background image

Ponury cień ekumenizmu na grobie św. Piotra – 
Rozmowa z Pawłem Lisickim
  

 

 

– Jest takie piękne zdanie świętego Ambrożego: Ubi Petrus, ibi ecclesia – Tam 
gdzie Piotr, tam jest Kościół. Wiemy, gdzie jest Piotr i teraz należy z tego 
wyciągnąć wnioski. Wówczas  odkrycie grobu i szczątek Piotra okazałoby  się 
prawdziwym  lekarstwem. Ale do tego potrzebna  jest odwaga  i wiara 
współczesnych  następców  apostoła.  Szczerze mówiąc nie dostrzegam  jej – 
mówi w rozmowie z PCh24.pl Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika  „Do 
Rzeczy”, autor książki „Grób Rybaka. Śledztwo w sprawie największej 
tajemnicy watykańskich  podziemi”. 
 

  

Pan Jezus umiera na krzyżu. W czasie jego męki św. Piotr trzykrotnie zapiera 
się Syna Człowieczego  słowami „Nie znam Tego Człowieka”. Mimo tych chwil 
słabości i zwątpienia Kefas staje się przepowiedzianą  przez Zbawiciela Skałą-
Opoką, na której Chrystus zbudował  swój Kościół, a bramy piekielne go nie 
przemogą.  Niestety wielu katolików ma dzisiaj jedynie szczątkową  wiedzę na 
temat działalności Pierwszego  Papieża. Z czego to wynika?
 

Trudno powiedzieć.  Może wynika  to z ograniczonej liczby źródeł? A może z 
tego, że w pewien  sposób postać Piotra została przysłonięta  przez innego 
wielkiego  apostoła, przez świętego  Pawła? A może chodzi o to, że Piotr, Skała, 
Opoka, Piotr, na którym  został zbudowany  Kościół jest z punktu widzenia 
współczesnej  kultury mało atrakcyjny? Nie był buntownikiem  i rewolucjonistą, 
ale przede  wszystkim  budowniczym.  Był świadkiem,  poręczycielem,  oparciem, 
przekazicielem  słów Pana. Nowożytność  wszędzie  szuka oryginalności,  tego co 
ekscentryczne,  zaskakujące, niespodziewane,  więc siłą rzeczy Piotr, który był 
posłusznym  sługą Słowa budzi u wielu  niechęć. 

Brak uwagi poświęcanej  Piotrowi  ma swoje historyczne powody.  Dla 
protestantów  był on pośrednio  choćby odpowiedzialny  za założenie 
znienawidzonego  papiestwa,  więc też nic dziwnego,  że wielu wywodzących  się z 
protestantyzmu  historyków  starało się podważyć znaczenie  jego postaci. Trzeba 
pamiętać, że od początku, to jest od XVI wieku, od wystąpienia  Lutra 
protestantów  cechowała silna i nieubłagana nienawiść  do papiestwa. To, że 

background image

Rzym jest stolica Antychrysta było dla nich najważniejszym  elementem 
wspólnej wiary. Mogli się różnić w rozumieniu  eucharystii,  w kwestii 
predestynacji,  grzechu pierworodnego,  interpretacji  Pisma – nienawiść  do 
Rzymu  była czymś wspólnym  i jednoczącym.  Kto mówi  i myśli o Piotrze musi 
myśleć o jego następcach, o papieżach, o papiestwie,  o sukcesji apostolskiej,  o 
Tradycji, o niezmiennej  regule wiary, o wiecznym  Rzymie  – niech Pan zobaczy 
ile to niemiłych  tematów dla współczesnych  sceptyków  i przeciwników  religii 
katolickiej.  Dlatego też wielu tak łatwo przyjmuje opowieści  o tym, że tak 
naprawdę  o dziejach Piotra nic nie wiadomo,  że wszystko  jest niepewne, 
niejasne. Niechęć do współczesnego  papiestwa  jest rzutowana w przeszłość. 
Niestety, to podejście  jest też coraz powszechniej  przyjmowane  przez 
katolików,  katolickich  teologów  czy historyków.  Im bardziej mglistą i niejasną 
postacią staje się Piotr, tym łatwiej zbudować  rów, przepaść wręcz, między  nim 
a Kościołem  późniejszym.  Tym łatwiej tez przechodzić  do porządku  dziennego 
nad realnymi  różnicami  między  wiarą Kościoła rzymskiego  i herezjami. 

Zapomnienie  o Piotrze, o jego misji, o jego nauce staje się warunkiem 
umożliwiającym  dzisiejszy  dialog ekumeniczny,  w którym wszyscy  się pięknie 
różnią i nikt nie rości sobie prawa do prawdy, w którym katolicyzm  staje się 
tylko jedną z wielu interpretacji pierwotnego  chrześcijaństwa, ani lepszą, ani 
bardziej autentyczną niż interpretacja luterańska,  kalwińska  lub ewangelikalna. 
Odnalezienie  grobu Piotra w Rzymie,  to, że zwłoki  apostoła znajdują się 
faktycznie  pod Bazyliką watykańską  – przecież to niebezpieczne  dla dialogu, dla 
różnorodności,  dla pluralizmu,  dla ekumenizmu. 

  

W swojej książce pt. „Grób Rybaka. Śledztwo w sprawie największej 
tajemnicy watykańskich  podziemi”  sporo miejsca poświęca  Pan odpowiedzi 
na pytanie: czy św. Piotr faktycznie  był w Rzymie? Kiedy pojawiły się pierwsze 
wątpliwości w tej sprawie? Kto je zasiał wśród wiernych? Jakich argumentów 
na potwierdzenie  swoich teorii używali naukowcy, zdaniem  których św. Piotra 
nigdy w Rzymie nie było?
 

To rzeczywiście  niesamowite,  w jakim stopniu antykatolicka  czarna propaganda 
jest w stanie opanować umysły ludzi. Najdziksze i najbardziej absurdalne  teorie 
szerzą się i zdobywają uznanie  tylko dlatego, że u ich źródeł tkwi wielkie 
PODEJRZENIE.  Wielkie  PODEJRZENIE,  zdobywające  świadomość  od XVIII wieku 
zasadza się na przekonaniu,  że wszystko  co nadprzyrodzone  musi być 
nieprawdziwe,  a zatem skoro chrześcijaństwo ostatecznie opiera  się na cudzie 

background image

Zmartwychwstania,  to co do zasady wszystkie  jego przekazy  są skażone 
fałszem. PODEJRZENIE  to szczególnie  skierowane  jest w stosunku do Kościoła 
Rzymskiego.  Mógł on powstać, rozwinąć się i zdobyć tylu wiernych  jedynie 
wskutek  jakiejś intrygi, oszustwa. 

