background image

Leigh Michaels

Spotkanie pod różą

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Gina   weszła   do   restauracji   i   z   ulgą   zauważyła,   że   jest 

pierwsza. W jej sytuacji spóźnienie byłoby nie tylko oznaką 
złych   manier,   ale   też   zwykłej   głupoty.   Ta   rozmowa   to   jej 
jedyna szansa - jeśli się nie uda, będzie mogła pożegnać się ze 
swoimi planami.

Szef restauracji zlustrował ją uważnie i spytał:
 - Woli pani poczekać w barze czy przy stoliku?
 - Przy stoliku, moja towarzyszka powinna zjawić się lada 

chwila. Zna pan panią Garrett? Anne Garrett?

Jego twarz nawet nie drgnęła.
  -   Naturalnie   -   odparł   zimnym   tonem.   -   Każdy   w   tym 

mieście zna wydawcę lokalnej gazety, panno Haskell.

Mężczyzna strzelił palcami i natychmiast zjawił się kelner, 

który wskazał jej właściwy stolik.

Zadaję   głupie   pytania,   skarciła   się   w   myślach   Gina, 

powinnam go raczej zapytać, czy stek jest świeży. To by go 
pewnie mniej dotknęło.

O   ile   oczywiście   zdarzy   się   jeszcze   okazja.   Obiady   w 

drogich   restauracjach   nie   należały   do   jej   codzienności. 
Wprawdzie   spędziła   w   Lakemont   większą   część   swojego 
życia, ale jeszcze nigdy nie była „Pod Klonem".

Usiadła i dyskretnie rozejrzała się po sali. Stoliki, choć 

było ich wiele, zostały tak rozmieszczone, aby goście mogli 
czuć się kameralnie. Przyciszone dźwięki muzyki skutecznie 
tłumiły gwar rozmów.

Wystrój wnętrza wyraźnie nawiązywał do nazwy lokalu. 

Ściany   ozdabiały   artystyczne   fotografie   drzew   klonu. 
Eleganckie   bladozłote   obrusy   kontrastowały   z   bordowymi 
serwetkami. Całość robiła oszałamiające wrażenie.

W   kącie   stał   wielki,   lśniący   fortepian,   a   zaraz   za   nim 

znajdowała się niewielka sala do tańca. Wzdłuż przeciwległej 
ściany wił się połyskujący mosiądzem i szlachetnym drewnem 

background image

bar. O tej  porze  był niemal   pusty. Jedyny gość  siedział  na 
wysokim stołku i zamyślony stukał miarowo w kontuar. W 
jego postawie było coś, co mimowolnie przyciągnęło wzrok 
Giny. Z zainteresowaniem wpatrywała się w jego plecy, gdy 
nagle   odwrócił   się   i   spojrzał   jej   prosto   w   oczy.  Nawet   nie 
drgnęły mu powieki.

Zmieszana,  że przyłapał ją  na tej niewinnej obserwacji, 

poczuła,   jak   krew   nabiega   jej   do   twarzy.   Spróbowała   się 
opanować. To przecież zupełny przypadek, że ich spojrzenia 
się spotkały. W takiej sytuacji dobrze wychowany człowiek 
odwraca niespiesznie wzrok i skrępowanie mija. Ale nie ten 
mężczyzna...

Nie spuszczał z niej oczu. Przechylił głowę lekko do tyłu, 

oparł   łokieć   na   barze   i   przyglądał   się   jej   z   wyraźnym 
zadowoleniem.

Gina   za   wszelką   cenę   starała   się   nadać   swojemu 

spojrzeniu nieco bezmyślny charakter. Próbowała udawać, że 
leniwie rozgląda się po sali, a nieznajomy po prostu znalazł się 
na drodze, Jej wzrok beznamiętnie prześlizgnął się po ścianie, 
po czym powoli wyciągnęła rękę po kartę.

Usiłowała skupić się na liście dań, ale wszystkie nazwy 

były jakieś zamazane. Sięgnęła więc po serwetkę i starannie 
rozłożyła ją na kolanach.

Ale napięcie jej nie opuszczało. Chociaż nie patrzyła na 

nieznajomego,   czuła,   że   on   wciąż   się   w   nią   wpatruje. 
Zaczynała mieć tego dość. Zdecydowanym ruchem odłożyła 
kartę   i   odwróciła   się   w   stronę   mężczyzny.  Tym  razem   nie 
zawracała   sobie   głowy   udawaniem,   że   podziwia   wystrój 
lokalu. Oparła łokcie na stole, podparła brodę i przyglądała 
mu się otwarcie.

Musiała   przyznać,   że   stanowił   doskonałe   uzupełnienie 

tego   wnętrza.   Wysoki,   niezwykle   przystojny,   rozparty   w 
niewymuszonej   pozie   wpatrywał   się   w   nią   tajemniczym 

background image

spojrzeniem   zielonych   oczu.   Mocna   szczęka   była   lekko 
wysunięta, a twarz pokerzysty nie zdradzała żadnych uczuć. 
Niewątpliwie podobał się kobietom i miał tego świadomość. 
Na szczęście Gina nigdy nie gustowała w takich posępnych, 
drapieżnych typach.

Zastanawiała się, dlaczego tak się w nią wpatrywał. Nie 

miała pojęcia, o co mu chodzi. Z pewnością nie była to reakcja 
na   jej   niewinne   zerknięcie.   Nie   wątpiła,   że   był 
przyzwyczajony do znacznie bardziej wymownych kobiecych 
spojrzeń.

Tymczasem tajemniczy mężczyzna, nadal nie spuszczając 

z niej wzroku, pewnym ruchem sięgnął po stojącą na barze 
szklankę i z dziwnym uśmiechem podniósł ją w geście toastu.

I co powiesz, mruknęła w duchu do siebie, mimowolnie 

stałaś   się   barową   podrywaczką.   No   trudno,   w   końcu   co   ją 
obchodzi opinia jakiegoś zupełnie obcego faceta?

Nieznajomy poruszył się na stołku i przez chwilę miała 

wrażenie, że chce wstać. Poczuła, jak jej napięcie rośnie. Jeśli 
on tu podejdzie...

W tym momencie tuż za nią rozległ się nieoczekiwanie 

dźwięk tłuczonego szkła. Gina mimowolnie podskoczyła na 
krześle.   Serwetka   sfrunęła   z   jej   kolan,   więc   schyliła   się 
pospiesznie,   żeby   ją   podnieść.   Przy   tej   okazji   potrąciła 
elegancką, ozdobioną miedzianym okuciem kartę dań, która z 
głośnym stukiem upadła na podłogę.

Krew napłynęła jej do twarzy. Najchętniej zostałaby już na 

zawsze pod stołem. Zafundowała facetowi przy barze niezłe 
przedstawienie. Musiał się dobrze bawić. Co za szczęście, że 
nie widział teraz jej twarzy. I miała nadzieję, że nigdy więcej 
jej nie zobaczy.

Właśnie próbowała odzyskać równowagę, kiedy usłyszała 

lekkie kroki i głos kelnera anonsującego z szacunkiem:

 - Pani Garrett.

background image

Powinien   jeszcze   trzasnąć   obcasami,   pomyślała   Gina 

złośliwie.

  -   Witaj,   Gino.   Miło   cię   znowu   widzieć   -   powiedziała 

Anne   Garrett   i   zwróciła   się   do   kelnera:   -   Dziękuję,   Bruce. 
Poradzimy sobie.

Mężczyzna   spojrzał   nieco   sceptycznie,   ale   oddalił   się 

posłusznie.

  -   Przepraszam,   zwykle   nie   jestem   tak   niezdarna   - 

próbowała   usprawiedliwić   się   Gina.   Jednocześnie 
powstrzymywała   się   siłą   woli,   aby   nie   rzucić   nawet 
przelotnego   spojrzenia   w   stronę   baru.   Rozbawienie,   jakie 
niewątpliwie   zobaczyłaby   w   oczach   nieznajomego,   z 
pewnością nie pomogłoby jej się opanować.

 - Och, nie przejmuj się. Mnie też zdarzają się takie rzeczy 

w   najmniej   odpowiednich   miejscach   -   pocieszyła   ją   Anne, 
siadając naprzeciwko. - Przykro mi, ale muszę cię uprzedzić, 
że za godzinę powinnam być z powrotem w redakcji.

Gina   przełknęła   nerwowo   ślinę.   Tylko   godzina...   To 

niewiele. Chociaż z drugiej strony, jeśli nie zdoła przekonać 
Anne do swojego planu w ciągu godziny, to choćby miała do 
dyspozycji nawet cały dzień, i tak nic by z tego nie wyszło.

Upiła łyk mrożonej herbaty, którą właśnie przyniesiono, i 

odezwała się:

  - Przede wszystkim, chcę podziękować, że zgodziłaś się 

na   to   spotkanie.   Jesteś   ekspertem,   jeśli   chodzi   o   sprawy 
naszego miasteczka. Doceniam to, że bardzo leży ci na sercu 
los Lakemont.

 - Jak każdemu mieszkańcowi - odparła Anne, odstawiając 

filiżankę z kawą.

 - Ale nie każdy ma takie możliwości jak ty - wyrwało się 

Ginie.

Anne uśmiechnęła się i lekko uniosła brwi.
 - Jakie możliwości masz na myśli?

background image

Gina   miała   ochotę   ugryźć  się   w   język,   ale   było  już   za 

późno. Musiała szybko przejść do rzeczy.

  - Chodzi o muzeum - powiedziała krótko. - Wiem, że 

byłaś tam kilka tygodni temu.

 - Owszem, odwiedziłam je. To niezwykle miłe, choć dość 

małe muzeum...

 - I to jest właśnie problem! - Gina czuła, że powoli daje 

się ponieść emocjom. Mimowolnie przejechała ręką po karku. 
Miała   wrażenie,   że   czyjeś   oczy   świdrują   ją   na   wylot...   - 
Lakemont   i  hrabstwo   Kerrigan  zasługują  na   coś  więcej  niż 
„miłe, małe muzeum"! Jest ono już tak przepełnione, że nie 
mieści   eksponatów!   Ostatnio   zaproponowano   nam   witraż   z 
kościoła   świętego   Franciszka,   ale   nie   mamy   gdzie   go 
przechowywać, nie mówiąc już o wystawieniu!

Anne   polała   sosem   sałatkę,   którą   postawił   przed   nią 

kelner, i spojrzała pytająco.

 - Chcecie więc uzyskać dotację na co...? Na salę, w której 

można wystawić witraż?

  - Niezupełnie. - Gina westchnęła głęboko i dokończyła 

odważnie: - Na całe muzeum.

  -   Myślisz   o   budowie   nowej   siedziby?   -   spytała   Anne 

lekko zaskoczona.

  - Och, nie! - zaprzeczyła Gina gorąco. - Nowy budynek 

jako siedziba muzeum historycznego to nieporozumienie!

  - Ten, w którym teraz się mieści, ma pewnie ponad sto 

lat? Zgadłam?

  -   Owszem.   To   dawna   posiadłość   Essie   Kerrigan, 

założycielki Towarzystwa Historycznego i inicjatorki otwarcia 
muzeum. Essie oddała na ten cel swój dom, własne zbiory i 
swoimi   pieniędzmi   łatała   dziury   w   budżecie.   Poświęciła 
sprawom muzeum całe życie.

  - Ale Essie odeszła i teraz ty zarządzasz tym miejscem. 

To czasami wymaga trudnych decyzji...

background image

Gina uśmiechnęła się lekko.
  - Nowy budynek nie wchodzi w grę z jeszcze jednego 

względu - duch Essie źle by się w nim czuł. Szkło, metal, 
plastik, Essie tego nie lubiła. Jeszcze zaczęłaby nas straszyć. 
Ale jest inna, poważniejsza kwestia - takie muzeum musi mieć 
odpowiednie   otoczenie,   nie   może   znajdować   się   gdzieś   na 
przedmieściach. Najlepsze byłoby centrum, okolice starówki...

 - Czyli tam, gdzie nie da się już wcisnąć nawet szpilki, a 

grunty są oszałamiająco drogie?

 - Właśnie - skinęła głową Gina.
  - Sama widzisz,  że to nie jest proste. Chętnie bym wam 

pomogła,   spędziliśmy   z   rodziną   bardzo   miłe   popołudnie   w 
waszym muzeum...

 - Miłe popołudnie... - powtórzyła Gina i odłożyła widelec. 

-   Cieszę   się,   że   wam   się   podobało,   ale   powiedz,   czy 
zamierzaliście odwiedzić nas jeszcze raz? Przypuszczam, że 
nie. W kilka godzin obejrzeliście wszystko, co wystawiliśmy i 
zapomnieliście o muzeum. I tak będzie jeszcze długo, o ile nie 
otworzymy   następnych   sal,   w   których   moglibyśmy 
organizować   nowe   wystawy,   wymieniać   ekspozycję.   Tylko 
wtedy   przyciągniemy   kolejnych   gości   i   pozyskamy   stałych 
bywalców. Sama przyznaj, byłaś pewna, że to już wszystko, 
co mamy i nie zamierzałaś do nas więcej zaglądać.

 - Prawdopodobnie nie w najbliższym czasie - przytaknęła 

Anne.

 - I to jest największy problem! Muzeum musi mieć nowe 

pomieszczenia, albo po prostu zginie.

 - Nowe pomieszczenia? - powtórzyła Anne pytająco.
Gina   zacisnęła   ręce   na   filiżance   i   przez   chwilę 

zastanawiała   się,   co   powinna   jeszcze   dodać.   Nie   chciała 
spłoszyć Anne wygórowanymi żądaniami, bo mogła wszystko 
stracić.

background image

Ale   z   drugiej   strony,   jeśli   nie   będzie   mierzyć   wysoko, 

nigdy   nie   osiągnie   celu,   jaki   sobie   postawiła.   I   muzeum 
zostanie   zlikwidowane.   Ukochane   dziecko   Essie   Kerrigan. 
Nie, nie mogła do tego dopuścić.

  -   Chcę   odrestaurować   cały   budynek   -   powiedziała 

odważnie, patrząc Anne w oczy. - Od lat nikt nie robił w nim 
remontu. Z funduszy, jakie mieliśmy, łataliśmy najpilniejsze 
potrzeby, ale konieczna jest konserwacja całości. Chciałabym 
powiększyć   okna,   wyburzyć   niektóre   ściany,   żeby   uzyskać 
duże powierzchnie wystawowe...

  -   Wolę   sobie   nawet   nie   wyobrażać,   co   powiedziałaby 

Essie Kerrigan, gdyby wiedziała o tych planach - przerwała jej 
Anne.

  -   Z   pewnością   byłaby   nieco   oszołomiona   -   przyznała 

Gina. - Ale ona rozumiała potrzeby muzeum. Wiedziała, że 
musimy mieć więcej miejsca, lepsze światło i lepszą ochronę 
dla   naszych   zbiorów.   Nie   masz   pojęcia,   jak   trudno   jest   w 
dyskretny sposób pilnować wszystkich gości!

  -   A   ja   myślałam,   że   osobisty   przewodnik,   którego 

dostaliśmy   podczas   zwiedzania,   to   zwykła   uprzejmość!   - 
zaśmiała się Anne. - Nie miałam pojęcia, że to cichy strażnik 
muzealnych zbiorów!

  -   To   nie   tak!   -   próbowała   ratować   sytuację   Gina.   - 

Przewodnicy   to   w   większości   wolontariusze,   nie   mają   nic 
wspólnego   z   profesjonalną   ochroną,   ale   czasami   sama   ich 
obecność wystarczy, aby goście czuli, że ktoś ich obserwuje. 
Muszę   przyznać,   że   ochrona   zbiorów   to   jeden   z 
najważniejszych   problemów.   A   wracając   do   remontu, 
chciałabym też dobudować boczne skrzydła i urządzić w nich 
dodatkowe sale wystawowe.

  - Gdzie? - spytała Anne ze zdumieniem. - Przecież tam 

nie ma miejsca.

background image

 - Owszem, jest. Możemy zrezygnować z części trawnika 

przed budynkiem. I przy okazji chciałabym cię uspokoić nie 
proszę o pieniądze.

 - Co za ulga! - wymruczała Anne.
  -   Zamierzam   zorganizować   wielką   zbiórkę   wśród 

mieszkańców   Lakemont   i   mam   nadzieję,   że   mi   w   tym 
pomożecie.

 - Rozumiem, że chciałabyś mieć poparcie naszej gazety? 

Gina skinęła głową z przejęciem.

  -   Naturalnie   -   zapewniła   gorąco.   Była   pewna,   że   jeśli 

„Kronika"   przyłączy   się   do   tej   akcji,   pieniądze   popłyną 
szerokim strumieniem.

  -   I   temu   zawdzięczam   zaproszenie   na   lunch,   jak   się 

domyślam. .. ? - zapytała Anne z uśmiechem.

Gina nie miała pojęcia, co odpowiedzieć. Milczała, bojąc 

się przerwać ciszę, która zapadła po tym pytaniu.

Napięcie rosło, a Gina znowu poczuła dziwne mrowienie 

na   karku.   Wrażenie,   że   ciągle   jest   obserwowana,   było   tak 
silne, że prawie zapomniała o kłopotach muzeum. Dyskretnie 
spojrzała   do   tyłu,   ale   przy   barze   nikogo   teraz   nie   było. 
Najwyraźniej   nieznajomy   mężczyzna   wyszedł   już   z 
restauracji. Skąd zatem to napięcie? Czyżby jego spojrzenie 
było tak intensywne, że działało na nią nawet wtedy, gdy on 
już nie patrzył?

W zasadzie powinna poczuć ulgę. Chciała przecież, aby 

przestał   się   w   nią   wpatrywać   i   poszedł   sobie.   Tymczasem 
ogarnął ją dziwny niepokój. Nie rozumiała tego.

Usiadła   wygodniej,   odsunęła   talerz   z   resztką   sałatki   i 

swobodnie   rozejrzała   się   po   sali.   Anne   rozważała   coś   w 
myślach i Gina nie chciała jej w tym przeszkadzać.

Przesunęła wzrokiem po twarzach kilkorga gości i nagle 

drgnęła zaskoczona. Nieznajomy wcale nie wyszedł, po prostu 
zmienił miejsce. Siedział kilka stolików dalej i jadł obiad w 

background image

towarzystwie innego mężczyzny. I oczywiście właśnie teraz 
odwrócił głowę w jej kierunku.

Czuła,   że   nie   zniesie   tego   napięcia   ani   chwili   dłużej. 

Odwróciła się do Anne i spytała:

  -   Znasz   tego   mężczyznę?   -   Ruchem   głowy   wskazała 

stolik, przy którym siedział. - Kto to jest?

Anne   wyglądała   na   nieco   zaskoczoną   nagłą   zmianą 

tematu.

 - O którego z nich pytasz?
 - O tego, który wygląda jak orzeł.
 - Jak co??? - zapytała Anne zdziwiona.
  -   Och,   wiesz   -   mruknęła   Gina   niecierpliwie.   -   Taki 

dumny, surowy, wygląda, jakby rozglądał się za ofiarą.

  - Całkiem niezły opis. Dumny i surowy... - powtórzyła 

Anne, unosząc lekko brwi. - Powinnaś go znać. Jest w jakiś 
sposób spokrewniony z Essie. Nazywa się Dez Kerrigan.

Oczywiście, że o nim słyszała. Genealogia i historia rodu 

to   były   główne   koniki   Essie   i   Gina   nie   raz   wysłuchiwała 
długich   opowieści   o   losach   rozmaitych   potomków 
Kerriganów. Jednak nigdy dotąd nie spotkała Deza Kerrigana. 
Nie odwiedzał Essie i z tego co wiedziała, nie kontaktował się 
z   nią.   Najwyraźniej   nie   zależało   mu   na   podtrzymywaniu 
więzów rodzinnych.

Usiłowała sobie przypomnieć, co takiego mówiła o nim 

Essie.   Nie   mogła   się   pozbyć   wrażenia,   że   nie   było   to   nic 
pochlebnego. Dziwne - wygłaszanie negatywnych opinii nie 
leżało raczej w zwyczaju Essie. A jednak. Tylko co to było?

 - Hmm... to interesujące - wymruczała Anne, wyraźnie się 

nad czymś zastanawiając. - Co chcesz o nim wiedzieć?

  -   Ach,   nic   takiego,   po   prostu   zwrócił   moją   uwagę   - 

próbowała   zbagatelizować   całą   sprawę.   -   Co   jest   w   tym 
interesującego? Fakt, że krewny Essie je tu obiad?

background image

 - Nie. Raczej to, z kim je - powiedziała Anne tajemniczo i 

złożyła   serwetkę.   -   Przykro   mi,   ale   muszę   już   wracać   do 
redakcji.

Gina wstała od stolika i wyciągnęła rękę.
 - Dziękuję za spotkanie. Domyślam się, że nie możesz się 

deklarować od razu, ale...

  - Ale mimo wszystko chciałabyś poznać moją opinię - 

przerwała jej Anne. - Szczerze mówiąc, uważam, że te plany 
są zbyt skromne.

 - Zbyt skromne!? - powtórzyła Gina zaszokowana. Anne 

skinęła głową, wyjęła swoją wizytówkę, zanotowała

coś na odwrocie i podała ją Ginie.
  -   Urządzam   małe   przyjęcie   w   sobotę.   Zapraszam, 

wpadnij, to dobra okazja, żeby spotkać na neutralnym gruncie 
paru   potencjalnych   sponsorów.   Tu   jest   adres.   Naprawdę, 
muszę już lecieć, ale koniecznie przeczytaj jutro naszą gazetę.

I zanim Gina zdążyła spytać, co takiego ukaże się jutro w 

„Kronice Lakemont", już jej nie było.

Następnego ranka Gina obudziła się, kiedy na dworze było 

jeszcze ciemno. Należała wprawdzie do rannych ptaszków, ale 
tak wczesna pora nawet dla niej była zaskoczeniem. Leżała w 
łóżku   i   z   niecierpliwością   czekała,   kiedy   usłyszy   warkot 
silnika starego samochodu doręczyciela gazet.

Od   wczoraj   zastanawiała   się,   co   takiego   przeczyta   w 

dzisiejszym   wydaniu   „Kroniki".   Do   głowy   przychodziły   jej 
najróżniejsze   pomysły,   nawet   taki,   że   Anne   wykorzystała 
jedynie   okazję,   by   swoimi   tajemniczymi   słowami   zdobyć 
kolejnego czytelnika.

Wstała z łóżka, poszła do kuchni i zrobiła sobie kawę.
Usiadła   z   kubkiem   na   parapecie   w   salonie   i   wyglądała 

przez   okno.   Z   tego   miejsca   widziała   tylko   dwa   boczne 
skrzydła   budynku.   W   większości   mieszkań   było   jeszcze 
ciemno. Niegdyś ten piękny dom zajmowała jedna rodzina z 

background image

liczną   służbą,   ale   przed   laty   podzielono   go   na   szereg 
apartamentów do wynajęcia. Mieszkanie Giny wcześniej było 
chyba sypialnią gospodarzy.

Lubiła   to   miejsce.   Nie   przeszkadzało   jej   nawet,   że   w 

budynku   nie   było   windy,   choć   nieraz   przeklinała   swoją 
słabość do uroczych starych domów, kiedy dźwigała ciężkie 
siatki   z   zakupami.   Ale   nie   potrafiła   się   oprzeć   wysokim 
sufitom i głębokim wnękom okiennym. Poza tym miała Stąd 
tylko kilka minut do pracy, muzeum znajdowało się zaledwie 
parę przecznic dalej.

To przypomniało jej wczorajszą rozmowę z Anne. Co ona 

miała   na   myśli,   sugerując,   że   przedstawione   plany   rozwoju 
muzeum są zbyt skromne? Łatwo tak mówić, kiedy ma się za 
sobą zasoby finansowe „Kroniki".

Ale   Anne   miała   rację.   Nawet   po   kompleksowej 

przebudowie   miejsca   nie   będzie   zbyt   wiele.   Brakowało   też 
wygodnej drogi dojazdowej. Do tej pory zwiedzający musieli 
zostawiać samochody przed bramą, ładnych kilkaset metrów 
od   budynku.   Jeśli   muzeum   miało   stać   się   prawdziwym 
centrum kulturalnym, należało koniecznie pomyśleć o drodze i 
dużym parkingu. Gina nie wiedziała jednak, co może zrobić, 
żeby   unowocześnić   muzeum,   a   jednocześnie   nie   zniszczyć 
pięknej, zabytkowej fasady budynku, który zbudował jeszcze 
dziadek Essie, Desmond Kerrigan.

Z tego, co opowiadała Essie, wynikało, że Desmond nie 

był pierwszym Kerriganem w tych stronach ani nawet tym, od 
którego   nazwiska   wzięło   nazwę   całe   hrabstwo.   Był   jednak 
pierwszym   członkiem   rodu   konsekwentnie   inwestującym   w 
małe przedsiębiorstwa i zamieniającym je w potęgi finansowe. 
Miał   niezwykłe   zdolności   do   robienia   dobrych   interesów, 
dlatego kiedy w końcu zaczął budować swoją siedzibę, nie 
musiał   się   liczyć   z   kosztami.   Zbudował   imponującą 
posiadłość,  ale  po  ponad  półtora  wieku  jej  świetność  nieco 

background image

przyblakła.  Czerwona  cegła  ściemniała  od  spalin,  deszcze  i 
śniegi   uszkodziły   dachówki,   a   ściany   w   wielu   miejscach 
popękały. Przydałby się generalny remont.

A może rzeczywiście jej plany były zbyt skromne? Jeśli 

już zamierzała zorganizować wielką zbiórkę pieniędzy, może 
warto iść za ciosem i pokusić się o więcej?

Essie   rozumiała   potrzebę   unowocześnienia   budynku, 

chociaż z niechęcią myślała o dostawieniu bocznych skrzydeł 
do historycznej, rodowej siedziby. Ciekawe, jaki stosunek do 
tego miałby Dez Kerrigan, zastanowiła się Gina.

Nie miał oczywiście w tej kwestii wiele do powiedzenia. 

Dom   należał   do   Essie,   a   ona   przekazała   go   w   spadku 
Towarzystwu   Historycznemu,   jednak   jako   członek   rodziny 
Kerriganów musiał niewątpliwie czuć jakiś sentyment do tego 
miejsca.

Gina   zastanawiała   się,   czy   Dez   wiedział,   kim   ona   jest. 

Wczoraj w restauracji odniosła wrażenie, że wpatrywał się w 
nią   w   jakiś   specyficzny   sposób.   Może   się   myliła,   ale 
wydawało się jej, że patrzy na nią jak na osobę, która chce 
zniszczyć rodową siedzibę.

Być może w jakiś sposób dowiedział się o jej planach i 

niezbyt   mu   się   spodobały.   Skąd   jednak   mógłby   o   nich 
wiedzieć?   Gina   prawie   nikomu   nie   opowiadała   o   swoich 
pomysłach,   nie   kontaktowała   się   nawet   z   architektem,   by 
ustalić,   czy   taka   forma   rozbudowy   w   ogóle   jest   możliwa. 
Jedynie członkowie zarządu muzeum i Anne Garrett wiedzieli 
o jej planach.

Przypomniała sobie wczorajsze spojrzenie Deza i przyszło 

jej do głowy coś jeszcze. Nie, nie myliła się - Dez Kerrigan 
był niebezpieczny i wyraźnie szukał ofiary. Przyłapał ją na 
niewinnym   spojrzeniu   i   wykorzystał   jej   zmieszanie   do 
własnych celów.

background image

Ciągle nie mogła sobie przypomnieć, co takiego mówiła o 

nim Essie. Postanowiła, że jeśli znajdzie dziś wolną chwilę, 
przekopie   jej   notatki   na   temat   rodziny.   Starsza   pani   miała 
zwyczaj   zapisywania   wszystkich   informacji   na   temat 
członków rodu, jakie do niej docierały. Może tam znajdzie się 
coś, co rzuci nieco światła na mroczną postać Deza Kerrigana.

Nareszcie rozległ się na dole charakterystyczny warkot i 

Gina niecierpliwie zbiegła po schodach, by odebrać gazetę. W 
pośpiechu wróciła do siebie i gorączkowo przerzucała kolejne 
strony, przeskakując wzrokiem po tytułach.

Milionowe   odszkodowanie   w   sprawie   cywilnej   - 

imponujące, ale triumfator pewnie nie należy do tych, którzy 
chcieliby   wesprzeć   swoimi   funduszami   miejskie   muzeum 
historyczne.   Zarząd   miasta   chce   zmiany   burmistrza   -   nic 
nadzwyczajnego.   Oczekuje   się,   że   sieć   Tyler   -   Royale 
zamknie siedzibę w centrum miasta. Pięćset osób zostanie bez 
pracy.   Oficjalny   komunikat   w   tej   sprawie   zostanie   wydany 
jeszcze dzisiaj... Jakieś rozważania ekonomiczne, to wszystko 
nie miało nic wspólnego z muzeum i planami Giny.

Dziewczyna niecierpliwie przewróciła stronę, kiedy nagle 

coś   zaświtało   jej   w   głowie.   Odwróciła   ponownie   kartkę  i 
spojrzała   na   fotografie   pod   artykułem.   Jedna   z   nich 
przedstawiała siedzibę Tyler - Royale zaraz po zbudowaniu, 
prawie sto lat temu, druga ukazywała klientów kłębiących się 
przed zabytkową fasadą budynku.

Przypomniały   jej   się   słowa   Anne   i   zadrżała   zdumiona. 

Czy to możliwe, żeby Anne myślała o budynku Tyler - Royale 
jako o nowej siedzibie muzeum? To chyba jedyne wyjaśnienie 
jej   tajemniczych   słów.   Ale   dlaczego   nie   powiedziała   tego 
wczoraj?

Ponieważ była rasowym dziennikarzem i nie chciała, by 

ktokolwiek  dowiedział   się  o   tych  sensacjach   przed   czasem. 

background image

Gdyby   telewizja   zwietrzyła   tę   informację,   mogłaby   ukraść 
„Kronice" świetny temat, domyśliła się Gina.

Zamknęła   oczy   i   usiłowała   przypomnieć   sobie   gmach 

Tyler   -   Royale.   Ostatnio   była   tam   kilka   miesięcy   temu   na 
zakupach,   ale   doskonale   pamiętała   okazały   budynek   i 
przestronne   wnętrza.   Musiała   przyznać,   że   istotnie   świetnie 
nadawałby   się   na   siedzibę   muzeum.   W   samym   centrum 
znajdowało się imponujące atrium, a przez przeszklony dach 
wpadało   mnóstwo   światła.   Oczyma   wyobraźni   już   tam 
widziała połyskujący kolorowymi szybkami witraż z kościoła 
św. Franciszka, zmieściłby się bez problemu.

W   dodatku   siedziba   Tyler   -   Royale   znajdowała   się   w 

samym centrum miasta. To jeszcze lepsza lokalizacja niż dom 
Essie. W dodatku był tam świetny podjazd i wygodny parking 
na wprost wejścia.

Ale   najważniejsze   zdaniem   Giny   było   to,   że   nikt   przy 

zdrowych zmysłach nie odważy się kupić tego budynku. Jeśli 
Tyler   -   Royale   nie   zdołał   zrobić   dobrego   interesu   w   tym 
miejscu, to nikomu się nie uda. Najlepsze, co mógłby teraz 
uczynić   zarząd   firmy,   to   podarować   gmach   na   jakiś   cel 
charytatywny i dzięki temu odpisać sobie okrągłą sumkę od 
podatków.   A   czy   istniał   lepszy   cel   niż   Towarzystwo 
Historyczne Hrabstwa Kerrigan?

Gazeta podawała, że dyrektor generalny Tyler - Royale 

przyleci   z   Chicago,   aby   wygłosić   specjalne   oświadczenie 
podczas konferencji prasowej wyznaczonej na dziesiątą rano. 
Gina   nie   wiedziała,   jak   długo   Ross   Clayton   pozostanie   w 
Lakemont,   stwierdziła   więc,   że   musi   wykorzystać   okazję   i 
porozmawiać z nim.

Chciała, żeby poświęcił jej tylko kilka minut. Wiedziała, 

że   nie   może   podarować   jej   budynku   bez   zgody   zarządu. 
Szczerze   mówiąc,   nawet   jeśli   byłoby   inaczej,   ona 
prawdopodobnie nie mogłaby przyjąć daru. Wolała nie myśleć 

background image

o burzy, jaka się rozpęta, kiedy członkowie zarządu muzeum 
dowiedzą się, że podjęła takie kroki bez konsultacji z nimi. 
Nie miała jednak czasu do stracenia. Kilka minut rozmowy z 
dyrektorem   generalnym   Tyler   -   Royale   nie   załatwi   sprawy 
ostatecznie, ale może wprawi chociaż w ruch całą machinę.

Starannie   przygotowała   się   do   spotkania   i   wyszła   na 

konferencję. Po drodze mijała dom Essie Kerrigan. Spojrzała 
innym   wzrokiem   na   dobrze   znaną,   zniszczoną   fasadę   z 
czerwonej   cegły   i   ogarnął   ją   niezrozumiały   smutek.   Dom 
sprawiał smętne wrażenie, wyglądał, jakby był opuszczony.

Za   tymi   murami   spędziła   najlepsze   dni   swojego   życia. 

Najpierw, jeszcze jako nastolatka, odwiedzała Essie i słuchała 
jej   opowieści   o   tym,   jak   wyglądało   życie   na   tych   terenach 
wiele lat temu. Podczas studiów przesiedziała wiele godzin w 
bibliotece muzealnej, przeprowadzając wnikliwe badania.

Potem,   jako  świeżo   upieczona   absolwentka,   podjęła 

pierwszą   pracę   -  została   asystentką   Essie.   Wtedy   nawet   do 
głowy jej nie przyszło, że po latach zajmie jej miejsce.

Czuła   się   trochę   tak,   jakby   dopuszczała   się   zdrady. 

Chciała przenieść muzeum z budynku, który stanowił część 
jego historii. Ale w głębi serca wiedziała, że Anne miała rację. 
Jej dotychczasowe plany były zbyt skromne.

Naprawa   dachu   i   budowa   parkingu   to   rozwiązania 

tymczasowe. Jeśli jej marzenia miały  się spełnić i muzeum 
rzeczywiście   rozrastałoby   się   i   przyciągało   coraz   więcej 
zwiedzających,   za   kilka   lat   stanęłaby   przed   tym   samym 
problemem. A wtedy nie byłoby już żadnego ratunku.

Jeśli muzeum miałoby się przenieść, to był na to najlepszy 

moment.   Zanim   zainwestuje   tysiące   dolarów   w   remont   i 
przebudowę i zmieni nie do poznania ukochany dom Essie. 
Gdyby   zaczęła   rozwalać   ściany   i   budować   duży   parking,   a 
potem   przeniosłaby   siedzibę   do   budynku   Tyler   -   Royale, 
zmarnowałaby bez sensu mnóstwo pieniędzy.

background image

  - Wszystko będzie dobrze -  szepnęła  w stronę starego 

domu, jakby chciała go uspokoić. - To najlepsze rozwiązanie. 
Ocalejesz i kiedyś na pewno zamieszka tu jakaś miła rodzina, 
która sprawi, że będziesz znowu piękny.

Przekroczyła próg najlepszego hotelu w mieście i od razu 

domyśliła się, dlaczego konferencję zorganizowano tu, a nie w 
siedzibie firmy. Z trudem przeciskała się przez gęstą plątaninę 
najrozmaitszych   kabli.   Przed   podwyższeniem,   na   którym 
znajdował się długi stół konferencyjny, ustawiono półkolem 
kamery   i   mikrofony.   Wokół   kłębił   się   tłum 
rozgorączkowanych   dziennikarzy.   Niewątpliwie   dyrektor 
generalny chciał, aby cały ten cyrk rozegrał się jak najdalej od 
sklepu. Nie było sensu narażać klientów i personelu na hałas i 
napięcie, jakie tu zapanowały.

To nie były najlepsze warunki do rozmowy, ale Gina nie 

miała wyjścia. Z determinacją przepychała się więc przez tłum 
i rozglądała wokół uważnie.

W pewnym momencie usłyszała, jak reporterka jednej ze 

stacji telewizyjnych pogania cicho kamerzystę:

  - Pospiesz się! Będzie wchodził przez te drzwi z lewej. 

Muszę mieć to ujęcie!

