background image

LUDWIK STOMMA 
Polskie złudzenia narodowe 
KSIĘGI WTÓRE 
 
LUDWIK STOMMA 
Polskie złudzenia narodowe 
KSIĘGI WTÓRE 
sens 
wydawnictwo 2007 
Projekt okładki Maciej Bernat 
Skład i łamanie 
Tomasz Lerczak, Dariusz Tomczak 
GRUPA OSIEM CZWARTYCH 
Wydanie I 
© Copyright by Ludwik Stomma, Poznań 2007 
ISBN 978-83-86944-66-8 
Wydawnictwo SENS 
60-397 Poznań, ul. Bukowska 114B/4 
teł. i faks: (061) 8618919 
www .sens .rubikon.pl 
e-mail: sens@rubikon.pl 
Druk: Poznańskie Zakłady Graficzne SA 

KRZYśACY 
Najoględniej powiedzieć moŜna, Ŝe KrzyŜacy nie mają w Polsce dobrych notowań. 
Pisał Adam Mickiewicz w GraŜynie: 
„Lecz krzyŜackiego gadu nie ugłaszcze Nikt ni gościna, ni prośba, ni dary [...]. 
Przebrzydły Zakon podobny do smoku: Jeden łeb utniesz, drugi rośnie skoro, I ten ucięty 
rośnie w dziesięcioro! Wszystkie utnijmy! [...] 
Kto by wolał stokroć od ich broni Raczej śmierć w polu niźli pomoc zyskać. Raczej Ŝelazo 
rozpalone w dłoni Niźli krzyŜacką prawicę uściskać!" 
Dzielną naśladowczynię znalazł w tej mierze Wieszcz w Marii Konopnickiej - w jej Rocie, 
ś

piewanej po dziś dzień w szkołach i na licznych uroczystościach państwowych czy 

partyjnych, znalazł się słynny passus: 
„Do krwi ostatniej kropli z Ŝył Bronić będziemy Ducha, 

AŜ się rozpadnie w proch i pył KrzyŜacka zawierucha Twierdzą nam będzie kaŜdy próg... — 
Tak nam dopomóŜ Bóg! 
Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz Ni dzieci nam germanii [...]". 
Największy jednak wpływ na utrwalenie w świadomości Polaków demonicznego stereotypu 
KrzyŜaka miał oczywiście, nie po raz pierwszy i ostatni, Henryk Sienkiewicz. Dwa tomy 
KrzyŜaków aŜ roją się od deklaracji typu: „Nienasycone to plemię, gorsze od Turków i 
Tatarów. Bo oni w duszy i króla, i nas się boją, a jednak od grabieŜy i mordów nie mogą się 
powstrzymać. Napadają wsie, rzezają kmieciów, topią rybaków, chwytają dzieci jako wil-
cy..." Na takich oświadczeniach nie da się jednak oprzeć kanwy powieści. Trzeba je 
ucieleśnić. I tutaj rzeczywiście, jak w Ŝadnym innym swoim dziele (jest sporo sympatycznych 
Kozaków w Ogniem i mieczem, zdarzają się porządni Szwedzi w Potopie), przeszedł 
Sienkiewicz samego siebie. CóŜ za kolekcja krzyŜackich potworów! Przeniewierca, pyszałek 
i bezlitosny okrutnik Kunon von Lichtenstein (pozytywni bohaterowie epopei mówią o nim 
„sobacza mać"). Hugo de Danveld — zboczony erotoman, tchórz, hipokryta, porywacz dzieci, 

background image

jeden z morderców Ŝony Juranda, zabójca de Fourcy'ego. Bracia: Gotfryd i krzywoprzysięzca 
Rotgier, wspólnicy Danvelda w porwaniu Danuśki i zamordowaniu gościa Zakonu, obaj 
wyzuci z jakichkolwiek skrupułów. Zygfryd de Lóve — wiarołomnik, okrutnik, morderca i 
kat Juranda, doprowadzający bezbronną Danuśkę do pomieszania zmysłów, wreszcie 
samobójca. Henryk, komtur człuchowski, „najzawziętszy wróg polskiego plemienia, który 
zaprzysiągł, Ŝe poty dwa miecze będzie przed sobą nosić, póki obu w krwi polskiej nie 
ubroczy". Brat Szomberg — dusiciel dzieci Witolda, wójt von Heidek, który nie uznaje słowa 
rycerskiego i glejtów... MoŜna wyliczać dalej. Z całej tej plejady zakonnych czarnych 
charakterów tylko dla trzech znajduje Sienkiewicz „cieplejsze" słowo. Są nimi: Ulryk von 
Jungingen, wprawdzie pyszałek i dureń, ale „rycerz znamienity", co zresztą było w 
konstrukcji narracyjnej nieuniknione, gdyŜ zginie z ręki Polaków, których chwałę 
umniejszałoby, gdyby był atletą drugiej kategorii. Następnie jego brat i poprzednik 

w godności wielkiego mistrza, Konrad von Jungingen, o którym dowiadujemy się, iŜ „musiał 
kłamać, bo kłamstwo odziedziczył razem z oznakami mistrzostwa, a od wczesnych lat 
przywykł uwaŜać je tylko za polityczną przebiegłość [...]. Zakon tak dalece przywykł od 
całych wieków czyhać na cudze, grabić, zabierać siłą lub podstępem przyległe ziemie, Ŝe 
Konrad nie tylko nie umiał powściągnąć tego drapieŜnego głodu, ale mimo woli, siłą 
nabytego pędu sam poddawał mu się i usiłował go zaspokoić [...]. Czuł się niby woźnica, 
który rozhukanymi powodując końmi wypuścił lejce z rąk i zdał wóz na wolę losu". Wreszcie 
Arnold von Baden, głupkowaty osiłek, nazywany z tego powodu przez współbraci 
„niedźwiedziem", obdarzony jednak przez Sienkiewicza tym niebywałym komplementem, iŜ 
był „prawie uczciwym" (tom II, rozdz. XXXII). 
Kto stoi po drugiej stronie, nie warto nawet wspominać. Oprócz Maćka i Zbyszka z 
Bogdańca, cały huf anielski nieskalanych rycerzy: Powała z Ta-czewa, Zyndram z 
Maszkowic, Lis z Targowiska, Zawisza Czarny z Garbo-wa, Paszko Złodziej z Biskupic... 
Czyje tylko imię znalazł autor KrzyŜaków w kronikach Długosza, od razu antropomorfizował 
noszącego je w postać aureolą jaśniejącą. Dało to w sumie efekt poraŜający. Owszem, owa 
skrajna polaryzacja jest, przykro powiedzieć, literackim kiczem, ale jednocześnie istnym 
majstersztykiem propagandowym. CzyŜ dziwić się moŜna, Ŝe od tego czasu o KrzyŜakach nic 
innego w Polsce powiedzieć nie wolno? 
Rozumieli to doskonale komuniści, toteŜ kiedy Konrad Adenauer podczas wizyty w Wiedniu 
w 1957 r. został uroczyście mianowany honorowym rycerzem Zakonu i załoŜył płaszcz z 
czarnym krzyŜem, prasa reŜymowa rozpętała histeryczną kampanię przeciw kanclerzowi, a 
takŜe przeciw „rewan-Ŝystowskiej i rewizjonistycznej" Niemieckiej Republice Federalnej. 
Nikomu oczywiście nie przyszło do głowy zastanawiać się nad rzeczywistymi motywami 
celebracji. Tymczasem Adenauer swoim symbolicznym gestem chciał uczcić godną, nie 
dopuszczającą jakiejkolwiek kolaboracji z nazizmem postawę KrzyŜaków w III Rzeszy. 
W roku 1938 siedziba władz Zakonu znajdowała się w Wiedniu. Kiedy po anszlusie 
KrzyŜacy, chociaŜ podjęli w Freudenthal Hitlera i Góringa, nie zgodzili się na firmowanie 
szczytnych tradycji teutońskich, jakie według Himmlera mieli uosabiać, rozkręciła się spirala 
represji. Najpierw zmuszono ich do sprzedaŜy za grosze reprezentacyjnego wiedeńskiego 
pałacu, w którym 

ulokował się miejscowy sztab Luftwaffe. Potem, jeszcze w roku 1938, został Zakon 
zlikwidowany, a jego dobra skonfiskowane. Rycerzy krzyŜackich rozproszono po parafiach 
zarządzanych przez lojalnych wobec NSDAP proboszczów, siostry skierowano do pracy w 
lazaretach wojskowych. Wielki mistrz Robert Schalzky, po krótkim okresie względnej 
swobody, został skierowany w roku 1939 do odległej leśniczówki w Wiedergriin, gdzie 
pozbawiono go moŜliwości kontaktowana się ze współbraćmi. Udało mu się stamtąd 

background image

przenieść do Opawy, gdzie Ŝył ze skromnej renty, opracowując ciągłe plany reaktywowania 
Zakonu. Aresztowany po wyzwoleniu przez Czechów (oni teŜ czytali Sienkiewicza), został 
przez nich jednak szybko zwolniony i odesłany do Austrii. Udało mu się tam uzyskać 
relegalizację KrzyŜaków, ale bez Ŝadnych restytucji czy zapomóg finansowych. 
Historia ta, jako się rzekło, nie zainteresowała nikogo, chociaŜ akurat w 1957 r. w Polsce 
napisać moŜna było wiele. Nie doszedł w tym przypadku do głosu nawet opozycyjno-
przekorny instynkt Polaków, kaŜący im z reguły zaglądać za podszewkę, w załoŜeniu — 
przewaŜnie zresztą słusznym — iŜ jeśli propaganda stara się coś wbić do głowy szczególnie 
nachalnie i natrętnie, to trzeba szukać odwrotności, a juŜ przynajmniej nie przyjmować jej 
enuncjacji a la lettre. Tym razem chodziło jednak o KrzyŜaków, „kainowe plemię" 
pozbawione w polskiej świadomości narodowej prawa do choćby minimum obiektywnego 
spojrzenia. JeŜeli jednak odłoŜymy na chwilę na bok spalające namiętności i Henryka 
Sienkiewicza, to czy zobaczymy, jak to z KrzyŜakami w rzeczywistości było? 
Zakon krzyŜacki, a ściślej Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w 
Jerozolimie, został załoŜony w 1198 г., na bazie istniejącego juŜ wcześniej (od roku 1190) 
bractwa obsługującego szpital dla niemieckich krzyŜowców. Zorganizowano go na kształt i 
podobieństwo zakonów rycerskich joannitów czy templariuszy. Miał więc za zadanie zbrojne 
wspomaganie chrześcijańskich władz Królestwa Jerozolimskiego, osłanianie pielgrzymów i 
kupców etc. Dość szybko, dzięki energii i rozległym stosunkom czwartego z kolei wielkiego 
mistrza Hermana von Salza (1210-1239), uzyskał niebagatelne znaczenie. Herman von Salza 
był politykiem przenikliwym. Rozumiał, Ŝe Królestwo Jerozolimskie chyli się ku upadkowi, 
przewaga muzułmańska będzie rosła i nie zrównowaŜą jej posiłki docierające z Europy, 
skądinąd coraz mniej liczne i gorzej zaopatrzone. Od początku prowa- 

dził działalność dwutorową. Z jednej strony umacniał pozycję w Królestwie Jerozolimskim, 
czego wyrazem była budowa imponującego zamku obronnego Montfort w pobliŜu Akki, z 
drugiej — szukał punktów zaczepienia w Europie, gdzie teŜ pogan do nawracania nie 
brakowało, a które pozwoliłyby mu na przetrwanie w przypadku konieczności ewakuacji z 
Ziemi Świętej. Przeniesienie głównych sił do baliwatów w Rzeszy Niemieckiej czy w 
Królestwie Obojga Sycylii nie mogło wchodzić w grę, gdyŜ stanowiły one wyłącznie zaplecze 
gospodarczo-finansowe KrzyŜaków, nie zapewniały natomiast wykonywania przez rycerzy 
zakonnych statutowej misji, czyli walki z niewiernymi. 
Jak wiadomo, po krótkim epizodzie siedmiogrodzkim, KrzyŜacy pojawili się na ziemi 
chełmińskiej, którą ofiarował im w roku 1226 ksiąŜę mazowiecki Konrad w zamian za obronę 
kraju przed najazdami nie tylko — co trzeba podkreślić — Prusów, ale wszystkich 
niewiernych nieprzyjaciół. Wobec wyŜszości cywilizacyjnej przybyszów, była to decyzja 
krótkowzroczna. Nie moŜna usprawiedliwiać Konrada tym, iŜ nie mógł przewidzieć 
przyszłości, skoro król Węgier Andrzej i jego następca Bela IV jakŜe szybko zauwaŜyli 
niebezpieczeństwo i niezwłocznie pozbyli się KrzyŜaków ze swoich ziem. Na razie jednak, o 
czym czytamy nawet w naszych podręcznikach, trwało braterstwo broni. W roku 1241 
chorągiew krzyŜacka pod późniejszym wielkim mistrzem Poppo von Osterna dzielnie 
wspierała Henryka PoboŜnego w bitwie pod Legnicą. W kolejnych wyprawach przeciw 
Prasom i śmudzinom posiłkowało z kolei KrzyŜaków rycerstwo mazowieckie, dzieląc łupy i 
jeńców. Początek konfliktu między Piastami i Zakonem wyznaczyła dopiero data 1308 г., 
kiedy to KrzyŜacy pod Henrykiem von Plotzkem napadli zdradziecko na Gdańsk i opanowali 
całe Pomorze Gdańskie. śe napaść była podstępna i wiarołomna, to nie ulega wątpliwości. 
Czy była to jednak napaść na Polaków? Bardzo to skomplikowana sprawa. Najpierw kilka 
słów o scenie wydarzeń. 
Pomorze Gdańskie weszło w skład państwa Polan przypuszczalnie w okresie panowania 
Mieszka I. Jak silny był to związek - nie wiadomo. Raczej luźny, jeśli nie zgoła iluzoryczny. 

background image

W kaŜdym razie juŜ w połowie XI w. Pomorze usamodzielniło się całkowicie. Podbił je 
dopiero ok. roku 1119 Bolesław Krzywousty. Nie na długo jednak. Po śmierci Bolesława w 
1138 г., czyli po dziewiętnastu zaledwie latach, było znowu niezaleŜne, choć do roku 1227 
tamtejsza dynastia Samborydów uznawała teoretycznie zwierzchność władców polskich i 
dopiero od tego roku uŜywać zaczęła tytułu dux, przysługującego 

udzielnym ksiąŜętom. W roku 1266, po śmierci księcia Światopełka, rozpoczęła się na 
Pomorzu Gdańskim zaciekła walka o władzę pomiędzy braćmi zmarłego: Samborem II i 
Raciborem oraz jego synami: Mściwojem II i Warcisławem II. Nie wchodząc w szczegóły 
tych rodzinnych rozgrywek, przypomnijmy tylko, Ŝe Sambor i Racibor scedowali swe 
domeny KrzyŜakom, natomiast Mściwoj w 1269 r. oddał swoje ziemie, wraz z Gdańskiem, w 
lenno Brandenburczykom, w zamian za pomoc przeciw Warcisławowi. Kiedy jednak 
Warcisław umarł, Brandenburczycy ani myśleli wracać do siebie. Mściwoj odwrócił więc 
sojusze i związał się z księciem wielkopolskim Bolesławem, z którym teŜ wspólnie zdobył 
Gdańsk, co nie zmieniało jednak waŜnego prawnie stosunku lennego wobec Brandenburgii 
ani zapisu, iŜ w przypadku śmierci księcia Pomorze Gdańskie przypadnie Brandenburgii. By 
temu zapobiec, w roku 1282 Mściwoj ofiarował swoje ziemie bratankowi Bolesława, nowemu 
księciu wielkopolskiemu Przemysłowi II. Ten jednak wkrótce, ledwo zdąŜywszy się 
koronować na króla Polski, został w roku 1296 zamordowany (najprawdopodobniej z 
inspiracji Brandenburczyków). Teraz na krótkie cztery lata dostał się Gdańsk w ręce 
Władysława Łokietka. Wyrugował go stąd Wacław II, który władał Pomorzem Gdańskim za 
pośrednictwem potęŜnego miejscowego rodu Świeców. Ale i panowanie czeskie było 
efemeryczne. Po śmierci Wacława III w roku 1306 powrócił Łokietek i logicznie zaczął swoje 
rządy od pozbawienia Święców urzędów. Ci, rozgoryczeni, zwrócili się o pomoc do 
Brandenburgii (stosunek lenny wciąŜ prawnie obowiązywał). OblęŜona przez 
Brandenburczyków załoga Łokietka w Gdańsku zwróciła się o pomoc do KrzyŜaków. 
Przybyłe niemal natychmiast wojska Zakonu (posiadającego juŜ wtedy na Pomorzu rozległe 
włości) przepędziły Brandenburczyków, a następnie... zwolenników Łokietka (w roku 1308), 
stając się w ten sposób zwierzchnikami krainy. Wkrótce KrzyŜacy zalegalizowali swój podbój 
prawnie, odkupując od margrabiego brandenburskiego jego prawa. Tutaj kończą się fakty i 
zaczynają interpretacje. 
Pisze historyk niemiecki (urodzony w Malborku), Hartmut Boockmann: „Nie moŜna w 
Ŝ

adnym wypadku powiedzieć, Ŝe przemoŜna konieczność skłoniła Zakon do podboju 

Pomorza Gdańskiego, ale tak samo, Ŝe Pomorze Gdańskie musiało naleŜeć do Polski. Polska 
tradycja historiograficzna jest kategorycznie tego drugiego zdania. Podsumował je Marian 
Biskup w 1973 r. podczas polsko-niemieckich rozmów na temat podręczników szkolnych. 
Twier- 
10 
dził, po pierwsze, Ŝe KrzyŜacy postąpili wiarołomnie zajmując Gdańsk i urządzając przy tym 
krwawą rzeź. Po drugie, uzasadnia swoją ocenę tym, Ŝe Polska miała «niezbywalne prawo« 
do Pomorza Gdańskiego, zwłaszcza do ujścia Wisły, po trzecie wreszcie, Ŝe rycerstwo 
pomorskie w większości było za polskim królem i mieszkańcy Pomorza związani byli z 
polskimi ziemiami centralnymi »przez wspólnotę języka i obyczaju«. Argumenty te są w 
pewnym sensie zwierciadlanym odbiciem tradycyjnych ocen niemieckich, równieŜ i tu 
bowiem argumenty mają charakter geopolityczny: ujście Wisły jest Polakom jakoby równie 
niezbędne jak, zdaniem Niemców, państwu zakonnemu. RównieŜ więź mieszkańców 
Pomorza, o jakiej mówi Polska, ma swój odpowiednik po stronie niemieckiej. Krollmann 
pisze: «Niemieckie klasztory, niemieccy osadnicy rolni, niemieckie gminy miejskie torowały 
drogę panowaniu niemieckiego plemienia«. Nawet jeŜeli zostało to sformułowane nieco 
niezręcznie — przecieŜ Zakon KrzyŜacki nie był niemieckim plemieniem — to sens jest 

background image

jasny: zgodnie z nim Pomorze Gdańskie zostało częściowo zgermanizo-wane w wyniku 
osadnictwa, czego nieuniknioną konsekwencją było niemieckie panowanie nad krajem 
właśnie ze względu na «wspólnotę języka i obyczaju« [...]. Z jednej strony mamy więc 
przekonanie o «niezbywalnym prawie« Polski do Pomorza Gdańskiego, z drugiej zaś, 
wracając znów do Krollmanna, pogląd, Ŝe Zakon nie tylko zdobył Pomorze Gdańskie, ale 
miał do tego prawo, poniewaŜ margrabia brandenburski był prawym właścicielem Pomorza 
Gdańskiego i odsprzedał swoje uprawnienia KrzyŜakom. Poglądy te wykluczają się 
wprawdzie ze względu na zawartość treściową, ale pod względem struktury są takie same. 
Oba bowiem z ponownie wyciągniętych na wokandę spornych stanowisk prawnych badanego 
okresu wybierają jedno, uznając je za prawdziwe i słuszne. Oba zakładają więc milcząco, Ŝe 
zadaniem historyka jest odróŜnić prawo od bezprawia jak sędzia, zamiast analizować dawną 
sytuację i wyjaśnić niegdysiejszy bieg wydarzeń [...]. Pytanie, czyje prawo było słuszniejsze, 
jest pytaniem naiwnym, a w kaŜdym razie nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Czy 
prawa margrabiów brandenburskich do ziem, które Mściwoj oddał im w lenno, były 
słuszniejsze niŜ te, które wynikały z darowizny na rzecz księcia wielkopolskiego? Pytanie to 
juŜ w XIV w. było rozpatrywane przez sąd papieski, ale bez skutku". 
Dodajmy, choć nie miało to bezpośredniego wpływu na stosunki polsko--krzyŜackie i moŜe 
dlatego umykało uwadze historyków, iŜ do opanowania 
11 
Pomorza Gdańskiego mieli KrzyŜacy dodatkową, niebagatelną motywację. Oto w 
październiku 1307 r. król Francji dokonał pogromu znacznie bogatszych i potęŜniejszych od 
KrzyŜaków templariuszy. Oznaczało to, iŜ swoisty immunitet przysługujący dotąd zakonom 
rycerskim przestał obowiązywać. W walce o przetrwanie mogli więc liczyć tylko na własne 
siły. KrzyŜacy bacznie obserwujący wydarzenia we Francji wyciągnęli z nich wniosek o 
konieczności natychmiastowego umocnienia swojego stanu poosiadania, do czego kluczem 
było opanowanie ujścia Wisły. Nie zauwaŜył tego Boockmann, pisząc, iŜ „nie moŜna w 
Ŝ

adnym wypadku powiedzieć, Ŝe przemoŜna konieczność skłoniła Zakon do podboju 

Pomorza Gdańskiego". Nie przemoŜna z pewnością, ale jednak była to z punktu widzenia 
Zakonu swoista konieczność. Rzecz to jednak marginalna. 
Władza krzyŜacka nad Pomorzem Gdańskim nie trwała zbyt długo. Zakon utracił ją w roku 
1466, na mocy drugiego pokoju toruńskiego. Ta właśnie cezura 1308-1466 (wojnę 1519-1521 
ś

miało uznać moŜna za anegdotyczną) wyznacza okres konfliktów i starć polsko-krzyŜackich. 

Z perspektywy dziejowej nie był to okres zbyt długi, i gdyby nie późniejsze zaszłości pruskie, 
za które Zakon nijak nie ponosił odpowiedzialności, nie nabrałyby zapewne tak 
symbolicznego znaczenia. Przy całym, ciągłym, stupięćdziesięcioletnim napięciu polsko-
krzyŜackim warto jednak zwrócić uwagę i na drugą stronę medalu. 
Zacznijmy od wyliczenia rodem z ksiąŜki telefonicznej: Barciany, Biały Bór, Bierzgłowo, 
Bratian, Brodnica, Bytów, Chomętowo, Chwarszczany, Czaplinek, Czarne, Człuchów, 
Dąbrówno, Działdowo, Elbląg, GiŜycko, Gniew, Golub-Dobrzyń, Grabiny, Gródek, 
Grudziądz, Kętrzyn, Kowalewo Pomorskie, Kwidzyn, Lębork, Lipieniek, Malbork, 
Miłakowo, Morąg, Nidzica, Nowe, Nowy Jasiniec, Olsztynek, Ostróda, Popowo Biskupie, 
Pasłęk, Pisz, Pokrzywno, Radzyń Chełmiński, Rogoźno, Ryń, Sobowidz, Stara Kiszewa, 
Starogród, Szczytno, Szestno, Sztum, Świecie, Toruń, Węgorzewo — oto lista (niepełna) 
miejscowości, w których stoją pokrzyŜackie zamki lub oglądać moŜna ich ruiny czy inne 
pozostałości. Nie chodzi oczywiście o turystyczną reklamę (acz i to dzisiaj nie jest bez 
znaczenia). Lista ta świadczy przede wszystkim o rozmachu cywilizacyjnym państwa 
zakonnego. Historia uczy zaś, Ŝe bez względu na polityczne kontrowersje, wojny czy 
animozje sąsiedztwo owocuje zawsze wzajemnym przepływem kulturowym. Styk pol-sko-
krzyŜacki nie był od tej reguły wyjątkiem. Przy czym zaznaczyć trzeba 
12 

background image

z całą mocą, iŜ poziom cywilizacyjny państwa krzyŜackiego był przez długie lata wyŜszy od 
polskiego. To Polska więc korzystała znacznie bardziej z przepływu wzorców i idei. Polską 
kulturę rycerską zawdzięczamy przede wszystkim przykładowi krzyŜackiemu, podobnie jest z 
organizacją handlu, marynarki rzecznej, w znacznej mierze z architekturą. CzymŜe byłyby np. 
Gdańsk czy Toruń bez krzyŜackiego dziedzictwa? Sprawy te konsekwentnie pomijane są w 
historiografii narodowej. Konsekwentnie i świadomie — nie chciała się zgodzić na ich 
uwzględnienie strona polska podczas dyskusji podręcznikowych z Niemcami. Trudno nie 
odnieść wraŜenia, Ŝe nie miała ona najmniejszej dobrej woli przełamania stereotypów 
dotyczących krzyŜackiego rozdziału naszych dziejów. Tymczasem nie taki KrzyŜak straszny, 
jak go malują. Nie posuniemy się z pewnością do stwierdzenia, Ŝe sąsiedztwo Zakonu było 
dla Polski korzystne. Nie było jednak równieŜ jednowymiarowo złowrogie, zaś przy analizie 
konkretnych epizodów dziejowej koegzystencji okazuje się z reguły, Ŝe były one bardziej 
złoŜone i niejednoznaczne, niŜ to się nam ciągle przedstawia. Dodajmy wreszcie, iŜ 
powojenni wielcy mistrzowie krzyŜaccy (przede wszystkim Ildefons Pauler, wielki mistrz w 
latach 1970--1988) opowiadali się za porozumieniem i pojednaniem polsko-niemieckim. 
Kolejny wielki mistrz, Arnold Wieland, podczas kadencji którego przypadła osiemsetna 
rocznica powstania Zakonu, został serdecznie przyjęty przez papieŜa Jana Pawła II i uzyskał 
odeń uroczyste błogosławieństwo dla rycerzy z czarnymi krzyŜami. W tym teŜ czasie Czesi 
wyrazili zgodę na działalność Zakonu na swoich ziemiach. Wkrótce teŜ w Opawie powstał 
pierwszy ośrodek krzyŜacki. Innymi słowy, czeski Konrad Mazowiecki nazywa się Vaclav 
Havel. A u nas? — U nas nic. Czekamy 
„AŜ się rozpadnie w proch i pył KrzyŜacka zawierucha [...]". 
I na tym budujemy nasz retropatriotyzm. 
II 
PRUSACTWO 
Polscy publicyści (ostatnio Stefan Bratkowski), a i - co gorsza - cześć historyków wiąŜą 
uparcie hitleryzm z tradycją pruską. Zacznijmy od małego zestawu biograficznego: Adolf 
Hitler, Ernst Kaltenbrunner i Arthur Seyss-Inquart (choć ten ostatni urodził się na Morawach) 
byli Austriakami. Joseph Goebbels, Adolf Eichmann, Robert Ley, Albert Speer wywodzili się 
z Nadrenii. Heinrich Himmler, Julius Streicher, Henirich Muller, Josef Mengele byli 
Bawarczykami. Rodziny Martina Bormanna i Reinharda Heydricha wywodziły się z Saksonii. 
Hans Frank przyszedł na świat w Badenii-Wirtembergii, Hermann Goring we Franko-nii... 
Wśród czołowych ideologów i zbrodniarzy ruchu nazistowskiego właśnie Prusaków znaleźć 
omal nie sposób. Bazą hitleryzmu — miejscem, w którym dojrzewał i skąd ruszył na podbój 
Niemiec — była katolicka, ludowa Bawaria, nie zaś oschłe, junkierskie Prusy. A nie 
zapominajmy, Ŝe Niemcy były przez wieki konglomeratem państewek o tak róŜnej kulturze i 
tradycji, Ŝe jeszcze w końcu XIX w. stawiano pytanie, czy istnieje w ogóle narodowość 
niemiecka. Wybitny historiozof Erich Miiller-Gangloff dał zresztą na nie odpowiedź 
kategorycznie negatywną. Tak więc mylenie tradycji bawarskiej i praskiej jest nie tylko 
błędem historycznym, ale prowadzi równieŜ do fałszywych stereotypów i uogólnień. 
Zupełnie zapomniany jest w Polsce fakt, Ŝe w okresie Republiki Weimarskiej (1918-1933) to 
właśnie Prusy, rządzone przez socjaldemokratów, w koalicji z katolickim Centrum, były 
ostoją i gwarantem niemieckiej demokracji. Z małymi tylko przerwami od roku 1918 do 1932 
premierem Pras był socjaldemokrata Otto Braun, a jego prawą ręką minister spraw 
wewnętrznych, socjalista (w najmniejszym stopniu nie „narodowy"), Karl Severing. 
14 
Zresztą, cóŜ to w ogóle znaczy „Prusy"? Pisał Stanisław Stomma (Czy fatalizm wrogości. 
Kraków 1980, s. 38-39): „Prusy terytorialnie były konglomeratem, którego rdzeń trudno jest 
ustalić. NaleŜałoby stwierdzić, Ŝe najbardziej pruskie były te ziemie, które historycznie nie 
były niemieckie i stosunkowo późno zostały zaanektowane — a więc Prasy Wschodnie, 

background image

Pomorze, Marchia. To jeszcze bardziej pogłębia paradoksalność problemu. Stawiając kropkę 
nad »i« trzeba by dalej stwierdzić, Ŝe Prasy to pojęcie raczej polityczne niŜ geograficzne, 
raczej system niŜ kraj [...]. »Preussentum« to pewna koncepcja i postawa polityczno-
społeczna. Postawa odpowiadająca klasie jun-krów. Stąd paradoks, Ŝe Pomorze Zachodnie, 
gdy się znajdowało pod władzą niemiecką, było bardziej pruskie niŜ Brandenburgia lub 
Berlin. Było tak dlatego, Ŝe Pomorze było społecznie mniej zróŜnicowane. Ogromne dobra 
ziemskie naleŜały tam do junkrów. Na Pomorzu dominowali junkrowie. Pomorze było 
bardziej junkierskie niŜ Berlin, a przeto siłą rzeczy bardziej pruskie [...]. Jest zupełnie 
zrozumiałe, Ŝe berlińczyk moŜe się odŜegnywać od odpowiedzialności za hitleryzm. Słusznie 
moŜe wskazywać na to, Ŝe Bawaria przez długie lata hołubiła hitleryzm, podczas gdy jego 
okręg był domeną socjalistów. A berlińczyk to geograficznie i administracyjnie Prusak [...]. 
Trudno mówić o narodzie pruskim. »Preussentum« to postawa, typ polityczny i system 
polityczno-administracyjny. Nosicielem tych cech pruskich nie był naród, lecz kasta. 
Hitleryzm nie był płodem kasty junkrów. Wytworzył się poza jej obrębem". 
Tutaj rzecz, która moŜe zabrzmi w Polsce jeszcze bardziej niespodziewanie. Kiedy w roku 
1925 Paul von Hindenburg, Prusak pełną gębą, urodzony w Poznaniu, dochodził do władzy w 
Niemczech i zaczynał stopniowo ograniczać demokratyczne prawa, najsilniejszy i chwilami 
omal jedyny liczący się opór stawiał mu... autonomiczny rząd praski. Jeszcze w roku 1932 
czysto tym razem prawicowy pruski gabinet „koncentracji narodowej", zwany równieŜ 
„gabinetem baronów", gdyŜ w jego skład wchodziło siedmiu junkrów, dwóch dyrektorów 
koncernów i jeden generał, w miarę moŜliwości opierał się fali nazizmu. Miało to przyczyny 
nie tylko polityczne, ale równieŜ psychologiczne. Wystarczy poczytać junkierskie pamiętniki 
z okresu międzywojennego, chociaŜby wydane w tłumaczeniu polskim wspomnienia grafini 
Marion Donhoff (późniejszej redaktorki naczelnej ,J3ie Zeit"), by zrozumieć, jak bardzo 
szlacheckie kręgi pruskie pogardzały „przybyłym znikąd" Hitlerem, proletariackimi 
15 
bandami SA i ich społeczną demagogią. RównieŜ antysemityzm był temu środowisku 
(podobnie zresztą, jak moŜnowładcom polskim) praktycznie obcy. Ideowo z nazizmem nie 
łączyło członków pruskiej szlachty nic. I chociaŜ potem zachłysnęli się i oni pierwszymi 
sukcesami Hitlera, byli teŜ pierwszymi, którzy ochłonęli. Marion Donhoff twierdzi zresztą, Ŝe 
konspiracja antyhitlerowska zaczęła się wśród niektórych grup junkierskich juŜ w latach 
1940--1941. „Wszystko — pisze — było okryte głęboką tajemnicą i w tym tkwiła największa 
trudność. Nie mogliśmy nawet do siebie telefonować, nie mówiąc o pisaniu [...], Musieliśmy 
wieść podwójne Ŝycie, od samego początku, takŜe dzieci były do tego zmuszane. W 
wypracowaniu szkolnym wynosiły Hitlera pod niebiosa, a w domu słyszały, jak rodzice mu 
wymyślają. Te dwa Ŝycia, które zupełnie do siebie nie przystawały, trzeba było starannie 
rozgraniczać. TakŜe moim ludziom nie mogłam powiedzieć tego, co naprawdę myślę". A 
jednak, w tak trudnych warunkach kształtowała się — i to w Prusach! — właśnie 
antyhitlerowska opozycja, która od majątku Helmutha von Molt-kego nazwana zostanie przez 
gestapo Kreisauer Kreis. Tutaj wkraczamy juŜ w krąg konkretnych nazwisk: Axel von dem 
Bussche, Claus hrabia Schenk von Stauffenberg, Ulrich von Hassel, Peter hrabia Yorck von 
Wartenburg, Heinrich hrabia Lehndorff, Heinrich hrabia Dohna-Schlobitten, Adam on Trott 
zu Solz, Hans-Carl hrabia Hardenberg, Fritz Dietloff hrabia von Schulenburg etc. Wszyscy z 
pruskich, junkierskich rodzin, wszystkich ich odnajdujemy teŜ w kręgu zamachowców z 20 
lipca 1944 r. - większość udział w spisku przypłaciła Ŝyciem. PrzeŜył — co jest swoistym 
paradoksem — Axel von dem Bussche, który próbę zabicia fuhrera podjął juŜ 23 listopada 
1943 r. 
Wszystko to świadczy o tym, Ŝe przedstawianie Prusaków akurat jako krzewicieli i bazy 
hitleryzmu jest z gruntu fałszywe. Owszem, naziści gloryfikowali model zmilitaryzowanego 
społeczeństwa pruskiego z czasów fryde-rycjańskich, była to jednak miłość bez wzajemności. 

background image

Nasuwa się w tym miejscu pytanie: dlaczego w Polsce, wbrew faktom, ale uparcie i 
konsekwentnie dopatruje się źródeł nazizmu w tradycji pruskiej? — Myślę, Ŝe odpowiedź 
naprowadza nas na ślad pewnej prawidłowości w „historycznym" myśleniu Polaków. Oto w 
przeszłości zaznaliśmy, tak przynajmniej my to oceniamy, rozlicznych sąsiedzkich krzywd, 
przez nas, rzecz jasna, w Ŝadnej mierze nie zawinionych. Sprawy są i mają pozostać czarno-
białe. Tyle Ŝe z upływem lat obraz się rozmywa. Dlatego trzeba dorzucać naszym mistycznym 
wrogom coraz 
16 
to nowe wpisy do rachunku krzywd. Abyśmy zawsze byli w świadomości narodowej enklawą 
sprawiedliwości, otoczoną przez podstępnych wrogów. KtóŜ będzie sobie, w związku z tym, 
zaprzątał uwagę realiami, tym bardziej Ŝe pojęcia typu „Bawaria" czy„Nadrenia" to dla 99 
procent rodaków całkowita abstrakcja? Natomiast Prusacy to demony dla wszystkich 
zrozumiałe. JakŜe miło zwalić im na plecy jeszcze i okupację, Auschwitz czy Palmiry. 
I jeszcze jedna kwestia. Pisze Marion Donhoff: „NaleŜałoby sobie równieŜ Ŝyczyć, by w 
przyszłości Polacy oszczędzili nam swego szowinizmu, gdyŜ to szowinizm kaŜe im mówić o 
»ziemiacti odzyskanych« i nawet w oficjalnych pismach od nowa utrzymywać, jakoby »pod 
niemieckimpanowa-niem ziemie zachodnie zamieszkane były w większości prŜeŜ rdzennie 
polską ludność«. W Prusach Wschodnich, na Pomorzu, we wschodniej Brandenburgii i na 
Dolnym Śląsku Niemcy stanowili 98-100 procent ludności. Jedyną prowincją ze znaczną 
polskojęzyczną mniejszością był tylko Górny Śląsk. Wschodnia granica Prus Wschodnich 
przez siedemset lat nie ulegała Ŝadnym zmianom i takŜe granice Śląska, wyjąwszy 
górnośląski okręg przemysłowy, były zawsze takie same od czasu, kiedy Kazimierz Wielki na 
mocy trenczyńskich preliminariów pokojowych zrzekł się Śląska na rzecz Czech, a więc od 
1335 do 1945 r. Po obu stronach we wszystkich tych sprawach utrzymuje się wiele 
stereotypów, natomiast rzadko moŜna spotkać rzeczowe, kompetentne oceny. Zbyt 
skomplikowana i zbyt mało znana jest historia Wschodu. Wielu zapomina takŜe, iŜ historię 
piszą zwycięzcy". 
Historię Prus napisali takŜe zwycięzcy. JeŜeli właściwe jest dziś mówić, Ŝe Polska nie 
znalazła się w gronie zwycięzców, tylko zmieniła jedną okupację na dragą, to dobrze — 
uznajmy, Ŝe karty po wojnie rozdawał wyłącznie Stalin. Wtedy Prasy byłyby dla Polski 
odszkodowaniem za ziemie wschodnie, a dla Niemców kontrybucją za niezmierzone 
krzywdy, jakich doznała Polska podczas okupacji. Nie ma to jednak Ŝadnego związku z 
„odzyskiwaniem" czegokolwiek i — takie bywają chichoty dziejów — dotknęło te akurat 
prowincje niemieckie, które, przynajmniej do roku 1939, z ideologią hitlerowską miały 
najmniej wspólnego. W sumie bilansu krzywd jest to zapewne sprawiedliwość dziejowa. W 
kaŜdym razie fakt nieodwracalny, gdyŜ na popru-skich ziemiach wyrasta juŜ trzecie pokolenie 
Polaków. W naszym przekonaniu historia przesądziła słusznie. Pozwólmy jednak Prusakom, 
nie posądzając ich od razu o rewizjonizm czy rewanŜyzm, uwaŜać, iŜ doprawdy Świnoujście 
17 
nigdy przed rokiem 1945 nie było polskim miastem i nie wszyscy przed 1945 r. jego 
mieszkańcy splamili się udziałem w zbrodniach Trzeciej Rzeszy. OtóŜ ci z nich, którzy w 
swoich nadmorskich domach, być moŜe —jak to opisuje Marion Denhoff — przeklinali 
Hitlera, mają prawo (raz jeszcze: bez posądzania o rewizjonizm i rewanŜyzm) czuć się 
wypędzonymi ze swoich ogródków, w których drzewa wzrastały przez stulecia, i z domów 
zbudowanych przez pradziadków. Wiatr historii targnął nimi i rzucił na poniewierkę. Teraz 
chcieliby upamiętnić swoje cierpienia. To akurat, wydawałoby się, Polacy mogą zrozumieć 
najlepiej. Szczególnie ci z Kresów, których tenŜe wicher dziejowy pozbawił wszystkiego. Jest 
na pewno nierówny bilans win, ale jest teŜ wspólnota indywidualnego ludzkiego cierpienia. 
Jednak w propagandzie polskiej wszystko się miesza: kraje niemieckie (to tylko my mamy 
prawo do skomplikowanej historii), słowiańskie pradzieje, zła Jałta (a bez tej Jałty nie 

background image

bylibyśmy w Szczecinie), a nade wszystko ciemny duch „prasactwa", walka z którym 
wszystko inne usprawiedliwia. Bo to oni wszystkiemu winni. Obok Rosjan, oczywiście. 
III MORALIZATORZY 
Maciej Mikołaj Radziwiłł (1705-1782), młodszy brat hetmana wielkiego litewskiego Michała 
Kazimierza, zwanego „Rybeńko" (1702-1762), urządził sobie w Białej Podlaskiej regularny 
harem. śonę z dziećmi zamknął w jednym ze skrzydeł pałacu, Ŝeby mieć miejsce dla 
rozlicznych kochanek, które były .jedne zwiedzione, drugie ukradzione i gwałtem porwane, 
trzecie od rodziców, alias od matek sprzedane, a jedną ksiądz pleban dawidgrodzki, ukradłszy 
od rodziców, za dwieście dukatów przedał". W rezerwie trzymane były „kadetki", czyli małe 
dziewczynki przeznaczone do świadczenia usług seksualnych po osiągnięciu dojrzałości. 
Kobiety te Radziwiłł „na przemian pieścił i maltretował" przez wiele lat, o czym wszyscy 
dookoła doskonale wiedzieli. Doczekał się w końcu interwencji rodzinnej (nie sądowej, broń 
BoŜe) i uznania za wariata, ale bynajmniej nie z powodu swoich hurys. Miarka się przebrała, 
kiedy przeszedł na religię mojŜeszową, zaczął ubierać się w chałat, a wszelkie godności na 
dworze porozdawał śydom. Tego oczywiście było juŜ za wiele. 
Kara ominęła Adama Doręgowskiego, wiernego katolika, który (cytuję za Gierowskim i 
Jasienicą): „BłaŜeja Słomkę, Tomasza Kotwicę, Mateusza Chaliniaka, Józefa Głaza, Kocmołę 
z Wólki i Gromadę z Wólki, poddanych, z okazji córek swoich ukrycia kazał w kajdany okuć, 
więzić, bić, Jędrzejowi Sroce w dwie niedziele po ślubie Ŝonę zabrać, oną sprzeciwiającą się 
woli jego w gąsior zamknąć, mdlejącą wodą lać, a potem rózgami siec i inne okrucieństwa i 
sromoty nad nią pełnić śmiał". Być moŜe, aŜ takie przypadki były wyjątkowe. Powszechnie 
natomiast uwaŜano poddane i słuŜki za seksualną własność. Jak pisze Stanisław Milewski: 
^aterfamilias, gdy wykorzystywał 
19 
seksualnie słuŜbę bądź poddane chłopki, oczywiście pozostawał bezkarny. Zgodnie z 
ówczesnym obyczajem nie tylko patrzono przez palce na takie praktyki, ale uwaŜano je za 
całkiem naturalne, nawet uświęcone zwyczajem ius primae noctis. Mówiło się w takich 
przypadkach o «poprawianiu rasy«". Paweł Jasienica jest bardziej eufemistyczny: „O 
pańszczyźnie wiedzą wszyscy, mylnie wyobraŜając sobie, Ŝe faktyczny przywilej szlachcica 
ograniczał się do niej tylko, to znaczy do dniówek, darmoch, podwód, posyłek, danin stałych 
tudzieŜ okolicznościowych i tasiemca innych powinności. Nasza cnotliwa beletrystyka 
historyczna i równie powściągliwa historiografia pozostawiły bowiem na uboczu kwestię, do 
której odnosi się bezpośrednio szóste z przykazań BoŜych". Zbigniew Kuchowicz koncentruje 
się przede wszystkim na magnatach: „Rozpowszechniony pośród oligarchów tryb Ŝycia 
wymagał wprost utrzymywania nałoŜnic, metres, faworytek. Purytanizm cechował tylko 
nielicznych, najczęściej cięŜko chorych. Biografie magnackie obfitują teŜ w liczne »fortunne 
sukcesy«. Zdarzali się dygnitarze, którzy utrzymywali istne haremy, miłośnice pańskie były 
uwodzone, porywane, kupowane. Jaśnie wielmoŜni nie mieli w tym względzie Ŝadnych 
uprzedzeń klasowych czy rasowych, w ich sypialniach gościły zarówno chłopki, jak i 
herbowne szlachcianki, zarówno Polki, jak i Ukrainki, Niemki, Francuzki, śydówki, Wołosz-
ki. Te ostatnie miały reputację kobiet łatwych i namiętnych". Dodajmy, Ŝe uboŜsza nieco 
szlachta teŜ nie miała uprzedzeń, a tylko mniej pieniędzy, kończyło się więc przewaŜnie na 
chłopkach, rzadziej mieszczkach, lub „dziewkach z gościńca". Moralista szlachecki, za 
jakiego bez wątpienia uwaŜał się Walerian Nekanda-Trepka, teŜ nie widział nic zdroŜnego w 
„cielesieństwie" szlachty z poddanymi stanowiącymi część jej majątku. Złościło go jedynie, 
Ŝ

e poczęci w takich związkach bękarci niekiedy, powołując się na ojców, usiłowali podszyć 

się pod klejnot. Tych wytykał niemiłosiernie, dając mimochodem świadectwo rozmiarom 
zjawiska, bo chociaŜ ci, którzy odwaŜali się na ryzyko przypisywania sobie niezasłuŜonej 
godności, stanowili zapewne procent minimalny chybionych klasowo, nieślubnych dzieci, to i 

background image

tak zajęli przecieŜ w Liber chamorum miejsca niemało. Czasem z adnotacji Trepki wyczytać 
moŜna całe historie obyczajowe: 
„BĘBNOWSKI nazywał się Jan, bękart pana Jędrzeja Chwaliboga [herbu Strzemię — L.S.] z 
Janowic. Tego bękarta, gdy przy ojcu tem swem chłopcem był, Ŝe pękato rósł, zwał go Bęben, 
czasem Bęsiu; on podrósłszy Bęb- 
20 
nowskim zwał się. Matka tego Janka chłopska dziewka Więcławówna była z Jadownik wsi. 
Ta o granice słuŜyła w BrzeŜku, pana Czernego miasteczku na Podgórzu, skąd wziął ją ten 
pan Chwalibóg za załoŜnicę, z którą tego Janka miał. Tę matkę jego podjął był potem chłop 
Wojciech Swacha z Jadownik, wsi królewskiej u BrzeŜka tego. Miał z nią syńca, któremu teŜ 
Janek imię dał. Ten dorósłszy od przyrodniego swego wziął, Ŝe Bębnowski takŜe nazwał się, 
a po zmarłym ojcu przedawszy chałupę, pojął tamŜe w ładownikach wdowę Pituliną. Miała 
swoją chałupę, on przykupił do niej ról. Miał z nią dziewczę, trzy lata jej było w r. 1630. Ten 
zaś Jan bękart Chwalibogów pojął chłopską dziewkę z Soczy-na wsi mila od tych Jadownik. 
Miał z nią Piotrka, trzy lata było mu w r. 1630, a dziewczę Hankę sześć lat było jej. Ten Jan 
bękart nadsługował przecie przedtem panu Gabońskiemu na Podgórzu, potem panu 
Wieruskiemu tamŜe w Podgórzu i anno 1630, a Ŝenię swej kupił chałupkę bez ról w tych 
Jadownikach". Albo: 
„BEŁDOWSKI nazywał się Daniel, bękart pana Bełdowskiego [herbu Jastrzębiec — L.S.], 
który jak dorósł, dał mu coś pieniędzy ten ociec jego. On i ze swych zabiegów przyszedł do 
kilku tysięcy. Dał był na zastaw 4 tysięcy panu Pszonce pod Lublinem. Tam mieszkając 
przyszło było do tego, Ŝe ten pan Pszonka miał mu był dać córkę swą, bo posagu nie chciał po 
niej. Pani sama Pszonczyna przed czasem wesela posłała do Bełdowskich, gdzie 
dowiedziawszy się, Ŝe bękart i gdy na wesele przyjechał, powinni panny młodej odgromili go, 
iŜ ze wstydem odjechać musiał. On zaś w krakowskiej ziemi cirka 1619 zalecał się córce pani 
Młoszowskiej w Ulinie u Miechowa i juŜ obiecano mu ją było, i intercyza była; wtem posłano 
takŜe do Bełdowskich do lubelskiej ziemie. Dowiedziawszy się, Ŝe bękart, zmowę one i 
intercyze skaŜono i penitus panny odmówiono". 
PrzewaŜnie jednak informacje Trepki, acz merytorycznie równie elo-kwentne, są bardziej 
lapidarne, jak na przykład: 
„KULA Daniel był to bękart księdza biskupa kamienieckiego [przypuszczalnie Marcina 
Białobrzeskiego herbu Habdank - L.S.]. Miał go z Proszowic z miejską dziewką 
Ć

wiakalanką. Tego bękarta jej Daniela przezywali Ŝacy w szkole Kula, Ŝe był przyniósł 

drewno kulę do szkoły, jako Ŝacy noszą zimie do pieca [...]". 
„MAŁECKI był to bękart pana Korycińskiego [herbu Topór — L.S.], ojca pana 
Mikołajowego, co Prowanównę miał za sobą, z chłopską dziewką miał 
21 
go, u niego się schował, Małym zwał go, potem Małeckim. Ten trzymał do wiernych rąk wieś 
Zabierzów u Krakowa od pana Mikołaja Korycińskiego, co Ŝupnikiem był anno 1600. Potem 
tamŜe trzymał i od syna jego pana Krzysztofa Korycińskiego. Miał Ŝonę ten to". 
, ДУСиЬБКІ zwał się teŜ bękart Jana Młoszowskiego [herbu Nowina — L.S.], co Ulina wieś 
jego była u Miechowa. Miał go z chłopską dziewką z Ry-gulic od Tęczyna. śywa ta matka 
jego była w Rygulicach i anno 1630, a ten nazwany syn jej wychował się u tego pana 
Młoszowskiego w Ulinie. Umarł pan Młoszowski circa 1617, a ten u samej pani słuŜył 
przecie i anno 1630. Miał lat 30 kilka [...]". 
Powtórzmy jednak: są to historie uprzywilejowanych, którzy — przy wszystkich 
przeciwnościach — dochrapali się mniejszego lub większego awansu społecznego. 
PrzewaŜnie takie potomstwo wyganiano po prostu razem z matkami, podobnie jak i 
bezdzietne chłopskie czy miejskie kochanki, kiedy znudziły się panom. Niekiedy oddawano 

background image

teŜ dzieci odległym krewnym i znajomym, gdzie wcielano je do słuŜby nieświadome 
całkowicie, czyja krew płynie w ich Ŝyłach. 
W podróŜach, na sejmikach, w pospolitym ruszeniu nie gardziła teŜ szlachta miłością płatną, 
a takŜe — skoro było zapotrzebowanie — paraniem się sutenerstwem. Zbigniew Kuchowicz 
cytuje przykład kasztelana Jacka Jezierskiego, właściciela duŜego burdelu nad Wisłą w 
Warszawie. Kursowały po mieście liczne Ŝarty na jego temat: 
„Kiedy Wenus była w modzie, Stawiał jej domki przy wodzie, Przy warszawskim moście 
Częstując franca goście". 
Nierządnice mieszkające w domu kasztelana zwano często „kasztelankami". Pewna 
anegdotka głosi, iŜ na jakimś przyjęciu damy powitały Jezierskiego zapytaniem: „Jak się ma 
pan kasztelan? A panny kasztelanki jak się mają?" Na to Jezierski: „Źle się mają". „A to 
dlaczego?" „Bo teraz nąjpierw-sze damy chleb im odbierają". Dla nas waŜniejsze od celnej 
riposty kasztelana (a był to, bagatela, urząd senatorski!) jest stwierdzenie faktu, Ŝe 
powszechna znajomość źródła jego dochodów nie przeszkadzała w podejmowaniu go na 
22 
przyjęciach. Nie było w tym bowiem nic dziwnego. Spraw takich, jako mało wstydliwych, nie 
otaczano nawet specjalną dyskrecją. Tym mniej jeszcze się oburzano. Niejako 
podsumowywał to Jan Andrzej Morsztyn (Metamorphosis): 
„Jowisz przed Ŝoną tając się z zaloty RóŜnie się mienił: to raz w deszczyk złoty, To zasię w 
byka i w kształcie oboim Dogodził pannom i afektom swoim. Widzę, Ŝe ten bóg przewiedział 
był sztuki, Co do zalotnej naleŜą nauki, Bo u białogłów i dziś ten przewiedzie, Co ma deszcz 
złoty a bycze narzędzie; I choćby ona była święta z nieba, Choć i dewotka, przecie do niej 
trzeba Czuć się, na portkach pociągać rzemyka, Mieć złoto w mieszku, korzeń jak u byka". 
Wierszyki Jana Andrzeja Morsztyna cieszyły się na dworze Jana Kazimierza ogromnym 
powodzeniem, wśród białogłów takŜe, choć dzisiaj twórczość ta nie zawsze wydaje się nam 
najwyŜszego lotu: 
„Nie wiem, jak cię wołają, czy Zosiu, czy Zusiu; 
Słyszę tylko, Ŝe imię kończy się na siusiu. 
Choćbyś się teŜ pode mną nawet posiusiała, 
Czyń co chcesz, byłeś tylko pode mną leŜała" (Do jednej). 
Inny „zalotny" wiersz kończy z kolei pogróŜka: 
„Bo jak się zbytnią twą chciwością urwę, Poślę po gładszą a po tańszą kurwę". 
CóŜ, poezja (a prawdziwie dosadnych utworów Morsztyna, takich jak np. Nagrobek kusiowi 
albo Nagrobek kurwie, nie odwaŜyliśmy się jednak tu pomieścić) odzwierciedlała obyczaje, a 
obyczaje — poezję. Do tej chwili nie ma w tym nic nadzwyczajnego. 
23 
Podobnie traktowała kwestie seksualne, moŜe jedynie z nieco większym wyrafinowaniem, 
szlachta francuska czy wioska, a niemal identycznie — rosyjska. Upatrywanie szczególnego 
rozpasania w obyczajowości francuskiej XVII i XVIII w., większego niŜ w Polsce, z tego 
przede wszystkim wynika, Ŝe literatura i historiografia francuska nie wstydziły się, w 
przeciwieństwie do naszej, tematu. I nie myślimy tu nawet o libertynach. D'Artagnan czy 
Aramis mogli mieć kochanki; pan Skrzetuski czy Kmicic - nigdy w Ŝyciu. Nawet złowrogi 
Bogusław Radziwiłł, kiedy w Taurogach juŜ juŜ dobrać się miał do Bil-lewiczówny, padł 
raŜony atakiem choroby. Pruderia potomków zmienić jednak nie moŜe minionej 
rzeczywistości. Ta zaś, powtórzmy raz jeszcze, była podobna jak w pokaźnej części Europy. 
Nie byłoby więc nic szczególnego? śadnej narodowej specyfiki? Nie przesadzajmy — jest 
taka. 
OtóŜ owa szlachta polska, nie gardząca „chłopkami, herbownymi szlachciankami, zarówno 
Polkami, jak i Ukrainkami, Niemkami, Francuzkami, śydówkami, Wołoszkami...", była 
jednocześnie niezłomnie katolicka, z czym wiązały się potrzeba i ewangelizacyjne poczucie 

background image

obowiązku umoralniania i wychowywania poddanych. W tym samym czasie, kiedy Maciej 
Mikołaj Radziwiłł buszował po swoim haremie, w jego włościach obowiązywały 
najsurowsze, prawem wsparte, zasady czystości seksualnej. Odwołajmy się do dokumentów 
cytowanych w pracy Bohdana Baranowskiego Sprawy obyczajowe w sądownictwie wiejskim 
w Polsce wieku XVII i XVIII (Łódź 1955). W latach 1621-1623 wdowa po kasztelanie 
krakowskim Januszu Ostrogskim, Teofila z Tarłów wydała ustawę dla swych dóbr: „Gdyby 
białogłowa mając męŜa albo teŜ mając Ŝonę z inszą w nieczystym grzechu mieszkał mąŜ, a 
ś

wiadectwo było pewne nań albo na nie, tedy winy na nas grzywien dziesięć, na starostę trzy, 

gdyby potomka między sobą spłodzili, tedy gardłem karać ich". A oto inna ustawa (z roku 
1672 dla małopolskiej wsi Czerna): „Zabiegając tedy nierządom i niecnotom postanawiamy, 
iŜ gdyby się po osobach których poddanych pokazały jakie nierządy, męŜczyzna za występek 
ma dać winy do dworu złotych piętnaście abo winą inszą osądzony według grzechu cięŜkości 
i zbrodni, a niewiasta chłostę wziąwszy plag 50, przez woźnego ma być publikowana głosem 
wielkim po wsi i wyprowadzona ze wsi, który by zaś gospodarz waŜył tak wywołaną abo 
podobną do siebie przyjąć i w domu trzymać, winny powinien będzie dać złotych dziesięć za 
takowe nieposłuszeństwo i przestępstwo. A jeśliby się dopuściła takiej sromoty nierządnego 
postępku 
24 
córka gospodarza, kara i wina dwoista ma być naznaczona tak osobie występnej , jak i 
rodzicom niedozornym córek upadku. A czego BoŜe uchowaj, Ŝeby w stanie małŜeńskim miał 
kto wykroczyć, taki ma być do prawa magdeburskiego wydany dla exekucyjej 
sprawiedliwości Św., aby się źle nie mnoŜyło na cięŜką obrazę Boską". Dodajmy od razu, Ŝe 
„prawo magdeburskie" przewidywało w tym wypadku tortury i karę śmierci. W księdze 
sądowej klucza strzeszyckiego i Ŝbikowickiego w Małopolsce (1679 г., rozszerzone w 1702 
r.) czytamy z kolei:,JSTa te niewiasty, które cielesnego się grzechu dopuszczają i potomstwa 
dostają i męŜów nie mają, prawo dekretuje, aby za ten uczynek publicznie w gromadzie 
rózgami stą plag chłostane były, a jeŜeliby się nie upamiętały i na podobny grzech znowu 
zezwalały, takowąŜ plagą i wygnaniem z państwa karane być mają, a gospodarz, u którego by 
się to w domu stało, dziesięć grzywien do dworu, pięć funtów wosku do kościoła farne-go i 
plag 30; podobnymi plagami i gospodynie za niedozór w domach swoich karane być mają, 
gdyŜ się przez ten nierząd cięŜka obraza Boska ściągająca pokaranie na całe poddaństwo 
dzieje; ci zaś, którzy by okazją byli tym niewiastom do cudzołóstwa, karani być powinni stą 
plag i grzywien 30, wosku do kościoła farnego funtów 10, a jeśliby się takowy znalazł 
nieupamiętały, taki powinien być stą plag karany i grzywien 30 i wygnany z poddaństwa, 
czego ma przestrzegać urząd wójtowski pod zakładem grzywien 30 i 100 plag nie 
odpuszczonych, do kościoła wosku funtów 3". Tym razem, jak widać, obok winnych karani 
mieli być takŜe ci, którzy mogliby ewentualnie cudzołóstwu zapobiec - z „urzędem 
wójtowskim" włącznie. 
Wszystkie te ustawy i nakazy nie pozostawały bynajmniej martwą literą. Z tym, Ŝe tak jak 
róŜniły się zapisem, tak róŜne były kary wymierzane złapanym cudzołoŜnikom. I tak wiemy, 
Ŝ

e w końcu XVII w. niewierni małŜonkowie byli karani chłostą, siedzeniem w kunie, karami 

kościelnymi i wysokimi grzywnami. JuŜ jednak sąd w Suchej za to samo przewinienie orzekł 
w 1699 r. karę śmierci, choć w innych przypadkach zadowalał się trzystu plagami, co 
skądinąd spowodować mogło trwałe okaleczenie. Z biegiem lat coraz surowiej karani byli 
równieŜ „wspólnicy występku", za których uwaŜano wszystkich, którzy o „wszeteczeństwie" 
wiedzieli, a nie donieśli do wójta lub dworu. Obowiązek denuncjacji, obejmujący równieŜ 
współmałŜonków, był dla poddanych prawem wręcz zasadniczym. Teoretycznie dotyczył on 
wszelkich zauwaŜonych występków i grzechów. W praktyce chodziło przede 
25 

