background image

 

Mateusz Nowak – Magia jako zasada świata cyfrowych technologii 

 
 

 
James  George  Frazer,  jak  przystało  na  dziewiętnastowiecznego  antropologa  na  usługach 
imperializmu,  twierdził,  iż  magia  społeczeństw  pierwotnych  jest  upośledzoną  nauką, 
fałszywym systemem praw przyrody, który jest w oczywisty sposób cywilizacyjnie niższy od 
racjonalnej  i  mechanistycznej  nauki  Zachodu  [Frazer  1978,  s.  38-39].  W  toku  rozwoju 
antropologii,  w  duchu  relatywizmu  kulturowego,  twierdzenia  te  zostały  później 
zakwestionowane.  Dziś  myślenie  magiczne,  oparte  na  logice  podobnej  do  tej,  którą  Frazer 
ilustrował  nieskończonymi  barwnymi  historiami,  zdaje  się  coraz  bardziej  zyskiwać  na 
znaczeniu, choć nie znaczy to wcale, iż ludzkość cofa się w swoim cywilizacyjnym rozwoju, 
gdyż magia po prostu nigdy na dobre nas nie opuściła. 
 
 
Erik  Davis,  w  swej  książce  zatytułowanej  TechGnoza,  przekonująco  udowadnia,  że  rozwój 
technologiczny był zawsze stymulowany przez magiczne i mistyczne tęsknoty (a także sam je 
stymulował)  [Davis  2002].  Historia  wynalazków  technicznych  kreślona  przez  Davisa  na 
pewno nie jest historią rozwoju trzeźwego mechanistycznego myślenia. Nawet wtedy, gdy do 
głosu  dochodził  zdawałoby  się  najbardziej  racjonalny  i  świecki  światopogląd,  magia  w 
odpowiadającym  danym  czasom  wcieleniu,  pozostawała  jednym  z  głównych  aspektów 
ludzkiego działania. Renesansowi humaniści temu najbardziej zawdzięczają swoje miano, że 
odświeżali  indywidualistyczne  i  wolnościowe  tendencje  gnostycyzmu.  Astrologia  i  przede 
wszystkim  alchemia,  szły  w  parze  z  rozwojem  praw  mechanistycznej  fizyki  i  tego 
wszystkiego,  co  uważamy  za  nowożytna  naukę,  zaś  najlepszym  na  to  przykładem  są 
rozważania  nad  kamieniem  filozoficznym  prowadzone  przez  samego  Newtona.  Jak  pisze 
Davis, „magia jest podświadomością techniki, jej własnym pozaracjonalnym czarem” , [Davis 
2002,  s.  54].  Dlatego  też  doprowadzona  do  ostatecznego  punktu  rozwoju  technika  musi 
kreować rzeczywistość magiczną. 
 
Mechanistyczna  nauka,  gdy  powstawał  u  progu  Oświecenia,  miała  chyba  najlepsze  warunki 
do  tego,  by  obejść  się  bez  magii.  Najbardziej  nowatorskie  wynalazki  tego  czasu  nie  mogły 
funkcjonować bez trybów i przekładni, których działanie było widzialne i słyszalne. Zapewne 
i wtedy ludziom trudno było powstrzymać się przed animizowaniem maszyn, jednak wysiłek, 
jaki  trzeba  było  włożyć,  by  wprawić  całą  tę  kupę  żelastwa  w  ruch,  zapewne  utrudniał 
zapominanie o prawach fizyki. Wkrótce jednak nadeszły odkrycia, dzięki którym znów mogła 
silniej  zadziałać  wyobraźnia.  Elektryczność  ponownie  ożywiła,  unieruchomioną  przez 
mechanistyczną  fizykę  przyrodę.  Wszystkie  na  poły  naukowe,  na  poły  mistyczne  teorie 
wyrosłe  wokół  elektryczności,  pola  i  fal  elektromagnetycznych,  takie  jak  galwanizm  czy 
mesmeryzm,  Davis  nazywa  „imaginarium  elektromagnetycznym”.  W  objaśnianiu  fenomenu 
widma  elektromagnetycznego  kluczowe  było  pojęcie  eteru,  poprzez  który  te  niewidzialne 
oddziaływania  mogłyby  przepływać.  Nieprzypadkowo  Frazer,  obrazując  jak  miałaby  działać 
magia sympatyczna, oparta na wpływaniu na siebie przedmiotów na odległość, posługuje się 
również  kategorią  eteru.  Elektryczność  stawia  krok  ku  uczynieniu  techniki  niewidzialną. 
Elektryczna aktywność mózgu dostarcza podstawy do tego, by powiedzieć, że elektryczność 
jest przedłużeniem układu nerwowego. 
 
