background image

 

Mark   Baker 

Największy psycholog wszech czasów 
przełożyła Aleksandra Wolnicka 

Wydawnictwo Jacek Santorski & Co 

Tytuł oryginału The Greatest Psychologist Who Ever Lived 

Redakcja Krystyna Koziorowska 
Korekta Dorota Piekarska 

Skład i łamanie Adam Poczciwek 

Projekt okładki Agnieszka Spyrka 

Druk i oprawa Grafmar 
Copyright © 2001 by Mark W. Baker Published by arrangement with 

HarperSanFrancisco, a division of 

HarperCollins Publishers, Inc. Copyright © for the Polish edition by 

Jacek Santorski & Co, 2003 
ISBN 83-88875-45-0 

JACEK SANTORSKI & CO ul. Alzacka 15 a, 03-972 Warszawa 

www.jsantorski.pl 

e-mail:wydawnictwo@jsantorski. com.pl 
dział sprzedaży: tel. 022 616 29 36, 616 29 28 

fax 022 616 12 72 

Spis treści 

Podziękowania............................................9 
Wprowadzenie...........................................11 

CZĘŚĆ PIERWSZA 

Zrozumieć ludzi..........................................15 

1.  Zrozumieć, jak ludzie myślą   .............................17 
Dlaczego Jezus posługiwał się przypowieściami............18 

Jak dostrzec prawdę   .........................,...........20 

Dlaczego staramy się być obiektywni  .........................22 

Można się mylić w dobrej wierze............................23 
Nie potępiaj tego, czego nie rozumiesz........................25 

Wolność od potępiania samego siebie.........................27 

Dlaczego wyciągamy pochopne wnioski.......................30 

Być pokornym jak Albert Einstein   ...........................31 

Prawda nie jest względna..................................32 
Pokora nie jest tym samym co pasywność......................34 

Dlaczego terapeuci muszą być pokorni........................36 

Jezus jako terapeuta   .....................................38 

2.  Zrozumieć innych: dobrzy czy źli?........................41 
Czy Jezus uważał ludzi za złych z natury?......................42 

Problem traktowania ludzi jako złych z natury..................44 

Czy ludzie są z natury dobrzy?..............................47 

Czy Jezus uważał ludzi za dobrych z natury?   ...................49 
Problem traktowania ludzi jako dobrych z natury................50 

Ludzie nie są ani dobrzy, ani źli.............................53 

Wizerunek Boga na ziemi   .................................56 

Błędna interpretacja sensu życia Jezusa........................58 
Powrót do raju  .........................................60 

3.  Zrozumieć rozwój......................................62 

Gdy świadomość jest źródłem rozwoju........................62 

Gdy rozwój jest źródłem świadomości  ........................64 
Zawzięty umysł to owoc zawziętego serca.....................66 

Dlaczego ludzie nie potrafią się zmienić.......................67 

Przestać żyć przeszłością   ..................................69 

W jaki sposób ludzie się rozwijają   ...........................71 
Terapeuci i żarówki......................................73 

Czasami nie można wrócić do domu   .........................75 

background image

Rozwój to praca  ........................................77 

4.  Zrozumieć grzech i psychopatologie.......................80 

Patologia egoizmu.......................................81 
Zdrowie i zbawienie to ukierunkowanie się na innych.............83 

Rola pokuty w terapii  ....................................85 

Prawdziwe i fałszywe poczucie winy..........................88 

Gdybyśmy wszyscy byli doskonali, któż by grzeszył?..............91 
Gdy mieć rację znaczy grzeszyć   .............................93 

Czy zaparcie się samego siebie to przejaw duchowej 

dojrzałości czy raczej nieprawidłowo funkcjonującej psychiki?.......95 

Grzech jest osobistym problemem   ...........................97 
Kto idzie do piekła?   .....................................98 

Zbawienie i psychoterapia................................100 

5.  Zrozumieć religię   .....................................103 

Rytuały religijne.......................................104 
Im dalej, tym gorzej.....................................105 

Dlaczego Freud krytykował fundamentalizm religijny............107 

Dlaczego Jezus krytykował fundamentalizm religijny.............109 

Kłopoty z religią.......................................111 
Konserwatywny fundamentalista   ...........................113 

Liberalny fundamentalista  ................................115 

Cel religii............................................117 

Cel zasad religijnych  ....................................119 
Tajemnica sensownego życia   ..............................122 

6.  Zrozumieć uzależnienie   ................................124 

Uzależnienie i bałwochwalstwo   ............................125 

To przeklęte myślenie   ...................................127 
Problem z narkotykami..................................129 

Narkotyki nie pomogą ci dojrzeć...........................132 

Uzależnienie od seksu   ...................................135 

Uzależnienie od religii...................................137 
Czy można się uzależnić od terapii?.........................139 

Posiadanie potrzeb nie uzależnia cię od innych.................142 

Jak odnaleźć spokój ducha................................144 

Nie możesz sam siebie uleczyć.............................146 

Lekarstwem jest miłość  ..................................149 
Dlaczego Bóg nie toleruje bałwochwalstwa....................151 

CZĘŚĆ DRUGA 

Poznać samego siebie   ....................................155 

7.  Poznać swoje uczucia..................................157 
Bądź jak dziecko, ale nie bądź dziecinny......................158 

Rola uczuć w rozwoju człowieka  ...........................160 

Rola uczuć w naszych kontaktach z innymi....................162 

Jak przetrwać cierpienie   .................................164 
Dlaczego cierpienie rodzi traumę?  ..........................166 

Ludzie są racjonalizującymi zwierzętami......................168 

Granice logicznego rozumowania...........................170 

Dlaczego robimy to, co robimy  ............................172 
Inteligencja emocjonalna.................................174 

8.  Poznać swoją podświadomość...........................176 

Żyjemy dzięki wierze, nie dzięki wzrokowi....................177 

Jesteśmy niewolnikami swoich przyzwyczajeń..................178 
Nie bądź tak pewny siebie................................180 

Przecież zawsze robiliśmy to w ten sposób!....................182 

Lekarstwo pochodzi z wnętrza.............................184 

To, o czym nie wiesz, może cię zranić........................185 
Pamięć to nie to samo co rzeczywistość   ......................187 

Leczenie nienawiści.....................................189 

background image

Historia się powtarza, chyba że..............................191 

9.  Poznać duchową pełnię   ................................194 

Wojna psychologii z religią   ...............................195 
Gdy religia staje się sposobem obrony   .......................197 

Gdy psychologia staje się sposobem obrony   ...................198 

Jezus głosił miłość, nie zasady   .............................200 

Zachęta   .............................................202 
Bezpieczeństwo........................................204 

Nie jesteś sam.........................................205 

Być kochanym za to, kim się jest  ...........................207 

Misja Jezusa a psychologia................................209 
Przebaczenie i uzdrowienie   ...............................211 

10.  Poznać swoją wewnętrzną moc.........................214 

Definicja wewnętrznej mocy   ..............................215 

Moc indywidualnego poznania.............................217 
Moc empatii..........................................219 

Moc współczucia.......................................221 

Moc identyfikowania się z innymi  ..........................223 

Ludzie czy polityka?   ....................................225 
Moc zdrowej samooceny.................................227 

Różnica między pewnością siebie a arogancją..................228 

Cena wewnętrznej mocy  .................................230 

11. Poznać swoje duchowe „ja"............................232 
Prawość   .............................................233 

Tylko grzesznicy mogą być prawi...........................236 

Fałszywe poczucie własnej prawości.........................239 

Mit indywidualizmu   ....................................242 
Nie jesteś bogiem   ......................................244 

Klucz do naszego duchowego „ja"..........................246 

Miłość własna.........................................248 

Skupienie się na swoim „ja" to nie to samo co egoizm............251 
Zakończenie............................................255 

Przypisy............................................... 257 

 

Wykaz skrótów 

Mt 
Ewangelia wg św. Mateusza 

Mk 

Ewangelia wg św. Marka 

Łk 
Ewangelia wg św. Łukasza 

Ewangelia wg św. Jana 

IKor 
Pierwszy List do Koryntian 

2 Kor 

Drugi List do Koryntian 

Rz 
List do Rzymian 

Hbr 

List do Hebrajczyków 

Koh 
Księga Koheleta, czyli Eklezjastesa 

Rdz 

Księga Rodzaju 

Wj 
Księga wyjścia 

Podziękowania 

background image

Wszystkie moje dokonania to owoc moich kontaktów z ludźmi. Ta książka nie 

jest wyjątkiem. Chcę podziękować mojej żonie Barbarze i mojemu synowi 

Brendanowi za to, że cierpliwie sekundowali mi przy jej narodzinach. 
Podziękowania niech przyjmą także J. D. Hinton i Gary Verboon, którzy - 

jak na dobrych przyjaciół przystało - pomogli mi skoncentrować się na 

pisaniu. Dziękuję Mimi Craven za ekspertyzę fotograficzną. Dziękuję 

Carmen Berry, Therezie Yerboon, dr. Donowi i Simone Morga-nom, Timowi i 
Joan Smithom, Dwightowi i Virginii Case'om, Eugene'owi i Virginii Lowe, 

Michaelowi i Lorraine Chapmanom, dr. Peterowi i Kary Radestockom, dr Lynn 

Becker, dr. Danowi Spectorowi oraz Madisonowi i Lindzie Masonom za ich 

przyjaźń, która całkowicie mnie odmieniła. Dziękuję dr. Scottowi Weime-
rowi, dr. Maćkowi Harndenowi, dr. Steve'owi Murrayowi, dr. Joemu Venemie, 

dr. Waltowi i Frań Beckerom oraz Ellen Rhodzie za to, że przez lata 

kształtowali moje życie duchowe. 

Jestem wdzięczny wszystkim moim pacjentom, zarówno dawnym, jak i obecnym, 
dzięki którym tak wiele dowiedziałem się 

0 ludziach. Jestem wdzięczny dr. Robertowi Stolorowowi, który nauczył 

mnie rozmyślania nad terapią.  Podziękowania niech przyjmą moi 

przyjaciele i koledzy z La Vie Counselling Center, a zwłaszcza Jeanie 
Price, Greta Hassel, Clint Daniels, dr Curtis Miller oraz dr Jim Bickley, 

którzy wraz z Janet Joslyn i dr. Ala-nem Karlbelnigiem wnieśli ogromny 

wkład do przemyśleń zawartych w tej książce. Jestem również wdzięczny 

Dennisowi Pa-lumbo, dr. Bruce'owi Howardowi, Mickiemu Alterowi, dr Eliza-
beth Crim, dr. Robowi Piehlowi oraz dr. Craigowi Wagnerowi, dzięki którym 

zacząłem rozumieć moich pacjentów w stopniu, jakiego nie mógłbym osiągnąć 

samodzielnie. Dziękuję też dr. Howardowi Bacalowi, który wywarł olbrzymi 

wpływ na mnie osobiście. 
Chciałbym także podziękować moim rodzicom - Charlesowi 

1  Dianę Bakerom - oraz rodzeństwu: Timowi, Pauli, Mitchowi, 

Phillipowi i Lisie, którzy nadali kształt memu dzieciństwu i zachęcali 

mnie do studiowania psychologii. Dziękuję wspólnotom religijnym kościołów 
prezbiteriańskich w Westwood i Brentwood za udzielenie mi gościny, bym w 

spokoju mógł snuć rozmyślania na temat psychologii i teologii. Jestem 

szczególnie wdzięczny Julie Castiglii z Agencji Wydawniczej Castiglia 

oraz Gideonowi Weilo-wi i Johnowi Loudonowi z Harper San Francisco za to, 

że zaakceptowali pomysł tej książki i pomogli mi przenieść moje idee na 
papier. 

Wpro wadzenie 

Jezus rozumiał ludzi. Dowodzi tego fakt, że wywarł prawdopodobnie 

największy wpływ na historię świata. Nauki, jakie głosił dwa tysiące lat 
temu, wędrując po Ziemi Świętej, stały się podwaliną kultur, zarzewiem 

wojen i odmieniły losy wielu ludzi. Jako psycholog wielokrotnie 

zastanawiałem się, w czym tkwiła tak olbrzymia moc owych nauk. Po wielu 

latach badań doszedłem do następującego wniosku: aby zrozumieć, dlaczego 
słowa Jezusa miały tak wielki wpływ na jego słuchaczy, należy pojąć ich 

psychologiczne przesłanie. Biorąc pod uwagę powszechnie znane współczesne 

teorie psychologiczne, śmiem twierdzić, że Jezus zdobywał wiernych 

słuchaczy dzięki znakomitemu psychologicznemu podejściu do ludzi. 
Przez ponad dwadzieścia lat zgłębiałem zarówno teologię, jak i 

psychologię. Odkryłem, że studiowanie jednej z tych dyscyplin ułatwia mi 

poznanie drugiej - i na odwrót. Wciąż nie przestają mnie zadziwiać 

podobieństwa między duchowymi i emocjonalnymi regułami, od których zależy 
zdrowie człowieka. 

Freud uważał religię za rodzaj protezy, jaką człowiek podpiera się w 

walce z własną bezsilnością. Jego teza zapoczątkowała -toczącą się po 

dziś dzień - wojnę między psychologią a religią. Niektórzy psycholodzy 
uważają religię za kult, ograniczający ludzki potencjał; równocześnie 

pewni ludzie związani z religią kultem nazywają psychologię. Odkryłem, że 

background image

źródłem animozji występujących po obu stronach jest strach. A strach 

uniemożliwia wszelkie zrozumienie. Ludzie mogą się nawzajem zrozumieć 

dopiero wtedy, gdy zamiast sobie grozić, zaczną się słuchać. 
Wiele lat temu kolega poprosił mnie, bym zastąpił go podczas niedzielnej 

prelekcji w kościele. Chociaż sprawy kościoła były mi zupełnie obce, 

zgodziłem się wygłosić jeden ze swoich wykładów z dziedziny psychologii, 

skierowany do religijnej publiczności. Po kilku minutach mojej przemowy 
jakiś mężczyzna podniósł dłoń i powiedział: „To mogłoby być interesujące 

we wtorkowy wieczór w bibliotece lub podobnym miejscu, ale nie godzi się 

tego 

11 
słuchać w Dzień Pański w Domu Bożym!". Nie muszę chyba dodawać, że nie 

miałem łatwej publiczności. Niestety, z podobnym wrogim nastawieniem 

ludzi religijnych do „laickiej psychologii" spotkałem się wówczas nie po 

raz pierwszy i nie ostatni. 
Trzeba jednak przyznać, że wzajemna antypatia podtrzymywana jest po obu 

stronach. Kiedyś, po odbyciu trudnej dyskusji na temat chrześcijaństwa z 

grupą psychoanalityków, podzieliłem się z przyjacielem - również 

psychoanalitykiem - swoim rozczarowaniem dotyczącym, jak mi się wydawało, 
ich pełnego uprzedzeń stosunku do osób wierzących. Wyjaśnił mi ich 

zachowanie w następujący sposób: „Dobrze znam tych ludzi i nie sądzę, by 

spotkali chociaż jednego terapeutę, który byłby inteligentny i 

jednocześnie był chrześcijaninem". Właśnie tacy psychoanalitycy, 
podtrzymujący swoje uprzedzenia wobec ludzi religijnych, których 

wykluczyli ze swego życia zawodowego, są równie winni jak ludzie 

wierzący, nie dopuszczający psychologii do swego życia religijnego. 

Na szczęście Freud nie miał ostatniego zdania ani w kwestii religii, ani 
psychologii. Współcześni psycholodzy, dokonujący ponownej oceny poglądów 

Freuda, powinni zająć się również jego uprzedzeniem wobec religii. Od 

kilku lat z zapartym tchem śledzę nowe odkrycia w dziedzinie psychologii. 

Zdumiewają mnie podobieństwa między współczesnymi teoriami a liczącymi 
niemal dwa tysiące kt naukami Jezusa. 

Jezus nauczał w sposób subiektywny, posługując się przypowieściami; 

współczesne psychoanalityczne teorie intersubiektyw-ności wyjaśniają nam, 

dlaczego tak właśnie postępował. Jezus wierzył, że kontakt z Bogiem jest 

źródłem zbawienia; psychoanalityczne teorie relacji z obiektem tłumaczą, 
dlaczego ma to sens z punktu widzenia psychologii. Jezus utożsamiał się z 

Kimś istniejącym poza Nim; teorie psychologiczne w podobny sposób 

tłumaczą istnienie naszego „ja". Jezus pochwalał szczerość dziecięcych 

emocji; wyt}umaczenie tego znajdziemy w psychologicznych koncepcjach 
afektu. Jezus wiedział, że w umyśle może toczyć się walka między dwiema 

siłami; my zaś wiemy, że nasza podświadomość może toczyć walkę z naszą 

świadomością. Jezus traktował 

12 
grzech w kategoriach zerwania więzi człowieka z Bogiem; według 

współczesnych teorii zjawiska psychopatologiczne są wynikiem zerwanych 

więzi. To, co Jezus nazywał bałwochwalstwem, psycholodzy nazywają 

uzależnieniem. Jezus nauczał, że powinniśmy poznać Boga, a wówczas On 
również nas pozna; celem terapii jest leczenie poprzez empatię. Jezus 

tłumaczył, że prawość to kontakt z Bogiem na płaszczyźnie wertykalnej; 

natomiast psycholodzy opisują zdrowie psychiczne jako efekt związków 

międzyludzkich na płaszczyźnie horyzontalnej. A to dopiero początek. 
Na temat nauk Jezusa napisano wiele książek. Większości z nas nie jest 

obca tradycyjna interpretacja jego słów, chciałbym jednak rzucić nowe 

światło na ich odwieczną mądrość. Analiza współczesnych teorii 

psychoanalitycznych umożliwiła mi spojrzenie pod innym kątem na naukę 
Jezusa i wzbogaciła życie moje oraz moich pacjentów. Odkryłem, że 

najnowsze osiągnięcia psychologii nie tylko nie kłócą się z przesłaniem 

background image

Jezusa, lecz czynią je wręcz bardziej zrozumiałym, pełnym psychologicznej 

głębi, której wcześniej nie dostrzegałem. Książka ta rzuca świeże 

spojrzenie na dobrze znane przypowieści, pozwalając w świetle 
współczesnej myśli psychologicznej czerpać nową mądrość ze słów Jezusa. 

W kolejnych rozdziałach skoncentruję się na różnych koncepcjach 

psychoanalitycznych, ilustrując je naukami Jezusa. W przypisach 

zamieściłem odnośniki dla tych, którzy chcieliby zapoznać się z naukowymi 
pracami psychoanalitycznymi na dany temat. Te skomplikowane koncepcje 

starałem się gaśnic w jak najprostszych słowach, nie upraszczając jednak 

ich znaczenia. Moim celem było zachowanie jednocześnie prostoty i pełni 

znaczeń, choć czasami wydawało się to prawie niemożliwe. 
Wierzę, że wiele zasad religijnych zawartych w naukach Jezusa może nam 

pomóc w naszych usiłowaniach zachowania zdrowia psychicznego. Dlatego 

zamieściłem w tej książce przykłady, ukazujące sposób, w jaki owe zasady 

odnoszą się do współczesnego człowieka. Przykłady te są wzięte z życia 
ludzi, z którymi pracowałem, których poznałem osobiście lub o których 

tylko czyta- 

13 

łem. Ze względu na obowiązującą mnie dyskrecję, opisane postacie nie są 
prawdziwe, lecz łączą w sobie cechy różnych osób. Cytaty z Biblii 

pochodzą z New International Version of the Bibie, z wyjątkiem tych, 

które zostały inaczej oznaczone. Bez względu na osobiste poglądy 

religijne i psychologiczne, wszyscy możemy czerpać korzyści z tej 
wiecznie aktualnej mądrości. 

... * t i"  : "i      ? 

Część I 

Zrozumieć ludzi 
 

Zrozumieć, jak ludzie myślą 

„Z czym porównamy królestwo Boże lub w jakiej przypowieści je 

przedstawimy? Jest ono jak ziarnko gorczycy; gdy się je wsiewa w ziemię, 
jest najmniejsze ze wszystkich nasion na ziemi. Lecz wsiane wyrasta i 

staje się większe od innych jarzyn; wypuszcza wielkie gałęzie, tak że 

ptaki podniebne gnieżdżą się w jego cieniu". 

W wielu takich przypowieściach gtosit im naukę, o ile mogli [ją] 

rozumieć. A bez przypowieści nie 
przemawiał do nich. 

Mk4, 30-34' 

Życie oparte jest na wierze. Jezus wiedział, że większość rzeczy robimy w 

życiu „na wiarę". Chcielibyśmy uważać się za istoty racjonalne, 
opierające się w życiu na logicznych przesłankach. Jednak prawda jest 

taka, że choć staramy się myśleć racjonalnie, większość decyzji 

podejmujemy na podstawie tego, co aktualnie czujemy i w co wierzymy, 

dorabiając po fakcie logiczne usprawiedliwienia. Jezus posługiwał się 
przypowieściami, aby zmusić nas do konfrontacji z tym, w co wierzymy, 

zamiast z tym, co - jak nam się wydaje - wiemy. Zdawał sobie sprawę, że 

ludzie wolą myśleć, iż wiedzą więcej, niż naprawdę wiedzą. 

Ponieważ zaś nasza wiedza nie jest tak wielka, jak nam się wy-daje, 
prawdziwie mądry człowiek jest zawsze pełen pokory. Jezus nie napisał 

żadnej książki, nauczał przez przypowieści i prowadził ludzi ku prawdzie, 

dając im swoje życie za przykład. Był pewny siebie, nie będąc arogancki, 

wierzył w absolutne wartości, nie będąc surowy, i głosił prawdę o sobie, 
nie osądzając przy tym innych. 

Jezus potrafił dotrzeć do ludzi dzięki swoim umiejętnościom 

psychologicznym, które my dopiero zaczynamy poznawać. Za- 

17 
miast wygłaszać naukowe prelekcje oparte na swojej wiedzy teologicznej, z 

pokorą nauczał poprzez proste historie. W swojej mądrości nie przemawiał 

background image

do ludzi protekcjonalnie; wykorzystywał proste środki komunikacyjne, by 

mówić do nich. Mówił w taki sposób, by ludzie go słuchali, ponieważ 

dobrze wiedział, jak sprawić, by chcieli słuchać. Moim zdaniem, Jezus 
potrafił tak doskonale porozumiewać się z ludźmi, ponieważ wiedział to, 

czego dowodzi współczesna psychologia: że człowiek kieruje się w życiu 

bardziej tym, w co wierzy, niż tym, co naprawdę wie. 

Najostrzejsze słowa krytyki Jezus kierował do nauczycieli głoszących 
wiedzę teologiczną - mimo że sam był jednym z nich. Nie krytykował jednak 

ich wiedzy, lecz ich arogancję. Mówił, że wiedza głoszona przez 

nieprzystępnych ludzi staje się toksyczna. Im więcej wiemy, tym bardziej 

powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, jak wielu rzeczy jeszcze nie 
wiemy. Arogancja jest przejawem braku pewności siebie, a okazujący ją 

ludzie dowodzą jedynie swojej niewiedzy. Jezus wiedział, że ludzkie idee 

są nieporadnymi próbami przybliżenia człowiekowi wszechświata, i zawsze 

brał to pod uwagę w swych genialnych - z psychologicznego punktu widzenia 
- naukach. Głęboko wierzę, że chcąc opanować sztukę skutecznej 

komunikacji, musimy najpierw nauczyć się tego, co Jezus wiedział na temat 

związku pomiędzy wiedzą a pokorą2. Prawdziwi mędrcy z pokorą odnoszą się 

do swojej mądrości. Pamiętają bowiem, że w życiu wiara jest ważniejsza od 
wiedzy. 

Dlaczego Jezus posługiwał się przypowieściami 

A bez przypowieści nie przemawiał do nich. 

Mk 4. 34 
Jezus wiedział, w jaki sposób ludzie rozumują. Był jednym z najlepszych 

nauczycieli wszech czasów, ponieważ zdawał sobie sprawę, że człowiek 

odbiera wszystko ze swojego własnego punktu widzenia. Nie zakładał, że 

jego słowa zawsze będą zrozumiane, i dlatego nauczał poprzez 
przypowieści. 

18 

Przypowieść to prawda o rzeczywistości ujęta w formę krótkiej historii. 

Człowiek może czerpać z niej tyle wskazówek, ile w danej chwili jest w 
stanie sobie przyswoić, a następnie wprowadzać je w życie. W miarę jak 

dojrzewa i rozwija się, może powrócić do przypowieści i próbować ponownie 

ją odczytać, zyskując nowe wskazówki na życiową drogę. 

Mnie przypowieści pomogły zrozumieć życie. Przydały mi się zwłaszcza w 

jednym z najtrudniejszych momentów, kiedy nie potrafiłem odnaleźć sensu w 
swoim cierpieniu. Był to czas, gdy wszystko kwestionowałem, czas 

rozmyślań jak-to-możliwe-że-Bóg-istnieje-skoro-ja-cierpię. Byłem w 

rozpaczy i nic nie mogło mnie pocieszyć. 

Zdarzyło mi się wówczas wybrać w odwiedziny do brata, zamierzając 
wypłakać mu się ze swoich smutków. Tim jest geologiem i większość czasu 

spędza w terenie. Niewiele mówi, ale gdy już coś powie, zazwyczaj ma to 

głębszy sens. Zawsze uważałem go za człowieka pokornego, w najlepszym 

znaczeniu tego słowa. 
Siedziałem zatem w jego kuchni, wyglądając jak półtora nieszczęścia i 

czując się beznadziejnie, gdy Tim nagle się odezwał: „Wiesz, Mark, kiedy 

ostatnio prowadziłem badania, uderzyło mnie, jak skonstruowany jest 

świat. Nasza ekipa wdrapała się na najwyższe wzniesienie w okolicy. 
Byliśmy zachwyceni widokiem roztaczającym się ze szczytu. Przeżycia w 

górach zawsze są niezwykłe. Kiedy jest się tak wysoko, powyżej linii 

lasu, widać, że drzewa rosną tylko do pewnej wysokości, bo wyżej już by 

nie przeżyły. Na samym szczycie w ogóle nic nie rośnie. Ale jeśli spojrzy 
się w dół, można zauważyć coś bardzo ciekawego. Życie toczy się w 

dolinach". 

Z przypowieści Tima dotarła do mnie prawda, że cierpienie jest bolesne, 

ale prowadzi do dojrzałości. Ważne, by we wszystkim doszukiwać się sensu, 
a przypowieść brata pomogła mi go odnaleźć. Nigdy nie zapomnę, co Tim 

background image

powiedział tamtego dnia. Nie uśmierzyło to mojego bólu, ale pomogło mi go 

lepiej znosić. 

Przypowieści nie zmieniają naszego życia - one pomagają nam zmienić 
perspektywę, z jakiej na nie spoglądamy. Jezus posługi- 

19 

wał się przypowieściami, by pomóc nam, gdy tego najbardziej potrzebujemy, 

ponieważ człowiek rozumuje na podstawie własnego punktu widzenia. 
Zazwyczaj nie udaje nam się zmienić faktów, możemy jednak zmienić 

perspektywę, z jakiej je oceniamy. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Pewne rzeczy rozumiemy wyłącznie z własnego punktu 

widzenia. 
Jak dostrzec prawdę 

Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. 

J 14,6 

Na swoją pierwszą sesję terapeutyczną Don przyszedł z listą. Nie lubił 
marnować czasu, a ponieważ terapia kosztuje, chciał od razu przedstawić 

mi swoje życiowe problemy i otrzymać ode mnie wskazówki, jak ma je 

rozwiązać. 

Mimo iż nie tylko podczas terapii lubię pomagać ludziom, szybko zdałem 
sobie sprawę, że Don nie potrzebuje ode mnie porady. Wydawało mu się, że 

gdy tylko uzyska konkretne wskazówki, będzie mógł naprawić wszystko, co 

szwankuje w jego życiu. Wiem z doświadczenia, że większość ludzi 

dysponuje o wiele większą wiedzą, niż jest im to potrzebne w życiu, i być 
może właśnie dlatego przychodzą na terapię. 

Gdy zbliżał się koniec sesji, Don poprosił mnie o „pracę domową", którą 

mógłby wykonać w czasie poprzedzającym kolejne spotkanie. 

- Nie będę ci nic zadawał - powiedziałem. 
- Dlaczego nie? - zapytał. 

- Ponieważ w ten sposób dowiedziesz jedynie, że jesteś facetem 

wykonującym to, co zostało mu przydzielone do wykonania, a to już wiemy. 

Przyszedłeś tu, żeby dowiedzieć się czegoś nowego o sobie. Moim zdaniem, 
wykorzystałbyś pracę domową, by nakłaść sobie jeszcze więcej do głowy, a 

tymczasem my musimy wyciągnąć jak najwięcej z twojego serca. 

Stopniowo życie Dona zaczęło się zmieniać, choć nadal dawałem mu bardzo 

niewiele rad. Oferowałem mu za to inny rodzaj 

20 
kontaktu niż te, z jakimi miał w życiu do czynienia. Zaczął się mniej 

koncentrować na tym, co ja myślałem o pewnych faktach, a bardziej na tym, 

jak on się z nimi czuł. W miarę jak uczył się coraz bardziej mi ufać, 

coraz głębiej zapuszczał się w te sfery swojego życia, których nigdy 
dotąd nie zbadał. Im więcej dowiadywał się o sobie, tym łatwiej było mu 

zrozumieć, dlaczego kiedyś podjął takie, a nie inne decyzje. Don odkrył 

najważniejszą prawdę o swoim życiu nie dzięki moim poradom, lecz dzięki 

temu, że zbudowana przez nas więź umożliwiła mu lepsze zrozumienie samego 
siebie. 

Jezus wiedział, że polegając wyłącznie na swoim intelekcie, człowiek 

nigdy całkowicie nie zrozumie prawdy o swoim życiu. Nie mówił: 

„Pozwólcie, że nauczę was, czym jest prawda", lecz mówił: „Ja jestem 
Prawdą". Wiedział, że najwyższy stopień wiedzy można osiągnąć jedynie 

dzięki związkom opartym na wierze i zaufaniu, nie zaś dzięki większej 

ilości informacji. Na proste pytania odpowiadał posługując się 

przenośniami, wciągając słuchaczy w dialog i w związek ze sobą. 
Duchowa zasada, mówiąca, że najważniejszych życiowych prawd uczymy się 

poprzez nasze związki, jest podstawą mojej terapii. Wszyscy świadomie lub 

podświadomie3 ulegamy poglądom, które wpływają na nasze postrzeganie 

rzeczywistości. Dlatego prawdę możemy poznać wyłącznie na podstawie 
swoich własnych doświadczeń. Z psychologicznego punktu widzenia 

niemożliwe jest całkowite wyeliminowanie wpływu naszego umysłu na to, jak 

background image

postrzegamy świat, tym bardziej że z reguły nie jesteśmy świadomi naszych 

własnych odczuć. A zatem wszystko, co - jak nam się wydaje - pojęliśmy w 

sposób rozumowy, zostało już przepuszczone przez filtr naszych przekonań. 
Terapia pozwala pacjentowi na zbudowanie więzi umożliwiającej mu lepsze 

zrozumienie samego siebie i - co za tym idzie - wszystkich prawd 

składających się na jego życie. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Najważniejszych prawd uczymy się poprzez nasze 
związki. 

21 

Dlaczego staramy się być obiektywni 

A jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe 
czyny. 

Mi II, 19 

Craig i Betty mieli w życiu podobne zasady i cele, co sprawiało, że byli 

dobraną parą, a ich małżeństwo przez pierwszych kilka lat funkcjonowało 
prawidłowo. Jednak w miarę upływu czasu Betty była coraz mniej zadowolona 

ze związku z Craigiem. Gdy próbowała rozmawiać z nim o swoich obawach 

dotyczących ich małżeństwa, miała wrażenie, że rozmowy te prowadzą 

donikąd. W końcu przestała z nim dyskutować, gdyż za każdym razem 
kończyło się to kłótnią, ona zaś dochodziła do wniosku, że zwyczajnie nie 

ma racji. Betty szanowała Craiga, ale coraz rzadziej czuła się przy nim 

na tyle pewnie, by porozmawiać o swoich obawach - i to nie dawało jej 

spokoju. 
-  Zawsze byłem ci wierny, zawsze troszczyłem się o ciebie i dzieci. Moim 

zdaniem, nie masz powodów do obaw. Gdybyś choć raz spojrzała na to 

obiektywnie, przekonałabyś się, że nasze małżeństwo jest udane - 

powtarzał Craig. 
- Nie chodzi o to, które z nas ma rację, a które jej nie ma -odpowiadała 

Betty. - Chodzi o to, że nie czuję się na tyle pewnie, by mówić ci, co 

czuję. 

- Pewnie? - odpierał Craig. - Nie zauważasz oczywistych rzeczy! Masz 
ładny dom, konto w banku, a ja ubezpieczyłem się na życie na równy milion 

dolarów. Pewniej mogłabyś się czuć tylko wtedy, gdybym umarł. 

Tego typu dyskusje nie pomagały Betty. 

Dopiero gdy zgłosili się na terapię małżeńską, Betty zaczęła mieć inne 

zdanie na temat ich związku. Craig zrozumiał, że obiektywne fakty, na 
które chciał zwrócić uwagę żony, wcale jej nie pomagają. Nie chciała 

kłócić się z nim o to, czy jej obawy są irracjonalne, czy nie. Chciała, 

aby zrozumiał, że tak czy owak, boi się i potrzebuje jego wsparcia. Betty 

nie zwierzała się Craigowi ze swoich obaw po to, by coś naprawił; 
dzieliła się z nim osobistymi uczuciami w nadziei, że to ich do siebie 

zbliży. Z kolei starania Craiga, by być obiektywnym, sprawiały, że czuł 

się lepiej w roli męża; w ten 

22 
sposób przynajmniej cokolwiek rozumiał. Wolał skupiać się na faktach - 

kłopot polegał jednak na tym, że to w żaden sposób nie pomagało Betty. 

Potrzebowała, by mąż jej wysłuchał i okazał współczucie. Bywają chwile, 

gdy nasze próby bycia obiektywnym mijają się z celem. Gdy Craig zdał 
sobie z tego sprawę, mógł dać Betty to, czego od niego oczekiwała, i w 

ten sposób jej pomóc. 

Ludzie mają tendencję do gloryfikowania obiektywności. Mówimy „Proszę 

podać mi fakty", jak gdyby otrzymanie obiektywnych informacji było 
najważniejsze. Wnioski, jakie wyciągamy na podstawie obiektywnych faktów, 

dają nam poczucie bezpieczeństwa. Możemy wówczas skoncentrować się na 

naszych codziennych sprawach, nie marnując czasu ani energii na 

zastanawianie się nad problemami, które rozwiązaliśmy. Dla Jezusa jednak 
mądrość była o wiele ważniejsza niż gromadzenie obiektywnych faktów. 

Przekładanie posiadanej wiedzy na związki z innymi ludźmi było dla niego 

background image

ważniejsze, niż jej gromadzenie. To właśnie miał na myśli, mówiąc: „A 

jednak mądrość usprawiedliwiona jest przez swe czyny". Obiektywnie możemy 

mieć rację na temat czegoś, co ma katastrofalny wpływ na nasze kontakty z 
ludźmi, mądrość polega jednak na tym, by zawsze brać pod uwagę 

konsekwencje naszych działań. 

Jezus nauczał, że obstawanie przy obiektywnych faktach może być czasami 

niebezpieczne. Z tego powodu wybuchały wojny, upadały religie, rozpadały 
się małżeństwa i przyjaźnie, a dzieci wydziedziczano. Czasem ceną 

wygranej kłótni jest koniec związku. Jak mówi stare porzekadło, w 

małżeństwie można być szczę-śliwym albo mieć rację. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Szukaj raczej mądrości niż wiedzy. Można się mylić 
w dobrej wierze 

Błogosławieni ubodzy w duchu. 

Mt5.3 

Czasami pokładamy wielką wiarę w nasze przemyślenia, gdyż daje nam to 
złudne poczucie bezpieczeństwa. Możemy szczerze wierzyć w to, że mamy 

rację, i równie szczerze się mylić4. Jezus 

23 

ostrzegał nas, by nie mylić szczerości z prawdą. Nikt z nas nie wierzyłby 
w to, w co wierzy, gdyby uważał to za fałsz. Wierzymy w coś, co uważamy 

za prawdę. Jezus nauczał, że powinniśmy z pokorą traktować swoją wiedzę, 

ponieważ prawdę możemy poznać wyłącznie ze swojego punktu widzenia. 

Kiedy jeszcze studiowałem, pewna grupa kontrkulturowych chrześcijan 
wysyłała kaznodziejów do jednego z najbardziej ruch-liwych zakątków na 

terenie mojej uczelni w nadziei, że znajdą tam chętnych słuchaczy. 

Zwróciłem uwagę na jednego z nich, studenta - mijałem go regularnie, gdy 

z całą mocą głosił nauki Jezusa. Jego szczerość i siła przekonywania 
zrobiły na mnie duże wrażenie. Ponieważ był bardzo pewny siebie i swoje 

kazania wygłaszał miesiącami, byłem przekonany, że udało mu się nakłonić 

wiele osób do przyłączenia się do jego grupy. W końcu pewnego dnia 

zapytałem go: „Ile osób nawróciło się dzięki twojej posłudze?". Ku memu 
wielkiemu zdziwieniu, kaznodzieja odparł: „Prawdę mówiąc, nikt. Ale to 

bez znaczenia. To i tak jest moje powołanie". 

Ten człowiek szczerze wierzył, że to, co robi, jest słuszne. Końcowy 

efekt jego starań nie był tak ważny, jak zapał, z jakim wykonywał swoje 

zadanie. I choć nawet przez chwilę nie wątpiłem w jego szczerość, 
zacząłem się zastanawiać, czy miał rację, mówiąc o swoim powołaniu. To, 

że działał w dobrej wierze, nie oznaczało jeszcze, że rzeczywiście ją 

miał. Prawdę mówiąc, wiedziałem, że swoimi naukami obraził dziesiątki 

studentów, którzy nie chcieli identyfikować się z kimś tak obojętnym na 
los innych, a co za tym idzie - nie interesował ich Bóg, o którym 

nauczał. Mieli wrażenie, że kaznodzieja mówi im o Bogu, który nie ma nic 

wspólnego z ich codziennym życiem. Tymczasem on chciał im przekazać coś 

dokładnie odwrotnego. 
Ów kaznodzieja zapomniał jednak o pewnej ważnej życiowej prawdzie, którą 

Jezus z pewnością chciałby mu przekazać. Osoba o silnych przekonaniach 

potrzebuje zarówno silnego charakteru, jak i znacznej elastyczności. 

Ludzie dojrzali pod względem psychicznym mają dość odwagi, aby szczerze 
poświęcić się jakiejś 

24 

sprawie, a jednocześnie pamiętają, że w swoim stosunku do niej mogą się 

szczerze mylić. Na tym właśnie polega związek między wiedzą i pokorą. 
Jezus mówił: „Błogosławieni ubodzy w duchu", ponieważ brak pokory uderza 

w tych, którzy są niepokorni. Wiedział, że udawanie, iż posiadło się 

wszystkie odpowiedzi, prowadzi do nieszczęścia, ponieważ mimo dobrych 

intencji, wciąż możemy się bardzo mylić. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nie myl szczerości z prawdą; możesz się bowiem 

mylić w dobrej wierze. 

background image

Nie potępia) tego, czego nie rozumiesz 

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni. 

Lk 6, 37 
Jest taka stara opowieść o trzech ślepcach, którzy spotkali słonia. Gdy 

później zapytano ich, jak wygląda słoń, każdy odrzekł co innego. Pierwszy 

powiedział, że słoń przypomina wielkiego węża ogrodowego, drugi, że 

wygląda jak kij od szczotki, a trzeci, że jak pień drzewa. Każdy z nich 
opisywał słonia na podstawie własnych doświadczeń. Nie można stwierdzić, 

że któryś z nich miał rację lub że się mylił; każdy mówił ze swojej 

własnej perspekty-wy. Świadomość, że wszyscy jesteśmy takimi ślepcami, 

nie potrafiącymi dostrzec tego, co mamy tuż przed nosem, powinna nauczyć 
nas pokory. 

Lukę i Annie zgłosili się na terapię małżeńską, ponieważ czuli, że 

osiągnęli martwy punkt w swoim związku. Annie była osobą konserwatywną, 

która zwierzała się ze swych najgłębszych uczuć tylko garstce 
wypróbowanych przyjaciół. Lukę zaś był wy-gadanym, odnoszącym sukcesy 

biznesmenem, dbającym o rodzinę, oddanym mężem i ojcem. 

Podczas naszych spotkań zmagaliśmy się z różnymi problemami, jednak 

Luke'owi najbardziej przeszkadzało to, że Annie jest „zbyt wrażliwa". Za 
każdym razem gdy się sprzeczali, wybuchała płaczem lub czuła się urażona, 

Lukę zaś wpadał w złość i za- 

25 

rzucał jej, że nie zachowuje się „racjonalnie". Kiedy zgłosili się na 
terapię, zajmowali w związku dwie całkowicie skrajne postawy. Lukę 

zachowywał się w sposób chłodny i racjonalny, a Annie była przesadnie 

emocjonalna. Reakcje partnera często sprawiają, że zaczynamy zachowywać 

się w sposób będący skrajną wersją naszych zachowań z początku związku. 
Wychowanie Luke'a zadecydowało o tym, że zawsze robił to, co należy - 

niezależnie co o tym myślał i jak się z tym czuł. Najważniejsze było dla 

niego postępować słusznie; uczucia były zawsze na drugim miejscu. Z tego 

też powodu Lukę nigdy nie pozwalał sobie na to, by w pełni przeżywać 
swoje uczucia. Liczyło się to, że można na nim polegać; uczucia tylko 

przeszkadzały. 

Ponieważ Annie tak łatwo przychodziło wyrażanie uczuć, Lukę wciąż czuł 

się wytrącony z równowagi. W miarę upływu czasu coraz bardziej bał się 

okazywanych przez nią emocji, ponieważ nie wiedział, jak na nie reagować. 
Boimy się tego, czego nie znamy. „Och nie, ty znowu to samo!" - jęczał, 

gdy tylko Annie zaczynała mówić o swoich uczuciach. Całe to „królestwo 

uczuć" było dla Luke'a jedną wielką niewiadomą. W rezultacie zaczął bać 

się silnych emocji i surowo oceniał ludzi, którzy je okazywali. „Nie 
obchodzi mnie, jak się w związku z tym czujesz. Po prostu to zrób" - 

zwykł mawiać. Oczywiście, na skutek takich słów Annie reagowała jeszcze 

bardziej emocjonalnie, co tylko pogarszało sprawę. 

Wzajemne relacje Luke'a i Annie zaczęły się poprawiać w momencie, gdy 
zdali sobie sprawę, że oboje mają Annie za złe jej uczuciowy charakter. 

Stosunek Luke'a do Annie zmienił się, gdy uświadomił sobie, że osądzał 

jej uczucia, ponieważ ich nie rozumiał. Zrozumiał, że uczucia same w 

sobie nie są ani dobre, ani złe; stanowią po prostu jeszcze jedno źródło 
informacji na temat drugiej osoby, niezbędnych dla prawidłowego 

funkcjonowania małżeństwa. Zdał sobie sprawę, że wysłuchanie, co Annie ma 

mu do powiedzenia na temat swoich uczuć, może być pomocne. Lukę uzdrowił 

swoje małżeństwo w chwili, gdy przestał być tak bardzo pewny, że Annie 
jest zbyt uczuciowa, i spojrzał na problemy z jej perspektywy. 

26 

To z kolei pomogło Annie - przestała się obwiniać, że reaguje na wszystko 

zbyt emocjonalnie. Nie była osobą „zbyt uczuciową", była po prostu kimś, 
kto czuł się źle z powodu własnych reakcji emocjonalnych. Spirala 

nakręcała się za każdym razem, gdy Annie była zdenerwowana lub czymś się 

background image

martwiła. Gdy w końcu pozwoliła sobie na swobodne wyrażanie uczuć, 

pojawiały się one i odchodziły w sposób bardziej naturalny. Lukę i Annie 

nadal się ze sobą sprzeczają, ale teraz szybciej przechodzą nad tym do 
porządku. Kiedy jest już po wszystkim, Lukę zwykle mówi: „Wiesz, cieszę 

się, że o tym porozmawialiśmy". Lukę i Annie przestali się nawzajem 

ranić, ponieważ zrozumieli, że potępianie Annie za jej emocjonalne 

reakcje wynika z ich niezrozumienia. 
Jezus ostrzegał nas przed uleganiem pokusie osądzania innych. Wiedział, 

że bez względu na to, na czym opieramy swoje sądy, nasza opinia będzie 

zabarwiona naszymi uprzedzeniami, zaś posiadane informacje nigdy nie będą 

na tyle kompletne, abyśmy mogli wydać sprawiedliwy wyrok. To właśnie 
sprawia, że wielu z nas czuje się niepewnie. Chcielibyśmy wierzyć, że 

znamy całą prawdę na dany temat, ponieważ czujemy się pewnie jedynie 

wtedy, gdy wiemy, że nic nowego nas nie zaskoczy i nie zachwieje naszej 

równowagi. Ten lęk przed nieznanym leży u podstaw nietolerancji i 
sprawia, że w myślach dokonujemy osądów. Gdy się boimy, potępiamy to, 

czego nie rozumiemy. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Osądzając innych, potępiamy samych siebie. 

Wolność od potępiania samego siebie 
Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, 

aby świat potępił. 

J3. 17 

Kirsten zgłosiła się do mnie na leczenie, ponieważ sabotowała własną 
karierę zawodową i nie rozumiała, dlaczego to robi. Awansowała w firmie 

na kierownicze stanowisko i teraz każdego dnia żyła w panice, 

uniemożliwiającej jej wykonywanie obowiąz- 

27 
ków, obawiając się zwolnienia. Brak poczucia bezpieczeństwa paraliżował 

ją. 

Minęło kilka miesięcy, zanim udało nam się zrozumieć przyczyny, dla 

których Kirsten torpedowała własny sukces. Tak naprawdę nie była dumna 
ani z siebie, ani ze swoich osiągnięć. Wręcz przeciwnie, w ogóle nie była 

z siebie dumna. Nienawidziła samej siebie i starała się to zatuszować, 

odnosząc sukcesy w pracy i osiągając wysoki status materialny. Starała 

się stwarzać jak najlepsze pozory, ponieważ była przekonana, że w głębi 

duszy jest złym człowiekiem. Kirsten wpadła w pułapkę potępiania samej 
siebie. 

Dzieciństwo Kirsten upłynęło na sprzątaniu po matce alkoho-liczce i 

próbach ukrycia swego zażenowania przed resztą świata. Przez większość 

czasu Kirsten albo się bała, albo płonęła ze wstydu. Jakby tego było 
mato, jej matka przestała pić, gdy Kirsten była nastolatką, i poświęciła 

się niesieniu pomocy ludziom mniej uprzywilejowanym. Wynagrodziła Kirsten 

i całej rodzinie swoje dawne zachowanie, za co Kirsten miała być jej 

wdzięczna. 
Kirsten sądziła, że nienawidzi samej siebie za swój stosunek do matki. 

Okazało się jednak, że obiektem jej nienawiści jest ktoś inny - ona 

nienawidziła matki. Nigdy nie pozwoliła sobie na to, by się na nią 

gniewać, głównie z powodu strachu i upokorzeń, jakie odczuwała jako 
dziecko. Jej zadaniem było radzenie sobie z problemami i stwarzanie 

pozorów. Tymczasem od początku obwiniała się za zachowanie matki. 

Uważała, że gdyby była lepszym dzieckiem, matka nie musiałaby pić, i w 

końcu doszła do wniosku, że nie jest warta tego, by rodzona matka się nią 
zajmowała. Dopóki Kirsten obwiniała się za swoje nieszczęśliwe 

dzieciństwo, dopóty tkwiło w niej przekonanie, iż nie zasługuje na to, by 

odnosić w życiu sukcesy. 

Od chwili gdy Kirsten zdała sobie z tego sprawę, wszystko zaczęło się 
zmieniać. Potępiając samą siebie, żyła w taki sposób, jak gdyby jej 

przeznaczeniem było pasmo porażek. Nigdy nic jej się nie uda i tyle. Gdy 

background image

sobie to jednak uświadomiła, jej myślenie zmieniło się z „Nigdy niczego 

nie osiągnę" na „Zawsze byłam 

28 
przekonana, że nie uda mi się niczego osiągnąć". Coś, co było 

nieodwołalnym wyrokiem, stało się subiektywnym przekonaniem. Fakty się 

nie zmieniają, przekonania - owszem. 

Kirsten przestała żyć tak, jakby była z góry skazana na porażkę. Wie, że 
wierzyła w to głęboko przez wiele lat, ale wie również, że przekonania 

mogą się zmieniać. Teraz uczy się myśleć o sobie w sposób, który 

przeciwstawia się jej dawnym poglądom. Powoli zaczyna wybaczać matce 

swoje nieszczęśliwe dzieciństwo. Aby to jednak było możliwe, musiała 
najpierw zdać sobie sprawę, że jest na nią zła. Kirsten przeszła długą 

drogę od wiary w to, że jest chodzącą porażką, do przekonania, że tak jej 

się tylko wydawało. 

Jezus wiedział, że wiara ratuje ludzi. Dotyczy to również uwolnienia się 
od potępiania samego siebie. Kirsten walczyła z czymś, co nie miało nic 

wspólnego z siłą jej starań, lecz było ściśle związane z siłą jej 

przekonań. Najtrudniej było odnaleźć przyczyny, które leżały u podstaw 

potępiania przez nią samej siebie. Kiedy to się udało, zmiana jej sposobu 
myślenia nie była już taka trudna. 

Od czasu do czasu każdemu zdarza się gorzej myśleć o tym, czego w życiu 

dokonał; jednak niektórzy myślą wówczas źle o tym, kim są. Potępiają 

samych siebie i jeżeli w porę nie odkryją, że mogą zmienić poglądy na 
swój temat, zaczynają przejawiać zachowania autodestrukcyjne. 

Przedstawienie takim ludziom konkretnych życiowych przykładów rzadko 

zmienia ich pełen potępienia stosunek do samych siebie. Jezus nauczał 

jednak, że to wiara może zmieniać ludzkie przekonania, a nie fakty. 
Jezus nie przyszedł na świat po to, aby go potępić. Nie chciał, aby 

ludzie nienawidzili samych siebie - chciał, abyśmy czuli się kochani 

przez Boga. Wiedział, że czasami poczucie winy bywa zdrowym objawem. 

Jednak potępianie samego siebie prowadzi do przekonania, że jesteśmy 
złymi ludźmi i nic nie może tego zmienić. Potępianie samego siebie nie ma 

nic wspólnego z pokorą, a bardzo wiele z poniżaniem siebie samego. Jezus 

pragnął, abyśmy szukali wolności od potępienia, nie zaś w nim tkwili. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Potępianie samego siebie oznacza,  że wierzymy w 

kłamstwa na swój temat. 
29 

Dlaczego wyciągamy pochopne wnioski 

To, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka, nie- 

czystym. 
Mk7, 15 

Jezus nauczał, że sami „tworzymy swoje znaczenia". Poszukujemy sensu 

życia i automatycznie wyciągamy wnioski na podstawie zastanych 

okoliczności. Mówił, że jeżeli coś wydaje się człowiekowi „nieczyste", to 
dlatego, że ma dla niego takie, a nie inne znaczenie. Wiedział, że 

wszystko, co robimy w życiu, jest tak dobre, jak znaczenie, jakie ze sobą 

niesie. Dwoje ludzi może robić dokładnie to samo i dla jednego może to 

mieć znaczenie, a dla drugiego nie. Nie można w pełni ocenić słuszności 
czyjegoś postępowania, nie wiedząc, co dzieje się w sercu tej osoby. 

Nie zdając sobie z tego sprawy, każdy nasz czyn interpretujemy na 

podstawie wcześniejszych doświadczeń. I dlatego zdarza nam się wyciągać 

pochopne wnioski. Staramy się nadawać wyda-rzeniom w naszym życiu jakieś 
znaczenie. Może to jednak być przyczyną problemów, gdy nieświadomie 

zaczynamy wyciągać błędne wnioski na swój temat. 

Pamiętacie Kirsten? Miała problemy w pracy, ponieważ sądziła, że 

nienawidzi samej siebie i nie zasługuje na to, by odnosić sukcesy. 
Tymczasem jej kłopoty zawodowe tak naprawdę służyły jej do utwierdzania 

się w złej samoocenie. Jej problemy znaczyły dla niej tyle, że jest złym 

background image

człowiekiem, kimś, kto w stresujących warunkach nie potrafi odnosić 

sukcesów. Nie zdawała sobie sprawy, że znaczenie, jakie nadawała swoim 

kłopotom, jest właśnie tym, co uniemożliwia jej normalną pracę. Kirsten 
zmieniała kwestię emocjonalną w moralną - gdy była wytrącona z równowagi 

emocjonalnej, interpretowała ten stan jako słabość. Znała ludzi, którzy 

również mieli nieszczęśliwe dzieciństwo, a jednak dawali sobie jakoś 

radę. Była zatem przekonana, że jakaś skaza charakteru uniemożliwia jej 
osiąganie lepszych wyników, i za każdym razem, gdy z tym walczyła, 

jeszcze mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że tak właśnie jest. 

Często problemem nie jest to, co robimy, lecz to, jakie ma to dla nas 

znaczenie. Dlatego też Jezus powiedział: „Całe to zło 
30 

z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym" (Mk 7, 23). Liczy się 

to, co mamy w sercu. Nadając rzeczom znaczenia, możemy postępować zarówno 

dobrze, jak i źle. Postępujemy dobrze, gdy poszukując sensu w życiu, 
czynimy świat lepszym, źle - gdy wyciągamy pochopne wnioski, 

utwierdzające nas w złej samoocenie. Czasami wolimy, aby jakieś 

wydarzenie źle o nas świadczyło, niż żeby świadczyło o niczym. Nic na to 

nie poradzimy. Człowiek ma skłonność do nadawania okolicznościom znaczeń 
za wszelką cenę, warto jednak z pokorą traktować to, co - jak nam się wy-

daje - wiemy na swój temat. Możemy bowiem wyciągać błędne wnioski, nie 

zdając sobie z tego sprawy. 

MYŚL DO ZAPAMIĘT^A: Bądź pokorny, formułując opinie na swój temat -
pamiętaj, że to tylko twoje zdanie. 

Być pokornym jak Albert Einstein 

Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy 

w królestwie niebieskim. 
Mt 18,4 

Heinz Kohut, były przewodniczący Amerykańskiego Towarzystwa 

Psychoanalitycznego, widział przyszłość psychoanalizy w umiejętności 

zastosowania osiągnięć nauk ścisłych w pracy terapeutycznej5. Jednym z 
takich osiągnięć było stwierdzenie Alberta Einsteina, że prawa nauki 

stanowią absolutne fakty, obserwujemy jednak ich relatywizm w stosunku do 

naszego miejsca w czasie i przestrzeni. Pojmujemy rzeczywistość ze swojej 

własnej perspektywy. Innymi słowy, jeżeli lecąc samolotem podaję ołówek 

osobie siedzącej obok, ten ołówek porusza się z prędkością blisko 
czterystu kilometrów na godzinę. Jednak z mojego punktu widzenia on wcale 

się tak szybko nie porusza. Einstein twierdził, że w przeciwieństwie do 

prawdy, która jest stała, nasza wiedza na jej temat jest względna. 

Z powodzeniem stosuję tę zasadę w mojej praktyce psychologicznej. 
Ostatnio udzielałem porady pewnej parze kłócącej się o to, czy ich roczna 

córeczka powinna spać razem z nimi. Po kil- 

31 

ku tygodniach powracających dyskusji Raymond - ojciec dziecka - zażądał, 
aby spało ono w swoim własnym łóżeczku i odmówił dalszych rozmów na ten 

temat. Jego żona Felicia poczuła się tym głęboko zraniona i oskarżyła go 

o agresję. 

- Chwileczkę! - wykrzyknął Raymond. - Miesiącami żary wałem noce i 
rozpaczałem, że moje dziecko płacze. Teraz, kiedy wreszcie zajęliśmy 

nieugięte stanowisko, mała śpi spokojniej i wszyscy są zadowoleni. Moje 

prośby, aby rozwiązać tę sytuację, przypominały rzucanie grochem o 

ścianę. Chyba to ja mogę się czuć jak ofiara agresji! 
Które z nich miało rację? Zależy od perspektywy, jaką obierzemy. 

Zakładając w rozmowie z drugą osobą, że nasz punkt widzenia jest jedynym 

słusznym, z pewnością napotkamy problemy. Z jednej strony Raymond zdaje 

się być agresywny w stosunku do Felicii; z drugiej jednak strony 
zachowuje się wobec swojej córki w sposób troskliwy i opiekuńczy. Prawda 

jest w tym wypadku względna dla każdej ze stron. 

background image

Zarówno Einstein, jak i Jezus zauważali związek między wiedzą a pokorą. 

Einstein twierdził, że zrozumienie jest dla obserwatora rzeczą względną. 

Jezus zaś mówił, że ten, kto się uniża, jest największy. W jego naukach 
sprzed dwóch tysięcy lat można znaleźć przestrogę, abyśmy nigdy nie 

zakładali, że mamy w swoim związku ostatnie i decydujące zdanie. Być może 

nawet Jezus na płaszczyźnie duchowej sformułował to, co wieki później 

Einstein sformułował na płaszczyźnie naukowej: że nasz punkt widzenia 
wpływa na zrozumienie otaczającej nas rzeczywistości. Z tego właśnie 

powodu prawdziwa wiedza oznacza pokorę. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Prawdziwa wiedza oznacza pokorę. Prawda nie jest 

względna 
Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. 

Mi 5, 37 

Pani Parker zadzwoniła do mnie bardzo zdenerwowana. Jej syn, Nathan, 

został wyrzucony ze szkoły i aresztowany za jazdę po pi- 
32 

janemu. Bała się, że życie wymyka mu się spod kontroli. Po kilkuminutowej 

rozmowie zaprosiłem całą rodzinę na terapię. 

Państwo Parkerowie oczekiwali od Nathana tylko jednego: „Chcemy, abyś był 
szczęśliwy". Sądzili, że niczego mu nie narzucając i zamiast tego 

przedstawiając różne możliwości, od dziecka uczą go obiektywnego 

myślenia. Na przykład gdy był w szkole podstawowej, zamiast wyznaczać mu 

stałe godziny kładzenia się do łóżka, mówili: „Nathan, wolisz położyć się 
spać później i być jutro przez cały dzień niewyspany, czy też wolisz 

położyć się teraz i być jutro wypoczęty?". Jako dziecko Nathan często 

bywał niewyspany. Państwo Parkerowie nie chcieli być wobec niego 

autorytarni, lecz starali się wpoić mu, że wszystko jest względne, w 
zależności od dokonanego wyboru. 

Nathan dorastał w przekonaniu, że jego rodzice nie wiedzą, jak należy 

postępować. Sądził, że właśnie dlatego wciąż pytają go o zdanie. Życie 

Nathana wymknęło się spod kontroli, ponieważ musiał się nauczyć je 
kontrolować, zanim był gotów do wzięcia na siebie takiej 

odpowiedzialności. Gdy ma się siedem lat i wierzy, że nikt nie kieruje 

twoim życiem, można dojść do wniosku, że nic nie ma znaczenia. Dla 

Nathana prawda była względna, zaś rzeczywistość zależała wyłącznie od 

niego. 
Tymczasem w głębi duszy Nathan pragnął, aby rodzice wiedzieli wszystko. 

Jako dziecko oczekiwał, że wyznaczą mu pewne granice, zapewnią mu 

bezpieczeństwo i będą w jasny sposób odpowiadać na jego pytania. Zbyt 

wczesne zmuszanie dziecka do samodzielnego myślenia może mieć fatalne 
konsekwencje. Nathan potrzebował wiary, że prawda nie jest względna6, 

chociaż każdy z nas patrzy na nią z własnej perspektywy. Wychowując syna, 

państwo Parkerowie zapomnieli o tej zasadzie. 

Wzajemne stosunki w rodzinie Parkerów nadal są dość napięte, ale jest 
coraz lepiej. Państwo Parkerowie przyznali, że tak naprawdę mają wobec 

Nathana nieco więcej oczekiwań, niż byli to w stanie wyrazić. Chcą, aby 

był szanowany, odpowiedzialny i miły dla otoczenia. Zawsze tego chcieli, 

ale wydawało im się, że narzucając mu swoje oczekiwania, jedynie go 
unieszczęśliwią. Tym- 

33 

czasem - o ironio - im jaśniej precyzowali swoje oczekiwania wobec niego, 

tym Nathan był szczęśliwszy. Poszanowanie punktu widzenia drugiego 
człowieka nie oznacza, że wszystko jest względne. 

Wiara w to, że prawda jest względna i że tak naprawdę nic nie ma 

znaczenia, jest dokładnym zaprzeczeniem nauk Jezusa. Wszystko ma 

znaczenie, musimy tylko obrać za punkt wyjścia swój stosunek do prawdy. 
Właśnie dlatego Jezus powiedział: „Ja jestem prawdą" (J 14, 6). Wiedział, 

że nie potrafimy pojąć w sposób obiektywny większości ważniejszych 

background image

życiowych prawd - lecz że czujemy się z nimi związani. Nie przestajemy 

interpretować postrzeganych rzeczy, a to oznacza, że nigdy nie jesteśmy w 

pełni obiektywni. 
Uznanie związku między pokorą a wiedzą nie oznacza, że każdy myśli tak 

samo czy że wszystko jest względne. Ani Jezus, ani Einstein nie byli w 

tym sensie relatywistami. Obaj wierzyli w istnienie absolutnej prawdy, 

którą można poznać wyłącznie z własnej perspektywy. 
Wiara w to, że prawda jest względna, sugeruje, że nie istnieje prawda 

obiektywna, a więc każdy może robić, co mu się żywnie podoba, ponieważ 

„wszystko i tak jest względne". Einstein nigdy czegoś takiego nie 

powiedział. Prędkość światła jest prędkością światła. Jezus również z 
pewnością nie był relatywistą. Nauczał, aby nasze „Tak" było „Tak", 

ponieważ chciał, abyśmy mieli silne przekonania. Rzeczywistość nie jest 

względna, a absoluty istnieją. Możemy je jednak poznać jedynie z własnej 

perspektywy. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Wierz w prawdę z głębokim przekonaniem; podchodź do 

niej z pokorą. 

Pokora nie jest tym samym co pasywność 

Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu 
i drugi. 

Mt 5. 39 

Często mówimy o ludziach pasywnych, że są pokorni. W ten sposób możemy 

powiedzieć coś miłego na temat osób, które w głę- 
34 

bi duszy uważamy za mało skuteczne w działaniu. Szczególnie w kulturze 

amerykańskiej rzadko podziwia się pokorę, ponieważ jest uważana za 

przeciwieństwo przebojowości utożsamianej z sukcesem. 
W oczach Jezusa pokora była jednak czymś zupełnie innym. Mówił do swoich 

uczniów: „Jeżeli więc Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem wam nogi, to i wyście 

powinni sobie nawzajem umywać nogi" (J 13, 14). Jezus nie poniżył się w 

obecności swoich uczniów dlatego, że miał niską samoocenę. Usługiwał im, 
ponieważ dobrze wiedział, kim jest; miał wystarczająco dużo pewności 

siebie, by przyjąć rolę sługi. Wiedział, że nie wysoka pozycja czyni 

człowieka wielkim i że prawdziwie wielki człowiek zawsze będzie kimś 

ważnym dla innych. 

Pokora wymaga pewności siebie. To świadomość tego, kim się jest i wola 
służenia innym, a nie usuwanie się w cień z powodu braku poczucia 

bezpieczeństwa. Prawdziwie pokorny jest człowiek, który nie umniejszając 

samego siebie, sprawia, że ktoś inny czuje się ważny. 

Kiedy byłem dzieckiem, jedną z moich ulubionych zabaw była gra w domino z 
dziadkiem. Miał do niej bardzo poważny stosunek. Wychowywał się w małym 

miasteczku w stanie Arkansas, gdzie od umiejętności gry w domino zależała 

reputacja człowieka. Tam, skąd pochodził mój dziadek, ludzie traktowali 

domino z należytą powagą. 
W miarę jak dziadek uczył mnie gry, zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, 

jak wielką niedogodnością jest niemożność obejrzenia kostek przeciwnika. 

Gdybym zagrał złą kostką, dziadek mógłby to wykorzystać przeciwko mnie i 

przegrałbym partię. W końcu jak większość dziesięciolatków uległem 
pokusie i postanowiłem rozwiązać problem po swojemu. Nachyliłem się nad 

stołem i zacząłem przewracać kostki dziadka chcąc sprawdzić, jaki ruch 

powinienem wykonać. 

W pierwszej chwili dziadek, oburzony moim postępowaniem, aż podniósł się 
z krzesła. Ciężko oddychał i gotów był wybuchnąć, ale w ostatniej chwili 

powstrzymał się. Usiadł równie szybko 

35 

jak zerwał się z krzesła, a na jego twarzy z wolna pojawił się zagadkowy 
uśmiech. Mimo iż zauważyłem jego dziwne zachowanie, zrozumiałem je 

dopiero wiele lat później. 

background image

Chociaż nic w życiu nie przyszło mu łatwo, dziadek wiedział, że wygrana 

to nie wszystko. Dla niego celem życiowej gry nie było zdobycie jak 

największej ilości punktów, lecz szacunek przeciwnika. Zapamiętałem tamtą 
partyjkę domina, ponieważ stała się symbolem więzi łączącej mnie z 

dziadkiem. Nie zależało mu, by samemu dobrze wypaść; chciał, żebym to ja 

wypadł jak najlepiej. 

Tamtego dnia przewracanie kostek domina uszło mi na sucho nie dlatego, że 
dziadek był zbyt pasywny, by mnie powstrzymać. Chciał w ten sposób dać mi 

lekcję pokory. Pokora to kontrolowana siła. Wiele podobnych zdarzeń 

musiało zajść w moim życiu, zanim to zrozumiałem, ale dziadek nauczył 

mnie wówczas czegoś bardzo ważnego na temat pokory - dał mi jej wzór. 
Pasywność to odmawianie zajęcia określonego stanowiska ze strachu. Pokora 

zaś to zajmowanie określonego stanowiska z miłości. To właśnie miał na 

myśli Jezus, mówiąc: „Jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i 

drugi". Nie powiedział: „Jeżeli cię kto uderzy w policzek, odwróć się i 
odejdź". Dokładnie poinstruował nas, że musimy zająć pewne stanowisko. 

Chciał nam przez to dać do zrozumienia, że miłość jest silniejsza od 

nienawiści. Gdy ludzie atakują cię z nienawiści, kochaj ich aż do 

śmierci. Jezus dał nam przykład takiego postępowania swoim własnym 
życiem. Wolał życie krótsze, lecz pełne miłości i pokory, od długiego, 

pasywnego i pełnego strachu. 

 : Pokora to kontrolowana siła. 

Dlaczego terapeuci muszą być pokorni 
Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich na.' 

leży królestwo niebieskie. 

Mi 5, 3 

Elaine była nieśmiałą kobietą, która zgłosiła się na terapię po serii 
nieudanych związków. W miarę upływu czasu coraz trudniej 

36 

było nam punktualnie kończyć nasze spotkania. Pod koniec każdej sesji 

miałem wrażenie, że za chwilę wydarzy się coś bardzo ważnego, Elaine zaś 
wybuchała płaczem, co nie ułatwiało nam zakończenia spotkania. 

Początkowo sądziłem, że 45-minutowe sesje po prostu są dla niej zbyt 

krótkie. Wydawało mi się, że Elaine to prawdziwy gejzer emocji, mogący 

lada moment wybuchnąć pod wpływem roz-mowy. Jednak taka ocena 

sugerowałaby, że Elaine jest „zbyt uczuciowa", aby można było zakończyć 
jej sesję na czas - rzadko zaś oceniam ludzi jako „zbyt uczuciowych", 

ponieważ zakładałoby to, iż ich uczucia są czymś godnym potępienia. 

I nagle doznałem olśnienia. Moja wcześniejsza ocena świadczyła o tym, że 

kompletnie zapomniałem o swojej roli. Pod koniec każdego spotkania 
starałem się tak pokierować rozmową, by zmierzała ku końcowi. Nie 

chciałem podejmować poważniejszych tematów, wiedząc, że zostało nam już 

tylko kilka minut. Nie zdając sobie z tego sprawy, delikatnie ucinałem 

wypowiedzi Elaine. Wydawało mi się, że unikając podejmowania nowych 
tematów, na które i tak nie mieliśmy już czasu, pomagam mojej pacjentce. 

Tymczasem Elaine uważała, że ją odrzucam i nie chcę słuchać o jej 

uczuciach. 

Nie mogłem jej wysłuchać z powodu braku czasu, ona zaś sądziła, że wcale 
nie chcę jej słuchać. To właśnie charakter ostatnich minut naszych 

spotkań był tak bolesny dla Elaine i dlatego płakała, a nie z powodu 

przepełniających ją uczuć. Kiedy oboje zdaliśmy sobie z tego sprawę, 

zakończenia naszych spotkań zaczęły przebiegać o wiele lepiej. Koniec 
rozmowy nadal był momentem bolesnym, nie był już jednak odczytywany jako 

odrzucenie. To nie Elaine potrzebowała uwagi i leczenia, lecz mój 

stosunek do niej. 

Jezus nauczał, że dzięki swojej pokorze „ubodzy w duchu" otrzymają 
bogactwa. Terapeuci muszą być pokorni, aby otrzymać skarb, jakim jest 

udany związek z pacjentem. Wielu terapeutów uważa, że to właśnie więź 

background image

tworzona podczas terapii pomaga choremu7. Psycholodzy muszą uważnie 

słuchać każdego pacjenta, 

37 
aby stwierdzić, jaki rodzaj więzi może być dla niego lekarstwem. W swoich 

gabinetach stosują to, co Jezus miał na myśli, mówiąc o królestwie 

niebieskim. 

Mogłoby to sugerować, że terapeuci nie potrzebują dużej wiedzy: 
wystarczy, że będą słuchać swoich pacjentów, nawet jeśli nie mają 

zielonego pojęcia, jak nimi pokierować. Tymczasem nic nie jest dalsze od 

prawdy. Terapeuci muszą tak naprawdę wiedzieć więcej, aby analizować 

jednocześnie reakcje swoje i pacjenta. 
Jezus twierdził, że lekarz zawsze powinien myśleć o relacji z pacjentem. 

Ludzie nie przychodzą na terapię tylko po to, aby zostać uleczeni; 

przychodzą, aby stworzyć więź z osobą, która ma ich uleczyć. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Terapia to coś więcej niż tylko proces; to więź. 
Jezus jako terapeuta 

To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. 

J 15, 17 

Kiedy Sheila po raz pierwszy zgłosiła się do mnie na terapię, z miejsca 
oświadczyła mi, że jestem jej siódmym terapeutą od czasu, gdy skończyła 

studia, zatem dobrze wie, jaka będzie diagnoza i w jaki sposób będę 

próbował ją leczyć. 

- Cierpię na zaburzenia osobowości typu borderline8. Jak pan zapewne wie, 
nie można tego wyleczyć - zakomunikowała. 

Nic nie wzbudza większego niepokoju terapeuty niż termin „osobowość 

graniczna", skupiłem więc na Sheili całą swoją uwagę. 

- A jak doszła pani do takiego wniosku? - zapytałem. 
- Mój ostatni terapeuta jasno mi to wyłożył. Radziłabym odświeżyć sobie 

wiadomości na ten temat, bo potrzebuję terapeuty, który wie, co robi - 

odpowiedziała wrogo. 

Szybko wyjaśniło się, że poprzedni terapeuta Sheili przypiął jej 
etykietkę „osobowości granicznej" na podstawie informacji o jej 

gwałtownych i niestabilnych związkach, niepohamowanych wy-buchach gniewu 

oraz paraliżującym lęku przed porzuceniem. 

38 

Z pewnością kwalifikowała się do tego typu diagnozy. Tego typu zaburzenia 
leczy się bardzo trudno, ponieważ terapeuta często pada ofiarą agresji i 

wybuchów gniewu pacjenta. 

W miarę upływu czasu stało się jasne, że Sheila oczekuje ode mnie 

odrzucenia. Aby temu zapobiec, przez cały czas desperacko starała się 
sprawić, bym traktował ją poważnie i całkowicie poświęcił się jej 

leczeniu. Próby samobójcze, nagłe telefony o trzeciej nad ranem, 

erotyczne przygody z nieznajomymi i gwałtowne wybuchy wściekłości w moim 

gabinecie - wszystko to miało spowodować, że nasz kontakt stanie się 
bardziej „intensywny". Sheila żyła bowiem w ciągłym strachu przed jego 

nagłym zakończeniem. 

