczył sukces. 

-  Brawo,  Tommy!  -  powiedziała  z  uznaniem,  gdy  szklanka  bezpiecznie  dotarła 

wreszcie do jej rąk. - To był prawdziwy majstersztyk. 

- Nabrałem wprawy - odrzekł, uśmiechając się z zakłopotaniem. 

-  To  widać.  Nim  sezon  dobiegnie  końca,  będziesz  niedoścignionym  mistrzem 

elegancji i wdzięku - zauważyła panna Glyn, a w jej oczach pokazały się wesołe błyski. 

-  No,  no,  Kate,  chyba  trochę  przesadziłaś.  Nie  zapominaj  rautu  u  Bennetów  z 

ubiegłego tygodnia. 

- Ktoś cię szturchnął w ramię, Tommy! Jestem pewna, że ktoś cię potrącił - zauważyła 

z powagą. 

Nagle  jej  wzrok  zatrzymał  się  na  lady  Huntington,  której  imponujących  rozmiarów 

ciało wciśnięte było w suknię, niemal trzeszczącą pod tym niewyobrażalnym naporem. Lady 

Huntington,  matka  pięciu  córek  na  wydaniu,  mówiła  coś  z  przejęciem  jakiemuś  wytwornie 

ubranemu  dżentelmenowi,  którego  Katharine  Glyn  nigdy  dotąd  nie  widziała.  Włosy  miał 

ciemne  i  krótko  ostrzyżone,  oczy  szare  i  lekko  przymknięte,  gdy,  bez  szczególnego 

entuzjazmu,  przytakiwał  lady  Huntington.  Jego  wyrazistą  twarz  znaczyły  wystające  kości 

policzkowe  i  kanciasty  podbródek.  Panna  Glyn  musiała  przyznać,  że  był  wyjątkowo 

przystojny. 

- Tommy, kim jest ten piękniś usidlony przez lady Huntington? - zapytała. 

Carrington posłusznie podążył za jej wzrokiem. 

- Och - odrzekł bez specjalnego zainteresowania. - To chyba lord Blake. Naśladowca 

Brakstona, sądząc po surducie. Jak można się ubierać w tak niewyszukany sposób? 

-  Jak  widać  nie  każdy  musi  hołdować  modzie,  mój  drogi.  Co  wiesz  o  tym,  w  tak 

niewyszukany sposób ubranym, lordzie Blake'u? 

- Niewiele. Chyba nie bywa w mieście zbyt często. Och, jest jednak coś, słyszałem, że 

dla  swoich  kochanek  jest  hojny.  A  gdy  tylko  zjawia  się  w  mieście,  natychmiast  oblega  go 

tłum wielbicielek. 

-  Aha!  „Tańczy  dziś  lekko  w  niewieściej  alkowie,  przy  dźwięcznej  lutni  miłosnych 

background image

akordach”

1

Carrington spojrzał na nią ze zdumieniem. 

Ryszard III, akt pierwszy, scena pierwsza. 

Jednak Carrington wciąż zdawał się nie rozumieć. 

Katharine uśmiechnęła się. 

-  To  Szekspir,  Tommy,  dla  podkreślenia,  jak  bardzo  mnie  bawi  odkrycie  wśród  nas 

rozpustnika. 

-  To  niezupełnie  rozpustnik.  Nie  uwodzi  niewinnych  panienek.  Interesują  go  jedynie 

doświadczone kobiety. 

- Boże mój! A to szczwany lis. 

Carrington uśmiechnął się szeroko. 

- Przykro mi, że cię rozczarowałem, Kate. 

-  Cóż,  przynajmniej  ma  na  tyle  zdrowego  rozsądku,  aby  nie  udawać,  że  się  dobrze 

bawi - zauważyła, obserwując jednocześnie, jak lord Blake bezskutecznie usiłuje uwolnić się 

od niezmordowanej lady Huntington. - Czy Montclairowie kiedykolwiek wydali udany bal? 

-  Z  tego,  co  wiem,  nie.  Czy  uważasz,  że  powinniśmy  posłać  po  specjalistów  od 

balsamowania zwłok? 

Katharine podniosła do ust szklaneczkę z ponczem. 

- Sądzę, że nasi gospodarze już o tym pomyśleli - rzuciła złośliwie, gdy lady Danforth, 

zanadto wystrojona i upudrowana, zbliżyła się do nich, aby porwać ze sobą Carringtona... w 

jakim jednak celu, Katharine nie miała pojęcia. 

Pozostawiona sama sobie, podeszła do wychodzących na ogród przeszklonych drzwi i 

oparłszy  się  o  chłodne  szyby,  jakby  w  ten  sposób  chciała  uciec  od  dusznego  powietrza 

zatłoczonej  sali  balowej,  oddała  się  jednej  ze  swoich  ulubionych  rozrywek:  obserwowaniu 

najzabawniejszych słabostek wielkiego świata, który przesuwał się przed jej oczami. 

Zerknęła na tego nierozpustnika, ale zasłoniły go dwie matrony. Każda z nich, panna 

Glyn  była  tego  pewna,  próbowała  wcisnąć  swoje  niezamężne  córeczki  jakiemuś  niczego 

niepodejrzewającemu poczciwcowi. A piękniś był kolejną partią na tym małżeńskim targu. Z 

każdą chwilą stawał się dla niej coraz mniej ciekawy. Co za nudy. 

Odwróciła się w poszukiwaniu ciekawszego obiektu i jej wzrok zatrzymał się teraz na 

lordzie  Bingsleyu,  największym  dandysie  ostatniej  dekady,  rozmawiającym  o  czymś  z 

gospodarzem  balu.  Ulubieniec  wielu  młodych  mężczyzn  z  towarzystwa,  nie  wyłączając 

                                                 

1

 Ryszard III, akt I, scena 1, tłum. Leon Ulrich (przyp. red.). 

background image

Tommy'ego  Carringtona,  lord  Bingsley,  zaskakiwał  wszystkich  oszałamiającym  strojem  na 

każdym przyjęciu czy balu, w którym uczestniczył. 

Dziś  wieczorem  zjawił  się  ubrany  w  wieczorowy  surdut  w  różowe  i  srebrne  prążki, 

niebieską kamizelkę w złote cętki i jasnożółte pantalony. Jego jasne włosy ufryzowane były a 

la  Byron,  fular  zawiązany  zgodnie  z  modą  minionego  tygodnia,  a  rogi  kołnierzyka  były  tak 

sztywne i sterczały tak wysoko, że głowa lorda Bingsleya sięgała o dobre pięć centymetrów 

wyżej niż zazwyczaj. Całość robiła niesamowite wrażenie. 

Zanim  jednak  Katharine  Glyn  zdołała  uświadomić  sobie,  jak  bardzo  to  było  w  złym 

guście,  gospodyni  balu,  pulchna  matrona  około  trzydziestki,  posiadaczka  sześciorga  dzieci  i 

okropnej  fryzury  ozdobionej  pawimi  piórami,  zbliżyła  się  do  niej  w  towarzystwie  dwóch 

mężczyzn  do  złudzenia  przypominających  Adonisa  i  Satyra.  Adonis  był  jasnowłosym 

młodym  dżentelmenem  o  bardzo  sympatycznej  fizjonomii,  nieśmiałym  uśmiechu  i 

stosownym stroju. Satyr  natomiast przystojnym pięknisiem, który przed chwilą rozmawiał z 

lady  Huntington.  Katharine  odniosła  wrażenie,  że  spierał  się  o  coś  z  Adonisem.  W  pewnej 

chwili  wyglądało  to  nawet  tak,  jakby  się  chciał  wycofać,  ale  Adonis  skutecznie  mu  to 

uniemożliwił. 

-  Droga  panno  Glyn  -  powiedziała  lady  Montclair  -  chciałabym  przedstawić  pani  sir 

Williama  Athertona  oraz  lorda  Blake'a.  Sir  William  bardzo  pragnie  poznać  miss  Fairfax,  a 

ponieważ jest pani jej opiekunką, pomyślałam, iż stosownie będzie, jeśli to ty ją przedstawisz. 

- Dziękuję, ale nie sądzę, aby to było konieczne - odpowiedziała panna Glyn. - Jestem 

pewna, że pani zrobi to z większym niż ja zaangażowaniem. 

- Ale... ale panno Glyn - zawołał złotowłosy młodzieniec. - Jeśli pani jest rzeczywiście 

opiekunką panny Fairfax, to chyba oczywiste, że powinienem się przedstawić najpierw pani. 

-  Doskonale  -  odparła  Katharine,  z  pewnym  ociąganiem  odwracając  wzrok  od  nieco 

sennych oczu lorda Blake'a. - Czy jest pan żonaty, sir Williamie? 

Mężczyzna się zaczerwienił. 

-  Dobry  Boże,  panno  Glyn,  oczywiście,  że  nie  jestem!  Nigdy  nie  byłem  nawet 

zaręczony. 

- Ach tak. A ile pan ma lat? 

- Dwadzieścia sześć. 

Powoli poruszyła wachlarzem. 

-  To  już  samo  w  sobie  jest  zdumiewające.  Każdy  młody  mężczyzna,  który  mając 

dwadzieścia sześć lat, nie był przynajmniej dwukrotnie zaręczony, zasługuje na to, aby mu się 

wnikliwie przyjrzeć. 

background image

- Panno Glyn, proszę o wybaczenie, ja... nie miałem nawet okazji, żeby się zaręczyć. 

Byłem na kontynencie. 

- W jakim celu? - zapytała. 

Sir  William  patrzył  na  nią,  jakby  nie  rozumiał  sensu  pytania.  Lord  Blake  trącił  go 

łokciem i szepnął mu coś na ucho. Sir William zaczerwienił się, po czym odparł: 

- Walczyłem na wojnie, panno Glyn. 

- Ach tak! Z jakimi efektami? 

- Wierzę, że... że wypełniłem mój obowiązek. 

- I to wystarczy, sir Williamie. Skąd pochodzi pańska rodzina? 

- Z Suffolk, panno Glyn. Jesteśmy starą rodziną z odpowiednimi dochodami. Z moich 

najbliższych pozostała mi tylko matka. 

- Był pan osobiście zamieszany w jakiś skandal? 

- Boże uchowaj, skądże! 

- Szkoda. A więc ma pan to jeszcze przed sobą - oświadczyła. - Lady Montclair, może 

pani przedstawić tego dżentelmena Georginie. 

- Ależ, panno Glyn, pani powinna to zrobić - zaprotestowała lady Montclair. - Panna 

Fairfax  jest  tak  oblegana  przez  młodych  dżentelmenów,  że  jeśli  to  ja  przedstawię  jej  sir 

Williama, z pewnością nie zwróci na niego uwagi. Jeśli jednak zrobi to pani, przynajmniej na 

niego spojrzy. 

Panna Glyn uśmiechnęła się. 

-  Nie  bardzo  rozumiem,  co  innego  mogłaby  zrobić,  ale  dobrze,  niech  będzie  tak,  jak 

pani proponuje. A pan, lordzie Blake, też pragnie być przedstawiony pannie Fairfax? 

-  Dziękuję,  nie  -  odrzekł  lord  Blake,  nie  kryjąc  znudzenia.  -  Za  bardzo  jestem 

onieśmielony jej urodą, aby się zdobyć na jakąś sensowną rozmowę. 

Katharine  Glyn  spojrzała  na  niego  z  rozbawieniem  i  zaczęła  rozglądać  się  po  sali  w 

poszukiwaniu  swojej  przyjaciółki  i  towarzyszki,  panny  Georginy  Fairfax,  dwudziestoletniej 

piękności,  której  lśniące  czarne  włosy,  głęboko  osadzone  błękitne  oczy,  twarzyczka  w 

kształcie  serduszka,  zgrabna  figura  i  łagodne  usposobienie  wielu  mężczyzn  przyprawiały  o 

zawrót głowy. Dodatkowym atutem pięknej panny była ogromna fortuna. 

W  końcu  ją  zauważyła.  Panna  Fairfax  stała  zaledwie  kilka  kroków  na  lewo  od  niej, 

otoczona przez sześciu młodych elegantów. 

- Chodźmy, sir Williamie - powiedziała panna Glyn, ciągnąc go w stronę otaczającego 

pannę Fairfax męskiego kręgu. 

Używając  na  zmianę  łokcia  i  uprzejmych  przeprosin,  osiągnęła  zamierzony  efekt. 

background image

Wielbiciele  panny  Fairfax,  choć  niechętnie,  rozstąpili  się  i  panna  Glyn  podprowadziła  sir 

Williama do obiektu jego westchnień i dokonała krótkiej prezentacji. 

Kiedy jednak zauważyła, jak pod wpływem uśmiechu blond boga pod jej przyjaciółką 

uginają  się  nogi,  a  jej  twarz  nagle  blednie,  nie  mogła  opanować  rozbawienia.  Nigdy  nie 

widziała panny Fairfax w takim stanie. Blond bóg z Olimpu był również nieco wytrącony z 

równowagi, nie na tyle jednak, aby nie móc poprowadzić swojej wybranki na parkiet. 

Samotność panny Glyn nie trwała zbyt długo, ponieważ już po chwili podeszła do niej 

siostra Tommy'ego, Elizabeth Carrington. 

- Kim jest ten młody bóg, który tańczy właśnie z Georginą i dlaczego najpierw mnie z 

nim nie poznałaś? - zapytała. 

Katharine  opowiedziała  jej  krótko,  czego  dowiedziała  się  o  sir  Williamie,  po  czym 

skierowała rozmowę na inny temat: 

- Kim jest ten Blake, który przez cały czas dotrzymuje towarzystwa sir Williamowi? 

Znasz go? 

-  Nie  -  odparła  miss  Carrington.  -  I  niewiele  o  nim  wiem.  To  najwyraźniej  jego 

pierwszy sezon w Londynie po latach nieobecności. 

- Wygląda na sensownego. 

- I ma furę pieniędzy. 

-  Biedaczysko.  Nic  dziwnego,  że  ta  Huntington  tak  na  niego  poluje.  Majątek  i  tytuł. 

Jakie  to  pospolite.  Zaczynam  tracić  do  niego  sympatię.  Szkoda.  Odniosłam  wrażenie,  że 

mógłby mnie nieźle bawić. 

- Kate, ciebie wszyscy bawią. 

- To prawda. Jednak lord Blake szczególnie. Tommy twierdzi, że panienki przepadają 

za nim. Jak myślisz, zabrał dziś ze sobą jakąś? 

- Kate, nie bądź śmieszna! 

-  Nie  jestem  śmieszna,  tylko  zrozpaczona.  Jeśli  wkrótce  nie  dostrzegę  czegoś 

interesującego, zasnę na stojąco. 

Rozejrzała  się  po  sali  i  szybko  odkryła,  że  mężczyzna,  o  którym  mowa,  tańczył 

właśnie z drugą na liście najpiękniejszych kobiet na tym balu. 

- O Boże! - zawołała. 

- Co się stało? 

- On zna Priscillę Inglewood. Widzisz? Uśmiecha się do niej. 

Panna Carrington podążyła za jej wzrokiem. 

- Już wiem, skąd znam to nazwisko! Siostry Pomeroy twierdzą, że ten Blake wrócił do 

background image

miasta właśnie z powodu Priscilli. 

- Chcesz powiedzieć, że ma zamiar związać się z Panną Doskonałą? To pogrąża go w 

moich  oczach  ostatecznie.  Szkoda,  wygląda  dosyć...  zajmująco.  Cóż,  muszę  znaleźć  inny 

obiekt zainteresowania. Nie rozmawiałam jeszcze z księżną Newberry. 

-  Uważaj,  Kate.  Lady  Mankin  -  zwyczajna  baronowa  -  zjawiła  się  dziś  w  prawie 

identycznej sukni i księżna jest wściekła. 

- Wcale się nie dziwię. Lady Mankin wyszła, naturalnie? 

-  Oczywiście!  Biedaczka  była  zdruzgotana.  Wątpię,  czy  jeszcze  kiedyś  otrzyma 

zaproszenie od kogoś z towarzystwa, a jej zgłoszenie do klubu Almack's stoi teraz pod dużym 

znakiem zapytania. 

- Och, co za dramat w towarzystwie. Nawet w Drury Lane nie zobaczy się lepszego. 

W  chwilę  później  panna  Glyn  złożyła  wyrazy  współczucia  księżnej  Newberry, 

przeżyła kadryla z młodym Carringtonem i odprawiła z kwitkiem z pół tuzina dżentelmenów, 

palących się do zawarcia z nią znajomości... aby mieć łatwiejszy dostęp do panny Fairfax. 

Nie  potrafiła  ukryć,  jak  bardzo  nie  cierpiała  pochlebstw,  szczególnie  z  ust 

dżentelmenów szukających ładnej buzi i fortuny, a nie charakteru. Jej zadaniem było trzymać 

takich  niegodziwców  jak  najdalej  od  panny  Fairfax.  Traktowała  ich  więc  tak,  by  na  długo 

zapomnieli o swoich marzeniach. 

To,  że  żaden,  chcący  zawrzeć  związek  małżeński  mężczyzna,  nie  jest  nią 

zainteresowany,  Katharine  Glyn  wiedziała  od  dawna.  Jednak  wcale  z  tego  powodu  nie 

cierpiała, nie zależało jej bowiem ani na konkurentach, ani na ich kiepskich wierszach, ani na 

samym  wyjściu  za  mąż.  Jej  dochody,  aczkolwiek  skromne,  zapewniały  środki  do  życia  i 

niczego więcej nie potrzebowała. 

Uważając,  że  najwyższy  czas  wracać  do  domu,  zaczęła  się  rozglądać  za  swoją 

podopieczną,  co,  jak  się  okazało,  wcale  nie  było  łatwe.  W  końcu  znalazła  ją  w  jakimś 

ustronnym miejscu, pochłoniętą rozmową z panną Carrington. 

- Och, Katharine! - zawołała podekscytowana panna Fairfax na widok zbliżającej się 

przyjaciółki. - To najcudowniejszy wieczór w moim życiu! Właśnie zwierzałam się  Beth ze 

wszystkich moich myśli i uczuć. Nic nie poradzę na to, że nie potrafię ich zatrzymać. Są jak 

potężny wodospad. Są... 

-  Cieszę  się,  Georgino  -  przerwała  jej  stanowczo  panna  Glyn.  -  Zanim  jednak  ten 

wodospad  zaleje  wszystko  dookoła,  chciałabym  uświadomić  ci,  że  minęła  już  druga  i  czas 

wracać  do  domu.  Beth,  myślę,  że  powinnaś  poszukać  swojego  brata.  Widziałam,  jak 

rozmawiał z tą Morweną Devon. 

background image

-  Co  takiego?  Znowu  ta  wymalowana  modliszka?  -  oburzyła  się  panna  Carrington.  - 

Myślałam,  że  Tommy  ma  więcej  rozumu  -  powiedziała,  rzucając  się  na  poszukiwanie 

zbłąkanego brata. 

-  Chodź,  Georgino.  -  Panna  Glyn  wzięła  przyjaciółkę  pod  rękę  i  pociągnęła  ją  w 

kierunku wyjścia. - Czeka cię jutro ciężki dzień i musisz się dobrze wyspać. 

-  Jutro, jutro!  -  powtarzała  wciąż  panna  Fairfax. -  Zobaczę  go  jutro.  Och,  Katharine, 

tyle się wydarzyło w ciągu tych ostatnich kilku godzin! 

- To widać po twojej rozgorączkowanej twarzy i błyszczących oczach. Lepiej jednak 

będzie,  jak  opowiesz  mi  o  tym  w  powozie.  Uzewnętrznianie  uczuć  na  środku  sali  balowej 

naraża  na  zarzut  trzpiotowatości.  To  świadczy  o  braku  obycia,  a  obycie,  moja  droga,  jest 

bardzo ważne, jeśli się chce utrzymać odpowiednią pozycję w towarzystwie. 

- Och, Kate - zachichotała panna Fairfax. - Mówisz od rzeczy! 

Panna  Glyn,  która  nigdy  dotąd  nie  słyszała,  żeby  Georgina  chichotała,  poczuła 

niepokój. Szybko wyprowadziła młodą przyjaciółkę z sali i kiedy zajęły miejsce w powozie, a 

stangret zaciął konie, opadła na oparcie siedzenia i, spojrzawszy spod oka na pannę Fairfax, 

powiedziała: 

- Możesz zaczynać. 

- Nie patrz tak na mnie, Kate, jakbyś się obawiała czegoś strasznego - odparła panna 

Fairfax ze śmiechem. - Zapewniam cię, że jeszcze nigdy nie było mi tak cudownie. Kręci mi 

się  w  głowie  i  jest  mi  tak  lekko,  jakbym  za  chwilę  miała  się  unieść  do  gwiazd,  zatańczyć 

walca  dookoła  Wielkiego  Wozu,  wyśpiewać  hymn  Strzelcowi  i  dosiąść  Wielkiej 

Niedźwiedzicy. 

- Nic z tego, Georgino, dobrze wiesz, że nawet na koniu trzymasz się fatalnie. 

-  Och,  Katharine!  Jestem  taka  szczęśliwa!  -  powtarzała  panna  Fairfax.  -  Poznałam 

najcudowniejszego  pod  słońcem  mężczyznę.  Jest  taki  piękny,  że,  kiedy  o  tym  myślę,  czuję, 

jak  zapiera  mi  dech  w  piersiach.  Wiesz,  przez  pierwsze  pięć  minut  znajomości  nie  mogłam 

wymówić  słowa.  Jest  taki  miły,  uprzejmy,  inteligentny  i  czuły.  Ma  tyle  gracji  i  wdzięku,  a 

przy tym tyle siły, że mógłby nieść mnie w ramionach na koniec świata. 

Katharine straciła opanowanie i wybuchnęła śmiechem. 

- Och, Georgie, gdybyś mogła siebie słyszeć. Jeszcze się nigdy tak nie ubawiłam. 

- Ale ja mówię poważnie. 

-  Wiem,  kochanie,  wiem.  To  jest  właśnie  takie  zachwycające.  Miłość  od  pierwszego 

wejrzenia! Nigdy nie przypuszczałam, że zobaczę cię w takim stanie. I pomyśleć, że to ja się 

do tego przyczyniłam! 

background image

- Katharine, nie chciałabym, żebyś kpiła z moich uczuć do Will... do sir Williama. 

- Przepraszam - odparła jej przyjaciółka z powagą. - Już nie będę, przyrzekam. Sama 

mnie jednak do tego sprowokowałaś... ale niech będzie, co ma być - odkaszlnęła. - Cieszę się, 

że  wybrałaś  kogoś,  kto  ma  na  imię  William.  Chrześcijańskie  imię  ma  ogromny  wpływ  na 

charakter mężczyzny i szczęście jego małżonki. Taki na przykład Basil. To imię nieodparcie 

kojarzy mi się z łasicą. Wskazuje na mężczyznę, któremu nie powinny ufać ani kobiety, ani 

ich kieszenie. A Percy. Unikaj tego imienia, Georgino, jak diabeł święconej wody, ponieważ 

mężczyzna, który je nosi, nigdy nie wyrwie się z objęć swojej mamusi. Waldos zachoruje na 

podagrę, Brian odda się bez reszty polowaniom, a Roger rozpuście. 

- Katharine, doprawdy! - zachichotała ponownie panna Fairfax. 

-  Natomiast  William  -  ciągnęła  jej  przyjaciółka  wciąż  z  tą  samą  powagą  -  to  imię 

wspaniałe pod każdym względem. Kryje w sobie siłę i urok historii. Zauważ tylko, że kojarzy 

się z walką - przypomnij sobie Wilhelma Zdobywcę

2

 - i twój Willie nie jest wyjątkiem. Jeśli 

będziesz go krótko trzymała, a nie bawiła się w jakieś ckliwe „mój słodki Willie”, myślę, że 

będą  z  niego  ludzie.  Moja  rozmowa  z  nim  była  z  konieczności  króciutka  i  oczywiście 

potrzebuję więcej informacji, zanim ostatecznie powiem ci, co o nim myślę. Wspomniał, że 

ma jedynie matkę, to prawda? 

-  Tak.  Jego  ojciec  zmarł  cztery  lata  temu,  pozostawiając  po  sobie  jedyne  dziecko, 

właśnie Williama. 

-  Doskonale.  Nie  będziesz  musiała  szukać  mężów  dla  jego  sióstr  i  spłacać  długów 

jakiegoś brata utracjusza. A jakie ma zdanie na temat dzieci? 

-  Dzieci?  -  wykrztusiła  z  trudem  panna  Fairfax.  -  Katharine,  my  dopiero  co  się 

poznaliśmy! 

- Ależ moja droga Georgino, słuchając, z jakim entuzjazmem mówisz o jego silnych 

ramionach, miałam prawo przypuszczać... 

-  Katharine,  doprawdy!  -  prychnęła  panna  Fairfax.  -  Sir  William  to  po  prostu 

uprzejmy,  inteligentny,  dowcipny,  wytwornie  wyrażający  się  młody  mężczyzna  o 

szlachetnym sercu, mądrych oczach i... 

- I jutro masz zamiar się z nim zobaczyć - dodała z uśmiechem Katharine Glyn. 

-  O  tak!  -  westchnęła  uszczęśliwiona  Georgina.  -  Wildingowie  zaprosili  go  na 

jutrzejszy raut. Czy życie nie jest cudowne? 

Powóz  zatrzymał  się  przed  rezydencją  Fairfaksów  przy  Russel  Court,  gdzie  na 

                                                 

2

 Polskim odpowiednikiem imienia William jest Wilhelm.  Wilhelm Zdobywca  -  książę  Normandii, od 

roku 1066 król ang. (przyp. red.). 

background image

obydwie panie czekał już Wainwright, majordomus Fairfaksów od dwudziestu prawie lat. 

-  Dobry  wieczór,  Wainwright  -  powiedziała  panna  Glyn,  zdejmując  płaszcz.  - 

Ogromnie  cię  przepraszam  za  tę  nieprzyzwoitą  godzinę.  Usiłowałam  wyciągnąć  pannę 

Fairfax wcześniej, ale tak świetnie się bawiła, że okazało się to zupełnie niemożliwe. 

-  Nic  nie  szkodzi,  panno  Glyn  -  odparł  majordomus.  -  Piliśmy  właśnie  z  Rossem 

herbatę w kuchni. 

-  Nie  pozwól  więc,  aby  ostygła  -  odpowiedziała  z  uśmiechem  panna  Fairfax.  - 

Zamknij tylko drzwi i wracaj do Rossa. Katharine i ja idziemy natychmiast do łóżka. 

-  Doskonale,  panienko.  -  Wainwright  skłonił  się  nisko,  podczas  gdy  one  weszły  na 

schody prowadzące do ich sypialni. 

- Do łóżka, oczywiście - powtórzyła Katharine - ale dopiero wtedy, gdy opowiesz mi 

wszystko o sir Williamie Athertonie, moja droga. 

- Powiedziałam ci wszystko, co wiem, Kate. Zapominasz, że dopiero dziś wieczorem 

się poznaliśmy. 

- Nie, nie, moja droga. To ty zapominasz. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Nic, Georgino, nic! Idź do łóżka i śnij o swoim... nowym adoratorze. 

- Och, Kate, czy nie jest cudowny! - powtórzyła panna Fairfax, obejmując ponownie 

przyjaciółkę. - Jestem pewna, że wy dwoje jutro będziecie mieli okazję lepiej się poznać. 

- Jutro? Ależ ja jutro nie spotkam się z nim, Georgino. 

- Ale raut u Wildingów... 

- Nie wybieram się do Wildingów. 

- Kate! 

-  Mówiłam  ci  już  tydzień  temu,  że  nie  przyjęłam  zaproszenia.  Twoja  popularność, 

Georgino, zmusiła mnie do życia, które mi wcale nie odpowiada. Ciągłe obcowanie z ludźmi 

na każdym kroku podkreślającymi swoją wyższość nawet świętego mogłyby wyprowadzić z 

równowagi... a obie wiemy, że nie jestem żadną świętą. Zrezygnowałam z rautu u Wildingów. 

Tęsknię do objęć Dantego, Swifta, Jonsona! Oni są wierni. 

- Tak, ale teraz, kiedy poznałam sir Williama... 

-  To  nie  jest  powód,  dla  którego  mogłabym  zrezygnować  ze  spędzenia  wieczoru  w 

bibliotece.  Marzę  o  tym  od  miesiąca.  To  tempo,  które  w  tym  sezonie  nam  narzuciłaś, 

Georgino,  niszczy  moje  duchowe  życie.  Sir  William  moje  wstępne  oględziny  przeszedł 

pozytywnie  i  wszystko  wskazuje  na  to,  że  twoje  również.  Zobaczymy,  czy  spełni  nasze 

oczekiwania, nieprawdaż, Georgie? 

background image

- O tak! - westchnęła panna Fairfax, po czym zarumieniła się nagle. 

-  Wspaniale  -  odparła  panna  Glyn  z  uśmiechem.  -  Nim  minie  tydzień,  sir  William 

rozgłosi wszystkim dookoła swoją dozgonną miłość do ciebie. 

background image

Obie panny mieszkały razem w domu Fairfaksów przy Russel Court od półtora roku, 

od  śmierci  rodziców  panny  Fairfax.  Jeremy,  starszy  brat  Georginy,  służył  w  kawalerii  i  nie 

mógł zapewnić siostrze opieki. W tej sytuacji opiekunowie dziewczyny, lord i lady Egerton, 

zaproponowali  jej,  aby  zamieszkała  z  nimi. Jednak  młodziutka  panna  Fairfax  zdawała  sobie 

sprawę z tego, że ta oferta nie była zupełnie szczera. Dla ludzi, którzy mieli cztery córki na 

wydaniu - w tym trzy niezbyt urodziwe - oraz dwóch synów, których upodobanie do pięknych 

młodych  kobiet  dla  nikogo  nie  było  tajemnicą,  przyjęcie  pod  swój  dach  Georginy  Fairfax 

mogłoby  skończyć  się  katastrofą.  I  wtedy  to  Katharine  Glyn  zaproponowała,  że  może 

zamieszkać z panną Fairfax w roli jej opiekunki. 

Panna  Glyn  straciła  matkę,  gdy  miała  pięć  lat,  ojca  w  wieku  lat  szesnastu.  Wtedy  to 

przeniosła  się  do  domu  Fairfaksów,  wyznaczonych  jej  przez  ojca  na  prawnych  opiekunów. 

Od tej chwili datuje się jej przyjaźń z pięć lat młodszą Georginą. Śmierć państwa Fairfax w 

przededniu debiutu Georginy sprawiła, że ta przyjaźń jeszcze bardziej się zacieśniła. 

Katharine  doszła  do  wniosku,  iż,  skoro  zdecydowała,  że  sama  nie  wyjdzie  za  mąż, 

powinna  zająć  się  młodziutką  przyjaciółką,  przynajmniej  do  czasu,  aż  Jeremy  Fairfax, 

dwudziestotrzyletni  brat  Georginy,  mając  dosyć  służby  w  wojsku,  wróci  do  Londynu  i  w 

sposób  odpowiedzialny  zajmie  się  siostrą.  A  że  panna  Glyn  znana  była  w  towarzystwie  z 

inteligencji  i  dużej  wiedzy  o  świecie  -  na  tę  opinię  ciężko  pracowała  -  Egertonowie, 

aczkolwiek z pewnym wahaniem, zaakceptowali w końcu jej propozycję. 

Przez  rok  panna  Glyn  i  panna  Fairfax  mieszkały  same  w  Russel  Court  w  idealnej 

harmonii,  rzadko  wychodząc  z  domu  i  widując  się  jedynie  z  najbliższymi  przyjaciółmi. 

Jednak  pod  koniec  żałoby  Katharine  zaczęła  nalegać,  aby  jej  przyjaciółka  zaczęła  znowu 

bywać  w  towarzystwie.  Po  dwóch  tygodniach  od  debiutu  panna  Fairfax  została  uznana  za 

piękność  sezonu  i  największą  jego  sensację,  co  ją  nieco  zakłopotało,  natomiast  pannę  Glyn 

rozśmieszyło  do  łez.  Po  tym,  jak  książę  regent  podczas  debiutu  zwrócił  na  pannę  Fairfax 

szczególną uwagę, jej sukces był murowany, a ona sama nie była już panią swego losu. 

Katharine Glyn nie zamierzała jednak rezygnować ze swoich ulubionych zajęć jedynie 

po  to,  aby  uczestniczyć  w  triumfie  przyjaciółki.  Tak  więc  zamiast  pójść  z  nią  na  raut,  na 

którym pewnie zanudziłaby się na śmierć, uprzedziła Wainwrighta, że nie ma jej w domu dla 

nikogo,  po  czym  przebrała  się  w  domowy  strój  i  zaszyła  w  bibliotece,  gdzie  w  ulubionym 

skórzanym  fotelu  zagłębiła  się  w  lekturze  pierwszego  tomu  Fausta.  Koncentracja, 

background image

towarzysząca  jej  dotąd  podczas  zgłębiania  dzieł  Monteskiusza,  Swifta,  Wollstonecrafta  i 

Dantego, tym razem została brutalnie przerwana  przez nagłe pojawienie się Georginy, która 

wpadła do biblioteki i z rozdzierającym okrzykiem - Kate! - rzuciła się do jej kolan. 

- Dobry wieczór, Georgino - powiedziała panna Glyn, starając się zachować spokój. - 

Mam nadzieję, że miło spędziłaś czas? 

-  Och,  Katharine!  -  zawołała  panna  Fairfax,  ściskając  kolana  przyjaciółki.  -  Było 

cudownie! 

- Domyślam się, że widziałaś się z sir Williamem Athertonem. 

- Widziałam się z nim, rozmawiałam z nim, tańczyłam z nim! 

- Cieszy mnie, że na tym się skończyło. 

-  Och,  Katharine,  nasze  spojrzenie  na  świat  jest  identyczne  -  entuzjazmowała  się 

panna  Fairfax.  -  Nasze  serca  i  umysły  czują  i  myślą  tak  samo.  Mamy  te  same  nadzieje  i  te 

same  marzenia.  William  ma  wszystko,  czego  zawsze  szukałam  w  mężczyźnie.  Jest...  jest 

niezwykle łagodny i delikatny, Kate, a mimo to taki pewny siebie. Opanowany i inteligentny, 

chociaż czasem bardzo impulsywny. Wiesz, rozmawiał dziś ze mną aż trzy razy! 

-  Przepraszam,  moja  droga,  ale  muszę  to  skomentować.  Jedna  rozmowa  to  tylko 

grzeczność  z  jego  strony,  druga  -  to  już  głębsze  zainteresowanie,  trzecia  świadczy  o  głębi 

uczuć, ale i... twoim przyzwoleniu, Georgino. 

- Och, Katharine - zawołała panna Fairfax, ponownie obejmując przyjaciółkę. - Jesteś 

kochaną, słodką, cudowną kobietą. Jak możesz tak mówić! 

- To samo mogłabym powiedzieć o tobie. 

-  Gdybyś  jeszcze  ty  zakochała  się  wreszcie  w  kimś  wartościowym,  moje  szczęście 

byłoby już całkowite. 

-  Błagam,  Georgino,  oszczędź  mi  tych  twoich  wartościowych  mężczyzn.  Dobrze 

wiesz,  że  nie  interesuje  mnie  ani  miłość,  ani  małżeństwo.  Jestem  szczęśliwa.  Dlaczego 

życzysz mi takiego nieszczęścia? 

- Miłość nie jest nieszczęściem. 

-  Oczywiście,  że  jest.  Jeśli  nie  zwiodą  cię  intencje  dżentelmena,  wystawiając  na 

pośmiewisko,  to  narażasz  się  na  cierpienie,  oczekując  spotkania  z  ukochanym  lub  chwili, 

kiedy  cię  poprosi,  abyś  wpisała  jego  nazwisko  do  swojego  karnetu,  lub  na  akceptację  przez 

jego szanowną mamusię. Żadna zakochana kobieta nie zachowała rozsądku i pogody ducha. 

Pytam  cię  więc,  Georgino,  czy  może  mnie  spotkać  coś  gorszego  niż  miłość  i  niemożność 

swobodnego zachowania się na salonach? 

Twarz panny Fairfax pobladła nagle. 

background image

- Katharine, sir William ma przyjść do mnie jutro. Zaproponowałam, żeby przyszedł w 

porze przedpołudniowych wizyt. Powiedział, że tak zrobi! 

- Doskonale. Będę miała okazję wyspowiadać go z każdej godziny życia. W końcu to 

mój obowiązek. 

- Tak, ale ty... on... ja... 

- My. Tak, moja droga, mów, proszę, dalej. 

- Katharine, twój język... 

- Mój język? To już będzie nas czworo. Czy może być coś bardziej przyjemnego? 

- Powściągliwość - odparła stanowczo panna Fairfax. - Powściągliwość byłaby o wiele 

przyjemniejsza. 

- Georgino... 

-  Och,  Katharine  -  zawołała  panna  Fairfax,  patrząc  na  nią  błagalnie.  -  Nie  mam 

zamiaru  cię  krytykować,  doskonale  wiesz,  jak  bardzo  jestem  do  ciebie  przywiązana  i  jak 

bardzo  cię  kocham,  ale...  cóż...  masz  tendencję  do  mówienia  rzeczy  kąśliwych  i  szczerze 

mówiąc  dziwacznych,  kiedy  sądzisz,  że  nikt  tego  nie  słyszy.  Sir  William  może  je 

niewłaściwie  zrozumieć,  nie  znając  cię  i  nie  kochając  tak  jak  ja  i...  boję  się,  że  możesz  go 

przestraszyć. 

-  Georgino  -  odparła  panna  Glyn,  chwytając  przyjaciółkę  za  ramiona  -  mężczyzna, 

który może się przestraszyć tego, co mówię, nie jest wart, aby go zatrzymać. 

- Ale on jest! To jest... to znaczy... - Panna Fairfax zarumieniła się gwałtownie. - To 

bardzo  wartościowy  i  godny  zaufania  dżentelmen  i  zależy  mi  na  tym,  aby  w  moim  domu 

wywrzeć na nim dobre wrażenie. To tylko przez jakiś czas, Kate, zanim cię lepiej nie pozna. 

Później  będziesz  się  z  nim  przekomarzać,  ile  tylko  dusza  zapragnie.  Na  razie  jednak  nie 

mogłabyś być trochę bardziej powściągliwa? Zrobisz to dla mnie? Proszę? 

- Dla ciebie, Georgino, mogłabym obciąć swój język tępym nożem. 

-  Nie  sądzę,  żeby  to  było  potrzebne.  Pójdę  teraz  powiedzieć  kucharzowi,  co  ma 

przygotować na jutro dla gości. Och, gdybym tylko wiedziała, co sir Atherton lubi. Szkoda, że 

nie pomyślałam, aby go o to zapytać. 

- Ośmielam się twierdzić, że myślałaś o czymś zupełnie innym. 

Panna Fairfax wybiegła już jednak z pokoju i nie usłyszała ostatniego komentarza. 

Katharine w zamyśleniu nawijała na palec pasmo włosów. A więc Georgina w końcu 

wpadła.  Katharine  od  dawna  się  tego  spodziewała,  ponieważ  jej  przyjaciółka  miała  serce 

gotowe na przyjęcie miłości. A jednak, szkoda. Przez ostatnie półtora roku przyzwyczaiła się 

do towarzystwa przyjaciółki. I oto znalazł się mężczyzna, który wywrócił jej wygodne życie 

background image

do góry nogami. Nie mogła pojąć, dlaczego kobiety zakochują się w mężczyznach, mimo że 

później obiekt ich wzniosłych uczuć krzywdzi je i rozczarowuje. Dzięki Bogu, pomyślała, że 

jestem zbyt rozsądna na to, aby znaleźć się w takiej sytuacji. 

Panna Fairfax leciała jednak w ogień miłości jak ćma i trzeba ją było chronić, żeby się 

w  tym  ogniu  nie  poparzyła.  Katharine  rzuciła  lekko,  że  wyspowiada  sir  Williama  z  całego 

życia,  ale  w  tych  słowach  kryła  się  jej  głęboka  troska  i  niepokój.  Jej  obowiązkiem  było 

upewnić  się,  że  droga  przyjaciółka  będzie  w  ramionach  sir  Williama  bezpieczna,  nie  dozna 

rozczarowania i nie będzie cierpiała. 

Jeśli sir William pozytywnie tę próbę przejdzie, a Georgina wciąż będzie go chciała, 

to  Katharine  Glyn  była  pewna,  że  w  stosownym  czasie  zostaną  ogłoszone  zapowiedzi  i  pan 

młody nie ucieknie sprzed ołtarza. 

background image

Następnego  dnia  po  południu  panna  Glyn  podejmowała  w  ogromnym  błękitnym 

salonie  Thomasa  i  Elizabeth  Carringtonów,  lorda  Falkhursta,  lorda  Mowbry'ego  oraz  panny 

Mary i Elvirę Pomeroy. Georgina Fairfax była również, ale jej serce biło tak mocno, a krew 

tak pulsowała w skroniach, że niewiele do niej docierało i w prowadzeniu konwersacji panna 

Glyn  musiała  liczyć  tylko  na  siebie.  Sytuacja  była  o  tyle  niezręczna,  że,  z  wyjątkiem 

Carringtona,  pozostałych  dżentelmenów  sprowadziło  tu  wyłącznie  zainteresowanie  osobą 

panny Fairfax. 

Panna  Carrington  robiła,  co  mogła,  aby  ratować  sytuację  i  to  nawet  z  niezłym 

rezultatem,  ponieważ  poza  urodą  miała  wiele  wdzięku  i,  co  nie  było  bez  znaczenia,  spory 

posag.  Katharine  Glyn  zaczęło  to  nawet  bawić,  ale  wtedy  do  salonu  wszedł  Wainwright  i 

zaanonsował: 

- Sir William Atherton i lord Blake. 

Panna  Glyn  odwróciła  się  i  ujrzała  młodego  Adonisa  z  balu  u  Montclairów  i  jego 

znudzonego  kompana.  Trudno,  będzie  musiała  jakoś  przeżyć  wizytę  przyjaciela  Priscilli 

Inglewood. Po prostu zignoruje go. 

Na szczęście są tu inni, którzy zabawią lorda Blake'a... jeśli przyjaciel lady Inglewood 

zasługuje na to, aby go zabawiać. 

Widząc, z jaką determinacją jej przyjaciółka idzie w kierunku obydwu dżentelmenów, 

Katharine szybko do niej dołączyła. 

-  Sir  Williamie  -  powiedziała  miękko  panna  Fairfax.  -  Tak  się  cieszę,  że  mógł  pan 

przyjść. 

- To ogromna przyjemność widzieć panią znowu, panno Fairfax - odparł sir William 

równie  miękkim  głosem.  -  Ośmieliłem  się  przyprowadzić  ze  sobą  mojego  najlepszego 

przyjaciela. Lord Blake, jeśli panie pozwolą. 

Lord Blake skłonił się, podniósł dłoń panny Fairfax do ust i matowym głosem, który 

sprawił, że Katharine nagle zaparło dech w piersiach, powiedział: 

- Wiele o pani słyszałem, panno Fairfax, ale nigdy nie miałem odwagi podnieść oczu 

na tak olśniewającą urodę. 

Panna Glyn przymrużyła oczy. Jej oddech i zdrowy  rozsądek znowu były  w normie. 

To tylko puste słowa, powiedziała sobie, i więcej o nim mówią niż głos. 

- Jest pan niezwykle uprzejmy, lordzie Blake. Każdy przyjaciel sir Williama jest mile 

background image

widziany  w  moim  domu.  Sir  Williamie,  miał  pan  już  okazję  poznać  pannę  Glyn.  Lordzie 

Blake,  niech  mi  będzie  wolno  przedstawić  pana  mojej  najserdeczniejszej  przyjaciółce, 

Katharine Glyn - powiedziała panna Fairfax. 

-  Jakże  się  cieszę, że znowu  panią  widzę,  panno  Glyn  -  rzekł  sir William,  skłaniając 

głowę. - Pani imię prawie nie schodzi z ust panny Fairfax. 

- Cóż za zdumiewający  brak rozsądku - mruknęła Katharine, starając się nie widzieć 

złośliwego  uśmiechu  lorda  Blake'a.  -  Ja  również  się  cieszę,  sir  Williamie,  ponieważ 

nieustannie  słyszę  same  dobre  rzeczy  o  panu,  ataki  wzorzec  doskonałości  zawsze  chętnie 

widzę w moim domu. Niestety, o panu, lordzie Blake, niewiele słyszałam. 

- Nie? - odparł, unosząc do góry jedną brew. 

Znaczące szturchnięcie łokciem sprawiło, że panna Glyn szybko dodała: 

-  I  to  dobrze  o  panu  świadczy.  Zdaje  się,  że  w  dzisiejszych  czasach  ludzie  mówią 

jedynie o tych, którzy są zamieszani w jakieś skandale. Napije się pan herbaty? 

Lord Blake z powagą uznał, że to doskonały pomysł. 

Panna  Glyn  skinęła  na  pokojówkę  i  natychmiast  pojawiły  się  dwie  filiżanki  herbaty. 

Cała  czwórka  skierowała  się  teraz  do  stojącej  w  pobliżu  sofy,  gdzie  panie  zajęły  miejsca,  a 

panowie stanęli przed nimi. 

-  Wspomniał  pan,  sir  Williamie  -  odezwała  się  panna  Glyn  -  że  porzucił  niedawno 

służbę w wojsku i zdecydował się na życie w cywilu. 

-  Tak.  Wróciłem  do  Anglii  cztery  miesiące  temu.  W  Londynie  jestem  zaledwie  od 

dwóch tygodni. 

- Opatrzność musiała nad panem czuwać, ponieważ, jak widzę, wrócił pan z frontu bez 

szwanku. 

-  Miałem  szczęście,  to  prawda,  na  przekór  całej  tej  rzezi  -  odparł  sir  William.  -  W 

ubiegłym roku zostałem lekko draśnięty w ramię. I to była jedyna rana, jaką odniosłem. 

- Pańska matka musi być ogromnie szczęśliwa, że wrócił pan bezpiecznie do domu - 

dodała panna Glyn. 

- To prawda. Zrezygnowałem z wojska dla niej - przyznał. - Bardzo się o mnie bała, a 

zarządzanie  majątkiem  okazało  się  dla  niej  zbyt  wielkim  obciążeniem.  Nie  powinienem  tak 

długo być poza domem. 

-  To  bardzo  chwalebna  postawa  -  skomentowała  panna  Glyn.  -  A  pan,  milordzie?  - 

powiedziała, zwracając się do lorda Blake'a. - Pan również brał udział w tym konflikcie? 

-  Boże  uchowaj!  -  zawołał  ze  zgrozą  lord  Blake.  -  Wojna  to  prawdziwa  klęska  dla 

garderoby.  Słyszałem,  że  Francuzi  uwielbiają  bić  się  na  bagnety.  Wszystko  razem  to  raczej 

background image

nie najlepszy sposób spędzania czasu. 

- Cóż za praktyczny umysł - mruknęła panna Glyn. - Prawda Georgino? Georgino? - 

powtórzyła, trącając łokciem przyjaciółkę patrzącą z uwielbieniem na sir Williama. 

- Hm? Och... co mówiłaś, Kate? 

-  Rozmawiałam  właśnie  z  lordem  Blakiem  o  ogrodnictwie  i  lord  wspomniał,  że  sir 

William  uwielbia  cieplarnie,  a  to  doskonale  się  składa,  sir  Williamie  -  powiedziała  panna 

Glyn,  zwracając  się  do  nieco  oszołomionego  młodzieńca  -  ponieważ  mamy  wspaniałą 

cieplarnię z tyłu ogrodu. Może panna Fairfax dałaby się namówić i pokazała ją panu? 

Panna Fairfax szybko zamrugała powiekami. 

-  O  tak.  To  wspaniały  pomysł,  Kate  -  wykrztusiła.  -  To  znaczy...  jeśli  ma  pan  na  to 

ochotę, sir Williamie? 

-  Z  radością  przemierzyłbym  pustynię,  gdyby  tylko  pani  tam  była,  panno  Fairfax  - 

oświadczył młodzieniec. 

Wyekspediowawszy tych dwoje z salonu, Katharine podniosła się z sofy i zatrzymała 

przed lordem Blakiem. 

- Nie rozmawialiśmy o ogrodnictwie, panno Glyn - zauważył. 

- Nie? - odparła, marszcząc brwi. 

- Z całą pewnością. 

- Coś takiego - mruknęła. - Dałabym głowę, że tak było. 

Lord Blake patrzył na nią z rozbawieniem. 

- Wygląda na to, panno Glyn, że ten Atherton po prostu wymknął się z panną Fairfax! 

- rzekł z oburzeniem lord Mowbry, tęgawy dżentelmen o różowej cerze. 

-  Myli  się  pan,  lordzie  Mowbry.  To  panna  Fairfax  wymknęła  się  z  sir  Williamem  - 

poprawiła go panna Glyn. 

- Czyżby? 

-  Widzi  pan,  Georgina  błagała  mnie,  żebym  nic  o  tym  nie  mówiła  -  wyznała,  biorąc 

Mowbry'ego pod rękę. -  Wierzę jednak w pańską dyskrecję.  Biedna panna Fairfax cierpi od 

pewnego czasu na chorobę świętego Walentego. 

Lord Blake odwrócił się, aby ukryć uśmiech. 

- Nigdy o czymś takim nie słyszałem - zdziwił się lord Mowbry. 

-  Och,  to  bardzo  rzadka  choroba  i  prawie  nieuleczalna  -  powiedziała  ze  smutkiem 

panna Glyn. 

- Co to ma jednak wspólnego z tym, że Atherton wyciągnął ją do ogrodu? 

-  Ależ  wiele,  drogi  lordzie  Mowbry.  Wie  pan,  oczywiście,  że  sir  William  wrócił 

background image

właśnie z wojny? 

- Tak, tak, ale... 

- To wielka tajemnica, ale jestem pewna, że mogę panu zaufać - ciągnęła panna Glyn 

głosem pełnym ekscytacji. - Sir William wiele widział na pustyni egipskiej. Tam też spotkał 

pewną  Cygankę,  która  nauczyła  go  wielu  cudownych  rzeczy,  w  tym  również  -  dodała  z 

triumfem - jak uleczyć osobę dotkniętą chorobą świętego Walentego. Właśnie teraz usiłuje jej 

pomóc! 

Lord Mowbry przez chwilę patrzył w milczeniu na pannę Glyn, po czym oznajmił, iż 

wcale mu się to wszystko nie podoba, dlatego wychodzi, i pospiesznie opuścił pokój. 

Lord  Falkhurst,  przystojny  mężczyzna  koło  trzydziestki,  wyraźnie  czymś 

poirytowany, natychmiast podszedł do panny Glyn. 

- Katharine, zauważyłaś, że panna Fairfax wyszła z tym Athertonem? 

- Wydaje mi się, że rzeczywiście coś takiego widziałam. Oczywiście moje oczy nie są 

już tak dobre jak kiedyś. 

- Dlaczego im nie towarzyszysz, chociaż należy to do twoich obowiązków? Chyba nie 

powiesz, że pozostawienie tych dwojga sam na sam jest właściwe? 

- Bardziej właściwe niż te okropne myśli, które kłębią się w twojej głowie, Falkhurst - 

odparła panna Glyn. 

Lord  Falkhurst zbladł gwałtownie, a jego szczęki zacisnęły się nerwowo. Ten młody 

mężczyzna  o  zgrabnej  figurze,  bujnej,  ciemnej  czuprynie,  czarnych,  ponurych  oczach, 

zawziętym charakterze i sporej fortunie dawno temu był zaręczony z panną Glyn. 

- Ależ, Bertie - ciągnęła panna Glyn z promiennym uśmiechem - doskonale wiedziała, 

że lord Falkhurst nie cierpiał tego przezwiska z czasów dzieciństwa - nie rób takiej kwaśnej 

miny. Wyglądasz jak nadąsany uczniak... choć te czasy masz już dawno za sobą. Przestań się 

na mnie boczyć. Przecież możemy porozmawiać jak ludzie kulturalni. Powiedz, jak czuje się 

wuj Archibald? Zdaje się, że cierpi z powodu kamieni w nerkach? 

- Dziękuję, jest już całkiem zdrowy - odparł lord Falkhurst obojętnym tonem. 

Katharine  Glyn,  sapiąc  ze  złości,  zerwała  się  nagle  i  z  całej  siły  uderzyła  lorda 

Falkhursta w twarz. 

-  Jak  pan  śmie,  sir?!  Jak  pan  śmie  obrażać  mnie  w  moim  własnym  domu?  Proszę 

wyjść! Natychmiast! 

Siedem par oczu ze zdumieniem obserwowało tę zaskakującą scenę. 

-  Katharine  -  syknął  lord  Falkhurst  -  czyżbyś  postradała  rozum?  Co  ty,  do  diabła, 

wyprawiasz? 

background image

-  Żadne  przeprosiny  nie  są  w  stanie  zatrzeć  tego,  co  pan  zrobił,  lordzie  Falkhurst  - 

powiedziała z naciskiem panna Glyn. - Proszę opuścić ten dom i nigdy tu już nie wracać! 

Widząc malującą się na twarzach pozostałych gości wrogość, lord Falkhurst, wyraźnie 

zmieszany, skłonił się sztywno i zrobił to, o co go poproszono. 

Panna Glyn z nieskrywaną satysfakcją obserwowała, jak hrabia opuszcza salon. Kiedy 

po  chwili  odwróciła  się,  zauważyła,  że  lord  Blake,  który  stał  oparty  o  gzyms  kominka,  z 

zainteresowaniem się jej przygląda. Nie przejęła się tym jednak. W końcu obiecała poprawne 

zachowanie w obecności sir Williama. Postanowiła zignorować jego lordowską mość. 

- Och, biedactwo! - zawołały ze współczuciem siostry Pomeroy. 

- Jakież to musiało być dla ciebie okropne! - zauważyła Elvira. 

-  Ten  człowiek  to  straszny  cham  -  dodała  Mary.  -  Mama  zawsze  twierdziła,  że  lord 

Falkhurst to cham. 

-  Twoja  reakcja  była  niesamowita,  te  błyszczące  gniewem  oczy,  wysoko  uniesiona 

głowa! - ekscytowała się Elvira. - Czułam, jak ciarki mi przechodzą po plecach. 

- Byłaś wspaniała, moja droga - powiedziała Mary. - Po prostu wspaniała. 

Katharine  Glyn  ze  łzami  w  oczach  -  zawsze  idealnie  wcielała  się  w  każdą  rolę  - 

przycisnęła dłonie panien Pomeroy do piersi. 

-  Co  za  wspaniałe  przyjaciółki!  Takie  wrażliwe.  Takie  troskliwe  -  dramatycznie 

zawiesiła głos. 

- Ależ moja droga, musisz się położyć. Musisz się położyć natychmiast - oświadczyła 

lady Mary. 

- Tak, tak, Mary ma rację - przyznała lady Elvira. - Potrzebujesz chłodnego kompresu 

i herbatki z mniszka lekarskiego, by dojść do siebie po tym skandalicznym ekscesie. 

Odprowadzając panny Pomeroy do drzwi, Katharine wciąż powtarzała: 

-  Jesteście  dla  mnie  takie  dobre.  Nie  wiem,  jak  mam  wam  dziękować.  Jak  dałabym 

sobie  radę  bez  takich  przyjaciółek  jak  wy?  Mam  tylko  nadzieję,  że  zapomnicie  tę  przykrą 

scenę. Kiedy następnym razem nas odwiedzicie, z pewnością będzie o wiele przyjemniej. 

Siostry  Pomeroy  zapewniły  pannę  Glyn,  iż  absolutnie  nie  czują  się  dotknięte, 

ponownie poradziły, aby nie zapomniała o herbatce z mniszka lekarskiego, i wyszły. 

-  Nie  przyjmujemy  już  dziś  nikogo,  Wainwright  -  poinformowała  panna  Glyn 

majordomusa i ponownie wróciła do salonu. 

-  Koniec  wizyty  -  oznajmiła,  podchodząc  do  rodzeństwa  Carringtonów,  po  czym, 

stanąwszy między nimi, ujęła obydwoje pod ręce i zaczęła ich prowadzić w kierunku wyjścia. 

-  To  była  ogromna  przyjemność  widzieć  was  znowu.  Pozdrówcie  ode  mnie,  kogo  chcecie, 

background image

pamiętajcie o mnie w modlitwach, a teraz adieu. 

- Co proszę? - wykrztusił z trudem Carrington w połowie drogi do holu. 

- Po prostu wyrzucam was - wyjaśniła Katharine. 

- Ale dlaczego? - zapytał ze zdumieniem. 

- Ponieważ tu wciąż jesteście. 

- Ale... ale... 

- Chodźże, Tommy - powiedziała stanowczym tonem panna Carrington, ciągnąc brata 

w  kierunku  wyjścia.  -  Siostra  Beth  wszystko  ci  wyjaśni.  Do  widzenia,  Kate  -  rzuciła  przez 

ramię. - Doskonale się bawiłam. 

- Miło mi - odparła panna Glyn. - Musimy to kiedyś powtórzyć. 

Wesoły  kobiecy  śmiech  był  jedyną  odpowiedzią,  gdy  Wainwright  żegnał  przy 

drzwiach Carringtonów. 

Katharine  odetchnęła  z  ulgą,  zadowolona  z  dobrze  wykonanego  zadania,  ponownie 

wróciła  do  salonu  i,  zamknąwszy  za  sobą  drzwi,  ze  zdumieniem  zauważyła  lorda  Blake'a, 

niedbale opartego o marmurowy gzyms kominka. 

- Coś takiego! - zawołała ze zdumieniem. - Pan wciąż tutaj? 

- A nie powinienem? - zapytał spokojnie, podchodząc do niej. - Prawdę mówiąc, już 

trzęsę się ze strachu, kiedy pomyślę, co może pani zrobić, aby mnie wyrzucić z domu. 

- Postaram się, żeby pańskie wyjście odbyło się  w miarę bezboleśnie - zapewniła  go 

chłodno. 

- Jestem ogromnie zobowiązany, ale czy naprawdę muszę wyjść? 

-  Jak  słusznie  zauważył  pewien  wieszcz,  nieproszeni  goście  są  najsympatyczniejsi, 

kiedy  wychodzą.  Ale proszę zaczekać  - powiedziała, podnosząc  rękę w  wymownym  geście, 

po czym zamknęła na chwilę oczy, jakby się chciała nad czymś zastanowić. - Jest pan, o ile 

pamiętam, przyjacielem sir Williama, tak? - zapytała. 

- Istotnie, jesteśmy zaprzyjaźnieni. 

-  Do  licha!  -  westchnęła.  -  Skoro  jest  pan  przyjacielem  sir  Williama  Athertona,  a  sir 

William  jest  przyjacielem  panny  Fairfax,  wyrzucając  pana,  mogłabym  obrazić  sir  Williama, 

upokorzyć  pannę  Fairfax  i  sprowadzić  tysiąc  nieszczęść  na  moją  biedną  głowę.  Może  pan 

zostać - zdecydowała bez specjalnego entuzjazmu. 

- Jest pani, doprawdy, zbyt łaskawa. 

- Nie jestem łaskawa. Zastanawiam się tylko, jak z tego wybrnąć. Od dawna jest pan 

lordem? 

- Od zawsze. 

background image

- Ach tak! 

Obserwował ją przez monokl. 

-  Sądząc  z  tonu  pani  głosu,  żyłem  w  grzechu?  Czy,  podobnie  jak  Francuzi,  nie  lubi 

pani arystokracji? 

- Czy nie lubię? Przyznaję, że jest w was coś, co mnie okropnie bawi. Ale poza tym... 

- Nic dobrego nie da się powiedzieć, tak? 

Jego uśmiech wydał się jej ogromnie ujmujący. 

- Przykro mi, ale nie. Trudno znaleźć coś dobrego w robaczywym jabłku. 

-  Protestuję.  Pewnie  pani  nie  uwierzy,  ale  nie  wszyscy  jesteśmy  łobuzami.  A 

przynależność  do  wyższych  sfer  jest  raczej  przyjemna.  Wykwintne  jedzenie,  wspaniałe 

stroje...  Odpowiada  mi  takie  życie.  Łachmany  i  bieda  to  nic  miłego.  Gdyby  pani  widziała 

marokańską  bonżurkę,  którą  dziś  rano  miałem  na  sobie,  nie  oceniałaby  pani  nas  aż  tak 

surowo, zapewniam panią. 

-  Nie  zmieniłabym  zdania  z  powodu  jakiejś  tam  bonżurki.  Z  powodu  wieczorowego 

surduta  -  być  może,  ale  bonżurki  -  nigdy.  Widziałam,  jak  tańczył  pan  z  lady  Priscillą 

Inglewood na balu u Montclairów. Od dawna ją pan zna? 

- Od dziecka. 

- Ach tak. 

- Moja droga, czyżbym znów popełnił błąd? 

-  Po  prostu  zaskoczył  mnie  pan,  milordzie.  Nie  mogę  pojąć,  dlaczego,  będąc 

przyjacielem lady Inglewood, zdecydował się pan wejść do jaskini lwa. 

Lord Blake bawił się trzymanym w ręku monoklem. 

-  Zdumiewa  mnie  pani,  panno  Glyn.  Najwyraźniej  nie  lubi  pani  lady  Inglewood, 

wzorca  doskonałości,  a  jednocześnie  szydzi  z  arystokracji.  Czemu  przypisać  to  dziwne 

nastawienie? 

- Doprawdy, nic w ty dziwnego, milordzie. W młodości bywałam źle traktowana przez 

wiele  osób  z  towarzystwa  i  pamiętam,  jak  okropnie  się  wtedy  czułam.  Nie  chciałabym 

doświadczyć tego znowu. 

- A lady Inglewood? 

-  Ma  w  tym  duży  udział.  „Gdyby  jej  oddech  tak  był  jadowity  jak  jej  wyrazy,  ani 

podobna byłoby żyć w jej sąsiedztwie, zaraziłaby powietrze do północnego bieguna” . 

Wiele hałasu o nic

3

, akt drugi, scena pierwsza, ale nietrafnie dobrana, jak sądzę. 

                                                 

3

 Wiele hałasu o nic, akt II, scena 1, tłum. Leon Ulrich (przyp. red.). 

background image

-  Pozostańmy  więc  każdy  przy  swoim.  Lady  Inglewood  z  pewnością  nie  podziękuje 

panu, że pan tu dziś przyszedł. Uzna pana za potwora i zażąda zadośćuczynienia. Być może 

będzie pan musiał opuścić kraj na dłuższy czas. 