Zauważyłem  to w wielu komentarzach  pod moimi  wypowiedziami  na temat 
Piotra – głupi ten autor, nic nie rozumie, przecież  NAUKA dawno już 
udowodniła,  że Piotra w Rzymie  w ogóle nie było, to tylko katolicka 
apologetyka.  Wie Pan, trzeba na te zarzuty odpowiadać,  bo inaczej ludzie, 
którzy nie mają wiedzy,  a podatni są na PODEJRZENIE  tracą wiarę. Ilu 
współczesnych  katolików  naprawdę bada te rzeczy? Ilu jest, przeciwnie, 
ofiarami  tego powszechnego  PODEJRZENIA?  W każdej dyskusji dotyczącej 
historii współcześni,  nieświadomie  często, z góry domniemują,  że przekaz 
Tradycji, przekaz  pierwszych  pokoleń  musiał zostać zniekształcony. 

Ci, którzy odrzucali obecność Piotra w Rzymie  kierowali  się nie żadnymi 
badaniami,  ale ideologią.  Niechęć i wrogość do współczesnego  im papiestwa 
sprawiała, że za wszelką  cenę chcieli podkopać jego podstawę  i źródło  – czyli 
Piotra. Usuwając Piotra z Rzymu niszczy się autorytet papieży  i podkopuje 
władzę duchową Kościoła Rzymskiego.  Gdyby Piotra nigdy nie było w Rzymie  i 
gdyby tam nie zginął, roszczenia  papiestwa do autorytetu straciłyby rację bytu. 
Gorzej. Rację mieliby  ci, którzy w papieżach  widzieli  uzurpatorów,  zręcznych 
manipulantów.  Opowieść  o obecności Piotra w Rzymie,  o jego męczeńskiej 
śmierci i o kulcie jego grobu nie może być prawdziwa,  bo zbyt dobrze pasuje do 
opowieści  rzymskiego  Kościoła o sobie samym. Wielu współczesnych  krytyków 
może pogodzić się z istnieniem  dziejowym  papiestwa pod warunkiem,  że widzą 
w nim instytucję ludzką, żądzę władzy, chciwość i polityczne dążenie  do 
przewagi.  Z tego punktu widzenia  oparcie papiestwa na Piotrze musi być 
mitem, legendą, formą legalizacji niesłusznie  zdobytej władzy. 

Widać to dokładnie  od początku: ci, którzy odrzucali autorytet duchowy 
współczesnych  im papieży  odnajdywali  szybko  „dowody” nieobecności  Piotra w 
Rzymie.  To klasyczny  przykład racjonalizacji własnych pragnień, budowanie 
teorii, które mają uzasadnić antypapieską,  antykatolicką  emocję. To dlatego 
obecność Piotra w Rzymie  zanegowali  waldensi, później Luter i protestanci, 
wreszcie  wielu współczesnych  racjonalistów.  Stąd się brało dość absurdalne 
założenie,  że skoro o pobycie Piotra wyraźnie  nie mówią  księgi Nowego 
Testamentu,  to apostoła w Wiecznym  Mieście nie było. Jednak  dlaczego o 
sprawie  obecności Piotra w Rzymie  miałyby  decydować księgi  Nowego 

background image

Testamentu?  W oczywisty sposób nie dają nam one pełnej wiedzy  o wczesnym 
Kościele. Żeby je zrozumieć zawsze  należy odczytywać  je w świetle  drugiego 
źródła Objawienia,  Tradycji. W istocie niechęć do Piotra i kwestionowanie  jego 
obecności w Rzymie  jest zawsze znakiem  odrzucenia  Tradycji, 
zakwestionowania  pamięci  kolejnych pokoleń  chrześcijan. 

Nie ma prawdziwych  argumentów  przemawiających  przeciw obecności Piotra w 
Rzymie,  przeciwnie  jest wiele  poszlak i znaków, których suma sprawia, że 
opierając się o zdrowy rozsądek  nie można podważać zarówno  obecności Piotra 
jak i jego śmierci w stolicy cesarstwa. Trzy argumenty  zdają się kluczowe. 
Pierwszym  jest jednolite i spójne świadectwo  kolejnych pokoleń  chrześcijan, 
świętego  Klemensa,  Ignacego z Antiochii,  Dionizego  z Koryntu. Mamy zatem 
wskazówki  zawarte w ich pismach od końca I w. po Chrystusie  mówiące  o 
męczeńskiej  śmierci Piotra w Rzymie.  Po drugie mamy spójny i jednolity przekaz 
dotyczący tego samego miejsca kultu. Badania archeologiczne  wykazały 
niezbicie  istnienie  ciągłości kultu grobu Piotra. I wreszcie  rzecz absolutnie  nie 
do zakwestionowania:  żadne inne miejsce poza Rzymem  nigdy nie rościło sobie 
prawa do tego, żeby to w nim właśnie zginął Piotr. 

Wyobraźmy  sobie na chwilę,  że krytycy maja rację i że papieże  wymyślili 
opowieść  o obecności  Piotra i jego śmierci w Rzymie  po to, by wzmocnić, 
uzasadnić swoją władzę. Dlaczego zatem nigdy i nigdzie żaden inny starożytny 
biskup nie próbował im przeciwstawić  swojej zmyślonej  opowieści?  Dlaczego 
nikt nigdy i nigdzie w starożytności ani nie kwestionował  związku Rzymu  i Piotra 
ani nie przeciwstawiał  tej rzymskiej  opowieści  innej  – kartagińskiej, 
antiocheńskiej,  aleksandryjskiej?  Gdyby współcześni  krytycy mieli  rację, 
powinniśmy  znaleźć wiele  starożytnych przykładów  dążenia  do legitymizacji 
swojej władzy przez biskupów  różnych starożytnych miast, odwołujących się do 
Piotra i do jego grobu. Tymczasem  nie mamy  ani jednego takiego  przykładu! 
Nikt nigdy w starożytności nie podważał  roszczeń Rzymu i nikt nigdy nie 
przeciwstawiał  im swoich własnych roszczeń. Żadne inne miasto starożytne nie 
twierdziło,  że w nim został pochowany  Piotr. 

