background image

 

 

background image

 

 

Peters Ellis 

 

Kroniki Brata Cadfaela 14 

 

Pustelnik z lasu Eyton 

 

 

 

background image

Rozdział pierwszy 

 

 

Był  osiemnasty października roku 1142, gdy Ryszard  Ludel,  dziedziczny  dzierżawca 

majątku  Eaton,  zmarł  z  utraty  sił  po  ranach  odniesionych  w  bitwie  pod  Lincoln  w  służbie 

króla Stefana. 

Ta  wiadomość  trafiła,  jak  należało,  do  Hugona  Beringara  na  zamku  w  Shrewsbury. 

Eaton  był  jednym  z  wielu  majątków  w  hrabstwie,  odebranych  Williamowi  FitzAlanowi  po 

tym, jak ten potężny wielmoża opowiedział się po niewłaściwej stronie w walce o tron, bronił 

Shrewsbury  dla  cesarzowej  Maud  i  uciekł,  gdy  Stefan  po  oblężeniu  zdobył  miasto.  Jego 

rozległe  ziemie  skonfiskowane  dla  korony  oddano  pod  zwierzchnictwo  szeryfa,  ale  ich 

długoletnich  dzierżawców  pozostawiono  w  spokoju,  kiedy  stało  się  jasne,  że  roztropnie 

akceptują wynik bitwy i ślubują posłuszeństwo królowi. Ludel zrobił w istocie coś więcej niż 

przyrzeczenie lojalności. Dowiódł tego zbrojnie pod Lincoln, a teraz okazało się, że zapłacił 

wysoką cenę za swą lenniczą wierność, bo miał zaledwie trzydzieści pięć lat w chwili śmierci. 

Hugo przyjął wiadomość z umiarkowanym żalem, naturalnym u kogoś, kto prawie nie 

znał  zmarłego  i  na  którego  obowiązki  ta  śmierć  nie  powinna  mieć  wpływu.  Eaton  miał 

dziedzica,  a  nie  było  drugiego  syna,  który  mógłby  zmącić  kwestię  dziedziczenia,  i  z 

pewnością  nie  trzeba  było  interweniować.  Ludelowie  byli  ludźmi  Stefana,  i  to  lojalnymi, 

chociaż nowy beneficjant, mający obecnie dziesięć lat, jak sobie Hugo przypominał, jeszcze 

przez wiele lat nie podniesie broni w sprawie swego króla. Chłopiec przebywał w szkole przy 

opactwie, umieszczony tam przez ojca po śmierci matki, raczej po to, jak mówiła plotka, by 

wydostać go z rąk władczej babki, niż mieć pewność, że się nauczy czytać i pisać. 

Wydawało  się  zatem,  że  to  opactwu,  a  nie  zamkowi,  przypada  obowiązek  nie  do 

pozazdroszczenia,  ktoś  bowiem  musi  powiedzieć  młodemu  Ryszardowi  o  śmierci  ojca. 

Urządzenie pogrzebu nie przypadnie opactwu, bo Eaton miał własny kościół i proboszcza, ale 

nadzór  nad  dziedzicem  był  sprawą  wielkiej  wagi.  „Co  do  mnie  –  pomyślał  Hugo  -  lepiej 

będzie się upewnić, jak kompetentnemu rządcy zostawił Ludel pieczę nad majątkiem chłopca, 

póki nie będzie on w wieku odpowiednim, by samemu nim zarządzać”. 

— 

Nie zaniosłeś jeszcze tej wieści opatowi? - spytał koniuszego, który przywiózł 

wiadomość. 

— 

Nie, panie mój, przybyłem najpierw do ciebie. 

— 

A czy masz polecenie pani, by rozmawiać z samym dziedzicem? 

background image

— 

Nie, panie mój, i wolałbym to zostawić tym, którzy mają go pod opieką. 

— 

Chyba  masz  rację  -  zgodził  się  Hugo.  -  Pojadę  sam  i  pomówię  z  opatem 

Radulfusem. On najlepiej wie, jak to załatwić. A co do sukcesji, pani Dionizja nie musi się 

martwić, tytuł chłopca jest całkiem pewny. 

W czasach pełnych trosk, gdy kuzynowie walczyli zajadle o tron, a szukający korzyści 

wielmoże  zmieniali  barwy  w  zależności  od  zmiennych  kolei  fortuny  w  wyniszczającej 

wojnie, Hugo był  niezmiernie rad, że hrabstwo, którego strzegł,  tylko  raz przeszło z rąk do 

rąk.  Potem  trwale  się  uspokoiło,  nie  kwestionując  tytułu  Stefana  i  odpierając  przypływy 

niepokojów  od  swoich  granic,  bez  względu  na  to,  czy  zagrożenie  przychodziło  od  strony 

wojsk  cesarzowej,  nieprzewidywalnych  najazdów  niekarnych  Walijczyków  z  Powys  na 

zachodzie, czy też skalkulowanych ambicji earla Chesteru na północy. Hugo z powodzeniem 

od  lat  utrzymywał  wyważone  stosunki  ze  wszystkimi  tymi  niebezpiecznymi  sąsiadami. 

Byłoby  szaleństwem  zastanawiać  się  nad  przekazaniem  Eaton  innemu  dzierżawcy,  bez 

względu  na  możliwe  ujemne  strony  oddania  nienaruszonego  dziedzictwa  dziecku.  Po  co 

niepokoić  rodzinę,  która  pozostała  uległa  i  lojalna,  kiedy  jej  suzeren  uciekł  do  Francji? 

Ostatnia  plotka  głosiła,  że  William  FitzAlan  wrócił  do  Anglii  i  dołączył  do  cesarzowej  w 

Oksfordzie,  a  odczucie  jego  obecności,  nawet  na  tę  odległość,  mogło  poruszyć  dawniejsze 

poczucie lojalności u jego byłych dzierżawców. To jednak ryzyko, które trzeba będzie podjąć, 

kiedy  pojawią  się  sygnały  powstania.  Oddanie  Eaton  innemu  dzierżawcy  mogłoby 

niepotrzebnie  obudzić  dawną  wierność  z  jej  roztropnej  drzemki.  Nie,  syn  Ludela  powinien 

mieć swoje prawa. Dobrze by jednak było przyjrzeć się temu rządcy i upewnić się, że można 

mu  zaufać,  zarówno  w  kwestii  utrzymywania  polityki  jego  zmarłego  pana,  jak  i  troski  o 

interesy i ziemie jego nowego pana. 

Hugo  nieśpiesznie  jechał  przez  miasto,  gdy  już  poranna  mgiełka  się  uniosła  i  trwał 

piękny ranek. Kierował się pod górę do Wysokiego Krzyża, a potem znów stromo w dół krętą 

ulicą  Wyle  do  wschodniej  bramy  i  przez  kamienny  most  ku  Podgrodziu,  gdzie  masywna 

wieża kościelna opactwa widniała na tle bladoniebieskiego nieba. Sevem płynęła szybko, lecz 

spokojnie  pod  łukami  mostu,  stale  na  swym  niskim  letnim  poziomie.  Jej  dwie  trawiaste 

wysepki obrzeżone wąskim skrajem pobielałego brązu zostaną znów zakryte, kiedy pierwsza 

ulewa przyniesie wezbraną wodę z Walii.  Na lewo, gdzie otwierał  się przed nim gościniec, 

podnoszące  się  z  brzegu  rzeki  skupisko  drzew  i  krzewów  stykało  się  z  zapylonym  skrajem 

drogi,  a  potem  zaczynały  się  domki,  podwórka  i  ogrody  Podgrodzia.  Na  prawo,  między 

trawiastymi  brzegami,  rozciągał  się  staw  młyński,  ociągająca  się  mgła  mąciła  jego  srebrną 

powierzchnię, a poza nim wznosił się mur enklawy opactwa i łuk nad bramą strażnicy. 

background image

Gdy furtian wyszedł, by przejąć uzdę, Hugo zsiadł z konia. Był tu tak samo znany jak 

wszyscy ci, którzy nosili benedyktyńskie habity i żyli w tych murach. 

— 

Jeżeli  szukasz  brata  Cadfaela,  panie  mój,  jest  teraz  u  Świętego  Idziego  - 

ofiarował  się  furtian  z  pomocą.  -  Uzupełnia  ich  apteczkę.  Ale  wyszedł  z  godzinę  temu,  po 

kapitule, i pewnie zaraz wróci, gdybyś zechciał na niego zaczekać. 

— 

Mam  sprawę  najpierw  do  opata  -  powiedział  Hugo,  przyjmując  bez  protestu 

przypuszczenie,  że  każda  jego  wizyta  musi  koniecznie  mieć  związek  ze  starym  druhem.  - 

Cadfael  bez wątpienia usłyszy to  samo  zaraz potem, o ile już tego nie wie! Wiatr zdaje się 

przywiewać nowiny najpierw do niego, a dopiero potem trapić nimi nas pozostałych. 

— 

Jego  obowiązki  prowadzą  go  częściej  na  zewnątrz,  niż  może  to  robić 

większość z nas - odrzekł dobrodusznie furtian. - A gdy o tym mowa, skąd te biedne dotknięte 

chorobą dusze od Świętego Idziego wiedzą tyle o tym, co się dzieje na szerokim świecie? Bo 

on  rzadko  wraca  stamtąd  bez  jakiejś  plotki,  która  zdumiewa  wszystkich  w  tym  końcu 

Podgrodzia.  Ojciec  opat  jest  w  swoim  ogrodzie.  Zamknął  się  z  kościelnym  na  godzinę  nad 

rachunkami, ale widziałem, że brat Benedykt wychodził przed chwilą. 

Wyciągnął  żylastą,  brunatną  dłoń  do  szyi  konia,  z  ogromnym  respektem,  bo  wielki, 

kościsty  siwek  Hugona,  równie  kapryśny,  jak  silny,  żywił  pogardę  dla  wszystkich  istot 

ludzkich  poza  swoim  panem,  a  i  jego  uważał  raczej  za  równego  sobie,  szanowanego,  ale 

znającego swoje miejsce. 

— 

Czy nie ma jeszcze wieści z Oksfordu? - dopytywał furtian. 

Nawet w klasztorze, chcąc nie chcąc, musieli nadstawiać ucha na wieści o oblężeniu. 

Jego sukces mógł oznaczać uwięzienie cesarzowej i położyć kres waśni, która rozdzierała kraj 

na dwoje. 

— 

Nie, odkąd król przeprowadził wojska przez bród i wkroczył do miasta. Może 

wkrótce coś usłyszymy,  jeśli  ktoś,  kto zdążył  się wydostać z oblężenia, trafi w te strony. Z 

pewnością jednak  garnizon zadbał,  żeby zanikowe spichrze były pełne. To się niewątpliwie 

przeciągnie jeszcze na wiele tygodni. 

Oblężenie  to  powolne  zaciskanie  pętli,  a  król  Stefan  nie  słynął  z  cierpliwości  i 

wytrwałości. Mógł uznać za nudne siedzenie i wyczekiwanie, aż jego wrogowie się wygłodzą. 

Mógł odejść, żeby szukać gdzie indziej jakiejś żywszej akcji. To się już przedtem zdarzało i 

mogło zdarzyć się znowu. 

Hugo  skwitował  wzruszeniem  ramion  słabości  swego  króla  i  ruszył  przez  wielki 

dziedziniec  do  domu  opata,  żeby  oderwać  ojca  Radulfusa  od  jego  wypieszczonych,  choć 

nieco steranych róż. 

background image

Brat  Cadfael  wrócił  już  ze  szpitala  Świętego  Idziego  i  sortował  ziarno  siewne  w 

swojej  pracowni,  kiedy  Hugo  wyszedł  z  domu  opata  i  skierował  się  ku  herbarium. 

Rozpoznając  jego  szybkie  i  lekkie  kroki  na  żwirowej  ścieżce,  Cadfael  powitał  go,  nie 

odwracając głowy. 

— 

Brat furtian mówił mi, że tu zajdziesz. Powiedział, że to sprawa dla ojca opata. 

Skąd wiatr wieje? Coś nowego z Oksfordu? 

— 

Nie  -  odparł  Hugo,  siadając  wygodnie  na  ławie  pod  drewnianą  ścianą.  -  To 

bliżej  domu.  Nie  dalej  niż  Eaton.  Ryszard  Ludel  nie  żyje.  Jego  matka  przysłała  dziś 

koniuszego z tą wieścią. Macie tu w szkole jego chłopca. 

Cadfael odwrócił się wtedy z glinianym talerzem pełnym rodzynków. 

— 

A więc jego ojciec nie żyje? Słyszeliśmy, że był coraz słabszy. Ten dzieciak 

miał nie więcej niż pięć lat, kiedy go tu przysłano, i bardzo rzadko był zabierany do domu. 

Chyba jego ojciec myślał, że lepiej mu będzie tu z rówieśnikami niż przy łożu chorego. 

— 

I pod silną władzą babki, z tego, co słyszałem. Nie znam tej pani - mówił Hugo 

-  tylko  jej  reputację.  Znałem  zmarłego,  chociaż  nie  widziałem  go  od  czasu,  jak  zwoziliśmy 

naszych  rannych  spod  Lincoln.  Dobry  wojak  i  przyzwoity  człowiek  -  ale  chłodny, 

nierozmowny. Jaki jest chłopiec? 

— 

Bystry, przedsiębiorczy... Bardzo ujmujący skrzat, prawdę mówiąc, ale często 

wpada w kłopoty. Biegły w czytaniu, lecz woli bawić się na powietrzu. To Pawłowi wypada 

powiedzieć mu o śmierci ojca i o tym, że jest on teraz panem dworu. Paweł może z tym mieć 

większy  kłopot  niż  chłopiec.  On  ledwie  zna  swego  rodzica.  Sądzę,  że  nie  ma  problemów  z 

prawem własności? 

— 

Żadnych!  Sam  jestem  całkowicie  za  oddaniem  mu  go,  bo  Ludel  zasłużył  na 

nietykalność.  To  także  piękny  majątek  i  żyzna  ziemia,  a  większość  jej  pod  uprawą.  Dobre 

pastwiska, łąki i lasy, wszystko najwyraźniej zadbane, bo jest teraz więcej warte niż dziesięć 

lat temu. Muszę jednak poznać rządcę i upewnić się, że będzie dobrze służył chłopcu. 

— 

Jan z Długolasu - powiedział z miejsca Cadfael. - Dobry człowiek i dobry mąż. 

Nieźle  go  znamy,  bo  prowadzimy  z  nim  interesy.  Zawsze  był  rozsądny  i  uczciwy.  Tamten 

majątek leży między posiadłościami opactwa w Eyton nad Sevem po jednej stronie i Aston 

pod  Wrekin  po  drugiej,  a  Jan  zawsze  zapewniał  naszemu  leśnikowi  swobodne  przejście 

między  tymi  dwoma  lasami,  żeby  mu  oszczędzić  czasu  i  pracy.  W  ten  sposób  dostarczamy 

drewno z naszej części lasu Wrekin. To odpowiada obu stronom. Ludelowa część lasu Eyton 

wcina  się  w  nasze  i  byłoby  głupio  się  kłócić.  Przez  ostatnie  dwa  lata  Ludel  zostawiał 

wszystko w rękach Jana. Nie będziesz tam miał kłopotów. 

background image

— 

Opat mówił mi - wtrącił Hugo - że cztery lata temu  Ludel oddał mu chłopca 

pod  opiekę,  na  wypadek  gdyby  on  sam  nie  dożył  dojścia  chłopca  do  wieku  męskiego. 

Wygląda  na  to,  że  zabezpieczył  się  na  przyszłość,  jakby  przewidział  zbliżającą  się  własną 

śmierć. - I dodał dość posępnie: - Większość z nas nie ma tak jasnego widzenia, bo inaczej 

kilka setek w Oksfordzie śpieszyłoby teraz kupować msze za swoje dusze. Do tego czasu król 

musiał zająć miasto. Samo wpadło w jego ręce, kiedy już przeszedł bród. Zamek jednak może 

się trzymać do końca roku w razie potrzeby, a niełatwo go zdobyć, chyba tylko głodem. Jeśli 

Robert  Gloucester  w  Normandii  jeszcze  się  o  tym  nie  dowiedział,  to  jego  wywiadowcy  są 

mniej  sprawni,  niż  sądziłem.  Jeżeli zaś  wie,  w  jakich  opałach  jest  jego  siostra,  pośpieszy  z 

powrotem do domu. Znałem już oblegających, którzy stawali się obleganymi, i to także może 

się znowu zdarzyć. 

— 

Powrót  zajmie  mu  trochę  czasu  -  zauważył  Cadfael.  -  I  według  wszelkich 

relacji, wróci nie lepiej zaopatrzony, niż kiedy wyjeżdżał. 

Przyrodni  brat  cesarzowej  i  najlepszy  jej  żołnierz  został  wysłany  za  morze,  wbrew 

własnym chęciom, żeby prosić o pomoc dla niej u jej niezbyt kochającego małżonka. Hrabia 

Andegawenii,  Godfryd,  był  jednak  według  godnych  zaufania  doniesień  znacznie  bardziej 

zainteresowany własnymi ambicjami w Normandii niż ambicjami swojej żony w Anglii. Był 

też wystarczająco przebiegły, by zwabić hrabiego Roberta do pomocy w zdobywaniu zamku 

za  zanikiem  w  tym  księstwie,  zamiast  ruszać  do  żony,  by  jej  pomagać  w  zdobyciu  korony 

Anglii.  Już w czerwcu Robert odpłynął  z Wareham,  wbrew własnemu  przekonaniu,  lecz na 

usilne prośby siostry i nalegania Godfryda, który nie chciał przyjąć żadnego innego posła od 

żony.  A  oto  kończył  się  wrzesień,  Wareham  było  z  powrotem  w  rękach  króla  Stefana,  a 

Roberta wciąż zatrzymywała niewdzięczna służba u Godfryda w Normandii. Cóż, przybycie 

na ratunek siostrze nie będzie dla niego szybką ani  łatwą sprawą.  Żelazny  uścisk  oblężenia 

zaciskał  się  powoli  wokół  zamku  w  Oksfordzie,  a  Stefan  po  raz  pierwszy  nie  zdradzał 

zamiaru  odstąpienia  od  swego  celu.  Nigdy  jeszcze  nie  był  tak  bliski  uczynienia  kuzynki  i 

rywalki swym więźniem i zmuszenia jej do uznania jego suwerenności. 

— 

Czy on sobie zdaje sprawę, jak bliski jest w końcu dostania jej w swoje ręce? - 

zastanawiał się Cadfael, przykrywając wieczkiem kamienny garnek z wybranymi nasionami. - 

Jak byś ty się czuł, Hugonie, gdybyś był na jego miejscu i naprawdę miał ją w ręku? 

— 

Boże, uchowaj! - rzekł żarliwie Hugo i uśmiechnął się szeroko na samą myśl o 

tym.  -  Bo  nie  wiedziałbym,  co  z  nią  zrobić!  I  diabeł  tkwi  w  tym,  że  Stefan  też  nie  będzie 

wiedział,  nawet  jeśli  zdobędzie  zamek.  Gdyby  był  rozsądny,  mógł  zatrzymać  cesarzową 

zamkniętą  w  Arundel  w  dniu,  kiedy  wylądowała.  A  co  zrobił?  Dał  jej  eskortę  i  odesłał  do 

background image

Bristolu na spotkanie z bratem! Ale jeśli królowa dostanie kiedyś w ręce tę panią, będzie to 

całkiem inna historia. Jeżeli on jest wielkim wojownikiem, ona jest lepszym wodzem i wie, 

jak wykorzystywać przewagę. 

Hugo wstał i przeciągnął się, a podnoszący się wietrzyk z otwartych drzwi zwichrzył 

jego  gładkie,  czarne  włosy  i  zaszeleścił  w  wiązkach  suszonych  ziół  zwisających  z  belek 

dachu. 

— 

Cóż, nie ma pośpiechu z zakończeniem tego oblężenia - dodał. - Poczekamy, 

zobaczymy. Słyszę, że dostałeś w końcu chłopaka do pomocy w her - barium. Zauważyłem 

świeżo przystrzyżony żywopłot. To jego robota? 

— 

Tak.  -  Cadfael  wyszedł  z  przyjacielem  na  żwirową  ścieżkę  między 

wzorzystymi  zagonami  ziół  nieco  przerośniętych  pod  koniec  pory  wzrostu.  Żywopłot  po 

jednej stronie był rzeczywiście zgrabnie przystrzyżony z pędów późnego lata. - To brat 

Winfryd.  Zobaczysz  go  pracującego  na  pólku  pnącej  fasoli.  Wysoki,  niezdarny 

chłopak, same łokcie i kolana. Świeżo po nowicjacie. Chętny, chociaż powolny. Ale da sobie 

radę. Posłali go do mnie, jak sądzę, bo nie radził sobie z piórem i pędzlem, ale daj mu łopatę, 

a pokaże, co potrafi. Poradzi sobie. 

Poza  otoczonym  murem  herbarium  rozciągał  się  ogród  warzywny,  a  za  lekkim 

wzniesieniem  po  prawej  grochowisko  zbiegało  w  dół  do  strumienia  Meole,  który  stanowił 

tylną granicę enklawy opactwa. I tam był brat Winfryd, w swoim żywiole; wielki, niezgrabny, 

ze strzechą kędzierzawych włosów okalających wygoloną tonsurę, w habicie podkasanym do 

krzepkich  kolan  i  w  drewniakach  na  wielkich  stopach  wbijających  okuty  stalą  szpadel  w 

splątane  łodygi  fasoli  i  w  trawę.  Rzucił  im  promienne  spojrzenie,  kiedy  przechodzili,  i 

powrócił  do  swej  pracy,  nie  przerywając  rytmu.  Hugo  dostrzegł  opaloną  twarz  wieśniaka  i 

okrągłe, niewinne, niebieskie oczy. 

— 

Chyba  tak,  poradzi  sobie  zarówno  z  łopatą,  jak  i  z  toporem  bojowym  - 

powiedział rozbawiony. 

— 

Przyda mi się tuzin takich na zamku, kiedykolwiek zgłoszą się do służby. 

— 

Z  niego  nie  miałbyś  pożytku  -  oświadczył  z  przekonaniem  Cadfael.  -  Jak 

większość  rosłych  chłopów,  to  najłagodniejsza  dusza  pod  słońcem.  Rzuciłby  swój  miecz, 

żeby podnieść człowieka, którego powalił. To raczej małe, hałaśliwe teriery pokazują zęby. 

Wyszli na pas kwietników za ogrodem kuchennym, gdzie krzaki róż wyrosły wysoko i 

zaczęły tracić liście. Obszedłszy narożnik żywopłotu, znaleźli się na wielkim dziedzińcu, o tej 

porannej,  roboczej  godzinie  prawie  pustym,  poza  jednym  czy  dwoma  podróżnymi 

wchodzącymi i wychodzącymi z domu gościnnego, i spokojnym, poza jakimś poruszeniem w 

background image

stajniach. Gdy obchodzili wysoki żywopłot przed wejściem na dziedziniec, jakaś mała postać 

wypadła z bramy podwórka gospodarczego, gdzie stodoły i spichrze na poddaszach tworzyły 

jego trzy strony, i ruszyła biegiem przez zwężenie dziedzińca do klasztoru, by wyłonić się w 

minutę później na jego drugim końcu. Teraz szła statecznym krokiem, z oczami przyzwoicie 

opuszczonymi  i  pulchnymi  dziecięcymi  dłońmi  splecionymi  pobożnie  przy  pasie,  niczym 

żywy obraz niewinności. Cadfael zatrzymał się rozmyślnie, z dłonią na ramieniu Hugona, by 

uniknąć zbytniego ubliżenia się do chłopca. 

Chłopiec  dotarł  do  narożnika  infirmerii,  obszedł  go  i  znikł  z  widoku.  Miało  się 

wrażenie, że gdy tylko wyszedł pola widzenia obserwatorów z wielkiego dziedzińca, zerwał 

się  znowu  do  biegu,  bo  goła  pięta  błysnęła  nagle  i  znikła.  Hugo  uśmiechnął  się  szeroko. 

Cadfael złowił spojrzenie przyjaciela i nie rzekł nic. 

-  Spróbuję  zgadnąć!  -  powiedział  Hugo,  mrużąc  oko.  -  Zebraliście  wczoraj  jabłka  i 

jeszcze nie trafiły na swoje półki na strychu. Na szczęście przeor Robert go nie wypatrzył, bo 

miał tunikę wypchani na piersi jak jakaś tęga matrona! 

— 

Och, niektórzy z nas okazują milczące zrozumienie. On zabiera największe, ale 

tylko cztery. 

Kradnie  z  umiarem.  Częściowo  dlatego,  że  czuje  się  zobowiązany,  a  częściowo,  bo 

kuszenie opatrzności wciąż na nowo to połowa zabawy. 

Ruchliwe, czarne brwi Hugona uniosły się z rozbawieniem i pytająco. 

— 

Dlaczego cztery? 

— 

Bo  mamy  tylko  czterech  chłopców  w  szkole,  a  jeśli  on  w  ogóle  kradnie, 

kradnie dla wszystkich.  Jest  kilku nowicjuszy niewiele starszych, ale on  wobec nich nie ma 

zobowiązań. Muszą kraść na własną rękę albo obejść się smakiem. A czy wiesz, kim jest ten 

młodzik? - spytał zadowolony z siebie Cadfael. 

— 

Nie, ale chyba chcesz mnie zadziwić. 

— 

Nie wiem, czy mi się uda. To jest wielmożny Ryszard Ludel, nowy pan Eaton. 

Chociaż, oczywiście, on jeszcze o tym nie wie - dodał Cadfael, rozpatrując tę okrytą cieniem 

niewinność. 

Ryszard  siedział  ze  skrzyżowanymi  nogami  na  trawiastym  brzegu  nad  młyńskim 

stawem,  w  zamyśleniu  ogryzając  ostatki  białego  miąższu  swego  jabłka,  kiedy  nadszedł, 

szukający go, jeden z nowicjuszy. 

— 

Brat  Paweł  chce  cię  widzieć  -  oznajmił  wysłannik,  prezentując  delikatnie 

zadowoloną  minę  kogoś  świadomego  własnej  cnoty,  kto  przekazuje  prawdopodobnie 

złowieszcze dla innego wezwanie. - Jest w rozmównicy. Lepiej się pośpiesz. 

background image

— 

Mnie? - Ryszard podniósł okrągłe ze zdziwienia oczy znad kradzionego jabłka. 

Nikt  nie  miał  wszak  powodu,  żeby  się  obawiać  brata  Pawła,  przełożonego  nowicjuszy  i 

chłopców,  który  był  najłagodniejszym  i  najcierpliwszym  z  ludzi,  ale  w  miarę  możliwości 

unikano nagany nawet z jego ust. 

— 

Czego ode mnie chce? - dopytywał. 

— 

Sam powinieneś to wiedzieć najlepiej - odparł nieco złośliwie nowicjusz. - On 

mi się nie zwierza. Idź, a dowiesz się, jeśli naprawdę nie masz pojęcia. 

Ryszard wrzucił ogryzek do stawu i powoli wstał. 

— 

W rozmównicy, powiadasz? - Wykorzystanie tak prywatnego, ceremonialnego 

miejsca  dowodziło  czegoś  poważnego  i  chociaż  Ryszard  nie  wiedział  o  grzechach,  chyba 

tylko najbardziej powszednich, które mogły być złożone na jego rachunek w ciągu ostatnich 

tygodni, wypadało mu zachować ostrożność. Szedł wolno w zamyśleniu, powłócząc bosymi 

nogami po trawie i rozmyślnie szurając nimi po bruku dziedzińca. Stawił się w porę w małej, 

mrocznej  rozmównicy,  gdzie  goście  z  zewnętrznego  świata  mogli  czasami  porozmawiać  na 

osobności ze swymi zamkniętymi w klasztorze synami. 

Brat Paweł stał zwrócony plecami do jedynego okna, czyniąc ten mały pokój jeszcze 

ciemniejszym.  Prosty,  krótko  przycięty  pierścień  włosów  wokół  jego  lśniącej  tonsury  był 

wciąż  gęsty  i  czarny,  mimo  pięćdziesiątki  zakonnika.  Brat  Paweł  miał  zwyczaj  stać,  a 

właściwie  i  siedzieć,  nieco\pochylony,  mając  przez  lata  do  czynienia  z  istotami  o  połowę 

niższymi  i  pragnąc  je  raczej  uspokoić,  niż  przestraszyć  swoją  postawą  i  zachowaniem.  Był 

życzliwym,  wykształconym,  pobłażliwym  człowiekiem  a  do  tego  dobrym  nauczycielem, 

który  utrzymywał  porządek  wśród  swoich  piskląt,  nie  uciekając  się  do  straszenia  ich. 

Najstarszy  z  oblatów,  oddany  na  służbę  Bogu  w  wieku  pięciu  lat,  a  teraz  zbliżający  się  do 

piętnastu i do nowicjatu, opowiadał okropne historie o poprzedniku brata Pawła, który rządził 

za pomocą rózgi i miał oczy, które mogły zmrozić krew w żyłach. 

Ryszard złożył obowiązkowy ukłon i stanął przed swym przełożonym, podnosząc do 

światła  nieprzeniknione  oblicze,  rozjaśnione  tylko  dwojgiem  niebieskozielonych  oczu 

promieniujących niewinnością. Szczupły, ruchliwy chłopiec, niski na swój wiek, ale zwinny i 

giętki jak kot, z gęstą czupryną kędzierzawych, jasnobrązowych włosów i pasmem złocistych 

piegów  na  kościach  policzkowych  i  grzbiecie  zgrabnego,  prostego  nosa.  Stał  mocno  na 

rozstawionych  stopach,  przywierając  ich  palcami  do  desek  podłogi  i  patrząc  w  twarz  bratu 

Pawłowi, posłuszny i niewinny. Paweł dobrze znał to spojrzenie. 

— 

Ryszardzie  -  powiedział  łagodnie.  -  Usiądź  przy  mnie.  Jest  coś,  co  muszę  ci 

powiedzieć. 

background image

Już te słowa wystarczyły, żeby rozproszyć lekką niepewność chłopca po to tylko, by 

zastąpić  ją  inną,  poważniejszą  -  ton  był  tak  czuły  i  pobłażliwy,  jakby  zapowiadał  potrzebę 

pocieszenia.  Wyraz  twarzy  Ryszarda  zdradzał  tylko  oszołomienie.  Chłopiec  pozwolił 

zaciągnąć się na ławę i usiadł na niej objęty ramieniem Pawła. Palcami stóp ledwie dotykał 

podłogi, ale podpierał się nimi. Mógł być przygotowany na naganę, tu jednak chodziło o coś, 

na co z pewnością nie był przygotowany i nie miał pojęcia, jak temu stawić czoło. 

— 

Wiesz, że twój ojciec walczył pod Lincoln za króla i był ranny? I że od tego 

czasu był w złym stanie? 

Jako zdrowy, dobrze odżywiony i zadbany młodzik, Ryszard nie bardzo wiedział, co 

to zły stan, poza tym, że było to coś, co się przytrafiało starym. Odrzekł jednak uprzejmie: 

— 

Tak, bracie Pawle! - Bo tego się po nim spodziewano. 

— 

Twoja  babka  przysłała  dziś  rano  koniuszego  do  pana  szeryfa.  Przywiózł 

smutną nowinę, Ryszardzie. Twój ojciec wyspowiadał się i otrzymał ostatnie namaszczenie. 

On  nie  żyje,  moje  dziecko.  Ty  jesteś  jego  dziedzicem  i  musisz  być  go  wart.  W  życiu  i  w 

śmierci - mówił brat Paweł. - On jest w ręku Boga. Jak my wszyscy. 

Wyraz zamyślonego oszołomienia nie zmieniał się. Palce stóp Ryszarda opierały się o 

podłogę, a dłonie zaciskały na skraju ławy, na której przysiadł. 

— 

Mój ojciec nie żyje? - powtórzył. 

— 

Tak,  Ryszardzie.  Prędzej  czy  później  spotka  to  nas  wszystkich.  Każdy  syn 

musi pewnego dnia wstąpić na miejsce ojca i przejąć jego obowiązki. 

— 

Zatem będę teraz panem Eaton? 

Brat  Paweł  nie  popełnił  błędu  i  nie  uznał  tego  za  zwykłe  wyrażenie  zadowolenia  z 

osobistej  korzyści,  ale  raczej  za  rozumne  pogodzenie  się  z  tym,  co  właśnie  zostało 

powiedziane. Dziedzic musi przyjąć brzemię i przywileje, które złożył jego rodzic. 

— 

Tak,  jesteś  panem  Eaton,  a  raczej  będziesz  nim,  kiedy  tylko  dojdziesz  do 

odpowiedniego wieku. Musisz się uczyć, by nabrać mądrości i dobrze rządzić swoją ziemią i 

ludźmi. Twój ojciec tego by sobie życzył. 

Nadal walcząc z realiami nowej sytuacji, Ryszard szukał w pamięci jakiegoś jasnego 

wyobrażenia  tego  ojca,  który  teraz  wzywał  go,  by  okazał  swą  wartość.  Podczas  rzadkich 

ostatnich  odwiedzin  w  domu  na  Boże  Narodzenie  i  na  Wielkanoc  był  przyjmowany  po 

przybyciu i przed odjazdem w pachnącym ziołami i przedwczesną starością pokoju chorego. 

Pozwalano  mu  całować  szarą,  surową  twarz  i  słuchać  niskiego  głosu,  obojętnego  od 

osłabienia, nazywającego go synem, wzywającego do nauki i pouczającego, aby był cnotliwy 

i prawy. Niewiele więcej, nawet twarz zacierała się w jego pamięci. Pamiętał, że szedł tam z 

background image

lękiem. Nigdy nie zbliżyli się do większej zażyłości. 

— 

Kochałeś ojca i robiłeś, co mogłeś, żeby go zadowolić, czyż nie, Ryszardzie? - 

ponaglił  go  łagodnie  brat  Paweł.  -  Musisz  nadal  robić  to,  co  mu  było  miłe.  I  możesz 

odmawiać modlitwy za jego duszę, co będzie i dla ciebie pocieszeniem. 

— 

Czy  mam  teraz  jechać  do  domu?  -  spytał  Ryszard,  którego  umysł  bardziej 

potrzebował informacji niż pocieszenia. 

— 

Na pogrzeb ojca z pewnością. Ale nie, żeby tam pozostać, jeszcze nie. Wolą 

twego ojca było, byś się uczył czytania i pisania i należycie opanował rachunki. Jesteś jeszcze 

za młody, więc rządca

zadba o twój dwór, póki nie dojdziesz do wieku męskiego. 

— 

Moja  babka  nie  widzi  sensu  w  uczeniu  mnie  czytania  i  pisania  -  powiedział 

tonem  wyjaśnienia  Ryszard.  -  Była  zła,  kiedy  ojciec  mnie  tu  wysyłał.  Ona  mówi,  że  każdy 

dwór potrzebuje tylko pisarza, a książki nie są odpowiednim zajęciem dla szlachcica. 

— 

Z pewnością zastosuje się do życzeń twego ojca. Tym bardziej że to uświęcona 

wola zmarłego. 

Ryszard z powątpiewaniem wysunął wargę. 

— 

Ale moja babka ma co do mnie inne plany. Chce mnie ożenić z córką naszego 

sąsiada,  bo  Hiltruda  nie  ma  braci  i  będzie  dziedziczką  zarówno  Leighton,  jak  i  Wroxeter. 

Babka  teraz  będzie  tego  chciała  bardziej  niż  przedtem  -  powiedział  po  prostu  i  spojrzał 

niewinnie w twarz nieco poruszonego brata Pawła. 

Trzeba  było  kilku  chwil,  żeby  przyswoić  sobie  tę  nowinę  i  odnieść  ją  do  przyjęcia 

chłopca  do  klasztornej  szkoły,  kiedy  miał  zaledwie  pięć  lat.  Dwory  Leighton  i  Wroxeter 

leżały  po  obu  stronach  Eaton  i  mogły  być  kuszącą  perspektywą,  ale  najwyraźniej  Ryszard 

Ludel nie podzielał ambitnych planów swej matki co do jej wnuka, skoro podjął kroki, by go 

usunąć z jej zasięgu, a w rok później ustanowił opata Radulfusa opiekunem syna, na wypadek 

gdyby jemu samemu przyszło porzucić tę opiekę. „Ojciec opat wie lepiej, skąd wiatr wieje - 

pomyślał brat Paweł. 

— 

Iż pewnością nie pochwali takiego traktowania swego podopiecznego, prawie 

dziecka”. 

Z  wielką  rozwagą  odezwał  się,  przyjmując  niewinne  spojrzenie  chłopca  z  poważną 

twarzą. 

— 

Twój  ojciec  nie  mówił  nic  o  swoich  planach  co  do  ciebie  na  dzień,  kiedy 

będziesz dorosły. Takie sprawy muszą poczekać na właściwy czas, a ten jeszcze nie nadszedł. 

Jeszcze przez kilka lat nie musisz sobie łamać nad tym głowy. Jesteś pod opieką ojca opata, a 

background image

 

ten  zrobi,  co  dla  ciebie  najlepsze.  -  I  dodał  roztropnie,  dając  upust  naturalnej  ludzkiej 

ciekawości: - Czy znasz tę dziewczynkę? Tę córeczkę sąsiada? 

— 

To  wcale  nie  dziewczynka  -  oznajmił  Ryszard  pogardliwie.  -  Jest  całkiem 

stara.  Była  raz  zaręczona,  ale  jej  narzeczony  umarł.  Moja  babka  była  zadowolona,  bo  po 

czekaniu na niego przez kilka lat Hiltruda nie miała wielu zalotników. Nie jest nawet ładna, 

więc zostanie dla mnie. 

Brat  Paweł  poczuł,  że  krew  mu  zastyga  w  żyłach.  „Całkiem  stara”  oznaczało  chyba 

nie  więcej  niż  kilka  lat  po  dwudziestce,  ale  nawet  to  było  różnicą  nie  do  przyjęcia.  Takie 

małżeństwa  stanowiły  oczywiście  rzecz  codzienną,  kiedy  chodziło  o  zdobycie  majątku  i 

ziemi, ale z pewnością nie należało do nich zachęcać. Opat Radulfus miał wyrzuty sumienia z 

powodu  chłopców  powierzanych  przez  ojców  klasztorowi  i  postanowił  nie  p/zyjmować  ich 

więcej,  aż  nie  osiągną  wieku,  w  którym  mogą  sami  o  sobie  decydować.  Z  pewnością/nie 

spojrzałby  przychylnie  na  poddanie  jakiegoś  chłopca  równie  poważnej  i  krępującej 

dyscyplinie małżeństwa. 

— 

Cóż, możesz przestać myśleć o tych sprawach oświadczył bardzo stanowczo. - 

Twoim  jedynym  zmartwieniem  dziś  i  przez  najbliższe  lata  musi  być  nauka  i  rozrywki 

odpowiednie dla twojego wieku. Teraz możesz wrócić do kolegów albo pobyć tu w spokoju 

przez jakiś czas, jak wolisz. 

Ryszard ochoczo wysunął się spod wspierającego go ramienia i wstał pewnie z ławy, 

pragnąc  zaraz  stawić  czoło  światu  i  swym  ciekawskim  kolegom,  nie  widząc  powodu,  dla 

którego miałby tę chwilę odkładać. Musiał sobie jeszcze przyswoić to, co mu się przydarzyło. 

Sam fakt mógł ogarnąć myślą, ale powiązania wolno docierały do jego serca. 

— 

Jeżeli  jest  jeszcze  coś,  o  co  chcesz  zapytać,  albo  jeśli  poczujesz  potrzebę 

pociechy  czy  porady,  wróć  do  mnie  i  pójdziemy  razem  do  ojca  opata  -  rzekł  brat  Paweł, 

patrząc niespokojnie na chłopca. 

— 

Jest mądrzejszy ode mnie i może ci lepiej pomóc. 

Mogło  tak  być,  ale  uczeń  klasztornej  szkoły  raczej  nie  zgłaszał  się  dobrowolnie  na 

spotkanie  z  tak  budzącą  lęk  osobą.  Poważna  twarz  Ryszarda  przybrała  wyraz  jak  u  kogoś 

wchodzącego  na  nieznaną  i  ciernistą  ścieżkę.  Ukłonił  się  na  pożegnanie  i  dość  żwawo 

wyszedł.  Brat  Paweł  przyglądał  mu  się  z  okna,  a  nie  widząc  oznak  przygnębienia,  poszedł 

zdać sprawę opatowi z planów pani Dionizji co do wnuka. 

Radulfus wysłuchał go z należytą uwagą i zmarszczonym czołem. Połączenie Eaton z 

dwoma  sąsiednimi  majątkami  było  zrozumiałą  ambicją.  Powstała  z  tego  własność  byłaby 

potęgą w hrabstwie i niewątpliwie ta pani uważała się za zdolną władać taką

background image

 

potęgą ponad głowami panny młodej, ojca panny młodej i nieletniego pana młodego. 

Żądza ziemi była potężną siłą napędową, a dzieci towarem wymiennym. 

— 

Martwimy  się  niepotrzebnie  -  oświadczył  Radulfus,  strząsając  tę  sprawę  ze 

swych  ramion.  -  Ten  chłopiec  jest  pod  moją  opieką  i  tak  pozostanie.  Cokolwiek  babka 

zamierza, nie może go dosięgnąć. Możemy o tym zapomnieć. Ona nie jest zagrożeniem dla 

Ryszarda ani dla nas. 

Chociaż opat był mądrym człowiekiem, przy tej właśnie okazji miał się przekonać, że 

jego przewidywania się nie sprawdzają. 

 

 

 

background image

 

Rozdział drugi 

 

 

Rankiem dwudziestego października wszyscy byli na kapitule, kiedy zapowiedział się 

rządca dworu w Eaton, upraszając o wysłuchanie słów od jego pani. 

Jan  z  Długolasu  był  krzepkim,  brodatym,  poruszającym  się  z  rozwagą  mężem  po 

pięćdziesiątce,  z  zaczątkami  łysiny.  Skłonił  się  z  szacunkiem  opatowi  i  przekazał  swe 

posłanie  bez  ogródek,  rzeczowo,  jak  ktoś,  kto  spełnia  obowiązek,  nie  wyrażając  osobiście 

aprobaty ani dezaprobaty. 

— 

Panie  mój,  pani  Dionizja  Ludel  przysyła  mnie  do  ciebie  z  gorącym 

pozdrowieniem  i  prosi,  żebyś  pod  moją  opieką  odesłał  do  niej  wnuka  Ryszarda,  aby  zajął 

zamiast ojca należne mu miejsce właściciela majątku Eaton. 

Opat  Radulfus  odchylił  się  w  swej  stalli  i  z  beznamiętną  twarzą  przyglądał  się 

posłańcowi. 

— 

Z pewnością Ryszard weźmie udział w pogrzebie swego ojca. Kiedy ma się on 

odbyć? 

— 

Jutro, panie mój, przed sumą. Nie o to jednak chodzi mojej pani. Chce, żeby 

młody pan przerwał swe nauki tutaj i przybył zająć właściwe miejsce jako pan Eaton. Kazano 

mi  powiedzieć,  że  pani  Dionizja  uważa  się  za  osobę  odpowiednią  do  opieki  nad  wnukiem 

teraz,  kiedy  objął  swe  dziedzictwo,  i  jest  pewna,  że  Ryszard  zrobi  to  bez  zwłoki  i  bez 

przeszkód. Mam rozkazy przywiezienia go ze sobą z powrotem. 

— 

Obawiam  się,  panie  rządco,  że  możesz  nie  być  w  stanie  wykonać  tych 

rozkazów  -  odpowiedział  opat  z  rozmysłem.  -  Ryszard  Ludel  powierzył  opiekę  nad  swoim 

synem mnie, gdyby on sam zmarł przed dojściem syna do wieku męskiego. Było jego wolą, 

żeby  syn  był  należycie  wykształcony,  by  lepiej  zarządzać  swym  majątkiem,  kiedy  go 

odziedziczy.  Zamierzam  wypełnić  to,  czego  się  podjąłem.  Ryszard  pozostanie  pod  moją 

opieką^ dopóki nie dojdzie do wieku męskiego i nie przejmie kontroli nad swoimi sprawami. 

Do tego zaś czasza, jestem pewien, że będziesz mu służyć tak dobrzy, jak służyłeś jego ojcu, i 

dbać o jego ziemie należycie. 

— 

Z  pewnością  będę,  panie  mój  (-  oświadczył  Jan  z  Długolasu  z  większym 

żarem,  niż  gdy  przekazywał  posłanie  swojej  pani.  -  Mój  pan  Ryszard  od  czasu  Lincoln 

powierzył wszystko mnie i nigdy nie miał powodu tego żałować, a jego syn nigdy przy mnie 

nie straci. Możesz na mnie polegać. 

background image

 

— 

I  będę.  A  zatem  możemy  tutaj  robić  swoje  ze  spokojnymi  myślami,  dbać  o 

kształcenie i pomyślność Ryszarda, jak ty o jego majątek. 

— 

A jaką odpowiedź mam zanieść pani Dionizji? spytał Jan bez śladu rozczarowania 

czy niechęci. 

— 

Powiedz  swojej  pani,  że  z  uszanowaniem  pozdrawiam  ją  w  Chrystusie  i  że 

Ryszard  przybędzie  jutro,  jak  należy,  z  odpowiednią  eskortą  -  oznajmił  opat  nieco 

ostrzegawczym  tonem.  -  Ale  że  mam  uświęcone  polecenie  jego  ojca,  bym  chłopca  trzymał 

pod swoją opieką, dopóki nie zostanie mężczyzną, i muszę spełnić tę jego wolę. 

— 

Tak  powiem,  panie  mój  -  powiedział  Jan,  spoglądając  otwarcie  i  nisko  się 

kłaniając, po czym lekkim krokiem wyszedł z kapituły. 

Brat Cadfael i brat Edmund szpitalnik ukazali się na wielkim dziedzińcu w samą porę, 

by  zobaczyć,  jak  wysłannik  z  Eaton  dosiada  przy  strażnicy  swego  krzepkiego,  walijskiego 

konika i nieśpiesznie wyjeżdża na Podgrodzie. 

— 

Oto  jedzie  człowiek,  jeśli  się  nie  mylę,  bynajmniej  nie  rozczarowany 

stanowczą odmową - zauważył z mądrą miną brat Cadfael. - Ani nie bojący się jej przekazać. 

Można by pomyśleć, że się delektuje tą chwilą. 

— 

On  nie  jest zależny  od  dobrej  woli  tej  damy  -  odrzekł  brat  Edmund.  -  Tylko 

szeryf  jako  najwyższy  zwierzchnik  może  zagrozić  jego  urzędowaniu,  dopóki  chłopiec  nie 

będzie samodzielny, a Jan zna swoją wartość. Pani Dionizja zna ją także, jeśli o tym mowa, 

bo ma bystry osąd i potrafi docenić dobre zarządzanie. Dla świętego spokoju będzie spełniał 

jej polecenia, choć nie uśmiecha mu się to zadanie, i będzie trzymał usta zamknięte. 

Że  zaś  Jan  z  Długolasu  był  w  najlepszym  razie  małomówny,  bez  trudu  uda  mu  się 

ukryć swe odmienne zdanie pod nieruchomą twarzą.

— 

Nie koniec jednak na tym - ostrzegł Cadfael. 

— 

Jeżeli ona spogląda łakomym okiem na Wroxeter i Leighton, nie podda się tak 

łatwo, a ten chłopiec jest jej jedynym sposobem położenia rąk na tych włościach. Usłyszymy 

jeszcze o pani Dionizji Ludel. 

Opat  Radulfus  poważnie  przejął  się  sytuacją.  Młody  Ryszard  był  eskortowany  do 

Eaton  przez  brata  Pawła,  brata  Anzelma  i  brata  Cadfaela,  straż  przyboczną  dość  mocną  by 

uniemożliwić  każde  usiłowanie  porwania,  które  było  skrajnie  nieprawdopodobne.  Znacznie 

bardziej możliwe było, że babka spróbuje użyć wobec chłopca czułych perswazji, odwoła się 

do  więzów  krwi,  zmiękczy  łzami  i  pochlebstwami,  uczyni  z  niego  stęsknionego  za  domem 

sprzymierzeńca we wrogim obozie. Cadfael pomyślał, przyglądając się twarzy Ryszarda, że 

jeśli  ona  ma  takie  plany,  nie  docenia  niewinnej  przebiegłości  dzieci.  Ten  chłopiec  miał 

background image

 

całkowitą zdolność do rozważania własnych interesów i wyciągania korzyści. Był szczęśliwy 

w szkole, miał towarzystwo rówieśników, nie porzuci więc znanego sobie i miłego życia na 

rzecz  nieznanego,  pozbawionego  braci  i  zagrożonego  narzeczoną  już  teraz  starą  w  jego 

oczach. Bez wątpienia cenił swoje dziedzictwo i tęsknił za nim, ale ono należało do niego i 

było  bezpieczne,  a  czy  zostanie  w  szkole,  czy  też  wróci  do  domu,  i  tak  nie  pozwolą  mu 

jeszcze rządzić wedle woli. Nie, trzeba czegoś więcej niż łzy i uściski babki, żeby zapewnić 

sobie przymierze z Ryszardem, zwłaszcza łzy i uściski osoby, która nie okazywała mu dotąd 

szczególnej czułości. 

Z  opactwa  do  dworu  w  Eaton  było  z  siedem  mil  albo  i  więcej,  więc  dla  honoru  i 

godności  klasztoru  Świętych  Piotra  i  Pawła  przy  tak  uroczystej  okazji  wysłano  ich  konno. 

Pani Dionizja przysłała koniuszego z mocno zbudowanym walijskim kucem dla wnuka. Być 

może był to pierwszy ruch w kampanii wciągania go na listę jej sprzymierzeńców. Dar został 

przyjęty  z  zachłanną  radością,  ale  niekoniecznie  musiał  być  podobnie  odpłacony.  Dar  jest 

darem,  a  dzieci  są  wystarczająco  przemyślne  i  wystarczająco  dobrze  wyczuwają  motywy 

dorosłych, żeby brać, co im się daje dobrowolnie, bez najmniejszego zamiaru odpłacenia tego 

w oczekiwany sposób. Ryszard siedział na swym nowym kucu dumny i szczęśliwy, a w ten 

piękny,  pełen  rosy  jesienny  poranek,  zwolniony  na  ten  dzień  ze  szkoły,  prawie  zapomniał 

smutnym powodzie przejażdżki. Koniuszy, długonogi szesnastolatek, galopował wesoło obok 

niego  prowadził  kuca,  kiedy  przejeżdżali  przez  bród  pod  Wroxeter,  gdzie  całe  wieki  przed 

nimi  przekroczyli  Sevem  Rzymianie.  Po  ich  pobycie  nie  pozostało  nic  poza  mizernym, 

rudoczerwonym murem na tle zielonych pól i zwałem kamieni, z którego od dawna korzystali 

okoliczni  mieszkańcy  dla  swoich  celów  budowlanych.  Na  miejscu,  o  którym  mówiono,  że 

było kiedyś miastem i twierdzą, stał teraz kwitnący dwór z czarną, urodzajną ziemią i dobrze 

prosperujący kościół, który utrzymywał czterech kanoników. 

Cadfael  rozglądał  się  z  zainteresowaniem, bo był  to  jeden z dwóch majątków, które 

pani Dionizja miała nadzieję przyłączyć do posiadłości Ludelów przez małżeństwo Ryszarda 

z  panną  Hiltrudą  Astley.  Tak  piękna  posiadłość  była  z  pewnością  kusząca.  Cały  ten  szmat 

ziemi po północnej stronie rzeki rozciągał się przed nimi jako bujne, wilgotne łąki i falujące 

pola wchodzące czasami na łagodne pagórki najeżone kępami drzew pokrywających się już 

pierwszym  złotem  jesiennych  liści.  Teren  wznosił  się  na  horyzoncie  jako  lesisty  grzbiet 

Wrekin, wielkie leśne runo, pęczniejące, spływające w dół ku Sevem i przerzucające szerokie 

pasmo  ciemnej  grzywy  przez  ziemie  Ludelów  do  lasu  Eyton,  należącego  do  opactwa. 

Zaledwie mila dzieliła folwark Eyton  leżący blisko rzeki  i  dwór Ryszarda  Ludela w  Eaton. 

Same  te  nazwy  wyrastały  ze  wspólnego  korzenia,  chociaż  rozdzielił  je  czas,  a  normańska 

background image

 

namiętność do porządku i sankcjonowania utrwaliła i ratyfikowała różnice, Kiedy podjechali 

bliżej,  widok  długiego,  leśnego  grzbietu  zmienił  się  i  skrócił.  Zanim  dotarli  do  dworu, 

wzgórze  urosło  w  stromą  górę  z  kilkoma  skalnymi  urwiskami  w  pobliżu  szczytu 

wyłaniającymi się spośród drzew. Wioska usadowiła się spokojnie wśród łąk u stóp wzgórza. 

Za  długą  palisadą  wznosił  się  dwór,  a  przy  nim  stał  kościółek.  Pierwotnie  była  to  kaplica 

podległa kościołowi w pobliskim Leight ton leżącym o parę mil w dół rzeki.) 

Zsiedli z koni za palisadą i gdy tylko Ryszard dotknął nogą ziemi, brat Paweł ujął go 

za  rękę,  bo  pani  Dionizja  zamaszyście  schodziła  po  schodach  w  holu,  by  ich  powitać. 

Podeszła władczo do wnuka i pochyliła się, by go pocałować. Ryszard podniósł twarz do tego 

pozdrowienia  dość  czujnie  i  poddał  mu  się,  ale  trzymał  mocno  rękę  Pawła.  W  przypadku 

jednej władzy, licytującej się o nadzór nad nim, wiedział, czego się trzymać, wobec drugiej 

nie miał pewności, na czym stoi. 

Cadfael przyglądał się tej pani z ciekawością, bo choć znał ją z reputacji, nigdy dotąd 

nie  znalazł  się  w  jej  obecności.  Była  wysoka,  trzymała  się  prosto,  z  pewnością  nie  miała 

więcej niż pięćdziesiąt pięć lat i wyglądała zdrowo. Była ponadto kobietą przystojną, choć w 

sposób  nieco  onieśmielający,  o  ostrych,  czystych  rysach  i  chłodnych,  szarych  oczach,  w 

których błysnął jednak ostrzegawczy płomień, gdy spojrzała na eskortę Ryszarda, oceniając 

siłę nieprzyjaciela. Domownicy szli za panią, a proboszcz u jej boku. Tu nie miało dojść do 

starcia. Być może później, kiedy Ryszard Ludel zostanie bezpiecznie złożony do grobu, a ona 

otworzy dom, by ugościć żałobników, wtedy może wykonać pierwszy ruch. W tym jedynym 

dniu trudno będzie ustrzec dziedzica przed towarzystwem babki. 

Uroczysty  ceremoniał  pogrzebowy  Ryszarda  Ludela  przyjął  wyznaczony  kurs.  Brat 

Cadfael  wykorzystał  ten  czas,  żeby  przyjrzeć  się  domownikom,  od  Jana  z  Długolasu  do 

najmłodszego  pastucha.  Wszelkie  oznaki  wskazywały,  że  miejsce  to  kwitnie  pod  rządami 

Jana,  a  jego  ludzie  są  zadowoleni.  Hugo  będzie  miał  dobry  powód,  żeby  zostawić  go  w 

spokoju. Obecni  byli też sąsiedzi,  a wśród nich  Fulko  Astley, mający oko na własne zyski, 

jeśli proponowany związek dojdzie do skutku. Cadfael widział go raz czy dwa w Shrewsbury 

- wielkiego, ważnego

męża  pod  pięćdziesiątkę,  zaczynającego  tyć,  ociężałego  i  z  pewnością  nie  równorzędnego 

partnera  dla  tej  niespokojnej,  czynnej,  porywczej  kobiety,  stojącej  z  posępną  twarzą  nad 

trumną syna. Miała przy sobie Ryszarda i trzymała dłoń raczej jak właścicielka niż opiekunka 

na jego ramieniu. Oczy chłopca rozszerzyły się, a twarz pozostawała poważna, gdy grobowiec 

został  otwarty  dla  jego  ojca,  a  teraz  miał  być  zamknięty.  Śmierć  oddalona  to  jedno,  a  jej 

bliskość to całkiem inna sprawa. Dopiero w tej chwili Ryszard w pełni zdał sobie sprawę z 

background image

 

ostateczności swego opuszczenia i rozdzielenia z ojcem. 

Dłoń babki nie opuszczała ramienia wnuka, gdy  uczestnicy konduktu pogrzebowego 

szli  z  powrotem  do  dworu,  gdzie  w  holu  urządzono  dla  nich  stypę.  Jej  długie,  szczupłe, 

starzejące się palce trzymały mocno sukno najlepszego kubraka chłopca, gdy oprowadzała go 

pośród gości i sąsiadów, jak należało, ale z wyczuwalnym naciskiem czyniąc go panem domu 

i  osobą  przewodzącą  ostatniej  posłudze.  To  nie  mogło  zaszkodzić.  Ryszard  był  w  pełni 

świadom  swej  pozycji  i  mógł  obrazić  się  o  naruszenie  swego  przywileju.  Brat  Paweł  z 

niepokojem  szeptał  do  Cadfaela,  że  najlepiej  będzie  zabrać  chłopca,  zanim  wszyscy  goście 

wyjdą,  bo  potem  -  wobec  braku  świadków  -  może  się  to  nie  udać.  Dopóki  obecny  jest 

proboszcz i tych kilku spoza domowników, trudno go będzie zatrzymać siłą. 

Cadfael  obserwował  nieznanych  mu  z  tego  towarzystwa.  Dwóch  nosiło  szare  habity 

kongregacji,  Savigny  z  klasztoru  w  Buildwas  oddalonego  o  kilka  mil  w  dół  rzeki,  którego 

Ludel był hojnym patronem. Wraz z nimi, chociaż trzymając się skromnie z tyłu, stała jakaś 

osobistość  łatwa  do  zidentyfikowania.  Ten  ktoś  nosił  czarny,  zakonny  habit  zrudziały  i 

wytarty na brzegach, ale grzywa nieprzyciętych włosów wychylała się spod kaptura, a błyski 

odbitego  światła  ukazywały  na  ramieniu  dwa  lub  trzy  medale,  pamiątki  więcej  niż  jednej 

pielgrzymki.  Zapewne  jakiś  pobożny  pielgrzym  z  zamiarem  osiedlenia  się  przy  klasztorze. 

Savigny znajdowało się w Buildwas od jakichś czterdziestu lat. Była to fundacja Rogera de 

Clintona,  biskupa  Lichfield.  Ci  trzej  to  dobrzy,  bezstronni  widzowie.  W  obecności  tak 

czcigodnych gości nie dojdzie do prób użycia przemocy. 

Brat Paweł uprzejmie podszedł do Dionizji z zamiarem dyskretnego pożegnania się i 

upomnienia o podopiecznego, ale ona przystopowała go krótkim, stalowym błyskiem w oku i 

złudnie słodkim głosem. 

— 

Bracie, pozwól mi błagać cię o zostawienie Ryszarda na noc. Miał ciężki dzień 

i  zaczyna  się  męczyć.  Nie  powinien  wyjeżdżać  przed  jutrem.  -  Nie  powiedziała  jednak,  że 

następnego dnia go odeśle, a jej dłoń nadal ściskała ramię chłopca. Mówiła dość głośno, by ją 

wszyscy słyszeli, troskliwa matrona niespokojna o swe młode. 

— 

Pani  -  odparł  brat  Paweł,  robiąc,  co  się  dało  w  niekorzystnym  położeniu.  - 

Miałem ci właśnie z żalem powiedzieć, że musimy odjeżdżać. Nie jestem władny pozostawić 

tu Ryszarda z tobą, spodziewają się naszego powrotu na nieszpory. Wybacz nam, proszę. 

Uśmiech  pani  był  słodki  jak  miód,  ale  oczy  ostre  i  zimne  jak  noże.  Podjęła  jeszcze 

jedną próbę, być może  po to  raczej,  by utrwalić swą sprawę w pamięci  słuchających niż w 

nadziei uzyskania czegoś natychmiast, bo wiedziała, że w tej sytuacji jest bezsilna. 

— 

Z pewnością opat Radulfus zrozumiałby moje pragnienie zatrzymania chłopca 

background image

 

na jeszcze jeden dzień. To moje ciało i krew, jedyne, co mi zostało, a tak mało go widziałam 

przez ostatnie lata. Będę niepocieszona, jeśli mi go zabierzesz tak szybko. 

— 

Pani - odrzekł brat Paweł, stanowczo, choć ze skrępowaniem.  - Żałuję, że nie 

spełnię  twego  życzenia,  ale  nie  mam  wyboru.  Muszę  być  posłuszny  memu  opatowi  i  przed 

wieczorem przywieźć Ryszarda ze sobą. Chodź, Ryszardzie, musimy jechać. 

Jeszcze przez krótką chwilę babka trzymała wnuka i zaciskała uchwyt, jakby kusiło ją 

działanie nawet tak publiczne, ale rozmyśliła się. To nie był odpowiedni  czas, żeby stawiać 

się w niekorzystnym świetle, zamiast zaskarbiać sobie sympatię. Rozwarła dłoń, a Ryszard z 

ociąganiem odszedł od niej do boku Pawła. 

— 

Powiedzcie  opatowi,  że  bardzo  szybko  poproszę  o  spotkanie  z  nim  -  rzekła 

Dionizja z oczami jak sztylety, ale głosem nadal łagodnym i słodkim. 

— 

Pani, przekażę mu to - odrzekł Paweł. 

Dionizja była warta tyle, co jej słowo. Wjechała do enklawy opactwa następnego dnia, 

z orszakiem na dobrych  koniach i  imponująca wyglądem,  żeby prosić o  posłuchanie u ojca 

opata. Była z nim za- 

— 

Oto jedzie pani, która przywykła stawiać na swoim - powiedział brat Anzelm. - 

Ale chyba pierwszy raz spotkała równego sobie.  

— 

Nie usłyszeliśmy jeszcze ostatniego słowa - odrzekł sucho Cadfael, patrząc na 

pył opadający po jej odjeździe. 

— 

Nie wątpię - zgodził się Anzelm. - Lecz co ona może zrobić?/ 

— 

Tego  niewątpliwie  sie  dowiemy,  wszystko  w  swoim  czasie  - 

odparł nie bez zainteresowania Cadfael. 

Musieli czekać zaledwie dwa dni. Prawnik pani Dionizji ceremonialnie zapowiedział 

się  kapitule,  prosząc  o  posłuchanie.  Starszawy  urzędnik  drobnej  budowy,  ale  energiczny  i 

wybuchowy  z  wyglądu,  z  wiązką  pergaminów  pod  pachą,  zwrócił  się  do  zgromadzonych 

tonem raczej smutnym niż gniewnym. Dziwił się, że opat, kleryk i scholarz o znanej prawości 

i  życzliwości,  może  zaprzeczać  więzom  krwi  i  odmawiać  oddania  Ryszarda  pod  nadzór  i 

kochającą  opiekę  jego  jedynej  żyjącej  bliskiej  krewnej,  całkowicie  pozbawionej  obecnie 

wszystkich swoich mężczyzn i  pragnącej  pomóc  we wprowadzaniu  oraz doradzaniu  swemu 

wnukowi  w  jego  nowych  obowiązkach  pana  majątku.  Stwierdził,  że  wyrządzono  wielką 

mknięta prawie przez godzinę, ale wyszła kipiąca urazą i zimną wściekłością. Kroczyła przez 

wielki  dziedziniec  niczym  poryw  wiatru,  rozpraszając  Bogu  ducha  winnych  nowicjuszy  jak 

liście,  i  odjechała  do  domu  w  tempie,  które  nie  sprawiało  przyjemności  jej  statecznemu 

dzianetowi, z milczącymi koniuszymi trzymającymi się z lękiem sporo z tyłu. 

background image

 

krzywdę  zarówno  babce,  jak  chłopcu,  odrzucając  ich  naturalną  potrzebę  bliskości  i  nie 

respektując  wzajemnych  uczuć.  I  jeszcze  raz  zażądał  uroczyście,  żeby  ta  krzywda  została 

naprawiona, a Ryszard Ludel odesłany wraz z nim do dworu w Eaton. 

Opat Radulfus cierpliwie siedział z niewzruszoną twarzą i wysłuchał grzecznie końca 

tej wystudiowanej mowy. 

— 

Dziękuję  ci  za  starania  -  powiedział  potem  uprzejmie.  -  Dobrze  wykonałeś 

swoje  zadanie.  Nie  mogę  jednak  zmienić  odpowiedzi,  której  udzieliłem  twojej  pani. 

Nieżyjący  Ryszard  Ludel  w  liście  należycie  napisanym  i  poświadczonym  powierzył  opiekę 

nad swoim synem mnie. Podjąłem się tej opieki i nie mogę się teraz jej zrzec. Było wolą ojca, 

żeby syn kształcił się tutaj, póki nie dojdzie do wieku męskiego i sam nie przejmie kierowania 

swoim życiem i sprawami. To obiecałem i tego dotrzymam. Śmierć ojca uświęca tylko moje 

zobowiązanie i czyni bardziej wiążącym. Powiedz to swojej pani. 

— 

Panie  mój  -  odrzekł  prawnik,  najwyraźniej  nie  oczekując  innej  odpowiedzi  i 

będąc  gotowym  do  zrobienia  następnego  kroku  w  swym  poselstwie.  -  W  zmienionych 

okolicznościach taki prywatny dokument prawny nie musi być jedynym argumentem ważnym 

dla  sądu.  Sprawiedliwość  królewska  wysłucha  z  pewnością  prośby  matrony  o  jej  pozycji, 

owdowiałej,  a  teraz  pozbawionej  syna,  lecz  w  pełni  zdolnej  zaspokoić  wszystkie  potrzeby 

wnuka, obok naturalnej potrzeby jej serca i pociechy z jego obecności. Moja pani pragnie cię 

poinformować,  że  jeśli  nie  oddasz  chłopca,  zamierza  wystąpić  z  pozwem  do  sądu  o  jego 

odzyskanie. 

— 

Mogę  zatem  jedynie  pochwalić  jej  zamiar  -  odpowiedział  opat  spokojnie.  - 

Wyrok  królewskiego  sądu  musi  zadowolić  nas  oboje,  bo  zdejmie  z  nas  brzemię  wyboru. 

Powiedz jej to i dodaj, że oczekuję rozprawy z należną uległością. Dopóki jednak taki wyrok 

nie zapadnie, muszę trzymać się tego, czego się podjąłem i zaprzysiągłem. Rad jestem, że się 

co do tego zgadzamy - dorzucił z suchym uśmiecham. 

Prawnikowi  nie  pozostało  zatem  nic,  jak  tylko  przyjąć  tę  nieoczekiwanie  uległą 

odpowiedź  i  pożegnać  się  taktownie,  z  ukłonem.  Powstało  lekkie  poruszenie,  a  szmer 

zaciekawienia i zdziwienia! przemknął przez stalle, ale opat Radulfus uciszył go spojrzeniem 

i  dopiero  kiedy  bracia  wyszli  na  wielki  dziedziniec  i  wrócili  do  swoich  zajęć,  komentarze  i 

spekulacje mogły być swobodnie wygłaszane.  