Gina natychmiast podjęła próbę przedostania się na lewą 

stronę, modląc siew duchu, aby podsłuchana informacja była 
prawdziwa.

Dotarła  do  drzwi  akurat  w  chwili,  kiedy   się  otworzyły. 

Zdążyła   zaczerpnąć   powietrza   i   wyjąć   z   torebki   swoją 
wizytówkę.

  - Sir, wiem,  że to nie jest odpowiedni czas ani miejsce, 

ale   chciałabym   zamienić   z   panem   kilka   słów   -   mówiła 
pospiesznie.   -   Reprezentuję   Towarzystwo   Historyczne 
Hrabstwa  Kerrigan  i jestem zainteresowana  waszą  siedzibą. 
Sądzę, że świetnie nadawałaby się na muzeum.

Mężczyzna rzucił okiem na wizytówkę i potrząsnął głową.

background image

  -   Jeśli   ma   pani   na   myśli   budynek   Tyler   -   Royale, 

rozmawia pani z niewłaściwym człowiekiem.

  -   Przecież   Ross   Clayton   to   pan,   czyż   nie?   -   spytała 

niepewnie. - Widziałam pańskie zdjęcie w gazecie.

 - Owszem, ale nie jestem już właścicielem tego budynku. 

Poczuła się, jakby ktoś dał jej kopniaka w żołądek.

 - Sprzedał go pan?! - zapytała zrozpaczona.
 - Można tak powiedzieć.
Spojrzała   na   niego,   nic   nie   rozumiejąc,   i   nagle 

przypomniała   sobie,   że   widziała   już   tę   twarz.   Zdjęcie   w 
gazecie było zbyt niewyraźne, aby mogła go rozpoznać, ale 
teraz wiedziała - to on jadł wczoraj obiad „Pod Klonem" z 
Dezem Kerriganem.

W tym samym momencie zapaliła się jakaś lampka w jej 

głowie. Nagle przypomniała sobie, co takiego mówiła o Dezie 
Essie.   „On   nie   ma   żadnego   zrozumienia   dla   historii   i 
zabytków.   Im   starszy   jest   jakiś   budynek,   tym   chętniej   go 
zburzy i postawi na jego miejsce ohydne monstrum ze szkła i 
stali".

Przypomniała sobie też, że Dez Kerrigan był inwestorem 

budowlanym i z tego, co mówiła Essie, odnosił na tym polu 
niemałe sukcesy.

Znajome,   niepokojące   mrowienie   w   karku   kazało   jej 

odwrócić głowę. Wiedziała, kogo zobaczy. Tuż za nią stał Dez 
Kerrigan i wolnym krokiem wstępował na scenę za Rossem 
Claytonem.

  - Budynek należy teraz do mnie - powiedział twardo. - 

Ale   jeśli   przedstawi   pani   atrakcyjną   ofertę,   możemy 
porozmawiać. Spotkamy się u pani, czy u mnie?

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
Gina   aż   się   zatrzęsła,   słysząc   to   bezczelne   pytanie. 

Podtekst   wypowiedzi   Kerrigana   był   co   najmniej   obraźliwy. 
Owszem, wczoraj w restauracji wpatrywała się w niego dość 
długo,   ale   to   było   zupełnie   niewinne   spojrzenie.   Nie 
zachowywał się chyba w ten sposób wobec każdej kobiety, 
która na niego zerknęła.

Ross Clayton uśmiechnął się lekko i rzucił:
  - Coś mi się zdaje, że stąpasz po cienkim lodzie, Dez. 

Kerrigan sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie słyszał  jego 
słów. Rzucił okiem na zegarek i dodał:

 - Jestem teraz trochę zajęty, ale po konferencji prasowej 

moglibyśmy  się  spotkać  w pani  lub moim  biurze.  Jak  pani 
woli?

 - W biurze... - powtórzyła zaskoczona.
  -   Oczywiście.   -   Coś   jakby   uśmiech   błysnęło   w   jego 

oczach. - Nie myślała pani chyba, że proponuję pogawędkę w 
moim jaccuzi? Wolałbym, żebyśmy poznali się nieco bliżej, 
zanim do tego dojdzie.

Znowu   się   wygłupiła.   Zaczerpnęła   powietrza   i   podjęła 

próbę wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji:

 - Jeśli o to chodzi, to nawet bliska znajomość nie zmieni 

mojego nastawienia do pańskiej propozycji.

Zauważyła, że jego oczy są dziwną mieszanką zieleni  i 

orzechowego   brązu,   a   w   chwilach   rozbawienia   stawały   się 
wręcz szmaragdowe. Nie ulegało wątpliwości, że w tej chwili 
Dez Kerrigan był bardzo rozbawiony.

  - Potraktuję to jako komplement. - Zaśmiał się lekko. - 

Cieszy   mnie,   że   zrobiłem   na   pani   takie   wrażenie   już   od 
pierwszego spojrzenia.

Wiedziała, że to tylko żarty, ale nie zamierzała pierwsza 

się poddać.

background image

  - Miałam na myśli co innego. Chciałam powiedzieć, że 

nie   wyobrażam   sobie   sytuacji,   która   zmusiłaby   mnie   do 
wejścia do pańskiej wanny.

  -  Świetnie   -   powiedział   krótko.   -   Wobec   tego   oboje 

wiemy,   na   czym   stoimy.   Chce   pani   porozmawiać   o   tym 
budynku, czyż nie?

Przełknęła ślinę zła na siebie, że dała się tak podejść.
  -   Oczywiście.   Ale   nie   rozumiem,   dlaczego   jest   pan 

zainteresowany sprzedażą, jeśli dopiero co go pan kupił.

  -   Zdaje   się,   że   rynek   nieruchomości   to   nie   jest   pani 

specjalność, prawda? To, że właśnie zrobiło się jeden interes, 
nie   znaczy,   że   można   przegapić   następny.   Chętnie   to   pani 
wytłumaczę.

Skinął jej głową i odszedł, zanim zdążyła coś powiedzieć. 

Po chwili zajmował już miejsce za długim stołem i włączał 
swój mikrofon.

Gina   czuła,   że   z   trudem   panuje   nad   zdenerwowaniem. 

Sytuacja zmieniła się diametralnie, w dodatku na gorsze. Nie 
miała ochoty zostawać tu dłużej. Czekało ją dziś jeszcze dużo 
pracy, nie zamierzała tracić czasu na wpatrywanie się w Deza 
Kerrigana.

W połowie drogi do muzeum napięcie powoli opadało  i 

Gina   zaczynała   znajdować   jasne   strony   całej   sytuacji.   Nie 
udało jej się niestety zdobyć idealnej siedziby dla muzeum, ale 
na szczęście nikt się o tym nie dowie. Błogosławiła w myślach 
brak czasu, który nie pozwolił jej skonsultować tego pomysłu 
z zarządem. Czułaby się bardzo niezręcznie, gdyby najpierw o 
wszystkim im opowiedziała, a potem musiała zameldować, że 
jej świetny plan spalił na panewce.

Dyrektor generalny Tyler - Royale był zawodowcem, jeśli 

chodzi   o   kontakty   z   prasą.   Dez   słuchał   z   podziwem,   jak 
rzeczowo   wyjaśniał,   że   nieprawdą   jest,   że   pięćset   osób 
zostanie   bez   pracy.   Obiecywał,   że   wszyscy   znajdą 

background image

zatrudnienie w sklepach firmy w innych miastach. Reporterzy 
krążyli wokół niego jak stado rekinów usiłujących dobrać się 
do ofiary, ale nie dawał im żadnych szans. Spokojnym głosem 
odpowiadał   na   najbardziej   podchwytliwe   pytania. 
Dziennikarzom   wyraźnie   zabrakło   pomysłów   i   Dez   stracił 
zainteresowanie konferencją.

Jego   myśli   popłynęły   ku   pewnej   drobnej,   rudowłosej 

kobiecie...   Zobaczył   ją   wczoraj   „Pod   Klonem",   gdzie   jadła 
obiad z szefową miejscowej gazety. To dlatego początkowo 
pomyślał, że jest także dziennikarką. Patrzyła na niego tak, 
jakby badała go pod mikroskopem. Do dziś czuł na sobie jej 
lustrujący   wzrok,   zupełnie   niepodobny   do   kuszących 
kobiecych spojrzeń, do jakich przywykł.

Pomylił się. Nie była dziennikarką. Powiedziała Rossowi, 

że   jest  z   Towarzystwa  Historycznego  Hrabstwa  Kerrigan.   I 
była zainteresowana siedzibą Tyler - Royale.

Prychnął   z   irytacją.   Ci   miłośnicy   historii   i   fani   starych 

skorup bywali nieznośni. Nieraz miał z nimi do czynienia.

Żyli   w   innym   świecie,   zupełnie   pozbawieni   zmysłu 

praktycznego.   O   ile   dobrze   słyszał,   proponowała   coś   tak 
absurdalnego, jak zamiana wielkiego sklepu Tyler - Royale w 
muzeum.

Jego ciotka, Essie, była taka sama. Pamiętał wizyty u niej, 

kiedy był jeszcze małym chłopcem. Wtedy jej wielki, pełen 
niespodzianek dom wydawał mu się najbardziej fascynującym 
miejscem na ziemi. Mógł biegać w kółko po przestronnych 
pokojach i nigdy nie wiedział, co znajdzie za zakrętem. Raz 
natknął   się   w   sypialni   na   ludzki   szkielet.   Essie   spokojnie 
wyjaśniła   mu,   że   to   doczesne   szczątki   pierwszego   lekarza, 
który otworzył praktykę w ich hrabstwie.

Ale   to  było  na   długo  przedtem,   zanim  jej   dom  stał  się 

oficjalną siedzibą muzeum. Chociaż Dez nie był tam od wielu 
lat,   doskonale   sobie   wyobrażał,   że   przez   ten   czas   zbiory 

background image

musiały   się   znacznie   powiększyć.   Pod   koniec   życia   ciotka 
pewnie   ledwo   się   mieściła   wśród   tej   sterty   gratów,   które 
zalegały dom.

Ta   młoda   kobieta   wydawała   się   mieć   nieco   więcej 

rozsądku   niż   Essie   -   przynajmniej   nie   mieszkała   w   tej 
rupieciarni. Ale poza tym mogłaby być klonem jego ciotki.

Chociaż, oczywiście, wyglądała dużo bardziej pociągająco 

niż   Essie.   Ciotka   była   wysoka   i   bardzo   szczupła,   przez   co 
sprawiała   nieco   surowe   wrażenie.   Tymczasem   ta   młoda 
kobieta, chociaż niewysoka i bardzo drobna, była przyjemnie 
zaokrąglona   we   właściwych   miejscach.   Miała   duże, 
ciemnobrązowe   oczy,   które   spoglądały   wesoło   spod   fali 
rudych   włosów.   Jej   loki   sprawiały   wrażenie,   jakby   ktoś 
skropił je lekko złotą farbą...

  -   Dez?   -   usłyszał   głos   Rossa.   -   Może   lepiej,   żebyś  ty 

odpowiedział na to pytanie.

Z   trudem   powrócił   do   rzeczywistości.   O   jakie   pytanie 

chodzi?

 - Pan z „Kroniki" chce wiedzieć, jakie masz plany wobec 

naszej siedziby - podpowiedział mu Ross.

Dzięki,   stary,   westchnął   w   duchu   Dez.   Zebrał   myśli   i 

wolno przysunął się do mikrofonu.

  - Odpowiedź jest bardzo prosta - powiedział, patrząc na 

wyczekujące   twarze   dziennikarzy.   -   Na   razie   nie   mam 
żadnych planów.

Przez   tłum   przeleciał   pomruk   niedowierzania.   Reporter 

miejscowej gazety znowu podniósł rękę w górę.

  -   Chce   pan,  żebyśmy   uwierzyli,   że   kupił   pan   taki 

budynek, nie mając pomysłu, jak go wykorzystać?

  - Nie kupiłem budynku - poprawił go Dez. - Nabyłem 

tylko prawo pierwokupu.

background image

 - Co za różnica? - zaśmiał się dziennikarz. - Nie wyrzucił 

pan przecież pieniędzy dla zabawy. Co chce pan zrobić z tym 
gmachem?

 - Zamierza pan go zburzyć? - dorzuciła reporterka znanej 

stacji telewizyjnej.

 - Naprawdę jeszcze nie wiem, Claro. Zapewniam cię, że 

w tej chwili nie mam żadnych planów co do tego miejsca.

  -   Nie   masz,   czy   nie   chcesz   nam   ich   zdradzić?   -   nie 

ustępowała   Clara.   -   Może   zamierzasz   trzymać   wszystko   w 
tajemnicy tak długo, aż nie będziemy mogli nic zrobić, żeby 
uratować ten zabytek.

 - Spokojnie - próbował nieco ostudzić rosnące napięcie. - 

Komunikat   o   tym,   że   Tyler   -   Royale   wycofuje   się   z 
miejscowego rynku, był dla mnie takim samym zaskoczeniem 
jak dla wszystkich. 

 - Ale potrafił pan to natychmiast wykorzystać - atakował 

znowu facet z „Kroniki".

  - Tak działa rynek nieruchomości, trzeba łapać okazję. 

Nie   pierwszy   raz   kupuję   coś,   nie   wiedząc,   co   z   tym   dalej 
zrobię.

  - Ale prawdą jest, że do tej pory zrównywał pan takie 

budynki z ziemią?

  -  O  ile  dobrze  pamiętam,  tak.  -  Dez  przebiegł  szybko 

pamięcią   ostatnie   lata   swojej   działalności.   Istotnie,   dotąd 
zawsze   tak   było.   -   Ale   to   nie   znaczy,   że   i   tym   razem...   - 
Przerwał na chwilę, bo właśnie do niego dotarło, że dał się 
podejść   zawodowcom   próbującym   wymóc   na   nim   jakąś 
deklarację.   -   Słuchajcie!   Powtórzę   wam   to   samo,   co 
powiedziałem   pewnej   młodej   damie   z   Towarzystwa 
Historycznego.   To,   że   właśnie   zrobiłem   jeden   interes,   nie 
znaczy, że przegapię następny.

 - Więc chce pan go sprzedać? - padło natychmiast kolejne 

pytanie.

background image

 - Rozważam to. Jestem biznesmenem, zastanowię się nad 

każdą rozsądną propozycją, którą otrzymam.

 - Z wyjątkiem konserwacji budynku?
  - Oczywiście - potwierdził. Poczuł, jak wzbiera w nim 

wściekłość.   Cholerni   dziennikarze,   zrobili   z   niego 
barbarzyńcę,   który   przy   każdej   możliwej   okazji   niszczy 
wszystko,   co   spotka   na   swojej   drodze.   Nie   mają   pojęcia   o 
interesach, uwielbiają za to robić szum wszędzie tam, gdzie 
mogą wystąpić jako obrońcy uciśnionych. - A skoro już o tym 
mowa, pozwólcie, że dam małe ostrzeżenie wszystkim, którzy 
zamierzają   mnie   uszczęśliwiać   dobrymi   radami   na   temat 
szacunku   dla   historii   i   zabytków.   Chętnie   z   nimi 
porozmawiam,   o   ile   będą   mieli   dość   pieniędzy,   aby 
wprowadzić   swoje   plany  w   czyn.   Nie   zamierzam   potulnie 
wysłuchiwać,   jak   mówią   mi,   co   powinienem   robić   z   moją 
własnością i z moimi pieniędzmi. To wszystko, dziękuję.

Ta   zdecydowana   wypowiedź   zamknęła   wszystkim   usta. 

Dziennikarze   powoli   zaczęli   wychodzić,   zabierając   ze   sobą 
kamery i mikrofony.

W holu za salą konferencyjną Dez natknął się na Rossa 

Claytona, który najwyraźniej czekał na niego.

  -   Dzięki,   że   odwróciłeś   uwagę   tych   sępów   od   innych 

niewygodnych   kwestii   -   powiedział   z   uśmiechem.   - 
Uratowałeś mnie, stary, jestem ci winien dużą whisky.

Po pracy Gina wdrapała się na strych i odszukała plany 

domu   Essie.   Zamierzała   zabrać   je   do   siebie   i   wnikliwie 
przestudiować.   Nie   była   oczywiście   ekspertem   w   tej 
dziedzinie.   Wiedziała,   że   rozbudowa   muzeum   będzie 
wymagać   rady   nie   tylko   architekta,   ale   także   dobrego 
inżyniera.   Chciała   jednak   sprawdzić,   czy   niczego   nie 
przeoczyła. A może przy okazji wpadnie jej do głowy jakiś 
ciekawy pomysł?

background image

Rozłożyła   wielkie   arkusze   na   kuchennym   stole   i   przez 

kilka   minut   usilnie   się   w   nie   wpatrywała.   W   końcu 
zniechęcona   oparła   się   o   nie   łokciami   i   podparła   głowę   w 
zamyśleniu. Przez krótki czas miała dziś nadzieję, że znalazła 
wyjście   z   beznadziejnej   sytuacji.   Było   idealne.   Ale   jak   się 
okazało, zbyt piękne, aby mogło się spełnić.

Na jej drodze stanął Dez Kerrigan i oto znowu znalazła się 

w   punkcie   wyjścia.   A   może   nawet   jeszcze   dalej.   Trudno 
wrócić myślami do ciasnych korytarzy starego domu Essie, 
nawet po remoncie i rozbudowie, kiedy ujrzało się oczyma 
wyobraźni   wizję   witraża   wystawionego   w   atrium   Tyler   - 
Royale.

Gina   pochyliła   się   nad   pożółkłymi   kartkami,   studiując 

projekty   sprzed   ponad   wieku.   Kiedy   Desmond   Kerrigan 
budował   swój   dom,   okolica   była   niemal   pusta,   dlatego 
usytuował   go   prawie   na   skraju   działki,   aby   z   tyłu   założyć 
rozległy,   starannie   zaplanowany   ogród.   Niestety,   od   tego 
czasu   wiele   się   zmieniło.   Potomkowie   Desmonda   podzielili 
ogród   na   mniejsze   parcele,   które   posprzedawali,   a   ulica 
została poszerzona tak bardzo, że zabrała niemal cały teren 
przed budynkiem. W efekcie dom stał teraz tuż przy drodze, 
otoczony   przez   niewielkie   działeczki   z   jednorodzinnymi 
domkami.   Jedynym   wspomnieniem   dawnej   świetności   był 
skrawek ogrodu zachowany cudem na tyłach posesji.

To   za   mało,   aby   zamienić   dom   w   prawdziwe,   tętniące 

życiem   centrum   historyczne.   Ale   Gina   nie   dysponowała 
niczym więcej.

Poza tym nie miała pojęcia, czy na tak mały teren da się 

wprowadzić   ciężki   sprzęt   budowlany.   I   czy   wykopy   nie 
naruszą starych fundamentów.

Zwinęła   plany   i   zabrała   się   za   przyrządzanie   kolacji. 

Włączyła   miniaturowy   telewizor   stojący   na   lodówce,   żeby 
zająć   myśli   czymś   innym   niż   losy   muzeum.   Jednak 

background image

najwyraźniej   wszystko   sprzysięgło   się   przeciwko   niej.   Na 
wszystkich kanałach dyskutowano głównie o likwidacji Tyler 
- Royale.

 - ...a końcowa wyprzedaż rozpocznie się już w przyszłym 

tygodniu   -   mówiła   reporterka,   którą   Gina   widziała  dziś  na 
konferencji w hotelu.

  - Jaka szkoda! - Jej rozmówca potrząsnął ze smutkiem 

głową. - Czy wiemy coś o przyszłości tego pięknego budynku. 
Carla?

  - To pytanie padło oczywiście na konferencji prasowej, 

ale   pan   Kerrigan   nie   chciał   zdradzić   nam   swoich   planów. 
Jedyna aluzja, jaką zrobił, wskazywała, że rozmawia z kimś z 
Towarzystwa Historycznego Hrabstwa Kerrigan.

Drewniana łyżka wypadła Ginie z ręki wprost na patelnię i 

wokół rozprysnął się gorący olej. Poczuła palące pieczenie na 
palcu i odruchowo podniosła go do ust.

 - Kustosz muzeum, Gina Haskell, była na konferencji, ale 

odmówiła komentarza na ten temat...

Gina   wpatrywała   się   z   niedowierzaniem   w   ekran 

telewizora.   Co   ta   kobieta   wygadywała!   Nie   odmawiała 
przecież żadnego komentarza!

  -   ...a   kiedy   rozmawiałam   przed   chwilą   z 

przewodniczącym   Towarzystwa,   powiedział   jedynie,   że 
byłoby zbrodnią zniszczyć ten piękny, stary budynek.

Oszołomiona usiadła na krześle i podparła głowę rękoma. 

Zadzwonili  już więc do  jej szefa.  A ona  o niczym mu   nie 
wspomniała, bo nie chciała zawracać mu głowy pomysłem, z 
którego i tak nic nie wyszło.

  -   Istotnie,   to   byłoby   barbarzyństwo   -   zgodził   się 

rozmówca Carli.

  - Ale zachowanie tego gmachu byłoby czymś nowym, 

jeśli   chodzi   o   styl   działania   Deza   Kerrigana   -   ciągnęła 

background image

dziennikarka.   -   Przyznał   dziś,   że   dotychczas   zawsze   burzył 
stare budowle.

  - Trudno w to uwierzyć - pokręcił głową mężczyzna. - 

Cóż, w takim razie trzymamy kciuki za wysiłki Towarzystwa 
Historycznego i życzymy, aby udało się im uratować budynek, 
który jest ozdobą naszego miasta.

  - Wysiłki Towarzystwa Historycznego??? - powtórzyła 

Gina z niedowierzaniem.

W   tym   momencie   zadzwonił   telefon.   Wiedziała,   kto   to 

może być i wpatrywała się w słuchawkę z obawą, niepewna, 
jak   postąpić.   Szef   miał   prawo   być   na   nią   wściekły,   nie 
dziwiłaby   się   mu   wcale.   I   tak   zachował   zimną   krew,   nie 
zdradzając dziennikarce, że cała sprawa jest dla niego zupełną 
nowością.

Ostrożnie podniosła słuchawkę i zdumiała się. To nie był 

przewodniczący   Towarzystwa   Historycznego.   Tylko   raz 
słyszała głos, który zabrzmiał w słuchawce, ale od razu go 
rozpoznała. Był głęboki, ciepły i... arogancki.

  - Co to ma być? - usłyszała oskarżycielski ton. - Próba 

sił? Kto ma większe wpływy w mediach? Całkiem nieźle - 
najpierw gazeta, potem stacja telewizyjna. I co dalej?

 - Nic nie zrobiłam - zaprzeczyła gorąco, lecz mówiła już 

do głuchej słuchawki.

Chociaż   nie   zamierzała   mu   współczuć,   rozumiała, 

dlaczego był zdenerwowany. Jednak szczerze mówiąc, sam się 
o to prosił. Od ponad dziesięciu lat działał na tym rynku i 
przez ten czas wyburzył wszystkie stare budynki, które trafiły 
w   jego   ręce.   Nie   mogła   wprost   w   to   uwierzyć.   Nie   miała 
pojęcia, jakimi powodami się kierował, ale pewnie i tak by ich 
nie zrozumiała. Podobnie jak on nie rozumiał tych wszystkich 
ludzi, którzy chcieli chronić pamiątki przeszłości.

Cóż,   może   z   tego   zamieszania   wyniknie   chociaż   tyle 

dobrego, że zechce poważnie rozważyć jej propozycję.

background image

O dziesiątej rano, dokładnie dwadzieścia cztery godziny 

po konferencji prasowej, Gina przekraczała próg biura Deza 
Kerrigana. 

Wcale nie było łatwo go znaleźć. W książce telefonicznej 

nie figurował ani Dez Kerrigan, ani Kerrigan Corporation, ani 
Kerrigan i Partnerzy, ani Kerrigan i cośtam...

Oczywiście, nie miała żadnej pewności, że nazwał firmę 

własnym nazwiskiem. Może nie chciał plamić honoru rodziny 
swoimi   bezdusznymi   interesami,   a   może   myślał,   że   to 
nazwisko straciło już jakąkolwiek siłę oddziaływania na tym 
terenie. Ostatecznie od rodu Kerrigan nazywało się tu prawie 
wszystko   -   od   całego   hrabstwa   po   aulę   wykładową   na 
uniwersytecie.

W końcu jednak znalazła. Nazwał swoją firmę po prostu 

„Nieruchomości Lakemont", tak jakby to było jedyne liczące 
się przedsiębiorstwo w mieście.

Nie   prosiła,   żeby   oddzwonił   ani   nie   umówiła   się   na 

spotkanie. Po prostu wyszła z muzeum i udała się wprost do 
jego   firmy.   Na   szczęście   jej   siedziba   znajdowała   się   tylko 
kilka przecznic dalej. Nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi na 
ten   budynek,   ale   nic   dziwnego,   nie   rzucał   się   w   oczy. 
Wyglądał jak opuszczona szkoła zaadaptowana na potrzeby 
firmy.   Zupełnie   inaczej   wyobrażała   sobie   główną   kwaterę 
człowieka, który bawił się drapaczami chmur, jakby to były 
drewniane klocki.

W  środku   było   gwarno   i   ruchliwie.   Zanim   trafiła   do 

gabinetu Deza, musiała przejść przez cały budynek. Kiedy w 
końcu   tam   dotarła,   sekretarka   długo   obracała   w   palcach 
wizytówkę   i   spoglądała   na   nią   podejrzliwie.   Gina   nie   była 
zaskoczona.   Nazwa   "Towarzystwo   Historyczne"   musiała 
działać na pracowników Deza Kerrigana jak płachta na byka.

  - Nie jestem umówiona -  powiedziała wprost  - Jednak 

myślę,   że   pan   Kerrigan   mnie  przyjmie.   Jeśli  oglądała   pani 

background image

wczoraj   telewizję,   powinna   pani   wiedzieć,   że   prowadzimy 
negocjacje w sprawie siedziby Tyler - Royale.

Sekretarka wyglądała na zaskoczoną, ale nie odezwała się. 

Sięgnęła po słuchawkę i rozmawiała cicho z Dezem.

Gina   przysiadła   na   najbliższym   krześle   i   czekała   w 

napięciu. Chwilę późnej drzwi gabinetu otworzyły się i stanął 
w nich Dez Kerrigan.

  - Proszę, proszę... Władczyni mediów w Lakemont we 

własnej   osobie   -   powiedział   z   ironicznym   uśmieszkiem.   - 
Zapraszam.

Podniosła   się   z   krzesła,   a   on   tworzył   szerzej   drzwi   i 

wprowadził ją do środka z wystudiowaną grzecznością.

Był tak wysoki, jak podejrzewała. Zastanawiała się nad 

tym już „Pod Klonem". Kiedy rozmawiali na konferencji, była 
zbyt   zaabsorbowana   własnymi   planami,   aby   zwrócić   na   to 
uwagę, ale teraz widziała wyraźnie, że sięgała mu ledwie do 
ramienia. Zielone oczy nie wyglądały dziś jak szmaragdy. To 
dobrze,   pomyślała,   nie   przyszłam   tu   przecież,   aby   go 
rozbawić.

Weszła   do   gabinetu   i   stanęła   zaskoczona.   Niewątpliwie 

urządzono   go   w   dawnej   sali   lekcyjnej.   Pokój   był   długi   i 
pomalowany   na   stonowane   kolory.   Jedynie   akwarelki   z 
widokami różnych budynków stanowiły barwne plamy na tle 
szarych  ścian.   Gina  podeszła  do   najbliższej  -   przedstawiała 
jeden   z   najwspanialszych   i   najnowocześniejszych   drapaczy 
chmur w mieście.

 - To pański projekt, jak sądzę? Skinął milcząco głową.
  -   Jest   całkiem   niezły   -   przyznała.   -   Robi   wrażenie. 

Szczerze   mówiąc,   spodziewałam   się   raczej,   że   tam   właśnie 
będzie   miał   pan   swoje   biuro.   Na   ostatnim   piętrze   z 
imponującym widokiem na jezioro Michigan. Dez wzruszył 
ramionami.

background image

 - To biuro było dobre, kiedy rozkręcałem biznes, i wciąż 

mi wystarcza. A nawiasem mówiąc, czynsz w tym wieżowcu 
jest   tak   wysoki,   że   nie   ma   sensu   się   tam   przenosić.   Wolę 
wynajmować i zarabiać na tym pieniądze.

  - Naturalnie - pokiwała głową. - Rzeczywiście miał pan 

rację, mówiąc wczoraj dziennikarzom, że jest pan rzeczowy i 
praktyczny.

 - Nie sądziłem, że została pani do końca konferencji.
 - Wyszłam wprawdzie wcześniej, ale oglądałam obszerną 

relację   w   telewizji.   Jestem   biznesmenem   -   zacytowała.   - 
Zastanowię   się   nad   każdą   rozsądną   propozycją,   którą 
otrzymam. Czy tak?

  -   Owszem,   tak   powiedziałem.   Nie   rozumiem   jednak, 

dlaczego traktuje to pani jak sensację. Rozsądek nie jest wadą. 
Cóż, miło, że pani wpadła, ale chociaż lubię pogawędki przy 
kawie,   to   muszę   przyznać,   że   mam   dziś   dużo   pracy. 
Przejdźmy zatem do rzeczy.

Gina usiadła na kanapie i zaczerpnęła tchu.
  - Nie wątpię, że jest pan bardzo zajęty. Mam rozsądną 

propozycję, którą powinien pan rozważyć.

  -   Jak   widać,   rozsądek   to   pojęcie   względne.   Ma   pani 

pieniądze na realizację?

 - Nie mam - przyznała.
  -   Proszę   więc   nie   marnować   mojego   czasu,   pouczając 

mnie,   że   powinienem   ocalić   budynek   Tyler   -   Royale.   Jeśli 
słyszała pani, co mówiłem na konferencji, wie pani, że nie ma 
na to szans.

 - Nie zamierzam marnować pańskiego cennego czasu.
 - Gina rozparła się wygodniej na sofie, założyła nogę na 

nogę i uśmiechnęła się czarująco. - Przyszłam tutaj, żeby dać 
panu szansę, by mógł pan zostać bohaterem.

Dez patrzył na nią z niedowierzaniem. Ta kobieta chyba 

postradała zmysły.

background image

 - Panno Haskell ... - zaczął.
  - Och, proszę mi mówić po imieniu. I przy okazji - nie 

mam pretensji o to, że byłeś tak rozstrojony ostatniej nocy.

  -   Rozstrojony?   -   zdziwił   się.   -   Nigdy   nie   bywam 

rozstrojony.

  - Naprawdę? To dlaczego zadzwoniłeś i nawrzeszczałeś 

na mnie?

Spojrzał zaskoczony.
 - Nie nawrzeszczałem.
 - Chcesz powiedzieć, że było to tylko spokojne wyrażenie 

opinii?

 - Oczywiście. Przyznaję, byłem nieco zirytowany po tym, 

jak   ta   banda   szakali   przekręciła   moje   słowa,   zwłaszcza   że 
myślałem, że maczałaś w tym palce.

  - Tak przypuszczałam. - Gina zamyśliła się na chwilę i 

popatrzyła   na   niego   uważnie.   -   Wiesz,   że   media   zrobiły   z 
ciebie   okrutnego   King   Konga,   który   sunie   przez   miasto   i 
burzy wszystko, co mu stanie na drodze?

  - Gdybym przejmował się wszystkim, co mówią o mnie 

dziennikarze, już dawno wylądowałbym w domu wariatów  - 
powiedział gwałtownie i usiadł na drugim końcu kanapy.

  -   Ale   do   rzeczy.   Powiedz   mi   teraz,   jak   mam   zostać 

bohaterem - dorzucił kpiąco.

  -   Przyszłam   tylko   po   to,   żeby   wskazać   ci   właściwy 

kierunek.

Odwróciła się w jego stronę, a jej spódnica zsunęła się 

przy   tym   ruchu,   ukazując   szczupłe,   zgrabne   kolana.   Nie 
wiedział, czy był to wyreżyserowany manewr, ale na wszelki 
wypadek postanowił być ostrożny.

 - Ostrzegam cię, że masz jeszcze dwie minuty.
  - W porządku. - Zerknęła na zegarek, potem spojrzała 

wprost na niego. - Po ostatnich doniesieniach mediów jesteś w 
tym mieście wrogiem numer jeden. I musisz przyznać, że sam 

background image

na   to   zapracowałeś.   Może   pora   popracować   nad   zmianą 
wizerunku?

  -   Ocalając   siedzibę   Tyler   -   Royale,   jak   rozumiem.   - 

Popatrzył na nią nieodgadnionym wzrokiem i dodał: - Jeśli 
myślisz, że zmienię zdanie tylko dlatego, że nie spodobało się 
to kilku dziennikarzom, to grubo się mylisz. Zapomną o tym 
budynku,   jak   tylko   pojawi   się   następny   interesujący   temat. 
Rzucą się na niego z równą zaciekłością i za miesiąc nikt nie 
będzie pamiętał o jakimś starym gmachu.

  -   Zrobiłam   na   razie   tylko   szybkie   rozeznanie,   ale 

wystarczyło,   żeby   się   dowiedzieć,   że   posiadasz   już   osiem 
działek   budowlanych   w   samym   centrum   Lakemont.   Jesteś 
prawdziwym magnatem na tym rynku, więc co znaczy jedna 
działka   mniej   lub   więcej?   Ratując   ten   budynek,   stałbyś  się 
ulubieńcem mediów.

 - Supermanem z Lakemont - zaśmiał się drwiąco. - Chyba 

przeczytałaś   za   dużo   romantycznych   książek.   To   był   ten 
argument, który miał mnie przekonać, żebym nie burzył tego 
gmachu? Rozumiem, że miałbym go potem przekazać tobie?

  -   Nie   mnie   osobiście.   Towarzystwu   Historycznemu 

Hrabstwa Kerrigan.

To było zupełnie absurdalne. Ale ona zdawała się tego nie 

dostrzegać.

  - Nie mogę tego zrobić. Poza tym zapomniałaś, że nie 

jestem właścicielem tego obiektu. Przypuszczam, że mógłbym 
podarować ci prawo pierwokupu, oczywiście o ile byłbym w 
nastroju do robienia prezentów za dwieście tysięcy dolarów, 
ale to nic by nie dało. Chwilę później powiedziałabyś mi, że 
nie   macie   pieniędzy   na   kupno.   Prawo   pierwokupu   nie   jest 
warte   złamanego   centa,   jeśli   nie   ma   się   pieniędzy   na 
skorzystanie z niego.

 - Jestem jednak pewna, że mógłbyś pomóc mi przekonać 

dyrektora   generalnego   Tyler   -   Royale,   by   podarował   nam 

background image

budynek. Dla niego też byłby to niezły interes, w końcu nie 
straciłby wszystkiego...

 - A! To tak! Chciałabyś go przekonać za te kilka tysięcy 

dolarów, które już dostał ode mnie! On dostałby pieniądze, ty 
budynek, a ja zostałbym z niczym! Niestety, ten argument nie 
przemawia na twoją korzyść. Bohater tak się nie zachowuje. 
Tak postępuje idiota.

 - Rozumiem... - Zupełnie nie wyglądała na zbitą z tropu. 

Spoglądała   na   niego   ze   spokojnym   uśmiechem.   -   A 
pomyślałeś   o   wszelkich   korzyściach   podatkowych,   jakie 
mogłyby z tego wyniknąć?

Musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Jak dotąd spotkał 

niewielu ludzi, którzy zachowaliby spokój w takiej sytuacji. A 
ona jeszcze potrafiła się uśmiechać. Nawet jeżeli była to tylko 
gra, zasługiwała na uznanie.

  -   Poza   tym   -   mówiła   dalej   spokojnie   -   myślę,   że   nie 

doceniasz wpływu, jaki miałby ten krok na poprawę twojej 
reputacji w mieście.

  -   Nie   mogę   go   nie   doceniać!   Doskonale   zdaję   sobie 

sprawę z tego, co by się działo. A przy okazji, oglądałaś w 
ogóle ten budynek?

Miał wrażenie, że po raz pierwszy zobaczył na jej twarzy 

błysk niepewności, ale szybko go ukryła.

 - Jakiś czas temu.
 - Rozumiem. - Wstał i podszedł do drzwi. - Sarah, gdyby 

ktoś  o  mnie   pytał,  powiedz,  że  zabrałem  pannę  Haskell  na 
spacer.