W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że jednym z problemów było 

zdiagnozowanie Sheili jako osoby cierpiącej na osobowość graniczną. 
Ponieważ oboje zakładaliśmy, że jej gwałtowne zachowania są spowodowane 

istnieniem jakiejś wewnętrznej wady, nie byliśmy nimi zaskoczeni. Sheila 

nie cierpiała na wrodzoną agresję, popychającą ją do działań 

destrukcyjnych; po prostu rozpaczliwie starała się ocalić samą siebie i 
swój zagrożony kontakt ze mną. Jej zachowanie niczym nie różniło się od 

zachowania tonącego, który w panice cl^yta się ratującej go osoby i 

wciąga ją pod wodę. Doświadczony ratownik wie, że w obliczu śmierci 

człowiek zrobi wszystko, żeby się ratować, choćby miało to oznaczać 
odebranie życia ratownikowi. Zrozpaczeni ludzie podejmują rozpaczliwe 

próby ratowania siebie. 

background image

Od chwili gdy zrozumiałem, że Sheila nie walczy ze mną, lecz o ocalenie 

siebie w naszym układzie, nasze starcia stawały się coraz rzadsze. 

Zamiast skupiać się tak bardzo na właściwej diagnozie, zacząłem zwracać 
większą uwagę na zrozumienie jej desperackich prób nawiązania ze mną 

kontaktu. 

Sheila wciąż bywa trudna w relacjach ze mną, lecz jej skrajne zachowania, 

tak częste pięć lat temu, teraz zaczynają ustępować. Postawienie diagnozy 
również nie jest już dla niej tak bardzo ważne, ponieważ nawiązała 

bliskie więzi ze mną i z innymi ludźmi. Wciąż ma „charakterek", ale 

nauczyła się kochać, zaznawszy, jak to jest być kochaną. 

39 
Współczesne teorie psychologiczne pozwalają nam w lepszym stopniu 

zrozumieć nauki Jezusa, wygłaszane przed dwoma tysiącami lat. Jezus 

mówił, że zamiast polegać na dogmatach, powinniśmy zawierzyć bożej 

miłości. Prawdziwa więź była dla niego ważniejsza niż to, by mieć rację. 
Tę zasadę wyznaje dzisiaj wielu terapeutów. 

Jezus nauczał: „To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali". 

Miłość jest spoiwem, które łączy związek dwojga ludzi. To powód, dla 

którego łączy nas ze sobą niewidzialna więź. Miłość to duchowy synonim 
prawdziwego związku, jaki wielu terapeutów stara się stworzyć ze swoimi 

pacjentami. 

Wielu terapeutów twierdzi, że powinno się przykładać mniejszą wagę do 

technicznej diagnozy, a większą do więzi, powstałej w trakcie terapii. 
Jezus mówił, że dogmatyczne podejście do religii i techniczne definicje 

prawości są mniej ważne niż nasz związek z Bogiem i innymi ludźmi. Bez 

względu na to, czy chodzi nam o zdrowie psychiczne czy o duchowe 

zbawienie, powinniśmy przestać się koncentrować na obiektywnej wiedzy, a 
skupić na doświadczaniu więzi. Owo pełne pokory podejście do wiedzy, 

jakie znajdujemy w naukach Jezusa, można dziś spotkać w gabinetach wielu 

terapeutów. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nigdy nie pozwól, aby dogmat stał się twoim panem. 
Zrozumieć innych: dobrzy czy źli? 

Jezus rzeki: „Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha i wpadł w 

ręce zbójców. Ci nie tylko go obdarli, ale jeszcze rany mu zadali i 

zostawiwszy na pól umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą 

pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to 
miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, wędrując, przyszedł 

również na to miejsce. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do 

niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na 

swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia 
wyjął dwa denary, dal gospodarzowi i rzeki: «Miej o nim staranie, a jeśli 

co 

więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał»". 

Lk 10, 30-35 
Czy ludzie są z zasady dobrzy czy źli? Prędzej czy później większość z 

nas wybiera jedną z dwóch możliwych odpowiedzi na pytanie o naturę 

człowieka. Kiedy jednak spojrzymy na nauki Jezusa z punktu widzenia 

psychologii, zrozumiemy, że on sam nie dał na to pytanie jednoznacznej 
odpowiedzi. 

Niektórzy z nas są jak kapłan i lewita z przypowieści, inni jak 

miłosierny Samarytanin, jeszcze inni jak zbójcy albo jak człowiek pobity 

i pozostawiony półżywy na drodze. Czym kierował się Samarytanin, 
postępując w ten właśnie sposób? Czy zachował się tak, bo był z gruntu 

dobrym człowiekiem? Jezus wielokrotnie podkreślał, że podstawowym 

aspektem ludzkiej natury jest potrzeba tworzenia i podtrzymywania więzi z 

Bogiem i ludźmi. Z tej perspektywy ludzie nie są ani źli, ani dobrzy. 
Jesteśmy tacy, jak nasze związki. Naszą podstawową potrzebą jest potrzeba 

background image

budowania więzi. Miłosierny Samarytanin był dobry, ponieważ nie 

zignorował pobitego człowieka i zatrzymał się, aby zbudować z nim więź. 

41 
Ii 

Z psychologicznego punktu widzenia określanie ludzi jako z natury złych 

albo dobrych jest nadmiernym uproszczeniem. Większość z nas ulega jednak 

pokusie takiego myślenia, ponieważ jest znacznie łatwiejsze niż zadanie 
sobie trudu analizowania związków z innymi ludźmi. Wierzymy w naszą 

umiejętność identyfikowania ludzi jako dobrych lub złych, ponieważ chcemy 

wiedzieć, komu zaufać, a kogo unikać. Prawda jest jednak taka, że wśród 

nas jest wielu potencjalnych „Samarytan" i „zbójców". Ci, którzy nie 
zagłuszają w sobie podstawowej ludzkiej potrzeby kontaktu z innymi, 

zazwyczaj zachowują się jak ludzie dobrzy. Potrzebują ludzi, a więc nie 

chcą ich krzywdzić. Ci zaś, którzy gwałcą podstawową potrzebę 

nawiązywania związków międzyludzkich, okazują się tymi „złymi"9. 
Przypowieść o miłosiernym Samarytaninie mówi o dobrych i złych ludziach. 

Jezus wyjaśnia różnicę między nimi, posługując się przykładem naszych 

relacji z innymi, nie zaś teorią wrodzonej dobroci lub zła. Jezus 

doskonale rozumiał naturę człowieka, analizował ją jak najlepszy 
psycholog - dzięki temu Jego słowa mogą nam dzisiaj pomóc w zrozumieniu 

ludzkich zachowań, w tym również naszego własnego. 

Czy Jezus uważał ludzi za złych z natury? 

Pewien człowiek schodzi! z Jeruzalem do Jerycha 
i wpadł w ręce zbójców. 

Łk 10. 30 

Będąc teologiem, Jezus doskonale znał żydowskie pisma, mówiące o tym, jak 

to Bóg, rozczarowany rodzajem ludzkim, ukarał ziemię potopem10. Gdyby na 
podstawie tych tekstów oświadczył, że jesteśmy z natury źli, wówczas 

nasze zachowanie niczym nie różniłoby się od zachowania zbójców z 

przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Zabieralibyśmy innym, ponieważ 

w naszym świecie wygrywa najsilniejszy, a w naturze człowieka leży 
troszczenie się przede wszystkim o siebie. Zgodnie z tą teorią, ludzie 

pozba- 

42 

wieni religii i zasad zadawaliby sobie nawzajem ból i niszczyli wszystko 

wokół. 
Martin jest bardzo inteligentnym i wykształconym człowiekiem. Udało mu 

się zbudować od podstaw dwie firmy, które następnie doprowadził do 

całkowitego bankructwa. Martin jest elo-kwentny, przekonujący i zazwyczaj 

osiąga to, czego pragnie. Kłopot w tym, że nie akceptuje tego, co udało 
mu się zdobyć. 

Zgłosił się na krótką terapię, ponieważ żona zagroziła, że się z nim 

rozwiedzie, jeżeli nie poszuka pomocy u specjalisty. Odkryła, że miał 

romans, a jego problemy z narkotykami były poważniejsze, niż pozwalał jej 
sądzić. Martin często bywał wobec żony nieuczciwy - do tego stopnia, że w 

końcu doszła do wniosku, iż w ogóle nie zna człowieka, którego poślubiła. 

Martin był zaangażowany w kilka nielegalnych interesów, które ukrywał 

przed żoną, i nie chciał, aby wyszły na jaw podczas sprawy rozwodowej. Od 
czasu do czasu odczuwał niepokój, że zostanie przyłapany na matactwach, 

nigdy jednak nie czuł się winny z ich powodu. Na ile udało mi się to 

ocenić, Martin wydawał się człowiekiem z gruntu złym, chociaż sam wcale 

tak nie uważał. 
Martin to zbójca z przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Okrada 

innych, a następnie trwoni swoje zdobycze, co prowadzi go do kolejnych 

kradzieży. W życiu spotykamy złych ludzi, którzy krzywdzą innych oraz 

pozostawiają ich ograbionych i zranionych. Cała tragedia polega na tym, 
że za każdym razem gdy Martin kogoś krzywdzi, krzywdzi również samego 

siebie. To zaś sprawia, że znowu chce się na kimś odegrać. Jego brak 

background image

współczucia dla innych sprawił, że jego serce otoczył mur oddzielający go 

od jego własnego człowieczeństwa. Nie mając dostępu do swojego ludzkiego 

współczucia, jest coraz mniej zdolny do właściwego reagowania na innych. 
Martin uwikłał się w uzależniający cykl agresji wobec otoczenia. Ironia 

polega zaś na tym, że zło, jakie wyrządza ludziom, jest wynikiem 

zatracenia kontaktuj własnym wewnętrznym poczuciem zła. 

W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Jezus nie wspomina o żadnej 
konfrontacji ze zbójcami, ponieważ taka konfron- 

43 

II 

tacja nie przyniosłaby niczego dobrego. Zbójcy mogliby jedynie powiedzieć 
to, co chcielibyśmy usłyszeć. Ludzie w rodzaju Mar-tina potrafią się 

czasem zmienić, ale tylko w bardzo wyjątkowych okolicznościach. Nie wiem, 

co mogłoby się wydarzyć, gdyby Martin leczył się u mnie na tyle długo, by 

udało mi się nawiązać z nim silną więź i sprowokować do obiektywnego 
przyjrzenia się samemu sobie. Tak się jednak nie stało i Martin wciąż źle 

traktował ludzi, ponieważ nikt nie był dla niego na tyle ważny, aby 

traktować go inaczej. Żona rozwiodła się z nim, ja zaś nie wiem, co się z 

nim teraz dzieje - z pewnością nic dobrego. 
W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie zbójcy są z pewnością złymi 

ludźmi, Jezus jednak zwraca naszą uwagę na coś zupełnie innego. Jego 

celem nie było obnażanie zła tkwiącego w ludzkiej naturze; chciał przede 

wszystkim dać nam wzorzec właściwego postępowania. Jezus przez cały czas 
swojej działalności utrzymywał kontakty z ludźmi, których można było 

sklasyfikować jak „złych" - z celnikami, grzesznikami - sam jednak za 

takich ich nie uważał. Dla niego wszyscy ludzie posiadali potencjał 

dobra, dlatego zawsze traktował ich, jakby byli dobrzy. Nieustannie 
zapraszał wszystkich do budowania z nim więzi, ponieważ właśnie owa więź 

dawała ludziom moc bycia dobrymi. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Okradając innych, złodziej ograbia się ze swojej 

duszy. 
Problem traktowania ludzi jako złych z natury 

Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawie' diiwi, lecz wewnątrz 

pełni jesteście obłudy i niepra^ 

wości. 

Mt 23, 28 
Joshua zgłosił się na terapię, ponieważ jego małżeństwo się rozpadało. 

Skierował go do mnie terapeuta z poradni małżeńskiej, który uważał, że 

terapia indywidualna dobrze mu zrobi. Joshua był człowiekiem głęboko 

religijnym, który zawsze i wszędzie 
44 

chciał postępować właściwie. Jeśli tylko terapia indywidualna miałaby 

pomóc jego małżeństwu, był jak najbardziej skłonny się jej poddać. 

Na samym początku napotkaliśmy poważną przeszkodę, polegającą na tym, że 
za przyczynę wszystkich swoich problemów Jo-shua uważał żonę. Potrafił 

mówić tylko o tym, jak bardzo go zawiodła, jak bardzo nie wywiązała się z 

przysięgi małżeńskiej i jak przez swój egoizm niszczyła ich związek. 

Szybko natomiast przechodził ponad swoim wkładem w małżeńskie problemy i 
niezmiennie kończył raport na swój temat słowami w rodzaju: „Ale przecież 

ze mną jest wszystko w porządku. Gdyby nie ona, w ogóle by mnie tu nie 

było". 

Joshua uważał się za człowieka wierzącego, latami inwestował w rozwój 
duchowy, studiując teologię, pogłębiając wiarę i wspierając innych w 

duchowym rozwoju. Był święcie przekonany, że ludzie ćwiczący się w 

duchowej dyscyplinie nie mają problemów emocjonalnych. To dawało mu 

pewność, że problemy żony mają podłoże w braku wiary. 
Nie potrafił zrozumieć ani psychologicznych problemów swojej żony, ani 

tego, w jaki sposób sam przyczyniał się do problemów małżeńskich. 

background image

Wierzył, że uleganie zwykłym ludzkim emocjom jest równoznaczne z 

uleganiem „pokusom ciała", które uważał za złe z natury. Joshua dążył do 

takiego poziomu uduchowienia, by móc wznieść się ponad swoje słabości, i 
krytykował żonę za to, że nie robi tego samego. 

Starałem się wytłumaczyć mu, że okazywanie uczuć nie jest oznaką 

słabości, lecz przeciwnie - oznaką siły. Ale on nawet nie brał takiej 

możliwości pod uwagę - był przekonany, że człowiek jest z gruntu zepsuty 
i grzeszny. „Moja wiara opiera się na faktach, a nie na uczuciach" - 

powiedział kiedyś. Zrównywanie faktów i uczuć było pogwałceniem zasad 

jego wiary. Nie mógł zatem uznać uczuć żony za cenny wkład w ich wspólne 

życie i z uporem postrzegał je jako zwyrodniaty przejaw upadłego 
człowieczeństwa. 

Niestety, terapia Joshuy trwała krótko i nie przyniosła rezultatów. Po 

raz kolejny przekonałem się, że najtrudniej pomaga się 

45 
tym, którzy przychodzą na terapię przekonani, iż to nie oni potrzebują 

pomocy. Jednak w przypadku Joshuy przeszkodą, która okazała się nie do 

pokonania, była jego pewność, że człowiek jest z natury zły; ludzie 

wierzący powinni się zatem zdecydowanie odciąć od wszelkich przejawów 
ludzkiej natury. Nie zgadzaliśmy się z Joshuą w podstawowych kwestiach: 

podczas gdy ja starałem się ułatwić mu kontakt z jego własnym 

człowieczeństwem, on za wszelką cenę starał się trzymać od niego z 

daleka. 
Cały problem z traktowaniem ludzi jako złych z natury polega na tym, że 

człowiek zaczyna wstydzić się własnego człowieczeństwa. Można oczywiście 

zbudować swój fałszywy wizerunek i udawać, że jest się kimś innym niż w 

rzeczywistości. Ponieważ ludzka natura jest zła i grzeszna, trzeba 
znaleźć sposób uwolnienia się od tego zła i wznieść się ponad nie, stając 

się istotą uduchowioną. Tak właśnie postępowali faryzeusze - wierzyli, że 

różnią się od zwykłych ludzi. Wydawało im się, że są istotami 

uduchowionymi, a nie ludzkimi. 
Innymi słowy, przekonanie, że człowiek jest zły z natury, może prowadzić 

do „nadduchowości". Ci, którzy widzą w człowieczeństwie zło moralne, chcą 

się od niego jak najbardziej zdystansować i utrzymują kontakt jedynie z 

ludźmi o identycznych poglądach religijnych. Poświęcają czas i energię na 

budowanie wizerunku odróżniającego ich od osób, które uważają za 
przywiązane do „spraw ziemskich". Często, być może całkiem nieświadomie, 

hodują w sobie pogardę wobec tych, którym nie udało się osiągnąć 

podobnego etapu rozwoju duchowego. Wspiąwszy się na wyższy stopień 

duchowej egzystencji, bronią się przed wszystkim, co mogłoby ich zepchnąć 
do poziomu zwykłego człowieka. Psychologia nazywa taki wizerunek 

fałszywym „ja". Biblia zaś podobnych ludzi - faryzeuszami. 

W czasach gdy Jezus wygłaszał swoją przypowieść o miłosiernym 

Samarytaninie, między Żydami a Samarytanami istniały silne napięcia na 
tle rasowym. Samarytanie byli wówczas uważani za ludzi złych, zaś 

faryzeusze, kapłani i głęboko religijni Żydzi za dobrych. Fakt, iż Jezus 

sam był Żydem, czyni morał tej historii 

46 
jeszcze donioślejszym. Dziś słowa Samarytanin i faryzeusz zamieniły się 

znaczeniami: „Samarytanin" automatycznie nazywany jest „miłosiernym", zaś 

„faryzeusz" to synonim złego człowieka. Jezus dokonał w tej przypowieści 

przenikliwej obserwacji psychologicznej. Żywiąc uprzedzenia do innych 
ludzi, bardziej rani-my siebie niż ich. Człowiek może być dobry albo zły, 

ponieważ tworzy dobre lub złe związki z innymi, a nie dlatego, że taki 

się urodził. Religia nie może wynieść nas ponad nasze człowieczeństwo - 

ale dzięki niej możemy się nim najpełniej cieszyć. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nie uciekniesz przed własnym „ja", ale możesz je 

odnaleźć. 

background image

Czy ludzie są z natury dobrzy? 

Pewien zaś Samarytanin (...) wzruszy} się głęboko. 

Lk 10,33 
Dzięki osobom takim jak Lorraine skłaniam się ku wierze we wrodzoną 

dobroć człowieka. Lorraine rozpoczęła u mnie terapię wkrótce po śmierci 

swojej matki. Żywiła wobec niej negatywne uczucia, które dodatkowo 

pogłębiały jej smutek z powodu tej straty. 
Chociaż Lorraine zgłosiła się na terapię, szukając wsparcia w trudnym dla 

niej okresie, z czasem odkryła, że jest wiele rzeczy, które musi lepiej 

zrozumieć na swój temat. Miała trudne dzieciństwo - jej matka była 

alkoholiczką, co sprawiło, że nauczyła się zaprzeczać własnym potrzebom w 
kontaktach z innymi ludźmi. Jakby tego było mało, posiadała niezwykły 

talent do wyszukiwania sobie mężczyzn, którzy - choć z pozoru wydawali 

się w porządku - byli jednak psychicznie dysfunkcyjni i niedostępni 

emocjonalnie. 
Na szczęście Lorraine szczerze pragnęła się zmienić. Choć nasze sesje 

bywały dla niej bolesne, rzadko je opuszczała - zależało jej na lepszym 

poznaniu samej siebie i uwolnieniu się od schematu dys-funkcyjnych 

związków z przeszłości. Ja też z niecierpliwością ocze- 
47 

kiwałem naszych kolejnych spotkań, ponieważ Lorraine w tak widoczny i 

naturalny sposób korzystała z dobrodziejstw terapii. Miała w sobie coś, 

co motywowało ją do nieustannych starań, by zmienić, co tylko się da, i 
uczynić swoje życie lepszym. 

W ciągu ostatnich kilku lat Lorraine bardzo dojrzała. Dawniej była 

nieśmiała, wykazywała cechy pracoholiczki i bez przerwy próbowała uwolnić 

się z kolejnych związków z agresywnymi mężczyznami. Obecnie zmieniła 
zawód na taki, który w większym stopniu pozwala jej kontrolować swoją 

przyszłość, stała się szanowaną przywódczynią swojej społeczności i 

spotyka się z mężczyznami, którzy są dla niej partnerami. Lorraine jest 

dobrym człowiekiem - pomimo wszystkich przeciwności, jakich w życiu 
zaznała. Ci, którzy ją znają, mogą natychmiast to wyczuć. 

Skoro więc ludzie nie są źli z natury, być może rodzą się dobrzy - taka 

teoria dotycząca ludzkiej natury wydaje się atrakcyjna wielu terapeutom. 

Pewne jest, że Jezus kochał wszystkich ludzi bez względu na ich wiek, 

rasę oraz status społeczny i ekonomiczny. Jego miłość dla bliźnich była 
bezwarunkowa i dowodziła wiary w wewnętrzną wartość każdej napotkanej 

osoby. 

Być może bycie miłosiernym Samarytaninem leży w naszej naturze. Gdybyśmy 

tylko umieli zapomnieć o napiętych harmonogramach i wywieranej na nas 
presji, moglibyśmy odnaleźć w sobie fundamentalny altruizm. Każdy 

człowiek, nawet najtrudniejszy w kontaktach, ma w sobie coś, co można 

pokochać - trzeba mu się tylko wystarczająco dobrze przyjrzeć. Być może 

moglibyśmy być dobrzy, gdyby udało nam się wznieść ponad reakcje obronne 
i ból, które uniemożliwiają nam okazanie dobra tkwiącego w naszej 

naturze? 

Chociaż takie rozumowanie może się wydawać atrakcyjne, nie jest do końca 

zgodne z tym, co Jezus mówił o ludzkiej naturze. Istnieje różnica między 
wewnętrzną wartością a wrodzoną dobrocią. Z przypowieści o miłosiernym 

Samarytaninie wynika, że nie wszyscy jesteśmy dobrymi ludźmi. Aby 

dowiedzieć się, dlaczego tak jest, należy przyjrzeć się bliżej naukom 

Jezusa. MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: „Dzieci nie grzeszą" - Talmud. 
48 

Czy Jezus uważał ludzi za dobrych z natury? 

Miłujcie waszych nieprzyjaciół. 

Lk 6, 27 
Filozofia zakładająca, że ludzie są ze swej natury dobrzy, nosi miano 

humanistycznej. Ze względu na miłość i troskę, jakie Jezus okazywał 

background image

ludziom, bywa często nazywany idealnym humanistą. Nauczał, że należy 

kochać wszystkich ludzi, nawet nieprzyjaciół. Łatwo zatem zrozumieć, 

dlaczego stawiany jest za przykład człowieka wierzącego we wrodzoną 
ludzką dobroć. 

Carl Rogers to słynny psycholog, głoszący teorię o wrodzonej dobroci 

człowieka11. Jego zdaniem, wszyscy ludzie wykazują tendencję do 

„samorealizowania się", która we właściwych warunkach prowadzi ich do 
wyzdrowienia. Metoda rogeriańska, nazwana tak od nazwiska dr. Rogersa, 

znana jest prawie każdemu terapeucie jako jeden z podstawowych przykładów 

psychologii humanistycznej. 

Niewiele osób wie, że podczas pobytu na Uniwersytecie Wi-sconsin dr 
Rogers nawrócił się na chrześcijaństwo, a następnie podjął studia 

religijne w seminarium teologicznym. Akademickie podejście do teologii 

rozczarowało go jednak, zajął się więc psychologią i terapią dziecięcą. 

Pewnego dnia, rozmawiając z matką trudnego dziecka, które leczył na 
seansach psychoterapeutycznych, dr Rogers zrozumiał coś bardzo ważnego. 

Skończywszy rozmowę o problemach swojej pociechy, kobieta wstała i 

zaczęła zbierać się do wyjścia. Przy drzwiach jednak zawahała się, a 

następnie powiedziała: „Zostało nam jeszcze kilka minut. Czy przez ten 
czas mogłabym opowiedzieć panu coś o sobie?". Rogers na chwilę odłożył 

skomplikowane teorie psychologiczne i zaczął uważnie słuchać matki małego 

pacjenta. Jak później powiedział, „dopiero wtedy rozpoczęła się właściwa 

terapia". Odkrył, że w wyniku - jak to nazwał - bezwarunkowo pozytywnego 
stosunku jednej osoby do drugiej, w człowieku uruchamia się wrodzone 

dążenie do stawania się osobą w pełni funkcjonującą. Nie wiem, czy dr 

Rogers kiedykolwiek 

49 
wspomniał, że inspiracją jego teorii były słowa Jezusa; wiem natomiast, 

iż jego rozumowanie wykazuje cechy wspólne z nauką 

0  bezwarunkowym umiłowaniu bliźniego, głoszoną dwa tysiące lat temu 

przez Jezusa. 
Jezus mówił o boskiej miłości, która nie zna granic. Rogers mówił o 

bezwarunkowo pozytywnym stosunku do drugiego człowieka jako o niezbędnym 

elemencie w procesie leczenia. Jezus nauczał, że człowieczeństwo jest 

odbiciem Boga w człowieku i jako takie jest wartością samą w sobie. 

Rogers we wszystkich ludziach zauważał wrodzone wewnętrzne dążenió do 
samorozwoju 

1 samorealizowania się. Jezus mówił, że on sam jest uosobieniem prawdy. 

Rogers zaś twierdził, że autentyzm człowieka ma swoje źródło w życiu w 

zgodzie z własnym „ja". 
Nauki Jezusa mogą służyć za dowód słuszności humanistycznego przekonania 

o wrodzonej dobroci człowieka, ale ich rola na tym się nie kończy. Jezus 

wspominał też o problemach związanych z takim przekonaniem. Aby je 

poznać, będziemy musieli czytać dalej... 
MYŚL DO ZAPAMIĘTAN1A: Dobrzy słuchacze są zazwyczaj dobrymi ludźmi. 

Problem traktowania ludzi jako dobrych z natury 

Tak ostatni będą, pierwszymi, a pierwsi ostatnimi. 

Mt20, 16 
Tyler to obiecujący młody biznesmen z perspektywami. Jest bystry, 

przystojny i ambitny. Chce myśleć, że się samorealizuje, ponieważ jest 

niezależny i dobry we wszystkim, co robi. Jego definicja siły to 

poleganie na samym sobie nawet w najbardziej niesprzyjających 
okolicznościach. 

Zgłosił się na terapię ze swoją dziewczyną, ponieważ uważała, że ich 

związkowi przyda się kilka porad. Osobiście Tyler był innego zdania, 

zgodził się jednak, gdyż zawsze był gotów uczyć się, jak odnosić w życiu 
jeszcze większe sukcesy. 

50 

background image

-  Przyszliśmy tu tylko po to, by się trochę podregulować -oznajmił mi. - 

Nie chcę przeciągać tego w nieskończoność, dyskutując z panem o moich 

uczuciach względem matki czy czymś w tym rodzaju. 
Tyler nie lubił oglądać się za siebie, ponieważ w swoich oczach zawsze 

parł do przodu. Omawianie wydarzeń z przeszłości wyda-wało mu się 

zaprzeczeniem własnej natury. 

Widział swój związek w kategoriach partnerstwa w interesach. Dążył do 
fuzji potencjałów. Był skłonny inwestować w związek, ale tylko pod 

warunkiem, że inwestycja zwróci mu się z nawiązką. Nie życzył sobie 

kogoś, kto byłby od niego zależny; chciał partnera, który wniesie równy 

wkład we wspólne przedsięwzięcie. 
- Być może tradycyjny podział ról sprawdzał się w poprzednich 

pokoleniach. Dzisiaj jednak do niczego się nie dojdzie bez przestrzegania 

zasady PDŻD - „Podwójny Dochód, Żadnych Dzieci". Jesteśmy postępowi i 

niezależni, bo to się sprawdza w naszym związku - twierdził. 
Wiedziałem, że pary wyznające zasadę „Podwójny Dochód, Żadnych Dzieci", 

osiągają wyższą stopę życiową niż rodziny utrzymujące się z jednego 

dochodu. Zastanawiałem się jednak, czy na dłuższą metę Tylerowi wystarczy 

jedynie satysfakcja finansowa. 
-  Czy myślicie, że kiedyś moglibyście mieć dzieci? - zapytałem. 

- Może kiedyś - odparł Tyler. - Teraz jednak za bardzo cieszymy się naszą 

wolnością. 

Dla Tylera niezależność była wartością najwyższą. Rozmyślał nad tym, jak 
związać się z drugą osobą, nie poświęcając jednocześnie nic ze swojej 

wolności. Małżeństwo brał pod uwagę jedynie jako wspólne przedsięwzięcie 

dwóch odrębnych jednostek, eksperymentalną spółkę z ograniczoną 

odpowiedzialnością, którą mógłby rozwiązać, gdyby nie przynosiła 
oczekiwanych zysków. 

Mimo iż Tyler sam nigdy by tego nie przyznał, jego wizja związku opierała 

się właśnie na tradycyjnym podziale ról, który uważał za tak 

anachroniczny. Marzył o związku, który byłby za- 
51 

przeczeniem małżeństwa jego rodziców. Ironia polegała jednak na tym, że 

związek rodziców stał się wzorcem określającym jego związki. Chociaż tak 

bardzo nienawidził oglądać się za siebie, musiał to robić, chcąc określić 

i zrozumieć swoją własną przyszłość. 
W trakcie terapii zrozumiał, że jego dążenie do bycia „odrębną jednostką" 

wynikało z rozczarowania postępowaniem innych ludzi; chciał, by jego 

życie było zupełnie inne. Stopniowo zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że 

wcale nie jest wolny od przeszłości. Uświadomił sobie, że zamiast być 
niezależnym, staje się coraz bardziej uzależniony od przeszłości własnej 

oraz innych ludzi -do tego stopnia, że podświadomie zaczyna ich unikać. 

W tej chwili związek Tylera i jego dziewczyny funkcjonuje już znacznie 

lepiej. Obojgu łatwiej przychodzi mówienie o uczuciach, zmieniły się 
również ich oczekiwania co do związku. Wciąż mają dość duże ambicje 

finansowe, rozmawiają o nich jednak jak o jednym z wielu celów, jakie 

chcieliby osiągnąć. Tyler nauczył się zależeć emocjonalnie od drugiej 

osoby i przekonał się, że owa zależność przynosi mu więcej korzyści, niż 
się spodziewał. Zamiast „starać się być numerem jeden", uczy się „być 

jednością" ze swoją dziewczyną i daje mu to o wiele większą satysfakcję. 

Indywidualizm to wiara w samego siebie i swoją osobistą niezależność. U 

jego podstaw leży przekonanie, że wszyscy ludzie są z natury dobrzy, a 
wszelkie osiągnięcia i osobiste sukcesy można zdobyć samodzielnie, nie 

polegając na innych. Wszystko, czego człowiek potrzebuje, to on sam. 

Dla ludzi wyznających zasady indywidualizmu, ich własne zdrowie 

psychiczne staje się współczesnym substytutem zbawienia. Gdy cokolwiek 
narusza ich osobiste prawa, odcinają się od tego. Są gotowi osiągnąć 

doskonałość za wszelką cenę. 

background image

Coś takiego nazywam „mitem" indywidualizmu, ponieważ ludzie nie 

funkcjonują w ten sposób. Aby poczuć swoją odrębność, człowiek potrzebuje 

grupy, od której mógłby się zdystansować. Indywidualizm wymaga zatem 
tworzenia więzi z innymi. Jako istoty ludzkie czujemy wewnętrzną potrzebę 

pokazania otoczeniu, kim naprawdę jesteśmy. Tak jak potrzebujemy luster, 

by od- 

52 
bijały nasze twarze, tak też potrzebujemy ludzi, aby znaleźć w nich 

odbicie własnych emocji i przekonać się, kim jesteśmy pod względem 

psychicznym. 

Teoria Jezusa, mówiąca, iż „pierwsi będą ostatnimi", jest dokładnym 
zaprzeczeniem indywidualizmu. Mimo iż Jezus dostrzegał wewnętrzne dobro w 

każdym człowieku, podkreślał także, iż o tym, czy jesteśmy dobrzy, 

decydują nasze więzi z Bogiem i ludźmi. Jezus nigdy nie twierdził, że 

możemy być dobrzy „sami w sobie". Mówił, że doskonałość osiąga się nie 
poprzez rywalizację, lecz poprzez związki z innymi. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Jednostka jest częścią całości. 

Ludzie nie są ani dobrzy, ani źli 

''                                   Nazwałem was przyjaciółmi. 
J 15, 15 

W przypowieści o miłosiernym Samarytaninie Jezus przedstawił swój pogląd 

na naturę człowieka. Nie powiedział, że jesteśmy z gruntu źli jak zbójcy, 

ale też nie jesteśmy automatycznie dobrzy jak Samarytanin. Nasza 
prawdziwa natura zależy od stosunku do innych. Zaś naszą największą 

potrzebą jest budowanie więzi, dzięki którym osiągamy pełnię. 

Ze względu na swój stosunek do pobitego człowieka, Samarytanin na zawsze 

zapisał się w historii jako „dobry". Z kolei lewita i kapłan nie byli źli 
- byli po prostu zbyt zajęci sobą. Często korzystamy z tej wymówki - 

mówiąc, że jesteśmy zbyt zajęci, bronimy się przed świadomością, iż 

jesteśmy nierozerwalnie związani z innymi ludźmi. Oni potrzebują nas, a 

my - co jest dla nas jeszcze bardziej przerażające - potrzebujemy ich. 
Dla mnie takim trudnym związkiem, który nie dawał mi pogodzić się z 

myślą, iż zależę od drugiego człowieka, był mój związek z ojcem. Rzadko 

się ze sobą zgadzaliśmy i często kłóciliśmy. Pamiętam, że tylko kilka 

razy w życiu czułem się swobodnie w je- 

53 
go obecności. Nasze stosunki były bardzo napięte aż do dnia jego śmierci. 

Pamiętam dzień, w którym dowiedziałem się, że u mojego ojca stwierdzono 

raka. Byłem w szoku: po części dlatego, że aż do tej pory byłem pewien, 

iż takie rzeczy zdarzają się innym ludziom, a po części - ponieważ nie 
byłem gouwy na jego śmierć. Wiedziałem, że nasz związek nie jest taki, 

jaki być powinien, i nie chciałem, by ojciec odszedł z mojego życia, 

zanim jakoś tego nie naprawię. 

Od czasu gdy się usamodzielniłem, nie kontaktowaliśmy się zbyt często. 
Jednak gdy tylko lekarze wypisali go do domu, postanowiłem polecieć do 

Tulsy i spędzić z nim weekend. W szpitalu stwierdzili, że nic już nie 

mogą dla niego zrobić. 

Nie wiedziałem, co mu powiem, chciałem jednak odbyć z nim taką rozmowę, 
która żadnego z nas nie wprawiłaby w złość. To miał być jeden z 

przełomowych momentów mojego życia. 

Nigdy nie zapomnę naszego ostatniego wspólnego wieczoru. Siedziałem na 

skraju jego łóżka, daremnie szukając słów, które wyraziłyby mój żal z 
powodu naszych nieudanych relacji. Nagle, zupełnie niespodziewanie, 

ojciec powiedział: - Mark, wiesz, że nie rozmawialiśmy ze sobą zbyt 

często od czasu twojego wyjazdu z domu. Chcę, żebyś opowiedział mi o 

swoim życiu. 
Nie zastanawiając się, wyrzuciłem z siebie: - Nigdy nie umieliśmy ze sobą 

rozmawiać. 

background image

Ojciec odparł spokojnie: - Cóż, jeśli chcesz, pochylimy głowy i pomodlisz 

się o to, byśmy nauczyli się ze sobą rozmawiać. Robisz to przecież tak 

dobrze. 
Modliłem się ze łzami w oczach. W ciągu kolejnych kilku godzin odbyłem z 

ojcem najlepszą rozmowę w swoim życiu. Tak naprawdę była to nasza jedyna 

prawdziwa rozmowa. Dowiedziałem się o nim rzeczy, których dotąd nie 

wiedziałem, i sam opowiedziałem mu wiele o sobie. Poprosiłem, by wybaczył 
mi gniew, z jakim lata temu porzuciłem rodzinny dom, i już zawsze będę 

żył ze świadomością, że ostatnie słowa, jakie wypowiedziałem do ojca, 

brzmiały „Kocham cię". 

54 
Tego dnia dowiedziałem się ważnej rzeczy: musiałem uzdrowić swój związek 

z ojcem, podobnie jak on musiał naprawić swoje stosunki ze mną. W dniu, w 

którym ^6^^6111 z Tulsy, ojciec zapadł w śpiączkę i już się nie obudził. 

Zakończył wszystkie niedokończone sprawy i był gotów odejść. Zrozumiałem 
wówczas, że ja również zakończyłem pewną niedokończoną sprawę. Póki nie 

naprawiłem naszych relacji, w pewnym sensie tkwiłem w miejscu i nie 

potrafiłem żyć pełnią życia. Dla własnego dobra musiałem wybaczyć ojcu. 

Związki z innymi ludźmi mają na nas olbrzymi wpływ. Potrzebujemy ich, aby 
być zdrowymi. To, że się na kogoś gniewamy, nie oznacza, że nie łączy nas 

żadna więź. Pół kontynentu, dzielące mnie i ojca, w niczym nie 

umniejszyło tego, w jaki sposób nasz związek wpłynął na moje życie. Teraz 

jest ono lepsze, ponieważ miałem okazję pogodzić się z ojcem przed jego 
śmiercią. Pomogło mi to uświadomić sobie wagę wszystkich moich związków, 

nawet tych, które sprawiały mi ból. Wszystkie złożyły się na to, kim 

jestem. 

Spoglądając teraz wstecz na mój związek z ojcem, widzę, że żaden z nas 
nie był „tym złym". Obaj ponosiliśmy winę za dzielące nas problemy i 

odpowiedzialność za poprawę sytuacji spoczywała na nas obu. Nic nie 

zmuszało nas do ciągłej walki. Na drodze do wzajemnego porozumienia stały 

jedynie nasze urazy i ból, jaki sobie zadawaliśmy. Zupełnie jak w 
przypowieści o miłosiernym Samarytaninie, odgrywaliśmy na przemian rolę 

pobitego człowieka (kiedy się nawzajem raniliśmy), zbójców (kiedy 

zaognialiśmy nasze stosunki) oraz lewity i kapłana (kiedy byliśmy zbyt 

zajęci, aby spróbować naprawić to, co było między nami). Na szczęście na 

koniec obaj staraliśmy się być miłosiernymi Samarytanami - na krótko 
przed śmiercią ojca przystanęliśmy, aby odnowić zerwaną więź. 

Jezus nauczał, że nie wystarczy kochać ludzi - najbliższe osoby trzeba 

traktować jak przyjaciół. Jest to często o wiele trudniejsze niż kochanie 

ich. Mimo iż Jezus uważał się za Króla, Proroka, Syna Bożego, powiedział 
swoim uczniom: „Nazwałem was 

55 

przyjaciółmi", definiując w ten sposób sens człowieczeństwa. Nie ma nic 

ważniejszego od budowania więzi z otaczającymi nas ludźmi, bez względu na 
to, jak trudne może się to okazać. Tą zasadą kieruję się w mojej pracy, 

pomogła mi też bardzo w życiu osobistym. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Ludzi, których kochamy, czasami traktujemy w 

sposób, w jaki nigdy nie potraktowalibyśmy naszych przyjaciół. Powinniśmy 
prosić, by zostało nam to wybaczone. 

Wizerunek Boga na ziemi 

Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu. 

J 10, 38 
Darren jest doświadczonym bywalcem gabinetów psychoterapeutycznych. 

Jeszcze w liceum zaczął chodzić na terapię i odtąd -z przerwami - leczył 

się u różnych terapeutów. Mimo iż pod wieloma względami terapia okazała 

się skuteczna, Darren ucierpiał na skutek anachronicznych - moim zdaniem 
- metod leczenia. 

background image

Był bardzo nieśmiały i zamknięty w sobie. Cierpiał na niską samoocenę i 

uważał, że nikt tak naprawdę nie jest nim zainteresowany. Miał niewielki 

krąg przyjaciół, ale potrafił się z nimi dobrze bawić dopiero wtedy, gdy 
tłumił zahamowania dużymi ilościami alkoholu. Co oczywiście stwarzało 

zupełnie nowe problemy. 

W pewnym momencie spotkał się z formą terapii, która dała mu ogromne 

poczucie wyzwolenia. Kazano mu wejść do pokoju pełnego pacjentów i 
uzewnętrznić wszystkie emocje, jakie tylko chciał wyrazić. Zachęcony 

przez publiczność, Darren zaczął krzyczeć wniebogłosy i rzucać się na 

podłogę. Nagle uzewnętrznił całą wściekłość, którą kontrolował i tłumił 

przez całe życie. Wbrew jego obawom, nikt nie miał mu za złe okazywania 
gniewu - przeciwnie, chwalono go, że z taką łatwością potrafi wyrażać 

negatywne uczucia. To dało mu poczucie wyzwolenia. Darren wprost nie mógł 

uwierzyć, że pokazuje innym swoje najgorsze, najbar- 

56 
dziej godne potępienia oblicze i mimo to jest akceptowany. Gdy obawiamy 

się odrzucenia, akceptacja naszego najgłębszego „ja" działa uzdrawiająco. 

Mimo to dobre samopoczucie Darrena nie trwało długo. Nie potrafił 

uwierzyć, że otoczenie naprawdę go akceptuje. Podejrzewał, że tylko 
udają, jak wszyscy, których znał. Podświadomie chciał się przekonać, czy 

jest w nim coś, czego inni by nie zaakceptowali. Jego wybuchy gniewu 

zaczęły się więc nasilać. Nie tylko krzyczał na innych pacjentów, ale 

również przewracał meble i z wściekłością sprzeciwiał się terapeutom, gdy 
próbowali wy-znaczyć mu granice spontanicznego zachowania. 

-   Przecież ja tylko wyrażam swoje prawdziwe uczucia -wrzeszczał. 

- Nie możesz tego robić tutaj - usłyszał w końcu. Ostatecznie został 

poproszony o zrezygnowanie z zajęć, co 
bardzo go zraniło. Terapeuci rozumieli jego potrzebę wyrażania uczuć, nie 

dostrzegli jednak znaczenia swojej więzi z Darrenem w chwili, gdy je 

wyrażał. 

Samo wyrażanie uczuć nie gwarantuje uzdrowienia. Taką gwarancję może dać 
jedynie wyrażanie ich w kontekście związku z drugim człowiekiem. Dopóki 

Darren traktował uzewnętrznianie swoich emocji jako sposób na akceptację 

przez innych, terapia pomagała mu w zabliźnianiu starych ran. Kiedy 

jednak poczuł się odrzucony z powodu wyrażania gniewu, terapia stała się 

dla niego powtórką dawnych traumatycznych przeżyć. Obecnie psycholodzy 
zdają sobie sprawę, że człowiek jest taki, jak jego związki z otoczeniem. 

W terapii zawsze musimy brać to pod uwagę. 

Jezus nauczał, że nie moglibyśmy żyć bez więzi z Bogiem, tak jak nie 

moglibyśmy żyć bez powietrza. Ta więź jest dla nas powietrzem. Życie w 
separacji od innych byłoby pogwałceniem istoty ludzkiej natury. Aby żyć w 

zgodzie ze sobą, musimy zatem uznać naszą fundamentalną zależność od 

drugiego człowieka. 

Wielu psychologów dochodzi do podobnych wniosków. Uświadamiamy sobie, że 
nasze „ja" może istnieć wyłącznie w re- 

57 

lacji z innymi12. Teoria dyferencjacji zaczyna tracić wyznawców i jest 

stopniowo zastępowana przez pogląd, że ludzie potrzebują innych, by 
zachować zdrowie psychiczne. 

Jezus podtrzymywał prawdę głoszoną przez żydowską historię Stworzenia - a 

mianowicie, że człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga13. 

Nauczał jednak, że na początku był Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty. A 
to oznacza, że Bóg wyst^-puje pod trzema postaciami, będącymi ze sobą w 

nierozerwalnym związku. Krótko mówiąc, Bóg jest Istotą, której byt 

określają wzajemne więzi. Zatem nasza umiejętność budowania związków jest 

niczym innym jak wizerunkiem Boga na ziemi. 
Jezus mówił, że łączy Go z Ojcem nierozerwalna więź. Nauczał: „Ojciec Mój 

jest we Mnie, a Ja w Nim jestem". Mimo iż był odrębną Osobą, stanowił 

background image

równocześnie Jedność z Bogiem. Owa głęboka więź powinna być dla nas 

wzorem postępowania. Ludzie nie mogą bowiem funkcjonować w izolacji. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Wizerunek Boga w nas to nic innego jak nasza 
umiejętność budowania więzi. 

Błędna interpretacja sensu życia Jezusa 

Z początku Jego uczniowie nie zrozumieli tego. 

J 12, 16 
Niedziela Palmowa w Kościele katolickim upamiętnia początek 

najważniejszego tygodnia w życiu Jezusa. Właśnie tego dnia Jezus wjechał 

do Jerozolimy, aby wypełniły się Jego ostatnie dni na ziemi. Gdy 

mieszkańcy usłyszeli o Jego przybyciu, wylegli na ulice, każdy z gałązką 
palmową, symbolizującą zwycięstwo wielkiego wodza - podobnie jak Stanach 

Zjednoczonych witano bohaterów wojennych podczas parady zwycięstwa. 

Co ciekawe, Jezus wjechał do Jerozolimy na osiołku. Zamiast wkroczyć do 

miasta godnie, w otoczeniu orszaku, wybrał najprostszy środek transportu, 
aby wypełniło się dane proroctwo. 

58 

W ten sposób chciał coś wyrazić: to mianowicie, że jest kimś, z kim 

zwykli ludzie mogą się identyfikować. Nawet najdroższy Jezusowi uczeń Jan 
napisał później, że tego „nie zrozumiał". Współcześni Jezusowi, podobnie 

jak my dzisiaj, rozumowali, że skoro Jezus ma moc zbawienia świata, nie 

może nie widzieć całego zepsucia drzemiącego w człowieku. Musi mieć zatem 

jakiś drastyczny plan unieszkodliwienia zła panoszącego się na ziemi. On 
tymczasem powtarzał, że człowiek przede wszystkim potrzebuje kontaktu z 

Bogiem. 

Mój przyjaciel Steve nie interesuje się religią w ogóle, a 

chrześcijaństwem w szczególności. Jego zdaniem Jezus był moralizują-cym 
rabinem, który zachowywał się, jakby był „świętszy niż sam Bóg", i 

wpędzał ludzi w poczucie winy, jeśli nie postępowali tak jak On. Steve 

uważa, że religia uwalnia w człowieku to, co w nim najgorsze, i żeruje na 

jego niskiej samoocenie. 
Niestety, uważam, że wielu wierzących postępuje w ten sam sposób. Wierzą, 

ponieważ czują się winni, i mają nadzieję, że dzięki religii będą mieli 

lepsze zdanie na swój temat. Uczestniczą w obrzędach religijnych, rozdają 

pieniądze ubogim i starają się wieść przykładny żywot po to tylko, aby 

nie mieć poczucia winy. W tym kontekście teoria mówiąca, iż Jezus wytykał 
ludziom ich grzeszną naturę i zachęcał do prowadzenia bardziej moralnego 

życia, jest kompletnie bez sensu. 

Jezus rzeczywiście krytykował zachowanie niektórych ludzi, jednak 

obiektem jego krytyki byli najczęściej ludzie religijni. Rzadko osądzał 
zwykłych ludzi, a jeśli na swojej drodze spotykał kogoś, kto źle 

postępował, mówił mu, aby „odszedł i więcej nie grzeszył", nie czyniąc z 

jego postępków tematu swoich nauk. Sensem życia Jezusa nie było 

udowodnienie ludziom, jak bardzo są grzeszni, lecz uświadomienie im, że 
potrzebują więzi z Bogiem. Wierzył, że gdy odkryjemy w sobie tę 

najważniejszą z ludzkich potrzeb, nie będziemy chcieli grzeszyć. Łatwo 

błędnie zinterpretować sens życia Jezusa, gdy postrzegamy je jako moralną 

krucjatę i wierzymy, że Jezus widział w nas jedynie grzeszników, których 
mogą zbawić wyłącznie zasady religijne i religijna filozofia. 

59 

Sens życia Jezusa nie polegał na tym, by uczynić ludzi bardziej moralnymi 

- lecz by zachęcić nas do budowania więzi między sobą. Jezus zakładał, że 
moralność ma swoje źródło w udanych związkach; odwrotna relacja nie 

zawsze jest możliwa. 

 A: Moralność ma swoje źródło w udanych związkach między ludźmi. 

Powrót do raju 
i/a przyszedłem po to, aby [owce] miały życie, i miały 

je w obfitości. 

background image

J 10, 10 

Michael od lat nie rozmawia ze swoim bratem Tomem. Wszyscy w rodzinie 

wiedzą o ich wzajemnej antypatii, nikt jednak nie wie, jak jej zaradzić. 
Obaj są uparci i każdy wierzy, że został ciężko obrażony przez drugiego. 

Ostatnim razem gdy żona Michaela próbowała z nim porozmawiać, skończyło 

się na tym, że zaczął krzyczeć: - Nie chcę, aby imię tego człowieka 

kiedykolwiek było wy-powiadane w moim domu. 
Tak naprawdę ani Michael, ani Tom nie pamiętają, od czego wszystko się 

zaczęło. Obaj jednak pielęgnują w sobie pamięć licznych przykrych 

incydentów, aby móc podsycać wzajemną nienawiść. Michael jest wciekły na 

Toma, że nie był takim starszym bratem, jakiego potrzebował, Tom zaś ma 
równie wielki żal do Michaela za jego pretensje. Każdy z nich jest 

przekonany, że należy mu się zadośćuczynienie od drugiego, żaden jednak 

nie chce zrobić pierwszego kroku. 

Michael i Tom nie zdają sobie sprawy z jednej rzeczy: że potrzebują 
siebie nawzajem, aby żyć pełnią życia. Jedynym efektem ich wojny są 

zranione dusze. W przeciwieństwie do wczesnych poglądów Freuda, agresja 

występująca między członkami rodziny nie jest zjawiskiem naturalnym. 

Wzajemna antypatia oznacza, że coś jest nie w porządku. 
60 

<il ." 

Michael dla własnego dobra powinien pogodzić się z Tomem. Wzdraga się 

jednak przed wyciągni^ciem do niego ręki, ponieważ wydaje mu się, iż w 
ten sposób mu „ulegnie". Ironia polega na tym, że podsycając niezgodę, 

Michael sam odbiera sobie coś bardzo cennego. Naprawiając zerwane więzi, 

leczymy rany własnej duszy. W sercu Michaela mieszkają żal i gniew, które 

wpływają na pozostałe związki w jego życiu - a wszystko z powodu zerwanej 
więzi z Tomem. Życie Michaela nie zmieni się tylko dlatego, że będzie 

miał rację. Może się natomiast zmienić po naprawieniu stosunków z bratem. 

Pogodzenie ludzi z Bogiem Jezus uważał za cel swojego życia. W Starym 

Testamencie czytamy, że Adam i Ewa zostali wygnani z raju, gdyż okazali 
Bogu nieposłuszeństwo. Teolodzy nazywają to wydarzenie „pierwszym 

upadkiem człowieka", ponieważ człowiek pozbawił się wówczas bożej łaski. 

Celem Jezusa było wskazanie nam drogi do domu. 

Myśląc o upadku człowieka z perspektywy psychologa, zadaję sobie pytanie: 

„Upadek - ale w jakim sensie?". Odpowiedź, jaką daje nam Jezus, brzmi: 
„Upadkiem było zerwanie więzi z Bogiem". Okazując w raju 

nieposłuszeństwo, człowiek zerwał swój związek ze Stwórcą. Jezus chciał 

być pomostem łączącym nas z Bogiem. Na tym miało polegać nasze zbawienie 

- na odnowieniu więzi z Bogiem. 
Jestem przekonany, że nasze życie byłoby o wiele lepsze, gdybyśmy myśleli 

o zbawieniu w kategoriach odbudowywania wzajemnych relacji. Kiedy jakiś 

związek się rozpada, ludzie zazwyczaj szukają winnego. Gdy ktoś nas 

krzywdzi, domagamy się zadośćuczynienia. Gdy czujemy się źle z czyjegoś 
powodu, osoba ta jest w naszych oczach złym człowiekiem. Wówczas jedynym 

sposobem na poprawę samopoczucia wydaje się ukaranie winnego. Jezus 

tymczasem nauczał, że wszystko można naprawić, dając innym i nie żądając 

od nich zapłaty. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Zbawienie to odnowienie więzi. 

Rozdziać 3 

Zrozumieć rozwój 

Nikt nie przyszywa łaty z surowego sukna do starego ubrania, gdyż lata 
obrywa ubranie, i gorsze staje się przedarcie. Nie wlewają też młodego 

wina do starych bukłaków. W przeciwnym razie bukłaki pękają, wino 

wycieka, a bukłaki przepadają. Ale młode wino wie' wają do nowych 

bukłaków, a tak jedno i drugie się za- 
chowuje. 

Mt9, 16-17 

background image

Jezus nauczał, że ludzie, którzy się rozwijają, zawsze są gotowi do 

zmiany utartego sposobu myślenia. W miarę jak dojrzewamy i zmieniamy się, 

nasze dawne przekonania okazują się zbyt „sztywne", ograniczone i 
przestają się sprawdzać - podobnie jak stare skórzane bukłaki, które 

pękają pod naporem młodego wina. 

Przekonania, jakim podświadomie hołdujemy, wyznaczane są przez system 

struktur poznawczych. Idąc przez życie, formułujemy zasady, które 
pomagają nam uporządkować nasze uczucia związane z nami samymi i 

otaczającym światem. Owe nieuświadomione mechanizmy działają w sposób 

automatyczny, popychając nas do określonych zachowań i podejmowania 

określonych decyzji; mają także wpływ na kształtowanie się naszej 
samooceny. 

Jedynie uświadamiając sobie istnienie podświadomych mechanizmów naszego 

zachowania, możemy otworzyć się na zmianę sposobu myślenia. To zaś 

umożliwia nam dojrzewanie, podobnie jak nowe wino dojrzewa i pęcznieje w 
nowych bukłakach14. 

Gdy świadomość jest źródłem rozwoju 

Nie wlewają też młodego wina do starych bukłaków. 

Mt9, 17 
Podczas każdego spotkania ze mną David cierpiał z powodu braku poczucia 

bezpieczeństwa. Doszło do tego, że bał się otworzyć usta 

62 

w obawie, iż powie coś, co mogłoby postawić go w złym świetle. Jego lęk 
przed odrzuceniem sprawiał, że nasze rozmowy były przeplatane długimi 

okresami przykrego dla nas obu milczenia. 

David wciąż żywo pamiętał, jak będąc dzieckiem, wchodził do gabinetu ojca 

i stał tam w ciszy z nadzieją, że ojciec poświęci mu trochę czasu i 
porozmawia z nim. Niestety, ojciec często był zbyt zajęty, by w ogóle 

zauważyć jego obecność. A ponieważ David nigdy się pierwszy nie odzywał, 

nie chcąc przeszkadzać ojcu, ten nigdy nie wyprosił go z gabinetu. Ta 

sytuacja zrodziła w Davidzie następujące przekonanie: „Jeżeli nie będę 
nikomu przeszkadzał, nie zostanę odrzucony". Niebezpieczeństwo takiego 

podejścia polegało na tym, iż David nigdy nie starał się zdobyć niczyjej 

akceptacji - zamiast tego nieustannie próbował uniknąć odrzucenia, co 

jest zadaniem praktycznie niewykonalnym. 

Po pewnym czasie David zauważył, iż automatycznie zakłada, że zostanie 
odrzucony, jeśli powie coś niewłaściwego. Ponieważ zaś zawsze bardzo 

uważał, aby nikogo nie urazić, nigdy nie otworzył się przed nikim na 

tyle, by przekonać się, czy jego założenie jest słuszne. W rezultacie nic 

się w jego życiu nie zmieniało. Co prawda nieśmiałość chroniła go przed 
odrzuceniem, ale jednocześnie nie pozwalała mu się przekonać, czy może 

zostać zaakceptowany. 

Życie Davida zmieniło się z chwilą, gdy uświadomił sobie, że jego lęk 

przed odrzuceniem ma swoje źródło w przekonaniu tkwiącym w 
podświadomości. W momencie gdy zdał sobie sprawę z podświadomych 

mechanizmów kierujących jego zachowaniem, zaczął inaczej myśleć o swoich 

związkach z ludźmi. Zamiast rozumować: „Muszę siedzieć cicho, żeby nie 

zostać odrzucony", zaczął myśleć: „Zawsze bałem się pierwszy odezwać, ale 
dopóki tego nie zrobię, nigdy nie dowiem się, jak ludzie naprawdę na mnie 

reagują". To dodało mu odwagi, aby otworzyć się na innych, dzięki czemu 

jego kontakty towarzyskie uległy znacznej poprawie. Szybko zrozumiał, że 

zabieranie głosu wcale nie musi się wiązać z odrzuceniem. Przeciwnie, 
często spotykał się z akceptacją - czyli tym, czego tak bardzo pragnął od 

swojego ojca. Po- 

63 

czucie akceptacji dało mu siłę, by się rozwijać i na wiele sposobów 
zmieniać swoje życie. Większa samoświadomość zaowocowała osobistym 

rozwojem. 

background image

Jezus miał plan. Chciał, byśmy uświadomili sobie więź łączącą nas z 

Bogiem. Wiedział jednak, że nie będzie to łatwe. Jedną z największych 

przeszkód było nasze przywiązanie do utartych sposobów myślenia. Jezus 
musiał uświadomić ludziom, iż kurczowo trzymają się swych dawnych 

przekonań - dopiero wówczas mógł pomóc im się otworzyć na nowe idee. 

Człowiek dojrzewa w sposób żywotny i gwałtowny, jak młode wino. Jezus 

wiedział, że stare ramy myślenia, podobnie jak stare bukłaki na wino, 
pękają i nie wytrzymują procesu dojrzewania. Wiedział, że aby cieszyć się 

owocami swojego rozwoju, człowiek musi najpierw uświadomić sobie, że jego 

dotychczasowe poglądy wymagają przewartościowania. Jak mówi stare 

porzekadło: „Ile wody można wlać do pięciolitrowej puszki oleju? Ani 
kropli. Najpierw trzeba wylać trochę oleju". 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Mądrzy ludzie muszą odkrywać wiedzę, również na 

własny temat. 

Gdy rozwój jest źródłem świadomości 
Bo po owocu poznaje się drzewo. 

Mt 12. 33 

Na jakiej podstawie można stwierdzić, że jabłoń jest zdrowa? Po jakości 

jabłek, które rodzi. Jezus wiedział, że tak samo rzecz ma się z ludźmi. 
Może nam się wydawać, że się rozwijamy, możemy tak twierdzić, a 

jednocześnie wcale się nie rozwijać. Możemy również sądzić, że nasze 

życie stoi w miejscu, a następnie, widząc owoce swojego rozwoju w postaci 

większej samoświadomości, przekonać się, że ów rozwój miał jednak 
miejsce. 

Donna przychodzi do mnie na terapię od kilku lat. Nigdy nie miała wielu 

przyjaciół i nasze spotkania, podczas których pracuje nad sobą, są dla 

niej niemalże jedyną okazją w tygodniu, aby 
64 

otworzyć się przed drugim człowiekiem. Początkowo wydawało mi się, że 

Donna nie jest osobą zbyt refleksyjną. Później jednak zrozumiałem, że po 

prostu nie przywiązuje wielkiej wagi do refleksji. Jej zdaniem czyny 
mówią więcej niż słowa. 

Podczas większości sesji z Donną po prostu jej słuchałem. Upłynęło trochę 

czasu, zanim zrozumiałem, że jest to dokładnie to, czego ona potrzebuje. 

Długo sądziłem, że moja analiza jej życia będzie tym, co pomoże jej się 

zmienić. Okazało się jednak, że moje refleksje niewiele jej pomagają. 
Donna zdawała się oczekiwać ode mnie jedynie całkowitej i niepodzielnej 

uwagi. 

Podczas jednego ze spotkań zaczęła opowiadać: - Robiłam akurat zakupy, 

kiedy to do mnie dotarło. W końcu zrozumiałam, dlaczego czuję się tak 
niezręcznie, stojąc w tym sklepie. Miałam idiotyczną pewność, że gdy 

podejdę do kasy, kasjer okaże mi swoją niechęć. Teraz dopiero rozumiem, 

co starał mi się pan uświadomić przez te wszystkie lata. Ja oczekuję, że 

ludzie nie będą mnie lubili. Wreszcie to do mnie dotarło! 
Poczułem ulgę, a jednocześnie byłem nieco zażenowany. Przez lata starałem 

się wmusić Donnie swoją interpretację jej podświadomego lęku przed 

odrzuceniem. Tymczasem ona potrzebowała jedynie, bym jej słuchał - tak 

długo, dopóki nie poczuje się przeze mnie zaakceptowana. Dopiero gdy 
wyczuła moją sympatię, poczuła się na tyle komfortowo, by zrozumieć to, 

co starałem się jej przekazać. Dojrzała do myśli, że mogę ją lubić, i 

poczuła się wystarczająco pewna siebie, by pojąć, iż do tej pory zawsze 

spodziewała się odrzucenia. Czasami dojrzewanie i wewnętrzny rozwój 
poprzedzają samoświadomość. 

Jezus nie był takim zwolennikiem filozofii, by nie zachęcać ludzi do 

nawiązywania ze sobą kontaktów. Nie wystarczało Mu, że człowiek jest 

świadomy; chciał, abyśmy budowali trwałe więzi z Bogiem i sobą nawzajem. 
W Jego oczach wiedza była mniej istotna od osobistych więzi z innymi 

ludźmi. 

background image

Jezus nauczał, że nasza samoświadomość zależy od tego, czy czujemy się 

kochani przez Boga. Wierzył, że tylko nawiązując bliski kontakt z Bogiem 

możemy zrozumieć znaczenie Jego słów. 
65 

Rozwijamy się, gdy czujemy się kochani, a rozwijając się zaczynamy 

rozumieć, co to znaczy być kochanym. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Samoświadomość to owoc rozwoju naszej osobowości. 
Zawzięty umysł to owoc zawziętego serca 

Tak otępiałe są wasze umysły? 

Mk8, 17 

Mimo iż pani Adams regularnie chodzi do kościoła, poznawszy ją, 
natychmiast ma się wrażenie, że nie darzy ludzi zbytnią sympatią. Jej 

ambicją jest studiowanie Biblii, ma jednak niewiele tolerancji dla tych, 

którzy są od niej mniej biegli w Piśmie. W rozmowach na tematy religijne 

pani Adams zdaje się nie dysponować żadnymi argumentami - po prostu daje 
ludziom do zrozumienia, że to oni nie mają racji. 

Jedno z ulubionych powiedzonek pani Adams brzmi: „Bóg pomaga tym, którzy 

pomagają sami sobie". Ten aksjomat pomógł jej przetrwać w życiu - nie 

osiągnęłaby tego, co ma, nie wierząc w cnotę ciężkiej pracy. Problem w 
tym, że ciężka praca jest jedyną rzeczą, jaka wzbudza jej szacunek. 

Najbliżsi pani Adams obawiają się, że nigdy nie uda im się sprostać jej 

oczekiwaniom, zaś członkowie jej wspólnoty kościelnej mają wyrzuty 

sumienia, iż ich znajomość Biblii nie jest taka, jak być powinna. Pani 
Adams sama ogranicza kontakty z ludźmi, ponieważ nie bierze pod uwagę 

żadnego innego punktu widzenia poza własnym. 

W dążeniu pani Adams do zgłębiania Biblii nie ma niczego złego. Jej 

problem polega na tym, że boi się otworzyć na coś nowego. Stwarzane przez 
nią pozory pewności siebie i dobrej znajomości Biblii wynikają z lęku, że 

mogłaby wszystkiego nie wiedzieć. Potrafi godzinami przepytywać innych z 

Biblii - nie dlatego, że jest pewna swojej racji, lecz tak naprawdę boi 

się, że jej nie ma. Jej ograniczone podejście do rozmów z ludźmi jest 
bardziej związane z tym, co dzieje się w jej sercu, niż z tym, w co 

wierzy swoim umysłem. 

Pani Adams wcale nie zgłębia Biblii z powodu zamiłowania do Słowa Bożego, 

lecz ze względu na podświadome przekonanie, że 

66 
„Trzeba ciężko pracować, aby zasłużyć na miłość". Niestety, osoby, które 

tego przekonania nie podzielają, często czują się niezręcznie w jej 

obecności. Gdyby tylko pani Adams potrafiła zaakceptować inny niż swój 

sposób na życie, być może byłaby bardziej tolerancyjna dla otoczenia. Nie 
wiedząc, że jej zachowaniem steruje podświadome przekonanie, a nie 

posłuszeństwo biblijnym naukom, pani Adams raczej nie ma szans się 

zmienić. 

Stare wino osiągnęło najwyższy stopień dojrzałości. Czasami taki stan 
jest dobry: nie moglibyśmy funkcjonować bez podświadomych mechanizmów, 

które wykształciły się w nas pod wpływem życiowych doświadczeń i sterują 

naszym zachowaniem. Jezus nauczał jednak, że sztywne ramy myślenia są 

przeszkodą w tworzeniu prawidłowych związków z innymi, ponieważ podstawą 
udanego związku jest otwarcie się na drugą osobę. Uważał, że ograniczone 

horyzonty myślowe mają korzenie w sercu człowieka; w tym przypadku 

„serce" należy rozumieć jako coś głębszego niż świadome myślenie. 

Gdy jako psycholog zastanawiam się, co Jezus starał się nam uświadomić, 
dochodzę do wniosku, iż nie potępiał podświadomych mechanizmów, jakimi 

się kierujemy - twierdził po prostu, że nie powinniśmy się do nich 

ograniczać. Jezus nie chciał, byśmy odrzucali dawne reguły i przekonania; 

chciał, byśmy do starych dodawali nowe. Martwili Go ludzie, którzy nie 
chcieli nauczyć się niczego nowego. Osoby „wszystkowiedzące" zachowują 

background image

się tak a nie inaczej, ponieważ kieruje nimi podświadomy lęk, iż tak 

naprawdę nie wiedzą wszystkiego. 

MYŚL DO ZAPAMIĘT^A: Ci, którzy uważają się za wszystkowiedzących, muszą 
się jeszcze wiele dowiedzieć o sobie. 

Dlaczego ludzie nie potrafią się zmienić 

To wy właśnie wobec ludzi udajecie sprawiedliwych. 

Lk 16, 15 
Dopiero po rozwodzie Aaron zainteresował się terapią. Ironia losu 

polegała na tym, iż żona całymi latami namawiała go na indy- 

67 

widualne leczenie, Aaron jednak zdecydował się na ten krok dopiero po jej 
odejściu. Uważał, że nie tylko on ponosi odpowiedzialność za problemy, 

jakie przeżywali w małżeństwie, i nie zgadzał się wziąć na siebie całej 

winy - a jego zdaniem, właśnie temu równało się pójście na terapię. 

Pierwsze spotkanie ze mną Aaron rozpoczął od przedstawienia swoich 
zastrzeżeń. 

-  Miałem szczęśliwe dzieciństwo - powiedział stanowczo. -Szanowałem ojca 

za to, że tak ciężko na nas pracował, nie żywię nienawiści do swojej 

matki i mam dość wysoką samoocenę. Właściwie nie wiem, w jaki sposób 
mógłby mi pan pomóc. 

Mogłem na to jedynie odpowiedzieć: 

- Jest pan zatem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Zastanawiam się, 

dlaczego pan do mnie trafił. 
- No cóż, nie chcę, aby rozwód negatywnie na mnie wpłynął - odparł. - 

Chcę się przekonać, czy potrafi dać mi pan jakąś radę dotyczącą tego, jak 

powinienem teraz żyć. 

Tak naprawdę Aaron wcale nie potrzebował moich rad i prawdopodobnie w 
ogóle by się do nich nie zastosował. Chciał lepiej zrozumieć samego 

siebie, tak by móc samodzielnie kierować swoim życiem. Właśnie do tego 

byłem mu potrzebny. Wydawało mu się, że zna siebie na tyle, na ile jest 

to konieczne, musiałem więc zaproponować mu nowe, świeże spojrzenie. 
Potrzebował mojej pomocy, by lepiej zrozumieć samego siebie i w ten 

sposób odkryć nowe możliwości. Wcześniej jednak musiał uświadomić sobie, 

że jego wiedza na swój temat nie jest tak duża, jak mu się wydaje. Bardzo 

trudno jest pomagać ludziom, którzy sądzą, że nie potrzebują niczyjej 

pomocy. 
Aaron zakończył swoją krótką terapię jako mniej więcej ten sam człowiek, 

jakim był, gdy ją rozpoczynał. Pomimo zapewnień, iż nasze spotkania dużo 

mu dały, nie byłem przekonany, że dowiedział się wiele o sobie samym. 

- Teraz mogę już powiedzieć, że chodziłem na terapię - obwieścił dumnie 
podczas ostatniej wizyty. - Potwierdziło się kilka rzeczy, o których od 

pewnego czasu myślałem, i dzięki temu poczułem się lepiej. 

68 

Zazwyczaj cieszę się, słysząc, że moi pacjenci czują się lepiej, jednak w 
wypadku Aarona tak nie było. Miałem nadzieję, że nie poprzestanie jedynie 

na poprawie samopoczucia, lecz lepiej pozna samego siebie. 

Jezus dobrze wiedział, że ludzie mają skłonność do „udawania 

sprawiedliwych". Wszyscy lubimy myśleć, że jesteśmy lepsi niż w 
rzeczywistości, umniejszamy więc nasze problemy, by poczuć się lepiej. 

Jednak umniejszanie problemów nie jest tym samym, co stawianie im czoła. 

Próbując się usprawiedliwiać, Aaron zamykał sobie drogę do zrozumienia 

samego siebie i dopóki to trwało, nie mógł się zmienić. 
Trudno jest zmienić coś, czego nie rozumiemy. Aby zmienić życiowe 

przyzwyczajenia, musimy najpierw lepiej zrozumieć samych siebie. Kiedy 

słyszę ludzi mówiących: „Nikt nie zna siebie lepiej niż ja" albo „Dużo 

myślałam o moim dzieciństwie i już wiem, dlaczego jestem, jaka jestem", 
zazwyczaj czuję się bardzo zakłopotany. Przekonuję się bowiem na każdym 

kroku, że nasza wiedza na własny temat jest bardzo ograniczona, zaś 

background image

przekonanie, iż poznaliśmy już samych siebie, nakłada nam na oczy klapki, 

znacznie utrudniające rozwój i poszerzenie ram myślenia. Jednym z 

głównych powodów, dla których ludzie nie potrafią się zmienić, jest brak 
zrozumienia samego siebie, uniemożliwiający stwierdzenie, co powinniśmy w 

sobie zmienić. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Postęp jest hamowany przez przekonanie, iż już 

nastąpił. 
Przestać żyć przeszłością 

Zosraw umarłym grzebanie ich umarłych. 

Lk 9, 60 

Żona Burta nalegała, aby poddał się terapii. Burt zgodził się, ponieważ 
chciał być dobrym mężem i ojcem. 

- Wiem, że nie jestem ideałem - powiedział mi. - Chciałbym popracować nad 

swoim charakterem. Czasami bywam wybuchowy. 

69 
- To dobre na początek - odpowiedziałem. 

- Ale nie chciałbym rozdrapywać starych ran - ciągnął Burt. — Chcę 

zapomnieć o przeszłości i iść naprzód. 

Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, odpowiedziałem: 
- Zgadzam się z tym całkowicie. Jeśli jakaś rana się zabliźniła, nie ma 

sensu jej rozdrapywać. 

Burt nie wiedział, co na to odpowiedzieć, zwłaszcza iż żona powiedziała 

mu, że psycholodzy lubią grzebać się we wspomnieniach z dzieciństwa. 
Dodałem więc: 

- Ale czasami pod strupem rana jest wciąż żywa. 

Burt nie zdawał sobie sprawy, że wydarzenia z przeszłości mogą mieć wpływ 

na naszą teraźniejszość. Psycholodzy rozmawiają z pacjentami o 
przeszłości nie tylko dlatego, że mają chorobliwe upodobanie do bolesnych 

wspomnień, na które nic nie mogą poradzić. Starają się zrozumieć przeszłe 

wydarzenia, aby móc stwierdzić, w jakim stopniu wciąż żyją w 

podświadomości pacjenta. 
Mimo iż Burt o tym nie wiedział, jego odmowa analizowania minionych 

wydarzeń więziła go w przeszłości. Nie rozmyślał o przeszłości, lecz 

nadal w niej tkwił. Dopiero gdy wrócił do bolesnych wydarzeń z 

dzieciństwa, stopniowo zaczął rozumieć przyczynę swoich nagłych wybuchów 

gniewu. Te sprawy, które nie wzbudzały w nim emocji, były rzeczywiście 
martwe i pogrzebane. Te zaś, które wywoływały silną reakcję emocjonalną, 

były wciąż żywe i należało się z nimi uporać. Pogodziwszy się z nimi, 

Burt zyskał swobodę i mógł inaczej reagować, gdy mu o nich przypominano. 