— 

Czy mądrze zrobił, że ją zachęcał? - dziwił się brat Edmund, krocząc w stronę 

infirmerii z Cadfaelem u boku. - A jeśli pani Dionizja rzeczywiście poda nas do sądu? Sędzia 

może równie dobrze wziąć stronę samotnej pani, która chce mieć swego wnuka w domu. 

— 

Nie  przejmuj  się  -  odrzekł  spokojnie  Cadfael.  -  To  tylko  pusta  groźba.  Ona 

background image

 

dobrze wie, że prawo jest powolne i dużo kosztuje, nawet w najlepszych czasach, nasze nie 

należą do takich, kiedy król jest daleko, zajęty pilniejszymi sprawami, a połowa królestwa jest 

odcięta  od  wszelkiej  sprawiedliwości.  Nie,  ona  miała  nadzieję  na  nakłonienie  opata  do 

przemyślenia wszystkiego raz jeszcze i  ustąpienia w obawie przed długim  utrapieniem.  Ale 

trafił swój na swego. Opat wie, że Dionizja nie ma zamiaru zwrócić się do sądów. Znacznie 

bardziej  prawdopodobne  jest,  że  weźmie  sprawę  w  swoje  ręce  i  spróbuje  wykraść  chłopca. 

Trzeba  by  wtedy  zdecydować  się  na  powolne  prawo  albo  szybkie  działanie,  żeby  go  jej 

odebrać, gdy go już raz dostanie, a jej łatwiej oużycie siły niż opatowi. 

— 

Należy  mieć  nadzieję  -  powiedział  brat  Edmund,  przerażony  tą  sugestią  -  że 

jeszcze nie wykorzystała swych możliwości  perswazji, jeżeli ostatecznym  środkiem  ma być 

przemoc. 

Nikt nie umiałby dokładnie określić, w jaki sposób młody Ryszard poznał wszystkie 

ruchy i zwroty w tej walce o jego przyszłość. Nie mógł wszak podsłuchiwać wszystkiego, o 

czym mówiło się na kapitule, ani też nowicjusze nie byli obecni na codziennych zebraniach, a 

nikt  spośród  braci  nie  dzieliłby  się  przecież  plotkami  z  chłopcem,  który  był  ośrodkiem 

konfliktu.  Było  jednak  jasne,  że  Ryszard  wie  wszystkim,  co  się  dzieje,  i  że  czerpie  z  tego 

perwersyjną  przyjemność.  Psoty  dodają  życiu  smaku,  a  tu  -  w  enklawie  -  czuł  się  całkiem 

bezpieczny mógł się napawać toczoną o niego walką. 

— 

On śledzi przyjazdy i odjazdy do Eaton - mówił brat Paweł, dzieląc się swoim 

niepokojem z Cadfaelem w zaciszu herbarium. - I jest dość bystry, by rozumieć ich znaczenie. 

I zrozumiał  aż za dobrze, co zaszło  na pogrzebie ojca. Dla jego dobra chciałbym, żeby  był 

mniej bystry. 

— 

Ale  powinien  mieć  więcej  oleju  w  głowie  -  odrzekł  pogodnie  Cadfael.  -  To 

właśnie  bystre  niewiniątka  unikają  sideł.  A  jego  babka  od  dziesięciu  dni  nie  wykonała 

żadnego ruchu. Być może zrezygnowała z walki. - Wcale jednak nie był o tym przekonany. 

Pani Dionizja nie przywykła do niepowodzeń. 

— 

To możliwe - zgodził się brat Paweł z na - dziejąw głosie. - Jak słyszę, przyjęła 

jakiegoś  czcigodnego  pielgrzyma  i  na  jego  użytek  odnowiła  starą  pustelnię  w  swoim  lesie. 

Chce, żeby modlił się codziennie za duszę jej syna. Eilmund mówił nam tym, kiedy przyniósł 

nasz przydział dziczyzny. Widzieliśmy tego człowieka na pogrzebie, Cadfa - elu. Był tam z 

dwoma braćmi z Buildwas. Mieszkał u nich przez tydzień i zyskał opinię świątobliwego. 

Cadfael  ze  stęknięciem  wyprostował  się  znad  zagonu  mięty,  sztywnej  i  ubogiej  w 

liście o tej porze roku. 

Ten chłop z muszelkami? I z medalem świętego Jakuba? Tak, pamiętam, zwróciłem 

background image

 

na niego uwagę. Zamieszka więc pośród nas? I woli celę ogródek w lesie niż szary habit w 

Buildwas?!  Nigdy  mnie  nie  pociągało  samotnicze  życie,  ale  znam  takich,  którzy  wolą 

rozmyślać i modlić się w taki sposób. Ta pustelnia długo nie była zamieszkana. 

Znał  to  miejsce,  chociaż  rzadko  tam  bywał,  bo  leśniczy  opactwa  cieszył  się 

znakomitym zdrowiem i nie potrzebował lekarstw z ziół. Pustelnia, od lat

nieużywana,  znajdowała  się  w  dolinie  o  zadrzewionych  stokach.  Była  to  kamienna  chata  z 

kwadratem ziemi kiedyś ogrodzonym i uprawianym, dziś zarośniętym i zdziczałym. Tutaj pas 

lasu obejmował zarówno ziemie Eaton, jak opacki las Eyton, a pustelnia zajmowała miejsce, 

gdzie  granica  Ludelów  wcinała  się  w  terytorium  sąsiada  w  pobliżu  pielęgnowanego  przez 

leśniczego zagajnika.” 

— 

Tam  będzie  miał  spokój,  jeśli  zechce  zostać  dodał  Cadfael.  -  Jak  mamy  go 

nazywać? 

— 

Zwą  go  Cuthred.  Dobrze  mieć  świętego  za  sąsiada.  I  zdaje  się,  że  już 

zaczynają  przychodzić  do  niego  ze  swymi  kłopotami.  Być  może  to  on  powstrzymał  tę 

paniąbrat Paweł tymi słowami okazał optymizm. - Musi mieć na nią silny wpływ, bo inaczej 

nie zachęcałaby go do pozostania. I żadnego ruchu przez te dziesięć dni. Może jesteśmy jego 

dłużnikami. 

Rzeczywiście,  pogodne  dni  mijały  spokojnie  jeden  po  drugim  w  mglistych  świtach, 

jasnych,  choć  zawoalowanych  południach  i  wilgotnych,  zielonych,  magicznie  cichych 

zmierzchach. Wydawało się, że dalsza walka o młodego Ryszarda miała już nie nastąpić, że 

pani  Dionizja  rozmyśliła  się  w  sprawie  procesu  i  zrezygnowana  pogodziła  się  z  losem. 

Przysłała nawet przez swego proboszcza pieniądze na opłacenie kilku mszy za duszę jej syna 

w  kaplicy  Matki  Boskiej,  a  ten  gest  można  było  wytłumaczyć  jedynie  jako  ruch  w  stronę 

pojednania. Tak przynajmniej uważał brat Franciszek, nowy opiekun ołtarza Matki Boskiej. 

— 

Ksiądz Andrzej powiedział mi - oznajmił po odjeździe gościa - że odkąd bracia 

z Buildwas wprowadzili tego Cuthreda do jej domu, przywiązuje ona wielką wagę do jego rad 

i  kieruje  się  zarówno  nimi,  jak  jego  przykładem.  Ten  człowiek  już  zdobył  sobie  sławę 

świątobliwego.  Mówią,  że  złożył  śluby  w  starym  stylu  i  wcale  nie  opuszcza  swojej  celi  i 

ogrodu. Nigdy jednak nie odmawia nikomu pomocy ani modlitwy. Ksiądz Andrzej ma o nim 

bardzo wysokie mniemanie. Życie pustelnicze nie jest naszym życiem, ale nie jest źle mieć 

takiego  świętego  męża  blisko,  w  sąsiedniej  posiadłości  -  ciągnął  brat  Franciszek  z  wielkim 

przejęciem. - To może przynieść jedynie błogosławieństwo. 

Tak  myślała  cała  okolica,  bo  posiadanie  pobożnego  pustelnika  dodało  dworowi  w 

Eaton  wiele  świetności.  Jedyne  słowa  krytyki,  jakie  dotarły  do  uszu  Cadfaela,  dotyczyły 

background image

 

skromności Cuthreda, który najpierw ganił, a potem zabronił wychwalania go zbyt rozgłośnie. 

Bez względu na to, jakiego cudu dokonał, czy to odwracając dzięki swym modlitwom groźbę 

pomoru bydła, gdy jedno ze stad Dionizji zachorowało, czy wysyłając chłopca z ostrzeżeniem 

przed  burzą,  która  dzięki  temu  przeszła  bez  szkody,  nie  pozwalał  przypisywać  tego  sobie  i 

nieposłusznym groził karą boską. Po miesiącu od swego przybycia miał we dworze w Eaton 

większy posłuch niż Dionizja albo ksiądz Andrzej, a jego sława szerzyła się przekazywana z 

ust do ust niczym jakiś cenny sekret, którym radowano się na osobności, skrywając ją przed 

światem. 

 

 

background image

 

Rozdział trzeci 

 

 

Eilmund,  leśniczy  z  Eyton,  przychodził  od  czasu  do  czasu  na  kapitułę,  żeby  zdać 

sprawę  ze  swej  pracy  albo  zgłosić  trudności,  które  mógł  napotkać,  i  potrzebę  dodatkowej 

pomocy.  Nieczęsto  było  to  coś  więcej  niż  zwykłe  sprawozdanie,  ale  w  drugim  tygodniu 

listopada któregoś ranka przybył ze zmarszczonym czołem i posępną twarzą. Wyglądało na 

to, że jakieś dziwne nieszczęście nawiedziło jego las. 

Eilmund  był  krępym,  bardzo  silnym  i  dość  bystrym  mężczyzną  po  czterdziestce,  z 

gęstym, ciemnym zarostem. Stanął prosto pośrodku kapituły na rozstawionych tęgich nogach 

niczym zapaśnik naprzeciw swego przeciwnika i powiedział parę słów otym, co go trapiło. 

— 

Panie  mój,  opacie,  w  moim  lesie  dzieją  się  rzeczy,  których  nie  mogę  pojąć. 

Tydzień  temu,  po  wielkiej  ulewie,  ten  strumień,  co  płynie  między  naszym  zagajnikiem  a 

otwartym  lasem,  podmył  kilka  krzaków  i  utworzył  tamę.  Potem  wylał,  zmienił  kierunek  i 

zalał  moją  najnowszą  plantację.  Zanim  oczyściłem  zator,  wezbrana  woda  podcięła  powyżej 

skarpę rowu, a osuwisko utworzyło pomost. Jelenie weszły do zagajnika i wyjadły wszystkie 

przyrosty  z  pólka  drzewek  przycinanych  przed  dwoma  laty.  Boję  się,  że  niektóre  drzewka 

zginą,  a  wszystkie  będą  o  parę  lat  spóźnione  w  rozwoju.  To  psuje  moje  plany  -  biadał 

Eilmund. - Nie mówiąc o bieżących stratach. 

Cadfael  znał  to  miejsce,  chlubę  Eilmunda,  zagospodarowaną  część  lasu  Eyton,  tak 

porządny  i  dobrze  okopany  zagajnik  jak  żaden  inny  w  całym  hrabstwie,  gdzie  regularne 

wycinanie  sześcio  -  i  siedmioletnich  drzewek  dawało  dostęp  światła  wszystkim  roślinom, 

więc poszycie i dziko rosnące kwiaty były zawsze bujne i różnorodne. Niektóre drzewa, jak 

jesiony, wyrastały na nowo z pierwotnych pni, tuż poniżej cięcia, inne, jak wiązy czy osiki, z 

ziemi  dookoła  pnia.  Nigdy  dotąd  naturalna  klęska  nie  zraniła  dumy  Eilmunda  z  własnych 

umiejętności.  Nic dziwnego, że był  boleśnie dotknięty. A strata dla opactwa była naprawdę 

poważna,  bo  drewno  z  zagajnika  na  opał,  węgiel  drzewny,  trzonki  narzędzi  i  wyroby 

stolarskie dawało dobry dochód. 

— 

I  nie  koniec  na  tym  -  ciągnął  Eilmund  ponuro.  -  Wczoraj,  kiedy  robiłem 

obchód  po  drugiej  stronie  zagajnika,  gdzie  rów  jest  suchy,  ale  głęboki,  a  brzeg  stromy, 

zobaczyłem  owce  z  Eaton.  Uciekły  z  pastwiska  przez  obluzowany  pal,  tam  gdzie  ziemia 

Eaton  dotyka  naszej,  a  wiesz,  panie  mój,  że  owce  nic  sobie  nie  robią  ze  skarpy,  która 

powstrzyma  jelenia,  a  nie  ma  dla  nich  nic  lepszego  niż  młode  pędy  jesionu.  Uporały  się  z 

background image

 

większością  nowego  przyrostu,  zanim  je  przegoniłem.  I  ani  Jan  z  Długolasu,  ani  ja,  nie 

wiemy, jak przeszły przez tak wąską dziurę, ale wiecie, że gdy stara owca wbije sobie coś do 

głowy,  nic  jej  nie  powstrzyma,  a  inne  pójdą  za  nią.  Wydaje  mi  się,  że  mój  las  jest 

nawiedzony. 

— 

Wydaje mi się raczej,  że było  to  zwykłe ludzkie zaniedbanie, albo  po twojej 

stronie, albo po stronie twego sąsiada  - powiedział przeor Robert, spoglądając surowo znad 

swego długiego nosa. 

— 

Ojcze przeorze - odparł Eilmund z otwartością kogoś, kto zna swoją wartość i 

wie, że równie dobrze jest jej świadomy jedyny zwierzchnik, którego powinien zadowolić. - 

Przez  wszystkie  lata  mojej  służby  dla  opactwa  nigdy  nie  było  skarg  na  moją  pracę.  Robię 

obchody  codziennie,  często  nawet  nocą,  ale  nie  mogę  zakazać  deszczowi  padać  i  nie  mogę 

być  wszędzie  naraz.  Takiego  natłoku  nieszczęść  w  tak  krótkim  czasie  nigdy  dotąd  nie 

widziałem. Nie mogę też winić Jana z Długolasu, który zawsze był tak dobrym sąsiadem, jak 

tylko można sobie życzyć. 

— 

To prawda - rzekł opat Radulfus rozstrzygającym tonem.  - Mieliśmy powody 

być  mu  wdzięczni  za  jego  dobrą  wolę,  nie  wątpimy  w  nią  i  teraz.  Ani  też  nie  kwestionuję 

twych  umiejętności  i  oddania.  Nie  było  przyczyny  do  tej  pory  i  nie  widzę  jej  teraz. 

Przeciwności  losu  są  po  to,  by  je  pokonywać  i  nikt  nie  może  wiecznie  unikać  takich 

doświadczeń.  Pogodzimy  się  ze  stratami.  Rób,  co  w  twej  mocy,  panie  Eilmundzie,  a  jeśli 

czujesz, że potrzebujesz pomocnika, dostaniesz go. 

Eilmund,  który  zawsze  dotąd  wypełniał  zadania  i  był  dumny  ze  swojej 

samowystarczalności,  podziękował  dość  sucho.  Uchylił  się  na  razie  od  przyjęcia  oferty  i 

obiecał dać znać, jeśli zdarzy się coś, co mu nakaże zmienić zdanie. Odszedł równie żwawo, 

jak  przyszedł,  do  swej  chaty  w  lesie,  do  swej  córki  i  narzekania  na  los,  bo  nie  mógł  się 

doszukać ludzkiego działania, by je obwiniać. 

Jakimś  tajemniczym  sposobem  młody  Ryszard  poznał  niezwykły  powód  wizyty 

Eilmunda, a wszystko, co dotyczyło jego babki oraz ludzi, którzy pracowali i żyli w majątku 

Eaton, żywo go interesowało. Chociaż jego opiekun opat był mądry i czujny, a jego rządca 

kompetentny, wypadało, żeby on sam miał oko na swoją posiadłość. Jeżeli coś dziwnego się 

działo w pobliżu Eaton, chciał znać powód, a przychodziło mu znacznie łatwiej niż opatowi 

Radulfu - sowi przypisywanie szkód przewrotności albo złości ludzkiej, bo sam często bywał 

na pół niewinnym sprawcą złych uczynków. 

Jeżeli owce z Eaton znalazły drogę do jesionowego zagajnika w Eyton nie z dopustu 

bożego,  ale  wskutek  działania  kogoś,  kto  im  otworzył  drogę  i  pognał,  Ryszard  chciał 

background image

 

wiedzieć, kto to zrobił i dlaczego. To były w końcu jego owce. 

Stosownie  do  tego,  miał  na  oku  wszystkie  poranne  przyjazdy  i  wyjazdy  w  porze 

kapituły.  W  dwa  dni  po  wizycie  Eilmunda  zauważył  przybycie  do  strażnicy  młodego 

człowieka, którego widział przedtem tylko raz, a który bardzo grzecznie prosił o pozwolenie 

na stawienie się na kapitule z posłaniem od jego pana, Cuthreda. Przybył wcześnie i musiał 

czekać, co przyjął spokojnie. To odpowiadało Ryszardowi, bo nie mógł opuszczać szkoły, ale 

do czasu zakończenia kapituły był wolny i mógł wciągnąć gościa w zasadzkę i zaspokoić swą 

ciekawość. 

Każdy  pustelnik  z  darem  jasnowidzenia,  który  chce  się  przydać  sąsiadom,  a  złożył 

śluby  nakazujące  mu  pozostawanie  we  własnej  celi  i  w  zamkniętym  ogrodzie,  musi  mieć 

chłopca do załatwiania spraw i przekazywania upomnień oraz wyrzutów. Wyglądało na to, że 

chłopiec  Cuthreda  przybył  tu  już  w  jego  służbie,  towarzysząc  mu  w  jego  ostatnich 

wędrówkach  w  poszukiwaniu  miejsca  spoczynku  wyznaczonego  przez  Boga.  Wszedł  do 

kapituły  opactwa  z  przesadnie  skromną  pewnością  siebie  i  stanął  na  widoku  wszystkich 

ciekawskich braci, wcale nie zmieszany takim natarciem bystrych, wścibskich oczu. 

Ze  swojej  ulubionej  ławy  na  uboczu  Cadfael  z  zainteresowaniem  studiował 

wysłannika.  Nie  mógłby  sobie  wyobrazić  mniej  odpowiedniego  służącego  dla  anachorety  i 

popularnego  świętego  w  dawnym  celtyckim  znaczeniu,  z  pominięciem  kanonizacji,  chociaż 

nie  mógłby  na  poczekaniu  powiedzieć,  na  czym  polegała  ta  nieodpowiedniość. 

Dwudziestolatek w tunice i spodniach z szorstkiej, brunatnej tkaniny, łatanej i wyblakłej - tu 

nie  było  niczego  wyjątkowego.  Budowę  ciała  miał  podobną  do  Hugona  Beringara,  lekką  i 

żylastą, ale był o szerokość dłoni wyższy, szczupły, brązowy i zgrabny niczym młody jeleń, a 

długie  ręce  i  nogi  poruszały  się  z  tą  samą  kanciastą,  zwierzęcą  gracją.  Nawet  jego 

wystudiowana nieruchomość kojarzyła się z nagłym, gwałtownym ruchem, niczym u dzikiego 

stworzenia znieruchomiałego w pułapce. Jego bieg byłby szybki i cichy, a skok długi i lotny 

niczym  sus  zająca.  I  twarz  miała  podobny,  nieco  złowieszczy  wyraz  czujności  pod  ciasno 

przylegającym  czepcem  długich,  wijących  się  włosów  koloru  czerwonego  buka.  Owalna 

twarz o wysokim czole, z długim prostym nosem o rozdymających się nozdrzach, znowu jak 

u  dzikiego  stworzenia  wrażliwych  na  każdy  zapach  niesiony  wiatrem,  pełne  usta,  prawie 

uśmiechnięte  nawet  w  spoczynku,  jakby  w  jakimś  skrytym  i  nieco  niepokojącym 

rozbawieniu, i bursztynowe oczy uniesionych w górę zewnętrznych kącikach, pod wygiętymi 

brwiami  barwy  miedzi.  Spojrzenie  tych  oczu  ocieniały,  ale  nie  skrywały,  powieki  z 

miedzianymi rzęsami długimi i gęstymi jak u kobiety. 

Co święty w starym stylu robił z tym onieśmielająco pięknym stworzeniem w swojej 

background image

 

służbie? 

Chłopiec odczekał długą chwilę, by go dokładnie obejrzano, podniósł powieki, ukazał 

opatowi  Radulfusowi  twarz  o  szczerej,  dziecięcej  niewinności  złożył  mu  czarujący,  pełen 

szacunku ukłon. 

Nie przemówił, dopóki nie przemówiono do niego, ale czekał na pytania. 

— 

Przybywasz od pustelnika z Eyton? - odezwał się uprzejmie opat, przyglądając 

się uważnie młodej, spokojnej, prawie uśmiechniętej twarzy. 

— 

Tak, panie mój. Świątobliwy Cuthred przysyła ci przeze mnie posłanie. - Głos 

miał spokojny czysty, postawiony dość wysoko, dźwięczał więc pod sklepieniem jak dzwon. 

— 

Jak masz na imię? - spytał Radulfus. 

— 

Hiacynt, panie mój. 

— 

Znałem biskupa o tym imieniu  - powiedział opat i uśmiechnął się przelotnie, 

bo ta szczupła, brązowa istota przed nim z pewnością nie miała w sobie nic z biskupa. - Czy 

nosisz imię po nim? 

— 

Nie,  panie  mój.  Nigdy  o  nim  nie  słyszałem.  Mówiono  mi  kiedyś,  że  był 

młodzieniec o tym imieniu w jakiejś starej opowieści i dwóch bogów poróżniło się o niego, a 

ten, który przegrał, zabił go. Powiadają, że z jego krwi wyrosły kwiaty. To ksiądz mi o tym 

opowiadał  -  wyjaśnił  z  niewinną  miną  chłopiec  i  obrzucił  kapitułę  nagłym,  krótkim 

uśmiechem,  świadom  lekkiego  szmeru  niepokoju,  który  podniósł  się  wśród  braci,  chociaż 

opat pozostał niewzruszony. 

„Do  tej  starej  opowieści  -  pomyślał  Cadfael,  przyglądając  mu  się  z  ciekawością  i 

zainteresowaniem - ty, mój chłopcze, pasujesz znacznie lepiej niż do kręgu biskupów i dobrze 

o tym wiesz. Albo do pustelników, jeśli o tym mowa. Ale gdzie w tym świecie on cię znalazł i 

jak cię oswoił?” 

— 

Czy mogę wypowiedzieć me posłanie? - spytał niewinnie chłopiec, utkwiwszy 

w opacie złociste oczy, szerokie i czyste. 

— 

Nauczyłeś się go na pamięć? - dopytywał Radulfus z uśmiechem. 

— 

Musiałem, panie mój. Każde słowo musi być na swoim miejscu.

— 

Prawdziwie wiemy wysłannik! Tak, możesz mówić. 

— 

Muszę być głosem mojego pana, nie moim - powiedział chłopiec na wstępie i 

natychmiast  obniżył  swój  dźwięczny,  lekki  głos  o  kilka  tonów  w  zaskakującym  popisie 

naśladownictwa, co kazało Cadfaelowi przyjrzeć mu się uważniej niż dotąd. 

— 

Dowiedziałem  się  z  wielką  troską  -  mówił  z  powagą  zastępczy  pustelnik  - 

zarówno od rządcy z Eaton, jak i od leśniczego z Eyton o nieszczęściach trapiących z nagła 

background image

 

las.  Modliłem  się  i  medytowałem,  bardzo  się  bałem,  że  wszystko  to  są  zapowiedzi  czegoś 

gorszego,  co  nadejdzie,  jeśli  jakaś  nierównowaga  czy  rozziew  między  tym,  co  słuszne  i 

niesłuszne, nie zostanie zaleczona. Nie wiem nic o takim przewinieniu wiszącym nad nami, 

chyba  że  jest  nim  zaprzeczenie  praw  pani  Dionizji  Ludel  przez  wzbranianie  się  przed 

wydaniem jej wnuka. Wolę ojca trzeba uszanować, ale nie można usunąć z myśli żalu wdowy 

po jej młodym i jej samej osieroconej i samotnej. Proszę cię, panie mój, opacie, przez miłość 

Boga,  rozważ,  czy  to,  co  robisz,  jest  dobre,  czuję  bowiem  cień  zła  ciążący  nad  nami 

wszystkimi. 

Wszystko  to  ów  zadziwiający  młody  człowiek  przekazał  posępnym  i  poważnym 

głosem, który nie był jego własnym. Niezaprzeczalnie była to sztuczka robiąca wrażenie, bo 

kilku  bardziej  przesądnych  młodszych  braci  wierciło  się  i  mamrotało  coś  z  lękiem.  A 

zakończywszy swoją recytację, wysłannik znów podniósł bursztynowe oczy i uśmiechnął się, 

jakby przedmiot jego poselstwa wcale go nie dotyczył. 

Opat  Radulfus  przez  długą  chwilę  siedział  w  milczeniu,  przyglądając  się  uważnie 

młodemu  człowiekowi,  który  odpowiadał  spojrzeniem  spokojnym  pewnym,  zadowolony  z 

wykonania zadania. 

— 

To własne słowa twego pana? 

— 

Słowo w słowo, panie mój, tak jak mnie ich nauczył. 

— 

I  nie  powierzył  ci  przemawiania  dalej  w  tej  sprawie  w  jego  imieniu?  Nie 

chcesz niczego dodać? 

Oczy otworzyły się jeszcze szerzej w zdumieniu. 

— 

Ja, panie mój? Jak bym mógł? Ja tylko wypełniam jego polecenia. 

Przeor Robert powiedział z lekceważeniem do ucha opatowi: 

— 

Zdarza  się,  że  pustelnik  daje  schronienie  i  zatrudnienie  prostaczkowi.  To  akt 

miłosierdzia, a ten tu wyraźnie jest taki  - mówił cicho, ale nie dość cicho, by uniknąć uszu 

równie czujnych i prawie równie spiczastych jak lisie, bo Hiacynt spojrzał i błysnął krzywym 

uśmiechem. Cadfael, który również pochwycił sens tego komentarza, wątpił bardzo, czy opat 

się z nim zgadza. On sam dostrzegał za brązową twarzą fauna błysk inteligencji, nawet jeśli 

tamtemu odpowiadało grać rolę głupca. 

— 

No cóż - rzekł Radulfus. - Możesz wracać do swego pana, Hiacyncie, i zanieś 

mu moje podziękowanie za jego strapienie i troskę oraz za jego modlitwy. Mam nadzieję, że 

będzie się nadal modlił za nas wszystkich. Powiedz mu, że rozważyłem i rozważam wszystkie 

strony  skargi  pani  Dionizji  przeciw  mnie.  Zrobiłem  i  nadal  będę  robił  to,  co  uważam  za 

słuszne. A jeśli idzie o naturalne nieszczęścia, które go tak bardzo trapią, zwykli ludzie nie 

background image

 

mogą ich kontrolować ani im rozkazywać, chociaż wiara może je przezwyciężyć. Czego nie 

możemy zmienić, musimy wytrzymać. To wszystko. 

Bez jednego słowa chłopiec skłonił się przed Opatem głęboko i z gracją, odwrócił się i 

wyszedł z kapituły, bez pośpiechu, lekkim krokiem, poruszając się z kocią, nieomal wyniosłą 

elegancją. 

Na wielkim  dziedzińcu,  prawie pustym  o tej  godzinie, kiedy  wszyscy  bracia byli na 

kapitule, posłaniec nie śpieszył się z powrotem do swego pana, ale zwlekał, rozglądając się 

ciekawie dookoła, od domu opata w jego małym ogrodzie różanym do domu gościnnego i do 

infirmerii,  wokół  kręgu  budynków  do  strażnicy  przy  bramie  i  długiej  południowej  granicy 

klasztoru.  Ryszard,  który  od  kilku  minut  zaległ  w  oczekiwaniu  na  niego,  wyłonił  się  z 

pewnością siebie spod łuku południowego wejścia i przeciął drogę obcemu. 

Skoro zamiar zatrzymania go był jasny, Hiacynt zatrzymał się grzecznie, spoglądając 

z  zainteresowaniem  w  dół  na  poważną  piegowatą  twarz  chłopca,  który  przyglądał  mu  się 

równie wnikliwie. 

— 

Dzień dobry, paniczu! - powiedział uprzejmie. - W czym mogę pomóc? 

— 

Wiem,  kim  jesteś  -  odparł  Ryszard.  -  Jesteś  tym  sługą,  którego  pustelnik 

sprowadził  ze  sobą.  Słyszałem,  jak  mówiłeś,  że  przychodzisz  z  posłaniem  od  niego.  Czy 

chodziło o mnie? 

— 

Na  to  mógłbym  łatwiej  odpowiedzieć  -  rzekł  roztropnie  Hiacynt  -  gdybym 

wiedział, kim jest wasza wielmożność i czemu mój pan miałby się zajmować byle kim. 

— 

Nie  jestem  byle  kim  -  zaprotestował  z  godnością  Ryszard.  -  Jestem  Ryszard 

Ludel,  właściciel  Eaton,  a  pustelnia  twego  pana  stoi  na  mojej  ziemi.  Dobrze  wiesz,  kim 

jestem, bo byłeś między sługami na pogrzebie mojego ojca. A jeśli przyniosłeś jakieś posłanie 

mnie dotyczące, mam chyba prawo wiedzieć, o co chodzi. 

Ryszard  zadarł  drobny  kanciasty  podbródek  i  stał  na  rozstawionych  bosych  nogach, 

nie mrużąc niebieskozielonych oczu żądających sprawiedliwości. 

Przez długą chwilę Hiacynt odpowiadał na to bystrym spojrzeniem. Potem przemówił 

rzeczowym tonem jak mężczyzna do mężczyzny, bez przedrzeźniania. 

— 

To prawda, i jestem po twojej stronie, Ryszardzie. Gdzie możemy swobodnie 

ze sobą porozmawiać? 

Środek wielkiego dziedzińca był zapewne nieco zbyt podejrzanym miejscem na długie 

zwierzenia,  a  Ryszard  był  wystarczająco  zainteresowany  tym  nieomylnie  świeckim 

przybyszem, by uznać go za miłą odmianę pośród zakonnego otoczenia i zapragnąć poznania 

go, skoro nadarzała się okazja. Ponadto, kapituła miała się skończyć lada chwila i nie należało 

background image

 

w tych okolicznościach przyciągać uwagi przeora Roberta ani kusić brata Jeremiasza. Z nagłą 

konfidencją  chwycił  Hiacynta  za  rękę  i  pociągnął  go  przez  dziedziniec  do  oddalonej  furtki 

prowadzącej z enklawy do młyna. Tam, na trawie nad stawem, byli odosobnieni z murem za 

plecami i gęstą sprężystą murawą pod nimi, a południowe słońce wciąż jeszcze lekko grzało 

przez przejrzysty woal mgiełki. 

Otóż  -  powiedział  Ryszard,  przechodząc  do  sprawy  -  muszę  mieć  przyjaciela,  który 

powie mi prawdę. Zbyt wielu ludzi rządzi moim życiem za mnie i nie mogę się na to zgodzić, 

a  jak  mam  dbać  siebie  i  być  gotowy  przeciw  nim,  jeśli  nikt  mi  nie  powie,  co  oni  myślą? 

Gdybyś był po mojej stronie, wiedziałbym, jak postępować. Będziesz? 

Hiacynt  oparł  się  wygodnie  o  mur  opactwa,  wyciągnąwszy  przed  siebie  kształtne, 

muskularne nogi przymknąwszy pełne słońca oczy. 

— 

Powiem ci coś, Ryszardzie. Tak jak ty możesz postępować najlepiej, wiedząc 

wszystko, co się święci, tak ja ci będę najbardziej przydatny, znając dokładnie twoje powody. 

Jak  dotąd  znam  koniec  tej  historii,  a  ty  znasz  początek.  A  gdybyśmy  złożyli  je  razem  i 

zobaczyli, co z tego wyniknie? 

Ryszard klasnął w dłonie. 

— 

Zgoda!  Powiedz  mi  więc  najpierw,  jakie  posłanie  przyniosłeś  dziś  od 

Cuthreda. 

Hiacynt  powiedział  mu,  słowo  w  słowo  jak  to  przekazał  na  kapitule,  ale  bez 

naśladowania głosu. 

— 

Wiedziałem!  -  Chłopiec  uderzył  piąstką  w  gęstą  trawę.  -  Wiedziałem,  że  to 

jakoś  musi  mnie  dotyczyć.  Więc  moja  babka  zdołała  namówić  nawet  świętego  męża  do 

przemawiania w jej sprawie. Słyszałem o tym, co się stało w zagajniku, ale takie rzeczy się 

zdarzają  i  nie  ma  na  to  rady.  Musisz  ostrzec  swego  pana,  żeby  nie  dawał  sobie  niczego 

wmawiać, nawet jeśli ona uczyniła się jego patronką. Opowiedz mu całą historię, bo ona tego 

nie zrobi. 

— 

Opowiem, kiedy sam ją poznam - zgodził się Hiacynt. 

— 

Nikt ci nie mówił, czemu ona chce mnie mieć w domu? Ani słowa od twego 

pana? 

— 

Chłopcze, ja tylko wykonuję jego polecenia, on mi się nie zwierza. 

Wyglądało na to, że ślepo posłuszny sługa nie śpieszył się z powrotem ze swej misji, 

bo oparł się wygodniej o omszały mur i skrzyżował szczupłe kostki nóg. Ryszard przybliżył 

się, a Hiacynt przesunął się życzliwie, żeby zrobić miejsce młodym kościom opartym o jego 

bok. 

background image

 

— 

Ona chce mnie ożenić, żeby przejąć oba sąsiednie dwory - wyjaśnił Ryszard. - 

A panna młoda jest w nieodpowiednim wieku. Hiltruda jest stara, ma co najmniej dwadzieścia 

dwa lata... 

— 

Wiek godny szacunku - zgodził się Hiacynt z powagą. 

— 

Ale nawet gdyby była młoda i ładna, ja jej nie chcę. Nie chcę żadnej kobiety. 

Nie lubię kobiet. Nie widzę potrzeby... 

— 

Jesteś  zatem  we  właściwym  miejscu,  by  ich  uniknąć  -  podsunął  Hiacynt,  a 

spod  jego  długich,  miedzianych  rzęs  bursztynowe  oczy  błysnęły  śmiechem.  -  Zostań 

nowicjuszem i skończ ze światem, a będziesz tu całkiem bezpieczny. 

— 

Nie,  to  też  nie  jest  wyjście.  Słuchaj,  a  powiem  ci  wszystko.  potoczyła  się 

opowieść o groźbie małżeństwa o planach babki powiększenia jej małego palatynatu. 

— 

Czy więc będziesz miał oczy otwarte w mojej  sprawie i  dasz mi znać, na co 

muszę  uważać?  Potrzebuję  kogoś,  kto  jest  ze  mną  uczciwy  i  nie  kryje  wszystkiego  przede 

mną, jakbym wciąż był dzieckiem. 

— 

Zrobię  to  -  obiecał  Hiacynt  z  zadowoleniem  uśmiechem.  -  Będę  lennikiem 

waszej miłości w obozie w Eaton i twoimi uszami oraz oczami. 

— 

Wyjaśnisz moją sprawę Cuthredowi? Nie powinienem go lubić, bo myśli źle o 

ojcu  opacie,  a  ten  robi  tylko  to,  czego  chciał  dla  mnie  mój  ojciec.  Ale  nie  wyjawiłeś  mi 

jeszcze swego imienia. Jak mam cię nazywać? 

— 

Na  imię  mam  Hiacynt.  Mówiono  mi  tu,  że  był  biskup  tego  imienia,  ale  nie 

jestem  nikim  takim.  Twoje  sekrety  są  bezpieczniejsze  u  grzesznika  niż  u  świętego,  nie 

obawiaj się, jestem pewniejszy niż konfesjonał. 

Jakimś sposobem obaj byli tak zadowoleni z siebie nawzajem i tak zbliżeni, że tylko 

żołądek  Ryszarda,  przypominający  mu  o  obiedzie,  skłonił  ich  w  końcu  do  rozstania  się. 

Ryszard  podreptał  obok  swego  nowego  przyjaciela  ścieżką,  która  biegła  wzdłuż  muru 

enklawy aż do Podgrodzia, tam rozstał się z nim i przyglądał  się tej lekkiej, wyprostowanej 

postaci odchodzącej gościńcem, zanim tanecznym krokiem wrócił do furtki w murze. 

Hiacynt przebiegł pierwsze mile swojej drogi powrotnej długimi, sprężystymi susami, 

nie tyle dla pośpiechu czy z poczucia obowiązku, ile dla czystej przyjemności z tego sposobu 

poruszania się oraz z poczucia siły i precyzji własnego ciała. Przekroczył rzekę po moście w 

Attingham,  przebrnął  podmokłe  łąki  jej  dopływu  Tern  i  skręcił  na  południe  z  Wroxeter  ku 

Eyton.  Gdy  dotarł  do  skraju  lasu,  zwolnił  do  marudnego  chodu,  niechętnie  kończąc  tak 

przyjemną drogę. Musiał  przejść przez ziemie opactwa, żeby dotrzeć do pustelni leżącej  na 

background image

 

wąskim,  wysuniętym  palcu  ziem  Ludelów,  wciskającym  się  w  lasy  sąsiadów.  Wesoło 

gwiżdżąc,  szedł  szlakiem  biegnącym  wzdłuż  strumienia  i  północnego  skraju  zagajnika 

Eilmunda. Chroniący uprawy leśne brzeg wznoszący się za strumieniem był wysoki stromy, 

ale dobrze utrzymany i porośnięty trawą. Nigdy dotąd nie zapadł się w żadnym punkcie, bo 

strumień nie był ani dość duży, ani dość szybki, by podciąć utrwalony stok. Tak się jednak 

właśnie stało, a goła ziemia widniała w ciemnej wyrwie z daleka. Przyglądał się jej, zbliżając 

i gryząc z namysłem wargę, a potem nagle wzruszył ramionami i roześmiał się. 

— 

Im więcej psoty, tym więcej zabawy! - powiedział i poszedł dalej, gdzie brzeg 

był głęboko podcięty. 

Był  jeszcze  o  kilka  kroków  od  najgorszego,  kiedy  usłyszał  zdławiony  krzyk,  który 

zdawał się dochodzić spod ziemi, a potem przeciągły jęk walki i bólu oraz potok stłumionych 

przekleństw. Zaskoczony,

ale  szybki  w  działaniu,  poderwał  się  do  biegu  długimi  susami  i  równie  szybko 

zatrzymał się na skraju wykopu wypełnionego teraz przez wyraźnie się podnoszącą zamuloną 

wodę.  Po  drugiej  stronie  było  świeże  osuwisko,  a  samotna,  stara  wierzba,  której  korzenie 

częściowo  odsłoniło  pierwsze  osunięcie,  przechyliła  się  i  zwaliła  w  poprzek  strumienia.  Jej 

gałęzie  chwiały  się  i  szeleściły  wskutek  wysiłków  kogoś  uwięzionego  pod  nią,  na  pół  w 

wodzie,  na  pół  nad  wodą.  Czyjaś  ręka  na  ślepo  szukała  jakiegoś  uchwytu  wśród  liści,  aby 

przesunąć  konar,  a  ten  wysiłek  wywołał  głęboki  jęk.  Hiacyntowi  mignęła  wśród  liści 

ubrudzona i wykrzywiona twarz Eilmunda. 

— 

Nie ruszaj się! - krzyknął. - Już schodzę! 

Zszedł po pas w wodę, wsuwając się pod pierwsze gałęzie, żeby wziąć ich ciężar na 

grzbiet i podnieść na tyle, by uwięziony leśnik zdołał się wydostać. Eilmund, dysząc i jęcząc, 

zacisnął  kurczowo  pięści  w  ziemi  za  plecami  i  częściowo  wydostał  się  spod  konara,  który 

przywalił mu nogi. Ten wysiłek wywołał zdławiony jęk bólu. 

— 

Jesteś ranny!  - Hiacynt  ujął go pod pachy,  wciskając swój  giętki  grzbiet pod 

najgrubszą gałąź, a drzewo zakołysało się ciężko. - Teraz! W górę! 

Eilmund napiął się jeszcze raz, Hiacynt ciągnął wraz z nim, nowe zwały ziemi toczyły 

się na nich w dół, ale wierzba przesunęła się i przewaliła z pluskiem, a leśnik, ze stopami w 

wodzie, leżał na gołej ziemi, dysząc. Ubłocony i usmarowany pasami zieleni Hiacynt upadł 

przy nim na kolana. 

— 

Muszę iść po pomoc, bo sam cię stąd nie wydostanę. A ty przez jakiś czas nie 

próbuj  wstawać.  Leż  tak,  póki  nie  ściągnę  z  pola  ludzi  Jana  z  Długola  -  su.  Potrzebnych 

będzie kilku mężczyzn i jakiś płotek albo okiennica, żeby cię przenieść. Czy jest gorzej, niż to 

background image

 

widać?  -  Ale  to,  co  dostrzegał  wystarczało.  Jego  brązowa  twarz  pod  plamami  błota  robiła 

wrażenie wstrząśniętej i wystraszonej. 

— 

Mam  złamaną  nogę.  -  Eilmund  pozwolił  swym  szerokim  ramionom  znów 

zapaść  się  w  miękką  ziemię  i  oddychał  głęboko.  -  Miałem  szczęście,  że  tędy  szedłeś,  bo 

przygniotło  mnie  porządnie,  a  strumień  znów  przybiera.  Próbowałem  podeprzeć  ten  brzeg. 

Chłopcze  -  powiedział  i  uśmiechnął  się  smutno  -  masz  więcej  siły  w  ramionach,  niż 

należałoby sądzić po wyglądzie. 

— 

Czy możesz tak chwilę poczekać? - Hiacynt spojrzał niespokojnie na brzeg nad 

nimi, ale już tylko małe grudki osuwały się nieszkodliwie, a skraj naruszonej murawy, ziół i 

korzeni na szczycie wyglądał dość bezpiecznie. - Pobiegnę. To nie potrwa długo. 

Pognał wprost na pola Eaton i przywołał pierwszych ludzi, jakich zobaczył. Przybyli 

w  pośpiechu,  z  płotkiem  pożyczonym  z  zagrody  dla  owiec,  położyli  na  nim  ostrożnie 

Eilmunda, nie bez kilku zdławionych przekleństw ofiary, i ponieśli go przez pół mili do jego 

leśnego  domku.  Pamiętając,  że  ma  on  w  domu  córkę,  Hiacynt  podjął  się  pobiec  przodem, 

żeby ją uprzedzić oraz uspokoić i dać czas na przygotowanie posłania dla rannego. 

Domek z ładnym ogrodem stał na leśnej polanie. Kiedy Hiacynt dotarł do niego, drzwi 

były otwarte, a w środku dziewczyna śpiewała sobie cicho przy pracy. Dziwne, ale biegnąc do 

niej  jak  najszybciej,  teraz  zdawał  się  zwlekać  z  zastukaniem  do  drzwi  czy  wejściem  bez 

stukania.  A  kiedy  tak  stał  na  kamiennym  progu,  śpiew  się  urwał  i  dziewczyna  wyszła 

zobaczyć, czyje to szybkie stopy poruszyły kamyki na ścieżce. 

Była  niska,  lecz  silna  i  bardzo  zgrabna,  z  prostym  spojrzeniem  niebieskich  oczu, 

świeżą cerą barwy dzikiej róży i gładko zaplecionymi włosami z ja - snobrązowym połyskiem 

niczym słoje polerowanego orzecha. Przyglądała mu się ze szczerą ciekawością i przyjaźnie, 

co  uciszyło  jego  lotny  język.  To  ona  odezwała  się  pierwsza,  mimo  całego  pośpiechu  jego 

misji. 

— 

Szukasz mojego ojca? Jest przy zagajniku. Znajdziesz go tam, gdzie się osunął 

brzeg. - W niebieskich oczach pojawiło się zainteresowanie i aprobata, spodobało im się, co 

widziały.  -  Ty  jesteś  tym  chłopcem,  który  przybył  z  pustelnikiem  starszej  pani,  prawda? 

Widziałam, jak pracujesz w jego ogrodzie. 

Hiacynt skinął głową i z szarpnięciem serca przypomniał sobie, co musi powiedzieć. 

— 

Jestem, pani, a na imię mam Hiacynt. Twój ojciec jest teraz w drodze do ciebie 

i  przykro  mi  to  mówić,  ale  jest  po  wypadku,  który  zatrzyma  go  w  domu  jakiś  czas. 

Przyszedłem  cię zawiadomić, zanim go przyniosą. Och, nie martw się, jest żywy i zdrowy, 

przyjdzie  do  siebie,  jeśli  dać  mu  czas.  Ma  jednak  złamaną  nogę.  Było  nowe  osuwisko  i 

background image

 

drzewo upadło na niego w wykopie. Wyzdrowieje, nie ma wątpliwości. 

Nagłemu  niepokojowi  i  bladości  twarzy  nie  towarzyszył  okrzyk.  Przyjęła,  co 

powiedział, otrząsnęła się i zaraz wzięła się do pracy, otwierając na oścież drzwi wewnętrzne 

i  zewnętrzne,  żeby  zrobić  drogę  dla  noszy  z  ich  brzemieniem,  przygotowując  miejsce  do 

leżenia,  a  potem  stawiając  garnek  z  wodą  na  ogniu.  A  przy  tym  wszystkim  mówiła  przez 

ramię do Hiacynta, bardzo rzeczowo i spokojnie. 

— 

Nie pierwszy raz jest ranny, ale nigdy dotąd nie złamał nogi. Zwalone drzewo, 

mówiłeś? Ta stara wierzba - wiem, że była nachylona, ale nie myślałam, że upadnie. To ty go 

znalazłeś? I sprowadziłeś mu pomoc? - Niebieskie oczy błysnęły i u - śmiechnęły do niego. 

— 

Kilku ludzi z Eaton było blisko. Kopali rów. Niosą go tu. 

Tamci  zbliżali  się  właśnie  do  drzwi,  idąc  jak  najszybciej.  Dziewczyna  wyszła  im 

naprzeciw  z  Hiacyntem  u  boku.  Wydawało  się,  że  miał  jej  do  powiedzenia  coś  więcej  i 

całkiem innego, na razie stracił po temu okazję, bo w milczeniu trzymał się celowo na boku, 

gdy Eilmunda wnoszono do domu, układano na leżance i ściągano mu mokre buty i spodnie, 

bardzo  ostrożnie,  choć  nie  obyło  się  bez  stłumionych  jęków  i  przekleństw.  Jego  lewa  noga 

poniżej kolana była zniekształcona, ale nie tak bardzo, by kość przebiła się przez ciało.

— 

Ponad godzinę leżałem tam w strumyku - mówił przez zaciśnięte z bólu zęby, 

gdy  się  nim  zajmowali.  -  Gdyby  nie  ten  chłopak,  jeszcze  bym  tam  tkwił,  bo  nie  mogłem 

ruszyć tego ciężaru, a nikogo nie było w pobliżu. Bóg świadkiem, że ma on w sobie więcej 

mięśni, niż byście uwierzyli. Trzeba go było widzieć, jak podnosi ze mnie to drzewo. 

Dziwne, ale szczupłe, gładkie policzki Hiacynta zaczerwieniły się pod ciemnozłotym 

odcieniem  skóry.  Z  pewnością  nie  była  to  twarz  skora  do  rumieńców,  ale  nie  straciła  tej 

umiejętności. Z pewnym przymusem powiedział: 

— 

Czy  mogę  jeszcze  coś  dla  was  zrobić?  Chętnie  pomogę!  Tu  nie  jestem 

potrzebny, ale jeśli potrzebujecie posłańca, jestem najlepszy. 

Dziewczyna odwróciła się na chwilę od łóżka, a jej niebieskie oczy, wielkie i lśniące, 

wpatrywały się w jego twarz. 

— 

Ależ  gdybyś  był  tak  dobry  i  dodał  to  do  naszego  długu.  Czy  zechcesz 

zawiadomić opactwo i prosić brata Cadfaela o przybycie? 

— 

Zrobię  to!  -  odrzekł  Hiacynt  tak  serdecznie,  jakby  otrzymał  najbardziej 

pożądany dar. Ale gdy się odwracała od niego, zawahał się, przytrzymał ją przez chwilę za 

rękaw  i  szepnął  jej  do  ucha:  -  Muszę  z  tobą  pomówić.  Sam  na  sam,  później,  kiedy  on  już 

będzie odpoczywał. 

I zanim cokolwiek zdołała odrzec, chociaż jej oczy z pewnością mu nie odmawiały, 

background image

 

odchodził już między drzewami w długą drogę z powrotem do Shrewsbury. 

 

 

background image

 

Rozdział czwarty 

 

 

Hugo,  szukając  brata  Cadfaela,  przybył  w  środku  popołudnia,  z  pierwszymi  od 

początku oblężenia przebłyskami nowin, które znalazły drogę wyjścia z Oksfordu. 

— 

Robert Gloucester znowu jest w Anglii - mówił. - Wiem to od płatnerza, który 

w  porę  pomyślał  o  wydostaniu  się  z  miasta.  Niewielu  miało  takie  szczęście  i  posłuchało 

ostrzeżeń. On mówi, że Robert wylądował w Wareham, nie zważając na królewski garnizon, 

wprowadził bezpiecznie wszystkie swoje okręty i zajął miasto. Nie zajął jeszcze zamku, ale 

go oblega. Niewiele zyskał u Godfryda, oprócz garści rycerzy. 

— 

Jeśli  jest  bezpieczny  na  brzegu  i  zajął  miasto,  po  co  mu  zamek?  -  spytał 

rzeczowo Cadfael. - Myślałbym raczej, że pogna do Oksfordu pomóc siostrze wydostać się z 

oblężenia. 

— 

On chce zwabić Stefana do siebie i odciągnąć go od oblężenia Oksfordu. Mój 

człowiek  mówi,  że  zamek  w  Wareham  nie  jest  dość  licznie  obsadzony  i  że  załoga  ogłosiła 

zawieszenie broni i posłała do króla, aby im przyszedł na odsiecz do jakiejś określonej daty - 

ten wszystkowiedzący jest dobrze poinformowany, ale nawet on nie wie, o jaki dzień chodzi - 

albo  się  poddadzą,  jeśli  on  ich  zawiedzie.  To  odpowiada  Robertowi.  On  wie,  że  to  nic 

trudnego zbić Stefana z tropu, aleja wyobrażam sobie, że tym razem będzie się trzymał swego 

planu. Kiedy znów mu się nadarzy taka szansa? Nawet on nie może jej odrzucić, to pewne. 

— 

Nie  ma  końca  szaleństwom,  które  może  popełnić  człowiek  -  powiedział 

tolerancyjnie  Cadfael.  -  Żeby  mu  oddać  sprawiedliwość,  większość  jego  idiotyzmów  bierze 

się ze wspaniałomyślności, czego nie można powiedzieć o tej pani. Życzyłbym sobie jednak, 

żeby oblężenie Oksfordu było końcem tego wszystkiego. Gdyby zdobył zamek, cesarzową i 

wszystko, ona byłaby pewna życia i zdrowia, raczej on mógłby być w niebezpieczeństwie. Co 

nowego poza tym z południa? 

— 

Jest  jakaś  opowieść  o  koniu  znalezionym  nieopodal  miasta,  w  lasach  przy 

drodze  do  Wallingford.  To  było  jakiś  czas  temu,  kiedy  wszystkie  drogi  z  Oksfordu  były 

zamknięte,  a  miasto  w  ogniu.  Koń  miał  na  sobie  zakrwawione  siodło  i  puste  torby  juczne. 

Jakiś  koniuszy,  który  wymknął  się  z  miasta  przed  zamknięciem  się  pierścienia,  rozpoznał 

konia  i  uprząż  jako  należące  do  Renauda  Bourchiera,  rycerza  w  służbie  cesarzowej  i  jej 

zaufanego.  Wszyscy  wiedzą,  jak  mówi  mój  człowiek,  że  go  wysłała  z  garnizonu,  by 

spróbował przedrzeć się przez linie królewskie i zaniósł do Wallingfordu jej posłanie. 

background image

 

Cadfael przerwał pracę z motyką, którą grzebał bez pośpiechu wśród swych rabatek z 

ziołami, i skupił całą uwagę na przyjacielu. 

— 

Do Briana FitzCounta, chcesz powiedzieć? 

Ten  pan  Wallingfordu  był  najwierniejszym  stronnikiem  i  towarzyszem  cesarzowej, 

ustępując tylko earlowi, jej bratu, i przez kolejne kampanie utrzymywał dla niej swój zamek, 

najdalej na wchód wysuniętą i najbardziej odsłoniętą placówkę jej terytorium, w szczęściu i w 

nieszczęściu niezłomnie lojalny. 

— 

Jak to się stało, że on nie jest z nią w Oksfordzie? Prawie nigdy nie opuszcza 

jej boku, tak przynajmniej mówią. 

— 

Nikt się nie spodziewał, że król posunie się tak szybko. A teraz on jest od niej 

odcięty.  Ponadto,  ona  go  potrzebuje  w  Wallingfordzie,  bo  gdyby  ten  został  stracony, 

pozostanie jej tylko oparcie w kraju zachodnim i nie będzie miała dojścia do Londynu. Mogła 

wysłać kogoś do niego w ostatniej chwili, w tak rozpaczliwej sytuacji, w jakiej jest teraz. A 

plotka  stamtąd  mówi  -  jak  się  zdaje  -  że  Bourhier  wiózł  do  niego  jakiś  skarb,  raczej  w 

klejnotach niż w monetach. Może tak być, bo FitzCount musi płacić swoim ludziom. Mogą 

być bezinteresownie lojalni, ale muszą żyć i jeść, a on już zbiedniał w jej służbie. 

— 

Mówiło się tej jesieni - powiedział Cadfael, marszcząc z namysłem brwi - że 

biskup  Winchestera,  Henryk,  usilnie  stara  się  przeciągnąć  Briana  na  stronę  króla.  Biskup 

Henryk ma dość pieniędzy, żeby kupić każdego, kto jest na sprzedaż, ale wątpię, że nawet on 

mógłby  ofiarować  aż  tyle,  by  poruszyć  FitzCounta.  Przez  cały  ten  czas  okazywał  się 

nieprzekupny. Ona nie musiała kupować Briana, przebijając cenę swoich wrogów. 

— 

Nie musiała. Mogła jednak wpaść na myśl, kiedy wojsko króla ją otaczało, by 

mu przesłać jakiś dowód swego uznania, póki droga była otwarta, a przynajmniej możliwa do 

przebycia przez samotnego śmiałka. Takie przesłanie mogło się wydawać ostatnią szansą na 

wymianę słów między nimi. 

Cadfael przemyślał i uznał prawdziwość takiej argumentacji. Ze strony króla Stefana 

nic  nie  groziło  życiu  jego  kuzynki,  mimo  zaciętej  rywalizacji  między  nimi.  Gdyby  jednak 

została  pojmana,  musiałby  trzymać  ją  pod  strażą  dla  dobra  swej  korony.  Nie  wydawało  się 

też,  żeby  ona,  nawet  w  więzieniu,  wyrzekła  się  swych  roszczeń  i  przyjęła  warunki,  które 

dałyby  jej  wolność.  Przyjaciele  i  sprzymierzeńcy  mogli  więc  zostać  rozdzieleni  i  zaprawdę 

nigdy się już nie zobaczyć. 

— 

I  samotny  śmiałek  mógłby  tego  spróbować  -  zastanawiał  się  rzeczowo.  -  A 

jego  konia  znaleziono  błąkającego  się  z  pustymi  jukami,  zakrwawionym  siodłem  i 

czaprakiem. Gdzie jest zatem Renaud Bourchier? Zamordowany dla zdobycia tego, co wiózł, 

background image

 

i pogrzebany gdzieś w lesie albo wrzucony do rzeki? 

— 

A  co  innego  można  myśleć?  Nie  znaleziono  jeszcze  jego  ciała.  Wokół 

Oksfordu  ludzie  mają  co  innego  do  roboty  tej  jesieni  niż  przeszukiwanie  lasów  w 

poszukiwaniu trupa. Jest tam dość trupów do grzebania po spaleniu i splądrowaniu miasta  - 

odrzekł  Hugo  z  goryczą,  prawie  rezygnacją  wobec  przypadkowych  rzezi  w  tej  kapryśnej 

wojnie domowej. 

— 

Zastanawiam  się,  ilu  ludzi  w  zamku  wiedziało  o  jego  misji.  Ona  nie 

rozgłaszała swego zamiaru, ale z pewnością ktoś go przejrzał. 

— 

Na  to  wygląda,  i  zrobił  zły  użytek  z  tego,  co  wiedział.  -  Hugo  otrząsnął  się, 

zrzucając  z  ramion  tamto  oddalone  zło  spoza  jego  wpływów.  -  Dzięki  Bogu  nie  jestem 

szeryfem  hrabstwa  Oksfordu!  Nasze  kłopoty  tu  są  dość  łagodne;  małe,  rodzinne  kłótnie 

prowadzące  czasem  do  bijatyki,  trochę  kradzieży,  zwyczajowe  kłusownictwo.  Och  i 

oczywiście ten urok, który spadł na wasz las w Eyton. - Cadfael opowiedział mu wcześniej to, 

czego  opat  nie  uznał  za  godne  wspominania,  że  pani  Dionizja  wciągnęła  jakoś  w  kłótnię 

swego pustelnika, i że ów mąż boży wziął na poważnie jej wcielenie pogrążonej w żalu babki 

okrutnie pozbawionej towarzystwa jedynego wnuka. 

— 

I  on  się  boi,  że  przyjdzie  coś  gorszego,  czyż  nie?  Ciekawym,  jaka  będzie 

następna wiadomość z Eyton. 

Tak  się  składało,  że  wiadomość  z  Eyton  właśnie  śpieszyła  ku  nim  wokół  narożnika 

wysokiego  żywopłotu  w  osobie  nowicjusza  wysłanego  przez  przeora  Roberta  ze  strażnicy 

przy  bramie.  Biegł,  powiewając  połami  habitu,  i  zatrzymał  się,  mając  akurat  tyle  tchu,  by 

wygłosić swe posłanie, nie czekając, aż go zapytają. 

— 

Bracie  Cadfaelu,  jesteś  pilnie  wzywany.  Chłopiec  pustelnika  wrócił,  żeby 

powiedzieć,  iż  jesteś  potrzebny  przy  karczowisku  Eilmunda,  a  ojciec  opat  mówi,  abyś  brał 

konia,  jechał  szybko  i  przywiózł  mu  wiadomość,  jak  się  czuje  leśnik.  Było  tam  nowe 

osuwisko i jakieś drzewo zwaliło się na niego. Ma złamaną nogę. 

Proponowali Hiacyntowi odpoczynek i  dobry posiłek za jego starania, ale nie chciał 

zostać.  Jak  długo  mógł  dotrzymać  kroku,  trzymał  się  skórzanego  strzemienia  Cadfaela,  a 

nawet kiedy musiał zwolnić i pozwolić Cadfaelowi jechać przodem z większąpręd - kością, 

truchtał uparcie i wytrwale za nim. Wyglądało na to, że jest zdecydowany wrócić raczej do 

domku w lesie niż do celi swego pana. Cadfael pomyślał, że ten dobry przyjaciel Eilmunda 

może  się  spodziewać  wysmagania  słowem  lub  rózgą  kiedy  wreszcie  wróci  do  swoich 

obowiązków. Po namyśle nie mógł  jednak  wyobrazić sobie tej niebezpiecznej  dzikiej  istoty 

poddającej się pokornie naganie, a tym bardziej karze. 

background image

 

Z  godzinę  przed  nieszporami  Cadfael  zsiadł  z  konia  za  niskim  ogrodzeniem  ogrodu 

Eilmunda, a dziewczyna wybiegła mu na spotkanie z otwartych na oścież drzwi. 

— 

Bracie,  nie  spodziewałam  się  ciebie  tak  szybko!  Chłopiec  Cuthreda  musiał 

gnać  jak  wiatr  przez  całą  drogę.  I  to  po  tym,  jak  przemókł  do  suchej  nitki  w  strumieniu, 

ratując mojego ojca! Mamy dziś powody do radości z niego i z jego mistrza, bo nikt inny nie 

zjawiłby się tam przez wiele godzin. 

— 

Jak  on  się  czuje?  -  spytał  Cadfael,  wyciągając  swe  przybory  i  ruszając  do 

domu. 

— 

Ma złamaną nogę pod kolanem.  Kazałam mu  leżeć i  opatrzyłam ją najlepiej, 

jak  umiałam,  ale  potrzeba  twojej  ręki,  by  ją  nastawić.  A  że  leżał  do  połowy  w  strumyku, 

zanim go ten młody człowiek znalazł, boję się, że się przeziębił. 

Eilmund leżał ciepło okryty i zdążył już pogodzić się ze swą bezsilnością. Oddał się ze 

stoicyzmem  w  ręce  Cadfaela,  a  potem  zacisnął  zęby  i  nie  wydał  jęku,  gdy  prostowano  mu 

nogę i zestawiano końce złamanej kości. 

— 

Mogłeś wyjść gorzej - powiedział z ulgą Cadfael.  - Ładne, czyste złamanie i 

niewielkie u - szkodzenie ciała, chociaż szkoda, że musieli cię ruszać. 

— 

Inaczej  bym  utonął  -  burknął  Eilmund.  -  Strumień  przybierał.  A  ty  lepiej 

powiedz opatowi, żeby wysłał ludzi do usunięcia drzewa, zanim będziemy tu mieli jezioro. 

— 

Powiem,  powiem! A teraz trzymaj się mocno!  Nie chcę cię zostawić z jedną 

nogą krótszą od drugiej. - Za piętę i podbicie ciągnął wytrwale złamaną nogę, żeby zrównała 

się z towarzyszką. - A teraz, Aneto, przyłóż ręce tu, gdzie są moje, i tak trzymaj. 

Dziewczyna  nie  traciła  czasu  podczas  tych  zabiegów,  ale  wyszukała  w  składzie 

Eilmunda proste, drewniane paliki i przygotowała wełnę na wyściółkę oraz zwinięte w rolkę 

płótno  na  opatrunek.  Razem  dokończyli  zgrabnie  robotę,  a  Eilmund  leżał  na  wznak, 

oddychając  ciężko.  Jego  twarz,  zawsze  ogorzała,  miała  niezależnie  od  tego  gorączkowe 

rumieńce nad kośćmi policzkowymi. Cadfael, widząc to, nie był całkiem spokojny. 

— 

Byłoby  dobrze,  gdybyś  mógł  teraz  odpocząć  i  zasnąć.  Mnie  zostaw  opata, 

drzewo i wszystko inne, z czym trzeba sobie radzić, a dopilnuję wszystkiego. Przyrządzę ci 

teraz napój, który złagodzi ból i pomoże zasnąć. - Zmieszał miksturę i podał mu ją. Eilmund 

zrzędził, że to niepotrzebne, ale mimo to wypił bez protestu. 

— 

I  zaśnie  -  powiedział  Cadfael  do  dziewczyny,  gdy  wyszli  do  sąsiedniego 

pokoju. - Dopilnuj jednak, żeby w nocy był ciepło okryty, bo może mieć trochę gorączki, jeśli 

się przeziębił. Postaram się o zgodę na przyjazdy tu przez parę dni, dopóki się nie upewnię, że 

wszystko w porządku. Gdyby ci się naprzykrzał, znoś cierpliwie, bo to oznaka, że nic złego 

background image

 

się nie dzieje. 

Roześmiała się cicho, spokojna. 

— 

Och, on jest dla mnie słodki jak miód. Warczy, ale nigdy nie kąsa. Wiem, jak 

sobie z nim radzić. 

Kiedy otworzyła drzwi domu, zaczynało już zmierzchać. Niebo nad nimi było jeszcze 

złociste tą wilgotną, tajemniczą poświatą sączącą światło między ciemnymi gałęziami drzew 

otaczających ogród. Tam zaś, w trawie przy bramie, siedział nieruchomo Hiacynt, czekając z 

nieskończoną  cierpliwością  drzewa,  o  które  opierał  się  swymi  prostymi,  prężnymi  plecami. 

Nawet  ta  jego  nieruchomość  nasuwała  myśl  o  dzikim  zwierzęciu  w  zasadzce.  Albo  też,  jak 

pomyślał Cadfael,  o jakimś tropionym  dzikim  zwierzęciu,  które ufa, że milczenie i  bezruch 

uczynią je niewidzialnym dla łowcy. 

Kiedy  tylko  zobaczył  otwarte  drzwi,  podniósł  się  jednym  płynnym  ruchem,  chociaż 

nie wszedł za o - grodzenie. 

Zmierzch  czy  nie  zmierzch,  Cadfael  dostrzegł  spojrzenie,  które  połączyło  młodego 

człowieka i dziewczynę. Twarz Hiacynta była nieruchoma i niemal jak z brązu, ale gasnące 

światło pochwyciło bursztynowy blask jego oczu, dziki i skryty niczym u kota, ale też nagłe 

pociemnienie w ich głębi, znajdujące odbicie w rumieńcu i rozjaśnieniu zaskoczonej twarzy 

Anety.  Nie  było  to  wielką  niespodzianką.  Dziewczyna  była  ładna,  a  chłopiec  niewątpliwie 

pociągający, tym bardziej że oddał bezcenną przysługę jej ojcu. Było naturalne i ludzkie, że ta 

okoliczność zbliżała ojca i córkę do niego, nie mniej niż jego do nich. Nic nie jest milsze i 

bardziej  ujmujące  od  poczucia  wzajemnie  wyświadczonych  dobrodziejstw.  Nawet 

wdzięczność za nie. 

— 

Pojadę  już  zatem  -  rzucił  Cadfael  w  powietrze  i  dosiadł  konia  cicho,  by  nie 

przełamać  czaru,  który  ich  unieruchomił.  Spod  osłony  drzew  obejrzał  się  jednak;  zobaczył 

młodych stojących tak, jak ich zostawił, i usłyszał głos chłopca wyraźny i poważny w ciszy 

zmierzchu. 

— 

Muszę z tobą pomówić! 