Budynek   Tyler  -  Royale  znajdował  się   kilka   ulic  dalej. 

Dez wyciągał swoje długie nogi. tak bardzo, że ledwo mogła 
za nim nadążyć.

 - To nie jest spacer, to bieg na czas! - zaprotestowała, z 

trudem łapiąc powietrze.

background image

Spojrzał pogardliwie na jej delikatne sandałki i powiedział 

zgryźliwie:

  - Nie rozumiem, jak w ogóle można chodzić w takich 

bucikach.

 - Nie rozumiem, jak można stawiać takie wielkie kroki - 

mruknęła w odpowiedzi.

Ledwo  żywa   stanęła   przed   głównymi   drzwiami   Tyler   - 

Royale   i   próbowała   uspokoić   oddech.   Ze   sklepu   właśnie 
wychodziła   jakaś   kobieta   ze   stosem   pudeł.   Tylko   szybka 
interwencja   Deza   uchroniła   je   od   zderzenia.   Trzymał   Ginę 
mocno   za   łokieć   i   podążył   wzrokiem   za   jej   spojrzeniem. 
Oglądała fasadę budynku.

 - O co chodzi, Gino? - spytał drwiąco. - Jest większy, niż 

zapamiętałaś?

  -   Myślę   tylko   o   tym,   że   interes   idzie   tu   wyjątkowo 

dobrze, jak na sklep, który ma być wkrótce zamknięty.

Popatrzył wokół i musiał przyznać, że miała rację. Klienci 

wchodzili   do   sklepu   tłumnie   i   wychodzili   obładowani 
licznymi torbami.

  -   Zwykle   tak   jest.   Ludzie   uświadamiają   sobie,   co 

posiadają   dopiero   wtedy,   gdy   mają   to   stracić.   Ten   ruch   w 
interesie   będzie   trwał   jeszcze   kilka   dni,   a   potem   klienci 
przerzucą   się   do   innego   sklepu.   Jeśli   za   rok   zapytasz 
przechodniów,   co   tu   było,   zapewniam,   że   większość   nie 
będzie umiała odpowiedzieć na pytanie.

  - Zwłaszcza jeśli zostanie tu tylko pusty plac - dodała 

drwiąco.

Spojrzał na nią, ale nie skomentował jej słów.
 - Chodźmy. - Otworzył drzwi i puścił ją przodem.
W przestronnym holu panował gwar i ogólne poruszenie. 

Tłumy ludzi oblegały stoiska i kawiarniane stoliki.

Gina obserwowała tę scenę z dziwnym wyrazem twarzy.

background image

 - Stoisko z butami jest na prawo - zasugerował uprzejmie 

Dez.

  - Nie  śmiałabym tracić twojego cennego czasu na takie 

drobiazgi - mruknęła w odpowiedzi.

Minęli   sklep   z   kosmetykami   i   biżuterią   i   przeszli   do 

centrum   budynku   -   ogromnego,   świetlistego   atrium 
ciągnącego   się   przez   wszystkie   siedem   pięter.   Otaczały   je 
kręcone spiralnie schody z piękną, mosiężną balustradą.

W   centrum   sklepienia   dach   ozdobiony   był   wspaniałą 

stylizowaną różą - symbolem firmy. Dez poprowadził Ginę w 
tym kierunku i postawił na środku.

 - O co ci chodzi? - spytała zdezorientowana. - Każdy, kto 

mieszka w tym mieście, był tu setki razy. Ta róża to ulubione 
miejsce spotkań miejscowej młodzieży.

 - Wiem, wiem. Matka mi o tym opowiadała. Nie o to mi 

chodzi. Spójrz w górę.

Podniosła   głowę   i   zobaczyła   bogato   zdobione   balkony 

zwisające z każdego piętra, marmurowe schody ciągnące się 
przez wszystkie piętra budynku, a na samej górze - zapierającą 
dech w piersiach, imponującą kopułę.

 - Co właściwie chcesz mi powiedzieć? - odwróciła się do 

Deza.

Chociaż mówiła nieco nonszalanckim tonem, nie dał się 

nabrać.   Rozmiary   i   przepych   tego   gmachu   musiały   zrobić 
wrażenie na każdym.

  -   Chcę   ci   pokazać,   że   nawet   jeśli   jakimś   cudem 

dostałabyś ten budynek, nie będziesz w stanie go utrzymać.

 - Przyznaję, jest nieco większy niż nasza obecna siedziba
 - zgodziła się z ociąganiem.
Patrzył   na   nią   przez   chwilę,   a   w   końcu   wybuchnął 

głośnym śmiechem.

background image

  -   Nieco   większy!?   Chyba   kpisz!   To   jak   powiedzieć   o 

jeziorze   Michigan,   że   jest   nieco   większe   od   kałuży   przed 
domem. A to dobre!

  -   Ale   wiadomo,  że   jeśli   muzeum   się   rozrośnie, 

przyciągnie   nie   tylko   więcej   zwiedzających,   ale   też   więcej 
sponsorów.

 - Chyba w twoich snach. - Dez pokręcił głową. - Spójrz 

na to realnie, Gino. Może jest gdzieś budynek, który byłby 
bardziej odpowiedni dla waszych potrzeb.

 - Nic nie rozumiesz. - Popatrzyła na niego zdumiona.
 - Może inny budynek byłby bardziej praktyczny, ale tylko 

ten przyciąga ludzkie serca i uczucia. - Zamyśliła się i dodała 
z   determinacją:   -   Musiałabym   oszaleć,   żeby   z   niego 
zrezygnować.

Już oszalałaś, sięgając po niego, dodał w duchu.
 - Wiem, że to nie będzie łatwe - zaczęła po chwili. - Ale 

cała   akcja   właśnie   nabiera   tempa.   A   ja   zamierzam 
przyspieszyć ją jeszcze bardziej.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Dez   wpatrywał   się   w   nią   tak   długo,   że   przez   chwilę 

poczuła się zaniepokojona. Potrząsał głową, jakby nie mógł 
zrozumieć   tego,   co   właśnie   usłyszał.   Nie   odzywał   się.   W 
końcu wyjął telefon i szybko wybrał jakiś numer.

 - Sarah, odwołaj moje następne spotkanie. Potem zwrócił 

się do Giny:

  -   Chodźmy.   Znajdziemy   jakieś   miejsce,   gdzie   można 

spokojnie porozmawiać.

  -   Daj   spokój.   -   Potrząsnęła   głową.   -   I   tak   mnie   nie 

przekonasz.

  -   Nie   chodzi   mi   o   ciebie.   Możesz   tu   stać,   jak   długo 

chcesz,   ale   jeśli   mam   znowu   słyszeć   takie   rewelacje, 
wolałbym   spokojniejsze   miejsce.   Nie   lubię,   jak   tłum   ludzi 
widzi, że wpadam w zdumienie.

 - Tak dbasz o swój wizerunek? - spytała kpiąco.
 - Mało kto lubi wychodzić na idiotę. Jeśli uraczysz mnie 

kolejną serią swoich pomysłów, mogę wpaść w stan katatonii i 
będziesz miała problem. Na szóstym piętrze jest kawiarnia, 
chodźmy tam. Chyba że wolisz ekspozycję łaźni parowych, 
jest niżej - dodał, widząc jej spojrzenie.

 - Wolę już kawę - mruknęła i poszła za nim. Zatrzymali 

się   przed   piękną   modernistyczną   windą.   -   Wspaniała.   I 
oryginalna. Prawdziwe dzieło sztuki.

  -   Możesz   się   rozczulać,   ile   chcesz,   dla   mnie   to   stary 

rupieć   -   kosztowny   w   obsłudze   i   zawodny   -   powiedział, 
wciskając ostatni przycisk.

 - Jeśli traktujesz wszystkie stare przedmioty w ten sposób, 

nic dziwnego, że cię zawodzą. Ale jestem pewna, że w duchu 
też je podziwiasz. Dla nas to bardzo ważne, że jest tu winda. 
Dzięki   temu   muzeum   będzie   dostępne   dla   osób 
niepełnosprawnych,   co   pozwoli   nam   wystąpić   o   specjalne 
dotacje.

background image

 - No, no, co za szczęśliwy traf! - zakpił.
Winda cicho sunęła na górę i już po chwili stanęli przed 

kawiarnią.   Kilku   kelnerów   roznosiło   kawę   i   ciastka   wśród 
wczesnych gości.

Usiedli przy stoliku i zamówili kawę. Gdy tylko zostali 

sami, Dez pochylił się nad stolikiem i zapytał z naciskiem:

 - Dobrze, teraz powiedz mi, o co naprawdę chodzi?
 - Co chcesz wiedzieć?
  - Sama chyba rozumiesz,  że jeśli uda ci się przejąć ten 

budynek, będziesz zgubiona. Jest pięćdziesiąt razy większy od 
waszego   muzeum.   Siedzę   w   tej   branży   od   lat,   potrafię   to 
ocenić. Nie możesz być aż tak naiwna, żeby wierzyć, że to się 
uda. Dlatego pytam, co naprawdę zamierzasz z nim zrobić. 
Ten gmach jest przecież dla ciebie o wiele za duży i zupełnie 
niepraktyczny,   nie   jesteś   w   stanie   wykorzystać   całej 
powierzchni. Bądźmy szczerzy, z waszym budżetem nawet nie 
będziesz w stanie utrzymać go w czystości!

To   akurat   może   okazać   się   prawdą,   pomyślała,   ale   nie 

zamierzała   mówić   tego   głośno.   Ciągle   jeszcze   próbowała 
oswoić się z informacją, ile zapłacił za prawo pierwokupu. Jak 
można   wyłożyć   taką   kwotę,   nie   stając   się   w   zamian 
właścicielem   nawet   jednej   cegły?   Jakoś   nie   mogła   sobie 
wyobrazić,   że   wydaje   takie   sumy,   nie   dostając   nic 
namacalnego.

Dez   wydał   te   pieniądze,   chociaż,   jak   twierdzi,   nie   ma 

jeszcze   konkretnego   pomysłu,   co   zrobić   z   budynkiem. 
Zupełnie jakby grał w Monopol i obracał bezwartościowymi 
papierkami.

Musiała   przyznać,   że   popełniła   pewien   błąd.   Zawsze 

myślała tylko o gmachu, nie wpadła na to, że dla Deza dużą 
wartość przedstawia również sama działka w tej atrakcyjnej 
części miasta.

background image

Kelner przyniósł im kawę. Mieszając cappucino, odezwała 

się z namysłem:

 - Wygląda na to, że jednak dobrze przyjrzałeś się domowi 

Essie.

  - Dlaczego tak myślisz? Bo byłem w stanie oszacować 

jego   powierzchnię?   Kiedyś   dobrze   go   znałem,   sporo 
pamiętam, chociaż nie byłem tam od dwunastego roku życia.

Czyli około dwudziestu lat, obliczyła szybko w myślach i 

westchnęła.

 - Jeszcze zanim Essie założyła w nim muzeum?
  -   Zanim   je   otworzyła   -   skorygował.   -   Myślę,   że 

gromadziła   te   wszystkie   klamoty,   od   kiedy   nauczyła   się 
chodzić. Ale nie zmieniaj tematu, wróćmy do tego budynku, 
nie wątpię, że masz jakiś świetny plan.

  -   Muszę   przyznać,   że   w   jednej   kwestii   masz   rację   - 

rzeczywiście byłyby trudności z wykorzystaniem powierzchni. 
Ale w tym hrabstwie jest co najmniej tuzin różnych placówek 
historycznych. W większości są w podobnej sytuacji, nie mają 
pieniędzy   na   sprowadzanie   ciekawych   wystaw,   więc   nie 
przyciągają zwiedzających i nie zarabiają pieniędzy. Dlatego 
chciałabym,   żebyśmy   wspólnie   stworzyli   coś   w   rodzaju 
centrum kulturalnego.

 - Chciałabyś połączyć muzea? - spytał zaskoczony.
  - Owszem.  -  Kiwnęła  głową. -  Wchodzisz do  jednego 

budynku,   kupujesz   bilet   i   oglądasz   dowolną   ekspozycję. 
Dziadek zwiedza wystawę historyczną, babcia malarstwo, a 
wnuki szaleją wśród dinozaurów. I to wszystko pod jednym 
dachem. Myślę, że to świetny pomysł! Nagłośnimy sprawę w 
mediach i musi się udać! - Spojrzała na niego z triumfem i 
spytała niewinnie: - Co z tobą? Nie smakuje ci kawa?

Dez   pomyślał,   że   zapach   kawy   orzechowej   już   zawsze 

będzie   mu   się   kojarzył   z   pewnym   drobnym   rudzielcem 
ogarniętym obsesją historyczną.

background image

  -   Jesteś   szalona...   -   zdołał   wyjąkać,   kręcąc   głową   z 

niedowierzaniem.

Zanim zdążył wyjaśnić, co miał na myśli, do ich stolika 

podeszła jakaś kobieta. Dez uniósł głowę i westchnął w duchu. 
To była Carla - przebojowa reporterka telewizyjna. Widocznie 
media   zamierzały   same   zainteresować  się  sprawą,  Gina   nie 
musiała   niczego   nagłaśniać.   Przeklął   się   w   duchu,   że   ją   tu 
przyprowadził, i czekał na rozwój sytuacji.

 - Miło was widzieć razem - odezwała się Carla słodko.
Pomyślał,   że   tylko   ona   może   wypowiedzieć   banalną 

uwagę   takim   tonem,   jakby   przyłapała   ich   nago   w   salonie. 
Ukłonił się z rezerwą i zapytał chłodno:

 - Co cię sprowadza, Carla?
  - Robię program o tym gmachu. Wiesz, że kopuła nad 

atrium zrobiona jest z pięciu tysięcy kawałków kolorowego 
szkła?

 - Spędzało mi to sen z powiek. Dzięki, że policzyłaś.
Carla ściągnęła brwi i powiedziała:
  - Z twojego tonu domyślam się, że chcielibyście zostać 

sami. Macie coś do przedyskutowania? Może przyszłość tego 
budynku? Właśnie, panno Haskell, czy znalazłaby pani czas, 
żeby udzielić wywiadu naszej stacji?

  -   Hmm,   sądzę,   że   wykroję   coś   w   moim   grafiku   - 

wymruczała Gina, starając się żadnym gestem nie zdradzić, 
jak bardzo jest jej na rękę ta propozycja.

 - Więc kiedy?
 - Kiedy tylko znajdzie pani dogodny termin.
  -   Może   natychmiast   -   zaproponował   Dez   zmęczony   tą 

dziwną sytuacją. Chciał wracać do biura i zająć się swoimi 
sprawami. Poza tym miał nadzieję, że jeśli obie kobiety nie 
zdążą   się   przygotować   do   rozmowy,   narobią   mniej   szkód. 
Udało się.

background image

  - Dez ma rację! To świetny pomysł! - zawołała Gina i 

wstała. - Dzięki za kawę, Dez. Zobaczymy się później.

I obie odeszły, zostawiając go samego.
Skończył   kawę   i   wrócił   do   biura,   gdzie   spędził   resztę 

popołudnia na przeglądaniu papierków. Nie zamierzał tracić 
czasu na myślenie o Ginie Haskell. Nie będzie zastanawiał się 
nad   tym,   co   powie   w   wywiadzie.   Nie   będzie   oglądał   w 
telewizji tych świetlistych, brązowych oczu.

I na pewno nie zadzwoni, żeby zapytać, jak poszło. Niech 

go   diabli,   jeśli   da   jej   tę   satysfakcję.   Zresztą   nieważne. 
Cokolwiek by powiedziała, nic nie zmieni jego decyzji.

Zainwestował   w   ten   pomysł   dużo   pieniędzy,   a   Gina 

jedynie trochę czasu. I jedno jest pewne - kiedyś nawet ona 
uświadomi sobie, jak nierealny był jej projekt. Rzuca się na 
dużą   inwestycję   bez   dokładnych   wyliczeń,   oszacowania 
kosztów i sensownego planu.

To w końcu on był specjalistą od tych kwestii, zajmował 

się tym przecież od lat. Działka w centrum miasta  stanowi 
zawsze łakomy kąsek, nawet bez konkretnego przeznaczenia. 
Nie   wątpił,   że   pewnego   dnia   wpadnie   na   jakąś   ciekawą 
koncepcję, co z nią zrobić.

Próbował   skupić   się   na   pracy,   ale   łapał   się   na   tym,   że 

wciąż się zastanawia, co Gina naopowiada Carli. Odsunął na 
bok papiery, sięgnął po kluczyki do samochodu i po chwili 
jechał już w stronę muzeum.

Nie był tu wprawdzie od lat, ale często przejeżdżał obok. 

Czasami mijając to miejsce, myślał o swojej ekscentrycznej 
ciotce i wspominał miłe chwile, które spędził tu jako dziecko.

Zaparkował   samochód   na   sąsiedniej   uliczce   i   wolnym 

krokiem szedł po dobrze znanej ścieżce. Zachodzące słońce 
złociście   oświetlało   cały   budynek,   odbijało   się   od   dachu   i 
zwieńczeń wieżyczek. Drzwi muzeum były głucho zamknięte, 

background image

nie   paliło   się   żadne   światło.   Dom   wyglądał   na   samotny   i 
opuszczony.

Przez   zrujnowane  żelazne   ogrodzenie   przedostał   się   do 

ogrodu. Większość drzew zdziczała, a ścieżki porosły mchem. 
Essie   najwyraźniej   całkowicie   oddała   się   pasji   zbierania 
pamiątek   przeszłości,   a   muzeum   nie   miało   funduszy   na 
utrzymanie ogrodu.

Podszedł do tylnej fasady. Przez chwilę podziwiał okna 

obrośnięte   dzikim   winem.   Nagle   tylne   drzwi   uchyliły   się   i 
stanęła w nich Gina.

  - Godziny otwarcia muzeum wypisane są na tablicy od 

frontu - powiedziała.

 - Jeśli jest już zamknięte, to co ty tutaj robisz?
  -   Nadrabiam   zaległości.   Straciłam   dziś   sporo   czasu, 

najpierw na kawie z tobą, a potem z Carlą. Chcesz wejść na 
chwilę?

Otworzyła szerzej drzwi i gestem zaprosiła go do środka.
Wszedł do ciemnego holu i z ciekawością rozejrzał się po 

wnętrzu.   Wszystko   tonęło   w   lekkim   półmroku.   Pamiętał 
zapach tego domu - leciutką woń stęchlizny i starych książek.

Gina   poprowadziła   go   długim   korytarzem   i   mocno 

popchnęła   drzwi   kuchni.   Zamknęły   się   za   nimi   z   głośnym 
skrzypieniem. Te drzwi także pamiętał z dzieciństwa. Kuchnia 
była jasno oświetlona, ale nie tak przytulna jak dawniej.

Gina otworzyła starą lodówkę i spytała:
 - Chcesz colę? I tak nie ma nic innego.
  - Jak to? - zdziwił się. - Nie macie słynnych ciasteczek 

figowych w niebieskim garnku Essie?

 - Właśnie się skończyły. To jedno ze wspomnień twojego 

dzieciństwa?   Masz   szczęście,   garnuszek   jest   na   górze,   na 
wystawie.

 - Na wystawie? Ten stary garnek?

background image

 - Może nie uwierzysz, ale okazał się jednym z pierwszych 

egzemplarzy ceramiki wypalanej w naszym hrabstwie.

  -   Nie   do   wiary   -   pokręcił   głową.   -   Ale   wiem   teraz, 

dlaczego   chcesz   się   stąd   wynieść.   -   Pokazał   pęknięcie   na 
ścianie i dodał: - Ten dom starzeje się coraz szybciej. Widzę, 
że wymaga gruntownego remontu.

 - Nie panikujmy, ta rysa jest tutaj, odkąd pamiętam, czyli 

od ponad dziesięciu lat. Jest jak stara przyjaciółka.

Gina   musiała   być   nastolatką,   kiedy   zaczęła   tu   bywać, 

obliczył szybko.

  - I skrzypiące drzwi? Chcesz powiedzieć, że zawsze tak 

było?

 - Cóż, może w twoich czasach nie skrzypiały - odparła z 

uśmiechem. - A może skrzypią dlatego, że jak podejrzewam, 
używałeś ich jako huśtawki.

 - Skąd wiesz? Czyżby Essie naskarżyła na mnie?
 - Nie, sama na to wpadłam. Zastanawiałam się, w co mógł 

się tu bawić mały chłopiec, i to bardzo mi do ciebie pasowało.

 - Bo ma coś wspólnego z destrukcją?
 - Ty to powiedziałeś. Milczał przez chwilę.
  - Skoro uważasz, że ten dom jest w niezłym stanie, to 

dlaczego   chcesz   się   stąd   wynieść?   -   spytał,   patrząc   na   nią 
uważnie.

 - Na pewno muszę ci to wyjaśniać?
  -   Nie   wątpię,   że   możesz   mi   podać   co   najmniej   tuzin 

powodów, od braku parkingu począwszy, na braku miejsca na 
zbiory skończywszy. Zastanawiam się tylko, który z nich jest 
twoim zdaniem najważniejszy.

 - Wszystkie. Dlatego chcę dostać Tyler - Royale.
 - Ten budynek jest nieosiągalny i oboje o tym wiemy. Ale 

co powiesz na kościół św. Franciszka?

Patrzyła   na   niego   zaskoczona,   w   końcu   odezwała   się 

niepewnie:

background image

  - Cóż... Tam są wspaniałe witraże. Chciałam je nawet 

przenieść tutaj, ale nie mam tyle miejsca...

Przerwał jej w pół słowa.
  - Mogłabyś wykorzystać budynek kościoła na muzeum. 

Jest tam duży parking, a i witraże zostaną na miejscu.

Była wyraźnie zaskoczona, ale widać było, że rozważa to, 

co usłyszała. Naciskał więc dalej:

 - Dajmy spokój z Tyler - Royale. Zacznij myśleć realnie. 

Kościół to dobra propozycja. Upiekłabyś dwie pieczenie na 
jednym ogniu - przeniesiesz muzeum do większego budynku i 
będziesz miała cenne witraże od razu na miejscu. Skoro więc 
zgadzasz się na kościół...

  -   Hola!   -   przerwała   mu   gwałtownie.   -   Powinnam   się 

domyślić, że masz też działkę z kościołem. Nie powiedziałam 
jednak,   że   się   zgadzam.   Kościół   jest   piękny,   ale   trochę   za 
mały. Nie opłaca się przenosić tam zbiorów po to, by za kilka 
lat szukać następnego lokum.

Zaczął się poważnie zastanawiać, czy ta kobieta nie jest 

szalona.

  -   Gino,   właśnie   zaoferowałem   ci   atrakcyjny   budynek 

tylko za to, żebyś przestała myśleć o Tyler - Royale!

  -   Rozumiem,   co   mi   proponujesz   -   zamruczała.   -   To 

ciekawe.   Bardzo   ciekawe.   Kościół   św.   Franciszka   jako 
wstępna   oferta   do   negocjacji.   Zobaczymy,   jaka   będzie 
końcowa...

I uśmiechnęła się, patrząc mu prosto w oczy.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Żadne z nich nie przerywało ciszy, która zapadła po tych 

słowach. Po chwili Gina dopiła swoją colę i odezwała się:

  -   Naprawdę   muszę   już   wracać   do   pracy.   Ale   bardzo 

proszę, rozejrzyj się tutaj swobodnie. Moje biuro jest na górze, 
naprzeciwko   schodów.   Jak   skończysz,   daj   mi   znać,   żebym 
mogła wszystko pozamykać.

Wyszła z kuchni i weszła na piętro, zapalając po drodze 

wszystkie   światła.   Sama   mogłaby   poruszać   się   po   tych 
korytarzach   z   zamkniętymi   oczami,   ale   nie   chciała   narażać 
Deza   na   przykre   niespodzianki.   Dom   zbudowano   na   długo 
przedtem, zanim w mieście założono elektryczność i kontakty 
umieszczone były w najdziwniejszych miejscach.

Zatrzymała się na chwilę w dawnej sypialni Essie. Po jej 

śmierci   nawet   ten   pokój   został   udostępniony   publiczności. 
Gina   chciała   odtworzyć   w   nim   starodawne   studio 
fotograficzne.   Niestety,   chociaż   pomieszczenie   było   dość 
duże, nie wszystkie sprzęty udało się w nim zmieścić, wiele 
eksponatów wciąż stało w skrzyniach w piwnicy.

  - Gdybyśmy tylko mieli więcej miejsca - westchnęła z 

żalem.

Wspięła   się   na   poddasze   i   otworzyła   drzwi   swojego 

gabinetu.   Wybrała   to   miejsce   na   biuro,   bo   dzięki   temu   nie 
miała  poczucia,  że marnuje  przestrzeń należną eksponatom. 
Poza tym gabinet na strychu miał tę dodatkową zaletę, że mało 
komu chciało się pokonywać dość strome schody, aby z nią 
porozmawiać.

Pokoik na strychu w niczym nie przypominał poważnego 

gabinetu.   Nieliczne   zmiany,   jakie   wprowadziła   tu   Gina, 
polegały na tym, że przesunęła pod ścianę skrzynki i pudła, 
które   zalegały   cały   strych,   i   w   kąt   facjatki   wstawiła   swoje 
biurko.   Pokój   nadal   wypełniały   różne   dziwne   sprzęty,   a 
światło lampy wydobywało z mroku dziesiątki przedmiotów i 

background image

rzucało   na   ściany   tajemnicze   cienie.   Jedynym   znakiem 
obecności   Giny   był   ulubiony   kubek   na   biurku   i   dyplom 
ukończenia studiów zawieszony na ścianie.

Usiadła za biurkiem, przepłukała gardło wodą mineralną i 

usiłowała ustalić budżet muzeum na przyszły rok. Nie było to 
wcale łatwe, zważywszy, że nie miała pojęcia, gdzie za kilka 
miesięcy będzie ich siedziba. Prawie zapomniała, że nie jest 
sama,   gdy   w   pewnym   momencie   usłyszała   znajome 
skrzypnięcie wąskich drzwi i po chwili pojawiła się w nich 
twarz Deza.

Rozejrzał się zdumiony i rzucił:
 - Rzeczywiście potrzebujesz więcej przestrzeni. Oderwała 

wzrok od budżetu i odpowiedziała może nieco zbyt złośliwie:

  -   Gratulacje.   Dostajesz   nagrodę   za   spostrzegawczość. 

Jeśli myślisz, że tu jest ciasno, powinieneś zobaczyć piwnicę.

 - Przechowujecie zabytki w piwnicy? - zdziwił się.
 - Trochę czuć tam stęchlizną, ale nie mamy wyjścia. A co, 

masz jakiś lepszy pomysł?

  - Hmm... - Milczał przez chwilę, w końcu spytał: - Co 

właściwie zamierzasz zrobić z domem, kiedy już przeniesiesz 
muzeum?

 - Mam nadzieję, że ocaleje.
  -   Jasne!   Dlatego   tak   się   uparłaś   na   budynek   Tyler   - 

Royale. Cały ten dom zmieściłby się tam na jednym stoisku!

To oczywiście była gruba przesada, ale postanowiła nie 

reagować na złośliwości.

  - Nie zamierzam zrobić z niego eksponatu muzealnego. 

Myślę, że powinien stać się znowu zwykłym domem.

 - Czyim? Twoim? Spojrzała na niego zaskoczona.
 - Moim?! Po co mi takie wielkie mieszkanie?!
 - To wcale nie byłoby dziwne. Znasz przecież ten dom od 

podszewki, nie odstrasza cię jego stan ani sąsiedztwo...

background image

  -   Posłuchaj!   -   zdenerwowała   się.   -   Wbrew   temu,   co 

sugerujesz, nie dlatego chcę przenieść muzeum, żeby zagarnąć 
dla siebie rodową posiadłość Kerriganów! To wspaniały dom, 
ale   trzeba   włożyć   wiele   pracy,   żeby   odzyskał   dawną 
świetność!

  - A! Więc przyznajesz, że budynek wymaga poważnego 

remontu!   -   Dez   zrobił   krok   do   tyłu   i   oparł   się   o   barierkę. 
Zatrzeszczała   złowieszczo.   Wyprostował   się   gwałtownie   i 
wsparł się o futrynę, która wyglądała znacznie stabilniej.

  -  Żartujesz   sobie!?   Oczywiście,   że   trzeba   tu   wszystko 

przebudować! Kuchnia wygląda, jakby nie remontowano jej 
od lat! Tylko Essie była w stanie to znosić. Nie wyobrażam 
sobie, jak mogłaby tu funkcjonować normalna rodzina!

 - Lubisz gotować? - spytał zaskoczony.
 - Lubiłabym, gdybym miała na to czas i energię. Ale nie 

martw się, nie ostrzę sobie zębów na tę kuchnię! Ten dom jest 
za duży dla jednej osoby. Nawet Essie ze wszystkimi swoimi 
zbiorami nie wykorzystywała go w pełni!

 - Kto zatem tu zamieszka, jeśli nie ty?
Miała   wrażenie,   że   słyszy   w   jego   głosie   jakieś   dziwne 

zainteresowanie. Nie miała pojęcia, o co mu chodziło.

  -   Nie   wiem.   Chciałabym,   żeby   kupiła   go   jakaś   miła 

rodzina, wyremontowała i kochała tak, jak na to zasługuje.

 - Jest bardziej prawdopodobne, że zostanie zburzony albo 

w najlepszym razie przerobiony na apartamenty - powiedział, 
potrząsając głową.

  -   Zamierzasz   mnie   przekonać,   że   mam   moralny 

obowiązek zostać tu i ratować dom, bo tego pewnie życzyłaby 
sobie Essie? - spytała zirytowana Gina.

 - Myślę, że nie muszę cię przekonywać. Sama wiesz, co 

powinnaś robić.

background image

  - A skąd ty to wiesz!? - wybuchła rozzłoszczona. - Nie 

znałeś Essie! Nie masz pojęcia, czego by sobie życzyła! Nigdy 
jej nie odwiedzałeś!

  -   Skąd   ta   pewność?   Dyżurowałaś   tu,   żeby   poznać 

wszystkich jej gości?

W   zasadzie   tak   właśnie   było,   ale   nie   musiała   mu   tego 

mówić.

  - Sam powiedziałeś, że nie byłeś w tym domu od wielu 

lat. Tak czy nie?

 - Hmm, zapomniałem, że ci o tym wspomniałem.
 - Może powinieneś sobie wszystko zapisywać - doradziła 

złośliwie.   -   W   każdym   razie   nie   uważam,   żebyś   miał 
jakiekolwiek prawo pouczać mnie, czego pragnęłaby Essie!

 - Nie zamierzałem tego robić. Jak mówiłem, sama wiesz 

najlepiej, czego by sobie życzyła.

Chociaż jego ton był niezwykle uprzejmy, Gina odniosła 

wrażenie, że chciał jej coś zasugerować.

  - Posłuchaj! Z nas dwojga, to ja jestem osobą, która ma 

prawo wypowiadać się na temat planów i życzeń Essie! Na 
pewno nie ty!

Przysiadł na brzegu biurka i bawił się długopisem.
  -   No   właśnie   -   zaczął   po   chwili.   -   To   interesujące. 

Dlaczego   właściwie   czujesz   się   tak   związana   z   jakąś   starą 
kobietą i jej kolekcją?

Niemal zatrzęsła się z wściekłości.
  -  Jeśli  sugerujesz,  że  zaprzyjaźniłam   się  z  Essie,   żeby 

przejąć ten dom i jej zbiory...

 - Co widzę?! Jesteśmy nieco drażliwi! - Dez uniósł brwi i 

spojrzał   na   nią   przeciągle.   Nie   zamierzała   dać   się 
sprowokować,   ale   ledwo   trzymała   nerwy   na   wodzy.   -   Nie 
podejrzewam cię o żadne kombinacje. Gołym okiem widać, że 
nie   masz   w   tej   dziedzinie   zbyt   wiele   doświadczenia.   - 
Rozejrzał   się   po   zagraconym   pokoju,   rzucił   okiem   na 

background image

zniszczone stare biurko i dodał: - Domyślam się, że muzeum 
nie   płaci   ci   kokosów.   Hmm,   może   to   dlatego   tak   bardzo 
chcesz zmienić siedzibę...

  - Dlaczego wciąż podejrzewasz, że moje intencje nie są 

czyste?! - Nerwowo ściskała ołówek i resztką sił próbowała 
się opanować. Co za nieznośny facet! - Chcę zmienić lokal, bo 
tu   już   się   nie   mieścimy   -   dodała   spokojniej.   -   I   myślę,   że 
nawet Essie by to zrozumiała.

  -   Brak   miejsca   na   pewno.   Ale   nie   wiem,   czy 

zrozumiałaby,   że   jej   dom   zamieni   się   w   pensjonat   albo 
podrzędny  motelik. A szczerze mówiąc, nie widzę dla niego 
innej przyszłości. Jeśli ktoś ma pieniądze, nie zainwestuje w 
tej okolicy. Myślę, że nie tak łatwo będzie go sprzedać.

 - I tu się mylisz. Wielu naszych gości zachwycało się tym 

domem.   I   wielu   przyznawało,   że   chętnie   zamieszkaliby   w 
takim miejscu!

 - Ale pewnie nikt nie wystąpił z poważną ofertą kupna - 

mruknął kpiąco.

Gina milczała przez chwilę.
  - Jeśli tak bardzo martwisz się, co się stanie z domem 

Essie, dlaczego sam go nie kupisz? - zapytała, spoglądając na 
niego z ukosa.

 - Ja? Dlaczego miałbym to zrobić?
 - A dlaczego nie?
Patrzył na nią, jakby postradała zmysły.
  -   Jeśli   myślisz,   że   zrobię   wszystko,   by   ocalić   coś,   co 

przyniosłoby mi więcej kłopotów niż pożytku, to znaczy, że 
oszalałaś.

  -   Istotnie   -   odparła,   patrząc   mu   prosto   w   oczy.   - 

Musiałabym zgłupieć, żeby podejrzewać cię o to, że zechcesz 
uratować przed zniszczeniem rodzinną posiadłość. To przecież 
zupełnie nie w twoim stylu.

background image

Zapadał już zmierzch, kiedy zamykała drzwi za Dezem. 

Powoli   pogasiła   wszystkie   światła,   usiadła   na   najniższym 
stopniu   schodów   i   pieszczotliwie   gładziła   ręką   orzechową 
poręcz.

Zastanawiała   się,   czy   Dez   przypadkiem   nie   miał   racji? 

Może  rzeczywiście zbyt  optymistycznie  widziała  przyszłość 
tego domu.

Czy istotnie przenosiny do Tyler - Royale to taki dobry 

pomysł?

Spokojnie,   upomniała   się   w   duchu,   jesteś   przede 

wszystkim   odpowiedzialna   za   muzeum!   To   twoja   praca   i 
musisz znaleźć jakieś rozwiązanie. Nawet jeśli nie do końca 
spodobałoby się ono Essie.

Ale   chociaż   próbowała   podejść   do   sprawy   bez 

niepotrzebnych  emocji,   myśl   o   tym,   czego   życzyłaby   sobie 
dawna właścicielka muzeum, nieustannie zaprzątała jej myśli i 
powodowała   nieprzyjemne   napięcie.   Po   wszystkim,   co 
zawdzięczała Essie, czuła się teraz, jakby odwracała się do 
niej   plecami.   A   nawet   gorzej   -   jakby   pokazała   jej   język   i 
zagrała na nosie.

Nieraz widziała, jak robiły to dzieciaki w szkole. Mało kto 

lubił surową starą pannę, która uczyła historii. Na jej lekcjach 
nikt nie śmiał nawet szepnąć słówka, ale chociaż uczniowie 
narzekali, wszyscy pilnie się uczyli.

Gina słyszała wiele ostrzeżeń, zanim jeszcze przekroczyła 

próg   pracowni   historycznej.   Dlatego   od   pierwszego   dnia 
starała się wtopić w tłum innych uczniów i nie zwracać na 
siebie   uwagi   surowej   nauczycielki.   I   chociaż   jej   się   to   nie 
udało, nigdy tego nie żałowała.

A teraz czuła się tak, jakby za wszystko, co Essie dla niej 

zrobiła, za całe jej zainteresowanie i zaufanie, odpłacała jej w 
najgorszy sposób. Niszcząc jej ukochany dom. Bo to przecież 
sugerował Dez.

background image

Jedno musiała mu przyznać - umiał uderzyć w najsłabszy 

punkt. Nic dziwnego, destrukcja to jego specjalność. Także 
niszczenie marzeń.