background image

wszystkim o kradzieŜ pańskiego mienia, dzieciobójstwo (w co wliczane było spowodowanie 
poronienia) i cudzołóstwo właśnie. 
Skąd brała się ta wręcz obsesyjna walka z pozamałŜeńskimi uciechami? Bohdan Baranowski 
wylicza pięć powodów: 
1. Walka z płynnością ludności wiejskiej. Pozaślubne związki zawiązywane być mogły 
przecieŜ z poddanymi innych panów lub z „ludźmi z gościńca", co powodować mogło chęć 
ucieczki, groziło więc utratą rąk do pracy. 
2. Pomimo najsurowszych kar nieślubne płody były jednak usuwane, co niemoŜliwe było w 
pozostających pod pełną kontrolą społeczną ślubnych stadłach. KaŜde zaś „stracone dziecko", 
to, jak wyŜej, jeden poddany czy poddana mniej. 
3. Grzywny za cudzołóstwo były jednym ze źródeł dochodów dworu. 
4. Śledzenie wolnych związków pozwalało na wzmacnianie kontroli równieŜ nad innymi 
poczynaniami poddanych i przyczyniało się do rozwoju siatki denuncjatorów. 
5. Strach przed rozprzestrzenianiem się chorób wenerycznych. 
Wydaje się jednak, Ŝe wszystkie owe przesłanki uznać moŜna za drugorzędne. Liczyło się 
przede wszystkim to, iŜ szlachta była katolicka, a zatem, w myśl patriarchalno-religijnych 
reguł, do jej obowiązków naleŜała dbałość o zbawienie dusz swoich poddanych. Baranowski 
zauwaŜa wprawdzie, iŜ: „Nigdy moŜe zasada podwójnej moralności — jednej dla stanu 
uprzywilejowanego, jakim była szlachta, drugiej dla pogardzanych »plebejów«, to jest 
chłopów i mieszczan — nie występowała z taką siłą i w tak cyniczny sposób, jak [...] w 
siedemnastym i osiemnastym wieku", ale uzasadnia to od razu powikłaniami ekonomiczno-
ustrojowymi. Jak zresztą mogło być inaczej? Baranowski pisał przecieŜ swoją pracę w latach 
1953-1954. Dlatego uszło jego uwagi, czy raczej ujść musiało, Ŝe owa „podwójna moralność" 
przejawiała się nie tylko w opozycji szlachta-niŜsze stany, ale z taką samą niemal mocą w 
opozycji kobieta-męŜczyzna, choć w pewnej chwili wymknęło mu się spostrzeŜenie, iŜ 
„dziewczyna wiejska ze względu na »złe postępki« traciła dziedzictwo, jakie się jej naleŜało 
po ojcu [...]. Nie spotyka się natomiast przypadków, aby męŜczyzna za niemoralne 
prowadzenie się pozbawiony został sukcesji". Dziedziczenie było tu jednak sprawą 
drugorzędną. 
Zacznijmy od kwestii podstawowych. Wszystko, co napisaliśmy dotąd o tolerancji wobec 
rozpusty i wręcz libertynizmu, dotyczyło oczywiście męŜ- 
26 
czyzn. O ile niewierność męŜczyzny była powszechnie tolerowana, nawet w przypadku 
spektakularnych ekscesów, które więcej przysparzały mu zainteresowania, czy wręcz 
podziwu, niŜ oburzenia, o tyle zdrada Ŝony czy romans panny spotykały się z powszechnym 
potępieniem, a karanie kobiet, nieraz barbarzyńskie, przez męŜa czy ojca znajdowało 
społeczne zrozumienie. Postawa taka miała pełne odbicie w prawie. Bartłomiej Groicki 
(1519-1605) wylicza, kiedy mąŜ ma prawo zabić niewierną Ŝonę. Wprawdzie zauwaŜa teŜ, Ŝe 
istnieją okoliczności, w których zdradzony nie moŜe w ten sposób ukarać kobiety (np. jeśli 
sam jest cudzołoŜnikiem, maltretował przedtem połowicę), ale juŜ pomysł, Ŝe Ŝona mogłaby 
za zdradę ukarać małŜonka, nie przychodzi Groickiemu nawet do głowy. 
Na tym tle wysoce liberalny, czy wręcz „postępowy", wydać się moŜe obszernie wcześniej 
cytowany Walerian Nekanda-Trepka. Pisze o nim Zbigniew Kuchowicz we wstępie do Liber 
generationis plebeanorum, czyli Liber chamorum: „Jeśli chodzi o moralność seksualną, to nie 
podzielał teorii Kościołów chrześcijańskich, a przede wszystkim katolicyzmu, uwaŜających 
pociąg płciowy za coś grzesznego, zdroŜnego. Miłość fizyczną uwaŜał za przyrodzone prawo 
ludzi. I w tej dziedzinie występował jednak u niego dualizm etyczny. Trzymanie przez 
szlachciców nałoŜnic, posiadanie nieślubnych dzieci uwaŜał za rzecz naturalną, ale nie mającą 
nic wspólnego z moralnością, czy niemoralnością. Przyjmował, podobnie jak feudałowie 
innych czasów i krajów, Ŝe posiadanie majątku i władzy stwarza po prostu moŜliwości 

background image

korzystania z usług poddanek czy słuŜących równieŜ w tej domenie. Gorszył się tylko, gdy 
rozwiązły tryb Ŝycia podkopywał czyjś majątek lub gdy nieślubne dzieci, owe pogardzane 
»bękarty«, korzystały z ojcowizny. Amory sług czy innych plebejów ze szlachciankami 
traktował jednak juŜ mniej tolerancyjnie, czasem jako niegodziwość, a niekiedy wręcz 
przestępstwo. Stąd w wypadku odkrycia związku słusznie karane [...]. Jego liberalizm 
seksualny dotyczył świata męŜczyzn. Kobietom przyznawał prawo do satysfakcji seksualnej, 
lecz uwaŜał, Ŝe zaspokajanie popędu winno u nich następować jedynie w związkach 
małŜeńskich. Niewinność kobiety uznawał za wartość, którą naleŜy zachować do ślubu. Jej 
utratę traktował jako deprecjację wartości niewiasty. Poślubienie panny, która utraciła 
dziewictwo (bez względu na okoliczności, np. zgwałcenie), uwaŜał za kompromitację 
poślubiającego ją męŜczyzny [...]. Utrzymywanie pozamałŜeńskich stosunków seksualnych 
przez niewiasty, bez 
27 
względu na przynaleŜność stanową, oceniał nieprzychylnie, przyjmował, Ŝe spada na nie 
niesława, degradował je do kategorii potrzebnych, lecz dyskryminowanych nierządnic". I 
dorzuca Kuchowicz w podsumowaniu (niech nas nie znudzi powtórzenie tych oczywistości): 
„Opinia szlachecka stosowała dwie skale ocen w erotyce, nie tylko jedną dla panów, a drugą 
dla poddanych, lecz jedną dla męŜczyzn, a dragą dla kobiet. Akceptowała podwójną 
moralność męŜczyzn, obejmującą Ŝycie seksualne zarówno przed ślubem, jak po ślubie. Stąd 
teŜ jeśli za »dzielnych kawalerów« uwaŜano utrzymujących liczne nałoŜnice panów, to za 
»nierządnice« kaŜdą kobietę nawiązującą pozamałŜeńskie kontakty seksualne". I znowu 
utonęUśmy w eufemizmach. Kuchowicz nie zakończył bowiem wywodu, nie powiedział, co z 
bycia uznaną za nierządnicę wynikało. Tymczasem w materiałach zebranych przez 
Łozińskiego, Baranowskiego, Łukomskiego, Wa-sylewskiego, Gierowskiego, Triplina, jak i... 
niego samego znajdujemy bezlik świadectw o „nierządnic" owych biciu, często ze skutkiem 
ś

miertelnym, okaleczaniu, więzieniu, wypędzaniu etc. Czyny te, najokratniejsze w 

szczególności, uzasadniane zaś były „dawaniem dobrego przykładu poddanym". Wracamy 
znów do zasady, iŜ pan dbać musi o zbawienie dusz od siebie zaleŜnych. 
Pan dbał i Kościół dbał. Doprowadziło to z biegiem czasu do utrwalenia i spetryfikowania w 
polskich wsiach modelu, od którego same warstwy wyŜsze, powoli zresztą i z oporami, 
zaczęły odchodzić. JuŜ na przełomie XIX i XX w. zapewne najwybitniejszy etnograf polski 
tego okresu, Jan Świątek, pisał: „MąŜ uwaŜa się za pana i władcę swojej Ŝony [...]. Nie ma 
przykładu, a przynajmniej taki przykład nie jest mi znany, aby mąŜ patrzył pobłaŜliwie na 
niewiarę Ŝony. W razie, jeŜeli mąŜ schwyci Ŝonę na złamaniu wiary małŜeńskiej, cięŜka 
czekają odpowiedzialność. Nadmierna dotkliwa chłosta, rzucanie o ziemię za włosy, kopanie 
obcasami z pewnością ją nie ominie, a często nawet i chwilowe wypędzenie z domu; 
przyszłość zaś jej cała juŜ bezpowrotnie zaprawiona bywa zwykle najrozmaitszymi 
docinkami i wyrzutami w połączeniu z częstemi plagami, nieraz juŜ bez najmniejszej 
przyczyny". 
Po cóŜ zresztą sięgać do trudno dostępnych prac ludoznawców? Mamy przecieŜ w literaturze 
polskiej, i to nawet tej Noblem nagrodzonej, dobitne opisy tego, co na wsi spotykało 
„nierządnice": 
„Jagusia była zaparta w alkierzu, a kiej wyrwali drzwi, stała przytulona do ściany i nie broniła 
się, nie wydała nawet głosu, blada kiej trup, a w oczach szeroko rozwartych gorzało ponure 
płomię grozy i śmierci. 
28 
Sto rąk wyciągnęło się po nią, sto rąk głodnymi, chciwymi pazurami chwyciło ją ze 
wszystkich stron, wyrwało niby kierz płytko wrośnięty w ziemię i powlekło w opłotki. 
— Związać ją, wyrwie się jeszcze i ucieknie — rozporządziła wójtowa. Na drodze stał juŜ 
gotowy wóz nałoŜony świńskim nawozem po zręby 

background image

desek i zaprzęŜony w dwie czarne krowy, rzucili ją na gnój, związaną niby barana, i ruszyli 
wśród piekielnego zamętu; urągliwe wyzwiska, śmiechy i przekleństwa posypały się na nią 
kiej grad po stokroć zabijający. Ale przed kościołem cały pochód przystanął. 
— Trza ją zwlec do naga i pod kruchtą wy siec rózgami! — krzyknęła Kozłowa. 
— Zawdy takie bili pod kościołem! Do pierwszej krwi, bierzta ją! — wrzeszczały [...]. 
Zaś Jagusia, w postronkach, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na 
wieki, skrzywdzona ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad wszystko, leŜała 
jakby juŜ nie słysząc ni czując, co się dzieje dookoła, tylko Ŝywe łzy nieustanną strugą ciekły 
po jej twarzy posiniaczonej, a niekiedy wzniesła się pierś niby w tym krzyku skamieniałym 
[...]. 
Podnieśli deski woza i wraz z gnojem, jak to ścierwo obmierzłe, rzucili, jaŜe ziemia pod nią 
jęknęła, padła wznak i nawet się nie poruszyła. 
Dopadła ją wójtowa i kopnąwszy nogą zawrzeszczała: 
— A wrócisz do wsi, to cię zaszczujemy psami! — podniosła jakąś grudę czy kamień i 
grzmotnęła w nią z całej siły — za krzywdę moich dzieci! 
— Za wstyd całej wsi! — biła ją druga. 
— Byś szczezła na wieki! 
— By cię święta ziemia wyrzuciła! 
— Byś zdechła z głodu i pragnienia! 
Biły w nią głosy, grudy ziemi, kamienie i przygarście piachu, a ona leŜała kiej kłoda, 
zapatrzona jedynie w rozkolebane nad sobą drzewa. 
Spochmurniało nagle na świecie, zaczął padać deszcz gruby i rzęsisty 
Zaś w Lipcach wróciło wszystko do dawnego, a skoro jeno słońce wyniesło się na parę 
chłopa, to jakby na zamówienie, wszyscy zaczęli wychodzić na Ŝniwa, Ŝe ano z kaŜdej 
chałupy ruszali całą gromadą, z kaŜdej chałupy błyskały sierpy i kosy, z kaŜdego obejścia 
wytaczały się wozy na miedze i polne droŜyny". 
29 
Zgoła nieprzyjemny passus w narodowych lekturach. 
Chłopi Władysława Stanisława Reymonta nie widnieją więc juŜ, pomimo Nobla, w kanonie 
lektur obowiązkowych. I słusznie. Nazbyt dociekliwy uczeń mógłby się przecieŜ dopytywać o 
wzorce, o przyczyny zachowań lipieckich chłopów. Tych nie da się jednak wyjaśnić bez 
naruszenia patriotycznych tabu, ba, kilkuwiekowych warstw pruderii i hipokryzji. 
A matka-Polka w tym wszystkim? 
Osoba nader wysoko postawiona w rządzie Rzeczypospolitej oświadczyła, Ŝe wzorzec ten 
znajdujemy u Mickiewicza. Błąd. Nasi luminarze tym więcej stwierdzają, im mniej czytają. 
Mickiewicz pisze tylko o tym, Ŝe mat-ki-Polki wychowują (mają wychowywać) 
męczenników narodowej sprawy: 
„O matko Polko! gdy u syna twego W źrenicach błyszczy genijuszu świetność, Jeśli mu 
patrzy z czoła dziecinnego Dawnych Polaków duma i szlachetność: 
Jeśli rzuciwszy rówienników grono Do starca bieŜy, co mu dumy pieje, JeŜeli słucha z głową 
pochyloną, Kiedy mu przodków powiadają dzieje: 
0 matko Polko! źle się syn twój bawi! Klęknij przed Matki Bolesnej obrazem 
1 na miecz patrzaj, co jej serce krwawi: Takim wróg piersi twe przeszyje razem! 
Bo choć w pokoju zakwitnie ród cały, Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania, Syn twój 
wyzwany do boju bez chwały I do męczeństwa... bez zmartwychpowstania". 
Poza rodzeniem męczenników, kobiety (być moŜe za wyjątkiem przedstawicielek 
arystokracji, które, utrzymując rozległe stosunki, dostosowywały się w pewnej mierze przede 
wszystkim do francuskich standardów) zadowa- 
30 

background image

lać się musiały dziećmi, kościołem i kuchnią. Pisze Kuchowicz: „Warstwa średnioszlachecka 
i patrycjat w dalszym ciągu nie dopuszczały, by kobiety odgrywały jakąkolwiek rolę 
polityczną, pozostawiało się im najwyŜej wpływ na rodzinę i dom [...]. Kobiet w dalszym 
ciągu nie dopuszczało się do osiągnięcia wykształcenia. Nawet szlachcianki były 
analfabetkami, lub w najlepszym razie półanalfabetkami. Wśród większości męŜczyzn 
panowało przekonanie, Ŝe kobiety nie reprezentują zdolności intelektualnych, ograniczano 
więc ich rolę w procesach kulturowych". Bystry obserwator polskich obyczajów lat 
osiemdziesiątych XVIII w., francuski dyplomata H. Vautrin pisał: „Po kobietach polskich 
znać słabość ich płci i zagwarantowaną prawem podległość męŜowi [...]. Ogólnie biorąc 
kobiety polskie trudniej przejmują francuski sposób bycia — tę tak pociągającą, pełną Ŝycia 
wesołość, która w obliczu poufałości umie przeobrazić się w mroczną powagę [...]. U 
narodów cywilizowanych kobiety są głównym obiektem zainteresowania w towarzystwie, w 
Polsce nie liczą się w ogóle, jakŜe bowiem mogłyby brać udział w orgiach? A przecieŜ poza 
wielkimi miastami Polacy spotykają się jedynie po to, aby pić i jeść". Sekunduje mu Armand 
Beauchamps de Longueville: „Pani.. .ska, czego puder przykryć nie potrafił, twarz miała 
posinioną i obrzmiałą. Ski... powiedział mi familiarnie, Ŝem sam tego przyczyną, bo za wielce 
się wieczorami u Branickich we mnie wpatrywała. Nazywa się to u Polaków «trzymaniem 
Ŝ

ony na munsztuku«". Obfita literatura francuska, opisująca stosunki na dworze Ludwika XV, 

ów obraz mafki-Polki potwierdza i podbudowuje. Jak wiemy, Maria Leszczyńska urodziła 
Ludwikowi dziesięcioro dzieci, w tym piątkę w ciągu czterech lat. Jednocześnie z pokorą 
znosiła poligamiczne przyzwyczajenia swego małŜonka, a z Madame de Pompadour nawet 
się zaprzyjaźniła. „Wielka jest to Pani — pisał Matieu Marais — z Polski odebrawszy 
wychowanie, stan błogosławiony nad uciechy dworskie przekłada, a nie-wstrzemięźliwości 
Ŝ

ycia znosi w uniŜeniu, a choćby ją i plugawiono, wie, Ŝe nie siebie, ale męŜowi ma zdać z 

Ŝ

ycia swego sprawozdanie". Obrzydliwy Francuz. Nie dość, Ŝe kpi, to jeszcze w sedno trafił. 

IV ARYSTOKRACJA 
„— Dopiero w ParyŜu zrozumiałem, Ŝe człowiek jest tylko na pozór istotą drobną i wątłą. W 
rzeczywistości jest to genialny i nieśmiertelny olbrzym, który z równą łatwością przerzuca 
skały, jak i rzeźbi z nich coś subtelniejszego od koronek. 
— Tak — odpowiedziała panna Izabela. — Arystokracja francuska miała moŜność i czas 
stworzyć te arcydzieła. 
— Arystokracja?... — zapytał Wokulski. Panna Izabela zatrzymała się w alei. 
— Chyba nie zechce pan twierdzić, Ŝe galerie Luwru stworzyła Konwencja albo 
przedsiębiorcy artykułów paryskich? 
— Z pewnością, Ŝe nie, ale teŜ nie stworzyli ich magnaci [...]. Wyborne jest to wieńczenie 
próŜniaków zasługami i pracą ludzi genialnych, a choćby tylko — pracujących!... 
— PróŜniacy i arystokracja! — zawołała panna Izabela. — Myślę, Ŝe zdanie to jest raczej 
silne aniŜeli słuszne. 
— Pozwoli mi pani zadać jedno pytanie? — spytał Wokulski. 
— Słucham. 
— f...] Niech mi pani raczy wskazać człowieka z tej sfery, o jakiej mówimy, który by coś 
robił?... Znam tych panów około dwudziestu, są to równieŜ znajomi pani. CóŜ więc robią oni 
wszyscy począwszy od księcia [...], a skończywszy. .. choćby na panu Starskim, który swoich 
wiecznie trwających waka-cyj nie moŜe tłomaczyć nawet połoŜeniem majątkowym. 
— Ach, mój kuzynek!... On chyba nigdy nie miał zamiaru słuŜyć w czymkolwiek za 
przykład. Zresztą nie mówimy o naszej arystokracji, tylko o francuskiej. 
— A tamci co robią? 
32 
— O panie Wokulski, tamci duŜo robili. Przede wszystkim stworzyli Francję, byli jej 
rycerzami, wodzami, ministrami i kapłanami. A nareszcie zgromadzili te skarby sztuki, które 

background image

pan sam podziwia [...]. To, co pan nazywa zbytkiem, jest właściwie wygodą, przyjemnością i 
polorem, której od arystokracji uczą się nawet niŜsze stany i tym sposobem cywilizują się. 
Słyszałam od bardzo liberalnych ludzi, Ŝe w społeczeństwie muszą być klasy pielęgnujące 
nauki, sztuki i wykwintne obyczaje, raz dlatego, aŜeby inni mieli w nich Ŝywe wzory, a po 
wtóre, aŜeby mieli podnietę do szlachetnych czynów..." 
Takiej lekcji udziela Wokulskiemu w Lalce panna Izabela Łęcka. Czy słusznej, to juŜ 
zupełnie inna sprawa. W jednym bohaterka ta ma jednak niewątpliwie zupełną rację. Wtedy 
mianowicie, kiedy nie chce mówić o polskiej arystokracji, tylko o francuskiej. Z tego 
najprostszego powodu, Ŝe arystokracja polska nigdy nie istniała i nie istnieje. 
W maju 1417 r. poślubił Władysław Jagiełło ElŜbietę z Pilczy. Została ona jego trzecią Ŝoną, 
w czym nie byłoby nic nadzwyczajnego. Fakt jednak, Ŝe wybranka była dwukrotną wdową i 
miała z pierwszych małŜeństw czworo dzieci, budził juŜ jednak silny sprzeciw poddanych. 
Nie oszczędzano teŜ jej dzieciom, a w szczególności synowi z drugiego oŜenku — 
Wincentemu, cichych afrontów i uszczypliwości. Po koronacji, odbytej 19 listopada 1417 г., 
postanowiła więc ElŜbieta zapewnić mu odpowiednio wysoką, oficjalną pozycję i zaczęła 
namawiać Jagiełłę, by habsbuskim wzorem mianował go przynajmniej grafem — hrabią na 
rodzinnej Pilczy. Przypierany codziennie do muru Jagiełło wreszcie uległ. Wtedy jednak stało 
się coś, co — jak donoszą świadkowie — wprawiło króla w „gniew niemały". Oto kanclerz 
wielki koronny i arcybiskup krakowski Wojciech Jastrzębiec odmówił przyłoŜenia pieczęci 
na przygotowanym dyplomie nominacyjnym, i to przy jednogłośnym poparciu całego Senatu. 
W Koronie nie istniała bowiem zasada stopniowania szlachectwa. Owszem, byli ksiąŜęta, ale 
tylko na Litwie. „I dlatego — pisze Aleksander Bruckner — Radziwiłł, szlachcic wcale 
niewysokiej próby, mógł się imperatorskim księciem tytułować, bo było na Litwie sporo 
rodowitych ksiąŜąt, acz równieŜ nieraz niewysokiej próby. Rozrodzili się bowiem 
Rurykowice i Giedyminowice; wprawdzie Rurykowice po-odpadali do Moskwy, jak ksiąŜęta 
Wiaziemscy, Bielscy i inni, ale Giedyminowice i Olgierdowice pozostawali w kraju i uŜywali 
swego tytułu, jak bojarzy bojarami się zwali, chociaŜ bojarzyn i gnój woził. Jeszcze więcej 
niŜ istotnych namnoŜyło się kniaziów urojonych, co się od Kiejstuta, Olgierda itd. śmiało 
33 
wywodzili, bo metryk chrzestnych nie było; a inni nawet od Tatarów. Przynajmniej na 
Moskwie Tatarzyna przyjeŜdŜającego z szubą, albo tytułem knia-ziowskim raczono i taki 
kniaź tatarski domokrąŜcą bywał, a bojarzyn moskiewski do sądu pociągał, kto by go 
przypadkiem kniaziem przezwał". Tak było jednak na Litwie i Rusi, nie w Koronie, w której 
—jak zresztą później i na Litwie — hierarchizacja szlachty odbywała się jedynie poprzez 
urzędy, a nie tytuły rodowe. 
Kolejne sejmy uściśliły tę hierarchię, od XV w. począwszy, aŜ ostatecznie pełny kształt 
osiągnęła drabina urzędnicza w konstytucji 1768 г., będącej zresztą w przewaŜającej mierze 
odbiciem konstytucji poprzednich (przede wszystkim z lat 1611,1633 i 1635). Drabina ta na 
Litwie dzieliła się na stopni dwadzieścia trzy, w Koronie na piętnaście: 
KORONA 

LITWA 

Podkomorzy  Ciwun 
Starosta grodowy 

Marszałek 

ChorąŜy 

Podkomorzy 

Sędzia ziemski 

Starosta grodowy 

Stolnik ChorąŜy 
Podczaszy 

Sędzia ziemski 

Podsędek 

Wojski 

Podstoli 

Stolnik 

Cześnik 

Podstoli 

Łowczy 

Pisarz ziemski 

background image

Wojski większy 

Podstarości 

Pisarz ziemski Sędzia grodzki 
Miecznik 

Pisarz grodzki 

Wojski mniejszy 

Podczaszy 

Skarbnik 

Cześnik 

 

Horodniczy 

 

Skarbnik 

 

Łowczy 

 

Miecznik 

 

Koniuszy 

 

Oboźny 

 

StraŜnik 

 

Krajczy 

34 
Tabela ta moŜe być interesująca np. dla wielbicieli trylogii Henryka Sienkiewicza, którzy 
dowiedzą się z niej choćby tego, Ŝe napuszony miecznik Bil-lewicz był rangą daleko niŜszy 
od chorąŜego orszańskiego Kmicica, zaś pan Rzędzian nie był oczywiście starostą w 
urzędowym rozumieniu, bo wtedy by i pana Kmicica, i pana Wołodyjowskiego znaczeniem 
przerastał, ale tylko „starostą" rodem z mowy potocznej, w której tak określano 
funkcjonariuszy i dzierŜawców w dobrach magnackich. Mniejsza jednak o to. WaŜne, Ŝe 
tabela nasza obejmuje tylko urzędy ziemskie. Istniały zaś równieŜ administra-cyjno-
państwowe (np. wojewoda), senatorskie (kasztelan, kanclerz), nadworne, sądowe, skarbowe... 
Nawet dawnej szlachcie trudno się było w tym wszystkim rozeznać, paradoksalnie jednak w 
ten sposób realizowała się równieŜ swoista demokracja: niemal kaŜdy mógł mieć jakiś mniej 
lub bardziej honorowy urząd. Jak pamiętamy, tytuły rodowe nie miały z tym nic wspólnego i 
zgoła nie były w Koronie uznawane. Nie przeszkadzało to jednak temu, Ŝe stopniowo zaczęło 
ich przybywać. W XV-XVI w. przyczynili się do tego Habsburgowie, odpłacając się panom 
polskim za róŜnorakie usługi, niekiedy — brutalnie mówiąc — po prostu finansowe. To z 
cesarskich nadań hrabiami zostali m.in.: Leszczyńscy, Kmito wie (co przeszło na 
Lubomirskich), Tęczyń-scy, Tarnowscy, Latalscy. Spośród nich wszystkich tylko Tęczyńskim 
udało się uzyskać w roku 1546 wpisanie tytułu do Metryki koronnej. Ale i to nie miało 
Ŝ

adnego prawnego znaczenia. Podczas słynnego sejmu lubelskiego 1569 r. nawet ksiąŜęta 

litewscy zostali prawnie zrównani z resztą szlachty (acz godność pozwolono im zachować). 
Nie przerwało to oczywiście snobistycznych zabiegów o tytuły, coraz łatwiej zresztą 
uzyskiwane. Za przykładem Habsburgów, którzy wkrótce usatysfakcjonowali m.in. 
Wielopolskich, Przerębskich, Mączyńskich, Lubomirskich, Koniecpolskich, Radziejowskich, 
poszli inni. Pisze Zygmunt Gloger: „Dwór rakuski i inne zachodnie, tudzieŜ posłowie 
zagraniczni; uwaŜali sobie za obowiązek nie odmawiać panom polskim tytułu hrabiów, tanim 
kosztem jednając sobie przez to przyjaciół. Z drugiej strony i kanclerze polscy, dając 
urzędowe polecenia Polakom wysyłanym w sprawach dyplomatycznych, aby ich zrównać z 
panami zagranicznymi, nie Ŝałowali nikomu wyrazu comes, który mógł słuŜyć kaŜdemu 
szlachcicowi jako towarzyszowi królewskiemu i choć w kraju nic nie znaczył, zagranicą 
jednał uszanowanie. Taki tryb postępowania zaczął się za Zygmunta III, a nagromadzone 
podobne pisma, często —jak twierdzi Błeszczyński [Julian Błeszczyński 
35 
(1825-1871), wybitny genealog i heraldyk, dietariusz w Archiwum Głównym Królestwa 
Polskiego — L.S.] — fabrykowane, uwaŜali ich posiadacze i potomkowie za dowody 
legitymacyjne. Na sejmie roku 1638, za Władysława IV, prawem zakazano uŜywania 
wszelkich tytułów rodowych, oprócz przyjętych na sejmie unii lubelskiej. Roku 1673 
zakazano uŜywania tytułów ksiąŜęcych pod karą wiecznej infamii, z zastrzeŜeniem, Ŝe 

background image

postanowienie sejmu z roku 1638 zostaje w swej mocy. Zakazy te jednak mało skutkowały i 
po uchwaleniu tak ostrego prawa znajdujemy w aktach trybunałów koronnych i nawet w 
Metryce koronnej mnóstwo dokumentów z uŜyciem tytułów hrabiowskich i ksiąŜęcych 
państwa rzymskiego. Tytułowanie wzrastało, a Ŝeby dowieść prawa do tytułów ksiąŜęcych i 
hrabiowskich, podszywano się przede wszystkim pod rody komesów z doby piastowskiej 
[chociaŜ średniowieczni comites to wcale nie hrabiowie — L.S.], którym znów kazano 
pochodzić od królów, ksiąŜąt i dynastów całego świata, od jednego z 24 synów Leszka 
Ŝ

yjącego na 200 lat przed Piastem. Tak staroŜytnym Tęczyńskim, jako innym Toporczykom 

krakowskim mieszczańskiego pochodzenia, dostał się za przodka jakiś Comes Magnus, 
którego przerobiono na Wielkiego komesa, kazawszy mu w prostej linii pochodzić od 
Sieciecha [...]. W genealogiach ówczesnych napotyka się na kaŜdym kroku dokumenta 
fałszowane, w które wnukowie święcie uwierzyli, bo pochlebiały ich rodom, a w interesie 
heraldyków leŜało rozpowszechnianie tej władzy wśród ogółu". 
Była to o tyle specyfika polska, Ŝe we Francji na przykład istniała, w przeciwieństwie do 
szlachty z królewskiego nadania, kategoria szlachty immemo-riale, czyli szlachty „od 
niepamiętnych czasów", która zresztą jako jedyna miała prawo do określania się jako 
gentilhomme (co się później rozmyło, choć jeszcze Franciszek I deklarował: „Mogę 
mianować szlachty noblesse, ile chcę, nie mogę jednak nikogo zrobić gentilhomme]"). 
ZauwaŜmy przy okazji, Ŝe w tłumaczeniu polskim ginie pikanteria tytułu komedii Moliera 
Mieszczanin szlachcicem, w oryginale Bourgeois gentilhomme. Nieszczęsny pan Jourdain 
marzy bowiem nie tylko o szlachectwie, ale o szlachectwie odwiecznym. Tyle na marginesie. 
W praktyce „odwieczność" oznaczała, Ŝe namaszczony nią nie musiał silić się na 
wyszukiwanie niebywałych praprzodków. Godność swą uzyskał bowiem w przedczasach, 
czyli — inaczej mówiąc — z nieba. 
Wróćmy jednak na narodowe podwórko. Jedni zabiegali o dyplomy na obcych dworach, inni 
studiowali genealogię, inni w końcu —jak Sapiehowie 
36 
czy Sieniawscy — nadawali sobie tytuł hrabiowski sami, wychodząc z załoŜenia, Ŝe nie będą 
przecieŜ gorsi od uboŜszych sąsiadów, czego prawo nie ścigało, bo z prawnego punktu 
widzenia i tak cała ta tytulatura nie miała najmniejszego znaczenia. Podkreślali to jeszcze 
August II i August III, którzy, owszem, nadawali tytuły, z kaŜdorazowym jednak 
zastrzeŜeniem, Ŝe chodzi o godności saskie, nie polskie. PotęŜny wysyp hrabiów, i to z 
polskiej nominacji, nastąpił dopiero za Stanisława Augusta Poniatowskiego, który jednał 
sobie w ten sposób zwolenników, a jednocześnie uzasadniał rodzinne tytuły ksiąŜęce. Dzieła 
dokończyli zaborcy, którzy, jak pisze Bruckner: „Aby niesforne głowy polskie pod swój 
poddać strychulec, zrównali wojewodów i kasztelanów ze swymi Fur sten i Graf en. Tak 
narodzili się hrabiowie Działy ńscy, Morsztynowie, Raczyńscy, Fredrowie, Krasiccy, 
Krasińscy, Hutten--Czapscy, Cetnerowie, Baworowscy, Badenowie, Ponińscy i inni. Wtedy to 
poprzybierały zwykłe korony szlacheckie dziewięć pałek hrabiowskich i dumne albo szczytne 
dewizy..." Dodajmy od razu, Ŝe odrodzona Rzeczpospolita wszystkich tych tytułów i pałek 
nie uznała (zapis w konstytucji z 17 marca 1921 г.), со uzasadniano nie tylko tradycją polską, 
ale takŜe „dziwnym się tych godności rozmnoŜeniem". W bałamutnym dość komentarzu do 
albumu M. Millera Arystokracja Stefan K. Kuczyński pisze, co prawda, Ŝe: „Tytuł hrabiowski 
przyznawano często dla zrekompensowania utraconych godności urzędniczych dawnej 
Rzeczypospolitej, zawsze za opłatą. Czasem doszły tytuły hrabiów z nadania Stolicy 
Apostolskiej. Jeszcze później pojawiły się tytuły pochodzące od róŜnych ex-monarchów i 
pretendentów do tronu, te ostatnie wątpliwej wartości i kupowane juŜ bez osłony". Ale zaraz 
dalej: „Grupa arystokracji wówczas [w roku 1921 —L.S.] istniejącej, w linii męskiej (po 
mieczu), o polskim rodowodzie, liczyła niewiele ponad sto rodzin, jeśli odliczyć rodziny i 
osoby nieprawnie przypisujące sobie arystokratyczne tytuły". OtóŜ jest rzeczą pasjonującą, 

background image

jakim to cudownym sposobem chciałby Kuczyński rozróŜnić polskich arystokratów 
„prawnych" i „nieprawnych". Pośród rodów, które są bohaterami ksiąŜki przez niego 
komentowanej, Sobańscy kupili sobie pałki od papieŜa Leona XIII w roku 1880, Branicki 
dostał tytuł od Ludwika XV (zresztą czysto honorowy, bo cudzoziemcom nie przysługiwały 
przywileje, do których prawa zyskiwali podniesieni do arystokratycznej rangi Francuzi), 
Lubomirskim dyplomem słuŜył cesarz Rudolf II, Potockiemu — Józef I, hrabiostwo Kostków 
potwierdził car Mikołaj I. Co tu jest prawne, 
37 
а

 со nieprawne z polskiego punktu widzenia? Skąd wzięły się hrabiowskie pretensje 

Komorowskich, Niesiołowskich, Platerów, Deskurów...? Które z nich były bardziej prawne? 
Dlatego teŜ podana przez Kuczyńskiego liczba „niewiele ponad sto rodzin" ma się nijak do 
rzeczywistości. 
Arystokratyczne pretensje zgłasza dzisiaj w Polsce ponad tysiąc rodzin. Wszystkie 
niesłusznie, gdyŜ w wolnej Polsce uprawnienia te nigdy nie miały prawnego znaczenia. 
Natomiast, to prawda, cena tytułu, czy to załatwionego u obcych władców, czy uzyskanego na 
podstawie bezpośredniej transakcji finansowej, była zawsze wysoka i niewielu mogło sobie 
na to pozwolić. MoŜna więc powiedzieć, Ŝe większość polskich „hrabiów" czy „ksiąŜąt" 
miała bogatych przodków, choć niekoniecznie naleŜących od razu aŜ do magnaterii. Pieniądz 
rodzi pieniądz, więc owo bogactwo często trwało przez wiele pokoleń, ale nie miało to 
decydującego znaczenia. Tytuł raz nabyty przechodził i na ubogich szaraków. Nic się w tej 
mierze nie zmieniło. Zupełnie niepotrzebnie wydał Kulczyk córkę za Lubomirskiego. Tytuły 
moŜna kupić i dzisiaj, a potomkowie kilku obalonych monarchów czerpią z tego całkiem 
spore zyski. Czy „hrabia Kulczyk" śmieszyłby publiczność? Niewątpliwie. Tyle Ŝe pałki w 
herbach śmieszyły teŜ szlachtę w dawnych wiekach, drwiono równieŜ z polskich hrabiów 
niemiłosiernie, a juŜ Wacław Potocki wręcz obelŜywie. I cóŜ z tego? Sygnety pokryły się 
patyną. Jedni się przyzwyczaili, drugim snobizm pozwolił wszystko przełknąć, inni nawet 
zaczęli zazdrościć. Nikt się juŜ nie podśmiewa. Mało tego, potomkowie naprawdę szczerze 
mają się za arystokrację, co nawet im przodków na wyŜyny podnosi i rozgrzesza. 
Opowiada Anna z Branickich Wolska: „Miałam wielkie szczęście urodzić się jako córka 
Adama i Beaty Branickich, którzy byli właścicielami Wilanowa. W czasach Stanisława 
Augusta Poniatowskiego główną postacią w historii mojego rodu stał się hetman wielki 
koronny Franciszek Ksawery Branicki. Niestety... nazywany targowiczaninem. Musimy to 
przyznać z przykrością — był jednym z twórców Targowicy, konfederacji zawiązanej 
przeciwko reformom Sejmu Czteroletniego i Konstytucji 3 maja. W oczach rodziny miał on 
jednak równieŜ cechy, które nam się podobały. Byl to człowiek obdarzony wielkim 
temperamentem, Ŝądzą Ŝycia i wyjątkową odwagą. Hetman Franciszek Ksawery oŜenił się z 
Aleksandrą Engelhardt. Jest to historia, o której mój ojciec bardzo nie lubił mówić, ale 
poniewaŜ Polski słownik biograficzny ją cytuje, czuję się rozgrzeszona. OtóŜ caryca 
Katarzyna miała uro- 
38 
dzić wymarzonego syna, upragnionego następcę tronu. Tymczasem urodziła się córka, o 
czym wiedziało zaledwie parę osób z najbliŜszego otoczenia. Wzięto więc chłopca (w 
przyszłości cara Pawła I), który urodził się właśnie którejś z dam dworu, jako syna Katarzyny, 
a tę dziewczynkę oddano rodzinie Engelhardtów na wychowanie. I z tą właśnie 
Engelhardtówną oŜenił się mój praprapradziad — Franciszek Ksawery. MoŜna więc 
powiedzieć to, co nie jest równieŜ rzeczą chlubną, Ŝe my w pewnym sensie pochodzimy od 
Katarzyny, carycy Wszechrosji i od Sergiusza Sałtykowa — ojca Aleksandry, szambela-na 
wielkiego księcia Piotra, potomka jednego z najstarszych i najznakomitszych rodów 
arystokratycznych Rosji, rodu, który był spokrewniony z dynastią Romanowych". — „Ojciec 
bardzo nie lubił o tym mówić", „nie jest to rzeczą chlubną", ale Anna z Branickich Wolska 

background image

opowiada bajeczkę z niemałą satysfakcją. Co królewska krew, to królewska krew, nawet 
gdyby była carska. Niestety, opowiadająca wydaje się nie wiedzieć, Ŝe krwi nie dziedziczyło 
się przez bękartów, chyba Ŝe (a i to tylko w niektórych krajach) byli oficjalnie uznani. Nawet 
więc, gdyby jakimś cudem historia podmiany carskich dzieci miała być prawdziwa, i tak, 
podług wszelkich reguł Gothy, nie nobilitowałaby w niczym rodu Branickich. Opowieść 
uroczej skądinąd Anny z Branickich Wolskiej moŜe więc stanowić swoistą pointę do 
opowieści o „polskiej arystokracji". DuŜo hałasu o nic. 

HOJNOŚĆ 
I BEZINTERESOWNOŚĆ 
Legenda zapisana po raz pierwszy w Insignia seu clenodia incliti Regni Poloniae (1466) Jana 
Długosza opowiada o tym, jak to poseł Bolesława Krzywoustego, komes Skarbek z rodu 
Awdańców przybył do oblegającego Głogów cesarza Henryka V. Niemiec, chcąc go 
przekonać o swojej potędze, wobec której opór Polaków miał być beznadziejny, pokazał mu 
swój skarbiec wypełniony po brzegi kosztownościami. Skarbka nie olśniło jednak cesarskie 
bogactwo. Zdjął z palca drogocenny pierścień i rzucając go między klejnoty, powiedział: „Idź 
złoto do złota. My, Polacy, w Ŝelazie się kochamy". Zdumiony Henryk nie znalazł adekwatnej 
riposty, odpowiedział więc tylko: „Dziękuję" (Hab-dank). Odtąd teŜ ród Awdańców 
pieczętuje się herbem Abdank... 
Opowieść ta wielce się spodobała czytelnikom, znalazła teŜ trwałe miejsce w mitologii 
narodowej, uogólniona, oczywiście, i dotycząca juŜ wszystkich Polaków. Powtórzyli ją 
Dębołęcki, Kniaźnin, Niemcewicz, Sienkiewicz, Kraszewski, Konopnicka... Z biegiem czasu 
powstawały inne anegdoty i powiedzonka wychwalające bezinteresowność Polaków i to, Ŝe 
dla dobra ojczyzny nie poskąpią oni pieniędzy, „aŜ po dobra ostatnie". 
Na tym tle przykrym zgrzytem są słowa Fryderyka II (z datowanego na 13 maja 1765 r. listu 
do ambasadora pruskiego w Warszawie Gedeona Benoit), iŜ „Za pieniądze moŜna w Polsce 
wszystko zdziałać". Oczywiście Fryderyk do sympatyków Polski i Polaków nigdy nie naleŜał. 
Innym razem stwierdził пр., Ŝe „Polacy są próŜni, pyszałkowaci, gdy im szczęście sprzyja, 
czołgają- 
40 
су

 się w nieszczęściu. Dla zdobycia pieniędzy gotowi są do największych podłości. .." 

Wyraziwszy powątpiewanie, co do obiektywizmu króla pruskiego, przyznać jednak naleŜy, Ŝe 
na pewno wiedział on, o czym mówi. Jego ambasador w Warszawie opłacał bowiem usługi 
polityczne, administracyjne i sądowe co najmniej kilkudziesięciu polityków i urzędników 
polskich. Nie był w tym wyjątkiem. Nie był teŜ prekursorem takich działań. 
W roku 1588 uchwalono tzw. Statut Litewski, który zawiera niezwykle charakterystyczną — 
musiały być powody do takiego sformułowania — rotę przysięgi, jaką miał składać kaŜdy 
nowo obrany sędzia: „Nie z przyjaźni, nie z waśni, nie za posuły i dary, ani się nie 
spodziewając po tym darów, sądzić będę". Podobny nacisk na odŜegnanie się od 
sprzedajności (jurgieltnictwa) kładły odpowiednie konstytucje sejmowe w Koronie. Wydaje 
się jednak, Ŝe bez najmniejszego skutku. W XVI czy XVII w. sędziowie i posłowie uchodzili 
za najbardziej sprzedajnych ludzi w społeczeństwie szlacheckim. 
Jan Kochanowski ostrzega: 
„A najwięcej tego strzeŜ, abyś na urzędy Łakomych ludzi nigdy nie sadzał, bo kędy 
Sprawiedliwość sprzedąjna, tam przeklęctwo wielkie, A u Boga niewinnych waŜne prośby 
wszelkie". 
Potem Sienkiewicz włoŜy w usta Czecha na słuŜbie szwedzkiej, Wey-harda Wrzeszczowicza 
(historycznie: Jan Weinhard hrabia Wrzesowicz), te słowa: „Sejmy nie rządzą, boje rwą [...]. 
Nie masz sprawiedliwości, bo wyroków nie,ma komu egzekwować i kaŜdy moŜniejszy je 
depce..." Miałby to powiedzieć w 1655 r. 

background image

Tymczasem z roku na rok było coraz gorzej. JuŜ elekcja Jana III Sobieskiego stanowiła, 
patrząc na nią z dzisiejszego punktu widzenia, korupcyjny skandal. Choć król elekt działał, 
być moŜe, z myślą o dobru Polski, to jednak brał od obcego, francuskiego rządu niebagatelne 
sumy. CzyŜ moŜna się dziwić — wszak przykład idzie z góry — Ŝe naśladowali go masowo 
pomniejsi panowie bracia, których intencje nie były juŜ tak wzniosłe? Przy czym łapówko-
dawców nie brakowało, bo Austriacy i Sasi teŜ refundowali zdradzieckie usługi. „W 1696 
roku — pisze Mikołaj Kozakiewicz — po śmierci Jana III Sobieskiego rozpoczęła się walka o 
tron polski, na który apetyt mieli Francuzi. Na 
41 
przeszkodzie stalą im królowa Marysieńka, która chciała tron zachować dla syna Jakuba 
Sobieskiego. Zapłaciła więc posłowi Łukaszowi Horodyńskiemu 600 talarów za zerwanie 
Sejmu konwokacyjnego. Horodyński zerwał Sejm i natychmiast opuścił Warszawę. 
Odszukany został jednak przez Sapiehów, którzy wręczyli mu 2000 talarów łapówki za 
odwołanie swego protestu. To wydarzenie zapoczątkowało, jak pisze historyk [W. Kriegstein 
— L.S.], «orgię korupcjk, która trwała do końca I Rzeczypospolitej. W czasie tejŜe elekcji 
elektor saski zobowiązał się wypłacić pół miliona talarów wojsku i 160 000 magnatom. 
Francuzi obiecali więcej. Od nich prymas Polski, arcybiskup gnieźnieński (a później 
kardynał) Michał Radziejowski zaŜądał 60 000 za poparcie Francuza. Po czym na Sejmie 
»przysiągł na KrzyŜ, Ŝe nie brał gotówkk, co było prawdą tylko o tyle, Ŝe nie wziął przed 
przysięgą pieniędzy, lecz tylko weksel płatny po elekcji! Gdy wybrano na króla Augusta II 
Sasa, prymas nie otrzymał oczywiście pieniędzy od Francuzów, lecz wziął 100 000 talarów za 
uznane wyboru od Sasów. Taka sama wysoka fala korupcji przetoczyła się przez Polskę przy 
kolejnej elekcji po śmierci Augusta II Sasa. Francuzi wydali bezskutecznie 7 milionów 
złotych na łapówki dla magnatów. Prymas Michał Radziejowski zaŜądał za poparcie 
francuskiego pretendenta do tronu 60 000 talarów, ostatecznie wziął od Sasów za uznanie 
wyboru Augusta III 10 000 talarów. Tańsi byli moŜnowładcy świeccy. Wojewoda bełzki, 
Antoni Potocki, za obstrukcję na Sejmie wobec niekorzystnych dla obcych reform, w roku 
1744 wziął 2000 dukatów od rządu praskiego i 3000 dukatów od francuskiego. Przeciętna 
łapówka płacona posłowi za zerwanie Sejmu wynosiła »tylko« 350 dukatów, co równało się 
cenie 70 koni". 
W następnych latach utrwaliła się praktyka (vide: Antoni Potocki) brania za jedną i tę samą 
usługę łapówek z kilku źródeł — nieraz za działania wzajemnie sprzeczne: łapówkobiorca po 
prostu oszukiwał jednego z łapówkodawców. 
Totalna korupcja panowała takŜe na sławnym Sejmie Czteroletnim. Ulica warszawska 
układała wtedy z upodobaniem zagadki o poszczególnych posłach. Oto niektóre z nich: 
„Biskup przystojny, mówca zabawny, Kursor wyborny, gracz w wiska sławny; Intrygant 
zręczny, podszyty cnotą Króla i naród oddał za złoto". 
42 
Odpowiedź: Józef Kazimierz Kossakowski — biskup inflancki. 
„Hetmanem władał na wojnie, Krew braci szafował hojnie, Majątek z wszystkich stron 
zbierał, Zdanie swe chytrze otwierał". 
Odpowiedź: Franciszek Ksawery Chomiński — wojewoda piński. 
„Pałac stary odnowił, napis wyryć kazał, Aby całej Warszawie, Ŝe go ma, pokazał. WiecieŜ 
moi panowie, skąd on tak bogaty? Oto bierze od Moskwy ruble i dukaty". 
Odpowiedź: Kazimierz Raczyński — starosta czerwonogrodzki, marszałek nadworny 
koronny. 
„Perukę nosi zrobioną, Podług twarzy uszczuploną. Głos chrapliwy, ton zmyślony Na kształt 
z patryotów strony. Lecz pensja z Moskwy brana Plamę głosi kasztelana". 
Odpowiedź: Franciszek Salezy Miaskowski — kasztelan i starosta gnieźnieński (ambasada 
rosyjska płaciła mu przez dwanaście lat 400 dukatów rocznie). 

background image

„Konfederat barski, Rozum wykrętarski; Prusakom pochlebny, Moskalom potrzebny". 
Odpowiedź: Michał Walewski —wojewoda sieradzki. 
Etc, etc. 
43 
O czym to świadczyło? — O tej rzeczy najprostszej, Ŝe sprawki polskich łapowników (i 
zdrajców przy okazji) były tajemnicą poliszynela i jeśli szydził z nich głos opinii publicznej, 
to dlatego, Ŝe był sytuacji w pełni świadom. Jak wynika z pism ulotnych, nawet wysokości 
pobieranych sum nie były przewaŜnie zagadką. „Polacy pchają się z propozycjami usług i 
najtajniejszymi informacjami, zawsze jednak słonej Ŝyczą sobie za nie zapłaty. Szpieg nie 
musi tutaj w cudze sukienki się stroić, ani cudzych wąsów sobie przyprawiać. Starczy, Ŝeby 
miał kabzę nabitą. Wszyscy to widzą, ale nie potępiają, co najwyŜej zarobku zazdroszczą" — 
pisał Charles Francois Dumouriez, generał francuski, doradca konfederatów barskich, 
późniejszy zwycięzca pod Valmy. Podobnego zdania jest Mikołaj Kozakiewicz: „W grancie 
rzeczy ludzi nie oburzało, Ŝe ktoś brał łapówki, oburzało ich dopiero wtedy, gdy brał za duŜo 
(ponad własną rangę). I to chyba w jakiejś mierze przetrwało do dzisiaj". 
W czasach rozbiorów nie upadły korupcyjne obyczaje. Zmienił się jednak (unowocześnił?) 
ich charakter. Łapownictwo polityczne poszło w kąt, bo teŜ niewielu Polaków miało w tej 
dziedzinie coś istotnego do zaproponowania. W miarę demokratyzacji społeczeństwa, czyli 
rozszerzenia się kręgu osób mogących liczyć na awans społeczny, upowszechniała się 
protekcja. Naigrywa się z niej autor anonimowej fraszki z ok. 1870 г.: 
„Przez protekcję się urodził, Przez protekcję do szkół chodził, Przez protekcję dyplom dostał, 
Przez protekcję wielkim został, Przez protekcję szukał Ŝony, Przez protekcję zbił miliony, 
Protekcji brał ciągle lekcje, Nawet umarł przez protekcję". 
Najpospolitsza stała się jednak korupcja urzędnicza, do której dorobiono nawet ideologię 
głoszącą, iŜ to, co państwowe, jest zaborcze, więc defrau-dowanie tego stanowi nawet swoistą 
cnotę. Naginanie zaborczego prawa to juŜ właściwie patriotyczne poświęcenie. „Wmawiamy 
sobie, Ŝe ponosimy ofiary dla ojczyzny, Ŝe poświęcamy się nawet wówczas, gdy poświęcenie 
przynosi nam zyski" — pisał Wacław Gąsiorowski w Finis Poloniae. 
44 
Większość jednak nie potrzebowała takiego usprawiedliwienia. Być moŜe, rozmyło się ono w 
pomieszaniu tego, co zaborcze, społeczne i narodowe. Mówiono chętnie o korupcji 
urzędników z państw zaborczych (przede wszystkim Rosjan i Austriaków), ci jednak niewiele 
mogliby wskórać bez współdziałania swoich polskich kolegów i podwładnych. Natomiast 
klientom urzędów i instytucji pochodzenie osób wymuszających łapówki było najzupełniej 
obojętne. Nie znajdziemy teŜ akcentów narodowościowych w jakŜe popularnych podówczas i 
zrozumiałych dla wszystkich fraszkach, jak пр.: 
„— śyczę mieć urząd a pracy niewiele, 
ś

yczę mieć władzę i prawne fortele, 

ś

yczę nagrody i rangi odbierać, 

ś

yczę mieć zręczność, gdy zechce obdzierać, 

ś

yczę mieć prawo w kaŜdy kąt zachodzić, 

Sądzić, przesądzać, pomagać i szkodzić, 
ZdroŜności cnoty pokrywać pozorem... 
— Wszystko mieć będziesz: bądź prokuratorem" 
(Anonim z Królestwa Kongresowego, ok. 1825). 
Albo: 
„Raz jakoś, gdy się zgadało, 
ś

e honor dziś górę bierze, 

ś

e przeniewierstw mamy mało, 

Ktoś rzekł: bardzo temu wierzę. 

background image

Lecz chciałbym wiedzieć dokładnie, 
Kiedy mowa o honorze, 
Czy taki, który nie kradnie, 
Kraść nie chce, czy kraść nie moŜe?" 
(Mikołaj Biernacki, pseud. Radoć, z Galicji). 
Czy jeszcze: 
„Bank pewien w ustawicznej pozostawał trwodze, Kasjer z swym pomocnikiem kłócili się 
srodze 
I o to rozjątrzenie lat dwadzieścia trwało, śe pierwszy kradł za duŜo, a drugi za mało" 
(Adam Kieł z zaboru rosyjskiego). 
Deprawacja postąpiła tak daleko, Ŝe nie hamowały jej nawet chwile narodowego patosu. I tak, 
podczas powstania styczniowego rozkład i ściąganie podatków powierzone zostały na 
prowincji komitetom skarbowym przy naczelnikach powiatów. Komitety te składały się z 
reguły z miejscowych ziemian. Wkrótce okazało się, Ŝe owi członkowie komitetów 
samowolne zmniejszali podatki swoim sąsiadom. Straty wyrównywali, podwyŜszając podatki 
ludziom, których osobiście nie znali, a w szczególności swoim wrogom. Było to regułą i 
kolejne rządy powstania aŜ do jego upadku nie zdołały opanować sytuacji. To jeszcze rzecz 
drobna. Stefan Kieniewicz pisze o „nieuczciwości, a choćby tylko chciwości pośredników; 
niekompetencji, niedbalstwie, bała-ganiarstwie urzędników narodowych". Dodaje teŜ, iŜ 
malwersacje musiały się zdarzyć, gdyŜ w warunkach konspiracyjnych nie sposób było 
prowadzić dokładnej księgowości. Zgoda, nie chodziło wszakŜe tylko o drobne malwersacje. 
Po przejęciu Kasy Głównej przez powstańców urzędnik narodowej Komisji Skarbu, Edward 
Czarnecki, przywłaszczył sobie 30 tysięcy rubli, z którymi usiłował uciec za granicę, co mu 
się nie udało, gdyŜ został schwytany przypadkowo przez rosyjski patrol. Z kolei Zdzisław 
Janczewski, członek rządu, dostał 60 tysięcy złp na zakup broni. Przywiózł jej niewielką 
ilość, tłumacząc się, Ŝe kupiec wrocławski oszukał go na 185 tysięcy. Inny agent powstania, 
wyposaŜony w 150 tysięcy złp, po ośmiomiesięcznym pobycie w Wiedniu przywiózł do kraju 
181 sztucerów myśliwskich, wartych co najwyŜej 30 tysięcy. Tłumaczył się... niedołęstwem. 
Mętne czasy popowstaniowe, w których powodujące poczucie tymczasowości represje i 
obsadzanie stanowisk przez niekompetentnych, byle posłusznych, urzędników łączyły się z 
gwałtownym rozwojem młodego kapitalizmu, stwarzały wymarzoną sytuację do wszelkiego 
rodzaju naduŜyć. 
Władysław Stanisław Reymont w Ziemi obiecanej pokazuje to na przykładzie rewolucji 
przemysłowej w Łodzi. O wiele zresztą bardziej drastycznie niŜ Andrzej Wajda w opartym na 
tej powieści filmie, gdyŜ u Wajdy pozostaje jednak przyjaźń, podczas gdy u Reymonta nawet 
tej iskry nadziei nie ma. Jednak Łódź u schyłku XIX w. to nie był na pewno przykład 
reprezenta- 
46 
tywny. Tam grano o miliony, więc normy moralne i prawo musiały ustępować przed sztabami 
złota. 
Tę małą, codzienną korupcję pokazuje nam np. Stefan śeromski. Przypomnijmy sobie, jak w 
Syzyfowych pracach opisał egzaminy wstępne do gimnazjum klasycznego w Kielcach. Oto 
matka Marcina Borowicza przychodzi do nauczyciela Majewskiego, członka komisji 
egzaminacyjnej: „— Tak, panie profesorze, pragnęłabym oddać go do klasy wstępnej. Uczył 
się na wsi, w szkole elementarnej . Czy jest przygotowany... tego właśnie osądzić nie jestem 
w stanie. Dlatego teŜ śmiem prosić pana profesora, czy by nie zechciał przygotować go 
jeszcze nieco zanim egzamin... Z pewnością kilka lekcji udzielonych przez takiego jak pan 
profesor pedagoga więcej go oświeci niŜ pół roku nauki w szkole wiejskiej...[...]- O to... 
tego... Biorę zwykle trzy ruble za godzinę. Mam tutaj kilkunastu chłopców, których równieŜ 
przygotowuję. Od nich biorę w tym stosunku... — Mam nadzieję, Ŝe wystarczy jeszcze czasu 

background image

na jakie osiem lekcyj — rzekła pani Borowiczowa [...]. Oto jest dwadzieścia pięć rubelków... 
— Ach... to ja pani rubla reszty... — zawołał z pośpiechem nauczyciel, rzucając się do 
wykwintnego biurka. — Och... tyle subiekcji... — A, nie, nie! — wołał nauczyciel. — Jestem 
tej zasady, rozumie pani: kochajmy się jak bracia, a liczmy się jak śydzi..." Jak się okaŜe, 
panu Majewskiemu nie starczyło czasu na udzielenie Marcinkowi więcej niŜ trzech lekcji. Nie 
miało to jednak najmniejszego znaczenia, gdyŜ Marcinek dostał się do gimnazjum, podobnie 
jak owych kilkunastu chłopców, których Majewski równieŜ przygotowywał. Wbrew 
pozorom, świadczyło to o pewnej, relatywnej, rzecz jasna, uczciwości Majewskiego, gdyŜ 
nagminne były przypadki (pisze o tym Tomasz Teodor JeŜ) przyjęcia łapówki i nie 
załatwienia niczego. 
Bolesław Prus w Lalce uniknął pitavalu. Wokulski dorabiał się uczciwie, a Rzecki, 
uosabiający romantyczną przeszłość, był wzorowym subiektem. Podejrzane figury, jak 
Maruszewicz, Starski, Szlangbaum (który załatwił jednak nieskazitelnemu Wokulskiemu 
fałszywych uczestników licytacji domu Krze-szowskiej), to niby margines. Potem jednak 
Wokulski zniknął w okolicznościach, które róŜnorako moŜna interpretować. A Rzecki umarł. 
W Ŝałobnym domu pana Ignacego zgromadzili się bohaterowie Lalki. „Szuman spostrzegłszy 
Ochockiego schwycił go za rękę i zapytał: — Pan nieodwołalnie chce odebrać pieniądze w 
tym tygodniu?... — Tak. — Dlaczego tak prędko?... — Bo wyjeŜdŜam. — Na długo?... — 
MoŜe na zawsze — odparł szorstko i wszedł za 
47 
doktorem do pokoju, gdzie leŜały zwłoki. Za nimi, na palcach, weszli inni. — Straszna rzecz! 
— odezwał się doktor. — Ci giną, wy wyjeŜdŜacie... Kto tu w końcu zostanie?... — My!... — 
odpowiedzieli jednogłośnie Maruszewicz i Szlangbaum". Trudno, zaiste, o bardziej tragiczną 
i pesymistyczną diagnozę społeczną. A jednak była ona w znacznej mierze słuszna. 
W roku 1918 wkroczyła Polska w niepodległość z nader pokaźną liczbą Ma-ruszewiczów i 
Szlangbaumów. Dało to natychmiast znać o sobie tak dotkliwie, Ŝe odrodzone państwo 
zdecydowało się na krok desperacki. Oto 18 marca przegłosowana została ustawa 
przewidująca karę śmierci za przestępstwa popełniane z chęci zysku przez urzędników i 
innych funkcjonariuszy państwowych. Pojęcia „urzędnik" czy „funkcjonariusz" były bardzo 
rozciągliwe. 
I tak, 11 września 1920 r. Sąd Okręgowy, aplikując prawo a la lettre, skazał na karę śmierci 
przez rozstrzelanie dwudziestodziewięcioletniego posterunkowego z komisariatu kolejowego, 
Antoniego Siekierskiego, oraz trzydziesto-sześcioletniego Antoniego Siedleckiego, robotnika 
kolejowego na etacie pracownika plombującego wagony (na etacie państwowym, a więc 
funkcjonariusza), za kradzieŜ worka z saletrą wartości 3 tysięcy marek (równowartość mniej 
więcej tysiąca dzisiejszych złotych). Wyrok ten wywołał szok. „Od tej chwili — pisze 
Stanisław Milewski w Ciemnych sprawach międzywojnia (Warszawa 2002) — poniewaŜ 
przełoŜeni nie chcieli brać na swoje sumienie Ŝycia podwładnych — przypadki mniejszej 
wagi załatwiali przez zwolnienie z pracy lub tylko udzielali nagany. Zachodziła więc obawa, 
Ŝ

e ten drakoński przepis pozostanie martwy. Dlatego naczelny prokurator Sądu Apelacyjnego, 

zaniepokojony szerzącą się wśród urzędników korupcją, specjalnym okólnikiem przypominał 
art. 644 kodeksu karnego, mówiący o odpowiedzialności karnej za niezawiado-mienie o 
przestępstwie, i nakazał korzystać z tego przepisu z całą stanowczością. NajcięŜsze bodaj 
konsekwencje »marcówki«, jak nazywano ustawę z 18 marca, poniosło wojsko. Tylko w 1920 
r. za przestępstwa popełnione z chęci zysku (najczęściej malwersacje) skazano na najwyŜszy 
wymiar kary i rozstrzelano 7 oficerów i 17 szeregowców [...]. Ta surowa represja była jednak 
nieskuteczna, gdyŜ za przestępstwa o takim samym charakterze dwa lata później wydano 19 
wyroków śmierci na oficerów i 74 na szeregowców. Eksperyment przeprowadzony na Ŝywym 
organizmie społecznym dowiódł niezbicie, Ŝe nawet widmem szubienicy czy plutonu 

background image

egzekucyjnego nie da się skutecznie egzekwować srogiego prawa karnego". Nic teŜ 
dziwnego, Ŝe w roku 1923 wycofano się z represyjnej 
48 
ustawy. Jest to oczywiście przyczynek do dyskusji nad stosowaniem kary śmierci, jak teŜ nad 
zaostrzaniem zagroŜenia penalnego w ogóle. 
Nasuwa się teŜ inna uwaga. Stanisław Podemski w Pitavalu PRL-u, w rozdziale o 
znamiennym tytule Karta hańby, wspomina tzw. aferę mięsną z roku 1965, której czołowy 
beneficjent, dyrektor zakładów mięsnych Stanisław Waw-rzecki, został skazany na karę 
ś

mierci. Mimo licznych protestów wyrok został wykonany. Pisze Stanisław Podemski: „Z 

przechwytywania nadwyŜek kiełbasy i szynki zrobiono niemal zbrodnię stanu. Obrońca 
Stanisława Wawrzeckiego, adwokat Krzysztof Łada-Bieńkowski, przypomniał w swoim 
dramatycznym przemówieniu, Ŝe ostatni król Polski Stanisław August prosił o Ŝycie dla 
oskarŜonych o jego uprowadzenie i zamiar zabójstwa, i Ŝe ta wielkoduszna obrona wpisana 
jest złotymi zgłoskami w dzieje polskiego wymiaru sprawiedliwości. Natomiast władca kraju 
w 1965 dopisał haniebną czarną jego kartę". Zgadzając się w pełni z Podemskim, zauwaŜyć 
jednak trzeba, Ŝe Władysław Gomułka mógłby się z kolei powołać na praktykę młodej II 
Rzeczypospolitej, w której wyroki śmierci za przestępstwa gospodarcze — poczynając od 
kary za kradzieŜ sie-demdziesięciokilogramowego worka saletry — były na porządku 
dziennym. 
Złagodzenie represji w latach 1923-1925 nie spowodowało wzrostu korupcji, ale jej teŜ nie 
zmniejszyło. RównieŜ „sanacja" moralna, jaką miał przynieść przewrót majowy, okazała się 
złudna. Bardzo charakterystycznym w tym względzie wydarzeniem był proces 
funkcjonariuszy Urzędu Śledczego, który toczył się w styczniu 1928 r. Pisze Malicki: „O 
łapówkarstwie w Urzędzie Śledczym mówiło się tylko wśród wtajemniczonych, a wieści o 
nim powtarzała stugębna plotka [...]. »Tylko słupy telegraficzne nie opłacają się Urzędowi 
Ś

ledczemu« — maksymę tej treści sformułowali ponoć funkcjonariusze tej instytucji zwani 

pogardliwie »psami«". Sprawę, jak to się najczęściej w takich wypadkach zdarza, wygrzebała 
prasa. Kolejne artykuły w „Głosie Prawdy", którego redaktorem naczelnym był słynny z 
bezkompromisowości, a i z pieniactwa, Wojciech Stpi-czyński, były na tyle alarmujące, Ŝe 
władze poczuły się zmuszone do wszczęcia śledztwa. Kilkudziesięciu świadków podczas 
procesu potwierdziło fakty objęte aktem oskarŜenia. Obrona Mariana Ludwika 
Kurnatowskiego — byłego zastępcy naczelnika Urzędu Śledczego, Leonarda Dobieckiego — 
byłego podkomisarza, Władysława Marczaka i Władysława Rutkiewicza — byłych 
przodowników, i Feliksa Tyszyńskiego — byłego starszego posterunkowego polegała na 
kontrataku. To właśnie oni mieli odmówić świadkom oskarŜenia przymknięcia 
49 
oczu na ich brudne sprawki. Świadkowie teraz chcieli się zemścić, pomawiając niewinnych. 
Ku powszechnemu oburzeniu, 20 stycznia 1928 r. sąd uniewinnił funkcjonariuszy. Na tym się 
jednak nie skończyło. Oczyszczeni przez Temidę wystąpili logicznie z powództwem 
cywilnym przeciw demaskującym ich dziennikarzom. Sprawę przejął prokurator, oskarŜając 
Stpiczyńskiego i autora artykułów, Radosława Wojnicza, o zniewaŜenie osoby urzędowej (art. 
532 kodeksu karnego). Sprawa miała skomplikowany przebieg, ale ostatecznie Sąd 
Apelacyjny uniewinnił obu dziennikarzy. Dla opinii publicznej był to dowód korupcji 
zgeneralizowanej. Winny był albo Urząd Śledczy, albo „Głos Prawdy". Albo, albo — 
wydawałoby się, Ŝe innego wyjścia nie ma. Tymczasem okazało się, Ŝe jedni i drudzy byli 
niewinni. Widocznie — upewniała się w spiskowej teorii dziejów ulica — funkcjonariusze 
kryci są przez przełoŜonych, a Stpiczyński teŜ jest nietykalny, jako były POW-iak, piłsudczyk 
i przyjaciel Rydza-Śmiglego. Słowem: sitwa. I chyba nie był to osąd całkowicie 
bezpodstawny. 

