background image
background image

 

background image

 

Redakcja
Paweł Wielopolski
Ilustracja na okładce
Dariusz Kocurek
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Damian Walasek
Opracowanie wersji elektronicznej
Grzegorz Bociek
Korekta
Urszula Bańcerek

 

Wydanie I, Chorzów 2015
Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA
41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c
tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35
fax 32-348-31-25

office@videograf.pl
www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.
01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21
tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl
www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014
tekst © Andrzej Wardziak
ISBN 978-83-7835-453-6

 

background image

Powieść dedykuję Piotrkowi szkoda tylko, że nigdy jej nie przeczyta.

 

 

background image

O

D

 

AUTORA

Chciałbym  podziękować  wszystkim,  którzy  we  mnie  wierzyli

i  motywowali  mnie  do  dalszego  pisania.  To  naprawdę  pomaga  przetrzymać
chwile  zwątpienia,  których  podczas  tworzenia  jest  niewyobrażalnie  dużo,
jednak  nikt  nie  może  wiedzieć  tego  lepiej  niż  osoba,  która  mieszka
z pisarzem - dlatego przede wszystkim dziękuję Tobie, Rudku, że jeszcze nie
wyrzuciłaś mnie z domu ani nie każesz mi spać na kanapie. Dziękuję również
Pawłowi  Wielopolskiemu  za  świetną  redakcję,  która  nadała  powieści
ostateczny kształt.

A  Tobie,  Drogi  Czytelniku,  życzę  smacznego.  Tak  jak  krwisty  stek

najlepiej smakuje z lampką czerwonego wina, tak ta powieść najlepiej będzie
smakowała wieczorem, przy słabym świetle migoczącej świecy.

background image

 

Prolog

Podeszwy  eleganckich,  markowych  pantofli  Antoniego  Mostowskiego

cicho chrzęściły na kamiennej ścieżce, zakłócając spokój kwietniowej nocy.
Szedł powoli z rękoma zaplecionymi za plecami, każdym krokiem zbliżając
się  do  miejsca  swojego  przeznaczenia.  Miał  na  sobie  elegancki  płaszcz,
sięgający  prawie  do  ziemi,  a  do  tego  ciemny,  skrojony  na  miarę
trzyczęściowy  garnitur  i  kapelusz  skrywający  twarz  w  mroku.  Widać  było
spod niego tylko krótką, siwą brodę.

Dla  postronnego  obserwatora  Antoni  Mostowski  wyglądałby  niczym

filozof,  kontemplujący  sens  życia  i  szukający  odpowiedzi  na  najbardziej
zawiłe  zagadki  wszechświata,  i  prawdę  mówiąc,  mężczyzna  niewiele
różniłby się od tego wyobrażenia. Ewentualna różnica mogła polegać na tym,
że  jego  myśli  nie  krążyły  wokół  pojęcia  życia,  tylko  czegoś  zgoła
odwrotnego.

W końcu dotarł nad jezioro, ominął krótki pomost i skierował się na brzeg,

zatrzymując się tuż przy jego linii. Wziął głęboki wdech świeżego powietrza,
tak  soczyście  pachnącego  wodą  i  sitowiem.  Stał  nieruchomo  pogrążony
w myślach, chłonąc ulotną chwilę. Księżyc spowijał okolicę jasnym, zimnym
blaskiem,  nadając  scenerii  magiczny  i  zarazem  mroczny  charakter.
Kontemplacji  sprzyjała  panująca  wokół  absolutna,  nienaturalna  cisza,
niezmącona  najodleglejszym  śpiewem  ptaków  czy  chociażby  szmerem  liści.
Mężczyzna  czuł  się,  jakby  był  zawieszony  w  próżni,  zatrzymany  w  czasie
i  przestrzeni.  Doczesne  rzeczy  przestały  mieć  jakiekolwiek  znaczenie.
Wszystko,  co  do  tej  pory  osiągnął,  było  nic  niewarte.  Praca,  pieniądze,
rodzina.  Uświadomiwszy  to  sobie,  uśmiechnął  się  ponuro.  Nic  nie  istniało.
Był tylko on i jego myśl.

Posesja,  na  której  przebywał,  była  ogrodzona  szczelnym  murem  i  -  o  ile

pamięć  nie  myliła  Antoniego  Mostowskiego  -  aktualnie  przebywał  na  niej
zupełnie  sam.  To  dobrze  -  pomyślał.  Tak  właśnie  to  powinno  się  rozegrać.
Jeżeli  na  działce  przebywałby  ktoś  jeszcze,  mógłby  zakłócić  albo  -  co
gorsza - przerwać akt, do którego każdy z nas, prędzej czy później, zostanie
zaproszony, i w którym, czy tego chce, czy nie, przyjdzie mu zagrać, często
z niechęcią dziecka biorącego udział w szkolnym przedstawieniu.

Mężczyzna  zdjął  płaszcz  i  z  szacunkiem  położył  go  na  wilgotnej  ziemi.

Po  chwili  jednak  zmienił  zdanie,  podniósł  płaszcz  i  założył  z  powrotem  na
ramiona.  Wszystko  musi  wyglądać  naturalnie,  nie  może  być  mowy
o najmniejszej pomyłce - skarcił się w myślach.

Odwrócił  głowę  i  po  raz  ostatni  spojrzał  na  dworek,  w  którym  przyszło

background image

mu  spędzić  siedemdziesiąt  lat  swego  życia.  Uśmiechnął  się  do  radosnych
wspomnień,  jakie  wiązały  go  z  tym  miejscem.  Był  zadowolony  ze  swego
życia.  Co  prawda,  pewne  jego  aspekty  mogły  się  potoczyć  inaczej,  lecz
w gruncie rzeczy nie mógł na nie narzekać.

Nie, nie czas teraz na wahanie - ponaglił się w myślach.
Wszedł na krótki pomost, odwiązał starą, zbutwiałą łódkę i mocno pchnął

ją  w  stronę  przeciwnego  brzegu.  Łajba  delikatnie  zakołysała  się
i podryfowała we wskazanym kierunku.

Antoni Mostowski zszedł z powrotem na brzeg i od razu wszedł do wody.

Zimna ciecz zaczęła go otulać coraz wyżej i wyżej, podczas gdy zagłębiał się
coraz dalej w mroczne, nieprzeniknione odmęty. Płaszcz zaczął dryfować na
wodzie.  Żołądek  niemalże  przykleił  się  do  kręgosłupa  po  kontakcie
z lodowatą wodą, a stara, sfatygowana klatka piersiowa się uniosła. Skurcze
zaczęły targać jego ciałem, lecz dalej szedł przed siebie, zapadając się coraz
głębiej  w  muliste  dno.  Gdy  woda  sięgnęła  klatki  piersiowej,  zatrzymał  się,
drżąc  jednocześnie  z  zimna  i  podniecenia.  Serce  pompowało  krew
w zastraszającym tempie, jakby zaraz miało wyskoczyć z bezpiecznej klatki
żeber. Stał tak przez chwilę i pozwalał, by jego ciało spazmatycznie tańczyło
w rytm dyktowany przez potężne skurcze. Naraz skupił się i po chwili walki
uspokoił oddech. Wypuścił powietrze, które uformowało się w małą mgiełkę
tuż przed jego twarzą.

Uniósł głowę w stronę nieba i odetchnął jeszcze parę razy. Po raz ostatni

spojrzał  na  jasne  gwiazdy.  Następnie  opuścił  wzrok  i  skupił  go  na  bliżej
nieokreślonym  punkcie  przed  sobą.  Zapatrzył  się  w  gęstą  ciemność
pokrywającą drugi brzeg jeziora. Wydawało mu się, że w mroku coś ujrzał,
jakiś drobny, szybki ruch, jakby wzburzoną na wietrze flagę. Uśmiechnął się
ponownie, choć mniej pewnie niż poprzednim razem.

- Wkrótce się spotkamy.
Ruszył dalej. Woda pochłonęła go całkowicie i mężczyzna pozostawił po

sobie tylko dryfujący na tafli jeziora kapelusz.

background image

 

Rozdział 1

-  Tylko  jedźcie  ostrożnie  -  powiedział  Marcin,  unosząc  rękę  na

pożegnanie.

-  Jak  zawsze  -  odpowiedziała  z  uśmiechem  jego  matka  i  wychyliła  się

z  auta,  aby  ucałować  syna  przed  wyjazdem.  Za  każdym  razem  ten  gest  go
krępował,  jednak  pomimo  zakłopotania  chłopak  pochylił  się  nad  mamą
i oddał pocałunek. Wiedział, że to było dla niej ważne i nie chciał sprawiać
jej zawodu.

- Tylko nie rób żadnej imprezy. - Pogroziła mu palcem.
Marcin spojrzał na nią maślanym wzrokiem:
- Nie no, imprezy to nie, ale pewnie parę osób zaproszę, wiesz, piątek jest

i  w  ogóle…  -  Matka  posłała  mu  pełne  wyrzutu  spojrzenie,  ale  syn  ją
uprzedził:  -  No  co,  chcesz,  żebym  sam  siedział  przez  weekend  w  takim
wielkim domu na tym odludziu? - Wskazał okazałą posiadłość znajdującą się
za  jego  plecami,  mając  nadzieję,  że  chociaż  odrobinę  to  go  usprawiedliwi.
- Będziemy grzeczni, obiecuję.

-  Jasne,  ostatnio  też  tak  mówiłeś  i  jak  wróciliśmy  to  szklana…  -  nie

dokończyła, gdyż ojciec brutalnie wszedł jej w zdanie:

- Tylko nie spalcie domu, jasne?
Matka  Marcina  odwróciła  się  i  posłała  mężowi  pełne  zaskoczenia

spojrzenie, ale ten tylko uśmiechnął się, puścił oczko do syna i wcisnął pedał
gazu.  Zanim  ktokolwiek  zdążył  zareagować,  volvo  oddaliło  się  żwirowym
podjazdem  w  stronę  głównej  ulicy.  Gdy  samochód  zniknął  za  ostatnimi
drzewami, chłopak odwrócił się na pięcie i przyjrzał posiadłości.

Marcin nie przesadzał, kiedy powiedział, że dom jest wielki. Imponująca

budowla  znajdowała  się  w  centralnej  Polsce,  zaledwie  kilkadziesiąt
kilometrów  od  Serocka.  Powstała  na  początku  dwudziestego  wieku,
zaprojektowana  przez  dawno  już  zapomnianego  architekta.  Przypominała
stare  posiadłości  rodowe,  skrywające  niezliczone  tajemnice  i  pamiętające
czasy, w których ludzie potrafili radzić sobie bez Internetu, co teraz zdaje się
graniczyć  niemalże  z  cudem.  Wysokie,  gładkie  kolumny  otaczały  główne
wejście,  do  którego  można  było  dojść,  tylko  wspinając  się  po  pięciu
szerokich,  kamiennych  stopniach.  Do  wysokości  prawie  czterech  metrów
dom składał się z czerwonej cegły, co ładnie komponowało się z czerwienią
ostrych  krawędzi  i  krzywizn  dachu.  Nad  cegłą  rozciągał  się  szeroki  pas
białej,  teraz  już  wyblakłej  farby.  Wąskie,  prostokątne  okna  podkreślały
secesyjny  styl,  jaki  nadali  mu  budowniczowie.  Z  salonu  znajdującego  się
w  północnej  części  można  było  wyjść  na  elegancki  taras,  otoczony  żelazną,
stylową barierką, a potem skierować kroki kamienną ścieżką do niewielkiego

background image

jeziora, będącego teraz tylko na wyłączność państwa Lipińskich.

Jednak  nie  zawsze  dworek  i  kilkunastohektarowa  działka  należały  do

rodziców Marcina. Sytuacja zmieniła się niespełna pół roku wcześniej, kiedy
jego  wuj  został  znaleziony  martwy  we  wspomnianym  już  jeziorze.  Według
policji przyczyną śmierci było utonięcie. Co prawda, wuj najlepsze lata miał
już  za  sobą,  niemniej  rodzina  nie  chciała  zaakceptować  takiego  wyjaśnienia
tajemniczej śmierci. Matka Marcina, jedyna żyjąca krewna wuja, nie zgodziła
się na sekcję zwłok. Stwierdziła, że naruszyłoby to spokój zmarłego. Wobec
tego  wuj  został  pochowany  niespełna  tydzień  od  stwierdzenia  zgonu,
a w archiwach policyjnych jako powód odejścia wpisano utonięcie.

Wuj okazał się osobą wysoce zapobiegliwą - w jego osobistej bibliotece,

której  zbiory  gromadził  przez  zdecydowanie  większą  część  swego
ekscentrycznego życia, znaleziono kilka listów oraz testament. Każdy list był
zaadresowany do innej osoby, w tym jeden do Marcina. W ostatniej woli wuj
zażyczył  sobie,  żeby  każdy  przeczytał  list  i  zachował  to,  co  przeczyta,  dla
siebie.  Jednak  pomimo  upływu  kilku  miesięcy  Marcin  nie  otworzył
zapieczętowanej koperty. Przez pierwsze parę dni po pogrzebie nie miał na to
czasu ani chęci, a potem zwyczajnie zapomniał o wiadomości.

Natomiast  w  testamencie  Antoni  Mostowski  postanowił  przekazać

posiadłość,  majątek  oraz  swoją  firmę  rodzinie  Lipińskich,  co  zmieniło  ich
życie o sto osiemdziesiąt stopni.

Marcin  zdecydowanie  lubił  ten  dom,  jednak  równie  zdecydowanie  nie

lubił  zostawać  w  nim  sam.  Irracjonalny,  zakorzeniony  głęboko
w  dzieciństwie,  niepokój  nie  pozwalał  mu  funkcjonować  normalnie,  gdy
w  ponad  czterystumetrowej  posiadłości  nie  było  nikogo  oprócz  niego.
Długie,  ciemne  korytarze,  skrzypiąca  podłoga  i  przytłaczająca  ilość
pomieszczeń  budziły  jego  niepokój,  tak  samo  teraz,  jak  i  kiedyś.  Nigdy  nie
potrafił powiedzieć, czego się obawia. Teraz kiedy rodzice musieli wyjeżdżać
dopilnować  firmę  wujka,  musiał  tu  zostawać,  żeby  przypilnować  domu.
Zawsze  coś  gdzieś  skrzypiało,  jak  nie  na  piętrze,  to  na  parterze.  W  takich
momentach nie umiał utrzymać wodzy fantazji, więc albo zapraszał do siebie
znajomych, albo wychodził na wieś, gdzie i tak nic się nie działo, ale wracał
tak  zmęczony,  że  usypiał  momentalnie  po  dotknięciu  poduszki  głową.
Chociaż i to nie zawsze pomagało.

Dzisiejszego wieczoru postawił na to pierwsze.
Spojrzał  na  zegarek  Omegi,  dumnie  połyskujący  na  jego  szczupłym

nadgarstku. Dochodziła dwudziesta, czyli miał jeszcze godzinę, zanim zjawią
się pierwsi goście.

Wszedł do domu i dokładnie zamknął za sobą ciężkie, dębowe drzwi, po

czym  stał  chwilę  na  werandzie  i  nasłuchiwał.  Następnie  zdjął  buty  i  ruszył
w kierunku kuchni, żeby sprawdzić, jak dużo rzeczy musi przygotować przed
pojawieniem się pierwszych gości. Normalnie włączał muzykę, jednak teraz
postanowił  tego  nie  robić.  Chciał  jak  najszybciej  zająć  czymś  myśli,  żeby
tylko nie stać i nie nasłuchiwać Bóg wie czego.

Po  dwudziestej  pierwszej  zadzwonił  dzwonek  do  drzwi.  Marcin  wytarł

background image

ręce  w  fartuch  i  poszedł  otworzyć.  Przed  drzwiami  czekał  Adam  ze  swoją
dziewczyną  Majką.  Chłopak  był  ubrany  jak  zawsze  elegancko.  Skórzane
półbuty  znikały  pod  idealnie  leżącymi  ciemnymi  jeansami.  Na  błękitny
sweter  od  Tommy’ego  Hilfigera  zarzucił  modną,  czerwoną,  puchową
kamizelkę,  aktualnie  rozpiętą,  chociaż  chłód  październikowego  wieczoru
dawał  już  o  sobie  znać.  Oczywiście  wszystkie  ubrania  były  oryginalne,  nie
mogło być mowy o najmniejszej podróbce czy rzeczach z lumpeksu. Z kolei
Majka  założyła  na  siebie  wąskie,  podkreślające  jej  szczupłą  sylwetkę  jasne,
zielone  rurki  i  grubą,  skórzaną  kurtkę,  zupełnie  jakby  był  środek  zimy.
Do tego opatuliła szyję i twarz grubym, niebieskim szalikiem.

Gospodarz  dał  buziaka  w  policzek  Majce,  przy  okazji  pakując  sobie  do

oka kilka czarnych loków. Następnie przywitał się z Adamem:

- Siema - powiedział z uśmiechem, jednocześnie uderzając starego kumpla

barkiem.

Adam  odpowiedział  tym  samym,  po  czym  zrzucił  półbuty  i  kamizelkę.

Ruszył  w  kierunku  kuchni,  w  jednym  ręku  niosąc  siatkę  z  alkoholem,
a  w  drugim  siatkę  pełną  chipsów,  prażynek,  paluszków,  orzeszków
i  wszelkich  innych  rzeczy,  które  tak  ochoczo  chrupie  się  w  towarzystwie
zawartości  siatki  pierwszej.  Majka  została,  starając  się  pozbyć  wysokich
kozaków, których sznurówki miały w sumie chyba z pół kilometra długości.
Marcin  stwierdził,  że  postoi  chwilę  przy  niej,  bo  to  raczej  nie  wypada
zostawiać gościa - nieważne, jak dobrze znajomego - samego na werandzie.

- O, jak fajnie pachnie. Co zrobiłeś? - zapytała Majka.
-  A  takie  tam,  improwizowałem  -  stwierdził  skromnie  Marcin.  -  Ale

wyszło całkiem niezłe. Mam nadzieję, że jesteście głodni.

-  Jak  wilki!  Ktoś  jeszcze  będzie?  -  Wreszcie  udało  się  jej  uwolnić

z lewego buta.

-  Tak,  ma  jeszcze  przyjść  Tymek,  tylko  uważaj  teraz…  Z  jakąś  nową

laską!  -  powiedział,  nie  ukrywając  sarkazmu,  ale  i  odrobiny  zaciekawienia
nową zdobyczą kumpla.

- O proszę, Tymek z nową laską? To chyba już druga w tym miesiącu?
-  Nie,  no  właśnie  nie.  Buja  się  z  nią  już  od  paru  ładnych  tygodni,  ale

wcześniej jakoś zapomniał o niej wspomnieć.

-  Może  dlatego,  że  bujał  się  jednocześnie  z  inną?  -  rzuciła  ironicznie

Majka, pozbywając się drugiego buta. Odetchnęła z ulgą.

-  Może  -  stwierdził  dyplomatycznie,  po  czym  wreszcie  udali  się  do

kuchni.

Pomieszczenie  było  urządzone  w  klasycznym  stylu  -  białe  ściany,  przy

których  stały  wysokie,  również  białe,  drewniane  szafki.  Nowoczesne
elementy,  takie  jak  ekspres  do  kawy  czy  kuchnia  indukcyjna  z  wyciągiem,
były dopasowane w taki sposób, że nie rzucały się w oczy i nie przytłaczały
swoją odmiennością.

-  Słyszałeś?  -  zagadała  Majka  do  swojego  chłopaka.  -  Tymek  ma

przyprowadzić jakąś nową laskę.

Adam przyjął to bez większego entuzjazmu, cały czas wypakowując piwo

background image

do lodówki.

-  No  spoko,  fajnie  -  stwierdził  w  końcu,  zrozumiawszy,  że  pozostali

czekają  na  jego  reakcję.  -  Może  przyprowadzi  dwie,  to  i  tobie  by  się  coś
dostało - powiedział, patrząc wymownie na Marcina. Puścił mu oko i zaśmiał
się odrobinę zbyt szyderczo, niż zamierzał i niż to było wskazane.

Marcin odrobinę sposępniał. Z niewiadomych przyczyn od jakiegoś czasu

nie mógł znaleźć sobie dziewczyny, chociaż jak znajome koleżanki mówiły -
był  zarówno  przystojny,  jak  i  inteligentny.  Chwaliły  sobie  jego  wzrost,
szczupłą  budowę  ciała,  i  jasne,  niebieskie  oczy.  Poza  tym,  był  dobrze
ustawiony  materialnie.  Dla  potwierdzenia  tego  drugiego  nie  potrzebował
niczyjej opinii, wystarczyło mu wyjrzeć przez okno posiadłości i spojrzeć na
otaczające  ją  połacie  terenu,  gdzie  wszystko  przecież  należało  do  jego
rodziców.  Jednak  mimo  to  jakoś  nie  potrafił  sobie  znaleźć  odpowiedniej
kompanki i zaczynało go to coraz bardziej irytować.

Adam  zauważył  niemrawy  wyraz  twarzy  kumpla,  więc  błyskawicznie

spróbował naprawić swój błąd.

- Nie no, stary, żartuję… - powiedział obojętnym tonem, co według niego

miało zabrzmieć jak przeprosiny.

-  Nie  przejmuj  się  nim,  wiesz,  jakim  potrafi  być  dupkiem  -  powiedziała

Maja, wyrastając nagle między dwoma chłopakami. Adam zaczął coś z tyłu
komentować, jednak dziewczyna wyraźnie go zignorowała. - Na pewno sobie
kogoś  znajdziesz,  i  to  prędzej  niż  ci  się  wydaje.  Po  prostu  musisz  przestać
szukać, wtedy okazja sama wpadnie ci w ręce. Jeśli wiesz, co mam na myśli.
- Mrugnęła do Marcina.

Uśmiechnął  się  do  niej,  chociaż  był  szczerze  zdumiony  zachowaniem

przyjaciół  usprawiedliwiających  go,  że  nie  ma  dziewczyny.  Przecież  nie
zdążył w żaden sposób skomentować przytyku Adama, ba, nawet nie odebrał
tego jako przytyku.

Może  tylko  tak  mi  się  wydawało  -  pomyślał  Marcin.  Może  zrobiłem  coś

dziwnego. W innym wypadku na pewno Maja i Adam nie staraliby się mnie
pocieszać ani nic w tym stylu.

-  Trzymaj  na  pojednanie.  Oj,  bez  urazy,  wiesz,  że  żartowałem  tylko  -

powiedział  Adam,  wyciągając  w  stronę  Marcina  otwartą  butelkę  piwa.
Stuknęli  się  butelkami  i  pociągnęli  potężne  łyki  złocistego,  przyjemnie
chłodnego trunku.

- Jakie pojednanie, co ty chrzanisz? - zapytał Marcin, oblizując usta.
-  Oj  tam,  ważne,  że  mamy  dobry  powód  -  wyjaśnił  Adam  i  ponownie

przyssał się do butelki.

-  Powód  zawsze  się  znajdzie.  Ej,  tak  właściwie,  to  jak  przyjechaliście?  -

zapytał, podchodząc do kuchennego okna i wyglądając na podjazd, gdzie nie
stał żaden samochód.

- Mirek nas podrzucił - odpowiedział Adam.
- O proszę, ty bez swojego ukochanego samochodziku? Świat się kończy -

odgryzł się odrobinę Marcin.

Ten  jednak  przyjął  to  z  uśmiechem,  zresztą,  jak  zawsze,  gdy  ktoś

background image

próbował mu dopiec.

-  Słuchaj,  mamy  tu  zostać  na  weekend,  nie?  Będziemy  walić  wódę,

whisky, wciągać koks, haszysz, brać piguły, jarać zielsko, chodzić po suficie
i sam nie wiem, co jeszcze. Komuś by coś odwaliło i mógłby wpaść na głupi
pomysł,  żeby  na  przykład  przejechać  się  moją  betą  albo  ją  porysować,  albo
nie  wiem  co.  Przezorny  zawsze  ubezpieczony.  -  Mrugnął  do  Marcina.
Następnie  zarzucił  swoją  czarną,  połyskującą  od  odżywki  grzywę  do  tyłu
i olbrzymim łykiem skończył pierwszą butelkę piwa.

- A piwo? Zapomniałeś wymienić piwa.
-  Piwo  jest  tylko  na  rozgrzewkę.  Nie  liczy  się  -  odpowiedział

błyskawicznie  Adam,  który  zdawał  się  mieć  przygotowaną  ripostę  na  każdą
możliwą ewentualność.

Marcin  wiedział,  że  i  tak  nie  wygra,  więc  tylko  uniósł  swoją  butelkę

i pociągnął kolejny łyk.

-  Kiedy  ma  przyjechać  Tymek?  -  zapytała  Maja,  krojąc  składniki  na

sałatkę z kurczakiem.

-  Powinni  już…  -  zaczął  Marcin,  jednak  przerwała  mu  wibracja  telefonu

w  kieszeni.  Wyciągnął  smartfon  i  powiedział  do  słuchawki:  -  No  hej.  Okej,
otwieram.  -  Już  są  -  uśmiechnął  się  do  Mai  i  ruszył  w  kierunku  domofonu
otwierającego główną bramę.

W  drzwiach  stanął  ostatni  członek  ich  paczki  -  Tymek.  Wielu

dziewczynom  podobał  się  jego  artystyczny  wygląd  -  niedbały  zarost,
odrobinę  przydługie  włosy  i  rozmarzony  wzrok.  Rozpięta,  skórzana  kurtka
wisiała  luźno  na  chudych  ramionach,  ukazując  znajdującą  się  pod  spodem
czarną  koszulkę  z  logo  Motörhead.  Poza  tym  chłopak  miał  na  nogach
klasycznie  podarte  jeansy  i  stare,  znoszone  kowbojki,  do  których  miał  duży
sentyment.  Obok  wysokiego  chłopaka  stała  dziewczyna  ubrana  też
w skórzany, sięgający do ziemi płaszcz. Miała tak śliczną twarz, że Marcina
na chwilę przytkało, aż zapomniał języka w gębie.

-  Nadia,  to  Marcin.  Marcin,  Nadia  -  przedstawił  ich  sobie  Tymek,

wyraźnie zadowolony z reakcji swojego kumpla.

Tymek  położył  delikatnie  plecak  na  podłodze,  po  czym  odwrócił  się

i  szarmancko  pomógł  swojej  dziewczynie  zdjąć  płaszcz.  To  w  efekcie
wywołało  jeszcze  większe  zdumienie  Marcina,  który  mógł  się  teraz
dokładniej przyjrzeć jej figurze.

Nadia miała na sobie czarne jeansy, podkreślające linię jej zgrabnych nóg,

oraz skórzane kozaki znikające pod materiałem spodni. Mimo że na zewnątrz
było  zimno,  założyła  tylko  ciasno  przylegającą  czarną  bluzeczkę  z  krótkimi
rękawkami,  doskonale  eksponującą  jej  pełny  biust  i  wąską  talię.  Nie
zwracając  uwagi  na  Marcina,  przegarnęła  dłońmi  blond  włosy,  sięgające
prawie  do  pasa.  Chłopak  spojrzał  na  twarz  dziewczyny.  Zauważył  duże,
niebieskie  oczy  skryte  za  ciemnym  makijażem.  Wąski  owal  twarzy
podkreślała  linia  pełnych,  czerwonych  ust  oraz  drobny,  delikatnie  zadarty
nosek.  Na  jednym  uchu  Nadii  wisiało  chyba  z  piętnaście  kolczyków,
przyczepionych  jeden  pod  drugim.  Drugie  ucho  było  nie  tyle  skromniej,  co

background image

po  prostu  inaczej  ozdobione  -  jeden  kolczyk  był  połączony  łańcuszkiem
z  innym,  wiszącym  kilka  centymetrów  wyżej,  poza  tym  były  jeszcze  trzy
inne.  Jednak  największą  uwagę  przykuwał  kolczyk  tkwiący  w  ustach
dziewczyny  -  delikatne  kółko  okrążające  sam  środek  dolnej  wargi,
zakończone małą, połyskującą kuleczką.

Marcin  przyglądał  się  jej  zaledwie  chwilę,  ale  to  wystarczyło,  żeby

pozazdrościć dziewczyny przyjacielowi. I pożałować, że Nadia rzeczywiście
nie przyprowadziła koleżanki.

-  Zapraszam  -  powiedział  nieco  zmieszany  i  żeby  ukryć  to  wrażenie,

szybko dodał: - Ekhm, chodźcie, pokażę wam dom.

Nadia  ruszyła  pierwsza.  Przyjaciele  wymienili  się  spojrzeniami,  Marcin

zrobił wielkie oczy i ułożył usta w nieme „wow”, na co Tymek wyszczerzył
zęby w uśmiechu na pół twarzy.

Tymek doskonale znał dom Marcina - w końcu byli przyjaciółmi od ponad

dziesięciu lat i  zdążyli tu spędzić  niejedną chwilę (nawet  jeszcze za  czasów
wuja),  ale  oczywiście  zaszczyt  oprowadzania  po  domu  pozostawił
gospodarzowi.  Szedł  jednak  tuż  za  Marcinem  i  Nadią,  nie  spuszczając
dziewczyny z oczu.

Nadia  zatrzymała  się  w  rozwidleniu  na  końcu  werandy,  a  Marcin

wykorzystał  to  i  wyprzedził  ją,  stając  przodem  do  dziewczyny.
Oszałamiające  wrażenie  urodą  dziewczyny  nie  minęło,  lecz  chłopak  zdążył
się odrobinę ogarnąć, więc przemówił już zupełnie normalnym głosem:

-  Po  lewej  stronie  mamy  kuchnię  -  powiedział,  wskazując  na

pomieszczenie,  gdzie  stali  Maja  i  Adam.  Podeszli  do  nich,  żeby  się
przywitać.  Błysk  w  oku  Adama  świadczył  o  tym,  że  dziewczyna  również
i  jemu  wpadła  w  oko.  Chociaż  była  zdecydowanie  nie  w  jego  stylu,  tylko
ślepiec  nie  doceniłby  tak  dobrze  wyrzeźbionej  figury.  Maja  również  to
zauważyła,  więc  wysunęła  się  odrobinę  na  przód  i  pierwsza  uścisnęła  dłoń
nowej koleżanki. Kontakt trwał krótko, lecz dziewczyny ścisnęły się równie
mocno,  co  w  głębi  duszy  ucieszyło  każdą  z  nich.  Taki  uścisk  świadczył
i o pewności siebie, i o sile charakteru.

- Maja - przedstawiła się uprzejmie brunetka.
-  Nadia  -  odpowiedziała  blondynka,  posyłając  Mai  uśmiech,  od  którego

chłopakom zrobiło się jeszcze cieplej.

-  Adam  -  Wyciągnął  rękę.  Nadia,  tak  jak  spodziewała  się  po  swojej

pierwszej ocenie nieznajomego, spotkała się z ciepłą, miękką ręką chłopaka,
który nie ścisnął jej zbyt mocno. Właściwie to ledwo ją musnął i Nadia była
pewna, że nie zrobił tego w trosce o jej szczupłe, pozornie delikatne dłonie.

A potem Maja i Adam przywitali się z Tymkiem.
-  Nadia  to  chyba  nie  jest  polskie  imię?  -  zapytała  Maja.  W  jej  głosie  nie

było  krzty  ironii  czy  chamstwa  związanego  z  chęcią  zaczepienia  nowej
w towarzystwie.

- Nie, pochodzę z Ukrainy - odpowiedziała dumnie.
-  Ale  po  polsku  mówisz  bardzo  dobrze  -  stwierdziła  Maja,  nieco

zdziwiona płynnością języka Nadii.

background image

-  Tak,  moja  mama  jest  czystej  krwi  Ukrainką,  a  ojciec  Polakiem  -

wyjaśniła. - Przeprowadzili się do Polski rok po moich narodzinach. W domu
mówiliśmy zawsze po polsku, ale ukraiński znam dzięki babci. Zostawiliśmy
ją na Ukrainie, ale bardzo bym chciała sprowadzić ją kiedyś do Polski.

- Oby ci się udało.
- Dobra, idziemy dalej - zarządził Marcin. - Potem sobie pogadacie.
Adam i Maja wrócili do obrządków kuchennych, a Marcin, Nadia i Tymek

kontynuowali zwiedzanie domu. Gospodarz ruszył w stronę przeciwległą do
kuchni,  zapraszając  ich  do  pomieszczenia  większego,  niż  niejedno  polskie
mieszkanie.

- Tu jest salon. - Marcin stanął na środku pokoju i nonszalancko rozłożył

ręce.  -  Tu  mamy  wyjście  na  taras  -  powiedział,  podchodząc  do  szklanych
drzwi  i  wcisnął  przełącznik  umieszczony  w  ścianie,  aktywując  potężne
reflektory halogenowe otaczające cały dom. Na zewnątrz zrobiło się jasno jak
w  dzień.  Światło  padło  na  wielki,  marmurowy  taras  oraz  kamienną  ścieżkę
znikającą w oddali między drzewami.

- Dokąd ona prowadzi? - zapytała z zaciekawieniem Nadia, wskazując na

kamienną ścieżkę.

-  Do  naszego  jeziora  -  odpowiedział  Marcin.  -  Leży  tam  za  drzewami…

Właściwie  to  chyba  staw.  A  może  jezioro?  W  sumie  to,  nie  wiem,  jaka  jest
różnica.

-  Okej,  luz  -  uśmiechnęła  się  Nadia,  przerywając  nerwowe  tłumaczenie

chłopaka. - Pójdziemy je zobaczyć? - Odwróciła się w stronę Tymka.

- Tak, ale jutro, nie? Teraz już jest ciemno.
-  No  właśnie  o  to  chodzi!  Chyba  nie  boisz  się  ciemnego  lasu?  -  zapytała

kokieteryjnie,  zmuszając  Tymka  do  udzielenia  dokładnie  takiej  odpowiedzi,
jaką chciała usłyszeć.

-  Nie  no  jasne,  coś  ty!  -  Przytulił  ją  do  siebie,  pokazując  jakim  jest

nieustraszonym twardzielem. Jednak Nadia nie dała się zbić z tropu.

- Cykor - stwierdziła, odpychając się od chłopaka. - Jak się boisz, to sama

tam pójdę.

- Nie, no przestań, przecież się nie…
- Dobra, ale i tak chcę tam iść. Pokażesz mi resztę domu? - zwróciła się do

Marcina.  -  Jeżeli  mamy  tu  spędzić  weekend,  muszę  wiedzieć,  gdzie  jest
łazienka. No i gdzie będziemy spać. - Spojrzała na Tymka, a Marcin poczuł
delikatne ukłucie zazdrości.

-  Jasne  -  odpowiedział  z  uśmiechem  gospodarz,  zgasił  światła  i  ruszył

w głąb domu.

Marcin pokazał im cały parter, następnie przeszedł starymi, drewnianymi

schodami  na  pierwsze  piętro.  Nadia  delikatnie  dotykała  rzeźbionej  poręczy,
teraz  w  wielu  miejscach  poprzecieranej.  Po  dotarciu  na  górę  Marcin
oprowadził  gości  po  wszystkich  pięciu  sypialniach,  dwóch  łazienkach,
bawialni,  pomieszczeniu  gościnnym.  Pominął  pomieszczenia,  których
przeznaczenia nie znał, a ich również zebrało się trochę.

-  Tam  jest  poddasze,  ale  nie  ma  na  nim  niczego  ciekawego.  -  Marcin

background image

pokazał  im  małe  drzwiczki,  za  którymi  znajdowały  się  kolejne,  rzadko
używane schody.

-  No  muszę  ci  powiedzieć,  że  całkiem  fajnie  tu  się  urządziliście  -

stwierdziła Nadia. - Bez przepychu, ale bardzo stylowo. Podoba mi się. Poza
tym, lubię stare domy. Mają duszę.

- Dzięki.
- Mogę zapytać, czym zajmują się twoi rodzice?
Marcin  przeważnie  nie  lubił  rozmawiać  z  obcymi  na  temat  statusu

majątkowego  rodziców  ani  tego,  czym  się  zajmują.  Jednak  ta  dziewczyna
miała  w  sobie  coś  takiego,  że  mógłby  jej  opowiedzieć  historię  swego  życia
w  najdrobniejszych  szczegółach  i  zrobiłby  to  z  wielką  przyjemnością,  aby
tylko móc z nią rozmawiać.

- Jasne - rzucił Marcin, na co Tymek, który świetnie go znał, uniósł brwi

ze  zdumienia.  -  Zaczęło  się  od  winiarni,  którą  kiedyś  mój  wuj  otworzył  za
oszczędzone pieniądze. Jeszcze nie było mnie na świecie. Winiarnia szybko
okazała  się  strzałem  w  dziesiątkę,  więc  poszedł  za  ciosem.  Najpierw  był
sklep  z  winami  w  najbliższym  mieście,  potem  zaczął  produkować  inne
rodzaje  win,  ale  też  zaczął  sprowadzać  je  z  zagranicy.  Po  pewnym  czasie
dorobił się kolejnego sklepu, a potem jeszcze jednego. - Marcin przerwał na
chwilę  i  wziął  łyk  piwa.  -  Teraz  sklepów  jest  chyba  ze  trzydzieści,
rozrzuconych  po  całej  Polsce.  No  i  oczywiście  jest  sprzedaż  internetowa.
Moja mama najpierw pracowała w urzędzie, ale później szybko się okazało,
że pracy jest aż zanadto w winiarni i przy pilnowaniu własnego interesu, więc
pracowała tylko przy niej, razem z wujem.

- Okej… - zaczęła niepewnie Nadia. - Ale to twoja mama i wuj. A ojciec?
-  Wuj  odszedł  pół  roku  temu  i  przepisał  nam  wszystko  w  spadku  -

powiedział bez najmniejszej krępacji Marcin. - Teraz cały interes przejęli moi
rodzice. Wcześniej ojciec pracował z wujem przy winiarni, więc łatwo było
przejąć interes, bo wiedział, co i jak.

Dziewczyna tylko kiwnęła głową, nie drążąc dalej tematu.
- Przykro mi z powodu twojego wuja - powiedziała tylko. Marcin kiwnął

głową.  Stwierdził,  że  na  razie  lepiej  nie  mówić  gościom,  gdzie  znaleziono
jego ciało. Nie chciał ich niepotrzebnie niepokoić.

-  Idziemy  na  dół?  -  przerwał  im  Tymek.  Już  zbierali  się  na  dół,  kiedy

odezwała się Nadia:

- Ej, a co jest za tymi drzwiami? - Podeszła do masywnych, drewnianych

drzwi i położyła na nich rękę. Nie na klamce, ale na samym drewnie, unosząc
dłoń  na  wysokość  twarzy.  Ten  gest  mógł  wydać  się  chłopakom  dość
osobliwy,  lecz  równocześnie  pomyśleli,  że  dziewczyna  po  prostu  chciała
pchnąć drzwi i zobaczyć, co się za nimi kryje.

- To prywatna biblioteka mojego wuja. - Marcin złapał za klamkę w taki

sposób, żeby Nadia nie otworzyła drzwi. - Nie życzyłby sobie, żebyśmy tam
wchodzili.

Dziewczyna cofnęła rękę, odrobinę zbyt szybko, niżby chciała.
- Wiem - powiedziała, ledwo otwierając usta.

background image

- Co? - zapytał zaskoczony Tymek.
- Nie, nic - odparła błyskawicznie. - Idziemy? Zrobiłam się głodna.
Ruszyli  na  dół.  Marcin  został  jeszcze  przez  chwilę  i  przypatrywał  się

drzwiom  prowadzącym  do  biblioteczki.  Nie  otwierał  ich,  lecz  poświęcił
chwilę  na  wspomnienie  wuja.  Przeskakiwał  w  pamięci  z  jednego  zdarzenia
na  drugie,  jak  po  przypadkowych  zdjęciach  rozrzuconych  niedbale
w  wielkim,  kartonowym  pudle.  Jednak  nie  tylko  to  zaprzątało  mu  myśli.
To, co przed chwilą zrobiła Nadia, zaintrygowało go. Sposób, w jaki położyła
dłoń  na  tych  drzwiach.  Ledwo  je  musnęła,  jakby  głaskała  chorego,
zmęczonego  psa,  któremu  chce  dodać  otuchy.  I  chyba  coś  powiedziała  -
pomyślał.  Nie  potrafił  wytłumaczyć,  skąd  nagle  pojawiło  się  nieodparte
wrażenie, że gdyby otworzył drzwi, zobaczyłby swojego wuja siedzącego za
biurkiem, sączącego wino i zagłębiającego się w lekturze.

- Marcin! Idziesz? - doleciał do niego krzyk Tymka.
- Już idę!

background image

 

Rozdział 2

W  kuchni  trafili  na  Adama  i  Maję,  którzy  zaczęli  nosić  przygotowane

jedzenie  do  salonu.  Podział  obowiązków  był  bardzo  klasyczny  -  chłopak
niósł  alkohol,  dziewczyna  natomiast  trzymała  olbrzymią  szklaną  misę
wypełnioną po brzegi sałatką z kurczakiem.

- Poczekajcie, pomożemy wam - odezwała się pierwsza Nadia.
-  Okej.  -  Maja  wskazała  głową  kuchnię  za  nimi.  -  Zostały  tam  jeszcze

chipsy, pieczywo, jakieś inne rzeczy i coś dziwnego, co zrobił Marcin. Ale ja
bym tego chyba nie brała.

Przy ostatnim zdaniu zmieniła ton głosu na teatralny szept, więc wszyscy -

oprócz Marcina - się roześmiali.

- Ej, nie jest takie złe! Nawet nie potrafisz tego nazwać.
-  A  co  zrobiłeś?  -  zapytał  Tymek,  podchodząc  do  miski  z  tajemniczą

zawartością. To było zielone, gęste, z drobno posiekanym avocado.

Marcin chwilę milczał, uważnie przyglądając się pozostałym.
- No mów, bo mi ręce odpadną! - poskarżyła się Maja, tupiąc w miejscu.
- Guacamole - przyznał w końcu Marcin.
Pozostali  wypuścili  ze  świstem  powietrze.  Maja,  Tymek  i  Nadia  zaczęli

się  śmiać.  Adam  najwyraźniej  najmniej  doświadczony  w  kuchni  nie  znalazł
powodu  do  radości.  Marcin  natomiast  oblizał  umaczany  w  sosie  palec
i włożył miskę do lodówki.

- Jest zajebiste. Nie znacie się - stwierdził. - Potem podgrzejemy nachosy

z serem i opierniczymy wszystko razem.

-  Super  -  stwierdziła  Maja  i  ruszyła  do  salonu.  Adam  już  wracał  po

kieliszki i kufle do piwa.

- Kto co pije? - zapytał dopiero teraz, po doniesieniu kilku piw na stół.
Nadia spojrzała na Tymka.
- Gdzie nasze wino?
- W lodówce, chłodzi się.
Nadia  tylko  spojrzała  wymownie  na  Adama.  Chyba  zrozumiał,  gdyż

poszedł do kuchni i zaczął myszkować po szafkach w poszukiwaniu lampek
do wina.

Parę  chwil  później  wszyscy  siedzieli  już  w  salonie.  Mimo  że  Marcin

zdążył wcześniej pokazać Nadii pomieszczenie, to i tak ciekawie rozglądała
się  wokół.  W  salonie  stał  olbrzymi,  stary  drewniany  stół  gotów  pomieścić
dwadzieścia osób. Otaczały go ręcznie rzeźbione krzesła pochodzące z epoki,
której  Marcin  za  nic  na  świecie  nie  był  w  stanie  spamiętać.  Pod  ścianą
znajdowała się kanapa, a przed nią stał niewielki stolik, na którym rozłożyli
wszystkie rzeczy do jedzenia i picia.

background image

Tymek  przysunął  Nadii  fotel,  a  sam  zasiadł  w  drugim  tuż  obok  niej.

Pozostała  trójka  spoczęła  na  kanapie.  Nadia  skupiła  wzrok  na
kilkudziesięciocalowym telewizorze stojącym niedaleko nich. W rogu mieścił
się  stary,  od  dawna  nieużywany  kominek  zabezpieczony  żeliwną  kratą.
Zmarszczyła  brwi.  Starodawne  elementy  konkurowały  z  nowoczesnymi
o  dominację  zarówno  w  salonie,  jak  i  całym  domu.  Na  razie  wyglądało  na
remis.

- Tak, wiem - powiedział Marcin, jakby czytając w myślach dziewczyny.
Nadia  posłała  mu  delikatny,  dyplomatyczny  uśmiech.  Nie  do  końca  była

pewna, co autor miał na myśli.

-  Pomieszanie  z  poplątaniem  -  kontynuował  chłopak.  -  Kanapa  z  Black

Red  White,  obok  stuletni  stół  i  krzesła  z  epoki…  napoleońskiej  czy  jakiejś
tam  innej.  To  wszystko  wygląda  jak  sen  pijanego  designera,  przynajmniej
mega  drażni  moją  matkę.  Mnie  jakoś  to  nie  przeszkadza.  Tak  czy  inaczej,
rodzice nie mieli jeszcze czasu, żeby usiąść i dokładnie zaplanować wystrój.
Niedawno  się  wprowadziliśmy,  niektóre  stare  rzeczy  trzeba  było  wyrzucić
lub oddać, więc wzięliśmy nasze własne meble, które może nie do końca tu
pasują, ale…

- Okej, okej, spokojnie - przerwała mu z uśmiechem Nadia. - Przecież nic

nie mówię.

Marcin,  jakby  zbity  z  tropu,  zaniemówił.  Faktycznie  trochę  się  rozgadał,

wyrzucając  z  siebie  potok  nieskładnych  słów.  Co  się  ze  mną  dzieje?  -
zastanawiał się. Czy to ta dziewczyna tak na mnie działa? Popatrzył głęboko
w jej niebieskie oczy, co pozwoliło mu się trochę uspokoić, chociaż z drugiej
strony  bardzo  go  to  krępowało.  Co  najlepsze,  Nadia  odwzajemniła
spojrzenie. Chłopak odniósł wrażenie, że chyba i on wpadł jej w oko, chociaż
to przecież dziewczyna jego kumpla. Chociaż, spotykają się dopiero od paru
tygodni,  więc  to  nic  przesądzonego  -  pocieszał  się,  szukając
usprawiedliwienia dla swego niestosownego zachowania. Tymek też to chyba
zauważył,  gdyż  podniósł  lampkę  z  winem  jakby  w  stronę  Mai,  ale
umieszczając  ją  centralnie  przed  oczami  Nadii.  Tym  sprytnym  zabiegiem
zerwał kontakt wzrokowy między nią a Marcinem.

- Zdrówko! - zawołał.
Każdy  podniósł  swój  kufel  z  piwem  czy  lampkę  z  winem,  po  czym

stuknęli się szkłem nad stolikiem.

- Zdrówko! - odpowiedzieli chórem.
Przez chwilę siedzieli cicho, przyglądając się sobie wzajemnie. W końcu

pierwszy odezwał się Adam:

-  Nie  bolało?  -  zapytał  Nadię,  wskazując  na  kolczyk  przechodzący  przez

jej usta.

- Nie. To znaczy samo przekłucie trochę, ale potem już było okej.
- I nie przeszkadza ci w jedzeniu, czy coś? - dopytywał dalej Adam.
-  Nie,  nie  czuję  go  -  wyjaśniła.  Po  tonie  jej  głosu  można  było  łatwo

wywnioskować, że już nie raz spotkała się z tego typu pytaniami. - Czasami
jak jem zupę to łyżka ślizga się po kolczyku i to fajnie szoruje.

background image

- Fajnie szoruje? - spytał z przekąsem Adam, co wcale nie wydawało mu

się  specjalne  fajne.  Lecz  mimo  to  nie  zamierzał  zbyt  szybko  zakończyć
przesłuchania. - A gdzie masz jeszcze kolczyki?

- No na uszach, jak pewnie zauważyłeś - odparła, ale na wszelki wypadek

przekręciła  głowę,  eksponując  przekłute  uszy.  -  No  i  jeszcze  mam  przebite
oba sutki i cipkę. Tymek to lubi - dodała na koniec, subtelnie się uśmiechając
i głaszcząc swojego chłopaka po kolanie.

Na początku Adam uniósł brwi w zaskoczeniu, potem jego twarz spłonęła

purpurą.  Marcin  również  był  zaskoczony,  lecz  nie  mógł  stwierdzić,  czym
bardziej  -  deklaracją  Nadii  czy  reakcją  Adama.  Nie  sądził,  że  cokolwiek
może  zawstydzić  jego  kumpla.  Niemniej  ta  szczera  odpowiedź  Nadii  zbiła
chłopaka  z  tropu  tak  skutecznie,  że  tylko  uniósł  swoje  piwo,  kiwnął  jej
czerwony ze wstydu głową i wziął potężnego łyka. Zapadła niezręczna cisza.
Maja  obserwowała  całą  rozmowę  z  bezpiecznego  dystansu  i  po  reakcji
Tymka - który  był równie zaskoczony  jak reszta -  spodziewała się  dalszych
wyjaśnień.

Nagle  Nadia  zaczęła  się  serdecznie  śmiać,  co  w  pierwszej  chwili

wprowadziło chłopaków w niemałe zakłopotanie, jednak nie trwało ono zbyt
długo:

- Spokojnie, żartowałam. Zawsze tak mówię. Na przełamanie lodów.
Teraz  reszta  również  mogła  zacząć  się  śmiać.  Adam  pokiwał  głową

z  uznaniem  i  szacunkiem,  że  udało  się  jej  tak  łatwo  go  nabrać.  Po  chwili
jednak się uspokoili, co pozwoliło Mai zabrać głos.

-  Jak  tam  firma?  Ogarnęliście  już  co  i  jak?  -  zapytała  Marcina,  zupełnie

zmieniając temat.

-  Tak,  już  jest  lepiej  -  stwierdził  z  zadowoleniem.  -  Rodzice  właśnie

wyjechali  na  rajd  po  sklepach  i  dystrybutorach,  żeby  zobaczyć,  jak  sprawy
wyglądają na miejscu.

-  Dużo  tych  sklepów  macie?  Bo  ostatnio  się  zgubiłem  i  już  nie  wiem  ile

tego jest - wtrącił Tymek.

- Szczerze, to sam dokładnie nie wiem. Sklepów jako takich mamy około

trzydziestu,  ale  to  nie  takie  proste.  Dużo  punktów  sprzedaje  nasz  towar,
w  naszych  sklepach  sprzedajemy  wina  innych,  więc  generalnie  trudno  się
w  tym  połapać.  No  i  sami  dystrybutorzy,  którzy  wysyłają  nasz  towar,  nie
wiadomo  gdzie.  Do  tej  pory  rodzice  zarządzali  wszystkim  zdalnie,  ale
w końcu wypadałoby poznać pracowników.

- No tak, jasne. Zawsze lepiej pogadać z kimś w cztery oczy - stwierdziła

Maja. Reszta przytaknęła.

-  Tak,  dlatego  nie  wrócą  wcześniej  niż  za  tydzień  -  dodał  Marcin.

-  Na  początku  mieli  wyjechać  na  weekend,  ale  jak  usiedli  do  mapy
i zobaczyli, jak bardzo sklepy są porozrzucane, to stwierdzili, że jak uda im
się objechać je w tydzień, to będzie można to uznać za sukces.

-  To  masz  chatę  wolną  przez  cały  tydzień?  -  powtórzył  dla  pewności

Adam. - Stary, zajebiście! Zostajemy z tobą! - dodał zadowolony z tego, co
usłyszał i z radości aż dopił piwo do końca.

background image

- Ej, buraku, nie wciskaj się na siłę - zmitygowała go Maja. - Marcin może

ma już jakieś plany. I nie mamy ze sobą żadnych rzeczy, nie mam ubrań ani
kosmetyków. Poza tym, ja mam pracę, pamiętasz? Ależ z ciebie prościuch.

Maja  posłała  Adamowi  pełne  wyrzutu  spojrzenie,  jednak  chłopak

niespecjalnie się nim przejął.

-  No  coś  ty,  jakie  on  może  mieć  plany,  prawda?  -  spytał  i  zmierzwił

Marcinowi włosy niczym starszy brat. - A ty możesz wziąć parę dni wolnego,
należy  ci  się.  Ubrania  i  kosmetyki  pożyczymy  od  Marcina  albo  pojedziemy
do Serocka coś kupić. Damy radę. Spontan!

Maja tylko pokręciła głową, a Marcin odsunął się i posłał Adamowi pełne

złości  spojrzenie,  nie  w  związku  z  tym,  co  powiedział,  lecz  przez  jego
zachowanie. Już szykował ripostę… ale nie, będzie ponad to.

- Spoko, jak dla mnie to możecie zostać - powiedział Marcin. - Tylko co

jakiś czas będę musiał podjechać do firmy, zobaczyć co i jak, jakieś raporty
porobić i pokazać, że ktoś jednak pilnuje. A poza tym towarzystwo dobrze mi
zrobi, nie lubię zostawać w tym domu sam.

Słysząc  ostatnie  zdanie,  Nadia  nieco  się  ożywiła,  jednak  błyskawicznie

starała  się  ukryć  swoją  reakcję.  Niemniej  Marcin,  który  uważnie  ją
obserwował  od  samego  początku,  wychwycił  ten  gest.  I  tym  razem  żaden
głos  w  jego  głowie  nie  mówił  mu,  że  bezpodstawnie  nakręca  się  na  nie
wiadomo  co.  Tym  razem  czekał  na  pytanie,  które  dziewczyna,  prędzej  czy
później, na pewno zada: Dlaczego nie lubisz zostawać tu sam?

-  Ej,  jak  długo  właściwie  tu  mieszkacie?  -  zapytał  Tymek.  -  To  znaczy

wiem, twój wuj odszedł pół roku temu, ale chyba nie wprowadziliście się od
razu, nie? Ostatnio nie mieliśmy za dużo okazji do rozmowy.

-  Z  mamą  wprowadziliśmy  się  jakieś  trzy  tygodnie  po  pogrzebie,  ale

ojciec spał tu wcześniej. Musiał być na miejscu, żeby kontrolować firmę.

- No tak, jasne - skomentował Tymek.
Już  nikt  dalej  nie  zamierzał  ciągnąć  Marcina  za  język  ani  w  temacie

pogrzebu, ani pracy.

- Dobra, idę do kuchni. Ktoś coś chce? - zapytał Adam, wstając.
- Pójdę z tobą - stwierdził Marcin i podniósł się z kanapy.
- Nie, wszystko mamy - odpowiedział Tymek, unosząc delikatnie lampkę

z  winem.  Dziewczyny  kiwnęły  głowami  na  znak,  że  również  niczego  nie
potrzebują. - Ej, a tak w ogóle mamy tu jakąś muzyczkę?

- Tak - odpowiedział Marcin. - Laptop jest podłączony do telewizora, więc

możesz  puścić  muzykę  przez  kompa.  A  tam  są  płyty.  -  Wskazał  pudełko
stojące obok szafki telewizyjnej.

Tymek  zajął  się  płytami,  tymczasem  Marcin  i  Adam  wyszli  z  salonu.

Po  chwili  rozległy  się  pierwsze  dźwięki.  Chłopak  wybrał  Red  Hot  Chili
Peppers,  jednak  nie  odszedł  od  odtwarzacza,  tylko  dalej  wertował  płyty.
Korzystając z chwili prywatności, Maja zapytała Nadię:

- Długo się spotykacie?
- Kilka tygodni.
- I jak, co o nim myślisz? Fajny facet, nie?

background image

- To nierób i dziwkarz - stwierdziła Nadia z uśmiechem. - Przystojny, ale

dużo pije. I pewnie poza mną ma jeszcze jakąś laskę na boku.

Maję wcięło. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć, więc po prostu siedziała

i  patrzyła  na  Nadię.  Zastanawiała  się,  czy  dziewczyna  mówi  poważnie,  czy
może jest to kolejna jej zagrywka i zaraz zacznie się śmiać.

-  Serio,  nie  patrz  tak  na  mnie  -  ciągnęła  dalej  Nadia.-  Nie  jestem  ani

głupia, ani ślepa. Wiem, na co się pisałam. Ale cóż poradzić, taka już jestem.
Lubię niegrzecznych chłopców z długimi włosami, tatuażami i gitarą w ręku.
Pobujamy się pewnie parę miesięcy i na tym się skończy.

- Ale Tymek nie ma tatuaży - zauważyła Maja. Był to jedyny komentarz,

na jaki było ją aktualnie stać.

- Wiem. Szkoda, prawda? Pamiętasz może, gdzie tu jest łazienka?
-  Tak,  jak  wyjdziesz,  to  idź  korytarzem  w  lewo  i  pierwsze  drzwi  po

prawej.

- Dzięki. - Nadia wstała i opuściła salon.
Maja odwróciła głowę i popatrzyła na Tymka pochłoniętego wertowaniem

płyt.  Zastanawiała  się,  co  o  tym  wszystkim  ma  myśleć.  Dziwna,  lecz
zdecydowanie oryginalna dziewczyna. Szczera aż do bólu. Maja lubiła takich
ludzi, chociaż należeli oni do wymierającego gatunku. Lubię ją - stwierdziła.
Tak, zdecydowanie ją polubiłam.

Adam odwrócił się od lodówki i podał Marcinowi kolejne piwo.
- Fajna sztuka, nie? - zapytał, wyciągając z zamrażalnika pół litra wódki.
-  Bezapelacyjnie.  -  Marcin  pociągnął  łyk  piwa  prosto  z  butelki.  -  Że  też

jemu zawsze trafiają się takie laski. Jak on to robi?

- Laski lubią takich gości - zaczął wyjaśniać Adam. - Zwłaszcza takie jak

Nadia.  Wiesz,  gitara,  długie  włosy,  wyzwolony  duch.  Nie  zapierdala  jak
korposzczur,  tylko  robi,  co  chce.  Korzysta  z  życia,  a  to  im  się  podoba.
Buntownik, rozumiesz.

-  Pieprzysz.  Starzy  dają  mu  kasę  na  wszystko.  Co,  może  iPhone’a  kupił

sobie  za  kasę  zebraną  na  ulicy?  Taki  z  niego  buntownik  jak  z  koziej  dupy
trąba.

- Nie chodzi o to, tylko o styl życia, o podejście do pewnych spraw.
-  Tylko  o  to  chodzi  -  zaatakował  Marcin.  -  Każdy  może  być

superbuntownikiem,  jak  ma  regularny  wpływ  na  konto.  W  dupach  się
niektórym przewraca.

- Nie jestem odpowiednią osobą do tego typu rozmowy - stwierdził Adam.
-  Fakt.  Tobie  starsi  też  dają  kasę  na  wszystko  -  powiedział  Marcin,  nim

zdążył się zreflektować, że może posuwa się odrobinę za daleko.

- Ej, kurwa, o co ci chodzi? - zapytał ze złością. - Co, jak mi dają, to mam

nie brać? Coś się taki święty nagle zrobił?

- Nie, nie o to mi chodzi, wyluzuj. Po prostu dziwię się, że Nadia go nie

przejrzała. Wydaje się być ponad to.

-  Ponad  co?  -  zapytał  Adam,  nie  dając  się  zbić  z  tropu  próbą  zmiany

tematu.  Był  już  potężnie  wkurzony.  W  takim  stanie  zawsze  czepiał  się
najmniejszych  słówek,  aby  tylko  pogrążyć  rozmówcę  i  postawić  na  swoim.

background image

A jeżeli to nie dawało rezultatu, potrafił zdobyć się nawet na fizyczną szarżę,
czego Marcin wolał uniknąć:

-  Dobra,  nieważne.  Nie  było  tej  rozmowy.  -  Chłopak  ruszył  w  stronę

salonu. Co do jednego Adam miał rację: nie jest on odpowiednim partnerem
do  tej  dyskusji.  Jednak  kolega  nie  pozwolił  mu  tak  po  prostu  odejść.  Złapał
go za ramię i odwrócił w swoją stronę. Był od niego wyższy i silniejszy, więc
zrobił to bez większego problemu.