Aneta nic nie odrzekła, ale bezdźwięcznie zamknęła za sobą drzwi domu i poszła na 

spotkanie z nim przy bramie. A Cadfael jechał z powrotem przez las, zdając sobie sprawę, że 

się  uśmiecha,  chociaż  po  trzeźwym  zastanowieniu  się  nie  byłby  pewien,  czy  są  powody  do 

uśmiechu z tego nieprawdopodobnego spotkania. Bo jakiż był wspólny grunt dla połączenia 

się  tych  dwojga  dłużej  niż  na  chwilę:  córki  leśniczego  opactwa,  dobrej  partii  dla  każdego 

obiecującego młodego człowieka w tej części hrabstwa, i ubogiego, oderwanego od korzeni 

przybysza, zależnego od życzliwego patrona, bez ziemi, bez zawodu i bez krewnych? 

background image

 

Cadfael  zaprowadził  konia  do  stajni  przed  pójściem  do  oparta  Radulfusa,  by  mu 

powiedzieć, jak się mają sprawy w lesie Eyton. Było tam trochę poruszenia, bo przybyli nowi 

goście  i  trzeba  było  zatroszczyć  się  o  ich  wierzchowce.  Ostatnio  niewiele  działo  się  w 

hrabstwie.  Letnie  interesy,  kiedy  kupcy  i  handlarze  byli  w  ciągłym  ruchu,  przygasały  w 

jesiennej  ciszy.  Później,  wraz  ze  zbliżaniem  się  świąt  Bożego  Narodzenia,  dom  gościnny 

znów będzie pełen podróżnych śpieszących do domu i krewnych odwiedzających bliskich, ale 

na  tym  pośrednim  etapie  było  dość  czasu,  żeby  dostrzegać  przybywających  i  zaspokajać 

ludzką  ciekawość  odczuwaną  przez  tych,  którzy  ślubowali  stabilność,  wobec  tych,  którzy 

odpływali i przypływali wraz z przypływami i porami roku. 

I oto,  wynurzając się ze stajni i przecinając podwórze długim, agresywnym krokiem 

człowieka  pewnego  siebie  i  wybuchowego,  szedł  ktoś  niewątpliwie  wiele  znaczący  we 

własnej  domenie,  bogato  odziany  i  wytwornie  obuty.  Minął  Cadfaela  przy  strażnicy,  mąż 

wielki, krzepki,  rozpychający się łokciami.  Jego twarz rozjaśniła się nagle, gdy  przechodził 

obok zatkniętej w bramie pochodni, a potem równie nagle pociemniała. Była to twarz solidna, 

pełna ciała, a jednak twarda, umięśniona niczym ramię zapaśnika, przystojna w jakiś brutalny 

sposób,  twarz  człowieka,  który  zawsze  jest  skory  do  gniewu,  choćby  się  teraz  nie  gniewał. 

Był gładko ogolony, co podkreślało siłę jego rysów, a patrzące władczo przed siebie oczy, z 

powodu masy całego ciała, wydawały się nieproporcjonalnie małe, chociaż w rzeczywistości 

takie nie były. Sądząc z wyglądu, nie był to człowiek, którego można pominąć. Mógł mieć o 

parę  lat  mniej  lub  więcej  niż  pięćdziesiąt,  ale  czas  z  pewnością  nie  zmiękczył  tego,  co  od 

początku było granitem. 

Jego  koń  stał  na  podwórku  stajni  przed  otwartą  przegrodą,  parując  lekko,  jakby 

dopiero zdjęto mu czaprak, a koniuszy wycierał go, poświstując cicho przy pracy. Pracujący 

był niski, siwiejący, na sobie miał brunatny, wyblakły samodział i wytarty, skórzany kubrak. 

Spojrzeniem  z  ukosa  obrzucił  Cadfaela  i  skinął  mu  głową  w  milczącym  pozdrowieniu,  tak 

nawykły do czujności wobec wszystkich, że nawet braciszek zakonny był raczej unikany niż 

serdecznie witany. 

Cadfael  powiedział  mu  wesoło  „dobry  wieczór”  i  zabrał  się  do  rozsiodłania  swego 

konia. 

— 

Z daleka jedziecie? Czy to twego pana spotkałem przy bramie? 

— 

Tak,  to  był  on  -  odpowiedział  tamten,  nie  podnosząc  wzroku  i  oszczędzając 

słowa. 

— 

Nie znam go. Skąd jesteście? Goście o tej porze roku to rzadkość. 

— 

Z  Bosiet.  To  dwór  z  tamtej  strony  Northamp  -  ton,  o  parę  mil  od  miasta  na 

background image

 

południe i wschód. On się nazywa Bosiet - Drogo Bosiet. Ma ten dwór i kawał ziemi dookoła. 

— 

Jest całkiem daleko od domu - stwierdził z zainteresowaniem Cadfael. - Dokąd 

zmierza? Bardzo niewielu mamy tu podróżnych z waszego hrabstwa. 

Koniuszy wyprostował się, by rzucić spode łba przeciągłe spojrzenie na dociekliwego 

braciszka  i  najwyraźniej  uznał  go  za  nieszkodliwego.  Nie  uczyniło  go  to  jednak  mniej 

ponurym ani bardziej wymownym. 

— 

Jest na łowach - powiedział z gorzkim u - śmiechem. 

— 

Ale nie na jelenia - zaryzykował Cadfael, zaskoczony goryczą tego uśmiechu. - 

Ani chyba nie na króliki. 

— 

Słusznie. Ściga człowieka. 

— 

Zbiega? - Cadfaelowi trudno było w to uwierzyć. - Tak daleko od domu? Czy 

zbiegły poddany wart jest czasu i pieniędzy? 

— 

Ten  jest  wart.  Jest  biegły  w  swoim  fachu,  ale  to  nie  wszystko.  -  Koniuszy 

porzucił podejrzliwość. - Pan ma z nim na pieńku. Mówiło się, że tamten uciekł na północny 

zachód, więc on przeczesuje każdą wieś i miasto po drodze. Mnie ciągnie jedną drogą, a jego 

syn z drugim koniuszym jedzie inną i nie zatrzymają się wcześniej niż na walijskiej granicy. 

Co  do  mnie,  gdyby  ten  ścigany  chłopak  wpadł  mi  w  oko,  byłbym  ślepy  i  głuchy.  Nie 

wydałbym  panu  zbiegłego  psa,  a  co  dopiero  człowieka  -  jego  oschły  głos  nabierał  żaru  w 

miarę mówienia i mężczyzna po raz pierwszy odwrócił się tak, że światło pochodni padło mu 

na twarz. Na policzku miał poczerniały siniec, a kącik ust rozdarty i obrzmiały, najwyraźniej 

zaogniony. 

— 

Jego znak? - spytał Cadfael, przyglądając się ranie. 

— 

Jego  pieczęć,  pewnie  że  tak,  a  zrobił  to  swoim  sygnetem.  Nie  byłem  dość 

szybki przy podawaniu mu strzemienia wczoraj rano. 

— 

Mogę  ci  to  opatrzyć,  jeśli  poczekasz,  aż  pójdę zdać  sprawę  memu  opatowi  - 

powiedział Cadfael. 

— 

Lepiej, żebym to zrobił, bo to źle wygląda. Przy okazji  - dodał cicho - jesteś 

dość  daleko  od  jego  kraju  i  całkiem  blisko  granicy,  żeby  samemu  uciekać,  gdybyś  się 

zdecydował. 

— 

Bracie  -  odrzekł  koniuszy  z  krótkim  i  szorstkim  śmiechem.  -  Mam  żonę  i 

dzieci w Bosiet, jestem uwiązany. A Brand jest młody, bez zobowiązań i lżejszy w nogach niż 

ja. Lepiej wprowadzę konia i zaczekam tu na mego pana, bo mi opieczętuje drugi policzek. 

— 

Wyjdź zatem przed dom gościnny, kiedy on zaśnie i będzie chrapał - doradził 

Cadfael, którego wołały obowiązki. - Wtedy oczyszczę ci ranę. 

background image

 

Opat Radulfus wysłuchał z troską, ale i z ulgą sprawozdania Cadfaela, obiecał wysłać 

o  pierwszym  brzasku  odpowiednią  liczbę  pomocników  do  usunięcia  wierzby,  oczyszczenia 

strumienia i brzegu ponad nim, skinął głową, zgadzając się, że długie przebywanie w wodzie 

może utrudnić powrót Eilmundo - wi do zdrowia, chociaż samo złamanie było proste i czyste. 

— 

Chciałbym odwiedzić go znowu jutro - powiedział Cadfael. - I upewnić się, że 

leży w łóżku, bo może się wywiązać gorączka, a ty go znasz, ojcze, nie wystarczą upomnienia 

córki, żeby go powstrzymać. Co innego, gdyby to były twoje rozkazy. Wymierzę mu kule, ale 

nie dam mu ich do ręki, zanim się nie upewnię, że może wstać. 

— 

Pozwalam ci chodzić tam i z powrotem wedle uznania tak długo, jak będzie on 

potrzebował twojej opieki - rzekł Radulfus. - Lepiej zatrzymaj tego konia na własny użytek. 

Na  piechotę  za  długo  by  trwało,  a  będziemy  cię  tu  potrzebować  przez  jakąś  część  dnia,  bo 

brat Winfryd jest w tej dziedzinie nowy. 

Cadfael uśmiechnął się, przypomniawszy sobie coś. 

— 

Temu młodzikowi Hiacyntowi nie zajęło to wiele czasu. Cztery razy przebiegł 

te mile, tam i z powrotem z misją od swego pana, i znowu tam i z powrotem dla Eilmunda. 

Mam nadzieję, że pustelnik nie weźmie za złe chłopcu, że go tak długo nie było. 

Cadfael liczył się z tym, że koniuszy z Bosiet może za bardzo bać się swego pana, by 

zaryzykować  wyjście  w  nocy,  nawet  gdyby  jego  pan  spał.  Tamten  przyszedł  jednak, 

wymykając  się  chyłkiem,  gdy  tylko  bracia  wyszli  na  kompletę.  Cadfael  przeprowadził  go 

przez  ogrody  do  pracowni  w  herbarium  i  zapalił  lampę,  żeby  obejrzeć  skaleczenie  na  jego 

twarzy. 

Ogień  w  małym  piecyku  tlił  się  przez  całą  noc,  ale  nie  wygasł.  Najwidoczniej  brat 

Winfryd  zadbał  o  jego  podtrzymanie,  na  wypadek  gdyby  był  potrzebny.  Uczył  się  stale  i  o 

dziwo lekkość dotyku, której zabrakło mu przy piórze czy pędzlu, zaczęła się rozwijać, kiedy 

przyszło do ziół i lekarstw. Cadfael odsłonił żar, rozdmuchał płomień i zagrzał na nim wodę. 

— 

Twój pan ma zdrowy sen, czyż nie? Chyba się nie obudzi? A nawet gdyby, nie 

będzie cię potrzebował o tej porze. Zrobię to tak szybko, jak się da. 

Koniuszy siedział spokojnie, posłusznie obracając twarz do światła lampy. Siniec na 

policzku zmieniał na krawędzi barwę z sinej na żółtawą, a z rozdarcia przy kąciku ust sączyła 

się krew i ropa. Cadfael zmył zaschnięte wysięki i przemył rozcięcie wywarem z bukwicy i 

rannika. 

— 

Twój pan nie żałuje pięści - orzekł ze smutkiem. - Widzę tu dwa uderzenia. 

— 

Rzadko poprzestaje na jednym  - przyznał  ponuro koniuszy.  - Ma to  we  krwi. 

Są gorsi od niego, niech Bóg ma w opiece ich sługi. Jego syn to jeszcze jeden urobiony na ten 

background image

 

sam wzór. Czego innego można się spodziewać, kiedy ktoś żyje tak od urodzenia? Za dzień 

czy dwa dołączy tu do nas, a jeśli do tego czasu nie dostanie Branda w ręce - Boże uchowaj! - 

polowanie będzie trwało. 

— 

To  dobrze,  przynajmniej  jeśli  zostaniesz  tu  dzień  czy  dwa,  będę  mógł 

wyleczyć ci to rozcięcie. Jak się nazywasz, przyjacielu? 

— 

Warin. Twoje imię znam, bracie od szpitalni - ka. Spokojne i dobre. 

— 

Myślałbym, że twój pan powinien najpierw pójść do szeryfa, jeśli ma powody 

do skargi na swojego uciekiniera. Cechmistrze z miasta będą trzymać usta na kłódkę, nawet 

jeśli  coś  wiedzą,  bo  miasto  zyska  na  przyjęciu  dobrego  rzemieślnika.  Ale  oficerowie 

królewscy są zobowiązani, chcą czy nie, pomagać w odzyskaniu własności. 

— 

Przybyliśmy  za  późno,  jak  widziałeś,  żeby  zrobić  coś  w  tym  rodzaju  przed 

ranem.  On  wie  aż  za  dobrze,  że  Shrewsbury  ma  prawa  miejskie  i  może  go  pozbawić  jego 

ofiary, jeżeli chłopak zaszedł aż tam. I zamierza pójść do szeryfa. Ale skoro tu się zatrzymał i 

skoro uważa, że kościół tak samo jak prawo powinien pomóc mu odzyskać, co jego, poprosi o 

wysłuchanie go na jutrzejszej kapitule, a potem uda się do miasta poszukać szeryfa. I zajrzy 

pod każdy kamień, żeby dostać Branda. 

Cadfael  pomyślał,  chociaż  tego  nie  powiedział,  że  można  by  tymczasem  uprzedzić 

Hugona, żeby utrudnić poszukiwania. 

— 

Co ten człowiek zrobił, że twój pan jest na niego taki cięty? - spytał. 

— 

Ach,  chłopak  zawsze  się  ocierał  o  kłopoty,  bo  był  hardy  i  wstawiał  się  za 

innymi, a to już w oczach Droga przestępstwo. Nie wiem dokładnie, co się stało tamtego dnia, 

ale  widziałem,  jak  rządcę,  który  przejął  styl  swego  pana,  wnoszono  do  dworu  na  jakiejś 

okiennicy, a potem leżał tam przez wiele dni. Najwidoczniej coś między nimi zaszło i Brand 

zwalił  go  z  nóg,  bo  potem  dowiedzieliśmy  się,  że  znikł i  że  polują  na  niego  na  wszystkich 

drogach z Northampton. Nie złapali go jednak i ścigają aż tu. Jeżeli Drogo dostanie go w ręce, 

obedrze ze skóry. Nie okaleczy, bo jest zbyt cenny, żeby go stracić, ale wybije chłopakowi z 

głowy  resztki  oporu,  a  potem  wyciśnie  zyski  z  jego  umiejętności  do  ostatniego  pensa  i  do 

końca życia, oczywiście dopilnuje, żeby nie miał nowej okazji do ucieczki. 

— 

Lepiej,  by  się  z  tego  wywinął  -  zgodził  się  Cadfael  z  ironią.  - Jeśli życzenia 

mogą mu pomóc, już je  ma. A teraz nie ruszaj  się. Już! Weź ze sobą tę  maść i  używaj  tak 

często jak zechcesz. Złagodzi ból i zmniejszy obrzęk. 

Warin obracał z zaciekawieniem słoiczek w dłoniach i dotykał palcem policzka. 

— 

Co w tym jest, że tak działa? 

— 

Dziurawiec  i  stokrotka,  oba  dobre  na  rany.  A  jeśli  jutro  nadarzy  się  okazja, 

background image

 

chcę cię widzieć znowu i usłyszeć, jak się czujesz. Trzymaj się z dala od pana! - powiedział 

Cadfael i odwrócił się, by uśpić znów swój piecyk nową warstwą torfu, aby tlił spokojnie i 

bezpiecznie do rana. 

Drogo  Bosiet  pojawił  się  zgodnie  z  zapowiedzią  nazajutrz  rano  w  kapitule,  wielki, 

głośny  i  autorytarny,  w  zgromadzeniu,  gdzie  ktoś  mądrzejszy  zdałby  sobie  sprawę,  że 

absolutnym autorytetem jest opat mimo spokojnego, miarkowanego głosu i surowej twarzy. 

„Tym  lepiej” -  myślał Cadfael,  przyglądając się  z ukosa i  z pewnym  niepokojem ze 

swej  ławy  na  boku.  -  Radulfus  będzie  wiedział,  jak  ocenić  tego  człowieka,  i  nie  wypuści 

niczego z rąk za wcześnie”. 

— 

Panie  mój,  Opacie  -  przemówił  Drogo,  krocząc  po  kamiennych  płytach 

posadzki  niczym  byk  przed  szarżą.  -  Jestem  tu  w  poszukiwaniu  złoczyńcy,  który  napadł  i 

zranił mojego rządcę, a potem uciekł z moich ziem. Wiadomo, że poszedł do Nor - thampton, 

mój dwór, do którego jest on przypisany, leży o kilka mil na południowy wschód od miasta, 

więc  pomyślałem,  że  mógłby  pójść  ku  walijskiej  granicy.  Polujemy  na  niego  przez  całą  tę 

drogę.  Z  Warwick  obrałem  drogę  na  Shrewsbury,  podczas  gdy  mój  syn  jedzie  dalej  do 

Staffordu  i  tu  do  mnie  dołączy.  Pytam  tylko,  czy  jakiś  mężczyzna  w  jego  wieku  przybył 

ostatnio w te strony. 

— 

Jak  rozumiem,  ten  człowiek  jest  twoim  poddanym  -  rzekł  opat  po  długiej  i 

pełnej  namysłu  przerwie,  nie  spuszczając  z  oczu  władczej  twarzy  i  aroganckiej  postawy 

gościa. 

— 

Jest nim. 

— 

Ty zaś wiesz - ciągnął uprzejmie Radulfus że skoro najwidoczniej nie zdołałeś go 

odzyskać w ciągu czterech dni, musisz zwrócić się do sądów, aby odzyskać władzę nad nim 

legalnie? 

— 

Panie mój - odrzekł Drogo z niecierpliwą pogardą. - Mogę to zrobić, jeżeli go 

nie znajdę. Ten człowiek jest mój i zamierzam go odzyskać. Sprawił mi kłopot, ale posiada 

cenny fach w ręku, a ja nie mam zamiaru dać się okradać z tego, co moje. Prawo zapewnia mi 

to  na  ziemiach,  gdzie  dokonano  występku.  -  Niewątpliwie  takie  prawo  przetrwało  w  jego 

hrabstwie i wystarczyło mu tam skinąć głową. 

— 

Gdybyś nam powiedział, jak wygląda twój zbieg, brat Dionizy może ci od razu 

powiedzieć, czy mamy takiego gościa w naszych salach - powiedział rozsądnie opat. 

— 

Używa imienia Brand. Ma dwadzieścia lat, ciemnowłosy, ale rudawy, szczupły 

i silny, bez zarostu... 

— 

Nie - powiedział bez wahania brat Dionizy, szpitalnik. - Nie mam tu żadnego 

background image

 

takiego  młodego  człowieka  ani  na  pewno  nie  miałem  od  pięciu  czy  sześciu  tygodni.  Jeśli 

znalazł  po  drodze  pracę  u  jakiegoś  handlarza  lub  kupca,  takiego,  co  to  przybywa  z  trzema 

albo czterema sługami, mógł tędy przechodzić. Ale samotny młody człowiek - nie. 

— 

Co  do  tego  -  oświadczył  opat  autorytatywnie,  ubiegając  odpowiedzi  innych, 

chociaż właściwie nikt poza przeorem Robertem nie ośmieliłby się zabrać głosu przed nim - 

mógłbyś udać się ze swym pytaniem do szeryfa w zamku, bo to raczej jego oficerowie niż my 

tutaj  w  enklawie  wiedzą  o  nowo  przybyłych  do  miasta.  Ściganie  przestępców  takich  jak 

opisałeś  jest  ich  sprawą  i  są  w  tym  bardzo  staranni.  Cechmistrze  z miasta  są  także  czujni  i 

zazdrośni  o  swoje  prawa,  istnieją  więc  powody,  dla  których  mają  otwarte  oczy  i  umysły. 

Zalecam ci zwrócenie się do nich. 

— 

Taki  powziąłem  zamiar,  panie  mój.  Miej  jednak  w  pamięci,  o  co  prosiłem  i 

jeśli ktoś tu przypomni sobie coś w tej sprawie, dajcie mi znać. 

— 

Ten dom zrobi wszystko, co na nim ciąży zgodnie z sumieniem - odrzekł opat 

z  chłodnym  naciskiem  i  patrzył  z  nieprzeniknioną  twarzą,  jak  Drogo  Bosiet  z  najkrótszym, 

pożegnalnym  skłonieniem  głowy  obraca  się  na  obutej  pięcie  i  wychodzi  z  kapituły.  Nie 

wyglądał  też  Radulfus  na  skłonnego  wygłosić  jakiś  komentarz  albo  podsunąć  jakieś 

rozstrzygnięcie,  kiedy  wnioskodawca  sobie  poszedł,  jakby  nie  czuł  potrzeby  dawania 

dalszych instrukcji poza tymi, których już udzielił. A Drogo i jego koniuszy, kiedy wyszli w 

jakiś  czas  później z  kapituły,  dosiedli  koni  i  wyjechali,  niewątpliwie  przez  most  do miasta, 

szukać na zamku Hugona Beringara. 

Brat  Cadfael  zamierzał  złożyć  krótką  wizytę  w  herbarium  i  swojej  pracowni,  żeby 

zobaczyć,  czy  wszystko  jest  w  porządku  i  wyznaczyć  bratu  Winfrydowi  jakąś 

najbezpieczniejszą i najodpowiedniejszą pracę do wykonania bez nadzoru, a potem wyjechać 

do  domku  Eilmunda,  ale  bieg  wypadków  temu  przeszkodził.  Jeden  ze  starszych, 

emerytowanych  braci  umierał  w  infirmerii,  a  brat  Edmund  potrzebując  towarzysza  do 

czuwania przy nim, kiedy już starzec wyszeptał ledwie słyszalne słowa ostatniej spowiedzi i 

otrzymał ostatnie namaszczenie, zwrócił się najpierw w zaufaniu do najbliższego przyjaciela i 

partnera  w  opiece  nad  chorymi.  Pełnili  razem  tę  posługę  wiele  razy  przez  czterdzieści  lat 

powołania  narzuconego  od  urodzenia  w  przypadku  Edmunda,  chociaż  chętnie  przyjętego 

później,  ale  wybranego  po  spędzeniu  połowy  życia  w  świecie  przez  Cadfaela.  Stali  po 

przeciwnych stronach jako oblatus i conversus, jednak rozumieli się nawzajem tak dobrze, że 

obywali się prawie bez słów. 

Umierający  starzec  nie  czuł  bólu  i  był  lekki  jak  piórko.  Kiedyś  miał  umysł  bystry  i 

żywy,  lecz  wszystko  to  z  wolna  ulatywało.  Płomień  tej  gasnącej  świecy  nie  migotał,  ale 

background image

 

zanikał  doskonale  nieruchomy  sekunda  po  sekundzie,  tak  tajemniczo,  że  obaj  przeoczyli 

moment,  gdy  uleciała  ostatnia  iskra;  dopiero  gdy  tamten  odszedł,  zdali  sobie  sprawę  z 

wygładzania się śladów wieku na jego twarzy. 

— 

Tak  odchodzą  wszyscy  dobrzy  ludzie!  -  powiedział  Edmund  żarliwie.  -  To 

najbardziej błogosławiona śmierć, jaką w życiu widziałem! Oby Bóg mi udzielił tak łagodnej, 

kiedy nadejdzie mój czas! 

Razem  zajęli  się  zmarłym  i  razem  wyszli  na  wielki  dziedziniec,  żeby  zlecić 

przeniesienie ciała do kaplicy żałobnej. Tam zaś czekał na ich pomoc najmłodszy uczeń brata 

Pawła, który potknął się w pośpiechu na dziennych schodach i  stoczył  z połowy ich biegu, 

rozbijając sobie kolana na kamieniach dziedzińca. Trzeba go było umyć, założyć opatrunki i 

wyprawić  z  powrotem  do  zabawy  z  jabłkiem  jako  nagrodą  za  dzielne  zaprzeczanie,  że  jest 

ranny. Dopiero potem mógł Cadfael pójść do stajni i osiodłać przydzielonego sobie konia, a 

wtedy był już prawie czas na nieszpory.

Prowadził  konia  przez  dziedziniec  do  strażnicy  przy  bramie,  gdy  Drogo  Bosiet 

wjeżdżał  pod  łuk  bramy.  Jego  wytworność  nieco  przygasła  i  okryła  się  kurzem  po 

całodziennym  wysiłku  i  rozczarowaniu.  Koniuszy  Warin  jechał  o  kilka  kroków  za  nim, 

uważny  i  gotów  do  usługi  na  pierwszy  znak,  ale  pamiętający  o  usuwaniu  się  spod  ręki  i  z 

widoku. Najwyraźniej łowy nie dały wyniku, a myśliwi wracali z pustymi rękami, bo zbliżał 

się wieczór. Warin będzie musiał trzymać się dziś poza zasięgiem potężnej ręki. 

Cadfael  wyjechał  z  bramy  uspokojony  i  zadowolony;  ruszył  w  dobrym  tempie  do 

swego pacjenta w Eyton. 

 

 

 

background image

 

Rozdział piąty 

 

 

Ryszard spędził całe popołudnie z innymi chłopcami w głównych ogrodach opactwa 

nad  rzeką,  gdzie  właśnie  zbierano  ostatnie  gruszki.  Chłopcom  pozwalano  pomagać  i  w 

granicach  rozsądku  kosztować,  mimo  że  owoce  musiały  jeszcze  dojrzewać  po  zerwaniu. 

Ostatnie gruszki wisiały jednak tak długo na drzewach, iż nadawały się już dojedzenia. Był to 

dobry  dzień,  pełen  słońca,  swobody  i  nawet  pluskania  się  w  rzece  na  bezpiecznych 

płyciznach, więc chłopiec nie miał ochoty iść na koniec na nieszpory, a potem na kolację i do 

łóżka.  Zwlekał  na  końcu  procesji  posuwającej  się  krętą  ścieżką  nadrzeczną  i  po  zielonym, 

porośniętym  krzakami  stoku  na  Podgrodzie.  W  spokoju  późnego  popołudnia  unosiły  się 

chmury  komarów  tańczących  nad  wodą,  a  ryby  sięgały  do  nich  leniwie.  Pod  mostem  nurt 

wyglądał  na  nieruchomy,  ale  Ryszard  wiedział,  że  był  szybki  i  głęboki.  Dawniej  cumował 

tam pływający młyn napędzany siłą prądu. 

Dziewięcioletni  Edwin,  oddany  sprzymierzeniec,  zwlekał  wraz  z  nim,  choć  nieco 

niespokojnie rzucał przez ramię spojrzenia, by ocenić zwiększający się dystans między nimi a 

ogonem procesji. Pochwalono go po wypadku za stoicyzm i nie myślał tracić tego poczucia 

własnej  dzielności  przez  spóźnianie  się  na  nieszpory.  Niełatwo  mu  było  jednak  opuścić 

przyjaciela  od  serca.  Snuł  się  obok,  pocierając  obandażowane  kolano,  które  wciąż  jeszcze 

trochę dokuczało. 

— 

Ryszardzie, chodź, nie możemy marudzić. Popatrz, oni są prawie na gościńcu. 

— 

Możemy  ich  bez  trudu  dogonić  -  powiedział  Ryszard,  brodząc  po  kostki  w 

płytkiej wodzie. - Ale idź, jeśli chcesz. 

— 

Nie, nie bez ciebie. Ale  nie mogę biegać tak szybko jak ty, bo mam sztywne 

kolano. Chodźmy już, bo się spóźnimy. 

— 

Ja mogę tam być na długo przed biciem dzwonu, lecz zapomniałem, że ty nie 

możesz  biegać  tak  szybko  jak  zwykle.  Idź,  a  ja  cię  dogonię,  zanim  dojdziesz  do  strażnicy. 

Chcę tylko zobaczyć, czyja jest ta łódź płynąca w stronę mostu. 

Edwin  zawahał  się,  stawiając  swój  cenny  spokój  umysłu  przeciw  dezercji  i 

przynajmniej  raz  podjął  decyzję  zgodną  z  własnymi  pragnieniami.  Ostatni  czarny  habit  na 

końcu orszaku wspinał się właśnie na poziom gościńca, by zniknąć z widoku. Nikt nie oglądał 

się  na  maruderów,  żeby  ich  przywołać  albo  skarcić,  pozostawiono  ich  własnemu  sumieniu. 

Edwin  odwrócił  się  i  pobiegł  za  swymi  kolegami  najszybciej  jak  mógł  ze  swym  sztywnym 

background image

 

kolanem. Na szczycie stoku obejrzał się, Ryszard stał zanurzony po kostki w małej zatoczce, 

wprawnie puszczając kaczki po powierzchni wody kropkowanymi liniami srebrzystego pyłu. 

Edwin wybrał cnotę i opuścił go. 

Ryszard  nie  myślał  o  opuszczeniu  zajęć,  ale  ta  zabawa  wciągnęła  go,  bo  każdy 

następny  rzut  był  lepszy od poprzedniego, zaczął  więc wyszukiwać pod  brzegiem  gładsze i 

bardziej  płaskie  kamienie,  pragnąc  dosięgnąć  drugiego  brzegu.  A  wtedy  jeden  z  miejskich 

chłopców,  którzy  pływali  pod  wielkim,  zielonym  łukiem  murawy  wznoszącym  się  aż  po 

miejski mur, podjął wyzwanie i zaczął odpowiadać deszczem tańczących kamieni, pluskając 

się  nago  na  płyciznach.  Te  zawody  tak  wciągnęły  Ryszarda,  że  zapomniał  o  nieszporach  i 

dopiero odległy dźwięk dzwonu poderwał go do obowiązków. Upuścił swój kamień, ustąpił 

pola  rywalowi  i  wspiął  się  pośpiesznie  na  brzeg,  by  porwać  porzucone  buty  i  pomknąć 

niczym chart na Podgrodzie i do opactwa. Zrobił to za późno. W chwili gdy dotarł bez tchu do 

strażnicy  i  prześlizgnął  się  niespostrzeżenie  przez  furtkę,  u  -  słyszał  z  kościoła  śpiewanie 

pierwszego psalmu. 

Opuszczenie nabożeństwa było  niewielkim  grzechem,  ale mimo  wszystko nie  chciał 

go  dodawać  do  swego  rachunku  w  czasie,  gdy  miał  poważne  sprawy  rodzinne  poza 

klasztorem.  Na  szczęście  dzieci  rządców  i  świeckich  sług  opactwa  także  miały  zwyczaj 

chodzić  na  nieszpory,  co  tak  znakomicie  podnosiło  liczbę  uczniów,  że  jeden  mały  maruder 

mógł  zostać  nie  zauważony,  a  gdyby  wślizgnął  się  w  ich  szeregi,  kiedy  będą  opuszczali 

kościół,  uznano  by  może,  że  był  tam  przez  cały  czas.  Stosownie  do  tego,  wsunął  się  do 

klasztoru i usadowił w pierwszej wnęce południowego dojścia, skulony w kącie, skąd mógł 

widzieć południowe drzwi kościoła, którymi wyjdą po nabożeństwie bracia, goście i chłopcy. 

Gdy  już  przejdą  wierni  i  zakonnicy  z  prezbiterium,  nie  będzie  trudno  bez  zwracania  uwagi 

dołączyć do chłopców. 

I  oto  wreszcie  wyszli,  opat  Radulfus,  przeor  Robert  i  wszyscy  bracia,  przechodzący 

godnie obok i na zewnątrz, w drodze na wieczerzę, a za nimi mniej porządny tłumek młodych 

z  opactwa.  Ryszard  przemykał  wzdłuż  muru,  który  go  od  nich  oddzielał,  gotów  wyślizgnąć 

się i zmieszać z nimi, gdy będą przechodzili, kiedy nagle jakiś znajomy i surowy głos doleciał 

z drugiej strony muru, z łuku, pod którym musieli przejść chłopcy. 

— 

Cicho tam! Nie chcę słyszeć żadnej paplaniny zaraz po nabożeństwie! Czy tak 

was  uczono  wychodzić  ze  świętego  miejsca?  Do  szeregu,  dwójkami,  i  zachowujcie  się  jak 

należy. 

Ryszard zamarł z grzbietem wpartym w chłodny kamień muru i wycofał się skrycie w 

najciemniejszy  kąt  wnęki.  Co  też  nawiedziło  brata  Jeremiasza,  że  pozwolił  przejść 

background image

 

zakonnikom  z  prezbiterium,  a  sam  czekał,  by  straszyć  i  strofować  Bogu  ducha  winnych 

chłopców? Bo stał tam, nie ruszając się z miejsca i popędzając ich kolumnę, a Ryszard musiał 

przykucnąć  w  ukryciu  i  pozwolić,  by  jego  nadzieja  na  ucieczkę  znikła  wraz  z  nimi  w 

wieczornym  powietrzu  na  wielkim  dziedzińcu,  pozostawiając  go  w  pułapce.  Właśnie 

Jeremiasza  spośród  wszystkich  braci  wolałby  uniknąć,  gdyby  miał  być  przyłapany  i 

pouczany. A teraz chłopcy odeszli, kilku gości opactwa wychodziło nieśpiesznie z kościoła, a 

Jeremiasz wciąż czekał; Ryszard widział jego niezbyt wielki cień na płytach posadzki. 

I nagle okazało się, że czekał właśnie na jednego z gości, bo cień pochwycił i stopił 

się  z  innym,  masywniejszym  cieniem.  Ryszard  widział  już  tę  masę  przechodzącą  obok, 

wielkiego,  muskularnego  męża  o  twarzy  tak  solidnej  i  brunatnej  jak  mur  z  piaskowca, 

odzianego w bogatą szatę średniej szlachty, nie baronów i nawet nie ich głównych lenników, 

ale liczących się ludzi. 

— 

Czekałem na ciebie, panie, żeby ci coś powiedzieć - powiedział brat Jeremiasz 

z uszanowaniem, ale i poczuciem własnej ważności. - Myślałem o tym, co mówiłeś nam dziś 

rano na kapitule. Zechcesz usiąść ze mną na osobności na parę chwil? 

Młode serce Ryszarda zdawało  się wywracać wraz z nim, bo kulił  się na kamiennej 

ławie we wnęce tuż przy nich i bał się, że zaraz wejdą wprost na niego. Brat Jeremiasz wolał 

jednak  z  jakichś  powodów  nieco  się  oddalić,  jakby  nie  chciał,  żeby  ktoś  jeszcze  będący  w 

kościele, być może kościelny, widział to spotkanie, bo pociągnął swego towarzysza głębiej, 

do trzeciej wnęki i tam z nim zasiadł. Ryszard mógł teraz, kiedy droga była wolna, wymknąć 

się  bez  trudu  za  róg  i  z  klasztoru,  ale  tego  nie  zrobił.  Z  czystej  ludzkiej  ciekawości  został, 

gdzie był, niemy i nieruchomy, prawie bez oddechu. Małe dzieci mają długie uszy. 

— 

Ten złoczyńca, o którym mówiłeś - zaczął Jeremiasz - który napadł na twojego 

rządcę i u - ciekł... powiedziałeś, że jak się nazywał? 

— 

Nazywa się Brand. Czyżbyś coś o nim słyszał? 

— 

Nie,  z  pewnością  nie  pod  tym  imieniem.  Wierzę  jednak  stanowczo,  że 

obowiązkiem  każdego  człowieka  jest  pomóc  ci  w  miarę  możności  w  odzyskaniu  twego 

poddanego  -  mówił  cnotliwym  tonem  Jeremiasz.  -  Tym  bardziej  jest  to  obowiązkiem 

kościoła,  który  zawsze  dba  o  prawo  i  sprawiedliwość,  a  potępia  przestępców  i  gwałcicieli 

prawa.  Mówiłeś,  że  tamten  jest  młody,  około  dwudziestki?  Bez  zarostu,  ciemnowłosy  i 

rudawy? 

— 

Właśnie tak. Wiesz o kimś takim? - spytał ostro Drogo. 

— 

To może nie być ten sam człowiek, jest jednak pewien młodzik odpowiadający 

temu opisowi, jedyny, o ile wiem, który przybył ostatnio w te strony. Warto o niego zapytać. 

background image

 

Przybył  tu  z  pielgrzymem,  świętym  mężem,  który  osiadł  w  pustelni  tylko  o  kilka  mil  stąd, 

przy dworze w Eaton.  On służy pustelnikowi. Jeśli to  naprawdę twój  hultaj,  musiał  oszukać 

tego poczciwca, który z dobroci  serca dał  mu  pracę i  schronienie. Jeśli tak, jedynie słuszne 

będzie otworzyć mu oczy na to, jakiego rodzaju sługę przygarnął. A jeśli okaże się, że to nie 

ten człowiek, nie stanie się żadna szkoda. Miałem jednak co do niego wątpliwości, kiedy tu 

przyszedł z posłaniem. Ma w sobie jakieś zuchwalstwo, które kłóci się ze służbą u świętego. 

Ryszard  kulił  się  bez  ruchu,  obejmując  kolana  rękami  i  nastawiając  uszu  na  każde 

wypowiedziane słowo. 

— 

Gdzie znajdę tę pustelnię? - dopytywał Drogo z niecierpliwością łowcy ludzi w 

głosie. - I jak ten chłop sam siebie zwie? 

— 

Używa imienia Hiacynt. Pustelnik zwie się Cuthred i każdy we Wroxeter albo 

w Eaton pokaże ci, gdzie on mieszka. - I Jeremiasz wdał się chętnie w dokładne tłumaczenie 

drogi,  co  go  tak  uszczęśliwiło,  że  nie  dosłyszałby  żadnych  dźwięków  z  sąsiedniego 

pomieszczenia,  gdyby  jakieś  były.  Ale  małe,  bose  stopy  Ryszarda  nie  wydały  żadnych 

odgłosów,  gdy  wymykał  się  pośpiesznie  pod  sklepione  przejście  i  biegł  po  dziedzińcu  do 

stajni, wciąż niosąc w ręku swe buty. Jego twarde, małe pięty niczym kamyki stukały o bruk 

podwórza  stajni.  Nie  dbał  już,  że  go  usłyszą  teraz,  kiedy  wydostał  się  z  wąskiej, 

mroczniejącej  wnęki,  w  której  rozbrzmiewały  echa  głosów,  jednego  obłudnego  i  drugiego 

wilczego,  knujących  porwanie  i  zniszczenie  Hiacynta,  który  był  młody,  pełen  życia  i 

zaliczony do przyjaciół. Ale go nie dostaną, jeśli Ryszard może temu zapobiec. Nieważne, jak 

dokładne  są  wskazówki  brata  Jeremiasza.  Ten  człowiek,  który  chce  odzyskać  swego 

poddanego i z pewnością nie życzy mu dobrze, będzie musiał znaleźć drogę i wybierać leśne 

ścieżki,  kiedy  do  nich  dotrze.  A  Ryszard  zna  każdy  szlak  i  może  jechać  najkrótszą  drogą  i 

szybko,  jeśli  tylko  zdoła  osiodłać  swego  kuca  i  wyprowadzić  go  cicho  za  strażnicę,  zanim 

nieprzyjaciel przyśle koniuszego, żeby osiodłał jego wielkiego konia. Bo sam tego nie będzie 

robił, skoro ma sługę. Myśl o lesie w porze zmierzchu nie przerażała Ryszarda, serce chłopca 

rwało się do przygody. 

Sprzyjało  mu  szczęście  albo  niebo,  bo  o  tej  godzinie  wszyscy  byli  na  wieczerzy  i 

nawet furtian w strażnicy zostawił bramę bez nadzoru na czas posiłku. Jeśli usłyszał kopyta i 

wyszedł zobaczyć, kim może być jeździec, spóźnił się, by ujrzeć, jak Ryszard wspina się na 

siodło i kłusem odjeżdża przez Podgrodzie ku Świętemu Idziemu. Chłopiec zapomniał nawet, 

że  był  głodny,  i  nie  martwił  się,  że  jedzie  bez  kolacji.  Był  zresztą  faworytem  brata  Piotra, 

kucharza  opata,  i  mógł  liczyć,  że  później  coś  od  niego  dostanie.  Co  do  tego,  że  jego 

nieobecność zostanie z pewnością zauważona w porze snu, jeśliby nie została zauważona przy 

background image

 

wieczerzy, nie było sensu się martwić. Liczyło się znalezienie Hiacynta i - jeżeli rzeczywiście 

był Brandem - ostrzeżenie go, by się ukrył najszybciej jak się da, bo na niego polują i depczą 

po piętach. A potem, co ma być, to będzie! 

Za Wroxeter skręcił w las, w szeroką przesiekę, którą Eilmund wyciął dla przewozu 

drewna i okorowanych pni z wyrębu w zagajniku. Prowadziła wprost do chaty leśnika, ale też 

zapewniała  najszybszy  dojazd  do  bocznej  ścieżki,  która  ciągnęła  się  dalej  do  pustelni, 

oczywistego miejsca poszukiwania Cuthredowego sługi. Las był tu głównie dębowy i to stary, 

poszycie  było  rzadkie  i  niskie,  a  gruba  warstwa  liści  z  wielu  jesieni  czyniła  jazdę  cichą. 

Ryszard  zwolnił  między  starymi  drzewami,  a  kuc  stąpał  z  wyraźną  przyjemnością  po 

miękkim podłożu. 

Gdyby nie cisza, chłopiec nie usłyszałby tych głosów, były bowiem ciche i skupione, 

jeden męski, drugi dziewczęcy. Słów nie można było rozpoznać, bo były przeznaczone tylko 

dla  nich.  Potem  zobaczył  ich  obok  ścieżki,  nieruchomych  przy  grubym  pniu  dębu.  Nie 

dotykali  się,  patrzyli  tylko  na  siebie,  a  to,  co  mieli  sobie  do  powiedzenia,  było 

najpoważniejsze  i  najważniejsze.  Okrzyk,  jaki  wydał  Ryszard  na  ich  widok,  poderwał  parę 

niczym spłoszone ptaki. 

— 

Hiacyncie! Hiacyncie! 

Przetoczył  się  po  grzbiecie  kuca,  raczej  spadł  z  niego,  niż  zsiadł,  i  pobiegł  im 

naprzeciw, gdy ruszyli ku niemu. 

— 

Hiacyncie, musisz się ukryć, musisz szybko uciekać. Ścigają cię  - jeśli Brand 

to ty. Jest taki ktoś, kto cię szuka i mówi, że tropi zbiegłego poddanego o imieniu Brand... 

Hiacynt chwycił go za ramiona i opadł na kolana, by mu spojrzeć w oczy. 

— 

Co to za jeden? Sługa? Czy on sam? Kiedy to było? 

— 

Po nieszporach. Słyszałem, jak rozmawiali. Brat Jeremiasz powiedział mu, że 

pewien  młodzik,  który  przybył  ostatnio  w  te  strony,  może  być  tym  poszukiwanym. 

Powiedział,  gdzie  cię  znaleźć,  a  on  jedzie  teraz  szukać  cię  w  pustelni.  To  jakiś  okropny 

człowiek,  wielki  i  głośno  mówiący.  Pobiegłem  po  mojego  kuca,  kiedy  tamci  jeszcze 

rozmawiali, i wyjechałem przed nim. Ale nie możesz wracać do Cu - threda, musisz uciekać i 

się ukryć. 

Hiacynt porwał chłopca w ramiona w krótkim serdecznym uścisku. 

— 

Prawdziwy  z  ciebie  i  dzielny  przyjaciel,  jakiego  każdy  by  chciał  mieć!  Nie 

martw  się  o  mnie,  bo  kiedy  już  mnie  ostrzegłeś,  nic  mi  się  nie  stanie!  To  ten  człowiek, 

oczywiście.  Drogo  Bosiet  ceni  mnie  aż  tak,  żeby  marnować  czas  i  pieniądze  na  tropienie 

mnie, ale nic mu z tego nie przyjdzie. 

background image

 

— 

Więc Brand to ty? Byłeś jego poddanym? 

— 

Kocham cię za nazwanie mnie byłym poddanym. Tak, dawno temu nadano mi 

tamto  imię.  Sam  wybrałem  imię  Hiacynta.  Zostańmy  przy  nim,  ty  i  ja.  A  teraz,  mój 

przyjacielu, musimy się rozdzielić, musisz szybko wracać do opactwa, zanim zrobi się ciemno 

i zaczną cię szukać. Odprowadzę cię na skraj lasu. 

— 

Nie!  -  oburzył  się  Ryszard.  -  Pojadę  sam,  nie  boję  się.  Ty  musisz  uciekać, 

teraz, zaraz! 

Dziewczyna  położyła  dłoń  na  ramieniu  Hiacynta.  Ryszard  widział  jej  oczy,  szeroko 

otwarte i jasne w nadciągającym zmierzchu, raczej rezolutne niż zatrwożone. 

— 

On zniknie, Ryszardzie! Znam miejsce, gdzie będzie bezpieczny. 

— 

Powinieneś spróbować dostać się do Walii - powiedział Ryszard z niepokojem 

i trochę z zazdrością, bo to był przyjaciel i on go ratował. Miał niemal za złe Hiacyntowi, że 

zawdzięcza po części swoje ocalenie komuś innemu, i do tego kobiecie. 

Hiacynt i Aneta popatrzyli krótko na siebie i uśmiechnęli się, a ten uśmiech rozjaśnił 

las. 

— 

Nie,  nie  tam  -  odrzekł  łagodnie  Hiacynt.  -  Jeśli  muszę  uciekać,  nie  ucieknę 

daleko. Ale nie bój się o mnie, będę całkiem bezpieczny. A teraz wsiadaj, panie mój, i wracaj 

tam, gdzie ty będziesz bezpieczny, bo inaczej nie ruszę się ani na krok. 

To  go  ponagliło  i  ruszył  żwawo.  Raz  się  obejrzał,  żeby  im  pomachać,  i  ujrzał  ich 

stojących  tak,  jak  ich  zostawił,  patrzących  za  nim.  Po  raz  drugi  obejrzał  się,  zanim  tamto 

miejsce  skryło  się  między  drzewami,  ale  już  ich  nie  było,  znikli,  a  las  stał  milczący  i 

nieruchomy.  Ryszard  przypomniał  sobie  o  swoich  problemach  i  ruszył  kłusem  w  drogę 

powrotną. 

Drogo  Bosiet  jechał  o  wczesnym  zmierzchu  drogami  wskazanymi  przez  brata 

Jeremiasza, wypytując mieszkańców Wroxeter o najlepszą drogę do celi pustelnika Cuthreda. 

Wyglądało  na to,  że świątobliwemu  mężowi oddaje się nieoficjalnie  cześć niczym  dawnym 

celtyckim eremitom, bo niejeden z pytanych mówił o nim jako o świętym Cuthredzie. 

Drogo  wjechał  w  las  blisko  miejsca,  gdzie  -  jak  go  pouczył  jakiś  pasterz  -  ziemie 

dworu Eaton obejmowały las Eyton. Wąska przesieka doprowadziła go po przejechaniu mili 

do  płaskiej  polanki  otoczonej  gęstym  lasem.  Kamienna  chata  w  środku  była  solidnie 

zbudowana,  ale  mała,  z  niskim  dachem  i  nosiła  ślady  niedawnej  naprawy  po  wieloletnim 

zaniedbaniu.  Kwadratowy  ogródek  wokół  niej  otoczony  był  niskim  płotem  i  częściowo 

uprawiany. Drogo zsiadłszy z konia na skraju polany, zbliżył się do ogrodzenia, prowadząc 

konia za uzdę. Wieczorna cisza była tak głęboka, jakby na mile wokół tego miejsca nie było 

background image

 

żywego ducha. 

Drzwi  chaty  stały  jednak  otworem,  a  z  głębi  dolatywał  stały  blask  światła.  Drogo 

uwiązał konia, wkroczył do ogrodu, podszedł do drzwi i nadal nie słysząc żadnego dźwięku, 

wszedł do środka. Izba była mała i mieściła niewiele więcej niż pryczę przy ścianie, stolik i 

ławę. Światło płonęło w drugiej izbie, a przez wejście pozbawione drzwi zobaczył, że była to 

kaplica. Lampa stała na kamiennym ołtarzu przed małym srebrnym krzyżem ustawionym na 

drewnianej, rzeźbionej szkatule relikwiarza. Na ołtarzu przed krzyżem leżał zgrabny brewiarz 

w złoconej oprawie. Dwa srebrne świeczniki, zapewne dar patronki pustelnika, stały po obu 

stronach krzyża. 

Przed  ołtarzem  klęczał  bez  ruchu  wysoki  mąż  w  czarnym  habicie  z  podniesionym 

kapturem kryjącym mu głowę. Na tle światła ta ciemna postać wyglądała imponująco, prosta 

jak  włócznia,  z  głową  nie  opuszczoną,  ale  podniesioną,  prawdziwy  obraz  świętości.  Nawet 

Drogo  powstrzymał  swój  język  na  chwilę,  lecz  nie  dłużej.  Jego  potrzeby  i  żądania  miały 

pierwszeństwo, a modły pustelnika mogły i musiały im ustąpić. Wieczór zamieniał się w noc i 

szkoda było czasu. 

— 

Tyś  jest  Cuthred?  -  zapytał  pewnym  siebie  tonem.  -  Powiedzieli  mi  w 

opactwie, jak cię znaleźć. 

Dostojna postać nie poruszała się, co najwyżej rozplotła niewidoczne dłonie. Odrzekła 

jednak miarkowanym i nieprzestraszonym głosem: 

— 

Tak, jestem Cuthred. Czego chcesz ode mnie? Wejdź i mów swobodnie. 

— 

Masz  chłopca  na  posyłki.  Gdzie  on  jest?  Chcę  go  zobaczyć.  Może  dałeś  się 

oszukać i przygarnąłeś hultaja, o którym nic nie wiesz. 

I  na  to  postać  w  habicie  odwróciła  się,  zakapturzona  głowa  uniosła  twarz  ku 

przybyszowi,  a  światło  z  lampy  na  ołtarzu  ukazało  szczupłą,  brodatą  twarz  z  osadzonymi 

głęboko  oczami,  długim,  prostym  arystokratycznym  nosem  i  grzywą  czarnych  włosów  pod 

kapturem. Drogo Bosiet i pustelnik z lasu Eyton utkwili w sobie wzrok. 

Brat  Cadfael,  bardzo  zadowolony  z  bardzo  niezadowolonego  pacjenta,  siedział  koło 

leżanki Eilmunda, wieczerzając przy chlebie, serze i jabłkach, bo tak jak Ryszard nie dostał 

swej zwykłej kolacji. Aneta zaś wróciła po zamknięciu kur i wydojeniu krowy, którą trzymała 

na  własny  użytek.  Była  tam  nieprzyzwoicie  długo,  co  jej  wypomniał  zrzędliwy  ojciec. 

Opuściły go już wszelkie ślady gorączki, cerę miał zdrową i czuł się nie najgorzej, ale do furii 

doprowadzała  go  własna  bezsilność.  Rwał  się  też  do  wyjścia  i  zajęcia  się  swoją  pracą,  nie 

wierząc, że chętni, ale niewyszkoleni zastępcy przysłani przez opata zadbają o las, jak należy. 

Już sama ta jego niecierpliwość świadczyła o powracaniu do zdrowia. Uszkodzona noga była 

background image

 

prosta i nie sprawiała wielkiego bólu. Cadfael był bardzo rad. 

Aneta weszła cicho i śmiała się ze zrzędzenia ojca, ani trochę się go nie bojąc. 

Zostawiłam  cię  w  najlepszym  towarzystwie  wiedziałam,  że  będzie  ci  lepiej  przez 

jakąś godzinę beze mnie, tak jak mnie przez godzinę bez ciebie, starego niedźwiedzia, jakim 

się stajesz! Czemu miałabym się śpieszyć z powrotem w taki piękny wieczór? Wiesz, że brat 

Cadfael bardzo się o ciebie troszczy, daj mi się nacieszyć łykiem powietrza. 

Sądząc jednak z jej wyglądu, cieszyła się wcześniej czymś silniej działającym niż łyk 

powietrza.  Była  promienna  i  ożywiona  jak  po  mocnym  winie.  Cadfael  zauważył,  że  z  jej 

włosów, zawsze gładko upiętych, kilka pasemek spadało na ramiona, jakby przechodziła pod 

zwisającymi  gałęziami,  o  które  zaczepiły  jej  warkocze,  a  policzki  miała  zaróżowione, 

odpowiednio  do  blasku  jej  oczu.  Przyniosła  na  trzewikach  kilka  opadłych  liści.  Prawda,  że 

obora stała wśród drzew na skraju polany, ale nie było tam dębów. 

— 

No  cóż,  wróciłaś,  nie  chciałem  go  zostawiać,  żeby  narzekał,  nie  mając 

słuchacza - rzekł Cadfael. 

— 

Czas  mi  wracać,  zanim  będzie  całkiem  ciemno.  Nie  daj  mu  wstawać  jeszcze 

przez  parę  dni,  dziewczyno,  a  ja  pozwolę  mu  wkrótce  chodzić  o  kulach,  jeśli  będzie 

posłuszny. Nie zaszkodziło mu leżenie w wodzie, Bogu dzięki. 

— 

Dzięki Hiacyntowi, chłopcu Cuthreda przypomniała Aneta. 

Rzuciła szybkie spojrzenie na ojca i miło jej było słyszeć odpowiedź. 

Najszczersza prawda! Był mi wtedy jak syn tego nie zapomnę. 

Czy  to  sobie  wyobraził, czy  też  policzki  Anety  zaróżowiły  się  jeszcze  bardziej? Jak 

syn dla kogoś, kto nie ma syna, tylko tę bystrą, pewną siebie, dyskretną i kochającą córkę? 

— 

Zachowaj  spokój  duszy,  a  będziesz  zdrów  jak  przedtem  -  doradził  Cadfael, 

wstając.  -  Warto  na  to  zaczekać.  I  nie  martw  się  o  zagajnik,  bo  Aneta  powie  ci,  że  zrobili 

dobrą  robotę,  oczyszczając  strumień  i  zmniejszając  nawis  brzegu.  Wytrzyma.  -  Zatknął 

zapiski za sznur i ruszył ku drzwiom. 

— 

Odprowadzę  cię  do  bramy  -  powiedziała  Aneta  i  wyszła  z  nim  w  głęboki 

zmierzch polany, gdzie jego koń spokojnie skubał trawę. 

— 

Dziewczyno  -  powiedział  Cadfael  z  nogą  w  strzemieniu.  -  Kwitniesz  dziś 

wieczorem niczym róża. 

Podnosiła właśnie w dłoniach zwisające pasma włosów i upinała je gładko z innymi. 

— 

Zdaje się, że trafiłam na ciernisty krzew - odrzekła. 

Cadfael pochylił się w siodle i ostrożnie zdjął z jej włosów suchy liść dębu. Podniosła 

wzrok, ujrzała, jak obraca liść, trzymając łodyżkę w palcach i cudownie się uśmiechnęła. Tak 

background image

 

ją zostawił, zaróżowioną i umocnioną, z pewnością gotową iść nieustraszenie przez wszystkie 

cierniste  krzewy  przy  ścieżce  miedzy  nią  a  tym,  czego  pragnęła.  Nie  była  jeszcze  gotowa 

zwierzać się nawet swemu ojcu, ale nie martwiło jej wcale, że Cadfael domyśli się, skąd wiatr 

wieje, i nie lękała się złego zakończenia. Co nie przeszkadzało, że inni mogli mieć powody, 

żeby się lękać zamiast niej. 

Cadfael  bez  pośpiechu  jechał  przez  ciemniejący  las.  Księżyc  już  wzeszedł  i  świecił 

jasno  tam,  gdzie  mógł  przeniknąć  gęstwinę  drzew.  Musiało  być  już  po  komplecie  i  bracia 

gotowali się do snu. Chłopcy powinni od dawna być w łóżkach. W pachnącym zielenią lesie 

czuło  się  chłód  i  rześkość,  przyjemnie  było  jechać  samotnie  i  mieć  czas  na  rozmyślania 

rzeczach  wiecznych,  które  nie  mieściły  się  w  dziennej  krzątaninie,  a  nawet  podczas 

nabożeństw i modlitw, do których wedle prawa należały. Było na nie więcej miejsca tu pod 

nocnym niebem, wciąż jeszcze słabo jaśniejącym na horyzoncie. Cadfael jechał zadowolony 

przez serce gęstwiny, a przed nim połyskiwały już otwarte pola. 

Z  zadumy  wyrwało  go  poruszenie  i  szelest  po  lewej,  pośród  drzew.  Coś  bladego 

posuwało  się  obok  niego,  usłyszał  podzwanianie  uzdy  i  wędzidła.  Jakiś  koń  bez  jeźdźca 

wędrujący luzem, ale osiodłany w uprzęży, bo metaliczne dźwięki zabrzmiały wyraźnie. Nie 

był  bez  jeźdźca,  kiedy  wyruszał  ze  stajni.  W  błyskach  księżycowego  światła  między 

gałęziami  blady  kształt  świecił  złudnie,  zbliżając  się  do  ścieżki.  Cadfael  widział  owego 

deresza już wcześniej, tego popołudnia na wielkim dziedzińcu opactwa. 

Zsiadł pośpiesznie z konia i zawołał, podchodząc, by ująć uzdę i pogładzić pstrokaty 

łeb. Siodło było na miejscu, ale troki utrzymujące za nim mały mantelzak zostały przecięte. A 

gdzie był jeździec? I dlaczego właściwie wyjechał jeszcze raz, po powrocie z pustymi rękami 

z całodziennych łowów? Czy ktoś 

dostarczył mu jakiejś wskazówki, by poderwać go znów do pogoni za ofiarą, nawet tak późno 

w nocy? 

Cadfael rozchylił krzaki i zszedł między nie ze ścieżki, tam, gdzie dostrzegł przedtem 

pierwszy ruch konia. Nic tu na pozór nie było naruszone, a splątane gałęzie nie wykazywały 

śladów gwałtownego przejścia. Cofnął się nieco, by wyjść znowu na ścieżkę, a tam na boku, 

pod krzakami, znalazł to, co obawiał się znaleźć, tak ukryte w długiej trawie, że poprzednio 

przejechał obok i niczego nie dostrzegł. 

Drogo  Bosiet  leżał  rozciągnięty  twarzą  w  dół,  zapadnięty  głęboko  w  wyrośnięte 

jesienne zielsko i nawet na ciemnym tle jego szaty Cadfael mógł rozpoznać, że ciemniejsza 

plama to krew wypływająca spod lewej łopatki, gdzie sztylet, którym go zabito, został wbity i 

wyciągnięty.

background image

 

Rozdział szósty 

 

O  tak  późnej  porze  niewielka  była  szansa  uzyskania  natychmiastowej  pomocy  z 

opactwa  lub  z  zamku  nie  było  możliwości  znalezienia  jakichś  śladów  w  ciemnym  lesie. 

Cadfael  mógł  tylko  uklęknąć  przy  niemym  ciele  i  szukać  pulsu  czy  nadsłuchiwać 

najsłabszego  choćby  śladu  oddechu.  Chociaż  jednak  ciało  Droga  było  ciepłe  i  podatne,  nie 

było w nim oddechu, a serce w jego wielkiej piersi, prawie na pewno przebite ciosem z tyłu, 

było  nieruchome  jak  kamień.  Był  martwy  od  niedawna,  ale  wypływ  krwi  tryskającej  po 

wyjęciu  ostrza  ustał,  a  krew  zaczynała  zasychać  od  brzegów  w  skorupę.  „Przed  ponad 

godziną  -  pomyślał  Cadfael.  -  A  sądząc  po  znakach,  może  i  dwie  godziny  temu”.  ten 

mantelzak odcięty i zabrany. Tutaj w lesie! Od kiedy to rozbójnicy podchodzą tak blisko? A 

może  jakiś  morderca  z  miasta  usłyszał,  że  Eilmund  jest  złożony  niemocą  i  postanowił 

spróbować szczęścia na przypadkowym, samotnym podróżnym? 

Zwłoka nie zaszkodzi Drogowi, a światło dnia może przynieść jakiś trop prowadzący 

do  mordercy.  Lepiej  będzie  zostawić  go  tak,  jak  leży,  zawiadomić  zamek,  gdzie  zawsze 

czuwa straż, i Hugona, żeby wyruszył o brzasku. O północy bracia wstaną na godzinki, wtedy 

ta  ponura  wieść  może  i  powinna  być  przekazana  opatowi  Radulfusowi. Zabity  był  gościem 

opactwa, oczekiwano przybycia jego syna, trzeba go więc zabrać do opactwa, żeby się nim 

zająć z należnym szacunkiem. 

Nie, niczego więcej nie można było zrobić dla Droga Bosieta, ale trzeba przynajmniej 

zabrać  jego  konia  do  stajni.  Cadfael  dosiadł  swego,  ujął  luźną  uzdę  i  koń  poszedł  z  nim 

posłusznie. Nie było pośpiechu. Miał czas do północy. Nawet  gdyby dotarł do swego łóżka 

przed  godzinkami,  nie  mógłby  zasnąć.  Lepiej  zatroszczyć  się  o  konie,  a  potem  czekać  na 

dzwon. 

Opat Radulfus przyszedł wcześniej ze swej kwatery do kościoła na godzinki i zastał 

Cadfaela  czekającego  na  niego  w  południowej  kruchcie.  Dzwon  w  dormitorium  dopiero  co 

zadzwonił.  Wystarczyło  kilka  chwil,  by  powiedzieć  bez  ogródek,  że  ktoś  nie  żyje  i  że  to 

dzieło rąk ludzkich, nie boskich. 

Radulfus znany był z tego, że nie tracił czasu na wykrzykniki i nie zrobił tego teraz na 

wieść, iż jego gościa spotkał niedozwolony przez prawo koniec w lesie opactwa. Z posępnym 

milczeniem  wysłuchał  wiadomości  o  wyrządzonym  złu,  a  także  przyjął  prawo  i  obowiązek 

ukarania, teraz jednako ciążący na Kościele jak na władzy świeckiej. Przyjął je z głębokim, 

zgodnym  skinieniem  głowy  i  ponurym  zaciśnięciem  wąskich  warg.  W  ciszy,  podczas  gdy 

background image

 

rozmyślał,  słychać  było  lekkie  kroki  obutych  w  sandały  braci  schodzących  po  nocnych 

schodach. 

— 

Zostawiłeś wiadomość Hugonowi Beringarowi? - spytał opat. 

— 

W jego domu i na zamku. 

— 

Nikt nie mógłby zrobić nic więcej, aż do brzasku. Trzeba go tu przynieść, bo 

przybędzie jego syn. Ale ty - ty będziesz potrzebny, możesz zaprowadzić wprost tam, gdzie 

leży.  Idź  teraz,  zwalniam  cię  z  nabożeństwa,  idź  i  odpocznij  trochę,  a  o  świcie  dołącz  do 

szeryfa. Powiedz mu, że wyślę potem grupę do przyniesienia ciała. 

W pierwszym niepewnym świetle chłodnego poranka nad ciałem Droga Bosieta stali 

Hugo Beringar, Cadfael, sierżant z garnizonu Hugona i dwaj zbrojni. Wszyscy byli milczący, 

z oczami utkwionymi w wielkiej plamie zaschniętej krwi, którą przesiąkł tył bogatego stroju 

do konnej jazdy. Trawa była ciężka od rosy i uginała się niczym po deszczu, a wilgoć zbierała 

się wielkimi perłami w puchu wełny ubrania zabitego i iskrzyła się gwiaździście w skarbcach 

pajęczyn na krzakach. 

— 

Skoro  wyciągnął  sztylet  z  rany,  najpewniej  zabrał  go  ze  sobą  -  powiedział 

Hugo. - Poszukajmy jednak, na wypadek gdyby się go pozbył. I mówisz, że troki mantelzaka 

były  przecięte?  Po  zabójstwie  potrzebował  do  tego  noża.  W  ciemności  szybciej  i  łatwiej 

przeciąć  je,  niż  rozpinać,  a  kimkolwiek  był,  nie  chciał  zwlekać.  Dziwne  jednak,  że  konny 

mógł  paść  ofiarą  takiego  ataku.  Na  byle  odgłos  wystarczyłoby  mu  uderzyć  ostrogami  i 

wyszedłby cało, z pewnością. 

— 

Myślę jednak, że on szedł pieszo i prowadził konia - odrzekł Cadfael, badając 

położenie ciała. 

— 

Był  obcy,  a  ścieżka  jest  tu  bardzo  wąska,  drzewa  tuż  przy  niej,  było  ciemno 

albo robiło się ciemno. Popatrz na liście, które przylgnęły do obcasów. Nie miał nawet czasu, 

by się odwrócić, jeden cios wystarczył. Nie wiem, gdzie był, ale wracał do swojej kwatery w 

domu gościnnym, kiedy go powalono. Bez walki i cicho. Koń się nie przestraszył, bo odszedł 

tylko o kilka kroków. 

— 

Co  przemawia  za  doświadczonym  zbójcą  i  złodziejem.  Ale  czy  ty  w  to 

wierzysz? Pod moją jurysdykcją i tak blisko zamku? 

— 

Nie.  Chociaż  jakiś  skryty  łajdak,  może  nawet  złodziej  z  miasta,  mógł 

zaryzykować  jeden  napad,  wiedząc,  że  Eilmund  jest  złożony  niemocą.  To  tylko  domysł  - 

zastrzegł  się  Cadfael,  kręcąc  głową.  -  Od  czasu  do  czasu  nawet  rzezimieszek  może  się 

pokusić  o  próbę  morderstwa,  jeśli  trafi  nocą  na  człowieka  zamożnego  i  samotnego.  A  z 

domysłów niewielki pożytek. 

background image

 

Grupa wysłana przez opata Radulfusa dla przeniesienia ciała do opactwa przeciskała 

się już ścieżką ze swymi noszami. Cadfael ukląkł w trawie, mocząc sobie habit do kolan w 

obfitej  rosie  i  ostrożnie  obrócił  twarzą  do  góry  sztywniejące  ciało.  Mocno  umięśnione 

policzki obwisły, a oczy, tak nieproporcjonalnie małe przy masywnej twarzy, były półotwarte. 

Po śmierci wyglądał starzej, mniej arogancko i brutalnie, śmiertelny jak inni ludzie, nieomal 

żałosny. Na dłoni ukrytej dotąd po ciałem miał ciężki, srebrny pierścień. 

— 

Coś, co złodziej przeoczył - powiedział Hugo, patrząc w dół z zaskoczeniem i 

żalem na tego człowieka tak kiedyś silnego, a teraz pozbawionego mocy. 

— 

I  kolejny  znak  pośpiechu.  Inaczej  zagrabiłby  całe  ubranie.  I  dowód,  że  ciało 

nie było ruszane. Leży jak upadł, twarzą ku Shrewsbury. Mówiłem, że wracał na kwaterę. 

— 

Podobno  spodziewacie  się  jego  syna,  nieprawdaż?  Chodź  -  rzekł  Hugo.  - 

Możemy  go  zostawić  twoim  ludziom,  a  moi  chłopcy  przeczeszą  las  dookoła,  na  wypadek 

gdyby był jakiś ślad albo szlak, chociaż ja w to wątpię. Wracajmy do opactwa i zobaczmy, co 

opat  wydobył  na  światło  dzienne  podczas  kapituły.  Bo  ktoś  musiał  podsunąć  mu  jakiś 

pomysł, skoro wyruszył znów i tak późno. 

Słońce  było  już  nad  krawędzią  świata,  ale  zamglone  i  blade,  gdy  dosiedli  koni  i 

zawrócili  na  wąskiej  dróżce.  Pajęczyny  na  krzakach  chwytały  pierwsze  promienie,  które 

przebiły  mgłę  i  rozbłysły  skrzeniem  się  diamentów.  Kiedy  wynurzyli  się  z  lasu  na  niżej 

położone pola, konie brodziły w płytkim, liliowym morzu. 