Zastanawiała się, czy zdecydował już, co zrobi z kolejną 

działką w centrum miasta. I kiedy zacznie „oczyszczać" ją z 
niepotrzebnych zabudowań.

Dez nie miał najmniejszej ochoty na oglądanie nocnych 

wiadomości   w   telewizji.   Wiedział,   że   nic,   co   Gina 
powiedziałaby Carli, nie zmieni jego nastawienia do sprawy. 
Wolał   więc  przejrzeć   raporty   i  zastanowić   się  nad   nowymi 
projektami.

Poza   tym   plany   i   zamierzenia   Giny   były   wyłącznie   jej 

problemem. Zaproponował jej przecież budynek kościoła i to 
wszystko, co mógł zrobić.

Próbował skupić się nad dokumentami, ale nie bardzo mu 

to wychodziło. Sam nie wiedział, kiedy włączył telewizor. Na 
ekranie zobaczył miłą twarz Giny.

Prawie nie słyszał tego, co mówiła. Wpatrywał się w jej 

brązowe   oczy   i   miał   wrażenie,   że   całkiem   go 
zahipnotyzowały. Nieraz już żałował, że zamiast do kawiarni 
nie zabrał jej dziś w jakieś bardziej intymne miejsce. I to nie 
tylko dlatego, że tam z pewnością nie spotkaliby Carli.

  -   Naturalnie   -   usłyszał   jej   spokojny   głos.   -   Jestem 

przekonana, że to świetna lokalizacja dla muzeum. Być może 
nie jestem obiektywna, ale to przecież zrozumiałe. Niestety, 
nie do mnie należy decyzja. To, co się stanie z budynkiem 
Tyler - Royale, zależy tylko od Deza Kerrigana. Ale jestem 
pewna   -   kontynuowała   -   że   każdy   mieszkaniec   Lakemont 
chciałby,   aby   ten   piękny   gmach   ocalał.   Liczę,   że   nasi 
obywatele   poprą   moje   starania   i   dadzą   odczuć   panu 
Kerriganowi, jaki jest ich stosunek do tej sprawy.

Tak, to była Gina, jaką znał. Powinien przewidzieć, że tak 

łatwo nie złoży broni.

background image

  -   Waśnie   -   podchwyciła   Carla.   -   Zapytajmy   naszych 

mieszkańców, co myślą o przyszłości siedziby Tyler - Royale.

Następne   ujęcie   ukazywało   Carlę,   jak   stoi   przed 

budynkiem Tyler - Royale i pyta przechodniów o opinię.

Starszy pan proponował otworzyć hotel, ktoś inny wielki 

pchli targ.

  -   Więzienie!   -   wykrzyknęła   jakaś   zażywna 

czterdziestolatka. - Proszę tylko pomyśleć, ilu skazanych by 
pomieściło!

Carla   szybko   odwróciła   się   do   kamery   i   z   kamienną 

twarzą kontynuowała program. Dez po raz kolejny podziwiał 
jej profesjonalizm i opanowanie.

  - To tyle na dzisiaj. Jutro wrócimy do sprawy dalszych 

losów Tyler - Royale. Przyjrzymy się dokładnie zabytkowej 
fasadzie   budynku   i   wysłuchamy   krótkiego   wykładu   Giny 
Haskell   na   temat   znaczenia   poszczególnych   ornamentów. 
Zapraszam.

Kamera   znowu   skierowała   się   na   podziwiającą 

zwieńczenie   kopuły   budynku   Ginę,   po   czym   powoli 
przesunęła   się   w   górę   i   wkrótce   widzowie   mogli   zobaczyć 
finezyjne dekoracje zdobiące ściany tuż pod kopułą.

Co   za   nonsens,   pomyślał   Dez,   wyrzucać   pieniądze   na 

zdobienie ścian w miejscu, gdzie i tak nikt nie ma szansy tego 
zobaczyć.

Wyobrażał   już   sobie   całą   kampanię,   która   się   zaraz 

rozkręci,   żeby   ochronić   niepraktyczne   płaskorzeźby   i   kilka 
ozdobnych detali.

Cóż,   wcześniej   czy   później   ktoś   musi   spojrzeć   na   ten 

budynek bardziej praktycznie. I to będzie on.

Ziewnął znowu i pochylił głowę nad swoimi raportami.
Chociaż Gina na ogół lubiła swoją pracę, to niektóre jej 

aspekty przyprawiały ją niemal o gęsią skórkę. Zaliczały się 
do   nich   publiczne   wystąpienia   i   czynności   związane   ze 

background image

zbiórką datków na muzeum. Essie radziła sobie z tym dużo 
lepiej. Po prostu opodatkowała swoich licznych znajomych i 
twardą ręką ściągała należności. Gina nie miała tak bogatych 
znajomych, mogła jedynie zabiegać o wsparcie u obcych. Nie 
znosiła   tego,   ale   wiedziała,   że   bez   sponsorów   muzeum   po 
prostu nie przetrwa.

Kiedy w sobotę po południu taksówka zatrzymała się na 

zatłoczonym podjeździe przed domem Anne Garrett, Gina nie 
miała   ochoty   wysiadać.   Nie   znosiła   spotkań,   na   których 
wymieniało   się   banalne   uwagi   i   nikt   nawet   nie   udawał,   że 
słucha   rozmówcy.   Zresztą   hałas   i   tak   uniemożliwiał 
zrozumienie czegokolwiek.

Miała   jedynie   nadzieję,   że   uda   jej   się   zdobyć   kilka 

wizytówek   i   skontaktować   z   ich   właścicielami   w   bardziej 
sprzyjających okolicznościach.

Weszła   do   holu   okazałej   rezydencji   i   zatrzymała   się 

oszołomiona.   Dawno   nie   widziała   wnętrza   urządzonego   z 
takim smakiem i elegancją. Kiedy przesuwała zachwyconym 
wzrokiem po otoczeniu, natknęła się na stojącą w odległym 
kącie   postać   i   natychmiast   poczuła,   że   mimowolnie 
sztywnieje.

Dobrze zbudowany mężczyzna bezpardonowo przepychał 

się w jej kierunku.

 - Witam, panie Conklin - starała się, aby jej głos brzmiał 

spokojnie.

  -   Co   ty,   do   diabła,   wyprawiasz!?   -   Jim   Conklin   nie 

próbował   nawet   udawać   uprzejmości.   -   Lansujesz   się   w 
programach   telewizyjnych   i   próbujesz   robić   jakieś   interesy 
bez   niczyjej   zgody!   Wynajęliśmy   cię,   żebyś   prowadziła 
muzeum, a nie zarządzała nim jak prywatnym folwarkiem! - 
pokrzykiwał. - Rozmawiałaś o tym z prezesem?

 - Niezupełnie - przyznała Gina niechętnie. - Próbowałam 

skontaktować   się   z   nim,   ale   mi   się   nie   udało.   Zapewniam 

background image

jednak,   że   chciałam   przedstawić   raport   z   moich 
dotychczasowych starań na najbliższym posiedzeniu zarządu.

 - Kiedy już wszystko ustawisz po swojej myśli, jak sądzę 

- prychnął.

Gina   popatrzyła   zdumiona.   Chciała   wyjaśnić,   że 

zamierzała   zwołać   specjalne   posiedzenie,   by   omówić 
przyszłość muzeum, ale Jim Conklin nie dał jej szansy.

  -   Jeśli   sobie   wyobrażasz,   że   zarząd   automatycznie 

zatwierdzi   wszystkie   twoje   pomysły,   to   grubo   się   mylisz! 
Zawsze byłem przeciwny twojej kandydaturze, chociaż Essie 
tego chciała! Nie podoba mi się, że traktujesz muzeum, jakby 
było twoją prywatną własnością. Chcesz zmieniać budynki jak 
rękawiczki...!

Gdzieś za plecami Conklina Gina wyłowiła zaciekawione 

spojrzenie   wysokiej   blondynki.   Patrzyła   w   jej   kierunku   z 
dziwnym uśmiechem i Gina miała wrażenie, że musiały już 
kiedyś się widzieć. Pewnie spotkały się dawniej w podobnych 
okolicznościach...

 - Mogłabyś słuchać, kiedy do ciebie mówię? - zapytał Jim 

zjadliwie.

Powoli miała go dość.
 - Jeśli rzeczywiście będziesz chciał ze mną porozmawiać, 

możesz być pewny, że wysłucham cię uważnie - powiedziała z 
miłym uśmiechem. - Wpadnij do mnie do biura w przyszłym 
tygodniu, może uda nam się spokojnie podyskutować o losach 
muzeum. Te krzyki są zupełnie nie na miejscu.

 - Nie mam czasu na pogaduszki! I tak zmarnowałem go 

dość, żeby opracować plany dobudowy skrzydeł i przedstawić 
je   ekspertom.   A   tu   nagle   dowiaduję   się   z   telewizji,   że   to 
wszystko   się   nie   liczy,  bo   postanowiłaś   przejąć   największy 
budynek w hrabstwie!

background image

  -   Nie   unoś   się   tak   -   Gina   próbowała   go   uspokoić.   - 

Zamierzałam przedyskutować to z wami podczas najbliższego 
spotkania!

Odwróciła się gwałtownie i niemal wpadła na Deza, który 

podtrzymał jej łokieć i podał kieliszek z szampanem.

 - Zdaje się, że to ci dobrze zrobi - mruknął.
Spojrzała   na   niego   zaskoczona   i   zacisnęła   ręce   na 

kieliszku. Wymienić Jima na Deza, to jak wpaść z deszczu 
pod rynnę, pomyślała.

  - Proszę mi wybaczyć, porywam Ginę - usłyszała. - Z 

pewnością rozumie pan, że mamy mnóstwo do omówienia.

Pewnym krokiem przeprowadził ją przez tłum i skierował 

w stronę ogrodu. Tuż przy drzwiach podszedł do nich jakiś 
mężczyzna i zawołał rubasznie:

  -   Jeśli   wciąż   zbierasz   pomysły   na   ten   twój   budynek, 

Kerrigan, mam dla ciebie coś ekstra! Zrób tam park rozrywki! 
Wywal  wszystkie   ściany   i   puść   kolejkę   między   piętrami!   - 
zaśmiał się wesoło i odszedł, nie czekając na odpowiedź.

Dez umiejętnie omijał grupki gości i poprowadził Ginę na 

koniec ogrodu.

  -   Daleko   jeszcze   zmierzasz   mnie   ciągnąć?   Może 

powinnam wpaść do domu i wziąć jakiś bagaż?

Zatrzymał się i obrzucił ją taksującym spojrzeniem.
 - Nie, to, co masz na sobie, zupełnie wystarczy. Chociaż 

widzę,   że   nie   skorzystałaś   z   moich   rad   w   sprawie   butów. 
Myślałem, że jesteś rozsądniej sza. Ale muszę przyznać, że 
nie tylko w tym się pomyliłem. Muzeum musi ci jednak nieźle 
płacić, skoro stać cię na takie kreacje.

Spojrzał znacząco na jej kremową suknię i zawiesił głos.
 - Dziękuję - odparła spokojnie. Nie zamierzała tłumaczyć 

się   przed   nim,   jak   radzi   sobie   z   utrzymaniem   ze   swojej 
skromnej   pensji.   -   Ta   suknia   jest   rzeczywiście   wyjątkowa. 
Unikatowy egzemplarz.

background image

Była pewna, że drugiej takiej nie ma nigdzie. Zaraz po 

tym, jak kupiła ją w sklepie z używaną odzieżą, przerobiła ją 
gruntownie.

  -   Zgaduję,   że   twój   rozmówca   to   jeden   z   członków 

zarządu?   -  mruknął   Dez.  -  Jak  mi   się  zdaje,  nie  masz   tam 
wyłącznie zwolenników...

Gina upiła łyk szampana i spojrzała na Deza.
  -   Jak   każdy.   Różnice   zdań   występują   wszędzie,   a 

zwłaszcza w zarządach i radach nadzorczych, gdzie każdy z 
członków   myśli,   że   jest   najmądrzejszy.   Pewnie   masz   takie 
same problemy.

 - Nie. W ogóle nie mam zarządu. Jestem jedynym szefem 

tego biznesu.

  - Nic dziwnego,  że nie musisz liczyć się z pieniędzmi - 

mruknęła.

 - To w końcu moje pieniądze. Chociaż robisz, co możesz, 

żeby   to   zmienić.   Liczę,   że   nasi   obywatele   poprą   moje 
zamierzenia i dadzą odczuć panu Kerriganowi, jaki jest ich 
stosunek do tej sprawy - zacytował złośliwie. - Gratuluję! To 
było niezłe.

 - Jak rozumiem, bardziej podobał ci się pomysł z parkiem 

rozrywki?

  -   Jest   niezły,   chociaż   słyszałem   kilka   lepszych.   Ktoś 

proponował wielki salon samochodowy, ktoś inny darmowy 
hotel dla miejscowych artystów. Mój ulubiony, to ten, żeby 
zamienić budynek na zoo. Już widziałem, jak wrzucam cię do 
klatki lwów - dodał z uśmiechem. - W każdym razie, mam 
jeszcze kilka dni, żeby się zastanowić. Może pojawi się coś 
nowego.   Ale   jak   do   tej   pory   nikt   nie   zaproponował,   żeby 
urządzić tam muzeum. Ciekawe. Nie sądzisz?

 - Przerzucanie się głupimi pomysłami to jakaś nowa gra 

towarzyska? Jeśli tak, to nie masz co liczyć, że ktoś przyjdzie 

background image

do ciebie z tą propozycją. Ponieważ jako jedyna ma sens, nikt 
z twoich doradców na nią nie wpadnie!

 - Liczyłem, że porozmawiamy rozsądnie, ale widzę, że i 

w tym się myliłem. Jesteś zupełnie szalona! - warknął Dez, z 
trudem tłumiąc złość.

 - Co masz na myśli? - spytała zdumiona Gina.
  -  Słyszałem,   że   ty   i   ta  twoja   rada   chcecie  dobudować 

boczne   skrzydła   do   domu   Essie.   Skrzydła!   To   najgorszy 
pomysł, jaki kiedykolwiek słyszałem!

  -   Jeśli   chodzi   o   tamten   dom,   mówiłam   ci   już,   w   jaki 

sposób możesz go uratować.

 - Mam go kupić, tak? Nie, dzięki. Poza tym, nie wygląda 

na to, żeby twój zarząd zamierzał go sprzedać.

 - Nie wyciągaj pochopnych wniosków. Jim Conklin to nie 

cały   zarząd.   Większość   członków   to   rozsądni   ludzie,   nie 
wszyscy chcą dostawiać jakieś dziwne przybudówki. Chociaż 
być może nie będziemy mieli wyjścia. Zawsze to lepsze niż 
postawiony na środku trawnika baraczek z płyt.

Dez   popatrzył   na   nią   w   milczeniu.   Widziała,   że   ledwo 

panuje nad emocjami. Zastanawiała się, czy nie posunęła się 
za daleko. Chyba nawet on nie uwierzy, że zgodziłaby się na 
coś, co tak zeszpeciłoby dom Essie.

 - To najgłupszy pomysł, o jakim słyszałem.
  -   Więc   znajdź   mi   lepszy.   Tylko   proszę,   daruj   sobie 

kościół św. Franciszka.

Zanim zdążył odpowiedzieć, usłyszeli kroki na ścieżce i 

wkrótce pojawiła się na niej wysoka blondynka, którą Gina 
widziała już wcześniej.

  -   Przepraszam,  że   przeszkadzam   -   rzuciła   bez   śladu 

zmieszania. - Chciałam się tylko upewnić, czy to naprawdę ty, 
Gino?

Chociaż   Gina   wysilała   pamięć,   nie   przypominała   sobie, 

gdzie mogły się spotkać.

background image

 - Przykro mi, ale nie poznaję pani.
  -   Nie   dziwię   się   -   zaśmiała   się   blondynka.   -   Jestem 

Jennifer   Carleton,   chodziłyśmy   razem   do  szkoły.  Miałyśmy 
wtedy po trzynaście lat. Zmieniłam się trochę od tego czasu.

Gina   z   trudem   odgrzebała   w   pamięci   obraz   spokojnej, 

nieco nierozgarniętej grubaski. Nie przypominała sobie, aby 
kiedykolwiek zamieniła z nią choć słowo.

 - Och! - odezwała się zdawkowo. - To rzeczywiście było 

wieki temu.

Jennifer rozciągnęła usta w filmowym uśmiechu.
 - Tak... Chociaż muszę przyznać, że ty nie zmieniłaś się 

aż tak bardzo. Szczerze mówiąc, od razu zwróciłam na ciebie 
uwagę.   Ta   suknia   wydaje   mi   się   znajoma,   miałam   kiedyś 
bardzo podobną...

 - Co za zbieg okoliczności - Gina starała się, aby jej głos i 

spojrzenie nie zdradzały napięcia, jakie w niej narastało.

  - Nieprawdopodobne! A projektant zapewniał mnie, że 

drugiej   takiej   nigdzie   nie   zobaczę!   Nie   pamiętam   już,   co 
zrobiłam ze swoją starą... Ach, wiem! Podarowałam ją na cele 
dobroczynne! Dez, jak wreszcie będziesz wolny... - odwróciła 
się i spojrzała zalotnie.

 - Och, nie mogę pozwolić ci czekać - odezwała się Gina 

uprzejmie.   -   Dez   porwał   mnie   tak   szybko,   że   nawet   nie 
zdążyłam   przywitać   się   z   gospodynią.   -   Skinęła   głową   i 
odeszła w stronę domu.

Kiedy była na końcu ścieżki, odwróciła się i zobaczyła, 

jak Jennifer kładzie Dezowi rękę na ramieniu. Usłyszała też 
jej słodki głos:

 - Muszę z tobą porozmawiać o naszym dorocznym balu. 

Jedna z pań zasiadających w komisji wymyśliła, że mógłby się 
odbyć w atrium Tyler - Royale, ale nie odważyła się zwrócić z 
tym do ciebie. Uznała, że za słabo się znacie i dlatego wysłała 
mnie! - Jennifer zaśmiała się perliście.

background image

Doskonale,   publiczna   sala   tańca,   kolejna   świetna 

propozycja!

Gina   z   ulgą   wtopiła   się   w   tłum   gości   i   rozbawiona 

pomyślała, że pierwszy raz zgiełk i zamieszanie sprawiają jej 
przyjemność.   Krążyła   między   grupkami,   szukając   Anne 
Garrett   i   jednocześnie   starając   się   uniknąć   ponownego 
spotkania z Jimem lub Jennifer. Ich dwoje to zdecydowanie za 
dużo jak na jeden wieczór.

To   musiało   się   kiedyś  zdarzyć,  pomyślała   filozoficznie. 

Jeśli ktoś  kupuje  używane  ciuchy, a potem  pokazuje  się w 
nich publicznie, powinien się z tym liczyć. W zasadzie miała 
dużo   szczęścia,   że   coś   takiego   przytrafiło   się   jej   po   raz 
pierwszy.   Cóż,   może   inni   darczyńcy   tanich   sklepów   mieli 
więcej taktu niż Jennifer Carleton.

Podeszła   do   stołu,   na   którym   pyszniły   się   wspaniałe 

przekąski   i   zafascynowana   podziwiała   kunszt   kucharza. 
Sięgnęła po talerzyk i ruszyła do przodu. Nagle poczuła, że 
niechcący prawie stratowała jakiegoś mężczyznę.

 - Przepraszam pana, ale nie mogę oderwać oczu od tych 

wspaniałości!   Nie   wiem   sama,   czy   powinnam   jeść,   czy 
podziwiać! - Zaśmiała się i podniosła głowę. Dopiero wtedy 
zobaczyła, że jej niedoszłą ofiarą jest dyrektor generalny Tyler 
- Royale. - Och, pan Clayton! Nie sądziłam, że jest pan ciągle 
w mieście!

 - Zostanę tu jeszcze trochę - odparł z uśmiechem. - Mam 

mnóstwo pracy, jak zawsze w takich sytuacjach. Dlatego nie 
cierpię likwidować sklepów.

 - Wyobrażam sobie - mruknęła ze zrozumieniem.
  -   W   dodatku   zarząd   zapewnił   pracowników,   że   nie 

zostaną   wyrzuceni   na   bruk.   Cieszę   się,   że   znowu   panią 
spotykam, winien jestem pani podziękowania.

 - Podziękowania? Za co?

background image

  -   W   ostatnich   dniach   przeżywamy   prawdziwy   najazd 

klientów.   Obroty   w   restauracjach   i   barach   wzrosły   o 
trzydzieści procent. A nasi goście w zdecydowanej większości 
zapewniają,   że   pod   wpływem   pani   wystąpienia   w   telewizji 
chcieliby uratować budynek.

  -   Mam   rozumieć,   że   zdecydował   się   pan   jednak 

przedłużyć działalność sklepu?

  - Skąd! To, że bary mają więcej klientów, nie do końca 

przekłada   się   na   sprzedaż.   Ale   dostaliśmy   już   wiele 
propozycji.   Jeśli   usłyszę   choć   jedną   w   miarę   rozsądną, 
przekażę ją Dezowi.

Zanim Gina zdążyła odpowiedzieć, podeszła do nich Anne 

Garrett.

  - Witaj, Ross! - powiedziała. - Dzięki, że wypożyczyłeś 

mi swojego kucharza. Jeśli jego też chcesz wyrzucić, kiedy 
zamkniesz   magazyn,   daj   mi   jego   numer.   Cieszę  się,  że   cię 
widzę,   Gino!   Musimy   koniecznie   porozmawiać.   Powiem 
szczerze, nigdy nie sądziłam, że udzielanie ci rad może być 
tak ryzykowne!

Gina   spojrzała   na   nią   niepewnie,   ale   zanim   zdążyła 

dowiedzieć się, co Anne miała na myśli, tuż obok nich wyrósł 
Dez.

  -   O!   Czyżby   Gina   znowu   narozrabiała?   Muszę   to 

usłyszeć! Koniecznie!

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Gina  próbowała  pochwycić  wzrok  Anne i  dać  jej znać, 

żeby odłożyły tę rozmowę. Niestety, kobieta uśmiechała się 
do Deza i była zupełnie nieczuła na jej subtelne sygnały.

 - Słyszałam - odezwała się do niego łagodnie - że myślisz 

o   budowie   trasy   narciarskiej   wewnątrz   Tyler   -   Royale. 
Całoroczna, klimatyzowana...

Dez jęknął jak zbity szczeniak.
  - Jeśli chcesz, żebym sobie poszedł, po prostu powiedz. 

Nie musisz kopać leżącego.

 - Och! - zaśmiała się Anne. - Widzę, że dobre rady nieźle 

już dały ci się we znaki.

Dez   westchnął   tylko   głęboko   i   wziął   ze   stolika   garść 

solonych orzeszków.

  - Lepiej pójdę poszukać tego bojowego członka zarządu 

muzeum. Jak on się nazywa? Conklin?

Gina nie mogła się doczekać, kiedy Dez je zostawi. Niech 

idzie, gdzie chce, byleby zniknął jej z oczu. Gdy tylko się 
oddalił, zwróciła się do Anne:

 - O co chodzi? Jakiś problem?
 - Problem to za dużo powiedziane, ale chyba nie działałaś 

zgodnie z moją radą...

  -   Przecież   artykuł   o   Tyler   -   Royale   był   na   pierwszej 

stronie gazety...

 - No właśnie. Ale dalej był tekst o muzeum. Napisałam, 

że byłam oczarowana po wizycie w nim i zachęcam każdego 
do odwiedzin.

Gina poczuła, że zasycha jej w gardle.
  -   Nie   zauważyłam...   -   Byłam   zajęta   snuciem   marzeń, 

dodała   w   myślach.   -   Liczba   odwiedzających   rzeczywiście 
wzrosła, ale myślałam, że to z powodu szumu wokół Tyler - 
Royale.

background image

  -   Być   może,   ale   mój   tekst   też   mógł   się   do   tego 

przyczynić. Porwałaś się na wielką rzecz. Przejęcie Tyler - 
Royale to nie żarty, nie wiem, czy nie przeceniłaś swoich sił... 
Ale   skoro   już   zaczęłaś,   to   chciałabym   ci   pomóc.   Trzeba 
zorganizować   szeroko   zakrojoną   akcję.   Spotkajmy   się   w 
przyszłym tygodniu.

 - Nie wiem, czy warto - odparła Gina powątpiewająco. - 

Dez wydaje się nieprzejednany w tej sprawie.

  - Nie składaj jeszcze broni - zachęcała ją Anne. - Jeśli 

chcesz porwać tłumy, musisz wyzbyć się pesymizmu. Teraz 
przepraszam na chwilę, muszę pożegnać gości.

Anne odeszła, a Gina miała ochotę zapaść się pod ziemię. 

A więc dziennikarka wcale nie miała na myśli gmachu Tyler - 
Royale!

Może jednak jej pomysł nie był zupełnie bez sensu, skoro 

tyle osób chciało ją poprzeć? Nie mogła się poddać, zaszła 
zbyt daleko, żeby uznać całą akcję za nieporozumienie. Gdyby 
teraz   się   wycofała,   straciłaby   wiarygodność,   a   to   mogło 
fatalnie wpłynąć na losy muzeum.

Pokręciła   się   chwilę   między   gośćmi,   ale   miała   ochotę 

wracać   do   domu.   Unikanie   Jennifer   i   Conklina   było   zbyt 
męczące, żeby mogła czerpać przyjemność z przyjęcia. Przy 
drzwiach spotkała Anne.

 - Bardzo dziękuję za miły wieczór! - pożegnała się.
  - Cieszę  się,  że wpadłaś. I  pozwól,  że dam ci  jeszcze 

jedną,   ostatnią   radę   -   powinnaś   lepiej   poznać   swego 
przeciwnika. - Spojrzała na nią tajemniczo i zawołała gdzieś w 
bok: - Dez, może odwieziesz Ginę?

Gina   wstrzymała   oddech   i   rozejrzała   się.   Rzeczywiście, 

Dez stał w pobliżu i rozmawiał z Jennifer Carleton.

 - Jedziesz w moim kierunku? - zapytał leniwie.
 - Jeśli wracasz do biura...

background image

 - W zasadzie nie zamierzałem już dziś pracować. Chyba 

że właśnie coś wymyśliłyście z Anne...

 - Nie ośmieliłabym się przysparzać ci kłopotów.
  - Jacy uprzejmi  oboje! - zaśmiała się Anne. - No już, 

zmykajcie stąd.

Dez uśmiechnął się, strzelił obcasami, zasalutował Anne i 

podał ramię Ginie. Ruszyli zgodnym krokiem, ale gdy tylko 
znikli z zasięgu wzroku Anne, Gina zatrzymała się.

 - Nie chcę ci sprawiać kłopotu. Wezwę taksówkę.
 - Anne będzie zawiedziona. Nie panikuj, to żaden kłopot. 

Nie zakopię twojego ciała na plaży, choć czasami miałbym 
ochotę   cię   udusić.   Ale   Anne   widziała   nas   wychodzących 
razem i znalazłbym się na pierwszych stronach „Kroniki" jako 
postrach staruszek!

 - Nie sądziłam, że opinia innych jest dla ciebie tak ważna.
 - Racja. Ty mi uświadomiłaś, że dobre imię coś dla mnie 

znaczy.

  - No dobrze - zaśmiała się Gina. - Jeśli rzeczywiście to 

nie problem, odwieź mnie do domu.

Dez pomógł jej wsiąść do małego sportowego samochodu, 

po czym sam zajął miejsce za kierownicą.

  -   W   pewnym   sensie   wyświadczyłaś   mi   przysługę. 

Gdybym cię nie  odwoził,  pewnie musiałbym tam  stać  i do 
końca życia słuchać Jennifer. Uparła się, żeby zorganizować 
swój bal w Tyler - Royale i postanowiła mnie przekonać, że to 
świetny pomysł.

  -   Dlaczego   nie   chciałeś   się   zgodzić?   To   rzeczywiście 

najrozsądniejsza   propozycja   ze   wszystkich,   jakie   dziś 
słyszałam, a było ich wiele.

 - Bal ma się odbyć w listopadzie, a to zbyt odległy termin, 

żebym mógł coś obiecać. Nie mam nawet pewności, czy do 
tego czasu budynek w ogóle będzie stał.

background image

 - A co zamierzasz zrobić z placem? - zapytała bez cienia 

emocji w głosie.

Rzucił jej szybkie, zdziwione spojrzenie.
 - Pytasz tak spokojnie?
 - Cóż, tyle razy powtarzałeś mi, że tylko ty decydujesz o 

tym, co się stanie z budynkiem, że widocznie w końcu coś do 
mnie dotarło. Zresztą Carla ciągle przynosi jakieś plotki i już 
sama   nie   wiem,   co   myśleć.   Może   powiesz   mi,   jakie   masz 
plany i wreszcie będę miała pewność.

Spojrzał na nią, jakby postradała zmysły.
 - Chyba że się wstydzisz - prowokowała.
 - Co właściwie powiedziała Carla?
  - Nie wiem, czy powinnam ci mówić... - drażniła się. - 

Chociaż, z drugiej strony, obserwowanie twoich reakcji może 
być bardzo interesujące. Powiedziała, że całe miasto  mówi... 
A przy okazji, od jak dawna spotykasz się z Carlą? Tylko nie 
zaprzeczaj, widziano was razem.

  - Z Carlą?! - wykrzyknął zdziwiony. - Spotkaliśmy się 

tylko   raz.   Właściwie   to   nie   była   nawet   randka.   Namówiła 
mnie,   żebym   jej   dotrzymał   towarzystwa   podczas 
zeszłorocznego balu.

 - No proszę... A zapewniałeś, że nie można cię do niczego 

przekonać   -   odezwała   się   słodkim   głosem.   -   Biedna   Carla, 
wciąż   nie   potrafi   mówić   o   tym  spokojnie.   Co   jej   zrobiłeś? 
Pewnie   nie   zadzwoniłeś   nigdy   więcej...   Ale   to   nie   moja 
sprawa.  W  każdym  razie,  Carla  twierdzi,  że  zbudujesz  tam 
apartamentowiec z pasażem handlowym.

 - Podziękuj Carli za ten pomysł. Apartamentowiec? Być 

może, ale pasaż handlowy w miejscu, gdzie nie utrzymał się 
dom towarowy...

 - Tak też myślałam... Skręć w lewo i zatrzymaj się przy 

tamtym domu. Jesteśmy na miejscu. Dzięki za podwiezienie.

Zaparkował na poboczu i odwrócił się w jej stronę.

background image

 - Nie zaprosisz mnie na kawę? Zawsze chciałem zobaczyć 

to stylowe wnętrze z czasów Essie. Bo jej dom z pewnością 
straci   swój   styl   po   planowanej   przebudowie.   Z   tego,   co 
opowiadał   mi   dzisiaj   Jim   Conklin,   wynika,   że   planujecie 
poważne zmiany.

I   na   tym   polega   problem,   pomyślała   Gina,   nie   mam 

pojęcia, co właściwie zdradził Dezowi Jim.

  - Po namyśle... - zaczęła powoli - Wiesz, może jednak 

wpadniesz na filiżankę kawy?

 - Z przyjemnością. - Zgasił silnik i wysiadł z samochodu. 

- Myślałem, że nigdy mnie nie zaprosisz.

Prowadziła   go   wiekowym   korytarzem   i   patrzyła   na 

znajome   otoczenie   świeżym   wzrokiem.   Miała   wrażenie,   że 
schody skrzypią bardziej niż zwykle, a i rys na ścianach jakby 
przybyło.   Wprowadziła   go   do   swojego   mieszkanka   i 
natychmiast   zaczęło   jej   się   wydawać,   że   jest   mniejsze   niż 
zwykle. Może to przez tego postawnego faceta, który stał na 
środku i uważnie przyglądał się wszystkiemu?

Zajęła się przyrządzaniem kawy i obserwowała go kątem 

oka.   Nie   wyglądał   na   specjalnie   zdegustowanego.   Wręcz 
przeciwnie.

 - Zastanawia mnie jedna rzecz - odezwał się po chwili.
 - Dlaczego wasze plany wobec domu Essie to taki wielki 

sekret?   Staram   się   być   na   bieżąco,   jeśli   chodzi   o   takie 
informacje,   a   nie   słyszę   nic   -   ani   plotek   architektów,   ani 
rozmów inżynierów. Nic. - Potrząsnął głową.

 - To akurat bardzo łatwo wyjaśnić - zaśmiała się Gina.
  -   Specjaliści   nic   nie   mówią,   bo   jeszcze   nie 

konsultowaliśmy się z nimi.

Dez   zaniemówił   i   wpatrywał   się   w   nią   zaskoczony. 

Uśmiechnęła   się   w   duchu,   ten   widok   dostarczył   jej   sporo 
satysfakcji. W końcu się zlitowała.

background image

 - To na razie tylko idea, nie konkretny plan. Dlatego nie 

rozmawialiśmy jeszcze z nikim. Być może w ogóle nie będzie 
takiej konieczności, jeśli uda nam się zdobyć Tyler - Royale.

 - Nie ma takiej możliwości - powiedział szybko.
  - Na pewno, jeśli będziesz stale torpedował ten pomysł. 

Naprawdę   sądzisz,   że   znajdziesz   chętnych   na   kolejne 
apartamenty w tym mieście?

Nie   odpowiedział.   Podała   mu   kawę,   a   kiedy   podniosła 

wzrok,   stwierdziła,   że   po   prostu   udaje,   że   nie   usłyszał   jej 
pytania. Obejmował dłońmi filiżankę i patrzył w okno.

  - Wstydź się, uwierzyłaś w plotki Carli - powiedział w 

końcu.

 - Ach! Apartamentowiec!
  - I na dodatek planujecie rozbudowę starego domu bez 

planów   i   konsultacji,   nie   mając   nawet   pewności,   że   to 
możliwe!   Zachowujecie   się   jak   dzieci!   Jest   jeszcze   jedna 
rzecz,   która   mnie   martwi   -   ciągnął   Dez.   -   Możliwe,   że   w 
końcu sprzedacie dom Essie. Tak dbacie o pamiątki po niej, a 
nie interesuje cię, w czyje ręce trafi jej ukochany dom? Jestem 
pewien, że zarząd sprzeda go bez namysłu, jeśli tylko ktoś 
zaoferuje   rozsądną   cenę.   Jim   Conklin   nie   wyglądał   na 
człowieka,   któremu   ta   kwestia   spędza   sen   z   powiek.   - 
Przerwał   na   chwilę   i   odstawił   filiżankę.   -   Dostanę   jeszcze 
kawy?

Gina zagryzła wargi. Miał rację. Potrzebowali dosłownie 

każdego dolara. Nie była w stanie nic odpowiedzieć. Sięgnęła 
po   dzbanek.   Zastanawiała   się,   jak   mogła   przeoczyć   tak 
oczywiste fakty. Wiedziała, że dom Essie nie jest wiele wart. 
Ale zarząd skorzysta z każdej możliwości, żeby zebrać więcej 
pieniędzy, zwłaszcza jeśli będą musieli kupić nowy budynek. I 
trudno ich za to winić. Nie mogli przecież prosić ludzi o datki 
na nową siedzibę, zatrzymując jednocześnie dom Essie. To by 
było nieuczciwe.

background image

Uświadomiła   sobie   własną   naiwność.   Nawet   jeśli   jakaś 

miła rodzina zechciałaby kupić dom, to zapewne nie będzie w 
stanie zapłacić za niego zbyt wiele. I pewnie nie będzie jej 
stać na renowację... Czyżby więc los ukochanego domu Essie 
był przesądzony...?

 - Nie chcę się tym teraz martwić - powiedziała głośno.
 - Pomyślę o tym we właściwym czasie.
 - Słuszna decyzja - zgodził się Dez podejrzanie szybko.
 - Bo ten czas nie nadejdzie, dopóki nie znajdziecie nowej 

siedziby, a to nigdy nie nastąpi, jeśli będziesz myślała o Tyler 
- Royale.

Wstała zirytowana i demonstracyjnie zaczęła myć ekspres. 

Postanowiła zignorować uwagę Deza.