Magiczna  niesamowitość  elektryczności  przybrała  jeszcze  na  sile,  gdy  została  ona 
wykorzystana  do  przekazu  informacji  i  umożliwiła  telekomunikację.  Telegraf,  a  później 
gadający  ludzkim  głosem  telefon,  były  bardziej  animistyczne  i  magiczne  niż  jakiekolwiek 

background image

 

wynalazki  wcześniej.  Urządzenia  te  zainspirowały  gwałtowny  rozwój  spirytyzmu,  który 
przenosił  rozwiązania  techniczne  na  sferę  mistyczną  i  pozwalał  ludziom  odbierać  fale 
nadawane  przez  duchy.  Późniejsze  wynalazki  radia,  fotografii  i  telewizji  były  dopełnieniem 
tej łamiącej prawa mechanistycznej fizyki obecności na odległość, ożywiającej logikę magii, 
której  nie  opierali  się  nawet  najwięksi  wynalazcy  i  uczeni.  Dzięki  tym  odkryciom  następuje 
„rozpad  świata  materializmu  atomowego  na  widmowy  kosmos  bezcielesnych  wibracji” 
[Davis 2002, s. 93]. 
 
Impulsy  magiczne,  jakie  pobudził  wynalazek  elektryczności  z  pewnością  pozostały  żywe  w 
toku dalszego rozwoju technologicznego, który wkrótce miał wejść w fazę cyfrową. Prócz tej 
spuścizny,  wynalezieniu  i  ekspansji  komputerów  towarzyszyła  jego  własna  mistyczna 
otoczka,  którą  analogicznie  można  by  nazwać  „imaginarium  cyfrowym”.  Jak  przekonuje 
Davis,  u  podstaw  informacjonalizmu  leżały  gnostyckie  dążenia  środowisk  hakerskich  i 
członków  pierwszych  sieciowych  społeczności.  Autor  TechGnozy  twierdzi,  iż  „gnostycka 
walka  ma  charakter  libertariański”  [Davis  2002,  s.  132].  Komputerowi  guru  są  owładnięci 
niemal  obsesją  na  punkcie  swobodnego  dostępu  do  wiedzy  i  informacji,  konieczności 
zachowania  całkowitej  wolności  w  sieci,  której  autonomiczna  zdecentralizowana  struktura 
jest  ucieleśnieniem  utopii  powszechnej  komunikacji  i  rozwoju.  Jak  się  okazuje,  apostołowie 
cyfrowych  technologii  wywodzą  się  na  ogół  ze  środowisk  związanych  z  ruchami 
kontrkulturowymi  lat  60.,  którym  nieobce  były  wszystkie  magiczne  i  mistyczne  wpływy,  w 
rodzaju  religii  wschodu,  medytacji,  LSD  czy  neopogaństwa.  Jeden  z  takich  podstarzałych 
hippisów,  John  Perry  Barlow,  napisał  Deklarację  Niepodległości  Cyberprzestrzeni,  pod 
rozwagę  tym,  którzy  chcieliby  ograniczać  swobodny  przepływ  treści  w  sieci.  Barlow,  jak 
wielu  innych  piewców  komputerów,  inspiruje  się  silnie  koncepcją  „noosfery”  Pierre’a 
Teilharda  de  Chardin.  Mniej  religijną,  choć  równie  entuzjastyczną  koncepcją  jest  idea 
„zbiorowej  inteligencji”  Pierre’a  Levy’ego,  która  stanowi  podobną  utopię  wielkiej  sieci 
umysłów,  pozwalającej  na  niczym  nieograniczony  przepływ  informacji  i  wiedzy.  Tego  typu 
pomysły bazują właściwie na tym samym dążeniu, aby dzięki komputerom i sieciom stworzyć 
cyfrowy  odpowiednik  bezgranicznego  ludzkiego  umysłu,  który  umożliwiałby  dostęp  do 
wszelkiej zgromadzonej przez człowieka wiedzy. Takie właśnie ideały przyświecały Markowi 
Pesce, twórcy strukturalizującego dane w trójwymiarową przestrzeń wirtualną języka VRML, 
a jednocześnie praktykującego neopoganina. Wydaje się jednak, że to nie ideologia hakerów i 
programistów jest tym, co najsilniej stanowi o magicznej naturze cyfrowych technologii, choć 
z pewnością wpływa ona istotnie na ich kształt, w stopniu równym, w jakim jest przez tenże 
kształt inspirowana. 
 