Dopiero wówczas mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że nie żyje 
przeszłością i idzie naprzód, nie oglądając się za siebie. 

Gdy nie potrafimy uwolnić się od podświadomych mechanizmów sterujących 

naszym życiem, zaczynamy żyć przeszłością. Jedynie analizując podświadome 

przekonania, których korzenie tkwią w naszej przeszłości, możemy zyskać 
wolność kształtowania nowych poglądów potrzebnych nam w teraźniejszości. 

Bez nich nie mamy innego ^ścia jak tylko podążać za starymi, pod- 

70 

świadomymi przekonaniami. Jezus głosił coś, w co wierzą współcześni 
psycholodzy: lepiej świadomie wybrać to, w co obecnie chcemy wierzyć, niż 

podświadomie podążać szlakiem dawnych przekonań. 

Ludzie, u których sfera duchowa jest bardzo żywa, rozwijają się i uczą 

nowych rzeczy. Życie w sztywnych ramach dawnych poglądów powoduje duchową 
śmierć na długo przed odejściem z tego świata. W ten właśnie sposób 

„umarli grzebią swoich umarłych". Jezus nie widział w tym żadnego 

pożytku. Chcąc pozostać żywymi w duchu, musimy świadomie rozwijać nowe 

poglądy, które przychodzą wraz z dojrzałością. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Ci, którzy nie wyciągają wniosków z przeszłości, 

wciąż w niej tkwią. 

background image

W jaki sposób ludzie się rozwijają 

Moc (...) w słabości się doskonali. 

2 Kor 12, 9 
Fred wszystko zawdzięcza sobie. Jest oczytany, odnosi sukcesy, jego forma 

fizyczna jest bez zarzutu. Większość ludzi sądzi, że Fred „ma wszystko 

poukładane", on sam również jest o tym przekonany. Jest mistrzem w 

eliminowaniu negatywnych myśli ze swojego życia i potrafi wyobrazić sobie 
pozytywne zakończenie prawie każdej sytuacji, w jakiej się w danej chwili 

znajduje. Lubi myśleć o sobie jako o prawdziwym „człowieku Renesansu", 

zdolnym wykonać wszystko, czego się podejmie. 

Dla Freda bardzo istotnym słowem jest „kontrola". Kontroluje swoją wagę, 
swoje emocje, chciałby również kontrolować swój los. Uważa, że brak 

kontroli równa się słabości. By zademonstrować umiejętność sprawowania 

kontroli, Fred nieustannie dodaje kolejne osiągnięcia do życiorysu. Jego 

portfolio staje się coraz grubsze, w miarę jak wspina się po szczeblach 
kariery; uczy się też na studiach wieczorowych, aby zdobyć kolejny 

dyplom. 

71 

Życie Freda nabiera rumieńców, lecz równocześnie jego umiejętność 
cieszenia się nim jest coraz mniejsza. Jego motto „Ten, kto ma najwięcej, 

wygrywa" przestało się sprawdzać. Fred nie zdaje sobie sprawy z tego, że 

wciąż na nowo przeżywa ten sam rok swego życia. Okoliczności się 

zmieniają, on nie. Przyrost to nie to samo co rozwój. 
Jego potrzeba odnoszenia sukcesów jest głęboko zakorzeniona w 

podświadomym przekonaniu, iż więcej znaczy lepiej. Nigdy nie zdobył się 

na to, by przystanąć i zastanowić się nad prawdziwością tego przekonania; 

po prostu realizował je. Mimo iż każdego roku zarabiał więcej pieniędzy, 
zdobywał kolejne dyplomy i ustanawiał nowe rekordy, tak naprawdę wcale 

się nie rozwijał. Żył po prostu w zgodzie z tymi samymi podświadomymi 

mechanizmami, które kierowały nim w poprzednim roku. Zmieniały się 

jedynie liczba i szczegóły odnoszonych przez niego sukcesów. Nie żył 
naprawdę. Aby się rozwijać, Fred musiałby nauczyć się czegoś nowego na 

swój temat. W związku z tym musiałby przyznać się przed innymi i przed 

samym sobą, że wcale nie ma „wszystkiego poukładanego", to zaś jest dla 

niego zbyt wielkim wyzwaniem. 

Aby mógł dojrzeć duchowo, Fred musiałby przyznać, że nie potrafi 
wszystkiego zrobić samodzielnie. Aby zyskać siłę duchową, musiałby 

najpierw stać się słaby, przynajmniej w swoich oczach. Musiałby przyznać, 

że potrzebuje pomocy innych, aby zrozumieć w sobie to, czego do tej pory 

nie dostrzegał. Doskonalenie się według swoich własnych zasad nie pomoże 
Fredowi; tym, co może mu pomóc, jest otwarcie się na innych i na to, 

czego mogą go nauczyć o nim samym. Fred od dawna wie, że nie można dostać 

tego, czego się pragnie, nie prosząc o to. Nie wie jednak, jak prosić o 

to, czego potrzebuje. 
Jezus nauczał, że rozwój duchowy nie jest czymś, co możemy osiągnąć 

samodzielnie. Potrzebujemy do tego Boga. Nie jest to oznaka słabości - 

przeciwnie, to początek siły. Wielu ludzi wierzy, że potrafią sami się 

zmienić i nie muszą prosić nikogo o pomoc. To przekonanie zazwyczaj staje 
na drodze do ich dalszego rozwoju. 

72 

Prawda jest taka, że sami nie potrafimy dobrze zrozumieć samych siebie. 

Podświadome mechanizmy kształtujące nasze zachowanie i życie najczęściej 
wymykają się naszemu poznaniu. W związku z tym potrzebujemy kogoś, kto 

wskazałby nam te cechy, których sami nie dostrzegamy. Jezus chciał, byśmy 

zrozumieli że aby się rozwijać, musimy prosić innych o pomoc. Czasami 

jedyną przeszkodą, jaką wówczas napotykamy, jest lęk, że prosząc o pomoc, 
dowiedziemy swojej słabości. 

background image

MYŚL DO ZAr^ĘWiiA: Nawet ci, którzy dostają to, czego chcą, muszą prosić 

o to, czego potrzebują. 

Terapeuci i żarówki 
Kto ma uszy, niechaj słucha! 

Mt II, 15 

Jest taki stary dowcip: Ilu terapeutów potrzeba, żeby zmienić żarówkę? 

Żadnego. Żarówka sama musi chcieć się zmienić. 
Oprócz tego, że potrzebujemy innych, aby pomagali nam się rozwijać, sami 

musimy tego chcieć. A często wcale tego nie chcemy, ponieważ rozwój 

oznaczałby spojrzenie w głąb siebie, a my boimy się tego, co moglibyśmy 

tam zobaczyć. 
Kaitlyn już w dzieciństwie nauczyła się, że wszystko trzeba utrzymywać w 

sekrecie. Nikt w szkole nie wiedział o chaosie panującym w jej domu i 

wstydliwych sprawach, jakie miały tam miejsce. Wracając do domu po 

lekcjach, Kaitlyn nigdy nie wiedziała, czy zastanie swoją matkę 
nieprzytomną na podłodze ani czy jej ojciec będzie miał akurat swoje 

„humory". Nie wiedząc, jak poradzić sobie z alkoholizmem rodziców, po 

prostu dusiła wszystko w sobie. 

Po kilku latach spędzonych w grupie wsparcia dla dorosłych dzieci 
alkoholików, postanowiła zgłosić się na terapię. Wiedziała, że nie ponosi 

winy za swoją niską samoocenę, sądziła jednak, że grzechem byłoby 

pozostawienie takiego stanu rzeczy bez zmian. 

Chociaż uważa się za osobę bojaźliwą, w moich oczach Kaitlyn jest bardzo 
odważną kobietą. Odwaga oznacza dla mnie by- 

73 

cie świadomym własnych lęków i jednoczesne mówienie życiu „tak" - mimo 

wszystko. Decyzja Kaitlyn o podjęciu terapii była właśnie takim aktem 
odwagi. Bardzo bała się mówić o swoim dzieciństwie; to był koszmar, 

którego nie chciała przeżywać na nowo. Jednocześnie chciała podejmować w 

życiu lepsze decyzje i była zdecydowana dokonać tego z pomocą terapii. 

Z początku jej retoryczne pytanie: „Dlaczego wciąż robię takie rzeczy?", 
wyrażało jej potępienie dla samej siebie. Kaitlyn wstydziła się bowiem 

wszystkich złych decyzji w swoim życiu. Wkrótce jednak jej pytanie 

przybrało odcień zaciekawienia - naprawdę chciała się dowiedzieć, 

dlaczego. Chociaż omawianie wy-darzeń z dzieciństwa, które ukształtowały 

jej osobowość, było bolesne, Kaitlyn była gotowa rozmawiać na ten temat w 
nadziei, że pomoże jej to zmienić swoje życie. 

Dziś Kaitlyn nie jest już tą samą nieśmiałą dziewczyną, jaką była 

dawniej. Potrafi skoncentrować się na pracy, jest otwarta na innych, a 

dysfunkcyjne związki nie pociągają jej już tak jak dawniej. Kaitlyn 
dojrzała. Jednym z głównych powodów tej zmiany była jej chęć zrozumienia, 

w jaki sposób trudne dzieciństwo wpłynęło na to, kim jest obecnie. Wciąż 

ma wiele lęków, których korzenie sięgają dzieciństwa, nie pozwala im 

jednak stawać na drodze do poznania samej siebie. To nie brak strachu 
czyni Kaitlyn na tyle odważną, by się rozwijać; to jej chęć zrozumienia 

spraw, które ten strach w niej wywołały. 

Jezus dzielił ludzi na tych, którzy chcą zmienić swoje życie, i na tych, 

którzy nie chcą. Dlatego powiedział: „Kto ma uszy, niechaj słucha!". 
Zakładał, że każdy człowiek może się zmienić, i proponował ludziom 

możliwość rozwoju wyłącznie poprzez ich chęć zaakceptowania tego rozwoju. 

Dojrzewanie jest związane z gotowością wsłuchania się w samego siebie i 

chęcią uporania się z tym, co tam znajdziemy. Jezus nauczał, że 
potrzebujemy odwagi, by móc się rozwijać. Ale najpierw musimy tego 

chcieć. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Odwaga nie oznacza braku lęku, lecz wiarę pomimo 

lęku. 
74 

,! ,  :,.        Czasami nie można wrócić do domu 

background image

Tylko w swojej ojczyźnie i w swoim domu może być 

prorok lekceważony. 

Mt 13, 57 
Gdy Emily zgłosiła się do mnie na terapię, była bardzo zmartwiona swoim 

brakiem umiejętności nawiązywania kontaktów w pracy. Uważała, że brakuje 

jej pewności siebie i dlatego nie potrafi porozumieć się z ludźmi. 

Wkrótce przekonaliśmy się, że jej poczucie nieprzystosowania ma swoje 
korzenie w kontaktach z matką. To z jej powodu Emily zaczęła uważać, że 

jest ciężarem dla innych. Gdy ktoś jest przekonany, że rodzona matka 

uważa go za ciężar, może wówczas dojść do wniosku, iż wszyscy postrzegają 

go tak samo. 
Emily była ofiarą swojego podświadomego przekonania, brzmiącego: „Moje 

uczucia są ciężarem dla innych". To sprawiało, że w kontaktach z ludźmi 

zawsze przyjmowała pozycję obronną. W rezultacie większość ludzi nie była 

pewna stanowiska Emily i dlatego trudno im było się z nią porozumieć. 
Przekonanie Emily stało się, niestety, samospełniającą się przepowiednią. 

Podczas terapii Emily zdała sobie sprawę z istnienia podświadomych 

mechanizmów kierujących jej zachowaniem. W chwili, gdy je sobie 

uświadomiła, zaczęła inaczej je postrzegać. Mimo iż wyrażanie uczuć wobec 
innych nadal przychodziło jej z dużą trudnością, Emily przestała z góry 

zakładać, że są one dla kogoś ciężarem. Zmiana w sposobie myślenia 

pomogła jej być bardziej otwartą i lepiej radzić sobie w kontaktach z 

ludźmi. 
Prawie wszyscy cieszyli się ze zmiany w zachowaniu Emily -z wyjątkiem jej 

matki. Jeśli chodzi o ich kontakty, nowa umiejętność Emily jawnego 

okazywania uczuć okazała się fatalna w skutkach. Od momentu, w którym 

Emily zaczęła głośno mówić o swoich uczuciach, również tych negatywnych, 
jej kłótnie z matką stały się częstsze niż zwykle. Emily zaczęła mieć 

własne zdanie. 

- Czy to właśnie tego uczą cię na terapii? Jak zrzucać całą winę na 

własną matkę? - wykrzykiwała matka Emily. 
75 

- Czy zawsze musisz odbierać moje odmienne zdanie jako atak na swoją 

osobę? - odpowiadała Emily. Kłótnie te rzadko kończyły się w sposób 

zadowalający którąkolwiek ze stron. 

Chociaż Emily nigdy nie czuła się swobodnie w obecności matki, dopiero 
teraz zdała sobie z tego sprawę. Nie chciała czuć się w ten sposób, nie 

chciała też, by matka źle się czuła w jej towarzystwie. Tymczasem matka 

Emily wciąż zachowywała się tak, jak gdyby uczucia córki były dla niej 

ciężarem. Zanim cokolwiek mogło się zmienić w ich wzajemnych relacjach, 
Emily musiała uświadomić matce ów stan rzeczy; niestety matka nie 

uważała, by jakakolwiek zmiana była potrzebna. Im bardziej Emily starała 

się jej uświadomić potrzebę zmian, tym bardziej matka się na nią 

gniewała. 
Emily i jej matka musiały zbudować swój związek od podstaw. Chociaż Emily 

wciąż była „córką swojej matki", nie była już dzieckiem. Ponieważ 

nauczyła się inaczej postrzegać swoje emocje, musiała zmienić zasady 

rządzące jej kontaktami z matką. Nie była już podświadomie przekonana, że 
jej uczucia mogą być dla kogoś ciężarem. Teraz musiała przekonać do tego 

samego swoją matkę. To, co matka Emily uważała za brak szacunku i 

kłótliwość, było dla Emily czymś bolesnym, o czym należy rozmawiać. Emily 

rozpaczliwie starała się naprawić swoje stosunki z matką, lecz ta uważała 
jej postępowanie za próbę zburzenia ich związku. 

Od chwili gdy Emily się zmieniła, powrót do dawnych stosunków z matką nie 

był możliwy. Czasami nie można już wrócić do domu. Emily nie zamierza 

rezygnować z kontaktów z matką -chce jedynie, aby były one lepsze niż do 
tej pory. Zmiany zachodzą bardzo powoli, ale Emily wciąż wierzy, że obie 

z matką są tego warte. 

background image

Jezus nauczał, że ludzie, którzy nawiążą kontakt z Bogiem, nigdy już nie 

spojrzą na świat w ten sam sposób. Czasami rozwój duchowy oznacza 

radykalną zmianę spojrzenia. Taki rodzaj zmiany perspektywy ma wpływ na 
nasze związki z innymi. Jezus osobiście przekonał się, że „prorok" nie 

może wrócić do rodzinnego domu. 

76 

W chwili gdy ludzie uświadamiają sobie istnienie podświadomych 
mechanizmów sterujących ich życiem, zaczynają inaczej patrzeć na świat. 

Terapia może nam coś uświadomić, może pomóc nam na zawsze zmienić sposób 

postrzegania rzeczywistości. Czasami przyjaciele i rodzina cieszą się, że 

dojrzewamy i zmieniamy swoje życie, a czasami nie. Gdy nasze otoczenie 
niechętnym okiem spogląda na nasz wewnętrzny rozwój, powrót do domu może 

się okazać bardzo trudny. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Zmiana bywa niepożądanym gościem w domu rodzinnym. 

Rozwój to praca 
[Jeśli kto chce pójść za Mną], niech (...) weźmie krzyż 

swój i niech mnie naładuje. 

Mk 8,34 

Rozwój nie oznacza, że podświadome mechanizmy kierujące naszym życiem 
przestają istnieć. Pamięć przeszłości jest wciąż żywa, nawet jeśli 

świadomie się od niej odcinamy. W sprzyjających okolicznościach możemy 

nawet reagować w ten sam, dawny sposób. Połączenia nerwowe w naszych 

mózgach czekają w gotowości na stymulację właściwymi bodźcami. Nie możemy 
zastąpić dawnych podświadomych mechanizmów nowymi, możemy jednak nauczyć 

się polegać na nowych mechanizmach, dopóki te wcześniejsze nie staną się 

odległym wspomnieniem. Jezus głosił, że rozwój jest owocem ciężkiej 

pracy. Chcąc zbierać plony, musimy być gotowi wziąć na swoje barki 
należną nam część odpowiedzialności. 

Megan postanowiła ponownie poddać się terapii, ponieważ zauważyła w swoim 

życiu niepokojącą prawidłowość: mężczyźni, z którymi się spotykała, 

silnie jej potrzebowali i oczekiwali, że zadba o ich dobre samopoczucie. 
Ponieważ Megan chodziła wcześniej na terapię, wiedziała, że jej tendencja 

do „pocieszania" in- 

77 

nych i zapewniania im dobrego samopoczucia jest efektem jej związku z 

ojcem cierpiącym na poważną depresję. Będąc jego ulubienicą, Megan 
nieustannie czuła się odpowiedzialna za jego szczęście. W rezultacie 

nigdy nie pozwalała sobie na gorsze nastroje w nadziei, że uda jej się 

podnieść ojca na duchu. 

- Chcę się zmienić - usłyszałem od niej pewnego dnia. - Mam już dość tych 
wszystkich nieudaczników. Chcę zrzucić z siebie bagaż przeszłości i iść 

naprzód. Gdzie się podziali wszyscy przyzwoici faceci? 

Poczułem, że Megan chce zobaczyć we mnie swojego „pocie-szyciela", 

odpowiedziałem więc w sposób, jakiego się nie spodziewała: 
- Nie możesz się zmienić, ale możesz dojrzeć. 

Moje słowa nie spodobały się Megan. Ich znaczenie dotarło do niej dopiero 

po kilku miesiącach dzięki naszym rozmowom. Prawda jest bowiem taka, że 

podświadome mechanizmy, które wykształciły się w dzieciństwie Megan, 
stanowią nieodłączną część jej podświadomości. Żadne z nas nie może tego 

zmienić. Prawdopodobnie serce Megan będzie żywiej biło za każdym razem, 

gdy spotka ona mężczyznę przypominającego jej w jakiś sposób ojca. Tym, 

co może się zmienić, jest jej stosunek do własnej przeszłości. Będąc 
obecnie świadomą tego, iż jako dziewczynka czuła się odpowiedzialna za 

samopoczucie swojego ojca, Megan nie musi się już zachowywać tak, jakby 

wciąż w to wierzyła. Za każdym razem, gdy kusi ją, by „zaopiekować się" 

kolejnym potrzebującym jej mężczyzną, może zadać sobie pytanie, czy 
odpowiada na potrzeby mężczyzny obecnego w jej życiu w tej chwili, czy 

też mężczyzny, który był obecny w jej życiu wiele lat temu. Dojrzewa w 

background image

niej świadomość, że można dbać o mężczyznę swojego życia nie musząc się 

nim jednocześnie „opiekować". Odpowiedzialność oznacza „umiejętność 

reagowania", zaś automatyczne postępowanie w zgodzie z podświadomymi 
mechanizmami z przeszłości wykluczało u Megan umiejętność reagowania i 

zastępowało ją przymusem postępowania w taki sam sposób jak zwykle. 

78 

Mówiąc: „Chcę się zmienić", tak naprawdę Megan chciała powiedzieć: „Chcę 
przestać czuć się w ten sposób, chcę, żeby bolesne uczucia znikły". 

Tymczasem rozwój polega na dążeniu do pozytywnych uczuć, nie zaś na 

ucieczce przed uczuciami negatywnymi. Nie możemy wymazać obecnych w 

podświadomości Megan mechanizmów, ale możemy jej pomóc w stworzeniu no-
wych. Megan może się nauczyć, że potrzeby mężczyzn, których spotyka w 

swoim życiu, powinny być dla niej możliwościami, na które może 

zareagować, nie zaś wymaganiami, które powinna spełnić. I chociaż w 

związku z tym Megan wciąż musi pamiętać ból, jaki odczuwała z powodu 
depresji ojca, pamięć ta może jej pomóc wyzwolić się spod wpływu, jaki 

jego choroba miała na jej życie. 

Jezus mówił o procesie duchowej przemiany jako o zadaniu, które każdego 

dnia musimy wciąż na nowo podejmować. Zachęcając ludzi, by się rozwijali, 
pouczał ich, by „wzięli swój krzyż" -wiedział bowiem, że rozwój wymaga 

pracy. Jezus nie twierdził, że lepsze życie pozwoli nam uwolnić się od 

negatywnych uczuć. Nie gwarantował nikomu natychmiastowej przemiany. W 

jego oczach lepsze życie oznaczało trud pójścia w jego ślady. Jednym z 
owoców takiego życia jest ciągły rozwój. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Zmiany, które szybko następują, zwykle bywają 

krótkotrwałe; o wiele trwalsze są efekty powolnego rozwoju. 

Rozdział 
Zrozumieć grzech i psychopatologie 

Pewien człowiek miał dwóch synów. Młodszy z nich rzekł do ojca: „Ojcze, 

daj mi część własności, która, na mnie przypada". (...) Niedługo potem 

młodszy syn, zabrawszy wszystko, odjechał w dalekie strony i tam 
roztrwonił swoją własność, żyjąc rozrzutnie. (...) Wtedy zastanowił się i 

rzekł: (...) Zabiorę się i pójdę do mego ojca. (...) A gdy był jeszcze 

daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko; wybiegł naprzeciw 

niego, rzucił mu się na szyję i ucałował go. A syn rzekł do niego: 

„Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem ciebie (...)". Lecz ojciec 
powiedział do swoich sług: „Przynieście szybko najlepszą szatę i 

ubierzcie go (...). Będziemy ucztować i weselić się, ponieważ ten syn mój 

był umarły, a znów ożył; 

zaginął, a odnalazł się. 
Lk 15, 11-24 

W przypowieści o synu marnotrawnym Jezus uczy nas, że najważniejszą 

przyczyną grzechu jest egoizm. Bezpośrednim skutkiem grzechu w tej 

przypowieści nie jest zejście na złą drogę, lecz zgubienie tej właściwej. 
Syn marnotrawny poszedł swoją własną drogą i skończył samotny i 

zagubiony. Przedstawiony w tej historii ojciec ani słowem nie wspomina o 

dziedzictwie syna roztrwonionym wskutek rozrzutnego stylu życia. Nie 

uważa nawet, że swoim zachowaniem syn zasłużył na karę. W przypowieści o 
synu marnotrawnym nie chodzi o odpowiedzialność za zawiedzione 

zaufanie15; jest w niej mowa o tym, jak walczyć z ludzkim grzechem. W ten 

sposób Jezus chciał nam coś powiedzieć. Grzech to egoizm, którego 

rezultatem jest zerwanie więzi, zbawienie zaś to moment ich odnowienia. 
U podłoża wszystkich duchowych i psychicznych problemów leży nasza 

skłonność do stawiania samego siebie w miejsce Boga; 

80 

grzech i psychopatologie to skutek prób ocalenia siebie za wszelką cenę. 
Niniejszy rozdział mówi o tym, że grzech i psychopatologie są efektem 

background image

zerwanych więzi oraz że zbawienie i zdrowie psychiczne mogą zaistnieć 

jedynie po ich odnowieniu16. 

Patologia egoizmu 
Kto chce znaleźć swe życie, straci je. 

Mt 10,39 

Dora już wiele lat temu straciła wiarę w ludzi. Rodzice ją zawiedli, 

podobnie jak jej przyjaciele; Bóg również nie spełnił jej oczekiwań. Dora 
doszła w końcu do przekonania, że jeśli chce się coś w życiu osiągnąć, 

trzeba się o to postarać samemu. 

Dora wszystkich uważa za swoich wrogów. Zupełnie jak gdyby wciąż musiała 

z każdym o wszystko rywalizować, chce mieć pewność, że nie zostanie 
oszukana. Jej problem polega na tym, że nawet gdy uda jej się zdobyć to, 

czego pragnie, i tak czuje się oszukana. Gdy nie ma się nikogo, z kim 

można by się podzielić, zdobywanie upragnionych rzeczy szybko przestaje 

być satysfakcjonujące. 
Dora zbudowała wokół siebie mur obronny, aby mieć pewność, że nikt jej 

nie wykorzysta. Nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że odgradzając się 

od innych, jednocześnie sama żywcem się zamurowała. Prawda wygląda 

następująco: Dora jest zła, ponieważ jest samotna. Usiłując obronić się 
przed niecnymi zamiarami otoczenia, Dora stworzyła sobie swoje własne, 

prywatne piekło. Stara się chronić samą siebie, nie ufając innym, leczyć 

swoje rany, izolując się od świata, i planować przyszłość, walcząc o to, 

na czym jej zależy. Dora nie ma zbyt wielu przyjaciół, ponieważ wiecznie 
przyjmuje pozycję obronną, zaś w jej życiu brakuje sensu, ponieważ ona 

sama nie wierzy w nic ani nikogo poza sobą. 

Dora zachowuje się tak, jakby była całkowicie pewna, czego chce, a 

wszelkie próby przekonania jej, że tak nie jest, zazwyczaj spełzają na 
niczym. Jednak pozory pewności siebie nie wynikają 

81 

z jej zadowolenia z życia, lecz z czegoś dokładnie przeciwnego. Dora jest 

tak skoncentrowana na tym, by nic w jej życiu nie zmieniło się na gorsze, 
że nie pozwala niczemu zmienić się na lepsze. Nie zdaje sobie sprawy, że 

trzymając innych na dystans może nawet czuje się bezpieczniej, ale nie 

jest w stanie zdobyć tego, czego potrzebuje, aby poczuć się w pełni 

człowiekiem. Zarówno pod względem duchowym, jak i psychicznym Dora 

zgubiła swoją drogę i bez pomocy otoczenia nie będzie mogła znaleźć tego, 
czego naprawdę potrzebuje. 

Punktem wyjścia zarówno dla zbawienia, jak i dla zdrowia psychicznego 

jest uświadomienie sobie, że potrzebujemy innych ludzi. Jeśli chodzi o 

pełnię duchową, potrzebujemy kontaktu z Bogiem. Jeśli chodzi o pełnię 
zdrowia psychicznego, potrzebujemy umiejętności budowania więzi z innymi. 

Uważając wszystkich za wrogów, przed którymi trzeba się bronić, 

przyjmujemy pozycję obronną i ryzykujemy zniszczenie tego, co tak bardzo 

staramy się chronić. 
Jezus nauczał, że człowiek potrzebuje związków z innymi ludźmi. Często 

wypowiadał się na temat tego, jak ważny jest nasz kontakt z Bogiem na 

płaszczyźnie wertykalnej oraz więzi z ludźmi na płaszczyźnie 

horyzontalnej. Mówiąc słowami Jezusa, zdrowie psychiczne jest możliwe 
wtedy, gdy więzi te są nietknięte, zaś grzech pojawia się, gdy zostaną 

one zerwane. 

Obawiając się, że nasze potrzeby nie zostaną zaspokojone, dopuszczamy do 

głosu instynkt samozachowawczy i uruchamiamy mechanizmy obronne by siebie 
chronić. Mechanizmy te stają się niestety źródłem psychopatologii 

izolujących nas zarówno od otoczenia, jak i od naszego prawdziwego „ja". 

Jezus głosił, że żaden człowiek nie jest wyspą - psycholodzy uczą, iż nie 

możemy osiągnąć pełni człowieczeństwa, nie nawiązując więzi z innymi 
ludźmi. Zarówno grzech jak i psychopatologie wynikają z rozpaczliwych 

background image

prób ocalenia samych siebie, co sprawia, że egoizm jawi się jako główny 

powód duchowych i psychicznych proble- 

mów. 
MYŚL DO ZAPAMIĘT^A: Egoizm jest grzechem oraz psychopatologią. 

82 

„ai    Zdrowie i zbawienie to ukierunkowanie się na innych 

Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz •'*'?                       
nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest 

* -'??                          z każdym, który narodził się z Ducha. 

J3, 8 

Uczestniczyłem kiedyś w wykładzie prowadzonym przez pewnego antropologa, 
który wyjaśniał, dlaczego niektóre kultury nie mogły zrozumieć idei 

chrześcijaństwa głoszonych przez amerykańskich misjonarzy. Powiedział, że 

w Ameryce ludzie rozumują w kategoriach zamkniętych kręgów. Aby to 

wyjaśnić, narysował na tablicy kilka okręgów, które miały zademonstrować, 
w jaki sposób przypisujemy ludzi do różnych grup. Chrześcijanie należą do 

jednego okręgu, a przedstawiciele innych wyznań znajdują się poza nim. 

Wchodząc do kręgu chrześcijaństwa jesteś zbawiony; nie wchodząc 

ryzykujesz potępienie. Gdy amerykańscy misjonarze starali się przekonać 
innych, by dołączyli do ich kręgu, mogli napotkać problemy, spotykając 

ludzi, którzy nie myśleli kategoriami zamkniętych kręgów,. 

Sposób, w jaki poszczególne kultury postrzegają chrześcijaństwo, ma wiele 

wspólnego z więziami międzyludzkimi. Można to wyjaśnić na przykładzie 
krzyża otoczonego różnej długości strzałkami, skierowanymi w różne 

strony. Jeżeli przyjmiemy, że krzyż symbolizuje Jezusa, wówczas strzałka 

skierowana w stronę krzyża oznacza dla innych kultur chrześcijanina. Nie 

ważne, jak długa jest ta strzałka ani jak blisko krzyża się znajduje, ani 
nawet od jak dawna tam tkwi. Liczy się jedynie to, że w chwili obecnej 

dany człowiek kieruje się w stronę krzyża. Wierzę, że Jezus chciał nam 

coś takiego przekazać w przypowieści o synu marnotrawnym. Nauczał, że 

grzechem jest odejście od Ojca i zerwanie z nim więzi, zbawienie zaś jest 
możliwe, gdy zawrócimy ze swej drogi i skierujemy się w Jego stronę. 

Zawsze uważałem, że terapia to rodzaj duchowej wędrówki. Ani terapeuta, 

ani pacjent nie muszą być świadomi obecności Boga, ale to nie 

powstrzymuje Go przed nadawaniem naszemu życiu określonego kierunku. Gdy 

moi pacjenci zauważają brak tego 
83 

kierunku w terapii, to znaczy, gdy nie czują, że sprawy idą ku dobremu, 

mówią, że „tkwią w miejscu". Kiedy zaś zaczynają dostrzegać sens i czują, 

że terapia przynosi efekty, mówią: „Teraz do czegoś dochodzimy." Mimo iż 
większość pacjentów nie ma tak naprawdę sprecyzowanego pomysłu na to, 

dokąd iść, to jednak każdy z nich chce gdzieś dojść - tak szybko, jak to 

tylko możliwe. 

Kiedy Derek zjawił się u mnie, miał bardzo silną motywację. Był szczerze 
zainteresowany pracą nad sobą i chciał się w tym wesprzeć terapią. 

Podszedł jednak do naszych spotkań z nastawieniem osoby myślącej 

kategoriami zamkniętych kręgów. Chciał usłyszeć ode mnie co robi źle, a 

następnie po prostu skorygować swoje zachowanie. Wierzył w istnienie 
kręgu ludzi zdrowych psychicznie i chciał się do niego dostać. Kiedy 

zaczynaliśmy analizować jego życie, zdawał się być szczerze zadowolony, 

że będzie mógł się czegoś o sobie dowiedzieć; rzadko jednak zdawał się 

być tą wiedzą usatysfakcjonowany. Zazwyczaj po chwili refleksji mówił: 
„Świetnie. To co teraz powinienem zrobić?" Nie sądzę, aby celowo 

utrudniał terapię; sądzę, że uważał zdrowie psychiczne za zestaw 

określonych zachowań, z którymi starał się identyfikować i które chciał 

sobie przyswoić. 
Jak każdy z nas, Derek jest produktem swojej kultury. Nawet własną 

terapię rozpoczął od pytania: „Jak pan myśli, ile czasu to potrwa?" 

background image

Zazwyczaj słysząc coś takiego spodziewam się problemów. Reaguję, używając 

metafory codziennej gimnastyki. Kiedy można przestać się gimnastykować? 

Chyba każdy rozumie po- j trzebę ruchu w codziennym życiu. To, że należy 
stale pracować nad kondycją i wytrzymałością naszych mięśni wydaje się 

oczywiste. Z „gimnastyką emocjonalną" jest dokładnie tak samo. Celem nie 

jest „odbębnienie" ćwiczeń, lecz wzmocnienie psychiki. Posługując się tą 

samą metaforą, psychoterapeuta przypomina trenera. Gimnastykę fizyczną i 
emocjonalną kontynuujemy przez całe życie, jednak na pewnym etapie 

większość z nas nie potrzebuje już na każdym kroku obecności trenera. 

W chwili gdy Derek przestał uważać zdrowie psychiczne za coś, czego można 

się nauczyć, przestał mieć również wrażenie, że 
84 

„tkwi w miejscu" - w życiu i podczas terapii. Gdy zaś uświadomił sobie, 

że zdrowie psychiczne oznacza otwarcie się na innych, jego samopoczucie 

zdecydowanie się poprawiło. Mniej się teraz koncentruje na przeniknięciu 
do jakiegoś mistycznego grona ludzi, a bardziej na swoim stosunku do osób 

obecnych w jego życiu. Derek coraz rzadziej pyta mnie, co powinien 

zrobić, wie bowiem, że na takie pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. 

Jezus nauczał, że grzechem jest to wszystko, co odsuwa nas od Boga i 
ludzi. Takie jest przesłanie przypowieści o synu marnotrawnym. Kierując 

się ku Bogu, kierujemy się w stronę duchowej pełni. Odwracając się od 

Boga, zmierzamy ku duchowej pustce. Właśnie dlatego ojciec z przypowieści 

był gotów wydać ucztę, widząc syna zmierzającego w jego kierunku. 
Jezus porównał też Ducha Świętego do ruchu powietrza. Zgodnie z jego 

hebrajskim sposobem myślenia, Boga można było opisać czasownikiem. 

Oznaczało to, że Bóg jest działaniem, a życie w zgodzie z Bogiem wymaga 

działania. Jezus uważał, że pełnię człowieczeństwa można osiągnąć jedynie 
kierując się ku Bogu. 

Jedną z duchowych prawd psychoterapii jest to, iż tak naprawdę liczy się 

nie dotarcie do celu, lecz droga, jaką musimy przebyć, aby go osiągnąć. 

Sukcesem w terapii nie jest zakwalifikowanie się do kręgu osób zdrowych 
psychicznie, lecz wykształ-cenie w sobie umiejętności otwarcia się na 

innych. Pacjenci, którzy to rozumieją, w największym stopniu korzystają z 

terapii i doskonale pojmują, dlaczego ojciec syna marnotrawnego wydał 

ucztę na jego cześć. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: W języku Jezusa „Bóg" jest czasownikiem. Rola 
pokuty w terapii 

Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię. 

Mk 1, 15 

Dr Smith zgodził się poddać terapii na skutek ultimatum, jakie postawiła 
mu żona. Był odnoszącym sukcesy zawodowe chirur- 

85 

giem, lecz jako mąż radził sobie znacznie gorzej. Żona nieustannie się na 

niego skarżyła; terapia miała mu pomóc załagodzić wszystkie małżeńskie 
konflikty. Dr Smith zdecydował się przyjść do mnie, ponieważ miał wyrzuty 

sumienia z powodu swych nieudanych relacji z żoną i ponieważ nie 

wiedział, co innego mógłby zrobić. 

Chirurg musi być bardzo dokładny w swojej pracy. Dr Smith był bardzo 
wymagający wobec personelu pomocniczego, miał jednak ważny powód: ich 

najmniejsze zaniedbanie mogłoby spowodować śmierć pacjenta. Niestety, owa 

surowość i precyzja, której zawdzięczał swoje sukcesy w pracy była 

jednocześnie przyczyną jego problemów w domu. Dr Smith odczuwał wyrzuty 
sumienia na myśl, że żona nie jest z nim szczęśliwa; jednocześnie jednak 

uważał jej pretensje za nielogiczne i nieuzasadnione. Był wiernym mężem, 

utrzymywał dom i zawsze zaspokajał potrzeby żony i dzieci. Uważał się 

również za otwartego człowieka i był gotowy w każdej chwili zmienić swoje 
zdanie na sporny temat, gdyby tylko żona potrafiła udowodnić mu, że nie 

ma racji. 

background image

Chociaż spotykałem się z dr. Smithem przez kilka miesięcy, prawdziwa 

terapia rozpoczęła się na długo po jego pierwszej wizycie. Było to 

możliwe dopiero, gdy zmienił swój sposób myślenia. Podczas jednej sesji, 
gdy zmagaliśmy się akurat z pretensjami jego żony, dr Smith wybuchnął 

sfrustrowany: 

- Dlaczego ona się ode mnie nie odczepi? Czy przez całe życie ktoś musi 

mi siedzieć na karku? 
- Nie wiem - odparłem. - A czy zawsze tak było? 

- Tak - odpowiedział, a jego twarz stawała się coraz bardziej czerwona. - 

Mój ojciec nigdy nie był ze mnie zadowolony, a teraz moja żona mówi mi to 

samo. Jak idealny muszę się stać? 
Dr Smith nareszcie przejrzał na oczy. Im ciężej pracował zawodowo, tym 

lepszym był chirurgiem; strategia ta nie sprawdzała się jednak w jego 

prywatnym życiu. Musiał zmienić swoje podejście. Zamiast starać się być 

szczęśliwym w małżeństwie, starał się nie być nieszcz^śliwym. Stosował tę 
samą strategię, jaką przyswoił sobie jako dziecko chcąc uniknąć krytyki 

ojca. Sądził, że je- 

86 

śli tylko będzie się bardziej starał i dokładniej wszystko wykonywał, 
uniknie przykrości. Dr Smith zaczął się zastanawiać, czy kiedykolwiek 

zrobił coś dlatego, że naprawdę tego chciał. Być może wszystkie jego 

działania były ukierunkowane na to, aby inni nie poczuli się 

rozczarowani, nieszczęśliwi lub by nie stracili życia. Trudno jest żyć w 
ten sposób. Dr Smith nie dążył do szczęścia -przez cały czas starał się 

uniknąć nieszczęścia, a to naprawdę syzyfowa praca. 

Dr Smith postanowił zmienić swoje podejście do życia. Zdecydował, że nie 

chce postępować zgodnie z zasadą: „Żyję, aby uniknąć krytyki innych". 
Potrzebował nowego życiowego motta. Chciał wreszcie robić coś tylko 

dlatego, że szczerze tego chciał. Żeby jednak wiedzieć, czego się chce, 

trzeba najpierw poznać swoje uczucia. Dr Smith zyskał nowy powód by 

przychodzić na terapię. Nie przychodził już, by dowiedzieć się, w jaki 
sposób może uszczęśliwić żonę; przychodził, by dowiedzieć się, jak samemu 

być szczęśliwym. Przestał potrzebować porad jak zmienić żonę i z moją 

pomocą zaczął zmieniać samego siebie. Na tym właśnie polega rola pokuty w 

psychoterapii. 

Co ciekawe, żona dr. Smitha już tak bardzo się na niego nie skarży. Im 
bardziej on koncentruje się na swoich uczuciach, tym częściej z nią o 

nich rozmawia. Okazało się, że pani Smith tak naprawdę wcale nie chodziło 

o to, by mąż robił pewne rzeczy lepiej; chciała po prostu znać jego 

stosunek do wspólnych przedsięwzięć. 
Większości ludzi pokuta kojarzy się z wyrzutami sumienia w związku z 

jakimś złym postępkiem. Pokuta jest dla nich rodzajem karania samych 

siebie lub poczuciem winy wynikającym z tego, że zrobiło się coś, czego 

nie powinno się zrobić. Jezus widział to inaczej. Mimo iż w przypowieści 
o synu marnotrawnym niewdzięczny syn ma wyrzuty sumienia i utrzymuje, iż 

zgrzeszył przeciw swemu ojcu, ten zdaje się nie pamiętać o jego winie i 

skupia się na jednym: syn zmienił się i wrócił do domu. Według Jezusa akt 

pokuty syna miał miejsce nie w chwili, gdy błagał ojca o przebaczenie, 
lecz wówczas, gdy postanowił zmienić swoje ży- 

87 

cie i wrócić do domu. Wyrzuty sumienia niewiele znaczyły w porównaniu z 

decyzją o zmianie stylu życia. 
W Biblii „pokuta" wyrażona jest greckim słowem metanolu, oznaczającym 

„zmianę sposobu myślenia". Znaczy to, że idąc drogą w określonym kierunku 

w pewnym momencie postanawiamy zawrócić i obrać nowy kierunek. Jezus tak 

właśnie rozumiał pokutę i nawrócenie. Nie chciał, by ludzie zadręczali 
się wyrzutami sumienia, lecz chciał pomóc im się zmienić. Tego samego 

chcą terapeuci, gdy pacjenci przychodzą do nich prosząc o pomoc. 

background image

Pokuta tylko wtedy ma znaczenie w terapii, gdy interpretujemy ją tak samo 

jak robił to Jezus. Jezus uważał, że akt pokuty ma miejsce wówczas, gdy 

zmieniamy swoje postępowanie i przestajemy robić wszystko po swojemu. Aby 
terapia odniosła skutek, pacjent musi widzieć potrzebę zmiany. Aby się 

rozwijać, musi zmienić się zarówno pod względem duchowym, jak i 

psychicznym. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Mądrzy ludzie zawsze są gotowi zmienić zdanie; 
głupcy - nigdy. 

Prawdziwe i fałszywe poczucie winy 

On zaś (...) przekona świat o grzechu... 

J 16,8 
Wielu ludzi żyje w przekonaniu, że gabinet psychoterapeuty jest miejscem, 

gdzie można pozbyć się swego poczucia winy. Wierzą, że poczucie winy jest 

przejawem neurozy, a terapeuci są specjalnie szkoleni, by przywracać 

pacjentom spokój sumienia. W końcu to, z powodu czego czują się winni, 
prawdopodobnie wcale nie było ich winą. Uważają poza tym, że ludzie o 

zdrowej psychice nie powinni tracić czasu płacząc nad rozlanym mlekiem. 

Chip podszedł do spotkań ze mną z takim samym entuzjazmem i determinacją, 

jakie przejawiał w pozostałych sferach swojego życia. Był człowiekiem 
elokwentnym, ambitnym i odnoszącym sukcesy we wszystkim, czego się tylko 

podjął. Mimo iż na sa- 

mym początku zapewnił mnie, iż kocha swoją żonę, zwierzył mi sie również 

ze swego romansu. Żona odkryła zdradę i była na niego naprawdę wściekła. 
Wysłała go w końcu na terapię, żeby zrozumiał, o co mu tak naprawdę 

chodzi. Na myśl o ewentualnym rozpadzie swojego małżeństwa Chip odczuwał 

głęboki niepokój. Nienawidził przegrywać. 

Chociaż Chip jasno oświadczył żonie i mnie, że ma ogromne wyrzuty 
sumienia z powodu swojego postępku oraz że chce ratować małżeństwo przed 

rozpadem, nie potrafiłem mu pomóc. Było dla mnie oczywiste, że ma 

poczucie winy, nie wiedziałem tylko, z jakiego powodu. W końcu 

zrozumiałem, że rzeczywiście czuł się winny, ale nie dlatego, że źle 
postąpił, lecz ponieważ dał się przyłapać. Poczucie winy, jakie odczuwał 

Chip, nie miało nic wspólnego z żalem, jaki czujemy na myśl, że 

skrzywdziliśmy ukochaną osobę, miało za to wiele wspólnego z obawą przed 

konsekwencjami swojej wpadki. To, czego doświadczał Chip, można nazwać 

fałszywym poczuciem winy. 
Trudno jest w psychoterapii zajmować się fałszywym poczuciem winy, 

ponieważ nic nie jest wówczas takie, jakie się z pozoru wydaje. Chip 

wiedział, że czuje się winny z powodu swojego romansu, nie umiał jednak 

powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Gdyby miał być ze sobą zupełnie 
szczery, musiałby przyznać, że jego zdaniem mężczyźni nie są stworzeni do 

tego, by żyć w mo-nogamicznych związkach i że od czasu do czasu dobrze 

jest „ożywić" nieco swoje małżeństwo małym skokiem w bok. Chip nie mógł 

się jednak przyznać do swoich poglądów, ponieważ dobrze wiedział, co żona 
oraz ja moglibyśmy o nich pomyśleć. Bał się, co by się z nim wówczas 

stało. 

Chip zakończył swoją terapię po kilku miesiącach ze znacznie lepszym 

samopoczuciem. Oświadczył swojej żonie i mnie, że dobrze się stało, iż 
zdecydował się na terapię, ponieważ dzięki niej wiele się o sobie 

dowiedział. Chip nigdy nie zgodził się ze mną co do przyczyn swojego 

poczucia winy. Sądził też, że w moim podejściu do terapii za bardzo 

skupiam się na uczuciach. Radził abym spróbował metod bardziej 
skoncentrowanych na rozwiązywaniu 

89 

problemów, takich, o których słyszał w audycjach radiowych. 

„Najważniejsze jest to" - mówił - „żeby nie zamykać się w swoim poczuciu 
winy w związku z czymś, co należy do przeszłości. Chodzi o to, żeby jak 

najlepiej wykorzystać to, co się ma w danej chwili. Żona kiedyś będzie 

background image

musiała się z tym w końcu pogodzić i znowu mi zaufać. Czas zapomnieć o 

tym, co było." 

O ile wiem, Chipowi udało się uniknąć rozwodu. Wątpię jednak, by jego 
żona kiedykolwiek odzyskała poczucie bezpieczeństwa. Można zapomnieć o 

fałszywym poczuciu winy, dopóki jednak nie nazwiemy go po imieniu, żyć 

będą lęki, które je wywołały. Chociaż z pozoru wszystko wróciło do normy, 

Chip i jego żona wciąż mieli wrażenie, że jakiś problem nie został 
rozwiązany. 

Jezus mówił, że nie przyszedł na świat, aby go potępić (J 3, 17). Wierzył 

jednak, że bywają chwile, gdy człowiek powinien mieć poczucie winy. 

Patrząc na to z tej perspektywy, nie każde poczucie winy jest złe17. 
Jezus rozróżniał dwa rodzaje poczucia winy. To, co psycholodzy nazywają 

prawdziwym poczuciem winy, On nazywał poczuciem winy wypływającym z 

miłości. To zaś, co nazywamy fałszy-wym poczuciem winy, nazywał poczuciem 

winy wypływającym ze strachu. Prawdziwe poczucie winy pojawia się wtedy, 
gdy zranimy ukochaną osobę; nasze sumienie podpowiada nam abyśmy 

zadośćuczynili pokrzywdzonemu. Fałszywe poczucie winy jest natomiast 

strachem przed karą, który podpowiada nam abyśmy bronili się przed 

konsekwencjami swego złego uczynku. 
Odczuwając fałszywe poczucie winy nie bierzemy pod uwagę innych ludzi, co 

nie najlepiej wpływa na łączące nas z nimi stosunki. Fałszywe poczucie 

winy godzi w nas samych, stajemy się bowiem trudniejsi w kontaktach z 

otoczeniem. Natomiast prawdziwe poczucie winy odczuwamy wtedy, gdy ważne 
są dla nas związki z innymi i gdy zależy nam na uleczeniu zadawanych im 

przez nas ran. Właśnie takiego poczucia winy oczekuje od nas Jezus. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Poczucie winy wypływające z miłości leczy rany; 

poczucie winy wypływające ze strachu jedynie sprytnie je maskuje. 
90 

,.K,   Gdybyśmy wszyscy byli doskonali, któż by grzeszył? 

' .ci   ' 

Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec 
wasz niebieski. 

Mt 5, 48 

W szkole Melissa dostaje najlepsze stopnie, nauczyciele ją uwielbiają, a 

w jej pokoju zawsze panuje nieskazitelny porządek. Czegóż więcej można 

wymagać od uczennicy gimnazjum? W oczach wszystkich Melissa jest idealnym 
dzieckiem. 

Pozory mogą jednak mylić. Melissa ma przyjaciół, ale tylko takich, którzy 

bawią się w to co ona zaakceptuje. Czasami dzieci mówią o niej, że „się 

rządzi". Tak naprawdę Melissa woli przebywać w towarzystwie dorosłych. 
Oni zawsze zwracają uwagę na jej inteligencję i dobre wychowanie. Jednak 

większość z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, że stwarzając pozory 

dziewczynki dojrzałej ponad wiek, Melissa stara się zaspokoić swoją 

potrzebę kontroli, pod którą kryją się głębsze problemy. Melissa nie jest 
idealnym dzieckiem, dlatego że sprawia jej to przyjemność; Melissa jest 

perfekcjonistką, ponieważ musi nią być. 

Wiele dzieci z zaburzoną samooceną prześlizguje się przez system 

edukacyjny nie zwracając niczyjej uwagi, ponieważ nie sprawiają problemów 
wychowawczych. Podczas gdy ich hałaśliwi i nieposłuszni koledzy i 

koleżanki są diagnozowani jako „trudne" dzieci, mali perfekcjoniści 

siedzą cichutko w swoich ławkach przez nikogo nie zauważeni. Brak 

elastyczności w zachowaniu bywa jednak taką samą oznaką niskiej samooceny 
jak hałaśliwe zwracanie na siebie uwagi. Perfekcjonizm jest po prostu 

bardziej akceptowanym społecznie sposobem osiągnięcia tego samego celu. 

Bycie chodzącym ideałem nigdy nie było dowodem zdrowia psychicznego. 

Wręcz przeciwnie: człowiek mający dość odwagi, aby pozwolić sobie na 
bycie niedoskonałym, ma zdrowszą samoocenę niż ten, który udaje, że 

wszystko jest z nim w porządku. Dzieci w rodzaju Melissy często starają 

background image

się zwrócić na siebie uwagę swoim wzorowym zachowaniem, ponieważ boją 

się, że w przeciwnym razie nie będą kochane. Gdy dziecko nie czuje się 

kochane za to, kim jest, zadowala się uwagą okazywaną mu, gdy 
91 

się czymś wykaże. Lepsze to niż nic. Nie chodzi o to, czy jego zachowanie 

jest doskonałe czy nie - liczy się motywacja, która popycha je do 

takiego, a nie innego zachowania. 
Czasami napotykam w Biblii wersety, które na pierwszy rzut oka mnie 

niepokoją. Jeden z nich brzmi: „Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały 

jest Ojciec wasz niebieski". Mogłoby się wydawać, że Jezus stawia swoim 

uczniom nierealne wymagania. Wymagania, których uczniowie nie będą w 
stanie spełnić, przez co poczują się grzeszni i nic nie warci. Przez 

wieki ludzie mylili perfekcjonizm moralny z duchową prawością, definiując 

swoją wiarę listą rzeczy, których się dla niej wyrzekli: palenia 

papierosów, picia alkoholu, przeklinania i tak dalej. Czasami jednak ci, 
którzy najbardziej starają się osiągnąć doskonałość, są najbardziej 

grzeszni. 

Greckie słowo przetłumaczone w powyższym wersecie jako „doskonali" może 

również oznaczać „dojrzali"18. Kiedy się tego dowiedziałem, od razu 
poczułem się lepiej. Wiem, że nigdy nie będę doskonały, wierzę jednak, że 

mogę ciągle się rozwijać. Dojrzałość oznacza pogodzenie się ze 

świadomością, że będziemy grzeszyć. Udawanie doskonałości jest tak 

naprawdę oznaką niedojrzałości. Jezus nie nauczał, że duchowa dojrzałość 
oznacza brak wad. Dla Niego wiązała się ona z obecnością w naszym życiu 

nadprzyrodzonej mocy. 

Jezus starał się przekazać nam następującą mądrość: miłości nie można 

kupić, można ją jedynie otrzymać. Usiłując osiągnąć doskonałość pod 
względem moralnym nie stajemy się wcale bardziej godni bożej miłości. 

Bezinteresowną miłość otrzymujemy za to, kim jesteśmy, a nie za to, co 

robimy. Ludzie posiadający zdrową samoocenę tak właśnie traktują samych 

siebie. Oto, co zrozumiałem z nauk Jezusa: będąc doskonałymi nie czujemy 
się wcale bardziej kochani - pragniemy jednak być bardziej dojrzali, 

ponieważ czujemy się kochani. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Perfekcjonizm to tworzenie pozorów, a nie dążenie 

do doskonałości. 

92 
Gdy mieć rację znaczy grzeszyć 

Lecz kto by się stal powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy 

wierzą we Mnie, temu byłoby Łe-piej kamień młyński zawiesić u szyi i 

utopić go w głębi '??'%                                   morza. 
;,-,,,.                                                                             

MT 18.6 

Nancy to bardzo inteligentna i elokwentna kobieta, która nie potrafi 

pohamować swych wybuchów gniewu za każdym razem, gdy rozmowa zbacza na 
tematy religijne. Znakomicie orientuje się we wszystkich 

niegodziwościach, jakie zostały popełnione w historii w imię Boga. 

Chociaż Nancy nigdy by się do tego nie przyznała, w rzeczywistości jest 

dość religijną osobą. Nie jest agnostyczką twierdzącą, że istnienia Boga 
nie można udowodnić. Nancy to ateistka, co oznacza, że z całej siły 

wierzy, iż Bóg nie istnieje. Takie przekonanie wymaga dużej wiary. 

Nancy uważa, że Bóg nie istnieje - takie przekonanie wynio-sła z 

dzieciństwa. Ironia tej sytuacji polega na tym, że oboje jej rodzice byli 
bardzo religijnymi ludźmi, aktywnie uczestniczącymi w życiu swojego 

kościoła. Dorastając, Nancy co niedziela chodziła na mszę, razem z innymi 

dziećmi uczyła się na pamięć wersetów z Biblii i starała się żyć jak 

najlepiej, wierząc, że Bóg ją za to wynagrodzi. 
Niestety, w chwili gdy Nancy skończyła 13 lat, jej rodzice się rozwiedli. 

Sam fakt rozwodu rodziców nie zranił Nancy aż tak bardzo; zranił ją 

background image

natomiast charakter ich rozstania. Dwie najbardziej pobożne osoby, jakie 

znała, stały się z dnia na dzień najbardziej zaciekłymi i żądnymi zemsty. 

Jednocześnie rodzice Nancy wciąż chodzili regularnie do kościoła, a nawet 
zaczęli mówić o Bogu więcej niż dotychczas. Teraz jednak ich rozmowy z 

Nancy na temat religii koncentrowały się na szukaniu w Biblii wytłu-

maczenia, dlaczego jedno z nich „straciło łaskę bożą" i dlaczego ich 

wzajemna nienawiść jest tak naprawdę uzasadniona. Rodzice Nancy nie 
stracili wiary, stracili natomiast wzajemną miłość. 

Ojciec Nancy zaczął chodzić do innego kościoła i w końcu ponownie się 

ożenił. Matka Nancy powiedziała wówczas, że ojciec 

93 
żyje w grzechu i kazała jej uczyć się na jego błędach. Z kolei ojciec 

zaczął nazywać matkę dewotką i powtarzał, że w piekle przygotowane jest 

miejsce dla osób takich jak ona. Ostrzegał też Nancy, aby czasem nie 

poszła w jej ślady. Nie wiedząc, czyje poglądy religijne wyznawać, Nancy 
postanowiła nie opowiadać się po żadnej stronie. Jej rodzice wierzyli, że 

postępują słusznie, ponieważ każde z nich było przekonane o swojej racji. 

To, że z tego powodu ucierpiały ich wzajemne kontakty, było w tej 

sytuacji drugorzędne. 
Nancy nienawidzi religii z powodu ludzi, którzy stawiają własną rację 

ponad związkami z innymi. Co ciekawe, Jezus miał podobne odczucia. 

Pewnego razu zaatakował współczesnych mu przywódców religijnych słowami: 

„Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo podobni jesteście 
do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz 

pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wyda-

jecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i 

nieprawości" (Mt 23, 27-28). Nancy nie dlatego jest ate-istką, że sprawia 
jej to satysfakcję intelektualną, lecz ponieważ może w ten sposób 

obwiniać religię za to, co stało się z jej rodzicami. Prawda jest taka, 

że krytykując religię, Nancy czuje ucisk w żołądku i potajemnie marzy, by 

wszystko mogło być tak jak dawniej, gdy była dzieckiem. Biorąc pod uwagę 
wpływ, jaki wy-warło to na życie Nancy, dążenie jej rodziców do 

udowodnienia swoich racji było grzechem. 

Jezus w bardzo ostrych słowach wypowiadał się o ludziach, którzy 

wyrządzali krzywdę dzieciom. Nasze egoistyczne dążenie do tego, by mieć 

rację kosztem tych, którzy na nas polegają, jest w oczach Jezusa grzechem 
zasługującym na karę „utopienia w otchłani morskiej". Dowodzenie naszych 

racji nigdy nie powinno nam przesłonić szczęścia dzieci. Krzywdzenie ich 

zawsze jest grzechem. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Dorosły nie ma racji, jeśli dowodząc jej, podważa 
wiarę dziecka. 

94 

,3Czy zaparcie się samego siebie to przejaw duchowej dojrzałości czy 

raczej nieprawidłowo funkcjonującej psychiki? 
Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia 

bierze krzyż swój i niech mnie 

*•                                      naśladuje. 

,.                                                                                  
Lk 9,23 

W przypowieści o synu marnotrawnym Jezus uczy nas bezwarunkowej 

akceptacji drugiego człowieka, w innym jednak miejscu wspomina, że chcąc 

Go naśladować powinniśmy zaprzeć się samych siebie. I jedno, i drugie 
jest bardzo ważne w życiu wierzącego człowieka. Aby zrozumieć pozorną 

sprzeczność pomiędzy zaleceniami Jezusa, musimy najpierw zrozumieć 

różnicę między „ja" prawdziwym i fałszywym. 

Prawdziwe „ja" to obraz Boga w każdej ludzkiej istocie; łączy się z 
pragnieniem bliskich kontaktów z Bogiem i ludźmi. Fałszywe „ja" to obraz 

sztucznie tworzony przez nas w relacji do otaczającego nas świata; 

background image

narzuca nam pozycję obronną i każe chronić samych siebie. Mówiąc o 

bezwarunkowej akceptacji drugiego człowieka, Jezus miał na myśli 

prawdziwe „ja", nasze człowieczeństwo będące odbiciem Boga. Mówiąc zaś o 
zaparciu się samego siebie, miał na myśli fałszywe „ja", pancerz naszego 

egoizmu utrudniający kontakty z Bogiem i bliźnimi. Aby nasze relacje z 

innymi były szczere i oparte na duchowych więziach, aby nasze prawdziwe 

„ja" mogło nawiązać kontakt z prawdziwym „ja" drugiego człowieka, trzeba 
wyeliminować z życia wszelkie pozory. 

Jacob marzył o odnoszeniu sukcesów w zawodzie adwokata, nie wierzył 

jednak w swoją umiejętność przekonywania innych. Swoją niepewność ukrywał 

przesiadując do późna w biurze i studiując prawnicze księgi. Chciał 
przewyższyć wiedzą swoich oponentów. W kontaktach z ludźmi Jacob zawsze 

postępował tak, jak należało, i nigdy nie przywłaszczał sobie cudzych 

zasług. Wierzył, że dzięki ciężkiej pracy uda mu się wygrywać kolejne 

sprawy. Był przekonany, że ktoś, kto się nie stara, nie zasługuje na 
wygraną. Jacob zawsze stawiał innych ludzi na pierwszym miejscu - 

postępując inaczej czułby się niezręcznie. Często zdarzało mu się rów- 

95 

nież wyr^czać w pracy swojego wspólnika Connora, któremu nie potrafił 
odmówić. 

Connor także chciał odnosić sukcesy jako adwokat, był jednak głęboko 

przekonany, że ze względu na duże wyrobienie towarzyskie trudno jest mu 

się oprzeć. Uważał, że dysponując odpowiednią ilością czasu potrafi 
każdego przekonać. Connor bez wahania zbierał laury za pracę wykonywaną 

przez Jacoba i gdy tylko było to możliwe, wybierał najkrótszą drogę do 

celu. Wierzył bowiem, że w życiu wygrywają najsilniejsi. Skoro więc mógł 

nakłonić Jacoba by go wyręczył, to dlaczego miałby tego nie robić? 
Przecież nie zmuszał go do pracy, grożąc mu pistoletem. 

Z pozoru mogłoby się wydawać, że poświęcenie Jacoba ma więcej wspólnego z 

dojrzałą duchowością niż arogancja Connora. Prawdą jest, że Connor 

wypiera się agresywnego stosunku do Jacoba, zaś jego fałszywe „ja", 
sankcjonujące wykorzystywanie przez niego innych, jest dokładnie tym 

rodzajem egoizmu, który Jezus potępiał. Jednak zaparcie się samego siebie 

nie jest tym samym co niska samoocena. Jacob również cierpi z powodu 

fałszywego „ja", które zaniża prawdziwą wartość jego osoby. Jezusowi nie 

chodziło o to, byśmy cenili siebie niżej niż na to zasługujemy. Chciał 
abyśmy widzieli się takimi, jakimi naprawdę jesteśmy i żyli zgodnie z tym 

wewnętrznym wizerunkiem. Fałszywe „ja" Jacoba, zaniżające jego samoocenę, 

wpływa równie negatywnie na jego związki z innymi, co fałszywe „ja" 

Connora, nadmiernie zawyżające jego zdanie na swój temat. Żaden z nich 
nie pokazuje innym swojego prawdziwego „ja", ponieważ nie jest to coś, co 

przychodzi łatwo. Jezus powiedział swoim uczniom, że chcąc Go naśladować, 

będą musieli „wziąć swój krzyż i pójść za nim" ponieważ życie w prawdzie 

wymaga bardzo wiele wysiłku. 
Jezus wzywa nas, abyśmy zaparli się swojego fałszywego „ja" i naprawdę 

poszli za Nim. Jest to korzystne zarówno pod względem duchowym, jak i 

psychicznym. Otwierając się na innych i nawiązując z nimi więzi oparte na 

prawdzie, umacniamy nasze prawdziwe „ja" i stajemy się takimi, jakimi 
zostaliśmy przez Boga stworzeni. MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Odrzucając pozory 

odsłaniamy człowieka. 

96 

O;;   «               Grzech jest osobistym problemem 
Jeśli 6rat twój zawini, upomnij go; i jeśli będzie 

żałował, przebacz mu. 

Lk 17. 3 

Jezus mówił o grzechu jako o „nie trafieniu do celu" lub popełnieniu 
błędu19. Mniej jednak interesowały go błędy popełniane przez ludzi, a 

bardziej zerwane więzi będące konsekwencją tych błędów. Dlatego tak łatwo 

background image

wybaczał grzesznikom. Uważał, że powinniśmy się skoncentrować przede 

wszystkim na naszych związkach z innymi ludźmi. Koncentrowanie się na 

popełnionych błędach Jego zdaniem mijało się z celem. 
Laila i Kerry były przyjaciółkami. I jak to przyjaciółki, zwierzały się 

sobie ze swoich osobistych spraw. Laila sądziła, że nie musi przy tej 

okazji zaznaczać, co Kerry powinna zachować dla siebie - uważała, że jest 

to oczywiste. Niestety, to co jest oczywiste dla jednej osoby, dla 
drugiej wcale nie musi być tak samo jasne. Nie przypuszczając, że zdradza 

zaufanie Laili, Kerry podzieliła się szczegółami ich rozmowy ze wspólną 

znajomą. Kiedy Laila się o tym dowiedziała, była na Kerry naprawdę 

wściekła. 
Laila stwierdziła, że nie może już ufać Kerry, i zaczęła rozpowiadać 

wśród wspólnych znajomych nieprzyjemne rzeczy na jej temat - zupełnie jak 

gdyby chciała wyrównać rachunek krzywd. Laila została zraniona przez 

Kerry, czuła się więc upoważniona do mówienia na jej temat rzeczy, które 
mogłyby ją zranić. „Zasłużyła na to" - powtarzała sobie Laila za każdym 

razem, gdy obma-wiała Kerry - „Po tym wszystkim, co mi zrobiła". 

Gdy Kerry dowiedziała się, co Laila rozpowiada na jej temat, była w 

szoku. Nie mogła uwierzyć, że uważała ją za swoją przyjaciółkę i tak się 
przed nią otwierała. „Jak mogłam być taka głupia - myślała. - Laili 

zależy tylko na tym, by kosztem innych dobrze wypaść w towarzystwie. 

Wcale nie jest moją przyjaciółką". 

Napięte stosunki pomiędzy Lailą i Kerry wkrótce stały się tajemnicą 
poliszynela. Nikt nie domyślał się, dlaczego tak bardzo się nie lubią, 

dla wszystkich było jednak oczywiste, że tak właśnie jest. Laila i Kerry 

podsycały wzajemną wrogość ponieważ każda 

97 
z nich zadawała sobie niewłaściwe pytanie. Nie brzmiało ono bowiem „Kto 

zaczął?", lecz „Kto kontynuuje?" 

W przypadku Laili Kerry „nie trafiła do celu" i popełniła błąd. Laila 

miała prawo poczuć się z tego powodu zraniona i zła. Jednak, mówiąc o 
grzechu, Jezus nie roztrząsał, co wydarzyło się w przeszłości, lecz 

zastanawiał się, jak obecnie można rozwiązać problem. Laila i Kerry wciąż 

na nowo grzeszyły, ponieważ bardziej zależało im na ochronie samych 

siebie niż na naprawieniu zła, które je poróżniło. 

„Niepodobna, żeby nie przyszły zgorszenia (...)- mówił Jezus. - Uważajcie 
na siebie!" (Łk 17, 1). Lecz zaraz też dodawał: „Jeśli brat twój zawini, 

upomnij go; i jeśli będzie żałował, przebacz mu". Liczy się przede 

wszystkim odnawianie więzi pomiędzy ludźmi. Jezus często oceniał grzech z 

perspektywy psychologa, uważając, że nie jest to problem tkwiący w 
ludziach, lecz dzielący ich. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Czasami grzech jest problemem dzielącym ludzi, a 

nie tkwiącym w nich samych. 

Kto idzie do pieklą? 
Jak wy możecie ujść potępienia w piekle? 

Mt 23, 33 

W duszy człowieka toczy się ciągła walka pomiędzy grzechem a duchowością, 

jak również pomiędzy różnymi przejawami psychopatologii a przejawami 
zdrowia psychicznego. W przypadku większości z nas, zmagania te mają 

charakter podświadomy i nie przybierają form ekstremalnych. Są jednak 

ludzie, w których duszy walka ta toczy się jak najbardziej świadomie i ma 

ekstremalny charakter. Używamy wówczas określeń „zły człowiek" lub 
„socjopata", aby opisać kogoś, kogo nie można wyleczyć. Zmuszeni do 

dokonania wyboru między dobrem a złem, ludzie ci sami skazują się na 

piekło. 

98 
Ted Bundy zamordował ponad trzydzieści osób. Był aresztowany, dwa razy 

uciekał, w końcu na Florydzie odbyła się jego egzekucja. Był człowiekiem 

background image

inteligentnym, umiał żyć w społeczeństwie, a czasami potrafił być nawet 

czarujący. Bundy rozumiał innych, ale nie miał dla nich współczucia. W 

jego oczach ludzie byli przedmiotami, którymi można manipulować, nie zaś 
żywymi istotami, z którymi należy tworzyć więzi. 

Jako dziecko Bundy był ofiarą przemocy i nigdy nie uporał się z jej 

konsekwencjami. Wykształciło się w nim poczucie niższości, które 

rekompensował sobie poczuciem władzy. Próbując kontrolować innych, 
zatracił umiejętność traktowania ich jak żywych ludzi. Za każdym razem 

gdy dopuszczał się wobec kogoś aktu okrucieństwa, jego zdolność 

odczuwania wyrzutów sumienia ginęła coraz głębiej w pokładach 

nieświadomości. W pewnym momencie Bundy uzależnił się od aktów przemocy w 
taki sam sposób, w jaki narkoman uzależnia się od codziennej dawki 

narkotyku. Dla Bundy'ego narkotykiem stało się uczucie ogarniające go w 

chwili, gdy zabijał swoją ofiarę. Ludzie nie budzili w nim żadnych uczuć; 

liczyło się tylko uczucie, jakiego doświadczał odbierając im życie. Bundy 
zatracił kontakt ze swoim człowieczeństwem. Jego psychika stała się dla 

niego ważniejsza niż życie ofiar. Przypadek Teda Bundy'ego to skrajny 

przykład próby ocalenia siebie za wszelką cenę. 

Przekraczając granicę swojej agresji wobec innych, niektórzy zaczynają 
postępować tak, jak gdyby byli pozbawienia sumienia i nie potrafili 

odczuwać żalu za swoje czyny. Ci, którzy przekraczają tę granicę, 

wkraczają w bezduszny świat socjopatii. Możemy nie wiedzieć dokładnie, 

gdzie przebiega owa granica, ale dzięki ludziom takim jak Ted Bundy 
wiemy, że ona istnieje. Osobom jego pokroju nie można pomóc, ponieważ nie 

chcą niczyjej pomocy. Nie zmienia to jednak faktu, że socjopaci w rodzaju 

Bun-dy'ego istnieją i że nie ma dla nich lekarstwa. 

Niektórzy nie potrafią się wyleczyć ze swoich psychopatologii. Wskutek 
pewnej kombinacji wpływów środowiskowych i genetyki oraz braku możliwości 

uzyskania właściwej specjalistycz- 

99 

nej pomocy, ludzie ci nigdy nie znajdują wytchnienia od swoich 
psychicznych cierpień. Teoretycznie wierzę, że można pomóc każdemu, kto 

tej pomocy szuka, niektórzy jednak muszą w porę spotkać właściwego 

terapeutę - zanim będzie za późno na jakąkolwiek pomoc. 

Jezus nauczał, że nie każdy będzie zbawiony (Mt 13, 41-42). Chociaż 

wszyscy zostaliśmy zaproszeni, by nawiązać duchowy kontakt z Bogiem, nie 
wszyscy z tego zaproszenia korzystamy. Smuciło to Jezusa (Łk 19, 41), 

wiedział jednak, że niektórym trudno jest się wyrzec pozycji Boga w 

swoich własnych oczach. Ludzie, którzy tak postępują, stwarzają na ziemi 

piekło, z którego nie ma dla nich ucieczki. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Ci, którzy stwarzają innym piekło, sami do niego 

trafiają. 

Zbawienie i psychoterapia                        ^j 

Ponieważ ten syn mój byi umarły, a. znów ożył; zagi' 
nąŁ, a odnalazł się. 

Lk 15.24 

- Chyba coś jest nie tak z moim wzrokiem - powiedziała Sarah na początku 

naszego pierwszego spotkania. 
- Ze wzrokiem? - zapytałem. 

- Tak. Muszę być ślepa skoro wybieram takich, a nie innych mężczyzn na 

swoich partnerów. Czy może pan coś na to poradzić? - zapytała. 

Jako terapeuta mogłem z tej pierwszej wypowiedzi Sarah wyczytać dobre i 
złe wieści. Dobre było to, że chciała przyjrzeć się samej sobie, co w 

przypadku terapii zawsze dobrze rokuje. Niedobre było jednak jej 

przekonanie o jakimś wewnętrznym defekcie. Wiem z doświadczenia, że 

przekonanie o własnym nieprzystosowaniu przynosi więcej szkód, niż 
mogłoby przynieść odkrycie u siebie jakiejś prawdziwej wady. 

100 

background image

W miarę jak nasza terapia posuwała się do przodu, dowiedziałem się, że 

gdy Sarah była w szkole podstawowej jej rodzice rozwiedli się, a jej 

matka musiała iść do pracy, aby utrzymać Sarah i jej siostry. Ponieważ 
rodzice nie mogli już poświęcać jej tyle uwagi co dawniej, Sarah zaczęła 

szukać akceptacji u rówieśników w szkole. 

Gdy Sarah rozpoczęła naukę w liceum, jej kontakty z chłopcami nabrały 

charakteru erotycznego. Stosunek płciowy stał się dla niej ceną, jaką 
musiała zapłacić, aby poczuć czyjąś bliskość - to, czego tak bardzo 

potrzebowała. Sarah doszła do wniosku, że jedynym sposobem, by zdobyć to, 

czego się pragnie, jest dawać innym to, czego chcą w zamian. Ta 

„warunkowa" miłość utrwaliła w Sarah przekonanie, że swoim postępowaniem 
może zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Nie wiedziała jednak, czy można ją 

pokochać za to, kim jest. 

