background image

MAY GRETHE LERUM

SPEŁNIONE MARZENIE

Z norweskiego przełożyła: ANNA MARCINIAKÓWNA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lyster, 8 lipca 1746 roku, dzień męczenników z Selje

Jasny głos Emmi wypełniał kościół, otaczał pozłacane kolumny ołtarza, 

rozjaśniał niczym ostre promienie słońca główną nawę, muskał ciężką trumnę z 

dębowego drewna, stojącą w cieniu przed ołtarzem.

Pieśń, której nigdy przedtem nie słyszeli, była szwedzka, nie na tyle jednak 

obca, by nie pojmowali sensu słów i nie czerpali z nich pociechy.

Marja stała na samym przedzie, razem z Bendikiem. Miała suknię z 

granatowej wełny tak ciemnej, że niemal czarnej. Gdyby włosów nie schowała pod 

kapeluszem, to ich nie pokryte jeszcze siwizną pasma, których wciąż miała dużo, 

mieniłyby się tym samym niebieskoczarnym odcieniem. Ale stała z pochyloną głową, 

chciała, żeby tiulowa woalka opadała jej na oczy. Nie zamierzała pokazywać ludziom 

twarzy, odsuwała się od zebranych, co ich niezmiernie dziwiło. To naturalne 

zachowanie dla matki, która właśnie utraciła jedyną córkę, ale po tej Marji, jaką 

dotychczas znali, spodziewaliby się raczej śmiechu i tańca. Bendik stał obok, na 

wyciągnięcie ręki, a przy nim córka, Johanna.

background image

Oboje ze wzrokiem utkwionym gdzieś poza trumnę, żadne prawie nie 

mrugało. Twarze mieli jak odlane z wosku, pojedyncze Izy wypływały jakby spod 

skóry i toczyły się wolno po policzkach.

Zebrani wzdychali, poruszeni śpiewem, lecz także grozą śmierci.

- Niech Pan was chroni i błogosławi, niech spoczywa na was spojrzenie Pana...

Jens Jensen Borchsenius natężał głos niemal do granic możliwości, mimo to 

nie docierał do wszystkich zakamarków surowej kamiennej świątyni. Wymalowani na 

ś

cianach apostołowie nie widzącymi oczyma spoglądali w dół na żałobników.

W końcu uniesiono trumnę z katafalku, ośmiu pobożnych mężczyzn z parafii 

miało przenieść Amelię Karlsdatter na miejsce ostatniego spoczynku pod wielkimi 

dębami.

Dźwięk dzwonu ranił uszy Marji. Bardzo nieprzyjemny dźwięk, uważała. 

Jakby powiększony do niewyobrażalnych rozmiarów gong wzywający robotników na 

posiłek, albo jakby sam Diabeł uderzał w pełen siarki kocioł dla ostrzeżenia, że 

niedługo, bardzo niedługo będzie za późno...

Bendik już nie płakał.

Ale szedł za trumną, potykając się jak mały chłopiec, i stanął tak blisko 

grobowego otworu, że Marja chciała podbiec i go powstrzymać.

Uprzedziła ją Johanna, córka, uczepiona ojcowskiego ramienia. Tak powinno 

być, lepiej, żeby nikt nie wiedział, że to ona podtrzymuje ojca.

Z pewnością chciał dobrze, ale słowa pastora sprawiły Marji przykrość, czuła, 

ż

e zapadają się w nią głęboko, aż do żołądka.

- Pani Marjo, to czas wielkiej próby dla całej waszej rodziny. Ale proszę się 

nie bać, że pani wnuk nie dostąpi zbawienia. Wiem, że tak się uważa, osobiście 

jednak ufam dobroci Pana, który okazuje łaskę takim małym... nie chrzczonym 

biedactwom jak on.

Marja nie odpowiedziała. Pastor siedział obok niej przy stole, nie żałował 

sobie jedzenia ani piwa. W sąsiednim pokoju zaczynało już być wesoło.

Zmagała się z pragnieniem, żeby po prostu wstać i wyjść. Z uniesioną wysoko 

głową zwróciła się do kapłana i patrząc mu prosto w oczy, powiedziała:

- Nie martwię się tym, panie Borchsenius, wcale się nie martwię. Niech mi 

pański Bóg wybaczy, ale ja w swojej duszy nie znajduję cienia wątpliwości, że tak 

właśnie będzie.

Wargi pastora leciutko zadrżały, odwrócił wzrok, Marja dostrzegła głębokie 

background image

zmarszczki na jego czole. Po chwili uśmiechnął się blado:

- Proszę pani... zachowam panią w myślach. Będę się modlił za panią i za pani 

córkę. I za dziecko także. Nie jestem zatwardziałym człowiekiem. Odczytuję Pismo 

tak, jak uważam za właściwe... I proszę Pana, by Duch był przy mnie, kiedy to czynię.

- Bardzo dobrze - rzekła Marja, wstając od stołu. Wygłosiwszy krótkie 

podziękowanie za współczucie i odwiedziny, opuściła gości. Czuła na plecach 

spojrzenia wszystkich i odetchnęła z ulgą, kiedy mogła nareszcie zamknąć za sobą 

drzwi. Na dworze trwała cicha letnia noc, łatwiej było oddychać. Uniosła lekko dół 

sukni i poszła pod drzewa. Musi tam być jakieś spokojne miejsce.

Ledwie mignęła jej niewyraźna sylwetka podążająca w tę samą stronę. 

Odwróciła się, by przegonić intruza. Nie chciała już więcej gładkich słów ani 

ciekawskich spojrzeń. Bardzo dobrze wiedziała, że ludzie ze wsi pilnie obserwują, 

czy tragiczne wydarzenie przypadkiem nie naruszy jej pychy, czy Marja nie 

spokornieje wobec Boga i bliźnich.

Ale to Johanna wyszła za nią.

Twarz Marji złagodniała w smutnym uśmiechu.

- Hanno moja, dziecko... ty też nie jesteś już w stanie tego znosić...

- Po prostu chciałam wyjść... noc jest taka piękna, Marjo. Spójrz, jasno jak w 

dzień...

- Tak, i nie zrobi się już ciemniej. Zastanówmy się, gdzie by tu pójść.

- Znam jedno takie miejsce. W dole, nad rzeką. Wierzbowe zarośla. Mama... 

to było tam... tam chciałabym teraz pójść...

Marja głośno przełknęła ślinę, chłodną dłonią pogłaskała ramię Johanny.

- No to chodźmy. Obie.

- Tata już tam chyba jest. Zniknął mi jakiś czas temu. Jestem pewna, że 

poszedł właśnie tam. Bo to w tym miejscu oni się spotkali, dawno temu... pierwszy 

raz. On nie wie, że ja wiem, ale chodził tam każdej nocy, odkąd... ona odeszła.

Marja otuliła się szczelniej krótkim żakietem, skrzyżowała ręce na piersi.

- Myślisz, że możemy mu przeszkodzić? Może on potrzebuje...

- Teraz potrzebuje nas, jestem o tym przekonana.

- W takim razie idziemy. Prowadź.

- Patrzcie, idą! Obie! Co to za przewrotne baby, jakie niepokorne, ale mówię 

wam, będą musiały ugiąć karku! O, tak, Pan nie pozwoli im się tak wywyższać. W 

końcu padną na kolana, możecie mi wierzyć!

background image

Pastorowa przestraszona spojrzała na kobietę wyrzucającą z siebie złe słowa. 

Tamte dwie zniknęły między drzewami za drewnianym płotem. Pastorowa uniosła 

brwi i przyglądała się Agot Thoriniussen. Dlaczego tyle oskarżeń? Czyżby między 

Vildegard a Kapteinsmoen panowała niezgoda?

Kobieta o obcym nazwisku zacisnęła dłonie na piersiach i mocno ściągnęła 

brwi.

- Ona w końcu pozna miecz Pana, nieprawda, pani pastorowo? Anna Munch, 

skupiona, przygryzała wargi i milczała. Już do niej dotarło gadanie, zaraz po tym, jak 

rozeszła się wieść o śmierci w Vildegard, kobiety we wsi zaczęły gadać. To 

ostrzeżenie, mówiły. Wyraźny znak od Boga. Te w Vildegard zawsze zajmowały się 

dziwnymi sprawami. Przyjmowały pod swój dach rodzące, chodziły po domach i 

usługiwały położnicom. Przeważnie wszystko szło dobrze, ale, oczywiście, nie 

zawsze. Teraz to już większość kobiet po nie posyła, najchętniej po Johannę, 

najmłodszą, zwłaszcza od czasu, kiedy sama urodziła. Ale Amelia też wielu dzieciom 

pomogła przyjść na świat, o tym zaś, co Marja robiła w czasie swego długiego życia, 

bogobojny człowiek nie powinien nawet myśleć.

Nieduża, pulchna kobieta nie zwróciła uwagi na milczenie pastorowej. 

Rozprawiała z przejęciem, potrząsała głową.

- Może się teraz nauczą. Ech, mimo wszystko pewnie i tak są stracone z tymi 

niepokornymi charakterami. Ale my powinniśmy się uczyć. Nie uważa pani 

pastorowa? Ze to znak Pana dla nas wszystkich, kobiet wychowanych w 

chrześcijańskiej wierze?

Pani Anna nie wiedziała, co powiedzieć. Czuła tylko, że w jej piersi wzbiera 

fala niechęci, zapragnęła przypomnieć tamtej słowa świętego Pawła. Ale nie mogła. 

Jeszcze nie teraz. Są nowi w tej parafii i Anna bardzo dobrze znała przedsięwzięcia, w

które zamieszany jest jej mąż. Gospodarz z Kapteinsmoen wiele wieczorów spędził w 

gabinecie pastora, gdzie rozmawiali właśnie o tym.

- Chyba pójdę poszukać męża. Pora zbierać się do domu... Pożegnała 

plotkarskie zgromadzenie krótkim skinieniem głowy i sztywnym uśmiechem. Agot 

łaskawie odpowiedziała tym samym, ale w jej oczach płonęło zadowolenie, że na 

chwilę przyciągnęła do siebie uwagę pastorowej.

Zaraz się znowu rzucą na Marję jak głodne suki. Mogę je zrozumieć, ona nie 

jest taka jak wszyscy. I bardzo wyraźnie to okazuje. Oszczędziłaby sobie ataków, 

gdyby nie zachowywała się tak demonstracyjnie...

background image

Anna Munch była żoną swego Jensa już blisko dziesięć lat. Obdarowała go w 

tym czasie czworgiem dzieci, z których troje przeżyło i chowa się zdrowo.

Niewiele osób jeszcze wie, że w drodze jest piąte.

Stawiając ostrożne kroki, poszła z powrotem do dużego, oświetlonego domu, 

który nazywano zamkiem Marji, i nasłuchiwała, czy pośród coraz donośniejszych 

głosów nie usłyszy łagodnego, jakby trochę nieśmiałego tenoru męża.

Tam jest - wśród ubranych na czarno mężczyzn przy schodach. Stali z rękami 

głęboko w kieszeniach na znak, że czują się równi z proboszczem. Lensman, stary 

oficer, zastępca pisarza i trzech czy czterech dzierżawców dóbr koronnych.

Jens był niższy od większości z nich, ale stanowił naturalne centrum grupy. 

Miał na głowie kapelusz.

Zbliżyła się ostrożnie, nie mogła przecież przerywać rozmowy. Słyszała, że 

chodzi o to co zawsze: Kupno akcji tej jakiejś kompanii, można na tym zarobić sporo 

pieniędzy, tyle zdołała już zrozumieć. Jens był podniecony, pełen zapału, polecał 

sprawę Bogu. Nie podejmował kupna dla własnego zysku, ale po to, by móc spłacić 

wierzycieli. Czy mogą istnieć szlachetniejsze motywy? Jej Jens nie zabiegał o 

bogactwa, był bogobojnym, powściągliwym człowiekiem.

Ale do interesów nie miał daru, to też już zrozumiała.

Zobaczył małżonkę. W jego spojrzeniu pojawił się błysk, pozdrowił ją gestem 

ponad dyskutującymi mężczyznami. Anna zatrzymała się, potem ukradkiem okrążyła 

mężczyzn i weszła ponownie do domu, by czekać, aż mąż będzie gotowy do drogi.

Agot zebrała wokół siebie starsze kobiety w jasnym salonie niedaleko wejścia. 

Anna głęboko wciągnęła powietrze. Wiedziała, że oczekują, iż przyłączy się do 

najpierwszych kobiet w parafii, żon tych, którzy mają największe wpływy.

Zdumiało ją, że siedzi tam też służąca, podeszła bliżej i usłyszała, o czym 

opowiada wierna sługa. Roztaczała przed wdzięcznymi słuchaczkami barwną 

opowieść o przebiegu tamtej tragicznej nocy, ze wszystkimi szczegółami, opisywała 

każdy krzyk, każdą rozpaczliwą reakcję rodziny.

Chyba nie bardzo zdawała sobie sprawę z tego, co robi, rozgorączkowana, 

zarumieniona, opróżniała podawane jej kieliszki i gadała.

Anna poczuła, że i ją zaczynają palić policzki ze wstydu, że ta nieszczęsna 

kobieta w sposób jawny jest prowokowana do zdrady własnych chlebodawców. 

Łamała podstawową zasadę, mówiła o ich prywatnym życiu, ujawniała 

najintymniejsze szczegóły tego życia przed żądnymi sensacji babami.

background image

Pastorowej podano puchar chłodnego jabłkowego soku, mętna ciecz 

przypominała piwo, ale była przygotowana z myślą o paniach. Popijała wolno i czuła 

się coraz bardziej nieswojo.

Nie znała pani Marji, kobiety, która wzniosła ten dziwny dom. O młodej 

Johannie także niewiele wiedziała. A nieboszczkę, dobrą panią Amelię, spotkała 

ledwie parę razy. Wierzyła w to, co słyszała, a przynajmniej w część tego, i uznała, że 

służebnicy Pana nie wypada prosić Marji o radę. Zresztą ta przy różnych okazjach 

była zapraszana na organizowane przez pastorową w sobotnie popołudnia modlitewne 

spotkania, ale pokazała się tylko raz, a i tak wyszła przed wszystkimi. Pozostałe 

kobiety nie wydawały się tym zaskoczone. Anna myślała, że mają rację, mówiąc, iż to 

zimny, wyzbyty bojaźni bożej człowiek, za młodych lat była kusicielką, a później nie 

stroniła od czarów.

Po tym jednak jak zobaczyła szczery ból w jej spojrzeniu... rozpacz ciążącą na 

barkach niczym młyńskie koło, musiała przyznać, że Marja, wciąż jeszcze nosząca 

nazwisko Karlsgard, jest osobą, której pastorowa chętnie dałaby szansę.

Ostrożnie odstawiła sok. Jakiś mężczyzna dokładał do pieca. Chociaż po 

słonecznym dniu jeszcze było ciepło, to rosół w wielkim saganku nie powinien 

wystygnąć.

Dwie kobiety dźwigały kosz pełen jedzenia, które zostało z przyjęcia, pewnie 

wyśle się je do domu dla psychicznie chorych, a może do zagrody lensmana do 

podziału między biedaków, którzy nieczęsto próbują takich smakołyków.

- Nie widzisz, że pastorowa się modli, ty głupia... Nie przeszkadzaj! Anna 

drgnęła, spojrzała na swoje złożone dłonie, a potem przeniosła wzrok w górę na 

białowłosą gospodynię, która ją lekko szturchnęła.

- Ja... co gospodyni powiedziała? Przykro mi, zamyśliłam się...

- O, tak... rozumiem. Wspominałyśmy tylko, że to wielka szkoda, to że pan 

Borchsenius nie dostał w tym roku więcej pieniędzy na szkołę. No właśnie, 

siedziałyśmy tak i gadałyśmy. To niedobrze, że bogatsi ludzie z naszej parafii skąpią 

tych paru szylingów na taki zbożny cel. Dorastająca młodzież, to przecież nasz siew, 

nasza przyszłość, dar od Boga.

Pastorowa Anna pochyliła się lekko do przodu, przybrała łagodny, ufny wyraz 

twarzy.

- No właśnie, to bardzo piękna sprawa, którą można by podjąć dzisiejszego 

wieczoru. Ku czci pogrążonej w żałobie matki, może mogłybyśmy zainicjować 

background image

własną zbiórkę? Bo to przecież Marja wiele lat temu okazała wielką mądrość i 

rozpoczęła nauczanie dzieci w tej okolicy?

Patrzyły na nią zakłopotane. Ta, która rozpoczęła rozmowę, siedziała przez 

chwilę z otwartymi ustami, szybko się jednak opanowała.

- Kochana pani pastorowo, pani jest u nas nowa, to i nie dziwota, że nie wie 

dokładnie. Marja Karlsgard, ona... nie, nawet nie wypada o tym mówić, ale...

Krąg kobiecych ciał wyraźnie się zmniejszył. Służąca, która karmiła je ciastem 

i intymnymi szczegółami, została odepchnięta na bok.

- Pani rozumie, ta szkoła, o której pani słyszała, to całkiem co innego. To 

okropne, bezbożne... ona uczyła młodzież rzeczy, których lepiej nie wymieniać. 

Opowiadała im o poganach w dalekich krajach, o sprawach cielesnych i...

- Rozumiem - ucięła Anna krótko. - Ale zbudowała szkołę w Karlsgard?

- To Anton wybudował, ojczym Marji. To znaczy ten, który się ożenił z jej 

przybraną matką... Jezu, ale to był skandal!

Anna dostrzegła w oczach kobiet blask, ogień, który przenosi się szybciej z 

języka na język niż płomienie w suchej trawie.

W ciągu paru krótkich chwil dowiedziała się więcej niż dość.

A kiedy pastor, jej mąż, przyszedł, żeby pożegnać się z towarzystwem, bardzo 

zdecydowanie poszła za nim. On ją wysłucha, on potwierdzi, że Anna ma rację. I 

chyba czuje się już na tyle bezpieczny w tej okolicy, że zrobi, co żona będzie chciała.

Rzeka była teraz taka płytka, że można ją było przebyć suchą nogą, skacząc z 

kamienia na kamień.

Brzeg rzeki, zwykle wilgotna, porośnięta bujną trawą równina, teraz był 

wysuszony, ziemia spękana. Nawet drzewa zdawały się zwieszać ciężkie gałęzie, 

jakby je wyciągały ku tej odrobinie wody, jaka jeszcze została.

Bendik zlewał się w jedno z otoczeniem, jego twarz była poorana bruzdami 

niczym ziemia podczas suszy.

- Ona już nie cierpi - wyszeptała Johanna, choć sama wiedziała, jaka to 

ż

ałosna pociecha.

- I dziecko też nie - dodała Marja bezradnie. Johanna ostrożnie zbliżyła się do 

ojca. Nie drgnął nawet pod delikatnym dotknięciem ręki córki.

- Ojcze... tato... zrobiłeś dla niej wszystko. Ona... była szczęśliwa! Wtedy z 

wolna odwrócił głowę. Stwierdziła, że oczy mu się zapadły głęboko i że teraz nie ma 

już w nich łez.

background image

- Próbowałem... ale nie była szczęśliwa... dopiero teraz... z powodu dziecka...

- To nieprawda! Było jej bardzo dobrze, dopóki miała ciebie, nic nie mogło jej 

złamać. Nawet moje szaleństwa, ojcze!

Jego wargi skrzywiły się w grymasie, który nigdy nie przekształcił się w 

uśmiech.

- Bardzo się o ciebie bała, mała Hanno! Nigdy jednak nie ściągnęłaś na nią 

ż

adnego nieszczęścia. Po prostu taka była, wciąż martwiła się o swoich bliskich. 

Nieustannie czuła się winna wszystkiemu, co układało się nie tak, jak powinno.

- Tak. Wiem. Ona... Tak wielu rzeczy teraz żałuję, ojcze. Tak wielu... 

Napotkała spojrzenie ojca, widziała smutek w zmarszczkach okalających jego oczy. 

Nie miał jeszcze typowego dla jego wieku, zmęczonego wyrazu twarzy, ale ostatnio 

bardzo się ona zmieniła. Pojawiły się na niej jakieś pęknięcia, niczym na ziemi po 

letniej suszy.

- Mówisz, że nie powinienem tak myśleć, Johanno. A sama tak właśnie robisz.

Skrzyżowała ręce na piersiach.

- Nie ma chyba na ziemi człowieka, który by w takich przypadkach czegoś nie 

ż

ałował. A ja wiem, jak bardzo ją dręczyła moja sprawa z Ravim...

Po raz pierwszy odkąd wyjechał, odważyła się wymówić głośno jego imię. 

Bendik uniósł głowę i uważnie przyglądał się córce. Mrużył oczy, widziała, że on 

zdaje sobie sprawę z tego, ile ją kosztuje podjęcie tego tematu.

- Ravi... Ja go lubiłem, to nie był zły człowiek, Johanno, niezależnie od tego, 

co ci zrobił.

Nie była w stanie dłużej nad sobą panować, przytuliła się do ojca. Jego 

ramiona zawsze tworzyły dla niej takie bezpieczne gniazdo. Pozwoliła łzom spływać 

na pierś ojca i poczuła, jak jemu dodaje to sił. Ojciec bronił Raviego, choć ona tego 

nie oczekiwała.

- Tato... jesteś nadzwyczajny. Zawsze wiedziałam, że mam bardzo dobrego i 

miłego tatę, ale że i to potrafisz zrozumieć...

Gładził ją czule po włosach.

- Moja mała Hanno, jestem już starym człowiekiem i właśnie straciłem 

ukochaną żonę. Moje dziecko, nie wiem, jak będę teraz żył. To bolesne, że tak 

mówię... mam przecież ciebie. Ale jednego życie mnie nauczyło: Jeśli już człowiek 

należy do gatunku tych, którzy rodzą się z połową duszy, i ma tyle szczęścia, że 

odnajdzie tę drugą połowę w innym człowieku... to inny wybór jest niemożliwy.

background image

Czuła, że jego słowa przenikają ją do szpiku kości niczym lodowaty dreszcz. 

Skuliła się w jego ramionach. To takie bolesne, co powiedział ojciec. Ale jakież 

prawdziwe!

- Ravi... dlaczego kazałaś mu odejść? Spojrzała na ojca, otarł wierzchem dłoni 

łzy z twarzy. Krtań miała zaciśniętą, nie była w stanie odpowiedzieć.

- Ja... coś się wydarzyło. Coś okropnego, tato. Nie mogę nawet o tym myśleć... 

dopuściłam się wobec niego niesprawiedliwości, ale zrozumiałam to dopiero teraz.

Bendik spoglądał na nią z wielką cierpliwością, wiedział, że w ten sposób 

wywoła jej słowa. Johanna odsunęła się lekko od niego, siedziała z odwróconą 

twarzą. Ale ręki ojca nie puściła, jak nieobecna głaskała nabrzmiałe żyły.

- Ravi miał tyle różnych dziwnych myśli... i było w nim więcej dobroci niż w 

wielu innych ludziach. Potrafił leczyć chorych, potrafił widzieć... i jeszcze dużo 

więcej, tato. Trudne do nazwania rzeczy. Rzeczy, z którymi nie potrafię żyć...

Ojciec kiwał wolno głową, co raczej wyczuwała, niż widziała. Ogarnęły ją 

mdłości, kiedy przymknęła oczy i raz jeszcze przeżywała tamten moment, kiedy 

widziała lśniący biały krzyż nad łóżkiem Heleny.

- Mama też tam wtedy siedziała... nie pomyślałam o tym, nie wiedziałam, że 

mama oczekuje dziecka... ten krzyż był dla niej, tato. To pewne. Nic nie mogliśmy 

zrobić. Krzyż był znakiem dla mnie, żebym miała czas na zadośćuczynienie 

wszystkiego, czego teraz tak żałuję. Ale ja byłam głupia. Zajęta jedynie podejrzeniami 

wobec Raviego. Pochyliła się gwałtownie, zakryła twarz dłońmi i położyła ją na 

kolanach.

- Taka byłam nieprzejednana, tato, dręczyły mnie najrozmaitsze podejrzenia, 

pogrążałam się w tym jak w cuchnącym bagnie...

Roześmiała się głucho, potrząsnęła głową. Bendik nie przeszkadzał, pozwalał 

jej mówić.

- Myślałam, że on rzucił przekleństwo na Helenę... że wykorzystał swoje 

zdolności, żeby zesłać na nią śmierć... bo stwarzała nam problemy. Nie był w stanie 

jej od siebie odegnać... nawet dla mnie.

Na twarzy Bendika pojawił się wyraz zdumienia i wątpliwości. Krótki, 

histeryczny chichot Johanny przeraził go.

- Ty o tym nie wiedziałeś, ojcze... Nikt nie wiedział, ale... Helena i Ravi, oni 

się spotykali jeszcze długo, kiedy ona już tutaj była. Oni... ona... ona nie chciała go od 

siebie uwolnić. A on najwyraźniej nie potrafił się jej oprzeć.

background image

- Zdradzał cię? W głosie ojca słyszała zdumienie, a pod nim gniew. Zamachała 

rękami, uciszyła go. Nie chciała znosić rozgoryczenia ojca na Raviego, dość miała 

kłopotu z własnym.

- Nie bardziej niż ja jego. Nie ufałam mu, nie byłam wobec niego szczera, 

byłam z nim tylko w połowie, przez cały czas bałam się kolejnego rozstania, które 

musiało nadejść... no i tak się właśnie skończyło.

Bendik przełknął ślinę. Miął w palcach źdźbła trawy. Zmiażdżył je, 

niedojrzałe nasiona sypały się na jego kolana i leżały tam jak zielone larwy. Johanna 

objęła swoje plecy skrzyżowanymi rękami, masowała łopatki, uniosła w górę ramiona 

i wtuliła w nie głowę.

- To bardzo smutna historia, moje dziecko. Ale ona się chyba jeszcze nie 

skończyła. Możesz go przecież jeszcze spotkać, prawda? Czy nie sądzisz, że wrócił 

do Al?

Potrząsnęła przecząco głową, spuściła wzrok.

- Nie... on jest tam... poszukiwany. Uciekli oboje z Heleną z aresztu u 

lensmana, chcieli ostrzec o tym osunięciu się ziemi... ale nikt im nie uwierzył. On ma 

tam wielu wrogów, a bardzo niewielu przyjaciół...

Wspomniała malarza, właściciela gospody i bogatego Villanda. Do którego z 

nich Ravi mógł się zwrócić? Przedtem nie miała odwagi nawet o tym pomyśleć, 

wiedziała, że jeśli już coś przyjdzie człowiekowi do głowy, to później bardzo trudno 

się od tego uwolnić.

Johanna wyprostowała plecy i spojrzała na ojca. Uśmiechnęła się, mimo że i 

na jej czole pojawiły się głębokie bruzdy jakby odzwierciedlające jego zmartwienie.

- Ja naprawdę nie wiem, gdzie on się podziewa, tato. Wiesz, że nie mogę 

wyruszyć za nim. Ale może jeszcze kiedyś o nim usłyszymy. Może nadejdzie taki 

dzień... Może Ravi się domyśli, że ja w końcu zrozumiałam. Więc niech będzie, jak 

ma być.

Bendik wolno kiwał głową.

- Bardzo wydoroślałaś, Johanno. Mówię to ze smutkiem. Nie jesteś już taka 

porywcza, taka... uparta.

Uśmiechnęła się. Ponownie ujęła jego rękę, która w jakiś sposób jej się 

wymknęła podczas rozmowy.

- Dziękuję ci, tato. Możesz na mnie polegać. Teraz zrobię dla ciebie wszystko, 

co będę mogła, bo wiem, że sam nie będziesz mnie o nic prosił.

background image

Delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy.

- Moje dziecko... tobie też będzie tak samo ciężko. Zostałaś sierotą bez matki. 

Na szczęście masz Marję...

- Tak - szepnęła Johanna. - Bogu niech będą dzięki za Marję. Bendik 

przechylił głowę i zmrużył oczy w ledwie dostrzegalnym uśmiechu.

- Będzie ona dla ciebie prawdziwym wsparciem, wiem o tym. Nie może 

całkowicie wypełnić pustki po matce, ale to mądra kobieta i bardzo dobrze zna to 

pragnienie nauki, które ciebie wciąż trawi.

Johanna znowu musiała się zdziwić, jak wiele jej myśli, których nigdy głośno 

nie wypowiedziała, ojciec zna.

Pocałowała go w policzek i przytuliła delikatnie. Żal sprawił, że oboje stali się 

tacy wrażliwi.

- Johanno, czy pozwolisz mi opowiedzieć jedną historię, którą sobie teraz 

przypomniałem?

- Oczywiście.

- Twoja mama... Amelia siedziała, trzymając cię na rękach. Ona... Właśnie 

niedawno zamieszkaliśmy razem. Przyglądała ci się. Przed chwilą płakałaś, ale twoja 

uparta buzia już się uspokajała, i byłaś taka rozkoszna z resztkami mleka w kącikach 

ust...

Na chwilę pogrążył się we wspomnieniach, zaraz jednak westchnął ciężko i 

mówił dalej:

- Wtedy ona powiedziała... powiedziała coś, czego oboje mieliśmy nigdy nie 

zapomnieć. Że kiedy dorośniesz, dostaniesz tego mężczyznę, którego pokochasz, 

nawet gdyby to był syn ubogiego komornika. Nawet gdyby był karłem podobnym do 

trolla... jeśli tylko ty będziesz go kochać. Johanna uśmiechnęła się.

- I dotrzymaliście obietnicy. Okazaliście Raviemu tyle wyrozumiałości. 

Bendik jęknął boleśnie.

- Często się oboje zastanawialiśmy, czy to przypadkiem nie był nasz błąd, 

Johanno. Może powinniśmy zrobić to, co większość rodziców uważałaby za swój 

obowiązek. Przepędzić go, a ciebie zamknąć na klucz.

- Erlend mnie zamykał. Erlend zrobił wszystko, o czym mówisz, ojcze. Dla 

takich spraw nie ma odpowiednich zamków.

Bendik kiwał się w zamyśleniu. Patrzył gdzieś w dal, ale niczego nie widział. 

Ileż to już razy odczuwał tę samą bezsilność.

background image

- Nie, to prawda. Nie ma na to dość mocnych zamków. Dla ciebie też nie, 

Johanno.

- Podobnie jak dla ciebie, tato. Też nic by cię nie powstrzymało. Nic z 

wyjątkiem śmierci. I nawet teraz rozstanie nie jest na zawsze, wiem, że w to wierzysz. 

Oczy mu pociemniały.

- Tak, wierzę. To niemożliwe, żebym miał jej już nigdy nie zobaczyć. Dlatego 

wierzę, teraz bardziej niż kiedykolwiek.

Johanna potarła swój policzek o jego szorstką twarz.

- Ja też jestem pewna, tato, że ona na nas czeka po tamtej stronie. Potwierdził 

skinieniem, czuła jego pokryty zarostem podbródek na ramieniu.

- Pozostaje nam tylko wiara, nic innego.

- Ale ty nie możesz zapominać, że trzeba teraz żyć, tato. Boję się... trochę się o 

ciebie boję. Jesteś jeszcze młodym człowiekiem, przed tobą wiele do zrobienia.

Nie odpowiedział. Johanna bała się oddychać, czekała na łzy, których brak 

przerażał ją przez cały ten miniony tydzień.

Ale Bendik teraz też nie płakał. Objęła go jeszcze mocniej, jakby chciała 

wycisnąć smutek, który trwał pod nieruchomą maską na twarzy ojca. Wiedziała 

jednak, że żadne wstrząsy zewnętrzne na nic się nie zdadzą, tu potrzeba 

wewnętrznego trzęsienia ziemi. Nie potrafiła sobie jednak wyobrazić, co mogłoby 

nim wstrząsnąć tak, żeby znowu zaczął normalnie odczuwać.

ROZDZIAŁ DRUGI

Tylu różnych ludzi włóczy się w tym okresie po wiejskich drogach. Bezrobotni

ciągnęli ze wszystkich stron, bo nowe prawa okazały się niezbyt skuteczne i nie 

bardzo też ich przestrzegano w odległych okręgach, gdzie lensmanami byli zwyczajni 

chłopi.

Wędrowcy szli z podniesionymi głowami, węzełki kołysały się na plecach, 

sprawiali wrażenie, jakby drogi były ich własnością. Żądali nieprzyzwoicie wysokiej 

zapłaty za siłę swoich mięśni, a chłopi spluwali za nimi, gdy z szyderczym śmiechem 

odrzucali propozycje zbyt niskich kwot i odchodzili.

Zatrudniali się na dzień, albo do końca żniw, jeśli gospodarz gotów był 

zapłacić. Ale dla tych, którzy mieli jeszcze zbiory w polu i za mało rąk do pracy, 

ż

adna cena nie wydawała się zbyt wygórowana.

- Co za przeklęte grzesznice! Bezbożnice! - wykrzykiwała Ägot Thoriniussen. 

background image

Usiadła ciężko na taborecie przy ogniu w karczemnej izbie. Dominikus Lemvig 

spoglądał na nią spod oka i zaproponował tylko kufelek bardzo słabiutkiego napoju. 

Byli prawie rówieśnikami, on i Agot, i dawnymi czasy jego matka wielokrotnie 

napomykała, że Agot to bardzo dobra partia. Była drugą z kolei w gromadce 

rodzeństwa, wszyscy jednak wiedzieli, że babka wyposażyła ją sowicie, dziewczyna 

miała dostać w posagu kuferek pełen srebra. Ale Dominikus się wahał, chociaż wtedy 

miło było na nią popatrzeć, nie miała jeszcze tego rybiego pyszczka zamiast ust.

Kobieta oblizała wąskie wargi, wykrzywione lekko nawet wtedy, gdy 

prezentowała jeden ze swoich powściągliwych uśmiechów. Wyraźny brak 

zainteresowania ze strony karczmarza nie powstrzymał jej wynurzeń. Najwyraźniej to 

ż

ycie w Vildegard tak ją rozpalało i sprawiało, że z jej ust buchały płomienie i opary 

piekielnej siarki.

- Tak, tak, powiedziałam to nawet pastorowej i ona się ze mną zgodziła. Te 

baby z Vildegard to oszustki i kombinatorki. Bardzo dobrze, że Magnus Storlendet 

wbił im kij w szprychy. Dorobkiewicze! A te ich zabawy w doktorów! Toż to 

niebezpieczeństwo dla całej okolicy, zawsze to mówiłam! Wpychają ludziom do 

gardeł wszelkie paskudztwo, a chorzy biedacy nie mogą się bronić, nawet nie potrafią 

jasno myśleć. Tak, powiadam ci, Dominikus, ja to bym taką przepędziła na cztery 

wiatry, gdybym poczuła, że zbliża się moja godzina! Bo to nieprzyzwoite, co one dają 

chorym, to groźne, piekielne sztuczki, mówię ci!

Wyciągnęła pusty kufel i mrugnęła porozumiewawczo do karczmarza.

Dominikus nie powiedział ani słowa. Nalał do naczynia wody.

Prawie ze sobą nie rozmawiały w ostatnich tygodniach. Najpierw Marja 

zorganizowała to swoje ogromne przyjęcie, potem było mnóstwo chorych w 

szpitaliku, a w końcu nadszedł czas Amelii.

Helena zdawała sobie sprawę, że instynktownie unika Johanny, ale chodziła z 

podniesioną głową i myślała: tak powinno być. Ona jest teraz gospodynią, a ja 

mieszkam na strychu. Co, mam jej deptać po piętach? Nie ma między nami żadnych 

niedomówień.

Próbowała się w ten sposób uspokajać i starała się nie wchodzić Johannie w 

drogę. Ona się pewnie zastanawia, dlaczego Helena nie odchodzi. Chciałaby się jej 

pozbyć. Johanna ukrywa Ingalill, tyle Helena się domyślała. A może Johanna sądzi, że 

ona zapomniała o dziecku.

Helena czuła, że niechybnie tak by się stało, gdyby nie to, że Amelia 

background image

przynosiła jej małą nocami.

Stała tam przy grobie Amelii razem z innymi, a mimo to sama, z tyłu, wśród 

służących i obcych. I wtedy odczuwała coś w rodzaju wdzięczności. Amelia zrobiła 

coś, za co ją pewnie powinna nienawidzić, ale nie potrafiła, chociaż dziecko odebrało 

jej spokój. Ucieknie od nich wszystkich pewnego dnia, nie miała wyboru. Ale czy to 

naprawdę takie pilne? Jej zdaniem nie. Nie miała przecież gdzie pójść, a strych nad 

lamusem w Vildegàrd był ciepły i bezpieczny.

Nigdy przedtem nie było jej tak dobrze i bardzo lubiła tę sytuację. Czy 

błąkający się lis znowu powinien wyruszyć w drogę, skoro ma norę i pod dostatkiem 

jedzenia? Uważała, że nie. Nawet gdyby w ciepłej norze roiło się od pcheł, lis by 

został.

I ona też została. Chociaż pchły gryzły i dokuczały nieznośnie, to było nic 

wobec bólu zgłodniałego żołądka albo kąsającego mrozu zimą.

Helena trzymała się na uboczu, ale pomagała przy sianokosach, załatwiała 

jakieś sprawy dla Gerd albo pomagała Evie przy praniu i sprzątaniu. Krowy i owce 

poszły w góry, Ingebjorg miała spędzić z nimi lato. Podwórze pogrążyło się w ciszy, 

nie tylko dlatego, że zabrakło Amelii, lecz również dlatego, że życie w dużej mierze 

przeniosło się na górskie pastwiska.

Nikt nie nasłuchiwał szybkich kroków Heleny po dziedzińcu, służące dawały 

jej jeść, a jeśli chodzi o towarzystwo, to wystarczało jej własne. Gdyby zaś było 

naprawdę źle, to zawsze może się przejść do izby czeladnej, gdzie mieszkają parobcy, 

albo do letniej szopy, gdzie sypiają żniwiarze. Myślała o tym wielokrotnie, tam mogło 

być wesoło.

Ale nigdy poza rozmyślania nie wyszła, czuła się teraz jakaś inna, niczym 

wygarbowane i przenicowane okrycie ze skór, nowe z wierzchu i jakby cieplejsze od 

ś

rodka.

Gospodarz ze Storlendet nie oczekiwał gości tego piątkowego wieczoru. W 

ogóle ostatnio panował spory tłok przed jego drzwiami, bo ludzie sądzili, że wszyscy 

chodzą w żałobie po wielkiej stracie i trzeba okazać im współczucie. Storlendet stracił 

obu starszych synów, najpierw Erlenda, teraz Magnusa. Została wdowa Sigrid z 

dwojgiem dzieci, przeszła ze starymi na dożywocie, bo nie miała siły sama zarządzać 

dworami. Na szczęście gospodarz był jeszcze żwawy i zachował rozsądek. Pił może 

teraz więcej, niżby należało, ale zawsze znany był z tego, że za kołnierz nie wylewa. 

To, że krótko przed Bożym Narodzeniem zmarł też dziadek, wydawało się jakby 

background image

bardziej naturalne, jego to już naprawdę mało kto żałował. W ostatnich latach był 

niewidzialny niczym podwórzowy krasnoludek, ludzie prawie go nie dostrzegali, jeśli 

się między nimi kręcił.

To śmierć synów bolała ich najbardziej. Ragna Irmelin uważała, że pierwszą 

ś

mierć mąż przeżył bardzo ciężko, długo nie dawała mu spokoju myśl o zemście, 

zresztą nie zrezygnował z niej nawet teraz, mimo że nikogo żywego nie skazano za 

morderstwo. Ale i tak gospodarstwo tamtych wpadło w ręce rodziny zmarłego, 

Storlendet niemal całkowicie zmiażdżył rodzinę Johanny i gdyby nie powrót Marji, 

nigdy by się nie pozbierali.

Nie był zadowolony, kiedy dotarło do niego, że otrzymali nieoczekiwaną 

pomoc od babki. Żeby okazać im pogardę wspaniałe żyrandole z Karslgard powiesił 

w ciasnym chlewiku, gdzie bardzo szybko upstrzyły je muchy, zostały pokryte kurzem 

i pajęczyną.

A teraz odszedł również kochany Magnus...

Ojciec krążył z zaciśniętymi pięściami, wypatrywał, kogo by tu oskarżyć o tę 

ś

mierć, ale nie znajdował nikogo. Nikogo prócz Boga, myślała Irmelin.

I sam Pan z pewnością potrząśnie nawet Magnusem ze Storlendet, sprawi, by 

stał się uległy, by spokorniał.

Czuła żal tlący się w piersi, nie taki przejmujący ból jak po śmierci Erlenda, 

który rozpalił się gwałtownie i prędzej się też uciszył. Teraz oczekiwała tego samego, 

widocznie jednak drugi syn był jej bliższy. Ból tkwił w niej niczym ogromny wrzód, 

mimo upływu miesięcy nie ustępował. Wcale jej też nie pocieszyło, że delikatny 

Edvard wrócił do domu. W najcięższych chwilach musiała wyznać Bogu, że gdyby 

zechciał zapytać ją o radę, zanim zabrał jej synów, to prosiłaby go, żeby najpierw 

powołał do siebie Edvarda. Najmłodszy zawsze był jakby trochę zamroczony. 

Unikający ludzi, niepewny, ale nie w taki sposób, żeby w matce budziło to czułość. 

Nie był wcale bezradny ten jej Edvard, po prostu słaby, przesadnie wrażliwy, 

nerwowy.

Ożenił się z Edvardą, kiedy stwierdził, że nie tylko imiona mają takie same. 

Łączyło ich znacznie więcej podobieństw, ta sama szarawa cera, te same bezbarwne 

włosy. Kiedy po raz pierwszy przyprowadził narzeczoną do rodzicielskiego domu, 

ojciec upił się do nieprzytomności i nazwał ją szarą gęsią. A co gorsza, zanosząc się 

ś

miechem powiedział, że młodzi wyglądają, jakby byli bratem i siostrą, dosłownie 

tacy sami.

background image

Po weselu rzadko widywali Edvarda i nikt specjalnie za nim nie tęsknił, to 

matka musiała przyznać. I oto teraz wrócił, z podniesioną głową jak nigdy przedtem. 

Chyba nie przypuszczał, że kiedykolwiek opuści komorniczą chałupę u teściów. Nie 

urodził się na dziedzica i życie też go do tego nie przygotowało.

Ale teraz stał się dziedzicem, przynajmniej dopóki najstarszy chłopiec 

Magnusa nie dorośnie.

Stara gospodyni ze Storlendet przeżywała niespokojne noce.

I jak to często bywa w takich sytuacjach, inne gospodynie unikały jej 

towarzystwa. Dlatego raczej ze zdziwieniem niż podejrzliwością witała tego wieczoru 

na swoim progu Agot Thoriniussen i wyciągnęła rękę, zanim tamta zdążyła cokolwiek 

powiedzieć.

- Och, dobry wieczór, droga sąsiadko. Chyba nie przychodzę nie w porę? 

Biedni wy moi, ciężkie czasy na was przyszły, co? Tak rzadko cię gdzieś widać, 

Irmelin. Tak, tak, nawet wczoraj powiedziałam do pastorowej, że ktoś powinien cię 

odwiedzić w żałobie. Bo widzisz, my bardzo szczerze ze sobą rozmawiamy, 

pastorowa i ja. To duża rzecz móc się spotykać z kimś takim zaufanym i 

wykształconym jak ona, jak ty myślisz, droga Irmelin...?

Stare deski w podłodze skrzypiały pod stopami, kiedy Irmelin, przerywając 

potok wymowy, zapraszała ją matowym głosem do izby. Zwyczajna grzeczność 

wymagała choćby takiego gestu. Ale przesadne współczucie tamtej wcale nie 

poprawiało gospodyni samopoczucia.

- Siadaj, Agot. Masz rację, dawno już nie rozmawiałyśmy. Jak tam u was, 

wszyscy zdrowi?

I znowu, jakby otworzyły się śluzy młyna, popłynął nieprzerwany strumień 

słów, Irmelin Storlendet świadomie zadała to pytanie, wiedziała, że tak będzie. Sama 

tymczasem przygotowała małą przekąskę i trochę słodkiego piwa, które zostało od 

obiadu. Nie był to żaden wyjątkowy poczęstunek, ale też nie miała się czego wstydzić. 

Tamta powinna się jednak domyślić, że nie jest tu wysoko cenionym gościem. Ale 

ż

eby nikt nie miał powodu złego słowa powiedzieć o gospodyni Storlendet, żeby nie 

zaczęły się plotki...

- Święta prawda, Ragno Irmelin Storlendet, że Pan zesłał ci cięższy krzyż do 

dźwigania niż większości z nas - westchnęła Agot ponuro potrząsając głową. - 

Człowiek się zastanawia, jakie to złe oczy na ciebie spojrzały. Najpierw biedny 

Erlend, teraz Magnus. Co to za strata, jaki straszny matczyny los! Tak, tak, a tu 

background image

jeszcze i Edvard wygląda jakoś blado... Ci twoi wspaniali synowie... jaki to ma sens, 

ż

e ich tracisz, jednego po drugim?

Głos Agot brzmiał szorstko, słowa niczym kamienie obciążały serce 

nieszczęsnej matki. Ragna Irmelin głośno przełknęła ślinę, czuła pieczenie pod 

powiekami, ale się nie rozpłacze, nie, nie przed tą kobietą.

Agot popiła piwa.

Wbiła oczy w gospodynię i znowu ciężko westchnęła.

- Nie jesteś sama, Ragno Irmelin, kiedy w najtrudniejszych chwilach 

przeklinasz te kobiety. Powinnaś wiedzieć, że my, w Kapteinsmoen, zawsze 

uważaliśmy was, ludzi ze Storlendet, za sprawiedliwych i dobrych chrześcijan. Może 

tam niektórzy gadają, że dorobiliście się majątku w niegodny sposób, ale wtedy ja 

mówię im dokładnie to, co myślę. Drogo za to zapłaciliście tej hołocie. Syn zawsze 

jest więcej wart niż gospodarstwo, takie jest moje zdanie.

Ragna Irmelin wolno kiwała głową. Tamta pochyliła się ponad stołem, 

chwyciła chudą rękę spoczywającą na blacie.

- Ja bym chciała je stąd przegonić. Chciałabym przepędzić Marję i w ogóle te 

przeklęte baby. Co za bezbożność! Wiedziałam to już wtedy, kiedy wyszło na jaw, 

kim ona jest! Nałożnica kata! Bękart urodzony przez bękarta! No bo chyba wiesz, kim 

była jej babka? To wstrętna historia, ale nie została zapomniana przez nas, 

porządnych mieszkańców tej wsi.

Ragna Irmelin zaskoczona uniosła twarz, wciąż jeszcze suchą i zaciętą, ale 

dolna warga zaczynała z wolna drżeć, kiedy tamta mówiła o jej zmarłych synach. 

Agot wytłumaczyła sobie błysk w jej oczach jako zainteresowanie i ruszyła do 

przodu.

- Bo chyba słyszałaś o Upadku? To już będzie ze sto lat temu, ale moja 

teściowa wszystko dobrze pamiętała i opowiadała mi, że jej własny ojciec tam wtedy 

chodził. Trzeba było zabrać zwłoki z Bergaheim i znieść je na dół. Bo tamten stary z 

Bergaheim unikał ludzi, od kiedy mu cala rodzina zginęła, wszyscy spadli z urwiska. 

A później się okazało, że dziecko żyje. Dziewczynka. I on z nią grzeszył, wabiła go 

do grzechu, dokładnie tak samo jak jej matka rzuciła urok na syna starego. O, tak, one 

są piekielnie niebezpieczne! Muszę ci powiedzieć, że się boję. Ale teraz dowiedz się, 

moja droga, jest z nami ktoś, na kim można polegać! Tak, sama rozmawiałam z 

pastorową. Nasz nowy pastor jest ulepiony z zupełnie innej gliny niż dawny. On też 

dojrzał zło w tych ludziach. On pomoże nam uwolnić się od nich raz na zawsze.

background image

W końcu umilkła, ale jedynie po to, by zaczerpnąć tchu. Potem wyszeptała 

jeszcze, jakby ogłaszała zwycięstwo:

- Twój Magnus, jestem o tym przekonana, on odetchnie z ulgą, kiedy ich się 

stąd pozbędziemy.

Gospodyni Storlendet zapadła się w siebie. Wykrztusiła jednak niewyraźne 

„tak", nie mogła postąpić inaczej, mogła tylko przytakiwać.

Może on naprawdę by odzyskał spokój? Może mógłby się nareszcie bardziej 

niż dotychczas cieszyć majątkiem Karlsgard i wszystkim, co dostał jako za-

dośćuczynienie? Bo do dzisiejszego dnia nic takiego się nie stało, Ragna Irmelin nie 

mogłaby powiedzieć, że powiększający się majątek uczynił życie łatwiejszym 

gospodarzowi, jego żonie i pozostałym członkom rodziny.

Podniosła się z miejsca, wymówiła się, że musi pomóc Sigrid przy dzieciach. 

Pochorowały się, ale to pewnie taka letnia choroba żołądka, tylko mają gorączkę i 

zrobiły się marudne. Agot pospiesznie poprawiła chustkę na ramionach i zapięła pas, 

który zdjęła, kiedy tu przyszła. Potem uprzejmie kiwnęła głową gospodyni.

- Teraz przynajmniej wiesz jedno: nie jesteście sami. Jest nas więcej 

zdecydowanych zrobić nareszcie porządek z tym gównem, które przez pokolenia 

zanieczyszczało życie w naszej parafii. A mając pastora do pomocy, możemy liczyć 

na powodzenie. Te nierządnice Babilonu już po raz ostatni urządziły swoją diabelską 

mszę w nowym domu Marji Oppdal!

Poprawiła pas, obciągnęła bluzkę na piersiach i ruszyła ku drzwiom. Pośrodku 

izby zatrzymała się jeszcze.

- A przy okazji, czy nie mogłabyś poprosić męża, żeby porozmawiał o tych 

sprawach z pastorem? Wam też jest to i owo winien, prawda? Chodzi po prostu o to, 

ż

ebyśmy byli pewni. Wiesz równie dobrze jak ja, że ta wiedźma, Marja, będzie 

wykorzystywać wszelkie środki. Jest w stanie wciągnąć do swojej piekielnej gry 

nawet samego sługę Pana, jej matka w swoim czasie robiła...