  

Kim byli pierwsi chrześcijanie?  W jaki sposób udało się ich nawrócić  na wiarę 
w Jezusa Chrystusa? Czy jesteśmy w stanie dokładnie oszacować  ich liczbę?
 

Pierwszymi  chrześcijanami  byli nawróceni na wiarę w Chrystusa Żydzi. Od lat 
40. po Chrystusie  stopniowo rosła liczba nawróconych  z pogaństwa. Było to 

background image

najpierw efektem  śmierci męczeńskiej  świętego Szczepana, a później 
prześladowań  Kościoła jerozolimskiego  przez Heroda  Agryppę od 41 r. po 
Chrystusie. 

Od samego początku apostołowie  poważnie  potraktowali  zalecenie  Chrystusa i 
„szli nauczać”. Zwykle  pierwszym  miejscem, do którego przybywała  grupa 
ewangelizatorów  była miejscowa Synagoga. To naturalne, bowiem  to właśnie 
Żydzi oczekiwali  na przybycie  zapowiadanego  przez proroków  Mesjasza. 
Najważniejszym  wyzwaniem  dla apostołów było zatem wykazanie,  że Jezus jest 
tym przepowiedzianym  w Piśmie  Chrystusem.  Jak to robili? Ogromną  rolę w 
tych dysputach odgrywało odwoływanie  się do kluczowych  fragmentów 
proroctw, szczególnie  do ksiąg Izajasza, Daniela, Jeremiasza,  Malachiasza oraz 
do Psalmów. Apostołowie  przybywali  do Żydów, którzy oczekiwali  na przyjście 
Mesjasza, którzy byli przekonani,  że Bóg dochowuje  obietnicy, że lada moment 
przybędzie  Wyzwoliciel  – nie trzeba ich było przekonywać,  że Bogu należne  jest 
posłuszeństwo.  Trzeba było jedynie  (lub aż) wykazać, że posłuszeństwo  Bogu 
oznacza uznanie  w Jezusie  Syna, że naprawdę wierzyć  w Jahwe, naprawdę  być 
Mu posłusznym  oznacza przyjąć Jezusa jako Jego Syna, jako Tego, który jest 
tożsamy z Bogiem. Kto jest posłuszny Mojżeszowi,  mówili  apostołowie, musi 
być posłuszny Jezusowi,  On to jest bowiem  tym przepowiedzianym  przez 
Mojżesza, większym  od niego Prorokiem.  On to jest wskazanym  przez Izajasza 
Sługą. On to jest tym, do którego Dawid powiedział  w Psalmie, że siedzi  po 
prawicy Boga, że jest Synem Bożym. 

Jeszcze raz podkreślam,  bo to jest kluczowy  element:  Żydzi w synagogach, do 
których docierali pierwsi  uczniowie  czekali  już na Mesjasza. Co więcej, byli 
przekonani,  że Jego przyjście nadejdzie właśnie  w ich pokoleniu,  bo wskazywały 
na to słowa Daniela.  Przecież Daniel dokładnie  oznaczył chwilę nadejścia Księcia 
Pomazańca, a także przepowiedział  jego śmierć. Niezależnie  od tego, kiedy 
faktycznie  spisane zostały słowa proroctwa Daniela  na początku I w. po 
Chrystusie  widziano  w nich proroctwo pochodzące z czasów niewoli 
babilońskiej  i od niej mierzono  czas wyzwolenia.  Podobnie  apostołowie 
pokazywali,  że to do Jezusa odnoszą się słowa o pokornym  słudze u Izajasza, 
niektóre  Psalmy, niektóre  fragmenty innych proroków.  Oczywiście, 
największym  problemem  była odpowiedź  na pytanie  jak to możliwe,  że ów 
przepowiedziany  przez Boga Mesjasz, ów Syn, ów Jahwe, który sam przybył do 
swego ludu, został ukrzyżowany.  Apostołowie  mówili,  odwołując się do nauk 
swojego Mistrza, że i to zostało przepowiedziane:  u Zachariasza, w 22 Psalmie, 
wreszcie  u Jonasza. 

background image

Pierwsi  wyznawcy,  dzięki naukom  apostołów, zrozumieli,  że odrzucenie  Jezusa 
przez lud było warunkiem  zbawienia.  Odrzucony  przez swój lud Jezus był w 
pełni doskonałą ofiarą. Im większe  odrzucenie,  tym większe  miłosierdzie  i 
głębsza miłość Boga. Zrozumienie  tej niezwykłej  tajemnicy  było możliwe 
początkowo  tylko dla tych, którzy znali Pisma i Proroctwa. Bardzo szybko obok 
Żydów wierzącymi  stawali się też tzw. bogobojni, w więc poganie, którzy 
przychodzili  do synagogi, uznawali  kult Jedynego  Boga, widzieli  wyższość 
moralną religii  biblijnej, ale nie przyjęli  na siebie  wszystkich  reguł judaizmu. 
Znali oni też proroctwa i tak jak Żydzi oczekiwali  Wybawiciela.  Pod wpływem 
słów i czynów apostołów – a więc także cudów, uzdrowień  – zaczynali  na nowo 
odczytywać  to, co przepowiedziane.  Dla nich prawdziwym  proroctwem  było 
takie, które się spełniało. To odróżniało  prawdziwego  proroka od fałszywego: 
tylko to co przepowiedział  ten pierwszy  naprawdę  się stawało. Dlatego pierwsi 
uczniowie  wkładali  tyle wysiłku  w pokazanie,  że słowa i czyny, śmierć i 
Zmartwychwstanie  Jezusa zostały przepowiedziane.  Doskonale  widać to w 
zakończeniu  ewangelii  Łukasza, w rozmowie  Zmartwychwstałego  z uczniami  w 
drodze do Emaus, kiedy mówi im „O niemądrzy!  Jakże trudno uwierzyć  wam w 
to wszystko,  co mówili  prorocy. Czyż nie tak właśnie miał cierpieć  Mesjasz, żeby 
potem wejść do swej chwały? I rozpoczynając od Mojżesza, poprzez wszystkich 
proroków,  wyjaśniał im, co było o Nim we wszystkich  Pismach” (Łk 24, 25-27). 