Podobnie  współczesna  mitologia  nieodłącznie  związana  z  kulturą  komputerowych  geeków, 
nie  jest  tym,  co  rozwija  dziś  najbardziej  myślenia  magiczne.  Wirtualną  rzeczywistość 
zamieszkują w dużej mierze stworzenia baśniowe i futurystyczne. Treści gier komputerowych 
i  stron  internetowych  są  często  wykwitem  wyobraźni  uformowanej  przez  opowieści  z  kręgu 
science  fiction  i  fantasy.  Jednak  baśniowość  nie  jest  koniecznym  warunkiem  magiczności 
mediów cyfrowych. 
 
Tym,  co  bezpośrednio  wpływa  na  magię  cyfrowego  świata  jest,  moim  zdaniem,  sama  jego 
techniczna  struktura  i  sfera  działań  praktycznych,  dotycząca  każdego  użytkownika 
komputera. A oprócz elektronicznych układów i zwojów kabli, na komputery składa się język 
– kod zerojedynkowy. Język sam w sobie również był wynalazkiem technicznym, który miał 
kolosalne  znaczenie  dla  rozwoju  cywilizacyjnego.  Początkowo  pozostawał  on  w  ścisłym 
związku z organiczną całością świata. Egipskie hieroglify nie były martwymi symbolami, ale 
esencjami  rzeczy,  które  były  przez  nie  reprezentowane.  Ten  animistyczny  stosunek  do  słów 

background image

 

pozwalał  manipulować  nimi  niczym  samymi  przedmiotami.  Stopniowo  język  ewoluował  w 
stronę  coraz  większej  abstrakcyjności,  która  stymulowała  rozwój  nauki.  Można  go  było 
zredukować  do  elementarnych  jednostek  pozbawionych  semantycznych  relacji,  która 
natchnęła  Demokryta  do  powzięcia  jego  koncepcji  atomów.  Wciąż  jednak,  nawet  po 
zakończeniu  sporu  o  uniwersalia,  język  pozostawał  do  pewnego  stopnia  zbiorem  słów 
chwytających  istotę  oznaczanych  przez  nie  przedmiotów,  platońskim światem  czystych  idei, 
który jednak bardziej niż obiektywną rzeczywistość oddawał strukturę ludzkiego umysłu. 
 
Technologie cyfrowe wykorzystują chyba najbardziej abstrakcyjny język z możliwych – kod 
binarny.  System  znaków  ogranicza  się  w  nim  do  kombinacji  dwu  liczb,  zera  i  jedynki,  jest 
więc  możliwie  najbardziej  dyskretny  i  nieciągły.  Z  cyfrowej  natury  zaawansowanych 
technologii  wynikają  właściwości  nowych  mediów,  o  których  mówi  Lev  Manovich  – 
modularność, automatyzacja, wariacyjność [Manovich, s. 92-118]. Określenia te wskazują, iż 
cyfrowe  tworzywo  da  się  bez  końca  dzielić,  modyfikować  je  i  programować  tak,  by  samo 
dokonywało  na  sobie  operacji.  Do  tego  dochodzi  transkodowanie,  dzięki  któremu  wszystkie 
dane, właściwie cały świat, można poddać próbkowaniu oraz kwantyzowaniu i przekształcić 
do  postaci  cyfrowej.  Jest  to  więc  matematyka,  czysta  abstrakcja,  która  jednak  zapisuje  i,  co 
ważniejsze,  odtwarza  czy  raczej  tworzy  rzeczywistość.  Rzeczywistość  taka  jest  całkowicie 
pitagorejska,  jej  zasadą  jest  liczba,  na  którą  narzucona  jest  siatka  zmysłowych  wrażeń.  Kod 
binarny  jest  całkowicie  jednolitą  strukturą,  więc  tak  jest  też  natura  kreowanego  przezeń 
ś

wiata, który wskrzesza animistyczną i holistyczną rzeczywistość społeczeństw pierwotnych, 

gdzie wszystko łączyło się ze sobą na zasadzie skojarzeń. 
 