background image

Oprócz malwersacji i łapówkarstwa plagą II Rzeczypospolitej były przestępstwa podatkowe, 
ś

ciśle zresztą związane z protekcją i łapówkarstwem (yi-de: Kariera Nikodema Dyzmy 

Tadeusza Dołęgi-Mostowicza). Pod względem ściągalności podatków znajdowała się Polska 
na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Opowiadał generał (podówczas jeszcze kapitan) 
Józef Kuropie-ska: „Zostałem dowódcą 6. kompanii, dotychczas skadrowanej, o bardzo 
dobrze dobranym zespole podoficerów. Szczególnie serdeczne stosunki nawiązały się między 
mną a sierŜantem szefem Tyszyńskim, warszawiakiem, legionistą z I Brygady, mądrym i 
taktownym człowiekiem. Był to jedyny z moich znajomych, który posiadał ostemplowaną 
zapalniczkę. Zgodnie z przepisami o funkcjonowaniu Państwowego Monopolu Zapałczanego 
wszyscy posiadacze zapalniczek, nie uŜywający z tej racji zapałek, winni byli stemplować je 
w odpowiednich urzędach za opłatą. Poza sierŜantem szefem nigdy takiego kogoś nie 
spotkałem. Na moje pytanie, dlaczego się tak »wykosztował«, sierŜant oświadczył, Ŝe jako 
wychowawcy Ŝołnierzy nie uchodzi mu naruszać prawa". Wielka chwalą sierŜantowi 
Tyszyńskiemu za jego obywatelską świadomość. Rzecz w tym jednak, Ŝe był on jedynym 
spośród znajomych Kuro-pieski, który płacił podatek zapałczany. Kuropieska był zaś 
człowiekiem niezwykle towarzyskim i znajomych miał na kopy. Skądinąd nawet Kuropieska, 
stuprocentowy słuŜbista, uznaje owo przestrzeganie przepisów za „wykosz-towywanie się", 
czyli swoistą fanaberię. 
50 
Wspomina Mosze Kulbak, Ŝe nawet tam, gdzie zaangaŜowane były nacjonalistyczne i 
nienawistne namiętności, łapówka działała cuda. Dzięki niej niejeden starozakonny student 
dostawał się na wyŜszą uczelnię poza nume-rus clausus. W przypadku znajomego Kulbaka 
łapówkobiorcą był zresztą dziekan znany z endeckich poglądów i zajadłego antysemityzmu. 
Cała ta szara strefa malwersacji, łapówkarstwa, oszustw podatkowych umyka pitavalom. 
Afera ministra Gabriela Czechowicza wstrząsnęła Polską nie z powodu swojego 
malwersacyjno-fmansowego charakteru. WaŜniejszy był fakt, Ŝe rozpętała ona rozgrywkę 
polityczną. Natomiast procesy Ŝyrardowskie czy walki sądowe między przemysłowcami 
łódzkimi, gdzie w grę wchodziły miliony, były juŜ za bardzo skomplikowane dla szerszej 
publiczności. Obserwatorom, którzy skądinąd mieli przynajmniej jedną nogę w szarej strefie, 
rozmazywała się w większości granica między łapówką, prezentem, protekcją, usługą, 
wspaniałomyślnością, bakczyszem etc. 
Podczas okupacji niemieckiej nieprzestrzeganie najeźdźczego prawa było aktem patriotyzmu 
albo teŜ najprostszą koniecznością Ŝyciową. Rozregulowało to jeszcze bardziej świadomość 
prawną Polaków. 
Czasy PRL-u przyniosły z kolei poczucie, Ŝe to, co państwowe, jest nasze; kradzieŜ 
państwowego nie była więc wystąpieniem przeciw siódmemu przykazaniu. Bakczysz stał się 
codziennością, a właściwie sposobem na Ŝycie. Sam dawałem prezenty lekarzom, pani w 
sklepie nabiałowym - która w zamian odkładała mi serki „fromage" (zawsze mnie wzruszało, 
Ŝ

e ser nazywa się po prostu „ser") - pani w delikatesach (wędliny, czasem cytrusy), panu z 

monopolu (kiedy wódka była na kartki), kioskarzowi (za odkładanie do teczki trudno 
dostępnych tytułów), trzem paniom w trzech księgarniach etc. Kioskarz, z którym — 
podobnie jak z paniami reprezentującymi liczne branŜe — z biegiem czasu się 
zaprzyjaźniłem, dostał posadę w administracji. Jako stary kumpel przysłał mi poza 
kolejnością hydraulików. Mieli mi zmienić baterię w kuchni. Starszy popijał ze mną 
„Wyborową", a młodszy montował. W pewnej chwili jednak starszy zauwaŜył coś kątem oka. 
Wstał i z naciskiem powiedział: „Dla znajomego robisz, a nie dla klienta, debilu". Okazało 
się, Ŝe młody rutynowo chciał mi wkręcić jakiś zardzewiały złom. Skarcony przez szefa wyjął 
katalog (sid) i wybrałem sobie kran, jaki mi się spodobał. Komu wkręcono moją ruinę, nie 
miałem oczywiście pojęcia i niewiele mnie to obchodziło. Wiedziałem juŜ przecieŜ 
(zbliŜałem się do trzydziestki), Ŝe albo się jest 

background image

51 
po dobrej stronie, albo po złej. Ja byłem w tym przypadku po dobrej, bo miałem znajomego 
eks-kioskarza i wódkę dla majstra, dzięki sprzedawcy z monopolu. 
Francuska dziennikarka Eve Fournier w ksiąŜce La Pologne napisała: „Przeciętny Polak 
zarabia 3000 zł. Z tego najedzenie wydaje 2400, na ubrania 1200, na mieszkanie, prąd, gaz 
etc. 500, na potrzeby kulturalne 200, na ksiąŜki szkolne dla dzieci 50, na komunikację 100. Za 
resztę, która mu zostaje, skupuje dolary i urządza cudowne przyjęcia, podczas których wódka 
leje się strugami". Ciekawe, Ŝe większość Polaków, którym czytałem ten kosztorys, uznawała 
rzecz za komplement: oto jacy jesteśmy zaradni! Czytelnik francuski odbierał to jednak 
zupełnie inaczej. Tyle Ŝe specjalnie się nie dziwił. Polska ma bowiem na Zachodzie opinię 
kraju skorumpowanego od zawsze, a od trzech wieków na pewno. Nie, nie naród polski. 
Naród polski to szabelka, Somosierra, pani Walewska, Wałęsa i Chopin. Ale społeczeństwo 
polskie. 
Doprawdy, niewiele nowego wymyślił Norwid, dając w liście do Michaliny z Dziekońskich 
Zaleskiej słynną diagnozę, zaczynającą się od słów: 
„Jesteśmy Ŝadnym SPOŁECZEŃSTWEM. 
Jesteśmy wielkim SZTANDAREM NARODOWYM". 
Pisał to Cyprian Kamil Norwid w roku 1862, a więc na podstawie doświadczeń wieku XVIII i 
pierwszej połowy wieku XIX. Tak głęboko nasi dzisiejsi diagności sięgać nie chcą. Z nudną 
systematycznością zwalają wszystko na karb PRL, ewentualnie „drapieŜnego kapitalizmu". 
Przedstawiają teŜ społeczeństwu naiwną wizję skorumpowanych chwastów w polu zboŜa, 
które bez nich byłoby zdrowe i bujne. Wystarczy więc powołać organ, który wyrwie, wypali i 
wyplewi. Uczciwe spojrzenie w przeszłość nie pozwala jednak przyjąć tej magicznej wiary w 
szeryfów. Korupcja polska jest wielowiekowa i choćby z tego juŜ tylko powodu wrosła w 
tradycję, stała się w znacznej mierze sposobem Ŝycia czy teŜ sposobem na Ŝycie. Sposobem, 
który nie jest juŜ nawet postrzegany jako coś zdroŜnego. Zaś wobec wzorców społecznych, 
wobec zwichniętych wartości, które wrosły w etos, aparat represyjny jest bezsilny. Dlatego 
teŜ wcale się u nas nie zanosi na rzetelną dyskusję o deprawacji społeczeństwa. Nie pozwoli 
na to nasze samopoczucie. Aferzyści to oni. My jesteśmy natomiast potomkami i 
spadkobiercami owego bezinteresownego komesa Skarbka, który złotymi pierścieniami 
szastał. Jesteśmy ludem zboŜnym i prawym. 
52 
VI MARYJA KRÓLOWA POLSKI 
Dnia 1 kwietnia 1656 г., we Lwowie, przed obrazem Najświętszej Maryi Panny Łaskawej, z 
wielką pompą, w obecności nuncjusza papieskiego i licznych biskupów, proklamował Jan 
Kazimierz Matkę Boską „królową Polski". Przy okazji zaprzysiągł, Ŝe po oswobodzeniu kraju 
od protestanckich Szwedów „lud od wszelkich obciąŜeń i niesprawiedliwego ucisku uwolni" i 
złoŜył jeszcze kilka podobnych obietnic, na czele z obietnicą ostatecznego wypędzenia arian. 
„Sławne »śluby lwowskie« Jana Kazimierza — pisze Paweł Jasienica — odegrały rolę 
zdecydowanie ujemną. Przyrzeczeń danych ludowi nie dotrzymano, słowo królewskie zostało 
cynicznie złamane. Nabrały ideologicznej mocy punkty dotyczące wiary i do białości 
rozpaliły fanatyzm katolicki. Trzeba się uwaŜnie wsłuchać w słowa wygłoszone wtedy przed 
ołtarzem. Król błagał Boga o pomoc przeciwko «nieprzyjaciołom świętego Rzymskiego 
Kościoła«, Rzeczypospolitej w tym miejscu nie wymienił. Czynił to w imieniu wszystkich 
swoich prowincji oraz »wojska obydwu narodów«. Wśród prowincji owych wyszczególnił teŜ 
księstwa ruskie, pruskie, inflanckie, smoleńskie, czernichowskie. Tak zupełnie, jakby w 
wojsku Obydwu Narodów i w nazwanych regionach Ŝyli wyłącznie katolicy! Zaczynało się 
utoŜsamianie wyznania rzymskiego z narodowością polską i litewską, czyli pogrzeb dawnego 
państwowego dekalogu Rzeczypospolitej, który głosił równouprawnienie wiar". 

background image

Jasienica ma bez wątpienia rację. Nie zauwaŜa jednak, Ŝe piętno, jakie odcisnęły „śluby 
lwowskie" na religijności narodowej, zasadza się w duŜej mierze na nieporozumieniu. W 
mniemaniu mas szlacheckich, a i do dzisiaj znacznej liczby katolików, powołanie Maryi na 
tron polski oznaczało, iŜ roz- 
53 
toczy ona nad Rzecząpospolitą szczególną, a w kaŜdym razie specyficzną opiekę. Stąd 
przypisywane jej wstawiennictwu kolejne, coraz juŜ zresztą rzadsze militarne zwycięstwa — 
od Chocimia, przez Wiedeń, po „cud nad Wisłą". Stąd teŜ przekonanie, iŜ jest Polska krajem 
wyjątkowo związanym z Matką Boską, które znalazło odbicie w postępującym unaradawianiu 
kultu maryjnego. Tymczasem nic z tych rzeczy. 
JuŜ w roku 1620, a więc trzydzieści sześć lat przed Janem Kazimierzem, ksiąŜę Maksymilian 
I Wittelsbach ogłosił Maryję królową Bawarii, a przy okazji patronką załoŜonej przez niego 
Ligi Katolickiej, która wsparła Cesarstwo podczas wojny trzydziestoletniej. Logika polityczna 
była tu zupełnie identyczna jak w przypadku polskim. Chodziło o zmobilizowanie księstewek 
i miast katolickich do walki najpierw z odchyleńcami czeskimi, później z protestantami 
duńskimi i szwedzkimi. W pierwszej chwili odniosło to pewien doraźny skutek (musiało to 
zafrapować Jana Kazimierza, który potrzebował wsparcia juŜ i teraz — przecieŜ Szwedzi 
zajmowali jeszcze trzy czwarte jego królestwa). Wkrótce jednak trafiła kosa na kamień. 
Przystępując do wojny trzydziestoletniej po stronie protestanckiej, chcąc więc niejako 
uspokoić katolickich poddanych, a jednocześnie zneutralizować symbolicznie akt 
Maksymiliana, w roku 1636 ogłosił Ludwik XIII Maryję królową Francji. Z tą chwilą 
rozpoczęła się krwawa wojna poddanych tej samej monarchini. Najwyraźniej Ŝyczliwszym 
okiem spojrzała ona na „najstarszą córę kościoła", gdyŜ Francuzi pod Wielkim Kondeuszem 
wkroczyli do Bawarii i zmusili Maksymiliana do zawarcia 14 marca 1647 r. upokarzającego 
rozejmu w Ulm. 
RównieŜ koronacje obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej 8 września 1717 г., a później 
następnych wizerunków i figur Królowej (w Polsce od 1717 r. do 2000 r. miało miejsce 197 
aktów koronacyjnych, z czego 135 w czasach PRL, a tylko 21 w П Rzeczypospolitej), nie 
miały w sobie nic nadzwyczajnego ani wyróŜniającego. 
Pierwszej uroczystej koronacji dostąpiła 27 sierpnia 1631 r. Santa Maria delie Febbre w 
Rzymie. Koronował ją osobiście papieŜ Urban VIII. Jego następcy kontynuowali ten obyczaj, 
rozdawali jednak korony dość oszczędnie. I tak np. Klemens XI, który uhonorował 
Częstochowę, wyróŜnił podczas całego swojego ponad dwudziestoletniego pontyfikatu 
zaledwie kilka obrazów. Dewaluacja nastąpiła dopiero za czasów Piusa IX (1846-1878) — 
ponad sto koronacji — i jego następcy Leona ХІП (1878-1903) — ponad dwieście. I tak się to 
juŜ potoczyło. 
54 
Warto teŜ zauwaŜyć, Ŝe decyzja Klemensa XI o uczczeniu obrazu Matki Boskiej 
Częstochowskiej nie miała bynajmniej czysto religijnego charakteru. PapieŜ ów popierał 
bowiem konsekwentnie Augusta II Sasa i robił, co mógł, by przysporzyć mu zwolenników. 
Kiedy Szwedzi osadzali na tronie warszawskim Stanisława Leszczyńskiego, wydał nawet 
specjalne breve do biskupów polskich zabraniające im pod groźbą suspensy popierania 
przeciwnika Sasa. Zezwolenie na koronację Czarnej Madonny w Częstochowie było 
elementem tej samej polityki wspierania Wettinów nad Wisłą. August II Sas nie pozostał 
zresztą papieŜowi dłuŜny i kornie, za to uroczyście, oddał się w niewolę Maryi. Ci, którzy 
znali obyczaje króla, a w szczególności jego rozwiązłość seksualną, którą merytorycznie, ale 
—jak widać — nie w konkretach ze szczególną mocą potępiał Klemens, musieli przecierać 
oczy ze zdumienia. Skądinąd drugim władcą Polski, który przed Sasem jeszcze oddał się pod 
szczególną opiekę Madonny, acz aŜ do niewolnictwa się nie posunął, był Michał Kory but 
Wiśnio wiecki. 

background image

Dominikanin Zygmunt Mazur pisze (Leksykon papieŜy. Kraków 1990, s. 166), Ŝe Klemens 
XI po śmierci Augusta II „w liście do prymasa Teodora Potockiego zalecał wybór Augusta III 
Sasa. Poparcie to — dodaje — nie miało Ŝadnego istotnego wpływu na elekcję". Zaiste, nic w 
tym dziwnego, Ŝe wpływu mieć nie mogło, skoro Klemens XI zmarł w roku 1721, na 
dwanaście lat przed Augustem II i dwa lata przed objęciem przez Teodora Potockiego arcy-
biskupstwa gnieźnieńskiego, co wiązało się z uzyskaniem godności prymasa Polski. Ojcu 
Mazurowi pomylił się najwyraźniej Klemens XI z Klemensem ХП (1730-1740). Jest to 
pomyłka charakterystyczna, o tyle usprawiedliwiona, iŜ merytorycznie bez znaczenia. 
Papiestwo bowiem, w tym i Klemens XI, i Klemens XII, popierało konsekwentnie to, co było 
w Rzeczypospolitej najbardziej przeciwne reformom i zaściankowe. Trzeba zaś z 
ubolewaniem stwierdzić, iŜ nacjonalizowanie kultu maryjnego do postępu się nie 
przyczyniało. 
Zresztą proces mieszania spraw narodowych z religijnymi nie ograniczał się do kultu 
maryjnego. W dziełach takich, jak np. Forteca monarchów i całego Królestwa Polskiego 
duchowna z Ŝywotów świętych tak juŜ kanonizowanych jak i beatyfikowanych jako teŜ 
ś

wiątobliwie Ŝyjących patronów polskich. .. z roku 1662, pióra Piotra Hiacynta Pruszcza, albo 

Floriana Jaroszewicza Matka świętych Polska albo Ŝywoty świętych, błogosławionych, 
wielebnych, świątobliwych, poboŜnych Polaków i Polek... z roku 1767, w gronie 
55 
ś

więtych patronów Polski odnajdujemy m.in.: Bolesława Chrobrego, Bolesława Śmiałego 

(sic\), Bolesława Krzywoustego, Bolesława Kędzierzawego, Bolesława PoboŜnego, 
Bolesława Wstydliwego, Ŝeby ograniczyć się tylko do Bolesławów. Cała historia Polski 
przerobiona tam zostaje de facto na historię katolicyzmu i dewocji. Zaledwie kilku władców 
polskich umknęło aureoli, nadawanych im hojnie, przede wszystkim przez pisarzy 
kontrreformacyj-nych i osiemnastowiecznych. Logika ich rozumowania opierała się przede 
wszystkim na micie „przedmurza chrześcijaństwa". Skoro Polska broni Europy przed 
pogaństwem (i prawosławiem), to jej władcy, realizując świętą misję, sami się niejako 
ś

więtością przyozdabiają. 

Tyle Ŝe z owym „przedmurzem" rzecz jest nieco skomplikowana. Pierwszy bodaj uŜył tego 
terminu Jan Ostroróg I (ok. 1436-1501) w mowie O naprawie Rzeczypospolitej (1467). Jako 
polityk stał on konsekwentnie na gruncie świeckości interesów państwa, co równało się 
postawie antykościelnej, a w kaŜdym razie antypapieskiej. Teoria „przedmurza" była dla 
niego sprytnym wybiegiem politycznym. JeŜeli Polska bierze na siebie trud obrony 
kontynentu przed pogańską nawałą, to papiestwo musi zrezygnować ze ściągania z Polski 
opłat, gdyŜ „przedmurze" potrzebuje majątku na zbrojenia, organizowanie skutecznego oporu 
oraz „na obronę sprawiedliwości i utrzymanie spokojności domowej". Jak jednak często się 
zdarza, chwytliwy termin przetrwał, natomiast zmieniły się cel i sens, w jakim został uŜyty. 
JuŜ wkrótce Kal-limach i Erazm z Rotterdamu nadadzą temu pojęciu, zresztą z pełną 
Ŝ

yczliwością dla Polski i Polaków, sens misyjno-metafizyczno-bohaterski. Paradoksalne, Ŝe 

owa reinterpretacja nie jest bynajmniej polskim wynalazkiem, ale przyszła do nas, co 
oczywiście potrwało trochę, z Zachodu. Późno czy nie późno, jakąŜ słodycz ma jednak dla 
narodowego poczucia niedocenienia. Przyjęliśmy więc ideologię „przedmurza" z 
entuzjazmem i oddaniem. Tyle tylko, Ŝe — jak pisze profesor Janusz Tazbir — „Polska 
ogłosiła się tarczą wspólnoty chrześcijańskiej w momencie, gdy wspólnota ta przestała 
faktycznie istnieć. Pokój westfalski (1648), który ostatecznie zerwał z frazeologią 
wyznaniową w sprawach politycznych, u nas otworzył okres długich wojen, ugruntowujących 
legendę polskiego przedmurza. Choć od czasu do czasu wspominano, iŜ bronimy w ten 
sposób całej chrześcijańskiej Europy, więcej w tym było odwołań do wspólnoty interesów, 
opartych na toŜsamości wiary, niŜ do świadomości europejskiej. I stało się tak, Ŝe w końcu 
przeciętny szlachcic 

background image

56 
uwierzył, iŜ broniąc południowo-wschodnich granic swego państwa przed Tatarami, Turcją 
czy Moskwą, tym samym stoi na straŜy całego chrześcijaństwa. Co więcej, zaskarbia sobie 
zasługi równieŜ i w niebie, gdzie musi się znaleźć jako wierny i zasłuŜony rycerz przedmurza. 
Jego ojczyzna zaś z racji swego połoŜenia jest »skazana na wielkość« [...]. Podczas gdy w 
innych krajach ich połoŜenie geograficzne miało stanowić jeden z argumentów realizmu 
politycznego, u nas aŜ po wiek XIX słuŜyło ono tezie o szczególnym posłannictwie Polski 
wyraŜającym się w takim a nie innym usytuowaniu jej na mapie Europy [...]. W czasie gdy 
pojęcie wspólnoty chrześcijańskiej stawało się coraz bardziej pustym dźwiękiem, a Europa 
dawno juŜ zapomniała, iŜ powierzyła Polakom jakąś misję na wschodnich rubieŜach 
kontynentu, ci pozostali wierni dawnym przekonaniom. Stąd się brało ich ogromne 
rozgoryczenie, gdy w krytycznym momencie Francja czy Anglia nie pośpieszyły z pomocą 
polskiemu »przedmurzu«. W istocie jego los niewiele wzruszał zachodnioeuropejskie 
metropolie, zadowolone, iŜ »w Warszawie panuje spokój«". 
Nic ująć, dodać moŜe tylko warto, iŜ przeświadczenie o „szczególnym posłannictwie Polski" 
nie odeszło wraz z wiekiem XIX. CzymŜe innym są marzenia o tym, jak to my właśnie 
będziemy dzisiejszą Europę reewangeli-zować, czy wnosić do niej jakieś specyficzne, 
prawdziwe wartości? Tymczasem ta specyfika zasadza się właśnie w unarodowieniu 
katolicyzmu polskiego, a więc w przeciwieństwie uniwersalizmu. Aczkolwiek przywołać 
moŜna jeszcze jedną polską oryginalność. Oto w roku 1979 przeprowadzono w Kaliszu, w 
kościele świętego Józefa, koronację obrazu Świętej Rodziny, co jest uznawane za pierwszy w 
ś

wiecie przypadek koronacji świętego Józefa. Rzecz się jednak nie przyjęła. Józef patronujący 

Polsce ma jednak w naszej tradycji raczej mało przyjemne konotacje. 
VII PRZYJACIELE LUDU 
Pierwszym, który starał się pobudzić chłopów galicyjskich do włączenia się w Ŝycie 
publiczne, był ksiądz Stanisław Stojałowski. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, jego 
działalność nie miała w sobie nic rewolucyjnego. Walczył z analfabetyzm, organizował 
pierwsze kółka rolnicze i czytelnie ludowe, wydawał teŜ odkupione od konserwatywnego 
wydawcy Czesława PieniąŜka pisma „Wieniec" i „Pszczółka", w których zachęcał chłopów 
do włączania się do polityki. To ostatnie najbardziej zaniepokoiło hierarchów kościelnych. 
Elementarnym celem chłopów stać się bowiem musiała reforma rolna, uderzająca szczególnie 
w interesy Kościoła - największego posiadacza ziemskiego na ziemiach polskich. Samo juŜ 
kształcenie się chłopów odczuwane było przez duchowieństwo jako niebezpieczeństwo, gdyŜ 
groziło dotarciem do ciemnych przysiółków laickiego nowinkarstwa. Działalność wiecowa 
Stojałowskiego, czyli nagłaśnianie skarg chłopów zabierających głos na zgromadzeniach (a 
były to często Ŝale na chciwych i bezwzględnych proboszczów), dolała oliwy do ognia. 
Szerszy posłuch znajdować zaczął Stojałowski około roku 1891--1892, a juŜ w 1893 r. 
biskupi galicyjscy wydali list pasterski, w którym czytamy: „My, biskupi i pasterze wasi, z 
woli BoŜej i Stolicy Apostolskiej wam dani i nad wami postanowieni, niniejszym uroczyście 
potępiamy i jako wielce zgubne, szkodliwe i niebezpieczne te pisma uwaŜamy, które lubo 
sztandar katolicki wywieszają, ducha jednak katolickiego nie mają, a w szczególności 
»Wieniec«, »Pszczółkę« i »Dzwon«. A potępiając je zarazem mocą zawierzonej nam przez 
Boga władzy, pod grozą kar kościelnych zakazujemy wiernym naszych diecezji je czytać, 
wspierać, prenumerować i rozszerzać". Po- 
58 
czątkowo wydawało się, Ŝe Stojałowski się ugnie. Napisał korny list („Artykuły moje 
wszystkie, w których wbrew duchowi, nauce i prawom Kościoła, powagę i powinne 
zwierzchności duchownej uszanowanie i uległość naruszyłem, odwołuję i jako złe, szkodliwe 
i błędne potępiam"), odbył czterna-stodniowe rekolekcje i ostatecznie uwolniony został od 
nałoŜonej na niego suspensy. Było to jednak —jak się niebawem okazało — załamanie 

background image

chwilowe. Wkrótce wznowił działalność i oczywiście konflikty zaczęły się od początku. 
Został więc powtórnie zasuspendowany, odebrano mu prawo do odprawiania mszy świętej, 
publikowano kolejne, coraz ostrzejsze akty potępień. Kiedy na to nie zareagował, sięgnięto po 
ś

rodek ostateczny. W roku 1896 obłoŜony został klątwą. Okazało się jednak, Ŝe jest to broń 

obusieczna. Pisał Wincenty Witos: „Rzucona w roku 1896 przez ks. biskupa Puzynę klątwa 
na ks. Stojałowskiego za »nieposłuszeństwo władzy duchownej« zrobiła w powiecie 
niesłychane wraŜenie. Podczas odczytywania jej w kościołach rozlegały się głośne płacze i 
przytłumione szlochania. Tak klątwa jak i ceremoniał zastosowany przy odczytywaniu robiły 
prawdziwą grozę i przestrach, ale równocześnie wzbudzały teŜ nie tylko zaciekawienie, ale 
cichy zacięty bunt, Ŝal do władzy i sympatię dla wyklinanego. Ks. Stojałowski stawał się dla 
chłopów jakąś wielką legendarną postacią, budzącą z jednej strony obawę, lecz z drugiej 
rosnący dla niego z dnia na dzień niezwykły szacunek. Jego wyklętych gazet specjalnie 
poszukiwano, czytano je po kryjomu, chroniąc się przed Ŝandarmami i niektórymi księŜmi". 
Klątwa na księdza Stojałowskiego okazała się skuteczna. Wkrótce pogodził się z Rzymem, a 
wybrany posłem podporządkował się dyrektywom prawicowego Koła Polskiego. Nie miało to 
jednak znaczenia, bowiem z inspiracji Stojałowskiego i jego naśladowców powstało juŜ, w 
dniu 28 lipca 1895 г., na zjeździe delegatów galicyjskich chłopskich komitetów wyborczych, 
Stronnictwo Ludowe (od roku 1903 Polskie Stronnictwo Ludowe). Teraz o kompromisach nie 
mogło juŜ być mowy. Stronnictwo domagało się wprost reformy rolnej. Co więcej, nie 
podlegało karom kościelnym. Tak mu się przynajmniej wydawało. 
Zaczęło się (Kościół był jeszcze zajęty pacyfikacją własnych szeregów, gdyŜ ksiądz 
Stojałowski zwerbował kilku duchownych) dość łagodnie. Wspomina Jakub Bojko (przyszły 
poseł, senator, wicemarszałek Sejmu i Senatu): „Wezwany na plebanię, wpuszczony byłem 
do sali, w której się ks. biskup 
59 
znajdował, i ucałowawszy Go w rękę — byłem pytany, czy wierzę w Boga i w to, co Kościół 
naucza. JuŜ to pytanie duŜo dało mi do myślenia. Ale później przyszło do tego, Ŝe mnie 
namawiano i to kategorycznie, abym odstąpił partii ludowej — »bo od tego zaleŜeć będzie 
moje dalsze postępowanie« — były słowa ks. biskupa. — »No a do którejŜe partii chce ks. 
biskup, abym naleŜał?* — Po namyśle powiedział mi: »do partii Potoczka«. A gdym odrzekł, 
Ŝ

e partia Potoczka ledwo dycha i partia ludowców idzie odwaŜniej, więcej ma Ŝądań i więcej 

ludowi daje, na to otrzymałem odpowiedź: — »A to i diabeł więcej mógł panu obiecać«. Na 
to musiałem się oburzyć i rzekłem: — »Tak, tu ksiądz jednego penitenta za gazety odsyłał do 
diabła, i mnie ks. biskup teŜ to robi!? JuŜ ja starszy chłop i wiem, co dla mnie dobre, a co złe 
w polityce, ja juŜ swój rozum mam«". Był to jednak zaledwie wstęp. Podsumowując swoją 
pierwszą konfrontację z episkopatem, Bojko doda: „Gazetki wydawane przez panów i księŜy 
nie Ŝałowały nam smarowidła, a naszych redaktorów to ci dopiero czesały! Kto się z 
inteligencji śmiał do nas zbliŜyć, na tego hyzia, Ŝe to mason, socjalista itd." 
Pisał Wincenty Witos: „Polskie Stronnictwo Ludowe przetrwało straszne chwile, gdy 
członkom jego odmawiano posług religijnych i gdy przeciw nim głoszono z ambon klątwy i 
potępienia. Gotowi przetrwać dalsze prześladowanie w obronie praw ludu, mamy jednak 
nadzieję, Ŝe duchowieństwo nasze nie zechce dla celów świeckiej polityki wszczynać na 
nowo walki religijnej i Ŝe raczej poprze nasze usiłowania do usamodzielnienia i podniesienia 
politycznego i ekonomicznego ludu". — Naiwny był ten Witos. 
Oddajmy głos cytowanemu juŜ prawicowcowi i wręcz fundamentaliście katolickiemu, 
którego najmniejsze podejrzenia o lewicowość nie dotyczą. Z pism Jakuba Bojki: „W roku 
1896 podczas sejmu dostałem list z Grębowa, Ŝe zmarłego świętej pamięci Gila, starszego, a 
bardzo uczciwego człowieka, lubo się wyspowiadał, ksiądz do kościoła przyjąć po śmierci nie 
chciał jako czytelnika »Przyjaciela«, a gdy go chłopi wnieśli, kazał go wyrzucić z kościoła. 
Mój BoŜe! Jak nie podnieść krzyku na taki czyn było! Gdy się kościół wali, to z chłopa drą 

background image

ostatni grosz, ale co mówię — on go sam dobrowolnie daje i bydłem i sobą granuje, aby tylko 
ś

wiątynia pańska nie była ozdobiona. A kaŜą mu wozić piasek lub Ŝwir, to wozi, a kaŜą 

jechać po organ lub dzwon, to pojedzie i myśli: a niechŜe ta, dyć to na chwałę BoŜą, toć 
człekowi zagrają choć na pogrzebie i zadzwonią, bo i czegóŜ by się moje dusisko tułało na 
60 
tym świecie. A kaŜą dawać na wypominki w dzień zaduszny, nie jak dotąd po trzy centy, ale 
po pięć, jako Ŝe dziś wszystko podroŜało, to i dusze zmarłe za bądź co do nieba jasnego nie 
wyprawi [...]. Za co? Był pijakiem? — pytacie — był złodziejem, cudzołoŜnikiem, 
podpalaczem, mordercą, świętokradcą, czarownikiem, czy dom rozpusty załoŜył ku 
zgorszeniu całej okolicy? Nie, on był stokroć większą potworą, to był człowiek gorszy, jak 
Madej-rozbój пік, jak wszyscy grzesznicy, przeciw którym musiano aŜ klątwy ze stolców 
biskupich rzucać, bo on chciał mieć swój własny rozum!" 
Oprócz odmowy katolickiego pochówku Kościół stosował w walce z ludowcami wiele innych 
sposobów. Najpospolitszym z nich były oczywiście kazania. Józef Ryszard Szaflik w O rząd 
chłopskich dusz (Warszawa 1976) cytuje smakowite przykłady w tym względzie. Przytoczmy 
tylko dwa. Ksiądz Franciszek Szurmiak, proboszcz parafii Czermin w powiecie mieleckim, 
dowodził, Ŝe działacze ludowi „pochodzą z ojca diabła, zginą jak Judasz, a przy komunii 
ś

więtej otwierają nie usta, ale paszczę". Z kolei ksiądz śaba z Babic w powiecie 

chrzanowskim wołał płomiennie w kazaniach poświęconych ludowcom: „O BoŜe ześlij 
pioruny! Spuść grad! Ześlij cholerę lub morowe powietrze! Ześlij wojnę i inne nieszczęścia i 
wytrać ten socjalistyczny rodzaj jaszczurczy, tych wysłanników szatana!" Niektórzy chłopi 
oburzali się na podobne wystąpienia, liczni jednak odsuwali się od tak niebezpiecznych 
osobników, co powodowało czasami ich izolację w środowisku, rozciągającą się równieŜ na 
rodziny. 
Inną, bodaj jeszcze skuteczniejszą, metodę stanowiła odmowa udzielania sakramentów. 
Najczęściej była to odmowa spowiedzi lub rozgrzeszenia po spowiedzi. Na wspomnianego 
juŜ Jana Gila, kiedy stawił się w konfesjonale, krzyczał spowiednik: „Marsz do boŜnicy, do 
rabina!" Nawet jednak spowiedź nie załatwiała jeszcze sprawy, gdyŜ często zdarzały się 
przypadki, Ŝe i rozgrzeszonym juŜ ludowcom nie chcieli księŜa udzielać komunii. Czyniono 
teŜ róŜne szykany przy zawieraniu małŜeństw (a pamiętajmy, Ŝe śluby cywilne wtedy jeszcze, 
podobnie jak i później w II Rzeczypospolitej, nie istniały). Chrztów nie odmawiano, gdyŜ 
uderzałoby to w interesy Kościoła i wywoływało zbyt wielkie wzburzenie, ale juŜ zostać 
rodzicami chrzestnymi mieli ludowcy minimalne szanse. 
Zabawne nam się dzisiaj wydaje pomawianie działaczy ludowych o sprowadzanie na 
nieszczęsne wsie klęsk Ŝywiołowych. A jednak w „Przyjacielu 
61 
Ludu" (nr 29 z 22 lipca 1906 r.) czytamy: „AŜ z 48 parafii doniesiono nam, Ŝe księŜa tamtejsi 
przypisują ludowcom winę za burze i powodzie. Mówią oni, Ŝe jest to kara za czytanie 
»Przyjaciela« i buntacje. Zamiast pociechy i ratunku, zamiast miłości bliźniego, oni w takiej 
bolesnej chwili szyderstwo mają na ustach. Gdybyśmy chcieli odpłacić swym kaznodziejom 
pięknym za nadobne, to równym prawem moglibyśmy powiedzieć, Ŝe jest to kara boŜa za 
naduŜywanie religii świętej do niegodziwej walki. DlaczegóŜ plebańskich gruntów nie 
ominęły burze". 
W tej sytuacji omijanie domów ludowców przy kolędzie moglibyśmy uznać za błahostkę. 
Rzecz jednak w tym, Ŝe robili to księŜa demonstracyjnie, omijając owe domy szerokim 
łukiem,, jakby w nich zadŜumieni mieszkali". 
Zdarzały się teŜ akcje z sankcjami kościelnymi nie mające nic wspólnego, jak na przykład 
niszczenie, najczęściej w porozumieniu z urzędnikami pocztowymi, przychodzących do 
parafian „trefnych" gazet lub wysyłanie do ich redakcji sfałszowanych listów o rezygnacji z 
prenumeraty. Nie było to trudne do przeprowadzenia, gdyŜ urzędnicy bali się wpływów kleru, 

background image

które mogły zawaŜyć na ich awansie. A były to rzeczywiście wpływy niemałe. Wspomina 
Benedykt Gregorowicz, Ŝe kiedy księdzu Bartłomiejowi Jańczy z Nowego Sącza nie 
spodobało się zachowanie wojskowych podczas mszy, ustawił dla nich „oślą" ławkę na końcu 
kościoła i tam, nawet za chłopami, musieli siedzieć. Tak pozwolił sobie postąpić z 
austriackimi oficerami. Czy więc wiejski naczelnik poczty mógł iść na udry z proboszczem i 
nie spełnić jego Ŝądań, nawet jeśli były nielegalnie?... 
Stosunki między klerem i ludowcami oraz popierającymi ich wieśniakami ulegały stałemu 
pogorszeniu. Trzeba przy tym od razu zaznaczyć, Ŝe nie działo się tak z winy strony 
ś

wieckiej. Ludowcy nie mieli Ŝadnego interesu w zaostrzaniu antagonizmu, juŜ choćby z tego 

najprostszego powodu, Ŝe ich potencjalną klientelą były katolickie, w ogromnej większości 
tradycjonali-stycznie nastawione, masy chłopskie. PSL niejednokrotnie czyniło więc gesty 
pojednawcze. Nie przynosiło to jednak najmniejszych skutków. Groch o ścianę. SkarŜył się w 
roku 1906 jeden z przywódców chłopskich Jan Stą-piński, który zresztą wkrótce załamał się 
pod presją i poszedł na współpracę z konserwatystami (cytuję za Szaflikiem): „Oznajmiliśmy 
publicznie w organie Stronnictwa [PSL — L.S.] gotowość do załatwiania zaŜaleń przeciw 
poszczególnym księŜom w innej drodze, nie przez wytknięcia w gazetach. A mimo to 
62 
wszystko jesteśmy ciągle przedmiotem prześladowań ze strony przewaŜnej części 
duchowieństwa. Do wyjątków naleŜą parafie, w których wolno nam swobodnie czytać organ 
Stronnictwa i pracować nad urzeczywistnieniem naszych ideałów. W przewaŜającej części 
parafii ani modlić się nam spokojnie w kościele nie dają, ani nie pozwalają spełniać obrzędów 
katolickich. Z ubolewaniem widzimy to i słyszymy, jak kościoły nasze zmieniono na lokale 
agitacyjne przeciw nam, ludowcom..." 
Najgorsze miało jednak dopiero nastąpić. Związane to było najpierw z próbą reformy 
wyborczej w Galicji - reforma ta umoŜliwiłaby zwiększenie przedstawicielstwa chłopskiego - 
a później z wyborami z 30 czerwca 1913 r. Najpierw Kościół i endecja rozpętały histeryczną 
kampanię przeciw reformie, potem przeciw ludowcom i w dalszej kolejności — przeciw 
socjalistom. Oto fragment listu pasterskiego biskupów Galicji, który odczytany został we 
wszystkich kościołach, a w wiejskich nawet parokrotnie: „Ktokolwiek dziś się rozejrzy w 
agitacjach politycznych, pisemkach złych przeznaczonych dla ludu czy warstw robotniczych, 
ten od razu widzi, Ŝe dziś agitatorzy radykalni skradają się do was najmilsi z taką samą 
pokusą, to samo wam obiecują, co wąŜ kusiciel obiecywał w raju. To samo w was wmawiają, 
Ŝ

e będziecie sami o tem rozstrzygać, co jest dobre, a co jest złe, co ma być prawem, a co nim 

być nie ma. Bo czyŜ oni wciąŜ nie głoszą wam i nie piszą o prawach ludu i warstw 
robotniczych w ten sposób i tak jak gdyby nie Bóg był najwyŜszym prawodawcą, ale lud; i 
jak gdyby wszechmoc BoŜa usunięta była na ziemi [...]. Pod tymi hasłami, któreśmy przed 
oczyma waszymi rozwinęli, idą najpierw socjaliści w naszym kraju, a za nimi zaś kierownicy 
Stronnictwa Ludowego. Stąd jak długo Stronnictwo Ludowe nie wyzbędzie się takich 
kierowników i nie odrodzi się na religijnych podstawach, tak długo ono samo idzie w 
kierunku swoich przywódców, ci zaś wypowiedzieli juŜ jawną wojnę kościołowi i rzucili 
hasło religijnej walki [...]. W imię więc tej całej zboŜnej pracy i miłosnej działalności tak 
naszej jak i kleru naszego zaklinamy, byś nie dał uwieść się ludu nasz drogi hasłom 
fałszywym, w imię których cię kuszą, psując Twoją duszę i od Boga odwodzą". To było 
stanowisko oficjalne, wykładnia rzeczy podpisana przez wielkich Kościoła. 
Sprawami konkretnymi, personalnymi przede wszystkim, zajęli się juŜ duchowni szeregowi. 
Rozpętana została z ambon nagonka, w której nie cofano się przed szkalowaniem na 
najniŜszym poziomie. Jakub Madej, który 
63 
w przeszłości miał nieszczęście organizować koła gospodyń, pomimo Ŝe od roku 1895 był 
równieŜ członkiem komitetu parafialnego, usłyszał na przykład, Ŝe „cudzołoŜy w swych 

background image

zamtuzach". Adam KręŜel, członek spółki producentów bydła w Pilźnie, Ŝe , jest 
zbrodniarzem gorszym od swojego bydła". Taki był poziom argumentacji. W duŜej mierze 
okazała się ona jednak skuteczna. W wyborach 1913 r. uzyskali ludowcy zaledwie 15,3% 
ogólnej liczby głosów z kurii wiejskiej i 15 mandatów; podczas gdy pięć lat wcześniej wyniki 
były lepsze — 23,5% i 19 mandatów. „Udało się biskupom naszym co najmniej o trzydzieści 
lat opóźnić czas, kiedy chłopi stali się obywatelami" — powie Michał Rudnik, późniejszy 
poseł na Sejm Rzeczypospolitej z okręgu wyborczego nr 42 (miasto Tarnów i powiaty 
tarnowski, brzeski, bocheński, dąbrowski i pilzneński), gdzie z dziewięciu mandatów PSL 
„Piast" uzyskał aŜ sześć i jeszcze dodatkowo jeden dostał się w ręce PPS (Emil Dąbrowski), 
wobec dwóch dla popieranego przez Kościół Polskiego Zjednoczenia Ludowego (ksiądz 
Józef Lubelski i Antoni Matakiewicz). Ale to stało się juŜ po I wojnie światowej, kiedy — na 
krótko zresztą — znalazł się Kościół w politycznej defensywie. 
Sytuacja w Królestwie Polskim była o tyle odmienna od galicyjskiej, Ŝe ruch ludowy był tu 
słabszy i skupiał się dość luźno wokół dwóch pism chłopskich: „Siewby" i „Zarania". Im 
słabszy jest jednak przeciwnik, na tym ostrzejsze moŜna sobie pozwolić ataki. Pewną ich 
antologię sformułował Antoni Szech w broszurze Być albo nie być, wydanej w Warszawie w 
roku 1910. Dowiadujemy się z niej na przykład, jak to: „Proboszcz parafii Łętkowice, powiat 
Miechów, ksiądz Gluziński, ujrzawszy wśród wiernych, obecnych na pasterce, czytelnika 
»Siewby«, wezwał go do opuszczenia kościoła; gdy ten nie chciał tego uczynić, ksiądz zdjął 
szaty liturgiczne i przerwał odprawianie naboŜeństwa". ZauwaŜmy, Ŝe nie chodziło o Ŝadnego 
działacza, ale o prostego czytelnika. A oto charakterystyczne fragmenty kazania księdza 
Gruchalskie-go z Bełska: „Kobiety! Pilnujcie męŜów waszych, aby nie czytali »Siewby«. 
»Siewbę« wydają masoni, a masoni dąŜą do wydarcia chłopom wiary świętej. Gdy zaś 
męŜowie wasi utracą wiarę, wtedy porzucą was i wezmą sobie młode kobiety", albo „Nie 
czytaj chłopie nic, czego ci ksiądz do czytania nie poleci, boć lepiej ci bez ksiąŜki i gazety 
wejść do królestwa niebieskiego, niŜ z ksiąŜką i gazetą goreć w ogniu piekielnym!" Ta 
ostatnia pogróŜka musiała być często stosowana, gdyŜ Szech podsumowuje: „Duchowieństwo 
uŜywa 
64 
wszelkich sposobów, aby ruch chłopski zgnieść w samym zarodku i przywrócić dawne błogie 
czasy, kiedy to (jak sami księŜa się wyraŜają) nie było w owczarni »kozłów« tylko pokorne 
owieczki. Weźmy na przykład fakt taki: oto w pewnej parafii ksiądz wygłosił z ambony, Ŝe 
kto będzie czytał lub sprowadzał »Siewbę«, ten Ŝywcem pójdzie na męki piekielne. A 
przypomnij tylko bratu naszemu o piekle, którego ma pod dostatkiem i tu na ziemi, to zaraz 
będzie lamentował, ani go juŜ weź do jakiej pracy samodzielnej". 
Antoni Szech był kapucynem, odpowiednikiem w Królestwie Polskim galicyjskiego księdza 
Stanisława Stojałowskiego. Naprawdę nazywał się Kajetan Izydor Wysłouch (nie mylić z 
jego bratem stryjecznym Bolesławem Wysłouchem, Ŝyjącym w latach 1855-1937, takŜe 
działaczem ludowym, ale galicyjskim). Od Stojałowskiego róŜniło go to wszelako, Ŝe o ile 
tamten ostatecznie uległ, Wysłouch pozostał wierny swojemu zaangaŜowaniu i w momencie, 
kiedy jego funkcjonowanie w Kościele stało się niemoŜliwe, przeszedł w roku 1908 do Ŝycia 
ś

wieckiego, co było dla niego wielką tragedią osobistą, gdyŜ wiary nie utracił ani nie wyrzekł 

się powołania. Prasa katolicka dramatu tego oczywiście nie uszanowała, pokpiwając пр.: 
„Widzieliśmy w kawiarni słynnego dziś Szecha. OdzieŜ prosto z igiełki, czupryna jak 
strzecha, w ustach wonny papieros, przy stoliku panna przesyła ex-mnichowi swe uśmiechy w 
dani" („Rola" 14/1909, cytuję za Szaflikiem). Szczególnie zajadłym wrogiem Szecha był 
biskup łucki i Ŝytomierski Karol Antoni Niedziałkowski (1846-1911) — pomimo Ŝe 
działalność kapucyna nie dotyczyła bezpośrednio jego diecezji. W swych artykułach uŜywał 
on argumentów przeróŜnych. Co jednak zarzucał Szechowi przede wszystkim, co było 
kamieniem obrazy dla ekscelencji? OtóŜ bynajmniej nie dąŜenie do reformy rolnej, nie 

background image

krytyczne spojrzenie na hierarchię. Grzechem śmiertelnym było dlań domaganie się 
upowszechnienia oświaty. I właśnie te filipiki biskupa Niedziałkowskiego pozwalają najlepiej 
zrozumieć (biskupi Piotr Wierzbowski i Antoni Baranowski z Tarnowa umieli jednak owijać 
sprawę w bawełnę) nieprzejednany charakter konfliktu między Kościołem a ruchem 
ludowym. Gra szła o coś znacznie waŜniejszego niŜ ziemia (choć o nią oczywiście teŜ 
chodziło). O światło! JakŜe denerwował duchownych fakt, Ŝe większość redakcji drugiego 
pisma ludowców w Królestwie,,Zarania", wywodziła się z chłopów! To właśnie było 
niedopuszczalne. Ukazywało bowiem dobitnie, iŜ wraz z wykształceniem przychodzi 
samodzielność myślenia, a za nią, jako konsekwencja 
65 
właściwie nieunikniona, chęć decydowania lub przynajmniej współdecydowania o własnym 
losie. Jak rzecze Czepiec w Weselu: „Pon się boją we wsi ruchu". Jest to, jak pamiętamy, 
odpowiedź na kwestię Dziennikarza: 
„Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna". 
W tym momencie Dziennikarz mógłby być rzecznikiem prasowym zarówno polskiego 
ziemiaństwa, jak i Kościoła. Wieś zaciszna i spokojna to przecieŜ wieś posłuszna. Wieś, która 
stosować się będzie choćby do owego: „Nie czytaj chłopie nic, czego ci ksiądz do czytania 
nie poleci", a juŜ na pewno nie będzie się czegokolwiek domagać. Religijność zwana ludową 
jest opisywana jako sensualna, obrzędowa, maryjna... — istotą jej jest wszakŜe 
posłuszeństwo. ToteŜ pobudzanie u chłopów niezaleŜności postaw, dąŜeń do awansu 
społecznego, samorządności, wychodzenia z zaścianka musiało wzbudzać naturalny niejako 
opór i sprzeciw duchowieństwa, który nie skończył się bynajmniej z okresem frontalnej walki 
z ruchem ludowym lat (w przybliŜeniu) 1875-1918. 
Z setek moŜliwych przykładów przytoczmy jeden. Dnia 10 września 1937 r. na forum 
Studium Katolickiego wygłosił przemówienie ksiądz Ferdynand Machay, z pochodzenia 
chłop orawski. Ku zaskoczeniu wszystkich wielbicieli „religijności ludowej", o której miała 
być mowa, przedstawił tezy twarde, pod którymi podpisaliby się nawet radykalni ludowcy. 
Mówi! między innymi: „W zagadnieniu społecznym wsi polskiej wybija się na pierwsze 
miejsce to samo dąŜenie do zrównania obywateli państwa w obdzielaniu ich godnościami i 
majątkiem materialnym oraz kulturalnym. W szczególności chłopi pragną reformy rolnej 
drogą parcelacji majątków dworskich po cenie bardzo przystępnej, a nawet bez 
odszkodowania. Reforma rolna drogą ulepszeń rolniczo-gospodarczych nie tkwi jeszcze w 
ś

wiadomości wielkiej masy chłopskiej . Marzeniem kaŜdego prawie chłopa jest: posiąść jak 

największą ilość hektarów ziemi. Drugim bardzo wielkim pragnieniem chłopa polskiego jest 
UDZIAŁ WE WŁADZY [wyróŜnienie za stenogramem — L.S.] odpowiednio do 72 proc. 
swej liczebności w państwie". Wystąpienie księdza Ferdynanda Machaya, dlatego przede 
wszystkim, Ŝe był on księdzem i infułatem 
66 
(ludowcy przecieŜ mówili to samo wielokrotnie), nabrało w całym kraju niemałego rozgłosu. 
Posypały się teŜ protesty, szczególnie ze strony ziemian i endecji. Przybrały one 
zorganizowaną formę listów zbiorowych i indywidualnych wysyłanych na ręce biskupów. 
Głosiły one, iŜ postulat reformy rolnej, a tym bardziej „uludowienia" ustroju jest niezgodny z 
zasadami katolickiej nauki społecznej. Większość adresatów uznała za stosowne odciąć się w 
róŜnej formie od niesfornego infułata. Inni zachowali milczenie. Niedopowiedziane moŜe 
było więc stanowisko Episkopatu, na tyle jednak jasne, Ŝe nawet przedstawiciele PSL „Piast", 
które, to prawda, przesunęło się w międzyczasie na prawo, nie chcąc konfliktu z Kościołem, 
woleli, w ogromnej większości, pominąć tezy księdza Machaya milczeniem. Nie podjęto 
nawet polemiki z prasą wyznaniową, która uznała je za „jawne zgorszenie" i pośrednio 
podsuwała władzy kościelnej propozycje wyciągnięcia konsekwencji. Działo się to w roku 
1937. 

background image

Po roku 1945 wiele wektorów zmieniło swoje zwroty. Antoni Słonimski powiedział, iŜ: 
„Przed wojną Kościół był wsteczny, a komunizm głosił idee postępowe — dzisiaj jest 
odwrotnie". Tym razem jednak bon mot pana Antoniego, pomijając juŜ kwestie 
„postępowości" przedwojennego komunizmu, minął się z sednem sprawy. Prawdziwy 
paradoks polega na tym, Ŝe kontekst odwrócił znaczenia. Kościół nadal popierał na wsi 
element sobie posłuszny, konserwatywny, zamknięty. Tyle Ŝe ów konserwatyzm i owo 
zamknięcie, stając się teraz oręŜem obrony przed komunizacją, zaczęły być postrzegane 
pozytywnie. Eo ipso tak samo zaczął być oceniany stosunek Kościoła do wsi, a nawet 
aspiracji chłopstwa. Powstał mit Kościoła — przyjaciela i protektora ludu. Mity zaś nie znają 
cezur. Stają się zawsze nie tylko prawdami absolutnymi, ale i, a nawet przede wszystkim, 
odwiecznymi. Kościół okazał się więc w legendzie narodowej instytucją, która zawsze 
protegowała chłopów i chciała zmienić ich los na lepsze. Nie ma dnia, Ŝeby się z ambon na to 
nie powoływano. Siermięga i sutanna zlały się ze sobą w apoteozie narodowej jedności. 
Ładnie i łatwo wykłada się to dzieciom. I tylko fakty płaczą. 
VIII JANOSIK 
Bodaj kaŜdy kraj, w Europie przynajmniej, ma swojego Robin Hooda — dzielnego wyrzutka 
okrutnego społeczeństwa, zabierającego bogatym i obdarowującego ubogich. Stereotyp owej 
postaci jest tak jednowymiarowy, Ŝe Yves Jacob, który zajmował się jedną z jego francuskich 
wersji — Manekinem, dziwił się, kiedy brakowało w schemacie jakiegoś elementu — np. 
panny z wyŜszych sfer zafascynowanej łotrzykiem. 
Tradycja polska jest pod tym względem nadspodziewanie uboga. Nie znajdując własnej 
legendy, musiała ją importować ze Słowacji. Raz jednak importowany, zrobił u nas Janosik 
— bo o nim mowa — niezłą karierę. Portretowali go m.in.: Seweryn Goszczyński, Lucjan 
Siemieński, Wincenty Pol, Stanisław Witkiewicz, Kazimierz Tetmajer, Jan Kasprowicz, Jalu 
Kurek (pozwólmy sobie przypomnieć na marginesie słynny napis w toalecie Związku 
Literatów Polskich w Krakowie: „KaŜdy sobie tutaj ciurka ze swojego Jalu Kurka"), 
Władysław Orkan etc. Wreszcie w zbójnika wcielił się Marek Perepeczko, co mu nie 
pomogło w aktorskiej karierze, gdyŜ został przez publiczność utoŜsamiony z tą postacią. 
Kariery sławnych zbójników były z reguły efemeryczne. Trwały od kilku miesięcy do trzech-
czterech lat. Nie miały teŜ w sobie nic z dośpiewane-go im później przez mieszczańskich 
chłopomanów romantyzmu. 
Jerzy Janosik urodził się 25 stycznia 1688 r. w rodzinie Marcina i Anny z domu Czesznek, 
chłopów dolnoorawskich. Mając lat dziewiętnaście, zaciągnął się do wojska Franciszka 
Rakoczego walczącego z Habsburgami. Wkrótce jednak zmienił barwy i znalazł się w armii 
cesarskiej, w której przydzielo- 
68 
no go (co nie było nazbyt zaszczytne) do straŜy więziennej na zamku w Byt-czy. Tam, jeśli 
wierzyć zapisom protokolarnym z jego procesu, poznał niejakiego Tomasza Uhorczyka, 
któremu przypuszczalnie pomógł w ucieczce, a niedługo potem, we wrześniu 1711 г., wstąpił 
do jego bandy. Kiedy Uhor-czyk wycofał się z bezpośredniej działalności zbójeckiej i stał się, 
jak byśmy to dzisiaj określili, paserem, Janosik został jego następcą, czyli „hetmanem" grupy 
zbójników, liczącej w szczytowym okresie do trzydziestu opryszków. Czego z nimi dokonał? 
Przytoczmy słowa Zdzisława Piaseckiego, który przeanalizował akta sądowe: „Zbójnik z 
Terchowej dokonał, z częścią lub całością swojej bandy, kilkunastu napadów rabunkowych; 
m.in. obrał z juk magnata Jana Radwańskiego, który udawał się do Turcji na pogrzeb Stefana 
Pe-trycego, byłego generała kuruckiego; ograbił z pieniędzy bądź z kosztowności panów 
Wacława Zmeskala i Pawła Rewai; w celach grabieŜczych napastował panią Schardon, 
wdowę po dostojniku cesarskim; dwukrotnie obrabował kupca z śyliny, Jana Siposa; na 
Howaldach zastąpił drogę nie znanym bliŜej handlarzom winem; ogołocił zmierzających do 
ś

yliny kramarzy; pozbawił róŜnych drobiazgów Ŝonę jakiegoś parodia z kościoła Św. Jana. 

background image

Ponadto Janosik niejednokrotnie nachodził szałasy pasterskie, biorąc z nich owce, ser i 
Ŝę

tycę". To ostatnie świadczyło dobitnie, Ŝe o Ŝadnym „dawaniu ubogim" nie było mowy. 