Marcin odwrócił się ze złością do Adama. Już miał mu puścić wiązankę,

gdy nagle jego wzrok powędrował na szybę w kuchennym oknie, znajdującą
się  tuż  za  plecami  kolegi.  Wstrzymał  oddech  i  aż  drgnął,  gdy  uświadomił
sobie, na kogo patrzy.

W  ciemnym  odbiciu  zobaczył  swoich  rodziców.  Stali  za  Marcinem,

w głębi korytarza łączącego kuchnię z salonem i resztą domu. Jednak to nie
ich obecność sprawiła, że krew w żyłach chłopaka zastygła. Mogli po prostu
wcześniej  wrócić,  a  przez  muzykę  nikt  nie  usłyszał,  jak  wchodzą  do  domu.
Jednak najgorsze dla Marcina było to, jak rodzice wyglądali. Głowa ojca była
rozcięta  tuż  nad  prawym  okiem.  Krew  wypływająca  z  rany  spływała  mu  na
twarz, skąd skapywała na jasną poszarpaną koszulę. Lewa ręka ojca była tak
połamana,  że  aż  wystawała  z  niej  kość.  Jego  mama  miała  twarz  pociętą
drobinkami  szkła,  jedno  oko  było  zamknięte,  gdyż  otaczał  je  olbrzymi,
fioletowy  siniak.  Włosy  były  sklejone  krwią,  która  skapywała  też  wąskimi
stróżkami na jej podarty i brudny żakiet.

Rodzice  stali  obok  siebie  i  obejmowali  się,  patrząc  tęsknym  i  smutnym

wzrokiem  na  syna.  Dopiero  teraz  poczuł  ich  zapach.  Śmierdzieli  juchą,
spalenizną,  benzyną  i  czymś  jeszcze,  czego  chłopak  nie  potrafił  nazwać.
Nagle  zrozumiał.  Mieli  wypadek.  Wyjechali,  rozbili  się  i  teraz  wrócili  do
domu. Tysiące myśli przelatywało przez mózg Marcina w jednej sekundzie,
która nie zdążyła upłynąć od momentu, w którym zobaczył odbicie rodziców
w  szybie.  Dlaczego  wrócili  do  domu?  Gdzie  karetka?  Jak  wrócili,  skoro
samochód  najprawdopodobniej  jest  doszczętnie  rozbity?  Czemu  nie
zadzwonili?

Marcin odwrócił się, żeby ich o to zapytać i poczuł, jak lodowaty dreszcz

przechodzi po jego kręgosłupie. Korytarz był pusty. Chłopak rozdziawił usta,
chcąc coś powiedzieć, ale zaschło mu w gardle. Wyrwał się z uścisku Adama
i  ruszył  przed  siebie.  Dotarł  do  korytarza.  Pusto.  Adam  stał  i  wpatrywał  się
w kumpla, ale nic nie mówił. Przerażenie, jakie zobaczył na twarzy Marcina,
odebrało mu chęć do dalszej kłótni.

Marcin zajrzał do salonu, następnie wybiegł na werandę. Nigdzie ich nie

było.

- Ej, co jest? - zapytał Adam, podążając za nim.
Nie  odpowiedział.  Szamotał  się  jak  głupi,  cały  czas  walcząc  z  myślami

w  swojej  głowie.  Przecież  ich  widziałem,  jestem  tego  pewien  -  powtarzał
cały czas w myślach.

-  Marcin!  -  krzyknął  Adam,  a  ten  w  końcu  zatrzymał  się  na  werandzie.

- Uspokój się, stary. Co jest?

background image

- Nic - wykrztusił z siebie Marcin. Wyczuł troskę w tonie głosu kumpla.

Adam,  kiedy  chciał,  potrafił  być  naprawdę  w  porządku,  pomyślał.  -  Nic.
To znaczy, wydawało mi się… wydawało mi się, że widziałem…

- Co widziałeś?
- Moich rodziców.
Adam  stał  i  wpatrywał  się  w  oczy  kumpla.  Po  chwili  spojrzał  na  szafę,

jakby mógł znaleźć na niej odpowiedź.

- Wrócili? Mówiłeś, że mają wrócić dopiero za tydzień?
-  Wydawało  mi  się,  że  widziałem  ich  tutaj.  Stali  o  tam,  widziałem  ich

w odbiciu szyby kuchennej. - Wskazał korytarz tuż za nimi.

Adam odwrócił się i spojrzał w tamtą stronę.
-  Słuchaj,  przecież  zauważyłbym  ich,  gdyby  tu  wchodzili.  Oprócz  nas

nikogo tu nie ma - stwierdził z niemalże detektywistyczną pewnością.

-  Tak.  Musiało  mi  się  przywidzieć  -  odpowiedział  Marcin,  ale  jego  głos

zdradzał, że wcale nie wierzył w to, co mówi.

-  Wiesz  co,  może  ty  już  nie  pij,  co?  -  zapytał  z  uśmiechem  na  ustach

Adam. Poklepał kumpla po plecach i ruszył w kierunku kuchni. Marcin stał
jeszcze  chwilę  i  wyglądał  przez  szybę  w  drzwiach  wejściowych.  Zaglądał
w  ciemny  las,  starając  się  znaleźć  w  nim  odpowiedź  na  to,  co  przed  chwilą
się  wydarzyło.  Wyciągnął  rękę  i  nacisnął  przełącznik  aktywujący  światła
umieszczone wzdłuż drogi. Światło rozpędziło mrok, ukazując dojazd w całej
okazałości.  Był  pusty,  zgodnie  z  przypuszczeniami  chłopaka.  Drzewa
delikatnie  kołysały  się  na  wietrze,  jednak  nic  poza  tym.  Po  chwili  zgasił
światła i zamyślony poszedł do kuchni.

Nie  zauważył  Nadii  stojącej  w  głębi  korytarza.  Nie  wiedział,  że

przyglądała się wszystkiemu od samego początku i że równie mocno jak on -
jeśli nie bardziej - była przerażona tym, co zobaczyła.

Parę  chwil  później  wszyscy  zebrali  się  w  salonie.  Tymek  dalej  wertował

płyty,  Nadia  sączyła  w  skupieniu  wino,  Adam  i  Maja  rozmawiali  na  temat
planów  na  wakacje,  a  Marcin  siedział  i  się  nie  odzywał.  To,  co  zobaczył,
wywarło  na  nim  większe  wrażenie,  niż  przypuszczał.  Próbował  sobie
wmówić,  że  po  prostu  mu  się  przywidziało,  ale  nie  udało  mu  się  oszukać
własnego  umysłu.  Nigdy  wcześniej  nie  spotkał  się  z  podobnymi  omamami.
Nie  miał  halucynacji,  nigdy  nie  zemdlał.  Owszem,  uważał,  że  dom  wuja
sprzyja tego typu zwidom, jednak nigdy nie brał tego na poważnie. Niemniej
wrażenie, że patrzy na swoich rodziców stojących tuż za nim, było tak silne,
że mógłby dać sobie rękę uciąć, że widział ich naprawdę.

-  Ej,  co  tak  siedzisz  i  nic  nie  mówisz?  -  zagadała  do  niego  cicho  Maja,

korzystając z tego, że Nadia i Adam podeszli do Tymka. Marcin popatrzył na
nią i chwilę zastanawiał się na odpowiedzią. Znali się już ponad dziesięć lat.
Przeszli  wspólnie  przez  liceum.  Potrafili  czytać  w  sobie  jak  w  otwartej
księdze  i  nieraz  się  sobie  zwierzali.  Domyślał  się,  że  może  być  ciężko
oszukać starą przyjaciółkę, ale bał się, jak zareaguje na wyjawienie prawdy.
Z  drugiej  strony,  im  dłużej  zwlekał  z  odpowiedzą,  tym  bardziej  sprawa
wydawała się podejrzana:

background image

-  Jakoś  tak  się  zamyśliłem.  Poczekaj,  muszę  zadzwonić  -  wyjaśnił,

wybierając numer rodziców.

- Jasne. Przecież widzę, że coś cię gryzie - stwierdziła Maja.
Tak  łatwo  się  jej  nie  pozbędę  -  zrozumiał  Marcin.  Telefon  rozbrzmiewał

sygnałem, jednak nikt nie odbierał. Rozłączył się, postanawiając, że za parę
minut spróbuje ponownie. Nagle rozległ się głos Tymka:

-  Ej,  a  może  jakiś  film  zarzucimy?  -  zapytał  głośno,  klęcząc  przy  szafce.

- Masz tu fajny sprzęt.

Marcin  spojrzał  na  Maję  i  wzruszył  ramionami.  Był  bardzo  zadowolony

z tego, że udało mu się uniknąć rozmowy.

- Jeszcze do tego wrócimy - rzuciła za nim Maja.
- Film chcesz oglądać? - zapytał Marcin.
- No tak. Chcecie?
Pozostali spojrzeli po sobie.
- W sumie to możemy - powiedział Adam.
- A jaki? - zapytała Maja, podchodząc do pozostałych.
- No jak to „jaki”? - Tymek zniżył głos i przykurczył się, jakby miał zaraz

wyskoczyć przed siebie. - Horror oczywiście! - krzyknął podniecony.

Reszta zdawała się nie podzielać jego entuzjazmu.
- Horror? - zapytał z niesmakiem Adam.
- Tak, a co? - odparł Tymek. - Zobacz, gdzie jesteśmy. Wielka, stara chata

w  środku  lasu.  Wszędzie  wokół  ciemno  jak  w  dupie.  Idealny  klimat  do
oglądania horrorów.

- Teraz to taki kozak jesteś, tak? - zapytała wyzywająco Nadia. - A jakoś

nad jezioro nie chciałeś ze mną iść.

Tymek obruszył się na słowa dziewczyny, ale musiał przyznać, że trafiła

w sedno. Niemniej, nie mógł tak po prostu odpuścić:

- Dobra, możemy iść. Dawaj - powiedział i już wyciągał rękę, żeby złapać

Nadię, ta jednak cofnęła swoją dłoń.

- Dobrze. Pójdziemy. Ale poczekajmy do północy.
- Po co? Ciemniej już nie będzie - stwierdził Tymek, zerkając za okno.
- Nie, będzie jaśniej. Księżyc będzie wyżej stał. Lepszy klimat.
- Bez sensu. Albo idziemy teraz, albo nie - zarządził Tymek.
- Dobra, poczekajcie - wtrąciła się Majka. - Możemy pójść albo teraz, albo

po  filmie.  Jest…  za  dwadzieścia  jedenasta,  więc  jak  włączymy  film,  to  nie
wyjdziemy o północy.

- A to serio coś oglądamy? - dopytywał się Adam.
- Czemu nie? Cykor cię obleciał? - zapytał Marcin. Wiedział, jak wziąć go

pod włos. Adam nie odpowiedział, tylko zrobił jedną ze swoich klasycznych
min, pod tytułem: „Proszę cię, ja nie dam rady?”.

- Dobra, tylko co?
-  Tylko  nie  jakieś  bzdury  o  krojeniu  ciał,  wyrywaniu  paznokci

i przecinaniu ścięgien - poprosił Tymek. - Obejrzyjmy coś z klimatem. Jakieś
opętania,  demony,  egzorcyzmy.  O,  wiem!  Masz  może  gdzieś  tu  B

LAIR 

W

ITCH

P

ROJECT

? - zapytał, a oczy zaświeciły mu się na samą myśl o obejrzeniu tego

background image

filmu w takim miejscu.

- Co takiego? - zapytała Maja.
Tymek i Marcin spojrzeli na nią z nieskrywanym zaskoczeniem.
- Jak to „co takiego”? Nie oglądałaś tego filmu? - zapytał Marcin.
- Nie, a o czym to?
-  Nie  oglądałaś  B

LAIR 

W

ITCH 

P

ROJECT

  i  ośmielasz  się  nazywać  moją

przyjaciółką? - kontynuował Marcin.

Maja nie zdążyła jednak odpowiedzieć.
-  O  kurna,  przecież  to  jest  zajebisty  horror  -  zaczął  tłumaczyć  Tymek,

dopijając  do  końca  swoje  wino.  -  Historia  o  trójce  ludzi,  którzy  idą  do  lasu
szukać wiedźmy z tytułowego miasteczka Blair. Gdzieś tam w Stanach. Biorą
plecaki,  kilka  kamer  i  włażą  między  drzewa.  Następnie  po  kolei  znikają,
a  wiele  lat  później  ktoś  w  lesie  znajduje  nagrane  przez  nich  kasety  wideo.
Montują  to  wszystko  w  jeden  film  i  puszczają  go  w  kinach,  reklamując
wcześniej  jako  film  dokumentalny.  Mówię  ci,  wrażenie  jest  zajebiste.
Zwłaszcza  jak  się  wkręcisz  w  klimat.  To  jeden  z  pierwszych  filmów
nagrywanych  niby  amatorskimi  kamerami.  Wiesz,  skaczący  obraz,
momentami nieostry i tak dalej.

-  Wiem  -  odparła  Maja.  -  I  wiem  też,  jak  się  kończy  film,  którego  nie

oglądałam,  więc  dzięki,  głąbie.  Jakie  mamy  jeszcze  inne  opcje?  -  zapytała
Marcina.

- Ej, przestań! Przecież powiedziałem ci tylko z grubsza fabułę, film i tak

jest  zajebisty  -  zaczął  się  tłumaczyć  Tymek.  -  Poza  tym  to,  co  ci
powiedziałem, wiedzieli wszyscy, bo tak właśnie reklamowali film.

- Mamy go w ogóle? - zapytał Adam.
- Tak. Jedynkę i dwójkę - odpowiedział Marcin.
-  Masz  dwójkę?  Stary,  ale  czad!  -  Tymek  aż  zacisnął  pięści  z  wrażenia.

- To oglądamy jedynkę i dwójkę. Zajebiście.

- Może chodźmy się najpierw przejść - zaproponowała nieśmiało Nadia.
Marcin spojrzał na nią i dostrzegł w jej oczach coś, czego zupełnie się tam

nie  spodziewał.  Wyglądało  na  to,  że  Nadia  wcale  nie  miała  ochoty  oglądać
horroru, tego czy jakiegokolwiek innego. Bała się? W takim razie po co tak
namawiała Tymka na wyjście? Chociaż, nie można porównywać spaceru po
ciemnym  lesie  z  oglądaniem  horroru.  Z  drugiej  strony,  czasami  można  -
stwierdził  w  duchu  Marcin.  Poza  tym,  Nadia  po  prostu  nie  wygląda  na
dziewczynę,  która  wystraszy  się  kilku  z  pozoru  chaotycznie  zmontowanych
ujęć i przesadnie ucharakteryzowanej mordy opętanej kobiety.

- Jestem za tym, żeby pójść nad jezioro - powiedział Marcin. - Poza tym,

po obejrzeniu B

LAIR 

W

ITCH 

P

ROJECT

 za żadne skarby nie wejdę do lasu.

-  Dobra,  to  wy  idźcie  sobie  połazić,  a  my  zostaniemy  i  przygotujemy

wszystko do seansu - zaproponował Adam, obejmując Maję. Tak, żeby nikt
nie miał wątpliwości o jakich „my” chłopakowi chodzi.

-  OK,  to  idziemy.  -  Tymek  niechętnie  podniósł  się  z  ziemi.  -  Kto  chce

piwo na spacer?

Nadia i Marcin zgodnie podnieśli dłonie. Marcin zupełnie zapomniał, żeby

background image

ponownie spróbować dodzwonić się do rodziców.

background image

 

Rozdział 3

- Będziemy za jakieś pół godziny. Chyba - powiedział do Adama Marcin

na odchodnym.

- Okej, spokojnie. Nie spieszcie się.
- Jak coś, to dzwońcie.
- Dobrze, mamo - stwierdził złośliwie Adam. - A co ma się dziać?
-  Nie  wiem,  tak  mi  się  powiedziało  -  z  uśmiechem  odparł  Marcin

i zamknął drzwi.

- Masz latarkę? - zapytał Tymek.
-  Mam.  -  Marcin  zaświecił  koledze  prosto  w  twarz.  -  O,  nawet  działa!  -

dodał z uśmiechem.

Tymek  zasłonił  oczy  rękami  i  puścił  pod  adresem  Marcina  serię

przekleństw.  Marcin  ruszył  kamienną  ścieżką  prowadzącą  nad  jezioro.  Noc
była cicha i zimna. Co jakiś czas delikatny wiatr wprawiał w drżenie śpiące
drzewa;  wyrażały  swój  protest  przeciwko  ingerencji  ludzi  szumem
niezliczonych  liści.  Po  niebie  płynęło  niewiele  chmur,  co  jakiś  czas
zasłaniających  księżyc.  Chłodne  powietrze  sprawiało,  że  oddychało  się
przyjemnie  i  człowiek  od  razu  zaczynał  się  czuć  lepiej,  nawet  jeżeli
wcześniej wcale nie czuł się źle.

- Daleko to jest? - zapytał Tymek.
- Będzie z dwieście metrów. Może trochę więcej - odparł Marcin.
Nadia szła, trzymając Tymka za rękę. Każdy z nich co jakiś czas pociągał

łyk  piwa.  W  końcu  po  kilku  minutach  niespiesznego  marszu  ujrzeli  wodę  -
czarną,  nieprzeniknioną  taflę,  rozciągającą  się  na  powierzchni  kilkuset
metrów kwadratowych. Podeszli do zbiornika.

Nadia jako pierwsza weszła na pomost, a Tymek za nią. Marcin został na

brzegu.

- Uważaj, nie poślizgnij się - poprosił Tymek, mimo że trudno byłoby się

poślizgnąć na czymś, co jest suche.

Nadia odwróciła głowę i posłała chłopakowi delikatny uśmiech.
-  Spokojnie.  Nie  utopię  się  -  powiedziała  i  ruszyła  w  kierunku  końca

pomostu.

Na  te  słowa  Marcin  aż  się  wzdrygnął.  Alkohol  powoli  zaczynał  szumieć

mu  w  głowie,  toteż  chłopak  odczuwał  delikatne  problemy  z  utrzymaniem
swojej  fantazji  na  wodzy.  To  przecież  TO  jezioro.  Tutaj  go  znalazła
sprzątaczka, która nie mogła dostać się do domu.

Zaczął  wyobrażać  sobie  wuja  dryfującego  na  spokojnej  tafli  jeziora.

Unoszące  się  powoli  ciało,  rozpostarte  ręce  i  twarz  skierowaną  w  stronę
mulistego  dna.  Kolejna  scena  przedstawiała  Antoniego  Mostowskiego

background image

wyłowionego  przez  policyjnych  płetwonurków.  Zobaczył  jego  nabrzmiałe,
opuchnięte  ciało  leżące  na  wilgotnej  ziemi.  Białą  skórę  namoczoną
i  pofałdowaną  do  granic  możliwości,  wyżarte  przez  ryby  oczy.  Glony
i  wodorosty  oplatające  jego  sine  palce  i  ręce.  Starał  się  odpędzić  te  myśli,
lecz one ewidentnie nie zamierzały tak łatwo go opuścić.

Nagle  głowa  wuja  skierowała  się  w  stronę  Marcina.  Poczuł,  jak  serce

zaczyna  mu  walić  w  piersi  co  najmniej  trzy  razy  szybciej  niż  normalnie.
Chłopak wiedział, że puste oczodoły jakimś cudem są skierowane prosto na
niego. Czuł przenikający go wzrok wuja, chociaż ten nie miał czym patrzeć.
Usta  topielca  rozchyliły  się,  zalewając  jego  ciało  i  krótką  brodę  brudną,
mulistą wodą. Wuj uśmiechnął się do Marcina. Chłopak starał się odwrócić,
przestać  patrzeć,  ale  nie  mógł.  Jakby  ta  scena  na  siłę  wdarła  się  do  jego
głowy i przejęła nad nim kontrolę. Z ust trupa zwisały kawałki glonów.

- Chodź do mnie - powiedziało coś, co kiedyś było jego wujem. Głos był

nienaturalny,  zimny  i  jakby  dochodzący  z  tyłu  głowy  Marcina.  Wcale  nie
przypominał  głosu  jego  wuja.  W  rytm  słów  woda  bulgotała,  tworząc
niewielkie bąble. - To nie jest takie złe. Niedługo sam się przekonasz. - Trup
skinął ręką, aby chłopak się zbliżył.

Marcin postawił pierwszy krok w stronę leżącego ciała. Jakaś część jego

świadomości  wiła  się  i  krzyczała,  starając  się  oswobodzić  z  łańcuchów,
jakimi została brutalnie spętana.

- Bliżej - namawiał go topielec.
Szedł  dalej.  Nie  chciał,  ale  coś  mu  kazało  stawiać  stopę  za  stopą.  Stracił

kontrolę  nad  własnym  ciałem.  Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  był  tak  skrajnie
przerażony.  Miał  wrażenie,  że  zaraz  eksploduje  mu  serce.  Gdzieś  w  głębi
siebie na to liczył, aby tylko nie zbliżyć się jeszcze bardziej do zwłok. Jednak
szedł dalej.

Ponowny  uśmiech  zagościł  na  twarzy  wuja.  Wyraźnie  cieszył  się  na

spotkanie  ze  swoim  siostrzeńcem.  Marcin  dopiero  teraz  poczuł  odrzucający
fetor  topielca.  Wszystkie  gazy,  jakie  skumulowały  się  w  gnijącym  trupie,
wydostały  się  na  wolność.  Zawartość  żołądka  chłopaka  podeszła  mu  do
gardła. Zaraz zwymiotuję - pomyślał. Jednak wiedział, że i tego może nie być
w stanie zrobić.

- Jeszcze bliżej. Powiem ci coś na ucho - ponownie zabulgotał topielec.
Teraz  z  bliska  widział,  jakie  zmiany  zaszły  w  jego  ciele  przez  czas

spędzony  pod  wodą.  Widział  czarne  zęby,  ciemnosiny  język,  z  którego
odpłynęła  cała  krew.  Przez  puste  oczodoły  przebijała  się  biel  kości,
połyskująca  w  świetle  księżyca.  Trup  wyciągnął  rękę  w  stronę  chłopaka
i  złapał  go  za  nadgarstek.  Marcin  poczuł  lodowate  zimno  paraliżujące  całe
ramię. Próbował się wyrwać, chciał krzyczeć, ale nie mógł. Włożył w to całą
swoją  wolę,  ale  i  tak  nieubłaganie  przybliżał  swoją  twarz  do  twarzy
umarlaka.  Po  chwili  ich  głowy  znalazły  się  na  tej  samej  wysokości.  Teraz
usta wuja rozchyliły się i wypowiedział:

- Idziesz ze mną.
Marcin poczuł, jak coś gwałtownie go ciągnie.

background image

- Marcin! - krzyknął Tymek, ciągnąc go za ramiona. - Stary, pojebało cię?
Dopiero  teraz  Marcin  uświadomił  sobie,  że  wszedł  po  uda  do  wody.

Poczuł  przenikliwe  zimno  rozchodzące  się  po  całym  jego  ciele.  Spojrzał
przerażonymi oczami na kolegę.

-  Marcin,  ej!  -  powiedział  Tymek,  machając  mu  przed  oczami  ręką.

- Kontaktujesz?

- Tak, 

SORRY

. Jestem. Dzięki - odpowiedział półprzytomnie Marcin.

-  Co  ci  odwaliło?  Wyjdź  z  tej  wody  -  poprosił  Tymek  i  zaczął  wyciągać

Marcina  na  brzeg.  -  Stary,  wołałem  cię,  a  ty  nic.  Po  prostu  puściłeś  piwo
i szedłeś przed siebie jak zahipnotyzowany.

Marcin milczał. Cały czas nie wiedział, co powiedzieć. Nie rozumiał tego,

co  mu  się  przed  chwilą  przydarzyło.  Nie  chciał  zrozumieć.  Pragnął  jedynie,
żeby  to  się  skończyło,  żeby  przestały  się  dziać  z  nim  te  dziwne  rzeczy.
Wrażeń jak na jeden wieczór miał aż nadto.

-  Nie  wiem,  co  się  stało.  -  Tymek  milczał,  z  zaciśniętymi  ustami  patrząc

na kolegę. - Naprawdę, nie wiem.

-  Jezu  -  dotarł  do  nich  głos  Nadii.  -  Czemu  stoicie  w  wodzie?  -  zapytała

zaskoczona, idąc w ich stronę pomostem.

-  Marcin  się  potknął  i  wpadł  do  wody  -  wydukał  Tymek.  Starał  się,  aby

jego  głos  brzmiał  pewnie,  lecz  zupełnie  mu  to  nie  wyszło.  Brzmiał  bardziej
jak chłopak, który chce ukryć ściągę na klasówce, mimo że doskonale zdaje
sobie sprawę, że go złapano.

Nadia milczała. Stała i tylko przyglądała się im przenikliwym wzrokiem,

próbując dostrzec prawdziwy powód dziwnego zachowania.

- Zamyśliłem się i potknąłem się o kamień na brzegu - wykrztusił z siebie

Marcin.

-  Okej.  -  Nadia  w  końcu  kiwnęła  głową.  -  Może  lepiej  już  chodźmy  do

domu, bo zamarzniecie.

Tymek  pomógł  wyjść  Marcinowi  z  wody.  Kiedy  stanęli  na  brzegu,

upewnił się, że jego przyjaciel może stać o własnych siłach. Jak tylko Nadia
odwróciła się w stronę jeziora, Tymek natychmiast wyszeptał do Marcina:

- Nie wiem, co ty odpierdalasz, ale nie rób tego więcej, jasne?
- Stary, przecież ci mówię…
- Nieważne. Po prostu się pilnuj.
Marcin  kiwnął  głową.  Nie  rozumiał,  skąd  takie  agresywne  zachowanie

u kumpla. Co zrobił źle? Przecież nie wlazłby do wody na własne życzenie.
Niemniej,  nie  zamierzał  się  teraz  spierać.  Gdyby  nie  Tymek,  wolał  nie
myśleć, jakby to się skończyło.

- Spoko. To zostanie między nami - dodał na złagodzenie sytuacji Tymek.
- Dzięki. - Marcin pokiwał mu głową.
Wreszcie  ruszyli  w  stronę  domu,  Nadia  szła  na  końcu,  zatopiona

w myślach. Nie uzmysławiała chłopakom, że ich bajeczka z potknięciem się
była zbyt infantylna, aby ktokolwiek, kto jest choć odrobinę spostrzegawczy
i  widzi  więcej  niż  czubek  własnego  nosa,  w  nią  uwierzył.  Po  pierwsze,  na
plaży  nie  było  nawet  jednego  kamienia.  Po  drugie,  jak  człowiek  potyka  się

background image

i wpada do wody, to robi przy tym niemały hałas. Tymczasem panowie stali
spokojnie, jakby weszli do wody, aby się zwyczajnie odlać. Tak czy inaczej,
Nadia  miała  swoje  przypuszczenia,  ale  jeszcze  to  nie  był  odpowiedni  czas,
żeby dzielić się nimi z pozostałymi.

Parę  minut  później  byli  już  w  domu.  Marcin  wszedł  pierwszy.  Był  tak

zmarznięty,  że  chwilowo  zostawił  savoir-vivre  w  kieszeni  przemoczonych
jeansów.  Zrzucił  z  nóg  mokre  buty  i,  zostawiając  za  sobą  śliskie  ślady,
poszedł w stronę łazienki, a Tymek za nim, jakby chciał go przypilnować.

Nadia  natomiast  powiesiła  spokojnie  płaszcz  i  udała  się  do  kuchni.

Automatycznie skierowała się w stronę lodówki i wyciągnęła z niej otwartą
butelkę. Czuła pulsowanie w skroniach, delikatne szumienie i coś jeszcze, ale
zdecydowała się uciszyć wszystkie pozostałe głosy przy pomocy czerwonego
wina. Może tym razem jej się uda - pomyślała. Nie była pewna, czy szum był
spowodowany wizjami, czy alkoholem. Tak czy inaczej, miała zamiar utopić
wszystko w kieliszku.

Gdy  zamykała  lodówkę,  zatrzymała  wzrok  na  oknie.  Tym  samym,

w  którym  wcześniej  Marcin  zobaczył  odbicie  swoich  rodziców,  jednak
dziewczyna zobaczyła w ciemnym odbiciu tylko swoją twarz. Bała się, że jak
odwróci głowę, to zobaczy rodziców Marcina stojących na korytarzu.

Wzięła głęboki wdech, nieświadomie zacisnęła palce na butelce z winem

i się odwróciła.

Na  szczęście  korytarz  był  pusty.  Dzierżąc  butelkę  w  ręku  niczym  broń,

ruszyła  w  stronę  salonu.  Usiadła  na  fotelu  i  nalała  sobie  kolejną  lampkę.
Z  głośników  dalej  sączyły  się  klasyczne  już  teraz  riffy  Red  Hotów.  Nadia
pozwoliła otulić się muzyką.

O

NCE YOU KNOW YOU CAN NEVER GO BACK

I

’VE GOT TO TAKE IT ON THE OTHER SIDE

Święte  słowa  -  pomyślała  dziewczyna.  Święte  słowa.  Wsłuchując  się

w tekst piosenki, niespiesznie sączyła chłodną mieszankę cabernet sauvignon
z  shirazem.  Myślała  o  tym,  co  ujrzała  najpierw  w  domu,  a  potem  nad
jeziorem.  Najpierw  poczuła  jakąś  obecność  w  bibliotece  wuja,  do  której
Marcin  zabronił  wchodzić.  Następnie  zobaczyła  jego  poturbowanych
rodziców  unoszących  się  na  korytarzu,  co  zmroziło  krew  w  jej  żyłach.  Nie
potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miała tak silne wizje. Owszem,
czasami jeszcze zdarzało jej się ujrzeć kogoś, kogo nie powinno się widzieć,
lecz zawsze to było mignięcie, zauważone ledwie na ułamek sekundy kątem
oka.  Nigdy  jeszcze  obraz  nie  był  tak  rzeczywisty.  Nawet  babka  Na-  dii
wspominała tylko o ledwo widocznych mgłach i znakach, jakie pozostawiali
goście  z  zaświatów.  Dziewczyna  nie  wierzyła  jej  do  momentu,  w  którym
kiedyś zobaczyła swojego dziadka wchodzącego w nocy do lasu za stodołą.
W  silnym  świetle  księżyca  dziadek  był  bardzo  wyraźny  i  dobrze  widoczny,
mimo że widzenie trwało zaledwie parę sekund. Odwrócił się do dziewczynki
i  pomachał  jej,  po  czym  ruszył  między  ciemne  drzewa.  Jedenastoletnia
wówczas Nadia siedziała w oknie i wpatrywała się ze spokojem w człowieka,

background image

który  został  pochowany  niespełna  tydzień  wcześniej.  Gdy  opowiedziała
o  wszystkim  swojej  babce,  ta  tylko  uśmiechnęła  się,  zmierzwiła  jej  włosy
i pogratulowała. Nie powiedziała nic więcej.

Nie  wiedziała,  ile  czasu  tak  siedziała  w  salonie.  Dopiero  po  chwili

uświadomiła sobie, że jest sama, a Adama i Majki nigdzie nie ma.

Nagle  telewizor,  do  którego  był  podłączony  laptop  puszczający  muzykę,

ryknął wściekle, akurat w momencie śpiewania H

OW LONG?

  przez  Red  Hotów

.

Nadia  aż  podskoczyła  w  miejscu,  prawie  wylewając  na  siebie  wino.
Błyskawicznie  spojrzała  w  stronę  laptopa,  ale  ze  zdziwieniem  musiała
stwierdzić,  że  nikt  przy  nim  nie  majstrował.  Serce  waliło  jej  jak  oszalałe.
Może  to  było  jakieś  zwarcie,  może  dźwięk  jest  nagrany  na  różnych
poziomach  głośności…  w  co  sama  wątpiła,  bo  płyta  była  oryginalna.
Po sekundzie ustabilizowała odrobinę oddech, uspokoiła się, wstała i ściszyła
muzykę.

W  tym  momencie  do  salonu  wkroczyli  Marcin  i  Tymek.  Obaj  byli

przebrani  w  świeże  jeansy  i  koszulki.  Marcin  założył  na  siebie  białą
koszulkę,  która  ładnie  komponowała  się  z  błękitem  jego  oczu.  Tymek
natomiast zarzucił na siebie nieuprasowany, czarny t-shirt z logo firmy Jack
Daniels zajmującym całą, wychudzoną klatkę piersiową.

Podszedł  do  stołu  i  nalał  sobie  wina.  Z  kolei  Marcin  trzymał  w  ręku

szklankę z wlaną wódką i dolewał sobie coli. Zdecydował, że musi napić się
czegoś mocniejszego niż piwo.

- Co, rozkręcasz imprezę? Gdzie reszta? - zapytał Tymek.
- A właśnie, gdzie oni? - dodał Marcin.
- Nie wiem. Tu ich nie było - odrzekła Nadia.
Marcin  zamarł  z  drinkiem  zawieszonym  na  wysokości  klatki  piersiowej.

Co się z nimi stało? Racjonalny głos w jego głowie po raz kolejny kazał mu
się opanować i nie wyobrażać sobie nie wiadomo czego, jednak chłopak nie
zamierzał  go  słuchać.  Najpierw  odbicie  zmasakrowanych  rodziców,  potem
mówiące do niego ciało zmarłego wuja. Adam i Maja na pewno nie żyją. Coś
ich  pożarło  albo  wciągnęło  do  piwnicy.  Bardzo  chciał  się  nie  nakręcać,  ale
wyglądało na to, że to on był nakręcany i najwyraźniej bez własnej woli.

- Nie było ich tu? - zapytał Marcin.
-  No  przecież  mówię  -  zaczęła  Nadia.  -  Poszliście  do  łazienki,  a  ja  do

kuchni po wino. Wróciłam tu i było pusto.

Marcin i Tymek milczeli zaskoczeni.
- Wołałaś ich? - zapytał Tymek.
Naraz schody prowadzące na górę zaskrzypiały. Marcin odwrócił się, ale

nim to zrobił, poczuł, jak całe jego ciało przeszywa dreszcz. Wyobraził sobie,
że  ponownie  zobaczy  swojego  martwego  wuja,  który,  ociekając  wodą
i  mokrymi  glonami,  będzie  schodził  do  niego  po  schodach,  jedną  ręką
ciągnąc  za  sobą  bestialsko  zamordowanego  Adama,  a  w  drugiej  trzymając
odrąbaną głowę Mai.

- Kogo wołaliście? - zapytał Adam, schodząc z ostatniego stopnia.
Milczeli. Adam stał i patrzył na nich, czekając, aż z góry dołączy do niego

background image

Maja.

- Gdzie byliście? - zapytał w końcu Marcin, zły na siebie za to, że tak się

wystraszył.

- No na górze, eee… rozpakować się - stwierdził Adam.
- Po tym rozpakowywaniu się zapomniałeś zapiąć rozporka - powiedziała

lodowatym głosem Nadia.

Teraz  wszyscy  skierowali  spojrzenia  centralnie  w  krocze  Adama.  Ten

zawadiacko  uśmiechnął  się  i  zasunął  zamek  błyskawiczny.  Jednocześnie
patrzył na Maję.

- No kurwa, serio? - zapytał zniesmaczony Marcin. - Jezu, ludzie, ile wy

macie lat. W domu wam mało? - Po czym wypił drinka jednym haustem. Źle
mu  było  na  myśl,  że  para  jego  przyjaciół  dogadzała  sobie  gdzieś  w  jego
domu, i to pod jego nieobecność. To znaczy, nie chciał przy tym być, ale po
prostu cała sytuacja pozostawiała pewien niesmak.

Oskarżona dwójka zdecydowała się zachować milczenie.
-  Dobra,  kurwa,  nieważne.  I  tak  nie  zrozumiesz  -  powiedział  do  Adama

i poszedł do salonu. Usiadł na fotelu, a po chwili pełnego frustracji milczenia
wstał  i  ruszył  w  stronę  kuchni,  żeby  w  samotności  i  zrobić  sobie  jeszcze
jednego drinka.

Był  zdenerwowany.  Nie  zamierzał  tego  ukrywać,  poza  tym  był  w  takim

stanie, że nawet gdyby chciał, to mogłoby to mu się nie udać. Miał wrażenie,
że  wszystko  wymyka  mu  się  spod  kontroli.  Czuł  się  obco  nie  tylko  w  tym
domu,  ale  i  we  własnym  ciele.  Nigdy  nie  doświadczył  tego,  co  przydarzyło
mu się dzisiaj. Takie sceny widywał na horrorach, ale nawet w najśmielszych
snach  czy  w  stadium  ostatecznego  upojenia  alkoholowego  nie  miał
podobnych zwidów i odczuć.

Podszedł do niego Adam.
- Nie komentuj - powiedział Marcin i się odwrócił.
- Stary, no przestań się zachowywać jak dziecko - zaczął Adam.
-  Daruj  sobie.  Sam  przestań  się  zachowywać  jak  napalony

siedemnastolatek,  który  w  życiu  gołej  dupy  nie  widział  -  rzucił,  odwracając
się i patrząc mu prosto w oczy.

Chwilę mierzyli się wzrokiem, aż w końcu Adam stwierdził, że to nie ma

sensu i rozmowy nie najlepiej im dzisiaj wychodzą. Obaj w milczeniu wrócili
do salonu, gdzie czekali na nich pozostali.

background image

 

Rozdział 4

-  No  dobrze,  to  zacznijmy  jeszcze  raz  -  powiedział  krzepki  mężczyzna,

przysuwając  krzesło  bliżej  metalowego  stołu.  Samotna  żarówka,  otoczona
blaszanym  kloszem,  wisiała  niespełna  metr  nad  jego  połyskującym  blatem.
Marcin  siedział  naprzeciwko  faceta,  który  od  pewnego  czasu  zasypywał  go
gradem  pytań.  Z  powodu  słabego  źródła  światła  reszta  zimnego
pomieszczenia niknęła w mroku.

Umysł  Marcina  powoli  wyłonił  się  z  letargu  i  przekazał  mu  aktualny

raport.

Ciemno.
Zimno.
Siedzę.
I nie mam pojęcia, jak się tu znalazłem.
-  Wcześniej  zapomniałeś  wspomnieć,  że  Adam  i  ta,  no…  -  Mężczyzna

zerknął  na  leżące  na  stole  zdjęcie  szczupłej  brunetki  o  delikatnie  kręconych
włosach. - …Maja, dogadzali sobie na górze.

Marcin  milczał  ze  zwieszoną  głową.  Zimne  kajdanki  uciskały  jego

nadgarstki,  które  już  dawno  zdążyły  zdrętwieć.  Ręce  miał  skute  za  plecami
i  umieszczone  za  oparciem  krzesła.  Czuł  się  skrajnie  zmęczony  i  głodny,
jakby nie spał od wielu dni. Ledwo mógł utrzymać otwarte oczy.

Chłopak  spojrzał  mętnym  wzrokiem  na  faceta  siedzącego  przed  nim.

Wyglądał  na  niezbyt  sympatycznego  typa.  Krótko  ostrzyżony  brunet,  niski,
ale  dobrze  zbudowany.  Przysadzisty.  Kwadratowa,  pokryta  kilkudniowym
zarostem  twarz  skrywająca  parę  ciemnych,  przenikających  na  wskroś  oczu.
Z  ust  mężczyzny  sterczał  zapalony  papieros,  każdorazowo  odpalany  od
poprzedniego.  Marcin  skierował  wzrok  na  stojącą  na  stole,  pełną  już  teraz
popielniczkę i zrozumiał, że musiał tu siedzieć już dość długo.

Niestety,  nie  był  w  stanie  sobie  przypomnieć  ani  jak,  ani  kiedy  tu  trafił.

Wydarzenia  i  wspomnienia  wchodziły  do  jego  głowy  jedną  stroną,
a  wylatywały  wszystkimi  innymi,  zupełnie  jak  ludzie  przechodzący  przez
centrum miasta w godzinach szczytu.

-  Chociaż  w  sumie  to  mu  się  nie  dziwię.  Fajna  dupcia  -  stwierdził

mężczyzna i zaśmiał się bezczelnie.

Wypuścił dym w stronę Marcina.
Chłopak  milczał.  Nie  wiedział,  co  powiedzieć  ani  jak  zareagować.  Może

powinien  poprosić  o  adwokata?  Dlaczego  właściwie  siedzi  w  tym
pomieszczeniu i ten facet go przesłuchuje? Co on zrobił? I gdzie są pozostali?
Naraz  zaczął  sobie  przypominać  pewne  fakty  z  piątkowej  nocy.  Adwokat?
Żaden  na  świecie  adwokat  nie  zrozumie  tego,  co  chłopak  mógłby  mu

background image

przekazać.  W  sumie  to  było  mu  obojętne.  Ważne  jest  tylko  to,  że  jednak
udało  mu  się  wydostać  z  domu,  chociaż  nie  potrafił  powiedzieć,  w  jaki
sposób.  Zamyślony,  gapił  się  na  lśniącą  powierzchnię  stołu,  przypominając
sobie coraz to nowe fakty.

-  Nie  chcesz  gadać?  -  zapytał  mężczyzna,  opierając  się  wygodnie  na

krześle. Wprawnie odchylił się do tyłu, kładąc nogi na stół. - Nie ma sprawy.
Ja mam czas. Będziesz śpiewał jak ptaszynka. Zobaczysz.

Wypuścił dym w stronę twarzy chłopaka i się uśmiechnął.
- Jaki mamy dzień? - wyszeptał chłopak, ledwo rozchylając usta.
Mężczyzna pochylił się nad stołem.
- Coś powiedział?
- Pytałem, jaki dzisiaj jest dzień? - powtórzył Marcin, nie podnosząc oczu.
Facet  zastanawiał  się  chwilę,  czy  normalnie  odpowiedzieć,  czy  też

zadrwić  z  niego  i  rzucić  jakiś  kretyński  tekst.  W  końcu  jednak  żadnego  nie
wymyślił, więc odpowiedział beznamiętnym głosem:

- Poniedziałek.
Marcin poczuł, jak ponownie otula go nieprzenikniona ciemność.

background image

 

Rozdział 5

- Dobra, Marcin, przestań już stroić fochy - poprosił Adam.
Od  ich  powrotu  z  kuchni  nikt  się  nie  odezwał.  Maja  nie  sądziła,  że  ich

mała  przygoda  wywoła  aż  taką  sensację,  lecz  równocześnie  nie
przypuszczała,  że  nie  uda  im  się  skończyć  przed  powrotem  pozostałych.
Pomyślała,  że  najlepszym  sposobem  na  oczyszczenie  atmosfery  będzie
zmiana tematu.

-  Czemu  się  przebraliście?  -  zapytała.  Marcin  spojrzał  na  nią

beznamiętnym wzrokiem, wyraźnie dając jej do zrozumienia, że niespecjalnie
ma ochotę rozmawiać. Jednak zreflektował się, stwierdził w duchu, że nie ma
co siedzieć obrażony i psuć sobie resztę wieczoru.

- Mieliśmy małą przygodę nad jeziorem - ubiegł go Tymek.
- Kąpaliście się?! - zapytała Maja z niedowierzaniem.
- Tak jakby.
- No to co w końcu? - Była już delikatnie poirytowana.
-  Trzeba  było  pójść  z  nami,  to  byście  zobaczyli,  ale  widzę,  że  tu  też

mieliście niezłe przygody.

Uniósł  w  górę  swoją  butelkę  z  piwem,  wznosząc  na  ich  cześć  szyderczy

toast.  Oczy  Mai  ciskały  gromy,  Adam  natomiast  zupełnie  go  zignorował.
Marcin uważał, że pewnie w głębi ducha jest zadowolony, że zostali nakryci.
Zdecydowanie korzystnie wpływało to na jego ego.

- Dobra, to co oglądamy? - wtrąciła Nadia.
- A oglądamy coś w końcu? - Marcin stracił wszelką ochotę na oglądanie

filmu.

-  No  tak,  chyba  to  już  ustaliliśmy,  nie?  -  odezwał  się  Tymek.  -  Kurde,

ludzie, weźcie się ogarnijcie.

-  No  przestańcie,  nie  będziemy  siedzieć  i  oglądać  filmów  jak  gnojki

w gimnazjum - powiedziała Maja.

-  Wiecie  co?  W  dupę  z  tym  filmem  -  zarządził  Marcin,  zmęczony  całą

dyskusją.

Następne  kilkanaście  minut  spędzili  na  piciu  i  rozmawianiu  na  różne

tematy. Były próby dyskusji o polityce, jednak błyskawicznie i jednogłośnie
stwierdzili,  że  nie  ma  po  co  tracić  czasu.  Przewinął  się  też  temat  wyższości
studiów  zaocznych  nad  studiami  dziennymi,  które  według  Tymka  lepiej
przygotowują człowieka do życia i funkcjonowania w społeczeństwie, wbrew
obiegowej opinii, że poziom nauczania na nich jest tragicznie niski i robi się
je tylko po to, aby mieć papier.

-  No  bo  tak  jest,  zobaczcie  -  mówił  -  człowiek  idzie  na  studia  dzienne

i  ślęczy  całe  dnie  na  uczelni.  Rodzice  płacą  mu  za  akademik  i  przelewają

background image

kasę  na  konto,  normalnie  jak  pensję.  Tak  naprawdę  niewiele  to  się  różni  od
liceum czy gimnazjum, gdzie dzieciak nie ma żadnych zmartwień poza tym,
że nie nauczył się na klasówkę i dostanie pałę… - Zrobił pauzę, żeby wziąć
łyk  wina.  -  …a  na  studiach  zaocznych  to  nie  dość,  że  w  tygodniu  trzeba
zachrzaniać  w  robocie,  żeby  było  czym  za  te  studia  zapłacić,  to  jeszcze
w  weekendy  człowiek  ma  przejebane,  bo  zajęcia  trwają  od  rana  do  ciemnej
nocy. To hartuje, serio.

- A w czym to niby ma hartować? - zapytał drwiąco Adam.
-  W  życiu  -  odpowiedział  sentencjonalnym  tonem,  ale  zupełnie  na  serio.

-  W  życiu.  Przygotowuje  do  radzenia  sobie  w  społeczeństwie.
- Na podkreślenie wagi swoich słów znowu pociągnął łyk alkoholu.

- E tam, pieprzenie - zaoponował Adam. - Bo niby co, studia dzienne nie

przygotowują  do  życia?  Chrzanisz.  Masz  więcej  czasu  na  naukę  i  po
skończonych studiach wiesz po prostu więcej. No i renoma jest inna.

-  Tak,  ale  i  tak  lądujesz  na  zmywaku  i  musisz  sobie  budować

doświadczenie  od  zera.  A  po  zaocznych  masz  przynajmniej  parę  lat
przepracowanych tu czy tam - zripostował Tymek.

-  Dobra,  przestańcie,  bo  zaraz  się  sobie  rzucicie  do  gardeł  -  wtrąciła  się

Maja.

Jednak  nie  przestali,  a  Marcin  i  Nadia  po  prostu  przestali  ich  słuchać.

Nadia  nieświadomie  bawiła  się  kolczykiem  tkwiącym  w  ustach,  jak  zawsze
gdy  się  zamyśliła.  Analizowała  to,  co  się  wydarzyło,  odkąd  trafiła  do  tego
domu.  Rodzice  Marcina  stojący  w  korytarzu,  wyglądający  jakby  przeszli
ciężki  wypadek  samochodowy.  Chociaż  stojący  to  złe  określenie  dla  kogoś,
kto  unosił  się  kilka  centymetrów  nad  ziemią.  Wiedziała,  że  niestety  musi
zachować  spokój  i  milczeć.  Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  jeżeli  podzieli
się  swoimi  refleksjami  z  resztą  towarzystwa,  to  wyśmianie  jej  będzie
najdelikatniejszą reakcją. Nie zrozumieją, nie uwierzą. Będą szydzić, głupio
komentować,  ale  czy  w  obliczu  zagrożenia,  które  sugeruje  intuicja,  miała
milczeć? Dziewczyna czuła, że coś złego wisi w powietrzu i powinna ostrzec
pozostałych, żeby uważnie rozglądali się dookoła siebie. A może gdyby im to
na  spokojnie  wytłumaczyła?  Jak  w  dwudziestym  pierwszym  wieku  studenci
zareagują  na  wieść  o  tym,  że  dom,  w  którym  aktualnie  się  znajdują,  jest
przepełniony negatywną, mroczną energią lub nawet nie tyle mroczną, ile po
prostu  obcą?  Że  Nadia,  odkąd  była  małym  dzieckiem,  widziała  rzeczy
dosłownie  nie  z  tego  świata?  Teraz  wiara  w  zjawiska  paranormalne  odeszła
do  lamusa.  Ludzie  nabijają  się  z  takich  spraw,  parodiują  w  filmach,
literaturze  i  muzyce,  nie  traktując  tego  poważnie,  co  tylko  daje  tym  siłom
większe  pole  do  manewru,  jak  tłumaczyła  jej  niegdyś  babka.  Jeżeli  ludzie
czczą Boga i jego anioły, dlaczego odrzucają istnienie przeciwnych im istot?

Dziewczyna  była  zła,  że  sprawy  przybrały  taki  obrót,  ale  też  rozumiała,

dlaczego  tak  jest.  Ludzie  chcieliby  dowodów.  Zdjęć,  nagrań,  czegokolwiek.
A Nadia, pomimo najszczerszych chęci, nie mogłaby ich przedstawić. Nigdy
nie próbowała w żaden sposób dokumentować swoich widzeń. Poza tym, nie
planowała ich i nie potrafiła przewidzieć, jak i dlaczego się pojawiają, więc

background image

jakakolwiek  próba  dokumentacji  byłaby  niezwykle  utrudniona.  Zerknęła
swoimi niebieskimi oczami w stronę Marcina i zauważyła, że on również jest
zamyślony  i  nie  bierze  udziału  w  dyskusji.  Domyśliła  się,  że  próbuje
zrozumieć to, czego dane mu było doświadczyć.

Z kolei chłopak był zbyt skupiony, aby wychwycić spojrzenie Nadii. Jego

myśli krążyły wokół potwornego widzenia, jednak od zupełnie innej strony.
W przeciwieństwie do Nadii, nie miał pojęcia, co się z nim dzieje, skąd biorą
się  te  widzenia  ani  co  oznaczają.  Wuj  przedstawił  mu  się  jako  topielec,
próbujący  wciągnąć  go  do  ciemnego  i  zimnego  jeziora.  Rodzice  byli  po
wypadku. Może jedni i drudzy chcieli mu coś przekazać? Ostrzec go? Nagle
chłopak  przypomniał  sobie  o  liście,  jaki  pozostawił  mu  wuj  przed  śmiercią.
Nie otworzył go do tej pory, jednak teraz poczuł, że już dawno powinien był
to  zrobić.  Zaczął  skanować  pamięć  w  celu  znalezienia  informacji,  gdzie
pozostawił kopertę, gdy jego wzrok spoczął na Adamie.

Jego  obecność  wyraźnie  irytowała  Marcina,  chociaż  nie  do  końca  był

pewien dlaczego. Do tej pory dobrze się dogadywali, lecz dzisiaj ewidentnie
coś  mu  w  nim  nie  leżało.  Może  to  przez  alkohol?  Wątpił.  Zaczął  się
zastanawiać, kiedy jego stary kumpel zaczął sobie prostować włosy, żeby żel
lepiej na nich leżał. A może to była pianka? Spojrzał na niego z nieukrywaną
pogardą,  próbując  zrozumieć,  jak  mężczyzna  może  spędzać  więcej  czasu
przed lustrem niż jego kobieta. Miał szczerą ochotę podejść i rozwalić mu tę
skrzętnie  ułożoną  fryzurę,  chociaż  prawdopodobnie  skończyłoby  się  to
sklejeniem wszystkich palców jego dłoni.

- Cholera, nie widziałaś mojego telefonu? - zapytał Adam Majkę, grzebiąc

po kieszeniach spodni, co jednocześnie wyrwało Marcina z zamyślenia.

Telefon  -  pomyślał.  Dlaczego  jestem  taki  głupi,  że  nie  zadzwoniłem  do

rodziców? Dziewczyna pokręciła przecząco głową:

- Nie. Może zostawiłeś go na górze?
Adam  zawiesił  na  niej  wzrok,  a  jego  zbyt  szybka  reakcja  przyciągnęła

uwagę  Marcina,  który  sięgnął  po  swoją  komórkę,  żeby  zadzwonić  do
rodziców i sprawdzić, czy u nich wszystko dobrze.

- Na górze? - powtórzył beznamiętnie Adam. - Tak, pewnie tak. Pójdę po

niego.

Wstał,  jednak  według  Marcina  zbyt  szybko,  jakby  starał  się  coś  ukryć

przed nim, ale nie potrafił się domyślić co. Naraz go olśniło:

- No nie, gdzie wy się…
Adam tylko rzucił przez plecy:
- Na górze.
Marcin  poderwał  się  z  kanapy  i  ruszył  biegiem  na  górę,  depcząc  po

piętach  Adamowi.  Przypuszczenie,  że  jego  przyjaciele  kochali  się
w  prywatnej  bibliotece  wuja,  wprawiło  go  w  furię.  Czerwony  na  twarzy,
ścigał  Adama,  który  jak  na  razie  zręcznie  mu  umykał,  najwyraźniej
doskonale się bawiąc. Ku potwierdzeniu przypuszczeń Marcina kierował się
w stronę biblioteki. Po chwili wpadli do otwartego już teraz pomieszczenia.

Adam  dopadł  biurka,  ciężko  dysząc,  błyskawicznie  się  odwrócił

background image

i wyciągnął przed siebie ręce, żeby złapać w nie szarżującego Marcina. Ten
jednak  nie  zaatakował.  Wiedział,  że  kumpel  mu  nie  ucieknie,  więc  przed
biblioteką zatrzymał się, aby spokojnie do niej wejść.

Wkroczył  pewnie  do  skrytego  w  półmroku  pomieszczenia.  Ciemne,

mahoniowe  meble  wypełniały  całość  biblioteki,  a  każda  ze  ścian  była
zastawiona  półkami  dźwigającymi  niezliczone  ilości  książek.  Niektóre  były
standardowego  formatu,  inne  zdecydowanie  większe  lub  miniaturowe,
mieszczące  się  w  kieszeni  spodni.  Część  była  bardzo  stara,  co  można  było
stwierdzić  na  podstawie  delikatnej  woni  stęchlizny  unoszącej  się
w  powietrzu,  lecz  równocześnie  niektóre  pozycje  wyglądały  na  całkiem
nowe, drukowane w ciągu paru ostatnich lat. W rogu pomieszczenia stał mały
drewniany  stolik  z  lampą  oraz  jedno  krzesło.  Wuj  nie  lubił  towarzystwa
w  tym  miejscu,  zamykał  się  tu  i  spędzał  długie  godziny  na  lekturze,  sącząc
leniwie czerwone wino. I to w kompletnej ciszy, nigdy przy muzyce, chociaż
w rogu pomieszczenia stał stary, ale odrestaurowany i działający gramofon.

Do uszu Marcina doleciał odgłos kroków pozostałych osób wspinających

się  po  schodach.  Będą  tu  dopiero  za  chwilę  -  tyle  mu  wystarczy.  Marcin
zmierzył  wzrokiem  Adama,  który  opierał  się  o  ponaddwumetrowej
szerokości masywne biurko, gdzie zwykł zasiadać jego wuj i prowadzić zza
niego  swoje  zawiłe  interesy.  Za  biurkiem  było  umiejscowione  olbrzymie
okno  wychodzące  na  las  oraz  jezioro,  teraz  skąpane  w  delikatnym  blasku
księżyca.

- Jesteś śmieciem - stwierdził z jadem w głosie Marcin. Sam się zdziwił,

że stać go było na tak dobitne i brutalne określenie, aczkolwiek było już zbyt
późno, żeby się z niego wycofać.

Adam spojrzał na niego spode łba.
- Co powiedziałeś?
-  Słyszałeś  mnie  -  odpowiedział,  podchodząc  coraz  bliżej.  -  Jesteś

śmieciem. Jak inaczej cię nazwać? Już zwierzęta mają więcej taktu! Kurwa!
Pół  roku  temu  zginął  mój  wujek,  a  teraz  ty  posuwasz  swoją  laskę  na  jego
biurku?  Stary,  co  cię  opętało?  -  wykrzyczał  z  siebie.  Tak  naprawdę  zdawał
sobie sprawę, że to nie był powód do aż takiej awantury, jednak ta sytuacja
przepełniła  tylko  czarę  goryczy,  jaką  jego  kolega  systematycznie  uzupełniał
innymi  drwinami  przez  ostatnie  kilka  miesięcy,  włącznie  z  dniem
dzisiejszym.

Oparty  o  biurko  Adam  stał  i  wpatrywał  się  w  rozgoryczonego

i wściekłego kumpla. Analizował, czy od razu mu przywalić, czy trochę się
pokłócić i dopiero wtedy pójść na pięści. Wybrał pierwsze rozwiązanie.

Zrobił wykrok i zamachnął się prawą ręką. Marcin zręcznie uniknął ciosu

i  uderzył  go  prosto  w  brzuch.  Ten  zgiął  się  wpół  i  skulił  się.  Marcin
pomyślał, że już po walce, od razu poczuł wyrzuty sumienia i obwiniał się, że
podniósł rękę na kumpla. Pochylił się nad Adamem i to był moment, na który
ten  tylko  czekał.  Rzucił  się  na  Marcina  i  odepchnął  go  na  ciężki  regał.
Książki  wyfrunęły  z  półek  niczym  spłoszone  ptaki.  Dookoła  zaczęły  latać
podarte  kartki.  Walczący  kompletnie  na  to  nie  zważali,  co  więcej  deptali

background image

jeszcze woluminy, łamiąc i gniotąc okładki.

Naraz do biblioteki wpadli pozostali. Dziewczyny zaczęły krzyczeć, żeby

się  opanowali,  a  Tymek  błyskawicznie  podbiegł  do  chłopaków  i  ich
rozdzielił:

-  Spokój,  kurwa!  -  zawołał,  w  ostatniej  sekundzie  uchylając  się  przed

pięścią, która wcale nie była dla niego przeznaczona.

Naraz Tymek odwrócił się plecami do Adama, złapał Marcina za koszulkę

i  popchnął  na  przeciwległą  ścianę.  Stanowczo,  ale  w  taki  sposób,  że  nie
ucierpiało na tym wyposażenie biblioteki. Gdy Marcin się zatrzymał, Tymek
wycelował w niego palcem:

- Stój i się nie ruszaj! - Odwrócił się, żeby teraz uspokoić Adama, ale ten

był już przy nim, z szaleństwem w oczach próbując dosięgnąć Marcina. Tym
razem jego pięść trafiła w policzek rozjemcy.

Tymek  nie  należał  do  największych  chłopaków,  z  jakimi  spotykała  się

Nadia. Raczej nie znalazłby miejsca w reprezentacji uczelni w siatkówce czy
piłce nożnej. Owszem, był wysoki i niezwykle szczupły, ale przy tym bardzo
silny  i  żylasty.  Kiedy  bez  zbędnych  ceregieli  oddał  cios,  trafiając  Adama
prosto  w  nos,  chłopaka  odrzuciło  ze  dwa  metry.  Wylądował  na  plecach,
gniotąc przy okazji kolejne książki.

Nastała cisza, mącona tylko przerywanymi, krótkimi oddechami.
- Starczy? - zapytał Tymek, górując nad dwójką kolegów.
Żaden z nich się nie odezwał, patrzyli tylko po sobie, czekając w napięciu

na reakcję drugiego.

