background image

 

 

 
 
 
 
 
 
 

            

Lilian Darcy 

 
 
 
 
 
 
 

 

 
 
 
   Isabelle, Isabelle...

background image

 

RS

background image

 

ROZDZIAŁ  PIERWSZY

 

-  A zatem przyjechałaś tutaj w zaszczytnym celu pogodzenia 

od dawna zwaśnionych rodzin Ransanów i Bonnetów? 

-  Tak - odparła krótko Isabelle Bonnet. 

W głosie siedzącej naprzeciw niej starszej pani wyczuła lekko 

ironiczny ton.

 

-  Wy, młodzi, jesteście takimi optymistami! - westchnęła 

Claire Oudot, sięgając po filiżankę z kawą. - Cudownie jest obco- 
wać z takimi ludźmi, to bardzo krzepiące. 

-  Nie wygląda pani na osobę, która wymaga pokrzepienia - za- 

uważyła wesoło Isabelle. 

Pani Oudot, mimo że liczyła sobie siedemdziesiąt lat, trzymała 

się doskonale. Była mocno umalowana, a siwe włosy o pięknym, 
srebrnym odcieniu, którego mogła jej pozazdrościć niejedna platy- 
nowa blondynka, miała starannie uczesane. Błysk zaciekawienia 
w jej w oczach świadczył, że jest osobą pełną wigoru i życia, i nie 
waha się czynnie w nim uczestniczyć.

 

-  Po prostu staram się nie myśleć o dolegliwościach swojego 

wieku, nie jęczeć, nie skarżyć się i nie narzekać. To jedyny sposób, 
żeby nie zrażać do siebie ludzi i móc z sobą wytrzymać. Wiecznie 
skrzywioną twarz to nie jest dobra metoda.

 

Isabelle polubiła ją od pierwszego wejrzenia, co było o tyle 

korzystne, że zamierzała - na czas na razie nieokreślony - wynająć 
pokój w jej domu.

 

Siedziały teraz w salonie przy kawie i croissantach, i Isabelle po 

raz pierwszy od przyjazdu poczuła wreszcie, że naprawdę jest we 
Francji. Sprzyjał temu zarówno francuski język, w którym toczyła

 

background image

 

 

 

się rozmowa, jak i ogólna atmosfera domu, w którym się znajdo- 
wała.

 

Wystarczyło wyjrzeć przez okno, żeby zobaczyć Loque, płynącą 

leniwie w blasku porannego, jesiennego słońca. Miasteczko Vesan- 
ceau leżało nad samą rzeką; wysokie, stare domy z kamienia prze- 
glądały się w jej wodach. Isabelle uśmiechnęła się do siebie. Nare- 
szcie tu jest.

 

-  Podróż, jak widzę, zbytnio cię nie zmęczyła

 

Claire Oudot spojrzała na nią z aprobatą. Widać było, że ceni 

sobie osoby aktywne i energiczne.

 

-  Nie, absolutnie nie. Chociaż to nawet dziwne, powinnam być 

wykończona... 

-  Ile to właściwie trwało godzin? 
-  Nie mam pojęcia, ale strasznie długo. Leci się i leci. 
-  Kiedy zaczynasz pracę w szpitalu? 
-  Jutro. Mam nadzieję, że przez pierwszych kilka dni będą mi 

wszystko pokazywać, żebym się mogła zorientować, co i jak. 

-  Już jutro? 
-  Lubię od razu przystępować do rzeczy! 

Isabelle uśmiechnęła się szeroko, pokazując białe zęby.

 

-  Zupełnie jak twoja matka, też taka była - stwierdziła pani 

Oudot i widać było, że traktuje to jako komplement. - A teraz 
usiądź spokojnie i powiedz mi, co u niej słychać. Czy ona wie, po 
co tu przyjechałaś? Wprowadziłaś ją w szczegóły swojej misji? 

-  Mojej misji? Ma pani na myśli te śmieszne nieporozumienia 

między tatą i jego kuzynem? 

Claire uniosła brwi.

 

-  Jesteś pewna, że to są „śmieszne nieporozumienia"? 
-  Nie rozmawiać ze sobą przez trzydzieści pięć lat tylko dlate- 

go, że mama zerwała z nim zaręczyny i wyjechała z moim ojcem 
do Kanady! Zresztą kuzyn Francois sam też się potem ożenił! Nie 
umarł z miłości, kiedy mu złamała serce! 

RS

background image

 

 

-  Tak ci to wszystko przedstawiono...

 

Claire Oudot powiedziała to tak cicho, że Isabelle ledwo zrozu- 

miała jej słowa.

 

-  A może umarł z tego powodu? To byłoby... 
-  Nie! Oczywiście, że nie! Francois ożenił siei ma wspaniałego 

syna, który jest lekarzem. Na pewno wkrótce go poznasz. 

-  Mam nadzieję! W przeciwnym razie nie mogłabym wypełnić 

swojej pokojowej misji. Kiedy się dowiedziałam, że jest specjalistą 
chorób płucnych, uznałam to za szczęśliwy zbieg okoliczności, bo 
sama przez ostatnie trzy lata pracowałam na oddziale pneumologii. 
Ciekawe, co on o tym wszystkim sądzi i kiedy się dowiedział. Czy 
wie od dawna, czy tak jak ja, usłyszał o tym dopiero przypadkiem. 
Pewnie cała ta sprawa wydaje mu się równie niepoważna jak mnie! 

Claire spoważniała.

 

-  Zbyt szybko wyciągasz wnioski. Jesteś bardzo porywcza i im- 

pulsywna, moja droga. Zawsze działasz tak pochopnie?

 

Isabelle przecząco pokręciła głową.

 

-  Trudno powiedzieć, żebym pochopnie postąpiła w tej spra- 

wie. Przygotowywałam się do przyjazdu przez cały rok, a proszę 
mi wierzyć, że nie było mi łatwo i miałam sporo powodów, żeby 
się zniechęcić.

 

Starsza pani przechyliła uczesaną starannie głowę i spojrzała na 

swą rozmówczynię spod oka.

 

-  A teraz, kiedy już po dojrzałym namyśle zjawiłaś się tu, co 

zamierzasz zrobić? Jak chcesz przeprowadzić akcję pojednania? 
Będziesz prowadzić rozmowy pokojowe w czasie porannego ob- 
chodu? A może po prostu do niego zadzwonisz i wyjaśnisz, w ja- 
kim celu przyjechałaś, i poczekasz na odpowiedź? 

-  Myślałam właśnie o czymś takim, proszę tylko tak o tym nie 

mówić. Mam wrażenie, że pani ze mnie kpi. To nieładnie. 

Pani Oudot zamachała rękami w powietrzu i zrobiła skruszoną 

minę.

 

RS

background image

 

 

 

-  Masz rację, nie powinnam, ale... - starannie wygładziła ele- 

gancką, jasnobłękitną spódnicę - nie mogę pozwolić, żebyś z całym 
swoim młodzieńczym entuzjazmem i ogromem dobrej woli naty- 
chmiast zrobiła sobie wroga z pewnego czarującego, bardzo warto- 
ściowego człowieka, rozdrapując stare rany. 

-  Wroga? Ma pani na myśli Jacques'a Ransana? 
-  Tak, myślałam o nim i sądzę... 
-  Jest pani pewna, że tak właśnie zareaguje? Przecież on należy 

do zupełnie innego pokolenia, jest człowiekiem wykształconym, 
wybitnym specjalistą, lekarzem... Przecież ktoś taki nie może żyć 
przesądami! Ale co pani w takim razie proponuje? Mam do niego 
nie dzwonić, ale po prostu iść jutro do szpitala jakby nigdy nic, 
i kiedy go spotkam, nic mu nie mówić? 

Pani Oudot skinęła głową.

 

-  Tak. O to mi właśnie chodzi. 
-  Ale to przecież niweczy wszystkie moje plany! Przyjechałam 

tutaj w konkretnym celu. 

-  Proszę cię tylko o zachowanie cierpliwości; musisz poczekać 

na właściwy moment. 

-  To... bardzo deprymujące. Jestem... rozczarowana. Nie zno- 

szę uników. 

Pani Oudot wyprostowała się z godnością.

 

-  Kto mówi o unikach? - rzekła z niesmakiem. - Chodzi o wy- 

czucie sytuacji. Wybacz, ale jesteś nieco zbyt bezpośrednia. Wiem, 
że w Ameryce ludzie właśnie tacy są, szczerzy i otwarci, to bardzo 
piękne i godne pochwały, ale my tutaj we Francji, zwłaszcza kobie- 
ty, nie mówimy tak wprost o wszystkim. Mamy swoje sekrety, 
nawet ja sama... Ale teraz to bez znaczenia. Bardzo cię proszę, 
zapomnij na chwilę o tej swojej amerykańskiej otwartości.

 

Isabelle skrzywiła się lekko.

 

-  To nie będzie łatwe. Jestem Amerykanką, a ściślej Kanadyjką, 

i nie mogę tak od razu przerzucić się na francuski sposób myślenia.

 

RS

background image

 

 

 

Zresztą nie sądzę, żeby szczerość czy uczciwość to były cechy 
narodowe. Myślę raczej, że taki czy inny sposób zachowania zależy 
po prostu od osoby.

 

Zawsze taka była. Otwarta, szczera, impulsywna, bezkompro- 

misowa. I nie uważała tego za „amerykańskie" cechy.

 

Nigdy nie lubiła tak zwanych „kobiecych sztuczek", które naj- 

wyraźniej były mocną stroną pani Oudot. Claire była Francuzką 
w każdym calu; miała to wszystko, czego braku Isabelle nigdy nie 
odczuwała. Isabelle Bonnet, mimo swych francuskich paranteli, 
była osobą spontaniczną i nie znosiła intryg.

 

Niepokój, jaki dostrzegła w oczach starszej pani, zwrócił jednak 

jej uwagę. Może o czymś powinna wiedzieć?

 

-  Jest dużo racji w tym, co mówisz. - Pani Oudot zacisnęła 

drobne, pomarszczone dłonie, a potem położyła je spokojnie na 
stole. - A jednak gdzie diabeł nie może... - rzekła sentencjonalnie, 
dla większego efektu przechodząc na angielski, co tylko podkreśliło 
sztuczność jej wypowiedzi - tam wiesz kogo pośle. Bardzo cię 
proszę, zrób przysługę starej kobiecie i poczekaj trochę. Weź pod 
uwagę fakt, że sprawy... mogą się trochę... skomplikować. Tutaj 
potrzeba nieco więcej sprytu. 

-  Nigdy nie byłam sprytna i muszę przyznać, że nigdy mi na 

tym nie zależało - oznajmiła Isabelle tonem, w którym zabrzmiało 
powątpiewanie i potępienie. 

Claire Oudot przez chwilę milczała, jakby straciła nadzieję na 

to, że uda jej się przekonać młodą kobietę. Potem nagle klasnęła 
w ręce i zwróciła się do niej z nową energią:

 

-  Bardzo cię proszę, Isabelle, obiecaj mi, że na razie nic mu nie 

powiesz. Tylko tyle. Przyrzeknij, że na razie nie powiesz doktorowi 
Ransanowi, kim jesteś. O to jedno cię proszę.

 

Była tak podniecona i patrzyła na Isabelle tak błagalnie, że 

dziewczyna ustąpiła.

 

-  Dobrze, przyrzekam. Na razie nic mu nie powiem.

 

RS

background image

 

 

 

Starsza pani uspokoiła się nieco, tak jakby słowa Isabelle przy- 

niosły jej ulgę, zażegnując na jakiś czas niebezpieczeństwo.

 

-  Obiecaj, że kiedy się zdecydujesz wyjawić mu prawdę, uprze- 

dzisz mnie o tym - dodała opanowanym głosem. 

-  Dobrze, przyrzekam, skoro tak bardzo pani na tym zależy. 
-  Sama się przekonasz, że miałam rację, kochanie. Przekonasz 

się, i to wkrótce. - Pani Oudot uśmiechnęła się filuternie i ode- 
tchnęła z ulgą. 

-  Nie wątpię. Jaki on jest? Zna go pani dobrze? 
Twarz Claire rozjaśniła się w okamgnieniu.

 

-  Znam go, chociaż nie tak dobrze i dokładnie, jak on zna mnie. 

To znaczy niektóre części mojego ciała. Jestem jego pacjentką.

 

W tym miejscu rozpoczęła się mowa pochwalna na cześć dokto- 

ra Ransana, trwająca około kwadransa. Isabelle słuchała w przeko- 
naniu, że Jacques Ransan nie może być człowiekiem z krwi i kości, 
tylko kamiennym monumentem zastygłym w uroczystej pozie, jak 
święci na fasadzie kościoła św. Pawła, który w swoim czasie za- 
szczycił miasteczko Vesanceau swą niezwykłą obecnością.

 

Doktor Ransan jest ósmym cudem świata. Takich lekarzy rzadko 

się spotyka. Jest mądry i miły, a do tego niezwykle cierpliwy, 
a przecież wszyscy wiemy, jak pacjenci potrafią marudzić. Zwłasz- 
cza ci starsi.

 

-  Wiem coś o tym, sama jestem stara i marudna - podsumowa- 

ła pani Oudot - ale on zawsze każdego wysłucha. A jakim jest 
wspaniałym synem! Rodzice są z niego tacy dumni! Będzie z niego 
cudowny  mąż.  Ma  już  trzydzieści  cztery  lata  i  jeszcze  sienie 
ożenił, 
i to wcale nie dlatego, że w naszym mieście nie ma chętnych 
panien...

 

Oczywiście do tego wszystkiego jest jeszcze piękny jak Apollo, 

pomyślała Isabelle.

 

Gdyby nie to, że osoba kuzyna - a konkretnie: wnuka brata jej 

własnej babki - bardzo ją ciekawiła, pean na jego cześć wywołałby

 

RS

background image

 

odwrotny skutek od zamierzonego. Nadmiar pochwał może kogoś 
mniej odpornego zemdlić. Isabelle jednak wiedziała, że tak czy 
owak, nie bacząc na to, co pani Oudot mówi o człowieku, którego 
niedługo spotka, i tak musi wyrobić sobie o nim własną opinię. 
Isabelle zawsze tak postępowała, bez względu na to, czy było to 
„amerykańskie", czy po prostu „ludzkie".

 

Dziwne tylko, dlaczego ten wzór wszelkich cnót jest tak trudny 

w obcowaniu? Dlaczego, żeby go sobie przed czasem nie zrazić, 
trzeba się uciekać do sztuczek i podstępów?

 

Ciekawe, jak wygląda. Na pewno ma ciemne włosy, jest wysoki 

i ma szczupłą sylwetkę, wymarzoną dla włoskich garniturów. 
I oczywiście jest bardzo pewny siebie; Claire Oudot tego nie do- 
strzega, bo sympatia nie pozwala jej być obiektywną. Pewny siebie 
i arogancki... Porywczy? Nie, raczej, chłodny i opanowany, z po- 
czuciem wyższości i lekko ironicznym uśmiechem.

 

Tak, coś w tym rodzaju.

 

Przez cały następny tydzień wcale o nim nie myślała. Urządza- 

nie się i wchodzenie w tryby szpitalnego życia pochłonęły ją bez 
reszty. Nie należała do osób przejmujących się sprawami i ludźmi 
nie znajdującymi się bezpośrednio w jej zasięgu.

 

Jacques Ransan pojawił się na horyzoncie dopiero po kilku 

dniach.

 

Kiedy jak co dzień przyszła o siódmej do szpitala, spostrzegła 

jego nazwisko na tablicy lekarzy prowadzących. Doktor Ransan 
miał wielu pacjentów, a właściwie pacjentek, bo oddział był kobie- 
cy, i Isabelle natychmiast pomyślała, że do opinii, jaką już sobie 
o nim wyrobiła, doskonale pasuje to, że ceni zwłaszcza opiekę nad 
starszymi, zamożnymi paniami, które bez zbytniego wysiłku można 
wprowadzić w stan permanentnego zachwytu. Jak panią Oudot.

 

Wbrew samej sobie musiała jednak przyznać, że Claire Oudot 

miała rację co do taktyki, jaką trzeba przyjąć. „Najstarsza przyja- 
ciółka jej matki" słusznie radziła, żeby się nie śpieszyć z wyjawię-

 

RS

background image

 

10 

 

niem misji. Lepiej poczekać, poznać go, trochę porozmawiać, ro- 
zejrzeć się. Isabelle coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, 
że jest coś, o czym nie wie, a co może w innym świetle przedstawić 
rodzinny konflikt sprzed lat.

 

Postanowiła przede wszystkim skupić się na pracy, co było o tyle 

łatwe, że na oddziale zajęć nie brakowało.

 

-  Mamy za mało personelu! - oświadczyła zaraz na wstępie 

siostra oddziałowa, Simone Boucher, obrzucając ją uważnym spoj- 
rzeniem. - O pielęgniarki jest bardzo trudno - z powodów, które 
sama doskonale rozumiem! - Simone Boucher skrzywiła wydatne 
wargi pomalowane na jaskrawy, pomarańczowy kolor i poprawiła 
okulary w cienkiej, metalowej oprawce. - Praca jest ciężka i odpo- 
wiedzialna, dlatego mam nadzieję, że potrafisz dobrze i szybko 
pracować - dokończyła głosem ucinającym dyskusję. 

-  Chyba tak - potwierdziła Isabelle, mimo że siostra oddziało- 

wa nie wydawała się czekać na odpowiedź. - Pewnie tutaj wszystko 
jest trochę inaczej, ale myślę, że szybko się przyzwyczaję. Praco- 
wałam już na pneumologii. 

Twarz Simone odprężyła się nieco.

 

-  Przepraszam, jestem trochę zdenerwowana. Moje dzieciaki 

chorują i w nocy prawie nie spałam. Naprawdę wszystko nie wy- 
gląda aż tak źle. Jestem pewna, że dasz sobie radę. Będziesz miała 
pod opieką kilku stałych pacjentów, trochę pisania i zabiegów. Za- 
raz ci wszystko pokażę.

 

Może nawet ją polubię, pomyślała Isabelle w kilka minut póź- 

niej. Gdyby tylko starła tę koszmarną szminkę z ust...

 

Siostra oddziałowa nie przesadzała jednak, mówiąc, że na od- 

dziale pracy nie brakuje. Na czwartym piętrze leżeli pacjenci nie 
tylko z chorobami płuc; gama dolegliwości była bardzo szeroka 
i oprócz schorzeń dróg oddechowych obejmowała dolegliwości ga- 
stryczne, urologiczne i dermatologiczne, co wymagało stałych kon- 
sultacji z lekarzami różnych specjalności i dodatkowych badań. Pa-

 

RS

background image

 

11 

 

 

ni Masson trzeba było przeprowadzić badanie krwi, pani Leblanc 
była pod stałą obserwacją, pani Truche groziły odleżyny, więc trze- 
ba ją było regularnie masować i smarować odpowiednią maścią.

 

-  A pani Seguin trzeba zmienić leki - powiedziała siostra Bou- 

cher. - Musimy poczekać na lekarza, żeby coś przepisał.

 

Patrząc na kartę zawieszoną w nogach łóżka, Isabelle zauważyła, 

że lekarzem prowadzącym pani Seguin jest doktor Ransan. Poprawiła 
pani Leblanc kroplówkę i poszła do pokoju pielęgniarek. Kiedy wróciła 
do sali po kilku minutach, żeby zobaczyć, czy pani Masson jest gotowa 
do jazdy na radiologię, lekarz już tam był.

 

Zaskoczyło ją to, mimo że się go spodziewała. Przecież wiedzia- 

ła, że w każdej chwili może nadejść. Zatrzymała się, nie wiedząc, 
co robić, i dopiero zaniepokojony głos pacjentki wyrwał ją z odrę- 
twienia.

 

-  Czy to będzie bolało? - zapytała nerwowo pani Masson. 
-  Nie, nic a nic - odparła pospiesznie Isabelle i poczuła wyrzu- 

ty sumienia na widok zalęknionej miny starszej pani. Pani Masson 
miała siedemdziesiąt pięć lat i owrzodzenie przewodu pokarmowe- 
go. - Zrobimy po prostu zwykłe prześwietlenie. Trzeba zobaczyć, 
co może być powodem tych ciągłych bólów brzucha i kłopotów 
z trawieniem. 

Pani Masson z wysiłkiem usiadła na łóżku.

 

-  Może bym się przedtem trochę uczesała? Od dawna nie wy- 

chodziłam z sali, a czeka mnie podróż przez kilka korytarzy... 

-  Chętnie pani pomogę. 
-  Bardzo dziękuję, siostro. Moja prawa ręka jakoś nie chce mnie 

słuchać. 

-  Nie będzie to może prawdziwa fryzura, ale zrobię, co się da. 

Isabelle zaczęła rozczesywać siwe kosmyki pacjentki. Z miej- 

sca, w którym się znajdowała, mogła doskonale obserwować leka- 
rza, stojącego przy łóżku po drugiej stronie pokoju.

 

Zgodnie z jej przewidywaniami, doktor Ransan był wysokim

 

RS

background image

 

12 

brunetem, przystojnym, ale nieco pretensjonalnym. W tonie jego 
głosu było coś, co kontrastowało z wymuszoną uprzejmością, z ja- 
ką zwracał się do pani Seguin.

 

Właśnie skończyła czesać panią Masson i oddała ją w ręce pie- 

lęgniarki, która miała ją zabrać na radiologię, kiedy lekarz wypro- 
stował się i powiedział:

 

-  Siostro! 
-  Słucham, panie doktorze. 
-  Proszę podać chorej basen. 

Nawet na nią nie spojrzał. Zdecydowanie nie podobał jej się jego 

ton ani sposób bycia. Opanowała się, żeby tego nie okazać i spo- 
kojnie przytaknęła. Wiedziała, że słuchanie poleceń lekarzy należy 
do jej obowiązków, ale po co ten rozkazujący, pełen wyższości 
ton... Już miała odejść, kiedy wreszcie uniósł wzrok znad karty 
i spojrzał na nią. Jego zachowanie zmieniło się w jednej chwili.

 

-  Ach! - powiedział nagle ożywionym, uwodzicielskim tonem 

- siostra jest tu nowa? Nigdy pani nie widziałem, bo przecież gdy- 
bym zobaczył, niełatwo bym zapomniał. Mam nadzieję, że wkrótce 
poznamy się bliżej.

 

Isabelle cofnęła się, nie spuszczając z niego bacznego spojrze- 

nia. Jest gorzej, niż przypuszczała.

 

-  Teraz muszę przynieść basen pani Seguin - powiedziała spo- 

kojnie, kryjąc szok i rozczarowanie.

 

Nie było to łatwe. Jej rozczarowanie w stosunku do pani Oudot 

i jej znajomości natury ludzkiej było wprost proporcjonalne do 
tego, jak rósł jej szacunek i podziw dla decyzji własnej matki. Jeśli 
kuzyn Francois jest choć trochę podobny do swego syna, nic dziw- 
nego, że mama wybrała tatę!

 

Lekarz dotknął jej ręki i roześmiał się tym swoim nieprzyje- 

mnym, obleśnym śmiechem.

 

-  Jaka piękna skóra. 
Isabelle wyrwała dłoń.

 

RS

background image

 

13 

-  Zaraz przyniosę basen.

 

Claire miała rację, radząc, by nie śpieszyła się do rozmowy 

z tym człowiekiem. Z kimś takim przecież wcale nie można rozma- 
wiać! Przecież on nic nie zrozumie!

 

-  Tak, tak, oczywiście, ale przedtem jeszcze muszę siostrze 

pokazać coś ważnego.

 

Musiało to być rzeczywiście niezwykle ważne, bo niemal si- 

łą wyciągnął Isabelle z sali, nie zważając na jej protesty i niespo- 
kojne spojrzenia chorych. Pociągnął ją za sobą korytarzem, przy- 
stanął pod jakimiś drzwiami niedaleko windy, rozejrzał się wokół 
i wepchnął ją do małego pomieszczenia gospodarczego. Gdy za- 
mknął drzwi, znów roześmiał się wyzywająco.

 

-  Miałaś to wypisane na twarzy. Patrzyłaś na mnie tak, że od 

razu zrozumiałem. Bardzo lubię kobiety, które nie ukrywają tego, 
na co mają ochotę.

 

Ze zdumienia nie pojmowała znaczenia jego słów; dopiero kiedy 

poczuła jego ręce na biodrach, zrozumiała, że się nie przesłyszała.

 

-  Na miłość boską! - krzyknęła. - Co pan sobie myśli! To jakaś 

pomyłka! Ja nigdy...

 

Jeszcze chwila, a uderzy go i jej współpraca z doktorem Ransa- 

nem skończy się, zanim na dobre rozpoczęła.

 

-  Chodź, nie wygłupiaj się, przecież widziałem, jak na mnie 

patrzyłaś! 

-  Nawet na pana nie spojrzałam! Po prostu stałam przy łóżku 

pacjentki - syknęła przez zaciśnięte zęby. 

Roześmiał się tylko i jeszcze mocniej oplótł ją ramionami. Zu- 

pełnie jak ośmiornica.

 

-  Naprawdę jesteś bardzo milutka. Będzie nam się doskonale 

współpracowało. Zaczniemy teraz... zaraz...

 

Sięgnął dłonią do jej piersi, próbując rozpiąć fartuch. Odepchnę- 

ła jego rękę, zaczepiając przy okazji o identyfikator przyczepiony 
do jego fartucha. Zerknęła na tabliczkę i jęknęła. Że też nie wpadła

 

RS

background image

 

14 

na ten pomysł nieco wcześniej! Doktor Remy Chapuis! Ten obrzyd- 
liwy samiec to wcale nie jest Jacques Ransan!

 

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i prześladowca natych- 

miast ją puścił, tak jakby oplatające ją macki związane były niewi- 
dzialnymi nitkami z klamką. Szybko poprawił fartuch i utkwił 
wzrok w wysokim mężczyźnie stojącym na progu.

 

Mężczyzna był bardzo wysoki. Szczupły, niemal chudy, w oku- 

larach w rogowej oprawie robił wrażenie roztargnionego intelektu- 
alisty. Ubrany był w elegancki, jasny garnitur.

 

Doktor Chapuis zmieszał się jak rekrut na widok sierżanta, i nie 

pytany, zaczął coś gorączkowo mamrotać:

 

-  O właśnie, siostro, miałem pani pokazać... Pani Seguin trzeba 

zmienić leki i właśnie... rozważaliśmy, czy może...

 

Wysoki mężczyzna nie odezwał się słowem. Machnął tylko ręką 

i wzruszył ramionami. Isabelle poczuła, że musi stąd natychmiast 
wyjść.

 

-  Jak widzę, basenów tu nie ma. Przepraszam.

 

Próbując zachować się godnie mimo całej dwuznaczności sytu- 

acji, wyminęła nieszczęsnego doktora Chapuis i nie patrząc w oczy 
mężczyźnie stojącemu w progu, wyszła na korytarz. Oddaliła się 
szybkim krokiem, słysząc podniesiony głos dochodzący od strony 
pomieszczenia, które właśnie opuściła. Basen znalazła w pokoiku 
mieszczącym się obok dyżurki i wróciła do pani Seguin, skracając 
w ten sposób jej pełne niepokoju oczekiwanie.

 

Jeśli zaś idzie o doktora Chapuis...

 

-  Uważaj na tego typa - ostrzegła ją w kilka minut później 

Simone Boucher, kiedy obie znalazły się w dyżurce. - Jesteś bardzo 
ładna, więc ci nie przepuści. - A widząc wyraz twarzy Isabelle, 
dodała: - Co, już zaczął się dobierać? Coś takiego! To chyba jego 
życiowy rekord! 

-  Skutecznie odparłam atak. 
-  I rób tak dalej! - pochwaliła ją koleżanka z uśmiechem, się- 

RS

background image

 

15 

 

 

gając po kubek z kawą. Szminka zeszła jej z ust i siostra Boucher 
stała się całkiem ładną kobietą.

 

Isabelle powoli wracała do siebie; ta cała scena nieco wyprowa- 

dziła ją z równowagi.

 

-  Ale jak to właściwie jest? Myślałam, że pani Seguin jest 

pacjentką doktora Ransana. Tak ma wpisane do karty. 

-  Tak, ale doktor Ransan dzisiaj chyba nie przyjdzie. Jest chory. 

- Lakoniczna odpowiedź przełożonej świadczyła o tym, że nie za- 
mierza się dłużej rozwodzić nątj czymś, co uważa za niegodne 
dłuższych wyjaśnień. - Dlaczego pytasz? Masz jakiś problem? 

Isabelle zmieszała się.

 

-  Nie. Po prostu zobaczyłam doktora Chapuis przy łóżku tej 

pacjentki i pomyślałam, że to doktor Ransan.

 

Simone skinęła głową.

 

-  Doktor Ransan polecił doktorowi Chapuis zająć się nią <- wy- 

jaśniła łaskawie. - Jej syn był tu rano i powiedział nam, że jest 
bardzo zaniepokojony stanem matki. Czasem chorzy nie zwracają 
się bezpośrednio do nas, tylko proszą o to krewnych. Pani Seguin 
uskarża się na uboczne skutki zażywanych leków. Ma silne mdłości, 
co może świadczyć o słabej tolerancji preparatu.

 

Czyli ten wysoki mężczyzna to pewnie był syn pani Seguin... 

, - Zaraz do niej pójdę i zapytam, jak się czuje.

 

-  Siostro Isabelle, musimy później... 
-  Tak, oczywiście. 
Potem nastąpiło sześć godzin nieustannej bieganiny i pracy. 

Przerwaną lunch była stanowczo za krótka. Kiedy wreszcie o pięt- 
nastej Isabelle mogła odetchnąć i zająć się porządkowaniem kart 
pacjentów i planem badań na dzień następny, myślała już tylko 
o swoim pokoiku na piętrze z widokiem na rzekę, filiżance kawy, 
czymś do zjedzenia i spokojnej pogawędce z panią Oudot.

 

Wszystko w swoim czasie, pomyślała. Należy mi się odpoczy- 

nek, ale najpierw muszę to skończyć. Pochyliła głowę nad papiera-

 

RS

background image

 

16 

 

 

mi, próbując odseparować się od wchodzących i wychodzących 
pielęgniarek, lekarzy i innych osób należących do personelu szpi- 
talnego.

 

-  Siostro! Siostro!

 

Jakiś coraz bardziej naglący głos oderwał ją od pracy. Unios- 

ła oczy i zobaczyła, że stoi nad nią bardzo wysoki, chudy 
mężczyzna w jasnym garniturze. Przysiadł na obrotowym krześle 
obok i sięgnął po jakieś papiery. Nie zauważyła, jak podchodził 
i poczuła się niewyraźnie na wspomnienie porannej sceny. Pomy- 
ślała, że znowu się pomyliła: to nie może być syn pacjentki, skoro 
tak pewnie poczyna sobie z dokumentacją szpitalną. Zauważyła też, 
że na marynarkę ma narzucony biały fartuch.

 

-  Tak? Słucham? - powiedziała. 
-  Nie widzę tutaj karty pani Seguin. Czy przypadkiem siostra 

nie ma jej u siebie? 

-  Właśnie odłożyłam ją na miejsce. Właściwie jestem już po 

pracy, może jakaś inna pielęgniarka... 

-  Tak, tak, oczywiście. - Dopiero teraz spostrzegła, że mówi 

z trudem, tak jakby każde słowo sprawiało mu ból. - Pójdę do 
pacjentki - szepnął. 

Może on też jest nowy? Taki cichy i gorliwy... Widać, że dba 

o pacjentów. Chociaż jego uczony wygląd, te szylkretowe okulary, 
cała postać, sposób bycia nie świadczą raczej o tym, że jest nowi- 
cjuszem w zawodzie.

 

-  Pani Seguin może pana nie usłyszeć - zauważyła. 
-  Trudno, muszę spróbować. Nie mam wyboru, cierpię na za- 

palenie gardła — wykrztusił. 

Isabelle zaczerwieniła się. Jak mogła nie zauważyć, że jest cho- 

ry. Dopiero teraz spostrzegła zaczerwieniony nos i załzawione oczy. 
Zrobiło jej się przykro i głupio. Na jego szyi spostrzegła chirurgi- 
czną maskę; wkładał ją, kiedy szedł na oddział, by nie zarażać 
chorych.

 

RS

background image

 

17 

-  Muszę wziąć jej kartę - zachrypiał i zakrył twarz maską. 
Wstał i poprawił fartuch na ramionach. Isabelle postanowiła, że

 

teraz wszystko sprawdzi od razu; nie da się znowu wyprowadzić w po- 
le. Spojrzała na tabliczkę przypiętą do lewej klapy lekarskiego fartucha. 
Tak, tym razem to naprawdę Jacques Ransan.

 

-  Pójdę z panem, doktorze.

 

Zsunął maskę i ujrzała ciemne, załzawione oczy.

 

-  Proszę się nie fatygować, poradzę sobie.

 

-  Nie powinien pan tyle mówić - powiedziała. -^ Ma pan struny 

głosowe w opłakanym stanie, przykro tego słuchać. Wyręczę pana 
przy rozmowie z pacjentką.

 

Sięgnęła po fartuch, wiszący na oparciu krzesła. Jacques Ransan 

uśmiechnął się.

 

-  Siostra jest Kanadyjką?

 

Miał piękne białe zęby, kontrastujące z oliwkową cerą. Nie był 

przystojny w zwykłym znaczeniu tego słowa. Nie był tak zwanym 
„atrakcyjnym mężczyzną", za którym oglądają się kobiety. Wyglą- 
dał na lekko roztargnionego naukowca, kogoś zupełnie innego niż 
uwodzicielski doktor Chapuis.

 

-  Tak, przyjechałam z Kanady, konkretnie z Kolumbii Bry- 

tyjskiej.

 

I jestem twoją kuzynką, ale z pewnych powodów teraz tego ci 

nie powiem. Przyrzekłam pani Oudot, że przez pewien czas zacho- 
wam to w tajemnicy.

 

-  W takim razie witamy we Francji i w naszym Vesanceau 

-wychrypiał.

 

Przechylił przy tym głowę lekko na bok, jakby chciał usłyszeć 

jakąś daleką, cichą melodię. 
-  Ja... bardzo dziękuję, to miło.

 

Jest w tobie coś takiego, to dziwne... Czy my naprawdę jesteśmy 

spokrewnieni? Melodia... Isabelle zmarszczyła brwi, jakby i ona 
chciała pochwycić niesłyszalne dźwięki.

 

RS

background image

 

18 

-Podoba się pani nasz szpital?

 

-  Tak, tak, oczywiście.

 

Mówił z wyraźnym trudem, a ona z równie wyraźnym trudem 

zbierała myśli. Jej zwykła rozmowność i rezolutność gdzieś się 
ulotniły i nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów; zdołała wykrze- 
sać z siebie tylko jakieś zdawkowe formułki.

 

Doktor Ransan cierpliwie czekał.

 

Tajemnicza melodia musiała widocznie ucichnąć, bo dotknął 

palcami skroni* skrzywił się boleśnie i sięgnął do kartoteki zawie- 
rającej dane pacjentów. Może wcale nie było żadnej melodii, 
a wszystko jest tylko wynikiem jej wyobraźni. Isabelle patrzyła, jak 
Jacques Ransan przerzuca karty, niektóre dokładniej przeglądając.

 

Ona przyglądała się jemu. Była zdumiona, że tak bardzo się 

pomyliła. Jest zupełnie inny, niż myślała. Nie wiadomo, czy to 
dobrze, czy źle. Wszystko nagle się skomplikowało i zawisła w pu- 
stce, jakby ziemia usunęła jej się spod nóg. Pochyliła się nad swoimi 
papierami, próbując się skupić, ale sens czytanych słów umykał jej. 
Słysząc charakterystyczny dźwięk kroków siostry Boucher, ode- 
tchnęła z ulgą. Siostra oddziałowa natychmiast przystąpiła do dzia- 
łania.

 

-  Co pan tu robi, doktorze? Już miałam iść do domu, ale jak 

widzę, bardzo słusznie postąpiłam, zaglądając tutaj. Mam nadzieję, 
że nie zamierza pan zostać i zarażać pacjentów! Przecież jest pan 
chory! 

-  Oczywiście, że nie. Myłem ręce już ze dwieście razy, mam 

maskę i... tak potwornie boli mnie głowa... 

Simone podeszła bliżej i spojrzała na niego podejrzliwie.

 

-  Brał pan już jakieś leki, czy nie zdążył pan? 
-  Muszę przyznać, że chyba... nie. Nie miałem czasu. 
-! Nie miał pan czasu? Tak, oczywiście. Zaraz się tym zajmę.

 

-  Proszę, nie - zaprotestował słabym głosem. - Ale gdyby sio^ 

stra mogła mi tu kogoś przysłać, żeby pisał pod moje dyktando...

 

RS

background image

 

19 

Strasznie mi się trzęsą ręce, nie chciałbym tak bazgrać. Potem, 
przysięgam, zrobię wszystko, co siostra każe, wezmę grzecznie leki, 
pójdę się położyć w ciemnym pokoju, i nikogo nie przyjmę z wy- 
jątkiem mojej matki, która już przez telefon obiecała, że wpadnie 
i przyniesie mi zupę. Będę się kurował cały jutrzejszy dzień, zgoda? 
Co siostra na to?

 

W jego głosie brzmiała prośba, ale w twarzy było coś, co świad- 

czyło, że panuje nad sytuacją mimo osłabienia i choroby. Isabelle przy- 
szło na myśl, że Jacques Ransan, mimo iż robi wrażenie roztargnionego 
uczonego, musi być człowiekiem silnym i stanowczym.

 

-  W takim razie Isabelle będzie notowała - oznajmiła siostra 

Boucher.

 

Tak też się stało. Isabelle nie poszła do domu, tylko spędziła 

dłuższy czas na notowaniu uwag doktora Ransana, dotyczących 
nowo przyjętej pacjentki. Były konkretne i wyczerpujące. Yvette 
Chaillet zgłosiła się do izby przyjęć z objawami, których na razie 
nie udało się zdiagnozować. Isabelle usiłowała nadążyć za jego 
schrypniętym głosem, z trudnością brnąc przez gąszcz francuskich 
terminów medycznych, gotowa prędzej połamać sobie palce i pióro> 
niż poprosić swego egzotycznego, francuskiego kuzyna, żeby dy- 
ktował wolniej albo starał się mówić nieco wyraźniej.

 

Ciekawe, jaki on ma głos normalnie... Korzystając z krótkiej 

przerwy, zerknęła na jego twarz. Miał przymknięte oczy, wypieki 
na policzkach, a dłońmi ściskał skronie. Podyktował jej jeszcze 
kilka zdań i spojrzał na nią.

 

-  Siostro - rzekł półgłosem - proszę odłożyć kartę na miejsce, 

a notatki włożyć do mojej teczki. A jeśli siostra Boucher chce mi 
w dalszym ciągu dać jakieś lekarstwa, to jestem gotów. Niech robi, 
co chce!

 

Uśmiechnął się z wysiłkiem; jego skrzekliwy głos przypominał 

Isabelle dźwięki wydawane przez potwory, widziane kiedyś na ja- 
kimś filmie grozy.

 

 

 

RS

background image

 

20 

Gdy wstał, wyglądał tak nieszczęśliwie, że pod wpływem nagłe- 

go współczucia dotknęła jego ramienia. Niech idzie już do Simone 
po te pigułki i niech wreszcie zacznie się leczyć! Spojrzał na nią 
lekko zdziwiony i zmieszała się. Niepotrzebnie pozwala sobie na 
taką poufałość.

 

Odszedł wolnym krokiem, ciągnąc za sobą nogi i pokasłując. 

Patrzyła za nim przez chwilę, czując, jak w jej uszach narasta tamta 
słyszana przed chwilą melodia, bliska i znana< lecz - niemożliwa 
do uchwycenia.

 

Zrobiła, o co prosił. Ułożyła karty i przez chwilę stała bezczyn- 

nie, nie bardzo wiedząc, co począć. Z małej kuchenki przylegającej 
do pokoju pielęgniarek dobiegały ją odgłosy krzątaniny. Siostra 
oddziałowa, przemawiając podniesionym głosem, podawała dokto- 
rowi Ransanowi lekarstwo i wodę do popicia. Widać było, że prze- 
jęła dowodzenie i panuje nad sytuacją.

 

Isabelle nad sytuacją nie panowała. Oszołomiona, dotarła jakoś 

do domu i pozwoliła się zaprowadzić pani Oudot na podwieczorek 
do salonu. Roztargnionym wzrokiem objęła porcelanowe filiżanki, 
dzbanek ze świeżo parzoną kawą i apetyczne ciasteczka. Dopiero 
po dłuższej chwili doszła do siebie; usiadła wygodnie w fotelu, 
gotowa odpowiedzieć na pytania, które -jak wiedziała - nie mogły 
jej ominąć.

 

Claire Oudot nie kryła podniecenia.