Ragna Irmelin bez słowa skinęła głową i cicho zamknęła za gościem drzwi.

W Vildegard wciąż panował smutek, niczym czarna narzuta ciążył nad 

wszystkim, niekiedy wydawało się, że ta narzuta spadnie na głowy domowników tak, 

ż

e będą się szukać po omacku. Marja rozmawiała ze swymi gośćmi, a nawet wysłała 

jedną z pań, żeby zajęła się na jakiś czas gospodarstwem. Była to jedna z tych 

znajomych, które jeszcze na trochę u niej zostały po wielkim przyjęciu. Jakaś 

przyjaciółka Emmi najwyraźniej już kiedyś prowadziła duży dom, a na dodatek znała 

background image

się na pielęgnacji chorych. Starsze służące miały zajęcie w górach, musiały tam 

wrócić natychmiast po pogrzebie. Opuściły więc dwór już drugiego wieczoru po 

złożeniu Amelii do grobu, towarzyszyli im dwaj parobcy, dla ochrony przed 

niedźwiedziem i wszelkimi niebezpieczeństwami, jakie o tej porze mogły czyhać na 

nie w lesie.

Johanna wspomniała przy okazji, że może i Helena wybrałaby się na 

pastwiska, tam potrzebne są wszystkie wolne ręce. Johanna nie chciała tego przyznać 

nawet sama przed sobą, ale obecność Heleny odczuwała jak zaciśniętą na krtani obcą 

dłoń.

Helena prychnęła i wsunęła ręce do kieszeni obszernego fartucha.

- Ha! Skoro tak, to chyba gospodyni powinna nareszcie usłyszeć prawdę! Czy 

myślisz, że twoje służące chciałyby mieć taką konkurencję jak ja, kiedy odwiedzają je 

kawalerowie? Zrobi się awantura, zobaczysz, jeśli mnie tam poślesz, i zepsujesz im 

całą radość!

Johanna zagryzła dolną wargę, minęła dłuższa chwila, zanim się opanowała na 

tyle, by móc spokojnie spojrzeć Helenie w oczy.

- Może masz rację. Akurat parobków to ty znasz najlepiej. A, jak to mówią, 

ż

aden byczek nie będzie się wspinał na górskie łąki, dopóki nie zje wszystkiego, co 

ma w ogrodzie.

Helena roześmiała się ordynarnie, ale nie wytrzymała spojrzenia mrocznych 

oczu Johanny. Odwróciła głowę. Marja spoglądała na nią niechętnie.

- Uparta jest ta, tam. Chętnie bym nią trochę potrząsnęła. Ale nie martw się, 

moja mała. Ona tu już długo nie zabawi.

- Tak - przyznała Johanna cierpko. - Już dawno powinno jej tu nie być. Czego 

ona jeszcze od nas chce, przecież dostała wszystko, co jej się należało, prawda?

Marja westchnęła. Domyślała się, że Johanna też wie. To łaskawość Amelii 

dawała Helenie prawo pobytu tutaj. Amelia była gospodynią w tym domu i nawet 

kiedy jej zabrakło, to jej wola wciąż obowiązywała. Helena zdawała sobie z tego 

sprawę.

- Trzeba przynajmniej dzieci trzymać od niej z daleka. Johanna nie 

odpowiedziała, skinęła tylko w zamyśleniu głową i odwróciła się na pięcie, nie 

czekając, aż Helena trzaśnie drzwiami.

Marja odetchnęła spokojniej. Gdzieś w kuchni popłakiwało dziecko. 

Benjamin? Nie, to Ingalill. Johanna z pewnością usłyszała to pierwsza, jest przecież 

background image

młoda. Będzie teraz miała naprawdę urwanie głowy, kiedy zostanie sama z dziećmi, z 

chorymi i z załamanym ojcem.

Marja poczuła dawną energię, chciałaby wszystko wziąć na siebie, kierować 

gospodarstwem, zdjąć brzemię z barków swoich bliskich. Ze względu na zmarłą córkę 

i ze względu na wnuczkę, która przecież jest już dorosłą kobietą...

To nie miałoby sensu. Na szczęście świat jest tak urządzony, że starzy mogą 

zamknąć za sobą drzwi i zajmować się własnymi sprawami, zwłaszcza jeśli mają dość 

srebra, by zagłuszyć jakiekolwiek wyrzuty sumienia.

Marja szła w miękkich butach przez nagle opustoszałe izby. Potem skierowała 

się na ścieżkę, słońce paliło jej okrytą głowę, minęła zarośla pachnących dzikich róż, 

obok żywopłotu, aż w końcu mogła zamknąć za sobą własne drzwi. W domu Marji 

było chłodno, cicho, czysto.

Miała wrażenie, że znalazła się w innym świecie. To wspaniale mieć własne 

pokoje, myślała zadowolona. Jeśli się je już ma, to można do nich wpuszczać innych. 

Kiedy się chce, rzecz jasna.

Rękawem sukni przetarła jakąś plamę na metalowym świeczniku i nie 

zatrzymując się w hallu, weszła na schody. Gdzieś w głębi domu rozległ się śmiech. 

Przyjaciółki miały pokoje na górze, obok siebie. Dobrze się tu czuły te dziwne kwiaty 

pochodzące z tak różnych miejsc. Jedynie do Emmi Marja żywiła prawdziwe 

zaufanie, ale też ją znała najdłużej. Przyjaciółki Emmi stały się jej przyjaciółkami, ale 

nie aż tak bliskimi.

Wciąż czuła mroczny ból po śmierci córki. Amelia już nie cierpi. Mimo 

wszystko ona miała dobre życie. I będzie wspominana przez długi czas za to, co 

zrobiła, i za to, kim była. Dzięki Bendikowi jej dusza wciąż będzie żyć, po nim zadba 

o to Johanna, a jeszcze później jej dzieci.

Zadowolona, że jednak pojawia się spokój mimo tak dobrze znanych ukłuć 

dotkliwego bólu, Marja wyjęła fajkę i usiadła przy oknie, by patrzeć, jak kończy się 

letni dzień i nastaje niebieski zmierzch.

- Czy ty wiesz, jaki to był dzień? Bendik siedział od wielu godzin, Johanna 

ledwo go dostrzegała, bo zlewał się w jedno z błękitnym mrokiem, który powoli 

zastępował światło dnia.

Na zewnątrz wciąż jeszcze było prawie jasno, ale z jakiegoś powodu latem 

nocne cienie pojawiają się najpierw w kątach ludzkich siedzib. Niebieska koszula 

Bendika, czarne spodnie, kamizelka z rzadka przetykana złotą nicią, wszystko tonęło 

background image

coraz bardziej w mroku i Johanna z trudem dostrzegała ojca.

Podniosła wzrok znad książki, nad którą siedziała, choć zaczerwienione oczy 

od dawna ją bolały.

- Dzień? Kiedy? Nie... Zwrócił twarz w stronę okna. Światło, które padło na 

suche policzki, wcale nie było łagodne, złe przeczucie ogarnęło Johannę. Ojciec też 

zaczyna być starym człowiekiem. Jest o wiele starszy, niż był wiosną. I wiele starszy 

niżby lata na to wskazywały.

- Święta Sunniva - szepnął jakby sam do siebie, mrużąc oczy i pochylając się 

jeszcze bardziej ku oknu.

- O czym ty mówisz, tato? - zapytała Johanna niepewnie. Niepokój o ojca 

rozrastał się w piersiach. Jego słowa wydawały się całkiem bez sensu.

- Święta Sunniva, przecież wiesz. Nocne czuwanie... Teraz Johannie zaczęło 

coś świtać. Pogrzeb Amelii odbył się ósmego lipca, czyli w dniu męczenników z 

Selje, który również poprzedza nocne czuwanie.

Ojciec przypominał jej teraz fragmenty dawnych opowieści. Tego 

wszystkiego, co się od dzieciństwa wiedziało na temat poszczególnych dni i pór roku, 

choć nie potrafiłoby się powiedzieć, skąd ta wiedza. Może od starych krewnych? 

Dzisiejsza młodzież dowiaduje się pewnie tego i owego na naukach u dzwonnika. 

Matki też opowiadają swoim dzieciom wszystko, co powinny wiedzieć, żeby się nie 

wstydzić. Księża jednak starają się o tym zapominać. Teraz przyszły nowe 

przykazania, nowy Kościół uwolnił się od kobiet takich jak Sunniva, a właściwie to 

od kobiet w ogóle

.

- Sunniva, późniejsza święta, uciekła z domu, z Irlandii, porzuciła wszystko, 

ponieważ nie chciała poślubić poganina. Oddała się woli Boga, ona i towarzyszący jej 

mnisi wyruszyli statkiem bez żagla i bez wioseł. Wiatr i prądy morskie zawiodły ich 

do wybrzeży Norwegii, do wyspy Selje. Sunniva zamieszkała tam w górskiej grocie. 

Ale, niestety, ona tam umarła, Johanno. Nigdy nie wyszła ze swojej kryjówki i nie 

wróciła do świata. Mnisi starali się nawracać mieszkających w pobliżu pogan i w 

końcu wszyscy zginęli śmiercią męczeńską. Chrześcijański pochówek nieszczęsnej 

odbył się dopiero w sto lat później, a dokonał go sam król Olav Tryggvasson.

- Tak, wiem, mama mi opowiadała, aż dziw, że mogłam o tym zapomnieć.

Serce Johanny tłukło się głośno w piersi, zaciskała palce na brunatnej okładce 

książki.

- Ojcze - powiedziała cicho. - Myślę, że powinniśmy iść spać. Jesteś bardzo 

background image

zmęczony, nic dziwnego przecież...

Bendik spojrzał na nią. Światło padało teraz z boku i Johanna dostrzegała jego 

refleks na pooranym zmarszczkami policzku ojca. Poczuła skurcz serca, przejmujący 

niczym cięcie świeżo naostrzonego noża.

Bendik wyprostował się i uśmiechnął blado. Miała nadzieję, że nie wie, o 

czym ona myśli, ale wyraz jego twarzy świadczył, że jest odwrotnie. W końcu 

otworzył usta.

- Nie powinnaś się o mnie martwić, moje dziecko. Ja nie zwariuję. 

Rzeczywiście parę razy bałem się, że stracę rozsądek w tej udręce, rano jednak 

budziłem się, wiedząc, że mimo wszystko dam sobie radę.

Odpowiedziała mu uśmiechem. Ojciec na powrót odwrócił się do okna.

- Bardzo bym chciał, żebyś mnie teraz wysłuchała, Johanno, i pozwoliła mi 

powiedzieć to...

Odłożyła książkę na stół. Bendik długo milczał.

- Ja mam stary dług, Johanno. Dług, o którym nikt nie powinien wiedzieć. Sam 

prawie o nim zapomniałem, kiedy żyłem tu taki szczęśliwy.

Johanna musiała bardzo nad sobą panować, żeby mu nie przerwać. Słowa ojca 

padały wolno, jakby wypowiadał je z trudem. Nawet głos był jakiś daleki.

- Czy mama mówiła ci kiedyś o Synnevie? Nie, sądzę, że nie. Ale to właśnie o 

nią chodzi. W jednej chwili to zrozumiałem... Biedna Synneva, ona w jakimś sensie 

wciąż spoczywa w swojej grocie...

Johanna słuchała, a ojciec w krótkich zdaniach opowiedział jej o innej miłości. 

O innym życiu. O Synnevie, która go właściwie uratowała. Bowiem on tak wiele dla 

niej znaczył. To dzięki niej odzyskał wiarę, że może istnieć radość nawet bez Amelii.

O mało się nie rozpłakała, kiedy skończył opowiadaniem o śmierci tamtej, o 

dziecku, które ocalało, o nieludzkiej decyzji pastora.

Patrzył niewidzącymi oczyma w niebieskawy mrok.

- Ona wciąż tam leży. Za płotem cmentarza, w nie - poświęconej ziemi. 

Mogłem zrobić dla niej więcej. O wiele więcej. Ale przepełniała mnie taka radość, 

Johanno, że nie było w moim życiu miejsca na nic innego. Twoja matka... od kiedy 

się okazało, że nie łączą nas więzy krwi, nie widziałem niczego poza nią.

Johanna skinęła głową, choć zdawała sobie sprawę, że on tego nie zauważa. W 

końcu odważyła się mu przerwać.

- Więc dlaczego teraz, ojcze? Po tylu latach? Wstał i podszedł do niej, 

background image

nieskończenie wolno, jak we śnie.

- Twoja matka została pochowana w dniu męczenników z Selje. I właśnie to 

przypomniało mi, że mam do spłacenia dług. Synneva nigdy nie miała 

chrześcijańskiego pogrzebu. Odpowiedzialność za to spada na mnie. Muszę to zrobić, 

muszę pojechać do Sogndal i porozmawiać z pastorem. Może dałoby się to jakoś 

załatwić. Może moje świadectwo...

Johanna również podniosła się z miejsca i podeszła do ojca, padła w jego tak 

dobrze znane objęcia.

- Och, tato... kochany tato... nie mów nic więcej, nie... Wyrwał się jej, trzymał 

ją mocno za ramiona, uporczywie patrzył jej w oczy, które teraz zaszły mgłą.

- Nie pozwól, moja Hanno, żeby to cię zraniło, to nie ma nic wspólnego z 

twoją matką. Chociaż może ma, to jest dług, którego nie mogłem spłacić, dopóki ona 

była z nami. Moje życie, kiedy jej ze mną nie było, trzeba oddzielać od naszego 

wspólnego życia, to chyba rozumiesz?

- Nie! - syknęła Johanna.

- Owszem! Zaufaj mi! Tak było najlepiej. Ale teraz muszę. Gdybyś tylko 

chciała spróbować mnie zrozumieć... Synneva też była kimś wyjątkowym. I chociaż to

trwało jedynie parę miesięcy, tliło się tylko jak lampka zasilana baranim łojem, to 

mimo wszystko dzieliliśmy ze sobą coś ważnego. A na koniec ja ją zdradziłem. 

Jeszcze nie jest za późno, jeszcze mógłbym to zrobić, jeśli ty mi pozwolisz.

Johanna szukała w jego wzroku, była pewna, że znajdzie w nim coś 

przerażającego. Ojciec jednak patrzył na nią przytomnie, mimo głębokiego żalu i łez, 

które nie zostały wypłakane, spojrzenie Bendika kierowało się ku rzeczywistości.

Pogłaskała go delikatnie po plecach i uwolniła z jego ramion.

- Tato... nie całkiem rozumiem, dlaczego chcesz rozdrapywać dawne rany. I to 

właśnie teraz... kiedy mama... Nie, nie rozumiem tego. Widzę jednak, że to dla ciebie 

bardzo ważne. W takim razie rób, co uważasz za stosowne, tylko nie ściągaj hańby na 

pamięć matki, nie wyjeżdżaj teraz, kiedy ona jeszcze nie ostygła w grobie, by ratować 

pamięć innej kobiety.

Bendik wpatrywał się w podłogę.

- Obawiam się, że będę musiał. Czuję to wyraźnie, jestem przekonany, że to 

ma sens, nie potrafię inaczej. Święta Sunniva... znasz jej dzieje. Znasz też 

zakończenie, o którym dzisiaj nie wspominałem.

Johanna skrzywiła się, zacisnęła powieki, chwyciła jego ramię, ale jakoś 

background image

bezsilnie, i nie znalazła dłoni ojca, której szukała.

- Nie powinnaś mnie zatrzymywać. Ja muszę to zrobić. Teraz. Johanna czuła 

się zakłopotana i bezwolna. Opadła na krzesło przy okrytym instrumencie.

Siedziała tam długo i wpatrywała się w ojca, ale on nie powiedział już więcej 

ani słowa.

Odetchnęła głęboko i nagle znalazła rozwiązanie.

- Kiedy następny miesiąc dobiegnie końca... ojcze. Tyle możesz chyba 

zaczekać. Ja myślę, że musisz tak długo zaczekać. Szczątki świętej Sunnivy zostały 

przeniesione do kościoła w dniu, który czcimy na jej pamiątkę, a który wypada na 

przełomie sierpnia i września. Jeśli jest tak, jak mówisz, że to wszystko przypomniało 

ci się w taki niezwykły sposób, to powinieneś czekać na dzień świętej Sunnivy.

Patrzył na nią z powagą, wciąż stał pośrodku pokoju z bezwładnie 

opuszczonymi rękami.

Ś

wiatło z okna otaczało go jakimś dziwnym blaskiem. Johannie trudno było 

rozróżnić rysy jego twarzy, ale łzy, spływające po policzkach ojca, sprawiły jej 

ogromną ulgę.

ROZDZIAŁ TRZECI

Na probostwie w Lyster nie zapalono ani jednej lampy, ale przy tym świetle 

nie było to wcale potrzebne. Chodzi tylko o to, że od czasów Mogensa Skanke ludzie 

przywykli do nieustannie palącej się latarenki nad drzwiami plebanii, w jakiś sposób 

symbolizującej to, co pastor może im dać.

Pan Borchsenius jednak uważał, że to czysta rozrzutność, że należy raczej 

dawać olej czy inne paliwo biednym, którzy nawet w długie zimowe wieczory nie 

mają sobie czym poświecić.

Teraz jest lato!

Teraz, w sierpniu, wieczorami robiło się chłodno, ale w ogóle lato nie było złe, 

przyniosło kilka tygodni pięknej pogody, wystarczająco dużo, by drzewa owocowe w 

sadzie pastora uginały się pod ciężarem jabłek, na pół dojrzałych śliwek i wiśni. 

Goście wchodzący na podwórze mieli rozległy widok na ogród, który z każdym 

rokiem wydawał się bujniejszy i bardziej urodzajny. Pastor Borchsenius otrzymał 

dobre probostwo, co prawda, to prawda. W tej parafii było wielu takich, którzy mają 

dość srebra w skrzyniach, by nie trzeba się było wstydzić dziurawego dachu na 

kościele czy innych tego rodzaju niedostatków.

background image

Dwaj panowie, którzy dzisiejszego wieczoru mieli złożyć wizytę pastorowi, 

nosili cienkie, lekkie, obszerne surduty, uszyte z najdelikatniejszej wełnianej tkaniny, 

na jedwabnej podszewce. Na głowach mieli kapelusze, a na wydatnych brzuchach 

okazale prezentowały się ciężkie, złote dewizki zegarków.

Kapteismoen raczej nie należało do najbogatszych, gospodarstwo nie było 

duże i ziemie też nie najlepsze, ale sprawnie zarządzane przez gospodarza, który 

umiał dużo więcej, niż tylko roztrząsać gnój. Jego żona też nie dawała sobie w kaszę 

dmuchać, zacna Agot nie należała do tych, którzy ofiarowują swoje usługi za dobre 

słowo, kiedy ktoś potrzebował specjalnej rady w sprawie handlu lub w interesach. A 

znała się na tym jak nikt, ceny, jakie płaciła, kiedy Dominikus posyłał ją do Bergen na 

zakupy, były niemal bezbożnie niskie.

Drugi z mężczyzn posiadał więcej złota i innych dóbr, mimo to jego spodnie 

były bardziej wytarte na kolanach, a surdut wisiał na jego chudym ciele jak na haku. 

Magnus Storlendet zbliżał się do drzwi pastora krokiem człowieka, który wie, że 

posiada dość srebra, by nie musiał się przed nikim płaszczyć.

Drzwi zostały otwarte, zanim dwaj przybysze zdążyli zastukać kołatką.

Sama pani Anna powitała ich życzliwym słowem i uprzejmym uśmiechem. 

Poprosiła ich zaraz do gabinetu pastora, gdzie firanki zostały zaciągnięte, w blasku 

samotnej świecy wydawały się rudobrązowe.

- Niech będzie pochwalony, panie Borchsenius.

- Na wieki wieków, przyjaciele! Niewysoki mężczyzna zerwał się z miejsca i 

okrążając stół, podbiegł do gości niczym spłoszony zając. Ujmowali jego miękką 

dłoń, ściskali ją mocno, zgniatali w swoich zgrubiałych i nieczułych rękach.

- Co za radość! Zakładam, że to towarzyska wizyta, moi panowie! Anno, 

przynieś piwa! A zresztą, nie! Otwórz tę zieloną butelkę, którą przysłał mi brat. Tylko 

to, co najlepsze, jest dobre dla tych dwóch moich...

- Niech sobie pastor nie robi fatygi z naszego powodu. A święte krople można 

z pewnością lepiej spożytkować. Chce mi się pić i piwo smakowałoby mi najlepiej - 

powiedział Thoriniussen.

Magnus Storlendet przytakiwał. - Piwo będzie najlepsze.

Usiedli. Pastor w końcu stołu na swoim rzeźbionym krześle, z niepewnych 

uśmieszkiem na wargach. Ciemna broda została zgolona, znali go na tyle, by 

wiedzieć, że zawsze latem tak robi. Podbródek poruszał się dziwnie szybko, kiedy 

pastor mówił, a on opowiadał gorączkowo to o żniwach, to o pogodzie, powtarzał 

background image

jakieś parafialne plotki, wspominał o beznadziejnych dzierżawcach, których niedawno 

musiał przywołać do porządku.

Magnus Storlendet chrząknął krótko. Pastor zamilkł przestraszony. Końcem 

języka oblizał suche wargi, na szczęście jak na dany znak weszła pani Anna z 

dzbankiem piwa i trzema szklankami. Ustawiła to wszystko na stole, przyniosła 

jeszcze trzy małe talerzyki, półmisek z kiełbasą i tacę z podpłomykami. Nalała do 

szklaneczek brązowej, musującej cieczy o kwaskowym zapachu. Woń chmielu kręciła 

w nosie, to dobre, stare piwo.

Goście czekali, aż gospodyni zrobi, co do niej należy, ledwo jednak Anna 

wyszła za drzwi, Magnus Storlendet powiedział krótko:

- Pastor spóźnia się z zapłatą. Pan Borchsenius drgnął jak od ciosu.

- Może pastor ma problemy z dłużnikami? - zapytał Thoriniussen. - Albo 

może ludzie nie wnoszą opłat?

- Mogły się też zdarzyć nieprzewidziane wydatki... Wzięli go w krzyżowy 

ogień pytań, zarzucali słowami.

- Człowiek honoru nie daje słowa, którego nie jest w stanie dotrzymać.

- A jeszcze gorzej, jeśli tak postępuje sługa Pana.

- Jabłka w ogrodzie plebanii są w tym roku bardzo ładne.

- Ten ogród zawsze należał do plebanii. Za każdego kolejnego pastora stawał 

się większy i bardziej urodzajny.

- Szkoda, że teraz spadnie na nas taki wstyd, że jakoby parafia Lyster nie może 

darzyć szacunkiem swojego pasterza.

Pan Borchsenius, zbity z tropu, wpatrywał się w obu gości, ale bardzo dobrze 

wiedział, co się teraz stanie. Pochylił się nad stołem, oparł czoło na złożonych rękach.

- Nie mogę wam zapłacić. Nie dzisiaj. Jesienią, kiedy zbiory będą pod dachem, 

mój udział w polowaniach... należy mi się pół tuzina zwierząt, w dodatku 

spodziewam się, że moja poprzednia parafia przyśle mi pół tuszy łosia.

- To za mało. Jesteś nam winien więcej. Dużo więcej. Storlendet także 

pochylił się nad stołem i mrużąc oczy wpatrywał się w pastora.

- Jeszcze nie zagrzałeś stołka w naszej parafii, ojcze, a już zacząłeś pożyczać 

we wsi pieniądze. Mówiłeś, że masz kłopoty w poprzedniej parafii, że nie możesz 

stamtąd wyjechać, nie rozliczywszy się z ludźmi. Wtedy my ci pomogliśmy. A co 

zamierzasz zrobić teraz? Znowu zmienisz parafię i będziesz dalej odprawiał ten taniec 

z mamoną?

background image

Pastorowi drżały wargi, prowadził ze sobą ciężką walkę. Nagle wstał i z całej 

siły grzmotnął pięścią w stół. Zmobilizował wszelką władzę i autorytet, jaki dawał mu 

strój duchownego.

- Powinniście się wstydzić, wy, opasłe chłopy! Żeby tak przychodzić tu i 

straszyć sługę Pana, który znalazł się w przejściowych kłopotach! Powinniście się 

bardziej zajmować waszymi długami wobec Boga, moi przyjaciele, niż tym nędznym 

ziemskim długiem, pieniędzmi, na których i tak wam zbywa!

Wybuch jednak całkowicie go wyczerpał, opadł na krzesło niczym pusty 

worek. Magnus ze Storlendet uśmiechnął się krzywo i powiedział szeptem:

- Masz nam zapłacić, proboszczu, i nic mnie nie obchodzi, że jesteś sługą 

pańskim. Mamy twoje kwity zastawne i dobrze wiesz, do czego nas one upoważniają. 

Chcesz skandalu? Chcesz ściągnąć na swoje nazwisko taki wstyd? Wiedz, 

Borchsenius, że nigdy się po czymś takim nie pozbierasz! Nikt nie chce mieć 

proboszcza, który nie ceni własnego honoru. Więc wybieraj!

Bliski załamania proboszcz wyciągnął ręce.

- Wybierać? Przecież ja nie mam żadnego wyboru. Jesteście zatwardziali, 

gospodarze. Wy...

- O, w tym przypadku nie postępujemy niesprawiedliwie. Ale masz wybór, 

pastorze, posłuchaj no...

I Thoriniussen mówił długo, pięknie, monotonnym głosem, a pastor z każdym 

słowem prostował się coraz bardziej na swoim krześle. Oczy zaczynały mu płonąć, 

dostrzegał w oddali jakąś nadzieję dla siebie. Nie tylko na to, że pozbędzie się raz na 

zawsze wiecznego zadłużenia, ale i na to, że zostanie mu jeszcze parę talarów w 

kieszeni. Chociaż minęło już wiele czasu, odkąd ostatnie stosy płonęły nad fiordami, 

to przecież nadal istnieli słudzy Pana, którzy zdobyli dobrą parafię i sporo srebra za 

to, że uwolnili swoje nieszczęsne owieczki od czarów i dzieła Szatana.

Kiedy obaj goście wygłosili już, co mieli do powiedzenia, pastor długo 

siedział i splatał palce. Nie odpowiedział, ale było widać, że już dokonał wyboru.

W końcu pan Borchsenius uniósł wzrok.

- Niech mi Bóg wybaczy, przyjaciele, ale jest gorzej, niż myśleliście. Mam 

długi wobec wielu...

- Wiemy. Rozmawialiśmy z nimi. Jeśli zrobisz, jak mówiliśmy, będziemy 

reprezentować wszystkich wierzycieli. Mamy pełnomocnictwo.

- Wszystkich?

background image

Pewni siebie kiwali głowami. Pastor ze świstem wypuścił powietrze.

- Ale Marji nie, jak sądzę. Tamci spoglądali po sobie zaskoczeni.

- Marji? Tej starej grzesznicy? Od niej też pożyczałeś? Ale, na ogień 

piekielny... gadają, że takich jak ty ona najbardziej nienawidzi?

Pastor przecząco pokręcił głową..

- Marja ma list zastawny na czterysta talarów. W pokoju zaległa cisza. 

Płomień woskowej świecy rozbłysnął jakby z wdzięcznością.

- Znajdzie się na to rada - oznajmił Thoriniussen.

- Mimo wszystko to tylko pieniądze. Myślę, że są wśród nas ludzie, których 

stać na taki wydatek.

Magnus Storlendet jednak potrząsał niechętnie głową. Miał wrażenie, że 

kieszenie mu płoną.

Pani Anna została poddana w życiu wielu próbom. Poznała gniew Pana pod 

różnymi postaciami, raz po raz musiała pochylać głowę i przyjmować do wiadomości, 

ż

e jedyną drogą jest pokora.

Teraz jednak dręczył ją niepokój głębszy niż ten, którym musiała okupić swoje 

ż

yciowe doświadczenie. Znowu spodziewała się dziecka. Mała Elsę ma zaledwie pięć 

lat i chociaż dziesięcioletnia Johanna Maria jest dla matki wielką pomocą, to przecież 

wciąż są zmartwienia o najstarszego syna, Andreasa.

Pani Anna chyba za bardzo się wszystkim przejmuje.

To jej największa wada. Powinna, po dwunastu latach spędzonych z Jensem, 

zrozumieć, że los nie dał jej spokojnego, bezpiecznego życia, będącego udziałem 

innych żon pastorów.

Ten lęk wprawdzie nie ma nic wspólnego z obawą o podstawowe środki do 

ż

ycia, bo ani ona, ani dzieci nigdy nie głodują, nie, to raczej idzie o wstyd. Wstyd, że 

raz po raz musi oglądać takie sceny jak ta, która się teraz rozgrywa w jego gabinecie.

Co on robi z tymi pieniędzmi? Wielokrotnie pytała o to samą siebie. Szukała i 

przetrząsała jego rzeczy, ale nigdy nie znalazła ani skrawka papieru, żadnego kwitu, 

nic.

Czyżby miał jakieś stare długi już wówczas, kiedy przyszedł prosić o rękę 

młodej Anny Munch?

Czyżby jej ojciec niewłaściwie ocenił sytuację materialną przyszłego zięcia?

Nie, nie mogła w to uwierzyć.

Nie pił też nałogowo, co przecież wielu nawet silniejszych od niego 

background image

doprowadziło do zguby.

Ani nie miał biednej rodziny, którą musiał utrzymywać.

Przychodziło jej do głowy, że może ukrywa przed nią jakąś straszną tajemnicę. 

Coś, co nie tylko wyciąga od niego pieniądze, lecz także pozbawia go na długie 

okresy chęci do życia.

Czy coś się stało w tych strasznych dniach i miesiącach po śmierci małego 

Johannesa? Wkrótce minie osiem lat, ona jednak nigdy nie uwolniła się od udręki.

Anna przeszła na palcach przez korytarz, czuła, że policzki jej płoną, gdy 

próbowała podsłuchiwać prowadzoną w gabinecie rozmowę.

Ogród Amelii cały stał w kwiatach. Między grządkami melisy, lawendy, 

rozmarynu i innych pachnących ziół kwitły krzewy róż i ogromne słoneczniki. 

Chwasty zdusiły słabe bratki, a w ubiegłym roku uschło małe drzewko o zwisających 

kwiatach w kształcie koron. Na obcym krzewie, przeznaczonym najwyraźniej do 

cieplejszych krajów, zakwitło jedynie kilka gałązek. Ale pozostałe rośliny, zasiane i 

posadzone z przywiezionych przez Marję nasion i korzeni, radziły sobie znakomicie, 

dopóki Amelia zabierała je na zimę pod dach.

Teraz ogród zdawał się pusty, jakby uleciała z niego dusza.

Mały Benjamin pełzał po miękkiej trawie pod kwitnącymi dziewannami i 

zadowolony wąchał pachnące miodem kwiaty czerwonej koniczyny.

Johanna kołysała w ramionach dziewczynkę. Dziecko było zdrowe i rumiane, 

z każdym dniem bardziej zaznaczało swoją wyjątkową osobowość. Uparta jak matka, 

ale Johanna dostrzegała w niej również wrażliwość, która przypominała jej Raviego.

Na przykład, gdy dziecko podskakiwało przestraszone i płakało przy jakichś 

nieznanych dźwiękach.

Albo kiedy zaciskało pulchną rączkę na palcu Bendika tak mocno, że bielała; 

działo się tak, kiedy zabawa przerażała małą.

Była wciąż niemowlęciem, ale miała takie mądre oczy, że Johanna często 

wpatrywała się w nie długo, aż jej własne zachodziły mgłą, i odwracała wzrok w lęku, 

ż

e zobaczy coś, czego zobaczyć by nie chciała.

Ingalill będzie miała rude włosy matki, ale oczy stawały się z dnia na dzień 

bardziej brązowe. Nie było w maleńkiej absolutnie nic, co mogłoby wskazywać, że to 

córka Johanny.

Benjamin ją uwielbiał. Wciąż chciał przy niej być, karmić ją mlekiem i 

kaszką, rozpromieniał się jak słoneczko za każdym razem, kiedy udawało mu się 

background image

rozbawić małą, wywołać na jej buzi szeroki, bezzębny uśmiech.

- Lala - mówił. - Lala, pac...

Johanna pozwalała im spać razem, jak rodzeństwu, w solidnym łóżeczku, 

które Ravi zrobił niegdyś dla synka. Spełniła swój chrześcijański obowiązek. Więcej 

nawet, nabierała pewności, że nie będzie jej trudno kochać to dziecko. Że mimo iż 

rysy Raviego znikały z buzi małej, Johanna odczuwała głębokie oddanie temu 

dziecku, które nie było z jej krwi.

Wiedziała też, że dla Bendika te dzieci to błogosławieństwo, że to one 

wzbudzą w nim wiarę, iż życie musi trwać.

Niepokoiło ją, że nagle tak go zajmują wspomnienia czasów przed 

małżeństwem z Amelią. Że ta chorowita kobieta, której niegdyś poświęcił tak wiele, 

nadal jest dla niego ważną częścią życia. A przecież powinna była dawno zostać 

zapomniana.

Amelia nigdy o niej nie wspominała, przynajmniej Johanna nie zapamiętała, 

by kiedykolwiek opowiadała o tym, co się działo, zanim córka przyszła na świat. 

Kiedy matka przymykała oczy po sutym posiłku, gdy zimą wszyscy siedzieli 

zmęczeni przy kominku, w takich chwilach matka lubiła opowiadać. O sobie, o Marji, 

o życiu rodziny. Jakieś ułamki zdarzeń, anegdoty z czasów, kiedy była dzieckiem. 

Niekiedy mówiła też o bolesnych sprawach, o bezdomnych mieszkających nad 

brzegiem fiordu, o kobiecie imieniem Hjordis, którą kiedyś Marja uratowała. Wszyscy 

wiedzieli, że Amelia tęskni do Meisterplassen. Tego lata miała tam w końcu znowu 

pojechać, by cieszyć się spokojem i tym, co ją tak ciągnęło do tego opuszczonego 

miejsca.

Tak się jednak nie stało.

Oczy Johanny napełniły się łzami.

Pochyliła się, zacisnęła palce na jaskrawożółtym kwiatku i poczuła się 

niewypowiedzianie smutna na myśl, że to matka go kiedyś zasadziła, a potem 

opuściła.

Dzieci leżały przed nią na kocu, Benjamin głaskał siostrzyczkę po brzuszku i 

cieszył się z jej radosnego śmiechu.

Ż

eby to świat mógł być właśnie taki, pomyślała Johanna.

Ż

eby tak można było leżeć w miękkiej trawie i cieszyć się zabawą, podczas 

gdy ktoś siedzi przy nas, czuwa, żeby nie spotkało nas jakieś nieszczęście, i bierze na 

swoje barki wszelkie zmartwienia.

background image

Chmura przesłoniła słońce, cień spłynął najpierw na wysokie brzozy, a potem 

padł na grządki z ziołami. Dzieci umilkły; kiedy ciepłe słońce zniknęło, Benjamin 

zdziwiony spoglądał w górę. Chłodny wiatr dotykał rozgrzanej dziecięcej skóry, więc 

Johanna wstała, żeby zabrać maleństwa do domu. Czas już je przebrać i nakarmić. 

Zajmie się tym starsza służąca, a Johanna będzie mogła schronić się w swoim 

pokoiku i wypłakać łzy, których się nazbierało od ostatniego razu.

- Czy ty nie wiesz, że to, czego ode mnie żądasz, ośmieszy mnie zarówno w 

oczach kolegów, władzy, jak i biskupa? Panie Thoriniussen, nie rozumiesz, że czasy 

się zmieniły? Już się nie pali czarownic na stosach!

- Nie, ale...

- Nie masz mnie czym straszyć. Sąd uznał, że nie wiadomo, kto zamordował 

Erlenda Storlendet. Wyrok, zgodnie z którym rodzina z Karlsgard musiała zapłacić, 

opierał się na przypuszczeniu, że zrobił to pozbawiony odpowiednich środków 

kochanek Johanny. Myśleli, że Ravi nie żyje! A nikt przecież nie może podejrzewać 

Johanny, że go zaczarowała inaczej, niż to zazwyczaj kobiety robią.

- Ale tu chodzi o coś więcej! Czy lensman tego nie widzi? Połowa wsi jest 

przerażona tymi przyjęciami u Marji Oppdal. Do Lyster ciągną wszelkiego rodzaju 

odmieńcy! Teraz ona mieszka razem z dwiema czy trzema babami, o ile nam 

wiadomo. Ludzie gadają, że wino leje się tam strumieniami dzień i noc, a kobiety 

tańcują i zachowują się jak suki w czasie cieczki, i to same ze sobą!

Lensman zagryzał czubek palca. Nie od dzisiaj nosi mundur z ołowianymi 

guzikami i wie, że nie takie sprawy powinny mu spędzać sen z powiek. Nie bał się 

tropić złodzieja czy oszusta, nie bał się możnych mieszkańców wsi i potrafił im 

wygarnąć prawdę, jeśli zachodziła taka potrzeba.

Był szybki w gębie i jako żołnierz nauczył się czegoś w rodzaju instynktownej 

odwagi, co zdarza się ludziom, którzy kusili śmierć i zwyciężyli.

- Muszę powiedzieć, moi panowie, że nie bardzo rozumiem, czym wy się 

właściwie zajmujecie. Ty, Magnusie Storlendet, czyś ty nie dostał odpowiedniego 

zadośćuczynienia za poniesione straty? Biorąc pod uwagę, że nikt nie może 

bezpośrednio obciążyć Johanny odpowiedzialnością za śmierć Erlenda... przecież oni 

mimo wszystko stracili majątek i srebro Marji Oppdal też zostało poważnie 

naruszone, kiedy musiała wykupić dla rodziny siedzibę. Nie, prawdę powiedziawszy, 

nie wiem... nie przychodzicie tu w dobrej intencji. Nie widzę, żeby dochodziło do 

jakiegoś łamania prawa ze strony tych ludzi.

background image

- Lensman powinien wiedzieć, że za nami stoi wielu! Wieś powinna zostać 

oczyszczona! Sprawy zaszły za daleko!

Zażywny lensman zaczynał tracić cierpliwość. Wstał, otarł zaśliniony palec o 

spodnie i obciągnął kurtkę na wydatnym brzuchu, po czym wbił spojrzenie w swoich 

szacownych współmieszkańców.

- Bardzo mi przykro, ale nie możemy zamykać kobiet w więzieniu tylko 

dlatego, że tańczą ze sobą, piją po nocach wino i dobrze się bawią bez mężczyzn.

- To grzeszne! To niemoralne! I ona nie jest byle kim, lensmanie! To ona w 

naszej wsi zna się na leczeniu! To ona przyjmuje nowo narodzone dzieci, dotyka ich, 

zanim jeszcze zostaną ochrzczone. To jej ręce pomagają przyjść na świat naszemu 

potomstwu. Wielu obawia się, że ona już wtedy poświęca je dziełu Szatana, i...

- Idźcie do pastora! Nie do mnie! Sztywna twarz kapitana skrzywiła się w 

złośliwym uśmiechu.

- Otóż właśnie, lensmanie, już byliśmy. I oto mam... Wsunął rękę do głębokiej 

kieszeni i wyjął rulon papieru z wielką pieczęcią.

- ...mam ocenę pastora.

Lensman ponownie usiadł. Zaskoczony drapał się po karku. Czytając, krzywił 

się, wiercił na stołku, raz po raz przełykał ślinę i mozolnie sylabizował pismo.

- O, rany boskie - mruczał. - Piekielne otchłanie... ale się zrobi awantura. Obaj 

chłopi skrzyżowali ręce na piersiach i wymieniali między sobą zadowolone 

spojrzenia.

- Tak jest - oznajmił Magnus Storlendet. - Będzie awantura, i to większa, niż 

przypuszczasz, lensmanie. Teraz rozumiesz, że my mówimy poważnie? Ze nie 

ustąpimy, dopóki zło nie zostanie wykorzenione z naszych pól? Ze chcemy w tej 

parafii mieć spokój i obyczajność, i że wiele zła wyrasta z tego samego korzenia?

Lensman coraz mocniej obgryzał paznokieć.

Potem odłożył dokument, prawie go odrzucił. Jego niebieskie oczy 

wpatrywały się gdzieś ponad głowami chłopów, których przenikał lodowaty dreszcz.

- Nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Będzie gadanie o czarach i magii, to ja 

się odmeldowuję. Niech się inni rym zajmują. Nie rozumiem takich rzeczy, wiem 

tylko, że cholernie dużo kobiet padło ofiarą plotek, podejrzeń i zawiści. Powiadam 

wam jeszcze raz: nie chcę o tym słyszeć! Idźcie do pisarza. Albo do biskupa, bo coś 

mi się zdaje, że pan Borchsenius siedzi u was obu w kieszeniach. I wynoście się stąd! 

Natychmiast!

background image

Obaj wstali, ale szli ku drzwiom wolno, z godnością stawiali krok po kroku. 

Już na dziedzińcu Magnus Storlendet rzekł:

- Jego babka była kobietą lekkich obyczajów. Nigdy nie miała ślubu z Perem 

Killingstad, czyli ojcem swego dziecka, bo wolała srebro, które odziedziczył Aslag 

Sigurdsplass.

- Jego ojciec umarł na suchoty. To słabowity ród. Nie, krew z Nilserud nie 

nadaje się na stróża porządku.

Poszli wolno w letnią noc, zgodni obaj, że to tylko przejściowa trudność. Wóz 

jadący po wyboistej drodze także musi czasem zwolnić na chwilę.

Lubiła to swoje miejsce na stryszku nad lamusem, które początkowo dzieliła z 

inną dziewczyną, ale teraz miała wyłącznie dla siebie. Było coś przytulnego i 

bezpiecznego w tym suficie niskim tak, że grube belki znajdowały się tuż nad jej 

głową, co sprawiało, iż czuła się tu chroniona przed wszelkim złem.

Helena leżała w łóżku i nasłuchiwała z nastawionymi jak u zwierzęcia uszami.

Rzeczywiście, na zewnątrz ktoś chodzi.

Nie ruszyła się. Jeśli ten ktoś zacznie wspinać się po drabinie, ona usłyszy, bo 

czwarty szczebel został niedawno zrobiony, drewno ugina się jeszcze pod ciężarem i 

skrzypi.

Miała jednak wielką ochotę wyjrzeć. Chociaż bardzo dobrze wiedziała, kto to. 

Ole Wedskjer łaził za nią, zanim złe języki w Lyster zaczęły obgadywać nową służącą 

z Vildegard. Szybko się zorientowała, że nikt nie odważy się zaufać Olemu, który był 

w tej wsi nowy, jak ona, i podobnie jak ona dziwny. Kiedyś jej powiedział, że tacy 

powinni trzymać się razem.

Położył jej na piersi swoje szczupłe palce i uszczypnął lekko. Nie dawał jej 

spokoju do czasu, kiedy trudno już było ukryć, że dziewczyna jest w ciąży.

Teraz jednak znowu zaczął się koło niej kręcić.

Helena zaciskała zęby, uśmiechała się złośliwie.

No cóż, widocznie Ole niczego nie rozumie.

Trzeba będzie przemówić mu do słuchu, ale tak, żeby starczyło na zawsze. 

Cichutko wstała i na palcach przeszła przez izbę, po omacku wzięła wiadro stojące za 

drewnianą skrzynią. Wieczorami przynosiła sobie w nim wodę do mycia, a czasem w 

nocy zdarzało się, że nie miała czasu się ubierać, żeby wyjść za potrzebą. Wtedy 

używała wiadra. Inne służące pewnie by się krzywiły na takie zachowanie, ale Helena 

tak była przyzwyczajona.

background image

Trzymała teraz wiadro, dopóki nie usłyszała skrzypnięcia szczebla drabiny.

Pochyliła się do przodu i czekała, aż w otworze wiodącym na strych ukaże się 

łysa głowa.

Ha, dzisiaj się ustroił, nawet czapkę na głowę włożył. I to jakąś elegancką, z 

ołowianymi guzikami. Nie wahała się dłużej, przechyliła wiadro i potrząsnęła nim, 

ż

eby skierować wodę we właściwą stronę, prosto na głowę nieproszonego gościa.

W nie mającej końca sekundzie, kiedy strumień wody jakby zastygł w 

powietrzu, zauważyła sygnet na palcu mężczyzny.

To nie Ole, przemknęło jej przez myśl.

Rzuciła wiadro i zasłoniła twarz rękami, ale mężczyzna nie zdążył się uchylić, 

ż

eby uniknąć niezbyt pięknie pachnącej wody. Chwiał się na drabinie, próbując 

zachować równowagę, a wiadro toczyło się w dół.

Nie powiedział ani słowa.

Patrzył na dziewczynę spod zalanych wodą powiek.

Helena otworzyła usta, żeby wykrztusić cokolwiek, coś, co mogłoby ją 

uratować, ale spojrzenie mężczyzny sprawiło, że stała niema, nie będąc w stanie się 

ruszyć.

On ocierał się wolno rękawem surduta.

Helena upadła na kolana, jego twarz znajdowała się na poziomie podłogi.

Z gardła dziewczyny wydobywały się jakieś dźwięki, jakby jęczała, bo 

nieostrożnie stratowała coś lub kogoś. Chwyciła rąbek swojej spranej koszuli i 

zaczęła go gorączkowo ocierać.

Zakryła w ten sposób twarz mężczyzny, czuła teraz przez materiał jego 

oddech.

I wtedy on zaczął się śmiać.

- Helena... ty szalona dziewczyno! Co też ci przyszło do głowy?

Helena drgnęła, uświadomiła sobie bowiem, że odkąd przyszła do tego domu, 

nie słyszała, żeby Bendik tak się śmiał.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kiedy wójt i pisarz jechali jednym powozem, ludzie usuwali się na boki albo 

zatrzymywali własne konie, zmuszali je, by weszły do rowu.

Kapelusze unosiły się ponad głowami, z irytacją upominano dzieciaki, jeśli nie 

kłaniały się dość głęboko lub nie dygały tak, że suknie zamiatały drogę.

background image

Spuszczano wzrok na znak szacunku dla urzędników i dla ukrycia lęku, jaki 

poddani zawsze żywią dla królewskich sług. Kiedy dwaj tacy wybierają się w drogę 

razem, zwykle niczego dobrego to nie wróży, a gdyby wagę sprawy oceniać po 

szybkości ich jazdy, to dzisiaj naprawdę zanosiło się na coś niezbyt miłego.

Nie poprawił nastroju fakt, że wkrótce po przejeździe tamtych na drodze 

pojawił się proboszcz na ogierze zwanym Flahammar, a potem także lensman.

- Gdzie też oni jadą? Co się mogło stać? Nie słyszano o żadnym wypadku, 

kobiety dopiero co wróciły z letnich pastwisk, a chłopi mieli pełne ręce roboty w 

ostatnich dniach sierpnia; kończą się żniwa, zaczynają orki.

Ludzie długo patrzyli w ślad za brązowym powozem, w którym odjechali 

przedstawiciele władzy. Ich zaokrąglone sylwetki podskakiwały na wyboistej drodze, 

panowie zdjęli kapelusze z głów, kiedy woźnica pozwolił koniom iść spokojniej.

- O rety, nie przyniosą oni dzisiaj nikomu błogosławieństwa - szepnęła jakaś 

staruszka. Stojący obok niej mężczyzna splunął i zacisnął wargi.

- Jak się płaci swoje powinności i człowiek nie jest specjalne chytry, to nie ma 

się czego obawiać - oznajmił wyniośle.

Ż

niwiarze mimo to kulili się niespokojnie, rzucając ostatnie spojrzenie za 

powozem.

Urzędnicy skierowali się do Vildegard. No, to chyba nie taki straszny interes 

wygnał ich z domu. Nikt nigdy nie słyszał, żeby mieszkańcy tej zagrody mieli długi. 

Może stara Marja zaprosiła ich, bo chce im specjalnie wynagrodzić pracę przy 

zorganizowaniu pogrzebu Amelii i wszelką pisaninę, jaka jest niezbędna, kiedy ktoś 

umrze. Może mimo wszystko są jeszcze jakieś podatki do uregulowania, rachunki do 

popłacenia?

Nieco spokojniej poruszali się najemni robotnicy po polu, a snopki, które 

wiązały kobiety, nie wydawały się takie ciężkie.

- Najchętniej omówilibyśmy tę sprawę z gospodarzem. To znaczy z głową 

rodziny. Mamy wam do przekazania poważną wiadomość i chcemy rozmawiać tylko 

z kimś, kto ma władzę.

Słowa pisarza najwyraźniej nie przestraszyły Marji, Johanna jednak pobladła i 

wyglądała na zdenerwowaną. A zresztą, może to wciąż żałoba po śmierci matki? 

Przecież Amelia umarła dosłownie przed paroma tygodniami.

- Gospodarza nie ma i spodziewamy się go najwcześniej jutro. Miał coś do 

załatwienia w Sogndalsfjaeren. Jak lensman wie, mamy tam gospodarstwo. Trzeba 

background image

załatwić różne sprawy. Bądźcie tak dobrzy i przyjdźcie za jakieś dwa, trzy dni.

- Obawiam się, że to niemożliwe - rzekł pisarz. - Niewiele czasu zostało do 

jesiennego tingu, a ta sprawa niestety... No, cóż, w takim razie powiedzmy, o co 

chodzi. Marjo Oppdal, zostaniesz przedstawicielką rodziny, skoro nie ma Bendika 

Karlsgard, prawnej głowy rodu.

Marja skinęła głową z pełnym wyższości uśmiechem. Johanna przysunęła się 

bliżej babki. Pisarz dał znak pastorowi.

Sługa boży chrząkał i wiercił się na krześle, poprawiał ubranie i przełykał 

ś

linę, nigdy nie widziano, żeby tak niechętnie zabierał głos. W końcu jednak zebrał 

się na odwagę i oznajmił:

- Parafianie przychodzą do mnie, żeby wyrazić swój niepokój. Tak, tak, w 

ostatnim czasie, to znaczy tego lata, mogłem doświadczyć, jak z woli Pana ludzie 

zaczynają widzieć różne sprawy. Nawet najprostsi chłopi, no zresztą inni też, zwracali 

się do mnie z poważnymi wątpliwościami. Obawiają się oni mianowicie, że nasza 

bogobojna społeczność, nasza jedność z Bogiem i szczęście tej wsi...