- Nigdy. Czyż jest gdzieś kraj tak zabawny jak Anglia? 

- Nie mam pojęcia, nigdy z niej nie wyjeżdżałam. Bardzo się jednak cieszę, że pan to 

powiedział, ponieważ od dawna uważam, że Anglia nie cieszy się w świecie taką opinią, na 

jaką zasługuje. Czy lubi pan czytać, lordzie Blake? 

Kąciki jego ust leciutko zadrżały. 

- Czasami. 

- Mamy tu wspaniałą bibliotekę. Może chciałby pan z niej skorzystać do powrotu sir 

Williama? 

- Nie odpowiada pani moje towarzystwo - skonstatował ze smutkiem. 

- „...abyśmy mogli być bardziej obcy wobec siebie”

4

Jak wam się podoba, akt trzeci, scena druga. 

-  Cenię  pańską  znajomość  Szekspira,  ale  nie  pańskich  przyjaciół.  Nasza  znajomość 

jest  zbyt  krótka,  bym  mogła  wiedzieć,  czy  odpowiada  mi  pańskie  towarzystwo,  ale 

zdecydowanie nie podoba mi się to, co pan mówi. Dawno już osiągnęłam pełnoletność, sir, i 

zdecydowałam  żyć  tak,  jak  chcę.  Postanowiłam  nie  utrzymywać  żadnych  kontaktów  z 

przyjaciółmi  lady  Inglewood  i,  jak  sądzę,  ona  również  żąda  od  swoich  przyjaciół,  aby  nie 

utrzymywali kontaktów ze mną. Radzę więc, żeby pan tu już więcej nie wracał. 

-  Krzywdzi  pani  tę  godną  szacunku  kobietę,  mówiąc  o  niej  takie  rzeczy.  Lady 

Inglewood  nie  ma  zwyczaj  u  żądać  od  swoich  przyjaciół,  by  postępowali  zgodnie  z  jej 

życzeniem. 

- Och, niech pan nie mówi głupstw. Przed chwilą twierdził pan przecież, że znają od 

dziecka. 

-  I  właśnie  dlatego  uważam  lady  Inglewood  za  czarującą,  inteligentną  kobietę,  która 

cieszy się w towarzystwie ogromnym szacunkiem. 

- Rzeczywiście. Czy może być coś bardziej obiektywnego? 

- Mówi pani zagadkami, panno Glyn. 

- To mój dom, lordzie Blake i mówię tak, jak chcę. 

Lord  Blake  oparł  się  niedbale  o  marmur  kominka  i  patrzył  na  nią  spod 

półprzymkniętych powiek. 

                                                 

4

 Jak wam się podoba, akt III, scena 2, tłum. Maciej Słomczyński (przyp. red.). 

background image

-  Wygląda  na  to,  że  chyba  się  nie  pogodzimy.  Zostańmy  więc,  jeśli  chodzi  o  lady 

Inglewood, przy własnym zdaniu. Niech mnie pani tylko nie wysyła do biblioteki. Proszę mi 

pozwolić zostać i słuchać tego, co pani zechce powiedzieć... i wypić jeszcze jedną filiżankę 

herbaty. Podaje pani znakomitą herbatę, panno Glyn. 

Westchnęła z rezygnacją i ponownie napełniła filiżankę jego lordowskiej mości. 

Korzystając  z  chwili  przerwy  w  rozmowie,  uważnie  przyjrzała  się  rozmówcy.  Lord 

Blake, na pierwszy rzut oka, ubrany był zgodnie z najnowszym trendem w modzie: srebrzysty 

surdut w czerwone różyczki znakomicie uwydatniał jego szerokie ramiona; na rudobrązowej 

kamizelce wisiał na srebrnym łańcuszku monokl; bryczesy uwypuklały wspaniale umięśnione 

nogi, a długie buty lśniły oślepiająco. 

Po chwili jednak zauważyła, że kołnierzyk koszuli nie sięga tak wysoko, jak powinien, 

ale  umożliwia  za  to  swobodne  ruchy  głową.  Krótko  obcięte,  ciemne  włosy  układały  się 

naturalnie,  a  na  długich,  wąskich  palcach,  poza  rodowym  sygnetem,  nie  było  żadnych 

pierścieni. Lord Blake najwyraźniej nie był niewolnikiem mody. 

Obiekt  tej  tak  drobiazgowej  lustracji,  obserwował  ją  również,  co  Katharine  bardzo 

rozbawiło.  Rzadko  się  zdarzało,  żeby  ktokolwiek,  a  tym  bardziej  mężczyzna,  obdarzał  ją 

czymś więcej niż tylko przelotnym spojrzeniem, nie mówiąc już o lustracji od stóp do głów. 

Spojrzała na niego spod oka i jej usta zadrżały w uśmiechu. 

- Skończył pan? - zapytała. 

-  Proszę  o  wybaczenie,  ale  gubię  się  w  domysłach.  Czy  nigdy  nikomu  nie  pozwala 

pani zajrzeć pod tę maskę, za pomocą której odgradza się pani od świata? 

- Ale to wcale nie jest maska! To jestem ja, lordzie Blake. Chyba nie chce pan obnażać 

mnie przed światem? Pomyśleć, jakie to byłoby nieprzyzwoite! 

- Nie kuś zdesperowanego człowieka. 

Panna Glyn przycisnęła dłoń do ust, aby nie zareagować śmiechem na ten cytat. 

W szarych oczach lorda Blake'a widać było satysfakcję. 

- Czy czułaby się pani urażona, gdybym zadał jej bardziej osobiste pytanie? 

- Przeciwnie - odparła, starając się odzyskać zimną krew. -  Osobiste pytania, zadane 

przez  kogoś  obcego,  są  zupełnie  nieszkodliwe,  ponieważ  osoba  zapytana  właściwie  może 

mówić, co jej tylko przyjdzie do głowy, a pytający nie jest w stanie stwierdzić, czy zapytany 

mówi prawdę. Ponieważ jednak my dwoje więcej się już nie spotkamy, postaram się panować 

nad wyobraźnią. Proszę pytać, milordzie. 

Przez chwilę obserwował ją w milczeniu, po czym odchrząknął i rzekł: 

- Zastanawiam się po prostu, dlaczego tak surowo potraktowała pani lorda Falkhursta, 

background image

gdy  poinformował  panią,  że  jego  wuj  Archibald  doszedł  do  siebie  po  ataku  kamieni 

nerkowych. 

-  Ponieważ  marzyłam  od  lat  o  tym,  żeby  uderzyć  lorda  Falkhursta  -  oznajmiła, 

najwyraźniej uważając to za całkiem wystarczający powód. 

- Często ulega pani takim zachciankom? 

- Jedynie w stosunku do lorda Falkhursta. 

- Nie lubi pani tego dżentelmena? 

-  Zbyt  wysoko  pan  go  ceni.  Szekspir  trafnie  ocenił  takich  jak  on:  „W 

najkorzystniejszych  chwilach  jest  czymś  nieco  gorszym  niż  człowiek;  w  najmniej 

korzystnych czymś nieco lepszym niż zwierzę...”

5

 

- Rozumiem, że nie lubi pani jego towarzystwa? 

- „...którego nieobecności nie pragnęłabym żarliwie...”

6

 

- To były dwa cytaty z Kupca weneckiego. Czy może pani przytoczyć jakiś trzeci? 

- „Bóg go stworzył, dlatego trzeba go uznać za człowieka...”

7

 

- Brawo, panno Glyn! - zawołał, klaszcząc w ręce, chociaż bez zbytniego entuzjazmu. 

- Widzę, że będę musiał odświeżyć sobie Szekspira, by móc z panią swobodnie konwersować. 

Dlaczego jednak właśnie dziś zdecydowała się pani uderzyć lorda Falkhursta, skoro, jak sama 

pani przyznaje, czekała na tę okazję od lat? 

-  Och,  czy  zdobyłabym  się  na  tę  zuchwałość,  gdybym  nie  liczyła  na  trzy  pozytywne 

efekty tego chwalebnego czynu? 

- I były? 

-  Po  pierwsze  mogłam  wreszcie  spełnić  moje  marzenie.  Po  drugie  było  dla  mnie 

oczywiste,  że  po  takim  afroncie  opuści  mój  dom.  A  po  trzecie  wyobraziłam  sobie  tę  burzę 

nieprzychylnych komentarzy, które prześladować będą łajdaka przez wiele tygodni, gdyż traf 

chciał, że lady Elvira i lady Mary Pomeroy były świadkami tego szokującego zdarzenia. Nim 

słońce wzejdzie, będzie już o nim wiedział cały Londyn. Nie wiem, czy pan się orientuje, ale 

to największe plotkarki w mieście. 

- Słyszałem coś o tym. 

- Co mi nie przeszkadza bardzo je lubić - ciągnęła panna Glyn, dzielnie panując nad 

śmiechem.  -  Uważam  je  za  najzabawniejsze  stworzenia  w  towarzystwie.  Znają  wszystkie 

krążące  po  Londynie  plotki  i  zawsze  je  ubarwiają.  Plotki,  jak  pan  zapewne  wie,  mają  to  do 

                                                 

5

 Kupiec wenecki, tłum. Maciej Słomczyński (przyp. red.). 

6

 Jak wyżej. 

7

 Jak wyżej. 

background image

siebie, że szybko się zmieniają, ale to, co robią z nimi Mary i Elvira, to prawdziwy artyzm! 

Często sama wymyślam jakąś plotkę o sobie, aby się przekonać, do jakich rozmiarów potrafi 

urosnąć dzięki nieprawdopodobnej inwencji tych pań. To bardzo zabawne. 

-  Sprowadza  mnie  pani  na  manowce,  panno  Glyn.  Zaczynają  mi  się  podobać  te  pani 

nonsensy. 

-  Bez  obawy.  To  tylko  chwilowe  zboczenie  z  drogi.  Mężczyźni  z  natury  są  bardzo 

zmienni. 

-  Nie,  madame,  źle  mnie  pani  zrozumiała!  Moja  słabość  jest  tak  niezmierzona,  jak 

Zatoka Portugalska. 

Panna  Glyn  nie  mogła  już  opanować  chichotu,  który  szybko  zamienił  się  w  głośny 

śmiech. 

Sir  William  Atherton  i  panna  Fairfax  wybrali  właśnie  ten  moment,  aby  wrócić  do 

salonu.  Sir  William  wydawał  się  zakłopotany  widokiem  panny  Glyn  śmiejącej  się  z  jego 

przyjaciela. Wyraz twarzy panny Fairfax natomiast był mieszaniną gniewu i przerażenia. 

- Kate! - zawołała. - Co tu się dzieje? 

Lord Blake starał się zachować powagę. 

-  Przepraszam  cię,  Georgino  -  wykrztusiła  panna  Glyn,  z  trudem  łapiąc  powietrze.  - 

Lord Blake opowiadał mi właśnie wyborną historyjkę o wielbłądach w Himalajach, niestety, 

niezbyt nadającą się do powtórzenia. 

Lord Blake spojrzał na nią ze zdumieniem, ale ona udawała, że tego nie widzi. 

-  Cieszę  się,  że  wreszcie  wróciliście  -  ciągnęła.  -  Już  chciałam  zawiadomić  policję, 

żeby was szukała. Drogi sir Williamie - szybko dodała, biorąc go pod rękę - proszę usiąść i 

pogawędzić ze mną przez chwilę. Panna Fairfax zupełnie panem zawładnęła, a ja tak bardzo 

pragnęłam zamienić z panem kilka słów. 

- Ale, panno Glyn - sir  William rozejrzał się ze zdumieniem dookoła - gdzie są pani 

pozostali goście? 

-  Mieli...  jakieś  inne,  wcześniej  już  uzgodnione  spotkanie  -  odparła  wymijająco.  - 

Georgino - rzuciła przez ramię, prowadząc sir Williama w kierunku ciemnozielonej kanapy - 

spróbuj, z łaski swojej, zająć się lordem Blakiem. 

Przez następne pół godziny panna  Glyn rozmawiała z młodym człowiekiem, starając 

się  taktownie  wypytać  o  wszystkie  szczegóły  z  jego  życia,  co,  jak  uważała,  było  jej 

szczególnym obowiązkiem. Bardzo szybko jednak doszła do wniosku, że jej przyjaciółka nie 

myliła się w ocenie sir Williama. Charakter młody człowiek miał wypisany na twarzy, a to, co 

z  niej  wyczytała,  wyglądało  obiecująco.  Mogła  sprzyjać  tej  znajomości  bez  obawy,  że 

background image

przyniesie ona jakiś zawód czy cierpienie jej przyjaciółce. 

Uświadomiwszy  sobie,  że  czas  wizyty  został  już  dawno  przekroczony,  sir  William 

wstał, oznajmiając, że on i jego przyjaciel muszą już iść. 

-  Och,  jestem  pod  wrażeniem  -  powiedziała  panna  Glyn,  wstając  również.  -  Drogi 

panie,  musi  mi  pan  solennie  obiecać,  że  odwiedzi  nas  jutro.  Bardzo  miło  mi  się  z  panem 

rozmawiało. 

-  To  dla  mnie  ogromny  zaszczyt,  panno  Glyn  -  odrzekł  sir  William,  skłaniając  z 

uśmiechem głowę. 

Zręcznie  manewrując  przyjaciółką  i  sir  Williamem,  tak  aby  mogli  jeszcze  chwilę  ze 

sobą porozmawiać, zanim się pożegnają, panna Glyn cofnęła się parę kroków, dołączając do 

lorda Blake'a. 

- Mistrzowskie zagranie - rzekł z uznaniem. 

-  Dziękuję,  milordzie.  Patronowanie  rozkwitającej  romantycznej  miłości  to  trudne  i 

dosyć wyczerpujące zadanie. Jeśli nie otrzymuje się w zamian dostatecznego uznania, można 

zacząć się zastanawiać, czy warto się było trudzić. 

- Nie aprobuje więc pani romantycznej miłości? 

- Oczywiście, że nie aprobuję, tak zresztą jak każdy rozsądny człowiek. Romantyczna 

miłość zamienia inteligentnych skądinąd ludzi w skończonych idiotów. Georgina już wpadła 

w  cielęcy  zachwyt  i  zaczynam  się  obawiać,  żeby  sytuacja  nie  wymknęła  się  spod  mojej 

kontroli. 

-  Musi  być  pani  dzielna  -  rzekł  lord  Blake.  -  Przytoczę  słowa  niejakiego  Ralpha 

Bottswaya,  handlarza  nawozem  z  Lancaster,  przy  których  pani  problemy  będą  jak  trzepot 

skrzydeł ćmy podczas huraganu. Powiedział do mnie: „Nieszczęścia mogą na nas spadać ze 

wszystkich  stron,  wasza  lordowska  mość,  nasze  pola  nie  obrodzić,  studnie  wyschnąć.  Ktoś 

uprowadzi  nam  stada  owiec  i  nasze  dzieci...  ale  przynajmniej  nie  będziemy  się  musieli 

obawiać szarańczy”. 

Panna Glyn nie mogła powstrzymać się od śmiechu. 

- Proszę już iść i nie wracać - powiedziała. - Nie mogę pozwolić, aby jakiś arystokrata 

wyprowadzał  mnie  w  pole  w  moim  własnym  domu,  a  co  dopiero  ktoś,  kto  od  dziecka 

przyjaźni się z Priscillą Inglewood. 

Lord  Blake  skłonił  się  w  milczeniu  i  wraz  z  sir  Williamem,  który  z  ciężkim  sercem 

pożegnał się wreszcie z panną Fairfax, opuścił Russel Court. 

- Och,  Kate! - zawołała  panna  Fairfax, rzucając  się w ramiona przyjaciółki. - Jestem 

taka  szczęśliwa!  Nie  potrafię  znaleźć  słów,  by  powiedzieć,  co  czuję.  To  tak,  jakby  gdzieś 

background image

wewnątrz mnie zapłonęło jakieś złociste światło! 

-  Tak,  tak  kochanie  -  powtarzała  spokojnie  panna  Glyn,  prowadząc  podekscytowaną 

dziewczynę schodami do pokoi na piętrze. 

- Och, Kate! - westchnęła panna Fairfax, kiedy weszła do swojej sypialni i rzuciła się 

na  łóżko.  -  On  jest  naprawdę  czarujący  i  ma  takie  nienaganne  maniery.  Czy  wiesz  - 

powiedziała, siadając nagle - że on ma spaniela, który uwielbia kornwalijskie ciasteczka, tak 

jak mój kochany mały Scotty? 

- Wprost trudno w to uwierzyć - mruknęła panna Glyn, idąc do swego pokoju. 

background image

Czcigodny  markiz  Blake  Park,  baron  Willoughby  -  on  -  the  Marsh,  lord  Theodore 

Francis  Beauregard  Quentin  Blake  wyjeżdżał  z  Russel  Court  z  mieszanymi  uczuciami.  Nie 

spodziewał się, że ta przedpołudniowa wizyta u dwóch wytwornych dam z towarzystwa minie 

tak szybko i będzie taka fascynująca. Jego doświadczenie, jeśli chodzi o tego typu wizyty, nie 

było najlepsze, ale William tak bardzo go prosił. Czy mógł odmówić przyjacielowi? Tak więc 

wybrał  się  z  nim  do  Russel  Court  i  co?  Nie  było  troskliwych  pytań  o  zdrowie  jego  i  jego 

rodziców.  Żadnych  wynurzeń  na  temat  pięknej  pogody.  Ani  minuty  rozmowy  o 

najświeższych  towarzyskich  wydarzeniach.  Zamiast  tego  -  piękno,  urok  i  panna  Katharine 

Glyn.  Całkowicie  nieprzewidywalna  i  ogromnie  intrygująca.  Nawet  teraz,  kiedy  zręcznie 

manewrując  zaprzęgiem,  przejeżdżał  zatłoczone  centrum  Londynu,  nie  mógł  o  niej 

zapomnieć. 

Była  najbardziej  stanowczą  młodą  kobietą,  jaką  kiedykolwiek  spotkał...  W  jej 

zachowaniu nie było nic, co mogłoby świadczyć o tym, że usiłuje złapać go na męża. Już sam 

ten fakt był nadzwyczajny, ponieważ zdążył się przyzwyczaić, że w ciągu ostatnich pięciu lat 

był nieustannie ścigany przez wszystkie polujące na arystokratyczne tytuły kobiety. 

Zamyślił  się.  Czy  Oliver  naprawdę  zginął  pięć  lat  temu?  Ból,  który  odczuwał  za 

każdym razem, kiedy myślał o swoim bracie, przeszył jego serce ponownie. Mimo iż minęło 

już  tyle  lat,  wciąż  mógł  powtarzać  za  Hamletem:  Jakież  przeraźliwie  nudne,  banalne  i  bez 

sensu zdają się mi te wszystkie uroki życia... Wiosenny Londyn i zakochany William nie były 

w stanie wyrwać go z melancholii. I chociaż Katharine Glyn też nie udało się tego dokonać, 

zdołała jednak tę szarość nieco ubarwić. Może jego krótki pobyt w mieście nie będzie czasem 

zupełnie straconym. 

Najwyraźniej  jego  kompan  czuł  to  samo,  gdyż  siedząc  obok  niego  w  faetonie,  od 

chwili  opuszczenia  Russel  Court  nie  przestawał  rozwodzić  się  nad  cnotami  panny  Fairfax  i 

nawet nie zauważył, gdy zatrzymali się przed klubem White's. 

-  Błagam,  przestań  już,  Will  -  jęknął  lord  Blake,  rzucając  wodze  pachołkowi  i 

wyskakując z faetonu. - Za chwilę wchodzimy do środka. Chyba nie masz zamiaru ośmieszyć 

się tymi tak głośno wyrażanymi zachwytami? 

-  Co,  już  przyjechaliśmy  do  White's?  -  rzekł  William,  rozglądając  się  z 

niedowierzaniem. 

- Owszem, mój drogi - odparł lord Blake, nie kryjąc rozbawienia. - I tak spóźniliśmy 

background image

się na lunch, sądząc po burczeniu w moim żołądku. Chodź, Will, musimy szybko coś zjeść. 

Po  emocjach,  jakich  doświadczyłeś  tego  ranka,  twój  organizm  także  wymaga  regeneracji. 

Myślę, że udziec barani obu nas postawi na nogi. 

Sir William wyskoczył z faetonu i podążył za przyjacielem. 

-  Tak  się  składa  -  odparł,  gdy  kłaniali  się  licznym  znajomym  -  że  nie  bardzo  mam 

apetyt. 

- Och, nie wątpię - zauważył lord Blake. - Przynajmniej usiądź, wypij kieliszek porto i 

dotrzymaj mi towarzystwa. 

Kiedy  weszli  do  jadalni,  lord  Blake  zauważył  siedzących  przy  jednym  ze  stolików 

Robbinsa  i  lorda  Braxtona  i  zdecydował  się  do  nich  dołączyć.  Chociaż  dawno  temu  wybrał 

życie odludka, cieszyło  go, że jeszcze niezupełnie zdziwaczał. Codzienność na prowincji, w 

otoczeniu  służby,  dzierżawców  i  organizacji  dobroczynnych,  była  tak  cholernie  nudna  i... 

monotonna. Nie o takim życiu kiedyś marzył. 

Jednak  teraz  starał  się  odpędzić  czarne  myśli  i  cieszyć  towarzystwem  przyjaciół. 

Zamówili  lunch  i  rozmowa  potoczyła  się  wartko.  Dyskutowali  o  wyścigach  konnych, 

ostatnich prezentacjach na dworze i płochych sercach kobiet. 

Peter  Robbins  -  w  brązowym  jeździeckim  surducie,  spodniach  ze  skóry  kozłowej  i 

wysokich  butach  -  ze  wzburzeniem  opowiadał  o  niejakim  Jamisonie  Knoksie,  wyjątkowo 

cynicznym  łobuzie,  który,  nie  dalej  jak  dwa  dni  temu,  miał  czelność  odebrać  mu  kochankę. 

Niepocieszony amant, którego wzrost, cera i nos wskazywały na pokrewieństwo z Blakiem - 

w rzeczywistości byli kuzynami - siedział naprzeciw niego. 

Hrabia  Braxton,  siedzący  po  prawej  stronie  lorda  Blake'a,  był  najwyraźniej  szczerze 

ubawiony  żałosną  historią  Robbinsa,  ale  taktownie  krył  śmiech,  zasłaniając  usta  koronkową 

chusteczką.  Lord  Braxton,  trzydziestoletni  dżentelmen,  uważany  był  za  największego,  po 

lordzie  Bingsleyu,  eleganta.  O  ile  jednak  Bingsley  wciąż  szukał  czegoś  nowego,  śmiałego  i 

wyszukanego,  Braxton  największą  wagę  przywiązywał  do  eleganckiego  kroju  surduta, 

właściwego  odcienia  pończoch  oraz  subtelnych  manier  i  zainteresowań,  które  były  istotnym 

uzupełnieniem stroju. 

Po  lewej  stronie  Blake'a  siedział  sir  William  Atherton,  ale  wnikliwy  obserwator 

zauważyłby,  że  ten  młody  człowiek  błądzi  gdzieś  po  Polach  Elizejskich,  wsłuchując  się  w 

bicie swego serca. 

-  Opamiętaj  się,  drogi  chłopcze  -  rzekł  lord  Braxton  do  Robbinsa.  -  Powinieneś  był 

spodziewać  się  tego,  skoro  paradujesz  w  tych  ohydnych  spodniach,  a  rozmawiać  umiesz 

jedynie  o...  uprawie  roli,  zawodach  bokserskich  i  innych  nudziarstwach  niestosownych  dla 

background image

niewieścich  uszu.  Och,  Peter,  gdybyś  tylko  pozwolił  mi  sobą  pokierować,  wkrótce  byłbyś 

otoczony tłumem pięknych kobiet. Mógłbym ci nawet wybrać piękną i cnotliwą kandydatkę 

na żonę. 

- Żonę? - zawołał z przerażeniem Robbins. - Dobry Boże, Braxton, cenię kobiety, lecz 

jedynie  jako  chwilową  rozrywkę,  ale...  ale  małżeństwo...?  -  Wzdrygnął  się  gwałtownie.  - 

Potrzebny mi jeszcze jeden drink, a nie twoja pomoc, milordzie. 

Lord Blake zawołał kelnera i ich kieliszki natychmiast zostały ponownie napełnione. 

-  I  co  ty  na  to,  Will?  -  zwrócił  się  do  Williama  Braxton.  -  Nie  przeszkadza  ci  to,  że 

Peter należy do twoich najbliższych przyjaciół? 

-  Co  proszę?  -  Sir  William  spojrzał  na  niego  nieprzytomnie.  -  Co  mówiłeś,  Nigel? 

Przepraszam, ale chyba trochę się zamyśliłem. 

-  Naszego  Williama  od  trzech  dni  nie  interesuje  nic  poza  pewną  parą  wymownych, 

błękitnych oczu - poinformował przyjaciół lord Blake. 

-  Nie  mów!  -  zawołał  Robbins,  patrząc  z  zaciekawieniem  na  Williama.  -  Nareszcie 

wpadł, tak? Kim jest ta ślicznotka, która cię ujarzmiła, biedaku? Powiedz wujkowi Peterowi 

wszystko. 

-  Nie  życzę  sobie,  abyś  mówił  o  pannie  Fairfax  w  taki  sposób  -  zaprotestował  sir 

William. 

-  Wielkie  nieba!  -  zawołał  lord  Braxton.  -  Fairfax?  Georgina  Fairfax?  Największa, 

najsłodsza  piękność,  jakiej  Londyn  nie  widział  od  ponad  dziesięciu  lat?  Muszę  przyznać, 

przyjacielu, że masz wyborny gust! 

- Theo, powiedz im, że to nie tak - błagał sir William. 

Lord Blake uśmiechnął się lekko, odchrząknął, po czym uroczyście zaczął: 

-  William  jest  pod  działaniem  czystej,  anielskiej  miłości,  nieskażonej  jakimiś  tam 

fizycznymi czy też innymi przyziemnymi pragnieniami. On żyje w innym świecie, gdzie nie 

ma miejsca na małostkowość naszego zepsutego świata. Mam rację, Will? 

-  Nie  pozwolę,  abyś  kpił  z  mojego  szacunku  dla  panny  Fairfax!  -  zaprotestował 

ponownie sir William. 

-  Ależ  nic  podobnego  nie  miałem  na  myśli,  Will  -  uspokajał  go  lord  Blake.  - 

Powiedziałem prawdę, opisując jedynie to, co sam zaobserwowałem. Will i ja - poinformował 

przyjaciół - wróciliśmy właśnie z wizyty u panny Fairfax i jej opiekunki... panny Glyn, o ile 

dobrze pamiętam. Nawet ja muszę przyznać, że z przyjemnością zostałbym dłużej. 

- Jest śliczna, prawda, Theo? - niecierpliwił się sir William. 

- Hm? O tak, powiedziałbym, że to całkiem... sympatyczna osoba. 

background image

-  Sympatyczna?  -  zawołał  z  oburzeniem  sir  William.  -  Jej  widok  zapiera  dech  w 

piersiach.  To  bogini  w  ludzkim  ciele.  Panna  Fairfax  -  oświadczył,  patrząc  na  przyjaciół 

płomiennym wzrokiem - to prawdziwe uosobienie kobiecości. 

-  Zawsze  uważałem,  że  Will  będzie  pierwszą  ofiarą  Kupidyna,  ponieważ  jest 

niepoprawnym romantykiem, i to od chwili, gdy skończył dziesięć lat - zauważył Robbins. - 

Ja  nigdy  nie  miałem  takich  skłonności.  Braxton  jest  od  dawna  zakochany  w  swoim 

lustrzanym odbiciu, a Theo jest na to całkiem uodporniony. 

- Jeśli o mnie chodzi - wtrącił lord Blake - to wolę określenie zrażony. Każdą młodą 

kobietę,  która  chce  wydać  się  za  mąż,  interesują  jedynie  dwie  rzeczy:  mój  tytuł  i  fortuna. 

Dlaczego miałbym rezygnować z dobrego snu, biorąc sobie na kark taki bagaż? 

- Theo, musisz się z tym pogodzić - rzekł z uśmiechem lord Braxton. - Żadna rozsądna 

kobieta nie może ignorować takiego tytułu i takiej fortuny. Co za uparty osioł - hrabia zwrócił 

się do dwóch pozostałych przyjaciół. Panny na wydaniu oblegają go, ożywione pragnieniem 

mamusie  popisują  się  swoimi  córkami  przy  każdej  nadarzającej  się  okazji,  Priscilla 

Inglewood bije wszystkie konkurentki na głowę, a on wciąż się wzbrania dać na zapowiedzi. 

Radzę ci, Nigel, nie mów tak lekceważąco o Priscilli - ostrzegł przyjaciela lord Blake. 

- To szlachetna, piękna i inteligentna młoda kobieta, którą łączą z moją rodziną silne więzy 

przyjaźni i nie życzę sobie słyszeć ani słowa przeciw niej. 

- To harpia, nawet się nie spostrzeżesz, jak zaciągnie cię do ołtarza, o ile nie powiesz 

jej wprost, że jej nie chcesz - zauważył Robbins. 

-  Co  to  za  bzdury  -  odparł  lord  Blake.  -  Dlaczego  miałbym  obrażać  przyjaciółkę  od 

dziecięcych  lat,  skoro  nigdy  nie  dałem  jej  najmniejszego  powodu,  żeby  sądziła,  iż  mam 

wobec niej jakieś matrymonialne plany? 

-  Odziedziczyłeś  po  bracie  majątek,  tytuły  i  wszystkie  związane  z  nimi  nadzieje, 

dlaczego nie miałbyś odziedziczyć i narzeczonej? - powiedział lord Braxton. 

- Poza tym - dodał Robbins - mógłbym pójść o zakład, że to ojciec wbił jej do głowy 

te wiążące się z tobą matrymonialne oczekiwania, stary cwaniak. 

- Córka wierzy mu bezgranicznie - zauważył lord Braxton. 

- Dosyć! - rzekł stanowczo lord Blake - Obrażacie mnie i Inglewoodów. 

- Ależ, Theo - zaprotestował Robbins - to takie zabawne zastanawiać się, jaka będzie 

ta twoja przyszła żona. Poza tym musisz się ożenić i wszyscy dobrze o tym wiedzą. 

- Szczególnie Priscilla - dodał lord Braxton. 

-  Skończyłeś  trzydziestkę  i  nie  masz  narzeczonej  -  ciągnął  Robbins.  -  Wkrótce 

będziesz  stary,  zdziwaczały  i  niezdolny  do  zdobycia  względów  żadnej,  nawet  najbardziej 

background image

zdeterminowanej łowczyni fortun. 

- Poza, oczywiście, Priscillą - rzekł lord Braxton. 

-  Dosyć,  Nigel!  -  powtórzył  lord  Blake.  -  Bardziej  niż  wy  zdaję  sobie  sprawę  z 

ciążącego  na  mnie  obowiązku  ożenku  i  spłodzenia  dziedzica  fortuny  i  nazwiska.  Kiedy 

pogodzę  się  z  myślą,  że  jakaś  kobieta  towarzyszyć  mi  będzie  do  końca  moich  dni,  dam 

ogłoszenie do gazety. Ale póki co jednak rozmawiamy o sercu Williama, a nie moim. 

- Sercu? - zdziwił się lord Braxton. - Nie rozmawiamy o twoim sercu, Theo, ponieważ 

wszyscy doskonale wiemy, że umkniesz przed każdą zastawioną przez kobietę pułapką. Nie, 

nie, ty się ożenisz wyłącznie z rozsądku. Śmiem twierdzić, że na miłość i szczęście nie będzie 

tam miejsca. 

-  Zaczynasz  mnie  nudzić,  Nigel  -  przerwał  mu  lord  Blake  i  chciał  coś  dodać,  ale 

podszedł do niego lokaj i przekazał mu wiadomość, że lord Falkhurst chciałby zamienić z nim 

parę słów i czeka na niego w bibliotece. 

-  Falkhurst?  -  zdziwił  się  Robbins.  -  Nie  wiedziałem,  że  utrzymujesz  kontakty  z  tą 

zimną rybą. 

- Poznaliśmy się przed laty - odrzekł lord Blake, wstając od stołu - i przez przypadek 

znaleźliśmy  się  dziś  w  tym  samym  salonie.  Panowie,  wybaczcie,  proszę,  ale  muszę  was  na 

chwilę porzucić. 

Kiedy  wszedł  do  biblioteki,  lord  Falkhurst  rozmyślał  nad  czymś,  trzymając  w  ręku 

kieliszek porto. 

- Chciałeś się widzieć ze mną, sir - rzekł Theo, skłaniając lekko głowę. 

- Ach, jesteś więc, Blake - odparł Falkhurst, odstawiając kieliszek i odwracając się w 

jego stronę. 

-  Mam  nadzieję,  że  doszedłeś  już  do  siebie  po  tym  szokującym  zdarzeniu  w  Russel 

Court? 

- Nie przywiązuję wagi do tego, co mówi i robi ta diablica, Kate Glyn. Nikt zresztą nie 

powinien. Nie mam jednak zamiaru rozmawiać o tej prowincjuszce. Chcę pomówić o pannie 

Fairfax. 

- O pannie Fairfax? A co ja mam wspólnego z tą rozkoszną istotą? 

- Możesz wpłynąć na Athertona, żeby dał jej spokój. 

-  Ja?  -  zapytał  lord  Blake,  unosząc  brwi.  -  Dlaczego  miałbym  zachować  się  jak 

impertynent? 

- Jesteś jego sponsorem i... 

-  Sponsorem?  Skąd  ten  pomysł?  Will  od  dawna  jest  pełnoletni,  pochodzi  z  dobrej 

background image

rodziny  i  jest  zamożny.  Nie  potrzebuje  sponsorów.  Właściwie,  Falkhurst,  powinieneś 

porozmawiać z nim. 

- Chłopak przeżywa szczenięcą miłość - odparł z rosnącą irytacją Falkhurst. - I nie jest 

to  żadną  tajemnicą,  ponieważ  wszyscy  dziś  mieli  okazję  słuchać  jego  bredzenia.  Nie  będzie 

słuchał rywala, ale chcę wierzyć, że posłucha ciebie. 

-  A  dlaczego,  wyjaśnij  mi  z  łaski  swojej,  miałbym  odciągać  go  od  panny  Fairfax?  - 

zapytał Blake, strząsając z rękawa surduta nieistniejący pyłek. - Stanowią bardzo ładną parę. 

-  Jedynie  dla  jego  dobra.  Zrobi  z  siebie  głupca,  jeśli  nie  przestanie  kręcić  się  koło 

panny  Fairfax.  Ona  ma  zbyt  wiele  rozsądku,  żeby  oddać  rękę  takiemu  nieopierzonemu 

żółtodziobowi. 

- I wystarczająco wiele, by przyjąć twoje zaloty, hm? 

- Wierzę, że tak. 

- Och, jakie to szczęście, kiedy się ma tak niewiele wątpliwości i obaw. Teraz dopiero 

zdaję sobie sprawę, Falkhurst, że Will nie ma żadnych szans w rywalizacji z tobą... o względy 

panny Fairfax. 

-  To  mu  to  powiedz,  Blake.  Nie  będę  dłużej  tolerował  jego  śmiesznych  zabiegów. 

Lepiej niech mi nie wchodzi w drogę. 

Zadowolony  z  siebie  Falkhurst  sztywnym  krokiem  opuścił  bibliotekę  odprowadzany 

rozbawionym spojrzeniem Blake'a. 

- O Panie, jacy ci ludzie są beznadziejni - mruknął, zanim ruszył w stronę jadalni, by 

znów dołączyć do przyjaciół. 

-  I  czego  chciał  ten  Ponury  Rycerz?  -  zapytał  Braxton,  gdy  Blake  ciężko  opadł  na 

krzesło. 

-  Dużo  więcej,  niż  miał  prawo  oczekiwać  -  brzmiała  odpowiedź.  -  Nasza  rozmowa 

przebiegała w nieco szekspirowskim tonie. Najwyraźniej mam dziś szczęście do bardów. 

- Dobry Boże, teatr! - zawołał sir William. 

-  Uwaga,  panowie  -  ostrzegł  Robbins.  -  Ta  cała  afera  z  panną  Fairfax  odebrała 

biedakowi rozum. 

-  Co  ty  pleciesz  -  zirytował  się  sir  William.  -  Źle  mnie  zrozumiałeś.  Georgina...  to 

znaczy panna Fairfax powiedziała mi, że razem z panną Glyn wybiera się dziś wieczorem do 

teatru. Musimy iść! 

Lord Braxton wzdrygnął się. 

- Nie ze mną - oświadczył. - Atmosfera teatru źle działa mi na trawienie. 

- Peter? - zapytał sir William. 

background image

- Wybacz, Will - odparł Robbins. - Przecież wiesz, że niedobrze mi od patrzenia na te 

zniewieściałe  pląsy  na  scenie.  Wcale  się  nie  dziwię,  że  Braxton  ma  wtedy  kłopoty  z 

żołądkiem. 

- Theo - rzekł William błagalnym głosem - przynajmniej ty mnie nie zawiedź. Musisz 

towarzyszyć mi dziś wieczorem. Jeśli pójdę sam, nigdy się nie odważę wejść do loży panny 

Fairfax, gdyż niewątpliwie otaczać ją będzie wielu adoratorów znaczniejszych niż ja. Odwaga 

szybko  ujdzie  ze  mnie  jak  woda  przez  sito.  Musisz  mnie  dziś  podtrzymać  na  duchu,  Theo, 

musisz! 

- No dobrze - westchnął lord Blake. - Ostatecznie mogę się zgodzić. Przypomniałem 

sobie, że nowy wieczorowy surdut przysłano mi dziś rano, a teatr to najwłaściwsze miejsce do 

pokazania się. Jestem zdumiony, Nigel, bo to dość, abyś i ty pojawił się w Drury Lane. 

- Publiczność jest tam tak krzykliwie ubrana, a przecież wiesz, jak tego nie cierpię. 

- Masz rację. Ktoś jednak musi dać dobry przykład, nie sądzisz? 

- I to właśnie ty - zauważył złośliwie Robbins. 

- Oczywiście, skoro Braxton nie odpowiada na wezwanie do broni - odparł lord Blake. 

- Będziesz odpowiedzialny za występ tego fircyka, Braxton. 

-  Fircyka?  -  zawołał  z  oburzeniem  lord  Blake.  -  Powinienem  cię  wyzwać  za  taką 

obrazę,  Peter.  To  Bingsley  jest  fircykiem.  Natura,  na  szczęście,  obdarzyła  mnie  dosyć 

wyrafinowanym poczuciem smaku. 

- Też coś! - powiedział Robbins. 

- Spodobałby ci się mój nowy surdut, Peter - ciągnął lord Blake. - Zieleń jest prawie 

taka sama jak zieleń lasów w Insley, gdzie ustrzeliłeś tego ogromnego jelenia. 

W odpowiedzi Robbins wzruszył jedynie ramionami. 

-  Doskonale,  Will  -  oświadczył  lord  Blake,  najwyraźniej  niezrażony  tą  niezbyt 

przychylną reakcją - ty jeden dostąpisz zaszczytu podziwiania mojego nowego surduta. 

background image

Lord  Blake,  po  kilkugodzinnej  grze  w  karty  w  klubie  White's,  opuszczał  go  ze 

znacznie cięższym portfelem, niż wtedy gdy do niego wchodził. Wrócił do domu, gdzie bez 

pośpiechu  zjadł  kolację,  po  czym  oddał  się  w  ręce  zaufanego  kamerdynera,  dla  którego 

sensem istnienia, jak się wydawało, była nieustanna troska o stan garderoby jego lordowskiej 

mości. 

-  Myślę  -  rzekł  lord  Blake,  uważnie  przyglądając  się  swemu  odbiciu  w  lustrze  -  że 

zwykły krawat fularowy będzie w tym przypadku najstosowniejszy. 

- Zgadzam się z panem, milordzie - odparł Maxwell. - Klasyczna prostota zawsze jest 

najstosowniejsza, gdy tak się składa, że musimy uczestniczyć w jakiejś publicznej imprezie. 

- No właśnie - powiedział z powagą lord Blake. 

Wiążąc fular na kamizelce w kolorze matowego złota, Maxwell zapytał, jakie plany na 

wieczór ma jego lordowska mość. 

- Nie musisz się martwić, mój drogi. Nie zniweczę twoich wysiłków. Planuję jedynie 

teatr, krótką wizytę w moim domu rodzinnym i wczesne spotkanie z poduszką. 

-  Żadnych  więc  szermierczych  zawodów?  Żadnych  wyścigów  konnych  o  zmierzchu, 

milordzie? 

Lord  Blake przypomniał sobie niedawne słowa krytyki Robbinsa pod jego adresem i 

uśmiechnął się. 

- Nie. Sprawdziłem mój kalendarz i nie ma w nim tego typu rozrywek... na dzisiejszy 

wieczór. 

- Jestem z tego powodu niezmiernie rad, milordzie - rzekł Maxwell, przekładając mu 

przez  głowę  monokl  na  złotym  łańcuszku  i  cofając  się  parę  kroków,  aby  sprawdzić  efekt 

własnej  pracy.  Najwyraźniej  nie  był  rozczarowany.  -  Pozwoliłem  sobie  przejrzeć  pańską 

pocztę, milordzie - dodał. - Leży na biurku w pańskim gabinecie. Zauważyłem list od wielce 

czcigodnego Otherby. 

- Ach, tak. Pewnie jakaś informacja o nowej szkole. 

- Jeszcze jedna szkoła, sir? 

-  Tym  razem  to  szkoła  dla  dziewcząt.  W  pobliżu  Danforth.  Nigdy  za  dużo  szkół... 

szczególnie dla biednych, Max. 

- To prawda, milordzie. 

Lord badawczo przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze. 

background image

- Doskonale, Max. Co ja bym zrobił bez ciebie? 

- Boję się pomyśleć, milordzie. 

Kąciki ust lorda Blake'a leciutko zadrżały. 

- Poleciłeś Scrantonowi przygotować mój faeton? - zapytał. 

- Czeka na podjeździe, milordzie. 

Po  drodze  Blake  zabrał  sir  Williama,  po  czym  razem  pojechali  do  Drury  Lane. 

Wchodząc  na  widownię,  lord  Blake  zmuszał  się  do  ukłonów  i  uśmiechów  kierowanych  do 

licznych  znajomych,  którzy  go  pozdrawiali.  O  Chryste,  jak  on  nie  cierpiał  takiej  szopki! Po 

chwili w jednej z lóż zauważył Priscillę Inglewood i ukłonił się jej. Lekko skłoniła złotowłosą 

głowę,  po  czym  ponownie  odwróciła  się  do  tłumu  zabiegających  o  jej  względy  wielbicieli. 

Wszyscy  byli  szlachetnie  urodzeni  i  bogaci.  Dlaczego  więc,  do  diabła  nie  wyjdzie  za  mąż  i 

nie  zostawi  jego  sumienia  w  spokoju?  Czyżby  Braxton  miał  rację?  Czyżby  rzeczywiście 

czekała na niego, aby zrealizować swoje marzenie zostania księżną Insley? 

Nigdy nie uważał lady  Inglewood za kogoś więcej niż przyjaciela rodziny, chociaż... 

pod  wieloma  względami  byłaby  perfekcyjną  żoną:  piękna,  elegancka,  zrównoważona, 

wiedząca, co i kiedy powiedzieć i byłby... wolny. Mógłby spędzać całe dnie, nie kochając jej 

ani nie potrzebując; w nocy mógłby dzielić z nią łoże, nie pragnąc jej; rankiem pocałować w 

policzek przy śniadaniu. W takim małżeństwie nie ma miejsca na cierpienie. Być może... być 

może powinien wnikliwie rozważyć oczekiwania zarówno lady Inglewood... jak i jej ojca. 

Po  wejściu  do  loży,  która  zapewniała  doskonałe  warunki,  żeby  widzieć  i  być 

widzianym, lord Blake i sir William zdjęli płaszcze i zajęli miejsca. 

- No i jak? - zapytał lord Blake, zakładając nogę na nogę. 

- Nie widzę jej jeszcze. 

- Nie chodzi mi o pannę Fairfax! 

- A o co? 

-  O  mój  surdut,  Will  -  odparł  z  westchnieniem  lord  Blake.  -  Co  sądzisz  o  moim 

nowym surducie? 

- Ach tak - odparł William, nie przestając się rozglądać. - Jest... bardzo ładny, Theo. 

- Ładny? Jest fantastyczny! To efekt twórczej pracy Raoula DeBries i mojej! Kolorem 

tak świetnie pasuje do moich oczu. A jaki krój! Spójrz tylko, jak znakomicie uwydatnia moje 

ramiona  i  tors.  Ładny,  też  coś!  Nie  znajdziesz  efektowniejszego  w  całym  Londynie.  Nawet 

Braxton nie ma się co ze mną równać. 

- Tam! - zawołał nagle sir William zduszonym głosem. - Ona jest tam! 

Wskazywał  na  lożę  z  lewej  strony,  w  której  tłoczyło  się  przynajmniej  dziesięciu 

background image

młodych mężczyzn. Wśród nich widać było nieco oszołomioną pannę Fairfax i jej niekryjącą 

rozbawienia przyjaciółkę, pannę Glyn. 

- Niezły tłum - skomentował lord Blake, krzywiąc w uśmiechu twarz. 

Sir William opadł na siedzenie. 

-  Przy  ich  bogactwie,  tytułach  i  biegłości  w  czarowaniu  kobiet,  jak  mogę  marzyć  o 

zdobyciu jej? 

- Spokojnie, Will - rzekł markiz, klepiąc przyjaciela po ramieniu. - Ty również jesteś 

bogaty i utytułowany. A co ważniejsze masz co najmniej dwukrotną przewagę, jeśli chodzi o 

prezencję. I co najmniej trzykrotną, jeśli chodzi o charakter, nad każdym mężczyzną w tamtej 

loży...  szczególnie  nad  lordem  Falkhurstem.  Nie  rezygnuj  z  polowania,  zanim  się  zaczęło. 

Staraj się o nią, Will, używając wszelkich dostępnych metod. Jeśli ty tego nie zrobisz, może 

się zdarzyć, że ona sama przyjdzie do ciebie. 

- Theo! Czy ty myślisz... 

- Ja nie myślę, chłopcze - przerwał mu Blake. - Ja to po prostu wiem. 

W  tej  właśnie  chwili  rozległ  się  dzwonek  i  publiczność  zajęła  swoje  miejsca  w 

oczekiwaniu  na  podniesienie  kurtyny.  Lord  Blake  miał  wreszcie  doskonałą  okazję  do 

obserwacji zarówno panny Fairfax, jak i jej niezmiernie intrygującej towarzyszki. 

Po  niespełna  godzinnej  rozmowie  wiedział,  że  piękna  panna  Fairfax  to  inteligentna, 

czarująca,  słodka,  młoda  kobieta.  Tę  opinię  potrafił  zresztą  sformułować  już  po 

kilkuminutowej  obserwacji  jej  twarzy.  Była  prostolinijna  i  uczciwa,  a  to  niezwykle  rzadkie 

nie tylko wśród kobiet. Nietrudno zrozumieć, dlaczego William tak łatwo dał się zauroczyć. 

Cała  uwaga  lorda  Blake'a  skupiła  się  teraz  na  pannie  Glyn.  Na  jej  ustach  błąkał  się 

zagadkowy  uśmiech.  Była  niezwykłą  młodą  kobietą  i  w  przeciwieństwie  do  panny  Fairfax 

zupełnie nieprzeniknioną. Ciemnobrązowe włosy i oczy, wąski nos, pełne usta... chociaż bez 

cienia  wulgarności.  Jej  twarz  i  figura,  którą  znakomicie  podkreślała  suknia  z  czerwonego  i 

brązowego  jedwabiu,  tworzyły  atrakcyjną,  chociaż  z  pewnością  nieporażającą  całość.  Mimo 

to lord Blake nie mógł oderwać od niej wzroku. 

Podziwiał  ją  za  jej  otwarcie  demonstrowane  chimeryczne  usposobienie  i  odwagę 

często  graniczącą  z  zuchwałością;  za  przenikliwy  umysł  i  wyobraźnię,  która  zdawała  się 

służyć jej jedynie dla własnej rozrywki. Z drugiej jednak strony mówiła przecież o nim i do 

niego takie absurdalne rzeczy. Chociaż... 

Pokręcił głową i uśmiechnął się. Prawda była taka, że nie bardzo wiedział, co sądzić o 

pannie  Glyn.  Intrygowała  go,  co  już  samo  w  sobie  było  intrygujące,  ponieważ  rzadko  się 

zdarzało, aby ktoś zainteresował go aż tak. Ciężko i długo na to pracował. I gdyby tylko mógł 

background image

przestać o niej myśleć. 

Tymczasem  światła  na  widowni  przygasły  i  lord  Blake  zmuszony  był  skierować 

wzrok na scenę, gdzie kurtyna powoli odsłaniała machinacje zwaśnionych rodów Montekich i 

Kapuletich.  Zanim  opadła  ponownie,  kilkakrotnie  złapał  się  na  tym,  że  wpadał  w  objęcia 

Morfeusza i tylko dzięki ogromnej sile woli obronił się przed zaśnięciem. Gdyby tylko miał 

przy  sobie  jakąś  bratnią  duszę,  która  czułaby  podobnie  jak  on.  Tuż  przy  nim,  po  prawej 

stronie, sir William tak  chłonął każde padające  ze sceny słowo, jakby od tego zależało jego 

życie.  No  cóż,  nie  każdy  był  tak  krytyczny  jak  on.  Sir  William  miał  inne,  godne  podziwu 

cechy. 

W loży po lewej stronie panna Fairfax siedziała wychylona tak, jakby chciała chwycić 

każde słowo, każdą emocję, każdą myśl, które aktorzy usiłowali wydobyć z tekstu Szekspira. 

Następnie  oczy  lorda  Blake'a  dostrzegły  sylwetkę  panny  Glyn.  Jej  głowa  spoczywała  na 

oparciu  fotela,  lewa  ręka  ospale  poruszała  wachlarzem,  a  prawa  usiłowała  zasłonić  potężne 

ziewnięcie... ale nie zdążyła. 

Pierwszy  akt  sztuki  skończył  się  wreszcie,  światła  ożywiły  się,  a  wraz  z  nimi  sir 

William Atherton. Lord Blake spojrzał ze zdumieniem na przyjaciela. 

- Chyba nie zamierzasz opuścić naszej loży? - zapytał. 

- Ale to wspaniała okazja do złożenia wizyty pannie Fairfax. Rusz się, Theo. Jej loża 

jest jeszcze prawie pusta. 

- Drogi Williamie - rzekł lord Blake, poprawiając się w fotelu - pod żadnym pozorem 

nie  wolno  ci  opuszczać  loży.  Musisz  ze  znużonym  wyrazem  twarzy  czekać,  aż  twoje 

wielbicielki przyjdą do ciebie. 

-  Theo,  skończ  z  tymi  frazesami  -  odparł  przytłumionym  głosem  sir  William.  - 

Powiedziałeś, że pójdziesz ze mną, aby mnie wspierać w moich staraniach o pannę Fairfax. 

- Przyszedłem pokazać mój nowy surdut, Will, sądziłem, że wypowiedziałem się dziś 

w tej kwestii dosyć jasno. Gdybym wiedział, że przyjdzie ci do głowy opuścić naszą lożę... 

- Theo - przerwał mu sir William - przestań wreszcie. Jesteś okropnie zabawny, ale to 

nie czas na żarty! Musisz się nauczyć większej wstrzemięźliwości, Theo. Naprawdę musisz. 

Jako  twój  przyjaciel,  błagam  cię,  chodź  ze  mną  do  loży  panny  Fairfax.  Od  tego,  być  może, 

zależy moje przyszłe szczęście. 

- No dobrze - odparł z westchnieniem Blake. - Skoro jest tak, jak mówisz... 

-  Żadnych  przemówień  -  przerwał  mu  sir  William,  usiłując  ściągnąć  go  z  fotela.  - 

Spójrz, jej loża jest już pełna. 

Markiz z ociąganiem ruszył za przyjacielem, torując sobie drogę w tłumie teatralnych 

background image

bywalców.  Po  chwili  pomyślał,  że  Will  miał  rację,  ponaglając  go  do  pośpiechu.  Lord 

Falkhurst  już  zdążył  zająć  miejsce  u  boku  panny  Fairfax,  skutecznie  broniąc  jej  przed 

naporem tłumu wielbicieli i jednocześnie zabawiając rozmową. 

Niezwykle zdeterminowany facet i jaki bezwzględny. Nic dziwnego, że panna Fairfax 

woli szczere uwielbienie Williama od tej, jak go Peter trafnie określił, wielkiej zimnej ryby. 

Dźwięczny śmiech panny Fairfax popłynął nagle ponad głowami tych, co byli przed nimi. Sir 

William  ruszył  do  przodu,  rozepchnął  dwóch  młodych  dżentelmenów,  po  czym  zaczął 

przeciskać się przez tłum, usiłując zwrócić na siebie uwagę panny Fairfax. 

Obserwując poczynania przyjaciela z rosnącym rozbawieniem, lord Blake doszedł do 

wniosku,  że  jego  pomoc  nie  jest  mu  już  potrzebna.  Przepełniona  loża  panny  Fairfax 

nieoczekiwanie  skojarzyła  mu  się  z  przepełnioną  klatką  dla  bydła.  Jego  surdut  z  pewnością 

nie wyszedłby z tego bez szwanku. Są inne formy rozrywki. 

Nagle  do  jego  uszu  dobiegł  głośny  kobiecy  śmiech.  Rozglądając  się  dookoła,  aby 

ustalić  jego  źródło,  zauważył  pannę  Glyn.  Stała  tyłem  do  sceny,  oparta  o  balustradę  loży, 

obserwowała  kłębiący  się  przed  nią  tłum  i  zanosiła  od  śmiechu.  Lord  Blake  okrążył  lożę  i 

wszedł do niej ponownie z drugiego, bardziej odległego końca. 

- Dobry wieczór, panno Glyn - powiedział, skłaniając lekko głowę. 

Panna Glyn drgnęła nagle i odwróciła się. Jej ogromne brązowe oczy stały się jeszcze 

większe, gdy w intruzie rozpoznała lorda Blake'a. 

-  Przyjaciel  przyjaciela  przyjaciółki  -  powiedziała  chłodno.  Uśmiechnął  się, 

niezrażony tym wyraźnym brakiem entuzjazmu. 

- Nadzoruje pani tę pielgrzymkę do stóp panny Fairfax? 

- Zastanawiająca popularność, nie sądzi pan? - zauważyła podejrzanie miłym głosem. 

- Do tego zwierzęcego pędu adorujących hord zdążyłam się już trochę przyzwyczaić, ale to, 

co  widzę  dziś,  rozśmiesza  mnie  do  łez.  Czy  pan  wie,  lordzie  Blake,  że  trywialność  tłumu 

rośnie wprost proporcjonalnie do liczby utytułowanych uczestników. To efekt moich bardzo 

wnikliwych studiów. 

-  Fascynujące  -  mruknął  lord  Blake.  -  Teoria  wystarczająca,  by  u  wielu  ostudzić 

entuzjazm  z  powodu  szlachetnego  urodzenia.  Czy  to  samotne  czuwanie,  które  właśnie 

zakłóciłem, to jedyna pani korzyść z popularności panny Fairfax? 

-  Przypuszczam,  że  usiłuje  pan  zapytać,  czy  zawsze  stoję  z  boku skazana  jedynie  na 

własne towarzystwo? 

- Cóż... takie pytanie rzeczywiście przyszło mi na myśl - przyznał. 

- W takim razie odpowiem, że tak! Nie, w reakcji na pańskie następne, podchwytliwe 

background image

pytanie.  Panna  Fairfax  po  takich  objawach  uwielbienia  ma  zawsze  posiniaczone  palce, 

pomiętą  suknię  i  straszliwy  ból  głowy.  Każdy  na  jej  miejscu  mógłby  stłumić  skrupuły  i 

zapomnieć o dobrym wychowaniu. Szczerze mówiąc, kilka razy miałam wrażenie, że widzę 

w  jej  oczach  iskierkę  buntu.  Na  razie  jednak  potrafi  jeszcze  nad  sobą  panować.  I  wielka 

szkoda! 

Spojrzał na nią ze współczuciem. 

-  Dlaczego  usuwa  się  pani  bez  walki?  Dlaczego  nie  wykorzysta  pani  sytuacji  i  nie 

pokieruje  sprawami  tak,  aby  któregoś  z  odrzuconych  wielbicieli  panny  Fairfax  poprowadzić 

do ołtarza? 

Roześmiała się ciepło i perliście. 

-  Do  twarzy  panu  z  tą  szczerością,  milordzie.  Tak  się  składa,  że  wcale  nie  pragnę 

zaciągnąć  kogoś  z  tego  stada  do  kościoła.  Mężczyźni,  moim  zdaniem,  czasem  są  nawet 

zabawni, ale często nieznośni i w końcu zawsze rozczarowują. Nie chciałabym sprawić panu 

przykrości,  sir,  ale  z  doświadczenia  wiem,  że  mężczyźni,  ogólnie  biorąc,  są  bardzo 

powierzchowni i przywiązują wagę jedynie do urody i posagu kobiety, której nadskakują. 

Spojrzał na nią ze zdumieniem. 

-  Po  tym,  co  usłyszałem,  zaczynam  tracić  do  siebie  całą  sympatię.  Przyjmuję,  panno 

Glyn, że to również wynika z pani doświadczenia... 

- I z obserwacji. 

- A więc zamierza pani spędzić całe życie samotnie, wyśpiewując hymny do zimnego, 

jałowego księżyca. 

Zmarszczyła brwi. 

-  Czy  to  nie  żałosne,  że kobieta  jest  podporządkowana  jakiemuś  zeru?  Że  ceni  sobie 

życie z jakąś bezrozumną bryłą błota? 

- Muszę koniecznie znaleźć jakąś rysę na tym pani szekspirowskim pancerzu albo źle 

się to dla mnie skończy. 

- Niech pan szuka, bawi mnie chłostanie arystokracji. Piękny surdut ma pan na sobie! 

- Jest fantastyczny, prawda? 

- Po prostu olśniewający. Braxton zzielenieje z zazdrości. Bez trudu go pan zaćmi. 

- Jest pani zbyt uprzejma. 

-  Wcale  nie  jestem  uprzejma.  Cieszę  się  jedynie,  że  dostrzegłam  blade  światełko 

wśród tej całej teatralnej miernoty. Co się stało z naszą słynną angielską sceną? 

- Zeszła na psy, sądząc po dzisiejszym przedstawieniu - odparł lord Blake. - Aktorom 

udało  się  z  tej  i  tak  już  dostatecznie  nudnej  sztuki  zrobić  coś,  co  teraz  wydaje  się  nie  mieć 

background image

końca. 

-  Miło  mi  to  słyszeć.  Czy  pan  wie,  lordzie  Blake,  że  jest  pan  pierwszą  osobą,  która 

otwarcie przyznaje, że nie lubi Romea i Julii

-  A  więc  pani  również?  -  W  spojrzeniu  lorda  Blake'a  widać  było  jednocześnie 

zdumienie i ogromną satysfakcję. 

- Tak, jestem ofiarą szekspirowskiego pióra. Muszę panu powiedzieć, Blake, że pana 

obecność uratowała ten wieczór i wlała trochę otuchy w moje serce. Pomyśleć, że znalazłam 

tu  bratnią  duszę,  którą  tak  samo  nudzą  te  nieprzyzwoicie  długie  godziny  szekspirowskiej 

fanfaronady! 

-  Jestem  szczęśliwy,  że  mogłem  wyświadczyć  pani  przysługę  -  odparł,  starając  się 

ukryć uśmiech. 

- Mógłby pan wyświadczyć jeszcze jedną, gdyby pan zechciał. 

- Wszystko, co może wesprzeć siostrę w cierpieniu - odrzekł z galanterią. 

-  Proszę  mnie  zatem  upewnić,  że  pański  przyjaciel  nie  działa  jedynie  pod  wpływem 

głupiej namiętności, która po kilku dniach się wypali. 

- Zaklina się, że to zadana strzałą Amora śmiertelna rana. 

- Nie raz już byłam zmuszona do wysłuchiwania takich idiotyzmów. Jak może pan to 

znieść? 

- Dziękując niebiosom, że nie jestem w takiej sytuacji. 

Kąciki ust panny Glyn leciutko zadrżały. 

- Niech mi pan powie coś więcej o tym śmiertelnie zranionym młodzieńcu. 

- Dlaczego? 

Zawahała się, po czym z zaskakującą szczerością odparła: 

- A dlaczego nie? To byłoby takie zabawne. Mógłby mi pan na przykład opowiedzieć 

o  jego  romansie  z  żoną  wiejskiego  pastora,  licznych  pojedynkach,  wojennych  profitach, 

długach karcianych i kiepskim oku do koni. Wtedy ja opowiem panu o moich beznadziejnie 

idealistycznych  pierwszych  impresjach,  które  pan  mógłby  brutalnie  rozwiać,  przepełniając 

mnie  rozczarowaniem  i  wstydem.  Wówczas  pan  mógłby  wspomnieć  o  jego  bogatym  i 

umierającym  wuju,  który  ma  zamiar  zostawić  mu  dwa  miliony  funtów,  łowiska  na  Morzu 

Północnym  i  składy  piór  bażancich  w  Indiach,  a  wtedy  ja  udzielę  temu  związkowi 

błogosławieństwa i wszystko będzie czyste jak łza! 

Patrzył na nią ze zgrozą. 

- Stało się coś, lordzie Blake? - zapytała. 

- Zastanawiam się, dlaczego nie spotkałem pani wcześniej. 

background image

- Wielkie nieba, dlaczego miałby pan tego chcieć? - zdziwiła się. - Nie jestem piękna. 

Nie jestem bogata. Czasem nie jestem nawet uprzejma. Oczywiście, pamiętam, że to ja bronię 

dostępu do panny Fairfax. Mogę pana do niej zaprowadzić, jeśli do tego pan zmierza. 

- To jakiś nonsens, panno Glyn. 

- Też tak sądzę, lordzie Blake. 

- Jak? 