-  Jak  dzieci  -  przerwała  ciszę  Nadia.  Taka  krytyka  w  stosunku  do  nowo

poznanych  osób  może  i  była  oznaką  zuchwałości,  niemniej  dziewczyna
stwierdziła, że woli stanąć po stronie swojego chłopaka i pomóc wprowadzić
porządek. Podeszła do rozrzuconych książek i zaczęła je wkładać z powrotem
na półki. - Przepraszam, układam byle jak - powiedziała, patrząc na Marcina.
- Nie wiem, jak stały wcześniej.

- Jasne, nie ma sprawy. Dziękuję.
Dziewczyna  spojrzała  na  niego  z  mieszanką  irytacji  i  współczucia.  Nie

mogła mu powiedzieć, że wie, co przeżywa. Że doskonale rozumie wahania
nastroju i nieprzewidywalne wybuchy agresji, jakie nim targają.

Maja  podeszła  i  zaczęła  jej  pomagać.  Tymek  chwilę  patrzył  na

rozdzielonych,  po  czym  pokręcił  głową  z  dezaprobatą  i  zaczął  pomagać
dziewczynom. Marcin opanował już oddech, ale dalej się nie ruszał. Było mu
nieprawdopodobnie  głupio  z  powodu  swojego  zachowania,  jednak  starał  się
sobie  wmówić,  że  został  sprowokowany.  W  końcu  gdyby  nie  zachowanie
Adama, do niczego by nie doszło, prawda?

-  Ej,  a  co  to  jest?  -  zapytała  niespodziewanie  Maja.  Uniosła  w  górę

podniesioną  z  podłogi  książkę.  Pomimo  sporego  rozmiaru,  była
nieoczekiwanie  lekka.  Dziewczyna  potrząsnęła  nią  i  do  ich  uszu  doleciało
delikatne stukanie. Zebrani w pokoju popatrzyli po sobie. - Marcin, wiesz, co
to jest?

-  Nie  wiem.  -  Wyciągnął  do  niej  rękę,  a  Maja  oddała  mu  książkę

background image

z niechęcią, wyraźnie rozczarowana, że to nie ona ma zbadać zawartość.

- Nigdy wcześniej jej nie widziałem - powiedział cicho. Nie wiadomo, czy

mówił do siebie, czy do pozostałych.

-  Otwórz,  no  dawaj  -  wtrącił  się  Adam,  podchodząc  bliżej  Marcina.

Zmierzyli  się  wzrokiem,  jednak  dało  się  odczuć,  że  otwarty  konflikt  można
uznać za przeszłość.

-  Przepraszam.  -  Marcin  wyciągnął  otwartą  dłoń.  Adam  przyjął  to  słowo

z nieukrywaną ulgą.

-  Nie,  to  ja  przepraszam  -  odpowiedział.  Ta  deklaracja  niemalże  wbiła

Marcina w podłogę. Nigdy nie słyszał, żeby Adam kogokolwiek przepraszał.
- Masz rację, trochę nas poniosło.

Marcin uśmiechnął się. Uścisk dłoni trwał krótko, ale był szczery i mocny.
- Ale warto było - dodał, szczerząc zęby, Adam, od razu uciekając krok do

tyłu i teatralnym gestem zasłaniając głowę rękoma.

-  Ja  ci  dam  -  odgrażał  się  z  uśmiechem  Marcin,  ale  wszyscy  doskonale

wiedzieli, że to tylko słowne przepychanki.

- Dobra, dasz mu później, teraz otwórz książkę - naciskała Maja.
Racja,  książka  -  upomniał  się  Marcin,  zerkając  w  jej  kierunku.  Jednak

otwieranie  jej  było  ostatnią  rzeczą,  na  jaką  miał  ochotę.  Nie  wiedział
dlaczego,  ale  intuicja  podpowiadała  mu,  że  nie  powinien  do  niej  zaglądać
i  mieszać  się  w  nie  swoje  sprawy.  Zerknął  na  pozostałych  i  jego  spojrzenie
ponownie  utkwiło  w  błękitnych  oczach  Nadii.  Wpatrywała  się  w  niego.
Spojrzenie  dziewczyny  niczego  mu  nie  podpowiadało.  Nie  ostrzegało,  nie
obiecywało, nie pytało. Po prostu patrzyła na niego beznamiętnym wzrokiem,
czekając  na  to,  co  uczyni.  Marcin  otworzył  twardą  oprawę  książki,  która
okazała  się  wydrążona  w  środku.  Sięgnął  ręką  do  jej  wnętrza  i  wyciągnął
klucz, który uniósł do twarzy, aby mu się lepiej przyjrzeć.

-  Wiesz,  do  czego  jest?  -  zapytała  wyraźnie  zafascynowana  znaleziskiem

Maja. Oczy jej błyszczały, jakby trafili na samego Świętego Graala.

-  Nie,  nie  widziałem  go  wcześniej  -  odpowiedział  zgodnie  z  prawdą

Marcin. - Nie mam pojęcia, do czego służy.

- Może twój wujek miał tu jakiś sejf albo coś takiego? - zapytał Tymek.
-  Sejf  miał,  ale  nieotwierany  kluczem,  tylko  na  zamek  cyfrowy  -  odparł

Marcin. - Więc to odpada.

- Może miał inny sejf? Jakiś stary, na pamiątki albo osobiste skarby? - nie

ustępował Tymek.

- Może. Ciekawe.
W  tym  czasie  Adam  usiadł  za  biurkiem  wuja.  Skórzany  fotel  delikatnie

zaskrzypiał,  ale  Marcin  nie  miał  zamiaru  upominać  kolegi  na  temat
niestosownego  zachowania,  że  to  fotel  wuja,  nie  szanuje  go  i  takie  tam.
To  i  tak  niczego  by  nie  zmieniło,  więc  szkoda  było  strzępić  sobie  i  tak  już
skołatane nerwy.

Dziewczyny  wróciły  do  układania  książek,  a  Marcin  stał  i  przyglądał  się

znalezisku.

- Ej, podaj na chwilę ten klucz - poprosił Adam.

background image

Marcin nie zrobił tego, natomiast podszedł do kolegi i stanął za biurkiem.
- Coś znalazłeś?
- Zobacz, tu jest zamknięta szafka, może pasuje?
Reszta zamilkła, wpatrując się w Marcina. Ten, czując presję ich spojrzeń,

włożył klucz do zamka. Pasował. Przekręcił go w prawo w akompaniamencie
przesuwanych  bolców  mechanizmu  zapadkowego.  Drzwiczki  delikatnie
skrzypnęły,  po  czym  uchyliły  się  mniej  niż  na  centymetr.  Oczy  Adama
i Majki niemalże wyszły z orbit, lecz Marcin był zmuszony pokrzyżować ich
plany.  Nie  wiedział,  co  mógł  znaleźć  w  osobistej  szafce  wuja.  Dodatkowo
wagę  tego,  co  będzie  w  środku,  podkreślał  fakt,  że  klucz  był  schowany
w dość przemyślny sposób. Wobec tego poprosił delikatnie przyjaciół, żeby
się wycofali i pozwolili mu zajrzeć tam samemu. Niechętnie ustąpili.

Marcin  otworzył  drzwiczki  szerzej.  Jego  twarz  zmarszczył  grymas

zaskoczenia i totalnej dezorientacji. W zamykanej szafce znajdowały się dwie
rzeczy  -  nieznanego  przeznaczenia  wajcha  i  niewielki  srebrny  rewolwer.
Chłopak  błyskawicznie  podjął  decyzję,  że  nie  będzie  się  afiszował
znaleziskiem,  więc  po  chwili  konsternacji  włożył  rękę  do  środka  szafki
i położył dłoń na metalowej dźwigni. Spróbował ją ruszyć do przodu, jednak
nie udało mu się. Spróbował w drugą stronę - dźwignia ruszyła gładko, jakby
była doskonale zakonserwowana lub często używana.

Nagle  przez  pomieszczenie  przetoczył  się  chrobot  i  szczęk  metalowych

kół  zębatych.  Jedna  z  półek  zawalonych  książkami,  ta  znajdująca  się
naprzeciw  stolika,  delikatnie  drgnęła  i  przesunęła  się  o  parę  centymetrów.
Nikt w pomieszczeniu nie poruszył się i nie wydał chociażby najmniejszego
dźwięku. Staliby pewnie w milczeniu do końca świata, gdyby nie klasyczna
polska reakcja na tego typu nieoczekiwane i nadzwyczajne zjawiska:

- O ja pierdolę - powiedziała Maja, przykładając dłoń do ust.
Tego  chyba  potrzebowali,  bo  wreszcie  się  ruszyli.  Marcin  znowu  poczuł

się w obowiązku jako pierwszy zajrzeć za ruchomą szafę.

- Co to, kurwa, jest? - zapytał Adam.
- Nie mam pojęcia - ponownie odpowiedział Marcin.
-  Kurde,  mieszkasz  tu  tyle  czasu  i  nic  nie  wiesz?  -  zapytała  z  paniką

w głosie Maja.

- Oj, bujaj się, skąd mogłem o tym wiedzieć? Przecież znaleźliśmy klucz

przypadkiem.

Na miękkich nogach podszedł do ruchomej szafy, jednak nie przesuwał jej

dalej.  Obszedł  ją,  starając  się  zobaczyć  jak  najwięcej  z  bezpiecznej
odległości.  Czuł  się  jak  poszukiwacz  zaginionych  skarbów,  który  w  końcu
trafił na coś godnego uwagi. Z tą tylko różnicą, że on niczego nie szukał.

-  To  drzwi  -  powiedziała  cicho  Nadia.  Marcin  dopiero  teraz  spojrzał  na

dziewczynę i zauważył, że była niemalże blada ze strachu.

W  momencie  uruchomienia  systemu  i  delikatnego  ruchu  drzwi  Nadia

poczuła  najsilniejszą  paranormalną  wibrację,  z  jaką  się  zetknęła  w  swoim
życiu.  Oczywiście  inni  nie  odebrali  tego  tak  jak  ona,  chociaż  energia
wydobywająca  się  z  pomieszczenia  była  dla  nich  odczuwalna  w  inny

background image

sposób  -  byli  niezdrowo  podekscytowani,  przestraszeni  i  zafascynowani
jednocześnie,  jak  dzieciaki,  które  niespodziewanie  odkrywają  na  strychu
starą,  zakurzoną  skrzynię  lub  miejsce,  o  którym  dorośli  zdawali  się
zapomnieć.

- Drzwi? - zapytał z niedowierzaniem Marcin.
-  No,  a  co  innego?  Myślisz,  że  twój  wuj  miał  z  tyłu  szafy  na  ścianie

przyklejone świerszczyki? - wtrącił dość trafnie Tymek.

Marcin wziął głęboki wdech i położył rękę na krawędzi szafy. Przyciągnął

ją  w  swoją  stronę  i  z  rosnącym  zdziwieniem  stwierdził,  że  poruszała  się
stosunkowo  lekko.  Mebel  był  ciężki,  niemniej  przesuwał  się  bardzo  gładko
i  płynnie.  Chłopak  zrobił  szparę  na  tyle  dużą,  że  mógł  się  przez  nią
przecisnąć.

- Widzisz coś? - zapytał Adam.
-  Nie.  To  znaczy  tu  chyba  jest  jakieś  pomieszczenie,  ale  w  środku  jest

ciemno.

- Otwórz szerzej, wpadnie światło.
Marcin spróbował, niestety, szafa otwierała się w stronę okna, za którym

aktualnie  panowała  nieprzenikniona  ciemność.  Poza  tym  nie  dała  się
otworzyć na więcej niż niespełna metr.

- Nie, nie mogę dalej jej ruszyć.
-  Wsadź  rękę  do  środka,  może  na  ścianie  jest  jakiś  włącznik  -

zaproponowała  Maja.  Wszyscy  podeszli  bliżej,  stali  teraz  tuż  za  Marcinem.
Ten odwrócił się i posłał Mai potępiające spojrzenie.

- Sama se wsadź tam rękę - zaproponował.
-  O  Jezu,  nie  bądź  ciota.  Przecież  nic  ci  jej  nie  odgryzie,  dawaj,  no  -

odpowiedziała podniecona.

Marcin  nie  miał  wyjścia,  jak  tylko  wstawić  stopę  do  ciemnego

pomieszczenia. Bał się jak nigdy wcześniej, chociaż sam nie wiedział czego.
Prowadził  wewnętrzny  dialog.  Co  mógł  tam  znaleźć?  Fragmenty  ludzkich
ciał  w  słojach  z  formaliną?  Pokój  uciech  sadomasochistycznych?  Plany
porwania samolotu, napadu na bank czy obalenia rządu? Cerbera przykutego
na łańcuchu? Każda z opcji wydawała się nieprawdopodobna, niemniej pokój
został  przecież  stworzony  w  jakimiś  konkretnym  celu.  Naraz  dłoń  chłopaka
trafiła  na  włącznik  światła,  i  nim  sobie  to  uświadomił,  zobaczył
pomieszczenie w całej okazałości.

Tego Marcin się zupełnie nie spodziewał.

background image

 

Rozdział 6

Pierwszym, co przykuło jego uwagę był fotel, niemalże identyczny z tym,

który  stał  w  bibliotece  kilka  metrów  za  nim.  Przy  fotelu  znajdował  się
niewielki stolik, na którym leżały książki. Wyglądały na bardzo stare, jakby
ktoś  je  tu  zostawił  kilkadziesiąt  lat  temu  i  zupełnie  o  nich  zapomniał.
W  nozdrza  Marcina  uderzył  zapach  stęchlizny  znacznie  silniejszy  niż  ten
panujący  w  bibliotece.  Woń  zbutwiałego  drewna  i  jeszcze  czegoś,
metalicznego  i  słodkiego  zarazem.  Czuł  się,  jakby  otworzył  znalezioną  na
strychu skrzynię, której nikt nie otwierał przez ostatnie sto lat.

Wzrok  chłopaka  prześlizgnął  się  na  ścianę,  na  której  wisiały  rozmaite

obrazy. Na pierwszy rzut oka wyglądały względnie normalnie, lecz po chwili,
gdy  tylko  Marcin  skupił  na  nich  wzrok,  poczuł,  jak  jego  ciałem  wstrząsa
kolejny  dreszcz.  Nie  znał  się  na  sztuce,  ale  wiedział,  że  patrzy  na  coś
wiekowego.  Cała  ściana  była  pokryta  groteskowo  wykrzywionymi
postaciami,  demonami  i  wszelkiej  maści  diabłami.  Starodawne  ryciny
i  malowidła  przedstawiały  stojące  na  tylnych  nogach  pół-kozły  pół-ludzi,
diabły kuszące wieśniaków, płonące czarownice i inne czarty. Było też kilka
obrazów pokazujących męki piekielne grzeszników. Marcin głośno przełknął
ślinę.

Wszedł do pomieszczenia i dopiero teraz spostrzegł, że jest ono znacznie

większe,  niż  z  początku  mu  się  wydawało.  Po  jego  lewej  stronie,  w  samym
rogu  stała  niewielka  mównica.  Na  pulpicie  leżała  otwarta  księga.  Przed
mównicą  stał  okrągły  stół  z  przysuniętymi  do  niego  kilkoma  krzesłami.
Podłoga była gdzieniegdzie ubrudzona rdzawymi plamami. Na innej ścianie
wisiał  tylko  jeden  obraz,  ale  zasłaniała  go  czarna  płachta.  Obok  niego
widniały  trzy  kilkucentymetrowej  długości  bruzdy  w  ścianie,  wyglądające
jakby zostały wykonane czymś ostrym lub ciężkim. Przypomniały Marcinowi
szramę  na  ścianie,  jaką  kiedyś  zrobili,  przenosząc  ciężką,  drewnianą  szafę.
Poza tym wszędzie stały porozstawiane świece, część na podłodze, część we
wmontowanych w ścianę świecznikach.

- I co? - usłyszał Maję.
Odwrócił  się  i  zobaczył,  że  nikt  nie  ośmielił  się  chociażby  zajrzeć  do

pomieszczenia.  Może  czekali  na  jego  decyzję?  -  uświadomił  sobie.  Lub
zwyczajnie się bali - dodał w duchu.

- Zobaczcie sami - zaproponował cicho, lecz pozostali i tak go usłyszeli.
Po  chwili  zaczęli  niepewnie  wchodzić.  Nikt  się  nie  odzywał.  To,  co

zobaczyli, było zbyt osobliwe, aby ktokolwiek mógł to skomentować.

-  Co  to  ma  być?  -  zapytał  po  chwili  milczenia  Adam,  podchodząc  do

ściany 

ze 

starymi 

rycinami. 

Przyglądał 

się 

staremu 

obrazowi

background image

przedstawiającemu  naszkicowaną  chatę  w  lesie,  przed  którą  człowiek
w łachmanach i o rozbieganych oczach nakładał koronę na łeb olbrzymiego
wieprza.

-  To  heretyk  koronujący  szatana  na  swojego  króla  -  odpowiedziała,

uważnie  ważąc  słowa,  Maja.  Podniecenie  uszło  z  niej  zupełnie,  ustępując
stopniowo narastającej grozie.

- Co? - zapytał Adam.
-  W  średniowieczu  diabeł  był  często  ukazywany  pod  postacią  wieprza,

a czarownice pod postacią kota. Miałam to kiedyś na antropologii.

- To reprodukcje - usłyszeli głos Tymka za sobą.
- Skąd wiesz? - zapytała Maja.
- Bo oryginały chyba byłyby lepiej zabezpieczone, chociażby szkłem czy

czymś takim. Tak myślę. A to jest zwykła kartka.

Oryginały  czy  nie,  nikt  z  zebranych  w  pomieszczeniu  osób  nie  był

w stanie stwierdzić ani ich pochodzenia, ani przeznaczenia.

-  Jezu,  jak  w  jakimś  horrorze  -  stwierdziła  Maja,  podchodząc  z  kolei  do

okrągłego stołu. - Strasznie tu, bez kitu. To okropne, fuj. Co oni tu robili?

Marcin,  do  którego  raczej  było  skierowane  pytanie,  stał  jak  słup  i  nie

wiedział, co powiedzieć. Nie wiedział nawet, co ma o tym wszystkim myśleć.
Próbował sobie przypomnieć swojego wuja, jego podejście do religii i Boga.
Zawsze  wydawał  się  osobą  wierzącą,  przynajmniej  tak  go  zapamiętał.  Wuj
chyba  nawet  nosił  sygnet  z  krzyżem  na  palcu,  jednak  Marcin  nie  był  tego
pewien. Cholera, niczego już nie można być pewnym - stwierdził.

- Nie mam pojęcia - odpowiedział cicho.
Czuł  się  niezręcznie  z  powodu  całego  zamieszania.  Nie  wiedział,  jak  się

zachować,  czy  powinien  przeprosić  znajomych  za  to,  co  znaleźli,  czy  może
powinni opuścić to miejsce i o nim zapomnieć? I co dalej? Mają teraz wrócić
na dół i dalej rozmawiać zupełnie o niczym? Wątpił, żeby to zdało egzamin.

- Wiecie co? Wygląda mi to na jakiś pokój do wywoływania duchów czy

coś takiego. Może odprawiali tu czarne msze? - zasugerował Tymek.

Pozostali spojrzeli na niego, czekając na dalsze wyjaśnienia tej teorii.
- No tak, zobaczcie - powiedział, wskazując kolejno różne miejsca. - Jest

okrągły  stół,  wokół  którego  siadają  ludzie  i  medium,  którzy  chcą  nawiązać
kontakt  z  zaświatami.  Jest  mównica…  może  tam  stało  medium  albo  jakiś
kapłan, sam nie wiem, i odprawiał jakiś rytuał?

Podszedł do księgi umieszczonej na pulpicie mównicy. Spojrzał na drobny

druk, ale nie był w stanie niczego przeczytać.

- Nie wiem, co tu jest napisane, to chyba po łacinie albo po francusku…
-  Miał  to  czytać  kapłan?  -  pociągnęła  dalej  Maja,  odrobinę  bardziej

sarkastycznie, niż zamierzała.

- No nie wiem, nie znam się na tym. Zgaduję po prostu.
- Ej, dawajcie! - krzyknął entuzjastycznie Adam. Pozostali aż podskoczyli.

-  Dawajcie,  zrobimy  seans,  wywołamy  duchy,  ale  będzie  zajebiście!
-  Wyciągnął  przed  siebie  ręce  jak  dziecko,  które  założyło  na  głowę
prześcieradło i udaje zjawę.

background image

-  Ale  ty  głupi  jesteś,  uspokój  się  -  zmitygowała  go  Maja,  po  czym

skierowała słowa w stronę Tymka: - Okej, zachowajmy spokój.

W  międzyczasie  Adam  wcale  się  nie  uspokoił,  stwierdziwszy,  że  takie

miejsce naprawdę jest superzajebiste i trzeba to jakoś wykorzystać.

- No więc jest miejsce do obrządku… - ciągnął dalej Tymek - …są jakieś

popieprzone obrazy diabłów i innych takich. No i te książki… - Podszedł do
stolika, na którym leżało kilka pozycji, i podniósł pierwszą z nich.

Książka była stara, zdecydowanie nie wyglądała jak coś, co można dostać

w empiku czy w jakiejkolwiek innej, komercyjnej księgarni na terenie kraju.

- S

YLVIUS, 

J

M

ESSES NOIRES

 - zaczął nieporadnie czytać francuski tytuł. - S

ATA…

NIS…  TES  ET 

L

UCIFERI…  ENS…

  Paryż,  1929.  S

ATANISTES  ET 

L

UCIFERIENS

.  Ktoś  zna

francuski?

Pozostali pokiwali przecząco głowami.
-  No,  kurwa…  Lucyfer?  Tego  już  za  dużo  -  wyszeptał  Marcin,

podchodząc  do  Tymka  i  unosząc  kolejną  księgę.  -  Waite  A.E,  D

EVIL-WORSHIP

IN 

F

RANCE

,  Londyn  1896…  Ja  pierdolę,  co  to  ma  być?  -  Podniósł  księgę  do

góry, patrząc na pozostałych. Naraz jego wzrok przyciągnął zakryty płótnem
obraz znajdujący się na ścianie za stołem. Chłopak nagle bardzo chciał zdjąć
zasłonę i zobaczyć, co ukrywa, chociaż jednocześnie straszliwie się tego bał.

Już  ruszał  w  jego  kierunku,  gdy  do  jego  uszu  doleciało  ciche:  „Nie”.

Odwrócił  się  i  zobaczył  stojącą  w  wejściu  Nadię.  Dziewczyna  nie
przekroczyła  progu.  Wpatrywała  się  w  pozostałych  swoimi  niebieskimi
oczami, które teraz zdawały się intensywnie błyszczeć.

-  Nie  ruszajcie  niczego…  -  wyszeptała.  Dopiero  teraz  zobaczyli,  jak

bardzo jest blada. - Musicie wyjść. Nie możecie tam…

Były  to  ostatnie  słowa,  zanim  bez  przytomności  osunęła  się  na  dębowy

parkiet biblioteczki wuja Marcina.

background image

 

Rozdział 7

Tymek  przy  pomocy  Marcina  delikatnie  ułożył  Nadię  na  kanapie

znajdującej się w salonie na parterze. Następnie unieśli jej nogi, podkładając
pod  nie  poduszki  w  taki  sposób,  aby  jak  najwięcej  krwi  spłynęło  do  mózgu
dziewczyny.

- Co robimy? - zapytała Maja.
- Poczekajmy - zaproponował Tymek, przyglądając się Nadii. - Oddycha,

jest tylko nieprzytomna.

-  Zdarzało  się  jej  to  wcześniej?  -  zapytał  Marcin,  przykładając  dłoń  do

czoła dziewczyny.

Kolega pokiwał przecząco głową.
- Nie, nigdy. Tylko wiesz, w sumie to niezbyt długo ją znam. - Ton głosu

Tymka  był  delikatnie  przepraszający,  ale  nikt  nie  mógł  mieć  do  niego  o  to
pretensji.

Po  tym  jak  Nadia  zemdlała,  szybko  zdecydowali  się  opuścić  dziwne

pomieszczenie,  zwłaszcza  że  tuż  przed  utratą  przytomności  dziewczyna
kazała im z niego wyjść i nie ruszać rzeczy, które się tam znajdowały. Długo
nie trzeba było ich namawiać.

Wszystko  w  salonie  leżało  tak,  jak  zostawili  -  szklanki  z  alkoholem

i  butelki  piwa,  w  połowie  zżarta  sałatka  z  kurczaka,  chipsy.  Red  Hoci  dalej
delikatnie  sączyli  się  z  głośników.  Gospodarz  jeszcze  nie  zdążył  podać
podgrzanych  nachosów  z  guacamole,  ale  zdaje  się,  że  nie  tylko  on  o  nich
zapomniał.

- Ej, kto wychodził ostatni z biblioteki? - zapytał Marcin.
Adam uniósł dłoń.
-  Zamknąłeś…  -  zaczął  pytać,  ale  po  chwili  przerwał,  żeby  znaleźć

odpowiednie słowo. - Drzwi? Szafę w sensie.

- Tak.
Nikt  nie  miał  ochoty,  na  to  żeby  drzwi  do  tego  mrocznego  miejsca

pozostawały  otwarte.  Zdecydowanie  lepiej  czuli  się  po  opuszczeniu  go,
niemniej osobliwe wrażenie pozostało i byli świadomi tego, że jeszcze długo
będzie  im  towarzyszyło.  Niecodziennie  odkrywa  się,  że  nasz  wujek  lub
wujek kolegi para się czarną magią czy wywołuje duchy. Z jednej strony, nie
mieli  na  to  żadnych  dowodów,  z  drugiej  -  wątpili,  że  tajne  pomieszczenie
zostało  zbudowane  i  zaprojektowane  dla  rozrywki,  żeby  zapewnić  wujowi
Marcina mroczny klimat do czytania opowieści o duchach.

Wszyscy  milczeli,  trawiąc  to,  co  zobaczyli  na  górze.  Każdy  układał

w  głowie  własną  teorię,  do  czego  przeznaczone  było  dziwne  miejsce
w bibliotece. Na pokój uciech cielesnych raczej to nie wyglądało - rozważał

background image

Tymek. Może grali tam w karty? Stół w sumie by się do tego nadawał, ale po
co w takim razie ta mównica?

Naraz  Tymek  poczuł  delikatny  powiew  chłodu,  jakby  strumień  zimnego

powietrza owiewający jego głowę. Trwał niespełna sekundę, jednak strumień
był  niezwykle  intensywny  -  chłopak  aż  odwrócił  się,  żeby  zobaczyć,  czy
może któreś okno jest otwarte i wywołuje przeciąg. Zauważył, że wszystkie
okna  były  pozamykane,  a  pozostali  stali  spokojnie,  jakby  niczego  nie  czuli.
Jego uwagę odwróciła Maja:

- Chyba powinniśmy coś jednak z nią zrobić.
W  tym  momencie  Nadia  otworzyła  oczy  i  gwałtownie  usiadła.  Pozostali

aż  odskoczyli,  wyraźnie  przestraszeni.  Dziewczyna  rozglądała  się  chwilę
chaotycznie po salonie, ale gdy zorientowała się, gdzie jest, od razu wyraźnie
się uspokoiła.

- Dobrze - powiedziała tylko i każdy z nich doskonale rozumiał, co ma na

myśli.  Cieszyła  się,  że  już  nie  są  dłużej  na  górze.  -  Czy  ktoś  mógłby  mi
przynieść szklankę wody?

- Jak się czujesz? - zapytał z troską w głosie Tymek, podczas gdy Adam

poszedł po napój.

- Lepiej, dzięki. Długo mnie nie było?
Pozostali spojrzeli po sobie.
- Bo ja wiem? Kilka minut - odparł Marcin. - Mniej niż piętnaście.
-  Okej  -  powiedziała  cicho  i  beznamiętnie,  jakby  potwierdzała,  że

wracając  z  zajęć,  podejdzie  do  sklepu  i  kupi  pieczywo,  a  nie  będzie
rozważać, dlaczego zemdlała.

- Mdlałaś już wcześniej? - zapytała Maja.
Adam przyszedł ze szklanką wody i podał ją Nadii.
- Dziękuję. Nie, nigdy wcześniej coś takiego mi się nie zdarzyło. Dziwne.
Nadia  zerknęła  na  Marcina  i  zauważyła,  że  ten  intensywnie  się  jej

przypatruje.  Wiedziała,  że  chłopak  zaczyna  się  czegoś  domyślać  i  że
w  głowie  kiełkuje  mu  pewne  pytanie,  na  które  ona  bardzo  nie  chciała
odpowiadać.  Nie  -  myślała  -  proszę,  próbując  wysłać  mu  tę  myśl  i  modląc
się, żeby jakimś cudem ją odebrał. Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć,
ale nie pytaj mnie teraz przy pozostałych, proszę. Niestety, w tym momencie
jego  usta  rozchyliły  się,  burząc  zarówno  jej  poczucie  bezpieczeństwa,  jak
i jakąkolwiek nadzieję na posiadanie zdolności telepatycznych:

- Skąd wiedziałaś? - zapytał.
Przez  chwilę  wpatrywała  się  intensywnie  w  jego  oczy.  Marcin  wyczytał

z nich pewnego  rodzaju pretensję, obarczanie  go winą za  to, że dziewczyna
teraz będzie musiała powiedzieć coś, czego wcale nie chciała ujawniać.

- Przeczucie - powiedziała po chwili, uciekając wzrokiem w lewo.
Red  Hoci  zaczęli  śpiewać  o  kalifornijskich  marzeniach,  a  Nadia  marzyła

tylko o tym, żeby ktoś zmienił temat, i żeby znowu miło sobie gawędzili, jak
na początku wieczoru.

-  Kłamiesz.  Czułaś  coś,  prawda?  Coś,  czego  nikt  z  nas  nie  czuł.  Dlatego

nawet  nie  weszłaś  do  tego  pomieszczenia  i  kazałaś  nam  wyjść  z  niego

background image

i niczego nie dotykać.

Nadia posłała mu pełne wściekłości spojrzenie.
-  Tak  -  wysyczała  niczym  kocica.  -  Tak,  czułam  coś,  czego  wy  nie

czuliście  i  czego  prawdopodobnie  nigdy  nie  poczujecie.  Zadowolony?
To chciałeś usłyszeć?

Marcin  cofnął  się,  odrobinę  zbity  z  tropu.  Nie  oczekiwał  tak  agresywnej

reakcji, nie zależało mu na kłótni, po prostu ciekawiło go, skąd to wiedziała.
Może faktycznie mógł poruszyć ten temat, kiedy znaleźliby się na osobności.
Cholera,  dlaczego  zawsze  pomysły  przychodzą  za  późno?  -  pomyślał,
a następnie powiedział:

-  Przepraszam,  nie  chciałem  cię  urazić  -  powiedział,  powoli  dobierając

słowa i próbując jakoś wynagrodzić, że postawił ją w trudnej sytuacji. - Nie
musisz się tak unosić.

-  Muszę,  bo  weźmiecie  mnie  za  wariatkę.  Chcę  wam  coś  powiedzieć.

- Spojrzała na Tymka.

Z jednej strony, wiedziała, jaka jest przyszłość ich związku, z drugiej - nie

chciała, żeby chłopak poczuł się w jakikolwiek sposób zraniony. Czekali na
dalsze wyjaśnienia.

- Jak pewnie wiecie, a zakładam, że chociaż przypuszczacie, na świecie są

różni ludzie - powiedziała, jednocześnie nerwowo bawiąc się palcami. - Nie
mówię  tu  o  kolorze  skóry  czy  pochodzeniu,  chociaż  to  też  ma  pewne
znaczenie… Jednak tu chodzi mi o to, że są różni ludzie i…. no wiecie, jedni
są  genialni  z  matematyki,  drudzy  w  ogóle  nie  mogą  jej  ogarnąć.  Jedni  mają
smykałkę  do  sportu,  inni  lubią  łazić  po  opuszczonych  miejscach,  jeszcze
inni…  -  przerwała,  gdyż  pozostali  wpatrywali  się  w  nią,  najdelikatniej
mówiąc,  pełnym  politowania  wzrokiem.  Znowu  to  samo.  Nabrała  głęboko
powietrza, aby po chwili powolutku je wypuścić. - Chyba najprościej będzie,
jak powiem wprost.

-  Jesteś  X-Menem!  -  rzucił  Adam,  a  jego  twarz  rozświetlił  tak  szeroki

uśmiech,  że  prawie  rozerwał  sobie  policzki.  Pozostali  również  się  zaśmiali,
w tym Nadia, choć odrobinę bardziej nerwowo, niż by chciała.

-  No,  powiedzmy.  Może  inaczej.  Pamiętacie  M

ATRIXA

?  -  zapytała,  już

zupełnie poważnie.

- Chyba każdy go pamięta - powiedział Adam, a pozostali pokiwali tylko

głowami. - Cholera, jesteś Neo? Umiesz unikać kul i zatrzymywać tak jakby
czas? Super.

-  Prawie.  To  znaczy,  jeszcze  nad  tym  pracuję  -  uśmiechnęła  się.  Powoli

przerywanie  i  ciągłe  robienie  sobie  jaj  z  innych  przez  Adama  zaczynało  ją
drażnić,  chciała  powiedzieć  to,  co  musi  i  mieć  już  to  z  głowy.  Chciała  po
prostu  zjeść  tę  żabę,  przełknąć  i  pójść  dalej.  -  Pamiętacie  tego  małego
chłopca z pierwszej części?

-  Tego  łysego,  mnicha  jakby,  co  mówi,  że  łyżka  nie  istnieje?  -

zasugerował Tymek.

-  Tak,  dokładnie  tego  samego  -  potwierdziła  z  entuzjazmem  Nadia.  Jej

głos  nabrał  teraz  innego,  pełniejszego  i  pewniejszego  brzmienia.  -  Takie

background image

rzeczy  dzieją  się  naprawdę.  Są  ludzie,  którzy  to  potrafią  -  powiedziała,
ostatnie zdanie kierując do Marcina.

-  Wyginać  łyżki  umysłem?  Jak  Copperfield?  -  zapytała  Maja,  włączając

się do dyskusji.

-  Nie,  David  to  iluzjonista,  on  bazuje  na  niedoskonałościach  ludzkiego

mózgu.  Ja  mówię  o  rzeczach,  które  się  dzieją  naprawdę  -  wyjaśniła  Nadia,
kładąc nacisk na ostatnie słowo.

-  No  dobrze  -  powiedział  Adam,  a  Nadia  już  szykowała  się  na  kolejną

zmianę tematu lub żart. - Więc umiesz wyginać łyżki siłą umysłu, ale co to
miało wspólnego z tym, że zemdlałaś w tym dziwnym pokoju?

Mile zaskoczona Nadia odpowiedziała:
-  Nic.  Nie  powiedziałam,  że  umiem  wyginać  łyżki  siłą  umysłu  czy  robić

cokolwiek  w  tym  stylu.  Chciałam  wam  tylko  zwrócić  uwagę  na  to,  że  są
ludzie z bardzo nietypowymi zdolnościami, które dla pozostałych mogą być
totalnie niezrozumiałe.

- Wiemy. Myślę, że każdy z nas kiedyś oglądał program o takich ludziach

w telewizji - powiedział Marcin.

- No, ja nawet widziałem program o nadzwyczajnych żołnierzach, którzy

dostawali pełno postrzałów, ale i tak szli dalej. Zajebiście, co? I weź takiego
zabij, chyba tylko strzałem w głowę jak zombie - zapalił się Adam.

- Nie, to zupełnie co innego. Raz, że to chwilowa reakcja organizmu, dwa,

że da się to wytłumaczyć fizjologicznie - zripostowała Nadia.

- Jak?
-  Nie  wiem,  nie  pamiętam.  To  ma  jakiś  związek  z  adrenaliną,  która  się

wytwarza i coś tam, coś tam, nie pamiętam dokładnie.

- Dobra, ale odchodzimy od tematu - powiedział Marcin.
- Racja - przyznała Nadia. - Jedni posiadają zdolności telekinetyczne, dla

innych prekognicja to coś zupełnie naturalnego…

- Pre… co? - dopytał Adam, marszcząc brwi.
-  Prekognicja.  Krótkoterminowe  przewidywanie  przyszłości  lub  może

bardziej zdarzeń, które bardzo prawdopodobnie będą miały miejsce.

- Jasnowidzenie, po prostu? - sprostował Tymek.
-  Nie  do  końca.  W  parapsychologii  jasnowidzenie  określa  zdolność

widzenia wydarzenia mającego miejsce w tym samym czasie, ale w odległym
miejscu.  Prekognita  potrafi  zajrzeć  w  przyszłość,  czasami  zupełnie  wbrew
własnej  woli.  No  i  może  zobaczyć  wydarzenia  dotyczące  osób  lub
problemów, których zupełnie nie zna.

-  Zajebiście  -  powiedział  Adam.  Ewidentnie  wszystko,  co  powiedziała

Nadia,  mu  się  podobało.  Prawdopodobnie  jak  powie,  że  jest  wilkołakiem
i chce pożreć jego wątrobę, chłopak również się ucieszy.

- A ty? - zapytał spokojnie Marcin.
Chyba  już  bardziej  nie  wprowadzę  ich  w  temat  -  stwierdziła  w  duchu

Nadia. Jeżeli niczego do tej pory nie zrozumieli lub nie chcieli zrozumieć, to
dalsze dywagacje nie mają sensu.

- Jestem medium - wyznała.

background image

Po  tych  słowach  zamilkła  na  chwilę,  czekając  na  śmiechy,  wytykanie

palcami  i  porozumiewawcze  spojrzenia  między  zebranymi.  Jednak  nic
takiego nie nastąpiło. Nikt nie kiwał z politowaniem głową, nikt nie rozglądał
się  w  poszukiwaniu  kaftana  bezpieczeństwa.  Wpatrywali  się  w  nią  jak
pierwszoroczni studenci w szanowanego profesora i grzecznie czekali na ciąg
dalszy. Tymczasem dziewczyna zaczęła bawić się kolczykiem w wardze, jak
zawsze,  gdy  się  denerwowała.  Ponownie  wzięła  głęboki  wdech  i  powoli
wypuściła powietrze.

-  Jestem  medium  -  powtórzyła  niespiesznie,  ściskając  szklankę  z  wodą.

Powiedziała  to  powoli,  tak,  aby  każdy  mógł  sobie  to  utrwalić.  Co  innego
rozmawiać  o  osobach  ze  zdolnościami  parapsychologicznymi,  co  innego
siedzieć  naprzeciw  jednej  z  nich.  -  Czasami  widzę  rzeczy,  których  inni  nie
widzą ani nie czują.

- Chyba że też są medium - powiedział z delikatnym uśmiechem Marcin.

Chciał jej pokazać, że jest po jej stronie i najwyraźniej udało mu się to.

- Tak, chyba że też są medium - odpowiedziała i również posłała mu pełen

wdzięczności  uśmiech.  -  Mam  tak  od  małego.  Kiedyś,  jak  miałam  kilka  lat,
zobaczyłam,  jak  mój  dziadek  wchodził  do  lasu.  Parę  metrów  przed  linią
drzew odwrócił się i mi pomachał. Niby normalne, ale to było jakiś tydzień
po  jego  śmierci.  Nieboszczyki  nie  chodzą  po  polach  i  nie  machają  małym
dziewczynkom,  prawda?  To  był  pierwszy  raz,  kiedy  miałam  kontakt
z zaświatami.

-  Grubo  -  stwierdził  Adam,  subtelnie  przerywając  jej  wypowiedź.

- I wiecie co? Chyba przez to wszystko wytrzeźwiałem.

- A byłeś w ogóle pijany? - zapytał Marcin.
- W sumie chyba nie, ale powoli zaczynało mnie brać… Wiesz, parę piw

wypiłem.

Marcin kiwnął głową. Nie miał ochoty tłumaczyć, że sam wytrzeźwiał już

kilkadziesiąt minut wcześniej, po przygodzie nad jeziorem z martwym wujem
w roli głównej. Lodowata woda nie miała z tym zupełnie nic wspólnego. Nie
wspominając o tym, jak na niego podziałało znalezisko na górze.

- Za dużo tego, trzeba się trochę wyluzować - powiedział Adam i sięgnął

po  coś  do  kieszeni.  Po  chwili  w  jego  ręku  pojawiło  się  małe,  podłużne
pudełeczko.  Otworzył  je  i  wyciągnął  ze  środka  skręta.  Pozostali  patrzyli  na
niego w milczeniu.

- W sumie, czemu nie?… - rzucił Tymek. - Moja dziewczyna jest medium,

w domu kumpla jest pokój do wywoływania duchów, co mi szkodzi?

- Powaliło was? - zapytał Marcin.
Adam  i  Tymek  spojrzeli  na  niego  pytająco.  Chłopak  Nadii  ponownie

poczuł  muśnięcie  chłodnego  powietrza,  jeszcze  zimniejsze  niż  poprzednio.
Odwrócił się gwałtownie i rozejrzał po salonie.

- Tymek, co jest? - zapytała Maja.
- Nic. Kurwa. Czuliście to?
- Niby co?
- Zimno. Jakby przeciąg.

background image

Nadia  przyglądała  się  nie  tylko  jemu,  ale  i  całemu  pomieszczeniu,

zerkając  na  ściany  i  kąty.  Szukała  śladów,  myślała,  że  może  cokolwiek
ujrzy…  Chociaż  w  głębi  ducha  nie  dość,  że  nie  liczyła  na  zbyt  wiele,  to
jeszcze  nie  wiedziała,  czego  ma  szukać.  Naraz  poczuła  się  zażenowana.
Miała nadzieję, że nikt nie zauważył jej rozglądania się, bo ten gest wydał się
jej dziwnie tandetny i fałszywy.

- Nie rób sobie jaj, przestań nas wkręcać - stwierdziła ze śmiechem Maja.

- Co, Nadia jest medium, to już czujesz duchy latające po domu? - zaśmiała
się. Tymek też, ale jakoś tak nieszczerze, z musu.

Tymczasem Adam odpalił skręta.
-  O  co  ci  chodzi?  Znowu  będziesz  nas  umoralniał?  -  zapytał  Marcina

wpatrującego  się  w  niego  z  uporem,  ignorując  dywagacje  Tymka  na  temat
nieszczelnych okien starego domu.

Marcin  sposępniał.  Chwilę  analizował  swoje  położenie  i  zachowanie,  po

czym doszedł do pewnego, dość racjonalnego wniosku.

- Wiesz co? Masz rację. Nie będę was umoralniał, szkoda mojego czasu -

odparł wściekły. Próbował zrozumieć, na co właściwie się złości i dlaczego
tak ciśnie na Adama. Sytuacja, w której się znaleźli, zdecydowanie zaczynała
go  przerastać.  Jakkolwiek  głupio  by  to  nie  zabrzmiało,  potrzebował  teraz
wsparcia  od  Adama,  poklepania  po  plecach,  a  nie  bagatelizowania
wszystkiego i obracania całej sytuacji w żart. Nadia miała rację: tu działo się
coś,  czego  pozostali  nie  rozumieli,  niemniej  Marcin  zamierzał  pozostawić
otwarty umysł i brać wszelkie ewentualności pod uwagę.

- Dokładnie -  odparł zadowolony Adam.  Zaciągnął się głęboko.  - No ale

przerwałem  ci, 

SORRY

,  mów  dalej.  -  Wypuścił  chmurę  niedającego  się

z niczym pomylić dymu. Przekazał skręta kolejnej osobie.

-  Nie  wiem,  czy  jest  sens,  bo  właśnie  widzę,  że  nic  sobie  z  tego  nie

robicie - powiedziała z nieskrywaną pretensją w głosie Nadia.

-  No  wyluzuj,  co  mamy  z  tym  robić?  -  zapytał  Adam,  marszcząc  brwi.

- Jesteś medium, to fajnie, spoko. Ja tam nigdy nie widziałem ducha ani nie
potrafię wygiąć łyżki siłą umysłu i szczerze wątpię, żeby coś takiego w ogóle
było możliwe, ale luz, fajnie, że ty je widzisz. Nie rozumiem, o co ci chodzi.
Kotku, widziałaś kiedyś ducha? - zwrócił się do Mai.

-  Nigdy  nie  miałam  takiej  przyjemności  -  odparła,  wypuszczając  dym.

Podała  skręta  Nadii.  Ta  posłała  jej  tak  lodowate  spojrzenie,  że  dziewczyna
bez  wahania  przekazała  skręta  Tymkowi.  Nadia  nawet  nie  spojrzała  na
chłopaka, gdyż wiedziała, że i tak zapali.

- Nic nie rozumiesz - powiedziała, patrząc z powrotem na Adama.
- To mi wytłumacz - odparł kokieteryjnie.
Nadia  rozważała  następne  możliwe  scenariusze,  znowu  bawiąc  się

kolczykiem  w  wardze.  Może  im  powiedzieć,  że  czasami  naprawdę  widuje
dziwne  rzeczy,  ale  może  też  wszystko  zbagatelizować  i  obrócić  w  żart.
Chciałam  was  nastraszyć,  ale  mieliście  miny,  ha  ha  ha.  Może  również
spróbować ich ostrzec. Była przerażona siłą, z jaką spotkała się piętro wyżej.
Nawet  jeżeli  ta  siła  zdawała  się  nieobecna,  to  pozostałości  po  niej  były

background image

potężne.

- Słuchajcie, ja wiem, co o tym myślicie. Serio - zaczęła ponownie. - Już

parę  razy  tłumaczyłam  innym  to,  co  czuję  i  widzę.  Kilkukrotnie  nawet
uczestniczyłam  w  seansach  spirytystycznych  w  roli  łącznika  pomiędzy
światami. Wierzcie lub nie, ale nie raz udało nam się nawiązać kontakt.

- Dobra, ale dlaczego nam to mówisz? - ponownie przerwał jej Adam.
Nadia  spojrzała  na  niego  z  jeszcze  większą  wściekłością  niż  poprzednim

razem, lecz po chwili gniew ustąpił miejsca politowaniu.

- Dlatego że nigdy wcześniej nie doświadczyłam niczego równie silnego -

powiedziała  po  sekundzie  przerwy,  której  potrzebowała,  aby  się  uspokoić.
- Nigdy żadne miejsce ani żadne… zjawisko nie wywołało u mnie tak silnej
reakcji.  Wiem,  że  wy  tego  nie  widzieliście,  ale  tamto  pomieszczenie  aż
pulsuje  energią,  która  nie  należy  do  tego  świata.  Nie  mam  pojęcia,  czym
zajmował się twój wujek - mówiła teraz, patrząc na Marcina - ale to było coś
cholernie  poważnego.  Nie  jak  banda  dzieciaków,  które  w  piwnicy  malują
kredą  pentagram  na  podłodze  i  palą  czarne  świece,  zarzynając  Bogu  ducha
winnego  kotka.  To  było  prawdziwe,  profesjonalnie  zaplanowane
i przemyślane. I najwyraźniej mu się udało.

Marcin  nawet  nie  starał  się  ukrywać  swojego  przerażenia.  Poczuł

przechodzący  po  plecach  zimny  dreszcz.  W  przeciwieństwie  do  Adama
i Tymka (Maja zdawała się być już we własnym świecie) nie dość, że wierzył
dziewczynie,  to  jeszcze  cały  czas  w  tyle  jego  głowy  rozgrywały  się  sceny,
które wydarzyły się dzisiejszego dnia. Odechciało mu się nawet pić, chociaż
pewien  głos  w  głowie  podpowiadał  mu,  że  mocny  alkohol  mógłby  przez
chwilę pomóc wytłumić niechciane odgłosy.

- Co mu się udało? - zapytał cicho. Miał wrażenie, że cały dom wstrzymał

oddech  i  przysłuchiwał  się  ich  rozmowie.  Wiatr  na  zewnątrz  przestał  wiać,
chmury stanęły w miejscu.

-  Tego  nie  wiem  -  odpowiedziała  Nadia.  -  Wydaje  mi  się  jednak,  że

próbował coś wywołać i myślę, że mogło mu się to udać.

-  Jakiegoś  ducha?  -  dopytał,  chociaż  zupełnie  inne  słowo  na  literę  „D”

cisnęło mu się na usta. Niemniej nie zamierzał go wypowiadać.

- Wątpię. Nie ducha człowieka, tylko coś innego.
Na  te  słowa  włosy  Marcina  stanęły  dęba.  Poczuł,  jakby  coś  ciężkiego

zaległo  mu  na  piersi,  uniemożliwiając  oddychanie.  Teoria  Nadii  nie  została
jeszcze  udowodniona,  jednak  wypowiedziane  przez  nią  słowa  zmroziły
Marcina aż do szpiku kości.

-  Co  niby?  Diabła?  Demona?  -  zadrwił  Adam,  wypowiadając  na  głos

słowo, którego wypowiadać Marcin nie zamierzał. - Ludzie, może nie pijcie
już,  co?  -  Jakby  na  zaakcentowanie  swoich  słów  mocno  zaciągnął  się
skrętem.

Zarówno Tymek, jak i Maja nie wtrącali się teraz do konwersacji. Majka

miała delikatnie przymknięte powieki i obserwowała pozostałych z subtelną
mieszanką  zaciekawienia  i  politowania,  Tymek  natomiast  z  rozszerzonymi
źrenicami śledził każde słowo, ale nie podejmował dyskusji.

background image

- Może - odpowiedziała z przekąsem Nadia. - Ale na tobie i tak by to nie

zrobiło wrażenia, co? Za twardy jesteś na diabły, nie?

Adam  nie  uraczył  jej  odpowiedzią,  spojrzał  na  nią  tylko  z  wyższością

pomieszaną  z  odrobiną  drwiny.  Tymek  uśmiechnął  się  i  wstał.  Gwałtownie
pochylił się nad swoją dziewczyną, w ostatniej chwili unikając upadku. Dla
ściemy  spróbował  pocałować  Nadię,  jednak  ta  odepchnęła  go  tylko
z pogardą.

-  Idę  się  odlać  -  stwierdził  rozczarowany  i  ruszył  do  łazienki,

pozostawiając znajomych w salonie.

Toaleta na parterze była dość skromnie urządzona. Ściany pokrywały białe

płytki,  sięgające  aż  po  sam  sufit  -  wszystkie  tak  samo  monotonne,  bez
zbędnych  wzorów  czy  zdobień,  odrobinę  tylko  jaśniejsze  niż  płytki
rozmieszczone  na  podłodze.  Niewielkie  pomieszczenie  było  wyposażone
w  sedes,  bidet,  malutką  szafkę  na  najbardziej  potrzebne  rzeczy  oraz  sporej
wielkości  umywalkę  z  lustrem  umieszczonym  w  pięknie  wykończonej,
drewnianej ramie.

Tymek  zrobił,  co  miał  zrobić,  następnie  opuścił  deskę,  pociągnął  za

spłuczkę  i  odwrócił  się,  by  umyć  ręce.  Odkręcił  kran,  zanurzając  dłonie
w ciepłej wodzie. Chwilę delektował się miłym uczuciem, aby zaraz sięgnąć
po  mydło  i  dokładnie  zacząć  je  wcierać  w  dłonie.  Wykonując  tę  banalną
czynność,  wpatrywał  się  w  swoje  oblicze  w  lustrze.  Uśmiechnął  się.  Lubił
siebie.  Dobrze  czuł  się  w  swoim  ciele,  ze  swoją  twarzą,  kilkudniowym
zarostem  i  przydługimi,  ciemnymi  włosami,  z  których  -  co  doskonale
wiedział  -  niektórzy  się  nabijali.  Nic  go  to  nie  obchodziło.  Czuł  się  od  nich
fajniej  ubrany,  zabawniejszy,  a  do  tego  umiał  grać  na  gitarze  i  był
wyzwolony  duchem.  Jednym  słowem  -  czuł  się  lepszy  od  pozostałych.
Od  wszystkich  sklonowanych  gości,  którzy  pół  życia  spędzali  na  siłowni,
jarali  się  samochodami  i  piłką  nożną,  a  u  fryzjera  zawsze  ścinali  się  na
jeżyka. Wiedział, że laski na to lecą. I do dupy z Nadią. Nie ta, to następna.
W sumie to ma jeszcze jedną - na tę myśl na jego ustach ponownie zagościł
uśmiech.

Opuścił  głowę,  żeby  zmoczyć  twarz  ciepłą  wodą.  Nie  zauważył,  że

odbicie w lustrze pozostało niewzruszone - twarz pozostała nieruchoma, oczy
wpatrywały  się  niewidzącym  wzrokiem  w  ścianę  za  Tymkiem.  Po  chwili
chłopak  podniósł  głowę  z  dłońmi  przyłożonymi  do  twarzy  i  dopiero  jak  je
odsunął, ponownie spojrzał przed siebie. Przyjrzał się uważniej, przysuwając
twarz  jeszcze  bliżej  lustra.  Szukał  w  odbiciu  oznak  zmęczenia  czy
czegokolwiek, czego nie chciałby w nim zobaczyć.

Naraz  w  łazience  zamigotało  światło.  Zdziwiony,  zerknął  na  klosz

umieszczony  nad  głową  i  kątem  oka  zarejestrował  brak  ruchu  własnego
odbicia.  Błyskawicznie  powrócił  do  poprzedniej  pozycji.  Zastygł,  jakby
przed  nim  nagle  znalazł  się  jadowity  wąż  w  pełnej  gotowości  do  ataku.
Wydawało  mi  się  -  pomyślał.  W  sumie  dom  jest  stary,  światło  może
szwankować,  są  przeciągi,  to  normalne  -  tego  akurat  był  stuprocentowo
pewien, pomimo wypitego alkoholu i wypalonej znikomej ilości marihuany.

background image

Jednak  to,  że  odbicie  w  lustrze  pozostaje  nieruchome,  nie  jest  normalne.
Muszę mniej palić, postanowił w myślach i powoli obrócił głowę w prawo, ot
tak, w ramach testu.

Jego  odbicie  cały  czas  tkwiło  niewzruszone.  Tymek  ruszył  głową

minimalnie w drugą stronę. Odbicie uparcie trwało w bezruchu. Takiej fazy
jeszcze  nie  miałem  -  pomyślał,  próbując  obrócić  wszystko  w  żart.  Jednak
w głębi ducha odniósł wrażenie, że coś się zmieniło. Przestał słyszeć odgłosy
pozostałych  dobiegające  z  salonu.  Nie  słyszał  muzyki  ani  rozmów,  a  raczej
mało  prawdopodobne  było,  aby  wszyscy  nagle  posnęli.  Miał  dziwnie
niepokojące  wrażenie,  że  jest  tylko  on  i  jego  odbicie  w  umieszczonym
w pięknej, drewnianej  ramie lustrze. Tylko  oni dwaj w  tej wąskiej łazience,
poza  tym  świat  przestał  istnieć.  Przysunął  twarz  maksymalnie  blisko  lustra,
w  taki  sposób,  że  dzieliło  ją  od  niego  zaledwie  kilkanaście  centymetrów.
Wpatrywał  się  głęboko  we  własne  oczy,  bez  chociażby  najmniejszego
mrugnięcia, bez najdelikatniejszego ruchu.

Światło  ponownie  zamigotało  i  w  ułamku  sekundy  łazienkę

spowiła  całkowita  ciemność.  Gdy  światło  znów  zabłysło,  Tymek  zobaczył
w  lustrze  coś,  co  sparaliżowało  go  niewypowiedzianym  lękiem.  Chłopak
poczuł  nagły  przypływ  przerażenia,  gdyż  zdał  sobie  sprawę,  że  takie
halucynacje nie mogły być spowodowane ani alkoholem, ani niczym innym.

Zobaczył w lustrze śmierć. Własną, okrutnie zmasakrowaną twarz. Skóra

była  zsiniała,  oczy  wywrócone  do  góry  i  białe,  poza  tym  cała  twarz  była
upstrzona  niezliczoną  ilością  ciemnych  plam,  przypominających  plamy
wątrobowe  znajdujące  się  na  dłoniach  starych  ludzi.  Jakby  ktoś  go  zabił
i  pozostawił  w  lesie,  gdzie  jego  ciało  mogło  gnić  przez  długie  tygodnie,
systematycznie  zjadane  przez  wszelkiej  maści  leśnych  padlinożerców
i owady. Chciał krzyczeć, wybiec z łazienki i opuścić ten dom. Wziąć nogi za
pas  i  po  prostu  biec  przed  siebie,  oby  dalej  od  groteskowego  wizerunku
własnej śmierci.

Ale nie mógł. Nogi jakby wrosły mu w beżowe płytki, ręce zacisnęły się

na  umywalce  tak  mocno,  że  aż  zbielały  mu  kłykcie  i  połamał  sobie  kilka
paznokci,  choć  nawet  tego  nie  poczuł.  Nie  mógł  nawet  krzyczeć.  Nie  mógł
wezwać pomocy. Mógł tylko stać i patrzeć.

Naraz  światło  ponownie  zamigotało  i  odbicie  chłopaka  znowu  było

normalne.  Ciężko  dyszał.  Poczuł,  że  niemalże  kuli  się  ze  strachu  i  grozy.
Gwałtowny skurcz żołądka targnął nim spazmatycznie i prawie zwymiotował
do lśniącej, białej umywalki.

Co za masakra - pomyślał. Jezu, nigdy więcej mieszania zielska z winem.

To pewnie przez historie Nadii; głupia dupa namieszała mi w głowie.

W  tym  momencie  żarówka,  umieszczona  w  kloszu  tuż  nad  jego  głową,

złowieszczo  zabrzęczała.  Tymek  ponownie  spróbował  się  ruszyć,  znów
nadaremnie. Dane mu było tylko minimalnie unieść głowę i spojrzeć na nią
w nadziei, że nie zgaśnie.

Jednak ona zgasła, aby po chwili ponowie rozbłysnąć światłem. Trwało to

ułamek  sekundy,  krócej  niż  wstrzyknięcie  śmiertelnej  dawki  jadu  przez

background image

czarną  mambę,  mniej  niż  kula  wystrzelona  z  rewolweru  potrzebuje  na
przebicie  mózgu  swojego  celu.  Jednak  ten  niesłychanie  krótki  czas
wystarczył,  żeby  w  głowie  chłopaka  zamieszkał  obłęd  i  żeby  zaczął
wariować  ze  strachu.  Odbicie  w  lustrze  ponownie  było  zmienione.  Tym
razem  zobaczył  samego  siebie  wiszącego  na  grubej  linie,  ciasno  oplecionej
wokół  szyi.  Cała  jego  twarz  była  spuchnięta,  nabrzmiały  język  wystawał
z nienaturalnie wielkich warg. Oczy niemo patrzyły przed siebie, wzrokiem,
który  przebijał  prawdziwego  Tymka  na  wylot.  Obwiniał  go:  „Zobacz,  co
zrobiłeś. Zabiłeś mnie. Zabiłeś sam siebie”.

Nawet nie próbował zrozumieć, co się dzieje. Jedyne, czego teraz pragnął,

to oderwać ręce od umywalki, jakimś cudem się oswobodzić i uciec. Ale nie
mógł, chociaż skupił na tym cały wysiłek, na jaki było go stać.

Jakimś  skrajnie  wyczerpującym  zrywem  udało  mu  się  oderwać  od

umywalki.  Nie  baczył  na  to,  że  z  okaleczonych  palców  skapuje  krew.
Próbował ruszyć nogami, ale te odmawiały posłuszeństwa. Nie zastanawiając
się dłużej, wziął potężny zamach i wyrżnął pięścią w lustro.

