background image

ANNE McCAFFREY 

 

 

 

PLANETA 

DINOZAURÓW 

 

(PrzełoŜyła: Ewelina Jagła) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY  

 

Gdy Kai wyłączył nadajnik i przerzucił nagranie do pamięci komputera, usłyszał odgłos 

dochodzących z pustego sektora pasaŜerskiego leciutkich kroków Varian. 

-  Przepraszam,  Kai.  Pewnie  przegapiłam  kontakt?  -  wysapała  Varian,  wchodząc.  Jej 

kostium,  przemoczony  do  suchej  nitki,  przesiąknięty  był  odraŜającym  fetorem  iretańskiego 

“świeŜego"  powietrza,  który  natychmiast  zapaskudził  klimatyzowane  powietrze  w  kabinie 

pilota.  Varian  zerknęła  najpierw  na  nie  oświetloną  tablicę  nadajnika,  a  potem  na  Kaia,  by 

sprawdzić,  czy  zirytowało  go  jej  spóźnienie.  Poprzez  udawaną  skruchę  przebijał  jednak 

tryumfalny uśmiech. - W końcu złapaliśmy jednego z tych roślinoŜerców! 

Kai  musiał  uśmiechnąć  się  w  odpowiedzi  na  jej  radosne  uniesienie.  Varian  spędzała 

długie  godziny,  tropiąc  te  stworzenia  w  wilgotnych,  cuchnących  dŜunglach  Irety;  długie 

godziny  cierpliwych,  usianych  przeszkodami  poszukiwań,  które  stanowczo  zbyt  często 

kończyły  się  fiaskiem.  Niezdolną  do  zachowania  Dyscypliny  Varian  bezczynne  siedzenie  w 

wygodnym fotelu przyprawiało o mdłości. Kai załoŜył się sam ze sobą, Ŝe i tym razem Varian 

zdoła  wykpić  się  jakąś  waŜną  sprawą  od  nuŜącej  rozmowy  z  Thekami.  Wieści,  które 

przyniosła, były dobre, a jej wytłumaczenie przekonywające. 

-  Jak  zdołaliście  go  schwytać?  Pomogły  pułapki,  które  ostatnio  kleciliście?  -  zapytał 

szczerze  zaciekawiony,  choć  to  właśnie  przez  nie  jego  najlepsi  mechanicy  musieli  odłoŜyć 

zakończenie budowy siatek sejsmicznych, tak potrzebnych geologom. 

- Nie, nie pułapki - w glosie Varian pojawiła się nuta smutku. - Nie, to piekielnie głupie 

stworzenie zraniło się i nie mogło uciec z resztą stada. - Zrobiła pauzę, by dodać następnemu 

stwierdzeniu wyrazistości. - Kai, z niego sączy się krew! 

Kai zamrugał oczyma, nie rozumiejąc. 

- Tak? 

- Czerwona krew! 

- No to co? 

- Jesteś biologicznym kretynem? Czerwona krew oznacza hemoglobinę... 

- Co w tym dziwnego? Mnóstwo innych gatunków uŜywa Ŝelaza... 

-  Nie  tutaj,  na  planecie,  gdzie  wodne  skrętnice,  których  drobiazgową  analizę 

przeprowadził Trizein, wykorzystują jasny, lepki fluid. - Varian była chwilowo zbulwersowana 

i pełna pogardy, Ŝe Kai nie potrafi dostrzec znaczenia jej odkrycia. - Ta planeta to jedno wielkie 

kłębowisko  anomalii,  biologicznych  i  geologicznych.  Wy  nie  znajdujecie  ani  grama  rudy  w 

background image

miejscach,  gdzie  powinniście  natrafić  na  złoŜa,  a  ja  napotykam  zwierzęta  większe  niŜ 

wszystkie stworzenia, o których wspomina się na kasetach szkoleniowych ze wszystkich planet 

w  kaŜdym  systemie,  jaki  przebadaliśmy  w  ciągu  ostatnich  czterechset  galaktycznych  lat 

standardowych. Oczywiście te zjawiska mogą iść w parze... - dodała w zamyśleniu, odrzucając 

w tył ciemne loki okalające jej twarz. 

Była wysoka, jak większość osób pochodzących z planet normalnej grawitacji, jaką jest 

choćby  Ziemia.  Jej  smukłe  ciało  doskonale  prezentowało  się  w  jednoczęściowym, 

pomarańczowym  kombinezonie,  który  zachwycająco  zarysowywał  mięśnie.  Pomimo 

najróŜniejszych  przedmiotów  zwisających  z  pasa  siłowego,  jej  talia  przedstawiała  się 

schludnie, a  wybrzuszenia  w  kieszonkach  kombinezonu  na udach łydkach nie ujmowały nic 

pełnemu wdzięku wyglądowi jej nóg. 

Kai  był  wniebowzięty,  gdy  Varian  wyznaczono  na  jego  współdowódce.  Odkąd 

dołączyła do ARCT-10 na trzyletni kontrakt jako ksenobiolog-weterynarz, łączyło ich więcej 

niŜ  zwyczajna  znajomość.  Na  ARCT-10,  podobnie  jak  na  siostrzanych  statkach  w  Korpusie 

Operacyjno-Badawczym,  podstawowy  personel  administracyjny  i  operacyjny  składał  się  z 

osób urodzonych i wychowanych na statku, natomiast uzupełniający go dodatkowi specjaliści, 

praktykanci  i  delegaci  wyŜszych  szczebli,  podróŜujący  od  czasu  do  czasu  na  Planety 

Skonfederowane,  zmieniali  się  bez  przerwy,  co  dawało  wychowankom  ARCT-10  szansę 

spotkań  z  członkami  innych  kultur,  podgrup  społecznych,  mniejszości  rasowych  i 

wyznaniowych. 

Varian  pociągała  Kaia  z  dwóch  powodów:  po  pierwsze  była  wyjątkowo  piękna,  po 

drugie zaś była przeciwieństwem Geril. Kai próbował zakończyć zupełnie nieudany związek z 

Geril, kobietą natarczywą do tego stopnia, Ŝeby jej unikać - musiał przenieść swą kwaterę z 

sektora  wychowanków  do  sektora  gościnnego  ARCT-10.  Tak  się  złoŜyło,  Ŝe  Varian  została 

jego nową sąsiadką. Była wesoła, tryskająca humorem i Ŝywo zainteresowana wszystkim, co 

dotyczyło  ich  statku  badawczego  o  rozmiarach  satelity.  Zaraziła  go  swym  entuzjazmem, 

zadręczała,  by  zabrał  ją  na  wycieczkę  po  przeróŜnych  kwaterach  specjalnych, 

przystosowujących  we  właściwej  atmosferze  czy  grawitacji  bardziej  ezoteryczne  gatunki 

ś

wiadome  naleŜące  do  PS.  Była  planetariuszką,  jak  to  ujęła.  CóŜ,  mieszkała  na  rozmaitych 

planetach,  i  poczuła  nagle,  Ŝe  czas  byłby  najwyŜszy  przyjrzeć  się,  jak  Ŝyją  Odkrywcy, 

zwłaszcza, dodała, Ŝe jako ksenobiolog-weterynarz musiała częstokroć prostować niektóre  z 

ich bardziej szalonych osadów i pomyłek. 

Varian  była  teŜ  świetną  gawędziarką,  a  jej  opowieści  o  międzyplanetarnych 

przygodach, które przeŜyła jako brzdąc, włócząc się z rodzicami - ksenobiologami, oczywiście 

background image

- i później, jako adeptka tej samej dziedziny nauki, fascynowały Kaia. Owszem, odbywał swoje 

zwyczajowe  wyprawy  planetarne,  by  pozbyć  się  agorafobii,  w  jaką  wpędzało  go  ciągłe 

przebywanie  na  statku,  ba,  spędził  nawet  cały  rok  galaktyczny  z  rodzicami  swej  matki  na 

planecie,  na  której  się  urodziła,  lecz  był  przekonany,  Ŝe  w  porównaniu  ze  światami  Varian, 

które  ofiarowały  jej  tyle  burzliwych  i  zabawnych  doświadczeń,  jego  podróŜe  były 

beznadziejnie nudne. 

Inną  rzeczą,  w  jakiej  Varian  przewyŜszała  Geril,  była  umiejętność  dyskutowania 

uprzejmie  i  ze  skutkiem,  bez  utraty  cierpliwości  -  albo poczucia  humoru. Geril zawsze była 

deprymująco powaŜna i gotowa zbyt łatwo oczerniać wszystko, czego nie popierała. Prawdę 

mówiąc, na  długo  zanim  Kai  dowiedział się,  Ŝe  Varian  ma  zostać  jego  współpracownikiem, 

zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  musiała  mieć  głęboko  zakorzenioną  Dyscyplinę,  choć  wydawała  się 

jeszcze taka młoda. Posunął się nawet tak daleko, Ŝe zwrócił się o wydruk jej Ŝyciorysu z banku 

danych  Bazy  Operacyjnej.  Lista  jej  przydziałów  była  wprost  imponująca,  chociaŜ  archiwa 

powszechne nie podawały, jaką dokładnie odegrała rolę podczas wzmiankowanych ekspedycji. 

Kai zauwaŜył jednak, Ŝe awansowała niezwykle szybko - a to, jeśli dodać liczbę przydziałów, 

wskazywało, Ŝe młodą kobietę obarczano wciąŜ rosnącą odpowiedzialnością i przydzielano do 

coraz  trudniejszych  zadań.  Nawet  jeŜeli  do  iretańskiej  ekspedycji  dokooptowana  została 

niemalŜe w ostatniej chwili, po tym, jak w czasie wstępnego sondowania zarejestrowano ślady 

Ŝ

ycia, przy bagaŜu poprzednich doświadczeń Varian Ireta nie powinna wprawić ją w większe 

zakłopotanie. A mimo to, jak sama to określiła, na planecie roiło się od anomalii. 

- CóŜ - Varian mówiła dalej - jeśli na planecie świeci słońce trzeciej generacji, trzeba 

spodziewać  się  osobliwości,  choćby  w  postaci  biegunów  gorętszych  niŜ  równik  cuchnący... 

zaraz, niech sobie przypomnę nazwę tej rośliny... 

- Rośliny? 

- Owszem. Jest taka niepozorna roślinka, dość wytrzymała, by moŜna było hodować ją 

niemal  wszędzie  na  umiarkowanych  planetach  takich  jak  Ziemia.  MoŜe  być  uŜywana  w 

gastronomu. W rozsądnych ilościach,  naleŜy koniecznie dodać -  wyjaśniła z kwaśną miną. - 

Zbyt wiele przyprawy daje smak równie intensywny jak zapach roztaczający się na tej planecie. 

Przepraszam, to taka mała dygresja. Co mówili Thekowie? 

Kai zmarszczył brwi. 

- Nasza dyŜurna Baza Operacyjna przechwyciła tylko pierwszy raport. 

Ręcznik  w  dłoniach  Varian  znieruchomiał  na  chwilę  -  dotąd  zajęta  ścieraniem 

wilgotnego osadu z kombinezonu, dopiero teraz spojrzała na Kaia. 

- O kurczę! - Siadła powolutku na krześle obok. - To niepokojące! Tylko pierwszy? 

background image

- Tak powiedzieli Thekowie... 

-  Dałeś  im  dość  czasu  na  wykrztuszenie  odpowiedzi?  Wycofuję  pytanie.  -  Varian 

opadła  gwałtownie  na  oparcie.  -  Oczywiście,  Ŝe  dałeś  -  przyznała,  doceniając  w  pełni  jego 

zdolność radzenia sobie z najwolniej poruszającymi się i przemawiającymi istotami w całym 

skonfederowanym systemie. - To niepodobne do BO. Są przewaŜnie rozpaczliwie spragnieni 

wstępnych raportów, a nie tylko potwierdzenia lądowania. 

- Ja tłumaczyłbym to interferencją przestrzenną... 

- A jakŜe. - Z twarzy Varian znikły oznaki niepokoju. - To przez tę burzę kosmiczną w 

sąsiednim systemie... Tę, której tak panicznie obawiali się astronomowie... 

- Tak teŜ wyjaśnili to Thekowie. 

- W ilu słowach? - zapytała Varian, odzyskując swój cierpki dowcip. 

Thekowie,  krzemienna forma  Ŝycia, byli niczym  kamienie -  wyjątkowo  wytrzymali i 

choć nie nieśmiertelni, z pewnością był to gatunek, który najbardziej zbliŜył się do osiągnięcia 

tego celu. Z nutą kpiny powiadano, Ŝe trudno jest odróŜnić starego Theka od skały, dopóki ten 

nie  przemówi,  a  nim  Thek  przemówi,  człowiek  trwający  w  oczekiwaniu  zdąŜy  umrzeć  ze 

starości. To prawda, Ŝe im Thek był starszy i im większą posiadał wiedzę, tym więcej czasu 

zabierało  wyciąganie  z  niego  odpowiedzi.  Na  szczęście  dla  Kaia  w  zespole  wysłanym  na 

siódmą planetę systemu znajdowali się dwaj młodzi Thekowie. Jednego z nich, Tora, Kai znał 

przez  całe  Ŝycie.  Prawdę  mówiąc,  choć  Tora  uznawano  za  młodzieniaszka  ze  względu  na 

przeciętną  długość  Ŝycia  istot  jego  gatunku,  to  jednak  pracował  na  ARCT-10,  odkąd  tylko 

wysłano  BO,  to  jest  od  jakichś  stu  pięćdziesięciu  standardowych  lat  galaktycznych.  Tor 

nieustannie  wprawiał  Kaia  w  zaŜenowanie,  wspominając  swego  pra-pra-dziadka,  byłego 

oficera technicznego na ARCT-10, do którego niby Kai miał być podobny. Uczestniczenie w 

tej  samej  misji,  z  Torem  jako  współdowódcą,  sprawiało  Kałowi  swoistą  satysfakcję.  Jego 

rozmowa z Torem, mimo Ŝe wydłuŜona przez dzielącą ich odległość i zwyczaje Theków, była 

stosunkowo oŜywiona. 

- W rzeczy samej, Tor wyrzekł dokładnie jedno słowo, Varian. “Burza". - Śmiech Kaia 

zmieszał się z chichotem Varian. 

- Czy oni się kiedykolwiek pomylili? 

- Co takiego? Thekowie? Nie, nie zdarzyło im się to w całej historii powszechnej. 

- Ich czy naszej? 

- Ich, oczywiście. Nasza jest zbyt krótka. Ale, ale! Co z tą czerwoną krwią? 

- No cóŜ, nie chodzi tylko o czerwoną krew, Kai. Zbyt wiele tu nieprawdopodobnych 

zbiegów okoliczności. RoślinoŜerne, które śledziliśmy, są nie tylko kręgowcami broczącymi 

background image

czerwoną krwią. Teraz, gdy mogłam przyjrzeć się im z bliska... One są pięciopalczaste, Kai... - 

Varian rozpostarła palce i zacisnęła je jak szpony. 

-  Thekowie  takŜe  są  pięciopalczaści...  w  pewnym  sensie.  -  Kai  był  ogromnie 

zadowolony,  Ŝe  podczas  rozmowy  z  Thekami  nie  dochodziło  do  kontaktu  wzrokowego. 

Thekowie  mieli  bowiem  męczący  zwyczaj  wysuwania  ze  swej  amorficznej  masy 

pseudopodiów,  co  przewaŜnie  napawało  patrzących  obrzydzeniem,  graniczącym  nieraz  z 

szaleństwem. 

- Ale nie są kręgowcami i nie mają czerwonej krwi. Nie koegzystują teŜ z absolutnie 

odmienną formą Ŝycia, jak te kwadratnice morskie Trizeina. - Varian pogrzebała przez moment 

przy  otwarciu  kieszonki  u  pasa  i  wyciągnęła  z  niej  płaski  przedmiot  dobrze  opakowany 

plastykiem. - To będzie niezła gratka - mówiła rozciągając sylaby - zobaczyć wyniki analizy tej 

próbki krwi. 

Wdzięcznym ruchem wstała z obrotowego krzesła i wyszła z kabiny pilota. Kai udał się 

za nią. 

Odgłosy  ich  butów  odbijały  się  echem  pośród  pustki  ogołoconego  sektora 

pasaŜerskiego.  Jego  umeblowanie  słuŜyło  teraz  jako  wyposaŜenie  plastykowych  kopuł 

zgrupowanych poniŜej wahadłowca, w obozie z osłoną siłową. Trizeinowi lepiej pracowało się 

w klimatyzowanym pomieszczeniu przeznaczonym niegdyś na magazyn, a teraz przerobionym 

dla  niego  na  laboratorium.  Zainstalowany  tam  komputer  miał  bezpośrednie  dojście  do 

centralnego komputera statku, stąd teŜ Trizein naprawdę rzadko ruszał się ze swego królestwa. 

- A więc nareszcie znalazłaś lokatora do swej zagrody - rzucił Kai. 

-  A  więc  miałam  rację,  planując  naprzód.  Przynajmniej  mamy  wystarczająco  duŜe 

miejsce, by go pomieścić. Go, ją albo to. 

- Nie wiesz, jakiej jest płci? 

-  Gdy  zobaczysz  naszą  bestyjkę,  zrozumiesz,  dlaczego  nie  przyjrzeliśmy  się  jej  dość 

dokładnie, by się tego dowiedzieć. - Varian przeszedł nagle dreszcz zgrozy. - Nie mam pojęcia, 

jak to się stało, ale z jej boków wyrwano całe połacie mięsa... Zupełnie jakby... - Przełknęła 

głośno ślinę. 

- Jakby co? 

- Jakby coś poŜerało ją... Ŝywcem. 

- Co takiego?! - Kaiowi zrobiło się niedobrze. 

- Tamte drapieŜniki wyglądają dość barbarzyńsko, by móc przypuszczać, Ŝe to one... 

Ale Ŝeby tak... gdy to stworzenie jeszcze Ŝyło...? 

background image

Przez  chwilę  szli  w  milczeniu,  pochłonięci  tą  przeraŜającą  myślą.  W  skład 

cywilizowanej diety od dawna juŜ nie wchodziło zwierzęce mięso. 

- Zastanawiam się, czy Tangelemu dopisuje szczęście z tymi drzewami owocowymi - 

powiedziała Varian, kierując szybko pogawędkę na inne tory. 

- Nie orientujesz się, czy w końcu zabrał ze sobą dzieciaki? Przeprowadzałem właśnie 

rozmowę... 

- Owszem - odparła - poszła z nimi Divisti, więc dzieci są w dobrych rękach. 

-  Słusznie  -  oznajmił  Kai  nieco  ponuro.  -  To  ktoś,  kto  da  sobie  z  nimi  radę.  Nie 

uśmiechałaby mi się perspektywa udzielania wyjaśnień naszej trzeciej oficer BO, gdyby coś 

przytrafiło się jej dumie i szczęściu. 

Kątem oka Kai dojrzał, jak Varian zagryza wargi. W jej oczach iskrzyło się tłumione 

rozbawienie. Wszyscy doskonale wiedzieli, Ŝe młody Bonnard odnosił się do swego dowódcy z 

całym naboŜeństwem. 

- Bonnard jest miłym dzieciakiem, Kai, ma dobre zamiary... 

- Wiem, wiem. 

- Ciekawi mnie, czy jedzenie na tej planecie smakuje tak, jak większość rzeczy pachnie 

- powiedziała Varian, ponownie zmieniając temat. - Jeśli owoce mają smak hydrotellurku... 

- Brak nam Ŝywności? 

- Nie - odparła. Varian, zgodnie z regulaminem ekspedycji, była zobowiązana zapewnić 

wyprawie  dodatkowy  prowiant,  gdyby  zaszła  taka  potrzeba.  -  Lecz  Divisti  to  uosobienie 

roztropności. Im mniej zuŜyjemy podstawowych zapasów, tym lepiej. A świeŜe owoce... Ale 

tacy jak ty, typy wychowane na statku, nie mogą przecieŜ tęsknić za owocami... 

- Za to planetarne naczelne nie mają Ŝadnej dyscypliny odŜywiania. 

Oboje uśmiechnęli się szeroko. Varian przechyliła głowę w jedną stronę; w jej szarych 

oczach znów roztańczyły się radosne ogniki. JuŜ pierwszego dnia, kiedy się spotkali przy stole 

w  jadalni  strefy  humanoidalnej  przeogromnego  statku  Korpusu  Operacyjno-Badawczego, 

dokuczali sobie na temat nawyków Ŝywieniowych. 

Kai, który urodził się i wychował na statku, był przyzwyczajony do syntetyzowanych 

pokarmów i ich skromnego wyboru. Nawet gdy osiadał na jakiś czas na planecie, nie potrafił 

się przystosować do nieskończonej róŜnorodności i konsystencji naturalnej Ŝywności. Varian 

chwaliła się, Ŝe jest w stanie zjeść wszystko - od warzywa po minerał, i Ŝe dla niej tutejsza dieta, 

choćby  rozszerzona  o  produkty  świeŜo  wyhodowane  w  kopule  eksperymentalnej,  jest  co 

najmniej monotonna. 

background image

- To się nazywa wyszukane gusta, człowieku. Jeśli owoce będą smakować tu całkiem 

przyzwoicie, moŜe dasz się sprowadzić na manowce i zasmakujesz w prawdziwym jedzeniu. 

Dotarli  właśnie  do  magazynu,  gdy  zaszeleściły  drzwi  i  wypadł  z  nich 

rozentuzjazmowany męŜczyzna. 

-  Zdumiewające!  -  Zatrzymał  się  w  pół  kroku  i  tracąc  równowagę,  zatoczył  się  na 

wyłoŜoną boazerią ścianę. - Oto ludzie, których mi trzeba! Varian, budowa komórkowa tych 

morskich okazów to doprawdy innowacja! Włókna, cztery rodzaje... Chodź, zobacz... - Trizein 

zaciągnął ją do laboratorium, ponaglając gestem Kaia, by równieŜ szedł za nimi. 

-  Ja  teŜ  coś  mam  dla  ciebie,  przyjacielu.  -  Varian  wydobyła  próbkę.  -  Złapaliśmy 

jednego z tych umięśnionych roślinoŜerców. Był ranny i broczył czerwoną krwią... 

-  CzyŜ  nie  pojmujesz,  Varian  -  ciągnął  dalej  Trizein,  najwyraźniej  głuchy  na  jej 

oświadczenie - Ŝe to zupełnie inna forma Ŝycia? Nigdy w całej mojej karierze ekspedycyjnej nie 

spotkałem się z taką strukturą komórkową... 

- A ja nie spotkałam się z taką anomalią jak ta, sprzeczną z twoją nową formą Ŝycia. - 

Varian zacisnęła jego palce wokół preparatu. - Bądź tak kochany i przeprowadź spektroanalizę, 

dobrze? 

- Czerwona krew, powiadasz? - Trizein zamrugał. Musiał wpaść w odpowiedni tryb, by 

połapać  się  w  istocie  prośby  Varian.  Podniósł  próbkę  pod  światło  i  zmarszczył  brwi.  - 

Czerwona krew? Nie pasuje do tego, o czym przed chwilą mówiłem. 

W  tym  samym  momencie  rozległ  się  jęk  alarmu.  ZatrwaŜająco  przetoczył  się  przez 

wahadłowiec i cały obóz na zewnątrz, i rozdzwonił się zgrzytliwie w bransoletach, które Kai i 

Varian nosili jako dowódcy druŜyn. 

-  Ekipa  penetracyjna  ma  kłopoty.  Kai?  Varian?  -  Przez  interkom  dotarł  do  nich 

bełkoczący niespiesznie, ochrypły głos Paskuttiego. - Atak powietrzny. 

Kai nadusił przycisk rozdzielczy na bransolecie. 

- Zbierz swoją grupę, Paskutti. Idziemy do was, Varian i ja. 

-  Atak  powietrzny?  -  powtórzyła  Varian,  gdy  pędem  gnali  ku  tęczowemu  lukowi 

wahadłowca. - Skąd? 

- Paskutti, czy ekipa jest nadal w powietrzu? - zapytał Kai. 

- Nie, szefie. Mam ich współrzędne. Wezwać pańskie druŜyny? 

- Nie, nie. Są zbyt daleko, Ŝeby się na coś przydać - odparł Kai. Zwrócił się do Varian: - 

W co oni mogli się wpakować? 

-  Na  tej  zwariowanej  planecie?  Kto  wie?  -  Rozmaite  alarmy  wywoływane  na  Irecie 

zdawały się przydawać Varian animuszu, z czego Kai był bardzo rad. Podczas jednej z jego 

background image

wypraw  współdowodzący  był  bowiem  tak  zaprzysięgłym  pesymistą,  Ŝe  załamało  to  morale 

całej załogi, powodując niepotrzebne i fatalne w skutkach incydenty. 

Jak zwykle pierwszy podmuch cuchnącego iretańskiego powietrza odebrał Kaiowi dech 

w piersiach. Zapomniał umieścić z powrotem sztyft zapachowy, który usunął, przebywając na 

statku. Poza tym sztyfty nie pomagały wówczas, gdy trzeba było oddychać ustami, jak teraz, 

gdy biegł, by dołączyć do formowanego naprędce oddziału Paskuttiego. 

ChociaŜ  grawitanci  pod  kierunkiem  Paskuttiego  mieli  dalej  do  punktu  zbornego, 

przybyli  tam  wcześniej  niŜ  Kai  i  Varian.  Paskutti  cisnął  obu  dowódcom  pasy,  maski  i 

obezwładniacze,  zapominając  w  zamieszaniu,  Ŝe  nieuwaŜny  dotyk  jego  cięŜkiej  ręki  mógł 

zwalić z nóg delikatniejszej przecieŜ postury ludzi. 

Gaber, kartograf pełniący funkcję oficera pogotowia, sapiąc nadbiegł ze swej kwatery. 

Jak zwykle zapomniał załoŜyć pas ochronny, pomimo obowiązującego rozkazu, by nosić pasy 

o kaŜdej porze. Kai pomyślał, Ŝe po powrocie będzie trzeba odnotować przewinienie Gabera. 

- Co to znów za nagły wypadek? Nigdy nie narysuję tych map, jeśli będziecie mi wciąŜ 

przeszkadzać. 

- Ekipa penetracyjna ma problemy. Nie odchodź! - rzekł Kai. 

- Oj, nigdy, Kai, nigdy nie zrobiłbym czegoś podobnie nierozumnego, zapewniam cię. 

Nie ruszę się od sterów ani na centymetr, choć wątpię, czy kiedykolwiek uporam się z własną 

robotą... Jestem juŜ do tyłu o trzy dni, a... 

- Gaber! 

-  Tak  jest,  Kai.  Tak  jest,  rozumiem.  Naprawdę  rozumiem.  -  MęŜczyzna  zasiadł  przy 

sterach, spoglądając to na Paskuttiego, to na Varian z takim lękiem, Ŝe Kai musiał skinąć na 

niego uspokajająco głową. OcięŜała twarz Paskuttiego pozostała niewzruszona, podobnie jak 

jego  ciemne  oczy,  lecz  właśnie  ów  brak  jakiejkolwiek  reakcji  ze  strony  grawitanta  wyraŜał 

dezaprobatę i oburzenie bardziej otwarcie, niŜ wszystkie słowa, jakie mógłby wyburczeć. 

Paskutti, męŜczyzna w sile wieku, pracował w słuŜbie bezpieczeństwa przez większość 

swej pięcioletniej przygody z KOB-em. Zgłosił się na ochotnika, gdy na macierzystym statku 

rozesłano wezwanie do zastępców, by wsparli zespół ksenobiologów. Grawitanci często łapali 

się  półfachowej  roboty  podczas  wypraw  planetarnych  i  na  statkach  KOB-u  ze  względu  na 

nadzwyczaj  dobrą  płacę  -  dwie  lub  trzy  takie  ekspedycje  pozwalały  średnio 

wykwalifikowanemu grawitantowi zarobić dość, by mógł przeŜyć resztę Ŝycia we względnym 

luksusie  na  jednym  z  rozwijających  się  światów.  Grawitantów  chętnie  przyjmowano  na 

stanowiska  zastępców  ze  względu  na  ich  siłę.  Mówiono  o  nich,  Ŝe  są  mięśniami  Planet 

Skonfederowanych, przy czym uwagę tę czyniono z całym szacunkiem, gdyŜ grawitanci nie 

background image

byli jedynie chodzącą “górą mięśni" - wielu z nich zaliczało się do grona specjalistów wysokiej 

rangi, w czym dorównywali kaŜdej innej podgrupie humanoidalnej. 

Nie  było  natomiast  Ŝadnych  wątpliwości  co  do  tego,  Ŝe  ich  prezencja  -  silne  nogi, 

zwarty  tułów,  potęŜne  bary  i  ogorzała  skóra,  stanowiła  skuteczny  środek  odstraszający,  co 

skłaniało  liczne  rasy  PS  do  angaŜowania  ich  jako  ochroniarzy,  czy  to  na  pokaz,  czy  teŜ 

faktycznie jako jednostki agresji. Do popularyzacji fałszywego twierdzenia, jakoby grawitanci 

nie byli najlepiej wyposaŜeni w zdolności umysłowe, przyczyniał się ich nieszczęsny problem 

genetyczny.  OtóŜ  choć  ich  mięśnie  i  struktura  układu  kostnego  zostały  tak  zmienione,  by 

przetrwać znaczne siły cięŜkości, ich czaszki nie uległy podobnej ewolucji. Na pierwszy rzut 

oka grawitanci wyglądali naprawdę głupkowato, Z dala od surowych warunków klimatycznych 

i  grawitacyjnych,  w  których  się  wychowali,  musieli  spędzać  sporo  czasu  w  siłowniach 

grawitacyjnych, by zachować siłę mięśni i umoŜliwić sobie osiągnięcie dostatecznego stopnia 

przystosowania, gdy juŜ powrócą do swych rodzinnych stron. Jakby dla przekory, grawitanci 

byli  mocno  przywiązani  do  miejsc  swego  urodzenia  i  większość  z  nich,  zadbawszy  o 

wystarczająco  wysokie  saldo  bankowe,  by  przejść  w  stan  spoczynku  i  Ŝyć  całkiem 

komfortowo, z radością wracała do srogich warunków panujących na ich planetach. To właśnie 

stało się przyczyną uformowania się ich subkultury. 

Paskutti i Tardma dołączyli do ekspedycji z czystej nudy  wynikającej z obowiązków 

ochroniarzy na pokładzie statku. Berru i Bakkun, geologowie, zostali wybrani przez samego 

Kaia. Dobrze jest bowiem mieć paru grawitantów w kaŜdym zespole, zwaŜywszy ich fizyczne 

przymioty. Oboje z Varian ucieszyli się, gdy Tangeli, botanik, i Divisti, biolog, zgłosili się w 

odpowiedzi na informację o zapotrzebowaniu na takich specjalistów. 

Gdy  znaleźli  się  na  Irecie,  Varian,  napotkawszy  nieoczekiwanie  wielkiego 

przedstawiciela  iretańskiej  fauny,  błogosławiła  w  duszy  szczęśliwy  traf,  Ŝe  miała  w  swej 

druŜynie kilku grawitantów. W takiej kompanii, bez względu na to, w jak krytycznej sytuacji 

się znajdą, będzie moŜna z większą pewnością siebie stawić czoło niebezpieczeństwu. 

Paskutti skinął głową na Gabera. Ręce kartografa zacisnęły się nerwowo na sterach i 

wlot  uniósł  się  powolutku.  Varian  tymczasem,  stojąc  przy  boku  Kaia,  niecierpliwie 

przestępowała  z  nogi  na  nogę.  Niestety,  nie  moŜna  było  zrobić  Gaberowi  awantury 

przypominając mu, Ŝe chodzi tu o nagły wypadek i szybkość działania jest niezwykle istotna. 

Zanim  Gaber  zdąŜył  zakończyć  operację  otwierania  wlotu,  Paskutti  dał  nura  pod 

unoszącą  się  pokrywę.  Jego  oddział  pognał  za  nim.  Jak  zwykle  padał  drobny  kapuśniaczek. 

Dzięki głównemu ekranowi siłowemu udawało się odchylić spadające krople - poza cięŜszymi, 

razem zresztą z niewielkimi insektami. 

background image

Usłyszeli głos Gabera, który z irytacją mamrotał coś pod nosem na temat takich, co to w 

ogóle nie potrafią czekać, tymczasem Paskutti uniósł zaciśniętą pięść w geście oznaczającym 

tropienie  z  lotu.  Ratownicy  uruchomili  pasy  nośne  i  sformowali  szyk  zgodny  z  osobliwym 

pouczeniem  Paskuttiego  o  postępowaniu  w  nagłych  wypadkach.  Kai  i  Varian  zajmowali 

pozycje osłonięte formacją lecącą w kształcie litery V. 

Kai nastawił komunii na odbiór sygnałów Tangelego. Paskutti wskazał na zachód, w 

kierunku bagnistych nizin, i zasugerował zwiększenie prędkości, regulując przy tym maskę. 

Lecieli na wysokości czubków drzew. Kai musiał pamiętać, by patrzeć cały czas przed 

siebie, na plecy Paskuttiego. O dziwo jego agorafobia dokuczała mu w powietrzu mniej, jeŜeli 

nie spoglądał bezpośrednio w dół na szybko przesuwający się grunt. Amortyzował go strumień 

powietrza, stwarzając przy tej prędkości niemal namacalne oparcie. 

Monotonne  połacie  drzew  iglastych,  którymi  porośnięta  była  ta  część  kontynentu, 

zaledwie przemknęły przed oczyma lecących. Wysoko, wysoko w górze, Kai dojrzał krąŜące 

skrzydlate monstra. Varian nie miała dotąd szansy zająć się bliŜej latającymi formami Ŝycia czy 

chociaŜ zidentyfikować je: stworzenia przezornie zmykały, gdy tylko się pojawiali. 

Wzbili  się  wyŜej,  by  przedostać  się  ponad  pierwszym  stokiem  bazaltowym  i  zeszli 

ś

lizgiem  po  jego  drugiej  stronie,  niemalŜe  muskając  bezkresny  dziewiczy  las,  lśniący 

nieskończoną  rozmaitością  niebiesko-zielonych,  zielonych  zielono-purpurowych  deseni. 

Natrafiwszy  na  prący  ku  dołowi  powietrzny  prąd  termiczny,  zmuszeni  byli  borykać  się  ze 

spychającym  ich  silnym  wiatrem.  NaleŜało  temu  jakoś  zaradzić.  Paskutti  dał  znak,  Ŝe 

najlepszym  rozwiązaniem  będzie  obniŜenie  lotu.  Oczywiście  przy  masie  mięśni  grawitanta, 

ć

wiczonych  w  najsilniejszych  grawitacjach,  była  to  pestka,  tymczasem  Kai  i  Varian  musieli 

uruchomić wspomagającą siłę ciągu. 

Warkot  wzmógł  się.  Kai  w  duszy  zwymyślał  sam  siebie.  Nie  powinien  był  przecieŜ 

zezwolić, by grupa poszukiwawcza przekroczyła strefę zasięgu nośności pasów wznoszących. 

Z drugiej  strony  jednak,  Tangeli  był  bezsprzecznie  zdolny  stawić  czoło zarówno  większości 

napotkanych  dotychczas  na  Irecie  zwierząt,  jak  i  tryskającej  pomysłowością  naturze 

dzieciaków, które były pod jego opieką. A więc jakiŜ to “kłopot" spadł na nich z nieba? I do 

tego tak nagle. Tangeli wyruszył ślizgaczem tuŜ przed zaplanowanym kontaktem z Thekami. 

Oznaczało to, Ŝe nie zdąŜyli nawet dotrzeć do miejsca przeznaczenia, nim weszli w kolizję z 

owym nie wiadomo czym. Tangeli z pewnością wspomniałby o wypadku, gdyby o to chodziło. 

Kai zamyślił się. Co by było, gdyby ich ślizgacz został zniszczony? Mieli tylko jedną większą 

jednostkę  i  cztery  dwuosobowe,  przeznaczone  dla  zespołów  sejsmologicznych.  Mniejsze 

background image

ś

lizgacze  były  w  stanie  pomieścić  w  razie  potrzeby  czterech  pasaŜerów,  lecz  nie  zabrałyby 

Ŝ

adnego sprzętu. 

Teren  opadł  ponownie.  Wyrównali  linię  lotu.  Daleko  na  purpurowym  horyzoncie 

pojawiło się pierwsze pasmo wulkanów osiadłych na skraju śródlądowego morza, morza z góry 

skazanego  na  zniweczenie  w  wyniku  bezustannej  działalności  tektonicznej  tego  niezwykle 

aktywnego świata. Był to pierwszy teren, którego sejsmiczność Kai testował, a to z obawy, Ŝe 

granitowa półka, na której rozłoŜyli obóz, mogłaby mieścić się zbyt blisko obszarów czynnych 

tektonicznie  i  wskutek  tego  obsunąć  się. Jednak  pierwsze  wyniki  były uspokajające.  Jezioro 

powinno się zapaść od spodu, wypychając na powierzchnię ostatecznie sfałdowane, niewielkie 

wzgórza pokryte osadem. Był to prawie skraj stałej płyty kontynentalnej. 

Ogarnęło  ich  duszne  powietrze,  przesiąknięte  niezdrową  wonią  moczarów  - 

przejmująca  wilgoć  wzmacniała  pierwotny  fetor  hydrotellurku.  Warkot  przybierał  coraz 

bardziej na sile, aŜ stał się nieprzerwany. 

Nie  tylko  Kai  się  rozglądał.  Bystrooki  Paskutti  jako  pierwszy  dostrzegł  ślizgacz  w 

lasku. Osadzony był na sporych rozmiarów pagórku sterczącym ponad bagniskami, z dala od 

zbitej  masy  roślinności  dŜungli.  PotęŜne,  rozłoŜyste  konary  ogromnych  drzew,  błyszczące 

purpurową  korą  gęsto  pokrytą  śladami  ataków  roślinoŜernych,  były  nie  zamieszkane  przez 

ptactwo. Powoli niepokój opuszczał Kaia, jego miejsce zajmowała ulga i złość. 

Uwagę  dowódcy  zwrócił  gest  Paskuttiego.  Kai  przerzucił  spojrzenie  w  kierunku 

wskazanym  miękkim  ruchem  dłoni  grawitanta.  Zobaczył,  jak  spiczaste  pyski  zasiedlających 

bagna  zwierząt  wciągają  w  ciemną  topiel  wody  kilka  brunatnych  cielsk.  Rozgrywała  się  teŜ 

niewielka potyczka - dwa długoszyje osobniki zmagały się o łup. Zwycięzca przejął zdobycz, 

stosując prosty wybieg - po prostu przysiadł na niej i zanurzył się w błotniste odmęty. 

Tardma, lecąca bezpośrednio przed Kaiem, wskazała ręką w drugą stronę, w kierunku 

stałego lądu, gdzie jakiś uskrzydlony stwór, najwyraźniej ogłuszony silniejszym podmuchem 

wiatru, kołysząc się, próbował wzbić się w powietrze. 

Paskutti  wystrzelił  ostrzegawczo  trzy  razy,  a  następnie  nakazał  grupie  wylądować  w 

pobliŜu lasku. Grawitanci automatycznie rozwinęli falangę, zabezpieczając dojście od strony 

bagien,  gdyŜ  stamtąd  właśnie  prawdopodobieństwo  ataku  było  największe.  Kai,  Varian  i 

Paskutti skoczyli zaraz w kierunku ślizgacza, zza którego wyłonili się uczestnicy wyprawy. 

Tangeli  stał  wyczekująco.  Wokół  jego  masywnego,  pękatego  cielska,  niczym  wokół 

bastionu,  zgromadzili  się  mali  członkowie  wyprawy  -  trójka  dzieci,  których  widok  sprawił 

Kaiowi olbrzymią ulgę. Nagle Kai spostrzegł nieduŜy stos posegregowanych, jaskrawoŜółtych 

background image

stworzeń zgromadzonych w ślizgaczu - więcej okazów o zbliŜonych kształtach i kolorze leŜało 

w lasku. 

- Wezwaliśmy was zbyt pochopnie - odezwał się Tangeli na powitanie. - Te bagienne 

zwierzaki  okazały  się  po  prostu  ciekawskimi  sprzymierzeńcami.  -  Wsunął  za  pas 

obezwładniacz i otrzepał swe potęŜne dłonie, jakby zbywając cały incydent. 

- Co was atakowało? - spytała Varian, mierząc wzrokiem okolicę. 

-  To?  -  rzucił  pytająco  Paskutti,  taszcząc  okulawionego,  skrzydlatego  i  włochatego 

stwora, którego wyciągnął zza konaru grubego drzewa. 

- UwaŜaj! - zawołał Tangeli, sięgając po obezwładniacz. ZauwaŜył jednak, Ŝe zapasem 

Paskuttiego tkwi broń. 

- To jeden z tych ptaków. Patrzcie, nie ma po bokach Ŝadnej wklęsłości, Ŝeby złoŜyć 

skrzydła - oznajmiła Varian, i ignorując zupełnie protesty grawitantów, poruszyła w przód i w 

tył bezwładnym skrzydłem zwierzęcia. 

Kai przyglądał się lękliwie spiczastemu dziobowi ptaka, tłumiąc w sobie irracjonalną 

chęć ucieczki. 

-  PadlinoŜerca,  sądząc  po  rozmiarach  i  kształcie  szczęki  -  zauwaŜył  Paskutti, 

spoglądając z niemałym zainteresowaniem na swą zdobycz. 

- Aleście go urządzili - przyznała Varian, przestając szarpać się ze skrzydłami, które nie 

dały się ułoŜyć. - A cóŜ to za padlina je tu przyciągnęła? 

Tangeli  wskazał  na  cętkowany  zwał  mięsa  na  skraju  polany.  Spośród  roślinności 

wystawał nabrzmiały brzuch. 

- A ja uratowałem to! - oświadczył Bonnard, występując z szeregu swych przyjaciół, by 

Kai i Varian mogli zobaczyć w jego ramionach małą, Ŝywą replikę zdechłego zwierzęcia. - To 

nie ono sprowadziło tutaj padlinoŜerne. Były juŜ tu. Biedactwo, jego matka nie Ŝyje. 

-  Znaleźliśmy  je  tam,  ukryte  w  korzeniach  drzewa  -  dodała  Cleiti,  lojalnie  śpiesząc 

Bonnardowi z pomocą, na wypadek dezaprobaty dorosłych. 

- Ślizgacz musiał spłoszyć ptaki - powiedział Tangeli, przejmując opowieść. - Porzuciły 

Ŝ

er i wróciły dopiero, gdy wylądowaliśmy i zaczęliśmy zbierać owoce. - Wzruszył szerokimi 

ramionami. 

Varian  badała  drobną  roztrzęsioną  istotkę.  Zajrzała  jej  w  pysk,  sprawdziła  budowę 

tylnych łap. Nagle zaśmiała się nieznacznie. 

- Znów anomalie. Łapy perissodaktyla i zęby roślinoŜercy. To niegroźne stworzonko. 

Miło jest mieć coś w sam raz w swoim rozmiarze, co, Bonnard? 

- Nic mu nie jest? On cały czas drŜy. - Z twarzy chłopca emanowała troska. 

background image

- Ja teŜ bym drŜała, gdyby zabrały mnie jakieś ogromniaste typy, których zapach byłby 

dla mnie obcy. 

- W takim razie perisso... mniejsza o to, a wiec on nie jest niebezpieczny? 

Varian roześmiała się i zmierzwiła krótko przystrzyŜone włosy Bonnarda. 

Nie. 

Perisso... 

to 

tylko 

sposób 

klasyfikacji. 

Perissodaktyla 

oznacza 

nieparzystokopytne. Muszę zerknąć na jego matkę. 

OstroŜnie,  unikając  mieczowników,  roślin  kuszących  niezwykle  zdobnymi, 

purpurowymi  liśćmi,  Varian  zbliŜyła  się  do  martwej  zwierzyny.  Dziewczynie  wyrwał  się 

przeciągły gwizd. 

- To całkiem prawdopodobne... - powiedziała współczująco. - CóŜ, ma złamaną nogę. 

Dlatego była łatwym łupem. 

Wtem uwagę wszystkich zwrócił donośny złowieszczy dźwięk. Z bagna wynurzył się 

potęŜny łeb i wzbudziwszy fale na mulistej powierzchni, zaczął płynąć w ich kierunku. 

-  Dla  tego  tutaj  my  teŜ  jesteśmy  łatwym  łupem  -  stwierdził  Kai  filozoficznie.  - 

Zmykajmy stąd. 

Paskutti zmarszczył brwi i przypatrując się wielkiemu, złośliwie wyglądającemu łbu, 

naregulował obezwładniacz na najwyŜszą moc. 

- Jeśli będziemy musieli go zatrzymać, - dobry będzie kaŜdy sposób. 

- Przybyliśmy po owoce... - zaczęła Divisti, wskazując na ściółkę polany. - Wydają się 

jadalne,  a  nieco  świeŜej  Ŝywności  przydałoby  się  nam  wszystkim  -  dodała  tonem  na  tyle 

tęsknym, na ile to moŜliwe u grawitantów. 

-  Zaryzykowałbym  opinię,  Ŝe  mamy  około  dziesięciu  minut,  zanim  mózg  tego 

bagiennego zwierzęcia dokona logicznego załoŜenia, Ŝe jesteśmy jadalni - oświadczył Tangeli, 

jak  zawsze  niefrasobliwy  w  obliczu  fizycznego  zagroŜenia.  Natychmiast  zaczął  zbierać 

rozrzucone tu i ówdzie gruboskóre owoce i rzucał je do bagaŜnika sześcioosobowego ślizgacza. 

Tak naprawdę ślizgacze zdolne były unieść i dwadzieścia osób, o czym  producent w 

ogóle nie wspomniał w dokumentacji. Slizgacz eksploracyjny był bowiem pojazdem na kaŜdą 

okazję, i nikt jeszcze nie osiągnął ostatecznego pułapu jego moŜliwości. Miał wysokie ściany 

boczne  i  niewiele  ponad  osiem metrów długości. Z przodu znajdował się zamykany  pomost 

przeznaczony  na  ładunek,  a  z  tyłu,  pod  ładownią  mieścił  się  kompaktowy  silnik  i  zespół 

napędowy. Kapsułę moŜna było wyposaŜyć w wygodne siedzenia dla sześciu pasaŜerów, nie 

licząc pierwszego i drugiego pilota. Tak właśnie ślizgacz przedstawiał się teraz. Gdy siedzenia 

były zsunięte lub zestawione, pojazd był w stanie przetransportować niewiarygodne cięŜary - 

tak na pokładzie, jak i przytroczone do dźwigarów na dziobie i na rufie lub na środku po jednej 

background image

i  drugiej  stronie.  Ślizgacz  posiadał  ponadto  tylny  i  przedni  napęd  odrzutowy  i  był 

przystosowany do startu pionowego na wypadek konieczności ucieczki lub akcji ratunkowej. 

Dwuosobowe  ślizgacze  były  pomniejszonymi  replikami  tej  wersji  i  miały  jedną  zaletę:  były 

łatwe w demontaŜu, co przydawało się podczas lotu większym pojazdem. 

Wspomagani  przez  swych  niedoszłych  wybawców,  Tangeli,  Divisti  i  reszta 

penetracyjnego  oddziału  zdąŜyli  zgromadzić  dość  owoców,  by  zapełnić  bagaŜnik  ślizgacza, 

nim  ponad  laskiem  zaczęli  niecierpliwie  krąŜyć  następni  padlinoŜercy.  Wystająca  z  bagna 

głowa  kołysała  się  powolutku  w  przód  i  w  tył,  jakby  zahipnotyzowana  monotonnym  lotem 

stada. 

- Kai, nie musimy go tu chyba zostawić, co? - spytał Bonnard, przystanąwszy przy boku 

wylęknionej Cleiti. Trzymał osierocone zwierzę w ramionach. 

- Varian, przyda ci się na coś? - rzucił Kai. 

-  Jasne.  -  Varian  skrzywiła  się  na  myśl,  Ŝe  mogliby  opuścić  zwierzaka.  -  Nie  mam 

najmniejszego  zamiaru  go  tu  pozostawić.  Nawet  nie  wiesz,  jaka  to  ulga  móc  przyjrzeć  się 

czemuś z bliska, bez konieczności ganiania za tym po całym kontynencie. -  Zwróciła się do 

Bonnarda: - No, do ślizgacza, Bonnard. Nie wypuść go. Cleiti, siądź po prawej, a ja usiądę po 

lewej. O, tak właśnie. Zapiąć pasy. 

Wszyscy  cofnęli  się,  gdy  Tangeli  wystartował,  by  przeszybować  leniwie  ponad 

bagnistym  mułem  i  ogłupiałą  bestią,  zapatrzoną  wciąŜ  z  niekłamanym  zainteresowaniem  w 

lasek. 