Wiele czasu upłynęło, zanim Sarah nauczyła się, jak ma mnie traktować 

podczas naszych spotkań. Przez pewien czas wyobra-żała sobie, że 
moglibyśmy mieć romans. Następnie doszła do wniosku, że spotykam się z 

nią dla pieniędzy, w sekrecie zaś uważam ją za odrażającą z powodu jej 

dawnych przygód erotycznych. W końcu po wielu godzinach, podczas których 

opowiadała mi o sobie najgorsze rzeczy i odsłaniała przede mną swoje 
najbardziej ponure i szokujące tajemnice, Sarah zaczęła sobie 

uświadamiać, że ktoś - mężczyzna - może interesować się nią z innego 

powodu, niż mając na uwadze to, co mógłby od niej dostać w zamian. Sarah 

zaczęła odkrywać swoje prawdziwe „ja" - to, które chciało tworzyć 
bezwarunkową więź z drugim człowiekiem, kochającym ją za to, jaka jest, a 

nie za to co robi. 

To co Sarah robiła, aby zdobyć miłość, wcale nie świadczyło o istnieniu w 

niej jakiegoś defektu - były to po prostu próby odnalezienia utraconego 
uczucia. Sarah na tyle głęboko cofnęła się w swoją przeszłość, że udało 

jej się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego jest właśnie taka. Jej 

rozwiązłość niczego nie wyja-śniała - był to po prostu niefortunny skutek 

niezaspokojonej potrzeby. W chwili gdy Sarah odnalazła w sobie małą 
dziewczynkę 

101 

pragnącą ojcowskiej miłości, jej życie zaczęło nabierać sensu. Nie była 

nieprzystosowana - była niekochana. Mała zagubiona dziewczynka odnalazła 

się, Sarah zaś poczuła się tak, jak gdyby powróciła do domu i odnalazła 
swoje prawdziwe „ja". 

Sarah nie czuje już potrzeby zachowywania się w taki sposób, jakby coś 

było z nią nie tak. Problem nie leżał w niej; problemem było to, czego 

potrzebowała, a czego nie otrzymała. Ponieważ Sarah nie uważa się już za 
„wybrakowany egzemplarz", powoli dostrzega, że potrafi dać innym coś 

bardzo cennego. Nic więc dziwnego, że przyciąga teraz zupełnie inny 

rodzaj mężczyzn. 

Jezus głosił, że grzech odsuwa nas od Boga, zaś zbawienie polega na 
odnowieniu z Nim więzi. W przypowieści o synu marnotrawnym porównał 

odpuszczenie grzechów do powrotu do domu, tam, gdzie jest nasze miejsce. 

Psychoterapia przynosi efekty, ponieważ działa zgodnie z zasadą nazwaną 

przez Jezusa procesem zbawienia. Związki z innymi mają moc uzdrawiania. 
Człowiek nie może być zdrowy psychicznie, nie tworząc zdrowych więzi z 

innymi. Tak już zostaliśmy stworzeni - musimy czuć więź z innymi, aby być 

w pełni ludźmi. 

Psychoterapia to proces, podczas którego pomagamy zagubionym ludziom 
odnaleźć drogę do domu. Nawiązując więź z pacjentem my, terapeuci, możemy 

pomóc mu zrozumieć, w którym miejscu zboczył z drogi prawidłowego 

rozwoju, zaś oceniając jego postępy w tworzeniu więzi z nami i innymi 

ludźmi, możemy nawrócić go na drogę zdrowia psychicznego. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Zagubioną duszę należy odnaleźć, a nie naprawiać. 

Zrozumieć religię 

background image

Pewnego razu Jezus przechodzi! w szabat pośród zbóż. Uczniowie Jego, 

odczuwając głód, zaczęli zrywać kłosy i jeść [ziarna). Gdy to ujrzeli 

faryzeusze, rzekli Mu: „Oto twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno 
czynić w szabat". A On im odpowiedział: „Czy nie czytaliście, co uczynił 

Dawid, gdy poczuł głód, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i 

jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść ani jemu, ani jego 

towarzyszom, tylko samym kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w 
dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez 

winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście 

zrozumieli, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary», nie 

potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn 
Człowieczy jest Panem szabatu". 

Mt 12. I-S 

Jezus głosił, że religia została stworzona dla ludzi, nie zaś ludzie dla 

religii. Mimo iż to, co zrobił w święty dzień szabatu, naruszało 
żydowskie prawo, Jezus nawet przez chwilę się nie wahał. Co więcej, pytał 

faryzeuszy: „Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego? Życie 

uratować czy zabić?" (Mk 3, 4). Jezus często stawał twarzą w twarz z 

ludźmi, którzy myśląc sztywnymi kategoriami dawno stracili z oczu cel, 
jakiemu powinna służyć religia. 

Psycholodzy zaobserwowali, że w miarę, jak u dorastających dzieci rozwija 

się umiejętność abstrakcyjnego myślenia, wzrasta również ich zdolność 

pojmowania złożonych kwestii moralnych. Zarówno rozwój intelektualny, jak 
i moralny człowieka zmierza od konkretu ku abstrakcji. Oznacza to, że 

dojrzewając uświadamiamy sobie istnienie pewnych wytycznych, 

ułatwiających nam nawiązywanie kontaktów z innymi ludźmi. Jezus stawiał 

religijną 
103 

praktykę miłosierdzia ponad religijną praktyką ofiary; Jego podejście 

jest bardzo podobne do tego, co współcześni psycholodzy nazywają 

dojrzewaniem moralnym20. Kierując się miłosierdziem, zawsze bierzemy pod 
uwagę drugiego człowieka. Ofiara zaś służy czasami wyłącznie naszym 

interesom. 

Rytuały religijne 

Czyńcie to na moją pamiątkę. 

1 Kor 11,24 
Katherine i Brandon zgłosili się na terapię małżeńską, aby poprawić swoje 

stosunki. Wiedzieli, że darzą się miłością i byli dumni z osiągnięć 

swoich dzieci; oboje wiedzieli jednak również, że ich wzajemne relacje 

mogłyby być lepsze. 
Katherine wychowywała się w rodzinie, w której wyrażanie emocji w sposób 

otwarty było na porządku dziennym, była więc przyzwyczajona do jawnego 

okazywania zarówno czułości, jak i gniewu. Natomiast rodzina Brandona 

bardziej się kontrolowała. Jego zdaniem słowa niewiele znaczyły; liczyły 
się przede wszystkim czyny. Katherine wielokrotnie starała się wciągnąć 

Brandona w rozmowę na temat jego uczuć, ponieważ chciała się czuć kochana 

- tak, jak była do tego przyzwyczajona. Brandon starał się jednak wyrazić 

swoją miłość do Katherine poprzez ciężką pracę - tak, aby nie musieć już 
o tym mówić. 

- Czasami chcę po prostu wiedzieć, co do mnie czujesz - prosiła 

Katherine. 

- Przecież się z tobą ożeniłem, prawda? - odpowiadał zazwy-czaj Brandon. 
-Jak myślisz, dla kogo to wszystko robię? 

W trakcie naszych wspólnych spotkań odkryliśmy pewien rytuał, który 

okazał się dla Katherine i Brandona bardzo pomocny. Brandon wolał wyrażać 

swoje uczucia czynami, musiał jednak robić to w taki sposób, aby 
Katherine właściwie odczytała jego sygnały. Wiedział, że żona nie jest 

background image

szczęśliwa, często jednak nie potrafił znaleźć właściwych słów by ją 

pocieszyć. W takich właśnie 

104 
chwilach rozpoczynał swój „rytuał przytulania". Nie wyrażał w ten sposób 

ochoty na seks, nie próbował również zmieniać te-niatu - po prostu 

komunikował Katherine, że bardzo ją kocha. 

Po wspólnym namyśle Katherine i Brandon doszli do wniosku, że przytulanie 
stało się dla nich ważnym rytuałem, pomagającym im przetrwać trudne 

chwile. Czasami brakuje im słów, aby opisać, jak się akurat czują, i w 

takich momentach, przytulając się, mogą podkreślić łączącą ich silną 

więź. Obojgu jest to bardzo potrzebne. Jezus nauczał, że rytuały są po 
to, by przypominać nam o Bogu; w podobny sposób możemy wykorzystywać 

własne rytuały, by przypominać sobie i innym o łączącej nas miłości. 

Rytuał to konkretna czynność, symbolizująca rzeczywistość duchową. Jezus 

uważał, że rytuały religijne tylko wówczas spełniają swoją rolę, gdy 
przypominają nam o naszych związkach z Bogiem i innymi - zwłaszcza wtedy, 

gdy o nich zapominamy. Człowiek ma krótką pamięć, zaś rytuały dają nam 

coś namacalnego, co może nam pomóc w ulotnej sferze naszych związków. 

Jezus dobrze wiedział, że bywają chwile, gdy człowiek potrzebuje czegoś 
konkretnego, co przypomniałoby mu, że więzi łączące go z innymi są 

prawdziwe. Czasami potrzebujemy namacalnego dowodu na istnienie miłości - 

takim dowodem mogą być konkretne rytuały. Rytuały religijne spełniają 

swoją rolę tak długo, jak długo pamiętamy, jaki jest ich cel. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Rytuały pomagają nam pamiętać o miłości. 

Im dalej, tym gorzej 

W wielu takich przypowieściach głosił im naukę, o ile 

mogli [ją] rozumieć. 
Mk 4,33 

Rodzice Jonathana rozwiedli się, gdy był jeszcze w szkole podstawowej i 

od tamtej pory widywał ojca tylko w weekendy. Do dziś dnia Jonathan 

wspomina, jak siedział przed domem matki, czeka- 
105 

jąc, aż ojciec po niego przyjedzie. Zawsze było mu bardzo przykro, gdy 

ojciec się spóźniał. Sytuację pogarszały jeszcze komentarze matki w 

rodzaju: „Wygląda na to, że twój tatuś ma na głowie ważniejsze litery niż 

spędzanie czasu z własnym synem". Jona-than czuł wówczas, że nie jest dla 
ojca wystarczająco ważny i nienawidził tego. Jego dziecięce rozumowanie 

było bardzo proste: „Gdyby mnie kochał, przyjeżdżałby po mnie o tej 

godzinie, 

0 której obiecał przyjechać". 
Obecnie Jonathan wysoko ceni sobie punktualność. O ile to możliwe, sam 

nigdy się nie spóźnia i oczekuje podobnego szacunku od innych. Uważa, że 

niepunktualność można wytłumaczyć tylko w jeden sposób: człowiek, który 

się spóźnia, najwidoczniej nie uważa osoby, z którą był umówiony za 
wystarczająco ważną. Jonathan ma jasno ustalone poglądy na kwestię 

spóźniania się. 

Jest też bardzo dokładny w innych kwestiach. Wymaga od ludzi, by 

precyzyjnie przedstawiali fakty, zawsze mówili prawdę 
1  dotrzymywali złożonych przez siebie obietnic (nawet tych 

najdrobniejszych) - wszystko to bowiem świadczy o tym, że uważają go za 

wystarczająco ważnego. Zdarza mu się zrywać przyjaźnie z powodu 

niedociągnięć w którejś z tych dziedzin. Jonathan wymaga od swoich 
przyjaciół dokładności, ponieważ tylko w ten sposób może być pewien, że 

go cenią. 

Jonathan nie zdaje sobie niestety sprawy z tego, że poszanowanie cudzego 

czasu, mówienie prawdy i dotrzymywanie obietnic jedynie symbolizują nasz 
szacunek dla drugiej osoby, nie są zaś żadnym dowodem tego szacunku. Jest 

wiele powodów, dla których można być nieprecyzyjnym w czynach, słowach 

background image

lub dotrzymywaniu terminów. Ponieważ we wczesnym dzieciństwie Jonathan 

tak boleśnie się rozczarował, kurczowo trzyma się teraz konkretnych 

symboli. Jego zdaniem dokładność nie jest jedynie symbolem naszego 
szacunku dla drugiej osoby, lecz konkretnym jego dowodem. Jonathan 

zniszczył już kilka swoich życiowych związków i nadal niepotrzebnie 

zadaje sobie ból przestrzegając w rygorystyczny sposób zasady 

punktualności. Jezus uważał symbole za pożyteczne, ponieważ dzięki nim 
można zacieśniać związ- 

106 

ki z ludźmi. Nigdy jednak nie twierdził, że powinno się je wyko-rzystywać 

do zrywania więzi łączących nas z innymi. 
Jezus mówił, że symbolizm religijny może być pomocny ludziom o różnym 

stopniu wykształcenia i różnym poziomie inteligencji. Nauczał poprzez 

przypowieści, abyśmy mogli wydobyć z Jego słów znaczenia w danej chwili 

nam potrzebne. Podsuwając swoim słuchaczom konkretne obrazy pomagał im 
zrozumieć nawet najbardziej abstrakcyjne koncepcje wiary. Jezus był 

mistrzem opowieści, ponieważ znał moc symboli jeśli chodzi o 

przekazywanie pewnych idei. 

Człowiek wierzący wciąż się rozwija, a jego postrzeganie świata 
nieustannie ewoluuje od konkretu do poziomu abstrakcji. To co dawniej 

było „biało-czarne", w miarę jak dojrzewamy przybiera „różne odcienie 

szarości." Jezus ustanowił rytuały religijne po to, abyśmy Go pamiętali, 

a nie by w jakiś magiczny sposób obdarzyły nas mocą. Niektórzy ludzie tak 
kurczowo trzymają się konkretnych form poznania, że umyka im cały sens 

religijnych zasad i rytuałów. Wypełnianie ich dla zasady, bez głębszego 

zrozumienia roli, jaką odgrywają w ułatwianiu nam kontaktu z Bogiem i 

bliźnimi, jest pustą religią, ograbiającą ludzi z ich duchowego życia. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Rytuały pomagają miłości; nie mogą jej jednak 

zastąpić. 

Dlaczego Freud krytykował fundamentalizm religijny 

Byli znękani i porzuceni, jak owce nie mające pasterza. 
Mt 9,36 

Dylan zdecydował się na terapię, ponieważ jego małżeństwo się rozpadało i 

przyjaciele stwierdzili, że może mu to pomóc. Był człowiekiem towarzyskim 

i lubiącym rozmawiać, nie mógł jednak zrozumieć, dlaczego właśnie on 

powinien poddać się terapii. Dylan uważał, że jest facetem lubiącym dobrą 
zabawę, który po- 

107 

pełnił błąd żeniąc się z bardzo zasadniczą kobietą - zasadniczą zwłaszcza 

w kwestii jego stosunku do alkoholu. „Po prostu dokonałem złego wyboru. 
Cóż innego mogę powiedzieć?"- tak Dylan tłumaczył swoje małżeńskie 

problemy. 

Po kilku tygodniach spotkań i moich intensywnych prób wy-dobycia z niego 

prawdy, doszliśmy z Dylanem do bardzo istotnej konkluzji. Dylanowi nie 
chodziło jedynie o to, by się dobrze bawić. Robił co mógł, żeby nie czuć 

się źle. W istocie do tego stopnia koncentrował się na tym, by uniknąć 

złego samopoczucia, że przy każdej okazji przy pomocy alkoholu tłumił 

swoje frustracje. Dylan usilnie starał się przekonać samego siebie, że 
jest po prostu człowiekiem nie stroniącym od alkoholu, który przechodzi 

gorszy okres i dlatego więcej pije. Ostatecznie jednak doszedł do 

wniosku, że jest alkoholikiem. Określenie „alkoholik" nie wyszło ode 

mnie, Dylan sam zaczął tak o sobie mówić. 
W ciągu kolejnego roku Dylan stał się innym człowiekiem. Zaczął chodzić 

na spotkania klubu AA, odstawił alkohol i stał się bardzo religijny. Od 

czasów dzieciństwa, gdy uczęszczał do szkółki parafialnej, Dylan raczej 

nie interesował się sprawami wiary. Coś się jednak zmieniło. Teraz 
potrafił się już przyznać, że w pewnych życiowych sprawach jest bezradny 

i potrzebuje pomocy Boga. Umiał głośno mówić o swoich brakach, otworzył 

background image

się na emocje w sposób, w jaki dotąd tego nie robił i po raz pierwszy w 

życiu nauczył się ufać innym. Świadomość własnej bezradności i głęboka 

potrzeba bożej pomocy odmieniły życie Dylana. Mógłby powiedzieć wam, że 
Bóg dosłownie ocalił mu życie. Dylan nie wstydzi się także mówić innym, 

że właśnie dzięki religii stał się lepszym człowiekiem. 

Freud nienawidził religii. Nie sądzę, aby konieczne było w tym miejscu 

analizowanie jego religijnego wychowania i powodów, dla których zaczął 
atakować religię, jest jednak faktem, że nazywał religię iluzją, którą 

ludzie posługują się jako tarczą przeciw własnej bezradności wobec 

świata21. Zgodnie z tą teorią nasze życie jest powierzchowne, my zaś 

zasłaniamy się rytuałami i zasadami religijnymi zamiast stawić czoła 
głębszym znaczeniom 

108 

i uczuciom. Niektórzy rzeczywiście tak postępują - z reguły są to 

religijni fundamentaliści22. Jednak w życiu Dylana religia odegrała rolę 
dokładnie odwrotną do tej, jaką przewidział dla niej Freud. 

Jezus nie zgodziłby się z poglądami Freuda na sprawy religii. W Jego 

oczach przyznanie się do własnej bezradności było oznaką duchowej 

dojrzałości, zaś najlepszą możliwą decyzją było szukanie pomocy u Boga. 
Zadaniem religii nie jest obrona człowieka przed poczuciem bezradności. 

Właśnie emocjonalna reakcja na naszą bezradność sprawia, iż otwieramy się 

na drugiego człowieka, który może nam pomóc w potrzebie. W oczach Jezusa 

wszyscy jesteśmy bezradni i potrzebujemy obecności Boga w naszym życiu. 
MYŚL DO ZAPAMIĘT^AI Proces uzdrawiania rozpoczyna się wraz z 

uświadomieniem sobie, że nie jesteś Bogiem. 

Dlaczego Jezus krytykował fundamentalizm religijny 

Biada wam, uczeni w Piśmie i Faryzeusze obłudnicy! 
Mt 23, 27 

Mimo iż Jezus generalnie nie zgodziłby się z poglądami Freuda na temat 

religii, przychyliłby się jednak prawdopodobnie do jego krytyki 

fundamentalistów religijnych, którzy w swych działaniach zasłaniają się 
religią jak tarczą. Jezus nie tolerował fałszu w religii. Była ona dla 

Niego narzędziem ułatwiającym człowiekowi kontakt z Bogiem, nie zaś 

zbiorem sztywnych zasad sprawiających, że czujemy się dobrze lub źle. 

Małżeństwo Rachel i Noah przeżywało kryzys. Noah wdał się w romans. 

Znalazł się w niedwuznacznej sytuacji z kobietą, którą znał od wielu lat 
i zdradził z nią żonę. Po tym fakcie czuł się okropnie, chciał zrozumieć, 

jak coś takiego mogło się przydarzyć jemu i jego małżeństwu. Mimo iż był 

to jednorazowy „skok w bok", Noah czuł potrzebę wyznania całej prawdy 

Rachel, któ- 
109 

rą chciał następnie błagać o przebaczenie. Jednak Rachel wpadła we 

wściekłość. 

Jako gorliwa chrześcijanka Rachel poczuła się znieważona tym, że Noah 
mógł zbezcześcić ich małżeństwo uprawiając seks z inną kobietą. Tym samym 

popełnił grzech, który w świetle nauk biblijnych dawał jej prawo 

domagania się rozwodu. Rachel zamierzała „być posłuszną Słowu Bożemu". 

Noah żałował swego postępku, jednak jego uczucia były mieszane. Nie mógł 
uwierzyć, że popełnił zdradę jedynie wskutek swojej słabej woli. Sądził, 

że czyn ten świadczył również o złej kondycji jego małżeństwa. Dla Rachel 

teoria ta stanowiła jedynie dowód zatwardziałego serca Noah, zagroziła mu 

więc rozwodem. 
Terapia małżeńska była w tym przypadku bardzo trudna: Rachel była 

przekonana, że stała się niewinną ofiarą grzesznego aktu rozwiązłości, 

Noah zaś nie był pewien, co tak naprawdę się z nimi dzieje. Ponadto 

Rachel okazała się znawczynią wersetów Biblii, dotyczących niewierności i 
przysięgi małżeńskiej, i szafowała nimi do woli podczas naszych spotkań. 

background image

- Gdybyś poświęcał więcej czasu na czytanie Słowa Bożego, nie uległbyś 

pokusie - tłumaczyła mężowi. - Wiedziałbyś, że twoje ciało wcale do 

ciebie nie należy. 
W takich chwilach Noah spuszczał wzrok, nie wiedząc, co ma : 

odpowiedzieć. 

Chociaż Rachel i Noah ostatecznie postanowili zostać razem, żadnemu z nas 

terapia nie dała satysfakcji. Dla Noah ważne były dwie sprawy: uzyskanie 
przebaczenia za grzech popełniony przeciwko żonie i rozwiązanie 

małżeńskich problemów, które pchnęły go do zdrady. Rachel chodziło tylko 

o jedno i wszystkie próby Noah mające na celu zwrócenie jej uwagi na 

cokolwiek poza zdradą odbierała jako dowód jego niechęci do wzięcia na 
siebie winy za grzech rozwiązłości. Noah zgrzeszył przeciwko niej, 

oczekiwała więc, że przez resztę ich wspólnego życia będzie starał się 

jej to wynagrodzić. Biblia dawała jej prawo opuszczenia męża i gdyby 

zdecydowała się z niego skorzystać, mogłaby to zrobić, kierując się 
uzasadnionym gniewem. 

110 

Jezus uważał zdradę małżeńską za grzech, za coś bardzo szkodliwego dla 

związku dwojga ludzi. Jednocześnie nauczał, że Pismo Święte ma służyć 
zacieśnianiu więzi z Bogiem i bliźnimi, nie zaś stawianiu się ponad 

wszystkim i wszystkimi. Czasami jesteśmy przekonani, że Pismo potwierdza 

nasze racje, możemy się jednak bardzo mylić. Rachel posłużyła się 

religią, aby nie dopuścić do analizy swojego postępowania w kontekście 
kryzysu małżeńskiego, religia zaś nie powinna być w tym celu 

wykorzystywa-na. Reprezentowany przez nią religijny fundamentalizm wyżej 

stawia zasady niż ludzi i uniemożliwia człowiekowi życie zgodne z 

wartościami moralnymi. Zarówno Jezus, jak i Freud zdecydowanie go 
potępiali. 

Jezus nie widział problemu w religijnej żarliwości, potępiał jednak 

podejście niektórych ludzi do spraw religii. Gdy zasady religijne stają 

się ważniejsze od ludzi, którzy ich przestrzegają, religia może stać się 
toksyczna. Jezus nie tolerował tych, którzy wykorzystywali zbawczy dar 

religii, jednoczący człowieka z Bogiem i bliźnimi, aby poprzez fałszywą 

pobożność podnosić swoją wartość we własnych oczach i chronić się przed 

przykrym poczuciem nieprzystosowania. Jego zdaniem religia powinna 

wywoływać w nas poczucie małości i więzi z innymi ludźmi, nie zaś 
przekonanie o własnej wielkości i dumę religijną. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Prawdziwa religia wywyższa Boga, a nie nas samych. 

Kłopoty z religią 

Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary. 
Mt 12.7 

"ani Johnson pracuje w opiece społecznej. Zajmuje się przypad- 

ami maltretowania dzieci i bardzo poważnie traktuje swoją pra- 

ce- Zajmuje się większą liczbą spraw niż jej współpracownicy, 
Pracuje również po godzinach. Ma osobowość typu „A" charak- 

111 

teryzującą się obsesyjnym zwracaniem uwagi na detale. Mimo iż nie jest 

osobą wierzącą, pani Johnson jest fanatycznie oddana swojej pracy. 
Hannah jest nową pracownicą socjalną, niedawno zatrudnioną w biurze pani 

Johnson, pełną entuzjazmu dla swojej nowej pracy. Chociaż w 

przeciwieństwie do pani Johnson nie wykazuje szczególnego zamiłowania do 

detali, uważa jednak, że wybrała właściwy zawód: bardzo kocha dzieci. 
Hannah ma idealistyczny stosunek do swojej pracy w opiece socjalnej. 

Liczy na to, że optymizm pomoże jej w trudnych chwilach. Jeśli chodzi o 

pracę z dziećmi, Hannah wykazuje wręcz religijny zapał. Niestety, pani 

Johnson nie akceptuje poglądów Hannah i jej stosunku do pracy. Uważa za 
swój obowiązek bronić system opieki społecznej przed idealistami pokroju 

Hannah. Sądzi, iż nie zdają sobie sprawy z tego, jak ciężka i 

background image

skomplikowana jest to praca. „Nie wystarczy przeczytać o tym w książce. 

Życie tutaj to nie bajka. Dobrym pracownikiem socjalnym może być tylko 

ktoś, kto spędził wiele lat na linii frontu i przykłada wagę do 
szczegółów" - lubi powtarzać pani Johnson. 

Ponieważ pani Johnson od początku nie lubiła Hanny, ich stosunki stawały 

się coraz bardziej napięte. Pani Johnson strofowała nową pracownicę za 

każdym razem, gdy ta zrobiła jakiś błąd w dokumentacji i nigdy nie 
przepuściła żadnej okazji, by strofować ją w kwestii polityki biura. W 

końcu Hannah zrezygnowała z pracy. Czuła się zniechęcona i przytłoczona 

nadmierną krytyką. „Chyba nie nadaję się do tego zawodu" - powiedziała w 

dniu swego odejścia - „Mój światopogląd jest zupełnie inny od waszego". 
Prawdziwą tragedią jest to, że, mając odpowiednie wsparcie, Hannah 

mogłaby pewnego dnia stać się bardzo dobrym pracownikiem socjalnym. 

Ponieważ jednak nie umiała być drugą panią Johnson, nie można jej było 

tolerować. Pani Johnson wiele poświęciła dla swojej pracy, czuła się więc 
upoważniona do decydowania, kto powinien odnieść sukces w biurze, a kogo 

należało zniechęcić. Niestety, wszystkie ofiary, jakie złożyła na ołtarzu 

swojego życia zawodowego, wynikały raczej z jej wewnętrznej 

112 
potrzeby postępowania w zgodzie ze sztywnymi zasadami niż z jej 

współczucia dla bliźnich. Ludzie potrafią wykazywać religijną dewocję w 

wielu dziedzinach życia - w przypadku pani Johnson była to jej praca. 

Jezus nauczał, że w konfrontacji ze sztywnymi zasadami ktoś zawsze będzie 
musiał zapłacić. W tej historii taką osobą była niestety Hannah. 

Przez wieki ludzie składali rozmaite ofiary, czyniąc z tego element swych 

praktyk religijnych. Rezygnacja z własnych pragnień na rzecz drugiej 

osoby może być dowodem szczerego współczucia tylko wtedy, gdy kieruje 
nami miłość. Ofiara składana bez miłości świadczy o tym, że nasza wiara 

jest bardzo płytka. 

Jezus głosił, że religia pozbawiona miłości jest religią pozbawioną 

jakiegokolwiek sensu. Dlatego właśnie pragnął „miłosierdzia raczej niż 
ofiary". To, w jaki sposób praktykujemy naszą religię, ma decydujące 

znaczenie. Sztywne trzymanie się praktyk religijnych sprawia, że tracimy 

z oczu ich właściwy cel, którym jest zbliżenie nas do drugiego człowieka; 

taka religia jest złą religią. Jezus miłował religię, nie tolerował 

jednak braku elastyczności. Sama w sobie religia nie stwarza problemów. 
Stwarzają je ludzie, których sztywne zasady ograbiają z duchowych 

wartości. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Religia nie jest problemem, w przeciwieństwie do 

sztywnych zasad. 
Konserwatywny fundamentalista 

Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije, a oni mówią: „Oto 

żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników". 

Mt II, 19 
Od pierwszego spotkania z Matthew wiedziałem, że czekają mnie kłopoty. 

„Czy jest pan chrześcijaninem? Do którego kościoła pan chodzi? Co pan 

sądzi o modlitwie? Jaka jest pana teoretyczna orientacja?" - tak brzmiało 

zaledwie kilka pytań, jakimi zasypał mnie na samym początku terapii. 
Pytania jako takie nie stanowi-v dla mnie problemu, zaniepokoił mnie 

jednak sposób ich zadawania - z prędkością karabinu maszynowego. 

113 

Wkrótce stało się jasne, dlaczego Matthew starał się dowiedzieć o mnie 
jak najwięcej w jak najkrótszym czasie: chciał się upewnić, czy w jakiś 

sposób się od siebie różnimy. Sama myśl 

0 tym zdawała się go przerażać. Odpowiedziałem szczerze na jego pytania i 

przez pewien czas wydawało mi się, że jest tym usatysfakcjonowany. Jednak 
bardzo szybko zaczai zadawać kolejne pytania, starając się za wszelką 

cenę odkryć jakąś dzielącą nas różnicę poglądów. Wyglądało to tak, jakby 

background image

z góry założył sobie, że powinien się mnie bać i szukał potwierdzenia dla 

swoich obaw. 

Matthew bardziej zależało na tym, by zrozumieć postępowanie innych ludzi 
niż swoje własne. Przez większość czasu rozmawialiśmy o tym, że żona nie 

spełnia jego oczekiwań i że jego współpracownicy żyją w sposób niemoralny 

i bezbożny - oczywiście według jego standardów. Matthew miał wręcz 

obsesję na punkcie oceniania zachowania innych i wszyscy wypadali w jego 
oczach bardzo mizernie. 

Mimo iż było to trudne dla nas obu, udało nam się w końcu osiągnąć pewien 

postęp. Zamiast koncentrować się na innych ludziach, skupiliśmy się na 

problemach Matthew - co prawda w mniejszym stopniu, niż bym tego chciał, 
lecz z pewnością w większym, niż on sobie tego życzył. Matthew zrozumiał, 

że czasami zbyt surowo osądza żonę i że nie jest to dobra rzecz. Przyznał 

również, że aby czuć się swobodnie, wymaga od swoje-1 go otoczenia dużego 

stopnia konformizmu. Pod koniec terapii i Matthew zaczął dokładniej 
analizować swój stosunek do religii 

1 to, jak wpływał on na jego zachowanie. 

Pedantyczne przestrzeganie zasad i ocenianie zachowania innych było w 

przypadku Matthew próbą wykorzystania religii do stłumienia obawy, iż on 
sam mógłby okazać się grzeszny w oczach Boga. Upewniając się, że 

pozostali wierzący zachowują się dokładnie tak samo jak on, Matthew 

nabywał pewności, że Bóg go akceptuje. Gdyby okazał się inny, mógłby mieć 

kłopoty i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Każdy, kto postępował tak 
samo jak Matthew, postępował słusznie. Tylko to dawało mu poczucie 

bezpieczeństwa. Mimo iż mój pacjent nie porzucił w stu procentach swo- 

114 

ich poglądów, to i tak wydaje mi się, że terapia ułatwiła mu otwarcie się 
na problemy, a w przyszłości pozwoli na ich rozwiązanie. 

Konserwatywni fundamentaliści są niezwykle zasadniczy, jeśli chodzi o 

kwestie religijne, ponieważ tylko dzięki temu mogą być pewni, że mają 

kontakt z Bogiem. W głębi duszy szczerze pragną więzi z Bogiem, lecz ich 
zamknięte horyzonty nie dopuszczają indywidualnych różnic. Każdy, kto nie 

przestrzega ich zasad religijnych, stanowi dla nich zagrożenie. Patrząc z 

perspektywy funda-mentalisty, wszyscy ludzie powinni żyć w zgodzie z 

określonymi, konkretnymi zasadami, aby móc być blisko Boga. Nie 

przestrzegając tych zasad, tracą z Nim kontakt. 
Jezus miłował ludzi. Chętnie przebywał z nimi w ich domach, odwiedzał 

ich, gdy pracowali, i korzystał z ich gościny. Współcześni mu 

konserwatywni fundamentaliści nie uważali go za religijnego człowieka, 

ponieważ obcowanie z ludźmi stawiał ponad sztywnymi zasadami religijnymi. 
Nazywali go więc „żarłokiem i pijakiem, przyjacielem grzeszników." Jezus 

wiedział, że religia powinna wypływać z serca, nie zaś z naszego 

konformizmu. Kochał ludzi takimi, jacy byli, i akceptował wyst^pujące 

między nimi różnice. Nie twierdził, że aby być religijnymi, wszyscy 
powinniśmy być tacy sami. 

Jezus głosił też, że szczera praktyka religijna możliwa jest jedynie 

wtedy, gdy różni ludzie łączą się ze sobą więzią braterstwa, opartą na 

wspólnym umiłowaniu Boga i bliźnich. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Prawdziwa wspólnota nie ma nic wspólnego z 

konformizmem - to miłość. 

Liberalny fundamentalista 

Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego 
pana. 

Mt 10. 24 

Andrew jest bardzo inteligentny. Czasami nasze spotkania przypominają 

bardziej dyskusje intelektualne niż psychoterapię. Początkowo niełatwo 
było mi zdobyć jego zaufanie, ponieważ wy- 

115 

background image

dawało mi się, że nieustannie ocenia moją inteligencję pod kątem tego, 

czy będę w stanie mu pomóc. Pytał mnie na przykład, jakich znanych 

pisarzy czytuję albo wysuwał filozoficzne teorie, które następnie 
roztrząsaliśmy. 

Chociaż poczucie intelektualnej równości było dla niego bardzo ważne, 

akceptował jednocześnie fakt, że pod pewnymi względami bardzo się od 

siebie różnimy. Mam wrażenie, że po dziś dzień Andrew jest przekonany o 
swej nieznacznej przewadze intelektualnej nad innymi. Jest to cecha 

odróżniająca go od otoczenia, którą się w głębi duszy rozkoszuje. 

Andrew uważa się za bardzo otwartego człowieka, dlatego też nie znosi 

osób myślących w sposób konserwatywny. Jego zdaniem tradycyjne wartości 
religijne i konserwatywny stosunek do wiary były na przestrzeni wieków 

przyczyną wielu niesprawiedliwości. Andrew uważa, że postępowanie w 

zgodzie ze sztywnymi zasadami religijnymi świadczy o bezmyślnym stosunku 

do życia i kurczowo trzyma się tego przekonania. 
Andrew nie zgłosił się jednak na terapię szukając pomocy w związku ze 

swoimi poglądami. Pchnęła go do tego rozpacz. Andrew cierpi na łagodną 

depresję, chociaż nieustannie angażuje się w różnego rodzaju chwalebne 

akcje. Uważa, że jego życie ma sens, czuje się jednak przytłoczony. 
Niełatwo jest wierzyć, że jest się mądrzejszym od innych; przekonaniu 

temu towarzyszy bowiem poczucie wielkiej odpowiedzialności za to, by 

jakoś ten fakt spożytkować. Andrew wierzy w Boga, traktuje Go jednak jako 

abstrakcyjną ideę. Nie pokłada w Nim ufności, ponieważ wystar-czająco 
często zawodzili go ci, których w życiu podziwiał. Andrew ufa potędze 

swojej inteligencji - ona nigdy go nie zawiodła. 

Andrew ma w zasadzie dość ustalone poglądy, chociaż są to poglądy 

liberalne. Ponieważ nie jest konserwatywny, mało kto uważa go za 
fundamentalistę. W rzeczywistości jednak Andrew jest liberalnym 

fundamentalistą. To nie charakter wyznawanej przezeń religii czyni go 

fundamentalistą, lecz sztywność, z jaką trzyma się swoich przekonań. 

Andrew nie akceptuje nietolerancji. 
116 

Liberalny fundamentalista nie wierzy w życie zgodne z konkretnymi 

zasadami religijnymi ani w surowe przestrzeganie własnych przekonań. 

Fundamentalista tego rodzaju pogardza konserwatystami uważając ich za 

stado bezmyślnych owiec, które muszą trzymać się utartych ścieżek, 
ponieważ brakuje im intelektualnych możliwości ich bardziej liberalnych 

braci. Liberalni fun-damentaliści na miejscu Boga nieświadomie stawiają 

bystrość swego umysłu. Czyż prawdziwie oświeceni ludzie powinni być 

zmuszani do postępowania zgodnie z zasadami szarych mas? 
Jezus nauczał, że wyższość intelektualna nie jest warunkiem duchowej 

dojrzałości. Często stawiał czoła wykształconym głupcom. Uwielbienie 

własnego umysłu to niebezpieczna religia -w trudnych chwilach nie mamy 

nikogo, do kogo moglibyśmy się zwrócić. Liberalni fundamentaliści często 
sprawiają wrażenie, że chcą zmienić świat, jednak w głębi duszy 

rozpaczają, że muszą tego dokonać osobiście. Jezus chciał, aby religia 

była dla ludzi narzędziem służącym do zjednywania sobie w życiu bożej 

pomocy, nie zaś sposobem pomagania Panu Bogu. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Prawdziwego ukojenia nie można znaleźć w bogu 

własnego umysłu. 

Cel religii 

Idź i pojednaj się z bratem Swoim. Potem przyjdź i dar 
swój ofiaruj. 

Mt 5, 24 

Wiele lat temu wybrałem się z moim znajomym o imieniu Vern do więzienia 

stanowego, aby porozmawiać z przebywającymi tam więźniami. Vern odwiedzał 
ich regularnie i w pewne niedzielne popołudnie zaproponował mi wspólną 

wypraw^, mówiąc, że będzie to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. 

background image

Kiedy przyjechałem na miejsce okazało się, że mogę wejść tylko w 

towarzystwie Verna. Strażnicy przez lata obserwowali różne poczciwe 

duszyczki, przybywające, by nieść więźniom ducho- 
117 

we wsparcie, doświadczenie mówiło im jednak, że długo nie wy-trzymają. 

Vern był jedynym człowiekiem, któremu pozwalano poruszać się po więzieniu 

bez nadzoru, ponieważ tylko on wyka-zał wystarczająco dużo uporu i 
wytrwał ze swoją trzódką. Nie było to zadanie, któremu mógłby sprostać 

ktoś słaby duchem. 

Vern miał szczegółowo opracowany plan swoich wizyt w więzieniu. 

Podchodził kolejno do każdej celi, podawał jej mieszkańcowi małą, 
oprawioną na zielono Biblię i pytał, czy chciałby porozmawiać z nim o 

Bogu. Jeżeli więzień wyrażał taką chęć, Vern wdawał się z nim w rozmowę 

na temat korzyści wypływających z kontaktu z Bogiem używając słów, które 

tylko więźniowie mogli zrozumieć. Przyszło mi do głowy, że Vern używa 
najbardziej wulgarnego języka, jaki zdarzyło mi się słyszeć. Mimo iż 

początkowo byłem tym nieco zszokowany, dziś wspominając tamten dzień 

wiem, że mówił do nich ich własnym językiem. 

Nigdy nie zapomnę widoku Verna stojącego w swoim niemodnym  letnim  
garniturze  i  przemawiającego   do  więźniów szorstkim i niewyszukanym 

językiem. Zważywszy jego wygląd i manieryzmy językowe, wątpię, czy 

zasłużyłby  na pochwałę j większości kół religijnych. Na szczęście taka 

myśl nie zaprzątała mu wówczas głowy. Nie głosił religii po to, by 
dopasować się do j tradycyjnych wspólnot religijnych. Religią Verna była 

jego więź ze skazanymi, ze strażnikami i z Bogiem. Wszyscy bardzo go sza- 

j nowali i sądzę, że Bóg również go szanował. 

Wspominając moją wyprawę do więzienia z Vernem odczu-1 wam wdzięczność za 
to, że miałem okazję na własne oczy zobaczyć człowieka żyjącego na co 

dzień swoją religią. Jezus wiedział, że są ludzie, którzy posługują się 

religią, i tacy, który nią żyją. Nie życzył sobie byśmy posługiwali się 

religią w celu zdobycia pozycji społecznej, możliwości pracy lub władzy 
nad innymi. Religia miała dać nam życie. Z nauk Jezusa jasno wynika, że w 

sytuacji gdy praktyka religijna komplikuje nasze związki z bliźnimi, 

powinniśmy odłożyć nasze rytuały na bok i w pierwszej kolejności odnowić 

zerwane więzi. Jezus sformułował jasny priorytet: „Pier-1 wej pojednaj 

się z twoim bratem." 
118 

Jezus pragnął, aby religia zbliżała nas do Boga oraz do siebie nawzajem. 

Nie ma w niej „pędu do przodu" ani wynoszenia się ponad innych; są za to 

głębokie więzi. Mamy wielbić Boga i szanować się nawzajem. Ów wzajemny 
szacunek na płaszczyźnie horyzontalnej miał być duchowym odwzorowaniem 

uwielbienia Boga na płaszczyźnie wertykalnej. Jezus pragnął, aby 

wspólnota religijna opierała się na osobistych praktykach religijnych 

każdego człowieka. Na płaszczyźnie duchowej wszyscy jesteśmy jednością. 
MYŚL DO ZAPAMIĘT^A: Religia nie stwarzałaby problemów, gdyby nie ludzie; 

bez nich jednak by nie istniała. 

Cel zasad religijnych 

Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo. 
Mt5, 17 

Psycholodzy zajmujący się rozwojem moralnym człowieka doszli do 

interesującego wniosku. Rozpoczynamy życie wyposażeni w bardzo konkretne 

zasady dotyczące kwestii moralnych. Po prostu musimy postępować zgodnie z 
nimi. W miarę upływu lat nasz stosunek do moralności staje się coraz 

bardziej abstrakcyjny. Im bardziej człowiek jest dojrzały moralnie, tym 

bardziej jest świadomy, że zasady należy traktować jak wskazówki 

wytyczające pewien kierunek, a nie jak prawa, których należy sztywno 
przestrzegać. 

background image

Z pozoru mogłoby się wydawać, że im wyżej wspinamy się po drabinie 

moralnego rozwoju, tym częściej robimy to, na co mamy ochotę. Tymczasem z 

badań wynika, że po osiągnięciu najwyższego stopnia moralnego rozwoju 
zwracamy uwagę nie tylko na własne potrzeby, ale także na potrzeby innych 

ludzi. Psycholodzy odkryli, że ludzie, którzy osiągnęli najwyższy stopień 

moralnego rozwoju są altruistami. I właśnie w życiu tej garstki ludzi, 

którym udało się osiągnąć najwyższy stopień moralnego rozwoju, można 
zaobserwować to czego nauczał Jezus - zasady istnieją Po to, by pomagać 

nam kochać się nawzajem. 

119 

Państwo Tompkinsowie poprosili mnie o pomoc, gdyż stracili kontrolę nad 
swoją nastoletnią córką Amandą. Amanda to nie-zwykle bystre dziecko i 

jeszcze dwa lata temu była wzorową uczennicą. Teraz oblewa egzaminy z 

większości przedmiotów, częściej Wagaruje niż przesiaduje w klasie i ma 

nieustanne kłopoty w związku ze swoim niezrównoważonym zachowaniem. 
Idealne dziecko stało się chodzącym koszmarem. 

Tragedia sytuacji państwa Tompkinsów polega na tym, że oboje są bardzo 

życzliwymi i kochającymi osobami. Wydaje się niesprawiedliwe, że tacy 

dobrzy ludzie muszą znosić takie zachowanie swojego dziecka. 
Gdy rozmawialiśmy o napiętych stosunkach panujących w ich rodzinie, 

zdałem sobie sprawę, że państwo Tompkinsowie wy-znają pewną 

niewypowiedzianą definicję miłości, która to definicja może być jedną z 

przyczyn ich trudnej sytuacji. Oboje byli wy-chowywani przez bardzo 
zasadniczych rodziców, którzy stosowali wobec nich system surowych reguł 

i kar. Nie doświadczywszy | w dzieciństwie miłości, zarówno pani, jak i 

pan Tompkinsowie postanowili stosować we własnej rodzinie zasady 

całkowicie odmienne od tych, jakie wynieśli z rodzinnego domu. 
- Zakładając rodzinę, wiedziałem jedno: że nie chcę być taki jak mój 

ojciec - wyjaśnił mi pan Tompkins. 

- Zawsze staraliśmy się być sprawiedliwi wobec Amandy - dodała pani 

Tompkins. - Jako dziecko nigdy nie wymagała kar cielesnych. Nie możemy 
zrozumieć, skąd u niej taki brak szacunku dla wszystkiego i wszystkich. 

My na pewno jej tego nie nauczyliśmy. 

Państwo Tompkinsowie starali się okazywać Amandzie jak najwięcej miłości, 

a ich definicja tego uczucia była całkowitym zaprzeczeniem tego, czego 

sami doświadczyli w dzieciństwie. Sądzili, że miłość powinna być 
bezgraniczna, dlatego też kochali Amandę i podświadomie nie wyznaczali 

jej żadnych granic. Wydawało im się, że okazują swojej dorastającej córce 

szacunek, pozwalając jej podejmować własne decyzje dotyczące sposobu 

ubierania się, pory kładzenia się spać i zasad korzystania z telefonu. 
120 

Mieli nadzieję, że gdy zobaczy, iż rodzice mają do niej zaufanie, poczuje 

się kochana. Nie zdawali sobie jednak sprawy z tego, że miłość potrzebuje 

wyznaczania granic tak samo, jak potrzebuje szacunku i zaufania. 
Dzięki terapii Tompkinsowie wprowadzili do swoich stosunków z Amandą 

kilka reguł. Przywileje, jakimi ją obdarzali, wiązały się teraz z 

koniecznością przestrzegania pewnych rodzinnych zasad dotyczących 

zachowania, a także z określonymi konsekwencjami w przypadku ich nie 
przestrzegania. Były one jasno sformułowane i dotyczyły zwracania się do 

starszych z szacunkiem, przestrzegania pory powrotów do domu oraz 

wypełniania obowiązków szkolnych i domowych. Początkowo Amanda była 

wściekła na rodziców, lecz z czasem zaczęła się zmieniać. Jej wy-niki w 
szkole poprawiły się, rzadziej bywała wzywana do gabinetu dyrektora, a 

jej słownictwo stało się nieco bardziej cywilizowane. Najważniejsza 

zmiana polegała jednak na tym, że po kilku tygodniach Amanda zaczęła 

sprawiać wrażenie o wiele szczęśliwszej osoby. Zasady, których 
wprowadzenia wszyscy w domu Tompkinsów starali się uniknąć, ułatwiły im 

wzajemne okazywanie sobie miłości. Tompkinsowie odkryli odwieczną prawdę, 

background image

którą wieki temu głosił Jezus: odpowiednio stosowane, zasady istnieją po 

to, aby pomóc nam kochać. 

Jezus nauczał, że najwyższą formą rozwoju człowieka jest miłość 
bliźniego. I chociaż jest to stan, do którego wszyscy powinniśmy dążyć, 

niełatwo jest go osiągnąć. Każda religia dysponuje pewną strukturą 

rytuałów lub zasad, które mają służyć organizowaniu praktyk religijnych 

jej wyznawców. Zgodnie z zasadami głoszonymi przez Jezusa miłość 
bliźniego jest czymś, do czego wszyscy powinniśmy dążyć. Jego zdaniem Bóg 

dał nam przykazania po to, byśmy mogli osiągnąć najwyższy stopień rozwoju 

polegający na „miłowaniu się nawzajem". 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Gdy prawem jest miłość, sami sobie jesteśmy 
policjantami. 

121 

Tajemnica sensownego życia 

Bądźcie więc roztropni jak węże, a nieskazitelni jak go- 
lębie. 

Mt 10, 16 

Ethan zawsze się czegoś bał. W dzieciństwie bał się, że będzie obiektem 

zaczepek szkolnych kolegów. Często budził się przerażony w mokrym łóżku, 
bo w jego szafie mieszkało coś potwornego, co wychodziło tylko w nocy. 

Niestety, dorastając, Ethan nie nauczył się mówić głośno o swoich lękach, 

nikt więc nie mógł pomóc mu ich opanować. Sam musiał wymyślać sposoby 

radzenia sobie ze swoim strachem. 
Jego najlepszym sposobem uspokajania się i opanowywania I strachu było 

liczenie. Liczył kratki na swojej piżamie, rysy w podłodze lub to, ile 

razy gasił światło przed pójściem spać. Liczenie dawało mu poczucie, że w 

jakiś sposób kontroluje sytuację. Ponieważ nikt inny nie mógł go obronić, 
Ethan wykorzystywał w celach obronnych swoją umiejętność liczenia. 

Problem Ethana polegał na tym, że tak naprawdę liczenie nie chroniło go 

przed niebezpieczeństwem; dawało mu jedynie poczucie, że robi coś by się 

obronić. Był to raczej symbol ochrony niż prawdziwa ochrona. Z tego też 
powodu, gdy tylko przestawał liczyć, Ethan znowu zaczynał się bać i 

jedynym ratunkiem było liczenie od początku. W chwili gdy Ethan zgłosił 

się na terapię, jego życiem rządziły już rytuały związane z liczeniem. 

Nie potrafił przestać liczyć. Liczył, jak gdyby od tego zależało jego 

życie. 
Dzięki intensywnej terapii i właściwie dobranym lekom Ethan nie oddaje 

się już liczeniu tak często jak kiedyś. Zrozumiał, że rytuał ten stał się 

dla niego symbolem bezpieczeństwa, którego jako dziecko tak bardzo 

potrzebował w samotne, przerażające noce. Problem polegał na tym, że 
Ethan nigdy nie przywiązywał większego znaczenia do swoich rytuałów. Była 

to dla niego ma-| giczna sztuczka, której potrzebował, by się chronić. 

Teraz Ethar rozumie już, że obecne w jego życiu rytuały posiadają głębsz 

znaczenie i gdy się boi potrafi stosować sposoby inne niż Uczeniej aby 
opanować swój strach. Dzięki temu nie czuje już lęku tak częj 

122 

sto jak dawniej. Mógłby wam powiedzieć, że pod wieloma względami jego 

życie nabrało sensu. Ma to związek z tym, że w swoim postępowaniu Ethan 
doszukuje się teraz głębszych znaczeń. Dawniej liczenie wydawało mu się 

sprytnym sposobem walki ze strachem; teraz, gdy zna już znaczenie swego 

rytuału, przekonuje się, że wcale go nie potrzebuje. 

Jezus nauczał, że religia, podobnie jak życie, nie mają sensu dopóty, 
dopóki nie zrozumiemy ich symbolicznej wymowy. Życie człowieka powinno 

łączyć w sobie konkretne rytuały i abstrakcyjne doświadczenia. Tajemnica 

polega na tym, by posługiwać się konkretem w taki sposób, aby ożywić 

ukryte znaczenia. Jako psycholog uważam, że zachęcając nas byśmy byli 
„roztropni jak węże" Jezus miał na myśli właśnie ten rodzaj naszej 

background image

percepcji. Sensowne życie polega na dążeniu do sedna spraw, nie zaś na 

zadowalaniu się powierzchownym poznaniem. 

Jezus wierzył, że religia może wnieść do naszego życia wiele sensu, o ile 
będziemy wykorzystywać rytuały religijne do pogłębiania naszego 

zrozumienia Boga i nas samych. Musimy starać się pojąć abstrakcyjne 

znaczenia ukryte w konkretnych zasadach. Na tym właśnie polega tajemnica 

sensownego życia. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Módl się o miękkie serce i wyostrzony umysł. 

Zrozumieć uzależnienie 

Zapytał Go pewien dostojnik: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby 

osiągnąć życie wieczne?". Jezus mu odpowiedział: „Czemu nazywasz Mnie 
dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: «Nie 

cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie zeznawaj fałszy-wie, czcij swego 

ojca i matkę»". On odrzekł: „Tego wszystkiego przestrzegałem od 

młodości". A Jezus usłyszawszy to, powiedział do niego: „Jednego ci jesz- 
j cze brak: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał 

skarb w niebie; potem przyjdź i chodź za Mną". On zaś, gdy to usłyszał, 

mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty. 

Jezus zobaczywszy go [takim] rzekł: „Jak trudno tym, którzy mają 
dostatki, wejść do królestwa Bożego. La.' twiej jest wielbłądowi przejść 

przez ucho igielne, niż 

bogatemu wejść do królestwa Bożego". 

Lk 18, 18-25 
Niektórzy z nas mają trudności z budowaniem więzi z Bogiem i w odpowiedzi 

na swą wewnętrzną potrzebę odniesienia się do czegokolwiek, w miejsce 

Boga stawiają przedmioty. W taki sposób Jezus definiował bałwochwalstwo. 

Wiedział, że zanim ów bogaty człowiek mógł znaleźć w swym sercu miejsce 
dla Boga, musiał je najpierw oczyścić z uwielbienia dla własnych bogactw. 

Niektórzy z nas mają trudności w budowaniu więzi z innymi ludźmi. Gdy owe 

więzi są zagrożone lub zostają zerwane, zastępują je przedmiotami. To 

jest definicja uzależnienia. Odwieczny problem bałwochwalstwa w 
dzisiejszych czasach przybrał oblicze uzależnienia. Bogaty człowiek z 

przypowieści przekonał się, że gdy już zastąpimy więzi przedmiotami, 

bardzo trudno jest z nich zrezygnować. 

Przedmioty mogą zaspokoić naszą niezaspokojoną potrzebę 

124 
miłości - ale tylko na jakiś czas. Euforia płynąca z posiadania pewnych 

tzeczy może sprawić, że zapomnimy o naszej głębszej potrzebie. Jednak, 

ponieważ przedmioty jedynie zastępują miłość, jaką moglibyśmy czerpać z 

udanego związku z drugim człowiekiem, uczucie zadowolenia nigdy nie trwa 
długo. Musimy coraz częściej wracać do tego, co nam poprawia samopoczucie 

i w ten sposób odsuwać od siebie uczucie pustki i niezadowolenia. Mówiąc 

słowami Jezusa, bożek może zastąpić miłość, gdy próbujemy zastąpić 

prawdziwe więzi martwym przedmiotem. Uzależnienie może zastąpić miłość 
dokładnie z tej samej przyczyny. 

Rozmowy z ludźmi, których brak miłości popchnął do uzależnienia, mogą być 

dla nich pomocne, ale tylko chwilowo. Pocieszanie ludzi, którzy znaleźli 

się w sytuacji uzależnienia, pomaga im, lecz także tylko na jakiś czas. 
Jedno może uzdrowić człowieka z uzależnienia i odciągnąć go od 

bałwochwalstwa: prawdziwa miłość. Człowiek ma to do siebie, że jedynie 

obcując z „oryginałem", odczuwa pełną satysfakcję. 

Uzależnienie i bałwochwalstwo 
Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. 

Lk 12,34 

Tim jest inteligentnym, odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą. Na terapię 

zdecydował się za namową żony, która uważała, że sytuacja w ich związku 
wymaga pomocy specjalisty. Nie przeżywali co prawda typowych małżeńskich 

problemów, takich jak częste kłótnie czy spory na temat wydatków lub 

background image

wychowania dzieci. Ich małżeństwo po prostu wydawało się martwe. Wkrótce 

odkryłem, dlaczego żona Tima chciała, by poddał się terapii: otóż miał on 

tendencję do „wycofywania się" w chwilach kryzysu. W takich momentach pił 
tyle whiskey, że każda poważna rozmowa przestawała być poważna. Tim 

twierdził, że picie pozwala mu się odprężyć i odreagować stresy. Jego 

żona zaś uważała, że w ten sposób 

125 
ukrywa przed nią swoje uczucia, które rozpaczliwie chciała poznać. 

Zaproponowałem Timowi pewien eksperyment. Poprosiłem, by na czas terapii 

zaprzestał picia; chodziło o to, aby oboje mogli skonfrontować ze sobą 

swoje uczucia. Tim przystał na tę propozycję, jednak za każdym razem 
wytrzymywał zaledwie kilka dni. Gdy nie mógł już dłużej ignorować 

gromadzących się w nim uczuć, pokusa powrotu do dawnego nawyku okazywała 

się nie do odparcia i Tim sięgał po alkohol, aby uporać się z tym co nie 

dawało mu spokoju. 
Jak często dzieje się w podobnych przypadkach, terapia małżeńska Tima i 

jego żony również powoli stawała się martwa. Jeżeli dwie osoby nie 

potrafią przyznać się do swoich prawdziwych uczuć, nie pomoże im nawet 

najlepszy terapeuta. Punktem zwrotnym w moich kontaktach z Timem był 
dzień, w którym powiedziałem mu, że dopóki nie przestanie pić, terapia 

nic mu moim zdaniem nie pomoże. Rzadko mówię takie rzzcTy swoim 

pacjentom, tym razem byłem jednak przekonany, że „to" zagraża jednemu z 

najważniejszych związków w życiu Tima. Niestety, Tim nie potrafił 
przestać pić. Zaproponowałem mu, aby poszedł na spotkanie klubu AA, ale 

odmówił. Zamiast porozmawiać o swoich uczuciach z żoną lub ze mną, wolał 

wrócić do szklaneczki szkockiej. Mimo iż nigdy by się do tego nie 

przyznał, alkohol odgrywał w jego życiu tak ważną rolę, że pod względem 
psychicznym stał się jego uzależnieniem, a pod względem duchowym - jego 

bogiem. 

Nie wiem, jak potoczyły się dalsze losy Tima. Zakończył terapię zanim 

cokolwiek w jego życiu mogło się zmienić. Jak bogacz z przypowieści 
Jezusa, wolał zrezygnować i odejść. Wszyscy mamy wybór pomiędzy 

„bogactwami" a związkami z innymi ludźmi. Wybierając „bogactwa", oddajemy 

się we władanie bogom, którzy zamiast wolności oferują nam niewolę. 

Jezus nie nazywał uzależnienia po imieniu, wiedział jednak, że oddając 

cześć „bogom" żądającym od nas całkowitego oddania i rezygnacji z więzi 
istniejących w naszym życiu, pakujemy się 

126 

w poważne tarapaty. Takie zachowanie Jezus nazywał bałwochwalstwem. 

W rozmowie z bogaczem na temat tego, jak dostać się do królestwa 
niebieskiego, Jezus powiedział coś, czego nigdy nikomu wcześniej nie 

mówił: „Sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim." Jezus nie był 

zainteresowany dobytkiem tego człowieka. Chciał mu jedynie udowodnić, że 

posiadane bogactwa stanowią dla niego najwyższą wartość. Zastępowały mu 
one prawdziwą więź z Bogiem. Bogacz stał się uzależniony od swoich 

„bożków." 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nic, co zastępuje nam miłość, nie trwa wiecznie. 

 To przeklęte myślenie 
 Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. 

Lk 18, 19 

Zastępowanie więzi łączących nas z innymi ludźmi konkretnymi substytutami 

wymaga od człowieka sporej gimnastyki umysłowej. Ludzie uzależnieni muszą 
znajdować kolejne dowody na to, że tak naprawdę wcale nie ulegli 

nałogowi. Starają się przekonać otoczenie i samych siebie, że chcą się 

jedynie dobrze bawić. Prawda jest jednak taka, że rzeczy lub substancje, 

od których są uzależnieni, służą im jako tarcza, za którą mogą się skryć 
w trudnych chwilach. Anonimowi Alkoholicy nazywają te intelektualne 

background image

wysiłki „cholernym myśleniem": racjonalizując pewne sprawy w swoim umyśle 

ludzie uzależnieni starają się uniknąć emocjonalnego bólu. 

Samantha i Kevin zgłosili się na terapię małżeńską, ponieważ nie 
wiedzieli, co zrobić z kwestią posiadania dzieci. Od pewnego czasu 

bezskutecznie starali się o dziecko. Samantha chciała, by Kevin poddał 

się specjalistycznym badaniom, Kevin jednak robił Wszystko, żeby uniknąć 

wizyty u lekarza. Pozornie wydawali się szczęśliwą i zgodną parą, ale ich 
zachowanie dowodziło czego innego. 

127 

Już na początku terapii zauważyłem, że Kevin ma na wszystko gotową 

odpowiedź. Wydawał się być bardzo towarzyski i zawsze miał w zanadrzu 
jakąś dowcipną replikę. Gdy Samantha próbowała skłonić go, aby zgłosił 

się na badania, za każdym razem wysuwał kolejne argumenty, dlaczego 

akurat nie jest na to dobra pora. Zapewniał, że zaraz na początku 

następnego tygodnia umówi się na wizytę. 
Im więcej ze sobą rozmawialiśmy, tym więcej rzeczy niepokoiło mnie w ich 

związku. Kevin nie najlepiej radził sobie w pracy. Wyjaśnił, że ma to 

związek z niekompetencją jego współpracowl ników i dziwnymi pomysłami 

szefa oraz dodał, że wszystko zmie-J ni się na lepsze. Późno kładł się 
spać twierdząc, że nie może zmrużyć oka, po czym spóźniał się na poranne 

spotkania. Nie sta-j nowiło to jednak dla niego żadnego problemu. 

Samantha i Kevir zawsze mieli kłopoty finansowe. Kevin tłumaczył to 

mówiąc, że lepiej radzi sobie z ludźmi niż z liczeniem i dlatego 
pieniądze sie, go nie trzymają. Samantha wierzyła natomiast, że miłość 

oznacz zaufanie do drugiej osoby, nigdy więc nie kwestionowała wyja-j 

śnień Kevina. Poza tym zawsze zdawał się mówić tak szczerze. Sądziła, że 

powinna pomóc mu być lepiej zorganizowanym i nigdy nie przyszło jej do 
gło^ aby podejrzewać go o nieuczciwość. 

Okazało się jednak, że Kevin był nieuczciwy, najbardziej! w stosunku do 

samego siebie. Kevin miał problemy z narkotyka-l mi, ale nie potrafił się 

do nich przyznać. Uważał się za dobrego! człowieka i rozrywkowego faceta. 
Jak każdy w jego branży lubił! się zabawić i nie uważał tego za problem. 

Będąc sam w domu brał! narkotyki i tłumaczył sobie, że odreagowuje w ten 

sposób stresy:! te z pracy i te związane z namawianiem go przez Samanthę 

nal dziecko, na które nie mogli sobie pozwolić. Kevin nie dopuszczał! do 

siebie myśli, że uzależnienie od narkotyków podkopuje jego" sytuację 
zarówno w pracy, jak i w domu. Potrafił dostrzegać problemy innych, lecz 

nie potrafił zauważyć swojego. 

Kevin starał się przekonać swoje otoczenie, że wszystko jest „w 

porządku", chociaż wcale tak nie było. Podtrzymywanie pozorów stało się 
dla niego ważniejsze niż załagodzenie napiętych 

128 

stosunków z Samanthą. Życie Kevina zaczęło się zmieniać dopiero wówczas, 

gdy dotarła do niego prawda, jaką Jezus wyjawił bogaczowi w przypowieści. 
Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg - nie ma wiec sensu udawać. Każdy 

miewa problemy, zatem trzeba przestać się koncentrować na stwarzaniu 

pozorów i zadbać o dobry kontakt z Bogiem i innymi ludźmi. Dopiero gdy 

Kevin to zrozumiał, mogliśmy rozpocząć właściwą terapię. 
Jezus wiedział, że ludzie lubią stwarzać pozory w obawie, że tak naprawdę 

wcale nie są tacy wspaniali. Odpowiadając bogaczowi słowami: „Czemu 

nazywasz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg", Jezus starał 

się dać mu do zrozumienia, że nie ma zamiaru pomagać ludziom w stwarzaniu 
pozorów. Jego celem było ułatwienie im kontaktu z Bogiem. Wiedział, że 

bogacz był niewolnikiem pozorów. Ponieważ był to człowiek zamożny, Jezus 

uderzył w to, co - jak mógł się domyślać - było jego bogiem. Chociaż 

rozmówca Jezusa uważał się za człowieka prawego, to zastępując więzi 
emocjonalne rzeczami materialnymi, oddawał się bałwochwalstwu - mimo iż 

swoimi racjonalizacjami starał się stworzyć odmienne wrażenie. 

background image

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nadmierne skupianie się na pozorach psuje cały 

efekt, jaki chcemy wywołać. 

Problem z narkotykami 
Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż 

bogatemu wejść do królestwa Bożego. 

Lk 18,25 

Bardzo trudno jest wyzwolić się z uzależnienia, ponieważ - przynajmniej 
przez pewien czas - daje nam to, czego potrzebujemy. Możliwość powracania 

raz za razem do czegoś, co wywołuje oczekiwany skutek, daje człowiekowi 

poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu nie musi stawiać czoła bólowi 

związanemu ze swymi niezaspokojonymi  i  niewyrażonymi  potrzebami.  Nie  
można 

129 

w ten sam sposób polegać na naszych związkach, ponieważ wciąż ulegają 

zmianom i stawiają nam coraz to nowe wymagania. Rzeczy materialne nie 
zmieniają się i zawsze wiemy czego możemy się po nich spodziewać. 

Mimo wszystko satysfakcja, jaką czerpiemy z zastępowania więzi 

międzyludzkich rzeczami materialnymi, nie trwa zbyt długo. Prędzej czy 

później ból związany z naszymi niezaspokojonymi potrzebami dochodzi do 
głosu. Lecz człowiek uzależniony wie, jak sobie z nim poradzić. Raz za. 

razem sięga po sprawdzone rozwiązanie, które z czasem okazuje się jednak 

niewystarczające. Ponieważ nie rozwiązujemy naszych problemów, a jedynie 

znajdujemy substytut, jego dawka stopniowo zaczyna się zwiększać. W głębi 
duszy czujemy, że nie jest to coś czego naprawdę nam trzeba, aby zatem 

odgonić od siebie te myśli, podwajamy dawkę substytutu. Pomaga nam to 

zachować pozory. Dlatego właśnie uzależnienie nazywane jest chorobą 

postępującą. 
W szkole średniej grywałem w piłkę nożną z Ricardem. Ciekawostką był 

fakt, że poza boiskiem Ricardo sprawiał wrażenie najbardziej opanowanego 

i najlepiej wychowanego człowieka pod słońcem; na boisku zaś stawał się 

najbardziej brutalnym i agresywnym zawodnikiem, jakiego widziałem. 
Wychodząc na murawę całkowicie zmieniał osobowość, zupełnie jak Clark 

Kent23 zmieniający się w Supermana. Znałem Ricarda dość dobrze i 

wiedziałem, że pochodzi z rodziny, w której przemoc była na porządku 

dziennym. Miał wiele ran do ukrycia i muszę przyznać, że był mistrzem w 

tworzeniu pozorów. Kiedy teraz go wspominam wiem już, skąd brała się 
agresja, którą wyłac^owywał na zawodnikach z przeciwnej drużyny. 

Ricardo był w porządku. Zachowywał się jak dżentelmen, był dobrze ubrany 

i wszyscy bardzo go szanowali. Chłopcy podziwiali go za wyczyny na 

boisku, a dziewczyny za wyszukane maniery. Większość z nas wiedziała, że 
Ricardo pali marihuanę, ale w jakiś sposób potrafił on obrócić ten fakt 

na swoją korzyść i sprawić, że jeszcze bardziej nam imponował. Zawsze 

zdawał się panować nad sytuacją i ze wszystkim świetnie sobie radził. 

Jeśli ktoś wpa- 
130 

dal w kłopoty, Ricardo zaraz go z nich wyciągał. Każdy chciał być uważany 

za jego przyjaciela. 

Kilka lat po skończeniu szkoły odwiedziłem moje rodzinne miasteczko. 
Wstąpiłem do Ricarda mając nadzieję, że utniemy sobie pogawędkę o piłce 

nożnej i powspominamy stare dobre czasy. Byłem bardzo podekscytowany, że 

go zobaczę i nie mogłem się już doczekać rozmowy z nim. Niestety, srodze 

się zawiodłem. Okazało się, że uzależnienie Ricarda pogłębiło się - 
przeszedł do „twardych" narkotyków. Mimo że była dopiero dziesiąta rano, 

nie był dość przytomny, aby podtrzymać rozmowę. Mówiąc, odpływał gdzieś 

myślami, a jego słowa często nie miały sensu. Powiedział, że w tej chwili 

nie pracuje i odniosłem wrażenie, że trudno było mu znaleźć stałą pracę. 
Ricardo zmienił się, niestety nie na lepsze. Chłopak, którego tak bardzo 

background image

podziwiałem w liceum, nie był już „w porządku." Rozstałem się z nim w 

bardzo smutnym nastroju. 

Prawdziwą tragedią w życiu Ricarda były bolesne, a nie zawinione 
wspomnienia z dzieciństwa, z którymi starał się uporać przy pomocy 

narkotyków. W liceum pomogły mu one stać się jedną z najbardziej 

lubianych osób w szkole. Ale radzenie sobie z problemami nie jest tym 

samym, co ich rozwiązywanie. Prędzej czy później jego demony wracały, aby 
go nękać. Dotychczasowe sposoby walki z nimi okazywały się nieskuteczne, 

Ricardo szukał więc nowych, skuteczniejszych. Jednak nawet najsilniejszy 

narkotyk nie zagłuszy emocjonalnego cierpienia. Ricardo sięgał po używki, 

aby uporać się z uczuciami, z którymi można się uporać jedynie wchodząc w 
związki z innymi ludźmi. Jak bogacz z przypowieści, który nie potrafił 

wyrzec się swego uzależnienia od bogactw materialnych, tak Ricardo nie 

umiał zrezygnować z poczucia euforii, jakie wywoływały w nim narkotyki. 

Gdy tylko owo poczucie słabło, powracał przed ołtarz swego boga - 
uzależnienia ~ by po raz kolejny odsunąć od siebie swój ból. Tak jak 

zapowiedział Jezus, bardzo trudno jest wyrzec się bałwochwalstwa. 

Jezus doskonale wiedział, że gdy tylko nauczymy się polegać na rzeczach 

materialnych i czerpać z nich poczucie bezpieczeń- 
131 

stwa, trudno nam będzie z nich zrezygnować. To właśnie miał na myśli 

mówiąc: „Łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż 

bogatemu wejść do królestwa Bożego". Interpretując Jego słowa w 
kategoriach duchowości wiemy, że nie chodziło mu o pieniądze, lecz o 

bałwochwalstwo. Łatwo jest uzależnić się od rzeczy materialnych i 

uwierzyć, że mogą nam zastąpić nasze duchowe i emocjonalne potrzeby. Gdy 

już się tak stanie, niezwykle | trudno jest zawrócić z obranej drogi. 
 DO ZAPAMIĘTANIA: Problem z narkotykami polega na tym, że na pewien czas 

poprawiają nasze samopoczucie. 

Narkotyki nie pomogą ci dojrzeć 

Zabiegajcie nie o ten pokarm, który niszczeje, ale o ten, który trwa na 
życie wieczne. 

i 6, 271 

Ashley to niezwykła kobieta. Odnosi sukcesy jako prawniczka,! ma 

klasyczne wykształcenie pianistyczne, a kondycji mogłoby jej! 

pozazdrościć wiele młodszych od niej kobiet. Nie ma niczego,! czemu by 
nie umiała sprostać. 

Ambicją Ashley jest odnoszenie sukcesów w każdej dziedzinie! i zazwyczaj 

jej się to udaje. Na terapię zdecydowała się ze wzglę-j du na gnębiące ją 

uczucie niepokoju. Chciała dowiedzieć się odj specjalisty jak sobie z tym 
poradzić. 

-  Czy poddaje pan pacjentów hipnozie? - zapytała podczasl swojej 

pierwszej wizyty. 

- Nie - odpowiedziałem. 
- Myślę, że w ten sposób szybciej osiągnęlibyśmy cel - odparła.| 

- Którym jest? - zapytałem. 

- Osiągnięcie przeze mnie takiego sta mu, w którym nie odczu-l wałabym 

już niepokoju. To przecież oczywiste - odrzekła zasko-| czona. 
Chociaż Ashley wiodła skomplikowane życie, jej stosunek dc 

132 

terapii był dość nieskomplikowany: wytyczyć cel i osiągnąć go tak szybko, 

jak to tylko możliwe. System ten sprawdzał się w pozostałych sferach jej 
życia, spodziewała się więc, że da się go zastosować również w terapii. 

Szybko zauważyłem, że Ashley i ja mamy zupełnie różne, rywalizujące ze 

sobą oczekiwania. Ona zatrudniła mnie, abym pomógł jej pozbyć się 

przykrych odczuć. Ja natomiast chciałem jej pomóc zrozumieć samą siebie. 
Ona starała się uciec przed swoimi uczuciami, ja próbowałem nakłonić ją, 

aby stawiła im czoło. Mieliśmy poważny problem. 

background image

Ashley była uzależniona od sukcesu. Starała się być jak najlepsza, 

posiadać to, co najnowsze, wiedzieć jak najwięcej. Wierzyła, że Bóg chce, 

aby odnosiła sukcesy. Problem polegał jednak na tym, że Ashley stworzyła 
sobie Boga na własne podobieństwo. Tym, w co naprawdę wierzyła, były 

sukces i euforia, jaką wywoływały w niej symbole sukcesu. 

Uwielbienie, jakie Ashley żywiła dla wszelkiego rodzaju sukcesów, 

skutecznie odsuwało od niej czarne myśli związane z jej życiem. Miała 
wszystko, czego chciała. Ponieważ jednak skupiała się wyłącznie na 

„rzeczach", satysfakcja, jaką z nich czerpała była ograniczona. Gdy tylko 

zaczynała mieć gorsze samopoczucie, szła na zakupy albo planowała ^azd. 