Rozpadło  się  na  kilkanaście  różnej  wielkości  kawałków,  niestety,  nie

wszystkie odpadły. Te, które zostały w ramie, stworzyły groteskową mozaikę
ukazującą tylko niektóre fragmenty twarzy chłopaka. Wiedział, że nie zniesie
kolejnego  widoku  własnej  śmierci.  Musiał  coś  zrobić,  i  to  szybko,  póki
zostały mu jeszcze jakiekolwiek resztki świadomości.

W  tym  momencie  jednak  żarówka  ponownie  zamigotała,  nie  dając  mu

najmniejszych szans na reakcję, a Tymek zaczął potępieńczo wrzeszczeć.

-  Więc  widzisz  duchy?  -  Maja  się  uśmiechnęła.  -  To  zajebiście.  Serio,

czad.

-  Tak,  widzę.  Ale  wiecie  co?  To  chyba  nie  jest  dobry  moment  na  taką

rozmowę, wkurza mnie…

-  Słyszeliście?  -  przerwał  jej  Marcin  i,  nie  czekając  na  reakcję

pozostałych, zerwał się na równe nogi.

- Jezu, co to było? - Adam wstał zaraz za kolegą. Wrzask, jaki rozniósł się

po domu, w niczym nie przypominał dźwięku wydawanego przez człowieka.
Adam  zaczynał  powoli  odczuwać  działanie  marihuany,  przez  co  bez
problemu  wyobraził  sobie  hordy  piekielnych  demonów  grasujące  wokół
domu, jednak wiedział, że ten wrzask był prawdziwy i najprawdopodobniej -
chociaż to było trudne do uwierzenia - wydał go Tymek.

Nadia również się podniosła, jednak błyskawicznie usiadła z powrotem na

kanapie  i  złapała  się  rękami  za  głowę.  Wpatrywała  się  oszalałym  wzrokiem
gdzieś w nieokreśloną przestrzeń przed sobą.

- O Boże! - powiedziała cicho. Marcin był już na korytarzu, ale zatrzymał

się i spojrzał na dziewczynę. Wiedział, że coś jest z nią cholernie nie tak.

- Wszystko okej?
Dziewczyna  spojrzała  na  niego  mętnym  wzrokiem.  Poczuła  przejmujący

ból  głowy,  jakby  imadło  miażdżyło  jej  czaszkę.  Pomasowała  skronie
i  odpowiedziała  tylko  jednym,  krótkim  słowem,  od  którego  włosy  Marcina
zjeżyły mu się na karku:

background image

- Tymek.
Chłopak ruszył biegiem w stronę łazienki:
- Tymek! - krzyczał. - Tymek, słyszysz mnie? Otwórz drzwi!
Ze środka nie dobiegał żaden dźwięk.
- Na pewno tam jest? - spytał Adam.
Marcin złapał za klamkę i błyskawicznie cofnął rękę.
- Kurwa, jaka zimna!
Jednak  pomimo  to  złapał  za  nią  ponownie  i  spróbował  przekręcić.  Nie

ustąpiła.

- Zamknięte od środka - powiedział, patrząc na Adama. Ku drobnej uldze

stwierdził, że on również wygląda na zaniepokojonego. - Tymek, jesteś tam?
Otwórz,  to  my.  Adam  i  Marcin.  Tymek,  otwieraj!  -  krzyknął,  waląc  ręką
w drzwi.

-  Ty,  może  się  przewrócił,  uderzył  w  coś  głową  i  stracił  przytomność?  -

zasugerował Adam, chyba już całkowicie trzeźwy. - Musimy wyważyć.

Dziewczyny dołączyły do nich.
-  Jest  tam?  -  zapytała  Maja,  zdenerwowana  i  podekscytowana  zaistniałą

sytuacją. Nadia trzymała się parę metrów dalej, wyraźnie zaniepokojona.

- Chyba tak, ale nie chce otworzyć.
W  tym  momencie  klamka  delikatnie  stuknęła  i  drzwi  odrobinę  się

uchyliły.  Poczuli  lodowate  zimno  ulatujące  z  niewielkiego  pomieszczenia.
Marcin  stał  najbliżej  i,  nie  zważając  na  chłód,  śmiało  pchnął  je  do  środka,
otwierając na oścież.

W  pierwszej  chwili  zauważył  leżące  na  podłodze  potłuczone  szkło.

Spostrzegł,  że  niektóre  fragmenty  były  ubrudzone  krwią  i  już  wiedział,  że
wydarzyło  się  coś  naprawdę  złego.  Krew  zdobiła  również  białą  umywalkę.
Dopiero  po  sekundzie  jego  wzrok  prześlizgnął  się  na  Tymka  siedzącego  na
sedesie.  Chłopak  zakrywał  twarz  rękoma.  Zarówno  jego  koszula,  jak  i  całe
dłonie  były  poplamione  krwią,  skapującą  teraz  na  spodnie  i  podłogę.
Zorientowawszy  się,  że  ktoś  otworzył  drzwi,  siedzący  na  sedesie  Tymek
skierował  głowę  w  stronę  Marcina.  Niestety,  ich  spojrzenia  nie  spotkały  się
i już nigdy nie miały się spotkać - z miejsca, w którym kilka minut wcześniej
tkwiły  brązowe  oczy  Tymka,  aktualnie  sterczały  dwa  nieregularne  kawałki
potłuczonego lustra.

background image

 

Rozdział 8

- Nie kłamię! - stwierdził buńczucznie Marcin, szarpiąc rękami kajdanki.

A  przynajmniej  próbował  wierzyć,  że  w  jego  stwierdzeniu  była  chociaż
krztyna pewności siebie i zadziorności.

Policjant  natomiast  cały  czas  bujał  się  na  krześle,  niezmiennie

z  papierosem  w  ustach.  Wybuch  chłopaka  zdawał  się  nie  robić  na  nim
większego  wrażenia.  Naraz  jednak  gwałtownie  zatrzymał  się  i  pochylił  nad
stołem.

-  Kłamiesz.  Łżesz  jak  pies  -  stwierdził,  dodatkowo  celując  w  Marcina

papierosem.

Marcin zamilkł. Czuł się coraz gorzej.
- Nie kłamię… - wyszeptał.
-  Zamknij  się  -  przerwał  mu  funkcjonariusz.  -  Chcesz  mi  wmówić,  że

chłopak  sam  sobie  wbił  kawałki  lustra  w  oczy?  Bo  co?  Bo  znaleźliście
w  bibliotece  jakieś,  kurwa,  jak  to  nazwałeś…  -  Zaczął  wertować  papiery
leżące  na  metalowym,  zimnym  stole.  -  O,  mam.  Jakieś  pomieszczenie  do
wywoływania  duchów?  Nie  patrz  tak  na  mnie,  to  twoje  słowa.  Tak,
pomieszczenie do wywoływania duchów.

Marcin  zamilkł.  Jak  mógł  racjonalnie  to  wytłumaczyć?  Jak  miał

powiedzieć,  że  nikogo  nie  było  przy  Tymku  w  momencie,  w  którym  się
okaleczył? Jednak nie to pytanie najbardziej go nurtowało. Wtedy najbardziej
zastanawiało  go,  dlaczego  chłopak  targnął  się  na  własne  życie.  Lecz  teraz
z  perspektywy  minionych  godzin  doskonale  wiedział,  dlaczego  to  zrobił.
I prawdopodobnie, będąc na jego miejscu, zrobiłby to samo.

-  Wiesz,  co  ja  myślę?  -  zapytał  detektyw  i  nie  czekając  na  odpowiedź

Marcina,  zaczął  mówić.  -  Myślę,  że  pojechaliście  do  tego  domu,  wypiliście
za  dużo  alkoholu  i  zaczęło  wam  doszczętnie  odbijać.  Bo  jak  by  nie  było,
miejsce  na  takie  zabawy  było  wprost  idealne.  Wielka  chata  w  środku  lasu,
księżyc  w  pełni  i  alkohol.  Tak,  wiem,  że  taka  gównażeria  jak  ty  lubi  takie
klimaty. Horrory, voodoo, wywoływanie duchów i inne gówna. Zgadłem?

Zrobił  chwilę  pauzy  na  podpalenie  kolejnego  papierosa,  po  czym

kontynuował:

- Najebaliście się. Zaczęliście gadać o horrorach, o domach w środku lasu,

gdzie  były  pomordowane  małe  dziewczynki…  -  Żywiołowo  gestykulował
rękami. - …które później łażą w tych swoich białych sukienkach i z czarnymi
włosami  na  twarzy.  Że  też  suki  wiedzą,  gdzie  mają  iść…  No  ale  nieważne.
Nawaliliście  się  gorzałą,  zebrało  wam  się  na  gadanie  o  paranormalnych
pierdołach. Wiemy, bo znaleźliśmy w salonie płyty z obiema częściami B

LAIR

W

ITCH 

P

ROJECT

.  Ale  mało  wam  było  wrażeń,  więc  poszliście  do  biblioteki

background image

szukać jakichś starych książek. Co znaleźliście? Tego nie wiemy, bo jeszcze
nie  zdjęliśmy  zewsząd  odcisków  palców.  Ale  dowiemy  się,  spokojnie.  Daj
nam  tylko  trochę  więcej  czasu.  Ale  ty  masz  czas,  prawda?  Oj  tak,  masz
bardzo dużo czasu. Wypuścił chmurę gryzącego dymu prosto w Marcina.

A  jeżeli  on  ma  rację  -  zastanawiał  się  chłopak.  Jeżeli  faktycznie  to

wszystko była tylko wina alkoholu? Nie, przecież to niemożliwe. Przecież on
tam był, widział to na własne oczy, czuł cierpnącą z przerażenia skórę.

Naraz chłopak wpadł na pewien pomysł:
-  Nie  kłamię,  przysięgam  -  zaczął.  -  Możemy  teraz  pojechać  do  domu

i pokażę wam, gdzie jest to tajne pomieszczenie.

Detektyw  przyglądał  mu  się  przez  chwilę,  jakby  rozważając  następne

posunięcie.

-  Nasi  technicy  nie  znaleźli  żadnego  zawiasu  ani  żadnego  ukrytego

mechanizmu  otwierającego  drzwi  do  tego  twojego  tajnego  pomieszczenia  -
odpowiedział, kładąc ironiczny nacisk na słowo „tajnego”.

- Bo jest tajne! Ma pozostać nieodnalezione! - krzyknął z bezsilnej złości

Marcin.

-  Spokój!  -  wydarł  się  na  niego  funkcjonariusz.  -  Zapomniałem  dodać

jeszcze jedną rzecz. W salonie znaleźliśmy ślady marihuany. Popaliło się, co?
Nie dziwne, że później wam totalnie odjebało.

- I co, wsadziliśmy koledze lustro w oczy? - zapytał z rezygnacją Marcin.
-  Może.  Jeżeli  to  był  wypadek,  to  dlaczego  po  prostu  nie  zadzwoniliście

po pogotowie?

Marcin  poczuł,  jak  znowu  zapada  się  w  ciemność.  Znowu  wrócił

wspomnieniami  do  zdarzeń  sprzed  kilkudziesięciu  godzin.  Poczuł,  jak  się
dusi i ostatkiem siły woli zaczerpnął tchu.

Zadzwoniliśmy 

powiedział 

ledwie 

słyszalnym 

szeptem.

- Zadzwoniliśmy przecież…

background image

 

Rozdział 9

-  Jezu,  co  on  sobie  zrobił?!  -  krzyknęła  Maja,  przykładając  dłoń  do  ust.

-  O  Boże,  o  Jezu,  Tymek,  o  Boże,  co  on…  -  Niekończąca  się  litania
wychodziła z ust dziewczyny, zlewając się w jeden niezrozumiały bełkot.

- Tymek, Boże jedyny… - padło z usta Adama.
Marcin zrobił krok w stronę kolegi, uważając, żeby nie wdepnąć w plamę

krwi zalegającą na podłodze:

- Tymek, chłopie, co tu się stało?…
Żadne  z  nich  nie  znajdowało  odpowiednich  słów,  żeby  jakoś  załagodzić

sytuację. Niestety, nieważne jak bardzo pesymistyczny scenariusz by założyć
lub jak bardzo by nagiąć teorię chaosu, trudno doprowadzić do przypadkowej
sytuacji, w której szkło, nie wiadomo dlaczego, eksploduje i wbija dwa ostre
odłamki centralnie w oczy swej ofiary.

Jednak  chyba  najgorsze  w  tym  wszystkim  było  zachowanie  Tymka.

Chłopak  po  prostu  siedział  z  głową  skierowaną  w  ich  stronę  oraz  z  rękami
spokojnie  opartymi  na  kolanach.  Z  rannych  oczodołów  sączyła  się  krew,
a  usta  Tymka  wykrzywiało  coś,  co  można  by  nazwać  mieszanką  bólu
i  radości.  Marcin  podszedł  do  niego  i  niepewnie  położył  mu  dłoń  na
ramieniu.  Z  bliska  wpatrywał  się  w  twarz  kolegi,  dopiero  teraz  zauważając,
że ma rozcięte również łuki brwiowe. Widok był odrażająco groteskowy i nie
mógł  przestać  się  na  niego  gapić.  Coś  go  w  nim  odpychało  i  fascynowało
zarazem.

-  Tymek,  słyszysz  mnie?  -  zapytał  delikatnie  Marcin,  dość  piskliwym

i niepewnym głosem.

Po chwili, która zdawała się trwać wieczność, ranny chłopak powiedział:
- Nie widzę. Już nic nie widzę, wiesz? - wyszeptał beznamiętnie.
Po tych słowach na jego ustach pozostał tylko i wyłącznie uśmiech. Kiedy

zobaczyła  to  stojąca  w  korytarzu  Maja,  zgięła  się  wpół  i  zwymiotowała  na
dębowy parkiet. Marcin i Adam spojrzeli po sobie zlęknionym wzrokiem, nie
mając  najmniejszego  pojęcia,  co  powinni  teraz  zrobić.  W  drzwiach  nagle
pojawiła się Nadia. Widząc Tymka, stanęła jak wryta, przyłożyła dłoń do ust
i momentalnie zbladła jak kreda.

- Adam, pomóż mi - powiedział Marcin, zbierając się jakoś w sobie.
Chłopak  niechętnie  wszedł  do  łazienki,  przeciskając  się  obok  Nadii.

Zauważył  rozgniecione  szkło  i  krew  na  umywalce.  Czuł  metaliczny  zapach
krwi,  ale  w  powietrzu  unosiło  się  coś  jeszcze,  coś  słonego  i  gryzącego
zarazem.  Zerknął  w  krocze  Tymka  i  spostrzegł  na  nim  olbrzymią,  ciemną
plamę  obejmującą  wewnętrzne  strony  jego  ud.  Szybko  przeskanował  swój
umysł, poszukując odpowiedzi na zasadnicze pytanie - co musi się wydarzyć,

background image

żeby młody facet zsikał się w majtki?

-  Weź  go  pod  drugą  rękę,  tylko  delikatnie  -  zarządził  Marcin,  samemu

wchodząc  między  siedzącego  kolegę  a  ścianę.  -  Musimy  go  stąd
wyprowadzić, pójdziemy do salonu i położymy go na kanapie.

Adam  tylko  kiwnął  głową.  Delikatnie  dźwignęli  kolegę  i  zaczęli

wychodzić z nim z łazienki.

- Nadia, dzwoń po pogotowie - rozkazał Marcin.
Jednak ona nie reagowała. Stała tylko i wpatrywała się w Tymka swoimi

olbrzymimi, teraz jeszcze większymi z powodu przerażenia, oczami i nic nie
mówiła.  Co  chwila  zerkała  to  na  lustro,  to  z  powrotem  na  Tymka.  Lustro,
Tymek,  lustro,  i  tak  non  stop.  Marcin  sam  się  domyślił,  że  musiał  je  zbić,
jednak  nie  miał  pojęcia,  dlaczego  miałby  to  zrobić.  W  głębi  ducha  czuł,  że
Nadia  może  coś  wiedzieć  lub  chociażby  przeczuwać,  lecz  nie  miał  teraz
czasu na dywagacje. Trzeba było działać, teorie będą roztrząsać później.

-  Nadia!  -  krzyknął,  żeby  przywołać  dziewczynę  z  powrotem  do  świata

żywych. Żadnej reakcji. - Kurwa mać. Maja, dzwoń po pogotowie.

Dziewczyna  chwilę  temu  przestała  wymiotować.  Stała  teraz  pod  ścianą

i  delikatnie  chlipała,  pociągając  jednocześnie  nosem.  Cała  drżała  jak
w febrze.

-  Maja,  musisz  zadzwonić  po  karetkę.  Szybko,  słyszysz?  -  powiedział

Adam.  Zerknęła  na  niego  niewidzącymi  oczami,  w  najmniejszym  nawet
stopniu nie potwierdzając, że zrozumiała cokolwiek z jego słów. Tymczasem
Adam i Marcin wyszli z Tymkiem na korytarz. Ranny szedł z nimi spokojnie,
nie  rzucał  się,  nie  marudził,  że  cokolwiek  go  boli.  Jednak  wyraźnie  czuli
ciężar jego ciała. Wydawał się ekstremalnie zmęczony i osłabiony.

-  Maja,  potrzebujemy  cię  -  powiedział  spokojnie  Adam,  chyba  zbyt

spokojnie, bo Maja nawet na niego nie spojrzała.

- Dzwoń, kurwa, po to pieprzone pogotowie! - wydarł się Marcin. Nerwy

miał  napięte  jak  postronki,  co  było  dość  zrozumiałe.  Do  tego  dziewczyny,
zamiast działać, postanowiły zamienić się w dwa totalnie bezużyteczne słupy
soli.

Nieoczekiwanie  Maja  potrząsnęła  głową,  jakby  wybudzała  się  z  letargu

i powiedziała:

- Tak, idę. Pogotowie. Okej. Sorry. Jaki tu jest adres?
- Topoli 19 - odpowiedział Marcin.
- Okej.
Dziewczyna pobiegła po swój telefon, który zostawiła na stole w salonie,

wyprzedzając  tym  samym  chłopaków  w  korytarzu.  Wzięła  komórkę
i wykręciła numer 999, drugą ręką wyłączając całą czas grającą wieżę.

Tymczasem Marcin z Adamem dotarli do kanapy, delikatnie układając na

niej  Tymka.  Podłożyli  mu  pod  głowę  poduszkę.  Poruszali  się  bardzo
ostrożnie,  uważając,  żeby  nie  zrobić  krzywdy  koledze,  ale  żaden  z  nich  nie
mógł oderwać wzroku od dwóch ostrych kawałków lustra sterczących z jego
oczu.  Przez  głowę  Marcina  przeleciało  pytanie,  kto  jeszcze  tego  wieczoru
wyląduje na tej kanapie.

background image

-  Tymek,  co  się  stało?  -  zapytał  Marcin,  biorąc  dłoń  kumpla  we  własne

dłonie. Chciał mu pokazać, że jest przy nim i wszystko będzie dobrze. - Boli
cię?

-  Nie.  Już  nie  -  odpowiedział  Tymek,  ledwo  rozchylając  usta.  Miał

dziwnie  spokojny  głos,  zupełnie  niepasujący  do  kogoś,  komu  z  twarzy
sterczy ociekające krwią szkło.

-  Pewnie  jest  w  szoku  -  powiedział  cicho  Adam.  -  To  dobrze,  oby  to  się

utrzymało do przyjazdu karetki. Maja, dodzwoniłaś się?

- Nie.
-  Tymek,  co  się  stało?  -  zapytał  ponownie  i  spokojnie  Marcin.

Przynajmniej miał nadzieję, że spokojnie.

Ranny chłopak skierował głowę w stronę źródła głosu:
-  Musiałem.  -  W  tonie  wypowiedzi  dało  się  wyczuć  rezygnację  i  ból,

jednak nie tylko był to ból fizyczny, lecz również psychiczny. Wystarczyło to
jedno rzucone przez Tymka słowo, a od razu w głowie Marcina pojawiły się
tysiące  obrazów  zdesperowanych  ludzi,  jak  obraz  człowieka,  który,
przeżywszy katastrofę lotniczą w Andach w 1972 tłumaczył, że musiał zjeść
martwego towarzysza wyprawy, bo inaczej sam by zginął.

- Jak to… to znaczy, że sam sobie to zrobiłeś? - Marcin wiedział, że zbyt

wcześnie  na  takie  wnioski,  ale  nie  mógł  się  powstrzymać.  Musiał  zapytać,
inaczej sumienie nie dałoby mu spokoju.

-  Nic  już  nie  widzę  -  powtórzył  beznamiętnie  Tymek,  wypowiadając  to

w taki sam sposób, jak parę chwil wcześniej w łazience. - Nic.

Cała czwórka wymieniła zaskoczone spojrzenia, ale nikt się nie odezwał.

Dopiero Adam przerwał ciszę, jednak cały czas nie spuszczał kolegi z oczu:

- Maja, co z tym pogotowiem?
-  Jeszcze  nic,  nikt  nie  odbiera.  -  W  tym  czasie  głos  po  drugiej  stronie

słuchawki oznajmił:

- Pogotowie ratunkowe, słucham.
- Dobry wieczór, nasz kolega miał wypadek, coś sobie zrobił w oczy, wbił

sobie w nie szkło i teraz krwawi, jest ciężko…

-  Spokojnie,  proszę  mówić  spokojnie  -  odezwała  się  dyspozytorka.

- Najpierw proszę o pani imię i nazwisko.

-  Ale  on  się  wykrwawia,  musicie  szybko  przyjechać,  po  co  wam  moje

imię?!  -  wykrzyczała  Maja,  nie  rozumiejąc  absurdalności  całej  sytuacji.  Jej
kolega  prawdopodobnie  lada  chwila  umrze,  a  oni  pytają  o  imię  i  nazwisko,
jakby to mogło mu w czymkolwiek pomóc.

- Proszę pani, potrzebuję zebrać odpowiednie dane, żeby wiedzieć, gdzie

wysłać karetkę. Im szybciej pani je przekaże, tym szybciej ruszymy.

- Maja Pieczyńska.
- Dziękuję. Na jaki adres?
- Topoli 19, Zatory.
Dyspozytorka  potwierdziła  adres,  po  czym  poinformowała,  że  wysyła

pogotowie  ratunkowe.  Szacowany  czas  przybycia  miał  wynieść  piętnaście
minut.

background image

-  Piętnaście  minut?  -  zapytała  zaskoczona  Maja.  -  Przecież  on  się  w  tym

czasie wykrwawi!

Tymek  nie  przejmował  się  rozmową,  gdyż  tkwił  w  swoim  okaleczonym,

krwawiącym  świecie,  natomiast  Marcin,  Adam  i  Nadia  słuchali  całej
konwersacji, co chwilę zerkając na rannego kolegę leżącego na kanapie. Cała
trójka zauważyła w pewnym momencie, że dyspozytorka odpowiedziała coś,
od czego brwi Mai ściągnęły się do środka.

- Za długo? Nie pasuje wam? - usłyszała w słuchawce. - To w ogóle nie

przyjedziemy. Odwołuję karetkę.

Koniec zdania zwieńczył odgłos odkładanej słuchawki. Głos dyspozytorki

przy  ostatniej  wypowiedzi  był  odrobinę  inny  niż  wcześniej,  jakby  młodszy
i  żywszy.  Niemniej  Maja  nie  zdążyła  zwrócić  na  to  uwagi,  bo  słowa,  które
usłyszała przytłumiły wszystko inne.

Stała  osłupiała  z  telefonem  przy  uchu,  wsłuchując  się  w  miarowe,

bezduszne  pikanie.  Nie  wierzyła  w  to,  co  przed  chwilą  dotarło  do  jej  uszu.
Nie, na pewno się przesłyszała. Może wypiła jednego drinka za dużo. Nawet
nie potrafiła sobie przypomnieć, co piła.

Nie,  musiałam  się  przesłyszeć  -  pomyślała.  Innej  opcji  nie  ma,  no  po

prostu nie ma. A jeżeli się nie przesłyszałam?

-  Powiedziała,  że  nie  przyjadą  -  stwierdziła  w  końcu,  dostrzegając  w  ich

oczach niewypowiedziane pytania.

- Jak to: nie przyjadą?! - wrzasnął z niedowierzaniem i narastającą paniką

w głosie Marcin.

-  Co?  -  wtrącił  równolegle  Adam.  -  No  nie  rób  sobie  jaj,  no  kurwa,

pogrzało ich?

-  Naprawdę.  Powiedziała,  że  odwołują  karetkę  -  powiedziała  Maja,  cały

czas nie mogąc pogodzić się ani z tym, co mówi, ani z tym, co usłyszała.

- To jakieś brednie. Dzwoń jeszcze raz - zasugerował Marcin, trzęsąc się

ze złości. Zacisnął dłonie w pięści i napiął ręce do granic możliwości, aby po
chwili  je  rozluźnić  i  powtórzyć  ćwiczenie.  Wiele  złego  słyszał  o  polskiej
służbie  zdrowia,  ale  nigdy  by  nie  przypuszczał,  że  może  być  aż  tak
tragicznie.

Maja ponownie wykręcała numer pogotowia, zdeterminowana, przerażona

i  wkurzona  jak  jeszcze  nigdy  w  życiu.  Dodatkowo  ekstremalnie  skołowana,
bo nie wiedziała, które uczucie było dominujące.

Wszyscy wpatrywali się w nią z pełnym napięcia wyczekiwaniem. Jedna

z  lampek  zawieszonych  na  ścianie  delikatnie  zamigotała,  zwracając  uwagę
Marcina.  Co  jest  z  tym  oświetleniem?  -  zapytał  się  w  duchu.  Stwierdził,  że
trzeba  będzie  wezwać  elektryka,  chociaż  jakiś  głos  w  głowie  podpowiadał
mu, że z instalacją elektryczną jest wszystko w porządku.

- Opierdol tę babę. I poproś o jej nazwisko - rzucił Adam, jednak w tym

samym  czasie  Maja  uniosła  rękę,  nakazując  mu  zachowanie  ciszy.  Jej
chłopak  zdążył  jeszcze  powiedzieć,  że  nie  daruje  im  tego  i  że  zaskarży  tę
durną cipę. W tym czasie jego dziewczyna ponownie usłyszała dyspozytorkę:

-  Przecież  mówiłam  ci,  że  nie  przyjedziemy.  Macie  tam  siedzieć,  aż

background image

zdechniecie.

Maja  krzyknęła  ze  strachu,  po  czym  upuściła  telefon  na  podłogę,  jakby

aparat  był  rozżarzonym  do  czerwoności  metalem.  Wystraszyła  się  nie  tylko
słów,  które  usłyszała.  Była  przerażona  również  głosem,  który  to  wymawiał,
bo należał do Nadii.

- Co jest? - zapytał Adam, podchodząc do dziewczyny i marszcząc brwi.
- Powiedziałaś, że nie przyjadą - rzekła Maja z paniką w głosie, zupełnie

ignorując Adama. Patrzyła z wyrzutem na Nadię. - Jak to zrobiłaś? - zapytała
z niedowierzaniem. To, co usłyszała, po prostu nie mieściło się jej w głowie.
- Powiedziałaś… powiedziałaś, że mamy tu zdechnąć… jak mogłaś? Myślisz,
że  to  zabawne?  Ty  suko!  -  krzyknęła  Maja,  po  czym  ruszyła  szarżą  na
dziewczynę, zupełnie tracąc nad sobą kontrolę. Emocje, niemalże zwierzęcy
instynkt  i  wściekłość  wzięły  górę.  Nadia  stała  jak  sparaliżowana.  Nic  nie
rozumiała,  czuła  tylko  narastającą  trwogę  i  skołowanie.  Adam  złapał  swoją
dziewczynę w pasie i zatrzymał, zanim doszło do rękoczynów.

-  Co?  Przecież  nic  nie  mówiłam  -  przyznała  zdezorientowana  Nadia,

patrząc to na Marcina, to na Adama, i szukając w nich potwierdzenia swoich
słów. Po jej ciele przechodziły zimne dreszcze.

- Tak, stała obok mnie i nawet nie drgnęła - powiedział Marcin, próbując

zrozumieć, co tu się właściwie dzieje.

Maja słyszała w telefonie głos Nadii? Jakim cudem? Przecież ona nic nie

powiedziała  -  myślał.  Przeszły  go  ciarki,  lecz  nie  wiedział,  czy  było  to
spowodowane  przeciągiem,  czy  przeżyciami,  choć  stawiał  na  to  drugie.
Powoli,  ale  z  delikatnym  przyspieszeniem  zaczynał  się  czuć  jak
w wariatkowie lub w kolejce górskiej, nad którą nikt nie miał kontroli.

- Przecież słyszałam w słuchawce twój głos! - krzyczała rozhisteryzowana

Maja.  Patrzyła  na  Nadię,  rzucając  gromy  z  oczu.  Adam  miał  wrażenie,  że
gdyby  ją  uwolnił,  to  mieliby  powtórkę  z  zabawy  w  bibliotece,  tylko  że
w  wersji  damskiej.  -  Nie  wiem,  jak  to  zrobiłaś  -  powiedziała  już
spokojniejsza Maja, delikatnie odpychając od siebie Adama. Cała drżała, ale
wyglądało  na  to,  że  pomysł  pobicia  Nadii  na  razie  został  odsunięty  na  bok.
- Już wiem!- krzyknęła nagle, a jej oczy rozświetlił fanatyczny blask tryumfu.
Adam wystraszył się krzyku i uniósł dłonie, jakby chciał w nie złapać Majkę.
- Przecież mówiłaś, że widzisz te różne rzeczy. Jakieś duchy i inne pierdoły.
Może  takie  sztuczki  też  potrafisz,  co?  Bawi  cię  to,  czarownico?  -  syczała
wściekle niczym kotka.

-  Nic  nie  powiedziałam,  odpieprz  się  ode  mnie!  -  powiedziała  jadowicie

Nadia, mrużąc przy tym oczy. Nie mogła dać po sobie poznać, że słowa Mai
w jakikolwiek sposób ją dotknęły ani że się boi, chociaż była przerażona jak
jeszcze nigdy w życiu.

-  Maja,  może  się  przesłyszałaś?  -  szukał  wyjaśnienia  Adam,  cały  czas

trzymając  uniesione  w  górę  ręce,  żeby  zareagować  w  miarę  szybko  na
kolejną  próbę  ataku  brunetki.  -  Za  dużo  stresu,  usiądź,  ja  zadzwonię.
- Sięgnął po swój telefon.

Piersi  Mai  unosiły  się  i  opadały  miarowo  w  rytm  przyspieszonego

background image

oddechu.  Nadia  również  była  skołowana.  Coraz  mniej  się  jej  to  wszystko
podobało,  coraz  bardziej  sytuacja  wymykała  się  spod  ich  kontroli.  Czuła  to
coraz mocniej. Zakładając, że kiedykolwiek taką kontrolę posiadali, przeszło
jej przez myśl.

Adam  cały  czas  miał  swoją  dziewczynę  na  oku.  Nigdy  wcześniej  się  tak

nie  zachowywała,  ale  również  nigdy  wcześniej  nie  znalazła  się  w  takiej
sytuacji, usprawiedliwiał ją w duchu. Odczekał chwilę, osiągając w pewnym
momencie  połączenie  z  pogotowiem.  Naraz  telefon  Marcina  odezwał  się
klasycznym  dzwonkiem  nokii.  Koledzy  popatrzyli  po  sobie  zaskoczeni,  ale
czasem takie rzeczy przecież się zdarzają. Może niezbyt często, ale zdarzają
się, jak by nie było.

Marcin  ostrożnie  sięgnął  po  swoją  komórkę,  zerknął  na  wyświetlacz

i z ulgą stwierdził, że dzwoni do niego mama. Może zatrzymali się gdzieś na
noc  i  chce  powiedzieć,  że  wszystko  z  nimi  w  porządku.  Przynajmniej
rozwieje  jego  wątpliwości  wywołane  chorą  wizją,  jaką  miał  parę  godzin
wcześniej. W końcu sam miał w planach do niej zadzwonić.

- Cześć, mamo. - Odebrał telefon.
Wtedy po drugiej stronie usłyszał wrzask. Nie był to entuzjastyczny krzyk

na  powitanie,  tylko  potępieńcze  zawodzenie  człowieka,  który  kona
w niewyobrażalnej dla drugiej osoby agonii. Nogi pod Marcinem się ugięły,
ale  nie  upadł  ani  nawet  nie  usiadł.  Sam  dźwięk  przyprawiał  o  dreszcze,  ale
najgorsze  było  to,  do  kogo  głos  należał,  bo  wcale  nie  do  jego  matki.
Wykrzykujący  cierpienie  głos  po  drugiej  stronie  aparatu  był  głosem  Mai,
która  siedziała  naprzeciwko  i  wpatrywała  się  w  niego  swoimi  szklanymi  od
łez  oczami,  nie  rozchyliwszy  ust  nawet  na  milimetr.  Marcin  poczuł,  jak
wszystkie  włosy  na  jego  ciele  stają  dęba  i  twardnieją,  niczym  igły  jałowca.
Poczuł  też  przenikające  zimno  paraliżujące  jego  ciało.  Był  jak
zahipnotyzowany.  Nie  mógł  oderwać  słuchawki  od  ucha,  mógł  tylko
chybotliwie stać i słuchać krzyku, próbując po części zrozumieć, a po części
zupełnie nie zwariować.

W  tym  samym  czasie  Adam  już  zaczynał  opierniczać  dyspozytora

pogotowia:

- Witam, dzwoniliśmy wcześniej i…
Jednak nie dane było mu skończyć.
- Zamknij się

 

- usłyszał w słuchawce głos Marcina. Chłopak poczuł, jakby

ktoś  położył  mu  na  klatce  piersiowej  kowadło,  skutecznie  uniemożliwiając
oddychanie. - Po prostu się zamknij i przestań tyle gadać.

Adam  wpatrywał  się  pełnym  strachu  wzrokiem  w  Marcina,  a  ten,  nie

mogąc się ruszyć, patrzył z nie mniejszą grozą na Maję. W oczach chłopaków
malowało się skrajne przerażenie i niezrozumienie, Maja powoli przestawała
płakać,  a  Nadia  zmarszczyła  zaniepokojona  brwi,  obserwując  dziwne
zachowanie  Adama  i  Marcina,  zupełnie  nie  przejmując  się  pochlipywaniem
dziewczyny.  Adam  widział,  że  usta  Marcina  się  nie  poruszały,  jednak
przecież słyszał jego głos w słuchawce. Przez głowę przelatywało mu tysiąc
myśli  na  sekundę,  jednak  wszystkie  były  zdominowane  przez  tę  jedną,

background image

najwyraźniejszą: co tu się, kurwa, dzieje?

-  Nie  patrz  tak  na  mnie.  Maja  miała  rację.  Nikt  po  was  nie  przyjedzie.

Co,  zdziwiony?  Pewnie,  żeś  zdziwiony.  -  Adam  słyszał  dalej  Marcina
w słuchawce.

Chciał  coś  powiedzieć,  jednak  nie  mógł  znaleźć  odpowiednich  słów.

Kawał?  Ktoś  sobie  robił  z  nich  jaja?  Jeżeli  tak,  to  wszystko  musiało  być
doskonale zaplanowane. Kamery, regulowana manualnie klimatyzacja, może
dosypali  im  czegoś  do  alkoholu?  -  myślał.  Może  szkło  w  oczach  Tymka  to
też jakieś plastikowe rekwizyty - modlił się w duchu, ale doskonale wiedział,
że  wcale  tak  nie  jest.  To  się  dzieje  naprawdę,  a  to,  czy  rozumieją  sytuację,
czy  nie,  nie  miało  najmniejszego  znaczenia.  Z  drugiej  strony,  może  jakiś
trefny  towar  był  w  tym  zielsku?  Dealer  chciał  nabić  więcej  kasy  i  dorzucił
mu jakieś parszywe gówno.

-  Nie,  to  nie  są  rekwizyty,  a  zielsko  było  w  porządku.  To  się  dzieje

naprawdę,  czy  ci  się  to  podoba,  czy  nie.  -  Głos  w  słuchawce  zaczął  się
szaleńczo  śmiać,  niemalże  histerycznie  jak  psychopata,  który  cieszy  się
z wyprucia komuś bezbronnemu flaków. Po paru sekundach się uspokoił i już
zupełnie  na  poważnie  dodał:  -  Ale  nie  martw  się,  wszystko  skończy  się
szybciej, niż myślisz. Już na nas czekają. Będzie fajnie, zobaczysz.

Naraz  po  drugiej  stronie  słuchawki  rozbrzmiał  strzał  z  broni  palnej.

Drżący  ze  strachu  Adam  usłyszał  łupnięcie  czegoś  miękkiego  o  podłogę
i  błyskawicznie  zrozumiał,  że  był  to  dźwięk  upadającego  ciała  Marcina

.

Słyszał  coraz  wyraźniejsze  kroki.  Zbliżały  się  do  telefonu,  a  Adam  walczył
z własnymi myślami i nie mógł zdecydować, czego chce bardziej: sprawdzić,
kto podniesie słuchawkę, czy przerwać połączenie.

Lecz zanim podjął decyzję, w słuchawce rozległ się kojący i znany mu od

kilku godzin głos.

-  Cześć,  kotku  -  powiedziała  spokojnie  Nadia,  zdmuchując  dym  z  lufy

pistoletu. - Wpadłam ci w oko, co?

Adam  zerknął  teraz  na  Nadię.  Ich  spojrzenia  zderzyły  się,  przerażenie

trafiło  na  dezorientację.  Jest  telepatką  -  pomyślał.  Wlazła  mi  do  głowy
i szepcze w niej, jakby mówiła wprost do mojego ucha. Chciał rozchylić usta
i  wypowiedzieć  tę  myśl,  ale  nie  potrafił.  Zaskoczenie  było  zbyt
przygniatające, odbierało trzeźwość umysłu i krępowało ruchy niczym gęsta,
lepka maź.

-  Chciałbyś  mnie?  -  zapytała  Nadia.  -  Wiem,  że  tak.  Ale  nic  z  tego,

skarbeńku,  nie  tym  razem.  Tym  razem  to  ja  wezmę  ciebie.  Jesteś  następny,
robaczku. - Nadia cmoknęła do słuchawki.

Adam  wziął  potężny  zamach  i  roztrzaskał  telefon  o  ścianę.  Maja

podskoczyła zaskoczona, nie rozumiejąc co się stało.

- Kurwa, co tu jest grane?! - wykrzyczał.
Zerknął na Marcina, który blady powoli opuścił rękę, cały czas trzymając

włączony  aparat.  Oczy  chłopaka  były  puste,  wyrażały  tylko  bezkresne
zaskoczenie  i  totalną  bezradność.  Czuł  się  skołowany  jak  jeszcze  nigdy
w życiu. Jakby nagle ktoś wziął jego rzeczywistość, włożył ją do drewnianej

background image

beczki i puścił w dół kamiennego zbocza.

W ciszy panującej w salonie dało się słyszeć krzyki dobiegające z małego

głośniczka  komórki.  W  pewnej  chwili  Maja  z  przerażeniem  zrozumiała,  do
kogo należy głos.

- Wyłącz to, wyłącz! - krzyknęła do Marcina.
Chłopak  spokojnym,  powolnym  ruchem  nacisnął  czerwoną  słuchawkę.

Był zrezygnowany. Nie rozumiał tego, co się wydarzało, ani nie chciał tego
rozumieć.  Jedynie  pragnął,  żeby  ta  sytuacja  wreszcie  się  skończyła.  Chciał
się obudzić, stwierdzić, że znajomi jeszcze nie przyszli, a jemu zdarzyło się
przyciąć komara.

Nastała  kompletna  cisza,  zmącona  tylko  krótkimi,  urwanymi  oddechami

czwórki  osób.  Adam  nie  zamierzał  obwiniać  Nadii,  bo  w  słuchawce  słyszał
przecież też głos Marcina. Marcin z kolei słyszał Maję, więc nie tylko Nadia
dawała się usłyszeć po drugiej stronie. Tymczasem Tymek leżał spokojnie na
kanapie. Zdawał się nieświadomy sytuacji, która przed chwilą miała miejsce.
Nie  widział  też  światła,  które  przestało  migać  i  w  końcu  najwyraźniej  się
uspokoiło.

Czwórka  znajomych  spojrzała  po  sobie,  szukając  odpowiedzi  na  setki

pytań, jakie przelatywały teraz przez ich głowy. Nie znaleźli jednak niczego
oprócz bezkresnego zaskoczenia i konsternacji.

Nagle  wszystkie  telefony  znajdujące  się  w  domu  Marcina  zaczęły

dzwonić. Wliczając aparat roztrzaskany przez Adama i komórkę upuszczoną
przez Maję.

background image

 

Rozdział 10

-  Co  tu  się  dzieje?!  -  wydarła  się  Maja,  wplatając  palce  we  włosy.

Wyglądała,  jakby  zaraz  miała  wyrwać  z  głowy  całe  pukle  długich,
kręconych, czarnych loków. Po chwili aparaty się uspokoiły.

-  Czy  ktoś  może  mi  powiedzieć,  o  co  tu,  kurwa,  chodzi?  -  zapytał

jednocześnie z ledwo skrywanym strachem w głosie Adam. - Marcin, to twój
dom.  Stary,  co  jest  grane?  Albo  nie,  Nadia.  Może  ty  coś  wiesz?  Co  się
dzieje?

Pozostali  skierowali  na  nią  swoje  spojrzenia.  Dziewczyna  przez  chwilę

wpatrywała  się  w  nich,  przeskakując  wzrokiem  z  jednej  osoby  na  drugą.
Czemu  ja?  Odpieprzcie  się  ode  mnie  -  myślała.  -  Co  oni  myślą?  Że  jak
opowiedziałam  im  historię  o  duchach,  to  już  znam  odpowiedź  na  każde
pytanie?

Gdy  już  niemalże  pogodzili  się  z  myślą,  że  jej  milczenie  będzie  trwało

wieczność, w końcu się odezwała:

- Przykro mi, ale nie wiem. - Spuściła wzrok, jak mała dziewczynka, która

dostała  burę  od  ojca,  i  zaczęła  się  bawić  kolczykiem  w  ustach.  Ponownie
musiała  delikatnie  nagiąć  prawdę,  mówiąc,  że  nie  wie,  co  się  dzieje.
Wiedziała  tylko  tyle,  że  dzieje  się  coś,  czego  nie  da  się  tak  po  prostu
wytłumaczyć,  ale  w  obecnej  chwili  nie  było  sensu  w  ogóle  rozpoczynać
dyskusji.

-  Jak  to:  nie  wiesz?  -  ciągnął  dalej  Adam.  -  Przecież  mówiłaś,  że

wywoływałaś duchy.

Nadia  popatrzyła  na  niego,  zastanawiając  się  nad  odpowiedzią.  Czy  on

cokolwiek  zrozumiał  z  tego,  co  starała  się  im  przekazać?  Szczerze  w  to
wątpiła. No tak - pomyślała z żalem. - Tyle teraz horrorów i filmików w sieci
obracających świat duchów w żart, że ludzie już przestali w nie wierzyć. Nie
tylko  wierzyć  w  duchy,  ale  i  Boga,  i  we  wszystko  inne.  Przestali  wierzyć
w  zjawiska  paranormalne,  w  demony,  w  cokolwiek,  co  wydarza  się  poza
monitorem komputera czy telewizyjnym ekranem, w cokolwiek, czego nie da
się  „polubić”,  lub  do  czego  nie  da  się  przesłać  linka  znajomemu.  I  na  tym
właśnie polegał sukces tej drugiej ciemnej strony mocy.

Jednak  jak  by  nie  było  -  teraz  tkwili  w  tym  razem,  więc  potrzeba  być

tolerancyjnym i klepać się po plecach w tak trudnych chwilach.

-  Tak  -  zaczęła  najspokojniej,  jak  tylko  potrafiła  -  brałam  udział  w  kilku

seansach spirytystycznych, ale jak już mówiłam, to było coś innego. Tam nie
udało nam się niczego konkretnego wywołać. Widziałam kilka razy, jak by to
powiedzieć… duchy albo świadectwa ich obecności, jednak to zawsze działo
się samo, nie planowałam tego.

background image

- No a teraz? Nic nie czujesz? - zapytał Marcin.
- Mówiłam już, że czuję, ale mnie zignorowaliście - powiedziała już nie ze

złością, tylko ze smutkiem.

-  Dobra,  jebie  mnie  to,  co  robiłaś  kiedyś  -  wtrącił  się  wściekły  Adam.

- Wiesz, co się dzieje? O co chodzi z tymi pieprzonymi telefonami? To jakiś
żart? Zaplanowaliście to? - Zerknął na Marcina.

-  Nikt  niczego  nie  zaplanował,  kretynie  -  odpowiedział.  Nie  dość,  że  był

śmiertelnie  przerażony,  to  jeszcze  jego  kumpel  dolewał  oliwy  do  ognia.
Poczuł, jak zaczyna boleć go głowa.

Zapadła  cisza.  Obaj  pamiętali,  jak  skończyła  się  ich  ostatnia  sprzeczka,

i  obaj  nie  chcieli  powtórki  z  rozrywki.  Przez  chwilę  każdy  z  zebranych
walczył  z  własnymi  myślami,  próbując  w  racjonalny  sposób  wytłumaczyć
wydarzenia, w których brali udział. Chwilowo zapomnieli nawet o Tymku.

- Czy ty siebie słyszysz? Nas? Człowieku, pytamy się tej dziewczyny, czy

wyczuwa  w  tym  miejscu  obecność  duchów,  rozumiesz?  -  Adam  cały  się
trząsł.  Z  jednej  strony,  wypierał  możliwość  ingerencji  czegokolwiek
paranormalnego,  z  drugiej  zaś  próbował  znaleźć  jakiekolwiek  inne
wytłumaczenie  dla  tych  zjawisk  i  jak  na  razie  mu  się  nie  udawało.  Zaczął
chodzić w kółko po salonie, starając się jakkolwiek rozładować stres. Marcin
cały  czas  tylko  stał,  Maja  natomiast  wpatrywała  się  szklistymi  oczami
w Adama:

-  Kochanie,  przestań  tak  chodzić  w  kółko,  proszę  cię…  -  powiedziała

delikatnie.

- Daj mi spokój, myślę - zażądał Adam.
- Przestań, proszę…
-  Maja,  daj  mi  się  skupić  -  odpowiedział,  patrząc  na  nią  rozsierdzonym

wzrokiem.

- …siadaj, boję się.
- Maja, przestań.
- Naprawdę boję się, jak tak chodzisz, przerażasz mnie, proszę, usiądź…
- Nie! - krzyknął wściekły Adam.
-  Siadaj,  bo  cię  zabiję!  -  wydarła  się  nagle  Maja  mocnym,  nienaturalnie

potężnym  głosem.  Kilka  lampek  w  salonie  zamigotało.  Pozostali  aż
podskoczyli,  a  Adam  cofnął  się  parę  kroków  i  podniósł  ręce  jak  do  gardy.
Maja  spojrzała  zaskoczona  na  pozostałych,  po  czym  błyskawicznie  zaczęła
się tłumaczyć:

-  To  nie  ja,  ja  nie  chciałam  tego  powiedzieć,  przepraszam,  to  nie  były

moje słowa… - przerwała nagle, uderzając w ciężki, histeryczny płacz.

Adam,  choć  ciągle  potężnie  wystraszony,  podszedł  do  niej  i  niepewnie

objął ramieniem. Próbował ją uspokoić, chociaż i jemu przydałoby się teraz
trochę waleriany. Najlepiej kilka litrów. I to dożylnie.

Przypatrująca się tej scenie Nadia poczuła coś dziwnego. Na chwilę udało

się jej odseparować przerażenie, wywołane nienaturalnym wybuchem Majki,
i  skupić  się  na  innych  odczuciach,  starając  się  spojrzeć  na  sytuację  z  innej,
szerszej perspektywy. Poczuła, że nie są tu sami i pierwszy raz odkąd trafiła

background image

do tego miejsca, mogła potwierdzić to z pełną odpowiedzialnością. Nie czuła
żadnej konkretnej osoby, żadnego demona, diabła czy ducha kogoś bestialsko
zamordowanego w tym starym domu. Poczuła czyjeś uczucie, ale nie była to
ani  złość,  ani  nienawiść.  Był  to  przebłysk  radości,  chwilowe  intensywne
zadowolenie

.

  Poczuła  się  jak  mrówka,  nad  którą  siedzi  rozwydrzony  bachor

z  lupą,  próbując  przypalić  ją  promieniami  słonecznymi.  Zrozumiała,  że
muszą działać bardzo szybko.

-  Musimy  stąd  wyjść  -  oświadczyła.  W  gardle  jej  zaschło,  jakby  nie  piła

wody  od  tygodnia.  Oblizała  suche  usta.  -  Musimy  wyjść  z  tego  domu.
Opuścić go. Już teraz, natychmiast.

Światło  ponownie  zamigotało,  a  wszyscy  zgromadzeni  w  dużym

pomieszczeniu poczuli przejmujący chłód, jakby nagle temperatura obniżyła
się o dobre dziesięć stopni Celsjusza.

-  Co  się  dzieje?  Czujecie  to?  -  zapytała  ciągle  pochlipująca  Maja.  Adam

objął ją mocniej ramieniem.

-  O  co  ci  chodzi,  Nadia?  -  zapytał  Marcin.  -  Mamy  wyjść  i  zostawić

Tymka?

- Bierzemy go i wychodzimy razem z nim.
- Przecież jest ranny - powiedział Adam.
-  To  go  opatrzymy  i  wyjdziemy  stąd.  Pójdziemy  do  głównej  drogi

i złapiemy stopa. To daleko? - zapytała Marcina.

- Nie, w sumie to nie… do głównej drogi jest mniej niż pół kilometra. Ale

nią i tak nic nie jeździ.

- Nieważne. Idziemy - zarządziła Nadia.
- Pochrzaniło cię? - zapytał ponownie Marcin. - Zobacz, w jakim on jest

stanie, nie możemy go ruszać!

-  To  co  chcesz  zrobić?  Czekać  na  pomoc?  Na  pogotowie?  -  zapytała  ze

złością w głosie Nadia. - Jeśli tak, to proszę, dzwoń po karetkę. - Wyciągnęła
w kierunku Marcina rękę, w której trzymała komórkę.

Chłopak  spojrzał  na  telefon  i  poczuł,  jak  żołądek  mu  się  ściska  w  ciasną

kulkę.  Nic  nie  powiedział,  zerknął  tylko  na  Nadię,  a  jego  oczy  mówiły,  że
niechętnie,  ale  musi  przyznać  jej  rację.  Pozostali,  nawet  jeżeli  mieli  coś
przeciwko  pomysłowi  opuszczenia  domu,  zdecydowali  się  zachować
milczenie.

-  Jest  ranny,  krwawi,  nie  możemy  siedzieć  i  się  na  niego  bezczynnie

patrzeć. Gdzie masz apteczkę? - zapytała Marcina.

- Ee… - Chłopak zaczął się zastanawiać. - …w kuchni, chyba. Albo nie,

jest w łazience. Skoczę po nią. - Ruszył w stronę korytarza.

- Poczekaj - poprosiła Nadia. Marcin odwrócił się i spojrzał na nią. - W tej

łazience, w której był Tymek?

Nikomu  nie  trzeba  było  wyjaśniać  drugiego  dna  pytania.  Bała  się,  że

Marcinowi może przydarzyć się to samo, co Tymkowi. Wolała dmuchać na
zimne.

- Nie, w drugiej. Większej. Tamta to tylko łazienka dla gości.
Nadii zrobiło się lżej, jak to usłyszała, ale i tak zwróciła się do Adama:

background image

- Mógłbyś pójść z nim? Nie wiem dlaczego, ale chyba nikt nie powinien

chodzić sam.

Adam spojrzał pytającym wzrokiem na Marcina, lecz po chwili poczuł na

swojej dłoni zaciskającą się rękę Mai.

-  Idę  z  wami.  Nie  zostawicie  mnie  tu  samej.  Poza  tym  nie  puszczę  cię

samego - powiedziała dziewczyna, ale Adam nie miał wątpliwości co do jej
prawdziwych intencji. Raczej nie chodziło jej o to, żeby to on nie szedł sam,
tylko bardziej to ona bała się zostać tu bez niego.

- Kochanie, przecież tu jest Nadia i… Tymek.
- Wiem, ale boję się. Nie wiem dlaczego, ale boję się zostać przy Tymku

i  w  tym  salonie  -  wyszeptała  Maja  prosto  do  ucha  Adama,  jednak  jej  ciche
słowa  słyszeli  Nadia  i  Marcin,  którzy  wymienili  porozumiewawcze
spojrzenia.

-  Spokojnie,  idźcie  w  trójkę.  Ja  przy  nim  zostanę  -  powiedziała  Nadia,

kucając przy kanapie, na której leżał jej chłopak.

-  Mówisz,  że  mamy  się  nie  rozdzielać,  a  chcesz  zostać  z  nim  sama?  -

zapytał Marcin.

- Poradzę sobie. - W jej głosie było słychać pewność i brak strachu, czego

pozostali mogli jej tylko pozazdrościć.

- Dobra, zaraz wracamy. - Kiwnął głową i wyszli na korytarz.
Marcin spojrzał na znajome ściany, które nagle zaczęły wydawać mu się

strasznie  obce  i  wrogie,  jakby  znalazł  się  w  tym  miejscu  pierwszy  raz
w  życiu.  Kroczyli  powoli,  niepewnie,  bojąc  się,  że  za  chwilę  coś  na  nich
wyskoczy  zza  ściany  lub  bezpośrednio  z  niej.  Wszystkie  zmysły  Marcina
pracowały  na  najwyższych  obrotach,  niestety,  również  wyobraźnia  uparcie
podsyłała makabryczne obrazy, których chłopak - mimo licznych prób - nie
mógł  się  pozbyć.  Obraz  zmaltretowanych  rodziców.  Martwy  wuj
wynurzający się z jeziora. Krwawiące oczy Tymka.

- To jakaś paranoja - wyszeptał Adam, trzymając Maję za rękę. - Ludzie,

co my robimy? - powiedział już normalnym głosem.

- Zamknij się - poprosił Marcin, nawet nie odwracając się w stronę kolegi.

-  Po  prostu  weźmy  apteczkę,  wyjdźmy  z  tego  pieprzonego  domu  i  wtedy
będziesz mógł sobie gadać, ile będziesz chciał.

- Bo co? - buńczucznie zapytał Adam.
-  Bo  się  boję.  -  Marcin  odwrócił  się  i  stanął  twarzą  w  twarz  z  Adamem.

Jednak cały czas mówił ściszonym głosem. - Zadowolony? Nie wiem jak ty,
ale  ja  się  boję.  Możesz  się  ze  mnie  śmiać,  możesz  zgrywać  nie  wiadomo
jakiego  twardziela,  ale  ja,  szczerze  mówiąc,  sram  po  gaciach.  I  wiem,  że  ty
też, chociaż za chwilę temu zaprzeczysz. Mam to w dupie. Nie wiem, co tu
się  dzieje,  ale  boję  się  jak  cholera.  Nie  obchodzi  mnie,  czy  to  zwidy,  czy
przez  alkohol,  czy  nie  wiem  co.  Może  to  się  uda  wytłumaczyć  w  jakiś
racjonalny  sposób,  ale  na  chwilę  obecną  po  prostu  chcę  stąd  wyjść,  okej?
Weźmiemy  apteczkę,  opatrzymy  Tymka  i  wyjdźmy  z  tego  domu.  Jak  nie
chcesz pomagać, to chociaż nie przeszkadzaj.

Adam stanął jak wryty i nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć, jednak

background image

Marcin  nie  czekał  na  żadną  ciętą  ripostę.  Po  prostu  odwrócił  się  na  pięcie
i ruszył dalej przed siebie.

Kilka minut później byli z powrotem w salonie, a na stole leżały elementy

wypatroszonej apteczki pierwszej pomocy.

- Dobra, co teraz? - zapytał Marcin. Sam nie bardzo wiedział, jak opatrzyć

rany Tymka.

Maja nabrała głęboko powietrza i powiedziała:
- Ja to zrobię.
- Wiesz jak? - zapytał Adam.
-  Tak,  kilka  tygodni  temu  mieliśmy  kurs  pierwszej  pomocy

przedmedycznej.

Pozostali zamilkli, czekając na działanie dziewczyny.
-  Okej…  -  zaczęła  mówić  ni  to  do  siebie,  ni  do  nich.  -  Po  pierwsze  nie

możemy  wyjąć  szkła.  Wtedy  mógłby  się  wykrwawić,  a  tak  szkło  działa  jak
tama blokująca krwawienie.

- Przecież i tak krwawi. - Adam rozłożył ręce.
-  No  tak,  ale  wtedy  mógłby  się  wykrwawić.  Rozumiesz  różnicę?  -

powiedziała  zirytowana  Maja.  Nie  dość,  że  sytuacja  była  stresująca,  to
jeszcze  jej  chłopak  czepiał  się  słówek,  wprowadzając  dodatkowe
zamieszanie.

- Jezu, już nic nie mówię - odrzekł, unosząc tym razem w górę ręce.
- Jak ci pomóc? - zapytała Nadia.
Maja  spojrzała  na  nią  i  poczuła  przebiegający  po  plecach  dreszcz.

Przypomniał  się  jej  głos  dobiegający  z  drugiej  strony  słuchawki,  głos
mówiący,  że  pogotowie  nie  przyjedzie,  a  oni  mają  tu  siedzieć,  aż  zdechną.
To  były  majaki,  przesłyszenia  -  mówiła  do  siebie.  Niemożliwe,  to  nie  stało
się naprawdę. Nastąpiło jakieś zwarcie na linii, przekierowanie, coś takiego -
próbowała  się  przekonać,  ale  na  próżno.  W  końcu  przełknęła  głośno  ślinę,
zebrała się w sobie i odpowiedziała:

-  Weź  te  opatrunki,  tylko  ich  nie  rozwijaj.  Marcin,  możesz  przynieść

jakieś tabletki przeciwbólowe? - Nadia wykonała polecenie, a chłopak kiwnął
głową i zniknął w korytarzu. - Musimy ustabilizować szkło, żeby nie drgało,
jak będziemy szli. Tymek, słyszysz mnie? - zapytała Maja.

- Tak. - Miał zmęczony i niechętny do rozmowy głos. Wyglądało na to, że

wspomnienia  sytuacji  z  łazienki  zaczynały  się  powoli  ulatniać,  ustępując
miejsca potężnej fali bólu, która zalewała chłopaka.

- Opatrzymy cię  i wyjdziemy z  domu, dobrze? Może  cię trochę poboleć,

ale postaramy się być delikatne - obiecała Nadia. Tymek nic nie powiedział,
tylko  wyciągnął  otwartą  dłoń  w  stronę  źródła  głosu.  Nadia  ujęła  ją
i pocałowała. - Spokojnie, skarbie, wszystko będzie dobrze.

Marcin  pojawił  się  z  powrotem  w  salonie,  trzymając  w  ręku  niebieskie

opakowanie zwykłych środków przeciwbólowych.

- Niestety, to nie ketonal, ale musi nam wystarczyć.
Maja wzięła pudełko do ręki.
- Ibum. Trudno, niech będzie. Lepsze to, niż nic.

background image

Wyjęła  z  opakowania  trzy  tabletki  i  podała  je  delikatnie  Tymkowi,

pomagając mu jednocześnie je popić. Gdy skończyła, odstawiła szklankę na
stół i zwróciła się do Ukrainki:

- Nadia, podłóż gazę wokół szkła. Marcin, możesz stanąć za nim i unieść

mu  delikatnie  głowę?  -  rozporządziła  Maja.  Skupiła  się  na  czekającym  ją
zadaniu, co pozwoliło jej odpędzić strach i niepewność na drugi plan. Teraz
liczył  się  tylko  jej  przyjaciel  i  to,  czy  dobrze  zapamiętała  informacje  ze
szkolenia.  Pozostali  patrzyli  na  nią  z  nieukrywanym  podziwem.
Z  rozhisteryzowanej  dziewczyny  w  kilka  chwil  zmieniła  się  w  racjonalnie
myślącą  oraz  -  co  ważniejsze  -  konkretnie  działającą  kobietę.  Była  jak
pielęgniarka wojenna, która pomimo panującego wokół chaosu, ze spokojem
zszywa i pociesza cierpiących żołnierzy.