- Broń w pogotowiu, na maksymalnej mocy - rozporządził Paskutti, zerkając w niebo. - 

Padlinojady nadchodzą. 

Gdy wzbili się w powietrze, Kai przyjrzał się zgłodniałym bestiom krąŜącym poniŜej ze 

wzrokiem utkwionym w martwe ciało leŜące pośród traw. Przeszedł go dreszcz obrzydzenia. 

Niebezpieczeństwa  groŜące  w  kosmosie,  gwałtowne  i  bezwzględne,  były  bezosobowe,  i 

wynikały  zawsze  z  łamania  nienaruszalnych  praw.  Mordercze  zamiary  skrzydlatych  bestii 

nosiły znamiona budzącej odrazę osobistej wrogości, która wstrząsała Kaiem do głębi. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI  

 

W drodze powrotnej deszcz i przeciwne wiatry miotały lotnikami tak uparcie, Ŝe nim 

pojawili się wreszcie w bazie, ślizgacz zdąŜył juŜ dawno ostygnąć. Varian z trójką dzieci zajęta 

była kleceniem niewielkiego wybiegu dla sierotki. 

- Lunzie próbuje właśnie opracować dla niego dietę - oznajmiła. 

- Z jakimi nieprawidłowościami mamy do czynienia w jego przypadku? 

-  Wbrew  wszelkim  dziwactwom w  całej  galaktyce,  przyszliśmy z odsieczą młodemu 

ssakowi.  Przynajmniej  u  jego  matki  zauwaŜyłam  sutki.  Nasz  przyjaciel  nie  jest  dorosłym 

osobnikiem,  choć  przyszedł  na  świat  całkiem  dojrzały,  z  umiejętnością  chodzenia,  a  nawet 

biegania niemal od urodzenia... 

- Czy... 

-  Odrobaczyłam  go?  Owszem,  zewnętrznie.  Musiałam,  inaczej  wszyscy  wkrótce 

stalibyśmy  się  poŜywką  dla  pasoŜytów.  Przeszkodziłam  Trizeinowi  w  jego  skrupulatnie 

rozplanowanej  pracy,  by  przeprowadził  analizę  tkanki  ssaka.  Chcę  wiedzieć,  jakich  protein 

musimy  mu  dostarczać.  CóŜ,  brakuje  mu  jeszcze  trochę  do  rozmiarów  jego  matki.  Nie  była 

znów taka wielka, ale... 

Kai  zerknął  na  drobne,  czerwonobrązowe  włochate  ciałko.  Diabelnie  odpychające 

stworzenie,  pomyślał,  nie  ma  nic,  co  mogłoby  zrekompensować  ten  brak  urody,  no,  poza 

pełnymi  smutku  oczkami,  nic,  co  pozwoliłoby  komukolwiek  oprócz  jego  własnej  matki 

przywiązać  się  do  niego.  Kai  przypomniał  sobie  naraz  kołyszący  się  łeb  moczarnika  i 

złowróŜbne kołowanie nieustępliwych, zgłodniałych padlinoŜerców, i poczuł zadowolenie, Ŝe 

wzięli  to  biedactwo  ze  sobą.  Co  więcej,  moŜe  zaabsorbuje  ono  Bonnarda  tak  bardzo,  Ŝe 

chłopiec przestanie wreszcie wszędzie chodzić za swym dowódcą. 

Kai  odpiął  pas  i  zsunął  maskę.  Przetarł  ręką  ślady,  które  odcisnęła  mu  na  twarzy. 

Powrotna podróŜ wyczerpała go. Grawitanci mieli niespoŜyte zapasy sił witalnych, tymczasem 

nie przyzwyczajone mięśnie Kaia bolały go strasznie po porannym nadweręŜeniu. 

-  Zaraz,  nie  mieliśmy  czasem skontaktować  się  jeszcze z Ryximi? -  zapytała  Varian, 

spoglądając na swój naręczny rejestrator. Zabębniła palcem w podświetloną czerwono liczbę 

tysiąc trzysta, oznaczającą czas. Kai uśmiechnął się szeroko w ramach podziękowania i ruszył 

w  kierunku  wahadłowca,  udając  nie  najgorzej,  Ŝe  rozpiera  go  energia.  Miał  przed  sobą 

naprawdę pracowity dzień. Obiecał sobie, Ŝe zaŜyje stymulator, by podbić poziom energii, a 

podczas kontaktu ze skrzydlatymi Ryximi wykona kilka ćwiczeń oddechowych. Potem będzie 

background image

trzeba przyjrzeć się kompleksowi kolorowych jezior, ulokowanych na rozległych połaciach na 

południu, których analizy dostarczyła wczoraj Berru. Zdawało mu się niezwykle dziwne, Ŝe na 

tej nietkniętej dotąd planecie, wszędzie tam, gdzie naleŜało oczekiwać nieprzebranych bogactw 

mineralnych, znaleźć moŜna jedynie ich śladowe ilości. Zabarwiona woda jezior świadczyła o 

zatopionych  złoŜach  rudy.  Kai miał  nadzieję,  Ŝe  zasoby są  wystarczająco pokaźne,  by sobie 

nimi  w  ogóle  zaprzątać  głowę.  Coś  powinni  teŜ  znaleźć  w  górach  powstałych  ze  starych 

fałdowań  -  cokolwiek,  choćby  trochę  cyny  lub  cynku  i  miedzi.  Odkryli  juŜ  co  prawda 

niewielkie złogi rudy, ale Ŝadnych pokładów w ścisłym tego słowa znaczeniu. 

Zgodnie  z  rozkazami  Korpusu  Operacyjno-Badawczego  Kai  miał  zlokalizować  i 

przeprowadzić  analizę  zasobów  mineralnych  i  metalurgicznych  planety.  A  Ireta,  która,  jak 

przypuszczano,  była  satelitą  słońca  trzeciej  generacji,  powinna  obfitować  w  cięŜsze 

pierwiastki,  w  neptun,  pluton,  w  odmiany  rzadkich  transuranowców  i  aktynowców 

umieszczonych w układzie okresowym powyŜej uranu, ogólnie więc w te pierwiastki, których 

zdecydowanie  i  niezmiennie  domagały  się  Skonfederowane  Narody.  Stąd  teŜ  jednym  z 

najwaŜniejszych zadań KOB-u było poszukiwanie ich złóŜ. 

Dyplomata orzekłby, iŜ KOB penetruje galaktykę, by włączyć w sferę swych wpływów 

wszelkie  rozumne  i  świadome  stworzenia,  rozbudowując  w  ten  sposób  związek  osiemnastu 

miłujących pokój  gatunków włączonych do Federacji. JednakŜe zasadniczym celem wypraw 

było poszukiwanie energii. RóŜnorodność gatunkowa członków Federacji rodziła moŜliwość 

sondowania  większości  typów  planetarnych,  ich  kolonizacja  natomiast,  w  porównaniu  z  ich 

eksploatacją, była zjawiskiem marginalnym. 

Trzy z planet krąŜących wokół jednego ze słońc, Arrutanu, od lat zaznaczone były na 

mapach jako niezwykle obiecujące, jednak dopiero niedawno Rada Egzekucyjna zdecydowała 

powołać  do  Ŝycia  obecną,  aŜ  trzyczęściową  ekspedycję,  poniewaŜ,  jak  Kaia  dotarły  słuchy, 

Thekowie  zaŜyczyli  sobie  wziąć  udział  w  wyprawie.  Plotka  częściowo  potwierdziła  się 

podczas  jego  prywatnej  narady  z  oficerem  naczelnym  na  pokładzie  Bazy  Operacyjnej 

ARCT-10.  Głównodowodzący  poinformował  Kaia  w  tajemnicy,  Ŝe  Thekowie  sprawują 

najwyŜszą kontrolę nad trzema zespołami i Ŝe powinien podlegać ich rozkazom, jeśli zdecydują 

się go usunąć. Vrl, dowódca zespołu Ryxich, otrzymał te same instrukcje. Było powszechnie 

wiadomo,  Ŝe  obecność  Theka  w  druŜynie  gwarantowała  ostateczny  sukces  wyprawy  - 

Thekowie  byli  niezawodni,  Thekowie  byli  sumienni  i  bezgranicznie  altruistyczni.  Lecz  cóŜ, 

cynicy  powiadali,  Ŝe  altruizm  przychodzi  łatwo  istotom  mierzącym  długość  swego  Ŝycia  w 

tysiącach lat. Thekowie postanowili zainstalować się na siódmej planecie głównej, zasypanej 

metalami cięŜkimi i o pokaźnej sile przyciągania, co bardzo im odpowiadało. 

background image

Piąta  planeta,  licząc  od  Arrutanu,  o  niskiej  grawitacji  i  umiarkowanym  klimacie 

przypadła  Ryxim,  osobnikom  z  gatunku  lotnych,  których  dręczyła  paląca  potrzeba  zajęcia 

nowych  światów,  by  zlikwidować  przeludnienie  na  ojczystej  planecie  i  dać  szansę  rozwoju 

niecierpliwej  młodzieŜy.  Planeta  przydzielona  Kaiowi,  czwarta  w  systemie,  wykazywała 

osobliwe anomalie. Choć jej słońce, Arrutan. pierwotnie uznane za gwiazdę trzeciej generacji, 

kazałoby  oczekiwać  licznych  pierwiastków,  z  transuranowcami  włącznie,  Ireta  jawnie 

przeczyła podobnym załoŜeniom. Wyniki wstępnych analiz przeprowadzonych przez wysłaną 

na  Iretę  sondę  wykazały,  Ŝe  czwarta  planeta  ma  jajowaty  kształt,  na  jej  biegunach  panuje 

gorętszy  klimat  niŜ  na  równiku,  a  morza  są  cieplejsze  od  masy  lądowej  zalegającej  biegun 

północny.  Planetę  zalewają  niemal  bezustanne  opady  deszczu,  a  prędkość  przybrzeŜnych 

wiatrów moŜe nawet osiągać siłę sztormową. Przechył osiowy wynosił około piętnastu stopni. 

PoniewaŜ  zaś  odczyty  sondy  wskazywały  na  istnienie  form  Ŝycia  wodnego  i  lądowego,  do 

zespołu geologicznego dołączono grupę ksenobiologiczną. 

Kai  dopraszał  się  o  zdalnie  sterowany  sensor,  który  pomógłby zlokalizować pokłady 

rudy,  lecz  niestety  w  tym  czasie  zainteresowanie  wszystkich  zwrócone  było  na  burzę 

kosmiczną  w  sąsiednim  systemie  i  jego  prośba  znalazła  się  niespodziewanie  nisko  na  liście 

najwaŜniejszych  potrzeb.  Powiedziano  mu  tylko,  Ŝe  zapisy  sondy  zapewniają  mu 

wystarczająco  obszerne  informacje,  by  był  w  stanie  zlokalizować  zarówno  metale,  jak  i 

minerały,  a  resztę  i  tak  trzeba  wykonać  na  miejscu.  W  tej  chwili  bowiem  ARCT-10  miał 

bezprecedensową okazję zaobserwować wolną materię w akcji. 

Kai przyjął oficjalną odmowę bez większej urazy. Za to sprzeciwił się, gdy w ostatniej 

chwili wcisnęli mu jeszcze młodzików. ZłoŜył zaŜalenie, oświadczając, Ŝe chodzi tu przecieŜ o 

ekspedycję  roboczą,  a  nie  wyprawę  instruktaŜową  dla  dzieci,  na  co  oznajmiono  mu,  iŜ 

wychowankom  stacji  kosmicznych  naleŜy  bezwzględnie  zapewnić  wystarczającą  praktykę 

planetarną i to jak najwcześniej, by zaŜegnać groźbę uwarunkowanej agorafobii, a jak trudno 

oddalić to ryzyko, nie miało sensu tłumaczyć urodzonym na planetach. Kai jednak dalej skarŜył 

się  na  niestosowność  decyzji,  zgodnie  z  którą  jego  zespół  miałby  zająć  się  rozszerzaniem 

horyzontów  umysłowych  trójki  ledwo  odrosłych  od  ziemi  smarkaczy.  Ta  planeta  była 

naprawdę  niezmiernie  aktywna  -  wulkanicznie  i  tektonicznie,  a  przez  to  niebezpieczna  dla 

małolatów.  Dwie  dziewczynki,  Cleiti  i  Terilla,  były  posłuszne  i  nie  sprawiały  Ŝadnych 

kłopotów, za to Bonnard, syn trzeciej oficer BO, zaczął dociekać, która z zabaw niesie z sobą 

największe ryzyko. 

Jeszcze  pierwszego  dnia,  gdy  Kai  ze  swoim  zespołem  zajęty  był  montaŜem 

stabilizatorów wokół lądowiska, co miało zapewnić większą stateczność płyty kontynentalnej, 

background image

na której wylądowali, Bonnard wybrał się na “zwiad" i podarł kombinezon ochronny, poniewaŜ 

wyleciało  mu  z  głowy,  Ŝe  powinien  aktywować  pole  siłowe.  Pech  chciał,  Ŝe  natknął  się  na 

mieczownika,  roślinę  równie  piękną  jak  niewinne  roślinki  ozdobne  w  cieplarni  BO,  zdolną 

jednakŜe  poszatkować  na  plasterki  i  kombinezon,  i  człowieka  przy  najlŜejszym  dotyku. 

Podczas  następnych  dziewięciu  dni  doszło  do  kolejnych  incydentów  i  choć  inni  członkowie 

załogi  nie  przywiązywali  szczególnej  wagi  do  wybryków  chłopca,  ubawieni  serdecznie 

naboŜeństwem,  z  jakim  adorował  Kaia,  sam  Kai,  zmęczony  tym  wszystkim,  Ŝywił  szczerą 

nadzieję,  Ŝe  mała  osierocona  bestia  przyciągnie  choć  na  jakiś  czas  uwagę  utrapionego 

Bonnarda. 

Kai  pociągnął  spory  łyk  płynu  wzmacniającego.  Cierpki  smak  wywołał  uczucie 

ś

wieŜości, kojącej nie tylko nerwy, ale przynoszącej teŜ ulgę  gardłu.  Zerknął na rejestrator i 

włączywszy  komunit,  przygotował  sprzęt  rejestrujący  do  spowolnienia  słów  Ryxich  i 

przełoŜenia ich potem na dające się zrozumieć dźwięki. Właściwie nadąŜał za ich trajkoczącą 

mową, lecz nagranie mogło rozwiać wszelkie wątpliwości. 

Kaia  mianowano  oficerem  łącznikowym  między  zespołami.  Miał  cierpliwość  i 

poczucie taktu wymagane w kontaktach z powolnymi Thekami, i słuch, i dość oleju w głowie, 

by  poradzić  sobie  z  wiatrem  podszytymi  Ryximi,  którym  w  Ŝyciu  nie  udałoby  się 

przeprowadzić z Thekami rozmowy, zwłaszcza Ŝe ci ostatni nawet nie mieli zamiaru zawracać 

sobie nimi głowy. 

Dokładnie o podanym czasie dowódca Ryxich, Vrl, nawiązał kontakt, zasypując Kaia 

grzecznościami z prędkością szybko strzałowego  pistoletu. Kai ze swej strony przekazał mu 

wiadomość,  Ŝe  BO  przejęła  jedynie  pierwsze  raporty  obu  załóg,  sugerując  jednocześnie 

przypuszczenie,  iŜ  burza  kosmiczna,  którą  dostrzegli,  zanim  jednostki  badawcze  opuściły 

statek,  spowodowała  silne  zakłócenia  uniemoŜliwiające  przechwycenie  pozostałych 

komunikatów. 

Vrl,  uprzejmie  zwalniając  mowę  do  prędkości,  która  musiała  go  strasznie  męczyć, 

oznajmił, Ŝe nie czuje się zaniepokojony: niech się trapią tym Ślimaki. Pierwszy raport Vrla był 

niezwykle  waŜny  dla  jego  ziomków  -  potwierdzał  mianowicie  wstępne  analizy  przekazane 

przez sondę, i donosił, iŜ planeta nie jest zamieszkana przez Ŝadne inteligentne formy Ŝycia i 

moŜe stanowić miejsce dalszego rozwoju jego rasy. Gdyby Kai był zainteresowany, Vrl dośle 

mu  pełny  raport  bezzałogowym  promem  międzyplanetarnym.  Vrl  zakończył  orację 

dowcipnym stwierdzeniem, Ŝe wszyscy są w dobrym zdrowiu i pełnym upierzeniu, po czym 

spytał, jakie skrzydlate formy Ŝycia zaobserwowano na Irecie. 

background image

Kai poinformował go, mówiąc tak szybko, jak tylko był w stanie poruszać językiem bez 

ryzyka,  Ŝe  zawiąŜe  się  mu  w  supełek,  iŜ  zaobserwowano  kilka  gatunków  zwierząt  lotnych, 

którymi  zajmą  się  później.  Kai  powstrzymał  się  od  zaklasyfikowania  jednej  z  form  jako 

padlinoŜerców, a w odpowiedzi na wytrajkotaną bez zająknięcia prośbę Vrla, obiecał, Ŝe gdy 

tylko przeprowadzą badania, prześle mu ich wyniki. 

Ryxiowie, jako gatunek, mieli na sumieniu jeden przebrzydły grzech: otóŜ nie potrafili 

znieść  myśli,  Ŝe  pewnego  dnia  jakiś  inny  skrzydlaty  gatunek  mógłby  zająć  ich  wyjątkowe 

miejsce  w  PS.  Ich  nieprzychylne  nastawienie  było  jedną  z  przyczyn,  dla  których  nieczęsto 

wchodzili w skład załóg BO. Innym, równie przekonywającym powodem skromnego udziału 

Ryxich  w  wyprawach  była  ich  niezdolność  do  przebywania  w  miejscach  zamkniętych. 

Ograniczona przestrzeń doprowadzała ich do szaleństwa, a niekiedy i do samobójstwa, toteŜ 

niewielu  starało  się  w  ogóle  o  przydział  do  słuŜb  badawczych,  skoro  byli  tak  bardzo 

nieprzystosowani psychicznie. Do obecnej misji zmusiła ich konieczność, a większość z nich 

odbyła  podróŜ  w  stanie  kriogenicznego  snu.  Vrla  zbudzono  dwa  tygodnie  pokładowe  przed 

osiągnięciem miejsca przeznaczenia, by powiadomić go o procedurze zdawania sprawozdań i 

nawiązywania kontaktu z pozostałymi dwiema sekcjami ekspedycji. Choć Vrl, jak przystało na 

Ryxiego,  był  postacią  wielce  interesującą,  pełną  wigoru  i  niezwykle  barwną  -  zarówno  pod 

względem upierzenia, jak i charakteru - Kai i Varian odczuwali niemałą ulgę, mając u boku dla 

równowagi Ŝółwich Theków. 

- Vrl pamiętał o kontakcie? - spytała Varian, wchodząc do kabiny pilota. 

-  Owszem.  U  niego  wszystko  w  porządku,  tyle  Ŝe  poŜera  go  ciekawość,  jakieŜ  to 

skrzydlate stworzenia odkryliśmy. 

- Oni tak zawsze, zazdrośni pierzaści! - Varian zrobiła grymas. - Pamiętam, jak przysłali 

delegację  na  Uniwersytet  na  Chelidzie.  Chcieli  przeprowadzić  wiwisekcję  skrzydlatych 

Rylidae z Eridani 5. 

Kai stłumił w sobie dreszcz zgrozy. Nawet nie był zdziwiony. Ryxiowie znani byli ze 

swej krwioŜerczości. Choćby ich zaloty - samce wyposaŜone są w ostrogi, a zwycięzca zwykle 

zabija rywala. Tego nie da się przecieŜ całkowicie usprawiedliwić na podstawie zasady doboru 

naturalnego. Nie trzeba zabijać, by udoskonalić genotyp. 

Varian wśliznęła się na krzesło. 

-  Znajdzie  się  jeszcze  trochę  stymulatora?  Starałam  się  dotrzymać  kroku  moim 

towarzyszom. 

Kai powitał to istne szaleństwo Varian zduszonym śmiechem i podał jej natychmiast 

pojemnik z płynem. 

background image

- Wiem oczywiście, Ŝe nie musimy dorównywać grawitantom - jęknęła Varian - i wiem, 

Ŝ

e oni wiedzą, iŜ nie jesteśmy w stanie im dorównać, ale nie potrafię nie próbować! 

- Tak, to draŜni. 

- DraŜni. Aha, Trizein powiada, Ŝe nasze maleństwo jest rzeczywiście ssakiem, i trzeba 

mu będzie laktoprotein, bogatych w wapno, glukozę, sole i całą masę fosforanów. 

- MoŜe Divisti i Lunzie wystarają się o coś? 

- JuŜ to zrobiły. Bonnard właśnie karmi... powinnam chyba raczej powiedzieć: usiłuje 

nakarmić Dandy'ego. 

- O, proszę. JuŜ go nazwaliście? 

- Czemu nie? I tak nie reaguje na sygnał do posiłku, jak na razie. 

- Jest inteligentny? 

-  Do  pewnego  stopnia.  Pewne  bodźce  wywołują  juŜ  u  niego  instynktowne  odruchy. 

Urodził się przecieŜ względnie dojrzały. 

- Czy ten twój roślinoŜerny teŜ jest ssakiem? 

- Nnniiieee... 

- To brzmi prawie jak “tak"... 

- Skoro typy Ŝyworodne i jajorodne koegzystują na jednej planecie... zakładając przy 

tym, Ŝe znajdzie się gen warunkujący przetrwanie w tutejszym środowisku... Nie, ani Dandy, 

ani  mój  ogromniasty  roślinoŜerca  nie  tłumaczą  struktury  komórkowej  zwierząt  wodnych 

Trizeina. A jeśli juŜ o tym mowa, to Trizein uwaŜa, Ŝe budowa komórkowa tego stworzenia jest 

uderzająco  podobna  do  jakiejś  innej  i  ma  zamiar  przeprowadzić  dogłębną  analizę 

porównawczą.  Mam  jego  zgodę,  by  tymczasem  opatrzyć  rany  zwierzaka,  zanim  wda  się 

zakaŜenie. MoŜemy uŜyć gazu CHCI^. Czy moglibyśmy zmontować nad zagrodą osłonę, by 

nie dopuścić do ran krwiopijców? - Kai skinął głową, a Varian kontynuowała: - Czy mógłbyś 

uczulić  swoje  zespoły  na  padlinoŜerne?  Niech  ich  wypatrują.  Zwierz,  który  zranił  mojego 

roślinoluba,  atakuje  prawdopodobnie  teŜ  inne  gatunki.  Po  pierwsze,  chciałabym  się 

dowiedzieć,  jaki  drapieŜnik  obchodzi  się  aŜ  tak  barbarzyńsko  ze  swoim  łupem.  Po  drugie, 

zawsze istnieje szansa, Ŝe złapiemy jakieś okazy, ratując im Ŝycie. O wiele łatwiej sobie z nimi 

radzić, gdy są zbyt słabe, by walczyć albo uciekać. 

- AŜ nami jest inaczej? PrzekaŜę polecenie zespołom. Tylko, Varian, postaraj się nie 

przerobić tej stacji na szpital weterynaryjny, dobrze? Nie mamy zbyt wiele miejsca. 

- Wiem, wiem. Zwierzęta, które są dość duŜe, by zatroszczyć się o siebie, i tak idą do 

zagrody. 

background image

Ruszyli  się  wreszcie,  orzeźwieni  dawką  stymulatora.  Jak  zawsze,  choćby  po 

najkrótszym odpoczynku w klimatyzowanym wahadłowcu, pierwszy oddech na zewnątrz był 

dla Kaia prawdziwą udręką. 

- Człowiek doprawdy łatwo adaptuje się do najróŜniejszych warunków Ŝycia - mruknął 

Kai pod nosem - jest elastyczny, ogarnia wszechświat, to stworzenie o wysokim współczynniku 

przystosowania... Ale to jeszcze nie powód, Ŝeby przypadła nam w udziale planeta, na której po 

prostu śmierdzi. 

- Nie moŜna mieć wszystkiego, Kai! - odparła Varian z uśmiechem. - Co do mnie, to mi 

się tu podoba. To fascynujące miejsce - dodała i poszła w swoją stronę, zostawiając go przy 

otwartym luku. 

Przestało padać - to znaczy przynajmniej nie padało w tej chwili. Słońce zdołało przebić 

się  przez  zasłonę  chmur,  by  ze  złośliwością  rzeczy  martwych  ugotować  wszystkich  w 

unoszącej się dokoła parze. Wraz z ustąpieniem opadów nowe bataliony iretańskich insektów 

rzuciły  się  na  osłonę  siłową  rozpostartą  ponad  stacją.  Widać  było  rozbłyskujące  błękitne 

iskierki,  gdy  mniejsze  stworzenia  ulegały  spopieleniu,  i  niebieską  poświatę,  jeśli  padały 

ogłuszone większe organizmy. 

Kai  rozejrzał  się  po  obozie.  Nie  bezpodstawnie  towarzyszyło  mu  uczucie  spełnienia. 

Oto  za  nim,  ponad  samą  stacją,  unosił  się  wahadłowiec,  z  kadłubem  o  długości  dwudziestu 

jeden  metrów  i  pociemniałym  od  tarcia  przy  przechodzeniu  przez  atmosferę  Irety  stoŜkiem 

ochronnym.  Przysadziste,  opływowe  skrzydła  były  odciągnięte  w  tył,  co  nadawało  statkowi 

nieco  jajowaty  kształt.  Ze  szczytu  wyrastała  iglica  nadawcza  i  przyrząd  naprowadzający 

mniejsze  ślizgacze.  W  przeciwieństwie  do  wcześniejszych  typów  statków  -  baz  i 

wahadłowców,  ten  model  miał  potęŜną  ładownię  i  sektor  pasaŜerski,  a  to  dzięki  temu,  Ŝe 

niewiarygodnie efektywny zespół energetyczny utylizujący izotopy, opracowany zresztą przez 

Theków,  był  niewielkich  rozmiarów  i  nie  zajmował  juŜ  całego  wnętrza  wahadłowca.  Z 

thekowej  modernizacji  wynikała  jeszcze  jedna  korzyść  -  otóŜ  lŜejsze  statki,  wyposaŜone  w 

specjalnie skonstruowane kadłuby ceramiczne, były w stanie przenosić taki sam ładunek, jak 

wahadłowce z kadłubami wzmocnionymi tytanem, które były niezbędne przy staroświeckim 

napędzie z uŜyciem rozszczepienia i fuzji nuklearnej. 

Wahadłowiec  spoczywał  na  granitowej  półce,  która  rozpościerała  się  w  obie  strony, 

tworząc  niezbyt  głęboki  amfiteatr  o  średnicy  mniej  więcej  czterystu  metrów.  Za  pierwszym 

razem  wahadłowiec  wylądował  dokładnie  na  środku  szlaku  jakichś  wędrownych  zwierząt  - 

wskazywała na to wyraźnie udeptana ziemia. Varian nie musiała specjalnie nakłaniać Kaia do 

zmiany  lądowiska  -  owszem,  otwarta  przestrzeń  moŜe  dawać  szansę  namierzenia  w  porę 

background image

ewentualnych gości, ale dla jego oczu, przyzwyczajonych do skończonych odległości na statku, 

tak rozległa perspektywa okazała się nieco męcząca. 

Obecny  obóz  otoczony  był  osłoną  siłową.  Pobudowano  tam  prowizoryczne  kopuły 

badawcze, sypialne i mieszkalne. Wodę z głębinowego źródła zmiękczano i filtrowano, a mimo 

to nawet Varian i jej podobni planetariusze, choć nie przyzwyczajeni do oczyszczanej wody, 

która  zawsze  miała  nieznany  posmak  chemikaliów,  przebąkiwali  coś  na  temat  nadmiernej 

obecności minerałów w wodzie z Irety. 

Divisti i Trizein przetestowali kilka gatunków roślin, w tym sukulentów, które okazały 

się zdatne do spoŜycia. Divisti we współpracy z Lunzie sporządziła jakąś papkę z miejscowej 

zieleniny,  która  pomimo  swej  odŜywczej  wartości,  miała  tak  obrzydliwy  smak  i  podejrzaną 

konsystencję,  Ŝe  jedynie  grawitanci  byli  w  stanie  ją  zjeść.  Znani  byli  z  tego,  Ŝe  jedzą  co 

popadnie - krąŜyła pogłoska, Ŝe nawet zwierzęce mięso. 

W kaŜdym razie, choć na Irecie znajdowali się od niedawna, Kai był naprawdę dumny z 

dotychczasowych  osiągnięć.  Solidny  obóz  rozłoŜony  został  w  bezpiecznym  miejscu  na 

stabilnej płycie skalnej, oznaczonej liczbą 3000 MY. Natrafili teŜ na obfite źródła wody i nie 

mogli narzekać na brak surowców nadających się do syntezy Ŝywności. 

Czasem  tylko  dręczył  go  dokuczliwy  niepokój.  Chodziło  raporty.  Dlaczego  BO  nie 

przejęła pozostałych sprawozdań? Kai tłumaczył sobie, Ŝe była to wina zakłóceń wynikających 

z  przejścia  tej  osławionej  burzy  kosmicznej,  a  BO,  skoro  ustaliła,  Ŝe  wszystkie  te  zespoły 

funkcjonują  bez  przeszkód,  mogła  zrezygnować  na  jakiś  czas  z  odbioru  przekazywanych 

informacji.  W  końcu  to  była  tylko  rutynowa  wyprawa,  a  do  rutynowych  obowiązków  BO 

naleŜała obserwacja burzy. 

Chyba Ŝe BO wpadła na Innych. 

Stymulatory wzbudzają w człowieku nie tylko energię, ale nadmierną wyobraźnię; Kai 

skarcił  się  zdecydowanie  i  ruszył  do  bazy.  “Inni"  to  mit,  bajeczka  wymyślona,  by  straszyć 

niegrzeczne  dzieci  i  dziecinnych  dorosłych.  Co  prawda  zdarzało  się  od  czasu  do  czasu,  Ŝe 

jednostki KOB-u znajdowały wymarłe światy i mijały całe systemy, których planety - objęte 

zakazem bez Ŝadnego przekonywającego powodu - przypadłyby do gustu niektórym członkom 

Federacji... 

Kai wściekał się sam na siebie za tyle “optymizmu" i zaniechawszy dalszych rozwaŜań, 

podreptał czym prędzej do Gabera. 

Kartograf  powrócił  juŜ  do  cierpliwego  przetwarzania  nagrań  na  mapę  wzorcową,  na 

którą  nałoŜone  zostały  zdjęcia  wykonane  przez  sondę.  Gdy  tylko  któraś  z  druŜyn  Kaia 

przynosiła  bardziej  szczegółowe  dane,  Gaber  natychmiast  uaktualniał  odpowiedni  kwadrat  i 

background image

usuwał zdjęcia. W tej chwili trójwymarowy globus przedstawiał dość dziwny widok. W drugiej 

części pomieszczenia zajmowanego przez Gabera mieścił się ekran sejsmiczny, zainstalowany 

przez  Portegina.  Zerknąwszy  przelotnie  na  monitor,  Kai  pomyślał,  Ŝe  Portegin  traci  powoli 

swój talent. Ekran rejestrował dane ze zbyt wielu punktów naraz. 

-  Jestem  wykończony,  Kai,  mówiłem  ci  -  oznajmił  Gaber,  starając  się  zatuszować 

bolesny ton nieco Ŝałosnym uśmiechem. Wyprostował się i potarł kark, by odpręŜyć napięte 

mięśnie. - Cieszę się, Ŝe przyszedłeś. Nie mogę poradzić sobie z ekranem Portegina. Mówi, Ŝe 

jest gotowy, ale, jak widać, w ogóle nie działa jak naleŜy. 

Gaber odwrócił się zamaszyście na obrotowym krześle i wskazał piórem na monitor. 

Kai przyjrzał się ekranowi bliŜej, a potem zaczął coś majstrować przy regulatorach. 

- Wiesz juŜ, co mam na myśli? Odbicia! Mam niewyraźne sygnały z miejsc, do których 

twoje zespoły nie mogły jeszcze dotrzeć. Tutaj, o... na południu i na południowym wschodzie... 

-  Gaber  zabębnił  piórem  po  ekranie.  -  Chyba  Ŝe  twoi  ludzie  podwoili  wysiłki...  Z  tym,  Ŝe 

wówczas odczyty musiałyby być bardziej przejrzyste... Wobec tego naleŜy przyjąć, Ŝe winna 

jest sama maszyna. Źle funkcjonuje, po prostu. 

Kai niespecjalnie zwaŜał na narzekania Gabera. Poczuł nagle uciskający go w Ŝołądku 

chłód, który pojawił się na myśl o Innych. A jeśli to oni porozstawiali tutaj czujniki wysyłające 

mgliste sygnały? Wówczas Ireta powinna być obłoŜona interdyktem! Co do jednego Kai nie 

miał Ŝadnych wątpliwości: to nie jego ludzie zainstalowali te cholerne światełka i na pewno nie 

podwoili wysiłków. 

- To ciekawe, Gaber - odparł z pozorną obojętnością, do której tak naprawdę było mu 

daleko. - Musiały zostać zamontowane przez którąś z poprzednich wypraw. Wiesz przecieŜ, Ŝe 

ta planeta juŜ od dawna figuruje w katalogach KOB-u, a czujniki są praktycznie niezniszczalne. 

Widzisz  tutaj,  na  północy,  gdzie  pojawiają  się  takie  zanikające  sygnały?  W  tym  miejscu 

działalność tektoniczna wypiętrzyła masy lądowe w nowe góry. 

-  Dlaczego  nie  udostępniono  nam  wyników  wcześniejszych  ekspertyz?  Poprzednie 

pomiary wyjaśniłyby, czemu natrafiliśmy tutaj jedynie na śladowe ilości metali i minerałów. - 

Gaber miał  na  myśli  płytę  kontynentalną.  -  AŜ jakiego powodu nikt  w ogóle  nie wspomniał 

nam o przeszłości sejsmicznej Irety, tego po prostu pojąć nie mogę. 

-  Och,  tamte  dane  były  przestarzałe,  pewnie  zostały  skasowane  na  rzecz  nowych 

programów. Komputer nie ma przecieŜ nieskończonej pamięci, Gaber. 

-  Niezwykle  dziwaczny  eksperyment,  tak  bym  to  określił.  Wysyłać  ekspedycję,  nie 

przekazując jej do dyspozycji wszystkich danych... - parsknął kartograf. 

- Być moŜe dziwaczny, ale zyskamy na czasie; część zadań jest juŜ wykonana. 

background image

- Zyskamy na czasie? - Gaber zaśmiał się szyderczo. - Wątpię. 

Kai odwrócił się powoli w jego stronę. 

- Powiedz, Gaber, jakaŜ to upiorna myśl krąŜy po twojej głowie? 

Gaber przysunął się bliŜej Kaia i rzekł półszeptem, mimo Ŝe poza nimi w kopule nie 

było nikogo: 

- MoŜe jesteśmy tu... - zawahał się nieco sztucznie - moŜe zostaliśmy tu... porzuceni! 

-  Porzuceni?!  -  wrzasnął  Kai.  -  Porzuceni?  Tylko  dlatego,  Ŝe  monitor  sejsmiczny 

odbiera sygnały ze starych czujników?! 

- Nie byłby to pierwszy raz, kiedy nie powiedziano nic ofiarom... 

- Gaber, jest z nami przecieŜ ukochany skarb i jedyne szczęście naszej trzeciej oficer. 

Na pewno nas stąd zabiorą. 

Gaber pozostał niewzruszony. 

-  To  nie  miałoby  sensu.  Poza  tym  są  jeszcze  Ryxiowie  i  Thekowie  -  ciągnął  Kai, 

przekonując bardziej siebie niŜ Gabera. 

Kartograf parsknął pogardliwie. 

-  Thekom  jest  wszystko  jedno,  gdzie  i  jak  długo  pozostaną.  Jeśli  Ŝyje  się  niemal 

wiecznie... A Ryxich i tak trzeba było dokądś odesłać, nieprawdaŜ? Poza tym, to nie chodzi 

wyłącznie o czujniki. Myślałem nad tym bardzo, bardzo długo... odkąd tylko dowiedziałem się, 

Ŝ

e zabieramy ze sobą ksenobiologów i grawitantów... 

-  Gaber!  -  rzucił  Kai  dostatecznie  ostrym  tonem,  by  przestraszyć  starszego 

podwładnego.  -  Nie  próbuj  nawet  wspominać  o  Ŝadnym  porzuceniu  ani  mnie,  ani  nikomu  z 

uczestników ekspedycji! To rozkaz, Gaber! 

- Tak jest. Nie wątpię, Ŝe to rozkaz. 

- Co więcej, jeśli zobaczę cię jeszcze raz bez pasa... 

- Ale on uwiera mnie  w  brzuch, gdy pochylam się nad konsoletą...  - Gaber starał się 

przekonać Kaia, spiesznie zakładając pas ochronny. 

- Wiec zapnij go luźniej i przesuń klamrę na bok, ale noś go! A teraz przynieś rejestrator 

i kilka taśm. Chcę przyjrzeć się wreszcie jeziorom, które Berru pozaznaczała na mapach. 

- PrzecieŜ są u mnie dopiero od wczoraj, a juŜ mówiłem, Ŝe jestem o trzy dni do tyłu... 

- Tym bardziej powinienem zająć się tymi jeziorami osobiście. W następnym raporcie 

muszę przedstawić, jakie robimy postępy w poszukiwaniu złóŜ... I przy okazji... - Kai wystukał 

na klawiaturze kod i z niecierpliwością czekał na wydruk z lokalizacją tajemniczych sygnałów 

- sprawdzimy parę z nich. 

background image

- CóŜ, dobrze zrobiłoby  mi, gdybym oderwał się na trochę od konsolety. Jeszcze nie 

zajmowałem się pracą w terenie podczas tej ekspedycji - oznajmił Gaber, zaciskając zatrzaski 

kombinezonu. Sięgnął po rejestrator i puste kasety, i umieścił je w kieszonkach spodni. 

Głos Gabera brzmiał wesoło, wcale nie był zimny i złowróŜbny. Kai zamyślił się. MoŜe 

postępował  niesłusznie,  ciągle  trzymając  tego  człowieka  w  pracowni?  MoŜe  przez  to  Gaber 

wykoncypował  tę  zdumiewającą  hipotezę,  jakoby  mieli  tu  pozostać?  Za  mało  ruchu  zawęŜa 

horyzonty. 

Z  drugiej  strony,  Gaber,  jeśli  przyjrzeć  się  ślamazarności,  z  jaką  zabierał  się  do 

czegokolwiek, był typem tak beznadziejnie roztargnionym, Ŝe stanowił dla wyprawy większy 

cięŜar  niŜ  najmłodsze  z  dzieciaków.  Listy  uwierzytelniające  zaliczały  go  do  grona 

wychowanków baz kosmicznych. Miał na swoim koncie jedynie cztery wyprawy, dokonane w 

ciągu  sześćdziesięciu  lat  Ŝycia.  Obecna  z  pewnością  byłaby  jego  ostatnią,  gdyby  Kai  złoŜył 

rzetelny raport na temat jego umiejętności. Chyba Ŝe - zdradziecka myśl toczyła umysł Kaia 

niczym robak - chyba Ŝe istotnie zostali porzuceni. Kai lepiej niŜ inni dowódcy zdawał sobie 

sprawę,  jak  zgubna  mogłaby  okazać  się  taka  pogłoska,  gdyby  doszła  do  uszu  uczestników 

ekspedycji. Tak, tak... Lepiej zająć Gabera tak bardzo, Ŝe nie będzie miał czasu na rozwaŜania... 

Gaber był naprawdę niepoprawny. Rozsiadł się wygodnie w fotelu ślizgacza, lecz znów 

trzeba  było  mu  przypomnieć,  by  zapiał  pasy.  Kartograf  zastosował  się  zaraz  do  polecenia, 

oczywiście gęsto się tłumacząc. 

-  śałuję,  Ŝe  nie  jestem  Thekiem  -  oświadczył,  gdy  Kai  sprawdzał  stery  ślizgacza  i 

poziom energii. - śyć wystarczająco długo, by obserwować ewolucję świata! Och, jakąŜ mają 

szansę! 

Kai zachichotał. 

- JeŜeli nie są zbyt zajęci myśleniem i zdąŜą się rozejrzeć na czas. 

- Thekowie nigdy nie zapominają niczego, co widzieli albo słyszeli. 

-  Skąd  moŜesz  wiedzieć?  -  obruszył  się  Kai.  -  Przeprowadzenie  najskromniejszego 

dialogu ze starszym Thekiem zabiera cały rok. 

-  Wy,  młodzi,  oczekujecie  wyłącznie  szybkiej  wymiany  myśli,  a  nie  ostatecznych 

rozstrzygnięć, jedynych, które się liczą. W ciągu tych wszystkich lat spędzonych na ARCT-10, 

przeprowadziłem wiele znaczących pogawędek z Thekami. Starszymi, ma się rozumieć. 

- Pogawędek? Przerwy między kolejnymi zdaniami musiały trwać wieczność... 

-  Bynajmniej.  Zaplanowaliśmy,  Ŝe  odpowiedzi  będą  przesyłane  raz  na  tydzień 

pokładowy. Przyznam się, Ŝe te rozmowy były dla mnie nieocenionym bodźcem, by nauczyć 

się przekazywać jak najwięcej informacji w jak najmniejszej liczbie słów. 

background image

-  Mhm,  załoŜyłbym  się,  Ŝe  Thekowie  są  nieprześcignionymi  mistrzami  wymownych 

fraz... - odparł kpiarsko Kai. 

- Owszem, nawet pojedyncze słowo moŜe mieć nadzwyczajne znaczenie, jeśli wypowie 

je Thek. - Potoczystość mowy Gabera była zaskakująca. - Jeśli w pełni uzmysłowić sobie, Ŝe w 

mózgu kaŜdego Theka zawarta jest kompletna wiedza o jego przodkach i Ŝe kaŜdy Thek moŜe 

skondensować całą tę nieskończoną mądrość w jednym zwięzłym słowie lub zdaniu... 

- Nie patrzą perspektywicznie... - wymamrotał Kai, skupiony na starcie. 

- Słuchani? - pytanie Gabera brzmiało bardziej jak reprymenda niŜ jak grzecznościowy 

zwrot. 

-  Ich  mądrość  to  mądrość  Theków.  Nie  da  się  jej  ot,  tak  sobie  zastosować  do  istot 

ludzkich. 

- Nigdy nie zakładałem, Ŝe się da. - Gaber był wyraźnie zirytowany. 

- Owszem, lecz mądrość nie powinna być rzeczą względną. Wiedza to co innego, choć 

niekoniecznie róŜnego od mądrości. 

-  Mój  drogi,  oni  ogarniają  umysłami  rzeczywistość,  a  nie  iluzję  owej  krótkiej  i 

przemijającej chwili, jaką jest nasze Ŝycie... 

Indykator, reagujący na zmiany termiczne i ruch obiektów nieco większych od ludzkiej 

pięści,  zabrzęczał  cichutko, dając  męŜczyznom do  zrozumienia,  Ŝe przelatują właśnie  ponad 

jakimiś Ŝyjątkami, ukrytymi przed ich wzrokiem w gęstej roślinności. Brzęk przemienił się w 

warkot, co było sygnałem, Ŝe osobniki zostały juŜ oznaczone przez któryś z licznych zespołów 

przeprowadzających zwiad. Zgodnie z regulaminem wszelkie zaobserwowane zwierzęta miały 

być oznakowane nie dającą się zetrzeć substancją. 

-  O...  organizmy  Ŝywe!  -  wykrzyknął  Gaber,  gdy  po  chwilowej  ciszy  indykator 

zabrzęczał ponownie. 

Kai zmienił kurs ślizgacza w kierunku wskazanym przez kartografa. 

- Uciekają przed nami z całych sił. - Gaber pochylił się, by sprawdzić, czy oznacznik 

jest gotów. Skinął głową. 

-  MoŜe  to  jeden  z  tych  drapieŜnych,  za  którymi  gania  Varian  -  orzekł  Kai.  - 

RoślinoŜercy wędrują w stadach. Czekaj no, przed nami jest polanka. Zwierzak nie będzie w 

stanie nigdzie się skryć. 

- Lecimy dokładnie nad nim! - rzucił podekscytowany Gaber. 

Zwierzę  i  ślizgacz  wpadli  na  niewielką  polanę  równocześnie,  lecz  stworzenie,  jakby 

wyczuwając groŜące niebezpieczeństwo, pomknęło jak błyskawica w zarośla. W pamięci Kaia 

background image

zachował  się  jedynie  obraz  zakończonego  długim  ogonem,  cętkowanego  cielska, 

rozciągniętego w szaleńczym pędzie. 

-  Jest!  -  Tryumfalny  okrzyk  Gabera  mówił,  Ŝe  udało  mu  się  oznaczyć  bestię.  - 

Sfilmowałem go! Co za prędkość! 

- Sądzę, Ŝe to jeden z drapieŜnych Varian. 

-  Istotnie,  nie  chce  mi  się  wierzyć,  Ŝeby  roślinoŜerne  były  w  stanie  osiągnąć  takie 

tempo. Widziałeś? On wyprzedził nasz ślizgacz! - Gaber wyglądał na zdumionego. - Gonimy 

go? - zapytał po chwili. 

-  Nie  teraz.  Ale  jest  oznakowany.  Wprowadź  dane  na  siatkę  współrzędnych,  dobrze, 

Gaber?  Varian  z  pewnością  będzie  chciała  rzucić  na  niego  okiem.  To  jeden  z  pierwszych 

drapieŜców, którego udało nam się dopaść. Szczęście, po prostu mieliśmy szczęście! 

Kai  zawrócił  na  pierwotnie  obrany  kurs,  bardziej  na  północ,  w  kierunku  pierwszej 

gromady  jezior  wypatrzonych  przez  Berru.  Powinny  się  znajdować  niedaleko  śródziemnego 

morza, widocznego na zdjęciach satelitarnych. 

Rzeczywistość...  pomyślał  Kai,  powtarzając  za  Gaberem.  W  tej  chwili  namacalne 

przecieŜ  zdjęcia  z  satelity  były  w  pewnym  sensie  tylko  teorią  -  robiono  je  poprzez 

wszechobecną  zasłonę  chmur.  To  Kai,  badając  teraz  opisany  wcześniej  teren,  był 

rzeczywistością, on bezpośrednio doświadczał realności planety. Bardzo dobrze rozumiał istotę 

spostrzeŜenia  Gabera  -  doprawdy,  jakimŜ  nieprawdopodobnym  przeŜyciem  byłoby  widzieć 

ewolucję Irety, obserwować masy lądowe szarpane i rozdzierane trzęsieniami, przesuwy płyt, 

uskoki, deformacje skorupy, fałdowania... Westchnął cicho. W wyobraźni próbował odtworzyć 

cały proces, przyśpieszyć go. Kolejne tysiąclecia migały jak klatki kalejdoskopu. Trudno jest 

przemijającej  istocie,  jaką  jest  człowiek,  objąć  umysłem  miliony  lat,  miliardy  dni,  w  ciągu 

których formowały się kontynenty, łańcuchy górskie, rzeki, doliny... I choć geofizycy są coraz 

bystrzejsi w przewidywaniu zmian, które mają zajść, zdarzenia, które mogła w swej niedługiej 

historii zaobserwować geofizyka, zawsze i tak przechodziły najśmielsze wyobraŜenia. 

Indykator Gabera buczał nieprzerwanie. Zeszli ponownie z kursu, tym razem w ślad za 

potęŜnym stadem drzewnych Ŝarłaczy. 

-  Nie  przypominam  sobie  podobnych  osobników  -  przyznał  Kai.  KrąŜyli  nad 

stworzeniami,  częściowo  widocznymi  poprzez  rzadkie  konary  drzew.  -  Chciałbym  się  im 

dobrze przyjrzeć. Przygotuj kamerę i indykator, Gaber. Podchodzę do nich, uwaŜaj. 

Kai zawrócił ślizgacz. Zmniejszył szybkość, równając się z posuwającymi się ocięŜale 

stworzeniami. 

- AleŜ... toŜ to najogromniejsze bestie, jakie w Ŝyciu widziałem! - wyrwało mu się. 

background image

-  Nie  schodź  niŜej!  -  ryknął  rozgorączkowany  Gaber,  gdy  Kai  niemalŜe  musnął  łby 

Ŝ

arłaczy. - Mają potęŜne szyje! 

Istotnie,  szyje  zwierząt  były  bardzo  mocne  i  długie,  wyrastały  z  masywnego  tułowia 

wspartego na nogach grubości pni. 