 

Co tam słychać? Czy są jacyś nowi pacjenci? Nie chodzi oczy- 

wiście o dokładne relacje z nazwiskami i nazwami chorób, bo to 
wiadomo, tajemnica lekarska, ale tak ogólnie. Chyba wydarzyło się 
coś ciekawego? W szpitalu zawsze coś się dzieje. Czasem nawet 
zdarzają się rzeczy zabawne! A jak personel? Czy siostra oddziało- 
wa nie jest zbyt surowa? A lekarze? Czy są mili, czy może zbyt 
pewni siebie? I chyba nikt dzisiaj nie umarł? To byłoby straszne, to 
zawsze musi być szok.

 

- A czy może... spotkałaś mojego doktora?

 

RS

background image

 

21 

-  Tak, ale widziałam go tylko przez chwilę.

 

Właściwie miała ochotę skłamać, żeby uniknąć dalszych pytań, 

ale jakoś nie mogła.

 

-  Przez chwilę? - Pani Oudot spojrzała na nią z dezaprobatą. 

- Nic nie szkodzi. Przecież nawet chwila wystarczy, żeby się zo- 
rientować, co to za człowiek. 

-  Ma zapalenie gardła i chyba anginę. 

Claire nie zareagowała, czekała na dalsze szczegóły.

 

-  Podyktował mi kilka zdań, i to wszystko na dzisiaj - dokoń- 

czyła Isabelle.

 

Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco i wiedziała o tym. Pani 

Oudot oczekiwała sprawozdania zupełnie innego rodzaju.

 

-  Ale go widziałaś - oświadczyła spokojnym głosem - i to jest 

najważniejsze. Z wyglądu człowieka można bardzo dużo wywnio- 
skować. Rysy twarzy, na przykład, oczy, podbródek... A do tego 
sposób mówienia. Mnie zwykle wystarczą pierwsze trzy minuty, 
i już wszystko wiem. Ale nie mówmy o mnie! Mam nadzieję, że 
nie zapomniałaś o swojej obietnicy i nic mu nie powiedziałaś.

 

Claire złożyła dłonie i czekała na odpowiedź.

 

-  Oczywiście. Przecież przyrzekłam, że tego nie zrobię, a ja 

dotrzymuję obietnic.

 

Zwłaszcza jeśli absolutnie, ale to absolutnie nie ma warunków, 

żeby ich nie dotrzymać, dodała w myślach, przypominając sobie 
zamęt i odurzenie, w jakie wprawił ją ten dziwny człowiek.

 

W oczach Claire dostrzegła błysk. Zadowolenie? Radość? Saty- 

sfakcja? A może tylko jej się tak wydawało...

 

Najważniejsze to zmienić temat. Nie miała ochoty mówić o do- 

ktorze Ransanie. Nie chciała nawet o nim myśleć, a mimo to my- 
ślami stale wracała do niego. Przecież nawet nie jest w jej typie! 
Zawsze podobali jej się dobrze zbudowani mężczyźni, silni i wy- 
sportowani. Przypomniała sobie jego oczy za okularami w rogowej 
oprawie. Jacques miał oczy brązowe, bardzo ciemne, ale jaśniejsze

 

RS

background image

 

22 

od jej oczu. Głos... Nie znała jego prawdziwego głosu. Znała tylko 
to przeraźliwe skrzeczenie, które wydobywał z siebie, dyktując jej 
uwagi o stanie pacjentki. Obawiała się, że skoro widział ją w dwu- 
znacznej scenie z doktorem Chapuis, to jeszcze może sobie pomy- 
śleć, że ona...

 

Otrząsnęła się z zamyślenia, wydobyła z gmatwaniny myśli, 

uniosła głowę i spojrzała Claire prosto w oczy.

 

-  Jednego tylko jestem pewna! - W jej głosie zabrzmiało wy- 

zwanie. - Niesłusznie obawia się pani jego reakcji. Jestem pewna, 
że kiedy mu powiem, kim jestem i po co tu przyjechałam, zachowa 
się tak, j ak ja bym się zachowała na jego miej scu!

 

Pani Oudot uśmiechnęła się wyrozumiale.

 

-  Wieczny, cudowny optymizm ludzi młodych - westchnęła 

i sięgnęła po filiżankę.

 

RS

background image

 

23 

ROZDZIAŁ   DRUGI

 

W trzy dni później „wieczny optymizm ludzi młodych" został 

wystawiony na ciężką próbę. Doktor Ransan w dalszym ciągu był 
chory i, jak z satysfakcją stwierdziła siostra Boucher, poszedł po 
rozum do głowy i został w łóżku. Na oddziale pneumologii królo^ 
wał Remy Chapuis.

 

Dla Isabelle nastały ciężkie czasy. Doktor Chapuis, wychodząc 

z błędnego założenia, że nowa pielęgniarka odrzuciła jego zaloty 
wyłącznie z powodu nagłego wtargnięcia starszego kolegi; na gwałt 
próbował nadrobić stracony czas. Nie dawał Isabelle spokoju; tropił 
ją wszędzie, zmuszając do nieustannej czujności i ukrywania się. 
Niezręczna sytuacja pozwoliła jej poznać wszystkie zakamarki szpi- 
tala, nie wyłączając schodów przeciwpożarowych, awaryjnych 
wyjść, schowków i toalet dla gości odwiedzających pacjentów...

 

Wreszcie pewnego ranka siostra oddziałowa zapowiedziała po- 

wrót doktora Ransana. Isabelle wpadła w panikę. Mógłby się nie 
pokazywać jeszcze chociaż przez kilka dni... Nie była gotowa na 
to spotkanie.

 

Nie mogła poznać samej siebie. Nigdy dotąd nie miała tak sprze- 

cznych oczekiwań związanych z żadnym mężczyzną. Postanowiła 
go unikać i natychmiast zdała sobie sprawę z tego, że jej postano- 
wienie jest co najmniej dziwaczne. Powinna przecież zachowywać 
się naturalnie, zwyczajnie i swobodnie. Nie potrafiła jednak wpro- 
wadzić swych postanowień w czyn.

 

W rezultacie wszystko poszło nadspodziewanie gładko. Doktor 

Ransan pojawił się na oddziale w chwili, kiedy Isabelle stała przy 
łóżku Yvette Chaillet i badała jej puls. Sześćdziesięcioośmioletnia,

 

RS

background image

 

24 

Otyła pacjentka z każdym dniem czuła się gorzej. Podczas nieobe- 
cności doktora Ransana jego zastępca kazał jej zrobić wszystkie 
badania i sprowadził dwóch specjalistów na konsultację, co nic nie 
wyjaśniło i diagnoza w dalszym ciągu nie została postawiona.

 

Pani Chaillet przez większą część życia chorowała na astmę 

i regularnie zażywała sterydy. Ogólnie dobry stan jej zdrowia ostat- 
nio znacznie się pogorszył. Zapadła na przeziębienie, którego lekarz 
domowy nie mógł opanować, i dlatego znalazła się w szpitalu. 
Z każdym dniem stan jej się pogarszał, gorączka nie ustępowała, 
chorą traciła siły, chudła i skarżyła się na uporczywe mdłości. Miała 
wyczuwalnie powiększone węzły chłonne i owrzodzenie błony ślu- 
zowej. Przełykała z trudem i prawie nie przyjmowała pokarmów. 
Badanie krwi wskazywało na znaczne zwiększenie liczby białych 
krwinek.

 

Rentgen klatki piersiowej wykazał istnienie płynu w dolnej czę- 

ści prawego płuca, zwapnienia oraz liczne niepokojące zaciemnie- 
nia, których istoty dotąd lekarzom nie udało się określić.

 

Siostra Boucher zaczęła pomrukiwać, że jeśli doktor Ransan 

zaraz nie wyzdrowieje i nie wróci do pracy, losy pani Chaillet mogą 
potoczyć się różnie...

 

Tego dnia podeszli do łóżka pacjentki wszyscy: doktor Ransan, 

doktor Chapuis, siostra Boucher i grupka studentów medycyny. 
Znajdująca się, wśród nich rudowłosa dziewczyna natychmiast 
ściągnęła na siebie uwagę dotychczasowego prześladowcy Isabelle, 
co sprawiło, że ta ostatnia odetchnęła z ulgą. Jeszcze większą przy- 
jemność sprawiły jej słowa, którym towarzyszyło spojrzenie brązo- 
wych oczu zza rogowych okularów.

 

- Ach, siostra Bonnet, która była tak dobra i pisała pod moje 

dyktando wtedy, kiedy miałem tę potworną gorączkę!

 

A zatem wreszcie usłyszała jego głos. Cudowny, dźwięczny 

tenor, lekko schrypnięty po niedawnej chorobie, ale posiadający 
piękną, aksamitną barwę.

 

RS

background image

 

25 

-  Doktor Chapuis zreferuje nam teraz stan pacjentki. Siostro 

Bonnet, proszę sobie nie przerywać.

 

Isabelle spojrzała na niego, ale dostrzegła tylko odblask światła 

w szkłach okularów.

 

Stał niedaleko niej, wysoki, lekko pochylony. Zastanowiło ją, 

dlaczego stale o nim myśli i dlaczego myślenie o nim wywołuje 
w niej dziwne zmieszanie. Właśnie zdjął okulary i zaczął przecierać 
szkła. Isabelle ujrzała ciemne, pięknie zarysowane brwi, delikatną 
skórę w kącikach oczu, głęboką czerń źrenic. Nagle zrozumiała, co 
w jego wyglądzie przyciągało jej uwagę. Niezwykłe podobieństwo 
do Supermana! Jacques Ransan jest niesłychanie podobny do Clar- 
ka Kenta!

 

-  Wiem już, co czuła Lois Lane - mruknęła do siebie po angiel- 

sku. Zauważyła, że kilka par oczu patrzy na nią z uprzejmym zain- 
teresowaniem i szybko przeszła na francuski. - Puls pacjentki jest 
ledwo wyczuwalny - oznajmiła. - Ciśnienie pięćdziesiąt na sto, 
temperatura trzydzieści osiem i sześć.

 

Remy Chapuis chrząknął.

 

-  Oto nasza tajemnicza pani Chaillet - odezwał się ironicznym, 

uroczystym tonem. - Leży sobie tutaj i nie piśnie słówka, żeby nam 
pomóc. Szukamy i szukamy przyczyn jej choroby, a ona milczy jak 
zaklęta. Niech nam pani powie, gdzie i jakim cudem dorobiła się 
pani tych wszystkich tajemniczych objawów? Stykała się pani z trę- 
dowatymi, a może ze wściekłymi szczurami?

 

Osobliwe poczucie humoru i granicząca z okrucieństwem obce- 

sowość lekarza nie zyskała poklasku Obecnych. Jakiś student nie- 
śmiało się uśmiechnął, ktoś zmieszany przestąpił z nogi na nogę, 
reszta wpatrywała się w pacjentkę z niepewną miną. Pani Chaillet 
nie była w stanie wyrzec słowa.

 

Krępującą ciszę przerwał Jacques Ransan.

 

-  DoMor Chapuis zapomniał powiedzieć - odezwał się lek- 

ko podniesionym głosem - że pani Yvette Chaillet jest w tej chwili

 

RS

background image

 

26 

najważniejszą pacjentką na naszym oddziale. Jej choroba jest 
dla nas wyzwaniem, któremu na pewno sprostamy. - Spojrzał 
na chorą i uśmiechnął się dó niej serdecznie. - Wszystko będzie 
dobrze.

 

Widać było, że pani Chaiłlet rozumie jego sympatię i jest nieco 

mniej nieszczęśliwa niż przed chwilą. Z doktora Ransana promienio- 
wała dobroć i troskliwość. Isabelle pomyślała, że obecność takiego 
lekarza to dla chorego prawdziwe błogosławieństwo.

 

Po chwili wszyscy odeszli. Nie mogąc się powstrzymać, spoj- 

rzała w ślad za białym fartuchem najwyższego spośród lekarzy 
znikających w drzwiach. Był bardzo wysoki, ale poruszał się szyb- 
ko. W jego ruchach nie było śladu sztywności i niezdarności, ce- 
chującej zwykle osoby nadmiernie wysokie i chude. Przez chwilę 
nie mogła od niego oderwać Wzroku.

 

-  Siostro...

 

Cichy głos pacjentki przywołał ją do porządku.

 

-  Tak, słucham, przepraszam. Chciała pani jeszcze o coś zapy- 

tać doktora? 

-  Doktor Chapuis w ogóle nie dopuścił mnie do głosu - poskar- 

żyła się pani Chaiłlet, z trudem poruszając wargami. 

-  Tak, widziałam. 

Isabelle puściła rękę pacjentki i zaczęła składać aparat do mie- 

rzenia ciśnienia, szykując się do odejścia.

 

-  I tak Sobie żartował, jakby to była moja wina, że jestem tak 

bardzo chora...

 

Isabelle pogładziła ją po dłoni.

 

-  Doktor Chapuis powinien bardziej uważać na to, co mówi. 

Na szczęście doktor Ransan już wrócił i teraz on zajmie się panią, 
przejrzy wszystkie wyniki, zrobi dodatkowe badania i na pewno 
postawi właściwą diagnozę, zobaczy pani. A poza tym on jest bar- 
dzo miły, prawda?

 

Pacjentka westchnęła.

 

 

RS

background image

 

27 

-  O, tak, bardzo. Kiedy się do człowieka uśmiechnie... Poczu- 

łam się trochę lepiej, może on rzeczywiście mnie wyleczy...

 

W jej głosie zabrzmiała nadzieja i Isabelle pomyślała, że to 

dobrze, że pacjentka mimo bardzo poważnego stanu ma wolę wy- 
zdrowienia. Kilkuletnia praktyka nauczyła ją, że nastawienie psy- 
chiczne chorego jest równie ważne jak leki, które zażywa.

 

Nie mogła jednak długo oddawać się podobnym rozmyślaniom, 

ponieważ po powrocie doktora Ransana życie na oddziale pneu- 
mologicznym nabrało przyspieszenia. Tego samego przedpołudnia 
trzej pacjenci zostali wypisani do domu, a dwóm innym trzeba było 
wystawić skierowanie do sanatorium. Przywieziono nową pacjentkę 
z oddziału intensywnej terapii, a pani Chaillet, po dodatkowych 
badaniach krwi, otrzymała nowy antybiotyk.

 

Po południu ruch na oddziale wcale się nie zmniejszył. Telefon 

z pogotowia ratunkowego uprzedził izbę przyjęć, że karetka wiezie 
osobę z ostrym atakiem astmy.

 

-  Właściwie powinno ją się zawieźć na intensywną terapię, ale 

nie mają miejsca. Udzieliliśmy doraźnej pomocy, ale konieczna jest 
opieka w warunkach szpitalnych. Porozumieliśmy się już z dokto- 
rem Ransanem, zaraz do niej zejdzie. Jest jeszcze coś...

 

Pacjentka była starszą kobietą o zasinionych ustach i przerażo- 

nej twarzy, ukrytej pod maską tlenową. Rozpaczliwie chwytała 
powietrze; natychmiast zrobiono jej odpowiedni zastrzyk. „Jeszcze 
coś" był to mały, zapłakany dwuletni chłopczyk, wnuczek starszej 
pani, powtarzający przez łzy, że chce tylko „do babci".

 

-  Całkowita niewydolność oddechowa! Gdzie jest lekarz? 
Okrzyk siostry oddziałowej zbiegł się z szelestem białego fartucha

 

i doktor Ransan już był przy chorej. Szybko i sprawnie zaintubował 
pacjentkę, wprowadzając jej przez usta do tchawicy rurkę umożliwia^ 
jącą oddychanie i polecił dożylnie podać leki rozszerzające oskrzela 
Podano jej również leki uspokajające, co spowodowało, że po chwili 
przestała się rzucać i walczyć z tkwiącą w gardle rurką.

 

RS

background image

 

28 

-  Teraz trochę lepiej - powiedział Jacques Ransan i pociągnął 

nosem. - Co tu tak śmierdzi? Amoniak? Ktoś sprząta na korytarzu? 
Jak tylko wszedłem, uderzył mnie ten zapach. Przecież to mogło 
pogorszyć stan tej kobiety!

 

W czasie akcji ratunkowej nikt nie zwrócił uwagi na zapach 

unoszący się w powietrzu. Teraz jednak siostra Boucher też Zmar- 
szczyła nos i skrzywiła się.

 

-  Amoniak? Jezus Maria!

 

Wypadła na korytarz i stanęła twarzą w twarz z młodą kobietą, 

która apatycznie myła podłogę jakimś płynem.

 

-  Teraz to pani robi? 
Kobieta ledwo uniosła głowę.

 

-  A kiedy mam robić? Wcześniej nie było jak. Stale ktoś mnie 

po coś posyła, a mam tylko dwie ręce. Musiałam przynieść leki 
z magazynu. To chyba ważniejsze, nie? 

-  Nie! - wrzasnęła siostra Boucher. - Mamy pacjentkę z ata- 

kiem astmy i... 

-  Skąd mogłam wiedzieć? - Kobieta wzruszyła ramionami. - 

Mówił mi kto? 

Doktor Ransan ukazał się w drzwiach i postąpił krok do przodu.

 

-  Czy pani zdaje sobie sprawę z tego, że naszej pacjentce gro- 

ziła śmierć, i to częściowo z pani winy?

 

Sprzątaczka zesztywniała i na chwilę zaniemówiła,

 

-  No to zamknijcie te drzwi - przemówiła wreszcie i wstrząsnęła 

się. - Przecież ja tu sprzątam i nie chcę widzieć, jak ktoś umiera! 

-  Zamknijcie drzwi - powiedział spokojnie doktor Ransan, 

wracając do pacjentki - i otwórzcie wszystkie okna. Trzeba tu do- 
brze przewietrzyć. Potem porozmawiam z dyrektorem o sprzątaniu. 
Ta pacjentka powinna się znajdować na oddziale intensywnej tera- 
pii, ale tam nie ma miejsca. Zostawimy ją u nas, będzie monitoro- 
wana, ktoś ciągle musi przy niej siedzieć. Niech siostra zadzwoni 
po jakąś pielęgniarkę. 

RS

background image

 

29 

-  Mogę zadzwonić - siostra Boucher sięgnęła po słuchawkę 

- ale sam pan wie, jak to jest. Może nikogo nie być, dochodzi 
trzecia... 

-  Trudno, proszę spróbować. W dalszym ciągu nic nie wiemy 

o tej kobiecie? 

-  Nic. Nie miała bransoletki z danymi o chorobie ani żadnych 

dokumentów. Nikt nie rozumie, co mówi. Ona chyba nie zna fran- 
cuskiego. 

-  Jednym słowem nie wiemy nic o dotychczasowym przebiegu 

jej choroby i musimy działać w ciemno. 

Isabelle spojrzała na ekran monitora.

 

-  Ja przy niej zostanę - powiedziała.

 

Siostra Boucher nie traciła czasu na fałszywe zdziwienie i nad- 

mierne uprzejmości.

 

-  Naprawdę? Doskonale! Zostaniesz przy niej do wieczora? 

Bardzo dobrze, w takim razie Valerie będzie się mogła zająć resztą.

 

Doktor Ransan zachował się znacznie delikatniej.

 

-  Będzie siostra mogła wyjść nieco wcześniej. Sam zajrzę tu 

jeszcze przed kolacją. Może uda nam się przenieść ją na intensywną 
terapię.

 

Z kąta dobiegł ich jakiś dźwięk i dopiero wtedy zwrócili uwagę 

na chłopczyka, który dotąd był zbyt oszołomiony, żeby wydobyć 
z siebie głos. Jacques podszedł do niego i przyklęknął na podłodze.

 

-  Dzień dobry - powiedział z uśmiechem. 
-  Chcę do babci - usłyszał w odpowiedzi. 
-  Biedactwo! - rozczuliła się siostra Boucher. - Zupełnie nie 

wiem, co z nim zrobić, a tam Valerie czeka na sprawozdanie. 

-  Spróbuję z nim porozmawiać. - Jacques Ransan spojrzał na 

nią uspokajająco. - Może siostra iść. 

Simone Boucher z westchnieniem ulgi wyśliznęła się z pokoju, 

unosząc z sobą dokumentację chorych, którą miała przekazać dy- 
żurnej.

 

RS

background image

 

30 

-  Babcia niedługo poczuje się lepiej - powiedział Jacques do 

chłopczyka cichym głosem. - Trochę była chora, ale już wszystko 
jest w porządku. Widzisz, że leży sobie w łóżku i spokojnie oddy- 
cha. Nic jej nie grozi. Może mi teraz powiesz, jak masz na imię? 

-  Nicolas. 
-  Po prostu Nicolas? 
-  Tak. 
-  Jesteś Francuzem, Nicolas? , 
-  Nie... Tak, jestem Francuzem. 
-  Ababcia? 
-  Babcia też... teraz... przedtem nie... ona mieszka daleko stąd. 
Jacques ujął małą rączkę i uniósł oczy na Isabelle.

 

-  On jest jeszcze bardzo malutki. Nie będę go męczył pytania- 

mi. Czy ona nie miała przy sobie żadnej torebki? Nikt nic o niej 
nie wie? 

-  Nie. -Isabelle pokręciła przecząco głową. - Była w ogródku 

jordanowskim z wnuczkiem, bawiła się z nim i wtedy dostała ataku. 

-  Dzisiaj jest wiatr, w ogródku jest sucho i dużo kurzu, bo 

dawno nie padało. Do tego musiała się zmęczyć. 

-  Na pewno. 

Isabelle pokiwała głową. W oczach Jacquesa dostrzegła dziwny 

błysk, jakby... A może to był tylko refleks światła w szkłach oku- 
larów. Znowu usłyszała tamtą odległą melodię i zaczęła szybko 
mówić:

 

-  Pewnie uważała, że samo przejdzie i nie zwróciła uwagi na 

pierwsze symptomy, a potem było już za późno i zaczęła się dusić; 
Jakaś młoda matka, która była tam z dzieckiem, zauważyła to i wez- 
wała pogotowie. Chłopca przywieźli razem z babcią. - Pochyliła 
się nad Nicolasem. - Gdzie jest twoja mama?

 

Błąd. Oczy dziecka natychmiast napełniły się łzami. 

 

-  Nie wiem... 
-  Mama zaraz tu przyjdzie - pocieszył go doktor Ransan— i na 

 

RS

background image

 

31 

 

pewno na mnie nakrzyczy, że nic ci nie dałem do jedzenia. Poczekaj 
chwilę z siostrą Isabelle, a ja pójdę i coś ci przyniosę.

 

Wymówił jej imię tak pięknie i melodyjnie, tak... ciepło, że 

zagapiła się i nie od razu pojęła, że chce, by zajęła się dzieckiem. 
Dopiero po chwili wzięła Nicolasa na ręce i spojrzała na doktora 
Ransana.

 

-  A jeśli ona nie przyjdzie? - szepnęła tak cicho, że tylko on 

mógł ją słyszeć. 

-  O ile się nie mylę, mały zaśnie, zanim wrócę z bananem 

i mlekiem - odparł szeptem. - Może tak sobie spać kilka godzin, 
dużo przeżył. Zyskamy na czasie i może się czegoś dowiemy. - Ob- 
jął spojrzeniem Isabelle i dziecko w jej ramionach. - Psst... - sze- 
pnął i położył palec na ustach. 

Oczy chłopca zamknęły się, mała główka wtuliła w ramię Isa- 

belle. Jacques spojrzał na pacjentkę, a potem znowu skierował 
wzrok na chłopca i wyciągnął ręce ku Isabelle.

 

-  Niech siostra pozwoli...

 

Delikatnym ruchem sięgnął po małego i wyjął go jej z ramion, 

dotykając przypadkiem jej piersi. Poczuła zapach dobrej wody ko- 
lońskiej i dotyk jego dłoni. Było coś niezwykle intymnego w ge- 
ście, jakim przekazywali sobie małe, uśpione ciałko chłopca.

 

Poczuła dziwną słabość i nogi ugięły się pod nią. Co się dzieje? 

To śmieszne, pomyślała, nigdy się tak nie czułam. Czytałam, że to 
tak bywa, ale nie sądziłam, że ja też...

 

-  Co z jej oddechem?

 

Isabelle sięgnęła po słuchawki i przyłożyła je do piersi pacjentki.

 

-  Nieco lepiej. 
-  Tak myślałem. 
Jacques stał nadal z chłopcem w ramionach.

 

-  Co zamierza pan z nim zrobić? - zapytała cicho, zafascy- 

nowana widokiem mężczyzny, który czule kołysał dziecko w ra- 
mionach.

 

RS

background image

 

32 

-  Zostawię go tu, niech sobie śpi - odparł tak cicho, że musiała 

wpatrywać się w jego wargi, żeby odczytać z nich sens słów. - 
O czwartej mam wykład. Może siostra przynieść poduszkę i jakiś 
koc? Jak się obudzi, zobaczy, że babcia jest obok, a może w tym 
czasie zgłosi się ktoś z rodziny... 

-  Bardzo dobry pomysł. 

Dlaczego jestem tak strasznie zmieszana? Jak ja się zachowuję! 

Z każdą chwilą jest gorzej! Niech on już idzie na ten wykład!

 

Jacques, nie wypuszczając chłopca z ramion, przysiadł ostrożnie 

na krześle, z trudem układając długie nogi. Wyglądał tak niezwykle, 
że Isabelle nie mogłaby od niego oderwać wzroku, gdyby nie mu- 
siała obserwować pacjentki.

 

Kobieta nagle odzyskała świadomość. Jej powieki uniosły się, 

zatrzepotały i opadły znowu. Dłoń poruszyła się i sięgnęła po maskę 
tlenową, jakby ją chciała zerwać z twarzy. Isabelle pochyliła się nad 
chorą.

 

-  Czy może nam pani powiedzieć, kim pani jest i jak możemy 

zawiadomić rodzinę? - zapytała po francusku.

 

Z tuby wydobył się jakiś niezrozumiały dźwięk.

 

-  Nie jest pani Francuzką? 
Lekki przeczący ruch. 
-  Mówi pani po angielsku? 
Znowu przeczenie. 
-  Czy może pani napisać na kartce swój numer telefonu i na- 

zwisko?

 

Chora wyraźnie nie zrozumiała. Isabelle spróbowała jeszcze raz.

 

-  Telefon! - rzekła wyraźnie. - Imię! Nazwisko!

 

Gestem pokazała, że chodzi jej o napisanie tego na kartce pa- 

pieru. Kobieta zrozumiała, ale wysiłek tak bardzo ją wyczerpał, że 
znowu przymknęła oczy. Isabelle poprawiła jej poduszkę.

 

-  Na mnie już czas. - Jacques ostrożnie wstał z krzesła, tuląc 

chłopca w ramionach. -.Musimy go gdzieś położyć.

 

RS

background image

 

33 

Spojrzał z troską na uśpione dziecko. Kobieta w łóżku otworzy- 

ła oczy i zrobiła niespokojny ruch ręką.

 

-  Chce pani, żeby został przy pani?

 

Isabelle przyniosła dodatkową poduszkę i łamiąc wszelkie szpi- 

talne przepisy, ułożyli Nicolasa w nogach babcinego łóżka. Starsza 
pani była drobna i miejsca było dosyć.

 

-  No to powodzenia! - powiedział potem doktor Ransan do 

Isabelle i opuścił pokój.

 

Wrócił dopiero po trzech godzinach, kiedy już pacjentka na tyle 

odzyskała siły, by napisać swoje imię i nazwisko oraz podać telefon 
córki. Córka, młoda kobieta mówiąca po francusku z rumuńskim 
akcentem, zjawiła się natychmiast. Chłopiec nadal spokojnie spał.

 

-  Mama nie zna francuskiego - potwierdziła Nadia Bouvet. 

- Mieszka z nami dopiero od kilku tygodni i jeszcze nie zdążyła się 
przyzwyczaić. Zostawiłam ją z Nicolasem w ogródku i poszłam po 
zakupy. Zapomniałam spytać, czy wzięła inhalator. Nicolas jest 
strasznie ruchliwy i na pewno bardzo ją zmęczył, a do tego ten wiatr 
i tumany kurzu. Mama musiała bardzo się przestraszyć, a to tylko 
wszystko pogorszyło. 

-  Musi jej pani zrobić bransoletkę na wypadek takiego ataku. 

Wtedy od razu wiadomo, na co cierpi i jak ją ratować. To się bardzo 
przydaje, kiedy chory jest nieprzytomny. 

-  Oczywiście, zrobimy coś takiego. Mamusiu... - zwróciła się 

do kobiety i szybko powiedziała coś w ojczystym języku. 

Starsza pani przytaknęła.

 

-  Na przyszłość będziemy ostrożniejsi.

 

W tej samej chwili obudził się Nicolas i jednym susem znalazł 

się w ramionach matki. Przez chwilę mocno się do niej tulił, a na- 
stępnie ześliznął się z jej kolan i zaczął myszkować po pokoju, 
jakby wzmożoną ruchliwością pragnął nadrobić stracony czas.

 

Pacjentka natychmiast się uspokoiła, zaczęła oddychać bardziej 

regularnie i Isabelle pomyślała, że być może jej stan pozwoli za-

 

RS

background image

 

34 

trzymać ją na oddziale bez konieczności odwożenia na intensywną 
terapię. Tak czy owak, trzeba było poczekać na powrót doktora 
Ransana. Zjawił się dopiero o siódmej, w ciemnym garniturze, pa- 
chnący i odświeżony. Isabelle przez chwilę słuchała oddechu pa- 
cjentki, a potem spojrzała na niego.

 

-  Jest znacznie lepiej. A jak udał się wykład? 
-  Całkiem nieźle - odparł nieco roztargnionym głosem. - Mam 

nadzieję, że coś niecoś zrozumieli z zawiłości astmy oskrzelowej. 
Odniosłem nawet pewien sukces: tylko cztery osoby zasnęły! 

-  Tylko cztery? Jak to? - Isabelle zamrugała oczami. - Ach, 

tak, rozumiem... 

-  Musi siostra wiedzieć, że jestem potwornie nudny - powie- 

dział ze smutnym uśmiechem. - Studenci zawsze zasypiają na mo- 
ich wykładach. Niektórzy z kolegów pocieszają mnie, że to może 
ze zmęczenia... 

-  Nic ich nie tłumaczy - podjęła wesoło Isabelle. - To karygod- 

ne i niewybaczalne! W moich czasach... 

Jacques oparł się o framugę drzwi.

 

-  Medycyna to poważna nauka i wymaga wiele trudu i czasu. 

Jak pani słusznie zauważyła, spanie na wykładzie jest karygodne 
i niewybaczalne. Muszę jednak przyznać, że nie zawsze i nie wszy- 
scy sypiają, a raz nawet trzymałem ich w napięciu przez całe dwie 
godziny, rozprawiając o czymś tak fascynującym jak „przewlekła 
sztuczna wentylacja w leczeniu niewydolności oddechowej"!

 

Patrzył na nią ze śmiertelną powagą. Isabelle potrząsnęła głową, 

żeby nie wybuchnąć śmiechem.

 

-  Opowiada pan jakieś dziwne rzeczy, doktorze... Sama nie 

wiem, co o tym myśleć. 

-  Może zatem rozważymy to wszystko podczas wspólnej ko- 

lacji? 

-  Kolacji? Dlaczego... Ma pan na myśli, że... 
-  Otóż to! Brawo. Słusznie się pani domyśliła. - Nie spuszczał 

RS

background image

 

35 

z niej wzroku, a w jego głosie brzmiał pełen powagi, mentorski ton. 
- Potem siostra mi powie, czy moi studenci mają rację, zapadając 
w głęboki sen w czasie moich monologów.

 

-  Dobrze.

 

W tej samej chwili jego oczy rozbłysły, zniknął gdzieś mentorski 

ton, skończyło się udawanie. Tak jakby nagle znaleźli się twarzą 
w twarz.

 

-  W takim razie o ósmej w „Chez Gabotte", na ulicy Pasteura. 

A może raczej podjechać?

 

-  Właściwie to ja... Zapomniałam, że nie mogę... 
Wycofała się nagle, rozumiejąc, że popełnia błąd. Nie może się

 

z nim spotykać towarzysko w sytuacji, którą narzuciła jej Claire. 
Przyrzekła Claire, że nie powie mu o swoim związku z jego rodzi- 
ną, i dlatego nie powinna iść z nim na kolację.

 

-  Nie mogę... ze względu na pacjentkę. 
Ruchem głowy wskazała panią Decalu.

 

Zmarszczył brwi. Widać było, że uznał to za unik. Myślał przez 

chwilę, jakby chciał pojąć powody jej decyzji, a potem nagle zre- 
zygnował.

 

-  Tak, rozumiem - powiedział, przybierając oficjalny ton, ja- 

kim lekarz przemawia do pielęgniarki - ale ta sprawa zaraz zostanie 
załatwiona. Porozumiałem się z intensywną terapią i zaraz ją do 
siebie zabiorą. Na noc pozostanie zaintubowana, a jutro zadecydu- 
jemy, co dalej. Przyprowadzę jednego z moich studentów, który zna 
rumuński, i porozmawiamy z nią. W ten sposób unikniemy niedo- 
mówień. - Machinalnie zdjął okulary i zaczął je przecierać połą 
marynarki. - W takim razie odmowa zjedzenia ze mną kolacji musi 
mieć jakiś inny powód. Zmęczenie albo...

 

Błyskawicznie podchwyciła jego słowa:

 

-  Tak, właśnie! Ostatnio miałam dużo pracy i jestem bardzo 

zmęczona... - Swoją drogą, szkoda, że obiecała Claire... - Może 
innym razem?

 

RS

background image

 

36 

-  Trudno, będę usypiał inne audytorium. 
-  Nigdy w to nie uwierzę - zaprzeczyła nieco zbyt gorliwie. 

- Nigdy nie uwierzę, że pan może być nudny! 

Powiedziała to pół żartem, pół serio* lecz jej słowa zabrzmiały 

poważnie. Była zbyt pewna, że doktor Ransan jest człowiekiem 
fascynującym, by mogła skutecznie udać, że tego nie widzi. Prze- 
cież gdyby tak nie było, nogi nie uginałyby się pod nią na sam jego 
widok!

 

Patrzył na nią z żartobliwym uśmiechem, nieco rozczarowany 

jej odmową, ale mając świadomość, że może zbytnio się pospieszył. 
Wiedziała, że chociaż się nie czerwieni ani nie drży, Jacques i tak 
rozumie, co się z nią dzieje. Nie musi słyszeć przyspieszonego bicia 
jej serca, mierzyć jej pulsu ani ciśnienia.

 

Atmosfera z każdą chwilą robiła się gęstsza i Isabelle rozpaczliwie 

próbowała coś zrobić, żeby wyrwać się z zaklętego kręgu fascynacji. 
Ogarnęło ją przemożne pragnienie, żeby go dotknąć i... pocałować.

 

A on o tym wiedział.

 

Musi przecież na swój własny, męski sposób odczuwać to samo. 

Musi żałować, że nie spotka się z nią wieczorem, musi być rozcza- 
rowany, że ona zrezygnowała pod pierwszym lepszym pretekstem. 
A jednak zachowuje kamienny spokój.

 

Jednego tylko nie wie, bo wiedzieć nie może. O jedno ona, 

Isabelle, jest od niego mądrzejsza. Ona zna powód odmowy, przy- 
najmniej tak do niedawna przypuszczała. Jacques jest jej kuzynem, 
a ona przyjechała tutaj, żeby pogodzić skłócone rodziny. Dlatego 
nawet jej do głowy nie przyszło, że między nimi może być... coś 
innego, coś wspólnego... Nigdy nie przypuszczała, że to możliwe, 
to znaczy... jeszcze do niedawna.

 

Ale właściwie dlaczego? Przecież wzajemna fascynacja może się 

okazać jeszcze jedną więcej sprzyjającą okolicznością. Czymś w ro- 
dzaju nieoczekiwanej nagrody... Może Jacques przychylniej potraktuje 
jej wysiłki zmierzające do pojednania, kiedy będzie w niej widział

 

RS

background image

 

37 

kogoś, kto po prostu mu się podoba. Może w ten sposób jej misja 
natrafi na bardziej podatny grunt i wszystko dobrze się skończy...

 

Znajoma, odległa melodia znowu zabrzmiała w powietrzu.

 

Dość! Należy jak najszybciej z tym skończyć! Wybić sobie 

z głowy jakieś „sprzyjające okoliczności" i tajemnicze melodie! 
Przecież ona wcale nie zna tego faceta. Jutro może się obudzić 
z poczuciem, że to wszystko tylko jej się śniło. Może całe to zauro- 
czenie jest tylko wynikiem nagłej zmiany szerokości geograficznej, 
może wszystkiemu jest winna francuska kuchnia, złota jesień albo 
melodyjny dźwięk języka, który był ojczystym językiem jej matki. 
Może to właśnie dlatego od pewnego czasu ma wrażenie, że znaj- 
duje się w środku powieści Colette albo Francoise Sagan.

 

-  Jesteś zmęczona. 
-  Co? 
-  Najlepszy dowód, że nie słyszysz, co do ciebie mówię. 
-  Tak, tak - przytaknęła szybko. - Czuję się bardzo zmęczona. 

Jestem na nogach od siódmej rano. 

-  Poczekaj chwilę. Przeniesiemy tylko tę pacjentkę na inten- 

sywną terapię, a potem odwiozę cię do domu. 

-  Ja... 

Delikatnym ruchem dotknął jej warg, nakazując milczenie.

 

-  Za piętnaście minut będę na dole, muszę po drodze zobaczyć 

jeszcze pacjenta na oddziale męskim. Poczekasz na mnie?

 

'   - Tak.

 

Ciekawe, czy on naprawdę nie słyszy bicia jej serca? Przecież 

wali jak oszalałe.

 

Czekała na niego nieco dłużej niż kwadrans. Dokładnie dwa- 

dzieścia dwie minuty. Oczywiście nawet jej do głowy nie przyszło, 
żeby odmierzać czas, ale na izbie przyjęć miała zegar dokładnie 
naprzeciwko siebie i jakoś nie mogła się powstrzymać, by na niego 
nie zerkać. Przecież każdy w jej sytuacji tak by postąpił. Człowiek, 
który na kogoś czeka, zawsze niecierpliwie patrzy na zegarek. Prze-

 

RS

background image

 

38 

stań, pomyślała, przestań się oszukiwać. Człowiek, który po prostu 
na kogoś czeka, może i spogląda na zegarek, ale oddycha normal- 
nie, nie czerwieni się raz po raz i nie ma tak spoconych rąk.

 

Co nie znaczy, że on jest w moim typie. Zawsze podobali mi się 

zupełnie inni mężczyźni. Mój typ... Zawracanie głowy, dopóki go 
nie spotkałam, wcale nie miałam pojęcia, jaki on jest, ten mój typ!

 

-  Zimno ci? - Podskoczyła i uniosła ku niemu nieprzytomne 

oczy. - Miałem wrażenie, że się trzęsiesz. 

-  Nie... Ja... 
-  W takim razie idziemy. 

Gdy wyszli ze szpitala, otulił ich mrok zapadającego szybko 

wieczoru.

 

-  Przyszło mi do głowy... 
-  Co? 

Spojrzała na niego z lękiem, spodziewając się najgorszego.

 

-  Pomyślałem sobie, że bardzo bym nie chciał, żebyś sądziła, 

że jestem taki sam jak Remy Chapuis. 

-  Skądże! Nawet mi do głowy nie przyszło, że ty, to znaczy, że 

pan... 

-  Na imię mam Jacques. 
-  Jacques... - powtórzyła. 
Imię brzmiało cudownie i miało cudowny smak, zupełnie jak 

rozpływający się w ustach kawałek czekolady, a może raczej jak 
łyk wybornego czerwonego wina...

 

-  Ani przez chwilę nie pomyślałam, że możesz być taki jak 

doktor Chapuis. I mam nadzieję, że ty też sobie nie pomyślałeś, że 
ja wtedy... tam w tym składziku... To tak potwornie banalne!

 

Roześmiał się.

 

-  Oczywiście, że nie. Mam wrażenie, że banalne sytuacje to nie 

twoja specjalność, Isabelle. 

-  Chyba masz rację. 
Ma rację, a do tego trafił w samo sedno. Sytuacja, w jakiej się

 

RS

background image

 

39 

znalazła, wcale nie była banalna. On zresztą stanowił część tej 
„niebanalnej sytuacji", tylko jeszcze o tym nie wiedział.

 

Gdyby chociaż mogła mu powiedzieć prawdę! To by wiele 

ułatwiło i na pewno zapobiegło niejednemu nieporozumieniu. Ale 
przecież przyrzekła Claire, że tego nie zrobi. Cała jej prostolinijna, 
„amerykańska" natura buntowała się przeciwko tej mistyfikacji. 
Granie komedii nie było jej najmocniejszą stroną.

 

Trudno, trzeba grać na zwłokę i mieć nadzieję, że milczenie zbyt 

wiele nie zaszkodzi. Przypomniała sobie, z jaką pewnością pani 
Oudot mówiła, że Jacques nie dojrzał jeszcze do zapomnienia prze- 
szłości, że tamte wydarzenia są w jego rodzime wciąż żywe i że 
pośpiech może okazać się zgubny.