Pisarz usiadł za stołem, wziął duży kufel piwa, który Johanna mu podsunęła. 

Nie była to najwyraźniej zwyczajna wizyta. Nie taka, jaką się składa, by po śmierci 

kogoś z rodziny wyrazić bliskim współczucie.

Pastor chyba dostał wymownego kopniaka pod stołem, w każdym razie 

podskoczył jak oparzony i mówił dalej, teraz już bez niepotrzebnych wstępów:

- Krótko mówiąc, pani Marjo i pani Johanno, to, czym się zajmujecie w 

Vildegard, nie może być dłużej tolerowane.

Marja siedziała bez ruchu, jak skamieniała, Johanna krótkimi haustami łapała 

powietrze. Teraz wtrącił się pisarz:

- Jest właśnie tak, jak pastor mówi. Docierają do nas skargi, czy mówiąc 

wprost - doniesienia. No nie wiem, jak przyjmiecie to teraz, kiedy macie za sobą takie 

smutne wydarzenia, ale tak jest. Ludzie czytali nowe prawa, niektórzy mają pewnie co 

innego na sercu. Jakkolwiek się rzeczy mają, ja, jako przedstawiciel władzy, muszę 

wam oznajmić, że od dnia dzisiejszego nie wolno wam przyjmować chorych na 

leczenie ani pomagać rodzącym kobietom. Marja zerwała się z miejsca.

- Co to znowu za głupie gadanie? Czy wieś naprawdę chce zostać bez naszej 

pomocy? To zakrawa na żart!

Pisarz wolno potrząsał głową. Pastor wpatrywał się w blat stołu, mocno 

ś

ciskając swój pusty kufel.

background image

Lensman siedział z rękami skrzyżowanymi na piersiach i nie patrzył na 

nikogo.

Johanna zauważyła jedynie, że babka chodzi tam i z powrotem za jej plecami. 

Ani jedno słowo więcej nie padło z ust Marji, ale dosłownie promieniowała chłodem. 

Narastał w niej gniew, który mógłby zmieść tych ludzi niczym poryw wichru.

Johannie drżały ręce, za wszelką cenę starała się jednak opanować panikę i 

przytomnie rozważyć te niesłychane zarzuty.

- Ale jakim prawem chcecie nam odebrać możliwość leczenia chorych? I z 

jakiego powodu? Czy robimy coś innego niż tylko służenie tej wsi?

Pastor wił się i krzywił, ale musiał mówić dalej:

- Wasza działalność to podważanie woli i wszechmocy Pana.

- Ha! Słyszałyśmy to już wcześniej!

Marja przerwała gwałtownie i jej słowa zabrzmiały jak wystrzał. Johanna 

chwyciła babkę za ramię, prosiła, by zaczekała. Niech się pastor wypowie.

- Widzimy to mianowicie tak: pomagałyście przy bardzo wielu porodach we 

wsi. Wiele razy martwiło mnie, kiedy słyszałem, jaką to macie siłę i władzę, jak to 

potraficie tchnąć życie nawet w najbardziej słabowite dzieciątko. Jak umiecie skłonić 

ziarno, by wykiełkowało, a krew, by się zatrzymała.

- To była specjalność Amelii - prychnęła Marja ze złością. Johanna znowu 

szarpnęła ją za ramię i starsza pani rzeczywiście zamilkła.

- Jest jakiś bunt, przeciwstawianie się Bogu, w tym, że ludzie starają się 

zmienić jego wolę i odjąć bądź przynajmniej złagodzić karę, jaką on zsyła na nas za 

nasze grzechy...

Johanna słuchała go jednym uchem. Ten stary refren docierał do niej już nie 

raz. A wobec takiej postawy na nic jest dowodzić, że prawdziwa chrześcijańska 

miłość nakazuje pomagać bliźniemu, jeśli się potrafi. Bała się, że za tą wizytą kryje 

się coś znacznie gorszego i że nawet gdyby udało jej się zamknąć usta pastorowi, to i 

tak wiele to nie pomoże.

Proboszcz mówił więc dalej, wyjaśniał, że wielu parafian zwracało się do 

niego, szukało u niego rady. Czyż bowiem śmierć Amelii nie jest znakiem? Czy to nie 

jest tak, że Bóg chciał coś powiedzieć mieszkańcom Vildegard i całej wsi? Pozwolił 

jej umrzeć, właśnie tej, do której kobiety w swoich najcięższych chwilach miały tyle 

zaufania. Pozwolił też umrzeć dziecku, choć przecież nic nie wskazywało, że ciąża 

Amelii skończy się tak tragicznie.

background image

- Zwracałem się w modlitwie do Pana i błagałem go o odpowiedź. I 

otrzymałem odpowiedź. Przyszła do mnie za pośrednictwem mojej małżonki. Jak 

pewnie niektórzy z państwa wiedzą, ona ponownie oczekuje dziecka. Kiedy więc 

powiedziała mi, że zamierza szukać pomocy przy porodzie właśnie tutaj, w Vildegard,

zrozumiałem, z jaką łatwością wy sprowadzacie kobiety i słabych na złe drogi. 

Patrzyłem na nią, mówiła całkiem bez naturalnego w takich sytuacjach lęku, 

wiedziałem, że ona nie składa już swego życia w ręce Pana, lecz w wasze. I wtedy 

zdjęła mnie groza.

Marja bez słowa potrząsnęła głową. Johanna nie wiedziała, co powiedzieć. 

Pisarz wyjął jakiś dokument.

- Oznajmia się tedy formalnie i w imieniu króla, co następuje: Zgodnie z 

Królewskim Rozporządzeniem o Akuszerkach oraz zgodnie z Prawem o Leczeniu 

Chorych w naszym kraju nie wolno zajmować się tym nikomu, kto nie otrzymał 

odpowiedniego wykształcenia w królewskich instytucjach lub nie jest prowadzony i 

nie korzysta z inspiracji pastora. Zakazuje się też niewykształconym obrotu wszelkimi 

wyrobami aptekarskimi. Niepodporządkowanie się niniejszemu będzie surowo 

karane. Ponadto obwieszcza się zakaz uprawy ziół leczniczych oraz wytwarzania 

wszelkiego rodzaju maści, mikstur, tinktur, z wyjątkiem tych, które można uznać za 

naturalne środki domowego pielęgnowania zdrowia i dobrego samopoczucia.

Odłożył papier na stół i spojrzał Johannie w oczy.

- Muszę powiedzieć, że czynię to z ciężkim sercem. Ale nowe prawo jest 

jasne. Nadchodzą nowe czasy, moje szanowne panie. Obawiam się, że popełnicie 

przestępstwo, jeśli nadal będziecie prowadzić swoją działalność, na którą przecież nie 

macie pozwolenia.

Johannie zaschło w ustach.

- No to co mamy robić? Pisarz westchnął.

- Tak jak ja to widzę, właściwie nic zrobić nie możecie. Jedyne wyjście, to 

gdyby pastor zaofiarował wam opiekę i kontrolę. Wtedy byłoby to zgodne z prawem, 

bo król ustanowił sługi Pana, by mieli nadzór nad rym, co się dzieje. W państwie 

trzeba zrobić koniec z wszelkimi czarami i znachorstwem. W Kopenhadze wciąż 

kształci się zdolnych lekarzy i akuszerki. W ciągu życia jednego pokolenia, najdalej 

dwóch, dokonają się wielkie zmiany.

W Christianii, Bergen, we wszystkich większych miastach pracują już lekarze 

i wykształcone kobiety, które po bożemu i zgodnie z prawem pomagają położnicom.

background image

Johanna wpatrywała się w podłogę. Znała te nowe prawa, nigdy jednak nie 

myślała, że będą one miały jakiekolwiek znaczenie tutaj, w Lyster. O ile dobrze 

rozumiała, prawo zostało wydane po to, by położyć kres działalności wędrownych 

szarlatanów, którzy przeważnie szkodzą ludziom. Poza tym aptekarze też potrzebują 

ochrony swojej działalności. Wykształcone akuszerki również nie są niczym nowym, 

ale Johanna nigdy jeszcze nie słyszała, żeby ktoś taki podjął pracę tak daleko na 

północy kraju.

Wiedziała jednak, że tymczasem bitwa została przegrana. Marja zmrużyła 

oczy i wpatrywała się w pastora, aż musiał odpowiedzieć jej tym samym.

- Ile? - zapytała wyniosłym tonem. - Ile ci za to zapłacił Magnus Storlendet, 

pastorze?

Proboszcz zaczerwienił się po korzonki włosów, ale nie rzekł ani słowa. 

Nawet lensman zaczął sapać gniewnie, że gospodyni waży się twierdzić coś takiego.

Pisarz wstał.

- Myślę, że będzie najlepiej, jeśli już pójdziemy. Nasza sprawa została 

przedłożona, nie czekajmy zatem, aż ktoś powie coś, co nas mimo wszystko 

zaprowadzi na ting.

Zanim goście zdążyli podnieść się z miejsc, Marja ze złością strąciła kufle ze 

stołu. Przynajmniej w ten sposób okazała, jak bardzo nie zasługują na jej szacunek.

- Ja was rozumiem - powiedział pisarz, ściskając rękę Johanny na pożegnanie. 

- Ale to nie ja ustanawiam prawa. A skoro ludzie do mnie przychodzą ze skargami, 

muszę robić to, do czego zostałem wyznaczony.

- Oczywiście - bąknęła Johanna. - Może się w końcu znajdzie jakaś rada... 

Pisarz skinął. Był to bardzo wysoki mężczyzna, a urząd jeszcze dodawał mu 

wielkości. Niewielu ludzi podaje rękę z taką prostotą jak Johanna. Pomyślał przez 

moment, że może ludzie lękają się tych mądrych kobiet właśnie dlatego. Bo może 

one, pracując na granicy życia i śmierci, całkiem tracą szacunek dla zwierzchności.

Lensman wymknął się na dwór, jego rola świadka została wypełniona.

Marja dostała dokument wyjaśniający nowe prawo, warunki jego wypełniania 

oraz kary grożące tym, którzy nie zaprzestaną sprzecznej z nim działalności.

Po wyjściu gości izba wydawała się pusta i dziwnie cicha. Johanna usiadła 

przy instrumencie matki, ale nie zdjęła pokrowca, który od dnia śmierci okrywał 

klawiaturę.

Marja wyniosła naczynia do kuchni i starannie wytarła stół, przy którym 

background image

siedziało trzech ubranych na czarno mężczyzn. Prychała gniewnie, mamrotała coś pod 

nosem, przeklinała.

Johanna poczuła się bardzo zmęczona.

- Żeby chociaż ojciec tu był... Marja wyprostowała się, rękę ze ścierką oparła 

na biodrze. Wysoko zaczesane włosy były mokre nad czołem, a piękna bluzka 

nadawała jej wygląd służącej, która przebrała się w ubranie swojej pani.

- Bendik nie zrobiłby więcej niż my same. Jest zbyt uległy, Johanno. Młoda 

kobieta poczuła, że narasta w niej irytacja na tak surową ocenę babki.

Ale Marja taka jest, bardzo łatwo znajduje proste słowa, by opisać człowieka. 

Szybka w ocenach w każdej sytuacji. Johanna pojmowała gniew babki, więc ugryzła 

się w język, żeby nie powiedzieć czegoś złego.

- Wobec takiej przewagi władzy wszyscy jesteśmy słabi - stwierdziła tylko 

cicho.

- Dobrze o tym wiem. Gdybym nie poznała tego wcześniej, to ten nędzny 

pastor, by mi uświadomił, jak się rzeczy mają. Ale jest tak, jak mówię: to znowu 

robota tych Storlendet. Nie dadzą za wygraną, dopóki całe Vildegard nie zostanie 

sprzedane i rozniesione na cztery strony świata, a ty, obdarta, z dziećmi na rękach, 

będziesz żebrać na drogach.

Johanna spoglądała przerażona na wymachującą rękami babkę.

- Tak właśnie myślę, Johanno. Powinnaś traktować sprawę poważnie. Bardzo 

poważnie. Ja wiem, jak to jest żyć w tej wsi z wrogami ze wszystkich stron. Są tylko 

dwa sposoby, żeby sobie jakoś poradzić, kiedy się już jest tą pliszką w gromadzie 

wróbli - musisz mieć potężnych przyjaciół lub pod dostatkiem srebra.

Johanna roześmiała się krótko.

- Srebra to by się trochę znalazło, ale jeśli chodzi o przyjaciół, to muszę 

powiedzieć, że...

- Znasz pastorową. Sama słyszałaś, że ona ma do nas zaufanie. I jest jeszcze 

wiele dobrych kobiet, które by nas poparły. Przypomnij sobie sprawę szkoły! To było 

wprawdzie wiele lat temu, ale myślę, że mogłabym...

- Marja, uspokój się! Zapal sobie fajkę i przestań wymyślać niestworzone 

rzeczy!

Twarz Marji traciła powoli czerwoną barwę, starsza pani umilkła. Musiała się 

roześmiać do wnuczki. Uściskały się.

- No, no. Na pewno wszystko będzie dobrze. Trzeba ci wiedzieć, że nie po raz 

background image

pierwszy tacy ludzie próbują nam przeszkodzić. Ale czy wygrywałyśmy, czy 

przegrywałyśmy, jedno jest pewne, za każdym razem udawało nam się znowu 

wypłynąć na powierzchnię niczym korek, który ktoś chciał zepchnąć na dno.

Johanna uśmiechnęła się blado, czuła na ramieniu uspokajającą dłoń babki. Z 

głębi domu docierał głos dziecka.

- Widzisz? Ona jest twoją córką. Pewnego dnia będzie wiedziała więcej niż 

my obie. I będzie jeszcze mądrzejsza, jeśli to możliwe, ha, ha. Zapędzimy jeszcze w 

kozi róg tych mundurowych, a wtedy tamci zobaczą. Tamci, którzy chcą kupić za 

pieniądze kolejną zemstę.

Johanna uświadomiła sobie, że zaczyna wierzyć babce.

Marja miała zdolność łagodzenia niepokojów i usuwania przeszkód. A z 

twarzy lensmana można było bez trudu odczytać, po której stronie jest jego sympatia.

To przecież już coś.

Pisarz wypełniał swoją funkcję z przesadną godnością, nic innego nie było do 

pomyślenia. Przy nim stał pastor.

A następnie ci, którzy ukrywali się za czarną sutanną.

Gniew na ludzi ze Storlendet ponownie zawładnął sercem Johanny. Wiedziała, 

ż

e teraz może znowu wrócić koszmar, sny, które dręczyły ją przez długi czas i które 

zawsze kończyły się tym, że patrzyła na własną rękę wbijającą nóż w gardło Erlenda 

Storlendet.

To jest kara. Dożywotnia kara, dążenie Erlenda Storlendet do zemsty, a 

zarazem tajemnica, którą ona musi do końca dni swoich dźwigać samotnie.

- Ja się zajmę dziećmi, a ty biegnij do mnie i powiedz Emmi, żeby tu przyszła 

i przyniosła niemieckie wino z winogron. Jestem pewna, że przywróci nam ono 

zdolność jasnego myślenia, inteligencję i tyle przewrotności, że zdołamy wymyślić 

odpowiedź na ich atak.

Z ulgą Johanna pobiegła przez podwórze, przez porośniętą trawą dróżkę, koło 

miejsca, skąd widać rzekę, do bramy domu Marji. Zbliżała się noc i teraz, w drugiej 

połowie sierpnia, wieczory były znowu ciemne. Dostrzegła światło palące się na 

piętrze domu, gdzie znajdował się pokój Emmi, ale hall wielkiego domu był pusty, 

Johanna musiała wołać dwa razy, zanim maleńka kobieta otworzyła drzwi i 

odpowiedziała.

W powietrzu unosił się jakiś nieokreślony słodki zapach. Johanna dobrze 

rozumiała, że mieszkańców wsi niepokoi ten dom i żyjące w nim kobiety.

background image

Wzgórek był jak skamieniały, jakby już dawno stał się skałą w obronie przed 

zwierzętami i dwunożnymi rabusiami tego, co pod nim spoczywało.

Na grobie leżała duża kamienna płyta, ale nietrudno było ją usunąć. Wydawało 

się, że zmieszaną ze żwirem ziemię można rozkopać bez trudu, ale niewielka łopata 

Bendika zsunęła się po powierzchni odłupując jedynie niewielki fragment.

Kosztowało go to wszystko więcej, niż by chciał, bowiem proboszcz z 

Sogndal nie bardzo zadowolony wysłuchał jego prośby. Teraz Bendik był zamożnym 

człowiekiem, kimś, kto budzi szacunek przez samo to, że jest dziedzicem kilku 

dużych posiadłości nad fiordem w okolicach Lyster.

Mimo to poczucie sprawiedliwości pastora burzyło się na myśl o tym, żeby tak 

bez oporów ułaskawić samobójczynię. Kiwał głową, słuchając zapewnień Bendika, 

niechętnie pisał coś na kawałku papieru, ale sprawa rozstrzygnęła się dopiero, kiedy 

sakiewka ze srebrem zmieniła właściciela. Pastor i tak zresztą postawił surowe 

warunki: wszystko ma się odbyć w ciszy i bez ludzkiego gadania. Grób na cmentarzu 

ma się nie rzucać w oczy. W zachodnim narożniku cmentarza grzebie się 

najbiedniejszych pod wspólną kamienną płytą, tam może spocząć także Synneva.

Bendik zgodził się na wszystko.

Także na to, że sam zadba o transport trumny.

Nie protestował przeciwko temu. Minęło wiele lat, nikt nie wie, co jeszcze 

zostało w grobie Synnevy. Trumna była wtedy zrobiona z marnego drewna, zbita byle 

jak, w pośpiechu. Jakieś kości jednak pewnie znajdą. Grunt w miejscu, gdzie ją 

pochowano, to żwir przemieszany z gliną, kamienna płyta miała powstrzymywać 

wodę, żeby nie spływała prosto na umieszczoną w dole trumnę.

Z wysiłkiem usunął górną, twardą warstwę. Teraz kopał w glinie, raz po raz 

wydobywał kamienie wielkości pięści.

Słyszał za sobą równy, spokojny oddech swojej pomocnicy. Helena 

najwyraźniej się nie bała. Widocznie życie nauczyło ją, że to nie umarli ani duchy są 

największym zagrożeniem człowieka. I nawet jeśli Synneva miała nie załatwione 

rachunki z tym światem, to jest mało prawdopodobne, by jej ewentualne powroty 

miały czynić krzywdę tej obcej kobiecie, z którą się nigdy nie spotkała.

A Bendik sam? On wiedział, że dopóki żyła robił dla niej wszystko, co mógł. 

Dziękował Bogu, że nie musiał jej zdradzić, że śmierć ich rozdzieliła. Wiedział 

bowiem, że gdyby był mu dany wybór, to znalazłby się również wśród tych, którzy ją 

skrzywdzili. Za nic nie wyrzekłby się Amelii, nawet poczucie odpowiedzialności za 

background image

Synnevę niczego by tu nie zdziałało.

Czy to ja popchnąłem ją w wody fiordu?

Zadawał sobie to pytanie setki razy i zawsze doznawał skurczu serca. Zawsze 

jednak potrafił się jakoś z tym uporać, wiedział bowiem, że uczynił wszystko co 

możliwe, by zrozumieć jej urażone, obolałe uczucia.

Nie, wobec Synnevy miał zawsze tylko jeden dług.

I właśnie teraz go spłaca.

Odgarnął na bok ostatnią warstwę ziemi, zdumiony, że wyczuwa pod palcami 

drewno. To niemożliwe, by trumna była cała. Zaraz jednak ukazał się duży fragment 

deski.

Helena pochyliła się obok niego. Trzymała w ręce latarkę, ale nie musieli jej 

zapalać. I tak będzie łaska boska, jeśli ich nikt nie zobaczy przy tej robocie.

W Bondeviki ludzie chyba już śpią o tej porze. Nikt więc nie musi zauważyć 

noszy sunących przez nie zamieszkany teren, podskakujących na nadbrzeżnych 

kamieniach w miejscu, gdzie żadne lodzie nie przybijają.

- Czy mam...

Helena wyciągnęła w stronę grobu szeroką łopatę przeznaczoną do tego, by 

podnieść całą zawartość trumny i podłożyć pod nią gruby worek.

Bendik usunął jeszcze więcej ziemi. Szerokie, grube deski trumny zbutwiały 

po brzegach, zwłaszcza w miejscach, gdzie wbito długie gwoździe. Zdjął wieko, 

nawet nie wstrzymując oddechu. Mdłe światło płynące z góry, z ciemnoniebieskiego 

firmamentu, pozwalało mu dostrzec kontury owiniętej w szare płótno postaci.

Helena westchnęła, bardziej chyba z ulgi niż z jakiegoś innego powodu. 

Odczuwał dla niej za to wdzięczność. Widać ta młoda kobieta miała też inne strony 

prócz tego, co dostrzegał, kiedy przyszła do ich domu, ściągając wstyd na Johannę i 

na całą rodzinę.

Chyba wiedziała, że wzbudza w nim dobre uczucie. Wiedziała, że potrzebował 

kogoś, kto by mu pomógł, zdawała sobie z tego sprawę od chwili, kiedy tamtego 

wieczoru na strychu lamusa wyjawił jej, co zamierza.

Przenieśli zwłoki do nowej trumny.

Płótno zsunęło się na bok.

Bendik dostrzegł przerażająco wyraźne rysy Synnevy. Uświadomił sobie, że 

już zapomniał, jak wyglądała.

Ciemne oczodoły patrzyły na niego z taką samą pustką, jaką w ostatnim 

background image

okresie życia widywał w jej spojrzeniu.

Helena pochyliła się raz jeszcze, poszukała w głębokich kieszeniach spódnicy 

i wyjęła dwie srebrne monety.

W milczeniu położyła je w miejscach, gdzie kiedyś były oczy.

Potem zapaliła latarkę.

Bendik zobaczył, jaka zdrowa i czysta jest złotawa skóra Heleny i że włosy jej 

płoną, jakby same były płomieniem.

- Ładna była ta twoja Synneva. A teraz może spoczywać w pokoju. Przytaknął 

bez słowa, poczuł, że żal przepełnia mu piersi. W tej chwili widział też wyraźnie 

twarz Amelii. Uświadomił sobie, że aż do tej nocy nie miał odwagi spojrzeć w puste 

oblicze bólu.

Dopiero teraz, w świetle latarki Heleny.

Szepnął:

- Akurat dzisiejszej nocy, kiedy sierpień przechodzi we wrzesień, ona została 

przeniesiona z wyspy Selje do kościoła. To dlatego my przyszliśmy tutaj właśnie 

dzisiaj, Heleno.

Patrzyła na niego, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Nie podobało mu się to jej 

spojrzenie, przypominało spojrzenie Johanny.

- Ja mówię o świętej Sunnivie.

- Ach, o niej... Bendik wyprostował się, zrobił krok w tył, wycofał się z kręgu 

ś

wiatła.

Zauważyła, że złożył ręce, uczyniła więc to samo, z latarką zwisającą przy 

nadgarstku.

- Ty pewnie myślisz, że mnie też rozum się pomieszał. Ale odczuwałem 

wielką potrzebę pochowania jej po chrześcijańsku. Czy to źle? Czy zrobiłem coś 

przeciw Amelii?

Helena potrząsnęła głową. Włosy zdawały się sypać skry.

- Nie. Przeciwko Amelii nie. Ona dobrze wiedziała, czyim byłeś mężem. Była 

bardzo szczęśliwą kobietą.

Uśmiechnął się blado.

- Ty wiesz co nieco o mężach, Heleno. Przytaknęła.

- Owszem, wiem. O mężczyznach. Wiem wystarczająco dużo na to, by nigdy 

się z żadnym nie wiązać.

- Jesteś młoda.

background image

- Nie. Jestem podstępna. Jak lisica. Skinął głową, ale myślami był gdzie 

indziej.

- Ale chciałabym ci powiedzieć, panie Bendik, że ty zawsze traktowałeś mnie 

dobrze. Lepiej niż twoje kobiety.

Bendik nie odpowiedział. Chwila nad grobem Synnevy była taka niezwykła, a 

oni stoją i rozmawiają o zupełnie innych sprawach.

- Chodź, trzeba kończyć. I zabierajmy się z Sogndal, zanim się rozwidni. 

Czeka nas jeszcze mnóstwo roboty.

Każde miało swoją łopatę, pracowali w milczeniu i wkrótce znowu kamienna 

płyta znalazła się na dawnym miejscu, na zapomnianym grobie. Milczeli oboje, kiedy 

łódź odpływała od brzegu, a Helena czuła się dziwnie odprężona, jak nigdy. 

Zastanawiała się przez chwilę, dlaczego tak jest, ale przychodziło jej do głowy tylko 

takie wyjaśnienie, że wszyscy mężczyźni, którzy wzbudzają w niej sympatię, mają 

jedną cechę wspólną: Nigdy jej nie dotykają. Od bardzo, bardzo dawna, właściwie od 

zawsze pamiętała walkę, żelazny uścisk męskich rąk. Ale nic więcej, ani zaślinionych 

ust, ani lubieżnych głosów, ani tych spojrzeń, które sprawiały, że marzyła o wbiciu 

któremuś noża w brzuch.

Wiedziała, jak ich okiełznać, o, tak, znajdowała przyjemność w upokarzaniu, a 

nawet w podbijaniu im bębenka. Bywało, że wykorzystywała ich do czegoś, ale żeby 

odczuwać do nich sympatię?

Nie, na tej należącej do Szatana ziemi nie ma mężczyzny dla niej.

Przeważnie były to tylko ogarnięte chucią świnie, z którymi bez trudu dawała 

sobie radę, albo bezpłciowi, niegroźni starcy, jak Bendik.

Ale on jest miły. I uczciwy.

I jest też jedynym, któremu wylała wiadro pomyj na głowę, a on jej nie stłukł.

Wiosłował nierówno, szarpał wiosła, ręce widocznie nie nawykły do takiej 

pracy. Helena uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała, że wiosłowałaby i szybciej, i 

pewniej.

Twarzy jego nie widziała. Podniósł kołnierz i kapelusz naciągnął na oczy. Ona 

sama siedziała otulona w wielką wełnianą narzutę, zaczyna się wrzesień, wkrótce 

brzozy w górach zaczną żółknąć.

Ominęli cypel, płynęli wzdłuż brzegu. Nigdzie żywego ducha. Wiedziała 

jednak, że grabarz czeka na nich przy starej szopie na łodzie i że zadba, by trumna 

znalazła się w ziemi tak, jak pastor obiecał.

background image

Kiedy następnej niedzieli ludzie przyjdą do kościoła, nikt nawet nie zauważy, 

ż

e pod trumną nieszczęsnego myśliwego Rolfa Revhaugen została pochowana jakaś 

kobieta. Kobieta, którą być może ten i ów pamięta i której dziecko wychowuje 

zamożne małżeństwo w ich parafii.

Łódź przybiła do przystani, dwoje ludzi poszło szybko w stronę gospody. Ze 

ś

rodka dochodziły głosy podpitych żołnierzy, podróżni mogli się ogrzać przy ogniu i 

napić pożywnego rosołu, który sprzedawała karczmarzowa. Bendik wiedział, że tej 

nocy będzie spał spokojnie, bez koszmarów.

Helena wyciągnęła się na czystym posłaniu w swojej izdebce, ona też była 

spokojna, czuła się bardzo dobrze.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Tego wieczoru lensman przyszedł sam. Było to dwa dni przed świętym 

Michałem i w Vildegard Johanna sporządzała listę towarów, które chciała, żeby jej w 

tym roku kupiono na jarmarku. Lista Marji była znacznie dłuższa, ale i tak ręce 

Johannie drżały, kiedy odczytywała wypisane przez siebie słowa.

Książki.

Zakupy w aptece.

Bela delikatnego materiału na ubranka i bieliznę dla dzieci. Pudełko 

kobaltowego barwnika do farbowania wełny, z której w zimie będzie się robić ubrania 

i tkać samodział. Dwa funty tytoniu. Cukier, pieprz, tłuszcz do wyrobu różnego 

rodzaju maści. I alkohol, nieduże, kształtne, szklane butelki ku radości wiernych 

pomocników w prowadzeniu gospodarstwa.

Chętnie dopisałaby jeszcze wiele rzeczy, tyle jeszcze produktów chętnie by 

kupiła. Część jednak mogła przygotować sama, a z drugiej strony nie chciała 

wydawać za wiele pieniędzy, zanim sprawy spadku nie zostaną doprowadzone do 

końca. Bendik, oczywiście, ma pieniędzy pod dostatkiem, dobrze o tym wiedziała, ale 

nie chciała go prosić tak zaraz po śmierci matki.

Spadek po Amelii będzie spory. Zbiory z ogrodu są w tym roku nadzwyczajne. 

Jakby wszystko kwitło i rodziło się ku czci zmarłej gospodyni. To, co wiosną włożyła 

w ziemię, odpłacało się stokrotnie.

Lensman ostrożnie zapukał do drzwi.

Johanna siedziała przy stole koło kominka i usłyszała pospieszne kroki przy 

wejściu kuchennym. Ktoś wpuścił gościa do środka. Poczuła, że wcale sobie nie 

background image

ż

yczy żadnych obcych, mimo to wstała, poprawiła włosy, zdjęła szybko roboczy 

fartuch i schowała go pod krzesłem.

Lensman kłaniał się z czapką w garści i życzył jej dobrego wieczoru.

- Wygląda na to, że znowu przychodzę nie w porę. Czy pani jest sama?

- Tak. Proszę wejść, lensmanie. Wahał się przez moment. Nastrój jego 

ostatniej wizyty wypełniał pokój niczym szara mgła. Johanna zapaliła świece w 

ś

wiecznikach na instrumencie i poleciła pokojówce przynieść poczęstunek.

Po zwyczajowych uprzejmych formułkach, po zaproszeniach gospodyni, żeby 

się rozgościł, lensman odzyskał spokój, grzał nogi przy ogniu i łowił smakowite 

zapachy płynące z kuchni. Chwalił Johannę za piękny i przytulny salon, za niezwykle 

uprzejme zachowanie służby i za haftowaną makatkę ozdabiającą ścianę nad 

kominkiem.

- Niech lensman wybaczy, ale myślę, że byłoby najlepiej, gdyby od razu 

wyłożył swoją sprawę. Nie jestem dzieckiem.

Gość chrząknął i złożył ręce. Odblask ognia pełgał po jego twarzy. Nie był to 

młody człowiek, ale wyglądał jak onieśmielony chłopiec, kiedy tak siedział miętosząc 

czapkę w rękach.

- Proszę pani... Johanno... naprawdę nie wiem, jak to wyrazić. Właściwie to 

chciałem się spotkać z pani ojcem. Ale widać to palec Boży, skoro go nie ma. Więc 

będzie mi łatwiej mówić wprost...

Skinęła głową. Lensman wiedział, że jeśli ona nie przyjmie życzliwie tego, co 

chce jej powiedzieć, to sprawa zostanie między nimi. Poczuł się bezpieczniej. W tej 

sytuacji łatwiej jest mówić szczerze.

- Oburza mnie to, co się dzieje we wsi. I wcale nie jestem pewien, że to przez 

królewskie prawo. Te rozporządzenia, o których wspominał pisarz... one nie dotyczą 

takich jak pani, Johanno. Zostały wydane przeciwko wszelkiego rodzaju magikom, 

wędrownym znachorom i babkom wyrządzającym ludziom krzywdę swoimi 

krwawymi rytuałami i diabelskimi zaklęciami. Moim zdaniem, pisarz też o tym 

dobrze wie.

- No więc dlaczego?

- Przecież pani wie, Johanno. Ma pani w tej wsi wrogów. Chodzi o spadek...

- Nie narobiłam ludziom wiele krzywdy. Właściwie nikomu poza rodziną 

Storlendet.

- Obawiam się, że to właśnie wystarczy. Magnus jest teraz silny jak nigdy. Ma 

background image

więcej ziemi niż inni. Poza tym myślę, że nikt nie ma tylu listów zastawnych od ludzi 

co on. Wszyscy prawie są jego dłużnikami, ci komornicy i dzierżawcy. Siedzą u niego 

w kieszeni.

- Biedni ludzie... i to jest przysługa, którą wyświadczył im Bendik, mój ojciec. 

Podpisywał te listy zastawne z większą łatwością, niż prokurator znajduje słowa. 

Biedak myślał, że im w ten sposób pomaga.

Lensman przytakiwał.

- Tak jest. Ale wszystkie papiery razem z gospodarstwem przeszły na 

własność Magnusa Storlendet. A on korzysta z nich przy każdej okazji. Johanna 

westchnęła.

Skrzypnęły drzwi od kuchni, w progu ukazała się służąca.

Johanna dala znak, by wniesiono poczęstunek. Rozmowa została na chwilę 

przerwana.

Lensman mruczał zadowolony, gdy Johanna wzięła ze stolika pod oknem 

piękną karafkę i napełniła kieliszki nalewką na kminku, anyżku i szałwii.

- Twoje zdrowie lensmanie - powiedziała z uśmiechem i śledziła ruch jego 

ręki, dopóki cynowy kieliszek nie dotknął warg gościa. - Czy mógłbyś mi pomóc, 

lensmanie? - zapytała cicho.

Bezszelestnie odstawił kieliszek na stół i spojrzał jej w oczy.

- Nie, proszę pani. Nie sądzę. W każdym razie nie inaczej, jak tylko radą... 

radą, o której nigdy nikomu nie wspomnisz.

Johanna gestem zapraszała do jedzenia, podano kaszę i smażone mięso, a do 

tego gotowaną marchew i groch z ogrodu Amelii.

- Proszę jeść, lensmanie. Wolałabym, żebyś mi radził z pełnym żołądkiem. Z 

wdzięcznością skinął głową, a podczas jedzenia opowiadał jej o różnych nieważnych 

wydarzeniach w okolicy, mówił o swojej rodzinie i o zbiorach.

- To najgłupsza rzecz, jaką słyszałam, Johanno. Nie wolno ci czegoś takiego 

traktować poważnie! Czy ty nie rozumiesz, że to wszystko zostało ukartowane, 

zaplanowane? Lensman jest u pisarza chłopcem na posyłki. Założę się o mój warkocz, 

ż

e on to wszystko wymyślił, żeby podporządkować cię własnej woli!

- Pisarz? Nie, Marjo, teraz ponosi cię wyobraźnia!

- Wyobraźnia? No to wiedz, że ludzie we wsi od dawna gadają, jaka to z 

ciebie znakomita partia! Jesteś zdolna, masz dobrą opinię, wiedzą, że jesteś 

pracowita, wiedzą, jak się opiekujesz chorymi w szpitaliku. Wielu nazywa cię darem 

background image

bożym, zbawicielką, która uwalnia ich od bólu i cierpień. A chłopy gadają między 

sobą, Johanno, gorzej niż baby. Dużo by dali za to, żeby poznać, jakie ty znasz 

sztuczki w łóżku...

- Skończ z takim gadaniem, Marjo! To po prostu nieprzyzwoite!

- Zamilknij choć raz i wysłuchaj mnie! Bo naprawdę stracę do ciebie 

cierpliwość, moja kochana! Czas najwyższy, żebyś zrozumiała, jaką dysponujesz 

władzą, i zrobiła z niej użytek! Tak, żeby ludzie pomyśleli wiele razy, zanim zechcą 

znowu zastawiać na ciebie takie pułapki. Rozważmy teraz dokładnie, co lensman w 

rzeczywistości powiedział. Syn pisarza chciałby się z tobą ożenić, co? I jeśli 

zaakceptujesz takiego konkurenta, to większość oskarżeń przeciwko tobie zostanie 

wycofana? Zastanów się, skąd te oskarżenia pochodzą? Ze Storlendet, rzecz jasna. I 

od pastora. No i jeszcze od paru innych, takich jak Thoriniussen z Kapteinsmoen, 

który nawet własnej baby nie potrafi utrzymać w cuglach. Ale oni nie mają żadnego 

znaczenia! - krzyczała Marja.

Johanna głęboko wciągnęła powietrze i wbiła w babkę najbardziej przenikliwe 

ze swoich spojrzeń.

- Marja, my nic nie wiemy. Lensman wyrażał się bardzo niejasno... powiedział 

tylko, że powinnam rozejrzeć się czasem po wsi, ocenić. Bo być może czekają tam 

konkurenci do mojej ręki, którzy mogliby mieć wpływ na tę sprawę.

- Ale powiedział przecież, że syn pisarza...

- Powiedział, że nawet sam pisarz podziwia to, że moi wielbiciele trzymają się 

z boku, przestraszeni moimi tak zwanymi talentami.

Marja zadowolona kiwała głową.

- No widzisz! Jest tak, jak mówię. To pisarz wymyślił tę sprawę i dobrze 

wiedział, gdzie szukać pomocnika.

Johanna poczuła, że poglądy babki zaczynają ją irytować.

Pochyliła się nad kominkiem, wzięła jakiś patyk i zaczęła przegarniać żar. 

Spod oka spoglądała na starszą kobietę, która siedziała z wysuniętymi w stronę ognia 

nogami i przez miękkie kapcie widać było, że porusza palcami.

- Jeśli się mylisz, babciu, mówię „jeśli", to najlepiej zrobię, gdy zaczekam 

trochę z wystrojeniem się dla syna pisarza.

Marja wzruszyła ramionami.

- Moim zdaniem jednak wcale by nie zaszkodziło rozejrzeć się trochę wokół, 

Johanna. Już dawno chciałam o tym z tobą porozmawiać, ale jakoś nie było okazji... 

background image

czy ty wciąż myślisz o Ravim?

Johanna złamała drewno na dwoje. Trzask przypomniał jej daleki odgłos 

wystrzału.

Strzepnęła ze spódnicy wiórki i popiół, wstała i pochyliła się nad siedzącą 

babką.

- Staram się tego nie robić. I wszystko jest dobrze, dopóki nikt nie wspomina 

przy mnie jego imienia, babciu.

Marja cofnęła się, słysząc jej ostry głos.

- Nie, nie, ja nie chciałabym nalegać, ja... ale to niemądre z twojej strony 

siedzieć tak z założonymi rękami. Jeśli nie możesz o nim zapomnieć, to, do diabła, 

powinnaś go odnaleźć! Nie mógł przecież odejść zbyt daleko, on, który nie miał 

pieniędzy.

Johanna znowu usiadła, oparła głowę na rękach i mówiła cicho:

- Za tobą to naprawdę trudno trafić. W jednej chwili chcesz, żebym uwodziła 

jakiegoś obcego człowieka, bo może on się mną interesuje i być może mógłby mnie 

bronić przed oskarżeniami... a w następnej każesz mi zostawić wszystko i niczym 

jakaś latawica szukać po świecie Raviego!

Dławił ją gniew i o mało się nie rozpłakała, Marja otworzyła usta ze 

zdumienia jej wybuchem.

- Ależ nie, moja mała...

- Nie jestem mała! Do diabła, babciu, przyjmij to wreszcie do wiadomości. 

Jestem dorosła! Mam dziecko, a nawet dwoje. I jestem ciężko pracującą kobietą, leczę 

chorych i szkoda mi czasu na głupstwa. Teraz ktoś się na mnie zawziął. I 

prawdopodobnie nie mam nic na swoją obronę, co mogłabym powiedzieć tym 

przedstawicielom władzy.

- Ależ Johanno, ja...

- Powiedziałam to już wcześniej i powtarzam jeszcze raz: nie zamierzam tracić

czasu na twoje rozgrywki i intrygi, Marjo! Nie sądź, że nadal możesz się wywinąć z 

każdej sytuacji dzięki pięknym uśmiechom lub za jakąkolwiek inną cenę. Może ty 

potrafisz żyć z tym, że ludzie traktują cię jak starą kombinatorkę, ale moje życie musi 

być inne. Ja chcę szacunku! Szacunku i spokoju!

Oczy Marji pociemniały, zresztą może twarz jej zbladła tak bardzo pod 

wpływem tych strasznych słów. Zmarszczyła brwi i spuściła głowę. Cichym głosem 

odpowiedziała na tyradę wnuczki:

background image

- No to wyjdź za mąż za syna pisarza, Johanno. Zdobądź mnóstwo bogatych 

przyjaciół i zadbaj, by mąż dał ci dość srebra dla oślepienia ludzi. Nie masz innego 

wyjścia, bo nie jesteś mężczyzną. Ty też nie jesteś mężczyzną!

Powietrze już dawno uszło z Johanny. Opadła na krzesło obok babki i 

drżącymi rękami ujęła filiżankę z herbatą. Letni napój był gorzki i cierpki, ale wypiła 

wszystko.

Potem uniosła wzrok. Oczy miała suche i czyste, w świetle dnia zawsze 

bardziej się od siebie różniły.

- Ja już podjęłam decyzję, babciu. I mam nadzieję, że pochwalisz mój wybór, 

chociaż jest daleki od tego, co ty mi proponujesz.

- Ach, tak?

Johanna czuła, że serce jej bije jak szalone, niczym bęben w pustym pokoju. 

Odstawiła filiżankę, oblizała wargi, zatęskniła za czymś słodkim, co by mogło 

przełamać gorycz w ustach.

- Jadę do Kopenhagi. Chcę zostać akuszerką. Wykształconą w królewskiej 

szkole akuszerką z papierami z Uniwersytetu, zgodnie z królewskim zarządzeniem.

Blada twarz Marji była teraz jak wykuta w kamieniu. Płomienie na palenisku 

objęły kolejne polano, ogień oświetlał Marję żółtym blaskiem.

Johanna cierpliwie czekała na reakcję babki.

Trudno było coś wyczytać z jej zaciśniętych warg, z szeroko otwartych oczu.

Serce młodej kobiety biło coraz głośniej.

W końcu Marja powiedziała:

- Bóg zsyła mi przez ciebie więcej, niż się spodziewałam. Masz moje 

pozwolenie, Johanno, to oczywiste. Ale albo nie wiesz, o czym mówisz, albo jesteś 

odważniejsza, niż kiedykolwiek myślałam.

Johanna skinęła głową.

- Tak, jestem odważna. Ja wiem, że ludzie traktują mnie jak kobietę 

bezkrwistą. Kogoś, kto nie przeżywa ani wielkich namiętności, ani wielkich cierpień. 

Oni myślą, że dostałam nauczkę na całe życie, bo w młodości uległam uczuciom i 

straciłam rozsądek. Sądzą widocznie, że śmierć Erlenda wiele mnie nauczyła.

- Ale się mylą - mruknęła Marja. - Pomyśleć, moja wnuczka będzie pierwszą 

norweską akuszerką z królewskimi papierami. Wtedy nikt już nie będzie mógł nawet 

tknąć Vildegard, wszyscy będą musieli...

- Nie jestem pierwsza i nie będę ostatnia. W Bergen pracują już dwie takie. A 

background image

w Sannegade kształci się co roku dwanaście dziewcząt To nic nadzwyczajnego, 

Marjo_.

- Nic nadzwyczajnego! Chyba nie wiesz, co mówisz! Będziesz się uczyła u 

najlepszych profesorów, mądrych mężów z całej Europy, może nawet u samego 

Wintgensteina, niemieckiego uczonego, albo u jego kolegi Le Claire'a, który z kolei 

był uczniem...

- Babciu! - zawołała Johanna zdumiona. - Skąd ty to wszystko wiesz? Marja 

podniosła się z miejsca niczym dama dworu.

- Moja kochana, myślę, że powinnaś pójść ze mną do mojego pokoju. Mam ci 

to i owo do pokazania. Wiesz, twoja stara babka spędziła parę lat w Kopenhadze, i 

myślę, że są tam jeszcze ludzie, którzy mnie pamiętają.

Johanna uświadomiła sobie, że teraz serce bije jej lekko, jak w tańcu.

- Naprawdę? Och, Marjo, myślisz, że mogłabyś dać mi jakieś listy polecające? 

Znasz kogoś, kto mógłby mi wyrobić miejsce na uniwersytecie? I kogoś, u kogo 

mogłabym mieszkać? Och, rozmawiałaś już z Emmi? Domyślałaś się, co 

zamierzam...?

Marja mrugnęła do niej porozumiewawczo z tajemniczym uśmiechem.

- Owszem - powiedziała krótko. Wszystko wyglądało bardzo prosto, kiedy 

przedstawiła Marji rozwiązanie zagrożenia dla Vildegard i w ogóle. Ale myślała nad 

tym długo. Sama zdawała sobie sprawę z tego, że pomysł przyszedł niczym dar z 

nieba, spełnienie próśb i marzeń, jakich nigdy nie miała odwagi sformułować.

Pamiętała wszystkie godziny spędzone nad książkami, nawet w najcięższych 

chwilach swego życia zagłębiała się w tych z początku całkiem niezrozumiałych 

misteriach, które książki przed nią otwierały.

Czytała po nocach, kiedy czekała na ślub z Erlendem. Zabrała książki ze sobą, 

kiedy uciekała z Ravim. Połykała wszystko, co znalazła w bibliotece pastora w 

dniach, kiedy była jedyną pociechą i jedynym ratunkiem pani Karen.

A później z wielkim szacunkiem strzegła daru od pastorostwa.

Siedziała pod nasłonecznioną ścianą domu w tamtej pięknej dolinie i czytała. 

Nauczyła się rozumieć wiele języków na tyle, by wchłaniać w siebie wiedzę zawartą 

na martwych stronach pergaminu.

I potem...

Zawsze nosiła w sobie to samo marzenie, żeby wiedzieć więcej, być 

mądrzejsza, znaleźć odpowiedź na tak wiele pytań.

background image

Zdobyć tyle wiedzy i umiejętności, by móc usunąć to okrutne przekleństwo, 

które codziennie widziała w oczach Benjamina.

To musiało być coś z krwią. Coś, co sprawia, że ciało nie jest w stanie 

zatrzymać źle skierowanego strumienia krwi. Może krew Benjamina jest rzadsza niż u 

innych, zdrowych osób. Może czegoś w jego krwi brak. A może on ma zbyt słabą 

skórę i żyły. Zastanawiała się nad tym przez niezliczone noce po jego urodzeniu, 

wiele razy rozmawiała o tym z matką.

Amelia jednak uważała, że to przekleństwo. Po prostu. Johanna natomiast była 

pewna, że któryś z tych uczonych mężów, którzy badają chorobę, pewnego dnia 

znajdzie odpowiednie lekarstwo.

Doktorzy na świecie dokonują cudów, Johanna wielokrotnie o tym czytała.

Ratują ludzi, którzy już właściwie byli skazani na śmierć. Otwierają ciała, 

wyjmują chore organy, zdarzało się podobno nawet, że wkładano zdrowe organy do 

chorego ciała i przywracano je do życia. Uwolnili kobiety, które z powodu choroby 

lub kalectwa nie mogły normalnie rodzić dzieci. Dokonują amputacji, nie powodując 

ś

mierci pacjentów w bólach.

W jednej z jej książek są rysunki najdziwniejszych narzędzi i instrumentów, a 

wszystkie powstały dzięki wiedzy i mądrości ludzi.

Jeśli ktoś mógłby ją nauczyć dość, by umiała pomóc Benjaminowi, zatrzymać 

tę jego krew, która w tak nienormalny sposób płynie pod skórą, to właśnie ci mądrzy 

mężowie.

W Kopenhadze.

Johanna czuła, że ciągnie ją do tego miasta jakaś wielka siła.

Ale setki innych więzów trzeba będzie jeśli nie zerwać, to przynajmniej 

naruszyć, wiedziała, że jeśli wyjedzie, wiele się zmieni.

Ona sama będzie krwawić.

Ale Pan jest dobry i uwolnił ją od konieczności wyboru.

Teraz po prostu musi jechać. Wciąż sobie powtarzała, że to jedyne 

rozwiązanie. A lensman niech się dziwi, że jego przyjazna wizyta nie doprowadziła 

go do honorowego miejsca przy stole na weselu syna pisarza.

Johanna czuła, że jesienny chłód wdziera się pod ubranie tego dnia, kiedy 

osiodłała konia i pojechała do lasu, żeby zebrać myśli i rozkoszować się świeżym 

powietrzem oraz ostatnimi zapachami umarłego lata.

- Czy myślisz, że to rozsądne tyle jej opowiadać? Emmi podciągnęła wysoko 

background image

kolana, siedziała, paląc długie, cienkie cygaro.

Wąskie spodnie z cienkiego brokatu szczelnie opinały jej nogi, kamizelka 

włożona na szeroką, haftowaną bluzkę przekrzywiła się.

Marja wdychała zapach kosztownego tytoniu, który przyjaciółka roztaczała 

wokół siebie. Była taka drobna w tym wielkim francuskim fotelu, ale Emmi już 

dawno temu przekonała Marję o swojej sile i wielkości.

- No, nie wiem... ona mnie naprawdę zaskoczyła. Jest w tej Johannie dużo 

więcej, niż sądziliśmy. Przyznaję to ze wstydem - mówiła Marja cicho.

Emmi przytakiwała. Jej miękkie, blade wargi bawiły się końcem cygara w 

jakiś niemal nieprzyzwoity sposób.

- Jeśli chcesz mnie spytać o radę, Marjo, to powiem ci, że powinnaś zaczekać. 

Ona jest młoda. Bardzo młoda. Sądzę, że najmądrzejsze, co można zrobić, to właśnie 

przyjąć postawę wyczekującą. Ale, oczywiście, powinnyśmy jej pomóc. Najlepiej jak 

potrafimy.

Marja wtuliła głowę w miękką poduszkę, którą miała za karkiem.

- Tak, masz rację. Ale muszę ci też powiedzieć, że bardzo mnie to cieszy. Tak 

strasznie się cieszę, widząc ją taką. Taką stanowczą, świadomą celu. I nieulękłą, 

Emmi! Jak wiele musiało ją kosztować podjęcie takiej decyzji. Przecież wiesz, jak 

bardzo jest związana z dziećmi i z ojcem... po tym, co się stało z Amelią, bardzo się 

bałam, że ona całkiem się załamie. A tymczasem ona... rozkwitnie. Jestem 

przekonana.

- Niczym lilia - skinęła Emmi z wymownym uśmiechem. Marja pochyliła 

głowę, ale była w tym geście duma.

- Jak lilia.

Dzieci, dzieci, jak możesz odjeżdżać od dzieci? Od tych dwóch małych istotek 

absolutnie bezradnych? W jednym z nich płynie twoja krew, to jedyne twoje dziecko. 