-  MoŜe  mają  potęŜne  szyje,  ale  nie  mózgi  -  odparł  Kai.  -  Działają  z  podwójnie 

zwolnionym refleksem. 

Bestie  spoglądały  w  kierunku,  skąd  za  pierwszym  razem  podszedł  je  Kai.  Kilka 

osobników  nie  dostrzegło  nawet  obecności  kogoś  obcego  i  z  największym  spokojem  dalej 

skubało napotkane drzewa. 

-  Te  gigantyczne  roślinoluby  obŜerają się,  nawet gdy  idą.  Muszą pochłaniać pół  lasu 

dziennie! - odezwał się Kai. 

Jeden  z  Ŝarłaczy  zręcznie  odgryzł  koronę  sagowca  i  nie  przerywając  swego 

niezgrabnego  marszu,  przeŜuwał  rozłoŜyste  liście,  których  część  sterczała  mu  z  niezbyt 

pojemnej paszczy. Jakiś mniejszy osobnik pochwycił jedną z wlokących się gałęzi i jak gdyby 

nigdy nic schrupał ją łapczywie. 

-  Idą  do  wodopoju?  -  zapytał  Kai,  tyleŜ  zafascynowany,  co  przeraŜony  rozmiarami 

zwierząt. 

- Zdaje się, Ŝe pośród tych zarośli jest dobrze wydeptany szlak. Oznaczyłem większość 

z nich. - Gaber przeciągnął dłonią po lufie pistoletu. 

Kai przechylił ślizgacz, by móc obserwować zwierzęta. Przed nimi, na końcu długiego 

stoku,  lśniła  migocząca  tafla  jednego  z  jezior  Bemi.  Kai  przyłoŜył  przezroczystą  odbitkę, 

wykonaną  przez  sondę,  do  kopii  mapy,  którą  Gaber  wyrysowywał  cierpliwie  na  podstawie 

danych przekazywanych mu przez podopiecznych Kaia. 

- Po prawej powinniśmy mieć przepaść. Gaber, przestaw swój wizjer na daleki zasięg i 

sprawdź, czy ją widać. 

Gaber bacznym wzrokiem zmierzył przestrzeń w oddali. 

-  Nie  widać  dokładnie,  jest  sporo  chmur.  Ale  powinieneś  zmienić  kurs  o  jakieś  pięć 

stopni... 

Teren, nad którym lecieli, stopniowo stawał się coraz bardziej podmokły i bagienny, a 

w końcu zupełnie pochłonęła go woda. Ukazała się wyraźna linia brzegowa. Najpierw z głębin 

wyrastały  niewielkie,  mocno  zwietrzałe  stromizny,  które  przeobraŜały  się  zaraz  w  urwiste 

ś

ciany skalne sięgające paruset metrów wysokości ponad prastarym uskokiem. Kai poderwał 

ś

lizgacz w górę. Zamieszkujące urwisko zwierzęta, zaalarmowane obecnością obcych, rzuciły 

się do ucieczki. Zachwycony Gaber nie potrafił powstrzymać okrzyku zdumienia. 

background image

- PrzecieŜ... one są złote! I mają sierść! 

Kai  pamiętając  dobrze  mordercze  łby  padlinoŜerców,  pośpiesznie  wymanewrował 

ś

lizgacz z ich drogi. 

- Lecą za nami! - zawołał Gaber bez cienia niepokoju. 

Kai  zerknął  przez  ramię.  Z  tego,  co  wiedział,  padlinoŜercy  atakowali  wyłącznie 

stworzenia  umierające  lub  martwe.  Przezornie  jednak  zwiększył  szybkość  i  ślizgacz  bez 

kłopotu zostawił prześladowców z tyłu. 

- Nadal za nami lecą - oznajmił Gaber. 

Kai  ponownie  rzucił  spojrzenie  za  siebie.  Nie  było  najmniejszej  wątpliwości  - 

olbrzymie,  złociste  ptaki  leciały  za  nimi,  zachowując  jednak  ostroŜnie  pewien  dystans. 

Stworzenia leciały na róŜnej wysokości. Kai widział, jak zmieniają pozycje, jakby kaŜde z nich 

chciało  przyjrzeć  się  intruzom  z  róŜnych  stron.  Kai  znowu  zwiększył  prędkość  i  tak  samo 

postąpiły ptaki, bez większego wysiłku zresztą. 

- Ciekaw jestem, jak szybko potrafią latać? 

- Czy sądzisz... czy sądzisz, Ŝe mogą być niebezpieczne? - zapytał Gaber. 

- To całkiem prawdopodobne, lecz przypuszczam, Ŝe nasz ślizgacz jest zbyt wielki, by 

go zaatakowały pojedynczo czy nawet całą gromadą, która siedzi nam teraz na ogonie. Trzeba 

je koniecznie pokazać Varian. I dać znać Ryxim. 

- A to po co? I tak nie byliby w stanie latać w tej gęstej atmosferze. 

-  Owszem,  tyle  Ŝe  Vrl  z  niecierpliwością  dopytywał  się  skrzydlate  formy  Ŝycia  na 

Irecie. Z przykrością będę musiał oznajmić, Ŝe mamy tu jedynie padlinoŜerne. 

- Racja, racja. Miłosierny BoŜe, Kai, popatrz tylko na lewo, pod nami! 

Lecieli  teraz  ponad  otwartą  przestrzenią  wodną,  zabarwioną  na  czerwono  przez 

minerały,  których  pokłady  miały  mieścić  się  w  otaczających  zbiornik  skałach.  Dobrze 

widoczne  dno,  porośnięte  nieznaną  roślinnością,  osuwało  się  powoli  w  nieprzeniknioną 

ciemność,  zapadając  się  na  znaczną  głębokość,  przynajmniej  zgodnie  ze  wskazaniami 

przyrządów pokładowych. Z przepastnych głębin wyskoczyło nagle, niczym ogromny pocisk, 

wielgachne cielsko, zwabione cieniem rzucanym przez ślizgacz. Dość wstrząsające wraŜenie 

zrobił  na  Kaiu  toporny  łeb  zwierzaka,  lśniąca  szaroniebieska  skóra  i  rzędy  licznych,  zbyt 

licznych  - zdaniem  Kaia  -  ostrych  jak  igła, poŜółkłych zębów.  Dał się słyszeć okrzyk  grozy 

Gabera. Kai instynktownie uruchomił napęd pomocniczy i gwałtownie skorygował tor lotu - 

mknęli stanowczo zbyt blisko łukowatych ścian urwiska. 

background image

Spoglądając za siebie, Kai dojrzał tylko marszczące czerwoną taflę wody, zbiegające 

się z odległości dwudziestu pięciu metrów koliste fale w miejscach, skąd wynurzyło się gdzie 

na powrót schroniło się monstrum. Ścisnęło go w gardle. Przełknął głośno ślinę. 

Jak gdyby atak monstrum był jakimś sygnałem, coraz więcej wodnych mieszkańców 

wyskakiwało i nurkowało z powrotem, rozpoczynając pod i nad wodą niezliczone potyczki. 

-  Zdaa...aje  mi  się  -  Gaber  nawet  nie  starał  się  ukryć,  Ŝe  się  jąka  -  Ŝe  coś 

wyyy...wołaaliśmy... 

- No cóŜ, skończą to sami - oświadczył Kai, zawracając ślizgacz. 

- Te złociste ptaszydła wciąŜ są za nami - kartograf odezwał się po chwili. 

Kai spojrzał przez ramię. Pierwszy szereg ptaków zrównał się ze ślizgaczem i zwierzaki 

szły z nim teraz łeb w łeb, zwróciwszy głowy w stronę dwóch męŜczyzn. 

-  Idźcie  sobie!  -  Gaber  zerwał  się  z  miejsca  i  wymachiwał  nerwowo  rękami,  chcąc 

rozgonić  skrzydlatych  prześladowców.  -  No  idźcie  sobie!  Nie  podlatujcie  tak  blisko,  bo  się 

zranicie! 

Na wpół ubawiony, na wpół zaniepokojony Kai przyglądał się, jak stworzenia odsuwają 

się od trzepoczącego Gabera. Zachowały jednak prędkość i szyk. 

- Jesteśmy otoczeni, Kai - w głosie Gabera drŜała nuta niepokoju. 

-  Jeśli  byłyby  groźne,  miały  dotąd  wystarczająco  duŜo  czasu,  by  zaatakować.  No 

dobrze, ale pozbądźmy się tej eskorty. Siadaj, Gaber i chwyć się czegoś. 

Kai  uruchomił  napęd  odrzutowy  i  ślizgacz  momentalnie  zostawił  za  sobą  ptasie 

towarzystwo, otumanione nagłym strumieniem gorąca. W ich złocistych oczach oczywiście nie 

mógł  malować  się  Ŝaden  wyraz  zdumienia,  ale  Kai  czuł  wyraźnie,  Ŝe  muszą  być  absolutnie 

zaskoczone szybkością ślizgacza. 

Pomyślał sobie, Ŝe będzie musiał zapytać Varian, na jakim poziomie inteligencji mogą 

znajdować  się  te  pozornie  prymitywne  osobniki.  Ryxiowie  bynajmniej  nie  byli  jedynymi 

skrzydlatymi obywatelami w galaktyce, ale faktycznie niewiele rodzajów powietrznych było 

równie inteligentnych.  Zdolności umysłowe zdawały się wzrastać wprost proporcjonalnie do 

ilości czasu spędzonego na lądzie. 

Jakakolwiek forma Ŝycia zdominuje ostatecznie tę planetę, nie stanie się to wcześniej 

niŜ za dobrych parę tysięcy lat. Kai wiedział o tym, a jednak nie potrafił powstrzymać się od 

teoretycznych  spekulacji  i  składanych  z  cichym  westchnieniem  poboŜnych  Ŝyczeń.  JakŜe 

byłoby milutko ujrzeć Ryxich odstawionych na boczne tory... 

- Zrobiłeś im, mam nadzieję, parę przyzwoitych zdjęć, Gaber? - rzucił Kai, redukując 

jednocześnie prędkość. Po co tracić więcej energii niŜ trzeba. 

background image

-  Jasne,  jasne.  Oczywiście, Ŝe zrobiłem  -  odparł  Gaber,  poklepując  kamerę.  - Wiesz, 

Kai, tak sobie myślę, Ŝe te ptasie wykazały się całkiem przyzwoitą inteligencją - dodał. W jego 

głosie słychać było zaskoczenie. 

-  Będzie  się  musiała  wypowiedzieć  Varian.  W  końcu  to  ona  jest  ekspertem.  -  Kai 

skierował  ślizgacz  do  najbliŜszego  miejsca,  z  którego  docierały  zakłócenia.  Varian  jest  być 

moŜe  zasypana  swymi  biologicznymi  zagadkami,  ale  i  jemu  nie  brakowało  geologicznych 

łamigłówek. 

Mimo całej nonszalancji, z jaką potraktował uwagi Gabera, nieoczekiwane pojawienie 

się  starych  czujników  zbiło  go  z  pantałyku.  Owszem,  gdyby  wszystkie  dane  dotyczące  ich 

systemu  znajdowały  się  w  pamięci  komputera, na  pewno  przekazano  by  je im, gdyby miały 

zajść komplikacje. Z drugiej strony, poprzednie pomiary mogły wytłumaczyć brak złóŜ rudy w 

starych masywach górskich. Pierwsza wyprawa musiała przekopać całą płytę kontynentalną i 

prawdopodobnie wszelkie inne masy lądowe, a pewnie i podwodne, jakie tylko się dało, a więc 

tereny,  które  od  tamtej  pory  podlegały  silnej  działalności  tektonicznej.  Dlaczego  jednak  w 

komputerze nie było nawet najmniejszej uwagi na ten temat? 

Wysłanie  ich  na  zupełnie  nie  zbadaną  planetę  byłoby  niezgodne  z  poprzednimi 

doświadczeniami Kala. Tymczasem podejrzenia Gabera, jakoby mieli zostać porzuceni, znów 

zaczęły siać niepokój w umyśle Kaia. BO, owszem, odczekała, aŜ wyprawa bezpiecznie dotrze 

na  Iretę,  a  potem  zawieruszyła  się  gdzieś  w  poszukiwaniu  burzy  kosmicznej.  Lecz...  mieli 

przecieŜ  ze  sobą  dzieciaki,  nie  jako  regularny  personel,  ale  raczej  jako  pensjonariuszy 

poddanych  terapii  antyagorafobicznej.  Co  więcej,  wiadomo  było,  Ŝe  Federacja  pilnie 

potrzebuje transuranowców, po które ich tu wysłano. I znowu wydało się Kaiowi, Ŝe obecność 

młodzików i potrzeby energetyczne Federacji są wystarczającym argumentem, by zlekcewaŜyć 

posępne przeczucia Gabera. 

Mimo Ŝe Kai i Gaber byli w stanie określić z wielką dokładnością, gdzie zagrzebany był 

wysyłający słabe sygnały czujnik, kosztowało ich sporo wysiłku, by przebić się przez gęste i 

niebezpieczne miecznik! i z mozołem wykopać przyrząd z ziemi. 

-  Patrzcie,  patrzcie.  ToŜ  to  wygląda  zupełnie  jak  nasze  -  powiedział  Gaber  ze 

zdziwieniem graniczącym z obrazą. 

- Wcale nie - odparł Kai, obracając w zamyśleniu urządzenie na wszystkie strony. - Ma 

pokaźniejszą kasetkę, krystaliczny opornik i pachnie antykiem... 

-  Jak  czujnik  moŜe  pachnieć  antykiem?  Kaseta  nie  jest  nawet  zadraśnięta  ani 

zmatowiała. 

background image

-  Potrzymaj  przez  chwilę.  Czujesz  cięŜar?  To  zabytek  -  palnął  Kai  zniecierpliwiony, 

wciskając znalezisko Gaberowi. Serdecznie się ubawił, widząc, jak Gaber niepewnie poddaje 

oględzinom stary czujnik. Natychmiast zresztą zwrócił go Kaiowi. 

- Produkują je Thekowie, nieprawdaŜ? - spytał, kątem oka rzucając spojrzenie na Kaia. 

- Owszem, ale... Gaber, to nie ma sensu. 

- Nie rozumiesz, Kai? Thekowie wiedzą, Ŝe ktoś juŜ był na tej planecie. Wrócili tu z 

sobie  tylko  znanego  powodu.  Wiesz  przecieŜ,  jak  uwielbiają  nadzorować  nowe,  obiecujące 

kolonie... 

-  Gaber!  -  Kai  miał  ochotę  potrząsnąć  starszym  męŜczyzną,  wytrząsnąć  z  niego  ten 

idiotyczny i niebezpieczny pomysł, Ŝe ekspedycja ma kolonizować Iretę. Spojrzał na ogarniętą 

skrajnym lękiem twarz kartografa i nagle zdał sobie sprawę, z jakim to Ŝałosnym przypadkiem 

ma do czynienia. Gaber z pewnością miał świadomość, Ŝe to jego ostatnia misja i na próŜno 

marzył, by ją przedłuŜyć. 

- Gaber - Kai potrząsnął nim lekko, uśmiechając się uprzejmie - słuchaj, doceniam, Ŝe 

podzieliłeś się ze mną swoimi obawami. Tak być powinno. Zdaję teŜ sobie sprawę z tego, Ŝe 

opierasz  je  na  istotnych  podstawach.  Ale,  proszę,  nie  mów  o  tym  nikomu  więcej.  Nie  mam 

ochoty dostarczyć grawitantom pretekstu, by mogli wyśmiewać jednego z moich ludzi. 

- Wyśmiewać? - Gaber był wyraźnie zaskoczony i oburzony. 

- Obawiam się, Ŝe tak, Gaber. Cel naszej wyprawy został dostatecznie jasno określony 

w pierwotnych planach. Jest to najzwyklejsza ekspedycja wysłana na poszukiwanie zasobów 

energetycznych, ze szczyptą ksenobiologii dokooptowaną w ramach praktyk Varian. Wszystko 

po  to,  by  nasi  grawitanci  nie  wyszli  czasem  z  formy,  a  dzieciaki  miały  się  czym  zająć,  gdy 

szanowna BO będzie się uganiać za burzą kosmiczną. śeby cię jednak ostatecznie uspokoić, w 

moim  następnym  komunikacie  zaŜądam  od  BO  informacji  na  temat  słuszności  twych 

podejrzeń. Jeśli jakimś nieprawdopodobnym cudem masz rację, powiedzą nam. W końcu teraz 

jesteśmy  juŜ  na  dole.  Tymczasem  zaś  radziłbym  ci,  Gaber,  zatrzymać  swe  teorie  dla  siebie. 

Zbyt wysoko cenię cię jako kartografa, by pozwolić grawitantom kpić z ciebie.    

 - Kpić? 

- Wiesz przecieŜ, jak lubią Ŝartować sobie na nasz temat. Wolałbym, by nie Ŝartowali na 

twój.  Damy  im  jeden  powód  do  śmiechu:  Theków.  -  Kai  podniósł  czujnik  wyŜej.  -  Nasi 

kamienni przyjaciele nie są wcale nieomylni. Oczywiście, nie wypominam im, Ŝe uleciało im z 

pamięci wszystko, co dotyczy tej planety... Na przykład panujący tu fetor... 

background image

-  Grawitanci  Ŝartowaliby  na  mój  temat?  -  Gaber  miał  chyba  niejakie  trudności,  by 

pogodzić się w ogóle z taką moŜliwością, tymczasem Kai poczuł, Ŝe znalazł odpowiedni środek 

zaradczy, którym powstrzyma kartografa od rozsiewania wywrotowych plotek. 

- W obecnej sytuacji jak najbardziej, jeślibyś tylko wyjawił swoje przypuszczenia. Jak 

wspomniałem, mamy ze sobą dzieciaki. Nie sądzisz chyba, Ŝe trzecia oficer BO porzuciłaby 

własnego syna? 

- Nie, oczywiście, nie zrobiłaby tego. - Strapiony wyraz twarzy Gabera ustąpił irytacji. - 

Masz rację. Sprzeciwiłaby się temu. - Gaber wyprostował się. - Rozwiałeś więc moje obawy, 

Kai. Tak naprawdę to wcale mi się nie podobał ten pomysł z porzuceniem. Mam do skończenia 

prace naukową, i zgodziłem się na przydział do tej ekspedycji tylko w nadziei, Ŝe pozwoli mi to 

spojrzeć na moje badania z innej perspektywy. 

- Porządny z ciebie facet. - Kai poklepał kartografa po ramieniu i pchnął go w stronę 

ś

lizgacza. 

Oczywiście, rzecz przedstawiałaby się o wiele gorzej, gdyby Gaber - i inni - dowiedzieli 

się,  Ŝe  BO  nie  przejęła  wszystkich  raportów.  Ale  tym  będziemy  się  martwić,  gdy  nadejdzie 

czas,  pomyślał  Kai.  Teraz  miał  na  głowie  co  innego  -  stare  czujniki.  O  ile  wiedział,  na 

pokładzie wahadłowca nie było Ŝadnego aparatu, który pozwoliłby określić wiek znalezionego 

przyrządu. Co więcej, nie mógł sobie przypomnieć, czy ktoś kiedykolwiek sprawdził, jak długo 

moŜe  funkcjonować  czujnik.  Trzeba  będzie  spytać  Portegina.  AleŜ  się  zdziwi,  widząc,  jakie 

sygnały odbierał jego rozregulowany monitor! 

Gdy Kai i Gaber wkroczyli do bazy Portegina, zastali go łamiącego sobie  głowę nad 

wskazaniami ekranu. 

- Kai, mamy jakieś zwariowane echo na mo... A co to jest? 

- Jedno z twoich “ech" - odparł dziarsko Kai. 

Na szczupłej twarzy Portegina pojawiła się konsternacja. ZwaŜył urządzenie w rękach, 

badawczo  mu  się  przyglądając,  obracał  przedmiot  na  wszystkie  strony,  aŜ  w  końcu  spojrzał 

oskarŜycielsko na Kaia. 

- Skąd to wzięliście? 

- Mniej więcej stąd - odparł Kai, wskazując na lukę w pasie niewyraźnych sygnałów na 

ekranie. 

- Nie zajmowaliśmy się jeszcze tym terenem, szefie. 

- Wiem, Portegin. 

- Ale ten czujnik to robota Theków. Mógłbym przysiąc. 

background image

Margit,  która  właśnie  uzupełniała  swój  raport,  podeszła  do  męŜczyzn  i  wyrwała 

urządzenie z rąk Portegina. Nie stawiał oporu. 

- Jest cięŜszy... A kryształ chyba zupełnie wygasł... - Spojrzała na Kaia wyczekująco. 

Kai wzruszył ramionami. 

- Gaber spostrzegł na monitorze echo i przypuszczał, Ŝe spartaczyłeś robotę, Portegin... 

- Uśmiechnął się, gdyŜ mechanik warknął ze złością na kartografa. - Doszedłem do wniosku, Ŝe 

lepiej będzie to sprawdzić. No i to właśnie znaleźliśmy. 

Margit  wyrwało  się  gardłowe  przekleństwo.  Była  zdegustowana  i  doprawdy 

wyprowadzona z równowagi. 

-  To  znaczy,  Ŝe  marnotrawimy  długie  godziny,  robiąc  coś,  co  juŜ  dawno  zostało 

zrobione?  Mogliście,  mądrasie,  zaoszczędzić  nam  czasu  i  energii,  gdybyście  od  razu 

zainstalowali ten monitor! 

-  Według  danych  komputerowych  nigdy  nie  prowadzono  na  Irecie  Ŝadnych  badań  - 

oznajmił Kai, uspokajająco cedząc słowa. 

- Zdaje się, Ŝe prowadzono. - Margit popatrzyła groźnie na ekran. - Co więcej, nasza 

linia jest prawie idealnie równoległa do poprzedniej. Nieźle, jak na pierwszą robotę, naprawdę - 

dodała, chcąc  wprawić się w lepszy nastrój. - Och, nie dziwmy się więc,  Ŝe nie znaleźliśmy 

niczego godnego uwagi - powiedziała głośniej, stanowczo mniej radosnym tonem. - Wszystko 

co było, sprzątnięto juŜ przed nami. Jak daleko sięga stara linia? 

- Kończy się na skraju płyty, moje drogie dziecko - odparł Portegin. - Skoro pokazuje 

nam w ten sposób, gdzie znajduje się brzeg masy lądowej, moŜe nareszcie dobierzemy się do 

jakichś złóŜ. Nie wydaje mi się, byśmy zanadto zdublowali poprzedników... MoŜe trochę na 

północy i pomocnym wschodzie. 

Kai dziękował w duchu litościwemu komputerowi, który umieścił w jego zespole tych 

dwoje - moŜe narzekają nieco, ale przecieŜ zdąŜyli juŜ dojść do ładu ze zdublowanym ciągiem 

czujników. 

- Czuję się o niebo lepiej, wiedząc, Ŝe istnieje jakiś rzeczywiście sensowny powód, dla 

którego nie mogliśmy natrafić na Ŝadne pokłady minerałów! - Margit przyjrzała się monitorowi 

z uwagą i wskazała kilka punktów. - Nie ma nic tutaj, i tu teŜ nic, choć powinno być! 

-  Sygnały  są  słabiutkie  -  stwierdził  Portegin.  -  Niektóre  czujniki  pewnie  dopiero  co 

wyzionęły ducha. Jeśli wydobyto stąd juŜ wszystko, co nadawało się do wydobycia,  nie ma 

chyba specjalnego sensu montować nowych, co, Kai? 

- Najmniejszego - przyznał Kai. 

background image

Do przybytku kartografa weszli teraz Aulia i Dimenon, w towarzystwie czworga innych 

geologów. 

-  Zgadnijcie,  co  znaleźli  Kai  i  Gaber!  -  rzuciła  im  na  powitanie  Margit.  -  Odkryli, 

dlaczego nie mogliśmy natrafić na Ŝadne złoŜa... jak dotąd! 

Oświadczenie Margit spotkało się z okrzykami zdziwienia i sporej irytacji, wiec Kai i 

Gaber zmuszeni byli zrelacjonować ze szczegółami swe popołudniowe wyczyny. Na szczęście 

dla Kaia opowieść przyniosła wszystkim wyraźnie wyczuwalną ulgę. KaŜdy musiał oczywiście 

przyjrzeć się staremu czujnikowi, porównując go z nowymi, instalowanymi obecnie. Nie obyło 

się, a jakŜe by inaczej, bez Ŝartów o duchach i czujnikach. 

-  MoŜna  by  rozłoŜyć  obóz  pomocniczy  zaraz  na  skraju  płyty  -  zaproponował 

rozentuzjazmowany Triv. - MoŜemy zacząć juŜ jutro, Kai. 

-  Jasne,  przenieśmy  wszystkich  na,  miejmy  nadzieję,  bardziej  zasobne  tereny. 

Popracuję nad tym. A z tobą, Bakkun, jadę jutro. 

Rozległ się gong obiadowy. Kai pozwolił wszystkim się rozejść, a sam został jeszcze na 

chwilę, by sporządzić nowy rozkład lotów na następny dzień. Zgodnie z sugestią Triva będzie 

trzeba załoŜyć obóz pomocniczy, choć Kai wcale nie miał ochoty dzielić zespołu. 

Varian nie zdąŜyła jeszcze skatalogować największych drapieŜników, to po pierwsze, a 

po  drugie,  naleŜało  rozwaŜyć,  czy  mimo  środków  ochronnych  któraś  z  oddelegowanych  do 

obozu  pomocniczego  druŜyn  nie  wpadnie  w  jakieś  tarapaty  zbyt  daleko  od  bazy,  by  moŜna 

przyjść jej z pomocą na czas. Takie bydlę jak to, które Kai widział dzisiaj, nie przestraszy się 

byle  zabawki.  Z  drugiej  strony,  nie  mógł  przecieŜ  powstrzymywać  zespołu  od  prac 

poszukiwawczych - w końcu dostawali premię w zaleŜności od ilości dokonanych odkryć. Był 

to  zresztą  jeden  z  powodów,  dla  którego  dotychczasowy  brak  jakichkolwiek  znalezisk  tak 

powaŜnie wpłynął na obniŜenie morale zespołu. Kai nie mógł dłuŜej wystawiać na próbę ich 

zapału  i  ambicji.  Ale  i  nie  wolno  mu  było  ryzykować  wysłaniem  ich  prosto  w  łapy 

drapieŜników, które napotkał z Gaberem. Najpierw wiec trzeba rozmówić się z Varian. 

Wyszedł  w  mrok  przesycony  bzykaniem  owadów.  Osłona  siłowa  rozpostarta  ponad 

obozowiskiem  rozbłyskiwała  drobnymi  iskierkami  błękitu,  gdy  tylko  nocne  insekty 

podejmowały próbę dotarcia do kuszących reflektorów oświetlających bazę. 

Czy poprzednia ekspedycja, ta sprzed tysięcy lat, teŜ tu obozowała? Czy za tysiące lat 

wróci tu jakaś, gdy jego czujniki będą juŜ jedynie mglistymi cieniami na kolejnym monitorze? 

Czy naprawdę mieli tutaj pozostać? Niepokojąca myśl wyprysneła nagle z otchłani jego 

rozwaŜań,  zupełnie  jak  owe  wodne  monstra,  zwabione  cieniem  ślizgacza.  Kai  próbował 

zagłuszyć  pytanie.  A  moŜe  komuś  z  pozostałych  udzielono  w  sekrecie  poufnej  informacji? 

background image

MoŜe Varian? Nie, jako współdowodząca miała marne szansę, by ją powiadomiono. Tangeli? 

CzyŜby  dlatego z takim zapałem poszukiwał jadalnych owoców? TeŜ nie. Tangeli był moŜe 

rozsądnym człowiekiem, ale nie kimś, komu powierzono by sekretne instrukcje, wykluczając z 

nich dowódców zespołu. 

Zbity  z  tropu  Kai  postanowił  czym  prędzej  dołączyć  do  swej  doborowej  kompanii, 

która, jak przypuszczał, szybko rozprawi się z dręczącymi go wątpliwościami, i z większym 

przekonaniem skierował kroki w stronę największego budynku - i swojego posiłku. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI  

 

Varian setnie ubawiła się reakcją Kaia, gdy do posiłku podano mu owoce. Współpraca 

Divisti i Lunzie okazała się bardzo “owocna" - stół zasypany był owocami w róŜnej postaci: 

naturalnej,  w  zielonych  soczystych  plasterkach,  syntetycznej,  jako  pasta  wzbogacona  w 

witaminy i środki odŜywcze, były i owoce dodane do potraw proteinowych, owoce gotowane i 

suszone... Kai z grymasem niechęci skosztował odrobinę świeŜych, uśmiechnął się, wybąkał 

parę uprzejmych pochwał i zabrał się do pasty. A potem narzekał na metaliczny smak w ustach. 

-  To  przez  sztuczne  dodatki.  Po  świeŜych  owocach  nie  ma  Ŝadnego  nieprzyjemnego 

smaku  -  rzuciła  Varian,  dusząc  w  sobie  poirytowanie  wywołane  jego  konserwatywnymi 

upodobaniami  i  szczere  rozbawienie  na  widok  jego  reakcji.  CóŜ,  wychowankowie  stacji 

kosmicznych niczego się tak nie obawiali, jak rzeczy w ich naturalnej postaci. 

- A czemuŜ to miałbym się rozsmakować w czymś, czego nie trawię? - zapytał Kai, gdy 

Varian usiłowała namówić go na jeszcze jeden kawałek owocu. 

-  A  czemuŜ  to  nie  miałbyś  pofolgować  sobie  nieco,  jeśli  masz  szansę?  Poza  tym  - 

dodała  po  chwili  -  gdy  juŜ  raz  nabierzesz  smaku,  będziesz  mógł  wprowadzić  jego  zapis  do 

syntezatora i “doprawiać" sobie wszystko do woli. 

- Punkt dla ciebie - przyznał. 

Varian  juŜ  jakiś  czas  temu spostrzegła,  Ŝe to właśnie  upodobania  Kaia,  rozwinięte  w 

nim przez pokładowy tryb Ŝycia, fascynowały ją w nim najbardziej. Jeśli chodziło o aparycję, 

nie  róŜnił  się  zbytnio  od  innych  atrakcyjnych  męŜczyzn,  których  widywała  na  rozmaitych 

planetach w latach swego dzieciństwa i później, podczas specjalistycznych kursów. No, moŜe 

utrzymywał lepszą kondycję od swych planetarnych rówieśników, dzięki przeróŜnym sportom, 

na których uprawianie nalegała  BO. Był szczupły, ale dobrze umięśniony, nieco wyŜszy niŜ 

przeciętny męŜczyzna, wyŜszy od niej, która ze swymi 1.75 cm wzrostu nie zaliczałaby się do 

osób  niskich  na  Ŝadnej  normalnej  planecie  typu  Ziemi.  Kai  był  przystojny,  lecz  dla  Varian 

waŜniejsza  była  siła  emanująca  z  jego  twarzy,  iskierki  dowcipu  błyszczące  w  jego  piwnych 

oczach i ten wewnętrzny spokój i pogoda, które biły od niego, gdy spotkali się po raz pierwszy. 

Szybko spostrzegła unoszącą się wokół niego aurę Dyscypliny i poczuła niewiarygodną ulgę, 

dowiedziawszy  się,  Ŝe  Kai  jest  Uczniem.  Wydało  jej  się  zabawne,  Ŝe  fakt,  iŜ  Kai  przeszedł 

Szkolenie,  tyle  dla  niej  znaczy  mimo  tak  krótkiej  z  nim  znajomości.  Sama  przyjęła  zasady 

Dyscypliny  wcale  nie  tak  dawno.  Dawało  jej  to  szansę  pięcia  się  po  szczeblach  kariery  w 

słuŜbach  Federacji.  Dowódca  musiał  poznać  Dyscyplinę,  poniewaŜ  był  to  jedyny  środek 

background image

obronny  przed  innymi  humanoidami  dopuszczanymi  do  wypraw  przez  PS  i  KOB,  co  miało 

niebagatelne  znaczenie  w  sytuacjach  krytycznych.  Varian  zaleŜało  na  zbudowaniu  udanego 

związku  z  Kaiem.  Gdy  niespodziewanie  została  dokooptowana  do  jego  ekspedycji 

geologicznej jako ksenobiolog, trudno było jej powstrzymać pisk radości. 

-  Doszły  mnie  słuchy,  Ŝe  juŜ  ktoś  przed  nami  zdąŜył  zagarnąć  bogactwa  Irety?  - 

zapytała Varian. 

- Na pewno złupić płytę lądową, na której się znajdujemy - odparł Kai, uśmiechając się 

nieznacznie  na  jej  stwierdzenie.  -  Dopiero  wczoraj  wieczorem  Portegin  zainstalował  swój 

monitor sejsmiczny. Gaber sądził, Ŝe jego dzieło jest do niczego, bo wyświetlało sygnały nie 

tylko  z  miejsc,  gdzie  załoŜyliśmy  czujniki,  ale  i  słabe  impulsy  stamtąd,  dokąd  jeszcze  nie 

dotarliśmy. No wiec zabrałem się za “wykopki" i znalazłem stary, antyczny wręcz sprzęt. 

Varian miała dość czasu, by zaznajomić się z większością szczegółów. 

- Poinformowano nas podczas odprawy na statku, Ŝe ten system planetarny trzymano od 

dawna w odwodzie. 

- Ale nikt nie wspominał o poprzednich badaniach geologicznych. 

-  Prawda.  -  Varian  w  zamyśleniu  wpatrzyła  się  gdzieś  w  przestrzeń,  cedząc  uwaŜnie 

słowa: - Mój zespół dodano w ostatniej chwili, gdy baza przejęła z sondy informacje o istnieniu 

Ŝ

ycia. - W rzeczy samej skład ekspedycji na Iretę ustalony został trochę “za pięć dwunasta", 

gdy  tymczasem  Thekowie  i  Ryxiowie  otrzymali  przydziały  na  swoje  planety  juŜ  miesiące 

wcześniej. 

- Z całym szacunkiem, przyłączenie twojej druŜyny nie intryguje mnie tak bardzo, jak 

brak jakiejkolwiek wzmianki o poprzednich badaniach. 

- Zdaję sobie sprawę. Ile lat, twoim zdaniem, ma znalezisko? 

- Za duŜo, jak na mój gust, Varian. Wyobraź sobie, Ŝe linia czujników kończy się na 

skraju stałej masy lądowej! 

Varian zagwizdała z wraŜenia. 

-  Ha,  ha,  Kai,  to  oznaczałoby  miliony  lat.  Chyba  nawet  Thek  nie  potrafiłby 

wyprodukować niczego, co przetrwałoby tak długo. 

- Kto wie? Chodź, sama moŜesz rzucić na to okiem. Mam dla ciebie jeszcze coś: kilka 

taśm, które na pewno ci się spodobają. 

- Z tymi skrzydlatymi potworami, o których bredził Gaber? 

- Między innymi. 

- Czy na pewno nie masz ochoty na jeszcze jeden kawałek świeŜego owocu? - Varian 

nie potrafiła powstrzymać się, by mu nie dokuczyć. 

background image

Kai rzucił jej przelotne, rozdraŜnione spojrzenie, ale zaraz uśmiechnął się. Ma ujmujący 

uśmiech,  pomyślała  Varian,  nie  po  raz  pierwszy  zresztą.  Widywali  się  dość  często  w  fazie 

przygotowawczej wyprawy, lecz teraz, gdy musieli juŜ stawić czoło swym obowiązkom, ich 

spotkania były stanowczo zbyt rzadkie. 

- Najadłem się naprawdę do syta, Varian. Dziękuję - odparł. 

- A ja jestem obŜartuchem - przyznała przekornie Varian, naprędce połykając jeszcze 

jeden plasterek owocu. - Jak wyglądają te stworzenia? Nie ufam obserwacjom Gabera. 

-  Mają  złotą  sierść  i  zaryzykowałbym  stwierdzenie,  Ŝe  są  inteligentne.  Ciekawość 

występuje tylko w parze z inteligencją, prawda? 

- Ogólnie rzecz biorąc, tak. Inteligentne formy lotne? Wielkie nieba, aleŜ to doprowadzi 

Ryxich do szaleństwa! - Varian aŜ zapiszczała z zachwytu. - Gdzieś na nie trafił? 

-  Chciałem  przyjrzeć  się  wreszcie  kolorowym  jeziorom  Berru  i  przelatując, 

wypłoszyłem te stworzenia z urwiska. A propos, te jeziora zasiedliły monstra równie olbrzymie 

i groźne, co moczarniki, które widzieliśmy dziś rano. 

- Ta planeta obfituje w rzeczy wielkie... 

- Na przykład wielkie łamigłówki - przytaknął Kai. Weszli do pracowni kartografa. Kai 

podał Varian stary czujnik. 

- Oto najstarsza nowość! 

Varian zwaŜyła czujnik w dłoni. Spostrzegła inne na stole. 

- Czy to takich uŜywacie w tej chwili? 

Kai zerknął znad taśm, które właśnie zaczął porządkować i skinął głową. 

Dopiero  teraz,  porównując  oba  przyrządy,  Varian  mogła  dostrzec  drobne  róŜnice  w 

obwodzie, długości i wadze. 

- Czy to wyjaśnia, dlaczego mieliśmy dotąd tak mało szczęścia w odkrywaniu złóŜ? 

-  Owszem.  Ten  obszar został juŜ  najzwyczajniej  w  świecie  wyeksploatowany. Moim 

ludziom kamień spadł z serca; w końcu Ireta miała tonąć w bogactwach. Teraz trzeba będzie po 

prostu załoŜyć obóz pomocniczy w górach pochodzących z młodych fałdowań... 

- Obóz pomocniczy? Kai, to nie jest zbyt bezpieczne. Nawet gdybyś miał zmierzyć się 

jedynie z kłączem. 

- Z kłączem? 

- Nazwalam tak sobie to coś, co wyszarpało Mabel pół boku. 

- Mabel? 

background image

- Czy musisz po mnie powtarzać? Jest mi o wiele łatwiej nadać im imiona, niŜ nazywać 

je  “roślinoŜerny  numer  jeden"  albo  “drapieŜny  z  uzębieniem  typu  A..."  -  Nie  myślałem,  Ŝe 

widziałaś juŜ drapieŜnika... 

- Nie widziałam. Ale jestem w stanie ocenić po śladach jego zębów... 

-  Co  powiesz  na  to?  MoŜe  to  jest  kłacz?  -  zapytał  Kai,  wskazując  na  ekran.  Na 

monitorze pojawiły się pierwsze zdjęcia, które zrobili razem z Gaberem tego popołudnia. Gdy 

ukazała się głowa zwierzęcia, Kai zatrzymał klatkę. 

Varian podeszła do ekranu. Kiedy przyjrzała się dokładnie potęŜnemu łbu zwierzęcia 

szczerzącego okazałe kły i małym złośliwym oczkom podniesionym na ślizgacz, wyrwał jej się 

krótki okrzyk. 

- To mógłby być on. Sześć metrów w barach... Nie jesteś w stanie zbudować takiego 

obozu pomocniczego, który by go odstraszył. MoŜe cię rozgnieść, nawet gdybyś miał na sobie 

z pięć pasów siłowych... Nie, Kai, radziłabym nie bawić się w zakładanie kolejnych obozów, 

zanim nie dowiemy się, jaki obszar zamieszkują te rozkoszne maleństwa. 

- MoŜna by przesunąć wahadłowiec... 

-  Ale  nie  wcześniej,  niŜ  Trizein  zakończy  obecną  serię  eksperymentów.  Poza  tym, 

czemu  mielibyśmy  go  ruszać?  AŜ  tak  z  nami  źle,  Ŝe  musimy  oszczędzać  na  bateriach  do 

ś

lizgaczy? 

- Oj, nie! Chodzi wyłącznie o odległość. Ogranicza czas efektywnej pracy w terenie. 

-  To  fakt.  Szczerze  mówiąc,  Kai,  wolałabym  przeprowadzić  porządny  zwiad  w  tej 

okolicy przed rozłoŜeniem drugiego obozu. Nawet takie roślinoŜerne nieudaczniki jak Mabel 

mogą być niebezpieczne, gdy rzucą się do panicznej ucieczki przed kłączem. Z drugiej strony - 

dodała  natychmiast,  widząc,  Ŝe  Kai  nie  ma  zamiaru  ustąpić  -  kaŜde  zwierzę  czegoś  się  boi. 

Spróbuję  wyszczególnić  zwierzęta,  z  którymi  musiałbyś  spotkać  się  na  tamtym  obszarze. 

Ostatecznie  moŜna  zainstalować  kilka  dodatkowych  osłon  obozu,  i  twoje  zespoły  byłyby 

względnie bezpieczne... 

- Ale nie jesteś tego pewna... 

-  Na  tej  zwariowanej  planecie  niczego  nie  jestem  pewna,  Kai.  A  twoje  dzisiejsze 

odkrycie tylko... - uśmiechnęła się ironicznie - ...upewnia mnie w mojej niepewności! 

Kai roześmiał się. 

Varian  raz  jeszcze  wzrokiem  eksperta  spojrzała  na  rzędy  ostrych  jak  igła  zębów 

drapieŜnika, a potem kazała Kaiowi puścić film dalej. 

- Dobrze, Ŝe byliście w górze, gdy napotkaliście tego “milaczka". Udało się Gaberowi 

go oznaczyć? To pomogłoby bliŜej określić jego terytorium. Oo! AleŜ one są śliczne! 

background image

Na  ekranie  ukazały  się  złote  ptaki.  W  zestawieniu  z  poprzednimi  drapieŜnikami 

prezentowały się łagodnie i wdzięcznie. 

-  Kai,  zatrzymaj  tę  klatkę!  -  Varian  gestem  kazała  mu  cofnąć  taśmę  do  miejsca,  w 

którym stworzenie uchwycone zostało w locie. Ozdobiony grzebieniem łeb ptaka zwrócony był 

w stronę kamery tak, Ŝe widać było oba złociste oczy. 

-  Tak,  Kai.  Przyznaję,  Ŝe  jest  inteligentny.  Czy  ta  torba  pod  dziobem  słuŜy  mu  do 

magazynowania  ryb?  MoŜesz  włączyć,  Kai?  Chciałabym  zobaczyć,  czy  to  skrzydło  się 

obraca...  Patrz,  widzisz?!  Widzisz,  jak  zmienia  kierunek?  Tak,  tak!  Jest  na  o  wiele  bardziej 

zaawansowanym stopniu rozwoju niŜ padlinoŜerne, które widzieliśmy rano. Kto by pomyślał, 

Ŝ

e nasza reakcja na innych w ogromnej mierze zaleŜy od oczu... - dodała, spoglądając na Kaia. 

Jego szare oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. 

- Od oczu? 

- Od oczu. Oczka tego małego ssaka... Nie mogłabym go zostawić na łasce losu, widząc 

w  nich  tyle  przeraŜenia  i  dezorientacji.  Inaczej  na  niewiele  by  się  zdały  usilne  błagania 

Bonnarda  i  Cleiti.  Tamte  odraŜające  moczarniki  miały  maleńkie  oczy  w  porównaniu  z 

wielkością czaszki... 

Małe,  wredne  i Ŝarłoczne paciorki. -  Varian  wzdrygnęła  się  na samo  wspomnienie.  - 

Albo  oczy  nowo  odkrytych  drapieŜników...  Te  zwierzaki  muszą  mieć  nikczemne  zamiary... 

“Oczologia",  w  kaŜdym  razie,  nie  jest  niepodwaŜalna,  weź  choćby  Galormisów,  najbardziej 

szkaradny przykład doskonałego maskowania prawdziwych intencji... 

- Brałaś udział w tamtej ekspedycji? Varian zrobiła kwaśną minę. 

-  Owszem.  Byłam  najmłodszym  uczestnikiem  wyprawy  na  Aldebaran  4;  to  był  mój 

pierwszy przydział z college'u kseno-weterynaryjnego. Zwróć uwagę, Ŝe Galormisowie mieli 

łagodne  oczy...  Nie  raz  jeszcze  widywałam  je  we  śnie.  Takie  potulne  stworzonka,  milutkie, 

absolutnie uległe - aŜ do zmroku. A potem!... 

- Nocne zbiry! 

- Wampiry! Wysysały krew, a później zabierały się do mięsa... Zupełnie jak to, co tak 

urządziło Mabel... Nie-e, to nie mógłby być Galormis. Ślady zębów są zbyt duŜe. 

- Dlaczego u licha nazwałaś ją Mabel? 

-  Znałam  kiedyś  kogoś  podobnego  do  niej.  Uosobienie  łakomstwa.  Odnosiła  się  z 

nienawiścią do całego świata, wiecznie podejrzliwa i zagubiona. Niezbyt wysoka inteligencja. 

- A jak nazwiesz te skrzydlate istotki? 

background image

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparła,  przyglądając  się  jeszcze  raz  porośniętym  sierścią  łbom 

ptaków.  -  To  trudne,  nim  się  samemu  nie  napotka  danego  zwierzęcia.  Ale  ten  gatunek  jest 

inteligentny i ma, powiedziałabym, osobowość. Muszę zobaczyć ich więcej! 

-  Wiedziałem,  Ŝe  tak  będzie...  Nie  byliśmy  w  stanie  ich  oznaczyć,  za  szybko  się 

poruszają. Dorównywały średniej prędkości ślizgacza. 

- Nieźle! - przyznała Varian, ziewając mimo woli. - Przepraszam. To przez to świeŜe 

powietrze  i  gonitwę  za  ranionymi  zwierzakami.  -  Varian  pogłaskała  Kaia  po  policzku  i 

uśmiechnęła  się  przepraszająco.  -  Idę  do  łóŜka.  Ty  teŜ  powinieneś,  mój  współdowódco. 

Prześpijmy nasze problemy. MoŜe sen przyniesie rozwiązanie? 

Sen rozwiązań nie przyniósł, za to Kai obudził się następnego ranka rześki i wypoczęty, 

a gdy podczas odprawy okazało się, Ŝe jego ludzie są w doskonałych humorach, jego nastrój 

poprawił się jeszcze bardziej. 

- Przedyskutowałem z Varian kwestię obozu pomocniczego. Stwierdziła, Ŝe zanim nie 

zapozna się lepiej ze zwyczajami tutejszych drapieŜników, nie będzie mogła zagwarantować 

nam  bezpieczeństwa  -  oznajmił.  -  Obiecała  zająć  się  natychmiast  terenami,  na  które 

moglibyśmy  się  przenieść,  pod  warunkiem,  Ŝe  trzymalibyśmy  się  w  pobliŜu  zabezpieczeń, 

które sama obmyśli. Rozumiemy się? JeŜeli nie, wszystko się wam wyjaśni, gdy przyjrzycie się 

ś

ladom  zębów  na  boku  naszego  roślinoŜercy  -  dodał  i  po  ponurym  wyrazie  ich  twarzy 

natychmiast zorientował się, Ŝe juŜ widzieli zwierzaka. 

- Szefie, jak wytłumaczyć luki w ciągu starych czujników, o, tutaj, tutaj i tutaj? - zapytał 

Triv, wskazując na tereny na południowym zachodzie i na południu. 

-  Uskoki  -  odparł  Gaber,  nasuwając  na  mapę  sejsmiczną  przezroczystą  podziałkę.  - 

Mamy tu do czynienia z następstwem warstw. Niezły grunt pod badania archeologiczne, z tym 

Ŝ

e i tak wszelkie przyrządy sejsmiczne, które mogły się tam znajdować, zostały starte w proch. 

Albo osunęły się zbyt nisko pod powierzchnię, by wciąŜ jeszcze nadawać. 

- Triv! Ty i Margit zajmiecie się dziś tym uskokiem. Aulia i Dimenon! Wam przypada 

ten  sektor.  -  Kai  podał  współrzędne  kwadratu  na  południowym  zachodzie  równieŜ  Berru  i 

Porteginowi. Sam razem z Bakkunem, wyjaśnił, spróbuje przetrząsnąć Dolinę Przesmyku, do 

której wiodą stare czujniki. Podkreślił kilkakrotnie, Ŝeby nie było najmniejszych wątpliwości, 

by  wszyscy  zachowywali  środki  ostroŜności,  oznaczali  zwierzęta,  kiedy  tylko  to  będzie 

moŜliwe i mieli oczy szeroko otwarte na padlinoŜerne krąŜące nad jakimś rannym okazem z 

ewentualnej menaŜerii Varian. 

background image

Ze  ślizgacza  Kai  dojrzał  Varian  zmierzającą  do  zagrody  Mabel.  Spostrzegł  teŜ  samą 

Mabel, jak pracowicie “wygryzala" sobie drogę pośród drzew, które jakimś cudem dotąd uszły 

jej uwadze. 

Bakkun, przejąwszy role pilota, skierował ślizgacz na południowywschód. 