Marcin  przytrzymał  głowę  Tymka  lekko  uniesioną,  a  Maja  w  tym  czasie

owinęła wokół niej bandaż, starając się unieruchomić szkło.

-  Dobra,  chyba  tyle  -  odpowiedziała  po  chwili  pracy,  zawiązawszy  dwa

rozcięte końce opatrunku.

Stali  przez  chwilę  i  wpatrywali  się  w  Tymka  przypominającego  teraz

mumię.

- Jak się czujesz? - zapytała z troską w głosie Nadia.
- Okej - odpowiedział, ale to było tak krótkie i pełne bólu „okej”, że każdy

doskonale  zrozumiał  przekaz.  I  znikomą  ilość  czasu,  jaka  im  pozostawała,
żeby  dostarczyć  Tymka  w  ręce  profesjonalnych  lekarzy.  Może  i  jego  życiu
nie  zagrażało  bezpośrednie  niebezpieczeństwo,  lecz  chcieli  jak  najszybciej
ulżyć jego cierpieniu.

- Ubieramy się i wychodzimy - rozkazała Nadia.
- Ej, a może niech on tu z kimś zostanie, a ktoś inny pójdzie po pomoc? -

zapytał  Adam.  Zdziwił  się,  że  nikt  wcześniej  na  to  nie  wpadł.  Zdziwił  się
również  tym,  że  sam  na  to  nie  wpadł  wcześniej.  Maja  spojrzała  na  niego,
marszcząc swoje równo wydepilowane brwi:

- Ja tu nie zostaję - stwierdziła stanowczo.
- Może to i nie jest głupi pomysł - zaczął mówić Marcin, ale Nadia weszła

mu w zdanie:

- Nie. Nikt nie może tu zostać. Wiem, patrzycie na mnie jak na wariatkę,

wiem, że mnie nie znacie, ale proszę, zaufajcie mi - błagała ich.

-  Dobra,  to  ja  tu  z  nim  zostaję  -  obwieścił  Adam.  -  Wy  idźcie  szukać

karetki.

- Nie! - powiedziała szybko Maja. - Nie, masz iść ze mną. Ja tu na pewno

nie zostanę. Wstawaj, wychodzimy.

Determinacja  i  strach  w  głosie  Mai  nie  pozwoliły  Adamowi  długo

zastanawiać się nad podjęciem decyzji. Nic już nie odpowiadał, kiwnął tylko
niechętnie głową.

- Świetnie - skwitowała Nadia. - Marcin, pomożesz mu?
- Jasne - odpowiedział i podszedł do rannego przyjaciela.

background image

 

Rozdział 11

Kiedy  otworzyli  drzwi  wejściowe,  uderzyło  ich  wyjątkowo  zimne,

październikowe  powietrze,  jakby  noc  za  wszelką  cenę  starała  się  zatrzymać
ich w ciepłym domu. Nadia skuliła się, oplatając ciało rękami, a Maja wtuliła
się głęboko w ramiona Adama, szukając w nich ucieczki od chłodu. Marcin,
podtrzymując  Tymka  w  pasie  i  przewieszając  jego  jedną  rękę  przez  własne
barki, zatrzymał się i spojrzał na ciemny las rozciągający się przed nimi. Nie
był  pewien,  czy  dobrze  robią.  Może  powinni  zostać  w  domu  i  poczekać  do
rana?

Zastanawiała go sprawa z telefonami. Może coś gmerają w liniach, stąd te

dziwne  przekierowania.  Próbował  się  przekonać  do  różnych  opcji,  ale
w głębi ducha wiedział, że to wcale nie były przekierowania. Wiedział, czyj
głos  słyszał.  Może  to  i  lepiej,  że  wyszli  z  tego  domu.  Nie  czuł  się  w  nim
bezpiecznie,  chociaż  w  żaden  racjonalny  sposób  nie  potrafił  uzasadnić
swojego lęku.

Powoli,  uważając  na  głowę  kolegi  znajdującą  się  niebezpiecznie  blisko

jego  własnej,  odwrócił  się.  Przy  tym  uważał,  żeby  w  żaden  sposób  nie
uszkodzić ani opatrunku, ani nie dotknąć wystającego szkła, gdyż musiałoby
to  zadać  Tymkowi  niewyobrażalny  ból.  Na  samą  myśl  o  nim  Marcinowi
zrobiło się niedobrze.

- Adam, zapalisz światło na drodze dojazdowej? - zapytał. - Włącznik jest

na werandzie, za drzwiami.

Adam  skinął  głową  i  niechętnie  wrócił  do  domu,  co  mile  zaskoczyło

Marcina. Nie musiał namawiać kolegi, prosić go ani się z nim kłócić. Kolejny
przebłysk bycia całkiem niegłupim człowiekiem, szkoda tylko, że tak rzadki.
Tymczasem  Adam  wstawił  tylko  jedną  nogę  za  próg,  a  i  to  zrobił  dość
niepewnie. Wyobraził sobie, że zaraz coś go porwie i uwięzi gdzieś głęboko
w  odmętach  rozległej  posiadłości,  co  z  jednej  strony,  autentycznie
przyprawiło  go  o  delikatny  dreszcz,  z  drugiej  -  po  prostu  rozbawiło.  Lecz
pomimo  braku  wiary  w  to,  co  wcześniej  usłyszał  i  czego  sam  doświadczył,
wyobraźnia  powoli  zaczynała  płatać  mu  figle.  Był  bardzo  pewny  siebie,  ale
jednak po tych wydarzeniach z telefonami trochę mniej… Co innego siedzieć
w ciepłym salonie, w otoczeniu znajomych, i wtedy zgrywać cwaniaka, a co
innego  wejść  samemu  do  ciemnego  lasu  lub  do  domu,  z  którym  coś
ewidentnie jest nie tak. Tego samego bała się Maja, która stała zaledwie parę
metrów  dalej,  ale  wpatrywała  się  w  swojego  chłopaka  rozszerzonymi  ze
strachu źrenicami. W końcu jednak wymacał włącznik.

Droga  przed  nimi  rozbłysła  światłem  emitowanym  przez  małe  lampki

wystające  z  ziemi  co  kilka  metrów,  niczym  oświetlenie  pasa  startowego  dla

background image

lądującego w nocy samolotu. Adam szybko zamknął drzwi, a klucz schował
do  kieszeni  czerwonej  kamizelki.  Całej  grupie  od  razu  zrobiło  się  lżej  na
duchu.  Może  to  się  uda  -  pomyślał  Marcin,  pierwszy  raz  od  godziny  czując
przypływ nadziei.

- Dobra, chodźmy - powiedział.
Ruszyli.  Marcin  szedł  z  Tymkiem  z  przodu,  dyktując  tempo  marszu

pozostałym.  Nadia  szła  tuż  obok  niego,  a  Adam  z  Majką  trzymali  się  około
dwóch metrów za nimi.

Myśli  Nadii  i  Marcina  krążyły  wokół  dziwnej  atmosfery,  której  zdawało

im się nie chciał zaakceptować tylko Adam. Nie potrafili odgadnąć, o czym
myślał  Tymek.  Nadia  miała  do  siebie  pretensję,  że  nie  wyczuła  od  razu
ciemnej  energii  w  domu.  Powinna  była  zauważyć  dziwną  aurę,  jaką  był
otoczony,  wyczuć  grozę  wiszącą  w  powietrzu,  chowającą  się  w  ciemnych
zakamarkach  zarówno  budynku,  jak  i  otaczającego  go  lasu.  Może
i  nadinterpretowała  pewne  wydarzenia,  niemniej  nie  mogła  się  teraz  skupić
na  niczym  innym.  Poza  tym,  po  prostu  się  bała,  lecz  nie  potrafiła  określić
przyczyny  swojego  lęku.  Doświadczała  uczucia  niepewności,  jakie  czasami
towarzyszy  podróżnikom  podczas  pobytu  w  nieznanym  miejscu,  takim  jak
obca, ciemna ulica, schowana głęboko pomiędzy obskurnymi, rozsypującymi
się  kamienicami.  Jeżeli  oddalą  się  zbytnio  od  bezpiecznego  miejsca,
wszystko  z  pozoru  jest  w  porządku,  niemniej  za  każdym  razem  odczuwają
delikatne ukłucie niepewności i lęku, kiedy odwrócą się plecami do ciemnej
ściany milczących budynków.

-  Dojdziemy  do  drogi  i  spróbujemy  znowu  zadzwonić,  okej?  -  zapytał

Marcin po przejściu kilkunastu metrów.

-  Chyba  żartujesz  -  powiedziała  Maja.  -  Nie  dotykam  telefonu,  nie  ma

takiej opcji.

To,  co  czuła  dziewczyna,  siedziało  w  każdym  z  nich,  chociaż  nikt  nie

powiedział tego na głos. Nie mieli ochoty nawet przykładać komórki do ucha
w  obawie  przed  tym,  co  mogliby  usłyszeć  po  drugiej  stronie  telefonu.  Bali
się,  że  będą  mieć  powtórkę  z  rozrywki.  Jednak  wiedzieli,  że  prędzej  czy
później będą musieli gdzieś zadzwonić, a przynajmniej spróbować, niemniej
na  razie  telefon  komórkowy  stał  się  niczym  więcej,  niż  tylko  gadżetem
przyprawiającym o zawał serca.

W  międzyczasie  dotarli  do  linii  drzew.  Dom  zostawał  coraz  dalej  z  tyłu,

co  stopniowo,  ale  bardzo  powoli  pozwalało  im  odzyskiwać  trzeźwość
umysłu. Co z oczu, to z serca, mówią. W ich aktualnej sytuacji powiedzenie
zdawało się sprawdzać nad wyraz dobrze, gdyż każde z nich odczuwało coraz
większą ulgę.

- Wiem, mnie też to średnio leży, ale… - zaczął Marcin - …ale może jak

wyjdziemy za ogrodzenie, to wtedy to minie. Wiecie, może wtedy będziemy
mogli dzwonić normalnie.

- Może tak, może nie - stwierdziła sentencjonalnie Nadia, odrobinę psując

klimat i przygaszając iskierkę nadziei.

- Jak to? - zapytał Marcin, marszcząc brwi.

background image

Gdzieś  w  środku  przeczuwał,  co  Ukrainka  może  mu  odpowiedzieć.

Widział  na  kilku  filmach  jak  jakiś  duch  się  doczepił  do  kogoś,  to  ten  ktoś
mógł  się  przeprowadzać,  uciekać,  chować,  a  i  tak  to  nic  nie  dawało.  Duch
zawsze  podążał  razem  z  nim.  Czy  ich  też  to  czeka?  Jezu,  tak  się  dzieje  na
filmach - poprawił się w myślach Marcin. Na filmach.

- Myślisz, że ten… - zaczął mówić, ale przerwał, szukając odpowiedniego

słowa.  Było  wyraźnie  widać,  że  walczy  sam  ze  sobą.  -  …ten  duch,  demon,
cokolwiek, może iść za nami?

-  Demon-sremon  -  stwierdził  Adam,  rzucając  Marcinowi  wyzywające

spojrzenie. - Jaki duch, o czym ty pieprzysz?

Maja  odwróciła  się,  spoglądając  na  dom  i  zadrżała.  Oczami  wyobraźni

widziała  w  oknach  unoszące  się  przezroczyste  postacie,  ale,  oczywiście,
wszystkie okna świeciły pustką.

- Nigdy nie powiedziałam, że to demon. Ani duch - wyprostowała Nadia.
- No dobra, mniejsza z tym. Wiesz, co mam na myśli - stwierdził Marcin.
- Nie wiem.
-  No  nazwij  to,  jak  chcesz:  duch,  zjawa,  energia,  demon…  -  zaczął

wymieniać, jednak Nadia mu przerwała:

-  Wiem,  co  masz  na  myśli,  a  „nie  wiem”  to  była  odpowiedź  na  twoje

pytanie.

Marcin  sposępniał.  Zresztą,  każdy  z  nich  był  załamany,  gdy  okazało  się,

że wyjście z domu wcale nie musiało oznaczać końca kłopotów.

-  Dobra,  przestańcie  -  powiedział  Adam,  podejmując  marsz  i  wchodząc

dalej na drogę. - Wyszliśmy, jesteśmy już poza domem, pójdziemy do drogi,
złapiemy pomoc i jakoś damy sobie radę. Nie ma co się nakręcać.

- Nakręcać? - spytała z wyrzutem Maja. - Kto tu się nakręca? Przecież sam

widziałeś, co się działo w tym domu.

- No tak, wiem…
- To co, uważasz, że się „nakręcamy”? - Maja zapytała z wyrzutem.
-  Nie,  chodzi  mi  tylko  o  to,  że…  -  Adam  przerwał,  szukając  słów,  które

pomogłyby  mu  w  dyplomatyczny  sposób  określić  myśli.  -  Chodzi  mi  tylko
o to, że to pewnie da się jakoś wytłumaczyć. Wiecie, do światła wezwie się
elektryków.  Może  akurat  było  jakieś  zwarcie  i  stąd  to  migotanie.  To  samo
z temperaturą.

- Przecież nie mam klimatyzacji - zauważył Marcin.
- Mógł się zrobić przeciąg.
-  No  jasne,  a  w  łazience  co  się  stało?  Lustro  nagle  pękło  samo  z  siebie

i wystrzeliło na Tymka? Kogo na to wezwiesz, co? Hydraulika? - Marcinowi
powoli zaczynały puszczać nerwy.

- Nie wiem! Nie wiem, jak to wytłumaczyć - rzekł w końcu, spuszczając

wzrok w szutrową drogę.

- A telefony? - dopytywała się Maja. - Przecież słyszałeś w słuchawce mój

głos. Mój! A ja stałam obok ciebie i nawet nie otwierałam ust!

W  tym  momencie  Nadia  odwróciła  się  do  dziewczyny  i  uprzejmie

zapytała:

background image

-  Może  to  jakaś  twoja  sztuczka,  czarownico?  -  W  jej  uwadze  nie  było

złości, tylko szlachetna ironia najwyższej próby.

Policzki  Majki  spłonęły  purpurą,  co  było  bardzo  dobrze  widoczne  na  tle

jej zmarzniętej, bladej twarzy. Nic nie odpowiedziała.

Szli  przez  chwilę  w  milczeniu.  Tymek  przestał  ciążyć  Marcinowi,  bo

wspierający  rannego  znalazł  w  sobie  siłę  na  jałowy  bieg,  mechaniczny,  bez
zbytniego  udziału  świadomości.  Marcin  mógł  się  dzięki  temu  skupić  -
próbował przeanalizować ich położenie i dotychczasowe działanie. Wiedział,
że  pozostali,  tak  samo,  jak  on,  nie  czuli  się  zbyt  bezpiecznie  w  domu,
podejrzewał, że nie chcieli do niego wracać nawet myślami.

Jakby się głębiej zastanowić, nie chodziło tylko o stary dom. Cała działka

wywierała  przytłaczające  wrażenie.  Wysokie  na  dwadzieścia  parę  metrów
monstrualne  dęby  rzucały  głębokie  cienie  na  południową  część  posesji.  Las
w  nocy  był  tam  tak  ciemny,  że  bez  latarki  nie  było  sensu  wchodzić  między
drzewa.  Pozostała  część  działki  miejscami  również  była  bardzo  gęsto
porośnięta,  chociaż  gdzieniegdzie  pojawiały  się  małe  polanki  otwartego
terenu.  Z  przeciwległej  strony  lasu  znajdowało  się  niewielkie  jezioro,  przy
którym wuj wybudował skromną altankę. Zwykł w niej przesiadywać letnimi
wieczorami, czytając książki i delektując się lampką dobrego wina.

Z  pozoru  okolica  była  piękna  i  sielankowa,  jednak  coś  z  tym  miejscem

było nie tak. Dopiero niespełna dwa tygodnie temu Marcin uświadomił sobie
pewną  osobliwą  rzecz  -  na  całej  posesji  nie  było  nawet  jednego  zwierzęcia.
Tak  olbrzymie  połacie  ogrodzonego  i  bezpiecznego  terenu  były  idealnym
miejscem  do  życia  dla  drobnych,  leśnych  stworzeń.  Mimo  to  nigdy  nie
spotkał tu nawet najmniejszej wiewiórki. Było to bardzo niepokojące. Cisza
związana  z  brakiem  jakichkolwiek  przedstawicieli  fauny  przytłaczała.
W jeziorze nie pływały ryby, na jego brzegu nie kumkały żaby. Przez niebo
nie  przelatywały  ptaki,  jakby  zwierzęta  z  premedytacją  omijały  cały  teren.
Może właśnie to sprawiało, że ludzie czuli się tak obco w tym miejscu?

A teraz nie dość, że zapadła noc, było zimno jak w psiarni, to jeszcze oni

pakowali się do tego właśnie lasu.

Marcin  tak  głęboko  pogrążył  się  we  własnych  myślach,  że  nie  zwrócił

uwagi  na  drogę,  która  zamiast  odbić  w  lewo,  poprowadziła  ich  teraz
w prawo. Przeszli zakręt i szli kilkadziesiąt metrów w milczeniu, tylko przy
akompaniamencie własnych butów chrzęszczących po szutrowej nawierzchni
ubitej drogi.

-  Jak  się  czujesz?  -  zapytała  w  końcu  Nadia,  kładąc  delikatnie  dłoń  na

ramieniu Tymka. Chłopak wzdrygnął się, jakby wyrwano go z transu.

- Okej - powiedział tylko, ujmując mocno dłoń dziewczyny. Jego głos był

pełen bólu, którego Nadia nawet nie próbowała sobie wyobrazić. Była bardzo
ciekawa,  jakkolwiek  niestosownie  to  brzmi,  jak  doszło  do  wypadku,
w wyniku którego jej chłopak został niemalże śmiertelnie okaleczony. Jednak
wiedziała,  że  nie  może  zapytać,  na  to  było  jeszcze  zbyt  wcześnie.  Teraz
mogła tylko być przy nim i próbować go pocieszyć. Tylko lub aż.

-  Już  niedaleko,  kochanie,  zaraz  dojdziemy  do  drogi  i  złapiemy  jakiegoś

background image

stopa  -  zapewniła  go,  starając  się,  aby  jej  głos  brzmiał  naturalnie  i  pewnie,
chociaż szczerze wątpiła, czy udało jej się to osiągnąć.

- To niczego nie zmieni - odpowiedział z rezygnacją Tymek.
W  tym  momencie  zawiał  silny,  zimny  wiatr.  Liście  na  drzewach

zaszumiały niepewnie i leniwie, obrażone, że ktoś wybudził je ze snu. Nadia
cofnęła dłoń. Marcin spojrzał na nią zaskoczony, ale niczego nie powiedział.
Dziewczyna  odwzajemniła  spojrzenie  i  uniosła  pytająco  ramiona,  nie
wiedząc,  co  jej  chłopak  może  mieć  na  myśli,  chociaż  jakaś  drobna  sugestia
kiełkowała  w  jej  głowie.  Adam  i  Maja,  wciąż  idący  z  tyłu,  zdawali  się
niczego nie słyszeć.

-  Co  ty  mówisz,  złapiemy  stopa  albo  zadzwonimy  po  karetkę  i  za

dwadzieścia  minut  będziemy  w  szpitalu  -  próbowała  go  pocieszać,  starając
się  odrzucić  natrętną  myśl,  mówiącą,  że  oddalenie  się  od  domu  niczego  nie
zmieni.  Że  to,  co  tam  było,  przylgnęło  do  nich  i  pozostanie  z  nimi  już  na
zawsze.  Że  jej  Tymek,  chłopak,  którego  wcale  nie  kochała  i  tak  naprawdę
średnio  lubiła,  wcale  nie  uległ  wypadkowi.  Była  z  nim  tylko  dlatego,  bo
lubiła czuć się komuś potrzebna.

Jednak  on  nie  podjął  dalszej  dyskusji.  Wypuścił  tylko  ciężko  powietrze,

jak po długim, histerycznym płaczu, i cicho jęknął.

-  Właśnie,  Marcin,  daleko  jeszcze  do  tej  drogi?  -  zapytała  Nadia,

przechodząc za plecami Tymka i podchodząc do Marcina.

Chłopak  rozglądał  się  przez  chwilę,  aż  nagle  zdecydował  się  zatrzymać,

wyraźnie czymś zaniepokojony. Dwójka maruderów dołączyła do nich.

- Co jest? - zapytał Adam. - Czemu stoimy?
-  Chyba  Tymek  musi  odpocząć  -  stwierdziła  Maja,  co  w  sumie  było

bardzo na rękę Marcinowi.

-  Tak,  dokładnie,  nie  możemy  go  nadwyrężać  -  rzekł,  jednak  głos

chłopaka był nieobecny.

Spojrzał  na  elegancki  zegarek.  Wskazówki  pokazywały  godzinę  00:27,

lecz  nic  to  mu  nie  dało  ani  tak  naprawdę  tego  nie  potrzebował.  Po  prostu
próbował  wszelkimi  możliwymi  sposobami  zyskać  na  czasie  i  spróbować
pojąć,  dlaczego  stoi  na  środku  drogi,  której  nigdy  wcześniej  nie  widział.
Przecież  powinniśmy  już  dawno  dojść  do  głównej  szosy  -  pomyślał.
Skołowany,  analizował  w  pamięci  trasę  od  drzwi  domu  aż  pod  bramę
wjazdową,  trasę,  którą  niejednokrotnie  pokonywał  zarówno  w  dzień,  jak
i  w  nocy,  na  trzeźwo  i  po  alkoholu.  I  do  cholery,  nie  potrafił  sobie
przypomnieć  zakrętu  biegnącego  w  prawo.  Był  jeden  zakręt  idący  w  lewo,
który po mniej więcej dwóch minutach spokojnego marszu kończył się bramą
zamykającą  posesję.  Nic  nie  szło  w  prawo.  Zerknął  za  Maję  i  spróbował
oszacować jak daleko są od zakrętu, który pokonali jakiś czas temu.

Z  rozczarowaniem  stwierdził,  że  niczego  nie  uda  mu  się  zobaczyć,  bo

w oddali zebrała się delikatna, lecz wystarczająco ograniczająca widoczność
mgła.

-  Marcin  -  zagaiła  spokojnie  Maja  -  wszystko  okej?  Wyglądasz  jakoś

dziwnie.

background image

-  Nie,  spoko,  jest  okej…  -  powiedział  szeptem,  ni  to  do  siebie,  ni  to

odpowiadając  na  pytanie  Mai.  Patrząc  w  mgłę,  czuł  dziwny  lęk,  delikatnie
pnący  się  w  górę  jego  pleców  i  zmuszający  do  wstrzymania  oddechu.  Nie
wiedział, że wyglądał na człowieka, który od miesiąca leży w szpitalu. Jego
twarz  przybrała  blady,  zmęczony  kolor,  a  sińce  pod  oczami  nabrały
antracytowej głębi.

Stali  na  środku  drogi,  oświetleni  jasnym  światłem  odbitym  od  księżyca.

Szybko biegnące chmury rzucały na nich głębokie cienie, co chwila chowając
któreś  z  nich  w  mroku,  igrając  tym  samym  z  ich  -  i  tak  już  skołowaną  -
wyobraźnią. Gdy szli, było im nawet ciepło, jednak po zatrzymaniu się chłód
październikowej  nocy  stawał  się  przenikliwy,  wzbudzający  dreszcze.
Pozostali,  wyczuleni  na  dziwne  rzeczy  dziejące  się  wokół  nich,
błyskawicznie  wyłapali  dziwne  zachowanie  chłopaka.  Co  znowu  -  myślała
Nadia, skierowawszy wzrok w stronę, w którą zerkał Marcin. Delikatna mgła
wydała się jej zupełnie normalna. Na chwilę zamilkli, czekając nie wiadomo
na co.

Po  chwili  już  wszyscy  patrzyli  na  mgłę,  rozglądając  się  w  popłochu

i  błyskawicznie  tracąc  poczucie  pewności  siebie.  Zadziałał  instynkt,
zachowanie stadne.

-  Marcin,  co  jest?  Możemy  iść?  -  zapytała  cicho  Nadia,  cały  czas

rozglądając się czujnie.

Marcin  w  milczeniu  tylko  wpatrywał  się  we  mgłę,  oddychając  coraz

szybciej.  Wpierw  patrzył  na  biały  obłok,  będąc  totalnie  skołowanym,
zastanawiając  się,  gdzie  się  znalazł  i  dlaczego  ta  głupia  droga  nie  odbiła
w  lewo,  tak  jak  powinna…  lecz  teraz  mgła  wydała  mu  się  dziwnie  kojąca.
Zimna,  ale  bezpieczna.  Obiecująca  schronienie  i  odpoczynek,  oderwanie  się
od tych straszliwych wizji, które chłopak miał nieprzyjemność doświadczać.

Stał  bez  ruchu  i  mogłoby  się  zdawać,  że  nie  docierają  do  niego  żadne

bodźce zewnętrzne. Nagle Tymek wsparty o jego ramię drgnął, jakby rażony
prądem.  Również  skierował  swoje  niewidzące  spojrzenie  w  stronę  mgły,  co
przyprawiło Nadię o ciarki szybko przebiegające po całym ciele. Przecież nie
mógł  wiedzieć,  w  którą  stronę  patrzył  Marcin  ani  pozostali,  nie  mógł
wiedzieć, co się dzieje. Chyba że zobaczył coś, czego oni nie mogli widzieć.

-  Tymoteuszu

…  -

  rozległo  się  cicho  przy  uchu  oślepionego.  Chłopak

poruszył  gwałtownie  głową  w  przeciwległą  stronę,  chcąc  odsunąć  się  od
osoby  o  nieznanym  głosie.  Spowodowany  tym  nieprzemyślanym
i niedelikatnym ruchem paraliżujący ból przeszył jego ciało i umysł. Chłopak
krzyknął  i,  zapominając  o  strachu,  osunął  się  na  ziemię.  W  ostatniej  chwili
przed  upadkiem  uchroniła  go  Nadia,  łapiąc  go  pod  pachy,  szybko,  jednak
uważnie,  aby  tylko  nie  dotknąć  szkła  wystającego  z  jego  oczodołów.
To wystarczyło też, aby wyrwać Marcina z transu. Chłopak potrząsnął głową,
jakby chciał odpędzić zły sen.

- Jezu, trzymasz go? - zapytał Adam, łapiąc Tymka od tyłu.
- Tak, mam go - wysapała Nadia.
- Marcin, co się z tobą dzieje? - zapytała Maja z pretensją w głosie.

background image

-  Tak,  przepraszam,  zamyśliłem  się  -  odpowiedział.  Już  miał  zerknąć

w  błękitne  oczy  Nadii,  jednak  w  ostatniej  chwili  powstrzymał  się,  tym
samym  unikając  jej  pytającego  spojrzenia.  Jakiś  delikatny,  nieśmiały
podszept  w  głowie  podpowiedział  mu,  że  przecież  nigdy  nie  miał  takich
fajnych  przygód,  jak  tego  wieczoru.  Nigdy  nie  widział  swoich  rodziców
w  miejscu,  w  którym  ich  tak  naprawdę  nie  było,  lewitujących
i  poturbowanych.  Nie  był  wciągany  przez  martwego  wuja  do  zimnego
jeziora,  nie  słyszał  w  słuchawce  krzyku  osoby,  która  akurat  siedziała
naprzeciw niego. Nie błąkał się po lesie w nocy z rannym kolegą. Nigdy nie
doświadczył  chociażby  ułamka  tego,  co  dane  mu  było  doświadczyć
dzisiejszej  nocy.  Ale  też  nigdy  wcześniej  nie  miał  przyjemności  poznać
Nadii. Pięknej i tajemniczej, niebieskookiej Ukrainki wychowanej w Polsce,
tak  zmysłowo  przyozdobionej  kolczykami.  Nadii,  która  przecież  otwarcie
przyznała, że wywoływała kiedyś duchy.

Nie  było  wcześniej  Nadii,  nie  było  problemu.  Wniosek,  ten  jedyny

i oczywisty, nasuwał się sam. To wszystko jej wina. Marcin nie miał pojęcia,
jak dziewczyna miałaby tego dokonać, do jakich sztuczek mogłaby się uciec,
lecz  coraz  bardziej  się  przekonywał,  że  to  właśnie  jej  wina,  jej  wina,  jej
bardzo wielka wina. I o ile lżej zrobiło mu się na duszy, jak mógł obarczyć
kogoś brzemieniem odpowiedzialności.

Lecz  w  tym  momencie  drugi,  ten  bardziej  znajomy,  bardziej  naturalny

i  rozsądniejszy  głos  zapytał,  czy  też  to  Nadia  jest  odpowiedzialna  za
wybudowanie tajnego pomieszczenia w biblioteczce wuja. Czy to ona poszła
za  Tymkiem  do  łazienki,  aby  go  niemalże  śmiertelnie  okaleczyć?  Przecież
nawet  nie  weszła  do  pomieszczenia,  które  odkryli  na  pierwszym  piętrze.
Chociaż to wcale nie wykluczało jej z kręgu podejrzanych - mogła przecież
stać w biblioteczce i nabijać się z nich, z trudem tłumiąc śmiech.

To  dlatego  nie  chciała  wejść.  Po  chwili,  której  potrzebowała,  aby  się

uspokoić,  podeszła,  powiedziała  udawanym  głosem,  że  nie  mogą  niczego
dotykać  i  teatralnie  zemdlała.  Maja  chyba  miała  rację,  mówiąc,  że  to  jej
sztuczki - powiedział pierwszy głos w głowie Marcina.

- Marcin - powiedziała Nadia, dotykając ramienia chłopaka. - Rusz się, bo

już zmarzłam, Tymek też. Jak tak podoba ci się ta mgła, to zrobię jej zdjęcie,
wydrukujesz sobie i powiesisz na ścianie.

Spojrzał  na  nią  i  zastanowił  się,  po  co  ona  żyje.  Jakby  zginęła,  to  chyba

nikt  by  po  niej  nie  płakał,  w  sumie  pełno  takich  pokręconych,  emo-gotho-
freaków,  jak  ona.  Spojrzał  na  nią  z  pogardą,  czując  narastającą  agresję.
Testosteron  zaczął  mu  krążyć  w  żyłach  z  prędkością,  jaka  zawstydziłaby
nawet  zawodowego  kierowcę  wyścigowego.  Ze  złością  odtrącił  jej  rękę,
jakby była trędowata.

Nadia spojrzała na niego z wyrzutem, zaskoczona takim zachowaniem.
-  Ej,  co  ty?  -  zapytała,  marszcząc  z  niedowierzaniem  brwi.  -  O  co  ci

chodzi?

Marcin  ciężko  dyszał,  ledwo  tłumiąc  kotłującą  się  w  nim  wściekłość.

Poczuł, jak rozpiera go energia, której musi dać upust, inaczej rozerwie go od

background image

środka.

-  To  wszystko  twoja  wina  -  powiedział  oskarżycielskim  tonem,  robiąc

krok w stronę Ukrainki.

-  Przestań,  co?  Już  jedna  polowała  tu  na  czarownice  -  powiedziała

oskarżona,  kiwając  głową  w  stronę  Mai.  -  Może  spalcie  mnie  na  stosie,  bo
widzę,  że  potrzebujecie  kozła  ofiarnego  -  stwierdziła  odważnie,  ale  cofnęła
się o krok.

Marcin to zauważył. Boisz się - pomyślał. I dobrze, bo masz czego, suko!
-  Może  to  nie  jest  głupi  pomysł.  Przynajmniej  będzie  nam  ciepło,  bo

trochę  piździ,  odkąd  wyszliśmy  na  zewnątrz  -  stwierdził,  przekrzywiając
głowę. - A to też był twój pomysł.

- Miałeś lepszy? - zapytała podniesionym głosem dziewczyna.
Co  za  idiotka  -  pomyślał  Marcin.  Powinna  się  domyślać,  co  ją  czeka,

a  jeszcze  pogarsza  swoją  i  tak  już  podbramkową  sytuację.  Postawiona  pod
murem próbuje gryźć. Dobrze, będzie ciekawiej.

- Nie. Ale teraz mam - powiedział Marcin, szybko do niej doskakując.
Nie  miała  czasu  przygotować  się  na  jego  atak.  Chłopak  doskoczył,

popychając ją z całej siły. Nadia poleciała na plecy, potykając się o wystający
z ziemi korzeń. Wylądowała na skraju drogi.

-  Ej,  uspokój  się!  -  krzyknęła,  ale  oczy  Marcina  przepełniła  furia

pomieszana z szaleństwem.

Pierwszy  raz  w  życiu  czuł,  że  robi  coś  dobrze.  Że  właśnie  tak  powinien

rozwiązać problem, z którym się mierzą.

Nie było Nadii, nie było problemu.
Nie będzie Nadii, nie będzie problemu.
Dobiegł do niej i uniósł dłoń zaciśniętą w pięść. Już chciał wymierzyć cios

prosto  w  twarz  dziewczyny,  gdy  jego  ręka  napotkała  opór.  To  Adam  stanął
nad  nim,  łapiąc  go  w  ostatniej  chwili.  Nie  zdążył  niczego  powiedzieć,  gdyż
druga  ręka  Marcina,  również  zaciśnięta  w  pięść,  wylądowała  centralnie  na
środku  jego  nosa,  już  po  raz  drugi  tego  wieczoru.  Chłopak  w  sekundę  zalał
się  krwią,  a  cios  i  ból  z  nim  związany  na  kilkanaście  sekund  odebrały  mu
możliwość skutecznego działania.

Nadia wykorzystała chwilową przewagę i uderzyła Marcina w brzuch. Ten

zgiął  się  odruchowo,  ale  uderzenie  było  zbyt  słabe,  aby  wyrządzić  mu
krzywdę.  Tylko  rozsierdziło  go  jeszcze  bardziej.  Uderzył  Nadię  na  odlew,
raniąc sobie dłoń o kolczyki. Z rozciętych warg poleciała krew.

Dziewczyna  przyłożyła  dłoń  do  ust  i  pytającym  wzrokiem  spojrzała  na

Marcina.

Przykro  mi  skarbie  -  pomyślał  chłopak,  rozglądając  się  wokół  siebie.

Adam  cały  czas  był  wyłączony  z  zabawy,  przerażona  Maja  próbowała  go
jakoś  opatrzyć.  Tymek  po  omacku  machał  rękami,  starając  się  namierzyć
którekolwiek z nich.

Tak  czasami  musi  być  -  myślał  dalej  Marcin.  -  To  dla  mnie  walka

o przetrwanie, pieprzona czarownico. Nagle jego wzrok spoczął na leżącym
tuż przy stopie kamieniu wielkości pięści. Uniósł go i przydusił dziewczynę

background image

kolanem do ziemi. Przymierzył się do zadania ciosu. Nadia wiła się pod jego
naciskiem,  lecz  nie  miała  zbytnich  szans.  W  ostatniej  sekundzie  przed
opuszczeniem kamienia Marcin pomyślał, że szkoda takiej ładnej twarzyczki.
No ale trudno. Takie jest życie.

Nadia  zobaczyła  determinację  w  jego  twarzy  i  bezsilnie  krzyknęła,

próbując uwolnić się spod nacisku. Bezskutecznie.

Marcin opuścił rękę, trafiając ją w skroń.
Z pękniętej czaszki wytrysnęła krew.
- Ej, kontaktujesz? Idziemy czy nie?
Marcin  spojrzał  przed  siebie  i  zobaczył  przypatrującą  mu  się  Nadię.

Podskoczył, przestraszony, jakby zobaczył ducha. Potrząsnął głową, próbując
odzyskać  trzeźwość  myślenia.  Boże,  to  się  działo  w  mojej  głowie!  -
pomyślał.  -  Nic  jej  nie  jest.  Ani  Adamowi.  Co  się  ze  mną  dzieje?  Co  to  za
myśli, skąd się biorą?

Patrzył  na  Nadię,  nie  zobaczył  najmniejszego  śladu  po  walce,  jaką  przed

chwilą stoczyli. Metr dalej stał Adam z wtuloną w niego Mają. Z jego nosa
nie  leciała  krew.  Wszyscy  z  zaciekawieniem  wpatrywali  się  w  Marcina
i czekali, aż łaskawie odpowie na pytanie.

- Chodźmy, 

SORRY

. Zamyśliłem się - powiedział ponownie, jakby nikt tego

wcześniej nie zauważył.

Ruszyli  w  kierunku,  jak  im  się  wydawało  szosy,  nie  zważając  na  mgłę,

która nie dość, że zgęstniała, to była teraz mniej niż dziesięć metrów od nich.
Marcin,  pomagając  iść  Tymkowi,  co  chwilę  zerkał  na  nich  ukradkiem,
zastanawiając się, czy aby na pewno nic złego się im nie stało. Nagle syknął
z  bólu.  Wyciągnął  z  kieszeni  lewą  dłoń  i  zauważył,  że  kostki  ma  lekko
zaczerwienione. Miał na nich ślady zadrapania, jakby zaczepił o coś ostrego,
na  przykład…  kolczyki  Nadii.  Chłopak  poczuł,  jak  świat  zaczyna  wokół
niego  wirować.  Zwolnił  kroku  i  parę  razy  głęboko  zaczerpnął  zimnego
powietrza.

-  Marcin,  gdzie  jest  ta  droga?  -  zapytała  Maja.  -  Jak  tu  szliśmy  to

wydawało mi się, że było dużo bliżej.

Bo było - pomyślał chłopak, ale nie odpowiedział na jej pytanie. Próbował

zatrzymać świat, który nie wiadomo, dlaczego nagle zamienił się w karuzelę.
Po chwili udało mu się zwolnić jego bieg na tyle, aby mógł spróbować zebrać
się w sobie. Bał się wypowiedzieć swoje myśli na głos, bo wtedy stałoby się
to  dziwnie  rzeczywiste.  Wiedział,  że  już  dawno  powinni  byli  dotrzeć  do
głównej  drogi.  Leśny  szlak,  którym  właśnie  szli,  nie  powinien  skręcić  w  tą
stronę.

Jednak wtedy we mgle przed nimi ukazał się kształt.
Marcin  odetchnął  z  ulgą,  niczym  zmęczony  wędrowiec,  ujrzawszy

upragnioną oazę na pustyni.

-  Widzicie?  Już  jesteśmy!  -  Wskazał  ręką  przed  siebie,  pokazując

pozostałym zarys ceglanych słupów, na których były osadzone ciężkie, kute
skrzydła bramy.

Uradowani  nowiną,  wyraźnie  przyspieszyli  kroku.  Przeklęty  dom  był  już

background image

daleko  z  tyłu,  a  dodatkowo  za  chwilę  mieli  przekroczyć  magiczną  granicę
posesji  i  wyjść  na  drogę  prowadzącą  do  głównej  ulicy.  Lecz  najważniejsze
było  to,  że  uda  im  się  opuścić  działkę.  Zdarzenia,  których  doświadczyli
w domu, zdawały się odchodzić w niepamięć, blednąć niczym rolka filmowa
wystawiona na działanie ostrego światła słonecznego.

W końcu - pomyślał Marcin. - Teraz tylko złapiemy stopa, potem jazda do

szpitala  i  wszystko  będzie  dobrze.  Może  nawet  telefony  będą  normalnie
działać.

Reszta  osób  również  odczuła  znaczną  ulgę.  Zdawali  się  zapominać

o  tragicznych,  niewytłumaczalnych  wydarzeniach  tej  nocy.  Kiedyś  pewnie
wrócą  do  tego  tematu,  poruszą  go  w  piękny,  słoneczny  dzień,  siedząc
z  piwkiem  nad  jakimś  jeziorem.  Ale  na  pewno  nie  powrócą  do  niego
wieczorem, nie zimnym, jesiennym wieczorem.

Nagle  Nadia,  która  szła  jako  pierwsza,  zwolniła  kroku,  przyglądając  się

słupkom  bramy.  Zmarszczyła  brwi,  serce  zaczęło  jej  szybciej  uderzać.
Poczuła  silne  ukłucie  niepokoju  i  wbrew  poprzedniemu  odruchowi  teraz
przyspieszyła,  chcąc  jak  najszybciej  rozwiać  swoje  wątpliwości  i  położyć
kres czarnym scenariuszom, które kiełkowały w jej głowie.

- Ej, poczekaj! - usłyszała czyjś głos zza siebie, ale nie obchodziło jej, kto

to powiedział. Skupiła się tylko na bramie.

Podbiegła  parę  kroków,  nie  oglądając  się  na  pozostałych  i  stanęła  jak

wryta, rozszerzając swoje wielkie, błękitne oczy z niedowierzania. Przyłożyła
dłoń do ust, tłumiąc westchnienie.

Kilka sekund później dołączyła do niej reszta grupy.
-  Czemu  tak  leciałaś,  co  jest…  -  zaczął  pytać  Marcin,  lecz  urwał

w połowie zdania. - To niemożliwe - powiedział i poczuł, jakby się kurczył.
Zawirowało  mu  w  głowie  i  o  mały  włos  nie  przewrócił  się  na  Tymka,  lecz
ostatecznie udało mu się zachować równowagę.

Wcale  nie  dotarli  do  bramy.  Przed  nimi  wyrósł  majestatyczny  budynek,

teraz  oświetlony  światłem  księżyca  i  pokryty  mgłą.  Budowla  sprawiała
upiorne  wrażenie  -  przypominała  średniowieczne  zamczysko,  w  którym
zalęgły się wampiry. Przed nimi stał dom Marcina.

- Adam, czemu wróciliśmy do domu? - zapytała cicho Maja. W jej głosie

było  słychać  narastającą  panikę  i  Marcin  nie  musiał  się  odwracać,  aby  być
pewnym,  że  dziewczyna  uczepiła  się  ramienia  swojego  chłopaka
z determinacją Rose przytrzymującej się dryfujących drzwi z Titanica.

Adam  przytulił  ją  mocniej  do  siebie,  aby  dodać  jej  otuchy  i  pokazać,  że

jest  przy  nim  bezpieczna  i  nic  jej  nie  grozi.  Pomimo  wszystkich  wydarzeń
budzących  grozę  w  pozostałych,  Adam  naprawdę  bagatelizował  całą
sytuację.

- Nie wiem, kotku… Marcin, co jest? Nie znasz własnej działki? - zapytał

ze złością.

Marcin  był  zbyt  wystraszony  i  zdezorientowany,  aby  przejmować  się

pretensjami  Adama.  Był  słaby,  kręciło  mu  się  w  głowie  i  nie  mógł  zebrać
rozszalałych  myśli.  Do  tego  Tymek  zaczął  ciążyć  mu  na  ramieniu,

background image

dodatkowo wyczerpując jego i tak już nadwątlone siły, co powodowało tylko
większą  frustrację  chłopaka.  Ponownie  zapragnął  po  prostu  się  obudzić,
stwierdzić,  że  miał  ostro  popieprzony  sen  i  że  przespał  czas,  w  którym
powinien był przygotować się do imprezy.

- Znam swoją działkę - odpowiedział jednak spokojnie.
- Może poszliśmy źle z powodu tej mgły? - zasugerowała Maja. - Przecież

powinniśmy już dojść do bramy, nie?

Marcin pokiwał głową.
-  Dobrze,  nie  ma  co  kombinować,  po  prostu  zawrócimy  i  pójdziemy

jeszcze raz, okej? - wtrąciła Nadia, odwracając się do pozostałych.

- Jak to, nie ma co kombinować? - rzucał się Adam. - Przecież mieliśmy

stąd wyjść, a nie łazić w kółko.

-  Trochę  zabłądziliśmy  -  uspokajała  go  Nadia.  -  Pójdziemy  jeszcze  raz

i wyjdziemy, dobrze? Chyba masz jeszcze siłę, co?

Chce  nas  zmęczyć  -  pomyślał  nagle  Marcin,  zerkając  na  Ukrainkę.  Chce

nas  osłabić,  zmęczyć  psychicznie  i  fizycznie.  Pewnie  zakręciła  jakoś  nami
w  tej  mgle,  zawróciliśmy  i  dlatego  przyszliśmy  z  powrotem  do  domu,
podszeptywał głos w jego głowie. I w tym momencie ich spojrzenia - Nadii
i  Marcina  -  się  spotkały.  Szczere  i  łagodne  oczy  dziewczyny  mówiły,  że
można jej zaufać. Że jest równie zdezorientowana i spanikowana jak on, ale
próbuje z tym walczyć i nie poddać się sytuacji.

Uspokój  się  -  powiedział  drugi  głos  w  głowie  chłopaka.  -  Już  raz  jej

przyłożyłeś,  ale  to  na  szczęście  było  tylko  w  twojej  głowie.  Ona  gra  z  tobą
w jednej drużynie, nie jest wrogiem, tylko sojusznikiem.

Jednak chłopak i tak miał wątpliwości.
-  Dobrze,  zróbmy  tak  -  powiedział,  tłumiąc  w  swojej  głowie  dziwne

podszepty. W sumie to nie mieli zbytniego wyboru. Jakby weszli do domu, to
wróciliby  do  punktu  wyjścia,  a  tak  przynajmniej  mogli  spróbować  po  raz
drugi dotrzeć do ulicy.

- Marcin, jak ta droga powinna wyglądać? - zapytała Nadia.
Nabrał głęboko powietrza i powiedział:
-  Idąc  prosto,  po  jakichś  dwustu,  trzystu  metrach  powinniśmy  dojść  do

zakrętu w lewo. Potem dalej prosto i po dwóch minutach, no może czterech
powinniśmy  dojść  do  bramy.  Ot,  cała  filozofia  -  wyjaśnił,  wzruszając  na
koniec ramionami.

-  Ale  zaraz,  przecież  teraz  skręciliśmy  w  prawo,  nie?…  -  powiedział

nieśmiało i niepewnie Adam.

Marcin  przez  chwilę  zastanawiał  się  nad  odpowiedzią.  Myślał,  czy

podzielić  się  z  pozostałymi  swoimi  odczuciami,  czy  udawać,  że  nic  się  nie
stało i po prostu zabłądzili.

- Tak - powiedział w końcu, stawiając wszystko na jedną kartę. W sumie

to po co miałby ich okłamywać, przecież siedzą w tym razem? - Tak mi się
wydaje. Może jakoś zakręciliśmy się przez mgłę, nie wiem.

- Nie podoba mi się to - powiedziała Maja. - Boję się.
Pozostali  spojrzeli  na  nią.  Nikomu  to  się  nie  podobało,  każdy  odczuwał

background image

mniejszy  lub  większy  lęk.  Po  prostu  jedni  ukrywali  to  lepiej,  inni  gorzej,
a  dziewczyna  Adama  ewidentnie  nie  potrafiła  sobie  radzić  ze  strachem.
Błądziła  rozszerzonymi  oczami,  zerkając  to  na  dom,  to  na  otaczające  go
drzewa, nieśmiało wychylające się z mgły.

To  ich  wina  -  rozległo  się  nagle  w  głowie  wystraszonej  dziewczyny.

Cichy, 

nieśmiały 

podszept 

balansujący 

na 

granicy 

świadomości

i  podświadomości.  Poczuła  nieodpartą  chęć  opuszczenia  grupy.  Odejść  od
nich, wtedy wszystko szybko i szczęśliwie się zakończy. Lecz myśl uleciała
równie szybko, jak się pojawiła.

-  Spokojnie,  po  prostu  zakręciliśmy  się,  zrobiliśmy  kółko  w  miejscu

i gdzieś zawróciliśmy - próbował pocieszyć ją Adam, pomimo że sam coraz
mniej  wierzył  we  własne  słowa.  Jednak  musiał  pokazać,  że  nic  go  to  nie
rusza.  Musiał  twardo  stać  na  posterunku  racjonalności.  -  Teraz  na  pewno
trafimy do bramy, zobaczysz. - Spojrzał wymownie na Marcina.

Maja  nie  wydała  się  zbytnio  przekonana.  Wystraszona  i  skołowana,

przeniosła wzrok ze swojego chłopaka na olbrzymi, złowieszczy dom.

I  w  tym  momencie,  w  chwili  krótszej  niż  okamgnienie,  przez  głowę

przeleciała  jej  kolejna  niepokojąca  myśl,  mówiąca,  że  ten  dom  żyje.  Nie
chodziło  tu  o  życie  w  odniesieniu  do  cementu  i  drewna,  które  z  czasem
butwieje,  schnie  i  wydaje  z  siebie  dźwięki,  które  komuś  z  odpowiednio
rozstrojonym  umysłem  mogą  przypominać  zawodzenie  duchów  czy  jęki
potępionych.  Mai  wydawało  się,  że  budynek  został  powołany  do  życia
w  jakiś  inny,  nieludzki  i  wykraczający  poza  zdolność  zrozumienia  sposób  -
że oddycha, ma świadomość i przede wszystkim - własną wolę. I właśnie ta
wola  jest  skierowana  przeciwko  nim.  Poczuła  przenikliwe  zimno  wędrujące
po  jej  ciele  i  przypomniała  sobie,  jak  Nadia  namawiała  ich  do  opuszczenia
domu. Widać, ona również czuła to, co Maja czuje teraz.

Dziewczyna nie wiedziała, co zrobili źle, ale przeczuwała, że to może być

ostatnia noc w jej życiu. Jakkolwiek makabrycznie czy groteskowo by to nie
zabrzmiało,  to  w  tej  jednej  ulotnej  sekundzie  była  o  tym  absolutnie
przekonana.

- Chodźmy już - powiedziała cicho, modląc się, aby przeklęta budowla jej

nie usłyszała.

Ponownie  ruszyli  w  stronę  lasu.  Tym  razem  szli  w  zwartej  grupie  -  nie

było  maruderów  ciągnących  się  z  tyłu,  nie  było  dzielnych  skautów
wypuszczonych na zwiad kilkadziesiąt metrów przed czołem pochodu. Była
tylko  garstka  zmęczonych,  wystraszonych  młodych  ludzi,  którzy  musieli
stawić  czoło  czemuś,  czego  nie  potrafili  zrozumieć.  Błądzili  jak  dzieci  we
mgle,  dosłownie  i  w  przenośni.  Na  domiar  złego  musieli  taszczyć  ze  sobą
niemalże śmiertelnie rannego kolegę, który z minuty na minutę stawał się dla
nich coraz większym ciężarem, chociaż nikt nie ośmielił się powiedzieć tego
na głos.

Noc  stała  się  jeszcze  zimniejsza  i  pomimo  marszu  mieli  problemy

z utrzymaniem odpowiedniej temperatury ciała. Mozolnie dreptali drogą, nie
odzywając  się  do  siebie.  Marcin  wiedział,  że  rozmowa  i  próba  odwrócenia

background image

uwagi  byłaby  teraz  bardzo  wskazana,  lecz  nie  potrafił  zmusić  się  do
wypowiedzenia  chociażby  jednego  sensownego  słowa.  Jak  mogli  zabłądzić
na tak prostej trasie? Skąd ten zakręt? A może to przez pomieszanie alkoholu
i maryśki? Ale przecież nie wypili aż tak dużo, żeby mieć halucynacje. Cały
czas w jego głowie kołatały się sprzeczne myśli, odbijające się i walczące ze
sobą tezy i próby zdefiniowania tego, co się działo.

- Ale cicho - stwierdził Adam, chyba tylko po to, żeby przerwać tę ciszę.

Nikt nie raczył mu odpowiedzieć, skomentować czy chociażby mruknąć.

Po krótkiej chwili dotarli do zakrętu. Droga odbijała teraz w lewo i znikała

w gęstej jak mleko mgle, no ale odbijała w prawidłową stronę.

- Okej, jest dobrze - uśmiechnął się Marcin. Pomimo ciążącego mu Tymka

odzyskał  sporo  wiary  we  własne  siły.  Wcześniej  musieli  się  po  prostu
pomylić,  zakręcić  jakoś  i  tyle.  Pytanie:  „jak  to  zrobili?”  na  razie  zostało
zepchnięte  na  drugi  plan.  Przy  odrobinie  szczęścia  wyląduje  ono  w  koszu
i nikt nie będzie musiał na nie odpowiadać.

- W lewo, tak jak mówiłeś. - Pokiwał głową Adam.
Grupa  przyspieszyła  kroku,  oczywiście  w  miarę  możliwości  w  związku

z powoli idącym Tymkiem. Po kilku minutach czujnego marszu - kiedy uszy
niczym  radary  reagowały  na  każdy,  nawet  najmniejszy  szum  liści  -  przed
nimi ponownie ukazał się kształt.

Serce  Nadii  zabiło  szybciej.  Kształt  wychodzący  z  mgły  był  łudząco

podobny do tego, który widziała parę chwil temu, więc teraz nie zamierzała
wychodzić  przed  szereg  i  na  ochotnika  sprawdzać,  gdzie  dotarli.
I  najwyraźniej  pozostali  podzielali  jej  obawy,  gdyż  kroczyli  ramię  w  ramię,
powoli zbliżając się do konstrukcji, która - mieli nadzieję - okaże się bramą
wjazdową na posesję Marcina.

Ich modlitwy zostały wysłuchane. Dotarli do bramy.
-  Jezu,  dzięki  ci  -  powiedział  Marcin,  wypuszczając  z  płuc  powietrze,

które trzymał w nich przez ostatnie kilkanaście sekund.

Maja i Adam zaśmiali się krótko, jakby histerycznie, ciesząc się, że udało

im  się  dotrzeć  aż  tutaj.  Nadia  poklepała  delikatnie  Tymka  po  ramieniu
i wyszeptała mu do ucha, że dotarli do bramy i za kilkanaście minut powinien
być w szpitalu. Że wszystko będzie dobrze, że dostanie lekarstwa i wyjmą to
szkło  z  jego  oczu.  Była  szczerze  uradowana  tym,  że  nie  musiała  ponownie
stawać przed tym przerażającym domem. Na razie nie zastanawiała się, czy
jej  chłopak  odzyska  wzrok  i  jak  będzie  wyglądało  jego  przyszłe  życie.
Na razie zastanawiała się tylko nad tym, co było tu i teraz.

Tymek natomiast nic nie odpowiedział, nie uśmiechnął się, nie zareagował

praktycznie w żaden sposób, poza ledwo widocznym skinieniem głowy.

Pewnie  tak  go  boli,  że  ledwo  może  iść  -  pomyślała  dziewczyna,  a  jej

podejrzenia niewiele mijały się z prawdą.

Przekroczyli magiczną bramę, jednak szli dalej po leśnej drodze, otoczeni

przez  gęsto  rosnące  drzewa.  Tak  jak  na  działce,  tak  i  poza  nią  panowała
nieprzenikniona  mgła,  skutecznie  ograniczająca  widoczność  do  kilku
metrów.

background image

- Uff - westchnął teatralnie Adam. - Widzicie? No i wyszliśmy. I gdzie te

wasze  duchy?  -  Odwrócił  się  w  stronę  bramy  i  zaczął  wydawać  z  siebie
głośne, nieartykułowane dźwięki, które kojarzyć się mogły tylko z rzucaniem
komuś wyzwania.

- Dobra, już się tak nie podniecaj - zaproponował oschle Marcin, chociaż

przez jego głos przebijała wyraźna ulga. - Miałeś rację, jesteś zadowolony?

Adam  nie  musiał  odpowiadać,  wyszczerzenie  zębów  w  szerokim  na  całą

twarz uśmiechu zupełnie wystarczało.

- Marcin, a jak daleko stąd jest główna droga? - zapytała Nadia. Napięcie

z  niej  zeszło,  wydawała  się  dużo  spokojniejsza,  co  dało  się  wyczuć  w  jej
głosie.

Chłopak  zastanowił  się  chwilę.  Czasem  trudno  podać  dokładnie  długość

trasy, którą człowiek regularnie przemierza od kilku miesięcy.

- Wiesz co - zaczął po paru sekundach - nie wiem tak dokładnie. Myślę, że

z kilometr, coś takiego.

- Okej, dzięki - powiedziała Nadia.
Nie była zbyt usatysfakcjonowana odpowiedzią, miała nadzieję, że droga

okaże  się  znacznie  krótsza.  No  ale  trudno,  dobrze,  że  w  ogóle  udało  im  się
wyjść  -  pomyślała,  spoglądając  na  Tymka.  Ten  szedł  tylko,  coraz  ciężej
oddychając,  podczas  gdy  bandaż  otulający  jego  głowę  zaczął  delikatnie
przesiąkać. Dziewczyna zrobiła krok, zbliżając się do niego.

-  Postaraj  się  nie  ruszać  głową,  dobrze?  -  powiedziała  delikatnym,

kojącym  głosem.  -  Raz,  że  wtedy  cię  bardziej  boli,  a  dwa,  że  naruszasz
opatrunek.  Już  wyszliśmy  z  działki,  teraz  wystarczy,  że  dojdziemy  do
głównej  drogi.  Już  niedługo.  -  Zerknęła  za  siebie,  lecz  niczego  nie  ujrzała:
słupki  bramy  oddalały  się.  Dodatkowo  mgła  zaczynała  rzednąć,  co  Nadia
przyjęła z olbrzymią ulgą.

- Dobra, dawajcie, bo mi zimno - poprosił Adam. - Ruszcie tyłki.
Maja  posłusznie  ruszyła  w  przód,  krocząc  obok  swego  chłopaka.  Szła

w milczeniu, skupiona na dziwnym uczuciu, które kiełkowało w środku niej.
Czuła,  że  nie  są  tu  sami.  Od  pewnego  czasu  miała  wrażenie,  że  ktoś  ich
obserwuje,  podąża  za  nimi,  korzystając  z  osłony,  jaką  daje  mglista,  zimna
noc. Czeka, analizuje ich ruchy, przygląda się im jak kot bawiący się myszą.
Czuła tę obecność, jednak bała się rozglądać.

Nagle  ciemną  noc  przeszył  grzmot.  Wszyscy  niemalże  podskoczyli,

rozglądając  się  w  popłochu.  Burza  pojawiła  się  równie  niespodziewanie,  co
gwałtownie - na ich głowy zaczęły spadać krople ciężkiego, gęstego deszczu.
Nikt  nie  kwestionował  zależności  pomiędzy  mgłą  a  burzą,  i  faktu,  że  oba
zjawiska nie pojawiają się zbyt często w tak krótkim odstępie czasu.

Zmokła  grupa  przeszła  kilkadziesiąt  metrów,  rozmawiając  zupełnie

o  niczym,  chyba  tylko  po  to,  aby  dodać  sobie  otuchy  własnymi  głosami.
Nagle  Marcin,  idący  na  czele,  zobaczył  przed  sobą  coś  nowego.  Błysk
piorunu  oświetlił  fasadę  budynku  skrytego  w  strugach  ulewnego  deszczu,
głęboko  między  drzewami.  Jak  mogłem  wcześniej  tego  nie  zauważyć?  -
zastanowił  się  chłopak,  ścierając  wodę  z  czoła.  Zawsze  jeżdżę  tędy

background image

samochodem,  nie  rozglądam  się  tak  uważnie  -  odpowiedział  błyskawicznie
głos w jego głowie.

Jednak  coś  kazało  mu  się  lepiej  przyjrzeć.  Może  to  budynek  dozorcy,

który  kiedyś  zajmował  się  posesją  wuja,  może  mieszkali  w  nim  służący  -
różne  opcje  przelatywały  mu  przez  głowę.  Niestety,  żadna  z  nich  nie  była
choć trochę zbliżona do faktycznego przeznaczenia budynku.