A Ingalill? Masz wobec niej dług, to przecież ty zabrałaś ją od matki wyłącznie z 

powodu własnej dumy. One są takie małe, tak łatwo je skrzywdzić. Jeden podmuch 

wiatru może je porwać i nigdy więcej ich nie zobaczysz.

I kto je pocieszy w niedoli? Kto poza tym zajmie się ludźmi, szukającymi u 

ciebie ratunku? Kto zadba, żeby twój ojciec się nie załamał z żalu i zmartwienia, i kto 

dojrzy gospodarstwa, kiedy ojciec jest półprzytomny z tęsknoty?

Kto będzie się troszczył o grób twojej matki?

Nie jestem niezastąpiona.

background image

Inni mogą wykonać moją pracę.

Marja obiecała doglądać ojca i przypilnować, żeby załatwił wszystko w 

Meisterplassen. Zawsze mogłam polegać na służących, zostawiać im dzieci na długie 

godziny. A w szpitaliku musi teraz panować martwa cisza i kompletny spokój, skoro 

Magnus Storlendet dopiął swego.

Będą tu bardzo dobrze żyć beze mnie.

Nikt nie jest niezastąpiony. Przecież mogę umrzeć jutro. Wybacz mi, Boże, te 

moje pyszne myśli o sobie. Pomóż mi pokonać grzeszne wyobrażenia i ześlij mi 

przekonanie, że jeśli teraz wyjadę, to tak będzie najlepiej dla nas wszystkich.

Bądź tak miłosierny, pozwól mi wrócić do domu po kilku latach i stwierdzić, 

ż

e wszystko obróciło się na lepsze. Daj, bym wróciła tu z papierami w ręku, dobry 

Boże, to już o nic więcej nie będę cię prosić.

Jechała konno przez wiele dni, a w jej grupie była jeszcze tylko jedna kobieta. 

Tempo nadawali surowi mężczyźni, którym o tej porze spieszno było do miasta. Targ 

miał się ku końcowi, wkrótce łodzie wyruszą wzdłuż wybrzeża na północ, z pustymi 

ładowniami, ale za to ludzie mieć będą pełne sakiewki.

Inni kierowali się ku południowi i u tych Johanna szukała towarzystwa i 

podwody. Brała pod uwagę oba szlaki, najpierw zastanawiała się nad łatwiejszym, czy 

by mianowicie nie zabrać się na jakimś kutrze do Bergen. Spóźniła się jednak, 

bowiem szyprowie wyruszyli na świętego Michała, nikt zaś nie znał takich, którzy by 

teraz wypływali w tamtą stronę. Szczerze mówiąc, nie było żadnego nadającego się do 

ż

eglugi statku, jeśli ktoś nie chciał podróżować pod gołym niebem i z wioślarzami, 

którzy wprawdzie znali drogę, ale brakowało im siły ramion, zapewniającej 

bezpieczną i szybką podróż.

Zdecydowała się zatem przyłączyć do kilku żołnierzy, którzy chcieli pokonać 

konno długą drogę przez Valdres, a potem przez doliny aż do portu w Christianii. To 

zabierze więcej czasu, ale stracone w ten sposób dni można odzyskać później, bo przy 

dobrym wietrze podróż z Christianii do Kopenhagi trwa nie dłużej niż dobę.

A o tej porze roku można zawsze liczyć na północny wiatr.

Zanim dotrą do miasta nad rzeką, w którym przez długie lata król miał swoją 

siedzibę, skończy się wrzesień i lato od dawna będzie wspomnieniem.

To jej bardzo odpowiadało.

To lato nie przyniosło niczego, co chciałaby zapamiętać.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Nowa mapa była pięknie zdobiona rysuneczkami, litery miały dziwne 

zawijasy, splatające się niczym herbowe znaki wokół wyraźnych liter. Napisy były 

niemieckie i duńskie, wszystko ponumerowane, łatwo się było zorientować. Kupiła tę 

mapę w Christianii od kapitana statku, na którym miała popłynąć do Kopenhagi. 

Chętnie przewoził kobiety, choć wydawało mu się dziwne, że młoda dama podróżuje 

tak samotnie. Kiedy mu jednak powiedziała, że jedzie do Kopenhagi kształcić się na 

akuszerkę, skłonił się z wielką powagą i nawet zdjął czapkę z głowy.

- Tak, to zawód naprawdę potrzebny w naszym trudnym świecie. Wiele jest z 

pewnością kobiet, które w najcięższych chwilach marzyły o kimś takim jak pani, 

panno Karlsgard. To prawdziwy zaszczyt dla statku „Fortuna" z Sandefjord wieźć 

panią do królewskiego miasta. A gdyby pani życzyła sobie mojego towarzystwa 

podczas podróży, to wystarczy tylko słowo.

Johanna polubiła starszego pana, który z taką życzliwością pochwalał jej 

plany. Czuła się bezpieczna w maleńkiej kajutce na rufie statku, sąsiadującej przez 

ś

cianę z kajutą kapitana. Podejrzewała go, że wydaje większość pieniędzy, które mu 

zapłaciła, na kupno owoców, kwiatów i drogiego wina, które zresztą zaraz po wyjściu 

w morze zostało przyniesione do jej kajuty. Nie mogła tylko się przemóc, żeby 

zwracać się do niego po imieniu podczas krótkich spacerów po pokładzie, na które ją 

nieustannie zapraszał. Teraz Johanna skuliła się na koi w swoim malutkim pokoiku i 

czekała, aż wino zagłuszy dręczący niepokój. Rozkoszowała się smakiem 

kosztownego trunku i dalej studiowała mapę.

Nietrudno było odczytywać nazwy większości domów, instytucji, kościołów i 

miejsc, wymienionych na marginesie. Plany miasta były szczegółowe i przejrzyste, ale 

maleńkie numerki rozmazywały jej się przed oczyma.

Odnalazła w każdym razie zamek Rosenborg, położony daleko od morza, 

otoczony parkiem. Znalazła też kilka szpitali, wiele kościołów. I królewską 

bibliotekę!

Chciałaby, żeby na mapie zaznaczono nazwy ulic, miała jednak nadzieję, że 

wszystko znajdzie się niczym klocki na właściwych miejscach, gdy już przybędzie do 

miasta.

Dom Kompanii Wschodnioindyjskiej.

To tam ma się udać najpierw, na szczęście dom leży blisko miejsca, w którym 

background image

Johanna zejdzie na ląd, kapitan jej to wyjaśnił. Tam ma odszukać jednego ze 

znajomych Marji, przedsiębiorcę z Kompanii, który jej pomoże zgodnie z listem 

polecającym babki.

Johanna oparła się wygodniej, czuła, że statek zaczyna się kiwać.

To dziwne uczucie, łaskotało ją w żołądku, a wino przesłaniało wzrok różową 

mgiełką.

Nuciła cichutko pod nosem, było jej dobrze.

Statek jednak kołysał coraz bardziej, zaczynało to być irytujące, odczuwała 

każde uderzenie fali.

Najchętniej poszłaby na pokład, żeby pożegnać się z tym obcym miastem, 

kapitan jednak powiedział, że fale będą coraz większe nawet na wodach fiordu, i 

doradzał jej pozostanie w kajucie.

No cóż, starą twierdzę będzie mogła dokładniej obejrzeć w drodze powrotnej. 

Wtedy pewnie powita ją z większą radością, a nie jak teraz ze łzami w oczach.

Pożegnania nie są konieczne. Teraz żałowała tylko, że ostatniego wieczoru w 

domu nie poszła jeszcze do pokoju dzieci i nie wycałowała ich szczególnie mocno.

Wpłynęli do Kopenhagi wczesnym rankiem, kiedy błękitna mgła leżała nad 

ogarniętym już jesienią miastem. Johanna wpatrywała się w ostre zarysy kościelnych 

wież, od czasu do czasu oślepiały ją słabe promienie przedzierającego się przez mgłę 

słońca odbite od szklistych dachów. Jesienne powietrze było ostre i chłodne, ale 

wełniana peleryna Marji podbita jedwabiem grzała niczym futro. Obiema rękami 

trzymała się poręczy i słyszała, jak żagle tłuką bezwładnie o maszty. Kuter zawrócił, 

wiatr zmusił „Fortunę" do zmiany kursu. Pokład wydawał się bardzo bezpieczny, 

Johanna patrzyła w stronę miasta i niemal żałowała, że podróż dobiega już końca. 

Wciągała w płuca chłodne powietrze i mrugała, żeby odzyskać jasność widzenia.

Ktoś zawołał jej imię, ale musiała minąć dłuższa chwila, zanim dotarło do 

niej, że wołający ją właśnie ma na myśli. Marja uważała, że będzie z korzyścią dla 

Johanny używać nazwiska Karlsgard, na dodatek radziła zmienić pisownię na duńską, 

przez C.

- Dzień dobry! I co pani powie na ten widok? Nad zimnymi wodami Północy 

chyba nie ma piękniejszego miasta - uśmiechał się kapitan.

Johanna odpowiedziała mu również uśmiechem i ujęła wyciągniętą na 

powitanie rękę.

- Widok rzeczywiście wspaniały. Mam nadzieję, że poranne słońce usunie 

background image

mgłę. Królewskie miasto jest piękne, co do tego ma pan rację, kapitanie.

Ucałował jej dłoń.

- Lars, jeśli mógłbym prosić. Uśmiechnęła się znowu. Ten człowiek sprawił, 

ż

e podróż była prawdziwą przyjemnością. Domyślała się, że on wysoko ceni powód, 

dla którego przyjechała do stolicy.

- Lars... dziękuję za miłą podróż. Nieczęsto spotyka się obcych tak życzliwych 

jak pan.

- Dziękuję - rzekł z powagą. - Będzie pani miała z pewnością wiele ważnych 

obowiązków. Zasługuje pani, żeby przyjechać wypoczęta i móc poświęcić się tym 

wspaniałym celom. W przyszłości będzie pani ratować życie, Johanno. To zaszczyt 

być pani przewoźnikiem.

Spuściła wzrok, cofnęła rękę, poczuła się niemal nieprzyjemnie dotknięta. Ale 

on zdjął czapkę i kłaniał się uprzejmie. A potem poszedł przyjąć małą łódź z pilotem, 

który miał wskazać „Fortunie" jej miejsce pośród innych jednostek stojących w porcie 

na kotwicach i przypominających łabędzie.

Johanna poszła w stronę rufy, zręcznie omijała grube liny porozkładane na 

pokładzie niczym pułapki. Słyszała nawoływania, w głosach marynarzy brzmiał jakiś 

nowy ton, już rozmawiali o grogu u madame Rose. Pozwoliła, by wiatr szarpał jej 

płaszcz, wcale nie marzła, chociaż kaptur zsunął się jej z głowy. Było nawet 

przyjemnie czuć wiatr we włosach.

Doszła aż do końca pokładu, zamiast strumienia wody spod kilu widziała teraz 

tylko lekko wzburzone fale. Wkrótce kuter zatrzyma się i spokojnie stanie przy 

nabrzeżu.

Spojrzała w dół na wodę, wyczuwała czający się w niej chłód, widziała czystą, 

przejrzystą toń.

Poczuła, że oczy ma znowu wilgotne, może tym razem to wiatr, bo słońce 

miała teraz za plecami. Mroczny cień statku przesłaniał refleksy na falach i dlatego 

Johanna musiała mrugać wielokrotnie, by zobaczyć obraz, który odbijał się w lustrze 

wody.

Nie mogła to być jej twarz, obraz znajdował się przecież na dole, podczas gdy 

ona stała wysoko ponad powierzchnią wody, oparta o obity miedzianą blachą reling.

Zamrugała znowu, zesztywniała, miała wrażenie, że stopy straciły kontakt z 

pokładem.

Jasne, czyste myśli przelatywały jej przez głowę, równie rześkie i proste jak 

background image

wiatr, który targał teraz jej włosy.

To niemożliwe.

Dlaczego widzę cię teraz, tak daleko od wszystkiego, co niegdyś było nasze?

To falowanie morza, to z tego powodu kręci mi się w głowie, wszystko się 

plącze i nie mogę już polegać nawet na sobie.

Jej serce akceptowało obraz, którego rozsądek nie chciał widzieć, wkrótce 

poczuła ogłuszające dudnienie i łoskot. Wargi stały się sztywne i suche, czuła, że się 

poruszają, że popękają, jeśli wciąż będzie powtarzać jego imię bezdźwięcznie i 

wbrew własnej woli.

Woda wokół statku była teraz spokojna, nie pojawiały się już nawet małe 

bąbelki, szare fale od strony otwartego morza zaczną wkrótce uderzać w kadłub 

„Fortuny", a wiatr przestanie poruszać żaglami.

Stała jak sparaliżowana i spoglądała w dół na wodę, kiedy ciężka dłoń 

spoczęła na jej ramieniu i kapitan ostrożnie włożył jej na głowę kaptur.

- Musi już pani zejść na ląd. Wszystko zostało przygotowane, a bagaże 

osobiście odniosę, gdzie pani sobie życzy. Ktoś, naturalnie, oczekuje pani w 

Kopenhadze?

Skinęła głową. Wypadło to jakoś sztywno, ale twarz odzyskała już zdolność 

ruchu, więc z ulgą uśmiechnęła się do niego.

- Tak... oczywiście. Ja mam... Moja babka ma tu przyjaciół, w Domu 

Wschodnioindyjskim, pojadę prosto tam.

Przyjął wyjaśnienia z zadowoleniem.

- To tylko kawałek drogi dorożką od miejsca, w którym zejdziemy na ląd. Po 

prostu parę minut i będzie pani u celu.

Skinęła głową i otuliła się płaszczem, tym razem uśmiech był naturalny.

- Żegnam, panie kapitanie. On wydął dolną wargę z udaną urazą:

- Lars! Tym razem odsłonił szerokie dziąsła i zęby, które musiały przeżuć tony 

słonych marynarskich sucharów.

I Johanna ostrożnie postawiła stopy na chwiejnym trapie, po którym miała 

zejść na ziemię w mieście swoich marzeń.

- Przez chwilę byłem pewien, że to ona! Mój Boże, ten płaszcz... nikt nie 

potrafi tak otulać się płaszczem jak Fräulein Marja!

Wysoki niemiecki przedsiębiorca stał na szeroko rozstawionych nogach i 

przyglądał się Johannie poprzez pachnący obłok tytoniowego dymu.

background image

- Pani nie potrzebuje żadnych listów polecających! Rozpoznałbym płaszcz 

Marji na końcu świata!

Johanna była nieco oszołomiona potokiem słów tego obcego człowieka, mówił 

bardzo szybko, wymawiał słowa jakoś twardo, akcent zaś wyraźnie wskazywał jego 

pochodzenie. Należał do starego hanzeatyckiego rodu, jego przodkowie zajmowali się 

handlem i od setek lat prowadzili w Kopenhadze własne biuro. On sam nosił na 

grubym, silnym palcu sygnet, który wyglądał jak włożony na cygaro.

Podejmował Johanne winem oraz nie znanymi jej owocami i wypytywał o 

Marję, o jej życie. Cmokał lekko, kiedy Johanna odpowiadała na jego pytanie, czy 

gnädige Frau znalazła sobie wreszcie męża.

- Ona jest już chyba na to za dorosła - odparła Johanna z wahaniem. 

Gospodarz śmiał się, odchylając głowę mocno w tył. Jego ciemne oczy błyszczały.

- Ach, droga Mädchen, nie, nie, to pani jest zbyt młoda! Musiała się 

uśmiechnąć nad tą dziwną rozmową, może trzeba będzie się nauczyć w tym dziwnym 

miejscu, że obcy ludzie mogą z sobą rozmawiać jak starzy, dobrzy przyjaciele.

- Ale chyba ma pan rację. Widocznie dobrze pan zna moją babkę. Ona chyba 

nigdy się nie zestarzeje, nie.

- Ganz korrekt. Ale niech no pani tylko trochę zaczeka. Dzisiaj wieczorem 

spotka pani innych! Przygotowuję właśnie małe przyjęcie w moim domu. Przedstawię 

pani kogoś, kto z pewnością się z panią zgodzi.

Mrugnął tajemniczo. Johanna przechyliła głowę, nie wiedząc, co o tym 

myśleć. Czy Marja miała w tym mieście jakieś przygody? I jak dobrze ona właściwie 

znała tego Niemca oraz innych, których nazwiska wypisała Johannie, prosząc, by 

nawiązała z nimi kontakt?

Wytworny gospodarz zapalił kolejne cygaro, sprawiał wrażenie bardzo 

zadowolonego.

- W takim razie zobaczymy się wieczorem, piękna pani. I jeśli pani pozwoli, to 

chciałbym doradzić, by dokonała pani starannego wyboru toalety na ten pierwszy 

kopenhaski wieczór.

Skłoniła się uprzejmie, a w myślach przeglądała zawartość dwóch dużych 

podróżnych worków. Trudno będzie tam znaleźć coś, co nie byłoby straszliwie 

pogniecione po długiej podróży. A poza tym gdzie ona ma mieszkać? Czyż on nie 

rozumie, że Johanna oczekuje pomocy w znalezieniu mieszkania? Marja nic mu nie 

napisała w liście zaadresowanym właśnie do niego?

background image

Niemiec wstał i zaczął się żegnać. Powóz, który wynajęła w porcie, czekał na 

dziedzińcu, ale nie miała pojęcia, jakie polecenie wydać stangretowi.

Wsiadła i wyjęła wszystkie zapieczętowane listy, odkryła, że tylko na jednym 

znajduje się adres.

Gothersgade numer osiem.

Nazwisko kobiety zostało napisane w pośpiechu, ale Johanna wiedziała, że 

brzmi to Thild czy jakoś tak i że Marja nazywa ją matka Thilla.

Nie spodziewała się, że mieszka ona w jakimś zamku, chociaż domy, obok 

których toczył się powóz, były wyższe i piękniejsze od wszystkiego, co Johanna 

dotychczas widziała. Ożywiony ruch na ulicach sprawiał, że prawie nie mogła 

oddychać ze zdumienia. Wrzaski woźniców na przebiegające służące z koszami 

pełnymi warzyw i owoców oraz na spacerujących żołnierzy unosiły się nad ciężkimi 

wozami i raniły uszy Johanny.

W końcu zaciągnęła grube zasłony i próbowała oddychać spokojnie. Od czasu 

do czasu wyglądała przez mały otwór, widziała wtedy, że minęli najważniejsze ulice 

miasta, najwspanialsze budynki i powoli wjeżdżają w rejony o znacznie skromniejszej 

zabudowie. Domy były tu niższe, choć wiele z nich miało dwa, a nawet trzy piętra. 

Stały bardzo blisko siebie, tak blisko, że Johanna odnosiła wrażenie, iż się o siebie 

opierają. Później jednak odległości między domami stawały się coraz większe, 

pojawiły się natomiast grupy budynków z cegły z jakimiś dziwnymi wzmocnieniami z 

grubych belek. Minęli niewielki plac, na którym Johanna dostrzegła gromadkę 

ubranych w łachmany ludzi, grzejących się przy ognisku.

- Pieczone kasztany! Gorące piwo! Chodźcie, kupujcie!

Odór rynsztoków mieszał się z mdłym zapachem tłuszczu spływającego do 

ognia i smrodem gnijącego mięsa.

Johanna zaczęła żałować, że mimo wszystko nie przełamała skrępowania i nie 

poprosiła uprzejmego Niemca o pomoc w znalezieniu pokoju. Z pewnością zna wielu 

ludzi, którzy chętnie przyjęliby pod swój dach studentkę nauk medycznych.

No, nie, studentką jeszcze nie jest, ale jedno Johanna przysięgła sobie już 

dawno: jeśli się już znajdzie w tym mieście, w którym skupia się władza i wiedza z 

całego świata, to nic jej nie powstrzyma. Na pewno wyszarpnie wielki kęs z tego, by 

nasycić swój apetyt.

Marja zapewniała, że wszystko się ułoży. Że jej zaprzyjaźniony profesor nie 

odmówi pomocy i osobiście zadba, by znalazła się na liście studentów.

background image

Johanna pragnęła, by stało się to natychmiast, jeszcze tego popołudnia, by nie 

tracić ani sekundy. Chciała rzucić się w wir pracy, chodzić do wielkich bibliotek i 

dopóki oczy pozwolą, nie przepuścić żadnej możliwości przeczytania nowej książki 

ani rozmowy z uczonym lekarzem. Może jej to nawet zajmie kilka lat, normalne 

studia pewnie tego wymagają, ale jeśli się bardzo postara i wykaże specjalne 

zdolności, to być może wróci do Vildegard już na następne Boże Narodzenie.

To chyba rozsądny cel. A mając za sobą tyle przeczytanych książek i tyle 

doświadczenia z pracy w domu, z pewnością nie będzie żadnym niedoukiem. Raczej 

nie sądziła, że inne studentki przygotowujące się do zawodu akuszerki mogłyby jej 

pod jakimś względem zagrażać. Może więc uda jej się zakończyć naukę w ciągu tylko 

jednego roku. Marja powiedziała, że to nie jest niemożliwe.

Powóz zatrzymał się. Dopiero kiedy stangret otworzył drzwiczki i oznajmił 

jej, że koniec podróży, zrozumiała, że jest na miejscu. Odniosła wrażenie, że pod 

wypielęgnowanymi wąsami tego człowieka dostrzega grymas obrzydzenia. Bardzo 

uważnie stawiał swoje wypolerowane wysokie buty i z wielką ostrożnością 

zdejmował jej worki z miejsca na bagaż w ryle powozu. Wysiadła i wpadła prosto na 

kupę jakiejś brunatnej mazi, która oblepiła jej stopy. Stangret zrobił jeszcze bardziej 

wyniosłą minę, ale Johanna tego nie zauważyła, musiała patrzeć, co leży na 

wyboistym bruku, przez który należało przejść.

Kiedy zaś podniosła wzrok, zobaczyła na pół zawalony dom.

Był zbudowany z szarego kamienia i jako tako otynkowany. Ale wielkie 

kawały tego tynku poodpadały z fasady, kilka okien miało byle jak poprzybijane 

okiennice. Wielkie, ciężkie drzwi wyglądały, jakby zabrano je z jakiegoś starego 

kościoła.

Wciąż jeszcze rozciągało się tu miasto. Kiedy Johanna rozejrzała się 

ukradkiem wokół, zobaczyła ulice i domy, a za nimi wieże kościołów oraz coś, co 

mogło być dachem twierdzy. Ulica była tylko częściowo wyłożona kamieniem, ale na 

tyle szeroka, że powóz mógł wyminąć pieszych czy nawet ręczny wózek.

- Gothersgade osiem, to tutaj.

Stangret dyskretnie wskazywał dom.

Johanna poszukała pieniędzy w zapinanej na guziki kieszeni sukni i nie 

zastanawiając się nad tym, co robi, dała mu zbyt dużą sumę. Zanim zdążyła go 

poprosić, by zaniósł jej bagaż do owych szerokich drzwi, zniknął.

Podbiegł jakiś mały chłopak i wyciągnął do niej rękę. Twarz miał dziobatą jak 

background image

po ospie i brzydką, nierówna skóra napinała się na wystających kościach 

policzkowych.

- Niech panią Bóg błogosławi, poproszę coś na chleb dla mnie i dla moich 

siedmiu małych sióstr...

Johanna uznała, że chłopiec jest podobny do bezdomnych, mieszkających w 

jej rodzinnych stronach na brzegu fiordu, zaczęła więc znowu grzebać w kieszeniach 

za jakimiś miedziakami. Miała jednak tylko duże srebrne monety i trwała w nadziei, 

ż

e wystarczy jej tego na utrzymanie w ciągu co najmniej dwóch lat.

Wzruszyła więc ramionami, próbowała się uśmiechnąć i oznajmiła, że jeśli 

chłopiec powie jej coś na temat matki Thilli, to ona potem może kupi mu talerz zupy 

lub co innego do jedzenia.

Chłopak nie wyglądał na zadowolonego.

- Przykro mi, proszę pani. Ale nie jesteśmy ani tak głodni, ani nie ma nas tak 

dużo, niech mi Bóg wybaczy kłamstwo.

Odwrócił się na pięcie i zniknął za wielką kupą słomy przejmująco cuchnącej 

kurzymi odchodami.

Johanna pochyliła się, podniosła swoje ogromne bagaże i zaczęła je ciągnąć 

przez ulicę w stronę domu o uśpionych oknach i szerokich, kościelnych drzwiach. 

Kołatka była ciężka, Johanna szarpnęła dzwonek zwisający z lwiej paszczy i usłyszała 

w głębi domu głuchy, dudniący dźwięk.

Mimo woli skuliła się, jakiś nieprzyjemny skurcz pojawił się w żołądku. Zaraz 

jednak w domu rozległy się kroki, pospieszny stukot butów z metalowymi 

podkówkami po kamiennej posadzce.

Kobieta, która otworzyła drzwi, sięgała Johannie co najwyżej do ramienia, 

spoglądała na nią małymi, przenikliwymi oczkami spod bujnych brwi.

- Źle panienka trafiła - oznajmiła ostro, zanim Johanna zdążyła otworzyć usta. 

- Z takimi jak pani nie chcemy mieć nic wspólnego. Panienka słyszała zwyczajne 

plotki.

Wtedy jednak zobaczyła worki, przyjrzała się im uważniej, potem przesunęła 

wzrok na zdumioną twarz Johanny.

- Nie... To nie jest żadna szlachcianka, która narobiła sobie kłopotów. Kim 

pani jest?

- Ja... Jestem Johanna Carlsgard. Z Norwegii... wnuczka Marji. Pani... Pani zna

Marję Oppdal?

background image

Kobieta otworzyła drzwi jak szeroko i rozpostarła ramiona. Cofnęła się o krok 

i Johannę dosłownie zalał perlisty śmiech.

- O mój Boże, ale śmieszne! Kto by to jednak mógł przypuszczać. Proszę... 

proszę, wejdź do środka, moja kochana! Wejdź!

Wciągnęła Johannę, odwróciła się i wrzasnęła w głąb domu, aż echo odbijało 

się od ścian mrocznego hallu:

- Petrus, chodź, mamy gościa. Chodź szybko, ach, cóż to za gość! Znowu 

metal zastukał na kamieniach w jakimś dziwnym, rwanym rytmie.

Kiedy mężczyzna znalazł się w zasięgu wzroku, Johanna stwierdziła, że za-

miast jednej nogi ma on drewnianą protezę.

Musiała panować nad sobą z całych sił, by nie gapić się z otwartymi ustami na 

tę dziwną parę, mała kobietka złapała mężczyznę w pasie i odchyliła głowę tak, że o 

mało nie złamała sobie karku, kiedy chciała się do niego uśmiechnąć.

W kwadracie dziennego światła wpadającego przez drzwi Johanna zobaczyła 

twarz Petrusa. Był to najbrzydszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziała.

- Petrus, światło mojej duszy, czy chciałbyś być tak miły i pomóc naszemu 

gościowi z tymi worami, które tu przyciągnęła? A ja zobaczę, czy nie zostało coś ze 

ś

niadania. Wszystkie dziewczęta wyszły, ale ja akurat dziś mogę poświęcić trochę 

czasu.

Mężczyzna uśmiechnął się i otarł rękę o spodnie, zanim podał ją Johannie na 

powitanie.

Skóra na jego czole zwisała jak podarte szmaty, musiała to być jakaś choroba, 

a może skutek ciężkiego okaleczenia. Jedno oko prawie całkiem ginęło pod wielką 

naroślą, brwi wyrastały spod szarej skóry, która sprawiała wrażenie, że przy 

gwałtowniejszym ruchu pęknie, odsłaniając kość.

Jedynym normalnym elementem tej ponurej twarzy były wargi. Teraz 

uśmiechały się, powtarzając imię Johanny.

- Nie jest on specjalnie urodziwy, ten mój książę, ale to bardzo dobry człowiek 

- powiedziała Thilla jakby z ostrzeżeniem w głosie.

Johanna dygnęła niepewnie, miała wrażenie, że uczestniczy w jakimś 

koszmarnym śnie. Dlaczego Marja przysłała ją do tych dwojga? Nie wyglądają oni na 

takich, którzy utrzymują towarzyskie czy jakiekolwiek inne kontakty ze środowiskami 

mającymi cokolwiek wspólnego z przyszłymi akuszerkami.

Thilla nadal się uśmiechała, w jej małych, żywych oczkach widać teraz było 

background image

coś na kształt lustrującego uznania.

- A więc ty jesteś wnuczką Marji? No tak, jesteś dostatecznie piękna. Chociaż, 

niestety, dość zwyczajna. Nie taka jak babka, choć tak samo rumiana i silna, jak 

widzę. Przyjechałaś tu, żeby poszukać sobie męża?

Johanna zdążyła się już na tyle przyzwyczaić do tych dziwnych ludzi, że nie 

obraziła się, iż kobieta, którą zna od dwóch minut, zadaje jej takie pytanie.

- Nie - odparła spokojnie. - Przyjechałam tu, żeby zostać akuszerką. 

Chciałabym studiować na uniwersytecie.

Patrząc na zszokowaną twarz gospodyni, spodziewała się, że zaraz rozlegnie 

się znowu gromki śmiech, ale oczy Thilli błyszczały tylko intensywniej, gdy mówiła:

- No jasne. W końcu pójdziesz i na uniwersytet. Ale najpierw będziesz u mnie, 

prawda?

Johanna skinęła głową, choć nie bardzo wiedziała, co znaczą słowa tamtej.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Przejście z domu matki Thilli na Gothersgade do oświetlonych setkami świec 

hanzeatyckich salonów było trudne do zaakceptowania. Podobnie jak przejście od 

podartych ubrań dwóch nowych przyjaciółek, Ylvy i Cille, do tutejszego niepojętego 

przepychu. Johanna miała wrażenie, że to jakiś demon przenosi ją z jednego świata do 

innego.

Przez cały dzień siedziała przy wąskim kuchennym stole matki Thilli, mówiła 

i mówiła, powiedziała chyba więcej niż w całym swoim dotychczasowym życiu. 

Wszystko z niej wypłynęło, nawet najbardziej skryte marzenia, nawet historia z 

Ravim, chociaż w nieco uproszczonej wersji. Koło południa przyszły dwie młode 

kobiety i zostały przyjęte tak, jakby były ukochanymi, dorosłymi córkami Thilli. Ale 

to nieprawda, nie były nawet siostrami, chociaż podobne do siebie, obie chude, obie z 

ciemnymi warkoczami spływającymi na plecy.

- To są Ylva i Cille. One również pobierają nauki. Ale raczej nie na 

uniwersytecie. Nas to nawet z trudem wpuszczają na galerię Theatrum Chirurgicum, 

choć mamy pieniądze na opłaty.

Johanna zamilkła, powoli zaczęła się orientować, o co w tym wszystkim 

chodzi. Thilla powiedziała, że obie panny uczą się u niej, nie są bowiem w stanie 

udowodnić takiego pochodzenia i majątku, jakiego wymaga Komisja od kandydatek 

na naukę w szkole przy Sannegade.

background image

- Tak więc ja zajmuję się tym i owym - powiedziała Thilla, machając rękami. 

Wnętrze domu zostało podzielone na czternaście małych pokoi, w każdym z nich 

mieszkała młoda kobieta, niektóre z dziećmi. Johanna powoli uświadamiała sobie, 

gdzie się znalazła. Matka Thilla prowadzi coś w rodzaju przytułku dla kobiet, którym 

przydarzyło się nieszczęście i które nie mają rodziny albo rodzina ich się wyrzekła.

- Tutaj możesz mieszkać, jak długo zechcesz. My zadbamy, żebyś 

przynajmniej raz dziennie zjadła ciepły posiłek - oznajmiła drobna kobietka ciepłym 

głosem i po raz pierwszy uściskała Johannę.

Ona zaś nie miała sumienia powiedzieć, że dolatujący z ulicy smród nie 

pozwoli jej niczego przełknąć. No i Petrus wniósł jej bagaże po wąskich schodach na 

górę, gdzie umieścił je w pokoju pozbawionym okien, za to z podłużnym, 

zakratowanym otworem w suficie. Zimne jesienne powietrze wpadało do pokoju 

przez ów otwór, ale pieca nigdzie Johanna nie dostrzegła.

- Dajemy ci najlepszy wolny pokój. Kiedy Mette urodzi, przeniesiesz się do 

Pokoju Księżniczki. Jest cieplejszy, bo ściana przylega do komina, a my bez przerwy 

palimy w kuchni.

Johanna w milczeniu skinęła głową.

W pokoju stało łóżko z wypełnionym słomą materacem, okryte grubą kołdrą. 

Koślawy stół opierał się o ścianę, został do niej przybity wielkimi gwoździami. Ścianę 

nad łóżkiem obito brązową tkaniną, przy łóżku umieszczono drewnianą szafkę.

Pożółkły papier z namalowaną dziewczynką jedzącą jakiś owoc stanowił 

jedyną dekorację.

Johanna poczuła się potwornie zmęczona. Bardzo powoli zaczęła wyjmować 

ubrania z worków. Wszystko z solidnych, dobrych materiałów, była to dość 

elegancka, dobrze skrojona i uszyta odzież. Niektóre rzeczy ozdobiono jedwabnymi 

wstążkami i kolorowym haftem. Johanna miała bieliznę z lnu i wełny, a nawet trochę 

jedwabnej, którą Marja przywiozła ze swoich podróży. Babka pomagała jej przy 

pakowaniu i przemyciła sporo różnych rzeczy, których Johanna nie chciała zabierać. 

Uważała, że to bez sensu taszczyć wszystko tak daleko. Teraz znajdowała pudełeczka 

z ozdobami do włosów i biżuterią, kapelusz przystrojony czerwonymi różami z 

jedwabiu i parę pięknych, miękkich pantofelków z cielęcej skóry.

Najwięcej miejsca zajmowały dwie wizytowe suknie z licznymi halkami. A na 

samym spodzie Johanna znalazła trzy bluzki i dwie spódnice z mnóstwem haftów, 

zakładek i koronek. Potrząsała głową. Mówiła przecież Marji, że to głupie zabierać 

background image

takie niepraktyczne rzeczy, skoro ona zamierza siedzieć w salach wykładowych i 

czytelniach, spotykać się tylko z ubranymi na czarno studentami od rana do nocy. 

Marja jednak miała odmienne zdanie.

- Jedziesz do Kopenhagi, będziesz używać mojego nazwiska. Masz zdobywać 

dla niego szacunek, moja mała.

Johanna miała takie właśnie zamiary, ale nie za pomocą sztucznych róż i 

błyskotek.

Teraz zaczynała przyznawać babce rację. Widać Marja wiedziała, co robi. A i 

tak czuła się niezbyt pewnie w tym pięknym, jasno oświetlonym salonie, pośród 

eleganckich ludzi.

- Panno Johanno, byłby to dla mnie wielki zaszczyt, gdybym mógł przedstawić 

pani moich przyjaciół - szepnął Niemiec z cygarem w zębach.

Nawet teraz, na długo przed obiadem, kiedy goście wciąż jeszcze się zbierali, 

on nie odkładał brązowego rulonu z suszonych tytoniowych liści.

Obłok nad nim sprawiał wrażenie, jakby tworzył z nim całość, przesuwał się, 

kiedy gospodarz, witając i zabawiając gości, poruszał się pośród wysokich roślin w 

wielkim hallu.

- Oto mój przyjaciel, profesor Echard, nasz największy uczony w dziedzinie 

budowy ludzkiego szkieletu. Z pewnością później wieczorem będzie pani miała 

okazję zobaczyć go w akcji. Oczekujemy bowiem również Offenbacha, balwierza, 

który jest szefem oddziału chirurgicznego, oraz samego Buchenvalda, naszego 

położnika.

Johanna uśmiechała się, wiedziała, że staje przed nią wielka szansa. Dygnęła 

pięknie, witając się z profesorem, który w nagrodę poświęcił jej uważne spojrzenie. 

Zresztą wielu gości się jej przyglądało, Johanna jednak domyślała się, że to raczej jej 

niezwykła toaleta budzi zainteresowanie, nie ona osobiście.

Duży stół został nakryty białym adamaszkowym obrusem, prezentującym się 

bardzo pięknie w blasku siedmioramiennych świeczników. Błękitny obłok Niemca 

znajdował się teraz nad honorowym miejscem u szczytu stołu. Johanna poczuła się 

obco, widząc, że damy uśmiechają się promiennie do panów, którzy mają towarzyszyć 

im przy stole, a służba pomaga im siadać.

Desperacko szukała wzroku gospodarza, ale on zajęty był próbowaniem wina.

Wtedy za jej plecami rozległ się niski głos i ktoś podał jej ramię. Ten, który ją 

uratował, nie był specjalnie przystojnym mężczyzną, ale pachniał kosztownym 

background image

mydłem do golenia, miał długie, sięgające prawie krawędzi podbródka wąsy. Pod 

długim frakiem nosił zieloną, brokatową kamizelkę, a na szyi miał zawieszony 

monokl w złotej oprawce.

- Witam moją damę na dzisiejszy wieczór. To dla mnie zaszczyt. Panna... 

Johanna, jeśli się nie mylę? Córka naszej drogiej Marji?

- Wnuczka - wyjąkała Johanna, ujmując go pod rękę z wielką ulgą. On też był 

profesorem, związanym zarówno z Theatrum Chirurgicum, jak i ze szczycącym się 

jeszcze większym prestiżem fakultetem medycznym. Jak przez mgłę przypominała 

sobie jego nazwisko, ładne i długie, brzmiące z niemiecka. Może to przyjaciel 

gospodarza? Może nawet jakiś kuzyn lub szwagier? Nazywa się Remmermann, a na 

imię ma Reikard lub Rikard.

Pan z wielkimi wąsami uśmiechał się przyjaźnie i natychmiast zaczął 

zabawiać ją rozmową. Johanna nie miała odwagi opowiadać mu o swoich planach, 

zauważyła jednak, że on już o nich wie, na przykład o tym, że chciałaby się ubiegać o 

przyjęcie do szkoły położnych na Sannegade.

- Jest pani zdrową, młodą kobietą. To pewnie świeże norweskie powietrze, 

spotykałem już panie stamtąd, wszystkie tryskały zdrowiem i siłą. Ale miały bardzo 

wojownicze charaktery, nie sądzę, żeby któraś z nich wyszła w Kopenhadze za mąż.

- Ja też nie przyjechałam tu szukać męża - powiedziała Johanna z naciskiem, a 

profesor roześmiał się, jakby usłyszał najlepszy dowcip.

- Coś pani powiem, śliczna panienko. Połowa kobiet, które przyjeżdżają do 

Kopenhagi w tej samej sprawie co pani, zostaje mężatkami, zanim zdążą przeczytać 

do końca pierwszy tom Anatomica Generalesl.

Johanna nie mogła się powstrzymać.

- Ach, tak? Tylko że ja już dawno skreśliłam tę pracę. Moim zdaniem jest 

przestarzała. Nie, muszę powiedzieć, że teraz koncentruję się raczej na ostatnich 

pismach Winslova, na przykład na jego rozprawie o ułożeniu organów wewnętrznych 

względem siebie. Muszę też wyznać, że interesują mnie poglądy Crugera, i mam 

szczerą nadzieję, że podczas mojego pobytu w Kopenhadze będę mogła z nim 

porozmawiać... Uważam, że dobre jest dzieło Observationes Anatomicae.

Wąsy jej sąsiada zaczęły się groźnie poruszać, a smakowity rosół z truflami, 

który właśnie podnosił do ust, spływał cienkim strumykiem z łyżki z powrotem do 

talerza.

Odłożył łyżkę i rozejrzał się pospiesznie wokół, jakby Johanna ujawniała 

background image

właśnie tajemnice państwowe.

- Pani jest wykształcona, panno Johanno! Mój Boże, nigdy bym nie 

przypuszczał. Zazwyczaj pochodzące z prowincji studentki w szkole dla akuszerek 

albo plotą nieustannie o pełnych nieczystości lekarstwach z bobrowego sadła lub z 

chwastów, albo czytają rodzącej kobiecie przykazania pańskie. Ale pani, pani ma 

talent naukowy, panno Johanno!

Opadł głęboko na krześle i potrząsał z niedowierzaniem głową. Mamrotał też 

sam do siebie:

- A na dodatek jaka ładna. To niemożliwe, trudno w to uwierzyć. Johanna 

szybko zjadła zupę. Teraz podano pieczone prosię z gotowaną marchewką i fasolę w 

ś

mietankowym sosie.

- Bardzo dziękuję, ale chciałabym się jeszcze trochę przespacerować. Może 

pan spokojnie wracać do domu, panie profesorze, był pan bardzo dla mnie uprzejmy.

- Ależ proszę pani, żadna przyzwoita panna w Kopenhadze nie spaceruje sama 

po ulicach o tej porze...

- Ja nie jestem panną z Kopenhagi - uśmiechnęła się Johanna słodko. - Sam 

pan powiedział, że kobiety z gór są silne i zdrowe. Naprawdę nie zemdleję na widok 

jakiegoś włóczęgi, a nawet dwóch.

Roześmiał się krótko.

- No cóż, chyba rzeczywiście nie ma niebezpieczeństwa. Przynajmniej w tej 

dzielnicy. Chociaż zapomniałem, gdzie panienka mieszka...

- Panienka o tym nie wspominała - odparła Johanna z jeszcze słodszym 

uśmiechem.

Wieczór był długi, a pomada na wąsach profesora zaczęła się topić już przy 

czwartym daniu i piątym kieliszku wina. Cały wydawał się jakiś zmięty na tym 

obitym aksamitem siedzeniu swego powozu, ale na szczęście dobre wychowanie 

nakazało mu zaproponować jej odwiezienie. Przez całą drogę jednak siedział 

wygodnie oparty i pochrapywał.

Johanna rozpoznawała ulicę, którą teraz jechali, i była pewna, że zdoła bez 

trudu odnaleźć dom matki Thilli. Za tamtymi niskimi budynkami powinna skręcić w 

lewo, przeciąć duży plac, znowu skręcić w lewo, ku małemu placowi. Stamtąd już 

widać niewielkie domy, na początku jej ulicy.

- Proszę mi pozwolić odprowadzić się do drzwi! Bardzo proszę, piękna pani, 

choćby ze względu na pani opinię!

background image

Johanna potrząsała głową. Nie mogła mu pokazać, gdzie mieszka. Nie po tym, 

kiedy jej obiecał miejsce wśród swoich studentów, przywilej, z którego znaczenia 

jeszcze nie bardzo zdawała sobie sprawę.

Johanna z Karlsgard zostanie dyplomowaną akuszerką. I profesor powiedział, 

ż

e mogłaby dostać papiery szybciej, niż miała odwagę marzyć. Sądził mianowicie, że 

jest wystarczająco wykształcona, by już mogła stanąć przed komisją egzaminacyjną. 

Uważał jednak, że dobrze jej zrobi choćby semestr w prywatnym zakładzie Crugera 

oraz w jego Theatrum Chirurgicum. Wtedy będzie mogła przed oficjalnie wyznaczoną 

komisją przedstawić tylko swoją teoretyczną wiedzę, wystarczy bowiem 

zaświadczenie, że pracowała pod kierunkiem dwóch tak wybitnych uczonych. Było 

chyba najbezpieczniej pójść po prostu do Crugera, zdążyła się już zorientować, że oba 

fachowe kolegia z królewskiego miasta prowadzą ze sobą walkę. Remmermann był 

jednym z niewielu, którzy swobodnie odwiedzali oba miejsca.

Na jego twarzy pojawił się lisi uśmieszek, kiedy przy deserze pochylił się do 

Johanny i wyznał, że i ona mogłaby mu odwzajemnić przysługę. Otóż kolejne roczne 

spotkanie kolegium medycznego Akademii ma być dostępne również dla chirurgów. I 

on bardzo by chciał, żeby Johanna zaprezentowała tam swoją wiedzę i tym sposobem 

unaoczniła, jaka ogromna różnica dzieli te dwie dziedziny nauki.

Jeśli nawet kobieta może sobie przyswoić te teorie i tezy, to trzeba chyba w 

końcu przyjąć, że owa tak niedoceniana chirurgia jest prawdziwym osiągnięciem 

medycyny.

_ - Ale czy ktoś kiedyś widział kobietę posługującą się skalpelem? Wszyscy 

jesteśmy chyba zgodni co do tego, że na jednego mężczyznę, którego trzeba wynosić z 

Theatrum Chirurgicum, bo zemdlał, przypada co najmniej dwadzieścia białogłów!

Przyznawała mu rację oszołomiona bardziej komplementami na temat swojej 

wiedzy niż tymi dotyczącymi jej urody i wyglądu. I nie była w stanie opowiedzieć mu 

o swoich operacjach usuwania kamieni z pęcherza moczowego, składaniu złamań czy 

amputacjach.

W końcu pozwolił jej pójść. Zdesperowana pokazywała na koniec ulicy ku 

szeregowi domów z palącymi się przy wejściu latarniami. Zgodził się, wziął jej 

milczenie za odpowiedź pozytywną, kiedy powiedział, że w takim razie wie, u kogo 

ona mieszka, i wymienił jakieś nazwisko.

Minęła teraz ten dom szybkim krokiem, czuła, że granatowa jedwabna suknia 

Marji napina się na piersiach i hamuje jej ruchy, nie pozwala iść tak szybko, jak by 

background image

Johanna chciała.

Rozglądała się na prawo i lewo, oczy zdążyły przywyknąć do ciemności, 

zaczęła dostrzegać biegające psy i jakieś ciemne sylwetki, odwracające się ze 

zdumieniem na widok samotnej kobiety nocą w tej dzielnicy.

Skręciła w lewo, przebiegła pusty, otwarty plac targowy. Mijała jakichś ludzi, 

stwierdziła, że tutaj nikt już nie nosi kapelusza. Było też znacznie ciemniej, bo 

widocznie mieszkańców nie stać na taką rozrzutność, by zapalać lampy dla sów i 

dzikich kotów.

Bez trudu odnalazła też mniejszy plac, gratulowała sobie takiej dobrej 

orientacji w mieście, wiedziała, że wkrótce zobaczy koniec ulicy, przy której stoi dom 

akuszerki.

I nagle tuż przed nią pojawiła się jakaś postać.

Johanna krzyknęła, stanęła jak wryta i instynktownie zasłoniła twarz 

skrzyżowanymi ramionami. Miękkie pantofle nie nadawały się do chodzenia po 

bruku, czuła dotkliwy ból w lewej kostce.

Obcy też się zatrzymał i stal tuż przed nią jak zmaterializowany demon. Nie 

widziała jego twarzy, tylko szeroki płaszcz, podobny do jej własnego. Chociaż tamten 

był krótszy i postrzępiony na szwach.

- Co... czego ty chcesz ode mnie? Nie mam pieniędzy ani niczego, co mógłbyś 

ukraść...

Nie odpowiedział, co przeraziło ją jeszcze bardziej, niż gdyby jej groził.

Zauważyła, że on wolno wsuwa rękę pod płaszcz, jak sparaliżowana śledziła 

wzrokiem jego ruchy, aż ostrzegawczy błysk przeleciał jej przez głowę: uciekaj! 

Wyrwała się z odrętwienia.

Odskoczyła w bok, wyminęła obcego i rzuciła się do ucieczki. Z całych sił 

gnała w stronę widocznego już stąd domu.

Słyszała za sobą kroki tamtego, poczuła, że suknia pękła pod pachą, zebrała 

poły łopoczącego płaszcza i co sił w nogach biegła przed siebie.

Potknęła się na krawędzi rynsztoka, o mało nie upadla, krzyknęła, rzuciła się 

do przodu i zdołała utrzymać się na nogach.

Bicie jej serca zagłuszało odgłos kroków prześladowcy, nie odważyła się 

obejrzeć za siebie, dopóki całym ciężarem nie oparła się o drzwi Thilli, tłukąc w nie 

pięściami.

Prześladowca zniknął.

background image

Piekło ją w gardle, kaszlała, oczy zaszły jej łzami, nie mogła złapać oddechu, a 

kiedy Thilla nareszcie uchyliła drzwi, Johanna nieprzytomna z przerażenia wpadła do 

hallu.

- Kochana, co się stało? Mój Boże, czyżby cię sam diabeł gonił? Biedna mała, 

chodź do kuchni, chodź...

Johanna wciąż dygotała i zanosiła się kaszlem, stwierdziła, że zgubiła oba 

piękne pantofelki i że mokra spódnica lepi się jej do nóg. Musiała biec przez rynsztok, 

dopiero teraz poczuła obrzydliwy smród, który wniosła ze sobą do domu. Thilla nie 

chciała jednak słuchać żadnych przeprosin.

- Uspokój się, to z pewnością był zwyczajny żebrak. Jesteś nowa w naszej 

okolicy, nie znają cię, nie wiedzą, że jesteś jedną z dziewcząt matki Thilli. Jutro 

zrobimy sobie mały spacer i pokażemy cię, komu trzeba. Żebyś miała spokój. Ale... to 

chyba nie najmądrzejsze obnosić się z tymi jedwabiami, biżuterią i elegancją. Tu 

ludzie boją się, że czeka ich głodna zima, i wolą, żeby im zbyt wyraźnie nie 

przypominać, że inni mogą ubierać się w jedwabie, za które można by kupić mnóstwo 

ziarna...

- Tak, oczywiście, masz rację. Przykro ml.. Głupio z mojej strony. Ty chyba 

myślisz, że ja naprawdę jestem okropnie niemądra, przysparzam ci tylko kłopotów. 

Już nie będę, znajdę sobie jakiś inny pokój, nie chciałabym zajmować miejsca 

bardziej potrzebującym, Thillo!

Mała kobieta podała jej kubek ciepłego napoju imbirowego, w którym jak 

małe rybki pływały herbaciane listki.

- Thilla ma miejsca pod dostatkiem. W tym starym klasztorze jest ponad 

sześćdziesiąt pokoi. Przy największym tłoku zajęta jest co najwyżej połowa. Ale jeśli 

uważasz, że to nie dla ciebie... chociaż twoja babka zleciła mi pewne zadanie, które 

muszę przynajmniej spróbować wypełnić.