- Zastanawiam się - odezwał się grawitant - dlaczego nasi Thekowie nie wiedzieli nic o 

poprzedniej eksploracji planety. 

-  Nie  pytałem  jeszcze  Theków,  czy  wiedzą.  W  kaŜdym  razie  Ireta  figurowała  jako 

planeta nie badana. 

- Thekowie mają pewnie swoje powody. 

- Na przykład? 

- Nawet nie ośmieliłbym się zgadywać - odparł Bakkun - ale zazwyczaj mają powaŜne 

powody. 

Kai  lubił  Bakkuna.  Grawitant  był  niestrudzonym,  trzeźwo  myślącym  towarzyszem, 

sumiennym i niezawodnym jak wszyscy jego ziomkowie. Miał jednak i wady - brak mu było 

choćby  śladowych  ilości  wyobraźni  i  elastyczności  myślenia.  Gdy  juŜ  raz  przyjął  coś  za 

pewnik, nie chciał zmienić zdania nawet w obliczu najbardziej dobitnych faktów. Dla niego, 

jak dla wielu innych  gatunków o stosunkowo krótkiej Ŝywotności, Thekowie byli nieomylni 

niczym  bogowie.  Jakkolwiek  byłoby,  w  tej  chwili  Kai  nie  rwał  się  specjalnie  do  dyskusji, 

zwłaszcza  na  temat  tak  bluźnierczy  dla  grawitantów  jak  niedoskonałość  Theków,  której 

skądinąd istnienie starych czujników sejsmicznych na Irecie zdawało się wyraźnie dowodzić. 

Na całe szczęście zahuczał indykator. Bakkun automatycznie zmienił kurs, a Kai zaczął 

pilnie  wpatrywać  się  w  szybę  przystosowaną  do  dalszych  odległości.  Tym  razem  więcej 

spłoszonych  szumem  ślizgacza  roślinoŜernych  gnało  w  przeraŜeniu.  Uciekały  przez  gęstą 

puszczę, wpadając od czasu do czasu z całym impetem na drzewa, aŜ wstrząsały się potęŜne 

gałęzie. 

- Zrób jeszcze jedno kółeczko, Bakkun - rzucił Kai i gdy grawitant zawrócił zgodnie z 

rozkazem,  Kai  prztyknął  włącznik  kamery,  zwieszając  się  przez  pas  bezpieczeństwa.  I  tak 

niewiele mógł zobaczyć. Zaklął siarczyście pod nosem; Ŝadne ze stworzeń nie chciało wyjść na 

którąś  z  licznych  polanek,  zupełnie  jakby  spodziewały  się  ataku  z  powietrza  i  tłoczyły  pod 

kaŜdą osłoną, na jaką udało im się natknąć. 

-  Nic  z  tego  nie  będzie,  Bakkun.  Wróć  na  kurs.  Wydawało  mi  się,  Ŝe  dostrzegłem 

jeszcze jedno stworzenie z poszarpanym bokiem. 

- Widujemy takie co dzień, Kai. 

- Co dzień? Dlaczego nie ma o tym Ŝadnej wzmianki w waszych raportach? 

background image

- Nie sądziłem, Ŝe to moŜe być waŜne. Zawsze jest tyle do napisania w związku z naszą 

pracą... 

- To jest wspólna misja... 

- Zgoda, ale najpierw muszę wiedzieć, w jaki sposób miałbym wnieść w nią mój wkład. 

Nie miałem na przykład zielonego pojęcia, Ŝe zwyczajne zestawienia danych ekologicznych teŜ 

są tak niezmiernie istotne. 

-  To  moje  przeoczenie,  racja.  Po  prostu  musisz  informować  o  kaŜdym  niezwykłym 

zjawisku, na jakie natrafisz. 

- Odnoszę wraŜenie, Kai, Ŝe na Irecie nie ma rzeczy zwykłych. Jestem geologiem od 

wielu, wielu standardowych lat, i nigdy nie spotkałem się z planetą, która niezmiennie trwałaby 

w  erze  mezozoicznej  i  nie  miała  najmniejszego  zamiaru  przejść  do  następnego  etapu 

geologicznej  ewolucji.  -  Bakkun  zerknął  na  Kaia  kątem  oka.  Jego  spojrzenie  było  chytre  i 

tajemnicze. - Kto spodziewałby się znaleźć te stare czujniki? 

- Oczekuj nieoczekiwanego! Taka jest przecieŜ nieoficjalna dewiza naszego zawodu, 

nieprawdaŜ? 

Słońce, które wczesnym rankiem ukazało się na krótko, jakby chciało mieć nadzór nad 

narodzinami  nowego  dnia,  skryło  się  ponownie  za  chmury.  Mgła  unosząca  się  znad  ziemi 

momentalnie  ograniczyła  widoczność,  przysparzając  Bakkunowi  sporych  trudności  w 

pilotowaniu ślizgacza, toteŜ rozmowa się urwała. Kai zajął się określeniem zasięgu dawnego 

złoŜa,  sprawdzając,  dokąd  sięgają  stare  czujniki,  które  zapalały  się  leniwie  na  ekranie  w 

odpowiedzi na jego sygnał. 

Czujniki  ciągnęły  się  daleko  poza  linię  lotu,  schodziły  w  dół,  w  kierunku  Doliny 

Przesmyku, której dno opadało, tworząc rozległy płaskowyŜ. Wlecieli do doliny. Cała uwaga 

Bakkuna  skupiona  była  na  prowadzeniu  maszyny,  poniewaŜ  dostali  się  w  prąd  ciepłego 

powietrza, które miotało ślizgaczem jak piórkiem. Gdy minęli łańcuch pradawnych wulkanów, 

których smukłe, wygasłe juŜ kratery, porośnięte skąpą roślinnością wbijały się w obniŜające się 

teraz chmury deszczowe, Bakkun skierował ślizgacz w stronę środkowej doliny. Ściany uskoku 

odsłaniały  kolejne  etapy  wypiętrzenia,  któremu  ulegały  wzgórza  otaczające  dolinę.  Gdy 

niewielki ślizgacz przeleciał ze świstem obok tej zastygłej encyklopedii geohistorii, bezczelnie 

ją  zresztą  lekcewaŜąc,  Kai  poczuł  w  duszy  dziwną  mieszaninę  grozy  i  rozbawienia.  Grozy 

przed  potęŜnymi  siłami,  które  sformowały  to  urwisko  i  równie  dobrze  mogły  je  zetrzeć  z 

powierzchni  planety,  kiedyś,  w  pewnym  niewyobraŜalnym  momencie  jej  istnienia; 

rozbawienia, Ŝe człowiek ośmielił się wybrać sobie jedną znikomą chwilkę z  nieubłaganego 

czasu i pokusił się odcisnąć na Irecie swe piętno. 

background image

-  PadlinoŜerne,  Kai  -  oznajmił  Bakkun,  przerywając  rozwaŜania  swego  dowódcy. 

Wskazał gestem na prawą stronę. Kai spostrzegł całe stado. 

- To przecieŜ złote ptaki, a nie padlinoŜerne - sprostował. 

- Co za róŜnica... 

- Jest róŜnica. Co one robią paręset kilometrów od najbliŜszego zbiornika wodnego? 

- Są groźne? - zapytał Bakkun, okazując spore zainteresowanie. 

- Nie sądzę. Są inteligentne, wzbudziliśmy wczoraj ich ciekawość... Co one robią tak 

daleko? - powtórzył Kai, gubiąc się w domysłach. 

- Zaraz się dowiemy. ZbliŜamy się do nich. 

Kai  kazał  Bakkunowi  przechylić  nieco  ślizgacz,  by  mógł  przyjrzeć  się  osobnikom, 

które  przysiadły  na  ziemi.  Ptaki  zaintrygowała  obecność  nieznanego  obiektu  i  wszystkie  z 

zaciekawieniem  wpatrywały  się  w  niebo.  Kai  zauwaŜył  źdźbła  grubolistnej  trawy  wystające 

niektórym z dziobów. 

Nie, nie było Ŝadnych wątpliwości - ich wysoko wyciągnięte łby wyraźnie śledziły lot 

ś

lizgacza. Po chwili kilka mniejszych ptaków zaczęło dalej skubać trawę. 

- Dlaczego wybrały się aŜ tak daleko? Po trawę? 

-  Nie  jestem  ksenobiologiem  -  odparł  Bakkun  powściągliwie  i  w  swój  flegmatyczny 

sposób. Nagle jego głos przybrał tak niezwykle naglący ton, Ŝe Kai odwrócił się w jego stronę i 

instynktownie cofnął w fotelu. - Zobacz tam! 

- Co u... 

Dolina  zwęŜała  się  nieco  w  miejscu,  gdzie  wystawał  słup  uskokowy.  Z  ciasnego 

wąwozu  wyłoniło  się  jedno  z  największych  stworzeń,  jakie  Kai  kiedykolwiek  widział. 

Badylaste  cielsko  poruszało  się  niezgrabnym  chodem,  zbliŜając  się  nieustępliwie  do 

sparaliŜowanych ptaków. Kai nastawił ostrość kamery na zwiększoną odległość i obserwował, 

jak kolos dumnie wkracza na swych potęŜnych tylnych nogach do spokojnej doliny. 

- Psia...! To jeden z kłączy... 

- Spójrz na ptaki, Kai! - rzucił Bakkun. 

Z niechęcią rezygnując z obserwacji potwora, Kai zerknął wyŜej. Część ptaków zerwała 

się do lotu, tworząc na niebie osobliwą formacje obronną. Pozostałe dalej skubały trawę, jeśli 

moŜna tak nazwać nerwowe szarpanie liści roślin. Varian musiała mieć rację z tymi torbami 

przydziobowymi  -  Kai  zauwaŜył,  Ŝe  dzioby  ptaków  są  czymś  wypchane.  Zwierzaki 

nafaszerowały się pewnie trawą. 

- DrapieŜnik dostrzegł je! Jeśli tylko rzuci się do ataku, te, które są na ziemi, nie zdąŜą 

się wznieść w powietrze! - Dłoń Bakkuna zacisnęła się wokół rękojeści lasera. 

background image

- Poczekaj! Popatrz na niego! 

Toporny łeb drapieŜnika skierowany był teraz w stronę ptaków, zupełnie jakby bestia 

dopiero co spostrzegła ich obecność. Potwór wzniósł przekrzywioną głowę - widocznie teraz 

dostrzegł stado krąŜące nad doliną. Natychmiast teŜ przednie łapy intruza, absurdalnie krótkie 

w  porównaniu  z  potęŜnymi  udami  i  długością  nóg,  zadrŜały  i  skurczyły  się,  zaciskając  się 

nerwowo,  a  gruby  ogon,  pozwalajacy  zwierzęciu  utrzymać  równowagę,  ostro  smagnął 

powietrze. Co za Ŝarłoczność, pomyślał Kai. DwunoŜny stwór pozostał jeszcze przez chwilę w 

bezruchu,  a  potem  puścił  się  niezgrabnie  przed  siebie,  wyrywając  po  drodze  trawę  swymi 

ś

miesznymi  łapami  i  opychając  się  olbrzymimi  gałęziami,  korzeniami,  ziemią,  dosłownie 

wszystkim, co popadło. 

Nagle ptaki zaczęły uciekać wzdłuŜ niewysokiej stromizny, którą Kai dostrzegł dopiero 

teraz, i nim bezpiecznie znalazły się w powietrzu, dały nura w trawy poniŜej. 

- WciąŜ zbierają trawę, Kai! 

Dowódca zogniskował teleskop. Zobaczył wystające spod skrzydeł ptaków pęki trawy. 

Złote stworzenia równomiernie wzbijały się coraz wyŜej i wyŜej, oddalając się coraz bardziej 

od doliny. 

- Lecą w stronę morza, Bakkun? 

- Owszem.  I to przy mocnym przeciwnym wietrze. Kai rzucił okiem na pasącego się 

potwora, który ani na moment nie przerwał Ŝarłocznego pałaszowania trawy. 

- Hmm... Czemu i ptaki, i monstrum potrzebują trawy? - mruknął Kai, głośno myśląc. 

- To wygląda na swoisty dodatek do diety - odparł Bakkun, nieświadom, Ŝe Kai mówił 

sam do siebie. 

- Czy mógłbyś zejść ślizgaczem niŜej? Wyląduj tam, na przeciwnym krańcu doliny, z 

dala od potwora. Chciałbym wziąć parę próbek tego zielska. 

- Dla Varian czy dla Divisti? 

-  MoŜliwe,  Ŝe  dla  obu.  Dziwne,  Ŝe  bestia  nawet  nie  próbowała  ich  zaatakować, 

nieprawdaŜ? 

- Prawdopodobnie nie gustuje w mięsie tych ptaków. Albo są śmiertelnymi wrogami? 

-  Nie.  Odlot  ptaków  był  raczej  ostroŜnością  niŜ  ucieczką.  Zupełnie  jakby...  jakby 

uwaŜali dolinę za obszar neutralny... Coś w rodzaju zawieszenia broni. 

-  Zawieszenie  broni?  Między  zwierzętami?  -  Bakkun  sceptycznie  odniósł  się  do 

pomysłu Kaia. 

- Tak to wyglądało. Ale potwór jest z pewnością na zbyt prymitywnym etapie rozwoju, 

by stosować się do zasad logiki. Muszę skonsultować się z Varian. 

background image

- Najlepiej. To najwłaściwsza osoba - przytaknął Bakkun, odzyskując zimną krew. 

Wylądowali gładko na skraju niewielkiego urwiska, które ptaki wykorzystały do startu. 

- Nie jesteśmy złotymi ptakami, Kai - przypomniał grawitant, widząc na twarzy Kaia 

zdumienie  wywołane  miejscem  obranym  na  lądowisko.  -  Nasza  bestia  moŜe  przypadkiem 

zechcieć urozmaicić sobie nami posiłek. - Łagodnie wyjął z rąk Kaia teleskop. - MoŜesz iść po 

próbki. Ja będę cię ubezpieczał. 

Monstrum nie przerwało jedzenia i nie zwróciło teŜ najmniejszej uwagi na ślizgacz. Kai 

wydostał  się  skwapliwie  na  zewnątrz  i  zabrał  się  do  rwania  trawy.  Na  całe  szczęście  zabrał 

rękawice  -  niektóre  ze  źdźbeł  miały  bardzo  ostro  zakończone  brzegi.  Krewniacy 

mieczowników, zawyrokował z przekąsem. Udało mu się wyrwać jedną kępę z korzeniami i 

ziemią.  W  cuchnącym  powietrzu  natychmiast  rozniósł  się  nowy,  smrodliwy  zapach.  Kai 

strząsnął ziemię. Przypomniało mu się, Ŝe ptaki zajadały wyłącznie liście, nie ruszając w ogóle 

korzeni.  Ale  Kai  nie  byłby  sobą,  gdyby  nie  wziął  próbek  wszystkiego,  co  rosło  w  okolicy, 

nawet roślin o grubych liściach, które ptaki zupełnie ignorowały. Kai umieścił swój zielnik w 

specjalnym pojemniku i z powrotem zajął swoje miejsce w ślizgaczu. 

- W ogóle nie przestał się opychać - oświadczył Bakkun, wręczając Kałowi teleskop. 

Kai wpatrywał się w drapieŜnika, a tymczasem Bakkun poprowadził ślizgacz w górę. 

Zwierzę wytrwale jadło, nie kwapiąc się, by choć zerknąć na ślizgacz, gdy przelatywał nad jego 

głową. 

Bakkun,  nie  otrzymawszy  nowych  poleceń,  skierował  ślizgacz  w  stronę  wąskiego 

przesmyku  na  końcu  doliny.  Za  nim  teren  znacznie  się  osuwał.  Ziemia,  w  większości 

piaszczysta, nie rodziła wybujałej roślinności, dając oparcie jedynie skromnym krzakom. 

- Czujniki ciągną się dalej wzdłuŜ doliny, Kai - powiedział Bakkun, odwracając uwagę 

Kaia od potwora. 

Kai zerknął na sejsmiczny skaner obrazu. 

- Yhm. Ostatni mieści się zaraz za tamtym pasmem gór. 

- Ta dolina jest naprawdę bardzo stara - przyznał Bakkun. - Linia czujników kończy się 

za krawędzią? 

Kai był niemal uradowany, słysząc w jego głosie pytanie. 

- Tak właśnie - odparł. 

- A to dopiero... 

Po  raz  pierwszy  Kai  wyczuł  rozterkę  w  tonie  grawitanta.  Potrafił  to  zrozumieć,  tym 

bardziej, Ŝe sam czuł się podobnie zagubiony. 

background image

Spiętrzenie warstw, nad którym obecnie przelatywali, nastąpiło co najmniej milion lat 

przed  ich  przybyciem.  Tymczasem  odnaleziony  czujnik  bez  wątpienia  był  dziełem  Theków. 

Chyba Ŝe... - zabłąkana myśl przemknęła Kaiowi przez głowę i rozbawiła go nagle - chyba Ŝe 

Thekowie naśladują o wiele starszą cywilizację... na przykład cywilizację Innych? Thekowie 

jako naśladowcy? Kaiowi natychmiast wróciło poczucie rzeczywistości. Miałby konkurować z 

Thekami  w  długowieczności?  Równie  dobrze  mógłby  rzucić  wyzwanie  grawitantom  i 

spróbować zmierzyć się z ich siłą. Liczyło się tylko tu i teraz, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę 

znikomość  czasu  ofiarowanego  człowiekowi,  nawet  przy  wszystkich  cudach  współczesnej 

medycyny.  On  i  jego  zespół  mieli  wykonać  zadanie  teraz.  NiewaŜne,  Ŝe  ktoś  wykonał  juŜ 

podobne, w czasach gdy człowiek był jeszcze na etapie pojedynczej komórki, dryfującej sobie 

gdzieś po przedpolach długiego procesu ewolucji. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY  

 

Z pomocą Paskuttiego i Tardmy udało się Varian opatrzyć rany Mabel. Jednak zwierzę 

zdołało  w  jakiś  niewiarygodny  sposób  poluzować  końce  błony  ochronnej  i  mimo  osłony 

siłowej rozciągniętej  nad  zagrodą  owady  obsiadły  okaleczony bok. Rana  otwarła się jeszcze 

bardziej, gdy Mabel jak oszalała próbowała uwolnić się z lin, którymi grawitanci starali sieją 

utrzymać w ryzach. W końcu trzeba było przywiązać jej łeb do zdrowej nogi, by Varian mogła 

w ogóle do niej podejść. 

Na szczęście, gdy Varian usunęła juŜ insekty z rany, mogła uznać z satysfakcją, Ŝe całe 

zwierzę wygląda dość zdrowo. 

-  Przemyję  jej  nogę  i  opatrzę  -  oznajmiła  Paskuttiemu,  którego  mdliło  juŜ  od  tych 

zabiegów. - Lepiej zajmować się ofiarą niŜ napastnikiem. Sam pomyśl, nadziać się na takiego... 

- Przypomniała sobie ohydny łeb stworzenia i rzędy śmiercionośnych zębów wyszczerzonych 

na filmie, który pokazywał jej Kai. 

-  Ten  zwierzak  nie  stawiał  zbyt  wielkiego  oporu  -  powiedział  Paskutti  tak  ostrym 

tonem, Ŝe Varian spojrzała na niego. Nie oczekiwała oczywiście, Ŝe ujrzy choć cień emocji na 

pozbawionej  wszelkiego  wyrazu  twarzy  grawitanta,  ale  spostrzegła  w  jego  jasnych  oczach 

jakieś  przedziwne  podniecenie,  które  na  moment  ją  przeraziło.  Odniosła  bowiem  wraŜenie, 

jakby Paskutti był nienaturalnie, wprost oburzająco podekscytowany widokiem rany i w ogóle 

całym zajściem, podczas którego jedno zwierzę poŜerało Ŝywcem inne. Szybko odwróciła się, 

nie chcąc, by Paskutti zauwaŜył, Ŝe go obserwuje. 

Dokończyli zabieg bez dalszych utrudnień ze strony Mabel, za to gdy uwolnili ją z lin, z 

taką złością machnęła ogonem, Ŝe musieli pośpiesznie wycofać się za ogrodzenie. Skoro tylko 

jej dobroczyńcy znaleźli się dalej, Mabel opuściła agresja. Zwierzak przerwał groźnie brzmiące 

warczenie  i  rozejrzał  wokół,  jakby  zupełnie  zbity  z  tropu  nieoczekiwaną  ucieczką 

“napastników". Jej krótkowzroczne oczy z wielką uwagą wpatrywały się w przestrzeń ponad 

ich  głowami.  Dopóki  stali  nieruchomo,  Mabel  nie  była  w  stanie  ich  spostrzec.  A  więc 

ś

miertelny wróg  Mabel  musiał  być  o  wiele  większy od  niej  mimo pokaźnych  rozmiarów jej 

cielska i nawet z daleka łatwo rozpoznawalny po zapachu, sądząc po gwałtownym rozdęciu jej 

nozdrzy. 

- Co teraz, Varian? - spytał Paskutti, gdy wydostali się z zagrody. Jego głos był zupełnie 

matowy, co jedynie uwydatniało niecierpliwość, z jaką czekał odpowiedzi. 

background image

- Teraz przyjrzymy się zwierzętom zamieszkującym tereny poza płytą kontynentalną, 

Ŝ

eby  Kai  i  jego  druŜyna  mogli  bezpiecznie  rozłoŜyć  tam  obóz  pomocniczy.  Zabieramy 

ś

lizgacz, Paskutti, więc jeśli zorganizujesz parę taśm, będziemy mogli równieŜ rozejrzeć się w 

poszukiwaniu minerałów. 

- Broń? 

-  Zwykła,  osobista.  Nie  będziemy  polować.  Będziemy  obserwować  -  Varian  odparła 

nieco  szorstko,  bardziej  oschle  niŜ  zamierzała,  ale  w  niewinnym  pytaniu  Paskuttiego 

dźwięczała jakaś odpychająca i wstrętna Ŝądza. Tardma zachowywała się obojętnie jak zawsze, 

lecz  naleŜało  pamiętać,  Ŝe  nigdy  nie  zrobiła  niczego  -  nawet  nie  uśmiechnęła  się  -  nie 

zerknąwszy najpierw na Paskuttiego. 

Wrócili  do  obozu  po  sprzęt.  Varian  zauwaŜyła  dzieciarnię  zgromadzoną  wokół 

ogrodzenia  Dandy  i  przypatrującą  się,  jak  Lunzie  go  karmi.  Jego  gruby,  ale  krótki  ogonek 

ś

migał to w jedną, to w drugą stronę - z zadowolenia lub nienasyconego łakomstwa. 

- Dandy nie ma kłopotów z jedzeniem, co? - zapytała Bonnarda. 

- To juŜ druga butelka - oznajmił chłopiec, nie posiadając się z dumy. 

- Lunzie mówi, Ŝe będziemy go mogli karmić, gdy trochę bardziej się z nami oswoi - 

dodała Cleiti, a Terilla pokiwała potakująco główką. Jej błyszczące oczy otwarły się szeroko, 

oŜywione niewiarygodną przygodą, która ją czekała. 

Biedna  mała  dziewczynka,  pomyślała  Varian,  wspominając  swe  szczęśliwe 

dzieciństwo spędzone z rodzicami - weterynarzami pośród najróŜniejszych gatunków zwierząt 

na  rozmaitych  planetach.  Nie  pamiętała,  by  kiedykolwiek  zabrakło  jej  zwierzaka,  którego 

mogłaby przytulić i opiekować się nim. Niewielkie stworzonka przynoszone jej rodzicom, by 

się  nimi  zaopiekowali  lub  wyleczyli  je,  powierzane  były  jej  pieczy,  odkąd  uznano  ją  za 

wystarczająco  odpowiedzialną  dziewczynkę.  Nie  lubiła  tylko  Galormisów,  Jej  wrodzony 

instynkt  ostrzegł  ją  przed  nimi  juŜ  w  chwili,  gdy  odkryto  te  zamaskowane  diabły  na 

Aldebaranie 4, lecz jako początkujący adept weterynarii musiała trzymać język za zębami i nie 

zwierzać  się  nikomu  ze  swych  podejrzeń.  Miała  sporo  szczęścia,  gdy  Galormis  zaatakował 

mieszkańców jej domu, wyruszywszy na swój nocny Ŝer. Na ramieniu Varian zostały jedynie 

słabo  widoczne  ślady  zębów.  Jego  siekacze  wyposaŜone  były  w  kanaliki  zawierające 

substancje paraliŜujące, dzięki którym Galormis mógł obezwładnić ofiarę. Potwór zdąŜył zabić 

swojego  opiekuna,  lecz  na  szczęście  straŜnik,  zaalarmowany  tym,  Ŝe  nie  nadchodził  jego 

zmiennik, zbudził obóz. Galormis został schwytany, ogłuszony, a później uśmiercony. Planetę 

zaś wciągnięto na listę światów zakazanych. 

background image

- Najpierw sprawdzimy, czy Dandy potrafi się zachować, Terilla - powiedziała Varian, 

wierząc szczerze w stare przysłowie, Ŝe “kto się na gorącym sparzy, ten na zimne dmucha". 

Ten, kto je wymyślił, nie miał oczywiście na uwadze Galormisów, za to miała ich na uwadze 

Varian i uznała powiedzenie za równie trafne w odniesieniu do sytuacji z Dandym. 

- Jak się ma Mabel? - spytała Lunzie, rzucając Varian przelotne spojrzenie. 

Varian opowiedziała jej wszystko ze szczegółami, po czym dodała: 

- Wyruszamy dziś na zwiad na północ. Zespół Kaia będzie musiał wkrótce załoŜyć tam 

obozy pomocnicze, a nie chcę, by natrafili na kłącze, które dobierały się do Mabel. Poza tym 

druŜyny  geologiczne  zostały  zobowiązane  do  składania  natychmiastowych  raportów,  jeśli 

zauwaŜą jakieś ranne zwierzę. W razie czego, daj nam znać, Lunzie, dobrze? 

Lekarka przytaknęła. 

- MoŜemy lecieć z tobą, Varian? - zapytał Bonnard. - Wzięlibyśmy duŜy ślizgacz, co? 

Proszę, Varian... 

- Nie dziś. 

-  Masz  dzisiaj  swój  dyŜur,  Bonnard,  wiesz  przecieŜ  -  przypomniała  mu  Lunzie.  -  I 

lekcje. 

Bonnard  miał  minę  tak  buntowniczą,  Ŝe  Varian  dała  mu  kuksańca  w  bok  i  szeptem 

nakazała trzymać fason. Cleiti, bardziej czuła na dezaprobatę ze strony dorosłych, trąciła go z 

całej siły łokciem między Ŝebra. 

- Mieliśmy wolne wczoraj, Bon. Gdy nadejdzie odpowiednia pora, znowu wybierzemy 

się  na  wycieczkę.  -  Cleiti  uśmiechnęła  się  do  Varian,  choć  jednocześnie  jej  spojrzenie  było 

pełne tęsknoty i zawodu. 

To takie miłe dziecko, ta Cleiti, pomyślała Varian, zmierzając razem z grawitantami do 

magazynu po sprzęt. Sprawdziła ślizgacz, mimo Ŝe Portegin dokonał juŜ rano przeglądu. 

Rozpoczęli  podróŜ  w  samą  porę,  tuŜ  po  pierwszych  porannych  opadach  deszczu.  Na 

Irecie było regułą, Ŝe po ulewie chmury rozstępowały się leniwie, pozwalając jasno-Ŝółtemu 

słońcu  ogrzać  nieco  ziemię.  Varian,  nie  przyzwyczajona  do  światła,  zmruŜyła  oczy.  Na 

szczęście natychmiast pociemniała szybka jej hełmofonu, czuła na zmianę oświetlenia. Czasem 

Varian odnosiła wraŜenie, Ŝe dziwaczne Ŝółte światło sączące się przez chmury bardziej kłuje 

w oczy niŜ bijące prosto w twarz promienie słoneczne. 

Dopiero  gdy  znaleźli  się  dziesięć  kilometrów  od  obozu,  indykator  wykrył  obecność 

pierwszych stworzeń, w większości zresztą juŜ oznakowanych. Miejsce, w którym wylądowali, 

okazało się “martwym" rejonem - zwierzęta pierzchły gdzieś, jakby wieść o nadejściu intruzów 

powoli szerzyła się pośród mieszkańców Irety. To niedostępny światek, pomyślała Varian, jak 

background image

wszystkie  bardziej...  cywilizowane?  Zaawansowane  w  rozwoju  brzmi  lepiej,  zauwaŜyła  po 

cichu. A wiec na wszystkich zaawansowanych w rozwoju planetach wyglądało to tak, jakby 

wiadomość  o  przybyciu  obcych  roznosił  wiatr  wiejący  z  miejsca  ich  lądowania  i  zwierzęta 

natychmiast się gdzieś zaszywały. Chyba Ŝe, oczywiście, była to inteligentna, gościnna planeta 

- wówczas mieszkańcy gromadzili się, by przypatrzeć się przybyszom. Lecz zdarzały się teŜ 

powitania  pełne  rezerwy  -  nie  tchórzliwe  i  nie  agresywne,  po  prostu  obojętne.  Varian 

przypomniał się płaszcz osłony siłowej rozciągnięty nad obozem. Zupełnie niepotrzebna rzecz, 

parsknęła lekcewaŜąco, przydaje się tylko do odstraszania insektów. Przynajmniej w obecnych 

okolicznościach,  gdy  zwierzęta  i  tak  trzymały  się  z  dala.  MoŜe  problem  Kaia  dałoby  się 

rozwiązać,  zakładając  po  prostu  ten jego  obóz pomocniczy,  i najpierw, zabezpieczywszy  go 

niewielkimi osłonami siłowymi, pozwolić miejscowej zwierzynie usunąć się niepostrzeŜenie z 

danego terenu, a dopiero potem przenieść tam ludzi. 

Był jednak kłacz! Prawdziwy olbrzym! Na filmie Kaia trzęsły się czubki drzew, gdy 

bestia  kroczyła  przez  las.  DuŜa  osłona  siłowa  mogłaby  go  porazić,  moŜe  i  zrazić  do 

podejmowania  kolejnych  prób  ataku...  Ostatecznie  w  cieniu  aktywnych  wulkanów  nie 

rozwijało  się  bujnie  Ŝycie  zwierzęce,  a  więc  wszystkie  stworzenia,  duŜe  i  małe,  musiały 

wiedzieć  dostatecznie  dobrze,  co  to  jest  ogień  i  czym  grozi.  Natomiast  mniejsze  osłony... 

Mniejsze  osłony  nie  byłyby  w  stanie  powstrzymać  zdecydowanego  ataku  zgłodniałego  albo 

przeraŜonego  kłacza,  a  podobną  moŜliwość  powinna  przecieŜ  wziąć  pod  uwagę.  Ba, 

zwaŜywszy apetycik drapieŜników jego rozmiarów! 

Varian wyznaczyła kurs na północny wschód, na rozległy, wysoki płaskowyŜ, otoczony 

niebotycznymi  księŜycowymi  górami,  jak  określał  je  Gaber.  Z  właściwą  sobie  pedanterią 

Gaber wyjaśnił jej kiedyś, jak to dwie płyty kontynentalne nasunęły się na siebie, wypiętrzając 

owe  olbrzymie  kamienne  szczyty.  PłaskowyŜ,  który  otaczały,  był  wcześniej  dnem 

oceanicznym.  KaŜdy  udający  się  w  tę  okolicę  otrzymywał  od  Gabera  i  Trizeina  gorące 

polecenie,  by  szukać  skamielin.  To  właśnie  tutaj,  u  stóp  gór  pochodzących  z  późnego 

fałdowania, Kai miał nadzieję natrafić na pokłady minerałów. Tereny znajdowały się daleko 

poza  zasięgiem  starych  czujników.  Ich  odkrycie,  nie  wiadomo  czemu,  wpłynęło  na  Varian 

uspokajająco.  Kai  zaś  zdawał  się  strasznie  nimi  rozdraŜniony.  Varian  zachodziła  w  głowę, 

dlaczego  -  przecieŜ  KOB  nie  miałby  chyba  ochoty  utracić  tej  dwukrotnie,  bądź  co  bądź, 

sondowanej planety. Poza tym Thekowie Ŝyją dość długo, by naprawić popełnione błędy - jeśli 

w ogóle zdarzyło im się kiedyś jakieś popełnić. A moŜe właśnie dlatego, Ŝe mają dość czasu, by 

korygować usterki, uchodzą za nieomylnych? 

background image

Przed  płaskowyŜem,  na  który  się  kierowali,  porośniętym  niegościnną,  kostropatą 

roślinnością - ni to trawą, ni krzewami - ciągnął się szeroki pas puszczy, przez którą zazwyczaj 

przedzierali  się  krewniacy  Mabel  i  gdzie  zwykł  czyhać  kłacz.  Daleko  nad  wschodnim 

horyzontem  unosiły  się  chmury  pyłu  wulkanicznego,  przeszywane  od  czasu  do  czasu 

grzmiącymi  błyskawicami,  których  huk  odbijał  się  echem  w  czujnikach  pokładowych 

ś

lizgacza. 

Naraz  spostrzegli  stado  krąŜących  w  powietrzu  padlinoŜernych.  Wylądowały,  by 

przyjrzeć się ofierze, lecz niestety sprowadzona juŜ została do zestawu kości i kosteczek, toteŜ 

ewentualne ślady ran zadanych jej przez mordercę nie nadawały się z oczywistych względów 

do zbadania. Padlina nigdy nie gniła na Irecie. Wytrwałe owady dziurawiły pracowicie swymi 

drobnymi  kleszczami  szkielet  niczym  rzeszoto.  Kości  znikną  w  ciągu  jednego  dnia.  Tylko 

twardsza  czaszka  była  nietknięta  -  Varian,  spryskawszy  ją  najpierw  preparatem 

antyseptycznym, przyjrzała się jej dokładnie. 

- Odpowiada rozmiarami czaszce Mabel? - spytał Paskutti, patrząc, jak Varian drutem 

przewraca czaszkę z jednej strony na drugą. 

- Jest w kaŜdym razie grzebieniasta. O, zobacz... widzisz? Rozszerzona jama nosowa... 

MoŜna przypuszczać, Ŝe Mabel ma o wiele lepszy węch niŜ wzrok. Pamiętasz, co wyprawiała 

dziś rano? 

- Skoro na tej planecie wszystko wonieje... - odparł Paskutti z taką gwałtownością, Ŝe 

Varian obejrzała się na niego. Myślała z początku, Ŝe chce być zabawny, tymczasem Paskutti 

powiedział to ze śmiertelnie powaŜną miną. 

-  Rzeczywiście,  cała  planeta  po  prostu  śmierdzi,  ale  Mabel  musiała  juŜ  do  tego 

przywyknąć, więc jest w stanie rozpoznać pewne zapachy i odpowiednio zareagować. Nos jest 

z pewnością jej głównym środkiem obronnym. 

Varian zrobiła trzy trójwymiarowe zdjęcia i z niemałym wysiłkiem odłamała fragment 

chrzęści  nosowej  i  drzazgę  z  kości,  by  później  poddać  je  dogłębnej  analizie.  Czaszka  była 

nieporęczna i nie nadawała się do transportu. 

PadlinoŜerne przez cały czas krąŜyły wysoko ponad ich głowami, a gdy tylko Varian i 

Paskutti  wznieśli  się  ślizgaczem  w  górę,  ptaki  sfrunęły  na  ziemię,  jakby  z  nadzieją,  Ŝe  w 

porządnie juŜ objedzonym szkielecie intruzi odnaleźli jednak jakieś smakowite kąski, które one 

przeoczyły. 

Varian  mruknęła  coś  pod  nosem.  śycie  na  Irecie  toczyło  się  szybko,  szybko  teŜ 

nadchodziła  śmierć.  Nie  naleŜało  się  dziwić,  Ŝe  Mabel,  choć  tak  cięŜko  raniona,  starała  się 

utrzymać na nogach. Dla zranionego zwierzaka upaść znaczyło nigdy się juŜ nie podnieść. Czy 

background image

przyjście  Mabel  z  odsieczą  było  przysługą,  czy  moŜe  tylko  odroczeniem  jej  i  tak  wczesnej 

ś

mierci? A jednak - rana goiła się, a kąśliwe zębiska nie naruszyły trwale struktury mięśnia ani 

nie złamały kości. Mabel będzie Ŝyła, i niebawem będzie zupełnie zdrowa. 

Ś

lizgacz dotarł do miejsca, gdzie pasły się roślinoŜerne - tutaj właśnie znaleźli Mabel. 

Varian zredukowała pracę głównego silnika i Ślizgacz zawisł nieruchomo w powietrzu. Stado 

pasło  się  spokojnie.  Pod  szerokimi,  ociekającymi  deszczem  liśćmi  Varian  dostrzegła 

cętkowany grzbiet zwierzęcia, trzymającego się pod wiatr, aby nie zwęszyły go roślinoŜerne. 

Przedtem drapieŜnik zachował się zbyt porywczo i spłoszył całe stado, poza jedną Mabel, która 

nie była w stanie szybko się poruszać. 

Poziom inteligencji roślinoŜernych zastanowił Varian. MoŜna by się spodziewać, Ŝe w 

końcu  nauczą  się  wystawiać  czaty,  jak  czynią  to  inne  gatunki  na  równie  nieprzyjaznych 

planetach,  by  ostrzegały  stado  przed  zbliŜającymi  się  drapieŜnikami.  Ale  nie,  czaszka,  jaką 

widzieli, mogła pomieścić mózg niewielkich rozmiarów, tak niewielkich, iŜ nie był w stanie 

właściwie pokierować tak potęŜnym ciałem. A moŜe miały dodatkowy mózg w ogonie? Varian 

słyszała  o  podobnej  kombinacji  juŜ  wcześniej,  dawno,  dawno  temu.  Dodatkowy  zespół 

mózgowy  w  przypadku  tak  ogromnej  bestii  nie  byłby  wcale  osobliwością.  Jama  nosowa 

przypuszczalnie mogła była pchnąć puszkę mózgową bardziej do tyłu. Więcej węchu, mniej 

rozumu, oto Mabel jak na dłoni! 

- Widzę jednego z wygryzionym bokiem - oznajmiła Tardma, spoglądając badawczo w 

lewą stronę. - To świeŜa rana! 

Varian  zerknęła  na  zwierzę,  z  trudem  powstrzymując  dreszcz  obrzydzenia.  Mimo 

zalanego  krwią,  postrzępionego  boku,  zranione  zwierzę  ze  stoickim  spokojem  pałaszowało 

liście. Głód dominuje nad bólem, pomyślała Varian. Zaspokoić go - to tylko się liczy. 

- Jest następny. Ma starszą ranę! - zawołał Paskutti, dotykając jej ramienia, by zwrócić 

jej uwagę w drugą stronę. 

Rana rzeczywiście pokryła się juŜ strupem, lecz gdy Varian wzmocniła powiększenie 

teleskopu, ujrzała rojące się pasoŜyty Ŝerujące aa skaleczeniu. Od czasu do czasu roślinoŜerny 

przerywał jedzenie, by otrzeć obolały bok. Widać było wówczas, jak od rany odpada cała masa 

insektów, strąconych językiem zwierzęcia. 

Ś

lizgacz poruszał się wolno, trzymając się ciągle pod wiatr, by stado nie zwróciło na 

niego  uwagi.  Varian  mogła  przyjrzeć  się  zwierzętom  dokładniej.  Poza  kilkoma  osobnikami, 

boki wszystkich roślinoŜernych pokrywały makabryczne rany. Do wyjątków naleŜały przede 

wszystkim zwierzęta młode i mniejsze. 

- MoŜe szybciej biegają? - zauwaŜyła Tardma. 

background image

- Raczej nie są dość... soczyste - odrzekła Varian. 

- Albo chronią je dorosłe - wtrącił Paskutti. - Przypomnij sobie: młode biegły w środku 

stada, gdy natrafiliśmy na nie po raz pierwszy. 

- Mimo wszystko wolałabym wiedzieć... - zaczęła Varian, ale Paskutti nie pozwolił jej 

dokończyć. 

- Być moŜe zaraz się dowiesz - powiedział, wskazując na dół. 

W najbardziej oddalonym krańcu puszczy jeden z roślinoŜernych przerwał nagle ucztę i 

stanąwszy  na  tylnych  nogach,  wyciągnął  swój  grzebieniasty  łeb  na  północ.  Równie 

niespodziewanie  opadł  na  ziemię  i  odwróciwszy  się,  pognał  ile  sił  w  nogach  na  południe, 

wydając  z  siebie  prychające  pogwizdywania.  Inny  zwierzak,  bynajmniej  nie  zaalarmowany 

nieoczekiwaną ucieczką towarzysza, dopiero po chwili zwietrzył ten sam zapach. Zagwizdał i 

rzuciwszy  się  na  cztery  nogi,  potoczył  się  cięŜko  w  kierunku  południowym.  RoślinoŜerne 

uciekały  -  jeden  po  drugim,  lecz  zupełnie  niezaleŜnie  od  siebie.  Młodsze  osobniki  wkrótce 

doścignęły  starsze  i  niebawem  je  przegoniły.  Parskliwe  gwizdy  stawały  się  coraz  bardziej 

hałaśliwe i pełne przeraŜenia. 

- Czekamy? - zapytała Tardma, zaciskając kurczowo krótkie, grube palce wokół sterów. 

- Owszem, czekamy - odparła Varian, świadoma tłumionej gorliwości Tardmy. 

Nie  musieli  czekać  długo.  Najpierw  doszedł  ich  odgłos  trzasku,  potem  ujrzeli 

zmierzające  majestatycznym  krokiem zwierzę. Pochyliło nisko łeb  i  wyciągając swe krótkie 

przednie łapy, rzuciło się w szaleńczą pogoń, utrzymując równowagę przy pomocy grubego, 

cięŜkiego  ogona.  Zwierz  biegł  z  otwartą  paszczą,  ogromną,  ociekającą  śliną;  widać  było 

błyskające rzędy ostrych jak szpilki zębów. Gdy przetoczył się obok zawieszonego w bezruchu 

ś

lizgacza, Varian dostrzegła jego oczy - małe zgłodniałe oczka, mordercze oczka drapieŜnika... 

- Lecimy za nimi? - zapytała Tardma dziwnie zdyszanym głosem. 

- Oczywiście. 

-  By  przeszkodzić  w  procesie  zachowania  równowagi  biologicznej?  -  odezwał  się 

Paskutti ironicznie. 

-  Równowagi?  -  Varian  dławiła  się  niemal  własnymi  słowami.  Nie  powinna  stracić 

cierpliwości.  -  Równowagi,  Paskutti?  Ten  potwór  nie  zabija  z  głodu,  on  masakruje  dla 

przyjemności. 

- MoŜe tak, moŜe nie - odparł grawitant i poprowadził ślizgacz w ślad za drapieŜnikiem. 

Zwierzę chwilami znikało im z oczu, ale mimo to z łatwością dało się śledzić jego bieg 

-  zdradzały  go  łamiące  się  i  drŜące  drzewa,  w  popłochu  wyrywające  się  do  lotu  ptactwo  i 

pierzchające ze strachu nieduŜe lądowe Ŝyjątka. Prędkość drapieŜnika znacznie przewyŜszała 

background image

szybkość  niezdarnej  ucieczki  roślinoŜernych;  dogonienie  stada  było  tylko  kwestią  czasu. 

Varian jak zwykle podeszła do pościgu emocjonalnie - czuła, jak drŜy, zaschło jej w gardle, 

miała  przyspieszony  oddech.  Zdumiała  ją  natomiast  przemiana,  jaka  zaszła  w  grawitantach. 

Pierwszy  raz,  odkąd  rozpoczęła  z  nimi  pracę,  okazywali  jakiekolwiek  uczucia  -  ich  twarze 

wykrzywiał  grymas  gorączkowego  podniecenia,  niezrozumiałej  Ŝądzy,  chciwości,  które  nie 

miały nic wspólnego z cywilizowaną reakcją. 

Była  przeraŜona.  Gdyby  zamiast  Paskuttiego  to  ona  siedziała  teraz  za  sterami, 

zawróciłaby  natychmiast,  nie  czekając  na  finał  pogoni.  To  jednak  wystarczyłoby,  Ŝeby 

poderwać  jej  autorytet  w  oczach  grawitantów.  Owszem,  tolerowali  fizyczne  ograniczenia 

swych przełoŜonych, lecz moralne tchórzostwo spotkałoby się jedynie z ich pogardą. PrzecieŜ 

to ona właśnie zorganizowała tę wyprawę, by sprawdzić, jak niebezpieczny moŜe być potwór w 

stosunku do roślinoŜernych i co groziłoby obozom pomocniczym Kaia. Nie mogła zawrócić, 

choćby  ze  względu  na  poczucie  przyzwoitości.  Poza  tym...  nie  pojmowała  swojej  reakcji  - 

widywała  juŜ  bardziej  odraŜające  formy  śmierci,  drastyczniejsze  zmagania  miedzy 

zwierzętami. 

Tymczasem  drapieŜnik zrównał się juŜ ze stadem.  Upatrzył sobie jedno stworzenie  i 

zapędził je przeraŜone w pułapkę bez wyjścia, pomiędzy zwalone drzewa. Oszalałe ze strachu 

stworzenie próbowało wspiąć się na przewrócone konary, lecz jego przednie łapy okazały się 

niezdolne  do  tego  rodzaju  ćwiczeń,  poza  tym  pnie  i  tak  nie  utrzymałyby  cięŜaru  jego 

masywnego  cielska.  Becząc  i  gwiŜdŜąc  przeraźliwie,  zwierzę  osunęło  się  powoli  w  łapy 

drapieŜnika. Ten jednym potęŜnym uderzeniem nogi zwalił sparaliŜowaną z trwogi ofiarę na 

ziemię.  Przednimi  łapami,  niezbyt  pokaźnych  rozmiarów  w  porównaniu  z  tylnymi 

kończynami,  zmierzył  wielkość  drŜącego boku zwierzęcia.  Jego ruchy były plugawe,  by nie 

rzec sprośne. Naraz zwierzak zawył - drapieŜnik zatopił zęby w jego pachwinie i wyrwał z niej 

kęs ciała. 

Varian zebrało się na wymioty. 

- Przerwij ten horror, Paskutti! Zabij go! 

-  Nie  uratujesz  wszystkich  roślinoŜernych  na  Irecie,  zabijając  jednego  drapieŜnika  - 

odparł grawitant, ze wzrokiem utkwionym w odraŜające sceny. Jego oczy płonęły Ŝądzą krwi. 

-  Nie  chcę  uratować  wszystkich, tylko tego  jednego! - wrzasnęła Varian,  sięgając  do 

sterów. 

Twarz  Paskuttiego  przybrała  znajomy  obojętny  wyraz.  Grawitant  zwiększył  moc 

silnika  i  ślizgacz  opadł  na  napastnika,  który  szykował  się  właśnie  do  kolejnego  kęsu.  Gdy 

background image

spaliny  ślizgacza  osmaliły  nieco  skórę  na  głowie  bestii,  ryknęła  z  bólu.  Stanąwszy  dęba  i 

utrzymując równowagę przy pomocy potęŜnego ogona, próbowała schwytać ślizgacz. 

- Jeszcze raz, Paskutti! - rozkazała Varian. 

- Wiem, co robić - fuknął Paskutti matowym, srogim głosem. 

Varian zerknęła na Tardmę - jej oczy równieŜ pałały niepojętym pragnieniem krwi. A 

Paskutti? AleŜ on bawi się z tą bestią, pomyślała przeraŜona Varian. 

Tym razem grawitantowi udało się pozbawić drapieŜnika równowagi. By potwór mógł 

utrzymać się na dwóch nogach, musiał puścić zdobycz. 

- Wstawaj, głuptaku! Wstawaj i uciekaj! - wydzierała się Varian, widząc, Ŝe beczący 

przeraźliwie trawoŜerca nie rusza się na krok z miejsca, gdzie upadł, brocząc obficie krwią. 

- Nie ma dość oleju w głowie, by domyślić się, Ŝe jest wolny - zawyrokowała Tardma 

głosem spokojnym, choć pełnym pogardy. 

- Wygoń stamtąd tego potwora, Paskutti! 

Varian nie musiała wcale tego mówić - Paskutti sam wpadł na ten pomysł. 

DrapieŜnik,  spostrzegłszy  wreszcie,  skąd  zagraŜa  mu  niebezpieczeństwo,  usiłował 

strącić ślizgacz swymi krótkimi łapami i potęŜnym łbem. Tym samym coraz bardziej oddalał 

się od swej ofiary. 