Biedni byli okradani na równi z bogatszymi, co jedynie z powodu nędznych łupów nie 
zapisało się w pamięci i z niejakim lekcewaŜeniem potraktowane zostało przez sąd. Pierwszy 
raz Janosikowi powinęła się noga w październiku 1712 r. Ujęty przez hajduków liptowskich i 
zamknięty w lochach zamku Jakoffy'ego w Hrachowie, zdołał jednak przekupić straŜe i uciec. 
Za drugim razem, w marcu 1713 г., juŜ mu się to nie udało. Był lepiej strzeŜony, gdyŜ w 
międzyczasie polała się krew. Banda Janosika zamordowała w orawskiej Demanicy 
proboszcza, który — napadnięty — stawił  opór.  Sądzony był Janosik w  Liptowskim 
Ś

więtym Mikulaszu i tamŜe zawisł na haku 17 albo 18 marca 1713 r. Cała zbójnicka kariera 

tego harnasia trwała więc półtora roku, co jest porównywalne z okresami działań większości 
znanych hersztów zbójnickich, takich jak Józef Baczyński, Wojciech i Mateusz 
Klimczakowie etc. Na ile obrosła w ludową legendę? Stajemy tu wobec dobrze znanego 
etnografom paradoksu. Niewątpliwie w XVIII i XIX w. stosunek górali do lokalnych 
rozbójników był ambiwalentny, łączył się w nim strach ze swoistym szacunkiem czy nawet 
podziwem. Prawdziwą 
69 
fascynację „dzikim i wolnym harnasiem" przynieśli jednak ze sobą, słuchający szczątkowych 
informacji góralskich i rozbudowujący je w bohaterskie eposy, przybysze z miasta — 
chłopomani, literaci, naiwni protoetnografowie. To ich fikcje, a nie ludowa pamięć, 
zadecydowały o ukształtowaniu się mitu. Dzisiejsi „bajarze ludowi", a jest to najzupełniej 
oficjalna instytucja, powtarzają zgłodniałym prawdziwego folkloru przybyszom wymysły 
Tetemajera, Kossak-Szczuckiej czy wręcz scenarzysty serialu z Perepeczką. Mechanizmy 
tego, powtórzmy, dobrze etnografom znanego zjawiska nie docierają jednak do świadomości 
społecznej biorącej pseudofolklor za dobrą i wiarygodną monetę. Mit Janosika jest tylko 
jednym tego przykładem. Państwowe zespoły pieśni i tańca wyestetyzowały i uchoreografiły 
siermięŜne na ogół tańce wiejskie. ToteŜ nie w realną tradycję, ale właśnie w spektakle owych 
grup wpatrzone są dzisiaj tzw. zespoły regionalne, stające się mimowolnie swoimi własnymi 
karykaturami. 
Przy okazji wszelkiego rodzaju manifestacji kulturalnych poza granicami kraju, bez względu 
na to, czy będzie to wystawa nowych technologii, wernisaŜ współczesnego malarstwa, targi 
ksiąŜki czy festyn polonijny, Rzeczpospolitą reprezentują nieodmiennie: góral, Łowiczanka i 
Krakowiak (niekiedy z partnerami odmiennej płci), w strojach ludowych, oraz stół zastawny, 
przy którym moŜna posilić się barszczem (czasem z krokiecikami), bigosem i kieliszkiem 
wódki. Ostatnio do repertuaru dołączyły jeszcze „papieskie kre-mówki". Absurd zestawu nie 
polega wcale na tym, Ŝe np. górale - przynajmniej w czasach, w których ich strój „ludowy" 
nie był jeszcze czysto teatralnym rekwizytem - nie jadali bigosu, a Łowiczanie nie popijali 
barszczyku. Bigos jest po prostu potrawą niemiecką, barszcz — ukraińsko-rosyjską, zaś 
kremówka — austriacką (samo juŜ słowo creme lub krem przyszło do nas z niemieckiego). 
Miły to hołd oddany naszym trzem zaborcom, ale z folklorem polskim nie mający wiele 
wspólnego. 
TenŜe folklor, nie tylko zresztą w przypadku Janosika, potraw „polskich" i tańców 
pudowych", został kompletnie przekłamany. Deotyma, Kolberg, Vin-cenz, czy nawet 
uchodzący za skandalizującego Tetmajer mogli fascynować się ludem, tworzyć eposy o 
zbójnikach, ale przecieŜ w ramach elementarnej przyzwoitości. Przebojem „Mazowsza" — 
ś

piewanym przez występującą jeszcze pod innym nazwiskiem Irenę Santor — była piosenka: 

Hej przeleciał ptaszek. Ma ona z prawzorcem chłopskim związki nader luźne: muzykę 
poprawiono, słowa 
70 

background image

wygładzono, aranŜacja z ludową nie ma nic wspólnego. Rzeczywiście jednak coś zbliŜonego 
kiedyś istniało. Na pewno jednak nie było ani typowe, ani charakterystyczne. Kolberg w 
swoich siedemdziesięciu tomach przytacza pieśni ludowych kilka tysięcy. Wszelako i u niego 
występuje jakaś ogromna luka. Dobrotliwemu zbieraczowi, bywalcowi szlacheckich 
dworków nie przyszło przecieŜ do głowy, Ŝeby notować obscena. W efekcie wesele góralskie 
na przykład staje się u niego miejscem nadobnych i miłosnych pieni. Gdzieś się podziały 
przyśpiewki będące esencją zabawy. Przytoczmy choćby kilka z nich (cytujemy ze zbioru 
Piotra Płatka Na psa urok, wydrukowanego w roku 1971 przez Krakowskie Zakłady 
Graficzne, nakładem autora oczywiście, bo któŜ by mu to wydał — czasy Kolberga moŜe 
minęły, ale pruderia i zakłamanie pozostały): 
„Hujowe wesele, hujowo muzyka, dziywki juz pijane, huj po stole bryko" 
(z Białego Dunajca). 
„Jedzie pociąg, jedzie, po Ŝelaznych szynach, ajase pojeŜdŜę po ładnych dziewczynach" 
(z Witkowie). 
„Dziękuje ci Wojtek 
za piscołke z portek, 
tak mi pięknie grała, 
aŜe dupka drgała" 
(z Rudawy). 
> „Cztery lata temu Jak sie panny gziły, jo za nimi lotoł z kawołeckiem Ŝyły" 
(z Michałowic). 
71 
Nie tylko o przyśpiewki jednak chodzi. Brutalny erotyzm ludowy, nie bez pewnych akcentów 
społecznych, pojawiał się i w wielozwrotkowych pieśniach, пр.: 
,JKurwom byłaś dziewczę, to ci powiem w oczy, bom cię wygorgolił tej ostatniej nocy. 
Skurwysynem będę, jak cie nie uwiede, na środku gościńca gorgoliłciebede. 
Jo se skurwysynek, mom na wodę młynek, ale mi nie miele, bo wody nie wiele. 
Jo se skurwysynek, jo se Ŝyje szumnie, co nockę to inno kurwiareczka u mnie" 
Albo: 
„OŜenił się stary z młodą, poszli razem spać, stary młodej spać nie daje, cztery razy w nocy 
wstaje, ale tylko srać. 
OŜenił się stary z starą, poszli razem spać, 
(z Dobczyc). 
72 
stare pruchno, stare kości, więcej smrodu, niŜ miłości" 
(z Mietniowa). 
I jeszcze tylko to drobne, acz wymowne zestawienie. W wersji Państwowego Zespołu Pieśni i 
Tańca „Mazowsze": 
„Boli mnie noga w biodrze, nie mogę chodzić dobrze, ale tańcować mogę, jestem zdrowa na 
nogę". 
I w zapisie ze wsi małopolskiej (wersja potwierdzona w wielu wsiach, gdzie o tej pierwszej 
nikt nigdy, przed wysłuchaniem koncertu „Mazowsza" w radiu, nie słyszał): 
„Ja nie mogę tańczyć dobrze, bo mnie noga boli w biodrze, ale chłopom dawać mogę, bo 
odkładam na bok nogę". 
Oczywiście, ugładzona wersja miejska, popularyzowana przez środki masowego przekazu, 
zaczęła juŜ skutecznie wypierać autentyczną. Tak jak Ja-nosika-zbójnika wyparły twory 
Perepeczko-podobne. Folklor sprzedawany nam przez „Cepelię" i wiejskie domy kultury to 
właśnie ta przeróbka. Wieś bowiem jest bardzo czuła na to, co się „sprzedaje". Dzisiaj górale 
z Krynicy i okolic, szczerze czy nieszczerze, ale skłonni są nawet szczycić się Nikiforem. 
Przypomnijmy więc, Ŝe za Ŝycia malarz ten był otoczony przez swojaków powszechną 

background image

pogardą. Do czasu, kiedy krąŜyć zaczęły plotki o cenach, jakie dają cepry za nikiforowe 
bazgrały. Później nie tylko kpiny ustały, ale z roku na rok pojawiło się w Krynicy i okolicach 
kilkudziesięciu malarzy niedzielnych tworzących na nikiforową modłę. Autentycznych, rzecz 
jasna! 
Najlepiej moŜe ilustruje to zjawisko historia Teofila Ociepki. Urodzony 22 kwietnia 1891 r. w 
Janowie koło Katowic, od dzieciństwa rozczytywał się w jarmarcznych drakach 
opowiadających o kopalnianych duchach, stworach 
73 
i skrzatach. Po czym zaczął je malować. Zyskał nawet środowiskowy rozgłos. Dlatego teŜ (za 
autentyczność anegdoty nie ręczę, acz słyszałem ją z wielu ust, w tym tzw. naocznych 
ś

wiadków) zgłosił się do Ociepki towarzysz Zdzisław Grudzień, podówczas pierwszy 

sekretarz KW PZPR w Katowicach, z obstalunkiem na obraz przedstawiający górniczy trud. 
W umówionym terminie zjechali się luminarze oglądać dzieło. Zasadniczo wszystko 
pasowało. Artysta realistycznie wymalował i szyby, i maszyny, i uczernionych pyłem 
węglowym górników, nawet napis nad bramą. Tyle Ŝe wszędzie: i w szybach, i na przodku 
wałęsały się małe krasnoludki. 
— Czy wyście zwariowali? — zirytował się towarzysz Grudzień. — Czy wy nie wiecie, Ŝe 
krasnoludki nie istnieją? 
Ociepka zasępił się wielce: 
— Zgadzam się z wami, towarzyszu sekretarzu, Ŝe skrzaty nie istnieją; ale jak się w takim 
razie nazywają te kurduple w czerwonych, wysokich kapeluszach, co łaŜą po kopalniach, a 
czasem przed niebezpieczeństwem ostrzegają? 
Nie trzeba nadmiaru przenikliwości, Ŝeby zrozumieć, Ŝe odtąd w „spontanicznej" i „ludowej" 
twórczości na Śląsku królują małe w czerwonych czapeczkach. 
Największym i najwybitniejszym kolekcjonerem polskiej sztuki ludowej był w latach 
siedemdziesiątych XX w. korespondent niemieckiej prasy Ludwig Zimmerer. Miałem 
szczęście być przez pewien czas jego pracownikiem, czyli sprawować funkcję, która mieściła 
się gdzieś między sekretarzem a po-pychadłem. Jeździłem po Polsce i szukałem twórców 
ludowych, których dzieła mogłyby wzbogacić kolekcję. W okolicach Włodawy, a ściślej 
jeszcze -Sławatycz, znalazłem rzeźbiarza ludowego Szkodzińskiego. Powiedziałem mu, w 
czyim imieniu składam ofertę, nie zapominając, rzecz jasna, napomknąć, iŜ płacimy w 
sympatycznej i przeliczalnej jeden zielony na pół litra walucie. Nie miał akurat nic 
skończonego, wziął więc adres i zaliczkę. Kilka tygodni później dotarła do Zimmerera 
paczka. Zawierała dwudziestu pięciu Chrystusików frasobliwych we wszelkich taliach — od 
salonowego na pięćdziesiąt centymetrów po miniaturki rzędu centymetrów czterech, korony 
cierniowej nie licząc. KaŜda rzeźba opatrzona była przyklejonym papierkiem z ceną. 
Zimmerer wściekł się. Do tego stopnia, Ŝe z autentycznym przeraŜeniem zapisywałem słowa 
jego listu: „Pan mi masz śmiałość [Zimmerer, jeśli 
74 
chodzi o słownictwo, władał językiem polskim doskonale, gorzej było z gramatyką] przysłać 
Jezusiki, które na dupie mają cena. Pan nie rozumieć, Ŝe jeśli Jezusek mieć na dupie cena, to 
ja teŜ mam pana w dupa!" Rzeźby odesłaliśmy. Zimmerer wściekły chodził po salonie: „Za 
kogo oni mnie mać, oni myśleć, to prawda, co tępota, Ŝe ja nie poznać piątej wody po tym, co, 
co, zapomniałem po czym". Ale ja nie zapomniałem. Chodziło mu o dziesiątą wodę po 
kisielu, tyle Ŝe jednocześnie dał pełną definicję „sztuki ludowej" i jej wytworów wciskanych 
nam codziennie przez „Cepelię", mówców z parlamentarnych trybun czy TV „Polonia". 
IX 
DZIESIĘĆ ZAMACHÓW 
POLSKICH 
1. ŚWIĘTY STANISŁAW 

background image

Profesor Jerzy Dowiat zwykł był mawiać, Ŝe historycy dzielą się na pracowitych i 
inteligentnych. Pracowici zajmują się historią nowoŜytną i współczesną, inteligentni zaś — 
ś

redniowieczem. Ci drudzy całość ubogich źródeł opanować mogą bardzo łatwo, a potem 

wszystko jest juŜ tylko kwestią błyskotliwej interpretacji. 
RozwaŜanie konfliktu między królem Bolesławem i biskupem Stanisławem pozostaje 
niewątpliwie w gestii historyków inteligentnych. Stworzyli oni na ten temat tyle opowieści, Ŝe 
kaŜdy — klerykał, ateista, nacjonalista, kosmopolita, mason i postmodernista — znajdzie dla 
siebie to, co mu dogadza. W rzeczywistości wiemy tylko jedno. Na rozkaz królewski w nocy 
z 2 na 3 kwietnia 1079 r. (data dzienna jest pewna, z roczną gorzej) rozsiekano biskupa 
Stanisława. Biskupów w owych czasach, zresztą i dzisiaj tak samo, nie zabijało się ot tak, z 
czystej fanaberii. Skoro doszło do ostateczności, między biskupem i królem musiał mieć 
miejsce szczególnie drastyczny konflikt. Nie ma Ŝadnych podstaw, Ŝeby sądzić, iŜ miał on 
podłoŜe prywatne. Biskup był przedstawicielem władzy kościelnej, uwikłanej, jak zawsze, w 
specyficzne więzy polityczne, król — ostoją instytucji państwowych. Tym właśnie 
instytucjom - do stwierdzenia tego nie trzeba nawet inteligencji mediewisty — musiał się 
przeciwstawiać lub im szkodzić Stanisław. W sumie został osiągnięty remis. Biskup zginął, a 
król musiał udać się na emigrację. Króla wspo- 
76 
mina historiografia narodowa ze czcią, przyznając mu przydomki „Śmiałego" lub 
„Szczodrego", biskup został świętym i patronem Polski. I tylko to ostatnie budzi pewien 
intelektualny niepokój. Nie ma bowiem drugiego kraju na świecie, w którym patron państwa 
byłby jednocześnie symbolem antypaństwowym. 
2. PRZEMYSŁ П 
Dnia 8 lutego 1296 r. został zamordowany w Rogoźnie dopiero co koronowany (26 czerwca 
1295 r.) król Polski Przemysł II. Władca udał się do Rogoźna na karnawałową zabawę. Jak 
pisze Zygmunt Gloger: „Tak zwane maszkary zapustne juŜ od czasów średniowiecznych dały 
w Polsce początek zwyczajowi ludowemu przebierania się w zapust za Ŝydów, cyganów, 
dziadów, niedźwiedzie, konie, kozy, bociany itp. Dni mięsopustne miały teŜ nazwę »dni 
szalonych«. Po wszystkich gospodach odbywały się tańce i hulanki". W taki to właśnie „dzień 
szalony" zginął o świcie król Polski. 
Wróćmy teraz do sytuacji politycznej. Centralizacja władzy przez Przemyśla wywołała opór 
wielkich rodów wielkopolskich, a nade wszystko zaniepokoiła margrabiów brandenburskich. 
Wrogów miał więc król bez liku. Rogoźno leŜy 50 km od Poznania i tyleŜ bliŜej do ówczesnej 
granicy z Nową Marchią. Miasto było nieobwarowane, z małym tylko, reprezentacyjnym 
kasztelem. Na pokonanie dystansu 50 km w ówczesnych warunkach potrzebowano trzech 
godzin szybkiej jazdy konnej. Posiłki mogły więc do króla dotrzeć w najlepszym wypadku po 
około ośmiu godzinach (droga posłańca do Poznania, zebranie odsieczy, droga powrotna). 
Innymi słowy, na Ŝadną pomoc nie moŜna było liczyć. Tymczasem Przemysł wyruszył 
beztrosko, bez Ŝadnej pewnej obstawy (słowo to pochodzi ze współczesnego słownika, ale jak 
inaczej określić kilkudziesięciu „rycerzy przybocznych", bez których Ŝaden król Francji 
tamtej epoki nie ruszyłby się nawet pięć kilometrów od zamku?). Historycy kłócą się dzisiaj, 
czy zabili króla Bran-denburczycy, rycerze z rodu Zarembów, czy moŜe Nałęczów. Nikt nie 
chce zauwaŜyć, Ŝe kimkolwiek by mordercy byli, król sam wszedł im w ręce, wykazując 
całkowite lekcewaŜenie własnego bezpieczeństwa, a przez to — co juŜ znacznie bardziej 
naganne — podwaŜając perspektywy przetrwania dopiero co odrodzonych instytucji. Ale cóŜ, 
w Polsce jak zapusty, to zapusty. 
77 
3. ZYGMUNT III WAZA 
Ulicę Świętojańską i placyk Kanonia w Warszawie łączy wąska uliczka Dziekania. 
Dochodząc do Kanonii, przechodzimy pod arkadą ganku, który byl ongiś przejściem z 

background image

zabudowań Zamku Królewskiego do katedry św. Jana. Dzisiejszy kształt uzyskał ów ganek 
juŜ po roku 1620. Przedtem był drewniany z dwiema niszami okiennymi. W jednej z nich 
ukrył się (jak się tam dostał, nie wiadomo) 15 listopada 1620 r. szlachcic Michał Piekarski z 
Bienko-wic w Sandomierskiem. Był on, łagodnie mówiąc, niezrównowaŜony psychicznie, 
cierpiał zaś przede wszystkim na manię prześladowczą. Nie wiadomo czemu, uwaŜał, Ŝe 
przyczyną wszystkich, domniemanych zresztą w większości, krzywd, które na niego spadają, 
jest król Zygmunt III. Postanowił więc zemścić się na władcy (z zamiarem tym, jak później 
ustalono, nosił się od lat). Rozpracowanie obyczajów królewskich nawet dla Piekarskiego nie 
mogło być trudne. Bigoteryjny władca miał zwyczaj wysłuchiwać codziennie mszy w 
katedrze. Droga z komnat do Św. Jana wiodła przez Dziedziniec Kuchenny zamku, 
znajdujące się tam zabudowania i opisany juŜ ganek nad Dziekanią. 
TegoŜ dnia — a była to niedziela — szedł król w większym niŜ zazwyczaj, bo świątecznym 
gronie dostojników. Towarzyszyli mu m.in. królewicz Władysław, biskupi przemyski Jan 
WęŜyk i lwowski Andrzej Próchnicki, marszałek Łukasz Opaliński, wojewoda Tomasz 
Zamoyski etc. W ciemnym ganku zrobiło się tłoczno i nikt nie zauwaŜył przysuwającej się do 
monarchy postaci z węgierskim czekanem. Kiedy padł pierwszy cios, raniący króla w twarz, 
jeszcze nie zrozumiano, o co chodzi. Piekarski zdąŜył dzięki temu uderzyć jeszcze po 
trzykroć. Dwa razy trafił króla Zygmunta w ramię. Trzeci cios nie doszedł juŜ celu, gdyŜ 
czekan ześliznął się po lasce interweniującego wreszcie Łukasza Opalińskiego. Król upadł i 
przypuszczalnie na chwilę stracił przytomność. Podnieśli go dworzanie i poprowadzili do 
katedry. W tym czasie Zamoyski i jego przyboczni obezwładnili Piekarskiego. Skończyło się 
właściwie na strachu. Rany Zygmunta okazały się powierzchowne. 
Nie obeszło się bez akcentu komicznego. Oto jeden z muzyków włoskich zauwaŜył z chóru 
katedry, Ŝe król pada, i krzyknął przeraŜony: Traditore! („Zdrajca!"). Część obecnych w 
kościele zrozumiała to opacznie jako „Tatary!" i niektórzy wybiegli aŜ na plac Zamkowy, 
krzycząc, Ŝe „Tatarzy są w mieście". 
Piekarskiego torturowano straszliwie. Pozostało po tym powiedzenie: „Plecie jak Piekarski na 
mękach", odnotowane jednak w tej wersji dopiero 
78 
w początkach XIX w. Oznacza ono: wygadywać byle co, zmyślać, wyraŜać się niezbornie. 
Wydaje się, Ŝe jest to dla Piekarskiego niesprawiedliwe. W rzeczywistości jego zeznania 
musiały być dość spójne, skoro sędziowie ustalili na ich podstawie listę jego pretensji do 
ś

wiata, a takŜe niezwykle waŜny fakt, Ŝe działał w pojedynkę i nie z politycznych pobudek. 

Nie skończyło się na wymyślnej, przeraŜającej egzekucji. Dwór Piekarskiego zrównano z 
ziemią. Jego potomkom odebrano szlachectwo i prawo do sprawowania wszelkich urzędów 
aŜ do piątego pokolenia. To ostatnie okazało się o tyle bezprzedmiotowe, Ŝe był on 
bezdzietny. Formułę zachowano jednak w wyroku na postrach dla ewentualnych 
naśladowców. 
4. STANISŁAW AUGUST PONIATOWSKI 
Ulica Kozia w Warszawie występuje — nasi scenografowie nie zadają sobie specjalnego 
trudu — w większości filmów historycznych (i nie tylko) kręconych w Polsce. Cienista, z 
urokliwą zabudową i romantycznymi wykuszami, stanowi rzeczywiście wymarzone tło 
stylowych ujęć. Nie myśleli o tym zapewne, choć dobrze rozeznali topografię, aktorzy 
dramatycznego wydarzenia, które miało tu miejsce 3 listopada 1771 r. Kozia, wiodąca 
skrótem z Woli do Zamku Królewskiego, jest tak wąska, Ŝe zawrócić w niej karety nie 
sposób. Wystarczy więc tę ulicę zablokować w dowolnym miejscu i przejeŜdŜający wpada w 
pułapkę. 
To właśnie było podstawą planu spiskowców, którzy postanowili porwać, a później 
zamordować króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Z początku wszystko toczyło się 
zgodnie z przewidywaniami. Rozpaczliwy opór stawiony przez powoŜących hajduków 

background image

Butzowa i Mikulskiego został szybko złamany. Lekko ranny król dostał się w ręce 
zamachowców. Teraz jednak „zaczęły się schody". Porwać króla — wspaniale — i jakŜe się 
łatwo udało. Ale uśmiercić?... Jak? Gdzie? Kiedy? Starczyło animuszu na wyczyn, zbrodnia 
nie okazywała się juŜ taka łatwa. Z kawalkady jeźdźców uwoŜących króla poza granice 
miasta coraz to ktoś zataczał koło i ginął w ciemnościach. W pobliŜu klasztoru bielańskiego 
został juŜ tylko jeden — zwący się ze szlachecka Kosińskim, w rzeczywistości prostak Jan 
Kuźma. śeby zmylić ewentualną pogoń, przepłoszył Kuźma konie. Teraz więc on i król szli 
piechotą. Jedna to z najwspanialszych scen w historii polskiej, dalibóg, nie wiedzieć dlaczego 
dotąd nie sfilmowana. Brną w błocie monarcha i nieokrzesany Ŝołdak, 
79 
w załoŜeniu kat. Ale role juŜ się odwróciły. To prawda, Ŝe Kuźma posiadał naładowany 
pistolet i szablę, król jednak, nasz oświecony król Staś, miał to, co w Warszawie nazywają 
„gadanym" albo „bajerem", a bardziej elegancko nazwać moŜna inteligentną sztuką perswazji. 
Po godzinie zmiękł Kuźma jak wosk. Opuściła go w ogóle myśl, Ŝe ma wepchnąć 
Stanisławowi sztylet między trzecie i czwarte Ŝebro. Martwił się tylko, jak znaleźć 
odpowiednie lokum na nocleg dla Jego Królewskiej Mości. Na szczęście, dostrzegli w oddali 
ś

wiatełko. To młyn. Za chwilę młynarczyk puścił się na kucyku do Warszawy, by 

zawiadomić dwór i gwardię. Król miał w tym momencie, i pięknie to o nim świadczy, jedno 
tylko zmartwienie: jak uchronić Kuźmę przed karą: „Uchodź i ratuj siebie, póki masz czas. 
Pikiety moskiewskie są po lewej ręce, udaj się w prawą, byś je minął. Jeśli mnie spotkają, 
upewniam, Ŝe im pokaŜę inną cale drogę, niŜ tę, którą ty pójdziesz". 
Stanisław August Poniatowski dotrzymał słowa. Kuźmę skazano tylko na banicję. Osiadł we 
Włoszech, w Toskanii, gdzie Ŝył dostatnio z przyznanej mu przez króla doŜywotniej renty, 
gwarantowanej, równieŜ po abdykacji Stanisława, na jego dobrach rodowych. 
Nieudolny ten, ale w zamiarach okrutny zamach w kraju, który ponoć królobójstwem się 
brzydzi, był insygnowany i zorganizowany przez Kazimierza Pułaskiego. Pułaski czmychnął 
jednak, nie dbając o wspólników, do Ameryki, gdzie stał się bohaterem. Kto zaś jest 
bohaterem w Stanach Zjednoczonych, tego pamięć czci się w Polsce na klęczkach. Tak teŜ 
stało się i z niedoszłym królobójcą, a przy tym i jednym z najgłupszych polityków w 
tysiącletniej historii naszego kraju. Jeśli widzi z zaświatów swoje pomniki i obchody 
„Pulasky Day", to sam się chyba dziwi. 
5. JÓZEF BEM 
Przesłanie, jakie przedstawił Józef Bem emigracyjnym kręgom polisto-padowym, było w 
zasadzie trywialnie proste: trzeba się kształcić. To właśnie rozwścieczyło podoficerów i 
oficerów powstania, młodziutkich i niedouczonych, ale wszakŜe juŜ weteranów wielkiej, 
narodowej sprawy. Mieli oni (skąd to znamy?) głębokie przekonanie, Ŝe od 
kilkumiesięcznego heroizmu, który szybko zresztą przekształcił się w martyrologię, będzie 
moŜna odcinać kupony po późną starość. Tymczasem okazało się, Ŝe to nie takie znów 
pewne. Kto temu winny — oczywiście obcy, Francuzi. AŜ nagle pojawia się człowiek 
80 
opromieniony legendą i zamiast stanąć solidarnie w kręgu rewindykatorów, kaŜe im iść 
naprzód, doskonalić się, i w tym widzi słuŜbę ojczyźnie. Leon Drda-cki zapisał, iŜ miał 
generał Bem powiedzieć: „Wolę huncwota, co mi dobrze działa ustawia, niŜ portki po 
uciekłych patriotach". Tego juŜ zdzierŜyć nie było moŜna. 
Dnia 12 lipca 1833 r. do kwatery Bema w Bourges wpadło kilkunastu podnieconych 
młodzików. Jeden z nich z krócicą w ręku. Narobili, na szczęście, tyle hałasu, Ŝe świta 
generała (dzisiaj powiedzielibyśmy: obstawa) zdąŜyła interweniować. Przybyła Ŝandarmeria 
francuska chciała winnych aresztować, generałowi zaś przyznać niezwłocznie ochronę 
wojskową. Bem jednak wielkodusznie sprawę zlekcewaŜył: „Nie, nie, znam moich rodaków, 
łatwo się unoszą, ale nie są zdolni do czynu nikczemnego. Zawsze są szlachetni, nawet pośród 

background image

swej egzaltacji. To sprawa domowa, familijna, w której na chwilę ludzie się poróŜniają, ale 
łatwo znowu przychodzą do zgody". Zaiste, w złą godzinę wypowiedział te słowa. 
Nazajutrz, juŜ w Mehun, zgłosił się do niego niejaki podporucznik Hipolit Plato Pasierbski. 
Oddajmy głos samemu Bemowi (list do Hipolita Błot-nickiego cytuję za Jadwigą 
Chudzikowską): „Dnia wczorajszego przychodzi podporucznik Pasierbski oświadczając, Ŝe 
chce iść do Portugalii. Poszedł potem do oficerów i z nimi do nocy bawił. O wpół do 
dziesiątej, kiedy w stancji tylko z jednym Francuzem byłem, przychodzi do mnie znowu 
Pasierbski i powtórnie mi mówi, Ŝe juŜ się zdecydował iść ze mną. Mówiąc przy tym róŜne 
grzeczności z przymileniem wyciąga rękę prawą jakby do uściśnienia, ja mu daję moją prawą, 
w ten moment przykłada mi lewą krócicę do piersi i pali. Los zrządził, Ŝe nabój był tak słaby, 
iŜ kula przeszła tylko przez surdut i na Ŝebrze stanęła". W rzeczywistości nabój wcale nie był 
taki słaby, ale zatrzymała pocisk srebrna pięciofrankówka w kieszeni kamizelki. 
PowaŜnie kontuzjowany Bem raz jeszcze wykazał się wspaniałomyślnością i wystarał się 
przez znajomych, aby policja nie szukała zamachowca nazbyt starannie. Pasierbski zdołał 
więc uciec do Anglii, gdzie chodził w chwale, apoteozowany przez podobnych sobie 
warchołów. 
Na Bema zaś kilka dni później, w Chateauroux, znów próbowano dokonać napaści. Tym 
razem wyczerpała się jednak cierpliwość władz francuskich, które najagresywniejszych 
„weteranów" wydaliły z kraju (oskarŜono oczywiście generała o to, Ŝe był przyczyną 
krzywdy rodaków). „Przyszły 
81 
Dąbrowski zdetronizowany" — napisał z głupkowatą satysfakcją poeta Konstanty Gaszyński 
(ten od patetycznej Olszyny grochowskiej — „Witaj, gaju Grochowa, polskie Termopile!"). 
Bem ostatecznie legion polski próbował formować, ale wobec zniechęcenia rządu 
francuskiego do polskiej anarchii wiele zdziałać nie mógł. 
6. ALEKSANDER DOMEYKO 
W maju 1863 r. sławetny Michaił Murawjow „Wieszatiel", który duchowych przywódców 
powstania na Litwie upatrywał w polskim ziemiaństwie, wydał oświadczenie, iŜ tylko ci będą 
mogli zachować majątek i uniknąć kary (od zsyłki po śmierć), którzy bezzwłocznie podpiszą 
adres wiemopoddańczy do cara Aleksandra II, zawierający oczywiście solenne potępienie 
insurekcji. W imieniu grupy szlachty pertraktacje z urzędnikami Murawjowa, precyzujące 
dokładną treść listu, podjął Aleksander Domeyko, marszałek gubernial-ny wileński. Chodziło 
mu o to, Ŝeby jednak zachować pewne pozory, stylizując pismo tak, by miało formę moŜliwie 
najmniej upokarzającą. Była to, rzecz jasna, tylko kosmetyka. Merytorycznie zmienić nic się 
nie dało. Wiedziano takŜe, Ŝe jakiekolwiek będą wyniki uzgodnień, grupa pod przywództwem 
Domeyki i tak adres podpisze. W tej sytuacji juŜ 13 czerwca, a więc z wielkim pośpiechem, 
wydał trybunał rewolucyjny wyrok na Domeykę, ogłaszający go zdrajcą i skazujący na karę 
ś

mierci. Dnia 10 sierpnia rano niejaki Jan Bieńkowski, z zawodu felczer, wdarł się do 

gabinetu Domeyki i zadał mu kilka ciosów noŜem. Domeyko przeŜył, a Murawjow powiesił 
kolejnych podejrzanych. Dopiero piątym z nich był właściwy sprawca zamachu, któremu 
skądinąd dodano do szubienicznej kompanii jeszcze dwóch Bogu ducha winnych 
sympatyków powstania. Dodajmy od razu, Ŝe Jan Bieńkowski, który z zadaniem zabicia 
Domeyki przyjechał z Warszawy, felczerem był przed powstaniem. Podczas powstania 
naleŜał do wchodzącej w skład Ŝandarmerii powstańczej kohorty tzw. sztyletników. 
Była to grupa 50 młodych ludzi, przewaŜnie studentów, artystów i czeladników 
rzemieślniczych, których jedynym zadaniem było wykonywanie wyroków śmierci wydanych 
przez Rząd Narodowy. Bezpośrednim ich przełoŜonym był Włodzimierz Lempke 
(„Okularnik", ,Ludwik"), przed powstaniem mechanik w kijowskiej fabryce metalurgicznej, a 
jego prawą ręką Paweł Landowski, dwudziestoletni student medycyny, który wsławił się 
zamachem na 

background image

82 
namiestnika Teodora Berga. Lempke został aresztowany w Kijowie i w 1864 r. popełnił 
samobójstwo. Landowski, zesłany na 20 lat cięŜkich robót w Zabaj-kalskim Kraju, 
organizował tam powstanie katorŜników, zbiegł do Chin, skąd przedostał się do ParyŜa, gdzie 
prowadził praktykę lekarską. Zmarł w 1894 r. Sztyletnicy byli wysyłani w róŜne regiony 
objęte powstaniem zasadniczo po to, by wykonywać zamachy, operacje skomplikowane. Nie 
gardzili jednak i zwykłym wieszaniem. Budzili lęk nawet wśród powstańców. Roboty mieli 
pełno, gdyŜ—jak pisze Stefan Kieniewicz — „Liczba straconych wrogów powstania — 
rzeczywistych czy teŜ rzekomych — dosięgła kilkuset osób". Znaczny procent tych egzekucji 
wykonali właśnie sztyletnicy. ZauwaŜmy jeszcze, Ŝe Kieniewicz wspomina tylko o 
egzekucjach zatwierdzonych oficjalnie, nie wliczając zabójstw dokonywanych spontanicznie 
lub na rozkaz dowódców rozproszonych powstańczych oddziałków. Broni wprawdzie 
sztyletników (warunki wojenne etc), ale i on przyznać musi, Ŝe „wymiar sprawiedliwości w 
warunkach wojny domowej otwierał pole do naduŜyć", czy teŜ, Ŝe „bywali takŜe chłopi 
powieszeni na skutek fałszywego oskarŜenia dziedzica, któremu mieli nieszczęście się 
narazić". Pewne jest natomiast, Ŝe w krajach zachodnich uwaŜano skrytobójczą działalność 
sztyletników za haniebną, co bardzo zaszkodziło sprawie powstania wśród tamtejszej opinii 
publicznej. 
7. GABRIEL NARUTOWICZ 
Po wyborze Gabriela Narutowicza na prezydenta Polski (9 grudnia 1922 r.) prawica rozpętała 
przeciw niemu kampanię nienawiści na niespotykaną skalę. W dniu zaprzysięŜenia 
prezydenta-elekta doszło do ulicznych rozruchów, podczas których usiłowano nie dopuścić na 
uroczystość posłów lewicy, a np. posła Piotrowskiego z PPS pobito do nieprzytomności. Są to 
sprawy dobrze znane. Nas interesują tu jednak tylko niektóre aspekty tych wydarzeń. 
Oto jak w odezwie Do braci włościan! tłumaczyło swoim wyborcom zaistniałą sytuację 
trudne do posądzenia o lewicowość Polskie Stronnictwo Ludowe „Piast": „Stronnictwa 
prawicowe, endeckie, klub Dubanowicza, Chadecy i grupa Katolicko-Lud. nie wzięły udziału 
w Zgromadzeniu Narodowym, gdzie nowo wybrany Prezydent składał przysięgę, aŜeby je 
zerwać i do przysięgi nie dopuścić. Natomiast wygłaszali do tłumu zbałamuconych kobiet, 
niedowarzonej młodzieŜy szkolnej i gawiedzi ulicznej podburzające mowy, wzywając do 
walki przeciw władzy prawowitej i Pierwszemu Prezydentowi Rzeczypospolitej 
83 
— w Wolnym Państwie Polskiem [...], PoniewaŜ głosy nasze rozstrzygały pomiędzy 
Zamoyskim a Narutowiczem, tak posłowie, jak i prasa prawicowa rzucili się na nas, a 
szczególnie na prezesa Witosa z największą zajadłością, rozsiewając nikczemne plotki, 
jakoby Narutowicz był Ŝydowskim kandydatem, a nawet śydem. OtóŜ Prezydent Narutowicz 
nie jest śydem, ale katolikiem i Polakiem z krwi i kości, uczonym znanym w całej Europie i 
szczerym demokratą, dającym gwarancje utrzymania ludowego charakteru Państwa [...]. Z 
naciskiem podnieść teŜ musimy, Ŝe śydzi, Niemcy i Ukraińcy postawili jako swojego 
kandydata p. Baudoin de Courtenay, a dopiero, gdy ten upadł, głosy swe przerzucili na 
Narutowicza". 
Tekst ten wydaje się nam dzisiaj dość przeraŜający. „Piast" wiedział jednak dobrze, o czym 
pisze. „Jak śmieli śydzi narzucić Polsce swego prezydenta!?" — grzmiał oto ksiądz 
Lutosławski. „Ich prezydent" — tytułował Stroński. Zaś ,Дигіег Warszawski", oskarŜając 
elekta o przynaleŜność do masonerii, zapytywał: „W jaki teŜ to sposób marszałek Rataj 
zamierza odebrać [od Narutowicza] przysięgę, której tekst oparty jest na wierzeniach 
chrześcijańskich?" Taki właśnie był poziom haseł prawicy. 
Dnia 16 grudnia 1922 r. w warszawskiej „Zachęcie" dosięgnęły prezydenta kule zamachowca. 
Morderca, prawicowy fanatyk, malarz z zawodu, Eligiusz Niewiadomski tłumaczył potem 
przed sądem: „Ten strzał nie był przeznaczony dla Narutowicza. Ten strzał był od dawna juŜ 

background image

przeznaczony dla Józefa Piłsudskiego. To zadanie od dawna tkwiło we mnie. Nie było tylko 
sposobności, której wciąŜ szukałem, a róŜne sprawy odwlekały to moje postanowienie. Myśl 
moja więcej pracowała nad tem, aby usunąć źródło wszelkiego zła, bo wszystko, co w ciągu 
czterech lat uczyniła Głowa Państwa, świadczyło o moralnej i umysłowej dyskwalifikacji tej 
Głowy". 
Nic dziwnego - względy moralne nie miały tu oczywiście Ŝadnego znaczenia - Ŝe dla prawicy, 
która Piłsudskiego nienawidziła nieskończenie bardziej niŜ Narutowicza, który był dla niej, 
podobnie jak dla Niewiadomskiego, tylko niejako pochodną Naczelnika Państwa, stał się 
morderca bohaterem, a po wykonaniu na nim wyroku śmierci, narodowym męczennikiem. 
Układano wiersze, sporządzono odlew jego prawej ręki (tej, która trzymała broń) i 
umieszczono na marmurowej podstawie, a następnie wręczono prezesowi Klubu Ludowo-
Narodowego, Stanisławowi Głębińskiemu, który potem w gabinecie trzymał ten odlew niemal 
jak relikwię. Zamawiano setki mszy za du- 
84 
szę Niewiadomskiego, przeradzające się w endeckie manifastacje. Doszło do tego, Ŝe 
Episkopat — jak najdalszy przecieŜ od sympatyzowania z obozem, którego przedstawicielem 
był Narutowicz — uznał za konieczne interweniować i 10 lutego 1923 r. wydał następującą 
odezwę do proboszczów: „Komitet Episkopatu Polskiego, zebrawszy się w dniu dzisiejszym, 
pierwszy raz w bieŜącym roku, ma sobie za obowiązek zwrócić społeczeństwu uwagę na to, 
jakkolwiek według wyraŜenia Pisma Świętego: »świętą i poŜyteczną rzeczą jest modlić się za 
umarłych«, nie powinny naboŜeństwa Ŝałobne być naduŜywane do manifestacyj, nie 
odpowiadających świętości i celowi obrządku religijnego. Przeciw tego rodzaju 
manifestacjom musimy się ze stanowiska Kościoła i religii zastrzec, poniewaŜ mogą 
wprowadzić zamęt do pojęć moralności chrześcijańskiej, nie pozwalającej pod Ŝadnym 
warunkiem na przestąpienie przykazania boskiego. Kardynał: Dalbor, Prymas, Kardynał: 
Kakowski, Metropolita Warszawski, Józef Teodorowicz, Arcybiskup Lwowski obrządku 
ormiańskiego, Adam Sapieha, ksiąŜę biskup krakowski, Zygmunt Łoziński, biskup miński, 
Marjan Fulman, biskup lubelski, Henryk Przeździecki, biskup podlaski". 
W sześć dni później, 16 lutego, wniosek o potępienie gloryfikacji zbrodni złoŜono w Sejmie. 
Wniosek ten został przyjęty 156 głosami lewicy przeciw 141 prawicy, czyli przeszedł ledwo 
ledwo. RównieŜ z powodu obstrukcji prawicy tablicę pamiątkową upamiętniającą śmierć 
pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej wmurowano w gmach Sejmu dopiero 15 
czerwca 1923 r. Partie prawicowe nie złoŜyły pod nią wieńców. 
8. MARCELI NOWOTKO 
W wydanej w PRL Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN czytamy, iŜ Marceli Nowotko 
został „zamordowany skrytobójczo". Słowo „skrytobójstwo" ma w języku polskim dwa 
znaczenia. Pierwsze — to mord dokonany podstępnie — tu Encyklopedia ma rację; a drugie 
— to mord dokonany przez osobę, której toŜsamości nie udało się ustalić — w takim jednak 
przypadku Encyklopedia bezczelnie łŜe. O tym, kto jest mordercą Marcelego Nowotki, 
dowiedziało się kierownictwo PPR juŜ po kilku dniach. Był nim, działający 
85 
—jak się wydaje — z inspiracji swojego brata Bolesława („Długi", „Edward", „Witold"), 
Zygmunt Mołojec („Zenek"). Rozstrzygnięcie kwestii, który z braci miał większy, a który 
mniejszy udział w zamachu, jest o tyle nieistotne, Ŝe obaj zostali wkrótce zlikwidowani przez 
komunistyczne bojówki. 
Wszystko wskazuje na to, Ŝe śmierć Nowotki 28 listopada 1942 r. była efektem walki o 
władzę wewnątrz partii i - jedno było z drugim nierozłącznie związane - o uprzywilejowane 
stosunki z Moskwą. Krótko mówiąc — wewnątrzklikowa dintojra. Tu właściwie moŜna by 
postawić kropkę, aliści... 

background image

Pisze Władysław Gomułka: „Ze względów zrozumiałych kierownictwo partii z nowym 
sekretarzem КС PPR na czele postanowiło nie przekazywać niŜszym szczeblom 
organizacyjnym PPR i GL informacji, z czyich konkretnie rąk zginął M. Nowotko, kim byli 
sprawcy jego śmierci. W okresie okupacji wiedziało o tym tylko wąskie grono osób, które w 
związku z dochodzeniami przeciwko В. і Z. Mołojcom musiało być wtajemniczone w tę 
sprawę. Zniknięcie braci Mołojców nie mogło rodzić najmniejszych podejrzeń czy 
zainteresowań wśród towarzyszy, z którymi współpracowali oni poprzednio" (W. Gomułka, 
Pamiętniki. T. II, Warszawa 1994, s. 198). Piękny jest ten partyjny eufemizm: „Nie mogło 
rodzić najmniejszych podejrzeń czy zainteresowań". Nikogo, kto zna ten język, nie zdziwi 
fakt, iŜ rzeczywiście „podejrzeń czy zainteresowań" nie budziło. Słowo partii było rozkazem. 
Jeśli nie mogło budzić, to i nie budziło. Do czasu przynajmniej. 
Po Październiku'56, kiedy odwaga staniała, Eugeniusz Szyr i Romana Toruńczyk zwrócili się 
oficjalnie do КС PZPR z prośbą o wyjaśnienie okoliczności zabójstwa Nowotki. Wnikliwy i 
będący nowym gwarantem nieomylności aparatu (człowiek moŜe się pomylić, ale partia nie) 
Władysław Gomułka wiedział oczywiście a priori, Ŝe ciekawstwo Szyra i Toruńczyk nie 
moŜe być bezinteresowne. Kwestią było tylko, jaka grupa za nimi stoi (Gomułka w swojej 
spiskowej teorii dziejów uŜywał pojęcia „grupa", dzisiejsze władze lansują „układ", o to samo 
wszakŜe chodzi). Skoro jest „grupa", sprawa staje się powaŜna. Odpowiedzieć więc trzeba. 
Odpowiedzieć, rzecz jasna, tylko gronu wtajemniczonych, z wszelkimi zastrzeŜeniami 
poufności, tajności i wewnętrznego uŜytku. Tekst zredagował Andrzej Werblan: „Nie będą 
publikowane dalsze inwektywy pod adresem Bolesława Mołojca, cenzura otrzyma 
odpowiednie wytyczne; partia ułatwi zebranie materiałów w celu moŜli- 
86 
wie pełnego naświetlenia sprawy śmierci Marcelego Nowotki i Bolesława Mołojca". Jesteśmy 
tutaj w samym jądrze nowomowy. Oczywiście nikt Ŝadnych „inwektyw pod adresem 
Bolesława Mołojca", nawet w wewnątrzpartyjnych drukach, nie ogłaszał, gdyŜ sprawa od 
początku objęta była najsurowszym cenzuralnym zapisem. Ale i to nie najwaŜniejsze. Istota 
komunikatu mieści się w zdaniu: „Partia ułatwi zebranie materiałów..." Innymi słowy, rzecz 
jest w gestii partii, wara więc od jakichkolwiek dociekań bez partyjnego impri-matur. 
Konsekwentne egzekwowanie takiej zasady uniemoŜliwiało oczywiście głośną dyskusję. Tym 
bardziej jednak pobudzało szepty. Naturą zaś szeptów podawanych z ucha do ucha jest to, co 
w świecie dziecięcych zabaw nazywa się „głuchym telefonem": zniekształcenie informacji. 
Oczywistą zaś tendencją nie jest umniejszanie zakazanych sensacji, lecz wręcz odwrotnie — 
ich rozbudowywanie, kojarzenie z innymi, które właśnie przyszły nam na myśl, faktami, 
krótko mówiąc: tworzenie fabuły. W ten sposób zabójstwo Marcelego Nowotki awansowało 
do rangi zbrodni wynikłych z rozgrywek na najwyŜszym szczeblu. Eugeniusz Szyr był juŜ 
przekonany, Ŝe Mołojec zabił Nowotkę na osobisty rozkaz Berii. Władysław Bieńkowski 
poszedł jeszcze dalej, gdyŜ uznając inspirację Berii, miał jednocześnie Nowotkę za człowieka 
Stalina. Beria rozpoczynałby więc (w roku 1942!) antystalinowski spisek. Warszawska 
rozgryweczka, prymitywna — jako się rzekło — dintojra, urastać zaczęła do wydarzenia o 
dziejowym wymiarze. Oczywiście w pewnych tylko środowiskach. 
Dzisiaj, kiedy na planie ulic warszawskich Nowotkę zastąpił generał Anders , nikomu juŜ ta 
historia nic nie mówi. Kto wie jeszcze, kim był Nowotko? Przyznać zresztą trzeba, Ŝe i w 
czasach PRL o realnym istnieniu i roli braci Mołojców wiedzieli tylko wysoko 
wtajemniczeni. Tym bardziej więc kombinowała uliczka. 
9. WŁADYSŁAW SIKORSKI 
Dnia 4 lipca 1943 г., zaraz po starcie z lotniska w Gibraltarze, runął do morza „liberator" AL 
53 z generałem Władysławem Sikorskim, jego rodziną i innymi osobistościami na pokładzie. 

background image

Wypadki, w których giną sławne osoby, stają się zawsze, właściwie nie ma od tej reguły 
odstępstw, przedmiotem najdzikszych spekulacji i Ŝerem dla sprzedawców sensacji. Po 
ś

mierci Lady Diany policja francuska przeprowadziła 

87 
skrupulatne śledztwo. Jej ustalenia sprawdzili później najbardziej kompetentni specjaliści 
brytyjscy. Wnioski były jednoznaczne: podpity szofer i nadmierna prędkość, spowodowana 
chęcią ucieczki przed paparazzimi. Takie wytłumaczenie musi być jednak dla węszy cieli 
spisków za proste. W ciągu kilkunastu lat, jakie dzielą nas od śmierci księŜnej, ukazało się juŜ 
dziewięć ksiąŜek o tym, jak została ona „zamordowana". 
W przypadku generała Sikorskiego nie mogło być oczywiście inaczej. Jeszcze angielska 
komisja wojskowa nie zaczęła śledztwa, a juŜ przekonanie o zamachu stawało się powszechne 
wśród Polaków. Raporty kolejnych komisji oczywiście ich nie zadowalały, bo i nie mogły 
zadowalać, gdyŜ w znacznej mierze zostały, zgodnie z brytyjskimi przepisami, utajnione i 
takimi zresztą po części pozostają do dziś. 
Przekonanie o zamachu opierało się od początku przede wszystkim na fakcie, Ŝe ocalał 
jedynie pilot „liberatora", co gorsze, Czech, nie Polak — Edward Prchal. W złoŜonych przez 
niego zeznaniach, które akurat zostały udostępnione stronie polskiej, dopatrzyli się teŜ 
niektórzy eksperci (i dopatrują nadal, korzystając np. z symulacji komputerowych) pewnych 
błędów lub niekonsekwencji. Zacytujemy na wstępie angielskiego świadka-biegłego Rolanda 
Falka, który w roku 1943 sprawował funkcję głównego oblatywacza w Instytucie Badań 
Lotniczych RAF w Farnborough. Charakteryzując Prchala, biegły oświadczył: „Twierdzę, Ŝe 
jest to znakomity pilot, który odpowiadał na pytania zadawane mu w śledztwie szczerze i 
zgodnie ze swoją najlepszą wiedzą. Jeśli w jego wypowiedziach składanych na przestrzeni 
wielu lat doszukano się nieścisłości, Ŝadną miarą nie świadczy to o tym, Ŝe jest nieuczciwy". 
A nieco wcześniej: ^iedy zobaczyłem go, nadal cierpiał na dotkliwy ból spowodowany 
obraŜeniami odniesionymi w wypadku i bezsprzecznie nie pojmował, z jakiej przyczyny 
nastąpiła katastrofa". Wielce to istotne — Prchal ocalił Ŝycie, ale wyszedł z wypadku z 
powaŜnymi obraŜeniami. Miał m.in. połamane nogi i głęboką ranę ciętą twarzy. Po 
wyłowieniu go był ponad godzinę nieprzytomny (pomijając znacznie dłuŜej trwający szok). 
Lekarze zgodnie twierdzili, Ŝe w tej sytuacji mógł mieć trudności z precyzyjnym 
przypomnieniem sobie przebiegu wypadków, mógł zapamiętać jedne szczegóły, a zapomnieć 
inne. I takie byłoby najprostsze wytłumaczenie owych „nieścisłości". 
Zupełnie inną jest sprawą, nie dotyczącą juŜ Prchala, czy kontrola techniczna „liberatora" 
była wystarczająco staranna, czy samolot nie był przecią- 
88 
Ŝ

ony etc. W tej mierze nazbierało się trochę niejasności, które skłoniły niektórych historyków 

do obwinienia Anglików o niedbałość, od czego juŜ krok do spiskowej teorii niedbałości 
celowej, a więc zamachu. Wobec zachowania tajności części dokumentów mogą to być 
jednak wyłącznie nieuprawnione spekulacje. ToteŜ zarówno Jaroslav Valenta, który badaniu 
wypadku w Gibraltarze poświęcił długie lata, jak i jakŜe łasy skądinąd na sensacje David 
Irving, a z nimi ogromna większość badaczy, przychylają się do wersji tragicznego wypadku. 
Teorie spiskowe bardziej niŜ na faktach oparte są z reguły na domniemaniach natury czysto 
politycznej, a przede wszystkim na dociekaniu cuiprodest, czyli, kto na śmierci generała 
Władysława Sikorskiego skorzystał. Bo skoro skorzystał, to mógł się i przyczynić. 
Najsłynniejszą bodaj tego typu spekulację przedstawił zamieszkały w Szwajcarii niemiecki 
dramatopisarz Rolf Hochhuth. W głośnej sztuce śołnierze oskarŜa on Anglików o świadome 
wyeliminowanie Sikorskiego, który jakoby miał być przeszkodą w angielsko-sowieckiej 
współpracy. David Irving pokazuje słusznie, Ŝe nic się w tej teorii chronologicznie kupy nie 
trzyma, nie zmienia to wszakŜe faktu, Ŝe sugestywna sztuka rozpaliła wyobraźnię społeczną i 
teza o spisku angielskim stała się przez kilka lat po roku 1967 (data premiery śołnierzy) 

background image

niemal obowiązująca, za wyjątkiem moŜe niektórych kół nieprzejednanej emigracji polskiej, 
które śmierć Sikorskiego przypisać chciały generałowi Andersowi. A stosunki między oboma 
generałami rzeczywiście układały się nie najlepiej. Z biegiem czasu interpretacje stawały się 
coraz bardziej fantastyczne. Swoisty rekord pobił ostatnio politolog polski dr Tadeusz A. 
Kisielewski, który zamach na Sikorskiego przypisał... NKWD. W tym celu wykreował 
postacie przedziwnych agentów komunistycznych przedzierających się do angielskiej bazy. 
Badacz zasugerował ostatecznie, Ŝe Sikorski i jego towarzysze zostali zamordowani w 
samolocie jeszcze przed startem, a spiskiem dowodził agent sowiecki — drugi pilot (jego 
zwłok faktycznie nie odnaleziono), który się uratował, a dopiero potem został 
unieszkodliwiony, Ŝeby nie zdradzić tajemnicy. CóŜ, nie zdziwimy się, gdy przeczytamy 
niedługo, Ŝe Sikorskiego zabili przybysze z Czerwonej Planety. 
10. KAROL ŚWIERCZEWSKI 
Działo się to w schyłkowej fazie walk w Bieszczadach, kiedy kierownictwo UPA 
zrezygnowało juŜ z idei „powstania" i przeszło do działań defensywnych, dokonując 
sporadycznych tylko akcji zaczepnych. 
89 
Dnia 27 marca 1947 r. na inspekcję oddziałów polskich przyjechał generał Karol 
Ś

wierczewski. W Baligrodzie zdecydował nagle, Ŝe chce jechać do Cisnej. „Przesłuchiwani 

potem oficerowie zgodnie twierdzili, Ŝe było to dla nich całkowitym zaskoczeniem. Próby 
wyperswadowania generałowi tego pomysłu nie powiodły się. Świerczewski uciął je 
stwierdzeniem: »Ach, i w Warszawie moŜna dostać cegłą po głowie. Do nich i tak nikt nie 
przyjeŜdŜa, będą chłopcy zadowoleni«". 
Ruszono w trzy samochody. Zaraz jednak za Baligrodem samochód z przednią ochroną uległ 
awarii. Kontynuowano więc podróŜ dwoma autami: otwartym „dodgem" z generałem i 
cięŜarowym „zisem" z eskortą. Łącznie jechały trzydzieści trzy osoby. Pod Jabłonką, sześć 
kilometrów od Baligrodu, konwój wpadł w zasadzkę. Samochody zatrzymały się pod silnym 
ogniem i wszyscy z nich wyskoczyli, rozsypując się w tyralierę. Obawiając się okrąŜenia, 
Ś

wierczewski kazał zająć pozycje równieŜ wzdłuŜ rzeczki, płynącej z przeciwnej strony, niŜ 

prowadzony był ostrzał, i sam ruszył ku niej pierwszy. W tym momencie został trafiony w 
brzuch. Sam załoŜył sobie opatrunek i szedł dalej. Teraz dosięgnęły go dwie kule w plecy. Te 
były juŜ śmiertelne. Ostrzał trwał dalej, aŜ do momentu, kiedy pojawił się naprawiony 
wreszcie samochód z drugą częścią eskorty. Na jego widok napastnicy przerwali ogień i 
wycofali się bez strat własnych w pobliskie lasy. 
W sprawie śmierci generała przeprowadzono dwa równoległe śledztwa. Zarówno raport 
wojskowy, jak i przygotowany przez UB piętnowały lekkomyślność dowódców jednostek 
wojskowych stacjonujących w Baligrodzie i Sanoku, którzy nie wysłali patroli 
rozpoznawczych przed przejazdem Świerczewskiego, nie zapewnili —jak się okazało — 
wystarczającej eskorty, a Cisnę powiadomili o przejeździe inspekcji telefonicznie, otwartym 
tekstem, chociaŜ wiadomo było, Ŝe UPA systematycznie podsłuchuje połączenia telefoniczne. 
Za te niedopatrzenia generał Prus-Więckowski, pułkownik Bielecki i podpułkownik Gerhard 
zostali ukarani naganami przez ministra obrony narodowej. Tak łagodne konsekwencje 
uzasadnione były tym — jak wynika z raportu UB — iŜ generał wydał rozkaz udania się w 
drogę najpierw mimo oporu oficerów, potem nie zwaŜając na utratę połowy eskorty. Jeśli 
chodzi o podsłuch telefoniczny, nie mógł on mieć znaczenia, gdyŜ połączenie uzyskano tuŜ 
przed odjazdem generała, a jest rzeczą zupełnie niemoŜliwą zorganizowanie zasadzki w 15-20 
minut. W kręgach wojskowych krąŜyła teŜ plot- 
90 
ka (w Ŝadnym raporcie mowy o tym oczywiście nie było), Ŝe Świerczewski był pijany i pod 
Jabłonką zachowywał się w sposób nieodpowiedzialny, sam wystawiając się na kule. 