 - Więc nie dostanę trzeciej filiżanki? - domyślił się Dez.
  -   Ale   jest   jeszcze   jedna   rzecz,   o   której   chciałem 

porozmawiać - zaczął z namysłem. - Powiedz, czemu Essie 
była dla ciebie taka wyjątkowa. Pamiętam ją jako nudną starą 
pannę.   To   chyba   nie   najciekawsze   towarzystwo   dla   młodej 
dziewczyny. Ile miałaś lat, kiedy ją poznałaś?

 - Trzynaście - odpowiedziała, nie patrząc na niego.
 - I tak cię zafascynowała? - zdziwił się.
Przez chwilę zastanawiała się, czy w ogóle odpowiadać na 

to pytanie. Nie wiedziała, czy Dez potrafi zrozumieć, kim była 
dla niej Essie.

  -   Im   lepiej   ją   poznawałam,   tym   bardziej   się 

zaprzyjaźniałyśmy - zaczęła wolno. - Najpierw prowadziłam 
segregację   i   archiwizację   jej   zbiorów.   Oczywiście,   byłam 
jeszcze   dzieckiem,   więc   robiłam   to   pod   jej   nadzorem. 
Spędziłyśmy   razem   wiele   czasu.   Słuchałam   jej   opowiadań. 
Nie   była   wcale   nudna.   Szkoda,   że   tego   nie   słyszałaś, 
większość opowieści dotyczyła początków Hrabstwa Kerrigan 
i   dziejów   twojej   rodziny.   Czy   ty   w   ogóle   wiesz   coś   o 
Desmondzie?

background image

  - A więc pracowałaś dla niej i nauczyłaś się słuchać jej 

opowieści, tak? - Dez zignorował jej pytanie.

 - Nauczyłam się cenić historię. Essie ukształtowała mnie. 

Miała na mnie ogromny wpływ, nawet się nie domyślasz, jak 
duży.

Gina   zamilkła,   przypomniawszy   sobie   niezwykłe 

okoliczności,   w   jakich   się   poznały.   Dez   również   się   nie 
odzywał.   Po   chwili,   zaniepokojona   przedłużającą   się   ciszą, 
odwróciła się w jego stronę. Stał nieruchomo tuż obok. Dużo 
bliżej, niż myślała.

 - Dziękuję ci - powiedział poważnie.
  -   Cóż,   potrafię   zrobić   jeszcze   lepszą   kawę,   jeśli   mam 

więcej czasu. - Uśmiechnęła się i wzruszyła ramionami.

  -   Wiesz,  że   nie   mówię   o   kawie.   Dziękuję,   że   byłaś 

przyjaciółką starej kobiety. Dzięki tobie Essie na pewno nie 
czuła się samotna.

Gina   miała   wrażenie,   że   usłyszała   w   jego   głosie   jakąś 

dziwną   nutę.   Czyżby   teraz   żałował,   że   tyle   stracił,   nie 
odwiedzając Essie?

 - Pewnie słyszałeś jej historie od dziecka i były dla ciebie 

nudne - powiedziała w końcu. - Dla mnie były nowe i przez to 
takie ciekawe.

Uśmiechnął się słabo.
 - Musiałaś być dla niej naprawdę kimś wyjątkowym.
Nie   wiedziała,   co   odpowiedzieć,   ale   on   chyba   nie 

oczekiwał odpowiedzi. Patrzył na nią długo, a potem ujął jej 
podbródek, pochylił się i pocałował ją.

Jego usta poruszały się wolno i łagodnie. Lekko napierał 

na jej wargi i pieścił je subtelnie.

Gina   stała  nieruchomo,   jakby   zdrętwiała.  Ale  w   środku 

drżała   ze   zmieszania.   Chociaż   koniuszkami   palców   dotykał 
tylko jej podbródka, paliło ją całe ciało.

background image

Kiedy wreszcie podniósł głowę, starała się, aby jej głos 

brzmiał spokojnie.

 - Rozumiem, że to podziękowanie za to, co zrobiłam dla 

Essie.

 - Oczywiście - odparł, unosząc lekko brwi.
  - Cieszę się, że to ustaliliśmy. - Cofnęła się o krok. - 

Dobranoc, Dez.

Nie poruszył się.
 - Następny pocałunek będzie jeszcze wspanialszy. Dam ci 

prawdziwą lekcję całowania.

 - Nie potrzebuję lekcji! - odparła oburzona.
  -   Potrzebujesz,   i   to   bardzo.   Daj   znać,   kiedy   będziesz 

gotowa.

I znikł, zanim zdążyła odpowiedzieć.
A więc jednak myliła się co do Deza Kerrigana - był nieco 

sentymentalny.   Może   nawet   bardziej,   niż   przypuszczała.   I 
wreszcie   zrozumiał,   jak   wiele   stracił,   nie   poznając   bliżej 
swojej ciotki.

Gina zamyśliła się na chwilę, wspominając starszą panią. 

Essie   nie   była   wcale   oschłą   nauczycielką   historii,   jaką 
udawała. Przypomniała sobie, jak kiedyś schowała się wśród 
zbiorów i przestraszyła staruszkę niemal na śmierć. To było 
tak dawno, że dziś wydawało się niemal snem, który przyśnił 
się jakiejś innej osobie.

Bo   byłam   inną   osobą,   uświadomiła   sobie   Gina.   I 

zmieniłam się dzięki Essie.

A teraz te proponowane lekcje całowania. To w jakimś 

sensie również przez Essie, choć Gina musiała przyznać, że 
nie czuła przykrości.

Ale   też   Dez   wybrał   sobie   dziwny   sposób,   by   okazać 

wdzięczność.   I   jeszcze   śmiał   proponować,   że   będzie   jej 
udzielał lekcji!

background image

Pewnie   sądził,   że   tak   ją   tym   wszystkim   oszołomił,   że 

zapomni o innych sprawach.

Ale nie znał jej. Nie tak łatwo było ją oszołomić. Musiałby 

się postarać dużo bardziej, by zapomniała o swoich planach.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Gina weszła do dawnej jadalni Essie i rzuciła kontrolne 

spojrzenie na pokój. Teraz to była sala konferencyjna i dziś 
właśnie miało się odbyć kolejne posiedzenie zarządu. Osiem 
krzeseł   stało   równo   wzdłuż   mahoniowego   stołu 
wypolerowanego   w   ostatniej   minucie   przez   niezawodnych 
pracowników.   Ekspres   do   kawy   pyrkotał   przyjemnie   i 
rozsiewał   wokół   miły   aromat.   Gina   rozłożyła   notatniki   i 
ołówki, zastanawiając się, czego jeszcze brakuje.

  -   Woda!   -   przypomniała   sobie.   -   Eleanor,   przynieś, 

proszę, wodę mineralną - zwróciła się do wolontariuszki, która 
pomagała jej przygotować salę. - To będzie chyba wszystko, 
potem możesz wracać do domu.

 - Szczerze mówiąc, chętnie zostałabym na zebraniu, jeśli 

to   możliwe.   Nigdy   jeszcze   nie   przysłuchiwałam   się 
posiedzeniom zarządu.

 - Oczywiście, że możesz zostać. Od kiedy korzystamy z 

pieniędzy podatników, posiedzenia są jawne i każdy może w 
nich uczestniczyć.

 - Dzięki, Gino. Wiem, że pewnie dziś nie zapadnie żadna 

decyzja, ale chciałabym się dowiedzieć, jak potoczą się losy 
tego domu - powiedziała Eleanor smutnym głosem.

Gina spojrzała na nią z sympatią.
 - Wiem, że kochasz ten dom, Eleanor, ale nie potrafię ci 

powiedzieć,   co   się   z   nim   stanie.   I   dziś   na   pewno   nic   nie 
zostanie postanowione.

  -   Och,   wiem,  że   to   głupie.   Nawet   gdyby   zarząd 

zdecydował się go sprzedać, nie sądzę, byśmy mogli sobie na 
niego   pozwolić   -   dodała   kobieta   ze   smutnym   uśmiechem   i 
wcisnęła za pasek poły dżinsowej koszuli.

  -   W   każdym   razie,   będę   o   tobie   pamiętała,   jak   już 

zapadnie jakaś decyzja.

background image

Usłyszały skrzypnięcie ciężkich drzwi i Gina poczuła, że 

przeszył   ją   nerwowy   dreszcz.   Na   szczęście   jako   pierwszy 
przyszedł przewodniczący Towarzystwa Historycznego. Gina 
miała nadzieję, że uda jej się zamienić z nim kilka słów, zanim 
pojawią się pozostali członkowie zarządu.

Starszy pan wszedł do pokoju i zagadnął od razu:
 - Mam nadzieję, że dowiem się w końcu, co tu się dzieje.
  -   Naturalnie.   Cieszę   się,   że   przyszedł   pan   wcześniej, 

próbowałam   się   z   panem   skontaktować,   ale   widocznie 
wyjechał pan z miasta.

  - Tak. - Pokiwał głową i wyjaśnił: - Wyjechaliśmy do 

córki, urodziła właśnie trzecie dziecko i żona chciała być przy 
niej. To nasz piąty wnuk. Szczerze mówiąc, myślę, że ten cały 
szum   ze   spadającym   przyrostem   naturalnym   jest   grubo 
przesadzony.

Gina uśmiechnęła się i od razu przeszła do rzeczy.
  - Przykro mi,  że nie uprzedziłam pana, ale nie miałam 

pojęcia,   że   reporterka   wpadnie   na   pomysł,   by   do   pana 
zadzwonić w sprawie budynku Tyler - Royale.

 - Ja też byłem zaskoczony. A swoją drogą wielka szkoda, 

że Kerrigan zamierza zrównać go z ziemią.

  -   Moim   zdaniem   nie   powinniśmy   tak   szybko   się 

poddawać, jak pan sądzi?

 - Wola walki godna podziwu - zaśmiał się starszy pan. - 

Pomożemy ci, na ile będziemy mogli. Ale nawet gdyby udało 
ci się zdobyć ten budynek, nie jesteśmy w stanie w pełni go 
wykorzystać.

 - O tym właśnie chciałam dzisiaj porozmawiać. Myślę, że 

mam   pewien   pomysł,   dzięki   któremu   moglibyśmy 
wykorzystać każdy kąt!

Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo właśnie otworzyły 

się   drzwi   i   na   salę   zaczęli   wchodzić   pozostali   członkowie 

background image

zarządu. Zrobiło się małe zamieszanie, wszyscy nalewali sobie 
kawy i wymieniali powitalne uprzejmości.

Jako   ostatni   pojawił   się   Jim   Conklin   w   towarzystwie 

jakiegoś   obcego   mężczyzny,   którego   natychmiast 
przyprowadził do Giny.

  -   To   jest   specjalista,   o   którym   ci   mówiłem.   Nathan 

Haynes,   architekt.   Ma   biuro   w   centrum.   Zgodził   się   rzucić 
okiem na nasze plany rozbudowy i podpowiedzieć nam kilka 
rozwiązań.

Przewodniczący   zajął   miejsce   za   stołem   i   powiedział 

głośno:

  -   Skoro   wszyscy   są,   myślę,   że   możemy   zaczynać. 

Zaszurały   krzesła   i   członkowie   zarządu   usiedli,   stawiając 
przed   sobą   filiżanki   z   kawą.   Gina   zajęła   swoje   ulubione 
miejsce na końcu stołu, tyłem do drzwi. Eleanor przyniosła 
sobie dodatkowe krzesło i usiadła nieco z boku.

Zanim   jednak   zdążyli   rozpocząć,   drzwi   znowu   się 

otworzyły.

Kto to może być, zastanowiła się Gina, nikogo przecież 

nie brakowało. Pewnie jakiś spóźniony gość, który chciałby 
jeszcze obejrzeć zbiory. Albo... albo ktoś z całkiem innymi 
zamiarami. Serce podeszło jej do gardła.

  -   Witam   wszystkich   -   usłyszała   znajomy   głos.   - 

Przepraszam   za   spóźnienie,   ale   długo   krążyłem,   zanim 
znalazłem miejsce do zaparkowania. Powinniście pomyśleć o 
tym, zanim rozbudujecie muzeum.

O, nie, westchnęła w duchu, wolałabym już złodzieja.
 - Gdzie znajdę jakieś krzesło, Gino? A może przesuniesz 

się i zmieścimy się na jednym?

Zaskoczenie, jakie malowało się na jej twarzy, sprawiło 

mu niemałą satysfakcję. Czyżby rzeczywiście nie domyśliła 
się, że pojawi się tu dziś wieczorem?

background image

Odniósł wrażenie, że na chwilę przestała oddychać, a jej 

cera przybrała podejrzany bladoniebieski odcień. Zastanawiał 
się, co powinien zrobić, by pomóc jej odzyskać równowagę - 
chlusnąć   w   nią   szklanką   wody,   czy   przycisnąć   do   siebie   i 
namiętnie pocałować. Niezależnie od skuteczności obu metod, 
nie miał wątpliwości, która z nich była bardziej pociągająca.

Zanim   jednak   zdążył   wcielić   je   w   życie,   Gina   wzięła 

głęboki oddech i powiedziała:

 - Krzesła są w pokoju obok.
Jej głos był tylko o ton niższy niż zazwyczaj. Szybko się 

opanowała i musiał przyznać, że zaimponowała mu tym. Nie 
zdziwiłby się, gdyby członkowie zarządu nic nie zauważyli.

Przyniósł sobie krzesło i usiadł tuż obok niej. Rozejrzał się 

wokół. Na wprost niego siedział przewodniczący, obok Jim 
Conklin, a tuż za nim...

  -   Witaj,   Nate!   -   zwrócił   się   do   architekta.   -   Co   ty   tu 

robisz?

  - Mógłbym ci zadać to samo pytanie - odparł tamten z 

szerokim uśmiechem. - Na razie tylko się przyglądam.

Dziwne, pomyślał. Gina zapewniała go, że nie wynajęli 

jeszcze   żadnego   architekta.   To   niewątpliwie   musiał   być 
ekspert Conklina, o którym wspominał podczas przyjęcia.

Przewodniczący rozpoczął zebranie, a sekretarka zaczęła 

wymieniać kolejne punkty posiedzenia.

Dez pochylił się i czytał plan spotkania leżący u Giny na 

kolanach.   Współpraca   z   innymi   organizacjami   w   tworzeniu 
centrum   kulturalnego.   Chyba   już   gdzieś   to   słyszał.   Akcja 
szukania   sponsorów   dla   muzeum.   Chciałby   zobaczyć,   jak 
zamierzają to zrobić.

Wpatrywał   się   w   kartkę   i   kątem   oka   zerkał   na   Ginę. 

Ciekaw był, jak długo wytrzyma tę sytuację.

 - Co ty tu robisz? - usłyszał po chwili ciche pytanie.

background image

  -   Staram   się   być   dobrym   obywatelem   -   wyszeptał   w 

odpowiedzi. - Sprawdzam, na co idą moje podatki.

Prychnęła lekko i skupiła się na słuchaniu dyskusji przy 

stole. W każdym razie z całych sił próbowała to zrobić.

Dez rozsiadł się wygodnie, splótł ramiona i wydawał się 

niezwykle zadowolony z siebie.

Gina   była   przekonana,   że   Dez   opuści   muzeum 

natychmiast   po   zakończeniu   zebrania.   Zdziwiła   się   więc, 
kiedy zobaczyła go w rogu pokoju gawędzącego z Conklinem 
i jego znajomym. Sprzątała ze stołu resztę naczyń, kiedy do jej 
uszu dobiegł złośliwy śmiech architekta i słowa:

  - Słyszałem, że zamierzasz skupić pod dachem Tyler - 

Royale   wszystkie   domy   publiczne   rozsypane   po   mieście. 
Burmistrz   podobno   wyznaczył   już   nagrodę   dla   ciebie   za 
oczyszczenie   okolicy   z   panienek   straszących   turystów   w 
zakamarkach starówki.

Dez   burknął   coś   w   odpowiedzi,   odstawił   kubek   do 

zmywarki i wyszedł z pokoju.

Kilka   minut   później   sala   była   uprzątnięta,   Eleanor 

przecierała stół, a Gina poszła zamknąć główne drzwi.

Ku swemu zaskoczeniu, w pustym holu natknęła się na 

Deza.

  - Nie miałam pojęcia, że wciąż tu jesteś - odezwała się 

zdziwiona.   -   Zwłaszcza   po   tym,   jak   milczałeś   przez   całe 
zebranie. Jeżeli nie zamierzałeś zabierać głosu, to po co tu 
przychodziłeś? - zaatakowała go.

 - Gdybym miał coś do powiedzenia, zrobiłbym to. Ale nie 

musiałem się odzywać, doskonale wszystko wyjaśniłaś, moje 
uwagi nie były już potrzebne.

Jego głos brzmiał tak niewinnie, że prawie dała się na to 

nabrać.

 - Próbujesz uśpić moją czujność? - spytała podejrzliwie. - 

Nie uda ci się. Jestem pewna, że gdyby dyskusja przybrała 

background image

inny obrót i zarząd postanowił coś, co kolidowałoby z twoimi 
interesami, nie siedziałbyś tak cicho.

  -   Oczywiście,   że   nie.   Wtedy   musiałbym   trochę   ich 

wyprostować.

 - Wyprostować!? - powtórzyła z irytacją. - Wydaje ci się, 

że masz monopol na prawdę?! Ale w końcu przyznałeś się, że 
nie przyszedłeś tu jako zwykły obywatel zatroskany o swoje 
podatki!

 - Ależ dokładnie tak było! - zaprzeczył gorąco.
  -   Jakoś   nie   wierzę,   żebyś  poświęcał   tyle  czasu   każdej 

organizacji, która dostaje kilka centów z twoich podatków!

  -   To   prawda,   muszę   przyznać,   że   niektórzy   z 

użytkowników   moich   ciężko   zarobionych   pieniędzy 
wzbudzają   żywsze   uczucia   w   moim   sercu.   -   Rozejrzał   się 
wkoło   i   dodał:   -   Jak   na   przykład   autorzy   pomysłu 
dobudowania   nowoczesnych   bocznych   skrzydeł   do   starego 
budynku.

Zdenerwowana oparła ręce na biodrach i odezwała się z 

wściekłością:

 - Mam tego dosyć! Nie obchodzi mnie, co myślisz na ten 

temat! Jeszcze kilka dni temu przekonywałeś mnie, że pomysł 
z przenoszeniem muzeum do innego budynku jest bez sensu! 
Teraz   przychodzisz   i   krytykujesz   jedyny   plan,   który 
pozwoliłby nam zostać tutaj i przetrwać!

 - Ostrzegam tylko, że wyrzucicie pieniądze w błoto.
  - Mam dość twoich dobrych rad! Za chwilę znajdziesz 

kolejny  argument,  którym  będziesz torpedował moje   plany! 
Szczerze mówiąc,  to  co się  dzieje  z  muzeum,  to  nie  twoja 
sprawa!

  - Próbuję ci tylko powiedzieć, że wcześniej czy później 

wszystkie problemy tego miejsca spadną na twoją głowę, a ty 
nawet tego nie zauważysz.

background image

Jego spokojny ton i ponura wizja, jaką przed nią roztaczał, 

na   chwilę   wytrąciły   ją   z   równowagi.   Na   szczęście   szybko 
wróciła jej dawna werwa.

 - Dzięki za ostrzeżenie. Doceniam je, pochodzi wszak od 

mistrza destrukcji!

 - Chciałem cię tylko uprzedzić, jak to się może skończyć.
  -   A   w   zasadzie,   kto   powiedział,   że   na   pewno   tu 

zostaniemy?   Może   nie   zauważyłeś,   ale   członkom   zarządu 
bardzo spodobał się mój pomysł stworzenia w Tyler - Royale 
centrum kulturalnego.

  - To chyba ty nie zauważyłaś, że uznali pomysł za tak 

nierealny, że nawet o nim nie dyskutowali.

 - Być może muszą się najpierw z nim oswoić - przyznała. 

- Ale kiedy już to nastąpi, zobaczą, że ten plan ma same plusy. 
Kilka   podobnych   instytucji   zgromadzonych   pod   jednym 
dachem   to   ogromna   oszczędność   -   rozłożone   wydatki   na 
ochronę, recepcję, szatnię...

 - Rozmawiałaś już z innymi muzeami?
 - Dlaczego pytasz? Nie wierzysz, że uda mi się przekonać 

ich do tego projektu?

 - Nie. Nawet jeśli przekonasz całe miasto, nie zmieni to 

faktu,   że   tylko   ja   mogę   zdecydować,   co   stanie   z   tym 
budynkiem. Dobrze mówię?

  - I to jest główny problem. - Pokiwała głową. - Pytam 

serio, Dez, ile chcesz za odsprzedanie prawa pierwokupu?

 - Ono nie jest na sprzedaż.
  - Daj spokój, sam mówiłeś, że nie przegapisz żadnego 

interesu - naciskała.

 - Ale nie w tym wypadku.
  -   Możesz   budować   te   swoje   wieżowce,   gdzie   tylko 

chcesz,   dlaczego   uparłeś   się   akurat   na   to   miejsce?   Masz 
przecież jeszcze działkę z kościołem.

 - Tamta jest za mała.

background image

 - Więc wykup sąsiadujące!
 - Łatwiej powiedzieć, niż zrobić.
 - Aha!
 - Co za „aha"? - spytał, unosząc brwi.
 - Przyznajesz więc, że chcesz tam zbudować wieżowiec!
 - Mówiłem hipotetycznie.
 - Aha, a ja jestem z Marsa!
  -   W   to   akurat   byłbym   w   stanie   uwierzyć   -   mruknął. 

Przemilczała tę uwagę.

 - Ile chcesz za sprzedaż? - powtórzyła.
 - Nie słyszałem, żeby zarząd upoważnił cię do negocjacji 

w tej sprawie, więc nie będę się wdawał w czczą dyskusję.

  - Ale przecież musi być coś, czego chcesz! - zawołała i 

dopiero   potem   uświadomiła   sobie,   że   zabrzmiało   to   nieco 
dwuznacznie. - To znaczy, nie miałam oczywiście na myśli 
nic...

  -   Próbujesz   ze   mną   negocjować   bez   zgody   zarządu   i 

składasz   mi   dziwne   propozycje.   O   ile   nie   miałaś   na   myśli 
wspólnej   kąpieli   w   jaccuzi,   to   rozumiem,   że   była   to   oferta 
finansowa, do złożenia której nie zostałaś upoważniona.

Gina   postanowiła   zignorować   ten   niebezpieczny   wątek 

dyskusji i skupić się na istocie sprawy.

  -   Nie   sądzisz   chyba,   że   zarząd   w   twojej   obecności 

ustalałby,  o jakich  sumach  mogę  rozmawiać.  Mamy  pewne 
zasoby finansowe...

Spojrzał na nią powątpiewająco i ogarnął hol taksującym 

spojrzeniem.

 - Podziwiasz dekoracje, czy zastanawiasz się, kiedy sufit 

zwali nam się na głowę?

  - Po prostu podziwiam urok tego miejsca. Swoją drogą, 

jak będziesz organizowała tę zbiórkę pieniędzy, daj mi znać.

 - Po co? Żebyś miał satysfakcję, sabotując akcję?

background image

  - Skądże znowu, kochanie! Abym mógł was wesprzeć. 

Zdaje się, że Uczy się każdy grosz, czyż nie?

Rzucił jej przeciągłe spojrzenie i wyszedł, zanim zdążyła 

odpowiedzieć.

Eleanor   skończyła   sprzątać   i   razem   z   Gina   wyszły   z 

muzeum.

Gdy Gina walczyła z opornym zamkiem, jej pomocnica 

stała zamyślona i przyglądała się domowi.

 - To piękny budynek - odezwała się cicho. - Chociaż na 

początku wcale tak nie myślałam. Uważałam, że jest okropny, 
stary, śmierdzący stęchlizną i zmęczony. Trochę podobny do 
Essie - powiedziała z uśmiechem. - Ale potem, sama nie wiem 
kiedy, pokochałam go.

 - Tak jak Essie - dodała Gina ciepło.
 - Właśnie tak - zgodziła się Eleanor. - Do jutra. Pożegnała 

się i poszła do samochodu.

Gina stała jeszcze chwilę i zastanawiała się nad tym, co 

właśnie   usłyszała.   Czyżby   ten   dom   równie   niepostrzeżenie 
wkradł się w serce Deza?

Nie bądź naiwna, pomyślała w duchu, intencje Deza były 

zupełnie inne, chciał cię po prostu przekonać, że to miejsce 
nie jest takie złe i powinnaś tu zostać.

Ciekawe dlaczego nie chciał wymienić żadnej sumy, za 

jaką gotów byłby odstąpić prawo pierwokupu Tyler - Royale? 
Sam   przecież   mówił,   że   zawsze   jest   otwarty   na   zrobienie 
dobrego interesu.

Może myślał, że każda suma będzie dla niej za wysoka? I, 

szczerze mówiąc, nie mylił się.

A   może   chciał   w   zamian   czegoś   innego   niż   pieniądze? 

Czy to możliwe, żeby chodziło mu o stary dom Essie?

Gina potrząsnęła głową i stwierdziła, że musiała wypić za 

dużo kawy. Głupie rzeczy przychodzą jej do głowy.

background image

Ale z drugiej strony, była jakaś sprzeczność w tym, co 

mówił. Najpierw zapewniał ją, że dom zostanie zniszczony, a 
w najlepszym razie zamieniony w apartamentowiec, a potem 
jego stosunek zaczął się powoli zmieniać. Aż do tej dziwnej 
uwagi dzisiaj.

A   przecież   Dez   nie   darzył   sentymentem   starych 

budynków. Tak, ale dom Essie to nie był zwykły budynek. To 
rodzinna posiadłość. Każda cegła mogła opowiadać historię 
Kerriganów.

Czyżby   obudził   się   w   nim   sentyment   do   rodowego 

dziedzictwa?

Wiedziała, że nie był tak niewzruszony, za jakiego chciał 

uchodzić. Nawet Dez Kerrigan był zdolny do ludzkich uczuć. 
Udowodnił to tamtej nocy po przyjęciu u Anne, kiedy odwiózł 
ją   do   domu   i   pocałował,   by   podziękować   za   wszystko,   co 
zrobiła dla jego ciotki w ostatnich latach jej życia.

Gina założyłaby się o duże pieniądze, że przyszedł tu dziś 

wieczorem   z   tego   samego   powodu   co   Eleanor   -   chciał   się 
dowiedzieć z pierwszej ręki, co stanie się z domem Essie.

Być może nie wszystko jeszcze stracone, może jednak uda 

im się zrobić dobry interes!

Dez   bujał   się   na   krześle   i   spoglądał   spod   oka   na 

siedzącego naprzeciwko mężczyznę. Nathan Haynes właśnie 
skończył   prowizoryczny   rysunek,   który   miał   w   zarysie 
przedstawiać nowy projekt.

  -   Tak   to   z   grubsza   wygląda.   Oczywiście   dokładne 

projekty   dostaniesz   lada   dzień,   chciałem   tylko   ustalić,   czy 
podoba ci się ta koncepcja.

 - Nieźle. - Dez pokiwał głową i zamknął swój notes.
  - To będzie najnowocześniejszy budynek w mieście. A 

przy okazji, rzuciłeś już okiem na muzeum?

 - Właśnie je oglądałem, gdy do mnie zadzwoniłeś.
 - Co chcesz im zaproponować?

background image

  - Dez, wiesz dobrze,  że projekty klientów to tajemnica. 

Nie wyciągniesz tego ze mnie, nawet gdybyś wynajął armię 
pięknych kobiet! - zaśmiał się architekt.

Dez wzruszył ramionami i uśmiechnął się.
 - Cóż, zawsze warto spróbować.
Rozmawiali   jeszcze   chwilę,   po   czym   Nat   zabrał   swoje 

projekty i wyszedł.

  - Działo się coś, kiedy miałem spotkanie? - spytał Dez 

sekretarkę.

 - Dostałeś zaproszenie na obiad - odpowiedziała dziwnym 

tonem. - Od Giny Haskell.

O co chodzi tej kobiecie, pomyślał zdziwiony Dez.
 - Mam nadzieję, że powiedziałaś jej, że jestem zajęty.
  -   Powiedziałam,   że   masz   konferencję,   ale   odparła,   że 

będzie czekać do pierwszej w restauracji „Pod Klonem" na 
wypadek, gdybyś jednak znalazł chwilę.

  -   Mam   nadzieję,   że   wzięła   ze   sobą   dobrą   książkę   - 

mruknął Dez. - To jedyne towarzystwo, na jakie może liczyć.

Wrócił do gabinetu i zamyślony spoglądał przez okno.
Niesamowite,   pomyślał,   miała   czelność   oczekiwać,   że 

rzuci wszystko i pobiegnie na spotkanie z nią! Podobno wręcz 
tego oczekiwała! Sarah wspomniała, że brzmiało to raczej jak 
wezwanie niż zaproszenie!

O czym chciała z nim rozmawiać? Czyżby w ciągu tych 

kilkudziesięciu godzin, jakie minęły od zebrania zarządu, coś 
się zmieniło?

Nathan   twierdził,   że   nie   zdążył   przyjrzeć   się   dokładnie 

muzeum. Ale może zrobił już jakiś wstępny projekt? Ciekawe, 
czy przedstawił go Ginie.

  -   Wychodzę   coś   zjeść   -   rzucił   sekretarce,   przechodząc 

koło jej biurka.

 - Hmm, więc jednak nie będzie musiała czytać książki - 

mruknęła Sarah.

background image

Dez zatrzymał się na chwilę i spojrzał ostro.
 - Nie powiedziałem, że idę do restauracji "Pod Klonem".
  - Jasne... Mam zadzwonić i powiedzieć jej, że jesteś w 

drodze?

 - Jeśli chcesz tu jeszcze pracować po południu, to lepiej 

nie - rzucił przez ramię i wyszedł szybkim krokiem.

Za plecami usłyszał tylko śmiech Sarah, ale myślami był 

już gdzie indziej.

Dokładnie za pięć pierwsza przekroczył próg restauracji. 

Gina   siedziała   przy   barze   i   miała   na   sobie   coś   żółtego,   co 
sprawiało, że jej włosy wydawały się jeszcze bardziej ogniste. 
Patrzyła przed siebie i widać było, że z całej siły stara się 
ignorować zaczepki siedzącego obok mężczyzny.

Dez stał chwilę w progu sali i obserwował ją. W końcu 

podszedł bez pośpiechu, objął ją silnym uściskiem i odwrócił 
lekko do siebie.

 - Przepraszam za spóźnienie, kochanie, ale spotkanie się 

przeciągnęło. - Pochylił się nad nią i pocałował prosto w usta. 
Wolno   i   zdecydowanie.   Smakowała   piwem   imbirowym   i 
niepewnością. - Patrz, co za niespodzianka. Facet, który cię 
zaczepiał, musiał szybko wyjść.

  -   Zaprosiłam   cię   na   obiad,   a   nie   na...   -   odezwała   się 

lodowatym tonem.

  -   Na   lekcję   pocałunków?   -   podpowiedział   -   To   było 

pierwsze   ćwiczenie   -   jak   całować   się   w   miejscach 
publicznych, żeby odstraszyć namolnych podrywaczy.

 - Nie wiem, kto się okazał bardziej namolny - mruknęła 

pod nosem.

 - Musimy to oczywiście jeszcze przećwiczyć - dodał Dez, 

jakby nie słyszał jej uwagi. - Dlaczego chciałaś się ze mną 
widzieć? - zapytał, kiedy usiedli przy stoliku.

 - Mówiłeś, żebym dała ci znać, jak będę zbierała datki na 

muzeum.

background image

  -   A,   tak.   -   Pokiwał   głową   i   zajął   się   studiowaniem 

jadłospisu.   Miał   przeczucie,   że   to   nie   był  jedyny   powód.   - 
Zamierzasz więc rozpocząć kampanię zbierania funduszy?

  -   Tak.   Wymyśliłam,   że   zrobimy   rekonstrukcję   starej 

wioski   na   trawniku   przed   muzeum   i   będziemy   sprzedawać 
różne drobiazgi, żeby przyciągnąć uwagę sponsorów.

 - Tylko tyle? Trochę mnie rozczarowałaś, ale zarezerwuj 

dla mnie bilet.

  -   Zaproszę   Carlę   z   kamerą,   żeby   sfilmowali,   jak   go 

kupujesz.

  - To bardzo miłe. - Dez odłożył menu, oparł łokcie na 

stole i spojrzał na nią uważnie. - A teraz, kochanie, powiedz 
mi, jaki jest prawdziwy powód naszego spotkania.

Uciekła spojrzeniem w bok i zaczęła niepewnie:
 - Cóż... Mam dla ciebie pewną propozycję...
  -   Słucham   uważnie.   Chociaż   uprzedzam,   że   o   ile   nie 

będzie zawierała zaproszenia do jaccuzi, nie sądzę, abym był 
zainteresowany.

 - Co ty znowu z tą kąpielą! To oczywiście tylko wstępna 

oferta, bo nie mam jeszcze zgody zarządu, ale...

Przerwała,   bo   właśnie   przyniesiono   kawę.   Upił   łyk 

aromatycznego napoju i gestem zachęcił, by kontynuowała.

 - Proponuję ci korzystną wymianę. Dostaniesz dom Essie 

w zamian za prawo pierwokupu Tyler - Royale.

Zakrztusił się i z trudem opanował oddech. Jeżeli chciała 

go zabić, nie mogła wybrać lepszego sposobu.

  -   Proszę?!  -   odezwał   się,   kiedy   już   uspokoił   emocje   i 

odstawił   filiżankę.   -   Ty   to   nazywasz   korzystną   wymianą? 
Stary dom za wielki gmach?

  - Nie za gmach, tylko za prawo do jego pierwokupu - 

wyjaśniła niecierpliwie.

  -   Zaproponuj   mi   dom   Essie   i   pół   miliona   dolarów,   a 

wtedy może się zastanowię.

background image

W   jej   oczach   natychmiast   pojawił   się   wyraz   chłodnej 

kalkulacji.

 - Pół miliona? To znaczy, że moja zbiórka pieniędzy musi 

zatoczyć szerokie kręgi.

 - Powiedziałem: może - przypomniał.
  -   Albo   będę   musiała   pracować   bardziej   kreatywnie   - 

ciągnęła zamyślona. Pochyliła się lekko i spojrzała mu prosto 
w oczy. - W porządku, Dez. Ile jest dla ciebie warta wspólna 
kąpiel?

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Ta kobieta chce mnie zabić, stwierdził Dez. Nie udało się 

jej załatwić mnie kawą, więc sięgnęła po cięższą broń. Patrzył 
na nią w milczeniu, niepewny, czy dobrze usłyszał.

 - Ile? - powtórzyła. - Bo, powiedzmy, za dziesięć tysięcy 

dolarów mogłabym się zastanowić!

 - Masz zawyżone mniemanie na temat wartości swojego 

czasu.

 - I postawmy sprawę jasno - mam na myśli wyłącznie mój 

czas.

  -  Żadnych  figli   w   wannie   pełnej   bąbelków?   -   zapytał, 

udając zdziwienie.

 - A pieniądze zostaną wpłacone na fundusz muzeum.
  - Twoje poświęcenie dla muzeum jest niezwykłe, Gino. 

Zmrużyła oczy.

  -   Nie   sądzisz   chyba,   że   jest   jakiś   inny   powód. 

Bezskutecznie próbował powstrzymać uśmiech.

  -   Może   nie   za   pierwszym   razem.   Ale   kiedy   tylko 

doświadczysz tej przyjemności...

Spojrzała na niego w taki sposób, że nawet nie próbował 

kontynuować. Dodał tylko pośpiesznie:

 - Pozwól mi to przemyśleć. Odezwę się. Dzięki za kawę. 

Żałuję, że nie mogę zostać na lunch.

Kiedy opuszczał restaurację, nie myślał jednak o jaccuzi. 

Zastanawiał się nad tym, co kryło się w jej propozycji. Co ona 
sobie, u licha, wyobrażała? Sama sugestia, że mógłby oddać 
budynek w centrum miasta w zamian za dom Essie Kerrigan 
była   wyjątkowo   bezczelna.   Co   więcej,   Gina   najwyraźniej 
uważała   swoją   propozycję   za   niezwykle   atrakcyjną   i 
oczekiwała, że on przyjmie ją z entuzjazmem.

Ta   kobieta   była   stuknięta   albo   uważała,   że   on   jest 

niespełna rozumu. Wyjął komórkę i zadzwonił do Nathana. 

background image

Architekt   odebrał,   odpowiadając   nieco   zdyszanym   głosem. 
Może nie był sam...