Marcin przysłonił oczy ręką, zmarszczył brwi i podszedł do skraju drogi,

która  nagle,  zupełnie  niespodziewanie  skończyła  się,  otwierając  się  tym
samym  na  nieznanej  wielkości  polanę.  Chłopak  wyszedł  na  nią  jako
pierwszy, ale pozostali trzymali się niezbyt daleko z tyłu.

Gdy  zza  drzew  wyłoniła  się  pełna  sylwetka  tak  doskonale  znanego

budynku,  Marcin  poczuł,  jak  jego  serce  przestaje  bić,  a  krew  zastyga
w  żyłach.  Kolejna  błyskawica  ukazała  budynek  w  pełnym  majestacie.
Ujrzawszy to, co on, ktoś za nim głęboko i spazmatycznie nabrał powietrza -
prawdopodobnie  była  to  Maja  -  ale  Marcin  nie  zamierzał  się  odwracać.
Nawet  gdyby  chciał,  to  nie  pozwolono  by  mu  na  to.  Chłopak  poczuł,  że
ulatuje  z  niego  cała  siła  woli,  cała  wola  istnienia  czmycha,  szukając  kogoś
myślącego  bardziej  racjonalnie  i  logicznie,  gdyż  w  tym  człowieku,  bez
wątpienia,  lada  chwila  zamieszka  obłęd.  I  resztką  świadomości  Marcin
dokładnie  zgadzał  się  z  tym  stwierdzeniem  -  był  bliski  szaleństwa,  zupełnie
straciwszy  kontrolę  nad  własnym  życiem,  postępowaniem  i  otaczającą  go
rzeczywistością. Czuł się, jak marionetka wisząca na raniących jej kończyny
sznurkach,  obsługiwana  przez  krnąbrnego  i  mściwego  wariata,  który  karmi
się  jej  strachem  i  bólem.  Miał  wrażenie,  że  deszcz  wypłukuje  całą  jego
osobowość.

Zapadła  pełna  bezsilnego  rozczarowania  cisza,  przerywana  tylko

rytmicznym,  stałym  bębnieniem  kropel.  Wszyscy,  nie  licząc  Tymka,  stali
i z niedowierzaniem wbijali swoje spojrzenia w dom wuja Marcina.

-  Nie  -  powiedziała  Maja.  -  Nie,  to  niemożliwe  -  stwierdziła,  uparcie

kręcąc na boki głową. - Nie! Nie, nie, nie!

Rozhisteryzowana,  zaczęła  krzyczeć.  Adam  szybko  do  niej  doskoczył,

łapiąc ją i chowając we własnych ramionach. Z początku dziewczyna wiła się
i  szarpała,  ale  po  paru  sekundach  siły  ją  opuściły  i  opadła  niczym
zaniedbany, zapomniany kwiat.

Nikt  tego  nie  skomentował.  Nadia,  nawet  gdyby  chciała  cokolwiek

powiedzieć,  nie  mogłaby  -  ciężka,  niemożliwa  do  przełknięcia  gula  utknęła
jej w gardle, utrudniając oddychanie. Po prostu stała i patrzyła, zastanawiając
się, czy nie powinna przypadkiem pozostawić tych wszystkich, w sumie dla
niej  obcych  osób,  i  nie  uciec,  biegnąc  prosto  przed  siebie,  tam,  gdzie  tylko
nogi by ją poniosły. To też była jakaś opcja, niemniej dziewczyna już zdążyła
zrozumieć,  że  gdziekolwiek  by  nie  pobiegła,  którąkolwiek  drogą  by  nie
podążyła  -  za  każdym  razem  wyjdzie  naprzeciw  tego  pieprzonego,
przeklętego  domu.  Nie  wiedziała  dlaczego  ani  jak  to  się  dzieje,  ale  była
stuprocentowo przekonana, że właśnie tak by to wyglądało.

- Nie rozumiem tego. Przecież wyszliśmy poza działkę - krzyknął Marcin

background image

w  stronę  domu,  jakby  oczekiwał,  że  budynek  mu  odpowie,  przyzna  rację,
wyszydzi. Zrobi cokolwiek. A potem zniknie.

-  Stary,  co  tu  się  dzieje?  -  zapytał  Adam.  -  To  na  pewno  ten  sam  dom?

Przecież dobrze skręciliśmy, nie?

Marcin  poczuł  przypływ  nadziei.  Faktycznie.  Może  to  inny  dom.

Bliźniaczo podobny, ale inny. Przecież przyjaciel miał rację - dobrze skręcili,
potem wyszli poza działkę, aż znaleźli się w tym miejscu. Ale „to” miejsce,
wcale nie musi oznaczać miejsca, w którym już wcześniej byli.

-  Tak,  dobrze  -  starał  się  przekrzyczeć  burzę  Marcin.  -  Przeszliśmy  też

przez bramę, widzieliście  słupki, nie? -  W jego głosie  było słychać większą
panikę, niżby sobie tego życzył.

- Tak, widzieliśmy… - powiedział bez przekonania Adam.
-  Może  ten  jest  inny?  Może  twój  wuj  wybudował  własny  dom  na  wzór

tego, co? - zapytała jednak Nadia, chociaż w głębi siebie czuła, że wcale tak
nie jest.

-  Tego  nie  wiem.  Może,  ale  nigdy  o  tym  nie…  -  Marcin  odwrócił  się

w  stronę  pozostałych  i  już  zamierzał  skończyć  odpowiedź,  gdy  nagle
zaniemówił, zamierając z na w pół otwartymi ustami. Pozostali przypatrywali
mu się w milczeniu, marszcząc ze zdziwienia brwi i oczekując dalszej części
wypowiedzi.  Zamiast  tego  chłopak  uniósł  powoli  rękę,  aby  pokazać
pozostałym  to,  co  sam  zobaczył.  Przez  ten  gest  Maja  niemalże  zeszła  na
zawał  serca,  wyobrażając  sobie  stojącego  za  jej  plecami  jakiegoś  wilkołaka
czy inną bestię z piekła rodem.

Zerknąwszy  za  grupę,  Marcin  zobaczył,  że  za  nimi  nie  ma  drogi.  Jest

wąska  ścieżka  prowadząca  głęboko  w  las,  ale  nie  ma  drogi,  którą  wszyscy
szli.

- Gdzie jest droga? - wyszeptał, chociaż wszyscy zdawali się go słyszeć.
-  Ej,  kurwa,  to  przestaje  być  zabawne  -  powiedział  ze  złością  w  głosie

Adam.

-  Myślisz,  że  kogoś  to  bawi?  -  zapytała  Nadia,  również  straciwszy

panowanie nad sobą. - Może Tymka to bawi. Dawaj, zapytaj go o to.

-  Odpieprz  się,  wiesz,  o  co  mi  chodzi  -  warknął  Adam,  marszcząc  brwi.

- Marcin, do cholery, możesz nas zaprowadzić do tej pieprzonej bramy?

Ale  Marcin  tylko  stał  i  nic  nie  mówił.  Patrzył  na  wąską  ścieżkę  niknącą

w strugach deszczu i resztkami sił próbował nie oszaleć.

-  Marcin!  -  ryknął  Adam,  co  tylko  jeszcze  bardziej  wystraszyło  Maję.

Dziewczyna krzyknęła, Marcin ocknął się z letargu.

Spojrzał  spod  półprzymkniętych  powiek  na  Adama,  próbując  sobie

przypomnieć, czego od niego chciał. A, tak. Brama. Zaprowadzić.

Zabawne.
-  Przecież  przeszliśmy  przez  bramę,  nie  pamiętasz?  -  zapytał  spokojnie,

powoli wyciskając ze słów jad.

-  Może  były  dwie  bramy  i  zaprowadziłeś  nas  naokoło  -  odpowiedział

Adam, przekrzywiając ironicznie głowę.

-  Może.  W  takim  razie  teraz  ty  prowadź,  proszę  bardzo  -  zaproponował

background image

Marcin,  wskazując  Adamowi  kierunek,  w  którym  znajdowała  się  droga.
Przynajmniej teoretycznie.

Adam  zastanowił  się  przez  chwilę.  Zerknął  na  mokrą  Maję,  jednak  nie

znalazł  w  niej  odpowiedzi  na  swoje  pytanie,  gdyż  dziewczyna  tkwiła
wczepiona w niego niczym niemowlę w matkę.

-  Dobra  -  powiedział,  pompując  dumnie  pierś  i  wypinając  ją  do  przodu.

- Chodźcie.

Bez zbędnych ceregieli ruszyli w stronę drogi. Po raz kolejny.
Maja  szła  obok  Adama,  pozwalając,  aby  gęste  krople  spływały  jej  po

twarzy. Próbowała ze wszystkich sił nie odwrócić się i nie spojrzeć w stronę
domu. Miała wrażenie, że jakby zerknęła za siebie, ujrzałaby wytrzeszczony
w  upiornym  uśmiechu  budynek,  gdzie  okna  byłyby  oczami,  a  ściana
rozstąpiłaby  się,  tworząc  olbrzymią,  upiorną  szczękę  z  cegieł  i  słupów
zbrojeniowych.

Pomimo  absurdalności  i  niedorzeczności  tej  myśli,  zadrżała.  Skąd  takie

obrazy w mojej głowie? - zastanawiała się. Nigdy nie czytała powieści grozy,
owszem,  widziała  kilka  horrorów,  ale  nigdy  z  własnej  inicjatywy,  zawsze
oglądała  je  w  obecności  znajomych  czy  chłopaka.  Sama  nigdy  nie
zdecydowałaby  się  na  coś  takiego.  Bać  się  na  własne  życzenie?  Oglądać
sceny  mordowania  ludzi  czy  efekty  specjalne  pokazujące  duchy  albo  jakieś
chore,  krwiożercze  potwory?  Dla  niej  nie  dość,  że  to  było  totalnie
bezsensowne,  to  jeszcze  wskazywało  na  pewne  mentalne  odchylenia  od
normy,  żeby  nie  powiedzieć  wprost  -  chorobę  psychiczną  widzów.  Zwykła,
patologiczna strata czasu.

Zamyślona, zapatrzyła się w ciemną od ulewy ścianę lasu po swojej lewej

stronie.  W  pewnej  chwili  zmrużyła  oczy,  gdyż  wydawało  się  jej,  jakby
między  drzewami  było  schowane  źródło  ciepłego,  jasnego  światła.  Może
światło księżyca się od czegoś odbijało lub załamywało się w jakiś magiczny
sposób przez krople deszczu? Szła, wsparta o Adama i wpatrywała się w to
nieokreślone,  jasne  miejsce,  które  zdawało  się  podążać  razem  z  nią.  Nie
zostawało  w  tyle,  nie  wybiegało  do  przodu  -  cały  czas  lojalnie  tkwiło  na
wysokości dziewczyny, dodając jej otuchy i udowadniając, że na świecie są
jeszcze piękne rzeczy. Nawet jeżeli wychodzi się z przeklętego domu i błądzi
się po lesie podczas zimnej, październikowej nocy.

Tak - mówiło jej światło - nawet w takich okolicznościach można dostrzec

ciepło  i  piękno  natury.  Światło  zdawało  się  ją  przyciągać,  obiecywać
schronienie.  Oczami  wyobraźni  dziewczyna  zobaczyła  wielki,  gruby  koc,
którym otula się tak bardzo, że wystaje jej tylko czubek nosa. Kubek gorącej
czekolady  trzymany  we  własnych,  zmarzniętych  dłoniach.  Ogień  buchający
z  kominka  w  akompaniamencie  trzaskających  pni.  Dam  ci  to  wszystko  -
mówiło  jej  światło.  Zostaw  ich  i  chodź  do  mnie.  Oni  nie  są  bezpieczni,  to
wariaci, którzy myślą, że dom jest nawiedzony. Zostaw ich i chodź do mnie,
a dam ci schronienie i zapewnię bezpieczeństwo.

Maja  przestała  myśleć  o  domu,  który  zniknął  w  strugach  deszczu  daleko

za ich plecami. Skupiona na głosie światła, nie słyszała też niczyich kroków.

background image

Nagle Adam zadrżał z zimna, zwracając na siebie uwagę pozostałych. Maja
zerknęła  na  jego  zziębniętą  twarz.  Chłopak  wydał  się  jej  zupełnie  innym
Adamem  niż  ten,  którego  znała.  Młody  mężczyzna  idący  obok  niej  był
oschły,  fałszywy  i  prymitywny,  poddany  tylko  i  wyłącznie  woli  sprzętu
dyndającego  między  jego  nogami  i  próbujący  za  wszelką  cenę  udowodnić
pozostałym, jakim twardym jest mężczyzną. Pomimo kilkuletniego związku,
chłopak  nagle  stał  się  dla  niej  totalnie  odrażającą  istotą.  W  tym  momencie
miała  w  sobie  więcej  miłości  do  śmierdzącego  żula,  śpiącego  pod  mostem,
niż do niego.

Zostaw  go  -  szeptało  światło.  On  jest  zły,  sprowadzi  na  ciebie  tylko

nieszczęście. Wcale cię nie obroni tak, jak mogę to zrobić ja.

Maja delikatnie wysunęła szczupłą dłoń spod ramienia Adama i schowała

ją  do  kieszeni  własnej  skórzanej  kurtki.  Światło  miało  rację  -  stwierdziła.
Subtelny  blask  pokazał  jej,  jaki  naprawdę  jest  mężczyzna,  którego  zdawała
się kochać. Przynajmniej tak myślała lub - co było bardziej prawdopodobne -
Adam starał się, żeby ona tak myślała. On i jego gierki, na które zawsze się
nabierała.

Zrobiła krok w bok, oddalając się od Adama. Chłopak nie zareagował na

to w żaden sposób. Nadia i Marcin również tego nie zauważyli, skupieni na
taszczeniu rannego Tymka. Poza tym szli o krok przed nimi.

- Ej, i co? Gdzie ten zakręt? - zapytał Adam.
Teraz - szepnęło światło.
To moja szansa - pomyślała dziewczyna. Teraz albo nigdy.
Maja rzuciła się biegiem między drzewa, prosto w nieprzeniknioną ścianę

deszczu. Nie zważała na krzyki pozostałych.

background image

 

Rozdział 12

-  O,  znów  jesteśmy  w  tym  momencie  -  powiedział  policjant.  Ciągle

odchylony  na  chybotliwym  krześle,  niezmiennie  z  papierosem  w  ustach.
Jednak tym razem w dłoni trzymał ciepły kubek z parującą kawą.

Skrajnie  wyczerpany  Marcin  wpatrywał  się  w  niego  niewidzącym

wzrokiem.  Już  miał  dość  tego  przesłuchania,  dość  zimnego  pomieszczenia,
dość  papierosowego  dymu  gryzącego  w  oczy  i  drażniącego  płuca.  Niech
sobie facet gada, co chce i niech dalej powtarza swoje pytania. Będę mówił
w kółko to samo - pomyślał chłopak. - Może w końcu mu się znudzi.

Policjant,  jakby  usłyszawszy  myśli  wykończonego  chłopaka,  ponownie

pochylił się nad stołem. Ciemne, głęboko osadzone oczy świdrowały Marcina
na wylot. Myślał przez chwilę, po czym - klasycznie wypuszczając gryzący
i cuchnący dym w stronę chłopaka - powiedział:

-  Ciekawy  jestem,  jaką  wersję  opowiesz  mi  tym  razem?  Serio,  ta  mgła

z  deszczem  jest  strasznie  fajna,  a  ty  za  każdym  razem  opowiadasz  inny
koniec  tej  historii.  No  ale  nie  chcę  ci  przerywać  ani…  -  Zrobił  chwilę
dramatycznej pauzy, patrząc na Marcina spode łba. - …ani naprowadzać na
odpowiedzi. Mów dalej.

Marcin  spojrzał  na  policjanta.  W  sumie  to  oprócz  popielniczki,  stołu

i leniwie bujającej się lampy nie było na czym zawiesić wzroku.

- Przecież już mówiłem.
-  Wiem,  kurwa,  że  już  mówiłeś!  -  wydarł  się  policjant,  uderzając  dłonią

w metalowy stół, przez co kilka kiepów wypadło z popielniczki. - Ale masz
mi to opowiedzieć jeszcze raz. Na tym polega przesłuchanie, pamiętasz?

Marcin zagryzł wargę. Doskonale wiedział, na czym polega przesłuchanie.

W  końcu  był  przesłuchiwany  przez  kilka  ostatnich  godzin,  chociaż  tak
naprawdę  nie  był  w  stanie  powiedzieć,  jak  długo  gnije  w  tym  ciemnym
i zimnym miejscu.

-  No  więc?  -  policjant  nie  ustępował.  Jego  spokój,  pomimo  kilku

agresywnych  zrywów,  w  pewnym  stopniu  imponował  Marcinowi.  Był
opanowany i cierpliwy, tyle czasu razem spędzili i wciąż zadawał mu te same
pytania.  Trudno  będzie  go  obejść,  lecz  z  drugiej  strony,  co  tak  naprawdę
Marcin chciał obchodzić? Przecież mówił mu wszystko, opowiadał dokładnie
o wydarzeniach, w których brał udział.

-  Ej!  -  upomniał  się  o  uwagę  funkcjonariusz.  -  Czekam.  To,  że  naćpani

chodziliście  w  kółko  po  lesie,  jakoś  mnie  specjalnie  nie  dziwi.  Jakbym  tyle
wypił i wypalił, to pewnie bym klaskał uszami, a wy jeszcze się wybraliście
na spacer. Ładnie wam odjebało. - Odpalił kolejnego papierosa.

Marcin zmarszczył brwi.

background image

- Przecież aż tyle nie wypiliśmy - powiedział, wracając myślami do stołu,

na którym stał alkohol.

-  Nie?  -  zdziwił  się  funkcjonariusz.  -  Aha,  czyli  sześć  butelek  wódki  na

pięć  osób,  piw  nie  liczę,  to  nie  jest  dużo?  Wiesz,  jakbyście  byli
podhalańskimi drwalami, to jeszcze bym zrozumiał, no, ale, niestety, daleko
wam do nich.

-  Sześć  butelek  wódki?  -  Marcin  nie  wierzył  w  to,  co  przed  chwilą

usłyszał.

- Tak. I nie ściemniaj mi tu, że nie pamiętasz. Chociaż, w sumie to możesz

nie  pamiętać…  Jak  ma  się  prawie  trzy  promile,  to  niewiele  się  później
pamięta.  No  ale  nic,  wróćmy  do  tematu.  Dziewczyna  uciekła  wam  i  co
zrobiliście?

Marcin  nabrał  głęboko  powietrza,  aby  po  chwili  powoli  je  wypuścić.

Sześć butelek. Niemożliwe. Przecież nawet tyle nie mieli. Chyba.

- No…. - zaczął niepewnie, próbując skupić się na pytaniu - zrobiliśmy to,

co chyba każdy by zrobił. Pobiegliśmy za nią z Adamem.

-  Aha  -  skwitował  policjant,  notując  coś  na  żółtej  kartce  umieszczonej

przed sobą. - A co z twoim rannym kolegą?

-  Tymek  został  z  Nadią  -  odpowiedział  Marcin,  przypominając  sobie

pytające  spojrzenie,  jakie  wymienili  między  sobą  w  momencie,  w  którym
Maja znikała między drzewami.

- Tylko was dwóch pobiegło?
- Tak.
-  Okej.  Pobiegliście  w  tę  burzę  szukać  Mai,  która  z…  niewiadomych

przyczyn nagle oddzieliła się od grupy i wbiegła do lasu. W ścianę deszczu.
To twoje słowa - przypomniał policjant.

- Tak, wiem, pamiętam - odpowiedział Marcin.
- Okej, co było dalej? Znaleźliście ją?
Marcin spojrzał na zimny, metalowy blat. Wspomnienia uderzyły w niego

z  całą  swoją  mocą,  odbierając  dech  w  piersi  i  miażdżąc  świadomość,  jakby
w  wielkim,  lodowym  imadle.  Poczuł  przenikające  zimno,  jakie  panowało
tamtego wieczoru. Zimno zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Miał wrażenie,
że czuje zimne, ostre krople deszczu uderzające go w twarz.

Policjant  patrzył  na  niego  obojętnym  wzrokiem,  a  jego  usta  wykrzywiał

delikatny grymas uśmiechu.

background image

 

Rozdział 13

- Maja, poczekaj! - krzyknął Adam i, nie oglądając się za siebie, popędził

za dziewczyną.

- Zostań tu z nim - powiedział szybko Marcin do Nadii, po czym dołączył

do pościgu.

Majka zniknęła im z oczu. Panowie mieli teoretyczną przewagę. Adam był

wysportowany  i  szybko  biegał,  a  Marcin  znał  działkę,  chociaż  kilkanaście
minut  temu  okazało  się,  że  jego  znajomość  topografii  terenu  nie  jest  taka,
jakiej  by  sobie  życzył.  Lecz  pomimo  tych  ewidentnych  plusów,  Adam
z  Marcinem  nie  mieli  szans  na  znalezienie  Mai.  Nie  widzieli  światła,  które
kierowało  dziewczyną.  Nie  słyszeli  głosu,  który  kazał  im  skręcać
w  odpowiednich  momentach  i  omijać  drzewa.  I  nie  byli  wystraszoną
zwierzyną, która ucieka oprawcy w obawie o własne życie.

Nie zważając na  to, pędzili przez  ulewę, uważnie stawiając  nogi, aby się

nie  poślizgnąć,  jednocześnie  czujnie  się  rozglądając  między  drzewami.
Po mniej więcej minucie szaleńczego biegu, zatrzymali się, ciężko dysząc.

- Maja! - krzyczał Adam. - Majaaa!
-  Co  jej  odbiło?  -  zapytał  Marcin,  wspierając  się  o  mokre  drzewo.

Z  trudem  próbował  ustabilizować  oddech.  Zimne  powietrze  piekło
w płucach, ale przy okazji zrobiło się im znacznie cieplej.

-  Nie  wiem,  stary  -  wysapał  Adam.  -  Majaaa!  -  krzyczał,  rozglądając  się

dookoła.

Niestety,  bębnienie  deszczu  tłumiło  głosy  równie  skutecznie,  jak

ograniczało widoczność. Poza tym, nawet jeżeli Maja by ich usłyszała, to nie
odpowiedziałaby, lecz Marcin i Adam nie mogli o tym wiedzieć.

Nie 

wiedzieli 

również 

tego, 

że 

Maja 

stała 

schowana 

za

kilkudziesięcioletnim  dębem,  mniej  niż  piętnaście  metrów  od  nich.  I  że
doskonale ich słyszała, lecz światło nakazywało jej zachować milczenie. Nie
wychylaj się - szeptało. Nie ruszaj się, nie odpowiadaj na ich wezwania. Boją
się,  bo  im  uciekłaś,  a  to  co  innego  niż  martwienie  się,  bo  im  uciekłaś.  Nie,
oni  się  boją,  że  opowiesz  światu,  że  są  wariatami.  Złapią  cię  i  zamkną
w miejscu, z którego nie ma ucieczki. Unikaj ich. Zostań tu.

Maja  słuchała  tego  szeptu,  dobywającego  się  zarówno  gdzieś  spoza  niej,

jak i z niej samej. Słuchała, a otaczający ją świat powoli odchodził w niebyt.

-  I  co?  -  zapytała  Nadia.  Stała  z  Tymkiem  pod  rozłożystym  kasztanem,

który dawał choć trochę schronienia przed siekącym deszczem.

-  Nic  -  powiedział  Marcin,  rozkładając  bezradnie  ręce.  -  Nigdzie  jej  nie

ma.

- Może powinniście się rozdzielić? - zasugerowała.

background image

Spojrzeli po sobie.
-  Nie,  to  słaby  pomysł.  Po  chwili  sami  byśmy  się  zgubili,  bez  sensu  -

powiedział Marcin.

- No, ale nie możecie tu stać, zróbcie coś. Przecież jak tak biegła, to mogła

sobie zrobić krzywdę - naciskała.

- Ale jak będziemy latać osobno, to za chwilę sama zostaniesz z Tymkiem.

Tego  byś  chyba  nie  chciała?  -  zauważył  Marcin,  patrząc  na  rannego
przyjaciela siedzącego przy grubym pniu. Trzymał się za kolana, na których
była  wsparta  jego  głowa.  Groteskowe  kawałki  lustra  uparcie  tkwiły  na
swoich  miejscach,  zatopione  głęboko  w  jego  oczodołach,  otoczone  przez
głęboką  czerwień  namokniętego  bandaża.  Zimno  formowało  niewielką
chmurę pary przed jego twarzą za każdym razem, gdy wypuszczał powietrze.

-  Nie  wiem,  co  robić.  Jakieś  pomysły?  -  zapytał  Adam,  rozglądając  się

wokół siebie.

Nadia  już  miała  powiedzieć,  że  naprawdę  powinni  się  rozdzielić  i  że  to

ona  może  iść  na  poszukiwania,  ale  otworzyła  tylko  usta,  aby  je  po  chwili
zamknąć.  Zupełnie  niespodziewanie  wpadło  jej  do  głowy  pewne  pytanie,
jednak  wahała  się,  czy  na  pewno  chce  poznać  na  nie  odpowiedź.  Niemniej,
w  życiu  bywają  sytuacje,  w  których  człowiek  robi  lub  mówi  coś,  czego
bardzo nie chce zrobić lub powiedzieć, ale tak po prostu trzeba i tyle.

-  Marcin…  -  zaczęła  niepewnie,  zbierając  myśli.  Muszę  się  spytać,

stwierdziła,  nabierając  głęboko  powietrza.  -  Jak  długo  mieszkacie  w  tym
domu? Pół roku, tak?

Spojrzał  na  nią  i  zmarszczył  brwi.  Maja  lata  po  lesie,  Tymek  siedzi  na

drodze  ze  szkłem  w  oczach,  a  Nadia  pyta  o  historię  domu?  Chociaż,  musi
mieć  dobry  powód,  nie  pytałaby  tak  po  prostu.  Zdążył  ją  poznać  na  tyle
dobrze, żeby to wiedzieć.

- No tak, czemu pytasz? - Domyślił się drugiego dna pytania i w pierwszej

chwili był zły, że będzie musiał na nie odpowiadać.

-  A  kto  tu  mieszkał  przed  wami?  -  odpowiedziała  Nadia,  zupełnie

ignorując pytanie Marcina.

Właśnie tego się spodziewał i jednocześnie obawiał.
- Mój wujek, mówiłem ci.
-  I  on  odszedł,  tak?  Przepraszam,  jeżeli  jestem  zbyt  nachalna,  ale  czy

mógłbyś  mi  powiedzieć,  w  jaki  sposób?  -  zapytała  możliwie  najsubtelniej,
jak tylko potrafiła.

Marcin ciężko odetchnął. Temperatura jego ciała powoli spadała, a że był

spocony,  to  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  jeżeli  szybko  się  nie  ogrzeje,  to
skończy się chorobą.

- Ludzie mówią, że popełnił samobójstwo, w policyjnym raporcie napisali,

że  utopił  się  w  jeziorze,  nad  którym  wcześniej  byliśmy.  Nie  do  końca  w  to
wierzę, wątpię, żeby sam się zabił.

-  Poczekaj,  przecież  nic  mi  o  tym  nie  mówiłeś  -  żachnął  się  Adam.

- Dlaczego?

- Nie ma się czym chwalić. Sam chyba rozumiesz.

background image

Adam tylko zmarszczył brwi i pokręcił głową z niedowierzaniem.
W  międzyczasie  Nadii  wydawało  się,  że  rozumie,  jakby  odpowiedź

Marcina  naprowadziła  ją  na  dobry  trop.  Drobna  iskierka,  która  mogła
wszystko  wyjaśnić,  zamigotała  z  tyłu  jej  głowy,  aby  po  chwili  wesoło
polecieć  i  zatonąć  w  odmętach  nieskładnych  myśli  i  pytań.  Ktoś  się  z  nami
bawi w kotka i myszkę - stwierdziła w duchu. Nie, nie z nami, tylko nami -
poprawiła się po chwili, i zadrżała na tę myśl.

- Czyli twój wujek zabił się na tej działce? - zapytała Nadia. To by miało

sens,  pomyślała  dziewczyna.  Wuj  popełnił  samobójstwo,  a  jego  duch  teraz
krąży po tym terenie, bo nie chcą go przepuścić do Królestwa Niebieskiego.
Samobójcom dziękują.

- Tak stwierdziła policja - odpowiedział zgodnie z prawdą chłopak. - Dalej

nie rozumiem, czemu mnie o to pytasz?

Nadia  spojrzała  na  Marcina  swoimi  niebieskimi  oczyma.  Długie,  jasne

włosy  opadały  na  jej  ciemny  płaszcz.  W  tej  scenerii  wyglądała  pięknie
niczym  baśniowe  stworzenie  mieszkające  głęboko  w  lesie,  które  nagle
zdecydowało  się  wyjść  z  głuszy  i  objawić  się  śmiertelnikowi.  Pomimo
szalejącej ulewy, chłopak poczuł przyjemne ciepło w środku brzucha.

- Pewnie zabrzmi to głupio, ale myślę, że to może mieć związek z tym, co

się z nami dzieje - powiedziała.

-  A  co  się  z  nami  dzieje?  -  zapytał  Adam  ze  złością,  chociaż  już  powoli

odchodziła  mu  ochota  do  bitki.  Nie  mógł  dalej  udawać,  że  wszystko  jest
w porządku, że nic nadzwyczajnego się nie dzieje. Nie potrafił wyjaśnić tego,
czego  doświadczali  i  nie  mógł  też  pozostać  na  to  ślepym,  a  ta  bezradność
powodowała  niekontrolowane  wybuchy  agresji.  Zwłaszcza  że  jego  własna
dziewczyna zupełnie niespodziewanie uciekła w ciemny las.

Marcin i Nadia wymownie na niego spojrzeli.
-  Dobra,  nic  nie  mówiłem.  S

ORRY

.  Jaki  widzisz  związek?  -  Schował  ręce

głęboko w kieszenie i czekał na odpowiedź Nadii.

Dziewczyna  nie  skomentowała  jego  przytyku,  doskonale  świadoma

własnej przewagi.

-  Okej,  posłuchajcie  -  zaczęła,  ale  przerwała  na  sekundę,  gdyż  niebiosa

przeszył  kolejny  huk  gromu.  Skulili  się,  jakby  epicentrum  burzy  było
bezpośrednio 

nad 

ich 

głowami. 

Nadia 

przełknęła 

głośno 

ślinę

i  kontynuowała:  -  Tymkowi  coś  ewidentnie  odbiło,  to  fakt.  W  domu  działy
się dziwne rzeczy, może da się jakoś je wytłumaczyć, może nie, ale coś tam
się  działo.  To  też  fakt.  -  Adam  z  Marcinem  z  grzeczności  nic  nie  mówili,
tylko  kiwali  mokrymi  głowami.  -  W  telefonach  słyszeliśmy  własne  głosy,
mimo  że  mamy  różnych  operatorów  i  różne  komórki.  To  też  fakt.  Teraz
twojej  Majce  coś  odbiło  i  uciekła  między  drzewa.  To  również  jest  fakt.  Nie
wiemy dlaczego ani po co, ale wiemy, że uciekła.

- No i…? - zapytał Marcin.
-  Poczekaj,  daj  mi  skończyć,  proszę.  Tymek  prawie  śmiertelnie  się  ranił,

twój wujek popełnił samobójstwo, w domu jest ukryte pomieszczenie służące
do wywoływania duchów. To też są fakty.

background image

- Widziałem swoich rodziców - wypalił nagle Marcin. Po prostu wciął się

bezczelnie  w  wypowiedź  Nadii,  nie  potrafiąc  utrzymać  języka  za  zębami.
Pozostali  spojrzeli  na  niego.  -  Widziałem  ich  stojących  w  korytarzu,
wyglądali jakby byli po wypadku samochodowym. Ale jak się odwróciłem to
nikogo nie było.

Po tej deklaracji wyraźnie mu ulżyło.
-  Tak,  pamiętam  -  powiedział  Adam.  -  Wyglądałeś  na  nieźle

wystraszonego.

- No bo byłem megawystraszony. To było jak prawdziwe.
-  Wiem,  ja  też  wtedy  ich  widziałam  -  odpowiedziała  Nadia.  -  Stałam

w głębi korytarza. Przez ułamek sekundy, ale coś mi mignęło.

- Serio? - zapytał z niedowierzaniem Marcin.
-  Tak,  serio.  Wiem  też,  że  nad  jeziorem  również  coś  widziałeś.  Nie

zdążyłam już zobaczyć co, ale nie kupiłam tej waszej bajki o potknięciu się.

-  Tak,  nad  jeziorem  też…  -  powiedział  i  aż  zadrżał  na  wspomnienie

topielca.  -  Tam  widziałem  mojego  wuja.  To  znaczy  jego  ducha.  Chyba.
Próbował mnie wciągnąć do wody.

Marcin aż uniósł brwi ze zdumienia, że tak łatwo mu przyszło wyjawienie

tej  historii.  Nadia  nie  zapytała  dlaczego  ani  jak  to  możliwe.  Po  prostu
z  milczącą  wyrozumiałością  skinęła  głową,  zachowując  swoje  refleksje  dla
siebie, za co Marcin był jej niewypowiedzianie wdzięczny.

- Do czego zmierzasz?
Dziewczyna delikatnie przygryzła dolną wargę, upodabniając się przez to

do  nastolatki,  która  przyznała  się,  że  nabroiła.  Było  widać,  że  prowadzi
bardzo skomplikowany, wewnętrzny dialog.

-  Wiem,  jak  to  zabrzmi,  ale  wydaje  mi  się,  że  to  wszystko  jest  ze  sobą

jakoś  powiązane.  Nie  wiem  jeszcze  jak…  -  Starała  się  uprzedzić  pytania,
unosząc  otwarte  dłonie.  -  …ale  chyba  jakoś  jest.  Może  to  ma  związek
z twoim wujem. Myślę, że tak.

Adam,  Marcin  oraz  Tymek  milczeli.  Tymek  w  ogóle  niewiele  się

odzywał  -  było  to  spowodowane  skupieniem  całej  siły  woli  na
zminimalizowaniu bólu, który rozsadzał mu czaszkę. Poza tym, rozmawiając,
mimowolnie  poruszałby  mięśniami  twarzy,  co  tylko  powodowałoby  jeszcze
większe cierpienie.

- Przepraszam, ale jaki to może mieć związek z moim wujkiem? - zapytał

ostrożnie chłopak.

- No właśnie tego nie wiem - odpowiedziała zgodnie z prawdą Nadia, ale

mówiąc  to,  nie  uciekła  wzrokiem  w  żadną  stronę.  Dzielnie  stała  na
posterunku swojego zdania, gotowa bronić go niczym lwica młodych.

-  Och,  genialnie!  -  zripostował  Adam,  wymachując  rękami.  Odwrócił  się

i zaczął przeklinać pod nosem. - Czyli jakiś związek ma, ale nie wiesz jaki?
Super! To nam pomogłaś. Pojebane to wszystko jest.

- Jezu, przestań cały czas marudzić - rzucił Marcin.
- No, a co mam robić? Masz lepszy pomysł? - wydarł się na niego Adam.

Kipiał  ze  złości.  Totalnie  stracił  panowanie  nad  sytuacją,  a  dla  niego  nie

background image

mogło być nic gorszego.

-  Nie,  nie  mam,  ale  biadolenie  jak  stara  baba  raczej  nie  pomoże  -

odpowiedział,  zachowując  spokój,  Marcin,  lecz  jego  głos  dowodził,  że  on
również traci powoli panowanie nad sobą.

-  Zapytajmy  go  -  powiedziała  cicho  dziewczyna,  ale  Adam  i  Marcin

zignorowali ją, gdyż ich kłótnia przybierała na sile.

- Biadolę jak stara baba? - powtórzył z przekąsem Adam, podnosząc głos.

-  Czy  ty  słyszysz,  o  czym  wy  mówicie?  Maja  gdzieś  uciekła,  a  wy  gadacie
o twoim wujku!

-  No  to  jak?  Masz  lepszy  pomysł,  co  teraz  robić?  -  Głos  Marcina  był

spokojniejszy  od  Adama,  ale  było  widać,  że  trudno  mu  utrzymać  nerwy  na
wodzy.  -  Tak,  idę  dalej  szukać  Mai,  a  jak  ją  znajdę,  to  biorę  ją  pod  pachę
i spierdalam stąd, bo oboje jesteście ostro popieprzeni - odpowiedział Adam,
ale nie ruszył się z miejsca.

- Zapytajmy go - powtórzyła głośniej Nadia.
Tym  razem  Marcin  usłyszał.  Spojrzał  na  nią  i  zmarszczył

z niedowierzania brwi.

- Co?
- Słyszałeś. Powiedziałam, żebyśmy go zapytali - odpowiedziała, siląc się

na spokój.

- Kogo zapytali? - wtrącił się Adam.
Nadia spojrzała na niego, a potem odpowiedziała tonem, jakby to było coś

totalnie oczywistego:

- Wuja Marcina.
Adam z Marcinem spojrzeli po sobie, po czym ostrożnie odwrócili głowy

w  stronę  dziewczyny.  Pierwszy  odezwał  się  Adam,  Marcinowi  ciągle
brakowało słów.

- Nadia, wuj Marcina nie żyje. Nie słyszałaś? Popełnił samobójstwo. - Ton

jego  głosu  był  podejrzanie  spokojny,  jednak  wyraźnie  dało  się  usłyszeć
przebijającą  się  ironię  i  sarkazm.  -  I  dlatego  nie  możemy  go  o  nic  zapytać.
Bo nie żyje.

-  Słyszałam  -  odpowiedziała  Nadia,  dumnie  wypinając  piersi  do  przodu.

Wiedziała, że nie  ma co wchodzić  w kłótnie czy  przekomarzanie się. Tylko
bez sensu tracą na to energię i nerwy. - Doskonale słyszałam, co powiedział
mi  Marcin.  Ale  chyba  wy  nie  słyszeliście,  co  wcześniej  wam  mówiłam.
Tu coś ewidentnie jest nie tak, czy wam się to podoba, czy nie. Nie możemy
się  wydostać  z  działki,  nie  możemy  nigdzie  zadzwonić.  Coś  nas  tu  trzyma,
nie  rozumiecie  tego?  Twój  wujek  popełnił  samobójstwo.  -  Spojrzała  prosto
w oczy Marcina. - Ale ty w to nie wierzysz. Po tym, co tu widziałam, ja też
nie. Dlatego mówię wam, żebyśmy wrócili do domu i zapytali go, dlaczego
się zabił. Zapytamy, co tu wywołał, i czy wie, gdzie, do cholery, podziała się
Maja.

Adam  wydawał  się  niewzruszony  tymi  argumentami,  chociaż  na

wspomnienie Mai zacisnął szczękę i mimowolnie skierował wzrok na ścianę
znikającego w strugach deszczu lasu. Marcin natomiast poczuł, jak włosy na

background image

karku stają mu dęba. Na myśl o ponownej konfrontacji ze zmarłym wujem -
chociaż nie miał pojęcia, jak ona miałaby wyglądać - robiło mu się niedobrze.

- Jak… - zapytał chłopak, ale musiał przerwać, żeby przełknąć ciężką gulę

siedzącą mu w gardle - …jak chcesz to zrobić?

Nadia  uśmiechnęła  się  delikatnie,  chociaż  pomysł  wcale  nie  napawał  jej

optymizmem.  Lecz  jeżeli  dzięki  temu  uda  się  jej  czegoś  dowiedzieć  lub
nawet wydostać się stąd, to jest to warte ryzyka.

-  Jestem  medium,  pamiętasz?  A  twój  zmarły  wujek  ma  w  domu

pomieszczenie idealnie nadające się do wywoływania duchów.

- Tymek idzie z nami? - zapytał z niedowierzaniem Marcin.
-  Tak.  Nie  zostawię  go  samego,  już  raz  prawie  się  zabił.  Chcę  go  mieć

cały czas na oku.

Zawiał  zimny  wiatr  i  chłód  przeniknął  ich  do  szpiku  kości.  Wszyscy  jak

jeden mąż skulili się, próbując zatrzymać resztki uciekającego ciepła. Marcin
stał  chwilę  i  trawił  to,  co  przed  chwilą  usłyszał.  Został  mu  zaproponowany
seans spirytystyczny, mający na celu wywołanie ducha jego własnego wuja.
To  jakiś  obłęd  -  pomyślał  chłopak.  Drżał,  lecz  nie  wiedział,  czy  przyczyną
jest chłód, czy strach.

- Dobrze, zróbmy to - stwierdził, ledwie rozchylając usta.
- Adam? - zapytała Nadia, zerkając na chłopaka.
- Wiecie, że to bez sensu? To jakieś kosmiczne nieporozumienie, czy wy

się w ogóle słyszycie? - Adam jak zwykle żywiołowo gestykulował rękoma.

Od  tego  machania  przynajmniej  będzie  mu  ciepło,  stwierdził  w  myślach

Marcin. Tymczasem Adam kontynuował:

- Chcecie wywoływać ducha wujka Marcina, żeby powiedział nam, gdzie

jest moja dziewczyna? Ludzie!

- Tak, wiem, jakie jest twoje zdanie, powtarzasz je w kółko - powiedziała

znużonym głosem Nadia. - Możesz myśleć, co chcesz, nie obchodzi mnie to.
Pytam  tylko,  czy  idziesz  z  nami  z  powrotem  to  domu,  czy  będziesz  stał  jak
obrażone dziecko na środku drogi i czekał, nie wiadomo na co?

Ostatnie porównanie ewidentnie ubodło Adama, tak bardzo wyczulonego

na  sposób  postrzegania  go  przez  innych.  Wyraźnie  się  obruszył,  jednak
powstrzymał się od ciętej riposty. Zerknął tylko na Marcina. Patrzył na niego
chwilę w milczeniu, aby w końcu, łaskawie, otworzyć usta i oznajmić:

-  Dobra,  chodźmy.  Ale  dalej  uważam,  że  to  głupia  dziecinada.

Powinniśmy wrócić między drzewa i szukać…

-  Tak,  wiemy  -  przerwał  mu  Marcin  -  mamy  pójść  szukać  Mai.  Ale

właśnie  to  robimy,  rozumiesz?  Idziemy  jej  szukać  -  powiedział  spokojnym,
podejrzanie pewnym siebie i opanowanym głosem.

Może  dlatego,  że  Marcin  naprawdę  dostrzegł  w  planie  Nadii  cień  szansy

na  powodzenie.  Poza  tym,  na  wspomnienie  wuja  przypomniał  sobie  to,  co
niegdyś od niego usłyszał - że po otwarciu szafy okazuje się, że w jej środku
tak  naprawdę  nie  ma  żadnego  potwora,  a  wszystko  się  dzieje  w  naszej
głowie.

Modlił się w duchu, aby tak było i tym razem.

background image

 

Rozdział 14

Dotarli do domu. Po raz kolejny podczas tej zimnej, mrocznej nocy stanęli

naprzeciw  majestatycznej  budowli,  emanującej  przytłaczającą,  wysysającą
siłę  energią.  Marcin  ujrzał  go  w  zupełnie  innym  świetle  niż  wcześniej.
Z  ciepłego,  wiekowego  budynku,  dom  stał  się  jaskinią  lwa,  gdzie  po
przekroczeniu progu lew mógłby się okazać najlepszym, co by ich spotkało.
Ulewa uparcie skrywała większą część otaczającego ich świata, ograniczając
widoczność  do  zaledwie  kilku  metrów,  nie  mogli  nawet  zobaczyć  szczytu
budynku.

Czwórka  zatrzymała  się  kilka  metrów  przed  schodami  prowadzącymi  do

głównego  wejścia.  Pomimo  ciężkich  kropel,  bombardujących  ich  głowy,
niezbyt chętnie szli w stronę schronienia.

- Jesteście tego pewni? - zapytała Nadia.
-  Pewni  czego?  Przecież  nic  się  nie  stanie,  uspokójcie  się  -  stwierdził

Adam,  wskazując  ręką  na  budynek.  -  Zobaczcie,  dom  stoi  tak,  jak  go
zostawiliśmy.  Co  myśleliście?  Że  groby  wynurzą  się  spod  ziemi  albo  duch
będzie stał w drzwiach i zapraszał nas do środka?

-  Nadia,  czego  możemy  się  spodziewać?  -  spytał  Marcin,  zupełnie

ignorując docinki Adama.

Nadia nieprzyjemnie spojrzała na Adama, jednak chłopak niespecjalnie się

tym  przejął.  Następnie  skierowała  wzrok  na  Marcina  i  odpowiedziała  ze
smutkiem w głosie:

- Niestety, nie wiem. Ten drugi świat rządzi się zupełnie innymi prawami

niż  nasz.  Nie  wiem,  co  się  może  wydarzyć,  ale  jestem  pewna,  że  twój  wuj
może nam pomóc w znalezieniu odpowiedzi i że będzie nas chronił.

Marcin  chwilę  trawił  te  słowa.  Z  jednej  strony  bał  się,  jak  jeszcze  nigdy

w  życiu,  ale  z  drugiej  musiał  przyznać,  choć  niechętnie,  że  ta  sytuacja
przyprawiała  go  o  dreszczyk  emocji,  który  zdecydowanie  mu  się  podobał.
Czuł  się,  jakby  brał  udział  w  doskonale  zaplanowanym  żarcie.  Momentami
tylko  czekał,  aż  zza  drzewa  wyskoczy  prowadzący,  ubrany  w  idealnie
dopasowany garnitur, i z filmowym uśmiechem na twarzy obwieści: „Mamy
cię!”. Jednak w głębi ducha wiedział, że nic takiego nie nastąpi. Wiedział, że
jakkolwiek  absurdalnie  to  nie  brzmiało  i  przeczyło  wszelkim  znanym  mu
prawom, to, czego doświadczali, działo się naprawdę. Czas zajrzeć do szafy
i udowodnić sobie, że nie ma w niej żadnego potwora - pomyślał.

- Chodźmy - powiedział i ruszył pierwszy.
Ostrożnie,  uważając  na  rannego  i  coraz  słabszego  Tymka,  wspięli  się  po

śliskich, kamiennych schodach.

-  Adam,  podasz  mi  klucz?  -  zapytał  Marcin,  stojąc  najbliżej  drzwi.  Jego

background image

kolega pogrzebał w kieszeni, po chwili wyciągając z niej pęk pobrzękujących
kluczy.

- Masz.
Marcin delikatnie wsunął odpowiedni klucz do zamka - do ostatniej chwili

nie był pewny, czy będzie pasować.

Drzwi  skrzypnęły  i  dom  stanął  przed  nimi  otworem.  Chłopak  niepewnie

obejrzał się za siebie, szukając w oczach pozostałych choć odrobiny czegoś,
co  dodałoby  mu  odwagi.  Adam,  czego  można  było  się  spodziewać,  patrzył
znużonym  wzrokiem,  pełnym  politowania,  natomiast  w  spojrzeniu  Nadii
znalazł  to,  czego  potrzebował  -  zapewnienia,  że  jest  przy  nim,  tkwią  w  tym
razem i wszystko będzie dobrze.

Wziął  głęboki  wdech  i  wszedł  do  środka.  Zapalił  światło  na  korytarzu,

które  rozbłysło  oślepiającym  blaskiem.  Gdy  spojrzenie  Marcina  nabrało
ostrości,  stwierdził,  że  na  pierwszy  rzut  oka  nic  się  nie  zmieniło.  Z  drugiej
strony, sam nie wiedział, czemu spodziewał się jakichkolwiek zmian.

Dom i znajdujące się w nim przedmioty stały na swoich miejscach, tak jak

je  zostawili.  Nie  było  zwisających  z  sufitu  pajęczyn,  nie  było  prastarych
nagrobków  przebijających  się  przez  podłogę.  Żadne  potępieńcze  dusze  nie
zawodziły  z  czeluści  budynku,  lecz  mimo  to  dom  wydawał  się  obcy.  Inny.
Marcinowi wydawało się, że budynek - lub cokolwiek innego, coś, czego nie
potrafił  zaklasyfikować  -  tylko  czekał  na  ich  powrót.  Wiedział,  że  wrócą
i teraz przyjął ich z szeroko rozpostartymi ramionami. Marcinowi te ramiona
skojarzyły się bardziej z morderczą rosiczką, niż z matką, która wita dawno
niewidziane dziecko. Na tę myśl aż zadrżał.

Pozostali weszli tuż za nim.
- Ja pierdolę, co jest? - rzucił przestraszony Adam.
Nadia i Marcin szybko odwrócili się w jego stronę.
- Zobaczcie. Jestem suchy.
Pozostali  popatrzyli  po  sobie  zdezorientowani.  Nadia  zaczęła  ostrożnie

dotykać swojego ubrania.

- Masz rację.
Spojrzała  przerażonym  wzrokiem  na  Marcina,  trzymając  w  dłoni  pukiel

suchych, jasnych włosów.

-  Tak,  też  jestem  suchy.  Nie  rozumiem,  przecież  burza,  deszcz…

-  Skierował  się  w  stronę  drzwi,  po  sekundzie  otwierając  je  na  oścież
i wychodząc na kamienne schody. Noc była spokojna, okolica była zupełnie
sucha.  Jedynie  trawa  była  lekko  wilgotna,  ale  to  był  skutek  rosy,  a  nie
ulewnego  deszczu.  Poczuł,  jak  jego  twarz  owiewa  zimny  wiatr,  jakby  coś
z lasu starało się wedrzeć do domu. Wycofał się wystraszony, zatrzaskując za
sobą drzwi.

Nabrał głęboko powietrza:
- Dobra, zróbmy to.
Zrzucili kurtki i buty, zatrzymując się na środku korytarza.
- Okej, to co teraz? - zapytał Marcin Nadię. Starał się nie wracać myślami

do tajemniczej burzy.

background image

Dziewczyna  rozejrzała  się  po  domu.  Nie  zauważyła  niczego

niepokojącego,  natomiast  znacznie  silniej  niż  wcześniej  czuła  czyjąś
obecność.  Może  nie  tyle  obecność,  co  emocje  bijące  z  tego  miejsca  lub
z  duszy,  która  się  w  nim  znajdowała.  Wcześniej  była  to  radość,  lecz  teraz
Nadia  poczuła  jeszcze  satysfakcję,  jakby  zadowolenie  z  obrotu  sytuacji,
w  której  się  znaleźli.  Niestety,  nie  potrafiła  jednoznacznie  określić  miejsca
lub  źródła  fal,  które  odbierała.  Oderwawszy  na  chwilę  umysł  od  spraw
paranormalnych,  skupiła  się  na  tym,  co  tu  i  teraz.  Spojrzała  na  Tymka.
Chłopak  usiadł  na  przysuniętym  przez  Marcina  krześle  i  ciężko  oddychał.
Było widać, że bardzo cierpi, a nikt z zebranych osób nie potrafił mu pomóc.

Ciepło  domu  powoli  zaczynało  ich  ogrzewać,  w  miły  sposób  rozlewając

się po ich zmarzniętych ciałach. Nadia chwilę delektowała się tym uczuciem,
gdyż zarówno ona, jak i pozostali strasznie zmarzli.

-  Daj  mi  pomyśleć…  -  poprosiła,  chuchając  w  dłonie.  -  Na  górze  były

świeczki, nie?

Marcin kiwnął głową.
- Dobrze, ale weź jakiś ogień, tak na wszelki wypadek - stwierdziła.
- Ktoś coś chce? - zapytał nagle Adam, kierując się w stronę kuchni.
Marcin  zmarszczył  brwi,  w  pierwszej  chwili  zezłościł  się  na  kolegę.

Jednak  po  chwilowej  fali  złości  zastanowił  się,  o  co  tak  właściwie  się
wścieka? Przecież parę minut ich nie zbawi.

- Ja poproszę herbatę - powiedziała Nadia.
Spojrzeli na nią zdziwieni, Marcin był już totalnie skołowany.
-  No  co?  Zimno  mi.  I  nie  chcę  pić  alkoholu  przed  seansem,  wy  też  nie

powinniście.

Adam kiwnął głową jak do nauczyciela, z którym i tak się nie zgadza:
- Okej, a ty, Marcin?
- Wiesz co? Ja chyba też sobie zrobię herbatę.
W  tym  czasie  Maja  ospale  krążyła  między  drzewami,  potykając  się

o  wystające  z  ziemi  mokre  korzenie  i  raniąc  się  o  ostre,  nagie  gałęzie.  Nie
czuła  już  zimna,  nie  czuła  strachu  ani  bólu.  Jedyne,  co  czuła,  to  chęć
podążania  za  kojącym,  ciepłym  światłem,  które  nieprzerwanie  do  niej
mówiło.  Uspokajało  ją.  Głaskało,  niczym  ciepła  ręka  zmarzniętego  psa,
dodając otuchy i pokazując przyszłość w pozytywnych barwach.

Brawo!  -  mówiło  światło.  Jesteś  dzielna.  Odważna.  Taka  mądra.

Przejrzałaś na oczy w ostatniej chwili, bo już prawie cię mieli. Maja słuchała
i cieszyła się, że udało jej się zadowolić ten głos i światło, które pojawiło się
zupełnie  znikąd,  aby  nieoczekiwanie  odmienić  jej  życie.  Nie  myśl,  nie
kwestionuj, po prostu mnie słuchaj - szeptał miły głos w jej głowie.

Dziewczyna  nie  zwróciła  uwagi  na  to,  że  podczas  tułaczki  między

drzewami  dotarła  aż  pod  sam  dom  Marcina.  Jej  świadomość  została
zepchnięta  głęboko  w  mroczne  czeluści  opętanego  umysłu,  gdzie  została
brutalnie obezwładniona przez siły, których Maja nie tylko nie rozumiała, ale
których obecności nie była świadoma. Powolnie, ale bez nawet jednej chwili
wytchnienia, popadała coraz głębiej w obłęd.

background image

Już niedługo - szeptało światło. Już niedługo.
-  Posłuchajcie  mnie,  naprawdę  nie  wiem,  czy  to  dobry  pomysł  -

powiedział  Adam,  po  raz  kolejny  starając  się  przemówić  pozostałym  do
rozsądku.

-  Czemu?  -  zapytała  spokojnie  Nadia,  odkładając  kubek  z  herbatą  na

kuchenny  stół.  Zgodnie  stwierdzili,  że  potrzebują  kilku  minut  odpoczynku,
zebrania  myśli  i  ogrzania  się,  zanim  ruszą  w  paranormalny  bój  wywoływać
dusze  zmarłych.  Poza  tym  uspokojenie  się  pozwoli  im  spojrzeć  na  całą
sytuację z dystansu.

- Bo to i tak nic nie da, ludzie no! Nie zachowujmy się jak dzieci, proszę

was  -  powiedział  Adam,  biorąc  łyk  drinka,  którego  wcześniej  sobie
przyrządził.

-  Adam,  jeżeli  uważasz,  że  to  dziecinada,  to  i  tak  w  niczym  nam  nie

pomoże. Czemu tak się przed tym bronisz? - zapytała Nadia.

Spojrzał na nią wyraźnie zaskoczony. Spodziewał się raczej ataku krytyki,

przekonywania, że musi jej zaufać i uwierzyć, a nie tak spokojnie zadanego
pytania.

- Po prostu uważam, że tracimy czas - powiedział szczerze. - Powinniśmy

byli wyjść stąd i znaleźć pomoc.

- No ale przecież to właśnie próbowaliśmy zrobić, nie pamiętasz? - zapytał

Marcin. Jego głos również był spokojny, gdyż chłopak wiedział, że krzykiem
i  agresją  niczego  nie  osiągną.  Teraz  trzeba  było  użyć  logicznych,
niezaprzeczalnych  argumentów,  aby  przekonać  do  seansu  nie  tylko  Adama,
ale i samego siebie. Niestety, pomimo tych wszystkich doświadczeń, pomimo
listy  faktów  przytoczonych  przez  Nadię,  Marcinowi  cały  czas  było  trudno
uwierzyć, że to, co się wydarzyło, działo się naprawdę.

Adam  nie  potrafił  odpowiedzieć  na  pytanie  postawione  przez  Marcina.

Burknął  tylko  coś  pod  nosem,  co  pozostali  odebrali  jednoznacznie  jako
zakończenie tego tematu dyskusji.

-  Nadia  -  zaczął  Marcin  -  już  wcześniej  robiłaś  takie  rzeczy,  prawda?

Czego  mamy  się  spodziewać?  Jak  możemy  się  przygotować  do  tego…
seansu?  -  wypowiedziawszy  ostatnie  słowo,  Marcin  poczuł  się  bardzo
nieswojo. Zadrżał.

-  Tak,  kilka  razy  brałam  udział  w  seansie.  Na  podstawie  tego  mogę

powiedzieć,  że  samo  wywołanie,  nazwijmy  go  kolokwialnie,  ducha,  nie  jest
rzeczą specjalnie skomplikowaną.

-  Nie  jest  trudno  wywołać…  -  Marcin  zmarszczył  brwi.  -  …istotę  nie

z tego świata?

Zapanowała  absolutna  cisza.  Wydawało  się,  że  wszystko  wstrzymało

oddech, czekając na odpowiedź.

-  Nie,  wywołać  nie  -  odpowiedziała.  -  Najtrudniej  jest  wtedy,  kiedy  ta

istota, byt, duch, energia, nazywajcie to, jak chcecie, nie chce odejść.

Marcin  pokiwał  głową  ze  zrozumieniem,  Adam  natomiast  parsknął,

wzruszył ramionami i pokiwał głową z politowaniem.

-  Okej.  Potrzebujemy  czegoś  konkretnego?  -  zapytał  Marcin,  ignorując

background image

Adama.

-  Chyba  nie,  wydaje  mi  się,  że  to  tajne  pomieszczenie  w  bibliotece  było

wystarczająco przygotowane - stwierdziła dziewczyna, pomimo że nie weszła
do niego. - A nie, poczekaj! Masz jakiś przedmiot należący do twojego wuja?
Może coś, co od niego dostałeś, jakiś prezent lub pamiątka?

-  Tak  -  od  razu  odpowiedział,  bo  tylko  jedna  rzecz  przychodziła  mu  na

myśl. - Wuj przed śmiercią zostawił mi list.

-  O,  świetnie!  Mogę  zapytać  co  w  nim  jest  napisane?  Może  to  mieć

związek z tą całą sprawą.

-  Nie  wiem,  nie  czytałem  go  jeszcze  -  przyznał  się  i  w  dziwny  sposób

poczuł się przez to winny.

-  Nie  czytałeś?  List  pozostawiony  przez  twojego  wuja?  Mówią  ci,  że

popełnił  samobójstwo,  ty  w  to  nie  wierzysz  i  nie  czytasz  listu,  który
pozostawił ci przed śmiercią? - Nadia wylała z siebie potok słów.

- No tak. Ale to chyba nie twoja sprawa.
-  Okej,  masz  rację.  Chodziło  mi  tylko  o  to,  że  może  to  mieć  związek

z jego śmiercią.

-  Tak,  wiem,  o  co  ci  chodzi  -  powiedział  Marcin.  -  I  masz  rację,

przepraszam. Po prostu ta sytuacja jest tak cholernie dziwna… i ciężko mi się
w tym wszystkim połapać.

-  Wiem  -  powiedziała  spokojnie.  -  Rozumiem  cię.  Mnie  też  kiedyś  było

ciężko,  a  i  teraz  nie  jest  mi  wcale  lżej.  Nigdy  się  z  czymś  takim  nie
spotkałam.

Marcin myślał nad tym, co powinien dalej zrobić. Wyglądało na to, że nie

miał innego wyjścia, jak tylko zaufać Nadii i robić to, o co prosiła.