background image

Szybko jednak pojawiła się inna wersja. Oto generał po wyskoczeniu z samochodu znalazł się 
w bezpiecznym miejscu, tzw. martwym polu, gdzie kule upowców nie mogły go dosięgnąć. 
Został więc zabity przez przebranych za Ŝołnierzy eskorty agentów UB albo NKWD, którzy 
dowiedzieli się, Ŝe coraz bardziej zniechęcony do stalinizmu generał jest w buntowniczym 
nastroju. Ta na niczym nie oparta wersja (choć ubarwiono ją opowieściami o rzekomym 
sfałszowaniu sekcji zwłok itp.) zostałaby zapewne wkrótce zapomniana, gdyby nie 
wydarzenia rozgrywające się dwadzieścia cztery lata później. 
Oto w lipcu 1971 r. został zamordowany we własnym mieszkaniu naoczny świadek 
baligrodzkiej tragedii, Jan Gerhard. Mordercami, szybko zresztą ujętymi, okazali się 
narzeczony córki i jego kolega, prymitywny złodziejaszek, niejaki Wojtasik. Dlaczego 
Garbacki (tak się ów narzeczony nazywał) miał zabić przyszłego teścia? Jak się okazało, nie 
rozumiał tego nawet jego wspólnik, który przed zbrodnią miał się dopytywać: „Czemu chcesz 
ukatrupić kurę, która znosi złote jajka?" Nie rozumiała teŜ opinia publiczna, tym bardziej Ŝe 
gdy tylko na procesie zabójców dochodziło do kwestii draŜliwych, sąd ogłaszał rozprawę przy 
drzwiach zamkniętych. Skojarzono więc oczywiście tragedię na ulicy Matejki z 
pobaliogrodzkimi plotkami. Drugie stało się dowodem pierwszego. Gerhard musiał zginąć, bo 
znał prawdziwe okoliczności śmierci Świerczewskiego, a one mogłyby obciąŜyć kogoś 
bardzo waŜnego (kogo — nie mówiono) z nowej ekipy rządzącej. Przypomnijmy: jest rok 
1971 i dopiero co Gierek zastąpił Gomułkę. 
Z prawdziwym zainteresowaniem w trzech juŜ publikacjach tropicieli komunistycznych 
zbrodni przeczytałem, iŜ jedną z nich było zamordowanie generała „Waltera". Autorzy nie 
mają co do tego Ŝadnych wątpliwości. 
* * * 
Malutka miniantologia zamachów polskich pozostałych w pamięci narodowej. Jedno 
królobójstwo udane i dwa nieudane. Dwa mordy polityczne udane (jeden w wykonaniu 
lewicy, drugi prawicy) i dwa usiłowane. Rząd narodowy organizujący zbirów do 
skrytobójczych porachunków. Krwawe rozliczenia króla z biskupem. Dwa zamachy 
mniemane. Zaledwie dziesięć przykładów, 
91 
a juŜ niezły zestaw gwałtu, przemocy, spiskowych działań lub wyobraŜeń o nich w historii 
narodowej. Oczywiście moŜna by te przykłady mnoŜyć, Ŝeby jeszcze lepiej wykazać, jak 
dalece było rozwinięte w naszej przeszłości poszanowanie Ŝycia, szacunek wobec majestatu 
prawowitych władz czy wstręt do terroru indywidualnego. No właśnie—jak dalece? 
Odpowiedź jest trywialna: mniej więcej tak samo, jak w innych krajach cywilizacji 
zachodnioeuropejskiej. Raz jeszcze nie jesteśmy tu Ŝadnym wyjątkiem. Nie ma się czego 
wstydzić, ale i chwalić teŜ czym nie ma. 
W dwóch tylko momentach upatrywałbym jakiejś ewentualnej specyfiki polskiej. 
Po pierwsze, bardziej moŜe od innych lubimy sprawy rozmywać. To, na przykład, czy 
Przemyśla II zabili Brandenburczycy, czy właśni poddani, jest dla historyków sprawą co 
najmniej dyskusyjną, z przewagą wskazań na własnych poddanych. Nic to, w Leksykonie 
miast polskich Jerzego Kwiatka i Teofila Lijewskiego (Warszawa 1998) znajdziemy jeszcze 
zrównowaŜoną (co nie znaczy, Ŝe historycznie ugruntowaną) adnotację: „W Rogoźnie został 
w 1296 zamordowany król Przemysł II, z polecenia margrabiów brandenburskich i przy 
udziale wrogich Przemysłowi wielkopolskich wielmoŜów — Nałęczów i Zarębów". JuŜ 
jednak w popularnym Przewodniku po Polsce pod hasłem „Rogoźno" czytamy: „W 1296 
Brandenburczycy zamordowali tu króla Przemysła II". Jedynie „margrabiowie 
brandenburscy" ostaną się teŜ w Podręcznym szkolnym słowniku znanych Polaków, etc. Co 
brzydkie, to raczej nie my. W której z notatek o Pułaskim wzmiankuje się, Ŝe był on 
instygato-rem królobójstwa? Skąd moŜna dowiedzieć się, Ŝe Bema parokrotnie usiłowali 
zamordować rodacy? Trzeba juŜ do tego wyczerpujących biografii. Wolimy przemilczeć 

background image

sztyletników z powstania styczniowego. Udajemy, Ŝe cały naród był oburzony zabójstwem 
Gabriela Narutowicza, a jeŜeli juŜ nawet wspomnimy, Ŝe coś tam było nie w porządku, to 
zaznaczamy zaraz, nie cytując nieśmialutkich eufemizmów, Ŝe Kościół potępił. Potrafimy 
nawet czcić jednocześnie pamięć Bolesława i Stanisława, choć z kartezjańską logiką jest to 
jakby nieco na bakier. To jedno. 
Drugą cechą charakterystyczną polskich zamachów jest swoiste brako-róbstwo. Z kilkunastu 
prób królobójstwa w naszych dziejach udała się tylko jedna (moŜe dwie, jeŜeli Batory, w co 
wątpię, rzeczywiście został otruty) i to dopiero wtedy, kiedy władca zachował się tak 
nieostroŜnie, jakby sam się 
92 
o śmierć prosił. Mnóstwo tu teŜ partactwa. Zamach na Stanisława Augusta Poniatowskiego 
przerodził się w farsę, sztyletnicy nie potrafili dobić swoich ofiar, co wcale nie wynika ze 
skrupułów trapiących oprawców, a tylko z nieudolności. 
Poza tymi jednak dwoma niuansami specyfiki niewiele. Najbardziej róŜnimy się jeszcze od 
Włochów, bo oni zawsze przedkładali truciznę. Jest to juŜ jednak kwestia kompetencji 
chemicznych, a nie jakowejś narodu naszego szczególnej łagodności czy moralnego 
kręgosłupa. 
X śYDZI I MASONI 
Jak wiadomo, wszelkim nieszczęściom lub niepowodzeniom Polaków winni są śydzi i 
masoni. W okresie międzywojennym ta opinia stanowiła istotną obsesję narodowej prawicy. 
Dzisiaj światlejszą część społeczeństwa interpretacje tego typu tylko śmieszą. Czy jednak 
owa „światlejszą część" stanowi większość społeczeństwa? To juŜ wysoce niepewne. 
W prasie prawicowej i prawicowo-katolickiej, jak „Gazeta Polska", „Nasz Dziennik", „Głos", 
„Nasza Polska" (w kaŜdym niemal periodyku, w którym słowo „Polska" występuje w tytule), 
oba wątki nadal przewijają się uporczywie. Rozpiętość jest tu duŜa, od pseudoanaliz po jawne 
głoszenie nienawiści. O masonerii: „Społeczeństwo polskie nie zdaje sobie sprawy, jak 
wielkim niebezpieczeństwem jest dla niego masoneria. Finansowana obficie kapitałem z 
Brukseli [tak w oryginale — L.S.] ma za zadanie pozbawienie Polski Boga i wiary, 
zniszczenie tradycji i pamięci ojców naszych. Związani ze sobą przysięgą zmowy, przenikają 
masoni do władz państwowych, sądownictwa i banków. Środki masowego przekazu są juŜ w 
znacznej mierze w ich rękach. Ich cel jest jeden: pozbawienie Polski niepodległości, 
sprowadzenie nas do roli pariasów bez godności, zdanych na łaskę ich tajnych centrali". 
W kioskach „Ruchu" kupić moŜna (aleŜ tak, sam to zrobiłem!) serię Super tygrysów, 
wydawaną przez groteskowego kandydata na prezydenta Rzeczypospolitej Leszka Bubla. 
Cztery tomy tej serii noszą tytuł: Poznaj śyda. W tomie IV czytamy w podsumowaniu 
„historycznego" szkicu: „W świetle syntetycznie przedstawionych faktów i wydarzeń, 
wyłania się rzeczywisty obraz charakterologiczny śydów, który wyróŜnia ich spośród innych 
narodów. 
94 
Wybijająca się na czoło przeniewiercza natura, połączona z wybujałą wyniosłością, 
bezczelnością, kłamstwem, oszustwem i przewrotnością powoduje, Ŝe nie są oni w stanie 
dokonać samokrytycznego osądu swoich przewinień. Przewinienia te, w bardzo licznych 
przypadkach kwalifikujące się jako barbarzyńskie zbrodnie, dokonane na niewinnych 
ofiarach, zasługują na najcięŜsze kary. śydów nie stać na ludzki odruch, by w poczuciu winy 
przeprosić wszystkich przez nich poszkodowanych, chociaŜ sami o takie przeprosiny 
nieustannie zabiegają i to często za wydarzenia niezaistniałe, przez nich wyimaginowane". 
Ostatecznie dochodzi Bubel do wniosku, Ŝe wobec Ŝydowskiego zagroŜenia, tym większego, 
Ŝ

e śydzi utajniają się, niczym masoni, pod przybranymi nazwiskami i udają gojów, trzeba 

zdrowemu katolickiemu społeczeństwu pomóc, rozszyfrowując owe pseudonimy. Pokazać, 
kto jest kim. Poznaj śyda. 

background image

Ten ostatni pomysł wydał mi się nie najgorszy. MoŜe rzeczywiście dobrze by było, Ŝeby 
Polacy dowiedzieli się, kim byli w ich dziejach masoni i śydzi? Podajmy po sześćdziesięciu 
spośród najbardziej zasłuŜonych dla Polski lub znanych szerokiej publiczności: 
 
1. MASONI 
Motto (z szopki politycznej na rok 1930): 
„Gdy noc juŜ zapada, I ciemność wszystko przysłoni, Wtedy wychodzą masoni, I słychać 
kielni stuk. 
Ciche wiodą narady, Jak poobsadzać posady, I mówią, Ŝe nie ma Boga, Jest tylko Andrzej 
Strug". 
1.  Juliusz Bandrowski-Kaden (1885-1944) — pisarz (m.in. Generał Barcz), senator, prezes 
Związku Zawodowego Literatów Polskich. Zginął w powstaniu warszawskim. 
2. Kazimierz Bartel (1882-1941) — profesor matematyki, dwukrotny premier II 
Rzeczypospolitej, zamordowany przez Niemców. 
95 
3. Stefan Biernacki-Dąb (1890-1959) — legionista, generał. 
4. Wojciech Bogusławski (1757-1829) — ojciec teatru polskiego. 
5. Kazimierz Brodziński (1791-1835) — poeta („Z gruzów więzienia wołamy do Ciebie — 
Wróć nam ojczyznę, o BoŜe na niebie"). 
6. Stanisław Car (1882-1938) — minister sprawiedliwości i marszałek Sejmu II 
Rzeczypospolitej. 
7. Ludwik Cohn (1902-1981) — adwokat, współzałoŜyciel Komitetu Obrony Robotników. 
8. Izabela Czartoryska (1746-1835) — księŜna, pisarka, pani na Puławach, z których uczyniła 
waŜny ośrodek kultury polskiej. 
9. Adam Jerzy Czartoryski (1770-1861) — zwany ostatnim królem Polski, przywódca obozu 
Hotel Lambert na emigracji po powstaniu listopadowym, mecenas literatury i sztuki. 
10. Adam Kazimierz Czartoryski (1734-1823) — kandydat do tronu polskiego, zwolennik 
Konstytucji 3 maja, literat. 
11. Bolesław Długoszowski-Wieniawa (1881-1942) — legionista, generał, król salonów, 
ulubieniec Piłsudskiego. 
12. Hipolit Gliwic (1878-1943) — wybitny ekonomista, minister i wicemarszałek Senatu II 
Rzeczypospolitej. 
13. Cyprian Godebski (1765-1809) — poeta („Polak jestem! Chcę płakać na mej matki 
grobie"). Zginął w bitwie pod Raszynem. 
14. Adam Górecki (1787-1861) — poeta (,,Nas i ciebie grób pochowa — ale Polska musi 
Ŝ

yć!"). 

15. Janusz Jędrzejewicz (1885-1951) — minister i premier II Rzeczypospolitej. 
16. Jan Kielanowski (1910-1989) — profesor zootechniki, członek Komitetu Obrony 
Robotników, przewodniczący Rady Programowej Towarzystwa Kursów Naukowych. 
17. Adam Koc (1891-1969) — legionista, poseł na Sejm II Rzeczypospolitej, prezes Banku 
Polskiego, szef Obozu Zjednoczenia Narodowego. 
18. Szymon Konarski (1808-1839) — powstaniec listopadowy, konspi rator w ruchach 
rewolucyjnych i demokratycznych. Rozstrzelany przez Ro sjan w Wilnie. 
19. Janusz Korczak (1878-1942) — pisarz, pedagog. Poszedł na śmierć z dziećmi z 
sierocińca, których nie chciał opuścić. 
96 
20. Stanisław Kostka-Potocki (1755-1821) — współzałoŜyciel Towarzystwa Przyjaciół Nauk, 
teoretyk sztuki, pisarz, poseł na Sejm Czteroletni, członek Rady Nieustającej. 
21. Marian Kościałkowski-Zyndram (1892-1946) — wiceprezes Bezpartyjnego Bloku 
Współpracy z Rządem, premier II Rzeczypospolitej. 

background image

22. Kajetan Koźmian (1771-1856) — poeta („Niepozorna porywczość jest Polaków wadą, — 
Niewczesny zapał w skutkach równa się ze zdradą"). 
23. Jakub Krzemieński (1882-1955) — legionista, generał, prezes NajwyŜszej Izby Kontroli 
w okresie międzywojennym, prezydent NajwyŜszego Sądu Wojskowego. 
24. Jan Józef Lipski (1926-1991) — historyk literatury, członek redakcji „Po prostu", działacz 
Klubu Krzywego Koła, współzałoŜyciel Komitetu Obrony Robotników, senator III 
Rzeczypospolitej. 
25. Stanisław Małachowski (1736-1809) — marszałek Sejmu Czteroletniego, współautor 
Konstytucji 3 maja, prezes Rady Ministrów Księstwa Warszawskiego. 
26. Bogusław Miedziński (1891-1972) — czołowy działacz obozu piłsudczykowskiego, 
publicysta, poseł, senator, minister i marszałek Senatu II Rzeczypospolitej. 
27. Ludwik Mierosławski (1814-1878) — wódz powstania wielkopolskiego 1848 г., dyktator 
powstania styczniowego, autor pieśni powstańczych („Do broni ludy, powstańmy wraz..."). 
28. Gabriel Narutowicz (1865-1922) — pierwszy prezydent odrodzonej Rzeczypospolitej. 
29.  Julian Ursyn Niemcewicz (1758-1841) — poseł na Sejm Wielki, uczestnik powstań 
kościuszkowskiego (ranny pod Maciejowicami) i listopadowego, dramatopisarz, prozaik, 
poeta („Kto kraj swój kocha i Boga się boi — Ma szablę, konia, o resztę nie stoi"). 
30. Michał Ogiński (1756-1833) — poseł na Sejm Czteroletni, uczestnik powstania 
kościuszkowskiego, kompozytor (słynne polonezy). 
31. Ludwik Osiński (1775-1838) — uczestnik powstania kościuszkowskiego, poeta („O 
raszyńskie niwy — Powiedzcie wnukom naszym, jako Bóg zwycięstwa — Nie liczby — 
Bogiem jest męstwa"). 
32. Juliusz Osterwa (1885-1947) — aktor, reŜyser, twórca legendarnej „Reduty". 
97 
33. Stanisław Patek (1866-1945) — senator i minister II Rzeczypospolitej, ambasador w 
USA. 
34. Bronisław Pieracki (1895-1934) — poseł i minister II Rzeczypospolitej, po śmierci 
generał. Zamordowany przez nacjonalistów ukraińskich. 
35. Józef Poniatowski (1763-1813) — ksiąŜę, generał, minister wojny i naczelny wódz wojsk 
Księstwa Warszawskiego, marszałek Francji. Zginął w bitwie pod Lipskiem. 
36. Stanisław August Poniatowski (1732-1798) — król Polski. 
37. Ignacy Potocki (1750-1809) — marszałek wielki litewski, czołowy współtwórca 
Konstytucji 3 maja, uczestnik powstania kościuszkowskiego. 
38. Ignacy Prądzyński (1792-1850) — generał i jednodniowy wódz naczelny powstania 
listopadowego. Zwycięzca w bitwie pod Iganiami. 
39. Aleksander Prystor (1874-1941) — poseł, senator, minister, marszałek Senatu i premier II 
Rzeczypospolitej. 
40. Roger Raczyński (1820-1864) — polityk i działacz społeczny, próbował zjednoczyć 
emigrację polską, wspomagał powstania wielkopolskie i styczniowe. W roku 1863 na zakup 
broni dla powstańców wyłoŜył z własnej szkatuły ponad 100 tysięcy talarów. 
41. Edward Rydz-Śmigły (1886-1941) — marszałek Polski, wódz naczelny podczas kampanii 
wrześniowej 1939 r. 
42. Felicjan Składkowski-Sławoj (1885-1962) — legionista, generał, wielokrotny minister i 
ostatni premier II Rzeczypospolitej. 
43. Adam Skwarczyński (1886-1934) — legionista, ideolog obozu piłsudczykowskiego, 
krytyk literacki. 
44. Walery Sławek (1879-1939) — prezes Związku Legionistów, prezes Bezpartyjnego Bloku 
Współpracy z Rządem, marszałek Sejmu i premier II Rzeczypospolitej. 

background image

45. Antoni Słonimski (1895-1976) — prezes Związku Literatów Polskich, poeta („Wołam Cię 
głosem nabrzmiałym łzami — przez radio ParyŜ, radio Toulouse — Dumna Warszawo, zryta 
kulami, — ZŜarta poŜarem, zwalona w gruz"). 
46. Roman Sołtyk (1791-1843) — generał, uczestnik kampanii z lat 1809, 1812,1813 i 
powstania listopadowego, członek Towarzystwa Patriotycznego. 
47. Wacław Stachiewicz (1894-1973) — generał, szef sztabu Naczelnego Wodza podczas 
kampanii wrześniowej 1939 r. 
98 
48. Wojciech Stpiczyński (1896-1936) —jeden z najwybitniejszych publicystów II 
Rzeczypospolitej, współtwórca Legii Akademickiej, prezes Związku Strzeleckiego, poseł na 
Sejm. 
49. Andrzej Strug (1871-1937) — pisarz (Dzieje jednego pocisku, Pokolenie Marka Świdy), 
prezes Związku Zawodowego Literatów Polskich, działacz Ligi Obrony Praw Człowieka 
50. Klemens Szaniawski (1925-1990) — profesor logiki, filozof, członek Komitetu Obrony 
Robotników. 
51. Artur Śliwiński (1877-1953) — senator i premier II Rzeczypospolitej, publicysta, 
historyk. 
52. Adam Tarnowski (1892-1956) — dyplomata, minister spraw zagranicznych rządu 
Rzeczypospolitej na obczyźnie, współzałoŜyciel Instytutu Badań Międzynarodowych. 
53. Stanisław Thugutt (1873-1941) — polityk, spółdzielca, współzałoŜyciel i przywódca 
Partii Pracy, poseł, minister i wicepremier П Rzeczypospolitej. 
54. Michał Tokarzewski-Karaszewicz (1893-1964) — generał, dowodził grupą operacyjną w 
bitwie nad Bzurą w 1939 г., połoŜył podwaliny pod konspirację zbrojną w okupowanej 
Polsce. 
55. Bronisław Wildstein (ur. 1952) — szef Telewizji Polskiej z nadania Prawa i 
Sprawiedliwości. 
56. Walery Wróblewski (1836-1908) — powstaniec styczniowy, generał Komuny Paryskiej, 
sekretarz Rady Generalnej I Międzynarodówki. 
57. August Zaleski (1883-1972) — dyplomata, minister spraw zagranicznych II 
Rzeczypospolitej i w rządzie generała Sikorskiego. 
58. Kordian Zamorski (1890-1983) — legionista, generał, komendant główny Policji 
Państwowej II Rzeczypospolitej, szef sztabu Komendy Głównej Polskiej Organizacji 
Wojskowej. 
59. Włodzimierz Zonn (1905-1975) — wybitny astrofizyk, prezes Polskiego Towarzystwa 
Astronomicznego, ezoteryk. 
60. Ludwik Zwierkowski (1804-1860) — uczestnik SprzysięŜenia Wysockiego, powstaniec, 
działacz i emisariusz Hotel Lambert. 
2. POLACY POCHODZENIA śYDOWSKIEGO 
1. Michał Arct (1840-1906) — księgarz i jeden z najwybitniejszych wydawców polskich. 
Odniósł wielkie zasługi w walce z rusyfikacją. Autor min. 
99 
trzytomowego Słownika ilustrowanego języka polskiego. 
2. Krzysztof Kamil Baczyński (1921-1944) (po kądzieli) —poeta (J zmartwychwstaniesz jak 
Bóg z grobu — z huraganowym tchem u skroni, — ramiona ziemi się przed tobą — otworzą. 
Ludu mój! Do broni!" — pisał po wybuchu powstania w getcie). śołnierz AK, zginął w 
powstaniu warszawskim. 
3. Michał Bałucki (1837-1901) — komediopisarz (m.in. Grube ryby, CięŜkie czasy), prozaik. 
Pod koniec Ŝycia zaczął epatować neofickim antysemityzmem. Popełnił samobójstwo. 
4. Leo Belmont (1865-1941) — znakomity tłumacz, takŜe prozaik, poeta, fraszkopisarz („JuŜ 
się taki urodził — Kto wszystkim dogodził"). 

background image

5. Henryk Biegeleisen (1855-1934) — historyk literatury, wydawca klasyki polskiej, takŜe 
etnograf i badacz medycyny ludowej. 
6. Roman Brandstaetter (1906-1987) — dramaturg, poeta („śołnierze grają w kości — O 
łachmany, o rzemyk od sandałów — i o całą wieczność"). Związany z ruchem katolickim, 
poświęcił się przede wszystkim tematyce religijno-moralnej. 
7. Jan Brzechwa (1900-1966) — autor ksiąŜek dla dzieci (m.in.: PodróŜe pana Kleksa, Na 
wyspach Bergamutach, Kaczka dziwaczka), satyryk, poeta, prezes ZAiKS. Autor wielu 
przekładów z języka rosyjskiego (Puszkin, Majakowski). 
8. Jan Samuel Chrzanowski (7-1688) i Zofia Anna Dorota Chrzanowska (?-ok. 1690) — 
bohaterscy obrońcy Trembowoli przed Turkami, za co zostali nobilitowani. Jan Samuel 
doszedł potem do godności podstolego smoleńskiego. 
9. Marek Edelman (ur. 1920) —jeden z przywódców powstania w warszawskim getcie. 
Kardiochirurg. Autor licznych relacji o powstaniu i Ŝyciu getta. 
10. Ludwik Ehrlich (1889-1968) — profesor prawa, wykładowca na uniwersytetach w 
(Mordzie i Berkeley, sędzia Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. 
11. Wilhelm Feldman (1868-1919) — pisarz, dramaturg, historyk literatury polskiej, rzecznik 
Młodej Polski. 
12. Grzegorz Fitelberg (1879-1953) — dyrygent i kompozytor. Zorganizował i prowadził do 
roku 1939 Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia. Profesor WyŜszej Szkoły Muzycznej i 
Państwowego Konserwatorium Muzycznego. 
13. Aleksander Ford (1908-1980) — reŜyser filmowy (m.in.: KrzyŜacy, Piątka z ulicy 
Barskiej). Dyrektor naczelny wytwórni „Film Polski". W roku 1969 wyemigrował z Polski. 
100 
14. Hipolit Gliwic — vide: masoni. 
15. Henryk Grynberg (ur. 1936) — pisarz (min.: śydowska wojna, Kadisz) i poeta („MoŜna 
by jeszcze jako tako Ŝyć — Gdyby nie to codzienne umieranie"). 
16. Ludwik Gumplowicz (1838-1909) — socjolog i prawnik, profesor uniwersytetu w Grazu. 
Autor tzw. teorii podboju. Zajmował się teŜ stosunkami polsko-Ŝydowskimi (obszerna praca: 
Prawodawstwo polskie względem śydów, 1867). 
17. Marceli Handelsman (1882-1945) — historyk, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, 
działacz Stronnictwa Demokratycznego. Podczas okupacji członek Armii Krajowej. 
Organizator tajnego nauczania. Współpracownik Biura Informacji i Propagandy AK. 
Wywieziony do Gross-Rosen. 
18. Marian Hemar (1901-1972) — satyryk, autor tekstów piosenek, poeta („Moją ojczyzną 
jest polska mowa, — Słowa wierszem wiązane. — Gdy umrę, wszystko mi jedno gdzie. — 
Gdy umrę, w niej pochowają mnie — Iw niej zostanę"). Na emigracji prowadził w Londynie 
własny teatr i współpracował z Radiem Wolna Europa. 
19.  Józef Hirszfeld (1884-1954) — mikrobiolog, immunolog i serolog. Wprowadził 
oznaczenia grup krwi, odkrył m.in. pałeczkę duru rzekomego C, dziedziczenie zróŜnicowania 
grupowego krwi. Pozostawił wspomnienia Historia jednego Ŝycia, z wstrząsającymi opisami 
Ŝ

ycia w getcie. 

20. Bruno Jasieński (1901-1939) — prozaik (min.: Palę ParyŜ), dramaturg (min.: Bal 
manekinów), poeta futurysta. 
21. Mieczysław Jastrun (1903-1983) — eseista, tłumacz, a przede wszystkim poeta („Kto 
przestrzeń moją przemierzył krokami, — Gdy kroków moich na ziemi nie było? — Pójdę 
trawami, popłynę kwiatami — Wić wieńce, jakich się jeszcze nie wiło"). 
22. Tomasz Jastrun (ur. 1950) — prozaik, poeta („Lecz młodzi wznoszą nowe kłamstwa — O 
małych oknach — Jeśli zajrzysz do środka — Zobaczysz jak gnije konieczność historyczna"). 
23. Ester Rachel Kamińska (1868-1925) — aktorka teatralna i filmowa. ZałoŜyła Teatr 
ś

ydowski w Warszawie, który nosi jej imię. Jej córką była wspaniała aktorka Ida Kamińska. 

background image

24. Jan Kiepura (1902-1966) (po kądzieli) — śpiewak (tenor), aktor. 
25. Julian Klaczko (1825-1906) — pisarz historyczny i polityczny (dramatyczna krytyka 
Bismarcka), krytyk literacki, poeta. Był takŜe posłem na sejm galicyjski. 
101 
26. Juliusz Kleiner (1866-1957) — historyk i teoretyk literatury, znawca romantyzmu 
polskiego. Popularyzował literaturę polską w Niemczech (Pol-nische Literatur, 1929). 
27. Janusz Korczak — vide: masoni. 
28. Aleksander Kraushar (1843-1931) — historyk (przede wszystkim popularyzator), 
publicysta, poeta (,,Nie bronią Ŝabie Ŝyć w biocie, — A myszy, myszą być polną... — Mnie 
tylko, nędznej istocie — Polakiem zostać... nie wolno!"). 
29. Leopold Kronenberg (1812-1878) — finansista i przemysłowiec. Popierał powstanie 
styczniowe. ZałoŜył Towarzystwo Fabryk Cukru i Towarzystwo Kopalń Węgla i Zakładów 
Hutniczych. Sfinansował powstanie Szkoły Handlowej w Warszawie. 
30. Ludwik Landau (1901-1944) — historyk gospodarki polskiej, ekonomista i statystyk. 
Dokonał pierwszych obliczeń dochodu narodowego Polski. Członek Armii Krajowej. 
Zamordowany przez Niemców. 
31. Wanda Landowska (1877-1959) — pianistka i klawesynistka, autorka wielu 
podręczników interpretacji muzyki dawnej. 
32. Antoni Lange (1863-1929) — poeta tworzący w stylistyce młodopolskiej, znakomity 
tłumacz poezji francuskiej. Zajmował się teŜ stosunkami polsko-Ŝydowskimi (m.in.: O 
sprzecznościach sprawy Ŝydowskiej, 1911). 
33. Bolesław Leśmian (1878-1937) —jeden z największych poetów polskich. 
34. Herman Lieberman (1870-1941) — polityk, socjalista. Poseł na Sejm II Rzeczypospolitej. 
Sądzony w procesie brzeskim. Minister sprawiedliwości w rządzie generała Władysława 
Sikorskiego na obczyźnie. 
35.  Adam Mickiewicz (1798-1855) (po kądzieli) — przedstawiać nie trzeba. 
36. Stefan Artur Nacht-Samborski (1898-1974) — malarz, profesor Akademii Sztuk 
Pięknych. Szykanowany w okresie stalinowskim. UwaŜa się, Ŝe na jego oryginalną twórczość 
wpływ wywarły przede wszystkim tradycje niemieckiego ekspresjonizmu i polskiego 
kapizmu. Jeden z najbardziej cenionych na świecie artystów polskich. 
37. Tadeusz Peiper (1891-1969) — teoretyk poezji i poeta. Ideolog polskiej awangardy 
poetyckiej. Wydawca i redaktor „Zwrotnicy". 
38. Jerzy Petersburski (1897-1979) — kompozytor piosenek, z których wiele uzyskało 
ś

wiatowe powodzenie (Tango Milonga, Nie ja, nie ty, wyko- 

102 
nywane m.in. przez Edith Piaf). Współpracował z licznymi kabaretami polskimi i 
południowoamerykańskimi. 
39. Roman Polański (ur. 1935) — reŜyser filmowy (m.in.: NóŜ w wodzie, Matnia, Dziecko 
Rosemary, Chinatown, Lokator, Tess, Pianista - nagroda Oskara) i okazyjnie teatralny, 
niekiedy aktor. NajwyŜej ceniony na świecie filmowiec polski. 
40. Izrael Poznański (1833-1900) — przemysłowiec, współtwórca przemysłowej Łodzi, 
fundator szpitali, budowniczy rodzinnych pałaców, będących dzisiaj ozdobą miasta. 
41. Jan Reychman (1910-1975) — historyk, orientalista, hungarysta, profesor Uniwersytetu 
Warszawskiego. ZałoŜyciel pierwszej w Polsce katedry filologii węgierskiej (Uniwersytet 
Warszawski), autor Historii Turcji, interesował się teŜ dziejami Podhala i północnej Słowacji. 
42. Jan Bogumił Rosen (1854-1936) — malarz, tworzył sceny batalistyczne przede wszystkim 
z okresu wojen napoleońskich i powstania listopadowego. Odznaczony francuskim KrzyŜem 
Legii Honorowej. 

background image

43. Artur Rubinstein (1887-1982) —jeden z najwybitniejszych pianistów XX stulecia. 
Wybitny odtwórca dzieł Fryderyka Chopina. Popularyzował takŜe muzykę Karola 
Szymanowskiego. 
44. Artur Sandauer (1913-1989) — eseista, tłumacz, poeta, krytyk literacki, nawet biblista. 
Wielką jego zasługą było przywrócenie literaturze polskiej Witolda Gombrowicza i Brunona 
Schulza. Jako prozaik jest autorem dwóch znakomitych ksiąŜek Śmierć librerata i Zapiski z 
martwego miasta. 
45. Bruno Schultz (1892-1942) — pisarz, rysownik. Chagall polskiej literatury. Sklepy 
cynamonowe czy Sanatorium pod klepsydrą to literatura wspaniała, a jednocześnie całkowicie 
oryginalna. „Czy zauwaŜyliście, Ŝe między wierszami pewnych ksiąŜek przelatują tłumnie 
jaskółki, całe wersety drgających, spiczastych jaskółek? NaleŜy czytać z lotu tych ptaków..." I 
tak teŜ naleŜy czytać Schultza — komentuje Piotr Kuncewicz. Schultz został zastrzelony 
przez Niemców na ulicy Drohobycza. 
46. Piotr Skrzynecki (1930-1997) — reŜyser, filozof bez teki, postać, jakiej juŜ nie będzie. 
WspółzałoŜyciel i wieloletni szef „Piwnicy pod Baranami". Spod jego skrzydeł wyszli m.in.: 
Ewa Demarczyk, Zbigniew Wodecki, Grzegorz Turnau, Jacek Wójcicki, Anna Szałapak... Ja 
teŜ w jakiejś mierze. 
47. Antoni Słonimski — vide: masoni. 
103 
48. Stanisław Stroński (1882-1955) — prawicowy polityk związany ze Stronnictwem 
Chrześcijańsko-Narodowym. Poseł na sejm galicyjski, a później Sejm II Rzeczypospolitej. 
Wiceminister rządu emigracyjnego. 
49. Julian Stryjkowski (1905-1996) — pisarz (Głosy w ciemności, Austeria). StraŜnik 
pamięci małych Ŝydowskich miasteczek. RównieŜ poeta. „Nasze Ŝycie jest wędrówką — 
poprzez ciemność, poprzez noc — My szukamy sobie przejścia — W niebo, gdzie nie świeci 
nic". 
50. Władysław Szlengel (ok. 1910-1943) — polskojęzyczny poeta warszawskiego getta, który 
prawie do końca chciał wierzyć, Ŝe godnością ludzką i kpiną moŜna przezwycięŜyć piekło. 
„WłoŜę cylinder, — smoking załoŜę, 
— krawat z rozmachem... — włoŜę cylinder, — smoking załoŜę, — pójdę na wachę. — 
ś

andarm zdębieje, — Ŝandarm się zlęknie, — moŜe się schowa... 

— moŜe pomyśli, — moŜe pomyśli, — Ŝe ktoś zwariował". Ale Ŝandarm zagłady, choć 
zwariował, nie ustąpił. Została więc tylko ta strofa: „Warszawo... 
— odezwij się... czekam..." 
51. Władysław Szpilman (1911-2000) — kompozytor, pianista. Autor muzyki wielu polskich 
przebojów (Nie wierzę piosence, Tych lat nie odda nikt). Autor wspomnień, które stały się 
kanwą scenariusza filmu Romana Polańskiego Pianista. 
52. Władysław Tatarkiewicz (1886-1980) — filozof estetyk i historyk filozofii, profesor 
uniwersytetów w Wilnie, Warszawie, Poznaniu. Z jego Historii filozofii uczy się do dzisiaj 
kaŜdy polski student. 
53. Stefan Themerson (1910-1988) — człowiek renesansu: prozaik, poeta, fotograf, 
filmowiec, architekt, plastyk. Bardziej znany w Stanach Zjednoczonych i zachodniej Europie 
niŜ w Polsce. 
54. Krzysztof Teodor Toeplitz (ur. 1933) — publicysta, znawca polityki i kultury masowej, 
spadkobierca rodu, który sam wspaniale opisał (Rodzina Toeplitzów, 2004). Niezrównany 
felietonista. 
55. Julian Tuwim (1894-1953) — poeta. Przedstawiać nie trzeba. Więc tylko jeden cytat 
ulotny: „Zacietrzewiona w głupiej złości — Z byle redakcji byle gnida, — Co w mojej 
Poetyckiej Mości — Umiała dostrzec tylko śyda..." 

background image

56. Henryk Wars (1902-1977) — kompozytor, popularyzator jazzu. Autor licznych przebojów 
(Zimny drań, Umówiłem się z nią na dziewiątą, Czy tutaj mieszka panna Agnieszka). Po 
wyjeździe z Polski w roku 1947 komponował piosenki, m.in. dla Doris Day, Brendy Lee etc. 
104 
57. Wojciech Wasiutyński (1910-1998) (po kądzieli) —jeden z najbardziej zaŜartych polskich 
antysemitów. Redaktor Jutra", „Sztafety", „Szczerbca" etc. Członek Obozu Wielkiej Polski, 
MłodzieŜy Wszechpolskiej, kierownictwa Obozu Narodowo-Radykalnego „Falanga". Jego 
rzeczywistą genealogię, którą starannie ukrywał, wydobyły na światło dzienne „Wiadomości 
Literackie". 
58. Aleksander Wat (1900-1967) — poeta, w młodości futurysta, prozaik (m.in. Bezrobotny 
Lucyfer). Przed wojną komunista, po wojnie antykomu-nista. W roku 1977 ukazał się 
monumentalny Mój wiek. Pamiętnik mówiony, spisany przez Czesława Miłosza. 
59. Henryk Wieniawski (1835-1880) — wirtuoz skrzypcowy, kompozytor. W latach 
siedemdziesiątych XIX w. uznawany za najlepszego skrzypka na świecie. W jego twórczości 
kompozytorskiej Ŝywe były tradycje polskie (dwa polonezy koncertowe, mazurki opus 12 i 
19, dwa kujawiaki). Od roku 1935 odbywa się co pięć lat międzynarodowy konkurs 
skrzypcowy jego imienia. 
60. Tadeusz śeleński-Boy (1874-1941) — lekarz, tłumacz literatury francuskiej, krytyk 
teatralny i literacki, satyryk, poeta, członek Polskiej Akademii Literatury, kawaler francuskiej 
Legii Honorowej, działacz społeczny (propagator świadomego macierzyństwa, walczył o 
wprowadzenie ślubów cywilnych). Największą sławę przyniosły mu jednak Słówka, z 
których wiele wersów weszło do obiegowego języka polskiego („W tym największy jest 
ambaras.. ." etc). Zamordowany przez hitlerowców we Lwowie. 
* * * 
AŜ strach pomyśleć, jak by wyglądała kultura polska bez śydów i masonów. A dodajmy, Ŝe 
Mateusz Mieses — wybitny znawca tematyki — uwaŜa, Ŝe po kądzieli Ŝydowskiego 
pochodzenia byli takŜe Fryderyk Chopin (podzielał to zdanie Antoni Lange) i Juliusz 
Słowacki (co za udowodnione uwaŜał Adolf Nowaczyński). Gdybyśmy dodali Polaków 
pochodzenia rosyjskiego czy rusińskiego, niemieckiego, ormiańskiego, litewskiego... i jeszcze 
ateistów, protestantów, prawosławnych... okazać by się mogło, Ŝe „prawdziwi Polacy"-
katolicy nie grają bynajmniej wśród mistrzów kultury narodowej pierwszorzędnych ról. Nie 
ma w tym zresztą niczego wyjątkowego. Przykładowo: wśród wielkich twórców kultury 
francuskiej roi się od imigrantów, Francuzów w pierwszym lub drugim pokoleniu. 
KrzyŜowanie się tradycji, spojrzeń na świat, wartości wydawało zawsze obfite owoce. I 
przeciwnie — 
105 
jednolitość narodowo-religijno-kulturowa najczęściej ulegała wyjałowieniu. Są to jednak 
truizmy, nad którymi — jak nad kaŜdą oczywistością — nie warto się rozwodzić. Warto 
natomiast zwrócić uwagę na to, co przemilczane i zapomniane. 
Podczas polskich defilad wojskowych i oficjalnych uroczystości grane są dzisiaj z reguły 
melodie trzech symbolicznych pieśni. Rozbrzmiewają: Mazurek Dąbrowskiego, podniesiony 
do godności hymnu państwowego, Warszawianka i My, Pierwsza Brygada. Mazurek 
przyniosły legiony Jana Henryka Dąbrowskiego, Warszawiankę — powstanie listopadowe, 
Pierwszą Brygadę — legiony Józefa Piłsudskiego. Splata się pamięć trzech 
niepodległościowych zrywów, które, bez względu na ich wyniki, kładły podwaliny pod 
poczucie toŜsamości i świadomość narodową Polaków. Tymczasem, co moŜna wykazać za 
pomocą najbardziej elementarnej statystyki, wśród aktorów wszystkich tych trzech wydarzeń 
dziejowych występuje niezwykle wysoka, nieproporcjonalna do ich udziału w ogóle 
społeczeństwa, liczba zaangaŜowanych, którzy byli, lub później zostali, członkami lóŜ 
masońskich. O czym to świadczy? — MoŜe jednak o tym, Ŝe masoneria polska, choć 

background image

antyklery-kalna, była, przynajmniej od początków XIX w., podporą ruchów wolnościowych i 
niepodległościowych. Akurat odwrotność „niszczenia tradycji i pamięci ojców naszych". 
Gorzej jeszcze. W kluczowych momentach historii często właśnie obywatele pochodzenia 
Ŝ

ydowskiego rozpalali ledwie się juŜ tlący ogień patriotyzmu. ZauwaŜył to Adolf 

Nowaczyński i napisał pogardliwie o „neofityzmie". 
W historii nie liczą się jednak powikłania psychologiczne czy genealogiczne jednostek, ale 
intencje i społeczne skutki ich działań. Ten rudymentarny rozdźwięk między patriotycznym 
rozsądkiem a ideologicznym nacjonalizmem ilustruje w pełni anegdota ze wspomnień 
Antoniego Słonimskiego. Zanim ją zacytujemy, drobna uwaga. Nazwiska pochodzące nie od 
dworów i dóbr, ale miasteczek i miast, typu: Warszawski, Poznański, Rąjgrodzki, 
powszechnie były uznawane w Polsce za Ŝydowskie. Słonim jest to zaś miasteczko w dolinie 
Szczwary (dopływ Niemna), od końca XVI w. siedziba sądów ziemskich, od lat trzydziestych 
XVII w. sejmików generalnych, w latach międzywojennych naleŜące do Rzeczypospolitej. 
Teraz moŜemy juŜ przejść do rzeczy. Pisze Słonimski: „Pierwszy emisariusz z kraju [Jan 
Karski „Witold" - L.S.], którego przyjął Stroński, ówczesny minister informacji, był po- 
106 
wściągliwy, powaŜny, przypominał postacie grottgerowskich patriotów, romantyczne 
fotografie powstańców z lat sześćdziesiątych. Głównym tematem narady była sprawa audycji 
radiowych. Co nadawać do kraju? Stroński postulował pierwszeństwo informacji wojennych. 
Ludzie w kraju słuchają radia z naraŜeniem Ŝycia, nie ma sensu grać im pieśni patriotycznych 
lub deklamować wierszyki. Karski odpowiedział, Ŝe decyzja jest słuszna, ale jeśli chodzi o 
poezję, to niecałkowicie się zgadza, gdyŜ mają one wpływ mobilizujący, zwłaszcza gdy 
chodzi o taki na przykład wiersz jak ten, którego autor jest tu między nami. KaŜdy wziął tę 
uwagę do siebie, Stroński, chcąc być dowcipnym, dodał: »To są dla nas a-1-a-r-m-u-j-ą-c-e 
wiadomości«. Karski odpowiedział spokojnie: »Tak, chodzi mi o Alarm Antoniego 
Słonimskiego«. Muszę przyznać, Ŝe choć jestem, i juŜ wtedy byłem starym draniem, coś 
ś

cisnęło mnie za gardło [...]. Doszły do mnie wieści, Ŝe na koncertach Ŝołnierskich Alarm jest 

wykonywany bez wymienienia mojego nazwiska. Zainterpelowałem w tej sprawie oficera 
oświatowego, który odpowiedział mi z pewnym zakłopotaniem: »Tak, istotnie. Wiersz jest 
bardzo ładny. Tylko nazwisko trochę kontrowersyjne i to psuje nastrój«. Zaimponowała mi 
szczerość tej odpowiedzi..." 
Mnie teŜ, gdyŜ w naszym dzisiejszym poprawnym dyskursie politycznym czy teŜ kulturalnym 
tego typu weredyzm jest juŜ wykluczony. Aczkolwiek robi się dokładnie to samo. Dobiera się 
treści, buduje z nich laurkowe podręczniki i tylko sens ludzkich zaangaŜowań zanika. Mało 
tego. W imię wielkiej i niesłychanej czystości narodowej odmawia się bohaterom sporów 
prawa do intymnych biografii. JakąŜ wściekłość Pigonia (i nie tylko jego) wywołały ongiś 
dokumenty o Ŝydowskim pochodzeniu Mickiewicza! Śmieszność nacjonalistycznych 
paroksyzmów? — AleŜ skądŜe. W ostatnich latach powtórzyło się to samo na temat 
Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Dowiadujemy się dzisiaj nagle o „chrześcijańskim 
natchnieniu" Herberta, Kisielewskiego, ba! nawet Tyrmanda. To śliczne, ale wszystkiego nie 
da się upchać do prawdziwie polskiej szufladki. I śydzi, i masoni, i wszelkiego innego 
rodzaju cykliści w kulturze polskiej pozostaną, a bez nich z tej kultury pozostanie Ŝałosny 
ogryzek. 
I jeszcze jedno. W wizji polskich antysemitów śyd moŜe się przechrzcie, uzyskać godności 
kościelne, stać się nawet antysemitą — i tak jednak pozostanie śydem. Z masonami jest 
podobnie, tyle Ŝe tym razem nie podług czyjejkolwiek wizji, ale ich własnego zobowiązania i 
przysięgi. Mason moŜe się 
107 
„uśpić", czyli zrezygnować z czynnego udziału w Ŝyciu loŜy, nie oznacza to jednak, Ŝe 
masonem być przesta! i nie obowiązuje go juŜ lojalność wobec współbraci. Innymi słowy, 

background image

ś

ydów i masonów pozbyć się nie da. DuŜo lepiej (dla kultury narodowej takŜe) jest się z ich 

obecnością pogodzić. Choćby to nawet było kontrowersyjne, niechaj nie psuje nastroju. 
XI JESZCZE O śYDACH 
Do listy najbardziej znanych spośród zasłuŜonych dla kultury narodowej Polaków 
pochodzenia Ŝydowskiego dodać trzeba swoisty aneks. Antysemityzm, nie tylko zresztą 
polski, opiera się bowiem na niezawodnej zasadzie „nie kijem go, to pałką". Wykaz taki dla 
jednych będzie miał — Ŝywię taką nadzieję — pozytywny wydźwięk. Innym posłuŜyć jednak 
moŜe natychmiast jako argument dla podtrzymania i podbudowania innego spetryfikowanego 
mitu dotyczącego współobywateli o Ŝydowskich korzeniach. Mitu o uprzywilejowaniu i 
bogactwie śydów, który skutecznie wykorzystywała antysemicka propaganda przed rokiem 
1939, a który pokutuje do dzisiaj. W kaŜdej grupie społecznej, narodowościowej czy religijnej 
są zarówno elity, jak i niziny i męty. JednakŜe tylko w przypadku polskiej społeczności 
Ŝ

ydowskiej mieliśmy (i po części nadal mamy) do czynienia z rzutowaniem na całość 

tendencyjnie wybranego społecznego wyrywka. 
ś

ydzi polscy okresu międzywojennego to, podług prawicowych gazetek, fabrykanci-

krwiopijcy, handlarze, bankierzy, sklepikarze, wreszcie — co prowadzi wręcz do 
rozgrzeszania numerus clausus na wyŜszych uczelniach — zabierający najlepiej płatne 
posady rodowitym Polakom adwokaci, urzędnicy itp. Warto więc przyjrzeć się elementarnym 
faktom. W 1935 r. mieszkało w granicach Rzeczypospolitej mniej więcej 3,5 miliona 
obywateli wyznania mojŜeszowego, co stanowiło 9,8% ogółu ludności (dla porównania 
prawosławnych było 11,8%). Co czwarty śyd polski mieszkał w jednym z pięciu miast: 
Warszawie, Łodzi, Wilnie, Krakowie i Lwowie. Wśród pozostałych równieŜ przewaŜała 
ludność miejska (ponad 60% w miastach powyŜej 20 tysięcy 
109 
mieszkańców). Bardzo duŜy odsetek — tam przede wszystkim odnajdujemy Ŝydowskich 
mieszkańców małych osiedli i wsi — koncentrował się na ziemiach tak zwanej Polski „B", 
czyli najbardziej zacofanych gospodarczo i najuboŜszych obszarach kraju. Minimalny procent 
stanowili natomiast śydzi w województwach najbogatszych (poznańskie — 0,3%, pomorskie 
— 0,3%, śląskie — 1,5%). O ile w małych miasteczkach głównym zajęciem śydów 
pozostawały tradycyjnie: rzemiosło, drobny handel, chałupnictwo, o tyle w duŜych i wielkich 
miastach gros czynnych zawodowo stanowili robotnicy przemysłowi, przewaŜnie średnich i 
małych zakładów. O poziomie ich zarobków niech świadczy fakt, iŜ w 1929 r. 46% w 
Warszawie i aŜ 53% w Łodzi musiało być zwolnionych ze składek na rzecz gminy 
wyznaniowej, a dalszych 31% stać było na zapłacenie rocznie zaledwie 5-20 zł. „80% 
ludności Ŝydowskiej — pisze Szyja Bronsztejn — stanowiła biedota. Oczywiście w tych 
warunkach ani dary krewnych z zagranicy, sięgające kilkudziesięciu milionów dolarów 
rocznie, ani pomoc zagranicznych organizacji charytatywnych, jak równieŜ rozwijająca się 
stale Ŝydowska spółdzielczość kredytowa nie mogły w istotny sposób polepszyć materialnej 
sytuacji tej ludności. Pierwsze lata kryzysu spotęgowały pauperyzację śydów. Nasilenie 
bezrobocia było wśród nich większe aniŜeli u pozostałej ludności. Udział bezrobotnych w 
ogólnej liczbie robotników nieŜydowskich, według danych spisu z 1931 г., wynosił 21,1%, 
wśród robotników śydów 28,2%. NaleŜy przy tym wskazać, Ŝe bezrobotni, zatrudnieni 
uprzednio w przedsiębiorstwach państwowych, stanowili obiekt zainteresowania i opieki ze 
strony państwa, natomiast bezrobotni śydzi, których gros rekrutowało się z małych 
przedsiębiorstw, pobawieni byli zasiłków, gdyŜ ubezpieczenie ustawowe obejmowało tylko te 
osoby, które pracowały w przedsiębiorstwach liczących powyŜej 5 robotników. W handlu 
spadała liczba hurtowni i półhurtowni, które przekształciły się w sklepy detaliczne, ilość zaś 
tych ostatnich zmalała na skutek degradacji części ich właścicieli do roli sprzedawców 
ulicznych. Zjawisko to, znane z okresu wojny światowej, w czasie kryzysu znowu przybrało 
na sile. Wśród sprzedawców ulicznych dominują śydzi. Jak wykazały badania ankietowe, w 

background image

Warszawie stanowili oni połowę sprzedawców Ŝywności, 90% galanterii i jedną piątą 
sprzedających inne artykuły. Los tych ludzi nie odbiegał znacznie od losu bezrobotnych. Jeśli 
bowiem mediana miesięcznych wydatków na jednostkę konsumpcyjną u tych ostatnich 
wynosiła 25 zł miesięcznie, to u sprzedawców 
110 
ulicznych nie o wiele więcej, bo zaledwie 30 zł. Badania ankietowe przeprowadzone przez R. 
Maniera wśród Ŝydowskich sprzedawców obwarzanków wykazały, Ŝe ich dzienny zarobek 
wahał się przeciętnie w granicach od 1,5 do 2 zł". Innymi słowy, gdyby ówŜe sprzedawca 
obwarzanków miał jedną choćby osobę na utrzymaniu, wydatki na jednostkę konsumpcyjną 
wyniosłyby w jego przypadku między 19 a 25 zł, czyli mniej niŜ u bezrobotnego. Gdyby z 
kolei podobnych, Jiandlarzy" wliczyć do bezrobotnych, stopa zjawiska przekroczyłaby dla 
ś

ydów 35%! Nędza. Oczywiście, wrogo zakodowani nie uwierzą jakiemuś Szyi 

Bronsztejnowi. Oddajmy więc głos świadkowi, którego słów nie odwaŜą się, tak się 
przynajmniej wydaje, podwaŜać. Pisze (Światpowojenny i Polska. Warszawa 1931, s. 322) 
Roman Dmowski: „Małomiasteczkowy śyd w Polsce popada w coraz większą nędzę. Na to 
biadanie nie zwracano u nas uwagi. Mało kto prasę Ŝydowską czyta, a jeŜeli dochodziło ono 
czasami do mas polskich, nie robiono sobie z tego wiele. Tym razem jednak skargi te mają aŜ 
nadto powaŜną podstawę. Szybkie zuboŜenie zawsze zresztą ubogiego małomiasteczkowego 
ś

yda w Polsce jest niezbitym faktem [...]. Mały wszakŜe śyd, biedny, staje się coraz 

biedniejszym, popada w coraz straszliwszą nędzę". Cytat ten, wbrew pozorom, nie wystawia 
Romanowi Dmowskiemu najlepszego świadectwa. Trzeba bowiem osobliwej schizofrenii, by 
jednocześnie dostrzegać nędzę Ŝydowskich mas i dalej upatrywać w samym ich istnieniu 
zagroŜenia dla „Ŝywiołu polskiego". Z tym Ŝe sama obserwacja jest prawdziwa i na pewno 
moŜe być rozszerzona. Ogromna większość ludności Ŝydowskiej w II Rzeczypospolitej, nie 
tylko w małych miasteczkach, Ŝyła w ubóstwie. Na jednego Poznańskiego przypadało w 
Łodzi kilkadziesiąt tysięcy Ŝydowskich lumpenproletariuszy. 
Nie mogąc zatuszować tego faktu, endecy często straszyli z kolei rozrodczością śydów, 
która—przewyŜszając słowiańską — doprowadzić w końcu miała do zmiany proporcji 
demograficznych na polsko-katolicką niekorzyść. Obiektywne dane statystyczne i temu 
zaprzeczają. „Rodność" (cóŜ za paskudne słowo!) śydów była niŜsza niŜ ich aryjskich 
sąsiadów, a co za tym idzie — niŜszy był równieŜ (i systematycznie spadający) przyrost 
naturalny. Wpływało na to: „większe zurbanizowanie tej ludności przy równocześnie szybko 
postępującym procesie uwalniania się od wpływów tradycjonalnych oraz zuboŜenie szerokich 
rzesz tej populacji". Dodajmy, Ŝe to właśnie ta ostatnia okoliczność miała tu najwaŜniejsze 
znaczenie. Bronsztejn przytacza interesujące 
111 
amerykańskie zestawienie dotyczące emigracji. „W 1900 г., gdy przeciętny emigrant 
przywoził ze sobą do Stanów Zjednoczonych $ 15,81, przybysz Ŝydowski posiadał tylko $ 
8,68. Przed wojną kwoty te wzrastają i wynoszą odpowiednio $ 35,19 i $ 22,77. Jednak i 
wtedy odsetek Polaków nie posiadających przy wjeździe do USA Ŝadnych pieniędzy wynosił 
21,6%, wśród śydów — 53,1%!" Tyle o powszechnym Ŝydowskim bogactwie. 
A uprzywilejowanie? Ów „Ŝydowski raj", o którym rozpisują się prawicowe pisemka? 
Naciskanie na ową emigrację, do której —jak widać — byli śydzi kompletnie 
nieprzygotowani, stanowiło element oficjalnej polityki polskiej . „Oczywiście — pisze Ezra 
Mendelsohn — problem polegał na tym, Ŝe nie wiedziano, dokąd śydzi mogliby wyruszyć. 
Rząd polski robił, co tylko mógł, Ŝeby złagodzić sprzeciw Brytyjczyków wobec emigracji do 
Palestyny i jeśli syjonizm oznaczał emigrację Ŝydowską do tego kraju, nikt nie był bardziej 
syjonistyczny niŜ polscy przywódcy końca lat trzydziestych. Polska dołączyła sprawę 
emigracji Ŝydowskiej do swych Ŝądań dotyczących kolonii zamorskich. Tak więc w 1936 r. 
zaproponowano Madagaskar jako dogodny i obiecujący teren do osiedlenia polskich śydów". 

background image

Wizję Madagaskaru wzięła prawica najzupełniej na serio. Wprawdzie Klaudiusz Hrabyk 
ubolewał, iŜ: „Hasło zlikwidowania sprawy Ŝydowskiej za pomocą fizycznego usunięcia 
ś

ydów z Polski teoretycznie jest słuszne, ale zdajemy sobie sprawę chyba wszyscy, Ŝe jest 

niewykonalne na krótkiej przestrzeni czasu". Odpowiadał mu jednak Władysław Gizbert-
Studnicki, Ŝe przecieŜ jest to tylko kwestia woli politycznej, albowiem: „MoŜna wziąć się do 
nich, nie podniosą gwałtu na cały świat, gdyŜ w Niemczech hitlerowskich otrzymują gorsze 
cięgi". JednakŜe nie nacisk emigracyjny był dla śydów najdotkliwszy. O wiele większym 
problemem były kolejne akcje dyskryminacyjne, od numerus clausus i „getta ławkowego" 
począwszy, po bojkot gospodarczy. Ten ostatni zalegalizował poniekąd w roku 1936 premier 
Felicjan Sławoj-Składkowski, rzucając słynne hasło: „Walka ekonomiczna i owszem". Po 
latach tak się z niego tłumaczył (Nie ostatnie słowo oskarŜonego. Londyn 1964, s. 225-226): 
„Miałem jasną i wyraźną kartę w sprawie Ŝydowskiej, tępiąc bicie śydów, jako rzecz 
niegodną Polski. Jej kultury i równości wszystkich obywateli. Było co tępić w chwili objęcia 
przeze mnie urzędowania. Z Niemiec zaciągnięty został do Polski antysemityzm w 
najgorszym, najgłupszym stylu: bicia śydów i przypisywania im wszystkich braków i błędów 
naszego Ŝycia państwowego. To- 
112 
teŜ w pierwszym moim przemówieniu sejmowym, jako premier po napiętnowaniu 
barbarzyństwa załatwiania spraw przez pogromy, wskazałem drogę współzawodnictwa 
handlowego i przemysłowego dla tych, którzy chcą zwalczać śydów, mówiąc: — Walka 
ekonomiczna i owszem". JeŜeli takie były rzeczywiście intencje Sławoja-Składkowskiego, to 
zostały one w znacznej mierze wynaturzone. „Bojówki entuzjastów antysemityzmu 
nawiedzały targowiska polskich miast i wsi, i ostrzegały chrześcijan, Ŝeby nie zawierali 
transakcji z kupcami Ŝydowskimi. Za nimi stał dobrze zorganizowany ruch, którego trzon 
stanowili narodowi demokraci; wspierały go rozmaite organizacje zawodowe kupców i 
rzemieślników. Chrześcijańscy przedsiębiorcy otrzymali specjalne oznaki potwierdzające ich 
»aryjskość«, które umieszczano na widocznym miejscu. Chrześcijanie znajdowali się pod 
naciskiem (nie zawsze łagodnym), wymuszającym, by nie prowadzili interesów z firmami 
Ŝ

ydowskimi, nie kontaktowali się z Ŝydowskimi pośrednikami, nie wynajmowali mieszkań 

ś

ydom. Prasa prawicowa często publikowała nazwiska tych, którzy nie przyłączyli się do 

bojkotu. Tak więc w 1937 r. »Warszawski Dziennik Narodowy« informował czytelników, Ŝe 
niejaki von Richwald zakupił radio w sklepie Ŝydowskim w Wielkopolsce i Ŝe urzędnik 
państwowy z Radomia jechał Ŝydowską doroŜką" (Mendelsohn). 
Nie aspekt ekonomiczny istotny jest jednak w wyjaśnieniach Sławoja--Składkowskiego. DuŜo 
waŜniejsze było to, iŜ sam szef rządu oficjalnie przyznawał, Ŝe w II Rzeczypospolitej na 
porządku dziennym było bicie śydów i miały miejsce pogromy, czemu uparcie zaprzecza 
dzisiaj część polskiej prawicy. Jakub Leszczyński wyliczył, Ŝe w latach 1935 i 1936 w 
wyniku zajść antysemickich rannych zostało co najmniej (tyle jest przypadków 
udokumentowanych, czyli na pewno nie jest to lista pełna) 1289 śydów. O obiektywizmie i 
powściągliwości Leszczyńskiego niech świadczy fakt, Ŝe nie wspomina on o ofiarach 
ś

miertelnych, choć były takie w przypadku pogromów w Grodnie (w roku 1935), Wilnie 