-  No  cóż,  to  nonsens  chcieć  poznać  mnie,  gdy  tyle  o  wiele  bardziej  interesujących 

kobiet marzy, aby poznać dżentelmena noszącego tak wytworne okrycie. 

- Czy wcześniej nie wyraziła pani identycznego pragnienia? 

-  Oczywiście,  że  nie.  Wyraziłam  jedynie  uznanie  dla  surduta,  a  nic  dla  tego,  kto  go 

nosi. 

- Jest pani okrutna - zauważył wyraźnie przygaszonym głosem. 

- Nie sądzę, raczej protekcjonalna. 

Jego głośny śmiech zaintrygował stojące w pobliżu osoby. 

- W ten sposób wszystkie moje wnioski przepadły - powiedział. 

- A były jakieś? 

- Obawiam się, że sporo. 

-  Zastanawia  mnie,  lordzie  Blake,  pańska  znajomość  z  Priscillą  Inglewood.  Jestem 

zdumiona, że miał pan odwagę przyjść do tej loży, milordzie.  Lady  Inglewood z pewnością 

nie będzie tym zachwycona. 

- Błagam, a cóż ona ma do moich rozmów? 

- Och, z tego, co ludzie mówią, bardzo wiele. Przede wszystkim pomyśli, że wchodząc 

do obozu nieprzyjaciół, jest pan nielojalny. Wkrótce się pan o tym przekona. 

Chwilę obserwował ją przez monokl. 

- Wygląda więc na to, że są panie w stanie wojny? 

-  Cóż  za  niestworzone  rzeczy  pan  wygaduje!  Kobiety  nie  prowadzą  działań 

wojennych, a jedynie potyczki... chociaż, im więcej krwi, tym lepiej. 

- Rozumienie kobiecej psychiki idzie mi dosyć opornie. Co, pomińmy Szekspira, ma 

pani przeciwko lady Inglewood? 

- Właściwie nic, sir... publicznie. 

- Czego, w takim razie, ona nie lubi w pani? 

- Wszystkiego, sir. Czy to nie oczywiste? 

- Jak to? 

- Czyżby pan nie widział, że jestem zaprzeczeniem prawdziwej lady? 

background image

- Coś w tym jest. 

- Obawiam się, że dużo... ale nie aż tak, żebym miała się zmienić. Właściwie, dlaczego 

pan  ze  mną  rozmawia,  lordzie  Blake?  To  skrajna  nielojalność.  Lady  Inglewood  rości  sobie 

prawo do pana. Czy nie jej ucho powinien pan pieścić błyskotliwymi żarcikami? 

-  Niestety,  ta  dama  wcale  nie  uważa  ich  za  błyskotliwe.  Jak  pani  zapewne  wie,  to 

bardzo rozsądna kobieta. 

-  Nic  o  tym  nie  wiem.  Jak  może  nie  lubić  żartów  tak  znakomicie  wyedukowanego 

mężczyzny? Mam coraz gorsze o niej zdanie. Właściwie, jak można być lojalnym wobec tej 

góry lodu? 

Szare oczy lorda Blake'a zwęziły się. 

-  Nie  jestem  aż  tak  bezwzględny,  żeby  zrywać  przyjaźń  z  kobietą  tylko  dlatego,  że 

natura  nie  obdarzyła  jej  poczuciem  humoru.  Śmiem  twierdzić,  że  lady  Inglewood  nie  darzy 

pani sympatią z powodu pani niezrozumiałego zachowania. 

- Wolałabym, żeby nie oceniał pan jej awersji w stosunku do mnie, lordzie Blake. Ani 

lady Inglewood, ani mnie nie przeszkadza niechęć, jaką czujemy do siebie. Ona purpurowieje 

na  mój  widok,  a  mnie  w  jej  obecności  natychmiast  wysuwają  się  pazury.  Nigdy  jej  nie 

polubię, sir. Jeśli dalej będzie jej pan z uporem bronił, wyrzucę pana z tej loży natychmiast. 

Groźba  zabrzmiała  poważnie,  co  do  tego  nie  było  wątpliwości.  Zastanawiające,  jak 

kilka słów o lady Inglewood mogło tak wzburzyć pannę Glyn? 

-  Pani  mnie  zdumiewa.  Wszystkie  znajome  kobiety  bardzo  lubią  moje  towarzystwo, 

pani natomiast wciąż je odrzuca, jakby sprawiało pani przykrość. 

- Doprawdy? Jakoś coraz mniej ufam kobietom z pańskiego otoczenia. 

-  Czyżby  pani  należała  do  tych  kobiet,  które  z  lekceważeniem  odnoszą  się  do  osób 

własnej płci? 

-  Proszę  mnie  nie  obrażać,  panie  Blake.  Lekceważę  jedynie  tych,  którzy  na  to 

zasługują,  bez  względu  na  płeć.  Każdy,  kto  twierdzi,  że  jest  przyjacielem  lady  Inglewood, 

musi się spodziewać mojej ostrej reakcji. A skoro już mówimy o tej damie, czy widzi pan to 

przeszywające spojrzenie? 

Lord  Blake  odwrócił  się.  Rzeczywiście  wzrok  lady  Inglewood  nie  wróżył  niczego 

dobrego.  Skłonił  głowę,  czego  ona  zdawała  się  celowo  nie  dostrzegać.  Czyżby  panna  Glyn 

miała rację? 

-  Niech  pan  uważa,  lordzie  Blake,  inaczej  wzrok  Panny  Doskonałej  zamieni  pana  w 

głaz. 

- Czyj? 

background image

- Priscilli Inglewood, oczywiście. 

Lord Blake wybuchnął śmiechem. 

- Jest pani niepoczytalna, panno Glyn. 

- Jestem znana w towarzystwie z trafności sądów - odparła z wyraźną wymówką. 

-  Nie  jestem  takim  głupcem,  by  kupić  taką  deklarację,  a  pani  zbyt  lekkomyślna,  aby 

być wiarygodną. 

- Ale nie aż tak, by skrzyżować z panem szpadę - zauważyła. 

- Przekonamy się - odparł z uśmiechem. - Pani sługa, panno Glyn. 

Szybkie  spojrzenie,  gdy  opuszczał  lożę,  poinformowało  go,  że  sir  William  dotarł  do 

panny  Fairfax  w  stosunkowo  dobrym  stanie  i  zdołał  skupić  na  sobie  całą  jej  uwagę. 

Przeciskając  się  przez  przemieszczający  się  we  wszystkie  strony  tłum  widzów,  analizował 

przed chwilą odbytą rozmowę. Było dla niego jasne, że panna Glyn nie lubi Priscilli i że nie 

chce  mieć  nic  wspólnego  z  nim.  Zastanawiał  się,  co  wybrać:  możliwość  prowadzenia  tych 

fascynujących konwersacji czy też trwającą od wielu lat przyjaźń? 

- Theo! Theo! Wpadnij do mnie na chwilę! 

Lord  Blake  podniósł  głowę  i  zauważył  machającą  do  niego  lady  Inglewood.  Idąc  do 

jej  loży,  nie  spuszczał  z  niej  wzroku.  Lady  Inglewood  była  wysoką,  piękną  blondynką  z 

władczymi, piwnymi oczami i posagiem wartym trzysta tysięcy. Miała już dwadzieścia cztery 

lata i od dawna powinna być zamężna. Gdyby nie śmierć jego brata przed pięciu laty, byłaby 

jego bratową. Teraz, jego brat nie żyje, może zostać jego żoną. 

- Och, Priscillo! - powiedział, podnosząc jej dłoń do ust. - Jesteś coraz piękniejsza. 

-  Ach,  ty  komplemenciarzu!  -  odparła  ze  śmiechem.  -  Dobrze  wiesz,  Theo,  że 

właściwie jestem już starą panną! 

- Sądząc po tłumie adoratorów w twojej loży, nie myślę, abyś musiała się tego bać. 

-  Tak,  wiem,  że  mogę  mieć  każdego  z  nich,  ale  żaden  mi  nie  odpowiada  -  odrzekła, 

patrząc na niego spod oka. 

Lord Blake zmusił się do uśmiechu. 

- Jesteś widocznie zbyt wybredna. 

- Być może. Powiedz mi jednak, Theo, od jak dawna jesteś w mieście i dlaczego mnie 

jeszcze nie odwiedziłeś? 

-  Przyjechałem  tu  przed  niespełna  dwoma  tygodniami  i  nie  spotkałem  się  jeszcze  z 

nikim, droga Priscillo, poza grupą wesołej młodzieży, dla której karty i wino są wszystkim. 

- Mam nadzieję, że teraz znajdziesz odpowiedniejszą rozrywkę. 

-  Myślę,  że  jestem  już  gotów  do  skorzystania  z  szerszego  wachlarza  londyńskich 

background image

przyjemności. 

- Takich jak zjedzenie kolacji z moim ojcem i ze mną jutro? 

- Będę liczył godziny. 

Rozległ  się  dźwięk  dzwonka,  sygnalizujący  koniec  przerwy  i  lord  Blake  zaczął  się 

żegnać, ale dłoń lady Inglewood spoczęła na jego ramieniu i zatrzymała go na chwilę. 

-  Jeszcze  słówko,  Theo,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu.  Widziałem,  jak 

rozmawiałeś z Kate Glyn. Chciałabym cię przed nią ostrzec. 

Lord Blake spojrzał uważnie na swoją starą przyjaciółkę. 

- Czy mam rozumieć, że grozi mi ze strony panny Glyn jakieś niebezpieczeństwo? 

- Och, nie, jedynie obcowanie z tą osóbką jest groźne. Ona nie cieszy się zbyt dobrą 

opinią w towarzystwie, Theo. Jej ojciec był prowincjonalnym zerem, a matkę spłodził zwykły 

pastor.  Nieustannie  prowokując  wszystkich  swoim  zachowaniem,  jakby  szokowanie 

sprawiało jej przyjemność, obraca przeciw sobie całe towarzystwo. 

- Naprawdę? - rzekł, z uwagą przyglądając się szwom na rękawie swojego surduta. - A 

co powiesz o jej przyjaciółce, pannie Fairfax? 

- Och, panna Fairfax jest bez zarzutu! Nikt nie  może powiedzieć o niej  złego słowa. 

Wielka  szkoda,  że  Egertonowie  nierozważnie  powierzyli  ją  opiece  tak  nieodpowiedzialnej 

osoby, jak Kate Glyn. Najwyraźniej potrafiła sprytnie zamydlić im oczy. 

- Ale nie tobie, jak sądzę, Priscillo? Uśmiechnęła się protekcjonalnie. 

- Pochlebiam sobie, że niełatwo to zrobić. 

- Wszyscy podziwiamy twoją przenikliwość - przyznał lord Blake, po czym pożegnał 

się i z ulgą wrócił do swojej loży. 

Już po raz trzeci ostrzeżono go przed znajomością z Kate Glyn: raz zrobiła to Priscilla 

Inglewood i dwa razy sama panna Glyn. Lojalność wobec lady Inglewood walczyła w nim z 

niezgodą  na  ingerencję  innych  w  dobór  przez  niego  przyjaciół.  Oczywiście,  powinien 

zastosować  się  do  życzenia  panny  Glyn  i  wstrzymać  kontakty  z  nią,  ale  mimo  wszystko 

chciał, żeby go polubiła. Na zastanawianie się, dlaczego ma się przejmować sympatią panny 

Glyn,  nie  miał  już  czasu,  bo  w  chwilę  później  w  loży  pojawił  się  naładowany  emocjami 

William Atherton i z westchnieniem opadł na fotel. 

-  Widzę,  że  ponowne  rzucenie  okiem  na  mój  surdut  pozwoliło  ci  znacznie  lepiej  go 

ocenić - zakpił lord Blake. 

- Anioł, po prostu anioł - rzekł sir William, wyciągając się w fotelu. 

- Raoul DeBries to rzeczywiście geniusz, ale żeby zaraz anioł? 

- Co za łagodność, co za urok, co za uroda! 

background image

- Williamie - dodał z powagą lord Blake - czyżbyś wiedział o Raoulu DeBries coś, o 

czym ja nie wiem? 

- O kim? - zdumiał się William. 

Lord Blake tylko się uśmiechnął i spytał przyjaciela o postępy w kontaktach z panną 

Fairfax. 

- Theo - oświadczył sir William. - Jestem zakochany! 

background image

Po podwiezieniu pełnego euforii przyjaciela do domu, lord Blake skierował zaprzęg w 

stronę  Grosvenor  Square,  gdzie  znajdował  się  jego  rodzinny  dom.  Po  chwili  zatrzymał  się 

przed  podjazdem,  rzucił  wodze  stajennemu  i  szybkim  krokiem  ruszył  w  stronę  głównego 

wejścia. 

Nagle się zatrzymał. 

To  było  trudniejsze,  niż  sądził.  Dręczyły  go  wyrzuty  sumienia.  I  nie  dlatego,  że  nie 

kochał  rodziców,  ale  dlatego,  że  kochał  ich  za  bardzo.  Minął  już  prawie  rok  od  ostatniego 

spotkania  z  rodzicami.  Lękał  się  miłości,  która  czekała  za  tymi  drzwiami.  Gdyby  choć  raz 

stchórzył, uniknąłby tego spotkania. 

Niestety, nie był tchórzem. 

Lekko pociągnął za dzwonek i w drzwiach stanął Hamilton, majordomus Insleyów od 

siedemnastu lat. 

- Witaj, Hamilton, stary druhu - rzekł lord Blake, wchodząc do holu. 

- Boże, lord Blake! - zawołał wierny sługa. - Czy to naprawdę pan? 

- Rozumiem aluzję, Hamilton! - odparł Blake, wręczając kapelusz, płaszcz i rękawice 

majordomusowi.  -  Domyślam  się,  że  to  jedynie  subtelny  wstęp  do  tego,  co  mnie  za  chwilę 

czeka. Życie krnąbrnego syna nie jest łatwe, Hamilton. 

- Nie, milordzie. 

- Książę i księżna w dużym salonie? 

- Tak, milordzie. 

-  Doskonale,  zaanonsuję  się  więc  sam  -  powiedział  lord  Blake,  ruszając  w  stronę 

salonu. 

Zatrzymał się przed podwójnymi drzwiami, otworzył je szeroko i dźwięcznym głosem 

zawołał: 

- Powrót syna marnotrawnego! 

Księżna Insley uniosła na chwilę głowę, po czym wróciła do pisania listu. 

- Kto to Fitzgeraldzie? - zapytała małżonka. - Ktoś, kogo znamy? 

Lord Blake wyraźnie skruszony zbliżył się do księżnej i, ucałowawszy jej dłoń, rzekł: 

Maman, z każdym dniem jesteś coraz cudowniejsza. 

- Chciałeś powiedzieć po dziewięciu miesiącach i trzech dniach - sprostowała księżna. 

-  No  właśnie  -  odparł  z  uśmiechem,  niezrażony  chłodnym  powitaniem  ze  strony 

background image

ukochanej matki. 

Książę  Insley,  wysoki  pięćdziesięciosześcioletni  mężczyzna,  siedział  przy  dębowym 

biurku w pobliżu wychodzącego na ogród okna. 

- Cóż to, Theo, nie przywitasz się z ojcem? 

-  Wybacz,  pater  -  odparł  z  uśmiechem  lord  Blake  -  ale  piękno  ma  pierwszeństwo 

przed obowiązkiem. - Podszedł do księcia i podniósł monokl do oka. - Co widzę, nowy surdut 

i...  bardzo  efektowny.  Czyżbyś  w  końcu  wziął  sobie  do  serca  moją  radę  i  rzucił  tego 

Wilmingtona dla kogoś o bardziej wyrafinowanym smaku? 

- Chcę ci powiedzieć, że to właśnie on uszył mi ten surdut w ubiegłym tygodniu! 

- Naprawdę? - Lord Blake uniósł brew. - Jak widać, każdemu może zdarzyć się gafa. 

Książę zaśmiał się cicho. 

- Dobrze cię widzieć, synu. 

Lord Blake skłonił głowę. 

- Jeśli już zdecydowałeś się przypomnieć nam o swoim istnieniu, to nie stój tak i nie 

trać czasu na bzdury, Theodore - wtrąciła księżna. - Usiądź przy mnie i opowiedz o sobie. 

- Theo, mamo - poprawił ją, siadając na stojącej naprzeciwko kanapie. - Theo, błagam 

cię. Nie miałem głosu, gdy wybierałaś dla mnie to okropne imię, ale chyba teraz mam wpływ 

na to, jak się na mnie mówi? 

- Theodore to imię twojego dziadka - dodała sucho księżna. 

-  I  tak  samo  jak  ja  go  nie  cierpiał.  Kiedyś  powiedział  mi,  że  kojarzy  mu  się  z 

wiewiórką. 

Zduszony śmiech księcia szybko zamienił się w kaszel. 

-  Ponieważ  prawie  od  roku  nie  mieliśmy  od  ciebie  żadnej  wiadomości  -  ciągnęła 

księżna, patrząc spod oka na małżonka - czy mamy rozumieć, że byłeś aż tak leniwy? 

-  Mamo,  ja  protestuję!  -  zawołał  lord  Blake,  zrywając  się  z  sofy.  -  Jak  możesz  tak 

mówić,  i  to  po  obejrzeniu  mojego  najnowszego  surduta?  To  model,  przy  którym  bledną 

wszystkie inne. 

Wykonał kilka teatralnych póz, aby pokazać nowy nabytek w pełnej krasie. 

- Rzeczywiście to bardzo udany fason - przyznała księżna, usiłując stłumić uśmieszek, 

który drżał w kącikach jej warg. - Ale może już dosyć o głupstwach. Przez dziewięć miesięcy 

pozbawieni byliśmy nie tylko twojego towarzystwa, ale i słowa od ciebie. Jakie zatem masz 

dla nas nowiny, Theo? Jakie wiadomości? 

Lord Blake poprawił koronkę przy mankiecie. 

-  Bingsley  odnosi  bezapelacyjny  sukces.  Książę  regent  przegrał  zakład  z  księciem 

background image

Richmondu i przez tydzień musiał żyć o chlebie i wodzie. Lady Lacson uważa sok z ananasa i 

dojrzałych wiśni za niezwykle skuteczny na pryszcze, natomiast... 

-  Theo  -  przerwał  mu  książę  -  nie  chcemy  słuchać  plotek.  Chcemy,  żebyś  nam 

opowiadał  o  sobie  i  o  tym,  czego  dokonałeś.  Zrzuć  w  końcu  tę  maskę  i  choć  przez  chwilę 

bądź znowu sobą. 

- Miałam nadzieję, że to szaleństwo do tej pory  ci przeszło - odezwała się księżna. - 

Powinnam była wiedzieć, że nie przeszło, skoro tak długo cię nie było. Jeśli to potrwa dłużej, 

synu, tamten Theo może już nigdy nie wrócić. 

- Tak byłoby lepiej - odparł lord Blake. 

- Ale tamten mi się podobał - wtrącił książę - i chciałbym usłyszeć, co się z nim działo 

od ostatniej u nas wizyty. 

-  Ja  również  -  dodała  księżna  z  nutą  zniecierpliwienia.  -  Czy  byłeś  szczęśliwy? 

Samotny? Zdrowy? 

Lord Blake westchnął, opadł na oparcie kanapy i wyciągnął przed siebie długie nogi. 

-  W  ciągu  ostatnich  kilku  miesięcy  byłem  w  Rosebriar  i  Danforth  -  odparł.  - 

Fredericks  wykonał  kawał  dobrej  roboty  przy  restauracji  Rosebriar  Manor.  Poza  tym 

eksperymentalnie  wprowadził  pewne  zmiany,  o  których  dyskutowaliśmy  rok  temu  i  w  tym 

roku powinniśmy mieć rekordowe zbiory. 

Książę podszedł do żony i ich dłonie splotły się w pełnym satysfakcji geście. 

-  Przy  tak  dużym  popycie  na  żywność  -  ciągnął  lord  Blake  -  możemy  osiągnąć 

wspaniałe  zyski,  pomimo  wysokich  nakładów  na  sprzęt  i  cieplarnie,  których  używamy  do 

przetestowania  nowych  nasion.  Llewellyn  oprowadził  mnie  po  Danforth.  Stada  owiec 

znajdują się w doskonałym stanie, a straty w jagniętach okazały się niewielkie. Odwiedziłem 

również kopalnię miedzi w Kornwalii i farmę mleczną w Hertfordshire; zastanawiam się nad 

poszerzeniem działalności. 

-  Uważasz,  że  to  rozsądne  inwestować  w  kopalnię  miedzi,  Theo?  -  zaniepokoiła  się 

księżna. - Od dwóch lat mamy na rynku zastój. Możesz łatwo stracić koszulę. 

-  Mam  wiele  koszul,  mamo.  Strata  jednej  to  nie  zmartwienie.  Byle  nie  była  to  ta 

niebieska jedwabna, bo bez niej życie straciłoby sens. 

- A co u twoich przyjaciół, Theo? - zapytał książę. 

- Myślę, że sobie radzą, chociaż Braxton od dwóch tygodni jest jakby nieco wytrącony 

z równowagi. On ma słabość do niebieskiego jedwabiu. 

- Miałem na myśli to, co dzieje się z nimi ostatnio. 

-  Ach  tak!  Bardzo  proszę  -  zawołał  z  nagłym  ożywieniem.  -  Mam  dla  ciebie 

background image

sensacyjną wiadomość: William Atherton właśnie dziś ogłosił, że jest śmiertelnie zakochany. 

Nie poznałbyś go. Wygląda tak, jakby nagle postradał rozum, biedny głupiec. 

- Theo, nie bądź cyniczny - wtrąciła księżna. - Lepiej powiedz, w kim sir William jest 

zakochany! 

-  Już  mówię.  To  panna  Georgina  Fairfax:  piękna,  inteligentna,  czarująca  i  do  tego 

całkiem niegłupia. 

- Georgina Fairfax? Dobry Boże, no to przepadł! - zawołała księżna. 

- Też tak uważam - odparł z uśmiechem. 

- Czy ma u niej jakąś szansę, jak sądzisz, Theo? - zapytał książę. 

- Myślę, że ma, sądząc  po tym, co mówi jej przyjaciółka i opiekunka o  dziwacznym 

nazwisku Glyn. 

- Katharine Glyn? - zapytała księżna. 

- Tak. Znasz ją? 

-  Jedynie  ze  słyszenia.  To  ulubienica  pań  Jersey  i  Montclair,  chociaż  Priscilla 

Inglewood nie ma o niej najlepszego zdania. 

-  Panna  Glyn  rewanżuje  się  jej  tym  samym  -  zauważył  Blake.  -  Panna  Glyn  jest 

dziwną  osobą  i  w  niczym  nie  przypomina  swojej  podopiecznej,  panny  Fairfax.  Will  i  ja 

byliśmy dziś u nich z wizytą. Właściwie to Will składał wizytę pannie Fairfax. Zabrał mnie ze 

sobą,  żeby  mieć  we  mnie  moralne  wsparcie,  po  czym  zostawił  na  łasce  panny  Glyn.  Była 

nawet chwila, że zaczynałem się bać o moje życie. Ta osóbka nagle uderzyła w twarz lorda 

Falkhursta właściwie bez powodu. 

- Wielkie nieba! - zawołał książę. - Dlaczego? 

- Powiedziała, że marzyła o tym od dawna. 

- - Brawo! - powiedziała z uznaniem księżna. - Od dawna mu się to należało. 

- Zaciekawiasz mnie, mamo. Wytłumacz, proszę, co właściwie miałaś na myśli. 

-  Falkhurst  i  Katharine  Glyn  zaręczyli  się,  gdy  ona  miała  piętnaście  lat  -  odparła 

księżna. - Wszystko zaaranżowały ich rodziny. Stary hrabia  chciał przejąć ziemię Glyna. W 

grę wchodziły ogromne pieniądze. Jednak ojciec panny Glyn zmarł rok później, a tydzień po 

pogrzebie młody Falkhurst zerwał zaręczyny i wyjechał na polowanie do Walii. 

-  Teraz  i  ja  przypominam  sobie  ten  mały  dramat  -  przyznał  książę.  -  Zachowanie 

Falkhursta  spotkało  się  z  powszechną  dezaprobatą.  W  klubie,  ilekroć  się  tylko  pojawił, 

traktowano go bardzo ozięble. 

- Ale dlaczego zerwał zaręczyny? Przecież po śmierci Glyna wystarczyło ożenić się z 

jego córką i natychmiast przejąć ziemię. 

background image

- Niestety nie - odparła księżna. - Falkhurst dowiedział się, że ogromna część majątku 

Glyna przechodzi na własność pierwszego kuzyna z Yorku, ponieważ panna Glyn nie była w 

chwili  śmierci  ojca  zamężna,  a  jej  długotrwałe  narzeczeństwo  nie  miało  żadnego  znaczenia. 

Pozostała  z  niemałymi  środkami  na  utrzymanie,  ale  bez  ziemi  i  prawa  do  tytułu.  To  było 

stanowczo za mało, aby zaspokoić apetyt Falkhursta. 

- Obrzydliwe! - zawołał książę. - Nigdy nie lubiłem tego typa i bardzo się cieszę, że 

panna Glyn znalazła okazję do rewanżu. 

-  A  więc  to  jest  powód  jej  dziwacznego  zachowania  -  mruknął  lord  Blake,  z  uwagą 

wpatrując się w czubek lśniącego buta. 

- Czy teraz, kiedy wróciłeś do miasta, możemy mieć nadzieję, że będziesz częściej u 

nas bywać? - zapytała księżna. - Przyjdziesz do nas jutro na kolację? 

- Niestety, nie, maman. Priscilla Inglewood już zatroszczyła się o mój żołądek. 

- Co słyszę? Czyżbyś złożył jej wizytę, zanim raczyłeś zjawić się u swoich rodziców? 

- oburzyła się księżna. 

-  Ależ  skąd.  Spotkaliśmy  się  przez  przypadek.  Widzisz,  właśnie  wracam  z 

przedstawienia  w  Drury  Lane.  Priscilla  piękna  jak  zawsze  i...  wciąż  niezamężna. 

Zastanawiam się, czy nie powinienem naprawić tego, co się stało. 

Księstwo spojrzeli na syna z konsternacją. 

- Mówisz poważnie, Theo? - zapytała księżna. - Zamierzasz poślubić Priscillę? 

- Taka właśnie myśl przyszła mi do głowy. - Blake oparł się o poduszkę sofy i przez 

chwilę w milczeniu obracał w palcach monokl. - Zdałem sobie sprawę, że mam już swoje lata 

i najwyższy czas się ożenić i mieć dzieci. Znam swoje powinności. 

- Zawsze znałeś, Theo - powiedziała cicho księżna. - Czy jednak Priscilla to dla ciebie 

odpowiednia żona? 

Blake, wyraźnie zaskoczony tym, co usłyszał, wypuścił z palców monokl i wstał. 

- Ależ mamo, ona jest ideałem, wszyscy o tym wiedzą! Oliver chciał się z nią ożenić, 

a  przecież  świetnie  wiesz,  że  miał  doskonały  gust.  Poza  tym  jest  dobra  jak  każda  inna  i  z 

pewnością  zasługuje  na  więcej  niż  każda  inna.  Mogłaby  już  od  dawna  spokojnie  czekać  na 

przyszły tytuł księżnej, gdyby nie moja głupota. 

-  Świadomość  winy  i  poczucie  obowiązku  to  nie  są  powody  do  zawierania  związku 

małżeńskiego - zauważyła księżna. - Możesz spokojnie ożenić się z miłości, mój drogi. 

- Nie sądzę - mruknął Blake. 

- W każdym razie, proszę cię, nie spiesz się do małżeństwa, którego wkrótce możesz 

żałować - rzekł książę. - Dobrze się jeszcze zastanów, Theo. 

background image

- Nie chcecie zatem, żebym się ożenił i spłodził syna i dziedzica majątku i nazwiska? 

- Chcemy, żebyś był szczęśliwy, Theo - powiedziała księżna. 

- Niestety - odparł Blake - to akurat nie jest możliwe. 

background image

Przekonawszy  Egertonów,  ciotkę  i  wuja  panny  Fairfax,  żeby  wysłali  sir  Williamowi 

zaproszenie  na  bal,  Katharine  Glyn  zawiozła  pannę  Fairfax  swoim  faetonem  do  sióstr 

Pomeroy.  Ojciec  posadził  Katharine  na  konia,  gdy  tylko  nauczyła  się  chodzić.  Kilka  lat 

później  tak  długo  prosiła  go,  aby  nauczył  ja  powozić,  aż  w  końcu  ustąpił.  Kiedy  mając 

osiemnaście  lat,  po  raz  pierwszy  samodzielnie  przejechała  faetonem  przez  Hyde  Park,  w 

mieście  zawrzało  od  plotek.  To,  co  wydawało  się  skandalem,  szybko  jednak  stało  się  modą 

gdy  kilka  młodych  kobiet  z  towarzystwa  (nie  chcąc  być  gorszymi  od  wiejskiej  przybłędy) 

zaczęło  naśladować  jej  wyczyn.  Niektóre  potrafiły  powozić  dwukółką,  ale  żadna  nie  radziła 

sobie z zaprzęgiem składającym się z kilku koni. Nie mając umiejętności panny Glyn, szybko 

zrezygnowały z samodzielnej jazdy. Ona jednak wciąż jeździła na wizyty własnym faetonem, 

budząc lęk i szokując. 

Było  ciepłe  marcowe  popołudnie.  Zima  tego  roku  była  wyjątkowo  łagodna  i  w 

ogrodach  i  parkach  pojawiły  się  już  pierwsze  kwiaty,  a  w  powietrzu  czuło  się  powiew 

wiosennego ciepła. 

- Spójrz na uszy Chaucera i Cervantesa - powiedziała panna Glyn. - Te konie wprost 

rwą się do biegu. 

- Błagam, nie pozwól im na to - odparła nerwowo panna Fairfax. 

- Dlaczego? Gdzie twoja żądza przygody, Georgie? 

- Opuszcza mnie, gdy patrzę na takie włochate, czworonożne monstra. 

-  Zastanawiam  się,  dlaczego  cię  lubię,  skoro  masz  taką  awersję  do  koni  - 

skomentowała Katharine Glyn, zręcznie manewrując miedzy powozami. - Nie wiedziałam, że 

mam taki szlachetny charakter. 

Skierowała  zaprzęg  na  promenadę,  po  czym  puściła  konie  truchtom  wzdłuż  jednej  z 

elegantszych  ulic  Londynu,  zatrzymując  się  od  czasu  do  czasu,  aby  pogawędzić  z  jakimś 

znajomym. 

W  pewnej  chwili  Georgina  Fairfax  chwyciła  przyjaciółkę  za  ramie  i  krzyknęła  jej 

prosto do ucha: 

- Kate, stop! 

Katharine  gwałtownie  ściągnęła  wodze  i  konie  stanęły  dęba.  Georgina  Fairfax 

krzyknęła z przerażenia, ale jej przyjaciółka błyskawicznie opanowała sytuację. 

- Może byłabyś tak uprzejma, Georgino - syknęła przez zaciśnięte zęby - i wyjaśniła 

background image

mi, o co ci chodziło? No, uspokój się, Chaucer - powiedziała do wciąż drżącego gniadego. - 

Już dobrze, Cervantes. Uspokój się, staruszku. 

-  Tak  mi  przykro,  Kate.  Wszystko  przez  to,  że  zauważyłam  nadchodzącego  sir 

Williama i chciałam zamienić z nim kilka słów. 

-  Athertona?  -  zdumiała  się  panna  Glyn,  ale  kiedy  podniosła  głowę,  zauważyła 

jadącego  na  kasztanie  sir  Williama,  a  tuż  obok  niego  lorda  Blake'a  na  wspaniałym  koniu 

czystej krwi. 

Obydwaj panowie podjechali do faetonu od strony panny Fairfax i zatrzymali się. 

-  Panno  Fairfax,  czy  nic  się  pani  nie  stało?  -  zapytał  sir  William,  na  którego  twarzy 

wciąż widać było śmiertelne przerażenie. 

-  Och,  naturalnie,  że  nic  -  odparła  szybko,  uśmiechając  się  na  powitanie.  -  Nie  było 

żadnego  niebezpieczeństwa,  a  poza  tym  to  była  wyłącznie  moja  wina.  Zachowałam  się  tak 

nieodpowiedzialnie. Niepotrzebnie przestraszyłam Chaucera i Cervantesa. 

- Kogo? - zdziwił się lord Blake. 

- Gniadosze Katharine - wyjaśniła panna Fairfax. 

-  Panny  Glyn?  -  powtórzył  z  niedowierzaniem  lord  Blake,  ponieważ  konie  były 

wyjątkowej urody. 

- Wyhodowałam je od źrebiąt - powiedziała Katharine, śmiejąc się szeroko. 

Nagle dotarło do niej, że lubi się śmiać, gdy lord Blake jest w pobliżu i że to oznaka 

słabości.  Zbyt  wiele  różnych  rzeczy  się  przy  nim  wydarzyło,  aby  mogła  się  czuć  w  jego 

obecności szczęśliwa. Uśmiech zniknął z jej twarzy. 

- Jak może pani mówić, że było bezpiecznie? - zaprotestował sir William. - Te bestie 

mogły ponieść i Bóg jeden wie, jak mogło to się skończyć! 

- Spokojnie, Will, spokojnie - mruknął lord Blake. 

-  Ale  naprawdę  nie  było  żadnego  niebezpieczeństwa  -  powtórzyła  panna  Fairfax.  - 

Katharine doskonale powozi. Panowała nad sytuacją przez cały czas. Jest fantastyczna. 

- Dziękuję ci, Georgino - odparła ponuro panna Glyn. 

-  Za  pozwoleniem,  panno  Glyn  -  rzekł  chłodno  sir  William.  -  Nie  uważam  za 

rozsądne,  że  dwie  młode  kobiety  jadą  powozem  w  Londynie  same.  Zbyt  wiele  na  każdym 

kroku niebezpieczeństw. 

Widząc,  jak  policzki  panny  Glyn  nagle  purpurowieją,  a  w  oczach  zapalają  się 

niebezpieczne błyski, lord Blake szybko powiedział: 

- Myślę, że mój młody przyjaciel ma rację. Wiem, że od kilku lat krzykiem mody jest, 

aby  młode  kobiety  same  powoziły.  Nie  sądzę  jednak,  żeby  należało  modzie  bezkrytycznie 

background image

ulegać.  Ostatnio  lansuje  się  na  przykład  wyszczuplające  gorsety  dla  mężczyzn  i  niektórzy 

dżentelmeni,  chcąc  mieć  talię  osy,  coś  takiego  wkładają,  ale  to  nie  znaczy,  że  i  ja  muszę 

wziąć udział w tym szaleństwie. 

- Theo, nie sądzę... - zaczął sir William. 

- Poza tym - ciągnął z niezmąconym spokojem lord Blake - gdyby miała pani wprawę 

słynnej  Diablicy  z  Hampshire,  nie  musielibyśmy  się  bać,  skoro  jednak  pani  nią  nie  jest,  a 

odpowiada za najbardziej ubóstwianą kobietę w Londynie, uważam, iż lepiej byłoby, gdyby... 

- Ależ, lordzie Blake - przerwała mu panna Glyn - ja jestem Diablicą z Hampshire. 

- Co? - zawołał ze zdumieniem lord Blake, podczas gdy sir William patrzył na nią z 

niedowierzaniem. 

- Powiedz im, Georgie - dodała panna Glyn, trącając przyjaciółkę łokciem. 

- Kate, wiesz, że nie lubię tego przezwiska - odparła panna Fairfax. 

-  Och,  mnie  się  nawet...  podoba.  Dużo  nad  tym  myślałam,  aż  w  końcu  doszłam  do 

wniosku,  że  najlepiej  zrobią  to  siostry  Pomeroy  i  upoważniłam  je  do  upublicznienia  tej 

informacji. Jak możesz mówić, że go nie lubisz? 

Lord Blake przypomniał sobie wszystkie skandaliczne historie o tym najsłynniejszym 

artykule eksportowym Hampshire do Londynu... i wszystkie skandaliczne rzeczy, które panna 

Glyn powiedziała i zrobiła podczas ich krótkiej znajomości i nagle wszystko zrozumiał. 

-  Oczywiście,  że  pani  nią  jest,  powinienem  to  wiedzieć  od  początku.  Kiedyś  będę 

opowiadał o tym moim wnukom. Poznać osobiście słynną Diablicę z Hampshire...! 

Sir  William,  czerwieniąc  się,  wykrztusił  jakieś  słowa  przeprosin,  które  panna  Glyn 

przyjęła w milczeniu. 

- Teraz, kiedy wszystko jest już jasne - powiedziała - chciałabym poinformować pana, 

sir Williamie, że może się pan spodziewać zaproszenia na bal u Egertonów. 

- Przyjdzie pan, prawda? - zapytała panna Fairfax. 

- Tylko wtedy, jeśli pani tam będzie. 

- Może być pan tego absolutnie pewien - zauważyła panna Glyn, widząc, jak policzki 

jej przyjaciółki oblewa rumieniec. 

-  Czy  wolno  mi  mieć  nadzieję,  że  zaproszenie  to  pani  zasługa,  panno  Fairfax?  - 

zapytał sir William z czarującym uśmiechem. 

- Mogłam o nie poprosić, ale to argumenty Katharine przekonały moją ciotkę i wuja. 

-  Pozostanę  więc  pani  dozgonnym  dłużnikiem,  panno  Glyn  -  odparł  sir  William, 

skłaniając głowę. 

-  Czyżby  więc  miała  pani  zyskać  kogoś,  kto  nie  tylko  będzie  słuchał  pani 

background image

absurdalnych  teorii,  ale  również  się  z  nimi  zgadzał?  Nigdy  nie  sądziłem,  że  to  może  się 

zdarzyć - zdumiał się lord Blake. 

-  Gdyby  miał  pan  kontakty  z  osobami  cieszącymi  się  autorytetem  w  towarzystwie, 

lordzie Blake, poza sir Williamem, oczywiście, z pewnością słyszałby pan, że jestem ceniona 

za inteligencję i rozum daleko większe niż to właściwe mojej płci. 

- Najwyraźniej mam słaby słuch, ponieważ słyszę to tylko od pani. 

Brązowe  oczy  panny  Glyn  zwęziły  się,  ale  nagle  usłyszała  władczy  kobiecy  głos  i 

błyskotliwa riposta zamarła jej na ustach. 

- Theo! Co za spotkanie! 

Elegancki  powozik,  minąwszy  faeton  panny  Glyn,  zatrzymał  się  trochę  dalej  i  lady 

Priscilla Inglewood, ubrana w zgrabny różowy płaszczyk, wychyliła się przez okno. 

- Twój uniżony sługa, Priscillo! - odparł lord Blake, z uśmiechem skłaniając głowę. 

- Mam nadzieję, że nie zapomniałeś o dzisiejszej kolacji z nami. Mój ojciec nie może 

się  ciebie  doczekać.  Wiesz,  jak  bardzo  sobie  ceni  twoje  umiejętności  gry  w  pikietę.  Błagał 

mnie  nawet,  żebym  nie  wypłoszyła  cię  swoją  trzpiotowatością,  zanim  zasiądziesz  z  nim  do 

kart. 

- Ależ Priscillo! - zaprotestował, z trudem powstrzymując westchnienie. Nie przepadał 

za grą w karty ze starym Inglewoodem, ponieważ zawsze musiał przy tym wysłuchiwać aluzji 

do  przyszłego  połączenia  ich  rodów.  -  Wszyscy  wiedzą,  że  nie  ma  w  tobie  nic  z  trzpiotki. 

Poza tym, jak mógłbym dobrowolnie rezygnować z tak uroczego towarzystwa jak twoje? Nie 

jestem takim głupcem. Zapewne znasz pannę Glyn i pannę Fairfax? 

- Oczywiście - odparła lady Inglewood. - Jak się pani ma, panno Fairfax? 

- Jesteśmy już okropnie spóźnione - wtrąciła panna Glyn. - Wybaczycie nam państwo? 

Miło  nam  było  pana  spotkać,  sir  Williamie.  Niestety,  musimy  się  spieszyć.  A  zatem  do 

wtorku, sir Williamie. 

- To będzie dla mnie prawdziwa przyjemność - odrzekł z galanterią, gdy panna Glyn 

zacięła konie. 

Lord  Blake  z  gracją  uchylił  kapelusza,  ale  spotkało  się  to  jedynie  z  chłodnym 

spojrzeniem  panny  Glyn  i  ledwo  dostrzegalnym  skinieniem  głowy.  Boże  mój!  Czyżby  ta 

publiczna  rozmowa  z  obozem  przeciwnika  miała  go  pozbawić  tak  zabawnego  jej 

towarzystwa? 

-  Biedna  panna  Fairfax  -  westchnęła  lady  Inglewood  -  być  zmuszoną  do  znoszenia 

towarzystwa tak ordynarnej opiekunki. Mam nadzieję, że pamiętasz, co ci mówiłam wczoraj, 

Theo, i nie będziesz kontynuował znajomości z panną Glyn? 

background image

-  Doskonale  pamiętam,  co  mówiłaś,  Priscillo.  To  był  bardzo  trafny  opis  Diablicy  z 

Hampshire. 

-  Okropne  przezwisko,  nieprawdaż?  Ale,  moim  zdaniem,  świetnie  pasuje  do  panny 

Glyn.  Do  zobaczenia  dziś  wieczorem,  Theo  -  powiedziała,  po  czym  poleciła  stangretowi 

jechać dalej. 

Lord Blake przez chwilę w milczeniu obserwował niknący w oddali powóz. 

W tym czasie panna Fairfax mówiła z wyrzutem do przyjaciółki: 

- Kate, jak mogłaś być tak obcesowa? 

- Sądziłam, że pożegnałyśmy się, zachowując wszelkie zasady dobrego wychowania? 

- Cokolwiek byś nie mówiła, zrobiłaś lady Inglewood afront. 

- I dobrze. 

Panna Fairfax westchnęła. 

- Nie mogę pojąć, dlaczego tak bardzo się nie znosicie. 

-  Już  ci  mówiłam,  Georgie.  Nie  gustuję  w  osobach,  które  są  doskonałe  pod  każdym 

względem, a Priscilla jest... 

-  Wzorem  doskonałości.  Tak,  wiem.  Ale  dlaczego  nie  możesz  jej  wyśmiać,  tak  jak 

wyśmiewasz innych? 

- To stara historia i nie ma sensu do niej wracać. 

- Jednak mi powiedz. 

- Georgino... 

- Kate! 

Katharine westchnęła ciężko. 

-  Kiedy  miałam  szesnaście  lat  i  na  swoje  nieszczęście  byłam  zaręczona  z  Berthiem 

Falkhurstem,  uczestniczyłam  w  letnim  balu  jako  gość  jego  rodziny.  Priscilla  też  tam  była. 

Ponieważ większość życia spędziła w  Londynie,  a ja, niestety, w  Hampshire, zdecydowanie 

górowała nade mną ogładą i z jej tylko znanych powodów czerpała jakąś niezdrową radość z 

ciągłego  upokarzania  mnie  w  towarzystwie.  Byłam  nieobyta,  wiesz,  i  bez  przerwy 

popełniałam jakieś gafy; tak więc nie brakowało jej okazji, żeby mi dokuczyć. Tak samo było 

podczas mojego pierwszego londyńskiego sezonu. Bardzo trudno jest to wybaczyć, a jeszcze 

trudniej zaprzestać wojny między nami i zrezygnować z satysfakcji, jaką mi daje ośmieszanie 

jej. Teraz ta wojna zaostrza się, ponieważ jestem twoją najbliższą przyjaciółką. 

Panna Fairfax spojrzała na nią ze zdumieniem. 

-  Co?  -  wykrztusiła  po  chwili,  chwytając  ją  za  ramię  i  zmuszając  do  zatrzymania.  - 

Katharine, o czym ty mówisz? 

background image

Panna  Glyn,  żałując  zbyt  lekkomyślnie  wypowiedzianych  słów,  starała  się  wykręcić 

od dalszych wyjaśnień, ale przyjaciółka nie zamierzała ustąpić. 

-  To  całkiem  proste,  Georgino  -  odparła  cicho.  -  Panna  Doskonała  była  gwiazdą 

towarzystwa od chwili debiutu. Ten sezon jednak nie należy już do niej, ale do ciebie. I ona 

nie może tego znieść. Czy nie widzisz tego, jak zielenieje z zazdrości? 

- Tak, wiem. Ale jaki to ma związek z tobą? 

- Georgino, wszyscy wiedzą, że nie sposób cię nie lubić - odparła z uśmiechem panna 

Glyn.  -  Priscilla,  nie  mogąc  otwarcie  wystąpić  przeciw  tobie,  zamierza  zaatakować  cię, 

godząc  we  mnie.  Skoro  jestem  kimś  dla  ciebie  najbliższym,  najłatwiej  cię  zranić,  atakując 

mnie. 

- Jakie to obrzydliwe! - zawołała panna Fairfax. - Jak można coś takiego wymyślić? 

- Droga Georgino - powtórzyła jej przyjaciółka z rozbawieniem. - Wcale się tym nie 

przejmuję.  Właściwie  ta  animozja  bawi  mnie.  To  takie  męczące  być  słodką,  cierpliwą  i 

uprzejmą dla każdego. Nawet nie wiesz, jaka to frajda wyładować się na kimś takim. Ona nie 

jest  w  stanie  mnie  zranić,  gdyż  nasz  system  wartości  jest  diametralnie  różny.  To  wszystko 

mnie naprawdę tylko bawi, możesz więc być spokojna. 

- Och, Kate, czuję się doprawdy paskudnie. 

-  Nie  ma  potrzeby.  Musisz  być  tylko  w  stosunku  do  Panny  Doskonałej  ogromnie 

ostrożna. Może cię zranić, jeśli tylko znajdzie ku temu sposobność. 

- Kate, ty chyba nie mówisz poważnie. 

-  Śmiertelnie  poważnie,  Georgino.  Pod  tą  ujmującą  fasadą  kryje  się  niebezpieczna 

kobieta. Za wszelką cenę wystrzegaj się jej żądła. 

- Znowu ten Szekspir - zauważyła panna Fairfax. - Ach, wy erudyci! 

- Tak się składa, że ta parafraza jest wyjątkowo trafna. Żądło Panny Doskonałej ukryte 

jest w jej języku i w każdej chwili może ukłuć. Błagam więc, Georgino, bądź ostrożna. 

- Obiecuję, Katharine. Obiecuję - śmiejąc się, powtórzyła panna Fairfax. 

Jednak Katharine Glyn wcale nie była tego pewna. 

background image

Lord  Blake  nie  mógł  odżałować  tego,  że  idąc  na  bal  do  Egertonów,  nie  pomyślał  o 

zabraniu  ze  sobą  wachlarza.  Wkrótce  szczęki  bolały  go  od  tłumienia  ziewania,  gdy  musiał 

wysłuchiwać  nudnych  uwag  pewnej  piskliwej  mamuśki  i  jej  dwóch  nieciekawych  córeczek, 

które  wciąż  powtarzały,  że  od  dawna  marzyły  o  poznaniu  jego  lordowskiej  mości  i  bez 

przerwy chichotały na każde jego słowo. Piskliwa mamuśka nie kryła zdumienia na wieść, że 

jego  lordowska  mość  nie  był  na  ostatnim  balu  u  Wraxtonów,  bo  przecież  Wraxtonowie 

zajmowali wysoką pozycję w towarzystwie i bardzo lubili jej nudnawe córeczki. 

W końcu, pod jakimś pretekstem, udało mu się uciec, ale natychmiast został porwany 

przez  jednego  z  przyjaciół  ojca  i  uraczony  niezwykle  barwną  historyjką  o  niedawnym 

polowaniu. Kiedy jednak zobaczył nadchodzącego Williama Athertona, wcale nie był pewien, 

czy powinien traktować go jako wybawienie. 

Zdecydowawszy,  że  ma  dość  romantycznych  zwierzeń  przyjaciela,  szybko  przerwał 

opowieść o polowaniu i umknął, znikając w tłumie czterystu przybyłych na bal gości. 

W  pewnej  chwili,  uciekając  przed  nudą  i  osamotnieniem,  podszedł  do  stojącej  w 

pobliżu ogromnej palmy eleganckiej pary. 

- Witam szanownych rodziców - powiedział. - Wasza miłość, wyglądasz imponująco, 

pomimo sabotujących wysiłków Wilmingtona. 

-  Musisz  wiedzieć,  Theo  -  odparł  książę  -  że  dostosowuję  się  jedynie  do  wymogów 

mody. 

- Otóż to - mruknął z uśmiechem lord  Blake. -  Najdroższa mamo - dodał, zwracając 

się  do  księżnej  -  jesteś  po  prostu  wspaniała.  Powinnaś  zawsze  ubierać  się  w  ten  odcień 

błękitu. Idealnie podkreśla kolor twoich oczu. 

-  Drogi  synu  -  odparła  księżna,  pozwalając  pocałować  się  w  policzek.  -  Widzieć  cię 

dwukrotnie w ciągu tygodnia to zbyt wiele szczęścia dla mojego starego serca. 

- Co ty mówisz, maman, twoje serce jest wciąż dziewczęco młode. A propos, mam dla 

was szokującą nowinę. Poznałem słynną Diablicę z Hampshire. 

-  Niemożliwe!  -  zawołał  książę.  -  To  fantastycznie!  Słyszałem,  że  to  najzręczniejsza 

para  rąk  w  Londynie.  Może  wygrać  dla  ciebie  fortunę,  jeśli  kiedyś  zaangażujesz  ją  do 

wyścigu powozów do Brighton. 

-  Będę  musiał  jej  to  zaproponować  -  śmiejąc  się,  odparł  lord  Blake.  -  Jeśli  chodzi  o 

powożenie, to panna Glyn dała już dowód swoich nadzwyczajnych zdolności. 

background image

- Panna Glyn? Opiekunka panny Fairfax? - spytała księżna. 

- Ona i Diablica z Hampshire to jedna i ta sama osoba. 

- Naprawdę? W takim razie z pewnością jest tutaj. Musisz ją nam przedstawić, Theo. 

- To może być trudne. Nie chce utrzymywać ze mną kontaktów. 

- Dlaczego? - zapytał książę. 

- Nie podoba się jej mój tytuł i moja przyjaźń z Priscillą Inglewood. 

-  Co  ty  mówisz?  -  zdziwiła  się  księżna.  -  Teraz  jeszcze  bardziej  pragnę  ją  poznać. 

Możesz zerwać te kontakty, ale dopiero wtedy, gdy nas sobie przedstawisz. 

-  Tak,  mamo.  Zrobię  wszystko,  co  w  mojej  mocy,  aby  ją  przedstawić  z  jak 

najzabawniejszej strony - odparł Blake, po czym natychmiast ruszył na poszukiwanie niczego 

niepodejrzewającej panny Glyn. 

Katharine  miała  już  za  sobą  dwa  tańce  regionalne,  walca  i  trzy  wyjątkowo  nudne 

rozmowy,  kiedy  ponownie  zjawiła  się  obok  panny  Fairfax,  która,  wolna  w  danej  chwili  od 

męskiego towarzystwa, postanowiła pogawędzić z przyjaciółką. 

- Co, tak szybko znużone? - dobiegł z tyłu jakiś chłodny głos. 

Kiedy się odwróciły, spostrzegły piękną, młodą kobietę w sukni z zielonego muślinu. 

Ogromna ilość blond loków otaczała owalną twarz i opadała na długą, smukłą szyję. 

-  Panna  Doskonała!  -  zawołała  panna  Glyn,  uśmiechając  się  złośliwie.  -  Teraz  już 

wiem, skąd ten powiew chłodu. 

- Jaka piękna suknia, Priscillo! ~ powiedziała szybko panna  Fairfax. - Nigdy jeszcze 

takiej nie widziałam. Świetnie w niej wyglądasz. Co za fason! Pozazdrościć. Czuję się przy 

tobie jak Kopciuszek. 

Lady Inglewood, która w tej kwestii zupełnie się z nią zgadzała, odparła: 

-  To  prawda.  Została  uszyta  według  jednego  z  moich  projektów.  Pani  Foote  jest 

rzeczywiście świetną krawcową. 

-  Masz  szczęście.  Marzę  o  tym,  żeby  uszyła  coś  dla  mnie,  ale  jest  tak  zajęta,  że 

musiałam się zapisać na listę oczekujących. 

-  A  to  pech!  -  powiedziała  lady  Inglewood,  uśmiechając  się  jednocześnie  z 

nieskrywaną satysfakcją, ponieważ to właśnie ona ostrzegła panią Foote, że ją zrujnuje, jeśli 

ta  ośmieli  się  uszyć  nie  tylko  suknię,  ale  nawet  chusteczkę  dla  Georginy  Fairfax.  -  Słyszała 

pani zapewne, że wczoraj na raucie u lady Jersey, wicehrabia Chamberlin oświadczył mi się 

w obecności księcia regenta, księcia Insleya i lady Jersey. Mój ojciec był niestety przeciwny 

temu związkowi, odmówiłam więc wicehrabiemu. Bardzo to przeżył. Żal mi było biedaka. 

- To smutne, kiedy trzeba odrzucić tak romantyczną i cenną ofertę - zauważyła panna 

background image

Fairfax. 

- Ale jakie szczęście dla Chamberlina - mruknęła panna Glyn. 

-  To  prawda,  Georgino  -  przyznała  lady  Inglewood.  -  Przykro  odrzucać  takie 

oświadczyny,  ale  ja  miałam  już  przynajmniej  z  dziesięć  podobnych.  Poza  tym,  syn  Insleya 

również zamierza mi się oświadczyć. Mój ojciec powiedział mi, że najdalej w ciągu miesiąca 

spodziewa się deklaracji lorda Blake'a. Insleyowie są starymi przyjaciółmi naszej rodziny, nie 

sądzę  więc,  żeby  ojciec  czekał  na  próżno.  Mam  nadzieję,  Georgino,  że  otrzyma  pani  ofertę 

przynajmniej w połowie tak interesującą. 

Nawet panna Fairfax nie była w stanie ukryć zdumienia, ale to panna Glyn stanęła w 

obronie przyjaciółki. 

- Płonna nadzieja, Panno Doskonała, ponieważ Georgina wyjdzie za mąż z miłości, a 

nie dla tytułu i wystawnego grobowca, który da jej schronienie po śmierci. Chociaż dla ciebie 

to  bardzo  stosowne  miejsce.  Ciekawe,  jak  szybko  markiz  znajdzie  kogoś,  kto  ogrzeje  jego 

łoże, które ty możesz jedynie schłodzić? Z pewnością wiesz, że ma opinię mężczyzny, który 

zmienia spódniczki tak szybko, jak niektórzy buty. 

Wachlarz, który lady Inglewood trzymała w ręku, z trzaskiem zamknął się. 

- Osiem sezonów w mieście, jak widać, niczego cię nic nauczyło. Wciąż jesteś tą samą 

pospolitą  prowincjuszka,  która  ma  więcej  jadu  niż  rozumu.  Możesz  wyprowadzać  w  pole 

innych,  ale  ze  mną  ten  numer  ci  się  nie  uda.  Nie  będę  tu  stała  i  pozwalała  się  bezkarnie 

obrażać jakiejś prymitywnej dziewusze, spłodzonej przez wiejskiego pijaczka! 

- Kate, jak mogłaś? - powiedziała z wyrzutem panna Fairfax, gdy blada z wściekłości 

lady Inglewood zniknęła w tłumie. 

- Cóż za ohydny człowiek! - wybuchnęła Katharine. - Jak śmiał dopuścić do tego, że 

go  polubiłam,  gdy  nosi  się  z  zamiarem  poprowadzenia  kogoś  takiego  jak  Priscilla  do 

małżeńskiego łoża! 

- Kate, o kim ty mówisz? 

- O Blake'u! To przecież syn Insleya, dobry Boże, i to z nim Priscilla wiąże nadzieje. 

- Ale dlaczego tak cię to denerwuje? Co cię obchodzi, z kim ożeni się lord Blake? 

Panna Glyn chwilę milczała, po czym uśmiechnęła się do przyjaciółki. 

- Błogosławię twój rozsądek Georgino. Masz całkowitą rację. W tej samej chwili, gdy 

Panna  Doskonała  wyjdzie  za  mąż,  znowu  odzyskamy  spokój.  Niech  sobie  bierze  tego 

swojego markiza. Obydwoje są siebie warci. 

Sir William wybrał właśnie ten moment, aby podejść do swojej Afrodyty i poprosić ją 

do tańca. 

background image

Katharine nie została jednak zbyt długo sama. Lord Blake dał znak swoim rodzicom, 

żeby poszli za nim i szybko ruszył w jej kierunku. Nie zdążył jednak nawet się ukłonić, gdy 

wybuchnęła: 

- Ty! - syknęła - Ty... ty niegodziwcze! - tupnęła nogą. 

- Ja? - Blake cofnął się, zaskoczony takim atakiem furii. 

-  Dziedzic  Insleyów,  pieszczoch  Inglewoodów!  Jak  mogłam  tracić  tyle  czasu  dla 

pana? 

-  Muszę  przyznać,  że  z  każdym  dniem  intryguje  mnie  pani  coraz  bardziej.  Czy  ma 

pani coś przeciwko staremu i powszechnie szanowanemu domowi Insleyów? 

-  Drwię  z  pańskiego  starego  domu,  ty...  ty  rozpustniku.  Popełniłam  niewybaczalny 

błąd, świadczący o skrajnej głupocie, kiedy uwierzyłam, że pewien wdzięczący się potomek 

Insleyów może być czymś więcej niż... niż jedynie zapatrzonym w siebie salonowcem. 

- Kiedy się nad tym zastanawiam - rzekł lord Blake, uważnie przypatrując się swoim 

wypolerowanym paznokciom - nie sądzę, abym kiedykolwiek miał się wdzięczyć. 

Panna Glyn musiała się roześmiać. 

Lord Blake roześmiał się również. 

- O właśnie! Tak jest znacznie lepiej. Lubię pani śmiech, panno Glyn, ponieważ kiedy 

nie patrzy pani na mnie groźnie, jest szczery i spontaniczny. 

- Błagam pana, Blake, niech mnie pan nie rozśmiesza, skoro tak pana nie znoszę. 

- Nie może być pani taka okrutna, by mnie nie znosić za coś, czego nie wybierałem. 

- Nonsens. Lady Inglewood wybrał pan całkiem dobrowolnie. 

- Miałem na myśli majątek mojego ojca. 

- Dlaczego właściwie nie powiedział mi pan, że jest dziedzicem księcia? 

- Sądziłem, że pani o tym wie. 

- Dlaczego więc nigdy dotąd pana nie widziałam ani nigdy o nim nie słyszałam? 

-  Objeżdżałem  ojcowskie  posiadłości  niemal  pięć  lat  i  jestem  tu  dopiero  od  trzech 

tygodni. Jeśli zaś chodzi o to, że nie słyszała pani o mnie, to powód jest bardzo prosty. Otóż 

przechodzenie tytułów w rodzinie to bardzo skomplikowana sprawa. Nawet ja mam kłopoty z 

wymienieniem wszystkich, które mi przysługują. Nie uwierzy pani, ale wcale nie pragnąłem 

być markizem. Chętnie zamieniłbym wszystkie moje klejnoty na zwykłe paciorki, wspaniały 

pałac  na  pustelnię,  a  bogate  szaty  na  ubranie  mieszkańca  przytułku,  ale  mam  określone 

obowiązki względem rodziny. 

-  Markiz?  Spadkobierca  Insleya  -  pokręciła  głową.  -  Jak  mogłam  być  taka  ślepa?  A 

jednak bardzo mi pana żal. Jakie to straszne, kiedy się musi być księciem! Jak rodzice mogą 

background image

być  aż  tak  bezwzględni,  żeby  na  barki  niczego  niespodziewającego  się  dziecięcia  nałożyć 

takie  brzemię,  przygniatające  patyną  wieków  i  masą  zobowiązań?  Powinien  pan  z  nimi 

porozmawiać, lordzie Blake. Koniecznie. 

- Usiłowałem - odrzekł z melancholijnym westchnieniem. -  I to wielokrotnie, ale nic 

do nich nie dociera. 

- Biedactwo. Naprawdę panu współczuję. Potrzebuje pan jakiejś otuchy i nawet wiem, 

co ją panu przyniesie: jakaś urocza spódniczka. Lubi je pan, nieprawdaż? 

- Słucham? - wykrztusił. 

- Czyżby nie lubił pan spódniczek? 

- Tak... Nie!... To znaczy... 

-  O  Boże,  uważa  pan,  że  użyłam  niewłaściwego  określenia?  Może  powinnam 

powiedzieć podwiązek? A może gorsetów? Już wiem - koszulek! 

- Nie, nie - odparł przytłumionym głosem - spódniczka to właściwe określenie. 

-  Cieszę  się.  Przyzna  pan,  lordzie  Blake,  że  najważniejszy  jest  dobry  humor,  gdyż 

czasem tylko dobrym humorem można zatuszować największą nawet gafę. 

-  Pamiętając  o  tym  -  powiedział  lord  Blake  z  figlarnym  uśmiechem  -  chciałbym 

przedstawić panią moim rodzicom. 

Katharine  odwróciła  się  i,  ku  swojej  wielkiej  konsternacji,  ujrzała  ogromnie 

rozbawionego,  wytwornego  księcia  Insleya  z,  zachowującą  znacznie  większą  rezerwę, 

księżną Insley u boku. Nie miała wątpliwości, że książęca para słyszała całą rozmowę. 

Krew odpłynęła jej z twarzy i z desperacją powiedziała: 

- Jakże się cieszę, że mogę wreszcie państwa poznać! Państwa syn - rzuciła mordercze 

spojrzenie w kierunku ogromnie rozbawionego lorda Blake'a - wiele mi o państwu opowiadał. 

Czuję  się  więc  tak,  jakbym  znała  państwa  od  lat.  Bywa  jednak  różnie  -  powiedziała  z 

czarującym  uśmiechem.  -  Mój  ojciec  w  latach  młodości  często  towarzyszył  królowi  na 

polowaniach  i  wiele  mi  o  naszym  monarsze  opowiadał.  Kiedy  jednak  zostałam  mu 

przedstawiona,  przeżyłam  ogromne  rozczarowanie,  ponieważ  zupełnie  nie  przypominał  tego 

władcy,  którego  opisywał  mój  ojciec.  Oczywiście  król  był  już  wtedy  obłąkany  i  zapewne 

wywarło  to  jakiś  wpływ  na  jego  wygląd.  Jednak  mój  zawód  był  ogromny  i  przez  tydzień 

pocieszałam  się  ogromnymi  ilościami  owoców  z  kremem.  Widzę  jednak,  że  teraz  mi  to  nie 

grozi,  ponieważ  jesteście  państwo  wspaniali.  Lordzie  Blake  -  dodała,  patrząc  na  niego  z 

dezaprobatą  -  podczas  naszej  rozmowy  nie  był  pan  sprawiedliwy  w  ocenie  swojej  rodziny. 