Apostołowie  dokonywali  zatem swoistego  zdekodowania  Pisma: pokazywali, 
jak wszystko to, czego doświadczyli  było przepowiedziane.  Tłumaczyli  pieśń o 
Słudze Jahwe  w proroctwie  Izajasza, pokazywali,  że to co przepowiedział  Daniel 
o przyjściu królestwa  i przebitym  Mesjaszu spełniło się na ich oczach, 
odwoływali  się do historii śmierci i powrotu do życia proroka Jonasza. 
Pamiętajmy,  że w pokoleniu  Żydów, do których dotarli ze swoim  posłaniem, 
wszyscy czekali  na przyjście Wybawiciela.  Jak mocne było to przeświadczenie 
pokazuje sam żydowski  historyk, Józef Flawiusz – właśnie przekonanie,  że 
władca świata przyjdzie ze wschodu było główną przyczyną wybuchu  wojny 
żydowskiej.  Musimy  sobie wyobrazić  czym było wtedy porwanie  się na wojnę z 
Rzymem,  na jego niezwyciężone  legiony, na żołnierzy,  którzy już wielokrotnie 
pokonali  Żydów, pierwszy  raz w czasach Pompejusza.  Gdyby nie żarliwa  wiara 
w nadejście Mesjasza, gdyby nie przekonanie,  że Pisma jednoznacznie 
przepowiedziały  zwycięstwo  Jahwe,  wojna by nie wybuchła. Gorliwość  Żydów 
była tak wielka,  że bardziej wierzyli   przepowiedniom  Pism, niż własnym  oczom, 
rozsądkowi  i wiedzy,  które mówiły,  że porywać się na wojnę  z  Rzymianami 
może tylko szaleniec.  Gdyby nie pewność, że obietnica musi się spełnić, 

background image

apostołowie  nie mogliby  znaleźć wiernych  wyznawców.  Tak rodziły się 
poszczególne  lokalne  wspólnoty. 

Co do ich liczby nie mamy żadnych dokładnych  danych. Łukasz mówi o 
tysiącach nawróconych,  ale w słowach tych należy widzieć  raczej pewien 
charakterystyczny  dla starożytnych sposób opisu, podkreślenie  skuteczności 
Słowa, a nie dokładne, precyzyjne  dane liczbowe.  Na pewno chrześcijaństwo 
zrodziło się w miastach. Duże i średnie  miasta imperium  były pierwszymi 
ośrodkami  nowej wiary. Im bliżej szlaków  komunikacyjnych,  a więc im bliżej 
dużych portów morskich,  tym grupy chrześcijan były bardziej liczne i tym 
szybciej powstawały  tam lokalne  wspólnoty.  Można przyjąć, że w latach 60. I w. 
po Chrystusie  ogółem w cesarstwie nie było więcej niż kilka tysięcy chrześcijan. 
Była to tylko niewielka  garstka w porównaniu  z liczbą Żydów – około 4-7 
milionów.  W całym imperium  żyło wówczas  około 50 milionów  mieszkańców. 
Największe  miasto, Rzym, liczyło pewnie  niewiele  więcej niż pół miliona. 

  

W „Grobie Rybaka” zwraca  Pan uwagę, że najliczniejszą grupę wśród 
chrześcijan  nie stanowili ludzie ubodzy, tylko tzw. klasa średnia i wyższa. Ten 
trend utrzymał się do dzisiaj – jeśli spojrzymy  na Daleki Wschód, to widzimy, 
że w Chrystusa Zmartwychwstałego  wierzą przede  wszystkim ludzie, którzy 
kiedyś byli określani mianem arystokracji.  Z czego  to wynika i dlaczego  mimo 
to od stuleci próbuje się wmówić światu, że chrześcijanie  to przede  wszystkim 
przedstawiciele  najniższych warstw społecznych?
 

Dlatego, bo chce się pokazać, że chrześcijaństwo  to religia  prostaczków, 
nieuczonych,  nieoświeconych,  że mogło ono odnieść dziejowy  sukces za sprawą 
niewolników,  ludzi pochodzących z najniższych  warstw, że było dla nich 
swoistym  „opium”, formą kompensacji  za nieudane  doczesne, zwykłe  życie, że 
chrześcijaństwo  to efekt resentymentu,  buntu słabych przeciw mądrym. 
Tymczasem  rzeczywistość  była inna. Sam Piotr był zapewne,  używając 
dzisiejszego  języka, przedstawicielem  wyższej klasy średniej. Z pewnością  do 
wyższej warstwy  należeli  Jan i Jakub, synowie  Zebedeusza  – prowadzili  oni co 
najmniej średniej wielkości  firmę zajmująca się połowem  ryb i ich sprzedażą 
także w Jerozolimie.  Również  nie jest przypadkiem,  że wśród pierwszych 
nieżydowskich  wyznawców  znaleźli  się setnicy, być może przedstawiciele 
rodów senatorskich,  arystokraci. To przecież ci ludzie najbardziej interesowali 
się filozofią  i nowymi  religiami  przybywającymi  ze wschodu, to oni widzieli  w 
chrześcijaństwie  wyższą, lepsza, głębszą mądrość, niż ta, którą ofiarowały 

background image

szkoły pogańskie.  Chrześcijanie  od początku musieli  bronić swojej wiary, 
uzasadniać jej istnienie,  tłumaczyć dlaczego Jezus musiał umrzeć na krzyżu, 
wykazywać,  że jego śmierć i Zmartwychwstanie  nie były niczym przypadkowym, 
ale właśnie  spełnieniem  planu. Apostołowie  mogli znaleźć wyznawców  tylko 
jeśli wykazali,  że to co się wydarzyło  było przepowiedziane.  Nie było to 
działanie Deus ex machina, ale było realizacją ukrytej, zaszyfrowanej  mądrości. 
Przyjęcie chrześcijaństwa  dokonywało  się zatem z udziałem rozumu, wymagało 
od pierwszych  wyznawców  wysiłku duchowego  i intelektualnego,  następnie  zaś 
przyjęcia nowej formuły życia. 

  

Dlaczego to właśnie na chrześcijan  spadło oskarżenie  o podpalenie Rzymu w 
czasach  Nerona, które pociągnęło  za sobą potworne prześladowania  i rzeź 
wyznawców  Chrystusa?
 