Rozwój  fotografii,  kina  i  telewizji  z  pewnością  także  miał  wpływ  na  ponowne  zasiedlenie 
przez magię naszego życia. Ciągły przyrost ekranów, wzrost znaczenia obrazów i estetyzacja 
ż

ycia  sprawiły,  że  znaleźliśmy  się  wśród  ogromu  znaków  ikonicznych,  które  miały 

reprezentować  rzeczywistość,  ale  zamiast  tego  same  się  nią  stawały.  Jednak  aby  wprawić  tę 
magię  znaków  w  ruch,  trzeba  było  użyć  choć  odrobiny  wyobraźni.  Ostatecznie  w  kinowy 
obraz  nie  da  się  w  materialnym  sensie  wejść  i  nim  manipulować.  Sporą  różnicę  w  tym 
względzie  daje  odtwarzanie  filmów  na  komputerze,  możemy  nie  tylko  operować  jego 
parametrami,  ale  również  modyfikować  poprzez  na  przykład  wycinanie  niektórych  partii  i 
dodawanie fragmentów stworzonych samemu. Ale to i tak jeszcze mało, jeśli weźmiemy pod 
uwagę to, co oferują nam bardziej swoiste, a niezapożyczone od innych mediów właściwości 
komputerów. 
 
Telekomunikacja, która w coraz większym stopniu staje się teleobecnością i teleakcją, dzięki 
wideopołączeniom i podobnym operacjom, sprzyja temu, by animizować cyfrowe urządzenia 
jej służące. Jak twierdzi Manovich, komputery umożliwiają wykorzystywanie obrazów, jako 
narzędzi działania na odległość [Manovich, s. 259-277]. Wprawdzie obrazy-narzędzia istniały 
niemal od zawsze, czego przykładem jest choćby mapa, jednak dopiero technologie cyfrowe 
umożliwiają jak najbardziej materialne i natychmiastowe działanie na oddaloną rzeczywistość 
przy pomocy jej znaków. Tę teleobecność i teleakcję Manovich ogranicza do rzeczywistości 
fizycznej,  jednak  można  zapytać,  czy  wkrótce  rozróżnienie  odgraniczające  ją  od 
rzeczywistości  wirtualnej  nie  stanie  się  bezużyteczne  i  czy  już  dziś  te  dwie  sfery  nie 
przenikają się w dużym stopniu. 
 
Stąd  już  blisko  do  tego,  co  stanowi  samo  sedno  cyfrowej  magii.  Kod  binarny  niczego  by 
jeszcze  nie  zdziałał,  gdyby  nie  został  wepchnięty  niczym  życiodajna  pneuma  w  komputery 
wyposażone  w  szybkie  procesory  i  monitory  o  wysokiej  rozdzielczości,  które  umożliwiły 
pełną  prezentację  jego  magicznych  możliwości  i  w  konsekwencji  całkowicie  niemal 

background image

 

przysłoniły  jego  obecność.  Komputery  z  pewnością  od  początku  wywoływały  mistyczne 
skojarzenia,  jednak  stopniowe  kurczenie  się  szaf  tranzystorów  i  przewodów,  czemu 
towarzyszył  rozwój  ekranów  reprezentujących  cyfrowe  trzewia  tych  maszyn,  wzmocnił 
tendencje  do  ich  animizowania,  przynajmniej  w  potocznym  myśleniu.  Ale  nie  chodzi  w 
gruncie rzeczy o to, że komputer przemawia do nas poprzez obraz, a o to, czym się ten obraz 
charakteryzuje. Cechuje  go bowiem to, że jest zbudowany ze znaków, które są jednocześnie 
narzędziami. Znaki te natomiast mają w coraz większym stopniu charakter obrazkowy, czy w 
szerszym znaczeniu zmysłowy, oparty na podobieństwie do tego, co reprezentują. Nie jest to 
więc  język  znaków  arbitralnych,  ale  organicznie  zrośniętych  z  przedmiotami  odniesień,  tak 
jak  język  hieroglificzny.  Graficzny  interfejs  użytkownika,  wykorzystany  przez  Apple,  a 
później  przez  Microsoft,  oparty  na  metaforze  biurka  i  ikonach  jest  właśnie  prostym 
ucieleśnieniem  tej  zasady.  Wprawdzie  obecnie  systemy  operacyjne  umożliwiają  dość 
dowolne  manipulowanie  ikonami,  ale  to  nie  dla  wszystkich  jest  oczywiste  i  nie  podważa 
organicznych  związków  spajających  środowisko  cyfrowe.  Interfejsy  stają  się  coraz  bardziej 
intuicyjne i samo to określenie wiele mówi na temat natury wirtualnej rzeczywistości. Działa 
ona  właśnie  na  zasadzie  intuicyjnych  skojarzeń,  którą  wciąż  rozwijają  coraz  bardziej 
zaawansowane  rozwiązanie  programistyczne.  Struktura  hipertekstu,  która  stała  się  zasadą 
budowy  stron  WWW,  miała  z  założenia  odwzorowywać  połączenia  neuronowe  w  ludzkim 
mózgu.  Dzięki  komputerom  możliwa  staje  się  eksternalizacja  ludzkiej  pamięci  i  umysłu. 
Najpełniejszym  tego  wyrazem  są  cyfrowe  światy  3D.  Cyberprzestrzeń  (pojawia  się  w 
znaczeniu  matrycy  po  raz  pierwszy  w  powieści  Williama  Gibsona  pt.  “Neuromancer”)  dla 
wielu  programistów  jest  najdoskonalszym  sposobem  strukturyzowania  informacji.  Mark 
Pesce,  twórca  VRML,  twierdzi,  że  trójwymiarowa  rzeczywistość  wirtualna  ma 
odwzorowywać  ludzkie  myśli  i  wyobraźnię.  Jest  to  rzeczywistość  utkana  z  samych  tylko 
znaków  na  kształt  wielkiej  sieci.  Wszystko  organicznie  łączy  się  ze  sobą,  tak  jak  w  świecie 
magii,  którego  materialny  aspekt  jest  jedynie  pretekstem  dla  twórczego  działania  umysłu,  z 
jego  intuicyjnym  kojarzeniem  podobieństw.  Pesce  twierdzi  wprost:  „w  magii  mapa  jest 
terenem. I to samo dotyczy cyberprzestrzeni” [Davis, s. 246]. 
 