 

Wtedy jej nie wierzyła, ale teraz, kiedy trochę go poznała, mu- 

siała starszej pani przyznać rację. Jacques jest porywczy i stanow- 
czy. Nie wiedziała dlaczego, ale jakoś wyczuwała, że jest zdolny do 
wydawania sądów, oceniania i narzucania własnej woli. Oczywi- 
ście, w niczym nie przypomina doktora Chapuis. Tamten tylko się 
puszył, Jacques zaś miał realną władzę - był silny, nie musiał mówić 
podniesionym głosem. Wystarczyło, że spojrzał, a wszyscy wie- 
dzieli, że to on jest najważniejszy. Nie wiadomo, jak postąpiłby, 
gdyby...

 

-  Strasznie nad czymś rozmyślasz. Niemal słyszę, jak tam 

w środku pracuje maszyna do myślenia. 

-  Takie sobie nieważne rzeczy. Sprawy rodzinne. 

Mimo woli powiedziała prawdę, ale on o tym nie wiedział.

 

-  Twoja rodzina została bardzo daleko? 
-  W Vancouverze. Teraz tam mieszkamy. Rodzice trzydzieści 

pięć lat temu przyjechali do Quebecu, ale potem się przeprowadzili. 
W Kanadzie francuskiej co druga osoba nosi nazwisko Bonnet! 

-  To podobno bardzo piękny kraj. 
-  Owszem, są góry, morze... Ale Vesanceau też jest bardzo ładne. 
-  Cieszę się, że ci się podoba. 

RS

background image

 

40 

-  Bardzo. Z mojego okna widać rzekę i dachy. Cudownie jest, 

kiedy słońce odbija się w wodzie, albo oświetla stare, kamienne 
fasady, kiedy most tak się odbija... Bardzo się cieszę, że tu przyje- 
chałam. Zatrzymaj się, tu właśnie mieszkam. 

-  Tutaj? - Lekko zdziwiony spojrzał na dom. - Przecież to dom 

Claire Oudot. 

-  Wynajęłam u niej pokój. Na górze, zupełnie jak studentka 

w Paryżu. To właśnie stamtąd mam ten niezwykły widok. 

Mówiła szybko, sztucznym ożywieniem starając się pokryć 

zmieszanie wywołane poczuciem winy.

 

-  Dobrze znam twoją gospodynię. To stara przyjaciółka mojej 

rodziny. Od czasu do czasu jest też moją pacjentką i wierną klientką 
mojego ojca. 

-  Tak? - zdziwiła się uprzejmie. - A czym się zajmuje twój 

ojciec? 

Pytanie było zupełnie na miejscu. Każdy w takiej sytuacji wy- 

kazałby zainteresowanie zawodem ojca rozmówcy. Tylko że to nie 
była normalna sytuacja i każde nierozważnie postawione pytanie 
mogło doprowadzić do katastrofy albo zaprowadzić nad brzeg prze- 
paści czy gdzie indziej. Na przykład do piekła, do którego droga 
wybrukowana jest dobrymi intencjami i... uprzejmymi, zdawkowy- 
mi pytaniami.

 

Jeśli teraz, zaraz, nie powie mu, kim jest, wejdzie na drogę, z której 

nie ma powrotu. Zrobi krok ku kłamstwu i będzie musiała brnąć dalej. 
Nadszedł moment złamania przyrzeczenia danego pani Oudot, głupiej, 
niemądrej obietnicy, do której zachowania zbyt pochopnie się zobowią- 
zała. Jeśli tego nie uczyni, wplącze się w intrygę, a przecież nigdy tego 
nie lubiła. Wystarczy jedno słowo, teraz...

 

-  Mój ojciec ma sklepik z serami. 
-  Rozumiem. 
Nienawidziła kłamstwa, uników, intryg, ale nie umiała złamać 

raz danego słowa i sprzeniewierzyć się obietnicy.

 

RS

background image

 

41 

-  To bardzo interesujące - rzekła uprzejmie. 
Jacques spojrzał na nią spod oka. 
-  Mój ojciec jest chyba nieco innego zdania. 
W jego głosie było coś, co przykuło jej uwagę. Jakaś gorycz 

albo... wyrzut? Czyżby się na kogoś gniewał albo miał o coś do 
kogoś pretensję? Ale dlaczego?

 

Spojrzała na jego twarz; była napięta i lekko zagniewana. Oczy 

skrywały okulary.

 

-  Ojciec miał inne plany. Nie mógł ich zrealizować, nie z włas- 

nej winy, i ma poczucie, że zmarnował życie. Bardzo go to gnębi, 
a z wiekiem... Przepraszam, sam nie wiem, dlaczego ci to wszystko 
opowiadam. Przecież prawie się nie znamy. Chociaż mam wrażenie, 
że my się jednak jakoś... znamy. Nie wiem, na czym to polega, ale 
tak właśnie myślę. A ty? 

-  Ja? Ja też. To dziwaczne, prawda? 
-  Wcale nie. - Roześmiał się. - Raczej cudowne. 
-  Cudowne... 
-  Nadzwyczajne... 
Ujął jej twarz w dłonie i lekko pocałował W usta. Jego ręce były 

gorące, a dotyk ust delikatny i bardzo przyjemny. Isabelle rozchy- 
liła wargi. Całowali się bardzo długo... Potem Jacques odsunął się 
i spojrzał jej w oczy.

 

-  A teraz musimy się pożegnać. Robię to bardzo niechętnie, ale 

nie czuję się na siłach walczyć z podejrzliwym spojrzeniem parii 
Oudot, która o wszystkim zawsze wie pierwsza i natychmiast po- 
daje to do publicznej wiadomości. Wolałbym, żeby to był tylko nasz 
sekret. Zgadzasz się? 

-  Czyja... Sekret? Jacques, ja muszę ci... 
-  Nic nie mów. Ktoś chyba odsunął firankę w oknie, żeby sobie 

poprawić widoczność. Na razie, dobranoc. - Dotknął palcem jej 
warg. -1 nikomu ani słowa To będzie nasz sekret. 

RS

background image

 

42 

ROZDZIAŁ  TRZECI

 

-  Nie wiedziałam, że pani pali.

 

Claire Oudot wyjęła paczkę cienkich papierosów i małą, srebrną 

zapalniczkę inkrustowaną szafirami.

 

-  Wcale nie muszę. Jeśli ci to przeszkadza, gotowa jestem się 

powstrzymać, moja droga.

 

Isabelle machnęła ręką.

 

-  Nie przeszkadza mi. Proszę palić, wszyscy tu palą. 
-  Wiem, że to okropny zwyczaj, ale... Zaczęłam palić w wieku 

piętnastu lat i bardzo trudno jest mi się odzwyczaić. Dawniej zresztą 
paliłam o wiele mocniejsze. 

Uśmiechnęła się kokieteryjnie i lekko się zaciągnęła. W restau- 

racji, w której siedziały, powietrze było przesycone dymem papie- 
rosów, zapachem perfum i jedzenia. Pracowity sobotni dzień dobie- 
gał końca.

 

-  Jak pewnie zauważyłaś - ciągnęła Claire - nigdy nie palę 

w domu. Do tego też się przyzwyczaiłam. Miałam dawno temu 
przyjaciela, który mi nie pozwalał palić. Mówił, że zapach nikotyny 
wnika w zasłony i pościel, a bardzo tego nie lubił. Oczywiście, miał 
rację. 

-  Szkoda, że nie wspomniał o pani zdrowiu. To chyba równie 

ważne jak zapach pościeli. 

Claire Oudot łagodnie przechyliła głowę i zapatrzyła się 

w smużkę błękitnego dymu.

 

-  Nieważne, teraz już wszystko nieważne.

 

Isabelle nie bardzo zrozumiała, czy starsza pani ma na myśli 

swoje zdrowie, czy lekceważący doń stosunek dawnego przyjaciela.

 

 

 

 

 

RS

background image

 

43 

-  W czasie wojny papierosy pomagały mi zachować spokój. 

Mniej się bałam. Ludzie nie wiedzieli, że są tak bardzo szkodliwe, 
zresztą wtedy jeszcze nie było tych wszystkich badań. Teraz wiem, 
że to zły nałóg, ale jakoś na razie szczęście mi sprzyja. W zimie, 
kiedy jestem przeziębiona, trochę więcej kaszlę, ale to wszystko. 
Twój kuzyn Jacques często jest ze mnie bardzo niezadowolony. 
W zeszłym roku w styczniu musiał mnie nawet wziąć do szpitala. 

-  Z powodu przeziębienia? 
-  Niezupełnie, r- Claire zaciągnęła się znowu i wypuściła dym 

ustami. Błękitna woalka zasłoniła jej twarz. - Twój kuzyn mówi, 
że mam chroniczny bronchit. Brzmi to bardzo uczenie, ale po co 
się straszyć groźnie brzmiącymi nazwami? Ja wolę to nazywać 
przeziębieniem. 

-  Nieważne, jak pani to nazywa! 

Isabelle spojrzała na Claire z wyrzutem. Zrozumiała, skąd bierze 

się chrypka, którą od początku słyszy w głosie swej gospodyni. 
Claire Oudot cierpi na chroniczny nieżyt oskrzeli, co w jej wieku 
i przy nałogowym paleniu nie wróży nic dobrego.

 

-  Nieważne, jak pani to nazwie - powtórzyła Isabelle z naci- 

skiem. Świadomość, że ktoś beztrosko wystawia na szwank swoje 
zdrowie, zawsze ją irytowała. - Przecież to bardzo ciężka choroba! 
Naprawdę nie może pani rzucić palenia?

 

Szczupła, błękitnie pożyłkowana dłoń spoczęła na jej ręce.

 

-  To naprawdę miło z twojej strony, że tak się przejęłaś moim 

zdrowiem, ale teraz spójrz, co dla nas niosą. Przecież to pstrąg w winie! 
Jedzmy te pyszności i cieszmy się życiem. A wracając do papierosów: 
ja bardzo je lubię. Zresztą kiedy się ma takiego lekarza jak twój kuzyn 
Jacques, trudno zrezygnować z choroby... - Zgasiła papierosa 
i uśmiechnęła się zalotnie. - A teraz jedzmy. 

-  Tylko proszę nie mówić o nim „twój kuzyn". 
Isabelle powiedziała to takim głosem, że Claire lekko spłoszona 

zamrugała powiekami.

 

RS

background image

 

44 

 

-  Rozumiem. W takim razie odtąd będę go nazywała doktorem 

Ransanem. Co w niczym nie zmienia faktu, że on naprawdę jest 
twoim kuzynem. 

-  W drugiej linii - chłodno uściśliła Isabelle. - Skoro jednak 

pani uniemożliwia mi podanie tego faktu do publicznej wiadomości, 
to proszę mnie nie wyręczać i stale mi o tym nie przypominać. 

-  Claire! Wiedziałam, że cię tu spotkam! 
Isabelle usłyszała za plecami melodyjny głos i zobaczyła, że 

twarz pani Oudot rozjaśnia się, jakby padł na nią promień słońca.

 

-  Jeanne! Witaj, usiądź z nami.

 

Widać było, że nieoczekiwane spotkanie sprawia jej ogromną 

przyjemność. Ponadto wyraźnie ucieszyła się, że znajoma pomoże 
jej ostatecznie zakończyć temat szkodliwych nałogów, lekarzy 
i skomplikowanych układów rodzinnych.

 

-  Bardzo chętnie. Nie lubię jeść sama i szczerze mówiąc liczy- 

łam na to, że cię tu spotkam. Obawiałam się tylko, że może jeszcze 
pomagasz swojej młodej przyjaciółce przyzwyczajać się do życia 
w naszym miasteczku.

 

Isabelle odwróciła się z uśmiechem i... próbowała nie okazać 

zaskoczenia. Kobieta, nieco młodsza od Claire, miała niezwykle 
piękną twarz i potwornie zniekształcone ciało. To nie mógł być 
wynik osteoporozy - na to było jeszcze za wcześnie, bo kobieta 
miała najwyżej sześćdziesiąt lat - to było wrodzone kalec- 
two: skrzywienie kręgosłupa dające w efekcie garb i przyginające 
całą postać ku ziemi. Kifoskolioza, przemknęło przez myśl Isabelle.

 

Kobieta miała na sobie wytworny, popielaty kostium z materia- 

łu, którego Isabelle nie znała. Kaszmirowa bluzka w pastelowe 
kwiaty i o ton jaśniejszy fular dopełniały reszty stroju. Cudownej 
urody twarz o ciemnych, przepastnych oczach całkowicie pochła- 
niała uwagę patrzącego, odwracając ją od zniekształconej postaci 
kobiety.

 

Panie ucałowały się i dokonano prezentacji.

 

RS

background image

 

45 

-  To jest moja przyjaciółka Jeanne - rzekła podekscytowana 

Claire i zawahała się na chwilę. - Jeanne Ransan. Jest ciotką Jac- 
ques'a i kuzynką twojego ojca - dokończyła.

 

Isabelle spojrzała na nią pytającym wzrokiem.

 

-  Kuzynką mojego ojca? Jak to? 
-  Francois jest moim bratem bliźniakiem - wyjaśniła Jeanne, 

mozolnie sadowiąc się na krześle. 

Isabelle zauważyła, że kobieta głośno oddycha. Zdeformowany 

kręgosłup musi uciskać płuca i utrudniać dopływ powietrza.

 

-  Tatuś nigdy... - zaczęła Isabelle i urwała. 
-  Nigdy o mnie nie wspominał - dokończyła Jeanne i mło- 

dzieńczym ruchem odgarnęła z czoła falę czarnych włosów. Jej 
cudowne oczy zalśniły jak gwiazdy. - Nie wspominał o mnie, bo 
nigdy nie byliśmy specjalnie zżyci. Pewnie z mojej winy. W tam- 
tych czasach nie byłam zbyt towarzyska, raczej unikałam ludzi. 
Może gdybyśmy spotkali się teraz, wszystko byłoby zupełnie ina- 
czej, przynajmniej mam taką nadzieję. Przyjaźniłam się przecież 
z twoją matką. 

Wymieniła znaczące spojrzenie z Claire i Isabelle znowu pomy- 

ślała, że pani Oudot wie znacznie więcej, niż mówi.

 

-  Jak ci już wspominałam - Claire pochyliła się ku przyjaciółce 

- Isabelle przyjechała tu, żeby pojednać zwaśnione rody. 

-  Mówiłaś też, że mój brat i jego syn na razie o niczym nie mają 

pojęcia. Jesteś pewna, że tak właśnie jest dobrze? 

Piękne, ciemne oczy skierowały się na Isabelle; poczuła na sobie 

życzliwe spojrzenie nowej kuzynki.

 

-  Sama już nie wiem - odpowiedziała szczerze.

 

Podszedł kelner i Jeanne, zerknąwszy w kartę, szybko wybrała 

menu. Dobór potraw i wina świadczył o dużym doświadczeniu 
i wyrafinowaniu. To spostrzeżenie sprawiło, że Isabelle postanowiła 
przejść do sedna.

 

-  Na pewno masz zdanie na ten temat, kuzynko Jeanne - powie-

 

RS

background image

 

46 

działa, starannie dobierając słowa. - Moja matka mogłaby być two- 
ją szwagierką. Byłabyś ciotką nie Jacques'a, tylko moją. Stało się 
jednak inaczej i chyba stało się dobrze, prawda? Sądzę, że nie ma 
sensu żałować czegoś, co miało miejsce trzydzieści pięć lat temu. 
Jeanne roześmiała się dźwięcznie i leciutko zakaszlała.

 

-  Widzę, że Claire zrobiła swoje! 
-  Nie powtarzam zdania pani Oudot. Sama doszłam do tego 

wniosku. 

Panie znowu wymieniły znaczące spojrzenia i Isabelle siłą opa- 

nowała się, by nie okazać zniecierpliwienia. Zdążyła się już zorien- 
tować, że Claire traktuje świat jak teatr marionetek i uwielbia po- 
ciągać za sznurki. Wszystko jednak ma swoje granice, kaprysy 
starszej pani również.

 

Objęła spojrzeniem swe rozmówczynie. Trudno, trzeba będzie 

przyprzeć je do muru. Może Jeanne okaże się mniej zagorzałą niż 
Claire miłośniczką intryg.

 

-  Chciałabym zapytać tylko o jedno - zaczęła, uważnie wpatrując 

się w piękne oczy kuzynki. - Jak wiesz, pracuję w tutejszym szpita- 
lu i codziennie spotykam się z Jacques'em. - Odniosła wrażenie, że 
Claire leciutko się uśmiechnęła. - Dlatego chciałabym wiedzieć, jak to 
jest - ciągnęła niezrażona. - Twój siostrzeniec robi wrażenie człowie- 
ka, który uważa, że jego ojciec się marnuje, sprzedając sery. Tak jakby 
sądził, że należy mu się jakiś inny, lepszy los. Nie rozumiem tego 
i chciałabym, żebyś mi wyjaśniła, o co tu chodzi.

 

Claire niespokojnie pokręciła się na krześle.

 

-  Jedz, kochanie, bo ci wystygnie - powiedziała troskliwie.

 

-  Byłoby szkoda, to takie pyszne, ja też...

 

-  Jem i bardzo mi smakuje - przerwała jej chłodno Isabelle

 

-  co w niczym nie zmienia faktu, że chciałabym porozmawiać. 
Zapytałam o coś i czekam na odpowiedź.

 

-  Kuzyn twojego ojca... - zaczęła pani Oudot. 
-  Wolałabym, żeby to Jeanne... 

RS

background image

 

47 

-  Mogę ci odpowiedzieć w jej imieniu. - W głosie Claire za- 

brzmiała słodycz i łagodna perswazja.

 

Isabelle spojrzała na Jeartne i zobaczyła, że starsza pani oddycha 

z jeszcze większym wysiłkiem niż przed chwilą. Jej twarz posza- 
rzała, usta wykrzywiło cierpienie.

 

-  Ten dym mnie dusi - wyszeptała. 
-  Przepraszam, przed chwilą paliłam. - Claire spojrzała na nią 

zeskruchą. 

Jeanne dotknęła ręką piersi.

 

-  To nie twoja wina, wszyscy tu palą. Kiedy myślę o Francois, 

zawsze czuję, jakby mnie...

 

Claire wyprostowała się, gotowa jej przerwać, i zrobiła to.

 

-  Francois wymyślił sobie, że będzie lekarzem, ale to były tylko 

takie mrzonki. Jacques oczywiście o tym nie wiedział, nie było go 
jeszcze na świecie. - Machnęła ręką, jakby wspominała rzeczy zu- 
pełnie nieważne. - Nie ma o czym mówić.

 

Isabelle nie zamierzała jednak ustąpić.

 

-  Przeciwnie! Jest o czym mówić i chcę to usłyszeć. I to nie 

w pani upiększonej wersji, tylko prawdę.

 

Claire w zadumie potrząsnęła głową.

 

-  A co to takiego, moja drogą?

 

Jeanne, leciutko pokasłując, przyszła w sukurs przyjaciółce.

 

-  Claire ma rację - wyszeptała z trudem. - Jest bardzo mądra, 

zawsze wszystko widzi i wie więcej niż my, zwykli ludzie. Clairejest 
jak wróżka. Bardzo wiele dla nas zrobiła i wiele jej zawdzięczamy. 

-  Jacy my? I co takiego zrobiła? 
Pytania zawisły w powietrzu i Isabelle zniechęcona wzruszyła 

ramionami.

 

-  Im więcej pytam, tym mniej mi mówią - powiedziała do 

siebie po angielsku.

 

Jeanne chciała się odezwać, ale nie była w stanie. Widać było, 

że ból staje się coraz silniejszy.

 

RS

background image

 

48 

-  Często miewasz takie ataki? - Isabelle spojrzała na nią z nie- 

pokojem, rezygnując z dalszych dociekań. 

-  Ostatnio coraz częściej - wykrztusiła Jeanne. - Zjawiają się 

tak bez zapowiedzi... i zaproszenia... 

-  Boli cię, prawda? W którym miejscu? 
-  Takjakby... serce... Prawdę mówiąc, trochę się boję, Dawniej 

to były tylko takie lekkie... ale dziś w nocy... i teraz... Okropne, 
a świat jest taki piękny! Nie chcę być chora! Mam takie słabe nogi 
i ręce, zupełnie bezwładne i spuchnięte... Pocieszałam się, że to 
upał, ale lato minęło i wcale nie jest lepiej. 

Rozpaczliwie zaczerpnęła powietrza.

 

-  Jeanne, kochanie!

 

Oczy Claire napełniły się łzami i Isabelle poczuła wyrzuty su- 

mienia. Była obcesowa i niesprawiedliwa. Może Claire rzeczywi- 
ście zbytnio lubi intrygi, ale jest dobrym człowiekiem i wyraźnie 
bardzo się boi o przyjaciółkę.

 

-  Kiedy ostatni raz ktoś cię badał? 
-  Jakieś pół roku temu, jeszcze w Paryżu; Kiedy mnie nie boli, 

nie myślę o tym. Nigdy się tak nie dusiłam... 

-  Zaraz wezwę taksówkę i zadzwonię do Jacques'a. -^Pani Ou- 

dot wstała od stołu. - Jedziemy do szpitala! 

-  Nie zawracaj mu głowy w sobotę wieczorem! 
-  Jest lekarzem, to jego obowiązek. 
-  A ja jestem pielęgniarką - włączyła się do rozmowy Isabelle. 

- Musi cię ktoś zbadać. 

Spojrzała na ręce Jeanne; palce były rzeczywiście, bardzo spu- 

chnięte. Jeanne przestała protestować. Jej usta posiniały, na twarzy 
pojawiły się kropelki potu, Isabelle pomogła jej wstać i pomiędzy 
stolikami zaczęły się przeciskać w stronę wyjścia. Restauracyjni 
goście usuwali się im z drogi, szepcząc i wymieniając uwagi. Ten 
i ów zgasił papierosa; ktoś otworzył okna.

 

-  Nie poznałeś jej? - usłyszała Isabelle w gwarze głosów. - To

 

RS

background image

 

49 

Jeanne Ransan, ta projektantka mody. Miała w Paryżu salon. Uro- 
dziła się tu i teraz wróciła. Nie poznałeś jej? Jest nadal bardzo 
piękna.

 

Przypadkowi ludzie więcej wiedzą o mojej rodzinie niż ja sama, 

pomyślała Isabelle. Prowadziła starszą panią do wyjścia, podtrzy- 
mując jej słabnące ciało i czując emanujący z niej lęk.

 

Na szczęście taksówka już czekała. Parking przed szpitalem był 

o tej porze pusty; zatrzymali się na miejscu zarezerwowanym dla 
pogotowia ratunkowego i Isabelle zaprowadziła chorą do izby przy- 
jęć. Mimo późnej pory panował tu wzmożony ruch. Na noszach 
leżał ranny z wypadku, jakaś starsza kobieta ze złamaniem kości 
udowej cicho pojękiwała. W korytarzu tłoczyli się inni pacjenci 
i towarzyszące im osoby. Isabelle spostrzegła dyżurną pielęgniarkę, 
którą poznała tydzień wcześniej. Pielęgniarka zadała im kilka ruty- 
nowych pytań i posadziła pacjentkę na wózku. Już miała zawieźć 
ją na oddział, kiedy Jeanne odwróciła się, jakby kogoś szukała.

 

-  Isabelle, jesteś tu? Czy moja przyjaciółka może pójść ze mną? 

Ona jest pielęgniarką. Nie chcę być sama.

 

-  Oczywiście. - Siostra skinęła głową, - Bardzo proszę. 
Jacques Ransan zjawił się pięć minut później; młody lekarz

 

odbywający praktykę na pneumologii nie zdążył jeszcze zebrać 
wywiadu od nowej pacjentki.

 

-  Ciociu Jeanne! - Ujął jej ręce i pocałował ją w policzek. - Co 

się stało?

 

Patrzył przy tym na Isabelle takim wzrokiem -r;z mieszaniną 

zaskoczenia i radości - że z pewnością nie uszłoby to uwagi Claire, 
gdyby nie była tak przejęta stanem zdrowia przyjaciółki.

 

- Strasznie mi przykro^ Jacques, robię ci taki kłopot.

 

Jeanne z wysiłkiem pogłaskała śniady policzek siostrzeńca 

i uśmiechnęła się przepraszająco.

 

-  Przecież od tego jestem, lyie razy ci mówiłem, żebyś w razie 

czego natychmiast do tanie dzwoniła. Żaden francuski specjalista

 

RS

background image

 

50 

ci tu nie pomoże... Witam panie - zwrócił się do Claire i Isabelle, 
a potem znowu powrócił do ciotki. - Co ci dolega? Masz trudności 
z oddychaniem?

 

-  Tak, i boli mnie serce. Tutaj. - Położyła drżącą rękę na wy- 

sokości mostka. - Bardzo silny ból.

 

Jacques włożył słuchawki i zaczął ją badać, polecając to wstrzy- 

mać oddech, to starać się oddychać normalnie. Od czasu do czasu 
mówił coś do stojącego obok praktykanta. Po skończonym badaniu 
znowu ujął ręce ciotki.

 

-  Czy ostatnio czułaś się bardziej zmęczona? 
-  Może tak, Mój paryski lekarz też zawsze o to pytał. Tak, 

ostatnio czułam się przemęczona, ale starałam się nie zwracać na to 
uwagi. Vesanceau jest takie piękne o tej porze roku, a ja tak bardzo 
potrzebuję piękna! Przecież znasz mnie, Jacques. 

-  Znam, znam.  . 

Lekko przytulił ją do siebie i uspokajająco pogłaska} po plecach.

 

-  Świat jest taki cudowny, ale może trochę przesądziłam z ob- 

cowaniem z tym pięknem. Bardzo mi puchną nogi i ostatnio, kiedy 
wracałam ze spaceru, zrobiło mi się słabo.

 

Jacques z troską spojrzał jej w oczy.

 

-  Ciociu, jak wiesz, nie mogę ci powiedzieć nic specjalnie we- 

sołego. Całe życie miałaś kłopoty z kręgosłupem, a z wiekiem te 
problemy muszą się pogłębiać. 

-  Nie strasz mnie. I tak bardzo się boję! 
-  Rozumiem i mogę cię zapewnić, że zrobimy wszystko co 

trzeba. Wezwiemy specjalistę, musi cię zbadać kardiolog. Kłopoty 
z oddychaniem znacznie osłabiły ci serce. To wszystko jest strasz- 
nie skomplikowane i nie będę ci teraz tego wyjaśniał. Powiem ci 
tylko, że nasz kardiolog, doktor Froissart, dokładnie cię osłucha, 
a potem zrobimy badania. Przede wszystkim elektrokardiogrąm 
i rentgen klatki piersiowej. Nie bój się, jesteś w dobrych rękach. 

-  Nie boję się, przecież wiem, że zrobicie to, co trzeba. 

RS

background image

 

51 

-  Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Doktor Fróissart jest 

znakomitym lekarzem, inaczej nie pracowałby tu z nami. Poleżysz 
u nas kilka dni, ustalimy leczenie i będziesz mogła wrócić do domu. 
- Zerknął w stronę Isabelle. - Czy to panna Bonnet wpadła na 
pomysł, żeby cię tu przywieźć? 

-  Tak. Ona i Claire. Na początku trochę się opierałam. 
-  W takim razie jestem bardzo wdzięczny pannie Bonnet, że cię 

do tego zmusiła. To bardzo ładnie z jej strony, że tak się przejęła 
stanem zdrowia przyjaciółki swojej gospodyni. 

Uśmiechnął się pod nosem. Isabelle otworzyła usta, żeby wyjaś- 

nić, co naprawdę łączy ją z Jeanne i Claire, ale wzrok tej ostatniej 
sprawił, że zacisnęła wargi. Jeanne zaś zbyt cierpiała, żeby zwracać 
uwagę na wymowne spojrzenia i słowne niuanse.

 

-  Muszę tu zostać, prawda? Ale co ja zrobię? Nie mam przy 

sobie nawet grzebienia ani szczoteczki do zębów. 

-  Nie przejmuj się, ciociu, zajmiemy się tym. Na razie nie mam 

innych pacjentów, więc nie jestem tu potrzebny. Pojedziemy do 
ciebie i wszystko ci przywieziemy. Ty tymczasem spokojnie sobie 
poleżysz. 

-  Zostaniesz tu ze mną, Isabelle? - Starsza pani z trudem unios- 

ła głowę i poszukała wzrokiem młodej kuzynki. 

-  Oczywiście, zostanę przy tobie... to znaczy przy pani - po- 

prawiła się szybko Isabelle i ujęła spuchniętą rękę chorej. 

Co ja mówię? Przecież on musi być chyba głuchy! Dobrze, że 

nie czyta w moich myślach. Chociaż wczoraj tak na mnie patrzył, 
jakby się wszystkiego domyślał, przypomniała sobie w popłochu 
i szybko odwróciła twarz, żeby Jacques nie mógł dostrzec jej wy- 
razu.

 

A może tylko tak mi się wydaje, bo ja... bo on tak nieprzytomnie 

mi się podoba, dokończyła niemal z jękiem. Claire Oudot 
najwyraźniej nie przewidziała podobnych komplikacji.

 

-  Ona jest nadzwyczajna, prawda, Jacques? — Melodyjny głos

 

 

 

RS

background image

 

52 

Claire rozległ się niczym akompaniament do jej spłoszonych myśli.

 

-  Idealna pielęgniarka, stanowcza i serdeczna, od razu widać, że 
wybrała ten zawód z powołania.

 

-  Owszem.

 

Odpowiedź była krótka i zdawkowa, a wyraz jego oczu zagad- 

kowy i nieczytelny.

 

-  A do tego otwarta i szczera jak wszyscy, których obecność 

wprowadza ład i harmonię między ludzi. To się nieczęsto zdarza

 

-  ciągnęła Claire, nie zrażona brakiem reakcji. - Ja nie potrzebuję 
dużo czasu, żeby dojść do tego wniosku. Ty, Jacques, też to zauwa- 
żysz, kiedy się bliżej poznacie. To znaczy, jak dłużej z sobą popra- 
cujecie.

 

Jacques nie słuchał jej.

 

-  Teraz ciocia pojedzie na kardiologię, a my po rzeczy. 
Isabelle pomogła Jeanne usadowić się na wózku i dużą windą

 

pojechały na czwarte piętro, gdzie mieściła się kardiologia. Kuzyn- 
ka była bardzo niespokojna.

 

-  Muszę tu zostać? - Czarne oczy w pobladłej, umęczonej twa- 

rzy spojrzały na Isabelle pytająco. - Myślałam, że mnie zawieziesz 
do was, na pneumologię, gdzie byłam w zeszłym roku.

 

Jeanne Ransan często chorowała na płuca - zdeformowany krę- 

gosłup uciskał je, zmniejszając wydolność oddechową - i czuła Się 
na pneumologii jak u siebie w domu. Oddział kardiologii był dla 
niej czymś nowym i groźnym.

 

-  To znaczy, że mam zawał -jęknęła zrozpaczona - a Jacques nic 

mi nie mówi, bo nie chce mnie straszyć. Dlatego przywieźli mnie tutaj.

 

Isabelle próbowała ją uspokoić, rzeczowo odpowiadając na 

wszystkie pytania i wyjaśniając szczegóły czekających chorą zabie- 
gów. Kiedy Jacques i Claire wrócili, Jeanne była już nieco spokoj- 
niejsza. Jacques porozmawiał z dyżurnym kardiologiem, po czym 
podszedł do łóżka.

 

-  Ciociu, zaraz dostaniesz tlen i lek na odwodnienie, który po-

 

RS

background image

 

53 

winien zmniejszyć obrzęk. Podamy ci też lek rozszerzający oskrze- 
la i jakiś środek przeciwbólowy. Jutro będziesz odpoczywać, a 
w poniedziałek przyjdzie doktor Froissart i ustalimy terapię. Na ra- 
zie masz leżeć i o nic się nie martwić. 
Claire usiadła na krześle obok łóżka.

 

-  A ja będę przy tobie siedziała i pilnowała, żebyś się nie mar- 

twiła! - oświadczyła z determinacją. 

-  Przecież nawet nie dokończyłaś kolacji, ani ty, ani Isabelle. 

To wszystko przeze mnie... 

-  Isabelle zaraz pojedzie na kolację. Jacques ją zabierze, pra- 

wda? - Nie czekając na odpowiedź, Claire znowu pochyliła się 
nad przyjaciółką. - A ja nie zamierzam nic jeść. Jak mogłabym 
się opychać, kiedy ty jesteś w takim stanie? 

W jej głosie nie było już afektacji, tylko troska i niepokój. Claire 

Oudot powiedziała to tak szczerze, że Isabelle wybaczyła jej wszy- 
stkie matactwa i intrygi, nawet tę ostatnią. Jednak propozycja, by 
Jacques zaprosił ją na kolację, jest naprawdę okropna! On natomiast 
wcale tak nie myślał.

 

-  Właścicielka domu, w którym pani mieszka - zaczął ceremo- 

nialnie - nie bez powodu mówi, że musimy się lepiej poznać. Osoba 
tak doświadczona musi mieć rację - dodał już na korytarzu, siłą 
powstrzymując śmiech. 

-  Ona jest... okropna. 
-  Naprawdę? 
-  Tak. Jest bardzo miła i dobra, i nawet ją lubię, ale czasem... 

mam ochotę ją zamordować! 

Jacques roześmiał się. Jego śmiech był równie dźwięczny i miły 

dla ucha jak głos.

 

-  Claire zawsze była dla nas kimś w rodzaju wróżki, tylko nigdy 

nie wiedzieliśmy, czy jest dobrą wróżką, czy złą.

 

A ty jak myślisz, jaka ona jest? 
Isabelle skrzywiła się.

 

RS

background image

 

54 

 

-  Jest zbyt niezwykła, żeby być po prostu dobrą wróżką. Czło- 

wiek stale musi się mieć przed nią na baczności!

 

Wyszli na parking i podeszli do samochodu, stojącego na miej- 

scu zarezerwowanym dla personelu medycznego. Wokół panowała 
cisza, aksamitna czerń nocy przywodziła na myśl ciepłe, przytulne 
wnętrza albo... czule obejmujące ramiona.

 

Jacques otworzył przed nią drzwiczki; 

 - Claire bardzo cię lubi, to widać.

 

-  Pewnie jestem doskonałym materiałem do jej sztuczek. 
-  Może... 
Jacques odwrócił się nagle i wziął ją w ramiona Stało się to nie- 

oczekiwanie, ale widocznie musiało. Wiadomo było, że do tego doj- 
dzie; coś wisiało w powietrzu od momentu, kiedy zobaczyli się po raz 
pierwszy w ciasnym schowku, w obecności nieszczęsnego i śmieszne- 
go doktora Chapuis. Wtedy wyrywała się z ramion tamtego, teraz 
- stała bez ruchu w ramionach Jacques'a, spokojna i bezpieczna

 

Było w tym coś tak normalnego jak znajome zapachy i dźwięki, 

witające podróżnika po długich latach wędrówki. Czuła, że wróciła 
do domu; dziwna melodia odezwała się znowu, tym razem głośno 
i wyraźnie, jakby grała ją cała wielka orkiestra. Jacques czuł to 
samo, była tego pewna.

 

-  Teraz ja czytam w twoich myślach - szepnęła po angielsku. 
-  Co mówisz? 
-  Nic takiego... 
-  Nie myśl, że nie znam angielskiego. 
-  To nie był angielski, to... przemówiło moje serce. 
Trzymał jej ręce, czuła drżenie przebiegające jej ciało, tuliła się

 

do niego. Różnica wzrostu powodowała, że twarz miała na wyso- 
kości jego piersi. Uniosła głowę i stanęła na palce, żeby zmniejszyć 
odległość dzielącą ich twarze. Dotknęła dłonią jego policzka, jakby 
chciała zbadać nieznany ląd. Jacques pocałował ją we włosy. Usły- 
szała jego śmiech.

 

RS

background image

 

55 

-  Jesteś strasznie mała. Musimy wyglądać jak perszeron 

i kucyk. 

-  Nie chcę, kucyki są małe i grube. 
-  No to jak żyrafa i gazela. 
-  Tak już lepiej. 
-  Trzeba coś zrobić, podstawić ci stołek-albo coś takiego... 
-  Tak jest bardzo przyjemnie. 
Zamruczała coś niewyraźnie i jak dziecko, które zbyt długo 

czekało na deser, poszukała ustami jego ust. Miały smak czekolady 
i wanilii, orzechów i karmelu... Całowała go długo, rozkoszując się 
jego smakiem. Znajoma melodia zabrzmiała znowu, niczym cu- 
downe tło. Jacques szepnął coś, całując jej włosy.

 

-  Czekoladowy krem...

 

Roześmiała się i odsunęła głowę, próbując spojrzeć mu w oczy.

 

-  Niesamowite! Myślałam, że masz smak czekolady i wanilii. 
-  Dość oryginalne połączenie. Od razu widać, że musisz być 

głodna. Chyba rzeczywiście zabiorę cię na kolację. 

-  Doskonały pomysł, ale może najpierw... 
-  Najpierw jeszcze trochę tego. 
-  Nie trochę, dużo... Tylko sobie nie my śl, że ja tak zawsze, że 

zawsze i ze wszystkimi jestem taka łakoma. Zwykle nie... rzucam 
się na jedzenie 

-  Wiem. Ze mną też dzieją się dziwne rzeczy, zwykle taki nie 

jestem. To ty budzisz we mnie apetyt na to, co teraz robimy. Jestem 
bardzo, bardzo głodny. 

Ujął jej głowę w dłonie i przez dłuższą chwilę panowała cisza. 

Czuła jego nieogolone policzki, wsunęła dłonie w jego włosy. Na- 
gle rozległ się jakiś dźwięk i Jacques oderwał się od niej, po czym 
pochylił, jakby czegoś szukał.

 

Nie ruszaj się, spadły mi okulary! Muszą tu gdzieś być... 

Romantyczna scena w blasku księżyca nieoczekiwanie zakoń- 
czyła się w prozaiczny sposób.

 

 

RS

background image

 

56 

 

-  Wróciliśmy na ziemię - skonstatowała z komicznym smutkiem. 
-  O, są! Co za szczęście! Mam nadzieję, że się nie potłukły? 

Szkła, oprawka... Wszystko w porządku. Isabelle, strasznie cię 
przepraszam. 

Kucnęła przy nim na asfalcie i przez chwilę trwali tąk na opu- 

stoszałym parkingu.

 

-  Jacques, pobrudzisz sobie ubranie, twój garnitur,.. 
-  Co mi tam garnitur, na szczęście okulary się znalazły, zresztą 

okulary też nieważne! A ty jak się czujesz? Zdrętwiały ci nogi od 
tego stania na palcach? 

-  Już wszystko dobrze. 
-  Musimy cię nakarmić. 
-  Czuję się doskonale, nic mi nie trzeba. 
-  Nieprawda! Co za kretyński pomysł! Całować się na parkin- 

gu ! Wiesz, co jest najważniejsze dla Francuza? 

-  Jedzenie, ą ty przecież też jesteś bez kolacji. 
-  Jesteś naprawdę urocza, gdyby tak jeszcze mieć stołek. 
-  Po co ci stołek? 
-  Żebyś naniego wchodziła w razie potrzeby. Jeśli ja za każdym 

razem będę gubił okulary, a ciebje będą bpiały nogi od stania na 
palcach, to nasze pocałunki mogą w przyszłości zamienić się w ka- 
tastrofę! 

W przyszłości, o czym on mówi...

 

Jeśli o to chodzi, pomyślała, mogę zawsze mięć stołek ppd ręką 

i wskakiwać na niego w razie potrzeby...

 

 

 

 

 

 

 

RS

background image

 

57 

Od tej pory wszystko się zmieniło. Świat nabrał nowych barw, 

życie stało się fantastyczną opowieścią.

 

Pojechali na kolację do tej samej restauracji, w której Isabelle 

wcześniej poznała Jeanne. Właściciel zrobił wszy$tko, żeby jej wyna- 
grodzić tak niefortunnie zakończony początek wieczoru. Wszyscy do- 
pytywali się o stan zdrowia panny Ransan i Jacques musiał dokładnie

 

RS

background image

 

58 

zreferować wszystko, co wie na temat jej choroby. Odpowiadał 
żartobliwie na wszystkie pytania, chociaż oboje z Isabelle wiedzieli, 
że jeśli przeprowadzone w poniedziałek badania potwierdzą podej- 
rzenia, losy Jeanne rysują się niewesoło.

 

Wrodzone skrzywienie kręgosłupa znacznie obciążyło pracę 

układu oddechowego i w płucach zaszły nieodwracalne zmiany. 
Można je leczyć objawowo, zmniejszając trudności oddechowe 
przez podawanie tlenu, a ból mięśni przez stosowanie odpowied- 
nich leków przeciwbólowych. Osłabione serce wymaga spokojne- 
go, uregulowanego trybu życia... Nic więcej dla Jeanne nie można 
zrobić.