— 

Czy  wiesz  o  tym  Bosiecie  coś  więcej,  niż  on  sam  mi  o  sobie  powiedział?  - 

spytał Hugo. 

— 

Chyba raczej niewiele. To właściciel kilku dworów w hrabstwie Northampton. 

Niedawno temu jakiś jego poddany, zdaje się, że nie bez dobrego powodu, zwalił z nóg jego 

rządcę i posłał go na kilka dni do łoża boleści, a potem - bardzo rozsądnie - wziął nogi za pas, 

zanim wpadł w ręce Bosieta. Od tego czasu Bosiet i jego ludzie polowali na chłopaka. Musieli 

zmarnować wiele czasu, przeszukując resztę hrabstwa, bo dowiedzieli się tylko, że ruszył do 

Northampton,  a  potem  na  północny  zachód.  Zajechali  tak  daleko,  na  każdym  postoju 

rozjeżdżając się na boki. Musiał ich kosztować więcej, niż jest wart, chociaż mówią, że jest 

wart wiele. To o jego skórę im chodzi przede wszystkim i najwyraźniej bardziej ją sobie cenią 

niż jego umiejętności. Czuło się tu prawdziwą nienawiść - powiedział z uczuciem Cadfael. - 

Ojciec opat nie zamierzał mu pomagać w tego rodzaju zemście. 

— 

I złożył to na moje barki - zaśmiał się Hugo. 

— 

Ale nie można mu mieć tego za złe. Posłuchałem twego zdania i schodziłem 

mu  z drogi,  jak długo mogłem. W każdym  razie nie dałem mu  wsparcia. Co jeszcze o nim 

background image

 

wiesz? 

— 

Ma koniuszego o imieniu Warin, który z nim jeździ,  chociaż, jak się wydaje, 

nie  w  czasie  jego  ostatniego  wyjazdu.  Chyba  go  wysłał  w  innej  sprawie  i  kiedy  dostał 

wiadomość, nie chciał czekać, tylko  wyruszył  sam.  On jest  - był  - człowiekiem,  który lubił 

nadużywać pięści.  Bił swoje sługi  za byle przewinienie, a nieraz i  bez powodu. W każdym 

razie  Warinowi  pokaleczył  twarz  i  podobno  to  nic  niezwykłego.  Co  do  syna,  jest  według 

Warina podobny do ojca i trzeba go unikać. A przybędzie ze Staffordu lada dzień. 

— 

Żeby  się  dowiedzieć,  iż  musi  zawieźć  do  domu  trumnę  z  ciałem  ojca  - 

stwierdził Hugo ze smutkiem. 

— 

Żeby się dowiedzieć, że jest nowym panem na Bosiet - odrzekł Cadfael. - To 

druga strona medalu. Kto wie, którą stronę zobaczy. 

— 

Robisz  się  bardzo  cyniczny,  stary  przyjacielu  zauważył  Hugo  z  gorzkim 

uśmiechem. 

— 

Myślę  o  powodach,  dla  których  ludzie  mordują  -  przyznał  Cadfael.  - 

Zachłanność jest jednym z nich i może się zrodzić w synu czekającym niecierpliwie na swoje 

dziedzictwo. Nienawiść jest drugim, a maltretowany sługa może ją żywić i chętnie skorzystać 

z  okazji.  Są  jednak  jeszcze  inne  i  bez  wątpienia  dziwniejsze  powody,  jak  prosty  pociąg  do 

kradzieży,  a  także  skłonność  do  upewniania  się,  że  ofiara  niczego  nie  wygada.  Szkoda, 

Hugonie, wielka szkoda, że aż tyle jest przyśpieszania śmierci, skoro ona i tak musi dosięgnąć 

każdego w należnym mu czasie. 

Zanim  wydostali  się  na  gościniec  pod  Wroxeter,  słońce  było  już  wysoko,  a  mgła 

odsłaniała  jego  oblicze,  chociaż  pola  wciąż  pływały  w  perłowych  oparach.  Odtąd  poruszali 

się  drogą  do  Shrewsbury  z  dobrą  szybkością  i  w  bramę  przy  strażnicy  wjechali  po 

zakończeniu sumy, kiedy bracia rozchodzili się do swoich zajęć aż do południowego posiłku. 

— 

Opat pytał o was - powiedział furtian, wychodząc z kwatery.  - Jest w swojej 

rozmównicy z przeorem i prosi, żebyście tam zaszli. 

Zostawili  konie  koniuszym  i  od  razu  poszli  do  mieszkania  opata.  W  wykładanej 

drewnem  rozmównicy  opat  Radulfus  podniósł  wzrok  znad  stołu,  a  przeor  Robert, 

wyprostowany  i  surowy,  siedząc  na  ławie  przy  oknie,  spojrzał  w  dół  wzdłuż  swego  nosa  z 

wyraźną dezaprobatą i powściągliwością. Zawiłości prawa, morderstwa i obławy nie powinny 

wkraczać  w  domenę  życia  zakonnego,  on  zaś  ubolewał  nad  koniecznością  uznania  ich 

istnienia  i  potępiał  samo  zajmowanie  się  nimi,  kiedy  już  dokonały  wyłomu  w  murze.  Przy 

jego łokciu, pozostając w cieniu i nie rzucając się w oczy, garbiąc wąskie ramiona i zaciskając 

cienkie wargi, z bladymi dłońmi ukrytymi w rękawach, stał brat Jeremiasz, istny obraz cnoty 

background image

 

prześladowanej  i  niosącej  swój  krzyż  z  pokorą.  W  pokorze  Jeremiasza  zawsze  był  silny 

element samozadowolenia, tym razem jednak wyczuwało się także coś z postawy obronnej, 

jakby  ktoś  podawał  w  wątpliwość  słuszność  jego  postępowania,  choćby  tylko  przez 

implikacje. 

— 

Ach,  już  jesteście  z  powrotem!  -  rzekł  Radulfus.  -  Chyba  nie  przywieźliście 

ciała naszego gościa tak szybko? 

— 

Nie, ojcze, jeszcze nie, tamci idą za nami, ale na piechotę zajmie im to jeszcze 

trochę czasu. Ten człowiek został pchnięty nożem w plecy, zapewne gdy prowadził konia, bo 

ścieżka była wąska i zarośnięta. Wiesz już, że jego mantelzak odcięto i skradziono. Ze stanu 

ciała, kiedy je znalazł brat Cadfael, wynika, że musiało to być dokonane w porze komplety, 

może  nawet  nieco  wcześniej.  Nic  nie  wskazuje,  przez  kogo.  Sądząc  po  godzinie,  musiał 

wracać  tu,  do  waszego  domu  gościnnego.  Po  sposobie,  w  jaki  upadł,  także.  Ciało  nie  było 

ruszane, inaczej zabrano by mu pierścień, a wciąż go ma na palcu. Nie wiadomo jednak, co 

robił w tamtej okolicy. 

— 

W tej sprawie mamy chyba coś do powiedzenia - rzekł opat. - Tu obecny brat 

Jeremiasz powie wam to, co właśnie wyznał przeorowi Robertowi mnie. 

Jeremiasz był zwykle aż nazbyt skory do słuchania własnego głosu, czy to w kazaniu, 

czy  w  napominaniu  innych,  widać  było  jednak,  że  tym  razem  dobiera  słów  z  większą 

ostrożnością niż zwykle. 

— 

Ten człowiek był  gościem i godnym obywatelem  - powiedział. - Mówił nam 

na kapitule, że ściga gwałciciela prawa, który dokonał zamachu na jego rządcę i wyrządził mu 

wielką  krzywdę,  a  potem  uciekł  od  swego  pana.  Pomyślałem  wtedy,  że  jest  pewien  nowo 

przybyły ostatnio w te strony, który mógłby być tym poszukiwanym i uznałem za obowiązek 

każdego  z  nas  pomoc  prawu  i  sprawiedliwości.  Rozmawiałem  zatem  z  wielmożnym 

Bosietem. Objaśniłem mu, że ten młody człowiek, który służy u pustelnika Cuthreda i przybył 

tu przed paroma tygodniami, odpowiada opisowi zbiegłego poddanego Branda, chociaż sam 

siebie nazywa Hiacyntem. Jest w odpowiednim wieku i kolor włosów ma zgodny z opisem 

jego  pana.  I  nikt  tu  o  nim  nic  nie  wie.  Uznałem,  że  jedynie  słuszne  jest  powiedzieć  mu 

prawdę.  Gdyby  ten  młody  człowiek  okazał  się  nie  być  Brandem,  nie  stałaby  mu  się  żadna 

krzywda. 

— 

I  niechybnie  wytłumaczyłeś  mu,  jak  trafić  do  celi  pustelnika,  gdzie  mógł 

znaleźć tego młodego człowieka? - spytał opat obojętnym tonem. 

— 

W rzeczy samej, ojcze, to było moim obowiązkiem. 

— 

On zaś natychmiast tam wyjechał? 

background image

 

— 

Tak,  ojcze.  Wysłał  przedtem  swego  koniuszego  w  jakiejś  sprawie  do  miasta, 

wiec musiał sam osiodłać konia, ale nie chciał czekać, bo dzień już się kończył. 

— 

Rozmawiałem z tym koniuszym Warinem, kiedy dowiedzieliśmy się o śmierci 

jego  pana  -  powiedział  opat,  spoglądając  na  Hugona.  -  Został  wysłany,  żeby  wypytywać 

wszystkich  mistrzów  kaletników  w  Shrewsbury,  bo  zdaje  się,  że  ten  młody  człowiek  także 

jest  biegły  w  tym  rzemiośle.  Bosiet  myślał,  iż  będzie  szukał  zatrudnienia  w  mieście  wśród 

tych, którym byłby przydatny. Nie można nic zarzucić temu słudze, bo gdy wrócił, pana już 

dawno  nie  było.  Jego  misja  nie  mogła,  jak  się  zdaje,  poczekać  do  rana  -  głos  opata  był 

miarkowany  i  rozważny,  nie  zdradzający  aprobaty  ani  dezaprobaty.  -  To  chyba  rozstrzyga 

kwestię, gdzie on był. 

— 

I  dokąd  musimy  udać  się  za  nim  -  rzekł  Hugo  z  nagła  oświecony.  -  Jestem 

wdzięczny, ojcze, za wskazanie mi następnego kroku na tej drodze. Jeśli rzeczywiście mówił 

z Cuthredem, dowiemy się, co zaszło i czy dostał pożądaną odpowiedź, chociaż najwyraźniej 

wracał  sam.  Gdyby  prowadził  pojmanego  poddanego,  nie  zostawiłby  mu  sztyletu  ani 

swobodnych rąk. Za twoim pozwoleniem, ojcze, wezmę ze sobą brata Cadfaela jako

świadka. Nie chciałbym wprowadzać zbrojnych do pustelni. 

— 

Niech tak będzie - zgodził się chętnie opat. 

— 

Ten  nieszczęśnik  był  gościem  w  naszym  klasztorze  i  jesteśmy  mu  winni 

wszelkie  starania,  mogące  prowadzić  do  wskazania  mordercy.  I  wszelkie  należne  obrządki 

oraz posługi, które można jeszcze świadczyć jego ciału. Robercie, zechcesz dopilnować, żeby 

ciało  zostało  przyjęte  z  uszanowaniem,  kiedy  przybędzie?  A  ty,  bracie  Jeremiaszu,  możesz 

asystować. Twoja gorliwość w okazaniu mu pomocy nie powinna być zmarnowana. Należy ci 

się nocne czuwanie przy nim i modlitwy za jego duszę. 

„Będzie  więc  dziś  dwóch  leżało  obok  siebie  w  pogrzebowej  kaplicy  -  pomyślał 

Cadfael, kiedy wyszli razem z rozmównicy. - Starzec, który zakończył życie tak łagodnie jak 

gubiący płatki kwiat wielmoża zabrany znienacka w złości i nienawiści, bez ostrzeżenia i nie 

mający  czasu  na  pojednanie  z  człowiekiem  czy  Bogiem.  Dusza  Droga  Bosieta  będzie 

potrzebowała wszystkich modlitw, które zdoła otrzymać”. 

— 

Czy  nie  przyszło  ci  do  głowy  -  spytał  nagle  Hugo,  gdy  jechali  po  raz  drugi 

przez Podgrodzie - że brat Jeremiasz w swej gorliwości mógł pomóc Bosietowi rozstać się z 

tym światem? 

Jeśli nawet przyszło, Cadfael nie był jeszcze w nastroju do rozważenia tej kwestii. 

— 

Był w drodze powrotnej i z pustymi rękami, co dowodzi, że się rozczarował - 

mówił ostrożnie. 

background image

 

— 

Chłopiec nie jest jego zbiegłym poddanym. 

— 

Może też dowodzić, że jest i że dostrzegł nadciągającą groźbę w samą porę, by 

zniknąć. Co wtedy? Przebywa w tych lasach dość długo, żeby je poznać. A jeśli to jego ręka 

trzymała sztylet? 

Niezaprzeczalnie taka możliwość istniała. Któż miałby lepszy powód do wbicia noża 

w Droga Bosieta niż chłopak, którego pan zamierzał zaciągnąć z powrotem do swego dworu i 

najpierw srogo ukarać, a potem wykorzystywać aż do końca życia? 

Można  by  tak  powiedzieć  -  zgodził  się  Cadfael  posępnie.  -  Chyba  że  znajdziemy 

Cuthreda jego chłopca siedzących spokojnie w domu, zajmujących się swymi sprawami i nie 

wtrącających się do nikogo. Nic nie da zgadywanie, póki nie usłyszymy, co tam zaszło. 

Podjechali  do  wysuniętego  języka  ziemi  dworu  Eaton  tą  samą  ścieżką,  z  której 

korzystał Drogo. Zobaczyli polankę w gęstym lesie otwierającą się przed nimi nagle, tak jak 

on ją zobaczył, ale w pełnym świetle dnia, podczas gdy on przybył o zmierzchu. Przyćmione 

światło słoneczne sączące się przez gałęzie przemieniało posępną szarość kamiennej chaty w 

matowe  złoto.  Szeroko  rozstawione,  niskie  paliki  ogrodzenia  raczej  wyznaczały  granice 

ogrodu,  niż  stanowiły  zaporę  dla  ludzi  czy  zwierząt,  a  drzwi  chaty  stały  otworem,  widzieli 

więc przez nie wewnętrzną izbę, gdzie wieczna lampa na kamiennym  ołtarzu wydawała się 

drobną iskierką, prawie zdławioną przez światło wpadające z górnych okienek. Cela świętego 

Cuthreda stała widocznie otworem dla wszystkich przychodzących. 

Część ogrodu była wciąż nieuprawiana, chociaż trawa i zielsko zostały skoszone, tam 

właśnie  pustelnik  we  własnej  osobie  pracował  łopatą  i  motyką,  odrzucając  grudy  ziemi  z 

korzeniami i przewracając grunt pod spodem. Patrzyli na niego, podjeżdżając. Niewprawny, 

ale  zawzięty  i  uparty,  najwyraźniej  nienawykły  do  takich  narzędzi  ani  pochylania  się  nad 

robotą, która powinna przypaść Hiacyntowi. A tego nigdzie nie było widać. 

Pustelnik był wysokim mężem o długich nogach i długim ciele, szczupłym i prostym. 

Jego szorstki, czarny habit był podwinięty do kolan, a kaptur odrzucony na ramiona. Zobaczył 

zbliżających  się  i  wyprostował  się  z  motyką  w  ręku,  ukazując  silną,  szczupłą  twarz  o 

oliwkowej  cerze  i  głęboko  osadzonych  oczach,  obramowaną  gęstymi,  ciemnymi  włosami  i 

brodą. Spoglądał raz na jednego, raz na drugiego i przyjął ukłon Hugona pochyleniem głowy, 

nie opuszczając oczu. 

— 

Jeśli  macie  sprawę  do  pustelnika  Cuthreda,  ja  nim  jestem  -  odezwał  się 

głębokim,  czystym,  autorytatywnym  głosem.  A  do  Cadfaela  zwrócił  się  po  krótkim 

przyjrzeniu  się  jego  twarzy.  -  Chyba  widziałem  cię  w  Eaton  na  pogrzebie  wielmożnego 

Ryszarda. Należysz do braci ze Shrewsbury. 

background image

 

— 

Tak  jest  -  odrzekł  Cadfael.  -  Byłem  tam  w  eskorcie  chłopca.  A  to  jest  Hugo 

Beringar, szeryf tego hrabstwa. 

— 

Pan,  szeryfie,  czyni  mi  zaszczyt  -  powiedział  Cuthred.  -  Zechcecie  wejść  do 

mej celi? 

Rozwiązał postrzępiony sznur habitu, opuścił 

jego  dół  do  stóp  i  wprowadził  ich  do  wnętrza.  Gęsta  strzecha  jego  włosów  musnęła 

kamienne nadproże, gdy wchodził. Był o dobrą głowę wyższy od obu swoich gości. 

W  ciemnawej  izbie  mieszkalnej  było  jedno  wąskie  okno  wpuszczające  światło 

popołudnia  i  podmuch  wietrzyku,  który  wnosił  zapach  skoszonej  trawy  i  wilgotnych 

jesiennych liści. Przez wejście do kaplicy widzieli to, co wcześniej widział Drogo: kamienną 

płytę  ołtarza  z  rzeźbioną  szkatułą,  srebrny  krzyż  i  świeczniki,  otwarty  brewiarz  leżący  pod 

iskierką lampy. Pustelnik spojrzał w ślad za Hugonem na otwartą księgę i wchodząc, zamknął 

ją  z  szacunkiem,  a  potem  położył  z  czułą  troską,  zrównując  ją  dokładnie  z  wysuniętym 

skrajem relikwiarza. Piękny, złocony ornament i subtelne tłoczenie skórzanej oprawy zalśniły 

w słabym świetle lampy. 

— 

Czym  mogę służyć szeryfowi?  - spytał Cuthred  z twarzą wciąż zwróconą do 

ołtarza. 

— 

Muszę ci zadać kilka pytań w sprawie pewnego zamordowanego  - wyjaśnił z 

zastanowieniem Hugo. 

To  zmusiło  wyniosłego  pustelnika  do  odwrócenia  się  w  pośpiechu  ze  spojrzeniem 

zdumionym i przerażonym. 

— 

Zamordowanego?  Tu  i  teraz?  O  nikim  takim  nie  wiem.  Powiedz  wprost,  co 

masz na myśli, panie mój. 

— 

Wczoraj  wieczorem  niejaki  Drogo  Bosiet,  gość  opactwa,  wyjechał  cię 

odwiedzić  za  namową  jednego  braci.  Przybył  tu,  szukając  zbiegłego  poddanego,  młodego 

człowieka  około  dwudziestki,  a  jego  zamiarem  było  zobaczyć  twojego  chłopca  Hiacynta, 

który jest obcy i w odpowiednim wieku, aby przekonać się, czy jest on tym zbiegiem. Czy w 

ogóle do ciebie dotarł? Zanim dojechał tak daleko, musiał już być wieczór. 

— 

Ależ tak, przyjechał tu taki - odrzekł z miejsca Cuthred. - Chociaż nie pytałem 

go,  jak  się  nazywa.  Ale  co  to  ma  wspólnego  z  morderstwem?  Mówiłeś  o  jakimś 

zamordowanym. 

— 

Ten  właśnie  Drogo  Bosiet  w  drodze  powrotnej  do  miasta  i  opactwa  został 

zasztyletowany  i  porzucony  przy  drodze,  o  milę  stąd.  Brat  Cadfael  zeszłej  nocy  znalazł  go 

martwego, a jego konia błąkającego się po ciemku. 

background image

 

Głęboko osadzone oczy pustelnika błyskające czerwonawo w oczodołach przemykały 

z jednej twarzy na drugą z niedowierzaniem i pytaniem. 

— 

Trudno  uwierzyć,  że  mogą  tu  być  banici  i  zabójcy,  w  tych  porządnych, 

zasiedlonych stronach. Pod twoją jurysdykcją, panie mój, i tak blisko miasta. Czy jest tak, jak 

się wydaje, czy też kryje się za tym coś gorszego? Czy coś zrabowano? 

— 

Tak,  mantelzak,  cokolwiek  w  nim  było.  Ale  nie  zrabowano  pierścienia  ani 

szaty. Dokonano tego w pośpiechu. 

— 

Wyjęci  spod  prawa  obdarliby  go  do  naga  -  oświadczył  Cuthred  z 

przekonaniem. - Nie wierzę, że w tym lesie kryją się banici. To jakaś całkiem inna sprawa. 

— 

Kiedy  przybył  do  ciebie,  co  miał  do  powiedzenia?  -  spytał  Hugo.  -  I  co  się 

potem stało? 

— 

Przybył, kiedy odmawiałem nieszpory, tu w kaplicy. Wszedł i powiedział, że 

chce zobaczyć mego chłopca na posyłki i że może dałem się oszukać, przyjmując złoczyńcę 

do  służby.  Bo  on  szuka  zbiegłego  poddanego  i  powiedziano  mu,  że  jest  taki  jeden  w 

odpowiednim  wieku,  nowo  przybyły,  którego  nikt  nie  zna,  a  który  może  być  jego 

człowiekiem.  Powiedział  mi,  skąd  przybywa  i  w  jakim  kierunku  uciekał  zapewne  jego 

poddany. Zgadzało się to aż za dobrze z czasem i miejscem, gdzie spotkałem i zlitowałem się 

nad Hiacyntem, bym mógł być spokojny. Ale nie można było tego sprawdzić, bo chłopca tu 

nie było. Dobrą godzinę wcześniej posłałem go do Eaton. Nie wrócił. Nie wrócił nawet dziś. 

Teraz bardzo wątpię, czy kiedykolwiek wróci. 

— 

Wierzysz zatem, że to Brand - rzekł Hugo. 

— 

Nie  mogę  sądzić.  Widzę  jednak,  że  mógłby  nim  być.  A  kiedy  nie  wrócił  na 

noc, czułem, że tak musi być. Nie należy do moich obowiązków wydawanie kogokolwiek do 

ukarania, to sprawa Boga. Byłem rad, że nie mogłem powiedzieć ani tak, ani nie. I rad, że go 

nie było. 

— 

Gdyby jednak po prostu zwęszył, że go szukają, i zszedł z drogi, do tej pory 

wróciłby do ciebie zauważył Cadfael. - Człowiek, który go ścigał, odjechał z pustymi rękami, 

a  gdyby  groziła  następna  wizyta,  mógłby  znowu  zrobić  to  samo,  zakładając,  że  ty  go  nie 

wydasz. Gdzie mógłby być bardziej bezpieczny niż u świętego pustelnika? Ale jak dotąd nie 

wrócił. 

— 

Mówicie mi jednak teraz, że jego pan nie żyje powiedział Cuthred z powagą. - 

Jeśli  ten  człowiek  był  naprawdę  jego  panem.  Zamordowany!  Powiedzmy,  że  mój  sługa 

Hiacynt  dowiedział  się  o  przybyciu  Bosieta  i  zrobił  coś  więcej  niż  niestawienie  się  tutaj. 

Powiedzmy, że postanowił zaczekać w zasadzce i raz na zawsze położyć kres obławie! Nie, 

background image

 

teraz  chyba  nie  zobaczymy  już  więcej  Hiacynta.  Walia  nie  jest  daleko,  a  nawet  przybysz 

niespokrewniony z nikim może tam znaleźć służbę, jakkolwiek na twardych warunkach. Nie, 

on nie wróci. On już nie powróci. 

Myśli  Cadfaela  przebyły  w  tym  momencie  dziwną  drogę,  jakby  jakiś  zakątek  jego 

świadomości krył o jedną więcej zapamiętaną chwilę, bo nagle spostrzegł, że myśli o Anecie 

wchodzącej  do  domu  swego  ojca,  promiennej,  ożywionej  i  tajemniczej,  z  liściem  dębu  w 

rozwichrzonych  włosach.  Zarumienionej  i  zdyszanej  jak  po  biegu.  I  było  to  po  godzinie 

komplety,  w  czasie  gdy  Drogo  Bosiet  z  pewnością  leżał  już  martwy  o  ponad  milę  dalej  na 

szlaku  do  Shrewsbury.  Prawda,  Aneta  wyszła  obowiązkowo  zamknąć  kury  i  krowę  na  noc, 

ale  zajęło  jej  to  bardzo  wiele  czasu  i  wróciła  zarumieniona,  z  triumfującymi  oczami 

dziewczyny  wracającej  od  ukochanego.  A  czy  nie  skorzystała  z  okazji,  żeby  powiedzieć 

dobre słowo o Hiacyncie i posłuchać z przyjemnością, jak jej ojciec go chwali? 

— 

Jak  doszło  do  waszego  pierwszego  spotkania?  spytał  Hugo.  -  I  czemu  go 

przyjąłeś na służbę? 

— 

Wędrowałem  z  Bury  Saint  Edmunds,  odwiedzając  po  drodze  augustyńskich 

kanoników w 

Cambridge i stanąłem kwaterą na dwie noce w kluniackim klasztorze w Northampton. 

On  tam  tkwił  wśród  żebraków  przy  bramie.  Chociaż  to  młody  i  krzepki  chłopak,  był  też 

obdarty i zaniedbany, jakby bezdomny. Powiedział mi, że jego ojciec został wydziedziczony i 

nie żyje, a on nie ma krewnych ani zajęcia, ze współczucia ubrałem go i zabrałem jako swego 

sługę. Inaczej z pewnością posunąłby się do kradzieży i rozboju, żeby przeżyć. Był posłuszny, 

bystry i wdzięczny, jak sądziłem, chyba naprawdę taki był. Ale teraz wszystko to na nic. 

— 

Kiedy go tam spotkałeś? 

— 

Pod sam koniec września. Nie pamiętam, którego dokładnie dnia. 

Czas i miejsce pasowały aż za dobrze. 

— 

Widzę, że muszę przejąć obławę - stwierdził Hugo z kwaśną miną. - Najlepiej 

zrobię, wracając do Shrewsbury i zaraz spuszczając gończe psy. Bo czy ten chłopak jest, czy 

nie jest mordercą, nie mam wyboru. Muszę go znaleźć i zatrzymać.

 

 

background image

 

Rozdział siódmy 

 

 

Brat Jeremiasz zawsze twierdził, wyrażając to często i krzykliwie, że brat Paweł zbyt 

łagodnie  traktuje  swoich  młodych  podopiecznych,  zarówno  nowicjuszy,  jak  i  chłopców. 

Paweł zwykł nadzorować ich codzienne zajęcia, nie rzucając się w oczy, z wyjątkiem godzin 

lekcyjnych,  ale  zjawiał  się,  kiedy  tylko  był  potrzebny.  Takie  jednak  rutynowe  sprawy,  jak 

mycie  się,  należyte  zachowanie  przy  posiłkach,  układanie  się  do  snu  i  wstawanie  rano, 

pozostawiał  ich  sumieniu  i  zdrowym  nawykom  czystości  oraz  punktualności,  jakie  im 

wpojono.  Brat  Jeremiasz  był  przekonany,  że  chłopcy  poniżej  szesnastego  roku  życia  nie 

przestrzegają żadnych zasad, a ci, którzy osiągnęli ten wiek dojrzałości, mają w sobie więcej z 

diabłów niż z aniołów. On sam śledziłby i poprawiał każdy ich ruch, gdyby był przełożonym 

tych  chłopców,  i  stosowałby  znacznie  więcej  kar,  niż  brat  Paweł  byłby  w  stanie  sobie 

wyobrazić.  Z  przyjemnością  pewnie  by  powiedział,  że  zawsze  przepowiadał  klęskę  tak 

niedbałego zarządzania. 

Trzech uczniów i dziewięciu nowicjuszy w wieku od dziewięciu do siedemnastu lat to 

wystarczająca  liczba,  by  zadowolić  uważne  oko  przy  śniadaniu,  chyba  że  ktoś  ma  powody, 

żeby ich liczyć i odkryć, iż jednego brakuje. Zapewne Jeremiasz liczył ich przy każdej okazji, 

mając pewność, że prędzej czy później ujawnią się nieobecni. Brat Paweł nie liczył ich nigdy. 

A że był tego dnia potrzebny na kapitule i później, powierzył prowadzenie porannych lekcji 

najbardziej  odpowiedzialnemu  z  nowicjuszy,  którą  to  praktykę  Jeremiasz  również  potępiał 

jako  rujnującą  dyscyplinę.  W  kościele  ten  narybek  zajmował  tak  nie  rzucające  się  w  oczy 

miejsca, że brak jednego czy  dwóch byłby  nie do zauważenia. Dopiero zatem po południu, 

kiedy  Paweł  zebrał  znowu  swoją  trzódkę  w  sali  szkolnej  i  oddzielił  klasę  nowicjuszy  od 

młodszych chłopców, nieobecność Ryszarda w końcu wyszła na jaw. 

Nawet  wtedy  Paweł  nie  był  z  początku  zaskoczony  czy  niespokojny.  Chłopiec  po 

prostu gdzieś się wałęsał, stracił poczucie czasu i lada chwila przybiegnie. Czas jednak mijał, 

a Ryszard się nie zjawiał. Zapytani trzej pozostali chłopcy wiercili się niespokojnie, skupiając 

się, jakby szukali oparcia w ramionach kolegów, kręcili w milczeniu głowami i unikali oczu 

brata Pawła. Zwłaszcza najmłodszy miał nieszczęśliwą minę, ale nie powiedzieli niczego, co 

przekonałoby Pawła, że Ryszard rozmyślnie opuścił lekcje i że oni tego nie pochwalają, nie 

rzekli jednak nic, by go nie zdradzić. To, że powstrzymał się od grożenia surowymi karami, 

utwierdzało tylko brata Jeremiasza w jego dezaprobacie dla takiej postawy. 

background image

 

Jeremiasz  zachęcał  skarżypytów.  Paweł  czuł  skrytą  sympatię  dla  grzesznej 

solidarności,  która  skłaniała  chłopców  bardziej  do  ściągnięcia  kary  na  siebie  niż  wydania 

towarzysza.  Oznajmił  po  prostu  zdecydowanie,  że  Ryszard  zda  później  sprawę  ze  swego 

zachowania  i  poniesie  karę  za  głupotę,  a  potem  ciągnął  lekcję.  Zauważył  jednak  rosnące 

roztargnienie oraz skrępowanie swoich uczniów i pełne winy spojrzenia, jakie wymieniali nad 

tabliczkami.  Zanim  ich  odprawił,  wyczuł,  że  przynajmniej  najmłodszy  jest  na  skraju 

wyznania  tego,  co  wie,  a  jego  prawdziwa  rozterka  mówiła,  że  jest  w  tym  coś  więcej  niż 

zwykłe kapryśne opuszczenie zajęć. 

Paweł przywołał tego chłopca, kiedy wszyscy wychodzili, na wpół z ulgą, na wpół z 

lękiem. 

— 

Edwinie, zbliż się! 

Zrozumiałe było, że dwaj pozostali uciekli, pewni teraz, że niebo lada chwila zwali się 

im  na  głowy;  pragnęli  uniknąć  pierwszego  ciosu,  cokolwiek  przyjdzie  później.  Edwin 

zatrzymał  się,  odwrócił  i  powoli  wrócił  przez  salę  z  oczami  wbitymi  w  stopy,  którymi 

powłóczył  po  deskach  podłogi.  Stał  przed  bratem  Pawłem  i  drżał.  Na  kolanie  wciąż  miał 

opatrunek,  a  płótno  zsunęło  się  i  przekrzywiło.  Paweł  bez  zastanowienia  rozwinął  je  i 

zawiązał na nowo. 

— 

Edwinie, co wiesz o Ryszardzie? Gdzie on jest? 

Chłopiec wykrztusił z całkowitym przekonaniem: 

— 

Nie wiem! - I wybuchnął płaczem. Paweł przyciągnął go bliżej i pozwolił mu 

schować nos w swoim ramieniu. 

— 

Powiedz mi! Kiedy go ostatnio widziałeś? Kiedy odszedł? 

Edwin  szlochał  coś niewyraźnie w fałdy samodziału, dopóki  Paweł  nie odsunął  go i 

nie spojrzał w umorusaną i przygnębioną twarz. 

— 

Dobrze już! Powiedz wszystko, co wiesz. 

I popłynął potok słów, wśród gorączkowego pociągania nosem i chlipania. 

— 

To  było  wczoraj,  po  nieszporach.  Widziałem  go,  jak  bierze  swego  kuca  i 

wyjeżdża  na  Podgrodzie.  Myślałem,  że  wróci,  ale  nie  wrócił  i  byliśmy  przerażeni.  Nie 

chcieliśmy,  żeby  został  przyłapany,  bo  miałby  straszne  kłopoty.  Nie  chcieliśmy  też  nic 

mówić, bo myśleliśmy, że wróci i nikt nie musi wiedzieć... 

— 

I  ty  mi  mówisz,  że  nie  spał  dziś  w  nocy  w  swoim  łóżku?  -  po  raz  pierwszy 

groźnym głosem wykrzyknął przerażony Paweł. - Że nie ma go od wczoraj, a nikt nie pisnął 

słówkiem? 

Nowy  potok  łez  rozpaczy  wykrzywił  okrągłą,  rumianą  buzię  Edwina,  a  gwałtowne 

background image

 

potakiwanie potwierdziło słuszność oskarżenia. 

— 

I  wszyscy  o  tym  wiedzieliście?  Wszyscy  trzej?  Nie  pomyśleliście,  że  może 

gdzieś być ranny albo coś mu grozi? Czy z własnej woli nie wróciłby na noc? Ach, chłopcze, 

czemu  mi  nie  powiedziałeś?  Straciliśmy  tyle  czasu!  -  Ale  chłopiec  był  już  wystarczająco 

przestraszony i trzeba było raczej ukoić go, uspokoić i pocieszyć, choć było to niełatwe. 

— 

Powiedz mi teraz - widziałeś go na koniu? dopytywał Paweł. - Po nieszporach? Czy 

mówił, co zamierza? 

Edwin, bardzo przybity, zebrał myśli i wyjąkał resztę. 

— 

Spóźnił  się  na  nieszpory.  Byliśmy  w  Gaye,  nad  rzeką,  nie  chciał  wracać,  a 

kiedy pobiegł za nami, było za późno. Chyba czekał, aż będzie mógł się wślizgnąć, ale brat 

Jeremiasz stał tam i rozmawiał z tym człowiekiem, tym który... 

Zaczął znowu szlochać, przypominając sobie to, czego nie powinien był widzieć, ale 

oczywiście  widział,  ludzi  z  noszami  przy  strażnicy,  to  wielkie  nieruchome  ciało,  władcza, 

zasłonięta twarz. 

— 

Czekałem  przy  drzwiach  szkoły  -  wyszeptał  chłopiec  głosem  pełnym  łez.  -  I 

widziałem Ryszarda, jak biegł do stajni, potem wyszedł ze swoim kucem, wyprowadził go za 

bramę w wielkim pośpiechu i odjechał. To wszystko, co wiem. Myślałem, że niedługo wróci - 

zawodził. - Nie chcieliśmy go wpędzić w kłopoty... 

Tym sposobem dali mu aż za wiele czasu i możliwości, żeby się wpędził w znacznie 

większe  kłopoty,  niż  mogła  to  sprawić  ich  nielojalność.  Brat  Paweł  pokręcił  z  rezygnacją 

głową i poklepał uspokajająco swego penitenta. 

— 

Postąpiłeś bardzo źle i głupio, teraz masz, na co zasługujesz. Opowiedz jednak 

wszystko  zgodnie  z  prawdą,  a  znajdziemy  Ryszarda  całego  i  zdrowego.  Idź  teraz,  znajdź 

tamtych dwóch i czekajcie tu, aż was wezwę. 

I  Paweł  pobiegł  zanieść  tę  złą  wiadomość  najpierw  przeorowi  Robertowi,  a  potem 

opatowi, później upewnił się, że kuc, którego pani Dionizja przy-

słała  jako  przynętę  dla  wnuka,  rzeczywiście  zniknął  ze  stajni.  Tam  zaś  było  wielkie 

zamieszanie, bieganina i przewracanie do góry nogami stodół, stajni i domu gościnnego, na 

wypadek gdyby winowajca mimo wszystko nie opuścił enklawy albo wróciwszy po kryjomu, 

starał  się zataić, że ją  w ogóle opuszczał.  Nieszczęśni  uczniowie zwymyślani przez przeora 

Roberta i zagrożeni czymś gorszym, gdy tylko ktoś będzie miał czas się nimi zająć, kulili się, 

trzęśli  ze  strachu  i  wylewali  łzy  nad  tym,  co  wydawało  im  się  dotąd  dobrym  pomysłem,  a 

przetrwawszy pierwszą burzę wzajemnego obwiniania się, zamierzali po stoicku przetrwać i 

resztę,  pozbawieni  wieczerzy  i  wypchnięci  poza  nawias.  Nawet  brat  Paweł  nie  miał  czasu, 

background image

 

żeby dodać im otuchy, bo był zbyt zajęty przeszukiwaniem zakątków przy młynie i pobliskich 

zaułków Podgrodzia. 

Cadfael wjechał w środek tej gorączkowej aktywności po rozstaniu z Hugonem przy 

bramie.  Tego  właśnie  wieczoru  sierżanci  przeczesywali  lasy  na  zachód  od  Eyton,  szukając 

zbiega, który mógł  być  Brandem,  a nawet  jeśli  nim nie był, to  musiał  być za  wszelką cenę 

zatrzymany.  Hugo  tak  samo  nie  przepadał  za  obławami  jak  Cadfael,  wielu  skrzywdzonych 

poddanych w końcu uciekało, ale morderstwo było morderstwem i prawo nie mogło na to nie 

zareagować.  Winny  czy  niewinny,  młody  Hiacynt  musiał  być  znaleziony.  Cadfael  zsiadł  z 

konia  przy  strażnicy,  z  głową  pełną  myśli  o  zaginionym  młodziku,  i  trafił  w  sam  środek 

poszukiwań  drugiego  zaginionego.  Podnieceni  bracia  biegali  tu  i  tam  między  budynkami. 

Kiedy tak stał, gapiąc się na to ze zdumieniem, wpadł na niego brat Paweł, zdyszany i pełen 

nadziei. 

— 

Cadfaelu,  ty  wracasz  z  lasu.  Czyś  tam  nie  widział  jakiegoś  śladu  młodego 

Ryszarda? Zaczynam myśleć, że musiał uciec do domu... 

— 

To  ostatnie  miejsce,  dokąd  by  chciał  uciec,  gdy  już  poznał  zamiary  babki  - 

stwierdził rzeczowo Cadfael.  - Czemu  pytasz? Chcesz powiedzieć, że ten diabełek wam  się 

wyniknął? 

— 

Przepadł, wczorajszego wieczoru, a dowiedziałem się o tym przed godziną. - I 

Paweł  wyłożył  całą  żałosną  historię  w  przypływie  wyrzutów  sumienia  i  niepokoju.  -  To  ja 

jestem  winny!  Nie  dopełniłem  obowiązku,  byłem  zbyt  zadowolony  z  siebie  i  za  bardzo  im 

ufałem. Ale czemu miałby uciekać? Był całkiem szczęśliwy. Nigdy nie okazywał... 

— 

Niewątpliwie miał swoje powody. - Cadfael z namysłem pocierał swój prosty 

brunatny  nos.  -  Ale  z  powrotem  do  tej  pani?  Bardzo  wątpię!  Jeżeli  wyjeżdżał  w  takim 

pośpiechu,  chodziło  o  coś  nowego  i  pilnego,  co  go  pchnęło  do  działania.  Wieczorem  po 

nieszporach, mówisz? 

— 

Edwin powiedział mi, że Ryszard za długo bawił się nad rzeką, spóźnił się na 

nieszpory  i  musiał  się  czaić  w  klasztorze,  żeby  się  wślizgnąć  między  wychodzących 

chłopców. Ale nie mógł tego zrobić, bo brat Jeremiasz stał w wejściu, czekając na Bosieta, 

który brał udział w nabożeństwie wraz z innymi gośćmi. A gdy Edwin się obejrzał, zobaczył 

Ryszarda biegnącego do stajni, a potem w pośpiechu wyjeżdżającego za bramę. 

— 

Ależ tak! - Cadfael doznał olśnienia. - A gdzie byli wtedy Jeremiasz i Bosiet, 

że  mógł  się  wymknąć  niespostrzeżenie?  -  Ale  nie  czekał  na  odpowiedź.  -  Nie,  nie  warto 

zgadywać.  Wiemy,  czym  rozmawiali,  to  drobna  i  prywatna  sprawa.  Jeremiasz  nie  życzył 

sobie  słuchaczy,  ale  zdaje  się,  że  miał  jednego,  o  którym  nie  wiedział.  Pawle,  muszę  cię 

background image

 

zostawić na chwilę i jechać za Hugonem Beringarem. Zaczął już szukać jednego zaginionego, 

może równie dobrze szukać dwóch i wyciągnąć ich z ukrycia za jednym razem. 

Hugo,  dogoniony  pod  łukiem  bramy  miejskiej,  ściągnął  gwałtownie  wodze  na  tę 

nowinę i odwrócił się, patrząc z namysłem na Cadfaela. 

Myślisz więc, że tędy droga! - powiedział gwizdnął. - Ale czemu miałby się martwić o 

młodzika, którego prawie nie znał i z którym nie rozmawiał? A może masz powody sądzić, że 

ci dwaj już się porozumieli? 

— 

Nie, nic o tym nie wiem. Nic poza zbieżnością czasu, ale to łączy tych dwóch 

całkiem ściśle. Nie ma wątpliwości, co Ryszard podsłuchał, i nic innego, tylko to pognało go 

w jakiejś pilnej misji. I zanim Bosiet zdołał dotrzeć do pustelni, Hiacynt zniknął. 

— 

Ryszard  także!  -  Czarne  brwi  Hugona  zmarszczyły  się  w  zadumie  nad  tymi 

implikacjami. - Chcesz mi powiedzieć, że gdybym znalazł jednego, znajdę obu? 

— 

Nie, w to poważnie wątpię. Chłopiec z pewnością zamierzał wrócić przed porą 

snu i udawać niewiniątko. Nie jest głupi i nie ma powodu, żeby chciał nas opuszczać. Tym 

bardziej jednak powinniśmy się o niego martwić. Z pewnością by wrócił, gdyby coś mu nie 

przeszkodziło.  Albo  kuc  zrzucił  go  gdzieś  i  jest  ranny,  albo  zabłądził,  albo...  oni  się 

zastanawiają, czy nie uciekł do domu do Eaton, ale to niemożliwe. Nigdy by tego nie zrobił. 

Hugo  pochwycił  niewypowiedzianą  sugestię,  której  sam  Cadfael  nie  miał  jeszcze 

czasu przemyśleć. 

— 

Nie,  ale  mógł  tam  zostać  zabrany!  I,  na  Boga,  tak  mogło  być!  Gdyby  jacyś 

ludzie Dionizji spotkali go samego w lesie, wiedzieliby, jak sprawić radość swojej pani. Och, 

wiem, że domownicy to ludzie Ryszarda, nie jej, ale musi być wśród nich jeden czy dwóch, 

którzy się skuszą na obecne łaski, jeśli są proponowane. Cadfaelu, stary druhu  - powiedział 

serdecznie. - Wracaj do swojej pracowni i zostaw Eaton mnie. Gdy tylko wyślę moich ludzi 

na poszukiwanie obydwóch, pojadę sam do Eaton i zobaczę, co ma do powiedzenia ta pani. 

Gdyby się sprzeciwiała przetrząsaniu jej dworu w poszukiwaniu chłopaka, będę wiedział, że 

ukrywa gdzieś tego drugiego i mogę ją  zmusić. Jeśli Ryszard tam jest, przekażę go jutro w 

ręce  brata  Pawła  -  obiecał  z  pogodą.  -  Nawet  gdyby  to  oznaczało  dla  biednego  diabełka 

chłostę,  będzie  to  wolał  od  małżeństwa  na  warunkach  jego  babki.  I  przynajmniej  ból  nie 

będzie trwał tak długo - zauważył ze współczującym uśmiechem. 

Cadfael pomyślał i powiedział, że to perwersyjne bluźnierstwo przeciw małżeństwu, a 

pochodzi od kogoś, kto ma wszelkie powody uważać swoją żonę za błogosławieństwo i być 

dumnym ze swego syna. Hugo skierował konia ku stromej pochyłości Wyle, ale przez ramię 

rzucił uśmiech i spojrzenie. 

background image

 

— 

Zajdź  do  mojego  domu  i  poskarż  się  na  mnie  Alinie.  Dotrzymaj  jej 

towarzystwa, póki będę na zamku wszczynał polowanie. 

Perspektywa spędzenia  godziny  w towarzystwie Aliny i pobawienia się  z trzyletnim 

obecnie  Egidiuszem,  jego  chrześniakiem,  była  kusząca,  ale  Cadfael  pokręcił  głową,  bez 

zapału i z rezygnacją. 

— 

Nie, lepiej wrócę. Wszyscy będziemy zajęci przetrząsaniem naszych kryjówek 

i wypytywaniem na Podgrodziu aż do zmierzchu. Nie ma pewności, gdzie on może być, więc 

nie możemy pominąć żadnego kąta. Ale niech Bóg sprzyja twojemu poszukiwaniu, Hugonie, 

bo jest pewniejsze niż nasze. 

Skierował  konia  z  puszczonymi  luzem  lejcami  z  powrotem  przez  most  ku  opactwu, 

nagle  sobie  uświadomiwszy,  że  jeździł  o  wiele  za  dużo  jak  na  jeden  dzień.  Wyczekiwał  z 

utęsknieniem ciszy i spokoju ducha podczas nabożeństwa i rozległej przestrzeni sanktuarium 

kościoła.  Dokładne  przeszukanie  lasu  trzeba  zostawić  Hugonowi  oraz  jego  oficerom.  Nie 

warto  tracić  czasu  i  gryźć  się  zastanawianiem,  gdzie  chłopiec  spędzi  nadchodzącą  noc, 

chociaż  przyda  się  dodatkowa  modlitwa  za  niego.  „A  jutro  -  myślał  Cadfael  -  pojadę 

odwiedzić  Eilmunda,  zawiozę  mu  jego  kule  i  będę  miał  oczy  otwarte  przez  całą  drogę”. 

Dwóch zaginionych chłopców do odnalezienia. Znaleźć jednego znaczy tyle, co znaleźć obu? 

Nie, to zbyt wielkie nadzieje. Ale gdyby znalazł jednego, mógłby to być także wielki krok ku 

odnalezieniu drugiego. 

Jakiś  nowo  przybyły  gość  stał  u  stóp  schodów  prowadzących  do  drzwi  domu 

gościnnego,  przyglądając  się  z  powstrzymywanym  zainteresowaniem  trwającej  wciąż 

krzątaninie.  Straciła  ona  teraz  gorączkowy  charakter.  Bracia  skupili  się  na  starannym 

sprawdzaniu wszystkich zakątków enklawy, oprócz grupek, które wypytywały na Podgrodziu. 

Ta  trwająca  wokół  aktywność  czyniła  tym  bardziej  ude  -  rzającąjego  opanowaną 

nieruchomość,  choć  wygląd  miał  skądinąd  dość  zwyczajny.  Postać  krzepka  i  zwarta, 

zachowanie  skromne.  Nie  najnowsze,  ale  dobrze  utrzymane  buty,  ciemne  nogawice  i 

porządny  prosty  kubrak  sięgający  poniżej  kolan  były  zwykłym  strojem  podróżnym 

wszystkich,  poza  najwyżej  i  najniżej  postawionymi.  Mógł  być  równie  dobrze  dzierżawcą 

jakiegoś barona, podróżującym w sprawie swego pana, jak zamożnym kupcem albo niższym 

szlachcicem  załatwiającym  własne  sprawy.  Cadfael  zauważył  go,  gdy  tylko  zsiadł  przy 

bramie.  Furtian  wyszedł  ze  swej  kwatery,  by  opaść  z  westchnieniem  na  kamienną  ławę  na 

zewnątrz, wydymając rumiane policzki w lekkim rozdrażnieniu. 

— 

Ani  śladu  chłopca  zatem?  -  spytał  Cadfael,  oczywiście  nie  spodziewając  się 

niczego. 

background image

 

— 

Nie, nie ma możliwości, nie tu wewnątrz, skoro wyjechał na kucu i w ogóle. 

Ale  powiadają:  sprawdź  najpierw  dom.  Mówi  się  nawet  o  przeszukaniu  młyńskiego  stawu. 

Szaleństwo! Co by robił przy stawie, skoro pojechał kłusem przez Podgrodzie - tyle wiemy. 

Poza tym, on pływa jak ryba, nie utonąłby. Nie, on jest poza naszym zasięgiem. Muszą jednak 

przewrócić każdą słomkę na strychu i grzebać się w śmieciach w stajniach. Lepiej miej swoją 

pracownię na oku, bo ci wszystko przewrócą do góry nogami. 

Cadfael przyglądał się spokojnej ciemnej postaci przy domu gościnnym. 

— 

Kim jest ten przybysz? - spytał. 

— 

Niejaki Rafe z Coventry, sokolnik hrabiego Warwicka. Jedzie do Gwynedd po 

młode ptaki, żeby je potem szkolić, tak mi mówił brat Dionizy. Przybył przed kwadransem. 

— 

Wziąłem  go  najpierw  za  syna  Bosieta  -  powiedział  Cadfael.  -  Ale  widzę,  że 

jest za stary. Należy raczej do pokolenia ojca. 

— 

Ja też go wziąłem za syna. Wypatruję go czujnie, bo ktoś musi mu powiedzieć, 

co tu na niego czeka. Wolałbym, żeby to zrobił przeor Robert, nie ja. 

— 

Miło popatrzeć na kogoś, kto potrafi stać nieruchomo w środku zamieszania i 

nie zadaje pytań - zauważył Cadfael z uznaniem, z oczami utkwionymi w przybyszu. - Ach, 

dobrze,  lepiej  zabiorę  tego  tu  zucha  do  stajni.  Ma  za  sobą  całodzienny  trud  i  wszystkie  te 

przyjazdy i odjazdy. 

„A  jutro  muszę  znowu  wyjechać.  Mogę  błądzić,  ale  przynajmniej  to  sprawdzimy”  - 

myślał, bez pośpiechu prowadząc konia przez wielki dziedziniec ku podwórzu stajni. 

Przechodził  obok  miejsca,  gdzie  stał  Rafe  z  Coventry,  niezbyt  zainteresowany 

krzątaniną,  nie  proszący  o  żadne  wyjaśnienia,  pogrążony  we  własnych  myślach.  Na  odgłos 

kopyt  wolno  stąpających  po  bruku,  odwrócił  głowę  i  napotkawszy  przypadkiem  spojrzenie 

Cadfaela,  posłał  mu  krótki  cień  uśmiechu  i  pozdrowił  skinieniem  głowy.  Twarz  miał  silną, 

lecz  niekomunikatywną,  szerokie  czoło  i  kości  policzkowe,  krótko  przystrzyżoną,  brunatną 

brodę i szeroko rozstawione, spokojne, brązowe oczy ze zmarszczkami w kącikach jakby żył 

głównie na powietrzu i przywykł do wypatrywania z daleka. 

— 

Idziesz  do  stajni,  bracie?  Bądź  moim  przewodnikiem.  Nie  mam  nic  przeciw 

waszym koniuszym, ale wolę sam zadbać o swoje zwierzę. 

— 

I ja także - odrzekł ciepło Cadfael, sprawdzając, czy przybysz rusza za nim. - 

To nawyk na całe życie. Kto się tego nauczył za młodu, nigdy nie zapomina. 

Zrównali krok, będąc tego samego, skromnego wzrostu. Na podwórzu stajni stajenny 

opactwa  wycierał  wysokiego  kasztana  z  białą  strzałką  na  czole,  parskającego  cicho  i  z 

zadowoleniem. 

background image

 

— 

Twój? - spytał Cadfael, przyglądając się z uznaniem zwierzęciu. 

— 

Mój  -  odparł  krótko  Rafe  z  Coventry  i  przejął  szmatę  z  ręki  stajennego.  - 

Dzięki,  przyjacielu.  Sam  się  nim  zajmę.  Gdzie  go  mogę  zostawić?  -  Długim,  dokładnym 

spojrzeniem sprawdził przegro-

dę wskazaną przez stajennego i skinął głową z satysfakcją. - Widzę, że macie tu dobrą stajnię, 

bracie. Pomimo to wolę sam zająć się koniem. To nawyk, jak sam powiedziałeś, a podróżni 

nie zawsze mają tak dobre warunki. 

— 

Podróżujesz  sam?  -  spytał  Cadfael,  zajęty  rozsiodłaniem,  ale  mając  na  oku 

swego  towarzysza.  Pas  na  biodrach  Rafę’a  służył  zarówno  do  miecza,  jak  i  sztyletu. 

Niewątpliwie  złożył  jedno  i  drugie  w  domu  gościnnym  wraz  z  płaszczem  i  ekwipunkiem. 

Kiedy chodzi o podróż, sokolnika niełatwo przypisać do jakiejś określonej kategorii. Kupiec 

miałby  przynajmniej  jednego  sprawnego  fizycznie  sługę.  Żołnierz  byłby  samowystarczalny 

jak ten człowiek i nosiłby broń. 

— 

Podróżuję szybko - odrzekł po prostu Rafe. 

— 

Większa  liczba  ludzi  spowalnia.  Kiedy  człowiek  zależy  tylko  od  siebie,  nikt 

inny nie pozwoli mu upaść. 

— 

Z daleka jedziesz? 

— 

Z  Warwick.  -  Dziwnie  oszczędny  w  słowach  był  ten  sokolnik  hrabiego.  Nie 

wykazywał  zainteresowania  poszukiwaniem  zaginionego  chłopca,  ale  był  też  umiarkowanie 

zaciekawiony  stajniami  i  końmi,  które  w  nich  stały.  Nawet  kiedy  już  był  zadowolony  ze 

stanowiska swego konia, rozglądał się dookoła okiem znawcy. Muły i konie robocze pomijał, 

jednak  przystanął  przy  dereszu  należącym  do  Droga  Bosieta.  To  zrozumiałe  u  miłośnika 

dobrych koni, bo deresz był pięknym zwierzęciem i najwyraźniej z doskonałej hodowli. 

— 

Czy  wasz  klasztor  może  sobie  pozwolić  na  takie  piękne  konie?  -  Pogłaskał 

lśniącą szyję i łeb między sterczącymi uszami. - Czy też ten zuch należy do jakiegoś gościa? 

— 

Należał. - Teraz Cadfael był oszczędny w słowach. 

— 

Należał?  Jakże  to?  -  Rafe  odwrócił  się  nagle  czujny,  a  oczy  w  nieruchomej 

twarzy stały się uważne i skupione. 

— 

Jego właściciel nie żyje. Leży w tej chwili w naszej kaplicy pogrzebowej. 

Sędziwy zakonnik spoczął tego rana na cmentarzu. Drogo miał całą kaplicę dla siebie. 

— 

Co to był za człowiek? I jak zginął? - w tej kwestii przybysz miał sporo pytań, 

jakby został wyrwany ze swego dotychczasowego dystansu i obojętności. 

— 

Znaleźliśmy go martwego w lesie, o parę mil stąd, z raną od noża w plecach. 

Obrabowanego. 

background image

 

Cadfael nie był pewny, czemu on sam jest w tej sprawie tak małomówny i czemu na 

przykład nie wymienił po prostu nazwiska zabitego. Gdyby jego towarzysz nalegał, co byłoby 

dość  naturalne,  odpowiedziałby  bez  skrępowania.  Ale  wypytywanie  ustało.  Rafe  skwitował 

wzruszeniem  ramion  zrozumiałe  niebezpieczeństwa  samotnej  jazdy  po  lasach  w 

nadgranicznych hrabstwach i zamknął niskie drzwi przegrody swego zadowolonego konia. 

— 

Będę  pamiętał.  Zawsze  powtarzam:  jedź  u  -  zbrojony  albo  trzymaj  się 

gościńców.  -  Otrzepał  dłonie  i  zwrócił  się  ku  wyjściu  z  podwórza  stajni.  -  Cóż,  pójdę  się 

przygotować do wieczerzy. 

Odszedł zdecydowanym krokiem, ale nie ku domowi gościnnemu. Poszedł prosto jak 

biczem  strzelił  do  łukowatego  portalu  klasztoru  i  wszedł  do  środka.  Cadfael  dopatrzył  się 

czegoś  tak  znaczącego  w  tym  marszu  wprost  do  kościoła,  że  poszedł  za  tamtym,  szczerze 

zaciekawiony  i  nadgorliwie  pomocny.  Znalazłszy  Rafe’a  z  Coventry  stojącego 

niezdecydowanie  przy  ołtarzu  parafialnym  i  rozglądającego  się  po  licznych  kaplicach 

skupionych w transeptach i przy ambicie, skierował go prosto do tej, której szukał. 

— 

Tędy.  Łuk  jest  niski,  ale  ty  jesteś  mojego  wzrostu,  więc  nie  musisz  schylać 

głowy. 

Rafe  nie  trudził  się  ukrywaniem  ani  zaprzeczaniem,  nie  odrzucił  też  towarzystwa 

Cadfaela.  Posłał  mu  jedno  spokojne,  rozważne  spojrzenie,  skinął  głową  na  znak  zgody  i 

poszedł  za  nim.  A  w  chłodzie  kamieni  i  przyćmionym  świetle  kaplicy  podszedł  od  razu  do 

mar, gdzie ciało Droga Bosieta leżało godnie przykryte, ze świecami płonącymi u głowy i u 

stóp, po czym podniósł całun z twarzy zmarłego. 

Bardzo  krótko  badał  nieruchome  blade  rysy,  zanim  znów  zakrył  twarz  zmarłego,  a 

ruchy jego dłoni straciły gwałtowność i napięcie. Znalazł nawet czas na zwykły ludzki lęk w 

obliczu śmierci. 

— 

Czy go przypadkiem nie znałeś? - spytał Cadfael. 

— 

Nie, nigdy go dotąd nie widziałem, niech Bóg zachowa jego duszę! 

Pochylony  nad  marami  Rafe  wyprostował  się,  wydając  westchnienie  ulgi. 

Jakiekolwiek było jego zainteresowanie tymi zwłokami, już przeminęło.

— 

To  bardzo  majętny  człowiek,  Drogo  Bosiet  z  hrabstwa  Northampton.  Lada 

dzień spodziewamy się tu jego syna. 

— 

Tak  powiadasz?  Niewesołe  to  będzie  przybycie.  -  Słowa,  które  teraz 

wypowiadał,  świadczyły  o  tym,  że  już  coś  innego  zaprząta  jego  umysł,  udzielał  tylko 

grzecznościowych odpowiedzi. - Czy macie wielu gości o tej porze roku? Może jest ktoś w 

moim  wieku  i  mego  stanu?  Chętnie  zagrałbym  wieczorem  w  szachy,  gdybym  znalazł 

background image

 

partnera. 

Wyglądało  na  to,  że  chociaż  stracił  zainteresowanie  Bosietem,  nadal  był 

zainteresowany innymi, którzy mogli tu przybyć jako podróżni. Każdym w jego wieku i jego 

stanu! 

— 

Brat  Dionizy  może  ci  dotrzymać  towarzystwa  w  grze  -  powiedział  Cadfael, 

celowo niedomyślny. 

— 

Nie, to dla nas martwy sezon. Zastaniesz dom gościnny prawie pusty. 

Zbliżali  się  do  schodów  prowadzących  do  domu  gościnnego,  ramię  przy  ramieniu  i 

czując się ze sobą swobodnie. Światło późnego  popołudnia zaczynało przygasać i  zmieniać 

się w gołębią szarość wieczoru. 

— 

Ten człowiek, który został zabity w lesie... - zaczął Rafe z Coventry.  - Wasz 

szeryf  z  pewnością  wyśle  psy  gończe  za  wyjętym  spod  prawa  tak  blisko  miasta.  Czy  jest 

jakieś podejrzenie, kto to mógł zrobić? 

— 

Jest  podejrzenie  -  odrzekł  Cadfael.  -  Ale  nie  ma  żadnej  pewności.  Pewien 

nowo przybyły w te strony, który po tej napaści nie wrócił do służby u swego pana. - I dodał, 

niewinnie badając rozmówcę: - To młody człowiek, może dwudziestoletni... 

Nie  w  wieku  Rafe’a  ani  jego  stanu,  o  nie!  I  nie  wzbudził  w  nim  żadnego 

zainteresowania - gość po prostu potwierdził skinieniem głowy informację i z obojętną twarzą 

równie szybko o niej zapomniał. 

— 

Cóż, niech im Bóg sprzyja w łowach! - powiedział, porzucając kwestie winy 

czy niewinności Hiacynta jako bez znaczenia dla tego, czym zajmował się jego zamknięty i 

opancerzony umysł. 

U wejścia domu gościnnego zajrzał do środka. Cadfael pomyślał, że z pewnością po 

to, żeby zbadać wszystkich ludzi w średnim wieku, którzy mogli tu wieczerzać. Wypatrywał 

kogoś  szczególnego?  Czyje  nazwisko,  skoro  nie  pytał  o  nazwiska,  nie  byłoby  pomocne,  bo 

fałszywe? Kogoś w każdym razie, kto nie był Drogiem Bosietem z hrabstwa Northampton! 

 

 

 

background image

 

Rozdział ósmy 

 

 

Hugo przybył do dworu w Eaton wcześnie rano, mając sześciu konnych przy sobie i 

dwunastu  dalszych  rozstawionych  między  rzeką  a  gościńcem  dla  przeczesywania  całego 

obszaru pól i lasów od Wroxeter do Eyton i dalej. Szukając zbiegłego mordercy, będą musieli 

skierować obławę ku zachodowi, ale Ryszard z pewnością jest gdzieś w tym obszarze, jeżeli 

rzeczywiście  wyjechał  uprzedzić  Hiacynta  o  zagrożeniu.  Grupa  Hugona  jechała  wprost  z 

Podgrodzia  szerokim,  szybkim  traktem  do  Wroxeter,  a  stamtąd  przez  las  najkrótszą  ścieżką 

do pustelni Cuthreda, gdzie Ryszard mógł szukać Hiacynta. Według relacji Edwina, tylko o 

kilka  minut  wyprzedził  on  Bosieta,  ale  mógł  obrać  najkrótszą  i  najszybszą  drogę.  Nigdy 

jednak nie dotarł do pustelni. 

— 

Młody Ryszard? - Pustelnik był zdumiony. - Nie pytałeś wczoraj o niego, tylko 

o  tego  człowieka.  Nie,  Ryszarda  tu  nie  było.  Zapamiętałem  dobrze  młodego  pana  w  dniu 

pogrzebu, niech go Bóg ma w swej opiece! Nie wiedziałem, że zaginął. 

— 

I odtąd go nie widziałeś? Nie ma go już dwie noce.

— 

Nie,  nie  widziałem  go.  Drzwi  mam  zawsze  otwarte,  nawet  w  nocy  -  odrzekł 

Cuthred.  -  I  zawsze  tu  jestem,  jeśli  mnie  ktoś  potrzebuje.  Gdyby  ten  chłopiec  był  w 

niebezpieczeństwie  albo  w  kłopocie  gdzieś  blisko,  przybiegłby  tu  na  pewno.  Aleja  go  nie 

widziałem. 

Jedne  oraz  drugie  drzwi  stały  rzeczywiście  otworem,  ukazując  ubogie  wyposażenie 

izby mieszkalnej i kaplicy. 

— 

Gdybyś coś o nim usłyszał, zawiadom mnie albo opactwo - powiedział Hugo. - 

Albo przekaż wiadomość moim ludziom, kiedy ich tu zobaczysz. 

— 

Przekażę  -  obiecał  solennie  Cuthred  i  stanął  w  wejściu  do  swego  ogródka, 

patrząc, jak odjeżdżają do Eaton. 

Jan z Długolasu wyszedł z jednej z długich szop przy palisadzie, kiedy tylko usłyszał 

tętent  wielu  kopyt  na  udeptanej  ziemi  podwórza.  Jego  gołe  ramiona  i  łysina  miały  kolor 

polerowanej dębiny, bo większość czasu spędzał na dworze bez względu na pogodę i nie było 

zajęcia,  do  którego  nie  przyłożyłby  ręki.  Patrzył  na  nich  raczej  z  zaciekawieniem  niż  z 

konsternacją i wyszedł ochoczo naprzeciw. 

— 

Co  cię  sprowadza  tak  wcześnie  rano,  panie  mój?  -  Pojmował  znaczenie  ich 

ekwipunku,  żadnych  sokołów  ani  psów,  miecze  przy  boku,  a  dwaj  łucznicy  z  napiętymi 

background image

 

łukami  na  plecach.  To  było  szczególne  polowanie.  -  Nie  mamy  tu  kłopotów.  Co  słychać  w 

Shrewsbury? 

— 

Szukamy  dwóch  zaginionych  -  odrzekł  krótko  Hugo.  -  Musiałeś  słyszeć  o 

przedwczorajszym  morderstwie  w  pobliżu  pustelni.  Chłopiec  pustelnika  uciekł, 

podejrzewamy go o to,  że jest zbiegłym poddanym zabitego i teraz ucieka po raz drugi. To 

jedna zwierzyna, na którą polujemy. 

— 

Och, tak, słyszeliśmy o tym - przyznał Jan ochoczo. - Ale myślę, że do tej pory 

już  jest  daleko.  Nie  widziałem  śladu  po  nim  od  tamtego  popołudnia,  kiedy  przyszedł  tu  po 

pierniki, które nasza pani upiekła dla Cuthreda. Nie była z niego zadowolona, sam słyszałem. 

Z  pewnością  to  zuchwały  łobuz.  Ale  przy  tym  wyprzedzeniu,  jakie  ma,  chyba  go  już  nie 

zobaczycie.  Nigdy  jednak  nie  widziałem,  żeby  nosił  broń  -  powiedział  tonem  bezstronnego 

przypomnienia i zmarszczył brwi z powątpiewaniem. - Jest przynajmniej szansa, że ktoś inny 

skończył z jego panem. Groźba zaciągnięcia go z powrotem do poddaństwa wystarczyła, żeby 

wziął  nogi  za  pas,  im  szybciej,  tym  lepiej.  W  nieznanym  kraju  jego  pan  nie  zdołałby  go 

wyśledzić. Nie miał potrzeby zabijać ani powodu, żeby zostawać i ryzykować. 

— 

Ten  chłopak  nie  jest  jeszcze  skazany  ani  oskarżony  -  odrzekł  Hugo.  -  I  nie 

będzie,  póki  nie  zostanie  zatrzymany.  Ale  nie  może  też  być  do  tego  czasu  uwolniony  z 

zarzutów. Tak czy owak, muszę go mieć. Ale jest też inny zbieg, Janie. Wnuk twojej pani, 

Ryszard, wyjechał z opactwa tego samego wieczoru i nie wrócił. 

— 

Młody pan! - wykrzyknął Jan z osłupieniem i konsternacją. - Dwie noce temu, 

a my dopiero się dowiadujemy? Niech nas ręka boska broni, ona oszaleje! Co się stało? Kto 

zabrał chłopca? 