Czy podoba się panu bal, wasza miłość? - zapytała księcia. 

- Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłem. 

background image

- Bardzo się cieszę, wasza miłość. 

Prawda jednak była taka, że tak fatalnie nie czuła się od swojego pierwszego sezonu w 

Londynie. Tamto upokorzenie było porównywalne z obecnym. A zawinił on - lord Blake. Nie 

tylko  sprowokował  ją  do  tej  kretyńskiej  rozmowy,  ale  również  nie  zadał  sobie  trudu,  aby 

uprzedzić ją o konsekwencjach. 

Wprawdzie  panna  Glyn  kpiła  z  zasad  dobrego  wychowania,  jednak  nie  była  ich 

pozbawiona.  Wiedziała,  jak  powinna  zachować  się  w  każdej  sytuacji,  i  żeby  nie  wiem  jak 

bardzo  chciała  się  zemścić  na  lordzie  Blake'u,  nie  uczyni  nic,  co  mogłoby  zniszczyć  jej,  z 

takim  trudem  zdobytą,  dobrą  reputację  w  towarzystwie.  Jednego  była  pewna  -  lord  Blake 

wkrótce się przekona, co znaczy zaleźć jej za skórę. 

Kiedy  książę  Insley  skończył  opowieść  o  pewnym  balu  w  Szkocji,  w  którym 

uczestniczył w młodości, do rozmowy włączyła się księżna. 

- Panno Glyn, jest już pani jakiś czas w mieście, jak sądzę? - powiedziała. 

Panna Glyn skinęła głową. 

- I wciąż nie jest pani zamężna? 

Panna Glyn skinęła głową ponownie. 

- Nie obawia się pani, że tak już zostanie? 

- Wręcz przeciwnie ~ odparła z uśmiechem. - Tak się składa, że wszyscy dookoła już 

pozakładali rodziny, księżno. Proszę mi pozwolić, jeśli łaska, cieszyć się, że los oszczędził mi 

losu mężatek. 

- Jest pani przeciwna rynkowi małżeństw? 

- Mam na nim niskie notowania, dlatego jestem przeciwna. W młodości miałam pecha 

być dziedziczką fortuny i wtedy plasowano mnie wysoko pomimo braku urody i towarzyskiej 

ogłady. Kiedy przestałam być dziedziczką zostałam pozbawiona wszystkiego i potraktowana 

jak  coś  bez  wartości.  Moja  romantyczna  naiwność  rozwiała  się  nagle,  za  co  jestem  losowi 

ogromnie  wdzięczna.  Kiedy  byłam  dziedziczką,  stanowiłam  towar  do  wystawienia  na 

małżeńskim targu. Teraz, gdy moje dochody zostały znacznie ograniczone, należę do świata. 

Skoro tak, to niech drży u moich stóp! 

Księżna roześmiała się. 

-  Nie  można  zaprzeczyć,  że  w  pani  pozornie  absurdalnym  rozumowaniu  jest  jakiś 

sens. Do niedawna mój syn również był przeciwny małżeństwu. 

-  I  chyba  dobrze,  gdyż  z  pewnością  chciałby  podporządkować  kobietę  swoim 

wątpliwym regułom gry. 

-  Sugeruje  pani,  że  małżeństwo  ze  mną  nie  byłoby  rozkoszą?  -  zapytał  lord  Blake, 

background image

wziąwszy się pod boki. 

Panna Glyn spojrzała na niego chłodno. 

- Czy jest ktoś, kto wziąłby mnie w obronę? - zawołał lord Blake. 

Odpowiedziało mu milczenie. 

W tej właśnie chwili podeszła do nich lady Inglewood. 

- Dobry wieczór, wasza miłość - powiedziała. - Księżno, jak miło panią widzieć. 

- Priscillo, wyglądasz jak zawsze pięknie - zauważył książę. 

- Mam nadzieję, że twój ojciec dobrze się czuje? - powiedziała księżna. 

-  Jest  w  salonie  karcianym  -  odparła  lady  Inglewood.  -  Może  nie  czuje  się  najlepiej, 

ale  humor  mu  dopisuje.  Theo,  proszę  cię,  pomóż  mi  ułagodzić  księżnę  Newberry.  Nie 

złożyłam jej w tym tygodniu wizyty i obawiam się, że może zażądać mojej głowy. Może ty 

zdołasz ją od lego odwieść, dobrze wiesz, jak lubi atrakcyjnych mężczyzn. 

Nie  miał  wątpliwości,  że  to  podstęp,  ale  nie  mógł  odmówić  prośbie  Priscilli,  nie 

narażając się przy tym na opinię człowieka źle wychowanego. Skinął więc głową pannie Glyn 

i podał ramię lady Inglewood. 

-  Zawsze  z  radością  gram  dla  ciebie  rolę  świętego  Jerzego,  Priscillo.  Prowadź  mnie 

więc do tego smoka. 

- Drogi Theo, sama nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła - zauważyła lady Inglewood i, 

zanim pociągnęła za sobą lorda Blake'a, spojrzała na pannę Glyn z triumfalnym uśmiechem. 

Po chwili jednak, kiedy odeszli wystarczająco daleko, ton jej głosu uległ radykalnej zmianie. - 

Jak  mogłeś,  Theo.  Jak  mogłeś  przedstawić  tę  kobietę  księciu  i  księżnej,  skoro  uprzedzałam 

cię, żebyś nie podtrzymywał tej znajomości? 

- Moja matka chciała ją poznać - odparł spokojnie Blake. 

- Nie mogłeś jej tego odradzić? Dobrze wiesz, jaką kobietą jest ta Glyn! Przy jej braku 

dobrych manier mogła jedynie zrobić twoim rodzicom jakiś afront. 

- Skoro o tym mowa, Priscillo - odparł lord Blake, marszcząc brwi - nie mam pojęcia, 

co masz na myśli. Moi rodzice spędzili kilka miłych chwil na rozmowie z panną Glyn i, jak 

sądzę, ona również uważa je za miłe. Szkoda tylko, że nie znali się wcześniej. 

Lady Inglewood z trzaskiem zamknęła trzymany w ręku wachlarz. 

-  Czy  ty  jesteś  ślepy,  Theo?  A  może  otumaniony  lub  pijany?  Kate  Glyn  całkowicie 

zasłużyła na swój przydomek. Urodziła się diablicą i wciąż nią jest. Gdyby cię tak traktowała 

jak mnie, nie mówiłbyś do mnie w taki... obraźliwy sposób. 

- Czym, na Boga, aż tak bardzo się tobie naraziła, Priscillo? 

-  Nie  dalej  jak  dziś  wieczorem  napadła  na  mnie.  Nie  potrafię  powtórzyć,  jakich 

background image

obelżywych słów używała. To prawdziwe monstrum, Theo, i chciałabym, żebyś to wreszcie 

zrozumiał.  To  zazdrosna,  pazerna  i  ordynarna  kobieta,  z  satysfakcją  zadająca  innym  ból 

swoim żmijowatym językiem. 

Lord Blake obserwował, jak twarz lady Inglewood czerwienieje z gniewu. 

- To okrutne słowa, Priscillo. 

- Są niczym w porównaniu do tych, którymi ona obrzuciła mnie. To dlatego prosiłam 

cię, żebyś nie tańczył przed tą diablicą. 

- Prawdę mówiąc, panna Glyn, jak dotąd, nawet nie stanęła ze mną do kotyliona. 

- Theo - westchnęła lady Inglewood - proszę, abyś nie robił sobie żartów z poważnych 

spraw. To ma dla mnie ogromne znaczenie. 

- Wiem o tym, Priscillo, Naprawdę wiem. 

Katharine Glyn obserwowała, jak odchodzą i z ożywieniem o czymś rozmawiają. 

-  Podziwiam  determinację,  z  jaką  osiągnęła  swój  cel.  Muszę  jednak  przyznać,  że 

świetnie  razem  wyglądają.  Lord  Blake  porusza  się  z  taką  lekkością.  Czyżby  trenował 

szermierkę? 

- Przy każdej nadarzającej się okazji - odparła księżna. 

- Wspaniale. Może przyjmie moje wyzwanie. 

- Pani uprawia szermierkę? - zapytali jednocześnie książę i jego małżonka. 

-  Oczywiście.  Kiedy  miałam  trzynaście  lat,  wymogłam  na  ojcu,  że  jeśli  jego 

najnowszym faetonem, zaprzęgniętym w najlepszą parę koni, trzykrotnie przejadę w pełnym 

galopie  między  słupkami  bramy  wjazdowej  naszej  posiadłości  bez  najmniejszej  rysy  na 

farbie, to on pozwoli mi na naukę szermierki. Jeśli jednak przegram, nie będę go już więcej o 

to nagabywać i pokryję koszty naprawy wszystkich spowodowanych przeze mnie szkód. Nie 

muszę  chyba  mówić,  że  wygrałam.  Oczywiście  to,  że  wstałam  o  drugiej  nad  ranem  i 

przesunęłam  słupki,  mogło  mieć  wpływ  na  mój  sukces,  ale  ja  wolę  wierzyć,  że  to  zasługa 

moich umiejętności jeździeckich. 

- O tak - zauważyła księżna. - Przecież słynna Diablic z Hampshire to pani. 

-  Postrach  trzech  hrabstw  i  całego  Londynu  -  odparła  panna  Glyn  z  szerokim 

uśmiechem. - Papa chciał mieć syna i ja zawsze starałam się mu to wynagrodzić. 

- I stąd ta wiedza o spódniczkach? - zapytała z uśmiechem księżna. 

- Diablica z Hampshire znowu pędzi ku zagładzie - westchnęła panna Glyn. 

- Drogi Fitzgeraldzie - zawołała księżna - ona się rumieni. 

-  Nieprawda!  -  zaprotestowała  Katharine.  -  Ja  nigdy  się  nie  czerwienię.  To  tylko... 

nagłe skoki temperatury  związane z rzadką tropikalną chorobą. Jeszcze nie wiem, jaką. Czy 

background image

pani mogłaby sprawić, żeby lord Blake spędził noc w państwa domu? 

Insleyowie spojrzeli na nią ze zdumieniem. 

-  Nie  zdziwiłabym  się,  gdyby  pani  wcale  tego  nie  chciała.  Wiem,  jaki  potrafi  być 

irytujący. Jakie to dziwne, że ma takich wspaniałych  rodziców. Jesteście  państwo pewni, że 

ktoś nie zostawił go pod państwa drzwiami? 

- Całkowicie - odparł książę, krztusząc się ze śmiechu. 

- Szkoda. Obawiam się, że jego finansowa ruina trochę państwa dotknie. 

- Ruina? - zdziwiła się księżna. - Co pani knuje? 

- Zemstę, oczywiście. Paskudnie mnie podszedł, musicie państwo przyznać. 

- Rzeczywiście. Jakie to fascynujące. Regino, ujrzymy Diablicę z Hampshire w akcji. 

Co ma pani zamiar zrobić, panno Glyn? 

- Mam... przyjaciółkę, Phoebe Lovejoy. Myślę, że doskonale spełni swoją rolę... jeśli 

tylko  postaracie  się  państwo,  aby  spędził  noc  w  państwa  domu  i  zjadł  razem  z  wami 

śniadanie. 

background image

Następnego dnia po balu u Egertonów lord Blake oraz książę i księżna Insley siedzieli 

właśnie przy śniadaniu, gdy do jadalni wszedł lokaj, niosąc zabawnie zapakowane pudełko. 

- Co to ma być, u licha? - zdziwił się książę. Jego ręka, trzymająca filiżankę z kawą, 

zamarła w powietrzu. 

- Właśnie dostarczono tę przesyłkę, wasza miłość - odparł lokaj. - Polecono mi oddać 

ją do rąk własnych lorda Blake'a. Kurier bardzo na to nalegał. Jest również list adresowany do 

księżnej. 

Pudełko  zostało  postawione  na  stole  przed  lordem  Blakiem  w  chwili,  gdy  księżna 

otwierała list. Nagle znieruchomiała, ze zdumieniem patrząc na trzymaną w ręku kartkę. 

- Co u licha...? - mruknęła. 

- Co to jest, Regino? - zapytał książę. 

- Nie bardzo rozumiem... - powiedziała księżna zduszonym głosem. 

- Czytaj głośno, mamo - zaproponował Blake. - Intrygujesz nas. Czytaj głośno. 

- Chyba rzeczywiście tak będzie lepiej - przyznała księżna. 

Droga  księżno.  Mam  nadzieję,  że  ten  list  zastanie  panią  i  jej  małżonka,  księcia,  w 

dobrym zdrowiu. Chociaż z tego, co mówił Teddy, pani i książę nigdy nie czują się źle. 

- Teddy? - powiedział książę, patrząc na syna z rozbawieniem. - Kto to może być? 

Autor listu nie może mieć na myśli mnie - zauważył lord Blake, podnosząc widelec z 

kawałkiem pstrąga do ust. - Nikt nigdy nie ośmielił się nazywać mnie Teddy. 

- Czy mogę kontynuować? - zapytała księżna, po czym wróciła do listu. 

Spotkaliśmy  się  -  czytała  dalej  -  gdy  jeden  z  moich  klientów  źle  mnie  potraktował  w 

Berry  Patch  Tavern.  Teddy  był  prawdziwym  bohaterem,  zupełnie  jak  Robin  Hood.  Potem 

szybko zostaliśmy przyjaciółmi. Pragnę jednak zapewnić panią, księżno, że nigdy nie wzięłam 

od niego grosza, nawet wtedy, gdy urodził się mały Joey... 

- Chwileczkę! - zawołał lord Blake. - Mamo, przysięgam, ja nigdy… 

Ale księżna czytała dalej. 

...gdy urodził się mały Joey, ani żadnych prezentów poza tym, co dziś zwracam Teddy 

emu.  2ie  żeby  nie  próbował  dać  mi  funta  czy  dwa,  ale  jak  mu  powiedziałam  od  początku, 

miłość nie ma ceny. 

Tak kochałam pani syna, księżno, i on kochał mnie, ale wiedziałam, że nic z tego nie 

będzie,  pomimo  wszystkich  obietnic  Teddy  ego.  A  kiedy  przekonałam  się,  że  w  drodze  jest 

background image

mała 2ellie... 

- Dwoje? - zawołał książę. - Ależ ty jesteś płodny, Theo! 

W szarych oczach jego syna zalśniły wesołe iskierki. 

...że  w  drodze  jest  mała  Nellie,  wiedziałam,  że  musimy  to  skończyć,  abym  mogła 

związać  się  z  jakimś  mężczyzną,  który  będzie  dbał  o  mnie  i  dzieci.  Poślubiłam  więc  Percy 

ego i powiedziałam Teddy emu, że musimy się rozstać... 

-  Dalsza  część  listu  jest  zamazana,  jakby  biedne  dziewczę  płakało  -  powiedziała 

księżna. - Zaraz, zaraz! Czy to może być A? Nie, nie, to M. Teraz to brzmi tak: ...Moje serce 

krwawiło przy rozstaniu, wiedziałam jednak, że tak będzie lepiej, a Percy był dobry dla mnie i 

moich  maleństw,  nie  mogłam  więc  się  uskarżać.  Miałam  tylko  kłopot,  kiedy  Percy  znalazł 

jedyny  prezent,  jaki  przyjęłam  od  Teddy'ego  w  ubiegłym  roku.  O  Chryste!  Jak  on  na  mnie 

wrzeszczał!  Jakoś  jednak  udało  mi  się  go  uspokoić,  kiedy  obiecałam,  że  ten  prezent 

natychmiast zwrócę i tak też zrobiłam, i teraz wszystko jest już w porządku. 

Lord  Blake,  nie  mogąc  opanować  ciekawości,  zaczął  nerwowo  rozrywać  różowy 

papier,  w  który  opakowana  była  przesyłka,  tak  że  nie  zauważył,  jak  jego  ojciec,  zasłaniając 

się serwetką, usiłuje stłumić śmiech. 

...2iech pani powie Teddy'emu - czytała dalej księżna - że Joey i 2ellie kochają go i że 

bardzo szybko uczą się liter. Proszę przyjąć wyrazy głębokiego szacunku, Phoebe Lovejoy. 

Lord  Blake  wyciągnął  z  pudełka  bardzo  skąpy  stanik  z  czarnej  koronki  i  koszulkę 

nocną  z  czerwonego  atłasu,  bogato  ozdobioną  wstążkami  i  do  złudzenia  przypominającą 

rekwizyt z Porwania Sabinek. Książę Insley szybko odwrócił się, żeby ukryć rozbawienie. 

Nagle ramiona lorda Blake'a zaczęły dziwnie drżeć i krzykliwy strój wysunął mu się z 

rąk. Tylko księżnej udało się zachować powagę. 

- Theodore - powiedziała chłodno. - Co znaczy ten list i ten... ten... okropny strój i kto 

to jest ta biedna Phoebe Lovejoy? 

- Kto? - zawołał z triumfem lord Blake. - To przecież Diablica z Hampshire! 

Jego lordowska mość wybuchnął śmiechem i ukrył głowę w ramionach, podczas gdy 

jego rodzice uśmiechali się do siebie z satysfakcją. 

background image

10 

Rankiem  drugiego  dnia  po  balu  u  Egertonów  panna  Glyn  i  jej  przyjaciółka  panna 

Fairfax siedziały naprzeciw siebie w saloniku i, pijąc herbatę, przeglądały poranną pocztę. 

- O nie! - zawołała w pewnej chwili panna Fairfax. 

Katharine spojrzała na nią ze zdumieniem. 

- Co się stało? - zapytała. 

- To jest list od księżnej Insley - odparła panna Fairfax, pokazując dopiero co otwartą 

kopertę. 

- Naprawdę? To bardzo miłe. 

- Miłe? Ostrzegałam cię, że to tak się skończy. Ostrzegałam. I teraz spójrz, jakie skutki 

przyniósł twój upór.  To  jest zaproszenie na małe garden party, które książę i księżna  Insley 

wydają jutro. 

- Naprawdę? To brzmi bardzo obiecująco. 

- Obiecująco? - zawołała ze zdumieniem panna Fairfax. - Po tym, jak, pomimo moich 

usilnych próśb, wysłałaś im tę okropną przesyłkę i ten absurdalny list, publiczne upokorzenie 

nazywasz czymś obiecującym? 

- Być może źle usłyszałam. Sądziłam, że zostałyśmy zaproszone na garden party. 

-  To  jedynie  pretekst,  przecież  musisz  zdawać  sobie  z  tego  sprawę.  Insleyowie,  w 

obecności śmietanki towarzyskiej, wezmą na nas rewanż! Nigdy nie powinnaś była wysyłać 

tej  przeklętej  paczki.  Nigdy,  nigdy,  nigdy.  Nie  obchodzi  mnie,  co  ci  lord  Blake  zrobił.  O, 

Boże,  co  Insleyowie  muszą  teraz  myśleć  o  nas  -  zawołała  z  przerażeniem  panna  Fairfax  i 

ciarki przeszły jej po plecach. 

- Georgino - powtórzyła panna Glyn z godnym podziwu spokojem. - Nie sądzę, żebyś 

miała dobrze w głowie. 

- Och! Ty... ty... 

- Czy wiesz, że powtarzasz jedno i to samo, kiedy tylko jesteś zdenerwowana? 

- Nieprawda - zawołała z oburzeniem panna Fairfax. 

- Prawda. 

- Nieprawda, nieprawda, nieprawda! 

- Sama widzisz - zauważyła z satysfakcją panna Glyn. 

- Jesteś taka denerwująca - rzuciła ze złością panna Fairfax. 

- Tak, wiem. Co zamierzasz włożyć na party u Insleyów? 

background image

- Co zmierzam włożyć? Nic! 

- Georgino! 

- Uważam, że moje miejsce jest raczej pod pręgierzem. 

- Nie bądź śmieszna. Oczywiście, że pójdziesz. Ktoś przecież musi mi towarzyszyć. 

- Chyba nie masz zamiaru pójść? 

-  Co  z  twoją  głową,  Georgino?  Oczywiście,  że  mam  zamiar.  To  będzie  wspaniała 

zabawa. 

- Po tym jak wysłałaś tę paczkę? Czy ty zupełnie nie masz wstydu? 

- Rzeczywiście nie mam - odparła panna Glyn. - Zastanów się, Georgino. Odmówienie 

Insleyom to towarzyskie samobójstwo. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę? 

- Nie dbam o to. 

-  Rób  więc,  co  chcesz  -  odpowiedziała  z  westchnieniem  Katharine.  -  Przekażę  w 

twoim  imieniu  ubolewanie  i  wymyślę  jakiś  powód  twojej  nieobecności:  malarię,  ospę, 

ucieczkę z ukochanym lub coś w tym rodzaju. 

-  Doskonale,  pójdę  więc,  ale  z  pewnością  przeklnę  dzień,  w  którym  przyszłam  na 

świat - odparła z goryczą panna Fairfax. 

- Grzeczna dziewczynka. 

Georgina przez chwilę patrzyła na przyjaciółkę w milczeniu. 

- Jak ci się to udaje? - zapytała w końcu. 

- Jak mi się co udaje? 

- Jak ci się to udaje, że robię w końcu to, na co zupełnie nie mam ochoty? 

- Ależ, Georgino, będziesz się jutro fantastycznie bawiła. Zaufaj mi. 

Panna  Fairfax  miała  na  końcu  języka  kilka  odpowiedzi,  ale  żadna  z  nich  nie  była 

uprzejma. Na szczęście dla panny Glyn do salonu wszedł Wainwright i beznamiętnym głosem 

zaanonsował przybycie sir Williama Athertona. 

- Tak wcześnie? - zdziwiła się panna Glyn. - Ten młodzieniec najwyraźniej umiera z 

tęsknoty. 

Gniewne  spojrzenie  panny  Fairfax  powstrzymało  ją  od  dalszych  komentarzy. 

Wzruszyła więc jedynie ramionami i zabrała się do sprzątania porozrzucanej korespondencji. 

Panna Fairfax poleciła lokajowi wprowadzić sir Williama, a sama zaczęła gorączkowo 

przygotowywać się na przyjęcie  gościa. Przestudiowała kilka póz na fotelu, po czym doszła 

do  wniosku,  że  sofa  będzie  odpowiedniejszym  miejscem  do  wyeksponowania  swoich 

wdzięków. Szybko przebiegła przez pokój i najpierw ułożyła się w pozycji półleżącej, aby po 

chwili znowu wrócić do poprzedniej. 

background image

Panna  Glyn  przez  cały  czas  tej  gorączkowej  aktywności  była  wyjątkowo 

powściągliwa, mrucząc jedynie: 

- Uważaj, Georgino. Wypalisz się, zanim twój luby zdąży się pojawić. 

Sir William, ubrany w strój do jazdy konnej, wpadł jak burza do pokoju. Jego blond 

włosy powiewały w nieładzie, a upięcie fularu dalekie było od finezji. 

Szybkim  krokiem  przemierzył  salon  i,  zatrzymawszy  się  przed  obiektem  swoich 

westchnień, osunął na kolana, po czym ujmując dłonie ukochanej, rzekł: 

-  Najdroższa  Georgino,  przyszedłem  tu  wprost  od  sióstr  Pomeroy.  Usłyszałem  tam 

coś,  w  co  nie  mogę  uwierzyć.  Powiedziały,  że  jesteś  zaręczona  z  lordem  Falkhurstem  i  że 

wyjeżdżasz dziś wieczorem do Gretna Green! 

- Co?! - zawołała panna Fairfax. 

- Twierdziły, że cały Londyn wiedział, że Falkhurst zamierzał się oświadczyć, tylko ja 

- skończony głupiec - nic nie wiedziałem. Nie powinienem był tu przychodzić, wiem, że nie 

powinienem. Dałaś słowo i rękę innemu i ja muszę się z tym pogodzić. 

Mówiąc to, sir William pokrywał dłonie panny Fairfax gorącymi pocałunkami. 

Panna  Glyn,  uważając  swoją  obecność  za  niezbyt  stosowną  i  wierząc,  że  jej 

przyjaciółka  sama  potrafi  wszystko  wyjaśnić,  dyskretnie  opuściła  salon  i  udała  się  do 

biblioteki. 

Z  ciężkim westchnieniem rozpoczęła wędrówkę po ogromnym, ciemnym pokoju. Tu 

nie  mogło  być  żadnych  wątpliwości.  Panna  Fairfax  spotkała  swego  Adama,  swego  Romea, 

swego  księcia  z  bajki.  Najwyższy  czas  znaleźć  inne  schronienie.  Pobyt  pod  wspólnym 

dachem  z  młodą  parą  był  dla  niej  nie  do  przyjęcia,  choć  pewnie  przyjaciółka  to  zasugeruje. 

Czułaby się jak święty Bernard wśród turkawek. Nie, to zupełnie nie wchodzi w grę. 

Znowu  westchnęła.  Przecież  od  dawna  wiedziała,  że  kiedyś  to  nastąpi.  Jednak  teraz, 

kiedy  ta  chwila  nadeszła,  poczuła  piekący  ból.  Świadomość,  że  już  wkrótce  nie  będą  razem 

spędzały  poranków,  że  czasy,  gdy  miała  łatwy  dostęp  do  myśli  i  serca  przyjaciółki,  minęły 

bezpowrotnie, przepełniła ją niewypowiedzianym smutkiem. 

Małżeństwo,  jak  sądziła  panna  Glyn,  samo  w  sobie  nie  było  czymś  złym,  oznaczało 

jednak  ciężką  próbę  dla  kobiecej  przyjaźni.  Mężatka  musiała  przyjąć  zupełnie  nowe 

obowiązki. Dom, służba, mąż, dzieci nie zostawiały jej zbyt wiele czasu dla siebie, a jeszcze 

mniej dla przyjaciół. 

Małżeństwo  panny  Fairfax  z  sir  Williamem  będzie  poza  tym  kolejną  stratą,  którą 

pannie  Glyn  przyjdzie  dołączyć  do  całej  serii  strat,  jakie  poniosła  w  krótkim  czasie. 

Dodatkowy  argument  na  to,  żeby  nikogo  nie  kochać,  gdyż  ci,  których  obdarzała  uczuciem, 

background image

albo odchodzili, albo ją rozczarowywali, a ból za każdym razem był taki sam. 

Wzięła  głęboki  oddech,  uderzyła  zaciśniętą  dłonią  w  poduszkę  kanapy  i  znowu 

zaczęła krążyć po pokoju, rzucając pod swoim własnym adresem mało cenzuralne epitety za 

poddanie się aż takiej melancholii. Diablica z Hampshire nie może narzekać, powinna działać. 

Kiedyś Londyn nudził ją. Musiała wiele nad sobą pracować, aby miejskie życie choć trochę 

zaczęło  ją  bawić.  A  teraz  nawet  utarczki  z  Panną  Doskonałą  przestały  sprawiać  jej 

przyjemność. Nagle stanęła. Utarczki z Panną Doskonałą przestały ją cieszyć od chwili, gdy 

poznała lorda Blake'a. 

Zmarszczyła brwi. Życie w mieście właściwie nigdy jej nie odpowiadało. Najwyższy 

czas na zmiany. Jest wieśniaczką z urodzenia i wychowania i do wiejskiego spokoju i piękna 

powinna jak najszybciej wrócić. Jej dochody pozwolą na kupno domu i pięćdziesięciu akrów 

ziemi. Jej ojciec postarał się o to, żeby nie mogła wrócić do rodzinnego domu. Czy ból z tym 

związany  nigdy  nie  minie?  Z  ojcowskim  brakiem  wiary  w  nią  i  jej  umiejętności  walczyła, 

dopóki  ojciec  żył.  Kiedy  jednak  odczytano  zapis  w  jego  testamencie:  „...żadna  kobieta  nie 

nadaje się do zarządzania Tryton Hall, szczególnie moja córka...” bezlitośnie dał o sobie znać. 

Ciężko  było  pogodzić  się  ze  śmiercią  ojca,  jeszcze  ciężej  ze  skutkami  jego  lekceważenia  i 

tyranii.  Kroplą,  która  przelała  kielich  goryczy,  było  zachowanie  Falkhursta  w  tydzień  po 

pogrzebie.  A  panna  Fairfax  nie  mogła  zrozumieć,  dlaczego  jej  przyjaciółka  gardziła 

małżeństwem! 

Musi wziąć się w garść. Zacząć nowe życie w nowym domu. Może zaszyć się gdzieś 

na  wsi:  hodować  konie  i  krowy,  owce  i  kurczęta;  uprawiać  żyto  i  pszenicę;  założyć  ogród 

warzywny;  zająć  się  gospodarstwem  mlecznym  i  dziękować  losowi,  że  w  porę  uciekła  z 

Londynu. 

Jednak  uczucie  smutku  nie  opuszczało  jej.  Pomyślała  o  czekającej  ją  samotności  i  o 

tym,  że  tej  samotności  w  pewnym  sensie  już  doświadcza.  Panna  Fairfax,  aczkolwiek  bliska 

przyjaciółka, nie była jej bratnią duszą; nie rozumiała jej szalonych pomysłów, nie lubiła tych 

samych autorów co ona ani takich form aktywności, które jej życiu nadawały sens. 

Nagle wyprostowała się i uniosła wysoko głowę. Czego nie da się pokonać, trzeba w 

miarę możliwości polubić. Dokąd tylko sięgnie pamięcią, zawsze była samotna. Nic się więc 

w jej życiu nie zmieni. 

Nie  mogąc  dłużej  powstrzymać  ciekawości,  podkradła  się  do  salonu  i,  uchyliwszy 

odrobinę drzwi, zajrzała do środka. 

Sir  William  trzymał  Georginę  w  objęciach  i  cicho  coś  do  niej  mówił.  Panna  Glyn, 

ufając  w  rozsądek  obojga  młodych,  zamknęła  drzwi  i,  powróciwszy  do  biblioteki,  zagłębiła 

background image

się w ciekawej lekturze. 

background image

11 

A  wtedy  ja  pokazałam  trzy  damy!  -  poinformowała  z  triumfem  lady  Inglewood.  - 

Bingsley  gwałtownie  zbladł  i  karty  wysunęły  mu  się  z  dłoni.  „Zostałem  zrujnowany  przez 

złotowłosą królową pikiety” - zawołał. To było bardzo zabawne. 

Lord Blake zmusił się do uśmiechu. 

- Jego gust, jeśli chodzi o strój, jest oczywiście okropny  - ciągnęła lady  Inglewood  - 

ale  Bingsleyowie  są  dobrze  notowani  w  naszym  środowisku,  a  Freddie,  kiedy  mu  na  tym 

zależy, potrafi czarować. 

-  Trzeba  być  elokwentnym,  gdy  się  ma  do  czynienia  z  tak  pięknym  przeciwnikiem  - 

odparł z galanterią lord Blake. 

Lady  Inglewood z ożywieniem kontynuowała monolog, podczas  gdy jej słuchaczowi 

coraz trudniej było okazywać zainteresowanie. Rodzice obiecali mu dobrą zabawę, jeśli da się 

namówić na to przyjęcie, ale jak dotąd dobra zabawa była mirażem. 

Zaanonsowano  przybycie  panien  Glyn  i  Fairfax.  Kiedy  zaskoczony  lord  Blake 

podniósł głowę, obie witały się właśnie z księciem i księżną, a panna Glyn powiedziała coś, 

co sprawiło, że jego ojciec się roześmiał. 

-  Och,  to  okropne!  -  zawołała  lady  Inglewood.  -  Jak  Kate  Glyn  śmiała  tu  przyjść? 

Pewnie nawet nie była zaproszona. 

- Wręcz przeciwnie, podejrzewam, że otwiera listę gości. 

- Ufam, że księżna ma  więcej  rozsądku - odparła z wyższością. - Panna  Glyn jest tu 

najwyraźniej po to, aby znaleźć odpowiedniego męża dla swojej przyjaciółki. Podejrzewam, 

że ukradła zaproszenia! 

-  Spróbujmy  sprawdzić  twoją  teorię,  Priscillo  -  rzekł  lord  Blake,  wsuwając  jej  rękę 

pod ramię i ciągnąc w stronę panny Glyn. 

Lady  Inglewood  uśmiechnęła  się  z  triumfem.  Wkrótce  markiz  pokaże  Diablicy  z 

Hampshire, gdzie jej miejsce. 

Panna  Glyn,  widząc,  z  jaką  determinacją  jego  lordowska  mość  zmierza  ku  niej, 

zebrała całą odwagę i z uśmiechem powiedziała: 

-  Lordzie  Blake,  jestem  zaskoczona  pańskim  widokiem.  Słyszałam,  że  musiał  pan 

uciekać z kraju, ponieważ jakiś rozwścieczony kowal depcze panu po piętach. 

Tym razem lord Blake nie potrafił utrzymać powagi. Śmiech, który nie mógł znaleźć 

ujścia, gdy otrzymał przesyłkę od Phoebe Lovejoy, teraz wybuchnął ze zdwojoną siłą. 

background image

Lady Inglewood nie kryła wściekłości. Blake obraził ją... i to na oczach tej... Glyn! 

- Jakie to dla ciebie typowe, obrazić gospodarza, i to zaledwie w pięć minut od wejścia 

do jego domu. 

- Szykujesz się już do roli mężatki, Prissie? - odcięła się z uśmiechem panna Glyn. 

Lady Inglewood zaniemówiła. 

- Diablica! - rzuciła po chwili i odeszła dumnym krokiem. 

Cudownie  było  pokonać  jednocześnie  lorda  Blake'a  i  lady  Inglewood!  Panna  Glyn, 

dumna z odniesionego triumfu, skierowała się do stołów z przekąskami. Zwycięstwo w bitwie 

wymagało  regeneracji  sił.  To  przyjęcie  wciąż  było  dla  niej  zagadką.  Dlaczego  ją  tu 

zaproszono?  Będzie,  co  ma  być,  pomyślała.  Najważniejsze,  że  tak  łatwo  pokonała  tego 

pyszałka. 

Lord Blake, który czmychnął do ogrodu, żeby w samotności lizać rany i zrugać siebie 

za tak anemiczną obronę i zupełny brak chęci odwetu, doszedł do wniosku, że męska duma 

nie  pozwala  mu  na  oddanie  pola  bez  walki.  Energicznie  wkroczył  do  salonu  i zatrzymał  się 

przed prowokatorką w chwili, gdy podnosiła do ust kawałek ciasta z owocami. 

Spojrzała  na  niego  badawczo  spod  uniesionych  brwi.  Z  trudem  utrzymując  powagę, 

powiedział: 

- Piękną dziś m - m - mamy pogodę, nieprawdaż? 

Po chwili jednak, nie mogąc się opanować, znowu wybuchnął śmiechem i jeszcze raz 

salwował się ucieczką. 

Zadowolona  z  siebie  Katharine  Glyn  ponownie  sięgnęła  po  ulubiony  placek  z 

owocami. 

Tymczasem  markiz  zdecydował  pokrzepić  się  mocną  whisky,  którą  na  takie  właśnie 

okazje trzymał w sekretnym schowku w bibliotece, po czym znowu wrócił do salonu i jeszcze 

raz stanął przed Diablicą z Hampshire. 

- Tak szybko z powrotem? - zdziwiła się. 

- Musiałem wrócić - odrzekł z powagą lord Blake. - Coś ciągnie mnie w to miejsce. 

-  A  ja  odniosłam  wrażenie,  że  coś  ciągnie  pana  w  przeciwną  stronę.  Pomyślałam 

nawet,  że  to  może  mieć  jakiś  związek  z  finansową  katastrofą.  Może  z  policją?  Albo 

koszulkami? 

- Spódniczkami - sprostował. 

- Przepraszam. Spódniczkami. Jest pan dzisiaj jakoś dziwnie poruszony. Zastanawiam 

się, czy mogę być z panem bezpieczna. 

- O wiele bezpieczniejsza niż ja z panią. 

background image

- Nie rozumiem dlaczego, lordzie Blake? 

- Phoebe Lovejoy. 

- Zmienia pan nazwisko? A może to jakaś pana znajoma? 

Markiz mężnie stłumił chichot. 

-  Nie  zmieniam  nazwiska,  a  pannę  Lovejoy  z  jej  bujną  wyobraźnią  poznałem 

niedawno całkiem dobrze. 

- Jak mam rozumieć ten dziwny komentarz? 

-  Och,  niech  pani  przestanie,  panno  Glyn.  Jest  pani  przecież  inteligentną  osobą. 

Spróbuję ożywić pani pamięć: zapakowane w różowy papier pudełko, łzawy list, mały Joey i 

Nellie. Porwanie Sabinek

- Proszę, milordzie, sprawia pan, że się rumienię. 

- Nieprawdopodobne! 

Tłumiąc wybuch śmiechu, Katharine przybrała niewinną minę i powiedziała: 

-  Pańskie  nerwy  wydają  się  nieco  rozstrojone.  Jeśli  nie  ma  pan  nic  przeciw  temu, 

mogę sprezentować panu trochę leków na nerwy z naszych zapasów. 

-  Ależ,  panno  Glyn,  wolnej  kobiecie  z  towarzystwa  nie  wypada  dawać  prezentów 

wolnemu mężczyźnie z towarzystwa. 

- Nie? - zdziwiła się. 

- Stanowczo nie - odparł z naciskiem. - Języki dopiero miałyby używanie. 

Panna Glyn ponownie wybuchnęła śmiechem. 

- Powinna pani częściej się śmiać, panno Glyn. Do twarzy pani z uśmiechem. 

- Pańskie żarty i wybiegi rozbrajają mnie. 

Lord Blake napuszył się. 

- Nie znajdziesz mnie, pani, w rejestrze zwykłych ludzi. 

Panna Glyn zaśmiała się. 

- Pean ku czci własnych cnót. 

- Wielkość zna swoją wartość. 

-  Czyżby  pana  jedyną  aspiracją  było  pokonać  mnie  w  pojedynku  na  cytaty  z 

Szekspira? 

- Moją jedyną ambicją jest modernizacja dóbr Insleyów i ochrona mojego dziedzictwa. 

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

- Rzadko mnie ktoś tak zdumiewa, ale panu z pewnością się to udało. Czy to, co przed 

chwilą usłyszałam, to prawda? 

- Najprawdziwsza. 

background image

-  Pan  będzie  stanowił  najbardziej  interesujący  rozdział  w  mojej  autobiografii  - 

powiedziała, kręcąc głową. - Jestem o tym głęboko przekonana. 

- Pochlebia mi pani - odparł, skłaniając głowę. 

- To prawda. Pierwotnie miała to być jedynie notka. 

Lord Blake ponownie wybuchnął śmiechem. 

Lady Inglewood z przeciwległego końca salonu obserwowała to urocze tete - a - tete z 

coraz  większą  furią.  Wszystkie  uroczyste  zapewnienia  lorda  Blake'a  o  przyjaźni  i  szacunku 

nie  miały  żadnego  znaczenia,  gdy  tak  ostentacyjnie  okazuje  swoje  zainteresowanie  tej 

diablicy!  To,  że  bawiło  go  towarzystwo  panny  Glyn,  było  oczywiste  nawet  dla  lady 

Inglewood.  Doszła  jednak  do  wniosku,  że  jej  długotrwała  przyjaźń  i  rodzinne  powiązania  z 

Insleyami skłonią go wreszcie do wybrania jej za swoją żonę. Poza tym, każdy  wiedział, że 

spadkobierca Insleyów musi się dobrze ożenić, a czy może być lepszy wybór niż córka lorda 

Inglewood? 

Jej  ojciec  już  zastawiał  na  niego  pułapkę,  opowiadając  każdemu,  że  córka  wkrótce 

będzie żoną Blake'a. 

- Nie martw się, moja droga - powiedział, głaszcząc ją po ręku. - Przyprowadzę ci tego 

młodzika, i to wkrótce. Chłopak wie, jaki ma wobec ciebie obowiązek. Nie pozwolę, aby się 

wymknął. Gdy wszyscy będą się spodziewać oświadczyn, nie będzie miał innego wyjścia. 

Czyżby  Kate  Glyn  miała  te  plany  pokrzyżować?  Chociaż  otwarcie  gardziła 

małżeństwem, lady Inglewood nie wykluczała, że tytuł księżnej jest dla niej magnesem. 

Poza tym lord Blake najwyraźniej szukał jej towarzystwa. Wszyscy to już zauważyli. 

Czyżby  jej  ojciec  się  mylił?  Czyżby  Theo  miał  się  jednak  wymknąć  z  ich  sideł  i  wpaść  w 

zastawioną przez tę intrygantkę pułapkę? 

Cóż to byłoby za upokorzenie! Spojrzenia rzucane ukradkiem w jej kierunku. Chłodna 

grzeczność Reginy Insley, świadomość, że jest już właściwie starą panną: dwadzieścia cztery 

lata, wciąż niezamężna, bez perspektyw, bez tytułu książęcego w przyszłości. To było nie do 

zniesienia. 

Gdyby  tylko  Oliver  żył,  powtarzała  sobie.  Gdyby  Oliver  żył,  nie  musiałaby  polować 

na  Thea  i  znosić  tylu  upokorzeń.  Była  pewna  Olivera,  kiedy  miała  zaledwie  szesnaście  lat. 

Zaręczyła  się  z  nim,  mając  lat  osiemnaście.  Mając  dziewiętnaście  mogła  zostać  mężatką,  a 

księżną Insley zanim osiągnie... trzydziestkę? Dlaczego by nie? Fitzgerald i Regina nie będą 

żyć wiecznie. 

Jednak Oliver zginął i pozostał tylko Theo Blake. Czy aby rzeczywiście pozostał? 

Po tych wszystkich planach, wysiłkach i marzeniach. 

background image

Nic? 

Nie,  to  niemożliwe!  Lady  Inglewood  nie  wątpiła,  że  lord  Blake  poczuwał  się  do 

zobowiązań w stosunku do niej. Musi się nagiąć do oczekiwań środowiska i oświadczyć. To 

oczywiście  nie  będzie  małżeństwo  z  miłości,  ale  jakie  to  miało  znaczenie?  Olivera  też  nie 

kochała. Najważniejsze, że będzie żoną Blake'a. Jeśli Kate Glyn jej w tym nie przeszkodzi. 

Tymczasem  obiekt  tych  czarnych  myśli,  Kate  Glyn,  opuściła  lorda  Blake'a  i 

przechadzała  się  od  jednej  grupy  gości  do  drugiej,  będąc  pod  wrażeniem  nieoczekiwanego 

towarzystwa  najwyższych  sfer,  nie  tracąc  jednocześnie  krytycznego  do  nich  stosunku.  Już 

jako dziecko zauważyła, że ludzie szlachetnie urodzeni są na ogół straszliwie nudni, aby  po 

latach dojść do wniosku, że tamta opinia była słuszna. I dlatego tak bardzo ceniła Insleyów. 

Byli zupełnie inni: otwarci, uczciwi, interesujący. Bardzo rzadkie okazy. 

- Wędruje pani z muzami po Olimpie? - zapytał jakiś przyjazny głos. 

- Wasza miłość! - zawołała, gdy odwróciwszy się, ujrzała uśmiechającego się do niej 

księcia Insleya. - Właśnie o panu myślałam. 

-  Dla  mężczyzny  w  moim  wieku  to  ogromny  komplement  -  zajmować  myśli  tak 

ślicznej i uroczej młodej damy. 

- Pan jest cudowny! - powiedziała z nieskrywanym uwielbieniem. - Gdyby pan nie był 

już żonaty, mogłabym oddać panu rękę. 

- A ja, panno Glyn, gdybym był dwadzieścia lat młodszy, z pewnością bym o tę rękę 

zabiegał - odparł książę, śmiejąc się cicho. 

- Nic by z tego nie było. 

- Nie? 

-  Prawda  jest  taka,  że  nie  pragnę  być  księżną.  Właściwie,  nie  mogę  sobie  nawet 

wyobrazić  gorszego  losu.  Poza  tym  byłabym  okropną  księżną,  wasza  miłość,  bo  tak  się 

składa, że ciągle robię jakieś dziwne rzeczy, świadczące o moim kompletnym braku rozsądku. 

W  konfrontacji  z  ogromnym  autorytetem  obecnej  księżnej,  nie  miałabym  żadnych  szans. 

Niewiele jest kobiet, jeśli w ogóle są, które potrafiłyby jej dorównać. Z mojej strony głupotą 

byłoby wierzyć, że mnie może się udać. 

- Theo ma taki sam problem - rzekł książę z dziwnym wyrazem twarzy. 

- Nie jest w stanie dorównać matce? 

- Nie, nie - odparł z uśmiechem książę - swojemu bratu, lordowi Wycomb. Oliver był 

cudownym  chłopcem  pod  każdym  względem.  Jednym  z  tych,  którym  wszystko  się  zawsze 

udaje, przyjazny i wrażliwy. Liczyliśmy na to, że to on odziedziczy tytuł, ziemię, wszystko. 

Theo  bardzo  tego  pragnął  i  był  szczęśliwy,  że  to  nie  on  będzie  musiał  dźwigać  ten  ciężar. 

background image

Często z tego żartował, ale wiedzieliśmy, jak bardzo... był pod wrażeniem zdolności brata. I 

nagle...  ciężar  spadł  na  ramiona  Thea.  To  było  pięć  lat  temu,  a  jednak...  dobrze,  że  chociaż 

Theo tam był. Oliver nie umierał samotnie. 

- Tam? - powiedziała z zakłopotaniem panna Glyn. - Ale ja usłyszałam, że pański syn 

zginął  podczas  kampanii  na  półwyspie,  a  lord  Blake  wspomniał  mi  kiedyś,  że  jego  brat  nie 

walczył na wojnie. 

-  To  prawda,  nie  walczył.  Służył  jednak  krajowi  w  inny  sposób.  Oliver,  jako  nasz 

następca, nie mógł brać udziału w wojnie, chociaż bardzo tego pragnął i zazdrościł bratu jego 

patriotycznych  uniesień.  Chciał  pojechać  na  półwysep  do  Thea,  który  zawsze  siebie  o  to 

obwiniał... Oliver, widzi pani, nie powinien był znaleźć się na linii frontu. Namówił Thea, aby 

go zabrał na szybki objazd. Nieoczekiwanie walki zostały wznowione i śmierć położyła kres 

patriotycznym ideałom Thea. Nawet nie wspomina o wojnie. Bez reszty poświęcił się dobrom 

Insleyów, obwiniając siebie o śmierć Olivera i chowając się za szczelną zasłoną dyletanta. 

-  Pod  każdą  maską  kryje  się  jakiś  osobisty  dramat,  wasza  miłość.  Ale  właściwie 

dlaczego mi pan o tym wszystkim opowiada? 

Książę ujął jej dłoń w swoje dłonie i uśmiechnął do niej ciepło. 

-  Księżna  i  ja  chcieliśmy  wyrazić  naszą  głęboką  wdzięczność  za  wszystko,  co  pani 

zrobiła dla Thea. 

- Ja?! 

- Nauczyła go pani znowu się śmiać. To taki cenny dar. 

- Proszę, wasza miłość, błagam - odparła, rumieniąc się. - Doprawdy, nie zrobiłam nic, 

żeby... Dobry Boże, co on tu robi? - zawołała nagle. 

Dżentelmenem,  którego  widok  tak  ją  zaskoczył,  był  lord  Falkhurst,  niezwykle 

efektownie  prezentujący  się  w  rdzawym  surducie,  kamizelce  w  odcieniu  matowego  złota  i 

brązowych bryczesach. 

-  Ma  w  naszych  sferach  zbyt  wysoką  pozycję,  moja  droga  -  odparł  książę.  -  Nie 

mogliśmy go zlekceważyć, chociaż ten Falkhurst to strasznie zimna ryba. 

- Doskonałe określenie - powiedziała z uśmiechem. 

-  Chodźmy  -  rzekł  książę,  podając  jej  ramię  -  uwolnię  panią  od  jego  przykrego 

widoku. Ogród o tej porze roku jest taki piękny. 

Podczas  gdy  Katharine  Glyn  cieszyła  się  towarzystwem  księcia,  panna  Fairfax  i  sir 

William Atherton, promieniejąc szczęściem, siedzieli w kąciku salonu na małej dwuosobowej 

kanapie i wyglądało na to, że nic poza sobą nie widzą. 

Wśród licznych gości, którzy zauważyli to niezwykłe tete - a - tete był doprowadzony 

background image

do wściekłości lord Falkhurst. Jeszcze w grudniu nie miał żadnych wątpliwości, że po wielu 

miesiącach  wytrwałych  zabiegów  jego  szanse  u  panny  Fairfax  nie  tylko  wzrosły,  ale  były 

niemal  stuprocentowe,  a  przejęcie  Meadowbrook  i  Pennington,  majątków,  które  stanowiły 

posag  panny  Fairfax,  coraz  bardziej  realne.  To,  że  okazywała  mu  nie  więcej  względów  niż 

innym  konkurentom,  w  ogóle  do  niego  nie  docierało.  Ludzie  tacy  jak  Falkhurst  w  każdym 

trochę  cieplejszym  uśmiechu  lub  miłej  rozmowie  natychmiast  widzieli  oznaki 

nadzwyczajnego zainteresowania. 

Widok,  najwyraźniej  zakochanej  Georginy  Fairfax,  rumieniącej  się  przy  każdym 

słowie  sir  Williama,  doprowadzał  go  do  furii.  Twarz  mu  zbladła,  a  szczęki  nerwowo  się 

zaciskały  i  wiele  wysiłku  kosztowało  go,  aby  nie  rzucić  się  na  Athertona  i  nie  skręcić  mu 

karku. 

-  Uważaj,  Bertram  -  rzuciła  lady  Inglewood,  zatrzymując  się  przy  nim.  -  Twoje 

rozdrażnienie staje się zbyt widoczne. 

- Byłbym ci wdzięczny, Priscillo - wycedził lord Falkhurst, zaciskając dłonie - gdybyś 

zachowała te uwagi dla siebie. 

- Radzę ci, abyś trzymał nerwy na wodzy. 

- Nie martw się, panuję nad sobą. 

-  Morderczy  błysk  w  twoich  oczach  zdaje  się  świadczyć  o  czymś  zupełnie  innym. 

Chyba nie łudziłeś się, że zdobędziesz rękę Georginy Fairfax? 

Jego pełne wściekłości spojrzenie było wystarczającą odpowiedzią. 

-  Och,  Bertram,  jak  możesz  być  takim  głupcem!  -  zawołała  ze  śmiechem.  -  Przecież 

ona uważa Katharine Glyn za swoją najlepszą przyjaciółkę! 

- Jeśli ja jestem głupcem, to ty jesteś nim również. 

- Nie mam pojęcia, o czym mówisz - odparła, czerwieniąc się gwałtownie. 

-  Czyżby,  moja  droga?  O  Blake'u,  oczywiście.  Wydaje  się,  że  rozgłaszane  wszem  i 

wobec  buńczuczne  zapowiedzi  twojego  ojca  były  zdecydowanie  przedwczesne,  żeby  nie 

powiedzieć poronione. Jak mogłaś pomyśleć, że poślubisz Blake'a, kiedy dla wszystkich było 

oczywiste, że w ciągu tych ostatnich pięciu lat ledwie cię toleruje? 

Śliczna twarz lady Inglewood wykrzywiła się z gniewu. 

- Lord Blake żywi do mnie ogromny szacunek i przywiązanie. 

-  Przestanie  żywić,  kiedy  dotrą  do  niego  plotki  o  waszych  rzekomych  zaręczynach. 

Mówi się nawet - ciągnął Falkhurst, uśmiechając się złośliwie - że adoruje tę małą diablicę, 

Katharine  Glyn.  Jakie  to  zabawne  widzieć,  jak  ta  prowincjonalna  gąska  pokonuje  córkę 

hrabiego. 

background image

- Ona tylko go bawi, to wszystko. 

- To i tak dużo więcej, niż osiągnęłaś ty. 

Lady  Inglewood  obrzuciła  go  pełnym  nienawiści  spojrzeniem,  ale  cisnące  się  jej  na 

usta ostre słowa zamarły, bo salon nagle przeszył krzyk. 

Wszystkie  oczy  zwróciły  się  na  pannę  Fairfax,  która  zerwała  się  z  kanapy,  a  jej 

błękitne oczy, w nagle pobladłej twarzy, wydawały się ogromne. 

-  Jeremy!  -  zawołała  i  rzuciła  się  biegiem  przez  pokój,  aby  wpaść  w  wyciągnięte 

ramiona  wysokiego,  młodego  dżentelmena  o  ciemnych  włosach  i  niebieskich  oczach, 

niezwykle efektownie prezentującego się w szkarłatnym mundurze. 

Gwar rozmów w salonie wzmógł się, gdy goście rozpoznali w nowo przybyłym męską 

połowę rodziny  Fairfaksów. Panna Fairfax tymczasem, nieprzytomna ze  szczęścia, całowała 

brata, śmiała się, płakała i paplała coś bez końca. Młody człowiek najwyraźniej nie miał nic 

przeciwko temu, co więcej, sam też tę radość podzielał. 

- Powinieneś zostać aktorem, Jeremy - powiedziała z uśmiechem panna Glyn. - Nigdy 

nie widziałam lepszego wejścia. 

- Niezłe, czyż nie? - zauważył nieśmiało. - Witaj, Kate - dodał, biorąc ją w ramiona. - 

Jak się czujesz? 

-  Jak  ktoś,  kto  po  raz  pierwszy  w  życiu  nie  bardzo  wie,  co  powiedzieć  -  odparła  ze 

śmiechem panna Glyn. 

- Już tylko po to warto było przeprawić się przez Kanał - zauważył młody Fairfax. 

- Wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć, że to prawda - powiedziała panna Fairfax, patrząc 

z uwielbieniem na brata. 

-  Ja  również  -  dodała  panna  Glyn.  -  Co  ty  tu  robisz,  Jeremy?  Należałoby  raczej 

oczekiwać, że bijesz się gdzieś z Francuzami. 

-  Przyjechałem  na  wcześniejszy  urlop  i,  kierując  się  wskazówkami  Wainwrighta, 

znalazłem się tutaj. Jestem pod wrażeniem kariery, jaką robisz w wielkim świecie, Georgino, i 

wierzę, że w wirze towarzyskich zobowiązań nie zapomnisz o swoim biednym bracie. Spraw 

tylko, aby jakaś godna uwagi dziedziczka, a najlepiej dwie, stanęły na mojej drodze. 

- Barbarzyńca - zawołała ze śmiechem panna Fairfax, ściskając brata ponownie. 

- Widzę niewielki wpływ wojny na poprawę jego charakteru - zauważyła panna Glyn. 

- I ty nic się nie zmieniłaś - rzekł Fairfax i w jego oczach pokazały się wesołe iskierki. 

- Wręcz przeciwnie - zaprotestowała. - Jestem starsza i mądrzejsza. 

- O Boże, jak ja się za tobą stęskniłem, Kate! - zawołał Jeremy, ponownie biorąc ją w 

ramiona.  -  Tak  zresztą,  jak  cały  mój  regiment.  Ale  zrobiłaś  na  nich  wrażenie,  kiedyście 

background image

ostatnio razem z Georginą przyjechały do mnie do obozu w odwiedziny. Wszyscy przesyłają 

ci gorące pozdrowienia. 

- To miłe z ich strony - odparła z uśmiechem panna Glyn. 

-  Ale  dosyć  grzeczności  -  rzekł  Fairfax.  -  Gdzie  jest  ten  Atherton,  o  którym  tyle  mi 

naopowiadał poczciwy Wainwright? 

-  William?  -  zmieszała  się  panna  Fairfax.  -  Och,  jak  mogłam  o  nim  zapomnieć?! 

Musisz go natychmiast poznać, Jeremy. Polubisz go, jestem pewna. 

- Potraktuj to jako polecenie - poradziła mu panna Glyn, zanim Georgina chwyciła go 

za rękę i pociągnęła za sobą. 

Lord  Blake,  który  bezwstydnie  podsłuchał  całą  rozmowę,  ponownie  zjawił  się  obok 

panny Glyn. 

-  Obiekt  westchnień  całego  obozu!  -  zawołał.  -  Jakież  to  musi  budzić  cudowne 

wspomnienia. 

- Pan zawsze musi usłyszeć niewłaściwe komentarze - zauważyła z westchnieniem. 

-  Z  tego,  co  zdążyłem  wywnioskować  podczas  naszej  krótkiej,  ale  bogatej  w 

wydarzenia znajomości, pani życie to jeden niewłaściwy komentarz. 

- To nie fair! 

- Kokietka. 

- Nieprawda! 

- Proszę to powiedzieć tym chłopakom. 

- Ignoruję pana - oświadczyła, odwracając się w drugą stronę. 

Jego lordowska mość wybuchnął śmiechem. 

- Na Boga, uwielbiam panią, panno Glyn. Spojrzała na niego ze zdumieniem. 

-  Czy  to  jednak  rozsądne,  milordzie?  Inglewoodowie,  formy  towarzyskie,  poczucie 

lojalności i zdrowy rozsądek - wszystko to sprzysięgnie się przeciw panu. 

Lord Blake uśmiechnął się. 

- Dzięki pani, panno Glyn, wraca do mnie szczęśliwa i beztroska młodość. Reszta jest 

bez znaczenia. Zostańmy przyjaciółmi. 

-  To  ryzykowny  krok,  szczególnie  gdy  się  weźmie  pod  uwagę,  ile  radości  daje  mi 

dokuczanie panu. 

- Jestem pewien, że to się zmieni, kiedy już zostaniemy przyjaciółmi. 

Panna Glyn roześmiała się. 

-  Nie  sądziłam,  że  jest  pan  taki  przebiegły,  milordzie.  A  więc  dobrze.  Muszę  się 

przyznać,  że  nawet  pana  lubię,  chociaż  wiem,  że  nie  powinnam.  Mimo  to  zaryzykuję  i 

background image

przyjmę oferowaną mi przyjaźń. 

-  Skoro  więc  nasze  pokojowe  zmagania  mają  się  zamienić  w  ciepłe,  braterskie 

uczucia, mów do mnie Theo. 

-  A  ty  do  mnie  -  odparła,  patrząc  na  niego  z  uśmiechem  -  Katharine  lub  Kate,  jeśli 

wolisz. 

- A więc przyjaciele? 

- Choć wiele nas dzieli. 

- A jednak jesteśmy przyjaciółmi. 

-  Tak  -  odpowiedziała  z  wahaniem.  -  Chcę  wierzyć,  że  jesteśmy.  Słysząc 

przyspieszone  bicie  swego  serca  i  widząc,  jak  twarz  Blake'a  rozjaśnia  się  w  uśmiechu, 

przeraziła  się.  Miał  taki  zniewalający  uśmiech!  Ta  przyjaźń  nagle  wydała  się  ogromnym 

zagrożeniem. 

Gdyby widziała mordercze spojrzenie lady Inglewood, zagrożenie stałoby się dla niej 

jeszcze bardziej realne. 

background image

12 

Och nie, milordzie, tylko nie to!  Lord Blake uśmiechnął się szeroko do lokaja, który 

pomagał mu ściągnąć rękawice do jazdy konnej. 

- Nie chciałem zniszczyć efektów twojej ciężkiej pracy, Max, naprawdę nie chciałem. 

Jednak panna Glyn narzuciła takie tempo, że musiałem włożyć wiele wysiłku, by ją pokonać. 

-  Cieszę  się,  że  jego  lordowska  mość  odniósł  zwycięstwo  -  odparł  Maxwell,  ponuro 

patrząc na zmierzwione włosy swego pana, zaczerwienioną twarz, pochlapany błotem surdut, 

bryczesy i długie buty. Widok fularu wstrząsnął nim do głębi. Z kapeluszem wcale nie było 

lepiej, ale rękawice, tego stary sługa nie mógł już znieść. 

- Nie patrz na mnie z takim oburzeniem, Max. To w końcu tylko strój do jazdy konnej. 

Maxwell patrzył na niego w milczeniu. Kąciki ust lorda Blake'a podejrzanie zadrżały. 

- Chciałem cię zapewnić, że nikt z towarzystwa mnie w takim stanie nie widział. Tak 

więc twoja nienaganna reputacja nic na tym nie ucierpiała. 

- Co za ulga, milordzie - odparł Maxwell, pomagając swemu panu zdjąć surdut. 

Lord  Blake  ukrył  uśmiech.  Nie  pamiętał,  żeby  kiedykolwiek  był  taki  szczęśliwy  i 

pełen  chęci  do  życia,  jak  w  ciągu  tych  dwóch  tygodni,  które  upłynęły  od  wydanego  przez 

rodziców  garden  party.  Ostry  język  Kate  Glyn  i  jej  zdumiewający  intelekt  zmuszały  go  do 

działania na najwyższych obrotach przez cały czas. Nie był już tym „okropnym ponurakiem”, 

jak  jeszcze  niedawno  nazywał  go  kuzyn  Peter.  Pogoda  ducha  towarzyszyła  mu  przez  cały 

dzień. Bez żalu rozstał się z płaszczem Hamleta. Nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem. 

- Dobry Boże, odmieniła mnie ta Diablica z Hampshire! 

- Słucham, mi lordzie? - rzekł Maxwell, przygotowując zmianę ubrania. 

Ale jego lordowska mość uśmiechnął się tylko i pokręcił głową. Jak wytłumaczyć tę 

niebywałą  transformację  jego  życia?  A  fenomen  Katharine  Glyn,  skoro  tak  konsekwentnie 

unikała rozmów o sobie? A to ogromne pragnienie wywołania uśmiechu na jej twarzy? Jak to 

wszystko wytłumaczyć komuś, skoro sam tego nie pojmował. 

Przypomniał  sobie,  jak  to  Nigel  Braxton  dwa  tygodnie  temu  tańczył  z  nią  na  balu  u 

Jerseyów.  Poruszała  się  z  taką  gracją  i  sprawiała,  że  Braxton  bez  przerwy  się  śmiał.  Jak 

bardzo mu wtedy zazdrościł - i tego tańca, i śmiechu. Gdy Tommy Carrington poprowadził ją 

do  następnego  tańca,  Braxton  poprosił  Priscillę  Inglewood.  Tylko  że  wówczas  już  się  nie 

śmiał, a gdy tylko muzyka umilkła, natychmiast zjawił się u boku przyjaciela. 