 

Kiedy wreszcie pozostawiono ich w spokoju, Isabelle spojrzała 

pytająco na swojego towarzysza

 

-  Myślisz, że to będzie dla niej bardzo trudne, taka zmiana trybu 

życia i to wszystko? 

-  Jeanne wiedziała, że prędzej czy później to się musi stać. 

Zawsze miała świadomość, że jej życie z powodu kalectwa ma 
pewne granice, których nie można przekroczyć. Rozumiała to i po- 
stępowała bardzo rozsądnie. Wyjechała do Paryża, gdzie mogła 
realizować swoje plany. Szybko zrobiła karierę, otworzyła salon, 
obracała się W najlepszym towarzystwie/Czerpała z tego wiele 
przyjemności i satysfakcji. To była dla niej kompensata w najle- 
pszym znaczeniu tego słowa. Kiedy pięć lat temu tu wróciła, mu- 
siała zdawać sobie sprawę, że jej aktywne życie dobiegło kresu. 

-  Jak długo jej płuca będą jeszcze wydolne? A serce? 
-  Wszystko zależy od woli walki. Dzisiejszy atak bardzo ją 

przestraszył. Tamten lekarz w Paryżu nie uprzedził jej, że serce nie 
wytrzyma stałego niedotlenienia. Może nie Chciał jej straszyć przed 
czasem? Kiedy była dzieckiem, chirurgia jeszcze nie była na takim 
poziomie, żeby coś zrobić z kręgosłupem, teraz to też nie jest zbyt 
proste. Jedno wiem... 

 

-  Tak?     

RS

background image

 

59 

-  Jeanne byłaby bardzo niezadowolona, gdyby nas słyszała. 

Załamałaby ręce z rozpaczy, że spędzamy nasz pierwszy wspólny 
wieczór na użalaniu się nad jej losem. Zawsze była wrogiem mar- 
nowania czasu. Mam nadzieję, że nie odsądzisz mnie od czci i wia- 
ry, jeśli zaproponuję, żebyśmy już nie mówili o cioci Jeanne i jej 
Chorym kręgosłupie. Co ty na to?

 

-  Skoro jesteś pewieri, że tego by chciała, to zmieńmy temat. 
Jedli wyśmienite potrawy, pili dobre wino, rozmawiali, a od

 

czasu do czasu milczeli. Było im ze sobą tak dobrze, że wszystko, 
co robili, sprawiało im przyjemność. Kiedy wychodzili, wybiła 
północ i w restauracji nie było już nikogo.

 

Spała dobrym, głębokim snem, śniąc o pocałunkach i czekola- 

dowym kremie. Nie miała w planach ani jednego, ani drugiego, ale 
z błogością godziła się na nieoczekiwane nagrody, które na nią 
spadały. Za oknem szumiał deszcz, niedziela zapowiadała się spo- 
kojnie i sennie. Trzeba napisać list do domu, przedtem śniadanie 
z panią Oudot, a jeszcze przedtem trzeba wstać z łóżka...

 

Przed południem zrobiła zakupy na małym targu za mostem, 

a po obiedzie wraz z Claire udały się do szpitala.

 

Jeanne czuła się nieco lepiej, bóle ustąpiły, tlen zrobił swoje. 

Chora była dobrej myśli i przez noc zdołała się już pogodzić z po- 
bytem na „obcym" oddziale. Kiedy opuszczały szpital, ostatnie 
promienie słońca oświetliły stare miasto i Isabelle postanowiła 
pójść jeszcze na spacer. Snuła się po wąskich, brukowanych ulicz- 
kach i myślała o tym, co się wydarzyło poprzedniego dnia.

 

W poniedziałek zobaczyła go zaraz o siódmej, gdy tylko przy- 

szła. Zaaferowana, jak zwykle, siostra oddziałowa złapała ją 
w przejściu i ruchem głowy wskazała grupę lekarzy i studentów.

 

-  Mam do ciebie sprawę. Jesteś tu nowa i jak zdążyłam zauwa- 

żyć, jesteś bardzo dobra. Mimo to, gdybyś w czasie obchodu miała

 

RS

background image

 

60 

jakieś problemy na przykład z językiem, terminologią albo gdyby! 
nie wiedziała, jak się coś pisze, pytaj doktora Ransana. On tylko 
wygląda na takiego surowego, ale w rzeczywistości to bardzo dobry 
człowiek. Na pewno ci pomoże.

 

-  Dziękuję, na pewno tak zrobię.

 

Uśmiechnęła się w duchu, przyrzekając sobie, że jeszcze tego 

samego dnia powtórzy wszystko „doktorowi Ransanowi" i razem 
pośmieją się z dobrych rad siostry Boucher. Około trzeciej Jacques 
ma wykład, a o piątej mają iść na kawę.

 

Zachowywał się jak zwykle, tak jak prawdziwy lekarz zachowywać 

się powinien. Był lekarzem idealnym, i to nie tylko w zachwyconych 
oczach Isabelle. Rzeczowo i konkretnie omawiał objawy, stawiał diag- 
nozy, ustalał kurację, podsuwał studentom samodzielne wnioski. Cza- 
sem pozwalał sobie na subtelne żarty, których niektórzy przejęci adepci 
nauk medycznych nie rozumieli.

 

Asystowała przy obchodzie wpatrzona w niego, mając świador 

mość, że oto na jej oczach Superman znowu zamienia się w Clarka 
Kenta i niczym czarodziej wprowadza zasłuchanych studentów 
w świat cierpiących ludzi.

 

Skład pacjentów od piątku nieco się zmienił. Pani Decalu wró- 

ciła z oddziału intensywnej terapii i trzeba było ustalić zestaw le- 
ków przeciwko astmie, które miała regularnie przyjmować. Stan 
pani Chaillet systematycznie się pogarszał. Konsultację lekarzy róż- 
nych specjalności nie przyniosły rezultatów, zmiana terapii nie od- 
niosła skutku, objawy nie ustępowały, pojawiały,się nowe, niepo- 
kojące sygnały. Sprawa utknęła w martwym punkcie i rokowania 
były niezbyt pomyślne.

 

-  To taka miła osoba, nigdy na nic się nie skarży - powiedziała 

Carine Faivre, która siedziała przy niej w nocy. - Musimy coś zro- 
bić! Serce mi się kraje, kiedy widzę, jak ona się wpatruje w dokto- 
ra Ransana. No i stara się nie słuchać głupich żarcików doktora 
Chapuis!

 

RS

background image

 

61 

Nową pacjentką była, przywieziona podczas weekendu, zakon- 

nica z pobliskiego klasztoru klarysek.

 

-  Siostra Maria ma zapalenie płuc - oświadczył doktor Chapuis 

swoim afektowanym głosem — i uważa, że wystarczy się modlić, 
zamiast brać penicylinę. - Roześmiał się z własnego dowcipu, lecz 
nikt mu nie zawtórował. - Dlatego jest teraz poważnie chora - za- 
kończył, nie zbity z tropu.

 

Jacques spojrzał na niego.

 

-  Pacjentka pana słyszy - powiedział chłodno. 
-  Wiem, ale przecież ona chyba nie jest... 

 

-  Porozmawiać możemy na korytarzu, panie doktorze. 
Wyszedł z sali i wszyscy za nim podążyli. 
-  Tu jest właściwe miejsce na żarty kosztem pacjenta. 
Powiedział to zupełnie zwyczajnym głosem, ale było w nim coś 

takiego, że nawet Remy Ghapuis go zrozumiał i wymamrotał słowa 
przeprosin.

 

-  Pacjentka miała wczoraj silną gorączkę i majaczyła, ale teraz 

wie, gdzie się znajduje - rzekł Jacques. - Prawda, siostro Bonnet?

 

Isabelle sprawnie zreferowała to; co jej powiedziała schodząca 

z nocnego dyżuru pielęgniarka.

 

-  Tak, odzyskała już świadomość i jest zupełnie przytomna. 

Wie, co się stało i dlaczego znalazła się w szpitalu. Kiedy... 

-  Dziękuję, siostro, wystarczy -przerwał jej wyniosłym głosem 

doktor Chapuis - może ja dokończę. - Najwyraźniej chciał popra- 
wić swój wizerunek w oczach starszego kolegi. - Pacjentce podano 
leki obniżające gorączkę, kroplówkę i tlen. - Spojrzał do notatnika 
i wymienił nazwy leków. 

-  Dlaczego pacjentce podano lek z tej właśnie grupy? - zwrócił 

się Jacques do jednego ze studentów. 

-  Ponieważ nie zmniejsza odruchu kaszlowego i nie dopro- 

wadza do zalegania wydzieliny w płucach - odparł nieśmiało za- 
pytany. 

RS

background image

 

62 

-  Bardzo dobrze, Ponieważ pacjentka jest bardzo słaba, będzie 

przychodziła do niej fizykoterapeutka, A teraz, jak nam łaskawie 
zwrócił uwagę doktor Chapuis, musimy się zająć innym aspektem 
Sprawy. Chora, przez dłuższy czas nie zwracała uwagi na symptomy 
choroby i nie leczyła się. Obecnie stan jest poważny i należy bardzo 
energicznie przeciwdziałać rozwojowi choroby. Co pan proponuje, 
doktorze Chapuis? 

-  Zrobiliśmy posiew i zaczęliśmy już podawać antybiotyki 

o odpowiednio rozległym spektrum. Powinny zadziałać. 

-  Doskonale, w takim razie możemy iść. I jeszcze jedno... Sio- 

stro Bonnet, doktor Chapuis był łaskaw zwrócić uwagę na to, że 
nasza nowa pacjentka jest zakonnicą.., 

Zwrócił się ku niej i natychmiast pomyślała o jego pocałunkach. 

Błysk zza okularów świadczył o tym, że Jacques ma to samo sko- 
jarzenie. 

 

-  Byłoby dobrze, żeby siostra zapytała pacjentkę, czy czegoś 

nie potrzebuje. Może chce, żeby jej przyniesiono różaniec albo 
modlitewnik. Siostra Maria może krępuje się prosić, a ja zawsze 
bardzo dbam p nasze zakonnice z klasztoru świętej Klary. W końcu 
to one ufundowały nasz szpital, a same często zapominają o swoich 
potrzebach. Musimy się nimi opiekować. 

-  Siostra Maria chyba zasnęła - odparła Isabelle, zaglądając do 

pokoju - ale kiedy tylko się obudzi, porozmawiam z nią. 

Procesja ruszyła dalej i po chwili opuściła oddział, Isabelle zaś 

poszła do siostry oddziałowej.

 

-  Jakoś się udało -^mruknęła i obłudnie spuściła oczy. - Ma 

pani rację, on jest naprawdę bardzo miły i wyrozumiały.  

-  Bardzo dobrze. Doktor Ransan to święty człowiek; musi wy- 

trzymywać z tymi wszystkimi głupkami, ale dla kogoś, tak inteli- 
gentnego jak on jest to łatwe.., 

RS

background image

 

63 

ROZDZIAŁ  CZWARTY

 

Siostra Maria miała różaniec przy sobie, ale potrzebowała kilku 

innych rzeczy. Isabelle obiecała, że zaraz zadzwoni do klasztoru 
i ktoś jej wszystko przyniesie. Zakonnica trochę się uspokoiła, ale 
wyraz jej bladej, wycieńczonej twarzy świadczył o tym, że w dal- 
szym ciągu coś ją gnębi.

 

-  Czy potrzebuje siostra czegoś jeszcze? - spytała Isabelle. - 

Proszę powiedzieć. 

-  Nie, ale chciałabym wiedzieć, kiedy wyjdę. Może w środę? 
-  To niemożliwe. Ma siostra zapalenie płuc i doktor na pewno 

zatrzyma tu siostrę co najmniej przez tydzień. 

Zakonnica głęboko westchnęła.

 

-  Cały tydzień... strasznie długo.

 

Isabelle pogłaskała zakonnicę po suchej jak pergamin dłoni.

 

-  Niedługo siostra wyzdrowieje. Gorączka już spada, ciśnienie 

się poprawiło i oddycha się łatwiej, prawda? Proszę się o nic nie 
martwić.

 

Po obiedzie oddział odwiedziła siostra Cecylia, która przyniosła 

siostrze Marii potrzebne przedmioty. Ustawiła na stoliku obrazki 
Matki Boskiej i świętego Piotra, i przysiadła na krześle obok łóżka. 
Była niemal równie krucha jak leżąca w nim chora. Porozmawiała 
chwilę i odeszła.

 

Był słoneczny, ciepły dzień. Siostra Maria z wysiłkiem uniosła 

głowę i spojrzała w stronę okna. Z miejsca, gdzie leżała, widziała 
kopułę starego, szesnastowiecznego szpitala, jego rozgrzany, mie- 
dziany dach pokryty zielonkawą śniedzią.

 

RS

background image

 

64 

O trzeciej odwiedziła ją fizykoterapeutka, ale pacjentka była 

rozkojarzona i nieobecna duchem.

 

-  Próbowałam z nią zrobić kilka ćwiczeń oddechowych, ale ona 

mnie nie słucha, zupełnie jakby myślała o czymś innym. Nie mogę 
pracować w takich warunkach.

 

Wysłuchawszy jej, Isabelle poszła do chorej.

 

-  Siostro Mario, proszę mi'powiedzieć, o co chodzi. 
Dotknęła wysuszonej, spracowanej dłoni zakonnicy. Witiać było,

 

że siostra Maria nie oszczędza swojego wycieńczonego organizmu.

 

-  Chodzi o... mój ogródek. 
Odpowiedź była dość nieoczekiwana. 
-  Ogródek? 

 

-  O moje warzywa. Wszystko dojrzało i trzeba zaraz zbierać. 

Pomidory, kabaczki, dynie... Wszystko zgnije, jeśli znowu spadnie 
deszcz. Szpinak, sałata... wszystko się zmarnuje. 

-  Może jakaś inna siostra się tym zajmie? Na przykład siostra 

Cecylia? 

-  Ona gotuje, zresztą jest za słaba na pracę w ogrodzie. - Siostra 

Maria uniosła się na łóżku i zaczęła wyliczać na drżących palcach: 
- Dwie inne siostry są już bardzo stare, jedna jest chora, a dwie 
najmłodsze wyjechały. Nikt nie zadba o moje jarzynki. 

-  A może ja? - spytała Isabelle z uśmiechem. 

I ja ^usłyszała za plecami głos.-Co siostra na to? 

Odwróciła się i zobaczyła Jacques'a: miał na sobie ciemne spod- 
nie i szarą koszulę. Wyglądał znakomicie.

 

-  Naprawdę?

 

Siostra Maria spojrzała na lekarza z niedowierzaniem.

 

-  Naprawdę moglibyście... - Dotknęła ręki stojącego przy łóż- 

ku mężczyzny. - Jaki pan silny! Oboje jesteście tacy młodzi i silni. 
Wy na pewno nie zmęczycie się w moim warzywniku. 

-  Cała przyjemność po naszej stronie - oświadczył Jacques ze 

śmiechem. 

RS

background image

 

65 

Zakonnica spojrzała mu prosto w oczy; najwyraźniej postano- 

wiła kuć żelazo póki gorące.

 

-  A potem zawieziecie wszystko, komu trzeba? 
-  Trzeba to komuś zawieźć? 

Zakonnica nagle się ożywiła, zupełnie jakby wstąpił w nią nowy 

duch. Niemal usiadła na łóżku.

 

-  Trzeba, trzeba. Jest dużo potrzebujących starych i chorych 

ludzi, którzy sami sobie nie kupią, bo nie mają za co. Mam całą 
listę. Muszą dostać jarzyny i sałatę! Siostra Cecylia zaprowadzi was 
do ogrodu i wszystko pokaże.

 

Aktywność bardzo ją wyczerpała i opadła na poduszki.

 

-r Może siostra być spokojna. - Isabelle pogładziła ją po ramie- 

niu. '.- Razem z doktorem Ransanem wszystko załatwimy, proszę 
się nie martwić.

 

Dopiero kiedy wyszli na korytarz, spojrzeli na siebie z zakłopo- 

taniem.

 

-  Ale kiedy? .- Jacques zmarszczył brwi. — Za dziesięć 

minut mam wykład, który potrwa do piątej, a to dla ciebie za późno. 

-  Nieważne, Pójdę do domu, zjem coś, przebiorę się i spotkamy 

się na miejscu. Zacznę bez ciebie* 

.- Znajdziesz ten ogródek?

 

-  Oczywiście. Wczoraj zrobiłam sobie długi spacer po okolicy 

i dotarłam na wzgórze, pod sam klasztor. 

-  A potem pójdziemy na kolację... 
Mówiąc to, dotknął lekko jej pleców i poczuła dreszcz. Jego 

oddech owiał jej włosy; Jacques szybko pochylił siei nie bacząc,na 
miejsce, w którym się znajdowali, delikatnie pocałował ją w usta. 
Potem szybko odszedł, pozostawiając ją w stanie oszołomienia 
i całkowitego rozkojarzenia.

 

Z trudem przywołała się do porządku i poszła do dyżurki, żeby 

jednej z pielęgniarek przekazać zlecenia lekarza. Za każdym razem, 
kiedy wymawiała jego nazwisko, czuła przyjemne podniecenie.

 

RS

background image

 

66 

„Doktor Ransan zapisał pacjentce to i to...", „Doktor Ransan po- 
wiedział, żeby do niego natychmiast dzwonie' w razie pogorsze- 
nia. ..", „Doktor Ransan...".

 

Pół godziny później znalazła się w domu; włożyła obciste dżin- 

sy, ciemnozieloną bawełnianą bluzkę* zjadła drożdżówkę i jabłko, 
w końcu wypiła filiżankę gorącej czekolady. Przepasała ciemne 
włosy kolorową wstążką jak Cyganka, i wyszła ż domu. Skierowa- 
ła się w stronę kościoła świętego Pawła, minęła średniowieczne 
ruiny będące chlubą Vesanceau, i weszła na placyk.

 

Przysiadła na ławce i zachwyconym wzrokiem objęła średnio- 

wieczny kościół. W łagodnym blasku słońca, w majestacie starych 
kamieni, kościół wyglądał niezwykle. Światło odbijało się w kolo- 
rowych szybkach witraży, zapraszając do środka. Cudownie musi 
wyglądać mroczne wnętrze rozświetlone tęczowym odblaskiem 
okien...

 

Przez chwilę wahała się, czy nie wejść. W końcu zrezygnowała; 

czuła się jakoś dziwnie, jakby z jakiegoś powodu miała wyrzuty 
sumienia, których nie mógł zagłuszyć fakt, że właśnie udaje się 
w zbożnym celu do warzywnika przy klasztorze świętej Klary.

 

Obietnica złożona Claire Oudot Ciążyła jej coraz bardziej. To 

dlatego czuła się moralnie nie w porządku. Czuła się tak, jakby 
miała niestrawność... chociaż to może niezbyt romantyczne porów- 
nanie. Od czasu do czasu o wszystkim zapominała, a potem fałszy- 
wa sytuacja, w jakiej znalazła się niezupełnie ze swej winy, nagle 
budziła w niej palący niepokój.

 

Gdyby tak coś między nimi zaszło... Gdyby Jacques, tak jak 

ona, miał na to ochotę... a ma, tego była pewna... Przecież obiecała 
Claire, że tylko „na razie" nic mu nie powie. Na razie... Claire może 
myśleć, że chodzi o miesiące albo tygodnie, ale sprawę trzeba wy- 
jaśnić już, zaraz. Trzeba z nią jak najszybciej porozmawiać, a potem 
zaraz poinformować o wszystkim Jacquesa. Tak właśnie zrobi. ;

 

RS

background image

 

67 

Powziąwszy decyzję, wstała z ławki i ruszyła w stronę wzgórza, 

na którym stał klasztor.

 

Otoczony był wysokim murem, ale furtka była otwarta. Isabelle 

weszła na dziedziniec, gdzie natknęła się na siostrę Cecylię, która 
wręczyła jej kilka plastikowych toreb i kamiennym przejściem za- 
prowadziła do warzywnego ogrodu. Za murem z omszonych ka- 
mieni rozciągał się widok na zielone wzgórza i leniwie płynącą 
Loque. Pod murem, w cieniu wysokich krzewów dzikich róż, znaj- 
dowała się grota Matki Boskiej.

 

Isabelle rozejrzała się po królestwie siostry Marii. Czego tu nie 

ma! Czerwone pomidory starannie przywiązane sznurkiem do pa- 
lików, zielony szpinak i jasnozielone główki sałaty, złote dynie, 
pasiaste kabaczki...

 

Zakasała rękawy i zabrała się do pracy, Jacques zjawił się 

w chwili, kiedy z niemałym wysiłkiem podnosiła z ziemi pasias- 
tego olbrzyma. Ważył chyba z pięć kilo i miał rozmiary małego 
dziecka.

 

Jacques też się przebrał; miał tęrąz na sobie dżinsy i koszulkę 

ukazującą opalone, ramiona. Jąk na intelektualistę, jak na phudego 
okularnika był całkiem dobrze zbudowany...

 

Podążał ku niej przez grządki siostry Marii i nie mogła od niego 

oderwać wzroku. Stała tak bez ruchu, dopóki nie podszedł. Nie 
zdążyła nawet przestać się uśmiechać na samą myśl o powitaniu. 
Rezultat był taki, jąk się spodziewała. Jacques wyjął z jej rąk kaba- 
czka i zaczął jącałować.

 

— Teraz już lepiej…

 

Siostra Maria chyba byłaby, z nich niezadowolona. Przecież 

przyszli; tutaj, żeby zebrać owoce jej pracy, a potem,rozdzielić je 
biednym! Warzywa na pewno się zmarnują, jeśh' dwoje ludzi, za- 
miast je zbierać, będzie tak sobie stało pośrodku ogródka w cie- 
płych promieniach popołudniowego słońca i całowało się między 
różami...

 

RS

background image

 

68 

One też tu zawiniły. Niezwykły zapach dzikich róż mieszał się 

ze smakiem pocałunku, potęgując jeszcze doznania.

 

-  Pachniesz sałatą i ziemią, Isabelle... 
-  Będziesz pachniał tak samo - powiedziała przytulona do nie- 

go - jak wreszcie weźmiesz się do roboty. Kiedy cię zobaczyłam, 
od razu pomyślałam, że się nie nadajesz do pracy w ogrodzie, panie 
doktorze w nieskazitelnie czystym -ubranku! 

Oderwała się od niego, zerwała gałązkę z najbliższego krzaka 

dzikiej róży, i zamachnęła Się.

 

-  A masz! Do roboty! 
-  Litości, Isabelle! 
-  Nic nie robisz, stoisz tylko i się gapisz! 
-  Wcale nie! Cały czas intensywnie myślę! O tym, jak cudow- 

nie byłoby kochać się tu, w tym cieniu... 

Chwycił ją w ramiona i znowu obsypał pocałunkami. Jedną ręką 

przytulił ją do siebie, drugą potrząsnął pachnącą gałązką. Czuła ha 
twarzy płatki róży i jego pachnące różami pocałunki.

 

Wreszcie oderwali się od siebie.

 

-  I kto tu stoi i nic nie robi? - zawołał Jacques, po czym od- 

wrócił się'i z zapałem przystąpił do zbierania pomidorów.

 

Isabelle pozostała przy kabaczkach, a potem zaczęła zrywać 

groszek i fasolę. Z trudnością skupiała śię na pracy. Jacques znaj- 
dował się zbyt blisko; widziała, jak się pochyla i prostuje; czuła 
każde jego drgnienie, każdy ruch.

 

Skończyli dopiero po szóstej. Przed nimi stało siedem worków 

pełnych plonów i jeden gigantycznych rozmiarów kabaczek, którego 
nie udało się umieścić w żadnym z nich. Rozgrzane powietrze pełne 
było zapachu tymianku i rozmarynu. Isabelle rozejrzała się niepewnie.

 

-  Tyle tu ziół. Tymianek, rozmaryn, majeranek, bazylia... Sio- 

stra Maria nić nie mówiła ó ziołach. 

-  Zerwiemy trochę dla siebie, pojedziemy do mnie i zrobię ci 

omlet.       

RS

background image

 

69 

-  W takim razie nazrywajmy tyle, żeby starczyło dla wszystkich

 

Przez następne dwie godziny rozwozili warzywa według dostar- 

czonej im przez siostrę Cecylię listy. Odwiedzali ubogie lepianki 
i nędzne mieszkania, widzieli starych, chorych, udręczonych ży- 
ciem ludzi; czekających na pomoc; zostawiali pękate torby i odcho- 
dzili z poczuciem, że siostra Maria jest bardzo potrzebna swym 
podopiecznym. Odpowiadali na pytania o jej zdrowie i widzieli 
smutek na ich twarzach.

 

-  Kiedy przyjedzie mój syn - powiedział jeden staruszek - po- 

prószę go, żeby mnie do niej zawiózł, tylko nie wiem kiedy... Nie 
był u mnie ze trzy tygodnie, a sam nie mogę się ruszyć z domu. 
Nawet do sklepu nie wychodzę. Teraz ugotuję sobie zupę z tego, co 
przynieśliście.

 

Kiedy wreszcie skończyli, zostało im sporo ziół. 

— Starczy na nasz omlet, Isabelle;..

 

-  Umieram z głodu...

 

Wsiedli do niebieskiego citroena, zaparkowanego na placu przed 

kościołem, i pojechali do mieszkania Jacques'a. Mieściło się na 
ulicy du Pont, wśród krzewów geranium i kamiennych portali. Było 
wygodne i ładnie urządzone starymi, drewnianymi meblami; płó- 
cienne zasłony łagodziły nieco prostotę kawalerskiego wyposaże- 
nia. Składało się z sypialni, w której stało duże łóżko, gabinetu do 
pracy przechodzącego w salonik, łazienki i małej białej kuchni, 
gdzie przyrządzali właśnie omlet.

 

Isabelle przygotowała zioła, starając się nie patrzeć w stronę 

sypialni; Jacques położył na stole bagietkę, którą kupili w drodze 
do domu, i sery na drewnianej tacce, otworzył butelkę białego wina 
iprzyrządził sałatę sosem winegret. Na deser było ciasto z jabłkami 
i świeżo parzona kawa.

 

Jacques zapalił świece i zasiedli do uczty, po której miało nastą- 

pić to, co nastąpiło. Nigdy dotąd tego nie robiła. To znaczy, owszem,

 

RS

background image

 

70 

robiła to już kiedyś w Kanadzie, ale to było zupełnie co innego. 
Wtedy, jeszcze na studiach, kiedy była z Brianem, uważała, że tak 
to właśnie powinno wyglądać. Brian był miły i rozstali się w przy- 
jaźni, ona jednak była bardzo,zawiedziona, Nie tym, eo zrobiła, 
tylko tym, że nie zdołała wykrzesać z siebie uczucia.

 

Tym razem... Tym razem wszystko,było inaczej. Znalazła się 

w intymnej sytuacji z mężczyzną, którego prawie nie znała, lecz 
z którym łączyła ją bliskość. Tajemne porozumienie zmysłów. To 
sprawiło, że wszystko, co robili, wydało jej się nagle normalne 
i naturalne. To było szaleństwo, fantastyczne szaleństwo, które mi- 
mo iż trwało długo, wydało jej się stanowczo za krótkie. Kiedy 
wreszcie mogli mówić, usłyszała głos Jacques'a:

 

-  Zostaniesz na noc? 
-  Tak - szepnęła. 
Marzyła wszak o tym, żeby spędzić z nim całą noc, od wieczora 

do świtu. Chwile, które nastąpiły potem, były pasmem zmysłowych 
doznań, których nigdy dotąd nie doświadczyła. Potem nie mogła 
sobie przypomnieć żadnych szczegółów. Wszystko rozpłynęło się 
w jakiejś niezwykłej zmysłowości.

 

Jacques nie zapalił światła w sypialni, ale blask lampy palącej 

się w salonie docierał do łóżka, obejmując ich złocistą smugą. Cień 
Jacques' a na ścianie wydawał się ogromny. Pieścił ją tak, jakby sam 
instynkt podpowiedział mu, jak wywołać w niej rozkosz. Onarobiła 
to samo, podporządkowując się głosowi, którego dotąd nie słyszała. 
Potem szybko zasnęli, mocno do siebie przytuleni;

 

Kiedy się obudziła, szarawe światło sączące się przez zasłony 

powiedziało jej, że jest świt. Poczuła, że Jacques'a przy niej nie ma. 
Myśl, że obudziła się w łóżku prawie zupełnie nieznanego mężczy- 
zny sprawiła, że natychmiast oprzytomniała.

 

Wtedy w drzwiach sypialni stanął Jacques i myśl, że jest obcy, 

natychmiast zniknęła. Mężczyzna, który stał w drzwiach, ogolony, 
wykąpany,  pachnący  świeżością,  całkowicie  ubrany  i  gotów  do 
wyjścia

 

RS

background image

 

71 

nie był nieznajomym. Nigdy nie był obcy, nawet wtedy, kiedy 
zobaczyła go po raz pierwszy. Uśmiechał się do niej, był szczęśliwy 
i niczego nie żałował. Ona też niczego nie żałowała; odwzajemniła 
jego uśmiech i przeciągnęła się leniwie.

 

-  Nie rób i nie mów nic, bo znowu znajdę się przy tobie w łóżku 

- powiedział - a muszę za godzinę być w szpitalu. 

-  Która jest teraz? 
-  Jeszcze nie ma szóstej. Jeśli zaraz wstaniesz, zdążę podwieźć 

cię do domu. Nie mamy czasu na śniadanie. 

Wstała więc. Szybko się ubrała i zeszła z nim do samochodu. 

Wszystko nagle stało się tak zwyczajne i prozaiczne, że pożałowała 
uniesień z poprzedniego dnia.

 

Podjechali pod dom pani Oudot i zerknęli w okna jej mieszkania. 

Zamknięte okiennice świadczyły o tym, że gospodyni jeszcze śpi. Isa- 
belle ucieszyła się, a jednocześnie poczuła dojmujący ból na myśl 
o nieszczęsnym przyrzeczeniu. Spała z Jacques'em, kochała się z nim, 
nie powiedziawszy mu, kim naprawdę jest. Najlepszy dowód, że wszy- 
stko stało się zbyt szybko.

 

-  Claire wstaje później - odezwał się Jacques. 

 — Tak, owszem.

 

- Nasz sekret nie wyda się tak od razu - powiedział z uśmie- 
chem. - Do zobaczenia, Isabelle. Widzimy się niedługo.

 

-  Tak, za godzinę w szpitalu.

 

Pomyślała, że nie wie, czy potrafi zachowywać się normalnie 

w jego obecności.

 

-  Nie myślałem o takim spotkaniu. 
-Nie.... 
-  Myślałem o... 

Urwał i pocałował ją w usta. Pocałunek był lekki, ale pozostawił 

jej po sobie wrażenie palącej pieczęci. Palącej jak wyrzuty sumie- 
nia, które ją ogarnęły.

 

„Nasz sekret", powiedział, „nasz sekret"... A co z tamtym se-

 

RS

background image

 

72 

kretem, sekretem Isabelle i pani Oudót? Który z nich jest ważniej- 
szy? Któremu nie wolno się sprzeniewierzyć Musi natychmiast 
porozmawiać z Glaire, niech ją zwolni z obietnicy!

 

Z mieszkania gospodyni nie dochodził jednak żaden dźwięk 

i Isabelle przypomniała sobie, że Glaire spędziła większą część 
nocy w szpitalu i teraz pewnie to odsypia. Poszła do kuehni, wypiła 
kawę, nie czując jej smaku, zjadła kromkę czerstwego chleba z ma- 
słem, cały czas nasłuchując, czy w pokoju obok ktoś się nie poru- 
szył. W końcu zrobiło się późno i musiała iść do pracy.

 

W drodze do szpitala myślała tylko o tym, żeby nie spotkać 

Jacques'a; może uda jej się spędzić dzień, nie widząc go i nie 
musząc odgrywać komedii. Całe życie brzydziła się kłamstwem 
i teraz cała ta sytuacja wydała jej się'obrzydliwa.    ,

 

Miała nadzieję, że przynajmniej w szpitalu nie wydarzy się nic 

nadzwyczajnego. Oczywiście bardzo się myliła.

 

Stan pani Chaillet był bardzo poważny. Chora zażywała mnó- 

stwo leków łagodzących objawy uboczne, ale nie leczących właści- 
wej choroby. Podawane antybiotyki nie przynosiły efektu; lekarze 
poruszali się po omacku, jak w ciemnym pokoju, próbując znaleźć 
coś, co naprowadzi na ślad właściwej diagnozy. Wszyscy wiedzieli, 
że bez diagnozy o skutecznej kuracji nie może być mowy. Pacjentkę 
właściwie należało przewieźć na oddział intensywnej terapii, ale 
Jacques sprzeciwił się temu, uważając, że trzeba jeszcze próbować.

 

Stał z doktorem Chapuis nad jej łóżkiem, podczas gdy chora 

jeszcze spała. Kiedy Isabelle weszła do sali, obrzucił ją radosnym 
spojrzeniem. Spuściła oczy. Była potwornie zdenerwowana i nie 
mogła odwzajemnić jego uczucia. Jacques powrócił do rozmowy 
z kolegą, lecz kiedy tylko doktor Chapuis nie mógł tego zauważyć, 
zerkał w stronę Isabelle.

 

Gdyby nie komplikacje związane z ich pokrewieństwem, gdyby 

nie ta przeklęta obietnica, może wtedy wszystko byłoby prostsze, 
albo przynajmniej nie byłoby tak potwornie trudne.

 

RS

background image

 

73 

Jak mogła do tego dopuścić?

 

Jacques wreszcie zauważył zasępiony wyraz jej twarzy i przestał 

się doniej uśmiechać. Zresztą stan pani Chaillet był zbyt poważny, 
żeby myśleć o czymś innym.

 

-  W dalszym ciągu uważam, że to gruźlica - perorował do- 

ktor Chapuis z namaszczeniem.., Wszystko na to wskazuje... 

-  Rentgen płuc nie jest jednoznaczny, obraz nie jest typowy dla 

gruźlicy. Bronchpskopia też nic, takiego nie wykazała. Oczywiście 
musimy poczekać na wynik posiewu. Nic z tego, co wiemy z wy- 
wiadu, nie wskazuje na kontakt z gruźlicą. Musimy przeprowadzić 
test na HIV. Musimy wykluczyć wszystkie możliwości. 

Doktor Chapuis skrzywił się. 
-Czyżby nasza paniusia robiła sobie skoki w bok? 

u

 Isabelle pochyliła się nad pacjentką, mierząc jej puls. Słowa 

doktora Chapuis sprawiły jej niemal fizyczny ból. 
Jacques zareagował natychmiast.

 

-  Byłoby dobrze, gdyby postarał się pan panować nad swoimi 

wyskokami, doktorze, Pańskie poczucie humoru nie wszystkim od- 
powiada. Skoro mamy żartować, żartujmy z pacjentami, a nie 
z nich. Wydaje mi się, że wczoraj powiedziałem to wystarczająco 
jasno przy łóżku siostry Marii. A może pan nie zrozumiał? Pan 
wybaczy, jeśli wyrażam się nieprecyzyjnie.

 

Ironią w jego głosie była tak oczywista, że nawet człowiek tak 

gruboskórny jak. doktor Chapuis pojął w czym rzecz.

 

-  Ma pan oczywiście rację - przyznał potulnie.

 

-  Tym razem zrozumiał pan, czy mam powtórzyć? 
Przez chwilę panowało milczenie. 
-  Tak, tak, wszystko jasne - padło po chwili. 
-  W porządku. 
Jacques przez chwilę jeszcze nie spuszczał wzroku z młodszego 

kolegi, a potem zwrócił się do Isabelle.

 

-  Sipstro Bonnet, czy pacjentka jadła już śniadanie?   

 

RS

background image

 

74 

-  Nie, jeszcze się nie obudziła, mimo tego catego hałasu. Zre- 

sztą nie ma apetytu; ma owrzodzone usta, pełne nadżerek. 

-  Czy w dalszym ciągu występuje krwawienie z przewodu po- 

karmowego? 

-  Niestety tak. 

Dotknął rękami skroni i zamyślił się. Przeszło jej przez myśl, że 

tak właśnie wyglądał wtedy, kiedy Spotkała go po raz pierwszy, 
wtedy, kiedy był chory. Było to zaledwie przed tygodniem. Czy 
możliwe, żeby od tego czasu upłynął tylko tydzień? Czy możliwe, 
żeby człowiek, którego poznała siedem dni temu, był jej tak bliski? 
Jego twarz, ręce... Czuła jeszcze ich dotyk na swojej skórze. Przez 
falę wspomnień dotarły do niej wyrzuty sumienia.

 

-  Przejrzę jeszcze raz wyniki badań - oświadczył energicznie 

doktor Chapuis. - Pacjentka ma powiększone węzły chłonne, co 
może wskazywać...

 

Zrobił mądrą minę i spojrzał znacząco na starszego kolegę. Jeśli 

liczył na zrozumienie z jego strony, to srodze się rozczarował, Jac- 
ques wcale na niego nie patrzył, nie patrzył także na panią Chaillet, 
która właśnie się obudziła i patrzyła ha niego ze łzami w oczach. 
Jacques miał oczy utkwione w lsabelle.

 

-  Siostro - szepnął - wyjdźmy na korytarz...

 

Przeraziła się. Zaraz ją o coś zapyta, a ona nie będzie mogła 

odpowiedzieć. Wszystkiego się domyślił i teraz zażąda wyjaśnień. 
Spochmurniał, zmienił się na twarzy, pewnie zaczął żałować tego, 
co zaszło między nimi tej nocy. Ogarnął ją lęk i na uginających się 
nogach wyszła z nim ż sali.

 

Zaraz to powie, jeszcze chwila i zapyta... Uniosła głowę, Spoj- 

rzała na jego spiętą twarz, pięknie zarysowane usta, które całowała. 
Zaraz padną te słowa.

 

-  Czy ty...-zaczęła. 
-  Chodzi mi o panią Chaillet. 
Nareszcie zrozumiała. Jak mogła przypuszczać, że Jacques my-

 

RS

background image

 

75 

śli o niej i o wspólnie spędzonej nocy! Teraz, podczas obchodu, 
przy łóżku pacjentki, której stan nie ulega poprawie i należy spo- 
dziewać się najgorszego!

 

-  Musieliśmy coś przeoczyć - ciągnął. - Postaraj się sobie 

przypomnieć, co ci mówiła kilka dni temu, zanim jej stan się po- 
gorszył. Nie chodzi mi o odpowiedzi na twoje pytania, tylko 
o wszystko, co powiedziała, kiedy z nią rozmawiałaś. Musi być coś, 
co nam pomoże. 

-  Nie wiem... - rzekła z uczuciem ulgi, że ten moment, którego 

tak się bała, jeszcze nie nadszedł. - Sama nie wiem, nie bardzo 
pamiętam. Nie mówiła dużo, cały czas bardzo źle się czuła. Pamię- 
tam tylko, że powiedziała, że to... męczące. 

-  Użyła takiego słowa w odniesieniu do swojej choroby? To bar- 

dzo stoickie podejście; Jesteś pewna, że tak Właśnie powiedziała? 

Tak. Mówiła, że całe lato czuła się bardzo dobrze. - Isabelle 

z wolna nabierała pewności. Zdołała się skupić i teraz rozmowa 
z panią Chaillet przypomniała jej się w całości. - Astma przestała 
jej dokuczać; leki skutkowały, szybko minęło przeziębienie i zabra- 
ła si§ nawet do pracy. Pomagała synowi w gospodarstwie. Nie mog- 
ła zrozumieć, jak tó się stało, że jednego dnii' grabiła, czyściła 
chlewy i kurniki, pracowała w polu, a w kilka dni później leżała 
zwalona z nóg grypą. Może na początku to rzeczywiście była gry- 
pa,ale:..        Jacques  patrzył  ha  nią  rozjaśnionym  wzrokiem 
człowieka, który 
nagle wszystko pojął.

 

-  Jasne! To musi być histoplazmóza! Kiedy czyściła kurnik, 

poruszyła słomę i oddychała powietrzem, w którym unosiły się ba- 
kterie. To musi być grzybica! - Nagle spoważniał, wyraz triumfu 
zniknął z jego twarzy. - A my trzymamy ją tutaj przez tydzień i nic 
nie robimy. Skandal! Gdybym wtedy sam nie był chory... Trzeba 
natychmiast odstawić antybiotyki, niepotrzebnie ją osłabiają.

 

Odwrócił się rik pięcie i szybko odszedł.

 

RS

background image

 

76 

-  Doktorze Chapuis, gdzie pan jest? - zawołał.. 
Młodszego kolegę spotkał pod drzwiami następnego pokoju

:

 

-  Pani Chaillet ma histoplazmozę. Posiew na pewno to. wykaże, 

ale ja już dzisiaj jestem pewien. Ma układ immunologiczny znacz

nie osłabiony przez zażywanie sterydów, które bierze z powodu 
astmy, a do tego niedawno miała grypę. Chorobą rozwinęła się tak 
bardzo, ponieważ organizm był wycieńczony. Ktoś młodszy i w. le- 
pszej formie mógłby wcale.nję zachorować. A więc teraz musimy 
ustawić terapię pod tym kątem.   