Johanna uspokoiła się. Teraz sama widziała, że to głupie, uciekać przed 

zwyczajnym żebrakiem. Wcale jej przecież nie straszył, nie miał też broni, nawet nie 

próbował jej dotknąć. Z pewnością sam był równie przerażony jak ona, może szedł 

sobie zajęty swoimi myślami, nie spodziewał się zderzyć z samotną kobietą 

spacerującą tak późno po ulicy.

Mdłe światełko lampy Thilli paliło się spokojnie. Gospodyni złożyła ręce na 

stole i czekała, aż Johanna skończy pić. W kuchni było ciepło i cicho, pod sufitem 

unosił się zapach kapuśniaku i imbiru. Twarz Thilli była łagodna w świetle lampki, 

background image

gdyby nie te krzaczaste brwi, można by ją było uważać za ładną. A najładniejsze są 

oczy, niewielkie, ale jasne, jakby się w nich odbijał cały świat.

Johanna zauważyła, że to ich mądrość przyciąga przede wszystkim uwagę, nie 

piękno.

Chętnie by zapytała, czego dokładnie miałaby się tutaj uczyć? Obiecano jej 

przecież miejsce na uniwersytecie, a w każdym razie w szkole akuszerskiej na 

Sannegade, gdzie dorosłe kobiety z dobrych domów, o nieposzlakowanej opinii, mogą 

zdobyć wykształcenie i możliwość zarabiania na chleb, dopóki będą mieć siłę do 

pracy.

Thilla wzięła pusty kubek Johanny i z uśmiechem przyglądała się fusom.

Po chwili spojrzała Johannie w oczy i powiedziała:

- Widzę tu schody, łuk i kapelusz... Johanno, to dobre znaki. Schody 

oznaczają, że zaczniesz nieco szerzej patrzeć na sprawy i wydarzenia. Może nie 

wszystko jest takie jasne, jak myślisz... Łuk natomiast oznacza, że spotkasz kogoś, kto 

będzie dla ciebie ważny. Chociaż to może raczej jest brama, nie łuk? W każdym razie 

to oznacza, że coś ulegnie zmianie, coś ważnego.

Johanna musiała się uśmiechnąć, nie bardzo wierzyła w tego rodzaju sztuki. 

Może Thilla też nie, skoro mrugnęła do Johanny porozumiewawczo.

- A co z kapeluszem? Uśmiech Thilli jakby zbladł, ale oczy wciąż miała 

ciepłe.

- Ech, niektórzy powiadają, że kapelusz oznacza niepowodzenie. Ale to nic 

ważnego, żadne niebezpieczeństwo. Może chodziło o to, że zgubiłaś dziś wieczorem 

buty? Może będziesz musiała uciekać przed rozpędzonym wozem jutro...

- Moja babka nie prosiła cię chyba, żebyś mi wróżyła? Dobrze wiesz, że ona 

uważa coś takiego za głupoty.

Thilla potwierdziła i odstawiła kubek na bok.

- Masz rację, obie wiemy jednak, że Marja życzyła sobie, byś zamieszkała u 

mnie. Ale to dobrze, że nie powiedziałaś tym uczonym panom, gdzie się zatrzymałaś 

w stolicy. Powinnaś nadal zachowywać to w tajemnicy. Myślę zresztą, że powinnaś 

wynająć sobie jakiś pokój w centrum miasta. Mieszkaj trochę tu, trochę tam, nie 

powinni się dowiedzieć, że jesteś jedną z cór mojego domu. To by ci mogło 

przysporzyć problemów, zwłaszcza że masz eleganckie maniery i naturalną słabość do 

dobrego wina, przynależną twojemu stanowi. Jesteś wyjątkowym kwiatem, Johanno. 

Podobnie jak twoja babka możesz bywać w różnych środowiskach. Nie będziesz 

background image

krzywiła nosa na brudne zadania, które czekają cię u mnie.

Johanna nie wiedziała, co odpowiedzieć. Thilla jednak proponowała najlepsze 

wyjście:

- Poproś swego nowego przyjaciela, profesora, żeby pomógł ci znaleźć jakiś 

pokój na mieście. Pieniędzy ci chyba starczy? Mam nadzieję, że Marja wyposażyła cię 

odpowiednio na drogę, co?

- Mam własne pieniądze - mruknęła Johanna.

- Świetnie. Przydadzą ci się. Same tylko bilety do Theat...

- Masz na myśli demonstracje chirurgiczne?

- Tak. To wielka szkoda i wielki wstyd, że różne eleganckie i bogate paniusie 

przychodzą tam, wydają z siebie okrzyki grozy i mdleją, płacąc za to majątek, podczas 

gdy ludzie, dla których oglądanie operacji mogłoby być bardzo pożyteczne, nie są w 

stanie zarobić więcej niż trzeba, żeby jakoś utrzymać się przy życiu.

- Byłaś tam kiedyś, matko? Gospodyni chrząknęła.

- No, można tak powiedzieć... na swój sposób. Ale wśród eleganckiej 

publiczności na galerii, nie.

Johanna nie pytała więcej.

Thilla to nadzwyczaj dziwna osoba, w jednej chwili wydaje się niczym długo 

wytęskniona matka, a w drugiej taka daleka i trudna do zrozumienia, że Johanna była 

niemal przerażona.

Teraz gospodyni wstała, jej twarz znalazła się na wysokości twarzy siedzącej 

Johanny. Szczupła dłoń, silna, spierzchnięta, spoczęła na wciąż zmarzniętych palcach 

Johanny. Dłoń Thilli była ciepła jak nagrzana cegła.

- Nauczysz się bardzo dużo. Będziesz oszołomiona tą wiedzą. Ale ja będę o 

ciebie dbać, postaram się, żeby wszystko działo się we właściwym czasie, żebyś za 

jednym razem robiła tylko jeden krok. To bardzo ważne, moja młoda przyjaciółko.

Johanna wolno kiwała głową.

Thilla poklepała ją po policzku, jakby dla dodania odwagi, potem energicznie 

zakrzątnęła się w kuchni, odstawiła na bok garnek z wodą, zamknęła drzwiczki pieca, 

odwróconą do góry dnem drewnianą miską przykryła chleb, żeby nie wysychał, 

wypłukała kubek w misce z wodą stojącej na podłodze.

- Zrobiło się późno. Potrzebujemy odpoczynku. Dobranoc, moja droga, śpij 

spokojnie. Petrus sypia bardzo czujnie, a poza tym tutaj naprawdę nikt nie chce zrobić 

krzywdy żadnej z dziewcząt Thilli - skrzywiła się. - Nie, nikt by się nie odważył...

background image

Johanna podziękowała za wszystko, powiedziała „dobranoc" i poszła do 

siebie. Położyła się na łóżku, z głową na zwiniętym wełnianym swetrze. Nie mieli tu 

poduszek, a szorstka kołdra okropnie drapała. Młoda kobieta była jednak zbyt 

zmęczona, by tęsknić za swoją domową delikatną pościelą.

Zresztą taka mała tęsknota mogła pociągnąć za sobą zbyt wiele wspomnień.

Stwierdziła, że sen nadchodzi, pospiesznie odmówiła wieczorny pacierz, czuła 

jednak, że słowa modlitwy nie trafiają jej do serca. Ono pozostało zamknięte, 

niedostępne, Johanna wiedziała, że tak jest już od bardzo dawna.

Z drugiej strony, to bardzo dobrze nie dopuszczać do siebie bólu, pragnienia, 

strasznej tęsknoty za tym, czego i tak nigdy nie będzie posiadać.

I to inne, dręczące zmartwienie o małego Benjamina, uczucie, że zawiodła 

Ingalill...

Wierzyła, że potrafi z tym żyć. Bo kiedy wróci do domu, będzie umiała 

rozwiązać problemy wszystkich. Życie znowu będzie takie jak dawniej, znowu ludzie 

będą przychodzić do Vildegard po pomoc w różnego rodzaju plagach.

Znajdą się za to w lepszych rękach niż dawniej, Johanna wiedziała, że każda 

godzina tęsknoty i niepokoju o rodzinę, zostanie sowicie wynagrodzona nową wiedzą 

i nowym doświadczeniem.

Znajdowała w tym ukojenie, bardzo stanowczo zabroniła sobie myśleć, że 

może właśnie teraz mały Benjamin płacze, bo nie ma przy nim mamy.

Starała się stłumić złe myśli, wyobrażając sobie twarze ludzi, których spotkała 

dziś wieczorem, przypominając sobie ich nazwiska. Wciąż jeszcze brzmiało w jej 

uszach szczebiotanie pań, szczery śmiech panów nad koniakiem, brzęk kryształów.

Na przyjęciu była też muzyka, gościom przygrywał kwartet wykonujący 

krótkie utwory bardzo modnego kompozytora nazwiskiem Jean Philippe Rameau.

Z głową pełną tych dźwięków zasnęła i była kompletnie nieprzygotowana, 

kiedy pojawiła się mara i pociągnęła ją głęboko, głęboko w strumień lęku.

ROZDZIAŁ ÓSMY

W ostrym świetle pod owalną kopułą szklanego dachu stał profesor z rękami 

zanurzonymi głęboko w wnętrznościach trupa. Rikard Remmermann miał swoich 

dwóch najwybitniejszych studentów po lewej stronie, po prawej zaś stał niewysoki 

mężczyzna o szarych włosach i trzymał w rękach metalową tacę. Lądowały na niej 

próbki tkanek i kawałki śliskich jelit, które później obnoszono po galerii, żeby 

background image

wszyscy mogli się im przyjrzeć.

Zwłoki ułożono na wysokim stole z marmurowym blatem, znajdowały się w 

nim głębokie wyżłobienia, którymi podczas operacji płynęła krew i żółć, ściekające 

do metalowych wiader ustawionych pod stołem. Odgłos spadających kropli słychać 

było nawet w najdalszych rzędach galerii, kiedy bowiem sam profesor Remmermann 

dokonywał sekcji, w sali panowała absolutna cisza.

Paru mężczyzn siedziało z kartkami papieru na kolanach i przygotowanymi 

kawałkami kreślarskiego węgla. Profesor zakazał używania piór do pisania podczas 

swoich demonstracji, bo skrobią po papierze i przeszkadzają.

Głos profesora niósł się niczym grzmot ponad piękną, rozległą salą. Stał przed 

publicznością jak pastor podczas kazania, długie łacińskie określenia były dla 

zebranych tak samo niezrozumiałe, jak liturgiczne formułki. Na galeriach zbierała się 

szlachta i eleganckie towarzystwo, zapach francuskich perfum mieszał się z mdłym, 

słodkawym odorem rozkładających się zwłok oraz ostrą wonią spirytusu.

Demonstracja była wielkim wydarzeniem, od kiedy bowiem oba konkurujące 

ze sobą instytuty ustanowiły królewskie rady, dostęp do zwłok dla demonstracji został 

bardzo ograniczony. Teraz wymagano pisemnego zezwolenia, a niełatwo było je 

zdobyć. Stanowcze protesty Kościoła sprawiły, że dawniej tak liberalna praktyka 

zaopatrywania się w zwłoki w przytułkach i szpitalach nie mogła być kontynuowana.

Zdarzało się mimo to, że można było zdobyć zwłoki jakiegoś delikwenta, 

zwłaszcza można było liczyć na osoby skazane na śmierć, których ziemskie członki, 

jak sądzono, również nie zasługują na szacunek czy błogosławieństwo. Leżące dziś na 

stole ciało należało za życia do podwójnego mordercy cudzoziemskiego pochodzenia. 

Zielonkawożółta skóra świadczyła, że był mieszańcem dwóch ras. Potwierdzał to 

ostry nos, gęste czarne włosy i członki, które za godzinę lub dwie zostaną oddzielone 

od ciała podczas wspaniałego pokazu amputacji.

Było to wielkie wydarzenie i zadbano nawet o muzykę, która bawiła 

zebranych, zanim profesor wkroczył na salę gotów do odegrania głównej roli w tym 

bardzo rzeczywistym dramacie.

Teraz unosił wysoko jakąś czerwoną, ociekającą krwią bryłę. Przesuwał ją w 

stronę światła, oglądał ze wszystkich stron, polecił jednemu z pomocników ją 

potrzymać, a sam tymczasem zrobił kilka szybkich cięć.

Johanna wiedziała, że profesor ogląda serce delikwenta. Pociągał za 

szaroniebieskie sznury zwisające z organa Wokół widzowie piszczeli z podziwu 

background image

pomieszanego z przerażeniem, pośród elegancko ubranej publiczności dyskretnie 

krążyły niewielkie butelki ze srebrnymi korkami. Panie skrapiały się perfumami i 

ukrywały twarze w haftowanych chusteczkach lub za wachlarzami. Ich roziskrzone 

oczy sprawiały, że Johanna poczuła się nieswojo. Co to za ludzie? Nie przyszli tu ani 

po naukę, ani z szacunku dla zdolnych lekarzy. Ani nawet z podziwu dla tego 

niezwykłego tworu, jakim jest ludzkie ciało. Nie przywiodła ich tutaj ciekawość, bo 

chcieli dowiedzieć się czegoś więcej na temat anatomii.

Przyszli tu szukać rozrywki, kiedy ludzkie ciało będzie dzielone na części, 

niczym zwierzę w szlachtuzie.

Poczuła mdłości i zapragnęła, żeby nauka posługiwała się innymi sposobami. 

To, że stoi za tymi ubranymi w brokaty ludźmi, że słucha ich wypranych z wszelkiego 

szacunku komentarzy, złościł ją bardziej, niżby przypuszczała, i sprawiło, że 

spotkanie z prywatnym zakładem naukowym Crugera stało się dla niej wielkim 

rozczarowaniem. Wolno spakowała drewnianą płytkę, zapas papieru, ołówek i 

wszystkie przybory, które sobie zawczasu przygotowała. Włożyła to do skórzanej 

torby i wyszła. Miała wrażenie, że razem z przyborami pakuje do torby wszystkie 

swoje nadzieje i oczekiwania.

- No, i co na to powie nasza piękna norweska panienka? Czy zgromadziła 

jakieś fantastyczne obserwacje z tych demonstracji, które dzisiaj przedstawił nam 

profesor?

Mężczyzna podszedł od tyłu i ujął ją pod ramię.

- Jestem Marcello Santorini, jeśli wolno. Wie pani, my, studenci, nie 

przejmujemy się za bardzo dworską etykietą. To niesłychane, jak szybko ludzie się ze 

sobą spoufalają, jeśli przyjdzie im spędzić razem pół nocy w bibliotece na wspólnych 

intelektualnych poszukiwaniach...

- Dopóki się samemu nie straci głowy - mruknęła niechętnie.

- Ha! Jakbym o tym nie wiedział! Panienka jest kimś więcej niż tylko 

poszukującą przygód dziewczyną! Widzi pani, profesor nas ostrzegał. On ma o pani 

wielkie wyobrażenie. W każdym razie chce się rozkoszować skandalem, jaki 

wybuchnie, kiedy wysoka rada się dowie, że wśród studentów znajduje się kobieta...

Johanna nadal szła przez rozległy hall, słychać było jej rytmiczne kroki na 

marmurowej posadzce; teraz zbliżała się do schodów, a on wciąż szedł za nią, nie 

przestawał się naprzykrzać. Postanowiła działać stanowczo.

- Panie Santorini, czego pan właściwie ode mnie chce? Zdjął czapkę i stał 

background image

uśmiechnięty. Miał najbardziej zielone oczy, jakie kiedykolwiek widziała. I włosy 

lśniąco czarne, związane na karku w koński ogon. Poczuła, że na ich widok serce 

skacze jej do gardła.

Ale jego twarz była bardziej kanciasta, podbródek szerszy, uśmiechnięte wargi 

pełniejsze i takiej soczystej barwy, że kobiety mogłyby mu zazdrościć. Mimo to nie 

było nic kobiecego w sposobie, w jaki ujął jej rękę i pocałował.

- Piękna, młoda panno studentko... znajomość z panią musi być czymś 

wyjątkowym. Pani nie może teraz tak po prostu sobie pójść. Ja szukałem pani przez 

całe swoje życie! Pani jest odpowiedzią na wszystkie moje modlitwy! Odkąd 

skończyłem pięć lat, żyłem wyłącznie pośród książek mego ojca. Miałem tylko jedno 

jedyne marzenie, chciałem mianowicie przewyższyć go w wiedzy medycznej. 

Pracowałem bardzo ciężko, byłem najmłodszym kandydatem, jaki kiedykolwiek 

zdawał egzaminy przed znanym kolegium przy Hotelu Dieu w Paryżu... Słuchała go 

oszołomiona.

- Ale... pan powiedział, że jest studentem. O ile wiem, to francuscy lekarze 

niewiele mogą się nauczyć tutaj na północy. I słyszałam też, że traktujecie nas z góry, 

ż

e waszym zdaniem, jeśli chodzi o naukę, to nie bardzo się różnimy od ludzi epoki 

kamiennej.

Roześmiał się znowu, ale nie puścił jej ręki, teraz jednak jego wymuszona 

bliskość nie wydawała się już jej taka niebezpieczna.

- Ma pani rację, panienko. Naprawdę ma pani rację. Taki człowiek jak Cruger 

nie może nas zbyt wiele nauczyć. Ale ja pochodzę z pięknej Italii i zdążyłem pojąć, że 

jeśli człowiek chce otrzymać naprawdę nowe odpowiedzi, to powinien szukać w 

miejscach, w których inni nie szukają. Nie stójmy jednak tak na ulicy i nie 

dyskutujmy! Niech panienka pozwoli się zaprosić na ciastko i filiżankę czekolady do 

Waldemara na Królewskim Rynku.

Potrząsnęła przecząco głową i cofnęła rękę. Uczucie, że znalazła się w całkiem

nowym świecie, stawało się coraz bardziej rzeczywiste. Na co sobie ten człowiek 

pozwala? Czy to dopuszczalne, by młodzi mężczyźni i kobiety sami spacerowali po 

ulicach, mimo że znają się parę minut i nawet nie zostali sobie przedstawieni?

- Nie mogę. Muszę wracać do domu. Muszę przeczytać notatki, chyba pan 

rozumie.

- Piękna pani! Pani jest odpowiedzią na moje modlitwy! Proszę pozwolić, bym 

opowiedział, jak każdego wieczoru w modlitwach do Najświętszej Panienki prosiłem 

background image

tylko o jedno: Ześlij mi kobietę obdarzoną rozsądkiem i wiedzą, taką, która myśli i 

wie, i ma zainteresowania, o których można rozmawiać. O taką małżonkę prosiłem, 

no i Pan Nasz w swojej łaskawości zesłał mi ciebie. Nie może mi pani odmówić, musi 

pani zrozumieć, że to by było przeciwko woli Pańskiej!

Byłaby bardzo zagniewana, gdyby ktoś inny, a nie ten zielonooki dowcipniś 

powołując się na wolę Bożą, starał się ją wodzić na pokuszenie.

Ale on jest taki słodki! I absolutnie niegroźny, jego otwarte spojrzenie 

przypomina raczej chłopca, który chce się wyrwać na wolność, kiedy kazano mu paść 

krowy. Ręce miał niezwykle ruchliwe, nieustannie nimi gestykulował, wymachiwał 

przed urodziwą twarzą, policzki płonęły mu z przejęcia. Opowiadał o pysznych 

waniliowych ciastkach, jakie podają w cukierni, do której ją zapraszał, o tym jak 

mogliby spacerować po mieście, żeby poznała najciekawsze miejsca, o wielkiej 

radości profesorów, że mogą ją uważać za swoją protegowaną, i o tym, co mu 

przepowiedziała jego ukochana mama w dniu swojej śmierci.

Johanna czuła, że za chwilę ulegnie. Był taki zabawny, taki spontaniczny, taki 

beztroski! Choć przecież jest mężczyzną wykształconym. Z pewnością mógłby jej 

pomóc w wielu sprawach. Potrzebowała sojusznika, kogoś, kto mógłby jej służyć radą 

zarówno w odniesieniu do trudniejszych partii literatury, jak i bardziej praktycznej 

orientacji w tym tak dla niej nowym położeniu.

Był zaprzyjaźniony i z Niemcem, i z profesorem. Nie zdziwiłoby jej też wcale, 

gdyby się okazało, że zna Crugera.

- Panie Santorini... pański ojciec... czy on ma na imię Giovanni?

- Och, oczywiście! Istnieje wielu Giovannich na moim pięknym wybrzeżu, ale 

tylko jeden znany jest aż na tych północnych krańcach kontynentu. Ze też pani o nim 

słyszała! Muszę przyznać, że pani wiedza nie przestaje mnie zdumiewać!

- Observationes Anatomicae. Dzieło liczące sobie ponad dwadzieścia lat, a 

mimo to wciąż jedno z największych.

- Magnificai Klaskał w dłonie z zachwytu, objął ją w pasie, Johanna 

przestraszyła się, że on zaraz zrobi coś nieprzyzwoitego. Drgnęła, słyszała już o tych 

niepohamowanych południowych adonisach i osłaniała się przed ewentualnymi 

pocałunkami, jakie mogły spaść jej na twarz.

- Mamma mia! Bóg mi panią zesłał, jestem stracony, jestem zbawiony! Czy 

zechciałaby pani pójść ze mną natychmiast do księdza, a potem będziemy mogli 

przesłać naszym rodzinom tę radosną wiadomość.

background image

Johanna nie była w stanie dłużej zachować powagi, musiała się roześmiać. On 

potrząsał włosami, kłaniał się głęboko, jakby zamierzał przed nią uklęknąć.

- Panie Santorini, to niewiarygodne, co pan wyprawia - śmiała się Johanna. 

Nie można było traktować go poważnie, mimo wszystko to zdumiewające, że 

mężczyzna po pięciu minutach znajomości właściwie się jej oświadcza.

- Będzie pani miała czas się zastanowić, kiedy słodki, biały krem będzie 

wypełniał pani usta. Ha, po tym, jak zaprezentuję pani wielkie dzieło mojego 

cukiernika, nie będzie pani mogła mnie już odepchnąć. Będzie pani moją dłużniczką 

na wieki!

Dała za wygraną. Ujęła podane sobie ramię i wciąż roześmiana poszła z nim w 

ten jesienny pogodny dzień.

No bo w gruncie rzeczy co to szkodzi? Było tak, jak myślała, tutejsze 

akademickie środowisko ma całkiem inne zasady niż te, jakich nauczyła się w 

staroświeckiej małej osadzie daleko nad norweskimi fiordami. Ani jeden człowiek się 

za nimi nie obejrzał, nie posłano im ani jednego taksującego spojrzenia. Nawet 

wówczas kiedy on podrzucał czapkę i wykrzykiwał coś za mijającym ich powozem. 

Nikt widocznie nie uważał, że to dziwne zachowanie.

Marcello był specjalistą od błyskawicznych replik i zabawnych historii. 

Najwyraźniej mieszkał w Kopenhadze od wielu lat, bo mówił po duńsku niemal bez 

akcentu, a kiedy szli przez rynek, powiedział jej, ile dokładnie jest tam kamieni. 

Pokazał jej wielki posąg Christiana V na koniu i drogę do ogrodów wokół zamku 

Amalieborg oraz wiele interesujących miejsc.

- Pokażę pani wszystko, na początek jednak najważniejsze: ciastka z 

waniliowym kremem.

Odprowadził ją do domu, mieszkała przy małej uliczce za ratuszem, ledwo 

udało jej się nie dopuścić do tego, by poszedł z nią aż do samych drzwi.

Była to ładna dzielnica, dom został zbudowany w stylu holenderskim i 

przypominał ów pałac, który wzniosła dla siebie Marja. Parter zajmowali mał-

ż

onkowie Thingel, bliscy znajomi Niemca. On był kapitanem na dużym frachtowcu 

Kompanii, ona zaś, energiczna i pulchna dama, prowadziła sklep dla pań na Amager 

Torv. Nie mieli dzieci, blisko dwadzieścia lat temu czwórkę ich potomstwa zabrała 

epidemia ospy.

Johanna miała klucz do drzwi wejściowych i mogła nie zauważona wejść po 

schodach na górę, gdzie znajdował się jej pokój, ulokowany między pomieszczeniami 

background image

dla służby i pracownią krawiecką gospodyni. Cztery krawcowe i jeden starszy 

mężczyzna szyli tam damskie ubrania. Johanna została poinformowana, że wchodzi 

do szacownego domu.

- Piękna panienko, pomachaj mi chociaż na dobranoc ze swojego okna, zanim 

stąd odejdę. I proszę mi obiecać, że jutro przyjdzie pani do czytelni, że nie jest pani 

jedynie cudnym snem ani wytworem mojej fantazji, którą wprawiłem w ruch 

zjedzeniem takiej ogromnej ilości waniliowego kremu.

Uderzyła go lekko po zbyt ruchliwych dłoniach, nie pozwalała się obejmować, 

w końcu trzeba wyznaczyć jakieś granice, zwłaszcza że złapał ją za rękę i chciał 

bawić się z nią w berka koło fontanny niedaleko zamku.

- Panie Santorini... pan chyba oszalał! Pan jest naprawdę niebezpiecznym 

mężczyzną, który potrafi zagadać kobietę, obezwładnić ją tymi ciągłymi wybuchami 

ś

miechu.

- Och, a czego innego by się pani spodziewała? Wyznaczona mi przez Boga 

małżonka nie może być śmiertelnie poważna.

W końcu musiała go popychać, żeby już sobie poszedł, nie dała się podejść i 

nie obiecała, że pomacha mu z okna, ani nie powiedziała, które z okien należy do jej 

pokoju.

Domyślała się, że młody człowiek nie miałby żadnych skrupułów i przy 

najbliższej okazji wtargnąłby do panieńskiej komnaty.

Myśli Johanny wolne były od fantazji i dawnych wspomnień, swobodnie 

krążyły po jej głowie niczym lekka mgiełka nad leśnym jeziorkiem.

Ileż dziwnych rzeczy on mówi! Ile niezwykłych komplementów. Nigdy żaden 

mężczyzna nie porównywał jej uszu do pięknych muszli ani brwi do półksiężyców. 

Nie wiedziała, że ma oddech pachnący niczym różany ogród w Neapolu, a kiedy 

wpijał wzrok w jej piersi i zaczynał mówić o włoskich dolinach okolonych 

wzgórzami, to najpierw zareagowała złością.

To niewiarygodny mężczyzna.

Musiała przyznać, że w ciągu tych trzech godzin, jakie minęły od zachodu 

słońca i zamknięcia Theatrum, wszystko, co tam przeżyła, zostało kompletnie 

przesłonięte przez oczy, zachowanie i śmiech tego Włocha.

Ogarnął ją wstyd. To przecież nie wypada.

Bardzo dobrze wiedziała, że gdyby to dotarło do uszu Komisji, miałaby 

poważne kłopoty, a jej przyszłość stanęłaby pod znakiem zapytania. W Komisji 

background image

zasiadało między innymi dwóch lekarzy i dwóch pastorów. Komisja ma za zadanie 

rozstrzygnąć, czy młode kobiety spełniają wszystkie warunki, również moralne, by 

otrzymać atest uprawniający do prowadzenia działalności akuszerskiej.

Objadanie się ciastami z waniliowym kremem w towarzystwie mężczyzny o 

rozpłomienionych zielonych oczach pewnie by nie przemawiało na jej korzyść.

Ani uścisk jego rozpalonej dłoni, kiedy idą ulicą. Nie mówiąc już o 

gwałtownym biciu serca i tym podniecającym napięciu, które trudno opanować, o 

rękach, które wieczorem nie są w stanie się uspokoić.

Niczego takiego nie przeżywają przyzwoite kobiety.

Ani śmiertelnie poważne.

Bezwzględnie musi się opamiętać i unikać tego młodego człowieka. Może 

powinna pójść do profesora i prosić o ochronę? Bo trudno będzie uniknąć spotkań z 

panem Santorinim, zwłaszcza że on też należy do ulubieńców Crugera. Zresztą 

dziwiłoby ją, gdyby nie był, syn takiego uczonego! Prawdopodobnie to sam Cruger 

zaprosił go do swego prywatnego zakładu naukowego, bo to z pewnością podnosi 

reputację szkoły również wobec kolegów z uniwersytetu.

Dziwne, że taki wesołek, skłonny do niepoważnych żartów, pochodzi z 

takiego wielkiego, naukowego rodu! Dziwne, że może być tyle buzującej radości 

ż

ycia, tyle humoru w młodym człowieku, który większość swego czasu spędził nad 

książkami i bardzo trudnymi zadaniami z zakresu medycyny, a zwłaszcza chirurgii.

Nie zwróciła na niego uwagi podczas chirurgicznych pokazów, ale kiedy w 

skupieniu starała się przypomnieć sobie obraz sali, to jego czarne włosy związane w 

koński ogon mignęły jej wśród siedzących najbliżej stołu i śledzących wydarzenia z 

pierwszego rzędu.

Siadywał wśród nauczycieli, innych profesorów i wykładowców z obcych 

krajów.

Przy okazji zapyta o Santoriniego Niemca. Może w sobotę wieczorem, kiedy 

znowu będzie jadła kolację w jego domu. A gdyby wtedy musiała pracować, to spotka 

go w kościele świętego Piotra, gdzie Niemiec modli się w niedzielne przedpołudnia.

Mimo wszystko ten Włoch jest niebezpieczny. Gdyby nie była ostrożna, 

mógłby zabierać jej zbyt wiele czasu, zajmować jej myśli i przeszkadzać w 

wypełnianiu najważniejszej pracy, czyli w nauce. Nie może stracić wyjątkowej 

szansy, jaką los jej dał.

Johanna splatała niespokojne dłonie, starała się odmawiać stare modlitewne 

background image

formułki. Ale modliła się tylko wargami, wciąż w jej głowie zmieniały się piękne 

obrazy i zanim zasnęła, miała wrażenie, że czuje na nagiej skórze jego gorący oddech.

Czarne, lśniące włosy, zdawały się łaskotać jej szyję, piersi napinały się pod 

koszulą, jakby rzeczywiście jej dotykał.

- Ten przeklęty Cruger! Co on sobie wyobraża? Drodzy koledzy, pozwolę 

sobie przypomnieć moje słowa, kiedy ten dom wariatów został stworzony: Jakim 

prawem prywatna osoba stawia wyzwania królewskiemu duńskiemu uniwersytetowi? 

To po prostu wstyd! I na moje wyszło. Grzech i obraza boska kwitnie, a nikt tego nie 

kontroluje!

Zgromadzeni kiwali głowami. Syci i ociężali po pieczonej gęsi, popijali 

koniak i słuchali słów pastora. Nie był to pierwszy lepszy klecha, ale jeden z 

najważniejszych przedstawicieli wydziału teologicznego, odpowiedzialny zarówno 

przed Bogiem, jak i przed ludźmi. Prowadził wykłady dla studentów, był najbardziej 

zaufanym doradcą biskupa i faworytem króla. Wielu zdumiewało się, że pan Cruger, 

mając takich przeciwników, mimo wszystko otworzył i prowadzi w stolicy Theatrum 

Chirurgicum.

- Coś trzeba z tym zrobić. Nie możemy pozwolić, żeby ten rzeźnik kradł cenny 

materiał naszym lekarzom. Muszę powiedzieć, że jestem wstrząśnięty. - Zapalił fajkę 

i ciężko opadł na krzesło. Małe, wyblakłe oczka błądziły po sali, przyglądając się 

podstarzałemu zgromadzeniu. - Nauka to wasza wielka odpowiedzialność, moi 

panowie! Ale powiadam wam, jeśli będzie się ją uprawiać w pogański sposób, 

obrażając boskie dzieło stworzenia... naruszając tajemnice Pana... to kara będzie 

wielka. Trupów nie można krajać na oczach znudzonych szlachcianek i żądnej 

sensacji publiczności. Trzeba je potem pochować w poświęconej ziemi, jeśli nie 

należą do wyrzutków. Jeden z panów wyjął cygaro z ust.

- Czyż to jednak nie jest tak, że medycy mogą kroić tylko takich, którym 

odmówiono prawa do poświęconej ziemi?

Pastor mamrotał, że o to właśnie chodzi.

- Tak, tak powinno być. Cała rzecz w tym, że Cruger nie przejmuje się 

postanowieniami prawa!

Pochylił się nad okrągłym stołem, przy którym siedzieli panowie, i odłożył 

fajkę. Spoza błękitnej smugi dymu dobitnie powiedział niskim głosem:

- Dzieją się straszne rzeczy. Uczeni, nie, nie, nie waszej klasy, moi panowie, 

lecz pozbawieni honoru szalbierze ze szkoły Crugera, ich mam na myśli. Otóż 

background image

dokonują oni potwornych przestępstw.

Wymieniano zdumione spojrzenia, kieliszki zastygły w pół drogi do ust.

- No, a co z profesorem Remmermannem? Czy nie powinniśmy odbyć tej 

dyskusji któregoś wieczoru, kiedy on także będzie obecny?

Pastor wiedział wszystko o retoryce, także o znaczeniu pauzy, teraz uzyskał 

już niezbędną ciszę i odpowiedni poziom oczekiwania. Cichym głosem poprosił 

zgromadzonych o osąd, kiedy skończy swoją wypowiedź.

- Oni nocami zakradają się na cmentarze, moi panowie! Przynoszą szpadle i 

łomy... rozkopują świeże groby i kradną ciała!

- Nie! Niemożliwe! Cóż za potworne rzeczy! Zdumienie uniosło wiele 

krzaczastych brwi. Jeden z lekarzy zerwał z głowy perukę i ocierał rękawem spocone 

czoło.

- To niepojęte! Cóż za profanacja! To przecież potworne przestępstwo!

- Gorzej - rzekł pastor krótko. - Sprawa ma znacznie poważniejsze następstwa 

niż samo tylko działanie policji. Czy zdajecie sobie sprawę, moi panowie, czego 

możemy w konsekwencji oczekiwać? Całych tłumów niespokojnych, demonicznych 

dusz, które będą krążyć pośród nas w poszukiwaniu swoich na zawsze utraconych 

ciał!

Wytrzeszczali oczy, niektórzy zaciskali powieki. Pastor wiedział, że stosunek 

uniwersyteckich medyków do szkoły Crugera był mniej więcej taki, jak stosunek 

Rosjan i Finów podczas wielkiej wojny. Odczuwali może jakiś rodzaj podobieństwa 

do siebie nawzajem, ale nienawidzili się i obawiali o swoją przyszłość.

- Barbarzyńcy Crugera ściągną karę boską na nas wszystkich. Wiedza 

medyczna może się rozwijać jedynie w imię Pana i pod nadzorem Jego sług. Tu 

doświadczamy naocznie, do czego może prowadzić bezbożność, na co ci diabelscy 

przestępcy narażają nasze kobiety i dzieci. Teraz już wiecie, z kim współpracuje nasz 

poczciwy Remmermann. I możecie, drodzy zebrani, ocenić konsekwencje.

Słowa pastora zrobiły na wszystkich ogromne wrażenie. Zebranie miało się ku 

końcowi. Coraz to któryś z panów spoglądał na kieszonkowy zegarek.

Pastor częściowo osiągnął to, co chciał. Wkrótce zrobi się koniec z tym 

bezbożnym polowaniem na coraz to nowe zwłoki do krajania. Cieszył się, że 

niebezpieczni przestępcy zostaną też oskarżeni o łamanie zakazu korzystania ze 

zwłok z domów dla psychicznie chorych i przytułków, ale powaga sytuacji dotarła do 

niego dopiero, kiedy po raz pierwszy usłyszał o okradaniu grobów.

background image

- Człowieku, człowieku - wzdychał jakby sam do siebie i spoglądał w sufit 

pięknej komnaty. - Do czego ty zmierzasz? Chcesz jeszcze więcej trującej wiedzy z 

drzewa zakazanego? Wbrew woli Pana starasz się poznać Jego tajemnice tak, jakby 

dzieło stworzenia można było przyrównać do cebuli, którą rozbiera się warstwa po 

warstwie... pewnego dnia to zrozumiecie, drodzy koledzy z fakultetu medycznego. 

Pewnego dnia świat uzna, że bez Boga żadna choroba nie może być wyleczona. Co 

więcej, bez woli Boga żadna choroba ani cierpienie nie powstanie...

Wkrótce wszyscy medycy się pożegnali i zostali tylko trzej koledzy teolodzy, 

by odmówić ostatnią modlitwę i wypić ostatni kieliszek koniaku.

Głos Crugera z natury nie był taki silny jak głos Remmermanna. Ale akustyka 

w owalnej sali pod szklaną kopułą była nienaganna i nawet najdelikatniejszy szept 

znakomicie docierał do czterech ubranych na czarno milczących mężczyzn, 

zaproszonych do Theatrum na spotkanie z powodu kryzysu.

Teraz głos niewysokiego chirurga łamał się z gniewu i zaniepokojenia.

- Nie mogę się na to zgodzić, by plotki i pomówienia zniszczyły to, co 

zbudowałem! Żeby nasi studenci cierpieli dlatego, że administracja nie potrafi 

utrzymać języka za zębami!

Westchnął, otarł spoconą twarz. Ponuro spoglądał w niemal pusty pokój. 

Ciężki zapach spirytusu, chemikaliów i zastarzałego tytoniowego dymu zawsze wisiał 

w tej sali, chociaż wywietrzniki w suficie stały otworem przez okrągły rok.

- Prosiłem was, byście zatroszczyli się o dostarczenie trupów. Jesteśmy 

absolutnie od tego uzależnieni. Ale prosiłem was, byście wyjechali gdzieś dalej i tam 

szukali, czego trzeba! Ostrzegałem dokładnie przed tym, że w mieście zaczynają się 

pogłoski o rabowaniu grobów!

Pociągnął łyk wody.

Nikt nie poprosił o głos, nikt nie złożył żadnych wyjaśnień. Cruger wolno 

zwinął swój pergamin.

- Jutro o godzinie dwunastej będę przesłuchiwany u sędziego najwyższego. To 

nie błahostka, moi panowie. Jestem zmuszony poinformować panów, że zamykamy 

oficjalne pokazy chirurgiczne, że w ogóle kończymy wszelkie demonstracje na 

ludzkich trupach! Innymi słowy, wracamy do świń i psów. Naprawdę można płakać 

nad tym nędznym, zacofanym krajem! Jesteśmy skazani, by na zawsze pozostać 

błaznami świata, amatorami! Uczeni, mój Boże! Chirurdzy, którzy nigdy nie widzieli 

nic prócz zwierzęcych preparatów, jak oni mogą skutecznie operować?

background image

Siedzących na ławie ogarnął niepokój.

Cruger usiadł po prostu na niskim stole operacyjnym. Samotny, mdły promyk 

słońca odbijał się od jego łysiny. Chirurg wyglądał na jeszcze mniejszego i bardzo 

przygnębionego, ale, mimo frustracji, oczy lśniły blaskiem.

W końcu powiedział szeptem:

- Moi panowie, teraz musicie wybrać studentów godnych zaufania. 

Wyjaśnijcie im powagę sytuacji, zwolnijcie ich, gdyby było trzeba, z ewentualnych 

religijnych zobowiązań, na które musieli przysięgać. Powiedzcie im, że niedługo 

nadejdzie czas, gdy staroświeckie dogmaty księży zostaną odrzucone. My jesteśmy 

przyszłością. Nadzieją nowej ludzkości. To my posiadamy zdolność uwalniania od 

cierpienia i udręki, i to nie może nam być odebrane. Musimy działać niezmordowanie, 

nie pozwolić się powstrzymać ludziom o ciasnych horyzontach i gadaniem o woli 

boskiej.

Większość nie była w stanie ukryć swego zaskoczenia taką swobodą myśli. 

Wiadomo było wprawdzie, że Cruger nie wyciera ławek w kościele, ale że aż tak 

otwarcie będzie głosił swoje idee, takie niebezpieczne myśli...

- Panie Cruger - wyjąkał jeden z zebranych nerwowo.

- Tak? Jakieś pytania?

- Ja... Ja nie wiem, czy my pana właściwie rozumiemy, ale... To znaczy, że 

będzie się organizować tajne pokazy?

Ich szef kiwał głową z udaną wyrozumiałością.

- Bardzo dobrze. Tajne, o ile zdołamy zdobyć trupy. A to, moi panowie, będzie 

zadaniem waszym i studentów. Chciałbym wam tylko udzielić jednej rady: 

zdobywajcie je w miejscach, gdzie nikt ich nie będzie szukał, nikt nie zauważy ich 

braku. I w miejscach, gdzie żaden pastor ani kościelny was nie przy - łapie na 

gorącym uczynku i nie spowoduje kompletnego upadku naszego Theatrum!

Znowu potakiwali. Cruger wyszedł na sztywnych nogach w towarzystwie 

asystenta, czarnowłosego i milczącego młodego mężczyzny, którego głosu nikt nigdy 

nie słyszał.

- Uff... ale nam się dostało, i to tak wcześnie rano - westchnął Remmermann.

- To by człowiekowi zepsuło każdy dzień, profesorze. Zresztą dochodzi 

dwunasta.

- Tak, otrzymaliśmy jasne polecenie, żeby nie powiedzieć: rozkaz. No to 

poszukajmy sobie mądrych pomocników.

background image

Jeden z kolegów uśmiechnął się krzywo i zaczepnie.

- Ma pan z pewnością na myśli mężczyzn. Pańska ulubienica z dalekiej 

Północy chyba nie wchodzi w rachubę?

Remmermann nie zaszczycił go nawet przelotnym spojrzeniem.

Dyskusja w sprawie uczestnictwa Johanny w studiach nigdy się nie odbyła, 

zwłaszcza że pan Cruger bez mrugnięcia okiem podpisał się pod protokołem 

stwierdzającym, że znalazła się na liście studiujących.

Remmermann wiedział, że to w dużej mierze jego zasługa. Zresztą Niemiec 

wydał też na to sporo pieniędzy. To prawda, że żaden chirurg nie może się 

wykształcić bez pokazów i demonstracji dokonywanych na trupach, więc jest 

oczywiste, że zwłoki są niezbędne. Ale jest też jeszcze jedna rzecz, której ich szkoła 

nigdy nie miała pod dostatkiem, a mianowicie pieniądze. Pieniądze na wszelkie 

opłaty, na zakup instrumentów, na książki i coraz częstsze podróże na południe, gdzie 

nauka posunęła się znacznie dalej. Prawdopodobnie przyjęcie zacnej Johanny 

przyniosło trochę pieniędzy albo może Niemiec od początku dostrzegał możliwość 

zdobycia interesującej i naprawdę bardzo nowoczesnej małżonki?

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Niepostrzeżenie nadeszły przymrozki, liście wysokich dębów w parku 

zbrązowiały i skończył się barwny czas jesieni. Ulice Kopenhagi jakby zamarzły, 

cienka warstewka szronu pokryła jezdnie i wciąż hałasujące wozy ślizgały się teraz na 

zakrętach. Konie potykały się, czasem padały na kolana, a niekiedy nawet przewracały 

się jak długie. Zimy bywają w Kopenhadze łagodne i bezśnieżne, mimo to 

przysparzają problemów i ludziom, i zwierzętom.

Na położonych na uboczu placach i uliczkach obdarci ludzie zbierali się wokół 

ognisk. Bezdomni i tacy, których jedynym schronieniem jest byle jaka szopa z desek i 

słomy, stwierdzali, że bliskość drugiego człowieka daje czasem więcej ciepła niż 

dziurawy dach. Ludzie ciągnęli do miasta ze wsi i dalekich osad, niektórzy z nich 

mieli ciemną skórę, widocznie przywiozły ich do Danii cudzoziemskie statki.

Wokół tych ognisk rozbrzmiewały najróżniejsze języki, ale w brzuchach 

wszystkim burczało z głodu tak samo.

Wśród biedaków zdarzały się też kobiety, niektóre nawet z dziećmi.

Teraz Johanna zrozumiała, dlaczego jako protegowana matki Thilli mogła się 

dość bezpiecznie poruszać po bocznych uliczkach. Zimą zajęciem Thilli było nie 

background image

tylko opiekowanie się biednymi dziewczynami, które w jej domu czekały na 

urodzenie dziecka, albo też na to, by dziecko podrosło i można było je zostawiać, a 

matka mogła się rozejrzeć za jakąś pracą.

Najsilniejszym z nich Thilla załatwiała służbę i mieszkanie, inne trzymała u 

siebie. Miała wielu znajomych i nie wahała się wywierać na nich presji, by przyjęli do 

siebie jakąś pannę, której przytrafiło się nieszczęście. Większość po jakimś czasie 

zaczynała sobie radzić, bywało, że wracały do rodzin, które jakoś dawały się 

przebłagać i akceptowały jeszcze jedną gębę do karmienia. Były takie, które za 

wszelką cenę starały się pozbyć dziecka, zaraz po porodzie odwracały się do ściany i 

los maleństwa powierzały Thilli. Ona zawsze umiała znaleźć im dom. Zresztą nie tak 

mało kobiet przychodziło do niej z zupełnie innymi problemami: mimo wszelkich 

starań pozostawały bezpłodne. Zdarzało się więc, że Thilla uszczęśliwiała parę osób 

za jednym zamachem.

- Dzisiaj pójdziesz ze mną, Johanno. Świeże powietrze dobrze ci zrobi, jesteś 

blada jak trup, dziewczyno. To niedobrze, żeby młoda, zdrowa kobieta przesiadywała 

całe dnie w czytelniach, w zamknięciu, bez ruchu. I na dodatek prawie nie sypiasz!

Thilla zdjęła grubą brunatną chustkę z wieszaka. Elegancki płaszcz, w którym 

Johanna chodziła na wykłady, nie nadawał się tam, gdzie dzisiaj się wybierały. W tej 

dzielnicy nosi się proste, bezbarwne ubrania z szorstkich materiałów, to ulice ludzi w 

dziurawych butach i z pustymi kieszeniami.

- Petrus już przygotował ręczny wózek. Chodź, przyniesiemy kocioł z zupą. 

Duże miedziane naczynie stało na kuchni od wczorajszego wieczora i teraz rozchodził 

się od niego smakowity zapach przypraw, mięsnego wywaru i kapusty. Chleba na 

razie Thilla nie przygotowywała, jeszcze długa zima przed nimi. Tymczasem 

wystarczy zupa. Thilla miała znajomego rzeźnika, który dawał jej za darmo końskie 

kości, bo nikt ich i tak nie kupował. Znała też pewnego właściciela gospody, który się 

czasem przeliczył i nabył za dużo ryb, albo kapusta zaczynała mu gnić, więc dawał to 

Thilli.

Wózek był ciężki, Petrus ciągnął, Johanna pchała, a Thilla trzymała kociołek. 

Unosił się nad nimi gęsty, biały obłok, kiedy posuwali się wolno wąskimi uliczkami. 

Zapach sprawiał, że bezpańskie psy unosiły głowy, układały się zwykle pod ścianami 

domów, próbując przechwycić trochę ciepła wydobywającego się ze szpar i 

nieszczelnych okien.

Thilla machała na powitanie, kiedy zbliżali się do grupy ludzi siedzących na 

background image

snopkach słomy przy zrujnowanej szopie. Ognisko zgasło, został tylko popiół i kupka 

czarnych, wystygłych węgli, ludzie oszczędzali opał na noc, a teraz było dopiero 

wczesne popołudnie.

Na widok Thilli wszyscy zerwali się na równe nogi, otoczyli ją kołem, 

obejmowali, głaskali po rękach. Niektórzy mieli na twarzach otwarte cieknące rany, 

okaleczone palce sterczały spod szmat, które początkowo miały chyba chronić przed 

zimnem. Johanna widziała, że teraz te opatrunki przesiąknięte są krwią.

- Oni pracowali przy siarce - powiedziała Thilla krótko. Johanna natychmiast 

zabrała się do rozdzielania nieco już przestygłej zupy.

Nalewała ją do miedzianych misek i metalowych kubków, które jej podsuwali, 

niektórzy nie mieli nic oprócz jakiejś obtłuczonej butelki czy pękniętego drewnianego 

kubka przywiązanego sznurkiem do pasa.

Thilla nie spoczęła, dopóki wszyscy nie byli syci tak, że nie mogli już zjeść ani 

odrobiny więcej.

Na dnie kociołka została tylko resztka, przelała to do dużego drewnianego 

naczynia jednego z mężczyzn i szeptem wyjaśniła mu, komu ma to zanieść.

Potem rozwiązały się języki, w grupie raz po raz wybuchały śmiechy. Thilla 

rozmawiała i żartowała, od czasu do czasu ujmowała się pod pachy i zaśmiewała do 

rozpuku.

Johanna spostrzegła, że w oczach ludzi pojawia się ciepły blask, jedna po 

drugiej para oczu rozbłyskiwała, przyszło jej na myśl podobieństwo do ulicznych 

latarni, które stróż o zmierzchu zapala po kolei.

Tego wieczoru to Remmermann organizował przyjęcie u siebie, Johannę 

uprzedził o tym Marcello. Profesor spodziewał się kilku zagranicznych kolegów, 

wśród nich miało być angielskie towarzystwo, które bawi w Kopenhadze przejazdem, 

w drodze do Petersburga, oraz dwóch medyków niemieckich zaproszonych do Danii 

na gościnne wykłady. Remmermann pragnął zebrać ich wszystkich razem, uwielbiał 

takie profesjonalne zgromadzenia bez udziału egzaltowanych kobiet i nie mających 

pojęcia o nauce szlachetnie urodzonych panów.

- Powinnaś się ubrać bardzo skromnie. Kobieta - studentka zostanie z 

pewnością zauważona przez tych światowej sławy mężów. Będą szukać choćby 

najmniejszej oznaki nieprzyzwoitości czy w ogóle czegoś nagannego. To prawda, że 

na południu Europy sprawy zaszły dalej, w Paryżu na przykład już nikogo nie dziwi 

kobieta lekarz. Ale... wszyscy bardzo uważnie się jej przyglądają. Takie kobiety 

background image

muszą się cechować bardzo wysokim poziomem moralności.

- Tak? No, to w takim razie będzie najlepiej, jeśli pan Santorini wysłucha 

mojej rady: Trzymaj się ode mnie z daleka, Marcello! To jest moja moralność!

Uścisk jego ręki na ramieniu Johanny trochę zelżał. I tak zresztą nie trzymał 

jej zbyt mocno. Jego oddech wydawał się Johannie słodki, kiedy Włoch, szepcząc, 

dotykał jej policzka. Stał przy niej bardzo blisko, ale ktoś z zewnątrz nie dostrzegałby 

w tym nic złego. Po prostu dwoje studentów pochylonych nad jedną książką prowadzi 

szeptem rozmowę. Wokół nich siedziało paru innych czytelników, to ubrani na czarno 

studenci, przeważnie z wydziału teologicznego, lecz także paru medyków i 

botaników.