- Mam ci przekazać pretensje Priscilli za towarzyszenie pannie Glyn na wczorajszym 

background image

balu u Jerseyów - powiedział bez zbytniego entuzjazmu. 

-  Równie  dobrze  mogłaby  mieć  do  mnie  pretensję  o  to,  że  mieszkam  w  tym  samym 

hrabstwie, co panna Glyn. Wiesz, one prowadzą ze sobą wojnę. 

- Naprawdę? Cóż, skoro między twoją przyszłą narzeczoną a moją uroczą znajomą jest 

rzeczywiście  wojna,  to  gotów  jestem  założyć  się  o  duże  pieniądze,  że  to  Priscilla  pierwsza 

zaatakuje i będzie miała ku temu powód. Jest doskonale wyedukowaną, inteligentną osóbką. 

Świetnie  zna  wagę  pierwszego  uderzenia,  gdy  ma  do  czynienia  z  groźnym  przeciwnikiem. 

Nigdy nie pogodzi się z odsunięciem w cień przez kogokolwiek. A ponieważ to panna Glyn 

podbiła moje serce swoim ostrym językiem i czarującym uśmiechem, stawiam na nią jako na 

zwyciężczynię.  W  tej  sytuacji  ty,  w  trosce  o  przyszłą  małżeńską  harmonię,  powinieneś 

postawić na Priscillę. 

- Nigel... 

- To tylko dygresja. Lepiej wróćmy do o wiele bardziej fascynującej Kate Glyn. 

- Chyba zawróciła ci w głowie, przyznaj się - rzekł z uśmiechem lord Blake. 

- W moim sercu zajmuje drugie miejsce, tuż po moim krawcu. 

Lord Blake roześmiał się głośno. 

-  Czy  wiesz,  że  od  śmierci  Olivera  dopiero  drugi  raz  słyszę,  jak  się  śmiejesz  i  oba 

przypadki  miały  miejsce  w  ciągu  ostatniego  tygodnia.  Mam  nadzieję,  że  wracasz  na  łono 

rodziny. 

- Nic mi nie wiadomo, bym go porzucał. 

- Zniknąłeś bez śladu. - Lord Braxton zażył szczyptę tabaki. - Czy to Katharine Glyn 

cię odnalazła? 

Lord  Blake  tak  właśnie  pomyślał,  gdy  poprosił  Kate  do  tańca.  Ich  pierwszego 

wspólnego  tańca.  Tak  łatwo  dała  się  prowadzić.  Tańczyli  razem  tak,  jakby  to  robili  od 

zawsze. Była uosobieniem wdzięku i lekkości i nie pamiętał, by kiedyś czuł się tak szczęśliwy 

jak w chwili, gdy droczyła się z nim w tańcu, to chwaląc jego garderobę, to śmiejąc się z jego 

godnego politowania losu. Jakież to okropne być dziedzicem tytułu książęcego. 

A potem zupełnie go zawojowała, chociaż nie mógł powiedzieć, żeby starała się być 

szczególnie miła. 

-  Doskonale,  sir,  pożartował  pan  sobie  z  mojej  maski,  to  teraz  pozwoli  pan,  że 

porozmawiamy trochę o tej, pod którą ty się chowasz, gdyż uważam, że jest dużo groźniejsza 

od mojej. 

- Nie rozumiem, Kate. 

- Wcale nie trudno jest  zamknąć się przed ludźmi, zapewniam cię, ale  ostatecznie to 

background image

nie daje szczęścia, bo przeszkadza w zbliżeniu się do tych kilkorga osób z twego kręgu, które 

na to zasługują. Czy musisz odrzucać miłość przyjaciół i rodziny? 

Dzwonek  u  drzwi  wejściowych  odezwał  się  natarczywie  i  Maxwell,  najwyraźniej 

zadowolony wreszcie z efektów swojej pracy, skłoniwszy się głęboko, ruszył w stronę drzwi, 

aby sprawdzić, kto ośmiela się niepokoić jego lordowską mość. 

Tymczasem  markiz  w  milczeniu  patrzył  na  swoje  odbicie  w  lustrze.  Nie,  nie  będzie 

już dłużej rezygnował z miłości. 

Peter Robbins gwałtownie wtargnął do jego gotowalni, wołając od progu: 

- No to znalazłeś się w prawdziwych tarapatach, kuzynie, nie ma co do tego żadnych 

wątpliwości. 

Lord  Blake  odwrócił  się  do  gościa  i  podniósłszy  do  oka  monokl,  ze  zdumieniem 

patrzył na jego niezwykle, jak na tę porę dnia, elegancki strój. 

- A niech cię, stary! A niech cię! Ten szyk musi coś znaczyć. 

- Theo, czyś ty zwariował? 

-  Nie,  przyjacielu.  Trochę  mnie  tylko  zamroczyło.  Dlaczegoś  się  tak  wystroił? 

Zakochałeś się? 

Robbins wybuchnął śmiechem. 

- Boże uchowaj! - odparł. - Na razie mi to nie grozi. Byłem z wizytą u ciotki Aurelii. 

Jestem, jak wiesz, jej spadkobiercą i nie chciałbym, żeby zmieniła testament tylko dlatego, że 

nie znosi stroju do jazdy konnej przy śniadaniu. 

- Bardzo roztropnie. 

- Nie przyszedłem tu jednak, aby dyskutować o moich nadziejach na spadek, lecz po 

to, żeby cię ostrzec o grożącej ci katastrofie. 

- Zaintrygowałeś mnie, Peter. Wytężam słuch. 

- Do diabła, Theo! To nie są żarty! Ciotka Aurelia kupiła ci już ślubny prezent! 

Blake ze zdumieniem spojrzał na kuzyna. 

- Jesteś szalony - rzekł. 

- Zaczynam w to wierzyć. Ciotka Aurelia poinformowała mnie, że cały Londyn już o 

tym mówi. 

- A kogóż to, jeśli łaska, mam poślubić? 

- Jak myślisz? Priscillę Inglewood! Jej ojciec już od trzech tygodni chełpi się waszym 

ślubem,  a  ona,  udając  skromnisię,  wygłasza  głupstwa  w  rodzaju:  „No  mnie  nie  wypada 

mówić o zamiarach lorda Blake'a”. Powiem ci wprost, Theo, jeśli natychmiast nie podejmiesz 

działań, to ta wiedźma przykuje cię do siebie na zawsze! 

background image

- Nie jestem znowu taki bezwolny, aby dać się wciągnąć w coś, co mnie zupełnie nie 

interesuje. 

Peter Robbins przez chwilę obserwował go w milczeniu. 

-  Zrobiłeś  to  rok  temu.  Niewiele  brakowało,  aby  twoje  głupie  poczucie  obowiązku 

zaprowadziło cię do ołtarza. 

-  Jestem  dziś  starszy  i  mądrzejszy  -  odparł  Blake  i  uśmiechnął  się,  myśląc  o  Kate 

Glyn. 

- Uwierzę ci, gdy położysz kres tym okropnym plotkom. 

Blake obracał w palcach monokl i wpatrywał się w czubki swoich butów. 

-  Prawdę  mówiąc,  kuzynie  i  do  mnie  docierały  te  głupie  plotki,  ale  zakładałem,  że 

Priscilla powstrzyma ojca przed ośmieszeniem nas obojga. A teraz ty twierdzisz, że ona jest 

współautorem tej szalonej intrygi. 

- A może ona nie wie, że jesteś starszy i mądrzejszy? 

- A może jej celem jest bycie księżną? 

- Możliwe, że i to, i to, ale jakie to w końcu ma znaczenie? Przez nią znalazłeś się w 

tarapatach i sam musisz z tego wybrnąć, zanim DeBries zacznie ci szyć ślubne ubranie. 

-  Doskonale,  Peter.  Złożę  Priscilli  wizytę  jeszcze  dziś.  O  Chryste,  co  za  paskudna 

sytuacja! 

-  A  nie  mówiłem?  Powiedziałem  ciotce  Aurelii,  żeby  na  razie  schowała  głęboko  ten 

kupiony dla ciebie ślubny prezent - odparł Robbins, śmiejąc się szeroko. 

- No, może nie za głęboko. Dzięki, Peter. Jesteś prawdziwym przyjacielem. 

Lord  Blake  stał  przed  imponującą  miejską  rezydencją  Inglewoodów  przy  Grosvenor 

Square,  myśląc  o  tym,  co  musi  powiedzieć  i  jak  bardzo  to  było  odległe  od  tego,  co  miał 

zamiar  powiedzieć  jeszcze  trzy  tygodnie  temu.  Wówczas  wiedział,  jakie  ma  obowiązki  w 

stosunku do Priscilli i własnej rodziny i gotów był je wypełnić. Ale teraz nie miał już zamiaru 

godzić się z takim losem. 

Coś się w nim zmieniło. Ciepło w jego sercu zajęło miejsce bryły lodu, którą nosił w 

sobie  przez  pięć  lat  od  śmierci  Olivera.  I  to  ciepło  w  obecności  Priscilli  Inglewood  nikło, 

jakby pierzchało przed wiejącym od niej chłodem. 

Otworzył  bramę,  minął  podjazd  i  wszedł  po  schodach  na  górę,  po  czym  energicznie 

zastukał  do  ogromnych  wejściowych  drzwi  rezydencji.  Już  po  chwili  otworzył  mu  lokaj  w 

liberii,  który,  przyjąwszy  od  gościa  bilet  wizytowy,  wprowadził  go  do  utrzymanego  w 

błękitnej tonacji dziennego salonu, po czym poszedł po lady Inglewood. 

Na  kominku  płonął  ogień,  ale  pokój  wydawał  się  chłodny  i  dziwnie  nieprzytulny. 

background image

Blake  miał  ochotę  usiąść,  jednak  fotele  nie  wyglądały  na  wygodne,  podszedł  więc  do 

kominka,  aby  się  trochę  ogrzać.  Rozejrzał  się  dookoła  i  pomyślał,  jak  bardzo  ta  dzisiejsza 

wizyta różni się od wczorajszej, którą wraz z Williamem Athertonem złożył Kate Glyn i jej 

przyjaciółce,  Georginie  Fairfax.  Tamten  pokój  był  ciepły,  przyjazny  i  przytulny.  Słodki 

uśmiech  panny  Fairfax  i  jej  urocze  rumieńce  potrafiły  oczarować  nawet  kogoś  tak 

zgorzkniałego  jak  on,  podczas  gdy  błyskotliwa,  ale  chwilami  zupełnie  absurdalna 

konwersacja z panną Glyn sprawiała, że śmiał się przez cały czas wizyty. 

- Och, Theo, jak to dobrze, że jesteś! - zawołała lady Inglewood, wchodząc do salonu. 

Blake podszedł do niej, chcąc się przywitać. Ujął wyciągniętą ku niemu dłoń, ale nie 

podniósł jej do ust. 

- Priscillo, wyglądasz ślicznie jak zawsze. Jak się masz? 

- Zupełnie dobrze, dzięki Theo. Zechcesz usiąść? Napijesz się herbaty? 

Zaakceptował  pierwszą  propozycję,  odrzucając  drugą,  po  czym  zajął  miejsce  obok 

lady  Inglewood  na  stojącej  w  pobliżu  kominka  błękitnej  sofie.  Chciał  wyjawić  cel  swojej 

wizyty, ale lady Inglewood zaczęła komentować bal u Jerseyów i skandaliczne, jej zdaniem, 

zachowanie  Katharine  Glyn,  która  ośmieliła  się  tańczyć  z  jednym  z  najbardziej  znanych 

uwodzicieli  i  często  śmiała  się  hałaśliwie,  co  zupełnie  nie  przystoi  kobiecie  z  towarzystwa. 

Wspomniała, że panna Glyn już jako młoda dziewczyna przejawiała podobne skłonności. Ta 

wiejska dziewucha, przyzwyczajona do przebywania z farmerami, bez skrępowania mówiła o 

problemach,  jakie  mieli  z  rozpłodem  jednego  z  ich  najcenniejszych  byków.  Zbulwersowała 

tym wszystkich. Podczas swojego debiutu wcale nie wypadła lepiej, tańcząc walca w klubie 

Almack's  przy  dezaprobacie  stałych  bywalców,  dyskutując  wszędzie  i  z  każdym  w  zbyt 

agresywny  i  chwilami  obraźliwy  sposób.  Prowadziła  faeton  po  męsku,  spacerowała  ulicami 

Londynu bez towarzystwa służącej. I wreszcie jeździła konno po Hyde Parku bez pachołka. 

Następnie  lady  Inglewood  wspomniała  ich  ostatni  wypad  do  Almack's,  gdzie  tak 

dobrze się razem bawili oraz jej wizytę wspólną z ojcem u księcia i księżnej Insley, gdzie tak 

wspaniale  im  się  razem  rozmawiało.  Świadomość,  że  starzy  przyjaciele  mogą  być  siebie 

pewni, była dla niej cudowna. 

W  odpowiedzi  lord  Blake  wstał,  przeszedł  w  drugi  koniec  pokoju,  następnie  wrócił, 

aby zatrzymać się przed lady Inglewood. 

- Priscillo - rzekł - muszę z tobą porozmawiać o pewnej delikatnej i przykrej sprawie. 

Bardzo  bym  nie  chciał  cię  zranić,  ale  chyba  nie  mam  wyjścia,  jak  zapytać  wprost.  Czy  ty 

spodziewasz się propozycji małżeństwa z mojej strony? 

Lady Inglewood zarumieniła się i opuściła wzrok na leżące na kolanach dłonie. 

background image

- Dlaczego pytasz, Theo? Nie sądzisz chyba, że mogę być aż tak pewna siebie. 

-  Ale  może  twój  ojciec  jest  i  ośmieszył  nas  przed  całym  miastem.  Krążą 

niewiarygodne  plotki  o  tym,  że  ty  i  ja  zaręczamy  się  i  że  przed  końcem  roku  będziemy  już 

małżeństwem  -  powiedział  spokojnie  markiz.  -  Nie  mogę  ich  tolerować  Priscillo.  I  choć 

bardzo  sobie  cenię  naszą  przyjaźń  i  wiele  nas  łączy,  nie  jestem  w  stanie  spełnić  oczekiwań 

twojego ojca. 

Twarz  Lady  Inglewood  gwałtownie  spurpurowiała,  ale  nie  z  powodu zakłopotania,  a 

narastającego gniewu. 

- Czyżbyś miał zamiar poślubić kogoś innego? 

- Wiesz, że ożenek mnie czeka. 

- Kto ma zatem lepsze kwalifikacje niż ja na małżonkę i księżną? Blake ujął jej dłoń. 

-  Byłabyś  wspaniałą  książęcą  żoną,  gdybyś  tylko  mierzyła  tak  wysoko.  Zapewniam 

cię, że w tym wypadku wina leży po mojej stronie. 

- Chyba nie zamierzasz ożenić się z tą... Glyn? 

Lord Blake wypuścił jej dłoń i cofnął się. 

-  Nie  rozmawiamy  o  pannie  Glyn.  Mówimy  o  kłopotliwej  sytuacji,  którą  trzeba 

natychmiast  wyjaśnić.  Mogłem  porozmawiać  z  twoim  ojcem  sam,  Priscillo,  ale  zasługujesz 

przecież na to, aby o sprawach, które ciebie dotyczą, dowiadywać się z pierwszej ręki. 

- Ale twoja rozwaga, Theo... 

-  Jestem  potworem,  Priscillo,  wiem,  ponieważ  nie  potrafię  dać  ci  tego,  na  co 

zasługujesz.  Nie  pozwolę  jednak  wmanewrować  się  w  żadne  małżeństwo,  choćby  i 

najbardziej szacowne. 

Lady Inglewood gwałtownie wstała. Jej twarz pobladła. 

- Jeśli nadzieje mego ojca i jego słowa wprawiły cię w zakłopotanie, to przykro mi i 

dopilnuję, aby to się więcej nie powtórzyło. Jeśli pozwolisz, Theo, muszę się teraz przebrać 

na spotkanie z lady Montclair. 

Nie podała mu ręki. Odwróciła się tylko i z dumnie podniesioną głową opuściła pokój, 

a lord Blake, patrząc, jak odchodzi, poczuł ulgę. O tym, że źle przyjmie  jego słowa, dobrze 

wiedział. Podejrzewał, że poczuje się zdradzona i zawiedziona w swoich naturalnych przecież 

nadziejach.  Nie  przewidział  jednak,  że  jej  dłonie  mogą  zacisnąć  się  w  pięści,  a  spojrzenie, 

pomimo  pozornie  grzecznych  słów,  zwiastuje  wojnę.  Nagle  pojął,  że  Priscilla  Inglewood 

może stać się jego śmiertelnym wrogiem. Miał tylko nadzieję, że nie stanie się odwrotnie. 

background image

13 

Po  południu,  po  porannej  przejażdżce  z  lordem  Blakiem,  Katharine  wysłała  sir 

Williama i Georginę do ogrodu. 

W  bibliotece  wynalazła  tomik  wierszy  i  umościwszy  się  w  ulubionym  fotelu,  miała 

nadzieję  na  godzinkę  zagłębić  się  w  świat  historii  i  poezji.  Otworzyła  poemat  satyryczny 

Drydena. Absalom i Achitophel. Zaledwie jednak przeczytała parę linijek, gdy prawda w nich 

zawarta sprawiła, że myśli jej pobiegły do Thea Blake'a. Po chwili wróciła do poematu, ale po 

przeczytaniu kolejnych linijek poddała się. Wspomnienia minionych dwóch tygodni okazały 

się silniejsze. 

Wszędzie, gdzie tylko się pojawiła, spotykała Thea: w teatrze, na różnych przyjęciach, 

rautach i balach. Gawędzili ze sobą, tańczyli i śmiali się godzinami. Jej opowieści o różnych, 

czasem  niezbyt  miłych  przygodach  z  czasów  wczesnej  młodości  spędzonej  w  Hampshire 

rozśmieszały  jego  lordowską  mość  do  łez.  Nieważne,  czy  była  to  historia  o  ugrzęźnięciu  w 

moczarach,  gdy  ścigała  szopa,  a  potem  cała  w  błocie  stanęła  przed  księciem  Lancaster,  czy 

też opowieść o rym, jak miała trzynaście lat i z rapierem w ręku przyparła ojca do ściany, by 

wymóc  zgodę  na  naukę  łaciny.  O  Boże!  Jakże  Theo  się  śmiał.  Ten  jego  szczery,  radosny 

śmiech wciąż miała w uszach. 

Przyjaciele.  Jak  cudownie  mieć  kogoś,  z  kim  można  się  pośmiać  z  ludzkiej 

bezmyślności  i  ludzkich  słabostek,  rozkoszować  konną  przejażdżką  po  Hyde  Parku, 

dyskutować  godzinami  o  Locke'u  i  Monteskiuszu,  Platonie  i  Szekspirze.  Ona  i  Theo  byli 

przyjaciółmi. 

- Nawet wbrew Priscilli Inglewood - mruknęła i zachmurzyła się. 

Plotki  ogromnie  ją  bawiły,  a  wiele  z  nich  wymyślała  sama.  Wiedziała  więc,  iż  nie 

należy  traktować  poważnie  wszystkiego,  o  czym  się  szepcze  na  mieście.  Jednak  pogłoska  o 

zbliżającym  się  ślubie  Thea  z  Panną  Doskonałą  była  tak  uporczywa,  a  jej  uśmieszek  pełen 

satysfakcji, że Katharine musiała w końcu uznać tę wieść za prawdziwą. No i cóż z tego? Jeśli 

Theo  był  jej  przyjacielem  podczas  dość  burzliwego  okresu  narzeczeństwa,  równie  dobrze 

może nim być po zawarciu tego wstrętnego małżeństwa. 

Nagle  przyszło  jej  na  myśl,  że  mogłaby  wykorzystać  pobyt  panny  Fairfax  i  sir 

Williama  w  ogrodzie  i  spokojnie  się  wypłakać  z  powodu  zbliżającego  się  rozstania  z 

przyjaciółką  i  czekającej  ją  nieuchronnej  samotności.  Ze  zdumieniem  jednak  stwierdziła,  że 

wcale nie ma ochoty na płacz i nie czuje się samotna. Spotkała bratnią duszę po dwudziestu 

background image

pięciu latach poszukiwań... nawet gdyby on nalegał na okazanie sympatii Priscilli Inglewood. 

Kate i Theo lubili te same książki i sztuki, tak samo kochali konie, wiejskie życie i taniec. 

Taniec. 

Minęły  już  dwa  tygodnie,  a  ona  wciąż  pamiętała  drżenie,  które  przebiegło  przez  jej 

ciało,  gdy  Theo  po  raz  pierwszy  na  balu  u  Jerseyów  brał  ją  w  ramiona.  To  było  tak,  jakby 

dwie  połówki  tego  samego  jabłka  połączyły  się  znowu.  Wspomnienia  były  tak  silne,  że  w 

pewnej  chwili  zabrakło  jej  tchu,  a  serce  zaczęło  walić  jak  młotem.  Podniosła  dłonie  do 

płonących policzków. 

- Dobry Boże, ja płonę! 

Czując,  że  sprawy  zaczynają  się  wymykać  z  jej  rąk,  wstała  nagle,  odstawiła  tomik 

poezji na półkę, po czym zaczęła nerwowo krążyć po pokoju... co w końcu zdenerwowało ją 

jeszcze bardziej. 

- Nie jestem pensjonarką - mruknęła. - Co się ze mną dzieje? 

Po chwili do pokoju wpadła panna Fairfax. 

-  Kate  -  zawołała,  chwytając  ją  w  ramiona  -  on  się  oświadczył.  William  oświadczył 

się! Pięć minut temu poprosił mnie o rękę! 

Przyciągnęła przyjaciółkę do siebie i zaczęła ją mocno ściskać. 

- I co mu odpowiedziałaś? - zdołała wydusić z siebie panna Glyn. 

-  Kate,  cóż  to  za  pytanie!  -  zawołała  panna  Fairfax,  wypuszczając  przyjaciółkę  z 

ramion. - William i ja pobieramy się. 

- Hurra! - krzyknęła Katharine, wyrzucając w górę ramiona, co wywołało u Georginy 

prawdziwy  paroksyzm  śmiechu.  -  Niech  wszyscy  bogowie  pobłogosławią  waszemu 

związkowi  i  zachowają  was  w  dobrym  zdrowiu.  Tylko  niech  absolutnie  nie  uczestniczą  w 

weselnym przyjęciu. Zapasy wina mogłyby tego nie wytrzymać. Och, Georgie - powiedziała, 

ściskając przyjaciółkę. - Jestem taka szczęśliwa z twojego powodu! 

- A ja jaka jestem szczęśliwa! 

-  Tylko  dlaczego  tak  długo  z  tym  zwlekał?  -  dziwiła  się  Katharine  i  jej  przyjaciółka 

ponownie zaniosła się śmiechem tak zaraźliwym, że Katharine nie mogła już dłużej utrzymać 

powagi i sama zaczęła się serdecznie śmiać. 

Wrzawa  była  tak  wielka,  że  zaniepokojony  Jeremy  Fairfax  i  jak  zawsze  czujny 

Wainwright natychmiast zjawili się w bibliotece. 

- Co tu się dzieje, do diabła? - zapytał zdumiony Jeremy. 

Panna Fairfax rzuciła mu się w ramiona. 

- Och, braciszku, jestem zaręczona! William poprosił mnie o rękę! 

background image

-  Droga  Georgino!  -  zawołał  Fairfax,  całując  siostrę.  -  Moje  serdeczne  gratulacje. 

Nawet nie wiesz, jak się cieszę! Już myślałem, że nigdy się ciebie nie pozbędę. 

-  Czy  wolno  mi  życzyć  pani  z  tej  okazji  wszystkiego  najlepszego,  panno  Fairfax?  - 

szybko wtrącił Wainwright, ratując nos Jeremy'ego przed rozkwaszeniem. 

- Możesz zrobić coś więcej, Wainwright - odparła Georgina. - Podaj szampana! Dużo 

szampana! Musimy to uczcić! 

- Doskonale, panienko - odrzekł majordomus i skłoniwszy głowę, opuścił pokój. 

-  A  gdzie  narzeczony?  -  zawołał  Fairfax,  rozglądając  się  dookoła.  -  Czyżby  już  się 

ulotnił? 

-  William  pojechał  rozmawiać  z  naszym  wujem  -  odpowiedziała  Georgina  i  nagle 

zbladła. - Och, Jeremy, jak myślisz, czy wuj Rupert powie tak? 

- Lepiej niech powie, albo pożałuje, że się urodził - odparł z uśmiechem Fairfax. 

Tymczasem  sir  William  Atherton  stał  przed  lordem  i  lady  Egertonami  i  z  drżeniem 

usiłował  powiedzieć  coś  sensownego.  Lord  Egerton  z  sympatią  patrzył  na  nieszczęśnika, 

przypominając  sobie  podobną  scenę  sprzed  trzydziestu  lat.  Pomyślał,  że  on  sam  czuł  się 

wtedy identycznie, jeśli nie gorzej. Spojrzał na swoją małżonkę, która z powagą słuchała, jak 

sir William tłumaczy się, że nie jest godny tak wielkiego zaszczytu, jak zdobycie ręki panny 

Fairfax. 

Uśmiechnął się lekko, gdy wzrok lady Egerton spotkał się na chwilę z jego wzrokiem. 

A więc ona również pamiętała tę scenę sprzed lat? Mimo to patrzyła na biedaka tak, że drżał 

jak  liść,  chociaż  jeszcze  w  ubiegłym  tygodniu  mówiła,  iż  najwyższy  czas,  by  Atherton  się 

zdeklarował. Mogliby wydać Georginę za mąż i wrócić wreszcie do normalnego życia. 

Lord  Egerton  oderwał  się  od  swoich  myśli,  gdy  Atherton  zaczynał  formułować 

końcowe  wnioski.  Uważając,  że  taki  dzień  powinien  pozostać  w  żywej  pamięci  młodego 

człowieka  nawet  po  pięćdziesięciu  latach  i  że  nic  tak  temu  nie  sprzyja  bardziej  niż 

paraliżujący strach, postanowił porozmawiać z nim jeszcze przez parę minut, zanim da swoją 

zgodę. Sir William kiedyś będzie mu za to wdzięczny. 

W  godzinę  po  tym,  jak  opuścił  rezydencję  Fairfaksów,  sir  William,  zapomniawszy 

odebrać  konia  od  stajennego  Egertonów,  biegł  z  Berkeley  Square  z  powrotem  na  Russel 

Court. Po chwili był już przed domem ukochanej. Nie zatrzymując się,  wbiegł jak burza do 

holu,  minął  wystraszonego  lokaja,  pokojówkę  i  osłupiałego  Wainwrighta,  następnie, 

otwierając  szeroko  jedne  drzwi  po  drugich,  wpadł  do  biblioteki  i  nie  widząc  nikogo  poza 

ukochaną, rzucił się do niej i wziął ją w ramiona. 

- Powiedział tak, Georgino, obydwoje powiedzieli tak! - wołał, całując ją i ściskając. 

background image

- Wygląda na to, że są zaręczeni - zauważył Jeremy Fairfax. 

-  Wszystko  na  to  wskazuje  -  mruknęła  panna  Glyn,  popijając  szampana.  -  Jak  oni 

mogą tak oddychać? 

background image

14 

Następnego  dnia  w  klubie  Almack's  wiadomość  o  zaręczynach  panny  Fairfax  z  sir 

Williamem  Athertonem  była  na  ustach  wszystkich.  Dziedziczka  wielkiej  fortuny  i 

niezrównana  piękność,  która  mogła  poślubić  kogoś  z  najwyższych  sfer,  wybrała  zwykłego 

szlachcica!  Wiele  młodych  kobiet  odetchnęło  z  ulgą,  ponownie  planując  strategię  jak 

najlepszego  zamążpójścia.  Szczęśliwa  para  stała  pod  ścianą,  otoczona  grupą  przyjaciół, 

wielbicieli  i  plotkarzy,  którzy  nie  mogli  się  doczekać,  aby  usłyszeć,  jak  doszło  do  tego 

sensacyjnego wydarzenia. Panna Glyn po przeciwnej stronie pokoju zgromadziła własny krąg 

przyjaciół:  Thea  Blake'a,  Elizabeth  i  Tommy'ego  Carringtonów  oraz  Jeremy'ego  Fairfaksa. 

Oni także dyskutowali o zaręczynach budzących największe w tym sezonie emocje, pomimo 

gorących  protestów  panny  Glyn,  która  uprzedzała,  że  jeśli  usłyszy  choć  jeden  żarliwy 

komentarz na temat zbliżającego się mariażu, zacznie krzyczeć. Została jednak zignorowana. 

-  Zdrajcy!  -  powiedziała  panna  Glyn.  -  Jestem  otoczona  przez  podłych  zdrajców. 

Zmusza  się  mnie  do  wysłuchiwania  tych  wszystkich  romantycznych  bzdur  i  nikt  nie  ma  w 

sobie choćby tyle grzeczności, żeby okazać mi odrobinę współczucia. 

-  Biedactwo  -  powiedziała  panna  Carrington,  zabawnie  mlasnąwszy  wargami  i 

Katharine z trudem zdusiła chichot. 

-  A  co  z  zaręczynowym  przyjęciem?  -  zapytał  Carrington,  jakby  nie  dostrzegał 

morderczego błysku w oku panny Glyn. 

- Raczej balem, sądząc po kilometrowej liście gości - odparł Jeremy Fairfax. - Ciotka i 

wuj zdecydowali, że zaręczyny muszą mieć odpowiednią oprawę. Każdy, kto w Londynie coś 

znaczy, będzie na balu u Egertonów od dziś za dwa tygodnie. 

-  Mnie  to  nie  dotyczy  -  zauważyła  panna  Glyn.  -  Jestem  jedynie  przyjaciółką  i 

powiernicą narzeczonej. Pomogłam tylko Athertonowi zbliżyć się do niej, a jej zbliżyć się do 

niego. Nie jestem nikim ważnym. 

-  Nie  zwracajcie  na  nią  uwagi  -  poradził  Carrington  rozbawionej  grupie.  -  W  takim 

nastroju jest nie do zniesienia. 

- Wobec tego nic tu po mnie - odparła panna Glyn. 

- Weź mnie ze sobą - rzekł Blake, chwytając ją za ramię. - Muszę się trochę rozruszać. 

Poproś mnie do tańca. 

- Ja mam cię prosić? Ja pozwolę ci ze sobą zatańczyć - odparła panna Glyn, po czym 

obydwoje zgodnie ruszyli w stronę parkietu. 

background image

-  Powiedz  mi,  mój  sympatyczny  odludku,  jak  to  się  stało,  że  zostałaś  Diablicą  z 

Hampshire? 

Czuła, jak fala gorąca popłynęła przez jej ciało, gdy wziął ją w ramiona i poprowadził 

walca. Gardło miała tak ściśnięte, że przez chwilę nie mogła wydobyć z siebie głosu. 

- N - n - nie pamiętam. To było tak dawno, a moja pamięć nie jest już taka jak kiedyś. 

Jednak Blake nie miał zamiaru ustąpić. 

- Kate - powiedział, wymownie patrząc jej w oczy. 

- To strasznie nudna historia. Z pewnością cię nie zainteresuje. 

- Kate. 

-  Dobrze  więc.  Moja  matka  zmarła,  kiedy  byłam  mała,  a  ojciec  nie  mógł  się 

zdecydować na powtórny związek, choć to oznaczało, że nie będzie miał męskiego potomka, 

który przedłuży jego ród. Nieco ekscentryczny z natury, widząc moje niespokojne, skłonne do 

ryzyka usposobienie, postanowił wychowywać mnie jak syna, którego już nie spodziewał się 

mieć; zatrudniając odpowiednich dla chłopców nauczycieli, ucząc jazdy konnej i powożenia, 

a  nawet  fechtunku.  Z  lekceważeniem  odnosząc  się  do  moich  osiągnięć  w  nauce,  chełpił  się 

jednocześnie  moimi  męskimi  uzdolnieniami,  opowiadając  wszystkim,  że  jego  córka  ma 

sprawniejsze ręce niż wszyscy chłopcy w hrabstwie. 

Kiedy miałam szesnaście lat, ojciec nagle zmarł. Zgodnie z jego wolą, jako kobieta nie 

mogłam  odziedziczyć  Tryton  Hall,  domu  rodzinnego,  w  którym  się  wychowywałam.  Na 

moich prawnych opiekunów wybrał Fairfaksów. Pani Fairfax, widząc braki w mojej kobiecej 

edukacji, robiła, co mogła, żeby je wyrównać. Szycie, taniec, flirt, prowadzenie interesującej 

rozmowy  z  najbardziej  nudnym  rozmówcą  to  umiejętności,  których  mnie  nauczyła, 

przygotowując  do  debiutu.  Ostrzegała  mnie  również  przed  zbytnią  szczerością, 

lekkomyślnością  i  ignorowaniem  opinii  innych  osób.  Jednak  ja  uważałam  te  przestrogi  za 

nonsensowne i nie zważałam na nie. 

Wkrótce po moim debiucie przekonałam się, niestety, iż wszystko, czego mnie uczyła, 

nie  było  nonsensem,  ale  wielką  sztuką  przetrwania.  Krótko  mówiąc,  mój  debiut  okazał  się 

katastrofą.  Każde  moje  słowo,  każdy  krok  stał  się  źródłem  ogromnych  upokorzeń. 

Oczywiście,  niektórzy  w  towarzystwie  czerpali  radość  z  upokarzania  mnie,  ale  winić  za  to 

powinnam siebie. 

Kiedy  minęło  sześć  najgorszych  w  moim  życiu  tygodni,  postanowiłam  przemyśleć 

moją  sytuację  i  zdecydować,  co  dalej  robić.  Wrócić  na  wieś  i  zaszyć  się  tam  na  zawsze,  co 

byłoby  kapitulacją?  Czy  może  wziąć  się  w  garść  i  zmienić  w  ostentacyjną  skromnisię, 

szanowaną w towarzystwie? A może jeszcze inaczej? Sądzę, że wybrałam. 

background image

Uwierzyłam,  że  pilnie  obserwując  zwyczaje,  prezencję  i  maniery  śmietanki 

towarzyskiej, nauczę się konwersacji i zachowania. Nie rezygnując z właściwej mi szczypty 

zuchwałości,  stanę  się  nie  tyle  ekscentryczką,  co  pewną  indywidualnością,  która  nie  będzie 

więcej  obiektem  lekceważenia.  I  tak  zaczęła  się  moja  zdumiewająca  transformacja,  której 

efekty zaskoczyły nie tylko mnie, ale i cały towarzyski Londyn. 

Kiedy  zaproponowałam,  że  mogę  zostać  opiekunką  i  powiernicą  Georginy,  z 

pewnością  znaleźli  się  tacy,  którzy  unosili  brwi  ze  zdziwienia.  Jednak  wszyscy  musieli  się 

zgodzić:  mądra,  zdolna  i  dowcipna  panna  Glyn  to  najlepszy  wybór  na  towarzyszkę  ślicznej 

panny  Fairfax.  Któż  bowiem  może  znać  lepiej  meandry  towarzyskiego  życia  niż  słynna 

Diablica z Hampshire? To brzmi jak bajka i jak każda bajka ta również musi mieć swój morał. 

Niech no pomyślę. Już mam! Nie bądź durniem i zawsze szanuj starszych. Amen. 

-  Myślę,  że  to  nie  tak,  Kate  -  powiedział  cicho  Blake.  -  Z  tej  bajki  można  się  wiele 

dowiedzieć. 

. - Tak, jak bezdenna może być ludzka głupota. Ale wcześniej dyskutowałeś o czymś 

bardziej zajmującym. Mam na myśli małżeństwo Georginy z twoim przyjacielem.  Ufam, że 

jesteś zadowolony z efektów moralnego wsparcia, jakiego mu nie szczędziłeś? 

-  Cieszę  się,  że  jest  taki  szczęśliwy.  Choć  przykro  mi,  że  tracę  kompana.  A  jakie  są 

twoje plany teraz, gdy panna Fairfax już wkrótce wyjdzie za mąż? - zapytał, wirując z nią w 

tańcu. 

-  Myślę,  że  zaszyję  się  gdzieś  na  wsi  -  odparła  Katharine.  -  Zawsze  bardziej 

odpowiadało  mi  życie  na  prowincji  niż  w  mieście.  Teraz  mogę  stąd  uciec.  Miejskie  życie 

zmęczyło  mnie  i  tęsknię  już  za  urokami  wsi.  Najpierw  jednak  muszę  przygotować  posłanie 

młodej parze. 

- Czy ty czasem nie jesteś zazdrosna, Kate? - zachichotał. 

- Tak, jestem zazdrosna. 

Uśmiechnął się. 

- Czego tak naprawdę zazdrościsz pannie Fairfax: urody, pieniędzy, narzeczonego? 

- Szczęścia - powiedziała cicho. 

- Chyba nie mówisz poważnie. 

- Bardzo poważnie. 

- Wyglądasz na bardzo szczęśliwą osobę. 

-  Och,  zwykle  jestem.  Ale  spójrz  na  Georginę.  -  Ruchem  głowy  wskazała  na 

przyjaciółkę  i  sir  Williama,  którzy  tańczyli  zapatrzeni  w  siebie.  -  Ona  promienieje 

szczęściem, którego ja nigdy nie zaznam. Wiem, że takie uczucie nie będzie trwało wiecznie. 

background image

Ogień kiedyś zamieni się w żar. Chciałabym jednak chociaż raz przeżyć to, co ona teraz. 

- Czy to nieosiągalne? 

- Oczywiście. Jak możesz o to pytać? - Zmieszała się nagle, widząc, jak na nią patrzy. 

- Mam dwadzieścia pięć lat, niezbyt pokaźny posag i... bardzo ostry język. 

Blake roześmiał się. 

-  W  męskich  sercach  wzbudzam  uczucie  przyjaźni,  nic  więcej.  I  cieszę  się  z  tego, 

ponieważ  małżeństwo  zupełnie  mnie  nie  pociąga.  Zbyt  cenię  sobie  niezależność.  Niewielu 

jest mężczyzn, którzy wytrzymaliby z kimś takim jak ja, a jeszcze mniej takich, z którymi ja 

mogłabym  wytrzymać.  Poza  tym,  gdybym  jednak  wyszła  za  mąż,  to  z  pewnością  nie  dla 

pozycji czy majątku, ponieważ jestem szczęśliwa, będąc nikim i nie brakuje mi pieniędzy na 

utrzymanie.  To  znaczy,  że  byłoby  to  małżeństwo  z  miłości,  a  czy  może  być  coś  gorszego? 

Jestem  rozsądną  kobietą  i  odrzucam  miłość.  Nie  ufam  jej.  A  skoro  już  musimy  mówić  o 

miłości  -  ciągnęła  -  to  dlaczego  ty  wciąż  jesteś  kawalerem?  Dziedziczysz  majątek  i  tytuł 

książęcy, jesteś przystojny, wytwornie się wyrażasz i zawsze jesteś nienagannie ubrany. Twoi 

rodzice z pewnością nalegali, żebyś się ożenił? 

- Nie dawałem im ku temu zbyt wielu okazji. 

- Rzeczywiście. Czy zawsze musisz uciekać od swojego przeznaczenia? 

Jego szare oczy zwęziły się. 

-  A  któż  by  chciał  zastępować  brata?  To  nie  ja  miałem  być  dziedzicem  majątku  i 

nazwiska.  Nigdy  nie  chciałem  być  księciem.  To  Oliver  był  spadkobiercą.  Był  stworzony  do 

tej roli. 

- Twój brat nie żyje - powiedziała cicho. 

- Wiem o tym. Jestem odpowiedzialny za jego śmierć, tak jakbym to ja go zastrzelił. 

- Czasem, choćby w tej chwili, marzę o tym, aby cię z całej siły kopnąć. 

Blake wybuchnął śmiechem. 

- Mój drogi - ciągnęła - masz takie samo prawo do tytułu książęcego, jak ja do mojego 

nazwiska. Żadne z nas nie miało wpływu na to, co wyznaczył nam los, ale musimy się z tym 

pogodzić.  W  końcu  nie  jest  najgorzej.  I  chociaż  pozbawiono  mnie  ukochanego  rodzinnego 

domu, mogę czytać ulubione książki i skakać na koniu przez przeszkody, a ty, choć straciłeś 

ukochanego  brata,  lubisz  elegancki  świat,  do  którego  przecież  należysz.  Wiesz,  jak  twój 

ojciec w rozmowie ze mną opisał twego brata? Nazwał go cudownym chłopcem pod każdym 

względem.  Jednym  z  tych  nielicznych,  którym  wszystko  wychodzi,  czego  tylko  się  dotkną. 

Pomyślałam, że to opis doskonale pasujący... do ciebie. Spojrzał na nią ze zdumieniem. 

- Jesteś szalona. 

background image

- Niedawno opowiadał mi - ciągnęła - o wszystkich innowacjach, które wprowadziłeś 

w majątkach Insleyów. Sama niejednokrotnie miałam okazję podziwiać, jak świetnie jeździsz 

konno  i  powozisz,  jak  cudownie  tańczysz  i  prawisz  komplementy  surowym  matronom. 

Tommy  Carrington  zachwycał  się  twoją  grą  w  piłkę,  a  lord  Braxton  nieprawdopodobną 

zręcznością w posługiwaniu się szpadą. Musisz zaakceptować to, co ci los przeznaczył, Theo. 

Jesteś doskonały lub przynajmniej niezrównany.  Nie mogę się nadziwić, że jestem z tobą w 

takiej  dobrej  komitywie,  ponieważ  na  ogół  nie  lubię  chodzących  ideałów.  I  albo  straciłam 

rozum,  albo  twój  perfekcjonizm  jest  jedynie  maską  szorstkiego  prostaka  przedkładającego 

zwierzęta nad ludzi. 

Lord Blake westchnął. 

- Czyżbyś rzeczywiście nigdy nie zniżała się do pochlebstw? 

-  Mój  drogi  Theo  -  odparła  -  przez  cały  dzień  słyszysz  tyle  pochlebstw  od 

zabiegających o twe względy pań, że straciłabym do siebie szacunek, gdybym zniżyła się do 

prawienia  ci  komplementów  z  powodu  twoich  niezaprzeczalnych  talentów  na  parkiecie... 

nawet, jeśli jesteś najlepszym partnerem, jakiego kiedykolwiek miałam. 

- Teraz wiem, dlaczego tak długo tkwię w Londynie. 

Jego uśmiech był jak pieszczota. 

- Dlaczego? - zapytała. 

- Znalazłem wreszcie kobietę, która z gracją i wyczuciem potrafi tańczyć walca. 

-  Byłbyś  rozczarowany,  widząc,  jak  tańczyłam  go  po  raz  pierwszy  w  Almack's. 

Usiłowałam prowadzić. 

Lord Blake stłumił śmiech. 

-  Problem  większości  ludzi  polega  na  tym,  że  tańcząc  walca,  usiłują  przez  cały  czas 

dominować.  Ja  natomiast  czuję,  że  walca  powinno  tańczyć  dwoje  ludzi  o  tych  samych 

umiejętnościach,  którzy  chcą  się  dopełnić.  Chyba  właśnie  dlatego  tak  dobrze  nam  to 

wychodzi. 

Lord Blake ze zdumieniem, ale i satysfakcją, obserwował, jak oblała się rumieńcem. 

- No, no, czyżby tych dwoje zaczynało się dogadywać? - zauważyła panna Carrington, 

ruchem  głowy  wskazując  pannę  Glyn  i  lorda  Blake'a,  którzy  po  skończonym  tańcu  zajęli 

stojące pod ścianą dwa wolne fotele i zagłębili się w rozmowie. 

-  Każdego  zastanawia  przedłużający  się  pobyt  Blake'a  w  Londynie  i  częste 

towarzyszenie Kate - rzekł Fairfax. - Jestem gotów się założyć, że ta jego skłonność mocno 

skomplikuje sytuację lady Inglewood. Będzie musiała rozejrzeć się za kimś innym. Rzecz w 

tym, czy ktoś jeszcze ją zechce. 

background image

- Niewątpliwie, choć czekanie na księcia sprawiło, że najlepsze lata ma już za sobą - 

odparła panna Carrington. - Teraz liczyć już może jedynie na jakiegoś łowcę posagu. 

Ostatnie dwa tygodnie były dla lady Inglewood prawdziwym horrorem. Cały Londyn 

zauważył,  że  lord  Blake  coraz  częściej  dotrzymuje  towarzystwa  pannie  Glyn,  że  lubi  z  nią 

rozmawiać i tańczyć i nie interesuje się innymi kobietami. 

Rzucało  się  również  w  oczy,  że  przestał  bywać  w  domu  Inglewoodów.  W  ciągu 

dwóch tygodni nie był u niej z wizytą ani razu, a kiedy spotkali się w klubie czy na przyjęciu, 

ograniczał się jedynie do uprzejmego przywitania, zapytania o zdrowie jej ojca, a potem, pod 

byle pretekstem odchodził, aby wesoło spędzić czas w towarzystwie panny Glyn. 

Jego nazwisko ani razu nie pojawiło się w karnecie lady Inglewood. 

Nie bez zdumienia zauważono również, że lord Inglewood nie mówi już o zbliżającym 

się małżeństwie córki z Blakiem. 

Upokorzenie  okazało  się  dla  lady  Inglewood  dotkliwsze,  niż  sądziła.  Straciła  Thea 

Blake'a  i  nadzieję  na  tytuł  księżnej...  za  sprawą  Kate  Glyn.  Była  na  ustach  wszystkich, 

plotkowano o niej, wyśmiewano się z niej i użalano nad nią. A wszystko przez tę prymitywną 

prostaczkę. 

Czując,  że  budzi  się  w  niej  żądza  mordu,  ruszyła  dumnym  krokiem  przez  salę.  Lord 

Falkhurst, który z nią tańczył już raz tego wieczoru, szybko podszedł do niej. 

- Uważaj, Priscillo - rzekł - twoje rozdrażnienie staje się zbyt widoczne. 

- Żmija - syknęła, wskazując Katharine Glyn, która wciąż siedziała z lordem Blakiem, 

a obok stała grupa ich przyjaciół: lord Braxton, Carringtonowie i Jeremy Fairfax. - Gdybym 

miała pazury, zdarłabym jej ten bezczelny uśmiech z twarzy. Ona to wszystko robi, żeby mnie 

upokorzyć. 

- Ta jędza jest ostatnio bardzo aktywna - przyznał ponuro Falkhurst. - Jestem pewien, 

że to ona nastawiła Georginę Fairfax przeciw mnie. Żmija! Rozpierała ją radość,  gdy panna 

Fairfax  poinformowała  mnie  o  swoich  absurdalnych  zaręczynach  z  tym  wiejskim  gburem. 

Dałbym głowę, że to ona ich skojarzyła. 

- Och, nie ma co do tego wątpliwości. Nasza panna Glyn uwielbia wtykać nos w nie 

swoje sprawy. To jej zawdzięczam, że lord Blake odwrócił się ode mnie. 

-  Być  pokonanym  przez  tego  parweniusza  -  powtarzał  ze  złością  Falkhurst.  -  Niech 

diabli go wezmą! Niech diabli wezmą ich wszystkich! 

Uczucia  lady  Inglewood  były  identyczne.  Patrzyła  na  rozbawioną  grupę  i  czuła,  jak 

narasta w niej złość. Dać się okpić przez taką Fairfax i upokorzyć przez tę jej przyzwoitkę! 

- Uważam, że dosyć już przez nich wycierpieliśmy - powiedziała ze złością. 

background image

Lord Falkhurst ożywił się nagle. 

- Czy nie przyszło ci na myśl, że być może dałoby się coś zrobić? 

- Co proponujesz? 

- Dotarła dziś do mnie pewna bardzo interesująca informacja o balu z okazji zaręczyn 

panny Fairfax z jej błędnym rycerzem. 

- I jakie ma to dla nas znaczenie? 

-  Ogromne,  droga  przyjaciółko,  jeśli  chcesz  ujrzeć,  jak  ten  związek  z  hukiem  się 

rozpada i jak ta banda zostaje w ciągu dwóch tygodni definitywnie rozgromiona. 

- A Katharine Glyn? 

-  Sądząc  po  jej  przywiązaniu  do  panny  Fairfax,  otrzyma  cios,  którego  nie  powinna 

przeżyć. 

- To fascynujące, Falkhurst. Mów dalej. Zamieniam się w słuch. 

background image

15 

Następnego  ranka  panna  Fairfax  i  panna  Glyn  siedziały  w  salonie  i  przeglądały 

poranną  pocztę.  Bileciki  z  gratulacjami  zaczynały  napływać  szerokim  strumieniem  i  stos 

korespondencji  do  panny  Fairfax  pęczniał  z  każdą  chwilą.  Rozpromieniona  brała  do  ręki 

jeden bilecik po drugim i jej entuzjastycznym okrzykom nie było końca. 

- Och, spójrz! - zawołała w pewnej chwili. - To list od pani Foote. 

- Nie ekscytuj się tak, moja droga - odpowiedziała panna Glyn, biorąc do ręki leżące 

na stoliku czasopismo. 

-  Kate!  Ona  pisze,  że  ma  możliwość  uszycia  dla  mnie  sukni!  To  podobno  jakiś 

nadzwyczajny fason. 

- Zastanawiające - zauważyła panna Glyn, unosząc wzrok znad okładki magazynu. 

- To fantastyczne! Może mi uszyć tę suknię na mój zaręczynowy bal. 

- Ciekawa jestem, jak zerwała się ze smyczy Panny Doskonałej? 

- Wcale mnie to nie interesuje - odparła panna Fairfax. - Najważniejsze, że będę miała 

suknię uszytą przez najlepszą krawcową w Londynie. 

I  jeszcze  tego  dnia  wybrała  się  po  południu  do  pracowni  pani  Foote,  żeby  ta  mogła 

wziąć miarę. 

Po tygodniu sir William Atherton otrzymał bilecik napisany ręką ukochanej z prośbą 

by spotkał się z nią w pracowni słynnej pani Foote, a potem zabrał ją na lunch. Zaskoczony 

odwołał  spotkanie  z  Blakiem  i  udał  się  na  miejsce  spotkania  o  podanej  na  bilecie  godzinie. 

Jednak,  ku  swemu  rozczarowaniu,  w  pracowni  nie  zastał  Georginy.  Pulchna  kobieta  w 

średnim wieku, która przedstawiła mu się jako właścicielka pracowni, powiedziała: 

-  Panna  Fairfax  poprosiła  mnie,  abym  przekazała  panu  najszczersze  wyrazy 

ubolewania,  gdyż  jej  ciotka  i  wuj  Egertonowie  wezwali  ją  nagle  i  niestety  musi  odwołać 

spotkanie z panem. 

Sir William z niepokojem pomyślał, jak wyjaśni przyjacielowi tę zaskakującą zmianę 

planów. 

-  Aby  pańska  wyprawa  tu  nie  była  bezowocna,  chciałabym  zaprezentować  kreację 

panny Fairfax na zaręczyny. 

Ponieważ  wszystko,  co  dotyczyło  ukochanej,  bardzo  sir  Williama  interesowało, 

zgodziły  się  z  ochotą  na  propozycję  krawcowej  i  pani  Foote  zniknęła  na  zapleczu,  aby  po 

chwili zjawić się znowu z suknią w ręku. 

background image

Sir William z zachwytem patrzył na suknię. Co prawda niewiele się znał na kobiecej 

modzie,  ale  potrafił  docenić  piękno.  Suknia  składała  się  z  tuniki  ze  srebrnego  jedwabiu  i 

pajęczej  sieci  ozdobionej  girlandami  pereł  i  diamentów.  Rękawy  były  prawie  niewidoczne. 

Stanik również. 

- Jest wspaniała! - zawołał. 

- Proszę zwrócić uwagę na jakość wykonania i lekkość trenu - powiedziała pani Foote, 

podnosząc do góry suknię. - Och, pańska narzeczona będzie w niej wyglądała jak księżniczka. 

W całej Anglii nie znajdzie pan takiej drugiej. 

- Jest bardzo piękna - wymamrotał sir William, wyobrażając sobie, jak będzie w niej 

wyglądała  Georgina.  Po  kilku  minutach  pożegnał  panią  Foote  i  wyszedł  poszukać  lorda 

Blake'a. który zgodnie z jego oczekiwaniami długo natrząsał się z przyjaciela, że tak szybko 

daje się narzeczonej wodzić za nos. 

Po  kilku  godzinach  rozstali  się  i  sir  William  poszedł  do  klubu,  gdzie,  spotkawszy 

trzech  kolegów  ze  szkolnej  ławy,  przesiedział  kilka  następnych  godzin  przy  winie, 

wspominając  dawne  lata.  Kiedy  w  końcu  pożegnał  przyjaciół,  czując,  że  nadmiar  wypitego 

wina zaczyna uderzać mu do głowy, nagle usłyszał, że ktoś go woła: 

- Sir Williamie! Sir Williamie! Co za zbieg okoliczności, że się tu spotkaliśmy! 

Zdumiony  odwrócił  się  i  ujrzał  lorda  Falkhursta,  który  rozpromieniony  szedł  w  jego 

kierunku.  Po  chwili  poczuł,  że  Falkhurst  bierze  go  pod  ramię  i  prowadzi  w  kierunku 

prywatnej loży. 

-  Muszę  panu  pogratulować  -  rzekł  Falkhurst.  -  Zdobycie  pięknej  panny  Fairfax  to 

wielki  sukces  -  dodał,  popychając  młodzieńca  na  fotel  i  dając  znak  kelnerowi.  -  Musimy  to 

koniecznie uczcić szampanem. 

-  To  bardzo  uprzejme  z  pana  strony  -  zdołał  powiedzieć  sir  William.  Wylewność 

Falkhursta,  który  zachowywał  się  tak,  jakby  spotkał  od  dawna  niewidzianego  przyjaciela, 

wprawiła  go  w  zakłopotanie.  Widząc  jednak  butelkę  szampana,  która  błyskawicznie  zjawiła 

się  na  ich  stole,  i  kieliszki,  które  równie  szybko  zostały  napełnione,  nie  chciał  zbytnią 

dociekliwością  obrazić  gospodarza.  Podniósł  więc  swój  kieliszek  i  jednym  haustem  go 

opróżnił. Zawartość kieliszka była nieustannie uzupełniana. 

-  Szczęściarz  z  ciebie,  Atherton  -  rzekł  Falkhurst,  siadając  naprzeciw  gościa.  - 

Ogromny  szczęściarz  -  powtórzył.  -  Ja  od  tak  dawna  się  starałem  o  względy  Georginy,  ale 

kiedy ona wbije coś sobie do głowy, to trudno ją od tego odwieść. 

- Ja... nie bardzo rozumiem. 

- Przyjacielu!  - zawołał  ze śmiechem  Falkhurst.  - Georgina już tego wieczoru, kiedy 

background image

cię  poznała,  powiedziała  do  mnie,  że  wyjdzie  za  ciebie  za  mąż.  Zepsuła  mi  wtedy  cały 

wieczór. 

- Co też pan opowiada! - zdziwił się sir William. 

-  Błagałem  ją,  niemal  każdego  dnia.  Czasem  nawet  na  kolanach.  Jednak  ona  jest 

uparta jak dziecko. Zdecydowała, że woli piękny wygląd od najpiękniejszego nawet majątku. 

No cóż, zauważ proszę, że z jej majątkiem stać ją nawet na poślubienie kominiarza, jeśli taka 

myśl przyjdzie jej do głowy. Ale do dna, przyjacielu. 

Sir  William  machinalnie  opróżnił  zawartość  kolejnego  kieliszka.  Może  szampan 

pomoże mu zrozumieć sens tego, co mówił Falkhurst. 

- Nie wiedziałem, że pan i Georgina byliście aż tak... zaprzyjaźnieni - powiedział, a ku 

jego zdumieniu, Falkhurst wybuchnął śmiechem. 

- Z - z - zaprzyjaźnieni? - zawołał. - Dobre sobie! 

- Powiedziałem coś zabawnego? 

- Chcesz powiedzieć, że o niczym nie wiedziałeś? 

- Nie wiedziałem o czym? 

-  Och,  daj  spokój,  chłopie  -  zirytował  się  Falkhurst.  -  Nie  udawaj  głupiego.  Cały 

Londyn zna prawdę o Georginie. 

- Jaką prawdę? - zawołał z furią Atherton. 

Falkhurst przez chwilę obserwował go w milczeniu. 

- Georgina wspomniała mi dziś podczas lunchu, że masz klapki na oczach, ale nigdy 

nie przyszłoby mi do głowy... 

-  Lunch?  -  zdziwił  się  William  Atherton.  -  Dzisiaj?  Georgina  jadła  dziś  lunch  z 

panem? 

- Oczywiście. Pod Białym Jeleniem. 

- Niewierze. 

- Dwaj kelnerzy mogą to w każdej chwili potwierdzić. 

- Georgina jadła lunch z Egertonami! - zawołał z rozpaczą Atherton. 

-  Jeśli  w  to  wierzysz,  to  jesteś  większym  durniem,  niż  przypuszczałem  -  rzekł 

Falkhurst z szyderczym uśmiechem. 

- Georgina nie mogłaby mnie okłamać. 

- Nie? Wobec tego, gdzie twoja nieskazitelna narzeczona była w czwartek wieczorem? 

- Z bólem głowy poszła wcześnie do łóżka. 

- Och, poszła do łóżka, oczywiście, ale nie powiedziałbym, że z bólem głowy. 

Sir William chlusnął mu zawartością kieliszka w twarz, po czym jak szalony wybiegł 

background image

z klubu. 

W poniedziałek rano sir William szedł jak zwykle na codzienne zajęcia do Jackson's, 

dzień  był  pogodny  i  ciepły,  ale  nie  zwracał  na  to  uwagi.  Wciąż  myślał  o  tym,  co  w  sobotę 

usłyszał  od  Falkhursta  i  lady  Inglewood  musiała  trzykrotnie  powtórzyć  jego  imię,  żeby 

oprzytomniał. 

- Dzień dobry, sir Williamie - zawołała ponownie. 

- Och! Lady Inglewood, proszę o wybaczenie. Byłem trochę... nieobecny. 

-  Myśląc  zapewne  o  zbliżających  się  zaślubinach  -  odparła  z  uśmiechem  lady 

Inglewood.  -  Cały  Londyn  mówi  o  waszych  zaręczynach.  Wszyscy  spodziewali  się,  że 

Georgina poślubi Falkhursta. 

- Falkhursta? 

- Ich wzajemne uczucie wydawało się tak trwałe i żarliwe - ciągnęła lady Inglewood - 

i  naturalnie,  gdy  związek  staje  się  tak...  bliski...  jak  ich,  każdy  myśli  o  czymś  takim  jak 

małżeństwo. Ale pan, sir Williamie, wszystkich nas wyprowadził w pole. Moje gratulacje. 

- Lady Inglewood - zawrzał z gniewu sir William, chwytając ją za przegub dłoni - czy 

chce pani powiedzieć, że Georgina miała romans z lordem Falkhurstem? 

-  Oczywiście!  Czyżby  pan  o  tym  nie  wiedział?  Cały  Londyn  wie  o  tym  od  sześciu 

miesięcy. 

- Nie wierzę pani - zawołał z oburzeniem, odpychając ją od siebie. 

-  Nie  jestem  przyzwyczajona  do  tego,  by  mi  zarzucano  kłamstwo.  Gdybym  była 

mężczyzną,  wyzwałabym  pana  na  pojedynek  za  taką  obrazę.  Mówię  tylko  to,  co  jest 

publiczną tajemnicą. Mówi się nawet, że Falkhurst i panna Fairfax spotykają się wieczorem, 

kiedy nie ma Katharine Glyn. Oczywiście są ku temu okazje, gdy panna Glyn uczestniczy w 

spotkaniach  towarzyskich,  a  Georgina  zostaje  w  domu...  sama.  Nie  byłabym  zaskoczona, 

gdyby  się  okazało,  że  to  sama  panna  Glyn  pomaga  aranżować  te  spotkania.  Jest  przecież  w 

takich sprawach biegła. Georgina często mówiła, że gdyby nie jej pomoc, nigdy by się jej nie 

udało przyciągnąć pana do siebie. To oczywiście absurdalne. Każdy przecież wie, jak bardzo 

ją  pan  kocha.  Bo  jakże  inaczej  ignorowałby  pan  jej  przeszłość  i  decydował  się  poślubić 

wbrew opinii przyzwoitych ludzi? 

- Przeszłość Georginy jest bez zarzutu. Bez zarzutu! 

- Jeśli pan tak uważa - odparła lady Inglewood, wzruszając ramionami. 

-  Nie  pozwolę,  lady  Inglewood,  zniesławiać  mojej  narzeczonej  ani  publicznie,  ani 

prywatnie! 

- Drogi sir Williamie, powiedziałam panu tylko to, co słyszałam od wielu innych osób. 

background image

Oczywiście,  byłam  pewna,  że  pan  o  tym  wszystkim  wie.  Proszę  jednak  o  wybaczenie,  jeśli 

mimowolnie pana obraziłam. 

-  Obraziłam?  -  powtórzył,  trzęsąc  się  z  oburzenia.  -  Obraziłam?  Nazywając  kobietę, 

którą bezgranicznie kocham, publiczną dziewką, pani mnie pyta, czy nie jestem obrażony? 

- Naprawdę przepraszam. Ja... 

-  Nie  będę  tu  stał  i  wysłuchiwał  tych  ohydnych  kłamstw.  Żegnam,  lady  Inglewood  - 

rzucił z furią i ruszył w przeciwnym kierunku, zapominając o swoich zajęciach w klubie. 

Jak śmiała, powtarzał w duchu, jak miała czelność insynuować, że Georgina mogła tak 

postąpić?  Jak  ktokolwiek  mógł  uważać  Georginę  za  publiczną  dziewkę?  Czystość  i 

niewinność ma przecież wypisane na twarzy. 

A jednak - zatrzymał się nagle - jeśli wszyscy o tym mówią, to chyba coś w tym jest. 

Nie!  To  niemożliwe!  Znał  duszę  Georginy,  tak  jak  ona  znała  jego.  Stała  przed  nim 

czysta i nietknięta. Jej niewinność była prawdziwa, to nie żadne pozory. 