Paskutti  bawił  się  z  potworem,  który  nieudolnie  próbował  się  bronić.  Zanim  Varian 

zdała  sobie  sprawę,  co  Paskutti  zamierza,  grawitant  przechylił  ślizgacz  i  włączając  napęd 

odrzutowy,  skierował  cały  strumień  palącego  powietrza  z  silników  na  łeb  zwierzaka. 

Przeraźliwy  ryk  bólu  dotarł  do  ich  uszu.  Ślizgacz  gwałtownie  ruszył  do  przodu,  wciskając 

Tardmę  i  Varian  w  fotele.  Zaraz  teŜ  rzuciło  nimi  w  przeciwną  stronę,  poniewaŜ  Paskutti 

natychmiast zawrócił, by przyjrzeć się efektom swego eksperymentu. 

DrapieŜnik  próbował  otrzeć  poczerniały,  zlany  krwią  łeb.  Wściekle  kołysał  głową, 

słaniając się na nogach w śmiertelnych katuszach. 

- Sprawdźmy, czy to go czegoś nauczyło - oznajmił Paskutti i naprowadził ślizgacz na 

drapieŜnika. 

Bestia usłyszała odgłos maszyny, ryknęła boleśnie i potykając się co chwila, popędziła 

szaleńczo w przeciwną stronę. 

- Proszę bardzo, Varian. Nauczył się, Ŝe ślizgacz oznacza ból. Nigdy więcej nie będzie 

grasował na obszarze, gdzie usłyszy ślizgacz. 

- Nie o to mi chodziło, Paskutti - wydusiła z siebie Varian. 

- Ksenobiologowie zawsze tak wymiękają. Ten potwór to twardziel. Nic mu nie będzie. 

Pewnie chcesz zająć się rannym trawojadem, co? 

background image

Starając  się  zapanować  nad  nagłym  uczuciem  obrzydzenia  do  Paskuttiego  -  co 

kosztowało  ją  sporo  wysiłku,  Varian  skinęła  potakująco  głową  i  zagrzebała  się  w  swych 

weterynaryjnych  przyborach.  RoślinoŜerca  nadal  spoczywał  na  ziemi,  przewrócony  na  bok, 

wciąŜ  zbyt  przeraŜony,  by  pozbierać  się  i  uciec.  Zraniona  kończyna  drgała,  widać  było,  jak 

kurczą się odsłonięte mięśnie, wywołując za kaŜdym razem bolesne, gwiŜdŜące pojękiwania 

zwierzęcia.  Varian  nakazała  Paskuttiemu  zatrzymać  ślizgacz  tuŜ  nad  stworzeniem,  które 

pochłonięte było całkowicie własnym bólem i pogrąŜone w panicznym strachu. Z góry łatwiej 

było rozpylić antybiotyk i nałoŜyć błonę ochronną. Ślizgacz unosił się jeszcze przez jakiś czas 

w  powietrzu,  nieco  ponad  zwierzęciem,  które  w  końcu  zrozumiało,  Ŝe  nie  ma  juŜ  Ŝadnego 

niebezpieczeństwa i usiłowało wstać. Potem wietrzyło nosem dokoła, a upewniwszy się, Ŝe nic 

mu  nie  zagraŜa,  otrząsnęło  się,  porykując  z  bólu  wywołanego  ruchem.  Natychmiast  teŜ, 

zupełnie  jakby  nigdy  nic,  porwało  liść  paproci  i  schrupało  go  beznamiętnie.  Rozejrzało  się 

wokół, szukając więcej poŜywienia i nie znalazłszy nic w pobliŜu, powoli zaczęło wychodzić z 

pułapki, węsząc od czasu do czasu, i pojękując, gdy ból dawał o sobie znać. 

Varian czuła na sobie wzrok Paskuttiego. Wolała na niego nie patrzeć, by nie dojrzał 

czasem w jej oczach wstrętu, jaki do niego czuła. 

-  W  porządku,  moŜemy  zająć  się  dalszym  przeczesywaniem  terenu.  Musimy  się 

dowiedzieć,  kim  są  pozostali  mieszkańcy  przedgórza,  zanim  geologowie  będą  mogli 

bezpiecznie zabrać się do pracy. 

Paskutti skinął głową i ponownie skierował ślizgacz na północny  wschód. Po drodze 

natrafili  .jeszcze  na  trzy  gatunki  stadne  i  oznaczyli  je.  Do  Varian,  wciąŜ  ogłuszonej 

wcześniejszym  incydentem,  stopniowo  docierała  myśl,  Ŝe  wszystkie  nowo  poznane  gatunki 

musiały  mieć  wspólnych  przodków  i  dopiero  ewolucja rozwinęła  w  nich  róŜnice, w  wyniku 

czego stanowią teraz osobne podgatunki. 

Wrócili  do  bazy  tuŜ  przed  początkiem  wieczornej  ulewy.  Varian  spostrzegła,  Ŝe  nie 

tylko ona jest szczęśliwa, Ŝe nie musi juŜ dłuŜej siedzieć w ciasnej kabinie ślizgacza - takŜe 

Tardma i Paskutti wydawali się z tego bardzo zadowoleni. Varian kazała Paskuttiemu dokonać 

przeglądu ślizgacza, a Tardmie zanieść nagrania Gaberowi, sama zaś pośpiesznie udała się do 

Mabel. Zwierzak zdąŜył juŜ sprowadzić okoliczne drzewa do postaci ledwo odrastających od 

ziemi  pniaków.  Opatrunek  trzymał  się  nieźle,  a  Mabel  nie  oszczędzała  juŜ  zranionej  nogi. 

Varian  z  entuzjazmem,  lecz  i  niechęcią  myślała  o  uwolnieniu  swojej  pacjentki,  i  tylko 

praktyczne  trudności  związane  z  zapewnieniem  Mabel  wystarczającej  ilości  poŜywienia 

przekonały  ją  ostatecznie,  Ŝe  zwierzę  jak  najszybciej  powinno  znaleźć  się  na  wolności. 

Postanowiła uwolnić Mabel rano i śledzić jej poczynania ślizgaczem, zachowując, oczywiście, 

background image

odpowiedni dystans. Chciała sprawdzić, czy Mabel ma instynktowne wyczucie kierunku, czy 

potrafi się w jakiś sposób porozumieć z innymi członkami stada. Dziś jej towarzysze reagowali 

na zbliŜające się niebezpieczeństwo w pojedynkę. Głupie bezmózgowce nie umiały połączyć 

sił przeciw  napastnikowi.  Wspólnie z  łatwością podołałyby drapieŜnikowi -  jeśli oczywiście 

miałyby choć odrobinę odwagi i jakiegoś przewodnika stada. 

Varian  zastanawiała  się,  czy  moŜna  by  w  jakiś  sposób  pobudzić  inteligencję  Mabel. 

Szybko jednak zdecydowała, Ŝe podobnego eksperymentu nie da się przeprowadzić. Trwałby 

zbyt  długo,  a  przy  rozmiarach  mózgu  Mabel  szansę  na  sukces  były  śladowe.  Poza  tym,  by 

Mabel mogła osiągnąć przyzwoity poziom inteligencji, trzeba by najpierw fizycznych zmian. 

Jej  czaszka  była  w  stanie  pomieścić  jedynie  mózg  odpowiedzialny  za  podstawowe  funkcje 

Ŝ

yciowe, nie było w niej miejsca na nic więcej i nic więcej nie dałoby się zrobić. Chyba Ŝe ten 

gatunek wyposaŜony był w dodatkowy mózg w  ogonie. Miałby wówczas większe zdolności 

motoryczne...  Oczywiście,  Ŝe  Varian  miała  juŜ  do  czynienia  z  gatunkami,  które  posiadały 

pomocnicze  ośrodki  nerwowe  kontrolujące  pracę  kończyn,  natomiast  ich  mózg  główny  był 

zlokalizowany centralnie w najbardziej odpornej części ciała. Człowiek pod tym względem - i 

nie tylko pod tym, pomyślała Varian, nie był najlepiej skonstruowany. Przynajmniej takiego 

zdania byli Thekowie. 

Wolnym  krokiem  zmierzała  właśnie  do  bazy,  pochłonięta  własnymi  myślami,  gdy  z 

rozwaŜań  wyrwał  ją  niespodziewanie  szum  ślizgacza.  Ktoś  wołał  za  nią  po  imieniu. 

Spostrzegła Kaia - wyglądał na bardzo zadowolonego. Ruchem ręki przywoływał ją do siebie. 

Dołączyła leniwie do niego i Bakkuna. Zwykle stateczna i opanowana twarz Kaia promieniała 

oŜywieniem i radosną ekscytacją. Nawet Bakkuna, bądź co bądź grawitanta, spowijała otoczka 

satysfakcji i samozadowolenia. 

- Mamy parę taśm, które natychmiast powinnaś obejrzeć, Varian! Znaleźliśmy jednego 

z twoich kłączy! 

- Nawet mi o nich nie wspominaj! 

- Uuh? Mieliśmy meczący dzionek, co? CóŜ, to ci powinno dodać otuchy! Potrzebuję 

twojej opinii jako eksperta. 

- Zabiorę nasze znaleziska do Gabera - oznajmił Bakkun i ruszył w kierunku pracowni 

kartografa, zostawiając dowódców samych. 

-  Mówisz  więc,  Ŝe  dzień  ci  się  udał?  -  Varian  na  chwilę  zapomniała  o  swym 

beznadziejnym  nastroju.  Nie  miała  prawa  przygnębiać  Kaia  ani  odbierać  mu  radości  z 

dzisiejszych zdobyczy. 

background image

- I to bardzo. Poczekaj, sama zobaczysz. - Zaprowadził ją do wahadłowca. - No, a co u 

ciebie?  Da  się  oczyścić  północno-wschodnią  część  przedgórza,  abyśmy  mogli rozłoŜyć nasz 

obóz? 

-  Najpierw  obejrzymy  twoje  nagrania  -  rzuciła  czym  prędzej  Varian  i  przyspieszyła 

kroku. 

Dotarli do kabiny pilota. 

- Nie jest tajemnicą, Ŝe nie orientuję się dobrze w zwierzęcych zwyczajach - zaczął Kai, 

umieszczając  kasetę  w  odtwarzaczu  -  ale  to,  co  zaraz  ci  pokaŜę,  jest  po  prostu  pozbawione 

wszelkiej logiki. OtóŜ... otóŜ wyobraź sobie, Ŝe natrafiliśmy na złote ptaki w odległości jakichś 

stu sześćdziesięciu kilometrów od morza... 

- Co takiego? - wykrzyknęła Varian. - AleŜ to bez sensu... 

Na ekranie pojawiły się ptaki. Widziała, jak opychają się źdźbłami trawy. 

- Nie pomyślałeś czasem, by... 

-  Ha!  Mam  próbki  kaŜdego  zielska,  jakie  tam  rosło;  trawy,  krzaków,  wszystkiego  - 

oznajmił Kai, nie dając jej nawet dokończyć. 

- I to “zielsko" jest rzeczywiście zielone, wcale nie purpurowe ani niebieskie... 

- Patrz teraz! 

-  No,  nie!  A  ten  co  tu  robi?  -  Do  doliny  wkroczyła  lilipucia  postać,  lecz  wkrótce 

zbliŜenie  kamery  przywróciło  drapieŜnikowi  jego  względnie  prawdziwe  rozmiary.  -  To 

przecieŜ bestia, która zaatakowała Mabel i... 

- To nie moŜe być ten sam... 

- Oj, zdaję sobie z tego sprawę. Chodzi o to, Ŝe one są dwa razy bardziej niebezpieczne, 

niŜ  myśleliśmy.  Spotkaliśmy  dziś  jednego,  wyŜerał  właśnie  bok  następnemu  trawojadowi; 

musieliśmy interweniować! A tu, niech go szlag, zajada sobie spokojnie trawę! -  Zdumienie 

odebrało na chwilę Varian mowę. - Zastanawiam się... zastanawiam się, co takiego jest w tej 

trawie.  Umieram  z  ciekawości!  Wydawałoby  się,  Ŝe  w  swoim  środowisku  mają  wszystko, 

czego  im  trzeba...  Choć  z  drugiej  strony,  on  moŜe  akurat  zamieszkiwać  tamte  tereny.  Za  to 

ptaki... 

- Ja teŜ tak myślę. Teraz dopiero zobaczysz coś, co cię zupełnie zbije z tropu. 

Na monitorze drapieŜnik spostrzegł ptaki, a one wyczuły jego obecność i natychmiast 

sformowały szyk obronny. Varian ze zdumieniem obserwowała ich zdyscyplinowany odwrót. 

-  Kai!  Kai?!  Gdzieś  ty  się  podział,  chłopie?  -  dobiegł  ich  głos  Dimenona,  starszego 

geologa z zespołu Kaia. - Kai, odezwij się! 

- Tutaj, Dimenon! Na wprost! - odkrzyknął Kai, zatrzymując taśmę. 

background image

- Popraw mnie, jeśli się mylę: szukamy tu transuranowców, tak? - Wpadając jak burza 

do obskurnej kabiny, Dimenon wyrzucił z siebie najbardziej dramatycznym tonem, na jaki go 

było stać. Za nim wbiegła równie podekscytowana Aulia. 

- Tylko nie mów... 

-  Mówię:  znaleźliśmy  wielgachną,  ogromniastą  antyklinę  z  uranitytem...  Zasobną, 

gwarantuję! Jeśli jest inaczej, przez rok będę płacił wszelkie twoje rachunki! 

- Gdzie?! 

- Jak wiesz, mieliśmy iść wzdłuŜ południowo-wschodniej linii starych czujników i zająć 

się  obszarem  poza  ich  zasięgiem.  CóŜ,  ich  zasięg  kończy  się  na  skraju  geosynkliny,  jej 

orogeneza  jest  o  wiele  starsza  od  samej  okolicy.  To  Aulia  zauwaŜyła  Ŝyłę,  pobłyskujący 

brązem  kanał.  Akurat  zaświeciło  słońce...  ZałoŜyliśmy  sieć  sejsmiczną,  triangulacyjnie... 

Pomiary  były  dość  pobieŜne.  W  kaŜdym  razie  oto  odczyty,  które  otrzymaliśmy!  -  Dimenon 

wymachiwał  wydrukiem  niczym  zdobycznym  sztandarem.  -  ZłoŜe,  jedno  z  zasobniejszych! 

Opłacało się tu przyjechać choćby tylko dla niego. A pamiętaj, Ŝe w młodych masywach takich 

pokładów są pewnie tysiące. Mamy to, Kai, mamy to! 

Kai  w  szale  radości  zaczął  okładać  Dimenona  kuksańcami,  przepełnionymi  moŜe 

serdecznością,  lecz  niewątpliwie  dość  bolesnymi,  Varian  zaś  dusiła  w  niepohamowanym 

uścisku  Aulię.  Do  kabiny  napływali  teraz  pozostali  członkowie  zespołu  geologicznego,  by 

przyłączyć się do gratulacji. 

- A juŜ się zacząłem zastanawiać nad tą planetą. Niby znajdowaliśmy jakieś tam ślady 

rudy, owszem, ale wciąŜ nie było złóŜ... - opowiadał Triv. 

-  Triv!  -  odezwał  się  Gaber.  Jego  twarz,  usmarowana  atramentem,  po  raz  pierwszy 

emanowała  prawdziwą  radością.  -  Zapominasz,  Ŝe  nasz  obóz  mieści  się  na  starej  płycie 

kontynentalnej, po której nie naleŜało się wiele spodziewać... 

-  I  pomyśleć,  Ŝe  wystarczyło  pójść  kawałek  dalej,  dosłownie  za  miedzę,  na  drugą 

płytę!...  I  patrzcie,  jakie  są  efekty!  -  Dimenon  ponownie  odtańczył  swój  tryumfalny  taniec, 

wywijając  kartkami  papieru  jak  proporcem,  póki  nie  zahaczył  nimi  o  Portegina,  co  niemal 

skończyło  się  podarciem  ich  na  kawałki.  Natychmiast  przerwał  swoje  szaleńcze  młynki  i 

ostroŜnie zwinąwszy bezcenny wydruk, upchnął go do kieszonki na piersi. 

- Na zawsze w mym sercu! 

- Sądziłam, Ŝe to moje miejsce - zauwaŜyła uszczypliwie Aulia. 

- Nie obędzie się chyba bez bankietu? - zaproponowała Lunzie, wytykając głowę zza 

drzwi. 

background image

- Tylko mi nie mów, Ŝe przyrządziłaś jakiś rozweselający soczek! - zawołał Dimenon, 

wygraŜając jej oskarŜy cielsko palcem. 

- CóŜ, wiesz przecieŜ, Ŝe sposobów podawania owoców jest bez liku... - odparła Lunzie 

tonem tak niewinnie słodkim, Ŝe Varian wyrwał się okrzyk zdumienia. 

- CzyŜbyś nie wiedział, Ŝe Lunzie potrafi zrobić coś z niczego? 

- Trzy razy hip-hip-hura dla Lunzie! Naszego dietetyka-gorzelnika! 

-  Gorzelnika?  A  skąd  ci  do  głowy  przyszło,  Ŝe  coś  destylowałam?  -  spytała  Lunzie 

podejrzliwie. 

- A po cóŜ innego Trizein kleciłby przez cały ranek zestaw do destylacji, co? 

Znów posypały się gratulacje, zagłuszane salwami śmiechu. Varian spostrzegła nagle, 

Ŝ

e brakuje grawitantów. Zastanowiło ją to, lecz nic nie powiedziała. Dimenon zapewne trąbił 

juŜ o swoim sukcesie, gdy biegł tu ze ślizgacza. A więc gdzie podziewali się grawitanci, skoro 

nie dołączyli do zespołu fetującego właśnie pierwsze prawdziwe osiągnięcie? 

Lunzie rozwodziła się teraz nad ewentualnym smakiem swojego trunku. Napój nie miał 

dość  czasu,  by  się  ustać,  nie  mówiąc  juŜ  o  tym,  by  zdąŜył  swoje  odleŜeć.  Jednak  Dimenon 

przymilnym tonem zapewnił ją, Ŝe bez wątpienia będzie czego zakosztować. Zebrani zaczęli 

kolejno opuszczać kabinę, kierując się w stronę głównego budynku. Varian dostrzegła światło 

w  kwaterach  zajmowanych  przez  grawitantów  i  przechodząc  głównym  hallem,  uruchomiła 

syrenę alarmową. Natychmiast uchylił się luk i w blasku światła zarysowały się masywne barki 

i głowa grawitanta. 

- O co chodzi? 

Był to głos Paskuttiego. 

-  Nie  słyszałeś,  Paskutti?  Natrafiliśmy  na  potęŜne  złoŜe  uranitytu,  a  Lunzie 

wydestylowała jakiś trunek, którego zamierzamy spróbować w ramach świętowania sukcesu. 

PotęŜna  dłoń  kiwnęła  ze  znudzeniem  i  zniknęła  za  zamykającym  się  z  powrotem 

lukiem. 

- Znów się chowają? - spytał Kai, zatrzymując się na moment. 

-  Wiesz,  mają  nieco  odmienny  temperament...  -  Nagle  Varian  przypomniała  sobie 

oŜywioną reakcję Paskuttiego, gdy drapieŜnik atakował tamto zwierzę. 

- ChodźŜe Paskutti! Za duŜo pracy otępia! - wrzasnął Kai. - Tardma! Tangeli! Bakkun! 

Wy wszyscy tam, dalejŜe!.. 

Luk  otwarł  się  ponownie.  Wytoczyli  się  z  niego  grawitanci  i  statecznie,  bez 

najmniejszego entuzjazmu dołączyli do rozbawionych towarzyszy. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY  

 

Nim Kai wychylił do końca pierwszy kieliszek napoju Lunzie, zdąŜył nabrać o wiele 

więcej szacunku dla wszechstronnych zalet owoców i pomysłowości lekarki, o której krąŜyły 

juŜ zresztą legendy. Niewiele brakowało, by został prawdziwym wielbicielem owoców. Lubił 

subtelną goryczkę w trunkach, a ten miał delikatnie cierpki smak, w sam raz odpowiadający 

jego upodobaniom. 

Z przeraŜeniem  przyglądał się  Lunzie,  która  ze  śmiertelną  powagą napełniła nieduŜe 

kieliszki dla trojga najmłodszych członków ekspedycji. JuŜ miał wstać, by zaprotestować, lecz 

lekarka  dała  mu  uspokajający  znak  ręką.  Bonnard  ostroŜnie  zrobił  mały  łyk  i  skrzywił  się 

niezadowolony. 

- Blee! Lunzie, to przecieŜ sok. 

-  Oczywiście.  Nie  spodziewałeś  się  chyba,  Ŝe  komuś  w  twoim  wieku  podam  coś 

innego? 

-  Ale  czegoś  tu  dodałaś,  prawda,  Lunzie?  -  oceniła  Cleiti,  uśmiechając  się,  by 

wynagrodzić jej narzekania Bonnarda. 

- Owszem, dodałam. Zobaczymy, czy odgadniecie, co to. 

-  Niewątpliwie  coś  zdrowego  -  wymamrotał  Bonnard,  czego  Lunzie  chyba  juŜ  nie 

dosłyszała, poniewaŜ wróciła do gości. 

Kai, ubawiony serdecznie całym zajściem, pośpieszył do stołu, by napełnić swój talerz. 

Tym razem serwowano mieszankę z syntetyzowanych i naturalnych produktów, włączając w to 

paszteciki  sporządzone  z  alg,  które  hodował  Trizein.  Smakowały  nieco  hydrotellurkiem, 

którym przesiąknięta była cała planeta. Gdyby nie ten smród, pomyślał jak zwykle, Ireta byłaby 

naprawdę uroczym miejscem. 

Jedząc, przystanął trochę z boku, by obserwować członków pozostałych druŜyn i ocenić 

ogólne  wraŜenie,  jakie  wywarło  odkrycie  Dimenona  i  Margit.  Odnalezienie  złoŜa  rudy 

automatycznie  przynosiło  ich  zespołowi  dodatkową  premię  i  inne  druŜyny  mogły  Ŝywić  do 

nich urazę wskutek takiego biegu wydarzeń. Z tym Ŝe w tej chwili wszyscy wiedzieli juŜ, gdzie 

szukać i mogli rozpocząć prace w pierwszej lepszej strefie orogenicznej. Nareszcie odkrycia 

będą regułą, a nie wyjątkiem, jak dotąd. 

Oznacza to niestety takŜe, Ŝe Kai będzie musiał donieść BO o znaleziskach. Jak długo 

będą w stanie razem z Varian ukrywać fakt, Ŝe wyprawa straciła kontakt z KOB-em? Zespoły 

będą oczekiwać z bazy jakichś dowodów uznania, podziękowań czy choćby najzwyklejszego 

background image

potwierdzenia  swych  osiągnięć.  CóŜ,  póki  co,  wynajdzie  parę  proceduralnych  formalności, 

dzięki  którym  będzie  mógł  zaczekać,  aŜ wszystkie druŜyny  przeprowadzą dogłębne badania 

terenu i analizę wydobytej rudy. To powinno dać mu kilka dni zwłoki. Następnych osiem do 

dziewięciu  dni  da  się  jeszcze  wytłumaczyć  czynnościami  operacyjnymi  -  tyle  mniej  więcej 

czasu potrzebowałaby BO, by przejąć raport. No a potem będą zmuszeni przyznać, Ŝe łączność 

jest  zerwana.  Oczywiście  moŜe  się  zdarzyć,  Ŝe  do  tego  czasu  baza  pokona  zakłócenia 

wywołane burzą kosmiczną i odbierze wszystkie raporty. Kai postanowił nie zamartwiać się na 

zapas.  Pociągnął  spory  haust  nalewki,  której  błogie  ciepło,  nieznacznie  tylko  skaŜone 

wszędobylskim hydrotellurkiem, rozlało się po jego podniebieniu. 

Rozglądając  się  po  sali,  Kai  zauwaŜył  Varian,  bacznie  obserwującą  grawitantów.  Jej 

ś

ciągnięte  brwi  mogły  oznaczać  wyłącznie  dezorientację.  Paskutti  zaśmiewał  się  szczerze  z 

czegoś,  co  opowiadał  Tangeli.  Rzeczywiście,  uśmiech  na  twarzy  grawitanta  był  rzeczą  tak 

rzadką,  Ŝe  mógł  wprawić  w  osłupienie.  Być  moŜe  to,  Ŝe  Paskutti  czuł  się  rozluźniony,  było 

zasługą napoju Lunzie. Coś takiego nie powinno dziwić Varian. Kai podszedł do niej. 

- Nigdy przedtem nie widziałaś, jak Paskutti się śmieje? 

- Ach...! To ty, Kai, wystraszyłeś mnie. 

- Przepraszam, nie chciałem. 

- PrzecieŜ... PrzecieŜ chyba nie upili się tym słodem... - Varian uniosła swój kieliszek, 

przyglądając  się  mu  filuternie.  -  Wypili  nie  więcej  ode  mnie,  a  zachowują  się  jakoś...  jakoś 

inaczej. 

- Nie widzę Ŝadnej róŜnicy, Varian. Poza tym dopiero drugi raz w Ŝyciu widzę uśmiech 

na twarzy Paskuttiego, a przepracowałem juŜ z nim trzy lata. To naprawdę nie jest powód do 

zmartwień... Chyba Ŝe... - Spojrzał na nią przenikliwie. - Czy coś się dziś wydarzyło? 

- I tak, i nie. Zwyczajny, nieco brutalny incydent... DrapieŜnik zaatakował roślinoŜercę. 

Ohydztwo. - Otrząsnęła się z niesmakiem, a potem uśmiechnęła rezolutnie. - Przypuszczam, Ŝe 

za bardzo jestem przyzwyczajona do zwierząt domowych. 

- Coś w rodzaju Galormisów, co? Przeszły ją ciarki na sam dźwięk ich nazwy. 

-  Doprawdy,  zawsze  wiesz,  jak  mnie  rozbawić  -  Ŝachnęła  się.  Pokazała  mu  język  i 

roześmiali się razem. - Nie, niezupełnie. Na swój sposób Galormisowie byli bystrzejsi. Mieli 

dość rozumu, by wkraść się w nasze łaski. Byli tak sympatyczni, tak przymilni... Zupełnie jak 

na  trójwymiarowych  filmach  o  nich,  które  oglądaliśmy.  Mój  stary  instruktor  weterynarii 

zawsze  nas  ostrzegał:  “Nigdy  nie  ufajcie  zwierzęciu.  NiewaŜne,  jak  dobrze  je  znacie,  jak 

bardzo lubicie, i wierzycie mu". Tymczasem... Dość tego. Chyba zbyt wiele czasu spędziłam w 

towarzystwie smutasów  i miewam przywidzenia... W końcu mamy dziś powody do  radości, 

background image

więc  się  cieszmy.  Jutro  zapowiada  się  niezwykle  pracowicie.  Kai...  -  ZbliŜyła  się  nieco  do 

niego, by nikt nie dosłyszał jej słów. - Co zrobimy z raportami dla BO? 

- Sam juŜ się nad tym zastanawiałem - odparł. Przedstawił jej zaraz swoją propozycję 

wyjścia z niemiłej sytuacji. 

- To rozsądny pomysł, Kai, naprawdę rozsądny. Mam tylko nadzieję, Ŝe do tego czasu 

BO się odezwie. Słuchaj, moŜe spytałbyś Theków, przy okazji następnego kontaktu, czy nie 

pamiętają czasem jakichś szczegółów poprzedniej wyprawy na Iretę? 

-  By  zaspokoić  ciekawość  czy  dać  upust  niezadowoleniu,  Ŝe  wysłano  nas  tutaj,  nie 

informując o poprzedniej ekspedycji? 

- A który z dwóch bodźców emocjonalnych przemówiłby do nich dobitniej? 

- Obawiam się, Ŝe Ŝaden. Sęk w tym, by zmusić ich do aktywnego myślenia. 

- Zanim powiedzą, co myślą, nas juŜ moŜe tu nie być - odparła Varian i natychmiast 

urwała, a potem, na poły zdziwiona własnymi słowami, dodała: - Nie sądzisz, Ŝe starszy Thek 

mógł być członkiem tamtej ekspedycji? 

- Varian - jęknął Kai - trzeba było milionów lat, by zaszły zmiany tektoniczne, które 

pogrzebały stare czujniki. Nawet Thekowie nie Ŝyją tak długo... 

-  A  ich  dzieci?  MoŜe  starszy  Thek  wie  od  ojca?  Wiesz,  bezpośrednie  przekazanie 

pamięci... Praktykują to z pokolenia na pokolenie. 

- To moŜe być to! 

- Co? 

- W ten sposób zagubiono dane dotyczące Irety. Przez niedokładny transfer. 

-  Znów  zaczynasz  swoje,  Kai.  Podkreślasz  omylność  Theków,  a  tymczasem  oni 

wykonali za ciebie połowę roboty. 

Kai zerknął na nią nieco zaniepokojony. Nie, nie było powodów do obaw - Varian po 

prostu przekomarzała się z nim. 

-  Tę  mniej  niebezpieczną  połowę...  wyznaczenie  pól,  phi!  teŜ  mi  robota!  A  propos, 

chciałbym jutro wypoŜyczyć twoich  grawitantów, jeśli oczywiście będziesz się w stanie bez 

nich  obyć.  Musimy  przenieść  sporo  sprzętu,  a  Dimenon  twierdzi,  Ŝe  okolica  jest  parszywa. 

Wezmę teŜ Gabera, by mógł na miejscu sporządzić szczegółowe mapy. 

- MoŜe jednak ktoś by tu został? 

- Lunzie. Powiedziała, Ŝe woli pozostać na posterunku. Divisti ma do przeprowadzenia 

jakieś  eksperymenty,  a  Trizeina  i  tak  nic  nie  ruszy  z  laboratorium.  I,  przyjmij  najszczersze 

wyrazy ubolewania, przypadnie ci w udziale towarzystwo naszych pupilków. 

background image

-  JuŜ  ty  się  nie  martw.  Zajmę  się  nimi.  Sama  chciałabym  przyjrzeć  się  rudzie,  a 

wycieczka dobrze im zrobi. Uwiniemy się z tym szybko i damy wam popracować w spokoju, 

bez obaw. Bonnard moŜe nawet oznaczyć zwierzęta, skoro ty juŜ nie chcesz... 

- Jeju, Varian, przecieŜ nie chodzi o to, Ŝe ja nie chcę... - wymamrotał Kai. 

- Oj, Kai, ja się tylko z tobą droczę, nie widzisz? Dzieciaki będą dokładnie tak samo 

przydatne  jak  grawitanci,  przynajmniej  przy  sprawdzaniu  okolicznych  form  dzikiego  Ŝycia. 

Oczywiście pozostaną w ślizgaczu - dodała, widząc ostrzegawcze spojrzenie Kaia. 

Kiedy  dołączyła  do  nich  Lunzie,  Kai  zasypał  ją  gradem  pochwał  pod  adresem  jej 

napoju. 

Lunzie zmarszczyła brwi, przyglądając się z powątpiewaniem płynowi w dzbanku. 

-  Nie  jest  jeszcze  zupełnie  dobry.  Jeszcze  raz  go  przedestyluję,  moŜe  zniknie  ten 

hydrotellurkowy posmaczek. 

-  Tak  trzymać,  Lunzie,  tak  trzymać!  -  powiedział  Kai  i  ochoczo  podstawił  swój 

kieliszek, by go napełniła. Lunzie zignorowała Kaia, wywołując jego głośne narzekania. 

-  Kac  nie  byłby  jutro  najlepszym  towarzyszem.  A  ten  owoc  jest...  hm,  skuteczny  w 

działaniu. - Lunzie ruchem głowy wskazała grawitantów. Salwy ich tubalnego śmiechu coraz 

częściej przetaczały się po sali. - JuŜ odczuwają jego skutki, a przecieŜ ich metabolizm pozwala 

im na spoŜycie większych ilości alkoholu niŜ nam. 

- Naprawdę wyglądają na pijanych, co, Varian? 

-  Pijanych?  Pewnie  tak...  -  To  wyjaśniałoby,  pomyślała  Varian,  dlaczego  się  tak 

nawzajem  głupkowato  obłapiają.  Alkohol  w  przypadku  niektórych  gatunków  okazywał  się 

niezłym  afrodyzjakiem.  Nigdy  co  prawda  nie  słyszała,  by  w  podobny  sposób  wpływał  na 

grawitantów, ale cóŜ. Zastanawiała się właśnie, czy nie powinna moŜe z nimi zamienić parę 

słów, gdy nieoczekiwanie, jakby spontanicznie reagując na jakiś znak, grawitanci opuścili salę. 

- Całe szczęście, Ŝe przynajmniej niektórzy wiedzą, gdzie są granice... - zaopiniowała 

Lunzie.  -  Lepiej  pójdę  za  ich  milczącą  radą  i  zabiorę  stąd  ten  zakazany  owoc  w  stanie 

płynnym... 

Varian  zaprotestowała.  Kai  wypił  dwa  kieliszki,  ona  tymczasem  sączyła  wciąŜ 

pierwszy. Lunzie z westchnieniem dolała jej kapkę i czym prędzej wyniosła resztę trunku z sali. 

Gaber rzucił się za nią w pogoń, wystarczyła jednak cięta uwaga z jej strony, by osadzić go 

natychmiast na miejscu. Z nachmurzoną miną kartograf podszedł do Varian i Kaia. 

-  Wieczór  dopiero  się  zaczął...  -  wy  bąkał  tonem  skrzywdzonego  dziecka.  -  Co  jej 

strzeliło do głowy, by zabierać nam napój? 

background image

- Obawiała się skutków jego wypicia - Varian przyjrzała się podejrzliwie zielonkawemu 

płynowi. - Wywarł dość potęŜne wraŜenie na grawitantach... 

-  To  Ŝe  grawitanci  mają  słabe  głowy,  w  przeciwieństwie  do  pokaźnych  mięśni,  to 

jeszcze nie powód, by nas pozbawiać odrobiny alkoholu... - Ŝachnął się Gaber. 

Kai i Varian zerknęli na siebie przelotnie. Gaber, zapewnię niezupełnie tego świadom, 

coraz  bardziej  bełkotał.  Pociągnął  ostroŜnie  ze  swojego  kieliszka  i  przymknąwszy  oczy,  by 

delektować się smakiem, wymamrotał niewyraźnie: 

- To pierwsza przyzwoita rzecz na tej planecie. Jedyna, która nie cuchnie. A Lunzie ot 

tak,  po  prostu  sprzątnęła  nam  ją  sprzed  nosa...  Niesprawiedliwe...  Najzwyczajniej 

niesprawiedliwe... 

- Czeka nas jutro cięŜki dzień, Gaber - zaczął Kai. 

- A moŜe to ty jej kazałeś wydzielać racje? - Gaber miał wielką ochotę wyładować się 

na Kaiu. 

-  Bynajmniej.  To  ona  jest  tutaj  dietetykiem  i  lekarzem.  A  tej  serwatce  czegoś 

najwyraźniej brakuje. Mogłaby wywołać jakieś niepoŜądane reakcje, a jutro... 

- Wiem, wiem. - Gaber machnął z wściekłością ręką, by przerwać wykład Kaia. - Jutro 

czeka  nas  wielki  dzień.  NajwaŜniejsze,  Ŝe  mamy  coś,  co  będzie  nas  mogło  podtrzymać  na 

duchu,  jeśli  się  okaŜe,  Ŝe  naprawdę  zostaliśmy...  -  Nagle  urwał  zdanie,  spoglądając 

niespokojnie na Kaia. Kai udał, Ŝe nic nie zauwaŜył. - Hę, hę, rzeczywiście ma jakiś śmieszny 

smaczek - dorzucił bez sensu kartograf i ulotnił się. 

- Podtrzymać nas na duchu, kiedy... co? - zapytała Varian, skonsternowana. 

- Gaber wykoncypował teoryjkę, jakobyśmy mieli zostać tu juŜ na amen. 

- Na amen? - Varian zatkała usta dłonią, a po chwili wybuchnęła gromkim śmiechem. - 

Wątpię. Nie na planecie tak bogatej w transuranowce. Nie, to niemoŜliwe. Zbyt potrzebna jest 

tutejsza  ruda.  Poza  tym  nie  wyposaŜyli  nas  w  Ŝaden  cięŜszy  sprzęt,  abyśmy  mogli  zająć  się 

wydobyciem. PrzecieŜ nie będziemy rafinować transuranowców... Smutas z tego Gabera. On 

chyba nigdy nie dostrzega Ŝadnych pozytywów... 

- Ja teŜ go wyśmiałem, Varian, tyle Ŝe... 

- Komendancie Kai. - Varian obrzuciła go groźnym wzrokiem. - AleŜ oczywiście, Ŝe 

naleŜało go wyśmiać. Jego hipoteza jest głupia, niezdrowa i bezpodstawna. Szkoda tylko, Ŝe 

nie przejęto naszych pozostałych raportów. Wówczas ja sama mogłabym juŜ nie mieć Ŝadnych 

wątpliwości. - Spojrzała na niego zapamiętale i potrząsnąwszy przecząco głową, dodała: - Nie, 

to się nie trzyma kupy. Nie zostaniemy tu. JeŜeli jednak nie nawiąŜemy łączności z BO, Gaber 

background image

z  pewnością  rozpuści  tę  plotkę.  -  Zajrzała  do  pustego  kieliszka.  -  Przeklęta  Lunzie!  Akurat 

przydałaby mi się jeszcze kropelka... 

- Ustaliliśmy, jak mi się wydaje, Ŝe póki co, nie będziemy martwić się BO. 

-  Wcale  się  nie  martwię.  Gderam  sobie,  nie  wolno?  Smakują  mi  te  zlewki!  Mają 

ciekawy posmak... 

-  Zapewne  jakiegoś  środka  odŜywczego  -  zawyrokował  Kai,  przypominając  sobie 

narzekania Bonnarda. 

Varian roześmiała się głośno. 

- Co do tego moŜesz być pewny! Lunzie przede wszystkim dba o nasze zdrowie. 

Dimenon,  obejmując  zazdrośnie  Margit,  podszedł  chwiejnym  krokiem  do  Kaia  i 

Varian.  Nie  mógł  wypić  więcej  od  innych,  skoro  Lunzie  skwapliwie  racjonowała  trunek,  a 

mimo  to  był  nadzwyczaj  wesoły  i  jego  twarz  palił  ognisty  rumieniec.  Oznajmił,  Ŝe  z  całą 

stanowczością będzie obstawał przy tym, by odkryte właśnie złoŜa uranitytu zostały nazwane 

imieniem Margit, która z równym uporem nalegała, by dzielić sukces razem z nim, jak było w 

zwyczaju. Wywiązała się między nimi przyjacielska sprzeczka, kaŜde przyzywało na pomoc 

swych zaufanych popleczników z zespołu, aŜ w końcu w dyskusję wplątani zostali dokładnie 

wszyscy. 

Jak się okazało, irytacja Gabera nie była odosobnionym przypadkiem niezadowolenia 

wywołanego pośpiesznym zniknięciem Lunzie. Kai ze zdziwieniem wysłuchiwał nieśmiałych 

utyskiwań pod adresem grawitantów. Zaskoczyło ;o to niepomiernie, gdyŜ dotąd bardziej czuły 

był na punkcie tarć między zespołami geologów. 

Następny  ranek  przyniósł  kolejny  powód  do  zastanowienia  nad  zachowaniem 

grawitantów - daleko im było do zwykłej sobie solidności i pewności, poruszali się niemrawo ' 

niezdarnie, byli wyraźnie wycieńczeni i nieznośnie posępni. 

-  Kac  po  dwóch  kieliszkach?  -  burknęła  z  powątpiewaniem  Varian,  spostrzegłszy, 

podobnie jak Kai, ponury nastrój w swej druŜynie. - Światła w ich kwaterach pogasły bardzo 

szybko, więc powinni być wyspani... 

- Jeśli poszli spać... - odparł Kai, szczerząc zęby w uśmiechu. 

Varian ze zdumieniem rozdziawiła usta. Po chwili zachichotała. 

- Zawsze zapominani, Ŝe oni takŜe muszą odczuwać pociąg seksualny. Mają dziwaczny 

cykl, na ich planecie seks jest przymusowy podczas, Ŝe się tak wyraŜę, godów... Ale generalnie 

nie robią tego, jeśli uczestniczą w jakiejś wyprawie. 

- Nie obowiązuje ich przecieŜ co do tego Ŝaden zakaz, prawda? 

background image

- Nie, oni zazwyczaj tego nie robią... - Varian zamyśliła się na moment. - CóŜ, wypocą 

całego  kaca  w  górach,  gdy  zapędzimy  ich  do  pracy  -  dorzuciła,  spoglądając  na  przedgórze, 

które wypiętrzało się coraz wyŜej i wyŜej, aŜ na horyzoncie przeradzało się w niebosięŜne góry. 

Kai  i  Varian  stali  na  skraju  podłuŜnej  grani,  ponad  ciągnącymi  się  poniŜej  doŜami 

uranitytu. Widać było połyskującą brązowo Ŝyłę rudy. 

- Te pokłady są fantastyczne. Ich lokalizacja równieŜ. Wystarczy jeden większy statek 

wydobywczy.  Proszę  bardzo:  raz  przysiadzie  i  zgarnie  całą  rudę  -  Varian  wymawiała  słowa 

bardzo wyraźnie, podkreślając wszystkie “r" śpiewnym trylem i gestykulując zamaszyście, by 

zobrazować Kaiowi swoją wizję. 

- Nie sądziłem, Ŝe pracowałaś kiedyś w zespole geologicznym - odgryzł się Kai. 

-  Na  Galorm  wysłano  ekspedycję  w  poszukiwaniu  minerałów,  nie  zwierząt. 

Powszechnie  jednak  mniemano,  Ŝe  to  właśnie  fauna  jest  sprawą'  pierwszorzędną,  gdy 

tymczasem  wysłano  nas,  ksenobiologów,  po  to  tylko,  byśmy  skatalogowali  jedną  odmianę 

Ŝ

ycia. 

- Przeszkadzało ci to? 

-  Co?  To,  Ŝe  byłam  drugorzędnym  uczestnikiem  wyprawy?  -  Varian  wzruszyła 

ramionami. - Nie, Kai. - Uśmiechnęła się, by go przekonać, Ŝe nie kłamie. - Energia jest o wiele 

waŜniejsza niŜ jakieś tam planetarne Ŝycie. 

-  śycie  -  Kai  zrobił  małą  pauzę,  by  podkreślić  znaczenie  tego  słowa  -  jest  o  wiele 

waŜniejsze niŜ kaŜda, choćby bezcenna skamielina. - Ruchem dłoni wskazał na złoŜa rudy. 

-  Która  dziwnym  trafem  jest  niezbędna,  by  to  Ŝycie  podtrzymać  -  odparła  Varian.  - 

Mamy je wspierać, chronić i badać. Jestem tu, by przyjrzeć się Ŝyciu na Irecie, ty, by umoŜliwić 

dalsze istnienie Ŝycia w pozostałych zakątkach wszechświata, którymi ono tak wielkopańsko 

zawładnęło. JuŜ ty się mną nie martw, Kai. Doświadczenia, które zbieram tutaj, mogą pewnego 

dnia zaprowadzić mnie dokładnie tam, dokąd chciałabym dotrzeć... 

-  To  znaczy?  -  Kai  usiłował  jednocześnie  dojrzeć,  co  takiego  Paskutti  i  Tardma 

wyprawiają z sejsmografem. 

- Stanowisko pracownika ochrony planetarnej. No, nic - Varian spostrzegła, Ŝe uwaga 

Kaia skupiona jest na czymś innym - pójdę lepiej wzbogacić się w potrzebne mi do awansu 

doświadczenia i przyjrzę się twoim ptaszydłom. Tym obszarem zajmę się najpierw... - głos jej 

się załamał, gdy Tardma potknęła się o coś. 

Obojgu  zaparło  dech  w  piersiach  -  Tardma  dokonała  cudów  ekwilibrystyki,  by 

odzyskać  równowagę  i  złapać  zawieszony  na  moment  w  powietrzu  pakunek  z  niezwykle 

delikatną aparaturą, którą taszczyła właśnie na stok wzniesienia. 

background image

-  Czego,  u  licha,  Lunzie  dodała  do  tego  rozweselającego  napoju,  Ŝeby  ich  aŜ  tak 

urządzić? 

- To wina Irety, nie Lunzie. Jej trunek nie wpłynął przecieŜ w ten sposób na nas. Na 

razie, Kai. Muszę jeszcze tylko zebrać dzieciaki. 

- Będzie mi potrzebny duŜy ślizgacz, pamiętasz? 

-  Pamiętam,  wróci  do  zachodu  słońca.  Daj  znać,  gdybyś  potrzebował  go  wcześniej  - 

odparła, wskazując na swój komunit. 

Bonnard,  odciągnięty  od  prawdziwej  frajdy,  jaką  stanowiło  dla  niego  wysadzanie  w 

skale  otworów  do  czujników,  był  niepocieszony.  Dopiero  Dimenon  przekonał  go,  Ŝe  zanim 

wszystko  przygotują,  minie  parę  godzin,  i  chłopiec,  zniechęcony  perspektywą  tak  długiego 

oczekiwania, raźno ruszył za Varian. 

Terilla, zauroczona niezwykłymi, kolorowo kwitnącymi pnączami, uzbrojona w grube 

rękawice, ostroŜnie wyrywała rozmaite okazy i chowała je do toreb, które specjalnie w tym celu 

podarowała jej Divisti. Cleiti, która przyjęła rolę adiutanta Bonnarda, traktowała zajęcie swej 

młodszej  koleŜanki  z  wyniosłą  pogardą.  Varian  zagoniła  ich  wszystkich  do  ślizgacza,  gdzie 

kazała  im  zająć  miejsca  i  pozapinać  pasy.  Sprawdziła  licznik  czasu  lotów.  Wszystko  się 

zgadzało, oprócz godzin eksploatacji ślizgacza poprzedniego dnia. Dałaby głowę, Ŝe jej lot nie 

trwał dwanaście godzin. Pomijając dwie godziny potrzebne, by dotrzeć w ogóle na przedgórze, 

nie  była  w  stanie  wylatać  więcej  niŜ  sześć  godzin.  Ale  aŜ  dwanaście?  Oznaczałoby  to,  Ŝe 

ś

lizgacz nadaje się teraz do ładowania i przeglądu. 

Westchnęła. Będzie trzeba zapytać po powrocie Kaia. 

MoŜe źle coś ustawiła albo teŜ ktoś jeszcze korzystał ze ślizgacza pod jej nieobecność. 

Z  cierpliwością  godną  absolutnego  podziwu  pokazała  Bonnardowi,  jak  obsługuje  się 

przyrząd  do  oznaczania  zwierząt,  Cleiti,  jak  funkcjonuje  indykator,  i  Terilli,  w  jaki  sposób 

sprawdzać, czy działają kamery, gdy będą przelatywać nad nieznanym terenem. Dzieciaki były 

oczywiście  zachwycone  odpowiedzialnymi  zadaniami  i  nadzwyczaj  uwaŜnie  przysłuchiwały 

się  Varian,  która  wyjaśniła  im  zasady  sondowania  obszaru,  gdzie  mogą  występować 

drapieŜniki. Varian ze sceptycyzmem odnosiła się do ich zapału, podejrzewając, Ŝe wygaśnie, 

gdy  tylko  “nowe  zadania"  staną  się  monotonną  rutyną.  Musiała  jednak  przyznać,  Ŝe 

entuzjastyczna  wesołość  dzieci  stanowiła  dla  niej  niezwykle  miłą  odmianę  po  śmiertelnej 

powadze grawitantów, jej zwykłych towarzyszy. 

Dzieci nie miały jeszcze okazji dokładnie przyjrzeć się naturalnemu środowisku na tej 

niepokalanej  planecie,  poniewaŜ  dotąd  odbyły  tylko  jedną  wycieczkę.  Gdy  Varian  zataczała 

kółko nad obozem, ślizgacz trząsł się od ich śmiechu i radosnej paplaniny. 

background image

Z  początku  niewiele  moŜna  było  zobaczyć.  Większość  napotkanych  zwierząt  była 

skromnych rozmiarów i z łatwością chowała się przed wścibskim wzrokiem ludzi. Bonnard nie 

posiadał się więc z radości, gdy w końcu udało mu się oznaczyć kilka nadrzewnych stworzeń. 

Musiały prowadzić nocny tryb Ŝycia, skoro nawet nie poruszyły się, gdy ślizgacz przelatywał 

nad  nimi. Ter  Ola  od  czasu  do  czasu  powaŜnym głosikiem  donosiła,  Ŝe  kamery działają jak 

naleŜy, ale jej zdaniem szczegółów nie sposób będzie zobaczyć, gdyŜ roślinność jest zbyt gęsta. 