Wirtualna rzeczywistość eksponowana na monitorach komputerów jest reprezentacją w sensie 
dwojakim.  Po  pierwsze  odnosi  się  do  otaczającej  nas  fizycznej  rzeczywistości,  po  drugie 
reprezentuje  kod  dwójkowy  i  języki  programowania  wyższego  rzędu.  Można  zatem 
powiedzieć,  że  wirtualna  rzeczywistość  jest  znakiem  znaku,  co  bardziej  czyni  ją  emanacją 
ludzkiej  siatki  pojęć,  niż  świata  natury.  Rzeczywistość  cyfrowa,  a  zwłaszcza  jej 
trójwymiarowe  światy,  są  więc  w  stopniu  znacznie  większym,  niż  przekaz  innych 
wcześniejszych  mediów  sztuczne  i  niezależne  od  fizycznych  ograniczeń.  Są  ludzką 
rzeczywistością  oczyszczoną  z  szumu  materii,  abstrakcją  doprowadzoną  do  końca  w  języku 
symboli i wirtualnie ucieleśnioną. Cyfrowe technologie bardziej niż cokolwiek innego są, jak 
chciał  Baudrillard,  hiperrzeczywiste  [Baudrillard,  1997].  Wirtualne  środowisko  to 
symulakrum,  przestrzeń  znaków,  która  nie  potrzebuje  już  swojego  odniesienia,  czyli 
rzeczywistości, i odnosi się sama do siebie. Jest zatem po prostu światem magii. 
 
Magia ta nie jest jednak zarezerwowana dla cybernetycznych kowbojów z powieści Gibsona, 
ale  dla  każdego  przeciętnego  użytkownika.  Semiotyczna  siatka  cyfrowego  świata  splata  się 
coraz  bardziej  ze  światem  fizycznym  i  niedługo  być  może  całkiem  go  zasiedli.  Może  się  o 
tym przekonać nawet każda gospodyni domowa w średnim wieku, trwożnie klikająca ikonki, 
by połączyć się przez Skype’a ze swoją oddaloną o setki kilometrów pociechą lub by zagrać 
w prostą gierką sieciową. Zakupy przez sieć czy inne dokonywane drogą internetową operacje 
też  są  przejawem  tej  tendencji.  Materialne  rezultaty  działania  w  wirtualnym  środowisku 
ograniczają się na razie głownie do tego, co wypali i wydrukuje nasz hardware, ale przecież 

background image

 