Gdy nachodziły ją rozważania o sensie jej życia, zaczynała myśleć o 
swoich zawodowych osiągnięciach. Sukcesy Ashley stanowiły wspaniałe 

antidotum na wszystkie bolesne uczucia. 

Podczas naszej terapii odkryliśmy pewien ciekawy fakt: mimo iż co roku 

Ashley osiągała coraz więcej, pozostawała wciąż tą samą osobą. Jej cele 
pozostawały te same, było ich tylko coraz wię-ceJ- JeJ pragnienia się nie 

zmieniały, ale coraz trudniej było je zaspokoić. W sferze materialnej 

Ashley z każdym rokiem zyskiwała coraz więcej, lecz w sferze duchowej i 

emocjonalnej przeżywała wciąż na nowo ten sam rok. Nie potrzebowała 
nowego narkotyku, by poczuć się lepiej; potrzebowała nowego boga. 

W końcu wspólnie z Ashley doszliśmy do wniosku, że odczuwany przez nią 

niepokój jest symptomem tego, iż będąc zadowo- 

133 
loną ze swoich sukcesów nie jest tak naprawdę szczęśliwa. Ashley 

potrzebowała w życiu czegoś, czemu mogłaby się poświęcić i co hojnie 

odpłaciłoby jej za to poświęcenie. Sukces jest samolubnym bogiem - zubaża 

duchowo swoich wyznawców. Może im pomóc w kolekcjonowaniu symboli, nie 
pomoże im jednak stać się lepszymi ludźmi. Tak się składa, że to ostatnie 

można osiągnąć dzięki porażce. Ashley w końcu zrozumiała, że chociaż jej 

portfolio było coraz bogatsze, ona nie stawała się bogatsza. Zamiast 

wiecznie odpychać od siebie swoje prawdziwe uczucia, musiała ich wreszcie 
posłuchać. 

Ashley postanowiła znaleźć sobie nowego boga, ponieważ ostatni, którego 

wyznawała, żądał od niej więcej niż była gotowa mu dać. Jej definicja 

osobistego rozwoju ma w tej chwili mniej wspólnego z wytyczaniem sobie 

kolejnych celów, a więcej z przyjaciółmi nadającymi sens jej życiu. 
Ashley przestała się spieszyć, ponieważ jej obecny Bóg jest ponad czasem. 

Ciekawe, że chociaż nie odnosi już tylu sukcesów co dawniej, Ashley ma 

poczucie, iż 

żyje pełnią życia. 
Jezus nieustannie zwraca naszą uwagę na to, co jest wieczne. Wiedział że 

dążąc do natychmiastowego zaspokojenia, człowiek odczuwa jedynie chwilową 

satysfakcję. Wiedział też, że euforia związana z bałwochwalczym kultem 

różnych bożków jest niczym innym jak antidotum na nasz ból i 
rozczarowanie. Ból ustaje, lecz tylko na pewien czas. Odtrutka 

neutralizuje symptomy, ale nie leczy przyczyn. 

Jezus nigdy nie zachęcał ludzi, by odsuwali od siebie cierpienie, nie 

interesowała go „błyskawiczna kuracja." Nie chodziło mu o to byśmy się 
lepiej poczuli, lecz byśmy wyzdrowieli. Bałwochwalstwo nie tylko tłumi 

ból, ale także uniemożliwia wszelki rozwój. Dopóki będziemy czcić naszych 

bożków, dopóty nie będziemy mogli dojrzeć. Bałwochwalstwo umożliwia nam 

unikanie przykrości, ale tylko stawiając im czoła możemy się rozwijać. 
Nieważne, czym się odurzamy - i tak nie pomoże nam to dojrzeć. MYŚL DO 

ZAPAMIĘTANIA: Ludzie uzależnieni czczą samolubnego boga. 

<.-..,-.         Uzależnienie od seksu 

A Ja powiadam wam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w 
swoim sercu dopuścił z nią cudzoló' 

stwa. 

background image

Mt 5, 28 

Uczucie erotycznego pożądania jest normalnym zjawiskiem w sytuacji, gdy 

pragniemy bliskości ukochanej osoby. Pożądliwość jest zaś uczuciem 
erotycznym, którym staramy się pokryć nasze lęki lub bolesne poczucie 

nieprzystosowania. Pożądanie odczuwane wobec osoby, którą kochamy 

świadczy o tym, że nasz związek rozkwita. Pożądliwy stosunek do drugiego 

człowieka dowodzi, że coś w naszym życiu jest nie w porządku i seks ma 
nam pomóc o tym zapomnieć. Nadając związkowi czysto seksualny charakter 

traktujemy naszego partnera przedmiotowo, seks zaś staje się naszym 

bożkiem. Łatwo można się wówczas od niego uzależnić. 

Luis rzadko umawiał się z kobietami na randki. Nie chodzi o to, że 
kobiety go nie interesowały; po prostu nie wierzył, że jakakolwiek 

dziewczyna mogłaby się nim zainteresować. Luis jest nieśmiały, nigdy nie 

był wysportowany i później niż jego rówieśnicy wszedł w okres 

dojrzewania. Często myśli o tym, by się z kimś umówić, jednak jego 
marzenia zazwyczaj pozostają niezrealizowane. 

Luis ma w zwyczaju „zakochiwać się" w znajomych kobietach, które nic nie 

wiedzą o jego uczuciach. Dzieje się tak zazwyczaj w wyniku bliższego 

kontaktu z jakąś koleżanką z pracy. Wystarczy, by kobieta, która mu się 
podoba, choć przez chwilę zwróciła na niego uwagę, a Luis natychmiast 

zaczyna fantazjować na jej temat i w myślach nawiązuje z nią romans. Gdy 

tylko jakaś osoba wkroczy w świat jego marzeń, fantazje i uczucia Luisa 

zaczynają żyć własnym życiem. Zupełnie jak gdyby w pewnym momencie tracił 
nad nimi kontrolę. 

Mimo iż Luis miał już w swoim życiu kilka „wymyślonych" związków, 

zazwyczaj był w swojej wyobraźni monogamistą. Większość ludzi uznałaby go 

za wariata, lecz Luis traktuje swoje fantazje jako objaw zakochania. 
Ponieważ nie wierzy, że w rze- 

135 

czywistości miałby szansę związać się z kobietą swoich marzeń, woli żyć w 

świecie własnych fantazji. W ten sposób może kontrolować zarówno reakcje 
swojej partnerki, jak i swoje własne zachowanie wobec niej. Podczas gdy w 

rzeczywistości uważa się za nieudacznika w stosunkach z kobietami, w 

fantazjach jest praw-dziwym Casanovą. 

Luis jest uzależniony od swoich fantazji seksualnych. Wraca do nich, by 

zapomnieć o swoim poczuciu nieprzystosowania. Robił to tak długo, że 
teraz nie potrafi już przestać. Luis znalazł się w szponach nałogu 

wyjątkowo trudnego do wyleczenia: tym, od czego jest uzależniony, są 

wymyślone związki, które tworzy we własnym umyśle. Problem z 

uzależnieniem od seksu polega na tym, że uzależnionemu trudno jest 
przestać myśleć o seksie. 

Luis uczynił pierwszy krok na drodze do bardziej satysfakcjonującego 

życia: przyznał przed samym sobą, że ma poważny problem. Zdecydował się 

na terapię, by nauczyć się żyć w rzeczywistym świecie. Chociaż seks jest 
tematem naszych rozmów, problem Luisa ma raczej wymiar duchowy niż 

seksualny. Stopniowo zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego uzależnienie od 

fantazji seksualnych to nic innego jak kult bożka, który zabiera jego 

czas i energię dając w zamian jedynie niską samoocenę. Luis chce się 
nauczyć właściwych kontaktów z ludźmi - takich, które sprawiłyby, że 

poczułby się lepiej. Odwaga, jaką wykazał prosząc o pomoc jest pierwszym 

krokiem na drodze do tego celu. 

Mówiąc „każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę", Jezus chciał zwrócić 
naszą uwagę na niebezpieczeństwo traktowania ludzi jak obiektów 

seksualnych. Ostrzegał przed czynieniem z seksu narkotyku, wiedział 

bowiem, że prawie wszystko może stać się naszym bożkiem - nawet związek z 

drugim człowiekiem. Pokusa uzależnienia od seksu może wciągnąć nas w 
świat, w którym możemy czuć się dobrze, ale gdzie nigdy nie będzie nam 

naprawdę dobrze. 

background image

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Pożądanie może wzbogacać miłość, lecz nigdy nie 

może jej zastąpić. 

136 
;•                           Uzależnienie od religii 

Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i 

faryzeuszów, nie wejdziecie do 

królestwa niebieskiego- 
Mt 5, 20 

Ryan regularnie chodzi do kościoła, zgłasza się na ochotnika do różnych 

odpowiedzialnych zadań i zawsze chętnie rozmawia na tematy religijne z 

każdym, kto wyrazi taką ochotę. W mieszkaniu i samochodzie Ryana można 
znaleźć mnóstwo obrazków i symboli religijnych, on jednak nie uważa tego 

za bałwochwalstwo. Lubi cytować Biblię, żeby nadać odpowiednią wagę swoim 

słowom, jest jednak bardzo sceptycznie nastawiony do ludzi robiących to 

samo, jeśli ich interpretacja różni się od jego. 
Ryan ma jasno określone poglądy na to, w jaki sposób można stać się 

chrześcijaninem i co to znaczy żyć po chrześcijańsku. Wie, co 

chrześcijanin powinien mówić i co powinien czytać, jakie formy rozrywki 

są dla niego dozwolone i jakie powinny być jego poglądy społeczne. 
Chociaż Ryan twierdzi, że zawierzył swoje życie Bogu, większość znających 

go osób uważa, że w każdej sytuacji stara się kontrolować siebie i 

innych. 

Ryan nie potrzebuje, niestety, związków z ludźmi, potrzebuje za to 
uczniów. Chce, aby inni potwierdzali jego przekonania religijne, 

przyjmując je za swoje. Ryan nie traktuje religii jako sposobu na 

zbliżenie się do drugiego człowieka; wykorzystuje ją, aby wymusić na 

innych konformistyczne zachowania. To zaś nigdy nie było celem Jezusa. 
Starając się, by inni podziwiali jego wiedzę religijną, Ryan ukrywa wiele 

wątpliwości dotyczących samego siebie. Mówi, że interesuje go jedynie 

doktrynalna czystość poglądów jego rozmówców, lecz tak naprawdę chce 

porwierdzić własne przekonania, których nie jest pewien. Chociaż; głośno 
twierdzi, że chce, aby inni poszli za Jezusem, w rzeczywistości pragnie, 

aby poszli za nim. 

Kiedyś, gdy Ryan miał problemy w związku z kobietą, na której mu 

zależało, jeden z jego znajomych zasugerował mu, że po- 

137 
winien poszukać pomocy u terapeuty. Ryan ma jednak sceptycz-1 ny stosunek 

do psychologii. Uważa, że wszystkie problemy są I skutkiem braku wiary i 

że rozmowa z kimś, kto studiował świeckie teorie, w żaden sposób nie może 

mu pomóc. Prawda jest jednak taka, że Ryan nie chce porozmawiać ze 
specjalistą, gdyż musiałby się wówczas przyznać do swoich wątpliwości, 

braku pewności siebie i poczucia chaosu. On zaś lubi czuć, że jest silny 

| i wszystko kontroluje. 

Ryan nie zdaje sobie jednak sprawy, że religia również może być formą 
bałwochwalstwa - wtedy, gdy nie służy tworzeniu więzi z Bogiem i ludźmi, 

lecz tłumieniu bolesnych uczuć. Zamiast starać się zrozumieć swoje 

uczucia, Ryan zagłusza je biblijnym językiem i religijnymi rytuałami. W 

ten sposób wykorzystuje religię, by znieczulić swój ból i cierpienie, co 
jest dokładnym zaprzeczeniem roli, jaką dla religii przewidział Jezus. 

Ryan uzależnił się od poczucia kontroli, religia zaś stała się dla niego 

skutecznym narkotykiem, zapewniającym mu owo poczucie. Aby Ryan zmienił 

swoje podejście do religii, w jego życiu musiałby nastąpić poważny 
kryzys: Dopiero wówczas mógłby zwrócić się ku niej w nowym celu - by 

umocnić swoją więź z Bogiem. 

Jezus nie widział w religii miejsca na bałwochwalstwo. Faryzeusze i 

uczeni w Piśmie byli prawdopodobnie szczerze wierzącymi ludźmi, którzy 
nie uważali swoich praktyk religijnych za bałwochwalstwo - czcili wszak 

Boga. Jezus ostrzegał jednak, by nie wy-korzystywać religii do stwarzania 

background image

pozorów prawości i ukrywania naszych prawdziwych uczuć. Prawość, którą On 

miał na myśli, była czymś zupełnie innym. W Jego oczach prawość oparta na 

więzi z innymi stała ponad prawością opartą na religijnych rytuałach. To 
co Jezus nazywał religijnym bałwochwalstwem, ja jako psycholog obserwuję 

w gabinecie i nazywam uzależnieniem od religii. 

Celem religii było dla Jezusa umacnianie więzi z Bogiem i bliźnimi, nie 

zaś zastępowanie ich. Niektórzy ludzie wykorzystują religię by poprawić 
swoje samopoczucie, podobnie jak narkomani wykorzystują narkotyki. W obu 

przypadkach zwracając się ku 

138 

czemuś „namacalnemu", zagłuszamy swoje bolesne uczucia. W przypadku 
religijnego bałwochwalstwa, zasady i rytuały religijne stają się 

„narkotykiem" dającym ludziom złudzenie, że są lepsi niż w 

rzeczywistości. „Narkotyk" ten może się wydawać społecznie nieszkodliwy, 

wywołuje jednak równie silne uzależnienie jak prawdziwe substancje 
odurzające. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Religia powinna być podróżą, a nie jej celem. 

Czy można się uzależnić od terapii? 

Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! 
J 14, I 

Nie każdy, kto decyduje się rozpocząć terapię, chce stawić czoło swoim 

prawdziwym uczuciom. Niektórzy przychodzą po to, aby ból obecny w ich 

życiu po prostu zniknął. Osoby traktujące terapię jako sposób na 
uzyskanie lepszego samopoczucia, ryzykują, że stanie się ona dla nich 

narkotykiem, od którego się uzależnią. Co ciekawe, uzależnienie od 

terapii najczęściej dotyka tych, którzy twierdzą, że „nie chcą się od 

niej uzależnić". Do uzależnienia prowadzi ucieczka przed kłopotliwymi 
emocjami, a nie ich swobodne i szczere wyrażanie. 

Julia wychowywała się w konserwatywnym miasteczku na środkowym zachodzie 

Stanów. Tam wpojono jej poszanowanie dla ciężkiej pracy i tradycyjne 

wartości religijne. Julia bardzo poważnie podchodzi do wszystkiego, co 
robi, a gdy coś komuś obieca, zawsze dotrzymuje słowa. Łączył ją 

toksyczny związek z matką, miała też wiele problemów z mężem, nie chce 

jednak żadnego z nich obwiniać za swoje nieszczęśliwe życie. 

- To już przeszłość - odpowiedziała, gdy zapytałem ją o jej dzieciństwo. 

- Sama ponoszę odpowiedzialność za swoje życiowe pomyłki; nikt inny nic 
tu nie zawinił. 

Julia nie jest zadowolona z tego, jak ułożyło się jej życie, nie ma 

jednak pomysłu na to, jak je zmienić. 

139 
- Wszystkie moje nieudane związki mają jedną cechę wspólną. Mnie! - 

wyjaśniła mi. - Muszę się po prostu bardziej starać być lepszym 

człowiekiem. 

Ironia jej sytuacji polega na tym, że przez całe swoje życie Julia była 
osobą zbyt odpowiedzialną. Chcę przez to powiedzieć, że obwiniała się o 

wszystko, co tylko było nie tak w jej życiu. Julia nie przyszła na 

terapię, aby poznać swoje prawdziwe uczucia; uważała, że zna je 

wystarczająco dobrze. Czuła się winna i chciała usłyszeć ode mnie, co 
powinna zrobić, aby zmienić wszystko na lepsze. Julia nie wiedziała 

mnóstwa rzeczy na swój temat, lecz trudno było jej to uświadomić. Na 

przykład to, co uważała za swoje poczucie obowiązku było w rzeczywistości 

poczuciem winy. Julia winiła siebie za swoje nieudane małżeństwo i trudne 
stosunki z matką. Obwiniała się o wiele meczy w życiu, a zrzucając całą 

winę na siebie, podświadomie wymierzała sobie karę. Terapia miała jej, 

niestety, posłużyć do uwolnienia się od tych uczuć, nie zaś do wydobycia 

ich na światło dzienne. 
Terapia bywa najbardziej skuteczna w przypadku tych, którzy przychodzą po 

pomoc z całym mnóstwem pytań, nie zaś tych, którzy przynoszą gotowe 

background image

odpowiedzi. Julia była przekonana, że jej największym życiowym problemem 

jest ona sama i że analizowanie jej uczuć i przeszłości to zwykła strata 

czasu. 
- Świetnie, a więc jest mi przykro z tego powodu - powiedziała, gdy 

pomogłem jej uświadomić sobie uczucie żalu związane z jej nieudanym 

małżeństwem. - Co powinnam zmienić w swoim postępowaniu? 

Jej prawdziwe uczucia związane z wydarzeniami z jej życia niezbyt ją 
interesowały. Julia była przekonana, że ponosi winę za wszystkie 

problemy, a koncentrowanie się na własnych emocjach pogorszy jedynie jej 

już i tak złe samopoczucie. 

Terapia Julii zaczęła przynosić efekty dopiero wtedy, gdy otworzyła się 
na swoje uczucia i zrozumiała, że pomoże jej to dojrzeć. Wcześniej 

wydawało jej się, że mówienie o uczuciach jest równoznaczne z odrzuceniem 

odpowiedzialności za swoje czyny i brakiem zaufania w boski plan 

dotyczący jej życia. Chociaż nie była 
140 

tego świadoma, traktowała terapię jak narkotyk. Terapia, mająca na celu 

ucieczkę przed bolesnymi uczuciami, nie pomaga ludziom sie zmienić. I jak 
przekonała się Julia, nie sprawia, że stają się bardziej ufni w swoich 

kontaktach z Bogiem i innymi ludźmi. 

Julia zaczęła inaczej postrzegać swoje życie, gdy przestała pytać mnie, 

co powinna zrobić. Zamiast tego zaczęła się zastanawiać nad swoimi 
uczuciami w związku z tym, co już zrobiła. W miarę upływu czasu odkryła, 

że to poczucie winy sprawia, iż jest dla siebie tak surowa. Nauczyła się 

także odróżniać prawdziwą odpowiedzialność od potępiania samej siebie. W 

końcu przestała traktować terapię jako środek znieczulający na swój ból, 
a zaczęła wykorzystywać nasze spotkania, by dowiedzieć się, jak 

konstruktywnie posługiwać się emocjami w związkach z innymi ludźmi. 

Początkowo Julia sądziła, że potrzebuje terapii, zupełnie jakby była 

chora i potrzebowała leczenia. Z czasem zaczęła przychodzić do mnie, bo 
tego chciała, i nauczyła się wykorzystywać nasze spotkania w taki sposób, 

aby być coraz lepszą osobą. Ten ostatni rodzaj zależności od terapii 

pomógł jej umocnić związki z matką, mężem i Bogiem. 

Jezus głosił, że powinniśmy zaufać Bogu i uwierzyć w Niego. W Jego oczach 

Bóg był nieskończonym źródłem siły, dawał nam moc, by żyć pełnią życia. 
Niektórzy ludzie są krytycznie nastawieni do terapii, ponieważ sądzą, że 

pacjenci uzależniają się od niej zamiast polegać na Bogu. Ludzie, którzy 

tak uważają, zazwyczaj niewiele wiedzą o terapii lub posługiwali się nią 

jak narkotykiem. Wiem z doświadczenia, że terapia indywidualna jest 
bezcenna jeśli chodzi o pomoc w poznawaniu swoich prawdziwych uczuć i 

pogłębianiu ufności względem Boga i ludzi. 

Jezus nie widział żadnej sprzeczności w jednoczesnym zaufaniu Bogu i 

zdaniu się na innych. On sam polegał na swoich najbliższych przyjaciołach 
i zachęcał ich, by polegali na Nim, umacniając w ten sposób swoją wiarę w 

Boga. Umiejętność polegania na bliźnich i dzielenia się z nimi naszymi 

najintymniejszymi uczuciami pogłębia naszą wiarę. MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: 

Terapia to proces tworzenia zdrowych zależności. 
141 

Posiadanie potrzeb nie uzależnia cię od innych 

/ we ATnie wierzcie! 

JI4, 
- Chciałabym popracować nad swoją samooceną - oznajmiła ml Grace podczas 

naszego pierwszego spotkania. - Wiem, że potraf fię być trudna w 

kontaktach z innymi, ale większość osób po prol stu mnie nie rozumie. Mam 

nadzieję, że pan mi pomoże. 
Grace poddawała się już wcześniej terapii i sądziła, że poczyj niła 

znaczne postępy. Wciąż jednak nie była z siebie zadowoloną i chciała nad 

background image

tym popracować. W towarzystwie obcych czuła sia bardzo niepewnie, nie 

miała też wielu przyjaciół. Uczestniczyła w kilku spotkaniach 

organizowanych w jej parafii, lecz nigdy sid z nikim nie zaprzyjaźniła. 
Grace uważała się za odmieńca i roz-j paczliwie starała się dopasować do 

innych. Gdy ktoś okazywał jej swoje zainteresowanie, czepiała się go 

kurczowo, jak gdyby by jedynym człowiekiem na świecie, z którym mogła 

nawiązać kon-l takt. Grace nie znosiła sprawiać wrażenia osoby zależnej 
od in-l nych, nic jednak nie mogła na to poradzić. 

Od poprzedniego terapeuty Grace usłyszała, że w zbyt dużyr stopniu polega 

na swoim otoczeniu i że powinna być mniej zależ-| na, a bardziej 

samodzielna. Dowiedziała się, że powinna przejąć odpowiedzialność za 
swoje życie, ponieważ ma osobowość zależ-l ną i ważne jest, aby „wyszła 

na zewnątrz" i skoncentrowała się nal kimś innym poza sobą. Grace bez 

większego powodzenia próbo-j wała rozwinąć w sobie jakieś 

zainteresowania, wciąż jednak była| nieszczęśliwa. 
Początkowo Grace dzwoniła do mnie stosunkowo częstol w przerwach między 

naszymi spotkaniami, aby porozmawiać! o kolejnej kryzysowej sytuacji. 

Zwiększyliśmy zatem częstotli-l wość spotkań, co trochę jej pomogło, 

wciąż jednak miewała sta-1 ny emocjonalne, z którymi nie potrafiła sobie 
poradzić. Grace nie I znosiła tego, że tak bardzo mnie potrzebuje, 

sądziła jednak, że sa-j ma się ze wszystkim nie upora. Nie chciała się do 

tego przyznać, I obawiała się jednak, że robi ze mnie swego bożka, bo 

jest zbyt sła-l 
142 

«:*;, 

by się t>eze mnie obyć. Grace zaczęła sprawiać wrażenie uza-l śnionej od 

kontaktów ze mną. Potrzebowała kolejnych „dawek", aby przetrwać. 
Z czasem wspólnie z Grace doszliśmy do wniosku, że jej problemem nie jest 

zbytnia zależność ode mnie, lecz nienawiść, jaką czuje do samej siebie za 

to, że jest ode mnie zależna. Gdy w ciągu tygodnia zdarzało się coś, co 

wytrącało ją z równowagi, Grace starała się sama uporać ze swoimi 
uczuciami. Mówiła sobie, że nie zadzwoni do mnie i że powinna sama sobie 

radzić. To jedynie pogarszało jej samopoczucie, ponieważ nie tylko 

denerwowała się tym, co wytrąciło ją z równowagi, ale dodatkowo walczyła 

ze sobą, aby do mnie nie zadzwonić. Rosnące zdenerwowanie sprawiało, że 

tym bardziej chciała ze mną porozmawiać i tym bardziej ze sobą walczyła. 
Wkrótce sytuacja stawała się nie do zniesienia i Grace wpadała w panikę. 

Czuła się jak narkoman na odwyku i rozpaczliwie pragnęła usłyszeć mój 

głos, żeby się uspokoić. 

Życie Grace zaczęło się zmieniać z chwilą, gdy przestała się uważać za 
osobę zbyt zależną od innych i zrozumiała, że potrzeba kontaktu ze mną 

jest naturalnym elementem terapii. Gdy tylko zaakceptowała swoją 

zależność ode mnie, zaczęła sobie lepiej radzić ze swoimi uczuciami i nie 

czuła już wstydu na myśl, że chciałaby ze mną o nich porozmawiać. Jej 
telefony stały się coraz rzadsze, ponieważ nie wpadała już w panikę 

obwiniając się za chęć zatelefonowania do mnie. Coraz częściej dzwoniła 

na pocztę głosową, aby po prostu usłyszeć mój głos albo zostawiała 

wiadomość, nie prosząc, bym oddzwonił. Wystarczyła jej świadomość, że 
może na mnie polegać. Gdy tylko Grace przestała winić się za to, że mnie 

potrzebuje, przestała jednocześnie źle o sobie myśleć. Dotarło do niej, 

że nie jest osobą o słabej woli, lecz kobietą, której zdarza się 

przeżywać intensywne emocje i która chce się nimi podzielić z kimś, kto 
je zrozumie. 

Chociaż trwało to jakiś czas, Grace zrozumiała w końcu podstawową cechę 

swego człowieczeństwa, z którą tak bardzo wal-czyła. Ludzie zależą od 

siebie nawzajem. Potrzebujemy innych, aby odczuwać pełnię swego 
jestestwa. Grace na własnym przy- 

143 

background image

kładzie pojęła coś bardzo ważnego: prosząc nas, byśmy Mu zaufali, Jezus 

nie mówił tego, gdyż uważał nas za słabych i niesamodzielnych, lecz 

ponieważ tylko w ten sposób możemy stać się tacy, jacy powinniśmy być. 
Jezus zachęcał ludzi, by w Niego wierzyli i by na Nim polegali. Nie 

uważał, aby zależność od drugiego człowieka była problemem; przeciwnie, 

twierdził, iż jest niezbędna do osiągnięcia duchowej pełni. Wiedział, że 

aby przeżyć, musimy zdać się na Boga i innych. Próby usamodzielnienia się 
byłyby w tym przypadku sprzeczne z naszą naturą. Jezus głosił, że pełnię 

można osiągnąć jedynie akceptując własną słabość i potrzebę zdania się na 

drugiego człowieka. Ci, którzy nie chcą być od nikogo zależni, udają 

jedynie, że mają wszystko, co jest im potrzebne. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Posiadanie potrzeb nie uzależnia cię od innych. 

Jak odnaleźć spokój ducha 

Nie jestem sam, lecz Ja i Ten, który Mnie posłał. 

J8, 16 
Rudy był uzależniony od swojego złego humoru. Wzrost poziomu endorfin 

związany z wybuchami gniewu wywoływał w nim niemal euforyczne poczucie 

władzy i pewności siebie, ułatwiające mu radzenie sobie z życiowymi 

problemami. Gdy tylko Rudy czuł się niepewny lub zagrożony, miał w 
zasięgu ręki swój sprawdzony narkotyk. Nigdy nie czuł się zbyt długo mały 

i słaby, gdyż wpadając we wściekłość, mógł obrócić każdą sytuację na 

swoją korzyść i znów poczuć się dużym i silnym. 

Rudy dorastał w domu, w którym ojciec był w zasadzie nieobecny. Matka 
była w stosunku do niego nadopiekuńcza, prawdopodobnie chcąc mu w ten 

sposób zrekompensować brak emocjonalnej więzi z ojcem. W kontaktach z 

obojgiem rodziców Rudy czuł się niepewnie: z jednej strony miał wrażenie, 

że nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań ojca, z drugiej zaś strony 
nad- 

144 

opiekuńczość matki wywoływała w nim poczucie, iż jej zdaniem nie jest w 

stanie sam niczego zrobić. Mimo że był bardzo inteligentny i szybko uczył 
się nowych rzeczy, Rudy bał się wszystkiego, co nowe. Chociaż nienawidził 

swojego strachu, przez większość czasu bał się i nic nie mógł na to 

poradzić. 

Szef Rudy'ego polecił mu, żeby zgłosił się na terapię, gdyż wy-buchowy 

charakter źle wpływał na jego wyniki w pracy. Rudy nie lubił rozmawiać ze 
mną na temat swojej przeszłości i przez większość czasu trudno było mi 

się zorientować, co naprawdę czuje. Podczas kilku pierwszych spotkań 

starałem się go nakłonić do zwierzeń - dopóki nie odkryłem pewnej ważnej 

cechy jego osobowości. Rudy potrafił odczuwać tylko dwie emocje: gniew i 
apatię. 

Przez większość czasu Rudy w skrytości ducha przeżywał swoje 

niezadowolenie z życia. Czuł się wówczas nieszczęśliwy, mając wrażenie, 

że marnuje swoje możliwości. Tylko podczas ataków wściekłości Rudy czuł, 
że naprawdę żyje. Gniew pomagał mu się skoncentrować i budził w nim 

ukrytą pasję. 

Nietrudno było zauważyć, że uzależnienie od gniewu jest dla Rudy'ego 

sposobem na ukrycie głęboko zakorzenionego poczucia braku pewności 
siebie. Rudy nie miał najlepszego zdania na swój temat, łatwo więc było 

zranić jego uczucia. To zaś wprawiało go we wściekłość, a gdy już wpadał 

w gniew, nie umiał się uspokoić. Gdy było już po wszystkim, Rudy obwiniał 

się za to, że stracił nad sobą panowanie, co z kolei czyniło go bardziej 
podatnym na zranienie w przyszłości. I tak cykl się zamykał. 

Z czasem wspólnie z Rudym zdaliśmy sobie sprawę z tego, że jego brak 

pewności siebie wynika z poczucia całkowitego osamotnienia. Od dziecka 

Rudy był przekonany, że ojciec go nie kocha, a matka nie ma do niego 
zaufania. Nigdy nie miał nikogo, do kogo mógłby się zwrócić o pomoc. Nie 

mając nikogo bliskiego, czuł, jakby na jego barkach spoczywały problemy 

background image

całego świata, a niewiele osób miałoby siłę je udźwignąć. Skąd więc miał 

czerpać swoją pewność siebie? 

Stopniowo Rudy pozwolił mi wziąć na siebie część swojego emocjonalnego 
bagażu. Zaufawszy mi, poczuł się mniej osamotnio- 

145 

ny i niepewny. Coraz rzadziej wpadał w gniew, ponieważ coraz rz dziej 

czuł się zraniony. Nie potrzebował więc znieczulać się swoim narkotykiem 
- agresją. Zrozumiał, że jest w nim mnóstwo emocii 

0  których może porozmawiać z kimś, kto pomoże mu się z nimi uporać. Rudy 

potrzebował kogoś, kogo mógłby wziąć za rękę, by poczuć się bezpiecznie. 

Pozwalając mi „zastąpić" swoich rodziców 
1 czyniąc mnie swoim powiernikiem, Rudy uświadomił sobie ważną prawdę o 

naturze człowieka - prawdę, którą głosił Jezus. Prawdziwy spokój ducha 

przychodzi wtedy, gdy wiemy, że jest ktoś, na kim możemy polegać i kto 

sprawia, że czujemy się bezpiecznie. 
Dzięki kojącej miłości ludzi, którzy nas kochają, uczymy się kochać 

samych siebie. Wiele osób skłania się ku różnego rodzaju uzależnieniom, 

ponieważ nigdy nie wykształciła się w nich umiejętność uspokajania 

siebie. Wykorzystują więc swoje uzależnienia, żeby się w sztuczny sposób 
uspokajać lub zagłuszać swoje lęki. Ponieważ w przeszłości nie było 

nikogo, kto dałby im poczucie bezpieczeństwa, szukają antidotum na swój 

strach, aby jakoś się z nim uporać. 

Jezus wiedział, gdzie szukać spokoju ducha: w bliskości Boga. Wszyscy 
pragniemy poczucia bezpieczeństwa i znajdujemy je jedynie wówczas, gdy 

czujemy się chronieni przed niebezpieczeństwami czyhającymi na nas w 

życiu. A czy może być bezpieczniejsze miejsce we wszechświecie niż u boku 

naszego Stwórcy? Jezus nauczał, że tylko w Bogu możemy znaleźć prawdzwy 
spokój ducha. Mówił, że ci, którzy go odnajdą, nigdy nie będą sami. 

MYŚL DO ZAPAMIĘ™>JIA: Ci, którzy znaleźli prawdziwy spokój ducha, nigdy 

nie są sami. 

Nie możesz sam siebie uleczyć 
Lekarzu, ulecz samego siebie. 

Lk4,23 

Problem z uzależnieniem od substancji chemicznych polega na tym, że nie 

jest to zależność per se, lecz zależność od „substancji"-Jedynie 

zależność od Boga i innych ludzi pozwala nam poznać 
146 

wdę o samych sobie. Zależność występująca w związkach jest 

cesem wzajemnych interakcji, których owocem jest osobisty 

zwój. Zależność od jakiejś substancji lub rzeczy jest zaś proce-m 
jednokierunkowym, prowadzącym donikąd. Aby żyć pełnią ? ia musimy zależeć 

od innych. Zależność od martwych przedmiotów prowadzi natomiast 

nieuchronnie do duchowej i psychicznej śmierci. 

Douglas był alkoholikiem, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy- Nie pił 
codziennie, lecz gdy już to robił, dawka alkoholu była na tyle duża, by 

znieczulić go na wszystko, co go akurat bolało. Gdy po raz pierwszy 

zapytałem, czy nie martwi go jego stosunek do alkoholu, szybko 

odpowiedział: 
- Nie. Chyba pan żartuje? Ten rok jest najlepszy w mojej karierze 

zawodowej. Oczywiście, lubię się napić dobrego wina do posiłku, ale nie 

mam nic wspólnego z pijaczynami jakich widuje się na ulicach. 

Douglas pił wino nie tylko do posiłków. Pił po pracy, żeby odreagować 
stres, pił w porze lunchu, gdy był zdenerwowany, pił też czasami w 

samotności, zupełnie nie wiedząc dlaczego. Większość alkoholików z reguły 

nie kończy tak, jak pijaczkowie na ulicy, a część z nich odnosi nawet 

spore sukcesy w swoim życiu za-wodowym. Gdy jednak alkohol służy nam do 
zagłuszania uczuć niezbędnych w kontaktach z innymi ludźmi, wówczas picie 

staje się problemem - tak jak miało to miejsce w przypadku Douglasa. 

background image

Wmawiał sobie, że pije, bo to lubi, ale w rzeczywistości pił, bo nie 

podobało mu się, jak się czuł, będąc trzeźwy. Douglas zagłuszał alkoholem 

swoje prawdziwe uczucia, co sprawiało, że odsuwał się od ludzi, i trudno 
było zgadnąć, co tak naprawdę myśli. 

Chociaż Douglas nie zdawał sobie z tego sprawy, jego pierwszym krokiem na 

drodze do zerwania z uzależnieniem była decyzja poddania się terapii. 

Potrzebował pomocy w wyrażaniu swych naj-intymniejszych uczuć, a gabinet 
terapeuty okazał się w tym celu idealnym miejscem. Nie było to łatwe, ale 

w końcu wspólnie z Dougla-sem wydobyliśmy na światło dzienne głęboko 

ukryte uczucia, które nosił w sobie przez wiele lat. Jednak w czasie, 

jaki upływał mię- 
147 

dzy naszymi kolejnymi spotkaniami, Douglas skutecznie je w sobie 

zagłuszał i musieliśmy zaczynać terapię od początku. W końcu poradziłem 

mu, żeby poza terapią poszukał dodatkowej pomocy. Zasugerowałem, by 
poszedł na spotkanie klubu AA. Zdecydowałem, że potrzebne jest mu coś, co 

oferowało AA, a czego ja nie mogłem mu zapewnić: 

dwudziestoczterogodzinne, całotygodniowe wsparcie. W sytuacji, gdy 

dopadała go pokusa sięgnięcia po alkohol, by zagłuszyć targające nim 
uczucia, Douglas musiał mieć możliwość zatelefonowania do kogoś, kto 

mógłby mu pomóc. 

- Nie chcę przesiadywać z bandą nieudaczników i słuchać, jak narzekają na 

swoje życie - usłyszałem jednak od Douglasa. -- Nie mam z nimi nic 
wspólnego. 

- Być może - odparłem. - Ale nie zmienia to faktu, że potrzebuje pan 

tego, co oni mogą panu dać. Nie zrozumie pan, o czym mówi, dopóki nie 

pójdzie pan na kilka spotkań i sam się pan nie przekona. 
Niechętnie, lecz w końcu poszedł. 

Przez kolejnych kilka miesięcy Douglas odkrył parę rzeczy na I swój 

temat. Zrozumiał, że pije żeby zagłuszyć swoje prawdziwe uczucia, 

szczególnie uczucie smutku. Uświadomił sobie, że nigdy nie czuł z nikim 
prawdziwej więzi, gdyż w towarzystwie innych ludzi zawsze znieczulał się 

alkoholem. Przebywając w jednym pomieszczeniu z ludźmi bardzo od niego 

różnymi, nauczył się od-| najdywać z nimi wspólny język - nauczył się być 

szczery. 

Czasami podczas spotkań klubu AA Douglasowi nadal wyda-l je się, że 
otaczają go sami nieudacznicy. Uczucie to jednak szybko I mija, gdyż 

Douglas uświadamia sobie bardzo ważną rzecz: po-1 trzebuje tych ludzi, 

żeby przeżyć. Choć wcześniej nie zdawał so-l bie z tego spra^ teraz już 

wie, że miał poważny problem alko-l holowy i był na dobrej drodze do 
całkowitej izolacji od otocze-l nia. Mówi, że było jedynie kwestią czasu, 

aby picie zaczęło wpty'l wać również na jego pracę. Wszystko to jest już 

poza nim, ponie-f waż Douglas nauczył się czerpać siłę z czegoś 

potężniejszego odl siebie. Dopóki będzie to robił, dopóty dzień po dniu 
będzie [^ dował uzdrowienie. 

148 

Jezus nigdy nie mówił, że samodzielnie możemy przebyć naszą duchową 

drogę. We wszystkim co robił podkreślał swoją zależność od Boga. Nauczał, 
że nikt, w tym również On sam, nie tnoże funkcjonować w odosobnieniu. Nie 

zareagował na kpiące żądanie tłumu „Ulecz samego siebie!" ponieważ 

wiedział, że nie może zrobić niczego bez pomocy Boga. W Jego oczach 

wszelkie próby uzdrawiania samego siebie były naruszeniem fundamentalnych 
praw stworzenia. 

Najpopularniejsza i najbardziej rozpowszechniona w Stanach Zjednoczonych 

metoda leczenia alkoholizmu kieruje się tymi samymi założeniami, które 

głosił Jezus. Krok Drugi z Dwunastu Kroków Anonimowych Alkoholików - ich 
swoistego wyznania wiary - brzmi: „Uwierzyliśmy, że moc potężniejsza od 

nas może nam wrócić zdrowie." Chociaż w deklaracji AA nie pada definicja 

background image

Boga w formie podawanej przez Jezusa, jednak członkowie stowarzyszenia 

zgadzają się co do tego, że chcąc wyleczyć się z alkoholizmu, trzeba 

zaufać sile potężniejszej od nas samych. Ani kluby AA, ani Jezus nie 
zaleciliby nikomu, aby sam się uleczył. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Ten kto szuka uzdrowienia, szuka drugiego 

człowieka. 

Lekarstwem jest miłość 
To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie milo- 

waŁi, tak jak Ja was umiłowałem. 

J 15, 12 

Jordan sama siebie nazywa narkomanką na najlepszej drodze do wyleczenia. 
- Dzięki odwykowi od dwóch lat nie zażywam kokainy. Wydaje mi się, że 

nadszedł czas, by przy pomocy terapii przeanalizować moje problemy - 

powiedziała podczas naszego pierwszego spotkania. 

- Wiem z doświadczenia, że terapia indywidualna bywa bardzo pomocna w 
przypadku osób będących na odwyku - zapewniłem ją. Niektórzy pacjenci 

obawiają się, że terapeuta nie zapewni im takiego wsparcia jak program 

Dwunastu Kroków, chciałem Więc by wiedziała jak sprawy się mają. 

149 
Jordan jest atrakcyjną kobietą, która do niedawna żyła szybko i 

intensywnie. Jej uzależnienie od narkotyków miało związek z 

ekstrawaganckim stylem życia: szalonymi imprezami, egzotycznymi podróżami 

i nadmierną rozrzutnością. Teraz, niestety, była bez grosza przy duszy. 
Wdzięczna za otrzymaną szansę nowego życia, ale bez grosza. 

- Cała ta zabawa miała swoją cenę - powiedziała kiedyś. - Staram się 

jednak podchodzić do tego w sposób filozoficzny. Widocznie konieczne 

było, żebym znalazła się w tym miejscu, w którym jestem dzisiaj. 
W czasie gdy była jeszcze uzależniona, Jordan wdawała się w intensywne, 

lecz powierzchowne związki z mężczyznami. Teraz starała się nauczyć 

nowych wzorców postępowania. 

- Wcześniej wszystko było o wiele prostsze - tłumaczyła mi. -- Nigdy nie 
oczekiwałam od facetów niczego poza dobrą zabawą, więc żaden z nich nie 

złamał mi serca. Teraz wszystko się skomplikowało. 

Biorąc narkotyki Jordan dążyła do jednego: by znaleźć się „na haju". Gdy 

jej znajomi nie mogli tego zrozumieć, zmieniała towarzystwo. Jordan nie 

była złą osobą - miała po prostu bardzo zdecydowane poglądy na związki z 
ludźmi. Potrafiła się do nich zbliżać jedynie dzięki seksowi i 

narkotykom. Były to jej dwa sprawdzone i bardzo konkretne sposoby na 

kontakty z innymi. 

Ostatnio Jordan odkryła w swoim życiu całą gamę nowych emocji. Gdy teraz 
spogląda wstecz na czas, gdy była uzależniona, czuje ból i wstyd z powodu 

tego, jak zachowywała się w swoich związkach. Nawiązała nawet kontakt z 

kilkoma osobami, aby wynagrodzić im swoje wcześniejsze postępowanie. 

Jordan pamięta, że dawniej mówiła każdemu „Kocham cię!", jak gdyby był to 
rodzaj zaklęcia pozwalającego jej natychmiast zbliżyć się do drugiego 

człowieka. Teraz już tego nie robi, nie dlatego że ma w sobie mniej 

miłości dla innych, lecz ponieważ dopiero zaczyna rozumieć, co znaczy 

naprawdę kogoś kochać. 
Obecnie w swoich kontaktach z innymi ludźmi Jordan posługuje się 

emocjami. Potrafi wsłuchać się w uczucia drugiego czło- 

150 

. .     a ponieważ ma w tej chwili większą tolerancję dla ludzkich 
uć nie uszczęśliwia nikogo na siłę i pozwala każdemu w spo- 

.   •   prZeżywać swój smutek. Nie mówi też obcym ludziom, że ich 

kocha, wie bowiem, że aby kogoś pokochać, trzeba go najpierw 

oznać. Jordan przyjaźni się teraz częściej z mężczyznami, ponieważ 
nauczyła się wiązać z nimi bez konieczności uprawiania seksu czy brania 

narkotyków. Jej związki są trwalsze, gdyż Jordan uczy się kochać ludzi za 

background image

to kim naprawdę są. Pamięta euforię związaną z narkotykowymi odlotami, 

lecz wcale za nią nie tęskni. Uczucie, jakie daje jej dojrzały związek i 

świadomość bycia kochaną, jest zbyt wspaniałe by z niego rezygnować. 
Jordan nie szuka substytutów miłości, może mieć bowiem prawdziwą miłość. 

Ludzie uzależnieni obdarzają uczuciem bożka, on jednak nie może im 

odpowiedzieć tym samym. Uzależnienie nie pozwala naszej miłości 

dojrzewać. Gdy decydujemy się zastąpić miłość jakimś materialnym 
substytutem, sami również przestajemy się rozwijać. Z chwilą, gdy blokada 

zostaje przełamana, a rozwój wznowiony, uzależnieni porzucają swoje 

bóstwa i dążą do związków z ludźmi, którzy mogą ich pokochać. Jezus 

nauczał, że aby dojrzeć duchowo człowiek musi kochać i być kochanym, nie 
jest to zaś możliwe w przypadku bałwochwalczego uzależnienia. 

Jezus uważał miłość za największą siłę we wszechświecie. Głosił, że Bóg 

jest miłością i że stwórcza siła miłości pomoże rozwiązać wszystkie 

problemy na świecie. Miłość znajduje się w centrum nauk Jezusa, jest też 
niezbędna w procesie uzdrawiania ludzkiego serca. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Miłość uzdrawia. 

Dlaczego Bóg nie toleruje bałwochwalstwa 

Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól 
i rdza niszczą. 

Mt6. 19 

Być świadkiem narodzin człowieka to niezwykłe przeżycie. Nie mogłem tego 

pojąć, dopóki sam nie byłem świadkiem narodzin 
151 

mojego syna Brendana. Wspólnie z żoną Barbarą latami przyo towywaliśmy 

się na tę chwilę. Chodziliśmy na intensywny ku do szkoły rodzenia, 

nauczyliśmy się resuscytacji krążeniowo-od dechowej niemowląt i 
przeczytaliśmy tony fachowej literatury Nagrałem nawet kasetę z bajkami, 

którą Barbara odtwarzała naszemu nienarodzonemu dziecku, gdy byłem w 

pracy, aby jeszcze w łonie matki oswoiło się z moim głosem. Nie mógłbym 

się le. piej przygotować na narodziny mojego syna, a jednak wciąż nie 
byłem gotowy. Bycia ojcem nie można się nauczyć; jest to coś czego trzeba 

po prostu samemu doświadczyć. 

Niestety, poród był bardzo skomplikowany. Nasza położna była 

zaniepokojona wielkością dziecka, zaproponowała więc, by wywołać poród 

tydzień przed wyznaczonym terminem. Miała nadzieję, że wówczas możliwy 
byłby poród naturalny. Lecz po trzydziestu trzech godzinach bolesnych, 

powtarzających się co trzy minuty skurczy, stało się jasne, że Brendan 

jest po prostu zbyt duży i niezbędne jest przeprowadzenie cesarskiego 

cięcia. Dla wszystkich było to bardzo wyczerpujące przeżycie, byłem 
jednak niezmiernie wdzięczny najnowszym osiągnięciom medycyny. Boję się 

nawet myśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdybyśmy żyli w innych czasach. 

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłem mojego syna. 

Biorąc pod uwagę to, przez co musiał przejść, wyglądał zupełnie nieźle i 
już po kilku sekundach rozkrzyczał się w niebogłosy. „Cud" - tak do tej 

pory nazywam to, co się wówczas wydarzyło. Barbara dochodziła do siebie 

po zabiegu, mnie zatem przypadł w udziale zaszczyt wzięcia go na ręce i 

pokazania mamie w kilka minut po narodzinach. Chociaż byłem wykończo-ny i 
znajdowałem się w pewnym szoku na skutek tego, co się właśnie wydarzyło, 

zauważyłem, że między mną a Brendanem niemal natychmiast wytworzyła się 

silna więź. Skupiając na nim cała swoją uwagę uświadomiłem sobie, że on 

robi dokładnie to samo. Nie było to jednokierunkowe zainteresowanie. 
Zaczynaliśmy budować nasz związek. 

Kiedy robiłem dyplom, z badań na temat rozwoju niemowląt wynikało,  że 

noworodek nie  odróżnia siebie  od  otoczenia. 

152 
tko jest dla niego amorficznym nagromadzeniem różnych 

ń Teraz wiem, że autorzy tych badań nigdy nie trzymali 

background image

mionach nowonarodzonego dziecka. Gdy starałem się oddy- 

h ć jego rytmem, on słuchał mego oddechu; gdy wsłuchiwałem 

•   w wydawane przez niego dźwięki, on reagował na dźwięki 
wydawane przeze mnie. Sądzę, że kaseta z nagranymi przez mnie 

bajkami musiała mieć jakiś wpływ na mojego syna, ponieważ gdy 

rylko po raz pierwszy usłyszał mój głos, instynktownie spojrzał 

w moją stronę. 
Wiem, że nie mogę zapytać Brendana o jego pierwsze wrażenia zaraz po 

przyjściu na świat, doskonale jednak pamiętam to, co sam wtedy czułem. 

Wydawało mi się, że przez mgnienie oka dostrzegłem wcielenie Boga na 

Ziemi. W małej istotce, liczącej sobie zaledwie sześć minut, ujrzałem 
wewnętrzną potrzebę nawiązania kontaktu z drugą osobą. Od momentu swojego 

pierwszego krzyku człowiek stara się nawiązywać więzi ze swoim 

otoczeniem. Rodzimy się, by wiązać się z innymi i to jest właśnie ta 

boska cecha, którą nosimy w sobie. Bez względu na to jakim bożkom i 
pokusom będę musiał stawić czoła w życiu, nigdy nie zapomnę, ile znaczy 

dla mnie miłość mojego syna i mój z nim związek. Tak zostaliśmy stworzeni 

i nic nie jest w stanie zastąpić nam prawdziwej miłości. 

Jezus znał przykazanie Starego Testamentu: „Nie będziesz czynił żadnej 
rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko..." (Wj 20, 4). 

Nauczał, że Bóg jest Bogiem zazdrosnym, lecz nie w sensie małostkowego 

lęku przed utratą swojej własności na rzecz kogoś innego. Bóg pragnie 

zachować świat w takim kształcie, w jakim go stworzył i gniewają Go 
wszelkie próby naruszania naturalnego porządku wszechświata. 

Jezus głosił, że odbiciem Boga na Ziemi nie jest konkretny wizerunek, 

lecz nasza umiejętność budowania związków. Bałwochwalstwo budzi gniew 

Boga, ponieważ jest próbą zastąpienia tej tkwiącej w nas boskiej 
umiejętności jakąś „rzeczą". Tak jak osoby Trójcy Świętej pozostają ze 

sobą w nierozerwalnym związku, tak też my otrzymaliśmy od Boga 

umiejętność nawiązywania więzi 

153 
z innymi ludźmi oraz z Nim samym. Tak więc wizerunek Boga na Ziemi nie 

jest materialnym obiektem, który prędzej czy później ulegnie rozpadowi i 

zostanie zniszczony, lecz odwieczną i ponadczasową umiejętnością 

budowania związków. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Kochać przedmioty jest rzeczą ludzką; kochać innych 
- boską. 

Część II 

Poznać samego siebie 

t.   , 
Poznać swoje uczucia 

W owym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa, pyta.' ląc: „Kto właściwie 

jest największy w królestwie nie' bieskim?". On przywołał dziecko, 

postawił je przed ni' mi i rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie 
odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do 11       

królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziec' ko, ten jest 

największy w królestwie niebieskim. A kto > .       .               by 

jedno takie dziecko przyjął w imię moje, Mnie 
,                    przyjmuje. Lecz kto by się stal powodem grzechu dla 

jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień 

młyński zawiesić u szyi i utopić go 

w głębi morza".                          *•* 
?j <|,                     Mt 18, l-ć 

Jezus nauczał, że to, kim jesteśmy, zależy od tego, co czujemy w swoim 

sercu. Mówił o ponownych narodzinach, o życiu w wierze i o tym by mieć 

serce jak dziecko. Pragnął, byśmy byli jak dzieci, ponieważ są one 
niewinne, ufne i otwarcie okazują swoje emocje. Zaś głęboko wierzący 

ludzie są zawsze świadomi swoich uczuć. 

background image

Jezus często atakował utarte sposoby ludzkiego myślenia. Mówił, że aby 

być wielkim, trzeba być małym. Aby rządzić, trzeba służyć innym. Aby być 

wielkim myślicielem, trzeba umieć odczuwać. Jezus nauczał, że tożsamość 
człowieka zależy od jego serca. Aby opisać uczucia nie używał 

specjalistycznych psychologicznych terminów, jakimi się obecnie 

posługujemy, jasne jest jednak, że pragnął, byśmy nigdy nie tracili 

kontaktu z tym co naprawdę czujemy. 
Jezus kochał, odczuwał gniew, doświadczał lęku, płakał ze smutku i żył 

kierując się odwagą. Dobrze wiedział, kim jest i zawsze postępował 

zgodnie z tym, co czuł - nawet gdy jego postępowanie wszystkim innym 

wydawało się nielogiczne. Nasze emo- 
157 

cje stanowią klucz do poznania nas samych i sprawiają, że postępujemy tak 

jak postępujemy. Jezus pragnął, byśmy poznali całą gamę naszych emocji24.          

•          wswx 
""'.'?^..^ Bądź jak dziecko, ale nie bądź dziecinny 

u,,                      Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie iak 

dzieci... 

«•>??'«-•                                                                   
M,18,3 

Niektórzy z nas boją się okazywać emocje, ponieważ uważają to za 

dziecinne. Jest jednak różnica pomiędzy byciem dziecinnym, a byciem jak 

dziecko. Być dziecinnym oznacza być niedojrzałym i odmawiać wzięcia 
pełnej odpowiedzialności za swoje czyny. Być jak dziecko znaczy być 

odpowiedzialnym dorosłym człowiekiem, zdolnym do okazywania swoich uczuć. 

Jezus kładł ogromny nacisk na to, byśmy byli jak dzieci. 

Bycie „jak dziecko" nie wymaga wielkiego wysiłku, wymaga natomiast siły, 
by na wzór dziecka otworzyć się na swoje emocje. Jezus przez całe swoje 

życie okazywał dojrzałość wytyczając granice i będąc świadomym 

konsekwencji swoich czynów. Miał jednak w sobie tyle odwagi, by ulegać 

emocjom. Będąc jak dziecko otwartym na uczucia, Jezus był bliski ludziom, 
zaś Jego olbrzymie poczucie odpowiedzialności sprawiało, że czuli się 

bezpiecznie w Jego obecności. 

Harriet ma za sobą serię intensywnych, burzliwych związków, z których 

żaden nie był udany. Gdy ktoś ją rozczarował, często wpadała we 

wściekłość. Nie pomogła jej nawet długa terapia, podczas której 
uświadomiła sobie swoje poczucie porzucenia. Podczas spotkań ze mną 

Harriet miała trudności ze skoncentrowaniem się na swoim zachowaniu, 

które przyczyniło się do jej nieudanych związków, nie miała natomiast 

żadnych kłopotów ze wskazaniem winnych tego stanu rzeczy - ludzi, którzy 
byli przyczyną jej problemów. 

Początkowo Harriet często zostawiała mi wiadomości w prze" rwach między 

naszymi spotkaniami, zawsze w związku z czymś, co 

158 
nazywała „nagłym wypadkiem" emocjonalnym. Była wściekła na wszystkich, w 

tym również na mnie i czuła, że ma prawo wyrażać swoją wściekłość 

przeklinając, krzycząc i robiąc sceny. Nasze spotkania często pełne były 

takich wybuchów. Harriet uważała, że terapeuta powinien umieć sobie 
radzić w tego typu sytuacjach i rozpaczliwie starała mi się uświadomić 

ogrom swego bólu. 

Te dziecinne reakcje nie ułatwiały jej kontaktów z ludźmi, podobnie jak 

nie ułatwiały jej zrozumienia własnych uczuć. Harriet była nękana 
poważnymi wątpliwościami na swój temat i uważała, że wszyscy odwróciliby 

się od niej, gdyby się przed nimi otworzyła. Żeby nie doświadczać 

odrzucenia ze strony otoczenia, wolała sama zachowywać się w agresywny i 

wrogi sposób. Odrzucając innych, czuła się zdecydowanie lepiej. 
Z chwilą, gdy Harriet zdała sobie sprawę z tego, że wiecznie spodziewając 

się odrzucenia, uniemożliwia sobie prawidłowe kontakty z ludźmi, zmienił 

background image

się jej stosunek do wyrażania uczuć. Zamiast wybuchać gniewem i w ten 

sposób dystansować się od wszystkich, Harriet otworzyła się na dziecięce 

uczucia bólu i strachu, dzięki którym mogła nawiązać więź z innymi. Po 
raz pierwszy w swoim życiu zdała sobie sprawę, że wyrażając uczucia na 

sposób dziecka staje się bardziej atrakcyjna. Otwierając się i pokazując 

swoje słabe strony sprawiła, że ludzie zaczęli darzyć ją większą sympatią 

zamiast odwrócić się od niej tak jak się tego zawsze obawiała. 
Największy przełom spowodowany zmianami wyrażania emocji przez Harriet 

miał związek z tym, jak zaczęła oceniać samą siebie. Przestała 

automatycznie obawiać się odrzucenia i zaczęła wierzyć, że może jednak 

nie jest taka najgorsza - będąc sobą. 
Właśnie o tego typu dziecięcych reakcjach mówił Jezus. Nakazywał nam, 

byśmy „stali się jak dzieci", tak jak one ufni i niebo-jący się okazać 

słabość. Chociaż może to być zaskakujące, właśnie tacy ludzie są 

najsilniejsi. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Dziecinne zachowania izolują nas od innych ludzi, 

dziecięce zaś ich przyciągają. 

II 

159 
Rola uczuć w rozwoju człowieka 

Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie. 

U 18, Ifi 

Siedmioletnia Brittany była trudnym dzieckiem. Często wpadała w złość i 
zachowywała się agresywnie wobec otoczenia, co utrudniało jej kontakty z 

innymi dziećmi. Gryzła, kopała i drapała każdego, kto jej przeszkodził, a 

jej ataki wściekłości były dla wszystkich bardzo wyczerpujące - nie 

wyłączając jej samej. Rodzice Brittany byli bardzo zaniepokojeni takim 
zachowaniem i nie wiedzieli, co o nim myśleć. Postanowili więc poprosić o 

pomoc specjalistę. Obawiali się, że ich córka może - jak inne agresywne 

dzieci - skończyć w zakładzie, gdzie będzie miała zapewnioną stałą opiekę 

i gdzie uniemożliwi jej się krzywdzenie siebie samej oraz innych. 
Gdy Paula po raz pierwszy spotkała się z Brittany, natychmiast wiedziała, 

że będzie miała pełne ręce roboty. Dziewczynka siedziała pośrodku pokoju 

na podłodze, rozbijając swoje zabawki i niszcząc wszystko, co jej wpadło 

w ręce. Pytanie Brittany o przyczyny jej destrukcyjnego zachowania nie 

miało większego sensu, ponieważ sama tego nie wiedziała. Wyładowywała 
uczucia, których nie potrafiła wyrazić w inny sposób. Gdy dziecko nauczy 

się wyrażać swoje emocje poprzez agresywne zachowanie, bardzo trudno jest 

je tego oduczyć. Wzorzec fizycznego uzewnętrzniania uczuć łatwo się 

bowiem utrwala. 
Paula wiedziała, że Brittany chce wyrazić emocje, których nie potrafiła 

nazwać słowami. Każdy widział, że dziewczynka wpada w gniew, ktoś musiał 

jednak zauważyć, że się boi. Zapewniając jej poczucie bezpieczeństwa, 

Paula chciała sprawić, żeby Brittany otworzyła się. Jej agresywne 
zachowanie wynikało z tego, że wy-1 rażaniu głęboko ukrytych emocji 

towarzyszył ból. To prawda, że nikt z otoczenia Brittany nie potrafił jej 

kontrolować, ona jednak | również kontrolowała samą siebie w minimalnym 

stopniu. 
Brittany fizycznie uzewnętrzniała swoje uczucia, Paula musiała więc 

znaleźć z nią wspólny język. Gdy dziewczynka zaczynała! 

160 

krzyczeć, Paula mówiła: „Tak, widzę, jak bardzo jesteś teraz zła." Gdy 
jednak próbowała drapać lub gryźć, Paula przytrzymywała ją dopóki 

Brittany się nie uspokoiła. Ponieważ dziewczynka odczuwała jednocześnie 

złość i strach, w swoim związku z nią Paula musiała wziąć pod uwagę obie 

te emocje. Starała się przekazać małej, iż pragnie usłyszeć wszystkie jej 
uczucia, nie tylko te związane z gniewem i strachem. 

background image

Z czasem, pod wpływem terapii z Paulą, Brittany zmieniła się. Wciąż jest 

nieco społecznie nieprzystosowana, ale nie okazuje już takiej agresji jak 

dawniej. Łatwiej przychodzi jej nazywanie uczuć po imieniu, nie musi 
zatem tak często ich uzewnętrzniać. Nauczyła się, że można okazywać lęk i 

nie być odrzuconą przez otoczenie, co daje jej większe poczucie 

bezpieczeństwa. Brittany dojrzała jako człowiek, potrafi bowiem teraz 

wyrażać więcej emocji niż kiedyś. Dzięki temu, iż Paula umiała dostrzec w 
Brittany cechy dziecka i zwróciła na nie uwagę, udało jej się sprowokować 

rozwój ludzkiej tożsamości. Więź łącząca ją i Brittany jest przykładem na 

to, że rozwój bywa możliwy tylko wtedy, gdy zaakceptujemy wszystkie 

uczucia okazywane nam przez drugiego człowieka - tak, jak chciał tego 
Jezus. 

Jezus okazywał swoją miłość wszystkim dzieciom. Wiedział, jak ważna jest 

reakcja na dziecięcą otwartość. Dzisiaj wiemy, że aby móc się prawidłowo 

rozwijać, nasz mózg wymaga reakcji drugiego człowieka na okazywane przez 
nas emocje25. 

Za każdym razem, gdy dziecko rozpoznaje swoje uczucia - na przykład: 

„Jestem smutny" lub „Jestem szczęśliwy" - rozwija w sobie świadomość tego 

kim jest owo odczuwające „ja". Uczy się myśleć: „To ja jestem w danej 
chwili smutny lub szczęśliwy" i wie, że uczucie to nie pochodzi od nikogo 

ani niczego innego. Zwracając baczną uwagę na uczucia swojego dziecka, 

rodzice połgają mu formować tożsamość, z jaką pójdzie przez życie. 

Pomagając dzieciom - a także dorosłym - rozpoznawać ich emocje, Pomagamy 
im się rozwijać. 

Serdeczny stosunek Jezusa do dzieci powinien być dla nas psychologicznym 

wzorcem. Akceptując ich spontaniczne zachowa- 

161 
nia, wspomagał ich rozwój. Otwartość była cechą charaktery! styczną Jego 

uzdrawiającej obecności i odczuwali ją wszyscj z którymi się spotykał. 

MYŚL DO ZAPAMIĘT^A: Tożsamość dziecka formuje się raczej w jego sercu niż 

w jego umyśle. 
Rola uczuć w naszych kontaktach z innymi 

Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglą 

dać będą. 

Mt 5, 

Jezus nauczał, że ludzie wierzący powinni znać swoje serca. Zrc zumienie 
emocji drugiego człowieka wytwarza między nim a nal mi szczególną więź. 

Odczuwamy poparcie tych, którzy zgadzają się z nami pod względem 

intelektualnym i czujemy się bezpieczl nie w obecności tych, którzy 

bronią nas fizycznie. Jednak prawi dziwa więź łączy nas z tymi, którzy 
dzielą z nami nasze przeżycia emocjonalne. Ludzie czyści sercem są 

połączeni z Bogiem specjał] ną więzią nie z powodu swej szczerości, lecz 

ponieważ potrafią nazwać swoje uczucia. 

Saundra i Ben zgłosili się na terapię małżeńską, gdyż cierpieli na jedną 
z najczęstszych obecnie małżeńskich przypadłości: kiepl ską komunikację 

emocjonalną. Zanim się pobrali, oboje praco! wali zawodowo i odnosili 

sukcesy w swojej pracy. Zakładając roi dzinę zgodnie postanowili, że 

Saundra zostanie w domu i będzid zajmować się dziećmi. Oboje wciąż byli 
zadowoleni z tej decyzji! usatysfakcjonowani sumą pieniędzy, jaką Ben 

łożył na utrzymania domu, i dumni z postępów dzieci. Nie mogli jedynie 

znieść ciąj głych kłótni jakie wybuchały między nimi. 

Saundra i Ben nie potrafili rozwiązywać swoich konfliktów ponieważ nie 
rozumieli roli, jaką w związku dwojga ludzi odgry-l wają emocje. Oboje 

sądzili, że w małżeńskich sprzeczkach należy stosować te same metody 

negocjacji, jakie z powodzeniem stosoj 

162 
wali w swojej pracy zawodowej. Niestety, zasady postępowania w biurze nie 

są takie same jak zasady postępowania w domu. Osiągnięcie kompromisu 

background image

przestaje się liczyć, jeśli po fakcie obie strony czują do siebie 

wzajemny żal i niechęć. To w jaki sposób małżonkowie ze sobą rozmawiają, 

jest równie ważne jak to, o czym rozmawiają. 
Saundra poruszała na przykład temat, który niepokoił ją w związku z 

jednym z dzieci. Ben przedstawiał swoją propozycję rozwiązania problemu. 

Saundra czuła się zlekceważona jego zwięzłą odpowiedzią, która 

przypominała jej, jak mało ważna czuła się dorastając. W rezultacie 
Saundra zajmowała odmienne stanowisko, co z kolei spychało Bena na 

pozycję obronną i przypominało mu krytykę jakiej doświadczał w 

dzieciństwie ze strony ojca - perfekcjonisty; tym mocniej zatem obstawał 

przy swoim. Tego rodzaju kłótnie kończyły się zwykle w ten sam sposób: 
jedno z dwojga z oburzeniem podnosiło do góry dłonie mówiąc: „Świetnie! 

Zrobisz, jak zechcesz!" i z hałasem wychodziło z pokoju. Decyzja 

zostawała podjęta, lecz jej ceną był małżeński kryzys. 

W końcu Saundra i Ben zdali sobie sprawę z tego, że podejmowanie decyzji 
za cenę utraty więzi pomiędzy nimi do niczego nie prowadzi. Szczerość w 

wyrażaniu uczuć nie jest konieczna w kontaktach z kolegami z pracy, lecz 

jest absolutnie niezbędna w kontakcie ze współmałżonkiem. Dlatego właśnie 

zasady, które sprawdzają się w biurze, nie sprawdzają się w domu. Inna 
jest umowa społeczna. W pracy naszym celem jest załatwienie pewnych 

spraw. W małżeństwie zaś chodzi o to, by załatwiać pewne sprawy nie 

przestając kochać siebie nawzajem. Jest to możliwe wyłącznie wtedy, gdy 

zwracamy uwagę na uczucia drugiej osoby. 
Saundra i Ben są teraz szczęśliwszym małżeństwem, ponieważ pamiętają, że 

uczucia towarzyszące każdej ich rozmowie są równie ważne, jak jej treść. 

Ben nie spieszy się już tak bardzo z propozycjami gotowych rozwiązań, wie 

bowiem, że presja „wykaza-nia się" ma swoje źródło w jego dzieciństwie, a 
nie w oczekiwaniach żony. Saundra natomiast dwa razy się zastanawia przed 

za- 

163 

jęciem przeciwnego stanowiska, ponieważ nie musi sobie już niczego w ten 
sposób udowadniać. Teraz, gdy czuje się lekceważona przez Bena, może 

opisać mu swoje uczucia i powiedzieć, że przypomina jej to wcześniejsze 

doświadczenia. Ben zaś może wy-razić skruchę z tego powodu i powiedzieć, 

że wcale nie starał się jej zlekceważyć. Ze względu na to, jak był 

traktowany przez ojca, czuje po prostu potrzebę sprostania każdej 
sytuacji i czasami ponosi go entuzjazm. Saundra i Ben poznali ważną 

prawdę dotyczącą naszych związków z innymi ludźmi: prawdziwa bliskość 

jest możliwa tylko wtedy, gdy otwarcie wyrażamy nasze emocje. Nie- j 

umiejętność rozmawiania o swoich uczuciach w przypadku Saun-dry i Bena 
wynikała z emocjonalnych doświadczeń, które przytrafiły się każdemu z 

nich na długo przed tym, jak się pobrali. Dopóki ich serca nie stały się 

„czyste", nie mogli się cieszyć wzajemną bliskością. Jak wiele wieków 

temu powiedział Jezus, szczę-1 śliwy związek jest kwestią czystych serc. 
Jeśli ktoś nie podziela naszego zdania, możemy go zlekcewa- ] żyć. Gdy 

jednak ktoś podważa prawdziwość naszych uczuć, mo- ] żemy się poczuć 

głęboko zranieni. Jezus nigdy nie stawiał intelek-1 tualnej poprawności 

ponad czystością serca. Wiedział, że ludzie budują więzi między sobą w 
oparciu o emocje i że najpoważniej-1 sze spory nie wynikają z różnicy 

poglądów, lecz są efektem tego, jak głęboko zraniono nasze uczucia. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Zasady, które sprawdzają się w pracy, nie zawsze | 

sprawdzają się w domu. 
,v                          Jak przetrwać cierpienie 

;                                            Niech się nie trwoży serce 

wasze. Wierzycie w Boga?| 

/ we ATnie wierzcie. 
J 14, II 

background image

Jezus nauczał, że cierpienie można przetrwać pozostając w bli-l skim 

kontakcie z Bogiem. Pozwalając Mu pozostać z nami w na-l 

164 
szym cierpieniu - bez względu na to, jak bardzo cierpimy - dojrzewamy 

wewnętrznie. Wszystko da się znieść, o ile nie musimy tego znosić 

samotnie. 

Rick był jednym z najniższych dzieci w swojej klasie. Był zawsze 
ostatnim, którego wybierano do składu drużyny i często padał ofiarą 

zaczepek większych od siebie. Rick starał się unikać sytuacji, w których 

inne dzieci mogłyby się wyśmiewać z jego niskiego wzrostu, lecz i tak 

bardzo często się to zdarzało. 
To że kompleksy z powodu niskiego wzrostu nie uczyniły z niego 

zgorzkniałego człowieka, Rick zawdzięcza swojej przyjaźni z Gregiem. 

Czasami przyjaźnie z dzieciństwa potrafią trwać całe życie. Rick i Greg 

byli takimi właśnie przyjaciółmi. 
Pewnego razu Rick niemalże umarł ze wstydu, ponieważ jakiś wielki 

chuligan wsadził go do kosza na śmieci na oczach Grega. Nie mówiąc ani 

słowa, Greg spojrzał na niego wymownie, jak gdyby chciał powiedzieć: 

„Tak, wiem. Ten gość to straszny palant." Tego właśnie potrzebował Rick - 
kogoś, kto byłby przy nim w trudnych chwilach. Miał wrażenie, że obaj są 

ofiarami i to w pewien sposób zmniejszało ból, jaki odczuwał. 

Rick nie chciałby nigdy ponownie przeżyć swojego dzieciństwa, nie traci 

jednak czasu roztkliwiając się nad sobą. Okropnie było być najniższym 
dzieciakiem w klasie, lecz świadomość tego, iż Greg rozumie jego uczucia 

pomogła Rickowi przetrwać najgorsze. Rick jest obecnie szczęśliwszym 

człowiekiem, ponieważ w trudnych chwilach był przy nim ktoś z kim mógł 

podzielić swoje uczucia. Na tym właśnie polega sekret znoszenia cierpień, 
który chciał nam przekazać Jezus. 

Kilku najmądrzejszych ludzi jakich znam wiele wycierpiało w życiu, 

podobnie jak kilku najbardziej zgorzkniałych, których kiedyś poznałem. 

Jezus wiedział, że cierpienie może sprawić, że staniemy się albo lepsi, 
albo zgorzkniali. Jego własne cierpienie było nieodłączną częścią Jego 

życia, a godne jego znoszenie -głównym celem Jego misji na Ziemi. 

Jezus dał nam przykład, jak znosić cierpienie. Nie napisał na ten temat 

książki ani nie zorganizował serii wykładów, lecz sam stał się 

165 
wzorem godnego cierpię nia. Nawet w najtrudniejszych chwilach nie stracił 

kontaktu z Bogiem. Nie próbował przejść przez swoje cierpienie samotnie i 

nie chciał, byśmy my tego próbowali. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Cierpienie można znieść, jeśli nie musimy znosić go 
w samotności. 

Dlaczego cierpienie rodzi traumę? 

*;                                      Gdy duch nieczysty opuści 

człowieka, błąka się (...) 
szukając wypoczynku, a/e nie znajduje. Wtedy mówi: 

t                                        Y/rócę do swego domu (...) 

Przychodzi i zastaje go 

niezajętym, wymiecionym i ozdobionym. Wówczas idzie i zabiera ze sobą 
siedmiu innych duchów złośliwszych niż on sam; wchodzą i mieszkają tam. I 

staje się późniejszy stan tego człowieka gorszy, niż byt 

'? -                                       poprzedni. 