Gdy  zawrócili  w  kierunku  złoŜa  uranitytu,  szum  ślizgacza  wypłoszył  stado  rączych, 

miniaturowych  zwierzątek,  które  Bonnard  natychmiast  z  pasją  oznaczył,  a  Terilla  z  nie 

ukrywaną  dumą  sfilmowała.  W  końcu  i  Cleiti,  mocno  juŜ  poirytowana  sukcesami  swych 

rówieśników, miała powód do dumy. Znajdujący się w jej pieczy indykator wykazał obecność 

jakichś  podziemnych  istot.  Nie  wychodziły  z  ukrycia,  wystarczyły  jednak  wskazania 

indykatora, by domyślić się, Ŝe muszą to być niezwykle drobne, raczej bojaźliwe nocne Marki, 

zapewne z gatunku ryjących, które nie powinny stanowić zagroŜenia dla obozu. 

Prawdę  powiedziawszy,  Varian  musiała  przyznać,  Ŝe  w  okolicy  złóŜ  uranitytu  nie 

zamieszkiwał Ŝaden gatunek, który z racji swoich rozmiarów i trybu Ŝycia, zwłaszcza zaś diety, 

mógłby  stwarzać  powaŜniejsze  problemy.  Oczywiście,  wielkość  zwierzęcia  nie  jest  wprost 

proporcjonalna do jego drapieŜności, nie omieszkała wyjaśnić swym podopiecznym. Czasem 

najmniejsze bestyjki są najbardziej niebezpieczne. DuŜe drapieŜniki bywają za to hałaśliwe - 

łatwo  moŜna  usłyszeć  ich  cięŜkie  kroki  i  umknąć.  Bonnard  przyjął  pomysł  ucieczki  z 

lekcewaŜącym prychnieciem. 

- Chyba wolę rośliny niŜ zwierzęta - szepnęła Terilla. 

- Rośliny mogą być równie groźne - odparł Bonnard mentorskim tonem. 

-  Tak  jak  mieczowniki?  -  zapytała  Terilla  tak  niewinnie,  Ŝe  Varian,  dusząc  się 

tłumionym śmiechem, byłaby w stanie podać w wątpliwość oczywistą złośliwość tego pytania. 

Bonnard burknął tylko coś pod nosem na wspomnienie o swym bolesnym spotkaniu z 

ową roślinką i wpatrując się nienawistnie w Terillę, usiłował wykoncypować odpowiedź, której 

zjadliwość okazałaby się dla dziewczynki śmiertelna. 

- Uwaga na indykator! - rzuciła pośpiesznie Varian, by uprzedzić wybuch sprzeczki. 

Ś

lizgacz  przelatywał  właśnie  nad  obszarem  porośniętym  przysadzistymi  drzewami  i 

gęstym podszyciem. Indykator rozbuczał się tak głośno, Ŝe naleŜało bliŜej przyjrzeć się jego 

odkryciu. Okolica była skalista i dość stroma, co sugerowało, Ŝe tutejsi mieszkańcy nie naleŜą 

do gatunku przeŜuwaczy. Szum ślizgacza nie wypłoszył zwierząt z ich kryjówek, ale Varian 

uznała,  Ŝe  teren  znajduje  się  wystarczająco  daleko  od  złóŜ  rudy,  by  nie  stanowić  istotnego 

niebezpieczeństwa  dla  obozu.  Zanotowała  tylko  współrzędne.  Gdy  grupa  ekspedycyjna 

background image

utworzy  się  wreszcie,  będzie  moŜna  zająć się bliŜej tutejszą  fauną.  Ogólnie  rzecz  biorąc, na 

Irecie liczba drapieŜników i związany z tym stopień śmiertelności wśród pozostałych zwierząt 

były  niezwykle  wysokie,  jednak  nie  powinno  się  przesadzać  z  ostroŜnością.  Gdyby  Kai 

ulokował  obóz  dość  wysoko,  by  uniknąć  najgroźniejszych  drapieŜników,  osłona  siłowa 

wystarczyłaby,  by  odstraszyć  jadowite  insekty  i  mniejsze  zwierzęta.  Było  raczej  mało 

prawdopodobne,  aby  stado  krewniaków  Mabel  wpadło  nagle  w  szał  i  wgramoliwszy  się  na 

wzniesienie, w panicznym pędzie zrównało osłonę z ziemią. 

Varian  dokończyła  pobieŜną  analizę  wskazań  indykatora.  Gdy  dzieciaki  poprawiły 

poluzowane nieco pasy, wpisała w pamięć ślizgacza kurs na śródlądowe morze i włączyła pełną 

moc. 

Minęło dobre półtorej godziny, zanim dotarli do celu. Varian Ŝałowała, Ŝe Divisti nie 

zdołała  jeszcze  przeprowadzić  analizy  traw,  które  Kai  przywlókł  do  obozu  z  Doliny 

Przesmyku. Jej raport dałby jakieś pojęcie o zwyczajach ptaków, choć z drugiej strony moŜe 

było rozsądniej obserwować te fascynujące stworzenia bez Ŝadnych uprzedzeń. 

Varian  cieszyło  zachowanie  dzieciaków  podczas  podróŜy  -  zadawały  bardziej 

inteligentne pytania, niŜ się spodziewała, czasami schodząc na tematy, o których miała nikłe 

pojęcie. Były wówczas świecie oburzone, Ŝe nie jest przenośnym bankiem informacji. 

Cleiti  pierwsza  zauwaŜyła  ptaki,  czym zresztą  pyszniła się po powrocie.  Stworzenia, 

wbrew podświadomym oczekiwaniom Varian, nie obsiadły wcale ścian skalnych i grani ani nie 

łowiły ryb. Złote ptaki wykazywały się przykładną organizacją. Ptasia eskadra - nie stado, które 

często  bywa  luźną  gromadą  osobników  tego  samego  gatunku,  unosiła  się  nad  miejscem,  w 

którym basen był najgłębszy. Urwiska zbiegały się tam, tworząc ciasny przesmyk, przez który 

przypływ, ten sam, który pięćdziesiąt kilometrów dalej, na najbardziej oddalonym brzegu był w 

stanie  podnieść  poziom  morza  zaledwie  o  parę  cali,  wtłaczał  dość  oceanicznej  wody,  by 

zapełnić śródlądowy akwen. 

-  Nie  widziałem  jeszcze  ptaków,  które  wyprawiałyby  coś  podobnego!  -  wykrzyknął 

Bonnard. 

- A widziałeś w ogóle wolne ptaki w locie? - spytała Varian tonem nieco ostrzejszym, 

niŜ zamierzała, co na moment popsuło jej humor. 

- Byłem juŜ na jednej wyprawie - odparował Bonnard z wyrzutem. - Poza tym istnieje 

jeszcze  coś  takiego  jak  kasety  treningowe.  Sporo  ich  oglądam.  A  te  ptaki  zachowują  się 

zupełnie inaczej niŜ wszystkie gatunki, które dotąd widziałem. 

-  Znasz  się  na  rzeczy,  Bonnard  -  powiedziała  Varian  szybko,  by  zrekompensować 

malcowi poprzednią uwagę. - Ja teŜ nie widziałam czegoś takiego. 

background image

Złote ptaki schodziły teraz ślizgiem niŜej, w czymś na kształt zorganizowanej formacji. 

Pojazd  był  wciąŜ  zbyt  oddalony,  by  nieuzbrojonym  okiem  moŜna  było  je  obserwować.  Nie 

wiadomo więc, co dokładnie skłoniło ptaki, by nagle zredukować o połowę szybkość. Niektóre 

na moment opadały tuŜ nad powierzchnię wody, zupełnie, jakby coś je ciągnęło w dół, a gdy 

bijąc gwałtownie skrzydłami, odzyskały poprzednią wysokość, cała grupa powoli wzniosła się 

jeszcze wyŜej, coraz dalej od tafli morza. 

-  Ho,  ho!  Trzymają  coś  w  szponach!  -  oznajmił  Bonnard,  który  bez  skrępowania 

przywłaszczył  sobie  teleskop  Cleiti  i  nastawił  go  teraz  na  odpowiednią  odległość.  - 

Przysiągłbym, Ŝe to sieć... To jest sieć! Wyciągają z wody ryby! Coś niesam... Patrzcie, co się 

dzieje! 

Varian udało się wreszcie przystosować wizjer w kasku, dziewczynki zaś stłoczyły się 

przy  niewielkim  teleskopie  Bonnarda.  W  oddali  kodowała  się  woda  -  to  morskie  bestie, 

przeróŜnego  rodzaju,  wyskakiwały  z  kipieli;  rzucały  się  wściekle  na  sieć,  bezskutecznie 

próbując ją rozerwać i porwać ptasi łup. 

- Sieć! Skąd u licha te ptaki mają sieć? - Varian przemówiła bardziej do siebie niŜ do 

dzieci. Bonnard postanowił jednak udzielić jej wyjaśnień: 

- Mają szpony, o tam, w połowie, gdzie skrzydła zaczynają przybierać kształt trójkąta. 

Nie widzę dokładnie, Varian, ale jeŜeli mają jeszcze przeciwny palec, same mogły zrobić sieci. 

- Mogły i musiały, Bonnard. Nie spotkaliśmy na Irecie Ŝadnego wystarczająco bystrego 

stworzenia, które byłoby w stanie je dla nich upleść. 

Cleiti zachichotała, tłumiąc śmiech dłonią. 

- Ryxim to się nie spodoba. 

-  A  to  czemu?  -  fuknął  chłopiec  i  marszcząc  groźnie  brwi,  spojrzał  wyczekująco  na 

towarzyszkę. - Mój ksenobiolog zawsze powiadał, Ŝe inteligentne formy latające są rzadkością. 

-  Ryxiowie  woleliby  pozostać  jedynym rozumnym gatunkiem  -  odparła bez  namysłu 

Cleiti.  -  Wiesz  przecieŜ,  jaki  był  kiedyś  Vrl...  -  Dziewczynka  wyciągnęła  mocno  szyję, 

przygarbiła  plecy  i  załoŜywszy  ręce  do  tyłu  na  kształt  zwiniętych  skrzydeł,  opuściła  nisko 

podbródek,  przybierając  tak  wyniosłą  minę,  Ŝe  kubek  w  kubek  przypominała  aroganckiego 

Yrla. 

-  Nigdy  mu  tego  nie  pokazuj,  Cleiti  -  parsknęła  Varian,  spłakana  ze  śmiechu.  -  Ale 

robisz to fantastycznie. Fantastycznie, Cleiti! 

Cleiti roześmiała się serdecznie, zadowolona z sukcesu, tymczasem Bonnard i Terilla 

patrzyli na nią ze zgrozą. 

- Kogo jeszcze potrafisz naśladować? - spytał surowo Bonnard. 

background image

- A kogo byś chciał? - Cleiti wzruszyła ramionami. 

- Nie teraz, dzieciaki. Potem. Chcę najpierw zarejestrować tamto zjawisko. 

Dzieciaki natychmiast wróciły do wyznaczonych stanowisk. Ślizgacz udał się w ślad za 

ptakami,  w  kierunku  odległego  urwiska.  Varian  mogła  teraz  zastanowić  się  nad  znaczeniem 

ptasiego połowu. Złote ptaki były zdecydowanie najinteligentniejszą formą Ŝycia, na jaką dotąd 

natrafiła  na  Irecie.  A  przy  tym  Varian  nigdy  jeszcze  nie  spotkała  równie  zorganizowanego 

skrzydlatego  gatunku.  Ksenobiolog  Bonnarda  wyraził  się  nieprecyzyjnie,  twierdząc,  Ŝe 

inteligentne  formy  latające  naleŜą  do  rzadkości.  Tylko  wybitnie  inteligentne  ptaki  są 

osobliwością.  Często  ptactwo  zmuszone  jest  prowadzić  tak  zaciekłą  walkę  o  poŜywienie  ze 

zwierzętami  lądowymi,  Ŝe  cała  ich  energia  skupiona  jest  na  zdobywaniu  jedzenia  lub  na 

ochronie  własnych  gniazd  i  młodych.  Gdy  ewolucja  pozbawiła  niektóre  lotne  gatunki 

przednich  kończyn,  przystosowanych  do  bardziej  wyspecjalizowanych  zadań,  na  rzecz 

skrzydeł  umoŜliwiających  sprawny  odwrót,  odebrała  im  w  ten  sposób  niebagatelny  atut  w 

walce o przetrwanie. 

Złote ptaki zdołały zachować szczątkową kończynę przednią, nie redukując przy tym 

moŜliwości skrzydeł, i w ten sposób mogły swobodnie wykorzystywać swoją przewagę. 

Varian dostrzegła, Ŝe od czasu do czasu mniejszym rybom udawało się wyplątać z sieci. 

Wpadały  z  powrotem  do  morza,  by  zaraz  stać  się  łupem  Ŝarłocznych  podwodnych 

mieszkańców, którzy wściekle rzucali się na zdobycz, pieniąc i mącąc lustro wody. Dwukrotnie 

ponad  powierzchnią  błysnęły  ogromne  łby,  łakomie  wyzierając  z  głębin  i  daremnie  śledząc 

kuszący cięŜar ptaków. 

Nagle  spośród  zasnuwających  niebo  chmur  wyłoniły się  dalsze ptaki.  Zajęły  miejsca 

wokół brzegów sieci i pochwyciwszy ładunek, odciąŜyły nieco “pierwszą zmianę". Formacja 

natychmiast nabrała szybkości. 

-  Varian,  jak  szybko  mogą  lecieć?  -  spytał  Bonnard.  Varian  skrupulatnie 

dostosowywała  prędkość  ślizgacza  do  prędkości  ptaków.  Ślizgacz  trzymał  się  od  nich  na 

dystans, nieco wyŜej. 

-  Robią  ze  dwadzieścia  kilometrów  na  godzinę,  lecz  przypuszczam,  Ŝe  przy  tak 

pomyślnym wietrze wkrótce nabiorą większej szybkości. 

- Są takie piękne... - wyszeptała Terilla. - Nawet przy cięŜkiej pracy są pełne wdzięku. 

Patrzcie, jak promienieją! 

- Wyglądają, jakby świeciły własnym światłem - zauwaŜyła Cleiti - bo przecieŜ znów 

nie ma słońca. 

background image

- Racja, co jest z tą zwariowaną planetą? - warknął Bonnard. - Śmierdzi tu i nigdy nie 

ma słońca. Naprawdę chciałbym je wreszcie zobaczyć, jeśli nadarzy się okazja. 

-  Oto  ona  -  pisnęła  Terilla  z  radości.  Nieprzewidywalne  stało  się  faktem:  chmury 

rozstąpiły  się,  by  na  moment  ukazać  zielonkawe  niebo  i  przepuścić  kłujący  promyk 

rozpalonego do białości słońca. 

Varian, podobnie jak dzieciaki, powitała je radosnym śmiechem. Niemal Ŝałowała, Ŝe 

szybki  kasków  bezustannie  przystosowują  się  do  zmian  oświetlenia.  Jedynie  cienie 

przesuwające się po morskiej tafli mówiły jej, Ŝe słońce wyszło zza płaszcza chmur. 

- Ojoj, śledzą nas! - rozbawiony Bonnard nagle spowaŜniał. 

Z głębin co chwila wyskakiwały ogromne cielska i z pluskiem zwalały się na cień, który 

ś

lizgacz rzucał na wodę. 

- Dobrze, Ŝe lecimy przed nimi - wykrztusiła cichutko Cleiti. 

-  ToŜ  to  największe  dziwactwo,  jakie  w  Ŝyciu  widziałem!  -  Bonnard  był  tak 

wstrząśnięty, Ŝe Varian mimowolnie odwróciła się do niego. 

- Co takiego, Bonnard? 

- Nie umiem powiedzieć. Nigdy dotąd czegoś takiego nie widziałem, Varian. 

- Kamery były na to skierowane? 

- Na to nie - powiedziała przepraszająco Terilla. - Były ustawione na ptaki. 

- W porządku, ja się tym zajmę, Ter. Wiem, na co je skierować. - Bonnard wepchnął się 

na stanowisko Terilli, która bez sprzeciwu ustąpiła mu miejsca. 

- To było coś jak szmat płótna, Varian - Bonnard opowiadał, spoglądając uwaŜnie przez 

rufę ślizgacza. - Jego brzegi zatrzepotały, a potem... potem jakby zwinęło się wokół siebie! O! 

O! Następny! 

Dziewczynkom  wyrwał  się  krótki  jęk  obrzydzenia  zmieszanego  ze  strachem.  Varian 

odwróciła  się  w  fotelu.  Spostrzegła  coś  szarobłękitnego,  co,  zgodnie  ze  słowami  Bonnarda, 

trzepotało  jak  Ŝagiel  na  porywistym  wietrze.  ZauwaŜyła  teŜ  dwa  wyraźniejsze  punkty 

wyrastające gdzieś w połowie długości (moŜe były to kleszcze?); stworzenie trzepneło jednym 

końcem o drugi i skryło się w otchłani z większym łopotem niŜ bulgotem, jak to ujęła Cleiti. 

- Jakiej wielkości to było, Bonnard? 

-  Z metr po jednej i drugiej stronie, ale wciąŜ się wiło, więc nie  wiem. Udało mi się 

złapać jego ostatni skok. Ustawiłem szybkość kamery o połowę wyŜej, wiec moŜesz obejrzeć 

nagranie, jeśli chcesz więcej szczegółów. 

- Świetnie to wymyśliłeś, Bonnard - przyznała z uznaniem Varian. 

- Jeszcze jeden! Rany! Patrzcie! AleŜ ma tempo! 

background image

- Wolę nie patrzeć - oświadczyła Terilla. - Skąd on wie, Ŝe tu jesteśmy? Nie widzę ani 

oczu, ani czułków, ani nic takiego. Nie moŜe przecieŜ dostrzegać cienia. 

- MoŜe te falujące brzegi to sonar? - zasugerował Bonnard. 

- Funkcjonowałyby jedynie pod wodą - odparła Varian. - Być moŜe dowiemy się, w jaki 

sposób nas dostrzegło, kiedy obejrzymy nagrania. To doprawdy interesujące. Ciekawe, czy to, 

co spostrzegłam, to kleszcze. I to dwie pary? 

- To źle? - Bonnard wychwycił nutę zakłopotania w jej głosie. 

- Wcale nie źle, Bonnard, tylko parszywie nielogicznie. Ptaki, roślinoŜerne i drapieŜniki 

naleŜą do pieciopalczastych, co bynajmniej nie jest niczym niezwykłym w ewolucji. Ale dwa 

paluchy na bocznym kołnierzu? 

- Widziałam raz takie długachne ptaszydła - Cleiti radośnie przyszła z pomocą. - Były 

na  metr  długie  i  poruszały  się,  falując.  Nie  miały  nóg,  ale  potrafiły  płynąć  w  powietrzu 

godzinami. 

- To pewnie było na planecie o słabym ciąŜeniu? - zgadła Varian. 

- Dokładnie, Varian, i o niewielkiej wilgotności! Uwaga Cleiti rozbawiła wszystkich. 

Słońce  ponownie  skryło  się  za  chmury  i  jak  w  kaŜde  południe  natychmiast  spadł 

rzęsisty kapuśniak. 

- Rozwój palców jest istotny w ewolucji, prawda, Varian? - zapytał Bonnard. 

- Nawet bardzo. Weź takie inteligentne stworzenia jak nasze ptaki. Dopóki nie nauczą 

się posługiwać narzędziami, nie będą miały większych szans, by zapanować nad pozostałymi 

gatunkami. 

- Ale złote ptaki chyba miały szansę? - powiedział Bonnard z uśmiechem. 

- Owszem, Bonnard, miały - przyznała, śmiejąc się, Varian. 

- Słyszałem, Ŝe były w Dolinie Przesmyku, po trawę - chłopak ciągnął dalej. - Myślisz, 

Ŝ

e potrzebowały właśnie tego gatunku trawy, by zrobić sieci? 

- Tam, gdzie znaleźliśmy Dandy, było mnóstwo grubej i twardej trawy, a poza tym ptaki 

miałyby tam o wiele bliŜej - wtrąciła Cleiti. 

- Masz rację, Cleiti. Przypuszczam, Ŝe potrzebują trawy z doliny raczej ze względu na 

jej wartości odŜywcze. 

- Wzięłam parę roślinek z lasku owocowego, Varian - oznajmiła Terilla. 

-  Naprawdę?  To  świetnie!  Będzie  moŜna  przeprowadzić  najprawdziwsze  naukowe 

badania. Ale z ciebie mądra bestia, Terilla - powiedziała Varian z uznaniem. 

- Wcale nie, wiesz, Ŝe kochani rośliny... - odparła skromnie dziewczynka. Jej policzki 

zarumieniły się od pochwały Varian. 

background image

-  W  porządku.  Wycofuję  to,  co  powiedziałem  o  twoich  idiotycznych  roślinach  - 

oświadczył Bonnard nadzwyczaj wielkodusznie. 

-  Och,  tak  chciałabym  sprawdzić,  jak  dojrzałe  są  ich  młode  -  powiedziała  Varian, 

przyglądając się od paru minut w milczeniu osobliwym zwyczajom złotych stworzeń. 

- Dojrzałe? Ich młode? Hm, czy jedno nie przeczy drugiemu? - Bonnard musiał wtrącić 

swoje trzy grosze. 

- Raczej nie. Człowiek rodzi się niedorosły... 

- Ojej, wszyscy tak się rodzą, inaczej nie byliby mali... - zachichotała Cleiti. 

- Nie chodzi mi o wiek, Cleiti. Mam na myśli umiejętności. Zobaczymy, czy dałoby się 

porównać was, dzieci baz kosmicznych... 

- Ja przez pierwsze cztery lata mieszkałam na planecie - obruszyła się Terilla. 

- Doprawdy? Na której? 

- Na Arthos w grupie Aurigae. Byłam teŜ na dwóch innych przez kilka miesięcy. 

-  A  jakie  widziałaś  zwierzęta  na  Arthos?  -  zapytała  Varian.  Bardzo  dobrze  znała 

odpowiedź,  lecz  Terilla  tak  rzadko  dzieliła  się  z  nimi  jakimikolwiek  informacjami  na  swój 

temat - lub teŜ po prostu nieczęsto miała szansę odezwać się w towarzystwie tak zaborczych i 

agresywnych osobowości jak Cleiti i Bonnard. NaleŜało więc wykorzystać okazję i pociągnąć 

ją trochę za język. 

-  Mieliśmy  krowy  mleczne,  czworonoŜne  psy  i  konie.  Były  teŜ  sześcionogie  psiaki, 

lisowate, kantelupy i wilczojady. 

- Widzieliście kiedyś krowy albo psy? Albo konie? Bonnard? Cleiti? - Varian zwróciła 

się do reszty załogi. 

- Jasne! 

-  W  takim  razie  wiecie,  Ŝe  krowy  i  konie  rodzą  młode,  które  juŜ  w  pół  godziny  po 

narodzeniu potrafią stanąć na nogach o własnych siłach, a jeśli zajdzie potrzeba, biec za swoją 

matką. Oznacza to, Ŝe rodzą się dojrzałe i w pewnym sensie wyczulone na bodźce zewnętrzne, 

gotowe instynktownie na nie zareagować. Wy i ja urodziliśmy się bardzo maleńcy i fizycznie 

niedojrzali. Nasi rodzice lub opiekunowie musieli nas nauczyć jeść, chodzić, biegać, mówić, 

troszczyć się o siebie. 

-  I  co  w  związku  z  tym?  -  Bonnard  słuchał  w  skupieniu,  niecierpliwie  czekając 

konkluzji. 

- W związku z tym konie i krowy nie uczą się wiele od swych rodziców, poniewaŜ nie 

muszą  nabyć  tylu  umiejętności  i  być  tak  wszechstronnie  przystosowane.  Tymczasem  nasze 

niemowlaki... 

background image

- .. .muszą uczyć się zbyt wiele, zbyt szybko i zbyt dobrze, no i bez końca - dokończyła 

Cleiti z tak przesadnym westchnieniem rezygnacji, Ŝe Varian parsknęła śmiechem. 

-  I  co  chwila  aktualizować  połowę  z  tego,  czego  się  nauczyły,  zgodnie  z  nowymi 

informacjami - dodała ze współczuciem. - Główną zaletą istot ludzkich jest to właśnie, Ŝe się 

uczą.  Są  przez  to  umysłowo  elastyczne  i  potrafią  się  przystosować,  często  do  okropnych 

warunków... 

- ...jak na przykład ten smród tutaj - rzucił zgryźliwie Bonnard. 

- Dlatego więc interesuje mnie stopień dojrzałości młodych ptaków w chwili narodzin - 

Varian doprowadziła nareszcie wyjaśnienia do końca. 

- Są pewnie jajorodne, co? - spytał chłopiec. 

-  Nawet  więcej  niŜ  pewnie.  Nie  wyglądają  na  jajo-Ŝyworodne...  Są  zbyt  cięŜkie,  by 

matka mogła je nosić choćby przez króciutki okres... Nie, nie... Przypuszczam, Ŝe muszą być 

jajorodne.  Wylęgają  się  opierzone,  jeszcze  długo  niezdolne  do  latania.  To  wyjaśniałoby 

równieŜ  ich  rybackie  obyczaje.  Wspólnymi  siłami  łatwiej  wyŜywić  wiecznie  głodne 

potomstwo. 

- Hej, Varian, popatrz! - wrzasnął Bonnard, który ani na chwilę nie odrywał wzroku od 

szyby. - Nadchodzą zmiennicy! Rany! Pełna organizacja! Nigdy nie widziałem tak sprawnej 

zmiany. Głowę daję, Ŝe te ptaki to najinteligentniejsze stworzenia na Irecie! 

-  To  całkiem  prawdopodobne,  lecz  nie  wolno  ci  wyciągać  pochopnych  wniosków  - 

uprzedziła Varian. - Dopiero zaczęliśmy rozglądać się po tej planecie. 

- Mamy zamiar przebadać ją całą? - Bonnard był przeraŜony. 

- Ach, wiesz, przebadamy tyle, ile zdołamy w czasie pobytu tutaj - odparła zdawkowo. 

A  jeśli  zostaną  tu  na  zawsze?  pomyślała.  -  Pomijając  zapach,  Ireta  nie  jest  najgorszym 

miejscem. Bywałam w o wiele paskudniejszych. 

- Nie przeszkadza mi aŜ tak ten fetor... - zaczął Bonnard, na wpół usprawiedliwiając się, 

na wpół broniąc. 

- Ja juŜ go nawet nie zauwaŜam - oznajmiła Terilla. 

-  ...przeszkadza  mi  natomiast  deszcz  -  ciągnął  Bonnard,  ignorując  zupełnie  uwagę 

dziewczynki - i ciemności. 

W tej samej chwili zaświeciło słońce. 

- Sądzisz, Ŝe uda ci się jeszcze raz powtórzyć tę sztuczkę, gdy brak słońca znów da się 

nam we znaki? - rzuciła Varian z uśmiechem. 

Dziewczynki zachichotały. 

- JakŜeŜ bym chciał! 

background image

Słoneczne promienie wyrysowały zniekształcony cień ślizgacza na powierzchni wody. 

Ryby  -  duŜe  i  małe  -  wściekle  burzyły  spokojną  toń,  na  próŜno  goniąc  za  nieosiągalnym 

cieniem.  Varian  kazała  Bonnardowi  zarejestrować  te  szaleńcze  ataki,  by  móc  się  potem  im 

bliŜej przyjrzeć. To ułatwi skatalogowanie podwodnych form Ŝycia, stwierdziła. 

-  Pływałem  raz  w  oceanie,  gdy  zeszliśmy  na  ląd,  w  Boston-Betelgeuse  -  powiedział 

Bonnard, kiedy i słońce, i drapieŜne ryby odmówiły im dalszego towarzystwa. 

-  W  Ŝyciu  byś  mnie  nie  przyłapał  na  taplaniu  się  w  takim  bagnie!  -  fuknęła  Cleiti, 

wskazując na wodę poniŜej. 

- Ja nie, ale coś innego na pewno. 

- Co ty bredzisz? 

- Złapałoby cię, głuptaku! 

- A! - Cleiti zrozumiała dowcip Bonnarda. - Zabawny jesteś! 

Spośród  chmur  wyłoniły  się  kolejne ptaki. Odebrały sieć  od  niosących  ją  dotąd, a te 

natychmiast przyspieszyły i ulotniły się w mgnieniu oka, jakby szczęśliwe, Ŝe uwolniono je od 

cięŜaru.  Konwój  wzmocniony  posiłkami  nabrał  szybkości  i  skierował  się  nieco  bardziej  na 

wschód, w stronę najwyŜszych wzniesień. Wbrew przypuszczeniom Varian, nie musiały więc 

pokonać całego morza, by dotrzeć do domu. 

- Aha! Mam je! To tam się udają! - syknął Bonnard zachwycony. - Na szczycie tamtego 

urwiska jest ich więcej, a cała ściana jest jak sitko. Same jaskinie! 

-  Mieszkają  w  jaskiniach,  by  nie  zwilgotniała  im  sierść,  no  i  Ŝeby  ich  małe  były 

bezpieczne  przed  morskimi  drapieŜnikami  -  stwierdziła  Terilla  głosem  nie  znoszącym 

sprzeciwu. 

- Ptaki mają pierze, matołku! - poprawił z pobłaŜaniem Bonnard. 

-  Nie  zawsze  -  przyznała  rację  dziewczynce  Varian.  -  Złote  ptaki  mają  raczej  sierść, 

która u pewnych gatunków jest odmianą upierzenia. 

-  MoŜe  wylądujemy,  Ŝeby  się  ostatecznie  przekonać?  -  spytał  Bonnard,  wyraźnie 

wymawiając wyrazy, by kaŜdy zrozumiał jego dowcip. 

Cleiti trzepnęła go przez ramię, a Varian jęknęła płaczliwie, kręcąc głową. 

- Nic z tego, w tej chwili lądowanie nie wchodzi w rachubę. Nie naleŜy zbliŜać się do 

zwierząt, kiedy jedzą - powiedziała. - Mogą być niebezpieczne. Wiemy juŜ, gdzie złote ptaki 

mają swoje siedlisko. Wystarczy, jak na jeden dzień. 

-  Nie  moglibyśmy  im  się  choć  przypatrzyć  z  góry?  To  im  chyba  w  niczym  nie 

przeszkodzi... - Bonnard nie dawał za wygraną. 

- Owszem, to dałoby się zrobić. 

background image

Coraz więcej złotych stworzeń wynurzało się z licznych szczelin i jam, którymi usiane 

było  urwisko.  Pełne  wdzięku  wzbijały  się  na  szczyt,  który  z  tego,  co  spostrzegła  Varian, 

tworzył względnie płaską równinę na przestrzeni jakichś pięciuset metrów, by potem opadać w 

dół dzikimi stromiznami usłanymi głazami. 

- Jestem ciekaw, co one teraz zrobią... - myślał głośno Bonnard. - Sieć jest za duŜa, by 

upchnąć  ją  w  którąś  ze  szczelin...  Jeju!  -  wyrwało  mu  się,  gdy  wszystkie  ptaki,  jakby  w 

odpowiedzi na jego pytanie, porwały sieć ponad urwisko i nieoczekiwanie puściły ją z jednej 

strony, rozsypując ryby po płaskowyŜu. 

Zlatywały  się  teraz  ze  wszystkich  kierunków.  Niektóre  lądowały,  by  z  nieznacznie 

rozpostartymi skrzydłami, niezgrabnym, kaczkowatym krokiem podejść do zwałów lśniących 

ryb.  Inne pikowały  energicznie, błyskawicznie napełniały łupem torby przydziobowe i zaraz 

znikały  w jaskiniach. W całym tym zamieszaniu nie zdarzyło się, by któreś sprzeczały się o 

najsmakowitsze kąski. Bywały natomiast chwile, Ŝe ptaki grymaśnie przebierały w rybach. 

- Zmień ostrość wizjera, Bonnard - zawołała Varian. - Chcę zobaczyć, co odrzucają... 

- Te frędzlowate stwory... Małe... 

-  MoŜe  dlatego  dorosłe  osobniki  nas  goniły.  -  Terilla  spojrzała  na  Bonnarda.  -  Ptaki 

porwały ich młode... 

-  Bzdura!  -  Bonnard  skwitował  jej  pomysł  z  całą  pogardą,  na  jaką  było  go  stać.  - 

Frędzlaki nie mają oczu, Ŝe o mózgach nie wspomnę. Jak mogłyby się bawić w sentymenty w 

stosunku do młodych? 

- Nie wiem. Ale nie mamy pewności, Ŝe nie mogą. Ryby miewają uczucia. Czytałam 

gdzieś... - Terilla upierała się przy swoim. 

- Phi, czytałaś... - głos Bonnarda stanowczo nakazywał dziewczynce milczenie. 

Varian  odwróciła  się  w  ich  stronę,  obawiając  się,  Ŝe  postawa  Bonnarda  sprawi 

dziewczynce  przykrość,  zwłaszcza  Ŝe  jego  lekcewaŜący  ton  nie  był  niczym  uzasadniony. 

Tymczasem  Terilla  nie  wyglądała  na  szczególnie  przejętą.  Varian  postanowiła  w  duchu,  Ŝe 

weźmie Bonnarda na stronę i przywoła go do porządku, zaraz jednak zwolniła się z danej sobie 

obietnicy.  Ostatecznie,  pomyślała,  dzieci  wszelkich  gatunków  same  najlepiej  rozwiązują 

problemy między sobą. 

Teraz i ona zerknęła przez teleskop, by przyjrzeć się odrzuconym częściom połowu. 

- Niektóre wodne zwierzęta są zdolne do czegoś w rodzaju wierności i przywiązania do 

przedstawicieli swojego gatunku - zaczęła - jednak sądzę, Ŝe nasze ofrędzlone płaszczaki są na 

to  zbyt  prymitywne.  Składają  pewnie  tony  ikry,  by  parę  młodych  mogło  dotrwać  do  wieku 

dojrzałego, oczywiście po to tylko, by się dalej rozmnaŜać. Hm - ciągnęła wykład - a przecieŜ 

background image

nie wchodzą  w  skład  ptasiego menu. Nie  mówiąc juŜ  o  jadłospisie  tych kolczastych  istotek. 

Bonnard, pomagałeś przecieŜ Trizeinowi i Divisti, przyjrzyj się teraz dobrze! Widziałeś moŜe 

juŜ któreś z nich pośród próbek, które im przekazaliśmy? 

- Niiiee... Widzę je po raz pierwszy. 

- Oczywiście, w końcu pobieraliśmy próbki wyłącznie z większych oceanów... 

Na płaskowyŜu nie było juŜ widać prawie Ŝadnego ptaka. Pozostały jedynie odrzucone 

sztuki z ich połowu, by zgnić na wiecznym deszczu. 

- Varian, zobacz! - wrzasnął Bonnard, znów przyklejony do szyby. - Zobacz! 

Wymachiwał ręką ponaglająco i z takim entuzjazmem, Ŝe Varian musiała odepchnąć go 

nieco  na  bok,  by  nie  zasłaniał  jej  widoczności.  Jeden  z  małych  płaszczaków  poruszył  się  w 

charakterystyczny dla swego gatunku sposób - kurcząc się z jednej strony i przekoziołkowując 

z  trzaskiem.  Spostrzegła  teraz,  co  tak  zaintrygowało  chłopca  -  poza  wodą,  naturalnym 

ś

rodowiskiem zwierzęcia, jego szkielet rysował się wyraźnie przez skórę. Widać było jak na 

dłoni  stawy  w  kaŜdym  rogu  stworzenia,  które  poruszało  się  na  zasadzie  deformacji 

równoległoboku.  Zwierzę  przesunęło  się  raz  i  drugi,  by  zastygnąć  w  bezruchu.  Nawet 

otaczające jego ciało frędzle nie falowały juŜ więcej. Varian zastanawiała się, jak długo było w 

stanie przeŜyć bez wody. MoŜe było wyposaŜone w dwudzielny układ oddechowy, skoro tyle 

czasu utrzymało się przy Ŝyciu z dala od swego naturalnego środowiska? CzyŜby wychodziło 

właśnie z ewolucyjnej fazy wodnej i rozpoczynało podbój lądu? 

- Nagrałeś to, mam nadzieję? - Varian zwróciła się do Bonnarda. 

-  Oczywiście,  od  momentu,  w  którym  zaczęło  się  poruszać.  Sądzisz,  Ŝe  oddycha 

tlenem? 

- Liczę na to, Ŝe nie - wtrąciła się Cleiti. - Wolałabym nie nadziać się na taką mokrą 

szmatkę w ciemnym, dŜdŜystym lesie. - Wzdrygnęła się, zaciskając mocno powieki. 

- Ja teŜ nie - przyznała Varian z głębi serca. 

-  MoŜe  to  całkiem  przyjacielskie  stworzonko?  Przynajmniej  gdy  nie  jest  głodne?  - 

zasugerowała nieśmiało Terilla. 

- Wyobraź sobie: wilgotne, obślizgłe frędzelki owijają się wokół ciebie i duszą cię, o 

tak... - Bonnard wił się i skręcał, prezentując swą przeraŜającą wizję. 

-  Nie  byłoby  w  stanie  wokół  mnie  się  owinąć  -  odparła  Terilla,  bynajmniej  nie 

wzruszona spektaklem. - Nie zgina się w połowie, tylko po brzegach. 

- Ojej, juŜ się w ogóle nie rusza... - rzucił nagle Bonnard zawiedzionym i wyjątkowo 

smutnym głosem. 

background image

-  Skoro  mowa  o  poruszaniu  się  -  zaczęła  Varian,  zerkając  w  stronę  jedynego 

jaśniejszego punktu na poszarzałym niebie - mamy zachód słońca. 

- Po czym to niby poznałaś? - spytał Bonnard sarkastycznie. 

- Spojrzałam na chronometr - odcięła się Varian. Cleiti i Terilla zachichotały. 

-  MoŜe  wylądujemy  teraz  i  przyjrzymy  się  bliŜej  ptakom?  -  zaproponował  pełen 

tęsknoty Bonnard. 

- Zasada numer jeden: nie przeszkadzaj zwierzętom, gdy jedzą. Zasada numer dwa: nie 

zbliŜaj się do zwierząt, jeśli nie znasz dobrze ich zwyczajów. To, Ŝe dotąd nie dobrały się nam 

do skóry, nie oznacza wcale, Ŝe nie są równie groźne jak pustogłowe, ograniczone drapieŜniki. 

-  To  nigdy  nie  będziemy  obserwować  ich  z  bliska?  -  Bonnard  nie  mógł  się  z  tym 

pogodzić. 

- Oczywiście, Ŝe będziemy, lecz dopiero, gdy zastosujemy się do zasady numer dwa. 

Stąd teŜ dzisiaj odpada. Poza tym, mam odstawić ślizgacz Kaiowi. 

- Będę mógł wtedy z tobą polecieć? - zapytał chłopiec. 

- To jest moŜliwe. 

- Obiecujesz? - rozchmurzył się. 

-  Nie,  nie  obiecuję.  Powiedziałam  tylko,  Ŝe  to  jest  moŜliwe,  Bonnard,  i  to  właśnie 

miałam na myśli. - Varian była nieugięta. 

-  Nigdy  się  niczego  nie  nauczę,  jeŜeli  wreszcie  nie  pozwolicie  mi  zrobić  czegoś  w 

terenie, z dala od tych przeklętych ekranów i... - oburzył się. 

- Jeśli wróciłbyś do swojej mamy w niezupełnie kompletnym stanie tylko dlatego, Ŝe 

zasmakowałby w tobie jakiś płaszczak albo ptak, dałaby nam takiego łupnia, Ŝe byśmy się nie 

pozbierali. Więc siedź cicho, dobrze? 

Varian przybrała ostrzejszy ton niŜ zwykle. Po prostu jego upór, jego przeświadczenie, 

Ŝ

e wystarczy  się  nieco  powdzięczyć,  poprzymilać, a jego  Ŝyczenie zostanie zaraz  spełnione, 

wszystko to zdenerwowało ją nieoczekiwanie. Z drugiej strony rozumiała bardzo dobrze jego 

poirytowanie  ciągłymi  zakazami,  ograniczeniami,  restrykcjami...  Wychowankom  baz 

kosmicznych  planety  dawały  złudzenie  bezpieczeństwa,  poniewaŜ  wszystko,  co  mogło 

zagrozić  w  kosmosie,  pozostało  wysoko,  ponad  grubą  na  wiele  mil  atmosferą.  Na  statku  od 

tragedii dzieliła ich jedynie licha metalowa łupina, w której byle dziurka oznaczała śmierć. Nie 

ma łupiny, nie ma niebezpieczeństwa, upraszczając. 

- Bądź tak dobry, Bonnard, i przejrzyj nagranie. Chciałabym wiedzieć, czy udało nam 

się  zrobić  parę  przyzwoitych  zdjęć  płaszczakom  -  poprosiła  go  po  długim,  bardzo  długim 

milczeniu,  buntowniczym  z  jego  strony,  nieustępliwym  z  jej.  -  Muszę  coś  sprawdzić  z 

background image

Trizeinem zaraz po powrocie do obozu. Kurczę, szkoda, Ŝe nie mamy dostępu do banku danych 

BO. 

Po kolejnej, dłuŜącej się chwili ciszy, przerywanej tylko stłumionym szumem wartko 

przewijanych taśm, przemówił Bonnard: 

- Wiesz, Varian, te ptaki przypominają mi coś, co juŜ gdzieś kiedyś widziałem. Niemal 

pamiętam nalepkę na kasecie... 

- Na której kasecie? 

- Zwykłe zdjęcia, Varian, nic takiego... 

-  Mnie  teŜ  coś  przypominają,  Bonnard,  lecz  ja  równieŜ  w  Ŝaden  sposób  nie  potrafię 

odszukać w pamięci, co - przyznała Varian. 

-  Moja  mama  powiada,  Ŝe  jeśli  ma  się  jakiś  problem,  powinno  się  go  przespać,  a 

rozwiązanie znajdzie się samo - rzekła Terilla. 

- Dobry pomysł, Terilla - przytaknęła Varian. - Zrobię tak i ty lepiej teŜ, Bonnard. Ale, 

ale! Znów jesteśmy na nowym terenie. Wszyscy na stanowiska! 

Udało  im  się  oznaczyć  kilka  przysadzistych  przeŜuwaczy,  dostrzec  parę  mniejszych 

ssaków podobnych do Dandy i zaskoczyć kilka stad padlinoŜerców przy “pracy". Wrócili na 

teren złóŜ uranitytów wkrótce po tym, gdy “mrok skrzepł juŜ", jak wyraziła się Terilla. Kai w 

towarzystwie  Dimenona  i  Margit  czekał  ze  sprzętem,  który  miał  być  przetransportowany 

ś

lizgaczem. 

- To naprawdę bogate złoŜe - powiedział na powitanie Dimenon. Wyglądał na bardzo 

zmęczonego  i  jednocześnie  bezgranicznie  szczęśliwego.  Zaraz  teŜ  zaczął  zasypywać  Varian 

szczegółami, urwał jednak i zwrócił się w stronę Kaia. 

- W następnej dolinie teŜ dostrzegliśmy pokłady, równie rozległe i bogate - oznajmił 

Kai. Jego spoconą, umorusaną twarz rozjaśnił szeroki uśmiech. 

- I pewnie w następnej teŜ dostrzeŜemy - westchnęła znuŜona Margit. - Na szczęście ta 

moŜe poczekać do jutra. 

-  BO  powinna  zaopatrzyć  nas  przynajmniej  w  jeden  zdalnie  sterowany  skaner,  Kai  - 

powiedział Dimenon, pomagając załadować sprzęt do ślizgacza. Varian odniosła wraŜenie, Ŝe 

jest to ciąg dalszy jakiejś dyskusji. 

-  Zgłosiłem  zapotrzebowanie  na  jeden,  zwykły,  standardowy.  Ci  z  zaopatrzenia 

powiedzieli  mi,  Ŝe  niestety  nie  mają  Ŝadnego  na  składzie.  Przypomnij  sobie,  obok  ilu 

obiecujących systemów planetarnych przeszliśmy w zeszłym roku. 

- Jak sobie pomyślę o tej całej harówce, której by nam zaoszczędzono... 

background image

-  Bo  ja  wiem  -  przerwała  Dimenonowi  Margit,  upychając  do  ślizgacza  zwój  drutu  - 

zaharowujemy  się  tak  samo,  pracując na  zdalnie  sterowanym sprzęcie. Wiem, bo  dzisiaj  nic 

innego  nie  robiłam  -  jęknęła  -  i  czuję  to  wyraźnie  w  kaŜdej  kosteczce  i  w  kaŜdym  mięśniu, 

nawet w tych, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Jesteśmy słabeuszami, co tu duŜo gadać. 

Nie dziwmy się, Ŝe grawitanci z nas się naśmiewają. 

- Grawitanci! - Dimenon w jednym prostym słowie zawarł całą pogardę wszechświata. 

Kai wymienił z Varian przelotne spojrzenie. 

- Wiem, Ŝe rano dręczył ich jakiś cholerny kac czy coś tam, ale po południu byłam z 

Paskuttiego  naprawdę  zadowolona  -  Margit  ciągnęła  dalej,  pakując  się  do  ślizgacza.  Zajęła 

miejsce obok Terilli. - Wsiadaj, Di, chcę jak najszybciej spłukać z siebie to paskudztwo. Mam 

nadzieję,  Ŝe  nowy  preparat  Portegina  upora się z  fetorem  tutejszej  wody. Hydro-tellurek nie 

dodaje ciału piękności. No, mały nicponiu, jak minął dzień? - zwróciła się do Terilli. 

Natychmiast  wywiązała  się  oŜywiona  rozmowa.  Dzieciaki  pytlowały  bez  przerwy, 

Varian  tymczasem,  kierując  ślizgacz  do  bazy,  zatopiła  się  w  rozmyślaniach,  co  teŜ  mogło 

spowodować  tak  zjadliwą  reakcję  Dimenona.  MoŜe  to  tylko  irytacja  wywołana  porannym 

zachowaniem grawitantów i rezultat odkrycia tak bogatego złoŜa? Trzeba będzie zapytać Kaia. 

Nie chciała, by jego zespół darł koty z jej druŜyną; sama z czystym sumieniem mogła przyznać, 

Ŝ

e  grawitanci  byli  dziś  mniej  wydajni.  A  moŜe  Dimenon  wciąŜ  pieklił  się  o  wczorajsze 

racjonowanie alkoholu? 

KaŜda  wyprawa  złoŜona  z osób  wychowanych  w bazach  kosmicznych  i tych, którzy 

wyrośli w  warunkach  naturalnych,  niosła ze sobą  ryzyko  konfliktu,  stąd teŜ BO ograniczała 

ilość  podobnych  ekspedycji  do  niezbędnego  minimum.  Wyprawa  na  Iretę  wymagała  jednak 

tęŜyzny grawitantów, więc Varian i Kałowi nie pozostawało nic innego, jak tylko rozwiązywać 

zaistniałe nieporozumienia i łagodzić antagonizmy. 

To  przygnębiało  nieco  Varian.  Komputer  był  w  stanie  podać  współczynnik 

prawdopodobieństwa dla kaŜdej moŜliwej sytuacji, zwłaszcza tak dobry komputer, jak ten, w 

który  wyposaŜono  tę  misję.  Lecz  nawet  najlepszy  nie  mógłby  określić,  w  jaki  sposób  tak 

nieoczekiwane  drobiazgi  jak  fetor  i  wprost  egipskie  ciemności  albo  ciągłe  opady  deszczu 

wpłyną na usposobienie członków wyprawy, ani przewidzieć, Ŝe burza kosmiczna pozbawi ich 

łączności  z  macierzystym  statkiem.  A  juŜ  na  pewno  nie  podałby  do  wiadomości  faktu,  Ŝe 

planeta  umieszczona  na  liście  niezbadanych,  nieprzerwanie  dostarczać  będzie  dowodów 

poprzednich  badań,  nie  wspominając  juŜ  w  ogóle  o  takich  anomaliach,  jak  chociaŜby...  Z 

drugiej  strony,  jeśli  rzeczywiście  na  Iretę  zawitała  juŜ  kiedyś  jakaś  ekspedycja,  rozwaŜała 

Varian, być moŜe rozwój pięciopalczastych zwierząt czy wodne organizmy poruszające się na 

background image

zasadzie  łamania  równoległoboku  były  całkiem  prawdopodobne!  Tylko  które  zjawisko  było 

rodzime? Na pewno nie oba! 

Złote  ptaki,  zmuszone  szukać  trawy  tak  daleko  od  swego  naturalnego  środowiska? 

Varian od razu wróciła werwa. 