Po śmierci i zmartwychwstaniu  Jezusa głównymi  przeciwnikami  nowej „drogi” 
byli ci Żydzi, którzy odrzucili ewangelię.  Rzymianie  zachowywali  wobec 
chrześcijan albo obojętność, albo nawet życzliwość, co wyraźnie  pokazują 
Dzieje Apostolskie.  Żydzi odrzucający  Chrystusa zwalczali chrześcijan z kilku 
powodów.  Po pierwsze  odrzucali myśl o cierpiącym  Mesjaszu. Uważali, że jest 
ona formą ośmieszenia  ich religii.  Wierzyli  w Mesjasza zwycięzcę  i pogromcę 
pogan. Dla nich nadejście Mesjasza powinno łączyć się z triumfem  Izraela nad 
światem  pogańskim. Obietnice  Boga odczytywali  jako przepowiednię 
ziemskiego  triumfu Izraela. Z tego punktu widzenia  nie mogli uznać w Jezusie 
Syna: cóż to za żałosny Mesjasz, który zamiast wypędzić  pogan z Jerozolimy,  dał 
się przybić do krzyża jak tylu innych nieudaczników?  Po drugie byli przekonani, 
że pochodzenie  od Abrahama  daje im nieporównywalne  przywileje  duchowe: 
Objawienie  mogło być dane tylko ludowi  wybranemu.  Strzegli go zatem 
zazdrośnie.  Można było do niego przystąpić tylko przez obrzezanie  i przyjęcie 
na siebie wszystkich  wymogów  religii  żydowskiej  – a więc obyczajów, reguł 
kaszrutu, itd. Tymczasem  Żydzi chrześcijanie  dopuszczali  na równych  prawach 
do Kościoła, do wspólnoty  nowego Izraela, pogan, którzy wyznawali  wiarę w 
Chrystusa. Wyznanie  wiary  czyniło każdego  – również  nie-Żyda  – 
pełnoprawnym  członkiem  wspólnoty,  pełnoprawnym  członkiem  Izraela. 
Obrzezanie  przestało być nagle warunkiem  sine qua non. Jak wielkim  było to 
przełomem  doskonale  pokazuje Dziesiąty  rozdział Dziejów,  kiedy to Piotr 
dokonuje chrztu setnika Korneliusza.  Zstąpienie  na niego Ducha Świętego jest 
znakiem,  że Bóg już nie wymaga  od nawróconych  pogan obrzezania.  Dostęp do 

background image

Boga, przywilej  dany pierwotnie  Żydom, potomkom  z krwi Abrahama, stał się 
teraz przywilejem  duchowych  potomków  Abrahama.  Sama cielesna 
przynależność  do narodu Izraela nie wystarczała. Wielu  Żydów widziało zatem 
w chrześcijanach coraz bardziej niebezpiecznych  konkurentów:  wraz z 
rozwojem  chrześcijaństwa dawni bogobojni poganie zamiast iść do synagogi szli 
do nauczycieli  chrześcijańskich.  Twierdzili,  że są synami Izraela, a nie 
przyjmowali  obrzezania  i nie chcieli być prozelitami. 

Od samego początku wspólnoty  żydowskie  próbowały zatem bronić się przed 
Kościołem, a najlepszym  sposobem było prowadzenie  akcji dyfamacyjnej, 
niekiedy  też otwarte prześladowania.  Zapewne to właśnie pierwsi  polemiści 
żydowscy  przypisywali  chrześcijanom  kanibalizm  i oskarżali  ich o orgie 
seksualne.  W 64 roku po Chrystusie, kiedy  to Neron na gwałt potrzebował  kozła 
ofiarnego, kogoś, na kogo będzie mógł zrzucić winę za pożar, ktoś, 
najprawdopodobniej  „judaizująca” Poppea, podsunął mu myśl o chrześcijanach. 
Idealnie  nadawali się do roli ofiary. Z jednej strony wielu widziało w nich 
reprezentantów  kolejnego  wschodniego  kultu, co powodowało  niechęć 
konserwatywnych  Rzymian.  Z drugiej nie bronili ich żydowscy  rodacy, dla 
których chrześcijanie byli zdrajcami, niebezpiecznymi  marzycielami,  niszczącymi 
jedność Izraela. 

  

Z informacji,  do których Pan dotarł wynika, że św. Piotr po swojej męczeńskiej 
śmierci na odwróconym  krzyżu został najprawdopodobniej  pochowany  „w 
zwykłej jamie wygrzebanej  w ziemi”. Na tym miejscu w 324 roku za cesarza 
Konstantyna powstaje bazylika. Czy ponad 250 lat po śmierci Pierwszego 
Papieża udało się dokładnie  zlokalizować jego grób?
 

Te 250 lat to czas, w którym,  jak pokazały właśnie  badania archeologiczne,  o 
Piotrze i o jego grobie pamiętała wspólnotach kościelna  w Rzymie.  Pod koniec  II 
w. po Chrystusie  święty Ireneusz z Lyonu wymienia  pierwszych  sześciu 
kolejnych  następców Piotra – nie ma wątpliwości,  że miał tę wiedzę  z pierwszej 
ręki, od rzymskich  chrześcijan. Wiemy  też, że już w roku 160 po Chrystusie na 
miejscu grobu Piotra została postawiona pierwsza  kapliczka,  pomnik  pamięci. 
Pierwsi  chrześcijanie od początku troszczyli się o miejsce pochówku  założyciela 
swojej wspólnoty  – nigdzie nie ma śladu co do wątpliwości,  gdzie on został 
pochowany.  Pod koniec II wieku  rzymski  duchowny Gajusz chlubi się grobem 
Piotra, mówi, że jest on na Watykanie  – zatem jego położenie  było rzymskim 
chrześcijanom  doskonale  znane. Między rokiem  śmierci Piotra, zapewne  64. lub 

background image

67. po Chrystusie, a momentem  rozpoczęcia prac przez Konstantyna  w 320 r. 
po Chrystusie,  rzymski Kościół cały czas istniał, kolejni papieże  przekazywali 
sobie wiedzę  o położeniu  grobu. Pierwsze  wyraźne  świadectwa  mówiące  jak 
wielką  rolę dla chrześcijan odgrywał  kult relikwii  męczenników  mamy z połowy 
II wieku  po Chrystusie  – jak zatem można sobie wyobrazić, że chrześcijanie, 
którzy tak troszczyli się o szczątki świętego  Polikarpa  mieliby  zapomnieć  o 
położeniu  grobu świętego Piotra? Czysta niedorzeczność. 

  

Dlaczego przez setki lat papieże nie chcieli podjąć się przeprowadzenia  prac 
archeologicznych  w podziemiach  bazyliki św. Piotra w celu odnalezienia 
szczątków  Kefasa?
 