-  Ma pan namyśli... 

 

-  Tak, wykorzystamy zdobycze nowoczesnej farmakologii. ,,, 
Skrzywił się, 
-  O bardzo niedobrym działaniu ubocznym… 
W pół godziny później Isabejle spotkała go w dyżurce.;

 

-  Nie mamy wyjścia. 
-  Chodzi o leki? 
-  Tak. Musimy zastosować coś bardzo skutecznego, żeby naty- 

chmiast zahamować rozwój choroby. Bez względu na uboczne skut- 
ki... Jeśli natychmiast nie podamy jej tego leku, ona umrze. 

-  Nie! . 

 

-  To bardzo niebezpieczny preparat, atakuje nerki i, niszczy je. 

Trzeba bardzo ostrożnie dawkować, dlatego na początku ja,sam 
podam jej wlew. Konieczna jest też pełna aseptyką, musisz tęgo 
dopilnować. Chciałem cię prosić, żebyś posiedziałaprzy niej przez 
kilka godzin po pierwszej infuzji. 

Spojrzała na niego pytając.

 

-  Na co mam, zwracać, szczególną uwagę? 
-  Mogą wystąpić dreszcze, gorączka, nadciśnienie, nawet, 

anoreksja... 

-  Biedna kobieta, po tym wszystkim, co przeszła! 
-  Mdłości, wymioty, bóle głowy, trudności oddechowe, 
-  Jak długo będziemy jej to podawać? 

RS

background image

 

77 

-  Ponad dwa miesiące. Z czasem objawy uboczne zmniejszą 

się. Najważniejsze są pierwsze dni.., Cały czas oczywiście będzie- 
my obserwować pracę nerek. I pamiętaj, wszystko musi być abso- 
lutnie sterylne.

 

Wrócili do pokoju, w którym leżałapani Chaillet. Patrzyła na 

nich szeroko otwartymi oczami. Jacques zaczął przygotowywać 
kroplówkę, Isabelle usiadła przy chorej, żeby ją uspokoić i wszy- 
stko wyjaśnić.

 

— Czyli że to wszystko z tego kurnika - powiedziała po chwili 

chora. - Myślicie, że samo nie przejdzie?

 

Jacques wyjaśnił jej, że z powodu stałego zażywania sterydów 

ma osłabiony system odpornościowy i dlatego łatwo padła ofiarą 
nowej choroby. Teraz należy jak najszybciej ją zwalczyć i w tym 
celu zastosować lek skuteczny, ale wywołujący bardzo nieprzyjem- 
ne sensacje. Pani Chaillet milczała.

 

-  Jednym słowem powiedziała po dłuższej chwili - są trzy 

ewentualności. Albo wykończy mnie choroba, albo lekarstwo, albo 
jedno z nich zwycięży drugie... 

-  Bardzo rozsądnie pani rozumuje. - Jacques dotknął jej ramie- 

nia. - Wybór chyba narzuca się sam... 

-  Tak. Niech pan robi, co pan uważa, partie doktorze. 
Włączył kroplówkę, tak żeby lek bardzo powoli spływał do krwi

 

pacjentki.

 

-  Za dwie godziny zrobimy przerwę - zwrócił się do Isabelle. 

- Wtedy mi powiesz, czy coś zauważyłaś. Pierwsze objawy mogą 
wystąpić już po godzinie, czyli około dziewiątej. - Spojrzał na 
zegarek. - Teraz jest ósma; wrócę tu o dziesiątej.

 

Uśmiechnął się, a ponieważ w pokoju były już inne pielęgniarki, 

jego uśmiech był takim sobie zwyczajnym uśmiechem, jaki lekarz 
kieruje do współpracującej z nim pielęgniarki. Zabolało ją to. Czy 
to znaczy, że ostatnia noc nie ma dla niego żadnego znaczenia? Po 
prostu jest to jedna noc bez dalszego ciągu?

 

RS

background image

 

78 

Wrócił przed czasem, około dziewiątej, tak jakby się nie mógł 

doczekać, kiedy zobaczy chorą. Szedł prosto ze spotkania z chirur- 
gami, którzy mieli operować jedną z jego pacjentek oczekującą 
przeszczepu.

 

-  Wszystko w porządku? 
Isabelle skinęła głową. 
-  Tak, wszystko dobrze. 

Objawy uboczne, których tak bardzo się obawiali, nie nastąpiły. 

Krople leku wnikały w żyły chorej z dręczącą powolnością tortury. 
Starała się nie patrzeć stale na kroplówkę, na przezroczysty płyn, 
który rurka doprowadzała do chudej, bezwładnej dłoni. Starsza 
pani leżała z zamkniętymi oczami, zbyt chora i wyczerpana, żeby 
mówić.

 

Jacques wszedł i wyszedł; widziała go potem jeszcze kilka razy. 

Na korytarzu, w gabinecie, jak rozmawiał z kimś przez telefon, 
w dyżurce. Wszystko robił w pośpiechu, chcąc zdążyć między kon- 
sultacją a wykładem.

 

Konsultacja chirurgiczna się skończyła i lekarze opuścili pokój- 

Isabelle została sam na sam z pacjentką. Jej stan nagle siępogorszył, 
nastąpiła spodziewana reakcja na lek i Isabelle siedziała spięta, 
uważnie śledząc każdy jej ruch. O dziesiątej Jacques zajrzał do nich 
znowu.

 

-  I co z tym przeszczepem? - zapytała opanowanym głosem 
Na jego twarzy odmalowało się rozczarowanie.

 

-  Rodzina dawcy zmieniła nagle zdanie. To się zdarza-  Trudno 

im mieć za złe, że nie są w stanie spojrzeć na to bez emocji. 
Najgorsze jest jednak to, że Michelle po raz drugi odbieramy na- 
dzieję. Jest bardzo chora i powtórnie spotykają odmowa. Próbowa- 
łem ją trochę pocieszyć, ale to trudna sprawa. Wie, że musi być 
silna, ale nie bardzo wierzy w następną szansę. 

 

Pochylił się nad łóżkiem.

 

-  Jak się pani czuje?

 

RS

background image

 

79 

-  Ona nie może mówić - wyjaśniła Isabelle. - Miała silne 

wymioty, dreszcze, podniosła się jej gorączka i ciśnienie, tak jak 
mówiłeś. 

-  W takim razie nie będziemy zwiększać dawki, niech się orga- 

nizm przyzwyczai. - Przez chwilę nie odrywał wzroku od twarzy 
chorej, a potem spojrzał na Isabelle. - A ty jak się masz? Zauwa- 
żyłem, że jesteś przygnębiona Żałujesz tej nocy? Przecież to było 
takie wspaniałe... 

Lekko dotknął jej karku i poczuła, że chciałaby tam zatrzymać 

jego rękę na zawsze. Zamiast tego poczekała, aż ją cofnął.

 

-  Musimy porozmawiać - powiedziała, próbując zachować 

spokój. - Niedługo, jak tylko.

 

Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

 

-  Za dwie godziny przyjdę sprawdzić kroplówkę...

 

Pojawił się po dwóch godzinach, a potem po następnych dwóch. 

O trzeciej zjawiła się pielęgniarka, która miała zastąpić Isabelle; 
była bardzo doświadczona i widywała już chorych poddawanych 
terapii, jaką zastosowano u pani Chaillet.

 

-  Biedactwo! - rzekła ze współczuciem. - Strasznie się wy- 

męczy. 

-  Objawy uboczne zmniejszyły się. 
-  A jak inne pacjentki? 
-  Raczej dobrze. Siostra Maria czuje się lepiej, przynajmniej tak 

mówi. Jest bardzo zdyscyplmowana i nikomu nie chce sprawiać 
kłopotu. Panią Guinchard chyba już jutro wypiszemy. Tylko pani 
Chaillet wymaga stałej obserwacji. 

Obie jednocześnie spojrzały na kobietę. Leżała z zamkniętymi 

oczami, wstrząsały nią dreszcze, z trudem oddychała. Oprócz no- 
wego medykamentu dostała swój zwykły lek na astmę i coś na 
owrzodzenie wywołane sterydami, do tego lekarstwa przeciwwy- 
miotrie i przeciwbólowe. Isabelle pożegnała się i pani Chaillet od- 
powiedziała jej słabym uśmiechem.

 

RS

background image

 

80 

Opuściła szpital i poszła w stronę wyjścia alejką oddzielającą 

budynki szpitalne od uniwersyteckich. Pragnęła jak najszybciej 
znaleźć się w domu. Mijały ją grupki roześmianych studentów, raz 
po raz słyszała żartobliwe zaczepki. Studenci byli przystojni i wcale 
nie tacy młodzi, nie za młodzi...

 

Tylko że w porównaniu z Jacques' em wszyscy byli jacyś tacy... 

dziecinni, niedojrzali, jacyś tacy... zbyt pewni siebie i niemądrzy...

 

-  Czy mógłbym panią zaprosić na kawę? - usłyszała i zobaczy- 

ła przed sobą młodą, uśmiechniętą twarz. 

-  Przykro mi, ale piję tylko mleko - odpowiedziała, nie siląc 

się na oryginalność, i przyspieszyła kroku. 

Zaraz, natychmiast musi porozmawiać z Claire!

 

RS

background image

 

81 

ROZDZIAŁ  PIATY

 

-  Wejdź, kochanie, właśnie zaparzyłam kawę. Miałam nadzieję, 

że zechcesz złożyć mi wizytę. - Pani Oudot spojrzała na Isabelle 
z troską. - A może wolisz napić się czekolady? 

-  Wszystko jedno, może być kawa- odparła Isabelle roztarg- 

nionym głosem, podążając za Claire do kuchni. -Przyszłam popro- 
sić - zaczęła prosto z mostu - żeby mnie pani zwolniła z tamtej 
obietnicy. Muszę mu powiedzieć, kim jestem! Nie mogę dłużej 
czekać. 

Filiżanka drgnęła w dłoni starszej pani, ale głos jej był jasny 

i opanowany.

 

-  Cóż takiego się stało, że to takie pilne? 
-  Ja... My... 
-  Podobacie się sobie. Zauważyłam to wtedy wieczorem 

w szpitalu, kiedy przywiozłyśmy Jeanne na ostry dyżur. 

-  Tak, ma pani rację, ale Jacques nie wie, kim jestem i po co tu

przyjechałam. Nie znoszę takich sytuacji, nie jestem do nich przy- 
zwyczajona i zachowuję się wobec niego bardzo dziwnie, a to może 
wszystko popsuć. Tak, podobamy się sobie, ale nic z tego nie bę- 
dzie, jeśli... dalej będę go oszukiwała. Dlatego proszę... 

Nie wspomniała o wydarzeniach poprzedniej nocy, bo sama była 

zbyt przerażona tym, do czego dopuściła.

 

-  Nie, nie. - Claire ujęła jej dłonie, ścisnęła je mocno i spojrzała 

uważnie w oczy. - Uwierz mi, fakt, że on ci się podoba, to tylko 
jeden powód więcej, żeby mu nic nie mówić. 

-  Nigdy w to nie uwierzę. - W głosie Isabelle zabrzmiała go- 

RS

background image

 

82 

rycz. - Nie uwierzę, bo to niemożliwe. Nie uwierzę, chyba że powie 
mi pani całą prawdę.

 

-  Całą prawdę? Jaką prawdę? 
-  Nie jestem aż taka głupia, żeby nic nie zauważyć. Wtedy 

w restauracji, kiedy usiadła z nami Jeanne, w powietrzu zrobiło się 
gęsto od aluzji i niedomówień. Trudno się było nie zorientować, że 
coś ukrywacie. Zauważyłam, jak bardzo się pani troszczy o Jeanne 
i Jacques'a. Kim pani jest dla rodziny Ransanów? 

Claire pochyliła głowę, nie przestając patrzeć jej w oczy.

 

-  Ojciec Jeanne był moim kochankiem. Nic o tym nie wiedzia- 

łaś? Byłam pewna, że matka ci powiedziała.

 

Isabelle z trudem przychodziła do siebie po wysłuchaniu tej 

nowiny, pani Oudot zaś spokojnie podała ciasteczka, ą widząc, że 
jej gość zaczyna je jeść z nieobecnym, osłupiałym wyrazem twarzy, 
dodała jeszcze bułeczki i ser.

 

Claire Oudot była kochanką Ransana...

 

-  Wszystko zaczęło się w czterdziestym piątym roku. Miałam 

dwadzieścia jeden lat, a Charles był o dziesięć lat starszy - zaczęła 
Claire spokojnym, beznamiętnym głosem. - Wrócił do Vesanceau 
jako bohater narodowy, był członkiem Ruchu Oporu i wszyscy go 
podziwiali, co wcale nie znaczy, że był łatwym człowiekiem. Miał 
kult siły i fizycznego piękna. Kiedy zobaczył Jeanne, a miała wtedy 
siedem lat i już bardzo zniekształconą figurę, postanowił, że więcej 
nie chce mieć dzieci. Marie, jego żona, trzykrotnie poroniła i do- 
szedł do wniosku, że ma coś nie w porządku z macicą. 

-  Co takiego? 
-  Dawniej ludzie tak myśleli, wiem, że to prymitywne i prze- 

sądne, ale tak właśnie było. Marie była bardzo pobożna, żadna 
antykoncepcja nie wchodziła w rachubę, więc ich stosunki małżeń- 
skie ustały. A ponieważ on miał swoje potrzeby, a ja byłam bardzo 
dobrą kochanką... 

Uśmiechnęła się do swoich myśli.

 

RS

background image

 

83 

-  Nasz związek trwał do pięćdziesiątego ósmego roku. Rozsta- 

łam się z nim, ale byłam bardzo przywiązana do jego dzieci, 
Francois i Jeanne, i do Berenice, twojej matki, która była przyja- 
ciółką Jeanne, a wkrótce stała się narzeczoną jej brata. Wiedziałam, 
że ojciec nie jest dla nich dobry. Zawsze zbyt surowo traktował 
syna, a na córkę w ogóle nie zwracał uwagi. Upokarzał ją, nie znosił 
jej kalectwa, wyśmiewał jej aspiracje. Nigdy nie chciał uznać, że 
Jeanne ma talent. Myślałam, że kiedy od niego odejdę, poświęci 
więcej uwagi dzieciom i coś wreszcie dla nich zrobi. Bardzo go 
potrzebowały. 

-  I co? Stało się tak? 
-  Nic podobnego. Było nawet gorzej. Aleja zakochałam się już 

w kim innym, właśnie w tym mężczyźnie, który kupił mi ten dom 
i tak bardzo nie lubił zapachu papierosów... Byliśmy razem dwa- 
dzieścia osiem lat, potem on umarł i zostałam sama. 

 

-  Wyszła pani za niego za mąż? 
Claire Oudot uśmiechnęła się łagodnie. 
-  Nie, kochanie, on już miał żonę. 

 

-  A one, żona Ransana i tamtego drugiego, wiedziały o pani 

istnieniu? 

-  Nie, skądże! Bardzo się starałam, żeby nic do nich nie dotarło. 

To znaczy, może Marie Ransan coś podejrzewała, tak bardzo ko- 
chałam jej dzieci, ale Adelie Beliard z całą pewnością nie miała 
o niczym pojęcia! Była okropną babą, zapatrzoną w swoje psy. 
Miała ich aż osiem i dlatego nie miała czasu dla swoich trojga 
dzieci! 

Claire zamyśliła się i przez chwilę milczała, zatopiona w my- 

ślach o przeszłości. Potem znowu spojrzała na Isabelle.

 

-  Teraz, kiedy już wszystko wiesz, nie odmówisz mi chyba 

prawa do dawania rad w sprawach sercowych?

 

Isabelle natychmiast wróciła na ziemię.

 

-  Przecież to nie ma nic wspólnego z moją sprawą. A zresztą

 

 

RS

background image

 

84 

 

nie powiedziała mi pani nic naprawdę ciekawego. To znaczy, 
owszem, wyjawiła mi pani tajemnice swojego życia; ale nie dowie- 
działam się niczego nowego o mojej matce, o kuzynie Francois i... 
jego synu. Powiedziała mi pani, dlaczego wie pani wszystko o tej 
rodzinie, ale nie dowiedziałam się, co właściwie pani o nich wie. 
To wielka różnica.

 

Starsza pani rozłożyła dłonie bezradnym gestem.

 

-  Nie ma nic szczególnego. Po prostu Jacques ma do twoich 

rodziców pewne pretensje i wcale nie chodzi o to, że twoja matka 
zerwała zaręczyny z jego ojcem. 

-  Słucham dalej. 
-  Chodzi o pieniądze. 
-  Co? O pieniądze? 
-  Jacques myśli, że twój ojciec... Słowem uważa, że został 

skrzywdzony pod względem finansowym. To nieważne i właściwie 
nie ma o czym mówić! - Machnęła ręką, jakby chciała podkreślić 
błahość całej sprawy. - Tak się niestety składa, że nie tylko Fran- 
cuzi, ale wszyscy ludzie na całym świecie uważają, że pieniądze to 
taki sam dobry powód do rodzinnych waśni jak miłość. Ty oczywi- 
ście myślisz zupełnie inaczej i to właśnie jest urocze. 

Isabelle patrzyła na nią. Kawa wystygła, nadgryzione ciasteczko 

pozostało na talerzyku. 

 

-  Powiedz mu wszystko, jeśli chcesz. -Claire wzruszyła ramio- 

nami. - To bardzo wiele zniszczy, ale skoro uważasz, że twoje 
milczenie wyrządzi jeszcze więcej szkody... - Robiła wrażenie 
osoby przygnębionej, ale pogodzonej z losem. - To smutne, bo 
byłoby cudownie, gdybyście się mogli połączyć, ale może to rze- 
czywiście niemożliwe.

 

Tabliczka z napisem „Doktor Jacques Ransan, specjalista chorób 

płucnych" z daleka rzucała się w oczy, wyróżniając się na tle ka- 
miennej fasady i innych mniej lśniących tabliczek wiszących przy

 

 

RS

background image

 

85 

 

bramie wiodącej na dziedziniec. Isabelle przeszła pod kamiennym 
sklepieniem portalu i po lewej stronie ujrzała następną tabliczkę 
o tej samej treści.

 

Zostawiła panią Oudot w domu, smętnie zadumaną nad kolejną 

filiżanką kawy, i wyruszyła do Jacques'a. Postanowiła pójść do jego 
prywatnego gabinetu, żeby nie odkładać rozmowy na później 
i przeprowadzić wszystko w warunkach bardziej oficjalnych niż 
prywatne mieszkanie i mniej formalnych niż szpitalny oddział.

 

Drzwi otworzyło jej coś, co przypominało robota. Robota albo 

smoka przebranego za robota. Nie była przygotowana na to, że coś 
takiego strzeże dostępu do prywatnego gabinetu Jacques'a. Potwór 
wpuścił ją do holu i obrzucił surowym spojrzeniem. Był bardzo 
wysoki, miał na nogach czerwone pantofle na obcasach.

 

-  Nie jest pani zapisana - stwierdził oschłym głosem. 
-  Nie. Skąd pani wie? 
-  Doktor przyjmuje właśnie ostatniego pacjenta - padła sucha 

odpowiedź, której towarzyszyło zadowolenie, jakie daje pewność, 
że całkowicie panuje się had sytuacją. -1 zaraz wychodzi. 

Isabelle widywała już różnych cerberów i miała nieco doświad- 

czenia w obcowaniu z nimi.

 

-  W sprawach osobistych zapisy nie są chyba konieczne. 
Potwór uśmiechnął się, a raczej - skrzywił.

 

-  Przeciwnie. W takiej sytuacji tym bardziej trzeba się umówić. 

- Nawet jakby mlasnął językiem. - Nie można pana doktora nara- 
żać na takie nachodzenie. Pan doktor ma dużo pracy i jest bardzo 
zajęty. Gdyby tak wszyscy sobie przychodzili... 

-  A dużo jest chętnych? Kobiety, to znaczy, chciałam zapytać, 

czy ludzie często tu przychodzą w prywatnych sprawach? Tak bez 
zapowiedzenia - zapytała Isabelle niewinnym głosem. 

Potwór wzruszył ramionami. 

 

-  Pan doktor ma sporo głupawych studentów. 
-  Nie jestem jego studentką. 

RS

background image

 

86 

-  Tym gorzej. W takim razie zupełnie nie ma powodu, żeby 

panią wpuścić.

 

Isabelle zrobiła minę osoby zdecydowanej na wszystko.

 

-  Trudno, poczekam tutaj -r oświadczyła z determinacją, której 

wcale nie czuła.

 

Z kim przestajesz, takim się stajesz, pomyślała. Ciekawe, skąd 

on wytrzasnął kogoś takiego.

 

-  Pan doktor zwykle wychodzi tylnymi drzwiami...

 

Tym razem, na szczęście, zrobił inaczej. Isabelle właśnie zamie- 

rzała wycofać się z godnością, kiedy drzwi do gabinetu otworzyły 
się, wyszedł starszy pan z przenośnym aparatem tlenowym w ręku, 
przemknął obok biurka, za którym potwór ostentacyjnie przeglądał 
jakieś papiery, i powiedziawszy coś na pożegnanie, zniknął. Po 
chwili za drzwiami rozległ się jakiś dźwięk i Jacques we własnej 
osobie ukazał się w progu.

 

-  Czy mogłaby pani... Isabelle! To ty? 
-  Mam ją dopisać? - padło pytanie zza biurka. 
-  Tak, tak. Ta pani nazywa się Isabelle Bonnet. 
-  Przepraszam, że przyszłam bez uprzedzenia. 
-  Wszystko w porządku. Pani Trimaille wszystkiego pilnuje. 

Ma listę osób, które przyjmuję bez zapisu. To dobry system, doty- 
chczas nas nie zawiódł. 

Zrobił do niej oko.

 

-  Będę panu jeszcze potrzebna, panie doktorze? - wtrącił cerber. 
-  Mam tu kilka kart, ale to teraz nieważne. 
-  Wolałabym najpierw skończyć z tymi... 
-  Wolałbym - rzekł Jacques stanowczo — żeby nie robiła pani 

tego teraz. Jest pani wolna. 

-  Tak, panie doktorze. 
-  Proszę, wejdź, Isabelle. 

Szybko weszła za nim do gabinetu. Jacques z ulgą zatrzasnął 

drzwi.

 

RS

background image

 

87 

-  Widziałaś ją? Jestem zdany na jej łaskę, wyobrażasz sobie! 
-  Byłam zdumiona - powiedziała szczerze. 
-  Jak myślisz, z czego ona jest zrobiona? To musi być jakiś 

rodzaj metalu, wygląda zupełnie jak mechaniczna zabawka. Jak 
dobrze, że przyszłaś. 

-  Musiałam. 

Objął ją i przez chwilę czuła się bezpiecznie. Bardzo tego po- 

trzebowała. Przypomniała sobie tamtą noc i pomyślała, że wszystko 
będzie dobrze, niepotrzebnie tak bardzo się boi.

 

-  Kochanie... Isabellę... 
-  Dlaczego ją trzymasz? -zapytała, żeby odwlec najważniejszy 

moment. - Mam na myśli tego potwora? 

Mrugnął porozumiewawczo.

 

-  Po pierwsze to przyjaciółką mojej matki, a po drugie pracuje 

jak maszyna. Bo to jest maszyna! 

-  Jaka? Gilotyna? 
-  Coś w tym rodzaju. Pracuje tu trzy lata i jeszcze nigdy nie 

była chora. Dobrze, że przyszłaś. - Spojrzał na nią uważnie. - Byłaś 
dziś rano bardzo smutna. Dlaczego? Musisz mi powiedzieć.

;

 

-  Tak.. 
-  Ale przede wszystkim powiedz, czy mogę cię pocałować? 
-  Tak, tak! 

Usłyszeli trzask zamykanych drzwi i klucz przekręcany w za- 

mku, znak, że pani Trimaille ich opuściła.

 

Jacques zdjął okulary i położył je na biurku, potem uniósł Isa- 

bellę i posadził ją obok. Jego usta... Pocałunek miał niezwykły 
smak; dłonie Jacquesa spoczęły na wąskim pasku nagiego ciała 
między spodniami a krótką koszulką, w którą przebrała się po po- 
wrocie z pracy. Ciałem Isabellę wstrząsnął dreszcz.

 

-  Mam ogromny apetyt - szepnął. - Chciałbym cię zjeść, jesteś 

taka pyszna. Twoje włosy pachną jak ciasteczka z rodzynkami. 
Mam ochotę cię schrupać...

 

RS

background image

 

88 

ISABELLE, 1SABELLE... 

89

 

Poczuła jego dotyk na piersiach i kurczowo schwyciła jego dłonie.

 

-  Zdejmij marynarkę - szepnęła. - Wyglądasz w niej świetnie, 

zawsze wyglądasz doskonale w tych swoich garniturach i bardzo 
mi się podobasz, ale teraz ją zdejmij. Chcę cię dotykać!

 

Pomogła mu zdjąć marynarkę i niecierpliwie rozpięła guziki 

jego koszuli. Po chwili pieściła już jego skórę. Jacques pochylił się 
i zaczął całować jej piersi.

 

-  Właśnie tak...  szepnął. - Waniliowy krem... 
-  Jacques... 

Nie może dopuścić, żeby się kochali, zanim Jacques się dowie, 

kim ona jest. Nie może dłużej go okłamywać.

 

-  Jacques, ja... 
-  Zaraz ci coś powiem, uśmiejesz się. Wiesz, Co sobie wyobra- 

żałem, kiedy cię widziałem rano w szpitalu z taką zagniewaną mi- 
ną? Powiem ci, bo uwielbiam, kiedy się śmiejesz i Wiem, że lubisz 
się śmiać. Przeszło mi przez myśl, że w Kanadzie masz męża, może 
nawet dwóch! A do tego oszukałaś mnie w sprawie wieku. Ona nie 
może mieć dwudziestu sześciu lat, pomyślałem sobie, ma jakieś 
siedemnaście, nie więcej. A może nigdy nie mieszkała w Kanadzie? 
Pewnie przyjechała prosto z Paryża, ma kupę facetów w całej Fran- 
cji, ale okłamuje mnie z litości. 

-  Jacques, nie ukrywam nic tak strasznego! 
-  Nawet nie masz męża? 
-  Nigdy nie miałam męża, nie byłam nawet zaręczona. 
-  Trochę mnie rozczarowałaś. Już myślałem, że Ukrywasz jakąś 

tajemnicę; tak to Wyglądało. 

-  Rozczarowanie ci nie grozi. 

Ukryła twarz na jego piersi. Jak dobrze, że zaczął tę rozmowę, 

teraz wszystko pójdzie łatwiej.

 

-  Nie mam do ukrycia nic strasznego. Po prostu jestem twoją 

daleką kuzynką, to wszystko. Jestem córką Raoula, kuzyna twojego 
ojca.

 

RS

background image

 

89 

 

Jacques zesztywniał, ale szybko mówiła dalej:

 

-  Tak, tak, tego okropnego faceta, który uciekł do Kanady z na- 

rzeczoną twojego ojca. Claire wspomniała mi o jakiś nieporozumie- 
niach, chodziło zdaje się o pieniądze, ale minęło przecież trzydzie- 
ści pięć lat! To strasznie długo, prawda? Wszystko pewnie poszło 
już w zapomnienie. Przyjechałam tutaj właśnie po to, żeby nowe 
pokolenie mogło żyć tak, jakby nic się nie stało, jakby nie było 
pomiędzy naszymi rodzinami tych śmiesznych kłótni. Jak mi się 
wydaje, zaczęliśmy się porozumiewać całkiem nieźle... 

-  Na Boga, Isabelle, przestań! 

Odsunął ją i odwrócił się tyłem. Nie widziała jego twarzy, ale 

ton, jakim powiedział te słowa, był straszny. Nie spodziewała się 
takiej reakcji. Przypuszczała, że Jacques będzie zdziwiony, a nawet 
zdumiony, ale nie przyszło jej do głowy, że do tego stopnia przejmie 
się tą historią. Przecież to wszystko działo się tak strasznie dawno... 
Nie można żyć tak, jakby czas zatrzymał się w miejscu. Przecież 
czas, płynie i niesie ze sobą tak cudowne zdarzenia jak to, co wy- 
darzyło się między nimi. Jacques nie może tego nie rozumieć...

 

Nie widziała jego twarzy, ale po sztywności ramion i całej spię- 

tej nagle sylwetce domyśliła się, co zobaczy w jego oczach, kiedy 
się odwróci. Szybkim ruchem włożył koszulę, ona zaś poprawiła 
bluzkę.

 

-  Jacques, posłuchaj... 
-  Córka Raoula Bonneta... Kto by przypuszczał? Zabawiłaś się 

po prostu w Romea i Julię, tak? Przyjechałaś odegrać komedię. 
Wszystko udawałaś, wczoraj w nocy i przedtem: Wiedziałaś, kim 
jestem, a mimo to zachowywałaś się tak... - Wzruszył ramionami. 
- Cały czas grałaś. 

-  To nieprawda, Jacques! Dlatego tak się złościsz? Niczego nie 

udawałam, nie grałam komedii, robiłam tylko to, co czułam. Nie 
oczekiwałam czegoś takiego, ale spotkała mnie niespodzianka, cu- 
downa niespodzianka. 

RS

background image

 

90 

-  A teraz koniec. 
-  Co? 
-  Koniec. To się już nie powtórzy, teraz to niemożliwe. 

Jego twarz była zacięta, oczy chłodne, usta zaciśnięte w wąską 

linię. Isabelle poczuła, że ogarnia ją gniew.

 

-  Myślisz, że ci się oddałam tak sobie na jedną noc? Łatwo ci 

to przyszło, prawda? Dlatego, z taką łatwością ze wszystkiego re- 
zygnujesz! Dostałeś, co chciałeś i teraz korzystasz z pierwszej le- 
pszej okazji, żeby się mnie pozbyć! Doskonały pretekst... Może nie 
zauważyłeś, ale ja naprawdę nie idę do łóżka z każdym, kogo mam 
pod ręką! 

-  Owszem, zauważyłem. 

Jego słowa podnieciły ją i zabolały.

 

-  Naprawdę? Może nie byłam zbyt dobra- podnosiła głos, 

podchodząc do niego - dlatego postanowiłeś, że szkoda ci czasu, 
tak?  '..,-...,• 

-  Przestań już! - Ujął jej twarz w dłonie i przez chwilę patrzył 

na nią z rozpaczą w oczach. - To straszne - szepnął i opuścił ręce. 

Isabelle łzy napłynęły do oczu.

 

-  Prawda? W takim razie może mi powiesz, o co tu chodzi. 

Claire uprzedzała mnie, że tak zareagujesz. Prosiła, żebym nic ci 
nie mówiła, żebym poczekała. A ja jej nie posłuchałam - zakończy- 
ła gorzko. 

-  Szkoda. Kochanka mojego dziadka wie, co mówi. 
-  Wiesz o wszystkim? 
-  Oczywiście. ~ Wzruszył ramionami. - Wszyscy wiedzą. Nie 

byłem pewien, czy to już do ciebie dotarło. 

W jego głosie nie było już gniewu, tylko smutek i rezygnacja.

 

-  W takim razie powiedz mi, co jest strasznego w tym, że 

trzydzieści pięć lat temu mój ojciec poderwał narzeczoną twojego 
taty.

 

Patrzył na nią przez długą chwilę i milczał.

 

RS

background image

 

91 

-  Nic - odparł w końcu. - Gdyby ukradł tylko tyle. Jak widzę, 

pani Oudot jak zwykle zastosowała swoją metodę mówienia tylko 
półprawdy, w przekonaniu, że tak będzie lepiej. 

-  Przed chwilą sam powiedziałeś, że miała rację. 

Była na niego wściekła, Uspokoiła się dopiero wtedy, gdy do- 

strzegła ból, w jego oczach. Dla niego to wszystko też musi być 
niełatwe.

 

-  Jeśli jest jeszcze coś - powiedziała łagodnie - o czym nie 

wiem, to mi powiedz. Może wtedy będziemy mogli spokojnie po- 
rozmawiać i może nawet się okaże, że to wszystko nie jest takie 
straszne i że można coś uratować...

 

Jacques potrząsnął głową.

 

-  To dość proste. Nie sądzę, żeby dało się coś zmienić. Twój 

ojciec ukradł mojemu dziadkowi pewną sumę i wyjechał do 
Kanady, zabierając ze sobą narzeczoną mojego ojca, który został tu 
podejrzany o to, że to on ukradł te pieniądze. Dziadek nigdy mu 
tego nie darował, a ja chyba odziedziczyłem po nim tę cechę. 

-  Właśnie widzę. 
-  Uznał, że mój ojciec go okradł i zerwał z nim stosunki. Oz- 

naczało to oczywiście, że nie zamierza finansować również jego 
studiów medycznych. Ojciec musiał z nich zrezygnować i to zła- 
mało mu życie. Ożenił się z moją matką, przyszedłem na świat ja, 
potem moje dwie siostry. Musiał jakoś utrzymać rodzinę, o studio- 
waniu nie mogło być mowy, więc otworzył sklep z serami i pracuje, 
w nim do dziś. Jego marzenia się nie spełniły. Jest zgorzkniały 
i wiem, że od czasu do czasu pije. Nie mogę go potępiać,; nawet 
jeśli to niszczy życie mojej matki. Człowiek, który miał plany, 
marzył o czymś i miał to w zasięgu ręki, a potem wszystko mu 
odebrano, ma prawo szukać pocieszenia. Przecież gdybym ja nie 
mógł zostać lekarzem - a studiowałem tylko dzięki wyrzeczeniom 
całej rodziny —też pewnie zachowywałbym się w ten sposób. Sam 
nie wiem. 

RS

background image

 

92 

-  Jacques... 
-  Rozumiesz teraz więcej? 
Patrzyła na niego przenikliwie. 

 

-  Rozumiem, jak bardzo to wszystko jest trudne. Nie mogę 

tylko zrozumieć, dlaczego tak łatwo uwierzyłeś, że to mój ojciec 
ukradł te pieniądze! Kiedy Claire wspomniała o pieniądzach, nie 
przyjęłam tego do wiadomości. To zbyt absurdalne, mój ojciec nie 
jest złodziejem! Przecież gdyby je ukradł, moi rodzice nie musieliby 
tak harować w Kanadzie. Zanim się urodziłam, było im bardzo 
ciężko. 

-  A gdyby mój ojciec ukradł te pieniądze, to nie miałby proble- 

mów z kontynuowaniem studiów - przerwał jej Jacques - i nie 
byłoby całej sprawy. Jakie rozwiązanie proponujesz? 

-  Nie mam pojęcia. Dowiedziałam Się ó wszystkim dopiero 

przed chwilą. Jacques — dodała nieśmiało - Jacques, jest jeszcze... 

-  Tak? Co? 

Patrzył na nią tak obco i nieprzyjainie, że pożałowała, że w ogó- 

le próbowała coś uratować. Przecież wszystko wskazuje na to, że 
ten absurdalny konflikt przetrwa jeszcze długie lata! Będzie się 
rozrastał z pokolenia na pokolenie i z czasem zamieni się w pra- 
wdziwą wojnę klanów, zupełnie jak w średniowiecznej Szkocji!

 

Jak mogła przypuszczać, że będzie inaczej? Jak mogła być tak 

naiwna i sądzić, że jej misja odniesie skutek? Zachciało jej się 
pojednania! Skąd jej to przyszło do głowy? A może w niej również 
odezwała się przeszłość i atawistyczna skłonność do mężczyzn 
z rodziny Ransanów podświadomie doszła do głosu? Przecież jej 
matka i jego ojciec... A ona sama na widok swojego kuzyna.,.

 

Teraz nie powinna o tym myśleć, trzeba się trzeźwo nad wszy- 

stkim zastanowić.

 

-  Skoro wszystko już wiemy - zaczęła spokojnie - i niewie- 

le możemy poradzić na to, co stało się w zamierzchłej przeszło- 
ści, może byłoby lepiej zostawić to raz na zawsze w spokoju.

 

RS

background image

 

93 

Przecież twój dziadek mógł wcale nie mieć tych pieniędzy, tylko 
tak mówił, może ukradła je służąca albo zjadły myszy.

 

-  A może ufoludki zabrały je w kosmos - dodał -jako dowód 

tego, co w starym świecie jest najważniejsze. 

-  Doskonały pomysł! — zawołała. - Po prostu cudowny! To 

wszystko wyjaśnia i nikt już nigdy nie będzie rozpaczał nad rozla- 
nym mlekiem. Chodzi o to... 

-  Wiem - mruknął zmęczonym głosem. - Masz na myśli dalszy 

ciąg przygód Romea i Julii. 

Jego oczy rozbłysły i poczuła nagle ulgę i przypływ nadziei. 
Oczy Jacques'a zgasły i w jej duszy zapanował mrok,

 

-  Ale ja nie mogę tego zrobić - powiedział cicho. - Zbyt długo 

żyłem w atmosferze krzywdy, jaka spotkała mojego ojca, wśród 
nieporozumień i przykrości. Życie moich rodziców było i jest bar- 
dzo ciężkie. Nie mogę po prostu przyprowadzić cię do domu i po- 
wiedzieć:^ to moi kochani jest Isabelle, córka Raoula Bonneta, 
tego samego, którego nienawidziliście i przeklinaliście przez ostat- 
nie trzydzieści pięć lat. Przyszedłem wam powiedzieć, że zakocha- 
łem siew niej".

 

Jego ostatnie słowa wprawiłyby ją w radosne oszołomienie, 

gdyby usłyszała je bez tego kontekstu.

 

-  Może kiedyś, za jakiś czas.., 
-  Może za tydzień albo dwa? - spytał cicho, ale ironia w jego 

głosie była bardzo wyraźna. 

-  Czy to znaczy, że myślisz, że to... nie będzie możliwe? - 

zapytała szeptem. 

 

-  Tak, właśnie tak myślę. 
Boże! Ty naprawdę rozumujesz jak Romeo i Julia w jednej 

osobie!

 

-  Jeśli wierzyć Szekspirowi, oni byli młodzi, zakochani i bar- 

dzo impulsywni, ale na tym podobieństwa się kończą. Byli też 
zapatrzeni w siebie. Wielka tragedia z Werony nie powtórzy się

 

RS

background image

 

94 

chyba w Vesanceau. Nasza sprawa jest o wiele mniej skompliko- 
wana: ja po prostu nie chcę mojemu ojcu wyrządzać dodatkowej 
krzywdy. Powiedzmy, że życie już wystarczająco mu dołożyło.

 

W pokoju zapadła cisza. Isabelle dopiero teraz spostrzegła cięż- 

kie dębowe biurko i bibliotekę pełną grubych tomów, duży kominek 
i złocistorude chryzantemy; ustawione na jego gzymsie niczym wy- 
sokie płomienie. Poza tym wygodne krzesła i olejne pejzaże na 
ścianach.

 

Za drzwiami obok na pewno jest rentgen, a może nawet aparat 

do przeprowadzania bronchoskopii. Jacques jest ordynatorem pneu- 
mologii w szpitalu, ma doskonale urządzony prywatny gabinet, wy- 
kłada na uniwersytecie. Jego życie zawodowe układa się znakomi- 
cie. Mógłby przecież...

 

-  Dlaczego nie pomożesz jakoś swojemu ojcu? Przecież w two- 

jej sytuacji... Na nic jeszcze nie jest za późno. 

-  Nigdy by się na to nie zgodził. Nie narzekam na brak pienię- 

dzy, ale mój ojciec nie chce o niczym słyszeć. Uważa, że powinie- 
nem poważnie myśleć o swojej przyszłości, spłacić pożyczki, za- 
bezpieczyć się na przyszłość i... dobrze ożenić! 

-  Rozumiem - powiedziała cicho. — Górka Raoula Bonneta to 

nie jest dobra partia. Jest tylko zwykłą pielęgniarką. 

Nie mógł nie zareagować na jej gorzkie słowa. Stał przez chwilę, 

zapatrzony w płomienie chryzantem nad kominkiem, jakby się za- 
stanawiał, co wolno mu zrobić, a potem podszedł do niej i objął ją. 
Jego uścisk sprawił jej ból.

 

-  Nie wolno ci tak myśleć, Isabelle. Wiesz, że to nieprawda. 

Nie pozwolę ci wyjść stąd z takim przekonaniem. Jak możesz my- 
śleć, że szukam księżniczki i uważam, że ty nie jesteś dla mnie 
odpowiednia tylko dlatego, że...

 

Przerwał i zaczął całować jej usta, zachłannie i rozpaczliwie, 

jakby robił to po raz ostatni w życiu.

 

-  Przecież ci powiedziałem, dlaczego musimy się rozstać.

 

RS

background image

 

95 

-  W takim razie przestań mnie całować! 
Jacques odsunął się.