Jeśliby  ptaki,  myślała,  stworzenia  pięciopalczaste,  nie  były  formami  tubylczymi, 

wówczas  ani  roślinoŜerne,  ani  drapieŜne  zwierzęta,  na  które  natrafili  na  Irecie,  równieŜ  nie 

mogły  być  rodzimymi  organizmami!  Nie  ma  więc  mowy  o  anomaliach:  to  są  zagadki.  Jak? 

Kto?  CzyŜby  Inni?  Nie,  wszystko,  tylko  nie  wszędobylscy  Inni.  Oni  przecieŜ  niszczą  kaŜdy 

przejaw Ŝycia. Jeśli w ogóle istnieją, oczywiście. 

Thekowie powinni wiedzieć coś o poprzedniej ekspedycji. Gdyby Kai zdołał ich zmusić 

do  przypomnienia  sobie...  Do  pioruna!  Sama  przeprowadzi  najbliŜszą  rozmowę,  byle  się 

dowiedzieć! Niech tylko powie o tym Kałowi! 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY  

 

Kai  miał  tyle  samo  powodów  do  rozmyślań,  co  i  Varian.  Po  pierwsze,  “pozbył"  się 

właśnie  kilku  niezastąpionych  akcesoriów,  które  Paskutti  i  Tardma  nieopatrznie  upuścili  w 

przepaść. BO wyposaŜyła go w minimalną ilość zapasowego sprzętu sejsmicznego, poza tym 

akurat  po  grawitantach  niedbałości  spodziewał  się  najmniej.  Zazwyczaj  poruszali  się  tak 

powoli i rozwaŜnie, Ŝe unikali większości wypadków. Tym razem jednak... Kai nie miał prawa 

zabronić im pić trunku Lunzie, ale trzeba ją będzie poprosić, by rozrzedzała przeznaczone dla 

grawitantów porcje. Nie mógł sobie pozwolić na więcej strat. 

KaŜda  wyprawa  mogła  oczywiście  ponieść  pewne  ubytki  w  sprzęcie  w  wyniku 

nieprzewidzianych zajść, jednakŜe kaŜda strata powyŜej jasno określonych limitów odbijała się 

niekorzystnie na stanie osobistego konta dowódcy. Niemniej jednak, bardziej niŜ ewentualne 

cięcia  finansowe,  dręczyła  Kaia  sama  utrata  przyrządów,  poniewaŜ  była  wynikiem  jawnego 

niedbalstwa. Coś takiego irytowało go. Na domiar złego draŜniła go własna irytacja, gdyŜ miał 

to być dzień tryumfu jego i całego zespołu - osiągnęli cel, dla którego ich tutaj przysłano. Starał 

się więc zdławić w sobie negatywne uczucia. 

Obok,  Gaber,  cały  w  skowronkach,  mełł  niemiłosiernie  ozorem.  Pierwszy  raz  od 

wylądowania kartograf był w tak wyśmienitym nastroju. Berru i Triv omawiali kolejny dzień 

pracy. Rozprawiali o kolorowych jeziorach, oczywiście pod kątem prawdopodobnie kryjących 

się  w  nich  złóŜ  rudy.  Triv  narzekał  na  brak  zdalnie  sterowanego  sensora,  z  przyzwoitym 

podświetlaczem  na  podczerwień,  który  zdołałby  przebić  się  przez  wszechobecne  chmury. 

Wystarczyłby tydzień rejestracji na orbicie planetarnej i robota byłaby z głowy. 

- W końcu mamy przecieŜ nagrania z sondy - zaoponowała Berru. 

-  Która  dokonała  jedynie  pomiarów  lądu  i  głębokości  oceanów.  -  Triv  wzruszył 

ramionami. - śadnej ostrości, Ŝadnej podczerwieni, by spenetrować wieczną warstwę chmur. 

-  Przed  lądowaniem  domagałem  się  stosownego  satelity  -  wtrącił  Gaber  z  nutą 

rozdraŜnienia w głosie. 

- Ja teŜ - dodał Kai. - Powiedziano mi, Ŝe nie ma odpowiednich na składzie i będziemy 

musieli zrobić wszyściutko sami, wytęŜoną pracą. 

-  To  chyba  kryterium  obowiązujące podczas naszej  wyprawy  -  rzekł Gaber, rzucając 

Kaiowi szelmowskie spojrzenie. - Zdobywać wszystko wytęŜoną pracą. 

-  Sflaczałeś,  Gaber,  ot  co  -  prychnął  Triv.  -  Na  statku  za  mało  czasu  spędzałeś  w 

siłowni. Szczerze mówiąc, sam traktuję tutejsze warunki jako wyzwanie. I ze mnie zrobił się 

background image

mięczak.  Taka  podróŜ  przyda  się  nam  wszystkim.  Tak,  tak.  Zepsuł  nas  system  “naciśnij 

przycisk". Trzeba wrócić do natury, zmusić krew do krąŜenia, rozruszać ścięgna... aać... 

-  Pooddychać  głęboko  śmierdzącym  powietrzem?  -  zasugerował  Gaber,  kiedy  Triv, 

porwany własną elokwencją, zakrztusił się nadmiarem słów. 

- Co ty, Gaber? - odgryzł się zaraz. - Znów zgubiłeś filtr? 

Nietrudno  było  dokuczyć  Gaberowi,  więc  Triv  ciągnął  swoją  orację,  pokpiwając 

nieprzerwanie  z  kartografa.  Zamilkł  dopiero,  gdy  Kai  skierował  ślizgacz  w  wąską  dolinę 

między wzgórzami, za którymi mieścił się obóz. Kai udał, Ŝe nie dostrzegł spojrzenia Gabera, 

choć myśląc kategoriami kartografa, “wytęŜona praca", o której mówili w zaopatrzeniu, mogła 

być zapowiedzią ich porzucenia, co eufemistycznie nazwano by “zasiedleniem". Wyjaśniałoby 

to, dlaczego skreślono mu pół listy zamówień. Zdalnie sterowane sensory są zbyt drogie, by 

obdarowywać  nimi  byle  planetarną  kolonie.  ChociaŜ,  jeśli  kolonia  miała  być 

samowystarczalna, na pewno wyposaŜono by ich w jakiś sprzęt górniczy, by mogli wydobywać 

i fryszować metale potrzebne do stawiania zabudowań i produkcji części zamiennych, choćby 

do  ślizgaczy.  Byłby  teŜ...  “Wszystko  da  się  zrobić  wytęŜoną  pracą"  -  słowa  urzędnika 

złowieszczo  dźwięczały  Kaiowi  w  uszach.  Najlepiej  zrobi,  jeśli  uda  się  do  Varian  na  długą 

pogawędkę, i to jak najszybciej. 

JednakŜe  zakładając,  Ŝe  ekspedycja  była  autentycznym  przedsięwzięciem  -  w  końcu 

pilne  zapotrzebowanie  na  transuranowce  stało  się  juŜ  cechą  gatunkową  PS  -  wówczas,  jeśli 

nawet nie ich rodzima ARTC-10 BO, ktoś inny przejmie wiadomość z satelity i zdecyduje się 

wylądować  na  Irecie,  by  zająć  się  eksploatacją  złóŜ  nader  waŜnej  rudy  i  minerałów,  a  przy 

okazji ich uratuje. Taka pozytywna, bądź co bądź, perspektywa od razu dodała Kaiowi otuchy, 

toteŜ  resztę  podróŜy  poświęcił  formułowaniu  depesz,  najpierw  do  Theków,  a  następnie  tej, 

którą postanowił wysłać kapsułą kosmiczną. ChociaŜ nie. Miał tylko jedną kapsułę. Dwa złoŜa 

rudy  to  jeszcze  niewystarczający  powód,  by  ją  ekspediować.  Przede  wszystkim  więc  skleci 

komunikat  dla  Theków  o  starych  czujnikach  i  złoŜach  uranu.  Kapsułę  wyśle  się  wtedy,  gdy 

zajdzie  istotna  potrzeba.  W  tej  chwili  nie  było  najmniejszego  powodu  do  alarmu,  poza 

mglistymi podejrzeniami starzejącego się kartografa. 

Ku  zdziwieniu  Kaia  grawitanci,  którzy  wyruszyli  sporo  czasu  przed  nim,  nie  dotarli 

jeszcze do obozu. Pozostałe ślizgacze wróciły juŜ bezpiecznie do bazy. Dzieciaki, pod czujnym 

okiem  Lunzie,  zasypywały  pieszczotami  Dandy.  To  właśnie  pod  pretekstem  opieki  nad 

najmłodszymi udało się Lunzie wykręcić od spełnienia natarczywych próśb Portegina i Aulii o 

większy przydział jej cudownego soku. Kai nie dojrzał nigdzie Varian ani Trizeina i doszedł do 

wniosku, Ŝe są pewnie w ksenochemicznym laboratorium w wahadłowcu. Nagle pojawili się 

background image

grawitanci.  W  zwartej  formacji  podchodzili  do  lądowania  od  północy.  Północy?  Kai  ruszył 

natychmiast  do  Paskuttiego,  by  spytać  go  o  powody  tak  diametralnej  zmiany  trasy.  Nagle 

jednak  z  wahadłowca  dobiegł  go  głos  Varian.  Była  czymś  tak  podekscytowana,  Ŝe  zaraz 

pośpieszył w jej kierunku, odkładając rozprawę z Paskuttim na potem. 

- Kai, Trizein chyba juŜ wie, dlaczego złote ptaki nie mogą się obyć bez trawy - rzuciła, 

gdy był juŜ dość blisko. - Ta zielenina zawiera mnóstwo karotenu... witaminy A. Potrzebują go, 

by zachować dobry wzrok i pigmentację. 

-  Dziwne  tylko,  Ŝe  muszą  pokonywać  tak  ogromne  odległości,  Ŝeby  zaspokoić 

podstawowe potrzeby. 

- To potwierdzałoby moją hipotezę, Ŝe pięciopalczaste nie są rodzimymi mieszkańcami 

Irety. 

Kai właśnie unosił nogę, by przekroczyć luk. Zamarł w takiej pozycji i ledwie zdąŜył 

złapać za boczne ścianki, by nie stracić równowagi. 

- Nie są rodzime? - powtórzył. - Co do wszystkich diab... Co masz na myśli? Muszą być 

rodzime, przecieŜ Ŝyją tutaj! 

-  Lecz  stąd  nie  pochodzą  -  odparła  Varian  i  gestem  nakazała  mu  wejść  wreszcie  do 

ś

rodka.  -  Co  więcej,  płaszczaki,  które  dziś  widziałam,  nie  są  wcale  stawonogami,  co 

pasowałoby do odkrytych przez nas kręgowców, wiesz, roślinoŜernych, drapieŜników, a nawet 

ptaków. 

- Mieszasz to wszystko bez sensu. 

- Nie ja. To planeta. Rzadko kiedy zwierzęta zmuszone są wędrować setki kilometrów 

od  swego  naturalnego  środowiska,  by  zdobyć  konieczny  pokarm.  Zazwyczaj  podstawowe 

elementy diety znajdują w okolicy, którą zamieszkują! - Varian rozemocjonowała się. 

-  Zaraz,  zaraz.  Chwileczkę,  Varian.  Pomyśl.  Jeśli  twoje  maskotki  stąd  nie  pochodzą, 

musiały być tu sprowadzone. Kto... - Kai zaciął się. - Dlaczego ktoś miałby chcieć przesiedlić 

na Iretę zwierzaki wielkości tutejszych drapieŜników czy twojej Mabel? 

Varian przyjrzała mu się uwaŜnie, jakby oczekując, Ŝe sam zna odpowiedź na własne 

pytanie. 

- To ty powinieneś wiedzieć. Dostaliśmy juŜ od nich cynk. Od Theków, ciemniaku - 

dodała nieco opryskliwie, gdy Kai milczał, niewiele rozumiejąc. - Nieodgadnieni Thekowie. 

Byli juŜ tutaj. To oni zostawili ten antyczny sprzęt. 

- To nie ma sensu, Varian. 

- To ma sens. Nawet sporo. 

- AŜ jakiego to niby powodu - Kai nie dawał za wygraną - mieliby coś takiego zrobić? 

background image

- Pewnie juŜ zapomnieli - odparła Varian, szczerząc zęby w figlarnym uśmiechu. - Tak 

samo, jak nie pamiętają, Ŝe raz juŜ badali Iretę. 

Dotarli do laboratorium  Trizeina. Naukowiec medytował  właśnie nad powiększonym 

obrazem jakiegoś włókna. 

-  Oczywiście  potrzebny  byłby  jeden  z  tych  ptaszków,  Varian,  by  przekonać  się,  czy 

rzeczywiście jest mu niezbędny karoten - perorował, jakby w ogóle nie spostrzegł, Ŝe Varian 

wyszła na moment z laboratorium. 

- Mamy juŜ Mabel - odparła, wchodząc do środka - i małego Dandy. 

- Mamy w obozie zwierzaki? - Trizein aŜ zamrugał ze zdziwienia. 

- Mówiłam ci przecieŜ, Trizein - jęknęła Varian. - Preparaty, którymi zajmowałeś się 

wczoraj i przedwczoraj... 

-  A  tak,  teraz  sobie  przypominam  -  rzucił,  choć  było  dla  wszystkich  jasne,  Ŝe  nie 

przypomina sobie czegoś podobnego ni w ząb. 

- Mabel i Dandy raczej nie fruwają - zauwaŜył Kai. - To zupełnie odmienne gatunki. 

- W rzeczy samej, szefie, lecz są pięciopalczaste, jak choćby kłacz, który równieŜ nie 

potrafi obejść się bez trawy. 

- Mabel i Dandy są roślinoŜerne - Kai wykłócał się dalej - tymczasem drapieŜniki i złote 

ptaki nie są. 

Varian przez moment rozwaŜała zastrzeŜenie Kaia. 

-  Owszem,  jednak  ogólnie  rzecz  biorąc,  mięsoŜerne  czerpią  wystarczające  ilości 

witaminy C z mięsa. - Varian pokiwała bezradnie głową. - W takim razie kłacz nie musiałby 

szukać trawy aŜ w dolinie. Mabel i jej krewniacy dostarczaliby mu dość witamin. Nic z tego nie 

łapię, przynajmniej na razie. Poza tym ptaki mogą mieć całkiem inny powód zbierania tamtej 

trawy, jak zasugerowała mi dziś Terilla. 

- Chyba się zgubiłem - oświadczył Kai. Wskazał na Trizeina, który zatopił się ponownie 

w swej pracy nad mikroskopem, zapominając zupełnie o ich obecności. 

- Zrozumiesz, gdy obejrzysz nasze dzisiejsze nagrania. Chodź! Idziesz, czy masz moŜe 

coś innego do roboty? 

- Komunikat dla Theków, ale najpierw przyjrzę się waszym taśmom. 

- A propos, Kai - zaczęła Varian, wychodząc za nim z laboratorium - w pobliŜu złóŜ 

uranitytu  nie  natrafiliśmy  na  Ŝadne  zwierzęta,  które  mogłyby  sprawiać  jakieś  kłopoty.  Jeśli 

rozłoŜycie obóz w odpowiednim miejscu, najlepiej na wzgórzu, i zmontujecie przyzwoity pas 

siłowy, twój zespół będzie mógł czuć się całkiem bezpiecznie. 

background image

-  To  dobra  wiadomość.  Bynajmniej  nie  podejrzewałem,  Ŝe  zdołałabyś  przestraszyć 

kogoś swymi opowieściami o stadach kłączy, ale zawsze, wiesz... 

- Kłącze, jeśli chodzi o ścisłość, polują samotnie - odcięła się Varian. 

Dotarli  do  kabiny  pilota.  Varian  bezzwłocznie  umieściła  kasetę  w  odtwarzaczu, 

przedstawiając  jednocześnie  konkluzje, do  jakich doszła.  Wyraziła chęć,  by  przy  najbliŜszej 

okazji przyjrzeć się kolonii złotych ptaków bardziej dokładnie. 

- Jak dokładnie, Varian? - zapytał zaniepokojony Kai. - Są niemałe i o ile pamiętam, 

mają mocne skrzydła. Mogą być niebezpieczne. Nie miałbym ochoty paść ofiarą ich dziobów. 

-  Ani  ja.  -  Uśmiechnęła  się.  -  Załatwię  to,  Kai.  Jeśli  są  tak  inteligentne,  jak  na  to 

wskazują poszlaki, moŜe uda mi się zbliŜyć do nich bardziej, hm, osobowo. 

Kai zaczął gorąco protestować. 

-  Złote  ptaki  nie  są  głupie  jak  Mabel  -  Varian  uniosła  rękę,  by  go  uciszyć  -  ani 

przeraŜone  jak  Dandy,  albo  groźne  jak  kłącze.  Nie  mogę  zrezygnować  z  szansy  poznania 

skrzydlatego gatunku, który działa w tak zorganizowany sposób. 

-  Dobrze,  juŜ  dobrze.  Tylko  nie  rób  nic  sama.  Zawsze  masz  mieć  przy  boku 

grawitantów - nakazał z powagą. 

- Jesteś prawdziwym przyjacielem! - wykrzyknęła. - A przy okazji, poprawiło im się w 

ciągu dnia? 

- W Ŝyciu nie byli tak niezdarni. Owszem, zdarzało im się “zwalniać obroty", ale nigdy 

nie  zachowywali  się  jak  skończone  niedojdy.  Paskutti  i  Tardma  spuścili w  przepaść  jeden  z 

sejsmografów. Nie mam ich aŜ tyle, by móc sobie tracić je ot, tak, jeŜeli chcę zakończyć misję. 

- Kai potrząsnął głową, nie mogąc odŜałować szkody. - Nie winie ani siebie, ani ich, lecz to 

najzwyczajniej  nieznośne.  Co  poczniemy  z  destylacją  owoców?  Nie  mam  pojęcia,  dlaczego 

trunek  Lunzie  miał  na  nich  tak  tragiczny  wpływ,  tymczasem  nam,  istotom  słabszym,  nie 

sprawił większych problemów. 

- MoŜe to nie wina trunku - zasugerowała Varian. 

- Co masz na myśli? Varian wzruszyła ramionami. 

- Tak mi się po prostu powiedziało. Nic konkretnego. 

- Skonkretyzujmy to więc. Niech Lunzie przeprowadzi parę badań. To moŜe być alergia 

mutacyjna.  Powiedz  -  zaczął  po  chwili  zupełnie  z  innej  beczki  -  czy  miałaś  dziś  dla 

grawitantów jakieś zadania? Na północy moŜe? 

- Na północy? - powtórzyła Varian. - Nie. Cały dzień mieli być do twojej dyspozycji. 

Wróćmy jednak do złóŜ uranitytu. Jutro teŜ zamierzasz tam pracować? 

Kai zaprzeczył ruchem głowy. 

background image

- W porządku - ciągnęła Varian. - W takim razie wyślę swój zespół, by przeprowadzili 

badania terenu. Zdaje się, Ŝe mieszkają tam wyłącznie mniejsze zwierzęta, co, jak juŜ mówiłam 

dzieciakom, nie świadczy bynajmniej, Ŝe są potencjalnie mniej groźne. Jaki teren mielibyśmy 

następnie sprawdzić, pod kątem przydatności pod obóz, ma się rozumieć? 

Kai przywołał na ekran komputera mapę Gabera, z naniesionymi juŜ złoŜami uranitytu i 

ciągiem starych czujników. 

-  Skraj  płyty  -  odparł  -  znajduje  się  jedynie  dwieście  kilometrów  stąd  na  północny 

wschód, tak Ŝe obędziemy się tam na razie bez dodatkowego obozu. Natomiast Portegin i Aulia 

chcą spenetrować jeziora i pójść głębiej w niziny. Berru i Triv mają udać się na zachód, gdzie, 

jak wszystko wskazuje, mieści się rozległy basen kontynentalny. MoŜe natrafią na złoŜa ropy 

naftowej.  Naturalnie  ropa  nie  jest  wielce  wydajnym  źródłem  energii,  ale  w  surowym  stanie 

znajdzie wielu odbiorców. Spróbowalibyśmy rafinować część, by mieć zapasowe paliwo do... 

-  Kai  -  Varian  przypomniało  się  coś  -  czy  ktokolwiek  korzystał  dziś  rano  z  duŜego 

ś

lizgacza? Choćby przez chwilę? 

- Tylko Ŝeby dotrzeć do złóŜ. Potem ślizgacz miał wrócić do ciebie. Dlaczego pytasz? 

- Czas lotów jest o wiele dłuŜszy, niŜ powinien - wyjaśniła. - To dziadostwo nadaje się 

teraz tylko do wymiany zasilania. 

- Co z tego? - Kai wzruszył ramionami. 

- Oj, nie wiem. Po prostu zazwyczaj nie popełniam błędów w cyferkach. 

- Varian, dość mamy problemów i bez wymyślania. Varian skrzywiła się. 

-  Na  przykład  brak  łączności  z  BO  -  powiedziała.  -  Twój  zespół  będzie  pewnie 

oczekiwał jakiegoś potwierdzenia... 

-  Ale  mamy  jeszcze  parę  dni,  zanim  wszystko  się  wyda  -  przypomniał  Kai  -  i 

wykorzystamy kaŜdy z nich. 

-  Jasne,  jasne.  Na  razie  moŜemy  ich  zwodzić.  Przy  okazji,  dzieciaki  okazały  się 

niesamowicie przydatne. Zamawiam je na swój następny lot... Gdy nie będę mieć w planach 

lądowania - dodała, widząc jak na zaskoczonej twarzy Kaia pojawia się wyraz dezaprobaty. - 

Powinieneś nawet rozwaŜyć - uśmiechnęła się chytrze - czy nie zabrać czasem Bonnarda, gdy 

będziecie stawiać czujniki. 

- Chwileczkę, Varian... 

- Powiadają, Ŝe przedawkowanie leczy większość zachcianek. 

-  Święta  prawda  -  przyznał  Kai.  -  PomoŜesz  mi  poradzić  sobie  z  komunikatem  dla 

Theków? 

background image

-  Niestety,  przepraszam  cię.  Muszę  uwolnić  Mabel,  rozmówić  się  z  Lunzie  i  wziąć 

przed jedzeniem kąpiel. - Varian czym prędzej otwarła luk. - Ale chętnie przejrzę, co napiszesz. 

Zamierzył  się,  jakby  chciał  w  nią  czymś  rzucić,  lecz  Varian,  śmiejąc  się,  szybciutko 

pierzchnęła. 

Godzinę później Kai był juŜ ostatecznie przekonany, Ŝe Varian, nawet w najgłębszym 

dołku intelektualnym, skleciłaby lepszy komunikat. W kaŜdym razie jego dzieło zawierało to, 

co najwaŜniejsze. Nalegał teŜ na przekazanie pewnych informacji. 

Nadał  depeszę,  ustalając  termin  nawiązania  łączności  za  dwa  dni.  Nie  zostawiało  to 

Thekom  zbyt  wiele  czasu  do  zadumy,  toteŜ  Kai  tak  sformułował  pytania,  by  w  odpowiedzi 

wystarczyło zwięzłe “tak" i “nie", ewentualnie “czekać". 

Następny dzień nie przyniósł Ŝadnych niespodzianek. Grawitanci powrócili do formy. 

Tardma  i  Tangeli  przeczesali  gęsto  porosłe tereny, na których  Varian z  dzieciakami  odkryła 

niewielkie  zwierzęta.  Stworzenia  nie  raczyły  bynajmniej  pokazać  się  przybyszom,  jednak 

dzięki znalezionym szczątkom, nie poŜartym jeszcze przez insekty czy padlinoŜerne, udało się 

ustalić, Ŝe naleŜą do mięsoŜernych, prowadzą nocny tryb Ŝycia i ze względu na nikłe rozmiary 

nie stanowią rzeczywistego zagroŜenia. Co więcej, mało prawdopodobne, by wybierały się w 

okolice przyszłego obozu pomocniczego, tak daleko od swego terytorium. 

Kai  stracił  całe  popołudnie,  wybierając  z  Dimenonem  i  Margit  teren  pod  obóz. 

Postanowili, Ŝe  będą  z  niego  korzystać  równieŜ  Portegin  i  Aulia  podczas  swych  eskapad  na 

zachód. 

Lunzie  szepnęła  w  zaufaniu  Kałowi  i  Varian,  Ŝe  grawitanci  powinni  byli  zachować 

większą  odporność  na  działanie  jej  trunku  niŜ  inni.  Nie  pojmowała  ich  reakcji,  jednak  nie 

pochwalała  racjonowania  im  napoju  ani  rozcieńczania  ich  porcji.  Oświadczyła,  Ŝe  nakaŜe 

grawitantom  stawić  się  na  rutynowe  badania  kontrolne,  które,  zauwaŜyła  przy  okazji, 

przydałyby się kaŜdemu, i przyjrzy się im pod kątem skłonności alergicznych i ewentualnych 

infekcji, których mogli się nabawić od chwili wylądowania. 

Tego wieczoru Lunzie dostarczyła do posiłku dość owocowego napitku, by atmosfera 

stała  się  nadzwyczaj  towarzyska.  Grawitanci  tym  razem  nie  pili  więcej  niŜ  inni,  śmiali  się 

rzadko,  jak  mieli  w  zwyczaju,  i  opuścili  salę  razem  ze  wszystkimi.  Następnego  dnia  ich 

sprawność  nie  była  ani  trochę  nadwątlona,  co  tylko  pogłębiało  tajemnicę  ich  zachowania 

tamtego wieczora. 

Kai  skrupulatnie  trzymał  się  wyznaczonej  godziny  nawiązania  łączności  z  Thekami. 

Varian, oczywiście, wpadła w połowie ślamazarnego i ospałego dialogu. 

background image

Na  pytanie,  czy  przejęto  komunikaty  z  satelity  i  nawiązano  łączność  z  BO,  padła 

odpowiedź “nie". Zgodnie z przypuszczeniami, na pytanie dotyczące poprzedniej ekspedycji na 

Iretę i starych czujników Kai usłyszał wymijające “czekać". Natomiast wieść o odkryciu złóŜ 

uranitytu Thekowie przyjęli - jak na nich - euforycznie, kończąc skromnym “kontynuować". 

Rozmowa z Ryximi, którą Kai się pochwalił, spotkała się ze zwyczajnymi wyrazami uznania. 

Thekowie  byli  rzekomo  tolerancyjni  na  swój  dobroduszny,  bezstronny  sposób,  wobec 

wszelkich  gatunków,  lecz  tym  razem  Kai  odniósł  wraŜenie,  Ŝe  doprawdy  niewiele  ich 

obchodzi, czy Ryxiowie utrzymują z kimkolwiek kontakt. 

Zachodził  teŜ  w  głowę,  co  mogła  oznaczać  ich  odpowiedź  na  pytanie  o  poprzednią 

wyprawę. Z jednej strony liczył, Ŝe moŜe odszukają jakieś informacje, wzmianki, aluzje, choć 

nie miał specjalnie pojęcia, jak niby mieli tego dokonać, skoro byli odcięci od swoich ziomków 

i banków danych BO. Z drugiej strony, gdyby dowiedli swej omylności, sprawiłoby mu to jakąś 

niezrozumiałą  ulgę,  chociaŜ  przy  tym  ich  reputacja  poniosłaby  tyle  szwanku  i  coś  -  dotąd 

niezmiennego i pewnego - na zawsze ległoby w gruzach. 

- Nie wiedzą więc - powiedziała Varian, wyraźnie zadowolona z takiego obrotu rzeczy. 

-  Przynajmniej  nie  w  tej  chwili  -  odparł  Kai,  ochoczo  biorąc  stronę  Theków,  by 

wynagrodzić im swą duchową nielojalność. - No ale, ma się rozumieć, we wszechświecie  jest 

tylko parę milionów planet, na których rozwinęło się Ŝycie w jakiejś tam postaci... 

-  Powtarzają  nam  to  w  kółko,  tymczasem  sfera  naszych  zainteresowań  ogranicza  się 

chwilowo  do  jednej,  małej,  śmierdzącej  grudy  ziemi  -  powiedziała  Varian.  -  Aha,  zanim 

zapomnę,  musimy  sporządzić  nowe  plany,  jeśli  chcesz  zacząć  pracę  nad  obozem 

pomocniczym. Według systemu starych czujników, płyta kontynentalna ciągnie się jakieś dwa 

tysiące  kilometrów  na  południowy wschód. Oznaczałoby  to,  Ŝe  jazda  tam i  z powrotem jest 

raczej  niewykonalna.  Chcę  zabrać  Tangelego,  Paskuttiego,  Tardmę  i  Lunzie,  i  przeczesać 

tamten obszar. - Rozwinęła mapy omawianych okolic z naniesionymi juŜ starannym pismem 

Gabera  pojedynczymi  rysami  topograficznymi.  Legenda  znajdowała  się  z  boku.  - 

Wprowadziłam oznaczenia siedzib zwierząt, które juŜ napotkaliśmy. Sądzę, Ŝe są adekwatne, 

ale wiesz, na tym terenie mieszka tyle stworzeń... - wskazała płaskowyŜ i puszczę tuŜ ponad 

obozowiskiem - Ŝe wzięłam pod uwagę wyłącznie większe i niebezpieczne gatunki. KaŜdemu 

gatunkowi, który zdołaliśmy zidentyfikować jako roślinoŜerny, mięsoŜerny lub wszystkoŜerny, 

odpowiada osobny kolor. Jak widzisz, czeka nas jeszcze sporo roboty, nim sporządzimy choć 

najbardziej pobieŜny katalog. - Trzepnęła dłonią w zaznaczone na mapie ogromne przestrzenie, 

które wciąŜ czekały na odkrycie. - Tu powinny być smoki! - wykrzyknęła. 

- Smoki? - powtórzył Kai. 

background image

- Tak właśnie ująłby to pradawny kartograf, nie mając zielonego pojęcia o sposobach 

rozróŜniania lokalnych form Ŝycia. 

-  A  czy  istnieją  sposoby  umoŜliwiające  określenie,  który  gatunek  jest  który  na  tej 

planecie? - spytał Kai. 

Varian  potrząsnęła  przecząco  głową,  wręczając  mu  jednocześnie  kilka  egzemplarzy 

map. 

-  To  nie  jest  tak  pilne  jak  prace  geologiczne.  Potrzeba  ci  przecieŜ  tylko  czegoś  w 

rodzaju przewodnika. 

-  Twoja  mapa  jest  rewelacyjna, Varian  -  powiedział z  uznaniem.  -  Myślałem, Ŝe  ty  i 

twoi ludzie... 

-  Nie,  Kai.  Wysłałam  ich  po  te  informacje,  bym  mogła  uzupełnić  kilka  luk,  które 

pozostały po mojej wyprawie. Pracowaliśmy nad tym z Terillą. 

-  Terillą  ci  w  tym  pomagała?  -  Kai,  absolutnie  zaskoczony,  zatopił  się  z 

niedowierzaniem w mapach. 

- W rzeczy samej. Wiem, Ŝe wciśnięto nam dzieciaki w ostatniej chwili, szkoda jednak, 

Ŝ

e  nikt  nie  pomyślał,  by  przekazać  nam  ich  akta.  Terillą  to  prawdziwy  skarb.  Mogłaby 

spokojnie terminować u Gabera, dzięki czemu on przestałby się tak ociągać z pracą. Powiem ci, 

Ŝ

e pochwalił jej robotę. - Uśmiechnęła się szelmowsko do Kaia. - Odetchniesz chyba z ulgą, 

jeśli ci powiem, Ŝe nie jesteś juŜ głównym obiektem zainteresowań Bonnarda. Zmienił je! 

-  Na  Dandy?  Czy  moŜe  Mabel?  -  zapytał  z  przekąsem  Kai.  -  Nie  pochlebiałoby  mi 

specjalnie ani jedno, ani drugie. 

- Mabel juŜ dawno tu nie ma. Nie, kochany. Bonnard zapragną] wziąć udział w mojej 

wyprawie do kolonii złotych ptaków! 

- Przynajmniej wybrał sobie coś na przyzwoitym poziomie intelektualnym. 

- Nigdy nie twierdziłam, Ŝe ma zły gust - Varian rzuciła kokieteryjnie. 

- Varian! 

- Kiedy się mają odezwać Ryxiowie? - zapytała juŜ powaŜnie. 

- Dziś o piętnastej trzydzieści. Jeśli nie zapomną. 

- Naprawdę szwankuje nam wszystkim pamięć podczas tej ekspedycji, nie sądzisz? - 

zapytała.  -  Ryxiowie  zapominają  się  odezwać,  Thekowie  zapominają  myśleć,  BO  nawiązać 

kontakt... No cóŜ, wracani  do moich nie cierpiących zwłoki obowiązków.  -  Chciała  wyjść z 

kabiny, gdy napatoczyła się na Gabera. - Och, jak się masz, Gaber... 

- Varian - kartograf był nieco zdesperowany - czy zabrałaś wszystkie egzemplarze map? 

- Oprócz tej, nad którą pracowała Terillą. A dlaczego? 

background image

- Nic, nic. Nie wiedziałem tylko. Po prostu nie byłem pewien i... 

- Mówiłam ci, Gaber - odparła Varian - lecz, jak przypuszczam, byłeś tak pochłonięty 

analizowaniem nagrań, Ŝe nie słyszałeś. Przepraszani cię. Przekazałam mapy Kaiowi i właśnie 

wracam do twego siedliska z pozostałymi. 

-  A  to  dobrze,  to  bardzo  dobrze.  Przepraszam  -  dodał  -  strasznie  mi  przykro,  Ŝe  nie 

dosłyszałem, co mówiłaś. 

Zdaniem Kaia Gaberowi nie było ani za grosz przykro. 

Wrócił  zaraz  do  analizy  rozmieszczenia  poszczególnych  gatunków  zwierząt. 

Największe roślinoŜerne, jak Mabel, oraz trzy inne ogromne gatunki, moŜna napotkać na całym 

obszarze  puszczy.  Przez  łańcuchy  górskie  prawdopodobnie  przeprawiają  się  w  miejscach 

oznaczonych  starannie  na  mapie  malutkimi  rysunkami  bestii.  DrapieŜne,  jak  choćby  kłącze, 

polują samotnie. Dotąd zauwaŜono tylko raz parę osobników - oba pochłonięte były wściekłą 

walką, która, jak się wyraził Paskutti, zdegenerowała się do kopulacji. Zasięg map ograniczały 

rozległe, nie zbadane tereny, na które nałoŜono jedynie diapozytywy, nanosząc w ten sposób 

ogólne dane topograficzne uzyskane z pobieŜnych analiz sondy. 

Dotąd koncentrowali się na względnie chłodnych obszarach mas lądowych. W związku 

z temperaturą jądra planety, okolice podbiegunowe na Irecie były znacznie gorętsze niŜ strefa 

równikowa. Wkrótce przyjdzie im zająć się i tym bardziej skwarnym rejonem, co Kaiowi było 

wyraźnie nie w smak. W takim ciepełku, pouczała go Varian jeszcze podczas odpraw w bazie, 

rozrost i róŜnorodność form Ŝycia muszą być niewiarygodne. Bujne lasy tropikalne sprzyjały 

rozwojowi,  dostarczały  poŜywienia  w  wielkiej  obfitości,  uwalniając  zwierzęta  od  przymusu 

wiecznego  uganiania  się  za  tym,  co  jadalne.  Zimniejsze  klimaty,  choć  Ireta  nie  mogła 

poszczycić  się  Ŝadną  strefą  umiarkowaną,  zamieszkiwało mniej  gatunków, poniewaŜ zasoby 

pokarmowe bywały tam skromniejsze ze względu na bardziej surowe warunki. 

Kai ze zrozumiałą satysfakcją zaznaczył na mapie dwa złoŜa uranitytu, potem odkryte 

przedwczoraj  przez  Portegina  i  Aulię  dwa  ogromne  pokłady  miedzi,  a  następnie  trzy 

wzniesienia  oznaczone  przez  Berru  i  Triva  jako  złoŜa  rudy  Ŝelaza.  Ci,  którzy  dotarli  tu 

wcześniej,  kimkolwiek  byli,  ogołocili  Iretę  ze  wszystkiego,  lecz  działalność  orogeniczna  w 

późniejszych tysiącleciach uczyniła niespokojną planetę dwakroć zasobniejszą niŜ poprzednio. 

Prawdę  powiedziawszy,  była  to  pierwsza  wyprawa  poszukiwawcza  Kaia,  gdyŜ  jego 

wcześniejsze ekspedycje miały wyłącznie doraźny charakter - trzeba było odszukać Ŝyły rudy, 

które  uległy  przemieszczeniu,  lub  nadzorować  bagrowanie  manganu  z  morskiego  dna. 

Wszystko  to  dawało  mu  nieocenione  doświadczenie  i  mogło  stanowić  pomoc  w  przypadku 

wyprawy poszukiwawczej na pełną skalę - takiej, jak obecna. 

background image

Kai był tak pogrąŜony we własnych myślach, Ŝe dopiero dźwięk chronometru wyrwał 

go z tego stanu. Jeszcze przez chwilę nie mógł się połapać, dlaczego w ogóle nastawił alarm. 

Ach!  Ryxiowie!  Poniewczasie  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  powinien  był  przygotować 

komunikat. Łatwiej jest przecieŜ odczytać coś, niŜ trajkotać bez przygotowania z prędkością 

odpowiadającą  Ryxim.  Pośpiesznie  naskrobał  parę  słów,  dyplomatycznie  ujmując 

spostrzeŜenia Varian na temat złotych ptaków. 

Yrl  podjął  kontakt  dokładnie  o  wyznaczonej  porze,  i  natychmiast  zapytał,  czy  Kai 

utrzymuje  łączność  z  8O.  Kai  zaprzeczył,  czym  zresztą  Ryxi  nieszczególnie  się  przejął. 

Oznajmił  tylko,  Ŝe  wysłali  kapsułę  z  pełnym  raportem  na  swą  ojczystą  planetę  i  dał  do 

zrozumienia, Ŝe niewiele go obchodzi, kiedy kapsuła dotrze do celu, poniewaŜ zarówno on, jak 

i jego zespół całkiem miło i przyjemnie się urządzili. Kai gotów był nie wspominać o złotych 

ptakach, jeśli Vrl nie zapytałby. Niestety, zapytał. Kai przekazał mu więc tych kilka informacji, 

które  udało  się  zdobyć  jemu  i  Varian.  Na  szczęście  rejestrował  całą  rozmowę  -  wyłącznie 

dzięki temu wzburzoną odpowiedź Yrla moŜna było przełoŜyć na jakieś artykułowane dźwięki. 

Kai odniósł wraŜenie, Ŝe w opinii Yrla jest parszywym malkontentem, zazdrosnym o Ryxich, i 

w ogóle. Yrl zakończył rozmowę, nim dane było Kaiowi oczyścić się z zarzutów lub chociaŜ 

ustalić termin kolejnego kontaktu. 

Wytrzeszczonymi ze zdumienia oczyma zapatrzył się bezmyślnie w przestrzeń, trochę 

otumaniony, trochę rozjątrzony nadpobudliwą reakcją Vrla. Nagle usłyszał, jak ktoś chrząka. 

W wejściu stał Gaber. 

-  Przepraszam,  jeśli  przeszkadzam,  Kai  -  zaczął  -  lecz  zapodziała  się  gdzieś  jedna  z 

map. Nie masz czasem dwóch kopii? 

Kai przesunął palcami po chropowatych, lecz cienkich kartach. Nieraz zdarzało im się 

zlepić, jeśli substancja powielająca nie zdąŜyła jeszcze wyschnąć. 

- Nie, Gaber, mam tylko jeden zestaw - odparł w końcu. 

- Nieźle. W takim razie jedna zginęła - mruknął Gaber swym zwyczajnym bolesnym 

tonem i wyszedł. 

Kai widział, jak kieruje się w stronę wyjścia z wahadłowca, potrząsając z rezygnacją 

głową.  Przygotował  nagranie  rozmowy  z  Yrlem,  by  odtworzyć  je  w  zwolnionym  tempie, 

ś

lubując sobie w duchu, Ŝe zmusi Varian do przeprowadzenia dokładnych obserwacji złotych 

ptaków, i to jak najszybciej. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY  

 

Przez  następnych  siedem  dni  wszyscy  byli  zbyt  pochłonięci  budową  obozu 

pomocniczego, by zajmować się czymkolwiek nie związanym ściśle z ową najwaŜniejszą dla 

ekspedycji  sprawą.  Varian  znalazła  jednak  trochę  czasu,  by  wybrać  się  na  płaskowyŜ,  na 

którym złote  ptaki  urządzały  sobie  uczty,  i przytaszczyć Trizeinowi parę nieduŜych okazów 

płaszczaków  do  przeprowadzenia  kilku rutynowych badań.  Biolog na dobre zagrzebał  się w 

swoim  laboratorium,  aŜ  Lunzie  znalazła  go  śpiącego  nad  pracą.  Zmusiła  go  oczywiście,  by 

zrobił sobie na jakiś czas przerwę, najadł się i wyspał. Zastosował się niechętnie do jej poleceń, 

a gdy wstał po dłuŜszej drzemce, błąkał się z opuchniętymi oczyma po bazie, potykając się co 

chwila. Raz tylko przystanął, by z zakłopotaną miną utkwić wzrok w Dandym. 

Maleństwo było juŜ tak oswojone, Ŝe gdy Bonnard i Cleiti mieli czas, wypuszczano je z 

wybiegu. Póki co Varian postanowiła go nie uwalniać, zwłaszcza Ŝe jako sierotka Dandy nie 

miałby Ŝadnego opiekuna w naturalnych warunkach. Kai musiał przychylić się do jej prośby. 

Było  jasne,  Ŝe  bestyjka  nie  osiągnie  większych  rozmiarów  i  nie  nadweręŜy  zasobów 

ekspedycji.  Dandy,  z  natury  bojaźliwy,  był  rad,  mogąc  włóczyć  się  za  dzieciakami.  Jego 

ogromne,  przezroczyste  oczy  na  przemian  napełniały  się  smutkiem  i  tęsknotą,  to  znów 

przeraŜeniem  i  trwogą.  Osobiście  Kaiowi  odpowiadałby  nieco  bardziej  ekstrawertyczny 

charakter obłaskawionego zwierzaka, tymczasem Dandy nie przejawiał najmniejszych oznak 

agresji, co Kai uznał za skandal. 

Na niebie bez przerwy widoczne były złote ptaki, zupełnie, jakby, stwierdziła pewnego 

wieczoru  Varian,  interesowały się  nowymi  zdobywcami  przestworzy  z równym zapałem, co 

wyprawa nimi. Reakcja Vrla na wieść o ich istnieniu wprost ją oczarowała. Gdy w zwolnionym 

tempie  odtworzyli  nagranie  rozmowy,  okazało  się,  Ŝe  istotnie,  paplanina  Vrla  oznaczała 

odmowę  przyjęcia  do  wiadomości  jej  raportu.  Są  znikome  szansę,  kłapał  dziobem  Vrl,  Ŝe 

pojawi się jeszcze jakiś inteligentny gatunek ptaków na którejkolwiek z planet, i to niezaleŜnie 

od warunków: Ryxiowie to zjawisko unikalne i tak juŜ pozostanie. KaŜda próba wyrugowania 

ich z tej wyróŜniającej się pozycji w Federacji pociągnie za sobą nieobliczalne konsekwencje. 

Zasugerował,  by  dwunoŜni  co  prędzej  odwołali  tak  niesmaczny  Ŝart, i  w ogóle zarzucili ten 

pomysł,  gdyŜ  inaczej  Vrl  sam  zadba  to,  by  wszelkie  kontakty  Ryxich  z  Ludźmi  uległy 

natychmiastowemu zerwaniu. 

Gdy  mapy  Terilli  rozeszły  się  wśród  uczestników  wyprawy,  Gaber  i  Tangeli  zaczęli 

zawzięcie rywalizować o małą, o jej czas i umiejętności, i to do takiego stopnia, Ŝe Kai ł Varian 

background image

musieli  interweniować.  Nie  wzruszona  ubieganiem  się  o  jej  względy  Terilla  oznajmiła  bez 

ogródek, Ŝe zarówno od map, jak i od zwierząt woli po prostu roślinki. Varian, dusząc się ze 

ś

miechu,  pokazała  Kaiowi  mapę,  którą dziewczynka  wykonała dla  Tangelego,  z zaznaczoną 

roślinnością,  trawami  i  krzewami  porastającymi  równiny  i  bagna.  Sporządzono  w  końcu 

harmonogram  pracy,  zgodnie  z  którym  Terilla  spędzała  po  trzy  popołudnia  z  kaŜdym  z 

naukowców,  wszystkie  poranki  natomiast  naleŜały  wyłącznie  do  niej.  PoniewaŜ  pracy  było 

coraz  więcej,  Kai  postanowił  przydzielić  zadania  takŜe  Bonnardowi  i  Cleiti,  jak  wszystkim 

członkom  ekspedycji.  Zazwyczaj  korzystał  z  ich  pomocy  Tangeli,  jeśli  Terilla  była  w  tym 

czasie nieosiągalna nie mogła wziąć udziału w którejś z jego botanicznych wypraw. Czasem teŜ 

Bonnard zajmował miejsce Kaia u boku Bakkuna, zwłaszcza kiedy obowiązki administracyjne 

uniemoŜliwiały  Kaiowi  pracę  w  terenie  razem  z  grawitantem  -  geologiem.  Lunzie  zaś 

“przywłaszczyła" sobie Cleiti, by dziewczynka pomagała jej w analizie gleby i roślinności Irety 

pod kątem właściwości leczniczych. 

ZałoŜono  aŜ  dwa  obozy  pomocnicze,  choć  nie  ulegało  wątpliwości,  Ŝe  wkrótce 

potrzebny  będzie  trzeci,  gdzieś  daleko  na  wschodzie,  jeŜeli  prace  eksploracyjne  na  tamtych 

terenach miały być kontynuowane. Zgodnie z planami większość czasu przeznaczona była na 

wschodnią półkule. Kai miał zresztą nadzieję, Ŝe piętnaście stopni przechyłu osiowego będzie 

oznaczać nieco chłodniejszy klimat. 

ś

aden z następnych dwóch kontaktów z Thekami nie przyniósł odpowiedzi na pytania 

Kaia dotyczące poprzedniej wyprawy na Iretę ani dobrych wieści o BO. Czas upływał szybko i 

kwestia milczenia BO stawała się paląca. Gdy Dimenon zaŜądał wyjaśnienia powodów utraty 

kontaktu, Kai, przygotowany na taką ewentualność, wspomniał coś o burzy kosmicznej w tak 

bezceremonialny sposób, Ŝe Dimenonowi nawet przez myśl nie przeszło zapytać, czy raporty o 

złoŜach rud były jedynymi nie odebranymi przez bazę komunikatami. 

- Wolę nawet nie myśleć, ile nam zostało czasu - oznajmił Kai, gdy Dimenon wyszedł. 

-  Zajmij  ich  tak  bardzo  liczeniem premii,  Ŝe zapomną się  dopytywać  -  zasugerowała 

Varian. 

- To cholernie bogata planeta, Varian. 

- Więc w interesie BO jest utrzymanie z nami kontaktu, jeŜeli zaleŜy im na surowcach 

energetycznych, które znaleźliśmy. W końcu  wiedzą, gdzie jesteśmy. - Varian przyjrzała się 

Kaiowi. - Nie myślisz chyba powaŜnie - uniosła brew - o tej absurdalnej teorii Gabera? 

-  Zastanawiam  się...  raz  po  raz...  -  przyznał  Kai,  pocierając  nerwowo  nos.  Czuł  się 

idiotycznie, lecz prawdę powiedziawszy, poczuł ulgę, gdy Varian poruszyła tę kwestię. 

background image

-  Hm,  no  tak.  Ja  teŜ  się  raz  po  raz  zastanawiam  -  odparła.  -  Czy  Ryjuowie  się  juŜ 

odezwali? 

- Nie. - Kai uśmiechnął się od ucha do ucha. - Sądziłaś, Ŝe się odezwą? 

- Nie - zaśmiała się Varian. - Są tacy... paranoicznie napuszeni... Jakby inny rozumny 

gatunek ptaków mógł im zagrozić! Fakt, Ŝe czubaki - przezwała tak złote ptaki są inteligentne, 

lecz  tak  daleko  im  do  Ryxich,  Ŝe  uraza  Vrla  jest  po  prostu  idiotyczna  -  westchnęła.  - 

Chciałabym móc lepiej określić poziom ich inteligencji. 

- To dlaczego tego nie zrobisz? 

- Przy tym całym urwaniu głowy z twoim wschodnim obozem? - poŜaliła się. 

- MoŜe więc w wolny dzień? Zrobisz choć początek. Poobserwuj je i odpocznij sobie. 