Może setki lat to za dużo powiedziane,  pamiętajmy,  że nowoczesna  nauka 
archeologii  to wiek  XVIII, może XIX. Powodów  opóźniających podjęcie decyzji o 
zbadaniu grobu było kilka. Po pierwsze  grób Piotra znajdował się nie gdzieś na 
uboczu, ale w samym centrum największej  bazyliki  katolickiej  na świecie. Żeby 
do niego dotrzeć, należało zachować ogromną ostrożność. 

Najmniejszy błąd mógł pociągnąć za sobą przerażające  konsekwencje  – 
zapadnięcie  się posadzki, a może nawet zawalenie  samej Bazyliki?  Badania te 
można porównać trochę do operacji na żywym  organizmie.  Po drugie dla 
papieży  i dla katolików  grób Piotra to nie była ciekawostka  archeologiczna,  ale 
miejsce spoczynku  szczątek Księcia Apostołów.  To było miejsce przebywania 
relikwii,  czegoś najdroższego, świętego,  bliskiego.  Nie było zatem prosto uznać, 
że to co święte i bliskie  należy potraktować  z naukowym,  koniecznym, 
dystansem.  Po trzecie ewentualna  porażka, brak odkrycia grobu, pociągałaby  za 
sobą wizerunkową  katastrofę dla papiestwa. Wszyscy  wrogowie  Kościoła tylko 
na to czyhali. Wyobraźmy  sobie reakcję światowych  mediów  na sytuację, w 
której archeologowie  schodzą pod posadzkę  i nie znajdują tam śladów grobu 
apostoła. Mogłoby to po prostu oznaczać koniec papiestwa.  Stąd taka 
ostrożność i wstrzemięźliwość. 

  

Co takiego stało się w roku 1939 za pontyfikatu papieża Piusa XII, że zerwano 
z dotychczasową  praktyką i rozpoczęto  badanie watykańskich  podziemi?
 

Znowu, zaważyło  kilka czynników.  Po pierwsze  Pius XII od młodości interesował 
się bardzo archeologią  i początkami  chrześcijaństwa. Eugenio  Pacelli, był, jak to 
wtedy mówiono,  „rzymskim  Rzymianinem”  – jego rodzina od wielu  pokoleń 

background image

służyła na Watykanie.  Rzymskość  i związek  z Piotrem wydawał  mu się czymś 
szczególnie  naturalnym  i czyniły go predestynowanym  do przeprowadzenia 
tych badań. 

Po drugie papież  wierzył, że odnalezienie  grobu i relikwii  Piotra przyczyni  się od 
odrodzenia  prawdziwej  wiary katolickiej.  Musiał dostrzegać pewne niepokojące 
symptomy  nowego  modernizmu  czy też neomodernizmu.  Wiara coraz bardziej 
stawała się czymś abstrakcyjnym,  przeintelktualizowanym,  Bóg coraz częściej 
był wypychany  z historii, stawał się co najwyżej abstrakcyjną zasadą myślenia, 
formą nieskończoności,  jakąś niejasną ideą, przeczuciem,  nieokreśloną  emocją. 
Ta nowa, rzekomo  oświecona  wiara odrywała się coraz bardziej od materii, od 
tego co zmysłowe,  od tego co konkretne,  od świadków,  męczenników.  Dla 
takiej wiary  relikwia  w ogóle jest czymś obojętnym, może ona być co najwyżej 
znakiem  odległego  zdarzenia historycznego.  Może zachęcać do refleksji i 
przypominać  o tym co duchowe. Dawni chrześcijanie  widzieli  w relikwii 
znacznie więcej, prawdziwą  obecność świętego  męczennika.  Byli pewni, że 
dotykając zwłok, są wysłuchiwani,  że obcują za ich pośrednictwem  z tym, co 
nadprzyrodzone.  Jednak  ta nowa abstrakcyjna, modernistyczna  wiara nie 
dopuszcza myśli, że obecność relikwii,  zetknięcie  się z tym co cielesne  i 
zmysłowe  pozwala  na uprzywilejowane  dotarcie do Boga. Chociaż Bóg jest 
Wszechobecny,  to właśnie modlitwa  przy ciele zmarłego męczennika  – a jakiż 
jest większy  święty na Ziemi niż Piotr, ten, którego Jezus nazwał skałą – była 
wyjątkowo  skuteczna. To właśnie za pośrednictwem  relikwii  Bóg uobecnia się w 
niezwykle  bliski,  mocny sposób. 

Po trzecie wreszcie  Pius mógł sądzić, że odkrycie  grobu Piotra i ciała pierwszego 
apostoła przyczyni  się do podniesienia  autorytetu Stolicy Świętej, być może 
przyczyni  się tym samym  do uspokojenia  nastrojów i spadku napięcia 
politycznego.  Od czasów Benedykta XV, papieża czasów I wojny światowej, jego 
następcy starali się zawsze występować  w obronie  pokoju. Pamiętajmy,  że 
decyzję Pius podjął 28 czerwca 1939 roku, w wigilię  święta Piotra i Pawła, 
raptem kilka miesięcy  przed wybuchem  wojny. Na pewno Pius wykazał  się 
wielką  odwagą i niezwykła  wprost ufnością. Jego decyzja mogła świadczyć  też o 
jednym: Pius od samego początku nie miał żadnych wątpliwości,  że badanie 
zakończy się powodzeniem.     

  

background image

Jak wyglądały prowadzone  przez 10 lat prace wykopaliskowe? Jaki wpływ na 
ich przebieg miała II Wojna Światowa i podzielenie  świata przez „żelazną 
kurtynę”?
 

Cóż, z pewnością, eufemistycznie  mówiąc, wojna nie sprzyjała normalnym 
pracom archeologicznym.  Przede wszystkim  wojna miała wpływ na dobór grupy 
badaczy. Najważniejszym  kryterium  były nie kompetencje,  chociaż te niektórzy 
mieli, ale lojalność, umiejętność,  mówiąc kolokwialnie  „trzymania języka za 
zębami”. Pius musiał mieć pewność, że w rozplotkowanym  Watykanie,  żadna 
informacja nie wypłynie  zbyt szybko. Dlatego oficjalnie chodziło o 
przeprowadzenie  drobnych prac rekonstrukcyjnych,  wspominano  też, że ich 
celem było znalezienie  miejsca pochówku  słynnego 
renesansowego   kompozytora,  Giovanniego  Pierlugigi  Palestriny. Na czele 
grupy archeologów  stał prałat Ludwig Kaas, jeden z najbardziej zaufanych 
współpracowników  papieża Piusa. Ksiądz Kaas był poprzednio  liderem 
katolickiej  partii Centrum, po zawarciu konkordatu  między  III Rzeszą a 
Watykanem,  na stałe wyjechał z Niemiec.  Niestety, nie miał on żadnej wiedzy 
archeologicznej.  Trzeba też pamiętać, że w czasie wojny podziemia  watykańskie 
były wykorzystywane  do tajnych, poufnych rozmów  między  przedstawicielami 
Watykanu  i reprezentantami  spiskowców,  którzy od początku chcieli obalić 
Hitlera. O 1943 roku służyły one też jako kryjówka  dla żydowskich  uciekinierów, 
dezerterów  i alianckich  szpiegów. Łatwo zrozumieć, że nie była to najlepsza 
atmosfera dla prowadzenia  bezstronnych,  spokojnych badań naukowych. 