A jednak, pomyślał, wlokąc się do domu, Falkhurst często kręcił się przy Georginie i 

ona zdawała się lubić jego towarzystwo. Poza tym parę tygodni temu mówiło się, że Falkhurst 

zdecydował  postawić  wszystko  na  jedną  kartę  i  uciec  z  nią  do  Gretna  Green.  Wprawdzie 

Georgina śmiała się z tej historii, ale czyż w każdej plotce nie ma odrobiny prawdy? 

A jednak... 

Targany  sprzecznymi  uczuciami  dotarł  wreszcie  do  domu,  gdzie  przez  dobre  trzy 

godziny krążył po salonie, nie mogąc się pozbyć ani narastającego gniewu, ani nurtujących go 

wątpliwości.  Gdyby  tylko  mógł  zwrócić  się  z  tym  do  przyjaciół!  Ale  jak  mógł  te  straszne 

myśli  wyrazić  słowami?  W  końcu,  czując,  że  zaczyna  się  dusić,  zdecydował  się  wyjść, 

wierząc,  że  spacer  na  świeżym  powietrzu  przywróci  mu  rozsądek  i  ukoi  nerwy.  Jednak 

natychmiast po wyjściu na ulicę ponownie wpadł na Falkhursta. 

- Niech mi pan zejdzie z drogi - warknął przez zaciśnięte zęby. 

- Atherton, proszę, muszę z tobą chwilę porozmawiać - rzekł Falkhurst, kładąc mu na 

ramieniu dłoń, którą sir William z odrazą strącił. 

-  Nie  mam  panu  nic  do  powiedzenia  i  nie  chcę  mieć  z  panem  nic  wspólnego  - 

oświadczył, usiłując go wyminąć, ale hrabia ponownie zastąpił mu drogę. 

-  Doskonale,  aleja,  drogi  chłopcze,  mam  tobie  coś  ważnego  do  powiedzenia.  Chcę 

przeprosić  i  błagać  o  wybaczenie  za  wszystko,  co  powiedziałem  w  sobotę  wieczorem  i  co 

mogło  cię  obrazić.  Ja...  byłem  pijany  i  tak,  przyznaję,  zżerała  mnie  zazdrość,  że  zdobyłeś 

kobietę,  którą  kocham  nad  życie.  Z  pewnością,  kochając  Georginę  tak,  jak  ja  ją  kocham, 

zrozumiesz, co wycierpiałem w ciągu minionego tygodnia. 

background image

- Chyba... tak - odrzekł z wahaniem sir William. 

-  Od  soboty  wymyślam  sobie  od  ostatnich.  Proszę,  Atherton,  bądź  dżentelmenem, 

którym ja, niestety, nie byłem tamtego wieczoru, i przyjmij moje przeprosiny. 

Sir William obserwował w milczeniu jego twarz, czując, jak gniew powoli zaczyna go 

opuszczać. 

- No dobrze - odparł z westchnieniem. - Przyjmuję pańskie przeprosiny. 

- Równy z ciebie gość! Możesz mi podać rękę na zgodę? 

Kolejne westchnienie i dwie męskie dłonie połączyły się. 

-  Niech  Bóg  cię  błogosławi,  Atherton  -  zawołał  uszczęśliwiony  Falkhurst.  -  Nie 

potrafię  ci  powiedzieć,  jaki  ogromny  ciężar  zdjąłeś  mi  z  serca.  Od  dwóch  dni  nie  mogłem 

spać, tak mi to nie dawało spokoju. To, co wtedy powiedziałem, jest niewybaczalne. 

- W porządku, Falkhurst - odparł spokojnie sir William. - Rozumiem i podaję ci rękę 

na zgodę. 

-  Pozwól  jednak,  że  spróbuję  się  jakoś  zrehabilitować.  Jadłeś  już?  Zrób  mi  tę 

przyjemność i chodź ze mną na lunch. 

- Doprawdy, to wcale niepotrzebne. 

- Nalegam! 

- Właściwie nie jestem głodny. 

- Wciąż jesteś na mnie wściekły, to widać. No cóż - westchnął - powinienem był się 

tego spodziewać. 

- Nie, to nie o to chodzi. - Sir William był wyraźnie zmieszany. - Rzecz w tym, że ja... 

No dobrze... będzie mi miło zjeść z panem lunch, milordzie - rzekł w końcu. 

Lord  Falkhurst  wziął  go  pod  rękę  i  wprowadził  do  eleganckiej  restauracji,  w  której 

często bywał ze swoimi przyjaciółmi. Po chwili sir William siedział już przy ogromnym stole 

naprzeciwko  hrabiego.  Sala  restauracyjna  usytuowana  była  na  dwóch  poziomach.  Z 

wyższego,  gdzie  siedzieli  obydwaj  panowie,  doskonale  widać  było  całe  wnętrze  restauracji. 

W rogu sali kwartet smyczkowy cicho grał Haydna, podczas gdy dookoła słychać było gwar 

wesołych rozmów. 

Lord Falkhurst wyraził zdziwienie, że sir William nigdy tu jeszcze nie był. 

- Dziwne - powiedział. - Sądziłem, że Georgina... Najważniejsze, że w końcu tu jesteś. 

Jedzenie jest wyśmienite, obsługa bez zarzutu, a piwnica doskonale zaopatrzona w wino. 

- Och, lordzie Falkhurst - powiedział kelner, odbierając karty. - Jak miło znowu pana 

widzieć. Mademoiselle nie ma dziś z panem? 

-  Cóż...  nie,  Parkins  -  odrzekł  Falkhurst.  -  Zaczniemy  chyba  od  zupy  szparagowej,  a 

background image

potem... 

Lord  Falkhurst  złożył  zamówienie,  podczas  gdy  sir  Williama  ponownie  opadły 

wątpliwości.  Mademoiselle?  Czyżby  ten  durny  kelner  miał  na  myśli  Georginę?  Sądząc  po 

tym, co Falkhurst powiedział w sobotę i dziś, kelner nie mógł mieć na myśli nikogo innego. Z 

drugiej  jednak  strony  Falkhurst  interesował  się  wieloma  kobietami.  Może  to  zupełnie  ktoś 

inny, jakaś aktorka lub tancerka? Patrząc jednak na zimną, arystokratyczną twarz Falkhursta, 

sir William odrzucił tę myśl. 

Podniósł  do  ust  kieliszek  z  winem,  gdy  nagle  dobiegł  go  znajomy  śmiech.  Burgund 

oblał mu dłoń, gdy osłupiały odstawiał kieliszek na stół, starając się zlokalizować źródło tego 

śmiechu. Po chwili usłyszał go znowu. Dochodził z dołu. 

Lord Falkhurst, widząc dziwny wyraz twarzy gościa, opadł na oparcie krzesła, a kąciki 

jego ust zadrżały w uśmiechu. 

- To prawda, przysięgam! Bardzo go kocham, pomimo wszystkich jego słabości. 

- Georgina! 

Sir William czuł, jak serce zaczyna mu mocno bić. 

- Masz bardzo wyrozumiałą naturę - zauważyła jej towarzyszka. 

- Nie jestem święta, Priscillo - odparła panna Fairfax. - Wszyscy mamy jakieś wady, 

nawet mój najdroższy narzeczony. 

- Niemożliwe! - zawołała lady Inglewood, nie kryjąc zdumienia. - Nie sir William! 

- Nawet on. 

-  Teraz  rozumiem.  Urzekła  cię  piękna  twarz.  Blondyn  czy  ciemnowłosy,  jak  twój 

kompan podczas sobotniego lunchu, to dla ciebie wszystko jedno. 

-  No,  niezupełnie  -  odparła  panna  Fairfax  i  obydwie  panie  znowu  wybuchnęły 

śmiechem. 

- Przepraszam - mruknął Falkhurst. - Nie sądziłem, że Georgina zjawi się tu trzy dni 

pod  rząd.  Posłuchaj,  Atherton,  chociaż  jesteśmy  rywalami,  to  czy  w  tym  wypadku  nie 

możemy się zachować jak dżentelmeni? 

-  Niech  cię  diabli  wezmą,  Falkhurst  -  rzucił  z  furią  sir  William.  Odsunął  krzesło, 

gwałtownie wstał i cisnął serwetkę na stół jak rękawicę. - Obyś trafił na samo dno piekła! 

Rzucił  się  do  wyjścia,  roztrącając  gości  i  kelnerów,  którzy  uciekali  przed  nim  w 

popłochu.  Oczy  wszystkich  obecnych  skierowały  się  na  niego,  w  tym  również  oczy  panny 

Fairfax. 

- William! - zawołała, zrywając się z krzesła. - William! 

Jednak jej wołanie pozostało bez echa. 

background image

Tego  wieczoru  jeszcze  przed  dziewiątą  sir  William  Atherton  cisnął  butem  w  swoją 

gospodynię,  grubiańsko  potraktował  Petera  Robbinsa,  wyrzucając  go  z  domu  bez  żadnego 

wyjaśnienia,  opróżnił  prawie  dwie  butelki  brandy,  gdy  do  salonu  nieśmiało  zajrzała 

gospodyni. 

- Sir Williamie? Właśnie doręczono mi ten list. 

- Wrzuć do ognia - burknął, leżąc twarzą w dół na obitej błękitnym brokatem sofie. 

-  Ależ,  sir,  lokaj,  który  go  przyniósł,  powiedział,  że  to  pilne  i  że  trzeba  to  panu 

natychmiast doręczyć. 

- Lokaj? 

- Z rezydencji Inglewoodów. 

- Czego oni mogą ode mnie chcieć? - zapytał, próbując usiąść. 

- Mam tu ten list, sir - powiedziała gospodyni. 

- Daj go, kobieto! Nie mogę go przecież czytać na odległość. 

Gospodyni szybko podała mu list i jeszcze szybciej wymknęła się z pokoju. 

Sir William rozerwał kopertę niepewnymi rękami, ale potrzebował paru minut, aby się 

skupić i zacząć czytać. 

Drogi sir Williamie! 

Zazwyczaj  nie  mieszam  się  do  takich  spraw,  gdy  jednak  w  grę  wchodzi  mój  honor, 

muszę się bronić. 

Jeśli  pan  chce  się  przekonać,  czy  to,  co  mówiłam,  jest  prawdą,  to  proszę  zjawić  się 

dziś przed rezydencją Fairfaksów przy Russel Court nie później niż o jedenastej wieczorem. 

Georgina  wyznała  mi,  że  planuje  na  dziś  randez  -  vous  z  lordem  Falkhurstem  i  że  zawsze 

spotykają się przy południowo - zachodnim wejściu do domu, zanim udadzą się do jej pokoju 

na prywatną rozmowę. 

Jeśli nie wierzy pan w moją informację, wystarczy, że pójdzie pan dziś wieczorem pod 

dom  swojej  narzeczonej,  a  wtedy  przekona  się  pan,  że  każde  moje  słowo  było  prawdziwe. 

Oczekuję jutro rano pańskich przeprosin. 

Lady Priscilla Inglewood 

Zmiął kartkę w maleńką kulkę i przez chwilę trzymał ją w zaciśniętej pięści. 

- A niech ją wszyscy diabli - mruknął, po czym z trudem stanął na chwiejnych nogach. 

Zmięty list wylądował w kominku. 

Wyciągnął nową butelkę brandy, nalał do pełna i ponownie zaczął krążyć po pokoju, 

paraliżowany przez gniew i narastający strach, że jego życie może lec w gruzach tej nocy. 

Podkradając  się  do  rezydencji  Fairfaksów,  był  już  niemal  trzydzieści  metrów  od 

background image

południowo  -  zachodniego  skrzydła  domu,  gdy  nagle  przy  drzwiach  wejściowych  zauważył 

jakąś  parę  w  namiętnym  uścisku.  Zamarł  w  bezruchu,  a  serce  podeszło  mu  do  gardła.  Ten 

mężczyzna  to  pewnie  Falkhurst,  a  kobieta...  Jej  czarne  włosy  spływały  na  ramiona  i  plecy; 

srebrna suknia z leciutkiej jak pajęcza sieć tkaniny, ozdobionej festonami pereł i diamentów 

uwydatniała jej piękną figurę. 

Georgina! 

To nie mógł być nikt inny. Georgina, ubrana w suknię uszytą specjalnie na bal z okazji 

ich  zaręczyn,  całowała  lorda  Falkhursta  z  namiętnością,  którą,  jak  do  niedawna  sir  William 

wierzył, żywiła tylko do niego. Poczuł, że fala mdłości podchodzi mu do gardła, gdy miłośnie 

objęta para rozłączyła się i sylwetka Georginy znalazła się w półmroku. 

-  Czy  możemy  wejść,  ukochana?  -  wymruczał  Falkhurst,  wodząc  palcem  po  jej 

smukłym  ramieniu.  W  odpowiedzi  zarzuciła  mu  ramiona  na  szyję  i  ponownie  go  objęła.  W 

końcu rozłączyli się i objęci wpół weszli do domu. 

William  Atherton  nie  mógł  już  opanować  mdłości.  Po  kilku  minutach,  kiedy  jakoś 

doszedł do siebie, przesunął drżącą dłonią po włosach. Patrząc na drzwi, za którymi zniknęła 

para cudzołożnych kochanków, usiłował zrozumieć, co się stało. 

Kobieta,  którą  kochał  nad  życie,  zdradzała  go  i  kpiła  z  niego,  a  cały  Londyn  o  tym 

mówił! Śmiali się z niego od tygodni, a on o niczym nie wiedział. Upokorzenie oblało jego 

twarz purpurą. Nawet przyjaciele trzymali to przed nim w tajemnicy. Nawet Theo nie zrobił 

nic, by go wyciągnąć z tej pułapki. Ożeniłby się z Georgina, a później szydzono by z niego 

jako z największego rogacza w Anglii. 

Nagle w jednym z okien na pierwszym piętrze domu Fairfaksów zapaliło się światło. 

Falkhurst zbliżył się do okna i przyciągnąwszy do siebie Georginę, powoli zaciągnął zasłony. 

Jednak sir William zobaczył już i tak wystarczająco wiele. 

Wczesnym  rankiem  następnego  dnia  sir  William  zjawił  się  przy  drzwiach 

wejściowych domu Falkhursta ze śladami bezsennej nocy na twarzy, potarganymi włosami i 

w wymiętym ubraniu. Prawą dłoń zacisnął na szpadzie, lewą z furią walił w drzwi. Kiedy w 

końcu  stanął  w  nich  majordomus,  sir  William  brutalnie  odepchnął  go  i  wbiegł  do  środka, 

głośno  domagając  się  wyjścia  lorda  Falkhursta,  obrzucając  go  jednocześnie  najgorszymi 

epitetami, jakie mu tylko przyszły do głowy podczas tej koszmarnej, bezsennej nocy. 

Po chwili lord Falkhurst, w czarnym, jedwabnym szlafroku, pojawił się na podeście. 

- Co to ma znaczyć, Atherton? - zapytał chłodno, schodząc powoli na dół. 

- Usiłowałem go zatrzymać - wyjaśniał drżącym głosem służący - ale on... 

- W porządku, Langton - powiedział Falkhurst. - Dam sobie radę. Możesz odejść. 

background image

Stary sługa pospiesznie opuścił hol. 

- Słucham, Atherton. Czego chcesz? 

W  odpowiedzi  sir  William  uderzył  go  z  całej  siły  w  twarz  i  jego  lordowska  mość  z 

ogromnym tylko trudem powstrzymał wybuch gniewu. 

-  Chyba  nie  bardzo  wiesz,  co  robisz  -  rzekł  z  doskonale  wyreżyserowanym 

zdumieniem. 

- Wiem. 

- Mam więc rozumieć, że mnie wyzywasz? 

- Tak - rzucił William przez zaciśnięte zęby. 

- Ale dlaczego? 

- Dobrze wiesz, dlaczego! Za upodlenie uczciwej kobiety i za moje poniżenie. Znajdź 

lepiej jakąś szpadę, Falkhurst. Nie zabiję przecież nieuzbrojonego człowieka. 

- Co, chcesz się ze mną bić bez sekundantów? 

- Zabiję cię jak psa, którym i tak zresztą jesteś. 

- Doskonale - rzekł z westchnieniem Falkhurst - jeśli nalegasz. 

Wprowadził  Athertona  do  gabinetu,  zdjął  ze  ściany  szpadę,  zrzucił  szlafrok,  odsunął 

parę krzeseł na bok i stanął na środku pokoju. 

- Jestem gotów - rzekł. 

Wykonali  symulowany  gest  powitania  i  po  chwili  rozległ  się  brzęk  uderzających  o 

siebie  kling.  Sir  William  z  furią  zaatakował,  ale  Falkhurst  bez  trudu  ten  atak  odparł.  Sir 

William  zaatakował  jeszcze  raz  i  jeszcze  raz,  jednak  jego  przeciwnik,  górując  nad  nim 

umiejętnościami i opanowaniem, nie dawał mu żadnych szans. 

- Niech cię piekło pochłonie, Falkhurst! Zabiję cię! Przysięgam, że cię zabiję! - ryknął 

sir William, rzucając się na znienawidzonego przeciwnika. 

Jednak Falkhurst z łatwością posłał go na ziemię. 

- Może byś i chciał, chłopcze - rzekł ironicznie - ale prawda jest taka, że nie potrafisz 

mnie pokonać. Błagam, dałeś już zrobić z siebie durnia, nie pozwól więc, aby to trwało dalej. 

Nie  uwiodłem  Georginy  Fairfax,  mój  drogi.  Chyba  nie  wierzysz,  że  byłem  jej  pierwszym 

kochankiem? 

Atherton, ciężko dysząc, spojrzał na niego błędnym wzrokiem. 

- Co to ma znaczyć? 

- Dobry Boże, człowieku. Georgina swoją słynną łóżkową karierę zaczęła już w wieku 

siedemnastu  lat.  Z  tego,  co  wiem,  od  tamtego  czasu  była  kochanką  pułkownika,  barona, 

dwóch  wicehrabiów  i  nawet  pewnego  księcia.  Oskarżanie  mnie  o  uwiedzenie  twojej 

background image

cudownej  Georginy  ma  tyle  samo  sensu,  co  oskarżanie  o  uwiedzenie  cesarzowej  Francji. 

Zamiast  szukać  zemsty  na  mnie,  powinieneś  raczej  zwrócić  swój  gniew  przeciwko 

prawdziwemu  sprawcy  twojego...  upokorzenia.  Czy  ty  naprawdę  uważasz,  że  mógłbym 

uwieść  Georginę,  gdyby  ona  sama  tego  nie  chciała?  Czy  wyobrażasz  sobie,  że  chciałbym 

ciągnąć  nasz  romans  po  ogłoszeniu  waszych  zaręczyn,  gdyby  ona  sama  na  to  nie  nalegała? 

Powiedziałem  ci  już,  że  nigdy  nie  umiałem  się  jej  oprzeć.  Georgina  potrafi  być  bardzo 

przekonująca, jeśli czegoś chce. 

- A ona, oczywiście, chce ciebie - rzekł William, usiłując wstać. 

- Tak długo jak ją bawię, nie mam co do tego złudzeń. Wkrótce mnie porzuci, tak jak 

wcześniej porzucała innych. 

- Jak mogłem tak dać się oszukać? - jęknął nieszczęśnik, opadając ciężko na krzesło. 

- Mogę cię tylko pocieszyć, że nie jesteś pierwszy - dodał spokojnie Falkhurst. - Masz 

szczęście, że w porę odkryłeś prawdę. 

- Dlaczego nikt nie powiedział mi o jej nikczemnej przeszłości? - zawołał z rozpaczą 

sir William. 

- Uwierzyłbyś, gdyby ktoś na to się zdobył? 

- Nie - wymamrotał sir William, usiłując pokonać nagłą suchość w gardle. 

W  pokoju  zaległa  cisza  i  lord  Falkhurst  mógł  w  pełni  rozkoszować  się  efektownym 

zwycięstwem. Wszystko poszło tak, jak zaplanował. 

- Jak ona śmie pokazywać się w towarzystwie z podniesioną głową? 

- To cwana osóbka, ta nasza Georgina. Podczas swojej błyskotliwej kariery pozyskała 

wielu wpływowych przyjaciół. Gdy ktoś z tytułem, powiedzmy, księcia, życzy sobie, aby była 

traktowana w towarzystwie jak osoba bez skazy, to Georgina wie, że nic jej nie grozi. Mając 

takich protektorów, jest pewna, że nikt nie odważy się stawić jej czoło. 

- Ja to zrobię - zapewnił z determinacją William. - Zemszczę się. Pokażę jej, gdzie jest 

jej miejsce, przysięgam! 

background image

16 

Pojawienie  się  Georginy  Fairfax  na  jej  zaręczynowym  balu  wzbudziło  ogromną 

sensację.  Nigdy  jeszcze  Georgina  nie  wyglądała  tak  pięknie  i  nigdy  też  żadna  kobieta  nie 

widziała tak wspaniałej sukni. 

Towarzysząca  jej  Katharine  Glyn  podeszła  właśnie  do  lorda  i  lady  Egertonów,  żeby 

się  z  nimi  przywitać,  gdy  nagle  kątem  oka  spostrzegła  lady  Inglewood  i  lorda  Falkhursta, 

którzy w odległym końcu sali z ożywieniem o czymś rozmawiali. 

- Co oni tu robią? - zapytała ze zdumieniem. 

- Ależ, moja droga. Nie mogliśmy przecież pominąć tak ważnych osób z najwyższych 

sfer - odparł lord Egerton. - Poza tym, sir William nalegał, żeby ich zaprosić, a ponieważ to 

narzeczony Georginy, Charlotte i ja pomyśleliśmy, że dobrze będzie spełnić jego życzenie. 

- Rozumiem - odparła panna Glyn. Jednak wcale nie rozumiała. Dziwny ten Atherton, 

pomyślała, przechadzając się po sali. Nagle poczuła lęk. 

- Stało się coś? 

Podniosła głowę. Przed nią stał lord Blake, a na jego twarzy widać było zatroskanie. 

- Czyżby sir William i lord Falkhurst zdążyli się tak szybko zaprzyjaźnić? - zapytała 

wprost. 

Lord Blake patrzył na nią ze zdumieniem. 

- Nie mogę w to uwierzyć - dodała. 

- O ile wiem, z pewnością nie - odparł. - Chociaż nie widziałem Williama już od kilku 

dni. 

- W takim razie dlaczego nalegał, aby zaprosić Falkhursta na dzisiejszy bal? 

- To jakiś nonsens! 

- Niestety to prawda. Wiem to od lorda Egertona i nie muszę cię chyba przekonywać, 

że  bardzo  mnie  to  zaniepokoiło.  Falkhurst  to  trucizna,  pijawka,  która  żyje  na  cudzy  koszt  i 

zatruwa innych. Kto zbyt długo przebywa w jego towarzystwie, sam staje się taki jak on. - Po 

chwili  milczenia  z  wymuszonym  uśmiechem  dodała:  -  Staję  się  obrzydliwie 

melodramatyczna. Nie zwracaj na mnie uwagi, Theo. Za bardzo dałam się ponieść wyobraźni. 

- Tak, ale... 

- Przepraszam, milordzie. 

Lokaj lorda Blake'a, Maxwell, nieoczekiwanie zjawił się przed nimi. 

- Max, co ty tu, u licha, robisz? - zawołał zdumiony lord Blake. 

background image

-  Pan  wybaczy,  milordzie  -  odrzekł  z  niezmąconą  powagą  Maxwell  -  ale  ten  list  z 

Danforth doręczono przed chwilą z usilną prośbą, żeby go pan przeczytał niezwłocznie. 

Sir William podszedł tymczasem do lady Inglewood i lorda Falkhursta. 

-  Nie  miałem  jeszcze  okazji,  aby  pani  podziękować,  lady  Inglewood,  za  okazaną  mi 

życzliwość  i  uratowanie  od  tego  żałosnego  związku  -  powiedział.  -  Jestem  pani  ogromnie 

zobowiązany. 

- Bardzo się cieszę, że mogłam pomóc. 

- Kiedy masz zamiar uderzyć? - zapytał lord Falkhurst. 

- Za chwilę, tak jak pan sugerował. 

- A więc postanowione? - zapytał ponownie Falkhurst. 

- Moja decyzja jest nieodwołalna - zapewnił William. 

-  Sir  Williamie!  -  zawołała  lady  Egerton,  pospiesznie  podchodząc  do  Athertona.  - 

Szukałam  pana.  Lord  Egerton  pragnie  wznieść  toast.  No  chodźże  wreszcie,  niesforny 

chłopcze. W końcu to twój bal. 

Mówiąc  to,  ujęła  go  pod  ramię  i  pociągnęła  za  sobą  na  środek  sali,  gdzie  czekał  już 

lord Egerton, trzymając za rękę pannę Fairfax. 

Lord Egerton uniósł do góry kieliszek szampana i poprosił o uwagę trzystu zebranych 

w  sali  gości.  Gwar  rozmów  umilkł  natychmiast  i  wszystkie  oczy  zwróciły  się  ku  środkowi 

sali. 

-  Przyjaciele  -  powiedział.  -  Zebraliśmy  się  tu  dziś  z  okazji  zaręczyn  mojej 

siostrzenicy,  Georginy  Fairfax  z  sir  Williamem  Athertonem,  jak  wszyscy  się  pewnie 

zgodzicie,  wielce  obiecującym,  młodym  człowiekiem.  Wypijmy  więc  za  ich  zdrowie  i 

przyszłe szczęście. 

Kieliszki  zgodnie  powędrowały  do  góry,  a  serca  przepełniła  radość,  gdy  nagle... 

William Atherton, z pobladłą twarzą, cisnął kieliszkiem o ziemię. 

- Dosyć! - zawołał z gniewem. - Dosyć tej farsy! Po sali przebiegł szmer. 

- William, co pan, u diabła... - zaczął lord Egerton. 

- Ten bal to jedna wielka farsa - zawołał William Atherton - ale ja nie będę już dłużej 

grał w niej roli głupca. Zaręczyny panie i panowie, zerwane. 

- William! - krzyknęła blada jak ściana panna Fairfax. 

-  Nie  poślubiłbym  tej  dziewki  -  wołał  Atherton,  wskazując  oskarżycielko  palcem  na 

drżącą narzeczoną - tej nierządnicy, za żadne skarby świata! 

- William, co ty mówisz? - krzyknęła z rozpaczą Georgina Fairfax. 

-  Nie  rozumiesz,  skarbie?  -  kpił  Atherton.  -  Cóż,  skoro  nikt  nie  ma  odwagi  obnażyć 

background image

twojej  prawdziwej  twarzy,  muszę  to  zrobić  ja.  Czy  ty  naprawdę  sądziłaś,  że  maska 

niewinności  zasłoni  brud  twojej  duszy?  Powiedz  mi,  Georgino,  czy  po  ślubie  planowałaś 

przyprawić mi rogi z Falkhurstem, czy też zamierzałaś znaleźć nowego ogiera do swego łoża? 

Lord  Blake,  przecisnąwszy  się  przez  tłum  gości,  podszedł  do  stojącej  na  środku  sali 

oniemiałej grupy i położył dłoń na ramieniu Athertona. 

- Straciłeś rozum czy się upiłeś? - syknął. - Przeproś natychmiast i wynoś się! 

- Ja mam przeprosić? - zawołał Atherton, uwalniając ramię. - Ją? Kogoś, czyje miejsce 

jest  na  kupie  gnoju?  Na  pewno  nie  ja!  Znajdź  kogoś  innego,  kto  będzie  słuchał  twoich 

wzniosłych kazań, Theo! Powtarzam, twoja cudowna panna Fairfax to ladacznica i nie chcę 

więcej mieć z nią nic wspólnego! 

Po  tych  słowach  odwrócił  się  i z  podniesioną  głową  ruszył  w  stronę  wyjścia.  W  sali 

balowej rozpętało się istne piekło, gdy panna Fairfax osunęła się zemdlona na ziemię. 

-  Georgina!  -  krzyknęła  panna  Glyn,  rzucając  się  na  kolana  obok  leżącej  bez  życia 

przyjaciółki. 

Lord Blake wraz z Maxwellem szybko ruszyli jej na pomoc. 

- Trzeba ją przenieść do gabinetu - rzekł Blake. 

- Tak, tak, oczywiście - powtarzała bezradnie panna Glyn. 

- Usatysfakcjonowana? - zapytał lady Inglewood Falkhurst. 

- Zupełnie - odparła z uśmiechem. 

Tymczasem  lord  Blake  ostrożnie  wziął  pannę  Fairfax  na  ręce  i  eskortowany  przez 

Maxwella i pannę Glyn szybko ruszył w stronę gabinetu Egertona. 

Katharine  zamknęła  za  sobą  drzwi,  lord  Blake  ułożył  wciąż  nieprzytomną  pannę 

Fairfax  na  niewielkiej  kanapie,  po  czym  odszedł  na  bok,  aby  zamienić  parę  słów  z 

Maxwellem. Katharine uklękła przy wciąż nie - dającej znaków życia przyjaciółce. Lewą ręką 

starała się wyczuć puls, prawą położyła na kredowo białym, zimnym czole. 

- Maxwell, proszę cię - powiedziała, nie odrywając oczu od panny Fairfax - wiem, że 

gdzieś tu muszą być sole trzeźwiące. Kiedy je zdobędziesz, idź do kuchni i przygotuj tonik, 

przynajmniej w połowie z brandy. Mam nadzieję, że wiesz, co trzeba jeszcze do niego dodać. 

Maxwell  spojrzał  na  swojego  pana,  a  kiedy  ten  skinął  głową,  bezszelestnie  opuścił 

pokój. 

- Co z nią? - zapytał Blake, podchodząc do klęczącej przy kanapie Katharine. 

- Puls ledwo wyczuwalny. 

- Max na pewno za chwilę wróci. 

W pokoju zaległa cisza. 

background image

- Co, na Boga, wymyślił ten twój słodki, uprzejmy, nienagannie wychowany William? 

- zawołała nagle zrozpaczona Katharine. 

-  Nie  mam  pojęcia,  ale  wkrótce  się  dowiem.  On  nie  mógł  odejść  zbyt  daleko  - 

powiedział Blake, wychodząc z gabinetu. 

Słysząc  wzburzone  głosy  w  pobliżu  bocznego  wejścia  do  sali  balowej,  szybko 

przecisnął  się  przez  tłum  około  setki  gości  i  po  chwili  ujrzał  Williama  opartego  plecami  o 

ścianę.  Otaczali  go:  Jeremy  Fairfax,  Tom  -  my  Carrington  i  Elizabeth  Carrington.  Jeremy 

obrzucał  go  stekiem  wyzwisk,  Tommy  żądał  satysfakcji,  a  panna  Carrington  błagała  brata, 

żeby  nie  ryzykował  życia  dla  takiej  kanalii.  William  był  blady  z  wściekłości,  a  dookoła 

słychać było gwar podekscytowanych głosów. 

Blake  chwycił  Carringtona  za  ramię  i  odciągnął  go  na  bok,  ciągnąc  jednocześnie 

pannę Carrington, która przywarła do brata z rozpaczliwą determinacją. 

-  Co  ty,  do  diabła,  wyprawiasz?  -  protestował  Carrington,  usiłując  uwolnić  się  z 

uścisku. 

-  Daj  spokój,  Tommy.  Will  nie  zechce  z  tobą  walczyć,  a  jeśli  nawet  zechce, 

wylądujesz w więzieniu. 

- Nie pozwolę, żeby taki szubrawiec chodził po świecie - nie ustępował Carrington. 

Blake zablokował mu dostęp do Athertona. 

-  Twoje  życie  jest  o  wiele  więcej  warte  niż  jego.  Chyba  nie  chcesz  skończyć  na 

szubienicy? Sprawiedliwości stanie się zadość, przysięgam. 

-  Nie  mogę  przecież  stać  bezczynnie  i  pozwalać  tej  kanalii  kalać  honor  najsłodszej 

dziewczyny, jaką kiedykolwiek widział Londyn. 

- Odpowie za to, zapewniam cię. A ja nie zwykłem rzucać słów na wiatr. Proszę cię, 

daj spokój. Nic dobrego by z tego nie wyszło. 

-  To  takie  niesprawiedliwe  -  powtarzał  Tommy.  -  Dlaczego  spotkało  to  właśnie 

Georginę? 

-  Imponuje  mi  twoja  lojalność,  Tommy,  jednak  nalegam,  żebyś  to  zostawił!  Zabierz 

swoją siostrę do domu. Czy nie widzisz, jak jest blada? Ledwo się trzyma na nogach. 

Carrington spojrzał na siostrę i zreflektował się. 

- Przepraszam, Beth. Nie pomyślałem. 

-  Byłeś  zdenerwowany.  Wszyscy  zresztą  byliśmy.  Doskonale  to  rozumiem  - 

odpowiedziała Elizabeth z bladym uśmiechem. - Jednak teraz chciałabym już iść do domu. 

- Jak sobie życzysz - odparł Carrington, podając siostrze ramię. 

Panna Carrington uśmiechnęła się z wdzięcznością do lorda Blake'a i wyszła z bratem 

background image

z sali balowej. 

Blake  pozostał  teraz  sam  na  sam  z  żądnym  krwi  Fairfaksem  i,  szczerze  mówiąc, 

chętnie  pozostawiłby  mu  wolną  rękę.  Sam  zresztą  z  przyjemnością  dałby  Athertonowi  po 

gębie. Wiedział jednak, że nie wolno do tego dopuścić. Przynajmniej na razie. 

- W porządku - rzekł szorstko, stając za Fairfaksem. - Dosyć! Cofnij się, pozwól mu 

odetchnąć. 

-  Najpierw  pozna  smak  szpicruty,  zanim  pozwolę  mu  odetchnąć  smrodem,  którego 

narobił - syknął Fairfax, niebezpiecznie zaciskając fular na szyi Athertona. 

-  Powiedziałem,  dosyć!  -  warknął  Blake,  odciągając  Fairfaksa  od  ofiary.  -  Jeśli  nie 

myślisz  o  swojej  siostrze,  to  pomyśl  przynajmniej  o  Egertonach  i  skandalu,  jaki  wywołasz, 

jeśli go zabijesz. 

- Byłbym przeklęty, gdybym pozwolił tej bestii bezkarnie obrażać moją siostrę. 

- Czyja cię o to proszę? Mówię tylko, że to ani miejsce, ani czas na zemstę. 

- Co wobec tego mam zrobić? - zapytał nieufnie Fairfax. 

- Idź do domu. Upij się. Williama zostaw mnie. 

- Do cholery! Przecież ja jestem bratem Georginy! 

-  Czy  myślisz,  że  Georginę  ucieszyłby  przelew  krwi,  być  może  twojej?  -  zapytał 

Blake. - Chyba bardziej myślisz o sobie niż o swojej siostrze. Puść Williama. Dopilnuję, by 

nie opuścił miasta. Jeśli jutro rano wciąż będziesz chciał jego głowy, dam ci go wraz z moim 

błogosławieństwem. 

Fairfax zawahał się. 

-  Zgoda  -  powiedział  wolno.  -  Mam  nadzieję,  że,  mając  więcej  czasu,  wymyślę 

skuteczniejszy sposób załatwienia tej świni. Jeśli jednak jutro nie będzie go w mieście, Blake, 

ty będziesz za to odpowiedzialny. 

William Atherton, widząc, jak Fairfax odchodzi, odetchnął z ulgą. 

- Jestem ci bardzo wdzięczny, Theo - rzekł. - Już zacząłem się obawiać o moje życie. 

W  odpowiedzi  Blake,  otoczywszy  jego  szyję  ramieniem,  tak  żeby  ten  nie  mógł  się 

ruszyć, pchnął go na ścianę. 

-  Straciłeś  rozum?  -  wybuchnął.  -  Zniesławić  tę  słodką  dziewczynę  tak  podłymi 

kłamstwami? 

-  Kłamstwami?  -  zawołał  William,  usiłując  wyswobodzić  się  z  uścisku.  -  Bóg  jeden 

wie, jak bardzo bym chciał, żeby to były kłamstwa. Niestety, każde moje słowo jest prawdą. 

Prawdą, słyszysz? Zrobiono ze mnie największego błazna od czasów Faistaffa. Dałem sobie 

wmówić  wszystko,  Theo:  niewinność,  słodycz,  urodę,  wszystko  -  głos  mu  się  załamał, 

background image

przechodząc w łkanie, ale natychmiast się opanował. - Teraz wyrównałem rachunki. 

Blake opuścił ramię i uwolnił przyjaciela z uścisku. 

- Nie mam pojęcia, jak to się stało, że uwierzyłeś w te ohydne kłamstwa, William, ale 

mylisz się. Bardzo, bardzo się mylisz. 

- Czyżby, Theo? Falkhurst opowiedział mi wiele fascynujących historyjek o tym, jak 

Georgina przechodziła przez najświetniejsze w Londynie sypialnie. Przyznał się nawet, że od 

dawna ma z nią romans, i że ten romans wciąż jeszcze trwa. 

- I ty uwierzyłeś temu łajdakowi? 

- Och, nie - odparł William, uśmiechając się gorzko - uwierzyłem własnym oczom. 

- Co? 

-  Widziałem  ich,  Theo,  trzy  dni  temu.  Była  pełnia  księżyca,  lampy  paliły  się. 

Widziałem  ich  objętych  w  miłosnym  uścisku,  takim,  który  poprzedza  pójście  do  łóżka. 

Georgina  była  w  sukni,  którą  miała  na  sobie  dziś.  Nie  ma  mowy  o  pomyłce.  To  na  pewno 

była  ona.  Wyglądała  tak  nieziemsko  pięknie  w  świetle  księżyca,  Theo.  To  oczywiste,  że 

Falkhurst nie potrafił oprzeć się jej urokowi. 

- Will - rzekł Blake - na Boga, nie... 

-  A  potem  poszli  na  górę.  Widziałem,  jak  obejmują  się  w  jej  sypialni.  Nie  od  razu 

opuścili  zasłony.  Kłamstwa,  Theo?  O,  nie!  Nie  wtedy,  kiedy  widziałem  i  słyszałem,  co 

wydarzyło się między nimi. 

- Will - chciał coś powiedzieć Blake, ale Atherton odepchnął jego wyciągniętą dłoń i 

wybiegł z sali. 

Blake,  przygnębiony  tym,  co  usłyszał,  z  ciężkim  sercem  wracał  do  gabinetu  pana 

domu. 

background image

17 

Kiedy  lord  Blake  wszedł  do  gabinetu  Egertona,  Katharine  siedziała  na  kanapie  i 

trzymając w ramionach łkającą Georginę, nuciła coś miękkim, melodyjnym głosem, podczas 

gdy Maxwell z kamienną twarzą stał z boku. 

Najwyraźniej  jej  wysiłki  zaczynały  przynosić  efekty,  ponieważ  panna  Fairfax 

stopniowo  odzyskiwała  spokój.  Oczy  Katharine  i  Blake'a  spotkały  się  i  żadne  z  nich  nie 

odwróciło  wzroku  aż  do  chwili,  gdy  drzwi  otworzyły  się  nagle  i  do  pokoju  wbiegła  lady 

Egerton. 

- Moje biedne dziecko - zawołała, biorąc pannę Fairfax w ramiona i tuląc ją do siebie. 

-  Cóż  to  za  koszmar!  Kazałam  przygotować  dla  ciebie  pokój.  Eugenia  użyczyła  ci  coś  ze 

swojej nocnej bielizny, a na górze czeka filiżanka aromatycznej herbatki. Chodź, moja droga, 

musisz położyć się do łóżka. Jestem pewna, że jutro wszystko się jakoś wyjaśni. 

- Dziękuję ci, ciociu Charlotte - ledwie szepnęła panna Fairfax. 

Lady Egerton poprosiła Maxwella, aby pomógł jej zaprowadzić pannę Fairfax na górę, 

i po chwili cała trójka powoli opuściła gabinet. 

Panna  Glyn  podniosła  się  z  kanapy  i  zaciskając  dłonie,  długo  stała,  w  milczeniu 

wpatrując się w stojące w odległym kącie pokoju biurko. 

Cisza przedłużała się i Blake bezradnie patrzył na jej cierpienie. Bardzo pragnął jakoś 

ją pocieszyć, ale wiedział, że to niemożliwe. Wiele by dał, aby nie musiał powtarzać jej słów 

Williama. Nigdy mu nawet nie przyszło do głowy, że będzie musiał zranić Kate. 

- No i czego się dowiedziałeś? - zapytała twardo i chłodno. 

- Rozmawiałem z Williamem - odparł. Katharine nie poruszyła się. - Jest przekonany 

o  prawdziwości  swoich  oskarżeń.  Nie  wiem,  jak  to  się  stało  i  dlaczego,  ale  on  uwierzył,  że 

panna Fairfax nie jest taka... jak się wydaje. 

-  Gdybym  była  mężczyzną  -  powiedziała,  wciąż  odwrócona  do  niego  tyłem  - 

zabiłabym  Athertona  gołymi  rękami  i  z  przyjemnością  poszłabym  na  galery,  wiedząc,  że 

uwolniłam świat od potwora. 

- Musiałabyś stać w kolejce do tej przyjemności. 

Odwróciła  twarz.  Łzy,  które  ujrzał  w  jej  oczach,  wstrząsnęły  nim  bardziej  niż  to,  co 

się wydarzyło tego wieczoru. 

-  To  jakiś  koszmarny  sen  -  powiedziała  cicho.  -  Jak  mogłam  być  tak  nieostrożna  i 

pozwolić, aby do tego doszło? 

background image

- Ty? 

-  Mój  Boże,  Theo,  sprzyjałam  temu  związkowi!  To  ja  stwarzałam  mu  okazje,  aby 

mógł  być  z  nią  sam  na  sam.  Czy  nie  rozumiesz,  że  to  ja  jestem  winna  temu,  co  się  stało? 

Powinnam  była  strzec  Georginy  jak  źrenicy  oka,  a  zamiast  tego  doprowadziłam  ją  do 

katastrofy.  O  tym  Jaki  okrutny  potrafi  być  świat,  wiedziałam  znacznie  więcej  niż  ona. 

Powinnam była wiedzieć, że William Atherton... nadużyje jej miłości. 

-  Kate,  to  nie  tak.  To,  co  Will  mówił  dziś  wieczorem,  to  nie  jego  słowa,  jestem 

pewien. Ktoś zatruł jego umysł i myślę, że to musiał być Falkhurst. 

Katharine drgnęła. 

- Ale jak i dlaczego? - ciągnął Blake. - Nie mam pojęcia. 

-  Falkhurst?  -  zawołała.  -  Falkhurst?  O,  dobry  Boże,  nie!  Łzy  popłynęły  jej  po 

policzkach. 

- Kate, co się stało? - zapytał miękko, podchodząc do niej. 

-  To  straszne,  Theo  -  wyszeptała.  -  Historia  lubi  się  powtarzać,  a  ja  nie  byłam 

wystarczająco  czujna, żeby temu zapobiec. Jestem bezdennie głupia. Pozwolić Falkhurstowi 

zabiegać  ojej  względy,  gdy  wiedziałam...  -  Odetchnęła  głęboko.  -  Kiedy  byłam  dzieckiem, 

majątek  należący  do  naszej  rodziny  sąsiadował  z  Monticle  Park,  majątkiem  Falkhursta  w 

Hampshire.  Nasze  rodziny,  już  od  chwili,  gdy  przyszłam  na  świat,  postanowiły,  że  nasze 

ziemie  się  połączą  poprzez  moje  małżeństwo  z  Bertramem.  Jednakże  moja  ogromnie 

buntownicza  natura  sprawiła,  że  zaczęto  się  obawiać,  czy  te  plany  zaakceptuję.  Z  tego 

powodu  odizolowano  mnie  od  wszelkiego  towarzystwa,  a  Falkhurst  zaczął  się  do  mnie 

zalecać,  kiedy  chodziłam  jeszcze  do  szkoły.  Miałam  piętnaście  lat,  byłam  niedoświadczona, 

bardzo uczuciowa i ogromnie mi schlebiało, że taki słynny bywalec salonów zwrócił na mnie 

uwagę. Tak więc łatwo przewidzieć, że się zakochałam. 

Świetnie grał swoją rolę, a ja nie miałam żadnego powodu, aby mu nie ufać. Jednak w 

tydzień  po  pogrzebie  mego  ojca,  przyszedł  do  mnie  i  powiedział,  co  o  mnie  myśli. 

Dowiedziałam się wtedy, że jestem nieokrzesaną, brzydką dziewczyną bez odrobiny wdzięku 

i  że  żaden  mężczyzna  przy  zdrowych  zmysłach  nie  chciałby  mnie  nawet  do  łóżka,  a  co 

dopiero  mówić  o  poślubieniu  mnie.  Skoro  więc  nie  jestem  dziedziczką majątku,  nie  poślubi 

mnie, tak jak nie poślubiłby krowy. 

Zatopiona  w  bolesnych  wspomnieniach,  nie  widziała,  jak  dłonie  lorda  Blake'a 

zaciskają się w pięści. 

-  Pamiętam,  że  gdy  wyszedł,  długo  jeszcze  stałam  w  salonie,  czując  się  tak,  jakby 

nagle  zawalił  się  cały  świat.  Przysięgłam  sobie  wówczas,  że  żaden  mężczyzna  nigdy  już 

background image

więcej mnie nie upokorzy. I oto ten sam człowiek osiągnął swój cel po raz drugi, tyle że tym 

razem zniszczył szczęście mojej przyjaciółki. 

-  Nie  zrezygnujesz  chyba  z  zemsty,  Kate.  Czas  wyrównać  rachunki.  Spojrzała  na 

niego ze zdumieniem. 

- Co masz na myśli? 

-  Jesteś  teraz  starsza,  mądrzejsza  i  z  pewnością  silniejsza,  gdyż  są  przy  tobie  oddani 

przyjaciele.  Jeśli  Falkhurst  rzeczywiście  maczał  w  tym  palce,  to  masz  doskonałą  okazję  do 

zemsty za siebie i pannę Fairfax. 

Panna Glyn szybko otarła łzy, przyjęła ofiarowaną jej chustkę i wydmuchawszy nos, 

podniosła głowę, jakby nagle odzyskała wiarę w siebie. 

- Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę zachować się jak pensjonarka. Masz rację, 

Theo.  Falkhurst  mógł  się  nie  zmienić,  aleja  zmieniłam  się  z  pewnością  i  tym  razem  nie 

pozwolę,  by  uciekł  przed  moim  gniewem.  Nie  wiem  tylko,  od  czego  zacząć.  Jak  mam 

dowiedzieć się, co się stało i jak pomścić Georginę? 

- My dowiemy się, co się stało i my pomścimy pannę Fairfax - poprawił ją Blake. 

- Ależ, Theo, to przecież nie twoja sprawa. 

- Pozwól, że sam o tym zdecyduję. Przeanalizowałem każde słowo Willa i doszedłem 

do  wniosku,  że  tak  zachowuje  się  jedynie  człowiek  straszliwie  zraniony  i  jednocześnie 

całkowicie  pewny  swoich  racji.  On  naprawdę  w  to  wszystko  wierzy,  Kate.  Wymienił 

Falkhursta  z  nazwiska  i  od  tego  musimy  zacząć.  Czy  to  możliwe,  że  to,  co  powiedział 

William, w jakiejś części jest prawdziwe? 

Katharine nagle zesztywniała. 

- Co masz na myśli? 

- Chodzi mi o to, czy panna Fairfax może być w jakiś sposób związana z Falkhurstem 

lub czy mogła popełnić jakąś nieostrożność? 

Katharine z całej siły uderzyła lorda Blake'a w twarz, po czym odwróciła się i chciała 

wybiec z pokoju, ale Blake chwycił ją za ramiona. 

- Puść mnie! - krzyknęła. 

- Nie - odparł z kamiennym spokojem. - Nie puszczę cię, dopóki mnie nie wysłuchasz. 

Katharine  miała  wielką  ochotę  kopnąć  go  w  piszczel,  ale  Blake  w  ostatniej  chwili 

odskoczył na bok, po czym mocno nią potrząsnął. 

- Psiakrew, Kate, posłuchaj mnie! Nie chciałem nikogo obrazić. Doskonale wiem, że 

panna Fairfax jest tak samo uczciwa jak ty, ale w każdej plotce tkwi zwykle ziarenko prawdy. 

Dlatego właśnie są tak szkodliwe. Siadaj więc i słuchaj! 

background image

Panna Glyn usiadła na stojącej obok sofie. 

- Nie przerywaj, a jeśli mi uwierzysz, to jak dwoje dorosłych, racjonalnie myślących 

ludzi zastanowimy się, co robić - rzekł uroczyście. 

Katharine słuchała go w skupieniu. 

- Chyba tracę rozum - powiedziała w końcu. - Atakować przyjaciela, gdy prawdziwy 

łajdak chodzi wolno i śmieje się z nas? Co się ze mną dzieje? 

-  Wszystko  w  porządku,  Kate.  W  takiej  sytuacji  nikt  nie  reaguje  właściwie.  -  Blake 

potarł policzek. - Czy ty czasem nie trenujesz w Jackson’s Saloon? 

Katharine wy buchnęła śmiechem. 

- O tak, teraz już znacznie lepiej - zauważył z uśmiechem Blake. 

- Och, Theo, przepraszam... 

-  Nie  trzeba.  Śmiem  twierdzić,  że  każdy  na  twoim  miejscu  potraktowałby  mnie  tak 

samo. Powinienem być szczęśliwy, że mnie nie zastrzeliłaś. 

- Zastrzeliłabym - odparła, śmiejąc się szeroko - gdybym tylko miała broń. 

-  Uwierz  mi,  że  i  bez  broni  świetnie  sobie  radzisz.  Powiedz  mi  jednak,  co  sądzisz  o 

opowieści Williama? Czy Falkhurst może stać za tym skandalem? 

-  Bertie  i  Georgina  zaangażowani  w  długotrwały  romans?  Czule  objęci  w  świetle 

księżyca?  Och,  ta  historyjka  z  daleka  śmierdzi  Falkhurstem,  bez  wątpienia.  Ale  jak  tego 

dokonał? I dlaczego? Z pewnością jest zdolny do takich intryg, ale tylko wtedy, kiedy czuje 

się sprowokowany, a przecież Georgina nie zrobiła mu nic złego! 

- Odrzuciła go, zaręczając się z Williamem. 

Po zastanowieniu Katharine uznała, że to bardzo prawdopodobne. 

-  Myślę,  że  aby  rozsupłać  ten  węzeł,  musimy  zacząć  od  początku.  Dopiero  potem 

wolno,  ostrożnie  posuwać  się  naprzód.  Koniec  trzymamy  w  ręku,  musimy  znaleźć  początek 

sznura,  na  którym  William  sam  się  powiesił.  Coś  mi  jednak  mówi,  że  to  Falkhurst 

przygotował pętlę. 

Panna Glyn obserwowała jego lordowską mość przez dłuższą chwilę. 

- Wreszcie maska opadła - powiedziała cicho. 

- Omawiamy plan działania, a nie moją garderobę. 

-  A  więc  -  powiedziała,  biorąc  głęboki  oddech  -  sir  William  jest  przekonany,  że 

widział Falkhursta i pannę Fairfax razem. 

-  I  tu  rodzi  się  podstawowe  pytanie:  jak  Falkhurst  zdołał  zaaranżować  coś  tak 

nieprawdopodobnego? 

- Theo! - zawołała nagle Katharine, chwytając go za ramię i ciągnąc w dół, żeby usiadł 

background image

przy  niej.  -  On  musiał  mieć  wspólnika,  a  ściślej  mówiąc  wspólniczkę,  do  odegrania  roli 

Georginy! 

-  Interesujące  -  mruknął  markiz.  -  Intryga  skomplikowała  się...  z  konieczności. 

William nigdy nie uwierzyłby w same słowa. Falkhurst musiał pokazać mu pannę Fairfax w 

chwili, gdy dokonuje zdrady. 

-  Tak,  oczywiście!  -  zawołała  Katharine,  zapominając  o  łzach.  -  Kiedy  William 

rzekomo widział Falkhursta i Georginę? 

- Trzy dni temu, w poniedziałkowy wieczór. 

- Właśnie wtedy był bal u księcia regenta. 

- Tak, masz rację. Wszyscy tam byli... 

- Poza Georgina. 

- O nie! - jęknął Blake. 

- Została w domu. Nagle poczuła mdłości i położyła się do łóżka. 

- Tak więc Georgina nie ma nic na swoją obronę. Falkhurst może spokojnie twierdzić, 

i pewnie już tak zrobił, że udawała chorobę, aby się z nim spotkać. 

Katharine uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową. 

-  Nie,  Georgina  nie  udawała,  zapewniam  cię.  Jednak  niepokoi  mnie,  iż  cała  intryga 

opierała  się  na  tym,  aby  tego  wieczoru  nikt  nie  zobaczył  jej  w  miejscu  publicznym.  Jej 

choroba  idealnie  rozwiązywała  ten  problem,  ale  skąd  Falkhurst  mógł  wiedzieć,  że  Georgina 

właśnie tego dnia zachoruje i zostanie w domu? 

- Są metody, żeby wywołać przynajmniej symptomy choroby. 

- Tylko że Falkhurst przez cały dzień nawet nie zbliżał się do naszego domu. 

-  Musiał  więc  polegać  na  kimś  wewnątrz  domu.  To  właśnie  mogła  być  jego 

wspólniczka. 

-  Ja...  nie  jestem  w  stanie  uwierzyć,  że  ktoś  u  nas  mógłby...  rozmyślnie  zrobić  coś 

takiego Georginie - zaprotestowała Katharine. 

-  Może  ta  osoba  nie  wiedziała,  do  czego  zmierza  Falkhurst  -  odparł  Blake,  ujmując 

dłoń panny  Glyn. - Musimy zdobyć więcej faktów, zanim będziemy mogli pójść dalej. Gdy 

tylko  panna  Fairfax  dojdzie  do  siebie,  będziesz  musiała  z  nią  porozmawiać.  Wypytaj  o 

wszystkie  szczegóły  jej  poniedziałkowej  niedyspozycji.  Może  przypomni  sobie  coś,  co 

zaprowadzi nas do tajemniczej wspólniczki Falkhursta. I koniecznie zapytaj o suknię. 

- Suknię? 

- Tę, którą miała na sobie dziś wieczorem. 

- Dobry Boże, dlaczego? 

background image

-  William  twierdzi,  że  tamtej  nocy  dziewczyna,  która  spotkała  się  z  Falkhurstem,  a 

którą on uważa za pannę Fairfax, miała na sobie tę samą suknię, co dziś wieczorem. 

- Niemożliwe. 

- Sprawdź to. 

- Dobrze. A ty co będziesz robił? 

Blake wstał i zaczął krążyć po pokoju. 

- Mam zamiar wziąć na widelec Williama. Muszę wyciągnąć z niego wszystko, co wie 

lub  myśli,  że  wie,  oraz  wszystko,  co  powiedział  mu  Falkhurst.  Być  może  uda  się  nam 

sprawić, że nasz Posępny Rycerz sam wpadnie we własne sidła. 

-  I  żeby  zrobił  to  publicznie  -  dodała  stanowczo.  -  Jak  rewanż  to  rewanż.  Falkhurst 

publicznie zniesławił Georginę, a więc powinniśmy zrobić mu to samo. 

-  Zgoda  -  odparł  Blake,  zatrzymując  się  przed  nią.  -  Musimy  także  przekonać 

Williama, jak bardzo się mylił... Boże, jakże on będzie siebie nienawidził, gdy pozna prawdę. 

Mam tylko nadzieję, że uda się nam ich pogodzić. 

-  Co  takiego?  -  sapnęła  ze  złością  Katharine.  -  Ty  chyba  nie  mówisz  poważnie! 

Georgina miałaby pogodzić się z tym łajdakiem? Prędzej sama wydam się za Falkhursta, niż 

do tego dopuszczę. 

- To z pewnością jest jakiś sposób, aby wymierzyć Falkhurstowi sprawiedliwość. 

Panna Glyn znowu wybuchnęła śmiechem. 

- Co za okropny człowiek! - zawołała. 

Jego lordowska mość skłonił się nisko. 

-  W  końcu  co  do  jednego  jesteśmy  zgodni  -  rzekł.  -  Musimy  ujawnić  perfidię 

Falkhursta  przed  światem,  znaleźć  jego  wspólniczkę  i  przekonać  Williama,  jak  bardzo  się 

mylił. 

- Ambitny plan - zauważyła panna Glyn. 

-  Chyba  nie  chcesz  powiedzieć,  że  słynna  Diablica  z  Hampshire  utknęła  już  na 

pierwszej przeszkodzie - rzekł Blake, zmuszając ją, żeby wstała. 

- Ja? Nigdy! 

- Ani ja. A więc uzgodnione. 

- Uzgodnione - potwierdziła. 

Ich oczy na chwilę się spotkały. 

- Powinnaś wrócić do domu - powiedział, patrząc na nią z zatroskaniem. - Musisz być 

bardzo wyczerpana, Kate. 

-  Tak,  rzeczywiście,  jestem...  Ja...  chciałabym  ci  podziękować,  Theo,  za  pomoc 

background image

Georginie, za to, że pomogłeś mi się pozbierać i za twoje wsparcie. I pomyśleć, że chciałam 

zrobić  ci  krzywdę!  -  Jej  dłoń  delikatnie  dotknęła  jego  policzka.  -  Nie  rozumiem  tylko, 

dlaczego miałbyś się w to mieszać. 

- Muszę, Kate. Muszę, gdy ktoś, kogo cenię, potrzebuje pomocy. 

- Ale przecież Georginę ledwie znasz. 

- Nie miałem na myśli panny Fairfax. 

Twarz panny Glyn nagle pobladła i Blake delikatnie dotknął palcami jej czoła. 

- Idź do domu, Kate - powiedział miękko. - Wpadnę do ciebie jutro. 

background image

18 

Lord  Blake  wrócił  późnym  wieczorem  od  Egertonów  dziwnie  milczący.  Wręczył 

lokajowi płaszcz, kapelusz i rękawice, po czym, zamiast pójść do swojej sypialni, zamknął się 

w  gabinecie  i  prawie  dwie  godziny  krążył  po  pokoju.  Ciekawość  służących,  zaskoczonych 

niecodziennym  zachowaniem,  w  końcu  została  zaspokojona.  Jego  lordowska  mość  wezwał 

swoich czterech lokajów, stajennego Scrantona i Maxwella do gabinetu. 

Siedział  za  biurkiem  bez  surduta,  w  mocno  rozluźnionym  fularze  i  rozpiętej 

kamizelce. Przed nim leżało sześć zaklejonych kopert. 

-  Przez  jakiś  czas  będziecie  pełnić  nowe  obowiązki  -  powiedział.  -  Rano  usłyszycie 

zapewne,  co  się  wydarzyło  dziś  na  balu  u  Egertonów.  Mówiąc  w  skrócie,  sir  William 

Atherton publicznie i w sposób brutalny zerwał swoje zaręczyny z panną Fairfax. Został w to 

jakoś  wrobiony  i  musimy  dojść,  jak.  Ty,  Caroll,  i  ty,  Yarner  będziecie  śledzić  sir  Williama 

dniem i nocą. Nie muszę wspominać, że musicie to robić tak, aby nie wzbudzić jakichkolwiek 

podejrzeń.  Sir  Williamowi  nie  wolno  opuszczać  miasta.  Chcę  wiedzieć  o  każdej  wizycie, 

zarówno tej, którą składa, jak i tej, którą przyjmuje, znać zawartość korespondencji, która do 

niego  przychodzi  lub  opuszcza  jego  dom.  Szczegółowe  instrukcje  znajdziecie  tu  -  wyjaśnił, 

wręczając  lokajom  koperty.  -  Dawson  i  Merriott  -  ciągnął  lord  Blake  -  będziecie  robić  to 

samo, ale obiektem waszego zainteresowania będzie lord Falkhurst. 

- Lord Falkhurst, sir? - nie krył zdumienia Dawson. - Ten hrabia? 

- Ten sam. 

- Czy to on właśnie oszukał sir Williama? - zapytał Merriott. 

- Tak sądzę. 

- Będziemy chodzić za nim jak cień - obiecał Merriott. 

- Wiedziałem, że mogę wam zaufać - odrzekł z uśmiechem lord Blake, wręczając im 

koperty.  Scranton,  chcę,  byś  zajrzał  do  każdego  urzędu  pocztowego  i  pubu  w  promieniu 

trzydziestu  kilometrów  od  Londynu.  Porozmawiajcie  z  każdym  listonoszem,  z  każdym 

pachołkiem, każdą służącą. Sprawdź, z kim Falkhurst się ostatnio spotykał i kiedy. 

-  Zrobię  to  z  przyjemnością,  sir  -  odparł  Scranton.  -  Słyszałem,  że  w  niektórych 

przydrożnych gospodach warzą całkiem niezłe piwo. 

-  Pij,  co  chcesz,  bylebyś  zachował  trzeźwą  głowę  -  rzekł  lord  Blake,  wręczając  mu 

kopertę z instrukcją. 

- A co ja mam robić, milordzie? - zapytał Maxwell. 

background image

-  Wybadaj  służbę  Falkhursta,  szczególnie  jego  lokaja.  Chcę  wiedzieć  dokładnie,  co 

Falkhurst robił w ciągu ostatnich dwóch tygodni. 

Maxwell  bez  słowa  odebrał  przeznaczoną  dla  niego  kopertę.  Po  rozdzieleniu  zadań 

Blake z ulgą opadł na oparcie fotela. 

- Chcę mieć od każdego z was dzienne raporty  - dodał -  godzinne, jeśli  wydarzy  się 

coś niezwykłego. Jakieś pytania? 

Odpowiedziało mu zgodne milczenie. 

- Doskonale - rzekł z uśmiechem. - A zatem do roboty. 

Scranton i czterej lokaje szybko opuścili gabinet. 

Jedynie Maxwell ociągał się z wyjściem, z kamienną twarzą obserwując, jak jego pan 

pospiesznie robi jakieś notatki. 

-  Tak,  Max,  potrzebujesz  czegoś?  -  zapytał  lord  Blake,  nie  podnosząc  głowy  znad 

biurka. 

-  Chciałem  tylko  wyrazić  moje  zadowolenie,  że  znowu  jest  pan  w  takim  bojowym 

nastroju.  Lepiej,  że  wykorzystuje  pan  swoje  imponujące  możliwości  w  jakimś  szlachetnym 

celu, niż miałby je pan marnować, przemierzając tę wyspę wzdłuż i wszerz. 

Blake chwilę przyglądał się staremu słudze w milczeniu. 