  -   Przepraszam,  że   przeszkadzam,   przeproś   panią   ode 

mnie, dobrze?

  -   Nie   jestem   z   kobietą.   To   po   prostu   kawał   skały. 

Natknęliśmy  się na nią nagle, kopiąc rów pod fundamenty. 
Albo ją wykopiemy, albo musimy zmienić projekt budynku.

 - Proszę bardzo, o ile nie jest to mój projekt.
  - Na szczęście nie. A jeśli dzwonisz w sprawie twojego 

projektu, to nie jest jeszcze gotowy. Wiem, że minęła już cała 
godzina, odkąd wyszedłem od ciebie z biura, ale...

 - Nie dzwonię w tej sprawie. Czy rozmawiałeś dziś rano 

w muzeum z Gina Haskell?

 - Dez, wiesz, że nie mogę ci nic powiedzieć!
  - Nie pytam,  o czym rozmawialiście, ale czy w ogóle 

rozmawialiście.

  -   Nie   nazwałbym   tego   rozmową   -   odpowiedział   Nat 

powściągliwie.   -   Powiedziałem   jej   dzień   dobry,   a   ona   mi 
odpowiedziała.

Dez zmarszczył brwi.
 - I to wszystko?
 - Mniej więcej. Czemu pytasz?
 - Bez powodu.
Może Gina nie była jednak tak szalona, jak sądził.
 - Nat, nie spiesz się z tym projektem.
  -   O,   to   jakiś   bonus.   Rozumiem,   że   nie   będziesz   mnie 

dręczył aż do jutra?

 - Nie, chodzi mi tylko o to, że być może dokonam jakiś 

istotnych zmian. Dam ci znać, jak się zdecyduję.

Cóż,   cały   mój   plan   okazał   się   totalną   klapą,   myślała 

krytycznie Gina. Jedyne, co się udało, to dostarczenie Dezowi 
dziennej porcji rozrywki.

background image

Suma, której zażądał, była zawrotna, ale z drugiej strony 

wszystkim wiadomo, że negocjacje zawsze zaczynają się od 
wygórowanych kwot. To część gry.

Wreszcie   przestał   powtarzać,   że   budynek   nie   jest   na 

sprzedaż. Nieważne, jak wysoka była kwota, ważne, że zaczął 
negocjować i nie mógł się już wycofać. Wymieniając cenę, 
właściwie zgodził się na zawarcie porozumienia. Pół miliona 
dolarów   absolutnie   nie   wchodziło   w   grę.   Mogła   mu 
zaproponować   jakieś   sto   pięćdziesiąt   tysięcy,   a   i   tak   nie 
wiedziała, czy uda się tyle uzbierać.

Na samym jarmarku w ogrodzie Essie nie zbije fortuny. 

To dopiero pierwszy krok na długiej drodze.

Stało   przed   nią   poważne   zadanie.   Musi   nagłośnić   całą 

akcję. Miała nadzieję, że Carla i Anne Garrett pomogą jej w 
tym.

Mimo wszystko szkoda,  że Dez nie dał się namówić na 

kąpiel. Byłoby to najlżej zarobione dziesięć tysięcy dolarów.

Muzeum   przeżywało   prawdziwe   oblężenie   turystów.   Po 

artykule   Anne   w   „Kronice"   i   reportażu   Carli   dotyczącym 
kontrowersji   wokół   Tyler   -   Royale   przez   dom   Essie 
przelewały się tłumy zwiedzających.

Oczywiście,   pojawiło   się   też   kilka   problemów.   Jakieś 

znudzone dziecko przewróciło aparat na wystawie fotografii i 
roztrzaskało   soczewki.   Kiedy   Gina   poprosiła   rodziców   o 
baczniejsze   zwracanie   uwagi   na   pociechę,   ojciec   dziecka 
odparł,   że   to   jej   wina,   bo   nie   zapewniła   odpowiedniej 
przestrzeni   dla   eksponatu.   Zacisnęła   zęby   i   dopiero   kiedy 
poczuła, że panuje nad głosem, odpowiedziała:

 - Właśnie nad tym pracujemy. Wszystkim nam zależy na 

powiększeniu powierzchni muzeum i z wielką ochotą przyjmę 
każdą dotację na ten cel.

Rodzice  dziecka  spojrzeli  na   nią  tak,  jakby   wyrosły   jej 

rogi, po czym bez słowa przeszli do następnej sali.

background image

Gina sprzątnęła potłuczone szkło i postanowiła napić się 

czegoś zimnego.

Nagle   w   holu   ujrzała   jedną   z   wolontariuszek   otoczoną 

przez coś, co wyglądało jak ławica rozwścieczonych piranii. 
Zszokowana Gina spojrzała jeszcze raz i zdała sobie sprawę, 
że   była   to   jedynie   grupka   dzieci   w   wieku   przedszkolnym. 
Każde z nich skakało, wymachując banknotami, a opiekunka 
zupełnie   poważnie   wyjaśniała,   że   jest   to   doświadczenie 
edukacyjne - samodzielne kupno biletu.

Zaraz   za   rozwrzeszczaną   gromadką   ujrzała   opartego   o 

ścianę Deza. Przyglądał się wszystkiemu nieco zdziwiony. Nie 
mógł wybrać gorszego momentu na rozmowę o interesach. Jak 
zwykle.

  - Ja zajmę się pieniędzmi, Beth - zwróciła się Gina do 

wolontariuszki. - A ty stempluj im ręce. Potem oprowadzisz 
ich po wystawie.

Beth nie wyglądała na szczęśliwą i trudno się jej dziwić.
  - Pełny odjazd - wycedziła przez zęby. Podstemplowała 

ostatnią małą rękę i zapędziła gromadkę na piętro.

 - Czym mogę służyć? - zwróciła się Gina do Deza.
 - Przyszedłem kupić bilet na festyn. Tylko tyle?
 - Rozważyłeś już moją ofertę?
 - Którą? - zapytał, wyjmując pieniądze.
Udawała,   że   nie   usłyszała   pytania.   Lepiej,   żeby   oboje 

zapomnieli   o   jaccuzi.   Chyba   tylko   chwilowe   szaleństwo 
skłoniło ją do złożenia mu tej propozycji.

  -   Obawiam   się,   że   pół   miliona   to   więcej,   niż   zarząd 

zgodzi się zapłacić.

 - A zatem nie ma o czym rozmawiać.
  -   Ale   jestem   prawie   pewna,  że   jeśli   rozważyłbyś 

obniżenie stawki...

 - Co takiego? - zapytał uprzejmie.

background image

Gina   starała   się   powstrzymać   uśmiech.   Był 

zainteresowany i nie potrafił tego ukryć.

 - Myślę, że zgodziliby się na sto pięćdziesiąt tysięcy. No i 

oczywiście dom Essie.

  -   Och,   oczywiście,   pamiętam   o   tym.   Sto   pięćdziesiąt, 

hm...?

Cisza przeciągała się, gdy nagle przerwał ją tupot małych 

stóp w pomieszczeniu na górze. Gina podała Dezowi bilet.

 - Od niczego doszliśmy do takiej sumy, zaledwie w kilka 

dni...   -   powiedział   w   końcu.   -   Nieźle,   jeszcze   kilka   takich 
posunięć i może się dogadamy.

Wziął bilet. Ginę zamurowało.
 - Nawet nie chcesz negocjować?
 - Podałem ci moją cenę, złotko.
  -   Ale   rynek   nieruchomości   nie   działa   w   ten   sposób.   I 

nigdy   nie   działał.   Już   pewnie   neandertalczycy   umieli   się 
targować i zapewne dochodzili do porozumienia.

 - Nie czuję się neandertalczykiem, choć podejrzewam, że 

chętnie polemizowałabyś na ten temat. A nawiasem mówiąc, 
kwota,   o   której   mówiłem,   jest   najniższa,   jaką   w   ogóle 
mógłbym   być   zainteresowany.   Więc   jeżeli   już   poruszamy 
kwestię ceny...

  -   Chcesz   negocjować,   czy   nadal   tylko   drażnisz   się   ze 

mną? Gdybym zaproponowała tyle, ile żądałeś, podniósłbyś 
cenę?

 - Być może. Daj spokój, Gino. Zapomnij o tym budynku. 

Nie dostaniesz go.

  - Może i nie, ale jedno jest pewne. Jeśli go zniszczysz, 

pożałujesz, już ja się o to postaram.

Musnął biletem jej policzek.
 - Śmiało, przynajmniej będziesz miała zajęcie.

background image

Gina przybyła do telewizji wcześnie i czekała w małym 

pokoiku tuż obok studia. Starała się zająć myśli, przeglądając 
gazety, kiedy do pokoju weszła Carla.

  -   Nie   wiedziałam,   że   prowadzisz   dzisiejszy   program   - 

powiedziała Gina, oddychając z ulgą.

  - Nie prowadzę. Wpadłam tylko na chwilę coś załatwić. 

To   jest   show   Jasona,   rozluźnij   się,   a   wszystko   pójdzie 
świetnie. Przyniosłaś rekwizyty? To zawsze robi wrażenie.

Gina wskazała pudło na stoliku.
  -   Miałam   nadzieję,   że   porozmawiam   z   gospodarzem 

programu   jeszcze   przed   nagraniem   o   kwestiach,   które 
chciałabym poruszyć.

Carla pokręciła głową.
 - Jason nigdy nie rozmawia z gośćmi przed programem. 

Dzięki   temu   właśnie   rozmowa   w   studiu   jest   bardziej 
spontaniczna.

  -   I   bardziej   zaskakująca   -   stwierdziła   ponuro   Gina.   - 

Szczególnie dla gościa.

Carla uśmiechnęła się.
  -   Po   prostu   się   nie   przejmuj   i   odpowiadaj   na   pytania. 

Powiedz   o   rzeczach,   które   przyniosłaś.   Naprawdę   robisz 
niesamowite wrażenie, kiedy opowiadasz o historii.

Do pokoju zajrzała młoda kobieta.
 - Pani Haskell? Jason jest gotowy.
Ale ja nie, pomyślała Gina i próbując opanować nerwy, 

weszła do studia. Przez chwilę była sama. Nagle otworzyły się 
drzwi   i   wszedł   energiczny,   młody   mężczyzna.   Zgrabnym 
ruchem przypiął sobie mikrofon, usiadł przy biurku i rozejrzał 
się.

  - Gdzie moje notatki? - krzyknął. - Kogo my tu dzisiaj 

mamy?

background image

Gina   próbowała   się   nie   załamać.   On   nawet   nie   miał 

pojęcia, z kim będzie dzisiaj rozmawiał! To z pewnością nie 
wróżyło nic dobrego.

Asystentka podała mu notatki i znikła z planu.
 - Dobry wieczór, witam w programie „Co nowego?". Dziś 

wieczorem naszym gościem jest Gina Haskell z Towarzystwa 
Historycznego   Hrabstwa   Kerrigan.   Będziemy   rozmawiać   o 
podjętej przez nią akcji ratowania budynku Tyler - Royale. 
Panno   Haskell,   proszę   nam   powiedzieć,   skąd   to 
zainteresowanie domem handlowym?

Nie   po   to   tu   przyszłam,   chciała   odpowiedzieć,   ale   się 

powstrzymała.   Przypomniała   sobie,   co   mówiła   Carla.   Ten 
facet wie, co robi i zna się na rzeczy. Może Tyler - Royale to 
tylko wstęp?

 - Zawsze interesował mnie ten budynek. Sądzę, że każdy 

mieszkaniec Lakemont zna go i zachwyca się jego cudownym 
atrium z witrażową kopułą i mozaikową posadzką.

  -   I   ogromną,   czerwoną,   inkrustowaną   różą   na   samym 

środku. Spotkajmy się pod różą - zacytował. - Zastanawiam 
się,   gdzie   będą   umawiali   się   mieszkańcy   Lakemont,   jeśli 
budynek zostanie zburzony. Czy „spotkajmy się przy skrzynce 
pocztowej na rogu" nie brzmi czarująco?

Gina uśmiechnęła się.
 - Tak, to brzmi prawie jak tytuł książki. „Spotkanie pod 

różą - wspomnienia z Tyler - Royale".

Miała nadzieję, że Dez ogląda program. Sama myśl, że 

mogłaby   powstać   książka   poświęcona   miejscu,   które   chciał 
zniszczyć, powinna go zelektryzować.

  -   Niezłe.   Powiedz,   Gino,   jakie   jest   twoje   najbardziej 

wyraziste wspomnienie związane z tą różą? Może spotkanie z 
matką na zakupach?

To pytanie zbiło ją nieco z tropu.

background image

 - Nie. - Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się. - Moje 

wspomnienie związane jest z randką. To było jeszcze w szkole 
średniej.

Jason wpatrywał się w nią z zainteresowaniem, co trochę 

ją peszyło. Na szczęście nie drążył tematu.

  - A jak działania na rzecz ratowania budynku? Żałosne, 

chciała powiedzieć.

  -   Spotkałam   się   kilka   razy   z   panem   Kerriganem   i 

omawialiśmy różne projekty.

  -   Rozumiem,  że   jednym   z   nich   jest   wykorzystanie 

budynku jako nowej siedziby muzeum.

 - Tak, to jedna z wielu możliwości, którą rozważaliśmy. - 

Miała teraz swoje pięć minut. - Muzeum potrzebuje więcej 
przestrzeni.   Musimy   zdecydować,   czy   przeniesiemy   się   do 
większego budynku, czy też powiększymy obecną siedzibę. 
Prosimy o wsparcie i dotacje na ten cel.

  - To bardzo cenna inicjatywa. Musisz mi przypomnieć, 

żebym i ja się dołożył, o kwocie porozmawiamy później.

 - Z przyjemnością.
 - Sprawami muzeum zajmujesz się już wiele lat, powiedz 

nam, dlaczego historia tak bardzo cię urzekła?

Nareszcie poczuła się pewniej, znalazła się na znajomym 

gruncie.

  -   W   liceum   moją   nauczycielką   historii   była   Essie 

Kerrigan,   która   stworzyła   muzeum.   Uwielbiałam   słuchać 
opowieści o jej zbiorach. Weźmy na przykład ten pojemnik na 
ciasteczka.   -   Ostrożnie   wyjęła   z   pudła   gliniane   naczynie.   - 
Essie kupiła go w sklepie z antykami za kilka dolarów. Po 
prostu spodobał się jej. Ale pojemnik miał niezwykły znak na 
spodzie. - Pokazała go do kamery. - Essie starała się dociec, 
co on oznacza i okazało się, że jest to bardzo rzadki przykład 
jednego   z   pierwszych   naczyń   glinianych   wyrabianych   w 
Hrabstwie   Kerrigan.   Przyniosłam   też   eksponaty   z   okresu 

background image

prehistorycznego. Kamienną siekierę i grot strzały wykopane 
na naszych terenach. W zbiorach muzeum mamy dużo takich 
znalezisk,   ale   niestety   brakuje   nam   miejsca,   żeby   je 
prezentować. W nowym budynku moglibyśmy urządzić stałą 
ekspozycję.

  -   Muszę   przyznać,   że   nie   jestem   wielkim   fanem 

kamiennych siekier - powiedział Jason. - Czy masz jeszcze 
coś ciekawego w tym pudle?

Gina   wyciągnęła   karnecik   w   kolorze   kości   słoniowej   z 

małą różową wstążką.

  - To jest karnet z pierwszego balu, ma przeszło sto lat. 

Każda   panna   na   balu   miała   taki   zeszycik,   do   którego 
wpisywali się chłopcy, rezerwując tańce. Ten należał do matki 
Essie,   a   na   balu,   na   którym   go   miała,   poznała   swojego 
przyszłego męża.

  -   Dzisiaj   chłopcy   i   dziewczyny   poznają   się   zupełnie 

inaczej, nieprawdaż? - zauważył Jason z przekąsem.

Gina uśmiechnęła się.
  - Tak. Ale w tamtych czasach było znacznie ciekawiej. 

Matka Essie miała aż dwie przyzwoitki, które obserwowały ją 
w tańcu. Dodam tylko, że ten bal, co ciekawe, odbył się w 
nowo oddanym budynku, którym był właśnie Tyler - Royale. 
Znaleźliśmy   kilka   fotografii   z   tamtego   okresu, 
przedstawiających młode panny wchodzące do towarzystwa. 
Zdjęcia zostały zrobione w atrium, dokładnie pod różą.

  -   To   niesamowite.   Zastanawiam   się,   dlaczego   taka 

wspaniała tradycja zaginęła.

 - Może dlatego, że potem otwarto tam centrum handlowe. 

Obecnie trudno sobie wyobrazić tańczące tam pary, choć to 
niezły pomysł i może, jeśli pan Kerrigan się zgodzi, tak się 
stanie.

background image

  - Zatem spytajmy go o zdanie. Postanowiliśmy poprosić 

pana Kerrigana, by włączył się do naszej dyskusji - powiedział 
Jason.

Gina   była   zupełnie   zaskoczona.   Jestem   w   pułapce, 

pomyślała. Dlaczego Carla mnie nie ostrzegła?

Do   studia   wszedł   Dez.   Przywitał   się   z   Jasonem.   Gina 

również podała mu rękę, a on zamiast potrząsnąć nią, podniósł 
ją do ust.

Odruchowo zacisnęła dłoń w pięść. Musnął ustami każdą 

zaciśniętą kostkę i uśmiechnął się.

 - Witaj, Gino.
  - Zaczynajmy - powiedział Jason. - Koniec formalności, 

możecie się rozejść do swoich narożników. Dez, co z balem? 
Czy odbędzie się on w Tyler - Royale, jak sugerowała Gina?

  - O to musisz spytać organizatorów balu. Albo kogoś z 

Tyler - Royale. Dopóki sklep nie zostanie zamknięty, nie mam 
nic do powiedzenia.

  -   Ale   już   niedługo   staniesz   się   pełnoprawnym 

właścicielem. Co wtedy?

  -  Nie  podjąłem  żadnej  decyzji.  Tak  jak  powiedziałem, 

jeszcze nie jestem właścicielem.

  - Krążą plotki, że zamierzasz wybudować wieżowiec z 

apartamentami.

 - Po mieście zawsze krążą jakieś plotki. Za wcześnie, aby 

mówić o konkretach.

 - Ale zamierzasz zburzyć stary budynek?
 - Powtarzam, nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji.
  - Pomyśl jednak, jakim bohaterem stałbyś się w oczach 

wszystkich mieszkańców, jeśli zachowałbyś się szlachetnie i 
ocalił Tyler - Royale - dodała Gina.

 - Ja? Raczej ty, to przecież twój pomysł. Jason uśmiechał 

się.

background image

  -   Ale   ja   myślę   przede   wszystkim   o   muzeum,   nie   o 

zaspokojeniu własnego ego!

  -   Właśnie,   co   z   muzeum,   Dez   -   spytał   zadowolony   z 

sytuacji Jason. - Musisz być tym zainteresowany, w końcu to 
twoja babka je założyła?

 - Moja cioteczna babka. Essie była siostrą mojej babki.
 - Cóż się stało, że nagle tak doskonale orientujesz się w 

rodzinnych koligacjach? - spytała z ironią Gina.

Dez posłał jej swój najbardziej czarujący uśmiech.
  -   Wiem   o   Kerriganach   sporo,   ale   zawsze   z   chęcią 

posłucham tego, co ty o nich wiesz. - Zwrócił się do Jasona. - 
Oczywiście że chcę, aby muzeum prosperowało i rozwijało 
się. Niestety, w obecnym miejscu nie ma za dużo przestrzeni i 
jasne jest, że należałoby je gdzieś przenieść.

 - Do Tyler - Royale? - spytał Jason.
  -   Zdecyduje   o   tym   zarząd   muzeum,   nie   ja.   Ale   z 

przyjemnością poprę ten plan.

Ginę zatkało.
 - Co zrobisz?
 - Kilka dni temu wspominałaś coś o jaccuzi - ciągnął Dez 

z dziwnym uśmiechem. - Jeśli wejdziemy tam razem, ofiaruję 
sto dolarów.

 - Tylko sto dolarów? Taka kwota nie jest warta wysiłku.
 - Sto dolarów za każdą minutę.
  - Co ty na to, Gino? - spytał Jason. - Możesz w prosty 

sposób zarobić duże pieniądze dla muzeum.

No   tak,   Dez   zapędził   ją   w   kozi   róg.   Teraz   nie   mogła 

odmówić.

 - Zgoda. Kiedy się spotykamy?
  - Proponuję piątkowy wieczór, o ósmej - odpowiedział 

Dez. - W atrium.

 - W Tyler - Royale?
 - Tak, kochanie. Spotkanie pod różą.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Jason   patrzył   na   nich   z   otwartymi   ustami   i   czekał   na 

rozwój sytuacji. Gina pomyślała, że doskonale go rozumie.

 - W skle - sklepie? - wyjąkała. Dez uniósł brwi i wyjaśnił:
 - To przecież serce całej akcji. No, chyba że wolisz mój 

prywatny basen... Wiem, że czekałaś niecierpliwie, żebym cię 
tam   zaprosił.   Może   to   niezły   pomysł...   Moglibyśmy   w 
intymnej atmosferze porozmawiać o tym, co będzie najlepsze 
dla muzeum.

Jego głos brzmiał niewinnie, ale nie zamierzała się na to 

nabrać. Skąd ta nagła troska o muzeum?!

  -   Rozmawiałem   już   z   zarządem   Tyler   -   Royale   - 

kontynuował.   -   Byli   zachwyceni.   Są   pewni,   że   taka   akcja 
reklamowa przyciągnie masę klientów. - Przerwał na chwilę i 
dodał   z   uśmiechem:   -   Dyrektor   generalny   zaklinał   mnie, 
żebym cię przekonał.

Gina   nadal   wpatrywała   się   w   niego   zszokowana.   Nie 

potrafiła nic powiedzieć. Wtedy Dez uprzejmie przypomniał, 
że  to ona  pierwsza  zaproponowała takie rozwiązanie  i jeśli 
teraz się z niego wycofa, może w ogóle nie rozkręcać zbiórki 
pieniędzy, bo tylko się ośmieszy.

Musiała   przyznać,   że   zastawił   na   nią   bardzo   sprytną 

pułapkę. Nie miała pojęcia, jak się z tego wywinąć.

Zapewne zrobił to specjalnie przed kamerami, aby nie dać 

jej zbyt wiele czasu do namysłu.

 - W porządku - odezwała się, z trudem wydobywając głos 

z gardła. - W piątek o ósmej w atrium.

Jason wyglądał tak, jakby dopiero teraz odzyskał władzę 

nad swoją szczęką.

 - Myślę, że właśnie nadałaś nowe znaczenie spotkaniom 

pod różą. Wspominałaś wcześniej, że matka Essie miała dwie 
przyzwoitki, kiedy szła na bal. Jestem pewien, że ty będziesz 
miała co najmniej sto razy tyle obserwatorów w czasie kąpieli.

background image

Dzięki, Jason, pomyślała, to na pewno doda mi otuchy.
 - Myślę, że powinnaś też wziąć coś w rodzaju karneciku - 

dorzucił   Dez   figlarnie.   -   Tylko   musi   to   być   całkiem   spory 
notes. Z pewnością będziesz miała mnóstwo chętnych.

  -   Jak   widzicie,   nasz   dzisiejszy   program   rzeczywiście 

obfitował w niespodzianki! - powiedział Jason, zwracając się 
do kamery. - Zatem do piątku! I nie martwcie się, jeśli nie 
możecie   przyjść   do   Tyler   -   Royale   o   ósmej.   Wystarczy 
włączyć   nasz   program,   będziemy   dla   was   komentować 
wszystko na żywo!

W   studio   zgasła   czerwona   lampka   i   Jason   podszedł   do 

nich z uśmiechem.

 - Dzięki za świetne przedstawienie!
Gina   zapadła   się   w   miękkim   krześle   i   zakryła   twarz 

dłońmi. Cicho jęknęła.

  -   Chcesz  łyk   wody?   -   spytał   Dez,   a   kiedy   nie 

odpowiadała,   dodał:   -   To   może   filiżankę   kawy?   Kieliszek 
wódki?

  - Nie! Marzę tylko o jednym. Chcę, żebyś zniknął mi z 

oczu. Na zawsze.

Zachowywał się tak, jakby nie słyszał. Przyglądał się ze 

zdumieniem niebieskiemu garnkowi, stojącemu na stole. - 

  -   Co   widzę?!   Mój   stary   znajomy!   Mogę   go   obejrzeć? 

Gina machnęła ręką przyzwalająco. Garnek był cenny, ale

nie ruszyła się, żeby podać go Dezowi. Obawiała się, że 

nie opanuje morderczego instynktu i rozbije naczynie na jego 
głowie.

Dez   obejrzał   garnek   z   sentymentalnym   uśmiechem,   po 

czym zapakował starannie do pudła i najwyraźniej zamierzał 
je nieść.

 - Ja to wezmę - powiedziała Gina zdecydowanie.
 - To żaden problem. Jak go tu dostarczyłaś?
 - Zwyczajnie - przyjechał taksówką.

background image

 - Odwiozę was teraz na miejsce.
 - Nie, dzięki.
 - Potraktuj to jako oryginalny datek na rzecz muzeum.
Nie   miała   siły   dłużej   protestować.   Poza   tym   chciała 

porozmawiać jeszcze o kilku sprawach, a studio telewizyjne z 
mnóstwem   kamer   i   mikrofonów   nie   było   najlepszym 
miejscem ku temu.

 - W porządku, podrzuć mnie do domu.
Dez otworzył jej drzwi samochodu i troskliwie umieścił 

garnek za siedzeniem. Kiedy ruszyli, zapytała:

 - Dlaczego wymyśliłeś, żeby wstawić jaccuzi do Tyler - 

Royale?

  - To proste. Sklep  świetnie się do tego nadaje i będzie 

miał   przy   okazji   niezłą   reklamę.   -   Zerknął   na   jej   minę   i 
zapytał: - Dlaczego podchodzisz do tego tak osobiście? Ludzie 
często kąpią się wspólnie i zwykle nic to nie znaczy.

Teoretycznie miał rację. Baseny i wodne parki rozrywki 

były przecież pełne entuzjastów wodnych szaleństw i nie było 
w tym nic nieprzyzwoitego.

Jedyne, co muszę zrobić, przekonywała się w duchu, to 

wytrzymać   jak   najdłużej   w   ciepłej   wodzie   z   miłymi 
bąbelkami.   Mogę   uprzyjemniać   sobie   czas   wymyślaniem 
okrutnych tortur dla Deza. A kiedy wreszcie wyjdę, muzeum 
będzie bogatsze o setki albo nawet tysiące dolarów.

Ale   to   tłumaczenie   wcale   jej   nie   uspokajało.   Jego 

propozycja od początku miała w sobie coś intymnego i żadne 
argumenty nie mogły tego zmienić.

Chociaż   z   drugiej   strony   trudno   oczekiwać   intymnej 

atmosfery   i   niemoralnych   propozycji   w   obecności   tłumu 
gapiów, nieprawdaż?

  - A może Tyler - Royale ci nie odpowiada? Może jest 

właśnie   zbyt   mało   kameralne?   -   rzucił   po   chwili   Dez.   - 
Wolałabyś bardziej intymną atmosferę?

background image

Postanowiła zignorować tę uwagę.
  -   Po   prostu   nie   mam   zwyczaju   paradować   przed 

publicznością   w   kostiumie   kąpielowym.   A   swoją   drogą 
ciekawe, dlaczego zgodziłeś się na ten cyrk?

  - Powiedziałaś, że przyjmiesz zaproszenie do wspólnej 

kąpieli  za dziesięć  tysięcy  dolarów, ale nie  zaznaczyłaś, że 
muszą   to   być   moje   pieniądze.   Postanowiłem   więc 
wykorzystać   okazję   i   skoro   Tyler   -   Royale   okazało   się 
zainteresowane... Poza tym byłem pewien, że nie przepuścisz 
żadnej okazji, by zarobić pieniądze dla muzeum. A skoro nie 
lubisz paradować w kostiumie, mam lepszy pomysł. Myślę, że 
zapłaciliby jeszcze więcej, gdybyś zgodziła się wystąpić nago!

 - Chyba w twoich snach, Kerrigan!
  - Ej! - zaśmiał się. - Nie powinnaś tak szybko odrzucać 

możliwości podwojenia stawki! Dwieście dolarów za minutę 
bez kostiumu to dobra oferta!

Ponieważ   podjechali   właśnie   pod   jej   dom,   szybko 

otworzyła drzwiczki samochodu.

 - Dzięki, nie musisz mnie odprowadzać do drzwi.
  - Może nie muszę, ale chcę - odpowiedział, wysuwając 

się zza kierownicy. - Zostaw ten garnek, podrzucę ci go jutro 
w drodze do pracy.

Kiedy   szukała   w   torebce   kluczy,   przysunął   się   bliżej   i 

zapytał:

  -   No,   jak?   Jesteś   gotowa   na   drugą   lekcję?   Szczerze 

mówiąc, zamierzam z niej zwiać, pomyślała.

  -   Czyżbyś   miał   problemy   ze   znalezieniem   partnerki, 

której nie będziesz musiał udzielać lekcji?

Uśmiechnął się i objął ją ramieniem. Następnie oparł się o 

barierkę werandy i odwrócił Ginę do siebie.

Wpatrywał   się   w   nią   z   takim   natężeniem,   że   poczuła 

dziwne dreszcze na całym ciele. Powoli przyciągał ją coraz 

background image

bliżej,   aż   poczuła   jego   oddech   na   skórze.   W   wieczornym 
chłodzie ciepło jego ciała działało niemal magnetycznie.

Jego   usta   wolno   pieściły   jej   policzek   i   nieuchronnie 

przesuwały   się   w   stronę   warg.   Zatrzepotała   nerwowo 
powiekami i chociaż z całych sił starała się zachować spokój i 
opanowanie, wątpiła, czy jej się uda.

Zresztą czuła, że gdzieś głęboko w środku rodzi się w niej 

przyzwolenie   na   ten   pocałunek.   Ostatkiem   sił   próbowała 
wyswobodzić się z jego ramion, ale nie dał jej żadnej szansy.

Całował ją długo i delikatnie, dokładnie i bez pośpiechu 

poznawał jej usta i smak języka. Pod wpływem jego czułego 
dotyku   zapomniała   o   oporze,   rozluźniła   się   i   czerpała 
przyjemność z tej pieszczoty.

Pocałunek   przeciągał   się   w   nieskończoność,   a   mimo   to 

ciągle nie miała dość. Kiedy w końcu Dez oderwał się od jej 
ust, niemal chciała zaprotestować. Na szczęście nie miała siły, 
by się odezwać.

Dez powiedział cicho:
 - Grzeczna dziewczynka, widać, że odrobiłaś lekcję.
Zanim   zdążyła   odpowiedzieć,   drzwi   otworzyły   się   i 

pojawiła się w nich pani Mason, sąsiadka z dołu, ubrana w 
dziwny   strój   w   szkocką   kratę.   W   ręku   trzymała   druciany 
koszyk z symbolem miejscowej mleczarni, z którego sterczały 
pękate butelki.

 - Przepraszam - odezwała się cierpko. - Stoicie akurat w 

miejscu przeznaczonym na butelki.

Przesunęła   ich   zdecydowanym   ruchem   i   energicznie 

postawiła koszyk.

Potem   otaksowała   ich   potępiającym   spojrzeniem   i   z 

trzaskiem zamknęła drzwi.

 - Ona jest szalona - wyszeptała Gina, kiedy tylko kobieta 

znikła. - W tej dzielnicy od lat nikt nie rozwozi mleka.

background image

  - Naprawdę myślisz, że chodziło jej o mleko? - zaśmiał 

się Dez. - Chodź bliżej, to wyjaśnię ci, jaki był prawdziwy 
powód tej scenki.

Uśmiechnęła się, ale nie zrobiła nawet kroku. Wpatrywała 

się w koszyk zostawiony przez panią Mason.

 - Zapytam ją, czy nie zechciałaby podarować go naszemu 

muzeum. Nie mamy nic takiego w naszych zbiorach.

  -   Niezły   sposób,   żeby   pokazać   facetowi,   gdzie   jego 

miejsce - mruknął Dez. - Zaraz za koszykiem na butelki.

Westchnął   ciężko   i   zszedł   po   schodkach   werandy. 

Słyszała,   jak   pogwizduje,   idąc   do   samochodu,   i   zamyślona 
oparła się o barierkę.

W   zasadzie   powinna   podziękować   pani   Mason.   Lekcja 

Deza tak ją pochłonęła, że jeszcze chwila, a zaprosiłaby go na 
górę na końcowy egzamin.

A to by było niewybaczalnie głupie.
Już następnego dnia wszystkie media w mieście trąbiły o 

wielkiej akcji zbiórki pieniędzy dla muzeum. Gina stała przy 
kontuarze na dole, przeglądała z obawą gazety i zastanawiała 
się, jak dała się w to wciągnąć.

Nagle   w   drzwiach   pojawiła   się   Anne   Garrett.   Szybkim 

krokiem podeszła do kasy i spojrzała na Ginę z uznaniem.

 - Nie dziwię się, że nie znalazłaś czasu, żeby spotkać się 

ze   mną   i   omówić   kampanię   na   rzecz   muzeum.   Widzę,   że 
postanowiłaś wziąć sprawy w swoje ręce!

  -   Przepraszam   cię,   już   wiele   razy   miałam   do   ciebie 

zadzwonić, ale tyle się dzieje ostatnio! Mamy trzy razy więcej 
gości   niż   zwykle.   Ale   wciąż   bardzo   mi   zależy   na   naszym 
spotkaniu. Nie sądzę, abym wytrzymała w piątkowej kąpieli 
aż tyle, żeby starczyło na wszystkie potrzeby muzeum.

 - Dlaczego nie? - wymruczała Anne. - To przecież czysta 

przyjemność   -   kąpiel   w   towarzystwie   przystojnego 

background image

mężczyzny.   ..   W   porządku,   żartowałam   -   dodała,   widząc 
gniewne spojrzenie Giny.

  -   Zamiast   kpić,   podpowiedz   mi   lepiej,   jak   go 

przechytrzyć. Wymyśliłam, że wpuszczę do basenu mnóstwo 
płynu do kąpieli i może uda mi się ukryć w tej pianie.

  - Przykro mi, ale ten pomysł nie przejdzie. Nie możesz 

wlać płynu do kąpieli do jaccuzi, to zabronione. Podobno od 
tego   zatykają   się   dysze   i   całe   urządzenie   może   się   zepsuć. 
Trzeba wymyślić coś innego, właściwie jest pewien sposób...

W   tym   momencie   Gina   usłyszała   skrzypnięcie   drzwi. 

Zamachała   gwałtownie   rękoma,   dając   znak   Anne,   żeby 
natychmiast zamilkła.

Dez wszedł do środka i postawił przy drzwiach pudło z 

garnkiem.

 - Przepraszam, że nie odwiozłem go rano, jak obiecałem, 

ale byłem bardzo zajęty.

 - Nic się nie stało, ważne, że dotarł cały.
  - Mam nadzieję, nie zaglądałem do środka. Chyba wam 

przeszkodziłem...   To   dziwne,   ale   zawsze,   kiedy   widzę   was 
razem, ogarniają mnie niepokojące podejrzenia...

  - Daj spokój - zaśmiała się Anne. - Wpadłam na chwilę 

po   kilka   biletów   na   festyn.   Chcemy   je   rozlosować   wśród 
naszych czytelników.

Gina   przygotowała   plik   biletów   i   podała   Anne 

pokwitowanie do wypełnienia. Anne nabazgrała coś na dole 
strony i rzuciła pospiesznie:

  - Wypełnij za mnie resztę. Muszę już lecieć! Wrzuciła 

bilety do torby, pożegnała się i wyszła.

Gina   zagryzła   wargi   niezadowolona,   że   nie   zdążyła 

wyciągnąć   od   Anne   tego,   co   ją   najbardziej   interesowało. 
Trudno,   może   jeszcze   zdoła   się   dowiedzieć,   o   jaki   sposób 
chodziło.

background image

  - Czy ty też weźmiesz kilka biletów? - zapytała Deza. - 

Mógłbyś je rozprowadzić wśród swoich pracowników.

  -   Dzięki,   ale   myślę,   że   jeśli   chodzi   o   wsparcie   dla 

muzeum, zrobiłem już swoje. Kupiłaś nowy kostium?