  

Czy udało się odnaleźć szczątki św. Piotra? 

Moim zdaniem  odpowiedź  na to pytanie jest krótka i jednoznaczna:  tak, udało 
się. Oczywiście,  można w tej sprawie  mieć jedynie taką pewność, jaka 
przysługuje wszelkiemu  badaniu historycznemu,  a zatem można mówić o 
bardzo wysokim  prawdopodobieństwie.  Historia to nie nauka ścisła i inna 
pewność przysługuje twierdzeniu  metafizycznemu  czy matematycznemu,  a inna 
ustaleniom  dotyczącym  starożytnej historii. Żeby mieć całkowitą pewność, że 
były to szczątki Piotra, należałoby  przeprowadzić,  co oczywiście  jest 
niemożliwe,  badanie  DNA, a do tego należałoby  pobrać próbkę  materiału 
genetycznego  od potomka lub potomków  krewnych  Piotra. Łatwo zauważyć, że 
nie można tego zrobić. Jednak, co wykazałem  szczegółowo  i krok po kroku w 
książce, suma poszlak  pozwala jednoznacznie  bronić twierdzenia,  że znajdujące 

background image

się obecnie  w małych skrzyneczkach  z pleksiglasu  kości należały do Szymona 
Piotra. 

Jak trudne były te badania pokazują same daty. Decyzja o rozpoczęciu prac 
wykopaliskowych  zapadła 28 czerwca 1939. Pius XII ogłasza światu, że 
archeologom  udało się odkryć grób Piotra w grudniu 1950 roku. Jednocześnie 
wspomina,  że nie sposób przesądzić, czy znalezione  w okolicy grobu kości 
należały do Księcia Apostołów. To, że faktycznie  znaleziono  też szczątki Piotra 
ogłasza osiemnaście  lat później, w czerwcu 1968 roku dopiero papież Paweł VI. 
Jednocześnie  posługuje się on formułą dość ostrożną, tak jakby się zastrzegał  – 
mówi, że odkryte  kości „uważa się” za należące  do Piotra. Po śmierci  Pawła VI w 
1978 roku informacja o obecności kości Piotra znika z wszystkich  oficjalnych 
wydawnictw  Watykanu, a osoba, która najbardziej przyczyniła  się do odkrycia, 
Margeheritta Guarducci, staje się persona non grata. Górę bierze frakcja jej 
przeciwników,  sceptyków,  tych, którzy uważają, że odnalezione  za sprawą 
uporu wielkiej  włoskiej profesor epigrafiki  kości nie należały do Piotra. Zmiana 
następuje dopiero wraz z wstąpieniem  na tron Piotra przez Benedykta  XVI. 
Najpierw nakazuje on zbadanie  resztek zwłok Pawła w Bazylice świętego  Pawła 
za murami. Okazuje się, że należały  one do mężczyzny  zmarłego 
najprawdopodobniej  w drugiej połowie I wieku  po Chr. Sposób ich 
przechowania  i znaki otaczającej od zawsze  zwłoki czci wskazują, że chodzi o 
apostoła Pawła. Okazuje się, że przechowywano  je w taki sam sposób, jak kości 
Piotra – dlatego Benedykt powołuje raz jeszcze komisję, która od nowa ma 
przeprowadzić  badanie. Ostatecznie przyznaje  ona rację nieżyjącej już profesor 
Guarducci w 2013 roku, na początku pontyfikatu  Franciszka.  

  

Dlaczego to jedno z najważniejszych  odkryć archeologicznych  w dziejach 
ludzkości jest praktycznie  przemilczane?  Dlaczego ważniejsze  niż odnalezienie 
Pierwszego  Papieża jest we współczesnym  świecie mniej spektakularne  niż 
odkrycia związane ze starożytnym  Egiptem, Persją etc.?
 

Bo jest ono wyjątkowo  niewygodne,  nie „po linii i nie na bazie”. Wbrew 
sceptykom,  krytykom  i racjonalistom wszystkie  znaki na niebie  i na Ziemi 
wskazują, że pod Bazyliką, a ściślej kilka metrów  pod ołtarzem Bazyliki, 
naprawdę  znajdują się resztki zwłok Księcia apostołów a także jego grób. 
Okazuje się zatem, że wielowiekowa  antykatolicka  akcja propagandowa  oparta 
była na oszustwie. Głupio, nieprawdaż?  Iluż to wybitnych mężów  tym samym 
nieco, jakby to powiedzieć,  się skompromitowało.  Iluż to wybitnych  postaci, 

background image

znowu użyję języka nieco kolokwialnego,  wygłupiło się. Nie jest się łatwo do 
tego przyznać. Nie jest łatwo uznać, że Kościół rzymski i papiestwo  powstały nie 
wskutek  fałszerstwa, intrygi, legendy  i mitu, ale zostały założone na krwi 
przelanej przez Piotra. Że Rzym powołując się na Piotra miał od początku i 
zawsze rację. Że Kościół rzymski  wyrósł jak wielkie  drzewo z ziarna, jakim było 
męczeństwo  Piotra. 