 

-  Masz rację. Przepraszam. Sam już nie wiem, co robię i co 

mówię. Jestem wściekły, ale nie na ciebie... 

-  Przed chwilą byłeś wściekły na mnie. 

- To, co powiedziałaś, było dla mnie szokiem. Naprawdę tego 

nie rozumiesz?

 

-  Twoja reakcja też była dla mnie szokiem. 
-  Jestem wściekły - mówił, jakby jej nie dosłyszał - na tę... 

ironię losu, na cały absurd tej sytuacji. -? Roześmiał się gorzko. 

-  Jestem wściekły, że nie potrafię się zachować jak Romeo, ten 
prawdziwy, i posłać do diabła rodzinę i jej sprawy. To nie był taki 
głupi chłopak, chyba go nie doceniałem.

 

-  Chłopak? Dlaczego chłopak? 
-  Romeo był chłopcem, Isabelle, a ja jestem dojrzałym mężczyzną. 

-  Całe  jej  ciało  doskonale  rozumiało  jego  słowa.  -  Jestem 
mężczyzną 
i znam swoje obowiązki. Wiem, co rodzice dla mnie zrobili i wiem, co 
im zawdzięczam. Nie mogę zrobić im krzywdy, nie wolno mi zranić 
ojca, wprowadzając cię do jego domu.

 

Mówił ze smutkiem, ale w jego głosie była pewność nie pozwa- 

lająca na najmniejszą nawet nadzieję. Był stanowczy i nie zamierzał 
zmienić zdania nawet za cenę cierpienia. Isabelle zrozumiała, że 
powinna opuścić pokój i zniknąć z życia Jacques'a Ransana.

 

Spojrzała na wysokiego mężczyznę stojącego przed nią i nagle 

pozazdrościła mu siły. Czuła się taka maleńka i krucha, czuła się 
słaba, bardzo słaba... Jacques też pewnie wcale nie jest taki silny, 
on też pewnie cierpi, robi tylko takie wrażenie...

 

Postanowiła mu pomóc. Trzeba jakoś rozładować sytuację.

 

-  Widzę, że będę musiała cofnąć zamówienie, a już napisałam 

do pewnego magazynu z meblami, żeby mi przysłali stołeczek...

 

Roześmieli się, ale jakoś niewesoło.

 

-  Pójdziesz już? - zapytał łagodnie.

 

RS

background image

 

96 

-  Tak. Nie mam tu wiele do roboty. 

-  To prawda. Cieszę się, że nie będziemy wrogami. 

-  Ja nie mam wrogów, Jacques, i na pewno nie zacznę od ciebie. 

Wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. 

Jacques stal bez ruchu, nie odrywając wzroku od kwiatów na 

kominku. Nie zrobił nic, żeby ją zatrzymać. 

RS

background image

 

97 

ROZDZIAŁ  SZÓSTY

 

-  Co tam się dzieje na korytarzu?

 

Doktor Maryse Lefevre podniosła głowę znad karty pacjenta 

i pytająco spojrzała na Isabelle.

 

Maryse Lefevre, młoda elegancka blondynka, była gastrologiem 

i odwiedzała tego dnia jedną z pacjentek doktora Ransana.

 

Stojąca obok niej Isabelle była nieobecna duchem. Raz po raz 

zerkała w stronę drzwi. Gdyby choć na chwilę go zobaczyć, może 
będzie przechodził i wtedy uda jej się... Może wyjdzie ze swojego 
gabinetu i pójdzie w stronę pokoju pielęgniarek, wtedy będzie mu- 
siał przejść obok tych drzwi.,. Simone Boucher, trzeźwa jak zwy- 
kle, przywołała ją do porządku.

 

-  Siostro Bonnet, na korytarzu nie dzieje się nic specjalnie 

ważnego. Biedna pani Chaillet lepiej dzisiaj wygląda, a będzie w je- 
szcze lepszej formie, jak mąż będzie ją częściej odwiedzał. Proszę 
nam tu pomóc.

 

Ciekawe, czy ona coś zauważyła... Czy spostrzegła, co dzieje 

się z jedną z jej pielęgniarek, kiedy doktor Ransan jest w pobliżu? 
Najgorsze jest to, co wydarzyło się tamtej nocy. Gdyby nie tamto, 
może nie czułaby si$ teraz tak strasznie obolała, niespokojna i zu- 
pełnie zagubiona we własnych uczuciach.

 

Zachowuje się bardzo nierozsądnie. Jak można doprowadzać się 

do takiego stanu? Jak można tak bardzo uzależniać się od kogoś, 
kogo ledwo się zna? Przecież to był tylko epizod, krótkotrwałe 
szaleństwo. Wszystko musi wrócić do normy, życie musi toczyć się 
tak, jakby nic się nie stało.

 

Wiedziała, że nie przekona siebie, ale musi próbować...

 

 

 

 

 

RS

background image

 

98 

 

Zresztą Simone Boucher nic nie zauważyła. Była osobą zbyt 

praktyczną, żeby zajmować się sprawami tak ulotnymi i subtelny- 
mi. Trzeba po prostu czuwać nad sobą, opanować nierozsądne od- 
ruchy, wszystkie te mimowolne spojrzenia i drżenie na dźwięk jego 
głosu, trzeba przestać nasłuchiwać jego kroków i podskakiwać na 
samo wspomnienie jego nazwiska. A przede wszystkim zachować 
spokój i odpowiedzieć na pytanie doktor Lefevre.

 

-  Wydawało mi się, że doktor Ransan szedł przed chwilą do 

pokoju numer dwa, tam gdzie leży Michelle Drapeau. 

-  Ta młoda dziewczyna czekająca na przeszczep? 
-  Tak. Dwa tygodnie temu przeżyła fałszywy alarm. Była już 

przygotowana do operacji, kiedy nagle rodzina dawcy zmieniła 
zdanie. 

-  Dlaczego wobec tego stale jest tutaj? 
-  Doktor Ransan postanowił zatrzymać ją u nas, żeby się trochę 

wzmocniła, zanim znajdzie się nowy dawca. 

O ile się go doczeka... Nie powiedziała tego głośno, lecz obie 

wiedziały, że tak jest. Czas nie pracuje na korzyść Michelle.

 

-  Jak ona to znosi? 
-  W normie. 
Na korytarzu rozległ się znowu głos Jacques'a, tym razem głośr 

ny i wyraźna Stanowczym tonem wydawał jakieś polecenia sio- 
strze Boucher, która wyszła na jego spotkanie. Isabelle poczuła 
ucisk w żołądku. Nienawidzę go za to, że wprawia mnie w taki stan!

 

-  Może znalazł się dawca - rzekła cicho doktor Lefevre.

 

Tak właśnie było. Po dwóch tygodniach oczekiwania miało na- 

reszcie dojść do przeszczepu płucoserca. Tym razem na pewno. 
Organ został dostarczony z Paryża; badania wykazały, że pacjentką 
jest przygotowana do operacji.

 

Isabelle nie brała bezpośredniego udziału w rozgrywającym się 

dramacie. Michelle nie należała do jej podopiecznych. Nie miała 
pod opieką nikogo w tak poważnym stanie i sprawa Michelle do-

 

RS

background image

 

99 

tyczyła jej tylko o tyle, o ile związana była z doktorem Ransanem. 
Wiedziała, że Jacques będzie obecny przy operacji.

 

Jej zainteresowanie przeszczepem nie miało w sobie nic nad- 

zwyczajnego i nie zwróciło niczyjej uwagi. Cały oddział i cały szpi- 
tal mówiły tylko o tym. W Vesanceau dopiero od roku przeprowa- 
dzano takie operacje i za każdym razem wzbudzały one zrozumiałą 
sensację. Na czele zespołu dokonującego transplantacji stał kardio- 
log specjalnie w tym celu sprowadzony z Paryża.

 

Przez cały dzień nie mówiono o niczym innym.

 

-  Z bloku operacyjnego zawiozą ją oczywiście prosto na inten- 

sywną terapię. 

-  Widziałam na obiedzie Nicole Arnoux i mówiła mi, że jeszcze 

nie skończyli. 

-  Kiedy na nią spojrzałam dzisiaj rano, pomyślałam sobie: cze- 

kają cię ciężkie chwile, biedactwo. 

-  Jeśli wszystko się powiedzie, będzie wreszcie normalnie żyła. 
-  Doktor Ransan o mało mnie nie zabił, kiedy jej rano chciałam 

podać to samo lekarstwo co zwykle, bo nie wiedziałam, że zaraz ją 
biorą na operacyjną. 

-  Rozzłościł się? Ransan? Nigdy nie widziałam, żeby się zde- 

nerwował. 

-  Jemu to się zdarza bardzo rzadko, ale jak się zdenerwuje, to 

koniec. Ale i tak bardziej go lubię niż tego całego Chapuis, który 
cedzi te swoje złośliwości głosem komedianta. Ransan jest zawsze 
taki miły i uśmiechnięty.  

-  Cicho, właśnie idzie... 
-  Kto, Chapuis? 
-  Nie, ten drugi... 
Isabelle stała z boku, nie biorąc udziału w rozmowie. Teraz 

gwałtownie zaczerwieniła się, co było dość śmieszne, wziąwszy pod 
uwagę, że Jacques wyszedł po prostu z windy i szedł właśnie w ich 
stronę. 

RS

background image

 

10

-  Wiem, że czekacie na wiadomość - powiedział. - Operacja 

się udała i Michelle została przewieziona na intensywną terapię. 
Wszystko poszło doskonale. Było małe krwawienie wewnętrzne, 
ale zostało opanowane. Chora była w bardzo dobrym stanie 
ogólnym, dlatego chciałbym wszystkim gorąco podziękować za 
opiekę. 

-  Kiedy będzie można ją odwiedzić? - zapytała Chantal Prost. 

Znała Michelle od wielu lat. - Pamiętam ją jeszcze, kiedy była 
dzieckiem. Pracowałam wtedy na pediatrii. 

-  Za jakieś dwa, trzy dni - odparł. - Dajmy jej trochę czasu. 

Najważniejsza jest pierwsza doba, jutro będziemy wiedzieli co i jak. 

Już miał odejść, kiedy na niego spojrzała i ich oczy się spotkały. 

Zawahał się, jakby chciał jeszcze coś dodać, a potem leciutko po- 
kręcił głową. Można to było wziąć za nieświadomy gest mimowol- 
nej zadumy, ale Isabelle wiedziała, że myśli o niej. Odczytała to po 
swojemu: w geście, jakim pokręcił głową, nie było nic, co by mogło 
przywrócić jej nadzieję. Odwróciła wzrok i przymknęła oczy, tak 
jakby chciała odegnać od siebie jego obraz. Straszne, że musi wi- 
dywać go codziennie!

 

Traf chciał, że spotkała go jeszcze tego samego dnia w windzie. 

Na domiar złego wszystkie inne osoby już wysiadły, tylko ona nie 
zdążyła tego zrobić w porę. Akurat musiała się pochylić, żeby za- 
wiązać sznurowadło, i zauważyła go dopiero w ostatniej chwili. 
Cisza w kabinie trwała dopiero kilka sekund, a już zrobiła się trudna 
do zniesienia. Jacques wyciągnął rękę, żeby nacisnąć guzik.

 

-  Isabelle...

 

Sposób, w jaki wymówił jej imię, zelektryzował ją.

 

-  Tak? - zapytała suchym, oficjalnym tonem. 
-  Chciałem z tobą porozmawiać. 
-  Tutaj?        
-  Takie samo dobrfe miejsce jak każde inne. 
-  Nie sądzę. Ciasno tu i duszno, i pachnie szpitalną stołówką 

RS

background image

 

10

-  Isabelle... 
-  Nie mów do mnie tonem, jakby to wszystko była moja wina! 

I zostaw ten guzik! 

Spróbowała odepchnąć jego rękę i nie dopuścić do zamknięcia 

drzwi. Jacques przez chwilę opierał się, a potem zniechęcony ustą- 
pił. Szybko wyskoczyła na korytarz.

 

-  Dziękuję. 
-  Isabelle, musimy porozmawiać... 
-  Wcale nie - odparła spokojnie, jakby mówiła o czymś zupeł- 

nie zwyczajnym. - Powiedzieliśmy sobie już wszystko, a nawet 
może trochę za dużo. Zrobiliśmy też już zbyt wiele i szybko tego 
nie zapomnę. 

Skorzystała z okazji i przyłączywszy się do kilku osób, które 

właśnie przechodziły, szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia. 
Kątem oka spostrzegła, że za nią nie poszedł i opuściła szpital 
z uczuciem pewnej ulgi. Automatycznie przebyła drogę dzielącą 
szpital od domu pani Oudot i już miała wejść na schody, kiedy nagle 
za plecami usłyszała jego głos:

 

- Isabelle, posłuchaj...

 

-  Proszę cię, zostaw mnie w spokoju, Jacques. 
-  Najpierw odpowiedz mi na jedno pytanie. 
-  Co ty na Boga jeszcze chcesz wiedzieć? 
-  Zaraz ci powiem, tylko pozwól mi wejść. 
W oknie domu obok ukazał się sąsiad i Isabelle postanowiła nie 

robić na ulicy sceny. Wiedziała, że Claire często z nim rozmawia,

 

-  Dobrze, wpuszczę cię, tylko zachowuj się cicho. Pani Oudot 

zawsze o tej porze jest w domu.

 

Na palcach weszli na górę; Jacques wyglądał tak komicznie, 

skradając się na swoich długich nogach, że w każdej innej sytuacji 
serdecznie uśmiałaby się na jego widok. Teraz jednak nie było jej 
wesoło. Pokój na pięterku, gdy Jacques wszedł do środka, wydał 
jej się nagle bardzo mały. Zamknęła drzwi i oparła się o nie, marząc

 

RS

background image

 

10

 

tylko o tym, żeby powiedział, co ma do powiedzenia, i poszedł 
sobie. Widać jemu też się spieszyło, bo od razu przystąpił do rzeczy:

 

-  Chciałem cię zapytać, czy nie jesteś w ciąży? 
-Co?!

 

-  Czy nie spodziewasz się dziecka - wyjaśnił cierpliwie. - Po- 

wiedz mi prawdę. Przysięgam ci, że zrobię wszystko, co mężczyzna 
w mojej sytuacji powinien zrobić. Nie zostawię cię samej. 

-  Nie jestem w ciąży. Skąd ci to przyszło do głowy? 
-  Powiedziałaś, że szybko nie zapomnisz tego, co między nami 

było. Pomyślałem, że może masz na myśli dziecko. 

Zrobił ruch, jakby chciał jej dotknąć, i niemal wbiła się w drzwi, 

żeby utrzymać dzielącą ich odległość.

 

-  No to już wszystko wiesz, nie jestem w ciąży. Co za ulga, 

prawda? 

-  Jesteś pewna? Upłynęły tylko dwa tygodnie... 
-  Nie szkodzi. Kiedy byliśmy razem, nic mi nie groziło. 
-  Dzieją się różne rzeczy, Isabelle. 

Święta prawda, szkoda tylko, że wtedy o tym nie pomyślałeś. 

Zapadła cisza. Potem nieoczekiwanie Jacques wybuchnął śmie- 
chem.

 

-  Masz rację! Dziwne, jak człowiek sam siebie oszukuje i nie 

zastanawia się nad konsekwencjami, kiedy ma na coś wielką ochotę! 
Hormony nieraz płatają figle... 

 

Jego śmiech zabrzmiał dziwnie i sprawił jej dodatkową przy- 

krość. Nagle zdała sobie sprawę, że Jacques bardzo lekko i beztro- 
sko traktuje to, co między nimi zaszło. Tamta noc była dla niego 
wyraźnie czymś zupełnie innym niż dla niej.

 

Po prostu nic dla niego nie znaczyła.

 

Do niedawna nawet na swój sposób go rozumiała. W jego trosce 

o spokój ojca dostrzegała coś heroicznego. Jacques wyrzekał się 
uczucia z powodu obowiązku, i to do pewnego stopnia nawet jej 
imponowało, nohilitowało jakoś ich rozstanie. Rozumiała go i kie-

 

RS

background image

 

10

rujące nim uczucia. Teraz, skoro tamta noc nic dla niego nie zna- 
czyła, jego rezygnacja nie miała w sobie nic wzniosłego. Mówiąc 
o Romeo i Julii, tylko sobie żartował. Nie jestem Julią, jestem tylko 
zwyczajną głupią dziewczyną, która poszła do łóżka z facetem, dla 
którego to była tylko przygoda... 
Spojrzała mu w oczy.

 

-  Nie myśl, że jestem zawiedziona. Po prostu dziękuję Bogu, 

że uczucia twojego ojca -jeśli naprawdę o nie tu chodzi - pozwo- 
liły nam rozwiązać całą sprawę. A teraz idź już, dobrze? A jeśli 
z powodu jakiegoś wyjątkowego pecha zaszłam w ciążę, to prześlę 
ci rachunek za skrobankę!

 

Jacques zbladł.

 

-  Nie mówisz tego poważnie! 
-  Bardzo łatwo zmieniasz nastrój. Przed chwilą się śmiałeś. 
-  Isabelle... - rzekł z taką rozpaczą, że siłą powstrzymała się, 

żeby go nie objąć i pocieszyć jak małego chłopca. 

-  Idź już, Jacques. 

Wyszedł, trzasnęły drzwi. Zeszła na dół, podeszła do okna i zo- 

baczyła, jak idzie wolnym krokiem, a potem znika za zakrętem. 
Właśnie wracała do siebie, kiedy drzwi od mieszkania pani Oudot 
otworzyły się i Claire ukazała się w towarzystwie Jeanne, którą 
właśnie sprowadzała do taksówki. Musiała zamienić z nimi kilka 
słów, chociaż miała ochotę tylko na jedno: schować głowę pod 
kołdrę i wypłakać się do woli.

 

Jeanne przed dwoma tygodniami opuściła szpital. Jak zwykle 

wyglądała wytwornie w świetnie skrojonym kostiumie, maskują- 
cym zniekształconą sylwetkę, umalowana i starannie uczesana. 
Miała jednak zmęczone, spowolniałe ruchy, i Isabelle ujęła ją pod 
ramię, pomagając Claire. Taksówka czekała pod domem. Jeanne 
z trudem wsiadła do środka.

 

-  Przyjedź do mnie w piątek na kolację, Isabelle - powiedziała, 

nie puszczając jej ręki. -Razem z Claire, dobrze?

 

RS

background image

 

10

-  Z przyjemnością.,

 

Isabelle uśmiechnęła się z przymusem. Wiedziała, że atmosfera 

stanie Się gęstsza, kiedy zostanie sam na sam z panią Oudot. Dwa 
tygodnie temu, po scenie, jaka rozegrała się w gabinecie Jacques'a, 
przyszła do niej, żeby jej wszystko opowiedzieć.

 

-  Miała pani rację. 
-  Trzeba było trochę poczekać, prawda? 
-  Rzeczywiście bardzo się zdenerwował. Czas nie ma tu nic do 

rzeczy, zawsze tak by zareagował. Zbyt jest zaangażowany w spra- 
wy rodzinne. 

-  Jacques jest bardzo lojalny wobec tych, których kocha. 

Te słowa ustawiły wszystko w szlachetnej perspektywie syno- 

wskiej miłości i obowiązku, ale teraz... teraz wszystko było inaczej.

 

Nic jej nie powiem, nie powiem, jak się zachował. Mam ochotę 

wziąć jedną z tych jej ślicznych, porcelanowych filiżanek i rozbić 
mu ją na głowie!

 

W dziesięć dni później dostała miesiączkę i nie było powodów 

do obaw. Czuła się jakoś dziwnie i wcale nie miała pewności, czy 
cieszy się, że nie jest w ciąży, czynie.'W-głębi duszy bardzo pra- 
gnęła mieć to dziecko. Bolał ją brzuch i była rozbita.

 

Jedna z pielęgniarek dała jej tabletki rozkurczowe i połknęła 

od razu dwie; popijając wodą. Kiedy się odwróciła, zobaczyła Ja- 
cques'a; stał i uważnie jej się przyglądał.

 

-  Boli cię głowa? 
-  Nie, brzuch. 

 

Usiadła za biurkiem, udając, że ma pilną pracę. Nie chciała 

z nim rozmawiać. Chyba jasno daje mu to do zrozumienia, ledwo 
mu odpowiadając i nie patrząc na niego. Przecież on nie może 
wiedzieć, jak bardzo pragnie, żeby został przy niej! Przecież nie 
może czytać w jej myślach!

 

Przez następne pół godziny robiła porządek w dokumentach,

 

RS

background image

 

10

potem poszła do pacjentów, a potem nadeszła druga zmiana. Wyszła 
z budynku, pewna, że Jacques dawno wrócił do domu. Spotkała go 
za pierwszym rogiem.

 

-  A więc rzeczywiście nie jesteś w ciąży? 
-  Powiedziałam ci już! - odparła chłodno. - To dla mnie wielka 

ulga, jak się pewnie domyślasz. Nie rozumiem tylko, dlaczego tak 
się tego uczepiłeś! 

Przez chwilę milczał.

 

-  Dlaczego myślisz - odezwał się w końcu - że to wszystko 

jest tylko dla ciebie tak bardzo ciężkie? Nie uwierzyłaś w to, co 
ci powiedziałem? O przyczynach, dla których nie możemy być 
razem? 

-  Nie. Najpierw tak, ale potem... 
-  W takim raziepozwól, żebym ci pokazał, jak bardzo to, co 

stało się trzydzieści pięć lat temu, zaważyło na życiu mojego ojca. 
Nie chcę, żebyś mnie znienawidziła. 

Spojrzała na niego zdziwiona, że czuje to samo, co ona, a jej 

twarz tak dokładnie wyrażała myśli, że Jacques natychmiast odczy- 
tał odpowiedź.

 

-  Pójdziesz tam ze mną, prawda? 
-  Pójdę. Nie wiem, co to zmieni, ale pójdę. 
-  W takim razie jutro. Spotkasz tam również moją matkę. Nie 

powiem im, kim jesteś; 

-  Dobrze. 

 

-  To chyba dla ciebie ważne? 
Uśmiechnęła się blado. 
-  Tak. W pewnym sensie tak. 
-  Właśnie to chciałem usłyszeć; 
-  Ale ja wcale nie chciałabym, żeby to było dla mnie ważne! 
Spojrzeli na siebie, a potem Jacques odwrócił się i poszedł 

w swoją stronę.

 

-  W takim razie do jutra, Isabelle - rzucił przez ramię.

 

RS

background image

 

10

Czekała z głupią, idiotyczną nadzieją, że ta wizyta coś zmieni. 

Wszystko było tego dnia trochę lepiej, nawet na oddziale zaszły 
zmiany. Może dlatego przystała na jego propozycję.

 

Siostra Maria została wypisana, chociaż czekała ją jeszcze długa 

rekonwalescencja. Zakonnica tak bardzo chciała już wrócić do 
swych codziennych zajęć i do pracy w ogródku, że nie byli w stanie 
jej zatrzymać w szpitalu, gdy tylko stanęła na nogi. Pożegnała się 
ze wszystkimi serdecznie, dziękując za opiekę i przepraszając za 
kłopot, a wychodząc pobłogosławiła cały personel.

 

-  Nie jestem bardzo religijna - oznajmiła Alix Dumont, naj- 

młodsza i najbardziej rozflirtowana z pielęgniarek - ale kiedy ktoś 
taki jak siostra Maria robi nade mną znak krzyża, to naprawdę się 
czuję, jakby ktoś mnie pobłogosławił...

 

Yvette Chaillet przetrwała kryzys i jej nerki pracowały coraz 

lepiej. Pani Guillaume miała bardzo dobre wyniki badań, a bron- 
choskopia pani Boillot nie wykazała obecności komórek nowotwo- 
rowych, co sprawiło, że stara hipochondryczka leżała spokojna 
i zadowolona, nie narzekając na wszystko i wszystkich - po raz 
pierwszy, odkąd pojawiła się na oddziale.

 

-  Mam nadzieję- oświadczyła - że wszędzie w tym szpitalu 

traktują człowieka dobrze. Niedługo mam operować żylaki i na 
chirurgii chcę zobaczyć pielęgniarki są tak samo miłe jak tutaj. 

-  Nie można tego porównać z błogosławieństwem siostry Marii 

- oświadczyła melancholijnie Alix t- ale komplement ze strony ta- 
kiej megiery to prawdziwy cud! 

Wieści z intensywnej terapii też były nie najgorsze: Michelle 

Drapeau ze swym nowym sercem czuła się dobrze i można już było 
powiedzieć, że organizm nie odrzucił nowego organu.

 

-  Jacques bardzo się ucieszy - powiedziała Isabelle do Alix. 
-  To już mówisz mu po imieniu? - uśmiechnęła się domyślnie 

młoda pielęgniarka. 

-  Nie, chciałam powiedzieć doktor Ransan... 

RS

background image

 

10

 

-  Nie bój się, ja nikomu nie powiem. 
-  To tylko chwilowe zauroczenie - wyjaśniła Isabelle pospie- 

sznie. Wiedziała, że zaprzeczając, pogorszy tylko całą sytuację. 
- Taka krótka chwila zapomnienia, zaraz mi przejdzie. 

-  Rozumiem - uśmiechnęła się domyślnie Alix. - On też mi się 

kiedyś podobał, ale na coś poważniejszego wolę młodszych, takich 
w moim wieku. 

-  Ja też, oczywiście - gorliwie przytaknęła Isabelle, modląc się 

w duchu, żeby to była prawda. 

Jacques nie zapomniał o swej propozycji i po południu mieli iść 

do sklepu ojca- tak jakby nagle Ostatecznie zapragnął ją i siebie 
przekonać, do jakiego stopnia przeszłość ciągle jeszcze ma władzę 
nad członkami jego rodziny. Może zresztą chciał w ten sposób 
zatrzeć niemiłe wrażenie, jakie pozostawiła jego niefortunna wy- 
powiedź na temat ieh wspólnej nocy.

 

Isabelle, rozczarowana i zawiedziona, po tej wizycie nie 

spodziewała się niczego dobrego, lecz zgodnie z obietmcą czekała 
na niego przed domem. Ponieważ zrobiło się chłodno, włożyła 
spodnie i sweter. Jacques nadszedł wolnym krokiem, z rękami 
w kieszeniach; miał na sobie ciemne spodnie i beżową marynarkę. 
Może się uda, przemknęło jej przez myśl, ale spojrzawszy na jego 
spiętą twarz, straciła nadzieję. Nic się nie uda.

 

-  Dzwoniła do mnie matka - powiedział bez wstępów - ale 

mnie nie było. Pani Trimaille powiedziała, że była zdenerwowana. 
Nie zdążyłem oddzwonić. 

-  Pani Trimaille dała tym samym dowód wielkiej wrażliwości, 

o jaką jej raczej nie posądzałam - powiedziała żartobliwie Isabelle, 
próbując rozładować sytuację. 

Jacques nie uśmiechnął się. Zbyt był przejęty, żeby aluzja do 

osobliwych cech jego dziwacznej sekretarki mogła go rozchmurzyć.

 

-  Powiedziała, że twoja matka była zdenerwowana? - zapytała 

Isabelle, tym razem poważnie.

 

RS

background image

 

10

-  Tak, i czymś zmartwiona. - Jacques spojrzał na nią i uśmie- 

chnął się. - Masz rację, to zupełnie niepodobne do pani Trimaille, 
zwrócić uwagę na czyjś nastrój... 

-  Może w takim razie odłożymy wizytę na kiedy indziej? 
-. Nie! Może właśnie będzie lepiej, kiedy zobaczysz wszystko 

dzisiaj.

 

Szedł tak szybko, że ledwie za nim nadążała. Zerkając na niego, 

widziała jedynie jego profil. Twarz miał zmartwioną i poczuła wy- 
rzuty sumienia. Może niewłaściwie go oceniła...

 

Jacques był wyraźnie załamany i najwyraźniej nie miał nadziei, 

by jej spotkanie z jego ojcem miało coś rozwiązać. Prowadzi ją tam, 
by ją przekonać, że rodzinny konflikt jest przeszkodą nie do poko- 
nania] że nie oszukuje jej, mówiąc, że to racje wyższe nie pozwalają 
mu z nią zostać. Wybaczyła mu nagle tamto niefortunne zdanie 
o hormonach; oboje mówili rzeczy, których nie myśleli, oboje wy- 
powiadali słowa, które chcieliby cofnąć.

 

To żałosne, pomyślała; jestem gotowa o wszystkim zapomnieć 

i w każdej chwili wszystko to mu wybaczyć, zawsze i wszędzie.

 

RS

background image

 

10

ROZDZIAŁ  SIÓDMY

 

Przeszli przez most L'Eveque i poszli dalej ulicą ostro skręcają- 

cą zgodnie z biegiem rzeki. Ulica nie była zbyt reprezentacyjna; po 
obu jej stronach znajdowały się sklepiki i bary, domy mieszkalne 
przeplatały się z warsztatami i biurami.

 

Isabelle zobaczyła przed sobą szyld; „Fruitiere - Epicerie Firie" 

i domyśliła się, że dotarli na miejsce. W okolicach Jury tak właśnie 
nazywano sklepy z serami i innymi artykułami spożywczymi. Gdy 
weszli do środka, poczuła intensywny zapach serów, wędzonych 
kiełbas, pasztetów i oliwek.

 

-  Czym mogę pani służyć?

 

Zza lady wyszła ciemnowłosa kobieta o niezwykle wyrazistych 

rysach. Zauważyła syna i natychmiast zwróciła się do niego:

 

-  Dzwoniłam do ciebie! Nikt ci nie powiedział?

 

Była niska, ale dobrze zbudowana; Jacques schylił się i pocało- 

wał ją w policzek.

 

-  Wiem, powtórzono mi. 
-  Dlaczego nie oddzwoniłeś? 
-  Próbowałem, ale było zajęte, więc przyszedłem. Przyprowa- 

dziłem Isabelle, jak widzisz. 

-  Witaj, Isabelle... 
-  Przyjechała z Kanady. Pracuje w naszym szpitalu, jest pielęg- 

niarką. Obiecałem jej, że ją nauczę kupować francuskie sery. 
Spojrzał na nią przepraszająco i zrozumiała, że odgrywanie tej 
komedii boli go tak samo jak ją. 
Matka nie dopuściła jej do głosu.

 

RS

background image

 

11

-  On znowu telefonuje do adwokata. Jest... - Urwała i spojrza- 

ła na Isabelle. - Bardzo panią przepraszam, ale muszę porozmawiać" 
z synem. Proszę tymczasem się rozejrzeć, o tutaj są świeże kiełba- 
ski, proszę skosztować, są pokrojone. Niech się pani czuje jak 
u siebie w domu. 

-  Mamo, co się dzieje? Czy chodzi o... 
-  Tak, jak zwykle chodzi o testament - odparła matka ściszo- 

nym głosem. - Adwokat mu powiedział, że sprawa jest beznadziej- 
na. Sklep przypadnie temu jej okropnemu synowi, a on sprzeda go 
pierwszemu lepszemu, kto da pieniądze. Twój ojciec zostanie na 
lodzie, a przecież ona zawsze mówiła, że będzie miał prawo pier- 
wokupu. I on teraz... Właśnie idzie. 

Wysoki mężczyzna był uderzająco podobny do Jacques'a.

 

-  Czym mogę pani służyć? Może sera?

 

Głos miał bełkotliwy, szedł niezbyt pewnym krokiem.

 

-  Ja panią obsłużę - przerwała mu żona. - Jesteś zbyt... 
Ugryzła się w język i słowo „pijany" nie padło. Nie było zresztą

 

potrzebne, bo wszystko było jasne, Francois Ransan ledwo trzymał 
się na nogach. Był niezwykle przystojnym mężczyzną o szpakowa- 
tych włosach i czarnych, inteligentnych oczach. Zupełnie jak oczy 
Jacques' a, pomyślała Isabelle, tylko że w jego oczach nie ma takie- 
go smutku, rezygnacji i zmęczenia.

 

Francois Ransan ujął nóż, jakby nie słyszał słów żony.

 

-  Który pani sobie życzy?

 

-  Tato, daj spokój! -- Jacques odezwał się tak nieprzyjemnym 

głosem, że Isabelle spojrzała na niego zdumiona. Nigdy go takim 
nie widziała. - Ta pani jest ze mną. 

-  Tym bardziej trzeba ją dobrze obsłużyć. -Zachwiał siei z pi- 

jackim uporem powtórzył: - Tym bardziej trzeba, 

-  Zostaw te sery! Rozmawiałeś z adwokatem, tak? 
-  Nie teraz, daj spokój - przerwała mu matka. -Porozmawia- 

my o tym później. Idź się położyć, Francois, a do ciebie, Jacques, 

RS

background image

 

11

mam pewną sprawę. Trzeba jechać do pana Perrina po nową dosta- 
wę, sery były zamówione na rano.

 

-  Dobrze. To dlatego do mnie dzwoniłaś? 
-  Tak. Weź nasz samochód. Ja muszę zostać w sklepie, a oj- 

ciec. .. - Machnęła ręką. - Bardzo panią przepraszam za to zamie- 
szanie - zwróciła się do Isabelle. - Co pani sobie o nas pomyśli! 
- Podała synowi kluczyki. - Znasz drogę? 

-  To w Crozelay, prawda? 
-  Tak. 
-  No to jadę. 

Francois chwycił syna za rękaw.

 

-  I powiedz mu, żeby się do ciebie zgłosił. On paskudnie kaszle, 

na pewno ma raka, a kopci jak komin. On albo robi te swoje sery, 
albo pali. Mówiłem mu, żeby poszedł do lekarza, ale nie chce 
słuchać. I ma rację, co to, ja doktor jestem? Nie jestem i nigdy nie 
będę. Gdyby tak czas się cofnął i można było wszystko zmienić... 

-  Idź już, Francois, jeszcze cię jakiś klient zobaczy. 

Pani Ransan lekko wypchnęła męża ze sklepu. Jacques miał 

wzrok wbity w podłogę i nie zauważył ruchu, jakim poklepała męża 
po plecach. Przecież oni się bardzo kochają, pomyślała Isabelle. 
Jacques nie ma o tym pojęcia...

 

Francois zniknął wreszcie na zapleczu, skąd w chwilę potem 

doszedł ich dźwięk otwieranej butelki.

 

-  Pan Perrin dostał już zamówienie? - zapytał Jacques, udając, 

że nie słyszy odgłosu nalewanego do szklanki wina. 

-  Tak, dawno. Ojciec miał jechać po sery dziś rano. Tutaj masz 

kopertę z pieniędzmi, zapłacisz mu. Przy okazji zapisz mu jakieś 
lekarstwo na ten kaszel. 

Wszedł klient i pani Ransan wróciła za ladę z uśmiechem 

uprzejmej sprzedawczyni.

 

-  Zobaczyłaś nawet więcej, niż zamierzałem ci pokazać - po- 

wiedział Jacques cierpko, kiedy znowu znaleźli się na ulicy. - Zaraz

 

RS

background image

 

11

 

odwiozę cię do domu. Wolałbym pojechać do Crozelay z kimś, 
ale...

 

-  Pojadę z tobą, jeśli chcesz.

 

Było jej go żal; widziała, ile go kosztowała wizyta w sklepie 

rodziców.

 

-  Dziękuję.

 

Lekko dotknął jej ramienia i zaraz zapragnęła, żeby ją objął 

i przytulił. Chciała jak najszybciej znaleźć się w jego ramionach, 
ale odwrócił się i poszedł w stronę samochodu. Biały dostawczy 
renault stał zaparkowany pod samą ścianą domu.

 

-  Musisz jakoś się przecisnąć na miejsce, Isabelle - powiedział, 

otwierając drzwi i puszczając ją przodem.

 

Wsiadła ostrożnie, starając się go nie dotknąć i nie powiększać 

niepokoju, w jaki zawsze wprawiał ją kontakt z jego ciałem. Ru- 
szyli i przez dłuższą chwilę milczeli.

 

Przejechali przez most i opuścili miasto. Jechali teraz drogą 

wijącą się między zielonymi pagórkami Jury, wśród lasów i pól; 
mijali wioski i kamienne domy małych miasteczek. Potem zjechali 
z szosy na wiejską drogę.

 

-  Przepraszam cię za to, czego byłaś świadkiem - odezwał się 

wreszcie Jacques.

 

-  Powiedzmy, że to był taki test, nic się nie przejmuj... 
Uśmiechnął się. 
-  Tak, ale... 

 

-  Jak rozumiem, sklep ma być sprzedany i kupiony przez kogoś 

innego, a twój ojciec myślał, że sam go kupi i to go wyprowadziło 
z równowagi. Twoja matka ma bardzo silną osobowość. 

-  Tak, jest silna, bardzo go kocha i zawsze wszystko mu wy- 

bacza. 

-  Nie ma żadnego sposobu, żeby nie stracił tego sklepu? 
-  Myślałem już o tym i nie widzę wyjścia. Rodzice nigdy nie 

pozwolą mi na sprzedanie mieszkania albo gabinetu, nie przyjmą 

RS

background image

 

11

ode mnie pieniędzy. Moje obie siostry są w Paryżu i same dopiero 
zaczynają się urządzać. Nie mają oszczędności.

 

-  Jednego tylko nie rozumiem. Przecież twój dziadek był bar- 

dzo bogatym człowiekiem. Tamte skradzione pieniądze nie były 
jedynym majątkiem, jaki posiadał. Co w takim razie stało się z re- 
sztą spadku? 

-  Zostało czterdzieści tysięcy franków, ale moja babka, osoba 

dość nierozsądna i mało przytomna, władowała wszystko w jakieś 
podejrzane interesy i kiedy w siedemdziesiątym ósmym roku umar- 
ła, trzeba było sprzedać nawet dom, żeby pokryć długi. Jest tylko 
jedna osoba w rodzinie, która może coś w tej sytuacji zrobić. Ciotka 
Jeanne. 

-  Ach, tak, racja! Jeanne! 
-  Tylko że ojciec nigdy nic nie chciał od niej przyjąć, tym 

bardziej teraz... Muszę sam iść do banku i zorientować się, jak to 
wygląda. Może będzie można wziąć kolejną pożyczkę, chociaż 
wątpię. Nie mówmy już o tym. 

-  Dobrze. 
-  Jesteśmy zresztą na miejscu. 

Mieli przed sobą typowe wiejskie gospodarstwo, położoną 

w górzystej okolicy farmę. Namalowany na desce napis głosił: 
„Wytwórnia serów. Skosztujcie naszego crozelina!". Pod okapem 
stały sagi zebranego na zimę drewna.

 

W niedużym, ciemnym pomieszczeniu nie było nikogo, ale 

z głębi domu dochodził jakiś dźwięk.

 

-  Panie Perrin! Przyjechaliśmy po towar!

 

Po kilku minutach ukazał się stary, niski człowieczek. Zakaszlał 

i spojrzał na nich nieufnie.

 

-  Po jaki towar? 
-  Jestem Jacques Ransan. Dawno się nie widzieliśmy, dlatego 

mnie pan nie poznał. Przyjechałem po sery, które rodzice u pana 
zamówili. 

RS

background image

 

11

Staruszek pokiwał głową.

 

-  Aha, prawie już o tym zapomniałem. Właśnie sprzątałem, ale 

wszystko jest zapakowane. Można ładować skrzynki.

 

Wprowadził ich na zaplecze i Isabelle po raz pierwszy w życiu 

znalazła się w wytwórni serów. W mrocznym, niskim pomieszcze- 
niu stały wielkie blaszane bańki na mleko, puste formy, stara prasa. 
Sery były wszędzie; leżały na blatach i zwieszały się z sufitu. Wi- 
działa wielkie kręgi comte'a i mniejsze morbiery; były małe trój- 
kątne serki, serki okrągłe, podłużne i kwadratowe; były olbrzymy 
i malutkie serki w siateczkach przypominające fasolki. Isabelle 
znała się trochę na francuskich serach, ale nigdy dotąd nie widziała 
ich w takiej obfitości.

 

W kącie stał stołek, taki, na jakim dojąrki siadają podczas doje- 

nia, i uśmiechnęła się do siebie. Przypomniała sobie, jak żartowali 
z Jacques'em o dzielącej ich różnicy wzrostu; Jacques widocznie 
miał podobne skojarzenie, bo dostrzegła w jego oczach dawny 
błysk. Szybko jednak zniknął, jakby zgasiła go refleksja o bezna- 
dziei sytuacji.

 

-  Nie będzie pan już dzisiaj robił serów? - zapytała. 
-  Dostaję mleko wcześnie rano i wtedy wszystko robię. Mogę 

pani opowiedzieć, jak robi się sery, jeśli pani chce. Można też 
spróbować moich wyrobów. 

Mówiąc to, patrzył tak surowo, że nie odważyła się odmówić. 

Pan Perrin niezwłocznie rozpoczął wykład, tłumacząc jej jak małe- 
mu dziecku proces otrzymywania serów z mleka. Jacques zajął się 
ładowaniem skrzynek.