(1935), Mińsku Mazowieckim (1936) czy Przytyku (1936), gdyŜ nie jest w stanie z pewnością 
stwierdzić, czy zejście nastąpiło bezpośrednio w wyniku działań pogromowców, czy w 
wyniku późniejszych powikłań. U. Trunk szacuje jednak Uczbę zabitych (w latach 1935-
1938) na około 30--40 osób, mniej wiarygodny Hillel wzmiankuje „co najmniej 
osiemdziesiąt". Zbrodnicze to zdziczenie w duŜej części przypadków pozostawało bezkarne, 
najczęściej z powodu „braku wiarygodnych świadków", lub, szczególnie w mniejszych 
ośrodkach, skandalicznej stronniczości sędziów. 
113 

background image

I tak dochodzimy do sprawy w tym aneksie ostatniej. Stanisław Michalkie-wicz (Studia nad 
Ŝ

ydofilią. Warszawa 2003), nie pierwszy i nie ostatni, przywołuje pojęcie „Ŝydokomuna". W 

KPP śydzi mieli znaczący udział, oznacza to więc, Ŝe skłaniali się jako całość ku 
komunizmowi. Daj BoŜe zdrowie naszym gimnastykom intelektu. Ten sam Michalkiewicz w 
innym kontekście stwierdza bowiem (i słusznie tym razem), Ŝe KPP była partią marginalną. 
CóŜ więc znaczy, choćby i znaczny, margines marginesu? WłóŜmy Drakulę „Ŝydokomuny" 
między bajki. Natomiast, nie było tu wyboru, JEDYNĄ partią, która (zresztą nie zawsze i nie 
do końca) potępiała antysemicki rasizm, była Polska Partia Socjalistyczna. Do jakich drzwi 
mieli więc pukać opuszczeni i zagroŜeni proletariusze Ŝydowscy? Gdzie mieli się udać? 
Oprócz marginalnej, jako się rzekło, KPP pozostawały (nie licząc ortodoksyjnych ugrupowań 
religijnych) dwie moŜliwości: syjonizm albo socjalizm. W tym drugim przypadku albo polski 
PPS, albo bliŜszy kulturowo Bund. Pisze Marek Edelman: „Bund był partią polityczną, partią 
niepokoju moralnego. Ale jego największa zasługa polegała na tym, Ŝe przywrócił godność 
osobistą śydom, pozbawionym w imperium rosyjskim wszelkich praw. Przeciwko 
motłochowi, który urządzał pogromy, przeciw brutalnej i współdziałającej z mo-tłochem 
policji zorganizował druŜyny samoobrony. Organizował strajki i manifestacje. Masowo 
napływali do niego ludzie, póki nie został zlikwidowany przez bolszewików. Ale przetrwał w 
Polsce. Bundowcy nie czekali na Mesjasza ani nie zamierzali wyjeŜdŜać do Palestyny. 
UwaŜali, Ŝe Polska to jest ich kraj, i bili się o Polskę socjalistyczną, sprawiedliwą, w której 
kaŜda narodowość — Polacy, śydzi, Ukraińcy i Niemcy — miałaby kulturalną autonomię, w 
której prawa mniejszości byłyby zagwarantowane". I rzeczywiście, w latach 1935-1938 
zaczął Bund osiągać status partii masowej, choć tępiony był za Ŝydostwo i za lewicowość 
jednocześnie — dwoje złego na jednego. W tym czasie KPP liczyła (to moŜe jedna z 
najtrudniejszych rzeczy do policzenia we współczesnej historii Polski — tak dane zostały 
zafałszowane) około 10-40 tysięcy członków. W tym 40-45% śydów. Około 4-20 tysięcy 
ś

ydów na 3,5 miliona. W najlepszym przypadku 0,5%, a w stosunku do całej ludności kraju 

— 0,05%. Oto legendarna potęga Ŝydokomuny. Nieproporcjonalny do tych wskaźników nie 
jest udział śydów w handlu czy krawiectwie polskim, ale wkład, jaki — przy wszystkich 
przeszkodach — wnieśli do polskiej kultury narodowej. Zresztą kultura polska teŜ Ŝydowską 
wzbogacała. Ale to juŜ zupełnie inny temat. 
114 
XII POWSTANIE STYCZNIOWE 
Nikt juŜ dzisiaj powaŜnie nie dyskutuje o szansach powodzenia powstania styczniowego. Nie 
miało ich najmniejszych, ze względów nie tylko militarnych i logistycznych, ale takŜe 
politycznych i geopolitycznych. W sumie — na płaszczyźnie społeczno-politycznej 
przyczyniło się tylko do zrujnowania planów autonomii polskiej, o którą zabiegał margrabia 
Aleksander Wielopolski, i przekreślenia wszystkich jego dotychczasowych w tej mierze 
osiągnięć. Równym truizmem jest przypominanie, Ŝe powstanie nie pociągnęło za sobą 
szerokich mas ludowych, a wręcz przeciwnie — spotkało się z ich strony z nieufnością, a 
czasami wręcz z czynną wrogością, co dramatycznie opisał Stefan śeromski w Rozdzióbią 
nas kruki, wrony czy w Wiernej rzece. Nawet hura-patriotka Maria Konopnicka (pod 
pseudonimem Jan Sawa) podsumowała je tragicznymi wersami: 
„Wiary naszej juŜ szeregi Topną, znikną jako śniegi... JuŜ złamana lina nasza, JuŜ w rozsypkę 
idą zbiegi. 
Bije Moskwa ich w nieładzie, Całe pole trupów kładzie, Bije popłoch drugie tyle, LeŜą trupy 
aŜ na milę. 
115 
Tuman kurzu, krzyk na drodze... — Gdzie rozkazy? Gdzie są wodze? Gdzie te ręce, co wieść 
miały I do boju, i do chwały?" 

background image

Spokojniej pisał Adam Grzymała-Siedlecki: „Nie podobna przypuścić, by w roku 1863 
powstać mógł cały naród. Dziewięć dziesiątych narodu, lud — pozostawał co najwyŜej 
bierny. Zabłąkany w szeregi powstańców ten lub ów fornal bijącego się dziedzica, taka lub 
owa garstka zawadjaków z chałup nie zmienia w niczem zasadniczego zjawiska. O 
powstającym narodzie w roku 1863 nie mogło być mowy. Mogła tylko w dziesięćkroć 
liczniejszej (co najwyŜej) sile powstać warstwa inteligencji — i dziesięćkroć gęściej usłać 
polskie pola i syberyjskie tajgi polskimi kośćmi, mogła potem udziesięciokrotnić rosyjskie 
donacje i konfiskaty wogóle. Bo o zwycięstwie i tej dziesięćkroć nawet silniejszej rzeszy serc 
nie mogło być mowy [...]. Wygłasza się pogląd, iŜ dzięki powstaniu, dzięki idei zbrojnego 
ruchu, nawet dzięki szubienicom i sybirnym męczarniom przeszedł przez naród Ŝywszy rytm 
polski, społeczeństwo ocknęło się z marazmu, a przez nienawiść do tych, którzy ojców 
naszych prześladowali, nie zapomnieliśmy, Ŝe jesteśmy Polakami. Trudno sobie wyobrazić 
potworniejszą obelgę rzuconą w twarz w Polsce, nad obelgę zawartą w tej koncepcji. Coś 
upokarzającego, a równocześnie do dna kłamliwego jest w tej niewierze w ducha Polski [...]. 
Więc my, tysiącletni naród, bez uczucia nienawiści ku komuś — nie moglibyśmy się zdobyć 
na pozytywną miłość ojczyzny? Więc trzeba było grobów, ran, dźwięku kajdan, by w Polsce 
drgnęło Ŝycie? Zaiste bezczelność okrutników myśli przekracza czasem granice wolności i 
sądów!" 
I jeszcze Adam Asnyk: 
„IleŜ to razy ciebie przeklinano, A z tobą marzeń zdradliwych ponętę! Za kaŜdą świeŜą z ręki 
wroga raną, Zawsze wracało twe imię przeklęte!" 
oraz Kornel Ujejski: 
„Z dymem poŜarów, z kurzem krwi bratniej...". 
116 
Wydawałoby się, Ŝe to wszystko truizmy, Ŝe rachunek został zamknięty. Nic z tych rzeczy! 
Pomimo tak dotkliwie beznadziejnego bilansu, powstanie styczniowe weszło do kanonu 
podniosłego patosu narodowego. 
W podręczniku Rocznice narodowe — wskazówki i materiały potrzebne dla urządzających 
obchody narodowe (pod redakcją Marii Bogusławskiej. Lwów i Warszawa 1926) znajdujemy 
oficjalną wykładnię wielkości powstania, obowiązującą w II Rzeczypospolitej, a nie 
odbiegającą niestety od nauczanej dzisiaj (moŜe tylko emfaza językowa się zmieniła) w 
polskich szkołach. Oto, jakie wnioski z powstania styczniowego naleŜy wyciągnąć: 
„Polska nie zawiodła nadziei; Polska powstała, bo nie była głucha na jęk dławionej ojczyzny. 
Polska powstała, aby po okresie boleśniejszych policzkowań i naigrywań być biczowana i na 
krzyŜ przybita, ze szczytu którego mogła rozpocząć święte królowanie ducha. 
Polska powstała, aby synowie jej rozpoczęli apostolstwo miłości, radości i ofiary dla kraju. 
Polska powstała, by dać początek erze ciągłego czuwania ducha, by letarg ojczyzny w 
wieczny sen nie przeszedł". 
Ten metafizyczno-mesjanistyczny bełkot wymaga oczywiście podbudowania w konkretnej 
wersji wydarzeń 1863-1864.0 chłopach nic tu się, rzecz jasna, nie wspomina. Naród to tylko 
szlachta (inteligencja, jak pisze Grzymała-Siedlecki i ma chyba rację, zwaŜywszy udział 
studenterii, młodzieŜy szkolnej etc). Ten jednak naród powstał zwarty, ramię przy ramieniu, 
dając przykład przyszłym pokoleniom. „Późniejsze dopiero studja rzuciły snop światła na ten 
okres, uwydatniając całe powaŜne jego piękno i odradzającą siłę". Siłę — podkreśla się to 
szczególnie mocno — solidarności i jedności. 
Porozmawiajmy więc o tej jedności i solidarności. Pomińmy nawet spory białych z 
czerwonymi dotyczące wybuchu powstania, gdyŜ miały one merytoryczny charakter. 
Zacznijmy od połowy lutego. Dnia 17 lutego przybył nareszcie, wzywany od dawna przez 
przywódców powstania i desygnowany na jego dyktatora, Ludwik Mierosławski. Nie 
oznaczało to bynajmniej, Ŝe był on oczekiwany przez wszystkich czerwonych z równym 

background image

entuzjazmem. Stefan Bobrowski martwił się z góry, a obawy te podzielał Padlewski, Ŝe 
Mierosławski zechce obsadzać stanowiska swoimi ludźmi. Zanim więc jeszcze przybył, juŜ 
rozmyślano, jak ograniczyć jego władzę. Mierosławski, na szczęście, 
117 
nie stwarzał z początku problemów. Organizował sobie eskortę w postaci od-działku 
Kazimierza Mielęckiego i zajmował się przede wszystkim konstruowaniem „wozu bojowego" 
swojego pomysłu, który miał być remedium na przewagę ogniową przeciwnika. Z wozem 
tym były kłopoty, a tymczasem Moskale następowali. W dwóch kolejnych potyczkach 
oddział stopniał o połowę. Mielecki i Mierosławski uszli z Ŝyciem i natychmiast zaczęli się 
wzajemnie oskarŜać o poniesione poraŜki. Doszło do formalnej rebelii. Jeden z oficerów 
Mielęckiego „o kilka kroków przymierzył się do Mierosławskiego z dubeltówki, szczęśliwie 
chybił, czy teŜ broń mu nie wypaliła". Dyktator chciał się przedostać w głąb kraju, ale 
obraŜony Mielecki odmówił przydzielenia zwierzchnikowi ochrony. W rezultacie — pisze 
Stefan Kieniewicz — „Mierosławski po dwóch przegranych bitwach, po buncie, który 
zagroził jego Ŝyciu, doznał nerwowego szoku i rzucił sprawę, którą uznał za straconą. 
Pozbierał się po dwóch tygodniach i wrócił do walki — lecz dyktatury swej ocalić juŜ nie 
zdołał. Dekomfitura militarna i polityczna czerwonego dyktatora nie pozostała bez wpływu na 
rozwój wydarzeń. Usuwała od steru człowieka, który w oczach klas posiadających uosabiał 
— mniejsza o to, słusznie czy nie — rewolucję socjalną. Znikła jeszcze jedna przeszkoda na 
drodze akcesu białych do powstania". 
Mógł więc nastąpić ów szczęsny czas narodowego zjednoczenia. Problem w tym, Ŝe najpierw 
czerwoni i biali musieli zaprowadzić porządek we własnych szeregach. Tutaj tymczasem 
ksiądz Mikoszewski dalej bronił dyktatury Mierosławskiego, Giller ani słyszeć o tym nie 
chciał, Bobrowski opowiadał się za wyznaczeniem dyktatorowi „terminu prekluzyjnego" —
jeśli nie wróci do 8 marca, straci władzę — Padlewski uchylił się od udziału w dyskusjach, 
które z całą zaŜartością trwały przez dziesięć dni. Ostatecznie wyrzucono księdza 
Mikoszewskiego i uchwalono prekluzję. Przy okazji wylano na niego kubły pomyj. Oskar 
Awejde stwierdził, iŜ ksiądz „przedstawiał dziwną mieszaninę ambicji, próŜności i płaskiego 
samochwalstwa z tchórzostwem", Józef Kajetan Janowski dorzucił, iŜ był „miernotą, 
krzykaczem i pyszałkiem". Nasuwa się pytanie, po co go dotąd trzymali w rządzie. Mniejsza 
jednak z tym. Sprawa Mikoszewskiego była i tak przegrana, gdyŜ Mierosławski w terminie 
nie wrócił. Rozpoczęły się więc pertraktacje z białymi. Pisze Stefan Kieniewicz: „Rozmowy 
te prowadzili z ramienia Rządu Tymczasowego Bobrowski i Awejde. Ruprecht [Karol 
Ruprecht z obozu białych, 
118 
z którymi zerwał w lutym — L.S.] proponował utworzenie nowego rządu, przy parytecie 
członków białych i czerwonych i z utrzymaniem organizacji białej. Rząd Tymczasowy 
domagał się, aby biali się rozwiązali, i godził się kooptować jednego ich przedstawiciela 
wedle własnego wyboru [...]. Giller był za przyjęciem wszystkich białych propozycji, 
Janowski chciał przyjąć do rządu jednego białego [przez nich wskazanego — L.S.][...], Jan 
Maykowski radził odrzucić wszystkie warunki i rozwiązać organizację białych..." 
Nastąpił impas, z którego wyjściem wydało się niektórym oddanie dyktatury w ręce Mariana 
Langiewicza, człowieka spoza układów, który zyskał rozgłos dzięki kilku udanym potyczkom 
z Rosjanami. Wiedziano teŜ, Ŝe na władzę ma ochotę. Zwrócono się więc do niego z tą 
propozycją, a właściwie nominacją, ale w jakiej formie! Kieniewicz: „Decyzja zapadła 
następnej nocy w Krakowie, na naradzie w hotelu Saskim, w gronie podobno 11 osób [...]. 
Rolę głównego celebransa grał Adam Grabowski, rzekomy przedstawiciel Rządu 
Tymczasowego. Był to zrujnowany arystokrata, nie cieszący się dobrą opinią w swoim 
ś

rodowisku. Na krótko przed powstaniem uŜywany był, zdaje się przez Kronenberga 

[Leopold Kronenberg, związany z białymi przemysłowiec, zwany „bankierem powstania" — 

background image

L.S.], do penetrowania obozu czerwonych [...]. Miał w ręku jakiś papierek z pieczątką KCN, 
który legitymował go jako agenta, oczywiście jednak nie jako pełnomocnika. W Krakowie 
namówiono Grabowskiego, aby wystąpił jako członek rządu i jego przedstawiciel. Być moŜe 
sfałszowano przy tym jego pełnomocnictwo [...]. Istotne było to, Ŝe Grabowski mógł się 
powołać na niektórych przynajmniej członków Rządu Tymczasowego. Nie wykluczone, Ŝe 
Bobrowski posłuŜył się nim w negocjacji na temat rządu koalicyjnego; nie ulega wątpliwości, 
Ŝ

e o langie-wiczowskiej intrydze zostali uprzedzeni dwaj inni członkowie rządu: Giller i 

Królikowski [Leon Królikowski, umiarkowany czerwony — L.S.]. Zabezpieczyło to w jakiejś 
mierze organizatorów dyktatury przed protestami ze strony Rządu Tymczasowego". W 
bardzo nikłej mierze. Oburzyli się bowiem Maykowski, Janowski i Awejde, mający 
dodatkowo poparcie Rady Naczelnej Galicyjskiej, która wyraziła najwyŜsze powątpiewanie 
co do legalności dyktatury. W tej sytuacji wymyślono „kompromis". Langiewicz dowodził i 
naród winien mu pełne posłuszeństwo. JednakŜe „w części kraju zajętej przez nieprzyjaciela z 
upowaŜnienia dyktatora rozkazy i rozporządzenia wydawać będzie Komisja Wykonawcza". 
Nie trzeba chyba dodawać, Ŝe owa tajna Komisja 
119 
Wykonawcza składała się z członków Rządu Tymczasowego w komplecie; Ŝe zaś zajęty 
przez nieprzyjaciela był de facto cały kraj, usiłowano od początku ustawić Langiewicza w roli 
marionetki. Kiedy zirytowany wysłał do Warszawy swojego przedstawiciela Górskiego, ten 
został potraktowany z góry i nie wtajemniczono go w poczynania rządu, przepraszam: 
Komisji. Tym razem zirytował się Langiewicz i nakazał rozwiązanie dotychczasowych władz 
powstańczych. Postanowiono więc zasiąść do rozmów. Nie doszło jednak do nich, gdyŜ 
tymczasem oddział Langiewicza został rozbity, a on sam uciekł do Austrii, gdzie został 
natychmiast aresztowany i osadzony w więzieniu. W tym momencie wszystko zaczęło się od 
początku. Mierosławski, który w końcu wrócił, domagał się władzy. Kronenberg radził 
białym wydanie fałszywej, antydatowanej odezwy, w której Langiewicz wskazywałby na 
swojego następcę któregoś z białych. Większość białych optowała jednak za zawodowym 
wojskowym Zygmuntem Jordanem. Wysuwano nawet kandydaturę niejakiego Franciszka 
Rochenbrune, pułkownika, nauczyciela szermierki z Krakowa. Sytuację uratował ostatecznie 
Bobrowski, któremu udało się przeforsować 21 marca stanowisko, iŜ w momencie upadku 
dyktatury do pełni władzy powraca, przez co zachowana zostaje ciągłość i prawowitość 
rządów, Rząd Tymczasowy, w ewentualnie skorygowanym lub rozszerzonym składzie. 
Burzliwe dyskusje nad zmianami w rządzie przerwało dramatyczne wydarzenie. Od kilku dni 
toczyło się oto śledztwo dotyczące legalności dyktatury Langiewicza, które Bobrowski 
wspomógł swoimi zeznaniami. Teraz, po aresztowaniu dyktatora, sprawa wydawałaby się 
bezprzedmiotowa. Wszystko zmieniło się jednak, gdy kilku czerwonych, nie bez pokrętnych 
intencji politycznych, ujawniło i nagłośniło akta dochodzenia. Okazało się, Ŝe w swoim 
piśmie Bobrowski ostro zaatakował Grabowskiego, Kołaczkowskiego i Sie-mieńskiego. 
Grabowski, choć zrujnowany, ale arystokrata, poczuł się obraŜony. Przy najbliŜszym 
spotkaniu, korzystając z pretekstu, Ŝe ów nie podał mu ręki, wyzwał Bobrowskiego na 
pojedynek. ZwaŜywszy na fakt, Ŝe Bobrowski był krótkowidzem i miał mętne pojęcie o broni 
palnej, pojedynek na pistolety stanowił dlań praktycznie wyrok śmierci. Rozpętała się więc 
zaŜarta dyskusja (gdzieś tam w lasach ginęli w międzyczasie powstańcy): czy Bobrowski 
musi stawać, czy nie? Ukonstytuował się sąd honorowy. Najpierw jeden, potem drugi. Za 
kaŜdym razem jego członkowie nie mogli dojść do porozumienia: czy pozwany moŜe 
zasłaniać się przed pojedynkiem sprawą na- 
120 
rodową, nie tracąc jednocześnie honoru? Ostatecznie Bobrowski poprosił o trzy dni urlopu i 
wyjechał do Łaszczyna w Poznańskiem, gdzie dał się zabić Adamowi Grabowskiemu 
pierwszym strzałem prosto w serce. Poniewczasie wszyscy oczywiście tego Ŝałowali. Nawet 

background image

najbardziej wrogi czerwonym Kronenberg napisał: „Wiadomość o Bobrowskim bardzo 
Ŝ

ałosna. Był on najzdolniejszy w Komitecie Centralnym". Zaś później uŜalił się Awejde: 

„Drugiego Bobrowskiego juŜ rewolucja nie miała". Ale na tym nie koniec. 
W miesiąc po śmierci Bobrowskiego wpadł w rosyjskie ręce Padlewski i 15 maja został w 
Płocku rozstrzelany. W gronie patriotów nikt, rzecz jasna, nie wierzył w przypadki. Czerwoni 
obwiniali białych, ci z kolei uznali te haniebne oskarŜenia za prowokację mającą na celu 
doprowadzenie do zamachu stanu. W tej sytuacji utworzony na przełomie marca i kwietnia 
rząd Gillera miał wszelkie moŜliwe i niemoŜliwe trudności ze skompletowaniem jako tako 
reprezentatywnej ekipy, tym bardziej Ŝe akurat Mierosławski organizował w Krakowie 
własną „dywizję" powstańczą i nie miał najmniejszego zamiaru podporządkować się Rządowi 
Narodowemu, który odrzucił przymiotnik „Tymczasowy", co potwierdzało fakt, Ŝe uwaŜał się 
on za jedyną prawowitą centralę. Rząd planował działania w kierunku na Kielce-Miechów, 
ale dokładnie takie same były zamiary Mierosławskiego. „MoŜna sobie wyobrazić zamęt — 
pisze Kieniewicz — sprawiony przez dwie konkurujące ze sobą ekspedycje: rządową i 
mierosławczykowską. Rywale podkupowali sobie wzajemnie broń, odbijali oficerów, 
obrzucali się wyzwiskami". 
Spory rozstrzygnęli, jak zwykle, Moskale, którzy unicestwili obie wyprawy. Stało się to z 
kolei powodem gwałtownych sporów między komitetami wschodniogalicyjskim i 
krakowskim, które sfinansowały ofensywy i teraz powątpiewały, czy pieniądze zostały 
właściwie wykorzystane. Próby mediacji Rządu Narodowego dolewały tylko oliwy do ognia. 
Przy takim obrocie spraw coraz więcej lokalnych dowódców postanawiało nie poddawać się 
niczyim rozkazom. Bez dyscyplinujących zarządzeń z góry zaczynali się jednak kłócić 
między sobą. Chaos podsycany był przez „tysiące najpotworniejszych i najgłupszych plotek". 
Jak na droŜdŜach rosło grono malkontentów, wywodzących się między innymi z osób 
odsuniętych od stanowisk przez rząd Gillera. Zawarli oni porozumienie ze skrajnymi 
czerwonymi i bez trudu dokonali zamachu stanu. „Dnia 25 maja członkowie obalonego rządu 
otrzymali pisemne wezwania opuszczenia Warszawy w ciągu doby, pod karą śmierci. 
121 
Wyjechał i ukrył się jeden tylko Giller. Pozostali czterej oświadczyli, Ŝe ustąpią i zdadzą 
władzę dobrowolnie, jeśli poznają skład osobowy i program nowego rządu. W odpowiedzi 
nowy rząd zaprosił do swojego składu Awejdego i Janowskiego [...]. Szło o to, Ŝe nowy 
składnie mógł sobie poradzić z bieŜącym urzędowaniem". Bagatela! — Administrować nawet 
nie umieli, ale w sięgnięciu po władzę w niczym im to nie przeszkadzało. 
Rewolucyjny rząd zajął się przede wszystkim tropieniem wrogich wtyczek. O, na przykład 
Karola Majewskiego (nie mylić z Władysławem ani z Wincentym), którego — nie znalazłszy 
dowodów powiązania z powstańcami — Rosjanie wypuśtili z więzienia. Agent 
Wielopolskiego, czy nie agent? Rząd zajmował się sprawą prawie przez tydzień. 
Wystarczająco długo, Ŝeby tenŜe Majewski, podbudowawszy swój autorytet i finanse 
zaborem Kasy Głównej, mógł wyeliminować czerwony rząd i, opłaciwszy sowicie poparcie, 
utworzyć własny (18 czerwca). Dobrze rozumiejąc mentalność konkurentów, przede 
wszystkim rozbudowywał administrację. Niech dla nikogo nie zabraknie stołka, choćby 
wirtualnego. Ale i to nie wystarczyło. Krakowscy czerwoni ruszyli do kontrataku. W 
tamtejszym piśmie „Ojczyzna" czytamy:, Дгасі narodowy, o jakim mówicie, zowiąc go 
cudem obecnego ruchu, to rząd nasz, jaśni panowie! To rząd, który juŜ nie istnieje! S. 
Bobrowski przez brata waszego, a Z. Padlewski przez Moskali zamordowani, a reszta 
dogorywa w Cytadeli i Syberii". Przy takiej polaryzacji postaw porozumienia juŜ być nie 
mogło. I oczywiście nie było. 
Darujmy sobie kolejne miesiące coraz bardziej zajadłych i gorszących kłótni. Jedność i 
solidarność? — Słowa te nijak się mają do powstańczej rzeczywistości, polskiego piekła, 
wewnętrznych walk i zawiści. Wszystko to pokryć miała w późniejszej historiozofii spiŜowa 

background image

postać Romualda Traugutta. Faktycznie, mógłby on być bohaterem bardzo (nareszcie!) 
umoralniającej opowieści. Niewątpliwie był człowiekiem, który podejmując się beznadziejnej 
odpowiedzialności, wiedział z góry, Ŝe idzie na pewną śmierć. Nie podlega wątpliwości jego 
głęboka poboŜność (w związku z tym ma być ponoć kanonizowany). Kiedy jednak 
obejmował urząd, korespondent „Timesa", Suther-land Edwards, dziennikarz „dobrze 
obeznany z Polską" (co podkreśla Kieniewicz), pisał w poufnej korespondencji do swojej 
redakcji: „Nic nie mam do powiedzenia o stanie ogólnym ruchu w Warszawie. Nie ma 
Ŝ

adnego ruchu, jest tylko zastój i cierpienie. Rządu Narodowego ani śladu, a z tego, co 

zewsząd słyszę, ludzie winszują sobie, Ŝe juŜ nie istnieje". Miał Anglik rację. 
122 
Wszystko było juŜ skończone i małe grupki bojowników, utrzymujące się jeszcze to tu, to 
tam, nie mogły juŜ nic zmienić. 
Działania Traugutta były więc od początku do końca ruchami pozornymi. Dnia 12 listopada 
ogłosił on na przykład, iŜ „Rząd narodowy widział się spowodowanym przedsięwziąć 
reorganizację w administracji m. stół. Warszawy i kraju całego". Jak moŜna jednak 
reorganizować coś, co nie istnieje, a w najlepszym przypadku znajduje się w całkowitej 
rozsypce? Płodził Traugutt pisma i nakazy piękne i szlachetne, niestety zupełnie księŜycowe 
albo o długie miesiące spóźnione: „Znajdując w szlachcie materiał niepodatny i tchórzliwy, 
kierunek prac swych zwrócicie głównie na lud, na ten poczciwy lud, którego wróg przerobić 
nie zdołał. ZauwaŜona i zastrachana szlachta oŜyje, gdy wokoło siebie Ŝycie poczuje, teraz 
niewiele z nią zrobicie". To jeszcze moŜna uznać za rozpęd rewolucyjnego zapału, który 
przesłania społeczną realność powstania. Ale oto pismo kolejne: „Wiem dobrze, Ŝe szlachta 
kaliska jest bardzo łajdacka, dlatego rozkazujemy wam, aby po wkroczeniu do kraju winnych 
najmniejszej niechęci dla sprawy narodowej i tajemnie Moskwie sprzyjających, czy to przez 
przyjaźń dla nich, czy teŜ przez zwątpienie w skuteczność świętej walki naszej, takich 
obywateli sądzić natychmiast doraźnym sądem wojennym i wyrok natychmiast bez Ŝadnej 
apelacji wykonywać. Wielką winą dotychczasowego postępowania była ta, Ŝe niechętnych 
włościan zwykle śmiercią karano, niechętnych zaś obywateli starano się łagodnością 
pozyskać, kiedy tymczasem dla włościan w sądzie trzeba być wyrozumiałym, dla zdrajcy zaś 
spośród obywatelstwa Ŝadnego miłosierdzia okazywać nie trzeba". Mniejsza juŜ o dość 
krwioŜerczy, jak na przyszłego świętego, aspekt tego tekstu. Znacznie bardziej tragiczne jest 
to, Ŝe pisany był on 14 marca 1864 г., kiedy po lasach krąŜyły jeszcze, nawet nie —jako się 
rzekło o dniach listopadowych — „małe grupki bojowników", tylko bezsilne garstki 
niedobitków, szukające bodaj jedynie dróg ucieczki. Kto więc miał wkraczać do Kaliskiego i 
jeszcze sądy tam sprawować?! Kompletne bujanie w obłokach! Innymi słowy, bez przerwy 
skłóconych ze sobą i wydzierających sobie iluzoryczną władzę doktrynerów, malkontentów i 
zawistników zastąpił na koniec romantyczny marzyciel, odległy na równi od potępieńczych 
waśni, jak i od elementarnej rzeczywistości. 
Trudno się dziwić, Ŝe przy takich władzach, równieŜ i operacje militarne powstańców 
wyglądały w ogromnej większości, i to od samego początku, Ŝałośnie. 
123 
Oto krótki wyciąg z monumentalnego dzieła Stefana Kieniewicza Powstanie styczniowe, 
zgodnie uznawanego za najpełniejsze, najbardziej obiektywne i najlepiej udokumentowane 
kompendium wiedzy o powstaniu, z którym zresztą autor sympatyzuje: 
21 stycznia 1863 г.: „Rozesłane rozkazy spowodowały konsternację tak wyznaczonych 
dowódców, jak i członków organizacji na prowincji. Rogiński przybiegł do Warszawy 
poskarŜyć się Padlewskiemu, Ŝe powstanie bez broni musi zakończyć się katastrofą. 
Langiewicz bardzo ostro reklamował, Ŝe znalazł w woj. sandomierskim zaledwie jedną 
dziesiątą przyobiecanej broni i ekwipunku wojskowego. Podobne meldunki docierały i z 
innych okolic. Niejeden właściciel ziemski, zgłaszający akces do ruchu, otrzymał był 

background image

stanowisko w organizacji czerwonej właśnie na zasadzie zapowiedzi, Ŝe dostarczy określoną 
liczbę ochotników, ekwipunku i broni palnej. Liczby te brały się z zawodnych rachub, albo z 
poboŜnych Ŝyczeń, albo nawet rozmyślnie wprowadzały w błąd. Najbardziej mścił się zakaz 
Komitetu Centralnego zaopatrywania się w broń palną na własną rękę, tymczasem 
obiecywana dostawa broni z ramienia KCN w chwili wybuchu zawiodła". 
22-27 stycznia 1863 г.: „Płockie, w którym Rząd Tymczasowy pokładał największe nadzieje, 
zawiodło całkowicie [...]. Padlewski, który w niewiarygodny sposób zmitręŜył 4 dni na 
przedostanie się z Secymina pod Płock, nie zdecydował się prowadzić dalej warszawiaków i 
ruszy! w stronę Płocka samotnie, pieszo, »bokiem przez manowce« [...]. W samym Płocku i 
bezpośredniej jego okolicy stanęło do walki około tysiąca mieszkańców, prawda, Ŝe źle 
uzbrojonych. Zawiodła jednak organizacja; szturm na koszary, źle przygotowany, załamał się 
w ogniu przeciwnika. Powstańcy rozbiegli się, a większość ich została wychwytana 
następnego dnia. Planowane tej samej nocy uderzenia na Maków, Przasnysz i Lipno nie 
doszły do skutku". 
I tak, moŜe poza ŁomŜyńskiem i Podlasiem, było właściwie wszędzie. Kieniewicz wykazuje 
jednak maksimum dobrej woli: 
„Bilans nocy styczniowej był korzystniejszy dla powstańców, niŜ się to zazwyczaj przyjmuje. 
Prawda, Ŝe na miejsce zbiórki stanęła najwyŜej połowa spiskowych, a wzięła udział w walce 
zapewne jedna czwarta. Straty zadane nieprzyjacielowi wynosiły paruset ludzi, ale własne 
były nie mniejsze; zdobyto trochę broni, ale sporo jej teŜ utracono. Nie zniszczono ani jednej 
z atakowanych załóg, nie utrzymano się dłuŜej w Ŝadnym ze zdobytych miaste- 
124 
czek. W 4 województwach na 8 omalŜe nic się nie stało. Powszechny zryw, nakazany przez 
Komitet Centralny, spalił na panewce. Skądinąd jednak powstanie przetrwało pomimo 
niepowodzenia". 
Owszem przetrwało, ale: 
28-31 stycznia 1863 г.: „Na prawym brzegu Wisły panowało zamieszanie, luźne oddziałki 
tworzyły się i rozpraszały [...]. Uwzględniwszy pomniejsze oddzialki [w całym zaborze — 
L.S.] doliczymy się pod koniec stycznia kilkunastu tysięcy ochotnika pod bronią, prawda, Ŝe 
tylko po części zaopatrzonych w róŜnorodną broń palną, a zresztą w kosy, siekiery, lance, czy 
nawet zwykle drągi". 
23 lutego 1863 г.: „W ciągu owego miesiąca [pierwszego miesiąca powstania — L.S. ] 
Awejde bawił w Warszawie niespełna tydzień, Maykowski około 10 dni. Resztę czasu 
spędzili w bryczkach, po zajazdach małych miasteczek, po dworkach i plebaniach. Powstanie 
toczyło się bez ich udziału [...]. Lokalni dowódcy, zaabsorbowani szkoleniem swoich sił, nie 
podejmowali działań zaczepnych". 
1-8 lutego 1864 г.: „Pierwsze dni lutego takŜe przyniosły powstańcom poraŜki. W północnej 
części woj. augustowskiego pierwszy formowany tu oddział Karola Jastrzębskiego został 
rozbity 2 lutego pod Czystą Budą, nim jeszcze zdołał się zorganizować i uzbroić. W Płockiem 
6 i 8 lutego w dwóch kolejnych potyczkach pod Karniewem i Podosiem rozproszony został 
doszczętnie oddział Sztejnkelera. W rozsypkę poszedł takŜe 8 lutego pod Słupczą oddział 
sformowany przez Leona Frankowskiego i zdąŜający na spotkanie z Langiewiczem. 
Dowodzący tym oddziałem Antoni Zdanowicz porzucił swoich ludzi i oddał się sam w ręce 
nieprzyjaciela. Wreszcie 7 lutego rozbity został w lasach Bolimowskich pod Warszawą 
oddział Stroynowskiego". 
15-28 lutego 1863 г.: „Druga połowa lutego przyniosła dalszą serię niepowodzeń oddziałom 
powstańczym. Była juŜ mowa o dwukrotnej poraŜce Mierosławskiego na Kujawach. W po w. 
łęczyckim 24 lutego został rozbity pod Dobrą oddział złoŜony głównie z robotników okręgu 
łódzkiego. Dowódca jego, dr Dworzaczek, zmarnował w bezczynności 3 tygodnie czasu i dał 
się zaskoczyć przez nieprzyjaciela. W Lubelskiem poszły w rozsypkę oddziały Neczaja i 

background image

Bohdanowicza (22 lutego Zalin, 26 lutego Zezulin). Wcześniej, 17 lutego, Kurowski, 
zagroŜony osaczeniem w swoim olkuskim zakątku, spróbował zaczepnego zwrotu i uderzył 
na Miechów. Poniósł sromotną poraŜkę, 
125 
mimo iŜ prowadził ponad 2 tysiące nieźle juŜ wyćwiczonych i uzbrojonych ludzi, a rosyjska 
załoga Miechowa liczyła ich ledwie 800. Powstańcy szli w ogień wytrwale i ofiarnie, lecz ich 
dowódca, dobry organizator, nie miał Ŝadnego pojęcia o dowodzeniu i zgubił w ciągu paru 
godzin jeden z silniejszych oddziałów, jakie powstanie w ogóle wystawiło". 
1-15 kwietnia 1863 г.: „W pierwszej połowie kwietnia stoczono w całym Królestwie tylko 21 
potyczek: 9 w woj. mazowieckim, 5 w kaliskim, 4 w augustowskim, 2 w sandomierskim, 1 w 
krakowskim. W Płockiem, Lubelskiem i na Podlasiu w ogóle nic się nie działo". 
Koniec kwietnia 1863 г.: „Zachowanie się wschodniogalicyjskich oddziałów nie było tak 
haniebne jak krakowskich; biły się one i odnosiły zwycięstwa. Ale kończyło się tak samo: 
rozsypka po kilku dniach, bez przedostania się w głąb kraju. Winni byli dowódcy i 
organizatorzy, winna rywalizacja galicyjskich koterii, winni i zdemoralizowani Ŝołnierze". 
15 maja-20 lipca 1863 г.: „Pomiędzy połową maja a połową lipca 1863 wojna partyzancka 
nosiła ten sam charakter bezplanowych przewaŜnie poruszeń niezaleŜnych od siebie 
oddziałów — z tym, Ŝe oddziały większe i staranniej montowane (zwłaszcza za kordonem) 
miały na ogół krótszy i mniej fortunny Ŝywot [...]. W nocy na 20 czerwca Dunajewski 
przekroczył Wisłę koło Gać; miał 300 ludzi uzbrojonych w dobre, gwintowane sztucery; ten 
typ broni wymagał jednak zakładania przy kaŜdym strzale do zamku osobnego pistonu 
(»kapiszo-nu«). Transport tych kapiszonów gdzieś zapodział się w ostatniej chwili, Ŝołnierze 
więc nie chcieli się bić, mając tylko po 3 kapiszony na głowę. Po kilkugodzinnej strzelaninie 
Dunajewski wycofał ludzi do Galicji; sam utonął w powrotnej przeprawie; broń w znacznej 
mierze zabrali Austriacy. O kilka km powyŜej i w kilka godzin później przekroczył Wisłę 
Chościakiewicz, w 350 piechoty i 50 jazdy; towarzyszył mu takŜe Jordan [...]. Walczyli pod 
Komorowem 7 godzin; nie zdołali się przedrzeć do lasów staszowskich i wieczorem cofnęli 
się do Galicji, tracąc połowę ludzi w zabitych, rannych i jeńcach. Poległo duŜo młodzieŜy 
ziemiańskiej, która chciała pokazać, »Ŝe szlachta umie się jeszcze bić«. Spieszący na 
spotkanie z Jordanem major Bończa wpadł we wsi Góry ze swoim oddziałem w zasadzkę i 
zginął (18 czerwca). Wydarzenia z czerwca i lipca potwierdziły w całej rozciągłości 
wcześniejsze doświadczenie: Ŝe przekraczanie granicy duŜymi oddziałami prowadzi 
nieuchronnie do ich marnowania się. JednakŜe praktyki tej nie zaniechano równieŜ w 
następnych miesiącach". 
126 
Lipiec, sierpień 1963 г.: „W większych miastach nie toczyła się walka. Kto z mieszkańców 
nie poszedł »do lasu«, mniejsza o to, czy był burŜujem, inteligentem, czy proletariuszem, 
mógł prowadzić tryb Ŝycia niezakłócony [...]. Walkę partyzancką prowadziły więc w 
miesiącach letnich oddziały sformowane w zaborze rosyjskim — przewaŜnie niewielkie, 
słabo uzbrojone, działające sa-mopas, bez porozumienia ze sobą i bez dalej sięgającego planu. 
Działalność taka polegała głównie na wymykaniu się obławom wojsk carskich, przy czym 
szanse dłuŜszego przetrwania miał dowódca okazujący mniej inicjatywy, zaszywający się w 
lesie, z dala od oczu nieprzyjaciela [...]. Prawie wszędzie dowódcy pojedynczych partii 
wojowali kaŜdy na własną rękę, w ogóle zaś starali się wojować jak najmniej. MoŜna ich 
wyrozumieć, zwaŜywszy, Ŝe mieli niewyszkolo-nego Ŝołnierza i za mało broni, ale teŜ 
Wydział Wojny Rządu Narodowego nie umiał tchnąć w nich ofensywnego ducha". 
I tak moŜna by kontynuować, co jest tym smutniejsze, iŜ od jesieni 1863 r. szło nieuchronnie 
ku jeszcze gorszemu. W tej sytuacji do legendy narodowej przeszły (na bezrybiu i rak ryba), 
jako wielkie zwycięstwa narodowe, bitwy pod Małogoszczą 23 lutego i śyrzynem 8 sierpnia. 
Pod Małogoszczą doszło do, jak moŜna obrazowo powiedzieć, starcia ślepego z kulawym. 

background image

Langiewicz dał się zaskoczyć jak dziecko, ale z kolei rosyjscy dowódcy trzech kolumn 
piechoty nie potrafili skoordynować swoich działań. Po krwawej, pięciogodzinnej walce, w 
której wyróŜnili się polscy kosynierzy, parokrotnie odrzucając Rosjan z zajętych juŜ pozycji, 
Langiewicz zdołał się wymknąć, wyprowadzając 2 tysiące ludzi (stracił sześciuset), 
pozostawiając jednak tabory. Nie dopuścił do rozproszenia swoich wojsk i zachował zdolność 
operacyjną. Czy nazwać to zwycięstwem? Była ku temu nagląca propagandowa i wręcz 
psychiczna potrzeba, takim więc starcie okrzyknięto. Podobnych wątpliwości nie budzi 
ś

yrzyn. Najzdolniejszy chyba dowódca powstańczy, Michał Heydenreich, pseudonim 

„Kruk", zaczaił się tutaj w sile 3 tysięcy ludzi, w tym 1,4 tysiąca strzelców, na 
pięćsetosobowy konwój rosyjski. Rozbił go z łatwością i zdobył kasę rządową z 200 
tysiącami rubli, sumę zaiste pokaźną. Wywołało to ogromną, tak rzadkie były powstańcze 
sukcesy, sensację w całej Europie, i jak to zwykle bywa, w gruncie rzeczy lokalna potyczka 
urosła do rangi potęŜnej batalii. Przyczyniła się do tego zresztą nie zatuszowana wściekłość 
dowództwa rosyjskiego, spowodowana wprawdzie nie militarnym niepowodzeniem, ale stratą 
pieniędzy, uwiarygodniającą przesadne wyobraŜenia o bitwie. W najmniejszym jednak 
stopniu (następne starcia 
127 
„Kruk" juŜ przegrał i wkrótce rozgoryczony afrontami zazdroszczących mu kolegów wycofał 
się do Galicji pod pretekstem choroby) nie moŜe kilka pojedynczych, lokalnych sukcesów 
zmienić ogólnej oceny doświadczenia narodowego, któremu na imię powstanie styczniowe. 
Było ono nie tylko skazane na niepowodzenie ze względów społecznych i politycznych. 
Wykazało takŜe zupełną niedojrzałość władz powstańczych przenoszących partykularyzmy i 
zawistne spory nad sprawy najwaŜniejsze w momencie, kiedy juŜ do wybuchu doprowadziły. 
ÓwŜe partykularyzm przeniósł się równieŜ na wojskowych dowódców insu-rekcyjnych, nie 
będących w stanie uzgodnić między sobą niemal Ŝadnej wspólnej operacji, więcej czasu 
poświęcających na rywalizację między sobą niŜ na działania wojenne, w których prowadzeniu 
wykazywali się zresztą przewaŜnie totalną indolencją. 
InstruktaŜ obchodzenia rocznic narodowych wkłada w usta mówców zdanie, iŜ „Polska 
powstała, aby synowie jej rozpoczęli apostolstwo miłości, równości i ofiary dla kraju". Nic 
bardziej zakłamanego. Owszem, szeregowi powstańcy walczyli często dzielnie i ofiarnie. 
Zapłacili za to potem śmiercią, Sybirem, konfiskatami. Zapłacili jednak równieŜ utratą 
złudzeń. Dramatyczne kłótnie i błoto wzajemnych oskarŜeń przetrwały powstanie, z tą tylko 
róŜnicą, Ŝe teraz skakano sobie do oczu: kto winien? „Dla Polaków moŜna czasem coś 
dobrego zrobić, ale z Polakami nigdy" — powiedział margrabia Aleksander Wielopolski. 
Pogląd ten po powstaniu zaczęła podzielać znaczna część świadomego społeczeństwa. 
Szaleństwo zaowocowało zgorszeniem. Ocalali przywódcy powstania dokonali dni w 
zapomnieniu. Nikt ich nie potrzebował. Do legendy weszli zabici. Ze względu na 
martyrologię, nie realne zasługi. Na tej samej zasadzie uświęcono i cale powstanie. CóŜ 
innego pozostaje, jak uświęcić, kiedy zrehabilitować nijak się nie da? Tyle Ŝe tym razem 
ś

więtości nie ma co szargać. Kto zechciał przyjrzeć się faktom, wie, Ŝe poszargaly się same. 

XIII IGNACY ŁUKASIEWICZ 
Do Ignacego Łukasiewicza (1822-1882) czuję sentyment szczególny, gdyŜ w latach 1857-
1859 mieszkał on w Jaśle, gdzie dzierŜawił w rynku aptekę Romualda Palcha. Władze Jasła 
obdarzyły go teŜ w roku 1858 „dyplomem pochwalnym i publiczną pochwałą". Nie były w 
tym oryginalne, gdyŜ Łukasiewicz cieszył się juŜ wtedy powszechnym mirem jako znawca 
problemów przemysłu naftowego, a przede wszystkim jako wynalazca, w roku 1853, lampy 
naftowej, takiej, jaką i dzisiaj moŜemy spotkać w niejednym wiejskim domu (tylko klosz 
uległ z latami wydłuŜeniu). W Wielkiej Encyklopedii Powszechnej PWN czytamy, Ŝe w roku 
„1853 skonstruował lampę naftową i wprowadził oświetlenie naftowe w szpitalu lwowskim, 
co było wówczas ogromnym osiągnięciem w technice oświetleniowej". O tym osiągnięciu 

background image

uczymy się w szkołach, ma Łukasiewicz ulice swojego imienia w licznych polskich miastach. 
Dlaczego więc milczą o nim cudzoziemskie leksykony, a nawet Shell Book ofFitsts, która, 
wydawałoby się, odnotowuje wszelkie zdarzenia przyczyniające się do naukowego i 
technicznego postępu? — Sprawa jest dość delikatna. Nikt palmy pierwszeństwa co do lampy 
naftowej Łukasiewiczowi nie odbiera. JednakŜe... 
Pierwsza lampa elektryczna nadająca się do praktycznego uŜytku została zbudowana przez 
szkockiego samouka Jamesa Bowmana Lindsaya na przełomie lat 1834/1835, przy czym za 
datę oficjalną przyjmuje się dzień 31 lipca 1835 г., kiedy to wynalazek został wypróbowany, 
a następnie opisany przez komisję naukową współpracującą z „Dundee Advertiser". W relacji 
tej czytamy: „Pan Lindsay, tutejszy nauczyciel, onegdysiejszy pracownik Instytutu 
129 
Watta, wieczorem 25 lipca uzyskał z powodzeniem światło elektryczne. JuŜ od dwóch lat 
pracował nad tym zagadnieniem, ale liczne zajęcia nie pozwalały mu dotąd ukończyć dzieła. 
Piękno jego światła przewyŜsza wszystkie dotychczasowe, nie wydziela ono zapachu, nie 
wytwarza dymu, jest bezpieczne od wybuchów. Nie potrzebuje dopływu powietrza, moŜe 
więc być zamknięte w szklanej bańce. Zapala się bez pomocy ognia i wydaje się szczególnie 
dostosowane do oświetlania miejsc, w których znajdują się materiały łatwopalne, jak np. 
przędzalnie lnu. Aparat moŜna przenosić na dowolną odległość, mieści się bowiem w 
niewielkiej walizce". 
Lindsay, dla którego skonstruowanie lampy było osobistym wyzwaniem, raz dopiąwszy 
swego, przestał się zgoła interesować tematyką i nawet nie próbował komercjalizować 
swojego wynalazku, który teŜ częściowo, poza gronem wtajemniczonych, poszedł w 
zapomnienie. Specjaliści kontynuowali jednak prace, osiągając szybkie i efektowne rezultaty. 
JuŜ w roku 1841 firma De-lueil et Archereau zamontowała elektryczne (łukowe) latarnie na 
ą

uai Conti i przypłacę de la Concorde w ParyŜu. Z kolei 28 listopada 1848 r. W.R. Staites 

oświetlił lampami łukowymi Galerię Narodową w Londynie. Odbijające się w lustrach galerii 
ś

wiatła sprawiły, Ŝe zachwyceni goście nazwali owe lampy, od ich odbłysku — reflektorami. 

W roku 1853 Fabryka Urządzeń Elektrycznych w ParyŜu (Societe Generale d'Electricite) 
skonstruowała i wprowadziła do seryjnej produkcji lampy i generatory do latarni morskich... 
Innymi słowy: moŜe wynalazek Łukasiewicza był „ogromnym osiągnięciem w technice 
oświetleniowej", ale co najwyŜej na galicyjską skalę (Galicji hiszpańskiej nie wliczając). 
Sytuację Łukasiewicza moŜna niestety porównywać do sytuacji kogoś, kto dzisiaj, w 
początkach XXI w., wynalazłby nagle doroŜkę. Nie umniejsza to w niczym rozlicznych 
zasług Łukasiewicza, połoŜonych nie tylko na polu rozbudowy polskiego przemysłu 
naftowego, ale równieŜ w działalności społecznej (od 1876 r. do końca Ŝycia w 1882 r. był 
posłem do Sejmu Krajowego we Lwowie, gdzie upominał się m.in. o ratowanie zabytków 
Podkarpacia, z własnej kieszeni współfinansował teŜ konserwację kościoła parafialnego w 
Bieczu). W Dyplomie Honorowego Obywatela Miasta Jasła (nadanym 12 czerwca) czytamy: 
„Gmina miasta Jasła zwaŜywszy, iŜ Pan przez czas zamieszkiwania w mieście naszem 
uŜywany niejednokrotnie do udziału w rozmaitych sprawach naszych, zawsze z wzorową 
gorliwością i obywatelskim poświęceniem gotów był odpowiedzieć połoŜo- 
130 
nemu weń zaufaniu. ZwaŜywszy w szczególności, iŜ podczas budowy koszar dla wojska w 
1857 r. wybrany na członka rady budowniczej nie tylko od przyjęcia tego mozolnego 
obowiązku się nie uchylił i dokonania tej budowli ku zupełnemu zadowoleniu gminy 
doglądał, wszelkie rachunki najsumienniej prowadząc, przez co gminie naszej niemałą oddał 
przysługę..." Niewątpliwie był więc Łukasiewicz wybitnym działaczem regionalnym, 
zdecydowanie odrzucamy bowiem głosy purystów, którzy zapytają, czy akurat udział w 
budowie koszar dla austriackich wojsk (jeszcze przed reformami Franciszka Józefa z lat 1860 
i 1866, dającymi Polakom znaczną autonomię) był uczynkiem najwyŜszej patriotycznej 

background image

próby. Chylimy czoło przed jego wszechstronną i owocną działalnością. Takich wszelako 
było wielu i za to nie trafia się jeszcze do zagranicznych bedekerów. Zaś wynalazek 
Łukasiewicza był po prostu... co nieco spóźniony. 
Te spóźnienia są zresztą przyczyną częstych polskich nieporozumień, które powodują 
niepotrzebne rozgoryczenie, kompleksy i nadinterpretacje. Przykład pierwszy z rzędu: w roku 
1880 premierem Francji został Jules Fer-ry. Łączył on (rzecz zupełnie wyjątkowa, na ogół 
premierzy byli jednocześnie ministrami spraw zagranicznych) przewodniczenie Radzie 
Ministrów z teką ministra oświaty i sztuk pięknych (Instruction publiąue et Веаих-Artś). Była 
to istna manna dla artystów. Publiczność francuska oglądać mogła jedną po drugiej, 
dofinansowane niekiedy z budŜetu państwa, a juŜ zawsze wspierane słowami zachęty, 
wystawy, m.in.: Maneta, Degasa, Corota, Pissarra, Moneta, Cezanne'a, Renoira... Rozsyłane 
były teŜ zaproszenia do ośrodków zagranicznych. Kraków zdecydował się wysłać do Francji 
Bitwę pod Grunwaldem Matejki. Niestety, co w niczym nie umniejsza wartości samego 
dzieła, były to juŜ inne czasy. „Grunwald — pisze Maria Szypowska — wydał się ParyŜowi 
absolutnym anachronizmem. Gazety krzyczały, Ŝe to nie obraz, ale raczej muzeum, i Ŝe trzeba 
by ośmiu dni czasu na to, Ŝeby zanalizować poszczególne epizody, grupy, figury (»Le 
Temps«); Ŝe to tapiseria, albo dywan bogaty w kolory (»Le XIX-me Siecle«); Ŝe to zgoła 
lewa strona tapiserii (»Le Moniteur Universel«); Ŝe po prostu Quelle decadence (»zupełny 
schyłek«) (»Gazette de France«)". 
Krakowiacy nie zraŜali się jednak niczym. W cztery lata później wyekspediowali nad 
Sekwanę Hołd pruski. Tym razem reakcja była jeszcze ostrzejsza. Prorok francuskiej krytyki, 
Albert Wolf porównał w „Le Figaro" obraz 
131 
do „starej, przez mole objedzonej makiety". „Jakiemuś prowincjonalnemu krytykowi — 
oddajmy jeszcze raz glos Marii Szypowskiej — udało się znaleźć tę rozkoszną definicję 
obrazu Cest la Pologne en congestion [„Polska w przesycie", nie — jak u Szypowskiej — „w 
apopleksji" - L.S.]. Stołeczni humoryści nie mogli oczywiście pozostać w tyle; i oto naraz 
jakby na komendę kongestia zaczyna się przeobraŜać w ospę, szkarlatynę i inne zaskórne 
choroby; nastaje prawdziwa epidemia najwytworniejszych metafor; nie dostarcza ich dość 
jedna gałąź medycyny, kolej na okulistykę. »Biedni oftalmiści krakowscy! — woła z 
politowaniem Jean Louis z »Republique Francaise« —jaka czeka ich robota, kiedy obraz 
powróci do Krakowa«. To krwawa łuna, to poŜar, to orgia czerwoności — wołają jeden przez 
drugiego rozochoceni recenzenci rozmaitych piśmideł". 
W Polsce oczywiście nie przyjęto do wiadomości, iŜ ParyŜ Ŝył juŜ w pełni impresjonizmem i 
narracyjne, tradycyjne malarstwo Jana Matejki jawiło się tam jako epigoństwo i 
ograniczoność. Reakcje krytyki francuskiej uznano, rzecz jasna, za postponowanie historii 
narodowej, antypolonizm, a nawet — co było absurdem w odniesieniu do Francji, Ŝyjącej po 
wojnie 1870-1871 w antyniemieckiej gorączce — za tchórzliwy filogermanizm. 
Niedocenionego mistrza tym bardziej więc honorowano i tym mniej Ŝyczliwie patrzono 
później na polskich impresjonistów, czyli ideowych współbraci tych, w imię których 
wielkości narodowej wymierzono policzek. 
Ci polscy „nowinkarze" byli zresztą równieŜ spóźnieni. Początki impresjonizmu polskiego 
zwykło się wiązać z twórczością Władysława Ansgarego (imię raczej juŜ surrealistyczne niŜ 
impresjonistyczne — L.S.) Podkowińskiego i Józefa Pankiewicza. Kiedy jednak przenieśli 
oni impresjonizm nad Wisłę (1889--1890), Gauguin, Renoir, Pissarro juŜ od niego odeszli, 
Manet nie Ŝył, Sisley stał nad grobem, Monet zbliŜał się właściwie do abstrakcji. W galeriach 
paryskich królował neoimpresjonizm i czuć było zapowiedzi nadchodzącego fowizmu. Raz 
jeszcze: nie umniejsza to w niczym wartości i piękna płócien Olgi Boznańskiej, Juliana 
Fałata, Podkowińskiego, Pankiewicza czy — później jeszcze — Kamoc-kiego albo 
Filipkiewicza. Zainteresowanie, poza Polską, wzbudzali jednak umiarkowane i takie tylko — 

background image

proporcjonalne do niego — znajdowali miejsce w recepcji społecznej. RównieŜ w sztuce 
rządzi bowiem prawo, iŜ kto pierwszy, ten przewaŜnie waŜniejszy dla redaktorów 
leksykonów i nie ma w tym doprawdy Ŝadnej pogardy ani odtrącenia „prowincjonalnej 
Polski". 
132 
Dotyczy to nawet, i nie ma w tym Ŝadnego szargania świętości, najwyŜszej narodowej półki. 
Początki romantyzmu w literaturze łączą podręczniki dość zgodnie z Pieśniami Osjana 
Jamesa Macphersona, których pierwsze fragmenty Fingal i Temora ukazały się w latach 
1762-1763, pełny zaś zbiór w roku 1765. W dziewięć lat później pisał Johann Wolfgang 
Goethe Cierpienia młodego Wertera, jeszcze w XVIII w. zostały wydane min.: Poems Chiefly 
in the Scottish Dialect Roberta Burnsa (zmarłego w roku 1796), Pieśń miłości i Pieśń 
doświadczenia Williama Віаке'а, Balłady liryczne Williama Wordswortha, Es-sais historiąues 
sur les re'volutions... Francois Renć de Chateaubrianda, Don Karlos i trylogia 
wallensteinowska Friedricha Schillera, Elegie rzymskie, Tor-ąuato Tasso, Uczeń 
czarnoksięŜnika, czy jeszcze początek Fausta Goethego, Saul Vittorio Alfieriego, Kobieta 
wąŜ Carlo Gozziego... Pierwsze lata XIX w. to juŜ apogeum romantyzmu. Pozwólmy sobie 
raz jeszcze na malutką ksiąŜkę telefoniczną: 1801 r. Ataki Chateaubrianda, 1802 r. Dziewica 
Orleańska Schillera, 1804 r. Wilhelm Tell Schillera, 1809 r. Pokrewieństwa z wyboru 
Goethego, 1813 r. Giaur George'a Byrona, 1814 r. Korsarz Byrona, 1815 r. Sonety Goethego, 
1816 r. Alastor Percy'ego Bysshe Shelleya, 1817 r. Rob Roy Waltera Scotta, 1819 r. foanhoe 
Scotta, Rodzina Cencich Shelleya, Bug-Jargal Wiktora Hugo, 1820 r. Ruslan i Ludmiła 
Aleksandra Puszkina... 
Najwcześniejszym manifestem romantyzmu polskiego (o ile nie liczyć Ody do młodości z 
grudnia 1820 r.) był pierwszy tom Poezji Adama Mickiewicza, obejmujący m.in. Ballady i 
romanse. Ujrzał on światło dzienne w roku 1822, sześćdziesiąt lat po Pieśniach Osjana, 
pięćdziesiąt po Cierpieniach młodego Wertera... Tom ten nie wzbudził zagranicą, poza Rosją, 
jeŜeli uznać ją w tych czasach za zagranicę, najmniejszego zainteresowania. I trudno się 
dziwić. Cud Mickiewiczowskiego języka i tak zniknąłby w tłumaczeniu, co się zresztą 
później Ŝałośnie, wielokrotnie potwierdzało; odwoływanie do ludowości i baśniowości nie 
było zaś, od Macphersona począwszy, niczym nowym. Z pewnością znajdowała się 
twórczość Mickiewicza na romantycznej fali, ale na tej, która — znów to nieszczęsne 
opóźnienie — zaczynała juŜ powoli opadać. Pewne zaciekawienie swoją twórczością 
zawdzięczał Mickiewicz przede wszystkim powstaniu listopadowemu, kiedy, przez krótki 
zresztą czas, wypadało interesować się wszystkim, co polskie, a później - dzisiaj fakt ten 
moŜe nas dziwić — Księgom narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego (1832), w których 
pojawiły się nuty mesjanizmu z intensywnością na Zachodzie 
133 
nieznaną, a więc coś nowego, innego, niespodziewanego. Mickiewicz i Słowacki są więc na 
Zachodzie zupełnie nieznani. I niech nas nie zmyli pomnik Wieszcza skryty za drzewami nad 
Sekwaną. Powstał on przede wszystkim z inicjatywy Polaków, którym udało się pozyskać dla 
tej inicjatywy poparcie Wielkiej LoŜy Francji. I znów nie ma w tym Ŝadnego lekcewaŜenia 
kultury polskiej. Z powodu opóźnienia nie jest Mickiewicz, ani tym bardziej nie są Słowacki i 
Krasiński prekursorami, fundatorami czy „budowniczymi", a jednymi z wielu wielkich 
poetów romantyzmu, których dzieła pozostają w znacznej części w znanych standardach, a 
nawet schematach epoki. Dodatkowo drogę do poznania i docenienia twórczości polskich 
romantyków grodzi trudno przetłumaczalny język, a takŜe niejednokrotnie partykularna i 
regionalna tematyka. Jakiego Niemca, Francuza, Anglika, Hiszpana etc. zainteresować moŜe 
Pan Tadeusz, czyli — jak to definiuje francuski Słownik dzieł — „opis obyczajów szlachty 
litewskiej w początkach XIX w."? Przy takim podsumowaniu - chyba tylko etnografów. 