Mt 12, 43 
Bywa, że dzieci dotknięte trudnymi doświadczeniami wyrastają na zupełnie 

normalnych dorosłych, podczas gdy te, które doznały znacznie mniejszych 

cierpień, wychodzą z nich ze zniszczoną psychiką. Można to wytłumaczyć za 

pomocą różnicy pomiędzy urazem psychicznym a psychiczną traumą. 
Uraz psychiczny to krzywda, jaką ponosimy, gdy zostaną zranione nasze 

uczucia. Każdy z nas przeżył coś podobnego. Nasi opiekunowie mogą nie 

background image

zaspokajać naszych potrzeb, możemy znaleźć się w sytuacji która nas 

przerasta albo ktoś może nas zaatakować w sposób, który dogłębnie nas 

zrani. Życie jest pełne niebezpieczeństw, a nas łatwo jest skrzywdzić. 
Z psychiczną traumą natomiast mamy do czynienia wtedy, gdy nie ma przy 

nas nikogo, kto by okazał nam swoje wsparcie i pomógł zrozumieć 

wyrządzoną nam krzywdę. Również urazy psychiczne mogą być dowodami naszej 

słabości, niekompetencji, nieprzystosowania lub po prostu naszego pecha. 
Bolesne wyda-rzenie przekształca się w wydarzenie traumatyczne wówczas, 

gdy niesie ze sobą negatywny obraz nas samych. Traumatyczne wydarzenia z 

przeszłości mogą nas prześladować przez całe życie. Sy- 

166 
tuacja zmienia się całkowicie, gdy mamy przy sobie kogoś, kto rozumie 

nasz ból. Jezus dobrze wiedział, że człowiek, który został zraniony, 

potrzebuje pomocy innych, by oddalić od siebie dręczące go demony. 

Candice to atrakcyjna i inteligentna kobieta. Chociaż patrząc na nią 
trudno się tego domyślić, ma za sobą traumatyczne wydarzenie. Jako 

nastolatka została zgwałcona, gdy pewnego wieczoru wracała do domu od 

przyjaciółki. Było to najbardziej wstrząsające doświadczenie w jej życiu. 

Na ile mogła, wymazała je ze swej pamięci. 
Przed rozpoczęciem terapii Candice nigdy nikomu szczegółowo nie 

opowiadała o wydarzeniach tamtego wieczoru. Powiedziała rodzicom, ci zaś 

zgłosili sprawę policji i na tym sprawa się skończyła. Candice nie 

chciała skorzystać z pomocy psychologa, jak jej to sugerowali policjanci. 
Rodzice natomiast uważali, że wszelkie rozmowy na ten temat przyniosą 

Candice jedynie kolejne upokorzenia, nigdy więc nie podejmowali tego 

tematu. 

Z powodu gwałtu Candice ma problemy w intymnych kontaktach z mężczyznami. 
Nie chce, żeby tamto wydarzenie wpływało na jej życie, lecz nie potrafi 

temu zapobiec. Na myśl o fizycznym zbliżeniu Candice cała się spina, a 

obecność silnych i asertywnych mężczyzn napawa ją lękiem. Nie wie, że 

pewnych tajemnic nie należy zachowywać dla siebie. 
Candice wpadła w pułapkę, w jaką wpada wiele zgwałconych kobiet. Nie 

potrafiła przestać myśleć: „Gdyby tylko ktoś odwiózł mnie tamtego 

wieczoru do domu", „To wszystko przez moją sukienkę, była zbyt 

wyzywająca", albo „Jak mogłam być taka głupia?". Zaczęła obwiniać samą 

siebie. Gdy chcemy zrozumieć jakiś niespodziewany i bezsensowny akt 
przemocy, czasami obwiniamy jego ofiarę. Jednak w przypadku Candice takie 

myślenie zmieniło uraz psychiczny w długotrwałą traumę. 

Może gdyby Candice mogła z kimś porozmawiać o swojej tajemnicy nie 

miałaby ona tak niszczącego wpływu na jej psychikę. Osoba ta mogłaby jej 
uświadomić, że jej reakcja jest jak najbardziej normalna i że nie zrobiła 

nic, co mogłoby sprowokować tamto wydarzenie. Gwałt był czymś złym, lecz 

nie przydarzył jej 

167 
się dlatego, że to ona była zła. Gdyby Candice nie została sama ze swoimi 

uczuciami, jej dramatyczne przeżycie nie zmieniłoby się w niekończącą się 

traumę, ona zaś nie obwiniałaby się każdego dnia. Demony lubią działać w 

ukryciu, lecz gdy tylko zostaną wyciągnięte na światło dzienne, uciekają. 
Ostatnio Candice odczuwa już mniejszy lęk w obecności mężczyzn, ponieważ 

podczas terapii uczy się analizować swoje uczucia. Musiała porozmawiać z 

kimś o tym, co jej się przydarzyło i podzielić się swoimi uczuciami z 

drugim człowiekiem. Odcięcie się od bolesnych przeżyć nie pomogło jej 
uwolnić się od demonów - odeszły dopiero wówczas, gdy pozwoliła 

terapeucie otworzyć drzwi do ciemnych zakamarków swojej przeszłości. 

Jezus wiedział, że każdy z nas musi cierpieć, lecz nasze życie nie musi z 

tego powodu zmieniać się w pasmo traumatycznych doświadczeń. Uważał, że 
dzieląc się bagażem naszych krzywd z zaufaną osobą możemy zapobiec 

background image

zmianie urazu w traumę. Sam czas nie jest w stanie nas uleczyć. Jeśli nie 

poszukamy pomocy, demony przeszłości mogą powrócić. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Sam czas nie jest w stanie nas uleczyć. Ludzie są 
racjonalizującymi zwierzętami 

Przecież z obfitości serca usta mówią. 

Mt 12,34 

Christopher uważa, że okazywanie uczuć jest oznaką słabości. Gdy był 
dzieckiem, jego matka zmagała się z depresją, ojciec zaś często bił go w 

napadach wściekłości. Christopher poprzysiągł sobie, że nigdy nie będzie 

taki jak jego rodzice. Po czterech latach małżeństwa żona rozwiodła się z 

nim, ponieważ „nie zaspokajał jej potrzeb emocjonalnych", co tylko 
upewniło go, że ludzie podporządkowujący życie swoim emocjom niszczą 

wszystkich dookoła. 

Christopher wie, że do większości rozwodów dochodzi z inicjatywy kobiet, 

które w swoich decyzjach kierują się emocjami-Jego zdaniem jest to 
wystarczający dowód na to, że ludzie racjo- 

168 

nalnie myślący są godni zaufania, zaś kierujący się emocjami -słabi i 

żałosni. Za swój jedyny błąd uważa to, że w porę nie zorientował się w 
charakterze żony, zanim jeszcze ją poślubił. 

Christopher nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że jego poglądy 

dotyczące okazywania uczuć są wcześniejsze od dowodów, które gromadził 

latami obserwując różne małżeństwa. Ból jaki odczuwa w związku z 
dzieciństwem wciąż pozostaje za zamkniętymi drzwiami. Właśnie dlatego 

Christopher nie potrafił się zdobyć w swoim związku na emocjonalną 

bliskość, co spowodowało koniec jego małżeństwa na długo przed tym, jak 

opuściła go żona. Utrzymując, że to jej zbytnia „uczuciowość" była 
przyczyną ich rozwodu, starał się racjonalnie wytłumaczyć sobie całą 

sytuację i w ten sposób uniknąć zranienia. Po tym, co wycierpiał od 

swoich rodziców, zbyt się bał, by ryzykować, że żona go zrani. Nie 

chodziło o to, że okazywała „zbyt wiele uczuć", lecz o to, że sam nie 
okazywał ich wystarczająco dużo. 

Christopher potrafił przedstawić racjonalny dowód na to, w jaki sposób 

emocje zniszczyły mu życie. Nie dostrzegał jednak roli, jaką sam odegrał 

w tym akcie zniszczenia. Jego postanowie-by unikać okazywania uczuć, 

zostało podjęte w oparciu 
nie 

o emocje - Christopher zdołał jednak przekonać samego siebie, że jest to 

racjonalna decyzja. Ponieważ sam wyeliminował uczucia ze swojego życia, 

przekonanie o ich niszczycielskim wpływie stało się niestety 
samospełniającą się przepowiednią. 

Agencje reklamowe, politycy, handlowcy - słowem wszyscy, którzy analizują 

sposób podejmowania przez nas decyzji, doskonale wiedzą, że w procesie 

tym decydującą rolę odgrywają hasze impulsy, pragnienia i emocje. Często 
udajemy, że jesteśmy obiektywni i racjonalni, zupełnie jakbyśmy chcieli w 

ten sposób zwiększyć wiarygodność swoich decyzji. Prawda jest jednak 

taka, że w pierwszej kolejności słuchamy swojego serca (nawet jeśli 

twierdzimy coś innego) i dopiero później dopisujemy ideologię do już 
podjętych postanowień. 

Ludzie nie są myślącymi zwierzętami - jesteśmy zwierzętami 

racjonalizującymi. Jezus sam często szedł za głosem serca, mimo 

169 
iż jego otoczenie nie widziało w tym żadnego sensu. Wiedział, że 

najważniejsze decyzje w życiu podejmujemy w oparciu o uczucia. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Umysł usprawiedliwia decyzje, jakie podejmujemy 

w sercu. 
Granice logicznego rozumowania 

Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie króle- 

background image

stwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego. 

Lk 18. I 

Dianę zadzwoniła do mnie w sprawie terapii małżeńskiej z powc du 
nieustannych sprzeczek ze swoim mężem Chuckiem. Podcza^ naszej pierwszej 

sesji ogromne wrażenie zrobiła na mnie inteligencja ich obojga. Mogłem 

sobie tylko wyobrazić, jak zażarte mogą być ich kłótnie, każde bowiem w 

niezwykle elokwentny sposób potrafiło przedstawiać argumenty oraz bronić 
swojego zdania. Dianę rozpoczęła swój „akt oskarżenia" słowami: 

- Chcę porozmawiać o tym, co stało się we wtorek. Straciłeś nad sobą 

panowanie i zacząłeś na mnie krzyczeć. 

Chuck na to aż podskoczył: 
- Dlaczego nie trzymasz się faktów? Ustaliliśmy, że we wtorek wspólnie 

wyliczymy podatki, a ty nie wywiązałaś się z danego przez siebie słowa! 

- Ustaliliśmy również, że pomogę ci zorganizować służbowe przyjęcie i 

właśnie tym się wtedy zajmowałam - odparła jego zarzuty Dianę. 
Często oboje zdawali się mieć rację i gdy jedna ze stron prezentowała 

swój logiczny wywód, niejednokrotnie gubiłem się w opisywanych 

szczegółach. 

Czasami wysoki iloraz inteligencji może być jednocześnie 
błogosławieństwem i przekleństwem. Ludzie logicznie rozumujący są 

zazwyczaj dobrze zorganizowani i efektywni w działaniach, jednak ta sama 

logika może sprawić, że będą analizować swoje 

170 
związki z mechaniczną precyzją, co może spowodować problemy. Fakt, że 

istniały logiczne przyczyny nieporozumień Chucka i Dianę w niczym nie 

pomagał ich małżeństwu. Gdyby natomiast jedno okazało drugiemu 

współczucie na widok jego zdenerwowania, wszystko mogłoby się zmienić na 
lepsze. 

Sprawy zaczęły się układać z chwilą, gdy Chuck i Dianę przestali szukać 

logicznych przyczyn swego zdenerwowania, a zamiast tego otworzyli się na 

dziecięce uczucia bezbronności i podatności na zranienie, które 
wywoływały ich gniew. 

- Wściekłem się, bo często mam wrażenie, że nie jestem dla ciebie ważny. 

We wtorek wydawało mi się, że to, czego chcę, nie ma dla ciebie znaczenia 

- wyznał Chuck. 

- Wydaje ci się, że nie jesteś dla mnie ważny? - odparła Dianę. - Nigdy 
nie przypuszczałam, że możesz się tak czuć. Myślałam, że gniewasz się na 

mnie, bo cię zawiodłam. Nic nie jest dla mnie ważniejsze niż ty. Przykro 

mi, że tak się wtedy poczułeś. 

Chuck i Dianę powoli uczyli się, że rola logicznego myślenia w 
rozwiązywaniu problemów jest ograniczona. Aby uzyskać rozwiązanie, 

którego tak rozpaczliwie potrzebowali, musieli przyznać, że łatwo jest 

ich zranić. 

Nasze życie byłoby bardzo trudne bez korzyści płynących z racjonalnego 
myślenia. Gdy jednak w grę wchodzą nasze związki z innymi ludźmi, 

logiczne rozumowanie tylko w pewnym stopniu może nam pomóc zdobyć to, 

czego potrzebujemy. 

Mówiąc o królestwie Bożym Jezus nie miał na myśli istniejącego fizycznie 
miejsca; mówił o nim jakby był to kierunek wyty-czony przez nasze serce, 

coś w co wchodzimy z otwartą duszą, pełni ufności do Boga. Rozum może 

zbliżyć nas do Boga, lecz prawdzhvy z Nim kontakt możemy nawiązać jedynie 

poprzez wiarę, jaką mamy w sercu. Jezus nauczał, że logiczne rozumowanie 
przydaje się w życiu tylko do pewnego stopnia. Prędzej czy później 

następuje taki moment, gdy trzeba zaufać i uwierzyć całym sercem, aby móc 

iść dalej. 

Jezus nigdy nie twierdził, że logiczne myślenie jest czymś złym; odgrywa 
ono jednak drugorzędną rolę w procesie leczenia 

171 

background image

naszego bólu. Aby zgłębić tajemnicę naszych związków, musimy zrezygnować 

z logicznego rozumowania, gdy ono nas zawodzi i uwierzyć, że uczucia 

jakie nosimy w sercu poprowadzą nas w dobrym kierunku. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Sercem możemy ogarnąć sprawy, których nie ogar-| 

niamy umysłem. 

Dlaczego robimy to, co robimy 

!."?)'?       ..'. 
Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy za-1 

r.,                  i                       bić nie mogą. 

'??'?'           "       '                                              

Mt IO,28| 
sfwoje pierwsze spotkanie ze mną Charles rozpoczął słowami: 

- Moja żona uważa, że za dużo pracuję i nie panuję nad sobąJ Często 

zdarza się, że mężczyźni zgłaszają się na terapię, ponieś 

waż ich żony sądzą, iż jest im to potrzebne. W takich przypadł kach musi 
minąć trochę czasu zanim mężczyźni ci uświadomią so-j bie, że terapia 

jest im naprawdę potrzebna. 

Charles zapewnił mnie, że zdaje sobie sprawę z niedoskonałol ści swego 

charakteru, uważał jednak, że wcale nie potrzebuje tej rapii. Twierdził, 
że pracuje tak dużo jak jest to potrzebne, b\ opłacić rachunki, a w gniew 

wpada jedynie wtedy, gdy zostanie do tego sprowokowany. 

-  Moje zachowanie jest całkowicie naturalne - przekonywał mnie. - Wie 

pan, przetrwają tylko najsilniejsi. 
Charles wierzył w prawo naturalnej selekcji, podziwiał agresję, a 

biernością gardził. Był święcie przekonany, że zamiłowanie do ciężkiej 

pracy wynika z jego charakteru, agresja zaś jest nie zbędna, żeby odnosić 

sukcesy. Jeżeli żona nie może tego zrozu mieć, to znaczy, że nie ma 
pojęcia o tym, jaki naprawdę jest światj 

Podczas naszych kolejnych spotkań zacząłem zauważać, że poi wody, dla 

których Charles zachowywał się tak a nie inaczej nil miały nic wspólnego 

z jego „charakterem". Chociaż nie lubił roz 
172 

mawiać o przeszłości, opisał swoje relacje z ojcem jako nieudane. Ojciec 

Charlesa surowo egzekwował wydawane przez siebie polecenia i często 

stosował wobec syna kary cielesne. Charles nie przypomina sobie, aby 

kiedykolwiek usłyszał od niego słowa „Kocham cię". 
Charles pracował tak zawzięcie i z taką agresją, ponieważ starał się w 

ten sposób coś sobie udowodnić. Próbował pokazać, że nie jest słaby i że 

coś w życiu osiągnął, zupełnie jak gdyby chciał stanąć z ojcem twarzą w 

twarz i powiedzieć mu: „Popatrz!" Oczywiście Charles nigdy nie przyznałby 
się, że ojciec wciąż ma na niego tak olbrzymi wpływ. W końcu jednak 

zrozumiał, że samo unikanie wymieniania imienia ojca nie oznacza, że 

wyzwolił się spod jego wpływu. 

Charles był taki jaki był nie dlatego, że pchał go do tego naturalny 
instynkt nakazujący mężczyźnie zajęcie przywódczej pozycji. Kierowała nim 

jego niska samoocena, będąca efektem nieudanych relacji z ojcem. Nie 

wpadał we wściekłość z powodu zbyt wysokie-go poziomu testosteronu; 

wściekał się, ponieważ w dzieciństwie umniejszano jego wartość, on zaś do 
tej pory tego nie przebolał. 

Wszystko zaczęło się zmieniać z chwilą, gdy Charles uświadomił sobie, że 

kierują nim pewne emocje. Nadal pragnął odnosić sukcesy, przestał jednak 

postrzegać sukces jako wygraną i skoncentrował się na tym, by dobrze 
wykonywać swoją pracę. Charles zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że nie 

musi już być agresywny, aby dowieść swojej siły. To, w jaki sposób 

pokonuje kolejne szczeble kariery, stało się dla niego równie ważne jak 

to, czy w ogóle pnie się w górę. Charles poświęca teraz więcej czasu na 
analizę własnych uczuć, zrozumiał bowiem, że odgrywają one -i zawsze 

background image

odgrywały - bardzo ważną rolę w jego życiu, motywując go do takich a nie 

innych zachowań. 

Jezus nauczał, że emocje człowieka są bardziej skomplikowane niż 
instynkty, którymi kierują się zwierzęta - na przykład instynkt 

nakazujący ptakom odlatywać przed zimą na południe. Ludzie nie dokonują 

aktu prokreacji kierując się instynktownym Popędem, lecz się ze sobą 

kochają. Nie ewoluujemy dzięki in- 
173 

stynktowi samozachowawczemu; ludzie na najwyższym szczeblu ewolucji 

potrafią oddać swoje życie za przyjaciół. Ludzkie serce to naprawdę 

niezwykły mechanizm. 
Jezus głosił również, że jako ludzie jesteśmy wyjątkowi nie tylko ze 

względu na swoją inteligencję czy posiadanie przeciwstawnych kciuków, 

lecz przede wszystkim z powodu umiejętności głębokiego odczuwania różnych 

spraw w naszych sercach. Mówił abyśmy „nie bali się tych, którzy zabić 
mogą ciało, lecz duszy zabić nie mogą" ponieważ to nie biologia decyduje 

o tym kim jesteśmy, lecz właśnie dusza. Serce kieruje postępowaniem 

człowieka, ponieważ podstawą wszystkiego co robimy są nasze uczucia. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Uczucia to energia, która ożywia ludzką duszę. 
Inteligencja emocjonalna 

(...) żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, 

ani swym sercem nie rozumieli. 

Mt 13, 15 
Laura i James zdecydowali się na rozwód. Niestety, wiele małżeństw osiąga 

ten punkt zanim postanawia zgłosić się na terapię małżeńską. Dla obojga z 

nich byłby to już drugi rozwód, byli więc przerażeni, znalazłszy się 

ponownie na krawędzi rozpadu związku. 
Laura i James byli na siebie bardzo źli, każde zaś było głęboko 

przekonane, że jego gniew jest uzasadniony. Ona cierpiała z powodu jego 

emocjonalnego chłodu, on z powodu jej ciągłej krytyki. Oboje doszli do 

wniosku, że pora z tym skończyć. Terapia była ostatnią próbą, jaką 
podjęli, żeby ratować swoje małżeństwo. 

Po kilku tygodniach spotkań, podczas których pełniłem rolę sędziego, 

odgwizdywałem faule i pokazywałem żółte kartki, osiągnęliśmy etap, na 

którym Laura i James potrafili wyznać sobie pewną ważną prawdę. Żadne z 

nich tak naprawdę nie chciało rozwodu -jedno myślało, że pragnie tego 
drugie i nie chciało zostać na lodzie. 

Oboje chcieli natomiast, by ich stosunki uległy zmianie. Laura nie 

chciała, aby James odszedł, lecz żeby się do niej zbliżył. James nie 

chciał żyć bez Laury; chciał by była z nim szczęśliwa. Nie- 
174 

wiele brakowało, a popełniliby największy błąd swojego życia dlatego, że 

podejmując decyzję o rozwodzie, nie wzięli pod uwagę wszystkich 

dostępnych faktów. Powinni byli zastanowić się nad tym, co naprawdę do 
siebie czują. Tymczasem za bardzo skupili się na własnym bólu i 

rozczarowaniu. 

Laura i James wciąż mają problemy, lecz ich relacje są teraz nieco 

lepsze. Zgodzili się nadal wspólnie pracować nad tym, co im się nie 
podoba w ich małżeństwie, z jednym zastrzeżeniem: obiecali, że przestaną 

grozić sobie nawzajem rozwodem. Chociaż nie jest to łatwe, Laura i James 

potrafią wśród uczuć bólu i gniewu odnaleźć uczucie wzajemnej tęsknoty, 

którego potrzebują, aby podejmować słuszne decyzje dotyczące swojego 
małżeństwa. Okazało się, że najinteligentniejszą rzeczą jaką mogą zrobić 

jest wsłuchanie się we wszystkie swoje uczucia, nawet te głęboko ukryte. 

Psycholodzy odkryli, że ludzie odnoszą w życiu sukcesy dzięki właściwemu 

wykorzystywaniu swoich emocji oraz intelektu. Daniel Goleman nazwał to 
zjawisko „inteligencją emocjonalną"26. Żyjący pełnią życia człowiek w 

inteligentny sposób wykorzystuje zarówno emocje, jak i fakty, z jakimi ma 

background image

do czynienia. Wbrew temu, co sądzą niektórzy, nasze uczucia nie tylko nas 

nie zwodzą, lecz stanowią cenne źródło informacji niezbędnych dla 

prawidłowego rozumienia zdarzeń. Nie korzystając z wiedzy jaką, 
dostarczają nam emocje, podejmujemy decyzje na podstawie niepełnych 

informacji - co nie jest zbyt mądre. 

Gdy Jezus postanowił wybrać spośród swoich uczniów dwunastu najbliższych 

sobie przyjaciół, nie brał pod uwagę ich wykształ-cenia ani inteligencji. 
Wybrał tych, którzy potrafili Go „swym sercem zrozumieć". Nie próbował 

zmieniać świata za pomocą nowej filozofii lub kodeksu nowych, lepszych 

zasad religijnych, które można by wyłożyć w sposób naukowy. Wiedział, że 

królestwo Boże będzie się rozciągać wszędzie tam, gdzie znajdą się 
czujące serca. Jezus doskonale rozumiał potęgę inteligencji emocjonalnej. 

MftL DO ZAPAMIĘTANIA: Najlepsze decyzje podejmowane są w oparciu o 

wszystkie dostępne informacje - zarówno te pochodzące z głowy, jak i z 

serca. 
175 

Poznać swoją podświadomość 

Warn dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo 

kto ma, temu będzie dodane, i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu 
zabiorą nawet to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypO' wieściach, że 

patrząc nie widzą i słuchając nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia 

się na nich przepowied' nia Izajasza: „Słuchać będziecie, a nie 

zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie". 
Mt 13,11-14 

Możemy patrzeć prosto w czyjąś twarz i go nie widzieć, albo słuchać kogoś 

i go nie słyszeć. Jezus wiedział, że siły istniejące poza naszą 

świadomością wpływają na nasz umysł, uniemożliwiając nam często 
dostrzeżenie tego, co mamy tuż przed oczami. Rozumiał ten aspekt 

ludzkiego umysłu, który dziś nazywamy podświadomością. 

Podświadomość określa sposób, w jaki umysł filtruje nasze myśli. Jest to 

rodzaj zabezpieczenia, abyśmy nie myśleli o wszystkim jednocześnie. 
Ponieważ nie potrafimy uporać się na raz z nawałem wszystkich naszych 

myśli, nie jesteśmy w pełni świadomi wszystkiego, co dzieje się w danym 

momencie w naszym umyśle. To że nasz umysł funkcjonuje na płaszczyźnie 

podświadomej nie jest problemem; problemy pojawiają się, gdy nie zdajemy 

sobie z tego sprawy. 
Nasza podświadomość stara się uporać z tym, co jest w naszym życiu 

niedokończone. Kłopotliwe lub niezamknięte sprawy z przeszłości często 

powracają w podświadomości i żyją w niej do tej pory, dopóki coś się nie 

zmieni. Bezwiednie powtarzamy wtedy swoje zachowania z przeszłości w 
nadziei, że tym razem nam się uda. Dlatego tak ważną rzeczą jest poznać 

swoją podświadomość. Bez tej wiedzy „słuchać będziecie, a nie 

zrozumiecie" -podświadomość kryje bowiem wiele ważnych faktów, które 

nale- 
ży zrozumieć 

xi 

176 

Żyjemy dzięki wierze, nie dzięki wzrokowi 
Albowiem według wiary, a nie dzięki widzeniu postępujemy. 

2 Kor 5, 7 

Jezus wiedział, że to, co ludzie myślą, jest niewspółmierne do tego, w co 

w głębi serca wierzą. Czasami to, co uważamy za fakty, jest w 
rzeczywistości naszym przekonaniem, które podświadomość ukazuje nam jako 

niezbitą prawdę. 

Josef Breuer był XIX-wiecznym wiedeńskim lekarzem, zafascynowanym 

zjawiskiem „histerii rękawiczkowej". Było to uczucie drętwienia dłoni od 
nadgarstka aż po palce, jak gdyby pacjent miał na sobie rękawiczkę 

powodującą zanik czucia. Breuera ciekawiło szczególnie to, że chociaż - 

background image

na ile się orientował w ludzkiej anatomii - zjawisko „histerii 

rękawiczkowej" było niemożliwe z neurologicznego punktu widzenia, to 

jednak niektórzy pacjenci często zgłaszali mu tę dolegliwość. Byli 
przekonani, że ich dłonie są pozbawione czucia, chociaż Breuer wiedział, 

iż jest to niemożliwe. 

Breuer odkrył w końcu, że zjawisko to występowało u pacjentów, którzy 

czuli się winni z powodu tego, co zrobili swoimi „bezwładnymi" dłońmi lub 
co chcieli nimi zrobić. Objawy braku czucia ustępowały u nich po rozmowie 

na temat tłumionych fantazji lub uczuć seksualnych. W purytańskich 

czasach, w jakich żyli, otwarte rozmowy na temat seksu były zakazane i w 

związku z tym stosunkowo rzadkie. Breuer nazwał ów sposób leczenia 
pacjentów, polegający na uświadamianiu im ich podświadomych myśli i 

uczuć, „metodą katartyczną". 

Jego praca z pacjentami skomplikowała się, gdy zaczęli oni odczuwać do 

niego pociąg seksualny zakorzeniony w ich podświadomych myślach i 
uczuciach z przeszłości. Pacjenci owi byli przekonani, że kochają 

Breuera. „Transfer" uczuć z podświadomości pacjentów na jego osobę okazał 

się dla Breuera zbyt kłopo-tliwry. Przekazał zatem większość badań swemu 

młodszemu Współpracownikowi, który czuł się swobodniej, obcując z 
ludzkimi przekonaniami i fantazjami. Współpracownik ten nazywał się 

Zygmunt Freud. Reszta to już historia. 

177 

W społeczeństwach, w których wiedza na temat podświadomości jest jako 
tako rozwinięta, rzadko mamy do czynienia z objawami w rodzaju „histerii 

rękawiczkowej". Zdajemy sobie sprawę z tego, że nasze przejęzyczenia, sny 

i fantazje seksualne mają korzenie w naszej podświadomości, potrafimy 

więc w bardziej otwarty sposób analizować ich znaczenie. Ponieważ łatwiej 
przy-1 chodzi nam uświadamianie sobie naszych podświadomych przekonań, 

nie mają one nad nami takiej władzy jak dawniej. Rzeczy, których 

prawdziwości byliśmy pewni, łatwo mogą stać się rzeczą- j mi, które 

jedynie wydawały nam się prawdziwe. 
Mówiąc „według wiary postępujemy", Jezus chciał wyjawić! nam duchową 

prawdę dotyczącą wiary w Boga. Jednocześnie, być może, chciał podkreślić 

psychologiczną prawdę dotyczącą! ludzkiego życia. Ludzie, którzy kurczowo 

trzymają się swoich po-1 glądów, w obliczu faktów nie zmienią zdania, 

ponieważ doszli do I niego „według wiary, a nie dzięki widzeniu". Jeśli 
jednak uświa-1 domią sobie swoje podświadome przekonania, ich 

doświadczenia! ulegają zmianie. W chwili, w której zdajemy sobie sprawę z 

tego, j że to, co uważaliśmy za fakt, jest jedynie kwestią naszego 

przeko-j nania, otwierają się przed nami możliwości zmian. Fakty nie ule-
j gają zmianie, poglądy - owszem. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Widzimy to, co chcemy zobaczyć. 

Jesteśmy niewolnikami swoich przyzwyczajeń 

(...) trzymacie się ludzkiej tradycji. 
Mk7,1 

Miguel zgodził się przyjść na terapię małżeńską po latach próśb! ze 

strony swojej żony Adrienne. Uważała, że jest zbyt wymagają-f cy i 

krytyczny. Miguel nie uważał, aby była im potrzebna czyja-kolwiek pomoc, 
jednak w końcu zgodził się ustąpić. Oboje uważali swój związek za 

„tradycyjny" ponieważ Miguel utrzymywaij rodzinę, a Adrienne prowadziła 

dom i wychowywała dzieci. Ta 

178 
układ jej odpowiadał, z czasem jednak zaczął ją drażnić apodyktyczny 

stosunek Miguela do dzieci i do niej samej. Miguel był przekonany, że 

powinni żyć według zasad jakie wyniósł ze swojego rodzinnego domu, lecz 

Adrienne odbierała jego zachowanie jako apodyktyczne i poniżające dla 
innych. 

background image

-  Moi rodzice żyli ze sobą przez pięćdziesiąt lat, dłużej niż większość 

znanych mi małżeństw - bronił się Miguel. - Dlaczego nie mielibyśmy brać 

z nich przykładu? 
- Zapominasz, jak to było, gdy z nimi mieszkałeś, Miguel - odpowiadała 

Adrienne. - Twoja rodzina wcale nie była taka idealna. 

Po kilku spotkaniach Miguel przyznał, że mimo iż szanował swego ojca, 

szacunek ten przyszedł po kilku latach buntowania się przeciw jego 
dominującej pozycji w rodzinie. 

- To prawda, że był dla mnie suro^ Ale tylko dzięki temu czegoś się 

nauczyłem - stwierdził. 

Ojciec Miguela wierzył w skuteczność kar cielesnych i często bił go 
pasem. Te bolesne doświadczenia wycisnęły w podświadomości Miguela 

fatalne piętno: uwierzył, że aby być szanowanym przez swoich bliskich, 

mężczyzna musi wzbudzać w nich strach. 

Miguel podświadomie starał się postępować tak, jak jego apodyktyczny 
ojciec, zapominając, jak bardzo sam nienawidził takiego postępowania. Nie 

zdając sobie z tego sprawy obawiał się, że gdy przestanie dominować w 

rodzinie, straci szacunek żony i dzieci. W jego podświadomości szacunek i 

strach zlały się w jedno. Miguel uwierzył, że jeśli nie będzie sprawował 
władzy nad swymi najbliższymi, zawiedzie jako mąż i ojciec. 

Niedawno Miguel zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że tradycja, której 

starał się być wierny, ma związek z jego podświadomymi przekonaniami na 

swój temat. Teraz rozumie już, w jak niewygodnej sytuacji stawiał 
Adrienne: musiała się godzić z tym, że Miguel najlepiej wie, jak powinna 

funkcjonować ich rodzina i że jej zdanie nie ma większego znaczenia. To 

było przyczyną ich małżeńskich problemów. Obecnie Miguel nie opiera już 

swego autorytetu męża i ojca na strachu, Adrienne zaś powoli zaczyna 
czuć, że jej zdanie również się liczy. Miguel musiał zrozumieć, że 

179 

podświadome postępowanie w zgodzie z tradycją może być niebezpieczne. 

Pomogło mu w tym uświadomienie sobie, że był więźniem swoich 
podświadomych przekonań. 

Człowiek jest niewolnikiem swoich przyzwyczajeń. Rutyna codziennych 

czynności daje nam poczucie bezpieczeństwa, a tradycja umacnia naszą 

tożsamość. Niektóre przyzwyczajenia są dobre -Jezus zalecał postępowanie 

zgodne z tradycją, gdy służy ono poprawie naszych relacji z Bogiem i 
bliźnimi. Wiedział, że czasami potrzebujemy czegoś namacalnego, aby 

poczuć, że nasza miłość jest prawdziwa. 

Problemy pojawiają się wówczas, gdy podświadomie zaczynamy postępować 

zgodnie z naszymi przyzwyczajeniami. Zaczynamy wówczas powielać wzorce z 
przeszłości, często nie wiedząc dlaczego. Jezus nie chciał abyśmy 

postępowali zgodnie z przy-zwyczajeniami czy tradycją, nie będąc 

świadomymi, dlaczego to robimy. Wierność tradycji może być dobrą rzeczą, 

lecz podświadome podążanie za nią dobre nie jest. 
Jezus ostrzega nas, byśmy nie trzymali się kurczowo tradycji -nie 

dlatego, że jest w niej coś złego, lecz ponieważ bardzo często robimy to 

podświadomie. Nie chodzi o to, czy przestrzegamy rodzinnej tradycji, lecz 

o to, dlaczego jej przestrzegamy. Jeśli wzbogaca ona nasze życie 
rodzinne, wówczas jest czymś dobrym. Jeśli tak nie jest, wtedy powinniśmy 

posłuchać ostrzeżenia Jezusa. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA•. Przyzwyczajenia wynikające ze strachu profanują 

tradycję wynikającą z szacunku. 
Nie bądź tak pewny siebie 

(...) ponieważ mówicie: „Widzimy", grzech wasz trwa. 

nadal.                                                                           

„, 
J9.4I 

background image

Podświadome przekonania odbieramy jako niezbite fakty. Znaczy to, że nie 

myślimy, iż coś podświadomie wiemy, lecz jesteśmy pewni, że jest to 

prawda. Gdy naszym życiem kierują nieuświadomione myśli i emocje, wydaje 
się nam, że wiemy, co robimy> 

180 

w rzeczywistości jednak nie jesteśmy do końca świadomi przyczyn naszego 

postępowania. Jezus nie wymagał od ludzi, żeby zawsze byli pewni siebie i 
swoich czynów; prosił jedynie, aby zastanawiali się nad sobą. 

Tommy'ego poznałem w ośrodku wychowawczym dla chłopców, znajdował się 

bowiem pod opieką państwa. Chociaż miał zaledwie siedemnaście lat jego 

poglądy na życie były jasno sprecyzowane. Nikomu nie ufał i niczego od 
nikogo nie oczekiwał. Kradł, jeśli wiedział, że ujdzie mu to na sucho, 

kłamał w żywe oczy, a przyłapany na gorącym uczynku nie okazywał nawet 

cienia skruchy. Tommy uważał się za prawdziwego spryciarza i był głęboko 

przekonany, że wszyscy inni to głupcy. 
W żaden sposób nie można go było przekonać, że nie ma racji. Jako dziecko 

został odebrany matce, nigdy też nie poznał swojego ojca. We wczesnym 

dzieciństwie Tommy przerzucany był z jednej rodziny zastępczej do 

drugiej. Brakowało mu poczucia stabilizacji, wskutek czego nabrał 
przekonania, że w życiu nic nie jest pewne i nikomu nie można ufać. „Bez 

względu na to co ludzie mówią, zawsze dbają przede wszystkim o siebie - 

mawiał Tommy. - Wszyscy są nic niewarci". To było jego motto. 

Trudno było pomóc takiemu chłopakowi jak Tommy. Nie był zainteresowany 
otrzymaniem pomocy. Przeciwnie - był całkowicie przekonany, że nie myli 

się w swojej ocenie innych ludzi i nie interesowały go odmienne opinie na 

ten temat. Ufać komuś znaczyło tyle samo, co być frajerem. Bezkarne 

wykorzystywanie innych ludzi dowodziło jedynie tego, że był od nich 
mądrzejszy. 

Tommy nie zdawał sobie sprawy z jednej rzeczy: że jego życiem kierują 

podświadome przekonania. Podświadomie sam uważał się za bezwartościowego 

i właśnie to sprawiało, że zachowywał się tak gwałtownie i agresywnie. 
Nikt nigdy nie dbał o niego tak jak tego potrzebował, w podświadomości 

Tommy'ego utrwaliło się więc przekonanie, że nie zasługuje na to, by o 

niego dbano. Ze względu na podświadomy charakter tego przekonania ?fommy 

odbierał je jako niezbity fakt. Gdy jesteśmy przekonani, Ze Jesteśmy 

bezwartościowi, nie mamy wówczas nic do stracenia. 
Tommy uważał, że nic nie jest w stanie mu pomóc, chciał więc trzymać 

wszystkich na dystans, żeby nie dostrzegli tego, co dla niego było tak 

oczywiste. 

Osoby, które podświadomie nisko się cenią, nie widzą niestety, że ich 
przekonanie jest jedynie wytworem ich umysłu. Uważają, że przekonanie to 

odzwierciedla rzeczywistość. W przypadku Tommy'ego i przypadkach jemu 

podobnych skutki takiego myślenia mogą być fatalne. Zachowując się w 

sposób autodestruk-cyjny Tommy przez całe swoje życie zmierzał donikąd. 
Zaczęło się to zmieniać dopiero w momencie, gdy uświadomił sobie, że 

przyczyną jego zachowania wcale nie było przekonanie, iż wszyscy poza nim 

są bezwartościowi. W rzeczywistości Tommy zmagał się z podświadomą 

pewnością, że sam jest niewiele wart. Ciekawe, że gdy podczas terapii 
zdał sobie sprawę ze swojej niskiej samooceny, nie był już tak bardzo 

skory do oceniania innych. 

Ludzie pokroju Tommy'ego postępują w taki sposób, jakby by-1 li 

całkowicie pewni swoich racji. Jezus często nawoływał, by porzucić 
sztywne ramy myślenia i otworzyć się na innych. Wiedział,! że ci, którzy 

zbyt kurczowo trzymają się swych przekonań, często I czują się winni na 

myśl, że umyka im coś bardzo ważnego. Najczę-S ściej brakuje im prawdy na 

temat drugiego człowieka, ale czasami! również prawdy o sobie samych. 
Ludzie ci „trwają w grzechu",| chociaż sami są całkowicie przekonani, że 

wiedzą co robią. 

background image

MYŚL DO ZAPAMIĘTAN1A: Jeśli jesteś całkowicie pewien, że masz rację, 

pomyślj raz jeszcze. 

Przecież zawsze robiliśmy to w ten sposób! 
Dlaczego i wy przekraczacie przykazanie Boże z po 

wodu waszej tradycji? 

Mi 15. 3 

Ojciec Dirka był odnoszącym sukcesy, ciężko pracującym budowniczym, który 
zawsze dawał z siebie wszystko i tego samego wymagał od syna. Dirk 

podziwiał go, tak jak ojciec grał więc w szkole średniej w futbol, ożenił 

się z kobietą bardzo podobną do swojej matki 

182 
i jak ojciec zatrudnił się w branży budowlanej. Ojciec zawsze był dla 

niego bardzo surowy, groził nawet, że „skręci mu kark", jeśli nie będzie 

mu posłuszny. Dirk starał się więc za wszelką cenę unikać sytuacji, w 

których ojciec mógłby być z niego niezadowolony. 
W życiu Dirka dużą rolę odgrywała siła fizyczna. Ćwiczył na siłowni, aby 

wzmocnić swoją muskulaturę i czasami wdawał się w bójki z innymi 

mężczyznami w lokalnym barze. Dirk wiedział, że jego ojciec nie znosi 

wszelkiej słabości, nauczył się więc przed nikim ani przed niczym nie 
ustępować. 

Pewnego dnia Dirk wybrał się z rodziną na festyn. Próbował akurat 

szczęścia na strzelnicy, gdy spostrzegł kątem oka, że jakiś człowiek mu 

się przygląda. Dirk znieruchomiał, po czym gwałtownie odwrócił się w jego 
stronę gotowy do konfrontacji. Dokładnie w tym samym momencie mężczyzna 

obrócił się w stronę Dirka. Dirk przeraził się jego potężnych ramion i 

twardego, agresywnego spojrzenia. Zrobił krok w tył, po czym zdał sobie 

sprawę, że spogląda w lustro stojące tuż obok strzelnicy. Dirk 
przestraszył się samego siebie. 

Tego dnia dowiedział się czegoś na swój temat. Zrozumiał, że zachowując 

się w sposób mający na celu zastraszenie innych, stara się ukryć swoje 

własne lęki związane z tym, że nie sprosta oczekiwaniom ojca. Żył tak, 
jak nauczył go ojciec - nie dlatego, że sprawiało mu to satysfakcję, lecz 

ponieważ było to coś, co dobrze znał. 

Ludzie często wybierają to, co dobrze mają, nawet jeśli nie jest to dla 

nich dobre. Zdarza się, że z nieuświadomionych do końca przyczyn trzymają 

się kurczowo starych przyzwyczajeń, co uniemożliwia im poprawę swojej 
sytuacji. Jezus nalegał byśmy dobrze przyjrzeli się naszym zwyczajom i 

zadali sobie pytanie: czy naprawdę chcemy dalej tak żyć? 

Jezus powiedział: „Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie 

miłowali" (J 13, 34). Bóg nakazuje nam miłować bliźniego swego, 
podświadomość zaś nakazuje nam podążać drogą, którą dobrze znamy. Czasami 

trudno jest pogodzić te dwie rzeczy. Aby przekonać się, czy nasze 

przyzwyczajenia są dobre, po- 

183 
winniśmy zastanowić się, czy dzięki nim możemy bardziej kochać Boga i 

innych ludzi. Jeśli nie, to znaczy, że musimy poszukać w naszej 

podświadomości przyczyn, które czynią z nas niewolników naszych 

przyzwyczajeń. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Wybieraj miłość, a nie wygodę dobrze znanego 

szlaku. Lekarstwo pochodzi z wnętrza 

Oczyść wpierw wnętrze kubka., żeby i zewnętrzna Je 

go strona staŁa się czysta. 
Mt 23, 26 

Marty cierpi na nagłe ataki paniki. Podczas szczególnie ciężkich ataków 

myśli, że to zawał i że za chwilę umrze. Jej serce bije jak oszalałe, 

Marty nie może swobodnie oddychać, poci się, miękną jej kolana i wydaje 
jej się, że mdleje. 

background image

Marty stara się panować nad tymi atakami, niestety bezskutecznie. Często 

w drodze do mojego gabinetu obiecuje sobie, że tym razem jej się to nie 

zdarzy. Prędzej czy później jednak trafia na czerwone światło na 
skrzyżowaniu, skręca w ślepy zaułek albo inny kierowca wymusza na niej 

pierwszeństwo. Każda z tych rzeczy wywołuje u Marty niepokój - i tu 

zwykle zaczynają się kłopoty. Gdy tylko Marty poczuje cień niepokoju, 

stara się go stłumić, co tylko wprawia ją w jeszcze większy niepokój. 
Zaczyna się wtedy obawiać ataku paniki i oczywiście ogarnia ją coraz 

silniejszy strach. Na tym etapie jej próby opanowania lęku zwykle kończą 

się przeciążeniem systemu, czyli atakiem paniki. Starając się nad nim 

zapanować, Marty sama go wywołuje. 
Kłopot Marty polegał na tym, że starała się rozwiązać swój problem „od 

zewnątrz". Innymi skwy, skupiała się na swoim zachowaniu, nie zaś na 

własnych odczuciach. Starając się kontrolować swoje zachowanie (swój 

niepokój) potwierdzała jedynie swoje wewnętrzne przekonanie (niepokój 
jest niebezpieczny). Pomoc nadeszła w chwili, gdy Marty zdała sobie 

sprawę z tego, że lekarstwo na jej strach pochodzi „ze środka". Pierwszym 

krokiem było uświadomienie sobie, że podświadomie wierzyła, iż wszelki 

niepo- 
184 

kój jest niebezpieczny i wywołuje ataki paniki. Gdy ta kwestia została 

wyjaśniona, Marty dopuściła do siebie nową możliwość: może jest to tylko 

jej przekonanie, które wcale nie musi być prawdziwe? Kiedy znowu 
wydarzyło się coś, co wywołało u niej niepokój, nie odczuwała już tak 

silnej potrzeby zapanowania nad swoim strachem. Zrozumiała, że może 

odczuwać lęk jak wszyscy inni. Nauczyła się, że niepokój mija, gdy nie 

stara się go kontrolować. 
W najgłębszym wymiarze życiem każdego z nas kierują mechanizmy naszej 

podświadomości. Sterują naszym zachowaniem w sposób automatyczny, tak, że 

nawet się nad nimi nie zastanawiamy. Gdy nasze podświadome przekonania w 

negatywny sposób dotyczą nas samych lub budzą w nas poczucie winy, 
wówczas nasze zachowanie nabiera cech autodestrukcyjnych. Uświadomienie 

sobie tych podświadomych przekonań to jedyna droga by skutecznie i w 

trwały sposób zmienić swoje zachowanie. 

Jezus wiedział, że jedynym sposobem, by ludzie trwale zmienili się „na 

zewnątrz" jest zmiana tego, w co wierzą „wewnątrz". Dopóki nie poznamy 
najgłębszych zakamarków naszej duszy, będziemy żyć obciążeni bagażem 

przeszłości. Dopóki nie uda nam się zrozumieć motywów kierujących nami z 

wewnątrz, dopóty nie uda nam się wytrwać w podjętym postanowieniu zmiany 

zachowania ani nawet zachować zewnętrznych pozorów. Dlatego właśnie Jezus 
kazał nam najpierw oczyścić wnętrze kubka. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Trwała zmiana pochodzi z wnętrza.                      

'?" 

??                To, o czym nie wiesz, może cię zranić                    

Każde królestwo od wewnątrz skłócone, pustoszeje. I nie ostoi się żadne 

miasto ani dom, wewnętrznie 

skłócone. ",<. .                                                                    
MtI2,25 

Darlene rozpoczęła terapię, ponieważ chciała popracować nad swoimi 

związkami z mężczyznami. Marzyła, aby spotkać „tego jedynego", z którym 

mogłaby związać się na stałe i w przyszłości mieć dzieci, lecz mimo iż 
miała już trzydzieści kilka lat, nie związała się dotąd z żadnym 

mężczyzną. 

185 

- Moim największym problemem - zwierzyła mi się - jest to, że nie uważam 
się za atrakcyjną kobietę. 

background image

Wyznanie Darlene zdumiało mnie, ponieważ uważałem, że jest atrakcyjna i 

że przykłada dużą wagę do swojego wyglądu i zachowania. Ona jednak 

kontynuowała, zwierzając mi się ze swojego skrępowania, jakie odczuwała 
zawsze w towarzystwie mężczyzn i lęku na myśl, że mogłaby z którymś z 

nich związać się bliżej. 

- Wiem, że nie jestem głupia i że można ze mną porozmawiać na ciekawe 

tematy. Nie mogę jednak przestać myśleć, że każdy mężczyzna, który mi się 
spodoba, uzna mnie za fizycznie odpy-j chającą. Jestem pewna, że 

znaleźliby się tacy, którzy chcieliby pójść ze mną do łóżka, ale nie 

wierzę, aby ktoś, kto mi się podo-j ba, mógł naprawdę coś do mnie czuć. 

Ojciec Darlene łatwo wpadał w gniew i bardzo uprzykrzał je życie, gdy 
dorastała. Nigdy nie wiedziała, co może ją czekać pc powrocie do domu ze 

szkoły, mogła się tylko domyślać, że ojcied znowu ją poniży. Gdy popił, 

zaczynał się głośno i agresywnie za| chowywać w stosunku do Darlene i jej 

matki; dziewczynka mai rzyla wtedy, by stać się niewidzialną. Gdyby 
mogła, zamieniłaby) się na życie z każdym, kto tylko miałby na to ochotę. 

Niestety, matka Darlene w niewielkim stopniu jej pomagałal Była bierna i 

nie potrafiła poskromić męża ani ochronić córki przed jego wybuchami. 

Pozostawiona sama sobie Darlene wahaj ła się między nadzieją, że pewnego 
dnia ojciec zauważy jak dc brym jest dzieckiem i przestanie się nad nią 

znęcać, a pragnie! niem by padł trupem na miejscu. Ani jedno, ani drugie 

nie napal wało jej dumą z samej siebie. W końcu doszła do wniosku, że    

^ ma w niej nic na tyle wartościowego, by mogło skłonić ojca d(j zmiany 
zachowania; to wewnętrzne przekonanie w połączeniij z wyrzutami sumienia, 

jakie odczuwała, życząc mu śmierci, spraj wiło, że Darlene zaczęła czuć 

się brzydką osobą. 

Darlene była uwikłana w konflikt pomiędzy podświadomym' przekonaniami na 
swój temat, a w pełni uświadomionym codziennym życiem. Podświadomie 

uważała się za osobę nieatrakcyjną i niewiele wartą, choć wiedziała, że 

jej życie nie jest już takie jak 

186 
dawniej. Dopiero gdy sobie uświadomiła swoje podświadome przekonanie o 

własnej brzydocie, będące skutkiem upokarzania jej przez ojca, Darlene 

dostrzegła toczącą się w niej walkę świadomości z podświadomością. Wciąż 

miała ojcu za złe to, jak ją traktował, gdy była dzieckiem, zaczęła 

jednak rozumieć, że nie musi się z tego powodu uważać za nieatrakcyjną 
kobietę. 

Każdy z nas nieustannie przenosi swoje podświadome przekonania wynikające 

z wcześniejszych doświadczeń na otaczającą nas rzeczywistość, patrząc na 

teraźniejszość poprzez pryzmat swojej przeszłości. Zazwyczaj nie zdajemy 
sobie z tego sprawy, ponieważ robimy to całkowicie automatycznie. Jedynym 

sposobem otwarcia się na naprawdę nowe doświadczenia jest uświadomienie 

sobie, w jaki sposób te stare przekonania wpływają na nasze obecne życie. 

Czasami może to być przyczyną wewnętrznego konfliktu. Nasza rzeczywistość 
mówi nam co innego niż nasza podświadomość. Niestety, ta ostatnia zwykle 

wygrywa. Jest to powodem wielu problemów które mogą mieć wyniszczające 

konsekwencje dla psychiki człowieka. Fakt, że nie jesteśmy czegoś 

świadomi nie znaczy, że to coś nie może nas zranić. 
Jezus wzywa nas do większej samoświadomości. Głosił, że świadomość jest 

tajemnicą ratującą „dom w sobie rozdwojony" przed upadkiem. Gdy 

podświadomie wierzymy w coś, co stoi w sprzeczności z naszą świadomością, 

zaczynamy walczyć ze sobą i stajemy się „w sobie rozdwojeni." To o czym 
nie wiemy może nas zranić, zwłaszcza jeśli ma swe korzenie w 

podświadomości. Jezus pragnął byśmy uwolnili się od wszystkiego, co 

uniemożliwia nam bycie w pełni świadomym. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nie wygrasz z samym sobą. 
Pamięć to nie to samo co rzeczywistość 

Pójdźcie za Mną. 

background image

Mi 4, 19 

Eunice i Joe zgłosili się na terapię po czterdziestu pięciu latach 

małżeństwa. Ich dzieci były już dorosłe, Joe zaś niedawno prze- 
187 

szedł na emeryturę. Mieli teraz dużo czasu dla siebie i jak to się często 

zdarza w takich sytuacjach potrzebowali kogoś, kto pomógłby im rozpocząć 

nowy etap w ich życiu. 
Jeden z problemów, jakie napotkałem w terapii Eunice i Joego polegał na 

tym, że od lat kłócili się ze sobą o te same sprawy. Potrafili ni z tego, 

ni z owego zacząć się zawzięcie spierać o coś, co wydarzyło się wieki 

temu. 
- To się zdarzyło w niebieskim chevrolecie, kiedy mieszkaliśmy w Kansas 

City - zaczynał Joe. 

- Nieprawda! Jechaliśmy wtedy zielonym fordem i ciągle jeszcze 

mieszkaliśmy w Chicago - zaprzeczała Eunice. I tak w kółko... 
Oboje kierowali się założeniem, że przyznanie racji przez drugą stronę 

położyłoby kres kłótni. 

- Powiedziałem, że będę w domu piętnaście po ósmej - krzyczał Joe. 

-Wyraźnie powiedziałeś, że będziesz o siódmej! - odpowiadała Eunice w tym 
samym tonie. 

W końcu Eunice i Joe zrozumieli, że precyzyjne rekonstruowanie przeszłych 

wydarzeń nie pomoże im zakończyć sporu. Zresztą po tylu latach 

odtworzenie faktów było praktycznie niemożliwe. Ich kłótnie stawały się 
coraz rzadsze w miarę jak uświadamiali sobie, że dokładne szczegóły 

wydarzeń są mniej ważne niż znaczenie, jakie każde z nich im przypisuje. 

Gdy Joe po raz kolejny się spóźnił, Eunice zdobyła się na to, by 

powiedzieć: 
- Bałam się, że coś ci się stało. Nie chciałabym jeszcze zostać wdową. 

Na co Joe odpowiedział: 

- Nie miałem pojęcia, że tak się tym zdenerwujesz. Myślałem, że 

denerwujesz się, bo znowu o czymś zapomniałem. Nie chcę, żebyś martwiła 
się czekając, aż wrócę. 

Ustalanie, które z nich ma lepszą pamięć, przestało być tak bardzo 

istotne. Gdy Eunice i Joe zrozumieli, że pamięć to nie to samo co 

rzeczywistość, zaczęli uważniej słuchać siebie nawzajem, co okazało się 

bardzo pomocne dla ich związku. 
188 

W przeciwieństwie do większości przywódców religijnych, którzy zaistnieli 

w historii świata, Jezus nigdy niczego nie napisał, a ustanawianie zasad 

religijnych, według których powinno się żyć, nigdy nie było jego głównym 
celem. Jezus zdawał się doskonale rozumieć zasadę, którą znają 

współcześni psycholodzy: cokolwiek by powiedział, ludzie zapamiętają to 

poprzez pryzmat swoich podświadomych przekonań. Uważał, że prawda nie 

jest czymś, co można zapamiętać czy przeanalizować intelektualnie. Dla 
niego było to coś, co każdego dnia trzeba odkrywać na nowo. 

Jezus wiedział, że starając się, by ludzie zapamiętali jego słowa nie 

zmieni tak naprawdę ich życia. Nauczał, że trzeba żyć Jego słowami. 

Dlatego właśnie powiedział: „Pójdźcie za mną", a nie „Pójdźcie za moją 
duchową nauką". Psycholodzy wiedzą, że niemożliwością jest zmuszenie 

człowieka, by zapamiętał coś w bardzo szczegółowy sposób. Jeden z moich 

przyjaciół, będący ekspertem w branży marketingowej, lubi mawiać: 

„Postrzeganie jest tym samym, co rzeczywistość". Nie jest to twierdzenie 
filozoficzne, lecz praktyczne. Ludzie zapamiętują wszystko poprzez 

pryzmat własnych doświadczeń. Chcąc zatem mieć udane związki, musimy 

bardziej polegać na ludziach niż na swojej pamięci. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nie myl pamięci z rzeczywistością. 
i i             y- 

Leczenie nienawiści                                ; 

background image

Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a nie 

dostrzegasz belki we własnym oku? 

Mt7,3 
U innych nienawidzimy tego, czego nie znosimy u siebie. Jedno z 

najczęściej zadawanych mi pytań brzmi: „Skąd mogę wiedzieć, że w mojej 

podświadomości istnieje coś, co wyrządza mi krzywdę?". Odpowiadając na 

nie, proszę moich pacjentów, żeby zastanowili się, czego nie lubią u 
innych. Następnie proszę ich o sporządzenie listy pięciu cech, których 

najbardziej nienawidzą. Najczęściej okazuje się, że owe pięć cech należy 

do sfery, którą psycholodzy ze szkoły Junga nazywają „mroczną stroną" 

podświadomości. 
189 

Bili tak zawzięcie nienawidzi wszelkich przejawów niemoral-ności w 

przemyśle filmowym, że nikt nie waży się rozpocząć z nim rozmowy na ten 

temat. I tak wszystkim znane jest jego stanowisko. Zdaniem Billa, 
czystość duszy i ciała jest w naszych czasach dowodem głębokiej 

duchowości, zaś Hollywood, które nie przyjmuje tego do wiadomości, stacza 

się w otchłań zła. Aktorów, którzy grają w filmach zawierających 

prowokujące sceny erotyczne, Bili nazywa „niemoralnymi" i 
„zdegenerowanymi". Uważa, że nie mają za grosz charakteru, ponieważ godzą 

się na filmowanie ich w otoczeniu osób niekompletnie ubranych. 

Jego trzynastoletnia córka Susan boi się przyznać, że chciałaby pójść do 

kina, ponieważ nie chce skupić na sobie jego gniewu. Jak większość 
dzieciaków w jej wieku, Susan ma swoich ulubionych aktorów i nie uważa, 

by wszystkie filmy były tak niemoralne jak twierdzi jej ojciec. 

Bili uważa, że ludzie, którzy kręcą filmy zawierające sceny erotyczne, 

chcą zyskać nad nami kontrolę poprzez nasze fantazje i że każdy, kto 
płaci za to, by taki film obejrzeć, ulega swoim grzesznym pragnieniom. 

Susan chciałaby żyć normalnie, tak jak jej znajomi. Nie chce mieć 

wyrzutów sumienia z powodu swoich uczuć erotycznych i chęci chodzenia do 

kina. Bili nie zauważa jednak jednej rzeczy: nie ogranicza swego 
potępienia dla seksu w filmach jedynie do niedwuznacznych scen 

erotycznych, lecz kieruje je także przeciwko ludziom pracującym w branży 

filmowej. Właśnie dlatego Susan boi się mu powiedzieć o swoich uczuciach; 

obawia się, że ojciec ją również potępi. W wieku, w którym najbardziej 

potrzebuje kontaktu z ojcem, Susan zaczyna się od niego coraz bardziej 
oddalać. Chciałaby porozmawiać z Billem na tematy dotyczące seksu, ale po 

prostu nie śmie tego zrobić. 

Bili nie dostrzega, że jego nienawiść do aktorów, którzy - jak mu się 

wydaje - starają się kontrolować innych, wykorzystując ich erotyczne 
pragnienia, jest tak naprawdę sposobem kontrolowania samego siebie. Od 

lat Bili zmaga się regularnie ze swymi fantazjami seksualnymi i 

nienawidzi samego siebie za to, że im ulega. W miarę upływu czasu doszedł 

do wniosku, że jedynym 
190 

sposobem kontrolowania pociągu do pornografii jest potępienie uczuć, 

jakie ona w nim wzbudza. W głębi ducha Bili jest do tego stopnia 

kontrolowany przez swoje popędy, że na zewnątrz rozpaczliwie stara się 
kontrolować wszystkich innych. Jego stosunek do własnych uczuć 

seksualnych ma dwie olbrzymie wady: po pierwsze, jest nieskuteczny; po 

drugie zaś buduje coraz grubszy mur pomiędzy nim a córką. Bili musi 

przestać się tak bardzo koncentrować na potępianiu erotyki w kinie i 
zamiast tego skupić się na pełnym potępienia stosunku do samego siebie i 

swoich fantazji seksualnych. 

Jezus dobrze wiedział, że zamiast szukać wad u innych powinniśmy się 

zastanowić, czy sami ich nie mamy. Potępianie kogoś za cechę, której nie 
akceptujemy u samych siebie przypomina znajdowanie w czyimś oku „drzazgi" 

na którą nic nie możemy poradzić, a nie dostrzeganie we własnym „belki" 

background image

która wymaga natychmiastowego usunięcia. Czasami leczenie nienawiści do 

innych powinniśmy rozpoczynać od uczciwej analizy tego, co kryje się w 

naszej podświadomości. 
MYŚL DO ZAPAMIĘT^A: Nienawiść, jaką czujemy do innych ludzi, często bywa 

symptomem ran, jakie nosimy w sercu. 

Historia się powtarza, chyba że... 

,..:.,,,                              Jak może ktoś wejść do domu mocarza 
i sprzęt mu za' 

grabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże? ??':t                                      

Mtl2,29 

Gdy po raz pierwszy rozpocząłem terapię, wiedziałem, że moim największym 
problemem jest konflikt z ojcem. Wciąż się kłóciliśmy, ja zaś miałem do 

niego żal za to, jak mnie traktował, gdy dorastałem. Jako dorosły 

człowiek praktycznie przestałem się z nim kontaktować, a podczas świąt 

starałem się jak najbardziej skracać swoje wizyty w domu, aby uniknąć 
kolejnej, bezsensownej kłótni z ojcem. 

191 

Pamiętam, jak podczas jednej z sesji próbowałem wytłumaczyć mojemu 

terapeucie, jak nieszczęśliwe miałem dzieciństwo. 
- To był syndrom „kopania psa" - wyjaśniłem mu. - Po ciężkim dniu w pracy 

ojciec wyżywał się na nas. Ponieważ w naszej rodzinie byłem najbardziej 

wygadany, wystarczyło kilka minut, żeby zaczął na mnie wrzeszczeć z 

jakiegoś powodu. 
Aby lepiej mu to zobrazować opowiedziałem, jak w wieku osiemnastu lat 

ukradkiem zmierzyłem czas jednej z tyrad mojego ojca. 

- Tego dnia wiedziałem, że czeka mnie długie kazanie, na samym początku 

spojrzałem więc na zegarek. Dwie i pół godziny później ojciec nadal darł 
się na mnie, podczas gdy ja nie powiedziałem jeszcze ani jednego słowa. 

Uwierzy pan? Dwie godziny wrzasku bez najmniejszej prowokacji z mojej 

strony! 

Nigdy nie zapomnę słów mojego terapeuty. Powiedział: 
- Pański ojciec musiał pana bardzo kochać. 

- Co takiego? - zapytałem, niemal tracąc dech. 

- Ależ to prawda - odparł. - Z jakiego innego powodu wkładałby tyle 

wysiłku w strofowanie pana? Mógł po prostu wyrzu-cić pana z domu, był pan 

już wystarczająco dorosły. Moim zdaniem ojciec nie walczył z panem, on 
walczył o pana - tak jak potrafił. 

Nigdy o tym w ten sposób nie myślałem. Miałem wrażenie, jak gdyby mój 

terapeuta wdarł się do najciemniejszego zakamarka mojej psychiki i 

powalił na ziemię potwora, z którym sam nie mogłem dać sobie rady. Do tej 
pory jednoznacznie postrzegałem zachowanie ojca zakładając, iż czuł do 

mnie odrazę. Być może jednak strofował mnie, pragnąc, by moje życie było 

lepsze. Na swój własny sposób starał się zwrócić moją uwagę na to, co 

uważał za istotne. 
Podczas każdego kolejnego spotykania z ojcem historia się powtarzała, 

ponieważ za każdym razem w ten sam sposób interpretowałem jego gniew. 

Dzięki mojemu terapeucie otworzyła się przede mną możliwość przerwania 

tego błędnego koła. Gdy ponownie stanąłem z ojcem twarzą w twarz, 
poczułem pokusę, by 

192 

jak zwykle wdać się z nim w kłótnię, coś się jednak zmieniło. Ponieważ 

wiedziałem już, że podświadomie interpretuję jego gniew jako formę 
odrzucenia mnie, dotarło do mnie, że mogę zmienić swoją interpretację. 

Nasze stosunki nie poprawiły się nagle, jak za dotknięciem magicznej 

różdżki, ale nie były też takie same jak dawniej. 

Jezus nauczał, że historia nie musi się powtarzać - jest to jednak 
nieuniknione bez pomocy z zewnątrz. Ponieważ postrzegamy rzeczywistość z 

własnej perspektywy, musimy poznać punkt widzenia drugiego człowieka, 

background image

żeby naprawdę zrozumieć samych siebie. Dopiero potem możemy rozpocząć 

nowe, odmienione życie, z większą świadomością wpływu podświadomych 

mechanizmów na nasz umysł. 
Owocem duchowej misji Jezusa były niezliczone korzyści dla psychiki tych 

wszystkich, którzy się z nim stykali. Dziś taki zbawienny kontakt nosi 

miano psychoterapii. Jezus był urodzonym psychologiem. Wiedział, że tylko 

dzięki pomocy drugiego człowieka możemy poznać swoją podświadomość. 
Czasami „mocarzem" którego możemy związać jedynie z czyjąś pomocą jest 

nasza własna podświadomość. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Historia nie zmienia się; zmienia się punkt 

widzenia. 
 

Poznać duchową pełnię ^' 

 

Opowiedział też niektórym, co dufni byli w siebie, że są sprawiedliwi, a 
innymi gardzili, tę przypowieść: „Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby 

się modlić, jeden faryzeusz, a c/rugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w 

duszy się modlił: «Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: 

zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję 
post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam». A 

celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił 

się w piersi, mówiąc: «Boźe, miej litość dla mnie grzesznikal». Powiadam 

wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto 
się wywyższa, będzie 

poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony". 

Lk 18,9-14 

Jezus krytykował ludzi przekonanych o własnej prawości, wierzył bowiem, 
że jedynie pokładając ufność w Bogu, nie zaś będąc sa-mowystarczalnym, 

człowiek może zdobyć klucz do pełni życia. Trzeba pokory, by przyznać, że 

nie jesteśmy Bogiem i że tylko dzięki więzi z Nim możemy osiągnąć duchową 

pełnię. Ta sama pokora pomaga nam zrozumieć, że potrzebujemy siebie 
nawzajem, aby osiągnąć pełnię emocjonalną. Gdy boimy się przyznać, że 

potrzebujemy innych ludzi, tracimy pokorę i udajemy, że jesteśmy od nich 

lepsi. 

Współczesne trendy w psychologii również podkreślają wagę naszej 

zależności od otoczenia. Przestarzałe określenia w rodzaju „pokolenie Ja" 
lub „W Poszukiwaniu Najlepszego" odstawiane są na bok w miarę jak 

uświadamiamy sobie, że człowiek posiada fundamentalną potrzebę polegania 

na kimś innym poza sobą. Nie jesteśmy samowystarczalnymi mechanizmami, 

lecz stworzeniami powiązanymi ze sobą siecią współzależności28. 
194 

Częstym punktem wyjścia w dążeniu do duchowej i psychicznej pełni jest 

nasza potrzeba więzi z kimś potężniejszym od nas. Zdrowa zależność w 

związkach to zdrowi psychicznie ludzie. Potrzebując drugiego człowieka, 
stajemy się silniejsi, a nie słabsi. Uczniowie Jezusa usłyszeli, że nigdy 

nie powinni uważać się za lepszych od innych, ponieważ potrzebują ich, 

aby osiągnąć życiową pełnię. W przeciwieństwie do faryzeusza powinniśmy 

dziękować Bogu za to, że jesteśmy jak inni ponieważ dzięki temu możemy 
poznać pełnię. 

Wojna psychologii z religią 

" "                               Opowiedział też niektórym, co dufhi 

byli w siebie, że 
'   :',                                  są sprawiedliwi, a innymi 

gardzili, tę przypowieść. 

Lk 18,9 

Przez lata miałem wielu religijnych pacjentów, którzy przychodzili do 
mnie na psychoterapię. W niektórych przypadkach musiałem być bardzo 

ostrożny ze względu na uprzedzenie moich pacjentów do psychologii, w 

background image

końcu jednak udało mi się opracować kilka skutecznych metod. Chcąc 

podzielić się tym, czego się nauczyłem z moimi kolegami po fachu, 

napisałem artykuł i wysła-łem go do cenionego pisma dla psychoterapeutów. 
Ku memu oburzeniu artykuł został odrzucony. Wydawca pisma odesłał mi go 

wraz z komentarzem recenzenta. Byłem zaskoczony jego uwagami, które były 

lakoniczne, wrogie i umniejszały mój twórczy wysiłek. Pod koniec 

recenzji, w której zawzięcie dowodził, że dla opisywanego przeze mnie 
tematu nie ma miejsca w piśmie psychologicznym, człowiek ten był już tak 

wściekły, że pisał niepełnymi zdaniami. Było dla mnie oczywiste, że nie 

przeczytał mojego artykułu w całości, ponieważ wiele jego zarzutów 

odpierałem w drugiej części swojej pracy. 
Powodem napisania artykułu była chęć uświadomienia psycho-terapeutom 

uprzedzeń, jakie do terapii żywi wielu religijnych pacjentów. Niestety, 

jednak niektórym psychoterapeutom przydała- 

195 
by się pomoc w związku z ich uprzedzeniami w stosunku do religii. 

Narcystyczna tendencja spoglądania z góry na tych, których nie potrafimy 

zrozumieć, jest skutkiem przekonania o naszej własnej prawości, które 

szkodzi naszemu zdrowiu duchowemu i psychicznemu. W świetle tego co 
napisałem, odrzucenie mojego artykułu zakrawało na ironię - twierdziłem 

bowiem, że niezależnie od tego czy wierzymy w religię, czy w psychologię, 

uważając się za lepszych od innych i lekceważąc to, co mają nam do 

zaoferowania, sami sobie wyrządzamy krzywdę. Artykuł ujrzał w końcu 
światło dzienne w piśmie psychologicznym znanym ze swego zainteresowania 

sprawami psychologii i religii. Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że 

czytelnicy pierwszego pisma bardziej by skorzystali, czytając to, co 

miałem im do powiedzenia. 
To, co Jezus krytykował jako fałszywe przekonanie o własnej prawości, w 

żargonie psychologicznym nazywane jest narcyzmem. Zjawisko to ma miejsce, 

gdy wyolbrzymiamy własną war- j tość, by ukryć swoje braki. Prędzej czy 

później staje się ono przeszkodą w naszych kontaktach z innymi ludźmi. 
Fałszywe poczu-1 cie własnej wysokiej wartości zagraża zarówno zdrowiu 

duszy, jak j i psychiki. 

Niektórzy nie wierzą, że psychologia i religia mogą wzajemnie I się 

uzupełniać. Posuwają się nawet do tego, by określać dzielące je antypatie 

jako „wojnę". Jeśli między psychologią i religią toczy! się jakakolwiek 
wojna, to jest ona wynikiem fałszywego poczucia! własnej wysokiej 

wartości. Psycholog, który jest zbyt zapatrzony! w siebie, by uznać wkład 

religii w poznanie zachowań człowieka,! grzeszy nadmierną pychą. Człowiek 

religijny, który jest zbytnio! przekonany o swojej prawości, by uznać 
wkład psychologii! w zrozumienie ludzkiego serca i umysłu, grzeszy swoim 

narcy-l zmem. Ci, którzy mają w sobie dość pokory, aby przyznać, że mo-i 

gą się czegoś nauczyć od innych bez patrzenia na nich z góry, sąl na 

najlepszej drodze do zdrowia duchowego i psychicznego,] o którym mówił 
Jezus. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Arogancją jest wierzyć, że jesteśmy lepsi od 

innych; ta-j ka wiara wynika z obawy, że jesteśmy od nich gorsi. 

196 
, f.   ( Gdy religia staje się sposobem obrony 

Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie. 

'*' "?«'»'"                                                                         

Lk 18, II 
- Bóg zaspokaja wszystkie moje potrzeby - oświadczyła Taylor podczas 

pierwszego spotkania ze mną. 

Z teologicznego punktu widzenia rozumiałem, co miała na myśli, nie 

podobał mi się jednak sposób, w jaki to powiedziała. Miałem wrażenie, że 
Taylor zgłosiła się do mnie, bo tak jej kazał pastor, a nie dlatego, że 

uważała, iż terapia jest jej naprawdę potrzebna. Jej małżeństwo rozpadało 

background image

się i z pewnością potrzebowała pomocy, lecz nawet jej duszpasterzowi nie 

udało się przebić przez głoszone przez nią frazesy. 

Taylor była przekonana, że jej mąż nie spełnia swych ducho-wych 
obowiązków małżeńskich. Twierdziła, że jego nieposłuszeństwo czyni ich 

podatnymi na działanie Szatana. Taylor uważała, że sama wypełnia duchową 

rolę żony jak należy i miała za złe mężowi, iż nie sprawdza się jako 

głowa rodziny. Jednak problemem nie był tradycyjny podział ról w ich 
małżeństwie. Przyczyną wszystkich nieporozumień w tym związku było 

zachowanie Taylor. Wymagała od męża, aby wypemiał należące do niego 

obowiązki małżeńskie, sama zaś wypełniała swoje, nie żądając od niego 

niczego w sensie emocjonalnym. Uważała, że w kwestii wszystkich swoich 
potrzeb powinna zdać się na Boga, równocześnie jednak czuła się 

nieszczęśliwa i obwiniała za to męża. 