— 

Nikt  go  nie  zabrał.  Wyprowadził,  osiodłał  swego  kuca  i  wyjechał  z  własnej 

woli. I nikt nie wie, co się potem z nim stało. A skoro jeden z dwóch poszukiwanych może 

być mordercą, każę przeszukać wszystkie stodoły i odwiedzić wszystkie domy z poleceniem 

wypatrywania  także  Ryszarda.  Chociaż  jesteś  dobrym  rządcą,  Janie,  nawet  ty  nie  możesz 

wiedzieć, jakie to myszy gnieżdżą się w każdej oborze, owczarni i spichrzu dworu w Eaton. 

Tego zamierzam się dowiedzieć, tutaj i wszędzie indziej, stąd do Shrewsbury. Idź i powiedz 

pani Dionizji, że ją proszę o rozmowę. 

Jan  pokręcił  bezradnie  głową  i  poszedł.  Hugo,  zsiadłszy  z  konia,  podszedł  do  stóp 

schodów prowadzących ponad nisko sklepionym przyziemiem do drzwi holu. Czekał tu, żeby 

zobaczyć zachowanie pani Dionizji, kiedy ukaże się w szerokim wejściu nad schodami. Jeśli 

rzeczywiście  nie  wiedziała  o  zniknięciu  chłopca  aż  do  chwili,  gdy  rządca  jej  o  tym 

powiedział,  można  było  oczekiwać  furii  rozpalonej  dodatkowo  konsternacją  i  szczerym 

background image

 

żalem.  Jeżeli  jednak  wiedziała,  miała  czas  przygotować  się  do  odegrania  furii,  ale  nawet 

wtedy mogło stać się coś, co ją zdradzi. Co do Jana, jego uczciwość była pewna. Jeżeli ona 

ukryła gdzieś chłopca, Jan nie brał w tym udziału. Nie był narzędziem, którego mogła użyć 

do takiego celu, bo zdecydowanie wolał być rządcą Ryszarda niż jej. 

Wyłoniła się z ciemnego wejścia w powiewnych, niebieskich szatach i z płonącymi, 

władczymi oczami. 

— 

Cóż to słyszę, panie mój? To nie może być prawda! Ryszard zaginął? 

— 

To prawda, pani - odrzekł Hugo, uważnie j ej się przypatrując i nie przejmując 

się faktem, że musi podnosić wzrok. I tak musiałby to robić, nawet gdyby ona zeszła do jego 

poziomu, była bowiem od niego wyższa. - Przedwczorajszego wieczoru zniknął ze szkoły w 

opactwie. 

Podniosła w górę zaciśnięte dłonie z okrzykiem oburzenia. 

— 

A ja dopiero teraz dowiaduję się o tym! Po dwóch nocach! Czy tak wygląda 

ich opieka nad dziećmi? I tacy ludzie odmawiają mi prawa do opieki nad moim rodzonym! 

Opat będzie odpowiedzialny za wszystkie niedole i krzywdy mego wnuka. Wina jest jego. A 

co  ty  robisz,  panie,  żeby  odzyskać  chłopca?  Mówisz,  że  nie  ma  go  od  dwóch  dni,  ale 

przychodzisz z tą wieścią późno i opieszale... 

Chwilowa  cisza  zapadła  tylko  dlatego,  że  pani  musiała  nabrać  tchu.  Stała  z 

błyszczącymi  oczami  u  szczytu  schodów,  wysoka,  groźna,  siwiejąca,  z  pociągłą, 

arystokratyczną twarzą zaczerwienioną z gniewu. Hugo bezlitośnie wykorzystał tę ciszę, póki 

trwała, bo nie trwałaby długo. 

— 

Czy Ryszard tu był? - spytał prosto z mostu, stawiając czoło jej pokazowi furii. 

Złapała oddech i stała z otwartymi ustami. 

— 

Tutaj? Nie, on tu nie przyjechał. Nie wpadałabym w szał bez powodu. 

— 

Gdyby uciekł do domu, niewątpliwie zawiadomiłabyś opata - powiedział Hugo 

z niewinną miną. - W opactwie martwią się o niego nie mniej niż ty, pani. A wyjechał sam, z 

własnej woli. Gdzie mamy go najpierw szukać jak nie tu? Ale ty mi mówisz, że go tu nie ma i 

nie było. A jego kuc nie przywędrował do swojej dawnej stajni. 

— 

Nie,  bo  by  mi  to  zaraz  powiedziano.  Gdyby  przybył  bez  jeźdźca,  kazałabym 

wszystkim swoim ludziom szukać Ryszarda po lasach - rozdęła nozdrza. 

— 

Moi ludzie w tej chwili właśnie to robią, ale bardzo proszę, wyślij swoich. Im 

więcej, tym lepiej. Skoro okazuje się, że nie mieliśmy szczęścia i mimo wszystko tu go nie 

ma - powiedział Hugo, badając jej twarz. 

— 

Nie! - wybuchnęła. - Tu go nie ma! Nie, tu go nie było. Chociaż, jeśli wyjechał 

background image

 

z  własnej  woli,  jak  mówisz,  może  zamierzał  wrócić  do  mnie.  A  jeśli  coś  mu  się  stało  po 

drodze, obwiniam za to Radulfusa! Nie nadaje się do opieki nad chłopcem, jeśli nie potrafi go 

dopilnować. 

— 

Powiem  mu  to  -  odrzekł  Hugo  i  ciągnął  z  rosnącą  łagodnością.  -  Moim 

obowiązkiem  jest  teraz  dalsze  poszukiwanie  zarówno  Ryszarda,  jak  i  złodzieja,  który  zabił 

gościa  opactwa  w  lesie  Eyton.  Możesz  być  pewna,  pani,  że  moje  poszukiwania  będą 

dokładne.  Nie  mogę  oczekiwać,  że  codziennie  obchodzisz  wszystkie  kąty  dworu  twego 

wnuka, więc pewnie rada będziesz dać mi wolny dostęp wszędzie, żebym mógł to zrobić w 

twojej służbie. Zechciej świecić przykładem swoim dzierżawcom i sąsiadom. 

Posłała  mu  długie,  niechętne  spojrzenie  i  równie  nagle  zwróciła  się  do  Jana  z 

Długolasu, który z beznamiętną twarzą stał obok jej ramienia. Przy nagłych ruchach, tren jej 

sukni smagał powietrze niczym ogon rozzłoszczonego kota. 

— 

Otwórz moje drzwi tym oficerom. Wszystkie drzwi! Niech się upewnią, że nie 

ukrywam  mordercy  ani  nie chowam  swego  rodzonego.  Zawiadom naszych dzierżawców, że 

jest  moją  wolą,  by  się  poddali  przeszukaniu  tak  samo  chętnie  jak  ja.  Szeryfie,  panie  mój, 

wejdź i szukaj, gdzie zechcesz - powiedziała, spoglądając z wielką godnością na Hugona. 

Podziękował grzecznie, nie dając się zbić z tropu, a  jeśli dojrzała w jego oku błysk, 

który omal nie przerodził się w uśmiech, nie dała tego poznać. Odwróciła się i wycofała do 

holu  szybkim,  gniewnym  krokiem,  pozostawiając  mu  poszukiwania,  które  miały  się  okazać 

bezowocne. Czuł to. Nie było jednak pewności, a jeśli kalkulowała, że szorstkie zaproszenie 

będzie uznane za dowód niewinności i że ich odprawi zawstydzonych, była w błędzie. Hugo 

zabrał  się  do  przeszukiwania  wszystkich  kątów  holu  i  bawialni  Dionizji,  kuchni  i  spiżami. 

Zbadał  każdą  beczułkę  i  beczkę  w  piwnicy,  każdą  stodołę,  oborę  i  stajnię  wzdłuż  palisady, 

kuźnię, wszystkie poddasza, a potem chaty dzierżawców, chałupników i poddanych Ryszarda. 

Nie znalazł jednak chłopca. 

Brat  Cadfael  jechał  po  południu  na  polanę  Eilmunda  z  nowymi  kulami,  które  brat 

Szymon wyciął na miarę leśnika, dobrymi, mocnymi podporami dla kogoś o solidnej wadze. 

Złamanie  zdawało  się  dobrze  zestawione,  noga  prosta  i  nie  skrócona.  Eilmund  nie  był 

przyzwyczajony do bezczynności i czuł zazdrość o każdą parę rąk zajmującą się jego lasem. 

Odkąd otrzymał pomoc, Aneta miała trudności z u - pilnowaniem go. Cadfaelowi przyszło na 

myśl,  że  bezradność  ojca  pozwalała  jej  na  niezwykłą  swobodę  zajmowania  się  swoimi 

sprawami, niewątpliwie całkiem niewinnymi, ale co Eilmund o nich pomyśli, kiedy się dowie, 

to już inna sprawa. 

Zbliżając się do Wroxeteru, Cadfael spotkał Hugona wracającego do miasta po długim 

background image

 

dniu  w  siodle.  Poza  nim,  na  polach  i  w  lasach,  jego  oficerowie  metodycznie  przeszukiwali 

każdy zagajnik i każdy zagon, ale Hugo był zobowiązany  wrócić do zamku, żeby zapoznać 

się z doniesieniami i rozważyć, jak najlepiej zbadać pozostały obszar i jak daleko rozciągnąć 

poszukiwania, gdyby jeszcze nie dały wyników. 

— 

Nie  -  odpowiedział  Hugo  na  nie  zadane  pytanie,  kiedy  tylko  mogli  się 

usłyszeć. - Ona go nie ma. Według wszelkich oznak, nie wiedziała nawet, że zaginął, dopóki 

nie przyniosłem tej wiadomości, chociaż wiem, że dla kobiety jest niczym trudnym urządzić 

taki  pokaz  krzyków.  Przetrząsnęliśmy  jednak  każdą  słomkę  w  jej  stodołach  i  jeśli  coś 

przegapiliśmy,  musiało  być  za  małe  do  znalezienia.  Żadnego  czarnego  kuca  w  stajniach. 

Wszyscy  mówią  to  samo,  od  Jana  z  Długolasu  do  kowalika.  Ryszarda  tam  nie  ma.  Ani  w 

żadnej chacie, ani oborze w wiosce. Ksiądz przewrócił swój dom do góry nogami i poszedł z 

nami na obchód, a to uczciwy człowiek. 

Cadfael posępnie skinął głową, potwierdzając własne wątpliwości. 

— 

Czułem,  że  jest  w  tym  coś  więcej.  Warto  chyba  spróbować  aż  za  Wroxeter. 

Nie, żebym miał Fulka Astleya za możliwego łajdaka - jest zbyt tłusty i zbyt ostrożny. 

— 

Właśnie  stamtąd  jadę  -  rzekł  Hugo.  -  Trzej  moi  ludzie  przeszukują  jeszcze 

ostatnie kąty, ale jestem  przekonany, że i  tam  go nie ma. Niczego nie pominiemy  - dworu, 

chat,  polany,  niczego.  Wszystkich  spotyka  to  samo,  więc  nikt  się  nie  może  uskarżać.  Co 

prawda, Astley był najeżony, wpuszczając nas. To sprawa jego senioralnej godności, bo nie 

było tam nic do znalezienia. 

— 

Ten kuc musi być gdzieś zamknięty. - Cadfael przygryzł w zamyśleniu wargę. 

— 

Chyba  że  drugi  uciekinier  wyjechał  na  nim  z  hrabstwa  i  zostawił  chłopca  w 

takim stanie, by nie mógł być świadkiem, nawet kiedy go znajdziemy - powiedział posępnie 

Hugo. 

Popatrzyli  na  siebie,  niemo  przyznając,  że  to  czarna  i  gorzka  możliwość,  ale  taka, 

której nie można zupełnie wykluczyć. 

— 

Chłopiec uciekł do niego, jeżeli rzeczywiście to zrobił, nie mówiąc ani słowa 

nikomu - ciągnął uparcie Hugo. - A jeśli on był w istocie łotrem i mordercą przy całej swojej 

niewinności?  Ten  kuc  to  silna,  mała  bestia,  za  duża  na  Ryszarda.  Chłopiec  pustelnika  jest 

lekki, a Ryszard to jedyny świadek. Nie mówię, że tak było. Mówię tylko, że takie rzeczy się 

zdarzają. 

— 

To prawda, nie będę zaprzeczał - przyznał Cadfael. 

Było coś w jego tonie, co kazało Hugonowi powiedzieć z przekonaniem: 

— 

Ale ty w to nie wierzysz. 

background image

 

Tego sam Cadfael aż do tej chwili nie był pewny. 

— 

Czujesz swędzenie w kciukach? Ja bym tego nie lekceważył na twoim miejscu 

- oświadczył Hugo z na pół niechętnym uśmiechem. 

— 

Nie,  Hugonie.  -  Cadfael  zaprzeczył  ruchem  głowy.  -  Nie  wiem  nic,  czego  ty 

nie  wiesz.  Nie  jestem  niczyim  adwokatem  w  tej  sprawie  -  poza  Ryszardem  -  i  ledwie 

zamieniłem słowo z tym Hiacyntem, a widziałem go tylko dwa razy, kiedy przyniósł kapitule 

posłanie  Cuthreda  i  kiedy  przyszedł  zabrać  mnie  do  leśnika.  Wszystko,  co  mogę  zrobić,  to 

mieć oczy otwarte, stąd do domu Eilmunda, i możesz być pewny, że będę je miał otwarte i 

może nawet sam przetrząsnę krzaki po drodze. Jeśli będę miał jakąś wiadomość, bądź pewny, 

że  usłyszysz  ją  przed  innymi.  Dobrą  czy  złą,  ale  Bóg  i  święta  Winifreda  dadzą  nam  dobrą 

nowinę! 

Na tym się rozstali. Hugo pojechał do zamku wysłuchać nowin, jakie straż miała dla 

niego w to późne popołudnie, a Cadfael ruszył dalej przez miasteczko ku skrajowi lasu. Nie 

śpieszył  się.  Miał  sporo  do  przemyślenia.  Dziwne,  jak  sam  fakt  przyznania,  że  mogło  być 

gorzej, umocnił jego przekonanie, że tamto się nie zdarzyło i nie zdarzy. Dziwne też, że kiedy 

tylko oświadczył prawdziwie, iż nie wie nic o Hiacyncie i że ledwie z nim mówił, ogarnęło go 

silne przekonanie, że ten brak da się wkrótce nadrobić, i że dowie się jeśli nie wszystkiego, to 

wszystkiego, co musi wiedzieć. 

Eilmund  odzyskał  już  zdrową  cerę,  ochoczo  powitał  towarzystwo  i  nie  mógł  się 

powstrzymać  od  natychmiastowego  wypróbowania  nowych  kul.  Cztery  czy  pięć  dni  w 

zamknięciu było ciężką próbą dla jego cierpliwości, ale możliwość pokuśtykania z wigorem 

do ogrodu i sprawdzenie, że szybko się uczy sztuki używania tych nowych nóg, sprawiły, iż 

od  razu  się  rozchmurzył.  Kiedy  się  nasycił  własnymi  umiejętnościami,  chętnie  usiadł  na 

prośbę Anety do wieczerzy z Cadfaelem. 

— 

Powinienem wracać, kiedy już wiem, jak dobrze sobie radzisz - rzekł Cadfael. 

- Kość zrasta się prosto i pewnie jak włócznia, nie muszę cię nachodzić codziennie. A skoro 

mowa o gościach nie w porę, czy był tu dziś Hugo Beringar albo jego ludzie przeszukujący 

lasy  dookoła?  Słyszeliście  już  wcześniej,  że  szukają  Cuthredowego  chłopca,  Hiacynta, 

podejrzanego o zabicie swego pana. A teraz i młody Ryszard także zaginął. 

— 

Słyszeliśmy o nich obu ledwie zeszłego wieczoru - odparł Eilmund. - Tak, byli 

tu  dziś  rano,  cała  długa  linia  ludzi  z  garnizonu,  przeszukujących  każdy  skrawek  lasu 

pomiędzy  drogą  a  rzeką.  Zaglądali  nawet  do  mojej  obory  i  kurnika.  Sam  Will  Warden 

zrzędził, że to niepotrzebne szaleństwo, ale ma swoje rozkazy. Po co marnować czas, mówił, 

na  nachodzenie  dobrego  człowieka,  o  którym  wszyscy  wiemy,  że  jest  uczciwy,  ale  mogę 

background image

 

zapłacić skórą za pominięcie jednej chaty albo pojedynczego krzaka przez moich naganiaczy, 

bo jego wielmożność ma nas wszystkich na oku. Nie wiesz, czy znaleźli chłopca? 

— 

Nie,  jeszcze  nie.  Nie  ma  go  w  Eaton,  to  pewne.  Jeżeli  cię  pocieszę, 

Eilmundzie,  pani  Dionizja  też  musiała  otworzyć  drzwi  do  przeszukania.  Nobile  i  prości 

ludzie, wszyscy są traktowani tak samo. 

Aneta stała nad nimi w milczeniu, przyniósłszy chleb i ser do stołu. Krok miała lekki 

jak zawsze, twarz jak zawsze spokojną, tylko na wzmiankę o Ryszardzie zachmurzyła się w 

pełnym  troski  współczuciu.  Nie  wiadomo,  co  się  kryło  za  jej  spokojnym  obliczem,  ale 

Cadfael  nie  zaryzykował  zgadywania.  Pożegnał  się  o  stosownej  porze  mimo  nalegań 

gospodarza. 

— 

Opuściłem zbyt wiele nabożeństw przez ostatnie dni. Lepiej będzie, jeśli wrócę 

do obowiązków, a przynajmniej pojawię się dziś wieczorem na komplecie. Przyjadę obejrzeć 

cię pojutrze. Bądź ostrożny przy chodzeniu.  A ty, Aneto,  nie pozwalaj  mu  za długo być na 

nogach. Gdyby ci sprawiał kłopot, zabierz mu kule. 

Roześmiała się i powiedziała, że to zrobi, ale Cadfael zauważył, że myślami była tylko 

w  połowie  przy  tym,  co  powiedział  i  że  nie  wsparła  protestów  ojca  przeciw  wczesnemu 

odjazdowi  zakonnika.  Tym  razem  nie  odprowadziła  go  też  do  bramy,  lecz  tylko  do  drzwi. 

Stała w nich, patrząc, jak wsiada na konia, i pomachała, kiedy obejrzał się, zanim 

wjechał  w  wąską  ścieżkę  między  drzewami.  Dopiero  gdy  zniknął,  odwróciła  się  i 

weszła do chaty. 

Cadfael  nie  odjechał  daleko.  O  paręset  kroków  w  głąb  lasu  była  zielona  wnęka 

otoczona  gęstwiną,  tam  zsiadł,  uwiązał  konia,  po  czym  poszedł  z  powrotem  bardzo  cicho  i 

ostrożnie do miejsca, skąd mógł widzieć drzwi domu, samemu nie będąc widzianym. Światło 

przygasało łagodnie do miękkiej zieleni zmierzchu, a cisza była głęboka, tylko ostatnia pieśń 

ptaka przerywała milczenie lasu. 

Po  kilku  chwilach  Aneta  wyszła  znowu  i  stała  przez  chwilę  nieruchomo  z  głową 

czujnie  podniesioną,  rozglądając  się  po  polanie  i  nadsłuchując  u  -  ważnie.  Potem, 

zadowolona, wyszła szybko za ogrodzenie ogrodu i obeszła chatę od tyłu. Cadfael pod osłoną 

drzew  poszedł  za  nią.  Jej  kury  były  już  zamknięte  na  noc,  krowa  stała  w  oborze.  Z  tych 

zwykłych  wieczornych  zajęć  Aneta  wróciła  już  przed  godziną,  kiedy  jej  ojciec 

wypróbowywał kule na trawiastych tarasach polany. Wyglądało na to, że ma jeszcze coś do 

zrobienia,  zanim  zapadnie  noc  i  trzeba  będzie  zamknąć  i  zaryglować  drzwi.  Ruszyła  do  tej 

roboty  lekkim,  radosnym  biegiem,  z  rękami  rozłożonymi,  by  rozsunąć  krzaki  na  końcu 

polany.  Biegła  z  rozpuszczonymi  włosami  tańczącymi  na  ramionach,  z  głową  odrzuconą  w 

background image

 

tył,  jakby  patrzyła  w  górę,  na  drzewa  ciemniejące  teraz  nad  jej  głową  i  roniące  w  ciszy 

zwiędłe liście, łzy starzejącego się roku. 

Nie zaszła daleko. Po przejściu niecałych stu kroków w głąb lasu stanęła, zamarła w 

radosnym biegu pod  gałęziami  starego dębu, wciąż pełnymi liści.  Cadfael,  nie oddalony od 

niej  zbytnio,  ujrzał,  że  odrzuca  głowę  w  tył  i  wysyła  melodyjny  gwizd  w  koronę  drzewa. 

Skądś z góry odpowiedział jej cichy szelest liści, opadający przez gałęzie jak mógłby spadać 

żołądź, a po chwili dosięgnął ziemi w postaci szybkiego i cichego jak kot młodego człowieka, 

który  zawisnął  na  rękach  na  najniższej  gałęzi  i  zeskoczył  lekko  u  boku  Anety.  Kiedy  tylko 

dotknął ziemi, rzucili się sobie w ramiona. 

A  więc  nie  mylił  się.  Tych  dwoje  wpadło  sobie  w  oko  od  pierwszego  wejrzenia,  z 

błogosławieństwem przysługi, jaką oddał jej ojcu. Dopóki Eilmund leżał bezradny w domu, 

miała dość czasu, żeby ukrywać i żywić uciekiniera, ale co zrobią teraz, kiedy leśnik wstanie 

z  łoża,  choćby  jego  pole  działania  było  ograniczone?  Czy  to  było  w  porządku  stawiać  ojca 

przed wyborem lojalności? Był przecież stróżem prawa, choćby tylko prawa leśnego. Ale oto 

stali tam, połączeni otwarcie niczym dzieci, a ich uścisk robił wrażenie tak trwałego, że trzeba 

by  czegoś  więcej  niż  ojca,  pana  majątku,  prawa  czy  króla,  żeby  ich  rozłączyć.  Z  jej 

rozpuszczonymi,  długimi  włosami  i  bosymi  nogami,  z  klasyczną  elegancją  postawy  oraz  z 

ruchami  Hiacynta  i  jego  niepokojącą  urodą  mogli  się  wydawać  parą  istot  wyrosłych  w 

starożytnym lesie, faunem i nimfą z jakiejś pogańskiej, ale uroczej baśni. Nawet narastający 

zmierzch nie mógł przyćmić ich blasku. 

„No cóż - powiedział sobie Cadfael, poddając się tej wizji - jeśli z tym właśnie mamy 

do czynienia, musimy iść dalej, bo nie ma drogi odwrotu”. Wyszedł z szelestem z zarośli i nie 

kryjąc się, ruszył ku nim. 

Usłyszeli  go  i  odskoczyli  natychmiast  z  podniesionymi  głowami,  policzek  przy 

policzku, niczym jelenie, które zwęszyły niebezpieczeństwo. Zobaczyli zakonnika i Aneta z 

twarzą  pobladłą  i  ostrą  jak  miecz  rozłożyła  ramiona,  zasłaniając  sobą  Hiacynta.  Równie 

zdecydowanie Hiacynt przestawił ją na bok i stanął przed nią. 

— 

Tak  jakbym  potrzebował  dowodu  -  powiedział  Cadfael,  starając  się  ich 

uspokoić,  jak  dalece  mógł  przekazać  jego  głos.  Zatrzymał  się,  nie  podchodząc  zbyt  blisko, 

chociaż  oni  już  wiedzieli,  ze.  ucieczka  nie  ma  sensu.Nie  jestem  stróżem  prawa.  Jeśli  nie 

zrobiliście nic złego, nie macie się czego obawiać z mojej strony. 

— 

Trzeba by kogoś śmielszego niż ja, żeby mówić, iż nie zrobił nic złego - cicho 

rozbrzmiał  czysty,  jasny  głos  Hiacynta.  Nawet  w  tym  gasnącym  świetle  jego  nagły, 

onieśmielający uśmiech zabłysnął, dostrzegalny przez chwilę. - Ale nikogo nie zabiłem, jeżeli 

background image

 

o to chodzi, bracie Cadfaelu. 

— 

Tak,  o  to.  -  Przenosił  wzrok  z  jednej  ożywionej  i  czujnej  twarzy  na  drugą  i 

widział, że oddychają nieco lżej, a z każdą chwilą są mniej skłonni do ucieczki czy ataku.  - 

Szczęściem  dla  ciebie,  nie  zabrali  dziś  psów.  Hugo  nie  ściga  ludzi  z  psami.  Przepraszam 

chłopcze, jeśli moja wizyta zatrzymała cię dziś dłużej w twoim gnieździe. Mam nadzieję, że 

noce spędzasz wygodniej. 

Na to uśmiechnęli się oboje, chociaż nieco ostrożnie i z czujnymi oczami, ale nic nie 

powiedzieli. 

— 

A gdzie się kryłeś, kiedy byli tu sierżanci, że cię nie zwietrzyli? 

Aneta zdecydowała się  na szczerość z tą samą rzeczowością, z jaką robiła wszystko 

inne.  Poruszyła  się  i  potrząsnęła  lśniącym  płaszczem  włosów,  wzbijając  bladą  ich  chmurę 

wokół głowy. Nabrała tchu i zaśmiała się. 

— 

Jeżeli musisz wiedzieć, był pod łóżkiem ojca, kiedy Will Warden siedział na 

ławie naprzeciw, pijąc z nami piwo, a jego ludzie zaglądali między kury i przetrząsali siano 

na stryszku. Myślałeś  chyba, że ojciec nie wiedział, co robię  - powiedziała, podchodząc do 

Cadfaela  i  ciągnąc  za  rękę  Hiacynta.  -  On  wie  o  wszystkim  i  wiedział  od  początku,  a 

przynajmniej  odkąd  zaczęła  się  obława.  A  teraz,  kiedy  nas  przyłapałeś,  chodźmy  lepiej  do 

domu i zobaczmy, co się da wymyślić we czwórkę, żeby nas wydobyć z tej matni. 

— 

Nie  przyjdą  tu  więcej  -  mówił  z  zadowoleniem  Eilmund,  przewodząc 

spotkaniu we własnym domu z tronu swego łóżka, tego samego łóżka, pod którym  Hiacynt 

leżał bezpieczny w obecności łowców.  - A jeśli  przyjdą, będziemy o tym w porę wiedzieli. 

Nie należy powtarzać kryjówki. 

— 

I  nigdy  nie  miałeś  obaw,  że  możesz  ukrywać  mordercę?  -  spytał  Cadfael  z 

nadzieją, że zostanie przekonany. 

— 

Nigdy żadnych! Od początku wiedziałem, że

tak nie jest. I ty też powinieneś to wiedzieć. Mówię o dowodzie, Cadfaelu, nie o przekonaniu, 

chociaż  przekonanie  też  się  liczy,  jeśli  o  tym  mowa.  Byłeś  tu  wczoraj  wieczorem,  a  tego 

zabitego znalazłeś w drodze powrotnej, martwego najwyżej od godziny. Czy to potwierdzasz? 

— 

Jak najchętniej, jeśli to poprze twój dowód. 

— 

A  opuściłeś  mnie,  kiedy  Aneta  wróciła  po  swojej  wieczornej  robocie. 

Przypominasz sobie, jak mówiłem, że długo to trwało, i tak było. Dobrze ponad godzinę. Nie 

bez  powodu,  bo  spotykała  się  z  tym  tu  młodzikiem,  a  o  cokolwiek  by  im  chodziło,  nie 

śpieszyli się z tym, co chyba cię bardzo nie dziwi. Krótko mówiąc, tych dwoje było razem w 

lesie,  o  milę  stąd  od  czasu,  kiedy  nas  zostawiła  razem  do  czasu,  aż  wróciła  prawie  dwie 

background image

 

godziny  później.  I  tam  znalazł  ich  młody  Ryszard,  a  Aneta  sprowadziła  chłopaka  tutaj  i  w 

dziesięć  minut  po  twoim  odjeździe  przyprowadziła  go  do  mnie.  To  nie  morderca,  bo  przez 

cały ten czas był z nią albo ze mną i w tym domu przespał tamtą noc. Nigdy nie był w pobliżu 

zabitego i możemy za to przysiąc. 

— 

Więc  czemu  nie...  -  zaczął  Cadfael,  ale  równie  pośpiesznie  wycofał  się  z 

niepotrzebnego pytania i podniósł rękę, by powstrzymać oczywistą odpowiedź. - Nie, nic nie 

mów!  Widzę  dobrze,  czemu.  Ciężko  mi  się  dziś  myśli.  Gdybyś  powiedział  Hugonowi 

Beringarowi,  że  ściga  niewinnego,  pewnie  oddaliłbyś  od  niego  niebezpieczeństwo.  Ale 

chociaż jeden z Bosietów nie żyje, drugiego oczekujemy w opactwie w każdej chwili - może 

już tam być, ile wiem. Koniuszy twierdzi, że jest wart swego rodzica, a on wie, co mówi, bo 

nosi ślady tego na twarzy. Nie, widzę, że nie miałeś wyjścia. 

Hiacynt usiadł na podłodze u stóp Anety, podciągając kolana pod brodę. Odezwał się 

beznamiętnie i bez nacisku, ale ze spokojem i zdecydowaniem. 

— 

Nie mam zamiaru tam wracać. 

— 

Nie powinieneś! - oświadczył serdecznie Eilmund. - Rozumiesz, Cadfaelu, że 

kiedy  przyjąłem  tego  chłopaka,  nie  było  w  ogóle  sprawy  morderstwa.  Chroniłem  zbiegłego 

poddanego, który miał powód do ucieczki i który oddał mi wielką przysługę. Polubiłem go i 

nie  wydałbym  go  w  żadnym  przypadku.  A  potem,  kiedy  podniosła  się  wrzawa  wokół 

morderstwa, wiedziałem, że on nie ma z tym nic wspólnego, więc nie robiło mi to różnicy. 

Sam  widzisz,  że  nie  było  możliwe  powiedzenie  tego  szeryfowi  opatowi.  A  wynik  tego  jest 

taki, iż mamy chłopaka w rękach, ale nie wiemy, jak mu zapewnić bezpieczeństwo. 

 

 

 

background image

 

Rozdział dziewiąty 

 

 

Wszyscy  przyjęli,  jak  się  zdawało,  że  Cadfael  jest  po  ich  stronie  i  całym  sercem 

uczestniczy w konspiracji. Jak mogło  być inaczej? Oto był  niezbity dowód, że chłopiec nie 

jest mordercą, dowód, który można złożyć w ręce Hugona Beringara z pełnym zaufaniem dla 

jego  poczucia  sprawiedliwości,  co  do  tego  nie  było  wątpliwości.  Ale  nie  można  było  tego 

zrobić,  nie  narażając  Hiacynta  na  to  samo  niebezpieczeństwo,  przed  którym  już  raz  uciekł. 

Nie mógł się spodziewać, że ucieknie po raz drugi. Prawo obowiązywało Hugona jak każdego 

innego  i  nawet  jego  dar  niedowidzenia  i  niedosłyszenia  nie  pomógłby  Hiacyntowi,  gdyby 

Bosiet zwęszył, gdzie on jest kto go chroni. 

— 

Między nami mówiąc, możemy ci pomóc przedostać się z hrabstwa do Walii i 

ujść pogoni - powiedział Cadfael, choć bez przekonania. 

— 

Nie - rzekł Hiacynt. - Nie ucieknę. Będę się ukrywał, jak długo trzeba, ale nie 

będę  nigdzie  dalej  uciekał.  Miałem  taki  zamiar,  kiedy  wyruszałem  w  tę  stronę,  jednak 

zmieniłem zdanie. 

— 

Dlaczego? - spytał Cadfael.

— 

Z  dwóch  powodów.  Po  pierwsze,  bo  Ryszard  zaginął.  Ocalił  moją  skórę, 

przynosząc  mi  ostrzeżenie,  więc  jestem  jego  dłużnikiem,  póki  się  nie  dowiem,  że  jest 

bezpieczny  i  wrócił  tam,  gdzie  chce  być.  Po  drugie,  bo  pragnę  wolności  tu  w  Anglii,  tu  w 

Shrewsbury.  Mam  zamiar  znaleźć  pracę  w  tym  mieście,  zarabiać  na  życie  i  ożenić  się.  - 

Podniósł wzrok na Eilmunda z wyzywającym błyskiem bursztynowych oczu i uśmiechnął się. 

- Jeśli Aneta mnie zechce. 

— 

Lepiej  byś  mnie  poprosił  o  pozwolenie  -  zauważył  Eilmund.  Był  w  dobrym 

humorze i stało się oczywiste, że nie jest to dla niego pomysł nowy ani niechętnie widziany. 

— 

Zrobię to w stosownym  czasie, ale nie proponuję tobie ani jej siebie takiego, 

jaki  jestem  i  co  posiadam  teraz.  Niech  to  poczeka,  lecz  nie  zapominaj  o  tym  -  uprzedził 

rozpromieniony faun. - Przede wszystkim muszę znaleźć i znajdę Ryszarda! 

— 

Co  więcej  możesz  zrobić,  niż  robi  Hugo  Beringar  i  wszyscy  jego  ludzie?  - 

spytał  trzeźwo  Eilmund.  -  Sam  jesteś  ściganą  zwierzyną,  a  psy  gończe  siedzą  ci  na  karku! 

Siedź cicho jak rozsądny chłopak i nie wychylaj głowy, póki obława nie zacznie kosztować 

Bosieta więcej,  niż warta jest jego nienawiść, a  to  się w końcu stanie. Musi teraz myśleć o 

swoich majątkach. 

background image

 

Czy jednak Hiacynt był rozsądnym chłopcem, pozostawało sprawą domysłu. Siedział 

bardzo  spokojnie  w  sposób,  który  zapowiadał  natychmiastową  akcję.  Łagodny  blask  ognia 

pałał na jego subtelnych

policzkach i czole, przemieniając ich brąz w złoto. Aneta siedząca przy nim na wyściełanej 

ławie  pod  ścianą  miała  w  sobie  coś  z  jego  postawy.  Twarz  miała  spokojną,  ale  oczy 

błyszczały  jak  szafiry.  Z  ich  spojrzenia  można  było  wyczytać,  co  myśli,  sama  nie  czuła 

potrzeby  dodawania  słów  ani  dotykania  ramion  Hiacynta,  by  potwierdzić  swe  prawo 

własności. Jeżeli ktoś miał wątpliwości co do planów Anety na przyszłość, ona sama ich nie 

miała. 

— 

Ryszard opuścił was zaraz po ostrzeżeniu, czy tak? - spytał Cadfael. 

— 

Tak  było.  Hiacynt  chciał  z  nim  iść  do  skraju  lasu,  ale  on  się  nie  zgadzał. 

Powiedział, że się nie ruszy, jeśli Hiacynt się zaraz nie ukryje, więc to obiecaliśmy, i odjechał 

z  powrotem.  A  my  wróciliśmy  do  ojca,  jak  mówił;  nikogo  nie  widzieliśmy  po  drodze. 

Ryszard nie odjechał w stronę Eaton, bo myślałabym, że jego babka mogła go zabrać. Wracał 

do swego łóżka. 

— 

Wszyscy  tak  myśleliśmy  -  przyznał  Cadfael.  -  Hugo  Beringar  także.  Ale  był 

tam wcześnie rano i przewrócił wszystko do góry nogami, a chłopca nie było. Myślę, że Jan z 

Długolasu i połowa domowników powiedziałaby, gdyby go tam widzieli. Pani Dionizja jest 

groźną damą, ale to Ryszard jest panem Eaton i jemu będą służyć w przyszłości, nie jej. Jeżeli 

nie mieli odwagi mówić przy pani, zrobiliby to za jej plecami. Nie, tam go nie ma. 

Było  już  dawno  po  nieszporach.  Cadfael  nawet  gdyby  zaraz  wyruszył  z  powrotem, 

spóźniłby się na kompletę, siedział więc, uparcie rozpatrując całą tę nową sytuację i szukając 

najlepszej drogi wyjścia. Wydawało się, że pozostaje tylko czekać i starać się unikać obławy. 

Cieszył się, że Hiacynt nie jest mordercą, tyle przynajmniej uzyskano. Jak go jednak uchronić 

przed Bosietem, to całkiem inna sprawa. 

— 

Na  litość  boską,  chłopcze,  cóż  takiego  zrobiłeś  swemu  panu  tam  w 

Northampton, że cię tak nienawidzi? - powiedział, wzdychając. - Czy rzeczywiście napadłeś 

na jego rządcę? 

— 

Tak  -  przyznał  Hiacynt  z  satysfakcją  i  czerwona  iskierka  wspomnienia 

zapłonęła w jego oczach. 

— 

To było po żniwach i była tam dziewczyna zbierająca kłosy na jednym z pól 

majątku.  Żadna  dziewczyna  nie  była  przed  nim  bezpieczna,  kiedy  ją  zaskoczył  samą. 

Przypadkowo  byłem  blisko.  Miał  laskę  spuścił  mi  ją  na  głowę,  kiedy  na  niego  skoczyłem. 

Zarobiłem parę sińców, ale rozłożyłem go na kamieniach na miedzy. Leżał bez zmysłów. Nie 

background image

 

pozostało  mi  nic  innego,  jak  uciekać.  Nie  miałem  nic  do  stracenia.  Drogo  wydziedziczył 

mego  ojca  przed  dwoma  laty,  kiedy  ten  chorował  i  nie  zdołał  obrobić  naszych  pól  oraz 

pańszczyzny Bosieta, no i skończyliśmy w długach. Miał nas od dawna na oku i mówił, że 

podburzam  poddanych  przeciw  niemu...  Cóż,  jeśli  tak  było,  broniłem  ich  praw.  Nawet 

poddany  ma  prawo  chronić  życie  i  zdrowie,  ale  w  majątkach  Bosieta  to  prawo  niewiele 

znaczy.  Kazałby  mnie  bić  do  nieprzytomności  za  napaść  na  rządcę  -  a  gdybym  mu  nie 

przynosił zysków, kazałby mnie powiesić. To była okazja, na którą czekał. 

— 

Jakie mu przynosiłeś zyski? - spytał Cadfael. 

— 

Znam się na kaletnictwie - pasy, rzędy, sakiewki i temu podobne. Kiedy mnie 

wydziedziczył, obiecał zostawić mi chatę, jeżeli się zobowiążę oddawać mu wszystkie swoje 

wyroby w zamian za utrzymanie. Nie miałem wyboru, bo wciąż byłem jego poddanym. Ale 

zacząłem  robić  coraz  lepsze  tłoczenia  i  złocenia.  Kiedyś  chciał  zyskać  łaskę  earla  kazał  mi 

zrobić  okładkę  książki,  żeby  mu  ją  dać  w  prezencie.  A  potem  zobaczył  tę  książkę  przeor 

kanoników  z  Huntington  i  zamówił  specjalną  oprawę  ich  wielkiego  kodeksu,  następnie 

subprzeor klasztoru kluniackiego w Northampton chciał mieć nową oprawę ich najlepszego 

mszału i tak to narastało. Tamci dobrze płacili, a ja nie miałem z tego nic. Drogo dobrze na 

mnie zarabiał. To ten drugi powód, dla którego chciał mnie mieć żywego. I jego syn Aymer 

będzie chciał mnie mieć. 

— 

Jeżeli masz taki fach w ręku, poradzisz sobie wszędzie, kiedy się już uwolnisz 

od tych Bosietów powiedział Eilmund z uznaniem. - Nasz opat może ci  zapewnić robotę, a 

każdy kupiec z miasta będzie rad, mogąc cię zatrudnić. 

— 

A gdzie i jak spotkałeś się z Cuthredem? - spytał Cadfael. 

— 

Przy  kluniackim  klasztorze  w  Northampton.  Spędziłem  tam  noc,  ale  nie 

śmiałem  wejść  do  enklawy,  bo  było  tam  paru  takich,  którzy  mnie  znali.  Dali  mi  jedzenie 

razem z żebrakami przy bramie, a kiedy odchodziłem przed świtem, Cuthred też wyruszał po 

spędzeniu nocy w domu gościnnym. - Nagły mroczny uśmiech uniósł kąciki wymownych ust 

Hiacynta.

Złociste powieki miał przymknięte, kryjąc swe zaskakujące oczy. - Zaproponował mi, 

żebyśmy  podróżowali  razem.  Pewnie  z  litości.  Albo  żebym  nie  musiał  kraść  jedzenia  i  nie 

upadł  jeszcze  niżej.  -  Równie  nagle  podniósł  wzrok,  odsłaniając  w  pełni  blask  oczu 

utkwionych z powagą w twarzy Eilmunda. Uśmiech zniknął. - Czas, żebyś dowiedział się o 

mnie  najgorszego,  nie  chcę  w  tym  towarzystwie  żadnych  kłamstw.  Przybyłem  tu,  nie 

zawdzięczając światu niczego, zdolny do każdej nie - godziwości włóczęga i łajdak, a złodziej 

z konieczności. Zanim dasz mi schronienie, powinieneś znać powody do przemyślenia tego. 

background image

 

Aneta  -  wymówił  jej  imię  łagodniejszym  tonem  -  już  to  wie.  Ty  masz  prawo  wiedzieć. 

Powiedziałem jej prawdę tego wieczoru, kiedy brat Cadfael przybył tu nastawiać ci nogę. 

Cadfael przypomniał sobie nieruchomą postać siedzącą cierpliwie pod chatą i naglący 

szept: „Muszę z tobą porozmawiać!”. I Anetę wychodzącą w mrok zamykającą za sobą drzwi. 

— 

To  ja  zatamowałem  strumyk  krzakami,  żeby  podtopić  twoje  sadzonki 

powiedział Hiacynt z żelaznym zdecydowaniem. - To ja podkopałem skarpę i zasypałem rów, 

żeby samy mogły wejść w zagajnik. To ja przechyliłem pal ogrodzenia, by wypuścić owce na 

sadzonki jesionu. Pani Dionizja kazała mi być cierniem w boku opactwa, dopóki nie oddadzą 

jej wnuka. Po to właśnie osadziła Cuthreda w pustelni, żebym tam był jego sługą. Nie znałem 

wtedy nikogo z was i nie miałem zamiaru kłócić się z kimś, kto mi dawał wygodne życie i 

bezpieczne schronienie, aż nie znajdę sobie lepszego. To moje dzieło i tym bardziej szkoda, 

że zdarzyło się coś gorszego, że drzewo zwaliło się na ciebie i przygniotło cię w strumieniu. 

Moja wina, że kulejesz i jesteś przykuty do domu  - chociaż brzeg sam się osunął, ja go nie 

dotykałem. Teraz więc wiesz - zakończył Hiacynt. - Jeśli zechcesz zedrzeć mi za to skórę z 

pleców, nie będę się bronił, a jeśli mnie wyrzucisz, odejdę. - Wyciągnął dłoń do Anety i dodał 

stanowczo: - Ale niedaleko! 

Teraz  nastąpiła  długa  chwila,  podczas  której  dwaj  starsi  mężczyźni  patrzyli  na 

młodego w milczeniu skupieniu, a Aneta obserwowała ich nie mniej u - ważnie, wszyscy zaś 

powstrzymywali  się  od  osądu.  Nikt  nie  podniósł  głosu  przeciw  niemu  i  nikt  nie  przerwał 

wyzywającego wyznania. Hiacynt używał prawdy jak sztyletu, a jego pokora zbliżała się do 

arogancji. Jeśli było mu wstyd, nie okazał tego na twarzy. Nie było jednak łatwo zrezygnować 

ze względów, jakie mu okazywali ojciec i córka. Gdyby milczał, Aneta nie powiedziałaby ani 

słowa. Nie prosił i nie zabiegał o usprawiedliwienie. Był gotów przyjąć bez skargi to, co mu 

się należy. Wątpliwe, czy jakikolwiek spowiednik, choćby wymowny groźny, zdołał skłonić 

to nieuchwytne stworzenie do większej skruchy niż ta. 

Eilmund  poruszył  się,  opierając  szerokie  ramiona  wygodniej  o  ścianę  i  odetchnął 

głęboko. 

No cóż, jeśli ty zwaliłeś na mnie drzewo, to tyje ze mnie ściągnąłeś. A jeżeli myślisz, 

że oddam zbiegłego poddanego w niewolę, bo mi wypłatał parę brzydkich figli, to mało mnie 

znasz.  Sądzę,  że  napędziłem  ci  wtedy  dosyć  strachu  i  wystarczy.  A  od  tej  pory  nie 

wyrządziłeś mi szkody, bo słyszę od wszystkich, że w lesie teraz spokój. Wątpię, czy ta pani 

jest zadowolona. Bądź rozsądny i zostań, gdzie jesteś. 

— 

Mówiłam mu, że ty nie odpłacasz wet za wet. 

— 

Aneta uśmiechnęła się z pewnością siebie. - nie powiedziałam ani słowa, bo byłam 

background image

 

przekonana, że on to zrobi sam. A brat Cadfael  wie, że Hiacynt nie jest mordercą i  wyznał 

nam o sobie wszystko. Nikt z nas go nie wyda. 

Nie, nikt! Cadfael siedział jednak niespokojnie, rozważając, co najlepiej teraz zrobić. 

Obława  trwała  mogła  znów  ściągnąć  do  tego  lasu,  a  tymczasem  Hugo,  skupiony  na 

najbardziej  prawdopodobnym  celu,  mógł  stracić  wszelkie  szanse  znalezienia  prawdziwego 

mordercy. Nawet Bosietowi należała się sprawiedliwość, chociaż sam naruszał prawa innych. 

Ukrywanie przed Hugonem dowodów niewinności Hiacynta mogło opóźnić ponowną ocenę i 

pościg za prawdziwym winowajcą. 

— 

Czy mi zaufacie i pozwolicie powiedzieć Hugonowi Beringarowi to, co od was 

usłyszałem?  Pozwólcie  mi  porozmawiać  z  nim  prywatnie...  -  ponaglał  Cadfael,  widząc  ich 

zesztywniałe w konsternacji twarze. 

— 

Nie!  -  Aneta  władczo  położyła  dłoń  na  ramieniu  Hiacynta,  rozpalając  się  jak 

poruszony ogień. - Nie, nie możesz mu nas wydać! Zaufaliśmy ci, nie zawiedź nas. 

— 

Nie,  nie,  nie,  to  nie  tak!  Znam  dobrze  Hugona.  On  nie  wydałby  poddanego 

złemu panu, bo daje pierwszeństwo sprawiedliwości, nawet przed prawem. Pozwólcie tylko 

powiedzieć, że Hiacynt jest niewinny i przedstawić dowód. Nie muszę mówić, skąd to wiem 

ani  gdzie  on  jest,  bo  Hugo  uwierzy  mi  na  słowo.  Potem  może  przerwać  poszukiwanie  i 

zostawić cię w spokoju, póki nie będziesz mógł się bezpiecznie ujawnić i mówić otwarcie. 

— 

Nie!  -  wykrzyknął  Hiacynt,  zrywając  się  na  nogi  jednym  płynnym  ruchem,  z 

oczami  płonącymi  jak  dwa  żółte  ognie  niepokoju  i  odmowy.  -  Nie  mów  mu  ani  słowa,  ani 

słowa! Gdybyśmy myśleli, że pójdziesz do niego, nie przyjmowalibyśmy cię. Jest szeryfem, 

musi  wziąć  stronę  Bosieta  -  on  ma  majątki  i  własnych  poddanych,  czy  myślisz,  że  weźmie 

moją stronę przeciw mojemu panu? Zaciągną mnie do stóp  Aymera i  pogrzebią żywcem  w 

jego lochu. 

Cadfael zwrócił się o pomoc do Eilmunda. 

— 

Przyrzekam  ci,  że  zdejmę  z  tego  chłopca  podejrzenie,  jeśli  pomówię  z 

Hugonem. Przyjmie moje słowo i powstrzyma się od polowania. Wycofa swoich ludzi albo 

ich  pośle  gdzie  indziej.  Wciąż  ma  do  znalezienia  Ryszarda.  Eilmundzie,  znasz  Hugona 

Beringara i wiesz, że jest uczciwy. 

Ale  nie,  Eilmund  nie  znał  go,  nie  tak  jak  go  znał  Cadfael.  Leśnik  pokręcił  głową  z 

powątpiewaniem.  Szeryf  jest  szeryfem,  ma  ręce  związane  prawem,  a  prawo  jest  sztywne  i 

wymierzone na ogół przeciw chłopom, poddanym i bezrolnym.

— 

To  na  pewno  porządny  i  uczciwy  człowiek  -  powiedział  Eilmund.  -  Ale  nie 

powierzyłbym życia tego chłopca żadnemu oficerowi króla. Nie, Cadfa - elu, zostańmy przy 

background image

 

tym. Nie mów nic nikomu, dopóki Bosiet nie przyjedzie i odjedzie. 

Wszyscy  byli  przeciw  niemu.  Zrobił,  co  mógł,  przekonując  ich,  jaką  ulgą  byłoby 

wiedzieć,  że  nie  poluje  się  już  na  Hiacynta,  że  jego  niewinność  oznajmiona  po  cichu 

Hugonowi  pozwoli  stróżom  prawa  szukać  mordercy  Droga  gdzie  indziej  i  prowadzić 

poszukiwania  Ryszarda  dokładniej  oraz  większymi  siłami  w  lasach,  gdzie  chłopiec  zaginął. 

Ale oni mieli swoje argumenty i sporo racji. 

Jeżeli  powiesz  szeryfowi,  nawet  w  sekrecie,  jeśli  ci  uwierzy,  i  tak  będzie  musiał 

uporać się z Bosietem - przekonywała Aneta. - Człowiek jego ojca powie mu na pewno, że 

zbieg gdzieś tu się kryje, jest mordercą czy nie jest. Pozwoli sobie użyć psów gończych, jeśli 

szeryf  wycofa  swoich  ludzi.  Nie,  nie  mów  nic  nikomu,  jeszcze  nie.  Poczekaj,  aż  ustąpią  i 

wrócą do domu. Potem się ujawnimy. Obiecaj! Obiecaj do tej pory milczenie! 

Nie  miał  innego  wyjścia  niż  obiecać.  Zaufali  mu  nie  mógł  się  sprzeciwić  ich 

zdecydowanemu zakazowi. Westchnął i przyrzekł. 

Było  już  bardzo  późno,  kiedy  w  końcu  wstał,  żeby  zacząć  nocną  jazdę  do  opactwa. 

Obiecał  coś  przedtem  i  Hugonowi,  nie  zastanawiając  się,  jak  trudno  może  być  tego 

dotrzymać.  Obiecał,  że  jeśli  będzie  miał  coś  do  powiedzenia,  Hugo  dowie  się  o  tym  przed 

innymi. W tym subtelnym, choć niewinnym zestawieniu słów jakiś przebiegły umysł mógłby 

znaleźć  kilka  luk,  ale  jego  znaczenie  było  jasne  zarówno  dla  Hugona,  jak  dla  Cadfaela.  A 

teraz nie może spełnić obietnicy. Nie może, dopóki Aymer Bosiet nie policzy kosztów swej 

zemsty i nie zdecyduje się wracać do domu, aby cieszyć się swym dziedzictwem. 

W drzwiach odwrócił się, by zadać Hiacyntowi ostatnie pytanie, które nagle przyszło 

mu na myśl. 

— 

A Cuthred? Skoro byliście ze sobą blisko, czy on miał jakiś udział w twoich 

psotach w lesie Eilmunda? 

Hiacynt  popatrzył  na  niego  z  powagą,  nieco  zdziwiony,  a  w  jego  bursztynowych 

oczach była sama szczerość. 

— 

Jakżeby mógł? - odpowiedział po prostu. - Nigdy nie wychodzi za ogrodzenie. 

Aymer  Bosiet  wjechał  na  wielki  dziedziniec  opactwa  około  południa  z  młodym 

koniuszym  u  boku.  Brat  Dionizy,  szpitalnik,  miał  polecenie  przyprowadzenia  go  do  opata 

Radulfusa  zaraz  po  przybyciu,  bo  opat  nie  chciał  obarczać  nikogo  innego  zadaniem 

powiadomienia  syna  o  śmierci  ojca.  Zostało  to  wykonane  z  ostrożnością,  która  nie  była 

konieczna,  jak  się  wydawało.  Osierocony  syn  siedział  w  milczeniu,  obracając  w  myślach 

nowinę i wszystkie jej implikacje, najwyraźniej pogodził się z tym, wyrażając swój synowski 

żal  bardzo  stosownie,  ale  z  umysłem  wciąż  zwróconym  ku  ubocznym  następstwom,  z 

background image

 

umysłem  bystro  myślącym,  skrytym  za  twarzą  mniej  władczą  i  brutalną  niż  twarz  ojca,  ale 

okazującą  niewiele  smutku.  Marszczył  brwi,  bo  to  wydarzenie  oznaczało  kłopotliwe 

obowiązki,  jak  zamówienie  trumny  i  wozu  oraz  dodatkową  pomoc  w  podróży  do  domu. 

Oznaczało także jak najlepsze wykorzystanie czasu, jaki mu tu pozostał. Radulfus zlecił już 

Marcinowi  Bellecotowi,  mistrzowi  stolarskiemu  z  miasta,  wykonanie  prostej  wewnętrznej 

trumny,  która  nie  była  jeszcze  zamknięta,  bo  niewątpliwie  Aymer  zechce  spojrzeć  po  raz 

ostatni w twarz ojca i pożegnać się z nim. 

Osierocony syn przemyślał tę sprawę i spytał wprost: 

— 

Nie znalazł naszego zbiegłego poddanego? 

— 

Nie - odrzekł Radulfus, a jeśli był wstrząśnięty, zdołał ukryć to uczucie. - Było 

przypuszczenie,  że  ów  młody  człowiek  przebywa  w  okolicy,  ale  żadnej  pewności,  że 

podejrzany młodzik to rzeczywiście poszukiwany. I nikt chyba nie wie, gdzie się podział. 

— 

Morderca mego ojca jest poszukiwany? 

— 

Bardzo wytrwale, przez wszystkich ludzi szeryfa. 

— 

Mój  poddany  także,  jak  sądzę.  Choćby  nawet  nie  był  mordercą  -  powiedział 

posępnie  Aymer.  -  Prawo  jest  zobowiązane  zrobić  wszystko,  żeby  mi  przywrócić  moją 

własność.  Ten  hultaj  jest  uciążliwy,  ale  cenny.  Za  żadną  cenę  nie  puściłbym  go  wolno  - 

zakończył, zgrzytając dużymi, mocnymi zębami. 

Był wysoki i długokościsty jak jego ojciec, ale nie tak otyły i twarz miał szczuplejszą. 

Miał jednak te same płytko osadzone oczy nieokreślonego, mętnego koloru, które wydawały 

się nie mieć głębi. Liczył chyba trzydzieści lat i jego nowy status sprawiał mu przyjemność. 

Satysfakcja posiadacza zaczynała dźwięczeć w twardym  tonie jego  głosu.  Mówił już  „moja 

własność”. Ten jeden aspekt osierocenia z pewnością nie uszedł jego uwagi. 

— 

Chciałbym  widzieć  szeryfa  skupionego  na  tym  chłopcu,  który  sam  siebie 

nazywa  Hiacyntem  -  dodał  Aymer.  -  Jeżeli  ucieka,  czy  nie  świadczy  tym  samym,  że  jest 

naprawdę Brandem? I że przyczynił się do śmierci mego ojca? Nie zamierzam puścić takiego 

długu w niepamięć. 

— 

To  sprawa  dla  prawa  świeckiego,  nie  dla  mnie  odparł  Radulfus  z  chłodną 

uprzejmością. - Nie ma dowodu na to, kto zabił pana Droga, sprawa jest nadal otwarta. Ten 

człowiek jest jednak poszukiwany. Zechciej pójść ze mną. Zabiorę cię do kaplicy, gdzie leży 

twój ojciec. 

Aymer  stał  przy  otwartej  trumnie  leżącej  na  udrapowanych  marach,  a  światło 

wysokich  świec  płonących  przy  głowie  i  nogach  Droga  nie  ukazywało  wielkich  zmian  w 

twarzy syna. Patrzył w dół ze ściągniętymi brwiami, ale była to raczej zmarszczka namysłu 

background image

 

niż żalu czy gniewu z powodu tej śmierci. 

— 

Odczuwam gorzki żal, że gościa naszego klasztoru spotkał tak smutny koniec - 

powiedział opat. - Odprawiliśmy parę mszy za jego duszę, ale żadna inna naprawa szkody nie 

jest w mojej mocy. Ufam, że zobaczymy wymierzenie sprawiedliwości. 

— 

Istotnie!  -  zgodził  się  Aymer,  ale  z  takim  roztargnieniem,  iż  było  jasne,  że 

myśli o czymś innym. - Nie mam innego wyjścia, jak zabrać go do domu na pogrzeb, ale nie 

mogę  jeszcze  wyjechać.  Poszukiwanie  nie  może  być  tak  szybko  przerwane.  Muszę  dziś 

pojechać do miasta do waszego stolarza zamówić zewnętrzną trumnę, wyłożyć ją ołowiem i 

zamknąć. Szkoda, bo mógłby spocząć równie godnie tutaj, ale wszyscy mężczyźni z naszego 

rodu chowani są w Bosiet. Moja matka nie byłaby rada. 

Powiedział  to  z  nutą  złości.  Gdyby  nie  konieczność  odwiezienia  zwłok  do  domu, 

mógłby  tu  jeszcze  przez  wiele  dni  ciągnąć  polowanie  na  zbiegłego  poddanego.  Chociaż 

sprawy  przybrały  taki  obrót,  zamierzał  wykorzystać  czas  w  pełni,  a  Radulfus  nie  mógł  się 

oprzeć  wrażeniu,  że  bardziej  mu  zależy  na  schwytaniu  zbiegłego  poddanego  niż  mordercy 

ojca. 

Cadfael  przechodził przypadkiem  przez dziedziniec, kiedy nowo przybyły  ponownie 

brał  konia  ze  stajni  wczesnym  popołudniem.  Po  raz  pierwszy  ujrzał  wtedy  syna  Droga. 

Przystanął i zbliżył się, by mu się przyjrzeć. Tożsamość tamtego nie budziła wątpliwości, bo 

widać było rodzinne podobieństwo. Te same osobliwie płytkie oczy, pomniejszone przez brak 

cienia  od  oczodołów,  miały  ten  sam  złośliwy  wyraz,  a  obchodzenie  się  z  koniem  przy 

wsiadaniu było o wiele bardziej rozważne niż traktowanie koniuszego. Gdy tylko znalazł się 

w siodle, odtrącił rękojeścią szpicruty dłoń trzymającą mu strzemię, a gdy Warin odskoczył 

przed ciosem, strasząc konia, który podrzucił łeb i parsknął, jeździec zdzielił koniuszego po 

grzbiecie  tak  ochoczo  i  tak  wyraźnie  bez  gniewu,  że  było  jasne,  iż  to  jego  zwykły  sposób 

traktowania podwładnych. Wziął ze sobą do miasta młodszego koniuszego, sam zaś jechał na 

koniu  ojca,  który  był  wypoczęty  i  potrzebował  ruchu.  Niewątpliwie  Warin  był  rad,  że  go 

zostawiono w spokoju na parę godzin. 

Cadfael dogonił koniuszego i szedł za nim, gdy ten wracał do stajni. Warin obejrzał 

się,  by  mu  pokazać  siniec  szybko  zanikający,  ale  wciąż  żółty  niczym  stary  pergamin  i  usta 

nadal przedłużone gojącą się blizną w ich kąciku. 

— 

Nie  widziałem  cię  przez  dwa  dni  -  powiedział  Cadfael,  oglądając  ślady 

dawnych gwałtów i szukając nowych. - Chodź ze mną do herbarium i pozrwól mi opatrzyć ci 

znowu  to  skaleczenie.  Nie  będzie  go  przez  godzinę  albo  dwie,  więc  możesz  odetchnąć 

spokojnie. Opatrunek przyda się ranie, chociaż widzę, że goi się czysto. 

background image

 

Warin zastanawiał się tylko przez chwilę. 

— 

Wzięli dwa świeże konie i zostawili mi te inne do oporządzenia, ale to może 

chwilę poczekać. 

I  poszedł  chętnie  u  boku  Cadfaela.  Jego  szczupła  postać,  przedwcześnie  pochylona, 

zdawała się urastać pod nieobecność pana. W miłym, wonnym chłodzie pracowni, pod lekko 

poruszającymi  się  ziołami  szeleszczącymi  nad  głową,  usiadł  odprężony  i  zadowolony, 

pozwalając przemyć i namaścić ranę; bynajmniej nie śpieszył się z powrotem do koni, kiedy 

Cadfael skończył. 

— 

On  jest  jeszcze  bardziej  zawzięty  na  Branda,  niż  był  ten  stary  -  mówił 

koniuszy, kręcąc ze współczuciem głową nad losem dawnego sąsiada.  - Rozdarty na dwoje, 

bo chciałby go powiesić, ale też chciałby go wykorzystywać dla zysku aż do śmierci. I nie w 

tym rzecz, czy Brand zabił starego pana, czy nie, bo nie było tu wielkiej miłości. W ich domu 

nigdy nie było wiele miłości. Za to wszyscy są dobrzy w nienawiści. 

— 

Czy jest ich więcej? - spytał Cadfael. - Drogo zostawił wdowę? 

— 

Biedna,  blada  dama,  ale  lepiej  urodzona  niż  Bosietowie  i  ma  potężnych 

krewnych, więc muszą się z nią liczyć bardziej niż z kimś innym. Aymer ma też młodszego 

brata.  Nie  tak  hałaśliwego  ani  tak  gwałtownego,  ale  bystrzejszego  i  zręczniejszego.  Tyle  o 

nich, ale to wystarczy. 

— 

Żaden z nich nie jest żonaty? 

— 

Aymer miał żonę, ale biedaczka była chorowita i zmarła młodo. Jest w pobliżu 

Bosiet  dziedziczka,  o  którą  obaj  się  starają,  chociaż  starają  się  raczej  ojej  ziemię.  Mimo  że 

Aymer  jest  dziedzicem,  Roger  jest  znacznie  lepszy  w  przedstawianiu  się  z  dobrej  strony, 

dopóki nie postawi na swoim. 

Marne widoki na przyszłość dla tej dziewczyny, którykolwiek z tych dwóch zwycięży 

we współzawodnictwie, ale też i możliwy powód, dla którego Aymer nie powinien tu zwlekać 

zbyt długo, bo może stracić przewagę w domu. Cadfael nabrał ducha. Nieobecność w domu 

przy nowo odziedziczonym tytule mogła nawet być niebezpieczna, kiedy został tam sprytny i 

podstępny  młodszy  brat,  mogący  wykorzystać  sposobność.  Aymer  będzie  o  tym  myślał, 

nawet żałując porzucenia swego mściwego pościgu za Hiacyntem. Zakonnik nadal nie umiał 

myśleć tym chłopcu jako o Brandzie, bo wybrane przezeń imię pasowało znacznie lepiej. 

Ciekaw  jestem,  gdzie  naprawdę  dotarł  Brand  powiedział  Warin,  wracając 

niespodziewanie do tej samej nieuchwytnej osoby. - Szczęściem dla niego daliśmy mu fory - 

nie, żeby mój pan miał ten zamiar! - bo najpierw myśleli, że ktoś tak zręczny w palcach jak 

on na pewno ruszy do Londynu zmarnowaliśmy tydzień albo więcej, przeszukując wszystkie 

background image

 

drogi na południe. Dotarliśmy poza Thame, zanim jeden z ludzi przyjechał za nami mówiąc, 

że widziano Branda w Northampton. Drogo uznał, że jeśli wyruszył na północ, pójdzie dalej, 

skręci  na  zachód  i  skieruje  się  do  Walii.  Ciekawe,  czy  tam  dotarł.  Nawet  Aymer  nie 

zdecyduje się na pościg za granicę. 

— 

I nie słyszeliście już o nim więcej po drodze? spytał Cadfael. 

— 

Nie,  ani  widu,  ani  słychu.  Ale  jesteśmy  daleko  od  kraju,  gdzie  ktoś  by  go 

poznał  i  nie  każdy  chce  się  mieszać  w  taką  sprawę.  A  on  na  pewno  przybrał  inne  imię.  - 

Warin wstał, choć niechętnie, by wrócić do obowiązków. - Mam nadzieję, że to mu pomoże. 

Nieważne, co mówią Bosietowie, porządny z niego chłopak. 

Brat  Winfryd  pracowicie  zamiatał  liście  pod  drzewami  w  sadzie.  Wilgotna  jesień 

sprawiła,  że  opadły,  zanim  przybrały  jaskrawe  barwy,  niczym  cichy,  zielony  deszcz,  który 

wtapiał się w murawę. Cadfael był sam i bez zajęcia, odkąd opuścił go Warin. Tym  więcej 

powodów,  żeby  siedzieć  spokojnie  i  myśleć,  a  jedna  czy  dwie  modlitwy  też  nie  pójdą  na 

marne.  Za  chłopca,  który  przepadł,  wyjechawszy  na  czarnym  kucu  w  swą  szaloną  i 

wielkoduszną  misję,  za  tego  młodego  zucha,  którego  wyruszył  ratować,  i  nawet  za  tego 

złośliwego pana zabitego bez dania czasu na spowiedź i rozgrzeszenie, bardzo potrzebującego 

łaski. 

Dzwon  na  nieszpory  wyrwał  go  z  rozmyślań,  a  on  rad  go  posłuchał,  poszedł  przez 

ogród i wielki dziedziniec do klasztoru i południowych drzwi kościoła, żeby być wcześniej na 

swym miejscu. Przez kilka ostatnich dni opuścił zbyt wiele nabożeństw i potrzebował oparcia 

w braterskiej wspólnocie. 

Na  nieszporach  zawsze  bywało  kilkoro  ludzi  z  Podgrodzia,  pobożne  starsze  kobiety 

mieszkające  w  domach  opactwa,  starsze  małżeństwa,  już  niepracujące,  rade  z  zapełnienia 

czasu  i  spotkań  z  przyjaciółmi  w  kościele,  a  także  goście  klasztoru  wracający  z  dziennych 

zajęć.  Cadfael  słyszał  ich  poruszenia  za  ołtarzem  parafialnym  w  rozległych  przestrzeniach 

nawy.  Zauważył,  że  Rafe  z  Coventry  przyszedł  z  klasztoru  i  zajął  miejsce,  z  którego  mógł 

widzieć obok parafialnego ołtarza także prezbiterium. Klęcząc podczas modlitwy, nadal miał 

w sobie spokój człowieka pewnego sprawności własnego ciała, a jego nieprzenikniona twarz 

zdawała  się  raczej  tarczą  niż  maską.  Nie  wyjechał  więc,  żeby  się  spotkać  ze  swymi 

dostawcami z Walii. Był jedynym wiernym z domu gościnnego. Aymer Bosiet musiał chyba 

jeszcze  załatwiać  w  mieście  sprawy  pogrzebowe  albo  przetrząsał  zarośla,  szukając  swego 

zbiega. 