kable powoli zanikają, a eter przecina coraz więcej niewidzialnych wiązek energii. Być może 
wkrótce w ścianach naszych domów zamiast okien ze szklanymi szybami, będą wmontowane 
ekrany  z  bardziej  uniwersalnymi  oknami  Windowsa.  Ostatecznie  wszystko  to  jest  tylko 
technologią  opartą  wciąż  na  użyciu  dość  ciężkich  blaszanych  skrzynek.  Skrzynki  te  jednak 
wciąż się kurczą, a wraz z nimi świadomość tego jak działają cyfrowe urządzenia. Komputery 
wrastają w nasze życie i powszednieją, więc nie ma sensu zastanawiać się jak funkcjonują na 
głębszym poziomie, bo każdy, nawet trzyletnie dziecko, potrafi się nimi wystarczająco biegle 
posługiwać.  Coraz  bardziej  rozbudowana  strona  graficzna  (czy  już  raczej  zmysłowa?) 
ś

rodowiska  komputerowego,  jeszcze  bardziej  przysłania  istnienie  kodu,  abstrakcyjnych 

ciągów zer i jedynek. Magia, jak ją ujmuje Frazer, dla jej użytkowników ma zawsze charakter 
praktyczny  i  nie  jest  podbudowana  teorią.  Znajomość  nawet  najbardziej  podstawowego 
komputerowego  rzemiosła  być  może  wkrótce  przestanie  być  potrzebna,  gdy  zaczniemy 
komunikować  się  z  cyfrowymi  urządzeniami  za  pomocą  głosu.  Wówczas  znajdziemy  się  w 
ś

wiecie  jeszcze  bardziej  pierwotnym,  niż  ten  stworzony  przez  hieroglify.  Pismo  stanie  się 

niepotrzebne i magia scali jeszcze lepiej taki plemienny świat słowa mówionego.  
 
Kazimierz Krzysztofek, odwołując się do przemyśleń Derricka de Kerckhove, stawia pytanie, 
czy  popadanie  w  niełaskę  języka  alfabetycznego  w  piktograficznej  rzeczywistości  cyfrowej, 
nie doprowadzi do upadku nauki i wynalazczości, której rozwój był dotąd możliwy  głównie 
dzięki  niemu  [Krzysztofek,  s.  46-51].  Przykład  programistów  owładniętych  wizją 
prezentowania danych w postaci graficznej 
i  przestrzennej,  zdaje  się  temu  przeczyć.  Dziś  innowacyjność  oparta  jest  głownie  na 
ż

ywotności  wyobraźni,  a  nie  systematyczności.  Mistyczne  i  intuicyjne  podejście  wielu  z 

przedstawicieli  dzisiejszych  technoelit  sprzyja  pomysłowości,  którą  wspiera  zapewne  dość 
wąska  informatyczna  specjalizacja  i  ogrom  praktyki,  zrodzony  z  fanowskiego,  czy  wręcz 
maniackiego,  nastawienia  do  technologii.  Zresztą,  jak  pokazuje  historia,  większość 
wynalazców była raczej geniuszami o mistycznej wyobraźni, niż trzeźwymi racjonalistami o 
gruntownej wiedzy. 
 
Wydaje się zatem, że taki zwrot ku początkom nie musi oznacza regresu. Nie cofamy się do 
stanu  ciemnoty,  spadając  z  wyżyn  oświeconych  czasów  panowania  nauki.  To  właśnie 
racjonalna,  abstrakcyjna  nauka  rozwinięta  do  granic  pozwoliła  na  zmaterializowanie  świata 
ludzkiego umysłu w postaci rzeczywistości wirtualnej. Świat platońskich idei okazuje się być 
ś

wiatem  magii.  Społeczeństwa  pierwotne  żyły  w  utopijnym  świecie  wyobraźni,  tyle  że  nie 

miały  odpowiednich  narzędzi,  które  by  pozwoliły  aby  ta  imaginacja  stała  się  czymś  więcej. 
My mamy cyfrowe technologie, dlatego magiczna utopia może się spełnić współcześnie. 

 
 
 
Bibliografia: 
 
Jean Baudrillard, Precesja symulakrów,[w:] Postmodernizm: antologia przekładów, red. Ryszard Nycz, Baran i 
Suszczyński, Kraków 1997. 
 
Erik Davis, TechGnoza, Rebis, Poznań 2002. 
 
James George Frazer, Złota Gałąź, PIW, Warszawa 1978. 
 
Kazimierz Krzysztofek, Okno na e-świat,[w:] Wielka sieć. E-seje z socjologii Internetu, red. Jacek Kurczewski, 
Trio, Warszawa 2006. 
 
Lev Manovich, Język nowych mediów, Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne, Warszawa 2006.