Taylor nie zdawała sobie sprawy z tego, że „podpiera się" językiem 

religii, aby nie czuć się zależną od męża. Wcześniej zawiodło ją wiele 
ważnych dla niej osób, postanowiła więc nigdy więcej nie polegać na 

żadnym człowieku. Taylor chciała wierzyć, że może być szczęśliwa, ufając 

wyłącznie Bogu. Nie potrafiła zaakceptować tego, że jedynym sposobem na 

osiągnięcie szczęścia w małżeństwie jest zaufanie niedoskonałemu mężowi i 
wiara, iż zaspokoi on również jej potrzeby emocjonalne. 

Ponieważ przerażała ją perspektywa zaufania komukolwiek, a ryzyko 

niepowodzenia było dla niej zbyt duże, Taylor skupiła 

197 
całą swoją uwagę na podziale ról i zasadach obowiązujących w ich 

małżeństwie. W rezultacie czuła, że przewyższa męża wiedzą religijną i 

jednocześnie była coraz bardziej nieszczęśliwa w swoim związku. 

Korygowanie religijnych braków męża nie mogło jej uszczęśliwić. Szczęście 
mogła jej dać jedynie emocjonalna zależność od niego, jakkolwiek 

ryzykowne by to dla niej było. Jezus nie życzył sobie, aby ludzie 

wykorzystywali religię jako formę obrony, by czuć się lepszymi od innych. 

Pragnął, aby posługiwali się nią w celu zacieśniania swojej więzi z 
Bogiem. Tylko gdy posługujemy się religią tak, jak chciał tego Jezus, 

może mieć ona zbawienny wpływ na nasze więzi z innymi ludźmi. 

Niektórzy posługują się religią, żeby zagłuszyć swoje bolesne poczucie 

nieprzystosowania i udowodnić samym sobie, że „nie są tacy źli jak 

wszyscy inni". Udając, że nie są „jak inni ludzie", mają wrażenie, że 
dzięki swej wyższości mogą osiągnąć duchową dojrzałość. Religia służy im 

wówczas jako sposób obrony - odrzucają myśl, że aby osiągnąć pełnię, 

muszą być zależni od Boga i bliźnich. 

Jezus często kierował ostrze swojej krytyki przeciwko ludziom religijnym. 
Uważał, że religia może ułatwić nam umocnienie naszej więzi z Bogiem. 

Czuł jednak wielki smutek i gniew widząc, że wykorzystuje się ją do 

innych celów. Religia może być sposobem obrony, lecz wówczas przestaje 

być religią Jezusa. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Świadomość tego, że jesteśmy tacy jak inni, czyni 

nas wyjątkowymi. 

Gdy psychologia staje się sposobem obrony 

(...) kto nie wierzy, już zosta! potępiony, bo nie uwierzył w imię 
Jednorodzonego Syna Bożego. 

J3, 18 

Madison jest na najlepszej drodze do zrobienia kariery w branży 

reklamowej. Ma własny dom i regularnie wpłaca odsetki na fundusz 
emerytalny, co pozwoli jej być dobrze zabezpieczoną na starość. 

Wygląd Madison zmienia się zgodnie z wymogami mody, podobnie jak jej 

poglądy. Nosi najmodniejsze ubrania i czyta wszyst- 

198 
kie modne książki. Kiedyś przez krótki czas chodziła na terapię, uważa 

jednak, że więcej dały jej weekendowe szkolenia dotyczące pracy nad sobą. 

background image

Madison twierdzi, że nie należy koncentrować się na przeszłości ani 

ulegać emocjom, trzeba natomiast podkreślać pozytywne aspekty każdej 

sytuacji. Jej zdaniem najważniejszym rodzajem miłości jest miłość własna, 
ponieważ nie można pokochać drugiego człowieka, nie kochając samego 

siebie. 

Madison szybko podejmuje decyzje, sprawia jednak wrażenie dosyć chłodnej. 

Jej zawodowi rywale boją się jej, podobnie jak mężczyźni, z którymi się 
spotyka. Madison narzeka, że odstrasza ich jej niezależność, lecz tak 

naprawdę odstrasza ich jej lęk przed byciem od kogoś zależną. Mężczyźni, 

z którymi umawia się na randki, mniej się boją jej inteligencji i 

profesjonalizmu, a bardziej tego, że nie będą jej potrzebni. Madison 
posługuje się wiedzą psychologiczną, aby ukryć swoją potrzebę zależności 

od mężczyzny. Ów pozorny brak wrażliwości czyni ją skutecznym 

przeciwnikiem w interesach, odbiera jej jednak wszelkie szansę powodzenia 

w życiu osobistym. Madison nie potrafi zrozumieć, że w miłości i na 
wojnie zasady postępowania wcale nie są takie same. Tak się niefortunnie 

składa, że psychologia służy jej do obrony przed związkami, podczas gdy 

powinna jej służyć do czegoś zupełnie innego: powinna uczynić ją bardziej 

wrażliwą i otwartą na więź z drugim człowiekiem. Psychologia służy 
Madison do obrony przed zależnością od partnerów, nie pomaga jej jednak 

uzyskać od nich tego, czego potrzebuje. 

Ludzie pokroju Madison wierzą, że powinni sami siebie pokochać, nie 

czekając, by ktoś zrobił to za nich. Powtarzają, że każdy człowiek jest 
tak naprawdę samotny i tylko słabi nie przyjmują tego faktu do 

wiadomości. Mimo iż twierdzą, że pokładają w sobie olbrzymią wiarę, Jezus 

nazywa ich niedowiarkami, ponieważ nie wierzą w nic większego od siebie. 

Sami skazują się na potępienie, gdyż brak im wiary w Boga i innych. 
Jezus głosił, że istoty ludzkie muszą zaufać Bogu, aby osiągnąć pełnię. 

Wielu osobom trudno jest to zaakceptować. Aby zagłuszyć w sobie potrzebę 

więzi z drugim człowiekiem, z pomocą psy- 

199 
chologii wmawiają sobie, że powinni być samowystarczalni i sa modzielnie 

zaspokajać swoje potrzeby. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Wznosząc mury wygrywamy wojny, lecz przegrywamy 

miłość. 

# ?? 
f                           Jezus głosił miłość, nie zasady 

Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli 

11                                       będziecie się wzajemnie 

miłowali. 
J 13, 35 

Jack zgłosił się na terapię ponieważ obiecał sobie, że jeśli jeszcze raz 

zdarzy mu się stracić nad sobą panowanie i coś zniszczyć, poszuka pomocy 

u specjalisty. Jack zaś zawsze dotrzymuje słowa. Tak naprawdę, wcale nie 
uważa się za nazbyt agresywnego. Jego zdaniem większość osób kieruje się 

w życiu zbyt luźnymi zasadami, co bardzo go irytuje. On sam zawsze stara 

się postępować tak, jak należy. Dlaczego zatem nie miałby oczekiwać tego 

samego od innych? Jack uważa, że ma prawo wpadać w gniew, gdy inni go 
zawodzą. 

Na początku terapii Jack miał poważny problem - nie mógł się zorientować 

w obowiązujących zasadach. Chciał wiedzieć, jak powinny się rozpoczynać 

nasze spotkania - czy powinniśmy kontynuować przerwany wątek? - oraz o 
czym właściwie mamy ze sobą rozmawiać. Jack uważał, że dobrzy ludzie 

postępują zgodnie z zasadami, podczas gdy źli komplikują życie wszystkim 

naokoło. Dlatego z niemal fanatyczną gorliwością starał się przestrzegać 

zasad w każdej dziedzinie swego życia. 
Trochę to trwało zanim Jack pojął, że dobra terapia, podobnie jak dobra 

religia, korzysta z zasad w jednym tylko celu: aby umacniać więzi. 

background image

Przestrzeganie zasad „dla zasady" nie ma żadnego sensu. Spełniają one 

swój cel jedynie wówczas, gdy pomagają nam w naszych związkach. Inni 

ludzie doprowadzali Jacka do wściekłości, ponieważ przestrzeganie zasad 
decydowało w jego mniemaniu o tym, czy ktoś jest dobrym człowiekiem. Nie 

podobała mu się myśl, że dobrzy ludzie muszą czasami łamać zasady, aby 

ratować związek z drugą osobą. Jack wyżej cenił zasady niz 

200 
związki, co nigdy nie jest dobre, gdy w grę wchodzą inni ludzie. 

Jack zrozumiał, że jego problemem jest agresja, gdy zorientował się, że 

podczas naszych spotkań bardziej liczy się łącząca nas więź niż 

obowiązujące w terapii zasady. Poczuł gniew, że nie spełniam jego 
oczekiwań w kwestii ich przestrzegania, lecz jednocześnie doszedł do 

wniosku, że dobrze jest być przez kogoś rozumianym - nawet, jeśli ta 

osoba nie przywiązuje takiej wagi do zasad jak on. Jack uznał, że jestem 

dla niego ważny, nie z powodu mojej umiejętności spełniania jego 
oczekiwań, lecz ze względu na to, kim jestem. Dopiero wówczas zrozumiał, 

że chciałby być podobnie traktowany. Jego surowe przestrzeganie zasad 

wynikało z oba-wy, że jeśli nie będzie ich przestrzegał, ludzie przestaną 

go uważać za dobrego człowieka. Teraz Jack już wie, że wcale nie musi tak 
być. Zaczyna wierzyć, że może być szanowany za to kim jest, nawet jeśli 

nie udaje mu się spełniać oczekiwań innych. Zaczyna pojmować różnicę 

pomiędzy swoją religią, w której najważniejsze są zasady, a religią 

Jezusa, w której najważniejsze są więzi. 
Jezus nie głosił filozofii życia i nie pozostawił po sobie kodeksu 

religijnych zasad, których powinniśmy przestrzegać. Nauczał poprzez 

przypowieści, wytyczał zasady duchowe i głosił, że miłość powinna być 

najważniejsza dla tych, którzy chcą pójść za Nim. Powiedział: „Po tym 
wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie 

miłowali" ponieważ w tych słowach zawiera się najdoskonalsza definicja 

głoszonej przez Niego religii. Była to religia miłości, a nie zasad. 

Psycholodzy dochodzą do wniosku, że człowiek nie może funkcjonować 
wyłącznie w związku z samym sobą. Zaczynamy rozumieć, że więzi z innymi 

są nam niezbędne, aby przeżyć. Dzieci, których nikt nie przytula, nie 

rozwijają się prawidłowo; ludzie, którzy spędzili ze sobą całe życie, 

umierają w odstępie kilku miesięcy po sobie, zaś najczęstszą przyczyną 

samobójstw jest samotność. Religia Jezusa opiera się na miłości, a nie na 
zasadach, ponieważ właśnie miłości potrzebujemy, aby żyć. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Związki uczuciowe z innymi ludźmi dowodzą głębi 

naszej wiary. 

201 
Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. 

Lk 18. H 

Jezus nauczał, że nie musimy się zmieniać, aby Bóg nas pokochał; właśnie 

dlatego, że nas kocha, zachęca nas byśmy się zmienili. Każdy z nas w 
skrytości ducha pragnął kiedyś stać się lepszym człowiekiem i przyznawał 

przed samym sobą, że daleko mu do ideału. Właśnie w takich chwilach 

świadomość bożej miłości skłania nas do pracy nad sobą. Jego zachęta 

motywuje nas, byśmy dążyli do duchowej pełni. 
Początkowo sądziłem, że terapia Jessiki zapowiada się pomyślnie - zdawała 

się mieć do mnie pozytywny stosunek. 

-  Wygląda pan na kogoś, kto wie, co robi - powiedziała. -Chyba mam 

szczęście, że trafiłam na kogoś, kto jest równie dobry w swoim zawodzie 
jak ja w moim. 

Jednak w miarę upływu czasu stało się jasne, że jej komplementy w 

przedziwny sposób obracają się przeciwko niej. Zamiast czuć się lepiej w 

mojej obecności, zdawała się czuć o wiele gorzej. Chociaż nadal uważała 
mnie za znakomitego terapeutę, źle się z tego powodu czuła. 

background image

- Wybór zawodu terapeuty był bardzo dobrym posunięciem z pana strony. 

Jestem pewna, że nie przeżywa pan w swojej pracy takich frustracji jak ja 

- żaliła się. - Wokół mnie pracują sami idioci. Jestem 
najinteligentniejszą osobą w biurze i nikt tego nie docenia. 

Jessica sprawiała wrażenie, że wstydzi się tego, iż jej życie nie 

potoczyło się tak jak moje. 

W końcu zrozumiałem, że za każdym razem, gdy na mnie patrzyła - gdy 
patrzyła na osobę, która w jej mniemaniu odniosła sukces - coraz mocniej 

utwierdzała się w tym, co na swój temat myślała: że jest nieudacznicą. 

Chociaż wielokrotnie zapewniała mnie, że w jej życiu wszystko świetnie 

się układa i że jej problemy w pracy wynikają z osobistych problemów jej 
współpracowników, w rzeczywistości Jessica nie była zadowolona z tego, 

jaka naprawdę była. W skrytości ducha odczuwała zniechęcenie i nie 

chciała, żeby ktokolwiek się o tym dowiedział. 

202 
Jessica nie potrzebowała terapeuty, który wie, co robi, lecz człowieka 

który byłby nią zainteresowany nawet jeśli ona sama nie była sobą 

zainteresowana. Niepotrzebne były jej rozmowy o moich czy jej sukcesach; 

potrzebowała poczucia bezpieczeństwa, aby porozmawiać o tym, jak bardzo 
pragnie być lepsza niż jest. Nasza terapia przybrała zupełnie inny wymiar 

z chwilą, gdy Jessica zaczęła mówić o wątpliwościach względem siebie 

samej, 

0  pragnieniu bycia docenianą przez innych i obawie, że tak nie jest. 
Zamiast koncentrować się na jej lub moich wyidealizowa-nych zdolnościach, 

skupiliśmy się na jej rzeczywistej i niezaspokojonej potrzebie 

akceptacji. 

Paradoksalnie nasze kontakty zmieniły się w sposób, jakiego Jessica się 
nie spodziewała. Zamiast czuć się gorzej, opowiadając mi o swoich 

brakach, zaczęła czuć się lepiej. Próbując zwrócić na siebie uwagę 

poprzez koncentrowanie się na swoim rzekomo doskonale poukładanym życiu, 

Jessica traciła pewność siebie i stawała się zniechęcona; zachętę do 
działania dało jej dopiero podzielenie się ze mną tęsknotą za rozwojem i 

doskonałością. Jessica nauczyła się, że bardziej potrzebna jest jej 

zachęta otoczenia niż imponowanie innym. Był to dla niej ważny krok w 

procesie dążenia do osiągnięcia pełni. 

Jezus nauczał, że Bóg interesuje się wszystkim, co ma z nami związek, nie 
dlatego, że chce nas osądzać za nasze potknięcia, lecz ponieważ zależy mu 

na tym, byśmy byli szczęśliwi. Jesteśmy dla Niego ważni. Gdy powierzymy 

mu nasze najskrytsze myśli 

1 uczucia, przyjmie nas takimi, jakimi jesteśmy. Świadomość tego jest 
niewyczerpanym źródłem zachęty dla człowieka. 

Jezus mówił także, że człowiek ma wrodzoną potrzebę rozwoju i aby się 

rozwijać, potrzebuje bożej zachęty. Każdy, kto wycho-wywał dziecko, zna 

tę podstawową ludzką potrzebę. Bez względu na to, czy uczymy się budować 
z klocków, czy ubiegamy się o nagrodę Nobla, chcemy żeby nasz wysiłek 

miał znaczenie dla kogoś poza nami. Potrzebujemy zachęty, aby się 

rozwijać. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nie zmieniaj się, aby być kochanym; rozwijaj się 
ponieważ jesteś kochany. 

203 

Bezpieczeństwo   ?.>TitVi ,,,., 
Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego. 

Lk23,46 

Nicholas jest bardzo niespokojnym człowiekiem. Cierpi z powodu nagłych 

ataków paniki, podczas których wydaje mu się, że za chwilę dostanie 
zawału. Nicholas wstydzi się swojej przypadłości i często rezygnuje z 

background image

wyjść z domu lub robienia rzeczy, które mogłyby wywołać u niego kolejny 

atak paniki. 

Nicholas wspomina swoje dzieciństwo jako bardzo trudne. Nie miał nikogo, 
w kim mógłby znaleźć oparcie. Nicholas bał się swego ojca, matka zaś była 

zbyt zajęta jego rodzeństwem, żeby zwracać uwagę na jego problemy. Za 

każdym razem, gdy się bał, Nicholas wymyślał różne sposoby radzenia sobie 

z własnym lękiem. 
W przypadku gdy dziecko nie ma nikogo, kto by ukoił jego strach, dorasta 

pozbawione zdolności uspokajania samego siebie. Obecne problemy Nichołasa 

wynikają z tego, że jako dziecko nie nauczył się, iż czasami można się 

bać, że uczucie strachu z czasem mija i że można je pokonać. Kiedy się 
bał lub był zdenerwowany, rozpaczliwie pragnął mieć przy sobie kogoś, kto 

byłby dla niego autorytetem i kto dałby mu poczucie bezpieczeństwa. 

Ponieważ nikogo takiego nie było, Nicholas ma teraz problemy z zachowy-

waniem spokoju - zwłaszcza gdy się boi lub jest zdenerwowany. 
Obecnie dzięki psychoterapii Nicholas rzadziej miewa ataki paniki. 

Stopniowo uczy się ufać innym ludziom i w potrzebie szukać u nich pomocy. 

Uważa swojego terapeutę za autorytet. Sądzi, że dysponuje on 

wystarczająco dużą wiedzą, aby mu pomóc. Od czasu gdy znalazł kogoś, kto 
dał mu poczucie bezpieczeństwa, Nicholas nauczył się panować nad swoim 

lękiem - ma bowiem świadomość, że jeśli sam sobie z tym nie poradzi, może 

liczyć na czyjąś pomoc. Po raz pierwszy w życiu Nicholas czuje się 

bezpieczny. Na płaszczyźnie emocjonalnej jego terapia stanowi doskonały 
przykład tego, co na płaszczyźnie duchowej wyraził Jezus, szepcząc w 

obliczu śmierci: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego". 

204 

Człowiek ma wrodzoną potrzebę poczucia bezpieczeństwa. Gdy w dzieciństwie 
nie została ona zaspokojona, nie możemy stać się zdrowymi dorosłymi. 

Dzieci, którym rodzice nie zapewnili poczucia bezpieczeństwa, często mają 

w dorosłym życiu pro-. bierny emocjonalne. Z kolei dorośli, których 

przeraża myśl o przyszłości, cierpią z powodu nadmiernego niepokoju. 
Każdy z nas potrzebuje więzi z drugim człowiekiem, na tyle idealnym, aby 

dał nam poczucie bezpieczeństwa. 

Jedną z najbardziej pocieszających rzeczy, jaką powiedział Jezus, było 

to, że Bóg, posiadający moc by stworzyć wszechświat, tak bardzo nas 

kocha, że interesuje się każdą naszą potrzebą. Świadomość, że nasz los 
znajduje się w rękach wszechmogącego Boga, powinna dawać nam olbrzymie 

poczucie bezpieczeństwa. Właśnie dzięki tej świadomości Jezus był w 

stanie dokonać wszystkiego, czego dokonał. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nikt nie jest pozbawiony bożej opieki. 
•>< '..:.-'* Nie jesteś sam       ^                           ,., 

,         Bo gdzie są dw&j albo trzej zebnni w imię moje, tam 

jestem pośród nich. 

I      .'     ?'     ."'i-ff,                                                
'*                       Mt 18,20 

Austin jest inteligentnym, pełnym energii absolwentem wyższej uczelni, 

marzącym o zawodzie psychologa. Uważa, że jedynym sposobem, żeby stać się 

znakomitym terapeutą, jest samemu poddać się terapii (jest to również mój 
pogląd). Od kilku lat Austin przychodzi do mnie na psychoterapię, a ja 

nie mogę wyjść z podziwu, jak wielkie przez ten czas poczynił postępy i 

jak bardzo zmieniło się jego życie. 

Początkowo Austin potrzebował zachęty z mojej strony, ponieważ jako 
początkujący terapeuta pod wieloma względami odczuwał niepewność. Moja 

gotowość słuchania bez wydawania osądu o jego słabościach i lękach 

związanych z rozpoczęciem praktyki okazała się bardzo pomocna na samym 

początku naszej terapii. Następnie potrzeby Austina zmieniły się - 
pragnął więzi 

205 

background image

ze starszym od siebie terapeutą, który pomógłby mu zachować zimną krew 

podczas kolejnych etapów jego rozwoju zawodowego. Świadomość istnienia 

bezpiecznego miejsca, w którym mógł analizować swoje reakcje na 
zachowania pacjentów i współpracowników, pomogła mu zachować spokój w 

najtrudniejszych sytuacjach. W końcu Austin osiągnął etap, na którym 

potrzebne mu było poczucie wspólnoty ze mną. Chciał poczuć, że na świecie 

jest ktoś podobny do niego. Ktoś, kto tak samo jak on kocha swoją pracę, 
podobnie odczuwa i ma podobny sposób patrzenia na świat. Austin wiedział, 

że jesteśmy dwiema różnymi osobami, które łączy jednak wiele wspólnych 

cech. Nasze spotkania dawały mu poczucie wspólnoty, ta zaś z kolei dawała 

mu siłę psychiczną i zdrowe podstawy do rozpoczęcia pracy jego życia. 
Pod koniec terapii stałem się w tym samym stopniu mentorem, co terapeutą 

Austina. Wzajemny szacunek, jaki dla siebie czuliśmy, ułatwił mu 

nawiązywanie kontaktów z kolegami po fachu, z których to kontaktów 

czerpał poczucie zawodowej wspólnoty. Nasze relacje terapeuty i pacjenta 
zakończyły się tak jak powinny, jednak Austin nadal chciał mieć pewność, 

że nie jest sam. 

Każdy człowiek pragnie mieć poczucie, że nie jest sam i że istnieją 

ludzie podobni do niego. Nikt nie chce być odmieńcem. Chcemy, aby inni 
mogli się z nami identyfikować, aby wiedzieli „co mamy na myśli". Oprócz 

poczucia, że ktoś nas rozumie, potrzebujemy pewności, że są ludzie, 

którzy - w najważniejszych kwestiach - myślą tak jak my. 

Jezus rozumiał ludzką potrzebę wspólnoty. Potrzebujemy drugiego 
człowieka, aby mieć poczucie duchowej pełni. Nauczał, że ludzie, którzy 

wierzą w Boga, w nadprzyrodzony sposób stają się jednością. Jeśli chodzi 

o duchową pełnię, nie istnieją „samotni jeźdźcy". Żyjąc w prawdziwej 

duchowej wspólnocie, odczuwamy łączącą nas obecność Boga. 
Polecając uczniom by „zbierali się w imię Jego" Jezus odniósł się do 

jednej z najważniejszych potrzeb człowieka. Wystarczyło, by rozejrzeli 

się wokół siebie, a dostrzegliby grupę ludzi różniących się wyglądem, 

lecz połączonych ze sobą głęboką więzią. 
206 

Świadomość, że są ludzie podobni do nas, jest nam bardzo por trzebna. Aby 

osiągnąć duchową pełnię musimy wiedzieć, że nie-jesteśmy sami. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nie można osiągnąć życiowej pełni bez pokrewnej 

duszy. 
j«r.r jxi                                                                     

u ' żztr.tr, n 

- ,  . ,?       Być kochanym za to, kim się jest 

U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na 
głowie. 

Mt 10, 30 

Dobrze się stało, że Mary i Daniel zgłosili się na terapię małżeńską. 

Mary kochała Daniela, lecz życie z nim pod jednym dachem bardzo ją 
stresowało. Daniel był człowiekiem o surowych zasadach moralnych, który 

przestrzegał nakazów religijnych i dbał 

0  swoje dobre imię we wspólnocie. Mary natomiast ceniła wolność, była 

wrażliwa i otwarta na innych. Daniel był człowiekiem myślącym kategoriami 
„czarne - białe", podczas gdy Mary przez większość czasu żyła wśród 

„różnych odcieni szarości." Oboje musieli wiele się od siebie nauczyć, 

każde jednak uważało kontakt z drugim za frustrujący. 

Daniel wierzył w dobro i zło; Mary przede wszystkim brała pod uwagę 
uczucia drugiej osoby. W wielu przypadkach trudno było stwierdzić, czyja 

strategia była skuteczniejsza. Czasami Daniel okazywał się rozsądniejszy, 

czasami Mary bardziej czuła. Ich problem polegał na tym, że różnice 

charakterów stawały się przy- • czyną ich kłótni. Stąd brały się 
wszystkie ich małżeńskie kłopoty. 

background image

Daniel uważał, że mąż i żona powinni być „jednym ciałem", zgodnie żyć i 

jednomyślnie podejmować decyzje. Mary jednak nie zawsze miała takie samo 

zdanie jak on. Daniel odbierał to jako przejaw prowokacji i buntu 
przeciwko niemu. Mary zaś uważała, że Daniel jest nazbyt skory do 

osądzania innych. 

Mimo iż Mary szanowała Daniela za jego zasady i wierność, pragnęła, aby 

się zmienił. Daniel kochał Mary za współczucie 
1  intuicję, uważał jednak jej brak przywiązania do szczegółów za 

207 

wadę charakteru. Zarówno Mary jak i Danielowi nie podobało się to, że ich 

partner tak bardzo się od nich różni. Oboje uważali, że prawdziwa 
bliskość polega na jedności poglądów, zadawali więc sobie pytanie o sens 

ich małżeństwa w sytuacji takiej niezgodności charakterów. Zarówno Mary, 

jak i Daniel byli zdania, że ich małżeństwo było pomyłką, żadne jednak 

nie wiedziało co z tym fantem zrobić. 
Z chwilą, gdy Daniel i Mary zmienili swój stosunek do dzielą-1 cych ich 

różnic - chociaż Daniel miał z tym pewne trudności -zaczęli rzadziej się 

ze sobą kłócić. To że się od siebie różnili, wca-1 le nie musiało 

oznaczać, że coś jest nie w porządku - a nawet mogło świadczyć o sile ich 
związku. Daniel przekonał się, że „sznur! potrójny niełatwo się zerwie" 

(Koh 4, 12), gdy tylko zrozumiał, że mogą wykorzystać dzielące ich 

różnice, aby umocnić swoje | małżeństwo. Zrozumiał, że więź oparta na 

miłości jest zawsze silniejsza od tej, u której podstaw leży konformizm. 
Gdy Daniel i Mary zastosowali tę zasadę w praktyce, ich małżeństwo 

osiągnęło duchową i psychiczną pełnię. Oboje nauczyli się szanować J 

swoją odmienność zamiast ją potępiać i chociaż nadal mieli odmienne 

zdania w różnych kwestiach, ich sprzeczki rzadziej kończyły się 
kłótniami. 

Jezus nauczał, że Bóg tak bardzo ceni naszą odmienność i nasz I 

indywidualizm, że zna nawet liczbę naszych „włosów na głowie". Nie 

uważał, że powinniśmy żyć w izolacji, lecz dostrzegał wyjątkowość cech, 
które są naszym wkładem w związki z innymi. Różnice charakterów muszą być 

szanowane, jeśli nasz związek ma J osiągnąć pełnię. 

Niektórym ludziom trudno jest pojąć ten paradoks. Sądzą, że I skoro 

jesteśmy częścią tej samej wspólnoty, nie powinniśmy w ża-1 den sposób 

się od siebie różnić: powinniśmy tak samo się poruszać, mówić, ubierać, 
zachowywać i pachnieć, aby przynależeć do danej grupy. Jezus nie zgadzał 

się z takim rozumowaniem. Uważał, że najsilniejsze związki uwzględniają 

różnice pomiędzy ludźmi. Nasza umiejętność tolerowania tych różnic jest 

dowodem duchowego i emocjonalnego zdrowia. Nie musimy upodabniać się 
208 

do drugiej osoby, aby móc być z nią w związku. Przeciwnie, ci których 

związki są naprawdę dojrzałe, najwyżej cenią sobie swoją odmienność. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Różnice nie muszą być przyczyną niezgody. 
*'U "-.-V.  .. 

,,„.,,     .       Misja Jezusa a psychologia 

TaK bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jed' norodzonego dal, aby 

każdy, kto w Niego wierzy, nie 
'   "           zginął, ale miał życie wieczne. 

J3, 16 

Zachary zdecydował się na terapię, ponieważ chciał się dowiedzieć, 

dlaczego wszystkie jego związki z kobietami kończą się tak niefortunnie. 
Okazało się jednak, że jego problem był zupełnie inny. Zachary miał 

fatalne relacje z matką. 

Miał jej za złe, że nigdy nie interesowała się jego sprawami, gdy chodził 

do szkoły i wiecznie go krytykowała, gdy dorastał. Zachary nie 
przypominał sobie, by kiedykolwiek usłyszał z ust matki słowa „Kocham 

cię". Gdy myślał o tym, jak go traktowała, czuł się oszukany. Ich 

background image

ostatnia rozmowa zakończyła się tak jak wszystkie inne - rozczarowaniem. 

Zachary miał tego dosyć. Nie chciał mieć z nią nic wspólnego. 

- A niby po co? - utyskiwał. - Nigdy się mną nie interesowała, dlaczego 
więc miałbym przelewać z pustego w próżne? 

Swoje frustracje, wynikające z nieudanych relacji z matką, Zachary 

przenosił na kontakty z kobietami. Nie minęło wiele czasu, a zaczął je 

przenosić również na mnie podczas naszych sesji terapeutycznych. Gdy choć 
trochę się spóźniłem na spotkanie, Zachary wpadał we wściekłość, gdy zaś 

mówiłem zbyt wiele lub zbyt mało - irytował się. 

- Słuchaj pan, to jest mój czas! - wyrzucał mi. - Płacę i oczekuję, że 

poświęci mi pan całą swoją uwagę. 
Zachary niewiele potrzebował, aby uznać, że jestem nim tak samo 

niezainteresowany jak jego matka. Rozumiałem już, skąd brały się jego 

problemy w kontaktach z kobietami. 

209 
Minęło sporo czasu zanim udało nam się porozmawiać o jego nieudanych 

relacjach z matką. Najpierw musieliśmy uporządkować nasze stosunki. Za 

każdym razem gdy odczytywał moje zachowanie jako dowód braku 

zainteresowania dla jego osoby, przerywaliśmy i tak długo rozmawialiśmy 
na ten temat, aż znów potrafił mi zawiać. Stopniowo Zachary zaczął 

wierzyć, że interesuję się nim na tyle, aby mu pomóc. Zrozumiał, że z 

góry zakładał, iż nie będę się nim interesował, co sprawiało, że 

dostrzegał mój brak zainteresowania nawet wówczas, gdy poświęcałem mu 
całą swoją uwagę. Moja gotowość znoszenia jego ataków w końcu go 

przekonała, że być może uważam go za wartościowego na tyle, by płacić 

cenę, jakiej ode mnie wymagał. Dzięki nieustannej pracy nad naszym 

związkiem Zachary uświadomił sobie, że warto byłoby popracować także nad 
innymi związkami w jego życiu. Ostatecznie zaczął nawet inaczej 

postrzegać przyczyny postępowania swojej matki. 

- Zawsze była introwertyczką - zastanawiał się podczas jednego z naszych 

spotkań. - Być może była zbyt nieśmiała, żeby angażować się w moje 
szkolne sprawy, może bała się mówić o swoich uczuciach. Tak naprawdę 

wcale nie wiem, czy matka darzyła mnie miłością czy nie - nigdy nie 

wiedziałem, o czym myślała. 

Zachary postanowił zaproponować matce nowy model związku, oparty w 

większym stopniu na szczerych rozmowach o uczuciach, a w mniejszym na 
pozbawionych znaczenia pogawędkach mających wypełnić czas. Przyznał, że 

nie potrafi rozszyfrować myśli matki na podstawie jej zachowania i że tak 

naprawdę ma wyrzuty sumienia z powodu ich zerwanych kontaktów. Podczas 

terapii Zachary dowiedział się, że odbudowywanie zniszczonych więzi może 
pomóc mu uleczyć jego duszę. Skoro mogła tego dokonać poprawa stosunków z 

terapeutą, człowiekiem, który jeszcze kilka lat temu był mu zupełnie 

obcy, jak wielką korzyścią dla niego mogło być odbudowanie związku z 

matką, najważniejszą osobą w jego życiu? 
Celem misji Jezusa było odnowienie więzi łączącej ludzi z Bogiem. Bóg 

posłał Go ponieważ „tak umiłował świat", że chciał, aby Jego Syn pojednał 

z Nim wszystkich ludzi. Jezus miał tego 

210 
dokonać poprzez głoszoną przez siebie religię. Nauczał, że odnowienie 

osobistej więzi z Bogiem jest kluczem do duchowej pełni. Wielu 

psychologów uważa, że to samo jest kluczem do zdrowia psychicznego. Ich 

misja polega na leczeniu ran będących wynikiem zerwanych związków i jest 
możliwa dzięki narzędziu zwanemu terapią. W oczach psychologów kluczem do 

pełni zdrowia psychicznego jest odnowa emocjonalnych więzi. Można by 

powiedzieć, że ich misja odnowy zerwanych związków na czysto ludzkiej, 

horyzontalnej płaszczyźnie jest analogiczna do duchowej misji Jezusa, 
polegającej na odnowie zerwanych więzi w wy-miarze wertykalnym, pomiędzy 

background image

ludźmi a Bogiem. W tym sensie misja Jezusa i misja psychologii mają ze 

sobą wiele wspólnego. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Odnowa zerwanych więzi to wspólnota z Bogiem. 
Przebaczenie i uzdrowienie 

Cóż jest łatwiej powiedzieć: „Odpuszczone są ci twoje 

grzechy", czy powiedzieć: „ Wstań i chodź"? 

Lk5,23 
Maltretowana i porzucona przez rodziców jako dziecko, Emma dorastała w 

systemie rodzin zastępczych. Jej dzieciństwo było wy-jątkowo trudne, 

zarówno ze względu na to, jak potraktowali ją jej prawdziwi rodzice, jak 

też z powodu postępowania jej rodzin zastępczych. Emma zawsze obwiniała 
swoich prawdziwych rodziców za wszystkie cierpienia, których musiała 

doświadczyć, ostatnio jednak postanowiła raz na zawsze rozprawić się z 

przeszłością. 

- To wszystko jest już za mną - oświadczyła mi. - Moi rodzice byli 
prawdopodobnie parą dzieciaków, których przerosła sytuacja. A może po 

prostu nie mieli pieniędzy. To już bez znaczenia. Teraz chcę się 

skoncentrować na teraźniejszości i zostawić przeszłość za sobą. Nie 

interesuje mnie długotrwała psychoterapia. Potrzebuję jedynie kilku 
szybkich sesji, żeby się z tego wszystkiego otrząsnąć. 

Jednak przeszłość Emmy nie pozwalała o sobie zapomnieć. Przez większość 

czasu Emma odczuwała gniew, nikomu nie ufa- 

ła, źle sypiała i dokonywała pomyłek przy wyborze kolejnych partnerów. 
Usprawiedliwiła postępowanie swoich rodziców, ale im nie wybaczyła. 

Chciała iść do przodu, nie oglądając się za siebie. Odgrzebywanie 

bolesnych wspomnień z dzieciństwa nie było, jej zdaniem, warte wysiłku, 

jaki musiałaby w to włożyć. 
Terapia Emmy trwała dłużej niż się tego spodziewała. Musiało minąć wiele 

lat, podczas których poddawała się psychoterapii i uczestniczyła w 

spotkaniach grup wsparcia, zanim Emma zrozumiała, jak ważne jest dla niej 

zamknięcie wciąż otwartego rozdziału w jej życiu, jakim było dzieciństwo, 
nie mówiąc o przebaczeniu rodzicom. Jeśli miałaby być szczera, jej 

zdaniem wcale nie zasługiwali na przebaczenie. Emma nie chciała wybaczyć 

swoim rodzicom, ponieważ uważała, że tym samym przyznałaby im rację. 

Tymczasem przebaczenie wcale nie usprawiedliwia winy. Można komuś 

wybaczyć i na zawsze usunąć go ze swojego życia, jeśli uważamy, że jego 
obecność by nam zaszkodziła. Emmie potrzebna była pewność, że to, co 

zrobili jej rodzice, było złe, nie musiała jednak wciąż ich za to 

nienawidzić. Jedyną ofiarą tej nienawiści była ona sama. Emma musiała 

wybaczyć rodzicom dla swojego własnego dobra, a nie ze względu na nich. 
Podczas swojej terapii i spotkań grup wsparcia Emma mogła podzielić się z 

innymi wspomnieniami z dzieciństwa i uwierzyć, że nie jest już sama ze 

swoimi uczuciami. Zrozumienie okazane jej przez ludzi dało jej odwagę, 

żeby inaczej spojrzeć na swój stosunek do rodziców. Zamiast ich 
usprawiedliwiać i w skrytości ducha nienawidzić za to, co zrobili, Emma 

zdobyła się na wielki wy-siłek przebaczenia im - chociaż na to nie 

zasługiwali. Przebaczając, odcięła ich i siebie od życia pełnego wyrzutów 

i nienawiści. Nie było to łatwe, lecz nie było innej możliwości. Emma 
wie, że wybaczyła rodzicom, ponieważ życzy im szczęścia gdziekolwiek są. 

Dzięki wysiłkowi przebaczenia życie Emmy osiągnęło nowy wymiar duchowej i 

psychicznej pełni. 

Niektórzy z moich pacjentów zgłaszają się na terapię oczekując 
natychmiastowego rozwiązania swoich problemów. Chcą usłyszeć ode mnie 

magiczną formułę, która pozwoli im od razu 

212 

„wstać i chodzić". Tymczasem prawda jest taka, że ludzie, którzy zostali 
naprawdę głęboko zranieni, potrzebują długotrwałego leczenia, 

wymagającego ich czynnego udziału. Muszą zdobyć się na wysiłek nazwania 

background image

tego, co ich boli - zarówno w sercu, jak i w związkach - oraz 

przebaczenia. Nie jest to łatwe i rzadko przychodzi natychmiast. Jednak 

na dłuższą metę uzdrowienie będące efektem procesu wybaczania i godzenia 
się z przeszłością jest najlepszą drogą do duchowej i psychicznej pełni. 

Również w czasach Jezusa ludzie pragnęli natychmiastowych rozwiązań. 

Woleli cuda od ciężkiej pracy. Jezusowi nie zależało jednak na tym, by 

lepiej się poczuli, lecz by stali się lepsi. Dla Niego oznaczało to 
konieczność zaleczenia ran w naszych sercach i związkach, które jest 

możliwe tylko dzięki „ciężkiej pracy" polegającej na wybaczeniu i 

pojednaniu. Jezus wiedział, że czasami łatwiej jest powiedzieć komuś 

fizycznie upośledzonemu: „Wstań i chodź!" niż grzesznikowi: „Twoje 
grzechy są odpuszczone." Fizyczne uzdrowienie ciała jest łatwe w 

porównaniu z pokutą i wy-baczeniem, których każdy człowiek powinien 

doświadczyć w swoim sercu. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Łatwiej jest usprawiedliwiać ludzi niż im wybaczać 
- ale wcale nie jest to lepsze. 

-TS7 

Rozdział   1O 

Poznać swoją wewnętrzną moc 
fiv w*.   '\ 

?   ! 

[Wówczas] nadeszła kobieta z Samarii, aby zaczerpnąć wody. Jezus rzeki do 

niej: „Daj Mi pić!". Jego uczniowie bowiem udali się przedtem do miasta 
dla zakupienia żywności. Na to rzekła do Niego Samarytanka: „Jakżeż Ty, 

będąc Żydem, prosisz mnie. Samarytankę, [bym Ci dala] się napić?". (...) 

W odpowiedzi na to rzeki do niej Jezus: „Każdy, kto "1 pije tę wodę, znów 

będzie pragnął. Kto zaś będzie pił • |  wodę, którą Ja mu dam, nie będzie 
pragnął na wieki  (???)"? Rzekła do Niego kobieta: „Daj mi tej wody, 

abyra| Już nie pragnęła (...)". A On jej odpowiedział: „Idź, zawołaj 

swego męża i wróć tutaj!". A kobieta odrzekła mu na to: „Nie mam męża". 

Rzekł do niej Jezus: „Dobrze powiedziałaś: Nie mam męża. Miałaś  bowiem 
pięciu mężów, a ren, którego masz teraz, nie jest twoim mężem (...)". 

Rzekła do Niego kobieta „Panie, widzę, że jesteś prorokiem. (...) Wiem, 

że przyjdzie Mesjasz, zwany Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam 

wszystko". Powiedział do niej Jezus: „Jestem nim Ja, który z tobą mówię". 

Na to przyszli Jego uczniowie i dziwili się, iż rozmawiał j z kobietą. 
Żaden jednak nie powiedział: „(...) Czemu z nią rozmawiasz?". Kobieta zaś 

zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła ludziom: „Pójdźcie, 

zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co 

uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?". 
J 1, 7-30 

W zdobywaniu władzy nad innymi jest coś upajającego, lecz stan ten nie 

trwa długo. Jezus w swym życiu na ziemi przeżywał wieczne szczęście, 

dzieląc się swoją potęgą z ludźmi. Jego wewnętrzną mocą była moc dzielona 
z innymi. Dla wielu uczniów Jezusa było to frustrujące, oczekiwali 

bowiem, że ich Nauczyciel obwoła się przywódcą politycznym i przydzieli 

im zaszczytne sta- 

214 
nowiska w swoim nowym królestwie. Jezus wiedział jednak, że naprawdę 

potężny władca bardziej interesuje się ludźmi niż polityką. Według Niego 

prawdziwym sprawdzianem naszej wewnętrznej mocy nie jest sprawowanie 

kontroli nad innymi, lecz umacnianie ich swoją siłą. 
Będąc jednym z największych przywódców religijnych w historii świata, 

Jezus był rzadkim gościem w przybytkach religijnych. Najwięcej czasu 

spędzał w miejscach, gdzie żyli ludzie. Okazywał im swoje zainteresowanie 

i wywierał olbrzymi wpływ na życie tych, których spotykał na swojej 
drodze. 

background image

Jezus wiedział, że empatia jest kluczem do prawdziwej wewnętrznej mocy. 

Empatia nie polega na okazywaniu innym współczucia, lecz na ciągłym 

okazywaniu im swego zainteresowania. Dzięki temu możliwe jest pełne ich 
zrozumienie. Prawidłowo wyrażana, empatia może odmieniać ludzi29. 

Definicja wewnętrznej mocy                         ; t; 

Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara,     E 

a Bogu to, co należy do Boga. 
Mt22,21 

Justin ma wielką władzę. Jest wysokim urzędnikiem państwo-wym, ma kilka 

tytułów naukowych i z powodu swojej politycznej działalności jest znany w 

całym kraju. Justin sam opłacił swoje studia i tylko sobie zawdzięcza 
zajmowaną obecnie pozycję. Jego osiągnięcia napawają go dumą, ponieważ 

wierzy w stwarzanie szans dla siebie; nigdy nie czekał, aż ktoś otworzy 

mu drzwi. 

Justin postarał się, aby nikt nie wiedział, że rozpoczął terapię - 
obawiał się, że mogłoby to źle wpłynąć na jego karierę. W politycznej 

dżungli, w jakiej się na co dzień obracał, wizyty u terapeuty mogłyby być 

odebrane jako oznaka słabości i Justin zostałby żywcem zjedzony. 

Moim pierwszym zadaniem było wyjaśnienie Justinowi celu terapii 
indywidualnej. Wytłumaczyłem mu, że w swoim gabinecie 

215 

nie „naprawiam" ludzi. Dla Justina była to całkowita nowość. Był 

przyzwyczajony do nazywania problemów po imieniu i usuwania ich. Nie 
potrzebował jednak ode mnie rad, jak rozwiązać swoje problemy. 

Potrzebował mojej pomocy, aby lepiej zrozumieć samego siebie i samemu 

sformułować potrzebne rady. 

Mimo iż Justin w wielu dziedzinach posiadał olbrzymią władzę, myślał o 
niej w kategoriach hierarchicznych. W jego rozumieniu władza służyła 

temu, aby wspiąć się na szczyt. Justin uważał ją za coś w rodzaju towaru 

deficytowego: im więcej jej posiadał, tym mniej zostawało jej dla innych. 

Nieustannie starał się równoważyć podział władzy w swoich związkach, 
uważając, że jeśli odda jej zbyt wiele drugiej osobie, znajdzie się na 

słabszej pozycji. W rezultacie w prywatnym życiu Justina trwała ciągła 

walka o władzę. 

Celem moich spotkań z Justinem jest wykszta}cenie w nim nowego 

postrzegania władzy. Chociaż początkowo czuł się zagrożony różnicą w 
podziale władzy podczas naszych spotkań, teraz mniej mu już to 

przeszkadza. Justin zaczyna rozumieć, że moja władza może go umocnić. Nie 

chodzi tu o moje metody lub sugestie, lecz o wnioski do których wspólnie 

dochodzimy dzięki łączącej nas więzi. Początkowo Justin czuł, że mam nad 
nim władzę, ponieważ jestem lekarzem, a on mi płaci. Stopniowo jednak 

uświadamia sobie, że dzielę z nim swoją władzę, ponieważ nasze kontakty 

pozwalają mu lepiej zrozumieć samego siebie. Justin uczy się, że moja 

władza nie jest dla niego żadnym zagrożeniem. Zaczyna rozumieć wewnętrzną 
moc w taki sposób, jak chciał tego Jezus. 

Istnieją różne rodzaje władzy: władza fizyczna, polityczna, ekonomiczna, 

intelektualna, duchowa, wewnętrzna moc... Lista jest naprawdę długa. I 

chociaż niektórzy z nas dążą do władzy we wszystkich jej przejawach, 
Jezus interesował się tylko tym rodzajem władzy, który może trwać 

wiecznie. Wierzył w prawdziwą wewnętrzną moc. 

Niektórym wydaje się, że wewnętrzna moc to coś, co emanuje z człowieka, 

rodzaj wewnętrznej siły pozwalającej mu osiągnąć 
216 

to, czego chce. Jezus nie myślał w ten sposób. Dla Niego wewnętrzna moc 

była niczym innym jak więzią łączącą człowieka z innymi ludźmi, której 

owocem było coś znacznie ważniejszego od osobistych osiągnięć. Wewnętrzna 
moc jest to duchowa więź łącząca ludzi, pozwalająca każdemu być znacznie 

lepszym niż mógłby być w samotności. Wewnętrzna moc jest tym większa, im 

background image

więcej jej dajesz ponieważ nie pochodzi z wnętrza człowieka, lecz jest 

tworzona pomiędzy nim a drugą osobą. 

Jezus wiedział, że dla Cezara liczy się ten rodzaj władzy, który umrze 
wraz z nim, dlatego też powiedział: „Oddajcie więc Cezarowi, to, co do 

Cezara należy". Jezus głosił potęgę władzy, która jest silniejsza od 

śmierci. Nauczał, że wewnętrzna moc polega na dzieleniu się władzą z 

innymi ludźmi, a nie na sprawowaniu jej nad nimi czy odbieraniu jej im. 
Uważał, że błędem jest starać się zdobyć władzę dla siebie. Władza, do 

której chciał nas przekonać, jest odczuwana jedynie wówczas, gdy ją 

oddajemy innym. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: wewnętrzna moc polega na dzieleniu się władzą z 
innymi ludźmi, a nie na sprawowaniu jej nad nimi. 

Moc indywidualnego poznania 

(...) poznałem was. 

. . o: 
J 5, 42 

Olivia zdecydowała się na terapię, chcąc popracować nad swoją samooceną. 

Zdawała sobie sprawę z tego, że brakuje jej pewności siebie i chciała 

pokonać swoją nieśmiałość. Przeczytała kilka poradników na temat 
samooceny i starała się wprowadzać w życie zawarte w nich sugestie, 

niestety bez większych rezultatów. Ale chociaż potrafiła zmusić się do 

zmiany sposobu myślenia, wciąż dręczyły ją wątpliwości na swój temat. 

Olivia pragnęła jak najlepiej wykorzystać nasze spotkania, dlatego też 
pod koniec naszej pierwszej sesji poprosiła mnie o pracę domową. 

217 

- Chciałabym każdego dnia trochę popracować nad swoją samooceną - 

powiedziała. - Jeśli więc zleci mi pan jakieś zadanie, pomoże mi to 
szybciej uporać się z moim problemem. 

- Wydaje mi się, że wie pani już całkiem sporo na temat samooceny - 

odparłem. - Być może na tym etapie bardziej przydałoby się pani 

pogłębienie wiedzy na temat samej siebie, ale aby to było możliwe, musimy 
pracować razem. 

Widziałem, że Olivia nie potrzebuje fachowych informacji lecz głębszej 

wiedzy na swój temat. Proces zrozumienia samej siebie był w jej przypadku 

możliwy tylko dzięki indywidualnemu poznaniu. Właśnie do niego 

zmierzaliśmy przez kolejnych kilka miesięcy. 
Podczas naszych spotkań zauważyłem, że Olivia sądzi, iż całkiem dobrze 

zna samą siebie. Problem polegał jednak na tym, że nie miała o sobie 

najlepszego zdania. Dlatego też rzadko otwierała się przed ludźmi i 

ukrywała przed nimi swoje negatywne emocje w obawie, że inni będą czuć w 
stosunku do niej to samo, co czuła względem siebie. Niestety, bardzo 

trudno jest zmienić to, co staramy się trzymać w ukryciu. Fachowe 

poradniki, z których Olivia dowiadywała się, jaka powinna być, pogarszały 

jedynie jej samopoczucie związane z tym, kim była. Musiała ujawnić przed 
kimś swoje sekrety, aby poczuć, że ktoś ją naprawdę poznał. Był to 

początek drogi prowadzącej do zmiany jej samooceny. Udając kogoś innego 

niż była w rzeczywistości, Olivia budowała fundamenty swojego wizerunku 

na ruchomych piaskach. Potrzebna jej była świadomość, że na początek 
trzeba zaakceptować siebie takim jakim się jest, aby później móc 

stopniowo zgłębiać prawdę o sobie. 

Terapia Olivii wyglądała zupełnie inaczej niż to sobie wcześniej 

wyobrażała. Myślę, że wpłynęła na nią bardziej niż mogła przypuszczać. 
Podczas naszych kolejnych spotkań Olivia przestała się koncentrować na 

wyciąganiu ode mnie fachowych informacji, skupiła się natomiast na tym, 

by być przeze mnie poznaną. Obecnie nie nazwałbym jej już nieśmiałą; 

również inni ludzie zauważają różnice, jakie w niej zaszły. Moim zdaniem 
Olivia jest sil- 

218 

background image

niejsza, ponieważ czuje się zrozumiana. Nie było to tak przerażające, jak 

się spodziewała. I chociaż czasami nadal odczuwa lęk na myśl o otwarciu 

się przed drugim człowiekiem, przyznaje, że daje jej to sporą 
satysfakcję. 

Ludzie nie mogą żyć w odosobnieniu, dlatego tak bardzo starają się 

nawiązywać kontakty z innymi. Tak jak konkretne liczby dają nam poczucie 

bezpieczeństwa, tak dogłębne poznanie daje nam wewnętrzne przekonanie, że 
wszystko jest w porządku. Musimy otwierać się przed innymi aby móc 

prawidłowo się rozwijać. Aby osiągnąć psychiczną pełnię, potrzebujemy 

pewności, że ktoś zna nie tylko nasze czyny, ale także nas samych - 

takich jakimi naprawdę jesteśmy. Tego rodzaju wiedza nie pozostaje 
zamknięta w umyśle człowieka; jest to coś, czym dzielimy się z innymi. 

Aby indywidualne poznanie mogło mieć miejsce, potrzeba dwojga ludzi; a 

gdy już zaistnieje, każda ze stron zostanie odmieniona. Doświadczenie 

poznawania i bycia poznawanym jest pierwszym krokiem do zdobycia 
wewnętrznej mocy. 

Jezus nauczał, że zostaliśmy stworzeni, aby poznać Boga i być przez niego 

poznanymi. Jego uczniowie nazywali Go „Słowem Bożym", najdoskonalszym 

pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. W swoich naukach pragnął przekazać 
nam, że Boga nie można poznać poprzez intelekt, lecz poprzez bliską z Nim 

więź, i że ta droga poznania odmieni nasze życie. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Indywidualne  poznanie jest  możliwe  pomiędzy 

ludźmi, a nie wewnątrz każdego z osobna. 
Moc empatii 

Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co 

uczyniłam. 

J4.29 
John zmuszony był poddać się terapii z powodu swoich problemów z 

nawiązywaniem kontaktu z ludźmi. Był o krok od utraty pracy, żona groziła 

mu rozwodem. Nie żywił sympatii do psychologów, terapię zaś uważał za 

stratę pieniędzy. Bał się jednak, że je- 
219 

śli nie okaże gotowości do pracy nad sobą, żona naprawdę od niego 

odejdzie, a to jedynie pogorszy jego sytuację. 
Szybko zrozumiałem, że John jest typem człowieka, którego trudno mi 

będzie polubić. Uważał, że ma prawo być niegrzecznym w stosunku do innych 

i często uciekał się do gróźb, wierząc, że zastraszanie ludzi zapewni mu 

zwycięstwo. Podczas naszych spotkań John często miał odmienne zdanie, jak 
gdyby szukał powodu do sprzeczki. Był zawsze skory do kłótni i nie 

wstydził się tego. 

Chociaż trudno było mi utożsamić się z Johnem i nie potrafiłem współczuć 

mu z powodu trudności, jakie sam sobie stwarzał, z czasem zacząłem go 
jednak rozumieć. Był człowiekiem, który doświadczył w życiu wielu 

upokorzeń i dlatego odczuwał gniew. Mimo iż niezbyt chętnie dzielił się 

ze mną szczegółami swoich przykrych przeżyć, dowiedziałem się o nich 

wystarczająco dużo, by uświadomić Johnowi, że częste wybuchy gniewu, 
którymi reaguje na wydarzenia w swoim obecnym życiu, mają swoje korzenie 

w wydarzeniach z przeszłości, których wspomnienie wciąż wzbudza w nim 

żądzę odwetu. Został zraniony, ktoś więc musiał mu za to zapłacić. 

Chciałbym móc powiedzieć, że w swoich kontaktach z Johnem stałem się kimś 
na wzór Chrystusa i uleczyłem go z agresji; niestety, pod wieloma 

względami daleko było mi do tego, co zrobiłby Jezus. W jednym 

rzeczywiście mu pomogłem - zrozumiałem go na tyle, aby pomóc mu nieco 

lepiej poznać samego siebie, wskutek czego zmienił swoje zachowanie. Gdy 
się rozstawaliśmy, John rozumiał przyczyny swojej złości i bardziej 

potrafił panować nad swoimi uczuciami. Nie nazwałbym go wyleczonym, jest 

background image

jednak na najlepszej drodze do tego, by tak się stało. Chociaż nie było 

to dla mnie łatwe, moja empatia i zrozumienie dla jego bolesnych przeżyć 

odmieniły życie Johna. Przekonał się, że przed potęgą empatii nie sposób 
jest uciec. 

Kobietę przy studni tak bardzo poruszyło pełne empatii zrozumienie Jezusa 

dla jej uczuć, że poczuła się tak, jakby wiedział o „wszystkim, co 

uczyniła". W ten sposób Jezus okazał jej swą wewnętrzną moc. Przy innych 
okazjach często objawiał moc du- 

220 

chowa, intelektualną oraz moc czynienia cudów, szczególnie jednak 

umiłował dzielenie się z ludźmi wewnętrzną mocą poprzez okazywaną im 
empatię. 

Jezus potrafił wywołać podziw tłumu, okazując publicznie swą boską moc, 

znacznie bardziej jednak interesował Go bezpośredni kontakt z 

człowiekiem. Nie uważał, by cudem było praktyczne wykorzystywanie Jego 
nadprzyrodzonej mocy30; cudami nazywał te chwile, gdy życie ludzkie 

odmieniało się na skutek okazywanej przez Niego empatii. Empatia jest 

zrozumieniem, a nikt w historii świata nie potrafił jej lepiej okazywać 

niż Jezus. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Najdoskonalszym wyrazem empatii jest okazanie 

zrozumienia komuś, kogo się nie lubi. 

Moc współczucia 

Tak bowiem Bóg umiłował świat... 
J3, 16 

W mojej poradni praktykuje kilku studentów, którymi się opiekuję. 

Uwielbiam pracować z początkującymi terapeutami, ponieważ wnoszą do 

praktyki psychoterapeutycznej mnóstwo entuzjazmu. Z oczywistych względów 
ci początkujący terapeuci nie mają zbyt dużego doświadczenia, zauważyłem 

jednak, że swoje braki w tym względzie nadrabiają, okazując pacjentom 

wiele współczucia. 

Jedna z moich podopiecznych o imieniu Mary na samym początku praktyki 
trafiła na kobietę - Connie - która miała za sobą straszliwe dzieciństwo. 

Connie nie poddawała się wcześniej terapii i nigdy nikomu nie opowiadała 

o przemocy i molestowaniu, jakich doświadczyła, będąc dzieckiem. Z czasem 

poczuła się jednak na tyle bezpiecznie, aby podzielić się z Mary 

wspomnieniami, które ukrywała przez całe życie. Jej opowieść o 
upokarzających aktach przemocy i poniżeniach, jakie ją spotykały, była 

bolesna również dla Mary, obie jednak wiedziały, że rozmowa na ten temat 

jest dla Connie niezbędnym elementem procesu leczenia. 

221 
Podczas jednego ze spotkań Mary przestała nad sobą panować i choć 

obawiała się, że jest to nieprofesjonalne, zaczęła płakać. Pod koniec 

sesji zarówno Connie, jak i Mary miały łzy w oczach. Rozmawiały o tym, 

jak bolesne musiało być dla Connie jej dzieciństwo i to, że musiała przez 
nie przejść samotnie. Mary szczerze jej współczuła i obie o tym 

wiedziały. 

Gdy rozmawiałem z Mary na ten temat, odkryliśmy, że jej spontaniczna 

reakcja miała dla Connie znaczenie terapeutyczne. Pacjentka bała się 
podzielić z kimkolwiek swoją historią, ponieważ za bardzo się jej 

wstydziła. Obawiała się, że gdy ktoś dowie się o jej molestowaniu, będzie 

się na nią gniewał - tak, jak gniewała się na nią matka, gdy Connie 

opowiedziała jej o nikczemnym zachowaniu ojca. Łzy Mary świadczyły jednak 
o czymś innym. Connie odebrała ich wspólny płacz jako dowód na to, że nie 

była winna przemocy, jaka ją spotkała i że ktoś mógł ją kochać nawet 

wtedy, gdy czuła się najmniej godna miłości. Conni bała się, że negatywne 

emocje, jakie odczuwa czynią ją złym człowiekiem, lecz współczucie Mary 
sprawiło, że poczuła się kimś wartościowym i zasługującym na troskę - 

chociaż sama uważała się za osobę bezwartościową. 

background image

Mary i Connie odkryły tego dnia coś, czego Jezus nauczał wiele wieków 

temu. Współczucie daje nam wewnętrzną moc. W przypadku Mary współczucie 

dało jej wewnętrzną moc uzdrowienia Connie - dokonała czegoś, co nikomu 
się wcześniej nie udało. 

Współczucie nie jest tym samym co empatia. To współodczu-wanie z drugim 

człowiekiem, które może przybrać formę życzliwości, litości, czy nawet 

żalu nad kimś. Możemy współczuć ludziom nawet wówczas, gdy ich nie 
rozumiemy. Jezus obdarzał wszystkich swoją miłością i życzliwością z 

czystej dobroci serca. Współczucie było jednym ze składników Jego 

wewnętrznej mocy. 

Jezus nie przyszedł na świat dlatego, że uważał ludzkość za odrażającą. 
Narodził się, ponieważ „Bóg tak umiłował świat". Nigdy nie głosił, że 

musimy się zmienić, aby On nas pokochał. Nie trzeba było nic robić, aby 

zasłużyć na Jego miłość. Jezus ko- 

222 
chał ludzi za to kim byli, wraz ze wszystkimi ich niedoskonalo-ściami. 

Miał wielką wewnętrzną moc, ponieważ współczuł każ* demu człowiekowi. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Brak wiedzy zawsze można nadrobić współczuciem. 

Moc identyfikowania się z innymi 
Ja żyję i wy żyć będziecie. 

J 14, 19 

Kilka lat temu zadzwonił do mnie przyjaciel i poinformował mnie, że 

właśnie kończy czterdzieści lat. Powiedziałem, że mu współczuję. Odparł, 
że wybiera się na wycieczk^ do Milwaukee i zapytał, czy nie chciałbym z 

nim pojechać. 

- Do Milwaukee? - zapytałem. - Dlaczego akurat tam? 

- Ponieważ Milwaukee słynie z dwóch rzeczy: piwa i motocykli Harley-
Davidson. 

- Jadę - zdecydowałem. 

Kiedy wreszcie dotarliśmy do Milwaukee z zamiarem kupienia nowiutkich 

motocykli, na których planowaliśmy wrócić do Kalifornii, towarzyszyło nam 
dwudziestu ośmiu naszych znajomych. Sprzedawca z salonu Harleya-Davidsona 

w Milwaukee nigdy wcześniej nie sprzedał naraz tylu motocykli. 

Większość osób w naszej grupie stanowili mężczyźni pracujący zawodowo 

(było wśród nas kilku psychologów, dentysta, kilku pastorów, księgowy i 

tak dalej), lecz każdy miał ochotę przez kilka tygodni robić coś zupełnie 
niezwiązanego ze swoim zawodem. W powrotnej drodze rozpoczynaliśmy każdy 

dzień modlitwą, prosząc Boga o bezpieczną podróż. Żaden z nas nie jeździł 

wcześniej na harleyu. Pod koniec wyprawy modlili się nawet niewierzący. W 

obliczu śmierci człowiek uczy się doceniać życie. 
Pewnego dnia zatrzymaliśmy się w małym miasteczku, żeby zobaczyć film, 

który akurat w tym tygodniu wszedł na ekrany kin. Zaparkowaliśmy 

motocykle przed kinem i weszliśmy do środka. Usłyszałem, jak jakiś 

dzieciak siedzący przed nami szep- 
223 

cze do kolegi: „Patrz, harleyowcy!", po czym obaj wstali i przesiedli się 

dalej od nas. Wspaniale było móc się identyfikować z tak groźnymi 

facetami jak prawdziwi harleyowcy. Następnego dnia, podczas gdy moi 
towarzysze zsiadali ze swoich nowiutkich, lśniących maszyn przed salonem 

harleya, znalazłem się w bliskiej odległości od rosłego, wytatuowanego i 

grubo ciosanego członka pewnego klubu motocyklowego, którego nazwę 

przemilczę. Muszę przyznać, że odczułem lekką konsternację, słysząc, jak 
mówi do swojego kumpla: „To jakaś wycieczka biznesmenów, czy co?". 

Widocznie nie we wszystkich napotkanych ludziach budziliśmy jednakowy 

respekt. 

Podczas tej wyprawy dowiedziałem się czegoś na temat identyfikowania się 
z innymi. Nie znałem wcześniej wielu mężczyzn z naszej grupy, a podczas 

wspólnej drogi nie dowiedziałem się o nich zbyt dużo. Trudno jest 

background image

rozmawiać, jadąc na harleyu. Dlatego mężczyźni tak kochają ten sport. 

Lecz pod koniec podróży czułem, że łączy nas silna więź. Zrobiliśmy 

wspólnie coś niezwykłego - coś co wzbudziło w każdym z nas silne emocje, 
które można poznać jedynie przez doświadczenie. Identyfikowaliśmy się ze 

sobą, ponieważ wiedzieliśmy przez co razem przeszliśmy. Zdarzało się, że 

powierzaliśmy sobie nawzajem swoje życie. Dzieliliśmy się ze sobą swoją 

wewnętrzną mocą poprzez łączące nas poczucie wspólnoty. 
Identyfikowanie się z drugim człowiekiem to nie to samo, co empatia czy 

współczucie. Polega ono na przeżywaniu tego samego, co druga osoba. 

Pomiędzy ludźmi, którzy mieli te same doświadczenia, wytwarza się potężna 

więź - mimo iż mogli nigdy wcześniej nie rozmawiać o swoich myślach czy 
uczuciach. Ufamy ludziom, którzy potrafią się z nami identyfikować w 

bólu, nawet jeśli ich nie znamy. 

Jezus chciał wiedzieć, czego ludzie doświadczają w swoim życiu. Bóg o 

którym nauczał nie zamykał się w niebie i nie wydawał z góry edyktów 
swoim wiernym. Zesłał na ziemię swego Syna, aby stał się człowiekiem i 

mógł się osobiście przekonać, jak żyją ludzie. Chociaż wypowiadając słowa 

„Ja żyję i wy żyć będziecie", Jezus 

224 
miał na myśli życie wieczne, zawarł w nich jednocześnie ważną 

psychologiczną prawdę na temat wewnętrznej mocy człowieka. Doświadczając 

wszystkiego, co przeżywali ci, których miłował, Jezus budował swą 

wewnętrzną moc. Potrafił identyfikować się z ludźmi w bólu, ponieważ sam 
również odczuwał ból31. Identyfikowanie się z innymi było składnikiem 

wewnętrznej mocy Jezusa. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: wspólne doświadczenia wiążą silniej niż słowa. 

?ą. 
Ludzie czy polityka? 

Największy z was niech będzie waszym sługą. 

Mt 23, 11 

Halle to odnosząca sukcesy bizneswoman, której udało się udowodnić, że 
kobieta może się sprawdzić w branży zdominowanej przez mężczyzn; jej 

kariera miała jednak swoją cenę. Wiedząc, że gdyby podczas spotkań 

zachowywała się „zbyt emocjonalnie" nikt w brutalnym środowisku biznesu 

nie brałby jej poważnie, Halle do perfekcji opanowała sztukę tłumienia 

swoich uczuć. Stała się bardzo skuteczna, jeśli chodzi o osiąganie celów 
wyznacza-nych jej przez firmę, zapomniała jednak o celach, które wyzna-

czyła samej sobie. 

Podczas terapii wspólnie z Halle odkryliśmy w jej życiu kilka paradoksów. 

Jeden z nich polegał na tym, że musiała podejmować decyzje, które służyły 
jej pod względem zawodowym, ale szkodziły pod względem emocjonalnym. 

Dzięki temu, że nie wy-powiadała się na temat nieuczciwego i czasami 

bezdusznego postępowania swoich zawodowych wspólników, Halle utrzymywała 

swoją pozycję w firmie, ale traciła zdrowie psychiczne. Gdyby przestała 
tłumić swoje prawdziwe uczucia byłoby to z korzyścią dla jej sfery 

emocjonalnej, lecz mogłaby stracić pracę. 

Gdy tak analizowaliśmy różne aspekty dokonywanych przez nią życiowych 

wyborów, Halle doszła do niewygodnego wniosku. Widziała przed sobą jasną 
przyszłość pod warunkiem, że w swoich decyzjach nadal będzie się kierować 

zasadą poprawno- 

225 

ści politycznej - i tylko wtedy. Pozostałe wyznawane przez nią zasady 
zamykały jej drogę do kariery. Wszyscy którzy byli jej bliscy - włączając 

ją samą - cierpieli z powodu dokonywanych przez nią wyborów. Najbardziej 

korzystali zaś na nich ci, których najmniej szanowała. Halle postanowiła, 

że nie chce dalej żyć w taki sposób. Stwierdziła, że dopóki polityka 
będzie dla niej ważniejsza od ludzi, jej życie nie będzie miało sensu. 

background image

Dziś Halle odnosi sukcesy jako szefowa nieukierunkowanej na zyski 

organizacji i uwielbia swoją pracę. Odchodząc z sektora prywatnego, 

musiała dostosować swój styl życia do nowych, mniejszych zarobków, spędza 
za to teraz o wiele więcej czasu z najbliższymi. W tym sensie jej życie 

zmieniło się na lepsze. Halle nie jest już tak znerwicowana ani 

przygnębiona jak dawniej; prawdę mówiąc przez większość czasu jest 

naprawdę szczęśliwa. Jeszcze kilka lat temu osobiste szczęście nie było 
czymś, co brała pod uwagę, podejmując swoje decyzje. Teraz jest to dla 

niej najważniejszy warunek. 

Czasami polityczne, moralne, duchowe i psychologiczne implikacje naszych 

decyzji mogą być ze sobą sprzeczne, a my będziemy zmuszeni dokonać 
właściwego wyboru. Być może ktoś inny nie musiałby zmieniać pracy, tak 

jak zrobiła Halle. Osobistych rozterek nie da się rozwiązać w jeden 

konkretny sposób, lecz w przypadku Halle poprawność polityczna nie była 

warta ceny, jaką musiała za nią płacić. 
Ambicja skłania niektórych z nas do szukania władzy w polityce. Ludzie 

bywają ambitni z różnych powodów - niektóre z nich są dobre i zdrowe. Do 

poszukiwania wewnętrznej mocy skłania nas miłość. Jezus zrezygnował z 

władzy politycznej na rzecz zachowania swej wewnętrznej mocy. 
Nie rozumieli tego nawet ci najbliżsi Jezusowi. Jego uczniowie spierali 

się ze sobą o to, który z nich będzie najważniejszy w królestwie, jakie 

nadejdzie32. Byli przekonani, że ktoś tak potężny jak Jezus może zdobyć 

wszelkie zaszczyty oraz zdobyć taką sławę i fortunę, jakie tylko będzie 
chciał. Jezus jednak wybrał ludzi a nie politykę, gdy powiedział: 

„Największy z was niech będzie 

226 

waszym sługą". Dla Niego był to jedyny sposób przeżywania wnętrznej mocy.           

MYŚL DO ZAPAMIĘT^A: Za poprawność polityczną płacimy osobistą cenę." Moc 

zdrowej samooceny 

Wiem, skąd przyszedłem i dokąd idę. 
??•'~Ą'<                                                                            

J8, 14 

Latem 1941 roku, podczas drugiej wojny światowej, młody sierżant James 

Allen Ward otrzymał za swoją odwagę Krzyż Wiktorii. Podczas jednej z 

bitew silnik na skrzydle jego bombowca typu Wellington stanął w 
płomieniach wskutek ostrzału nieprzyjaciela. Mając w swoich rękach życie 

całej załogi Ward, asekurowany jedynie sznurem zawiązanym w pasie, 

wczołgał się na skrzydło samolotu lecącego na wysokości czterech tysięcy 

metrów. Walcząc z wiatrem i artylerią wroga zdołał ugasić ogień i 
wczołgać się z powrotem do kadłuba samolotu. 

Kiedy wieść o jego bohaterskim czynie dotarła do Winstona Churchilla, 

wezwał on nieśmiałego Nowozelandczyka do swojej rezydencji przy Downing 

Street 10. Premier lubił wynagradzać podobne akty odwagi i osobiście 
dziękować bohaterom. Gdy jednak spróbował nawiązać rozmowę ze swoim 

gościem, zauważył, że Ward, oszołomiony bliskością premiera, nie potrafi 

odpowiedzieć na żadne pytanie. 

Churchill powiedział wówczas: 
- Musi się pan czuć bardzo onieśmielony w mojej obecności. Wpatrując się 

w czubki butów, Ward odparł cicho: 

- Tak, sir. Tak właśnie się czuję. Churchill rzekł na to bez chwili 

wahania: 
- A zatem może pan sobie wyobrazić, jak onieśmielony ja się czuję w 

pańskiej obecności. 

Winston Churchill udowodnił wówczas, że ma zdrową samoocenę. Było to 

doskonale widoczne w sposobie, w jaki potraktował Warda. Zdrowa samoocena 
skłania innych, by docenili swoją 

227 

background image

wartość. Fałszywa samoocena natomiast wywołuje u nich poczucie własnej 

niedoskonałości. Zdrowa samoocena umacnia drugiego człowieka, podczas gdy 

fałszywa stara się go kontrolować. 
Nie można mieć zbyt wiele zdrowej samooceny. Ci, którzy sprawiają 

wrażenie, że „nazbyt kochają samych siebie" lub są zbyt siebie pewni, są 

w rzeczywistości ofiarami fałszywej samooceny. To arogancja, 

przejawiająca się skupianiem uwagi na sobie samym. Zdrowa samoocena to 
wyważona pewność siebie, dająca nam swobodę interesowania się innymi. 