- Cóż to, ty również martwiłeś się o mnie, Max? 

- Każdy, komu na panu zależy, martwił się, sir. Czy panna Glyn... hm... nie załamała 

się pod ciężarem tego skandalu? 

- Skądże, mój drogi. Będzie walczyć do końca. 

-  Tak,  to  silna  kobieta,  milordzie.  Jednak,  w  tej  sytuacji  to  dobrze,  że  ma  w  panu 

przyjaciela. 

- Dziękuję ci, Max. Mam tylko nadzieję, że będę w stanie pomóc. 

-  Panna  Fairfax  ma  wielu  przyjaciół,  którzy  w  każdej  chwili  gotowi  są  stanąć  w  jej 

obronie. 

- Tak - odparł lord  Blake, patrząc w zadumie na płomień świecy. - Szkoda, że Kate, 

będąc młodziutką dziewczyną, nie miała ich w ogóle. 

- Ale teraz to się przecież zmieniło, nieprawdaż, milordzie? 

Lord Blake podniósł głowę i przez chwilę obserwował go w milczeniu. 

-  Tak,  Max,  zmieniło  się  -  powiedział.  -  Zanim  wyjdziesz,  chcę  cię  jeszcze  o  coś 

prosić. Nie mów o swoich spostrzeżeniach nikomu. Pozwól, że jeszcze przez jakiś czas będę 

nosił tę swoją maskę. Lord Falkhurst nie może niczego podejrzewać. 

- Będę czujny, milordzie - zapewnił Maxwell, wychodząc z pokoju. 

background image

Blake  uśmiechnął  się,  po  czym,  wyciągnąwszy  się  w  fotelu,  oparł  stopy  na  blacie 

biurka i przez następną  godzinę wpatrywał się  w lśniące  czubki swoich butów, ale myślami 

był zupełnie gdzie indziej. 

Późnym  popołudniem  następnego  dnia  lord  Blake  zjawił  się  przed  wejściem  do 

rezydencji  Fairfaksów.  Po  chwili  Wainwright  wprowadził  go  do  biblioteki  i  natychmiast 

dyskretnie się wycofał. Blake cicho wszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi. 

Panna Glyn była sama i zupełnie nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Ubrana 

w  prostą  suknię  stała  przy  wiodących  do  ogrodu  ogromnych  przeszklonych  drzwiach.  Jej 

włosy były związane z tyłu głowy w ciasny węzeł, twarz blada i mizerna, oczy podkrążone. 

Najwyraźniej miała za sobą fatalną noc i niewiele lepszy dzień, mimo to panowała i nad sobą, 

i nad sytuacją, w jaką została wplątana. 

Odwróciła się nagle. Jej oczy spotkały się z jego oczami i natychmiast złagodniały. 

- Theo, jak to dobrze, że jesteś - powiedziała i uśmiech rozjaśnił jej twarz. 

-  Przepraszam,  że  nie  mogłem  przyjść  wcześniej  -  odparł,  ujmując  jej  dłoń.  -  Co 

słychać? 

-  Jeremy  wyniósł  się  z  samego  rana  i  nie  dał  jeszcze  znaku  życia.  Georgina  śpi  w 

swoim pokoju. 

- Jest tutaj? - zdziwił się Blake. 

- Nalegała, żeby rano wrócić do domu. 

- Jak się czuje? 

- Lepiej niż mogłam przypuszczać. Wzięła się w garść. Ma twardy charakter. Jednak 

widać po niej, że tej nocy wcale nie spała, nalegałam więc, żeby się położyła. Dodałam do jej 

porannej czekolady parę kropel laudanum i wciąż jeszcze śpi. 

- Robisz jej czekoladę? - roześmiał się. 

- Po co się ma przyjaciół? 

- Boję się pomyśleć. - Milczał przez chwilę. - Mam ci dużo do powiedzenia, Kate. 

- Ja tobie również. Może jednak przejdziemy do ogrodu. Ten pokój wydaje mi się dziś 

jakiś ciemny i ponury. Pokażę ci nasze róże. 

- Mógłbym przemierzyć nawet pustynię, byłe tylko z panią, parno Glyn. 

Uśmiechając się na wspomnienie jego pierwszej w tym domu wizyty, oparła mu dłoń 

na  ramieniu  i  razem  wyszli  na  zewnątrz.  Tonący  w  ciepłych  promieniach  popołudniowego 

słońca  ogród  otaczał  biegnący  półkolem  ceglany  mur.  Po  lewej  stronie  znajdowała  się 

niewielka oranżeria i rosły drzewa owocowe, po prawej był warzywnik i rabaty kwiatowe, a 

w centralnej części altana z drewnianą ławeczką. 

background image

- Bardzo tu pięknie - powiedział z zachwytem Blake. 

- Prawda? To miejsce często bywa azylem tych, co szukają samotności. 

Przez jakiś czas spacerowali w milczeniu. 

- Jak na takie gaduły jak my, ta cisza jest czymś niezwykłym - zauważyła Katharine. - 

Skoro jednak jestem tu gospodynią, to chyba pierwsza muszę ją przerwać. Zanim laudanum 

zaczęło działać, udało mi się porozmawiać z Georginą i dużo się od niej dowiedziałam. Jeśli 

chodzi o tę suknię, którą miała na sobie ostatniego wieczoru, to wiąże się z nią dość ciekawa 

historia. 

Opowiedziała  Blake'owi,  jak  to  pani  Foote  nieoczekiwanie  zgodziła  się  uszyć 

Georginie suknię, nalegając na odbiór cztery dni wcześniej niż trzeba. 

- W poniedziałek, w dniu, w którym był bal u księcia regenta - dodał Blake. 

-  No  właśnie.  Mogłabym  przysiąc,  Theo,  że  tej  sukni  nikt  nie  wkładał  aż  do 

wczorajszego  wieczoru.  Gdyby  to  była  suknia,  którą  William  widział  w  poniedziałkowy 

wieczór,  nosiłaby  ślady  zagnieceń  i  wymagałaby  odprasowania.  To  jednak  w  ogóle  nie 

wchodzi  w  grę.  Nikt,  poza  Georginą,  od  poniedziałku  rano,  gdy  suknia  powędrowała  do  jej 

szafy,  aż  do  chwili,  gdy  ją  stamtąd  sama  wyjęła  ostatniego  wieczoru,  na  pewno  nie  dotykał 

sukni.  Poza  tym  suknia  nie  miała  żadnych  zagnieceń..  a  Georginą  nie  ma  najmniejszego 

pojęcia o prasowaniu. 

We wtorek zauważyła, że sir William radykalnie zmienił swój stosunek do niej i tak 

dalece ją to zaniepokoiło, że wspomniała mi o tym. Jednak w swojej głupocie złożyłam to na 

karb zdenerwowania narzeczonego. Rozumiesz teraz, co to znaczy? Sir William nie wierzył w 

te kłamstwa aż do poniedziałku. 

- Co oznacza, że manipulacja postępowała z zadziwiającą szybkością - rzekł Blake. - 

Falkhurst i jego wspólniczka potrzebowali dwóch tygodni na przygotowanie sukni, ale tylko 

dwóch  lub  trzech  dni,  żeby  otumanić  Williama.  Falkhurst  niewątpliwie  obawiał  się,  że  jeśli 

Will będzie miał więcej czasu na myślenie, być  może dostrzeże w tej historii poważne luki. 

Kto zna go tak jak ja, wie, że to bardzo prawdopodobne. Ale o tym później. Powiedz, czego 

dowiedziałaś się o chorobie panny Fairfax. 

- Dolegliwości były bardzo dokuczliwe i przyszły nagle - odparła Katharine. - Zaczęły 

się tuż po popołudniowej herbatce. 

- Najwyraźniej nie jesteś jedyną, która przyrządza napoje dla panny Fairfax. 

- To oczywiste. 

Blake westchnął. 

- I tak panna Fairfax została skutecznie wyeliminowana z gry. 

background image

- Co gorsza, pokojówka  tego wieczoru wprawdzie zaglądała do Georginy kilka razy, 

ale  o  dziesiątej  Georgina  zasnęła  i  pokojówka  wkrótce  też  poszła  spać.  Rozmawiałam  ze 

wszystkimi służącymi, ale nikt tej nocy do Georginy nie zaglądał. 

- Cholera! Czy panna Fairfax mówiła coś o Falkhurście? 

- O tak i nawet była na tyle uprzejma, żeby poinformować mnie o listach miłosnych, 

które  Falkhurst  jej  przysyłał!  Chylę  czoła  przed  twoją  umiejętnością  przewidywania, 

milordzie. Nie mówiła mi o tym wcześniej, gdyż bała się, że mogę go wyzwać na pojedynek 

za taką bezczelność. I tak bym na pewno zrobiła. 

- I z pewnością pokonałabyś go bez trudu. 

- Też tak sądzę, ale, jak widać, Georgina nie ufała mi. Pomyśleć, że Falkhurst był aż 

tak bezczelny... a ona mi nic nie napomknęła. 

- Nie robiła nic, aby go zniechęcić? 

-  Oczywiście,  że  robiła.  Nie  odpowiadała  na  jego  listy  i  traktowała  ozięble.  Na  to 

jednak,  żeby  go  porządnie  zbesztać,  jest  za  miękka.  Nie  umie  być  niemiła  w  stosunku  do 

kogoś, kto zaklina się, że wzięła jego serce do niewoli. 

-  Tak  więc  Falkhurst  mógł  cały  czas  wierzyć  w  to,  w  co  bardzo  chciał  wierzyć  - 

westchnął Blake. - Co za okropna sytuacja. 

Znowu  przez  jakiś  czas  milczeli.  Katharine  czuła,  że  zakłopotanie  Blake'a  wynika  z 

tego, że nie chce jej sprawić przykrości. Uśmiechnęła się więc promiennie i zapytała: 

- A co sir William miał do powiedzenia tobie? 

-  Bardzo  wiele  i  wyrzucał  to  z  siebie  z  ogromnym  żalem  i  gniewem.  Najpierw 

opowiem ci o tej nieszczęsnej sukni. 

Blake zaczął od zdarzeń, które miały miejsce w ubiegłą sobotę. Opowiedział więc, jak 

William  otrzymał  bilecik  od  panny  Fairfax,  jak  zjawił  się  w  pracowni  pani  Foote,  a  potem 

przekonał się, że panna Fairfax go oszukała. 

Katharine spojrzała na niego ze zdumieniem. 

-  Theo,  w  ubiegłą  sobotę,  Georgina,  Jeremy  i  ja  wybraliśmy  się  na  piknik  do 

Kensington. Wyjechaliśmy rano, wróciliśmy późnym popołudniem. Georgina nie mogła więc 

być u pani Foote i nie mogła napisać do sir Wiliama, żeby się z nią tam spotkał... chyba że... 

- Tak? 

Panna Glyn chwilę się nad czymś zastanawiała. 

- Jakiś tydzień temu Georgina i sir William spotkali się u pani Foote przed pójściem 

na  raut.  Będąc  z  natury  romantykiem,  sir  William  mógł  nie  zniszczyć  listu,  który  wówczas 

rzeczywiście od niej otrzymał. Prawdopodobnie list został skradziony i posłużył Falkhurstowi 

background image

do sporządzenia tego fałszywego. 

- Przecież Will mógłby rozpoznać fałszerstwo. 

- Niekoniecznie. Nie znał jeszcze tak dobrze jej  pisma, a poza tym, dlaczego miałby 

mu się tak dokładnie przyglądać? 

- Rzeczywiście. 

-  Tylko  dlaczego  Falkhurstowi  miałoby  zależeć  na  ściągnięciu  sir  Williama  do  pani 

Foote? 

- Suknia - mruknął Blake w nagłym olśnieniu. - Kate, chodziło o suknię! Pani Foote 

nalegała,  żeby  Will  ją  zobaczył.  Nie  rozumiesz?  Musiał  widzieć  ją  wcześniej,  żeby  później 

można  go  było  przekonać,  że  to  pannę  Fairfax  widzi  w  ramionach  Falkhursta  w 

poniedziałkowy  wieczór.  Will  powiedział  nawet,  że  jest  pewien,  że  to  była  ona,  ponieważ 

miała na sobie tę samą suknię, którą widział w sobotę. 

- Wszystko jasne! Och, Theo, trafiłeś w dziesiątkę! Czego się jeszcze dowiedziałeś? 

-  Otóż,  po  incydencie  w  pracowni  pani  Foote  nastąpiła  cała  seria  czegoś,  co 

określiłbym prowokacyjnymi rozmowami. 

Blake zrelacjonował rozmowę Williama z Falkhurstem w sobotni wieczór w White's, 

podczas  której  Falkhurst  przyznał  się  do  romansu  z  panną  Fairfax.  Następnie  opisał  ich 

rzekomo  przypadkowe  spotkanie  w  poniedziałkowe  popołudnie  i  wspólny,  dramatycznie 

przerwany lunch. 

Katharine jęknęła głucho na wspomnienie tej historii. 

-  Georgina  opowiedziała  mi  to.  Priscilla  Inglewood  zaprosiła  ją  na  lunch  i,  kiedy  z 

ożywieniem  rozmawiały,  Georgina  nagle  ujrzała  wybiegającego  z  restauracji  i  ogromnie 

czymś wzburzonego Williama. Bardzo ją to wówczas poruszyło. 

-  Nie  wątpię.  Historia  Williama  jest  bardziej  sensacyjna.  Zaklinał  się,  że  słyszał,  jak 

Georgina  wychwala  Falkhursta  pod  niebiosa  i  mówi,  że  go  kocha.  Później  wzburzony 

wybiegł. 

- Georgina wychwalająca Falkhursta? To jakiś absurd. 

- Will przysięga, że słyszał to na własne uszy. 

- Nie mógł słyszeć, ponieważ Georgina i Panna Doskonała rozmawiały o Jeremym. To 

dlatego zachowanie sir Williama tak ją zbulwersowało. Nie mogła pojąć, dlaczego rozmowa 

ojej bracie tak go wzburzyła. Co jeszcze naplótł twój słodki Will? 

Blake  zrelacjonował  jej  spotkanie  Williama  z  pewną  „lady  o  nienagannej  reputacji”, 

która zapewniła go o cudzołóstwie panny Fairfax. Następnie opowiedział o liście, w którym 

zapraszała go do Russel Court w poniedziałek wieczorem. 

background image

Katharine w milczeniu patrzyła przed siebie. 

- Kiedy po wypiciu ogromnej ilości alkoholu - ciągnął lord Blake - William przyszedł 

tam,  zobaczył  Falkhursta  z  kobietą,  którą,  jak  twierdzi,  była  panna  Fairfax.  Czule  objęci 

wchodzili  do  domu,  a  potem,  stojąc  na  wprost  okna  na  pierwszym  piętrze  południowo  - 

zachodniego skrzydła, znów się obejmowali. 

- Theo - powiedziała spokojnym głosem panna Glyn - pokój Georginy ma dwa okna. 

Oba wychodzą na ogród. Możesz je stąd zobaczyć. 

Lord Blake spojrzał w zadumie na ogromne, zasłonięte ciężkimi kotarami okna. 

- Rzeczywiście. 

-  Jedyne,  które  odpowiada  twojemu  opisowi,  to  okno  od  pomieszczenia 

gospodarczego. 

- Raczej dziwne miejsce na schadzkę - zauważył. 

- A już z pewnością niezbyt wygodne. - Katharine umilkła na chwilę, po czym, patrząc 

Blake'owi w oczy, zapytała cicho: - Theo, kim jest ta „dama o nienagannej reputacji”? 

Zawahał się, ale trwało to tylko parę sekund. 

- To Priscilla Inglewood. 

Krew odpłynęła z twarzy Katharine. 

- Jesteś pewien, że to była ona? 

- Najzupełniej. 

Panna Glyn nagle poczuła się tak, jakby wpadła do głębokiej i bardzo niebezpiecznej 

wody.  Pomyślała,  jakie  to  musiało  być  okropne  dla  Blake'a  dowiedzieć  się,  że  jego 

narzeczona  lub  kobieta,  która  wkrótce  ma  nią  być,  mogła  zrobić  coś  takiego.  Musi  się  czuć 

zdradzony.  Przerażenie  i  gniew  przepełniły  jej  serce.  Chciała  krzyczeć  i  złorzeczyć  tej 

kobiecie,  ale  wiedziała,  że  nie  wolno  jej  tego  zrobić.  Nie  mogła  sprawiać  mu  dodatkowego 

bólu. 

-  Przykro  mi  -  powiedziała  tylko.  -  Wiem,  jak  bliską  osobą  jest  ona  dla...  twojej 

rodziny. To musi być dla ciebie bardzo trudne. 

-  Rzeczywiście,  trudno  w  to  wszystko  uwierzyć.  Nie  wiedziałem,  że  Priscilla  może 

być tak okrutna. 

- Wierzysz zatem, że lady Inglewood była wspólniczką Falkhursta? 

- Tak. 

-  To  potworne,  że  zdradziła  cię  w  taki  sposób  -  ugryzła  się  w  język.  -  Przepraszam, 

Theo, ale moje nerwy są jeszcze w niezbyt dobrym stanie. Nie rozumiem tylko, dlaczego lądy 

Inglewood wmieszała się w to wszystko? Wiem, że była zazdrosna o Georginę, ale dlaczego 

background image

zaatakowała ją w taki sposób? Georgina nic złego jej nie zrobiła. 

- Podejrzewam, że powodów jest kilka - rzekł ostrożnie. - Zanim jednak przedyskutuję 

je z tobą, wolałbym jeszcze sam dokładnie je przeanalizować. 

- W porządku. Co wobec tego robimy dalej? 

- Zastanawiałem się nad tym i doszedłem do wniosku, że zachowując dotychczasowy, 

zgodny z płcią podział pracy, powinniśmy skupić się na nowych zadaniach. Do ciebie będzie 

należało odkrycie, jak Priscilli udało się odegrać rolę Georginy. 

-  Tak,  to  powinno  być  interesujące,  ponieważ  suknia  jest  kluczem  do  tej  intrygi  - 

roześmiała się, choć dość smętnie. - Miała drugą, identyczną suknię, idę o zakład. Jako stała 

klientka tej Foote bez trudu mogła to zaaranżować. 

- Coś w tym jest. 

- Poza tym wydaje mi się, że aby ta randka Priscilli się udała, potrzebny  był jeszcze 

jeden wspólnik: perukarz. Nawet jeśli sir William był pijany jak bela - a myślę, że był - dwa 

razy by się zastanowił, gdyby jego rzekoma narzeczona miała blond loki. 

-  Wspaniale,  naprawdę  wspaniale  -  rzekł  z  uznaniem  lord  Blake.  -  Pomiędzy 

szukaniem  perukarza  a  odkrywaniem  sposobu,  w  jaki  Priscilla  dostała  się  do  środka  Russel 

Court, niewiele będziesz miała czasu dla siebie. 

Chociaż  akurat  tym  wcale  nie  miał  zamiaru  się  martwić.  Im  bardziej  panna  Glyn 

będzie zajęta, tym mniej czasu pozostanie jej na bolesne refleksje. 

- A czym będziesz zajmował się ty, kiedy ja będę przemierzać ulice Londynu? 

Blake uśmiechnął się szeroko. 

- Mam zamiar zdemaskować Falkhursta. 

- Och, nie! Błagam, Theo, zostaw to mnie. Żądam jego głowy! 

Uśmiech znikł z jego twarzy. 

- Musiał bardzo cię zranić. 

Katharine milczała chwilę. 

-  To  była  moja  wina  -  powiedziała  cicho.  -  Zakochałam  się  w  pięknej  twarzy,  w 

gładkim obejściu i moja wrodzona inteligencja zawiodła mnie. 

Przykrył jej dłoń swoją dłonią. 

-  Nie  obwiniaj  siebie  za  to,  że  byłaś  tak  perfidnie  wykorzystywana.  Żadna 

dziewczyna,  szczególnie  piętnastoletnia,  nie  umiałaby  ominąć  tak  zastawionej  pułapki. 

Pomyśl,  ten  łajdak  potrafił  zatruć  umysł  i  serce  żołnierza,  dżentelmena,  człowieka 

światowego. Jeśli William w nią wpadł, jak mogłaś uniknąć jej ty? 

Katharine uśmiechnęła się. 

background image

- Przez długie lata rozkoszowałam się myślą jakby to było, gdybym w porę odzyskała 

rozum  i  zdemaskowała  Falkhursta,  ale  dopiero  przy  ołtarzu.  Wyobraź  sobie,  jaki  byłby 

skandal! 

- Jesteś niepoprawna - odparł Blake, krztusząc się od tłumionego śmiechu. 

- Mówię serio. 

- Wiem. Jesteś cudowna. I pomyśleć, że szokowałaś środowisko przez długie lata, a ja 

spotkałem  cię  zaledwie  siedem  tygodni  temu.  Mam  sobie  za  złe,  że  tak  się  stało.  Wyobraź 

sobie, ile cudownych chwil mogliśmy razem przeżyć. 

- Aż strach pomyśleć - odparła z uśmiechem. 

- Możemy to jednak nadrobić. Przed nami całe życie. 

- Tak - odparła, czując, jak mocno bije jej serce. - To prawda. A więc strategia na jutro 

ustalona. Czeka nas zemsta. 

- Niestety, na razie czekają na mnie rodzice. Muszę iść. 

Katharine, starając się za wszelką cenę ukryć rozczarowanie, odprowadziła Blake'a do 

wyjścia. Przy drzwiach zatrzymali się i odwrócili, aby spojrzeć sobie w oczy. 

- Jestem ci bardzo... wdzięczna, Theo - powiedziała panna Glyn cicho, w/ciągając do 

niego rękę. - Nie dałabym sobie rady sama, mimo całej brawury. Dziękuję za wszystko, co dla 

nas robisz. Jesteś dobrym przyjacielem Williama. 

- Jestem także twoim przyjacielem - odparł, ujmując jej dłoń. - Mówiąc szczerze, nie 

myślałem o nim ani nawet o pannie Fairfax. 

I  zamiast  uścisnąć  jej  dłoń,  tak  jak  się  tego  spodziewała,  podniósł  ją  wolno  do  ust. 

Katharine poczuła, że jej policzki czerwienieją, a serce znowu zaczyna głośniej bić. 

- Adieu, Katharine - powiedział, wciąż patrząc jej w oczy. 

Panna Glyn nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. 

Markiz uwolnił wreszcie jej dłoń, po czym odwrócił się i wolno minął oszołomionego 

Wainwrighta, który, zamknąwszy za jego lordowską mością drzwi, z milczącym zdumieniem 

patrzył na swoją panią. 

Panna  Glyn,  w  pełni  odzyskawszy  już  nad  sobą  panowanie,  rzuciła  mu  piorunujące 

spojrzenie. Twarz majordomusa znowu przybrała obojętny wyraz. 

-  Doprawdy  -  rzuciła  z  pełnym  irytacji  i  westchnieniem  -  można  by  pomyśleć,  że 

nigdy nie widziałeś, jak komuś mówię do widzenia. 

- Nie, panienko - mruknął Wainwright, kiedy panna Glyn zniknęła na schodach i nie 

mogła go już słyszeć. - Nie spodziewałem się być świadkiem takiej sceny. 

background image

19 

Lord Blake wstał wcześnie. Pierwsze godziny spędził przy biurku w swoim gabinecie, 

studiując  przy  cygarach  i  kilku  filiżankach  herbaty  obszerne  raporty  służących.  W  końcu 

wezwał lokaja i polecił mu natychmiast posłać po pana Robbinsa i lorda Braxtona. Obydwaj 

dżentelmeni już o dziesiątej zameldowali się u niego w gabinecie. 

-  Angielska  punktualność  nie  ma  sobie  równej  -  powiedział  Blake.  -  Siadajcie, 

przyjaciele, siadajcie. 

-  Gdzie  twoja  marokańska  bonżurka,  Blake,  gdzie  cygaro  i  chiński  czajniczek?  - 

zawołał  Robbins,  podejrzliwie  przyglądając  się  jego  wyprasowanemu  surdutowi, 

nienagannym pantalonom i lśniącym, długim butom. 

- To nie czas ani miejsce na dekadentyzm - odparł Blake. - Wezwałem was panowie w 

sprawie  niecierpiącej  zwłoki.  Chciałbym,  żebyście  w  ten  miły  kwietniowy  poranek 

poszwendali się trochę po starym Londynie, łowiąc plotki. 

Braxton i Robbins spojrzeli na niego ze zdumieniem. 

- Myślę - rzekł Robbins - że powinieneś wyrażać się jaśniej! 

Następne pół godziny Blake spędził na relacjonowaniu wszystkiego, co on i Katharine 

Glyn  odkryli,  i  co  zamierzają  robić  dalej.  Powoływał  się  przy  tym  ciągle  na  pannę  Glyn  i 

bezustannie  ją  wychwalał.  Kiedy  więc  zmierzał  ku  końcowi  opowieści,  obaj  zaproszeni 

panowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia. 

- Coś mi się zdaje - skomentował lord Braxton, z uwagą patrząc na rubinowy pierścień 

na prawym ręku - że wchodzisz w głęboką wodę, mój drogi. 

- W najgłębszą - poprawił go Blake. 

Braxton  i  Robbins  znów  porozumieli  się  wzrokiem,  co  wywołało  na  twarzy  Blake'a 

uśmiech. 

- Dość tych ukradkowych spojrzeń - powiedział. - Skupcie się raczej na intrydze. Na 

balu  u  Egertonów  William,  chcąc  ukarać  pannę  Fairfax,  wymienił  z  nazwiska  Falkhursta. 

Falkhurst,  chcąc  uwiarygodnić  oskarżenia  Williama  i  ostatecznie  pogrążyć  pannę  Fairfax, 

będzie  napomykał  o  swoim  romansie  z  nią  jak  największej  liczbie  osób.  Każda  zatem 

puszczona przez niego pogłoska, którą uda się obalić, to kolejny gwóźdź do jego trumny. W 

tym celu podzielmy miasto między nas i ruszajmy na łowy. 

Trzej przyjaciele rozdzielili się, umawiając się na spotkanie w domu Blake'a na późny 

lunch. Po lunchu, podczas którego uzgodnili plan działania na najbliższe godziny, ponownie 

background image

się rozdzielili, umawiając się tym razem, że po godzinie spotkają się w White's. Lord Blake 

poszedł do swojego pokoju, aby przebrać się w bardziej wytworny strój, zgodnie z rolą, którą 

miał wkrótce odegrać. 

Wchodząc do klubu, pozdrawiał licznych znajomych, rozglądając się jednocześnie za 

Falkhurstem.  W  końcu  znalazł  go  w  czytelni.  Siedział  tam  w  skórzanym  fotelu  w  pobliżu 

okna,  z  kieliszkiem  brandy  na  stojącym  obok  pomocniku  i  londyńską  „Gazette”  w  ręku. 

Blake, uśmiechając się szeroko, ruszył w kierunku niczego niepodejrzewającej ofiary. 

- Falkhurst, co za niespodzianka! - zawołał. - Jakie to szczęście, że cię tu spotkałem. 

Wiedziałem,  oczywiście,  że  jesteś  członkiem  klubu,  ale  nigdy  się  jakoś  tu  na  ciebie  nie 

natknąłem.  Czasem  tu  trochę  ciasno,  ale  White's  ma  swój  styl  i  bywanie  tu  jest  w  dobrym 

tonie.  Co  pijesz?  Brandy?  -  Lord  Blake  skinął  na  kelnera.  -  Jeszcze  jedną  brandy  dla  lorda 

Falkhursta  i  bordo  dla  mnie.  No  i  co  powiesz,  przyjacielu?  -  zapytał,  zagłębiając  się  w 

stojącym  obok  Falkhursta  fotelu.  -  Doszedłeś  już  do  siebie  po  tym  skandalu  u  Egertonów? 

Okropna  afera,  po  prostu  okropna.  Uważam,  że  Atherton  musiał  stracić  rozum.  Znałem  go, 

oczywiście, od wielu lat, ale teraz zerwałem z nim wszelkie kontakty. Jego zachowanie było 

nie  do  wybaczenia.  W  okropnie  złym  tonie.  Och,  dziękuję  -  rzekł,  gdy  kelner  podał  mu 

kieliszek bordo. 

- Jak widzę, szczęście mi sprzyja - zawołał Braxton, podchodząc do obu mężczyzn. - 

Theo, zostań moim partnerem w grze w wista. Peter, po tym, jak go wczoraj ograłem z całej 

forsy, nie może się doczekać rewanżu. 

- Nigel, nic z tego - odparł Blake. - Dopiero co znalazłem ten wygodny fotel i razem z 

Falkhurstem ucięliśmy sobie miłą pogawędkę. 

-  Nie  ma  sprawy,  bierz  go  więc  ze  sobą  -  nie  ustępował  Braxton.  -  Peter  też  szuka 

partnera, a słyszałem, że Falkhurst ma szczęście do kart. 

- To prawda - przyznał Falkhurst - ale nie mogę grać. Miałem zamiar... 

-  Ależ  musisz  zagrać!  -  napierał  Braxton.  -  Wyświadczysz  mi  ogromną  przysługę, 

Falkhurst, jeśli się zgodzisz. Peter Robbins ściga mnie dziś cały dzień. Jedyne wyjście, to jak 

najszybciej z nim zagrać. Przysięgam, że to wyśmienity gracz. Po prostu wczoraj karta mu nie 

szła. To każdemu się zdarza. Bądź dżentelmenem, Falkhurst, i dosiądź się do nas. 

-  Chodź,  Falkhurst  -  powiedział  Blake,  wstając  z  miejsca.  -  Nie  da  się  odmówić 

Braxtonowi, gdy ma taki uśmiech na twarzy. Zgódź się na parę rozdań. Ja będę dbał o brandy, 

Braxton dodawał szyku, a Peter będzie nas bawił. 

Lord Falkhurst w końcu dał się namówić. Kiedy weszli do salonu karcianego, Robbins 

już  zajął  stolik  do  gry  w  odległym  końcu  pokoju,  butelki  brandy,  porto  i  czerwonego  wina 

background image

czekały już na nich. Mężczyźni zajęli swoje miejsca. Uzgodniono pulę i rozdano karty. 

-  Falkhurst  i  ja  rozmawialiśmy  właśnie  o  tej  okropnej  awanturze  u  Egertonów 

ubiegłego wieczoru - powiedział Blake, rzucając kartę. - Sądzę, że trochę alkoholu dobrze ci 

zrobi, Falkhurst. Te publicznie rzucane na ciebie oszczerstwa, mogą ci zrujnować reputację. 

- Wcale nie - odparł Falkhurst - schlebia mi wręcz sposób, w jaki kojarzy się mnie z 

najbardziej pożądaną kobietą z towarzystwa. 

-  Wie,  co  mówi  -  rzekł  Robbins,  uzupełniając  kieliszek  Falkhursta.  -  Ta  Fairfax  to 

ładna kobietka, bez wątpienia, i dojrzała do zerwania. 

- Sądząc po słowach Williama Athertona - zauważył Falkhurst - już została... zerwana. 

Mężczyźni  wybuchnęli  nieprzyzwoitym  śmiechem.  Falkhurst  i  Robbins  wygrali 

pierwsze rozdanie. Karty potasowano i rozdano ponownie. 

- Ty masz łeb, Falkhurst - powiedział z uznaniem Blake, po czym szybko upił spory 

łyk  wina.  -  A  tak  mówiąc  między  nami  -  dodał,  pochylając  się  do  Falkhursta  -  czy  w 

oskarżeniach Athertona jest chociaż trochę prawdy? 

-  Naprawdę  nie  wiesz,  Blake?  -  zdziwił  się  Falkhurst.  -  Nie  mogłeś  porozmawiać  o 

tym z Katharine Glyn? 

- Uchowaj Boże! - skrzywił się Blake. - Ta diablica zatrzasnęła mi przed nosem drzwi. 

Wini mnie za zachowanie Athertona. I bardzo dobrze, naprawdę. Te rozmowy z nią stawały 

się już nudne. A co powiesz o pannie Fairfax? Czy rozmowy z nią są bardziej... zajmujące? 

-  Tak  się  składa,  że...  -  cedził  z  uśmieszkiem  Falkhurst  -  sir  William  wcale  tak  do 

końca się nie mylił. 

-  Nie!  -  zawołał  Blake.  -  Ty  chyba  nie  mówisz  serio!  Georgina  Fairfax?  A  to  ci 

aktorka! 

-  To  prawda  -  potwierdził  Falkhurst,  opróżniając  kieliszek.  Robbins  natychmiast 

napełnił  go  znowu.  -  Wszystkich  wyprowadziła  w  pole.  Niewiele  brakowało,  a  ze  mną 

również by się to jej udało. Ale ja, gdy chodzi o kobiety, mam szósty zmysł. Wiedziałem, że 

nie  jest  taka,  jaką  udaje.  -  Palce  Falkhursta  zaczęły  gładzić  szkło  kieliszka.  -  I  nie  była, 

panowie, zapewniam was. Nie była. 

Falkhurst,  nieustannie  zachęcany  przez  Robbinsa  i  Braxtona,  a  od  czasu  do  czasu 

również przez Blake'a, w miarę jak rosła jego wygrana i malała ilość alkoholu na stole, coraz 

chętniej opowiadał o swoich schadzkach z panną Fairfax. 

- Nie osiągnąłeś jeszcze dna, Falkhurst - zauważył Blake, uśmiechając się złośliwie. - 

Jeśli uczciwe kobiety  poznają twój prawdziwy  charakter, wszystkie drzwi zamkną się przed 

tobą. 

background image

-  Wręcz  przeciwnie  -  odrzekł  Falkhurst,  biorąc  do  ust  kolejny  łyk  brandy.  -  Kobiety 

uważają  uwodziciela  za  bardzo  interesującego.  Lista  przysyłanych  do  mnie  zaproszeń 

wydłużyłaby się w dwójnasób. 

- Wiesz - odezwał się Braxton - zawsze mnie zastanawiało, że panna Glyn nigdy cię 

nie nakryła. Sprawia wrażenie wyjątkowo surowego cerbera. 

-  Och,  śmiem  twierdzić,  że  wiedziała  o  wszystkim,  ale  to  wierny  kundel  i  nie 

zdradziłaby  drogiej  przyjaciółki  za  żadne  skarby  świata.  Egertonowie  uczynili  ją 

odpowiedzialną za reputację panny Fairfax i Kate Glyn to właśnie robi. Dba o jej reputację. 

- Zasługuje na medal - oświadczył Blake. 

-  Oczywiście,  miałem  nawet  okazję  odwdzięczyć  się  za  jej...  dyskrecję  -  odparł 

Falkhurst. 

Blake roześmiał się. 

-  Dyskrecja  jest  czymś,  czego  bym  nigdy  pannie  Glyn  nie  powierzył.  To  mała 

jadowita żmija. 

Falkhurst,  któremu  niewiele  już  brakowało  do  kompletnego  upicia,  wybuchnął 

śmiechem. 

-  Pięknie  ją  podsumowałeś  -  rzekł  z  uznaniem.  -  Powiem  wam  coś,  panowie.  To 

ogromne  szczęście,  że  jej  ojciec  tak  szybko  zmarł.  Gdyby  nie  to,  mógłbym  tę  kulę  mieć  u 

nogi  przez  całe  życie!  Czy  możecie  sobie  wyobrazić  małżeństwo  z  Katharine  Glyn?  Ona 

nawet w łóżku nie jest zabawna. 

- Wiesz to z własnego doświadczenia? - zapytał szybko Braxton, widząc, jak szczęki 

Blake'a zaciskają się i jak w jego oczach pojawiają się mordercze błyski. 

-  Mówiąc  między  nami  -  odparł  Falkhurst,  pochylając  się  do  przodu  i  wydychając 

opary  brandy  -  przekoziołkowaliśmy  się  kiedyś  parę  razy  na  sianie.  Nie  ma  o  czym 

wspominać, ale nic lepszego nie było akurat pod ręką. 

Blake szybko przełknął ostatni łyk wina. 

- Uważam, że można ci to wybaczyć - rzekł z wymuszonym uśmiechem Braxton. - Jak 

widać to świetnie dobrana para, ta panna Fairfax i ta jej, pożal się Boże, towarzyszka, panna 

Glyn. Jak sądzisz, długo jeszcze potrwa ta farsa? 

-  Niedługo  -  zapewnił  Falkhurst.  -  Po  tym  smrodzie,  który  rozszedł  się  dzięki 

Athertonowi, towarzystwo będzie się do tych pań odnosić z dużą rezerwą. 

- I dobrze im tak - powiedział Robbins. 

- Tak - wycedził Falkhurst. - Kate Glyn będzie nareszcie miała to, na co zasłużyła od 

dawna. 

background image

- A panna Fairfax? - zapytał Braxton. 

-  Zawsze  zadzierała  nosa.  Wreszcie  pokazano  jej,  gdzie  jest  jej  miejsce  i  będzie 

musiała się z tym oswoić. 

- A wszystko dzięki Williamowi Athertonowi - mruknął Blake. 

- Tak, wykonał dobrą robotę - wybełkotał Falkhurst. - Sam nie zrobiłbym tego lepiej. 

background image

20 

Późnym popołudniem następnego dnia Katharine Glyn zapukała do frontowych drzwi 

Russel  Court.  Jej  ciemne  włosy  były  upięte  z  tyłu  i  schowane  pod  zieloną  chustką,  zamiast 

eleganckiego stroju miała na sobie suknię ze zgrzebnej, szarej wełny, na nogach grube, czarne 

pończochy.  Wainwright,  który  po  chwili  pojawił  się  w  drzwiach,  obrzucił  nieproszonego 

gościa chłodnym spojrzeniem. 

- Wejście dla służby jest... - Nagle zauważył znajomy błysk w oku i charakterystyczny 

grymas ust. - Panna Glyn! - wykrztusił z trudem. 

-  We  własnej  osobie  -  rzuciła  wesoło  Katharine,  wchodząc  do  holu.  -  Jest  ktoś  do 

mnie? 

- Lord Blake, panienko - odparł Wainwright, usiłując odzyskać tak typową dla niego 

powściągliwość.  -  Przyszedł  jakieś  dziesięć  minut  temu  i  czeka  na  panienkę  we  frontowym 

salonie. 

-  Wspaniale.  Napijemy  się  herbaty,  Wainwright  -  powiedziała,  mijając  wciąż 

niemogącego dojść do siebie majordomusa. 

Po chwili zatrzymała się przed drzwiami do salonu, otworzyła je szeroko i zawołała po 

francusku: 

- To ten człowiek, panie oficerze. Niech pan go aresztuje! Uratował mnie od gilotyny 

tylko  po  to,  żeby  mnie  wykorzystać!  O  Boże,  jaki  wstyd!  Jak  przyjaciel  mego  ojca,  za  tyle 

okazanego mu serca, mógł nam odpłacić taką nikczemnością! 

Lord  Blake  zakrztusił  się  łykiem  madery,  który  właśnie  wziął  do  ust  i  szybko  się 

odwrócił. 

- Kate! - zawołał, z trudem łapiąc powietrze. 

-  Jak  się  masz,  Theo  -  odparła,  zamykając  za  sobą  drzwi  i  wyjmując  mu  z  ręki 

kieliszek. - Zamówiłam herbatę. 

Lord Blake wybuchnął śmiechem. 

-  Francuska  emigrantka  -  powiedział,  usiłując  pokonać  czkawkę.  -  Ciekawe,  co 

wymyślisz jeszcze. 

- Och, w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin byłam już włoską hrabiną, a dziś 

irlandzką praczką. 

-  Katharine,  Katharine,  Katharine  -  powiedział,  patrząc  na  nią  z  ukosa.  -  Jesteś 

nadzwyczajna! 

background image

- Wiem. Miałam bardzo udane dwa dni. Mam nadzieję, że o sobie możesz powiedzieć 

to samo. 

-  Chyba  tak  -  odparł,  odbierając  z  jej  rąk  filiżankę  z  herbatą.  -  Jednak  zacznijmy  od 

ciebie. 

Panna  Glyn  łyknęła  herbaty  i  opisała  swoją  wędrówkę  po  słynnych  londyńskich 

pracowniach  peruk.  Uwieńczoną  sukcesem,  bo  natrafiła  na  pana  LeBeau,  francuskiego 

emigranta,  który  przyznał  się,  że  robił  ostatnio  czarną  perukę  dla  Priscilli  Inglewood. 

Następnie  powtórzyła  Blake'owi  słowa  Harriet  Perm,  nowej  pokojówki,  która,  ulegając 

szantażowi  Falkhursta,  zgodziła  się  wypełnić  jego  polecenia.  W  poniedziałkowy  wieczór 

dolała  Georginie  do  herbaty  środka  nasennego,  zostawiła  Falkhurstowi  i  lady  Inglewood 

otwarte  drzwi  do  południowo  -  zachodniego  skrzydła  domu  i  wskazała  im  pomieszczenie 

gospodarcze z oknem, które odgrywało w ich planie wiodącą rolę. 

- A skąd ten strój irlandzkiej praczki, który widzę na tobie? - zapytał Blake. 

Panna  Glyn  opowiedziała  mu  więc  o  długich  godzinach  spędzonych  w  pralni 

Inglewoodów. Bonnie, młoda dziewczyna z Yorkshire, od niedawna pokojówka, miała wiele 

do  opowiedzenia  o  lady  Inglewood.  W  poniedziałkowy  wieczór,  tuż  przed  balem  u  księcia 

regenta, Bonnie weszła do jej pokoju, zanim lady Inglewood włożyła płaszcz. Jej pani miała 

na  głowie  czarną  perukę,  a  na  sobie  srebrną  suknię  przybraną  perłami  i  diamentami,  której 

Bonnie nigdy nie widziała. I najważniejsze, lady Inglewood wróciła z balu bardzo późno tej 

nocy w różowej empirowej sukni i bez peruki. Bonnie nie wiedziała, co o tym sądzić, ale lord 

Blake i panna Glyn wiedzieli doskonale. 

- Jesteś nieoceniona - powiedział Blake. 

-  Ty  tak  uważasz.  Mam  tylko  nadzieję,  że  zdołamy  przekonać  o  tym  resztę 

towarzystwa. Teraz bądź dobrym chłopcem i opowiedz o swoich przygodach. 

- O czym chcesz usłyszeć najpierw: o tym, jak giermek Falkhursta usiłował zepchnąć 

mnie  z  Tower  Bridge,  czy  o  tym,  jak  zostałem  uwięziony  w  pokoju  pełnym  ogromnych, 

jadowitych węży? - zapytał. 

W odpowiedzi otrzymał jedynie piorunujące spojrzenie, pospiesznie więc dodał: 

- Może lepiej opowiem ci jednak o mojej rozmowie z Falkhurstem. 

- Ależ to musiało być nudne. 

-  No  tak  -  odparł  Blake,  uśmiechając  się  szeroko.  -  Okazał  się  wyjątkowo 

niedyskretny,  co  pewnie  zawdzięczamy  wspaniałej  brandy  oraz  moim  i  Braxtona 

umiejętnościom  przegrywania,  kiedy  mamy  w  tym  jakiś  cel.  Posunął  się  tak  daleko,  że 

wymienił daty, czas i miejsca swoich rzekomych schadzek z panną Fairfax. 

background image

Wyciągnął  notes  i  wręczył  go  Katharine,  która  już  po  szybkim  przejrzeniu  zapisków 

zauważyła, że w niektórych przypadkach będą pewne kłopoty z zapewnieniem pannie Fairfax 

alibi. 

- Postanowiłem sam sprawdzić te historyjki Falkhursta - ciągnął Blake - i okazało się, 

iż  w  niektórych  tkwi  ziarno  prawdy.  Falkhurst  miał  rzeczywiście  schadzki  w  przydrożnych 

gospodach  poza  miastem,  ale  ich  właściciele  gotowi  są  przysiąc  w  sądzie,  iż  żadna  z 

towarzyszących mu pań w niczym nie przypominała panny Fairfax. Dotarłem nawet do jednej 

z  tych  ślicznotek  i  uzyskałem  jej  zapewnienie,  że  w  każdej  chwili  może  nam  dostarczyć 

wszystkich potrzebnych dowodów. 

- Dlaczego twoje wysiłki muszą przyćmiewać moje? Tak czy inaczej mamy go, Theo. 

Jestem pewna. 

- Myślę, że damy sobie z tym radę. Poza tym jestem pewien, że Falkhurst sam siebie 

zgubi. 

- Mówił coś jeszcze? 

- Kto? Falkhurst? On... nie, nic więcej. 

-  Daj  spokój,  Blake,  bądź  dużym  chłopcem  -  roześmiała  się  szeroko  -  i  opowiedz 

wszystko cioci Kate. 

- Naprawdę, nie uważam, że... - Urwał nagle, czując na sobie jej wymowny wzrok. - 

No  dobrze  -  dodał  z  westchnieniem.  -  Pozwolił  sobie  na  kilka  dosyć  swobodnych  uwag  o 

sobie i o tobie... To znaczy... on się zaklinał, że romansował z tobą... kiedyś. 

Obserwowała  go  przez  chwilę  w  milczeniu,  po  czym  nieoczekiwanie  rzuciła  się  na 

oparcie fotela i wybuchnęła śmiechem. 

Blake  musiał  mieć  niezbyt  mądrą  minę  i  śmiech  Katharine,  pomimo  jej  wysiłków, 

żeby się opanować, gdy tylko spojrzała na niego, wybuchał na nowo. 

- Romansował! - jęknęła. - Romansował - powtórzyła i znowu zaniosła się śmiechem. 

Był on tak zaraźliwy, że nawet Blake nie był w stanie dłużej utrzymać powagi. 

Kiedy Katharine opanowała się, wspólnie z Blakiem przez chwilę zastanawiali się nad 

zapłatą Falkhurstowi i lady Inglewood za ich nikczemność. 

-  Wiemy  już  wszystko  i  mamy  już  prawie  wszystkie  potrzebne  dowody  -  zauważył 

Blake.  -  Pułapka  przygotowana  i  wkrótce  możemy  przystąpić  do  zadania  ostatniego  ciosu. 

Nadszedł czas, Kate, żeby panna Fairfax poznała całą prawdę. 

- Wiem - westchnęła - i bardzo się boję. Nie wiem, jak ona to przyjmie. 

- Jest silna i z twoją pomocą jakoś przez to przejdzie. Powiedz jej, Katharine. Powiedz 

jeszcze dziś. 

background image

- Masz rację, oczywiście. Tak zrobię - zawahała się. - To musi być... trudne dla ciebie. 

Spojrzał na nią spod oka. 

- Dlaczego? 

-  Dowiedzieć  się  takich  okropieństw  o  Priscilli.  Nikogo  nie  może  uszczęśliwić 

odkrycie, że jego narzeczona nie jest taka, jak myślał. 

- Narzeczona? Jaka narzeczona? 

Serce zabiło jej mocniej. 

- Zerwałeś z nią? 

- W żaden sposób nigdy nie byłem z nią związany. Nie byłem, nie jestem i nigdy nie 

będę zaręczony z Priscillą Inglewood. 

Filiżanka z herbatą zadrżała w jej ręku i Katharine szybko postawiła ją na tacy. 

- Ależ Theo, cały Londyn już kupuje wam ślubne prezenty. 

-  W  takim  razie  cały  Londyn  nie  grzeszy  rozumem.  Jestem  zdumiony,  Katharine,  że 

mogłaś uwierzyć w takie bzdury, szczególnie teraz, gdy Priscillą tak podle z wami postąpiła. 

- A jednak masz wobec niej zobowiązania... 

- Wiele by o tym mówić, ale może niekoniecznie dziś - odparł, patrząc jej w oczy.  - 

Wiele w swoim życiu wycierpiałaś, Kate, rozumiesz więc, co przeżywałem, kiedy umarł mój 

brat. Obwiniałem się o coś, czemu nie byłem w stanie zapobiec, tak jak ty obwiniasz się o to, 

co  spotkało  pannę  Fairfax.  Po  śmierci  brata  zamknąłem  się  w  sobie  jak  żółw  w  skorupie, 

uciekając  od  tych,  których  kochałem  najbardziej.  Utrwalałem  w  sobie  absurdalne  kłamstwa, 

które  mnie  zatruwały.  Uwierzyłem  w  końcu,  że  nie  potrzebuję  miłości.  W  pewnym  sensie 

mam  dług  wdzięczności  wobec  Priscilli.  Myśląc  o  małżeństwie  z  nią,  zrozumiałem,  jak 

odrażający byłby dla mnie ten oziębły dyktowany rozsądkiem związek. Determinacja Priscilli 

w  dążeniu  do  uzyskania  tytułu  księżnej  Insley  unaoczniła  mi,  że  wmawianie  sobie 

zobowiązań wobec niej to jakieś szaleństwo. Teraz nie jestem już winien jej nic, prócz zemsty 

za was, za ciebie i pannę Fairfax. 

- Tak, ale wobec mnie jej taktyka była inna - powiedziała cicho i zamyśliła się. 

- Kate! - zawołał, ściskając jej dłonie. - Co ci jest? Stało się coś? 

Katharine wzdrygnęła się i odetchnęła głęboko. 

-  Przyszło  mi  na  myśl  -  powiedziała  głucho  -  że  okrucieństwo  Falkhursta  i  Priscilli 

wobec  Georginy  i  Williama  jest  niewspółmierne  do  przyczyny.  Owszem,  Priscillą  była 

zazdrosna o Georginę, a Falkhurst o sir Williama i mógł się czuć upokorzony przez Georginę. 

Ale  podstawowy  element  tej  układanki  gdzieś  się  nam  zagubił.  Chyba  jednak  go  wreszcie 

odnalazłam, Theo. Chodzi o mnie. 

background image

- Kate... 

- Nie próbuj mnie przekonywać, że jest inaczej! - zawołała. - Znam prawdę. Falkhurst, 

Priscillą  i  ja  prowadzimy  ze  sobą  wojnę  już  niemal  dziesięć  lat  i  ja,  jak  zwykle  zresztą, 

posunęłam  się  za  daleko.  Kto  by  ścierpiał  te  wszystkie  obelgi,  którymi  ich  obrzucałam.  To 

jedyna  sensowna  odpowiedź,  Blake.  Jak  najlepiej  mnie  zaatakować,  jeśli  nie  przez 

zniszczenie  Georginy?  A  czy  można  bardziej  zniszczyć  Georginę,  niż  nastawić  przeciwko 

niej  kogoś,  kogo  pokochała  bezgranicznie?  Nie  widzisz  tego,  Theo?  To  pasuje.  Wszystko 

nareszcie pasuje. - Panna Glyn odwróciła się szybko. 

Jednak Blake nie pozwolił jej odejść. Chwycił ją za ramiona i odwrócił do siebie. 

- Kate, dość. Nie możesz się obwiniać za wszystko. Nie masz prawa. Jeśli Priscilla i 

Falkhurst chcieli zranić tylko ciebie, mogli to zrobić na wiele innych, prostszych sposobów. 

Ale  nie  zrobili.  Zaatakowali  pannę  Fairfax  i  Williama  wprost,  bo  to  ich  chcieli  zranić. 

Oczywiście ciebie zranili też i... zgadzam się, że chcieli tego. Ale chodzi o to, że ich ofiarami 

są nasi przyjaciele, osoby, których Priscilla i Falkhurst nienawidzą właściwie bez powodu, i 

że jesteś tym przybita, a może... 

- Jesteś bardzo przekonujący, Theo - powiedziała, uśmiechając się blado. - Teraz już 

znasz tę gorszą część duszy. Czasem potrafię być niezłą zołzą! 

- Co to, to nie! 

Z jej ust wyrwał się zduszony śmiech. 

- Łotr! 

Blake ponownie ujął jej dłonie. 

-  Kate,  wiem,  że  to  trudne,  ale  musisz  to  zrobić.  Prawdę  mówiąc,  i  ja  za  to 

odpowiadam,  bo...  powiedziałem  Priscilli  coś,  co  mogła  uznać  za  niewybaczalne.  Jeśli 

zdecydowała się uderzyć... cóż, wiedziała, że jesteś moją przyjaciółką. Ale w końcu, jakie to 

ma znaczenie? Tego, co ona i Falkhurst zrobili, nie da się wytłumaczyć. Poza tym ich intryga 

dotknęła  nie  tylko  pannę  Fairfax,  Williama  i  ciebie,  ale  również  Jeremy'ego  Fairfaksa, 

Egertonów, twoich przyjaciół... Lista jest nieskończona - i właśnie to ich zgubi. 

Wainwright zapukał do drzwi i po chwili wszedł do pokoju. 

- Kiedy mam podawać kolację, panno Glyn? 

- Theo, zostaniesz? - zapytała Katharine. 

-  Dziękuję,  ale  nie  mogę  -  odparł  Blake,  wstając.  -  Czeka  mnie  jeszcze  kilka  wizyt. 

Może innym razem. 

- A więc za godzinę, Wainwright. 

Majordomus skłonił się i wyszedł. 

background image

-  Cóż  -  powiedziała  Katharine,  też  wstając  -  to  była...  bardzo  interesująca  wizyta.  - 

Wyciągnęła do Blake'a rękę. - Dziękuję ci, Theo - powiedziała cicho. - Jestem ci wdzięczna 

za wszystko, co... powiedziałeś... i co zrobiłeś. 

- To była dla mnie, zapewniam cię, ogromna przyjemność  - odparł, unosząc jej dłoń 

do ust. - Dobrej nocy, Katharine. 

Panna  Glyn  patrzyła,  jak  Wainwright  odprowadza  Blake'a  do  wyjścia.  Ta  wizyta 

zupełnie wytrąciła ją z równowagi. Najchętniej zaszyłaby się w swoim pokoju, ale wiedziała, 

że ma przed sobą zadanie, którego nie można odkładać. Weszła do holu. 

- Czy Georgina jest u siebie, Wainwright? - zapytała. 

- Tak, panienko - odrzekł majordomus z kamienną, jak zawsze, twarzą. 

- Dziękuję ci. 

Powoli  ruszyła  schodami  w  górę  do  swego  pokoju.  Weszła  do  środka,  zrzuciła  strój 

praczki,  włożyła  szlafrok,  po  czym,  wziąwszy  głęboki  oddech,  skierowała  się  do  saloniku 

panny Fairfax. 

background image

21 

Niebo  w  czwartkowy  wieczór  było  całkowicie  pokryte  chmurami.  Wiosenne  ciepło 

ostatnich kilku tygodni zastąpił przejmujący chłód. Kolory wyraźnie przygasły, ludzie mniej 

chętnie zatrzymywali się na ulicach, aby zamienić ze sobą parę słów, a na kominkach ogień 

znowu  płonął  przez  cały  dzień.  Książę  i  księżna  Insley  oraz  Katharine  Glyn  siedzieli  w 

salonie Insleyów, czekając na przybycie Blake'a i Williama Athertona. 

- Wolałabym, żeby pogoda nie dostrajała się do naszego nastroju - westchnęła panna 

Glyn. 

- Jest rzeczywiście ponuro - przyznała księżna. 

-  Myślę,  że  nie  musicie  być  państwo  przy  tym  obecni  -  powiedziała  panna  Glyn.  - 

Theo i ja możemy porozmawiać z nim sami. 

- Nie, nie, panno Glyn, chcemy zostać - odparł książę. - Z tego, co Theo powiedział o 

stanie  umysłu  Williama,  biedak  może  w  to  wszystko  nie  uwierzyć,  sądząc,  że  usiłujecie 

bronić  panny  Fairfax.  Jeśli  to  jednak  my  potwierdzimy  waszą  wersję,  będzie  zmuszony  ją 

zaakceptować. 

Po chwili lord Blake w towarzystwie sir Williama wszedł do salonu. 

-  O,  jesteście  tu  wszyscy  -  powiedział.  -  Wspaniale!  Will,  znasz  moich  rodziców, 

oczywiście, i, jak sądzę, pannę Glyn również. 

Sir William ze zdumieniem rozejrzał się dookoła. 

- Co to wszystko ma znaczyć? - zapytał. 

-  Zaraz  się  dowiesz.  Siadaj  -  rzekł  lord  Blake,  wskazując  mu  fotel  obok  księcia  i 

księżnej. - Opowiem ci pewną historię. 

- Jeśli o Georginie... - zaczął zapalczywie sir William. 

- Również - przerwał mu lord Blake. - Przede wszystkim jednak o Priscilli Inglewood 

i Bertramie Falkhurście. Siadaj, Will - powtórzył, wciskając go w stojący za nim fotel. 

- Jeszcze nie widziałam, żeby kogoś tak zdecydowanie namawiano do zajęcia miejsca 

- zauważyła panna Glyn. 

Lord  Blake  uśmiechnął  się  szeroko,  po  czym  podszedł  do  kominka  i  oparłszy  się  o 

marmurowy gzyms, zwrócił w stronę audytorium. 

-  A  więc  -  zaczął  -  pewnego  razu  był  sobie  pewien  lord  i  pewna  lady,  o  sercach 

przepełnionych zazdrością i nienawiścią do pewnej bardzo w sobie zakochanej pary młodych 

ludzi. A że ów lord i owa lady byli bardzo samolubni i okrutni, wymyślili intrygę, która miała 

background image

zniszczyć szczęście kochanków. 

- Posłuchaj, Theo - przerwał mu sir William - jeśli myślisz, że będę spokojnie siedział 

i wysłuchiwał tych bzdur... 

- Niegrzecznie jest przerywać komuś w pół zdania - zauważyła z powagą księżna. 

Lord Blake kontynuował więc opowieść z pomocą panny Glyn, która uzupełniała ją o 

bardziej dramatyczne i barwne opisy tego, jak to sir William został wyprowadzony w pole. 

- Uważacie mnie za durnia? - zawołał z furią William, kiedy opowieść dobiegła końca. 

-  Sądzicie,  że  uwierzę  w  te  ckliwe  bajdy?  Wiem,  co  słyszałem  i  widziałem!  Sądzicie,  że 

uwierzę wam, a nie własnym oczom i uszom? Georgina i Falkhurst są kochankami i nie ma 

znaczenia, co o tym my ślą jej lojalni przyjaciele! 

Panna Glyn powiedziała spokojnie: 

- Mamy tu złożone pod przysięgą zeznanie pani Foote, słynnej krawcowej, którą miał 

pan  okazję  poznać,  stwierdzające,  że  lady  Inglewood  zleciła  jej  wykonanie  na  wasz 

zaręczynowy  bal  dwóch  identycznych  sukni.  Jedną  włożyła  lady  Inglewood,  gdy  w 

poniedziałkowy wieczór odgrywała rolę Georginy. 

-  Wspaniale  -  zadrwił  sir  William.  -  Ile  zapłaciłeś  pani  Foote  za  to  oświadczenie, 

Theo? 

Oczy lorda Blake'a niebezpiecznie się zwęziły. 

-  Jestem  przede  wszystkim  twoim  przyjacielem,  Will,  proszę  cię  więc,  nie  oskarżaj 

mnie o przekupstwo i szantaż. Ja, chociaż mógłbym, nie oskarżam cię o głupotę. 

-  William  -  odezwała  się  z  powagą  księżna  -  wiem,  że  odrzucasz  to,  co  tu  dziś 

usłyszałeś. Uznanie tej prawdy to tak jak nagła utrata gruntu pod nogami. Musisz być jednak 

dzielny  dla  dobra  panny  Fairfax  i  swego  własnego.  Otwórz  serce  i  rozum  na  to,  co  przed 

chwilą usłyszałeś, tak wygląda prawda. 

-  Theo  zebrał  złożone  pod  przysięgą  oświadczenia  -  wtrącił  książę.  -  Wszystkie 

zaprzeczają rzekomym schadzkom Falkhursta z panną Fairfax. Theo jest w stanie udowodnić, 

że w żadnej z wymienionych sytuacji, panny Fairfax nie mogło tam być. 

-  Zostałeś  wykorzystany,  Will  -  powiedział  spokojnie  lord  Blake  -  haniebnie 

wykorzystany.  Nie  jest  łatwo  z  tym  się  pogodzić,  wiem,  ale  dla  spokoju  twojego  sumienia 

musisz  uwierzyć  we  wszystko,  co  ci  powiedziałem.  Co  jest  gorsze:  uwierzyć  w  niewinność 

panny Fairfax czy w kłamstwa, które tak cię zatruły? 

Sir William powoli przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą, podczas gdy kolor jego 

własnej  z  każdą  chwilą  coraz  bardziej  przypominał  popiół,  a  żołądek  coraz  bardziej 

podchodził mu do gardła. W końcu zatrzymał wzrok na Blake'u i w milczeniu przez dłuższy 

background image

czas go obserwował. Nagle jęknął i wybiegł z pokoju, zanim zmaltretowany żołądek zdążył 

się pozbyć swojej zawartości. 

Lord Blake pobiegł za nim. 

- Biedny chłopiec - szepnęła księżna. 

- Falkhurst i Priscilla muszą za to odpowiedzieć - oświadczył książę. 

-  I pomyśleć, że znając kogoś przez całe życie, można go nie znać wcale - dodała w 

zadumie księżna. 

Chwilę później lord Blake wrócił do salonu. 

- Jak on się czuje? - zapytała księżna. 

-  Wątpię,  czy  w  ciągu  najbliższych  dwóch  tygodni  jego  żołądek  będzie  w  stanie 

cokolwiek  przyjąć  -  odparł  Blake,  zagłębiając  się  w  fotelu.  -  Szkoda  chłopaka  -  dodał  z 

westchnieniem. - Czy tak samo było po twojej rozmowie z panną Fairfax? 

- Gorzej - odparła Katharine. - Georgina od wtorku wieczorem nie opuszcza swojego 

pokoju. Nie chce jeść ani z nikim rozmawiać. 

- Nie wiedziałem. 

- Nie mówiłam ci - powiedziała, wzruszając ramionami. - Właściwie, nie martwię się 

tym. W końcu dojdzie do siebie. 

- To musi być trudny dla pani okres, panno Glyn - zauważyła księżna. 

- Bywało gorzej - odparła Katharine, wzruszając ponownie ramionami. 

Sir William, który bardziej przypominał ducha, wrócił wreszcie do salonu. 

-  Uważam  -  powiedział  drżącym  głosem  -  że  winien  jestem  wszystkim  przeprosiny. 

Źle się zachowałem, podczas gdy wy staraliście się jedynie pomóc mi. 

- Nie musisz przepraszać, Williamie - odparł książę. - Każdy młody człowiek w twojej 

sytuacji zrobiłby to samo. 

- Boże, szkoda, że nie umarłem! - jęknął sir William, opadając na fotel i kryjąc głowę 

w ramionach. - Jak mogłem być tak ślepy? 