- Ależ, Johanno! Przecież chyba jesteśmy przyjaciółmi? I o ile wiem, 

będziemy najmłodszymi uczestnikami przyjęcia. Z pewnością posadzą nas obok 

siebie, już drżę z podniecenia! Pomyśleć, będę mógł przez cały wieczór siedzieć przy 

tobie, czuć konwaliowy zapach twojej skóry, twoje...

- Milcz! I idź sobie stąd! Pozdrów ode mnie profesora Remmermanna i 

powiedz, że bardzo mi przykro, ale nie przyjdę. Ja... nie jestem całkiem zdrowa.

Marcello zaśmiał się gardłowo. Kilka głów zwróciło się ku nim, oczy patrzyły 

z naganą. Johanna poczuła, że się czerwieni, na szyi, policzkach i na czole aż po 

korzonki włosów.

- Nie całkiem zdrowa? Ale panna tryska zdrowiem, jak nikt inny! I policzki 

ma panienka rumiane niczym róża. O, nie, chyba pani rozumie, że nie uniknie tej 

przyjemności. Proszę nie zapominać, że sławny profesor położnictwa, pan Smellie z 

Londynu, składa nam wizytę. Sądzę, że uzna pani jego ostatnie instrumenty za bardzo 

interesujące...

Johanna zamrugała niepewnie.

Marcello wiedział, że ona nie przepuści okazji, żeby dowiedzieć się czegoś 

nowego w dziedzinie położnictwa.

Strzał był i tym razem celny. Johanna przełknęła ślinę, odsunęła się od niego 

na ławce i wbiła w niego wzrok.

Niech to licho, czy on musi być taki urodziwy! Te zielone oczy przypominały 

jej łąki w rodzinnych stronach. Tak wyglądają po pierwszej letniej burzy, lśniące, 

ś

wieże i takie zielone, że aż oczy bolą.

- Cara mix.. Pani się zastanawia? Co panią dręczy? Czy myśl o spędzeniu 

wieczoru w towarzystwie Santoriniego sprawia pani aż tyle przykrości? Uśmiechnij 

background image

się, dolce, uśmiechnij się!

Nie potrafiła zrobić nic innego. Ten człowiek ma wyjątkową zdolność 

upodabniania się do zbitego szczeniaka, ale pozostawał nieszczęśliwy i bezradny 

tylko przez krótką chwilę. Jego silne ręce znowu obejmowały ją w pasie. Te ręce były 

ciepłe, niemal gorące, a kiedy przypadkiem dotknął jej dłoni, poczuła, że są też lekko 

wilgotne.

- Moja piękna koleżanko, dlaczego mnie pani zawsze od siebie odpędza? 

Dlaczego nie możemy cieszyć się nawzajem własnym towarzystwem i spacerować po 

parku jak w tamten piękny jesienny dzień? Nie może pani być wciąż taka zajęta. Czy 

naprawdę pani siedzi przez cały czas w swoim pokoju i czyta?

- Owszem, tak robię. Mnie się bardzo spieszy, panie Santorini. Muszę wracać 

do domu, do mojego chorego dziecka!

Opowiedziała mu o Benjaminie już wtedy, pierwszego dnia, gdy się poznali, 

nie dlatego, by uważała, że go to w jakikolwiek sposób dotyczy, ale dlatego, że 

chciała dać mu jak najwięcej powodów, by przestał ją adorować. Na szczęście nie 

spotykała go nigdy w Theatrum Chirurgicum, ani na wykładach, ani podczas 

demonstracji. Wiedziała, że Santorini najwięcej czasu spędza na uniwersytecie, 

wykłada tam innym medykom teorie swego ojca. Często jednak najzupełniej 

przypadkowo pojawiał się na jej drodze, nierzadko widywała go, jak tkwi wieczorami 

na rogu ulicy, w miejscu gdzie musiała przechodzić, wracając do domu kapitanostwa.

Wyglądało na to, że ani ostre uwagi, ani opowiadanie o chorym dziecku nie 

robią wrażenia na gorącym Włochu. Teraz upadł na kolana przy jej pulpicie.

- Nie, nie, nie może się pani zamęczać. I proszę mi nie wspominać o 

wyjeździe, bo nie jestem w stanie powstrzymać łez! - zawołał dramatycznie.

Bibliotekarz posłał im mordercze spojrzenie. Johanna poderwała się, 

gorączkowo zebrała notatki, wrzuciła wszystko do skórzanej torby.

- Muszę już iść. Urządza pan widowisko. Przychodzi pan tutaj, żeby mi 

powiedzieć o wieczornym przyjęciu, i odgrywa pan gorszące sceny w królewskiej 

bibliotece!

Wysyczała mu to wszystko w twarz jadowitym szeptem, wysoko uniosła 

głowę i demonstracyjnie wyszła. Chichoty i szepty za plecami przekonały ją, że tym 

razem jej opinia została uratowana. W końcu dała odprawę natrętowi.

Szybkim krokiem poszła dobrze znaną drogą do swojego pokoiku u 

kapitanostwa. Krawcowe pracowały jak zawsze, zdarzało się, że kiedy szła po wodę 

background image

do mycia, słyszała przez ścianę ich cienkie głosiki. Madame osobiście pokazywała się 

rzadko, Johanna widywała ją właściwie tylko, kiedy zapraszano ją na kolację. 

Wiedziała, że fakt, iż nie wszystkie noce spędza w domu, niepokoi madame, 

wytłumaczyła jej więc, że w szkole pana Crugera pełni się nocne dyżury, że ona sama 

wzięła na siebie dodatkowe obowiązki administracyjne, w zamian za to pan Cruger 

pozwala jej korzystać ze swojego gabinetu, gdy kończy pracę zbyt późno, by 

bezpiecznie wrócić do domu.

Pani się uspokoiła, ale jeszcze jedna sprawa martwiła biedaczkę, to 

mianowicie, że Johanna tak rzadko bierze oliwę do swojej lampki ze stojącej w sieni 

beczki. Przecież za to zapłaciła, a pani kapitanowa nie chce, żeby ktokolwiek mógł 

powiedzieć, iż w jej domu skąpi się oliwy do lampy i rozżarzonych węgli do ogrzania 

łóżka, choć przyjmuje się tylko dobrze sytuowanych lokatorów i dyktuje się im słone 

ceny.

Johanna zdawała sobie sprawę z tego, że czynsz jest bardzo wysoki, ale 

ponieważ pokój u Thilli nic jej nie kosztował, da sobie radę. Nie jest to sprawiedliwe, 

myślała Johanna, że wszystkie talary idą do kieszeni zamożnej kapitanowej, gdy 

tymczasem Thilla musi żebrać w sklepie o kości na zupę dla swoich podopiecznych. 

Ale, na szczęście, w domu Thilli też nikt nie głoduje. Zresztą większość 

mieszkających tam młodych kobiet miała własne skromne kapitały, pewnie od rodzin 

lub od ojców dzieci, którzy w ten sposób kupowali sobie prawo zapomnienia o nich.

Johanna wolno wchodziła po schodach, czuła, że ogarnia ją zmęczenie. Ale, 

niestety, musi dotrzymać obietnicy i iść na ten obiad do Remmermanna. Zapewniał, 

ż

e będzie nie więcej niż sześć, może osiem osób. Wzrok profesora świadczył, że 

bardzo mu zależy, żeby Johanna przyszła. Wiedziała, że Santorini przeżyje 

rozczarowanie, bo profesor wspomniał, że będzie siedziała obok niego na honorowym 

miejscu.

Cóż, trzeba zatem wyjąć jedną z eleganckich sukien po kryjomu 

zapakowanych przez Marję. Teraz Johanna dziękowała babce, że postawiła na swoim, 

lepiej wiedziała, co będzie wnuczce potrzebne w stolicy.

Jakiś czas temu lekko zwilżyła pogniecione stroje i powiesiła na wieszaku w 

kącie pokoju. Materiał bardzo ładnie się wyprostował, chociaż jedwabna suknia 

wymagała mimo wszystko odprasowania. Trzeba będzie pożyczyć żelazko od 

madame. I może poprosić ją o pomoc przy uczesaniu? Haftowane czepeczki 

najwyraźniej wyszły z mody w królewskim mieście, Kopenhadze, i panie chodziły na 

background image

przyjęcia bez nakrycia głowy, czasem przystrajały wytworne fryzury klejnotami, 

piórami lub sztucznymi kwiatami.

Johanna ubierała się mozolnie, guziki na boku bardzo trudno było pozapinać, a 

wstążki, które należało przeciągnąć przez koronki przy dekolcie i mankietach, za nic 

nie dawały się ułożyć jak trzeba. W końcu jakoś sobie z tym poradziła i mocno 

zasznurowała stanik sukni. Duża kokarda na piersi była jedyną ozdobą kreacji, ale 

Johanna była zadowolona z efektu. Spod stosunkowo krótkiej wierzchniej spódniczki 

widać było jeszcze co najmniej sześć warstw jedwabiu w coraz jaśniejszych 

odcieniach niebieskiego. Dawało to wrażenie falującej wody, a przy każdym ruchu 

jedwab szeleścił przyjemnie.

Marja zawsze miała gust. Johanna nie mogła sobie przypomnieć, czy widziała 

ją kiedyś w tej właśnie sukni. Nie wyglądała na używaną, ale materiał był stary.

Narzuciła płaszcz na ramiona i zeszła na dół. Zegar w hallu wybił siódmą, 

wkrótce zajedzie powóz. Świeżo wyszczotkowane włosy spływały Johannie na 

ramiona, nie obcinała ich od wielu lat, ale nigdy nie były dłuższe, sięgały jej 

dokładnie do łopatek, były za to gęste i mocne, a teraz błyszczały od wosku, którym 

Johanna natarła ręce, żeby się ogrzał i zrobił miękki, a potem wmasowała go we 

włosy.

Była trochę podniecona perspektywą wieczoru, żeby tylko zmęczenie ustąpiło, 

to będzie się rozkoszować smacznym jedzeniem, winem i męskim towarzystwem. 

Uświadomiła sobie teraz, że lubi tę szaloną adorację Marcella, nawet jego śmiałość i 

ż

ywiołowość. Ceniła też bardzo komplementy Remmermanna, wiedziała ponadto, że i 

Niemiec ukrywa za swoimi wąsami słowa, które mogłyby sprawić jej przyjemność.

- Och, panienko! Dzisiejszego wieczoru też pani wychodzi? Przecież pani w 

ogóle nie bywa w swoim pokoju, pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że niczego tam 

pani nie brakuje mimo wszystko. No, cóż, meble są wprawdzie dość stare, ale 

natarłam je oliwą z prawdziwych oliwek, a firanki są prawie takie jak w salonie...

- Nie, nie, madame, w pokoju wszystko w porządku. Ale uprzedzałam panią, 

ż

e zamierzam tej zimy bardzo dużo pracować. Widzi pani, mam nadzieję, że już na 

wiosnę będę mogła zacząć zdawać egzaminy, więc niestety noce też mi są potrzebne... 

A dzisiaj jestem zaproszona do profesora Remmermanna, taki skromny obiad, kilku 

studentów i kilka medycznych wielkości, które zawitały tu przejazdem...

Madame klasnęła w dłonie z zachwytu. Jakich to znakomitych ludzi zna ta 

chłopska córka! Co prawda opowiadała o swojej babce, która podobno jakiś czas 

background image

temu obracała się nawet w kręgach dworskich...

- Drogie dziecko, proszę pozwolić, że zajmę się pani włosami... och, i w ogóle 

nie używa pani pudru! Proszę zobaczyć... troszkę różu na policzki też, prawda? I 

troszeczkę, ale naprawdę tylko odrobinę węgla na brwi. Potrzebuje pani trochę 

ż

ywszych kolorów...

Johanna protestowała, w końcu zgodziła się jednak na trochę szminki do ust i 

odrobinę jasnego pudru. Madame szczebiotała, jakie to wspaniałe fryzury potrafiła 

wyczarowywać jej poprzednia pokojówka, i jaka to straszna szkoda, że obecna 

niczego takiego nie umie. Na koniec pani zrobiła krok w tył i kazała służącej 

sprzątnąć wszystkie grzebienie, szczotki, szpilki itd., swojej lokatorce zaś poleciła 

spojrzeć w duże lustro. Wtedy Johanna po raz pierwszy w życiu stwierdziła, że jest 

ładna.

- Proszę! Wygląda pani jak księżniczka, jak leśna boginka! I chociaż suknia 

ma... trochę dziwny fason, to jest w niej pani bardzo ładnie. Hettie, przynieś szkatułkę 

z biżuterią! Tę niebieską!

I zanim Johanna zdążyła zaprotestować, kapitanowa zawiesiła jej na szyi sznur 

oprawionych w srebro kamieni, które mieniły się purpurowo i niebiesko.

- To moje stare opale. Nikt ich nie widział ze dwadzieścia lat, mam inne 

naszyjniki, które sprezentował mi mój dobry mąż. Ale pani w tym jest naprawdę do 

twarzy. Pani oczy... aż człowieka dreszcz przejmuje. Są różnego koloru, prawda? 

Czasami widuje się takie u psów...

Umilkła przestraszona, próbowała uśmiechać się przepraszająco, ale Johanna 

nie była obrażona.

- Tak, tak właśnie jest, ale nie wiem dlaczego. Niektórzy mówią, że tak się 

dzieje, kiedy matka w ciąży się pomyli i wyleje brudną wodę do beczki z czystą, albo 

jeśli w jednej ręce niesie wiadro z wodą, w drugiej z mlekiem.

Madame wyglądała na zakłopotaną, ale uśmiechała się ciepło.

- W każdym razie nie są brzydkie. Szczerze mówiąc panno Johanno, jest pani 

bardzo ładną młodą kobietą. Ale niech mi pani powie... czy dziś wieczorem spotka 

pani kogoś specjalnego?

Johanna roześmiała się krótko. Oczy tamtej przeszywały ją na wylot, ale 

starała się tego nie widzieć.

- Czy ja wiem? Podobno pan Remmermann w ogóle się nie interesuje 

kobietami. A inni goście to starzy zasuszeni profesorowie, którzy całe życie spędzają 

background image

na uniwersytecie i w zakurzonych klubach medycznych.

- Nigdy nic nie wiadomo - rzekła kapitanowa tajemniczo. - Jest pani 

wyjątkowym owocem, panno Johanno. Kobieta, z którą można się wszędzie pokazać, 

która nie straszy swoim wyglądem, a na dodatek mądra jak mężczyzna! No cóż, ja 

jestem już stara, ale nie chciałabym brać udziału w takich nudnych męskich 

zgromadzeniach. Ale idą nowe czasy, nie jestem na tyle ograniczona, by nie 

zauważać, jak się wszystko zmienia. Weźmy choćby taki przykład, dawniej, przed 

laty było absolutnie nie do pomyślenia, żeby młoda...

Z dołu dobiegał miarowy stukot końskich kopyt oraz zgrzyt kół powozu na 

ż

wirowanym podjeździe.

- O, pani powóz! Proszę mi pozwolić jeszcze tylko na jedno. Spryskała 

Johannę perfumami z kryształowego pojemnika z gumową pompką. Oczy Johanny 

napełniły się łzami podrażnione zapachem spirytusu, a gdy woń alkoholu się ulotniła, 

Johanna poczuła piękny zapach konwalii.

- Perfekt! - zachwycała się madame i delikatnie popchnęła Johannę do wyjścia, 

jakby wyprawiała na bal rodzoną córkę.

Johanna dyskretnie wyciągała szyję, nigdzie jednak nie dostrzegała Marcella. 

Goście przechodzili mrocznym, wysokim korytarzem, na ścianach wisiały ciężkie 

malowidła w starych ramach. Skrzyżowane szable oraz gobeliny przedstawiające 

sceny biblijne zdobiły podest schodów. Może Johanna źle zrozumiała, może on tylko 

przypadkiem wspomniał o tym przyjęciu, co nie musiało oznaczać, że on jest także 

zaproszony. Nie dostrzegała też innych studentów, poczuła się nieco skrępowana. Co 

to ma znaczyć?

W dużej sali stał stół nakryty tą samą tkaniną, z której uszyto portierę za 

miejscem gospodarza. Lśniło świeżo wypucowane srebro, ale kieliszki były bardzo 

różne, jakby je ktoś wyjął, nie zastanawiając się, czy do siebie pasują.

Profesor Remmermann witał gości i sadzał ich w głębokich skórzanych 

fotelach przed kominkiem, panom podawano koniak, Johannę poczęstowano 

kieliszkiem madery.

- Na zdrowie! Rozgrzejmy się trochę przed jedzeniem, bo wieczór jest zimny, 

przyjaciele. Muszę powiedzieć, że tęsknię za zimami w Paryżu lub w Rzymie. 

William, a jak jest o tej porze w Londynie? The weather, I mean?

Nieduży Anglik został przedstawiony towarzystwu, a gospodarz tłumaczył 

wszystkie rozmowy. Johanna wychwyciła parę słów zapamiętanych z książek i 

background image

dziwiło ją, jak bardzo inny jest ten język w mowie i w piśmie.

Ogarnęło ją rozczarowanie, bez pomocy nic by nie zrozumiała z toczącej się 

rozmowy. Na szczęście gospodarz, gdy było trzeba, z łatwością przechodził na 

niemiecki.

Chyba tylko ona miała takie problemy, reszta bowiem kiwała głowami i 

mruczała wymownie. Pan Smellie jednak wkrótce umilkł i zajął się swoim koniakiem.

Remmermann podszedł do niej.

- Jest pani oszałamiająco piękna dzisiejszego wieczoru, panno Johanno. 

Ogarnia mnie wstyd, że przyjęliśmy panią na studia i godzimy się trwonić taką 

urodę...

- Co pan chce przez to powiedzieć, profesorze? Czy tylko brzydka kobieta 

może się czegoś nauczyć?

Stropił się, słysząc jej ostry ton.

- Hm, nie, wcale nie... Ale czy nie uderzyło pani, że często najwspanialsze 

umysły kryją się za niezbyt pociągającą fasadą?

Johanna uśmiechnęła się złośliwie.

- Może to jest tak, panie profesorze, że jeśli kobieta nie może osiągnąć swoich 

celów, trzepocząc rzęsami, to zaczyna wykorzystywać inne swoje talenty?

- Ostra odpowiedź! Niezrównana, panno Johanno! Ale proszę mi powiedzieć 

szczerze... na co pięknej kobiecie elokwencja i wiedza naukowa? I tak przecież 

wyjdzie za mąż. I będzie utrzymywana przez męża, prawda? Kobieta powinna 

przecież być panią domu, osobą, która przez swoją łagodność i szczerość tworzy takie 

ciepłe gniazdo, o jakim my, mężczyźni, marzymy, do którego można wrócić po dniu 

pracy...

Johanna czuła, że wypite wino leciutko szumi jej w głowie, uśmiechała się 

nieskrępowana, mówiąc:

- Biedny pan profesor, który przez całe życie szukał takiej kobiety, a teraz 

prawi komplementy zupełnie niekobiecej studentce!

Na szczęście on przyjął to ze śmiechem Podał jej ramię i prowadząc do stołu 

szepnął:

- Żeby pani wiedziała, Johanno, jak mało obchodzą mnie kobiety! Wtedy 

lepiej by pani rozumiała moje uczucia do pani. I może nawet byłaby pani dumna!

Pochyliła głowę, wpatrywała się w zupę grzybową z grzankami. Gospodarz 

uniósł kieliszek i raz jeszcze powitał gości. Johannie pochlebiało, że siedzi u boku 

background image

tego mężczyzny, człowieka, którego zebrani darzą wielkim szacunkiem i podziwem.

Pana Crugera, rzecz jasna, nie było, dzisiaj zebrali się tu ludzie uniwersytetu. 

Bardzo chciałaby wiedzieć, jak gospodarz wyjaśnił gościom jej obecność. Czy 

wiedzą, kim ona jest? Gdyby zdawali sobie sprawę, że mają do czynienia z prostą 

dziewczyną, która chce zostać akuszerką, to pewnie nie kłanialiby się jej tak 

uprzejmie i nie prześcigali w przepijaniu do niej.

Dopiero pod koniec kolacji Johanna zrozumiała, że obcy panowie uważają ją 

za żonę Remmermanna.

I kiedy po kolacji zaczęła chodzić trochę nerwowo po zadymionym salonie, 

gospodarz poprosił ją, by przyłączyła się do jego rozmowy z angielskim lekarzem, 

którą właśnie prowadził.

- Proszę do nas, on zaraz pokaże nam te swoje nowe instrumenty. My pierwsi 

je zobaczymy, dopiero później zapoznają się z nimi lekarze. Podobno nasz przyjaciel 

skonstruował naprawdę fantastyczne narzędzie chirurgiczne. Uratuje życie setkom 

dzieci!

Johanna czekała podniecona. To niewiarygodne uczestniczyć w tego rodzaju 

demonstracji!

Profesor mocno przyciskał swoje ramię do boku, tak że Johanna nie mogła 

uwolnić ręki. Stała więc przy nim uśmiechnięta. Czy on naprawdę chce, żeby tamci 

uważali ją za żonę, a przynajmniej za narzeczoną? W porządku, jeśli to ma dla niego 

jakieś znaczenie, to ona chętnie odegra komedię. Jest mu winna przynajmniej tyle.

Profesor dyskretnie, szeptem, tłumaczył słowa angielskiego lekarza. Zwróciła 

uwagę, że pozostali panowie pochylają się i uważnie słuchają przekładu gospodarza. 

Poczuła się lepiej. Zresztą zaraz zafascynował ją pokaz, instrument rzeczywiście mógł 

pomagać w wyjątkowo skomplikowanych przypadkach, jak na przykład kiedy główka 

płodu utkwi głęboko w drogach rodnych i zwykłe kleszcze na niewiele się zdają. 

Uświadomiła sobie, że te niezdarne, zbite gwoździem dwie łyżki, którymi ona się 

posługiwała, w porównaniu z tym eleganckim, sprawnym urządzeniem wyglądają jak 

chochle do mieszania kapusty w garnku.

Anglik poprosił jednego z kolegów, by zaciśniętą pięść wsunął między 

złożone dłonie innego, ilustrując w ten sposób kanał rodny, w którym utknęła główka 

płodu. Informował i wyjaśniał, uprzedzał o ewentualnych deformacjach, w końcu 

ustawił instrument we właściwej pozycji tak, by objąć zaciśniętą pięść, 

przedstawiającą głowę dziecka.

background image

Johanna dostrzegała, że wielu uczestników pokazu posyła jej ukradkowe 

spojrzenia. Przysięgła sobie w duchu, że się nie zarumieni, żeby nie wiem jak długo 

na to czekali.

- Na tysiąc porodów dziewięćset dziewięćdziesiąt powinno się odbywać bez 

interwencji lekarza - oznajmił Anglik z przejęciem. Miała wrażenie, że on bardziej 

przypomina przekupnia lub handlarza końmi, który nie może się nacieszyć ostatnim 

zakupem. Z trzęsącymi się rękami informował ich, że wszystkie dotychczas 

stosowane barbarzyńskie metody można będzie odrzucić na zawsze, wymyślał na 

chirurgów i balwierzy, którzy z czystej niewiedzy robią krzywdę i matkom, i 

dzieciom.

- To jest jedyna droga - przekonywał stanowczo. - Lekarze muszą wkroczyć 

tam, gdzie dzisiaj niewykształcone znachorki i barbarzyńcy sprawują władzę nad 

ż

yciem i śmiercią!

Remmermann, tłumacząc, przytakiwał.

Kiedy Johanna wzięła ten instrument w dłonie, poczuła szacunek pomieszany 

z lękiem, gospodarz zachęcał ją, by obejrzała go dokładnie, a żaden z panów nie 

spuszczał jej z oka.

- Narzędzie jest małe, dużo mniejsze niż kleszcze, które wszyscy znamy. 

Anglik potwierdzał z dumą.

- Tak, i dlatego łatwiej się nim posługiwać, nawet jeśli dziecko znajduje się 

bardzo głęboko. Mamy to stosować u położnic, a nie na przykład u klaczy - 

uśmiechnął się sucho.

Johanna przesuwała palcem po chłodnej stali. Anglik znowu coś mówił, tym 

razem tajemniczym szeptem. Remmermann patrzył na niego zdumiony. Potem 

przetłumaczył z niedowierzaniem w głosie:

- Pan Smellie mówi, że używał tego narzędzia również w przypadku 

pośladkowego ułożenia płodu, udało mu się ująć główkę dziecka i doprowadzić do 

porodu. Powiada, że to jest rozwiązanie na sytuacje ostateczne, kiedy nie ma już 

innego wyjścia, ale że można w ten sposób uniknąć uszkodzenia płodu, do jakiego 

zwykle w takich komplikacjach dochodzi.

Panowie spoglądali po sobie, poruszali wąsami.

- Zdumiewające!

- Hm! Niezwykłe!

- Czy to naprawdę możliwe? Johanna kiwała z wolna głową, przypomniała 

background image

sobie notatki swojej prababki, która blisko sto lat temu opisała poród, podczas którego

dziecku złamano kark, bo było źle ułożone.

Po zakończeniu demonstracji, kiedy panowie znowu zasiedli w głębokich 

fotelach z kieliszkami koniaku w rękach, Remmermann odszedł z Johanna na bok. 

Pokój wypełniał gęsty tytoniowy dym.

- Oni nie wiedzą, co o pani myśleć, moja droga. Bardzo mnie to bawi, z 

pewnością pani rozumie...

- Sądzą, że jestem pańską żoną. Nie odważył się pan powiedzieć im o swojej 

lekkomyślności, o tym, że dopuścił pan kobietę do studiów?

Uśmiechnął się. Skrzyżował ręce na piersiach.

- Pani uczestniczyła w tej mistyfikacji, panno Johanno. I teraz ja jestem bardzo 

ciekaw... Jak pani to odczuwa?

- Co takiego? Profesor spoważniał.

- Jak pani się czuje w roli mojej małżonki? Nie odważyła się spojrzeć w jego 

ciemne, inteligentne oczy. Ale musiała odpowiedzieć.

- Pan... profesorze Remmermann, jest pan powszechnie znanym i szanowanym 

człowiekiem. Dla każdej kobiety byłby to wielki zaszczyt, gdyby...

- Proszę przestać wygłaszać te mieszczańskie głupstwa! Znam panią zbyt 

dobrze, żeby dać się nabrać na takie wykręty!

Spojrzała mu w oczy.

- Dobrze! W takim razie powiem panu, iż trudno mi wyobrazić sobie, że 

mogłabym być czyjąkolwiek żoną. Jestem studentką i matką. Do niczego więcej po 

prostu nie mam głowy.

Na twarzy profesora pojawił się surowy wyraz.

- Mówi się, panno Johanno, że wcale nie jest pani taką zakonnicą. Mówi się, 

ż

e pozwala się pani adorować pewnemu cudzoziemcowi, i to w królewskiej 

bibliotece!

Spojrzała na niego zaskoczona, postanowiła jednak przyjąć uwagę ze 

spokojem.

- Słucha pan plotek, panie profesorze? Naprawdę ma pan czas na coś takiego? 

Bo ja nie mam. A poza tym wcale nie pozwalam się adorować, jak pan twierdzi. 

Pracuję bardzo ciężko, naprawdę na nic innego nie mam siły ani chęci. Jeśli więc pan 

sądzi, że jestem tu dzisiaj, bo mam za dużo czasu, to...

- Nie, nie, proszę się nie gniewać! Panno Johanno, proszę mi wybaczyć. I... ja 

background image

nie wiedziałem, że pani była mężatką. Tylko, że... jest... jest pani... niezamężna. To 

znaczy wdowa.

Uspokoiła się, widząc jego szczery żal. Nigdy by nie chciał świadomie jej 

urazić. Ale nie zapomniała też tej jego miny posiadacza i właściciela, kiedy 

pierwszego wieczoru odprowadzał ją do domu. Gdyby nie była ostrożna, to mogłoby 

się stać...

Zanim zdążyła zebrać myśli, stało się coś absolutnie nieoczekiwanego: 

Remmermann chwycił jej rękę i oświadczył się.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Co? Chcesz wyjść za mąż za takiego starego dziada? Johanna, ty musisz 

być...

Johanna prychnęła i machając rękami chciała uciszyć Thillę.

- Nie, ale pozwól mi powiedzieć, kobieto! Przerywasz mi po każdym słowie! 

Nie mogę dokończyć, poczekaj, aż powiem!

I ciągnęła dalej opowieść o tym, jak profesor mówił o dawnym uczuciu do 

Marji i o tym, że teraz ożyła w nim nadzieja na szczęśliwe małżeństwo z jej wnuczką.

- Twoją babkę łączyło coś z profesorem? Mój Boże, nigdy mi o tym nie 

wspominała!

Thilla była urażona i rozbawiona równocześnie. Johanna musiała się 

uśmiechnąć. Reakcje Thilli sprawiały wrażenie zbyt gwałtownych jak na takie 

nieduże ciało.

- No ale ty powiedziałaś mu „nie", jak rozumiem? Johanna potrząsnęła głową, 

ale odparła:

- No... w pewnym sensie tak... Nie może do tego dojść. Mam tyle spraw w 

domu...

- Johanno - zaczęła Thilla surowo. - Czy ty się zastanowiłaś, co to może dla 

ciebie znaczyć?

Młoda kobieta nie odpowiedziała. Wypiła do końca herbatę i z wymownym 

ziewnięciem wstała od stołu.

- Porozmawiamy o tym jutro, Thillo. Albo później. Jutro muszę iść do 

instytutu, sam Cruger będzie operował. A w poniedziałek jest drugi sprawdzian dla 

akuszerek. Materiał obejmuje odwracanie płodu ułożonego nóżkami i tamowanie 

krwotoku.

background image

Thilla wydęła wargi w czymś na kształt uśmiechu.

- W takim razie śpij dobrze. Możemy porozmawiać kiedy indziej. 

Potrzebowałabym twojej pomocy w niedzielę, jeśli masz czas. Obawiam się, że i 

Mette, i Charlotta mogą właśnie wtedy zacząć rodzić, obie naraz.

Johanna wzruszyła ramionami. W takich sprawach niczego nie można 

przewidzieć na trzy dni naprzód.

Thilla siedziała, wpatrując się w ogień. 'W zamyśleniu wzięła ze stołu kubek 

Johanny i zajrzała na dno. Potem potrząsnęła gwałtownie naczyniem z resztką herbaty 

i odstawiła je z powrotem na stół.

Twarde posłanie jej nie męczyło, ale często, nocując w domu Thilli, tęskniła 

do swojej miękkiej pościeli u pani kapitanowej. Mimo to waśnie u Thilli czuła się jak 

w domu, z tą ciepłą kuchnią, z wesołymi śmiechami dziewcząt, gdy zasiadały wokół 

stołu, wszystkie z wielkimi brzuchami albo z dziećmi na rękach. Zawsze tu pachniało 

mlekiem, pieluchami, a z pokojów dolatywały śmiechy lub płacz.

Johanna nie mogła zasnąć. Bardziej ją to irytowało, niż martwiło, ostatnie 

tygodnie nauczyły ją, że można znakomicie funkcjonować, choć sypia się ledwie po 

parę godzin na dobę. Poza tym często miewała dziwne sny, jakieś oderwane obrazy 

pełne niepokoju, które wcale nie sprzyjały wypoczynkowi.

Wiedziała, że jest za wiele spraw, o których musi myśleć. Tęsknota za 

Benjaminem, śmierć matki, straszne przygnębienie ojca, a teraz jeszcze niepotrzebne 

zastanawianie się nad motywami profesora, krępująca adoracja pana Santoriniego.

Nic dziwnego, że wszystko to powoduje napięcie, nie pozwala jej zasnąć, 

przemienia ją w nocną sowę.

Może jednak powinna się zastanowić nad swoim życiem i jakoś poukładać 

sprawy na właściwych miejscach? To by pewnie pomogło, i nawet jeśli zajmie jej tę 

noc, to oszczędzi wiele innych. Usiadła na łóżku i zapaliła świecę. Starczy światła na 

parę godzin. Na noc wkładała na siebie gruby wełniany sweter, bo ten pokój był 

zimny i wilgotny. Nie chciała się przenieść do izdebki za kuchnią, kiedy Thilla jej 

zaproponowała, bo jej zdaniem chore dzieci i ciężarne kobiety potrzebują ciepła 

bardziej niż ona. Zresztą w najchłodniejszych okresach mogła sypiać u kapitanowej.

Profesor zaskoczył ją swoją szczerością. Zapytała go o babkę, a on 

odpowiedział, że byli na najlepszej drodze do małżeństwa. Tylko że Marja musiała 

przedtem uporządkować jakieś ważne sprawy, poza tym uważała, że jest dla niego za 

stara. Śmiał się, wspominając o tym, a Johanna kiwała głową. Babka rzeczywiście 

background image

była już kobietą w latach, kiedy wróciła z Kopenhagi. Musiała być z dziesięć, a może 

nawet piętnaście lat starsza od niego. Mimo wszystko mogła sobie jednak wyobrazić 

ich jako parę, on, taki postawny mężczyzna, jego ciemne oczy wyrażają i siłę, i 

cierpliwość.

Nie był bogaty, ale dobrze sytuowany. Większość odziedziczył po swoich 

przodkach, lecz utrzymywał to w dobrym stanie za profesorską pensję, za książki, 

które pisał, za odczyty, które wygłaszał. Był świetnym mówcą, Johanna z 

przyjemnością myślała, jak miło jego słowa brzmią w jej uszach.

- Ale pani, panno Johanno, jest równie piękna, jak pani babka. I ma pani przy 

tym bardzo łagodny charakter. Ponadto...

Przerwał, Johanna stała skrępowana. Czy chciał wyznać, że ją kocha?

- Ponadto pani mogłaby mi dać dziecko... Powiedział to tak cicho i takim 

zbolałym głosem, że Johanna nie mogła się poczuć ani dotknięta, ani urażona. Ten 

duży mężczyzna nosił widocznie w swojej potężnej, teraz ubranej w koronki piersi, 

głęboką tęsknotę.

- Panie Remmermann... bardzo pana proszę. Ja... Ja jestem zaszczycona 

pańską propozycją. I muszę powiedzieć, że zazdroszczę tej kobiecie, która będzie 

uczestniczyć w takich interesujących spotkaniach, jakie pozwolił mi pan przeżyć 

dzisiejszego wieczoru...

Przerwał jej z zapałem:

- Prawda? Prawda, że to bardzo interesujące? Proszę pomyśleć, ile by się pani 

mogła nauczyć! I przeżyć! Mogłaby pani spotykać największych uczonych z całego 

ś

wiata, najznakomitsi lekarze byliby pani gośćmi! I nikt by się nie odważył oskarżyć 

mojej żony o nic, nawet gdyby miała ponadnormalne zdolności i zainteresowania! 

Pani, panno Johanno, jest tak uzdolniona, że mogłaby pani zostać najwybitniejszym 

położnikiem na świecie! I wiem, że wielu mogłoby zaakceptować kobietę w tej 

właśnie dziedzinie medycyny! Tak, ja panią zabiorę do wielkiego świata, do 

Montpellier, do Paryża, do Anglii, jeśli pani zechce!

Johanna westchnęła. Bez wysiłku mogła wyobrazić sobie siebie w tej roli. 

Nosiła w sercu wielkie pragnienia. Bez trudu nauczyłaby się tutejszego życia, 

chroniona przez tego potężnego człowieka przed pomówieniami i nieustannym 

oporem innych. Wyobrażała też sobie Benjamina, który tu z nią żyje, w łagodnym 

klimacie, wśród najlepszych lekarzy... może potrafiliby go wyleczyć?

Ale mimo to...

background image

Było coś, coś bardzo ważnego, choć nieuchwytnego, czego nie mogła 

sprecyzować, co tkwiło w niej głęboko i nie pozwalało odpowiedzieć „tak" na jego 

oświadczyny.

Czy to może Marcello Santorini swoimi głupstwami zdołał zawrócić jej w 

głowie?

Johanna przygryzła palec i zamknęła oczy. Nietrudno było wywołać obraz jego 

klasycznej twarzy, prostego nosa, promiennego spojrzenia. I włosów, czarnych i 

gęstych jak grzywa konia krwi arabskiej... On także podzielał jej zainteresowania, był 

młody, piękny i wolny. On z pewnością także umiałby o nią dbać. Ale pomyślała o 

Benjaminie i instynkt podpowiadał jej, że bezradne, chore dziecko raczej nie jest tym, 

co mogłoby pociągać krewkiego Włocha. Poza tym jego nie należy brać zbyt 

poważnie, mimo że oświadcza jej się za każdym razem, kiedy się spotykają na ulicy.

Jego ojciec jest znanym uczonym i lekarzem. Nic więcej o nim nie wiedziała. 

Ale najwyraźniej studiował na własny rachunek i na tutejszym uniwersytecie ma 

chyba dużą swobodę. Pojawiał się na niektórych pokazach chirurgicznych i widziała 

przy jakiejś okazji, że witał się z Crugerem.

Był bardzo zręczny, potrafił w parku wspiąć się na drzewo niczym małpa, by 

zdjąć z niego piłkę, która tam wpadła jakiemuś dziecku. Potrafił z wielką swobodą 

balansować tacą z dwiema filiżankami gorącej czekolady, ciastkami, łyżeczkami, 

talerzykami, serwetkami i różą w wazoniku, i niczego nie uronić. Po duńsku mówił z 

minimalnym akcentem, znał ponadto niemiecki i łacinę.

Kiedy dotknął jej skóry między rękawem płaszcza a brzegiem rękawiczki, 

przeniknął ją słodki dreszcz.

Pan Santorini jest niebezpieczny, rozstrzygnęła Johanna.

Ale jakiś cieniutki głosik w jej wnętrzu prosił, żeby nie była taka rozsądna i 

raczej przyjmowała komplementy oraz miłe przeżycie, jakie los jej zsyła.

Niczego więcej zresztą nie mogła się spodziewać.

Wkrótce święta Bożego Narodzenia, później będzie Wielkanoc. A kiedy 

ś

więta miną, zaczną się egzaminy. Jeśli będzie miała szczęście, może na świętego 

Jana wrócić do domu, a Benjamin będzie starszy zaledwie o rok. Nic nie powinno się 

zbytnio zmienić w tak krótkim czasie, ani ludzie, ani zwierzęta. Chciałaby móc 

rozkoszować się latem w Vildegard razem z ojcem, babką i synem. Żałoba 

przycichnie do tego czasu i może będą w stanie wznieść Amelii piękny nagrobek.

Johanna uśmiechała się do siebie, zwinęła się na posłaniu i obserwowała 

background image

dopalający się płomień świecy.

Wkrótce pokój pogrąży się w ciemności, ale ciemność jest bezpieczna i 

znajoma.

Leżała z otwartymi oczami, dopóki świeca nie zgasła, a potem prawie 

natychmiast zasnęła.

- Johanna! Jesteś tam? Och, dzięki Bogu, jesteś...

Johanna zerwała się, usiadła na posłaniu, przecierała oczy oślepiona latarką, 

którą stojąca na progu Thilli unosiła w górę. Był już chyba ranek, chociaż przez 

zakratowany otwór w dachu wpadało tylko trochę szarego światła, które ledwie 

rozpraszało mrok w maleńkim pokoiku.

- Stało się coś strasznego, dziewczęta są zrozpaczone... ty też musisz zejść na 

dół.

Johanna narzuciła na siebie płaszcz i wsunęła w stojące przy łóżku buty nogi 

w wełnianych skarpetach. Ręce Thilli trzęsły się jak w febrze.

- To Ylva - mamrotała. - Ona... została napadnięta.

- Nie! Stało jej się coś? Thilla pochyliła twarz, w blasku lampy widać było 

głębokie zmarszczki wokół ust.

- Johanno, ja... ona nie żyje. Moja mała Ylva... nie żyje... Johanna objęła 

starszą kobietę i przytuliła jak dziecko. Wiedziała, że chociaż Thilla była dobra i 

pełna ciepła dla wszystkich tych zrozpaczonych kobiet przychodzących do jej domu, 

to Ylva była dla niej jak córka, której widocznie Thilla sama mieć nie mogła.

- Thilla, moja kochana... to straszne... biedna Ylva... Thilla przez chwilę jakby 

odpoczywała w objęciach Johanny. Potem wyprostowała się i spojrzała młodej 

kobiecie w twarz.

- Cille słyszała kroki. One obie wracały do domu, ale każda szła osobno. 

Mignęła jej jakaś postać, która rzuciła się na Ylvę, napastnik przewrócił ją, a potem 

usiadł na niej... i udusił. Cille bała się podejść bliżej, ale zaczęła krzyczeć. To 

widocznie spłoszyło napastnika, niestety za późno... zdążył udusić biedną Ylvę„.

- Ale dlaczego...? - wyszeptała Johanna. Thilla tylko prychnęła.

- Tu po ulicach włóczą się różni, ludzie jak dzikie zwierzęta, Johanno. 

Wszelkiego rodzaju hołota, zboczeńcy, którzy mordują bez powodu. Tak to wygląda. 

Ale z reguły są to ludzie nieszczęśliwi, na przykład synowie porzuceni przez matki. 

Chociaż, skoro napadają w ten sposób na kobiety, to nie powinnam ich bronić.

Twarz Thilli pociemniała. Ta mała kobieta mówiła teraz nie tylko o Ylvie, za 

background image

jej słowami kryło się coś więcej. Westchnęła ciężko.

- Zejdźmy na dół. One ją tam ubierają. Przez chwilę byłam przerażona, kiedy 

zobaczyłam fusy w twoim kubku. Musisz być bardzo ostrożna, Johanno.

Płomień lampy chybotał się, cień Thilli na ścianie był gigantyczny i 

niespokojny.

- Ostrożna... przecież nawet nie wiemy, czy ten zbrodniarz znał Ylvę i chciał 

wyrządzić krzywdę temu domowi... czy po prostu napadł na przypadkową kobietę.

- Czy ona była... czy on miał... Thilla kręciła głową.

- Nie zdążył, mimo wszystko. Ale poszarpał na niej ubranie. I ciągnął ją w 

stronę komórki na opał... Dobrze, że Cille nadeszła.

Johanna potakiwała.

Zeszły na dół, gdzie panowała rozpacz i łzy.

Chude ciało Ylvy zostało złożone w prostej trumnie z sosnowych desek. 

Drewno zbite gwoździami, żadnych ozdób, metalowych okuć, nawet krzyżyka z 

ołowiu. Dziewczyny umyły ją, włożyły czyste ubranie i między złożone dłonie 

wsunęły zieloną gałązkę. Szyję zmarłej Johanna owinęła jedną ze swoich pięknych 

chustek, żeby ukryć okropne ślady rąk mordercy, a po trosze też dlatego, że złotawy 

kolor dodawał twarzy zmarłej blasku.

Thilla odmówiła modlitwę, dziewczęta odśpiewały psalm. Potem wszystkie po 

kolei całowały zmarłą na pożegnanie, przyjechał karawan i zatrzaśnięto wieko 

trumny. Ylva miała spocząć w mogile dla ubogich, takiej, jakich wiele było wówczas 

na kopenhaskich cmentarzach.

- Ona nie miała prócz nas nikogo, rodziny, którą trzeba by zawiadomić, 

nikogo, kto mógłby coś dla niej zrobić. Ylva zasługuje na piękny pogrzeb, ale nie 

możemy wydawać na to naszych pieniędzy. Żywi potrzebują ich bardziej - 

powiedziała Thilla prosto i brutalnie. Wszystkie dziewczyny kiwały głowami, 

niektóre zdjęte lękiem. Dzieci widziały ból na twarzach matek i tuliły się do nich z 

płaczem.

Thilla zamknęła drzwi za dwoma ludźmi, którzy przyszli zabrać Ylvę, 

obojętnie pozdrowiła umundurowanego policjanta, który im towarzyszył. Śmiertelny 

wypadek należało odnotować, ale nic więcej oprócz nazwiska Ylvy i tego, że nie 

miała żadnych krewnych, nie wydobył z Thilli.

Może sama też nic więcej nie wiedziała?

Johanna powinna była iść dzisiaj do Theatrum Chirurgicum, blade słońce stało 

background image

nisko na niebie, nie wznosiło się zimą zbyt wysoko nawet w południe. Ale chyba 

Cruger nie będzie za nią tęsknił, nikt inny też nie. Remmermann wiedział, że Johanna 

wiele czasu spędza w czytelniach i że akurat teraz przerabia materiał, który jeden z 

członków Komisji, pastor, wyznaczył jako pensum dla przyszłych akuszerek.

Ale Johanna nie mogła zostawić Thilli i dziewczyn. Może wieczorem, kiedy 

wszystko się trochę uspokoi? Albo jutro, nic się przez ten czas nie stanie. Musiała 

przyznać, że brak jej radości życia Marcella, jego nieodpowiedzialnych żartów, 

uwodzicielskich uśmiechów, a nawet tej nieustannej walki, żeby trzymał ręce przy 

sobie i nie próbował jej wciąż dotykać.

Nie znała zbyt dobrze Ylvy, ale brutalny los, który stał się jej udziałem, 

pogrążył dom Thilli w przygnębieniu i smutku. Wszystkie mieszkanki głęboko 

przeżywały tragedię. Nie raz same bywały zaczepiane na ulicach przez pijanych 

marynarzy, bo z powodu zniszczonych ubrań łatwo je było pomylić z kobietami, które 

na ulicach zarabiają na chleb codzienny. Na ogół się tego nie bały, bo nawet 

najbardziej pijany marynarz potrafi odróżnić prawdziwy protest kobiety od 

udawanego.

- Dziewczęta nie mogą chodzić same, zwłaszcza wieczorami. W każdym razie 

nie tak późno. Musicie się trzymać razem i zawsze prosić, żeby ktoś wam towarzyszył 

albo wyszedł po was. To się nie może powtórzyć, nie może się przytrafić żadnej 

innej...

Słuchały jej uważnie, siadały bliżej siebie. Johanna wiedziała jednak, że ona 

nie zgodzi się na takie ograniczenie swobody. Czy ma prosić o towarzystwo zawsze, 

kiedy idzie do czytelni? Czy ma ujawnić przed tymi dziewczętami z domu Thilli, że 

mieszka w eleganckim pokoju i nosi wytworne ubrania, kiedy pije wino na 

przyjęciach u najzamożniejszych kupców Kopenhagi i najbardziej znanych lekarzy?

To niemożliwe i Thilla o tym wie. Johanna nie może się też zgodzić, kiedy 

następnym razem Remmermann albo pan Santorini będą chcieli odprowadzić ją do 

domu... Do tego domu...

Nic dziwnego, że tej nocy miała koszmarne sny. Ylva krzyczała i krzyczała, jej 

głos zmieniał się w miauczenie rannego kota, widziała jakąś bójkę, nóż wbity w 

gardło mężczyzny... własną rękę ociekającą krwią, chciała wyciągnąć nóż, wyrzucić 

go do szarej wody, ale tkwił mocno, jak przyklejony albo przybity...

Odsłonięte zęby Raviego, jego czarne, mroczne oczy, które nagle stały się 

zielone, przerażające, oczy drapieżnego zwierzęcia...

background image

Wczesnym rankiem obudziła się zlana potem i niemal uciekła z domu, zanim 

ktokolwiek zdążył wstać.

Na dworze panowało niebieskawe światło, ale zapowiadał się piękny, jasny 

dzień. Nad ulicami, przez które biegła, niebo powoli zmieniało barwę z szarej na 

różową, złocistą, rozświetloną przez promienie zimowego słońca. Miasto było 

skąpane w odbijającym się od morza, jaskrawym blasku, na którego tle wszystkie 

twarze wydawały się ocienione i mroczne.

Koguty piały w zagrodach na przedmieściu.

Psy obszczekiwały pierwsze hałasujące po bruku wozy, na placu targowym 

tęgie przekupki ustawiały skrzynki z towarem, beczki z mąką, długie wianki 

suszonych grzybów, warkocze czosnku, które trzeba było pospiesznie ukryć pod 

słomą, żeby nie zmarzły, zanim przyjdą pierwsi klienci.

Budynek Theatrum Chirurgicum rysował się ostro na tle porannego nieba. 

Kobmagergaden nie należała do najdłuższych ulic, choć trudno było z jednego jej 

końca zobaczyć drugi. Znajdowało się tu wiele nowych domów, zbudowanych z cegły 

i otynkowanych. Zdobiono je pięknymi gzymsami, niektóre miały też kolumny i 

rozmaite rozety. Teraz wszystko tonęło w świetle poranka, różowy blask spływał z 

nieba, czyniąc ulicę jeszcze ładniejszą. Nagie drzewa wyciągały gałęzie ku niebu, 

jakby i one chciały mieć swój udział w tej grze barw, tkwiły jednak jak rozcapierzone 

palce czarownicy na tle wszechogarniającej jasności.

Johanna dygotała. Było bardzo zimno. Wiatr ciągnął od morza i kąsał jej 

policzki. Zdecydowanie za wcześnie wyszła z domu. Nawet czytelnie były między 

północą a godziną siódmą rano pozamykane. Wpatrywała się w zegar na dość odległej 

kościelnej wieży, ale nie widziała, którą godzinę wskazuje. Trzeba zaczekać, aż zegar 

zacznie bić. A może lepiej będzie przejść się po mieście?

Miała w kieszeni trochę drobnych. Postanowiła pójść do cukiernika 

Waldemara i kupić sobie filiżankę gorącej, cudownej czekolady. Marcello odkrył dla 

niej ten smakołyk.

Tak!

Słodki, rozgrzewający smak czekolady, to ją ożywi, uspokoi, sprawi, że 

przestanie dzwonić zębami. Natychmiast ruszyła w drogę, pochyliła głowę przed 

wiatrem, twarz ukryła w kapturze.

Nie widziała mężczyzny, który śledził ją od chwili, gdy wyszła z domu Thilli. 