- Dobrze, przyniosę ten list.
Nadia  ostatkiem  siły  woli  powstrzymała  się  przed  poproszeniem,  żeby

został  lub  żeby  poszli  wszyscy  razem.  Bała  się,  że  jak  się  rozdzielą,  komuś
przydarzy  się  coś  złego,  jednak  kobieca  intuicja  podpowiadała  jej,  że  tym
razem może być spokojna.

I nie myliła się. Po niespełna dwóch minutach Marcin powrócił do kuchni,

trzymając w ręku białą, zaklejoną kopertę.

- Mogę? - zapytała.
- Wolałbym najpierw przeczytać samemu, chyba rozumiesz?
Zbyt długo z tym zwlekałem - pomyślał.
Rozciął  kopertę  i  wyjął  schowaną  w  niej  kartkę  z  ręcznie  napisanym

listem.  Pismo  było  idealnie  równe,  jakby  zostało  stworzone  przy  użyciu
komputera, a nie starej, ręki. Chłopak zaczął czytać w myślach:

Drogi Marcinie,
Jakkolwiek trywialnie to nie zabrzmi, gdy czytasz ten list, mnie już nie ma

na  tym  świecie.  Życie  ma  to  do  siebie,  że  w  pewnym  miejscu  się  po  prostu
kończy, zupełnie jak film czy książka. Tak było, jest i będzie, i naprawdę nie
ma tu nic więcej do powiedzenia. Niestety, jest również na tyle brutalne, że
kończy  się  w  najmniej  oczekiwanym  momencie,  ale  na  to  również  niczego
nie  poradzimy.  Wiedz  tylko,  że  przeżyłem  swoje  życie  szczęśliwie  i  -

background image

pomijając niewielkie potknięcia - jestem z niego zadowolony. Spotkam się ze
Śmiercią jako człowiek spełniony i z dumnie uniesioną głową.

Pamiętam,  jak  -  jeszcze  będąc  małym  chłopcem  -  przybiegałeś  do  mnie

i roześmiany wskakiwałeś mi na kolana. To były piękne czasy. Czasy, które
zawsze ciepło wspominałem. Przyznaję, może nie byłem zbyt dobrym ojcem
chrzestnym,  jestem  tego  doskonale  świadom,  ale  chciałbym,  abyś  pamiętał,
że zawsze bardzo Cię kochałem i po cichu kibicowałem, z boku obserwując
Twoje poczynania.

W  mojej  ostatniej  wiadomości  nie  będę  życzył  Ci  pieniędzy  ani  sławy  -

zdobędziesz  je  samemu,  przy  racjonalnym  gospodarowaniu  tym,  co  Wam
pozostawiłem. Chciałbym jednak życzyć Ci czegoś innego - abyś odnalazł na
swojej drodze miłość, którą będziesz w stanie przełożyć ponad własne życie.
Abyś poznał osobę, dzięki której będziesz dziękował Bogu za każdy, kolejny,
spędzony  z  nią  dzień.  Aby  ta  osoba  żywiła  wobec  Ciebie  to  samo  uczucie,
jakie Ty będziesz żywił wobec niej. Abyś miał tyle szczęścia, ile miałem ja.
Wtedy pozostałe rzeczy przyjdą do Ciebie same.

Antoni Mostowski
AD 21.12.2012

Marcin delikatnie odłożył list na stół. Nadia patrzyła na niego pytającym

wzrokiem. Ten kiwnął głową, dając jej znak, że może wziąć i przeczytać list.
Po  chwili  popatrzył  na  siedzącą  obok  niego  Nadię,  czekając  może  na
wyjaśnienia,  może  na  jakieś  inteligentne  pytania,  które  pozwolą  odczytać
zaszyfrowane w treści wskazówki.

-  Twój  wuj  miał  żonę?  -  zapytała  Nadia,  cały  czas  trzymając  kartkę

w smukłych palcach.

Marcin  skanował  skołowany  umysł  w  poszukiwaniu  informacji  na  temat

swojej ciotki, żony wujka czy chociażby jego kochanki.

-  Nie  -  powiedział  powoli,  dziwiąc  się  samemu  sobie.  -  Nie,  chyba  nie.

Przynajmniej nigdy mi o niej nie wspominał.

-  Ale  widzisz,  tu  pisze  o  miłości  i  o  tym,  że  chciałby  abyś  miał  tyle

szczęścia, ile miał on - zauważyła Nadia.

- No tak, wiem - stwierdził Marcin, dla pewności spoglądając na list. - Ale

mówię serio: nie kojarzę, żeby kiedykolwiek mówił mi o swojej miłości.

-  Dziwne  -  skwitowała  i  ponownie  zaczęła  przyglądać  się  treści  listu,

jakby spodziewała się, że odnajdzie ukryte znaczenie lub tajny szyfr.

- Może miał kogoś, zanim ty się urodziłeś - wtrącił do dyskusji Adam.
- No, może masz rację. - Marcin pokiwał głową. - Może ktoś był, jeszcze

zanim się urodziłem…

-  Może.  Ale 

SORRY

,  bo  nie  bardzo  rozumiem,  jakie  to  ma  znaczenie

w naszej sprawie? - znowu zapytał Adam, pociągając łyk drinka.

Nadia i Marcin musieli przyznać mu rację - nie mieli dowodu na to, aby

pożegnalny  list  miał  związek  ze  śmiercią  wuja  lub  z  dziwnymi  rzeczami,
które działy się w jego domu. Nie tylko nie mieli dowodu, ale nie posiadali
chociażby cienia poszlaki łączącej te rzeczy.

- Okej - westchnął Marcin. - Przynajmniej wiemy, że nic nam to nie dało.

background image

- Tak, to wiemy - powiedział Adam. - Fajnie się gada, ale gdzieś tam po

nocy w ciemnym lesie lata Maja. Mieliśmy tu wrócić po to, żeby zrobić wasz
durny  seans,  a  nie,  żeby  siedzieć  w  kuchni,  popijać  herbatkę  i  prowadzić
dyskusje  na  temat  życia  twojego  wuja.  Z  całym  szacunkiem  dla  niego.
-  Zerknął  na  Marcina,  a  ten  zrozumiał  intencje  kolegi  i  kiwnął  mu  głową,
dając znak, że nie ma do niego urazy.

Nadia  wzięła  łyk  jeszcze  gorącego  napoju,  odstawiła  kubek  na  stół,  po

czym powiedziała spokojnie i rzeczowo:

-  Adam,  twoja  dziewczyna  sama  uciekła.  Nic  jej  nie  porwało.  Jestem

pewna,  że  nic  jej  nie  jest,  ale  tak,  oczywiście,  masz  rację.  Wróciliśmy  tu
w pewnym celu, więc chodźmy.

Nie czekając na pozostałych, wstała i ruszyła w stronę klatki schodowej.

background image

 

Rozdział 15

Schody  prowadzące  na  pierwsze  piętro  wydawały  się  długie  i  równie

przyjazne, co droga wiodąca na stryczek. Z ich osadzonego w mroku szczytu
zdawał się wiać nieprzyjemnie zimny wiatr, ale równie dobrze mogło to być
tylko  wyobrażenie  dziewczyny.  Nadia  delikatnie  położyła  szczupłą  dłoń  na
ręcznie  rzeźbionej  barierce,  cały  czas  uważnie  wpatrując  się  w  szczyt
schodów,  jednocześnie  używając  wszystkich  zmysłów  niczym  radarów.
Absolutnie niczego nie wyczuła.

Postawiła  nogę  na  pierwszym  stopniu.  Nie  miała  najmniejszego  pojęcia,

czego może się spodziewać na górze. Dusze, które wcześniej zdarzało się jej
zobaczyć,  były  przeważnie  słabe,  rozmyte.  Żadna  z  nich  nie  miała  mocy
wywierania  wpływu  na  otaczającą  ją  rzeczywistość,  rozumianą  w  ludzkim
znaczeniu  tego  słowa  -  nie  potrafiły  poruszać  przedmiotów,  trzaskać
drzwiami  czy  wchodzić  w  ciało  medium  prowadzącego  seans.  Jeżeli  będzie
musiała  stawić  czoło  czemuś  wykraczającemu  poza  zdolność  jej
rozumowania,  bytowi  potężniejszemu  niż  jest  w  stanie  sobie  wyobrazić,
prawdopodobnie polegnie, chociaż i tego nie potrafiła sobie wyobrazić. Jeżeli
właśnie  teraz  zginie,  to  widocznie  takie  było  jej  przeznaczenie.  Tak  czy
inaczej spokój uleciał, a Nadia poczuła zaciskający się wokół jej szyi strach.

Pomyślała  o  swoim  zmarłym  dziadku,  prosząc  go,  aby  miał  ją  w  swojej

opiece.  Zrobiła  drugi  krok,  potem  trzeci,  pnąc  się  schodami  coraz  wyżej.
Na tym etapie mogła jeszcze się wycofać, mogła wytłumaczyć, że to jednak
nie  ma  sensu  i  powinni  szukać  pomocy  konwencjonalnymi  metodami.
Powiedzieć,  że  się  pomyliła.  Ale  szła  dalej.  Tuż  za  nią  podążali  Adam
i Marcin podtrzymujący rannego kolegę.

Po chwili milczącej, pełnej napięcia wędrówki dotarli do drzwi biblioteki.

Marcin  uchylił  je  i  niepewnie  zajrzał  do  środka,  ostrożnie,  jakby  nie  chciał
przeszkodzić siedzącym wewnątrz ludziom. Oczywiście pomieszczenie było
puste, zasnute półmrokiem, nie licząc setek książek, biurka, stolika i innych
atrybutów,  z  których  korzystał  Antoni  Mostowski  za  życia.  Jednak
Marcinowi  wydawało  się,  że  czuje  w  nim  czyjąś  obecność.  Próbował  sobie
wmówić,  że  wyczuwa  obecność  wuja,  ale  wcale  nie  był  o  tym  w  stu
procentach  przekonany.  Przyjrzał  się  uważnie  fotelom,  szukając  w  nich
wgłębień  lub  innych  dowodów  na  to,  że  ktoś  aktualnie  na  nich  przesiaduje.
Niczego takiego nie zauważył.

Wzrok  chłopaka  spoczął  na  masywnym  biurku.  Padało  na  nie  delikatne

księżycowe  światło  przebijające  się  przez  nocne  niebo,  niczym  promyk
ciepłej, słonecznej poświaty, znajdującej drogę między burzowymi chmurami
i  wskazujący  zagubionym  w  mroku  kierunek,  w  którym  powinni  podążać.

background image

Ten blask w jakiś sposób utwierdzał chłopaka w przekonaniu, że dobrze robi.
Że właśnie tu powinien podejść, zasiąść za biurkiem i pociągnąć za dźwignię,
którą już raz uruchomił. Miał nieodparte wrażenie, że mebel przyzywa go do
siebie.

Nagle usłyszał głośne skrzypnięcie podłogi i aż podskoczył. Odwrócił się

przerażony,  aby  zobaczyć,  że  to  tylko  Nadia,  Adam  i  Tymek  wchodzili  do
pomieszczenia. Chłopak pomagał kroczyć rannemu koledze.

- Spokojnie, to tylko my. - W głosie Nadii nie było ani krzty radości lub

ironii.  Doskonale  wiedziała,  jak  Marcin  może  być  teraz  przestraszony,  bo
sama nie była zbyt spokojna.

Adam natomiast zaśmiał się szyderczo:
- Stary, i ty chcesz wywoływać duchy?
Marcin  puścił  docinek  mimo  uszu.  Stanął  za  biurkiem,  ale  nie  usiadł

w  fotelu.  Zajęcie  miejsca,  na  którym  tak  wiele  czasu  spędził  jego  wujek,
wydało  mu  się  wielce  niestosowne,  a  nawet  w  jakiś  tajemniczy
i  niezrozumiały  sposób  -  bluźniercze.  Zamiast  tego  kucnął,  wziął
pozostawiony wcześniej na biurku klucz i otworzył odpowiednią szafkę. Jego
oczom  ukazał  się  pistolet  i  znany  już  teraz  mechanizm  otwierający
zamaskowane  drzwi,  które  prowadziły  do  najbardziej  osobliwego  miejsca,
jakie dane mu było oglądać. Popatrzył chwilę na broń, ale wątpił, aby mogła
okazać  się  pomocna.  Wyciągnął  rękę  i  bez  zbędnych  ceregieli  pociągnął  za
wajchę.

Szafa  drgnęła,  lecz  nie  tak  mocno  jak  serca  zebranych  w  bibliotece.

Wstrzymali  na  chwilę  oddechy,  spodziewając  się  najgorszego,  jednak  nic
szczególnego się nie wydarzyło. Zza uchylonych tajnych drzwi nie wyleciała
żadna  zjawa  ani  powoli  rozlewająca  się  po  podłodze  zimna  mgła.  Nastąpiło
jedno skrzypnięcie, mebel podjechał kilka centymetrów do przodu i tyle.

Marcin  był  jednocześnie  zadowolony,  ale  i  odrobinę  rozczarowany.

Gdzieś tam w głębi ducha spodziewał się jakiejś nadprzyrodzonej ingerencji
ze  strony  wuja,  ponieważ  w  pewnym  stopniu  uwierzył  w  opowieści  Nadii.
Wstał, wytarł spocone ręce w spodnie i podszedł do uchylonych drzwi.

Nadia i Adam, który podtrzymywał Tymka, również się zbliżyli.
- Jesteście gotowi? - zapytał Marcin.
-  Nie  -  odparła  Nadia.  -  Ale  zróbmy  to  już  i  miejmy  z  głowy  -  dodała

i złapała za róg szafy, aby otworzyć ją szerzej.

Tym  razem  dziewczyna  musiała  wejść  do  pomieszczenia.  Nie  została

z  tyłu,  podśmiechując  się  po  cichu,  wbrew  wcześniejszym  wyobrażeniom
Marcina.  Zamiast  tego  zrobiła  kilka  powolnych,  ostrożnych  kroków  przed
siebie,  zagłębiając  się  w  gęsty  mrok.  Niemalże  natychmiast  poczuła
olbrzymią energię buzującą w tym tajemniczym i przerażającym ją miejscu.
Zrobiło się jej gorąco, oddech stał się ciężki, głowa zaczęła pulsować tępym,
nacierającym falami bólem. Lecz przede wszystkim czuła, że pomieszczenie
stara  się  ją  wypchnąć.  Jakby  musiała  iść  pod  huraganowy  wiatr,  którego
szum niemalże słyszała w uszach.

Jednak  wiedziała  też,  że  nie  może  się  poddać.  Po  pierwsze,  musiała

background image

dowiedzieć  się,  co  się  stało  z  Mają.  Po  drugie,  chciała  poznać  tajemnicę
okaleczenia  się  Tymka,  a  po  trzecie,  mimo  niemalże  paraliżującego  strachu
miała  nadzieję,  że  w  jakiś  sposób  będzie  mogła  pomóc  duszy  Antoniego
Mostowskiego udać się na tamten świat.

Sięgnęła  ręką  do  kontaktu  i  włączyła  światło.  Dopiero  teraz  mogła

zobaczyć pomieszczenie w całej okazałości. W pierwszej chwili stare obrazki
i  ryciny  wiszące  na  jednej  ze  ścian  zgorszyły  ją  i  zafascynowały
jednocześnie, jednak zdecydowała, że nie podejdzie do nich i nie będzie ich
dokładnie  studiować.  To  tylko  przeraziłoby  ją  jeszcze  bardziej  przed
zbliżającym  się  zadaniem,  podsunęłoby  obrazy  i  sugestie,  których  nie
powinna  mieć  w  głowie  podczas  przeprowadzania  seansu  spirytystycznego,
więc  szybko  odwróciła  wzrok.  Dopiero  wtedy  poczuła  dreszcz  przerażenia
wędrujący  jej  po  kręgosłupie,  gdyż  ujrzała  rzeczy,  których  przeznaczenie
doskonale  znała  -  okrągły  stół,  świece  i  drewnianą,  klasyczną  mównicę.
Co prawda, z tego ostatniego nigdy nie korzystała, ale bez trudu wyobraziła
sobie  stojącą  za  nią  postać  kapłana,  czytającego  bluźniercze  wersy  dawno
zapomnianych  ksiąg.  Wzięła  głęboki  oddech,  tłumacząc  w  myślach,  że
poradzi sobie.

Wtedy  jej  wzrok  padł  na  zasłonięty  czarnym  płótnem  obraz  wiszący  na

ścianie  przeciwległej  do  mównicy.  Podłoga  delikatnie  zaskrzypiała,  gdy
ruszyła do niego powoli, zastanawiając się, co może przedstawiać i dlaczego
jest  zakryty.  Obstawiała  starą  rycinę  z  interpretacją  postaci  Lucyfera  lub
jakiegoś  innego  demona,  lecz  równie  dobrze  mogła  to  być  gablota
skrywająca jakąś starą księgę. Dotarła do obrazu i położyła dłoń na czarnym
płótnie. Zamierzała je ściągnąć, ale gdzieś w głębi ducha obawiała się, że jak
tylko to uczyni, to podłoga pod nią się zapadnie lub ze ściany wyleci zatruta
strzała.  Po  chwili  skupienia  odrzuciła  te  dziecinne  skojarzenia,  ale  i  tak  się
zawahała.  Wzrok  Nadii  przeskoczył  na  trzy  głębokie  bruzdy  wyryte
w ścianie, kilkanaście centymetrów od obrazu. Zastanowiła się kto i dlaczego
je zrobił. Zerknęła na podłogę i ujrzała leżący na niej tynk, wywnioskowała
więc,  że  mogły  być  zrobione  dość  niedawno.  Z  drugiej  strony,  jeżeli
pomieszczenie było tajne, to nikt ze służących oczywiście nie miał do niego
wstępu.  Sprytnie  oszukując  swój  umysł  tym,  że  na  chwilę  przestała
zastanawiać się nad obrazem, pociągnęła za płótno.

I ujrzała coś, czego zupełnie się nie spodziewała.
Wiszący  przed  nią  portret  nie  przedstawiał  Lucyfera  ani  żadnego  innego

demona.  Nawet  nie  było  to  obraz  -  przed  Nadią  wisiało  stare  zdjęcie
wydrukowane  w  dużym  formacie.  Przedstawiało  dwoje  ludzi  w  jakimś
wiekowym,  europejskim  mieście  na  kamiennym  moście.  Na  drugim  planie
widniały kamienice, pomiędzy którymi leniwie płynęła rzeka. Młoda, piękna
kobieta  o  wesołej,  ciepłej  twarzy  była  obejmowana  przez  równie  młodego
i  przystojnego  dżentelmena.  Obydwojgu  nie  można  było  odmówić
doskonałego stylu i smaku, a łączącą ich miłość i namiętność wyczuwało się
na pierwszy rzut oka.

Nadia  zupełnie  nie  rozumiała  przeznaczenia  tego  zdjęcia  ani  dlaczego

background image

zostało  zakryte.  Tak  się  zamyśliła,  że  nie  zauważyła,  gdy  do  pomieszczenia
weszli  Marcin,  Adam  i  Tymek.  Ten  pierwszy  podszedł  do  Nadii,  która  aż
podskoczyła,  gdy  położył  jej  dłoń  na  ramieniu.  Spojrzał  na  zdjęcie  wiszące
przed nią, próbując uspokoić ją uśmiechem.

- Wiesz, kto to jest? - zapytała.
Marcin przyjrzał się postaciom na zdjęciu.
- Nie - mruknął po chwili.
- Dziwne - stwierdziła, wyraźnie zawiedziona.
-  A  nie,  poczekaj…  -  zmarszczył  brwi,  przysuwając  bliżej  twarz.  -  Ten

gość,  on  wygląda  jak…  jak  mój  wujek!  Tylko  jest  bardzo  młody,  nie
widziałem  go  takiego.  Ale  oczy  są  te  same,  tak,  na  pewno.  -  Marcin  był
wyraźnie  zadowolony  z  tego,  że  udało  mu  się  zidentyfikować  kogoś  na
zdjęciu.

- Okej, no a ta kobieta? - zapytała.
- Nie wiem, nie znam jej - rzekł, odrobinę rozczarowany.
-  Okej  -  powiedziała  w  końcu,  niezbyt  usatysfakcjonowana  odpowiedzią

Marcina. - Chodźmy, mamy coś do zrobienia. Może przy okazji dowiemy się,
o co chodzi z tym zdjęciem.

Nadia  odeszła  od  obrazu.  Wskazała  wszystkim  określone  miejsca  przy

stole,  po  czym  podeszła  do  mównicy.  Panowie  zajęli  miejsca  na  starych,
drewnianych krzesłach, których siedziska były obite pięknymi, purpurowymi
poduszkami wyszywanymi złotą nicią.

-  Nie  będziesz  siedziała  z  nami?  -  zapytał  ze  strachem  w  głosie  Marcin.

To  był  jej  pomysł  i  chłopak  czułby  się  zdecydowanie  lepiej,  gdyby  Nadia
zajęła miejsce obok nich.

- Będę, spokojnie. Po prostu czegoś szukam. - Delikatnie uśmiechnęła się

do niego. Miała nadzieję, że jej spokój doda mu trochę otuchy.

Kucnęła,  poszukując  pewnego  przedmiotu,  który  mógłby  być  bardzo

pomocny  w  czekającym  ich  seansie.  Jeżeli  Antoni  Mostowski  zajmował  się
seansami  spirytystycznymi,  z  pewnością  z  niego  korzystał.  Szybko  okazało
się,  że  nie  musiała  zbyt  długo  szukać.  W  mównicy  była  półka,  na  której
leżała drewniana tablica zawinięta w ciężkie, bordowe płótno.

Nadia  wzięła  zawiniątko  i  przeniosła  je  na  stół.  Usiadła  pomiędzy

Marcinem  a  Tymkiem,  mając  przed  sobą  Adama.  Żaden  z  nich  się  nie
odzywał, aż do momentu, w którym Nadia odwinęła bordowe płótno.

- Co to jest? - zapytał Marcin.
-  Tablica  ouija.  Służy  do  komunikowania  się  z  duchami  zmarłych  -

powiedziała skupiona Nadia, z namaszczeniem odkładając złożone płótno na
podłogę.

Przed  nimi  leżała  teraz  tablica  z  ciemnego  drewna  jatobe,  o  wymiarach

około  trzydziestu  na  pięćdziesiąt  centymetrów.  Na  niej  zaś  spoczywał
oddzielnie wskaźnik wielkości dłoni, wykonany z tego samego materiału co
tablica, w kształcie trójkąta równoramiennego o ostrym kącie.

- A można wywoływać duchy żywych? - zapytał złośliwie Adam.
-  Można,  kretynie.  Podczas  podróży  astralnych,  ale  pewnie  i  tak  nie

background image

zrozumiesz, o co chodzi - odparła z wyraźną złością w głosie. - Adam, może
zróbmy inaczej - zaproponowała, łącząc dłonie jak do modlitwy. - Jeżeli dalej
masz  zamiar  szydzić,  wyśmiewać  mnie  i  krytykować  każde  pojedyncze
zdanie,  to  wyjdź  i  zostaw  nas  samych.  Jeżeli  jednak  chcesz  się  dowiedzieć,
gdzie jest twoja dziewczyna, bo jak by nie było, nie potrafisz jej sam znaleźć,
zamknij gębę i zostań. - Adam zacisnął usta, ale nic nie odpowiedział. - Żeby
nie  było,  że  cię  namawiam  -  mówiła  dalej  Nadia  -  ale  jesteś  nam  odrobinę
potrzebny.  Dlatego  że  twoja  więź  z  Mają  jest  najsilniejsza.  To  jak?
Zostajesz?

- Okej. Zostanę.
- I swoje infantylne docinki zachowasz dla siebie?
- Spróbuję.
- To spierdalaj do lasu jej szukać - odpowiedziała już poważnie wkurzona

Nadia, wskazując jednocześnie drzwi.

-  Ej,  spokojnie,  żartuję  tylko!  -  powiedział  Adam,  rozkładając

jednocześnie ręce.

- Tracimy czas. Sam na dole nas poganiałeś - zauważyła trafnie.
- Dobra, Jezu, już nic nie mówię.
- Świetnie.
Nadia wzięła parę głębokich oddechów, powoli się uspokajając:
- Tablica ouija pomaga w komunikowaniu się z duchami. Jak widzicie, są

na  niej  wypalone  wszystkie  litery  łacińskiego  alfabetu  i  arabskie  cyfry
w  standardzie  europejskim.  -  Mówiąc  to,  wskazywała  na  kolejne  elementy
przedmiotu.  -  Są  też  słowa  takie  jak:  „tak”,  „nie”,  „nie  mogę  powiedzieć”,
„kończę”,  „niebo”  oraz  „piekło”.  To  bardzo  rozbudowana  tablica  -  rzekła,
patrząc na Marcina. Chłopak nie wiedział, czy ma to uznać za komplement,
czy za coś innego. Milcząco pokiwał głową. - Komunikacja przebiega w taki
sposób:  każdy  z  nas  położy  palce  na  krańcach  wskaźnika,  delikatnie
dotykając  ich  samymi  opuszkami.  Przywołany  przez  nas  duch  będzie
kierował wskaźnik na odpowiednie miejsce, odpowiadając na pytanie. Może
być proste, dlatego są tu słowa „tak” i „nie”, ale może być też takie, na które
duch  nie  będzie  mógł  odpowiedzieć,  lub  takie,  gdzie  duch  będzie  musiał
stworzyć całe zdanie lub wyraz. Stąd te cyfry i litery. Jasne?

- Tak - powiedział Marcin, kiwając w skupieniu głową.
-  Mhm  -  mruknął  Tymek,  odezwawszy  się  pierwszy  raz  od  długiego

czasu.

Adam tylko pokiwał głową.
- Tymek - powiedziała Nadia, kładąc swoją dłoń na jego dłoni. - Pierwszy

położysz swoje palce na wskaźniku, dobrze? Przepraszam, że to powiem, ale
to  dlatego,  że  nie  będziesz  widział,  co  wskazujesz.  To  wyeliminuje  element
manipulacji i sugestii. Dobrze?

-  Tak  -  odpowiedział,  odwracając  głowę  bardzo  delikatnie  i  niemalże

niezauważalnie w stronę dziewczyny. - Dobrze.

- Dziękuję. - Położyła jego palce na drewnianym wskaźniku.
Pozostali  siedzieli  z  pełnym  napięcia  wyczekiwaniem,  nie  będąc

background image

pewnymi, co powinni zrobić.

- Adam, połóż palce obok palców Tymka.
Wykonał  polecenie,  następny  był  Marcin.  Nadia  położyła  swoje  smukłe

palce ostatnia, zwieńczając tym samym powstały krąg.

- Nie powinniśmy zapalić świeczek? - zapytał Marcin.
-  Masz  rację.  -  Nadia  zdjęła  dłonie  z  tablicy.  -  Co  prawda,  nie  wiem,

czemu  mają  służyć  świeczki,  ale  wcześniej  zawsze  ich  używaliśmy.  Może
coś nam dadzą.

Nadia wstała i podeszła do stojących na podłodze świec.
- Macie ogień?
Adam  wyciągnął  z  kieszeni  zapalniczkę  i  rzucił  ją  dziewczynie.  Cała  ta

zabawa  w  wywoływanie  duchów  dalej  wydawała  mu  się  niedorzeczna,  ale
musiał  przyznać,  że  nie  potrafił  niczego,  co  się  zdarzyło,  racjonalnie
wytłumaczyć.

Po chwili pomieszczenie wypełnił ciepły blask świec, palących się równo

i  spokojnie,  w  regularnych  odstępach  w  całym  pomieszczeniu.  Nie  było
przeciągu,  bo  Nadia  przymknęła  szafę  prowadzącą  do  ukrytego  pokoju,  ale
nie  zamknęła  jej  do  końca,  bo  bała  się,  że  zatrzasną  się  w  środku.  Zgasiła
również światło.

- Czemu to zrobiłaś? - zapytał Marcin, z wyraźną paniką głosie. Nie dość,

że  bał  się  przebywać  w  tym  pomieszczeniu,  to  wyobrażenie  przebywania
w nim prawie w kompletnej ciemności napawało go paraliżującym strachem.
A jeśli świeczki nagle zgasną?

-  Żeby  było  nam  łatwiej  nawiązać  kontakt  -  wyjaśniła  dziewczyna.

- W półmroku będziemy bardziej wrażliwi na zachodzące zmiany.

- Jasne, będziemy się po prostu bardziej bać.
Adam  tylko  siedział  i  przysłuchiwał  się  ich  rozmowie.  Nie  komentował

tego, nie włączał się do dyskusji, gdyż nie zamierzał po raz kolejny dostać po
łbie  za  swoje  teksty.  Już  dawno  zrozumiał,  że  jest  osamotniony  na  swojej
pozycji,  ale  ta  para  wariatów  może  mu  pomóc  odnaleźć  jego  dziewczynę,
więc powinien krakać tak jak oni.

Nadia  zajęła  miejsce  przy  stole.  Spojrzała  na  Tymka.  Chłopak  siedział

spokojnie,  nieco  zgarbiony  i  przygaszony  promieniującym  z  czaszki  bólem.
Na  szczęście  rana  najwyraźniej  się  w  jakimś  stopniu  zasklepiła,  bo  bandaż
przestał  przesiąkać  krwią.  Nie  wyobrażała  sobie,  jak  bardzo  jej  chłopak
musiał  cierpieć  i  była  zła,  że  nie  udało  się  mu  pomóc,  chociaż  nie  mogła
sobie zarzucić, że nie próbowała. Zarówno ona, jak i Marcin.

- Marcin, powiedz mi jeszcze raz, jak nazywał się twój wujek? - zapytała.
- Antoni Mostowski.
- Okej. Zaczynajmy - powiedziała cicho Nadia, ponownie kładąc palce na

szczycie wieży.

background image

 

Rozdział 16

Zmierzyła  wzrokiem  pozostałych  i  z  zadowoleniem  stwierdziła,  że

w  skupieniu  patrzą  na  drewnianą  tablicę,  oczywiście  nie  licząc  Tymka.
Nawet  Adam  poddał  się  magii  miejsca  i  z  zaciekawieniem  wpatrywał  się
w  wypalone  na  niej  znaki.  W  pomieszczeniu  panowała  kompletna  cisza,
świece  paliły  się  równym,  spokojnym  płomieniem.  Już  czas  -  pomyślała
Nadia.  Nabrała  głęboko  powietrza,  aby  po  chwili  powoli  je  wypuścić,
jednocześnie uspokajając się i oczyszczając odrobinę skołowany umysł.

-  Prosimy  cię,  Antoni  Mostowski,  o  przybycie  i  odpowiedzenie  na  nasze

pytania  -  powiedziała  drżącym  głosem,  pomimo  próby  uspokojenia  się
powolnym  oddechem.  Czuła  się  niesamowicie  głupio,  jednak  wiedziała,  że
postępuje słusznie, więc ze wszystkich sił starała się skupić.

Zebrani  przy  stole  popatrzyli  po  sobie.  Marcin  wychwycił  w  spojrzeniu

Nadii  odrobinę  wahania  i  zrobiło  mu  się  szkoda  dziewczyny,  która  została
postawiona w tak ekstremalnie trudnej sytuacji. Dopiero teraz spojrzał na to
z  takiej  perspektywy  -  była  obca  w  obcym  miejscu  z  obcymi  ludźmi,  na
domiar  złego  musi  wywołać  ducha,  żeby  właśnie  tym  obcym  ludziom,
w  dodatku  niedowiarkom,  pomóc.  Marcin  poczuł  przypływ  podziwu  dla  jej
determinacji  i  odwagi.  Pokonując  własne  słabości  i  odrzucając  w  miarę
możliwości  strach,  kiwnął  jej  w  skupieniu  głową,  próbując  dodać
dziewczynie otuchy. Zauważyła to. Jej niebieskie oczy zabłyszczały.

-  Prosimy  cię,  Antoni  Mostowski,  o  przybycie  i  odpowiedzenie  na  nasze

pytania - rzekła ponownie, już nieco pewniejszym siebie głosem.

Tak  jak  wcześniej,  tak  i  tym  razem  nic  się  nie  wydarzyło.  Świeczki

płonęły  równo  i  spokojnie,  nic  nie  zaskrzypiało,  żaden  przedmiot  się  nie
poruszył.  Tablica  z  zawartym  na  niej  wskaźnikiem  tkwiła  nieruchomo.
Jednak unoszące się w powietrzu napięcie i strach były niemalże namacalne.
Co  innego  rozmawiać  o  wywoływaniu  duchów,  oglądać  o  tym  film  lub
czytać  książkę,  a  co  innego  zamknąć  się  w  niewielkim,  klaustrofobicznym
pomieszczeniu i starać się wywołać istotę nie z tego świata.

-  Prosimy  cię,  Antoni  Mostowski,  o  przybycie  i  odpowiedzenie  na  nasze

pytania - mówiła dalej. Nie była pewna, czy pozostali mogą dołączyć się do
intonacji.

Ponownie  nic  się  nie  wydarzyło.  Cierpliwość,  z  powodu  unoszącego  się

napięcia między zebranymi, bardzo szybko ulatywała z Nadii, ale starała się
to ukryć.

- To tak powinno wyglądać? - zapytał szeptem Adam.
Nadia w pierwszej chwili zmarszczyła w złości brwi, jednak gdy ujrzała,

że  twarz  Adama  jest  spokojna  i  czujna,  sama  również  się  uspokoiła.

background image

W  odpowiedzi  tylko  milcząco  kiwnęła  głową.  Powietrze  stało  się  ciepłe
i duszne, co spowodowały palące się świece.

-  Prosimy  cię,  Antoni  Mostowski…  -  zaczęła,  ale  przerwała,  gdyż

wychwyciła  drugi  głos.  To  Marcin  dołączył  się  do  deklamacji.  Nadia
zdecydowała, że nie będzie się teraz o to wykłócać. Po pierwsze, w słowach
przywołania  występuje  liczba  mnoga,  po  drugie,  jeżeli  instynkt
podpowiedział  Marcinowi  takie  zachowanie,  to  prawdopodobnie  słusznie
postępuje. Mówiła więc dalej:

- Prosimy cię o przybycie i odpowiedzenie na nasze pytania.
I wtedy płomień jednej ze świec delikatnie zamigotał.
Maja  otworzyła  drzwi  do  domu,  ale  nie  zamykała  ich  za  sobą.  Chłodne

powietrze  wleciało  wraz  za  nią,  rozprzestrzeniając  się  po  werandzie  niczym
obłok  ciekłego  azotu.  Jednak  dziewczyna  nie  czuła  chłodu.  Nie  czuła
zdziwienia,  że  w  domu  nie  ma  nikogo  poza  nią.  Nie  czuła  kompletnie
niczego,  oprócz  bezkresnej,  fanatycznej  miłości,  jaką  obdarzyła  ciepłe
światło i tajemniczy głos w jej głowie. Niestety, ku jej rozpaczy okazało się,
że  światło  musiało  nieoczekiwanie  odejść  i  schować  się  gdzieś  na  pewien
czas,  co  wywołało  w  Mai  ataki  niemalże  spazmatycznego  bólu  zarówno
psychicznego,  jak  i  fizycznego.  Tęskniła  za  światłem.  Tak  bardzo  za  nim
tęskniła.

Przez  te  kilkanaście  minut  Maja  fizycznie  się  postarzała.  Jej  twarz  jakby

się  zapadła,  rozmazany  łzami  makijaż  spływał  po  białych  i  zimnych
policzkach, tworząc wodospady czarnego tuszu, zręcznie omijające głębokie
cienie pod oczami. Nie zważała na to, że kilka razy zraniła się o ostre gałęzie,
na  niektórych  pozostawiając  włosy  wyrwane  z  głowy.  Zrzuciła  niedbale
kurtkę  i  machinalnie  rozwiązała  buty,  kierując  wzrok  w  bliżej  nieokreśloną
przestrzeń  gdzieś  przed  sobą.  Potem  zdjęła  je,  przy  okazji  ściągając
z  zimnych  stóp  skarpetki.  Następnie  zdjęła  sweter,  również  rzucając  go  na
podłogę. Zamyślona i nieobecna duchem, ruszyła w stronę kuchni.

Tam znajdziesz klucz - szeptał jej głos w głowie. Spiesz się, gdyż niewiele

czasu zostało.

Była tego doskonale świadoma, och, jak dobrze rozumiała ukrytą intencję

szeptu.  Musiała  uwolnić  światło  zanim  zupełnie  zgaśnie.  Ono  pomogło  jej,
teraz ona ma możliwość odpłacenia tym samym, nieważne jak niegodna jest
tego  zadania.  Wybrało  właśnie  ją.  Nic  nieznaczącą,  głupią  istotę  z  tego
świata, taką samą jak setki tysięcy innych, a jednak inną.

Ją.
Maja czuła się, jakby dotknięta palcem bożym. Wiedziała, że musi stanąć

na wysokości zadania,  musi uwolnić światło,  bo od tego  zależy jej przyszły
los.  Ale  jak  już  to  uczyni,  w  co  nie  wątpiła,  musi  stanąć  przed  nim  godnie.
Nie  może  być  przesłonięta  doczesnymi,  trywialnymi  rzeczami  czy
przedmiotami, nic nie może odwracać jej uwagi i skrywać jej ciała. Światło
wywodziło  się  z  natury,  nieważne  jak  pokrętnej  i  mrocznej,  jednak  natury,
wobec tego Maja również musi być naturalna. Pomyślawszy to, choć nie była
pewna, czy była to jej własna myśl, Maja zdjęła z ramion bluzkę, pozostając

background image

w samym staniku. Rozpięła ciasne jeansy i wkroczyła do kuchni.

-  Widzieliście  to?  -  zapytał  Marcin,  a  oczy  rozszerzyły  mu  się

z przerażenia. Usta  ułożył w podkowę  jak małe dziecko,  którego czegoś się
wystraszyło. Dopiero w tym momencie chłopak uświadomił sobie, że Nadia
może  mieć  rację,  i  zrozumiał  to  silniej  niż  dotychczas.  Delikatne  drgnienie
płomienia w prawie zamkniętym pomieszczeniu było dla niego dowodem na
pojawienie  się  między  nimi  ducha  jego  zmarłego  wuja.  Niczego  więcej  nie
potrzebował.

Nadia  spojrzała  wystraszona  w  kierunku,  który  wskazywał  Marcin.

W  ułamku  sekundy  wyobraźnia  podsunęła  jej  setki  obrazów  znanych
z  horrorów,  począwszy  od  małej  dziewczynki  w  białej  sukience,  unoszącej
się  kilka  centymetrów  nad  ziemią,  poprzez  okaleczonego  ducha
skrępowanego  łańcuchami,  skończywszy  na  mrocznej,  zimnej  i  tajemniczej
mgle. Adam również skierował tam swój wzrok, jednak to Tymek był osobą,
która  poczuła  najwięcej.  Chłopak  napiął  się,  jakby  przygotowywał  się  do
walki. Nadia z zaskoczeniem spojrzała na jego drżące ręce, ale nie odezwała
się. Adam, siedzący naprzeciwko niej, zwrócił uwagę na to samo. Spojrzał na
kolegę, jednak na jego twarzy było widoczne tak silne napięcie, że nie mógł
odpuścić:

- Tymek, co jest? - zapytał cicho. - I czemu zrobiło się tak zimno? - dodał

na  koniec,  gdyż  faktycznie,  temperatura  w  pomieszczeniu  spadła  o  dobrych
kilka stopni.

Chłopak nie odpowiedział, ale na jego szyi pojawiły się żyły świadczące

o bardzo silnym naprężeniu mięśni karku i szczęki. Zaczął delikatnie drżeć.
Doświadczył tego samego uczucia, co wcześniej, w przeklętej łazience - nie
mógł  wykonać  najmniejszego  ruchu,  ledwo  mógł  oddychać.  Strach,  jaki
aktualnie  wędrował  przez  jego  ciało,  był  tak  przytłaczający,  że  Tymek
dosłownie  czuł  jak  opuszcza  go  zdrowy  rozsądek  wraz  z  siłami,  które
potrzebne  mu  były  do  życia.  Poczuł  nagle,  jak  ktoś  za  nim  staje  i  kładzie
zimne ręce na jego barkach. Chłopak zastygł w bezruchu.

Kolejny raz - uświadomił sobie. Miał wrażenie, że to ta sama istota, byt,

który  było  mu  dane  już  raz  spotkać,  chociaż  nie  potrafił  tego  opisać.  Tym
razem  nie  ucieknie.  Nawet  jeżeli  uda  mu  się  odbiec  od  stołu,  nie  będzie
przecież w stanie skutecznie kontynuować ucieczki. To koniec.

Zrozumiał, że powoli umiera.
- Duchu Antoniego Mostowskiego, czy jesteś z nami? - zapytała drżącym

głosem  Nadia,  w  nerwowym  skupieniu  przenosząc  wzrok  pomiędzy
Tymkiem,  tablicą  a  Marcinem.  Cholernie  się  bała,  że  dusza  wywołanego
wuja  spróbuje  opętać  ciało  jej  chłopaka,  bo  nie  miała  pojęcia,  co  w  takiej
sytuacji  powinna  zrobić.  Przełknęła  głośno  ślinę.  Nikt  poza  nią  się  nie
odezwał,  ale  każdy  z  pełnym  wyczekiwania  napięciem  wpatrywał  się
w Tymka. Adam, porzuciwszy swój sceptycyzm, przyglądał się przyjacielowi
z  olbrzymim  zaciekawieniem.  Miał  wrażenie,  jakby  ktoś  podłączył  go  do
prądu o bardzo niskim napięciu, przez co jego mięśnie drżały spazmatycznie.
Świece ponownie zamigotały, jednak tym razem nie jedna z nich, a kilka.

background image

Niezłe  jaja  -  pomyślał  Adam,  jednak  w  tym  samym  momencie  trójkątny

wskaźnik  na  tablicy  delikatnie  drgnął,  przez  co  jego  żołądek  zacisnął  się
w  małą,  twardą  kulkę.  Wskaźnik  zaczął  podążać  w  kierunku  prawego,
górnego rogu tablicy.

-  Co  jest,  kurwa?  -  zapytał  podniesionym  głosem  Adam.  Miał  ochotę

wstać i wyjść, rzucając to wszystko w diabły. - Co wy robicie?

Marcin spojrzał na Nadię, gdyż tylko ona była w stanie odpowiedzieć na

zadane pytanie.

-  Siedź  -  rozkazała  władczym  tonem,  wychwytując  strach  Adama

i podejrzewając jego  intencje. - Tak  ma być, spokojnie  - powiedziała cicho,
jednak  przez  to  dało  się  słyszeć  powagę  i  strach,  ale  i  jakieś  zimne
wyrachowanie.  Widać  było,  że  nie  pierwszy  raz  miała  takiego  typu
doświadczenie i była już świadkiem ingerencji z zaświatów.

Tabliczka  przesunęła  się  już  teraz  o  kilka  centymetrów,  jednak  jej  ruchy

były  bardzo  nieskładne,  raz  powolne,  a  raz  gwałtowne  i  szybkie.  Jak  ruchy
siłujących się osób, gdzie na jeden punkt działają przeciwstawne siły.

- Ruszacie tym - stwierdził oskarżycielsko Adam.
-  Nie.  -  Nadia  pokręciła  przecząco  głową.  -  Nikt  z  nas  tym  nie  rusza,

chociaż  dotykamy  tego  wszyscy.  Dlatego  palce  Tymka  są  na  samym
spodzie…  bo  tylko  on  na  pewno  nie  widzi,  co  jest  na  tablicy.  Przepraszam,
kochanie.

- Pytałaś, czy wujek Marcina jest z nami, tak? - upewnił się spanikowany

Adam.

-  Tak  -  odpowiedziała,  zerkając  na  Marcina.  Brak  odpowiedzi  na  zadane

pytanie nie wróżył niczego dobrego.

Tymczasem  Tymek  drżał  coraz  bardziej.  Zacisnął  mocno  zęby

i  wyprostował  agresywnie  i  szybko  nogi  pod  stołem,  kopiąc  jednocześnie
Adama i Marcina. Obaj prawie podskoczyli, wystraszeni.

-  Siedźcie  -  rozkazała  ponownie  Nadia.  Jej  twarz  wykrzywiał  grymas

konsternacji,  gdyż  próbowała  zrozumieć,  co  się  dzieje  z  jej  chłopakiem,  ale
widziała też, że nie może przerwać seansu.

Przez  zryw  Tymka  nikt  nie  zauważył,  że  tabliczka  skończyła  się

przesuwać. Dopiero po sekundzie Nadia utkwiła w niej wzrok i poczuła, jak
po jej plecach przechodzi lodowaty dreszcz, a wszystkie drobne włoski na jej
ciele  stają  dęba.  Wskaźnik  na  tablicy  ouija  zatrzymał  się  i  pokazywał  teraz
jedno ze słów.

Tym słowem było: „Nie”.
Nadia  poczuła  niezwykle  silny  impuls,  żeby  zerwać  się  do  biegu  i  uciec

z  tego  miejsca,  ale  powstrzymała  się,  poświęcając  na  to  całą  determinację
i odwagę, jakie jeszcze posiadała. Niech sobie sami faceci tu zostaną, te trzy
głąby, które i tak niczego nie rozumieją i niczego nie widzą - myślała. Może
im  odpuści,  bo  dziewczyna  była  pewna,  że  jej  i  tak  się  dostanie  od  tego
czegoś,  co  przebywa  tu  z  nimi.  Nie  wiedziała,  z  czym  mają  do  czynienia,
jednak  była  przerażona  jak  jeszcze  nigdy  w  życiu,  chociaż  już  kilka  godzin
wcześniej również tak strasznie się bała.

background image

Lecz  pomimo  to  wiedziała,  że  muszą  kontynuować.  To,  że  przywołana

przez nich dusza nie podawała się za wuja Marcina, nie musiało oznaczać, że
wcale  nią  nie  była.  Poza  tym,  nie  mogła  tak  po  prostu  zakończyć  seansu
i opuścić tego pomieszczenia - wcześniej należało odwołać przyzwaną istotę.

-  Co…  co  jest?  -  wydukał  z  siebie  przerażony  Marcin.  Czuł,  że

w pomieszczeniu oprócz nich przebywał teraz ktoś jeszcze.

- Nie wiem - wyszeptała Nadia. Jej niebieskie oczy były teraz tak wielkie,

że 

przypominała 

postać 

japońskich 

kreskówek. 

Zaprzeczenie

„wypowiedziane”  przez  nieprzywołaną  istotę  wypełniło  ją  grozą,  jakiej
jeszcze nigdy nie doświadczyła.

- To co robimy?
-  Skończmy  to  -  zaproponował  Adam.  Pierwszy  raz  w  jego  głosie  było

słychać  strach,  dodatkowo  Nadia  miała  nieodparte  wrażenie,  że  lada  chwila
chłopak  zerwie  się  od  stołu  i  najzwyczajniej  w  świecie  ucieknie,
pozostawiając ich samych. Potem oczywiście będzie opowiadał, jaka to była
dziecinada i głupia sprawa i że w ogóle się nie bał.

Jednak nie było im dane długo się zastanawiać, gdyż wskaźnik na tablicy

ponownie  drgnął.  Cała  trójka  wpatrywała  się  w  to  z  fanatycznym
zaciekawieniem, nie potrafiąc oderwać od niego wzroku. Tym razem strzałka
kierowała się w gąszcz liter alfabetu. Zatrzymała się i wskazała literę „P”.

- „P”? - wyszeptał zaskoczony Marcin. Nadia już skanowała swój umysł,

poszukując  demona,  którego  imię  zaczynałoby  się  od  litery  „P”,  jednak  nie
mogła sobie żadnego przypomnieć.

Wskaźnik kontynuował swą podróż. Tym razem wskazał literę „Y”.
-  Pytanie!  -  krzyknął  podniecony  Adam.  -  Chce,  żebyśmy  zadali  mu

pytanie!

I  nim  Nadia  zdążyła  go  ostrzec  przed  zadawaniem  pytań  istocie

niewiadomego pochodzenia, Adam zrobił swoje:

-  Gdzie  jest  Maja?  -  zapytał,  patrząc  nie  wiadomo  dlaczego  za  plecy

Tymka,  ale  po  chwili  zaczął  rozglądać  się  wokół,  jakby  szukał  kogoś
znajomego w tłumie.

Płomienie świec zaczęły nagle tańczyć, każdy w innym kierunku i rytmie.

Ciepłe  światło  odbijało  się  jasnymi  refleksami  od  kolczyków  dziewczyny,
jednak  Marcin  nie  miał  teraz  czasu,  aby  docenić  piękno  tego  zjawiska.
Dominującym  uczuciem  było  przerażenie,  ciężkie,  duszne  uczucie
przejmującego lęku. Oczami wyobraźni widział wychodzące ze ściany rogate
diabły i skrzydlate demony, spalone ciała grzeszników i już niemalże słyszał
chór towarzyszących im potępieńców. I wszystkie jednakowo wyciągały ręce
w stronę osób zgromadzonych przy stole.

Wskaźnik  na  tablicy  tkwił  nieruchomo.  Adam  patrzył  to  na  niego,  to  za

Tymka. W końcu przeniósł zdziwiony wzrok na Nadię, pytająco wzruszając
ramionami.

- Idioto, wiesz kogo pytasz? - zapytała ze złością w głosie.
- No, wuja Marcina, przecież mówiłaś… - zaczął się tłumaczyć, aż nagle

przypomniał  sobie,  że  udzielono  im  na  to  pytanie  przeczącej  odpowiedzi.

background image

- O kurwa.

- No właśnie. Ale nie możemy się teraz kłócić. Pytania lepiej jest zadawać

w  taki  sposób,  żeby  można  było  na  nie  odpowiedzieć,  mówiąc  „tak”  lub
„nie”.

- Okej - skwitował Adam, i ponownie, nim Nadia zdążyła dokończyć swą

myśl i instrukcje, zapytał ponownie: - Czy Maja jest na tej działce?

Tym razem wskaźnik na tabliczce drgnął, wyraźnie zmierzając w kierunku

lewej góry, gdzie widniało słowo „tak”. Zatrzymał się na nim.

- Niesamowite… - wyszeptał pełen podziwu Adam.
Marcin  natomiast  siedział  totalnie  sparaliżowany  strachem.  Przez

makabryczne wizje panoszące się w głowie nie mógł skupić myśli na niczym
innym,  niż  tylko  na  tym,  że  to  nie  może  dziać  się  naprawdę.  Takie  rzeczy
przecież  można  oglądać  w  filmach.  Ze  scenografią.  To  tylko  aranżacja
wnętrza,  efekty  specjalne.  Przecież  wywoływanie  duchów  jest  kompletną
bzdurą,  a  wywoływanie  duchów  zmarłych  krewnych  jest  kompletnie
bluźnierczą bzdurą. I obie te bzdury są równie niedorzeczne.

A jednak był w tajnym pomieszczeniu, wybudowanym w tajemnicy przez

jego  wuja  Antoniego.  Musiał  on  spędzać  w  nim  mnóstwo  czasu  i  to
niekoniecznie  samotnie,  gdyż  wskazywała  to  ilość  nadprogramowych
krzeseł. Pytanie: „Z kim i dlaczego tu przesiadywał?” nie dawało chłopakowi
spokoju.

-  Kurwa,  nie  ogarniam  tego.  Zajebiście  -  powiedział  Adam,  co  tylko

jeszcze bardziej przeraziło Nadię.

Nie  potrafiła  zrozumieć  zachowania  Adama.  Raz  sceptyczny,  potem

cieszący się ze swego udziału w seansie. Ten chłopak nie ma pojęcia, na co
się  porwał  -  pomyślała.  I  wtedy  po  raz  kolejny  tej  przeklętej  nocy  Nadia
odebrała uczucie panujące w domu. I ponownie były to radość i zadowolenie,
jakie  towarzyszą  chyba  każdemu  dziecku,  któremu  udało  się  zrobić  koledze
śmieszny  kawał.  Nagle  Nadia  zrozumiała,  że  pakują  się  w  coraz
głębszą  pułapkę.  Wszystko  było  od  początku  ukartowane.  Ten  duch  -  czy
czymkolwiek  innym  był  -  od  początku  chciał  skierować  ich  właśnie  w  to
miejsce,  w  takiej  kolejności  i  konfiguracji.  Nadia  zrozumiała,  że  się  nimi
bawi.

Adam natomiast zupełnie przestał odczuwać strach. Czuł się lekko pijany

i  naćpany,  chociaż  alkohol  i  narkotyki  wywietrzały  z  jego  organizmu  już
dawno  temu.  W  głowie  delikatnie  mu  szumiało,  pomieszczenie  stawało  się
rozmyte i swobodnie wirowało, jakby był w stanie dość pokaźnego upojenia.
Maja - upomniał się w myślach. Musi zapytać, gdzie jest jego dziewczyna.

-  Czy  Maja  jest  z  nami  w  domu?  -  zapytał,  z  delikatnym  uśmieszkiem

patrząc na wskaźnik.

Ten odjechał kawałek, zatrzymując się kilka centymetrów od słowa „tak”.

Nagle  drgnął  gwałtownie  i  powrócił  na  swoje  poprzednie  miejsce,  bez
wątpienia utwierdzając pozostałych w przekonaniu, że Maja przestała błądzić
po lesie i grzecznie wróciła do domu.

W tym momencie Adam zerwał się na równe nogi, przerywając więź, jaką

background image

stworzyli.

-  Nie!  Siadaj!  -  krzyczała  Nadia,  lecz  chłopak  nie  zamierzał  jej  słuchać.

Dalej  czuł  się  delikatnie  zawiany,  jednak  nie  rozumiał  dlaczego.  Zazwyczaj
mu się to podobało, jednak tym razem ten stan go nie zachwycił. Wolał mieć
pełną  kontrolę  nad  sobą.  Zakręciło  nim,  ale  utrzymał  równowagę,  choć
przyszło  mu  to  z  trudem.  Skupił  się  i,  odzyskawszy  panowanie  nad  swoim
umysłem i ciałem, podjął błyskawicznie jedyną słuszną decyzję - jeżeli Maja
jest w domu, to on musi ją znaleźć i stąd zabrać.

Żarówki  nagle  rozbłysły  bardzo  silnym  światłem,  aby  po  chwili

eksplodować,  zasypując  wszystko  wokół  drobnym,  ostrym  szkłem.  Nadia
krzyknęła.

Adam  podbiegł  do  szafy  i  naparł  na  nią  całym  ciałem.  Gdy  zobaczył,  że

w bibliotece panuje kompletny mrok, cofnął się i porwał jedną ze świec. Nie
znał tego domu aż tak dobrze, aby poruszać się w nim po omacku. Uzbrojony
w świeczkę, wybiegł do biblioteki.

Marcin spojrzał zszokowany na Nadię, zupełnie nie wiedząc, co powinien

zrobić.

-  Nie  zostawiaj  mnie  samej.  -  Wypowiedziane  przez  nią  zdanie  nie  było

tyle co prośbą, ile żądaniem.

- Jasne, zostanę z wami.
Musiał zostać z nią i okaleczonym Tymkiem, to było dla niego oczywiste.

Bał się jak jeszcze nigdy w życiu, nie rozumiał nic z tego, co się działo, ale
wiedział,  że  musi  przy  nich  zostać.  Poza  tym,  cholernie  bał  się  wyjść
z pomieszczenia, a właściwie nawet podjąć taką próbę.

Kilka minut wcześniej Maja, zrzuciwszy z siebie całe ubranie, znalazła się

w  kuchni.  Teraz  była  kompletnie  naga,  a  jej  młode,  smukłe  ciało  pokryła
gęsia skórka. Podeszła do szuflady, otwierając ją i wyciągając duży kuchenny
nóż.  Ten  będzie  odpowiedni  -  pomyślała.  Sutki  na  jej  kształtnych  piersiach
stwardniały,  jednak  dziewczyna  nie  była  pewna,  czy  to  przez  zimno,  czy
z  powodu  podniecenia  związanego  ze  zbliżającym  się  zadaniem.  Nie
obchodziło  jej  to,  liczyło  się  tylko  to,  że  stała  tak,  jak  ją  natura  stworzyła,
nieskrępowana  ubraniami,  biżuterią  ani  żadnymi  innymi  doczesnymi
dobrami.  Pragnęła  oddać  się  światłu  w  taki  właśnie  sposób.  Na  tę  myśl  aż
zadrżała,  mimowolnie  kładąc  dłoń  na  podbrzuszu  i  delikatnie  je  naciskając.
Zagryzła zmysłowo dolną wargę i poczuła, jak jej ciałem wstrząsa ponowny
dreszcz.  Wiedziona  instynktem,  zjechała  ręką  niżej,  aż  nagle  zatrzymała  ją
w połowie ruchu.

Nie teraz - pomyślała, z heroicznym trudem odrzucając podniecenie, które

żywym ogniem szalało w jej młodym organizmie. Później będzie na to czas,
ale  nie  teraz.  Dzierżąc  w  ręku  kuchenny  nóż,  ruszyła  w  kierunku  schodów
prowadzących na pierwsze piętro.

Na górze zatrzymała się na korytarzu. Ruszyła nim w kierunku biblioteki

Antoniego  Mostowskiego,  czubkiem  noża  delikatnie  skrobiąc  po  ścianie.
Jeżeli  dzieci  bawiące  się  w  wywoływanie  duchów  ją  usłyszą,  to  dobrze.
Jeżeli nie, to trudno. Maja jakimś cudem wiedziała, że kilka metrów od niej

background image

siedzą  Adam,  Tymek,  Nadia  oraz  Marcin,  chociaż  te  imiona  kompletnie
niczego jej nie mówiły. Miała swoje zadanie, które musiała wykonać, i tylko
to się liczyło.

Minęła  drzwi  biblioteki  i  szła  dalej,  w  kierunku  sypialni  wuja.  Z  niej

również  roztaczał  się  widok  na  skrytą  w  mroku  taflę  jeziora.  Wiedziała,  że
powinna  na  nie  patrzeć.  To  właśnie  w  nim  ukryło  się  ciepłe  światło,  które
Maja musiała uwolnić. Jej bose stopy stanęły na pięknym, ręcznie robionym
dywanie,  który  wuj  Marcina  sprowadził  na  specjalne  zamówienie  z  Turcji.
Podeszła do okna.

I wtedy nagle zgasło światło. Cały dom zalała nieprzenikniona ciemność.

Ani  światło  gwiazd,  ani  księżyca  nie  docierało  tak  głęboko  do  środka
sypialni.

Już  czas  -  szeptało  gasnące  światło.  Spiesz  się,  gdyż  niewiele  czasu

pozostało.

Tak,  wiem  -  pomyślała  posłusznie  dziewczyna.  Muszę  odnaleźć  klucz.

Na szczęście wiedziała, gdzie powinna go szukać.

Bez najmniejszego wahania Maja uniosła nóż i przyłożyła jego ostrze do

wewnętrznej  strony  swojego  lewego  przedramienia,  tnąc  głęboko  przez  całą
jego  długość  aż  do  samego  nadgarstka.  Potem  upuściła  nóż,  na  który
błyskawicznie zaczęła kapać krew z rozciętej ręki dziewczyny. Spływała po
bezwładnie  zwisających  palcach,  podczas  gdy  Maja  drugą  ręką  grzebała
w ranie, poszukując w niej klucza. Wiedziała, że na pewno gdzieś tam jest.