Spojrzała na niego zaskoczona.
 - Skąd wiesz...?
 - Bo żadna kobieta nie weszłaby publicznie do jaccuzi w 

starym - odpowiedział z uśmiechem.

Przechylił się nad blatem i nieoczekiwanie pocałował ją w 

usta.

 - To była trzecia lekcja? - spytała spokojnie.
 - Skąd, nie mamy teraz czasu na naukę. To tylko szybki 

sprawdzian, mała powtórka materiału.

Uśmiechnął się figlarnie i wyszedł.
Patrzyła   za   nim   przez   chwilę,   po   czym   sięgnęła   po 

formularz   zostawiony   przez   Anne.   Ku   swemu   zaskoczeniu 
zamiast   podpisu   na   dole   kartki   zobaczyła   dwa   słowa   - 
rozwiązanie jej obaw i wątpliwości.

Doskonałe rozwiązanie.
 - Eleanor! - zawołała podniecona. - Możesz mnie zastąpić 

na chwilę? Muszę skoczyć do sklepu!

Taksówkarz,   który   wiózł   ją   w   piątkowy   wieczór   do 

centrum,   spoglądał   podejrzanym   wzrokiem   na   trzy   wielkie 
worki, które wpakowała do samochodu.

  -   Wiozłem   kiedyś   klauna   na   przyjęcie   do   jakiegoś 

dzieciaka. Miał chyba z setkę balonów. Ledwie się wszystkie 
pomieściły,   niektóre   wystawały   przez   okno.   A   jeden   mój 
kumpel   opowiadał,   że   wsiadł   do   niego   facet   z   ciężkimi 
workami i kazał się zawieźć do portu. Utopił tam wszystkie 
worki.   Potem   okazało   się,   że   było   w   nich   poćwiartowane 
ciało. Tak, tak, czasem człowiek sam nie wie, co przewozi - 
dodał w zadumie.

Gina spojrzała na niego z niesmakiem.

background image

  - Ale to jest za ciężkie na balony, a za lekkie na ciało - 

zaśmiał się zadowolony z dowcipu.

  - Gratuluję! Jest pan prawdziwym mistrzem dedukcji - 

odparła cierpko.

 - To co pani tam ma?
 - Nie mogę zepsuć panu dobrej zabawy. Pana spekulacje 

są dużo atrakcyjniejsze niż zawartość tych worków. Jesteśmy 
już prawie na miejscu, proszę się zatrzymać przed głównymi 
drzwiami.

Przed wejściem stały już wozy transmisyjne dwóch stacji 

telewizyjnych, ale ku zdziwieniu Giny nie widać było żadnych 
gapiów.

Zapłaciła taksówkarzowi i dodała litościwie:
  - Jeśli chce pan się dowiedzieć, co jest w tych torbach, 

proszę oglądać dziś ostatnie wiadomości.

  - A! Poznaję! Pani jest od tej akcji na rzecz muzeum! 

Jeżdżę   całą   noc,   ale   mówiłem   żonie,   żeby   mi   wszystko 
nagrała. Obejrzę, jak wrócę.

  - Mam  nadzieję,  że  się pan nie  rozczaruje -  mruknęła 

Gina i wysiadła z samochodu.

Weszła do holu i znów zdziwił ją brak widzów. Zaczynała 

odczuwać   lekkie   rozczarowanie.   Po   co   tyle   starań   i 
poświęcenia,   jeśli   nikogo   to   nie   interesuje?   To   miała   być 
przede wszystkim świetna kampania reklamowa dla muzeum, 
ale jeśli nikt nie chce tego oglądać, cała akcja nie ma sensu!

Przeszła do atrium i stanęła zszokowana. Kłębił się tu taki 

tłum ludzi, że nie można było wcisnąć nawet szpilki. Wszyscy 
kręcili się w poszukiwaniu najlepszego punktu widokowego, 
nawet balkony wypełnione były ciekawskimi.

Z trudem przeciskała się pomiędzy zbitym tłumem, aż  w 

końcu dotarła do środka. W samym centrum, wprost pod różą, 
zainstalowana   została   wielka   wanna   wypełniona   wodą   z 
syczącymi wesoło bąbelkami.

background image

Gina   patrzyła   lekko   przerażona.   Nigdy   jeszcze   nie 

widziała tak wielkiej wanny, wyglądała w zasadzie jak mały 
basen.

Cóż,   miała   jedynie   cichą   nadzieję,   że   trzy   worki   jakoś 

wystarczą.

Dez kręcił się wśród tłumu, rozmawiał z dziennikarzami, 

ustalał szczegóły z obsługą i nie widział, kiedy Gina pojawiła 
się w atrium. Ale nagle dało się zauważyć poruszenie wśród 
ludzi,   zgiełk   na   chwilę   przycichł,   a   potem   wybuchnął   ze 
zdwojoną siłą.

Dez   skończył   rozmowę   i   przecisnął   się   do   centrum 

wydarzeń. To, co zobaczył, wprawiło go w lekki szok.

Na  środku   stała   Gina   w   czymś   na   kształt   obszernego 

szlafroka   i   wydawała   się   niezwykle   z   siebie   zadowolona. 
Obok niej leżały trzy wielkie puste worki, a wanna...

Musiał   przetrzeć   oczy,   żeby   się   upewnić,   że   to   nie 

halucynacje.

Wanna   wypełniona   była   mnóstwem   kolorowych 

plastikowych   zabawek.   Kłębiły   się   wszędzie,   szczelnie 
wypełniały   całą   powierzchnię   i   podskakiwały   razem   z 
bąbelkami.

Przed oczami miał dziesiątki kaczek - zielone, czerwone, 

niebieskie i zwykłe żółte kaczuszki z czerwonymi dziobkami. 
Między   nimi   pływały   piszczące   krokodyle,   delfiny, 
ośmiornice   i   wieloryby,   o   brzeg   wanny   obijał   się   jakiś 
nienaturalnie fioletowy krab. Ale to nie wszystko. Na falach 
kołysały   się   dmuchane   łódki,   żaglówki,   statki   wojskowe,   a 
nawet łódź podwodna.

Dez patrzył zaskoczony, w końcu wyjąkał:
 - Nieźle. Widzę, że wytoczyłaś ciężką broń.
  -   Po   prostu   przejęłam   twój   sposób   myślenia,   Dez.   To 

rzeczywiście byłaby głupota siedzieć tu za sto dolarów, kiedy 
mogę zarobić dwieście. - Uśmiechnęła się czarująco i zrzuciła 

background image

okrycie.   Pod   spodem   miała   jaskraworóżowy   kostium 
kąpielowy.

Przemknęło mu przez głowę, że kolorystycznie świetnie 

pasuje   do   całej   tej   menażerii,   ale   zaraz   potem   uświadomił 
sobie, co właśnie usłyszał. Chciała dostać dwieście dolarów za 
minutę, więc...

  - Wskakuj zatem do wanny i podaj mi kostium - rzucił, 

nie wierząc, że zdecyduje się na to.

Gina   zgrabnie   weszła   do   wody,   co   wywołało   niemałe 

poruszenie zarówno wśród zgromadzonej publiczności, jak i 
wśród gumowych zwierzątek.

Z   trudem   rozgarnęła   nieco   zabawki   i   usadowiła   się 

pomiędzy nimi. Następnie, przy niemałym aplauzie gapiów, 
zaczęła zdejmować kostium. Widać było, że nie idzie jej to 
zbyt   sprawnie.   Zwierzątka   szczelnie   wypełniały   wannę   i 
utrudniały swobodę ruchów.

Po chwili jednak spośród zabawek wynurzyło się smukłe 

ramię,   na   końcu   którego   zwisał   różowy   biustonosz.   Tłum 
zareagował głośnymi brawami.

Dez wyciągnął rękę i złapał ramiączko stanika. Chociaż 

trzymał w ręku niezbity dowód, wciąż nie mógł uwierzyć, że 
naprawdę to zrobiła.

  -   Myślę,   że   to   wystarczy   -   odezwał   się,   z   trudem 

wydobywając głos z wysuszonego gardła. - Udowodniłaś, że 
dla muzeum gotowa jesteś na daleko idące poświęcenie.

Spojrzała na niego z miną niewiniątka.
  -   Ale   to   nie   znaczy,  że   chcesz   się   wycofać   ze   swojej 

oferty?   Boję   się,   że   potem   powiesz,   że   płacisz   tylko   sto 
pięćdziesiąt,   bo   zatrzymałam   się   w   pół   drogi.   Jeśli   tak,   to 
lepiej oddam ci też drugą część kostiumu...

Pokręcił głową z niedowierzaniem.

background image

  - Masz chyba wystarczająco dużo świadków. Dwieście 

dolarów za minutę, począwszy od teraz. - Zerknął na zegar i 
powiedział: - Ósma dwanaście, startujemy!

Zanurzyła   się   głębiej,   tak   że   znad   stada   kaczuszek 

wystawała jej tylko głowa, i zerknęła na niego figlarnie.

 - Dlaczego nie wchodzisz? Woda jest wspaniała!
W jej oczach błyszczały małe chochliki. Wyraźnie chciała 

się zabawić jego kosztem, a na to Dez nie miał szczególnej 
ochoty.

Ciągle  trzymając  jej   biustonosz,   podniósł  rękę  do   góry, 

zakręcił nim kilka razy w powietrzu i zawołał:

  -   Ponieważ   Gina   nie   będzie   już   tego   potrzebowała, 

proponuję zlicytować go na rzecz muzeum!  Kto kupi mało 
używany, bardzo mokry biustonosz... ?

Zignorował   głośny   protest   dobiegający   z   wanny   i   z 

zapałem prowadził licytację. Po zaciętej walce, właścicielem 
atrakcyjnej części kostiumu Giny stał się jeden z członków 
ekipy telewizyjnej, płacąc trzysta dolarów.

Dez   zakończył   zabawę   i   rozebrał   się   przy   głośnej 

aprobacie żeńskiej części widowni.

Wskoczył do wanny, powodując duże zamieszanie wśród 

kaczek,   usadowił   się   wygodnie   i   przez   chwilę   bawił   się, 
rozgrywając   bitwę   morską   między   holownikiem   a   łodzią 
podwodną.   Ostatecznie   holownik   został   zepchnięty   na   bok 
przez wielką ośmiornicę i bitwa się skończyła. Dez czuł na 
ciele   skaczące   bąbelki   i   mimo   tłumu   wokół,   powoli   się 
odprężał.

Gdyby   tylko   nie   był   takim   idiotą   i   zamówił   mniejszą 

wannę... No trudno.

Minęło dokładnie trzydzieści dziewięć minut, kiedy Gina 

powiedziała:

 - Mam dosyć, jestem zupełnie ugotowana.

background image

Duża   część   gapiów   już   poszła,   ale   wokół   nadal   stało 

wystarczająco   wielu   najwytrwalszych,   aby   dodać   sytuacji 
sporo pikanterii.

Dez spojrzał na nią zaskoczony. Rzeczywiście, była trochę 

zaróżowiona, ale nie wiedział, czy to na skutek kąpieli, czy 
raczej z powodu perspektywy wyjścia z wody.

  -   Jak   zamierzasz   to   zrobić?   -   spytał   niewinnie.   -   Nie 

dosięgniesz do szlafroka. Ale jeśli grzecznie mnie poprosisz, 
wyjdę pierwszy i podam ci go.

Rzuciła mu dziwne spojrzenie, rozłożyła ręce i, ku jego 

wielkiemu zaskoczeniu, odważnie wynurzyła się z wody.

Zamrugał oczami i spojrzał na nią zdziwiony. Miała na 

sobie jaskraworóżowe bikini. Całe.

 - Co to właściwie... - wyjąkał.
 - Dez, powiedziałeś, żebym weszła do wanny i podała ci 

mój   kostium   -   wyjaśniała   z   uśmiechem.   -   Nie   mówiłeś,   że 
musi to być ten, który mam na sobie. Tamten też był mój.

 - Doskonale wiedziałaś, co miałem na myśli.
  -   Naprawdę?   -   Spoglądała   na   niego   niewinnie   i   miał 

ochotę ją utopić. - Wolałam nie wnikać, jakie brudne myśli 
krążą ci po głowie. Muszę przyznać, że cała akcja była nieco 
trudniejsza, niż myślałam. Niełatwo było znaleźć dwa kawałki 
materiału wśród tych wszystkich zabawek. Swoją drogą, druga 
część nadal gdzieś tam pływa...

Mówiła coś jeszcze, ale nie słuchał, wpatrzony w okolice 

jej   brzucha.   Podążyła   za   jego   wzrokiem   i   nagle   zamilkła 
zaskoczona.

Całe   jej   ciało   miało   dziwny   niebieskawy   odcień, 

gdzieniegdzie   bardziej   intensywny,   ozdobiony   rozległymi, 
sinymi smugami.

Dez   wypuścił   kaczkę,   którą   trzymał   w   ręku   i   podniósł 

dłoń. Była niebieska.

background image

 - Zdaje się, że nie wszystkie te zabawki są przeznaczone 

do kąpieli.

 - Zabrakło już pływających kaczek, więc dokupiłam kilka 

innych   w   sklepikach   z   pamiątkami   -   potwierdziła   z 
niewyraźną miną, oglądając swoje ramiona.

  - To wiele wyjaśnia - mruknął. - Chodźmy stąd, zanim 

całkiem zsiniejemy.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Następnego   ranka   w   muzeum   pojawiali   się   kolejno 

wszyscy wolontariusze. Również ci, których Gina nie widziała 
już od tygodni. Podawali różne powody, ale wiedziała swoje - 
przyszli sprawdzić, czy nadal jest niebieska.

Szczerze   mówiąc,   wczoraj   wieczorem   sama   straciła 

nadzieję,   że   odzyska   kiedyś   naturalną   barwę.   Nie   miała 
pojęcia, czym farbują te kaczki, ale bez wątpienia środek był 
solidny.   Usunęła   go   wreszcie,   trąc   intensywnie   całe   ciało 
kremem do peelingu.

Wydawała   właśnie   ostatnie   bilety   na   festyn,   kiedy   w 

drzwiach stanął Dez.

 - Wyglądasz normalnie - powitała go z uśmiechem.
  - Jakoś to z siebie zmyłem, choć już myślałem, że będę 

musiał oddać się do pralni. Przyniosłem czek z datkiem na 
muzeum.

 - Dwieście dolarów za minutę? - spytała twardo.
 - Zgodnie z umową. - Wyciągnął czek, ale nadal trzymał 

go poza jej zasięgiem. - Nie potrąciłem nawet za podstępny 
numer z bikini.

 - W zasadzie powinieneś mi za niego dopłacić. Zostałam 

z bezużytecznym fragmentem kostiumu.

 - Potraktuj go jako część zapasową - doradził, wręczając 

jej czek.

Spojrzała   z   wyraźnym   zadowoleniem   i   zamachała 

papierem z satysfakcją.

 - Dzięki. Dez, chętnie bym z tobą pogawędziła, ale mam 

dzisiaj dużo pracy.

  -   Rozumiem,   już   idę.   -   Przy   drzwiach   zatrzymał   się   i 

patrząc na pudło, dodał: - Widzę, że odstawiłaś już garnek 
Essie na miejsce.

  - Skąd, od kiedy go przywiozłeś, nie miałam czasu się 

tym zająć. - Podeszła szybko i zajrzała do środka. Wszystkie 

background image

inne drobiazgi, które miała ze sobą w studiu telewizyjnym, 
tkwiły   na   miejscu,   brakowało   tylko   garnka.   -   Dziwne, 
zawołam Eleanor, może ona go zabrała?

Ale   Eleanor   twierdziła,   że   nie   dotykała   garnka.   Zaczęli 

przeszukiwać każdy kąt muzeum. Bez rezultatu. Wyglądało na 
to, że stary garnek Essie wyparował.

Gina   była   tak   zdenerwowana,   że   nie   potrafiła   nawet 

spokojnie   myśleć.   W   zasadzie   to,   w   jaki   sposób   doszło   do 
kradzieży,   było   bez   znaczenia.   W   każdym   przypadku 
obciążało to jej sumienie.

Usiadła   załamana   na   schodach   i   z   trudem 

powstrzymywała łzy.

 - To moja wina. - Westchnęła ciężko.
Dez   przysiadł   koło   niej   i   delikatnie   pogładził   ją   po 

ramieniu, próbując pocieszyć.

  -   Ja   też   mam   sobie   sporo   do   zarzucenia.   Mogłem 

przywieźć ci go rano, tak jak prosiłaś, a nie później, kiedy w 
muzeum jest największy ruch.

  -   Nie,   nie.   To   ja   jestem   za   wszystko   odpowiedzialna. 

Zostawiłam skrzynię tutaj, i to był błąd.

Przypomniało   się   jej,   dlaczego   nie   zajęła   się   od   razu 

rozpakowaniem pudła i zwiesiła głowę w poczuciu winy. Nie 
znalazła na to czasu, bo pobiegła kupować kolorowe gumowe 
kaczuszki.

Przez jej zabawy w jaccuzi stracili cenny garnek Essie.
  -   Powinnam   była   od   razu   odstawić   go   na   miejsce   - 

odezwała się ze smutkiem.

  - Nie oskarżaj się. Jeśli ktoś miał zamiar ukraść garnek, 

równie dobrze mógł go zabrać z góry.

 - Dzięki, to mnie podnosi na duchu. Dobrze wiem, że nie 

mamy   tu   dostatecznej   ochrony.   Dlatego   między   innymi 
powinniśmy się stąd wynieść.

background image

 - To akurat prawda. Każdy zwiedzający może was okraść, 

jeśli  tylko   przyjdzie   mu   to   do  głowy.  -   Dez   podniósł  się   i 
wyciągnął   rękę.   -   Wstawaj,   chodźmy   na   górę   do   twojego 
biura.

  - Czemu nie? - mruknęła Gina. - Tu nie ma już nic, co 

można by wynieść.

  - Przestań! Nawet jeżeli straciliście jeden z eksponatów, 

nadal macie ich całe mnóstwo.

  - Nic nie rozumiesz. Ten był wyjątkowy - powiedziała 

ponuro.

 - Dla kogo? Dla Essie czy dla ciebie?
  - Dla nas obu - odparła, wchodząc ciężko po schodach. 

Na półpiętrze obejrzała się i zobaczyła, że Dez idzie tuż za nią 
z pochyloną głową. Nagle zaczęły się w niej rodzić pewne 
podejrzenia.   Uświadomiła   sobie,   że   ostatni   raz   widziała 
garnek   wieczorem   po   programie   telewizyjnym.   Następnego 
dnia, kiedy Dez odwiózł jej pudło, była tak zaaferowana, ze 
nie sprawdziła, czy niczego w nim nie brakuje...

To nonsens, skarciła się w duchu. Dlaczego właściwie Dez 

miałby zabierać stary garnek? Sentymentalne wspomnienia z 
dzieciństwa   to   nie   jest   wystarczający   powód,   żeby   dorosły 
mężczyzna   popełniał   przestępstwo.   Poza   tym   nie   mógł 
przecież przewidzieć, że ona nie rozpakuje pudła natychmiast 
po odebraniu.

Nie, Dez tego na pewno nie zrobił, po prostu jej nieczyste 

sumienie chciało szybko znaleźć winnego. Kogokolwiek, byle 
nie ją.

To   odkrycie   dodatkowo   ją   przygnębiło.   Próbowała 

panować   nad   sobą,   ale   emocje   były   silniejsze,   długo 
powstrzymywane łzy trysnęły z oczu.

Dez  ścisnął   ją   pocieszająco   za   ramię,   ale   to   wywołało 

tylko kolejną falę łez. Wyciągnął więc z kieszeni chusteczkę i 
podał Ginie.

background image

 - Naprawimy to jakoś, kochanie.
  - Tego się nie da naprawić, nie rozumiesz? Nie chodzi 

tylko o garnek! Miałam strzec zbiorów Essie i czuwać nad 
muzeum.   Chciałam,   żeby   żyło,   rozwijało   się!   Tymczasem 
bezmyślnie tracę jej dorobek!

 - Rozwijasz muzeum, Gino. Essie byłaby z ciebie dumna. 

Uspokój się trochę i porozmawiamy o twojej propozycji.

 - Chcesz wymienić Tyler - Royale na ten dom? - spytała, 

szybko osuszając oczy.

  -   Rozważam   to.   Myślę,   że   moglibyśmy   dojść   do 

porozumienia.

Patrzyła   na   niego   zaskoczona,   ale   natychmiast   znowu 

wybuchła płaczem.

 - Dobrze wiesz, że nie możemy sobie pozwolić na tamten 

budynek. Nieraz mi to powtarzałeś! Dlaczego teraz robisz mi 
nadzieję?

  -   Gino!   Przestań   płakać   i   pomyślmy   nad   jakimś 

rozwiązaniem, dobrze?

Kiwnęła głową, ale nadal nie mogła się uspokoić. O co mu 

chodzi? Wiedziała, że z jego punktu widzenia, to wcale nie 
był  korzystny   interes.   Dlaczego   nagle   zapragnął   mieć   stary 
dom?   Czyżby   człowiek,   który   do   tej   pory   bez   skrupułów 
burzył wszystko, co stanęło na drodze jego wieżowcom, aż tak 
się   zmienił,   że   zaczął   doceniać   wartość   starej   rodzinnej 
posiadłości?

To byłaby najdziwniejsza rzecz.
Ale   przecież   od   pierwszej   chwili,   kiedy   go   spotkała, 

wiedziała, że jest niezwykły. Zawsze był inny, nadzwyczajny.

Nic dziwnego, że się w nim zakochała.
Och,   nie,   jęknęła   w   duchu,   to   byłaby   najgłupsza   rzecz, 

jaką w życiu zrobiłaś!

Weszli do biura, usiedli przy biurku i Gina ciężko oparła 

głowę   na   rękach.   Dez   bawił   się   tymczasem   zardzewiałym 

background image

kilofem   górniczym,   który   z   niewiadomych   powodów   leżał 
wśród dokumentów.

W   końcu   się   uspokoiła   i   spojrzała   na   niego   nieco 

nieprzytomnie.

Nie miał pojęcia, że kwestia starego garnka będzie dla niej 

tak   ważna.   Wyglądała   na   zupełnie   wyprowadzoną   z 
równowagi.   Szkoda,   bo   chciał   jej   dziś   przedstawić   swoją 
ofertę.

Rozważał wszystko przez chwilę, wreszcie uznał, że jeden 

siary garnek nie powinien zmieniać jego planów.

  -   Obiecuję,   że   dostaniesz   odpowiedni   budynek   - 

powiedział, patrząc na nią uważnie.

 - Ale nie Tyler - Royale!? - wykrzyknęła.
  - Gino, na litość boską, nie wrzeszcz na mnie! Właśnie 

proponuję ci niezwykle korzystną wymianę.

  - Jeśli ciągle masz na myśli kościół św. Franciszka, to 

wiedz, że on nie wchodzi w rachubę!

Widać było, że powoli wraca do siebie.
 - Nie, sam doszedłem do tego wniosku - potwierdził Dez i 

wyciągnął rękę. - To co, ubijemy interes?

  -  Żartujesz sobie?! Nie wiedząc, co dostanę w zamian? 

Westchnął ciężko.

 - Gino, w tym mieście nie brakuje ciekawych budynków. 

Mogę ci znaleźć coś atrakcyjnego nad jeziorem...

 - Być' może... - zgodziła się ostrożnie. - Ale nie wymienię 

domu Essie na kota w worku.

 - Gwarantuję ci, że każda moja oferta będzie lepsza niż to, 

co   masz   teraz!   -   ciągnął   lekko   zirytowany   Dez.   -   Ale   w 
porządku, skoro się upierasz, znajdę jakiś budynek i jeśli go 
zaakceptujesz, dobijemy targu.

Podniósł się gwałtownie i wyszedł z pokoju, nie czekając 

na odpowiedź. W zasadzie nie interesowało go, co miałaby mu 

background image

do powiedzenia. Ważne było tylko jedno - musiał odzyskać 
dom Essie. Obojętne jakim kosztem.

Gina nie do końca wiedziała, jak przebiegła jej rozmowa z 

Dezem. Ciągle była zszokowana swoim odkryciem i jedyne, 
na czym potrafiła się skupić, to rozważanie, jak mogła być aż 
taką idiotką, żeby zakochać się w Dezie Kerriganie.

Nigdy   nie   podejrzewała   nawet,   że   coś   takiego   może 

nastąpić. Od pierwszej chwili ich stosunki były tak napięte, że 
wydawało się niemożliwe, aby mogły  przerodzić się w coś 
innego.   Nie   zachowywała   najmniejszej   ostrożności,   bo   do 
głowy   jej   nie   przyszło,   że   może   się   zakochać   w   kimś   tak 
różnym od niej samej.

Owszem, Dez był atrakcyjnym mężczyzną i może nawet 

zaświtałaby   jej   myśl   o   flircie   z   nim,   ale   zakochać   się   to 
zupełnie   inna   historia.   Gdyby   ktokolwiek   zasugerował   jej 
chociaż podobną możliwość, wybuchłaby śmiechem i uznała, 
że to zupełny nonsens.

Ale właśnie tak się stało.
Dez nieoczekiwanie zawładnął jej sercem, bo okazał się 

zupełnie inny, niż początkowo sądziła. Nie był bezdusznym 
biznesmenem nastawionym tylko na zyski. Miała wrażenie, że 
powrót do starego domu Essie okazało się w jakimś sensie 
punktem zwrotnym w jego życiu - obudziły się w nim uczucia, 
o które pewnie sam siebie nie podejrzewał.

I co teraz? Jakiekolwiek tego typu relacje między nimi nie 

wchodziły w grę. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale 
nie miała pojęcia, co powinna zrobić.

Miała jedynie nadzieję, że potrafi ukryć emocje i Dez nie 

domyśli się, co do niego czuje.

Swoją drogą ciekawe, jak by zareagował, gdyby podczas 

najbliższego   spotkania,   przerywając   nagle   rozmowę   o 
interesach,   położyła   mu   rękę   na   ramieniu   i   nie   zmieniając 
tonu, powiedziała:

background image

 - A przy okazji, Dez, kocham cię.
Ta wizja nawet dla niej była co najmniej szalona. Pewnie 

by zbladł, a w najgorszym razie wrzasnął dziko i uciekł. I nie 
powinna   się   dziwić.   Sama   jeszcze   wczoraj   zareagowałaby 
podobnie, gdyby usłyszała takie wyznanie z jego ust.

Niestety, wiedziała, że niewielu rzeczy w życiu może być 

tak   pewna,   jak   tego,  że   Dez   nigdy   jej   czegoś   takiego   nie 
wyzna.

Wioska historyczna tętniła życiem. Gina przechadzała się 

między   straganami   i   cieszyła   się   zainteresowaniem,   jakie 
akcja   wywołała   wśród   mieszkańców   Lakemont.   Jej 
współpracownicy   poubierani   w   barwne   kostiumy   udawali 
mieszkańców   miasteczka   sprzed   wieków,   prezentowali 
gościom   dawno   zapomniane   umiejętności,   wokół   biegały 
rozentuzjazmowane dzieciaki i widać było, że pomysł okazał 
się strzałem w dziesiątkę.

Szkoda   tylko,   pomyślała,   że   nikt   nie   zaproponował 

Dezowi,   aby   przebrał   się   za   Desmonda   Kerrigana. 
Wyglądałby   tak   naturalnie,   witając   gości   w   bramie.   O   ile 
oczywiście zgodziłby się na tę zabawę.

Gina nie widziała go od dnia, w którym odkryła zniknięcie 

garnka. Zaraz potem zniknął też Dez i nie dał jej szansy na 
udawanie, że jest pełna dystansu i obojętna na jego urok.

Wmawiała   sobie,   że   jej   uczucie   to   pomyłka,   efekt 

chwilowego   zaćmienia   umysłu,   ale   nadaremnie.   Nawet 
nieobecność Deza jej nie pomogła. Brakowało jej jego kpin, 
lekcji   całowania,   nawet   bezceremonialnych   metod 
przekonywania, żeby zmieniła zdanie w wielu kwestiach.

Nie ma co ukrywać, tęskniła za nim.
Miała nadzieję, że przyjdzie na jarmark. W końcu kupił 

bilet. Ale kiedy nadchodził zmierzch, a jego ciągle nie było, 
musiała pogodzić się z myślą, że go nie zobaczy.

background image

Próbowała   go   usprawiedliwić,   tłumacząc   sobie,   że   być 

może nie miał czasu, bo szukał odpowiedniego budynku dla 
niej, ale sama w to nie wierzyła. Zaczęła się obawiać, że  w 
jakiś sposób odgadł, co do niego czuje, i to jest przyczyną jego 
nieobecności.

Może chciał utrzymać między nimi dystans, bo wiedział, 

że nie jest w stanie odwzajemnić jej uczuć. Krępowało go to i 
postanowił chronić się przed niechcianymi awansami.

Stanęła   w   kolejce   po   lody   domowej   roboty   i   w 

międzyczasie próbowała oglądać koronki i drewniane ozdoby 
wykonywane przez okolicznych twórców, ale na niczym nie 
potrafiła   się  skupić.  Z   niechęcią   przyznała,  że  wszystkie   te 
rzeczy byłyby dużo bardziej interesujące, gdyby Dez oglądał 
je razem z nią.

Wiedziała,   że   to   głupie.   Powinna   raz   na   zawsze   z   tym 

skończyć.   Nie   widziała   go   już   kilka   dni   i   być   może   nie 
zobaczy jeszcze długo, więc powinna wykorzystać ten czas, 
żeby   o   nim   zapomnieć.   Nawet   jeśli   wydaje   się   to   prawie 
niemożliwe.

Nadeszła wreszcie jej kolej. Stanęła na prowizorycznym 

podeście i powiedziała:

 - Poproszę truskawkowe, o ile jeszcze są.
  -   Dwa   razy   -   usłyszała   z   tyłu   głos   Deza.   Zaskoczona 

odwróciła się i zanim zdążyła się powstrzymać, wykrzyknęła:

 - Jednak jesteś! Przyszedłeś!
Przez chwilę patrzył jej w oczy, po czym zapłacił za lody i 

odebrał śmieszne naczynka wypełnione różowym kremem.

Gina zagryzła usta wściekła na siebie za ten wybuch. To 

było bardzo głupie. I nieostrożne. Próbowała się opanować i 
udawać, że była to zwykła uprzejmość wobec gościa.

 - Cieszę się, że udało ci się przyjść - powiedziała prawie 

spokojnie.   Mogła   być   z   siebie   dumna,   jej   ton   nie   zdradzał 
specjalnych   emocji,   był   przyjacielski,   ciepły,   ale   bez 

background image

przesadnej   ekscytacji.   -   Już   żałowałam,   że   twój   bilet   się 
zmarnował.

  -   Nie   mogłem   przegapić   takiej   okazji.   Zawsze   byłem 

ciekaw, czy główna brama przerdzewiała całkowicie, czy też 
jakimś cudem uda się ją otworzyć. Chcesz gdzieś usiąść, czy 
wolisz spacerować?

  -   Spacerować   -   odparła   zdecydowanie.   Siedzenie 

oznaczałoby rozmowę i bardziej intymną atmosferę, a to nie 
było   wskazane.   -   Powinieneś   zobaczyć   wszystkie   atrakcje, 
które przygotowaliśmy.

 - Sporo już obejrzałem, kręcę się tu od jakiegoś czasu.
Miała   nadzieję,   że   rozczarowanie,   które   poczuła,   nie 

odmalowało się na jej twarzy. Dlaczego założyła, że przyjdzie 
tu i od razu będzie się starał ją odszukać?

  - Sprzedaliśmy bardzo dużo biletów, nawet w ostatnich 

dniach. - Próbowała sprowadzić rozmowę na jakiś neutralny 
temat. - Mam nadzieję, że to przyniesie niezły dochód.

Sama nie mogła słuchać swojej paplaniny. Uspokój się, . 

skarciła się w myślach.

  -   Istotnie,   przyszło   mnóstwo   ludzi.   -   Pokiwał   głową, 

rozglądając się wokół. - Ten ogród nie widział pewnie takich 
tłumów od czasu, kiedy stary ogrodnik Desmonda sadził tu 
pierwsze drzewa.

Przez   chwilę   spacerowali   w   milczeniu,   jedli   lody   i 

oglądali stragany. W końcu Gina przerwała ciszę:

  - Musiałeś ciężko pracować ostatnio. Rzucił jej krótkie, 

zdziwione spojrzenie.

  - Tak przypuszczam, bo nie kwapiłeś się, żeby pokazać 

mi budynek - dodała szybko.

 - Muszę przyznać, że znalezienie czegoś odpowiedniego 

okazało się trudniejsze, niż myślałem.

 - To dobrze. Im bardziej będziesz wybredny, tym więcej 

czasu   zaoszczędzę.   -   Starała   się   mówić   wesoło,   ale   nie 

background image

wiedziała,   czy   jej   się   to   udaje.   Uświadomiła   sobie,   że   to 
oznacza   również   mniej   czasu   spędzonego   na   wspólnych 
naradach   i   oglądaniu   kolejnych,   nawet   zupełnie   nie 
nadających się budynków.

 - Ten ogród wygląda dużo lepiej o zmierzchu - odezwał 

się Dez w zadumie. - Albo wyszło mu na korzyść to, że tłumy 
gości udeptały trochę te wszystkie krzaki. Szczerze mówiąc, 
był już mocno zarośnięty.

 - Masz rację. - Wyciągnęła rękę i dotknęła błyszczącego 

liścia ostrokrzewu. - Rzeczywiście wszystko rozrosło się tu 
bardzo bujnie.

Przechadzali się alejkami i obserwowali, jak teren powoli 

pustoszeje.   Wkrótce   ogród   opuścili   ostatni   goście,   zostali 
tylko wolontariusze, którzy składali stragany.

Podeszli do tego z lodami i pomogli uprzątnąć bałagan.
  -   Odwiozę   cię   do   domu   -   zaproponował   Dez,   kiedy 

skończyli.

  - Dzięki, ale nie skorzystam. - Gina próbowała znaleźć 

jakiś sensowny powód odmowy. - Muszę jeszcze dopilnować 
wszystkiego, przeliczyć bilety, które zostały...

  -   Daj   spokój!   -   zawołała   Eleanor,   która   właśnie 

przechodziła obok. - Wracaj do domu, sami sobie poradzimy. 
Dość już się napracowałaś.

 - Cóż... - powiedziała z wahaniem - W takim razie, zgoda.
Podczas jazdy nie odezwała się ani słowem. Wiedziała, że 

to dziwne, ale miała nadzieję, że wszystko da się zrzucić na 
karb wyczerpania.

  -   Wejdę   na   chwilę   -   powiedział   nieoczekiwanie   Dez, 

kiedy podjechali pod jej dom.

Serce zabiło jej mocniej. Co takiego chciał jej powiedzieć, 

że nie mógł tego zrobić tutaj?

Skinęła głową i wysiadła z samochodu.

background image

Pani Mason musiała wyjechać, bo firanka w jej oknie nie 

poruszyła się,  a  drzwi  nie  uchyliły  się,  kiedy  wchodzili  po 
schodach.

Gina   odnalazła   klucze   w   torebce   i   otworzyła   drzwi. 

Odwróciła   się,   żeby   zapalić   światło,   ale   zanim   zdążyła   to 
zrobić, Dez złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Powoli, 
delikatnie   przesunął   dłonie   po   jej   twarzy,   a   potem   ją 
pocałował.   Długo   i   zdecydowanie.   Wpijał   się   mocno   w   jej 
usta, opuszczając jednocześnie ręce coraz niżej, aż zamknął ją 
w mocnym uścisku.

Nawet  gdyby   chciała,   nie   mogłaby   się   w  żaden  sposób 

uwolnić. Ale wcale nie chciała. Pragnęła zostać tu na zawsze, 
otoczona silnymi ramionami,  czując jego gorący oddech na 
swojej twarzy.

Po   długiej   chwili   Dez   przerwał   pocałunek,   ale   nie 

wypuścił   jej   z   objęć.   To   dobrze,   bo   nie   była   pewna,   czy 
ustałaby   o   własnych   siłach.   Oczy   miała   zamglone,   a   krew 
tętniła jej szaleńczo w żyłach.