background image

Wiele elementów składa się na zapoznanie Europy z twórczością polskich poetów 
romantycznych. Spośród nich „syndrom Łukasiewicza" uznałbym jednak za najwaŜniejszy. 
Ilekroć bowiem literatura polska przynosiła coś nowego, dotykała terenów dotąd 
niespenetrowanych, czy przemawiała nieznanym językiem, odnosiła spektakularne sukcesy. 
Quo vadis Henryka Sienkiewicza moŜe dzisiaj nuŜyć bądź wręcz denerwować. Była to jednak 
pierwsza w literaturze europejskiej tak śmiała wizja Rzymu i początków chrześcijaństwa w 
Wiecznym Mieście. Chłopi Reymonta uwaŜani są do dzisiaj (Polacy są tutaj, o dziwo, acz 
słusznie, bardziej krytyczni) za prekursorską literaturę faktu, podobnie jak, tym razem 
słuszniej, Ziemia obiecana. Furorę zrobiła w całym kręgu europejskim przenikliwa ironia 
Gombrowicza i MroŜka. Z zaciekawieniem odkrywani są Witkacy i Bruno Schulz. Nie 
wspominam o Miłoszu, Herbercie, Barańczaku, bo to rzecz wielokrotnie opisana. śe są to 
rodzynki? Oczywiście. Dowodzą jednak, Ŝe Polacy nie są skazani na zaściankowość, jeŜeli w 
odpowiednim momencie zapalają lampę elektryczną, a nie naftową. śe oceny zewnętrzne nie 
zawsze pasują do przyjętych w Polsce kryteriów i czasem zgoła nas zdumiewają? Wynika to 
w znacznej mierze z faktu, iŜ w Polsce obcy klasycy są niemal równie mało znani, jak nasi u 
nich, co uniemoŜliwia zauwaŜenie rodzimych wtórności, zapoŜyczeń i elementów 
epigońskich. Czego np. dowiaduje się uczeń polskiej szkoły o romantyzmie 
134 
angielskim, niemieckim, francuskim, włoskim, a nawet rosyjskim? Jakiś fragment z Byrona, 
poza tym troszeczkę najbardziej oklepanej prozy. Cierpienia młodego Wertera, moŜe czasem 
Nędznicy Hugo lub Bohater naszych czasów Lermontowa. To nie pretensje, tylko 
uprzytomnienie rzeczywistości. Z takim zaś bagaŜem nie tylko nie moŜemy obraŜać się na 
nieznajomość naszych wieszczów, ale równieŜ zrozumieć, dlaczego ci, którzy ich nawet 
znają, nie windują na piedestał. Jednocześnie trzeba sobie zdać sprawę, Ŝe kultura polska jest 
nieporównanie częściej naśladowcza niŜ pionierska. A często, kiedy nawet w kraju 
wydawałaby się odkrywcza, odkrywa... lampy naftowe jedynie. Syndrom Łukasiewicza. 
XIV IGNACY JAN PADEREWSKI 
Ignacy Jan Paderewski (1860-1941) wielkim patriotą był. Nikt tego nie neguje, jak teŜ i tego, 
Ŝ

e był wspaniałym pianistą. Uczy się młodzieŜ w szkołach o jego działalności na rzecz 

niepodległości Polski, hojności dla organizacji polonijnych w USA i Kanadzie, patriotycznym 
zaangaŜowaniu podczas kongresu wersalskiego, przewodniczeniu rządowi polskiemu od 16 
stycznia do 9 grudnia 1919 r. Szczególnie sumienny nauczyciel wspomni jeszcze, być moŜe, 
o Froncie Morges albo o przyjaźni z Heleną Modrzejewską. Wyłania się z tego obraz 
szlachetnego marzyciela, filantropa, słuŜącego sprawie narodowej nie tylko majątkiem, ale 
równieŜ szerokimi znajomościami i artystycznym logo. Równie to piękne, jak i — szczerze 
powiedziawszy — nudne. W ten sposób piszemy o nim właśnie, bo przykład to kliniczny, 
przy czym zatraca się całą oryginalność postaci, barwy płowieją i zostaje tylko biograficzna 
notka, jakich wiele. Tymczasem był Paderewski postacią fascynującą tłumy na całym świecie 
— do tego stopnia, Ŝe ukuto we Francji, w Anglii i za oceanem termin „padermania", który 
stosowany jest niekiedy do dzisiaj, opisuje jednak bynajmniej nie polityczne i pośrednio tylko 
artystyczne zjawisko. 
Pamiętamy wszyscy dobrze z koncertów Beatlesów, Elvisa Presleya czy Billa Haleya widoki 
tłumów (później to spowszedniało i przerodziło się omal w obowiązujący rytuał), przede 
wszystkim młodych dziewcząt, wpadających w ekstazę, płaczących, krzyczących, 
wznoszących ręce do nieba w konwul-syjnych gestach, dygocących z przejęcia, gotowych na 
wszystko, byle tylko dotrzeć do idoli, dotknąć ich, niechby tylko zobaczyć z bliska. 
Traktujących 
136 

background image

jak relikwie przedmioty, których dotknęła ICH ręka, czy mające jakikolwiek z NIMI związek. 
Tworzących właściwie jakąś namiętną parareligię. OtóŜ wcale nie gwiazdy rocka pierwsze 
wzbudziły to szaleństwo. Pierwszy był Paderewski. 
Jesteśmy w statecznej, wiktoriańskiej Anglii, w której powściągliwość, dystans i etykieta 
wpajane są obywatelom od wieku niemowlęcego. Jest dzień 15 czerwca 1890 r. Przed Sł. 
James Hall, gdzie odbywa się koncert Paderewskiego, setki dziewcząt czekają na pojawienie 
się mistrza. Kiedy ten ukazuje się w drzwiach, tłum ogarnia histeria. Młode londyńskie 
mieszczki, których nikt nie posądziłby o cień temperamentu, przepychają się ku schodom, 
tratują, krzyczą: „Bierz nas, naleŜymy do ciebie, jesteśmy twoje!" (cytuję za: E. Lipmann, 
Paderewski — l'idole des anneesfolles. Ballano 1984). Następnie zadzierają spódnice i 
pokazują frywolne majteczki, na których wyhaftowane jest JEGO nazwisko obok czerwonych 
serc. W trosce o moralność publiczną musi interweniować policja. Do takich scen dochodzi w 
surowej Wielkiej Brytanii. CóŜ dopiero w Stanach Zjednoczonych! Tutaj zagradzać trzeba 
całe ulice, którymi ma przejeŜdŜać Paderewski. Pod jego hotelem na Piątej Alei kordon 
policji stoi dzień i noc. Od chwili, kiedy oszalała wielbicielka rzuciła się z noŜyczkami, aby 
uciąć pukiel JEGO włosów, pianiście wszędzie towarzyszy kilkunastoosobowa obstawa. 
Jednej z pań udaje się zatrudnić w roli kelnerki w hotelu, w którym rezyduje Paderewski. 
Dzięki temu moŜe przynieść mu do salonu śniadanie, zrzuciwszy z siebie przedtem w 
przedpokojach całą garderobę. Sprytny restaurator wyprzedaje fanom (słowo wtedy jeszcze 
nieistniejące) wszystkie sztuki zastawy, której ponoć dotykał Paderewski. Za obrus bierze 
dwieście dolarów — sumę, którą dzisiaj naleŜałoby pomnoŜyć przynajmniej przez sto. 
Mydełka i kremy z napisem „We love Paddy!" rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Są takŜe 
szampony cytrynowe produkowane podług „formuły Paderewskiego", gwarantujące 
posiadanie grzywy porównywalnej z grzywą mistrza; płatki jęczmienne jego imienia, cukierki 
„Paddy". Wielką popularnością cieszy się zabawka mechaniczna, w której, po nakręceniu, 
siedzący przy fortepianie człowieczek z rozwichrzonymi włosami zaczyna kręcić głową i 
uderzać rękoma w klawiaturę. 
Niektórzy, polonijni przede wszystkim, biografowie (Aniella Strakacz, Czesław Halski, Adam 
Zamoyski) sugerują, Ŝe sam mistrz nie miał z tym wszystkim nic wspólnego. Być moŜe, 
rzeczywiście nic, jeśli nie weźmiemy 
137 
pod uwagę wielomilionowych (w dolarach) zysków. Nie jest to oczywiście Ŝaden zarzut. 
PrzecieŜ jak moŜna ganić kogoś za to, Ŝe ma głowę do interesów i jest najlepiej opłacanym 
artystą swoich lat? Tyle Ŝe z muzyką nie ma to teŜ wiele wspólnego. Był Paderewski z 
pewnością wybitnym pianistą, ale byli w jego czasach artyści porównywalni, a moŜe nawet 
lepsi. Potem pojawili się następni, jedni zapamiętani przez specjalistów, inni zapomniani. 
Jednak tylko Paderewski, i tego mu nikt nie odbierze, okazał się pierwszym wielkim, 
nowoczesnym geniuszem reklamy (w konkretnym przypadku autoreklamy, ale moŜna 
wierzyć, Ŝe gdyby miał lansować kogoś innego, zrobiłby to z równym powodzeniem). 
Zaczęło się to juŜ w roku 1885 (Paderewski miał lat dwadzieścia pięć), przed koncertem w 
Wiedniu. Z inicjatywy artysty, w uczęszczanych miejscach austriackiej stolicy rozrzucono 
ulotki, na których z jednej strony widniała jego podobizna, z burzą loków na głowie, z drugiej 
zaś figurowały fragmenty entuzjastycznych recenzji, pomiędzy którymi znajdowało się 
zacytowane wytłuszczonym drukiem zdanie: „Jego muzyka jest jednocześnie intymna i 
uniwersalna, albowiem jest to muzyka anielska". CóŜ z tego, Ŝe zdanie owo pochodziło z 
lokalnej krakowskiej gazetki i napisane zostało przez wielbiciela nie mającego Ŝadnych 
kompetencji krytyka muzycznego? Nikt przecieŜ nie podaje na ulotkach swych referencji 
bibliograficznych. Taka, nieznana zgoła przedtem, forma zachęcania do udziału w koncercie 
wzbudziła oburzenie w konserwatywnych wiedeńskich kręgach artystycznych. Teofil von 
Hassen oświadczył nawet publicznie: „JeŜeli ów pan reklamuje się jak kiełbasa, to widocznie 

background image

jego umiejętności pianistyczne są na masarskim poziomie". Powtarzano ten bon mot z 
nieskrywaną ironią i niechęcią. Prasa sekundowała: „O Paganinim mówiono, Ŝe jest diabłem, 
Paderewski uwaŜa się za anioła. Przyjdzie widać popierać piekło". Były i inne docinki. CóŜ z 
tego, jeśli bilety poszły jak woda? Trudno ustalić, czy z powodu ulotek, czy teŜ skandalu, 
który wywołały. W kaŜdym razie na ParyŜ slogan był juŜ gotowy: „Artysta, który wypełnił 
wiedeńskie sale". Z Francji do Anglii jechał juŜ Paderewski jako „paryski lew". Umiał 
połączyć wszystko: romantyczną legendę tułacza z prześladowanego narodu, ekstrawaganckie 
białe fraki i oczywiście lwią grzywę, której fryzowanie zabierało mu wiele czasu, ale efekt, 
gdy rozwiewała się nad instrumentem, nie zawodził nigdy. W Ameryce zrozumiał od razu, Ŝe 
bogactwo nie jest czymś 
138 
wstydliwym, a wręcz odwrotnie: podziwia się je i ubóstwia. W ostentacji luksusu i sukcesu 
pobił więc wszelkie rekordy. Miał ku temu moŜliwości, bo fortuna powiększała się w 
astronomicznym tempie. 
Symbolem jego reklamowej strategii niech będzie wagon kolejowy, wykonany na 
zamówienie i pod osobistym nadzorem George'a Mortimera Pull-mana, z myślą o tournee po 
Ameryce. Wagon pomalowany był oczywiście w zadowalające i uczucie patriotyczne, i 
męczeńską nutę biało-czerwone kolory. Po obu stronach widniały wielkie, ponad 
półtorametrowe herby Jagiellonów z Orłem i Pogonią. Przez złocony balkon, na którym 
pomieścić moŜna było dwa szezlongi i stolik, wchodziło się do salonu muzycznego, z 
mahoniowymi boazeriami, otaczającymi wychodzące na morze okienka. Pośrodku salonu, 
wysłanego wzorzystymi, z dominacją barw biało-czerwonych, perskimi dywanami, stał 
wspaniały steinway, połączony z podstawą tak resorowaną, Ŝeby uniknąć najmniejszych 
wstrząsów (Ben Field — wielki konstruktor środków transportu— uznał to za „cud XIX w., 
który udowadnia, Ŝe w trosce o piękno ducha ludzkość osiągnąć moŜe nieskończone 
wyŜyny"). Pozłacane łoŜe z drewna cedrowego, stojące w sypialni, stworzył architekt wnętrz 
jako „wariację niespełnioną" między stylem Ludwika XIV i empire. Na ścianach wisiały 
portrety Bacha, Beethovena, Mozarta, Chopina, Schuberta i Schumanna — tego ostatniego ze 
zbiorów rodzinnych. W łazience, pomimo wszechobecnego marmuru, imponowały przede 
wszystkim sprowadzone z Wenecji lustra. Jedno z nich, po lekkim uchyleniu drzwi, 
pozwalało kontrolować wszystko, co działo się na korytarzu. Bawialnią, choć szuflady szafek 
ornamentowane były złotem z rosyjskich rubli (jeszcze jedno odwołanie patriotyczne), 
budziła jednak mniejszy podziw niŜ kuchnia, wyposaŜona w chłodnię i pomieszczenie dla 
win, gdzie utrzymywano inną dla białych (pod podłogą), inną dla czerwonych (nad sufitem), 
stałą i rekomendowaną temperaturę. Specjalny dzwonek budził kamerdynera w momencie, 
kiedy temperatura szampana spadała poniŜej wyznaczonych przez mistrza parametrów. Ten 
wynalazek (alarm — rozmraŜa się!) znalazł potem powszechne zastosowanie na świecie. Kto 
wie, Ŝe dzięki Paderewskiemu? 
139 
PLAN WAGONU KOLEJOWEGO „POLONIA" IGNACEGO JANA PADEREWSKIEGO. 
Wagon przekazany do uŜytku 6 listopada 1891 r. 
 

BALKON ZEWNĘTRZNY 

 

SALON MUZYCZNY 

 

(8mx3m) 

 

SYPIALNIA 

 

ŁAZIENKA 

 

OJ 

 

-o 

POKÓJ 1. 

 

background image

tu 

 

"O 

 

 

POKÓJ 2. 

CC 

 

1— 

 

 

 

>- 

 

POKÓJ 3. 

ас

 

 

 

SALON 

 

 

KUCHNIA 
Dźwiękoszczelny, z podwójnym parkietem. Fortepian steinway umocowany na specjalnej 
resorowanej podstawie. 
Z toŜem małŜeńskim i biurkiem. Pomieszczenie oddzielone od salonu muzycznego kotarami z 
czerwonego aksamitu. 
Wanna, umywalka i bidet z szarego marmuru. Wydzielona toaleta. 
Dla teścia, Izaaka Pastkiewicza. 
Dla kamerdynera i kucharza. 
Dla intendentki i sekretarki. 
(Wszystkie pokoje z odrębnymi łazienkami i WC). 
SłuŜący za jadalnię, salon i bawialnię. 
Z chłodnią i dwiema piwniczkami: pod podłogą i pod dachem. 
140 
szerokość 3 m 
Rezydencja Paderewskiego Riond-Bosson w Morges, koło Lozanny, przeszła do historii jako 
miejsce spotkań opozycji antysanacyjnej, w których, począwszy od roku 1936, brali udział 
m.in. generał Władysław Sikorski, Wincenty Witos, Wojciech Korfanty, Karol Popiel, 
generał Józef Haller, próbujący osiągnąć porozumienie polityczne, czy wręcz utworzyć 
wspólną partię, co się nie udało, więc niesformalizowaną koalicję określano dość 
mgławicowo „Front Morges". Nas jednak bardziej od owych politycznych konwenty-kli 
zainteresuje samo miejsce spotkań. Oddajmy głos francuskiemu dziennikarzowi, cytowanemu 
juŜ Ericowi Lipmannowi: „Willa Paderewskiego wybudowana została w 1823 przez księŜną 
Otranto [wdowę po słynnym ministrze policji Napoleona I — Józefie Fouche — L.S.], po 
czym wielokrotnie i chaotycznie przerabiana była przez jej spadkobierców. Złośliwi 
twierdzili, Ŝe jest to nieślubne dziecko zrodzone ze związku szwajcarskiego szaletu z 
weneckim pałacem [...]. Wewnątrz było jeszcze przesadniej i sztuczniej, niŜ na zewnątrz 
dziwacznie. Przez hall kierowało się do ogromnych schodów z dębowego drzewa, zdobionych 
rzeźbami. Kolumny w stylu włoskim, w rogach westybulu, wszechobecne palmy i inne 
egzotyczne rośliny w wielkich donicach, oraz posadzka z czarnego i białego marmuru 
nadawały miejscu wygląd recepcji luksusowych hoteli Riwiery francuskiej. W salonie 
podziwiać moŜna było dwa pokryte chińskimi tkaninami steinwaye, na których ustawiono 
zdjęcia znajomych pana domu w złoconych ramkach. Zestaw był, moŜna powiedzieć, dość 
wszechstronny: od królowej Wiktorii i Yvette Guilbert [francuskiej piosenkarki i aktorki — 
L.S.], poprzez Jego Świątobliwość papieŜa [Leona XIII — L.S.], po Camille Saint-Saens 
[kompozytora francuskiego — L.S.], Teodora Roosevelta i Matę Hari. Na ścianach wisiały 
dwa tylko portrety: pierwszej Ŝony Paderewskiego pędzla Siemiradzkiego i drugi, samego 
mistrza w wersji Alma-Tademy. Na lewo, drzwi powleczone czarną laką japońską prowadziły 
do jadalni ze ścianami wyłoŜonymi czerwonym brokatem przetykanym złotą nicią, co 
dziwnie kłóciło się z przeraŜającym tryptykiem Malczewskiego przedstawiającym posiłek 

background image

polskich więźniów politycznych na syberyjskim zesłaniu. Na marmurowym stole stały 
gigantyczne, srebrne kandelabry. Z jadalni przejść moŜna było do biblioteki, gdzie boazerie 
skomponowane były z drzewa cytrynowca, klonu palmowego, sykomora i jesionu 
pensylwańskiego. Podłogę pokrywał dywan aubussoński w stylu Restauracji, wielobarwny, 
ale z silną dominacją zieleni. Trzy tysiące tomów, porcelanowe 
141 
bibeloty z Sevres, macice perłowe, brązy, kryształy, szkła niebieskie, róŜowe, zielone, Ŝółte 
[...]. Na pierwszym piętrze Paderewski urządził sobie biuro, które wydawało się składem w 
sklepie antykwariusza o niezdecydowanym guście. Na wielkim stole w stylu Ludwika XIV 
gromadziły się bezładnie ksiąŜki, partytury, zdjęcia, naczynia z chińskiej porcelany, popiersia 
wszelkiego stylu i pochodzenia, mechaniczne zabawki. Na drugim stole, w stylu gotyckim 
tym razem, zdobionym masą perłową, brązem i złotem, królowały gramofony—jeden firmy 
Phrynis, drugi Edison Standard. Znaleźć tu moŜna było równieŜ harfę z drzewa mahoniowego 
inkrustowanego złotem, która naleŜała ongiś do cesarzowej Józefiny [Ŝony Napoleona I — 
L.S.], oparte na konsolach rzeźbionych w liście akantu organy salonowe z drzewa 
jaworowego, zdobne amarantowymi ornamentami roślinnymi, z perłową klawiaturą, wreszcie 
fortepian erard [...]. Kuchnia funkcjonowała dwadzieścia cztery godziny na dobę, tak, Ŝe jej 
szef James Copper dysponować musiał trzema zmianami kucharzy. Nigdy nie wiadomo było 
bowiem, kiedy i co zechce mistrz zjeść, ilu ludzi i o jakiej najbardziej nieprawdopodobnej 
godzinie zaprosi do stołu. Ile pan kobiet zaprosił do łóŜka, nie wiadomo było równieŜ. Polscy 
biografowie usiłują sugerować, Ŝe był wierny kolejnym Ŝonom, jednak ich zachodni koledzy 
zdecydowanie im nie dowierzają. Francois Tiffon twierdzi, Ŝe w samym ParyŜu kilkadziesiąt 
panienek przechwalało się, Ŝe ich dzieci właśnie z Paderewskim zostały poczęte. Na pewno 
jednak większość z nich kłamała, a inne przesadzały". 
Powtórzmy: Ignacy Jan Paderewski wielkim patriotą i wielkim pianistą był. Ale był równieŜ 
niezrównanym manipulatorem, krezusem, Wielkim Gats-bym, prorokiem pięknej muzyki i 
jarmarcznego gustu, postacią z tysiąca i jednej nocy, która wypracowała jednocześnie do 
perfekcji dar posługiwania się nowoczesnymi mediami. Mało kto pamięta, Ŝe karierę kończył 
jako aktor w Sonacie księŜycowej Lothara Mendesa i raz jeszcze, jak zwykle, odniósł 
ś

wiatowy sukces. Patriotów mamy w naszej historii wielu, świetnych pianistów teŜ się kilku 

znajdzie. Osobowości z tak kontrowersyjnym rozmachem, takich wagonów i takich willi 
Ŝ

ałośnie nam natomiast brakuje. W Stanach Zjednoczonych i Francji wychodzą do dziś 

ksiąŜki o „idolu szalonych lat". Nas nudzi premier-filantrop wsadzony w grottgerowskie 
ramy. 
Zresztą sam Paderewski teŜ lubił się w nie wsadzać, jednakŜe zawsze z pewnym 
przymruŜeniem oka. W swoich dyktowanych Mary Lawton Ра- 
иг

 

miętnikach tłumaczył: „Gdy przyjechałem [do USA — L.S.], kraj ten wydał mi się olbrzymi, 
kolosalnie bogaty, o wielkich moŜliwościach, zamieszkany przez ludność energiczną, 
przedsiębiorczą i pracowitą. Odczuwało się atmosferę wzmoŜonej konkurencji, bezustannego 
wysiłku oraz ciągłego pośpiechu; nawet juŜ w tamtych czasach pośpiech widoczny był na 
kaŜdym kroku. Prawie kaŜdy poznany przeze mnie człowiek myślał i mówił tylko o 
pieniądzach, a jednocześnie jak bardzo był wspaniałomyślny! Wiem o tym lepiej od wielu 
innych ludzi. Oczywiście tego rodzaju ambicje wywarły swój wpływ i na mnie. I ja 
zapragnąłem mieć wiele pieniędzy, a miałem na to usprawiedliwienie. Nie urodziłem się 
bowiem bogatym człowiekiem, rodzina moja była niezamoŜna, a kraj mój ubogi. Pragnąłem 
bardzo dopomóc wszystkim, a przede wszystkim mojej ojczyźnie. Wiele lat później, w 
skromnym co prawda stopniu, udało mi się to uczynić". A potem dodaje niewinnie: „DuŜy 
postęp na polu nauki i sztuki, jaki się dokonał w tak krótkim czasie, mógł istnieć w znacznej 

background image

mierze dzięki szczodrym darom amerykańskich milionerów. Nazwijmy ich więc moŜe — 
pionierami postępu". Czemu nie? O szampanie juŜ przecie wspominaliśmy. 
XV KULT JEDNOSTKI 
Termin „kult jednostki" ukuty został w ZSRR podczas chruszczowow-skiej odwilŜy 1956 r. i 
uŜywany był w dwojakim znaczeniu. „Okres kultu jednostki" stanowił eufemizm, podobnie 
jak „okres błędów i wypaczeń", nazywający czasy rządów Józefa Stalina. Sam „kult 
jednostki" definiować miał bałwochwalczy stosunek do generalissimusa. Z biegiem czasu 
pole znaczeniowe tego terminu rozszerzyło się na świecką deifikację w ogóle. W tym sensie 
weszło teŜ do powszechnego, międzynarodowego uŜycia. 
„W krainie, gdzie migał na zboczach urwistych Rozkwita na wiosnę i mieni się krzew, Wśród 
gajów kasztanu, w dolinach kwiecistych, Tam młodość Stalina się niosła jak śpiew, Jak zorza 
poranna, jak płomień ze wschodu Z ludowych szła nizin, wzlatała do chmur — To młodość 
wieczysta i poryw narodu, To gwiazda co świeci wśród śniegów i gór" 
(A. Kowalenkow, Pieśń o młodości wodza, tłum. L. Lewin). 
Po przyjęciu masowej dawki tego typu literatury dotyczącej Stalina (a tutaj jest jeszcze 
młodziutki!), Lenina, a w mniejszym stopniu równieŜ innych herosów rewolucji, wytworzyło 
się w Polsce przekonanie, Ŝe kult jednostki jest specyfiką rosyjską, lub — dla tych, którzy 
czytali o „uwielbieniu" towarzysza Мао w Chinach, Nicolae Ceaucescu w Rumunii czy 
Envera HodŜy 
144 
w Albanii — specjalnością ustroju komunistycznego. Zgoła nie chce się przebić do naszej 
ś

wiadomości fakt, Ŝe i my, Polacy, całkowicie niezaleŜnie od komunizmu, mamy na sumieniu 

grzeszki spełniające wszelkie definicyjne wymogi zjawiska. 
„Zrozumiesz, Ŝe »Polska dzisiejsza« mieści się w jednem wielkim słowie: PIŁSUDSKI! 
Bo z mocy Jego ducha i hartu Jego woli, męki samotnej i lat cięŜkiej walki zrodziło się 
plemię, noszące dumne miano: PIŁSUDCZYCY! [...] 
A jeśli nie jesteś jeszcze MAŁYM PIŁSUDCZYKIEM, jeśli tego nie czujesz, jeśli sączą w 
ciebie niektórzy jady zabójcze — to po przeczytaniu tej ksiąŜki pomyśl samodzielnie, 
odrzuciwszy precz cudze »mądrości«! Pomyśl głową i sercem o TYM, który dał wszystko z 
siebie Ojczyźnie, a dla siebie nie wziął nic, prócz szarej maciejówki — wtedy i ty na pewno 
sam się dumnie nazwiesz MAŁYM PIŁSUDCZYKIEM [...]. 
Dziś nami rządzi ON — WÓDZ, nad przeszło trzydziestu miljonami. Kochamy Go. Tego 
jednego się na Ojczyźnie dorobił! 
O POLSCE DZISIEJSZEJ, a więc o Nim, opowie ci ta ksiąŜka. Przez jej karty przewija się to 
wielkie NAZWISKO, niby strumień Ŝyciodajnej krwi. 
CzyŜby twe młode, gorące serce mogło Go nie ukochać, DROGI MAŁY PIŁSUDCZYKU?" 
(Ze wstępu do: T.M. Nittman, Mały Piłsudczyk. Warszawa 1935). 
„Wśród zboŜowego krajobrazu ze siwem, chłopskiem niebem, z rozbitą armatą na miedzy i 
powaloną chałupą — twarz ludzka. Jak na symbolicznym portrecie. Dziwna twarz. O 
wydłuŜonej powaŜnie linii, podlutowana wyraziście, z wiechą polskich wąsów i oczami, 
zaczepionymi uparcie o jakąś myśl. Twarz Ŝołnierza-mędrca. Tego, który wyszedł naprzeciw 
ś

mierci z mieczem i uśmiechem. I który uwierzył w Ŝycie. Dzieje duszy Piłsudskiego, to są 

dzieje wiary" 
(S. Maykowski, O człowieku wierzącym. Kalendarz NKN na 1916 г.). 
„Z podniesionego dumnie czoła 
Hartu i woli siła drga, 
Ma lwią odwagę, wzrok sokoła, 
145 
Czujną przezorność węŜa ma. Pod jego Polsce iść przewodem, Przeszkody do wolności zmóc, 
On wzrósł o głowę nad narodem, Oto Naczelnik nasz i Wódz!" 

background image

(A. Orłowski, Józef Piłsudski). 
„Dzięki sportowi mamy stać się lepszymi obywatelami, pracownikami czy Ŝołnierzami. Oto 
kierunek marszu wytknięty przez Wodza na odcinku wychowania fizycznego. Nie zboczymy, 
dojdziemy do celu!" 
(„Wiarus" nr 22/1935). 
„Kolebko mocy, cichy nasz Zułowie Skąd święte siły wyniósł Wielki Człowiek Skąd Król-
Duch wyniósł swej ofiary brzemię Bądź pozdrowiony polski Betleejemie! Któryś cichutki 
płacz wątłej dzieciny W krzyk lwa przemienił, łzy przetopił w czyny Wodzem obdarzył 
niewolników plemię Bądź pozdrowiony polski Betleejemie!" 
(A. Kowalski, Bądź pozdrowiony polski Betleejemie — fragment). 
„Towarzyszka Hanki Paschalskiej, kurjerka bojowa rewolucji 1905 г., opanowana i 
przytomna w najniebezpieczniejszych chwilach — to dzisiejsza Aleksandra ze Szczerbińskich 
marszałkowa Piłsudska. GdyŜ lew szuka zawsze lwicy na małŜonkę!" 
(T.M. Nittman, Epizod z młodości marszałkowej Aleksandry Piłsudskiej — Rozsypane 
naboje. Warszawa 1935). 
„Z omawianej przez nas ksiąŜki [M.J. Wielopolska, Józef Piłsudski w Ŝyciu codziennym. 
Warszawa 1936 — L.S.] dowiadujemy się ciekawych rzeczy o Wielkim Marszałku, które są 
nieraz po prostu rozbrajające. Nieraz wierzyć się nie chce, Ŝe ten kamień węgielny Polski i 
proporzec na szczycie jej gmachu, najdostojniejszą purpurą kwitnący, miał w sobie takie 
proste, niczym nieskomplikowane podejście do otoczenia domowego oraz swoiste zachcian- 
146 
ki i upodobania. Na przykład wielu z nas nie wie o tym, Ŝe ulubionym kwiatem Marszałka 
były nasze blade sasanki. Jak je musiał lubić ten Nadczłowiek, to mamy dowód, Ŝe skoro 
»wyrwał się z kieratu pracy ogólnopolskiej i zajechał do Sulejówka, to ledwo wysiadł z 
samochodu, szedł liczyć w ogródku sasanki, kwiat tak szczególnie jemu miły«, a kiedy 
«przekładano Jego święte szczątki na Wawelu ze srebrnej trumny do kryształowej, znaleziono 
w kieszonce na sercu i włoŜono z powrotem — małą wiązankę zeschłych i zszarzałych 
sasanek«. Poszedł z nimi, z bladą swoją pamiątką, złoŜoną przez kochane i »wiedzące« ręce 
pod wieko swego monarszego sarkofagu" 
(W. Goliczewski, Marszałek Józef Piłsudski w Ŝyciu codziennym. „Wiarus" nr 24/137). 
„Ani kontusz na nim aksamitny, 
Ani pas Go zdobi lity, słucki, 
W szarej burce, lecz duchem błękitny, 
Jedzie polem brygadier Piłsudski, 
Ręce cicho na łęku oparte, 
Patrzy twardo w wir śnieŜnej zawiei 
Wśród pustkowia sprawuje swą wartę 
Nieśmiertelny brygadier Nadziei" 
(A. Dzięciołowski, Pieśń o Józefie Piłsudskim — fragment). 
„10 listopada 1918 roku ulicą Marszałkowską od strony Dworca Głównego szedł 
CZŁOWIEK w szarym mundurze, wyplamionym nieco w więzieniu magdeburskim. 
Człowiek ten nazywał się Józef Piłsudski. 
Skroni Jego nie okalała korona, dłoń Jego nie dzierŜyła berła a podpisywała dekrety, które 
miljony wypełniały, wydawał rozkazy, którym miljony ślepo w pokorze ulegały. 
Czcijmy Jego pamięć, gdyŜ ani Polska, ani Europa nie ujrzą prędko równego Jemu człowieka. 
Ciało Jego spoczywa w srebrnej trumnie na Wawelu. Serce legło u stóp Matki na Rossie, ale 
Duch Jego Nieśmiertelny został pośród nas, Ŝyje; uderzenia Jego potęŜnych skrzydeł 
rozlegają się nad miastami, nad polami, nad ukochanym przezeń łanem polskim" 
(J. K. Malicki, Marszałek Piłsudski a sejm. Warszawa 1936). 
147 

background image

„W sercu Polaka wyrył wieczny chwały diament Dwoje imion: Kościuszko, KsiąŜę Józef... 
Dziecię Z ust matki swej na Ŝycia drogę jak sakrament, Brało imion tych dwoje. Wodzu! 
Twoje — trzecie" 
(F. Arnsztajnowa, Archanioł Jutra — fragment). 
„W roku 1877 dzisiejszy marszałek Piłsudski był małym, dziesięcioletnim chłopcem, 
hasającym po rodzinnej wsi Zułowie, połoŜonej na Wileńszczyźnie. Nikt jeszcze nie 
przeczuwał w nim genjuszu Wodza Narodu. 
Dzieci bowiem są tylko dziećmi, choćby przeznaczone były do odegrania w wieku dojrzałym 
najbardziej doniosłej roli. Biegają, bawią się, skaczą podobnie jak i te, z których później 
wyrasta szary, nic nie znaczący tłum. Ale w małym Ziu-ku kiełkowało coś nawet wówczas, 
gdy nosił krótkie spodenki i przepadał za konfiturami. WyraŜało się to w snuciu dziwnych, 
jak na małego chłopca, marzeń [...]. 
Pewnego razu takie nawiązał do tych czasów wspomnienie: 
— Mając lat dziewięć albo dziesięć — mówił — postanowiłem sobie, Ŝe gdy tylko skończę 
lat piętnaście, a więc osiągnę, według swego ówczesnego mniemania, szczyt dojrzałości 
męskiej, to zrobię powstanie i wyrzucę Moskali z Podbrzezia [miasteczko koło Zułowa — 
L.S.]. 
Marzenia dziecinne, nierealne, przyoblekły się w rzeczywistość. Dzisiaj istotnie w Podbrzeziu 
Moskali juŜ nie ma i na pewno nigdy nie będzie" 
(M.B. Lepecki, Wojowniczy Ziuk. Warszawa 1935). 
„I Tobą był ten wicher, co płaszcze im targał Tobą były te grzmoty armatnie na niebie, Ciebie 
nieśli wraz z Polską i wraz z krwią na wargach i jak w wolność wierzyli, tak wierzyli w 
Ciebie. 
Kazałeś im iść boso, to sto mil szli prosto, 
kazałeś im umierać, to śmiejąc się marli, 
byle tylko na czele widzieli Twą postać 
i byle się wraz z Tobą przez piekło przedarli [...]. 
ś

eby szumiała ziemia od zgiełku murarzy i Ŝeby się budowa dźwigała w sto pięter, 

148 
aŜ do tej namarszczonej, do kamiennej twarzy, którą tytan wyrzeźbił i Anioł opętał" 
(J. Braun, Wiersz o Piłsudskim — fragmenty). 
„Ze względu na wielkie znaczenie propagandowe rzeźb, które uprzytamniają kaŜdemu 
łączność chwili obecnej z postacią Pana Marszałka, wielki spadek ideowy, jaki zmarły 
Marszałek nam pozostawił, i obowiązki, jakie włoŜył na nasze pokolenie, nie wątpimy, Ŝe 
znajdą się one równieŜ w biurach WPanów. 
Podkreślamy wielkie znaczenie tej akcji, która ma na celu zrealizowanie hasła: 
POMNIK MARSZAŁKA W KAśDYM BIURZE, STOWARZYSZENIU I ZWIĄZKU" 
(Zarządzenie G.K.W, CAW, 2 DP, sygn. 313.2.45, podpis: Thun). 
„Wszyscy krzyczeli: »Niech Ŝyje marszałek Piłsudski!« 
Na de milczących szyb białego pałacyku ukazała się niewyraźna sylwetka 
Komendanta. Czułem, Ŝe serce wali mi jak młotem i ścisnąłem mocno ramiona 
moich towarzyszy. 
— Lekarz zabronił mu wychodzić, boby mógł się zaziębić, taki wraŜliwy! — objaśniał 
półgłosem »Albinos«. 
Zdziwiłem się w pierwszej chwili. 
— Więc ktoś czegoś moŜe Mu zabronić? 
— Głupi jesteś! — syknął Jędrek — to przecieŜ tylko dla Jego zdrowia, które cenniejsze jest 
dla Polski, niŜ nie wiem co! 
Umilkłem, pełen kłębiących się myśli. Ten, tam, za szybą — to chyba najskromniejszy 
człowiek w kraju. Mógłby być wszystkiem: prezydentem, królem, cesarzem — czemby tylko 

background image

zachciał. A On jest... Jakby to powiedzieć?. .. Czułem, Ŝe jest dla nas czymś więcej w tej 
swojej szarej kurtce strzeleckiej ... Marzyłem w tej chwili o tern, by móc dla niego zrobić coś 
takiego, aby przecieŜ raz się dowiedział, Ŝe gdzieś istnieje taki 15-letni Kazik Wo-dziecki, 
który gotów dla Niego w kaŜdej chwili Ŝycie oddać!!" 
(Mały Piłsudczyk, s. 194). 
„Niech święcą się w sercach Ŝołnierskie mogiłki Jak orzeł niech krąŜy nad niemi 
149 
Ten, który uwieńczył ofiarne wysiłki 
I wolność ojczystej dał ziemi. 
Targane juŜ pęta, skończone juŜ klęski 
Kat pierzchnął krzyŜacki, kałmucki 
Niech Ŝyje wódz Polski, niezłomny, zwycięski 
Niech Ŝyje Marszałek Piłsudski" 
(R. Sumień, Obchód imienin marszałka Piłsudskiego — fragment. Warszawa 1931). 
Wystarczy. Nie wyśmiewajmy kultów jednostek w róŜnych dziwnych krajach świata, Ŝeby 
nam ktoś nie przypomniał przypowieści o źdźble i belce w oku. Strukturalnie zresztą 
idolatryczne teksty (dotyczy to takŜe form graficznych) mało róŜnią się między sobą. 
Najwyraźniej chwalcom brakuje wyobraźni lub teŜ repertuar elementów niezbędnych do 
wykrzykiwania czci okazuje się ubogi. I tak w tekstach apoteozujących Piłsudskiego i Stalina 
znajdujemy takie same przymiotniki (nieśmiertelny, genialny, silny, dumny...), takie same 
figury symboliczne (lew, orzeł, sokół, łany...), takie same wreszcie zestawienia (skromność-
wielkość, samotność-władza...). 
W tym miejscu waŜna uwaga. Pochodzę z rodziny, którą bez wątpienia nazwać by moŜna 
piłsudczykowską. Wychowany zostałem więc w szacunku i sentymencie do Dziadka, co w tej 
mierze mi zostało, iŜ w moim gabinecie wisi nawet jego portret i wolę pamiętać Legiony niŜ 
Brześć. Chodzi tu nie o Piłsudskiego, ale o parareligię, której stał się bóstwem, a za którą sam 
nie ponosi odpowiedzialności. 
Istnienie owej parareligii było jednak faktem i ukazuje, Ŝe społeczeństwo polskie, tak jak 
wiele innych, było i nadal jest podatne na niezwykle narodowe egzaltacje. „POMNIK 
MARSZAŁKA W KAśDYM BIURZE, STOWARZYSZENIU I ZWIĄZKU'. CóŜ nam to 
aktualnie przypomina? Nikt nie neguje wielkości i świetności Jana Pawła II. Istnieje jednak 
granica pewnej minimalnej powściągliwości, za którą zaczyna się nie tylko zły smak, ale 
równieŜ swoiste pranie mózgów, które prędzej czy później wywołuje znuŜenie, a w końcu 
sprzeciw i kpinę. Niedźwiedzia to zaiste przysługa dla tych, których pamięć chcemy 
wysławiać. KaŜde biuro, stowarzyszenie i związek — to o 99% biur, stowarzyszeń i 
związków za duŜo. Czy naprawdę pomniki polskiego papieŜa muszą stać w kaŜdym mieście? 
A jeŜeli nawet — to moŜe po 
150 
jednym wystarczy? Ci bowiem, którzy —jak w Toruniu — wznoszą juŜ trzeci, pomimo 
najlepszych intencji staczają się do poziomu Zarządzenia G.K.W, CAW, 2 DP, sygnatura 
313.2.45. 
 
XVI ARMIA POLSKOJĘZYCZNA 
Przyjaciel mój zesłany został na Syberię juŜ w końcu 1939 r. Najpierw pociągami, potem 
rzeką, na barkach, w górę. Wszystko źle zaplanowane. Był juŜ grudzień. Barki stanęły w 
lodzie. Nieskończona tajga z lewej, taka sama z prawej. W tym momencie zrównały się losy 
zesłańców i NKWD-owskiej straŜy. Chodziło o przeŜycie. Zimy? — Pod warunkiem, Ŝe tam 
na górze nie zapomną o transporcie ХХ20. A niby dlaczego mieliby nie zapomnieć? Co 
znaczyć moŜe dla Kremla pięć barek Polaczków i kilkunastu NKWD-zistów? Na szczęście, w 
pobliŜu (dwadzieścia kilometrów przez śnieŜne wądoły) była wioska. StraŜ miała broń, więc 

background image

opanować sioło nie było trudno. Tylko co dalej? To miejscowi wiedzieli, jak moŜna tu 
przeŜyć. Trzeba było więc szukać kompromisu. Przyjaciel mój, prosto po maturze i 
podchorąŜówce, przystojny i pełen Ŝycia, bez trudu znalazł sobie miejscową wdówkę, teŜ 
zesłankę, skądinąd śydówkę i komunistkę (tak jej się przynajmniej wydawało), całkiem 
jeszcze nie leciwą, a co więcej — posiadaczkę krowy. Krowa, czyli mleko, krowa, czyli ser 
— Ŝycie - najkrócej mówiąc. Przyszła wiosna, barki dawno zostały juŜ porąbane na opał, i 
wszystko okazało się tak, jak moŜna było przewidzieć. Transport gdzieś tam na wyŜynach 
został skreślony z ewidencji. Pozostawało Ŝycie. W międzyczasie mój przyjaciel dorobił się 
ś

wini. Pozyskane z niej wyroby zapewniały mu pozycję społeczną do pozazdroszczenia. Ich 

wirtualne widmo pozwoliło mu nawet na wypoŜyczenie od ex-straŜnika broni z trzema 
nabojami. Chodził po lesie, ale nigdy nie miał pewności, Ŝe trafi i nie zmarnuje jednej trzeciej 
niesłychanej mocy. Nie przynosił więc dziczyzny do domu, ale zawsze mógł coś przecieŜ 
upolować. To teŜ podbudo- 
152 
wywało jego pozycję. Tak mijały dni i miesiące. Pod koniec lata, czy teŜ z początkiem jesieni 
(wojna niemiecko-radziecka zaczęła się 22 czerwca 1941 г., a pakt Sikorski-Majski został 
zawarty 30 lipca), chłopiec, który łowił ryby, przybiegł z wiadomością, Ŝe z przepływającego 
stateczku krzyczano do niego, Ŝe wybuchła wojna i formuje się polskie wojsko. Polskie 
wojsko? Ale gdzie? Jak gdziekolwiek dotrzeć? A tutaj zima za pasem. Co zrobić z krową i 
ś

winią? Wysłali chłopaka do okręgowego miasteczka. Wrócił po trzech tygodniach z nogami 

pozdzieranymi niemal do kości, i wszystko potwierdził: wojna, polskie wojsko kędyś na 
południu. Tyle Ŝe w międzyczasie rzeka zamarzła. Ruszyli, pomimo wszystko. W lutym, w 
Oktiabrowskiem, znaleźli polskiego urzędnika. Wiedział, gdzie i co, ale Ŝadnych środków 
transportu zapewnić nie mógł, sam był zresztą zdesperowany, bo stracił wszelki kontakt z 
ambasadą w Moskwie. W tym czasie, ale któŜ mógł to wiedzieć, zaczęły się juŜ 
przygotowania do ewakuacji armii Andersa do Iranu (pierwsze transporty wyruszyły w końcu 
marca 1942 r). „Nie zdąŜyli do Andersa" — napisał w swojej przejmującej ksiąŜce Bolesław 
Dańko. W przypadku mojego przyjaciela było nieco inaczej. On akurat zdąŜył. Tyle Ŝe 
przepytujący go oficer polityczny miał fundamentalne zastrzeŜenia do Ŝony. śydówka i 
członek KPZR. „Młody człowieku, w tajdze ją pan znalazł i nikt z tego powodu panu nie robi 
wyrzutów. Teraz było, minęło, przecieŜ ślubu nie macie..." Nie wiem, jaki poryw lojalności 
targnął moim przyjacielem. Dość Ŝe propozycję odrzucił. A wtedy juŜ nie było wyboru. 
Ostatnie statki odpływały przez Morze Kaspijskie. Pozostawał wybór między powrotem w 
nieznane (juŜ bez krowy) i powstającą później gdzieś tam armią Berlinga. 
ZbliŜoną w istocie sytuację opisuje Bolesław Dańko (Nie zdąŜyli do Andersa — berlingowcy. 
Londyn-Warszawa 1992): „W sierpniu 1942 r. odnalazłem w Kotlasie polską placówkę 
wojskową. Stanowił ją major i kilku podoficerów, a ich zadaniem było werbowanie Polaków 
do wojska. Odbywało się ono na dość dziwnych zasadach, poniewaŜ oficjalnie nie moŜna 
było zaciągnąć się, bo miejscowe władze na to nie zezwalały. Gdy jednak ktoś juŜ dotarł do 
placówki i został przez majora wpisany na listę, władze bezpieczeństwa w sprawę nie 
ingerowały i po skompletowaniu odpowiedniej grupy, przejazd do miejsca formowania 
odbywał się pociągiem. Nie zastanawiając się długo, podjąłem decyzję wstąpienia do wojska. 
Gdy jednak nawiązałem kontakt z placówką, dowiedziałem się, Ŝe dwa dni wcześniej 
transport odjechał, 
153 
następny będzie za miesiąc [...]. Wieść o moŜliwości zaciągnięcia się w Ko-tlasie do wojska, 
mimo powściągliwego stosunku władz, rozeszła się po po-siołkach i kołchozach. Kto mógł, 
usiłował tam dojechać. My pomogliśmy dojechać do Kotlasu dwóm kolegom z Kargowiny: J. 
Chodynickiemu i A. Jurkiewiczowi. Walczyli oni później jako Ŝołnierze II Korpusu pod 
Monte Cassino. Sami jednak nie zdąŜyliśmy wpisać się na listę, bo gdy przybyliśmy po 

background image

dwóch tygodniach, placówki juŜ nie było — została zlikwidowana [...]. Wróciłem więc na 
poprzednie miejsce i pracowałem dalej, aŜ doczekałem miesiąca maja 1943 r. Pewnego dnia 
przeczytałem w gazecie, Ŝe Wanda Wasilewska i płk Berling tworzą Pierwszą Dywizję im. 
Tadeusza Kościuszki. Nie bardzo wiedziałem, kto to był Kościuszko, lecz kiedyś mi się 
przypomniało, Ŝe ciotka w Brailowie, gdy mi udzielała lekcji języka polskiego, o nim 
wspominała. Mówiła, Ŝe był to Polak i patriota. O Wasilewskiej i Berlingu wcale nie 
słyszałem, a gdy raz zapytałem Polaków, którzy tam byli, to oni teŜ nie potrafili nic mi 
powiedzieć na ich temat [...]. Po paru dniach dostałem kartę powołania, a po paru następnych 
juŜ razem z innymi jechałem do wojska. Z duŜą radością przekroczyłem bramę z brzozowych 
pali, na której widniał napis „Witaj Ŝołnierzu — wczorajszy tułaczu" [...]. Atmosfera w 
kompanii mi odpowiadała. Wszyscy Ŝołnierze mówili po polsku. Śpiewaliśmy polskie 
piosenki. Mnie szczególnie podobała się Rota, którą zawsze kończyliśmy pracowity 
Ŝ

ołnierski dzień. Słów tej pieśni nie znałem wcześniej, ale śpiewając razem z innymi w 

postawie na baczność i z czapką w lewej ręce szybko się nauczyłem [...]. Gdy przyszła 
niedziela, chodziliśmy w szyku zwartym na naboŜeństwo, tak samo odprawiane, jak w 
naszym kościele w Brailowie. Wraz z innymi odmawiałem modlitwy, których nauczyła mnie 
jeszcze matka. Niektóre juŜ wyleciały z pamięci, ale tu mówiąc razem ze wszystkimi 
przypominałem je sobie. Przed przysięgą dostałem nowy mundur polski, z czapką rogatywką, 
na której widniał orzeł. Ptak ten mi się podobał, ale niektórym kolegom nie. Ja przecieŜ 
innego nie znałem i co miałem wybrzydzać..." 
Bardzo podobnie wspomina swoje przybycie do Sielc Tadeusz Sosiński w pasjonujących 
wspomnieniach Przez Ŝycie pod wiatr. 
Z księdzem Wilhelmem Franciszkiem Kubszem, który został kapelanem dywizji, była dość 
osobliwa historia. Berling pisze: „Starania o księdza wszcząłem na prośby Ŝołnierzy jeszcze w 
maju. Poszukiwania wdroŜone przez śukowa uwieńczyło nareszcie powodzenie i w końcu 
czerwca przybył do nas 
154 
młody, bardzo sympatyczny i zapalony do swojego nowego zadania zakon-nik-misjonarz, ks. 
Kubsz. Przyjechał samochodem w nowiutkiej sutannie i przystąpił od razu do zorganizowania 
słuŜby duszpasterskiej. Zorganizował ją zresztą szybko i bardzo dobrze. Ku mojemu 
wielkiemu zdziwieniu Ŝołnierze przyjęli go z duŜą rezerwą. Nie mogłem tego zrazu 
zrozumieć, biorąc pod uwagę bardzo gorące prośby i nalegania w tej sprawie, z jakimi 
zwracali się Ŝołnierze do oficerów oświatowych i do mnie osobiście na kaŜdym zebraniu, w 
którym brałem udział. Dopiero powoli sprawa się wyjaśniła. Powodem był samochód i nowa 
sutanna. Ci, którzy mieli okazję widzieć księdza na zesłaniu, pamiętali go jako takiego 
samego oberwańca w fuf aj ce, jakimi byli oni sami. Nic dziwnego, Ŝe nowiuteńki strój 
liturgiczny księdza wydał im się podejrzany i stąd to zimne przyjęcie. Jednym słowem śuków 
przedobrzył. Ks. Kubsz jednak szybko się zorientował i potrafił przełamać lody". 
Zupełnie inaczej relacjonuje sprawę Włodzimierz Sokorski. Według niego, ksiądz został po 
prostu porwany ze swojej parafii i ciupasem dowieziony do Sielc, gdzie ze zdumieniem, gdyŜ 
—jak łatwo moŜna się domyśleć — spodziewał się zupełnie czego innego, stwierdził, Ŝe 
powierza mu się duszpasterstwo w polskim wojsku. Z początku — dodaje Sokorski — nikt 
nie wierzył, Ŝe jest to prawdziwy ksiądz. Dopiero „obwąchały go" fizylierki i potwierdziły 
autentyczność. „Baby zawsze księdza poznają". Księdzu Kubszo-wi przerobiono niewygodne 
imię Wilhelm na Franciszek, pozostawiając jednak znaczną swobodę działania. Ograniczono 
ją dopiero grubo później, kiedy odwaŜył się na protesty przeciwko uznaniu linii Curzona za 
wschodnią granicę Polski. W kaŜdym razie była I Dywizja jedyną formacją pozostającą pod 
dowództwem radzieckim, mającą własną obsługę religijną. 
Pisze Berling: „Wiedzieliśmy z własnej obserwacji i z doświadczenia wyniesionego z armii 
Andersa, kto do nas przyjdzie i jacy to będą ludzie. Zdawaliśmy sobie sprawę, Ŝe w ogromnej 

background image

większości będą to synowie i ojcowie z rodzin deportowanych w głąb Rosji, z zajętych przez 
wojska radzieckie obszarów przedwojennej Polski. Często byli oni głęboko krzywdzeni, 
cierpieli biedę i niedostatek, wielu spośród nich w dramatycznych nieraz przejściach straciło 
swoich najbliŜszych, a wszyscy Ŝyli dotąd i zostawili swoje rodziny w bardzo trudnych i 
bardzo cięŜkich warunkach [...]. Szli ku nam ocięŜałym krokiem, krokiem ludzi bardzo 
zmęczonych. Widok był raczej niezwykły. W miarę jak się zbliŜali, zaczęliśmy odróŜniać 
poszczególne części ich garderoby: 
155 
nakrycia głowy, ubrania, obuwie. Wszystko to juŜ dawno przeŜyło swój wiek. Termin 
»łachmany« byłby przesadą, ale nie bardzo odbiegał od właściwego określenia. W rękach 
mieli węzełki, na plecach worki. Kilku niosło obwiązane sznurkami pudła, które kiedyś 
pewnie były walizkami". Mamy najwyŜsze wątpliwości co do wiarygodności i uczciwości 
Wspomnień generała Zygmunta Berlinga, w tym przypadku jednak rzetelnie opisuje 
rzeczywistość. 
Nie co innego pisze emigracyjny historyk Władysław Pobóg-Malinow-ski: „Formacje te 
odegrały tragiczną rolę narzędzia w ręku Stalina; budzić to moŜe róŜne zastrzeŜenia, nie 
usuwa to ich jednak poza nawias najnowszych dziejów polskich, w ogóle posępnych i 
głęboko tragicznych. Dywizja pierwsza »im. Tadeusz Kościuszki« tworzyła się w Sielcach, 
koło Riazania; kierowano do niej Polaków, którym poprzednio zamykano drogę do armii 
Andersa, wyszukiwano teŜ dla niej po całej Rosji obywateli sowieckich polskiego 
pochodzenia, często całkowicie juŜ zrusyfikowanych". 
Losy tych ostatnich są zresztą dość ciekawe. Oddajmy jeszcze raz głos Bolesławowi Dańce, 
który naleŜał właśnie do zrusyfikowanych: „Takich jak ja było w dywizji więcej, a 
szczególnie oficerów. Nazywano nas ruskimi Polakami. Do niektórych przymiotnik ten 
pasował, bo wielu nie znało nawet polskiego języka. Być moŜe zapomnieli, moŜe u nich w 
domu tym językiem juŜ nie mówiono, albo nie było wolno. Ale nazwiska to przewaŜnie mieli 
polskie: Piotrowski, Galicki, Sawicki, Siwicki, Nowicki, Orłowski itp. [...] Z kaŜdym dniem 
przybliŜał się czas wkroczenia na ziemie polskie. Ciekawy byłem, jak ta Polska wygląda, bo 
przecieŜ nigdy jej nie widziałem. Pamiętałem z opowiadań rodziców, krewnych, sąsiadów 
mieszkających w Półtowcach, Ŝe jest to kraj piękny, bogaty, Ŝe ludzie tam dobrzy i Ŝyczliwi. 
W upalny lipcowy dzień 1944 r. z rusznicą na ramieniu wkraczałem do Chełma, później do 
Lublina..." Po wojnie, doskonale juŜ mówiący po polsku i w pełni czujący się Polakiem, 
osiadł Bolesław Dańko w Tanowie, dwadzieścia kilometrów od Szczecina, gdzie załoŜył 
piekarnię, którą zrujnowały mu domiary finansowe. 
Tyle moŜna w największym skrócie powiedzieć o masie Ŝołnierskiej, do której właśnie 
przymiotnik „polskojęzyczna" pasował moŜe nie zawsze, ale „polska" jak najbardziej. 
Powtórzmy raz jeszcze za Pobogiem-Malinowskim, iŜ jakiekolwiek byłyby zastrzeŜenia do 
politycznej roli narzuconej berlin-gowcom, „nie usuwa ich to jednak poza nawias 
najnowszych dziejów polskich". I to wydaje się najwaŜniejsze. 
156 
Inna była sytuacja w korpusie oficerskim. Pisze sam Berling: „W pierwszej dekadzie czerwca 
zaczęły Ŝyć i funkcjonować wszystkie jednostki organizacyjne dywizji. W obozie było juŜ 
kilkuset oficerów, wśród nich kilkudziesięciu oficerów przedwojennego wojska oraz dość 
duŜa liczba — około stu — kandydatów na oficerów oświatowych. Poziom intelektualny tego 
aktywu był dość wysoki. Był wśród nich powaŜny procent ludzi z wyŜszym i średnim 
wykształceniem". JednakŜe: „Pierwsza i podstawowa grupa składała się z oficerów 
odkomenderowanych z Armii Czerwonej. Główny jej trzon stanowili Polacy, obywatele 
radzieccy oraz nieznaczna grupa Rosjan — specjalistów technicznych, głównie w zakresie 
rodzajów broni oraz słuŜb". Z tymi Rosjanami teŜ róŜnie bywało. W końcu sierpnia 1943 r. 
zginął w katastrofie dowódca pułku lotniczego kpt. Andrzej Kozłowski. „Osierocone 

background image

stanowisko po Kozłowskim zajął Rosjanin, mjr Lachiczew — wspomina Berling. — 
Lachiczew zrobił nam niespodziankę. Etaty pułku, z wyjątkiem całej kadry liniowej i 
technicznej, która — prócz oficerów oświatowych — była rosyjska, wypełniali nasi 
poborowi. W tej sytuacji Lachiczew zabronił uŜywać w pułku języka rosyjskiego i to zarówno 
na słuŜbie, jak i poza słuŜbą, a w szczególności w stołówce. Zmuszał Rosjan do nauki języka 
polskiego, w czym sam wiódł prym, spolszczył wszystkie napisy i dokonywał gigantycznych 
wysiłków, by spolszczyć nomenklaturę. Nieraz powstawały w niej dziwolągi, których ani on, 
ani nikt inny nie mógł zrozumieć. Ale to go nie zniechęcało..." Zabawny jest tu generał 
Berling przyznający się do „niespodzianki". On sam takiego rozkazu nie odwaŜyłby się 
przecieŜ nigdy wydać. Przypadek Lachi-czewa - nie taki znowu wyjątkowy — był 
przejawem, czego wśród towarzyszy broni nie dawało się opanować, postępującego bratania 
się oficerów rosyjskich z Polakami. Trzeba zaś pamiętać o zasadach panujących w reŜymie 
stalinowskim. Takie przyjaźnie, czy nawet tylko przypadki bliŜszego koleŜeństwa, z 
niepewnymi z natury Polakami powodowały automatycznie wzrost podejrzliwości i 
nieufności radzieckich słuŜb. Dotknęło to niemałą liczbę oficerów rosyjskich 
„odkomenderowanych do Berlinga". Wracających do kraju po wykonaniu misji z reguły nie 
czekały honory albo awanse. Wręcz odwrotnie — wielu spotkało się z lekcewaŜeniem czy 
szykanami. Nie znajdziemy teŜ prawie Ŝadnego z tych oficerów pośród tzw. doradców 
radzieckich przy rządzie Bieruta, chociaŜ teoretycznie uznać by ich naleŜało za najlepiej 
wprowadzonych w sprawy polskie, a przynajmniej wojska polskiego. Sosiński pisze, Ŝe 
równieŜ 
157 
w Polsce „berlingowców", jako tych, którzy znali prawdziwe oblicze ZSRR, traktowano z 
nieufnością. 
Pozostaje wierchuszka. Berling zapewnia konsekwentnie, Ŝe był zawsze zaciekłym 
przeciwnikiem koncepcji „siedemnastej republiki". Tak właśnie zatytułował drugi tom swych 
wspomnień: Przeciw siedemnastej republice. Neguje to w swojej skądinąd niebywale 
stronniczej i czarno-białej ksiąŜce Konterfekt renegata (Warszawa 1996) Daniel 
Bargiełowski. Jako jedyny dowód przytacza jednak protokół spisany dnia 14 maja 1943 r. w 
Wielkiej Brytanii, w którym niejaki rtm. Narcyz Łopianowski oświadcza, Ŝe: „Ppłk Berling 
twierdził, Ŝe naleŜy patrzyć w przyszłość i zrozumieć «wielkie rzeczy«. Nie ma się czego 
przeraŜać, Ŝe Polska znajdzie się wśród szczęśliwych narodów ZSRR jako siedemnasta 
republika. Polacy są narodem zdolnym, obecne pokolenie posiada duŜe przygotowanie i moŜe 
odegrać duŜą rolę w Rosji Radzieckiej. Ludzie rządzący Związkiem Radzieckim posiadają 
inteligencję bardzo ograniczoną, słabe wykształcenie, tak Ŝe dla Polaków otwierają się 
szerokie horyzonty. W niedługim czasie wszystkie waŜniejsze stanowiska mogą być 
obsadzone przez Polaków i Związkiem Radzieckim będą rządzili Polacy". Zgadzam się z 
Bargiełowskim, iŜ „z powyŜszego zieje głupotą aŜ obezwładniającą" — aŜ tak 
„obezwładniającą", Ŝe niestety przekreślającą wiarygodność „dokumentu". 
Berling był politykiem naiwnym. Udowodnił to moŜe najdobitniej, kiedy po wojnie, chcąc się 
przeciwstawić dyktaturze Bieruta i przenoszeniu na polski grunt radzieckich metod, wysłał do 
Stalina telegram: Umolaju was, spasajtie Polszu iz ruk trockistskoj szajki mieŜdunarodnogo 
banditizma („Błagam was, ratujcie Polskę z rąk bandyckiej szajki międzynarodowo-tocki-
stowskiej"). Nie na tyle jednak głupim, Ŝeby roić o władzy Polaków w ZSRR, a juŜ na pewno 
na tyle zastraszonym, Ŝe nigdy nie mówiłby jakiemuś mało znanemu rotmistrzowi (a zapewne 
nawet i własnej Ŝonie), iŜ „ludzie rządzący Związkiem Radzieckim posiadają inteligencję 
bardzo ograniczoną". Nie odpowiadało to zresztą jego poglądom, bo Stalina otaczał, czego 
nie wypierał się i w roku 1991, głębokim podziwem. MoŜna oczywiście nie wierzyć 
Berlingowi w jego własne zapewnienia o sprzeciwie wobec perspektyw wchłonięcia Polski 
przez ZSRR. Podkreśliłem to juŜ, Ŝe często mija się z prawdą, a niektóre fakty świadomie 

background image

zafałszowuje. Pozostaje jednak rzecz trudna do zakwestionowania. Oto prawdziwi 
zwolennicy „siedemnastej republiki", tacy jak Wanda Wasilewska, Alfred Lampe czy Hilary 
Minc, kon- 
158 
sekwentnie Berlinga zwalczali, a przed kierownictwem radzieckim w mało zawoalowanych 
słowach oskarŜali o „polski nacjonalizm". Wystarczy teŜ spojrzeć na najbardziej niechętnych 
Berlingowi przedstawicieli Kremla. Na ich czoło wysuwa się Wiaczesław Mołotow — 
najbardziej zdecydowany wróg niepodległej, choćby tylko formalnie, Polski, a nawet 
tworzenia polskiej armii. Berling oczywiście związany był z radzieckimi słuŜbami i 
przedstawicielami władzy. Wszystko wskazuje na to, Ŝe tymi jednak, którzy nie wspierali 
pomysłu „siedemnastej republiki". Stalin równieŜ nie miał do niej przekonania i temu przede 
wszystkim zawdzięczał Berling swoją iluzoryczną karierę, storpedowaną ostatecznie przez 
Bieruta i jego otoczenie. 
Niektórzy historycy uwaŜają, Ŝe juŜ samo utworzenie armii bez uzgodnienia z rządem 
polskim na emigracji było aktem zdrady. Nie jest to wcale takie proste. Po wyjściu wojsk 
Andersa do Iranu o stworzeniu na terytorium ZSRR jakiejkolwiek organizacji polskiej, tym 
bardziej wojskowej, podporządkowanej władzom londyńskim, nie mogło być mowy. Stawiało 
to pod dramatycznym znakiem zapytania los pozostałych w ZSRR Polaków: zesłańców, 
zwolnionych łagierników, którzy do Andersa nie zdąŜyli, wreszcie tych, często nawet 
kulturowo i językowo zrusyfikowanych, którzy odmówili przyjęcia radzieckiego 
obywatelstwa. Akces do armii Berlinga był dla nich jedynym ratunkiem pozwalającym ocalić 
toŜsamość, a często i Ŝycie. Jest to fakt obiektywny, którego podwaŜyć się nie da. Skrajnie 
„antyberlingowskie" pozycje w rządzie polskim na uchodźstwie zajmował właściwie tylko 
Wódz Naczelny, czyli po śmierci generała Władysława Sikorskiego (który jasnego 
stanowiska w tej sprawie nie zajął) — generał Kazimierz Sosnkowski. Domagał się on w 
obliczu konferencji teherańskiej m.in., aby rząd polski zaŜądał od Rosji „rozwiązania formacji 
Berlinga". Było to stanowisko całkowicie nierealne, z czego doskonale zdawał sobie sprawę 
Stanisław Mikołajczyk, a co dobitnie wykazały rezultaty konferencji. W tym samym zresztą 
czasie Qistopad 1943 r.) informowana przez Foreign Office prasa angielska wychwalała 
utworzone w ZSRR „dywizje o pełnej odrębności narodowej". W przemówieniu z 24 maja 
1944 r. Winston Churchill wręcz zrównał formacje polskie na Zachodzie i Wschodzie, 
mówiąc: „Polskie siły zbrojne walczą wspólnie z naszą armią i ostatnio wyróŜniły się w 
sposób godny uwagi we Włoszech; polskie siły zbrojne pod kierownictwem rosyjskim takŜe 
walczą razem z armią sowiecką przeciw wspólnemu wrogowi". Sam Mikołajczyk wystawił 
teŜ kościuszkowcom 
159 
patriotyczną legitymację, stwierdzając w rozmowie z prezydentem USA Roose-veltem 12 
czerwca 1944 г., iŜ komunistom „nie udało się zaszczepić oddziałom Berlinga uczuć 
prosowieckich". 
Na temat tego, jaki był stosunek ludności polskiej do wojsk Berlinga, tyle jest róŜnych relacji, 
ile politycznych poglądów. Bolesław Dańko we wspomnieniach, które skądinąd nie zostały 
dopuszczone do druku przez cenzurę PRL i ukazały się dopiero w roku 1992 dzięki 
londyńskiemu wydawnictwu, pisze o zdobyciu Chełma i Lublina: „Serdeczne i piękne było 
powitanie nas przez mieszkańców tych miast. Choć na ulicach pełno było śladów niedawnych 
walk, miasta Ŝyły radością. Cieszyli się ludzie, Ŝe wreszcie są wolni..." Nieco inaczej widział 
to Ŝołnierz AK i współpracownik „Orła Białego" J. Zych-Dolina („Kultura" 33/34,1950): 
„Ryczały zainstalowane przez Sowiety megafony, Ŝe do miasta [Lublina — L.S.] wkracza 
wojsko polskie [...]. Chodniki i brzegi jezdni zatłoczyły się ludnością, lecz opustoszały 
znacznie juŜ po przejściu pierwszych oddziałów [...]. Na chodnikach pozostało sporo 
porzuconych przez ludność, a przygotowanych w pośpiechu dla polskiego wojska, bukietów. 