Przemykał się zwinnie między wozami i snopkami siana, a kiedy weszli do centrum 

background image

miasta, ukrywał się za narożnikami domów, ani przez chwilę nie spuszczając z oczu 

biegnącej kobiety. Dzisiaj mógłby ją zatrzymać. Ale nie, wolał w nocy, kiedy sama 

chodzi po pustych ulicach i nie spodziewa się, że ktoś obcy mógłby jej wykręcić 

ręce...

- Johanna! Co za radość! Jak miło cię znowu zobaczyć! Gdzieś ty była? Gdzie 

ty się podziewasz? Muszę przyznać, że jestem co najmniej zdziwiona, w moich 

czasach nigdy by młoda dziewczyna...

- Droga madame, ja przecież nie jestem panienką. Jestem dojrzałą kobietą. 

Proszę pamiętać, że byłam mężatką i że mam dziecko!

Johannę irytowało to coraz częstsze mieszanie się kapitanowej do życia 

lokatorki, ta jej przesadna troskliwość. Na szczęście panią łatwo zbyć byle czym. 

Wystarczyło powiedzieć, że nocowała u przyjaciół, a zwłaszcza wspomnieć jakąś 

towarzyską wielkość, jak choćby Niemca lub samego profesora Remmermanna.

- No dobrze, mam nadzieję, że pani wie, co robi. Ufam, że nie naraża pani 

swojej opinii, nie popełnia głupstw, które mogłyby dotrzeć do uszu Komisji...

- Proszę się nie martwić - mruknęła Johanna z uśmiechem i wbiegła na 

schody, zanim madame zdążyła zaprosić ją na kolację lub zaproponować coś innego.

W pokoju panowało rozkoszne ciepło. Johanna zrzuciła płaszcz i rozsunęła 

ciężkie zasłony. Poczuła chłodny podmuch od okna, gorsze jednak było to, że jej 

podejrzenia tym razem także się spełniły: Marcello nadal tam stał, na pół ukryty za 

rogiem domu po drugiej stronie ulicy. Nieustannie spoglądał na dom, przed którym 

widywał ją tyle razy. Teraz jego bystre oczy dostrzegły, rzecz jasna, ruch zasłony, 

dyskretnie pomachał Johannie. Serce podskoczyło jej w piersi, pragnęła tego, a 

jednocześnie nie chciała. On pytał i dawał do zrozumienia, wprost trudno było go 

powstrzymać, kiedy sam się wpraszał do domu, bo chce „odwiedzić madame".

No i teraz dowiedział się, gdzie Johanna sypia, które okno należy do niej.

Widziała, że przygląda się fasadzie domu z wystającymi gzymsami, szerokimi 

akurat wystarczająco, żeby zwinny mężczyzna mógł się wspiąć...

Nie, co za głupstwa. Johanna zaciągnęła zasłony, zła na samą siebie.

Marcello to wprawdzie niedojrzały wesołek, ale nigdy by nie naraził jej 

reputacji na takie niebezpieczeństwo.

Z drugiej jednak strony, jego miłosne wyznania stawały się coraz bardziej 

gorące, wiedziała, że ten ognisty Włoch z jakiegoś powodu uważa ją za kobietę 

atrakcyjną. Mówiąc krótko, pragnie ją uwieść. A potrafi przy tym rozpalić jej senne 

background image

ciało samym tylko spojrzeniem. Co mógłby zrobić ciemną nocą, w jej pokoju, bez 

obawy, że ktoś zobaczy... Czuła, że w głowie jej się kręci na myśl o tym, a piersi 

napinają się niepokojąco.

Było jeszcze dostatecznie jasno, by móc czytać przy oknie. Otulona w kołdrę 

Johanna usiadła z oprawionym w skórę dziełem Johanna von Horna, który uczynił 

więcej dla sprawy kształcenia akuszerek niż którykolwiek z tutejszych wielkich 

profesorów. Remmermann opowiadał jej, jako anegdotę, że ów szwedzki uczony 

najpierw studiował w Paryżu, a potem uczył się u zwyczajnej babki, ponieważ był 

przekonany, że te mądre kobiety wiedzą więcej niż uczeni teoretycy. Prowadził 

wykłady, pozwalał studentom ćwiczyć odwracanie płodu na zwłokach i napisał dwie 

bardzo łatwe do czytania książki dla akuszerek, które z pewnością pozwoliły zapobiec 

wielu tragediom. Johanna dowiedziała się też, że w Szwecji kształci się akuszerki co 

najmniej od czterdziestu łat.

Ale Remmermann się roześmiał, kiedy powiedziała, że może w takim razie 

powinna pojechać na studia do Sztokholmu.

„Nie sądzę, żebyś została przyjęta na tamtejszy uniwersytet. Do Domus 

Anatomicae też raczej nie. Nie dopuszczono by cię też do takich rozmów, jakie tutaj 

możesz prowadzić, moja droga..."

Westchnęła i uśmiechnęła się. Z wdzięcznością pogłaskała jego dłoń.

„To dlatego, że mam tu ciebie, mój wierny przyjacielu" - szepnęła.

Spoglądał na nią z gorącą prośbą we wzroku. Ona jednak nie mogła jej 

spełnić, to niemożliwe. Jeśli już nie z innych powodów, to dlatego, że zielonooki 

cudzoziemiec coraz częściej był przyczyną jej bezsennych nocy.

Ś

wiatło dnia zaczynało powoli gasnąć. Kontury na zewnątrz załamywały się, 

pogrążały w niebieskawej poświacie. Na rogu nie widać było nikogo, w ogóle nigdzie 

ż

ywej duszy.

Mimo wszystko Marcello nie jest chyba taki niemądry, żeby stać nie wiadomo 

jak długo w ten mróz i narażać się na zapalenie płuc tylko po to, by ewentualnie 

zobaczyć jej cień za firanką.

Wyobraziła sobie na moment jego zwinne ciało na szpitalnym łóżku i poczuła 

ból w sercu. Ten okres w Kopenhadze, pokazy chirurgiczne, wędrówki po salach i 

korytarzach szpitali trochę przestraszyły Johanne. Uświadomiła sobie, że choroby i 

zranienia, jakimi zajmowała się w Lyster, to zupełne błahostki w porównaniu z tym, z 

czym tutejsi najwięksi medycy muszą się zmagać.

background image

Rozmasowała zdrętwiały ze zmęczenia kark i odłożyła książkę. Zaciągnęła 

starannie zasłony, rzuciwszy przedtem ostatnie spojrzenie na miejsce, w którym do 

niedawna stał on.

Prawie przez całą noc leżała, nie śpiąc, i nasłuchiwała, sama nie wiedząc 

czego. A kiedy nadszedł ranek i nic się nie wydarzyło, poczuła dziwne rozczarowanie. 

Dopiero gdy dzwony kościelne zaczęły bić w mieście, przypomniała sobie, że dzisiaj 

niedziela i że obiecała Thilli, że przyjdzie do niej, bowiem ta wyliczyła, że akurat tego 

dnia dwie z jej dziewcząt będą rodzić.

- No i, naturalnie, wszystko się już zaczęło. Przecież ci mówiłam, Johanna. A 

jak ja mówię, że wiem takie rzeczy, to możesz być pewna, że wiem. Bierz się do 

roboty, umyj się, włóż na siebie coś odpowiedniego, żebyś nie zabrudziła tego 

wytwornego stroju, który bez wątpienia masz pod płaszczem.

Johanna nie zareagowała. Słowa Thilli mogły się wydawać szorstkie, ale w jej 

twarzy nie było nagany, choć przecież jest niedzielny ranek, a Thilla ma na pewno za 

sobą trudną noc. Chyba już parę godzin biega od jednej rodzącej do drugiej.

- Mette jest zmęczona i teraz śpi. Dałam jej odrobinę tej czerwonej mikstury. 

Charlotta natomiast krzyczy i rzuca się, ale ma mnóstwo siły. Myślę, że ona urodzi 

pierwsza, chociaż na razie rozwarcie jest dopiero na trzy palce - informowała Thilla z 

ożywieniem. - Muszę teraz zjeść trochę mlecznej zupy i napić się piwa. Zastąpisz 

mnie na chwilę!

Johanna była niemal zaskoczona zaufaniem, jakie okazuje jej ta stara 

akuszerka, która nic przecież nie wie o jej doświadczeniu przy porodach. 

Dyskutowały czasami o swoich przeżyciach, dzieliły się dobrymi radami, wymieniały 

mniej pomyślne doświadczenia, ale teraz Johanna się przestraszyła, kiedy nagle stała 

się odpowiedzialna za dwie rodzące, i to sama.

Głupia, czy nie właśnie tego się uczysz? Czy już teraz nie umiesz więcej niż 

większość praktykujących akuszerek, ba, więcej nawet niż Thilla? Czy nie 

pokazywano ci, jak sobie radzić z rozmaitymi komplikacjami? A te dwie młode 

kobiety są wypoczęte, w dobrym zdrowiu i całkowicie normalne. Wszystko pójdzie 

dobrze.

Bardzo by chciała, posłała ku niebu niepewne spojrzenie, wymyła się starannie 

w gorącej, prawie gotującej wodzie, włożyła obszerny, czysty fartuch Thilli i poszła 

do pokoju Charlotty.

U rodzącej była jedna z młodych matek, bo ta rzucała się na łóżku i wiła 

background image

niczym wąż, zdążyła już prawie kompletnie wyrzucić słomę z siennika. Przypominała 

kurę zamkniętą w gnieździe, a w czerwonej twarzy tkwiło dwoje wytrzeszczonych 

oczu, okrągłych, przerażonych.

- Pomóżcie mi! Zawołajcie Thillę! Nie dam sobie rady bez Thilli...

- Uspokój się, ja ci pomogę. Świetnie dasz sobie radę, Charlotte To już długo 

nie potrwa.

- Nie! Ja umieram! Już więcej nie zniosę, tak okropnie mnie booooli! 

Wrzasnęła, chwyciła ją kolejna fala bólu. Kobieta głośno łapała powietrze, była sina i 

o mało nie urwała ręki nieszczęsnej koleżance.

Johanna zaczekała, aż skurcz ustąpi, potem odesłała pomocnicę. Ta, 

wdzięczna za uwolnienie, wymknęła się przestraszona za drzwi. Rodząca przestała na 

krótką chwilę protestować.

- Damy sobie radę, prawda, Charlotto?

- Nieeee! Ja chcę, żeby tu przyszła Thilla. Thillaaaa! Uspokojenie pacjentki 

zajęło Johannie mnóstwo czasu i prawie całą cierpliwość. W końcu jednak Chralotta 

zdecydowała się współpracować z Johanna i z własnym ciałem.

Nagle krzyk ucichł.

Dziecko było na świecie.

Dziewczynka, ochrypły głos Charlotty witał maleństwo, życzył mu szczęścia.

Johanna pomyślała: Nie ma chyba nic piękniejszego niż to pierwsze spotkanie 

matki i dziecka po porodzie. Pomyśleć, że będę to przeżywać setki razy!

Dzięki ci, Boże, że zsyłasz mi takie szczęście i ulgę w moim smutku i żałobie. 

Jeśli nawet do odepchniętego przez wszystkich owocu grzechu, takiego jak to 

dziecko, matka przemawia z czułością, to chyba nie ma na świecie człowieka, 

któremu nie można pomóc, sprawić, by odczuwał choć w części taką radość, jaka 

teraz rozjaśnia twarz Charlotty.

Wspominała narodziny Benjamina, jaki przeżyła wtedy dramat, strach, który 

całkowicie unicestwił tę świętą chwilę.

Wspominała o tym, zanim pozwoliła sobie pomyśleć o walce, którą musiała 

stoczyć jej matka.

W drzwiach stanęła szeroko uśmiechnięta Thilla. Trzymała w ręce szklankę z 

piwem.

- Świetna robota, Johanno. Teraz czeka na ciebie Mette. W ciągu zaledwie 

godziny w ten zimowy poranek przyszły na świat dwie dziewczynki. Obie były 

background image

córkami nie mających przed sobą żadnej przyszłości młodych kobiet i obie przyniosły 

sobie na świat błogosławieństwo: urodziły się w niedzielę, a pierwszą osobą, jaką 

zobaczyły, była pewna kobieta, która przyjęła je niczym najdroższe klejnoty z korony 

samego Pana.

I obie na drugie imię dostały Johanna. Zostały ochrzczone w miedzianym 

kociołku Thilli przez pastora, który chętnie podejmował się zadania, jeśli chodziło o 

ratowanie przed wykluczeniem z Kościoła dusz dzieci poczętych w grzechu.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Ona była jak córka, Johanno. Myślę, że ty jako matka rozumiesz... twoja 

babka by zrozumiała.

- Thilla - rzekła Johanna łagodnie. - My wszyscy dobrze wiemy, że cierpisz. 

Ż

e nic nie jest już takie jak było. Jeszcze nie. I może nigdy nie będzie.

- Tyle osób na mnie polega. Mam tyle odpowiedzialności... nie mogę zawieść 

ich wszystkich, muszę tylko...

- Thilla, przede wszystkim musisz się uspokoić. Odpocząć. Może wypłakać. 

Oni przecież rozumieją, ci wszyscy, o których mówisz, że na ciebie czekają.

- Nie... no, tak... zresztą nie wiem. Niektórzy z nich nie mają nikogo poza 

mną... więc kto się nimi zajmie?

Johanna wolno kręciła głową. Thilla siedziała nad miską pełną brudnej wody. 

Właśnie skończyła zmywać talerze po zupie, kociołek i pół tuzina cynowych kubków. 

Ogień w kącie dużej kuchni tlił się słabo, ale czerwony blask otaczał obie kobiety, 

które siedziały na niskich stołeczkach, każda po swojej stronie miednicy. Ręce Thilli 

były małe i drobne, o popękanej, brunatnej skórze nawet teraz, po długim moczeniu w 

wodzie.

Johanna ujęła jedną jej dłoń i trzymała, dopóki Thilla na nią nie spojrzała.

- Nie masz już siedemnastu lat, Thilla. Straciłaś córkę. Kto mógłby oczekiwać, 

ż

e będziesz wciąż taka jak przedtem?

Thilla westchnęła.

- Johanno, ty nie wiesz o tylu rzeczach. Chyba rzeczywiście utraciłam córkę i 

Bóg mi świadkiem, jak cierpię z powodu Ylvy. Ale... ja mam ich dużo więcej. Tyle 

zdolnych, młodych kobiet, którym trzeba wskazać drogę. One mnie potrzebują. Nawet 

ty, Johanno, mnie potrzebujesz.

- Oczywiście, że cię potrzebuję, matko Thillo. Tyle się od ciebie uczę! Rzeczy, 

background image

o których panowie w szkole nie mają pojęcia. Rzeczy, których nie można załatwić za 

pomocą skalpela, ani wyczytać w książkach.

Thilla zadowolona kiwała głową.

- Jesteś taka zdolna, ale chyba nie ma w tobie radości. Johanna poczuła ssanie 

w żołądku, wystarczyło tylko napomknienie.

Wiedziała, że dzisiaj Thilla już nie pozwoli się zbyć. Johanna wpadła w 

zastawione przez samą siebie sidła. Nieraz namawiała ją, by wyrzuciła z serca żal i 

ból, opowiedziała wszystko. Mówiła nawet, że Thilla powinna to zrobić ze względu 

także na swoje zdrowie.

- Radości? - spytała niepewnie. - Ależ... jestem przecież bardzo zadowolona ze 

wszystkiego. Tęsknię jednak za dzieckiem, wciąż jeszcze nie pogodziłam się ze 

ś

miercią matki... wiele razy wyobrażam sobie, że ona żyje i że kiedy wrócę do domu, 

to ona tam będzie. Ze wszystko to tylko zły sen...

- Miewasz złe sny? Johanna wyprostowała się.

- Ech, czasami... kiedy jestem zmęczona. Thilla roześmiała się krótko, jak to 

ona. Ten jej śmiech mógł wyrażać ból, radość i ironię.

- Uwierz mi, moja kochana. Nic dziwnego, że czasem kręci ci się w tej twojej 

głowie. Za dużo w nią wpychasz przez cały czas.

- Wiedza to nie jest ciężkie brzemię, Thilla. Mała kobieta chwyciła miskę i 

wylała wodę do dziury w kącie, zanim Johanna zdążyła zareagować. Woda spływała 

pod murem prosto na podwórko. Thilla z grymasem wyprostowała plecy.

- Owszem, moja młoda przyjaciółko. Zdarza się, że bywa prawdziwym 

ciężarem, niczym młyńskie koło, które człowiek musi dźwigać.

Thilla ponownie usiadła, tym razem przy stole, i pod plecy podłożyła sobie 

poduszkę. Skinęła na Johannę.

- Chodź! Chcę z tobą porozmawiać. I obiecuję ci, że popłaczę trochę nad 

losem Ylvy, jeśli ma cię to uspokoić.

Johanna uśmiechnęła się blado. Może przesadza z tym zmartwieniem. Może 

Thilla naprawdę jest taka silna.

- Opowiedz mi coś więcej o twoim mężu, tym, o którym wspomniałaś 

pierwszego dnia po przyjeździe tutaj.

- O Erlendzie? Nie, to już naprawdę przebrzmiała historia. Thilla potrząsnęła 

głową. Przenikliwe oczy zalśniły.

- Nie, nie, chodzi mi o Raviego. Z którym zerwałaś. Johanna długo pocierała 

background image

ręką policzek. W końcu powiedziała z powagą:

- Thilla, ja muszę o nim zapomnieć. Nigdy więcej nie będziemy razem. Poza 

tym... spotkałam innego. Kogoś, kto sprawia... że nie mogę spać. Thilla pochyliła się 

nad stołem.

- Ale to nie jest profesor? Nie, to niemożliwe! To stary dziad, żona umarła mu 

jakieś piętnaście lat temu... Twoja babka uważała, że jest staroświecki...

- Nie, nie on. Ktoś inny. Cudzoziemiec. On też studiuje. Chociaż właściwie 

jest już bardzo wykształcony. Zdawał egzaminy w wielu krajach, a jego ojcem jest 

wybitny anatom, Giovanni Santorini!

Thilla wzruszyła ramionami.

- Jest ciemnowłosy... całkiem czarny. I taki wesoły, że wprost z trudem 

zachowuję powagę... sprawia, że przez cały czas muszę się śmiać, Thillo.

- Myślę, że bardzo ci to potrzebne.

- Tak! Ale... na nim nie bardzo można polegać. On chyba nie do końca sobie 

zdaje sprawę z tego, co robi... myślę, że się zakochałam, Thilla. Czy to... bardzo 

głupie?

Tamta znowu wzruszyła ramionami. Jej przenikliwe oczy robiły się coraz 

ciemniejsze.

- On chce, żebyśmy się pobrali... tak myślę. Ale jest w nim coś takiego... coś, 

co sprawia, że nie traktuję go za bardzo serio. Wydaje mi się taki... młody.

Thilla mamrotała coś pod nosem.

- Czy wiesz, kim on jest?

- Nie, pojęcia nie mam. Santorini, powiadasz? Nigdy o kimś takim nie 

słyszałam. No, ale też rzadko bywam na salonach, ha, ha.

Johanna uśmiechała się niepewnie.

- Rzeczywiście, rzadko. Thilla, ja bym chciała, żebyś go poznała, ale on nie 

wie, że ja... mieszkam też tutaj. On... często odprowadza mnie do domu kapitanostwa. 

Zwłaszcza ostatnio, po tym jak Ylva...

- Bardzo rozsądnie - mruknęła Thilla. - Nie możesz chodzić po ulicach sama, 

Johanno. Słyszałam, że zginęła też jakaś inna młoda dziewczyna. Nic wam nie 

mówiłam, bo może to tylko plotki. Ale mnie to niepokoi, jest w tym coś takiego... 

ech, nie, nie wiem...

- Powiedz! Co cię dręczy, Thilla?

- Ty wiesz, że Ylva utykała na jedną nogę, prawda? No widzisz, tamta 

background image

dziewczyna podobno też była kulawa. A teraz zniknęła...

Johanna zadrżała. Zaległa cisza.

W końcu Thilla westchnęła i znowu wpiła oczy w Johannę.

- To bardzo dobrze, że ma kto cię odprowadzić późnym wieczorem. Może 

jednak powinnaś być nieco bardziej powściągliwa. Ten Włoch... Skoro nie masz 

odwagi mu zaufać... Niedojrzały, powiadasz?

Johanna prychnęła.

- Może nie, zresztą on jest ode mnie starszy, ma blisko trzydzieści lat. Ale 

jakby to powiedzieć....wesołek z niego, taki niezbyt poważny.

Musiała się roześmiać, Thilla jej wtórowała.

- Poza tym się oświadczył. Gospodyni na moment umilkła.

- Co? On też? Johanna, ty naprawdę jesteś... Dwóch oświadczających się o 

twoją rękę w ciągu tych paru miesięcy, odkąd do nas przyjechałaś? I obaj godni uwagi 

mężczyźni, zamożni! No, muszę powiedzieć, nieźle, nieźle!

Johanna bawiła się świecznikiem.

- Jak powiedziałam, nie traktuję go zbyt poważnie. Wciąż jeszcze miała 

uśmiech na wargach. Thilla przesunęła się ze swoim stołkiem.

- Ale gdyby on był... Gdybyś mogła mu zaufać?

- To powiedziałabym „tak" - wyszeptała z bijącym sercem. Nie przyszedł na 

prywatny pokaz do Crugera, nie pokazywał się tam od chwili, gdy przysłano z Paryża 

specjalnie zabalsamowane zwłoki żołnierza. Był to bardzo oczekiwany obiekt, Cruger 

dostał go od przyjaciela pracującego w szpitalu wojskowym. Zmarły miał jakąś 

niezwykłą anatomię, posiadał podwójne nerki, dwie wątroby i podwójne płuca, 

znaleziono nawet coś, co wyglądało jak szczątkowe, nie wykształcone drugie serce. 

Wszystko zostało starannie spreparowane i na powrót włożone do zwłok tak, by w 

różnych miejscach fachowcy mogli je badać.

Cruger był bardzo dumny, nie odważył się jednak zaanonsować zwykłej 

publicznej demonstracji. Krzesła pozostały więc puste, Theatrum było zamknięte. 

Zresztą zbliżały się święta Bożego Narodzenia i sezon towarzyski był w pełni. Poza 

tym szlachta ma inne rozrywki, oznajmił krótko generalny dyrektor Cruger.

Remmermann opowiadał jednak Johannie o trudnościach, o tym, że medycy z 

uniwersytetu zagarniają dla siebie wszystkie dostępne trupy i z całych sił starają się 

przeszkadzać prywatnej szkole chirurgicznej. To jest właśnie powód, dla którego 

Theatrum Chirurgicum nie otwiera ostatnio swoich podwoi.

background image

Johanna przyłapała się na tym, że wypatruje Marcella, bardziej jednak z 

przyzwyczajenia. Pewnie siedzi w czytelni albo czeka, aż Johanna wyjdzie. Miał taki 

zwyczaj, stał trzy, cztery domy dalej, paląc wolno jedno ze swoich cienkich, długich 

cygar.

Jeśli była zmęczona, życzyła sobie, by odprowadził ją prosto do domu, albo 

szli na ciastka z waniliowym kremem. Bywało, że fundował jej solidny obiad w jednej

z restauracyjek przy dolnym rynku. Potem spacerowali po parku zamkowym.

Zawsze próbował ją całować.

Ona jednak nigdy nie pozwalała, wiedziała, że gdyby ktoś ich zobaczył, 

mogłoby to zniweczyć wszystkie jej plany. Komisja nie toleruje lekkomyślnego 

zachowania przyszłych akuszerek. W końcu Marcello się z tym pogodził, zadowalał 

się pieszczeniem jej ręki ukrytej pod jego ramieniem.

Na wspomnienie tego nogi się pod nią ugięły.

Tak jest, Johanna była szczera wobec Thilli: gdyby Marcello dowiódł, że myśli 

poważnie... to uległaby temu uczuciu, o którym sądziła, że jest już dla niej na zawsze 

stracone. On z pewnością by się zgodził, żeby Benjamin zamieszkał z nimi. Bawiłby 

się z małym, był dla niego ojcem. I może pewnego dnia... nie.

Powinna pracować. Pomagać Thilli! Ale może z takim mężczyzną jak 

Santorini u boku mogłaby zdobyć więcej pieniędzy dla domu Thilli tak, by jeszcze 

więcej młodych zrozpaczonych dziewcząt mogło rodzić swoje dzieci w spokoju, a 

później jakoś ułożyć sobie życie?

Wierzyła, że on by jej w tej pracy pomógł, bo oczy tak mu dziwnie 

pociemniały, kiedy któregoś dnia widzieli policjantów, którzy karali młode 

dziewczęta, dla zarobku odwiedzające stancje marynarzy.

- Biedne małe - mruknął wtedy. - Wiodą życie gorsze niż te szczury, wśród 

których sypiają. Nie powinno się do tego dopuszczać!

Był człowiekiem o czułym sercu, to pewne. Wsuwał miedziaki w ręce 

ż

ebrzących dzieci, gdy któreś odważyło się wejść do centrum miasta. Innym razem 

znów postawił kolejkę wszystkim zebranym w gospodzie, bo pięciu mężczyzn 

ś

piewało takie rzewne pieśni.

Marcello potrafił ożywić każdą nudną dyskusję swoimi niezliczonymi 

opowieściami z Włoch lub z Paryża z czasów, kiedy pracował tam w szpitalu. Dużo 

jeździł po świecie, znał tylu interesujących ludzi.

Johanna zauważyła, że nie słucha wniosków, którymi Cruger kończył wykład. 

background image

Malowała w notatniku jakieś zawijasy, a ręka, w której trzymała ołówek, była 

spocona.

Czy dzisiaj Marcello też będzie na nią czekał? A może ona wraca za 

wcześnie? Przecież dopiero co minęło południe. Postanowiła zatem pójść do czytelni 

i popracować parę godzin, zanim wyjdzie na zewnątrz, w grudniowy zmierzch, i 

wróci do domu.

Stał na zwykłym miejscu. Johanna poczuła bolesne ciepło w okolicy żołądka, 

kiedy uświadomiła sobie, jak bardzo byłoby jej przykro, gdyby go dzisiaj nie spotkała. 

Przerażało ją, że serce bije tak mocno, że zakręciło jej się w głowie, kiedy stwierdziła, 

ż

e ją zobaczył. Natychmiast zgasił cygaro i szedł jej na spotkanie.

- Nareszcie, panno Johanno! Chyba chciała mi pani zrobić na złość, że tak 

długo pani nie było!

Roześmiała się swobodnie.

- Długo? Ciężko pracowałam przez trzy dni... tyle chyba pan zniesie. Może z 

innych kobiet miałby pan więcej pożytku, może mogłyby poświęcić panu więcej 

czasu na rozmowę?

Błyskawicznie pochylił się ku niej i leciutko musnął wargami jej policzek. 

Zarumieniła się i pospiesznie rozejrzała dookoła. Robiła mu wymówki, choć przecież 

to musiało wyglądać wyłącznie jak przyjacielskie powitanie.

- Johanno - powiedział, ujmując jej podbródek ciepłymi palcami. - Nie chcę 

dalej spotykać się z tobą w ten sposób. Ja... my... ech, wiesz, co mam na myśli. Jesteś 

taka uparta, taka nieznośnie silna, podczas gdy ja, nieszczęsny człowiek, chodzę i 

tęsknię... cierpię, a ty nie chcesz dać mi najmniejszej szansy!

Przekrzywiła głowę, czuła przyjemny szum w żyłach, cudowne napięcie... On 

jednak mówił poważnie, na ulicy prawie nie było ludzi.

- Johanno - powiedział i zabrzmiało to jak śpiew. - Ja nie mogę się bez ciebie 

obejść, ale ty uważasz mnie za lekkomyślnego wesołka, prawda? Zawsze śmieję się, 

gadam głupstwa, błaznuję...

Smutny glos Marcella prawie ją przerażał. Uświadamiała sobie równocześnie, 

ż

e tego właśnie jej brakowało. Czegoś, dzięki czemu również jej rozsądek mógłby 

zaakceptować Marcella Santoriniego.

- To prawda, Marcello. Jesteś bardzo wesołym przyjacielem. Nie lubię tylko... 

ż

e mi się oświadczasz zawsze, kiedy mnie rozśmieszysz.

Teraz to on się roześmiał. Ujął jej rękę i wsunął ją sobie pod ramię, gdzie tak 

background image

często spoczywała, po czym poprowadził ją przez plac i dalej w dół ulicy.

- Dzisiaj będziemy świętować, Johanno.

- O, co takiego? Spojrzał na nią z uśmiechem.

- Miałem parę dobrych dni. Dostałem pieniądze, które mi się należały za 

odczyty. Johanno, dzisiaj jemy obiad u Marie i Bernharda L'Etoile. A mogę cię 

zapewnić, że ci dwoje gotują wspaniale!

Oczywiście, nie chciała mu odmawiać. Może to wino albo koniak, który 

podano po obiedzie do filiżanki mocnej tureckiej kawy. Mogły to też być te białe, 

pachnące świece albo skrzypek, który mrugał do Marcella jak do starego przyjaciela, a 

później grał najbardziej uwodzicielskie utwory, jakie Johanna kiedykolwiek słyszała.

Marcello odprowadził ją do samych drzwi, a potem w ciemności wśród skrzyń 

i beczek kapitana całował ją czule, szczerze i nieskończenie długo. Przytulała się do 

niego z ufnością. Miała wrażenie, że on cały jest obsypany gwiezdnym pyłem, że nie 

tylko jego ręce są magiczne i mogą wprawiać ją w drżenie, gdy tylko ją musną.

Bawił się z nią, drażnił jej wargi czubkiem języka, aż pozwoliła mu wsunąć go 

do środka.

Pachniał ciężkim, słodkawym tytoniem, nagrzaną słońcem ziemią, obcym, 

podniecającym światem. Jego wargi stały się twardsze, coraz mocniej przyciskał je do 

jej ust, jedną rękę położył jej na karku i przytrzymywał z czułością jej głowę, drugą 

ręką wyjmował szpilki z włosów.

- Johanno, te amo... bella donna... piękna moja... Półprzytomna zwróciła 

uwagę na te słowa, o których zawsze myślała, że są nazwą trującej rośliny. Zresztą to 

by się zgadzało, tą rośliną można się oszołomić... na śmierć...

Z przeciągłym świstem wciągnął powietrze, odchylił mocno głowę, jakby 

szukał czegoś na rozgwieżdżonym niebie. Johanna drżała, wiedziała bowiem, że 

będzie musiała zmobilizować całą swoją siłę, by oderwać się od niego, zostawić go i 

odejść w noc.

- Ja... nie mogę pozwolić ci odejść. Nie teraz. Moje ręce nie mogą się od ciebie 

oderwać. Patrz!

Wsunął ręce w jej włosy, ich kolor pięknie się komponował ze złocistą skórą 

Marcella, wiedziała o tym już przedtem.

Nawet w ciemności dostrzegała pierścień lśniący na jego palcu, ciężki sygnet z 

listkami oliwnymi, ptakami i młodym księżycem.

Marcello zaczął go powoli zdejmować i zanim Johanna uzmysłowiła sobie, co 

background image

on robi, wplótł pierścień w gęsty kosmyk włosów.

- Tak się robi w mojej rodzinnej wiosce. Tak robił mój dziadek, mój ojciec, 

wtedy kiedy spotykali kobiety swego życia. Johanno, tego nie można już odwrócić. 

Teraz jesteś moja aż do śmierci!

Poczuła, że ogarnia ją panika. Te słowa były niczym echo starej, złej pieśni... 

On jednak wciąż mówił, Johanna spojrzała mu w oczy i zrozumiała, że on naprawdę 

tak myśli.

- Jeśli istotnie mnie kochasz. Jeśli chcesz, moja droga... Położyła jedną dłoń na 

klamce, a drugą na jego wargach.

- Ciii... nic nie mów, Marcello, jestem kompletnie oszołomiona, tak strasznie 

za tobą tęskniłam. Myślę o tobie, marzę o tobie... ale tak się boję. Jest tyle spraw, o 

których nigdy nie rozmawialiśmy.

Chciał jej przerwać, miał w oczach coś, co przypominało strach. Doznała 

skurczu serca, powinna była przez cały czas wiedzieć, że inny Marcello ukrywa się 

pod wesołą, ale powierzchowną maską lekkoducha.

- W sobotę, kiedy moi gospodarze wyjadą... kapitan wybiera się w tym 

tygodniu do Aakborg. Będę w domu sama, jeśli nie liczyć starego, głuchego stróża. 

Wtedy możemy... porozmawiać.

Ucałował ją tak mocno i tak gorąco, że właściwie nie wiedziała już, gdzie jest, 

wyrwał się z jej objęć udręczony, w jego zielonych oczach pojawiło się coś całkiem 

nowego. Serce o mało w niej nie wybuchło z radości.

Marcello wyglądał jak ktoś, kto odniósł wielkie zwycięstwo, zwycięstwo 

swego życia.

Widziała, jak biegnie, zwinny i pewny niczym kot, w końcu ciemność 

pochłonęła go, zniknął za rogiem domu starego barona w dole ulicy.

Stała jeszcze przez chwilę przy drzwiach i wdychała zimne powietrze, zanim 

w końcu odważyła się zrobić krok, potem otworzyła drzwi i weszła po schodach do 

swego pokoju.

Profesor był w promiennym humorze. Właściwie najchętniej by nie przyjęła 

jego zaproszenia, było bowiem późno, bardzo późno, i oczy piekły ją po czterech 

godzinach pracy i długiego wpatrywania się w przygotowane przez profesora 

Remmermanna plansze przedstawiające właściwe i niewłaściwe ułożenie płodu.

Zegar uderzył osiem razy, kiedy ubrane na czarno uczennice szkoły 

akuszerskiej w końcu opuszczały lokal. Profesor jednak wyglądał promiennie. 

background image

Chwycił rękę Johanny i powiedział, że już bardzo dawno nie mieli okazji 

porozmawiać.

- Chodź ze mną do profesorskiego klubu na uniwersytecie! Mamy czwartek, 

dzień, w którym żony i córki mogą towarzyszyć członkom klubu. Spotkanie z nimi 

może być dla ciebie interesujące, Johanno. One wiedzą, co to znaczy żyć z 

mężczyzną, który chętniej rozmawia o żółci i kamieniach nerkowych niż o strojach, 

perukach i hodowli róż! Rozerwiesz się trochę, pomówisz o bardziej kobiecych 

sprawach.

Johanna orientowała się, że Marcello jest zajęty do późna tego wieczoru. Ale 

jutro jest piątek, kapitanostwo szykują się do podróży. No a potem będzie sobota... nie 

chciała spotykać się już z nim przed sobotą, nie wierzyła, że będą w stanie zachować 

rozsądek podczas kolejnego spaceru w publicznych miejscach.

Sobota. Czas płynie tak wolno, tak wolno. Była pewna, że tej nocy nie zaśnie... 

Kiedy więc profesor nalegał, uśmiechnęła się uprzejmie i przyjęła zaproszenie. On 

nigdy nie wspomniał o oświadczynach. Zaczynała wątpić, czy on kiedykolwiek coś w 

ogóle do niej czuł.

Remmermann rozpromienił się jeszcze bardziej. Pochylił się do Johanny i 

szepnął wesoło:

- Obiecuję, że przedstawię cię jako moją córkę, a nie żonę.

- Myślę, że wystarczy, jeśli pan profesor powie prawdę, że jestem pańską 

studentką i... przyjaciółką.

Jego okrągłe oczy na moment rozbłysły.

- Bardzo bym chciał być twoim przyjacielem, Johanno. Wiesz o tym. 

Przytaknęła. Kiedy prowadził ją do powozu, zauważyła, że drżą mu ręce. Wieczór był 

bardzo udany, ale zrobiło się naprawdę późno. Johanna jeszcze czuła na wargach 

smak delikatnych pszennych bułeczek ze słodką marmoladą, a także świeże warzywa, 

ser i zimną cielęciną, którą podawano w klubie. Szampan jeszcze się perlił w 

kieliszkach, Johanna czuła się rozluźniona i trochę zmęczona. Chyba jednak zaśnie 

dzisiejszej nocy.

Profesor nalegał, że odwiezie ją swoim powozem, a ona chętnie na to 

przystała. Została otulona grubymi derkami, a nogi w lekkich pantoflach oparła na 

ż

elaznym węglowym piecyku, na stałe wbudowanym w coś w rodzaju skrzynki 

umieszczonej pod siedzeniem. W razie potrzeby można go było wysunąć na środek 

powozu. Wkrótce zrobiło się ciepło. Profesor siedział bardzo blisko niej, nie mogła 

background image

nic z tym zrobić.

- Jestem panu wdzięczna, profesorze. Pewna moja przyjaciółka... znajoma, 

należy chyba raczej powiedzieć, została nie tak dawno temu napadnięta na ulicy i 

zamordowana.

Natychmiast pożałowała szczerości. Profesor spojrzał na nią spod oka.

- Przyjaciółka? Znajoma? Ależ, Johanno, to pani bywa w takich okolicach?

- Co pan ma na myśli? Jakich okolicach? Pochylił głowę i zacisnął wargi. 

Długie wąsy poruszyły się niespokojnie.

- W całym mieście giną młode kobiety... ostatnio. Trzy czy cztery, jak 

słyszałem. Ale to ulicznice z najbiedniejszych dzielnic, Johanno. Pozbawione rodzin 

samotne dziewczyny, które przychodzą do miasta w nadziei, że uda im się jakoś 

przeżyć.

Johanna przyglądała mu się.

- Trzy albo cztery? Ale... dlaczego policja nic nie robi? Remmermann wsunął 

ręce do kieszeni płaszcza.

- No cóż... przede wszystkim większości tych kobiet nikt nie szuka. Poza tym 

to, jak wspomniałem, biedaczki, nigdzie nie zarejestrowane. Policja nawet nie 

otrzymuje zawiadomienia o ich zaginięciu. Przenoszą się niczym szczury z miejsca na 

miejsce. Mogło się przecież zdarzyć tak, że po prostu poszły sobie...

Johanna zastanawiała się przez chwilę, niespokojnie poruszyła się na 

siedzeniu. Z ulgą myślała, że zaraz zobaczy bezpieczne drzwi domu kapitana.

- Chyba przyjdziesz w poniedziałek do Theatrum? - ciągnął Remmermann 

swobodnym tonem. - Będzie pokazywany interesujący przypadek, płód zakleszczył 

się w drogach rodnych. Twierdzi się, że dochodzi do takich sytuacji, gdy matka w 

czasie ciąży wdycha dużo oparów alkoholu. Ta kobieta pracowała w destylarni i...

- Zobaczę. Zbliżają się święta, ja mam mnóstwo nauki, a zaraz po nowym roku 

zaczynają się sesje akuszerskie.

- Oczywiście! Musisz się zatem dowiedzieć wszystkiego, co możesz na temat 

medycyny i chirurgii. Chodź ze mną w poniedziałek na uniwersytet. Przyjeżdża znany 

lekarz niemiecki, Lorenz Heister. Musiałaś o nim słyszeć. On...

Przerwała mu znowu, nie była w stanie tak siedzieć przy nim i rozmawiać. 

Ledwo się zmusiła, by z uśmiechem podziękować za miły wieczór.

Głęboki lęk rozrastał się w jej sercu, marzyła tylko o tym, by ukryć się w 

ciepłym, bezpiecznym pokoju i zastanowić się, co w tym wszystkim jest nie takie jak 

background image

powinno.

Piątek był zwykle u Thilli dniem prania, ale w ten przedostatni piątek przed 

ś

więtami postawiono cały dom na głowie. Trzeba było wygotować bieliznę, pościel, 

dziecięce pieluchy. Za domem ustawiono na palenisku wielki kocioł i tam wynoszono 

wszystko. Wczesnym rankiem Petrus rozpalił ogień, dziewczęta przeglądały swoje 

rzeczy decydując, co idzie do prania.

Thilla dźwigała wiadra z wodą, dyrygowała kobietami, niektóre nie wiedziały, 

ż

e pranie trzeba najpierw namoczyć w zimnej wodzie, dopiero potem gotuje się je w 

ługu.

Następnie Thilla podstawiała wielką drewnianą balię, ubrania z kotła 

przekładano do płukania. Czyste i wyciśnięte z wody wieszano do suszenia w kuchni 

na długich sznurach. Minie parę dni i nocy, nim cała wilgoć wyparuje.

Kiedy domownicy jedli wieczorem kaszę, woda z mokrych ubrań kapała im na 

głowy.

- To zdrowo dla włosów - powiedział Petrus, chwytając dla zabawy krople na 

język. Dziewczęta miały rumiane policzki i po całym dniu prania w ługu palce niemal 

odarte ze skóry. Ale żadna się nie skarżyła. We wszystkich pokojach szorowano 

podłogi, bielono sufity, usuwano sadzę z piecyków. Petrus biegał w kółko z wiadrem 

rozrobionego wapna i pociemniałe sufity były pod wieczór takie białe, że aż raziło w 

oczy. Wybielił również w kuchni ścianę nad piecem, teraz wystarczyła jedna jedyna 

ś

wieca i w pomieszczeniu robiło się jasno.

Po południu Petrus poszedł pomagać właścicielowi domu. Obiecał, że na 

ś

więta będzie i szynka, i pod dostatkiem piwa.

Johanna nie bardzo sobie wyobrażała, że w tym wielkim mieście można 

urządzić prawdziwe święta. U nich w domu już od dawna wszyscy zajęci są 

przygotowaniami. Kiełbasy zostały zrobione, szynki uwędzone, jęczmień na piwo 

zmielony na specjalnych żarnach, które tylko rozgniatają ziarna... a dziewczęta piorą, 

myją i sprzątają dużo więcej i dokładniej, niż się to robi w normalne piątki.

Tutaj nikt też nie piekł ciast, w każdym razie Johanna nie zauważyła.

No cóż, trzeba to jakoś przeżyć, będzie miała w życiu jeszcze wiele 

prawdziwych świąt.

Teraz głowę Johanny wypełniały zupełnie inne marzenia niż tęsknota za 

wigilijną nocą.

- Mette! Daj mi dziecko, a sama leć do Klimpego po głowę cukru. 

background image

Zasłużyłyśmy dzisiaj na coś smakowitego. Już nastawiłam wodę, zrobimy sobie 

ś

więto! Będzie herbata z rumem, co wy na to? Z mnóstwem cukru!

Dziewczęta pokrzykiwały radośnie, a Petrus wahał się, czy powinien 

wychodzić z domu.

- Nie martw się, zostawimy ci duży kubek! Ruszaj teraz w drogę, stary dziadu 

- zawołała Thilla, a w jej oczach pojawił się wesoły uśmiech.

Następnego ranka Johanna bardzo wcześnie wyszła z domu, zdecydowana 

zrobić sobie wolne. Żadnego czytania, żadnej nauki. Tylko to rozkoszne uczucie, że 

taki mężczyzna jak Santorini dostrzegł coś pociągającego w zamkniętej Johannie, nie 

dopuszczającej do siebie uczuć...

W każdym razie od czasów Raviego.

Zwolniła, buty stukały miarowo o bruk.

Wciąż jeszcze się zdarzało, że musiała zmagać się z uczuciem, że on jest, że 

jego cień jej towarzyszy.

Pamiętała, że pierwsze spojrzenie na czarne włosy Marcella wywołało skurcz 

w jej sercu, skurcz, który nie miał nic wspólnego z urodziwym Włochem.

Poza tym ci dwaj mężczyźni są całkowicie odmienni. Marcello taki 

ż

ywiołowy, wesoły, z taką niezwykłą zdolnością przemieniania trudnych chwil w 

radość i śmiech.

Nie było w nim nic ukrytego, żadnych tajemnic, żadnych czarnych stron, z 

którymi musiałaby walczyć.

Był może nawet zbyt lekkomyślny, za mało poważny, Johanna przeczuwała 

jednak, że ktoś taki był jej potrzebny, ktoś, kto odmieni także jej skłonną do 

rozważań, melancholiczną naturę.

On ją za sobą porwie jak najdalej od wszystkich zmartwień, życie będzie 

radosnym oszołomieniem. Tego była pewna.

A o reszcie nie chciała teraz myśleć.

Wróciła do pięknego domu, zanim zimowe słońce rozjaśniło miasto. Świeże 

poranne powietrze bardzo ją orzeźwiło po nocy spędzonej u Thilli, w dusznej kuchni, 

pachnącej rumem, ługiem, pieluchami, potem i fermentującym młodym piwem. Nie 

dostrzegła cienia, który pospiesznie podążał za nią, tym razem też nie widziała 

mężczyzny o czarnych włosach, który na nią czekał.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

background image

- To nieprawda - szeptała Thilla, mrużąc oczy. - To się nie może stać, jeszcze 

raz, nie... Nie Mette, ona jest taka silna, ma w sobie tyle życia...

- Mette zniknęła, to wszystko, co nam wiadomo - westchnął Petrus ciężko. - 

Thilla, nie powinnaś od razu myśleć, że coś się jej przytrafiło. Nic nie wiemy, tyle 

tylko, że wyszła i nie wróciła, ale przecież nie pierwszy raz któraś z dziewcząt...

- Nie Mette! Thilla uparcie twierdziła swoje. Z jej oczu płynęły łzy.

- Sprowadź Johannę! Musimy zaraz zacząć szukać. Petrusowi drżały ręce, 

kiedy ocierał twarz Thilli.

To on ją obudził, chociaż spała tak słodko, pachniała rumem, uśmiechała się 

po pieszczotach, bo kiedy późno w nocy wrócił do domu...

- Thilla, kochanie... nie możesz widzieć wszystkiego zaraz w takich ciemnych 

barwach. Ta sprawa z Ylvą... to musiał być jakiś łobuz, który myślał, że ona jest 

ulicznicą. Mette dałaby sobie radę z takim. Mette jest silna i odważna, nie należy do 

tych, co to...

- Zamknij wreszcie gębę, Petrus! Nie wiesz więcej niż ja, prawda? Musimy 

natychmiast zacząć jej szukać, trzeba przetrząsnąć każde podwórko, każdy kąt w tej 

części miasta. Trzeba przepytać stróżów, każdego, kto w nocy ma oko na to, co się 

dzieje. Ktoś ją przecież widział! Poszła tylko po cukier...

Thilla chciała się wypłakać w spokoju, taka była. Petrus zamknął więc bardzo 

ostrożnie drzwi. Niech się Thilla wypłacze, to potem przyjdzie uspokajać innych. 

Poszedł powiedzieć o wszystkim Johannie, ale jej też nie było.

- Mette na pewno wróciła tam, skąd przyszła! Dobrze o tym wiesz, Thilla, że 

ona zostawiła w domu starą matkę i kandydata na męża. Poszła sobie... wiedziała, że 

ty się zajmiesz dzieckiem. Zaufała ci, Thillo...

Ale żadne uspokajające słowa Petrusa nie trafiały do przekonania tej niedużej 

wzrostem matronie. Dziewczęta też siedziały blade, w milczeniu zajmowały się 

swoimi robótkami. Nikt nie wiedział, co począć z tym nowym nieszczęściem.

- Johanna pewnie wie, dokąd ona poszła! Mogły przecież ze sobą rozmawiać, 

Johanna mogła ją nawet kawałek odprowadzić, właśnie dlatego, że obie bały się 

mordercy. Tak! Na pewno tak było, Thilla. Zobaczysz, że wieczorem wróci Johanna i 

opowie nam to dokładnie.

Thilla podniosła się ciężko. Jej niewysokie, pulchne ciało było tak skulone i 

pozbawione sil, że to przeraziło dziewczęta. Thilla to matka, ktoś, kto osłania, była 

niczym port dla wszystkich, którzy zostali przez wzburzone fale wyrzuceni na ląd.

background image

- Zbierajcie się, dziewczęta! I uśmiechać mi się! Nie znaleziono żadnego ciała, 

nikt niczego nie widział. Nie siedźcie tu jak płaczki, nie przywdziewajcie jeszcze 

ż

ałoby po Mette, skoro ona najprawdopodobniej w tej chwili obejmuje swojego 

narzeczonego, pozbyła się dziecka, o którym on nie chciał słyszeć.

Dziewczyny ruszyły ku drzwiom, próbowały potakiwać, ocierały łzy. Jednak 

lęk pozostał w kuchni, równie zatęchły i wszechobecny, jak te mokre ubrania wolno 

schnące pod sufitem.

Słyszała kroki na schodach co najmniej dwukrotnie, zanim się naprawdę 

rozległy. Umyła się bardzo dokładnie w miednicy i użyła konwaliowych perfum 

kapitanowej. Włożyła czerwoną suknię Marji, jedyną, w jakiej nie odważyła się 

pokazać na żadnym przyjęciu. Chociaż suknia była piękna... nieprzyzwoicie piękna. 

Może kolor bardziej się nadawał dla kobiety czarnowłosej, ale Johanna ze swoimi 

kasztanowymi włosami też właściwie mogła uchodzić za brunetkę, zwłaszcza kiedy 

natarła włosy specjalnym woskiem i uczesała je w koronę.

Dzisiaj uznała, że wystarczy zapleść je w warkocz i upiąć w prosty kok na 

karku umocowany szpilkami i jedwabną wstążką.

Zagryzała wargi, żeby stały się czerwieńsze, tarła skórę, dopóki policzki się 

nie zaróżowiły, w końcu włożyła naszyjnik z opali, który kapitanowa jej podarowała, 

„skoro tak pani w nim do twarzy, moja droga".

W lustrze nad umywalką zobaczyła, że kamienie bardzo pięknie współgrają z 

kolorem jej oczu, miały dokładnie te same niebieskie, brunatne i zielone tony.

Marcello był dosłownie oczarowany tym, że człowiek może mieć oczy 

różnego koloru. Pamiętała czasy, kiedy, uczestnicząc w jakichś zebraniach, musiała 

ukrywać swoje oczy, bo nie ma lepszego sygnału, jeśli się szuka odpowiedniej osoby 

do jakiegoś zadania. Jej oczy zawsze w takich sytuacjach zwracały uwagę.

Dziś wieczorem nie zamierzała się chować.

Dziś wieczorem będzie wyłącznie tą zapomnianą Johanna, młodą, 

lekkomyślną kobietą, która tylko czasami ukazywała swoją osobowość.

No i nareszcie on stoi przed jej drzwiami.

Otwierała z wahaniem, serce czuła w gardle.

Boże, jaki on piękny.