Bracia weszli i zajęli miejsca, a nowicjusze i uczniowie szli za nimi. Było to gorzkie 

przypomnienie, bo liczba uczniów wciąż była zmniejszona o jednego. Nie zapominano jednak 

background image

 

o Ryszardzie. Dopóki nie zostanie odnaleziony, żaden z chłopców nie zazna spokoju umysłu 

ani lekkości serca. 

Na  końcu  nieszporów  Cadfael  zwlekał  w  swej  ławie,  pozwalając  procesji  braci  i 

nowicjuszy odejść do klasztoru bez niego. Było w tym nabożeństwie piękno i pocieszenie, ale 

późniejsza  samotność  była  także  zbawienna,  po  tym,  jak  zamarły  echa  muzyki,  tutaj,  o  tej 

wieczornej  godzinie,  czy  to  za  sprawą  gołębiej  barwy  światła,  czy  też  uczucia,  że  dusza 

nabrzmiewa i wypełnia sobą najdalsze łuki sklepienia, jak kropla wody staje się oceanem, w 

który wpada. Nie było lepszej pory na modlitwę i Cadfael odczuwał jej potrzebę. Zwłaszcza 

za chłopca, równie samotnego i być może wystraszonego. To do świętej Winifredy skierował 

swe błaganie, jako Walijczyk przyzywający walijską świętą, i to taką, której był bardzo bliski 

i  do  której  żywił  uczucia  nieomal  rodzinne.  Ona  sama  była  prawie  dzieckiem,  zostając 

męczennicą, więc nie pozwoli skrzywdzić innego dziecka. 

Brat Rhun, którego uleczyła, wygładzał właśnie wonne świece, które sam wytwarzał 

na jej ołtarz. Kiedy podszedł Cadfael, zwrócił ku niemu jasną głowę, rzucił spojrzenie oczu 

koloru akwamaryny, które zdawały się świecić własnym światłem, uśmiechnął się i wyszedł. 

Nie  ociągał  się,  kończąc  pracę,  nie  krył  się  po  kątach,  by  się  przyglądać,  ale  na  szybkich, 

cichych stopach, które kiedyś były kulawe i chore, wyszedł spod sklepienia gotowego przyjąć 

modlitwę i posłać ją w górę. 

Cadfael  wstał  z  klęczek  pocieszony,  nie  wiedząc  jednak  ani  nie  pytając,  dlaczego. 

Światło  na  zewnątrz  gasło  raptownie,  tutaj  zaś  lampa  ołtarzowa  i  wonne  świece  świętej 

Winifredy  tworzyły  wysepki  blasku  w  spowijającym  je  mroku,  niczym  ciepły  płaszcz 

chroniący przed mrozem otaczającego świata. Łaska, która właśnie dotknęła Cadfaela, sięgała 

dostatecznie  daleko,  by  znaleźć  Ryszarda  gdziekolwiek  jest,  wyzwolić  go,  jeśli  jest 

uwięziony, pocieszyć, jeśli się lęka, uleczyć, jeśli jest ranny. Cadfael wyszedł z prezbiterium, 

obszedł  ołtarz  parafialny  i  wszedł  do  nawy,  świadomy,  że  zrobił  coś  bardzo  potrzebnego,  i 

zdecydowany czekać cierpliwie i biernie, póki łaska nie zostanie okazana. 

Wyglądało na to, że Rafe z Coventry również miał jakieś solenne i osobiste modlitwy 

do  zmówienia,  bo  właśnie  podnosił  się  z  klęczek  w  pustej  i  cichej  nawie,  gdy  Cadfael 

przechodził  obok.  Rozpoznał  znajomego  ze  stajni  z  lekkim,  przyjaznym  uśmiechem,  który 

przeniknął po wargach, ale pozostał dłużej w oczach. 

— 

Dobry wieczór, bracie! - Będąc tego samego wzrostu, szli naturalnie równym 

krokiem, skręcając ku południowej kruchcie. - Mam nadzieję, że mi wybaczysz, iż wszedłem 

do kościoła w butach z ostrogami i zakurzony po jeździe, ale wróciłem późno, nie było czasu 

na dojście do przyzwoitego wyglądu. 

background image

 

— 

Jesteś mile widziany niezależnie od wyglądu powiedział Cadfael. - Nie każdy, kto 

się u nas zatrzymuje, pokazuje się w kościele.  Miałem niewiele okazji widzieć cię przez te 

dwa dni, bo sam wyjeżdżałem. Czy ci się powiodło w twoich tutejszych sprawach? 

— 

Lepiej niż jednemu z waszych gości - odrzekł Rafe, zerkając na wąskie drzwi 

wiodące  do  kaplicy  pogrzebowej.  -  Ale  nie,  nie  powiedziałbym,  że  znalazłem  to,  czego 

szukam. Jeszcze nie! 

— 

Jego  syn  tu  jest.  -  Wzrok  Cadfaela  poszedł  za  tym  spojrzeniem.  -  Przyjechał 

dziś rano. 

— 

Widziałem  go  -  stwierdził  Rafe.  -  Wrócił  z  miasta  tuż  przed  nieszporami. 

Sądząc po wyglądzie i tonie głosu, jemu także się nie powiodło. Szuka kogoś, jak się zdaje! 

— 

Tak. Tego młodzika, o którym ci mówiłem - odparł sucho Cadfael i popatrzył z 

ukosa na towarzysza, gdy mijali oświetlony ołtarz parafialny. 

— 

Tak, pamiętam. Wrócił więc z pustymi rękami i żaden nieszczęśnik nie biegł 

na powrozie przy jego strzemieniu. - Rafe pozostał jednak obojętny dla młodzika i dla klanu 

Bosietów. Myślami był gdzie indziej. Przystanął nagle przy puszce na jałmużnę obok ołtarza i 

sięgnął  do  sakiewki,  wyciągając  garść  monet.  Jedna  wyślizgnęła  mu  się  z  palców,  ale  nie 

schylił się po nią natychmiast, tylko wrzucił trzy jej towarzyszki do puszki, zanim odwrócił 

się szukać zaginionej. W tym czasie Cadfael podniósł ją z posadzki i trzymał w dłoni. 

Gdyby  nie  stali  w  miejscu,  gdzie  świece  z  ołtarza  dawały  jasne  światło,  nie 

zauważyłby  w  niej  niczego  dziwnego.  Srebrny  pens  jak  inne  srebrne  pensy,  uniwersalna 

moneta. Nie całkiem jednak taki, jakie widywał dotąd w puszkach. Był jasny, nie zmatowiały, 

ale  wybity  niedbale  i  dziwnie  lekki.  Wokół  greckiego  krzyża  na  rewersie  monety  było 

niezgrabnie wypisane imię mincerza, Sigebert, Cadfael zaś nie pamiętał, żeby o takim słyszał. 

A  gdy  ją  odwrócił,  zarys  głowy  nie  przedstawiał  znajomego  profilu  Stefana  ani  zmarłego 

króla  Henryka,  ale  niewątpliwie  kobiecy,  w  czepcu  i  koronie.  Nie  musiał  czytać  imienia 

rozciągniętego przy krawędzi: „Matilda Dom. Ang.” Było to formalne imię i tytuł cesarzowej. 

Wyglądało na to, że monety z jej mennicy mają niedowagę. 

Podniósł wzrok i ujrzał Rafe’a patrzącego nań z uśmieszkiem, w którym więcej było 

ironii niż rozbawienia. Potem nastała chwila ciszy, podczas której mierzyli się wzrokiem. 

— 

Tak - powiedział Rafe. - Masz rację. Poznalibyście to po moim wyjeździe. Ale 

ona ma wartość, nawet tutaj. Wasi żebracy nie odrzucą jej, bo wybito ją w Oksfordzie. 

— 

I to niezbyt dawno temu zauważył Cadfael. 

— 

Niezbyt dawno temu. 

— 

Mój  uprzykrzony  grzech  to  ciekawość  -  wyznał  ze  skruchą  Cadfael.  Podał 

background image

 

monetę,  a  Rafe  przyjął  ją  z  powagą  i  z  uwagą  wrzucił  za  towarzyszkami  do  puszki  na 

jałmużnę. 

— 

Ale nie jestem gadatliwy - dodał zakonnik. 

— 

I nie mam za złe uczciwemu człowiekowi jego podległości. Szkoda, że mamy 

stronnictwa i prawi ludzie walczą ze sobą, a wszyscy są przekonani, że mają rację. 

— 

A czy twoja ciekawość nie sięga do zastanawiania się, co robię tak daleko od 

pola bitwy? - spytał cicho Rafe z gorzkim uśmiechem w głosie. - Daj spokój, jestem pewny, 

że  zgadujesz,  o  co  mi  chodzi.  Może  myślisz,  że  uznałem  za  rozsądne  wydostać  się  z 

Oksfordu, zanim będzie za późno? 

— 

Nie - rzekł stanowczo Cadfael. - To mi przez myśl nie przeszło. Nie o tobie! I 

czemu miałby tak ostrożny człowiek ryzykować podróż na północ do kraju króla? 

— 

Przyznaję,  że  to  nie  świadczy  o  mądrości  -  zgodził  się  Rafe.  -  Co  zatem 

przypuszczasz? 

— 

Przychodzi  mi  na  myśl  pewna  możliwość  -  powiedział  Cadfael  poważnie  i 

cicho. - Słyszeliśmy o kimś, kto nie uciekł z własnej woli z Oksfordu, póki to było możliwe, 

lecz został wysłany. W sprawie swojej pani i z czymś wartym grabieży. Nie zajechał daleko, 

bo jego konia znaleziono błąkającego się ze śladami krwi, wszystko, co wiózł przepadło, a on 

sam zniknął ze świata. 

Rafe przyglądał mu się uważnie z twarzą nieprzeniknioną jak zawsze, a błąkający się 

jeszcze uśmiech był smutny, lecz pogodny. 

— 

Wydaje mi się, że ktoś taki jak ty - ciągną

Cadfael  -  mógłby  zajechać  tak  daleko  na  północ  od  Oksfordu,  szukając  mordercy  Renauda 

Bourchiera. 

Ich oczy spotkały się, wzajemnie akceptując, nawet aprobując, co widziały. Powoli i z 

absolutną pewnością Rafe z Coventry odezwał się. 

— 

Nie.  -  Poruszył  się  i  westchnął,  łamiąc  czar  krótkiej,  lecz  głębokiej  ciszy.  - 

Przykro  mi,  bracie,  ale  nie,  nie  odgadłeś.  Nie  szukam  mordercy  Bourchiera.  To  był  dobry 

pomysł, prawie chciałbym, żeby był prawdą. Ale nie jest. 

Po  czym  ruszył  ku  południowym  drzwiom  i  wyszedł  we  wczesny  zmierzch,  a  brat 

Cadfael poszedł za nim w milczeniu, nie pytając i nie zgadując dalej. Poznał prawdę, kiedy to 

usłyszał. 

 

 

 

background image

 

Rozdział dziesiąty 

 

 

Prawie o tej samej godzinie, gdy Cadfael  i  Rafe  z Coventry wyszli po nieszporach z 

kościoła,  Hiacynt  wykradł  się  z  chaty  Eilmunda  i  przedarł  się  przez  najgęstsze  krzaki  ku 

rzece.  Cały  dzień  przesiedział  za  zamkniętymi  drzwiami,  bo  znów  pojawili  się  ludzie  z 

garnizonu przeczesujący las, a choć ich odwiedziny były pośpieszne i pobieżne, bo przenosili 

poszukiwania dalej, i  mimo  że znali Eilmunda i nic ich nie zmuszało  badać ponownie jego 

dzierżawę,  mogli  zajrzeć  do  niego  po  sąsiedzku  i  spytać,  czy  nie  widział  czegoś  godnego 

uwagi. Hiacynt źle znosił przebywanie w zamknięciu i w ogóle ukrywanie się, ale wieczorem 

łowcy  byli  już  w  powrotnej  drodze,  zaniechawszy  akcji  do  rana,  on  zaś  miał  swobodę 

polowania na własną rękę. 

Mimo znużenia i obawy, czuł i przyznawał sam przed sobą z niezawodną uczciwością, 

że nie może przestać myśleć o Ryszardzie, który tak rycersko i bez namysłu przyjechał mu na 

ratunek.  Chłopiec  nie  powinien  znaleźć  się  przez  to  w  niebezpieczeństwie.  Czemu  jednak 

miałoby mu grozić jakieś niebezpieczeństwo w jego lesie i wśród jego ludzi? 

 

W  udręczonej  Anglii  żyli  w  lasach  wyjęci  spod  prawa,  ale  to  hrabstwo  od  ponad 

czterech lat nie zaznało wojny, zdawało się cieszyć pokojem i ładem, jakich próżno szukać na 

południu. Miasto było odległe zaledwie o siedem mil, szeryf był młody i aktywny, a nawet 

popularny,  o  ile  to  możliwe  w  wypadku  szeryfa.  Im  dłużej  Hiacynt  myślał  nad  tym 

wszystkim, tym jaśniej widział, że jedynym zagrożeniem dla Ryszarda, o jakim słyszał, był 

zamiar  pani  Dionizji  ożenienia  go  z  dwoma  majątkami,  których  pożądała.  W  tej  sprawie 

posunie się ona do wszystkiego, co jej przyjdzie na myśl. Hiacynt był już raz jej narzędziem i 

nie mógł tego zapomnieć. To właśnie ona musiała być siłą stojącą za zniknięciem chłopca. 

To prawda, że szeryf spadł na Eaton, przeszukał każdy kąt i nie znalazł żadnego śladu, 

a  nikt  spośród  oddanych  Ryszardowi  domowników  nie  zdołał  rzucić  cienia  podejrzenia  na 

oburzoną niewinność Dionizji. Nie miała innego majątku, gdzie mogłaby ukryć chłopca albo 

kuca. I choć Fulko Astley mógł być skłonny do współdziałania, czując, że ma równie dobrą 

szansę  zdobycia  Eaton,  jaką  miała  Dionizja  w  położeniu  rąk  na  dziedzictwie  jego  córki,  to 

przecież Wroxeter także przeszukano starannie i bez powodzenia. 

Dziś  polowanie  przeniesiono  dalej  i  zgodnie  ze  wszystkim,  czego  dowiedziała  się 

Aneta od wracających sierżantów, następnego dnia miało być prowadzone równie uparcie, ale 

background image

 

nie dosięgło ono jeszcze Leighton, dwie mile w dół rzeki. Astley z rodziną 

wolał mieszkać we Wroxeter, jednak odległy dwór Leighton także do niego należał. 

To  był  jedyny  punkt  wyjścia,  jaki  mógł  znaleźć  Hiacynt,  i  wart  był  ryzyka.  Jeżeli 

Ryszarda  schwytali  w  lesie  ludzie  Astleya  albo  ci  z  Eaton,  którzy  woleli  służyć  Dionizji, 

mądrze  by  zrobili,  wywożąc  go  aż  do  Leighton,  zamiast  próbować  go  ukryć  bliżej  domu. 

Ponadto,  jeżeli  babka  nadal  zamierzała  wymusić  małżeństwo  na  chłopcu  -  były  sposoby 

uzyskania  właściwych  odpowiedzi  nawet  od  najbardziej  krnąbrnych,  raczej  podstępem  niż 

strachem.  Potrzebowała  księdza, a Hiacynt  był  w Eaton  dość długo, by  wiedzieć, że ksiądz 

Andrzej  jest  uczciwy  i  nie  posłuży  za  narzędzie  takiego  celu.  Ksiądz  z  Leighton,  nie 

wprowadzony w sprawę, mógłby być bardziej uległy. 

Przynajmniej jedno można było sprawdzić. Nawet Eilmund rozumiał i pochwalał to, 

co nazywał szaleństwem. Aneta nie próbowała odradzać działań Hiacyntowi, tylko przezornie 

dała mu  czarny, znoszony  płaszcz Eilmunda, za szeroki, ale doskonały do poruszania się w 

nocy, z czarnym kapturem dla ukrycia twarzy. 

Między lasem i meandrami rzeki, w dół od młyna i terenów połowu wraz z kilkoma 

chatami, rozciągały się podmokłe łąki. Było tam jeszcze trochę światła, a rzadka mgła przy 

ziemi przesłaniała zieleń, wijąc się niczym srebrny wąż wzdłuż rzeki. Ale wzdłuż północnego 

skraju  ciągnął  się  nadal  las,  w  połowie  drogi  do  Leighton,  poza  tamtym  punktem  grunt 

podnosił się ku ostatnim niskim podnóżom Wrekin. 

Tu,  gdzie  spotykały  się  drzewa  i  łąka,  młodzieniec  mógł  iść  szybciej,  trzymając  się 

skraju  lasu,  ale  korzystając  ze  światła  otwartych  pól,  a  spokój,  cisza  i  jego  ostrożne  ruchy 

dawały pewność, że go nie zaskoczy żadne stworzenie poruszające się w nocy. 

Przeszedł  ponad  milę,  zanim  usłyszał  pierwsze  ciche  dźwięki.  Zamarł  i  stal  z 

nastawionymi  uszami,  słuchając  uważnie.  Metaliczna  nuta  gdzieś  poza  nim,  brzęk  uprzęży. 

Potem  szelest  rozgarnianych  krzaków,  a  później  niewątpliwy,  chociaż  cichy  i  jeszcze  dość 

odległy, jakiś łagodny głos podniesiony na chwilę w zapytaniu i tak samo łagodnie ściszony. 

Nie  jedna  osoba  wędruje  w  zmierzchu,  lecz  dwie,  bo  inaczej  po  co  w  ogóle  mówić?  Na 

dodatek konno i trzymając się skraju lasu jak on sam, chociaż owiele prościej byłoby jechać 

przez łąki. Nocni jeźdźcy, którzy nie chcą być zauważeni tak samo jak on i udają się w tym 

samym  kierunku.  Hiacynt  wytężał  słuch,  by  wyłapać  stłumiony  przez  opadłe  liście  odgłos 

kopyt  -  starał  się  określić  szlak  obrany  przez  tamtych  wśród  drzew.  Blisko  skraju,  by 

korzystać z resztek światła, ale raczej w trosce o skrytość niż o pośpiech. 

Wycofał  się  ostrożnie  głębiej  w  las  i  stanął  bez  ruchu  w  ukryciu,  by  przepuścić 

tamtych.  Pozostało  jeszcze  dość  światła,  by  ich  uczynić  czymś  więcej  niż  niewyraźnymi 

background image

 

zarysami, kiedy przejeżdżali po kolei. Najpierw szedł wysoki koń, zapewne siwy, z wielkim 

mężczyzną  na  grzbiecie,  brodatym,  z  gołą  głową  i  fałdami  kaptura  na  ramionach.  Hiacynt 

znał  tę  sylwetkę  i  postawę.  Z  pogrzebu  Ryszarda  Ludela  pamiętał  tego  właśnie  męża, 

wsiadającego na koń i pewnie trzymającego się w siodle. Co tu robił w nocy Fulko Astley, 

jadący skrycie, nie drogą, lecz przez las, z jednego do drugiego ze swoich dworów? Bo dokąd 

indziej mógłby podążać? 

A ta postać za nim, na krępym kucu była z pewnością kobietą. Któżby inny mógł to 

być,  jeśli  nie  jego  córka,  nieznana  Hiltruda,  która  wydawała  się  młodemu  Ryszardowi  tak 

stara i niemiła. 

Tak więc, mimo wszystko, ich wyprawa nie była zbyt tajemnicza. Oczywiście chcieli 

doprowadzić  do  małżeństwa  najszybciej  jak  to  możliwe,  jeśli  mieli  Ryszarda  w  swoich 

rękach. Zaczekali kilka dni, aż Eaton i Wroxeter zostały przeszukane, ale wobec rozszerzenia 

penetracji woleli nie czekać dłużej. Podejmowali ryzyko, lecz gdy już małżeństwo stanie się 

rzeczywistością,  mogą  przetrwać  wszelkie  nadchodzące  burze.  Mogą  nawet  pozwolić 

Ryszardowi  na  powrót  do  opactwa,  bo  nic  i  nikt  poza  autorytetem  Kościoła  nie  może  go 

uwolnić od żony. 

A jeśli tak, co można zrobić, by temu zapobiec? Nie było czasu na powrót biegiem do 

domu Eilmunda i wysłanie Anety z wiadomością do zamku lub opactwa ani wprost do miasta, 

przy  czym  Hiacynt  przekonał  się,  że  nie  ma  ochoty  rzucać  własnej  wolności  na  łaskę  losu. 

Ale to  się nie zdarzy, bo czasu nie było  już wcale. Gdyby pobiegł  z powrotem, za - nimby 

nadszedł  ratunek dla Ryszarda, będzie on już żonaty. Być może jednak jest  jeszcze czas na 

wywiedzenie  się,  gdzie  go  ukryli  i  wykradnięcie  chłopca  im  spod  nosa.  Tych  dwoje  się  nie 

śpieszyło, a pani 

Dionizja musiała jeszcze odbyć krótką podróż z Eaton, nie będąc wykrytą. A ksiądz - 

gdzie znajdą chętnego księdza? Niczego nie dokonają, dopóki nie ściągną księdza. 

Hiacynt  poszukał  gęstego  poszycia  i  skierował  się  w  głąb  lasu,  nie  dbając  już  o 

ukrywanie  się,  a  tylko  o  szybkość.  Przy  prędkości,  jaką  rozwijali  jeźdźcy,  mógł  ich 

wyprzedzić na ścieżce, a w tej sytuacji wybrałby nawet gościniec i ryzyko napotkania innych 

podróżujących  w  swoich  sprawach.  Była  tam  jednak  ścieżka,  zbyt  bliska  otwartej  drogi  do 

Astleyów, by ją zalecać, łącząca się z samą drogą po przekroczeniu  grzbietu. Hiacynt dotarł 

do niej i pobiegł, szybko 1 cicho po grubym dywanie z liści zbyt wilgotnych i zbyt miękkich, 

by szeleściły pod stopami. 

Kiedy ścieżka włączyła się w otwarty szlak opadający ku wiosce, nadal prawie o milę 

odległej, skręcił znów na pola pochylone ku rzece i biegł od krzaka do krzaka, pewny teraz, 

background image

 

że wyprzedził Astleyów. Przebrnął strumyk spływający z podnóża Wrekin do Sevem i szedł 

dalej brzegiem rzeki. Samotne pasmo lasu schodziło prawie do wędy, a spod jego osłony po 

raz  pierwszy  dostrzegł  niską  palisadę  i  długi  dach,  ostry  i  wyraźny  na  tle  migocącej  wody 

oraz bladego nieba. 

Miał szczęście, że drzewa podchodziły blisko palisady od bliższej strony brzegu rzeki. 

Hiacynt przebiegał od drzewa do drzewa i dotarłszy do dębu, którego gałęzie rozciągały się za 

przegrodę,  wspiął  się  zwinnie  do  rozwidlenia  konarów,  by  zajrzeć  ostrożnie  do  wnętrza. 

Patrzył na długą, tylną fasadę domu ponad dachami stodoły, obory i stajni przybudowanych 

do ogrodzenia. Po przeciwnej stronie dom musiał wyglądać tak samo, z niskim przyziemiem i 

poziomem mieszkalnym ponad nim, z holem, komnatą, kuchnią i schodami wejściowymi do 

jedynych  drzwi  na  przeciwnym  boku.  Z  tej  strony  nie  było  drzwi,  z  wyjątkiem  drzwi  w 

przyziemiu,  i  tylko  jedno  małe  okno  zasłonięte  okiennicami.  Pod  oknem  był  mały  występ 

przyziemia.  Kryty  gontem  dach  był  stromy,  a  okapy  schodziły  całkiem  nisko.  Hiacynt 

przyglądał  się  temu  z  namysłem,  zastanawiając  się,  jak  mocno  mogą  być  zamknięte 

okiennice. Dosięgnięcie ich było całkiem łatwe, tylko wejście do środka z tej strony mogło się 

okazać  trudne.  Ale  tylna  ściana  domu  była  jedyną,  osłoniętą  przed  obserwacją.  Cała 

nikczemna działalność Astleyów i Ludelów skupiała się wokół pojedynczych, wielkich drzwi 

holu z tamtej strony domu. 

Młodzieniec zawisł na rękach, opuszczając się po drugiej stronie palisady, i opadł w 

ciemny  kąt  między  stodołą  a  stajnią.  Potykanie  się  w  nocnej  podróży  uwolniło  go 

przynajmniej od jednej obawy. Ryszard z pewnością tu był, żywy i zdrowy, nadający się do 

pokazania,  nakarmiony  i  zadbany.  Może  nawet  spełniano  jakieś  jego  zachcianki  w  nadziei 

nakłonienia go do zgody. Wszystkie zachcianki oprócz wolności. I to była pierwsza głęboka 

ulga. Teraz trzeba go wydostać! 

Tu, na ciemniejącym podwórzu, nie było żadnego ruchu. Hiacynt wysunął się cicho z 

ukrycia, idąc wzdłuż palisady od cienia do cienia, dopóki nie wślizgnął się za róg wschodniej 

ściany  domu.  Tu  nad  głową  miał  niezasłonięte  okiennicami  okna,  przez  które  padało 

przyćmione światło. Schronił się we wnęce drzwi przyziemia, nastawił uszu na głosy z góry i 

pomyślał, że ktoś  celowo trzyma w sekrecie wszystkie działania tego wieczoru, bo chwytał 

tylko jakieś mamrotanie. Za następnym rogiem, gdzie strome schody wznosiły się do drzwi 

holu,  zatknięta  była  pochodnia.  Poznał  to  po  migocącym  świetle  na  klepisku  przed  holem. 

Byli tam słudzy poruszający się cicho i mówiący półgłosem, słychać było tępy stukot kopyt 

wchodzących na dziedziniec koni. Hiacynt pomyślał, że to panna młoda przybywa z ojcem i 

przez chwilę zastanawiał się, co dziewczyna myśli tym związku i czy nie jest skrzywdzona, 

background image

 

tak samo jak Ryszard, a może nawet bardziej bezsilna. 

Wycofał się w pośpiechu, bo koniuszowie będą prowadzić konie do stajni w bliższym 

kącie  podwórza.  Słyszał  poruszenia  zwierząt  w  ich  stanowiskach,  kiedy  wcześniej 

nadsłuchiwał z drzewa. Występ przyziemia zapewniał osłonę z tego narożnika* Obszedł go, 

wtulił się w ciemny kąt za występem usłyszał kroki koniuszego prowadzącego oba konie. 

Nie mógł się poruszyć, dopóki tamten nie odszedł, a czas gryzł go po kostkach niczym 

owczarek. Koniuszy był jednak szybki i nie tracił czasu. Chyba śpieszno mu było do łóżka, bo 

musiało już robić się późno. Hiacynt usłyszał trzaśnięcie drzwi stajni i szybkie kroki kierujące 

się  za  róg  domu.  Dopiero  wtedy,  kiedy  mógł  odejść,  aby  spojrzeć  raz  jeszcze  na  tę  prawie 

ślepą  ścianę  dworu,  zobaczył  to,  co  przegapił  przedtem.  Przez  szparę  na  styku  okiennic  w 

jedynym zamkniętym w te ciepłe wieczory oknie widać było cienką jak włos smugę światła. 

W jednej z desek przy styku widniało teraz okrągłe, świecące oko - dziura po obluzowanym 

sęku.  Dlaczego  ten  tylny  pokój  miałby  być  oświetlony  i  zamknięty  okiennicami,  jeśli  nie 

dlatego,  że  ma  gościa  i  to  takiego,  który  musi  być  trzymany  w  zamknięciu,  w  sekrecie? 

Hiacynt  wątpił,  czy  między  kamiennymi  węgarkami  jest  dość  miejsca,  by  się  przez  nie 

przecisnął  mężczyzna,  ale  mógłby  się  tam  zmieścić  dziesięciolatek  raczej  drobny  na  swój 

wiek. Przy niskim daszku pod oknem nie chcieli mu ułatwiać ucieczki ani nie chcieli, by ktoś 

dociekliwy zobaczył go tam w środku. 

Warto  było  spróbować.  Hiacynt  podskoczył,  chwytając  wystający  okap  i  podciągnął 

się  na  krytą  gontem  połać,  położył  się  przy  kamiennym  murze  i  nadsłuchiwał.  Nie  robił 

jednak hałasu i nikt nie zauważył go ani nie badał, co się dzieje. Podciągnął się teraz ostrożnie 

po  pochyłości  dachu  do  zamkniętego  okiennicami  okna.  Drewniane  skrzydła  były  mocne  i 

grube,  zamocowane  jakoś  od  wewnątrz,  bo  gdy  próbował  je  odciągnąć  w  miejscu  styku, 

trzymały jak żelazo i chyba nie pomogłyby tu żadne narzędzia. Zawiasy były mocne, nie do 

ruszenia.  Ani  góra,  ani  dół  okiennic  nie  ustąpiły  nawet  na  włos.  Musiały  tam  być  żelazne 

zasuwy.  A  czas  uciekał.  Ryszard  miał  silną  wolę,  był  uparty  i  pomysłowy.  Gdyby  mógł  się 

wydostać ze swego więzienia, dawno by to zrobił.

Hiacynt  przyłożył  ucho  do  cienkiej  jak  włos  szczeliny,  jednak  niczego  nie  usłyszał. 

Musiał upewnić się, czy nie traci czasu, który był tak cenny i tak szybko umykał. Ryzykując 

wykrycie,  zabębnił  kostkami  palców  o  okiennicę  i  przyłożywszy  usta  do  oczka  światła, 

gwizdnął. 

Tym razem gdzieś w pokoju dał się słyszeć odgłos łapania tchu, a potem szamotanina, 

jakby  ktoś  wyplątywał  się  z  obronnej  pozycji  w  kącie,  zrobił  kilka  kroków  i  stanął  z 

niedowierzaniem i niepokojem. Hiacynt zastukał znowu i zawołał cicho przez dziurę. 

background image

 

— 

Ryszardzie, czy to ty? 

Słychać było lekkie kroki, drobne ciało przywarło do wewnętrznej strony okiennic. 

— 

Kto to? - wyszeptał nagląco Ryszard tuż przy szczelinie. - Kto tam jest? 

— 

Hiacynt! Ryszardzie, jesteś sam? Nie mogę się do ciebie dostać. Czy wszystko 

z tobą w porządku? 

— 

Nie! -  wy dyszał oburzony Ryszard, dowodząc siłą ducha i  gniewu, że jest w 

doskonałej kondycji i w bardzo złym nastroju. - Nie chcą mnie wypuścić, wciąż mi wmawiają 

i  wmawiają,  żebym  się  zgodził  na  małżeństwo. Sprowadzili  ją  dziś  wieczorem  i  chcą  mnie 

zmusić... 

— 

Wiem  -  jęknął  Hiacynt.  -  Ale  nie  mogę  cię  wydostać.  I  nie  ma  czasu  na 

zawiadomienie szeryfa. Jutro bym mógł, lecz widziałem, że przyjechali dzisiaj. 

— 

Nie  pozwalają  mi  wyjść,  dopóki  nie  zrobię,  czego  chcą  -  syknął  Ryszard  z 

bólem w szczelinę.

— 

Prawie już powiedziałem, że zrobię. Dręczą mnie i dręczą, a ja nie wiem, co 

robić. Boję się, że jeśli odmówię, zabiorą mnie i przeniosą gdzie indziej, bo wiedzą, że każdy 

dom ma być przeszukany - jego głos stracił swój wojowniczy ton i załamywał się w rozpaczy. 

Trudno dziesięciolatkowi długo opierać się zaciekłości dorosłych. - Moja babka obiecała, że 

będę miał wszystko, co lubię, wszystko, czego chcę, jeżeli powiem to, czego ona sobie życzy. 

Aleja nie chcę żony... 

— 

Ryszardzie...  Ryszardzie...  -  Hiacynt  powtarzał  uparcie,  przez  chwilę 

niesłyszany.  -  Słuchaj,  Ryszardzie!  Oni  muszą  sprowadzić  księdza,  żeby  cię  ożenić.  Na 

pewno nie księdza Andrzeja, bo on ma skrupuły, ale innego. Pomów z nim, powiedz, że to 

wbrew  twej  woli,  powiedz  mu...  Ryszardzie,  czy  słyszałeś,  kto  to  ma  być?  -  Nowa 

zaskakująca myśl przyszła mu do głowy. - Kto ma ci dać ślub? 

— 

Słyszałem  jak  mówili,  że  nie  mogą  ufać  księdzu  Andrzejowi  -  wyszeptał 

Ryszard znowu spokojniejszy. - Moja babka przywiezie ze sobą pustelnika. 

— 

Cuthreda? Jesteś pewny? - Hiacynt ze zdumienia zapomniał o ściszaniu głosu. 

— 

Tak, Cuthreda. Jestem pewny. Sam słyszałem, jak to mówili. 

— 

Słuchaj więc, Ryszardzie. - Hiacynt pochylił się i przyłożył usta do szpary.  - 

Jeśli odmówisz, oni cię za to ukarzą i przeniosą gdzie indziej. Lepiej zrób, czego chcą. Zaufaj 

mi i uczyń tak, jak mówię, bo to jedyna droga do pokonania ich. Uwierz mi, nie ma się czego 

bać, nie będziesz obarczony żoną, jesteś bezpieczny niczym w sanktuarium. Zrób po prostu 

to, co mówię, bądź uległy i posłuszny. Niech myślą, że cię poskromili, a może nawet oddadzą 

ci twego kuca i pozwolą pojechać do opactwa, bo już dostaną to, czego chcieli i będą myśleć, 

background image

 

że tego nie można cofnąć. A można! Nie masz się czego bać. Niczego więcej nie będą chcieli 

jeszcze przez parę lat. Zaufaj mi i zrób to! Zrobisz? Mów szybko, zanim przyjdą! Zrobisz to? 

Zdezorientowany i powątpiewający Ryszard wyjąkał: 

— 

Tak!  -  Ale  już  w  następnej  chwili  zaprotestował.  -  Ale  jak  to  może  być? 

Czemu mówisz, że to nic nie znaczy? 

Hiacynt  przysunął  się  bliżej  i  wyszeptał  odpowiedź.  Poznał  po  nagłym  wybuchu 

śmiechu, krótkim i radosnym, że Ryszard dosłyszał i zrozumiał. W samą porę, bo przez pokój 

doleciał  szczęk  odsuwanego  rygla,  otwieranie  drzwi  i  głos  pani  Dionizji,  słodki  jak  miód  i 

zirytowany zarazem, przymilny i grożący, rozbrzmiewający głośno i wyraźnie: 

— 

Twoja narzeczona przybyła, Ryszardzie. Hiltruda tu jest. Ty zaś będziesz dla 

niej miły i grzeczny, nieprawdaż? Zrobisz tym przyjemność nam wszystkim. 

Ryszard musiał odskoczyć od okna przy pierwszym dotknięciu dłonią rygla, bo jego 

cichy, ostrożny głos słychać było bardzo słabo i z odległości kilku kroków. 

— 

Tak, babciu! -  Był niechętnie posłuszny, z wolą tylko w połowie nadwątloną, 

ale to wystarczy! 

— 

Mój  dobry  chłopiec!  -  zadowolone  choć  ostrożne  słowa  były  ostatnim,  co 

usłyszał Hiacynt, zanim zsunął się ostrożnie po pochyłym dachu i zeskoczył na ziemię. 

Wracał do domu bez pośpiechu, kontent ze swej nocnej pracy. Nic już go nie nagliło, 

mógł iść powoli, pamiętając, że sam wciąż jest ścigany. Chłopiec był bowiem żywy, zdrowy, 

pod opieką i w dobrym nastroju. Nie poniósł szkody, chociaż złościł się na uwięzienie, nic mu 

nie  groziło.  A  w  końcu  to  on  się  będzie  śmiał  ze  swoich  porywaczy.  Hiacynt  szedł  wesoło 

przez cichą, chłodną noc przesyconą mgłą wstającą z podmokłych łąk i wonią opadłych liści z 

lasu. Wzeszedł księżyc, ale tak zamglony, że dawał tylko blade światło. O północy będzie już 

bezpieczny  w  swym  azylu  w  lesie  Eyton.  A  rano  Aneta  poradzi  sobie  z  powiadomieniem 

Hugona Beringara, gdzie ma szukać zaginionego ucznia brata Pawła. 

Kiedy było już po sprawie i Ryszard zrobił, choć niechętnie, wszystko, czego chcieli, 

oczekiwał  wdzięczności,  może  nawet  wypuszczenia  z  tego  małego  pokoju,  który  był  jego 

więzieniem,  choćby  nawet  wygodnym.  Nie  był  tak  głupi,  by  przypuszczać,  że  mu  dadzą 

swobodę działania. Musiał jeszcze utrzymywać uległą postawę i tłumić wewnętrzną radość, 

którą  czuł,  śmiejąc  się  z  nich  skrycie,  do  czasu,  aż  ośmielą  się  pokazać  go  światu.  Nie 

wiedział, co wymyślą, by wyjaśnić jego zniknięcie i odnalezienie się. Z pewnością powiedzą, 

że zgodził się z własnej woli na tę dopiero co zakończoną ceremonię, a we

dług ich najlepszej wiedzy dla niego będzie już za późno, by temu zaprzeczyć, skoro 

to, co się stało, już się nie odstanie. Tylko on wiedział, że nie stało się nic, co by się nie mogło 

background image

 

odstać. Wierzył bez zastrzeżeń Hiacyntowi. Cokolwiek powiedział Hiacynt, było prawdą. 

Uważał  jednak,  że  za  swoją  ustępliwość  należą  mu  się  podziękowania  i  łagodne 

traktowanie.  Zachowywał  posępny,  choć  uległy  wyraz  twarzy,  bo  nie  było  bezpieczne 

okazywanie  choćby  cienia  uśmiechu,  powtarzał  wszystkie  słowa,  które  mu  dyktowano,  a 

nawet zdobył się na ujęcie dłoni Hiltrudy, kiedy mu powiedziano, by to zrobił. Nie spojrzał 

jednak  na  nią  aż  do  chwili,  gdy  jej  głos  powtarzający  słowa  przysięgi  tonem  równie 

zrezygnowanym jak jego, kazał mu zastanowić się, czy nie była zmuszona podobnie jak on. 

Ta  możliwość  nigdy  dotąd  do  niego  nie  dotarła,  więc  spojrzał  ukradkiem  na  jej  twarz.  Nie 

była  aż  tak  bardzo  stara,  mimo  wszystko,  ani  nie  była  bardzo  wysoka,  raczej  wyglądała  na 

ofiarę niż na zagrożenie. Mogłaby nawet być naprawdę niebrzydka, gdyby tylko nie była tak 

przygnębiona.  Jego  nagłe  poczucie  sympatii  było  jednak  zmącone  odrobiną  równie 

niespodziewanej  urazy,  że  ona  wygląda  na  równie  przygnębioną  jak  on,  który  ma  po  temu 

powód. 

Mimo całej swej uległości, nie usłyszał ani słowa podziękowania. Babka przyglądała 

mu się długo i złowieszczo, on zaś bał się zobaczyć w jej oku jakieś podejrzenie. 

— 

Dobrze  zrobiłeś,  wracając  w  końcu  do  swoich  powinności  -  upomniała  go 

ponuro.  -  Zachowuj  się  odpowiednio  wobec  tych,  którzy  wiedzą,  co  dla  ciebie  najlepsze.  A 

teraz powiedz dobranoc swojej żonie. Jutro będziesz mógł ją lepiej poznać. 

Zrobił to, co mu kazano, i wszyscy go opuścili, wciąż zamkniętego samotnie, chociaż 

przysłali  sługę  z  jedzeniem  z  wieczerzy,  którą  niewątpliwie  raczyli  się  w  holu.  Siedział  na 

łóżku  pogrążony  w  ponurych  myślach  o  tym  wszystkim,  co  się  wydarzyło  wieczorem,  i  o 

tym, co się może wydarzyć nazajutrz. 

O Hiltrudzie zapomniał, kiedy tylko stracił ją z oczu. Znał się na tych sprawach. Kiedy 

masz tylko dziesięć lat, nie pozwalają ci mieszkać z żoną, nie wiadomo czemu, póki nie jesteś 

dorosły. Dopóki ona pozostaje z tobą pod jednym dachem, powinieneś być dla niej miły, ale 

potem ona wróci do swego ojca i swego domu, aż nie uznają, że jesteś w odpowiednim wieku, 

by z nią dzielić dom i łoże. 

Teraz, kiedy Ryszard zaczął myśleć o tym poważnie, uznał, że bycie żonatym nie daje 

w ogóle korzyści. Jego babka będzie go traktować tak jak dotąd, jak dzieciaka, który się nie 

liczy,  rozkazując  mu,  szydząc  z  niego,  dając  szturchańce,  gdyby  ją  drażnił,  a  nawet  bijąc, 

gdyby  się  jej  sprzeciwiał.  Krótko  mówiąc,  panu  na  Eaton  wypada  odzyskać  wolność  za 

wszelką  cenę  i  uciec  z  zasięgu  jej  rąk.  Mógł  teraz  nie  mieć  dla  niej  znaczenia,  skoro  już 

przysłużył się w osiągnięciu celu, którym była ziemia. Jeśli uznała tę sprawę za załatwioną, 

mogła chcieć pozbyć się narzędzia. 

background image

 

Ryszard otulił się w koc i zasnął. Jeśli tamci mówili o nim w holu i zastanawiali się, 

co z nim zrobić, nie mąciło to jego snów. Był zbyt młody i zbyt pełen nadziei, żeby zasypiać z 

problemami. 

Rano drzwi wciąż były zaryglowane, a przynoszący śniadanie sługa nie dał mu szans 

na wymknięcie się. Nie zamierzał zresztą próbować. Wiedział, że nie uciekłby daleko, a jego 

rola wymagała uległości i uwolnienie się od podejrzeń. Kiedy babka odsunęła rygiel i weszła, 

dawny odruch kazał mu wstać, jak go uczono, i unieść twarz do pocałunku. A ten pocałunek 

nie był zimniejszy niż zwykle i przez chwilę czuł nieodpartą wspólnotę krwi, która ogrzewała 

ich oboje, coś, czego nigdy nie podawał w wątpliwość, choć ona rzadko o tym wspominała. 

Ów  kontakt  przyprawił  go  o  drżenie  i  oczy  zapiekły  łzami  równie  nieuchronnie,  jak  uparte 

wzbranianie się przed tym wypełniło jego myśli. Nie zaszkodziło mu to. Patrzyła na niego z 

wysokości, znacznie górując nad nim wzrostem, nieco czulszym wzrokiem. 

— 

I cóż, panie, jak się dziś czujesz? Czy jesteś gotów być dobrym, posłusznym 

chłopcem  i  zrobić  wszystko,  żeby  mi  sprawić  przyjemność?  Jeśli  tak,  przekonasz  się,  że 

będzie się nam dobrze żyło. Początek już zrobiłeś, teraz rób tak dalej. To wstyd, że tak długo 

mi się sprzeciwiałeś. 

Ryszard opuścił długie rzęsy, wpatrując się w swe stopy. 

— 

Tak, babciu. - I spróbował potulnym tonem: 

— 

Czy  mogę  dziś  wyjść  na  dwór?  Nie  lubię  być  tu  zamknięty,  bo  to  tak  jakby 

wciąż była noc.

— 

Zobaczymy - powiedziała, ale dla Ryszarda ten ton oczywiście znaczył: „Nie!” 

Nie miała powodu ani interesu, chciała tylko narzucić mu swe prawa. - Ale jeszcze nie teraz, 

jeszcze  nie  zasłużyłeś.  Najpierw  pokaż,  że  znasz  swoje  obowiązki,  a  potem  odzyskasz 

wolność. Nic złego ci się nie dzieje, masz tu wszystko, czego ci trzeba, i bądź zadowolony, 

póki nie zasłużysz na więcej. 

— 

Już zasłużyłem! - odparł. - Zrobiłem to, czego chciałaś, a ty powinnaś zrobić, 

czego  ja  chcę.  To  niesprawiedliwe  zamykać  mnie  tu,  niesprawiedliwe  i  niegrzeczne.  Nie 

wiem nawet, co zrobiłaś z moim kucem. 

— 

Twój  kuc  jest  bezpieczny  w  stajni  -  odrzekła  ostro  Dionizja.  -  Pod  dobrą 

opieką, tak jak ty. Lepiej popraw swe maniery, panie, bo możesz pożałować. Uczą was tam w 

szkole opactwa zuchwałości wobec starszych, ale lepiej oducz się tej lekcji jak najprędzej dla 

swego dobra. 

— 

Nie  jestem  zuchwały  -  bronił  się,  popadając  w  ponury  nastrój.  -  Chcę  tylko 

wyjść w dzień na dwór, nie siedzieć tu, nie widząc nawet drzew i trawy. Tu jest okropnie, bez 

background image

 

żadnego towarzystwa... 

— 

Będziesz miał towarzystwo - obiecała, chwytając się tej jednej skargi, na którą 

miała  uprzejmą  odpowiedź.  -  Przyślę  twoją  pannę  młodą,  żeby  ci  dotrzymała  towarzystwa. 

Chcę, żebyś ją lepiej poznał, bo jutro wraca z ojcem do Wroxeter, a ty, Ryszardzie wrócisz ze 

mną do swego dworu, zająć należne ci miejsce - ostrzegła, patrząc na niego ostro. 

— 

I spodziewam się, że będziesz się tam zachowywał jak należy, nie wzdychał do 

tamtej  szkoły,  teraz,  kiedy  jesteś  żonaty  i  majętny.  Eaton  jest  twój,  tam  powinieneś 

przebywać,  oczekuję,  że  będziesz  się  tego  trzymał,  jeśli  ktokolwiek  poda  to  w  wątpliwość. 

Rozumiesz mnie, panie? 

Rozumiał  bardzo  dobrze.  Miał  być  nakłaniany,  zastraszany,  zmuszany  siłą  do 

oznajmiania, nawet bratu Pawłowi i ojcu opatowi, jeśli będzie trzeba, że uciekł do domu i do 

babki z własnej woli i z własnej woli zgodził się na małżeństwo, które dla niego zaplanowała. 

Tulił radośnie do serca swą sekretną wiedzę, kiedy odpowiadał pokornie. 

— 

Tak, pani! 

— 

Dobrze!  A  teraz  przyślę  ci  Hiltrudę  i  zobaczymy,  jak  się  zachowasz  wobec 

niej. Będziesz musiał do niej przywyknąć, a ona do ciebie, więc możecie zacząć już teraz.  - 

Babka  zmiękła  tak  bardzo,  że  pocałowała  go  na  odchodnym,  chociaż  ten  pocałunek 

przypominał  policzek.  Wyszła,  wzbijając  kurz  długimi,  zielonymi  szatami,  on  zaś  usłyszał, 

jak zamyka się za nią rygiel. 

I tyle mu przyszło z tego wszystkiego, poza wiedzą, że jego kuc jest tu w stajni i że 

gdyby  się  do  niego  dostał,  mógłby  uciec  nawet  zaraz.  Ale  oto  weszła  Hiltruda,  jak 

zapowiadała  jego  babka,  i  cała  jego  uraza  oraz  niechęć  do  dziewczyny,  choć  niezasłużona, 

zakipiała w nim dziecinnym gniewem. 

Wciąż wydawało mu się, że ona należy do pokolenia matki, którą ledwie pamiętał, ale 

nie była wcale brzydka, miała czystą, bladą cerę i wielkie, orzechowe oczy, a choć jej włosy 

były proste i koloru buromysiego, miała ich całą masę zaplecionych w gruby warkocz, który 

sięgał  jej  do  pasa.  Nie  wyglądała  na  kogoś  ze  złym  charakterem,  ale  wydawała  się 

zrezygnowana  i  nieszczęśliwa.  Stała  przez  chwilę  zwrócona  plecami  do  drzwi,  patrząc  w 

zamyśleniu na chłopca skrzywionego ponuro na łóżku. 

— 

Przysłali cię, żebyś mnie pilnowała? - Ryszard nie starał się być miły. 

Hiltruda przeszła przez  pokój,  usiadła na parapecie zamkniętego okna i  spojrzała na 

niego nieprzychylnie. 

— 

Wiem, że mnie nie lubisz - powiedziała z całkiem nieoczekiwanym wigorem. - 

Nie ma powodu, żebyś lubił i ja cię też nie lubię. Wydaje się jednak, że jesteśmy związani i 

background image

 

nie ma na to rady. Dlaczego, dlaczego ustąpiłeś? Powiedziałam im w końcu, że mogłabym, bo 

byłam pewna, że jesteś bezpieczny w opactwie, a bracia nigdy na to nie pozwolą. A potem 

musiałeś wpaść im w ręce jak głupiec i pozwoliłeś im się złamać. I oto tu jesteśmy, niech nas 

Bóg  ma  w  opiece!  -  Jej  rozdrażnienie  osłabło  i  zakończyła  łagodnie:  -  To  nie  twoja  wina, 

jesteś  tylko  chłopcem,  co  mogłeś  zrobić?  I  nie  jest  tak,  że  cię  nie  lubię,  bo  nawet  cię  nie 

znam. Ja cię po prostu nie chcę, tak samo jak ty mnie. 

Ryszard  wpatrywał  się  w  nią  z  otwartymi  szeroko  oczami  i  ustami,  oniemiały  ze 

zdziwienia, że ona nie jest kamieniem młyńskim u jego szyi, ale żywą istotą, która ma wiele 

do powiedzenia i  wcale  nie jest głupia. Powoli  wyplątał  nogi  i  postawił stopy na podłodze, 

szukając solidnej podstawy. 

— 

Więc nigdy nie chciałaś wyjść za mnie za mąż? - spytał powoli i cicho. 

— 

Za takie dziecko jak ty? - Nie pomyślała, że go obraża. - Nie, nigdy. 

— 

Więc czemu się zgodziłaś? - Był zbyt oburzony jej kapitulacją, by się gniewać 

o nazwanie go dzieckiem. - Gdybyś powiedziała „nie”, bylibyśmy uratowani. 

— 

Bo  bardzo  trudno  jest  powiedzieć  „nie”  mojemu  ojcu.  Zaczął  mi  mówić,  że 

robię się za stara, by znaleźć innego zalotnika, i jeśli nie wezmę ciebie, będę musiała wstąpić 

do  sióstr  zakonnych  albo  zostanę  starą  panną  do  śmierci.  A  tego  jeszcze  bardziej  nie 

chciałam. Myślałam, że opat trzyma cię mocno w ręku i nie pozwoli, żeby coś z tego wynikło. 

I co teraz mamy z tym zrobić? 

Ryszard ze zdziwieniem poczuł sympatię do tej kobiety, która otworzyła się przed nim 

i wyłoniła się tak żywa i prawdziwa jak on sam. 

— 

A czego ty  chcesz?  - zagadnął  nieśmiało.  -  Czego byś chciała,  gdybyś  mogła 

wybierać? 

— 

Podoba  mi  się  młody  człowiek  imieniem  Ewrard,  który  prowadzi  rejestr 

majątku mojego ojca i jest jego rządcą we Wroxeter - powiedziała Hiltruda, a jej orzechowe 

oczy  zapałały  nagle  gniewem  i  żalem.  -  I  ja  mu  się  też  podobam,  choćbyś  myślał,  że  to 

dziwne.  Ale  on  jest  młodszym  synem  i  nie  ma  ziemi,  a  mojego  ojca  obchodzi  tylko 

małżeństwo  z  ziemią.  Ewrard  ma  stryja,  który  zostawi  mu  majątek,  bo  go  lubi,  a  sam  jest 

bezdzietny, ale mój ojciec chce ziemi teraz, a nie kiedyś i być może. - 

Płomień się wypalił. Odwróciła głowę. - Czemu ci to mówię? Nie rozumiesz tego i to 

nie twoja wina. Nic nie możesz poradzić. 

Ryszard zaczynał myśleć, że jest coś, co mógłby zrobić dla niej, gdyby ona zrobiła coś 

dla niego. 

— 

Co  oni  teraz  robią,  twój  ojciec  i  moja  babka?  spytał  ostrożnie.  -  Mówiła,  że 

background image

 

jutro wracacie do Wroxeter. Co planują? I czy ojciec opat szukał mnie, odkąd wyjechałem? 

— 

Nie wiesz? Nie tylko opat, ale szeryf i wszyscy jego ludzie. Przeszukali Eaton i 

Wroxeter, przetrzepali każdy krzak w lesie. Mój ojciec bał się, że mogą tu dziś dotrzeć, ale 

twoja babka myśli, że nie. Zastanawiali się, czy cię przewieźć w nocy z powrotem do Eaton, 

skoro tam już szukano, ale pani Dionizja jest pewna, że dotarcie do Leighton zajmie oficerom 

parę  dni,  a  w  każdym  razie,  przy  zachowaniu  czujności,  będzie  dość  czasu,  żeby  cię 

przeprawić przez rzekę i posłać do Buildwas. Mówi, że to lepsze niż zbliżanie się znów do 

Shrewsbury. 

— 

Gdzie są teraz? - drążył w napięciu Ryszard. 

— 

Moja babka? 

— 

Pojechała  z  powrotem  do  Eaton  doprowadzić  wszystko  do  porządku.  Jej 

pustelnik wrócił nocą do swej celi. Nikt nie może wiedzieć, że ją opuszczał. 

— 

A twój ojciec? 

— 

Odwiedza tutejszych dzierżawców, ale jest niedaleko. Zabrał ze sobą pisarza. 

Chce chyba zebrać zaległe opłaty. - Było jej wszystko jedno, co robi ojciec, ale ciekawiło ją, 

co chodzi po głowie temu chłopcu, że tak mu się zaostrzył głos i ożywiły niepocieszone oczy. 

- Czemu pytasz? Co ci z tego przyjdzie? Albo mnie! - dodała gorzko. 

— 

Może przyjdzie. - Ryszard pojaśniał. - Coś dobrego dla ciebie, jeśli zrobisz coś 

dla mnie. Póki obojga nie ma, pomóż mi się stąd wydostać. Mój kuc jest w stajni, babka mi to 

powiedziała. Gdybym się z nim wymknął, możesz znów zaryglować drzwi i do wieczora nikt 

się nie dowie, że mnie nie ma. 

Pokręciła zdecydowanie głową. 

— 

I  kto  będzie  winny?  Nie  zwalę  tego  na  służbę,  a  sama  też  nie  mam  ochoty. 

Mam dość kłopotów, dziękuję! Chętnie pomyślę o czymś, co by ci pomogło - dodała jednak 

ostrożnie,  widząc  że  płomień  jego  nadziei  nie  gaśnie.  -  Żeby  się  uwolnić,  zrobiłabym 

wszystko, nie dbając o ojca. Ale co z tego, kiedy jesteśmy związani bez wyjścia? 

Ryszard zerwał się z łóżka i skoczył przez pokój, żeby usiąść przy niej na szerokim 

parapecie. 

— 

Jeśli ci wyjawię sekret - szepnął jej do ucha czy obiecasz go zachować, dopóki nie 

będę  bezpieczny,  i  pomożesz  mi  się  stąd  wydostać?  Obiecuję  ci,  obiecuję,  że  to  jest  warte 

twego zachodu. 

— 

Coś  ci  się  marzy  -  powiedziała  wyrozumiale,  patrząc  na  niego  z  bliska  i 

widząc, że jego ukryta radość nie gaśnie mimo jej niewiary. - Nie ma wyjścia z małżeństwa, 

chyba że jesteś księciem i masz dostęp do papieża, a na to jesteśmy za mali. To prawda, że nie 

background image

 

dzielimy  łoża  i  nie  stanie  się  to  jeszcze  przez  lata,  ale  jeśli  myślisz,  że  twoja  babka  i  mój 

ojciec  pozwolą  sakrament  unieważnić,  tracisz  czas.  Postawili  na  swoim  i  nigdy  nie 

zrezygnują.

— 

Nie, to nic z tych rzeczy - upierał się przy swoim. - Nie potrzebujemy niczego 

od papieża ani od prawa. Musisz mi uwierzyć. Obiecaj tylko, że nie powiesz nikomu, a kiedy 

to usłyszysz, sama zechcesz mi pomóc. 

— 

Dobrze - powiedziała już przekonana, że on wie o czymś, o czym ona nie ma 

pojęcia, ale wątpiła, czy to ich wyzwoli. - Obiecuję. Co to za cenny sekret? 

Z  radością  zbliżył  usta  do  jej  ucha,  dotykając  policzkiem  pasma  jej  włosów,  i 

wyszeptał swój sekret, jakby ściany miały uszy, a ona po chwili niedowierzania i milczenia 

zaczęła chichotać cicho, potem zatrzęsła się od śmiechu i zarzuciwszy mu ramiona na szyję, 

przytuliła go szybko do serca. 

— 

Za to będziesz wolny, zapłacę każdą cenę! Jesteś tego wart!

 

 

background image

 

Rozdział jedenasty 

 

 

To ona układała plany, gdy już została przekonana. Znała dom i służbę, a jak długo 

nie  było  podejrzeń  co  do  jej  uległości,  mogła  koniuszym  i  pokojówkom  rozkazywać,  co 

chciała. 

— 

Najlepiej  zaczekaj,  aż  ci  przyniosą  obiad  i  zabiorą  z  powrotem  naczynia. 

Wtedy  minie  dłuższy  czas,  zanim  ktoś  do  ciebie  zajdzie.  W  palisadzie  jest  tylna  brama,  ze 

stajni na wybieg. Mogę kazać Jehanowi wyprowadzić twego kuca na trawę, bo jest już zbyt 

długo  zamknięty.  Na  wybiegu  są  krzaki,  za  stajnią,  blisko  furtki.  Poradzę  sobie  jakoś  z 

wyniesieniem  tam  przed  południem  twojego  siodła  i  uprzęży.  Mogę  też  cię  wyprowadzić 

przez przyziemie, kiedy wszyscy są zajęci w holu i w kuchni. 

— 

Ale twój ojciec będzie wtedy w domu - wyraził wątpliwość Ryszard. 

— 

Po obiedzie mój ojciec chrapie. Jeśli w ogóle do ciebie zajrzy, zrobi to, zanim 

zasiądzie  do  stołu,  żeby  sprawdzić,  czy  jesteś  bezpieczny  w  swojej  klatce.  To  lepiej  i  dla 

mnie.  Przesiedzę  z  tobą  grzecznie  cały  poranek.  Nikt  się  nie  domyśli,  że  potem  zmieniłam 

zdanie. To będzie nawet dobra zabawa, kiedy przyjdą zabrać cię na wieczerzę i zobaczą, że 

ptaszek  wyfrunął  z  klatki,  a  okno  jest  zamknięte  i  zaryglowane.  -  Hiltruda  ożywiła  się, 

rozpatrując swą dobroczynną psotę. 

— 

Ale kogoś będą winić, bo ktoś musiał odsunąć rygiel. 

— 

A więc się wszyscy wyprzemy, jeśli ktoś zostanie przyparty do muru, powiem, 

że miałam go cały czas na oku i że nie dotykał drzwi od obiadu. Gdyby nie dało się inaczej, 

powiem,  że  musiałam  zapomnieć  zasunąć  rygiel,  wychodząc  od  ciebie  -  rzekła  rezolutnie 

Hiltruda. - Co mi mogą zrobić? Będą nadal myśleli, że jesteś związany ze mną małżeństwem, 

gdziekolwiek  uciekniesz.  Albo  jeszcze  lepiej!  -  wykrzyknęła,  klaszcząc  w  dłonie.  -  To  ja  ci 

przyniosę obiad, zaczekam z tobą i odniosę naczynia. Wtedy nikogo innego nie będą winić. A 

żona powinna zaczekać na męża, to będzie dobrze wyglądało. 

— 

Nie  boisz  się  ojca?  -  Ryszard  otworzył  szeroko  oczy  z  respektem,  a  nawet 

podziwem, ale nie chciał obarczać jej tak niebezpiecznym zadaniem. 

— 

Boję się. Bałam się! Ale teraz, cokolwiek się stanie, będzie warte bólu. Muszę 

iść, Ryszardzie, póki nie ma nikogo w stajni. Czekaj i ufaj mi. I nie trać ducha. Mojego już 

pokrzepiłeś! 

Była już u drzwi, kiedy Ryszard, patrząc, jak idzie lekkim i sprężystym krokiem, tak 

background image

 

różna od przybitej i zgorzkniałej istoty, której chłodną dłoń trzymał wieczorem, odezwał się 

nagle. 

— 

Hiltrudo... chyba mogłem trafić gorzej, niż żeniąc się z tobą, mimo wszystko. - 

I dodał, z przyzwoitym pośpiechem: - Ale jeszcze nie teraz! 

Spełniła  wszystko,  co  przyrzekła.  Przyniosła  mu  obiad  i  siedziała  z  nim,  póki  jadł, 

prowadząc  chaotyczną,  niezręczną  rozmowę,  jakiej  można  się  było  spodziewać,  kiedy 

rozmówcą  był  ktoś  obcy,  narzucony,  niechętnie  przyjęty  i  do  tego  nieletni.  Nie  było  już 

jednak  powodów  do  dąsów.  Ryszard  odpowiadał  pomrukami,  bo  był  głodny  i  zajęty 

jedzeniem,  nie  zaś  z  ostrożności.  Gdyby  ich  ktoś  podsłuchiwał,  z  łatwością  znaleźliby 

właściwe słowa. 

Hiltruda zaniosła tacę do kuchni i wróciła do chłopca, kiedy była pewna, że wszyscy 

inni  w  domu  są  zajęci.  Wąskie,  drewniane  schody  prowadzące  do  przyziemia  nie  były 

widoczne  z  przejścia  do  kuchni,  więc  bez  trudu  przemknęli  się  nimi  w  dół  do  wyjścia,  w 

którym krył się wieczorem Hiacynt. Stąd był już tylko jeden niebezpieczny skok do furtki w 

ogrodzeniu, zasłoniętej bryłą stajni. Siodło, uzdę i resztę uprzęży Hiltruda zostawiła przedtem 

ukryte za krzakami, a czarny kuc rad podszedł do Ryszarda. Pod tylną ścianą stajni chłopiec 

osiodłał go drżącymi z pośpiechu rękami i wyprowadził z wybiegu w dół ku rzece, gdzie pas 

drzew  dawał  ukrycie,  zanim  się  ośmielił  zaciągnąć  popręg  i  wsiąść.  Teraz,  jeśli  wszystko 

pójdzie dobrze, będzie miał czas do wieczora, zanim zauważą jego nieobecność. 

Hiltruda  wróciła  schodami  z  przyziemia  i  dołożyła  starań,  by  niewinnie  spędzić 

popołudnie  pośród  kobiet,  będąc  cały  czas  na  widoku  i  zajmując  się  sprawami  pani  domu. 

Zaryglowała drzwi Ryszarda, bo najwyraźniej pozostawiono je nieumyślnie niezamknięte, a 

więzień, nawet dziesięciolatek, mógłby z tego skorzystać. Kiedy ucieczka zostanie wykryta, 

będzie  mogła  utrzymywać,  że  nie  pamięta,  aby  zapomniała  je  zamknąć,  chociaż  w  końcu 

przyzna, że tak pewnie musiało być. Ale o tej porze, jeśli wszystko poszło dobrze, Ryszard 

pewnie już będzie z powrotem w enklawie opactwa, podając się za niewinną ofiarę i starając 

się zapomnieć o tym, że był sprawcą całego zamieszania, oddalając się bez pozwolenia. Cóż, 

to była sprawa Ryszarda. Ona zrobiła swoje. 

Na  nieszczęście  koniuszy,  który  wyprowadzał  Ryszardowego  kuca  na  wybieg, 

przyprowadził  wczesnym  popołudniem  kulejącego  konia  z  pastwiska.  Nie  mógł  nie 

zauważyć,  że  kuc  zniknął.  Chwytając  się  pierwszej  myśli,  choćby  i  nieprawdopodobnej, 

pobiegł  przez  podwórze,  krzycząc,  że  na  wybiegu  są  złodzieje.  Potem  wrócił  i  zajrzał  do 

stajni, szukając siodła oraz uprzęży. To zmieniło nieco postać rzeczy. A poza tym, po co kraść 

najmniej  warte  zwierzę?  I  po  co  ryzykować  za  dnia?  Porządne,  ciemne  noce  są  bardziej 

background image

 

sprzyjające. 

Wpadł  więc  do  holu,  ogłaszając  głośno  i  bez  tchu,  że  kuc  pana  młodego  zniknął,  z 

siodłem  i  wszystkim  innym,  i  że  lepiej,  żeby  pan  sprawdził,  czy  ten  chłopiec  jest  jeszcze 

bezpieczny  pod  kluczem.  Ful  -  ko  poszedł  sam  w  pośpiechu,  nie  wierząc  własnym  uszom. 

Zastał pokój zaryglowany jak przedtem, ale pusty. Wydał ryk wściekłości, na który Hiltruda 

wzdrygnęła się nad tamborkiem do wyszywania, ale nie podniosła oczu i uparcie wyszywała 

dalej, dopóki burza nie wybuchła w wejściu i nie wypełniła holu. 

— 

Który  to  z  was?  Kto  mu  podawał  ostatni?  Który  to  głupiec  zostawił  drzwi 

niezamknięte?  Albo  kto  go  wypuścił  rozmyślnie,  na  moją  szkodę?  Znajdę  tego 

zdradzieckiego łajdaka, kimkolwiek jest. Mówcie! Kto zanosił obiad temu diabełkowi? 

Służący  wycofali  się  z  zasięgu  rąk  pana,  mamrocząc,  że  są  niewinni.  Zatrwożone 

służące  patrzyły  na  siebie  z  ukosa,  nie  chcąc  powiedzieć  złego  słowa  na  swą  panią.  Ale 

Hiltruda  zebrała  całą  odwagę  i  odkładając  robotę  na  bok,  wyjaśniła  dzielnie  i  wcale  nie 

obronnym tonem. 

— 

Ależ,  ojcze,  wiesz,  że  to  byłam  ja.  Widziałeś,  jak  przynosiłam  potem  tacę. 

Oczywiście, że zaryglowałam drzwi. Jestem pewna, że to zrobiłam. Nikt inny nie był potem u 

niego, dopóki ty sam do niego nie poszedłeś, panie. Nikt inny by nie mógł, chyba że wysłany, 

a ja nikogo nie wysyłałam. 

— 

Jesteś  tak  pewna,  pani?  -  ryknął  Fulko.  -  Powiesz  mi  może,  że  chłopak  nie 

uciekł, tylko siedzi, gdzie powinien? Jeżeli ty byłaś tam ostatnia, na ciebie spada wina za jego 

zniknięcie. Musiałaś zostawić niezaryglowane drzwi, bo jak by inaczej wyszedł? Jak mogłaś 

być taka głupia? 

— 

Nie zostawiłam niezamkniętych drzwi - powtórzyła, ale z mniejszą pewnością 

tym  razem.  -  A  nawet  jeśli  zapomniałam,  chociaż  w  to  nie  wierzę,  więc  jeśli  zapomniałam, 

czy to ma jakieś znaczenie? On nie może zmienić tego, co się stało, ani nikt inny nie może. 

Nie widzę potrzeby robienia zamieszania. 

— 

Nie  widzisz,  nie  widzisz...  nie  widzisz  końca  swego  nosa,  pani!  A  kiedy  on 

wróci do swego opata, jaką mu opowie historię? 