 

Słuchała uważnie słów staruszka, jednocześnie go obserwując. 

Pan Perrin od czasu do czasu pokasływał, przykładając dłoń do 
piersi, jakby chciał stłumić ból.

 

-  Niech pani popróbuje tego tutaj, robi się go z cykorią, teraz 

nikt już nie produkuje takiego sera. Panie Ransan! - zawołał w stro- 
nę Jacques'a. - Niech pan spróbuje!

 

RS

background image

 

11

Najwyraźniej nie wiedział albo zapomniał, że syn „starego" 

Ransana jest lekarzem.

 

Jacques podszedł i skosztował sera. Smakował go długo i w sku- 

pieniu, z przymkniętymi oczami i wyraźną przyjemnością. Pan Per- 
rin obserwował go z satysfakcją.

 

-  Widać, że pan się na tym zna! 
Zupełnie jakby degustował wino. 
-  Czy zapisał pan, jak się to robi? - zapytał Jacques. 

 

-  Nie, po co? Wszystko mam w głowie. Nie jestem mocny 

w pisaniu, ale pamięć mam dobrą. 

-  Chodzi o przyszłość. Byłoby szkoda, gdyby tak wielka umie- 

jętność, prawdziwa stara sztuka, zniknęła razem z mistrzem. Nikt 
nie żyje wiecznie, jak pan wie. 

-  Wiem, wiem, ale przecież to nikogo nie interesuje. Teraz 

ludzie wolą mleko pasteryzowane i takie sztuczne serki w koloro- 
wych papierkach. 

-  Zapewniam pana, że to nieprawda - zaprzeczył Jacques. - 

Ostatnio wraca zainteresowanie tradycyjnymi wyrobami. 

-  Tak, wiem. Nawet tutaj, niedaleko, w Epenouse jest taki młody, 

co robi sery i trochę się na tym zna. Nawet są niezłe te jego spinosieny 
i petit gilles. - Pan Penin zadumał się. - Może rzeczywiście trzeba by 
to spisać, ale ja nie jestem mocny w pisaniu. 

-  Ale może pan mówić, prawda? 
-  Kiedy ten kaszel mnie nie dusi. 
-  Może pan podyktować i wszystko się nagra. 
-  Ja mam dyktować? Tym swoim ochrypłym, zdartym głosem? 

Mam gadać do mikrofonu o serach? 

Roześmiał się i rozkaszlał.

 

-  Mówię zupełnie poważnie. Mamy w szpitalu taką akcję, za- 

pisujemy wspomnienia starych mieszkańców miasta i okolic. 
Wszystko się tak szybko zmienia. 

-  Wiem coś o tym! 

RS

background image

 

11

Roześmiał się znowu i znowu zakaszlał.

 

-  Niech pan do nas przyjdzie, jeden z moich kolegów wszystko 

nagra. 

-  Ale z tym kaszlem... 
-  Kaszlem też się zajmiemy. Ojciec mi mówił, że kaszle pan od 

dawna, ale nie zwraca na to uwagi, a ja jestem lekarzem. 

Pan Perrin spojrzał na niego podejrzliwie.

 

-  Co takiego? Lekarz? O nie! Zapomniałem, że pan jest leka- 

rzem! Próbuje mnie pan oszukać. Ja przyjdę, a pan mi zacznie 
mówić, żebym przestał palić i tak dalej! Sam wiem, że za dużo palę. 
Nie muszę chodzić do lekarza. 

-  Niech pan posłucha... 
-  Nie i jeszcze raz nie! Dziękuję, że tak się pan zainteresował 

moimi serami, panie doktorze, ale moje płuca to moja sprawa i ni- 
komu nic do tego! Nie dam sobie wsadzać rurek i robić tych wszy- 
stkich badali! 

-  Gdyby pan kiedyś zmienił zdanie - Jacques wzruszył ramio- 

nami - niech się pan zgłosi. Proszę, to jest telefon i adres. Niech 
pan zadzwoni, jeśli się pan zdecyduje na to nagranie. Możemy je 
zrobić, nawet nie badając płuc. 

-  Nie wierzę. To wszystko pułapka, żeby mnie zwabić do szpi- 

tala. Nagranie może poczekać. 

Atmosfera zrobiła się niezbyt przyjemna i reszta transakcji prze- 

biegła w ciszy, ograniczona do koniecznych czynności. Kiedy wsia- 
dali do samochodu, słyszeli, jak pan Perrin mruczał pod nosem: 
„Lekarze, ci lekarze..."

 

-  Powinienem chyba być bardziej stanowczy, jak sądzisz? - za- 

pytał Jacques, kiedy wyjechali na drogę. 

-  Zrobiłeś, co do ciebie należało - uspokoiła go Isabelle. - 

Twój ojciec mówił, że on jest uparty i nie chce się leczyć. 

-  Zbytnio nie nalegałem... 
-  Jest uparty jak osioł. Już sam fakt, że robi sery wedle recep- 

RS

background image

 

11

tury sprzed stu lat, świadczy o tym, że nie jest zbyt podatny na 
zmiany.

 

-  Chcesz powiedzieć, że to byłaby bezczelność z mojej strony, 

gdybym próbował go zmusić do leczenia? 

-  Oczywiście! Tak jak jest bezczelnością sądzić, że od czasu do 

czasu udaje ci się obudzić studentów w czasie wykładu. Studenci 
zawsze sypiali na wykładach! 

-  Twoje opinie jakoś dziwnie przypominają mi pana Perrin. 

O lekarzach myślicie tak samo? 

-  Jasne! Wszystkie pielęgniarki myślą o was tak samo. Jesteście 

zadufani, pewni siebie i aroganccy! 

-  Nie przychodzi ci do głowy, że trzeba być stanowczym, kiedy 

stale musi się podejmować ważne decyzje? 

-  Niech ci będzie, nieraz tak. Zresztą lubię stanowczych... le- 

karzy. 

Zamierzała powiedzieć „mężczyzn", ale się powstrzymała. Wie- 

działa, że Jacques się domyślił. Przekomarzali się tak, jakby nic im 
nie groziło, a przecież powinna odgrodzić się od niego murem 
chłodu i dystansu. Zaprowadził ją do sklepu rodziców, żeby jej coś 
udowodnić; udało mu się, wiedziała już wszystko, dotarło do niej, 
że nie ma wyjścia i nic się nie da zmienić.

 

Francois i Jacques, ojciec i syn, są bardzo do siebie podobni 

i - całkowicie różni. Obaj są niezwykle przystojni, ale jeden jest 
silny, a drugi - słaby. Francois Ransan nigdy nie wybaczy synowi, 
że związał się z córką wroga. Jest na to zbyt słaby. Jacques nato- 
miast jest wystarczająco silny, żeby poświęcić swoje szczęście dla 
ojca, którego kocha.

 

Jednak wbrew niej samej wizyta u nieznajomych kuzynów wy- 

warła na Isabelle inne jeszcze wrażenie. Spotkanie z Giselle 
i Francois uświadomiło jej, że jest mocniej związana z Vesanceau, 
niż sądziła, że jest bardzo mocno związana z rodziną i... z Ja- 
cques' em.

 

RS

background image

 

11

 

Powinnam kazać mu odwieźć się do domu, pomyślała. Im dłużej 

z nim jestem, tym to wszystko staje się trudniejsze. Nic jednak nie 
powiedziała. Kiedy wjechali do miasta, Jacques zwrócił ku niej 
głowę.

 

-  Nie bardzo chce mi się wracać do domu. Masz ochotę na mały 

spacer? Chciałbym odetchnąć świeżym powietrzem. 

-  Dobry pomysł, świeże powietrze... Właśnie tego mi trzeba. 
Z przyjemnością pomyślała o rozległych przestrzeniach i po- 

wiewach wiatru. Bardzo potrzebowała wytchnienia. Oparła się wy- 
godnie i spojrzała na migające za oknem samochodu pola.

 

Tuż przed wjazdem do Vesanceau skręcili w boczną drogę i po 

chwili znaleźli się w dolinie rzeki Meleze* Krajobraz robił się coraz 
piękniejszy, było więcej lasów, zieleń z wolna nabierała złotoruda- 
wego odcienia, rzeka w promieniach zachodzącego słońca mieniła 
się ciemnozielonym granatem. Isabelle otworzyła okno i wysunęła 
rękę.

 

-  Niech odleci wszystko, co złe... 
Jacques spojrzał na nią kątem oka.

 

-  Tutaj niedaleko jest bardzo piękne miejsce. Chcesz, żebyśmy 

się zatrzymali? 

-  Tak, bardzo. 

Zjechali z drogi na małą polankę. Isabelle wyskoczyła z samo- 

chodu, żeby rozprostować nogi. Pod stopami poczuła miękką, sprę- 
żystą trawę. Polana kończyła się zboczem, w dole widniały kamie- 
niste brzegi rzeki. Po drugiej stronie widać było kamienne domy 
miasteczka. Pobiegła na skraj urwiska i spojrzała w dół na rzekę.

 

-  Jak tu cudownie! Strasznie stromo, ale pięknie! I te domki po 

drugiej stronie, zupełnie jak zabawki! 

-  Przyjeżdżałem tu często na rowerze, kiedy chodziłem do 

szkoły. Miałem takiego starego peugeota. 

-  Jechałeś taki kawał pod górę? Musiałeś strasznie się męczyć! 
-  Za to jak się zjeżdżało... 

RS

background image

 

11

-  Wyobrażam sobie! Mam w domu rower górski, u nas są 

wspaniałe tereny do jazdy. W Vancouverze jest trasa rowerowa 
obejmująca Stanley Park, potem biegnie wzdłuż morza aż do Lion 
Gate Bridge. 

-  Musimy kiedyś przejechać się razem. 
-  Nie, Jacques, wiesz, że nie powinniśmy. To byłoby bardzo 

głupie. 

Jej głos zadrżał; Jacques spojrzał na nią i zmarszczył brwi.

 

-  Głupie? Może i tak, ale jakoś teraz przestało mnie to obcho- 

dzić!

 

Objął ją, zanim się zorientowała, co chce zrobić. Jego pocałunki 

spadły na nią nieoczekiwanie; były tak cudowne jak winogrona, jak 
nagle rozgryziona w ustach kiść świeżych, słodkich winogron. Były 
jak najwspanialszy sok, pity łapczywie po dalekiej rowerowej wy- 
cieczce.

 

Wróciła. Nareszcie wróciła do domu po długiej wędrówce. Czu- 

ła podmuchy wiatru, ale w jego ramionach było jej ciepło i przy- 
tulnie. Stała na otwartej przestrzeni na skraju przepaści, ale Jacques 
był przy niej, i tu był jej dom.

 

Czuła jego niecierpliwe ręce na swoim ciele, ukryła twarz i wtu- 

liła się w niego, jakby się chciała ukryć przed całym światem. Wre- 
szcie uniosła głowę i spojrzała w jego oczy.

 

Wtedy poprzez oszołomienie dotarła do niej myśl ostra jak bły- 

skawica: Jacques, po tamtej pierwszej i jedynej nocy, powiedział 
przecież, że miłość między nimi jest niemożliwa Zrozumiała to, 
a teraz on, pod wpływem nagłej emocji, zaprzecza samemu sobie. 
Emocje trwają krótko, potem znowu nastąpi chwila okrutnego 
otrzeźwienia. Przyjdzie ból i rozczarowanie.

 

Objęła go mocno, aż do bólu, wbijając paznokcie w jego plecy. 

Czuła, jak oczy wypełniają jej się łzami. Nie mogła ich opanować 
i ciepłe, słone strumyczki zaczęły spływać jej po policzkach. Do- 
tarły do ust i Jacques poczuł ich smak.

 

RS

background image

 

12

-  Co się stało, Isabelle? 
-  Przecież wiesz! Przekonałeś mnie, że masz rację, że to nie- 

możliwe, a teraz... Wiesz, jak mi było ciężko! 

-  Mnie też było ciężko. 
-  Oczywiście! - zawołała - wierzę ci! Dlaczego w takim razie 

robisz teraz takie rzeczy? Dlaczego przez ciebie czuję się... tak jak 
nie chcę się czuć! Powiedziałeś, że wszystko się skończyło! Poszłam 
z tobą do łóżka i bardzo dobrze! Ciesz się, miałeś, czego chciałeś! 
Ale ja już nic nie chcę! Nic od ciebie nie chcę! 

Odepchnęła go, jednocześnie cofając się gwałtownie. Była zbyt 

wzburzona, by pamiętać, że znajduje się na skraju zbocza. Zachwia- 
ła się, zamknęła oczy i byłaby upadła wprost w pustkę urwiska, 
gdyby Jacques nie przytrzymał jej w ostatniej chwili.

 

RS

background image

 

12

ROZDZIAŁ  ÓSMY

 

-  Boże! Isabelle!

 

Konwulsyjnym ruchem przyciągnął ją do siebie i poczuła szyb- 

kie uderzenia jego serca.

 

-  Wszystko w porządku - wyszeptała zmartwiałymi wargami.

 

Zerknęła do tyłu i zesztywniała z przerażenia; od przepaści dzie- 

liły ją milimetry obsypującego się pod stopami gruntu. Gdyby Jac- 
ques nie schwycił jej w porę, roztrzaskałaby się o kamienie urwiska. 
W najlepszym razie złamałaby sobie kręgosłup. Jacques też to wie- 
dział; przez chwilę tulili się do siebie jak rozbitkowie ocaleni z mor- 
skiej katastrofy.

 

-  Przepraszam cię, Isabelle... 
-  To nie była twoja wina. 
-  Była. Nie miałem prawa cię dotykać. Przecież wszystko skoń- 

czone, jak sama powiedziałaś. - Zapatrzył się w przestrzeń ponad jej 
głową. - Niepotrzebnie cię tu przywiozłem - dodał z naciskiem. - Nie- 
potrzebnie cię brałem do pana Perrin. Wracamy. 

-  Dobrze. 
Podeszli do samochodu, otworzył przed nią drzwi. Jakiś pojazd 

przejeżdżający nieopodal zatrzymał się i kierowca spojrzał na nich 
podejrzliwie.

 

-  Wszystko w porządku? 
-  Tak, tak... 
Jacques uśmiechnął się z wysiłkiem i pomachał mu ręką.

 

Pół godziny później znaleźli się z powrotem pod sklepem z se- 

rami. Przez całą drogę nie padło ani jedno słowo. Dawniej mieli 
sobie tyle do powiedzenia, a może to była tylko fascynacja?

 

RS

background image

 

12

 

-  Pomogę ci. 
-  Nie, poproszę ojca. 

Francois Ransan wyszedł im na spotkanie, lekko chwiejąc się na 

nogach. Jego stan wyraźnie wskazywał na to, że spędził czas nad 
kieliszkiem. Gdy wyjął synowi kluczyki z ręki, Giselle próbowała 
go powstrzymać.

 

-  To tylko cztery skrzynki, damy sobie radę. Zostaw to. 
-  Dajcie mi spokój! Jeszcze potrafię wyjąć towar z samochodu. 
Długo nie mógł trafić kluczykiem w zamek, wreszcie drżącą 

ręką otworzył bagażnik. Przez chwilę mocował się ze skrzynką. 
Jacques odepchnął go i wziąwszy cały ładunek naraz, poszedł 
w stronę domu. Skrzynki były ciężkie i szedł wolno, purpurowy 
z wysiłku. Isabelle nie mogła od niego oderwać wzroku.

 

-  Widzisz, do czego doprowadziłeś własnego syna?

 

Giselle ze łzami w oczach odwróciła się od męża i wbiegła do 

sklepu. Francois przez chwilę stał bez ruchu, a potem wskoczył do 
samochodu i zanim ktoś zdążył mu przeszkodzić, ruszył jak szalony 
przed siebie. Dodał gazu, wyjechał na ulicę i całą siłą uderzył w la- 
tarnię. Przód maski zgiął się jak pomięta bibuła.

 

-  Dzięki Bogu!

 

Jacques ukazał się na progu sklepu. Isabelle zwróciła w jego 

stronę zdumioną twarz.

 

-  Co ty mówisz? 
-  Mógł kogoś zabić, a tak tylko się przestraszył! 
Podbiegli do samochodu. Francois siedział nieruchomo z głową 

opartą na kierownicy.

 

-  Francois! - Giselle przypadła do niego z krzykiem. 
-  Tato! Tatusiu! 
Uniósł zakrwawioną twarz.

 

-  Co... Aj! Strasznie boli, tutaj... 
-  Wpadłeś na latarnię, próbowałeś prowadzić samochód. 
-  Musiał na chwilę stracić przytomność. 

RS

background image

 

12

-  Zaraz wszystko sprawdzimy. Chyba nie doszło do wstrząsu 

mózgu, ma tylko złamaną szczękę i może jakiś ząb. Tato? Możesz 
mówić?

 

-  Co... Chyba tak... 
Jacques spojrzał na Isabelle.

 

-  W domu jest apteczka, matka ci pokaże. Musimy mu zrobić 

opatrunek i wezwać karetkę. 

-  Wstrząs mózgu? O Boże! 
-  Uspokój się, mamo, nie jechał zbyt prędko. Uderzenie nie 

było silne, to tylko tak groźnie wygląda. Daj apteczkę Isabelle 
i zadzwoń po karetkę. 

-  Po co? 
-  Jest pijany, mamo, nie mam zamiaru ryzykować. Trzeba go 

zabrać do szpitala, muszą mu nastawić szczękę, ale nie można mu 
w takim stanie podać narkozy. Tato, jak się nazywasz? 

-  Co?Zwariowałeś... 
-  Nie. Pamiętasz, jak się nazywasz? I pokaż oczy, muszę spraw- 

dzić irenice. 

-  Nazywam się Francois Ransan i cholernie boli mnie szczęka 
-  Którego dzisiaj mamy? 
-  O, nie... Daj mi spokój. 

Giselle zaprowadziła Isabelle do domu.

 

-  Strasznie mi przykro, nie zawsze jest taki. Dużo złych rzeczy 

spotkało go w życiu i nieraz próbuje o nich zapomnieć. Mówię mu, 
że to nieważne, ale on nie chce słuchać. Bardzo go kocham i nie 
mogę patrzeć, jak się męczy. Dlaczego ja to wszystko opowiadam, 
przecież wcale się nie znamy.

 

Isabelle ogarnęła fala głębokiego współczucia.

 

-  Niech pani odpocznie, a my tam wszystko zrobimy. - Posa- 

dziła ją na kanapie i łagodnie pogłaskała po ręce. - Proszę się nie 
martwić... 

-  Nie powinnam źle mówić o zmarłej, ale to był zły człowiek. 

RS

background image

 

12

Stale nam przyrzekała, że uwzględni nas w testamencie - wyznała 
pani Ransan.

 

-  To się zdarza, ludzie myślą, że są nieśmiertelni. 
-  Nie o to chodzi. Oszukiwała nas przez te wszystkie lata. Zwo- 

dziła, od dwudziestu lat przyrzekała, że sklep po jej śmierci będzie 
nasz. 

-  Proszę się tak nie denerwować i nic już nie rozpamiętywać. 

Isabelle wiedziała, że nazajutrz Giselle będzie żałować, że zwie- 

rzała się zupełnie obcej osobie. Ona nie czuła się obca, było w niej 
wiele czułości, to była przecież jego matka...

 

-  Ludzie są tacy dziwni... Może to jej syn ją namówił, może 

nie chciał mieć kłopotów z hipoteką? W rodzinie różnie bywa.

 

Dałajej szklankę wody, przygotowała herbatę. Wyjęła z apteczki 

watę, gazę i środek dezynfekujący, a potem zadzwoniła po karetkę. 
Miała przyjechać za dwadzieścia minut.

 

Tymczasem Jacques prowadził już ojca w stronę domu. Kiedy 

weszli, posadził go na krześle.

 

-  Usiądź, a my zamkniemy sklep. Mamo, on nie ma żadnych 

poważnych urazów głowy, nie martw się. Wie, gdzie się znajduje, 
kim jest, ma pełną świadomość. Tato, wiem, że to zaboli, ale musisz 
otworzyć usta. Musimy sprawdzić, co z zębami.

 

Delikatnie osłonił wacikami krwawiące dziąsła ojca.

 

-  Nie wybiłeś sobie żadnego zęba - powiedział. - Przygryzłeś 

sobie tylko język, stąd tyle krwi. - Ostrożnie zbadał nos. - Złamany. 
Miałeś sporo szczęścia, tato. 

-  Jak to? 
-  Żyjesz, nie straciłeś przytomności i nie masz niczyjej śmierci 

na sumieniu. 

-  Co takiego? 
-  Zastanów się. Przecież mały Thierry zwykle bawi się na ulicy. 

Mógłby być na chodniku, kiedy walnąłeś w tę latarnię. 

-  Jacques, przestań! - załkała Giselle. 

RS

background image

 

12

-  Nie sądzisz, że powinien to usłyszeć? 
-  Nie teraz. 
-  Doskonale. 
-  On ma rację. - Francois podniósł głowę i spojrzał na nich. 

- Przepraszam, miałem bardzo zły dzień. To... się już nigdy nie 
powtórzy. Przyrzekam. 

Powiedział to takim tonem, że Isabełle uwierzyła mu natych- 

miast. Potem wszystko potoczyło się gładko. Jacques wezwał po- 
moc drogową, żeby zabrali samochód. Giselle wypiła herbatę 
i zmusiła Isabełle, żeby zrobiła to samo; przyjechała karetka i za- 
brała rannego razem z żoną do szpitala.

 

Jacques zamknął sklep i odwiózł Isabełle do domu.

 

-  Jadę do szpitala - oznajmił. - Rodzice mnie potrzebują, a ty 

nie. Myślę nawet, że żałujesz dnia, w którym mnie spotkałaś. 

-  Nie - odparła spokojnie. - Nasze kłopoty rozpoczęły się zna- 

cznie wcześniej. 

Od tej pory życie stało się znacznie trudniejsze. Ich drogi krzy- 

żowały się codziennie. Musieli z sobą rozmawiać o pacjentach, co 
było dla niej bardzo ciężkie. On też wyglądał, jakby go to dręczyło, 
co było o tyle niezrozumiałe, że sam doprowadził do takiego stanu 
rzeczy.

 

Po dwóch tygodniach opiekowania się pacjentami ze scho- 

rzeniami gastrycznymi Isabełle znowu przejęła pieczę nad 
Yvette Chaillet. Pacjentka sama o to poprosiła; cały czas bohatersko 
walczyła z chorobą i mającymi ją przezwyciężyć lekami.

 

Jej mąż, Jean, wziął wreszcie urlop i codziennie spędzał długie 

godziny przy łóżku żony. Widać było, że są bardzo kochającym 
małżeństwem. Jean był wesoły i dowcipny, czytał żonie na głos 
i znosił co ciekawsze plotki o miejscowych notablach. Jego obe- 
cność podtrzymywała ją na duchu, co było tym bardziej wskazane, 
że po miesiącu zażywania toksycznych leków przeciwgrzybicznych

 

RS

background image

 

12

nerki chorej zaczynały odmawiać posłuszeństwa. Podawano jej po- 
tas, dużo płynów i znacznie ograniczono spożycie soli.

 

-  Na szczęście objawy chorobowe zanikają - uznał Jacques po 

obchodzie w piątek. - Doktor Roland chce jeszcze raz zbadać krew. 

-  Pobiorę, jak przyjdzie mąż pacjentki - odparła Isabelle..- Je- 

go wizyty zawsze wprawiają ją w dobry nastrój. 

-  Tak, ale swoją drogą to, co on jej wczoraj opowiadał o synu 

komendanta i siostrze majora... 

-  Słyszałam! 
-  Oni podobno... 
-  Mówił, że oni na schodach do ratusza... 
-  Nie, u niego w pracy... 
-  Ewentualnie w korytarzu... 
-  Ale przecież nie na schodach! - dokończyli chórem i wybu- 

chnęli śmiechem. 

Isabelle skorzystała z okazji.

 

-  Co z twoim ojcem? - zapytała. 
-  Wszystko w porządku. Boli go szczęka, ale reszta całkiem 

dobrze. Właśnie miałem ci powiedzieć, że ten wypadek trochę nim 
wstrząsnął. Ojciec zweryfikował hierarchię wartości. Moi rodzice 
bardzo się kochają, nie wiedziałem o tym. Zawsze myślałem, że 
ożenił się z moją matką, bo... - przerwał. 

-  .. .nie mógł ożenić się z moją - dokończyła. 
Spojrzeli sobie w oczy i szybko odwrócili wzrok.

 

-  Było inaczej; kiedy twoja matka wyjechała z Raoulem, za- 

uważył, że Giselle na niego czeka. Dla mnie... - Podszedł bliżej, 
poprawił okulary. - Dla mnie to bardzo ważne, bo zrozumiałem, że 
jestem owocem miłości, a nie rozczarowania. To tak jakby podejść 
do kominka z przekonaniem, że jest zimny i nagle dostrzec jasno 
palący się płomień.

 

Obraz był bardzo sugestywny. Płonący ogień!

 

-  Dlaczego mi to wszystko mówisz, Jacques?

 

RS

background image

 

12

Isabelle nagle zapragnęła, żeby przeszkodziła im jakaś pielęg- 

niarka.

 

- Muszę, Isabelle. Jesteś jedyną osobą na świecie, której chcia- 

łem to powiedzieć. To błąd, prawda?

 

Zdjął okulary i wybiegł z dyżurki, pozostawiając po sobie nie- 

pokój i przyspieszone bicie serca.

 

Po tej rozmowie nie potrafiła już wykrzesać z siebie gniewu. 

Robiła, co mogła, ale bez powodzenia, a przecież ten gniew był jej 
potrzebny! Chodziła na dalekie spacery i błąkała się po mieście, 
chcąc zagłuszyć myśli i odzyskać spokój, ale zawsze, nie wiedzieć 
czemu, dochodziła do domu, w którym mieszkał.

 

Z ulicy nie było widać, co dzieje się w środku, ale kiedy się 

stanęło tuż za rogiem, można było dostrzec przesuwający się za 
firanką cień.

 

Znała porę jego wykładów i kilka razy przypadkiem zaszła na 

uniwersytet. Poszła nawet na kawę z jednym ze studentów, mając 
nadzieję, że studiuje medycynę i może uda się skierować rozmowę 
na temat chorób płuc... Na nieszczęście, chłopak studiował prawo 
i śmiertelnie ją znudził.

 

W szpitalnej stołówce siadała zawsze w miejscu, z którego wi- 

dać było stolik, przy którym jedli lekarze, a kiedy przychodziła do 
szpitala, zawsze najpierw zerkała na parking.

 

Odwiedziła też Michelle na kardiochirurgii, ale tym razem wy- 

brała dzień, kiedy Jacques był na uniwersytecie. Michelle czuła się 
nieźle, ale jej stan nie pozwalał jeszcze na rozmowy o zajmującym 
się nią pneumologu.

 

Wszystko to oczywiście było do niczego nie prowadzącą dziecina- 

dą. Można było najwyżej zobaczyć, jak Jacques wsiada do samochodu, 
zasłania okna w mieszkaniu albo je obiad z którymś z lekarzy.

 

Trochę lepiej było w niedzielę rano w kościele świętego Pawła. 

Isabelle wzięła ze sobą Claire, która chadzała do kościoła tylko

 

RS

background image

 

12

wtedy, kiedy miała towarzystwo. Jacques przyszedł z matką; Gisel- 
le zwykle chodziła do małego kościółka niedaleko domu, ale jakoś 
ją namówił na dłuższy spacer. Francois do kościoła nie chodził 
nigdy; przyszła z nimi Teresa, która przyjechała z Paryża na we- 
ekend razem ze swoim narzeczonym.

 

Claire od razu zwróciła uwagę Isabelle na nich, zupełnie jakby ona 

sama mogła ich nie zauważyć. Próbowała nie patrzeć na wysokiego 
mężczyznę stojącego w głównej nawie, ale nie mogła się powstrzymać. 
Miał na sobie chyba ten sam garnitur, w którym zobaczyła go po raz 
pierwszy. Wydał jej się wtedy tak niesamowicie wysoki...

 

Oderwała od niego wzrok i skupiła się na głównym ołtarzu. Tuż 

obok, wśród klarysek, dostrzegła siostrę Marię. Zakonnica kasłała. 
Próbowała się powstrzymać, ale suchy, rozdzierający kaszel raz po 
raz wstrząsał jej chudym ciałem, echem rozchodząc się po kamien- 
nych łukach kościoła. W pewnej chwili opuściła towarzyszki i ode- 
szła na bok, tak jakby chciała wyjść. Isabelle powiodła za nią 
wzrokiem, Jacques zrobił to samo. Rozpoczęło się kazanie.

 

Siostra Maria nie wyszła z kościoła. Mała, skurczona figur- 

ka w ciemnym habicie przycupnęła z boku, przyciskając do ust 
chusteczkę. Powinna leżeć w łóżku, pomyślała Isabelle. Wygląda 
na to, że ma nawrót, chyba powinnam do niej podejść. Zerknęła na 
zakonnicę i spostrzegła, że Jacques nie spuszcza z niej oczu.

 

Po skończonej mszy Claire nawet nie chciała słyszeć o tym, że 

mogą nie podejść do rodziny Ransanów.

 

-  Musimy koniecznie przywitać się z Teresą! Tak dawno jej nie 

widziałam. I z Giselle, i z tym młodym człowiekiem! No i oczywi- 
ście z doktorem!

 

Tak jak Isabelle przewidywała, pani Ransan była bardzo zmie- 

szana okolicznościami, w jakich się poznały. Claire spojrzała na nią 
ze współczuciem.

 

-  Słyszałam, co was spotkało. Czy nie możecie zwrócić się 

z tym do Jeanne?

 

RS

background image

 

12

-  Francois jest za dumny - westchnęła Giselle. - Nie przyjmie 

od niej pomocy. 

-  Niech się opamięta. 
-  Może ja sama do niej pójdę, w tajemnicy... Ale przecież 

Jeanne źle się czuje! Nie mówmy o tym wszystkim przy Rogerze. 
Pozwól, że ci przedstawię narzeczonego mojej córki. 

-  Miło cię poznać, Roger. Ty też zajmujesz się literaturą? 
-  Tak. Za rok, dwa, bronię doktorat. 
Rozmowa toczyła się dalej; raz po raz do Claire podchodził ktoś 

znajomy, witał się, zamieniał kilka słów i znikał. Isabelle wzrokiem 
poszukała siostry Marii; zakonnica właśnie wychodziła bocznymi 
drzwiami. Pociągnęła Claire w stronę wyjścia.

 

Szkoda, że znalazła sobie takiego narzeczonego - szepnęła 

Claire, ruchem głowy wskazując Teresę. - Biedna dziewczyna.

 

Isabelle spojrzała na nią pytająco.

 

-  Przecież Roger to miły chłopak. 
Claire skrzywiła się.

 

-  Co to za przyszłość! Profesor literatury francuskiej? Gdyby 

był bankierem albo chociaż znał się na komputerach, spałabym 
spokojniej! 

-  Naprawdę nie sypia pani z powodu Ransanów? 

Nie czekając na odpowiedź, niespokojnym wzrokiem szukała 

siostry Marii.

 

-  Oczywiście! Przez pięćdziesiąt lat należałam do rodziny. Stra- 

ciłam rodziców bardzo wcześnie i Ransanowie bardzo mi pomagali. 
Bardzo żałuję, że tak niewiele mogę zrobić. Mam trochę pieniędzy, 
dzięki mojemu Feliksowi, ale to musi mi starczyć do końca. Nie 
mam z czego dawać. Mogę najwyżej rozdawać dobre rady, a to, jak 
sama wiesz, czasami...

 

Isabelle nie miała czasu zastanawiać się, czy ją uraziła, bo właś- 

nie zobaczyła siostrę Marię.

 

-  Muszę do niej podejść.

 

 

RS

background image

 

13

 

-   Idź, idź, moje dziecko, ja mogę poczekać. Jestem tylko biedną 
staruszką. 

-  Siostra Maria potrzebuje pomocy. Na pewno za szybko od- 

stawiła antybiotyki. Jest tak osłabiona, że nie może iść o własnych 
siłach. Siostra Cecylia ją prowadzi... 

Ruszyła w stronę klasztoru i spostrzegła, że Jacques robi to sa- 

mo. Spotkali się kilka kroków za zakonnicami.

 

-  Słyszałaś, jak ona kaszle? 
-  Cały kościół słyszał. 
-  Wiem, co się stało... - Podszedł do kamiennej ławki, na której 

przysiadły zakonnice, - Poczuła się siostra lepiej i przestała przyj- 
mować lekarstwa, prawda? 

-  Pomyślałam, że szkodaich dla mnie. Schowałam na wypadek, 

gdyby ktoś potrzebował. 

-  O Boże, siostro, przecież tak nie można! To nie były cukierki, 

to był lęk, który trzeba było przyjmować przez określony czas. 
Pójdzie siostra do szpitala i nie wypuszczę siostry aż do całkowitego 
zakończenia kuracji. 

-  Naprawdę? Muszę? 

Rozkaszlała się i przyłożyła rękę do czoła.

 

-  Strasznie boli...

 

Trzeba się było tylko zastanowić, jak zakonnicę przewieźć do 

szpitala. Nie chciała jechać karetką, bo przecież „ktoś inny mógł jej 
bardziej potrzebować". W końcu postanowiono, że odwiezie ją 
ksiądz, gdy tylko się przebierze w cywilne ubranie.

 

Siostra Cecylia podreptała do klasztoru po rzeczy siostry Marii, 

a Claire znowu dołączyła do rodziny Ransanów. Stali na schodach, 
czekając na Isabelle i Jacques'a.

 

-  Pojadę z nimi do szpitala - powiedział Jacques. -1 tak mia- 

łem tam zajrzeć przed południem. Roger odwiezie mamę i moją 
siostrę do domu.

 

I to wszystko.

 

RS

background image

 

13

Isabelle dołączyła do grupy i dowiedziała się, że Giselle właśnie 

zaprosiła wszystkich na obiad. Musi zatem jeszcze wytrzymać tor- 
turę oczekiwania w skromnym, lecz miłym domu Ransanow, na 
„marnotrawnego syna". Jacques zresztą wcale nie przyjechał, za- 
dzwonił tylko i poprosił, żeby na niego nie czekano, bo zatrzymał 
go jakiś pacjent.

 

Do domu wróciły dopiero około trzeciej.

 

-  Bardzo było przyjemnie, prawda? - powiedziała Claire. - Na- 

wet lepiej, że go nie było. 

-  Tak, to prawda. 
-  Mimo wszystko wolałabym, żeby był. 
-  No cóż, Giselle bardzo panią lubi, Francois chyba też. Był 

dziś taki wesoły, rozmawiał, chwalił kuchnię żony... 

-  Podoba mu się ten Roger - dodała Claire. - To dobrze, ze 

względu na Teresę. Może kiedyś, kiedy cię lepiej poznają. 

-  Nie! Proszę nawet tak nie mówić! Ja tego wcale nie chcę! 
Claire jakby jej nie słyszała.

 

-  Bardzo miło było tak się spotkać ze wszystkimi. Muszę i ja 

zaprosić ich na obiad. Będziesz oczywiście ty i... 

-  Nie ma mowy! Nic dobrego z tego nie wyjdzie! Musi pani to 

zrozumieć... 

Gdybym tylko ja mogła to zrobić, pomyślała i odwróciła głowę.

 

RS

background image

 

13

ROZDZIAŁ  DZIEWIĄTY

 

Nastała jesień i Isabelle postanowiła pokazać Glaire i sobie - 

a może i samemu Jacques'owi - że można żyć bez niego.

 

W niebezpieczeństwie każdy ratuje się jak może, a ona miała pod 

ręką tylko jedno lekarstwo - studentów. Po długim okresie niezwraca- 
nia na nich uwagi nagle całkowicie zmieniła taktykę. Ciemnooka śli- 
czna dziewczyna otoczona egzotyczną kanadyjską aurą nie mogła się 
opędzić od chętnych. Garnęli się do niej jak muchy do rraodu. Chodziła 
z nimi po pracy na kawę, pozwalała sobie towarzyszyć do księgarni 
i udzielać porad przy zakupie dżinsów.

 

Raz nawet pozwoliła się odwieźć do domu na motocyklu, przy 

którym stary harley davidson jej brata wydawał się bardzo statecz- 
nym pojazdem. A zauważywszy, że Claire wraca właśnie z piekar- 
ni, głośno wyraziła ochotę spotkania się nazajutrz z jego właścicie- 
lem, chociaż wiedziała, że właśnie tego dnia ma wykład.

 

Claire okazała swoje niezadowolenie.

 

- Przecież muszę mieć jakieś życie towarzyskie - odparła Isa- 

belle z niewinną miną. - Muszę widywać się z ludźmi w swoim 
wieku - dodała perfidnie, zapominając, że ma dwadzieścia sześć 
lat, a „człowiek", o którym mowa, dwadzieścia. - Mamy tyle 
wspólnych tematów, bardzo dobrze mi się z nim rozmawia, o wiele 
lepiej niż z kimś... starszym i ustabilizowanym.

 

Dla równowagi zaczęła się spotykać ze studentami płci obojga; 

znalazła kilka przyjaciółek i zaczęła bywać na młodzieżowych pry- 
watkach. Wszystko to było bardzo przyjemne, a z Nadine i Annę 
naprawdę się zaprzyjaźniła, ale coraz częściej wykręcała się bólem 
głowy, kiedy jakiś Bernard, Marc czy Laurent zapraszali ją na kawę.

 

RS

background image

 

13

Pewnego dnia, kiedy przechodziła obok sklepu Ransanów, do- 

strzegła tabliczkę: „Na sprzedaż".

 

Nastał listopad i siostra Maria opuściła szpital, tym razem zu- 

pełnie wyleczona. Na wszelki wypadek miała regularnie zgłaszać 
się na badania, czego dopilnować miała niezastąpiona pani Trima- 
ille. Terapia pani Chaillet dobiegała końca i pacjentka powoli od- 
zyskiwała Zdrowie, nieco nawet przybierając na wadze. Nerki dzia- 
łały sprawniej, a wyniki badań były coraz lepsze. Owrzodzenie 
błony śluzowej zniknęło prawie bez śladu.

 

-  Widzi pani? Wcale pani nie zabiliśmy! Grunt to właściwa 

diagnoza! - zawołał z radością doktor Chapujs, kończąc poranny 
obchód.

 

Isabelle wymieniła z pacjentką porozumiewawcze spojrzenie 

i pochyliła się, żeby poprawić jej kroplówkę. Przez chwilę miała 
wrażenie, że opatrunek w miejscu wkłucia nie został zmieniony. 
Szybko zastąpiła go sterylną gazą, zaniepokojona lekkim zaczer- 
wienieniem wokół ujścia kroplówki.

 

Dwa dni później nie miała już wątpliwości: infekcja była wyraźna. 

Pielęgniarka kończąca dyżur zaalarmowała ją zaraz rano.

 

-  Jak to się mogło stać? Doktor Ransan zalecił pełną aseptykę, 

wszystko miało być sterylne. Bardzo niedobrze to wygląda. 

-  Może pobierano jej krew z tego samego miejsca albo ktoś 

inny podłączał kroplówkę? Widziałam, jak doktor Chapuis... 

Przypomniała sobie tamten dzień, kiedy gaza na dłoni pani 
Chaillet wzbudziła jej podejrzenia. 
To na pewno on... 
Podzieliła się obawami z Carine.

 

-  Musimy zawiadomić o tym jakiegoś lekarza. Miejmy nadzie- 

ję, że to nie będzie Chapuis...

 

Na oddziale był doktor Ransan i on to właśnie, kilka minut 

później, wysłuchał sprawozdania Carine o tym, jak minęła noc.

 

RS

background image

 

13

Ja już idę, a ty, Isabelle, powiedz doktorowi o pani Chaillet... 

lsabelle nie musiała nic mówić. Jacques spojrzał na rękę pacjen- 
tki i poczerwieniał z gniewu.

 

-  Zauważyła siostra, że doszło do infekcji? - napadł na Isabelle. 

- Jak to się mogło stać, przecież wyraziłem się chyba jasno: pełna 
aseptyka! To karygodne zaniedbanie! Skandal! Teraz będziemy musieli 
podać chorej antybiotyk, co przy tak osłabionym organizmie jest bardzo 
szkodliwe! Zawiodłem się, bardzo się na siostrze zawiodłem!

 

Isabelle zaniemówiła, czując, że łzy napływają jej do oczu. Już 

miała wybuchnąć płaczem, kiedy nagle ogarnęła ją wściekłość. Jak 
on śmie? Jak śmie tak ją atakować, o nic nie pytając? Skąd ta 
pewność, że to właśnie jej wina?

 

Uniosła rękę, jakby go chciała uderzyć.

 

-  Ty arogancki, bezmyślny...