 - Dlaczego... - zdołała wykrztusić.
 - Bo ucieszyłaś się na mój widok - wyszeptał wprost do 

jej ucha i znowu ją pocałował. Tym razem była to słodka, 
delikatna pieszczota.

Nie wiedziała, co to oznacza. Miała tylko nadzieję, że nie 

odgadł   jej   sekretu.   Powinnam   być   bardziej   ostrożna, 
pomyślała,   próbując   zachować   resztki   zdrowego   rozsądku 
pomiędzy gorącymi pocałunkami.

 - To trzecia lekcja? - zapytała.
 - Tak. Uczy, jak należy się pohamować.
 - To było lekcja pohamowania?
  - Oczywiście. Chciałem cię pocałować już na festynie. 

Zobacz, jak długo musiałem czekać. Wcale nie było łatwo tak 
się powstrzymywać, opierać pożądaniu...

background image

 - Ale... - Z trudem rozpoznawała własny głos. - A co, jeśli 

ja nie chcę się powstrzymywać?

  - To będzie lekcja czwarta - wyszeptał, pochylając się 

znowu  nad  jej   ustami.   -  Totalne   zatracenie.   Ale  powoli,   to 
jeszcze przed tobą.

Zamknęła oczy i po chwili wahania zaczęła go całować. 

Czuła się, jakby miała prowadzić samolot, bez pewności, że 
umie   latać,   bez   spadochronu.   Jednak   kiedy   jego   ramiona 
otoczyły   ją   ciasno   i   przycisnęły   do   siebie,   wiedziała,   że 
wystartuje, nie przestraszą jej najpotężniejsze burze. Całował 
ją zachłannie, bez śladu niepewności, więc pomyślała, że to 
nie ona jest pilotem na tym pokładzie.

Nigdy nie pozwoliła sobie na marzenia o tym, jak by to 

było   kochać   się   z   Dezem.   Bała   się,   że   takie   fantazje 
przyniosłyby jej tylko niepotrzebny ból. Teraz, czując żar jego 
ciała,   wiedziała,   że   przyniosłyby   przede   wszystkim 
rozczarowanie. Nawet najśmielsze marzenia nie mogły oddać 
tego, jak to było kochać się z Dezem.

Gina   usiadła   na   łóżku   i   małymi   łykami   popijała   kawę, 

którą przyniósł jej Dez. Patrzyła, jak się ubiera. To dziwne, 
chociaż jego ubrania całą noc leżały w nieładzie na podłodze, 
wyglądał rześko i świeżo. Jedynie lekki zarost na policzkach 
był czymś niezwykłym.

Co tu ukrywać, wyglądał nieziemsko.
Zapiął guziki koszuli i przysiadł na brzegu łóżka, a potem 

pochylił   się,   żeby   pocałować   Ginę.   Serce   podskoczyło   jej 
radośnie   i   z   trudem   przypomniała   sobie,   że   powinna   być 
ostrożna. Zachowuj się jak zwykłe, upomniała się w duchu, to 
nie ma znaczenia, że twój świat wyskoczył z orbity, Dez nie 
może o tym wiedzieć!

 - Poszukasz dzisiaj jakiegoś budynku dla mnie? - zapytała 

żartobliwie.

background image

  - Nie sądzę. W pewnym sensie miałaś rację. Najlepszy 

budynek dla was to Tyler - Royale. Ale ja też miałem rację - 
nie   będziecie   w   stanie   go   utrzymać.   Wymyśliłem   inne 
rozwiązanie - dostaniesz jedno piętro w tym gmachu. To i tak 
dziesięć razy więcej, niż masz obecnie. Otwarta przestrzeń, 
którą   możesz   zaaranżować,   jak   zechcesz.   Będziecie   mieli 
lepszą ochronę, lepsze...

Nie słuchała go dalej. Rozradowana wyskoczyła z łóżka i 

zapytała z niedowierzaniem:

 - Naprawdę chcesz go ocalić?
 - Taak - powiedział przeciągle. Jego głos brzmiał prawie 

tak, jakby Dez się wstydził swojej decyzji. - Wspominałem ci 
o tym w nocy, ale chyba byłaś zajęta czym innym.

Poczuła, że się rumieni. Roześmiał się, przyciągnął ją do 

siebie i pocałował.

  -   Muszę   przyznać,   że   miałaś   rację.   To   zbyt   solidna 

konstrukcja, aby dało się ją zburzyć.

Dobrze wiedziała, że nie było takiego budynku, którego 

Dez nie umiałby zburzyć, ale nie odezwała się. Jeśli nie chciał 
się przyznać, że to dla niej ocalił Tyler - Royale, niech tak 
będzie. Ona wiedziała swoje.

 - A co z resztą?
 - Muzeum dostanie drugie piętro. Na poziomie ulicy będą 

sklepy, a wyżej luksusowe apartamenty.

  - Dziękuję - wyszeptała wzruszona. Nie była w stanie 

powiedzieć   nic   więcej.   Przytuliła   się   do   niego   i   czule   go 
pocałowała.

  -   Zachowaj   to   na   razie   dla   siebie.   Muszę   jeszcze 

dokładnie wszystko opracować, spotkać się z architektami i 
inżynierami.

  -   Nienawidzę   architektów   i   inżynierów   -   westchnęła 

ciężko, rzucając się z powrotem na łóżko.

 - Ja też, kochanie - zaśmiał się. - Ja też.

background image

Nie miała pojęcia, jak to się działo, ale wszystko, na co 

patrzyła, miało lekko różową poświatę. Nawet puste miejsce 
po zaginionym garnku Essie nie zdołało zepsuć jej humoru. 
Wioska   historyczna   okazała   się   sukcesem,   sponsorzy 
dopisywali, muzeum otrzyma wkrótce nową siedzibę, a ona 
miała Deza.

Może kiedyś razem wyremontują dom Essie i doprowadzą 

go   do   dawnej   świetności,   marzyła,   rozglądając   się   po 
zniszczonym holu.

Nie rozpędzaj się, próbowała się mitygować. Wspólna noc 

to   jeszcze   nie   zobowiązanie   na   całe   życie.   Ale   już   teraz 
wiedziała, że to nie jest zwykły romans. Ani dla niej, ani dla 
Deza.

Stała   w   holu   muzeum   i   wyobrażała   sobie   nowe 

pomieszczenia,   wysokie,   pełne   światła   okna.   Prawie 
rozstawiała   kolejne   eksponaty,   kiedy   nagle   usłyszała   głos 
Nathana:

  -   Panno   Haskell,   przykro   mi,  że   nie   zdążyliśmy 

porozmawiać wcześniej. Opracowuję szczegółowy raport dla 
zarządu,   ale   może   chciałaby   pani   usłyszeć   wcześniej   moje 
uwagi? Chętnie porozmawiam.

  -   Niekoniecznie   -   odparła   z   uśmiechem.   -   Myślę,   że 

jedyną osobą, która powinna je usłyszeć, jest teraz Dez. To on 
przeprowadzi tu remont.

  - Remont? - powtórzył Nathan powoli. - Nie rozumiem, 

bo przecież...

  -   Och,   przypuszczam,  że   nie   wie   pan   wszystkiego. 

Oczywiście,   to   na   razie   luźne   plany   i   zarząd   nie   wyraził 
jeszcze zgody, więc proszę nie zdradzać, że coś pan słyszał. 
Zrobiliśmy   z   Dezem   interes   -   on   dostanie   dom   Essie   i 
wyremontuje go, a muzeum przeniesie się...

 - To nie tak - przerwał jej architekt, potrząsając głową. - 

Dez nie ma zamiaru remontować tego domu.

background image

 - To jakieś nieporozumienie, panie Haynes.
 - Nie. Właśnie skończyłem opracowywać plany budynku, 

który ma tu powstać. Dom zostanie zburzony.

. - Niemożliwe - wyszeptała z niedowierzaniem.
  -   Oczywiście   nie   od   razu.   Najpierw   wyremontujemy 

Tyler - Royale, a kiedy się tam już przeniesiecie, wyczyścimy 
cały ten teren. Stąd aż do kościoła św. Franciszka, łącznie z 
obecnym biurem Deza.

 - Nie!
Nie mogła uwierzyć w to, co słyszała. Z trudem docierało 

do   niej,   że   architekt   musi   mieć   pewne   informacje,   w 
przeciwnym razie skąd by wiedział, dokąd się przenoszą?

Nathan patrzył na nią ze zrozumieniem i sympatią.
  - Dez zrobił doskonały interes. Ma teraz cały narożnik 

wzdłuż   dwóch   głównych   ulic.   To   stwarza   praktycznie 
nieograniczone możliwości, może zbudować... - Zauważył, że 
Gina nie słucha i zmienił temat. - Panno Haskell, jeśli jest tu 
coś,   co   chciałaby   pani   zachować   -   detale   architektoniczne, 
drzwi, balustradę schodów... nie wiem, cokolwiek przyjdzie 
pani do głowy, proszę zrobić listę, spróbuję ocalić to dla pani i 
wynieść stąd, zanim wjadą buldożery.

Dopiero   teraz   przekonał   ją,   że   mówi   prawdę.   Jego 

spokojna propozycja, żeby zrobiła listę rzeczy, które chciałaby 
zachować,   podziałała   na   nią   jak   kubeł   zimnej   wody.   Nie 
obiecywał,   że   na   pewno   mu   się   uda.   W  końcu   pracował   z 
Dezem już wcześniej.

Nathan Haynes wiedział, co mówi.
Dez za wszelką cenę chciał mieć dom Essie. Ale nie po to, 

żeby w nim mieszkać. Nie dlatego, że nagle obudził się w nim 
sentyment do rodzinnego gniazda.

Chciał mieć ten dom, żeby go zniszczyć.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Gina   mogła   uznać,   że   w   pewnym   sensie   odniosła 

zwycięstwo. Ocaliła przecież budynek Tyler - Royale.

Ale   jednocześnie   przegrała,   co   było   znacznie   bardziej 

bolesne. Aby uratować jeden budynek, zniszczyła drugi.

Wiedziała, że zawiodła zaufanie Essie, ona nigdy się nie 

poddawała. Gina robiła wszystko, co było w jej mocy, przed 
każdą decyzją zastanawiała się, czy tak właśnie postąpiłaby 
Essie, i to dawało jej wiarę, że jej wybory są właściwe. Poza 
jednym - Essie nie pomyliłaby się tak bardzo i nie zaufałaby 
Dezowi.

To był poważny błąd i tylko siebie mogła za to winić. 

Zrobiła to, bo była ślepo zakochana i uwierzyła, że Dez się 
zmienił. Chciała wierzyć, że zmienił się dla niej.

Przez   chwilę   żyła   w   jakimś   cudownie   szczęśliwym, 

nierealnym świecie. Dez obiecał, że nie zburzy Tyler - Royale, 
a ona założyła, że ocali też dom Essie. Co za naiwne mrzonki.

Postanowił zachować budynek sklepu, bo to było zgodne z 

jego   koncepcją   zagospodarowania   działki.   Tak   samo   jak 
zburzenie   muzeum.   Dla   niego   liczyło   się   tylko   to,   co 
przynosiło   dochód   i   umacniało   pozycję   jego   firmy.   Ze 
smutkiem zrozumiała, że sama zgotowała sobie ten los.

  -   Przykro   mi.   -   Usłyszała   pełen   współczucia   głos 

Nathana. - Może chce pani porozmawiać...

Pokręciła   przecząco   głową   i   odwróciła   się.   Nie 

potrzebowała   żadnych   wyjaśnień,   wszystko   było   niezwykle 
proste. Dez pewnie już zamawiał buldożery, żeby zniszczyć 
dom Essie i zbudować w tym miejscu kolejny wieżowiec. I 
ona była za to odpowiedzialna.

Miała   ochotę   usiąść   w   kącie   i   płakać   jak   mała 

dziewczynka.   Uświadomiła   sobie,   że   pokochała   iluzję. 
Zakochała   się   we   własnym   marzeniu,   nie   w   prawdziwym 
człowieku. Uwierzyła, że jest taki, jakim chciała go widzieć.

background image

Wiedziała już, że to była niezwykła naiwność. Ale nadal 

nie miała pojęcia, jaki naprawdę jest Dez Kerrigan.

Najpierw była przekonana, że lada chwila Dez przyjdzie 

tutaj   i   drgała   nerwowo   za   każdym   razem,   kiedy   słyszała 
dźwięk otwieranych drzwi. Upłynęło jednak kilka godzin i nie 
pojawiał się. Pewnie pracuje nad planami nowego wieżowca, 
pomyślała rozgoryczona.

Dlaczego   nawet   nie   wspomniał,   co   zamierza   zrobić   z 

domem Essie? Przecież i tak by się o tym dowiedziała. Pewnie 
myślał, że wtedy nie będzie to już miało znaczenia. On dostał 
przecież to, co chciał.

Zrobiło jej się jeszcze bardziej przykro. Dlaczego w ogóle 

myślała, że jej uczucia są dla niego ważne? Nie było przecież 
żadnych powodów, aby musiał się przed nią tłumaczyć. Dała 
się   podejść   jak   ostatnia   idiotka,   zaślepiona   uczuciem   nie 
potrafiła jasno ocenić sytuacji.

Przypomniała   sobie   wspólną   noc   i   miły   poranek,   który 

wydawał   się   początkiem   nowego,   lepszego   życia   i 
zawstydzona   zakryła   twarz   rękoma.   Jak   mogła   być   tak 
naiwna! Nic dziwnego, że teraz jej unikał. Bał się pewnie, że 
będzie urządzała łzawe sceny, by coś na nim wymóc.

Oparła łokcie na biurku i pochyliła nisko głowę. To był 

największy błąd, jaki w życiu zrobiła, ale przecież wpadła na 
to   już   wcześniej.   Tyle   że   przez   kilka   cudownych   godzin 
uwierzyła,   że   jest   inaczej,   że   los   się   do   niej   uśmiechnął   i 
odmienił duszę Deza.

Nagle przez otwarte okno dobiegł ją znajomy głos. Więc 

jednak   przyszedł.   Rozmawiał   z   Eleanor   przed   domem.   Po 
chwili usłyszała kroki na schodach.

Otworzył   drzwi   jej   gabinetu,   wszedł   do   środka   i   stanął 

obok  biurka.   Wyciągnął  rękę,  jakby   chciał   pogłaskać   ją  po 
karku, ale cofnął ją niezdecydowany.

background image

 - Nathan mówił, że jesteś bardzo rozgoryczona - odezwał 

się   spokojnie,   przysiadając   na   blacie.   -   Chcesz   o   tym 
porozmawiać?

Zdumiona jego bezczelnością, wybuchła:
  - Jeśli myślisz, że mam ochotę opowiadać ci o tym, co 

czuję, to grubo się mylisz! Nie mam najmniejszego zamiaru 
rozmawiać ani robić z tobą interesów, Dez! To koniec!

  -   Uspokój   się,   wiem,   że   jesteś   wzburzona,   ale   ty   też 

wiesz, że nie możesz podejmować takich decyzji bez zgody 
zarządu.

  - Owszem, tak samo jak nie mogłam wyrazić zgody na 

zamianę bez konsultacji z nimi. Powinniśmy więc uznać, że 
nasza umowa jest nieważna!

 - Daj spokój! Zarząd zgodzi się, jak tylko przedstawię im 

tę propozycję.

 - Skąd ta pewność? - zakpiła. - Przekupisz ich? Obiecasz 

jakieś   korzyści,   jeśli   tylko   się   zgodzą?   Kazałeś   Nathanowi 
napisać raport tak, by nie zostawić nam żadnego wyboru?

Dez stanął przed nią wyprostowany.
  - Nie mów tak! - powiedział ostro. - Nathan nie bierze 

łapówek.

  - Będę mówiła, co zechcę! - krzyczała, nie panując nad 

emocjami. - Co takiego jest w jego raporcie?!

 - Prawda - odparł spokojnie.
Jego   opanowanie   powoli   zaczęło   się   jej   udzielać. 

Ochłonęła nieco i spytała ostrożnie:

 - Dlaczego mam ci uwierzyć? Już raz mnie okłamałeś.
  -   Kiedy?   Nigdy   nie   obiecywałem,   że   odrestauruję   ten 

dom.

 - Dawałeś mi to do zrozumienia - protestowała słabo.
  -   Nieprawda.   To   tobie   na   tym   zależało   i   dlatego 

wymyśliłaś ten nierealny scenariusz.

background image

Zamyśliła   się   na   chwilę.   Chyba   miał   rację.   Wmówiła 

sobie, że zrobi to, na czym jej zależy. Wierzyła, że Dez zmieni 
zdanie co do domu Essie, bo dba o jej uczucia. Jakież to było 
niemądre!

 - Nigdy nie pytałaś, co zamierzam zrobić z tym domem - 

ciągnął Dez, a jego głos dochodził do niej jak zza ściany.

 - Nie byłaś ciekawa, jakie mam plany?
Nie,   przyznała   w   myślach.   Nawet   nie   przyszło   jej   do 

głowy, że mógłby mieć inne plany niż ona. Nie słuchała, co 
mówił dalej. Była kompletnie załamana. Czuła się tak, jakby 
nagle ktoś brutalnie zerwał jej z oczu różowe okulary, które 
uparcie chciała nosić i wierzyć, że świat przez nie widziany 
jest prawdziwy.

 - Sama zwróciłaś moją uwagę na ten dom, zmusiłaś mnie, 

żebym   zainteresował   się   nim   i   całą   okolicą.   Kościół   św. 
Franciszka kupiłem tylko dlatego, żeby móc ci coś zaoferować 
w zamian za Tyler - Royale. To ty skłoniłaś mnie do tego, 
żebym rozważył kupno tych działek!

 - Doskonale! Teraz zrzuć całą odpowiedzialność na mnie!
 - Nie robię tego. Ale muszę przyznać, że to ty podsunęłaś 

mi   myśl,   by   inwestować   w   tej   dzielnicy.   Kiedy 
zaproponowałaś,   żebym   zbudował   wieżowiec   na   miejscu 
kościoła, w pierwszej chwili myślałem, że zwariowałaś. Ale 
potem   pomysł   zaczął   mi   się   coraz   bardziej   podobać.   Kilka 
takich budynków zmieni charakter całej okolicy, przyciągnie 
inwestorów, ludzie zaczną budować tu nowe domy... Ale to 
nie zmienia faktu, że ten dom nie może pozostać.

To, co mówił, brzmiało tak sensownie i zdecydowanie, że 

nie   miała   już   pojęcia,   jakich   argumentów   użyć,   aby   go 
przekonać.

 - Nie niszcz domu Essie - poprosiła w końcu bezradnie.
 - Gino, to tylko stary dom - tłumaczył łagodnie. - Zburzę 

też moje biuro. Dlaczego tak ci na nim zależy?

background image

On nic nie rozumie, pomyślała załamana. Nie ma sensu 

niczego tłumaczyć...

I nagle poczuła, że musi mówić. Musi mu to opowiedzieć.
  -   Essie   była   dla   mnie   kimś   zupełnie   wyjątkowym   - 

zaczęła wolno, z trudem wydobywając głos z gardła. - Była 
dla   mnie   wszystkim.   Ona   mnie   stworzyła,   dlatego   muszę 
zrobić wszystko, żeby uchronić jej dziedzictwo. - Przerwała 
na chwilę i zwilżyła usta. - Mówiłam ci, że dała mi pracę, ale 
nie powiedziałam dlaczego. Moi rodzice umarli, kiedy miałam 
cztery   lata.   Ledwie   ich   pamiętam.   Potem   przez   wiele   lat 
tułałam   się   po   rodzinach   zastępczych.   Ale   tych   ludzi 
interesowały wyłącznie pieniądze z opieki społecznej, które za 
mnie dostawali. Kiedy miałam trzynaście lat, była sroga zima, 
a kolejna rodzina zastępcza nie kupiła mi butów. – Jej  głos 
zadrżał, ale odważnie ciągnęła dalej - Więc je ukradłam. W 
Tyler - Royale.

 - Złapali cię - powiedział, jakby to było oczywiste.
 - Essie mnie złapała. Właśnie kupowała te swoje ciężkie 

trzewiki,  kiedy  zauważyła,  co robię. Znała mnie   ze  szkoły. 
Złapała   za   kołnierz   i   zaprowadziła   do   kierownika   sklepu. 
Wezwali policję. - Zerknęła na Deza ciekawa, jakie wrażenie 
robią na nim te wyznania. Słuchał zszokowany. Spojrzała mu 
prosto w oczy i dodała z wysiłkiem: - Najgorsze, że nie była to 
moja pierwsza kradzież. Do dziś pamiętam, jak stałam przed 
sędzią   i   trzęsłam   się   ze   strachu.   Chciał   wysłać   mnie   do 
poprawczaka, ale wtedy Essie wstała i powiedziała, że bierze 
za mnie odpowiedzialność.

 - Odważna decyzja - zamruczał Dez.
  -   Dała   mi   pracę,   ale   z   pierwszej   wypłaty   musiałam 

zwrócić   pieniądze   za   buty.   Od   tej   chwili   więcej   czasu 
spędzałam u niej, wśród zakurzonych zbiorów, niż w szkole. 
Nie   czułam   się   tam   dobrze.   Nie   wiesz   nawet,   jak   okrutne 
potrafią być dzieci dla kogoś, kto trochę od nich odstaje. Essie 

background image

przygarnęła   mnie   i   chroniła   przed   światem.   Od   razu 
zorientowała się, że nikt do tej pory się mną nie zajmował. 
Brakowało   mi   dobrego   wychowania,   podstawowych 
wiadomości, obycia. Musiała mnie nauczyć wszystkiego, od 
zachowania przy stole począwszy, po dobór garderoby.

Dez   spojrzał   z   niedowierzaniem   na   jej   nienagannie 

skrojony kostium i spytał podejrzliwie:

 - Essie nauczyła cię tak się ubierać? Nie uwierzę w to!
 - A jednak! Sama była bardzo skromna, ale miała świetny 

gust. W końcu prawie zamieszkałam w muzeum...  Lubiłam 
wyobrażać   sobie,   że   Essie   jest   moją   ciotką,   Desmond   był 
moim   dziadkiem...   -   zaśmiała   się.   -   Jak   widzisz, 
przywłaszczyłam   sobie   twoją   rodzinę.   I   tak   dzięki   Essie 
wylądowałam na studiach historycznych, a nie w więzieniu. 
Dez, nie wiem, czy zdołałam ci wyjaśnić, kim była dla mnie 
twoja ciotka. Owszem, chciałam przenieść muzeum, ale tylko 
dlatego, że marzyłam o odrestaurowaniu domu Essie. Proszę, 
nie odbieraj mi nadziei...

Po tych słowach zapadła długa chwila ciszy.
  - Chciałbym móc to zrobić, kochanie - odezwał się w 

końcu smutno. Jego głos był tak cichy, że ledwo go słyszała.

Te   słowa   zabrzmiały   jak   wyrok.   Gina   oparła   głowę   na 

rękach i rozpłakała się. Łzy wolno spływały po policzkach i 
rozmazywały   makijaż,   ale   nie   zważała   na   to.   Nie   zdołała 
jednak   uratować   domu   Essie.   Nie   pomogło   nawet   odkrycie 
najtajniejszych   zakamarków   duszy   i   najgłębiej   skrywanych 
sekretów.

Nagle poczuła, że Dez delikatnie gładzi ją po ramieniu.
  - Gino, domyślam się, jak się czujesz, ale niepotrzebnie 

się obwiniasz. Nie zdradziłaś Essie. - Opuścił rękę i ujął ją za 
nadgarstek. - Chodź ze mną, coś ci pokażę.

background image

  -   Nie,   zostaw   mnie!   -   Bezskutecznie   próbowała   się 

wyswobodzić.   -   Daj   spokój,   nigdzie   z   tobą   nie   pójdę!   Nie 
mogę kochać kogoś, kto...

Zamilkła   przerażona   tym,   co   właśnie   powiedziała.   Nie 

śmiała podnieść głowy i spojrzeć na niego. Jednak jego uścisk 
nie zelżał. Przeciwnie.

  - A jednak pójdziesz. Jeśli będzie trzeba, zniosę cię ze 

schodów!

 - Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju?
 - Bo musisz zobaczyć raport Nathana, a właściwie coś, o 

czym w nim napisał.

Pociągnął ją za rękę i zmusił do wstania.
Zeszli na dół, do piwnicy. Było tam ciemno i wilgotno. 

Dez oświetlał drogę latarką i podtrzymywał Ginę za ramię, 
żeby się nie potknęła.

 - Kiedy ostatnio tu byłaś?
 - Nawet nie pamiętam.
  -   Więc   uważaj   na   głowę.   A   teraz   patrz.   -   Skierował 

strumień światła na ściany i bezlitośnie pokazywał jej liczne 
rysy. - Spójrz na to pęknięcie w legarach. Ciągnie się przez 
całą długość. A to wsporniki schodów, kruszą się. - Światło 
wydobywało   z   mroku   kolejne   szczegóły.   -   Ściany   kuchni 
pękają, bo fundamenty są w tym miejscu naruszone. Spójrz 
teraz   tutaj,   widzisz   te   rysy?   Nie   dałabyś   rady   dostawić 
bocznych   skrzydeł,   jak   planowałaś.   Naruszyłoby   to 
fundamenty i budynek pewnie by się zawalił. Chcesz oglądać 
dalej?

 - Nie. - Pokręciła głową i zalała się rumieńcem. - Wstyd 

mi, że sama tego nie zauważyłam.

Wrócili na górę i przeszli do kuchni. Tym razem Dez sam 

sięgnął do lodówki i podał jej sok.

  -   Napijmy   się   czegoś   zimnego,   trzeba   zmyć   z   ust   ten 

piwniczny   smak.   Chciałem,   żebyś   to   zobaczyła   na   własne 

background image

oczy,   zanim   przeczytasz   raport   Nathana.   Opisuje   dokładnie 
stan budynku i chociaż stwierdza, że nie ma bezpośredniego 
zagrożenia, to wcześniej czy później ten dom się zawali. I nic 
dziwnego, ma ponad sto pięćdziesiąt lat i od dawna nie był 
remontowany.   To   poważny   problem,   a   nie   moja   żądza 
niszczenia.

Serce   zabiło   jej   gwałtownie.   Choć   wiedziała,   że   to 

nierealne,   znowu   zakiełkowała   w   niej   nadzieja.   Może   jest 
jeszcze jakaś szansa...

  - Gino, pewnie nie jestem twoim bohaterem, ale staram 

się być uczciwy. Nawet gdyby ten dom był w lepszym stanie, i 
tak chciałbym go wyburzyć.

Chciałbym?  Co to  może  oznaczać?  Nadzieję?  Nie  bądź 

głupia, upomniała się, niczego się nie nauczyłaś?

 - Ale gdyby była jakakolwiek szansa, pewnie zdołałabyś 

mnie   przekonać   -   ciągnął   miękko.   -   Jednak   jest   inaczej. 
Kochanie, wiem, że to dla ciebie przykre, lecz nie powinnaś 
oskarżać się tak bardzo. Dużo opowiadałaś mi o Essie i mam 
wrażenie, że trochę ją poznałem. Nawet ona nie oczekiwałaby 
od   ciebie   niemożliwego.   Kobieta,   która   potrafiła   stanąć   w 
twojej   obronie   wobec   sądu   i   policji   i   wziąć   na   siebie 
odpowiedzialność za zagubioną nastolatkę, musiała być osobą 
mocno stąpającą po ziemi.

Gina   uśmiechnęła   się.   Tak   rzeczywiście   było.   Essie 

słynęła z rozsądku. Nie sądziła, że Dez potrafi tak uważnie 
słuchać i wyciągać trafne wnioski.

 - Twoje poświęcenie jest godne podziwu, ale za dużo na 

siebie   wzięłaś.   Essie   wcale   nie   chciała,   żebyś   podążała   jej 
drogą.   Ona   chciała,   żebyś   miała   swoje   życie,   podejmowała 
własne decyzje. Nie musisz być jej klonem.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Miała wrażenie, że Dez 

oskarża   ją   o   coś   i   wcale   nie   chciała   tego   słuchać. 

background image

Przyzwyczaiła   się   żyć   z   cieniem   Essie   za   plecami   i   nie 
wyobrażała sobie, że może być inaczej.

 - Gdyby było inaczej, nie nauczyłaby cię, jak się ubierać z 

takim   smakiem.   Kazałaby   ci   chodzić   w   tych   zgrzebnych, 
szarych mundurkach, które sama nosiła.

Ten   argument   był   tak   śmieszny,   że   Gina   podniosła 

wreszcie   głowę   i   spojrzała   na   Deza.   W   jakimś   sensie   miał 
rację.

 - Dziedzictwo Essie to nie te cegły i ten dom. Ono żyje w 

tobie.

Przez   dłuższą   chwilę   milczała   zamyślona.   W   końcu 

westchnęła głęboko. Przepraszam, Essie, pomyślała.

  -   W   porządku,   poddaję   się   -   mruknęła   w   końcu 

zrezygnowana.

  - Nie chcę, żebyś się poddała, tylko żebyś zrozumiała - 

powiedział Dez, patrząc na nią uważnie.

  -  Rozumiem.   Zgadzam  się.  -  Powoli  kiwnęła  głową.  - 

Ale... jest jeszcze jedno. Nathan mówił, że jeśli będę chciała 
uratować coś z tego budynku, mogę zrobić listę i przekazać 
mu.

  -   Jasne.   Ocalimy   wszystko,   co   tylko   będzie   możliwe. 

Przez   chwilę   patrzyli  na   siebie   w   milczeniu,   w   końcu   Dez 
zaczął dziwnym tonem:

 - Wiesz... myślałem o tym, żeby jeden z apartamentów w 

Tyler - Royale zaaranżować od razu dla nas. - Przerwał na 
chwilę i rzucił jej szybkie spojrzenie. - To byłoby dla ciebie 
bardzo   wygodne,   miałabyś   bliżej   do   pracy.   I   mogłabyś 
spędzać więcej czasu w muzeum. Chociaż dzięki dochodom 
ze   sklepów   i   mieszkań,   wreszcie   będziecie   mogli   sobie 
pozwolić   na   profesjonalnych   przewodników,   nie   będziecie 
skazani jedynie na wolontariuszy jak dotychczas. To powinno 
wiele   ułatwić   i   może   nie   będziesz   musiała   już   tak   ciężko 
pracować. Miałabyś wtedy więcej czasu na inne rzeczy...

background image

Wpatrywała się w niego zupełnie oszołomiona.
  -   Dez,   nie   jestem   pewna,   czy   dobrze   słyszałam... 

Rzeczywiście   chcesz   przekazać   cały   dochód   z   wynajmu 
sklepów i apartamentów na rzecz muzeum?

Spojrzał na nią zdziwiony i po chwili zaczął się śmiać.
  - Ty chyba jednak jesteś klonem Essie! Czyżby dochód 

muzeum był jedyną rzeczą, która cię interesuje? Nie zwróciłaś 
nawet uwagi na to, co ci właśnie zaproponowałem.

Z trudem przełknęła ślinę i popatrzyła na niego niepewnie.
 - Właściwie nie rozumiem, co chciałeś powiedzieć...
 - Próbowałem ci wyjaśnić, że jeśli tylko wytrzymasz pod 

jednym   dachem   ze   mną,   chciałbym   spędzić   z   tobą   resztę 
życia. - Wpatrywał się z napięciem w jej twarz i po chwili 
wyciągnął do niej ręce. - Chodź tu - powiedział cicho.

Nie poruszyła się.
Cisza wypełniała całe pomieszczenie i stawała się coraz 

bardziej napięta.

 - Przepraszam - odezwał się w końcu Dez. - Musiałem cię 

źle zrozumieć. Kiedy powiedziałaś wcześniej, że nie mogłabyś 
kochać   kogoś   takiego,   myślałem,   że   próbujesz   sama   się 
przekonać. - Odwrócił się i najwyraźniej zamierzał wyjść.

Nie mogła na to pozwolić.
 - Dez! Zaczekaj!
Skoczyła ku niemu, żeby go zatrzymać, i już po chwili 

znalazła się w jego objęciach, a cały świat przestał istnieć. 
Miała wrażenie, że ziemia trzęsie się pod jej stopami, ale to 
wszystko nie miało znaczenia. Ważna była tylko ta chwila i 
ten mężczyzna, który tak mocno przyciskał ją do siebie.

Kiedy   po   długiej   chwili   przestał   ją   całować,   przytulił 

policzek do jej głowy i powiedział ciepło:

  -   Jeszcze   jakieś   dwadzieścia,   trzydzieści   lat   twojej 

ciężkiej pracy, a w niczym już nie będę przypominał dawnego 
barbarzyńcy.

background image

  - Zrobię, co będę mogła. - Śmiała się wtulona w jego 

ramiona.   -   Dez,   co   myślisz   o   tym,   żebyśmy   zatrzymali 
niektóre detale stąd dla siebie? Jeśli będziemy mieć własne 
mieszkanie. ..

  -   Na   piątym   piętrze.   Tam   gdzie   teraz   jest   ekspozycja 

jaccuzi. Wybierzemy przy okazji jakąś wannę i każemy ją od 
razu   wstawić   do   naszego   apartamentu.   Możemy   też 
zastanowić   się,   jak   wykorzystać   te   fragmenty   domu   Essie, 
które   będziesz   chciała   ocalić.   Ale   proponowałbym   wybrać 
tylko te mniejsze. Kiedyś zbudujemy sobie własny dom i tam 
możesz przenieść nawet całą klatkę schodową! Myślę, że to 
dobry pomysł, w ten sposób ocalimy choć fragment rodowej 
siedziby Kerriganów.

 - Własny dom? - powtórzyła zaskoczona Gina.
 - Na razie wystarczy nam apartament, tak zresztą będzie 

wygodniej. Ale kiedy pojawią się dzieci...

  -   Dzieci?   -   Wyglądało   na   to,   że   nie   była   w   stanie 

przyswoić sobie tylu rewelacji naraz.

  -   Tak,   dzieci.   -   Dez   zaśmiał   się.   -   Wiesz,   takie   małe 

ludziki  z  wiecznie  umorusanymi  buziami.   O  ile  oczywiście 
chcesz je mieć.

 - Naturalnie, że chcę! Zawsze o tym marzyłam!
  -  Świetnie! - Odsunął ją lekko i spojrzał jej w oczy. - 

Muszę ci coś wyznać. Ożenię się z tobą pod warunkiem, że 
zawsze wtedy, kiedy nasze dzieci będą chciały słuchać tych 
wszystkich historii o Desmondzie Kerriganie i ciotce Essie, 
weźmiesz całą robotę na siebie. Ja będę wtedy znikał z domu!

Uśmiechnęła się do niego figlarnie.
  -   Zgoda!   A   kiedy   nie   będziesz   słyszał,   będę   im 

opowiadała, jak bujałeś się na drzwiach kuchennych i kradłeś 
ciastka z garnka Essie! Och, nie...!

 - Co się stało?
 - Garnek! Zupełnie o nim zapomniałam.

background image

  -   Nie   myśl   już   o   tym.   Właśnie   dałem   go   Eleanor   i 

prosiłem, żeby odstawiła na miejsce.

 - Słucham?! Znalazłeś go?
  - Niezupełnie, chociaż bardzo się starałem. Uprzedziłem 

wszystkie   sklepiki   ze   starociami   i   antykwariaty,   żeby   były 
czujne. Na szczęście złodziej sam poczuł, że pali mu się grunt 
pod   nogami   i   podrzucił   garnek   do   studia   telewizyjnego. 
Miałaś rację - pewnie oglądał program i to nasunęło mu myśl 
o   kradzieży.   Carla   zadzwoniła   do   mnie   dziś   rano   i 
powiedziała, że odda mi garnek, jeśli udzielę jej wywiadu na 
temat dalszych losów Tyler - Royale.

 - Oczywiście nie zgodziłeś się!
 - Nie mogłem przepuścić takiej okazji! Wiedziałem, że to 

moja jedyna szansa, by stać się twoim bohaterem na oczach 
tysięcy   widzów.   Ej,   co   mi   robisz!   -   zawołał,   czując,   że 
delikatnie gryzie go w ucho. - Od pierwszej chwili, kiedy cię 
zobaczyłem, wiedziałem, że wpakujesz mnie w kłopoty.

 - I miałeś rację! - Zaśmiała się, całując go w szyję.
 - Ale wiesz co? - wyszeptał, pochylając się nad jej ustami. 

- Wcale tego nie żałuję.