— 

Ależ on musiał wyjść na świat wcześniej czy później - powiedziała potulnie. - 

Nie mógłbyś go trzymać bez końca w zamknięciu. 

— 

Wyszedłby, wszyscy to wiemy, ale jeszcze nie teraz, póki nie postawił znaku - 

nie, on umie się podpisać, to lepiej! - na kontrakcie małżeńskim, i póki nie uzgodniliśmy, co 

ma opowiadać. Za parę dni byłoby to zrobione na nasz sposób, słuszny sposób. Nie pozwolę 

mu się wymknąć bez pościgu. - Fulko zaklął mściwie i ryknął do przerażonych koniuszych: - 

background image

 

Siodłać mi konia i to szybko! Jadę za nim. Pojedzie prosto do opactwa, z dala od Eaton, na 

pewno. Jeszcze go tu przyciągnę za ucho! 

W pełnym świetle popołudnia Ryszard nie ośmielił się jechać drogą, nawet omijając 

szeroko  wioskę.  Tam  mógłby  jechać  prędzej,  ale  przyciągnąłby  uwagę  dzierżawców  albo 

chałupników, którzy mogliby chcieć przysłużyć się Astleyowi i zaciągnąć zbiega z powrotem. 

Ponadto ta droga nazbyt się zbliżała do Eaton. Trzymał się pasa  lasu, który przez dobre pół 

mili ciągnął się nad rzeką na zachód, zwężając się w końcu do pojedynczego szpaleru dębów 

nad  wodą.  Poza  nim  szmaragdowe  łąki  wypełniały  wielkie  zakole  Sevem,  otwarte  i 

bezdrzewne.  Tu  trzymał  się  z  dala  od  rzeki,  korzystając  z  osłony  nielicznych  krzaków 

rosnących  wzdłuż  zagonu  kończącego  pola  należące  do  Leighton.  Dalej  musiał  podążać  w 

górę rzeki, gdzie jej dolina rozszerzała się w szeroką, zieloną płaszczyznę podmokłych łąk z 

kilkoma  samotnymi  drzewami  na  wyższych  miejscach,  ale  północny  brzeg,  którym  jechał, 

wznosił  się  jeszcze  przez  milę,  aż  do  niskiego  grzbietu  lasu  Eyton,  gdzie  mógł  przebyć  w 

ukryciu ponad połowę drogi do Wroxeter. To oznaczało powolną jazdę, ale tam nie obawiał 

się pościgu, jedynie rozpoznania i zatrzymania. Musiał za wszelką cenę ominąć Wroxeter, a 

jedynym sposobem było przebyć Sevem w bród przed osadą, i niewidoczny z dworu dotrzeć 

do drogi po stronie południowej, a stamtąd cwałem do miasta. 

Trochę za bardzo pośpieszał w lesie, gdzie znajomość terenu skłoniła go do skracania 

drogi, za co zapłacił upadkiem, kiedy kuc potknął się na norze borsuka. Upadł jednak lekko 

na  grubą  wyściółkę  liści,  co  skończyło  się  tylko  paroma  siniakami,  a  kuc  chętnie  do  niego 

wrócił,  kiedy  mu  minął  pierwszy  strach.  Potem  Ryszard  już  pamiętał,  że  pośpiech 

niekoniecznie oznacza to samo, co prędkość, i jechał ostrożniej, dopóki nie dotarł do bardziej 

otwartych dróg. Nie zastanawiał się nad celem ucieczki, wyjechał, żeby wrócić do opactwa i 

tam odnaleźć spokój, bez względu na wymówki  i kary, jakie go czekały, kiedy już opadnie 

niepokój o niego. Znał dorosłych na tyle, by wiedzieć, że gdy powierzone ich opiece dziecko 

uniknie niebezpieczeństwa, wszyscy je najpierw tulą, a zaraz potem nacierają mu uszu. O ile 

nie dostanie po uszach wcześniej! Nie przejmował się tym. Teraz, gdy został siłą oderwany 

od sali szkolnej, brata Pawła i kolegów ze szkolnej ławy, a nawet od budzącej lęk twarzy ojca 

opata,  pragnął  jedynie  wrócić  do  nich,  do  bezpiecznych  ścian  i  jeszcze  bezpieczniejszego 

horarium  zakonnego  dnia,  otulających  go  niczym  ciepły  płaszcz.  Mógłby,  gdyby  tym 

pomyślał, pojechać do młyna nad rzeką pod Eyton albo do chaty leśnika, albo jakiegokolwiek 

domostwa na tej ziemi należącej do opactwa i znaleźć tam bezpieczne schronienie, jednak ta 

możliwość nie przyszła mu do głowy. Kierował się do opactwa niczym ptak do gniazda. W tej 

chwili nie miał innego domu, chociaż był panem na Eaton. 

background image

 

Zaraz za lasem dobry, otwarty szlak prowadził do brodu, który leżał po południowej 

stronie osady. Przez te dwie mile jechał żwawo, ale nie za szybko, żeby nie zwracać na siebie 

uwagi, bo byli tu inni ludzie, spotykani od czasu do czasu pracujący w polu albo wędrujący 

szlakiem  między  wioskami.  Nie  spotkał  nikogo  znajomego  i  odpowiadał  na  pozdrowienia 

równie szybko, jak je dawano, nie zwalniając. 

Pojawił się pas drzew po bliższej stronie brodu, kilka wierzb pochylonych nad wodą i 

między  drzewami  szczyt  wieży  kościelnej  kolegiaty  z  narożnikiem  dachu.  Reszta  osady  i 

majątku  leżała z tyłu. Ryszard ostrożnie zbliżył  się pod  osłoną drzew  zsiadł skrycie, by się 

przyjrzeć płyciźnie, wysepce i ścieżce schodzącej od osady do brodu. Usłyszał głosy, zanim 

coś  zobaczył,  i  zatrzymał  się  w  nadziei,  że  mówiący  odejdą  w  stronę  osady  i  będzie  mógł 

przejść. Były to głosy dwóch kobiet, paplających i śmiejących się, towarzyszący im plusk na 

skraju wody, a potem męski głos, przekomarzający się z kobiecymi. Ryszard zaryzykował i 

podszedł  bliżej,  póki  wyraźnie  nie  dojrzał  mówiących,  a  wtedy  zatrzymał  się  z  zapartym 

tchem, skonsternowany i rozdrażniony. 

Dwie kobiety prały bieliznę i rozwieszały ją na niskich krzakach do wyschnięcia, a że 

dzień  nie  był  chłodny,  ich  towarzysz  zaś  atrakcyjny,  nie  śpieszyły  się  z  odejściem  znad 

brzegu. Ryszard nie znał tych kobiet, ale mężczyznę znał aż za dobrze, chociaż nie z imienia. 

Ten wielki, rudowłosy, puszący się młody kogut był przodownikiem w gospodarstwie Astleya 

jednym  z  dwóch,  którzy  spotkali  i  rozpoznali  w  lesie  Ryszarda  wracającego  kłusem  do 

opactwa;  skorzystali  z  okazji,  by  zyskać  łaskę  swego  pana.  Te  same  muskularne  ramiona, 

które  teraz  za  wiele  sobie  pozwalały  z  jedną  z  chichoczących  praczek,  podle  wyciągnęły 

Ryszarda  z  siodła  i  trzymały  go  kopiącego  i  bijącego  pięściami,  dopóki  ten  drugi  łotr  nie 

zakneblował  chłopca  jego  własnym  kapturem  nie  związał  mu  rąk  jego  własnymi  wodzami. 

Później tej samej nocy, kiedy porządni ludzie śpią, ci dwaj wywieźli go dla bezpieczeństwa 

do  dalszego  dworu.  Ryszard  zapamiętał  dobrze  tę  niegodziwość.  A  teraz  ten  sam  człowiek 

znów mu wchodził w drogę, bo nie mógł wyjechać z ukrycia i przejechać przez bród w ich 

pobliżu, aby go nie rozpoznano prawie na pewno nie schwytano ponownie. 

Nie pozostawało do zrobienia nic, poza ukryciem się i czekaniem, aż odejdą do osady 

i do dworu. Nie było nadziei na obejście Wroxeter i dalszą podróż północnym brzegiem rzeki, 

bo już był zbyt blisko osady, a wszystkie dojścia stały się widoczne. Tracił przy tym czas, a 

czas  był  decydujący,  czuł  to  instynktownie,  nie  zastanawiając  się,  dlaczego.  Stracił  już 

godzinę, gryząc palce w desperacji i  czekając na ich pierwszy ruch. Ale nawet  gdy kobiety 

zdecydowały się już zabrać pranie i iść do domu, nie śpieszyły się, lecz marnowały czas na 

ścieżce,  chichocząc  i  przekomarzając  się  z  młodym  człowiekiem,  który  szedł  między  nimi. 

background image

 

Dopiero gdy ich głosy ucichły i nic się nie poruszało nad brodem, Ryszard ośmielił się wyjść 

z ukrycia i popędził kuca na płycizny. 

Bród  był  na  pierwszym  odcinku  piaszczysty  i  płytki,  potem  szlak  prowadził  przez 

wysepkę  i  znów  zanurzał  się  w  długim  przejściu  poza  nią  w  szerokim  archipelagu  małych, 

piaszczystych mielizn, połyskujących w łagodnym, okrężnym ruchu wody. W połowie drogi 

Ryszard ściągnął na chwilę wodze, by się obejrzeć, bo szeroka, niewinna przestrzeń zielonych 

łąk narzuciła mu  poczucie odsłonięcia i lęku. Tu mógł  być widziany o milę albo  dalej jako 

ciemna  figurka  na  końskim  grzbiecie,  bezbronna  i  wystawiona  na  atak,  w  krajobrazie 

wilgotnego, perłowego światła i bladych barw. 

Tam  zaś,  jadąc  w  galopie  w  stronę  brodu  tą  samą  ścieżką,  którą  on  przebył, 

pomniejszony  oddaleniem,  ale  wyraźnie  jadący  za  nim,  nadciągał  samotny  jeździec  na 

wielkim siwku; Fulko Astley w zaciętym pościgu za swoim zbiegłym zięciem.

Ryszard  w  bryzgach  piany  przeleciał  przez  płycizny  i  wypadł  w  desperackim 

pośpiechu  na  podmokłe  łąki,  kierując  się  na  zachód,  do  traktu,  który  doprowadziłby  go  po 

czterech  milach  do  Świętego  Idziego  na  ostatnią  prostą  do  strażnicy  opactwa.  Miał  jeszcze 

ponad milę do możliwego ukrycia w falującym terenie i w porozrzucanych kępach drzew, ale 

nawet  tam nie mógł  mieć nadziei na zgubienie pogoni  teraz, kiedy został dostrzeżony. Kuc 

nie  mógł  się  równać  z  tą  jabłko  witą  bestią  za  nim,  prędkość  była  jednak  jedyną  nadzieją. 

Wciąż miał lepszy start, nawet jeśli stracił wiele, czekając u brodu. Wbił pięty w boki kuca, 

zacisnął zęby i pognał do Shrewsbury, jakby mu wilki deptały po piętach. 

Teren podnosił się, falował niskimi pagórkami z kępami drzew i krzewami na stokach, 

kryjąc  ściganego  i  ścigającego  przed  sobą  nawzajem,  ale  dystans  między  nimi  musiał  się 

skracać. Tam, gdzie trakt biegł poziomo i bez osłony, Ryszard rzucił niespokojne spojrzenie 

przez  ramię,  zobaczył  znowu  swego  nieprzyjaciela  znacznie  bliżej  i  za  tę  chwilę  nieuwagi 

zapłacił  nowym  upadkiem.  Tym  razem  jednak  trzymał  mocno  wodze,  co  mu  oszczędziło 

zarówno wstrząsu, jak i wysiłku chwytania kuca. Ubłocony, posiniaczony i wściekły na siebie 

wdrapał się na siodło i gnał dalej, czując wzrok Astleya wbity w jego plecy niczym sztylet. 

Szczęściem kuc był walijski, silny i od kilku dni stęskniony za ruchem, a ciężar, który niósł, 

był niewielki, ale mimo to tempo ucieczki nie było odpowiednie. Ryszard był tego świadom i 

gryzł się tym, ale nie mógł przyśpieszyć. 

Gdy  pojawiło  się  ogrodzenie  Świętego  Idziego  i  trakt  I  rozszerzył  się  w  drogę, 

usłyszał za sobą tętent. Tu mógł skręcić i szukać schronienia, bo hospicjum trędowatych było 

obsadzone i obsługiwane przez opactwo, a brat Oswin nie wydałby go nikomu bez polecenia 

opata. Nie było jednak czasu na zatrzymanie ani na zakręcanie. 

background image

 

Ryszard  pochylił  się  nisko  i  pogalopował  przez  Podgrodzie,  w  każdej  chwili 

spodziewając  się  zobaczyć  długi  cień  Fulka  Astleya  i  wielką  dłoń  sięgającą  (po  jego  uzdę. 

Pędził  wokół  narożnika  muru  opactwa,  po  prostej  do  strażnicy  przy  bramie,  rozpraszając 

rzemieślników  oraz  chałupników,  którzy  właśnie  zakończyli  swój  dzień  roboczy  i  szli  do 

domów, a także dzieci i psy bawiące się na gościńcu. 

Dzieliło ich zaledwie pięć kroków, gdy Ryszard skręcił brawurowo do strażnicy. 

Tego wieczoru na nieszporach było kilku wiernych z domu gościnnego, jak zauważył 

Cadfael  ze  swego  miejsca  w  prezbiterium.  Obecny  był  Rafe  z  Coventry,  milczący  i  nie 

rzucający się w oczy jak zawsze, a nawet Aymer Bosiet, po całodziennym poszukiwaniu swej 

wymykającej się własności wszedł z ponurą miną, być może modlić się o jakąś wiarygodną 

wskazówkę  z  niebios.  Sadząc  z  jego  miny,  rozważał  jakieś  poważne  sprawy,  bo  marszczył 

brwi  przez  całe  nieszpory,  jak  człowiek  usiłujący  się  na  coś  zdecydować.  Konieczność 

utrzymania  dobrych  stosunków  z  potężnymi  krewnymi  matki  mogła  go  przynaglać  do 

powrotu  z  ciałem  Droga  i  do  okazania  jakichś  oznak  synowskiej  troski.  Może  też  myśl  o 

subtelnym,  młodszym  bracie  -  tam  na  miejscu  -  zdolnym  do  wszystkiego  dla  własnej 

korzyści, skłaniała go do porzucenia niepewnego polowania na rzecz pewnego dziedzictwa. 

Jakiekolwiek  były  jego  zmartwienia,  stał  się  jednym  więcej  świadkiem  sceny,  która 

ukazała  się  braciom  i  gościom  po  skończonym  nabożeństwie,  kiedy  wychodzili  przez 

południowe  drzwi  i  szli  wzdłuż  zachodniej  ściany  klasztoru  na  wielki  dziedziniec,  by  się 

rozejść do różnych przygotowań do wieczerzy. Opat Radulfus właśnie wyszedł na dziedziniec 

z przeorem Robertem i resztą braci za sobą, kiedy wieczorną ciszę przerwał tętent kopyt na 

ubitej ziemi gościńca przed strażnicą, przeradzając się gwałtownie w szczęk żelaza na bruku 

wewnątrz niej, gdy tęgi, czarny kuc przeleciał przez strażnicę bez zatrzymania, ślizgając się 

na kamieniach, a tuż za  nim wpadł  na dziedziniec duży, siwy koń. Jadący  za nim jeździec, 

wysoki, tęgi, brodaty, z twarzą szkarłatną z gniewu albo pośpiechu, albo z jednego i drugiego, 

starał  się pochwycić uzdę kuca, którego dosiadał chłopiec. Przebyli ze dwadzieścia kroków 

ku  środkowi  dziedzińca,  gdy  wyciągnięta  dłoń  chwyciła  wodze,  zmuszając  do  zatrzymania 

oba  wierzchowce  ślizgające  się,  parskające,  spienione  i  rozdygotane.  Trzymał  kuca,  ale  nie 

chłopca, który krzyknął ze strachu i porzucając wodze, spadł raczej, niż zsiadł z drugiej strony 

i  pomknął  niczym  ptak  do  gniazda,  do  stóp  opata.  Tam  potknął  się  i  padł  na  twarz,  ale 

oplatając rękoma kostki nóg opata, wyjęczał jakąś nierozpoznawalną prośbę w skraj czarnego 

habitu trzymał się go mocno, spodziewając się oderwania siłą i wierząc, że takiej próbie nie 

przeszkodzi nikt, poza tą nieruchomą skałą, do której przywarł. 

Cisza,  tak  brutalnie  przerwana,  zapadła  znów  zaskakująco  nagle  na  wielkim 

background image

 

dziedzińcu.  Radulfus  przeniósł  skupiony  i  surowy  wzrok  z  drobnej  postaci  ściskającej  jego 

kostki na tęgiego i pewnego siebie męża, który zostawił spocone konie, dygocące jeden przy 

drugim, i podszedł kilka kroków na jego spotkanie, bynajmniej nie zmieszany. 

— 

Panie  mój,  to  trochę  bezceremonialne.  Nie  przywykliśmy  do  tak  nagłych 

odwiedzin - rzekł Radulfus. 

— 

Ojcze  opacie,  żałuję,  że  zostałem  zmuszony,  by  cię  niepokoić.  Jeśli  nasze 

przybycie było niegrzeczne, proszę o wybaczenie. Raczej dla Ryszarda niż dla siebie - odparł 

Fulko  ze  świadomym  i  pewnym  siebie  wyzwaniem.  -  Jego  głupota  to  sprawiła.  Miałem 

nadzieję  oszczędzić  ci  tego,  przechwytując  go  wcześniej  i  odprowadzając  bezpiecznie  do 

domu. Zabiorę go teraz i dopilnuję, by nie sprawił ci więcej kłopotu. 

Wydawało się, że jest całkiem pewny siebie, chociaż nie zrobił następnego kroku ani 

nie sięgnął, by chwycić chłopca za kołnierz. Bez zmrużenia powiek patrzył opatowi w oczy. 

Za  plecami  przeora  Roberta  bracia  złamali  szyk  i  utworzyli  półkole,  z  lękiem  zerkając  na 

skulonego  chłopca,  który  zaczął  wykrzykiwać  stłumione  protesty  i  prośby,  nadal 

niezrozumiałe,  bo  nie  podnosił  głowy  ani  nie  rozluźniał  gorączkowego  uścisku.  Za  braćmi 

podeszli goście, nie mniej zaciekawieni tak niezwykłym widowiskiem. Cadfael przesuwający 

się  metodycznie  na  pozycję,  z  której  miał  najlepszy  widok,  złowił  spojrzenie  Rafę^  z 

Coventry i uśmiech, który przemknął przez usta sokolnika. 

Zamiast  odpowiedzieć  Astleyowi,  opat  spojrzał  znów  ze  zmarszczonymi  brwiami  na 

chłopca u swoich stóp i powiedział szorstko: 

— 

Przestań jęczeć, chłopcze, i puść mnie. Nic ci nie grozi. Wstań! 

Ryszard  niechętnie  rozluźnił  chwyt,  podniósł  twarz  umazaną  błotem  i  zielenią  od 

upadków, potem łzami ulgi po przerażeniu, które teraz nie wydawało się zbyt uzasadnione. 

— 

Ojcze, nie pozwól mu mnie zabrać! Nie chcę wracać, chcę być tu, chcę zostać 

z  bratem  Pawłem,  chcę  się  uczyć.  Nie  odsyłaj  mnie!  Nie  chciałem  stąd  odejść,  nigdy! 

Wracałem, kiedy mnie zatrzymali. Wracałem do domu, naprawdę! 

— 

Wygląda  na  to,  że  są  różnice  zdań  co  do  twego  domu,  bo  wielmożny  Fulko 

chce cię tam zaprowadzić, a ty jesteś zdania, że już tam przybyłeś - rzekł opat sucho. - Twoja 

opowieść może zaczekać. Pytanie, gdzie jest twoje miejsce, nie może. Wstań, Ryszardzie, i 

stój  prosto  jak  należy.  -  Sięgnął  szczupłą,  muskularną  ręką,  chwytając  Ryszarda  za 

przedramię i stawiając go na nogi. 

Po raz pierwszy Ryszard rozejrzał się wokoło, uświadamiając sobie, ile oczu na niego 

patrzy.  Był  nieco  zirytowany  swoim  zaniedbanym  wyglądem,  a  zwłaszcza  śladami  łez  na 

policzkach.  Wyprostowawszy  się,  otarł  rękawem  brudną  twarz.  Odszukał  w  kręgu  habitów 

background image

 

brata  Pawła  i  poczuł  się  nieco  pokrzepiony.  A  brat  Paweł,  choć  bardzo  pragnął  podbiec  do 

swej zaginionej owcy, zaufał opatowi i nie odzywał się. 

— 

Słyszałeś, panie, co  woli  sam  Ryszard  - rzekł  opat.  - Niewątpliwie  wiesz, że 

jego  ojciec  umieścił  go  tu  pod  moją  opieką  i  chciał,  by  tu  pozostał  i  uczył  się,  dopóki  nie 

dorośnie.  Mam  obowiązek  opieki  nad  tym  chłopcem  zapisany  w  kontrakcie  należycie 

poświadczonym, a spod mojej opieki zniknął przed paroma dniami. Nie usłyszałem dotąd, z 

jakiego powodu chcesz go mieć. 

— 

Ryszard co dzień zmienia zdanie - powiedział Fulko pewnym siebie głosem. - 

Wczoraj  wieczorem  mówił  co  innego.  Jeśli  chodzi  o  mój  powód,  powinieneś  wiedzieć,  że 

Ryszard  jest  moim  zięciem,  o  czym  jego  babka  wie  i  na  co  się  zgadza.  Zeszłego  wieczoru 

ożenił się z moją córką. 

Dreszcz  konsternacji  przebiegł  po  kręgu  widzów  pogrążonych  w  absolutnej  ciszy. 

Opat Radulfus nie okazał, że jest wstrząśnięty, ale Cadfael spostrzegł, jak ściągnęły się rysy 

jego twarzy, i wiedział, że strzała trafiła w cel. Taki związek był od dawna planowany przez 

Dionizję, a ten pewny siebie sąsiad nie był niczym więcej niż narzędziem w jej grze. To, co tu 

głosił,  mogło  być  prawdą,  jeżeli  mieli  chłopca  w  swoich  rękach  przez  cały  czas  jego 

nieobecności.  A  Ryszard,  który  zadarł  głowę  i  otworzył  usta,  by  krzyknąć,  że  to  fałsz, 

napotkał surowy wzrok opata skupiony na nim i zmieszał się do reszty. Ożenili go z Hiltrudą i 

zwykłe zaprzeczenie nie wystarczy. Ostatni pocisk strachu przeszył go i odebrał mu dech, bo 

jeśli Hiacynt sam został oszukany, przysięga, którą Ryszard posłusznie powtórzył, zwiąże go 

na całe życie. 

— 

Czy to prawda, Ryszardzie? - spytał Radulfus. 

Głos  miał  równy  i  spokojny,  ale  w  tych  okolicznościach  wydało  się  to  Ryszardowi 

straszne. Przełknął słowa, których nie wymówił, a niecierpliwy Fulko odpowiedział za niego. 

— 

To prawda i on nie może zaprzeczyć. Chyba nie wątpisz w moje słowo, panie? 

— 

Cisza!  -  powiedział  opat  rozkazująco,  ale  wciąż  spokojnie.  -  Żądam 

odpowiedzi Ryszarda. Mów, chłopcze! Czy to małżeństwo rzeczywiście zostało zawarte? 

— 

Tak, ojcze - wyjąkał Ryszard. - Ale to nie... 

— 

Gdzie? Czy byli świadkowie? 

— 

W Leighton, ojcze, wczoraj wieczorem, to prawda, ale ja nie jestem... 

Znów mu przerwano i zostawiono w rozczarowaniu i rosnącym oburzeniu. 

— 

Wymówiłeś słowa przysięgi swobodnie i z własnej woli? Nie byłeś zmuszony, 

bity, nie grożono ci? 

— 

Nie, ojcze, nie byłem bity, ale się bałem. Tyle mi wmawiali... 

background image

 

— 

Przemawiano mu do rozumu i został przekonany - rzekł krótko Fulko. - Teraz 

odbiera, co dał 

wczoraj. Powiedział, co powinien, nieprzymuszony przez nikogo. Z własnej woli! 

— 

A  wasz  ksiądz  udzielił  tego  ślubu  bez  sprzeciwu?  Upewnił  się,  że  oboje 

zgadzają się z własnej woli? Czy to porządny człowiek, o dobrej reputacji? 

— 

To  świątobliwy  mąż,  Opacie  -  oznajmił  triumfalnie  Fulko.  -  Lud  go  nazywa 

świętym. Świątobliwy pustelnik Cuthred! 

— 

Ale,  ojcze  -  krzyknął  Ryszard  w  desperacji,  zdecydowany  ujawnić  prawdę.  - 

Zrobiłem to, żeby mnie uwolnili i żebym mógł do was wrócić. Tylko dlatego wyrzekłem te 

słowa, bo wiedziałem, że mnie nie wiążą. Nie jestem żonaty! To nie było małżeństwo, gdyż... 

Opat  i  Fulko  przerwali  mu,  surowo  nakazując  milczenie,  ale  krew  zakipiała  już  w 

Ryszardzie. Zacisnął pięści i krzyknął tak głośno, że echo odbiło się od ścian klasztoru. 

— 

Gdyż Cuthred nie jest księdzem!

 

 

background image

 

Rozdział dwunasty 

 

 

W  tym  ogólnym  zamieszaniu  i  wirze  zdumienia,  wątpliwości  i  oburzenia,  które 

ogarnęły  całe  zgromadzenie  niczym  nagły  poryw  wiatru,  od  parskania  przeora  Roberta  do 

pytających i na pół radosnych szeptów między nowicjuszami, dla Cadfaela było oczywiste, że 

Fulko Astley został całkowicie zaskoczony. Nie miał najmniejszego pojęcia, na co się zanosi i 

zaparło  mu  dech  w  piersi.  Stał z  opuszczonymi  rękami  dziwnie  bezradny,  jakby  coś  z  jego 

życia wymknęło mu się z rąk, zostawiając go bezwładnym niemym. Kiedy odzyskał oddech 

na tyle, by przemówić, powiedział to, czego się po nim spodziewano, ale bez przekonania, z 

trudem i w panice odrzucając sam pomysł. 

— 

Ojcze opacie, to szaleństwo! Chłopiec kłamie! Powie wszystko, co mu się na 

coś  przyda.  To  oczywiste,  że  Cuthred  jest  księdzem.  Bracia  Savigny  z  Buildwas 

przyprowadzili go do nas. Spytajcie ich, oni nie mają wątpliwości. Nigdy nie było zastrzeżeń. 

To nikczemność tak oczerniać świątobliwego męża. 

— 

Takie  oszczerstwo  rzeczywiście  byłoby  nikczemnością  -  przyznał  Radulfus, 

skupiając  spojrzenie  swych  głęboko  osadzonych  oczu  na  Ryszardzie  i  groźnie  marszcząc 

brwi. - Zastanów się, panie, zanim je powtórzysz. Jeżeli to pomysł, żeby postawić na swoim i 

zostać z nami, przemyśl go teraz i wyznaj to. Nie zostaniesz ukarany. Poza wszystkim innym, 

wydaje  się,  że  byłeś  źle  traktowany,  uprowadzony  i  zastraszany,  co  cię  usprawiedliwia. 

Chciałbym  przypomnieć  wielmożnemu  Fulko  tych  okolicznościach.  Ale  jeśli  nie  powiesz 

teraz prawdy, Ryszardzie, narazisz się na karę. 

— 

Powiedziałem  prawdę  -  oświadczył  śmiało  Ryszard,  zadzierając  swój  dość 

pokaźny  podbródek  spoglądając  bez  zmrużenia  w  budzące  lęk  oczy.  -  Mówię  prawdę. 

Przysięgam!  Zrobiłem,  czego  ode  mnie  żądali,  bo  wiedziałem,  że  ten  pustelnik  nie  jest 

księdzem, a małżeństwo przez niego udzielone wcale nie będzie małżeństwem. 

— 

Skąd wiedziałeś? - wrzasnął z wściekłością Fulko, odzyskując pewność siebie. 

-  Kto  ci  to  powiedział?  Panie  mój,  to  tylko  dziecinny  podstęp,  na  dodatek  złośliwy.  On 

kłamie! 

— 

I  cóż?  Możesz  odpowiedzieć  na  te  pytania?  zapytał  opat,  nie  spuszczając 

wzroku z Ryszarda. 

— 

Skąd wiedziałeś? Kto ci powiedział? 

To  były  jednak  pytania,  na  które  Ryszard  nie  mógł  odpowiedzieć,  gdyż  naraziłby 

background image

 

Hiacynta i ściągnąłby na niego pogoń. 

— 

Ojcze, powiem ci, ale nie tutaj i tylko tobie - odrzekł z galanterią. - Uwierz mi, 

proszę. Ja nie kłamię. 

— 

Wierzę  ci  -  rzekł  opat,  zwalniając  go  nagle  z  badania,  które  go  wprawiło  w 

drżenie. - Wierzę, że mówisz, co ci powiedziano i w co wierzysz, że jest prawdą. To jednak 

sprawa poważniejsza, niż myślisz, i  trzeba ją wyjaśnić. Człowiek, na którego rzucono takie 

oskarżenie,  ma  prawo  mówić  we  własnej  obronie  i  udowodnić  swoją  dobrą  wiarę.  Ja  sam 

pojadę jutro rano i zapytam pustelnika, jest czy nie jest księdzem i kto go wyświęcił, gdzie i 

kiedy. Te rzeczy mogą i powinny być udowodnione. To z pewnością leży i w twoim interesie, 

mój panie, dowiedzieć się raz na zawsze, czy rzeczywiście doszło do zawarcia małżeństwa. 

Muszę cię jednak ostrzec dodał stanowczo - że nawet jeśli tak, może zostać unieważnione, bo 

oczywiście nie może być skonsumowane. 

— 

Każda taka próba będzie kwestionowana do granic możliwości - odparł Astley, 

opanowując się. - Przyznaję jednak, że prawda musi wyjść na jaw. Nie możemy pozostawiać 

takich wątpliwości. 

— 

Może  więc  spotkasz  się  ze  mną  w  pustelni?  Pojadę  tam  zaraz  po  prymie. 

Powinniśmy obaj usłyszeć, co Cuthred ma do powiedzenia. Jestem pewien, że wierzyłeś bez 

zastrzeżeń  w  jego  prawo  do  udzielania  ślubów  -  powiedział,  widząc  skutki  wybuchu 

Ryszarda. - To nie podlega dyskusji. Ryszard ma powody, by utrzymywać, że jest przeciwnie. 

Sprawdźmy to. 

Cadfael pomyślał, że nie ma w tym niczego, czemu Astley mógłby się sprzeciwiać i że 

nie  ma  on  zamiaru  unikać  rozstrzygnięcia.  Z  pewnością  był  głęboko  wstrząśnięty 

podejrzeniem  o  oszustwo,  pragnął  więc  usunięcia  wątpliwości.  Podjął  jednak  jeszcze  jedną 

próbę zatrzymania w tym czasie chłopca. Wyciągnął rękę do ramienia Ryszarda. 

— 

Przyjadę  na  to  spotkanie,  żeby  się  przekonać,  iż  ten  dzieciak  nie  ma  racji  - 

zapewnił. - Ale przez tę noc mam go nadal za zięcia i powinien pojechać ze mną. 

Dłoń zamknęła się na ramieniu Ryszarda, a chłopiec poderwał się i wyszarpnął ramię. 

Brat  Paweł  nie  mógł  się  powstrzymać.  Szybko  wystąpił  z  szeregu  patrzących  i  przygarnął 

zbiega do swego boku. 

— 

Ryszard zostanie tutaj - rzekł stanowczo Radulfus. - Jego ojciec powierzył go 

mnie i nie ustanowił żadnych ograniczeń jego pobytu u nas. Czyim zaś jest zięciem i czyim 

mężem, musimy się dopiero przekonać. 

Fulko spurpurowiał znowu od tłumionego gniewu. Był już tak blisko schwytania tego 

diabełka,  a  doznał  niepowodzenia.  Cała  konstrukcja  terytorialnych  planów  jego  i  Dionizji 

background image

 

była zagrożona. Nie mógł się tak łatwo poddać. 

— 

Bierzesz  na  siebie  wielką  odpowiedzialność,  opacie,  odmawiając  praw  jego 

krewnym - zaczął. 

— 

I  myślę,  że  masz  jakieś  własne  plany  co  do  jego  ziemi  i  dóbr,  trzymając  go 

tutaj. Ty w ogóle nie chcesz małżeństwa dla tego chłopca. Wolisz go trzymać w szkole, żeby 

nie poznał świata i wszedł potulnie do nowicjatu, a twój klasztor w jego dziedzictwo... 

Był  tak  pochłonięty  swymi  oskarżeniami,  a  wszyscy  wokół  tak  zdumieni  jego 

śmiałością,  że  nikt  nie  spostrzegł  przy  strażnicy  nowego  przybysza.  Oczy  wszystkich  były 

utkwione  w  Astleyu,  a  usta  otwarte  ze  zdumienia,  gdy  Hugo  uwiązał  konia  przy  bramie  i 

ruszył bez hałasu w ich stronę. Zrobił ledwie dziesięć kroków, gdy jego wzrok padł na siwego 

konia  i  czarnego  kuca.  Pokryte  pianą  po  biegu,  trzymane  były  teraz  przez  koniuszego 

wpatrującego  się  w  grupę  stojących  u  wejścia  do  klasztoru.  Hugo  poszedł  za  wzrokiem 

tamtego  i  ujrzał  to  samo  widowisko:  opata  i  Fulka  Astleya  stojących  naprzeciw  siebie  w 

oczywistej konfrontacji oraz brata Pawła obejmującego ramieniem brudnego, rozczochranego 

chłopca. 

Radulfus,  pogardliwie  milczący  wobec  oszczerstwa,  pierwszy  spostrzegł  nowo 

przybyłego.  Patrząc  ponad  głową  swego  adwersarza,  co  mu  nie  sprawiało  trudu  przy  jego 

wzroście, odezwał się wyraźnie: 

— 

Niewątpliwie szeryf zwróci należną uwagę na twoje oskarżenia. Może też być 

zainteresowany,  skąd  Ryszard  wziął  się  w  Leighton  pod  twoją  opieką  aż  do  zeszłego 

wieczoru. Powinieneś skierować swe skargi do niego. 

Fulko  obrócił  się  na  pięcie  tak  pośpiesznie,  że  omal  nie  stracił  równowagi,  a  Hugo 

szedł już do nich przez dziedziniec, podnosząc pytająco brew i kierując na Fulka bystre, ostre 

spojrzenie. 

— 

Proszę, proszę, panie! - powiedział przyjaźnie. - Widzę, że poradziłeś sobie ze 

znalezieniem  i  przywiezieniem  zbiega,  którego  omal  nie  znalazłem  w  twoim  dworze  w 

Leighton.  Właśnie  stamtąd  jadę,  żeby  donieść  o  niepowodzeniu  opatowi  jako  opiekunowi 

Ryszarda, i oto widzę, że wykonałeś za mnie moją pracę, gdy ja się uganiam daremnie. Miło 

to  z  twojej  strony.  Zachowam  to  w  pamięci,  kiedy  przyjdzie  do  rozpatrywania  sprawy 

uprowadzenia i uwięzienia przemocą. Wygląda na to, że ów leśny ptaszek, który mi szepnął, 

że Ryszard jest w Leigh - ton, mówił prawdę, chociaż nie znalazłem żadnego śladu i nikt nie 

chciał przyznać, że on tam był. Ty wyjechałeś z domu ścieżką tylko pół godziny wcześniej, 

niż  ja  tam  przybyłem  drogą.  -  Jego  bystre  spojrzenie  zatrzymało  się  na  spiętej  postaci 

Ryszarda i jego czujnej twarzy, po czym wróciło do opata. 

background image

 

— 

Czy go znajdujesz w dobrym stanie, panie mój? Nie poniósł gorszej szkody niż 

przetrzymywanie? 

— 

Z  pewnością  żadnej  szkody  na  ciele  -  odrzekł  Radulfus.  -  Jest  jednak  pewna 

sprawa  do  wyjaśnienia.  Wygląda  na  to,  że  wczoraj  wieczorem  w  Leighton  zostało  zawarte 

małżeństwo  Ryszarda  z  córką  pana  Fulka.  Ryszard  to  potwierdza,  ale  mówi,  że  nie  jest  to 

prawdziwe małżeństwo, bo pustelnik Cuthred, który udzielił ślubu, nie jest księdzem. 

— 

Co mówisz? - Hugo złożył wargi do gwizdnięcia i odwrócił się do Fulka, który 

stał niemy i czujny, aż nazbyt świadomy, że musi zważać na każde słowo.  - A co ty na to, 

panie? 

— 

Mówię,  że  to  absurdalne  oskarżenie  upadnie.  On  przybył  do  nas  z  polecenia 

braci  z  Buildwas.  Nie  słyszałem  o  nim  dotąd  złego  słowa.  Korzystaliśmy  z  jego  usług  w 

dobrej wierze. 

— 

Nie wątpię, że to prawda - przyznał opat. - Jeżeli jest coś w tym oskarżeniu, ci, 

którzy pragnęli tego małżeństwa, nie wiedzieli o tym. 

— 

Ale  Ryszard  chyba  go  nie  pragnął  -  powiedział  Hugo  z  nieco  ponurym 

uśmiechem. - To nie może tak trwać, musimy poznać prawdę. 

— 

Z tym się wszyscy zgadzamy - rzekł Radulfus. - Pan Fulko zgodził się spotkać 

ze  mną  jutro  po  prymie  w  pustelni  i  wysłuchać,  co  ów  człowiek  ma  do  powiedzenia.  Już 

miałem wysłać kogoś do ciebie, szeryfie, żeby cię zawiadomić, jak stoją sprawy, i prosić, byś 

jechał  jutro  ze  mną.  Tej  sceny  nie  trzeba  chyba  przedłużać.  -  Rzucił  władcze  spojrzenie  na 

swoją  zbyt  ciekawą  trzódkę.  -  Gdybyś  zechciał  wieczerzać  ze  mną,  Hugonie,  dowiesz  się 

wszystkiego, co się zdarzyło. Robercie, każ braciom się rozejść. Przykro mi, że nasz wieczór 

został tak niegrzecznie zakłócony. I, Pawle... - Spojrzał na Ryszarda, który ściskał w garści 

skraj habitu Pawła. - Zabierz go, umyj, nakarm i przyprowadź do mnie po wieczerzy. Ma nam 

do powiedzenia wiele rzeczy, których jeszcze nie mówił. Możecie się rozejść, wszyscy, nie 

ma tu już nic do oglądania. 

Bracia rozeszli się posłusznie i w pewnym nieładzie, żeby podjąć zakłócony porządek 

wieczoru. Były tam jeszcze skryte szepty i później całe mnóstwo podekscytowanych rozmów 

podczas  wolnej  godziny  przed  wieczerzą.  Brat  Paweł  pogonił  swą  odzyskaną  owieczkę  do 

mycia i przygotował do pokazania opatowi oraz szeryfowi. Aymer Bosiet, który ze złośliwą 

satysfakcją  patrzył  na  ten  kryzys  i  zamieszanie  jako  na  wytchnienie  od  własnych  trosk, 

odłączył  się markotnie i  poszedł  przez dziedziniec do domu  gościnnego. Rafe’a z Coventry 

nie było nigdzie widać, a kiedy Cadfael nad tym się zastanowił, tamten musiał odejść jeszcze 

przed końcem intrygującej sceny. Czy dlatego, że go nie ciekawiła i stać go było na odejście 

background image

 

od widowiska, które przykuwało uwagę większości? Czy też znalazł w nim coś, co go żywo 

zainteresowało i nie mogło czekać? 

Fulko  Astley  został  oko  w  oko  z  Hugonem  i  nie  był  pewny,  czy  lepiej  mu  posłuży 

próba wyjaśnienia i usprawiedliwienia, czy wycofanie się - o ile będzie mu wolno się wycofać 

- w pełnym godności milczeniu, a przynajmniej z możliwie niewielu słowami i bez żadnych 

ustępstw. 

— 

Jutro  zatem,  panie  mój  -  zdecydował  się  na  to  drugie  -  będę  w  pustelni 

Cuthreda, jak obiecałem. 

— 

Świetnie!  I  dobrze  zrobisz,  jeśli  zapoznasz  patronkę  pustelnika  z  tym,  co  się 

mota przeciw niemu. Może zechce być przy tym obecna. Teraz zaś, mój panie, nie będziesz 

mi potrzebny. A gdybym cię potrzebował w przyszłości, wiem, gdzie cię znaleźć. Możesz być 

rad, że Ryszard wymknął się z klatki. Zły czyn nie dokonany najlepiej zapomnieć. Zakładając 

oczywiście, że nie ma dalszych złych zamiarów. 

Fulko  krótko  skłonił  się  opatowi,  zażądał  swego  konia,  dosiadł  go  i  rozmyślnie 

wyjechał stępa. 

Brat  Cadfael,  wezwany  do  udziału  w  rozmowie  u  opata  po  wieczerzy,  skręcił  po 

drodze,  wiedziony  nagłym  impulsem,  na  podwórze  stajni.  Kuc  Ryszarda  stał  w  swoim 

stanowisku,  zadowolony,  zadbany,  napojony  i  nakarmiony.  Wielkiego  kasztana  z  białym 

czołem nie było jednak na miejscu, ani jego siodła i uprzęży. Jakikolwiek był powód cichego 

odjazdu, Rafe z Coventry wyjechał w jakiejś swojej sprawie. 

Ryszard  siedział  na  niskim  stołku  u  kolan  opata,  umyty,  wyszczotkowany  i 

wdzięczny,  że  jest  w  domu,  opowiadał  swoją  historię,  a  raczej  tyle  z  niej,  ile  uznał  za 

możliwe  opowiedzieć.  Miał  ciekawych  słuchaczy.  Obecni  byli  prócz  opata  Hugo  Beringar, 

brat  Cadfael  na  prośbę  Hugona  i  brat  Paweł,  wciąż  niechętnie  tracący  z  oczu  swego 

marnotrawnego.  Ryszard  zniósł  przedtem  cierpliwie,  a  nawet  był  rad  zabiegom,  które 

przemieniły go w schludnego ucznia i przygotowały do oględzin opata. W jego historii były 

luki i wiedział, że mogą być kwestionowane. Radulfus pochodził jednak ze szlachetnego rodu 

i  wiedział,  iż  człowiek  honoru  nie  może  wydać  tych,  którzy  mu  pomagali,  a  nawet  tych, 

którzy na rozkaz swoich panów uczynili mu krzywdę. 

— 

Czybyś poznał tych dwóch, którzy cię pojmali i zawieźli do Wroxeter? - spytał 

Hugo. 

Ryszard rozważył kuszącą perspektywę odwetu na młodym dryblasie, który śmiał się 

z jego wysiłków i opóźnił jego ucieczkę przy brodzie, ale odrzucił niechętnie tę myśl jako nie 

godną jego urodzenia. 

background image

 

— 

Nie mogę mieć pewności. Robiło się ciemno. 

Nie naciskali go. Zamiast tego pytanie zadał opat. 

— 

Czy miałeś pomoc w ucieczce z Leighton? Nie mogłeś uwolnić się sam, bo byś 

to zrobił wcześniej. 

Odpowiedź stanowiła pewien problem. Jeśli powie prawdę, tutaj między przyjaciółmi, 

nie  wyrządzi  Hiltrudzie  żadnej  szkody,  ale  jeśli  to  kiedykolwiek  dotrze  do  jej  ojca,  będzie 

miała  kłopoty.  Lepiej  trzymać  się  historii,  jaką  ona  musiała  opowiedzieć,  drzwiach  nie 

zaryglowanych przez zapomnienie o tym, że się przez nie wymknął. Cadfael zauważył lekki 

rumieniec, który okrył wyszorowane policzki chłopca, gdy mówił o tym nad podziw krótko i 

skromnie. Gdyby to była prawda, pewnie by się tym napawał. 

— 

Powinni wiedzieć, jakiego piskorza złowili rzekł Hugo z uśmiechem. - Ale ty wciąż 

jeszcze nie powiedziałeś nam,  czemu  opuściłeś  opactwo  ani  kto  ci powiedział, że pustelnik 

nie jest księdzem. 

To  był  klucz  i  Ryszard  myślał  o  tym  wcześniej  z  niezwykłym  wysiłkiem  i  bólem, 

słuchając  czułej  homilii  brata  Pawła  o  posłuszeństwie,  porządku  i  o  złych  skutkach,  jakich 

mogą  oczekiwać  nieposłuszni.  Podniósł  ostrożnie  wzrok  na  twarz  opata,  rzucił  niepewne 

spojrzenie na Hugona, którego reakcje jako władzy świeckiej były mniej przewidywalne. 

— 

Ojcze,  mówiłem,  że  ci  to  powiem,  ale  nie  mówiłem,  że  wyznam  to  komuś 

innemu - powiedział szczerze. - Jest ktoś, kto może ucierpieć, jeżeli wyjawię, co o nim wiem, 

a na to nie zasłużył. Nie mogę go narażać. 

— 

Nie  chcę,  żebyś  komuś  nie  dochował  wiary  -  odrzekł  z  powagą  Radulfus.  - 

Jutro sam wysłucham twej spowiedzi. Wtedy mi to powiesz i będziesz wiedział, że postąpiłeś 

słusznie, a twoje wyznanie jest święte. Teraz idź spać, bo wyobrażam sobie, że bardzo tego 

potrzebujesz. Zabieraj go, Pawle! 

Ryszard ukłonił się ceremonialnie, rad, że tak łatwo się wykręcił, ale mijając Hugona, 

przystanął i spytał o coś, o czym najwyraźniej wciąż myślał. 

— 

Panie mój, powiedziałeś, że wszyscy w Leighton mówili, iż mnie tam nie było. 

Bali się oczywiście zeznać co innego. Ale czy Hiltruda też tak twierdziła? 

Hugo czynił skojarzenia szybciej niż większość ludzi, ale tym razem nie dał po sobie 

niczego poznać. 

— 

Ta córka Astleya? Nie rozmawiałem z nią. Nie było jej w domu - powiedział z 

powagą i z twarzą bez wyrazu. 

Nie  było  jej!  Nie  musiała  kłamać.  Pewnie  wymknęła  się  dyskretnie,  kiedy  tylko  jej 

ojciec wyjechał. Ryszard z ulgą i wdzięcznością powiedział „dobranoc” i poszedł do łóżka z 

background image

 

lekkim sercem. 

— 

Ona go wypuściła, oczywiście - rzekł Hugo, kiedy tylko drzwi zamknęły się za 

chłopcem. - Była ofiarą nie mniej niż on. Teraz zaczynam widzieć cały wzór. Ryszard został 

pojmany, gdy wracał przez las Eyton, a co jest w lesie Eyton i przy tej ścieżce, jeśli nie chata 

Eilmunda i pustelnia? Wiemy, że do pustelni nie dotarł. A kto przyszedł do Shrewsbury dziś 

w  południe  i  posłał  mnie  co  tchu  do  Leighton,  którego  inaczej  bym  nie  odwiedził,  jak  nie 

dziewczyna Eilmunda? Skąd miała tę wiadomość, nigdy nie powiedziała wyraźnie, ale ponoć 

jakiś wieśniak mówił, że widział tam chłopca, który mógł być Ryszardem. A Ryszard, jeszcze 

szczerzej, nie powiedział wcale, dlaczego pojechał tam sam ani kto mu mówił, że pustelnik 

nie jest prawdziwym księdzem. Ojcze, wydaje mi się, że ktoś - nie posuwajmy się tak daleko, 

by go nazywać! - ma bardzo dobrych przyjaciół wśród naszych znajomych. Mam nadzieję, że 

są  równie  dobrymi  sędziami!  Cóż,  jutro  w  każdym  razie  nie  będzie  żadnego  polowania. 

Ryszard jest bezpieczny w domu z wami. I prawdę mówiąc, wątpię, czy druga zwierzyna da 

się  kiedykolwiek  wypłoszyć  z  kryjówki.  Plan  na  jutro  rano  mamy  ustalony.  To  najpierw 

musimy rozstrzygnąć. 

Zaraz  po  prymie  dosiedli  koni  i  wyjechali  -  opat  Radulfus,  Hugo  Beringar  i  brat 

Cadfael, który i tak miał być tego dnia w chacie Eilmunda, żeby sprawdzić postępy leczenia. 

Nie pierwszy raz łączył swoją uprawnioną wizytę z zaspokojeniem rozsądnej ciekawości. To, 

że  mógł  liczyć  na  Hugona  jako  wspólnika  swych  planów,  było  dodatkową  korzyścią,  a 

jeszcze  jeden  świadek  z  okiem  wrażliwym  na  najdrobniejsze  zmiany  oblicza,  przez  które 

ludzie sami się zdradzają, mógł się okazać bezcenny w tym spotkaniu. 

Poranek  był  mniej  mglisty  niż  w  ostatnich  dniach.  Wiał  stały  wiatr,  który  suszył 

opadłe  liście  na  leśnych  przecinkach  i  zabarwiał  matowym  złotem  te  jeszcze  tkwiące  na 

drzewach. Pierwszy przymrozek pomalował korony drzew rdzawymi, brązowymi i ognistymi 

barwami.  Cadfael  pomyślał,  że  za  tydzień  lub  dwa  Hiacynt  nie  znajdzie  schronienia  na 

drzewach, gdyby nieproszeni goście przybyli do chaty, bo nawet dęby będą już półnagie. Ale 

za  parę  dni,  jak  Bóg  da,  Aymer  poniecha  zemsty,  przekreśli  straty  i  wyruszy  w  pośpiechu 

zabezpieczać swe zdobycze w domu. Ciało ojca było bezpieczne w trumnie, a choć miał ze 

sobą  tylko  dwóch  koniuszych,  był  też  dobry  koń  na  zmianę  dla  nowego  pana,  gdyby  się 

śpieszył. Bez trudu też można nająć tragarzy na każdym etapie podróży. Przeszukał już bez 

powodzenia  całą  okolicę  i  zdradzał  wyraźne  oznaki  rozterki,  mając  dwa  pożądane  cele.  Z 

pewnością  wybierze  w  końcu  ten  z  nich,  który  przyniesie  większe  korzyści.  Wolność 

Hiacynta może być bliżej, niż on się spodziewa. W dodatku dobrze się zasłużył, bo któż inny 

mógł  przynieść  Ryszardowi  wieść,  że  pustelnik  nie  jest  tym,  za  kogo  się  podaje.  Hiacynt 

background image

 

podróżował z nim wcześniej, znał go, zanim jego noga stanęła w Buildwas. Mógł wiedzieć o 

swoim panu rzeczy, o których nie wiedział nikt. 

Gęsty  las  skrywał  przed  nimi  pustelnię,  dopóki  nie  dotarli  całkiem  blisko.  Nagłe 

rozstąpienie  się  drzew  zawsze  było  lekkim  zaskoczeniem.  Ukazała  się  przed  nimi  zielona 

polanka,  krótkie  pale  stanowiące  ogrodzenie  ogrodu  i  niska  chata  z  szarego  kamienia,  z 

jaśniejszymi  łatami  po  ostatnich  naprawach.  Drzwi  domu,  jak  zawsze  u  Cuthreda,  były 

otwarte  dla  wszystkich  przybywających.  W  ogrodzie  nie  było  nikogo,  a  z  wnętrza  nie 

dochodził żaden dźwięk, gdy zsiadali przy wjeździe i uwiązywali konie. Cuthred musiał być 

w środku, a sądząc po ciszy, był pogrążony w modlitwie. 

— 

Idź pierwszy, ojcze - rzekł Hugo. - To raczej twoja domena niż moja. 

Opat  musiał  schylić  głowę,  by  przejść  pod  kamiennym  nadprożem  i  stał  wewnątrz 

chwilę  bez  ruchu,  by  się  oswoić  z  mrokiem.  Pojedyncze  wąskie  okno  dawało  o  tej  porze 

niewiele światła z winy zwieszających się nad chatą drzew i kształty w izbie onagich ścianach 

nabierały stopniowo realności: wąska prycza przy ścianie, stolik i ława, kilka naczyń, taca i 

kubek, ceramiczna misa. Otwór drzwiowy prowadził do kaplicy z kamiennym blokiem ołtarza 

i płomykiem lampy na nim, ale reszta tonęła w mroku. Lampa tliła się zaledwie iskierką. 

— 

Cuthredzie! - zawołał Radulfus w tę ciszę. 

— 

Jesteś tam? Opat ze Shrewsbury pozdrawia cię w imię Boże! 

Nie było odpowiedzi, tylko ciche, kamienne echo. Hugo podszedł do wejścia kaplicy i 

tam zatrzymał się nagle, z trudem łapiąc oddech. 

Cuthred  rzeczywiście  był  w  środku,  ale  nie  przy  modlitwie.  Leżał  rozciągnięty  na 

grzbiecie  pod  ołtarzem,  z  głową  i  ramionami  opartymi  o  kamień,  jakby  upadł  albo  został 

pchnięty w tył, kiedy patrzył w stronę drzwi. Jego habit piętrzył się wokół niego w ciemnych 

fałdach, odsłaniając żylaste stopy, a na piersi czerniała długa plama w miejscu, w które został 

zraniony. Jego twarz między czarnymi splotami włosów i brody była wykrzywiona grymasem 

agonii  albo  wściekłości,  wargi  odsłaniały  mocne  zęby,  a  półotwarte  oczy  patrzyły  groźnie. 

Ramiona miał szeroko rozrzucone, a obok prawej dłoni, jakby upuszczony przy upadku, leżał 

na kamiennej posadzce długi sztylet. 

Ksiądz czy nie, Cuthred nie będzie już świadczyć we własnej obronie. I bez dotykania 

widać było, że zmarł przed kilku godzinami i to gwałtowną śmiercią. 

— 

Boże, dopomóż! - wyszeptał opat, stojąc jak kamień nad ciałem. - Boże, miej 

litość nad zamordowanym! Kto mógł zrobić coś takiego? 

Hugo  był  już  na  kolanach  przy  zabitym,  dotykając  ciała,  które  zastygało  i  nabierało 

woskowej barwy. Nie można już było niczego żądać od pustelnika Cuthreda i nic nie można 

background image

 

już było dla niego zrobić na tym świecie, poza ostatnim wymierzeniem sprawiedliwości. 

— 

Martwy  od  kilku  godzin  co  najmniej.  To  już  drugi  człowiek  zabity  w  moim 

hrabstwie,  a  i  za  pierwszego  nie  było  kary!  Na  litość  boską,  co  za  diabeł  grasuje  w  tych 

lasach? 

— 

Czy  to  może  mieć  jakiś  związek  z  tym,  co  nam  powiedział  chłopiec?  - 

zastanawiał się opat. 

— 

Czy ktoś zadał cios, by mu przeszkodzić w wystąpieniu we własnej obronie? 

By pogrzebać dowód wraz z nim? Mnóstwo było knowań wokół tego małżeństwa, a wszystko 

z pożądania ziemi, ale z pewnością nikt by się nie posunął do morderstwa. 

— 

Jeżeli to morderstwo - powiedział Cadfael, raczej do siebie niż do innych, ale 

na głos. Stał w drzwiach nieruchomy i cichy przez cały ten czas, rozglądając się uważnie po 

pomieszczeniu,  które  pamiętał  dobrze  z  jedynej  wizyty,  pomieszczeniu  tak  skąpo 

wyposażonym,  że  każdy  szczegół  został  zapamiętany.  Kaplica  była  większa  niż  izba 

mieszkalna, było tu miejsce, by się poruszać, a nawet walczyć. Jedynie wschodnią ścianę pod 

kwadratowym  okienkiem  zabudowano  wielkim,  ociosanym  kamieniem  ołtarza.  Na  ołtarzu 

stał mały, rzeźbiony relikwiarz, na nim srebrny krzyż, a po obu jego stronach wysokie świece 

w srebrnych lichtarzach. Na kamieniu przed relikwiarzem lampa, a przed nią, równo ułożony, 

leżał...  Ale  nic  tam  nie  leżało.  Dziwne  wrażenie  robił  ten  człowiek  rzucony  w  nieładzie  na 

śmierć i ten ołtarz tak zadbany i nienaruszony. I tylko jednej rzeczy brakowało z obrazu, który 

Cadfael miał przed oczami duszy. Brewiarz w oprawie godnej księcia, wytłaczanej w zawiłe 

zwoje i liście, ze złoconym ornamentem, zniknął. 

Hugo  wstał  z  klęczek  i  stanął,  by  się  przyjrzeć  pomieszczeniu  tak,  jak  je  widział 

Cadfael.  Przedtem  oglądali  je  razem,  więc  ich  wspomnienia  powinny  się  zgadzać.  Rzucił 

spojrzenie na Cadfaela. 

— 

Masz powód, żeby w to wątpić? 

— 

Widzę, że był uzbrojony. 

Hugo  już  się  przyjrzał  długiemu  sztyletowi  leżącemu  tak  blisko  półotwartej  dłoni 

Cuthreda. Nie dotknął go przedtem. Odstąpił i niczego już nie dotykał, odkąd się przekonał, 

że ciało jest zimne. 

— 

Ten  sztylet  należy  do  niego.  Użył  go.  Jest  na  nim  krew,  i  to  nie  jego  krew. 

Cokolwiek tu zaszło, nie było to pchnięcie w plecy. 

To  było  pewne.  Rana  była  nad  sercem,  a  plama  zastygającej  krwi  sięgała  do  jego 

środka.  Sztylet,  który  zabił  tego  człowieka,  został  wyszarpnięty  i  dał  ujście  krwi.  Jego 

towarzysz był zakrwawiony jedynie na długość kciuka od czubka ostrza i nie uronił ani kropli 

background image

 

krwi na kamienie posadzki, na których leżał Cuthred. 

— 

Mówisz więc, że to była walka? - spytał opat, wyrywając się z odrętwienia. - 

Jak mógł świątobliwy pustelnik nosić miecz albo sztylet? Nawet do obrony przed złodziejami 

czy włóczęgami taki mąż nie ucieka się do broni, ale ufa Bogu. 

— 

Jeżeli to był złodziej, to najdziwniejszy z możliwych - rzekł Cadfael. - Mamy 

tu srebrny krzyż i świeczniki, nietknięte, nawet nieporuszone w walce. Chyba że je potem na 

nowo ustawiono. 

— 

To  prawda  -  rzekł  opat  i  pokręcił  głową  nad  tak  niewyjaśnioną  tajemnicą.  - 

Tego nie dokonano dla rabunku. Ale po co innego? Czemu  ktoś  miałby napadać samotnego 

pustelnika,  nieposiadającego  nic  cennego,  poza  tym  wystrojem  ołtarza?  Żył  między  nami, 

usłużny,  otwarty  i  dostępny  dla  wszystkich,  którzy  przychodzili  ze  swymi  potrzebami  i 

kłopotami.  Czemu  ktoś  miałby  mu  szkodzić?  Czy  nie  ta  sama  ręka  zabiła  pana  Bosieta, 

Hugonie? Czy też musimy się lękać dwóch morderców hulających wolno pośród nas? 

— 

Jest  jeszcze  ten  jego  chłopak  -  rzekł  Hugo,  marszcząc  czoło,  ale  nie  mogąc 

odrzucić tej myśli 

„Nie - pomyślał Cadfael. - Nie, dopóki Aymer Bosiet nie wyjedzie do Northampton, 

wtedy Hiacynt będzie mógł wyjść z ukrycia i zabrać głos w swojej sprawie, a Eilmund, Aneta 

i  Ryszard  będą  mogli  przemówić  za  nim.  Bo  tych  troje  może  dowieść,  gdzie  był  Hiacynt 

przez cały czas. Nie musimy się martwić o Hiacynta. Chciałbym jednak, żeby mi pozwolili 

zwierzyć się Hugonowi”. 

Słońce  było  teraz  wysoko  na  niebie  i  znalazło  lepszy  kąt  wśród  liści,  by  oświetlić 

godne pożałowania ciało. Fałdy habitu były zebrane na jedną stronę, jakby jakaś wielka garść 

ściągnęła  je  w  uchwycie,  a  wełniane  sukno  było  tam  zlepione  ciemną  plamą.  Cadfael 

przykląkł i rozchylił fałdy, te zaś poddały się z oporem. 

— 

Tu wytarł sztylet, zanim znów go schował - rzekł Cadfael. 

— 

Dwukrotnie.  -  Hugo  przyglądał  się  uważnie  ledwie  dostrzegalnej  drugiej 

plamie.  Ktoś  metodyczny  chłodno  i  skutecznie  wytarł  narzędzia  po  skończonej  pracy!  -  I 

spójrz  na  tę  szkatułę  na  ołtarzu.  -  Obszedł  ciało,  by  się  przyjrzeć  rzeźbionej,  drewnianej 

skrzynce  i  przeciągnął  palcem  po  pokrywie  nad  zamkiem.  Skaza  była  nie  większa  niż 

paznokieć, ale wskazywała miejsce, gdzie wepchnięto ostrze sztyletu, by otworzyć pojemnik. 

Podniósł pokrywę, która ustąpiła bez oporu. Zamek był wyłamany, a skrzynka pusta. Tylko 

lekki  zapach  drewna  uniósł  się  w  powietrzu.  Nie  było  nawet  śladu  kurzu;  szkatułka  była 

dobrze zrobiona. 

— 

Coś  jednak  zabrano,  mimo  wszystko  -  rzekł  Cadfael.  Nie  miał  na  myśli 

background image

 

brewiarza, bo nie wątpił, że Hugo spostrzegł jego brak równie szybko, jak on. 

— 

Ale nie srebro. Co takiego mógł posiadać pustelnik, co było warte więcej niż 

srebra pani Dionizji? Przyszedł do Buildwas pieszo, z węzełkiem jak inni pielgrzymi, ale ten 

chłopak Hiacynt coś mu na pewno niósł. Zastanawiam się, czy ta szkatuła była darem tej pani, 

czy też przyniósł ją ze sobą. 

Tak byli pochłonięci tym, na co patrzyli, że nie zwracali uwagi na to, co się działo na 

zewnątrz.  Wstrząśnięci  odkryciem  zapomnieli  prawie,  że  oczekiwali  co  najmniej  jednego 

świadka tego spotkania. Ale to głos kobiety, nie Fulka, odezwał się nagle w drzwiach za ich 

plecami, wysoki i pewny siebie, z nutą dezaprobaty. 

— 

Nie  trzeba  się  zastanawiać,  panie  mój.  Prościej  i  grzeczniej  będzie  mnie 

zapytać. 

Wszyscy  trzej  odwrócili  się,  zaskoczeni,  wpatrując  się  w  panią  Dionizję,  wysoką, 

wyprostowaną i dumną, stojącą między nimi a jasnym światłem dnia, z którego weszła i które 

pozostawiło ją na wpół ślepą w tej względnej ciemności. Byli między nią a ciałem i nic jej nie 

mogło  zaniepokoić  poza  faktem,  że  Hugo  stoi  z  dłonią  na  otwartej  szkatule,  a  krzyż  jest 

odłożony.  To  widziała  wyraźnie,  bo  dogasająca  lampa  nie  oświetlała  niczego.  I  była 

oburzona. 

— 

Panie  mój,  co  to  znaczy?  Co  robicie  z  tymi  świętymi  rzeczami?  Gdzie  jest 

Cuthred? Jak śmiecie tu grzebać pod jego nieobecność? 

Opat stanął między nią a ciałem i spróbował wyprosić kobietę z kaplicy. 

— 

Pani, dowiesz się wszystkiego, ale błagam, przejdź do izby i usiądź, poczekaj 

chwilę, aż tu skończymy. To nie jest brak szacunku, zapewniam cię.

Światło z zewnątrz nadal było zasłonięte przez Astleya stojącego przy jej ramieniu i 

blokującego wyjście. Stawiła opór, władcza i oburzona. 

— 

Gdzie jest Cuthred? Czy wie, że tu jesteście? Chyba nie wyszedł? Nigdy tego 

nie...  -  Kłamstwo  zamarło  na  ustach  Dionizji,  gdyż  zaparło  jej  dech  w  piersiach.  Za  szatą 

opata ujrzała bladą stopę, z której spadł sandał. Teraz rozjaśniło jej się w oczach. Przepchnęła 

się obok opata. Wszystkie pytania znalazły odpowiedź po pierwszym rzucie oka. Cuthred był 

tam i tym razem przynajmniej nie opuścił swej pustelni. 

Jej  patrycjuszowska,  pociągła  twarz  poszarzała  jak  wosk,  a  ostre  rysy  zmiękły. 

Jęknęła, raczej ze zgrozy niż z żalu, i padła w tył w ramiona Fulka Astleya. 

 

 

 

background image

 

Rozdział trzynasty 

 

 

Nie  mdlała  ani  nie  płakała.  Nie  była  kobietą,  której  łatwo  przychodziło  jedno  czy 

drugie.  Siedziała  jednak  przez  długą  chwilę  wyprostowana  na  łóżku  Cuthreda  w  głównej 

izbie, sztywna i blada, patrząca wprost przed siebie, na wylot przez kamienny mur przed jej 

twarzą i gdzieś znacznie dalej. Wątpliwe było, czy słyszała starannie dobierane słowa opata i 

niespokojne  wypowiedzi  Astleya,  próbujące  dać  jej  pocieszenie,  którego  nie  ceniła  i  nie 

potrzebowała,  albo  przypominające  gorączkowo,  że  ta  śmierć  pozostawia  bez  odpowiedzi 

wszystkie pytania, i  w jakiś niezbyt  logiczny sposób  dowodzące, iż pustelnik był  naprawdę 

księdzem,  a  małżeństwo,  które  zawiązał,  jest  nadal  małżeństwem.  W  każdym  razie  nie 

zwracała uwagi na niczyje słowa. Odeszła daleko poza wszelkie takie rozważania. Wszystkie 

jej  dawne  plany  straciły  wartość.  Spojrzała  z  bliska  na  nagłą  śmierć,  bez  spowiedzi, 

nierozgrzeszoną, i nie życzyła sobie niczego z tych rzeczy. Cadfael widział to w jej oczach, 

gdy wyszedł z kaplicy, zrobiwszy, co mógł, żeby ułożyć ciało Cuthreda prosto i przyzwoicie 

po wyczytaniu z niego wszystkiego, co mogło mu powiedzieć. 

Poprzez tę śmierć Dionizja spojrzała w twarz swojej własnej, a nie miała zamiaru jej 

spotykać  ze  wszystkimi  grzechami  na  duszy  jeszcze  przez  wiele  lat.  Oto  jednak  dostała 

ostrzeżenie, że chociaż ona ma ochotę poczekać, śmierć może nie mieć na to ochoty. 

W  końcu  spytała,  doskonale  zwyczajnym  głosem,  chyba  łagodniejszym  niż  ten, 

jakiego używała wobec domowników i dzierżawców, ale nie poruszając się i nie odrywając 

oczu od swego ostatecznego wroga. 