Ponieważ Jezus dobrze siebie znał, potrafił otwierać się na innych. Nie 

musiał im imponować, więcej, wątpił w szczerość tych, którzy szli za nim 

ze względu na cuda, jakie czynił. Nie chciał wy-korzystywać Swojej 
władzy, aby sprawować kontrolę nad ludźmi. Był wystarczająco pewny 

siebie, aby wiedzieć, że prawdziwa wewnętrzna moc płynie z otwarcia się 

na innych, którzy w ten sposób mogą nas poznać. Jezus słuchał ludzi, lecz 

nie dlatego, że był nieśmiały; służył im, ale nie dlatego, że nisko się 
cenił; zachęcał ich do mówienia, jednak nie dlatego, że sam nie miał nic 

do powiedzenia. Jezus sprawiał, że inni dobrze się przy Nim czuli, 

ponieważ sam czuł się dobrze ze sobą. Na tym polega potęga zdrowej 

samooceny. 
Trudno jest zachować swoją wewnętrzną moc. Większość z nas woli 

poszukiwać innych form władzy. Jezus dysponował wewnętrzną mocą, o czym 

dobitnie świadczy jego zdrowa samoocena. Powiedział: „Bo wiem, skąd 

przyszedłem i dokąd idę." Ponieważ wiedział kim jest, miał tyle pewności 
siebie, aby skoncentrować się na innych. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Zdrowa samoocena to szacunek dla innych. Różnica 

między pewnością siebie a arogancją 

Wszyscy, którzy za. miecz chwytają, od miecza giną. 
Mt 26, 52 

Brian przeczytał mnóstwo książek na temat pewności siebie. Uważał, że 

należy stale rozwijać swój potencjał, zwyciężać poprzez zastraszanie i 

programować się na osiąganie sukcesów. Pew- 
228 

ność siebie była dla niego wewnętrzną siłą, pozwalającą zdobyć to, czego 

się pragnie, bez wyrzutów sumienia. 

Wyznawana przez Briana koncepcja pewności siebie pchała go do ciężkiej 

pracy zawodowej, nie pozwalając mu na zbyt wiele wątpliwości. 
Jednocześnie jednak jego życie osobiste zaczęło podupadać. Przyjaciół 

zastąpili mu wspólnicy i kontakty zawodowe. Ludzie częściej się go bali 

niż go lubili, a coraz szybsze tempo życia nie sprzyjało jego relacjom z 

kobietami. I choć Brian powtarzał, że teraz lubi samego siebie bardziej 
niż kiedykolwiek, wszyscy inni zdawali się lubić go coraz mniej. 

Stopniowo w trakcie indywidualnej terapii Brian zdał sobie sprawę z tego, 

że jego koncepcja pewności siebie jest niczym więcej, jak próbą ukrycia 

braku tejże pewności. Chciał mieć coraz więcej, lecz nie dlatego, że czuł 
się dobrze sam ze sobą; rzeczy materialne były mu potrzebne, ponieważ bez 

nich źle się czuł. Przez cały czas próbował tłumić swoje negatywne emocje 

zamiast podążać za pozytywnymi. Obecnie Brian poznaje nowe znaczenie 

pewności siebie. Uczy się, że pewność siebie określana jest przez stopień 
zadowolenia z własnej osoby, a nie przez osobiste sukcesy. Stara się 

mniej koncentrować na tym, żeby gdzieś dojść, a bardziej na tym, żeby być 

autentycznym tu i teraz. 

Brian zrozumiał, że - o ironio - dążenie do sukcesów wcale nie umacniało 
jego pewności siebie; czyniło go jedynie aroganckim. Koncentrując się na 

tym by być lepszym od innych, nie czuł nigdy, że sam jest w danym 

momencie lepszy. Wyglądało to tak, jakby musiał siłą wydzierać światu 

swoje dobre samopoczucie -nie było to coś, co przychodziło mu łatwo, w 
naturalny sposób. 

background image

Brian zaczyna rozumieć, co miał na myśli Jezus, mówiąc: „Wszyscy, którzy 

za miecz chwytają, od miecza giną". Traktując świat jak pole 

psychologicznej bitwy, gdzie zwyciężają najsilniejsi psychicznie, Brian 
opierał własną samoocenę na tym co robił, a nie na tym kim był. Problem 

polega jednak na tym, że stosując tego typu podejście, oceniamy się 

zazwyczaj na podstawie swoich ostatnich dokonań i czujemy się tylko tyle 

warci, ile warte było nasze ostatnie osiągnięcie. W przypadku Briana 
zwycięstwa w psychologicznej bitwie wcale nie podnosiły 

229 

jego samooceny; zwiększały jedynie jego arogancję, co odstraszało 

wszystkich wokół. Teraz Brian uczy się opierać własną samoocenę na tym 
kim naprawdę jest, co przyciąga do niego ludzi. Wciąż odnosi sukcesy w 

interesach i pnie się po szczeblach zawodowej kariery, nie chce j jednak 

być samotny gdy już dotrze na sam szczyt. 

Ludzie, którzy spotykali na swojej drodze Jezusa, natychmiast i wyczuwali 
Jego wewnętrzną moc. Nie mieli wątpliwości, że mają do czynienia z pewnym 

siebie Człowiekiem. Jego niezwykle sil- j na osobowość była źródłem Jego 

pewności siebie, pozwalającej, Mu z równą łatwością przykuwać uwagę 

tłumów oraz koncen-j trować uwagę na małym dziecku. Jezus miał wyjątkową 
umiejęt- j ność zaznaczania swojej pewności siebie, nie sprawiając 

jednocześnie wrażenia osoby aroganckiej czy żądnej władzy nad innymi. 

Bardzo łatwo jest sprawdzić, czy ktoś jest arogancki, czy pewny siebie - 

wystarczy przeprowadzić prosty test. Będąc w towarzystwie osoby o zdrowej 
samoocenie i pewnej siebie czujemy się silniejsi i bardziej wartościowi. 

Natomiast osoba o fałszywej samoocenie, starająca się nadrobić swoje 

braki arogancją sprawia, że czujemy się przytłoczeni. Jezus nie odczuwał 

potrzeby umniejszania innych, aby samemu poczuć się dobrze. Sprawiał, że 
ludzie byli wdzięczni, iż Go spotkali. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Pewność siebie umacnia, podczas gdy arogancja 

przytłacza. 

Cena wewnętrznej mocy 
Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie 

swoje oddaje za. przyjaciół swoich. 

J 15, 13 

Rosyjski pisarz Fiodor Dostojewski jest autorem kilku powieści o 

niezwykłej psychologicznej głębi. Bohaterem jednej z moich ulubionych 
jest książę Myszkin, który w naiwny, lecz jakże świeży sposób patrzy na 

życie. Będąc całkowicie ufnym i otwartym na innych staje się obiektem 

kpin i celem ataków. W miarę jak akcja powieści się rozwija, zaczynamy 

dostrzegać, że dziecięca ufność księcia czyni go symbolem dobra w świecie 
pełnym kłamstwa 

230 

i egoizmu. Myszkin staje się w naszych oczach kimś na wzór Chrystusa, 

kogo podziwiamy za uczciwość. Ironiczny w tej sytuacji zdaje się być 
tytuł powieści Dostojewskiego - „Idiota". 

Dostojewski chciał nam w ten sposób przekazać coś bardzo istotnego. 

Otwierając się na innych, można zdobyć wewnętrzną moc, ale trzeba za to 

zapłacić wysoką cenę. Książę Myszkin wycisnął silne piętno w życiu 
pozostałych bohaterów, ponieważ był wobec nich tak podatny na zranienie. 

Ci, którzy chcieli go wyko-rzystać zrobili to, a ci, którzy chcieli 

czegoś się od niego nauczyć bardzo na kontakcie z nim skorzystali. Książę 

Myszkin nie mógł i nawet nie próbował kontrolować tego, jak inni na niego 
reagowali. Postanowił być słabym w świecie silnych, co dało mu moc 

wpływania na życie tych, których spotykał. Wszyscy w jakimś sensie 

jesteśmy idiotami. Książę Myszkin godził się, by nazywano go idiotą, gdyż 

było to ceną jego wewnętrznej mocy. 
Niełatwo jest zrozumieć drugiego człowieka - czasami, aby tego dokonać, 

musimy zagłuszyć własne myśli i uczucia. Okazanie własnej słabości jest 

background image

niezbędne, jeśli chcemy okazać drugiej osobie pełne empatii zrozumienie 

będące kluczem do wewnętrznej mocy. Aby osoba ta mogła się otworzyć na 

naszą empatię, musimy najpierw sami się przed nią otworzyć. Na tym polega 
paradoks wewnętrznej mocy. Tylko okazując słabość możemy podzielić się z 

kimś swoją wewnętrzną mocą, lecz jednocześnie możemy zostać przez nią 

najbardziej zranieni. Konieczność otwierania się przed innymi czyni próby 

ich zrozumienia bardzo niebezpiecznymi. To cena, jaką musimy zapłacić za 
posiadanie wewnętrznej mocy. 

W słynnych słowach „Nikt nie ma większej miłości od tej, że ktoś życie 

swoje oddaje za przyjaciół swoich" Jezus jasno sprecyzował cenę, jaką 

czasami przychodzi zapłacić za posiadanie wewnętrznej mocy. Wiedział, że 
aby ją zdobyć trzeba coś poświęcić. Jezus miał wewnętrzną moc, ponieważ 

był gotów zapłacić za nią cenę jaką była Jego słabość. Nie tylko głosił 

prawdę, lecz również nią żył. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Podatność na zranienie umożliwia dzielenie się z 
innymi swoją wewnętrzną mocą; jest także ceną, którą musimy za to 

zapłacić. 

231 

TKoz.dz.iaA   11 
'•u* 

Poznać swoje duchowe „ja" 

•&? 

W dalszej ich drodze zaszedł do jednej wsi. Tam  pewna niewiasta, 
imieniem Marta, przyjęła Co w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem 

Maria, która siadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała 

się około rozmaitych posług.  A stanąwszy przy Nim, rzekła: „Panie, czy 

Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? 
Powiedz jej, żeby mi pomogła". A Pan jej  odpowiedział: „Marto, Marto, 

martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. 

Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie 

będzie pozbawiona". 
 tk 10,38-42 

Marta uważała, iż Maria postępuje egoistycznie, nie pomagając jej; ona 

tymczasem koncentrowała całą swoją duchowość na więzi z Jezusem. Paradoks 

nauk Jezusa polega na tym, że człowiek może odnaleźć swoje duchowe „ja" 

wyłącznie w swojej relacji z Bogiem, który jest poza nim. Jezus nazywał 
to prawością. Prawość duchowa to poleganie na kimś potężniejszym od nas 

samych. Poczucie własnej prawości pojawia się zaś wtedy, gdy polegamy 

wyłącznie na sobie. Podczas gdy Marta uważała się za osobę prawą, w 

rzeczywistości była skupioną na sobie egoistką. 
Jezus nauczał, że prawość to dobry kontakt z Bogiem. Podobnie jak Marta 

wielu ludzi nie wie, co to tak naprawdę oznacza. Starają się więc na 

różne sposoby utwierdzać w przekonaniu, że ich kontakt z Bogiem jest 

dobry i w rezultacie zaczynają wierzyć we własną prawość. Jezus dobrze 
wiedział, że autentyczna prawość nie wymaga wysiłku, lecz jest efektem 

udanych życiowych związków. Nasze dobre uczynki powinny wynikać z 

prawości, a nie odwrotnie. 

Pojęcie „prawości" dotyczy zarówno naszych kontaktów z innymi ludźmi, jak 
i więzi z Bogiem. Aby połączyła nas silna więź 

232 

z drugim człowiekiem, musimy zrozumieć, że to, iż go potrzebujemy, jest 

oznaką naszej siły, a nie słabości33. Tylko dzięki bliskim kontaktom z 
Bogiem i innymi ludźmi możemy najpełniej zrealizować swój potencjał i 

odnaleźć swoje duchowe „ja". Próbując robić wszystko samemu kończymy jak 

Marta, przekonani o własnej prawości i rozczarowani swoim egoistycznym 

życiem. 
Prawość 

53.              '?'*?• 

background image

Potrzeba mało albo tylko jednego. 

Lk 10, 42 

Philip zapytał mnie: 
- Czy modli się pan razem z pacjentami? 

- To zależy od pacjenta - odpowiedziałem. - Czy pan modli się ze swymi 

lekarzami? 

- Już nie - odparł szorstko. 
Chociaż znałem go zaledwie kilka minut, zdążył w ten sposób wiele mi o 

sobie powiedzieć. 

Philip poddawał się już terapii u pewnego chrześcijańskiego psychologa. 

Ponieważ powiedziano mu, że również jestem wierzący, chciał się 
zorientować, czy nasze spotkania będą wygląda-ły podobnie. 

- Jestem pewien, że dr Richmond to naprawdę dobry terapeuta, po prostu 

zupełnie się ze sobą nie dogadywaliśmy. Dokładnie wiedział, co mi dolega 

i co powinienem w sobie zmienić. Ale mnie chyba aż tak na tym nie 
zależało. Nie chciałem marnować jego czasu i swoich pieniędzy, więc 

zrezygnowałem z terapii. 

Philip jest chrześcijaninem. Odnosi sukcesy w wielu dziedzinach życia, ma 

jednak osobisty problem w związku z którym potrzebuje fachowej pomocy. Od 
czasu do czasu miewa myśli samobójcze i chociaż nigdy nie próbował ich 

zrealizować, jest nimi mocno zaniepokojony. 

Podczas jednego z naszych spotkań rozpłakał się: 

- Wiem, że według Biblii grzechem jest zabić człowieka, nawet samego 
siebie. Czasami jednak ogarnia mnie takie przygnębienie, 

233 

? ! 

że zaczynam myśleć o tym, aby odebrać sobie życie. Wcale nie chcę mieć 
takich myśli. Mówię sobie, że to grzech, ale one wcale nie odchodzą. 

Philip cierpiał z powodu uczuć których nie rozumiał. Nie chciał umrzeć, 

lecz czasami po prostu nie potrafił przestać myśleć o śmierci i to 

wprawiało go w przerażenie. Rozpaczliwie starał się kontrolować depresję 
i myśli samobójcze, co tylko wpędzało go w jeszcze większe przygnębienie. 

W końcu jedynym sposobem zakończenia tej emocjonalnej szarpaniny stało 

się dla niego samobójstwo. Ironia sytuacji polegała na tym, że Philip 

uznał samobójstwo za najlepsze rozwiązanie, aby pozbyć się grzesznych, 

samobójczych myśli. Uważał, że Biblia, podobnie jak poprzedni terapeuta, 
nakazuje mu, aby wy-rzekł się swoich uczuć i zmienił swój stosunek do 

samego siebie. Philip sądził, że prawość polega na robieniu tego, co 

słuszne i odczuwał wstyd, nie potrafiąc zdobyć się na to, w prywatnej 

sferze swego życia. 
Potrafiłem pomóc Philipowi po części dlatego, że inaczej niż on 

pojmowałem prawość. Moim zdaniem prawość nie polega na mówieniu sobie, co 

jest dobre, a następnie dążeniu do tego całą siłą naszej woli. Jako 

psycholog postrzegam prawość raczej jako dobre stosunki z Bogiem i 
bliźnimi. 

Ze względu na stosunek Philipa do wiary i jego wcześniejsze doświadczenia 

związane z terapią, postanowiłem nie koncentrować się na tym co 

powinniśmy wspólnie osiągnąć, a skupiłem całą swoją uwagę na tym, jakim 
Philip był człowiekiem. Zamiast zajmować się standardami prawości i 

zdrowia psychicznego, którym nie potrafił sprostać, zaczęliśmy analizować 

jego emocje i wszystkie wydarzenia z jego życia, które mogły się do tego 

przyczynić. W ten sposób udało nam się odkryć kilka ciekawych faktów. 
Po pierwsze ustaliliśmy, że samobójcze myśli Philipa nie były dowodem 

jego grzesznej natury ani choroby psychicznej. Jego depresja miała 

korzenie we wcześniejszych doświadczeniach, które tłumaczyły, dlaczego 

czuł się tak a nie inaczej. Gdy Philip uświadomił sobie, skąd bierze się 
jego depresja, przestał się nią 

234 

background image

zadręczać i nie próbował już tak bardzo nad nią zapanować. Zaczął 

traktować ją jako stały element swojego życia, pojawiający się i 

znikający w naturalny sposób, dzięki czemu czuł się wobec niej mniej 
bezradny i nie czuł już rozpaczliwej potrzeby kontrolowania swoich 

„grzesznych" uczuć. W miarę upływu czasu odkryliśmy, że Philipowi wcale 

nie zależało na tym, żeby myśleć i postępować we właścnYy sposób; 

ważniejsze było dla niego poczucie, że jest prawym człowiekiem, który 
uczciwie stara się uporać z samym sobą. W końcu obaj zauważyliśmy, że im 

bardziej Philip nad sobą panował, tym rzadziej zdarzało mu się myśleć o 

samobójstwie. 

Okazało się, że myśli samobójcze wcale nie były w jego życiu 
najważniejszym problemem. Były jedynie symptomem. Koncentrowanie się na 

symptomach jego niepokojącego stanu ducha nie mogło mu pomóc. Pomocna 

okazała się analiza jego emocji związanych z nim samym, z jego terapeutą 

oraz Bogiem. Również zmuszanie się do tego, aby sprostać sztucznie 
wytyczonym standardom prawości nie mogło Philipowi pomóc. Pomogło mu 

zbudowanie dobrej więzi ze mną i z Bogiem. 

Jezus doskonale rozumiał to, co my odkryliśmy w teorii psychologii: więzi 

są niezbędnym elementem procesu leczenia. Ślepe trzymanie się teorii 
kosztem więzi z pacjentem przypomina zachowanie neurochirurga, 

odczuwającego dumę z udanej operacji, mimo iż pacjent zmarł. Nie chodzi o 

to, że teoria nie jest ważna; przeciwnie, jest ona do tego stopnia ważna, 

że wciąż powinniśmy się zastanawiać, jak jej stosowanie wpływa na 
pacjenta. Musimy być zawsze gotowi poświęcić nasze teorie zanim 

poświęcimy dobro pacjenta. 

Z punktu widzenia Jezusa prawość polega na podtrzymywaniu prawidłowych 

więzi z innymi, grzech zaś jest tym wszystkim, co oddala nas od Boga i 
bliźnich. Wielu osobom wierzącym trudno jest przyjąć tę koncepcję, 

ponieważ prawość oznacza dla nich właściwe postępowanie, a nie właściwe 

związki z ludźmi. 

Jezus zawsze stawiał ludzi na pierwszym miejscu. Nie wierzył, że 
przestrzeganie litery prawa może odmienić ludzkie serce. Pra- 

235 

wością nazywał dobre odruchy serca, a nie nieskazitelne postępowanie. 

Marta nie miała racji sądząc, że to co „robi" dla Jezusa jest w jakiś 

sposób lepsze od zwykłego „przebywania" z Nim, które wybrała Maria. Gdy w 
grę wchodzi prawość, „mało potrzeba, albo jednego". 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Prawość to dobre związki z ludźmi. 

pi                      Tylko grzesznicy mogą być prawi 

Kto z was Jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią 
"                                       kamieniem. 

J8. 7 

Dalton i Miranda sprawiali wrażenie idealnej pary. Oboje byli bardzo 

atrakcyjni i lubili się dobrze bawić. Mieli przepiękny dom i urocze 
dzieci, wszyscy chcieli bywać na wydawanych przez nich przyjęciach. Z 

pozoru ich życie doskonale się układało. 

Jednak pozory mogą mylić. Miranda zdawała sobie sprawę z tego, że Dalton 

jest fantastycznym facetem, ale nie czuła się przy nim tak dobrze jak 
inni. To prawda, że był zabawny - lepiej jednak wychodziło mu opowiadanie 

własnych historyjek niż słuchanie tego, co miała mu do powiedzenia. 

Miranda była bardzo j zadowolona, że Dalton jest tak przystojny, ale 

uważała, że w łóż-1 ku poświęca jej zbyt mało uwagi. Wiedziała, że wyszła 
za mąż za „duszę towarzystwa", pragnęła jednak czegoś więcej. Chciała aby 

Dalton poznał najskrytsze zakamarki jej serca, chciała poczuć, że ją 

naprawdę rozumie. Miranda tęskniła za większą bliskością j i obawiała 

się, że Daltona niestety na nią nie stać. 
Początkowo Miranda nie zauważyła, że w jej życiu coś się I zmieniło. 

Coraz częściej zdarzało jej się rozmawiać na osobiste tematy z jednym z 

background image

sąsiadów, a ich kontakty stawały się coraz bardziej intensywne. Sheldon 

był przyjacielem Daltona i Mirandy, je-1 dynym, z którym tak dobrze jej 

się rozmawiało. 
- Coś między nami zaiskrzyło - tłumaczyła mi później. - Miałam wrażenie, 

że znamy się całe życie. Tak łatwo mi się z nim roz- j mawiało. To było 

całkowicie naturalne. 

236 
W pewnym momencie Miranda zdała sobie sprawę z tego, że ma romans. Nie 

zbliżyła się do Sheldona fizycznie, łączyło ich jednak poczucie wzajemnej 

intymnej bliskości, gdyż Miranda dzieliła się z nim najskrytszymi 

emocjami. 
Decydując się na rozpoczęcie terapii małżeńskiej, która miała im pomóc 

rozwiązać ten problem, Dalton i Miranda podjęli słuszną decyzję. Miranda 

wyznała mężowi jakiego rodzaju związek łączy ją z Sheldonem i zgodziła 

się zerwać z nim, aby próbować ratować ich małżeństwo. Dalton czuł się 
głęboko zraniony i wściekły, ponieważ tak naprawdę nie zrobił niczego 

złego. Gdy w grę wchodzi romans, zazwyczaj powodem odejścia naszego 

partnera nie jest coś co zrobiliśmy, lecz to jacy jesteśmy - świadomość 

tego jest trudna do zniesienia. 
Mimo wszystko Dalton stanął na wysokości zadania. Być może dała o sobie 

znać jego ambicja (nie chciał przegrać rywalizacji z Sheldonem), a być 

może przynajmniej częściowo zadecydowała prawdziwa miłość, jaką czuł do 

kobiety, z którą się ożenił. Tak czy owak, Dalton postanowił walczyć. 
Walczył o swoją żonę i o swoją rodzinę, lecz nie w sposób defensywny czy 

destrukcyjny. Wyznając Mirandzie, jak bardzo czuł się przez nią 

upokorzony, Dalton zdobył się na wielkie ryzyko; nie cofnął się jednak 

przed tym, aby dać jej do zrozumienia, jak bardzo czuje się zraniony i 
zły. Następnie zmusił się do wysłuchania tego, co miała mu do 

powiedzenia: słuchał o jej samotności w małżeństwie i starał się 

zrozumieć swoją w tym rolę. Często kusiło go, aby „rzucić kamieniem" w 

Mirandę, powstrzymywał się jednak przed krzywdzeniem jej tylko dlatego, 
że sam został skrzywdzony. Wiedział, że również nie jest bez winy i że 

udając niewinnego w żaden sposób nie przyczyni się do poprawy sytuacji. 

W trakcie terapii małżeńskiej Dalton dowiedział się czegoś nowego na swój 

temat. Odkrył, że potrafi jednocześnie kochać i odczuwać wściekłość. 

Uczył się, na czym polega prawdziwa namiętność. Zrozumiał, że 
przeciwieństwem miłości nie jest gniew, lecz apatia i że to właśnie 

apatia zagroziła jego związkowi z Mi-randą. 

237 

Miranda również dowiedziała się czegoś o sobie samej. Zrozumiała, że 
przywłaszczając sobie potajemnie coś, co do niej nie należało (Sheldon 

był żonaty) oraz oddając coś, czego nie miała prawa oddawać, starała się 

w egoistyczny sposób rozwiązać swoje problemy. Odkryła, że nie jest tak 

otwarta, jak jej się dotychczas wydawało i że niesprawiedliwie osądziła 
Daltona, uważając go za mniej wrażliwego psychicznie. Co jednak 

najważniejsze Miranda nauczyła się, że może być kochana nawet wówczas, 

gdy najmniej na to zasługuje. Gdy zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo 

skrzywdziła Daltona, wdając się w romans, nie mogła uwierzyć, że potrafi 
nadal ją kochać. 

Miranda i Dalton stanowią popisowy przypadek w terapii małżeńskiej. 

Rozpoczęli ją jako ludzie niedoskonali - oboje przyczynili się do 

powstania problemów w swoim małżeństwie. Przyznając się do winy uznali 
się za „grzeszników", jeśli chcielibyśmy się posłużyć terminologią 

Jezusa. Stwierdzając, że źle dotąd postępowali, uczynili pierwszy krok na 

drodze do uzdrowienia swojego związku. Obecnie w ich małżeństwie wciąż 

„trwają prace" mające na celu poprawę sytuacji. Komunikacja między nimi 
jest coraz lepsza, ich miłość bardziej namiętna, oboje są zdania, że ich 

relacje nigdy nie były bardziej udane. Ich małżeństwu daleko jest do 

background image

ideału, z pewnością jednak spełnia wymogi „prawości" w takim sensie, jak 

pojmował to Jezus. 

Pewnego razu przed oblicze Jezusa przyprowadzono kobietę przyłapaną na 
cudzołóstwie. Żydowscy kapłani chcieli w ten sposób wypróbować Jego 

szacunek dla doktryny religijnej. Aby zasłużyć na miano sprawiedliwego, 

Jezus powinien był postąpić zgodnie z żydowskim prawem, wedle którego 

kobieta zasługiwała na ukamienowanie. On jednak inaczej pojmował prawość. 
Skłonił zgromadzonych, by zajrzeli w głąb swych serc i sumień, mówiąc: 

„Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem." Tego 

dnia nikt nie rzucił kamieniem. 

W ten sposób Jezus sprecyzował swoją definicję prawości. Ludzie prawi 
postępują zgodnie z zasadami religijnymi ze względu na więź łączącą ich z 

Bogiem, a nie dlatego, żeby stać się prawy- 

238 

mi. Ludzie często robią różne rzeczy odwrotnie. Dbając o własne 
bezpieczeństwo posługujemy się prawami, dzięki którym nasze związki miały 

pozostać nietknięte i wykorzystujemy je, aby udowodnić swoją rację. 

Tymczasem pierwszym krokiem w stronę prawości jest przyznanie, że wszyscy 

jesteśmy grzesznikami. 
Nie oznacza to wcale, że wszystko jest dozwolone. Gdy tłum się rozszedł, 

Jezus powiedział kobiecie, aby „od tej chwili już nie grzeszyła". 

Wierzył, że dzięki miłości ludzie stają się silniejsi i mogą zmienić 

swoje życie na lepsze. Jeżeli nasze związki z innymi są dobre, my sami 
również dobrze postępujemy. Moralność ulega zaś zepsuciu, gdy nasze 

związki się rozpadają. 

Jako psycholog w pełni podpisuję się pod tą teorią. Leczeni przeze mnie 

pacjenci, którzy w jakimś momencie swojego życia dopuścili się zdrady 
małżeńskiej, postąpili tak, ponieważ ich związki nie były takie, jakie 

być powinny. Nie zagojone rany, rozczarowania albo brak miłości pchnęły 

ich na drogę destrukcyjnych zachowań. Wskazanie takim ludziom zasad 

postępowania zazwyczaj niewiele zmienia. Lepiej jest okazać im miłość. 
MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Dzięki czyjejś miłości stajemy się dobrzy nawet 

wtedy, gdy źle postępujemy. 

Falszywe poczucie własnej prawości 

Biada wam, uczonym w Prawie... 

Lk 11,52 
Lucy zgłosiła się na terapię, aby uporać się ze stresami, jakie 

przeżywała w małżeństwie. 

- Mój mąż strasznie mnie kontroluje - ^aśniła mi. - A przecież mam prawo 

do własnego życia. Można by się spodziewać, że po tym wszystkim, co dla 
niego poświęciłam, będzie bardziej wy-rozumiały. 

Przez ostatnich kilka lat Lucy wychowywała dzieci i w nienaganny sposób 

prowadziła gospodarstwo. W tym celu zrezygno- 

239 
wała ze swojej kariery. Teraz, gdy dzieci już podrosły, chciała móc 

wreszcie robić to, o czym marzyła latami, lecz na co nigdy nie miała 

czasu. Lucy uważała, że nadeszła jej kolej, aby korzystać z życia. 

- Znosiłam te jego nudne służbowe przyjęcia i zajmowałam się wszystkimi 
szkolnymi sprawami dzieci. Gdybym miała wycenić wszystko, co przez lata 

dla niego zrobiłam, okazałoby się, że dzięki mnie zaoszczędził majątek! 

Lucy miała rację, ale nie było w tym nic dziwnego - Lucy z reguły miała 

rację. Była niezwykle przenikliwa w swoim rozumowaniu i wiedziała, co 
jest sprawiedliwe, a co nie. Lucy domagała się swych praw; mogłem sobie 

tylko wyobrazić, jak trudno jej mężowi było z nią polemizować. 

Lucy poświęciła się wychowaniu dzieci ponieważ uważała, że jest to 

słuszna decyzja. Zrezygnowała z własnej kariery dla dobra kariery męża 
również dlatego, że uważała to za słuszne. Jak widać Lucy zawsze robiła 

to, co uważała za właściwe, i nigdy nie pozwalała się do niczego zmuszać. 

background image

Teraz Lucy doszła do wniosku, że słuszną rzeczą będzie zająć się własnymi 

sprawami, nie związanymi z rodziną, i była zła, że mąż i dzieci nie 

okazują jej większej wdzięczności za wszystko, co dla nich zrobiła. 
- Gdybym chciała wrócić do pracy, dzieci są już wystarczająco duże, by 

same się sobą zajmować. A jeśli chcę spotkać się z przyjaciółkami, mój 

mąż powinien być zadowolony, że dobrze się bawię - narzekała. 

Lucy nie dostrzegała, że najbardziej doskwiera jej potrzeba udowodnienia 
własnej racji, a nie zachowanie jej męża. W trakcie naszych kolejnych 

spotkań dowiedziałem się, że zawsze starała się w życiu właściwie 

postępować, lecz próby te nigdy nie były wystarczająco doceniane przez 

innych. Poczucie niedowartościowania nie było dla Lucy niczym nowym; 
teraz po prostu wy-rażała je w nowy sposób. Lucy próbowała zadbać o 

siebie ponieważ nie wierzyła, że ktoś inny zrobi to za nią. Latami 

poświęcała się dla rodziny, nie otrzymując w zamian tego, czego 

najbardziej potrzebowała. 
240 

Lucy nie potrzebowała potwierdzenia, że ma rację; potrzebowała właściwych 

związków. Przez cały czas starała się właściwie postępować, niestety, 

często z niewłaściwych powodów. Jak się okazało, jej najbliżsi nie mieli 
nic przeciwko temu, aby rozwijała swoje zainteresowania - po prostu nie 

chcieli być odsunięci na drugi plan. Czuli się zranieni tym, że chciała 

się od nich odseparować, jak gdyby zrobili coś złego. Koncentrowanie się 

na sobie samej nie mogło zaspokoić potrzeb Lucy. Tym, czego potrzebowała, 
były lepsze relacje z kochającymi ją ludźmi. 

W wyniku trwającej wiele miesięcy terapii Lucy nie jest już tak wrogo 

nastawiona do swojego męża. Nie mówi też tyle co przedtem o swoich 

prawach. Zamiast tego częściej wyraża swoje potrzeby. Pracuje na pół 
etatu, starając się równoważyć potrzeby swoje i swojej rodziny - i dobrze 

się z tym czuje. Lucy jest teraz bardziej zadowolona ze swojego życia, 

mimo iż nie zastanawia się już tak często nad tym, czy właściwie 

postępuje. Ważniejsze jest dla niej to, czy jej postępowanie wynika z 
miłości. Lucy wpadła w pułapkę narcyzmu i próbowała się z niej wyzwolić. 

Sądziła, że powinna domagać się swoich praw, ponieważ inni nie cenią jej 

na tyle, by zaspokajać jej potrzeby. Obecnie Lucy rzadziej czuje się w 

ten sposób i jednocześnie wydaje się mniej pewna własnej prawości. 

Jezus nauczał, że potrzeba udowadniania własnych racji jest oznaką 
fałszywego poczucia własnej prawości. Ludzie naprawdę prawi są pełni 

pokory. W biblijnej historii Marty i Marii (Łk 10, 38-42) Marta oburza 

się, sądząc, że Maria się nią wysługuje, i uważa, że ma prawo prosić 

Jezusa, by zganił jej zachowanie. Czasami domaganie się swoich praw jest 
dowodem fałszywego poczucia własnej prawości lub, w terminologii 

psychologicznej, narcyzmu udającego sprawiedliwość. 

Nie chodziło o to, że Maria postępuje słusznie, a Marta niesłusznie; 

Jezusa interesowało przede wszystkim to, co obie nosiły w swoich sercach. 
Marta mogła z powodzeniem okazywać swą prawość pracując w kuchni i 

ciesząc się z więzi łączącej ją z Jezusem. Była jednak tak bardzo 

skupiona na tym, żeby właściwie postępować, że czuła się upoważniona do 

krytykowania Marii za jej 
241 

pozorną nieprawość. Marta potępiała Marię ponieważ była skoncentrowana 

wyłącznie na sobie. Fałszywe poczucie własnej prawości narzuca nam 

egoistyczny punkt widzenia, podczas gdy autentyczna prawość nigdy nie 
traci z oczu drugiego człowieka. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Gdy domagasz się swoich praw wiedz, że dzięki temu 

twoje potrzeby wcale nie muszą zostać zaspokojone. 

Mit indywidualizmu 
Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich 

najmniejszych, mnieście uczynili. 

background image

Mt 25, 40 

Kyle jest bardzo niezależny w swoich sądach. Uczy w szkole średniej, 

aktywnie uczestniczy w działalności swojej partii politycznej, napisał 
kilka książek. Z powodu jego stylu ubierania się, niektórzy uważają go za 

nieco ekscentrycznego; również jego zachowanie często odbiega od normy. 

Jednak wszyscy, którzy znają Kyle'a, są pewni, że to jeden z 

najinteligentniejszych ludzi, jakich zdarzyło im się w życiu spotkać. 
Kyle jest zdania, że trzeba myśleć niezależnie; sądzi, że „myślenie 

grupowe" jest dobre dla miernot. Uważa, że podstawą rozwoju społeczeństwa 

jest przetrwanie najsilniejszych i ceni myślenie wyzwolone ze sztywnych 

ram. Kreatywność i indywidualizm stanowią dla niego nierozerwalną parę. 
Lubi myśleć, że zależy tylko od siebie i „maszeruje w innym rytmie niż 

wszyscy". 

Jego umiłowanie indywidualizmu utrudnia jednak jego relacje z ludźmi. 

Kyle bywa kłótliwy, ponieważ nie chce dostosowywać się do tego, co myślą 
inni. Dwukrotnie się rozwodził i uważa, że żadna kobieta nie potrafi go 

zrozumieć. W kontaktach z innymi mężczyznami Kyle bywa trudnym kompanem, 

ponieważ podświadomie z nimi rywalizuje. Woli uważać się za innego niż 

wszyscy, bo dzięki temu łatwiej znosi swoją samotność. 
242 

Kyle nie zdaje sobie sprawy z tego, że aby czuć się indywidualistą, kimś 

„innym" niż wszyscy, potrzebuje obecności innych ludzi. Nieustannie 

kontroluje wszystko, co robią i mówią, aby utwierdzać się w przekonaniu, 
że nie jest do nich podobny. W rzeczywistości Kyle jest w olbrzymim 

stopniu uzależniony od innych ludzi - to dzięki nim wie, kim jest 

naprawdę. Woli jednak udawać, że nie obchodzi go opinia otoczenia. 

Pozwala mu to uważać się za człowieka, który jest całkowicie niezależny w 
tym, co robi. 

Kyle nie wie jeszcze, że indywidualizm jest mitem. Jest głęboko 

przekonany, że żyje poza społeczeństwem, tymczasem jest jego częścią, tak 

jak wszyscy inni. Kyle pozostaje w relacjach z ludźmi - chociaż są to 
relacje „opozycyjne". Nie mając się przeciw komu buntować, nie mógłby 

określać się jako „inny". 

Dopóki Kyle nie zrozumie podstawowej prawdy dotyczącej ludzkiej natury, 

będzie wiódł życie pełne frustracji. Jezus nauczał, że człowiek został 

tak stworzony, żeby tworzyć więzi z innymi. Możemy traktować owe więzi na 
miliard różnych sposobów, nie uciekniemy jednak przed faktem, że bez nich 

nie uda nam się osiągnąć duchowej pełni. 

Zdanie się na innych, nawet na Boga, przeraża nas i dlatego szukamy 

schronienia w micie indywidualizmu. Wmawiamy sobie, że Bóg nie istnieje, 
a my możemy polegać na samych sobie. W ten sposób unikamy ryzyka 

rozczarowania, które jest nieodłącznym elementem kontaktów opartych na 

zaufaniu. Udajemy więc, że udowadnianie swoich racji czyni nas prawymi 

ludźmi i że aby poczuć się bezpiecznie wystarczy poznać zasady lub wy-
myślić swoje, a następnie surowo ich przestrzegać. 

Indywidualizm jest mitem - ma nas bronić przed ryzykiem związanym z 

zaufaniem drugiemu człowiekowi i powierzeniem mu swojego życia. Nikt nie 

da nam tego, czego - jak nam się wy-daje - potrzebujemy, dokładnie wtedy, 
kiedy tego potrzebujemy; nie można jednak osiągnąć duchowej pełni, 

pozostając w izolacji. Indywidualizm jest złudzeniem, ateizm zaś obroną 

przeciw naszym lękom związanym ze świadomością, iż nasza wrodzona po- 

243 
trzeba kontaktu z drugim człowiekiem może stać się dla nas źródłem 

frustracji. Bojąc się samotności udajemy, że właśnie jej najbardziej 

potrzebujemy. 

Jezus nauczał, że wszyscy zostaliśmy stworzeni, aby żyć w związkach z 
innymi. Nasza potrzeba zależności jest siłą, która popycha nas do 

budowania więzi z Bogiem i ludźmi, dzięki którym udaje nam się osiągnąć 

background image

duchową pełnię. Mówiąc: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci 

moich najmniejszych, mnie-ście uczynili", Jezus ujął w słowa wielką 

psychologiczną prawdę - taką mianowicie, że wszyscy jesteśmy jednością. 
Łudzimy się udając, że tak nie jest. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Człowiekiem można się poczuć tylko we wspólnocie z 

innymi. 

Nie jesteś bogiem 
?                     Panu, Bogu swemu, będziesz oddawaj pokłon i Jemu 

samemu służyć będziesz. 

Lk 4, 8 

Chloe jest bardzo udręczoną kobietą. Każda decyzja kosztuje ją mnóstwo 
nerwów, nieustannie męczy ją poczucie winy, a jej kontakty z ludźmi 

ograniczają się do coraz rzadszych spotkań z nielicznymi przyjaciółmi. 

Chloe nie lubi wychodzić z domu, bo wy-maga to od niej zbyt dużego 

wysiłku. Obawia się, że gdy wyjdzie na zewnątrz, wydarzy się coś, co 
zepsuje jej cały dzień. Woli zatem nie opuszczać bezpiecznego azylu 

własnego mieszkania. 

Chloe panicznie boi się zarazków. Każdego dnia poświęca mnóstwo czasu na 

zabiegi higieniczne. Nie może po prostu raz umyć rąk tak jak inni ludzie; 
musi umyć je pięć razy, aby mieć pewność, że są naprawdę czyste. Obawa 

przed zarazkami jest również powodem, dla którego Chloe nikogo do siebie 

nie zaprasza. Gdyby ktoś czegoś dotknął, zostawiłby na tym masę zarazków, 

które trzeba by usunąć poprzez wielokrotne mycie. Ponie- 
244 

W&i zarazków nie widać gołym okiem, Chloe musi bardzo się ttapracować, 

aby jej mieszkanie było całkowicie sterylne. ?U Chloe cierpi na nerwicę 

natręctw. Gdy do głowy przychodzą jej obsesyjne myśli na temat zarazków 
zanieczyszczających jej otoczenie, odczuwa przymus wielokrotnego 

wykonywania pewnych czynności, które mają ją przed nimi ochronić. Chloe 

nie może na to nic poradzić. Kiedy dopada ją obsesja na temat zarazków, 

odczuwa kompulsywną potrzebę oczyszczenia się z nich. 
Chloe nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej największym wrogiem wcale nie 

są zarazki. Chociaż wiele razy ma autentyczne podstawy, aby się ich bać, 

jej choroba zaczęła się o wiele wcześniej zanim pierwszy raz pomyślała o 

zarazkach. Chloe była jedynym dzieckiem w domu, w którym nieustannie 

wybuchały awantury. Do tej pory pamięta, jak do snu kołysał ją jej własny 
płacz spowodowany lękiem, że któremuś z rodziców stanie się krzywda lub 

że się ze sobą rozwiodą. Bała się, że cały jej świat się zawali i nie 

miała pojęcia, co się wtedy z nią stanie. Każdego wieczoru modliła się: 

„Boże, proszę Cię - jeśli sprawisz, że moi rodzice przestaną się kłócić, 
do końca życia będę dobra". 

Niestety, awantury się nie skończyły, więc po pewnym czasie Chloe 

znalazła schronienie w ukrytym świecie własnych fantazji - pomagało jej 

to zapanować nad swoimi lękami. Wmawiała sobie, że jeśli wracając do domu 
ze szkoły uda jej się ominąć wszystkie rysy na chodniku, rodzice nie będą 

się tego wieczora kłócić. Kiedy indziej, słysząc odgłosy awantury 

wyobrażała sobie, że rodzice przestaną na siebie krzyczeć, jeśli 

wystarczająco intensywnie skoncentruje się na jakimś słowie. Ponieważ 
rodzice nie zapewniali jej poczucia bezpieczeństwa, Chloe była zdana 

tylko na siebie. Nie mając nikogo starszego i silniejszego komu mogłaby 

zaufać, musiała zaufać swoim magicznym umiejętnościom. 

Na nieszczęście przekonanie Chloe o magicznych zdolnościach jej umysłu 
przestało z czasem dotyczyć jedynie prób powstrzymania domowych awantur. 

Jako dorosła kobieta przeniosła je również na inne sfery swojego życia, 

starając się stworzyć sobie bezpieczną enklawę w świecie pełnym zagrożeń. 

Obecnie 
245 

background image

jej największą obsesją są zarazki. Jest przekonana, że postępując zgodnie 

z nakazami swojego umysłu, uchroni się przed niebezpieczeństwem jakie dla 

niej przedstawiają. Nie mogąc zaufać rodzicom - ani nawet Bogu - że 
obronią ją przed złem, Chloe nauczyła się pokładać całą ufność w potędze 

swojego umysłu. 

Jezus przypominał, że należy czcić Boga. Oddawanie czci czemuś lub komuś 

innemu zwyczajnie się nie sprawdza. Każdy człowiek chce mieć poczucie 
bezpieczeństwa, nie może go jednak osiągnąć, nie mając przy sobie nikogo, 

kto byłby od niego potężniejszy i kto mógłby pomóc mu w potrzebie. Z 

psychologicznego punktu widzenia potrafimy wykształcić w sobie 

umiejętność panowania nad swoimi lękami pod warunkiem, że w dzieciństwie 
mieliśmy oparcie w kimś silniejszym od siebie. Jezus pragnął byśmy 

pokładali ufność w Bogu, ponieważ tylko wtedy możemy wieść spokojne 

życie. Któż mógłby dać nam większe poczucie bezpieczeństwa niż stwórca 

wszechświata? Chloe próbowała czcić potęgę własnego umysłu, ale wciąż 
odczuwała lęk i była nieszczęśliwa. Jezus nauczał, że cześć, jaką 

oddajemy Bogu, nie jest potrzebna Bogu, lecz nam samym. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Oddając cześć swojemu umysłowi, czcimy bardzo 

małego boga. 
i]' 

x-                   Klucz do naszego duchowego „ja" 

Ten, komu mało się odpuszcza, mało miłuje. 

Lk 7, 47 
Wierzę, że trzeba spoglądać w przeszłość, ale nie należy nią żyć. Chcę 

przez to powiedzieć, że nie analizując swojego życia, tkwimy w miejscu, 

podczas gdy wpływ naszych doświadczeń na naszą teraźniejszość pozwala nam 

dokonywać innych wyborów, niż gdybyśmy zamknęli się na swoją przeszłość. 
Moja pacjentka Re-becca nie potrafiła zrozumieć, jak jej dzieciństwo może 

ograbiać ją z dorosłości. Tymczasem paradoksalnie właśnie dzięki 

analizowaniu przeszłości możemy się od niej uwolnić. 

Rebecca wychowywała się w konserwatywnej społeczności na Srodkowym 
Zachodzie, gdzie wpojono jej tradycyjne rodzinne 

246 

wartości. Rebecca jest za to bardzo wdzięczna swoim rodzicom i bardzo ich 

kocha. Gdy dorastała, jedynym problemem - chociaż wówczas nie uważała 

tego za problem - był fakt, że jej jedyna siostra Sabrina była 
upośledzona umysłowo. Choroba Sabriny stanowiła dla rodziców olbrzymie 

obciążenie, zarówno finansowe, jak i psychiczne. Rebeka wiedziała, że 

było im ciężko; zawsze podziwiała ich poświęcenie i troskliwość z jaką 

opiekowali się jej siostrą. 
-  Byli zawsze tacy dobrzy - mówiła o swoich rodzicach. -Wiem, jak trudno 

im było zajmować się Sabriną, ale nigdy nie narzekali. Ani razu nie 

słyszałam, żeby czegokolwiek żałowali. Moi rodzice są niezwykłymi ludźmi. 

Aż trudno uwierzyć, że właśnie podziw dla rodziców stał się przyczyną 
problemów Rebeki. Ponieważ nigdy nie słyszała, by na cokolwiek narzekali, 

sama również uważała, że nie powinna narzekać. Miała jednak do nich żal 

za to, że poświęcają Sabrinie tak wiele czasu i energii oraz za to, że 

podczas ich nieobecności cała odpowiedzialność za siostrę spadała na nią. 
Rebecca potajemnie żałowała, że nie urodziła się w normalnym domu, do 

którego mogłaby zapraszać przyjaciół, nie czując się zażenowana. Rebecca 

nigdy nie przyznałaby się rodzicom do takich myśli: „Nie mogłabym, po tym 

wszystkim, co dla nas zrobili". 
- Mam okropne wyrzuty sumienia. Chyba tylko potwór mógłby mieć żal do 

chorej umysłowo siostry. Przecież to ja z nas dwóch miałam więcej 

szczęścia: byłam inteligentna, zdrowa i tak dalej. Wszystko dzięki bożej 

łasce... 
Rebecca miała olbrzymie poczucie winy z powodu swojego stosunku do 

Sabriny. Obwiniała się za swoje myśli, uważając się za złego człowieka. 

background image

Terapia zmusiła ją do stawienia czoła kolejnemu trudnemu wyzwaniu. Aby 

znaleźć lekarstwo na swój ból, Rebecca musiała przebaczyć komuś, kto jej 

zdaniem najmniej zasługiwał na przebaczenie - sobie samej. Musiała 
wybaczyć sobie niechęć, jaką czuła do Sabriny, swoje oczekiwania wobec 

rodziców, których oni nie mogli zrealizować, wreszcie to, że urodziła się 

zdrowa. Aby mogła pokochać siebie i innych z otwartością i ufnością, tak 

jak tego pragnęła, musiała pozbyć się pancerza winy 
247 

i niechęci otaczającego jej serce. Jedynym sposobem, aby tego dokonać 

było przebaczenie samej sobie. 

Prawdziwe przebaczenie opiera się na zrozumieniu, które z kolei wymaga 
pewnego wysiłku oraz zmiany sposobu myślenia. Przebaczenie rzadko bywa 

wydarzeniem jednorazowym - najczęściej jest wynikiem całej serii rozmów. 

Im więcej rozumiemy, tym łatwiej jest nam zmienić swój sposób myślenia i 

tym więcej wybaczamy. Na szczęście tradycyjne wartości wyznawane przez 
Rebekę sprawiają, że podczas terapii naprawdę się stara, proces 

wybaczania samej sobie postępuje więc sprawnie. Tak jak przewidział 

Jezus, w życiu Rebeki istnieje niezwykle silny związek pomiędzy 

świadomością uzyskania przebaczenia a zdolnością kochania. Z tym 
wyjątkiem, że osobą, której musiała wybaczyć, była ona sama. 

Jezus nauczał, że umiejętność przebaczania jest jednym z 

najpotężniejszych darów, jakie otrzymał człowiek. Wiele osób nie docenia 

psychologicznej roli przebaczenia. Na przestrzeni stuleci życie 
niezliczonych istot ludzkich uległo całkowitej transformacji dzięki temu, 

że otrzymali oni przebaczenie. Jezus głosił również, że człowiek, który 

wybacza, korzysta z owoców swego przebaczenia. Przebaczenie usuwa tkwiący 

w nas żal i gniew, czyli przeszkody stojące na drodze do duchowej pełni. 
Jak przekonała się Rebecca, w przypadku, gdy osobą potrzebującą 

przebaczenia jesteśmy my sami, powiedzenie „Ten, komu mało się odpuszcza, 

mało miłuje" jest szczególnie prawdziwe. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Czasami największym dowodem miłości jest wybaczyć 
samemu sobie. 

Miłość własna 

Będziesz milowej swego bliźniego jak siebie samego. 

Mt22.39 

Pierre stara się być dla swoich uczniów wzorem do naśladowania. - 
Dzisiejsze dzieciaki potrzebują autorytetów i pod tym względem bardzo 

poważnie traktuję swoje nauczycielskie powołanie -zakomunikował mi 

dumnie. 

248 
Podziwiałem Pierre'a za to, że poświęcił swoje życie, żeby pomagać 

dzieciom, a jeszcze bardziej za to, że zdecydował się poddać terapii, gdy 

poczuł, iż zaczyna się wypalać. 

- Wiem, że moja praca z dziećmi jest bardzo ważna. Potrzebuję jednak 
pomocy, aby odzyskać energię i móc dalej to robić - powiedział z nutą 

smutku w głosie. 

Po wzięciu udziału w seminarium poświęconym pracy nad sobą oświadczył: 

- Negatywne myślenie nie pozwala nam iść do przodu. Muszę wyobrazić 
sobie, że jestem szczęśliwy, a wtedy naprawdę stanę się szczęśliwy. 

Jesteśmy tym, w co wierzymy. 

W pewnym sensie zgadzałem się z tym, co powiedział Pierre, ale 

jednocześnie miałem wrażenie, że o czymś zapomniał. W swojej koncepcji 
pracy nad sobą koncentrował się wyłącznie na tym, co sam myślał na swój 

temat, jak gdyby to inni nie pozwalali mu się rozwijać. 

-  Muszę wymazać z pamięci lekcje pobrane od rodziców -mówił o swoim 

dzieciństwie. - To już przeszłość. Muszę pokochać samego siebie nie 
czekając, aż ktoś zrobi to za mnie. 

background image

Pierre uważał, że może narzucić sobie miłość własną wbrew temu, jak był 

dotąd traktowany przez innych. Gdy był dzieckiem, rodzice nie zajmowali 

się nim, wcześnie więc nauczył się nie polegać na innych w kwestii 
zaspokajania swoich potrzeb. W rzeczywistości jednak Pierre czuł się 

niekochany i pragnął odsunąć od siebie to uczucie. Pozytywne myślenie i 

pozytywne działania były jego sposobem na tłumienie bolesnych uczuć. 

Niestety, strategia Pierre'a nie była tak skuteczna, jak by sobie tego 
życzył. Ponieważ rodzice nie dali mu poczucia własnej wartości, jako 

dorosły człowiek musiał zmagać się z negatywnymi myślami na swój temat. 

Jego próby pokochania samego siebie były w rzeczywistości próbami 

uciszenia wewnętrznego głosu, podsuwającego mu słowa zwątpienia i 
potępienia. Problemem Pierre'a nie był brak miłości własnej, lecz 

nienawiść, jaką czuł do samego siebie. Usiłując wzbogacić swoje życie 

miłością do samego siebie, próbował tak naprawdę ukryć trawiącą go 

nienawiść do własnej osoby. 
249 

Na pewnym etapie terapii Pierre zaprzestał prób przekonywania siebie i 

mnie, że miłość własna jest kwestią odpowiedniego nastawienia umysłu, 

które można osiągnąć poprzez praktykę i ćwiczenia, tak jak się to dzieje 
przy zapamiętywaniu długich cytatów. Zamiast tego coraz częściej 

rozmawialiśmy o tym, czego Pierre w sobie nie lubi. I stało się coś 

ciekawego: im częściej Pierre dzielił się ze mną przemyśleniami na swój 

temat, tym częściej przekonywał się, że nie musi już tak wiele ukrywać. 
Chociaż rodzice wpoili mu przekonanie, że jest niewiele wart, świadomość, 

iż ktoś uważnie słucha jego zwierzeń, wzbudziła w nim nadzieję: może mimo 

wszystko można go za coś polubić? Rodzice nauczyli go, że związek z 

drugim człowiekiem może wzbudzić w nim nienawiść do samego siebie; 
terapia przekonała go, że ten sam związek może obudzić w nim miłość 

własną. 

W tej chwili zawód nauczyciela daje Pierre'owi więcej szczęścia. Nie 

odczuwa już frustracji związanej z próbami przekonywania dzieci, że 
powinny same siebie pokochać, aby odnieść w życiu sukces. Teraz Pierre po 

prostu okazuje im swoją miłość. Nauczył się, że jest to najcenniejsza 

rzecz, jaką może im i sobie podarować. 

Jezus jasno sprecyzował swoją definicję miłości własnej: nie ma ona nic 

wspólnego z egoizmem. Miłość własna była dla Niego nierozerwalnie 
związana z miłością bliźniego, tak jak nienawiść do samego siebie 

nierozerwalnie wiązała się z agresją wobec bliźnich. Mówiąc: „Będziesz 

miłował swego bliźniego, jak siebie samego" próbował wytłumaczyć nam, że 

nie można kochać siebie, nie kochając innych; miłość własna i miłość 
bliźniego zależą jedna od drugiej. 

Oznacza to, że umniejszając własną wartość krzywdzimy również tych, 

którzy nas otaczają. Nienawiść, jaką odczuwamy w stosunku do samego 

siebie, nie ułatwia życia naszym najbliższym. Na tej samej zasadzie 
nienawiść okazywana przez nas bliźnim sprawia, że zaczynamy nienawidzić 

również samych siebie. Tak jak miłość mnoży się, gdy rozdzielamy ją 

między ludzi, tak też nienawiść niszczy wszystko wokół nas tak długo, jak 

pozwalamy jej istnieć. 
250 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Nie można oddzielić miłości do samego siebie od 

miłości bliźniego - jedna bez drugiej nie istnieje. 

?"!?, 
Skupienie się na swoim „ja" to nie to samo co egoizm 

Wy we mnie [jesteście] i Ja w was. 

J 14,20 

Niektórzy ludzie czekają niemal do chwili, gdy jest już za późno, by 
poszukać pomocy w terapii. Jake zgłosił się do mnie, bo opuściła go żona. 

Od kilku lat przeżywali problemy małżeńskie, ale starali się radzić sobie 

background image

sami. Jake był wygadanym, obdarzonym charyzmą biznesmenem, podczas gdy 

jego żona była raczej typem introwertyczki. Jake zdecydowanie dominował w 

tym związku, co drażniło jego żonę; nie potrafiła mu jednak okazać, jak 
bardzo jest nieszczęśliwa. 

- W ogóle nie chce ze mną o tym rozmawiać - skarżył się po jej odejściu. 

- Nie mam pojęcia, co myśli i czuje. 

Żona Jake'a zatrzymała się u przyjaciółki do czasu, aż wszystko 
„przemyśli". Jake był zrozpaczony: 

- Jak mogła zrobić coś takiego naszym dzieciom? 

Jake przyznawał, że nie był ideałem, nie sądził jednak, że zasłużył sobie 

na coś takiego. Uważał, że powinni postarać się wspólnie rozwiązać ten 
problem, a żona okazała się egoistką, zostawiając go w taki sposób. Oboje 

poświęcili wiele lat na zbudowanie swojego związku i Jake'owi trudno było 

uwierzyć, że coś takiego mogło im się przydarzyć. 

Początkowo Jake chciał ze mną rozmawiać prawie wyłącznie o swojej żonie. 
Nasze spotkania upływały pod znakiem jego roz-paczliwych próśb, bym 

pomógł mu ją odzyskać. Jake starał się przede wszystkim zrozumieć żonę i 

wpłynąć na zmianę jej decyzji. Terapia miała mu posłużyć do tego by 

zmienić jej sposób myślenia. 
W miarę upływu czasu, Jake zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że traktuje 

terapię w taki sam sposób, w jaki traktował przez 

251 

te wszystkie lata swoje małżeństwo - i że to nie przynosi pożądanych 
rezultatów. Jake chciał tego, czego sam chciał. Nie był złym człowiekiem, 

ani nawet szczególnie wielkim egoistą, ale jego szczęście w dużej mierze 

zależało od tego, czy ludzie realizowali jego pragnienia. Jake pragnął, 

aby żona chciała do niego wrócić, ona jednak potrzebowała samotności, aby 
móc się przekonać, czy również tego chce. Jake żądał, aby żona go 

kochała, lecz miłość dawana na żądanie nie jest wiele warta. 

Chociaż nie było to dla niego łatwe, Jake zmienił swoje nastawienie do 

naszych spotkań. Przestał się koncentrować na próbach zmieniania żony, a 
zaczął się starać zrozumieć samego siebie. W ciągu paru przykrych godzin 

zdał sobie sprawę z tego, że próbował kontrolować innych z lęku, że jeśli 

nie będzie tego robił, zostanie zupełnie sam. W końcu wyjaśniło się, 

dlaczego Jake odczuwał tak wielki gniew po odejściu żony: obawiał się, że 

sobie na to zasłużył. W miarę, jak uczył się stawiać czoła własnym 
emocjom, coraz mniej chętnie obwiniał żonę. Ostatecznie nawet doszedł do 

wniosku, że powinna do niego wrócić tylko jeśli sama uzna to za właściwe. 

Chociaż cierpiał z powodu porzucenia, jeszcze większy ból sprawiała mu 

świadomość, że sam do tego doprowadził. 
Na szczęście żona Jake'a zdecydowała się do niego wrócić. W domu zastała 

odmienionego człowieka. Jake słucha teraz uważniej tego, co żona ma mu do 

powiedzenia i częściej mówi jej, co na ten temat myśli. Jest o wiele 

spokojniejszy niż dawniej, ma niższe ciśnienie, a w soboty częściej pyta 
żonę, na co ma ochotę, ponieważ przywiązuje teraz mniejszą wagę do 

stałego planu zajęć. Jake jest obecnie bardziej skupiony na swoim „ja", 

ponieważ problemy małżeńskie zmusiły go do bolesnej konfrontacji z samym 

sobą, której przez długi czas starał się uniknąć. Stanąwszy twarzą w 
twarz ze swoim cierpieniem, nauczył się głębiej kochać żonę i dzieci. 

Jake nauczył się czegoś, co Jezus głosił na przykładzie własnego życia. 

Miłość otrzymujemy co prawda za darmo, ale nie jest ona tania. Aby 

pokochać kogoś prawdziwie i na całe życie musimy być gotowi zapłacić za 
to każdą cenę, włącznie ze swoim 

252 

życiem. Płacąc ją stajemy się takimi, jakimi w chwili stworzenia widział 

nas Bóg. 
Jezus nie uważał by nasze duchowe „ja" można było oddzielić od innych 

ludzi. Powiedział: „Wy we mnie [jesteście] i Ja w was" - jeżeli wierzycie 

background image

w Boga. Nie pochwalał tych sposobów pracy nad sobą, które lekceważyły 

więź z Bogiem i bliźnimi. Nauczał, że należy kochać wszystkich ludzi, 

gdyż od tego zależy osiągnięcie przez nas duchowej pełni. Twierdził, że 
jedynie czując się kochanym przez Boga, możemy naprawdę poznać samych 

siebie. Głoszony przez Niego rodzaj duchowości nie koncentrował się na 

jednostce, lecz na łączącej ludzi więzi, pozwalającej im być jednością. 

Powodem, dla którego wielu ludzi stara się odnaleźć sens własnego życia w 
związku z drugim człowiekiem jest to, że otwierając się na miłość innych, 

stajemy się bardziej podatni na zranienie. Życie Jezusa jest najlepszym 

przykładem głębokiego związku pomiędzy miłością a cierpieniem. Cierpienie 

jest ceną, jaką płacimy, wchodząc w relacje z innymi ludźmi, a miłość 
nagrodą. Ci, którzy są gotowi zapłacić tę cenę odnajdują swoje duchowe 

„ja"; ci, którzy nie chcą jej zapłacić stają się egoistami. 

MYŚL DO ZAPAMIĘTANIA: Skupienie się na swoim „ja" to nie to samo co 

egoizm. 
 

-.L .,,"< "?;.»,<!" V* ;. 'i  >   t %MV-" ? >? ? 

Zakończenie 

Wiele jeszcze można by na ten temat napisać. Ograniczają mnie czas, 
miejsce i moja własna perspektywa. Pomost, łączący nauki Jezusa ze 

współczesnymi teoriami psychologicznymi, jest solidny, a przeprawa po nim 

bezpieczna. Chętnie wysłucham opinii innych psychologów, którzy wraz ze 

mną chcieliby po nim wędrować. Moim zamiarem było przedstawienie 
przykładów na to, w jaki sposób nauki Jezusa i zawarta w nich wiedza 

psychologiczna mogą pozytywnie wpływać na nasze życie. Przez stulecia ci, 

którzy studiowali Jego przypowieści, korzystali z zawartych w nich 

perełek mądrości. Ponieważ zaś nasza umiejętność psychologicznej analizy 
ludzkich zachowań staje się coraz bardziej wyrafinowana, sądzę, że 

możliwości korzystania z tej mądrości będą coraz większe. 

Mam nadzieję, że w waszych sercach toczy się w tej chwili dialog. Może 

jest to dialog ze słowami Jezusa, o których właśnie przeczytaliście, a 
może z waszym terapeutą lub grupą wsparcia. Jezus utwierdza nas jednak w 

przekonaniu, że rozmowa - zarówno z Bogiem, jak i z innymi ludźmi - jest 

czymś bardzo dobrym. Niedobrze jest być samotnym. Ta książka przybliża 

dialog pomiędzy naukami Jezusa a rozwijającą się naukową myślą 

psychologiczną. Mam nadzieję, że uczestnicząc w tym dialogu, w jakimś 
sensie na tym skorzystaliście. 

Zdaję sobie sprawę z tego, że książka omawiająca nauki Jezusa może 

wywołać kontrowersje. W przypadku każdego cytatu z Biblii starałem się 

zostawić miejsce na odmienne duchowe i teologiczne interpretacje. Piszę z 
perspektywy psychologa, ponieważ ta perspektywa przynosi korzyści zarówno 

moim pacjentom, jak i mnie samemu. Mimo iż psychologia jako dziedzina 

nauki liczy sobie zaledwie nieco ponad sto lat, jej teorie ewoluowały w 

umysłach wybitnych myślicieli przez czas o wiele dłuższy. I gdy myślę o 
tych wszystkich znamienitych postaciach z przeszłości, których dzieła 

współcześni nam określają jako „pełne psychologicznej głębi", nie 

przychodzi mi do głowy nikt, kto bardziej niż Jezus zasługiwałby na miano 

Najlepszego z Psychologów. 
255 

i i 

V, 

i    •(    f 
j 4 

a.-.- 

 /'J 

 10 
 nr.  ".- 

•mi/w 

background image

i ^ t 

!?fi 

Przypisy 
, i 

1  Polskie przekłady cytatów pochodzą z Biblii Tysiąclecia w opracowaniu 

zespołu polskich biblistów z inicjatywy benedyktynów tynieckich, Przegląd 

Reader's Digest i Wydawnictwo Pallotinum, Warszawa - Poznań 2000 [przyp. 
tłum.]. 

2  Ważne informacje na temat tego, w jaki sposób nasza perspektywa 

ogranicza naszą wiedzę, można znaleźć w psychoanalitycznej pracy George'a 

Atwooda i Roberta Stolorowa Structures of Subjectwity (Hillsdale, NJ: 
Analytic Press, 1984). 

Więcej na temat podświadomości w rozdziale 8. 

4  „Bo muszę im wydać świadectwo, że pałają żarliwością ku Bogu, nie 

opartą jednak na pełnym zrozumieniu" (Rz 10, 2). 
5 Heinz Kohut, The Restoration ofthe Self (Madison: International Uni- 

versities Press, 1977), s. 68. 

6 Allan Bloom, profesor uniwersytecki, przez ponad 30 lat obserwował 

swoich uczniów. W końcu doszedł do wniosku, że „prawie każdy człowiek 
rozpoczynający studia wierzy - lub mówi, że wierzy - w to, iż prawda jest 

względna". Profesor Bloom był tak poruszony swoim odkryciem, że napisał 

książkę, w której stawił czoło niepokojącemu go twierdzeniu, zatytułowaną 

The Closing of the American Mind: How Higher Education Has Failed 
Democracy and lmpoverished the Souls ofToday's Students (Nowy Jork: 

Simon&Schuster, 1987). 

7 Stephen Mitchell, Relational Concepts in Psychoanalysis (Cambridge, MA: 

Harvard University Press, 1988). 
8  Zaburzenia znane również jako osobowość „z pogranicza" i osobowość 

graniczna [przyp. tłum.]. 

9 Przełomową pracą psychoanalityczną na temat potrzeby więzi i związ- 

ków, charakterystycznej dla ludzkiego „ja", jest książka Heinza Kohu-ta 
TheAnalysis ofthe Self (Madison: International Universities Press 1971). 

257 

10  „[Jahwe] żałował, że stworzył ludzi, i zasmucił się" (Rdz 6, 6). 

11  Carl Rogers O stawaniu się sobą, wyd. Rebis 2002. 

12  Heinz Kohut How Does Analysis Curef (Chicago: University of Chicago 
Press, 1984). 

13  „Tak stworzył Bóg człowieka na swe wyobrażenie (...) stworzył 

mężczyznę i niewiastę" (Rdz 1, 27). 

14  Koncepcja systemu struktur poznawczych została wyjaśniona przez 
Roberta Stolorowa i George'a Atwooda w Contexts ofBeing (Hillsda-le, NJ: 

Analytic Press, 1992), rozdz. 2. 

15  O rozsądnym korzystaniu z pieniędzy mówi Jezus również w innym 

miejscu (zob. Mt 25, 14-30). 
16  Więcej na temat psychopatologii rozumianych jako formy instynktu 

samozachowawczego można znaleźć w pracy Heinza Kohuta „Intro-spection, 
Empathy and the Semi-Circle of Mental Health" w International Journal of 

Psychoanalysis 63 (1982): 395-407. 
17 „Bo smutek, który jest z Boga, dokonuje zbawiennego nawrócenia" (2 Kor 

7, 10). 

18  Teleos może oznaczać „sięgający końca, ukończony lub dojrzały". 

19  W Nowym Testamencie słowem najczęściej używanym w znaczeniu „grzechu" 
jest grecki wyraz hamartia. Można go przetłumaczyć jako „nie trafić do 

celu" lub „popełnić błąd wskutek nieświadomości". 

20 Więcej informacji na temat religijnej ortodoksji w psychoterapii można 

znaleźć w pracy Marka Bakera „The Loss of the Self-Object Tie 

background image

v and Religious Fundamentalism", w Journal Psychology and Theology ń 26, 

nr 3 (1998): 223-231. George Atwood i Robert Stolorow wyja-* śniają, 

dlaczego ludzkie myślenie dąży do konkretu w Structures of 
Subjectwity (Hillsdale, NJ: Analytic Press, 1984), rozdz. 4, „Pathways ,: 

of Concretization". 

** Zygmunt Freud, „The Future of an Illusion" w The Standard Edition -< 

ofthe Complete Psychological Works ofSigmunt Freud, ed. J. Strachey 
(London: Hogarth Press, 1927). 

22  Definicję fundamentalizmu religijnego można znaleźć w pracy Marka 

Bakera „The Loss of the Self-Object Tie and Religious Fundamentalism". 

23  Bohater komiksu „Superman", posiadający nadprzyrodzone zdolności 
[przyp. tłum.]. 

258 

24  Tych, którzy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej na temat wiodącej 

roli uczuć w związkach między ludźmi, odsyłam do książki Jose-pha Jonesa 
Affects as Process: An Inąuiry into the Centrality of Affect in 

Psychological Life (Hillsdale, NJ: Analytic Press, 1995). 

25  Allan Schore, Affect Regulation and the Origin of the Self 

(Hillsdale, NJ: Lawrence Erlbaum, 1994). 
26  Daniel Goleman, Inteligencja emocjonalna, z ang. przeł. Andrzej Jan-

kowski (Poznań, Media Rodzina of Poznań, 1997). 

27  Naukową analizę pojęć transferu i podświadomości można znaleźć w 

pracy R. Stolorowa, B. Brandchafta oraz G. Atwooda Psychoanaly-tic 
Treatment: An Intersubjectwe Approach (Hillsdale, NJ: Analytic Press, 

1987), rozdz. 3, a także w książce tych samych autorów Conte-xts ofBeing 

(Hillsdale, NJ: Analytic Press, 1992), rozdz. 2. 

28  Więcej informacji na temat roli współzależności w życiu człowieka 
można znaleźć w pracy Daniela Sterna The Interpersonal World ofthe Infant 

(Nowy Jork: Basic Books, 1985) oraz w książce Stephena Mit-chella 

Relational Concepts in Psychoanalysis (Cambridge, MA: Harvard University 

Press, 1988). 
29 Ważną pracą na temat psychoanalizy i empatii jest artykuł Heinza Ko-

huta „Introspection, Empathy and Psychoanalysis" w Journal of American 

Psychoanalytic Association 7 (1959): 459—483. 

30  „Plemię złe i wiarołomne żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu 

dany, prócz znaku Jonasza" (Mt 16, 4). 
31  „W czym bowiem sam cierpiał, będąc doświadczany, w tym może przyjść z 

pomocą tym, którzy są poddani próbom" (Hbr 2, 18). 

32  „(...) w drodze sprzeczali się między sobą o to, kto jest 

największy." (Mk 9, 34). 
33  Więcej na temat znaczenia związków międzyludzkich w terapii można 

znaleźć w psychoanalitycznej pracy Lewisa Arona A Meeting ofthe Minds: 

Mutuality in Psychonalysis (Hillsdale, NJ: Analytic Press, 1996). 

•?V' 
 ,fsj 

*       <*.} :'»-!^a 

»' t!"J 

5» . s J.aii' 
 I*.; ? /- ' 

ł;'kf»* *. *''*».«        r-'»»ł h <?>*>of i u :wn         .q f\-h 

 i ibvc t 

 
ix\ ?»' i" ^ ttf „I -. 

>  i M r, 

 r! («f 

JJ>'t 
rei* i*- '?• 

V ii*5 

background image

o,'.   ?-»- - r* . ... 

 

AlłOO 

Największy psycholog wszech czasów 

(...) Analiza współczesnych teorii psychoanalitycznych umożliwiła mi 

spojrzenie pod innym kątem na naukę Jezusa i wzbogaciła życie moje oraz 
moich pacjentów. Odkryłem, że najnowsze odkrycia psychologiczne nie tylko 

nie kłócą się z przesłaniem Jezusa, lecz czynią je wręcz bardziej 

zrozumiałym, pełnym psychologicznej głębi, której wcześniej nie 

dostrzegałem. Książka ta rzuca świeże spojrzenie na dobrze znane 
przypowieści, pozwalając nam w świetle współczesnej myśli psychologicznej 

czerpać nową mądrość ze słów Jezusa. (...) 

Dr Mark Baker jest dyrektorem znanego centrum terapeutycznego La Vie 

Counseling Centre w Pasadenie, prowadzi też własną praktykę w Santa 
Monica. Jest cenionym prelegentem, występującym z wykładami w kościołach, 

na wyższych uczelniach oraz podczas konferencji psychologicznych. 

Wydawnictwo Jacek Santorski & Co 

www.jsantorski.pl 
00= 

wrm 

 

Największy psycholog wszech czasów 
(...) Analiza współczesnych teorii psychoanalitycznych umożliwiła mi 

spojrzenie pod innym kątem na naukę Jezusa i wzbogaciła życie moje oraz 

moich pacjentów. Odkryłem, że najnowsze odkrycia psychologiczne nie tylko 

nie kłócą się z przesłaniem Jezusa, lecz czynią je wręcz bardziej 
zrozumiałym, pełnym psychologicznej głębi, której wcześniej nie 

dostrzegałem. Książka ta rzuca świeże spojrzenie na dobrze znane 

przypowieści, pozwalając nam w świetle współczesnej myśli psychologicznej 

czerpać nową mądrość ze słów Jezusa. (...) 
Dr Mark Baker jest dyrektorem znanego centrum terapeutycznego La Vie 

Counseling Centre w Pasadenie, prowadzi też własną praktykę w Santa 

Monica. Jest cenionym prelegentem, występującym z wykładami w kościołach, 

na wyższych uczelniach oraz podczas konferencji psychologicznych. 

Wydawnictwo Jacek Santorski & Co 
www.jsantorski.pl