Nie usłyszała, jak drzwi od biblioteki otwierają się za nią i wybiega z nich

Adam z zapaloną świecą.

background image

 

Rozdział 17

Nadia  usłyszała  delikatny  chrobot,  jakby  skrobanie  ostrym  narzędziem

w  ścianę.  Osiągając  kres  wytrzymałości  psychicznej  i  fizycznej,  z  trudem
uniosła  wzrok.  Zobaczyła,  jak  na  ścianie  pomieszczenia,  tuż  obok
odsłoniętego  zdjęcia  przedstawiającego  młodego  Antoniego  Mostowskiego
z  tajemniczą,  piękną  kobietą,  zaczęła  pojawiać  się  kolejna  bruzda.  Powoli,
samoczynnie ściana kruszyła się, jakby pod naciskiem niewidzialnego dłuta,
chociaż  zważywszy  na  kształt  pęknięcia,  określenie  „pazura”  byłoby
odpowiedniejsze. Razem z pozostałymi, były teraz cztery ślady.

Nie  miała  najmniejszego  pojęcia,  co  to  mogło  oznaczać.  W  ogóle  już

niczego  nie  chciała  wiedzieć,  jedynym  jej  pragnieniem  było  zakończyć  ten
seans i uciec. Już niemalże pogodziła się z tą decyzją, zrozumiała, jak wielki
błąd  popełniła,  wracając  do  tego  domu.  Porwała  się  na  przeciwnika
absolutnie wykraczającego poza jej ligę, ale może jeszcze nie było za późno
na wycofanie się.

Lecz wtedy z Tymkiem zaczęło dziać się coś dziwnego.
Głowa  odchylała  mu  się  coraz  bardziej  do  tyłu,  jakby  stał  za  nim  ktoś

i ciągnął ją w swoją stronę. Z wyraźnym trudem chłopak przeciwstawiał się
tej 

sile, 

napinając 

wysiłku 

wszystkie 

mięśnie 

zmęczonego,

zmaltretowanego  ciała.  Drżał  coraz  mocniej.  Zacisnął  szczękę,  odsłaniając
zęby.  Jednak  ani  Nadia,  ani  Marcin  nie  widzieli  nikogo  stojącego  za  nim.
Ukrainka,  pomimo  swoich  paranormalnych  zdolności,  nie  potrafiła  ani
dostrzec,  ani  wyczuć  żadnej  istoty,  która  mogłaby  stać  za  jej  chłopakiem.
A jednak ewidentnie coś się z nim działo.

Tymek miał wrażenie, że ciało przestało go słuchać. Zimne dłonie, które

wcześniej  spoczęły  na  jego  barkach,  teraz  przeniosły  się  na  czoło.
Sparaliżowany  lękiem,  nie  panował  nad  własnymi  odruchami,  nie  mógł
oddychać  ani  racjonalnie  myśleć.  Resztką  sił  próbował  przeciwstawić  się
osobie,  która  znajdowała  się  za  nim,  i  która,  według  interpretacji  chłopaka,
chciała  przetrącić  mu  kark  lub  poderżnąć  gardło.  Nie  mógł  ruszyć
skrępowanymi  rękoma,  chociaż  tak  naprawdę  nie  były  związane.  Paraliż,
jakiego  doświadczył,  miał  swe  źródło  w  jego  własnej  głowie.  Zastanawiał
się,  czemu  to  go  spotyka?  Co  on  takiego  zrobił?  I  komu?  Jednak  te
rozpaczliwe  próby  racjonalnego  zrozumienia,  co  się  dzieje,  były
błyskawicznie  wchłaniane  przez  czarną  dziurę  obłędu,  która  utworzyła  się
w  jego  umyśle,  zasysając  dosłownie  wszystko  -  jego  wspomnienia,
przemyślenia i marzenia. Zasysając jego duszę.

Nagle  płomienie  wszystkich  stojących  w  pomieszczeniu  świec  przestały

drżeć, aby po chwili powoli skierować się w stronę okaleczonego chłopaka.

background image

Teraz  ognie  nie  paliły  się  pionowo,  tylko  poziomo,  przypominając
skierowane  oskarżycielsko  palce.  Nadia  i  Marcin  zauważyli  to,  czując
kolejne fale strachu i paranoi przetaczające się przez ich ciała.

Nagle  Tymek  poczuł  przy  uchu  czyjąś  obecność,  jakby  twarz  lub  pysk.

Poczuł też odrażający smród rozkładającego się mięsa i krwi. Odór śmierci.
Oczami  wyobraźni  nie  potrafił  sobie  zwizualizować  szczegółów  tej  istoty.
Czuł, jakby ona w ogóle nie istniała, zarazem była starsza niż najstarsze byty
znane ludzkości. Była to czerń, nicość i brak nadziei. Chłopak zrozumiał, że
jego dalszy opór nie ma sensu, jednak tak panicznie bał się poddać, że napiął
mięśnie jeszcze bardziej, krzycząc przy tym z wysiłku.

-  Już  czas  -  wyszeptała  istota  do  jego  ucha,  zabierając  ręce  z  czoła

chłopaka.

Tymek  był  napięty  tak  bardzo,  że  nie  zdążył  rozluźnić  mięśni.  Poza  tym

nawet  nie  próbował,  ciesząc  się  tylko  z  tego,  że  został  oswobodzony.
Niemniej  jego  radość  nie  trwała  zbyt  długo  -  ciało  chłopaka  złożyło  się  jak
nóż sprężynowy, w wyniku czego wyrżnął głową w drewniany stół, wbijając
sobie wystające z oczodołów odłamki lustra prosto w mózg.

Nie miał szans tego przeżyć.
Nadia  krzyknęła  przeraźliwie,  i  nie  zważając  na  konsekwencje,

odskoczyła  od  stołu  i  tablicy  ouija.  Marcin  skoczył  za  nią,  i  to  tak
gwałtownie,  że  aż  przewrócił  krzesło,  na  którym  siedział.  Oboje  byli
w szoku, nie wiedząc, co powinni teraz zrobić.

Marcin  stanął  pod  ścianą,  oparty  o  nią  plecami,  i  wpatrywał  się

w  martwego  przyjaciela,  nie  pojmując,  co  ten  przed  chwilą  zrobił.  Spod
twarzy  Tymka  zaczęła  sączyć  się  krew,  docierając  zarówno  do  drewnianej
tabliczki,  jak  i  do  krawędzi  stołu,  skąd  powoli  skapywała  na  drewnianą
podłogę.

Nadia  cały  czas  krzyczała,  to  chowając  twarz  w  dłoniach,  to  machając

nimi,  jakby  odpędzała  się  od  niewidzialnych  nietoperzy.  Zupełnie  straciła
panowanie nad sobą. Nigdy wcześniej nie widziała śmierci na żywo.

Wszystko  trwało  zaledwie  kilka  sekund,  jednak  dla  pozostałej  dwójki

wydawało się wiecznością.

Nagle  w  ścianie,  tuż  przy  obrazie,  zaczęła  się  pojawiać  kolejna  bruzda.

Teraz było ich już pięć.

Dla  Marcina  tego  było  zdecydowanie  zbyt  wiele.  Zerwał  się  do  biegu,

gdzie  główną  nagrodą  było  pozostanie  przy  życiu  i  zdrowych  zmysłach.
Wyleciał  z  przeklętego,  bluźnierczego  pomieszczenia  jak  oparzony.  Nadia
pobiegła za nim, potrącając po drodze kilka świec.

- Marcin! - krzyknęła. - Poczekaj!
Jednak chłopak nie czekał, biegł, jakby ścigały go całe zastępy piekielne.
Po  opuszczeniu  biblioteki  Adam  skierował  się  na  parter.  Jeżeli  Maja  jest

w  tym  domu,  zgodnie  z  odpowiedzią  udzieloną  przez  to  coś,  co
wywołaliśmy  -  myślał  chłopak  -  to  pewnie  siedzi  w  salonie  i  czeka  na  nas.
Może  już  zrobiła  sobie  drinka,  żeby  się  rozgrzać?  Mnie  też  by  się  jeden
przydał.

background image

Oświetlał  sobie  drogę  migotliwym  płomieniem  świecy,  którą  zabrał

z  seansu.  Seans  spirytystyczny?  -  powtórzył  w  myślach.  Co  za  pieprzona
błazenada!  Zabieram  Maję  i  wypieprzam  z  tego  domu  wariatów  -  przysiągł
w  duchu,  uparcie  bagatelizując  i  odrzucając  wydarzenia,  w  których  brał
bezpośredni udział.

Nagle  usłyszał  skrzypnięcie.  Skierował  skupiony  wzrok  w  stronę,

z którego dobiegał dźwięk, wpatrując się w ciemność i próbując wychwycić
w niej jakikolwiek ruch.

Cisza.
Pusto.
-  Pewnie  mi  się  wydawało  -  wyszeptał,  tylko  po  to,  aby  poczuć  się

odrobinę  pewniej,  gdyż  wewnętrzny  spokój  opuszczał  go  w  ekspresowym
tempie.  Naraz  uświadomił  sobie,  w  jak  groteskowej  i  strasznej  sytuacji
przyszło  mu  uczestniczyć.  Jakby  na  jakimś  filmowym  horrorze  zobaczył
chłopaka  chodzącego  po  omacku  po  olbrzymim,  obcym  domu  z  ledwie
migoczącą  świecą,  pewnie  bałby  się,  że  zaraz  coś  na  niego  wyskoczy.
I  niestety,  wbrew  zdrowemu  rozsądkowi  i  wrodzonemu  sceptycyzmowi,
Adam faktycznie bał się, że lada chwila coś skoczy na niego, wychylając zza
rogu swoją pełną zębów paszczę.

-  Dziecinada  -  powiedział  ponownie  do  siebie,  chowając  potwory

z  powrotem  do  szafy  i  zatrzymując  się  w  korytarzu,  skąd  widział  salon.
Wbrew jego oczekiwaniom ten okazał się pusty.

Zerknął  w  lewą  stronę,  kierując  wzrok  na  werandę.  Na  podłodze  leżała

kurtka  Majki,  obok  niej  niezdarnie  rzucone  buty  i…  skarpetki?  Adam
zastanowił  się  przez  chwilę.  Może  wpadła  do  jakiejś  kałuży  albo  w  błoto,
zamoczyły się i chciała je wysuszyć? - zaczął rozważać różne opcje. Wtedy
odwrócił  głowę  i  zobaczył,  że  niedaleko  leży  również  bluzka  Mai.  Ścieżka
ubrań  wiodła  prosto  do  kuchni.  Skryty  w  mroku,  zrobił  kilka  niepewnych
kroków w jej kierunku.

Wszedł do kuchni.
Osiągnąwszy  kres  konsternacji,  zauważył,  że  na  podłodze  leży  reszta

ubrań  jego  dziewczyny  -  spodnie,  biustonosz  oraz  drobne,  koronkowe
majteczki.  Te  same,  które  osobiście  kiedyś  jej  kupił.  Zmarszczył  brwi,
zupełnie nie potrafiąc zinterpretować tego, co zobaczył.

Nagle usłyszał kolejne skrzypnięcie. Odgłos dobiegał z góry, ale chyba nie

z miejsca, z którego Adam przyszedł.

- Maja - powiedział i w pośpiechu ruszył z powrotem do góry.
Wpadł  na  pierwsze  piętro  na  pełnym  gazie,  biegnąc  jeszcze  szybciej  niż

wtedy,  gdy  gonił  go  Marcin.  Naraz  zza  drzwi  wybiegła  przerażona  Nadia,
zderzając  się  z  rozpędzonym  Adamem.  Chyba  coś  chciała  powiedzieć,  ale
odepchnął ją, nie zważając na to, co próbowała mu przekazać. Teraz liczyła
się tylko Maja i zabranie jej od tych popieprzonych ludzi.

Nadia uderzyła głową w balustradę i straciła przytomność.
- Maja! - krzyknął Adam, zatrzymując się w progu sypialni wuja Marcina.

Kilka  metrów  przed  nim  stała  odwrócona  do  niego  plecami  jego

background image

dziewczyna - była naga. Skierowała twarz w stronę okna, skąd roztaczał się
widok na skąpane w mroku jezioro oraz na otaczające posesję lasy. Księżyc
co  chwilę  przebijał  się  przez  szybko  przepływające  chmury,  na  zmianę
oświetlając  i  skrywając  w  głębokich  cieniach  wszystko,  co  było  pod  jego
władaniem.  Maja  stała,  delikatnie  drżąc,  jakby  układała  rękami  jakąś
skomplikowaną  układankę.  Nie  odpowiedziała  na  wołanie  Adama.  Chłopak
przyjrzał  się  dziewczynie  uważniej  i  dopiero  teraz  zobaczył  rosnącą  kałużę
krwi  pod  jej  stopami.  Poczuł  zimny  dreszcz,  a  jego  żołądek  skurczył  się
w małą, twardą kulkę, gdyż krew bliskich mu osób była tym, co prawdziwie
go obrzydzało i odrzucało.

Postawił  niedbale  świecę  na  dywanie  i  ruszył  w  kierunku  Mai.

Dziewczyna  nie  zważała  na  jego  obecność.  Cały  czas  stała  odwrócona
plecami. Do jego nozdrzy doleciał teraz wypełniający pomieszczenie zapach
krwi i jeszcze czegoś metalicznego. Nagle Maja opuściła obie ręce i osunęła
się  na  podłogę,  tracąc  świadomość.  Adam  podbiegł  do  niej  w  szaleńczym
zrywie.  W  wyniku  tego  skoku  dywan  lekko  zafalował,  przewracając  stojącą
na nim świecę. Płomień szybko przeskoczył na suchą tkaninę, błyskawicznie
się rozprzestrzeniając.

Adam  dopadł  do  swojej  dziewczyny,  unosząc  delikatnie  jej  głowę.

Dopiero  teraz  spostrzegł,  że  obie  ręce  ma  zbroczone  krwią,  a  lewe
przedramię  jest  rozcięte  na  całej  długości  tak  głęboko,  że  było  widać
połyskującą  w  nim  białą  kość.  Gdyby  nie  to,  że  klęczał,  prawdopodobnie
upadłby.  Poczuł  ogarniającą  go  niemoc,  jakby  uleciały  zeń  wszystkie  siły.
Był przerażony, bliski obłędu. Jego dziewczyna podcięła sobie żyły, zupełnie
bez  powodu,  nie  pozostawiając  po  sobie  niczego,  co  pozwoliłoby  wyjaśnić
takie zachowanie.

- Maja! - krzyczał. - Maja! Hej, ocknij się! Maja!
Nie  mógł  wiedzieć,  że  jego  wysiłki  są  bezsensowne.  Maja  skonała  kilka

chwil  wcześniej.  Dopiero  po  chwili  Adam  odwrócił  się,  rozglądając  się  za
czymś,  czym  mógłby  zatamować  krwawienie.  Nie  wiedział,  że  tak  rozciętej
żyły  nie  da  się  opatrzyć,  nawet  posiadając  specjalistyczny  sprzęt.  Dopiero
wtedy dostrzegł szalejące w sypialni płomienie.

Nadia ocknęła się, słysząc krzyk Adama. Głowa niemiłosiernie ją bolała,

a panująca wokół ciemność powodowała totalną dezorientację. Potrzebowała
paru  sekund,  aby  przypomnieć  sobie,  gdzie  się  znajduje  i  co  się  z  nią  stało.
Po chwili w jej głowie zaczęły kreować się pewne obrazy.

Dom.  Ona  naprawdę  jest  w  tym  przeklętym  domu.  Przyzwali  jakąś

przeklętą istotę lub - co bardziej prawdopodobne - była ona z nimi od samego
początku.  Śmierć  Tymka.  Ucieczka  Marcina  i  Adam,  który  ją  zaatakował.
Zaatakował? Nie, odepchnął przez przypadek, kiedy biegł do kogoś innego.

Maja.  Adam  wołał  Maję,  która  powinna  być  z  nimi  w  domu.  Odwróciła

głowę,  sycząc  przy  tym  z  bólu.  Będę  miała  potężnego  siniaka  -  pomyślała.
-  O  ile  przeżyję  -  usłyszała  złowieszczy  głos  w  głowie.  Patrzyła  teraz  na
sypialnię wuja Marcina, w której leżała - nie wiadomo dlaczego - naga Maja.
Nad  nią  stał  Adam,  a  jego  skąpana  w  księżycowym  świetle  twarz  wyrażała

background image

takie szaleństwo i panikę, że widać je było nawet z odległości kilku metrów.
Chłopak  zdjął  koszulkę  i  zaczął  nią  wymachiwać,  jakby  odpędzał  od  siebie
stada natrętnych much. Nadia zmarszczyła brwi i z trudem uniosła się, stając
na nogach. Ruszyła w kierunku Adama.

- Nie, stój! - krzyczał, próbując przekrzyczeć trzaskające płomienie. - Nie

podchodź!

Nadia zatrzymała się w pół kroku, zastanawiając się, co się dzieje. Czemu

Adam nie pozwala jej do siebie podejść.

- Co z Mają? - zapytała łamiącym się głosem, chociaż przeczuwała, co się

z nią stało. Dziewczyna leżała naga w kałuży krwi, tuż obok niej spoczywał
olbrzymi, kuchenny nóż. Wniosek nasuwał się sam. Na pytanie, dlaczego to
zrobiła,  przyjdzie  czas  później.  -  Adam,  słyszysz  mnie?  -  zapytała  Nadia,
kładąc  swą  szczupłą  dłoń  na  framudze  drzwi,  bo  bała  się  dalej  wejść  do
sypialni.  Równie  dobrze  to  Adam  mógł  zamordować  Maję,  a  ona  zostałaby
sama na łasce zabójcy.

Lecz Adam jej nie słyszał. Dla niego płomienie były już tak wysokie, że

również  nie  widział  dziewczyny,  tak  samo  jak  wyjścia  z  tej  sytuacji.  Ogień
zajął  większą  część  dywanu,  przenosząc  się  na  łóżko  i  odcinając  drogę
wyjścia z sypialni. Zasłonił usta koszulką, gdyż oddychanie przychodziło mu
z  coraz  większym  trudem.  Temperatura  w  pomieszczeniu  rosła  gwałtownie,
powietrze było suche, drażniące płuca i oczy. Chłopak poddał się panice, lecz
ostatkiem  świadomości  udało  mu  się  zauważyć  wyjście  z  podbramkowej
sytuacji, w jakiej się znalazł - okno.

Nadia  przypatrywała  się  Adamowi,  który  w  jej  oczach  wykonywał  jakiś

dziwnie pokręcony taniec, jakby odgrywał scenę teatralną. Obok niego leżała
martwa  lub  konająca  dziewczyna,  a  on  tańczy  jakby…  jakby  wokół  szalały
płomienie!

Kiedy  Nadia  to  sobie  uświadomiła,  poczuła,  jak  miękną  jej  nogi  i  gdyby

nie  przytrzymywała  się  framugi  drzwi,  z  pewnością  by  upadła.  Poczuła,
jakby ktoś przewijał film w przyspieszonym tempie. Boże, to wszystko dzieje
się  w  ich  głowach  -  pomyślała.  Tymek,  który  sam  się  okaleczył,  Maja
uciekająca  w  burzę.  To  wszystko  była  zabawa,  do  której  jakaś  pokrętnie
makabryczna  istota  postanowiła  ich  zaprosić.  A  jeżeli  to,  co  właśnie
pomyślałam, również jest częścią gry? - zastanawiała się Nadia.

-  Adam,  tu  nie  ma  płomieni!  -  krzyknęła,  wchodząc  do  pomieszczenia.

Wątpiła, żeby to on zabił Maję, a musiała podjąć próbę uratowania go, gdyż
z  pewnością  w  jego  umyśle  roją  się  teraz  jakieś  niewyobrażalnie
makabryczne  sceny.  Podniosła  stojącą  na  dywanie  świeczkę  i  zgasiła  ją
zwilżonymi wcześniej palcami. Światło wpadające przez szerokie okno było
wystarczające, aby pewnie poruszać się po pomieszczeniu. - Adam, uspokój
się, słuchaj mojego głosu - mówiła błagalnym tonem, cały czas posuwając się
naprzód.

Niestety,  Adam  jej  nie  widział  i  nie  słyszał.  Wiedział  tylko  tyle,  że  musi

wyskoczyć przez okno, żeby uniknąć okrutnej śmierci w ogniu. Po raz ostatni
spojrzał na swoją martwą dziewczynę, klęknął przy niej i złożył pocałunek na

background image

gorącym  czole.  Był  pewien,  że  jak  wyskoczy,  to  prawdopodobnie  złamie
sobie nogę, ale była to cena za życie, którą chętnie zapłaci.

Odwrócił  się  i  z  rozpędu  uderzył  barkiem  w  drewnianą  siatkę  okna.

Wysokość nie była zbyt duża, jednak podczas skoku chłopak zahaczył stopą
o wystający z ramy okiennej kawałek drewna, w wyniku czego przekręcił się
i poszybował głową w dół. Jego swobodny lot trwał mniej niż trzy sekundy.

Uderzył czaszką w kamienną donicę, skręcając sobie kark.
Umarł na miejscu.
Nadia  krzyknęła.  Podbiegła  od  okna  i  ostrożnie  przez  nie  wyjrzała,

trzymając  się  ręką  ramy  okiennej,  żeby  samej  nie  wypaść.  Adam  leżał  na
trotuarze  w  groteskowej  pozycji  i  nie  ruszał  się.  Kąt  nachylenia  głowy  bez
wątpienia wskazywał na uraz kręgosłupa. Chłopak wpatrywał się martwymi
oczami  w  Nadię,  jakby  oskarżając  dziewczynę  o  to,  że  nie  użyła
wystarczająco silnych argumentów, aby go przekonać.

W tym samym czasie na ścianie przy zdjęciu wiszącym w pomieszczeniu

obok pojawiła się kolejna, szósta bruzda.

- Marcin - powiedziała cicho Nadia. Już teraz wiedziała, że Maja zabiła się

sama,  chociaż  unikała  patrzenia  na  zwłoki.  Adam  wyskoczył  przez  okno,
Tymek prawdopodobnie również sam okaleczył się w łazience. Został Marcin
i ona. Musi go znaleźć, nim zabije się tak jak pozostali.

Wybiegła  z  sypialni  i  już  miała  zbiec  schodami  na  dół,  gdy  nagle  się

zatrzymała.  Zobaczyła,  jak  spod  drzwi  prowadzących  do  biblioteki
wydobywa  się  ciężki,  gryzący  dym.  Przypomniała  sobie  swoją  ucieczkę
z  bluźnierczego  pomieszczenia.  Po  drodze  potrąciła  kilka  świec.  Intuicja  jej
mówiła, że Marcin nadal przebywa w bibliotece.

Zaczęła dobijać się do drzwi.

background image

 

Rozdział 18

- Tak, to poniekąd się zgadza - powiedział policjant. - Faktycznie w domu

znaleziono ślady powrotu dziewczyny, tej Mai. Ubrania leżały w kuchni, na
korytarzu  i  na  werandzie.  Mam  już  pewną  teorię,  co  się  stało,  ale  o  tym
później.

Marcin już na niego nie patrzył. Sam fakt, że musiał ponownie wszystko

opowiedzieć  i  wrócić  myślami  do  tego  przeklętego  wieczoru,  był  dla  niego
zbyt  bolesny.  Czuł  się  niewyobrażalnie  skołowany,  tak  bardzo,  że  samo
istnienie  sprawiało  mu  ból.  Już  niech  go  wsadzą  do  tego  więzienia,  chociaż
nie  miał  pojęcia,  dlaczego  mieliby  to  zrobić,  ale  niech  tylko  przestaną  go
przesłuchiwać.  Dodatkowo,  czuł  się  w  jakiś  sposób  winny  wszystkiego,  co
się  wydarzyło.  Bo,  jak  by  nie  było  -  jeżeli  nie  zaprosiłby  do  siebie
znajomych, do niczego by nie doszło.

-  Zbadaliśmy  też  teren  i  okazało  się,  że  zrobiliście  kilka  rund  wokół

domu  -  ciągnął  dalej.  -  Sprawdziliśmy  z  meteorologami  prognozy  pogody
i  nikt  nie  odnotował  mgły,  która  rzekomo  miałaby  się  pojawić  tamtej  nocy,
tak  samo  jak  nie  było  żadnych  prognoz  dotyczących  burzy.  Co  na  to
powiesz? - zapytał ironicznie, unosząc brwi.

Wypuścił  z  ust  papierosowy  dym,  którego  było  już  teraz  tak  dużo,  że

Marcin był w nim ledwo widoczny. Zakaszlał, patrząc na niego z pretensją.
Policjant też ledwo widział przesłuchiwanego.

-  Mgła  była.  Inaczej  byśmy  wyszli  normalnie  i  nie  byłoby  problemu.

Może wasi technicy się mylą - odpowiedział cicho Marcin.

Policjant pochylił się delikatnie nad stołem.
-  Słucham?  Nasi  technicy  się  mylą?  Tak?  No  dobrze,  panie  Marcinie,  to

może opowiesz mi coś na ten temat.

Położył  z  hukiem  na  stole  rewolwer.  Marcin  w  pierwszej  chwili

wyprostował  się  wystraszony,  że  policjant  mu  grozi.  Lecz  broń  leżała  na
boku, skierowana lufą w ścianę.

- No, słucham - powiedział spokojnie policjant. - Co mi powiesz na temat

tej zabawki?

Dopiero  po  paru  chwilach  Marcin  zrozumiał,  że  to  ta  sama  broń,  która

należała do jego wuja. A przynajmniej tak mu się wydawało.

-  To  chyba  pistolet  mojego  wuja  -  odpowiedział  spokojnie,  ostrożnie,

jakby stąpał po polu minowym.

- O, brawo. Od razu wiedziałem, że jesteś kumaty. Tak, to pistolet twojego

wuja,  Antoniego  Mostowskiego.  Jednak  to  nie  jego  odciski  palców
znaleźliśmy na tej broni.

Nie musiał mówić nic więcej. Marcin patrzył zdezorientowany to na broń,

background image

to  na  maglującego  go  funkcjonariusza.  Jego  umysł  uparcie  wypierał  to,  co
niechybnie miało nastąpić.

-  Nie  rozumiem.  Widziałem  broń  w  biurku  przy  tej  wajsze  otwierającej

tajne  pomieszczenie,  ale  nie  brałem  jej  do  ręki  -  powiedział  po  chwili
milczenia, starając się zachować pewny siebie głos.

-  No  właśnie,  my  też  nie  rozumiemy  -  powiedział  o  wiele  spokojniej

policjant. Zbyt spokojnie, jak na gust Marcina. - Wiemy jednak następujące
rzeczy. - Zaczął kłaść na biurku zdjęcia Adama, Tymka, Nadii i Mai. Zdjęcia
rodzinne,  żadne  fotografie  z  miejsca  zbrodni.  -  Wiemy,  że  te  osoby  zostały
uznane za zaginione, ponieważ od ponad dwóch dni nikt nie mógł się z nimi
skontaktować. Niecierpliwi rodzice wskazali nam ostatnie miejsce, w którym
mieli  przebywać.  Ich  telefony  odnaleziono  w  twoim  domu,  część  z  nich
została  rozbita  w  wyniku  uderzenia  jakimś  tępym  narzędziem,  jeden  z  nich
prawdopodobnie  został  rzucony  o  ścianę.  Dodatkowo  w  twoim  domu
znaleziono  też  krew,  na  razie  wiemy  tylko  tyle,  że  należy  do  różnych  osób.
W sypialni pana Mostowskiego znaleziono kuchenny nóż, na którym również
jest sporo krwi. Nasi technicy aktualnie go badają. Ale najdziwniejsze z tego
wszystkiego jest to, że na tym rewolwerze są twoje odciski palców. Brakuje
też czterech pocisków.

Skończył  mówić,  dając  chłopakowi  czas  na  przyswojenie  tych

wiadomości.  Jednak  nieważne  jak  dużo  czasu  dostałby  Marcin,  nigdy  nie
zamierzał  pogodzić  się  z  tym,  co  właśnie  usłyszał.  Czy  on  zamordował
swoich przyjaciół? Dlaczego? Po co? Tysiące myśli latało mu po głowie, ale
dominująca była tylko jedna:

- To niemożliwe - powiedział spokojnie.
-  Pierdolenie  -  zaatakował  funkcjonariusz.  -  Powiesz  mi,  gdzie  ukryłeś

ciała. I powiesz mi to zaraz.

- Nie zabiłem ich, przysięgam - powiedział Marcin wystraszony słowami

policjanta.  Na  myśl  o  tym,  co  próbują  mu  wmówić,  poczuł  straszną
niesprawiedliwość. - Przecież to byli moi przyjaciele - dodał cicho, żałośnie.

Próbował  się  ruszyć.  Szarpnął  rękami,  jednak  były  skrępowane

kajdankami.

-  Co,  przeszkadza  ci  nasza  biżuteria?  -  zapytał  złośliwie  funkcjonariusz.

- Dobrze, możesz sobie chwilę od niej odpocząć.

Wstał i stanął za chłopakiem. Marcin napiął wszystkie mięśnie, gotów na

otrzymanie ciosu. Zamiast tego usłyszał cichy szczęk zamka i po chwili jego
ręce  były  wolne.  Automatycznie  rozsmarował  bolące  nadgarstki.  Wolał  nie
pytać, dlaczego policjant go rozkuł.

Nagle  w  pomieszczeniu  rozległ  się  dzwonek  telefonu.  Funkcjonariusz

sięgnął  do  kieszeni  jeansów  spokojnym  ruchem  i  odebrał.  Powoli  przysunął
aparat do ucha. Cały czas patrzył swoimi przenikliwymi, szarymi oczami na
Marcina.

-  Słucham.  Tak.  Tak.  Czworo,  zgadza  się.  Gdzie?  Dobrze.  -  Zmarszczył

swoje krzaczaste brwi. - Tak, mam to przy sobie. Okej, okej, wiem. Dzięki.

Marcin  poczuł,  jak  jego  ciałem  zaczęły  wstrząsać  dreszcze.  Wiedział,  że

background image

rozmowa  dotyczyła  jego.  Że  coś  się  stało  z  jego  przyjaciółmi,  ktoś  ich
znalazł. Czy żyją? Tego chłopak nie był wcale taki pewien.

Policjant  głęboko  zaciągnął  się  świeżo  odpalonym  papierosem.  Przez

chwilę błądził wzrokiem po sali przesłuchań, ale w końcu, zwilżywszy usta,
zatrzymał wzrok na Marcinie.

- Ty skurwielu - powiedział oskarżycielsko. - Co, spodobała ci się historia

twojego pierdolniętego wujaszka? Zaimponował ci, dewiancie jeden?

Marcin patrzył na niego, nie mogąc wykrztusić z siebie ani jednego słowa.

Przełknął głośno ślinę, czekając na ciąg dalszy.

-  Jak  mogłeś  zastrzelić  całą  czwórkę?  Znaleźliśmy  ciała.  Każde  z  raną

postrzałową w głowie. Najpierw ich zabiłeś, a potem przeciągnąłeś zwłoki do
jeziora.  Co,  naprawdę  myślałeś,  że  ich  tam  nie  znajdziemy?  -  zapytał
wkurzony do granic możliwości policjant.

Marcin  poczuł,  jak  po  jego  policzkach  spływają  łzy.  Chyba  też  zmoczył

się w spodnie, jednak bał się oderwać wzrok od wypowiadającego te bzdury
policjanta.

-  Powiem  ci  jedno,  gościu.  Ja  wcale  nie  jestem  tym  złym  policjantem.

Ja jestem tym dobrym.

Naraz rozległo się walenie do drzwi. Marcin aż podskoczył.
- Ten zły jest tam i jak tu przyjdzie, weźmie cię ostro w obroty. Ale dam ci

szansę.  Osobiście  uważam,  że  kara  śmierci  powinna  zostać  przywrócona,
zwłaszcza dla takich szumowin jak ty.

Marcin w pierwszej chwili nie zrozumiał sensu słów policjanta. W ogóle

nie  rozumiał  już  niczego.  Jak  to  on  zabił  pozostałych?  Przecież  na  własne
oczy  widział,  jak  Tymek  uderza  głową  w  stół  i  wbija  sobie  lustro  prosto
w  mózg.  Jak  mogli  znaleźć  jego  ciało  w  jeziorze,  przecież  musi  być  dalej
w bibliotece.

Lecz  bał  się  wypowiedzieć  te  słowa  na  głos.  Bał  się  powiedzieć

cokolwiek. Tymczasem walenie w drzwi przybierało na sile.

- Aha, jeszcze jedno - powiedział policjant, pociągając nosem jakby miał

katar. Widocznie pomimo lat przepracowanych na służbie, popełniona przez
chłopaka zbrodnia zrobiła na nim niemałe wrażenie. - Nie ja powinienem ci
to  mówić,  ale  mam  w  dupie  twoje  uczucia,  o  ile  jakiekolwiek  posiadasz.
Twoi rodzice nie żyją. Jechali na prostej, pustej drodze. Z prędkością ponad
stu  trzydziestu  kilometrów  na  godzinę  skręcili  gwałtownie  i  wbili  się
w drzewo. Nie mieli szans - zrelacjonował to spokojnie, w taki sposób, aby
tonem wypowiedzi sprawić Marcinowi jeszcze więcej bólu.

-  Słucham?  -  zapytał.  Do  konsternacji,  jaką  odczuwał,  dołączyła  teraz

histeria. - Nie rozumiem.

-  Nie  żyją.  Twoi  rodzice  się  zabili  -  powtórzył  policjant,  wypuszczając

dym z ust. Wstał teraz i powoli okrążał stół. Nagle pochylił się nad Marcinem
i  wyszeptał  mu  prosto  do  ucha.  -  I  wcale  się  im  nie  dziwię.  Na  ich  miejscu
zrobiłbym to samo, mając takiego potwora za syna.

Marcin  poczuł,  jak  jego  dusza  rozpada  się  i  umiera,  niczym  trawiona

śmiertelną  trucizną.  Oddychał  płytko,  szybko,  dostarczając  do  płuc

background image

minimalną  ilość  tlenu.  Wcale  nie  potrzebował  go  więcej.  Przed  oczami
przelatywały mu zdjęcia, sceny z życia. Pokazywały po kolei jego rodziców,
Adama, Maję, Tymka. Wszystkich, których znał i tak bardzo kochał. Którzy
nie żyli. Część z nich podobno z jego winy.

Jedyne,  czego  teraz  pragnął,  to  dołączyć  do  nich  i  naprawić  błędy,  które

rzekomo  popełnił.  Nagle  zrozumiał  podtekst  zawarty  w  wypowiedzi
policjanta. Zrozumiał, dlaczego stoi odwrócony do niego plecami i wpatruje
się  zamyślonym  wzrokiem  w  ścianę.  Zrozumiał,  dlaczego  podarował  mu
namiastkę  wolności,  uwalniając  go  z  kajdanek.  Niczego  więcej  nie
potrzebował.

W momencie, w którym drzwi stanęły otworem, Marcin sięgnął po leżący

przed  nim  rewolwer  i  włożył  jego  zimną  lufę  w  usta.  Psychiczny  ból,  jaki
trawił teraz jego umysł i ciało można było ugasić tylko w jeden sposób. Nie
obchodziło go, jak wyglądał ten drugi, rzekomo zły policjant, który właśnie
miałby  wchodzić  do  pomieszczenia.  Zamierzał  pociągnąć  za  spust
i zakończyć tę farsę.

Jednak  wydarzyło  się  coś,  czego  Marcin  zupełnie  się  nie  spodziewał  -

w  otwartych  drzwiach  nie  pojawił  się  nikt  inny,  tylko  znajoma  mu  Nadia.
Wpatrywała się przerażonym wzrokiem w Marcina, widząc pistolet, którego
lufa  znikała  w  ustach  chłopaka.  Zamarła  w  bezruchu,  bała  się  wykonać
najmniejszy  gest  czy  cokolwiek  powiedzieć.  Dopiero  po  sekundzie  do  jej
twarzy  dotarł  gryzący  dym,  zakrztusiła  się  i  zaczęła  kasłać.  Postawiła
wszystko na jedną kartę, wiedząc, że nie ma zupełnie nic do stracenia, a czas
zaczyna się jej kończyć.

- Marcin, chodź! - krzyknęła, machając ręką w stronę chłopaka.
Siedział jak sparaliżowany, zupełnie nie rozumiejąc, skąd w komisariacie

wzięła  się  Nadia.  Żyła,  a  ponoć  ją  zabił.  Nie  zastanawiał  się  nad  tym  zbyt
długo,  gdyż  policjant  stojący  za  nim  nagle  odwrócił  się  i  wlepił  wzrok
w  otwarte  drzwi.  W  jego  oczach  było  widać  strach  i  dezorientację,  uczucia,
które  mogły  Marcinowi  bardzo  pomóc  w  tak  ważnym  momencie.  Chłopak
zaczął  podejrzewać,  że  policjant  cały  czas  go  okłamywał  -  skoro  Nadia  stoi
przed  nimi,  to  oczywiste,  że  nie  mógł  jej  zabić.  Cały  czas  go  wkręcał,
próbując zrobić z niego kozła ofiarnego.

Wstał więc i rzucił się biegiem w stronę dziewczyny. Policjant ruszył się

pędem za nim, jednak trafił na zamknięte przez Marcina drzwi, dzięki czemu
chłopak zyskał kilka cennych sekund przewagi.

Marcin  wypadł  pędem  na  korytarz  pokryty  starym,  wytartym  linoleum.

W  górze  leniwie  migotały  podłużne  jarzeniówki,  oświetlając  wszystko
mdłym, białym światłem. Nadia najpierw odskoczyła, aby uniknąć zderzenia
z  uciekającym  Marcinem,  ale  po  chwili  ruszyła  tuż  za  nim,  krzycząc  coś,
czego chłopak nie słyszał lub co ignorował, stwierdziwszy, że porozmawiają,
jak tylko znajdzie bezpieczne miejsce.

Jednak  znalazł  się  w  obcym  komisariacie,  biegnąc  przed  siebie  zupełnie

na  ślepo,  nie  mając  pojęcia,  gdzie  może  trafić.  Najważniejsze  to  uciec  jak
najdalej  od  przesłuchującego  go  policjanta,  zebrać  myśli  i  na  spokojnie

background image

zastanowić  się,  co  dalej  zrobić.  Wpadł  przez  pierwsze  otwarte  drzwi,
zatrzymując  się  na  metalowej  szafie  zawierającej  zapewne  jakąś  tajną,
kryminalną dokumentację, przez co boleśnie obił sobie żebra.

-  Szybko,  dawaj!  -  Wystawił  głowę  przez  otwarte  drzwi  i  krzyknął  do

Nadii, która na szczęście była całkiem blisko. Widział, jak zza niej wychyla
się  policjant,  cały  czerwony  ze  złości.  Trzymał  służbowy  pistolet,  a  jego
wzrok mówił, że nie będzie się specjalnie długo wahał czy go użyć.

Nadia  nie  wiedziała,  jak  powinna  zrozumieć  zachowanie  Marcina.

Najpierw  siedział  z  rewolwerem  w  ustach,  następnie  wybiegł  na  korytarz
i wbiegł do swojego pokoju, dodatkowo zachowując się, jakby trafił do niego
pierwszy  raz,  czego  dowodem  było  bolesne  spotkanie  z  drewnianą  komodą.
Nie  była  pewna,  czy  może  mu  zaufać  i  czy  powinna  za  nim  iść,  niemniej
czuła, że musi mu pomóc.

- Chodź! - krzyczał Marcin, ponaglając dziewczynę.
Nagle  Nadia  zatrzymała  się,  ponownie  kaszląc  z  powodu  drażniącego  jej

płuca dymu.

-  Nie,  Marcin,  wyjdź  stamtąd!  -  krzyknęła  błagalnie.  -  Przecież  musimy

uciekać, pali się!

Marcin  nie  mógł  na  nią  dłużej  czekać,  zwłaszcza  że  policjant  był  coraz

bliżej. Zatrzasnął drzwi, odcinając się zarówno od niego, jak i od niej. Poza
tym, zupełnie nie rozumiał sensu słów dziewczyny. Co się pali?

Tymczasem w drzwi uderzył policjant.
- Otwieraj! - krzyknął.
- Okłamałeś mnie! Nadia żyje! - wydarł się Marcin.
- Marcin, wiem, że jesteś w szoku, ale ona nie żyje. Jej zwłoki wyłowiono

przed  dwudziestoma  minutami  z  jeziora  -  powiedział  funkcjonariusz
spokojnym,  mentorskim  tonem.  Jednak  Marcin  nie  zamierzał  się  z  tym
zgadzać:

-  Nadia  żyje,  nie  zabiłem  jej!  -  wykrzyczał  ponownie  zza  zamkniętych

drzwi.  Cały  czas  ściskał  w  dłoniach  odbezpieczony  rewolwer,  wahając  się
w którą stronę powinien skierować jego lufę.

Słysząc  swoje  imię  w  tak  makabrycznym  kontekście,  Nadia  aż  zadrżała.

Nie  wiedziała,  z  kim  Marcin  rozmawia,  jednak  wiedziała,  że  jeżeli  ma  mu
pomóc, to musi się spieszyć.

-  Zabiłeś  ją,  jak  i  całą  resztę  -  powiedział  spokojnym  głosem  policjant.

-  Może  teraz  prześladuje  cię  jej  duch?  A  Adama,  Mai  i  Tymoteusza  nie
widzisz?

-  Nikogo  nie  zabiłem…  -  wyszeptał  chłopak.  -  Nikogo  nie  zabiłem…

Przecież ona stoi za tobą!

Nastąpiła chwila ciszy, która wydała się Marcinowi wiecznością.
-  Marcin  -  powiedział  w  końcu  policjant.  -  Nikogo  przy  mnie  nie  ma,

a uwierz mi, za kilka sekund będzie tu połowa komisariatu. Wejdziemy tam,
odbierzemy  ci  broń,  a  ty  spędzisz  resztę  życia  za  zimnymi,  stalowymi
kratami.

Jednak chłopak nie chciał w to uwierzyć.

background image

- Nadia, powiedz mu coś, no! Ej, Nadia! - krzyczał, starając się zwrócić na

siebie uwagę dziewczyny.

Jednak  ona  nie  odpowiadała.  Czyżby  policjant  miał  rację?  -  zwątpił

Marcin.

W  tym  momencie  płomienie  wystrzeliły  z  biblioteki,  błyskawicznie

przeskakując  na  korytarz.  I  wtedy  Nadia  zaczęła  walić  rękami  w  drzwi,
krzycząc  i  prosząc,  aby  Marcin  je  otworzył.  Wiedziała,  jak  mało  ma  czasu,
i  wiedziała,  że  lada  chwila  będzie  musiała  podjąć  ekstremalnie  ważną
decyzję - czy uciekać i zostawić Marcina samego, czy próbować mu pomóc
za  wszelką  cenę,  co  może  przypłacić  życiem.  Spróbowała  wyważyć  drzwi
barkiem.

Chłopak  jej  nie  słyszał.  Zamiast  tego  słyszał,  jak  do  małego

pomieszczenia dobija się policjant, przeklinając Marcina i drzwi, za którymi
się  zabarykadował.  Wystraszony,  cały  czas  tkwił  z  lufą  rewolweru
przyłożoną  drżącą  ręką  do  własnej  skroni,  zagłębiając  się  coraz  bardziej
w mroczne czeluści własnego, skołowanego umysłu.

To  niemożliwe  -  myślał  Marcin.  Jezu,  ja  naprawdę  ich  zabiłem.  Może

więzienie nie jest takie do końca złe? Skoro tutaj widzę duszę Nadii, to może
tam  również  będę  ją  widział?  A  może  będą  się  na  mnie  mścić  za  to,  że  ich
zamordowałem?

W ostatniej sekundzie swojego życia Marcin pomyślał tylko tyle, że musi

się spieszyć z decyzją, aby tamten nie zdążył mu przerwać.

I  w  tym  momencie  zawiasy  ustąpiły,  a  drzwi  pomieszczenia  stanęły

otworem.

Marcin  pociągnął  za  spust.  Kula  przeszła  przez  jego  głowę,  zatrzymując

się w suficie kilka metrów dalej.

background image

 

Rozdział 19

Słysząc  huk  wystrzału,  Nadia  mimowolnie  skuliła  się  i  schowała  głowę

w ramionach. Bała się, że kula była przeznaczona dla niej.

Jednak  żyła.  Przez  gęsty  dym  wtłaczany  do  pomieszczenia  dostrzegła

siedzącego na podłodze Marcina. W prawej dłoni spoczywał ciężki, srebrny
rewolwer.  Głowa  chłopaka  była  skierowana  ku  górze,  jakby  wpatrywał  się
z  otwartymi  ustami  w  coś  niesamowicie  fascynującego,  co  dostrzegł  na
suficie. Jego otwarte oczy jednak niczego już nie widziały.

Nadia  zrozumiała,  że  się  spóźniła.  Kiedy  uświadomiła  sobie,  że  została

sama, a wszystkie osoby, z którymi była, popełniły samobójstwo, złapała się
za brzuch i osunęła się na podłogę biblioteki. Ponownie zakasłała, krztusząc
się  ciężkim,  gryzącym  dymem.  Z  trudem  wyczołgała  się  z  pomieszczenia
i kiedy dotarła do schodów, zwymiotowała ciężką, czarną breję, która tkwiła
jej w żołądku i przełyku.

Sekundę  później  przekręciła  się  na  bok  i  bez  sił  opadła  na  podłogę

korytarza.  Nie  obchodził  jej  pożar.  Nie  obchodziło  jej  już  nic,  co  działo  się
wokół.  Wszystko  było  nieważne  nieistotne  i  odległe.  Dziewczyna  widziała
ciało Mai leżące kilka metrów dalej.

Nagle rozległ się alarm pożarowy. Nadia przypuszczała, że tym razem to

nie  były  zwidy.  Czuła  gryzący  dym  wydobywający  się  z  pomieszczenia  za
nią.  Wiedziała,  że  dom  się  pali.  Lecz  czy  Adam  nie  widział  i  nie  czuł  tego
samego, zapytała się w myślach.

Była to ostatnia refleksja, jaka przetoczyła się przez jej umęczony umysł,

zanim dziewczyna straciła przytomność.

Ostra,  gryząca  woń  alkoholu  przebiła  się  do  jej  nozdrzy.  Nadia  poczuła

znajomy  zapach  wody  po  goleniu  i  z  trudem  uniosła  głowę.  Zobaczyła
stojącego  na  schodach  swojego  dziadka.  Był  ubrany  tak,  jak  zwykł  ubierać
się za życia - w workowate, niebieskie spodnie, na górę założył ciepły sweter,
na  który  zarzucił  jeszcze  grubą,  góralską  kamizelkę  z  prawdziwej,  owczej
wełny.  Z  jego  okrągłej  twarzy  biły  spokój,  ciepło  i  zrozumienie.  Nadzieja.
Uśmiechnął  się  kojąco  do  dziewczyny,  wyciągając  do  niej  swoją  pulchną,
starczą dłoń. Dziewczyna nie odczuwała lęku. Czy umieram? - zastanawiała
się. Pewnie tak. Dlatego przyszedł po nią dziadek.

- Wstawaj, wnusiu - powiedział, nie otwierając ust. Dźwięk rozchodził się

w głowie dziewczyny.

Nadia, zebrawszy w sobie resztki sił, posłusznie złapała wyciągniętą dłoń.

Podniosła  się,  jednocześnie  opierając  ciężar  ciała  na  barierce.  Uśmiechnęła
się do dziadka i już chciała mu podziękować, ale okazało się, że nikogo przed
nią nie było.

background image

Nie  zastanawiając  się  zbyt  długo,  ruszyła  w  dół  schodami.  Wiedziała,  że

nie ma szans na ugaszenie pożaru, może tylko uciec z domu i modlić się, aby
udało się jej przebić przez przeklętą mgłę. Nie miała już kogo ratować, więc
skierowała  się  prosto  do  wyjścia,  łapiąc  po  drodze  tylko  swój  wiszący  na
wieszaku płaszcz.

Wybiegła  na  zewnątrz.  Pierwszą  rzeczą,  jaką  zauważyła,  był  brak  mgły

czy burzy, których tak panicznie się bała, chociaż w tym momencie było jej
już wszystko jedno - ruszyłaby w nie bez wahania, byle dalej od domu. Teren
był  pusty,  las  wydawał  się  dziwnie  spokojny.  Po  kilkudziesięciu  metrach
szalonego biegu zatrzymała się i odwróciła.

Płomienie trawiły już teraz cały dach budowli i większą część pierwszego

piętra.  Widać  było,  że  za  chwilę  budynek  runie,  grzebiąc  w  swoich
zgliszczach ciała zmarłych. Zachłanne jęzory ognia łapczywie sięgały nieba,
jakby  chciały  na  nie  przeskoczyć  i  zarazić  swoim  żarem.  Ciepła  poświata
rozświetlała  najbliższe  otoczenie  i  drzewa,  odbijając  się  również  w  równej,
spokojnej tafli śpiącego jeziora.

Nadia  nie  wiedziała,  co  powinna  zrobić,  jednak  czuła,  że  jest  już

bezpieczna.  Zagrożenie  minęło.  Śmierć  zebrała  swoje  żniwo,  cudownym
zrządzeniem losu pozostawiając ją w spokoju.

Nagle z domu wyszedł Marcin. Szedł dziwnie spokojnie, stawiając powoli

krok  za  krokiem.  Podekscytowana  i  zarazem  zdezorientowana  dziewczyna
ruszyła w jego stronę, w myślach przeklinając się, że wcześniej nie podeszła
i  nie  upewniła  się,  że  chłopak  nie  żyje.  Marcin  jednak  ledwie  obdarzył  ją
leniwym  spojrzeniem  i  bez  żadnego  komentarza  skręcił  ścieżką  w  prawo.
Gdy  odwrócił  się  plecami  do  Nadii,  zobaczyła  olbrzymią  dziurę  ziejącą
z  boku  jego  czaszki.  Zatrzymała  się  przerażona  i  przyłożyła  dłonie  do
otwartych ust. Zrozumiała, że nie widzi teraz Marcina, tylko jego umęczoną,
zdezorientowaną  duszę.  Nie  było  jej  dane  długo  się  zastanawiać,  gdyż  po
chwili z walącego się domu wyszedł Tymek. Odłamki lustra tkwiły głęboko
zatopione  w  jego  głowie,  jednak  chłopak  szedł  pewnie,  jakby  nie
potrzebował  już  oczu  do  orientowania  się  w  terenie.  Tuż  za  nim  szła
okaleczona  naga  Maja.  Żadne  z  nich  nie  spojrzało  w  stronę  Nadii,  która
widziała ich doskonale.

Po  chwili  do  idącej  trójki  dołączył  nienaturalnie  powykręcany,

przypominający  popsutego  pajaca  duch  Adama.  Zebrawszy  się  w  grupę,
ruszyli w stronę jeziora.

Nadia  stała  jak  sparaliżowana,  nie  rozumiejąc,  czego  właśnie  była

świadkiem.  Wiedziała  tylko,  że  musi  iść  za  nimi  i  przekonać  się,  dokąd  ją
zaprowadzą.  Trzymała  się  bezpiecznie  daleko  z  tyłu,  jednak  nie  tracąc
żadnego  z  nich  z  oczu.  Po  chwili  marszu  dotarli  nad  jezioro.  Ogień  pożerał
dom w akompaniamencie trzaskających krokwi. Nadia, wystraszona hukiem,
skierowała wzrok w jego stronę i aż krzyknęła, gdy zobaczyła, że zbliżają się
do  niej  dwie  kolejne  osoby.  W  pierwszej  chwili  ich  nie  rozpoznała,  jednak
szybko  sobie  przypomniała,  że  już  raz  ich  widziała,  co  prawda  tylko  przez
chwilę,  jednak  była  pewna,  że  to  nikt  inny,  jak  tylko  rodzice  Marcina,

background image

chociaż precyzyjniej byłoby powiedzieć - ich dusze.

Duchy  przeszły  obok  Nadii,  zupełnie  nie  zwracając  na  nią  uwagi.

Po  chwili  spokojnego  marszu  nad  jeziorem  było  już  sześć  umęczonych,
zdezorientowanych  bytów.  Nagle  Marcin  odwrócił  się  i  spojrzał  prosto  na
dziewczynę.  W  jego  wzroku  było  widać  ból  i  cierpienie,  zawód,  jaki
towarzyszy  osobie,  która  uświadamia  sobie,  że  popełniła  niewyobrażalny
błąd, którego nie da się w żaden sposób naprawić.

Nadia  próbowała  zrozumieć,  jakoś  zinterpretować  to  spojrzenie,  jednak

Marcin odwrócił wzrok. Trzymając za ręce swoich rodziców, wszedł powoli
do  jeziora.  Tafla  wody  nawet  nie  drgnęła.  Następnie  w  ciemnej  otchłani
zagłębiła  się  Maja  z  Adamem,  a  na  końcu  Tymek,  który  nie  uraczył  Nadii
nawet skinieniem głowy.

Jedyna  żywa  osoba  pozostała  sama,  lecz  nie  na  długo.  Kiedy  sześć  dusz

wkroczyło do jeziora, dwie inne wyszły na brzeg.

Z ciemnej tafli wynurzyła się młoda, piękna dziewczyna ubrana w czarną,

długą suknię. Tuż obok niej wyszedł mężczyzna w podeszłym wieku. Oboje
byli duchami, Nadia stwierdziła to bez cienia wątpliwości. Mężczyzna stanął
na  brzegu  i  wziął  w  swoje  ręce  szczupłą  dłoń  dziewczyny.  Rozmawiali
o czymś przez chwilę. Następnie dziewczyna zarzuciła swoje długie, smukłe
ręce na szyję mężczyzny, przytulając się doń całym swoim drobnym ciałem.
Dopiero  teraz  Nadia  rozpoznała  w  nim  postać  Antoniego  Mostowskiego.
Dziewczyną,  która  stała  obok,  była  pięknością  ze  zdjęcia,  które  wisiało
w  tajnym  pomieszczeniu  wybudowanym  przez  niego.  Stojące  na  brzegu
jeziora  dusze  pocałowały  się.  Następnie,  przeciągając  ten  moment  możliwie
jak  najdłużej,  dziewczyna  w  czarnej  sukni  oddaliła  się  i  ruszyła  w  stronę
znajdującego  się  w  pobliżu  lasu.  Mężczyzna  odprowadzał  ją  wzrokiem,  aż
zupełnie zniknęła między drzewami.

Nadia stała tylko i przyglądała się wszystkiemu z nieukrywaną fascynacją

i dojmującym uczuciem grozy. Serce biło w jej piersi jak oszalałe i szczerze
wątpiła,  aby  kiedykolwiek  nastał  dzień,  w  którym  zwolni  swój  bieg.  Działy
się  przed  jej  oczami  rzeczy,  których  nigdy  nie  będzie  potrafiła  wyjaśnić  ani
zrozumieć.  Rzeczy,  które  do  końca  życia  będą  ją  prześladować,  budząc  ją
w środku nocy zlaną zimnym potem.

Wtedy  jej  wzrok  spotkał  się  ze  wzrokiem  starszego  mężczyzny,  który

pozostał na brzegu jeziora. Ruszył w jej kierunku spokojnym krokiem. Nadia
stała,  sparaliżowana  strachem,  jednak  jakaś  część  jej  umysłu  podpowiadała,
że  nie  ma  się  czego  obawiać,  że  rytuał  został  zakończony  i  już  nic  jej  nie
grozi.  Co  wcale  nie  oznaczało,  że  mogła  przestać  się  bać.  W  końcu
mężczyzna stanął przez Nadią.

-  Wiem,  jak  trudno  ci  w  to  wszystko  uwierzyć

  -

  powiedział  spokojnym

głosem, który dobiegał zarówno z jego ust, jak i z tyłu głowy dziewczyny.

Nadia  przełknęła  głośno  ślinę,  bojąc  się  wykonać  jakikolwiek  ruch.

Jednak otworzyła usta i wypowiedziała tylko jedno, krótkie słowo:

- Dlaczego?
Duch  mężczyzny  mignął,  na  chwilę  zupełnie  znikając,  ale  po  sekundzie

background image

pojawił  się  ponownie.  Jak  kanał  telewizyjny,  z  którym  traci  się  łączność
z powodu niestabilnej anteny.

-  Mam  niewiele  czasu.  I  chyba  nic  nie  stoi  na  przeszkodzie,  aby

powiedział ci, co tu zaszło

.

 Ktoś powinien wiedzieć.

Nadia stała i w milczeniu czekała na dalszy ciąg wyjaśnień.
-  Dziewczyna,  którą  widziałaś  ze  mną,  była  kiedyś  moją  narzeczoną  -

powiedział,  a  przez  jego  głos  przebijała  miłość.  -  Nasze  życie  było  pełne
radości,  jednak  ona  często  stawała  się  smutna.  Nic  nie  potrafiłem  na  to
poradzić. Próbowałem wszystkiego byle przywrócić jej dawną radość życia.
Na próżno. Nie pomagali ani lekarze, ani wyjazdy do egzotycznych krajów.
W  końcu  nadeszło  nieuniknione  -  targnęła  się  na  swoje  życie,  a  ja  byłem
pewien,  że  zrobiła  to  z  mojego  powodu.  Chociaż,  patrząc  z  perspektywy
czasu,  jej  intencja  samobójstwa  nie  była  dla  mnie  aż  tak  istotna.  Widzisz,
jestem  osobą  bardzo  wierzącą.  Teraz  już  z  pewnością  mogę  powiedzieć,
co  zresztą  sama  rozumiesz,  że  jest  coś  więcej.  Istnieje  niebo.  A  jeżeli  jest
niebo, istnieje również i piekło.

Antoni  Mostowski  spuścił  umartwiony  wzrok  w  ziemię  i  westchnął

ciężko. Nadia milczała, uważnie słuchając jego słów.

- Teraz to wiem na pewno - ciągnął dalej. - Jak już powiedziałem, jestem,

a właściwie byłem, osobą wierzącą. Wiedziałem, że po samobójczej śmierci
ciało grzesznika trafia prosto do piekła, gdzie czekają na nie wieczne katusze.
Zważywszy na okoliczności śmierci mojej narzeczonej, nie mogłem się na to
zgodzić.  Dlatego  też  poświęciłem  całe  życie,  aby  nawiązać  kontakt…  I  jak
słusznie zauważyłaś, udało mi się to. Wiem, jak niestosownie to zabrzmi, ale
dogadałem się z istotą, której imienia boję się wymawiać. Dobiliśmy czegoś
w  rodzaju  targu.  Zaproponował  siedem  dusz  samobójców,  w  zamian  za
uwolnienie  tej  jednej,  dla  mnie  najważniejszej.  Czemu  siedem?  W  to  nie
wnikałem. Przystałem na to.

Nadia  poczuła,  jak  kręci  się  jej  w  głowie.  Migrenowy  ból  rozsadzał  jej

czaszkę, jednak wiedziała, że musi stać i słuchać dalej. Zwilżyła suche usta,
odzywając się po raz drugi:

- Zeszło tam sześć… dusz - powiedziała.
Duch pana Mostowskiego smutno się uśmiechnął.
- Tak, wiem.
Ruszył z powrotem w stronę ciemnej ściany jeziora.
Nadia  patrzyła  za  nim  do  momentu,  aż  zagłębił  się  w  mrocznych,

zachłannych wodach.

Dopiero  wtedy,  pierwszy  raz  od  kilkunastu  godzin  poczuła,  że  jest

zupełnie sama. Nie było przy niej nikogo zarówno żywego, jak i martwego.
Wszystkie dusze poszły do miejsca, jakie było im przeznaczone.

Oparła  się  plecami  o  wiekowy  dąb,  osunęła  się  na  ziemię  i  cicho

zapłakała.

 

KONIEC

background image

 

background image

Spis treści

Redakcja
Dedykacja
Od autora
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19


Document Outline