— 

Gdzie jest szeryf? 

— 

Pojechał po grupę do przeniesienia stąd pustelnika  - odpowiedział opat. - Do 

Eaton,  jeśli  tego  sobie  życzysz,  żeby  tam  się  nim  zajęli,  skoro  byłaś  jego  patronką.  Albo, 

gdyby to ci oszczędziło bolesnych wspomnień, do opactwa. Będzie tam przyjęty jak należy. 

— 

Byłaby to wielka uprzejmość, gdybyście go zabrali - odrzekła. - Nie wiem już, 

co  myśleć.  Fulko  przekazał  mi  słowa  mojego  wnuka.  Pustelnik  nie  może  odpowiadać  za 

siebie ani ja za niego. Byłam święcie przekonana, że jest księdzem. 

— 

Pani, nigdy w to nie wątpiłem - oświadczył Radulfus. 

Jej  spojrzenie  zogniskowało  się  bliżej  i  nieco  różu  wróciło  na  woskową  twarz. 

Dochodziła  już  do  siebie,  wierzyła,  że  wkrótce  zacznie  się  poruszać,  zbierze  się  w  sobie  i 

spojrzy na rzeczywisty świat wokół siebie, nie zaś w mgliste oddalenie dnia sądu. I stawi mu 

background image

 

czoło z tą samą dziką odwagą i zawziętością, z jaką poprzednio toczyła swoje bitwy. 

— 

Ojcze  -  rzekła,  zwracając  się  do  niego  z  nagłym  zdecydowaniem.  -  Jeśli 

przyjadę  wieczorem  do  opactwa,  czy  wysłuchasz  mojej  spowiedzi?  Będę  spać  spokojniej, 

kiedy pozbędę się mych grzechów. 

— 

Wysłucham - zapewnił opat. 

Wtedy  okazała  gotowość  do  odjazdu,  a  Fulko  był  aż  nazbyt  chętny,  by  ją 

odprowadzić. Miał bardzo mało do powiedzenia w tym towarzystwie, ale będzie niewątpliwie 

dość  wymowny  sam  na  sam  z  nią.  Nie  miał  jej  inteligencji  ani  nawet  w  przybliżeniu  tak 

bystrej wyobraźni. Jeżeli śmierć Cuthreda rzuciła na niego jakiś cień, była to po prostu złość 

na niemożność poświadczenia małżeństwa jego córki, a nie dotyk kościstej dłoni na ramieniu. 

Tak w każdym razie myślał Cadfael, patrząc, jak Fulko prowadzi Dio - nizję za ramię do jej 

dzianeta. Śpieszno mu było ją zabrać i uwolnić się od onieśmielającej obecności opata. 

W  ostatniej  chwili,  z  wodzami  zebranymi  w  dłoni,  odwróciła  się  nagle.  Jej  twarz 

odzyskała całą swą dumę, napięcie i siłę, znowu była sobą. 

— 

Dopiero  teraz  sobie  przypomniałam,  że  szeryf  pytał  o  tę  szkatułę  na  ołtarzu. 

Ona była Cuthreda. Przyniósł ją ze sobą. 

Kiedy  opat,  nosiciele  noszy  i  Hugo  byli  już  w  swej  powolnej  i  ponurej  drodze  do 

opactwa, Cadfael po raz ostatni przyglądał się opuszczonej kaplicy, tym uważniej, że był sam 

i nikt mu nie przeszkadzał. Nie było ani kropli krwi na kamiennej posadzce, gdzie leżało ciało 

i  tylko  kropla  czy  dwie  pochodzące  z  ostrza  sztyletu  Cuthreda.  Z  pewnością  zranił 

przeciwnika,  chociaż  rana  nie  mogła  być  głęboka.  Cadfael  wypatrzył  drogę  od  ołtarza  do 

wejścia  i  przeszedł  nią  z  zapaloną  świecą  w  dłoni.  W  kaplicy  nie  znalazł  nic  więcej,  a  w 

zewnętrznej izbie podłogą było klepisko; tak słabe ślady były nie do odszukania po upływie 

godzin. Ale na kamiennym progu znalazł trzy krople, dobrze widoczne, choć wyschnięte, a na 

świeżym, czystym drewnie, którym naprawiono drewniane ościeże z lewej strony wejścia, był 

na wysokości jego ramienia ślad krwi po otarciu się rozciętego i zakrwawionego rękawa. 

Był to więc ktoś nie wyższy od niego, a sztylet Cuthreda zranił go w lewe ramię, co 

pasowało do ciosu wymierzonego w serce. 

Cadfael  zamierzał  pojechać  do  chaty  Eilmunda,  ale  pod  wpływem  nagłego  impulsu 

zmienił  plany.  Teraz  wydawało  mu  się,  że  mimo  wszystko  nie  może  sobie  pozwolić  na 

przegapienie  tego,  co  mogło  się  zdarzyć,  gdy  ciało  Cuthreda  zostanie  wniesione  na 

dziedziniec  opactwa,  ku  zaskoczeniu  większości,  być  może  uldze  niewielu  i  możliwemu 

zagrożeniu kogoś jednego w szczególności. Zamiast więc jechać przez leśne przecinki, wsiadł 

na  konia  i  ruszył  śpiesznie  z  powrotem  do  Shrewsbury,  żeby  wyprzedzić  pogrzebową 

background image

 

procesję. 

Wzbudzili powszechne zainteresowanie, kiedy tylko weszli na Podgrodzie; ciekawscy 

chłopcy  i  towarzyszące  chłopcom  psy  deptali  im  po  piętach  przez  całą  drogę,  a  nawet 

szanowani obywatele szli za nimi w dyskretnej odległości, wystrzegając się opata i szeryfa, 

ale  chciwi  informacji,  mnożąc  plotki  równie  szybko,  jak  muchy  mnożą  się  w  lecie  w 

śmietnikach. Nawet gdy orszak skręcił do strażnicy, dobrzy ludzie z rynku, z gospód i spod 

kuźni gromadzili się na zewnątrz, zerkali wyczekująco do środka i z przyjemnością zabawiali 

się domysłami. 

A  tam,  na  wielkim  dziedzińcu,  gdy  wnosili  jedne  mary  z  zewnątrz,  drugi  orszak 

pogrzebowy zbierał się do odejścia. Zamkniętą szczelnie trumnę Droga Bosieta ustawiano na 

długim,  niskim  wozie  wynajętym  w  mieście  wraz  z  woźnicą  na  pierwszy  dzień  podróży, 

kiedy  droga  miała  być  dobra.  Warin  stał,  trzymając  dwa  osiodłane  konie,  podczas  gdy 

młodszy  koniuszy  był  zajęty  przy  mantelzaku,  starając  się  go  wyważyć  jak  należy  przed 

załadowaniem.  Na  widok  całej  tej  krzątaniny  Cadfael  odetchnął  z  ulgą,  czując,  że 

przynajmniej  jedno  zagrożenie  oddala  się  wcześniej,  niż  się  spodziewał.  Aymer  w  końcu 

zmienił zdanie. Wyruszał do domu dopilnować swego dziedzictwa. 

Uczestnicy  jednego  orszaku  nie  mogli  się  powstrzymać  od  przerwania  swych 

czynności,  by  popatrzeć  na  drugi  orszak.  Także  Aymer,  wychodzący  z  domu  gościnnego  z 

życzącym im powodzenia w drodze bratem Dionizym u boku, przystanął u szczytu schodów z 

zaskoczeniem  i  zastanowieniem,  z  oczami  utkwionymi  w  zasłoniętym  ciele.  Zszedłszy, 

wielkimi krokami przybliżył się do Hugona, który właśnie zsiadał z konia. 

— 

Cóż to znaczy, panie mój? Jeszcze jeden zgon? 

Czy  twoja  obława  dopadła  w  końcu  moją  zwierzynę?  Ale  czemu  martwą?  -  Nie 

wiedział, czy ma się martwić, czy cieszyć, gdyby to były zwłoki jego zbiegłego poddanego. 

Pieniądze i względy, jakie przynosiła sztuka Hiacynta, były cenne, ale zemsta też przynosiła 

satysfakcję i to właśnie wtedy, gdy straciwszy nadzieję na sukces, zdecydował się wracać do 

domu. 

Opat Radulfus także zsiadł z konia i stał, rozglądając się z nieprzeniknioną twarzą, bo 

te dwie grupy wnosiły dziwną i niepokojącą sugestię jakiegoś odbicia w lustrze, gromadząc 

się  wokół  przychodzących  i  odchodzących  zmarłych.  Stajenni  opactwa,  którzy  przyszli 

przejąć uzdy opata i szeryfa, przystanęli na skraju zgromadzenia, zwlekając z odejściem. 

— 

Nie  -  odrzekł  Hugo.  -  To  nie  jest  twój  człowiek.  O  ile  chłopiec,  na  którego 

polujemy, rzeczywiście jest twój. Tak czy owak, nie ma po nim śladu. Wyjeżdżasz zatem do 

domu? 

background image

 

— 

Zmarnowałem  dość  czasu  i  trudu,  nie  zmarnuję  więcej,  chociaż  żal  mi 

puszczać go wolno. Tak, wyjeżdżamy. Jestem potrzebny w domu, czeka na mnie praca. Kim 

jest ten, którego przywiozłeś? 

— 

To pustelnik, który osiadł niedawno w lesie Eyton - rzekł Hugo. - Twój ojciec 

go odwiedził, bo myślał, że jego sługa może być tym, kogo szukacie, ale młodzik wziął już 

wtedy nogi za pas, więc nie dało się tego sprawdzić. 

— 

Pamiętam,  opat  mi  mówił.  Więc  to  ten  człowiek!  Nie  pojechałem  do  niego, 

skoro chłopak uciekł, bo i po co? - Spojrzał ciekawie na zasłoniętą postać. Nosiciele postawili 

swoje brzemię na bruku i czekali na polecenia. Aymer pochylił się i odsłonił twarz Cuthreda. 

Odgarnięto  mu  włosy z czoła i  doprowadzono brodę do porządku, a pełne światło południa 

padało  na  pociągłe  oblicze,  głęboko  osadzone  oczy,  posiniałe  powieki,  długi,  prosty  nos 

patrycjusza  i  pełne  usta  ponad  czarną  brodą.  Groźne  spojrzenie  półotwartych  oczu  było 

zamglone,  a  grymas  ust  wygładzono,  by  przywrócić  szorstką  urodę.  Aymer  pochylił  się  z 

zaskoczeniem i niedowierzaniem. 

— 

Ależ  ja  go  znam!  To  za  wiele  powiedziane,  bo  mi  się  nie  przedstawił,  lecz 

widziałem  go  już  i  z  nim  rozmawiałem.  Pustelnik  -  on?  Nic  na  to  nie  wskazywało.  Nosił 

włosy  jak  Normanowie,  miał  krótko  przyciętą  brodę,  nie  krzaczastą  jak  ta,  i  dobry  strój  do 

konnej jazdy, buty i resztę, a nie ten nędzny habit i sandały. Miał miecz i sztylet na dodatek, 

chyba dobrze wiedział, jak ich używać. 

Dopóki nie podniósł wzroku, nie był w pełni świadomy znaczenia tego, co powiedział, 

ale  napięcie  na  twarzy  Hugona  i  natychmiastowe  pytanie  oznaczały,  że  dotknął  czegoś 

ważnego. 

— 

Jesteś pewny? - spytał Hugo. 

— 

Oczywiście, panie mój. To była tylko kwatera na jedną noc, ale grałem z nim 

w kości przy wieczerzy i patrzyłem, jak mój ojciec gra z nim w szachy. Jestem pewny! 

— 

Gdzie to było? I kiedy? 

— 

Nad Thame, kiedy szukaliśmy Branda, kierując się na Londyn. Nocowaliśmy u 

białych  mnichów  w  ich  nowym  opactwie.  Ten  człowiek  był  tam  przed  nami,  przybyliśmy 

przed  wieczorem,  a  wyjechaliśmy  w  południe  drugiego  dnia.  Nie  wiem  dokładnie,  który  to 

był dzień, ale pod koniec września. 

— 

A jeśli ty go poznałeś tak odmienionego, czy twój ojciec też by go rozpoznał? 

— 

Na pewno, panie mój. Siedział z nim nad szachownicą oko w oko. Poznałby 

go. 

„I  poznał  -  pomyślał  Cadfael.  -  Kiedy  ścigając  zbiega,  wpadł  do  pustelni  w  lesie  i 

background image

 

stanął  twarzą  w  twarz  pustelnikiem  Cuthredem,  który  jeszcze  przed  miesiącem  nie  był 

żadnym eremitą. Nie dożył powrotu do opactwa i wyjawienia komuś innemu tego, co widział. 

A jeśli nie widział nic złego w tej przemianie? Jego słowa mogły jednak wpaść w czyjeś uszy 

i  sprowadzić  do  leśnej  pustelni  kogoś,  kto  szukał  czegoś  więcej  niż  zbiega  i  fałszywego 

księdza. Ale w powrotnej drodze nie ujechał dalej niż do pobliskiej gęstwiny, wystarczająco 

odległej  od  pustelni,  by  usunąć  z  kręgu  podejrzeń  miejscowego  świętego,  który  nigdy  nie 

opuszcza pustelni”. 

Poszlaki  nie  są  rozstrzygającym  dowodem,  ale  Cadfael  nie  miał  wątpliwości.  Tam 

przed  nimi  ciało  w  trumnie  i  te  nowe  zwłoki  spoczywały  przez  kilka  chwil  obok  siebie,  aż 

przeor  Robert  skierował  nosicieli  do  kaplicy  pogrzebowej,  a  Aymer  Bosiet  zakrył  twarz 

Cuthreda i wrócił do własnych przygotowań do odjazdu. Myślał już o czym innym, więc po 

co go rozpraszać? Cadfaelowi przyszło jednak na myśl dziwne pytanie. 

— 

Na jakim koniu jeździł, kiedy zatrzymał się na noc nad Thame? 

Aymer  z  niedbałym  zdziwieniem  odwrócił  się  od  mocowania  rzemieni  swego 

mantelzaka,  otworzył  usta  do  odpowiedzi  i  znalazł  się  w  kłopocie,  marszcząc  brwi  z 

namysłem i wspominając tamten wieczór. 

— 

Był tam przed nami. W klasztornej stajni były dwa konie, kiedyśmy przybyli. 

Następnego rana wyjechał przed nami. Ale skoro pytasz, kiedyśmy poszli do koni, tamte dwa, 

które  widzieliśmy  wieczorem,  były  jeszcze  w  swoich  stanowiskach.  To  dziwne!  Co  tak 

dobrze wyposażony mąż, rycerski z wyglądu i z bronią - mógłby robić bez konia? 

— 

Ach, może trzymał go w stajni gdzieś indziej rzekł Cadfael, porzucając tę zagadkę 

jako bez znaczenia. 

Ale nie była bez znaczenia, była kluczem do otwarcia jakichś bardzo dziwnych drzwi 

w umyśle. Oto przed tak wielu oczami leżeli obok siebie zabity i zabójca, sprawiedliwość już 

się dokonała. 

Ale kto potem zabił zabójcę? 

Odjechali.  Wszyscy.  Aymer  na  pięknym,  jasnym  dereszu  swego  ojca,  Warin, 

prowadząc konia, którego Aymer dosiadał przedtem w podróży, a młody koniuszy z woźnicą 

i  wozem.  Po pierwszych dziennych etapach Aymer zapewne odjedzie pędem,  pozostawiając 

koniuszym  dowiezienie  trumny  w  wolniejszym  tempie  i  najpewniej  wysyłając  innych 

domowników  naprzeciw,  kiedy  już  dotrze  do  domu,  żeby  im  pomogli.  W  kaplicy 

pogrzebowej  Cadfael  zobaczył  ciało  Cuthreda  ułożone  jak  przystało,  z  włosami  i  brodą 

przystrzyżonymi, być może nie tak krótko, jak je nosił rycerz nad Thame, ale wystarczająco, 

by  ukazać  w  nieruchomym  i  surowym  spokoju  śmierci  twarz  całkiem  odpowiednią  dla 

background image

 

jakiegoś dostojnika kościelnego. To nieuczciwe, że morderca może wyglądać po śmierci tak 

szlachetnie jak którykolwiek z paladynów cesarzowej. 

Hugo zamknął się z Opatem i dotąd nie powiedział Cadfaelowi ani słowa o tym, co 

wywnioskował  z  oświadczenia  Aymera.  Ale  z  samych  tylko  pytań,  które  zadał,  wynikało 

jasno,  że  wypatrzył  te  same  związki,  co  Cadfael,  i  nie  mógł  nie  dojść  do  takich  samych 

wniosków. Chciał pomówić o tym najpierw z Radulfusem. 

„Moją  rzeczą  jest  teraz  -  pomyślał  Cadfael  -  wyprowadzić  Hiacynta  z  ukrycia  i 

pozwolić jemu samemu oczyścić się ze wszelkich podejrzeń o czyny karygodne. Nie licząc 

oczywiście drobnych kradzieży dla napełnienia brzucha, gdy był bezdomny i paru kłamstw, 

by w ogóle zachować się przy życiu. Hugo mu tego nie weźmie za złe. I to powinno wyjaśnić 

raz na zawsze kwestię święceń Cuthreda, jeżeli pozostały jeszcze jakieś wątpliwości. Nagłe 

nawrócenie  może  przemienić  żołnierza  w  pustelnika,  zgoda,  ale  zostanie  księdzem  trwa 

znacznie dłużej”. 

Czekał na Hugona w swojej pracowni w herbarium, gdzie tamten z pewnością zajdzie, 

szukając  go,  gdy  tylko  opuści  opata.  Było  tam  spokojnie,  zacisznie  i  pachniały  zioła,  a 

Cadfael  zbyt  wiele  czasu  spędzał  ostatnio  poza  pracownią.  Powinien  szybko  pomyśleć  o 

rychłym uzupełnieniu zapasów leków potrzebnych na zimę, zanim zaczną się przeziębienia i 

kaszle,  a  stawy  co  starszych  zaczną  skrzypieć  i  zgrzytać.  Bratu  Winfrydowi  można  było 

wierzyć,  że  doskonale  zadba  o  całą  robotę  w  ogrodzie,  kopanie,  pielenie  i  sadzenie,  ale  tu 

musiał się jeszcze wiele nauczyć. „Jeszcze jedna jazda - pomyślał Cadfael - by zobaczyć, jak 

się ma Eilmund i zawiadomić Hiacynta, że może i powinien wystąpić i przemówić w swojej 

obronie, a potem będę mógł wrócić do pracy tu w domu”. 

Hugo  nadszedł  przez  ogród,  usiadł  obok  przyjaciela  z  krótkim  zaabsorbowanym 

uśmiechem i milczał przez kilka chwil. 

— 

Jednego nie rozumiem  - powiedział.  - Dlaczego? Kimkolwiek był,  cokolwiek 

zrobił  dawniej,  tutaj  zdawał  się  prowadzić  życie  bez  skazy.  Co  mogło  być  aż  tak 

niebezpieczne, by go skłonić do zamknięcia ust Bosietowi? Zmiana stroju, wyglądu i sposobu 

życia może wyglądać podejrzanie, ale to nie zbrodnia. Co może usprawiedliwić morderstwo? 

Co może być tak ważnego - poza samym morderstwem? 

— 

Ach - odpowiedział Cadfael z westchnieniem ulgi. - Wiedziałem, że ty widzisz 

wszystko  tak,  jak  ja  widzę.  Ale  nie  sądzę,  żeby  musiał  to  ukrywać  pod  szatą  pustelnika  w 

leśnej celi. Taka była moja pierwsza myśl, lecz to nie takie proste. 

— 

I takie jasne - rzekł Hugo ze swym nagłym, krzywym uśmiechem. - Myślę, że 

ty  wiesz  coś,  czego  ja  nie  wiem.  Co  to  było  z  jego  koniem  w  Thame?  Co  jego  koń  ma 

background image

 

wspólnego ze sprawą? 

— 

Nie  koń,  ale  fakt,  że  on  nie  miał  konia.  Czym  jest  żołnierz  albo  rycerz 

podróżujący bez konia? Ale pielgrzym może to robić, nie rzucając się w oczy. A co do tego, 

że  coś  wiem,  powinienem  ci  wyjaśnić  dawno  temu,  gdyby  mi  pozwolono  -  tak,  Hugonie, 

wiem. Wiem, gdzie jest Hiacynt. Wbrew swej woli obiecałem milczeć, dopóki Aymer Bosiet 

nie przerwie pościgu i nie wróci do domu. Właśnie to zrobił, teraz chłopiec może wystąpić i 

mówić w swej obronie, a jest w stanie to zrobić, wierz mi. 

— 

Więc to tak - powiedział Hugo, przyglądając się przyjacielowi bez wielkiego 

zdziwienia. - Cóż, nie można go winić za ostrożność, bo co on mnie wie? A ze wszystkiego, 

co wiedziałem ja, mógłby doskonale być mordercą Bosieta, bo nie znaliśmy nikogo innego z 

tak dobrym powodem. Teraz nie musi już nic mówić co do tego, bo dłużnik jest znany, a dług 

spłacony.  A  jeśli  chodzi  o  jego  wolność,  w  tym  punkcie  nie  musi  się  niczego  bać  z  mojej 

strony. Mam dość roboty i bez odgrywania chłopca na posyłki dla Northampton. Sprowadź go 

tu, kiedy zechcesz. Może jeszcze rzucić światło na kilka niejasnych spraw. 

Tak myślał także Cadfael, zastanawiając się, jak niewiele miał dotąd do powiedzenia 

Hiacynt  o  swoich  stosunkach  z  byłym  panem.  Dość  szczery  między  przyjaciółmi  co  do 

własnego  włóczęgostwa  szkody  wyrządzonej  w  szkółce  Eilmunda,  dotąd  skrupulatnie 

powstrzymywał  się  od  obmawiania  Cuthreda.  Teraz  jednak,  gdy  Cuthred  nie  żył  i  został 

uznany za mordercę, Hiacynt byłby może skłonny otworzyć się bardziej, chociaż chyba nie 

wiedział nic złego o swym towarzyszu podróży, a już na pewno nie o morderstwie. 

— 

Gdzie  on  jest?  -  spytał  Hugo.  -  Niedaleko,  jak  sadzę,  jeżeli  to  on  dał  znać 

młodemu  Ryszardowi,  że  może  bezpiecznie  przyjąć  sakrament  małżeństwa.  Kto  mógłby 

lepiej wiedzieć, że Cuthred był samozwańcem? 

— 

Nie dalej niż w domku Eilmunda, i miło tam goszczony zarówno przez ojca, 

jak córkę - odrzekł Cadfael. - A ja wybieram się tam teraz zobaczyć, jak się ma Eilmund. Czy 

mam przywieźć tu ze sobą chłopca? 

— 

Jeszcze  lepiej  będzie,  jeśli  pojadę  z  tobą  -  oświadczył  serdecznie  Hugo.  - 

Lepiej nie wyciągać go z ukrycia, dopóki nie odwołam obławy rozkazem i nie ogłoszę, że nie 

ponosi on żadnej odpowiedzialności, że może swobodnie chodzić po mieście i szukać pracy 

jak każdy. 

Kiedy  Cadfael  poszedł  siodłać  konia,  zastał  na  podwórzu  stajni  jasnego  kasztana  z 

białym czołem, stojącego pod czułymi dłońmi jego pana niczym lśniący posąg, zadowolonego 

i ufnego po małej przejażdżce, polerowanego do połysku miedzi. Rafe z Coventry odwrócił 

się, by zobaczyć, kto nadchodzi, uśmiechnął się ostrożnym, spokojnym uśmiechem, z którym 

background image

 

Cadfael już się zaznajomił. 

— 

Znowu w drogę, bracie? Musiałeś mieć męczący dzień. 

— 

Wszyscy  mieliśmy  -  odrzekł  Cadfael,  opuszczając  siodło.  -  Ale  ufajmy,  że 

najgorsze już za nami. A ty? Czy ci się powiodło w twojej misji? 

— 

Cóż, dziękuję! Bardzo dobrze! Jutro rano po prymie wyjeżdżam  - powiedział 

głosem  jak  zawsze  miarowym  i  opanowanym,  obracając  twarz  do  Cadfaela.  -  Uprzedziłem 

już brata Dionizego. 

Cadfael przez minutę czy dwie zajmował się w milczeniu siodłaniem konia. Rozmowa 

z Rafe’em z Coventry składała się także z chwil ciszy. 

— 

Jeśli  chcesz  daleko  zajechać  pierwszego  dnia,  będziesz  chyba  potrzebował 

mojej  pomocy,  zanim  wyjedziesz  -  powiedział  potem  po  prostu.  -  Upuścił  ci  krwi  -  dodał 

krótko,  jakby  to  było  wystarczające  wyjaśnienie.  I  gdy  Rafe  z  Coventry  zwlekał  z 

odpowiedzią:  -  Częścią  moich  obowiązków  jest  leczenie  chorych  i  rannych.  Nie  ma  w  mej 

sztuce tajemnicy spowiedzi, ale jest uczciwa powściągliwość. 

— 

Przelewałem  już  krew  -  odrzekł  Rafe,  uśmiechnął  się  jednak  cieplej  niż 

zwykle. 

— 

Jak wolisz. Ale ja tu jestem. Gdybym ci był potrzebny, przyjdź do mnie. Nie 

jest  mądrze  zaniedbywać  ranę  ani  poddawać  ją  zbyt  długo  próbie  w  siodle.  -  Sprawdził 

popręg  i  zebrał  lejce  do  wsiadania.  Koń  chodził  bokiem  i  przesuwał  się  wesoło,  skory  do 

działania. 

— 

Zachowam to w pamięci - powiedział Rafe. 

— 

I  dziękuję.  Nie  powstrzymasz  mego  wyjazdu  -  dodał  przyjaznym,  ale 

poważnym tonem. 

— 

A  czy  próbowałem?  -  odparł  Cadfael,  wskoczył  na  siodło  i  wyjechał  na 

dziedziniec. 

— 

Nigdy nie powiedziałem całej prawdy - mówił Hiacynt, siedząc przy palenisku 

w  domku  Eilmunda,  z  blaskiem  ognia  niczym  miedziany  połysk  na  czole,  podbródku  i 

kościach policzkowych. - Nawet Anecie. O sobie tak, ona wie o mnie wszystko, co najgorsze. 

Ale nie o Cuthredzie. Wiedziałem, że był łobuzem i włóczęgą, lecz i ja taki byłem, a że nie 

wiedziałem  o  niczym  gorszym,  trzymałem  usta  zamknięte.  Jeden  ukrywający  się  hultaj  nie 

wydaje drugiego. Teraz jednak mówicie mi, że on jest mordercą. I że nie żyje! 

— 

I nic mu już nie zaszkodzi - powiedział rzeczowo Hugo. - Przynajmniej na tym 

świecie. Muszę wiedzieć wszystko, co możesz powiedzieć. Gdzie się do niego przyłączyłeś? 

— 

Pod  Northampton,  w  klasztorze  kluniackim,  jak  opowiadałem  Anecie  i 

background image

 

Eilmundowi, chociaż nie całkiem tak, jak to mówiłem. Nie był wtedy pielgrzymem w habicie, 

nosił  porządny,  ciemny  strój,  płaszcz  i  kaptur,  był  uzbrojony,  chociaż  ukrywał  swój  miecz. 

Do rozmowy doszło przypadkiem, tak przynajmniej myślałem. Sądzę jednak, że on odgadł we 

mnie uciekiniera, bo nie ukrywał, iż sam też ucieka. Podsunął mi myśl,  że razem będziemy 

bezpieczniejsi  i  nie  będziemy  rzucali  się  w  oczy.  Obaj  kierowaliśmy  się  na  północ  i  na 

zachód. To był  jego pomysł  z pielgrzymowaniem.  Miał  odpowiednią twarz i  postawę. Cóż, 

widzieliście go, więc wiecie. Ukradłem dla niego habit z zapasów klasztoru. O muszelki było 

nietrudno.  Medalion  ze  świętym  Jakubem  miał  już  przedtem  -  może  nawet  miał  prawo  go 

nosić, kto wie? Zanim dotarliśmy do Buildwas, wczuł się w rolę, a włosy i broda urosły mu 

jak należy. I odpowiadał pani z Eaton jej własnym celom. Och, nie wiedziała o nim nic złego, 

poza tym, że był skłonny zasłużyć na swoje utrzymanie u niej. Powiedział, że jest księdzem, a 

ona uwierzyła. Wiedziałem, że nie jest żadnym księdzem, bo mi się przyznał, kiedy byliśmy 

sami. Śmiał się z tego. Miał jednak dar wymowy i umiał sobie z tym radzić. Ona mu oddała tę 

pustelnię,  tak  blisko  lasów  opactwa,  żeby  wyrządzać  opatowi  szkody.  Mówiłem,  że  to 

należało  do mnie i że on o tym  nie wiedział, ale co do niego, skłamałem.  On się nigdy nie 

wygadał co do mnie, więc ja nie mogłem. 

— 

On  cię  porzucił,  kiedy  tylko  dowiedział  się  o  obławie  -  oświadczył  stanowczo 

Hugo. - Nie musisz mieć skrupułów. 

— 

No cóż, ja żyję, a on nie - odrzekł Hiacynt. 

— 

Nic  mu  już  nie  zaszkodzi.  Słyszeliście  o  Ryszardzie?  Rozmawiałem  z  nim 

tylko raz, ale uznał mnie za tak prawego człowieka, że nie chciał słyszeć o mnie złego słowa 

ani  nie  dał  mnie  zaciągnąć  z  powrotem  do  poddaństwa.  To  mi  przywróciło  szacunek  dla 

samego  siebie.  Później  dowiedziałem  się,  że  w  drodze  powrotnej  został  schwytany,  lecz 

musiałem  uciekać  albo  się  ukrywać.  Postanowiłem  się  ukrywać,  dopóki  nie  będę  mógł  się 

ruszyć, żeby go poszukać. Gdyby nie dobroć Eilmunda, i to po tym, jak mu zalazłem za skórę, 

twoi ludzie mogli mnie pojąć już z dziesięć razy. Teraz jednak wiecie, że nigdy nie tknąłem 

Bosieta. A Eilmund i Aneta mogą wam powiedzieć, że nigdy nie wychodziłem stąd na krok, 

odkąd wróciłem z Leighton. O tym, co mogło stać się z Cuthredem, wiem nie więcej niż wy. 

— 

Chyba mniej - powiedział Hugo łagodnie spojrzał z uśmiechem poprzez ogień 

na Cadfaela. 

— 

Cóż, po tym wszystkim możesz się uważać za szczęściarza. Od jutra nic ci nie 

będzie grozić z rąk moich ludzi. Możesz iść do miasta i poszukać sobie jakiegoś mistrza. A 

które z twoich imion wybierasz na nowe życie? Lepiej mieć tylko jedno, żebyśmy wszyscy 

wiedzieli, z kim mamy do czynienia. 

background image

 

— 

To, które podoba się Anecie - odpowiedział Hiacynt. - Bo to ona będzie mnie 

odtąd nim nazywała przez całe życie. 

— 

Mógłbym coś o tym powiedzieć - chrząknął Eilmund ze swego kąta po drugiej 

stronie  ognia.  -  Miarkuj  swoją  zuchwałość  albo  będziesz  musiał  się  napocić,  żeby  zyskać 

moją  zgodę  -  mówił  to  jednak  wyraźnie  zadowolony,  jakby  już  doszli  do  jakiegoś 

porozumienia, dla którego to warknięcie było jedynie szorstkim kontrapunktem. 

— 

Hiacynt spodobał mi się od początku - powiedziała Aneta. Aż dotąd trzymała 

się  poza  ich  kręgiem  jako  posłuszna  córka,  zważająca  na  kubki  dzban,  ale  niezabierająca 

głosu  w  sprawach  mężczyzn.  Cadfael  pomyślał,  że  nie  ze  skromności  ani  z  uległości,  lecz 

dlatego,  że  miała  już  wszystko,  czego  chciała,  a  także  zapewnienie,  że  nikt,  ani  szeryf,  ani 

ojciec, ani jego zwierzchnik nie mająwładzy czy woli, żeby jej to wydrzeć. 

— 

Zostań Hiacyntem - powiedziała z powagą. 

— 

I pozwól Brandowi odejść. 

To było mądre, bo nie było sensu wracać do przeszłości, a nawet się na nią oglądać. 

Brand był poddanym i bez ziemi w Northampton, a Hiacynt będzie wolnym rzemieślnikiem w 

Shrewsbury. 

— 

Za rok i dzień od dnia, w którym znajdę mistrza, co mnie przyjmie, przyjdę i 

poproszę o twoją zgodę, panie Eilmundzie - obiecał Hiacynt. - Nie wcześniej! 

— 

A skoro ja osądzę, że na nią zasłużyłeś, będziesz ją miał - odrzekł Eilmund. 

Hugo  i  Cadfael  jechali  razem  z  powrotem  w  pogłębiającym  się  zmierzchu.  Jakże 

często  jeździli  tak  wespół,  odkąd  spotkali  się  po  raz  pierwszy  w  pełnym  nieufności  starciu 

umysłów  i  doszedłszy  do  satysfakcjonującego  wyniku  na  koniec  sporu,  zostali  wiernymi 

przyjaciółmi.  Wieczór  był  łagodny  i  cichy,  poranek  będzie  znowu  mglisty,  a  bujne  pola  w 

dolinie  zmienią  się  w  przejrzyste,  błękitne  morze.  Las  pachniał  jesienią,  wilgotną  ziemią, 

rozwijającymi się grzybami i opadłymi liśćmi. 

— 

Wiem,  że  naruszam  moje  śluby  -  mówił  Cadfael,  zarazem  pocieszony  i 

zasmucony tą porą roku i  godziną.  - Wybrałem  życie zakonne, ale teraz nie jestem pewien, 

czybym wytrzymał bez ciebie, bez tych wykradanych wyjazdów poza mury. Bo takie one są. 

Prawda, że często jestem wysyłany 

w  uzasadnionych  sprawach,  ale  i  wtedy  wykradam,  biorę  więcej,  niż  mi  się  należy. 

Gorzej,  Hugonie,  wcale  tego  nie  żałuję!  Czy  myślisz,  że  znajdzie  się  łaska  dla  kogoś,  kto 

przyłożył rękę do pługa, a co chwila porzuca orkę, by wracać między owce i baranki? 

Owce i baranki mogą chyba tak myśleć - odpowiedział Hugo z uśmiechem.  - Będzie 

miał ich modlitwy. Nawet tych czarnych i szarych, jak te, które spierałeś się z Bogiem i  ze 

background image

 

mną w swoim czasie. 

Niewiele jest całkiem czarnych - rzekł Cadfael. - Być może są pstrokate jak ta wielka 

bestia, którą sobie wybrałeś do jazdy. Większość z nas ma wokół siebie kilka pstrych. I może 

to oznacza łagodniejszy sąd dla reszty bożych stworzeń. Ja jednak zgrzeszyłem najbardziej, 

ciesząc  się  swoim  grzechem.  Będę  pokutował  w  murach  przez  zimę,  a  jeśli  mnie  wyślą  na 

zewnątrz, szybko wykonam zadanie wrócę. 

— 

Chyba że kolejna bezradna ofiara wejdzie ci w drogę. A kiedy zaczyna się ta 

pokuta? 

— 

Gdy tylko ta sprawa zakończy się jak należy. 

— 

Ależ to odpowiedź wyroczni! - roześmiał się Hugo. - A kiedy to będzie? 

— 

Jutro - rzekł Cadfael. - Jak Bóg da, jutro. 

 

 

background image

 

Rozdział czternasty 

 

 

Idąc  z  koniem  do  stajni  przez  dziedziniec,  prawie  godzinę  przed  kompletą,  Cadfael 

zobaczył panią Dionizję wychodzącą z domu opata. Szła spokojnym krokiem i ze skromnie 

nakrytą głową ku domowi gościnnemu. Trzymała się prosto jak zawsze, chód miała tak samo 

pewny  i  dumny,  ale  nieco  wolniejszy  niż  zazwyczaj,  utrefiona  głowa  była  opuszczona,  ze 

wzrokiem  raczej  wbitym w ziemię niż utkwionym  hardo w oddali. Nigdy  nie padnie żadne 

słowo o jej spowiedzi, ale Cadfael nie wątpił, że nie pominęła niczego. Nie należała do ludzi, 

którzy  robią  coś  połowicznie.  Nie  będzie  dalszych  prób  wydobycia  Ryszarda  spod  opieki 

opata. Dionizja przeżyła zbyt wielkie niepowodzenie, żeby znowu podejmować takie ryzyko, 

dopóki  czas nie zatrze przypomnienia nagłej śmierci  bez rozgrzeszenia,  wychodzącej  jej  na 

spotkanie. 

Wyglądało  na  to,  że  zamierza  tu  zostać  na  noc,  być  może  po  to,  by  jutro  na  swój 

sposób  zawrzeć  pokój  z  wnukiem,  który  teraz  spał  twardym  snem,  szczęśliwie  wciąż 

nieżonaty  i  z  powrotem  tam,  gdzie  wolał  przebywać.  Chłopcy  będą  dobrze  spać  tej  nocy, 

rozgrzeszeni i z przywróconym im towarzyszem. 

To  sposobność  do  gorącego  dziękczynienia.  Co  zaś  dotyczy  zmarłego  w  kaplicy 

pogrzebowej, o imieniu, które nie wyglądało na jego prawdziwe, nie rzucał on cienia na ich 

świat. 

Cadfael  wprowadził  swego  konia  na  podwórzec  stajni,  oświetlony  dwiema 

pochodniami przy bramie, rozsiodłał go i wytarł. Panowała zupełna cisza poza podmuchami 

podnoszącego  się  wieczornego  wietrzyku  i  od  czasu  do  czasu  szuraniem  i  przesuwaniem 

kopyt w stanowiskach. Wprowadził konia do stajni, zawiesił uprząż i zawrócił do odejścia. 

W wyjściu z podwórca stał ktoś spokojnie i nieruchomo. 

— 

Dobry wieczór, bracie! - odezwał się Rafe z Coventry. 

— 

To ty? Szukałeś mnie? - spytał Cadfael. - Przepraszam, że cię przetrzymałem 

do późna, i to kiedy od rana czeka cię podróż. 

— 

Widziałem, jak idziesz przez dziedziniec. Proponowałeś mi coś - odparł cichy 

głos.  - Jeśli to  nadal  aktualne, chciałbym  skorzystać. Już wiem, że nie tak łatwo opatrywać 

ranę jedną ręką. 

— 

Daj  spokój!  -  rzekł  Cadfael.  -  Chodźmy  do  mojej  chaty  w  ogrodzie,  tam 

będziemy sami. 

background image

 

Był półmrok, ale jeszcze nie ciemno. Spóźnione róże w ogrodzie majaczyły na swych 

przerośniętych  łodygach,  utraciwszy  połowę  liści,  widmowo  blade  w  mroku.  W  murach 

herbarium, wysokich i chroniących przed wiatrem, wciąż było ciepło. 

— 

Zaczekaj - powiedział Cadfael. - Zapalę lampę. 

Potrzebował kilku chwil na skrzesanie iskry, którą rozdmuchał ostrożnie do płomienia 

i  przyłożył  do  knota  lampy.  Rafe  czekał  bez  mruknięcia  i  bez  ruchu,  póki  światło  nie 

zapłonęło  stałym  blaskiem,  a  potem  wszedł  do  chaty,  przypatrując  się  ciekawie  szeregom 

słojów  i  flaszek,  wagom  i  moździerzom,  pękom  ziół  szeleszczącym  nad  głowami  i 

poruszającym  się  w  podmuchu  od  wejścia.  W  milczeniu  zdjął  kubrak  i  ściągnął  koszulę  z 

ramienia,  wyjmując  rękę  z  rękawa.  Cadfael  ustawił  lampę  tak,  by  światło  padało  na 

poplamiony i pomięty opatrunek. Rafe cierpliwie siedział na ławie pod ścianą, przyglądając 

się ogorzałej twarzy, która pochylała się nad nim. 

— 

Bracie - rzekł z namysłem. - Powinienem ci się przedstawić. 

— 

Znam twoje imię - odparł Cadfael. - Rafe wystarczy. 

— 

Może  tobie.  Mnie  nie.  Kiedy  przyjmuję  pomoc  wspaniałomyślnie  mi  daną, 

odpłacam prawdą. Nazywam się Rafe de Genville... 

— 

Trzymaj się teraz - przestrzegł Cadfael. - Przyschło, więc zaboli. 

Poplamiony  opatrunek  ustąpił  po  szarpnięciu,  ale  jeśli  to  rzeczywiście  bolało,  de 

Genville zniósł to równie obojętnie, jak znosił poprzedni ból. Cięcie było długie, biegnące w 

dół po ramieniu, ale niezbyt głębokie. Krawędzie rany rozchylały się jednak, a sam ranny nie 

był w stanie drugą ręką ściągnąć ich razem. 

— 

Nie ruszaj się! - poprosił zakonnik. - Musimy to poprawić, bo inaczej zostanie 

paskudna blizna. Ale będziesz potrzebował pomocy przy zmianie opatrunku. 

— 

Kiedy  już  stąd  wyjadę,  mogę  prosić  o  pomoc,  bo  któż  będzie  wiedział, skąd 

mam  to  cięcie?  Ty  jednak  wiesz,  bracie.  „Upuścił  ci  krwi”,  powiedziałeś.  Niewiele  jest 

rzeczy, o których nie wiesz, ale chyba mogę ci jeszcze trochę powiedzieć. Nazywam się Rafe 

de Genville. Jestem wasalem, a Bóg wie, że przyjacielem Briana FitzCounta i lennikiem pani 

mego  zwierzchnika,  cesarzowej.  Dopóki  żyję,  nie  pozwolę  skrzywdzić  żadnego  z  tych 

dwojga. Cóż, on nie upuści  więcej  krwi  ani  nikomu ze stronników króla, ani  za morzem  w 

służbie Godfryda Andega - wena - bo taki chyba był jego cel, kiedyś w sprzyjającym czasie. 

Cadfael ciasno owinął długie cięcie nowym opatrunkiem. 

Przyłóż  tu  prawą  rękę  i  przytrzymaj,  to  zaciśnie  ranę.  Nie  będzie  już  krwawić  albo 

tylko trochę powinna się czysto zasklepić. Ale oszczędzaj tę rękę w drodze. 

— 

Tak  uczynię.  -  Opatrunek  opasywał  ramię  zgrabnie  i  gładko.  -  Masz  zręczne 

background image

 

ręce, bracie. Gdybym mógł, zabrałbym cię ze sobą jako zdobycz wojenną. 

— 

Boję się, że będą potrzebować wszystkich chirurgów i lekarzy, jakich znajdą w 

Oksfordzie - przyznał ze smutkiem Cadfael. 

— 

Ach,  nie  tam,  nie  tym  razem.  Nie  będzie  wtargnięcia  do  Oksfordu,  zanim 

hrabia nie zbliży się ze swą armią. Wątpię w to nawet wtedy. Nie, wracam najpierw do Briana 

do Wallingfordu, oddać mu, co jest jego. 

Cadfael  umocował  opatrunek  nad  łokciem  i  przytrzymał  rękaw  koszuli,  gdy  Rafe 

wsuwał  weń  rękę.  Zakonnik  usiadł  przy  nim,  twarzą  w  twarz,  oko  w  oko.  Milczenie,  jakie 

zaległo między nimi, było jak ten wieczór, łagodne, spokojne, nieco melancholijne. 

— 

To była uczciwa walka - powiedział Rafe po długiej przerwie, spoglądając w i 

poprzez  oczy  Cadfaela,  by  znów  ujrzeć  nagą  kamienną  ścianę  leśnej  kaplicy.  -  Odłożyłem 

swój miecz, widząc, że on nie ma swojego. Ale sztylet zatrzymał. 

— 

I użył go przeciw człowiekowi, który go widział w jego postaci nad Thame i 

mógł  podać  w  wątpliwość  jego  śluby  -  rzekł  Cadfael.  -  Jak  to  zrobił  syn  tamtego,  kiedy 

Cuthred już nie żył, ale nie dowiedział się wtedy, że patrzy na mordercę swego ojca. 

— 

Ach, więc to było tak! Zastanawiałem się. 

— 

A czy znalazłeś, czego szukałeś? 

— 

Przybyłem po niego - powiedział Rafe posępnie. - Ale tak, rozumiem, co masz 

na  myśli.  Tak,  znalazłem  to  w  relikwiarzu  na  ołtarzu.  Nie  wszystko  w  monetach.  Klejnoty 

zajmują  mniej  miejsca  i  łatwiej  je  przenosić.  To  jej  własne  klejnoty,  które  sobie  ceniła.  A 

jeszcze bardziej ceniła tego, komu je posłała. 

— 

Mówiono, że był tam i list. 

— 

Jest list. Mam go. Widziałeś brewiarz? 

— 

Widziałem. Książka godna księcia. 

— 

Cesarzowej.  W  okładce  jest  skrytka,  w  której  można  ukryć  liścik.  Gdy  byli 

rozłączeni, przesyłali sobie ten brewiarz przez zaufanego posłańca. Bóg jeden wie, co mogła 

napisać  teraz,  w  największym  poniżeniu  swej  fortuny,  rozdzielona  z  nim  niewielu  milami, 

które  równie  dobrze  mogą  być  całą  szerokością  świata,  i  z  armią  króla  trzymającą  ją  i  jej 

nielicznych  w  dławiącym  uścisku.  Któż  zachowuje  mądrość  w  tak  skrajnej  rozpaczy,  kto 

powściąga  język  albo  pióro?  Nie  muszę  się  dowiadywać.  List  dostanie  i  przeczyta  ten, 

czyjego  serca  pokrzepieniu  miał  służyć.  Czytał  go  już  ktoś  inny  i  mógł  go  wykorzystać  - 

dodał szorstko Rafe. - Ale on już się nie liczy. 

Głos mężczyzny wezbrał  wielką falą namiętności,  która jednak nie zdołała naruszyć 

stalowej  samokontroli,  choć  jego  zdyscyplinowane  ciało  drżało  niczym  strzała  w  locie, 

background image

 

wibrując siłą oddanej miłości i nieprzejednanej nienawiści. Tego listu, który wiózł ze złamaną 

pieczęcią  jako  świadectwem  zimnej  i  ohydnej  zdrady,  nigdy  nie  otworzy.  Ta  sprawa  była 

święta jak tajemnica spowiedzi, między kobietą, która go napisała, a mężczyzną, do którego 

został  napisany.  Cuthred  wtargnął  nawet  na  ten  u  -  święcony  grunt,  ale  Cuthred  nie  żył. 

Cadfaelowi nie wydawało się, by była to zbyt wielka pokuta za wyrządzone zło. 

— 

Powiedz  mi,  bracie,  czy  to  był  grzech?  -  spytał  Rafe  de  Genville,  gdy  fala 

namiętności opadła do jego zwykłego spokoju. 

— 

Czego chcesz ode mnie? - odparł Cadfael. 

— 

Zapytaj  swego  spowiednika,  kiedy  dotrzesz  bezpiecznie  do  Wallingfordu.  Ja 

wiem tylko, że był taki czas, kiedy zrobiłbym to samo, co ty. 

Nie padło pytanie, czy sekret de Genville’a pozostanie nienaruszony, to się rozumiało. 

— 

Lepiej teraz niż rano - rzekł Rafe, wstając. 

— 

Twój  rozkład  godzin  jutro  nie  musi  być  zakłócany,  a  ja  odjadę  wcześnie. 

Zostawię  moje  miejsce  czyste  i  posprzątane  dla  następnego  gościa,  a  podróż  będzie  tym 

lżejsza, że nie odjadę bez uczciwego świadka. Pożegnam się już tutaj. Bóg z tobą, bracie. 

— 

I niech cię prowadzi - odparł Cadfael. 

Odszedł w narastającą ciemność, równym i pewnym krokiem po żwirowej ścieżce, a 

ściszonym,  kiedy  dotarł  do  trawy.  Wraz  z  ostatnim  lekkim  odgłosem  jego  odejścia  ostro 

zabrzmiał w oddali dzwon na kompletę. 

Cadfael  zaszedł  do  stajni  przed  prymą,  o  poranku  suchym  i  słonecznym,  ale 

chłodnym,  z  dobrą  pogodą  do  jazdy.  Jasny  kasztan  z  białym  czołem  znikł  ze  swego 

stanowiska.  Byłoby  tam  pusto  i  cicho,  gdyby  nie  odgłosy  wesołej  rozmowy  i  śmiechy  z 

ostatniego stanowiska, gdzie Ryszard zaszedł wcześnie, żeby pieścić i chwalić swego kuca za 

dzielną  jazdę,  z  Edwinem  u  boku  przywróconym  do  łask  i  do  towarzystwa  rówieśnika. 

Wydawali wesołe dźwięki jak stadko młodych jaskółek, dopóki nie usłyszeli nadchodzącego 

Cadfaela, a wtedy popadli w bardzo przyzwoite milczenie, aż zerknęli i ujrzeli, że to ani brat 

Jeremiasz, ani przeor Robert. Na usprawiedliwienie posłali mu szerokie, szczodre uśmiechy 

wrócili do stanowiska kuca, żeby go głaskać i podziwiać. 

Cadfael  mógł  się  tylko  zastanawiać,  czy  pani  Dionizja  już  odwiedziła  wnuka  i  czy 

posunęła  się  tak  daleko,  jak  można  się  było  spodziewać  po  takiej  ma  -  triarchini,  by 

odbudować  swą  pozycję.  Z  pewnością  nie  było  w  tym  poniżania  się,  raczej  coś  w  rodzaju 

usprawiedliwienia:  „Ryszardzie,  rozważałam  twoją  przyszłość  z  opatem  i  zgodziłam  się 

zostawić  cię  obecnie  pod  jego  opieką.  Bardzo  się  zawiodłam  na  Cuthredzie,  bo  nie  był 

księdzem, jak udawał. Ten epizod jest zamknięty i najlepiej o nim zapomnieć”. z pewnością 

background image

 

zakończyła  czymś  w  rodzaju:  „Jeżeli  pozwalam  ci  tu  zostać,  panie,  staraj  się,  żebym  miała 

otobie dobre wieści. Bądź posłuszny swoim mistrzom i przykładaj się do swoich książek...”. I 

na odchodnym pocałunek, może nieco czulszy niż zwykle, przynajmniej nieco ostrożniejszy, 

zważywszy,  co  on  mógł  o  niej  opowiedzieć,  gdyby  mu  na  tym  zależało.  Ale  Ryszard 

triumfujący, wolny od wszelkich niepokojów o siebie i innych, na których mu zależało, nie 

miał żalu do nikogo w świecie. 

Otej  porze  Rafe  de  Genville,  wasal  i  przyjaciel  Briana  FitzCounta  i  lojalny  sługa 

cesarzowej Maud, musiał być już daleko od Shrewsbury w swej długiej drodze na południe. 

Człowiek  tak  spokojny  i  nierzucający  się  w  oczy,  ledwie  był  zauważony,  nawet  kiedy  tu 

przebywał, a jego pobyt wkrótce zostanie zapomniany. 

— 

Odjechał - powiedział Cadfael. - Nie obciążyłem cię wyborem, chociaż chyba 

wiem, co byś zrobił. Uczyniłem to za ciebie. Odjechał, a ja mu na to pozwoliłem. 

Siedzieli razem, jak często siadywali przedtem w ostatnim stadium jakiegoś kryzysu, 

czujni,  ale  uspokojeni,  na  ławie  pod  północnym  murem  herba  -  rium,  gdzie  ciepło 

południowej pory dnia trwało dłużej, a lekki wiatr nie docierał. Za tydzień albo dwa będzie 

już zbyt chłodno i szaro, by się cieszyć tym miejscem. Przedłużająca się łagodna jesień nie 

potrwa  już  długo.  Znający  się  na  pogodzie  zaczynali  węszyć  i  przepowiadali  pierwszy  tęgi 

mróz i obfity śnieg w grudniu. 

— 

Nie  zapomniałem,  że  dziś  jest  owo  jutro,  w  którym  obiecywałeś  mi 

zakończenie  jak  należy  -  rzekł  Hugo.  -  Więc  on  odjechał!  A  ty  mu  na  to  pozwoliłeś!  Ktoś 

inny  niż  Bosiet.  Tamtego  byś  raczej  ponaglał,  niż  próbował  przeszkadzać  w  wyjeździe. 

Modliłeś się, żeby zaniechał zemsty i odjechał. Mów dalej. 

Zawsze  był  dobrym  słuchaczem,  nieskłonnym  do  okrzyków  ani  do  zbędnych  pytań. 

Mógł  siedzieć  w  uważnym  milczeniu,  spoglądając  w  zadumie  na  zaniedbany  ogród,  nie 

kłopotać  towarzysza  spojrzeniami  i  nie  stracić  ani  słowa  z  tych  niewielu,  których 

potrzebował, by zrozumieć. 

— 

Potrzebuję  konfesjonału,  jeśli  będziesz  moim  spowiednikiem  -  wyznał 

Cadfael. 

— 

I zachowam twe wyznania jak tajemnicę spowiedzi - wiem! Odpowiedź brzmi 

tak! Ale nigdy dotąd nie potrzebowałeś rozgrzeszenia. Kim jest ten, kto odjechał? 

— 

Nazywa się Rafe de Genvilłe - powiedział Cadfael. - Chociaż tu przedstawiał 

się jako Rafe z Coventry, sokolnik hrabiego Warwicka. 

— 

Ten  spokojny  starszy  gość  na  kasztanie?  Chyba  widziałem  go  tylko  raz  - 

background image

 

przypominał sobie Hugo. - To jedyny gość, który niczego ode mnie nie chciał i byłem mu za 

to wdzięczny, mając pełne ręce Bosietów. A co takiego zrobił Rafe z Coventry, że ty lub ja 

mielibyśmy się zastanawiać, czy mu pozwolić odjechać? 

— 

Zabił  Cuthreda.  W  uczciwej  walce.  Odłożył  miecz,  bo  Cuthred  nie  miał 

miecza. Walczył sztyletem przeciw sztyletowi i zabił tamtego. 

Hugo  nie  powiedział  ani  słowa,  tylko  obrócił  na  chwilę  głowę  ku  przyjacielowi, 

badając z uwagą wyraz twarzy Cadfaela, i czekał. 

Z  dobrego  powodu  -  oświadczył  Cadfael.  -  Nie  zapomniałeś  chyba  tej  historii  o 

zaufanym  rycerzu  cesarzowej,  wysłanym  z  Oksfordu,  kiedy  król  Stefan  zamykał  zamek  w 

żelaznym  pierścieniu? Wysłanym  z  pieniędzmi,  klejnotami  i  z  listem  do  Briana  FitzCounta 

odciętego od niej w Wallingfordzie. I jak w lesie przy drodze znaleziono jego błąkającego się 

konia z zakrwawioną uprzężą i pustymi jukami? Ciała nigdy nie znaleziono. Tamiza płynie w 

pobliżu,  a  w  lesie  jest  dość  miejsca  na  grób.  I  tak  pan  Wallingfordu  został  obrabowany  ze 

skarbu  cesarzowej.  On  sam  zbiedniał  już  dawno  w  jej  służbie,  a jego  garnizon  musiał  jeść. 

Przeznaczony  dla  niego  list  został  skradziony  wraz  z  resztą.  Zaś  Rafe  de  Genville  jest 

wasalem  i  wiernym  druhem  Briana  FitzCounta  i  nie  zamierzał  puścić  płazem  tej  zbrodni. 

Jakie  ślady  doprowadziły  go  w  te  strony?  Nie  pytałem,  a  on  mi  się  nie  zwierzył. 

Doprowadziły  go  w  każdym  razie.  W  dniu  jego  przyjazdu  spotkałem  go  przy  stajniach  i 

zgadało się, że w kaplicy leży martwy Drogo Bosiet. Pamiętam, że nie podałem nazwiska, a 

on  nie  pytał,  bo  przecież  nazwisko  można  zmienić.  Poszedł  wprost  do  zmarłego,  ale  po 

pierwszym  spojrzeniu  stracił zainteresowanie. Szukał  kogoś  w swoim wieku i  swego stanu. 

Młody człowiek koło dwudziestki, jak Hiacynt, nie interesował go wcale. Musiał oczywiście 

słyszeć  o  świątobliwym  pustelniku  pani  Dionizji,  jednak  pominął  go,  jako  księdza  i 

pielgrzyma  będącego  poza  wszelkim  podejrzeniem.  Dopóki  nie  usłyszał  wraz  z  nami 

wszystkimi,  jak  Ryszard  wykrzykuje,  że  pustelnik  nie  jest  księdzem,  tylko  oszustem. 

Rozglądałem się potem za Rafe’em, ale zniknął wraz z koniem. Szukał samozwańca i oszusta. 

I znalazł go tego wieczoru w pustelni, Hugonie. Znalazł go, walczył z nim, zabił go. I zabrał 

to, co zostało skradzione, pieniądze klejnoty ze szkatuły na ołtarzu, i brewiarz, który należał 

do  cesarzowej  i  służył  do  przenoszenia  listów  między  nią  a  FitzCountem,  kiedy  byli 

rozłączeni.  Pamiętasz,  że  sztylet  Cuthreda  był  zakrwawiony?  Opatrywałem  ranę  Rafe’a  de 

Genville’a,  przyjąłem  jego  wyznanie,  jak  teraz  przekazałem  ci  swoje,  życzyłem  szczęśliwej 

drogi powrotnej do Wallingfordu. 

Cadfael usiadł wygodnie z głębokim westchnieniem i oparł głowę o kamienną ścianę. 

Zapadło między nimi długie, ale pogodne milczenie, a w końcu Hugo poruszył się i odezwał. 

background image

 

— 

Jak  doszedłeś  do  tego,  kim  on  jest?  Musiało  to  być  coś  więcej  niż  jedno 

spotkanie, żeby cię wciągnąć w jego sekrety. Mówił mało, polował samotnie. Co jeszcze was 

zbliżyło? 

— 

Byłem  przy  nim,  kiedy  wrzucił  kilka  monet  do  naszej  puszki  na  jałmużnę. 

Jedna upadła na posadzkę, a ja ją podniosłem. To był srebrny pens cesarzowej wybity ostatnio 

w Oksfordzie. Nie robił z tego sekretu. Spytał, czy się nie zastanawiam, co lennik cesarzowej 

może robić tak daleko od pola walki. A ja odrzekłem, że może szukać mordercy, który zabił i 

okradł Renauda Bourchiera w drodze do Wallingfordu. 

— 

I on to przyznał? - spytał Hugo. 

— 

Nie. Powiedział, że nie, że to nie tak. Mówił, że to dobry pomysł i chciałby, 

żeby tak było, ale to nie było tak. Zatrzymał prawdę dla siebie. Wszystko, co powiedział, było 

prawdą, a ja wiedziałem o tym. Nie, Cuthred nie był mordercą, nie wtedy, kiedy Drogo Bosiet 

wszedł  do jego pustelni pytać o zbiega i  stanął  oko w oko z kimś, kogo widział w całkiem 

innym stroju, z kim rozmawiał i grał w szachy nad Thame przed kilkoma tygodniami. Z kimś, 

kto wtedy nosił broń i wyglądał na rycerza, ale nie miał konia, bo nie było jego wierzchowca 

w stajni nad Thame. Wszystko  to  powiedział nam  Aymer po tym,  jak jego ojciec został na 

zawsze uciszony. 

— 

Zaczynam odczytywać twoją łamigłówkę - powiedział Hugo powoli i zmrużył 

oczy, patrząc poprzez półnagie gałęzie drzew na południowy mur ogrodu. - Czy kiedykolwiek 

stawiałeś tak dziwne pytanie bez celu? Powinienem zgadnąć, kiedy spytałeś o konia. Jeździec 

bez konia nad Thame i koń bez jeźdźca błąkający się po lasach przy drodze do Wallingfordu. 

Razem  wzięte  mają  sens.  -  Nie!  wykrzyknął  wstrząśnięty  i  oburzony,  patrząc  ze  zgrozą  na 

obraz, który sam  stworzył.  - Dokąd mnie prowadzisz? Czy to  prawda, czy chybiony strzał? 

Bourchier we własnej osobie? 

Pierwsze  drżenie  wieczornego  chłodu  wraz  z  zimniejszym  wiatrem  wstrząsało 

śpiącymi ziołami, a Hugo zadrżał razem z nimi w przypływie niedowierzania i wstrętu. 

— 

Jaka kara należy się za tak ohydną zbrodnię? To gorsze niż morderstwo. 

— 

Tak sądził Rafe de Genville  - stwierdził Cadfael. - I wymierzył odpowiednią 

karę. Odjechał, a ja mu życzyłem szczęśliwej drogi. 

— 

Ja  też  bym  tak  zrobił.  Ja  też!  -  rzekł  Hugo,  patrząc  przez  ogród  z  ustami 

wykrzywionymi pogardliwym grymasem, kontemplując ogrom hańbiącego czynu, podjętego i 

dokonanego z premedytacją. 

— 

Nic nie jest warte takiej ceny! 

— 

Renaud  Bourchier  myślał  inaczej  i  cenił  co  innego.  Najpierw  zdobył  życie  i 

background image

 

wolność  -  mówił  Cadfael,  odliczając  na  palcach  i  kręcąc  głową  przy  każdym  punkcie.  - 

Wysyłając  go  z  Oksfordu,  zanim  zamknął  się  stalowy  pierścień,  cesarzowa  dała  mu 

możliwość odejścia na bezpieczniejsze pastwiska. Nie sądzę, że wytłumaczeniem jest zwykłe 

tchórzostwo. Wyobrażam sobie, że, po pierwsze, całkiem na chłodno wolał odsunąć ryzyko 

śmierci lub pojmania, które groziło armii w Oksfordzie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. 

Na chłodno i praktycznie przeciął wszelkie związki lenne i usunął się w mrok, by rozglądać 

się  za  następną  okazją.  Po  drugie,  kradzież  skarbu,  który  mu  powierzyła,  dawała  środki  do 

życia.  A  po  trzecie  i  najgorsze  ze  wszystkiego,  miał  potężną  broń,  której  mógł  użyć,  by 

zapewnić  sobie  na  nowo  służbę  wojskową  i  ziemię,  łaskę  i  nową  karierę  zamiast  tej,  którą 

porzucił. List, który cesarzowa napisała do Briana FitzCounta. 

— 

W  brewiarzu,  który  zniknął  -  powiedział  Hugo.  -  Nie  widzę  innego 

wyjaśnienia, chociaż ta książka miała wartość sama w sobie. 

— 

Miała  znacznie  większą  z  uwagi  na  to,  co  w  niej  było  ukryte.  Rafe  mi  to 

wyjaśnił. W okładkę można było włożyć cienki arkusz pergaminu. Pomyśl tylko, Hugonie, o 

położeniu  cesarzowej,  kiedy  to  pisała.  Miasto  stracone,  został  tylko  zamek,  a  wojska  króla 

zamknęły  ją  w  nim.  Brian  zaś,  który  był  jej  prawą  ręką,  jej  mieczem  i  tarczą,  ustępując 

pierwszeństwa jedynie jej bratu, oddzielony był  od niej tylko niewielu milami, które jednak 

mogły być równie dobrze oceanem. Bóg jeden wie, czy prawdziwe są plotki, że tych dwoje 

było  kochankami,  ale  z  pewnością  prawdą  jest,  że  się  kochają!  A  teraz,  w  tym  strasznym 

położeniu, zagrożona głodem, klęską, u - więzieniem, nawet śmiercią, mogąc go już nigdy nie 

spotkać, czy mogła nie wykrzyczeć mu w końcu prawdy bez osłonek, napisać rzeczy, których 

nikt  inny  w  świecie  nie  powinien  nigdy  zobaczyć?  Taki  list  mógłby  być  nieoceniony  dla 

człowieka bez skrupułów, który chce zrobić nową karierę i potrzebuje łaski książąt. Ona ma 

męża młodszego od niej, który nie darzy jej wielką miłością, podobnie zresztą jak ona jego; 

który  nie  mógł  poświęcić  ani  jednego  człowieka,  by  żonie  przyjść  tego  lata  z  pomocą. 

Przypuśćmy,  że  pewnego  dnia  będzie  Godfrydowi  na  rękę  pozbycie  się  starszej  od  siebie 

żony  i  zawarcie  nowego  korzystnego  małżeństwa.  Pisany  jej  własną  ręką  list  może  mu 

dostarczyć pretekstu, a środki zawsze się znajdą, kiedy się jest księciem. Informator mógłby 

się  ubiegać  o  stanowisko,  dowództwo,  nawet  ziemię  w  Normandii.  Godfryd  ma  tam  nowo 

zdobyte zamki do oddania tym, którzy okazali się użyteczni. Nie mówię, że hrabia Andega - 

wenii  jest  tego  pokroju  człowiekiem,  ale  zdrajca  taki  jak  Bourchier  mógł  rozważać  ową 

możliwość  i  zachować  list  do  wykorzystania,  kiedy  nadarzy  się  szansa.  Nie  wiem,  czemu 

Rafe de Genville nie uwierzył w jego śmierć na drodze do Wallingfordu. Nie pytałem go o to. 

Pewne jest, że gdy raz zapłonęła iskierka, nic go nie mogło powstrzymać przed pościgiem i 

background image

 

wymierzeniem należnej kary. I to nie przypuszczalnemu mordercy - tu mi rzekł prawdę - ale 

złodziejowi i zdrajcy, samemu Renaudowi Bour - chierowi. 

Podnosił  się  wiatr  i  niebo  się  przejaśniało.  Poszarpane  fragmenty  chmur  uciekały 

przed wiatrem.

Przeciągająca się jesień po raz pierwszy zapowiadała zimę. 

— 

Zrobiłbym  to  samo,  co  Rafe  -  oznajmił  Hugo  na  zakończenie  i  wstał, 

otrząsając się z odrazą. 

— 

Ja też, kiedy nosiłem broń - rzekł Cadfael, wstając w ślad za nim.  - Robi się 

chłodno. Wejdźmy do środka. 

Spóźniony listopad wkrótce pozdziera ostatnie drżące liście. Opuszczona pustelnia w 

lesie  Eyton  będzie  zimową  kryjówką  małych,  leśnych  zwierząt,  a  dziczejący  znów  ogród 

schronieniem  jeży  drzemiących  w  norach.  Pani  Dionizja  nie  osadzi  już  chyba  innego 

pustelnika w tej chacie. Zwierzęta mogą ją zajmować. 

No  cóż,  sprawa  skończona  -  mówił  Cadfael,  prowadząc  Hugona.  -  Późno,  ale  w 

końcu, cokolwiek napisała, jej list jest w drodze do człowieka, którego serce miał pokrzepić. 

Cokolwiek jest dobrego czy złego w ich uczuciu, w szponach rozpaczy w niebezpieczeństwie 

miłość  ma  prawo  mówić,  co  myśli,  a  wszyscy  inni  powinni  być  ślepi  i  głusi.  Z  wyjątkiem 

Boga,  który  czyta  zarówno  wiersze,  jak  między  wierszami,  i  który  w  końcu  w  sprawach 

namiętności jak w sprawach sprawiedliwości będzie miał ostatnie słowo. 


Document Outline