Podał jej jedną różę, z topniejącymi płatkami śniegu na listkach.

- Z królewskiego zimowego ogrodu specjalnie dla pani. Mówił niemal 

szeptem, mimo to jego głos był niski i ciemny, jakby dotykał wiolonczelowym 

background image

smyczkiem napiętych strun jej serca.

- Proszę - zaprosiła bez tchu i wzięła od niego kwiat. Pocałował ją leciutko, 

kiedy odsunęła na bok jedwabną zasłonę, pozwalając mu wejść do małego, ciemnego 

pokoiku, będącego jej mieszkaniem.

- Rozkoszne miejsce - powiedział. Stał w drzwiach i patrzył. Johanna zapaliła 

wszystkie świece, w świecznikach i kandelabrach płonęło dwanaście małych 

płomyków. Zasłony, które zawsze były ściągnięte, dzisiaj zakrywały łóżko, uważała 

bowiem, że nie powinien zaraz przy wejściu oglądać tego ciężkiego, ciemnego mebla. 

Może by to zrozumiał jako zbyt jawne zaproszenie.

A Johanna nie chciała, żeby tak było. Pragnęła być zdobywana wciąż i wciąż 

od nowa.

No i w końcu jego ręce mogły poruszać się swobodnie, już ich nie 

powstrzymywała, nie przytulała się do niego za mocno.

Pili wino, które przyniósł Marcello, i słuchali śpiewu stróża na ulicy. Pogasili 

już wszystkie światła, żeby nikt nie mógł nic widzieć ani słyszeć.

Dom od dawna spał, tylko stary dozorca pilnował, czy jacyś rabusie nie 

plądrują domu kapitana pod nieobecność rodziny.

- Moja kochana, mój wspaniały kwiecie... za nikim chyba nie tęskniłem tak 

bardzo, nikt nie oczarował mnie do tego stopnia, że nie jadłem i nie sypiałem od wielu

dni i nocy. Johanno, bogini, nie dręcz mnie więcej...

Jego słowa były takie szczere, że momentami aż śmieszne w swojej 

kwiecistości. Ale jej sprawiały przyjemność, zlizywała smak miodu, rozkoszowała się 

każdym ucukrowanym komplementem. On taki po prostu jest, w jego ustach to 

wszystko brzmi wzniosie.

Stała wyprostowana, kiedy on cofnął się trochę.

- Belh... Odnalazł tasiemki gorsetu, głaskał jej nagie ramiona, pochylił się ku 

niej, muskał leciutko wargami białą skórę. Poczuła, że piersi stają się bardzo wrażliwe 

i jakby większe pod obcisłym stanikiem.

Rozwiązał jedną taśmę, znalazł drugą, potem szukał guziczków, ułożonych 

gęsto i ukrytych pod zakładkami. Rozpinał je bardzo wolno, jeden po drugim, i 

nieustannie patrzył jej w oczy.

Chociaż w pokoju było gorąco, na jej odkrytych ramionach pojawiła się gęsia 

skórka, wsunął dwa palce pod wycięcie sukni, po czym wolno zsunął ubranie w dół. 

Była bliska zemdlenia, kiedy ją rozbierał, twarz i szyja płonęły, ale zapomniała o 

background image

wszystkim, kiedy spojrzał na nią zamglonymi oczyma.

Nie do końca rozumiała, co znaczą wypowiadane przez niego słowa, ale on 

ujął jej piersi, jakby to były najwspanialsze owoce, i uformował z dłoni naczynka dla 

nich. Potem ukląkł i pociągnął za sobą dół jej sukni.

Teraz Johanna czuła się naprawdę tak, jak ją nazwał, boginką, pozwalała mu 

oglądać dokładnie swoje ciało, potem on położył ją na dywanie, na stosie czerwonego 

jedwabiu, i całował do utraty tchu.

- Teraz moja kolej - szepnęła. Czuła, mimo podniecenia i rozgorączkowania, 

ż

e śmiech bulgocze jej w gardle.

Zmusiła go, żeby wstał, ona podniosła się także i drżącymi rękami odsłaniała 

jego złocistą skórę. Miał taką białą koszulę! Wspaniałe tło dla smagłej skóry. Jej palce 

wędrowały w górę i w dół po męskim torsie, stwierdziła, że brodawki jego piersi 

także się napinają, że Marcello oddycha głęboko, coraz szybciej, i że musiał się 

oprzeć o krzesło, kiedy wodziła wargami po jego brzuchu, palcami kreśliła kręgi na 

jego biodrach, plecach i piersiach.

Znowu ten zapach spalonego słońcem krajobrazu i mocnych przypraw.

Gdzieś się podziała jej dawna wstrzemięźliwość i rezerwa, dała się porwać 

uczuciom, które wypływały z jej serca niczym rwąca rzeka.

W końcu on już nie mógł czekać, jednym szarpnięciem odsunął zasłony znad 

łóżka. Johanna spostrzegła, że unosi się w powietrzu, obejmowały ją silne ramiona, 

mocno przyciskały do piersi, poczuła jego wargi na swoich, zanim dotknęła 

chłodnego lnianego płótna pokrywającego jej grubą kołdrę z ptasiego puchu.

Policzki nie mogły jej już chyba bardziej płonąć, nie mogła być bardziej 

rozgorączkowana, bardziej zdyszana. Kiedy delikatnie głaskał jej uda, bezwiednie 

rozsunęła nogi i zamknęła oczy. Jego oddech był świszczący, urywany... Jego palce na 

jej piersiach... jego wargi...

- Och, Marcello... Marcello... ja umrę... nie rób tego... nie... och... Wcale 

jednak nie miała zamiaru umierać, on też się drożył, spoglądał na nią z wysoka, 

uśmiechał się uspokajająco i uwodzicielsko zarazem.

Pieścił jej brodawki, ona najbardziej ze wszystkiego pragnęła pociągnąć go ku 

sobie, wczepić się w niego, wessać go i żeby tak już zostało. To, co robił, kompletnie 

ją obezwładniało, dygotała pod jego pieszczotami, wdychała jego zapach, nie była już 

w stanie zapanować nad mięśniami ud, brzucha, szyi.

Wstrząsały nią konwulsje, rozprzestrzeniały się w niej niczym kręgi na wodzie 

background image

pod ciężkim kamieniem, w końcu dała się unieść, pochłonąć, jeszcze tylko wyszeptała 

przez zaciśnięte gardło jego imię.

Gdy wzburzone fale zaczęły się uspokajać, stwierdziła, że on leży przy niej i 

jakby w odpowiedzi szepcze do ucha jej imię. Teraz jego wargi znowu były miękkie, 

przywarła do jego spoconego ciała, chciała odwzajemnić mu tę cudowną rozkosz, 

której doznała.

Zaczekała, aż odzyska władzę nad swoim ciałem, aż znowu będzie mogła 

kontrolować wszystkie mięśnie. Nie pozwoliła mu się wymknąć, całowała go tak, jak 

on ją całował przedtem, teraz ona była przewodniczką, nie liczyło się nic więcej...

- Wezuwiusz! - zawołał Marcello i wybuchnął śmiechem, jakiego jeszcze u 

niego nie słyszała. Nie miała odwagi na niego spojrzeć, bo szczęście, jakie dźwięczało 

w jego śmiechu, mogło wystarczyć za wszystko... W głębi serca już wpisała tę noc do 

rejestru snów.

Ale on obejmował ją mocno, położył się na niej i delikatnie nagryzał jej ucho.

- Wezuwiusz, nie wiesz, co to jest? To nasz największy wulkan, największy na 

ś

wiecie!

Teraz Johanna musiała się roześmiać, bo oczywiście słyszała o wulkanach, a 

on był taki słodki, porównując ją do roztopionej, kipiącej lawy.

Po chwili wyciągnęła szyję, odgarnęła włosy i dowiodła mu, że ona też potrafi 

kąsać zębami ostrymi jak u szczeniaka.

- Niebezpieczna kobieta - szepnął i znowu wybuchnął śmiechem. Zaczęli się 

mocować, przepychali się, zamykali jedno drugie w objęciach, ograniczali sobie 

swobodę ruchów, żeby poddawać się nawzajem najbardziej wyszukanym 

pieszczotom.

On wygrał, był po prostu silniejszy, uniósł Johannę wysoko w górę, a ona 

krzyczała, wyrywała się, szukała po omacku jakiegoś oparcia. Natrafiła zębami na 

jego kark i niemal w ostatniej chwili wyrównała pojedynek...

- Taka jesteś dzisiaj dziwna, Johanno. Zdekoncentrowana, nie poznaję cię! 

Thilla zmrużyła zaczerwienione oczy nad garnkiem, w którym coś mieszała.

Mdły zapach dziegciu unosił się nad paleniskiem, Thilla przygotowywała 

właśnie specjalną maść na rany i głębokie, krwawiące skaleczenia. Nic tak dobrze nie 

tamuje krwi jak mieszanka Thilli.

- W każdym razie od czasu, kiedy zginęła Ylva - powiedziała Thilla z goryczą.

Johanna nie słuchała, ale teraz Thilla pomachała jej chochlą przed oczyma.

background image

- Otrząśnij się, dziewczyno! Nie jesteś przecież takim delikatnym ziarenkiem 

jak inne tutaj. Posłuchaj mnie wreszcie! Ja nie ustąpię, dopóki Mette się nie znajdzie. 

Musimy ją odnaleźć! A do tego potrzebna mi jest twoja pomoc, Johanno. Ty masz 

pieniądze, wiem o tym. Nie chciałam cię nigdy o nic prosić, ale teraz muszę. Trzeba 

ż

ebyś wynajęła powóz i pojechała do Leije. Powozem to tylko pół dnia drogi. Tam 

znajdziesz kawalera Mette, wiem, że to wdowiec, prowadzi gospodę. Mam nadzieję, 

ż

e ją też tam zastaniesz.

Johanna oblizała spierzchnięte wargi. Wciąż jeszcze były wrażliwe po długich 

pocałunkach.

Mają się dziś wieczorem znowu spotkać. Nie była w stanie znieść myśli, że 

zamiast tego miałaby trząść się w powozie na wyboistej, zamarzniętej wiejskiej 

drodze.

- No cóż, ja... Spojrzenie Thilli przeszyło ją na wylot. Johanna zrozumiała, 

jaka jest egoistyczna. To oczywiste, że Thilla może oczekiwać od niej przysługi, i to 

sto razy większej niż ta, o którą właśnie prosi.

- Pojadę, Thillo. Jutro, jak tylko się rozwidni. Jeśli wyjadę wcześnie, to do 

wieczora wrócę i przywiozę ci nowiny.

Thilla chrząknęła zadowolona.

- Dobrze. A teraz powiedz mi nareszcie, z kim to szybowałaś aż do nieba 

ostatniej nocy.

Johanna drgnęła, rumieniec zabarwił jej policzki, ale kiedy napotkała 

spojrzenie Thilli, musiała się uśmiechnąć.

- Ty... wiesz? Thilla roześmiała się smutno.

- Matka zawsze wie takie rzeczy. Pewnego dnia to zrozumiesz. Poza tym z 

twojej twarzy wszystko bardzo łatwo wyczytać, Johanno. No, kim jest ten drań?

Johanna omal się nie rozzłościła, choć przecież Thilla żartowała.

Czy powinna powiedzieć? A jeśli Thilla nie zrozumie? Johanna smakowała 

słowa w milczeniu, podczas gdy Thilla, niczym uosobienie spokoju, mieszała w 

garnku.

„No, więc, to ten Włoch. Ma takie czarne włosy, sprawił, że przez cały czas 

się śmiałam. Więc uznałam, że mogę go zaprosić do domu, skoro gospodarze właśnie 

wyjechali, i kochaliśmy się, dopóki starczyło nam sił, dopóki nie opadliśmy na 

posłanie..."

Nie.

background image

Wstała i w zamyśleniu nabrała z beczki kubek wody.

- On... on poprosił mnie, żebym za niego wyszła. To jest... Włoch.

- Tak właśnie myślałam. Ale czy ty jesteś całkiem pewna, że nie zostałaś 

oszukana, moja droga? Z tego co słyszałam o Włochach...

- Thilla, przestań! Nie widziałaś przecież Marcella! Zachowujesz się jak jakaś 

kwoka!

Thilla odwróciła się gwałtownie, złapała Johannę za ramię i potrząsnęła nią 

tak mocno, jak to możliwe, sięgała jej bowiem do pasa.

- Ty głupia dziewczyno! Nie rozumiesz, że ja się martwię? Nie możesz się 

wdawać w jakieś awantury, które nie wiadomo jak się skończą! Jesteś na to za dobra, 

rozumiesz? Jesteś za dobra na to, żeby zabawiać się z byle kim...

Puściła ramię Johanny. Jej krótkie ręce zwisały bezwładnie, potem Thilla 

otarła twarz rękawem, bez słowa ujęła chochlę i znowu zaczęła mieszać.

- Wybacz - bąknęła po chwili. - To nie moja sprawa... naprawdę. Tylko że ja... 

ja tak się boję. Najpierw Ylva, teraz znowu zniknęła Mette... Boję się o ciebie, bo 

stałaś mi się bardzo bliska, Johanno...

- Ach, Thilla... Johanna uklękła przy niej i nareszcie Thilla mogła ją objąć, 

oprzeć głowę Johanny na swoim ramieniu i przyciskać ją do siebie, szepcząc przy 

tym:

- Czuję się za ciebie odpowiedzialna, twoja babka mi to zleciła w liście... 

myślę, że coś zaniedbałam. Tyle miałam innych spraw na głowie, wciąż się człowiek 

spieszy... ale jeszcze mamy czas, moja droga. W każdym razie zostaniesz do wiosny. 

Kochana, tyle wspaniałych rzeczy cię czeka...

Johanna zamknęła oczy. Marcello obiecywał jej to samo. Stwierdziła, że po tej 

nierzeczywistej nocy zaczęła mu wierzyć.

- Najdroższa Thillo... zrobiłaś już dla mnie więcej niż dość. To ja zawiodłam, 

powinnam była więcej ci pomagać, wspierać cię. Ale widzisz, wykłady kosztują mnie 

wiele wysiłku. Jeszcze najłatwiej jest na zajęciach akuszerskich, tam przychodzą 

dziewczyny, które z trudem czytają, trzeba do nich mówić prosto. Ale w Theatrum 

czy na uniwersytecie... z trudem nadążam. Nie jestem jeszcze przyzwyczajona do 

języka...

Thilla mocno ściskała jej ręce.

- Ja wiem, kochana, wiem. Jesteś bardzo pracowita i taka zdolna. Robisz 

więcej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać, mówisz, że chciałabyś zdać wszystkie 

background image

egzaminy na wiosnę... to są znakomite wiadomości dla twoich w domu... ale nie dla 

mnie...

- Och, Thilla... ja wrócę. Nie zapomnę cię nigdy. Matko... Thilla ukradkiem 

otarła łzę.

- Jakie dziwne zrządzenie pańskie. Utraciłam jedną, którą mogłam nazywać 

córką, ale zyskałam drugą... taką wspaniałą młodą kobietę.

Johanna protestowała bez słów, ale musiała się też uśmiechać.

- Tak to jest. Ja czuję to samo. Tęsknię za moją mamą, nie chcę myśleć, że jej 

nie ma. Kiedy wrócę do domu, tęsknota znowu będzie taka bolesna... Thilla, a może 

ja tu zostanę...

- Co ty mówisz? Cofnęła się o krok, ręce oparła na biodrach.

- No tak, bo widzisz... my, to znaczy Marcello i ja, my... Thilla odwróciła się i 

znowu zaczęła mieszać. Po chwili podała Johannie kubek herbaty.

- Wypij!

Stała nad nią i niemal wlewała jej płyn do gardła. Potem wyrwała jej z ręki 

puste naczynie i wpatrywała się w nie z uwagą.

Brązowe jak u wiewiórki oczy rozbłysły ponuro przed Johanna.

- No tak, a nie mówiłam? Johanno, muszę cię ostrzec. Jak najpoważniej! Fusy 

wskazują na niebezpieczeństwo. To jakiś obcy mężczyzna! Te dwa znaki znajdują się 

zbyt blisko siebie, żebym to mogła zlekceważyć. Johanno, mam jak najgorsze 

przeczucia co do tego Marcella! Trzymaj się od niego z daleka, a przynajmniej 

zachowaj chłodną głowę!

Johanna zacisnęła powieki. Nigdy nie widziała Thilli w takim wojowniczym 

nastroju. Kiedy się jednak zastanowiła, o co chodzi, ogarnęła ją irytacja. Taka afera z 

powodu fusów?

- Thilla, ty go przecież nie znasz! Thilla wróciła do swojego garnka i mieszała 

z taką złością, że masa rozpryskiwała się na boki, przypalała się do żelaznej płyty.

- Możesz nie słuchać starej kobiety, ale będziesz żałować. Ja się znam na 

takich sprawach.

Johanna skinęła bez słowa.

Nie powinno jej to dziwić. Przecież Thilla jest wytrącona z równowagi, 

przeżywa nieszczęście, martwi się więc o Johannę bardziej, niż powinna. To lęk 

sprawia, że ta stara kobieta nie umie sobie wyobrazić, że Johanna może się zbliżyć do 

jakiegoś obcego mężczyzny. Można by sądzić, że podejrzewa, iż to Marcello 

background image

zamordował Ylvę i Mette.

Powinna starać się zrozumieć biedną Thillę.

Czule pogłaskała pochylone plecy tamtej, przesunęła dłoń aż do ręki 

trzymającej chochlę. Ostrożnie wyjęła narzędzie i teraz ona zaczęła mieszać gęstą 

masę.

- Obiecuję ci, matko Thilli, że ci nie zginę. Spotkasz Marcello, poznasz go... 

dowiesz się, że to nie jest żaden oszust. Będziemy ci pomagać. Thilla... jeśli nam 

pozwolisz, to ten dom będzie jeszcze bardzo piękny, a dziewczynom będzie tu bardzo 

dobrze. I tobie też niczego nie zabraknie, Thillo. Koniec z żebraniem o kości u 

rzeźnika!

Łzy płynęły strumieniem z oczu Thilli, siedziała na stołku z pochyloną głową. 

I trudno powiedzieć, czy płakała z żalu czy też ze wzruszenia obietnicami Johanny.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

To miał być ostatni publiczny pokaz przed świętami Bożego Narodzenia i 

galerie pozostały puste. Może to mało interesujące patrzeć, jak studenci trzęsącymi się 

rękami wykonują ćwiczenia w zakresie amputacji. Nowa technika polega na tym, że 

wycina się duże półkole skóry i mięśnia za kolanem, zanim się przepiłuje kość tuż 

ponad nim.

O ile dawniej trzeba było czekać miesiącami, a może nawet latami, żeby kikut 

się zabliźnił, to teraz dokonuje się to w najgorszym razie w ciągu paru tygodni. 

Rewolucyjność nowej metody polega też i na tym, że nie trzeba używać smoły ani 

innych brudnych materiałów do zatamowania krwi. Zamiast tego zakłada się opaskę 

uciskającą żyły. Następnie na zewnętrzną część kikuta nakłada się płat oczyszczonej 

skóry spod kolana i mocno przyszywa. Do rany wkłada się srebrną rurkę, którą spływa 

materia.

Zwłoki były zbyt stare na to, by studenci mogli przeprowadzić cały trening, ale 

piła skrzypiała na grubych kościach, dając przyszłym lekarzom okazję do poznania 

części chirurgicznego rzemiosła. Niektórym młodym trzęsły się ręce, widocznie nie 

opanowali jeszcze tej zręczności, jakiej wymagał od nich Cruger, zanim zaczną 

praktykować na żywych ludziach.

- Zręczność! Elegancja! Moi panowie, nie będziecie przecież pospolitymi 

rzeźnikami! Jesteście chirurgami! Przyszłymi wybawcami! Tymi, którzy potrafią 

działać tam, gdzie nasi szanowni doktorzy stoją i mamroczą modlitwy, bo nic innego 

background image

nie potrafią.

Studenci drżeli, czując na sobie jego przenikliwe spojrzenie, i pocili się, kiedy 

zniecierpliwiony zmuszał ich do uczenia się łacińskich nazw każdego mięśnia, każdej 

ż

yły. Amputowana kończyna została rozcięta w kilku miejscach i dokładnie oglądano 

wszystkie szczegóły. Cruger nie zadowolił się, dopóki nie kazał każdemu 

wyrecytować trudnych nazw wszystkich części.

Zanim doszli do omawiania kostki, ostatni widzowie opuścili pomieszczenie. 

Johanna siedziała na swoim zwykłym miejscu, w pierwszym rzędzie po lewej stronie. 

Operujący dzisiaj studenci zostawili swoje przybory na krzesłach, nie mogła się więc 

przenieść bliżej stołu, żeby lepiej widzieć.

Poza tym amputacja to akurat nie jest najbardziej interesujący pokaz. Chyba 

nie będzie musiała wykonywać takich operacji w Lyster.

I znowu złapała się na myśli, że może wcale nie wróci do domu. Wieczorem 

znowu ma go spotkać, a wtedy...

Zamierzała go zapytać. Chciała wiedzieć, czy on mógłby sobie wyobrazić, że 

zamieszka w malutkiej wiosce na dalekiej północy kraju. Zastanawiała się nad tym i 

oczyma wyobraźni widziała, jak obojgu dzieciom służą długie lata spędzane na wsi i 

zimy w stolicy. To byłoby znakomite rozwiązanie. Naprawdę fantastyczne, wolne od 

tęsknoty i żalu. Bendikowi też by się to pewnie spodobało. Bardziej w każdym razie 

niż gdyby mu zaproponowała przeprowadzkę do Kopenhagi na stałe.

Nie martwiła się o Vildegard ani Meisterplassen. Zagrody będą pod dobrą 

opieką. Jest wystarczająco dużo zdolnych gospodarzy, którzy chętnie wezmą ziemię w

dzierżawę, a wszyscy wiedzą, jak świetnie rodzina Johanny radziła sobie po złej 

stronie Sogndalsfjorden.

Tak, to by było dobre życie dla nich wszystkich. Także dla Thilli. A Johanna 

nadal byłaby zaprzyjaźniona z Remmermannem, tak jak tego pragnął, i mogłaby 

korzystać z przywilejów, jakie to daje kobiecie o takich ambicjach.

Johanna zauważyła, że profesor akurat w tym momencie okrąża marmurowy 

stół, wpatrując się z zainteresowaniem w to, co się na nim dzieje.

Po chwili usiadł na wąskiej ławce obok niej i pocałował ją w rękę, chociaż na 

pewno cuchnęła spirytusem i obrzydliwym mydłem, jakiego używano w tym 

instytucie.

- Moja najpiękniejsza studentko, mam dobre wiadomości dla ciebie! Dzisiaj 

wieczorem organizuję nadzwyczaj interesujący pokaz. Muszę powiedzieć, że jestem 

background image

znużony tymi śmierdzącymi obiektami tutaj. My natomiast otrzymaliśmy nowego 

trupa, w dodatku kobiecego! I obiecuję ci wyjątkowe rzeczy, Johanno! Z twojej 

dziedziny. Liczę na twoją obecność. Będzie niewiele osób, tylko Cruger, my dwoje i 

starsi kandydaci. I będzie fantastyczna niespodzianka...

Już miała się wymówić, twarz Marcella w jej głowie absolutnie przesłaniała 

zaczerwienione oblicze profesora, ale on ciągnął swoje, nie dopuszczał jej do głosu:

- Czy ty znasz pana Baltazara Johannesa de Buchwald? Tak, tak, to ten, syn 

seniora, tego wielkiego pioniera.

Johanna potakiwała z coraz większym przejęciem. Buchwald senior napisał 

pierwszą zrozumiałą książkę o położnictwie, jaką przeczytała. To on stworzył 

Komitet, który teraz ma nadać jej uprawnienia. Syn natomiast studiował położnictwo 

w Holandii, u największych specjalistów świata, Ruyscha, Roonhysena, Deventera...

- Przyjedzie... pan Buchwald będzie miał wykład? Ale przecież...

- Prawda, że to niewiarygodne? Najchętniej bym to rozgłosił po całym 

uniwersytecie, przytarł tym zadufanym medykom nosa. Bo nareszcie mamy wśród nas 

człowieka naprawdę światowego formatu, a muszę powiedzieć, że obserwuję rosnące 

zainteresowanie tą dziedziną. Ale... po awanturach o kradzione trupy... jesteśmy 

uważnie obserwowani. Nie chcę żadnych spraw z policją.

Johanna w zamyśleniu potakiwała, ale słuchała go tylko jednym uchem. Serce 

tłukło się jej w piersi. Marcello obiecał jej cały świat. Tęsknota za nim stawała się 

trudniejsza do zniesienia z każdą godziną. Podbił ją całkowicie, kiedy już raz 

pozwoliła swoim uczuciom przemówić, rozłąka z nim była udręką. Mieli sobie tyle do 

powiedzenia, tyle planów do przedyskutowania...

- O wpół do dziewiątej - powiedział Remmermann cicho. - Tu jest adres. 

Wzięła kartkę lodowatymi palcami, wiedziała, że nie ma wyboru. Musi przesłać 

wiadomość Marcello.

Wiedziała, że jada obiady w małej restauracji o nazwie „Szary Łabędź". Może 

mu też posłać klucze, to powita ją, kiedy wróci...

Remmermann położył palec na wargach na znak, że sprawę należy zachować 

w absolutnej tajemnicy. Z pewnością nie wolno jej też nic powiedzieć ukochanemu, 

choć przecież jest on częścią zespołu i bardzo dobrze rozumie problemy.

Nie chciała już słuchać wniosków, do jakich doszli przyszli chirurdzy. 

Kończyli teraz notatki, ocierali ręce o spodnie. Zwłoki zostały wyniesione, a w 

powietrzu znowu pojawił się ostry zapach spirytusu zmieszanego z pieprzem, 

background image

cynamonem i czymś, co Johannie przypominało jałowiec.

Johanna wstała i ukłoniła się profesorom, po czym szybko poszła do biura, 

gdzie rządziła pewna starsza pani, zaufana Crugera. Obiecała ona przesłać panu 

Santorini wiadomość do restauracji.

Wciąż niespokojna Johanna ruszyła w stronę domu, po drodze wstąpiła do 

jednego z najelegantszych sklepów i kupiła drogich karaibskich owoców oraz pudełko 

czekoladek z orzechami.

Postawi to wszystko na stole z krótkim liścikiem, żeby Marcello nie był 

zawiedziony i czekał na nią z radością.

Kiedy wychodziła ze sklepu, zauważyła, że jakiś mężczyzna pospiesznie ukrył 

się za powozem. Zdziwiło ją to, zwłaszcza że wydał jej się dziwnie znajomy. Jakby z 

nim niedawno rozmawiała, ale teraz jakoś nie mogła go rozpoznać. Zdążyła zobaczyć, 

ż

e jest obdarty, a twarz jest dziwnie zacieniona. Może nosi brodę?

Nie mogła się pozbyć uczucia, że ten człowiek bardzo nie chciał, żeby właśnie 

ona go zobaczyła.

Ech, to pewnie znowu jakiś żebrak. A może kieszonkowiec, polujący na ludzi, 

których stać na kupowanie w sklepach kolonialnych.

Trzymała mocno torbę z ekskluzywnymi zakupami i starała się nie myśleć o 

tym, że wydala sumę, która starczyłaby Thilli na jedzenie dla dziewcząt na cały 

tydzień.

Powóz zatrzymał się przed bardzo wytwornym domem. Nigdy przedtem tu nie 

była, dzielnica znajdowała się daleko od centrum, a kiedy wysiadła, zorientowała się, 

ż

e to duża posiadłość. Jeszcze nie widziała czegoś równie imponującego. Leżało tu 

też więcej śniegu, musieli jechać na północ, domyślała się, że jest już znacznie po 

wpół do dziewiątej, wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że to tak daleko. Teraz 

dopiero spostrzegła, że w adresie jest „droga", a nie „ulica", więc to już musi być poza 

miastem.

Dom był stary, całą fasadę pokrywały jakieś pnącza bez liści, spod nich widać 

było szary kamień, Johanna domyślała się jednak, że latem pokrywają go róże być 

może o kwiatach w kolorze dekoracyjnego kamienia wokół okien.

Osiem kominów. Ciekawe, czy wszystkie czynne.

Ś

wiatło we wszystkich oknach na parterze i jeszcze dwie wielkie pochodnie 

przy wejściu.

Z wahaniem wysiadła z powozu. Czy aby dobrze trafiła?

background image

- Rezydencja barona Aberneth, proszę pani - oznajmił stangret. Podziękowała 

mu i trochę niepewnie ruszyła ku drzwiom. Zanim zdążyła zrobić dwa kroki, pojawił 

się czarny służący w czerwonej liberii i kłaniając się, otworzył przed nią drzwi. 

Drgnęła na jego widok. Wprawdzie czarnoskórzy nie stanowili w Kopenhadze 

sensacji, widziała już paru, ale mimo wszystko. Ten uśmiechnął się do niej bardzo 

oficjalnie i podniósłszy wysoko głowę, wskazał jej ogromny hall.

- Proszę o płaszcz, łaskawa pani. Pan baron i towarzystwo oczekują... Ledwo 

zdążyła spojrzeć na fantastyczne, jedwabne tapety, na marmurową fontannę 

wyrzucającą wysoko strumienie wody, na połyskliwe meble...

Służący sprowadził ją po schodach na dół, zapukał dwa razy krótko i raz 

dłużej do niskich drzwi, po czym je otworzył. Johanna miała wrażenie, że znalazła się 

w piwnicy na wino.

Pokój był jednak bardzo dobrze oświetlony. Lampy stojące i wiszące na 

ś

cianach zalewały scenę silnym, żółtobiałym światłem. Pośrodku stał stół tak, jak w 

Theatrum z tą tylko różnicą, że ten był olśniewająco czysty. Pod jedną ze ścian w 

ś

wietle widać było zawartość wysokiej aż do sufitu, szklanej szafy.

Instrumenty, bardzo ładne i wypucowane do połysku, leżały w rzędach na 

ciemnoczerwonym aksamicie.

Czterej siedzący w rogu panowie wstali, żeby się z nią przywitać. 

Remmermann podszedł pierwszy i zachwycony podał jej ramię.

- Johanno, moja droga, witaj w naszym małym gronie... jesteś tu honorowym 

gościem, wiesz?

Johanna nagle zaczęła się bać.

O co tu chodzi? Szerokie uśmiechy nieznajomych panów wcale nie wyrażały 

serdeczności, a profesor był znacznie bardziej podniecony niż zazwyczaj.

Wyobraźnia zaczęła jej podsuwać jakieś histeryczne obrazy, ręce drżały jej w 

widoczny sposób, kiedy witała się ze sławnym położnikiem i pozostałymi zaufanymi 

profesora.

Miała wrażenie, że stół żyje, że się porusza, drży i oddycha, że jakieś 

niewidzialne duchy unoszą się niczym mgła nad wypolerowaną stalą. Ale pan 

Remmermann jej nie puszczał, na początek zaproponował jej kieliszek wina.

- Żebyśmy się wszyscy trochę lepiej poznali, zanim zaczniemy - uśmiechnął 

się przyjaźnie.

Próbowała się opanować, ale tyle wokół było dziwnych rzeczy. Głęboko 

background image

wciągała powietrze, żeby odzyskać spokój, i wtedy uświadomiła sobie, co na nią tak 

działa: W pokoju pachniało trupem! Zresztą nawet nie zapach... rozejrzała się po 

chłodnym pomieszczeniu, jakoś nie mogła sobie wyobrazić, że to jest tajemna 

siedziba towarzystwa naukowego.

Stwierdziła, że musi mieć od dawna napięte nerwy, bo na przykład najpierw 

długo wąchała wino, zanim go spróbowała. Robiła sobie w duchu wymówki za te 

podejrzenia. Nic nie wskazuje na to, że ci panowie mają jakieś niecne zamiary, 

chociaż nie zwracali się bezpośrednio do niej w rozmowie, niczego nie mogła im 

zarzucić. Może nie przywykli do towarzystwa kobiet. W żadnym razie nie 

zachowywali się nieuprzejmie, byli tylko dość małomówni i mieli tendencję patrzenia 

poprzez nią, jakby była powietrzem.

Remmermann podał jej coś przypominającego obszerny fartuch z cienkiego, 

czarnego płótna.

Serce biło jej głośno, kiedy podeszła do szafy i przyglądała się kilku dużym 

skalpelom.

Czuła się idiotycznie. Ogarnięta jakimś głupim strachem przed dziwnym 

towarzystwem, w którym się znalazła, snuła w głowie jakiś koszmar.

Wyobraziła sobie, że Remmermann w swojej rozpaczliwej pogoni za trupami 

do pokazów skonstruował diabelski plan... by zamordować tę głupią chłopską córkę z 

Norwegii. Nikt by jej w stolicy nie szukał, gdyby zniknęła, chyba że on sam, ha, ha. 

Już widziała, jak by udawał przed ludźmi zmartwienie z powodu dziwnego zniknięcia 

swojej protegowanej, gdy tymczasem to on podzielił jej ciało na małe zakrwawione 

kawałki, które jego przyjaciele mogli uważnie badać pod mikroskopem, a potem 

zakonserwować w spirytusie.

Uff, co za okropne myśli, Johanna złościła się na siebie za tę histerię, miała 

tylko nadzieję, że niczego po niej nie widać. Ulżyło jej, kiedy otwarto niskie drzwi do 

piwnicy i wyprowadzono stamtąd wąski wózek ze zwłokami przykrytymi płótnem.

Kiedy już przygotowano co trzeba do pokazu, głos zabrał sam Buchvald:

- Rzadko się zdarza, że mamy okazję studiować właśnie to: Ciało kobiece, 

mniej więcej dwudziestoletnie, przechowywane w tak znakomity sposób, że kilka dni 

i nocy, które minęły od jej śmierci, prawie nie zostawiło żadnych śladów. I najlepsze, 

moi panowie: Będziemy mogli zbadać macicę, która dopiero co wydała na świat 

dziecko. Zobaczymy, czy nasze teorie o fizjologicznych zmianach, dokonujących się 

we wnętrznościach w okresie ciąży, są właściwe, wszystko będziemy mogli sprawdzić 

background image

w naturze, moi panowie. To wyjątkowy przypadek naukowego badania. Poza tym 

będzie można przeprowadzić symulowane interwencyjne wyjmowanie płodu, 

zademonstruję panom, jak się to przeprowadza w najlepszych szpitalach.

Johanna postanowiła nie reagować na to, że ją całkiem zlekceważył i zwraca 

się tylko do panów.

Ale zbliżający się seans coraz bardziej ją interesował. Operacje wydobycia 

zagrożonego płodu są zawsze bardzo ryzykowne, miała nadzieję, że nigdy nie będzie 

musiała tego robić. Ale tego trzeba się nauczyć, to bardzo ważne, poza tym miała 

wielkie zaufanie akurat do tego uczonego, właśnie on mógł ją skłonić do 

przeprowadzenia operacji, gdyby to się okazało konieczne.

Doktor zdjął płócienne prześcieradło, którym okryte były zwłoki kobiety. Pod 

prześcieradłem miała tylko symboliczny strój, krótką białą koszulę. Johanna 

stwierdziła, że panowie traktują te zwłoki z jakimś wyraźnym, budzącym jej 

sympatię, szacunkiem.

Stanęła przy boku Remmermanna i po raz pierwszy spojrzała na twarz 

zmarłej.

To była Mette.

Dzwoniła zębami, bo wybiegając, nie pomyślała o płaszczu, a powóz ze stajni 

barona nie był ogrzewany. Wszyscy patrzyli na nią, jakby zwariowała, ale ona ani 

jednym gestem nie dała po sobie poznać, że znała zmarłą. Remmermann musiał 

przyznać, że jego najlepsza studentka jest jednak po kobiecemu skłonna do napadów 

histerii, pozostali mamrotali coś wymownie, kiedy Johanna ukryła twarz w dłoniach i 

walczyła z mdłościami, a żołądek podchodził jej do gardła.

Myśleli, że istotnie ją zemdliło, może tylko profesor odgadł prawdziwą 

przyczynę jej reakcji. Wyglądał na przerażonego, kiedy rzuciła się do drzwi, i zdążył 

ją złapać dopiero na schodach. Widziała to w jego wzroku, bał się, że teraz ona 

rozpowie o jego paskudnych występkach, że następnym razem policja już nie będzie 

chciała przymykać oczu.

Wykradanie zwłok ze świeżych grobów to jedna sprawa. To też Johannę 

przerażało, ale myśl, że badania służą mimo wszystko ratowaniu innych ludzi, 

łagodziła jej reakcje.

Ale morderstwo to coś całkiem innego.

I to Mette, nieszczęsna Mette, która miała przed sobą całe życie!

Marcello nie powiedział ani słowa, kiedy wpadła do domu bez płaszcza, z gołą 

background image

głową, w eleganckich butach bez podeszew, bo je zdarła biegnąc od miejsca, w 

którym wysadzono ją z powozu. Johanna krzyczała, szlochała i oczekiwała, że on 

podejdzie, obejmie ją i pocieszy, uspokoi jej śmiertelnie przerażone serce.

- Boże drogi, Marcello, jak oni mogli? Nigdy tego nie zrozumiem, nigdy nie 

daruję! Co to za potwory, które mogą zabijać dla nauki!

Nareszcie się otrząsnął, podszedł do niej na sztywnych nogach i niezdarnie 

objął jej ramiona.

- Johanna, canta, uspokój się! Jesteś lekarką, jedną z najzdolniejszych! Nie 

możesz się tak przejmować! Usiądź teraz przy mnie i opowiedz mi, co cię tak 

zdenerwowało.

Pociągnął ją za sobą na kanapkę, zauważyła, że owoce i słodycze stoją nie 

tknięte.

Napoił ją ze swojej szklanki. To było wino, mocne i słodkie, z wyraźnym 

smakiem cynamonu.

- Oni... ja... Profesor, on jest mordercą. Zamordował Mette, żeby użyć jej ciała 

do swoich prywatnych pokazów chirurgicznych! Tak mi wstyd, że lubiłam 

Remmermanna, myślałam, że to przyjaciel!

Znowu zaczęła płakać, choć już nie tak gwałtownie, już się też tak bardzo nie 

bała, kiedy on ją obejmował i delikatnie całował po włosach.

- Co ja mam zrobić, Marcello? To trzeba powstrzymać, ja nie mogę tego tak 

zostawić...

Marcello klął w swoim języku. Nagle uświadomiła sobie, że cała drży z zimna.

- Mój maleńki kwiatuszku... znalazłaś się w niebezpieczeństwie. To nie 

uspokoiło dreszczy, ale odetchnęła z ulgą, że Marcello potraktował ją poważnie.

- Marcello, musisz mi pomóc! Jesteś powszechnie znanym medykiem, masz 

wielu przyjaciół... trzeba iść na policję, i to zaraz.

Oparł podbródek na dłoni i zmrużył oczy. Lśniące szmaragdy połyskiwały 

przez wąskie szparki.

- Johanno, przede wszystkim musimy się teraz dobrze zastanowić. Powtórz 

jeszcze raz, co mówiłaś na temat tego majątku. I jak się nazywa ten baron?

Zwilżyła wargi winem i opowiedziała mu całą historię najlepiej jak potrafiła. 

Marcello kiwał głową.

- A więc oni się domyślają, że ty wiesz. Wyleciałaś stamtąd jak oparzona. 

Zrobiłaś bardzo dobrze, Johanno, ale to stwarza pewien problem...

background image

- Jaki? Wzruszył ramionami.

- Będą ich słowa przeciwko twoim. Czterech czy pięciu znanych medyków, 

ludzi nauki, w tym sam Buchwald. Obawiam się... policja ci nie uwierzy. A oni mają 

dość czasu, żeby z majątku usunąć wszelkie ślady.

Niestety, Marcello się nie mylił.

Johanna poczuła, że bezradność ogarnia ją niczym gęsta mgła. Przytulała się 

do Marcella, on głaskał ją po plecach. Uspokajało ją to, znajome ciepło powracało 

powoli do ciała...

- Musimy być teraz przebiegli, Johanno. Sprytni... Zgadzała się z nim. 

Wiedziała, jakie to cudowne mieć przyjaciela, do którego można przyjść, kiedy się ma 

zmartwienie. Marcello się tym zajmie. Wszystko będzie dobrze. Będzie straszny 

skandal, kiedy rozejdą się wiadomości, ale nie stanie się nic, co mogłoby jej 

wyrządzić krzywdę.

Marcello odwrócił ją i spojrzał jej w oczy.

- Johanno, my musimy tam wrócić. Zaraz, natychmiast. Musimy ich 

zaskoczyć, bo z pewnością czują się wciąż bezpieczni. Nie spodziewają się twojego 

powrotu, nie. Ale my pojedziemy. Ja znam tego barona, wpuści mnie. Czy sądzisz, że 

on wie...?

- Nnie... że gości u siebie morderców? Nie wydaje mi się.

- Dobrze. W takim razie weźmiemy jego i paru jego ludzi i zejdziemy do 

piwnicy. Będziemy mieć wystarczająco wielu świadków, żeby osaczyć nawet takich 

znakomitych uczonych.

Johanna zgadzała się z nim. To chyba jedyne wyjście. Wiedziała bowiem, że 

w sprawie przeciwko takim autorytetom jej słowo znaczyłoby dokładnie tyle co kurz, 

którzy właśnie Marcello strząsnął z jej ubrania.

Ona oczywiście nie zwróciła na to uwagi, kiedy biegła do domu, ale teraz 

zauważyli oboje: przyszła odwilż, zrobiło się mokro i wietrznie. Taka pogoda tuż 

przed Bożym Narodzeniem okrywa ziemię wilgotną, przenikliwą mgłą, ale zanim 

skończy się ranek, wszystko zamarznie. Ulice pokryją się cienką warstewką 

pomieszanego z odpadkami lodu, a w domach ludzie pozamykają okiennice, żeby 

zamarzająca wilgoć nie porozsadzała futryn.

- Nie znajdziemy teraz żadnego powozu, ulice są puste...

- Nie, trzeba pójść do stajni. Ja wiem, gdzie nocami przesiadują woźnice. Piją 

piwo u Chińczyka.

background image

Trzymał ją mocno za ramię, kiedy biegli przez zamarzające ulice Kopenhagi. 

Johanna nie oglądała się za siebie, ale nie opuszczał jej wciąż ten strach, strach przed 

czymś, czego akurat teraz nie umiałaby określić.

Ubrany na czarno człowiek zobaczył, że kobieta wychodzi i zrobił krok do 

przodu. Bardzo dobrze, nie będzie musiał się zakradać do tego pięknego domu. 

Zaciskał pięści w głębokich kieszeniach, ledwo co przed sobą widział spod 

szerokiego, naciągniętego na oczy kapelusza.

Nagle znowu odskoczył do swojej kryjówki naprzeciwko domu kapitanostwa. 

Ktoś z nią idzie! Zaklął paskudnie.

Był pewien, że dzisiejszego wieczoru coś się stanie, że znajdzie okazję, kiedy 

kobieta będzie sama, bezradna, nieprzygotowana.

Ale znowu jest przy niej ten mężczyzna. Włoch. Wiedział, o co chodzi. Śledził 

ich pewnego dnia, kiedy spacerowali po parku, i ktoś ich zawołał.

Widocznie on też jest studentem, jak ona.

Mężczyzna w ukryciu roześmiał się, nie spuszczał z oczu tych dwojga, kiedy 

przecinali ulicę.

Od dawna miał dziwne uczucie, że traci czas, i dzisiejszej nocy rozpaliło się w 

nim przekonanie niczym zimny płomień: Musi to zrobić dzisiaj, żeby nie było za 

późno.

Marcello prowadził ją przez wąskie uliczki, tu i ówdzie płonęły smrodliwe 

ogniska ze smoły i śmieci. Obdarci ludzie drzemali przy nich, zrywali się na równe 

nogi, widząc, że lepsze towarzystwo się zbliża. Ale jeśli nawet mieli zamiar prosić o 

jakąś monetę czy może nawet zaatakować i okraść, to cofnęli się wszyscy na swoje 

miejsca, kiedy Marcello posłał im ostrzegawcze spojrzenie.

Był wysoki i barczysty, poruszał się ze zwinnością szermierza. Towarzysząca 

mu kobieta okryta była wełnianą narzutą i niektórzy przy ognisku szczerzyli zęby: 

wraca pewnie z potajemnego spotkania z pięknym kochankiem. Policzki miała 

czerwone, wargi jej drżały.

Zwolnili, Johanna słyszała hałasy z jakiejś gospody. Nigdy jeszcze nie była w 

tej części miasta, widziała, że domy są biedne i niskie. Okna pozabijane gwoździami 

tak jak u Thilli. Tu jednak było brudno, nikt nie zamiatał, jak Thilla. Śmierdziało 

ludzkimi odchodami, a w cieniu pod ścianami domów przemykały się szczury.

Marcello kierował się w stronę, skąd dobiegały hałasy i ordynarne śpiewy.

Przy wejściu zatknięto dwie pochodnie, jedyne okno było otwarte, wydobywał 

background image

się z niego smród i dym, opary piwa i ludzkiego potu. Teraz Johanna zobaczyła konie 

stojące koło domu pod daszkiem i powozy z przyciemnionymi latarniami. Przybiegły 

jakieś dwie kobiety, potykając się na schodach, wpadły do środka. Po drodze posłały 

w stronę Marcello powłóczyste spojrzenia i zachęcające uśmiechy. Johanna poczuła 

się jak niewidzialna.

Zwrócił się do niej, twarz miał napiętą i dziwnie mroczną w świetle kopcących 

pochodni. Bardzo się cieszyła, że jest jej przyjacielem.

- To nie jest miejsce dla ciebie, moja kochana. Stań tam przy stajni i z nikim 

nie rozmawiaj. Schowaj się, gdyby ktoś nadchodził... ja zaraz przyprowadzę woźnicę.

Przeszła ostrożnie przez na pół zamarznięte kupy końskich odchodów i otuliła 

się szczelnie swoją niezwykłą chustką. Narzuta ukrywała ją znakomicie, gdy bowiem 

zarzuciła ją na futrzaną czapkę i kostium, mogła przypominać jedną z tych biednych 

dziewczyn, przyjaciółek nocy w tej okolicy.

Zapach koński kręcił jej w nosie, wyciągnęła rękę i dotknęła miękkich chrap. 

Nie bała się dużych zwierząt. Nie raz pozwalała, by koń niósł ją na grzbiecie w 

dzikim pędzie przez lasy i hale, wiedziała, że one też się jej nie boją, że ją lubią. 

Rosły wałach parskał cicho, Johanna grzała się o jego ciepły bok. Zwierzę było chude, 

ale derkę miało grubą, dobrze je chroniła przed mrozem.

Pochodnia przy wejściu buchnęła na moment większym płomieniem i 

oświetliła ulicę i domy po drugiej stronie. Johanna miała wrażenie, że coś się porusza 

na granicy światła, ale płomień znowu przygasł i wszystko znalazło się w cieniu.

Serce biło niespokojnie. Przytuliła się mocniej do konia. U Marcella czuła się 

bezpieczna, więc i teraz nie miała chyba wielkich powodów do strachu. Gdyby 

zaczęła krzyczeć, ludzie usłyszeliby ją mimo hałasów w karczmie. Poza tym bardziej 

się bała tego, że będzie musiała znowu zejść po wąskich schodach do piwnicy barona 

i jeszcze raz spojrzeć Remmermannowi w oczy.

Tym razem nie ma wątpliwości, że profesor jest mordercą.

Johanna cofnęła się pod niski daszek, gdzie nie mogła stać wyprostowana, ale 

czuła się tam bezpieczniejsza. Usiadła na snopku słomy, między nią a pustą ulicą 

znajdował się koń.

Druga pochodnia rozbłysła.

Gdzie się podziewa Marcello?

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

background image

W końcu musiała chyba na chwilę przysnąć, w każdym razie siedziała z 

zamkniętymi oczami, bo nie zauważyła skradającego się między końmi mężczyzny, 

dopóki nie stanął przed nią.

Kiedy rzucił się naprzód, trzymał w rękach uzdę, podzwaniały metalowe 

sprzączki. Może to właśnie ten zimny dźwięk kazał jej odskoczyć w bok, choć była 

nie całkiem przytomna, oszołomiona pomyślała: to musi być koszmarny sen.

Ale nie zdołała uciec, runęła twarzą w tę cuchnącą masę, dłonie ślizgały się na 

końskim nawozie. Napastnik rzucił się na nią, czuła jego ciężar. Jakby stajnia, niebo i 

wszystko zwaliło się jej na plecy. Wiedziała, że jest absolutnie bezbronna, jedną rękę 

miała pod sobą, drugą on wykręcił na plecy. Trzymał ją w tym gnoju tak mocno, że 

ledwo mogła oddychać, a już w żadnym razie nie była w stanie krzyczeć, choć to 

mogło być jej jedynym ratunkiem.

Znowu powrócił obraz, który mignął jej na moment w blasku lampy, ten 

skradający się cień, i nagle wszystko stało się jasne. Ten wieczór, kiedy tak 

przestraszyła się na ulicy... wkrótce potem Ylvę zamordowano... tamten mężczyzna w 

kapeluszu naciągniętym na oczy. Widziała go potem jeszcze wiele razy, ale zawsze 

tylko w ułamku sekundy. I dzisiaj w nocy... Czuła niepokój, jeszcze zanim pojechała 

do majątku.

Ktoś ją ścigał. Od dawna.

Teraz męski głos szeptał jej coś do ucha, z trudem przełykała ślinę. Już i tak 

szumiało jej w głowie z braku powietrza.

- Moja najdroższa... bardzo mi przykro, ale wszystko powinno się odbyć tak, 

jak zostało zaplanowane. Jesteś piękną norweską górską kozicą. Ale widzisz, byłaś 

zdecydowana poświęcić życie... dla swojej tak szanowanej nauki. Czyż to nie piękne?

Poczuła, że założył jej na szyję rzemień i że zaczyna go powoli zaciągać.

Nawet nie mogła go przekląć, nie była w stanie wypowiedzieć jego imienia, 

choć przecież wymawiała je setki razy.

Gotowa była umrzeć i dziwiła się, dlaczego jej ostatnie myśli przeniknięte są 

smutkiem, a nie gniewem.