- Falkhurst i Priscilla bardzo sprytnie wszystko zaplanowali - powiedział lord Blake. - 

Musieli działać szybko, żeby cię zaskoczyć i nie dać czasu na otrzeźwienie. 

- Ale dlaczego? - zawołał sir William, podnosząc głowę. - Dlaczego zrobili to mnie? 

Nam? 

-  Najwyraźniej  lord  Falkhurst  wierzył,  że  to  on  jest  wybrańcem  panny  Fairfax  - 

odparła księżna. - Kiedy ogłoszono wasze zaręczyny, jego zazdrość i  gniew stały się nie do 

opanowania.  I  wszystko  wskazuje  na  to,  że  Priscilla  wykorzystała  okazję,  aby  zranić  swoją 

największą rywalkę. Zazdrość, Williamie, to straszny przeciwnik. 

background image

-  Muszę  się  z  nią  zobaczyć  -  rzekł  sir  William,  patrząc  błagalnie  na  pannę  Glyn.  - 

Muszę porozmawiać z Georginą. 

-  Jeszcze  nie  teraz  -  powiedziała  cicho  Katharine.  -  Ona  już  wie  to,  o  czym  pan 

dowiedział  się  przed  chwilą,  i  sądzę,  że  to  dotknęło  ją  bardziej  niż  pańskie  oskarżenia. 

Georginą potrzebuje czasu. Ja, a może nawet ona sama, zawiadomimy pana, kiedy będzie w 

stanie zobaczyć się z panem. 

- Jeśli... w ogóle zechce - jęknął i ponownie ukrył twarz w dłoniach. 

Panna Glyn wróciła do Russel Court w dosyć ponurym nastroju. Weszła na pierwsze 

piętro,  czując  w  głowie  zamęt,  po  czym,  zamiast  skierować  się  do  swojego  pokoju, 

zatrzymała  się  przed  sypialną  swojej  przyjaciółki  i,  odetchnąwszy  głęboko,  zapukała  do 

drzwi. 

- Tak? - odparł przytłumiony głos. 

- To ja, Georgino. Chciałabym z tobą porozmawiać. 

- Nie chcę nikogo widzieć. 

- Nonsens - powiedziała Katharine, mimo protestów przyjaciółki wchodząc do środka. 

I zamknęła za sobą drzwi. 

Panna  Fairfax,  w  szlafroku,  z  luźno  opuszczonymi  na  ramiona  włosami,  stała  przy 

oknie, patrząc przed siebie niewidzącymi oczami. 

- Pięknie wyglądasz - skomentowała panna Glyn. 

- Odejdź, Kate - rzuciła z westchnieniem panna Fairfax. - Nie jestem w towarzyskim 

nastroju. 

- Biedactwo. Musisz się więc przełamać, ponieważ mam zamiar tu zostać. 

- Doprawdy, Kate - westchnęła ponownie panna Fairfax, kładąc się na łóżku i zwijając 

w kłębek - czy ty w ogóle nie uznajesz prywatności? 

-  Nie,  jeśli  widzę  kogoś  takiego  jak  ty  -  rzuciła  panna  Glyn,  siadając  obok 

przyjaciółki.  -  Nie  jestem  w  stanie  zrozumieć,  dlaczego  nie  chcesz  stanąć  do  walki.  To 

zupełnie do ciebie niepodobne. Dlaczego się poddałaś, Georgino? 

-  A  niby  co  miałabym  zrobić?  -  zapytała  panna  Fairfax,  wyrywając  rękę  z  uścisku 

panny  Glyn.  -  Wydrapać  Priscilli  oczy?  Uderzyć  Falkhursta  w  twarz?  Dać  anons  w 

„Gazette”? 

- Wszystko jedno - odparła panna Glyn z powagą. - Tylko, na Boga, coś zrób! 

-  Dlaczego?  Co  to  da?  Czy  wymaże  z  pamięci  koszmar,  który  przeżywam  od  kilku 

dni?  I te wszystkie potworne rzeczy, które William mówił o mnie? Czy zwróci mi utracone 

szczęście? 

background image

- Nie, ale przynajmniej będzie ci lżej. 

- Jakim cudem? 

-  Manipulowano  tobą  i  Williamem.  Czujesz  się  więc  zraniona  i  bezsilna,  jak  nigdy 

dotąd i, co zrozumiałe, czujesz odrazę. Ale jeśli z tym coś zrobisz, odzyskasz wpływ na swoje 

życie. A wtedy, jak sądzę, zaczniesz sama siebie traktować lepiej niż teraz. 

-  Jakie  to  ma  znaczenie?  -  zauważyła  z  goryczą  Georgina.  -  Nie  wyjdę  za  mąż  w 

czerwcu. Nie odzyskam przyjaźni i miłości Williama. Nie będę go kochać. 

- A chciałabyś? - zapytała ze zdumieniem panna Glyn. 

-  Nie  wiem!  -  zawołała  ze  złością  panna  Fairfax,  uderzając  pięścią  w  materac.  -  To 

dziwne, kochać go po tym, co mi powiedział i zrobił, a jednocześnie nienawidzić, że tak uległ 

manipulacji, tak mnie zranił i nie ufał mi. 

- Nie on rozdawał karty. 

- To nie ma znaczenia. 

- Jesteś niemądra. 

-  Wiem!  Jeśli  on  mógł  postępować  głupio,  dlaczego  ja  nie  mogę.  Jest  we  mnie  tyle 

złości, bólu i przerażenia, Kate, że chwilami czuję, że już tego nie wytrzymam. Nigdy się tak 

nie czułam. Och, Kate, jestem taka nieszczęśliwa! - załkała. 

Katharine wzięła przyjaciółkę w ramiona, tuląc i kołysząc jak dziecko. 

-  Gdybym  tylko  mogła  przestać  o  nim  myśleć  -  mówiła  panna  Fairfax,  szlochając.  - 

Tak mi wstyd. 

- A jak myślisz, dlaczego sir William tak brutalnie wobec ciebie postąpił? - zapytała 

panna  Glyn.  -  Pomimo  tego,  co  widział  i  słyszał,  wciąż  cię  kochał.  Wciąż  kochał  kobietę, 

która, jak sądził, haniebnie go zdradziła, i nienawidził siebie za to. 

- On nadal mnie kocha? - zapytała panna Fairfax, odsuwając się od przyjaciółki, aby 

spojrzeć jej w twarz. - Pomimo tych wszystkich paskudnych rzeczy, które o mnie myślał? 

- Tak sądzę. 

- Jakie to... dziwne. 

- Nie bardziej niż to, że ty go kochasz, pomimo wszystko. 

- Ale to jest różnica. 

- Jaka? 

- W porządku, Kate, może i nie ma różnicy. Ale ja przynajmniej nie wierzyłam w te 

wszystkie  kłamstwa  o  nim.  Podczas  gdy  on  wierzył  w  każde  oskarżenie,  które  z  takim 

okrucieństwem  rzucał  mi  w  twarz.  Jak  mogę  go  dalej  kochać,  jak  mogę  mu  przebaczyć, 

wiedząc to wszystko? 

background image

-  Dlaczego  uważasz,  że  musisz?  Mylisz  się  Georgino.  Nikt  nie  miałby  ci  za  złe, 

gdybyś podeszła do sir Williama i napluła mu w twarz. 

- Mówisz od rzeczy! - zawołała panna Fairfax i nagle się roześmiała. 

- Ależ, Georgino, absurd to moja specjalność. 

- Jak zwykle przesadzasz - odparła z uśmiechem panna Fairfax. - Ostatnio, jak sądzę, 

nie miałaś ku temu zbyt wielu okazji. Zmieniłaś się, Kate, a może to oni cię zmienili? A co z 

twoim rewanżem? 

-  Książę  ma  zamiar  wydać  bal  na  cześć  nowego  ambasadora  w  Hiszpanii.  Nie  wiem 

jeszcze,  kiedy  ten  bal  się  odbędzie,  ale  książę  i  księżna  Insley  zapytają  jego  wysokość,  czy 

będziemy  mogli  wystawić  w  jego  trakcie  nasz  mały  melodramat.  Na  razie  to  jeszcze  nic 

pewnego. 

- Przypuszczam, że przewidziałaś w nim rolę dla mnie? 

- Droga Georgino, występujesz podczas całego trzeciego aktu! 

- A... William... też otrzyma w nim jakąś rolę? 

- Nie wiem. Mam nadzieję. W tej chwili nie jest w stanie myśleć o czymkolwiek poza 

horrorem, który nam wszystkim zafundował. Widzisz, on nawet nie wierzy, że kiedykolwiek 

mu wybaczysz. Świadomość tego, co ci zrobił... bardzo nim wstrząsnęła. - Katharine wzięła 

głęboki oddech. - On... chce się z tobą zobaczyć. 

Blada twarz panny Fairfax nagle stała się szara. 

- O Boże, Kate, co ja mam zrobić? 

-  Nie  wiem,  Georgie  -  powiedziała  cicho  Katharine.  -  Bardzo  mi  przykro,  ale  nie 

wiem. Theo i ja, a nawet książę i księżna, chcielibyśmy widzieć was znowu razem, podczas 

gdy  Jeremy  i  Tommy  Carrington  chcieliby  oblać  go  smołą  i  oblepić  piórami,  a  potem  ściąć 

mu  głowę.  Część  mnie  chciałaby  zobaczyć  sir  Williama  powieszonego  na  najwyższym 

maszcie, inna natomiast... żałuje go. A sam sir William stracił nadzieję na szczęście w chwili, 

gdy  ujrzał  Priscillę  i  Bertiego  odgrywających  swoją  scenę.  Dałabym  wszystko,  żeby  ci  móc 

doradzić, Georgino, ale nie potrafię. Ten problem musisz rozwiązać sama. 

Następnego  dnia  rano  panna  Fairfax  weszła  do  pokoju  śniadaniowego,  gdzie 

Katharine Glyn i Jeremy Fairfax siedzieli przy porannym posiłku. 

- Georgina! - zawołała ze zdumieniem panna Glyn. 

-  Dzień  dobry  wszystkim  -  powiedziała  panna  Fairfax,  po  czym  podeszła  do  stolika, 

nalała sobie do filiżanki kawy, wzięła z tacy grzankę i usiadła przy stole. 

-  Jak  dobrze  znowu  cię  widzieć  -  rzekł  Jeremy,  uśmiechając  się  do  niej  ciepło.  - 

Stęskniliśmy się już za tobą. 

background image

-  Napisałam  do  Williama  -  powiedziała  cicho  panna  Fairfax.  -  Prosiłam,  żeby 

przyszedł do mnie dziś po południu. 

- Dobry Boże, dlaczego?! - Jej brat nie krył oburzenia. 

- Ponieważ muszę z nim porozmawiać - wyjaśniła chłodno. 

-  Brawo!  -  Siedząca  po  przeciwnej  stronie  stołu  panna  Glyn  wzniosła  toast,  unosząc 

filiżankę z herbatą. - Życzę ci szczęścia, Georgino. 

Po  południu,  gdy  panna  Fairfax  nerwowo  spacerowała  po  salonie,  pomyślała,  że 

będzie jej ono dziś bardzo potrzebne. Boże, czyżby straciła rozum, decydując się na napisanie 

tego listu do Williama? Jej niepewność i niezdecydowanie zdawały się rosnąć z każdą minutą. 

Wreszcie  rozległo  się  ciche  pukanie  do  drzwi  i  Wainwright  wprowadził  jej  byłego 

narzeczonego do pokoju, po czym dyskretnie wycofał się i zamknął za sobą drzwi. 

Panna Fairfax została sam na sam z Williamem Athertonem. Zmiany, jakie zauważyła 

w  jego  wyglądzie,  głęboko  nią  wstrząsnęły.  Twarz  miał  bladą  i  wymizerowaną,  a  ubranie 

wisiało na nim, jakby schudł parę kilo. 

-  Dziękuję,  że  zechciałaś  się  ze  mną  widzieć.  -  Jego  głos  brzmiał  głucho  w  ciszy 

salonu. 

- Nie wyglądasz najlepiej - powiedziała miękko. 

- Mam... za sobą trudny tydzień. 

-  Proszę,  usiądź.  -  Wskazała  ręką  fotel,  stojący  naprzeciwko  kanapy,  na  której  po 

chwili sama usiadła. 

Sir William ani na chwilę nie spuszczał wzroku z jej twarzy, podczas gdy ona ani na 

chwilę nie spuszczała wzroku ze swoich kolan. 

- Napisałaś... - zaczął sir William. - Z twojego listu zrozumiałem, że... chcesz ze mną 

rozmawiać. 

- Tak. 

W salonie znowu zaległa cisza. 

- Posłuchaj, jeśli to jest dla ciebie... - zaczął ponownie. 

- Och nie, to nie tak - przerwała mu szybko. - Tylko to takie trudne. - Nie wiem... od 

czego zacząć, a nawet, co tak naprawdę chcę powiedzieć. 

- Ja wiem, co powinienem powiedzieć - odparł z przejęciem sir William. 

- Tak? 

Gwałtownie  wstał  i  zaczął  nerwowo  przechadzać  się  po  leżącym  przed  kanapą 

dywanie. 

-  Posłuchaj  -  rzekł  w  końcu,  zatrzymując  się  przed  panną  Fairfax.  -  Zraniłem  cię, 

background image

rzucając  publicznie  oskarżenie  i...  zdradzając  miłość  i  zaufanie,  jakimi  mnie  kiedyś 

obdarzyłaś.  Ja  tę  twoją  miłość  czy  też  przyjaźń  zabiłem.  Wiem,  że  nigdy  nie  wróci  to,  co 

między nami było, ale  wspomnienia będę nosił  w sercu  aż do końca życia. Wiem, że nigdy 

nie  wybaczysz  mi  tego,  co  ci  zrobiłem.  Ale...  ale  proszę  cię,  Georgino,  proszę  tylko  o  to, 

żebyś mnie nie nienawidziła. Masz, oczywiście, do tego prawo, bardziej niż kiedykolwiek na 

świecie. Tylko że... - przesunął drżącą dłonią po włosach - ja nie mogę tego znieść. Proszę, 

powiedz mi, że pewnego dnia przestaniesz mnie nienawidzić. Że taki dzień nastąpi, Georgino. 

Błagam cię, daj mi chociaż cień nadziei. 

- Williamie - powiedziała spokojnie panna Fairfax - sprawiłeś, że cierpiałam tak, jak 

chyba nikt na świecie. Nie sądziłam, że to zniosę. 

-  Dobry  Boże,  Georgino!  -  zawołał  William,  rzucając  się  przed  panną  Fairfax  na 

kolana. - Powiedz tylko, że kiedyś przestaniesz mnie nienawidzić, błagam cię. 

-  Mój  słodki  Williamie  -  szepnęła,  wplatając  palce  w  jego  jedwabiste  włosy.  Nagle 

poczuła,  jak  ogarniają  spokój.  -  Nie  nienawidzę  cię.  Ja  ciebie  kocham.  Pokochałam  od 

pierwszej chwili i nie przestałam kochać nawet na sekundę. 

Spojrzał  na  nią  jak  człowiek  bliski  śmierci  na  pustyni,  który  nieoczekiwanie  dociera 

do oazy. 

- A ponieważ cię kocham - ciągnęła panna Fairfax - i wiem, że zostałeś bezwzględnie 

wykorzystany, bardzo mi łatwo ci wybaczyć. 

-  Niech  Bóg  ci  błogosławi,  Georgino  -  zawołał,  szlochając,  i  łzy  popłynęły  mu  po 

policzkach. 

Panna Fairfax przyciągnęła jego głowę do piersi. 

- Och, mój ukochany - szepnęła. - Byliśmy na samym dnie piekła i cierpieliśmy męki, 

bo byliśmy sami. Gdyby to miało się powtórzyć, idźmy tam razem. 

- Razem? - William niemal stracił oddech. 

-  Czyżbyś  zapomniał,  że  kiedyś  prosiłeś  mnie  o  rękę?  Nie  porzucisz  mnie  przed 

ołtarzem, mam nadzieję? 

- A więc... wciąż chcesz wyjść za mnie? Po tym, co ci zrobiłem? 

- Po tym, co zrobiono nam - poprawiła go panna Fairfax. - Tak, mam zamiar. 

Sir William spojrzał na nią tak jak człowiek, któremu nagle pomieszało się w głowie, 

po czym przyciągnął ją do siebie i wziął w objęcia. 

- Tak jest o wiele lepiej - powiedziała w chwilę później. 

William  siedział  teraz  obok  niej  na  kanapie.  Jej  ramiona  obejmowały  jego  szyję,  a 

głowa spoczywała na jego piersiach. 

background image

- Zrobię wszystko, abyś była szczęśliwa, Georgino, przysięgam! - powtarzał żarliwie. 

- Sprawię, że zapomnisz o tym koszmarze, przez który musieliśmy przejść. 

-  Och  nie,  Will,  nie  rób  tego.  Nie  chcę  zapomnieć.  Widziałam  cię  od  dobrej  i  złej 

strony,  a  ty  widziałeś,  jak  cierpię,  i  jak  łatwo  mnie  zranić.  To,  co  się  stało,  odmieniło  nas 

oboje. Nie możemy tego odrzucać. Myślę, że właśnie dzięki temu jesteśmy lepsi. Większość 

młodych  ludzi  przed  ślubem  nie  wie,  jak  się  zachowa  w  chwili  próby.  My  już  wiemy  i  nie 

wolno ci myśleć, że stało się coś, czego powinniśmy się wstydzić. Kochaliśmy się, gdy inni w 

takiej sytuacji zerwaliby natychmiast wszelkie łączące ich więzy. Zostaliśmy poddani ciężkiej 

próbie i najważniejsze, że wyszliśmy z niej zwycięsko. 

background image

22 

-  Grałaś  kiedyś  w  sztuce?  -  zapytał  lord  Blake  pannę  Glyn,  gdy  na  balu  u  księcia 

regenta poprawiali kostiumy przed wyjściem na scenę. 

- Raz - powiedziała, przyglądając się swemu odbiciu w lustrze. - W dzieciństwie. 

- Czy była tam jakaś gorąca scena miłosna? 

- Nie nazwałabym jej gorącą - odparła, poprawiając perukę. - Miałam wtedy dziesięć 

lat i grałam rolę Beatrycze, a moim partnerem był Benedykt, jedenastoletni syn miejscowego 

pastora. Z tego, co pamiętam, nie byłam wówczas zbyt tą grą poruszona. 

- Nieczuła istota. Mam nadzieję, że dziś będzie inaczej. 

- Nie przypominam sobie żadnej  gorącej sceny  w naszym scenariuszu -  zauważyła  z 

powagą panna Glyn. 

-  Możemy  przecież  odegrać  tę  scenę  identycznie  jak  Falkhurst  i  Priscilla  tamtego 

wieczoru... Najlepsi aktorzy zawsze improwizują. 

- Nie tym razem. Wielkie dzięki. Nie chcę wyglądać na zmieszaną. 

Spojrzał na nią spod oka i uśmiechnął się. 

- A mogłabyś być zmieszana? 

- Mając tak arystokratyczne audytorium? Z pewnością. 

- No trudno - rzekł Blake z westchnieniem. - Musimy przenieść nasz eksperyment na 

inny dzień. Ale lepiej miej się na baczności, Kate. Moja ciekawość wymaga zaspokojenia. 

- Ciekawość, jak mówią, to pierwszy stopień do piekła. 

- Śmierć to bardzo atrakcyjne zakończenie. 

- Twoja miłosna scena z każdą minutą coraz bardziej się komplikuje. 

- Improwizacja, jak już powiedziałem, to istotna część gry. 

- Czy ta sentencja jest gdzieś wyryta w kamieniu? 

- Och nie, w znacznie bardziej podatnym materiale. 

Nie chcąc dać się wprawić w zakłopotanie, Katharine - pomimo przyspieszonego bicia 

serca - odważnie spojrzała jego lordowskiej mości w oczy i odparowała: 

- Miałeś dużo okazji, żeby sprawdzić prawdziwość tego twierdzenia, jak sądzę. 

- Nie tak znowu wiele, jak niektórzy usiłują ci wmówić. 

-  Nie  bądź  taki  skromny!  Z  tego,  co  słyszę,  pod  tym  względem  nie  masz  sobie 

równych. 

- Ma pani ostry język, panno Glyn. 

background image

- Przydaje się... w improwizowanych sytuacjach. 

Lord Blake uśmiechnął  się zniewalająco i już szykował jakąś  celną ripostę, gdy  ktoś 

gwałtownie zapukał do drzwi zamienionego na garderobę pokoju. 

Jeremy Fairfax wsunął głowę, mówiąc, że do sali weszła właśnie jego siostra w sukni 

z pamiętnego balu zaręczynowego, budząc wśród zebranych zrozumiałą sensację. 

- Wszyscy są już na swoich miejscach - powiedział. - Myślę, że nie ma na co czekać. 

- Chciałabym jak najszybciej mieć to już za sobą. Gdybym tylko nie musiała wkładać 

tej przeklętej peruki! 

-  Współczuję  ci  -  powiedział  Blake,  zatrzymując  się  przed  nią.  -  Przyznaję,  że  będę 

tęsknił do twoich ciemnych loków. 

Palce  prawej  dłoni  Blake'a  przez  chwilę  gładziły  blond  pukle  peruki,  po  czym, 

elektryzując  całe  ciało  Katharine,  przesunęły  się  w  dół  po  jej  nagim  ramieniu,  następnie 

dotarły  do  karku,  podczas  gdy  kciuk  przesunął  się  w  kierunku  brody  i  uniósł  do  góry  jej 

głowę. 

-  Katharine,  ty  masz  w  sobie  siłę...  -  zaczął  Blake,  ale  przerwały  mu  trzy  szybko  po 

sobie następujące puknięcia do drzwi. 

- Książę! - zawołała panna Glyn. - Są gotowi? 

W  oczach  lorda  Blake'a  widać  było  rozczarowanie.  Wolno  wypuścił  ją  z  ramion  i 

ruszył  w  stronę  drzwi.  Katharine  szczęśliwa,  że  wyszła  obronną  ręką  z  opresji,  odetchnęła 

głęboko, starając się jak najszybciej odzyskać tak potrzebną jej dziś zimną krew. 

- Gotowa? - zapytał Blake. 

-  Mam  nadzieję  -  mruknęła,  zaniepokojona  płomiennym  spojrzeniem  jego  szarych 

oczu. Przez moment, gdy ruszył w jej kierunku, obawiała się, że znowu weźmie ją w ramiona, 

ale  tuż  przed  nią  zatrzymał  się  nagle,  aby  podać  jej  ramię  i  po  chwili  bez  słowa  opuścili 

garderobę. 

Po niespełna trzytygodniowych przygotowaniach służba księcia regenta przygotowała 

wspaniały  bal  na  cześć  najnowszego  angielskiego  ambasadora.  Na  bal  zaproszono  osoby  z 

najwyższych  kręgów  towarzyskich.  Zgodnie  z  przyjętymi  regułami  sir  William  Atherton, 

Fairfaksowie,  Carringtonowie  jak  również  Peter  Robbins  nie  powinni  byli  w  nim 

uczestniczyć,  ale  otrzymali  książęcą  dyspensę.  Obecność  Egertonów,  lorda  Braxtona  oraz 

księcia i księżnej Insley była ze zrozumiałych względów oczywista. 

Zażywny książę regent powoli wszedł po schodach na niewielkie podium w odległym 

końcu sali balowej i kiedy ostatnie uderzenie dzwonu oznajmiło północ, uniósł do góry ręce, 

prosząc o ciszę. 

background image

-  Drodzy  przyjaciele  -  powiedział,  uśmiechając  się  łaskawie  do  zebranych  gości.  - 

Przygotowałem  dziś  dla  was  prawdziwą  ucztę  duchową.  Małe  divertissment,  jeśli  nie  macie 

nic przeciwko temu. A tableau, sztukę lub jak kto woli misterium. Waszym zadaniem będzie 

rozpoznać odtwarzane przez aktorów postacie. Proszę jedynie o zachowanie ciszy, aż aktorzy 

skończą grę. Panie i panowie, oto Intryga, autorzy wkrótce zostaną ujawnieni. 

Dookoła rozległy się gromkie oklaski i książę, kłaniając się ponownie, wrócił na swoje 

miejsce.  Wszystkie  oczy  zwróciły  się  w  kierunku  podium,  gdy  prowadzące  na  nie  boczne 

drzwi otworzyły się i ukazała się w nich elegancko ubrana para. 

- Czy to czasem nie Priscilla Inglewood? - szepnęła lady Jersey do lady Montclair. 

- Ja też tak sądzę, ale kim jest ten mężczyzna? 

-  Nie  jestem  pewna,  ale  wydaje  mi  się,  że  jest  podobny  do  lorda  Falkhursta. 

Widziałam, jak wchodził ubrany w taki właśnie płaszcz. 

-  Ale  dlaczego  udają  aktorów?  -  zapytała  lady  Montclair,  szybko  jednak  umilkła, 

uciszona syknięciami siedzących w pobliżu gości. 

Tymczasem przedstawienie zaczęło się. 

- Suknia gotowa? - zapytał aktor swojej blond towarzyszki. 

-  Oczywiście  -  odpowiedziała  aktorka.  -  Peruka  również.  A  co  z  tym  durniem, 

Adonisem? 

- Moja historyjka o cudzołóstwie doprowadziła go do białej gorączki. List, w którym 

donosisz  o  mojej  planowanej  schadzce  z  Glorianną,  dobije  go.  Kiedy  odegramy  dziś 

wieczorem naszą scenę, będzie musiał uwierzyć, że Glorianna i ja jesteśmy kochankami, a on 

stał się z tego powodu dla wszystkich pośmiewiskiem. 

- Jesteś pewien, że pokojówka doda środka nasennego do herbaty Glorianny i zostawi 

otwarte boczne drzwi? 

-  Zbyt  wiele  mi  zawdzięcza,  Panno  Doskonała,  aby  mogła  sprawić  nam  zawód. 

Pamiętaj, żebyś, udając Gloriannę, nie odezwała się słowem. Naszemu Adonisowi mógłby się 

nie spodobać twój północny akcent. 

- Nie jestem głupia, lordzie Fiend

8

 . Musimy stanąć tak, żeby światło padało na suknię. 

Suknia  i  peruka  upewni  go,  że  to  ja  jestem  jego  ukochaną  narzeczoną.  Zagraj  dobrze  swoją 

rolę, a twój przeciwnik będzie zniszczony. 

- I twój również. Nikt o niczym się nie dowie. 

- Zbrodnia doskonała - zachichotała aktorka. 

                                                 

8

 fiend (ang.) - diabeł, szatan (przyp. red.). 

background image

- A naszą zemstą będzie widok twarzy Glorianny, gdy Adonis oskarży ją o zdradę. Tej 

nocy zapomnę o wszystkich upokorzeniach, których przez nich doświadczyłem. 

- A ja o tych, które zawdzięczam tej dziewce. Nadszedł wreszcie czas zemsty. 

-  Dosyć!  -  zawołał  nagle  lord  Falkhurst,  idąc  w  kierunku  podium,  na  którym 

odgrywała  się  cała  scena.  -  Nie  będę  tu  stał  i  pozwalał  się  obrażać  przez  tych  oszustów  ani 

chwili dłużej! Przepuśćcie mnie, słyszycie! Wylądujecie w kryminale! Obydwoje! 

- Coś mi się zdaje - odezwał się książę regent, podchodząc do lorda Falkhursta, który 

dotarł już na środek sali - że to pan, milordzie, znajdzie się w kryminale, a nie panna Glyn i 

lord Blake, jeśli się pan natychmiast nie uspokoi. 

Szmer przebiegł po sali, gdy do zaintrygowanej publiczności dotarło, kto kryje się pod 

maskami aktorów. 

-  Wasza  wysokość!  -  zawołała  lady  Inglewood,  rzuciwszy  się  w  stronę  księcia.  - 

Chyba nie wierzysz w te nikczemne kłamstwa. 

- Ależ właśnie uwierzyłem - odparł z uśmiechem książę. 

Szmer na sali nasilał się. 

-  Poza  tym,  w  jaki  sposób  rozpoznaliście  siebie  w  sztuce,  skoro  nikt  ani  razu  nie 

wymienił waszych nazwisk? 

-  To  jakaś  intryga!  -  grzmiał  lord  Falkhurst.  -  Przeklęta,  brudna  intryga,  aby  mnie 

zniszczyć.  -  Wciąż  wrzeszczał  i  jego  atak  był  tak  zaciekły,  że  ci,  którzy  znajdowali  się  w 

pobliżu, zaczęli się od niego odsuwać. Nawet książę się cofnął. 

-  Milordzie  -  zawołał  książę  regent  i  rozwścieczony  Falkhurst  odwrócił  się  do 

przyszłego monarchy - wydaje mi się, że twój protest jest trochę przesadny. 

Sala zatrzęsła się od śmiechu. 

Nagle  do  sprawców  swojego  upadku  zbliżyła  się  panna  Fairfax  z  pałającą  gniewem 

twarzą. 

-  Oskarżam  was  oboje  o  nikczemną  potwarz  -  zawołała.  -  Wtargnęliście  do  mojego 

domu,  zastraszyliście  służbę,  truliście  mnie  i  niewiele  brakowało,  a  zniszczylibyście 

najczystszą  miłość.  Nazwaliście  mnie  dziwką.  Jesteście  jak  szakale  usiłujące  nasycić  się 

trupem mego honoru i szczęścia. 

-  Przysięgam  przed  Bogiem  -  oświadczył  donośnym  głosem  sir  William  Atherton, 

stając  u  boku  panny  Fairfax  -  że  lord  Falkhurst  i  lady  Inglewood  zatruli  mój  umysł  tak 

nikczemnie, że nie jestem w stanie spokojnie o nich myśleć. Posłużyli się mną w swojej grze 

jak pionkiem, aby mnie unicestwić i pozbawić honoru kobietę, którą kocham. Wasz widok - 

rzekł do zszokowanej pary - budzi we mnie odrazę. 

background image

Chlusnął  szampanem  Falkhurstowi  w  twarz  i  rozbił  kielich  u  jego  stóp.  Szmer 

przebiegł po sali, lecz zanim zszokowani goście zdołali dojść do siebie, do Falkhursta i lady 

Inglewood zbliżył się lord Egerton. 

- Za parę, która splugawiła mój dom! - zawołał i cisnął swój kielich z szampanem do 

stóp bladej jak ściana lady Inglewood. 

-  Nie  będę  -  tu  stał  i  słuchał  tych  idiotyzmów  ani  chwili  dłużej  -  wybuchnął  lord 

Falkhurst. 

Usiłował  wydostać  się  z  sali,  ale  czyjeś  ręce  skutecznie  mu  w  tym  przeszkodziły. 

Próbował w innym kierunku, po czym jeszcze w innym,  ale za każdym  razem był brutalnie 

odpychany. 

On  i  lady  Inglewood  stali  samotnie,  a  dookoła  nich  wrogi  krąg  utworzony  przez 

przyjaciół Georginy Fairfax. Falkhurst czuł, jak zaczyna go ogarniać panika. 

Ci,  którzy  utworzyli  krąg,  jeden  po  drugim,  od  lorda  Braxtona  do  Elizabeth 

Carrington,  rzucali  swoje  oskarżenia,  przypominając  kłamstwa,  które  Falkhurst  i  lady 

Inglewood rozsiewali w ciągu minionych trzech tygodni. 

-  To...  to  oburzające!  -  wykrztusiła  z  trudem  lady  Inglewood.  -  Jak  śmiecie...  Jak 

śmiecie mówić takie rzeczy o mnie? 

- Jak ty śmiałaś sączyć truciznę do ucha sir Williama? - zawołała stojąca na podium 

panna Glyn. 

-  Jestem  córką  hrabiego!  Nie  będę  stała  bezczynnie  i  wysłuchiwała  wyzwisk  jakiejś 

wiejskiej prostaczki. 

-  Cóż  to,  uciekasz,  Priscillo?  - zawołał  lord  Blake.  -  Czyżbyś  się  bała  sądu  równych 

sobie? 

- Zostaliście zdemaskowani - rzekł książę regent, wchodząc do środka kręgu. - Na nic 

się  nie  zdadzą  protesty  i  zapewnienia  o  niewinności.  Mam  tu  złożone  pod  przysięgą 

oświadczenia  dwudziestu  ludzi  honoru  -  powiedział,  podnosząc  do  góry  plik  dokumentów  - 

obalające  wszystkie  kłamstwa  i  insynuacje,  które  z  takim  upodobaniem  rozsiewaliście 

dookoła, i uznaję was winnymi zawiązania najbardziej podstępnej intrygi, z jaką miałem do 

czynienia. Oświadczam wam, że jesteście zrujnowani. Lady Inglewood, będzie pani pariasem 

wśród  własnej  sfery  -  rzekł  książę.  -  Odtąd  wszystkie  drzwi  będą  przed  panią  zamknięte. 

Żadnemu  mężczyźnie  ze  szlachetnego  rodu  nie  wolno  będzie  pani  poślubić.  Natomiast  pan, 

lordzie  Falkhurst,  którego  udział  w  tej  aferze  był  bardziej  haniebny,  zostanie  pozbawiony 

tytułu  i  wszystkich  dóbr.  Pański  majątek  w  Hampshire  mam  zamiar  przekazać  w  prezencie 

ślubnym sir Williamowi i pannie Fairfax. 

background image

Lady Inglewood osunęła się bez czucia na ziemię, a na sali zawrzało. 

- Szczęśliwa? - zapytał lord Blake. 

- Nie - odpowiedziała Katharine Glyn. - Jak można być szczęśliwym, kiedy się patrzy 

na takie marne stworzenia. Ale jestem... wdzięczna. Dziękuję ci, Theo. 

background image

23 

Osiem  dni  po  wydarzeniach  na  balu  u  księcia  regenta,  Wainwright  wszedł  do 

biblioteki, aby zapytać, czy panna Glyn zechce przyjąć księżną Insley. 

-  Dobry  Boże,  Wainwright,  straciłeś  rozum,  żeby  trzymać  jej  wysokość  w  holu? 

Wprowadź  ją  natychmiast,  człowieku!  -  zawołała  panna  Glyn,  zrywając  się  z  fotela  i  w 

pośpiechu poprawiając suknię. 

- Ależ, panno Glyn, pani sama uprzedzała mnie, że nie ma jej dla nikogo. 

- Wainwright, nie mów głupstw, tylko zrób to, o co prosiłam. 

Po chwili majordomus wprowadził księżną Insley do biblioteki. 

-  Cieszę  się,  że  zastałam  panią  w  domu  -  powiedziała  z  uśmiechem,  ściskając  rękę 

panny Glyn. 

- Przynajmniej nie wywołuję skandali w wielkim świecie, tak? - zapytała z przekąsem 

panna Glyn. 

- Gdybym się tego obawiała, nie byłoby mnie tutaj. Szukam Thea. 

Katharine spojrzała na nią ze zdumieniem. 

- Na Boga, dlaczego szuka go pani u mnie? 

-  Ponieważ  obydwoje  od  siedmiu  dni  nie  dajecie  znaku  życia.  Książę  podejrzewa 

nawet,  że  spiskujecie,  jak  tu  zniszczyć  arystokrację,  żeby  Theo  nie  musiał  dziedziczyć 

księstwa. 

Panna Glyn uśmiechnęła się. 

-  Zapewniam,  że  nic  takiego  państwu  nie  grozi.  Zagrzebałam  się  w  książkach,  nie 

widziałam pani syna i nie mam pojęcia, gdzie może być. Jednakże z tego co wiem, znikanie 

bez słowa na długo to chyba jego zwyczaj. Prawdopodobnie tak właśnie zrobił. Cóż mogłoby 

teraz  trzymać  go  w  Londynie?  Kto  wie,  może  właśnie  pojedynkuje  się  z  Percym  o  rękę 

Phoebe Lovejoy. 

- Wolałabym raczej, żeby walczył o pani rękę, panno Glyn. 

-  Moją?  -  zdziwiła  się  Katharine.  -  Proszę  o  wybaczenie,  wasza  miłość,  ale  czy  na 

pewno  pani  wie,  co  mówi?  Nie  mam  ani  urody,  ani  majątku,  ani  tytułu  -  niczego,  co  by  za 

mną  przemawiało.  Nie  nadaję  się  na  pani  synową,  księżno.  Insleyowie  zawsze  zawierają 

właściwe związki, każdy o tym wie. 

- Ja jednak się upieram, nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej synowej niż Diablica z 

Hampshire. 

background image

Panna Glyn patrzyła na nią ze zdumieniem. 

- Czyżby ostatnio polubiła pani sherry? 

- Jakże bardzo brakowało mi pani fantazji - powiedziała księżna, tłumiąc śmiech. - Jak 

się pani czuje, panno Glyn? 

- Bardzo dobrze, dziękuję, księżno. 

- Doprawdy? Nie powiedziałabym. Jest pani blada i ma sińce pod oczami. 

- Pochlebstwo jest pani obce - zauważyła z uśmiechem panna Glyn. 

- Nie uznaję nudnych konwersacji ani pustosłowia. Czy ma pani jakieś zmartwienie? 

- Ja? Skądże! Dlaczego? 

- Może dlatego, moja droga, że nie widziałaś Theodore'a już od siedmiu dni. 

Twarz panny Glyn pobladła jeszcze bardziej. 

-  No  cóż...  przyznaję,  że  jest  mi  trochę  przykro.  Po  tym  wszystkim,  cośmy  razem 

przeżyli z powodu Georginy i Williama, to nagłe zniknięcie bez słowa... 

- To bardzo bezduszne. 

-  Można  by  nawet  pomyśleć,  że  mnie  unika.  Oczywiście,  nie  miałabym  do  niego 

pretensji, gdyby nawet tak było. Często postępuję dosyć dziwacznie, jak to określa Georgina, 

i... 

- Katharine, czy ty kochasz mojego syna? - zapytała cicho księżna. 

Panna  Glyn  nagle  zaczęła  szlochać.  Przycisnęła  dłoń  do  ust,  usiłując  stłumić  łkanie, 

ale nie na wiele to się zdało. Łzy strumieniem popłynęły jej po policzkach. 

-  No,  no,  moja  droga  -  powiedziała  księżna,  tuląc  ją  do  siebie.  -  Nie  ma  powodu  do 

łez. 

- Jestem potwornie głupia - wyrzuciła z siebie panna Glyn, usiłując nabrać powietrza 

w płuca. Uwolniła się z objęć księżnej i szybko otarła łzy. - Proszę o wybaczenie. Moje nerwy 

trochę mnie ostatnio zawodzą. 

-  Nie  mów  głupstw,  moja  droga  -  zaprotestowała  księżna.  -  Tu  nie  ma  nic  do 

wybaczania.  A  ja  jestem  pewna,  że  Theo  uwielbia  wszystkie  twoje  dziwactwa.  Jest  zbyt 

uczciwy i szczery, żeby w tak ważnej sprawie robić jakieś uniki. 

- Będzie, co będzie - powiedziała panna Glyn, biorąc głęboki oddech i zmuszając się 

do uśmiechu. - Może pani uspokoić księcia, że monarchii nie grozi przewrót. Przyszła tu pani 

w  poszukiwaniu  lorda  Blake'a,  ale  mogę  panią  zapewnić,  iż  ten  dom  to  ostatnie  miejsce  na 

ziemi,  gdzie  mógłby  być.  Oczywiście  bardzo  się  cieszę  z  tej  wizyty  -  dodała  nagle,  biorąc 

księżną  pod  ramię  i  prowadząc  ją  w  stronę  drzwi.  -  To  było  urocze  tete  -  a  -  tete.  Musimy 

koniecznie spotkać się kiedyś znowu. 

background image

- Panno Glyn, czy mam rozumieć, że pani mnie wyrzuca? 

- O Boże, czyżbym była aż tak obcesowa? 

Księżna przez chwilę obserwowała ją uważnie, po czym uśmiechnęła się i pocałowała 

ją w policzek. 

-  Myślę,  że  bardzo  się  mylisz,  moja  droga.  Mam  wrażenie,  że  to  jest  właśnie  to 

miejsce, skąd Theo zechce łaskawie przypomnieć nam o swoim istnieniu. Adieu, Katharine. 

Po  chwili  księżna  Insley  opuściła  rezydencję  Fairfaksów.  Wainwright,  zamykając 

frontowe  drzwi,  pomyślał,  iż  nigdy  jeszcze  nie  widział  swojej  młodej  pani  tak  bladej  i 

przygnębionej.  Kiedy  poinformował  ją,  że  Georgina  i  Jeremy  wybrali  się  na  raut  do 

Carringtonów i mają nadzieję, iż do nich dołączy, skinęła tylko głową, po czym oznajmiła, że 

idzie  do  swojego  pokoju  i  nie  będzie  jadła  kolacji.  Majordomus  z  niepokojem  obserwował, 

jak  wolno  wchodzi  po  schodach  i  zastanawiał  się,  czy  nie  powinien  posłać  po  doktora 

Lindleya. 

Jednak doktor niewiele by pomógł pannie Glyn. Dotarłszy do swojego pokoju, zdjęła 

suknię, włożyła nocną koszulę i usiadła w bujanym fotelu. Czuła się nieszczęśliwa, odrzucona 

i samotna jak nigdy. Nikogo, poza sobą, nie obwiniała o to. To przecież ona okazała się aż tak 

głupia, żeby zakochać się w Blake'u. Trudno mieć pretensję do jego lordowskiej mości, że nie 

zachował  się  honorowo.  Najwyraźniej  jego  elokwencja  i  wrodzony  dar  przyciągania 

wszystkich  żądnych  małżeństwa  kobiet  popchnęły  go  w  końcu  na  ścieżkę,  którą  wcale  nie 

miał zamiaru podążać. Skorzystał więc z pierwszej okazji, aby zdystansować się od spekulacji 

co do swoich przyszłych zamierzeń. Po tym, czego doświadczył od kierującej się chorobliwą 

ambicją Priscilli Inglewood, panna Glyn w najmniejszym stopniu nie mogła go za to winić. 

Osiem dni. Właściwie dziwiła się nawet, że przeżyła je w zupełnie niezłej formie. To 

okropne widowisko, które zrobiła z siebie przed księżną, nie może się już więcej powtórzyć. I 

pomyśleć, że mogła aż tak bardzo się odkryć! Musi koniecznie wziąć się w garść. Jest słynną 

Diablicą z Hampshire i  nie może łkać na ramieniu księżnej oraz całymi  dniami zastanawiać 

się, co Theo Blake zrobił ze swoim życiem. 

Przeklinała  swoją,  z  takim  trudem  zdobytą,  reputację  i  obrzucała  arystokratów 

najgorszymi epitetami, jakie znała. Po czym znów po raz kolejny zaczęła się zastanawiać, co 

też  ten  cholerny  Blake  robił  w  ciągu  ostatnich  ośmiu  dni,  nie  zważając  na  łzy  roszące  jej 

policzki. 

Późnym wieczorem ósmego dnia po balu, lord Blake zatrzymał zaprzęg siwków przed 

swoim  londyńskim  domem,  rzucił  wodze  Scrantonowi  i  zeskoczył  na  chodnik,  czując  w 

obolałych  kościach  każdy  kilometr  przebytej  drogi.  Pomyślał,  że  zrobić  ponad  trzysta 

background image

kilometrów w jeden dzień, choćby i najlepiej resorowanym faetonem, to jednak męka. 

Wszedł  do  domu,  oddał  lokajowi  płaszcz,  kapelusz  i  rękawice  i  poszedł  na  górę  do 

swojej  sypialni.  Maxwell  czekał  już  na  niego  i  powstrzymując  się  od  komentarzy  na  widok 

brudnego  ubrania,  zauważył  jedynie,  że  kąpiel  gotowa,  a  kolacja  na  stole.  Lord  Blake, 

stwierdziwszy,  że  jego  ubranie  nie  jest  jedyną  rzeczą,  która  cuchnie,  najpierw  wziął  kąpiel, 

rozkoszując  się  gorącą  wodą,  która,  usuwając  brud  i  zmęczenie,  przywracała  mu  ludzki 

wygląd. 

Kolację  zjadł  w  swoim  pokoju,  pochwalił  zakup  nowych  mebli,  którego  Maxwell 

dokonał  na  jego  życzenie  i  upewnił  się,  że  realizację  zmian,  które  zarządził  w  Rosebriar  w 

ciągu  ostatnich  siedmiu  dni,  powierzył  właściwej  osobie,  po  czym  zrezygnowawszy  z 

przejrzenia  przygotowanej  mu  przez  Maxwella  korespondencji,  zdecydował  się  na  kieliszek 

brandy i życzył Maxwellowi dobrej nocy. 

Siedząc  przed  płonącym  kominkiem  z  kieliszkiem  w  jednym  ręku  i  cygarem  w 

drugim, czuł się tak, jakby uszło z niego powietrze. Gdyby ktoś widział, jak pracuje podczas 

minionych ośmiu dni, musiałby dojść do wniosku, że chce popełnić samobójstwo. Roześmiał 

się cicho. Samobójstwo było ostatnią rzeczą, o której by teraz pomyślał, chociaż... znowu się 

roześmiał, śmierć jest zawsze wzruszającym zakończeniem. 

Wypił  brandy,  rzucił  cygaro  w  ogień,  zgasił  lampę  i  z  ulgą  wyciągnął  się  na  łóżku. 

Niewiele spał od słynnego balu, ale był zbyt zajęty i samotny, aby poświęcać na sen więcej 

niż parę godzin dziennie. Teraz jego myśli skupiały się na jednej postaci i jednym pragnieniu. 

Pomimo zmęczenia nie mógł zasnąć. Mijały kolejne, wybijane przez zegar godziny, a 

sen wciąż nie przychodził. W końcu zrezygnowany zapalił stojącą przy łóżku nocną lampę i, 

oparłszy  się  na  wysoko  ułożonych  poduszkach,  spędził  w  tej  pozycji  parę  kolejnych  minut. 

Przeżył osiem samotnych dni, przeżyje jedną więcej samotną noc. 

Po kolejnych minutach przewracania się z boku na bok, wstał z łóżka, włożył szlafrok 

i  zaczął  nerwowo  krążyć  po  pokoju.  Szaleństwem  byłoby  wychodzić  z  domu  o  tej  porze. 

Wszystko było przygotowane dopiero na rano. 

Kiedy  jednak  zegar  wybił  trzecią  po  północy,  zdecydował,  że  to  już  rano.  Zrzucił 

szlafrok,  wciągnął  spodnie  z  kozłowej  skóry,  długie  buty  i  białą  koszulę,  pospiesznie 

przejechał grzebieniem po włosach i zszedł na dół. Maxwell, zaniepokojony dochodzącymi z 

sypialni jego lordowskiej mości odgłosami, wyszedł do holu. 

-  Czy  coś  się  stało,  milordzie?  -  zapytał,  z  niepokojem  obserwując,  jak  jego  pan 

narzuca na siebie pelerynę. 

- Wychodzę, Max - powiedział lord Blake, wciągając rękawice. 

background image

- Pozwoli pan, milordzie, że ośmielę się wskazać na bardzo późną porę. 

-  Lepiej późno niż wcale, Max. Moja żona i ja powinniśmy wrócić przed zmrokiem. 

Dopilnuj, żeby wszystko było w porządku - odparł lord Blake, zanim zniknął za frontowymi 

drzwiami i zbiegł po schodach w kierunku podjazdu. 

- Oczywiście, sir... żona, sir? 

Kilka minut później lokaj panny Glyn był równie zszokowany jak Maxwell. 

- Panno Glyn, panno Glyn! - szeptał zdesperowany, zastanawiając się, czy nie będzie 

musiał potrząsnąć swoją panią. - Proszę się obudzić, panno Glyn, błagam panią! 

- Co się stało, Wainwright? - jęknęła, z trudem otwierając oczy. 

-  To  lord  Blake,  panienko.  Jest  na  dole  i żąda  widzenia  się  z  panią.  Nie  chce  wyjść, 

panienko. 

- Theo? - zawołała, siadając gwałtownie na łóżku. - Tutaj? Teraz? 

- Tak, panienko. Czy mam zawołać Rossa, aby go wyrzucił? 

- Nie waż się! - zawołała z furią, wyskakując z łóżka. 

Pospiesznie wciągnęła szlafrok i nie zwracając uwagi na potargane włosy i bose stopy, 

zbiegła po schodach i po chwili z bijącym mocno sercem stanęła przed Blakiem. 

-  Witaj,  cudzoziemcze  -  powiedziała,  bezskutecznie  usiłując  uspokoić  bijące 

nieprzytomnie serce. 

-  To  nie  trwało  aż  tak  długo  -  zauważył  z  uśmiechem  Blake.  -  Dobrze  cię  znowu 

widzieć, Kate. 

-  Nie  rozumiem,  dlaczego  aż  osiem  dni  odmawiałeś  sobie  tej  przyjemności  - 

powiedziała chłodno, starając się nie ulec zniewalającej mocy jego uśmiechu. 

- Jesteś rozdrażniona. 

-  Nie  jestem.  Żadna  dobrze  wychowana  kobieta  nie  może  być  rozdrażniona.  Jestem 

tylko nieco wytrącona z równowagi. 

- Boże, jak się za tobą stęskniłem - szepnął Blake i aksamitny ton jego głosu sprawił, 

że nagle poczuła, jak przez jej ciało przebiega dreszcz. - Muszę z tobą porozmawiać. Sam na 

sam. 

Nie  odwracając  od  niego  wzroku,  jakby  jego  szare  oczy  trzymały  ją  na  uwięzi, 

poleciła Wainwrightowi wracać do łóżka. 

- Ależ panno Glyn! - zaniepokoił się stary sługa. - To nieprzyzwoite. 

-  Wracaj  do  łóżka,  Wainwright.  Dotrzymam  towarzystwa  jego  lordowskiej  mości  - 

powtórzyła Katharine, wciąż nie odwracając wzroku od lorda Blake'a. 

- Ale... 

background image

- Wainwright! 

- Pan Fairfax nie pochwaliłby tego - prychnął majordomus. 

- Wyjdź! - powtórzyli jednocześnie panna Glyn i lord Blake. 

Westchnąwszy głęboko, Wainwright z ociąganiem opuścił hol. 

Kilka  minut  trwało,  zanim  Katharine  była  w  stanie  wyzwolić  się  spod  władzy 

zniewalających szarych oczu. 

- Czy coś się stało, Theo? Coś złego? - zapytała w końcu. 

- Tak - przyznał. - Właściwie stało się coś złego. Mam dosyć mojej samotności. Dosyć 

samotności  w  domu  i  dosyć  samotności  w  moim  łóżku.  Pomyślałem,  że  ty  masz  ten  sam 

problem, Kate. Postanowiłem więc, że musimy się pobrać. 

Patrzyła na niego, jakby nie rozumiała, co do niej mówi. 

- Pobrać? Z kim? 

Usta Blake'a zadrżały. 

- Ze sobą, ty okropna kobieto. Teraz. Zaraz. 

- W koszuli nocnej? 

- W ten sposób zaoszczędzimy trochę czasu - odparł z uśmiechem. 

- Upiłeś się? 

-  O  nie!  -  odparł  i  odgarnąwszy  burzę  ciemnych  loków  z  karku,  położył  jej  dłoń  na 

ramieniu. - Nie mogę sobie na to pozwolić. Dziś muszę być trzeźwy jak nigdy. - Przyciągnął 

ją do siebie. 

-  Nie  zrobiłeś...  nic,  aby  mnie  przekonać,  że  mnie  kochasz  -  zaprotestowała.  -  Nie 

powiedziałeś ani słowa o miłości. 

- Wszystko, co mówię i  robię, wypływa z miłości do ciebie - wyszeptał,  biorąc ją  w 

ramiona. - Dobrze o tym wiesz. 

- Jesteś zbyt pewny siebie. Nie zapytałeś mnie jeszcze, co do ciebie czuję. 

- Nie muszę pytać. Kochasz mnie, prawda? 

- Tak, naturalnie, że tak. Wolałabym jednak sama ci to powiedzieć. 

- Więc? - powiedział, a jego usta znalazły się niebezpiecznie blisko jej ust. 

-  Kocham  cię,  Theo  -  wyszeptała,  gdy  lord  Blake,  zerwawszy  ostatnie  hamujące  go 

więzy, mocno ją do siebie przytulił i pocałował z całą od tak dawna tłumioną namiętnością. 

W  odpowiedzi  Katharine  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję,  z  żarliwością  oddając  zarówno 

uścisk, jak i pocałunek. 

-  O  Boże,  Kate  -  powiedział,  całując  jej  czoło,  policzek  -  miałem  zamiar  przyjść  do 

ciebie  rano,  poślubić  w  południe  i  zaraz  potem  porwać  do  Rosebriar,  gdzie  moglibyśmy 

background image

swobodnie się sobą nacieszyć. Nie chciałem jednak czekać do rana. 

-  Tak  się  cieszę,  że  nie  czekałeś  -  odparła,  przyjmując  i  oddając  pocałunki.  -  Kto  to 

jest Rosebriar? 

Lord Blake stłumił śmiech. 

- To urocza wiejska posiadłość, którą poleciłem przygotować do przyjęcia na miesiąc 

miodowy pewnej młodej pary. Nie muszę dodawać, że doglądałem wszystkiego osobiście. 

- Ach, to tam właśnie byłeś? 

- Zgadłaś! 

Katharine z całej siły wbiła piętę w palce jego stopy. 

-  Co  ty,  do  diabła,  sobie  myślałeś,  wyjeżdżając  tak  bez  słowa  i  trzymając  mnie  w 

niepewności przez osiem długich dni? - zawołała ze złością. 

Blake miał ochotę się roześmiać, a jednocześnie wziąć ją znowu w ramiona. 

- Niełatwo to wyjaśnić - rzekł. - Sam do końca tego nie rozumiem. Wiem tylko, że tak 

bardzo cię pragnąłem, że gdybym cię zobaczył, porozmawiał z tobą, to mógłbym cię porwać i 

wywieźć bez ślubu, a przecież nie mogłem tego zrobić. 

- Dlaczego? 

Przez chwilę obserwował ją w milczeniu. 

- Zgodnie z tym, co powiedział twój wierny Wainwright, to byłoby nieprzyzwoite. 

- Tak, jakby mi na tym zależało. 

- Kate... 

- Theo, czy ty mnie słuchałeś? Byłam bardzo nieszczęśliwa! Gdybyś mi o wszystkim 

powiedział,  zgodziłabym  się  bez  wahania.  Nie  może  być  nic  gorszego  niż  te  siedem 

okropnych dni. Poza tym życie z tobą w grzechu byłoby całkiem przyjemne. 

Blake wybuchnął śmiechem. 

-  O,  nie.  To  nie  byłby  dobry  pomysł.  Musisz  się  poświęcić.  Nie  ścierpiałbym 

złośliwości  na  temat  mojej  żony.  Lepiej  jak  wszystko  odbędzie  się  zgodnie  z  dobrymi 

obyczajami... chociaż trochę. 

-  Boże  -  westchnęła  ciężko.  -  Ten  człowiek  nie  ma  skrupułów,  gdy  idzie  do  łóżka  z 

połową rozpustnic w tym kraju, a ze mną musi być taki szlachetny. 

- Wybacz, kochana - odparł Blake, ponownie okrywając ją pocałunkami. - Nawet nie 

wiesz,  jakie  to  dla  mnie  trudne.  Próbowałem  się  czymś  zająć,  ale  nie  pomagało.  Poza  tym 

prace w Rosebriar jeszcze trwają, chociaż twój ślubny prezent już na ciebie czeka. Będziemy 

mogli  przenieść  się  do  Tryton  Hall  w  następnym  miesiącu.  Chyba  spodoba  ci  się  mieć 

Athertonów za sąsiadów, nieprawdaż? 

background image

Twarz panny Glyn nagle stała się kredowobiała. 

- Co powiedziałeś? - wyszeptała. 

-  Ta  sprawa  zajęła  mi  kilka  dni.  Musiałem  się  ostro  targować.  Ten  twój  kuzyn  to 

straszny sknera, ale Tryton Hall jest znowu twój. 

Lord  Blake  nie  był  w  stanie  powiedzieć  nic  więcej,  ponieważ  Katharine  zaczęła  go 

dosłownie  obsypywać  pocałunkami,  jednocześnie  przepraszając  za  wszystkie  złośliwości, 

jakich mu nigdy nie szczędziła. 

Uśmiechnął się i spojrzał na nią spod oka. 

- Ja i moje zmaltretowane palce wybaczamy ci. 

Wtuliła twarz w jego ramiona. 

- Jesteś kochanym, słodkim, cudownym mężczyzną i uwielbiam cię! 

- A więc wyjdziesz za mnie? 

Znowu go pocałowała. 

- Ty wiesz, że tak. Nie mogłabym być szczęśliwa bez ciebie. Tryton Hall! Wciąż nie 

mogę w to uwierzyć. To jakieś szaleństwo, Theo. Będę okropną księżną. Poza tym Insleyowie 

zawsze zawierają znakomite związki. 

-  Będziesz  wspaniałą  księżną,  a  ja  nie  wyobrażam  sobie  lepszej  żony  niż  ty, 

najdroższa. 

Panna Glyn uśmiechnęła się do ukochanego. 

- Zawsze potrafisz powiedzieć coś miłego. 

- Mam... specjalny patent w kieszeni - mruknął Blake, drżąc pod dotykiem jej rąk. - A 

biskup Londynu mieszka zaledwie dwie przecznice dalej. 

- Ale z ciebie spryciarz, Theo. Pomyślałeś o wszystkim. 

-  Niezupełnie  o  wszystkim  -  zawołała  panna  Fairfax,  pochylając  się  nad  balustradą 

podestu pierwszego piętra. - Będzie wam potrzebna druhna. 

- I drużba - - dodał Jeremy Fairfax, stając u boku siostry. 

- Widzisz, Blake, mieliśmy audytorium. 

- Na to wygląda - westchnął. 

- Załatwimy się z nimi później - szepnęła, delikatnie muskając ustami jego usta. 

- Doskonale. 

- A co z biskupem? - zapytał Jeremy. 

Lord Blake z westchnieniem oderwał się od narzeczonej. 

- Chyba będziemy ich musieli zabrać ze sobą. 

- Skoro tak, nalegam, żeby twoi rodzice również byli obecni. 

background image

- Daj spokój, Kate, bądź rozsądna. 

- Ja zawsze jestem rozsądna - odparła panna Glyn. - Jeśli mam być członkiem twojej 

rodziny, to chcę, aby to stało się przy pełnej aprobacie księcia i księżnej. Nie uważam, żeby to 

dla  nich  była  miła  niespodzianka,  gdy  nieoczekiwana,  niechciana  i  trochę  stuknięta  synowa 

złoży im rano wizytę. Muszą być o wszystkim uprzedzeni. 

-  No,  dobrze  -  odparł  lord  Blake  z  westchnieniem.  -  To  wymaga  jednak  pewnych 

zmian  w  ustalonej  już  ceremonii  ślubnej.  Katharine  i  ja  -  zawołał  do  rozbawionego 

dwuosobowego audytorium - idziemy do biskupa, a wy się szykujcie. Spotkamy się w domu 

moich rodziców przy Grosvenor Square. I nie zapomnijcie wziąć ze sobą pantofli rannych dla 

mojej uroczej panny młodej - rzekł, biorąc ją ponownie w ramiona. - Nie chciałbym, aby w 

noc poślubną śmiertelnie się zaziębiła. 

Pół  godziny  później,  gdy  zaspany  i  raczej  skonsternowany  biskup  Londynu,  panna 

Glyn oraz Fairfaksowie czekali w salonie Insleyów, lord Blake pobiegł na górę po rodziców. 

Wesoło  pogwizdując  jakąś  niezbyt  cenzuralną  piosenkę,  wszedł  do  ich  sypialni  i  zaczął 

bezceremonialnie budzić ojca. 

Halo, pater, czas wstawać - zawołał. - Maman, ty także. 

Usiadł  na  brzegu  łóżka,  podczas  gdy  książę  i  księżna,  tak  brutalnie  wyrwani  ze  snu, 

usiłowali dojść do siebie. 

- Theo, co tu się dzieje, u licha? - zapytała księżna, nie kryjąc niezadowolenia. 

-  Czy  wiesz,  która  godzina?  -  wymamrotał  książę.  -  Jak  możesz  być  tak 

nieodpowiedzialny? 

-  Mon  cher  papa,  ależ  ja  właśnie  jestem  jak  najbardziej  odpowiedzialny  -  odparł  z 

oburzeniem  lord  Blake.  -  Wiedziałem,  ponad  wszelką  wątpliwość,  że  będziecie  chcieli  być 

obecni na ślubie swojego syna i dziedzica. Przyszedłem więc poprosić, żebyście zeszli na dół. 

- Na ślubie? - powtórzyli jednocześnie książę i księżna. 

- Diablicy z Hampshire i moim - odparł lord Blake, śmiejąc się szeroko. - Panna Glyn 

uparła  się,  że  powinniście  dowiedzieć  się  o  ślubie  przed  ceremonią.  Oryginalny  pomysł, 

nieprawdaż? Nie marudźcie więc. Nie wypada, żeby biskup czekał tak długo. 

O  godzinie  czwartej  nad  ranem,  w  obecności  biskupa  Londynu,  lord  Blake  włożył 

pannie Glyn na palec ślubną obrączkę, po czym biskup ogłosił ich mężem i żoną. Lord Blake 

natychmiast skorzystał z okazji, aby wziąć pannę młodą w objęcia. 

- Pocałuj mnie, Kate - powiedział. 

- Och, naprawdę, Theo - westchnęła lady Blake - mógłbyś pomyśleć o czymś bardziej 

oryginalnym. 

background image

W ślubnym orszaku rozległy się chichoty. 

- Słodka Kate - odparł pan młody drżącym głosem - niech twój pocałunek uczyni mnie 

nieśmiertelnym. 

- I tak zapewne się stanie - odpowiedziała lady Blake, zarzucając małżonkowi ramiona 

na szyję i całując go do utraty tchu. 

To  szokujące  zachowanie  wzbudziło  aplauz  zgromadzonych  osób.  Radosnym 

okrzykom i wiwatom jeszcze długo nie było końca. 

-  Wiesz  -  szepnęła  małżonkowi  do  ucha  lady  Blake  -  myślę,  że  mimo  wszystko, 

spodoba mi się małżeńskie życie. 

- Dopilnuję tego osobiście - odparł.