Wielu  nie może tego znieść. Sądzą, że opowieść  o grobie Piotra i o jego 
szczątkach jest równie  prawdziwa  jak nie przymierzając  opowieść  o donacji 
Konstantyna. Nie chcą uznać, że z faktu, że w dziejach papiestwa pojawiały  się 
fałszywe  dokumenty  nie wynika, że wszystko  było fałszem. Silne antykatolickie 
uprzedzenia  sprawiają, że tak wielu  jest sceptyków  i tak niewiele  mówi się o 
tym odkryciu.  Poza tym, żeby docenić jego wagę trzeba nieco wysiłku.  Trzeba 
porównać różne zapisy, posprawdzać, pomyśleć.  Jak powiedziałem,  żeby dojść 
do przekonania,  że grób i relikwie  Piotra są prawdziwe,  trzeba połączyć wiele 
poszlak. Jeśli ktoś ma złą wolę, jest uprzedzony,  myśli  stereotypami,  zawsze 
znajdzie dość wymówek,  żeby do prawdy w kwestii  grobu Piotra nie dojść. 
Zawsze będzie  mógł dowodzić,  że jedyne co wykazano,  to że pod posadzką 
znajduje się grób „jakiegoś ważnego  chrześcijanina”, bo skąd wiadomo,  czy 
napis „Piotr jest tu wewnątrz” nie był efektem  pomyłki?  I skąd pewność, że ktoś 
kiedyś  nie podmienił  zwłok? Itd., itp. Wątpliwości  można mnożyć bez końca, 
taka jest natura ustaleń historycznych. 

  

Kto dzisiaj stanowi liczniejszą grupę „odwiedzających”  grób św. Piotra? 
Wierni – tak jak przed wiekami – czy turyści, którzy jednak bardzo często  nie 
zdają sobie sprawy, w jak ważnym miejscu się znajdują?
 

Szczerze mówiąc nie wiem, czy ktoś prowadzi  takie badania. Te kategorie 
trudno odróżnić. Na pewno atmosfera zeświecczenia  powoli  przenika  również 
do Bazyliki Piotra. Z drugiej strony będąc tam wiele  razy spotykałem  też liczne 
grupy prawdziwych  pielgrzymów,  ludzi zatopionych  w modlitwie,  adoracji 
najświętszego  sakramentu,  ludzi, którzy wierzyli,  że bliskość relikwii  Piotra 
pozwoli  im zostać wysłuchanymi  przez Boga. Trudno powiedzieć  jakie są 
dokładnie  proporcje między „ciekawskimi”  a „pobożnymi”  przybyszami,  choć 
obawiam  się, że liczba tych drugich maleje. 

Z tego punktu widzenia  w ogóle najazd turystów na miejsca święte ma fatalny 
wpływ. Często ludzie ci nie wiedzą  jak się zachować. Trudno powiedzieć,  czy dla 

background image

nich istnieje jakieś sacrum. Na pewno masowość ruchu turystycznego  zabija 
sakralność. Sakralność musi być chroniona przez cały system rytuałów, reguł 
zachowań. Żeby to co święte  pojawiło się jako takie dostęp do niego musi być 
reglamentowany,  osłonięty, obłożony szeregiem  ograniczeń. Nie tylko chodzi o 
ubiór, ale też o zachowanie,  o gesty, o ciszę, o wyraźne  znaki poddania się, 
podporządkowania.  Niech Pan sobie wyobrazi,  to tylko analogia, że jest Pan w 
teatrze na tragedii greckiej, a pański sąsiad raz po raz śmieje  się, rozmawia 
przez komórkę  i zajada popkorn. Bardzo trudno wtedy dostrzec w tragedii 
greckiej jej wielkość,  głębię, majestatyczność. Tymczasem  dziś najświętsze 
miejsca chrześcijaństwa przypominają  coraz częściej gabinet osobliwości,  może 
inną formę świeckich  muzeów. 

Pamiętam  jak kiedyś  odwiedziłem  jeden z klasztorów  na górze Atos. Bardzo 
chciałem tam być na mszy, wstałem zatem, a ściślej mówiąc  zostałem obudzony 
przez mnichów o piątej rano. Ponieważ  msza ciągnęła  się kilka godzin raz czy 
dwa zdrzemnąłem  się. Ledwo głowa opadała mi na piersi zaraz pojawiał się nie 
wiem  skąd mnich i szturchał mnie kosturem  w ramię. Oczywiście,  wiem, że nie 
można porównać dostępu do Bazyliki Piotra z góra Atos, ale na pewno 
umasowienie  turystyki niesie  w sobie dla świętości coraz większe  zagrożenie. 

  

Czy doczekamy  się zmiany obecnego  stanu rzeczy? Czy grób i szczątki św. 
Piotra pozwolą Kościołowi uniknąć tego, czego  tak bardzo obawiał się Pius 
XII, czyli przeintelektualizowania  naszej wiary? Czy głośne powiedzenie:  W 
tym miejscu spoczywa  Pierwszy Papież pozwoliłoby na przezwyciężenie 
kryzysu wiary, kryzysu papiestwa i wyeliminowanie  „swądu szatana”, który 
„przez jakąś szczelinę wdarł się do Kościoła Bożego”?
 

Samo powiedzenie,  w sensie historycznym,  zapewne  nie. Ale gdyby traktować 
odnalezienie  grobu Piotra i jego relikwii  nie tylko jako przeszłe zdarzenie 
historyczne,  to na pewno tak. Trzeba by jednak wtedy powiedzieć  więcej, 
trzeba by było powiedzieć,  że Kościół rzymski  został faktycznie  zbudowany  na 
Opoce, na Skale, że przechował nienaruszony  depozyt wiary, że kto chce być 
naprawdę  chrześcijaninem  i kto chce należeć do tej samej wspólnoty  jakiej 
przewodził  w latach 50. I 60. Piotr musi zjednoczyć się w wierze  i wyznaniu  z 
wszystkimi  jego następcami,  musi uznać prawdę  religii katolickiej  i fałszywość 
tych wszystkich  nauczycieli,  który na różne sposoby wypaczali  wiarę. Musi 
uznać, że prawdziwym  jest jedynie Kościół wyrosły na Piotrze, dosłownie  na 
jego grobie i szczątkach, chcieć się do niego dołączyć i przyjąć jego naukę. Jest 

background image

takie piękne  zdanie świętego  Ambrożego:  Ubi Petrus, ibi ecclesia  – Tam gdzie 
Piotr, tam jest Kościół. Wiemy,  gdzie jest Piotr i teraz należy z tego wyciągnąć 
wnioski.  Wówczas odkrycie  grobu i szczątek Piotra okazałoby  się prawdziwym 
lekarstwem.  Ale do tego potrzebna  jest odwaga i wiara współczesnych 
następców apostoła. Szczerze mówiąc  nie dostrzegam jej. 

Bóg zapłać za rozmowę! 

Tomasz D. Kolanek