 

Carine była szybsza. Chwyciła jej rękę i jednym tchem wyjaśniła:

 

-  Chciałyśmy właśnie powiedzieć, że doktor Chapuis w piątek 

zakładał kroplówkę i nie założył sterylnej gazy. Na pewno po prostu 
zapomniał, jest taki przepracowany. Wszyscy jesteśmy zmęczeni 
i... zdenerwowani. Właśnie miałyśmy pana zapytać, co robić, ale 
skoro sam pan doktor powiedział, to... 

-  To sprawa zakończona - powiedział i zastygł na chwilę, jakby 

się zastanawiał, jak należy załatwić sprawę doktora Chapuis. - Pro- 
szę podać pacjentce antybiotyk, siostro Bonnet - polecił wreszcie 
i opuścił salę. 

Carine zamrugała oczami.

 

-  Nigdy taki nie był. 
-  Ja też nie - mruknęła Isabelle. 

-  Zachowałem się tak po raz pierwszy-powiedział do niej tego 

samego wieczoru, gdy zupełnie nieoczekiwanie pojawił się w progu 
jej domu. 

-  Naprawdę? Myślałam, że masz wprawę. 

RS

background image

 

13

-  Wpuścisz mnie do środka? 
-  Nie wiem... Dobrze, wejdź. 

Była w krótkiej spódniczce i koszulce. Pani Claire dbała o to, 

żeby jej dom był dobrze ogrzany.

 

Jacques nie zdjął grubej marynarki, włożył ręce do kieszeni.

 

-  Mówię o tym, co się wydarzyło przy łóżku pani Chaillet. 
-  Zrozumiałam. 
Zaczął szybko chodzić po jej małym pokoiku i nagle zrobiło się 

w nim bardzo ciasno.

 

-  Nie wiem, co robię. To nie do wytrzymania. 
-Podzielam twoje zdanie. 
-  Gdybyś chociaż wtedy zaszła w ciążę! 
-  Co?! Ty podły, nieczuły... 

 

-  Wiem, że tego nie chcesz. Uważasz, że na dziecko za wcześ- 

nie, ale ja miałem nadzieję, że... To może zabrzmi głupio, ale 
strasznie się rozczarowałem. Myślałem, że może wtedy... 

-  To właśnie miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś, że hormony 

nieraz płatają figle? 

Nic już nie rozumiała. To, co powiedział wtedy i co zrobiło jej 

tak wielką przykrość, miało być po prostu nieporozumieniem? Opa- 
cznie zrozumiała jego słowa? Zamilkła ze zdumienia.

 

-  Nie rozumiesz? To przesądziło by o wszystkim. Miałbym 

wobec ciebie poważniejsze zobowiązania niż wobec ojca. Gdybyś 
nosiła moje dziecko, już nic nie mogłoby nas rozdzielić.

 

Podszedł i zaczął ją całować. Oddawała mu pocałunki, niezu- 

pełnie jeszcze wierząc w to, co usłyszała. Było tak cudownie, że 
odsunęła od siebie wszystkie myśli. Jej świat skurczył się do roz- 
miarów pokoiku na pięterku. Kocham go, pomyślała, i ta świado- 
mość spadła na nią jak grom. Muzyka, którą usłyszała, kiedy go 
zobaczyła po raz pierwszy, rozległa się znowu. Nigdy się z tego nie 
otrząsnę, pomyślała. Nie zapomnę go i nie przestanę go kochać...

 

Odsunęli się od siebie niemal jednocześnie.

 

RS

background image

 

13

-  To straszne. - Jacques niemal jęknął. - Przyszedłem właśnie 

po to. Niepotrzebnie sobie wmawiałem, że przychodzę przeprosić 
cię za tę poranną scenę. Tak bardzo cię pragnąłem, że w końcu 
ogarnęła mnie wściekłość i zaatakowałem cię bez powodu. Przepra- 
szam. Postanowiłem tu przyjść o tej porze, bo wiedziałem, że niko- 
go nie ma w domu.

 

-  Widziałam tabliczkę na sklepie twoich rodziców. 
Myślała, że nie podejmie tego tematu, ale stało się inaczej.

 

-  Tak. Sklep ma być sprzedany za gotówkę. Spadkobierca nie 

chce słyszeć o długoterminowych spłatach ani zaliczkach. Tata 
przeklina swój los i imię twojego ojca nie schodzi mu z Ust, a do 
Jeanne nie chce się zwrócić. 

-  Dlaczego? 
-  Nie może się przełamać. Nie odzywał się do niej od lat, a powi- 

nien to zrobić, wziąwszy pod uwagę sposób, w jaki traktował ją ich 
ojciec. - Ujął jej dłonie. - IsabeDe, posłuchaj. Musimy coś postanowić. 

-  Ja po prostu chcę z tobą być. 
-  Ja też tylko tego pragnę. Póki cię nie spotkałem, nigdy nic 

takiego nie czułem do żadnej kobiety. Kiedy zobaczyłem cię wtedy 
z naszym drogim doktorem Chapuis, od razu wiedziałem, że właś- 
nie na ciebie czekam. 

-  Zostańmy razem, na zawsze. 
-  Nie mogę tego od ciebie żądać. 
-  Dlaczego? 
-  Nie tak, nie w takich warunkach. W tajemnicy, ukradkiem, 

chowając się przed ludźmi... Nie chcę tego. Tobie też to się szybko 
znudzi i będziesz chciała czegoś więcej niż taka miłość z doskoku. 
Zaczniemy się nienawidzić... 
- Tak! Oboje jesteśmy impulsywni. Ty tego nie ukrywasz, a ja 
tak; to jedyna różnica.

 

-  Pozory mylą...

 

RS

background image

 

13

-  Ze skrywanej przed ludźmi miłości rodzi się gorycz. Człowiek 

przestaje rozumieć powody, dla których zdecydował się ukrywać 
uczucie, pojawia się żal i niechęć. Nie chcę, żeby nasza miłość 
została zniszczona przez wyrzuty i kłótnie. Zniszczymy naszą mi- 
łość i siebie.

 

Odstąpiła krok do tyłu i przyłożyła ręce do skroni, jakby chciała 

stłumić ból.

 

-  W pierwszej chwili pomyślałam, że przyszedłeś, żeby się ze 

mną kochać. 

-  Bardzo tego chciałem i nadal chcę, ale chyba rozumiesz, dla- 

czego nie powinienem tego robić. 

-  Tak, rozumiem, ale to nie znaczy, że się z tym godzę. 
-  Chyba będzie lepiej, jak już pójdę. 
-  Tak, w przeciwnym razie... 

Spojrzeli na siebie. Oboje wyglądali równie nieszczęśliwie. Ja- 

cques poszedł w stronę drzwi.

 

-  Poczekaj, zapomniałeś okularów.

 

Podała mu okulary, które zdjął, kiedy ją całował. Ich dłonie na 

moment spotkały się, potem Jacques włożył okulary i przez chwilę 
stali, uśmiechając się do siebie.

 

-  Widzisz mnie, kiedy ich nie masz na nosie? - zapytała, od- 

prowadzając go do drzwi. 

-  Tak, w ogólnych zarysach, kolor i aureolę włosów wokół twa- 

rzy. Czarny anioł, którego nie mogę dosięgnąć. 

Otworzył drzwi i wyszedł. Dopiero po pewnej chwili, kiedy 

została sama, zorientowała się, że żadne z nich nie powiedziało „do 
widzenia".

 

-  Nie masz planów na wieczór? - zapytała pani Oudot nastę- 

pnego dnia przy śniadaniu. - Nie umówiłaś się z jakimś studentem?

 

Zaprosiła ją na dół, tak jak robiła zawsze w sobotę, kiedy Isa- 

belle nie miała dyżuru.

 

RS

background image

 

13

 — Powiedziałam Anne, że może wpadnę do ,;Gafś Renoir", ale 

nic nie przyrzekałam. Dlaczego pani pyta?

 

-  Dostałam zaproszenie na pewne przyjęcie i powiedziałam, że 

cię przyprowadzę. Tam będą ludzie w różnym wieku, nie tylko tacy 
nudni starcy jak ja.

 

-. Pani jest najbardziej fascynującą osobą, jaką kiedykolwiek 

poznałam, i bardzo chętnie dotrzymam pani towarzystwa.

 

Może trochę przesadziła z tym entuzjazmem. Po wczorajszym 

dniu nie była opanowana.

 

-  Cudownie! Przyjęcie odbędzie się w zamku Chavin-Joissy. 

Jest tam duża winnica, to niedaleko Arbois, na południe od Wsan- 
ceau. Rodzinę Joissy znam od lat, zamówimy taksówkę i pojedzie- 
my razem z Jeanne. Obowiązuje strój wieczorowy.

 

Isabelle skrzywiła się.

 

-  Chyba nie mam nic wystarczająco wieczorowego na taki bal. 

Ja się to nazywa? 

-  Chavin-Joissy. To właściwie mały zameczek, nic wielkiego. 
-  Mam obcisłe spodnie i jedwabną bluzkę: 
-  Żadnej sukni? 
-  Nic specjalnie wytwornego. 
Claire klasnęła w ręce.

 

-  Wiem! Pożyczymy coś od Jeanne. Przywiozła kilka egzem- 

plarzy ze swojej kolekcji, takie rzeczy się nie starzeją. Nie masz nic 
przeciwko temu, żebym do niej zadzwoniła?

 

Isabelle zgodziła się i podała Claire swoje wymiary.

 

-  Jesteś bardzo drobniutka, ale modelki w latach sześćdziesią- 

tych nie były tak strasznie wysokie jak teraz.

 

O siódmej pojechały do Jeanne, która mimo późnej pory powi- 

tała je w jedwabnym kimonie. Wyglądała na bardzo chorą, jej twarz 
ściągnięta była bólem. Isabelle natychmiast zapomniała o powodzie 
wizyty i o tym, że taksówka czeka pod domem.

 

-  Powinnaś być w szpitalu, Jeanne.

 

RS

background image

 

13

-  Nie. Trochę mi trudno oddychać, ale właśnie wzięłam lekar- 

stwo. Zostanę w domu. Mam dla ciebie suknię, wybrałam je- 
den z moich ulubionych modeli. Tak się cieszę, że znowu będzie 
noszona.

 

Opadła na kanapę, ciężko dysząc.

 

Poszły do sypialni, gdzie na łóżku leżała suknia w kolorze cie- 

mnej czerwieni; obok stały pantofelki i odpowiednia torebka. 
Wszystko świetnie pasowało i Isabelle przez chwilę wpatrywała się 
w lustrze w swoje ciemne włosy, czarne oczy, śniadą cerę...

 

-  Jak to możliwe, że nawet te buty... 
Sprawa szybko się wyjaśniła.

 

-  To prezent ode mnie - powiedziała Claire. - Podejrzałam 

twój rozmiar i zadzwoniłam do sklepu. Przysłali to tutaj.

 

Wróciły do Jeanne. Leżała wsparta na poduszkach, dłonie i nogi 

miała spuchnięte.

 

-  Wyglądasz wspaniale! - zawołała na widok Isabelle. 
-  Nie powinnaś zostawać sama, Jeanne. 
-  Daj mi jeszcze kilka dni, potem pójdę do szpitala. 

Claire pochyliła się nad przyjaciółką i trwała tak przez dłuższą 

chwilę. Kiedy schodziły do taksówki, Isabelle spostrzegła, że Claire 
chusteczką wyciera oczy.

 

-  To straszne! Dlaczego płacz to taka brzydka rzecz? Zupełnie 

rozmazałam sobie makijaż.

 

Isabelle wzięła ją pod rękę; wiedziała, że Claire broni się w ten 

sposób przed załamaniem.

 

-  Proszę tak się nie przejmować... 
-  Wcale nie zamierzam o tym myśleć. Czy wzięłaś ze sobą 

tusz? Muszę się trochę podmałować. 

-  Nie wzięłam, a za chwilę i ja pewnie będę go potrzebowała. 
-  Jeanne nie byłaby z nas zadowolona, ona zawsze jest taka 

elegancka! 

-  Prawda? Nigdy nie widziałam kogoś tak wytwornego. 

RS

background image

 

14

-  Jak się nazywa to wasze amerykańskie zwierzę, takie futerko- 

we, z brzydkim pyszczkiem? 

-  Szop pracz. 
-  O właśnie! Wydaje mi się, że zaczynam być do niego coraz 

bardziej podobna. 

Roześmiały się przez łzy.

 

-  Spójrz teraz, tu, w świetle latarni. Bardzo mam rozmazane 

oczy? 

-  Może być, nikt nie zauważy. 

Tak jak powiedziała Claire, zamek Chavin-Joissy był niedużą 

budowlą z kamienia, malowniczo położoną na wzgórzu. W świetle 
reflektorów przypominał złoty ul.

 

Powitał je gwar głosów; przyjęcie już się rozpoczęło. Wyjaśni- 

ły państwu Joissy, że Jeanne nie mogła przyjść z powodu choro- 
by, wysłuchały wyrazów współczucia i wmieszały się w tłum go- 
ści. Isabelle rozejrzała się i natychmiast zrozumiała, dlaczego jej 
towarzyszce tak bardzo zależało na stroju. Wśród gości zna- 
jdował się Jacques. Stał w rogu salonu z kieliszkiem szampana 
w dłoni.

 

-  Claire... 
-  Myślisz, że nie zauważyłam, jak mu się przyglądasz? Jesteście 

dla siebie stworzeni. Wiecie o tym, ale nic nie robicie, żeby się do 
siebie zbliżyć. Najwyższy czas przezwyciężyć fatum. 

-  Czy pozwoli pani, że sami podejmiemy decyzję? 
-  Pozwoliłabym, gdybym miała chociaż cień nadziei, że będzie 

słuszna. 

-  Czy pani nie rozumie, że nie można czyjegoś życia traktować 

jak przedmiotu badań, a człowieka jak królika doświadczalnego? 

Jacques również ją spostrzegł. Drgnął i niezręcznie odstawił 
kieliszek, wylewając trochę szampana na stół. 
Nie spodziewał się jej tu spotkać, to wszystko.

 

RS

background image

 

14

W czarnym smokingu wyglądał dostojnie i elegancko; zaczesa- 

ne do tyłu włosy odsłaniały skronie, podkreślając kształt głowy. 
Lekko wyniosły wyraz twarzy łagodził ironiczny uśmiech.

 

Claire natychmiast gdzieś zniknęła i Isabelle dopiero po chwili 

spostrzegła, że jakby nigdy nic zawzięcie dyskutuje na temat pre- 
zydenta Chiraca, paląc swoje długie, cienkie papierosy.

 

Jacques podszedł do niej.

 

-  Claire cię przyprowadziła? 
-  Tak. 
-  Nic się nie może stać bez jej udziału, prawda? 
-  Chyba nie. 

— Gdybym wiedział, że z naszego spotkania wyniknie coś do- 

brego  sam bym je zorganizował.

 

-  Wiem. 
-  Wyglądasz przepięknie. Zrozumiesz chyba, dlaczego będę cię 

dzisiaj unikał? 

-  Tak, zawsze wszystko rozumiem, przecież wiesz. 
— Owszem, ale niewiele to rozwiązuje;

 

-  Jeanne miała z nami przyjść - zmieniła temat - ale bardzo źle 

się czuje. Nie chce iść do szpitala, ale chyba musi. Mógłbyś do niej 
zadzwonić i zorientować się, w jakim jest stanie? 

-  Oczywiście. Byłem u niej w zeszłym tygodniu. 
-  Musiała się przeziębić i znowu zaatakowało płuca. 
-  Niedobrze, Pójdę do niej jutro. To dlatego Claire tak nadrabia 

miną? 

-  Tak, bardzo was, to znaczy nas wszystkich kocha. Stara się 

nas uszczęśliwić i czasem... 

Stali bardzo blisko siebie, ale spostrzegła to dopiero w chwili, 

kiedy podeszła do nich młoda, mocno umalowana kobieta.

 

-  Jacques! Od pięciu minut ściągam cię wzrokiem! 
-  Przepraszam, Sabine, nie zauważyłem. 
-  Tatuś chce, żebym ci pokazała, jak przerobiliśmy piętro. Za- 

RS

background image

 

14

mierzamy zrobić tam pokoje gościnne dla turystów. To mniej opła- 
calne niż winnica, ale zawsze coś.

 

Po chwili zniknęli wśród gości i nie widziała go przez resztę 

wieczoru. To znaczy do chwili, kiedy Claire zaczęła się żegnać.

 

-  Jacques odwiezie nas do domu. Przed chwilą gdzieś tu był 

- powiedziała i rozejrzała się.

 

Stał przy oknie w towarzystwie panny Joissy i jej ojca. Nawet 

z tej odległości widać było, że pan hrabia całkowicie aprobuje wy- 
bór córki.

 

Nic mnie to nie obchodzi, życzę mu wszystkiego najlepszego, 

pomyślała Isabelle. Tylko dlaczego jest mi tak smutno?

 

-  Ach, tam! - Claire zauważyła go prawie w tej samej chwili 

i natychmiast podążyła w jego stronę, holując za sobą Isabelle. 

-  Helenę was szuka - powiedziała do ojca i córki. - Chyba was 

potrzebuje. Jacques nie wyglądasz, jakbyś się świetnie bawił - do- 
dała, kiedy odeszli. - Wracasz z nami? 

-  Nie, Claire - odparł. - Nie wracam z wami i nie odwiozę was 

do domu. Państwo Duchesnes właśnie wychodzą i bardzo chętnie 
to zrobią. Rozumiem pani intencje, ale jak zapewne Isabelle pani 
powie, miłość nie zawsze wystarczy i nie zawsze tylko od niej 
zależy los ludzi, którzy się kochają. 

-  Jacques! 
Gdy wróciła Sabine, zwrócił się ku niej z wyraźną ulgą.

 

-  Podejdźmy do państwa Duchesnes - powiedziała spokojnie 

Isabelle. - Trochę dziwnie się czuję, pewnie za dużo zjadłam.

 

-Przecież nic nie jadłaś!

 

-  Boli mnie głowa i jakoś mi duszno w tej sukience!

 

RS

background image

 

14

ROZDZIAŁ  DZIESIĄTY

 

Nazajutrz Jeanne została przewieziona do szpitala.

 

Jacques zjawił się u Isabelle o dziesiątej, żeby jej o tym powiedzieć. 

Właśnie wstała po źle przespanej nocy. Położyła się późno i długo nie 
mogła zasnąć. Otworzyła mu drzwi w nocnej koszuli. Gdy przekazał 
jej informację o ciotce, zaprosiła go do środka.

 

-  Byłeś w szpitalu na porannym obchodzie? 
-  Tak, potem zajrzałem do cioci Jeanne. 
-  Czuje się gorzej? 
-  Stale te kłopoty z oddychaniem. Miała złą noc, jest w kie- 

pskim nastroju. 

-  Nie chciała jechać do szpitala? 
-  Jakoś podejrzanie szybko się zgodziła. 
-  Powinnyśmy ją były zawieźć wczoraj... 
-  Kazała ci powiedzieć, żebyście sobie nic nie wyrzucały. 
-  Claire... 
-  Już z nią rozmawiałem, pojechała do szpitala. Ty na razie tam 

nie idź, Jeanne potrzebny jest spokój. Podaliśmy jej leki. 

-  Będzie leżała na kardiologii? 
-  Nie, u nas. Bardzo się ucieszyła, że będzie pod twoją opieką. 

Niewiele więcej możemy dla niej zrobić, 

-  Dziękuję, że przyszedłeś. 
-  To znaczy, że już mam wyjść? 
-  Tylko jeśli chcesz. 
-  Wiesz, że nie chcę, ale nie powinienem zostawać. 
-  Zostań, zwyczajnie i po prostu, bez tych wszystkich podte- 

 

 

 

 

RS

background image

 

14

 

kstów. Zostań i zjedz ze mną śniadanie. Przecież nic jeszcze nie 
jadłeś, prawda?

 

-  Nie. 
-  W takim razie zaraz wycisnę sok z pomarańczy, zaparzę kawę 

i zrobię prawdziwe amerykańskie śniadanie: jajka na szynce i smażone 
kartofle. A ty idź po rogaliki; ja tymczasem się ubiorę. 

-  Mnie się podoba tak, jak jest. 
-  Nie utrudniaj wszystkiego, dobrze? 
-  Dobrze. Wszystko jest już wystarczająco trudne. 
-  Owszem, a teraz marsz do piekarni! 

Poszła do sypialni, żeby się przebrać i natychmiast opadły ją 

różne myśli. Może uda się sprowadzić wszystko na grunt wzajemnej 
sympatii... Nie, to niemożliwe, nie ma co się oszukiwać. Przypo- 
mniała sobie drobne, nic nie znaczące gesty, które powodowały, 
że uświadamiała sobie rodzaj uczucia, jakie do niego żywi. Widzia- 
ła jego twarz to skupioną i zamyśloną, to znów ironicznie uśmie- 
chniętą, jego postać w smokingu na przyjęciu w zamku Chavin-Jo- 
issy...

 

Znam go dopiero od dwóch miesięcy, a wszystko, co ma z nim 

związek, urasta do wydarzenia niezwykłej wagi, pomyślała. Na 
przykład teraz, na samą myśl o tym, że będziemy razem jeść śnia- 
danie, skaczę z radości...

 

Szybko się przebrała, wycisnęła sok, nastawiła kawę i zabrała 

się do krojenia cebuli i kartofli. Jacques wrócił z piekarni, wnosząc 
ze sobą zapach świeżych rogalików.

 

-  Mogę ci pomóc? 
-  Nie, po prostu usiądź i baw mnie błyskotliwą rozmową. Opo- 

wiedz, co słychać na oddziale. 

Zrobił, o co prosiła. Infekcja pani Chaillet mija, a Gerard Perrin, 

ten od serów z Crozelay, zgłosił się do szpitala, przestraszony, bo 
zaczął pluć krwią.

 

-  Wszystko wskazuje na to, że ma gardło zdarte przez chroniczny

 

RS

background image

 

14

bronchit. Spędził kilka dni u brata i palił jeszcze więcej niż zwykle. 
Zrobiliśmy mu bronchoskopię, płuca ma czyste. Nie mógł w to 
uwierzyć, bo już sobie wmówił, że ma raka i zaczął sobie szykować 
grób. Powiedział, że żałuje, że nie przyszedł do mnie wcześniej.

 

-  Przestanie palić? 
Jacques wzruszył ramionami.

 

-  Na razie nie pali, ale kto wie... Claire pali nadal, mi- 

mo że głosi, że jestem najlepszym lekarzem na świecie. Przesta- 
je w zimie, jak ma nawrót bronchitu, a potem wraca do starych 
grzechów.

 

Isabelle podała śniadanie; dochodziła jedenasta i kuchnia skąpa- 

na była w słonecznym świetle. Jedli, gawędząc, a kiedy po raz drugi 
napełniła kubki kawą, wybiło południe.

 

-  Co za piękny dzień! Nie chce się wierzyć, że to listopad

 

-  powiedział Jacques, spoglądając w stronę okna.

 

-  Owszem, cudowny. 
-  A ty jeszcze wcale nie wychodziłaś z domu. 
-  Nie było mi dane. 
-  Racja, ale to grzech marnować taki dzień. 
-  Chyba tak. 
-  W takim razie gdzieś cię zabiorę. 
-  Na przykład? 
-  Na przykład do źródeł Loque albo w okolice ChSteau de Joux. 

-  Wstała, żeby zmyć talerze, ale jej przeszkodził. - Zostaw to i wy- 
chodzimy.

 

-  Dlaczego?Nie mogę...

 

-  Lepiej zostaw, bo w ogóle stąd nie wyjdziemy. 
Popatrzyli na siebie i stało się to, co działo się zawsze, kiedy

 

pozwalali dojść do głosu uczuciom. 

Wziął ją na ręce i wyniósł z kuchni.

 

-  Gdzie tu jest sypialnia? - szepnął. 
-  Tam... 

RS

background image

 

14

Kopniakiem otworzył drzwi i położył ją na łóżku.

 

-  Zróbmy to jeszcze raz, Isabelle. Może tym razem dziecko, 

o którym tak marzyłem wtedy... 

-  Tak, może... 
-  Dlaczego my się tak dręczymy? 
-  Nie wiem. 
-  Ja też nie. 

Zrzucił z siebie ubranie tak szybko, że nawet nie zdążyła rozpiąć 

spodni.

 

-  Pomóż mi.

 

Zaczął jej pomagać tak gorliwie, że sama poradziłaby sobie 

prędzej. Ze swetrem, koszulką i stanikiem poszło im znacznie 
sprawniej. Przylgnęli do siebie i zamknęła oczy, smakując jego 
pocałunki jak cudowny, dojrzały owoc. Słyszała jego głos, melodię 
francuskich słów, rozkosznych jak pieszczoty.

 

Potem leżeli, patrząc, jak plamy słońca przesuwają się po sypial- 

ni, złocąc coraz to inne jej fragmenty. Chyba zasnęła, bo kiedy 
otworzyła oczy, zobaczyła, że Jacques się w nią wpatruje.

 

-  Dlaczego tak patrzysz? 
-  Tak sobie. 
-  Mam to uznać za komplement? 
-  Raczej tak. 
-  Nie możesz przestać? 
-  Nie. Patrzę i szukam, szukam i znajduję. 
-  Co znajdujesz? 
-  Siły, które sprawiają, że wszystkie bardzo poważne myśli, stara- 

jące się zniszczyć mój euforyczny nastrój, nie mają do niego dostępu. 
- Podniósł się i sięgnął po ubranie. - Zróbmy sobie przerwę. 

-  Jacques... 
Zaczął wkładać spodnie.

 

-  Sam już nie wiem, Isabelle... Postanowiliśmy, że pewne rze- 

czy się nie zdarzą, ale się zdarzyły, i jakoś inaczej oceniam teraz

 

RS

background image

 

14

zachowanie Romea. Dochodzę do wniosku, że nie ma co walczyć 
z tym, co nieuniknione.

 

-  Ja chyba nawet nigdy nie zamierzałam tego robić. 
-  Jedźmy, coś ci pokażę. 

Wyszli z domu, wsiedli do samochodu i pojechali nad granicę 

szwajcarską, w góry, tam gdzie stał zamek Joux. Wzięli przewodnika 
i wysłuchali całej historii związanej z lochami i basztą, schodami 
o dwustu stopniach i dziejami rodu de Joux. Spędzili urocze, leniwe 
popołudnie, jak dwoje przyjaciół i kochanków jednocześnie, którzy nie 
wiedzą, co z nimi będzie jutro i wcale o to nie dbają

 

Gdy zrobiło się chłodno, ruszyli w drogę powrotną. Zatrzymali 

się w niewielkim miasteczku, żeby coś zjeść. Potem wrócili do 
domu i spędzili razem noc. Okna w mieszkaniu Claire były ciemne, 
a kiedy Jacques zadzwonił do szpitala, powiedziano mu, że pani 
Oudot zamierza zostać na noc przy Jeanne.

 

-  Mój ojciec też chce ją odwiedzić. 
-  Myślisz, że koniec się zbliża? 
-  Nie można wykluczyć. Może też żyć jeszcze kilka tygodni 

albo kilka miesięcy, nie wiadomo; to w dużej mierze zależy od niej 
samej. Tak czy inaczej, powinni się spotkać. Nie wiem, co między 
nimi zaszło i kto zawinił, ale czas najwyższy, żeby sobie wszystko 
wyjaśnili. Szkoda, że nie ma tu twoich rodziców! Można by ich 
zebrać razem i niech raz na zawsze wszystko sobie powiedzą. Każ- 
da rodzina ma jakiegoś trupa w szafie, dlatego od czasu do czasu 
trzeba j ą przewietrzyć. 

Potem kochali się znowu, gwałtownie i rozpaczliwie, jak ludzie, 

którzy mają się rozstać i robią to po raz ostatni.

 

W poniedziałek Isabelle szła na siódmą do pracy i kiedy się 

obudziła, była sama; Jacques poszedł do domu się przebrać. Na 
oddziale dowiedziała się, że do Jeanne ma przyjść rodzina. Dyskret- 
nie poprosiła Simone Boucher, żeby ktoś ją zastąpił przy chorej 
z powodu, jak to określiła, „dalekiego pokrewieństwa".

 

RS

background image

 

14

-  Damy ją Alix - orzekła siostra przełożona. - Ona tylko wy- 

gląda na beztroską, a w istocie to mądra, poważna dziewczyna 
Straciła trzy lata temu matkę; umarła na raka. 

-  Nie wiedziałam. Bardzo lubię Alix. 

Kiedy nadeszli Giselle i Francois, Isabelle przygotowywała właśnie 

leki dla pani Chaillet. Już miała ich zaprowadzić do pokoju, w którym 
leżała Jeanne, kiedy pani Ransan rozejrzała się.

 

-  Gdzie jest Jacques? 
-  Ma konsultację. 
-  Myślałam, że go tu spotkam, chciałam mu coś powiedzieć. 

Sklep został sprzedany i myślałam... 

-  Sprzedany? - Isabelle doskonale wiedziała, co to dla nich znaczy. 
-  Tak. Dowiedzieliśmy się o tym godzinę temu. 

Francois poszedł do toalety. Giselle przez chwilę patrzyła w ślad 

za nim.

 

-  Musiałam go tu przyciągnąć siłą - wyznała cicho. - Przepra- 

szam, że znowu zawracam głowę naszymi sprawami, ale wiem, że 
przyjaźni się pani z moim synem i z Claire. Jeanne odniosła w życiu 
sukces, Francois zawsze podziwiał ją i bardzo jej zazdrościł. Rzad- 
ko się widywali, a przecież są bliźniętami. 

-  Są bardzo do siebie podobni. Te same piękne, wyraziste twa- 

rze. Jacques też... 

-  Gdyby tylko Francois nie był tak dumny i zechciał poprosić 

ją o pomoc. Czy mogłabym zadzwonić do syna? Chciałabym, żeby 
przyszedł, jak tylko skończy. 

Zadzwoniła, a potem wzięła męża pod rękę i poszli do pokoju 

Jeanne. Isabelle chciała iść z nimi, ale się powstrzymała; musiała 
dopilnować swoich pacjentów. Postanowiła, że odwiedzi chorą 
w czasie przerwy obiadowej. Jacques zjawił się dziesięć po dwuna- 
stej, kiedy już miała iść do stołówki.

 

-  Chodź ze mną! 
-  Ale... 

RS

background image

 

14

-  Jesteś mi potrzebna.

 

Spojrzeli na siebie i Isabelle dostrzegła w jego oczach ten sam 

niepokój i ból, który sama czuła. Teraz, po sprzedaży sklepu, ich 
sytuacja jeszcze się pogorszyła. Z pokoju, w którym leżała Jeanne, 
dochodził głos Claire.

 

-  Kochanie, nie mów tyle, to cię męczy!

 

Pani Oudot miała zaczerwienione oczy i ślady nieprzespanej 

nocy na twarzy.

 

-  To nie czas na... 
-  Muszę - wyszeptała chora z trudem. 
-  Nic nie musisz. Upłynęło tyle lat, nie ma co wracać do prze- 

szłości... 

-  O co jej chodzi? - Isabelle spojrzała na panią Oudot. 
-  Zawsze robiłam wszystko dla dobra tej rodziny. Tak bardzo 

ich kochałam, zupełnie jakby ci dwoje byli moimi dziećmi... - 
Claire załamała ręce. 

-  Wiem, i oni też to wiedzą. Przecież Jeanne rozumie, dlaczego 

cały czas jest pani tutaj. Po prostują pani kocha. 

-  Ona kupiła ten sklep dla brata... 
-  Co? - zawołał Jacques. - Przecież rodzice nie pozwolili prosić 

ją o pomoc. Miała o niczym nie wiedzieć. Kto jej powiedział? 

-  Ja - oświadczyła Claire. - Jeanne zaraz porozmawiała z adwo- 

katem i wszystko załatwili. To ma być prezent dla twoich rodziców. 

-  Ale dlaczego? - Francois spojrzał na siostrę. Isabelle zauwa- 

żyła, że wyprostował się, jakby spadł mu z ramion wieki ciężar. 
- Dlaczego? 

Claire zamachała rękami.

 

-  Tylko nic nie mów, Jeanne. 
-  Ja muszę... To ja... 
Ledwo wymawiała słowa, wargi miała sine, dłonie spuchnięte 

jak poduszki.

 

-  To ja... wzięłam te pieniądze tatusia...

 

RS

background image

 

15

-  Ty? 
-  Claire, powiedz im wszystko... 

Francois skierował osłupiałe spojrzenie na panią Oudot.

 

-  Dobrze, w takim razie słuchajcie. Jeanne wzięła te pieniądze, 

a ja nic nikomu nie powiedziałam. Podejrzenie padło na Francois 
i na twojego ojca, Isabelle. 

-  Przecież Jeanne wyjechała do Paryża, zanim te pieniądze 

zniknęły. 

-  Po dwóch dniach wróciła. Zorientowała się, że bez pieniędzy 

nic nie osiągnie. Wzięła je, a potem przyszła do mnie; miała wy- 
rzuty sumienia i chciała je zwrócić. Nie pozwoliłam jej. „Twój 
ojciec nigdy nic dla ciebie nie zrobił, niech się chociaż na coś przyda 
nieświadomie", powiedziałam. Byłam już wtedy z Feliksem i do- 
skonale wiedziałam, czego się można spodziewać po waszym ojcu. 
Wiedziałam też, że podejrzenie padnie na kogoś innego, a Jeanne 
wreszcie będzie miała szansę. 

Wszystko powiedziałam twojej matce, Isabelle. Kazałam jej popro- 

sić męża, żeby ją wywiózł do Kanady, a tobie, Francois, powiedziałam, 
że Giselle kocha cię od wielu lat. Zauważyłeś to wreszcie i pobraliście 
się. Jednego tylko nie przewidziałam: nie sądziłam, że po „ucieczce" 
Raoula do Kanady ojciec będzie podejrzewał ciebie, Francois!

 

-  I pani na to pozwoliła... - odezwał się Jacques. - Pozwoliła 

pani złamać życie mojego ojca, uniemożliwiła mu pani ukończenie 
studiów - dla dobra Jeanne!

 

Spojrzał na ojca z rozpaczą. Francois wytrzymał jego spojrzenie.

 

-  Powiedz mu prawdę- poleciła Claire, kładąc swoją małą rękę 

na jego ramieniu. - Teraz nie masz już kuzyna, którego można 
obwiniać za wszystkie swoje niepowodzenia. Opowiedz swojemu 
synowi o tym, co się wydarzyło w sześćdziesiątym roku. Miałeś 
przystąpić do egzaminów końcowych, byłeś inteligentny, ale uroki 
paryskiego życia przeszkadzały ci w nauce. Oblałeś i ojciec odmó- 
wił ci dalszego wsparcia.

 

RS

background image

 

15

-  Tak było, tato? 
-  Tak - odparł Francois cicho. - Przerwałem studia z własnej 

winy, ale trudno mi było żyć z tą świadomością, więc wmówiłem 
sobie, że to los mi przeszkodził. Nigdy nie potrafiłem się uczyć, 
brakowało mi skupienia, samozaparcia. - Spojrzał na syna. - Bra- 
kowało mi tego, co masz ty. Teraz, po tych wszystkich latach, kiedy 
winą za swoje grzechy obarczałem Raoula, nie zamierzam zwalać 
winy na moją siostrę. - Ujął spuchniętą rękę chorej. - Przebacz mi, 
że nigdy nie broniłem cię przed ojcem, że zawsze pozwalałem cię 
krzywdzić. 

-  Ja się nie gniewam... Usiądź tu... 
-  Jeanne! - Claire Oudot spojrzała na nią z nagłą trwogą. 
-  Nie bój się, jeszcze nie umieram... - Chora uśmiechnęła się 

z trudem. - Może jutro, albo nawet w przyszłym tygodniu... Teraz, 
kiedy jesteśmy razem, przestałam się spieszyć. 

Zapadła cisza, w której słychać było brzęczenie muchy uwięzio- 

nej w firance. Giselle patrzyła na Claire, Jeanne nie spuszczała 
wzroku z brata, a Jacques z Isabelle...

 

-  Pójdę do siostry Boucher- powiedział powoli Jacques. -Popro- 

szę ją, żeby cię zwolniła na godzinę czy dwie. Do drugiej jestem wolny. 

-  To dobry pomysł, moglibyśmy coś zjeść - odrzekła z takim 

samym namysłem. - Simone przyrzekła mi, że dostanę trochę wol- 
nego za zaległe przerwy. 

Wyszli z pokoju, wsiedli do windy i poszli do samochodu. Nie 

padło między nimi ani jedno słowo, wszystko było jasne i zrozu- 
miałe. Melodia przypłynęła znowu i Isabelle nareszcie zrozumiała, 
skąd pochodzi: to dzwony w kościele św. Pawła wybijały marsz 
weselny.

 

-  Dokąd by tu pojechać? - zapytał, wyjeżdżając z parkingu. 
-  Może do ciebie? - odparła z wahaniem. - Ostatnio było tam 

bardzo przyjemnie. 

-  To było bardzo dawno temu. 

RS

background image

 

15

-  Tak, a teraz... 
-  Teraz mamy drogę wolną. 
-  Kto by pomyślał... Wystarczyło jedno słowo Claire, żeby 

zagadka się rozwiązała. 

-  Ona jest zupełnie jak sztukmistrz, zawsze ma coś w rękawie. 

Wyciąga tylko, co trzeba, w zależności od sytuacji. 

-  Tak, Claire jest jak taka postać w sztuce teatralnej, su.bretka, 

dzięki której znikają nieporozumienia, następuje szczęśliwy koniec 
i wszyscy uśmiechnięci schodzą ze sceny. Rozumiem teraz, dlacze- 
go mama nigdy mi nie mówiła o kuzynce Jeanne. To był sekret, bo 
była sprawa tych pieniędzy. Ciekawe tylko, dlaczego Claire nie 
wyjawiła tego wcześniej? 

-  Po co? Prawda nikomu nie była potrzebna. Twoi rodzice 

mieszkali w Kanadzie i dobrze im się wiodło, zresztą oni o wszy- 
stkim wiedzieli. Mój ojciec doskonale wiedział, dlaczego nie został 
lekarzem i komu to zawdzięcza. Może właśnie dlatego tak mu 
zależało na tym, żebym ja został lekarzem, kto wie? Claire patrzyła 
i aprobowała rozwój wypadków. 

-  Czarownica! Ale bardzo ją lubię! 
-  Wiem. 
-  Cała ta historia z pieniędzmi... 
-  .. .stała się ważna dopiero wtedy, kiedy zakochaliśmy się w sobie. 
-  Claire tak bardzo przyzwyczaiła się do swojego sekretu, że 

nie była w stanie się z nim rozstać, zupełnie jak z papierosami! 

-  Ponadto starała się osłonić Jeanne. Wiedziała, że o takiej sprawie 

niełatwo przyjdzie zapomnieć. Teraz kupno sklepu wiele zmieni. 

-  Choroba Jeanne też. 
Podjechali pod dom i Jacques zahamował tak szybko, że tynk 

posypał się ze ściany.

 

-  Brawo! To mi się podoba! - Isabelle wybuchnęła śmiechem. 

- Nigdy nie lubiłam mężczyzn, którzy trzęsą się nad swoimi samo- 
chodami!

 

RS

background image

 

15

 

Zaczął ją całować już na schodach, tak jakby nie mógł się do- 

czekać, aż dotrą do mieszkania. Objęła go, zdjęła mu okulary 
i umieściła je w kieszonce swojego pielęgniarskiego fartucha.

 

Jacques po omacku wyjął klucze i próbował otworzyć drzwi, nie 

przestając jej całować. Po kilku nieudanych próbach i po tym, jak 
u sąsiadów na górze otworzyło się okno, postanowił skupić się 
najpierw na środkach wiodących do celu.

 

Drzwi zostały otwarte.

 

-  Czy rozumiesz, że już nigdy nie będziemy musieli z niczym 

się kryć? - szepnął jej we włosy. 

-  Wiem. 
-  Mam ochotę pokazać ojcu, że nie można stale żyć przeszłością 

i zatruwać życia przyszłym pokoleniom. 

-  Doprawdy? 

Jacques nagle spoważniał.

 

-  Doszedłem do wniosku, że dla Francuza życie rodzinne jest 

strasznie ważne, wiesz? 

-  Bardzo mi się to podoba. Mam wielką ochotę poznać bliżej 

twoją rodzinę. Matkę już bardzo polubiłam, ojca zresztą też, a twoje 
siostry wydają się bardzo miłe. 

-  Na pewno cię pokochają. 
-  Pozostaje nam tylko o wszystkim powiadomić Claire, a ona 

już to rozpowie na cztery strony świata! Ze szczegółami! 

-  W takim razie może byłoby lepiej nic na razie nie mówić. Na- 

cieszmy się naszą miłością przez kilka dni sami, w spokoju. 

-  Kilka dni? Tylko przez kilka dni? - Spojrzała na niego prze- 

rażona. 

-  Tak długo, jak będziesz chciała. Teraz, kiedy jesteśmy wolni, 

możemy robić wszystko, czego zapragniemy. 

-  Szkoda, że na razie tylko do drugiej - szepnęła Isabelle. 

RS