background image

Starszym ludziom wystarczyły twarze niektórych »pol-skich« oficerów, młodsi pytali, co 
znaczy »spasibo« za pierwsze kwiaty [...]. Było bardzo przykro patrzeć w te poczciwe, 
przedwcześnie postarzałe polskie twarze maszerujących szeregowych i niektórych 
rzeczywiście polskich oficerów, który mimo wszystko innego spodziewali się powitania na 
polskiej ziemi". Z kolei Andrzej Maziarewicz pisał o powitaniu w Lublinie („Wychodźca" 
8/1947): „Tłum witał ich serdecznie i trudno się dziwić, byli równie zabiedzeni jak oni i 
wydawało się im, pewnie podobnie jak tamtym, Ŝe moŜe być tylko lepiej. — A co z nami? — 
zapytałem Karola, który wydawał mi się zawsze najdalszy od sowieckich idei, i dał temu 
więcej dowodów niŜ kapitu-lanci z AK, a teraz, choć kwiatów nie przyniósł, robił wraŜenie 
jakby zadowolonego z tego radzieckiego święta. Machnął ręką na lewo. Widząc, Ŝe nie 
zrozumiałem, dodał: — Nie dymi. — Co, Karolu, nie dymi? — Majdanek.— Ale to juŜ od 
wielu dni... — Tak czy owak, dzięki nim. Wtulił głowę w ramiona i odszedł". NiewaŜne, 
czyja relacja jest najbliŜsza prawdy. 
Podsumowaniem niech będzie artykuł z powstańczego „Orla Białego" (nr 28/118 z 3 września 
1944 г.), oskarŜający w najcięŜszych i patetycznych słowach Sowietów o zaniechanie 
przyjścia z pomocą walczącej Warszawie. Zaczyna się on, mimo wszelkich emocji, które są 
tu całkowicie zrozumiałe, 
160 
mimo śmierci zaglądającej w oczy, przy oczywistym w tej sytuacji braku obiektywizmu, 
słowami: „Nie wątpimy o uczuciach, które oŜywiają Polaków, wtłoczonych na niŜszych 
stopniach w szeregi dywizji Berlinga". Nawet tam i wtedy nie napisał nikt o „wojsku 
polskojęzycznym". Nietrudne to do wytłumaczenia. Trwała jeszcze tragedia, która nie jest 
czasem dla prymusów czekających na konfitury za nazbyt łatwe zniewagi. 
XVII MARZEC '68 
Dnia 28 maja 1968 r. na Dworcu Lyońskim w ParyŜu pięćdziesiąt tysięcy studentów i 
robotników Ŝegnało przywódcę studenckiego, Daniela Cohn--Bendita, któremu władze 
francuskie odebrały prawo pobytu na terenie Republiki, przy czym policja nie oszczędziła 
sobie stwierdzenia, Ŝe nie jest on Francuzem, a niemieckim śydem. Hasłem dnia było więc: 
„Wszyscy jesteśmy niemieckimi śydami!" Dzień wcześniej, przesłuchiwany na prefekturze 
Cohn--Bendit, zapytany o dane personalne, odpowiedział patetycznie: „Nazywam się Kuroń i 
Modzelewski". Było to — co wszyscy jednoznacznie zrozumieli — odwołanie się do 
polskiego Marca'68 jako początku i wzoru (wcześniej na uniwersytetach europejskich 
dochodziło tylko do demonstracji protestacyjnych przeciwko wojnie wietnamskiej). Na 
przykład polski powoływali się zresztą równieŜ inni liderzy francuskiej rewolty — Alain 
Geismar i Jacąues Sauvageot. JuŜ słyszę słowa protestu. JakiŜ związek moŜe mieć 
antykomunistyczny w swojej istocie zryw studentów polskich z paryskim majem 1968 г., 
kiedy to słyszało się bez przerwy slogany anarchistyczne, maoistowskie, troc-kistowskie etc.4 
ś

eby go odnaleźć, zrezygnujmy na chwilę z myślenia czysto politycznego. 

W ,Ди1шгге" (Giedroycia, nie warszawskiej oczywiście) z czerwca 1968 r. pisał Konstanty 
Jeleński: „Nikt nie przewidział »rewolucji« studentów — to prawda. Nikt z polityków, nikt z 
socjologów, nikt z tak licznych dziś specjalistów ruchów młodzieŜowych. Istnieje natomiast 
dzieło literackie, będące od trzydziestu lat zapowiedzią owej rewolucji. Jest nim oczywiście 
dzieło Gombrowicza. Zanim odkryje tę zbieŜność uczona krytyka, oto jej główne zarysy: 
162 

— Pochwała niedojrzałości, odmowa ostatecznej formy, odmowa »upu-pienia«, krytyka 

zniewalającej kultury, bra... tanie się Miętusa z parobkiem {Ferdydurke). 
— Walka Syntezy z Ojczyzną {Trans-Atlantyk). 
— Solidarność młodości potęgująca się w gwałcie {Pornografia). 
Wreszcie Operetka. W ostatniej sztuce Gombrowicza ruina ksiąŜąt Himalajów, spaczona 
rewolucja Hufnagla są poetyckim wyrazem wypadków, które juŜ się zdarzyły. Ale w tej 

background image

sztuce opartej na historii «zmartwychwstanie* Albertynki wyraŜa wiarę w potencjalną siłę 
młodości: 
»0 zbawienie! 
Witaj nagości wiecznie młoda! 
O, witaj, zwykła, witaj nieśmiertelna 
Nagości wiecznie młoda witaj! 
Młodości wiecznie naga witaj!«" 
Tyle Jeleński. A co na to sam pisarz zapytany wprost przez Dominika de Roux: 
„— Czy pan odnajduje swoje myśli w niedawnych wypadkach, chociaŜby paryskich? 
Gombrowicz: 
— MłodzieŜ coraz bardziej ukazuje się nam jako siła twórcza w swoim rodzaju, działająca 
swoimi środkami. Ale natura tej siły i jej rola nam się wymykają. Problem róŜnicy wieku, 
fazy wstępującej i zstępującej Ŝycia, dojrzałości i niedojrzałości, wyŜszości i niŜszości, nie, to 
nie jest łatwe, to nawet bardzo trudne i niejasne. Dorosły jest zagroŜony młodym, trawiony 
jakąś odmienną przenikającą go rzeczywistością... której działanie dałoby się określić moŜe 
jako dopływ nieustanny »niedojrzałości«, albo jako redukcja... albo jako nacisk... ściągający, 
streszczający, dynamizujący... zostawmy to. W kaŜdym razie dorosły utracił swoją spokojną 
wyŜszość, która wynika po prostu z faktu, Ŝe jest bardziej rozwinięty. Śmieszni ci wszyscy 
profesorowie, myśliciele, przeraŜeni, obałwanieni, w kurczowych wysiłkach, by «zrozumieć 
młodzieŜ« i »nadąŜyć historii«. Co za tchórzostwo i jakaŜ nędza! Zamiast ujrzeć w tej 
rewolucji hecę na wielką skalę, przypisują jej cele świadome i górne..." 
163 
Kto zna chociaŜ trochę język Gombrowicza, wie, iŜ „heca" to dla niego duŜo więcej niŜ 
komedia, szopka, wesołe widowisko, to bardziej dzianie się, spełnianie, gwałtowna 
spontaniczność, uwolnienie. JakŜe wiele tak pojętej hecy we wspomnieniach uczestników 
wydarzeń marcowych. Aleksander Perski: „Robiłem coś ciekawego, waŜnego, jednocześnie 
przyjaźniąc się z ludźmi. To była wielka frajda. Więzi, które powstały w tym okresie, 
utrzymały się przez wiele lat. RóŜnie potoczyły się losy tych ludzi — część jest w Polsce, 
część wyjechała i rozsypała się po świecie. A mimo to w dalszym ciągu istnieje w nas duŜe 
poczucie wspólnoty". Natan Tenenbaum: „Pisałem wtedy jakieś wierszowane kupleciki, 
zrobiłem ulotkę o widmie syjonizmu krąŜącym po Europie. Ale to nie było tak, Ŝe zaistniałem 
w Marcu jako autor [...]. Śpiewało się w tym Marcu sporo. Przypisywano mi tekst takiej 
prymitywnej pio-seneczki »Mieciu M. z MSW, gdzieś pierdoło podział swoje KBW«, ale to 
naprawdę nie ja, słowo daję, przyznałbym się". I tenŜe Tenenbaum: „Ja trafiłem na Wilczą i z 
tego komisariatu pamiętam scenkę godną MroŜka. Godzinami czekało się tam na 
przesłuchanie, trzeba było coś robić. I dwie dziewczyny, maturzystki przygotowywały się do 
jakiejś klasówki czy próbnej matury z nauki o Polsce i świecie współczesnym. Na głos 
przepytywały się z organów władzy ludowej — co sejm, co organy przedstawicielskie, co 
rząd. A milicjanci gapili się i nie wiedzieli: prowokacja to, czy nie". Józef Dojcz-gewand: 
„MoŜe bym się wtedy i wystraszył, moŜe schowałbym się gdzieś, doszedłszy do wniosku, Ŝe 
to, co robię, jest zupełnie bez sensu. Ale juŜ wtedy, dziewiątego marca, było widać, jak waŜne 
jest dla wielkiej grupy ludzi to, Ŝe poczuli się wolni. Do Marca lęk środowiska przed 
jakimikolwiek działaniami był ogromny. I na samym początku, podczas wiecu, ludzie 
wyładowali ten strach, niektórzy po raz pierwszy wyrazili swoją opinię. Nagle cała ta wata, w 
którą większość dała się zapakować, rozpłynęła się. To było niesłychanie trudne do 
zapomnienia. Ludzie nagle mówili prosto, bezpośrednio". Teresa Bochwic: „Marzec był 
takim momentem, kiedy TO się zdarzyło. Wszystko, co nie miało prawa. Dla mnie 
najistotniejsze w Marcu było właśnie to przebudzenie — Ŝe u nas teŜ, Ŝe świat nie idzie 
naprzód, tylko ciągle trwa w tym samym miejscu, a jeśli ma się wraŜenie, Ŝe coś idzie 
naprzód, to wynika to tylko z kręcenia się w kółko w bardzo duŜym kole, które za Ŝycia 

background image

jednostki zdąŜy obrócić się najwyŜej dwa-trzy razy". Jan Lityński: „Potem zbliŜyłem się do 
takich grup posthipisowskich, zajmowałem się trochę — po amatorsku 
164 
— psychoterapią, co bardzo pomogło mi w innym niŜ polityczne rozumieniu świata 
społecznego". 
Milicjanci w komisariacie na Wilczej nie wiedzieli, czy przepytywanie się z 
podręcznikowych formułek o instytucjach PRL jest prowokacją, czy teŜ nie. Ale, głowę dam, 
przepytujące się panienki nie wiedziały tego równieŜ. W ramach hecy, tej — powtórzmy — 
gombrowiczowskiej, tej przez duŜe „H", zewnętrzność uległa zawieszeniu czy nawet 
karnawałowemu odwróceniu. Świat poniekąd oszalał. Nic dziwnego, Ŝe Jan Lityński zbliŜył 
się później do środowisk „posthipisowskich". Nie on jeden. Było to właściwie logiczne. 
Zaznawszy chwili wolności, poszukiwano jej nadal. Nie tylko w kontestacji, równieŜ we 
wszelkiego rodzaju nieformalnych ruchach, odrzucaniu gorsetów, nawet swoistym nihilizmie. 
Daniel Cohn-Bendit, dzisiaj lider stronnictwa ekologicznego w parlamencie europejskim, 
twierdzi, Ŝe ruchy studenckie roku 1968 poniosły całkowitą poraŜkę polityczną (zresztą jak 
mogły jej nie ponieść, czyŜ miały choć przez chwilę jakiś sprecyzowany program, a nie tylko 
luźne Ŝądania na prawo i lewo?), a jednocześnie osiągnęły przełomowe zwycięstwo na polu 
obyczajowo-mentalnościowym. Trudno mu odmówić racji. Nawet niewątpliwie 
konserwatywny prezydent Francji Georges Pompidou powiedział po Maju'68, iŜ „nic nie 
będzie juŜ tak, jak przedtem". 
Dotyczyło to równieŜ Polski. Stopniał strach. Czy bez Marca powstałby osiem lat później 
KOR? Czy odwaŜono by się zbierać podpisy przeciw zmianom w konstytucji PRL? MłodzieŜ 
poczuła swoją podmiotowość. Dokładnie na przekór antysemickiej histerii rozpętywanej 
przez władzę zrodziła się powaŜna refleksja nad stosunkiem do innych. Przede wszystkim do 
mniejszości narodowych, ale takŜe — sam brałem udział w takich niezaistniałych przedtem 
dyskusjach — do przedstawicieli innych religii czy orientacji seksualnych. Tego nie mogły 
juŜ stłumić tępe pomarcowe represje. Zabawne, studenci francuscy i niemieccy powoływali 
się na polski przykład. Jeden z jakŜe nielicznych razy byliśmy w pionierskiej czołówce. Nikt 
jednak, do dzisiaj, nie chce zauwaŜyć demiurgicznego, na skalę europejską, wymiaru polskiej 
Hecy marcowej. Kiedy raz moglibyśmy prawomocnie odrzucić kompleksy, my wolimy 
zredukować wszystko do najbardziej płaskiego politykierskiego odczytania wydarzeń. 
Ulotka z tamtych dni (cytuję za: Marzec 1968 — między tragedią a podłością, 1998): 
165 
koledzy! 
W dniu wczorajszym j.m. rektor wezwał przeciwko nam tajniaków, a gdy to nie pomogło — 
cywilnych i mundurowych pałkarzy. 
Wyjaśniamy! 
Wczoraj ograniczyliśmy się tylko do samoobrony biernej. 
Uprzedzamy! 
Po raz ostatni. Nasza cierpliwość się skończyła. Następnym razem tajnia-cy, ORMO, MO i 
jakiekolwiek inne formacje, które wejdą na chroniony tradycyjną i ustawową autonomią teren 
uczelni, zostaną potraktowane tak samo, jak w dniu kobiet (8 marca) były przez nich 
traktowane nasze dziewczęta. 
Ostrzegamy! 
Jeśli jego magnificencja rektor ponownie wezwie przeciw nam pałkarzy i tajniaków, weźmie 
na siebie ogromną odpowiedzialność za zdrowie zarówno studentów, jak i otumanionych 
funkcjonariuszy. 
Tę odpowiedzialność podziela z nim władza bezpieczeństwa i Komitet Warszawski PZPR, 
który wydał nakaz stosowania represji wobec studentów. 
Jesteśmy silni, jest nas więcej, z nami są wszyscy ludzie uczciwi. 

background image

Zagrodzimy drogę faszyzmowi". 
Dzisiaj nie da się juŜ ustalić, czy ta ulotka była dziełem jakiejś grupy radykalnych studentów 
marzących juŜ o rewolucji, a takich nie brakowało, czy teŜ mamy do czynienia z ubecką 
„fałszywką" mającą udowodnić, Ŝe Ŝacy groŜą przemocą. Tą drugą wersję 
uprawdopodabniałby fakt, Ŝe ulotka została przedrukowana w kierowanej do aktywistów 
informacji nr 9/A/4346 Wydziału Organizacyjnego Komitetu Centralnego Polskiej 
Zjednoczonej Partii Robotniczej. Z podobnymi wątpliwościami spotykać się będziemy 
właściwie na kaŜdym kroku. Zdjęcie z afisza dejmkowskich Dziadów, ostatnie 
przedstawienie, na które wpuszczono nadkomplet widzów, potem pochód pod pomnik 
Mickiewicza... Czy był to cykl nakładających się na siebie mniej lub bardziej przypadkowych 
okoliczności czy starannie i szczegółowo zaplanowana prowokacja? Podobnie z wiecem na 
Uniwersytecie Warszawskim w dniu 8 marca. A jeśli prowokacja, to czyja, przeciw komu 
wymierzona? Ile tutaj analiz, tyle nieraz radykalnie sprzecznych poglądów. Co innego pisze 
Kazimierz Ką-kol, co innego piszą Jerzy Eisler, Jerzy Brochocki, Jacek Kuroń, Andrzej 
Menc-wel... Mieczysław F. Rakowski zauwaŜył na przykład tylko, iŜ: „Wydaje mi się, Ŝe 
mamy do czynienia z nową sytuacją polityczną w partii. "Widocznie 
166 
uznano, Ŝe pora na uderzenie w grupę, która uosabia przeszłość komunizmu w Polsce. Być 
moŜe jest to więc dalszy ciąg walki o władzę. Po nich moŜe przyjść kolej na innych, ich 
przyjaciół, znajomych, których określi się jako popleczników. Będziemy więc mieli do 
czynienia z eliminowaniem dalszych osób niewygodnych dla nadciągającego pokolenia. Nie 
wykluczam, Ŝe ta rozprawa rykoszetem trafi takŜe we mnie, a na pewno dotknie sporo osób 
wysoko postawionych". Dodajmy od razu, Ŝe Brochwicz odczytuje Marzec'68 dokładnie 
odwrotnie: jako spisek Puławian, a więc starej gwardii i manipulowanych przez nich 
komandosów. Jest w tym odosobniony, gdyŜ bardziej popularna jest wersja konspiracji 
Mieczysława Moczara (ewentualnie z Edwardem Gierkiem i generałem Wojciechem 
Jaruzelskim na zapleczu), choć i ona znajduje gwałtownych i stanowczych oponentów. Jest to 
temat do, być moŜe, ciekawych analiz. Z historycznego punktu widzenia nie ma jednak 
większego znaczenia. CóŜ bowiem, z perspektywy blisko juŜ czterdziestu lat, pozostało po 
Marcu? 
Po pierwsze, co podkreśla Cohn-Bendit: ewolucja mentalności znacznej części młodzieŜy, co 
w następnych latach nie tylko wzmocniło ruchy konte-statorskie, ale przyczyniło się równieŜ 
do waŜkich przemian obyczajowych. 
Po drugie: hańba antysemityzmu, która ciąŜy do dzisiaj nad obrazem Polski na świecie, a 
przynajmniej w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Z przeraŜeniem i odrazą 
zaznaczyć trzeba, Ŝe i dzisiaj jeszcze marcowy rasizm znajduje apologetów. Na okładce 
ksiąŜki Jerzego Brochockiego Rewolta Marcowa. Narodziny, Ŝycie i śmierć PRL (Warszawa 
2000), czytamy jej podsumowanie: „Przez cały okres PRL, aŜ do marca 1968 roku nie wolno 
było rozpowszechniać informacji krytycznie oceniających rolę lobby Ŝydowskiego w PRL 
[...]. Wolno było pisać o szowinizmie niemieckim, ukraińskim, amerykańskim, francuskim a 
zwłaszcza polskim. Nie wolno było pisnąć nawet o szowinizmie Ŝydowskim. Ta blokada 
trwała czterdzieści pięć lat PRL, z krótką przerwą w marcu 1968. W tym sensie marzec 1968 
roku był wydarzeniem waŜnym. To w marcu 1968 roku uczyniono jedyną w historii PRL 
próbę zrównania praw śydów i Polaków". Komentować tego nie warto. Przytoczyć natomiast 
— tak. Ów złowieszczy cynizm, który pozwala nazywać zmuszanie do emigracji, wyrzucanie 
z pracy, szykanowanie i poniŜanie „zrównywaniem praw", przypomina bowiem poetykę 
dominującą w roku 1968 w większej części partyjnej prasy. W jakiej mierze trafiała ona do 
społeczeństwa? 
167 

background image

Sama władza była z siebie najwyraźniej zadowolona. W załączniku do Biuletynu 
Wewnętrznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (Gabinet Ministra) nr 68/69 z 21 marca 
1968 r. czytamy o reakcjach na przemówienie Gomułki: „Wśród pracowników naukowych 
wyŜszych uczelni Poznania wyraŜany jest pogląd, Ŝe tow. Gomułka sprawę syjonizmu 
potraktował połowicznie, mimo Ŝe w kwestii tej ma poparcie społeczeństwa. Komentarze 
ś

rodowisk robotniczych woj. bydgoskiego sprowadzają się do stwierdzeń [...], Ŝe zbyt 

liberalnie potraktowana została kwestia syjonizmu w Polsce. W środowisku inteligencji 
technicznej odnotowano następujące wypowiedzi: przemówienie nie przyniosło 
oczekiwanych rezultatów, syjoniści muszą być usunięci z partii i rządu, za słowami muszą iść 
czyny. W środowisku nauczycieli woj. bydgoskiego mówi się, Ŝe »na róŜnych stanowiskach 
zasiadają jeszcze ludzie, którzy nie tylko nie czują się Polakami, ale nienawidzą socjalizmu«. 
W woj. olsztyńskim zanotowano niemal we wszystkich środowiskach poparcie dla wystąpień 
I Sekretarza PZPR, z tym jednak zastrzeŜeniem, iŜ niezbyt pryncypialnie ustosunkował się do 
działalności syjonistycznej w Polsce. PrzewaŜają glosy, Ŝe podkreślanie głębokiej więzi 
ś

ydów z narodem polskim nie znajduje w praktyce uzasadnienia. W środowisku nauczycieli 

szkół podstawowych Olsztyna wypowiadana jest opinia, Ŝe przemówienie «uspokoiło tylko 
ś

ydów«, natomiast jeszcze bardziej «podraŜniło uczucia Polaków«, czego wyrazem były 

reakcje wśród zebranych na sali". Etc, etc. W jakiej mierze te relacje UB-eków przystawały 
do rzeczywistości (IPN wierzy dzisiaj w kaŜdy ich raport)? Odpowiedź jest niezwykle trudna. 
Powiedzieć moŜna w kaŜdym razie eufemistycznie, iŜ kampania antysemicka nie znalazła, na 
szerszą skalę, naleŜnego odporu. Tym bardziej docenić więc naleŜy fakt, Ŝe zbuntowana 
młodzieŜ akademicka presji nie uległa. Przeciwnie, wyniosła z Marca postawę potępienia 
antysemityzmu i pogardy dla jego głosicieli. Przypomnijmy hasło „Wszyscy jesteśmy 
ś

ydami!", którym Ŝegnali Cohn-Bendita francuscy studenci w maju 1968 r. Znaczna część 

studentów polskich pojęła sens tych słów juŜ dwa miesiące wcześniej. Zrozumienie tego teŜ 
wydaje mi się waŜniejsze dla oceny Marca niŜ analiza partyjnych rozgryweczek i gierek z 
czasów późnego Gomułki. 
Indeks osobowy 
(postacie literackie i mityczne wyróŜniono kursywą) 
Adenauer Konrad 7 
Alastor 133 
Albertynka 163 
Aleksander II 82 
AlfieriVittoriol33 
Alma-Tadema Lawrance 141 
Anders Władysław 87,89,153,155-156, 
159 
Andrzej 9 
Aramis 24 
Arct Michał 99 
Arnsztajnowa Franciszka 148 
Asnyk Adam 116 
Atala 133 
August II Sas 37,42,55 
August III Sas 37,42,55 
Awdańcy 40 
Awejde Oskar 118-119,121-122,125 
В

 

Bach Jan Sebastian 139 
Baczyński Józef 69 

background image

Baczyński Krzysztof Kamil 100,107 
Baden Arnold von 7 
Badenowie 37 
Bałucki Michał 100 
Bandrowski-Kaden Juliusz 95 
Baranowski Antoni 65 
Baranowski Bohdan 24,26,28 
Barańczak Stanisław 134 
Barcz 95 
Bargielowski Daniel 158 
Bartel Kazimierz 95 
Baworowscy 37 
Beauchamps Longueville Armand de 31 
Beethoven Ludwig van 139 
Bela IV 9 
Belmont Leo 100 
Beldowscy 21 
Beldowski 21 
Beldowski Daniel 21 
Bem Józef 80-82,92 
Benoit Gedeon 40 
Berg Teodor 83 
Beria Ławrientij P. 87 
Berling Zygmunt 154-161 Bębnowska Hanna 21 Bębnowski Jan 20-21 Bębnowski Piotr 21 
Bialobrzeski Marcin 21 Biegeleisen Henryk 100 Bielecki Jan 90 Bielscy 33 Bieńkowski Jan 
82 Bieńkowski Władysław 87 Biernacki Mikołaj, pseud. Radoć 45 Biernacki-Dąb Stefan 96 
Bierut Bolesław 157-159 Billewicz Tomasz 35 Billewiczówna Aleksandra 24 Biskup Marian 
10 Bismarck Otto von 101 Blake William 133 Błeszczyński Julian 35 Błotnicki Hipolit 81 
Bobrowski Stefan 117-122 Bochwic Teresa 164 Bogusławska Maria 117 Bogusławski 
Wojciech 96 Bohdanowicz Jan 125 Bojko Jakub 59-60 Bolesław 10 Bolesław I Chrobry 56 
Bolesław II Śmiały 55,76,92 Bolesław III Krzywousty 9,40,56 Bolesław Kędzierzawy 56 
Bolesław PoboŜny 56 Bolesław Wstydliwy 56 Bończa (właśc. Konrad Błaszczyński) 
Boockmann Hartmut 10,12 
Bormann Martin 14 
Borowicz Marcin Al 
Borowiczowa Al 
Boznańska Olga 132 
Brandstaetter Roman 100 
Braniccy 31,38-39 
Branicka Beata 38 
Branicki 37 
Branicki Adam 38 
Branicki Franciszek Ksawery 38-39 
Bratkowski Stefan 14 
Braun Jerzy 149 
Braun Otto 14 
Brochocki Jerzy 166-167 
Brochwicz, patrz: Brochocki Jerzy 
Brodziński Kazimierz 96 
Bronsztejn Szyja 110-111 

background image

Bruckner Aleksander 33, 37 
Brzechwa Jan 100 
Bubel Leszek 94 
Bug-Jargal 133 
Burns Robert 133 
Bussche Axel von dem 16 
Biłtzow Jerzy (właśc. Józef Hodzyński) 79 
Byron George Gordon 133,135 
С

 

Car Stanisław 96 Ceaucescu Nicolae 144 Cenci 133 Cetnerowie 37 CćzannePaul 131 Chagall 
Marc 103 Chaliniak Mateusz 19 
126 
170 
Chateaubriand Francois Renć de 133 
Chodynicki 154 
Chomiński Franciszek Ksawery 43 
Chopin Fryderyk 52,103,105,139 
Chościakiewicz Jan (właśc. Jan Popiel) 126 
Chrzanowska Zofia Anna Dorota 100 
Chrzanowski Jan Samuel 100 
Chudzikowska Jadwiga 81 
Churchill Winston 159 
Chwalibogowie 21 
Chwalibóg Jędrzej 20-21 
Cohn Ludwik 96 
Cohn-Bendit Daniel 162,165,167-168 
Copper James 142 
Corot Jean Baptiste Camille 131 
Courtenay Baudoin de 84 
Curzon George 155 
Czarnecki Edward 46 
Czartoryska Izabela 96 
Czartoryski Adam Jerzy 96 
Czartoryski Adam Kazimierz 96 
Czechowicz Gabriel 51 
Czerny 21 
Czesznek Anna 68 
ć

 

Cwiakalanka 21 

Dalbor Edmund 85 Danuśka 6 Danveld Hugo de 6 Dańko Bolesław 153,156,160 
d'Artagnan 24 
Day Doris 104 
Dąbrowski Emil 64 
Dąbrowski Jan Henryk 82,106 
Degas Edgar-Hilaire-Germain 131 
Demarczyk Ewa 103 
Deotyma (właśc. Jadwiga Łuszczewska) 70 
Deskurowie 38 
Dębołęcki Wojciech 40 

background image

Diana Lady 87 
Długosz Jan 7,40 
Długoszowski-Wieniawa Bolesław 96 
Dmowski Roman 111 
Dobiecki Leonard 49 
Dohna-Schlobitten Heinrich 16 
Dojczgewand Józef 164 
Dołęga-Mostowicz Tadeusz 50 
Domeyko Aleksander 82 
Don Karlos 133 
DónhoffMarion 15-18 
Doręgowski Adam 19 
Dowiat Jerzy 76 
Drakula 114 
DrdackiLeon81 
Dubanowicz Edward 83 
Dumouriez Charles Francois 44 
Dunajewski Edward 126 
Dworzaczek Józef 125 
Działyńscy 37 
Dziekońscy 52 
Dzięciołowski Alfons 147 

Edelman Marek 100,114 
Edwards Sutherland 122 
Ehrlich Ludwik 100 
Eichmann Adolf 14 
Eisler Jerzy 166 
ElŜbieta z Pilczy 33 
Engelhardt Aleksandra 38 
Engelhardtowie 39 
Erazm z Rotterdamu (właśc. Gerhard 
Gerhards) 56 

Falk Roland 88 Fałat Julian 132 Faust 133 
Feldman Wilhelm 100 Ferry Jules 131 Field Ben 139 Filipkiewicz Stefan 132 Fingal 133 
Fitelberg Grzegorz 100 Ford Aleksander 100 FoucheJózef 141 Fourcy de 6 Fouraier Eve 52 
Franciszek I 36 Franciszek Józef 131 Frank Hans 14 Frankowski Leon 125 Fredrowie 37 
Fryderyk II40 Fulman Marian 85 

Gaboński 21 
Garbacki Zygmunt 91 
Gaszyński Konstanty 82 
Gatsby Jay 142 
Gauguin Paul 132 
Gąsiorowski Wacław 44 
Geismar Alain 162 
Gerhard Jan 90-91 
Giedroyć Jerzy 162 
Giedyminowice 33 

background image

Gierek Edward 91,167 
Gierowski Józef Andrzej 19, 28 
Gil Jan 60-61 
Giller Agaton 118-119,121-122 
Gizbert-Studnicki Władysław 112 
Gliwic Hipolit 96,101 
Gloger Zygmunt 35,77 
Gluziński 64 
Głaz Józef 19 
Głębiński Stanisław 84 
Godebski Cyprian 96 
Goebbels Joseph 14 
Goethe Johann Wolfgang 133 
Goliczewski Władysław 147 
Gombrowicz Witold 103,134,162-164 
Gomułka Władysław 49, 86,91,168 
Goring Hermann 7,14 
Goszczyński Seweryn 68 
Gotfryd 6 
Gozzi Carlo 133 
Górecki Adam 96 
Górski 120 
Grabowski Adam 119-121 
172 
Gregorowicz Benedykt 62 Groicki Bartłomiej 27 Gromada 19 Grachalski 64 Grudzień 
Zdzisław 74 Grynberg Henryk 101 Grzymała-Siedlecki Adam 116-117 Guilbert Yvette 141 
Gumplowicz Ludwik 101 

Habsburgowie 35,68 
Haley Bill 136 
Haller Józef 141 
Halski Czesław 137 
Handelsman Marceli 101 
Hardenberg Hans-Carl 16 
Hassel Ulrich von 16 
Hassen Teofil von 138 
Havel Vaclav 13 
Heidek von 6 
Hemar Marian 101 
Henryk 6 
Henryk V 40 
Henryk PoboŜny 9 
Herbert Zbigniew 107,134 
Heydenreich Michał, pseud. Kruk 
Heydrich Reinhard 14 
Hillel Mark 113 
Himalaj 163 
Himmler Heinrich 7,14 
Hindenburg Paul von 15 
Hirszfeld Józef 101 

background image

Hitler Adolf 7,14-16,18 
HochhuthRolf89 HodŜaEnver 144 Horodyński Łukasz 42 Hrabyk Klaudiusz 112 Hufnagiel 
163 Hugo Wiktor 133,135 Hutten-Czapscy 37 

Irving David 89 Ivanhoe Wilfryd 133 

Jacob Yves 68 Jagiellonowie 139 Jagusia 28-29 Jakoffy 69 James St. 137 Jan św. 69,78 Jan 
III Sobieski 41 Jan Kazimierz 23, 53-54 JanPawełII13,150 Janczewski Zdzisław 46 Janosik 
Anna 68 Janosik Jerzy 68-70,73 127          Janosik Marcin 68 
Janowski Józef Kajetan 118-119 
Jańcza Bartłomiej 62 
Jaroszewicz Florian 55 
Jaruzelski Wojciech 167 
Jasieński Bruno 101 
Jasienica Paweł (właśc. Leon Lech Beynar) 
19-20,53 
Jastrun Mieczysław 101 
Jastrun Tomasz 101 
Jastrzębiec Wojciech 33 
Jastrzębski Karol 125 
Jeleński Konstanty 162-163 
Jezierski Jacek 22 
JeŜ Tomasz Teodor 47 
Jędrzejewicz Janusz 96 
Jordan Zygmunt 120,126 
Jourdain 36 
Jowisz 23 
Józef św. 57 
Józef I 37 
Józefina 142 
Judasz 61 
Jungingen Konrad von 1 
Jungingen Ulryk von 6 
Jurand 6 
Jurkiewicz Aleksander 154 
К

 

Kakowski Aleksander 85 
Kallimach (wlaśc. Filippo Buonaccorsi) 
Kai tenbrunner Ernst 14 
Kamińska Ester Rachel 101 
Kamińska Ida 101 
Kamocki Stanisław 132 
Karski Jan, pseud. Witold 106-107 
Kasprowicz Jan 68 
Katarzyna II 38-39 
Kazimierz III Wielki 17 
Kąkol Kazimierz 166 
Kiejstut 33 
Kieł Adam 46 
Kielanowski Jan 96 

background image

Kieniewicz Stefan 46, 83,118-119, 121--122,124 Kiepura Jan 101 Kisielewski Tadeusz A. 
89,107 Klaczko Julian 101 Kleiner Juliusz 102 Klemens XI 54-55 Klemens XII 55 Klimczak 
Mateusz 69 Klimczak Wojciech 69 Kmicic Andrzej 24, 35 Kmitowie 35 
Kniaźnin Franciszej Dionizy 40 Koc Adam 96 Kochanowski Jan 41 Kocmola 19 Kolberg 
Oskar 70-71 Kołaczkowski 120 Komorowscy 38 Konarski Szymon 96 Koniecpolscy 35 
Konopnicka Maria 5,40,115 56     Konrad Mazowiecki 9,13 Korczak Janusz 96,102 Korfanty 
Wojciech 141 Koryciriski 21 Koryciński Krzysztof 22 Koryciński Mikołaj 22 Kosiński Jan 79 
Kossak-Szczuckia Zofia 70 Kossakowski Józef Kazimierz 43 Kostka-Potocki Stanisław 97 
Kostkowie 37 Kościałkowski-Zyndram Marian 97 
174 
Kościuszko Tadeusz 148,154,156 
Kotwica Tomasz 19 
Kowalenkow Aleksander 144 
Kowalski Adam 146 
Kozakiewicz Mikołaj 41,44 
Kozłowa 29 
Kozłowski Andrzej 157 
Koźmian Kajetan 97 
Krasiccy 37 
Krasińscy 37 
Krasiński Zygmunt 134 
Kraszewski Józef Ignacy 40 
Kraushar Aleksander 102 
KręŜel Adam 64 
Kriegśtein Władysław 42 
Krollmann Christian 11 
Kronenberg Leopold 102,119-121 
Królikowski Leon 119 
Krzemieński Jakub 97 
Krzeszowska 47 
Kubsz Wilhelm Franciszek 154-155 
Kuchowicz Zbigniew 20,22, 27-28,31 
Kuczyński Stefan K. 37-38 
Kula Daniel 21 
KulbakMosze 51 
Kulczyk Jan 38 
Kuncewicz Piotr 103 
Kurek Jalu 68 
Kurnatowski Marian Ludwik 49 
Kuroń Jacek 162,166 
Kuropieska Józef 50 
Kurowski Apolinary 125 
Kuźma Jan 79-80 
Kwiatek Jerzy 92 

Lachiczew 157 
Lampe Alfred 158 
Landau Ludwik 102 
Landowska Wanda 102 
Landowski Paweł 82-83 

background image

Lange Antoni 102,105 
Langiewicz Marian 119-120,124-125,127 
Latalscy 35 
Lawton Mary 142 
Lee Brenda 104 
Lehndorff Heinrich 16 
Lempke Włodzimierz 82-83 
Lenin Włodzimierz Iljicz 144 
Leon XIII 37,54,141 
Lepecki Mieczysław Bohdan 148 
Lermontow Michaił 135 
Leszczyńscy 35 
Leszczyńska Maria 31 
Leszczyński Jakub 113 
Leszek 36 
Leśmian Bolesław 102 
Lewin Leopold 144 
Ley Robert 14 
Lichtenstein Kunon von 6 
Lieberman Herman 102 
Lijewski Teofil 92 
Lindsay James Bowman 129-130 
Lipmann Erie 137,141 
Lipski Jan Józef 97 
Lis z Targowiska 1 
Lityński Jan 164-165 
Louis Jean 132 
Love Zygfryd de 6 
Lubelski Józef 64 Lubomirscy 35,37 Lubomirski-Lanckoroński Jan 38 Ludmiła 133 Ludwik 
XIII 54 Ludwik XIV 139,142 Ludwik XV 31, 37 Lutosławski Kazimierz 84 
Ł 
Łada-Bieńkowski Krzysztof 49 Łęcka Izabela 33 Łopianowski Narcyz 158 Łoziński 
Władysław 28 Łoziński Zygmunt 85 Łukasiewicz Ignacy 129-131,134-Łukomski S. 28 

Machay Ferdynand 66-67 Macpherson James 133 Maćko z Bogdańca 1 Madej 61 Madej 
Jakub 63 Manier Rafał 111 Majakowski Włodzimierz 100 Majewski 47 Majewski Karol 122 
Majewski Wincenty 122 Majewski Władysław 122 Majski Iwan 153 Maksymilian 154 
Malczewski Jacek 141 
Malicki Julian K. 147 
Malicki Stanisław 49 
Małachowski Stanisław 97 
Małecki 21-22 
Mandrin 68 
Manet Edward 131-132 
Мао

 Tse-tung 144 

MaraisMatieu 31 
Marczak Władysław 49 
Maruszewicz 47-48 
Marysieńka Sobieska 42 
Mata Hari 141 

background image

Matakiewicz Antoni 64 
Matejko Jan 91,131-132 
Maykowski Jan 119,125,145 
Maziarewicz Andrzej 160 
Mazur Zygmunt 55 
Mączyńscy 35 
Mencwel Andrzej 166 
Mendelshon Ezra 112-113 
Mendes Lothar 142 
Mengele Josef 14 
Miaskowski Franciszek Salezy 43 
Michalkiewicz Stanisław 114 
Mickiewicz Adam 5, 30,102,107, 133- 
-134,160 
Miedziński Bogusław 97 
Mielecki Kazimierz 118 
Mierosławski Ludwik 97,117-118,120- 
-121,125 
Mieses Mateusz 105 
Mieszko 19 
Miętus 163 
Mikołaj I 37 
Mikołajczyk Stanisław 159 
176 
Mikoszewski Karol 118 
Mikulski 79 
Milewski Stanisław 19,48 
Miller Marek 37 
Miłosz Czesław 105,134 
Minc Hilary 158 
Młoszowska 21 
Młoszowski Jan 22 
Moczar Mieczysław 167 
Modrzejewska Helena 136 
Modzelewski Karol 162 
Molier (właśc. Jean-Baptiste Poąuelin) 36 
Moltke Helmuth von 16 
Mołojec Bolesław, pseud. Długi, Edward, 
Witold 86-87 
Mołojec Zygmunt, pseud. Zenek 86-87 
Mołotow Wiaczesław 159 
Monet Claude 131-132 
Morsztyn Jan Andrzej 23 
Morsztynowie 37 
Mozart Wolfgang Amadeus 139 
MroŜek Sławomir 134,164 
Mściwoj П 10-11 
Muller-Gangloff Erich 14 
Muller Henirich 14 
Murawjow Michaił 82 

background image


Nacht-Samborski Artur Stefan 102 
Nałęcze 77, 92 
Napoleon I Bonaparte 141-142 
Narutowicz Gabriel 83-85,92,97 
Neczaj Jan 125 
Nekanda-Trepka Walerian 20-21,27 
Niedziałkowski Karol Antoni 65 Niemcewicz Julian Ursyn 40,97 Niesiołowscy 38 
Niewiadomski Eligiusz 84-85 Nikifor (właśc. Epifaniusz Drewniak) 73 Nittman Tadeusz 
Michał 145-146 Nobel Alfred Bernhard 28,30 Norwid Cyprian Kamil 52 Nowaczyński Adolf 
105-106 Nowotko Marceli 85-87 

Ochocki 47 
Ociepka Teofil 73-74 
Ogiński Michał 97 
Olgierd 33 
Olgierdowice 33 
Opaliński Łukasz 78 
Orkan Władysław 68 
Orłowski Antoni 146 
Osiński Ludwik 97 
Osjan 133 
Osterna Poppo von 9 
Osterwa Juliusz 97 
Ostrogska Teofila 24 
Ostrogski Janusz 24 
Ostroróg Jan 156 
Otranto-Castellane Gabrielle de 141 

Paderewski Ignacy Jan 136-142 Padlewski Zygmunt 117-118,121-122,124 Paganini Niccolo 
138 
177 
Palch Romuald 129 
Pankiewicz Józef 132 
Paschalska Hanka 146 
Pasierbski Hipolit Plato 81 
Pastkiewicz Izaak 140 
Paszko Złodziej z Biskupic 7 
Patek Stanisław 98 
Paul er Ildefons 13 
Paweł I 39 
Peiper Tadeusz 102 
Perepeczko Marek 68,70,73 
Perski Aleksander 164 
Petersburski Jerzy 102 
Petrycy Stefan 69 
Piaf Edith 103 
Piasecki Zdzisław 69 
Piast 36 
Piekarski Michał 78-79 

background image

PieniąŜek Czesław 58 
Pieracki Bronisław 98 
Pigoń Stanisław 107 
Piłsudska Aleksandra 146 
Piłsudski Józef 84,96,145,147-150 
Piotr 39 
Piotrowski Zygmunt Kazimierz 83 
Pissarro Camille 131-132 
Pitulina 21 
Pius IX 54 
Platerowie 38 
Plotzke Henryk von 9 
Płatek Piotr 71 
Pobóg-Malinowski Władysław 156 
Podemski Stanisław 49 
Podkowiński Władysław Ansgar 132 
Pol Wincenty 68 
Polański Roman 103-104 
Pompadour Madame de 31 
Pompidou Georges 165 
Poniatowski Józef 98,148 
Ponińscy 37 
Popiel Karol 141 
Potocki 37 
Potocki Antoni 42 
Potocki Ignacy 98 
Potocki Teodor 55 
Potocki Wacław 38 
Potoczek Stanisław 60 
Powala z Taczewa 1 
Poznański Izrael 103,111 
Prądzyński Ignacy 98 
Prchal Edward 88 
Presley Elvis 136 
Prowanówna 21 
Próchnicki Andrzej 78 
Pras Bolesław (właśc. Aleksander 
Głowacki) 47 
Pras-Więckowski Mikołaj 90 
Pruszcz Piotr Hiacynt 55 
Prystor Aleksander 98 
Przemysłu 10,77,92 
Przerębscy 35 
Przeździecki Henryk 85 
Pszonczyna 21 
Pszonka 21 
Pullman George Mortimer 139 
Pułaski Kazimierz 80,92 
Puszkin Aleksander 100,133 
Puzyna Jan 59 

background image

178 

Racibor 10 
Raczyńscy 37 
Raczyński Kazimierz 43 
Raczyński Roger 98 
Radwański Jan 69 
Radziejowscy 35 
Radziejowski Michał 42 
Radziwiłł 33 
Radziwiłł Bogusław 24 
Radziwiłł Maciej Mikołaj 19,24 
Radziwiłł Michał Kazimierz 
zw. Rybeńko 19 
Rakoczy Franciszek 68 
Rakowski Mieczysław F. 166 
Rataj Maciej 84 
Renoir Augustę 131-132 
Rewaja Paweł 69 
Reychman Jan 103 
Reymont Władysław Stanisław 30,46,134 
Richwald von 113 
RobRoy 133 
Robin Hood 68 
Rochenbrane Franciszek 120 
Rogiński Roman 124 
Romanowowie 39 
Roosevelt Teodor 141,160 
Rosen Jan Bogumił 103 
Rotgier 6 
Roux Dominik de 163 
Rubinstein Artur 103 
Rudnik Michał 64 
Rudolf П 37 
Ruprecht Karol 118 
Rurykowice 33 
Rusłan 133 
Rutkiewicz Władysław 49 
Rydz-Śmigły Edward 50,98 
Rygulski 22 
Rzecki Ignacy 47 
Rzędzian 35 
Saint-Saens Camille 141 
Salza Herman von 8 
Sałtykow Sergiusz 39 
Sambor II10 
Samborydzi 9 
Sandauer Artur 103 
Santor Irena 70 
Sapieha Adam 85 

background image

Sapiehowie 36,42 
Saul133 
Sauvageot Jacąues 162 
Sawa Jan (właśc. Maria Konopnicka) 115 
Schalzky Robert 8 
Schardon 69 
Schenk Stauffenberg Claus von 16 
Schiller Friedrich 133 
Schubert Franz 139 
Schulenburg Dietloff Fritz von 16 
Schultz Brano 103,134 
Schumann Robert 139 
Scott Walter 133 
Severing Karl 14 
Seyss-Inąuart Arthur 14 
Shelley Percy Bysshe 133 
Sieciech 36 
179 
Siedlecki Antoni 48 
Siekierski Antoni 48 
Siemieński Lucjan 68 
Siemieński Władysław 120 
Siemiradzki Henryk 141 
Sieniawscy 37 
Sienkiewicz Henryk 6-8,35,40-41,134 
Sikorski Władysław 87-89,102,141,153, 
159 
Sipos Jan 69 
Sisley Alfred 132 
Skarbek 40,52 
Skladkowski-Sławoj Felicjan 98,112-113 
Skrzetuski Jan 24 
Skrzynecki Piotr 103 
Skwarczyński Adam 98 
Sławek Walery 98 
Słomka BłaŜej 19 
Słonimski Antoni 67,98,103,106-107 
Słowacki Juliusz 105,134 
Sobańscy 37 
Sobieski Jakub 42 
Sokorski Włodzimierz 155 
Sołtyk Roman 98 
Sosiński Tadeusz 154,157 
Sosnkowski Kazimierz 159 
Speer Albert 14 
Sroka Jędrzej 19 
Stachiewicz Wacław 98 
Staites W.R. 130 
Stalin Józef 17,87,144,150,156,158-159 
Stanisław św. 76,92 

background image

Stanisław August Poniatowski 37-38,49, 
79-80,92,98 
Stanisław Leszczyński 56 
Starski 32,47 
Stąpiński Jan 62 
Stefan Batory 92 
Stojałowski Stanisław 58-59, 65 
Stomma Stanisław 15 
Stpiczyński Wojciech 49-50,99 
Strakacz Aniella 137 
Streicher Julius 14 
Stroński Stanisław 84,104,106-107 
Stroynowski Władysław 125 
Strug Andrzej 95,99 
Stryjkowski Julian 104 
Sumień Ryszard 150 
Swacha Wojciech 21 
Szaflik Józef Ryszard 61-62,65 
Szałapak Anna 103 
Szaniawski Klemens 99 
Szczerbińscy 146 
Szech Antoni 64-65 
Szkodziński Tadeusz 74 
Szlangbaum 47-48 
Szlengel Władysław 104 
Szomberg 6 
Szpilman Władysław 104 
Sztejnkeler Wacław 125 
Szuman 47 
Szurmiak Franciszek 61 
Szymanowski Karol 103 
Szypowska Maria 131-132 
Szyr Eugeniusz 86-87 
Ś

liwiński Artur 99 Światopełek 10 

180 
Ś

wida Marek 99 

Ś

wierczewski Karol, pseud. Walter 89-91 

Ś

wieco wie 10 

Ś

wictek Jan 28 

Tyszyński 50 Tyszyński Feliks 49 

Tarłowie 24 
Tarnowscy 35 
Tarnowski Adam 99 
Tasso Torąuato 133 
Tatarkiewicz Władysław 104 
Tazbir Janusz 56 
Tell Wilhelm 133 
Temida 50 
Temora 133 

background image

Tenenbaum Natan 164 
Teodorowicz Józef 85 
Tetmajer Kazimierz 68,70 
Tęczyńscy 35-36 
Themerson Stefan 104 
Thugutt Stanisław 99 
Thun 149 
Tiffon Francois 142 
Toeplitz Krzysztof Teodor 104 
Tokarzewski-Karaszewicz Michał 99 
Toporczykowie 36 
Toruńczyk Romana 86 
Traugutt Romuald 122-123 
TriplinL.T.28 
Trott zu Solz Adam on 16 
TrankIJ. 113 
Turnau Grzegorz 103 
Tuwim Julian 104 
Tyrmand Leopold 107 
Uhorczyk Tomasz 69 Ujejski Kornel 116 Urban VIII 54 
Valenta Jaroslav 89 Vautrin Hubert 31 Vincenz Stanisław 70 

Wacław II10 Wacław III 10 Wajda Andrzej 46 Walewska Maria 52 Walewski Michał 43 
Wałęsa Lech 52 Warcisław II10 Wars Henryk 104 Wartenburg Yorck Peter von 16 
Wasilewska Wanda 154,158 Wasiutyński Wojciech 105 Wasylewski 28 Wat Aleksander 105 
Watt James 130 Wawrzecki Stanisław 49 Wenus 22 
Werblan Andrzej 86 Werter 133 
181 
Wettinowie 55 WęŜyk Jan 78 Wiaziemscy 33 Wieland Arnold 13 Wielopolscy 35 
Wielopolska Maria Jehanne 146 Wielopolski Aleksander 115,122, Wieniawski Henryk 105 
Wieruski 21 Wierzbowski Piotr 65 Więclawówna 21 Wiktoria 141 Wildstein Bronisław 99 
Witkiewicz Stanisław 68 Witkiewicz Stanisław Ignacy, pseud. Witkacy 134 Witold 6 
Witos Wincenty 59-60, 84,141 Władysław I Łokietek 10 Władysław II Jagiełło 33 Władysław 
IV Waza 36,78 Wodecki Zbigniew 103 Wodziecki Kazimierz 149 Wojnicz Radosław 50 
Wojtasik Marian 91 Wokulski Stanisław 32-33,47 Wolf Albert 131 Wolska Anna 38-39 
Wołodyjowski Michał 35 Wordsworth William 133 Wójcicki Jacek 103 Wróblewski Walery 
99 
Wrzesowicz Jan Weinhard 41 Wysłouch Bolesław 65 Wysłouch Kajetan Izydor 65 Wysocki 
Piotr 99 

Ŝ

 

ś

aba 61 

ś

eleński Tadeusz, pseud. Boy 105 śeromski Stefan 47,115 śuków Gieorgij K. 154-155 

Zaleska Michalina 52 Zaleski August 99 Zamorski Kordian 99 Zamoyski Adam 137 
Zamoyski Maurycy 84 Zamoyski Tomasz 78 Zarembowie 77, 92 Zawisza Czarny z Garbowa 
1 Zbyszko z Bogdańca 1 Zdanowicz Antoni 125 Zimmerer Ludwig 74-75 Zmeskal Wacław 
69 Zonn Włodzimierz 99 Zwierkowski Ludwik 99 Zych-Dolina Jan 160 Zygmunt III Waza 
35,78 Zyndram z Maszkowic 7 
Spis treści 
I         KrzyŜacy..........................................      5 

background image

II        Prusactwo.........................................    14 
III      Moralizatorzy......................................    19 
IV      Arystokracja.......................................    32 
V       Hojność i bezinteresowność...........................    40 
VI      Maryja królowa Polski...............................    53 
VII     Przyjaciele ludu  ....................................    58 
VIII   Janosik  ...........................................    68 
IX      Dziesięć zamachów polskich..........................    76 
X       śydzi i masoni  .....................................    94 
XI      Jeszcze o śydach  ...................................  109 
XII     Powstanie styczniowe................................  115 
XIII   Ignacy Łukasiewicz .................................  129 
XIV   Ignacy Jan Paderewski...............................  136 
XV     Kult jednostki......................................  144 
XVI   Armia polskojęzyczna  ...............................  152 
XVII  Marzec '68  ........................................  162 
Indeks osobowy ....................................  169 
 
183 
sens 
wydawnictwo 
Redakcja i sprzedaŜ: ul. Bukowska 114 B/4, 60-397 Poznań 
tel., faks: (061) 8618919, tel.: (061) 8615953 www.sens.rubikon.pl, e-mail: sens@rubikon.pl 
Polecamy ksiąŜki Ludwika Stommy: 
•  Nalewka na czereśniach 
•  Dzieje smaku 
•  Sławnych Polaków uczucia i śluby 
•  Polskie złudzenia narodowe 
•  Polskie złudzenia narodowe. Księgi wtóre 
Oraz: 
•  Kartki z PRL. Ludzie, fakty, wydarzenia (t. I i II) pod red. Wiesława Władyki 
•  Józef Hen Nie boję się bezsennych nocy... 
•  Nikos Chadzinikolau Bajki greckie 
•  Andrzej Szczypiorski, m.in. Początek 
•  Podręcznik obytego Polaka (A. Passent, D. Passent, A. Samson, L. Stomma, K.T. Toeplitz) 
Realizujemy zamówienia składane listownie, telefonicznie, faksem i pocztą elektroniczną