- Mogę? - zawołała Varian, rozpromieniona taką perspektywą. - Mogłabym wziąć duŜy 

ś

lizgacz i w nim przenocować? Mamy juŜ sporo informacji o ich zwyczajach, wystarczająco 

często przyglądaliśmy się ich połowom, jednak wciąŜ nic nie wiem o ich Ŝyciu prywatnym, na 

przykład o ich porannych zwyczajach. Jest tylko jedno miejsce, gdzie rosną trawy, które jedzą. 

Do  wyplatania  sieci  uŜywają  traw  bagiennych,  to  pewne,  lecz  w  jaki  sposób  dokonują  tej 

sztuczki? - Zmarszczyła brwi. - Tobie przydałaby się chwila wytchnienia tak samo jak mnie. 

Wybierzmy  się  razem,  w  następny  wolny  dzień.  Ostatecznie  Paskutti  i  Lunzie  mogą  nas 

zastąpić. 

- A jeśli okaŜe się, Ŝe czubaki akurat teŜ mają dzień wolny? - zapytał Kai szyderczo. 

- Zawsze istnieje taka ewentualność, nieprawdaŜ? - odparła Varian, nie dając się złapać 

na przynętę. 

Kai sam się dziwił swojej niecierpliwości, z jaką czekał na tę przerwę w codziennym 

toku zajęć. Dowodziło to tylko słuszności propozycji Varian. Lunzie z całego serca przystała na 

ten pomysł. Powiedziała Kaiowi, Ŝe sama chciała im właśnie zasugerować, by oderwali się od 

pracy na jeden dzień. 

- Co takiego fascynuje nas wszystkich w skrzydlatych stworzeniach? - zapytała Lunzie, 

gdy po wieczornym posiłku zasiedli nad kieliszkami jej owocowego trunku. 

- MoŜe ich niezaleŜność? - zaproponował Kai. 

-  “Gdybyśmy  mieli  fruwać,  dano  by  nam  skrzydła"  -  odcięła  się  dowcipnie  Varian 

cienkim,  nosowym  głosem.  -  Podejrzewam,  Ŝe  to  wolność  -  mówiła  dalej,  juŜ  normalnym 

tonem  -  albo  pole  widzenia,  perspektywa,  poczucie  bezkresnej  przestrzeni  dokoła.  Wy, 

urodzeni i wychowani w bazach kosmicznych, nie jesteście w stanie w pełni docenić otwartych 

przestrzeni. Mnie trzeba widoków, którymi mogłabym karmić oczy i duszę. 

background image

-  Ograniczenie  przestrzeni,  dobrowolne  czy  nie,  moŜe  mieć  ujemny  wpływ  na 

usposobienie  i  psychikę  człowieka,  co  zwykle  powaŜnie  odbija  się  na  jego  zdolnościach 

przystosowawczych - oświadczyła Lunzie. - To jeden z powodów, dla których przydzielamy 

dzieciaki na wyprawy planetarne tak często, jak to moŜliwe. 

Kai zachowywał milczenie, nazbyt dobrze świadom nękającej go czasem agorafobii. 

- Mamy skrzydła - ciągnęła Lunzie - za pośrednictwem ślizgaczy i pasów nośnych... 

-  ...które  nie  ofiarowują  jednak  tej  samej  wolności  -  dokończył  powoli  Kai, 

zastanawiając  się,  jakie  to  uczucie  być  niezaleŜnym  od  wszelkiego  rodzaju  mechanicznego 

wsparcia: móc pikować i nurkować, wzbijać się wysoko i szybować bez podświadomych obaw 

o paliwo, obciąŜenie, zuŜycie sprzętu. 

-  No,  no,  Kai  -  odezwała  się  zdziwiona  Varian,  przyglądając  się  mu  z  zachwytem  - 

nigdy nie podejrzewałabym, Ŝe akurat ty to zrozumiesz. 

-  MoŜe  wy,  planetarianie  -  odparł  z  wymuszonym  uśmiechem  -  nie  doceniacie 

wychowanków baz. 

Dimenon,  który  tego  wieczora  był  w  nieznośnie  szampańskim  nastroju,  gdyŜ  Margit 

odkryła nie tylko potok obfitujący w bryłki złota, lecz takŜe macierzyste złoŜe, przywlókł ze 

sobą  pianolę.  Zaintonował  jakąś  hałaśliwą  balladę  z  nieskończoną  ilością  zwrotek  i 

niedorzecznym  sylabicznym  refrenem  na  tak  zaraźliwą  melodię,  Ŝe  wkrótce  wszyscy  się 

przyłączyli.  Ku  zaskoczeniu  Kaia,  do  chóralnego  śpiewu  włączyli  się  równieŜ  grawitanci, 

grzmocąc w podłogę cięŜkimi butami i klaszcząc z niezwykłym entuzjazmem. 

Margit  chciała  zatańczyć,  więc  wyciągnęła  Kaia  na  środek  sali,  wrzeszcząc  do 

Dimenona, by dał spokój nie kończącej się rymowance i zagrał wreszcie coś przyzwoitego. 

Nie wiadomo, kiedy zniknęli grawitanci, w kaŜdym razie reszta towarzystwa bawiła się 

aŜ do wschodu trzeciego księŜyca. 

Rankiem Kai zerwał się ze snu tak gwałtownie, jakby groziło mu niebezpieczeństwo. 

Wygramolił  się  ze  śpiwora  i  powlókł  w  stronę  okna.  Na  zewnątrz  było  cicho.  W  swoim 

wybiegu Dandy rozciągnął się we śnie jak długi. Nikt się nie ruszał. Dzień dawno się juŜ zaczął, 

sądząc po jaśniejszej plamie przebijającego się mdło przez chmury słońca, które wzniosło się 

ponad łagodne wierzchołki wschodnich wzgórz. Co więc zaalarmowało podświadomość Kaia? 

Cokolwiek to było, było niewidoczne. 

Kai  rozbudził  się  natychmiast  i  zelektryzowany  tak  nagłym  zerwaniem  się  z  łóŜka, 

postanowił się juŜ nie kłaść. ZałoŜył świeŜy kostium, zmienił podszewkę w butach i naciągnął 

je. Miał u siebie niewielką spiŜarnię, uraczył się więc porannym kieliszeczkiem owocówki, co 

background image

przypomniało mu, by sprawdzić z Lunzie stan zapasów Ŝywności. Nie mógł jakoś otrząsnąć się 

z wraŜenia, Ŝe coś nie gra, toteŜ wybrał się na obchód. 

W  głównym  budynku  nie  było  ni  krzty  dymu.  Gaber  twardo  spał  u  siebie,  takŜe  w 

innych kwaterach okna były zasłonięte, wiec Kai postanowił nikogo nie budzić. Pamiętał, Ŝe 

Trizein  miał  zamiłowanie  do  nocnej  pracy,  toteŜ  skierował  się  pośpiesznie  do  wahadłowca. 

Otwarł  luk.  Powiew  filtrowanego  powietrza  z  wnętrza  zaparł  mu  dech.  Wtem  zdał  sobie 

sprawę, Ŝe nie załoŜył filtrów. Nie rozpoznał zapachu Irety! 

- Oho! Przyzwyczajam się! - niegłośny okrzyk odbił się echem w pustym wahadłowcu. 

Kai cichutko przeszedł do laboratorium Trizeina, otwarł luk i zajrzał do środka. 

Kilka eksperymentów było właśnie w toku, sądząc po zapracowanych wskaźnikach i 

przyrządach  pomiarowych  wmontowanych  w  sprzęt  laboratoryjny  Trizeina.  Tymczasem  on 

sam spoczywał w bezruchu na łóŜku. 

Wracając, Kai spostrzegł otwarte wejście do magazynu. Będzie musiał zwrócić uwagę 

Trizeinowi, w końcu to tam Lunzie przechowywała swój owocowy trunek. Ilość, którą Trizein 

wysączył  poprzedniego  wieczoru,  rzucała  się  w  oczy,  podobnie  jak  jego  agresywne 

zachowanie wywołane spostrzeŜeniem Margit, Ŝe ma juŜ chyba dość. Kai nie puściłby mu tego 

płazem,  gdyby  rzeczywiście  Trizein  przywłaszczył  sobie  flaszkę  na  wieczór  w  obozie 

pomocniczym. Nie zamierzał tolerować podobnych zwyczajów u Ŝadnego z podwładnych. 

Mimo Ŝe przeprowadzona inspekcja przekonała go, iŜ nic złego się nie dzieje, nie mógł 

pozbyć się uczucia niepokoju, dopóki nie zatopił się w pracy nad zastrzeŜonym plikiem danych 

w  komputerze  pokładowym.  Zanim  reszta  towarzyszy  zdąŜyła  podnieść  się  z  łóŜek,  Kai 

nadrobił juŜ wszystkie zaległości. Mimowolna wczesna pobudka opłaciła się więc. 

Dimenon,  którego  wygląd  w  ogóle  nie  nosił  oznak  zeszłonocnej  hulanki,  przybył  do 

głównego budynku w towarzystwie Margit. Oboje byli w doskonałych nastrojach, gotowi czym 

prędzej wrócić do swych zajęć. Spałaszowali prędko śniadanie, by jak najszybciej wyruszyć, a 

gdy wychodzili z sali, Dimenon spytał Kaia, kiedy ponownie nawiąŜe łączność z Thekami. Nie 

wyglądał na zmartwionego, gdy Kai odparł, Ŝe dopiero za trzy dni. 

-  CóŜ,  daj  nam  znać,  czy  BO  docenia  chociaŜ  nasze  dokonania  na  tej  smrodliwej 

planecie. Choć... - Dimenon urwał. Zmarszczył czoło i przeciągnął ręką po nosie. - Niech to 

szlag! Znów zapomniałem je zabrać! 

- Czujesz coś? - zapytał go Kai, ubawiony. Dimenon wytrzeszczył oczy i otwarł usta, 

reagując z przesadnym osłupieniem. 

- Przyzwyczaiłem się do tego fetoru! - ryknął, pełen bolesnego niedowierzania. - Kai, 

błagam, gdy nawiąŜesz kontakt z BO, powiedz, by zabrali nas stąd przed czasem! Błagani, Kai, 

background image

ja  przyzwyczaiłem  się  do  hydrotellurkowego  fetoru!  -  Zacisnął  kurczowo  ręce  na  gardle, 

wykrzywiając  twarz  niczym  ktoś  pogrąŜony  w  śmiertelnej  boleści.  -  Nie  zniosę  tego,  nie 

zniosę! 

Lunzie,  która  zawsze wszystko traktowała dosłownie,  rzuciła  się natychmiast  w jego 

stronę, marszcząc z troską brwi, choć Kai przesyłał jej uspokajające znaki. Pozostali chichotali 

z  Dimenonowych  histerii,  tylko  grawitanci,  rzuciwszy  obojętne  spojrzenie  na  geologa, 

powrócili  do  swych  prowadzonych  półgłosem  dyskusji.  Lunzie  jeszcze nie  domyśliła się,  Ŝe 

Dimenon się wygłupia. Porwał ją teraz w ramiona i wymamrotał: 

- Powiedz, Lunzie, powiedz mi, Ŝe jeszcze nie jestem skończony... Mój zmysł węchu 

powróci, prawda? Jeśli tylko pooddycham przyzwoitym powietrzem? Nie, nie mów, Ŝe nigdy 

nie poczuję juŜ Ŝadnego zapachu... 

- Jeśli przystosowanie okaŜe się trwałe, zawsze moŜesz postarać się, by twoją kwaterę 

klimatyzowano powietrzem z zawartością hydrotellurku - odparła  Lunzie, na pozór zupełnie 

serio. 

Przez chwilę Dimenon był naprawdę przeraŜony. Nie załapał drwiny w głosie Lunzie. 

-  Oj,  oj,  towarzyszu,  zakpili  z  ciebie  -  powiedziała  Margit,  ujmując  go  pod  ramię.  - 

Chodź lepiej zwęszyć słodki zapach kolejnego złoŜa... 

-  Rzeczywiście  moŜna  przywyknąć  do  iretańskiego  smrodu  i  nie  czuć  juŜ  więcej 

normalnie? - zapytał Lunzie nieco wystraszony Bonnard, gdy dwoje geologów opuściło salę. 

- AleŜ nie! - odrzekła  Lunzie, śmiejąc się oschle. - Tutejszy zapach istotnie ma silne 

działanie, lecz wątpię, by moŜna mówić o trwałym uszkodzeniu zmysłu węchu. Natomiast jego 

tymczasowe skutki są swego rodzaju błogosławieństwem. A co, masz to samo? 

Bonnard skinął niepewnie łepetyną. 

- Nie wiedziałem, Ŝe nic nie czuję, dopóki nie wspomniał o tym Dimenon. 

A więc to go zaniepokoiło. 

-  Skoro  przyzwyczaiłeś  się  juŜ  do  tak  przemoŜnego  fetoru,  zobaczymy,  czy  jesteś  w 

stanie odróŜnić inne, dotąd niewyczuwalne zapachy - zaproponowała Lunzie. 

- Jeszcze gorsze? - Bonnard spojrzał na nią zatrwoŜony. 

- Ja na przykład rozpoznaję kwiaty, które właśnie kataloguję - odezwała się Terilla. - 

TakŜe  niektóre  liście  mają  swój  zapach,  jeśli  je  rozetrzeć.  Nie  najgorszy,  zresztą  -  dodała 

pocieszająco. 

Jeszcze tego samego ranka Kai zwrócił się do Lunzie w sprawie zapasów. Lekarka nie 

naleŜała  do  osób,  które  udzielają  zaimprowizowanych  odpowiedzi,  toteŜ  udali  się  razem  do 

magazynów. 

background image

- Nie zginęła Ŝadna  flaszka mojego napoju, jeŜeli o to ci chodzi, Kai - oznajmiła jak 

zawsze  bezpośrednio.  -  Nie  nadweręŜyliśmy  teŜ  jak  na  razie  zapasów  Ŝywności.  Stopniowo 

eliminuję ją na rzecz miejscowych zasobów protein. 

- Eliminujesz? - Kai był zdumiony. 

-  Nikt  nie  zauwaŜył,  co?  -  połoŜyła  lekki  nacisk  na  zaimek  “nikt".  Uśmiechnęła  się 

zadowolona  z  powodzenia  swojego  planu.  -  Ubywa  nam  za  to  dóbr  trwałych,  i  to  w 

niepokojącym tempie. 

- Dóbr trwałych? - powtórzył Kai. 

- NoŜy, filmów, płyt, części zamiennych do pasów nośnych... 

- Co przeniesiono do obozów pomocniczych? 

- Nie tyle w kaŜdym razie, by wytłumaczyć zniknięcie wszystkich tych rzeczy. Chyba 

Ŝ

e, ma się rozumieć, ktoś nie zgłosił strat i najzwyczajniej wziął sobie nowy sprzęt sam, gdy 

akurat  byłam  zajęta  gdzieś  indziej.  -  Takie  wytłumaczenie  brzmiało  całkiem  wiarygodnie.  - 

Jeśli nie masz nic przeciwko, wyznaczę Cleiti nadzorcą zaopatrzenia. Będzie zawsze pod ręką, 

gdy ktoś będzie chciał skorzystać z magazynu. W ten sposób moŜemy sprawować nadzór, nie 

uraŜając nikogo... 

Ani  nikogo  nie  ostrzegając,  pomyślał  Kai.  Zaraz  jednak  doszedł  do  wniosku,  Ŝe  jest 

zbyt podejrzliwy. Rzeczywiście trzeba mu dnia wytchnienia. 

Varian  powróciła  z  lotu  rozpoznawczego  wczesnym  popołudniem.  Wpadła  zaraz  do 

kwatery Kaia. Pogardliwie klekocząc stojakami do kaset, ustawionymi w rzędach przed Kaiem, 

wyszarpnęła  mu  wydruk  sejsmiczny  dotyczący  działalności  wulkanicznej  na  północnym 

zachodzie, który właśnie studiował. Na długim uskoku przeobraŜeniowym wzmagał się napór, 

co dawało nadzieje, Ŝe uda im się przyjrzeć trzęsieniu ziemi, które ma nastąpić. 

-  Zostaw  to,  Kai.  Z  wypoczętym  umysłem  uporasz  się  z  papierkową  robotą  o  wiele 

szybciej. 

- Jest jeszcze wcześnie... 

- Nawet bardzo. Specjalnie wróciłam wcześniej, Ŝeby wykopać cię stąd, zanim zjawią 

się pozostali i zasypią cię tak płomiennymi sprawozdaniami, Ŝe poczujesz się zobowiązany ich 

wszystkich wysłuchać. - Cofnęła się do wyjścia. - Cleiti! Przygotowałaś juŜ wszystko? Gdzie 

jest Bonnard? - krzyknęła. 

Odpowiedz  była  niesłyszalna  dla  Kaia,  lecz  zadowalająca  dla  Varian,  poniewaŜ 

pokiwała z uznaniem głową. 

background image

- Jeśli ma juŜ wszystko, czego potrzebuje, niech upchnie swój bagaŜ do ślizgacza obok 

mojego!  -  zawołała.  Zwróciła  się  do  Kaia.  -  Kai,  a  gdzie  twoje  bagaŜe? Ha!  Tak  myślałam. 

Dobrze więc, co będzie ci potrzebne? 

Varian zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku szafek. Kai natychmiast odepchnął 

krzesło w tył i odprawił ją machnięciem ręki. Zatrzymała się więc, szczerząc radośnie zęby. Kai 

tymczasem, pod jej czujnym okiem, wpakował wszystko do śpiwora. Zebrał teŜ do kupy zestaw 

niezbędnych narzędzi i uprzejmym gestem dał do zrozumienia, Ŝe jest gotów. 

- Wiedziałam, Ŝe będę musiała cię stąd wywlekać - podsumowała Varian rozpaczliwym 

tonem. 

- To czemu sama się tak wleczesz? - rzucił Kai z uśmiechem, wybiegając pierwszy ze 

swego pokoju. 

Po namyśle wprowadził blokadę do systemu otwierania luku. Wolał, by nikt nie natknął 

się na nagrania rozmów z Thekami. 

Varian  sprawnie  wzniosła  ślizgacz  ponad  obóz,  roziskrzony  błękitną  poświatą 

ś

miertelnie raŜonych owadów. 

-  Powinniśmy  byli  zabrać  teŜ  mały  ślizgacz  -  jęknęła.  -  Będziemy  musieli  spać  w 

pasach! 

-  Nie,  jeŜeli  rozłoŜymy  się  na  podłodze  -  powiedział  Bonnard,  mierząc  przestrzeń 

wzrokiem. -  Będzie  dość  miejsca, jeśli  upchniemy  bagaŜe  na przednie  siedzenia  i usuniemy 

boczne lawy. Włączyć indykator? 

- Tym razem pozwolimy mu milczeć - odparła Varian. - Tak czy siak w okolicy obozu 

nie ostało się nic, czego byśmy juŜ nie oznaczyli. 

Całą  trójkę  ogarnęła  cisza.  Trwali  w  milczeniu  przez  całą  podróŜ,  aŜ  do  brzegów 

ś

ródziemnego morza, dokąd dotarli, gdy, jak ujął to Bonnard, ostatnia okruszynka dnia zaczęła 

gasnąć  na  ponurym  nieboskłonie.  Varian  wybrała  doskonałe  lądowisko  -  płaski  taras  obok 

głównego siedliska ptaków, trochę poniŜej, lecz z dobrym widokiem na szczyt, gdzie składały 

złowione ryby. 

W  ciągu  pierwszej  godziny  po  zachodzie  słońca  zniknęły  gdzieś  wszystkie  owady 

prowadzące dzienny tryb Ŝycia. Zanim ich nocni krewniacy mogli zagrozić podróŜnym, Varian 

przygotowała wieczorny posiłek na wolnym powietrzu. Następnie, ku zaskoczeniu Bonnarda i 

osłupieniu Kaia, zabrała z bagaŜnika ślizgacza zasuszone kawałki gałęzi i rozpaliła niewielkie 

ognisko. 

background image

-  Ognisko  to  wyjątkowo  pokrzepiająca  rzecz,  mimo  Ŝe  wy,  osobniki  rodem  z  baz 

kosmicznych, uwaŜacie je za atawizm - odezwała się. - Ojciec i ja rozpalaliśmy sobie taki ogień 

co noc podczas wspólnych wypraw. 

-  Ładne  jest...  -  powiedział  niezdecydowanie  Bonnard  i  zaraz  zerknął  na  Kaia,  by 

zobaczyć jego reakcję. 

Kai  uśmiechnął  się  i  nakazał  sobie  się  odpręŜyć.  Ognisko  na  pokładzie  byłoby 

ryzykownym  przedsięwzięciem;  Kai  w  naturalnym  odruchu  złapałby  cokolwiek,  by  zadusić 

płomienie. Tym razem jednak znikomy ogień nie mógł niczym zagrozić. Roztańczone języczki 

ognia działały trochę hipnotyzujące, wydzielając przyjemne ciepło i ofiarowując krąg światła, 

powstrzymujący wszelkie insekty. 

- To najstarszy pas siłowy świata - stwierdziła Varian, grzebiąc kijkiem w ognisku, by 

nabrało  wigoru.  -  Na  Proteonie  przywiązywali  ogromną  wagę  do  rodzaju  drzewa 

przeznaczonego  na  ognisko.  Wybierali  to,  które  wydzielało  przyjemną  woń.  Poza  ciepłem  i 

ś

wiatłem  zaleŜało  im  równieŜ  na  zapachu.  Nie  ośmieliłabym  się  przeprowadzić  podobnego 

eksperymentu na Irecie! 

-  Czemu  nie?  -  zaoponował  Bonnard,  ze  wzrokiem  utkwionym  gdzieś  głęboko  w 

płomieniach.  -  Terilla  mówiła,  Ŝe  jest  coś,  co  nawet  nieźle  pachnie,  oczywiście  według 

iretańskich norm. Wiesz, Varian, nie jestem w stanie czuć nic poza Iretą. Sądzisz, Ŝe Lunzie 

mogła się pomylić i mój węch szlag trafił? 

- Sam zobaczysz, gdy powrócimy na BO - odrzekła. 

- Tak... - odpowiedzi Bonnarda brakowało nawet cienia entuzjazmu. 

- śal ci będzie stąd odjeŜdŜać? - zapytał Kai. 

- Na pewno, Kai, i wcale nie dlatego, Ŝe będzie trzeba zostawić Dandy'ego. Tyle moŜna 

tu robić... To znaczy nagrania są w porządku, lepsze to niŜ nic, ale w trakcie naszej wyprawy 

uczę się setek poŜytecznych rzeczy. Uczenie się... 

-  Zanim  zabierzesz  się  do  praktyki,  musisz  mieć  trochę  teoretycznych  podstaw  - 

zauwaŜyła Varian, lecz Bonnard machnął na to ręką. 

- Wkuwałem podstawy,  aŜ wiedza wychodziła mi uszami, ale to nie to samo, co być 

tutaj i robić coś naprawdę! - Bonnard emfatycznie walił się w kolano. - Choćby takie ognisko i 

w ogóle. Rany, w bazie na widok płomyka gna się po gaśnicę! 

Varian uśmiechnęła się do Kaia. Spostrzegła jego posępną minę. 

- Przekonałeś mnie, Bonnard - stwierdziła. - MoŜna śmiało przypuszczać, Ŝe gdy razem 

z Kaiem złoŜymy nasz raport w bazie, zasypią cię całym mnóstwem przydziałów na kolejne 

wyprawy. Bakkun wysoko ocenił twoje umiejętności kamerzysty. 

background image

-  Naprawdę?  -  Twarz  Bonnarda,  skwaśniała  na  wspomnienie  powrotu  na  BO, 

rozpromieniła  się  wobec  takiej  perspektywy.  -  Jesteście  pewni?  -  spojrzenie  chłopca 

wędrowało to na Varian, to znów na Kaia. 

- O ile moŜna być pewnym grawitanta. 

- Przewidziano więcej takich ekspedycji, Varian? - spytał nagląco chłopiec. 

- Mniej więcej - odparła, szukając spojrzenia Kaja - Tym razem otrzymałam przydział 

na trzy wyprawy wymagające obecności ksenobiologa, które mają się odbyć w ciągu czterech 

standardowych lat. Będziesz nadawał się juŜ wówczas na juniora. Chyba Ŝe wolałbyś geologię 

od ksenobiologii... 

- Lubię zwierzęta - Bonnard dobierał uwaŜnie słowa, by nie urazić Ŝadnego z nich - lecz 

wolałbym... bardziej interesują mnie... bardziej fachowe aspekty... 

- Sądzę, Ŝe najlepiej byłoby, gdybyś zajął się rejestrowaniem, uzyskując przy okazji tyle 

specjalności, ile tylko się da - powiedziała Varian, przychodząc mu z pomocą. 

- Naprawdę tak sądzisz? 

Reakcja  chłopca  przekonała  Kaia  i  Varian,  Ŝe  fascynowała  go  przede  wszystkim 

technika, a nie któraś z konkretnych dyscyplin naukowych. 

Ogień  przygasł  i  trzeba  było  dorzucić  gałęzi.  Kiedy  przygasł  ponownie,  oni  wciąŜ 

gawędzili o rozmaitych specjalizacjach. Kai i Varian zapewnili Bonnarda, Ŝe pozwolą mu jak 

najwięcej pracować z taśmami i rejestratorem, by mógł sprawdzić, czy istotnie to interesuje go 

najbardziej. W końcu Kai zaproponował spoczynek. 

Spali  głęboko,  bezpieczni  pod  osłoną  ślizgacza,  nie  trapiąc  się  zupełnie  iretańskimi 

nocnymi bestiami. 

Rano Varian zbudziło delikatne szarpanie. Chciała zasnąć z powrotem, lecz znów ktoś 

dał  jej  szturchańca,  tym  razem  mocniejszego.  Usłyszała  teŜ,  jak  ktoś  nagląco  wyszeptał  jej 

imię: 

- Varian! Varian? Obudź się, mamy towarzystwo. Coś takiego zmusiło ją natychmiast 

do otwarcia oczu, które zresztą zaraz zamknęła, nie wierząc w to, co widzi. 

- Varian! No musisz się przecieŜ obudzić! - Bonnard szeptał zniecierpliwiony. 

- Obudziłam się. Widziałam - wychrypiała. 

- Co robimy? 

- Poruszyłeś się juŜ? - spytała. 

- Tylko, Ŝeby cię trącić. Bolało? - zatroskał się chłopiec. 

- Nie. - Rozmawiali półgłosem. - Mógłbyś teraz trącić Kaia? 

- Nie wiem, jak on się budzi. 

background image

Bonnard miał rację. Nie miało sensu budzić kogoś, kto wypaliłby ze śpiwora niczym 

torpeda.  Bonnard  wiedział,  jak  radzić  sobie  z  Varian,  gdyŜ  często  budził  ją,  kiedy  oswajał 

Dandy. 

-  Nie  zerwie  się,  jeśli  zbudzisz go tak delikatnie,  jak mnie.  -  Varian  uśmiechnęła  się 

sama  do  siebie.  Nie  Ŝałowała  ani  trochę,  Ŝe  zabrała  na  tę  wycieczkę  Bonnarda.  Dyskusja 

poprzedniego wieczoru udowodniła tylko, jak bardzo trzeba mu było zachęty i otuchy, i szansy 

porozmawiania  z  kimś  bez  skrępowania,  które  narzucała  obecność  starszych  uczestników 

wyprawy lub dziewczynek. Było oczywiste, Ŝe Kai wolałby raczej odbyć tę podróŜ w duecie, 

całkowicie  wyzwalając  się  od  konieczności  dowodzenia.  Lecz  skoro  juŜ  raz  udało  się  jej 

odciągnąć go od biurka, uda się i drugi, tym razem bez osób towarzyszących. 

Spali na przemian - głowa, nogi, głowa, tak Ŝe Bonnard musiał trącać ramię Kaia stopą. 

Varian ostrzegła go szeptem. 

- Kai, obudź się powoli, i nie ruszaj się. Obserwatorzy są obserwowani. 

Miała na wpół przymknięte powieki; ptaki tak ciasno otoczyły ślizgacz, Ŝe gdy Varian 

otwarła  oczy  po  raz  pierwszy,  ujrzała  szereg  błyszczących,  czarnych  ślepek  dokładnie  na 

wysokości własnych. Niemal zachichotała, gdy ostry, pomarańczowy dziób zapukał w osłonę 

ś

lizgacza tak delikatnie, jakby bał się zbudzić śpiących. 

- Psiakość! - Kai zaklął łagodnie; w jego głosie perlił się śmiech. 

- Czy mógłbym na nie spojrzeć? - spytał Bonnard konspiracyjnym szeptem. 

- A czemuŜby nie? One teŜ na nas patrzą. 

- Są w stanie przedostać się do środka? - ciągnął Bonnard z niepokojem. 

-  Wątpię  -  odparła  Varian,  niezbyt  przejęta.  Nie  mogła  zagwarantować,  Ŝe  osłona 

oparłaby  się  koncentrycznemu  atakowi  cięŜkich  dziobów  dorosłych  osobników,  lecz  nie 

wydawało jej się, by ptaki miały wrogie intencje. 

-  Chyba  chciałaś  poznać  ich  poranne  zwyczaje,  Varian  -  powiedział  Kai,  powolutku 

unosząc rękę, by podeprzeć głowę. Nie patrzył na swą towarzyszkę, lecz gdzieś poza nią, na 

przyglądające się im bacznie, porośnięte złotą sierścią ptasie łby. 

- Rzeczywiście, taki miałam zamiar. 

- O fle dobrze pamiętam, spytałem, co zrobisz, jeŜeli będą akurat miały wolny dzień? - 

przypomniał Kai. 

Varian  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Zawtórował  jej  Bonnard,  nie 

spuszczając jednak ani na chwilę wzroku z ptaków. 

- UwaŜasz, Ŝe wzięły sobie wolne, by na nas popatrzeć? 

background image

-  CóŜ,  na  pewno  tym  razem  od  tego  zaczęły  dzień  -  odparła  Varian,  unosząc  się 

niespiesznie z posłania. 

Ptaki poruszyły się niespokojnie, rozpościerając niezdarnie skrzydła. 

- O, o! One mogą obracać skrzydła w nadgarstkach! - odezwał się Bonnard. 

-  Yhm,  widziałam.  -  Varian  takŜe  dostrzegła,  jak  zginają  trzy  palce  zakończone 

Ŝ

ółtawymi  szponami.  Funkcje  kciuka  i  małego  palca  przejęło  skrzydło.  Varian  nie  potrafiła 

sobie wyobrazić, w jaki sposób są w stanie pleść sieci tylko za pomocą trzech palców. 

-  Nie  wszystkie  tu  się  zleciały!  -  oznajmił  Bonnard,  wielce  opanowanym  gestem 

wskazując na niebo. 

ś

aden  z  ptaków  nie  usadowił  się na szczycie osłony,  więc  niebo było  bardzo  dobrze 

widoczne.  Na  tle  gęstych  chmur  zarysowała  się  formacja  czubaków  zmierzających  na 

południowy wschód. 

- Podejrzewam, Ŝe odwiedziny składają nam młode - stwierdziła Varian. 

- Raczej niemowlaki - poprawił Kai, wskazując smugę brązowego śluzu ściekającą po 

zewnętrznej stronie osłony ślizgacza. 

Bonnard stłumił rechot. 

- Co robimy? - zapytał. - Jestem głodny. 

- Wiec będziemy jeść - odrzekła Varian, wyciągając nogi ze śpiwora, pomału, by nie 

spłoszyć ptaków. - Tak, to młode - oznajmiła, gdy wreszcie wstała i przyjrzała się nieduŜym 

istotkom cisnącym się wokół ślizgacza. Z tej perspektywy Ŝaden z czubaków nie był rozmiarów 

dorosłych  osobników.  Czubek  najokazalszego  grzebienia  sięgał  zaledwie  pasa  Varian. 

Szacowała, Ŝe dojrzały ptak moŜe osiągnąć średni wzrost człowieka i rozpiętość skrzydeł od 

ośmiu do dziesięciu metrów. 

- A my co mamy robić? - niecierpliwił się Bonnard. 

-  Usiądźcie  powoli.  Przyniosę  wam  śniadanie  do  łóŜka  -  odpowiedziała,  kierując  się 

ostroŜnie w stronę zapasów Ŝywności. 

Kai podciągnął się do pozycji siedzącej. Z wdzięcznością przyjął z rąk Varian dymiący 

kubek. 

- Śniadanko z publiką - mruknął, siorbiąc wrzątek. 

- Wolałbym, Ŝeby się ruszały albo skrzeczały czy coś - poŜalił się Bonnard. Rozglądał 

się nerwowo wokół, dmuchając w kubek, by schłodzić napój. Niemal upuścił wrzątek, kiedy 

jeden z ptaków nagle rozpostarł skrzydła i zatrzepotał nimi. - Nawet nie próbują do nas dotrzeć. 

-  Patrz,  lecz  nie  tykaj?  -  zasugerował  Kai.  -  Szczerze  mówiąc,  nie  miałbym  nic 

przeciwko, gdyby trzymały się z dala. Dzióbki mają ostre... 

background image

Spojrzał na Varian. Miała w rękach niewielką kamerę i trzymając ją na wysokości pasa, 

pomału zataczała okrąg, filmując ptasią publiczność. 

Z równą ostroŜnością, unikając gwałtownych ruchów, umieściła kamerę na ramieniu i 

odwracając się z powrotem, nieoczekiwanie zamarła w bezruchu na tak długą chwilę, Ŝe Kai 

zaniepokoił się, co się stało. 

- Skierowałam kamerę na główny szczyt - odparła. - Zrobił się tam niezły raban. Nie 

widzę, o co chodzi... A tak, juŜ wiem. To dorosłe osobniki. Przysięgłabym... tak, one nawołują 

naszą widownię! 

Opornie,  jak  wszystkie  młode,  ptasie  podrostki,  poruszając  się  ocięŜale,  rozpoczęły 

niezdarny odwrót, znikając w urwisku tak raptownie, Ŝe Bonnard wszczął alarm. 

-  Nic  im  nie  jest,  Bonnard  -  uspokoiła  go  Varian,  która  miała  lepszy  widok.  - 

Znajdujemy się tuŜ na skraju urwiska. Wykorzystały je do startu. Jeśli zerkniesz przez ramię, 

ujrzysz, jak całe i zdrowe bujają w powietrzu. 

-  Psia...!  -  wykrzyknął  Kai  z  jawnym  oburzeniem.  -  Były  tak  blisko,  a  nie 

spróbowaliśmy ich nawet oznaczyć! 

- Co? I przy okazji wystraszyć je tak, Ŝe zleciałyby się tu ich mamusie i tatusiowie? - 

Varian  była  zbulwersowana.  -  Tak  czy  owak,  nie  musimy  ich  znaczyć,  Kai.  Wiemy,  gdzie 

mieszkają i jak daleko sięgają ich tereny. - Pogłaskała kamerę. - Poza tym mam ich buźki tutaj... 

- One teŜ musiały się nam dobrze przyjrzeć - powiedział Bonnard. - Ciekaw jestem, czy 

będą w stanie nas rozpoznać. 

-  CóŜ,  wszystkie  nieobrośnięte  i  pozbawione  czuba  twarze  wyglądają  tak  samo!  - 

zaśmiała się Varian. 

Krzątała się po ślizgaczu juŜ bez skrępowania. Wręczyła swym towarzyszom tabliczkę 

poŜywnych protein, i usadowiła się w fotelu pilota, by schrupać swoją. 

Skończyli  jeść.  Dowcipkując  na  temat  pobudki,  szykowali  się  do  opuszczenia 

ś

lizgacza.  Kai  i  Bonnard  zabrali  kamery  i  parę  zapasowych  taśm,  Varian  trochę  trawy.  Kai 

wziął teŜ obezwładniacz, Ŝywiąc nadzieję, Ŝe nie przyjdzie mu go uŜyć. Pomyślał w duchu, Ŝe 

zwaŜywszy sposób, w jaki poruszają się ptaki, nie powinien mieć do tego okazji. 

Słońce wychyliło się zza zasłony cięŜkich chmur, by dokonać porannej inspekcji, jak to 

określił Bonnard. Z jaskiń w urwisku zaczęły wynurzać się setki, tysiące złotych ptaków, jakby 

idąc za nieodpartą pokusą cieniutkiej niteczki słonecznego blasku. Bonnard bez zastanowienia 

skierował  na  nie  kamerę,  uwieczniając  widowisko.  Ptaki,  z  rozpostartymi  skrzydłami, 

otwartymi dziobami, wywodziły przedziwne trele, kąpiąc się w znikomym świetle. 

- Widziałaś kiedyś coś takiego, Varian? - spytał Kai zdumiony. 

background image

- Niezupełnie. AleŜ to piękne stworzenia. Szybko, Bonnard, na trzecim progu od lewej, 

złap tę gromadę! 

Czubaki,  jeden  po  drugim,  rzucały  się  z  krawędzi  skalnego  występu  i  rozwinąwszy 

skrzydła, wznosiły się, szybowały, wirowały w powietrzu, jakby pragnąc opłukać kaŜdą część 

swego  ciała  w  słonecznym  potoku.  Troje  przyjaciół  jak  urzeczeni  wpatrywało  się  w 

niespieszny, podniebny taniec. 

-  Mają  zamknięte  oczy  -  oznajmił  Bonnard,  przyglądając  się  ptakom  przez  wizjer 

kamery. - Mam nadzieję, Ŝe wiedzą, dokąd lecą. 

-  Prawdopodobnie  posiadają  zdolność  percepcji  radarowej  -  odparła  Varian. 

Wyregulowała  powiększenie  szybki  w  kasku,  by  przyjrzeć  się  im  bliŜej. -  Zastanawiam  się, 

czy... zamykają oczy z jakiegoś mistycznego powodu czy tylko dlatego, Ŝe oślepia je słońce? 

- Karoten ma dobry wpływ na wzrok - zauwaŜył Bonnard. 

Varian usiłowała sobie przypomnieć, czy widziała kiedyś, Ŝeby kłacz albo roślinoŜerny 

mruŜył  lub  zupełnie  zamykał  oczy  w  blasku  słońca.  Nie  pamiętała.  CóŜ,  słońce  było  tu  tak 

wielką rzadkością, Ŝe kiedykolwiek się pojawiało, wszyscy niezmiennie zwracali swe oczy ku 

niemu. Postanowiła, Ŝe po powrocie przejrzy nagrania. 

-  Patrz,  patrz,  Varian!  Tylko niektóre tańczą!  -  powiedział  Bonnard. Odwrócił  się na 

pięcie i skierował kamerę na grzebiące w ziemi na szczycie urwiska młode ptaki. 

Wtem  jeden  z  wyrostków  zaskrzeczał  i  próbując  cofnąć  się  od  czegoś,  stracił 

równowagę  i  runął  jak  długi.  Jego  towarzysze  przyglądali  mu  się  przez  długą  chwilę, 

trzepocząc bezradnie skrzydłami. 

Varian  bez  namysłu  zaczęła  wspinać  się  na  szczyt,  by  pomóc  ptakowi.  Właśnie 

dotknęła dłonią wierzchołka, gdy z piskiem, wystarczająco przeraźliwym, by zyskać posłuch, 

wylądował  tam  dorosły  osobnik  i  niezdarnie  odwrócił  się  w  stronę  Varian.  Dziewczyna 

rozsądnie  przerwała  wspinaczkę,  a  ptak  szponami  u  skrzydeł  zręcznie  postawił  podlotka  na 

nogi i przezornie osłonił go skrzydłem. 

- W porządku, rozumiem. Rozumiem jasno i przejrzyście - odezwała się Varian. 

Z gardzieli dorosłego ptaka, który nawet na chwilę nie spuszczał z Varian oka, wydobył 

się następny zgrzytliwy skrzekot. 

- Varian! - okrzyk Kaia był zarazem ostrzeŜeniem i rozkazem. 

- Nic mi nie jest. Kazano mi tylko trzymać się na dystans. 

- Zwiększ go, Varian. Osłaniam cię. 

- Zaatakuje mnie, jeśli się ruszę, Kai. Nie wyciągaj obezwładniacza. 

background image

-  Niby  skąd  ten  ptaś  miałby  wiedzieć,  do  czego  słuŜy  obezwładniacz?  -  wtrącił  się 

Bonnard. 

- Punkt dla ciebie! - rzuciła Varian. - Chcę poczęstować go trawą - dodała i powolutku 

wyciągnęła  z  kieszeni  kępkę  trawy  zebranej  w  dolinie.  Z  wielką  ostroŜnością  uniosła  pęk 

ź

dźbeł, by dostrzegł je czubak. 

Wzrok  stworzenia  wciąŜ  spoczywał  na  Varian,  lecz  odniosła  wraŜenie,  Ŝe  ptak 

zauwaŜył  wiązkę  trawy.  Z  wolna  umieściła  ją  na  szczycie  wzniesienia.  Czubak  ponownie 

zapiszczał skrzekliwym głosem, lecz tym razem nieco ciszej, mniej agresywnie. 

- Bardzo miło było cię poznać! - powiedziała Varian. Dobiegło ją oburzone parsknięcie 

Bonnarda. - Grzeczność nigdy nie idzie na marne, Bonnard. Ton wypowiedzi jest nośnikiem 

informacji, tak jak gest. Ta istota rozumie część z tego, co robię, i z tego, co mówię. 

Zaczęła  schodzić  w  kierunku  ślizgacza,  poruszając  się  powoli  i  ani  na  moment  nie 

spuszczając oka z ptaka. Gdy tylko znalazła się na dole obok Kaia i Bonnarda, dorosły czubak 

kaczkowatym  krokiem  zbliŜył  się  do  pęku  trawy,  zabrał go  i zawróciwszy  na skraj urwiska, 

rzucił się w dół. Rozwinąwszy skrzydła, wzbił się w górę, by zniknąć pośród innych ptaków. 

- To było fascynujące - wyszeptał Kai, dając wreszcie upust długo wstrzymywanemu 

westchnieniu. 

Bonnard spoglądał na Varian ze szczerym podziwem. 

- Rany, jedno pchnięcie dziobem i wyprawiłby cię w przepaść! 

- W poczynaniach ptaka nie było ni krzty groźby - odrzekła. 

- Varian - Kai połoŜył dłoń na jej ramieniu - bądź bardziej ostroŜna. 

-  Robię  to  nie  pierwszy  raz.  -  Dostrzegła  w  jego  oczach  niepokój.  -  Zawsze  jestem 

ostroŜna. Inaczej nie byłoby mnie tutaj. Zaprzyjaźnianie się z obcymi stworzeniami jest częścią 

mojego  zawodu,  to  mój  fach.  Tylko  jak  ja  się  dowiem,  jak  dojrzałe  są  ich  młode,  skoro 

chronią... - urwała, i aŜ zagwizdała ze zdziwienia. - Wiem juŜ. Czubak bronił malca, poniewaŜ 

nawykł do chronienia potomstwa. Wniosek: młode jeszcze przez jakiś czas po urodzeniu nie są 

zdolne bronić się same. A jednak - westchnęła, rozczarowana - wolałabym dostać się do jednej 

z ich jaskiń... 

-  Varian,  patrz  tylko!  -  rzucił  szeptem  Bonnard,  wskazując  kierunek  ledwo 

zauwaŜalnym ruchem palca. 

Varian  odwróciła  się  pomału.  Rząd  młodych  spoglądał  na  nich  ze  szczytu  urwiska. 

Zwinęły  skrzydła  i  załoŜywszy  je  do  tyłu,  wspierały  się  szponami,  chroniąc  się  przed 

upadkiem.  Varian  roześmiała  się,  kręcąc  z  niedowierzaniem  głową,  i  mamrocząc  coś  o 

obserwowaniu obserwatorów. 

background image

- Widać nas jak na dłoni - rzekł Kai, opierając się o ślizgacz. ZałoŜył ręce. - Co robimy 

teraz według twojego harmonogramu? Pozwalamy im obserwować nasze poranne zwyczaje? 

-  Proszę  bardzo,  jeśli  sobie  Ŝyczysz.  Byłoby  interesujące  sprawdzić,  jak  długo  coś 

potrafi przyciągać ich uwagę, tyle Ŝe wyŜej dzieją się o wiele ciekawsze rzeczy. - Wskazała na 

krąŜące  na  niebie  ptaki.  Niektóre  oddzielały  się  w  grupach  od  reszty  i  umykały  w  róŜnych 

kierunkach, majestatycznie zamiatając skrzydłami. - Chyba jednak nie trafiliśmy na ich wolny 

dzień - powiedziała, błyskając uśmiechem w stronę Kaia. - Bonnard, podsadzę cię na maskę 

ś

lizgacza. Stamtąd powinieneś dojrzeć szczyt. Mógłbyś mi powiedzieć, czemu młode tak się 

wydzierają? I co przewaŜyło tamtego, którego chciałam uratować? 

- W porządku - odparł rezolutnie chłopiec. 

- Tylko nie wierć się za bardzo. Porysujesz butami osłonę - powiedział Kai. - Nie, nie 

moŜesz ich zdjąć - dodał zaraz, uprzedzając pytanie chłopca. 

Wwindowali go na górę. Bonnard z ogromną dbałością usadowił się w miejscu, skąd 

mógł widzieć szczyt. 

- Jest tam parę zdechłych płaszczaków i nieco szlamowatych wodorostów. Oo! Patrzcie 

na to! 

Ptaki, zwabione nową pozycją Bonnarda, porzuciły dotychczasową galeryjkę i kołysząc 

się, przeszły na inną stronę urwiska, by stanąć na wprost chłopca. Dogłębnie oburzony Bonnard 

oparł  ręce  na  biodrach  i  utkwił  w  nich  wyzywające  spojrzenie,  co  sprawiło,  Ŝe  ptaki  z 

przeraźliwym  krzykiem  odsunęły  się  od  skraju  urwiska.  Kai  i  Varian  dusili  się  ze  śmiechu, 

przypatrując się rozgrywce między przedstawicielami obu młodych pokoleń. 

- Ej, kamerzysto! Przegapiłeś niezłą sekwencję! - krzyknął Kai. 

- Jakbym o tym nie wiedział! - Ŝachnął się Bonnard. 

- Złaź na dół - nakazała Varian, dowiedziawszy się juŜ, czego chciała. 

Przespacerowała się trochę skrajem terasy. PołoŜyła się, by zerknąć w dół uskoku. 

- Nie wolno mi w górę. To moŜe w dół? Zdaje się, Ŝe jakieś dwadzieścia metrów poniŜej 

w  lewo  jest  jaskinia.  Gdybym  wykorzystała  pasy  ubezpieczające,  Kai,  mógłbyś  mnie  tam 

spuścić, prawda? 

Kaiowi nie uśmiechała się szczególnie tego typu poranna gimnastyka. Z drugiej strony, 

pasy  przymocowane  na  zewnątrz  ślizgacza  były  w  stanie  utrzymać  nawet  grawitanta.  Gdy 

Varian zmierzała juŜ w kierunku swego celu, Kai cieszył się w duchu, Ŝe to nie on wisi teraz na 

końcu tego rozhuśtanego wahadła. 

- Przyglądają się nam, Bonnard? - spytała Varian przez komunit. 

- Tylko młode i... Tak, i jeszcze jeden z powietrza. 

background image

- Zobaczmy, czy mają jakieś miejsca zakazane... 

-  Varian...  -  jęknął  Kai,  coraz  bardziej  zaniepokojony.  On  takŜe  dostrzegł  dorosłego 

ptaka, który zbliŜył się trochę, by przypatrzeć się rozkołysanej Varian. 

-  On  się  tylko  przygląda,  Kai.  Spodziewałam  się  tego.  Jeszcze  tylko  jeden  raz  i... 

Jestem! - Złapała się mocno za kamienny występ skalny tuŜ przy wejściu do jaskini i zwinnie 

wgramoliła się do środka. 

- Rany! Ta jaskinia jest opuszczona! I wprost gigantyczna! Ciągnie się tak daleko, Ŝe 

nie widzę końca - jej głos był najpierw przytłumiony, potem tubalny. 

-  Zaraz,  zaraz.  Dokładnie  tego  chciałam.  Jajko.  Jajko?  I  wpuściły  mnie?  Nie,  jest 

martwe. I nieduŜe. CóŜ, to pośredni dowód, Ŝe ich młode rodzą się niedojrzałe. Hmm. Trochę tu 

trawy, jakby w kształcie gniazda. Zbyt jest rozrzucona, by być pewnym. Opuściłyby jaskinię ze 

względu na nie zapłodnione jajko? śadnych rybich ości czy łusek. PoŜerają je więc w całości. 

Niezły Ŝołądeczek. 

Bonnard i Kai wymienili spojrzenia, przysłuchując się jej monologowi, niczym litanii 

posegregowanych spostrzeŜeń. 

- Trawa z gniazda nie pochodzi z doliny, przypomina raczej twardsze włókna rodem z 

moczarów. Zastanawiam się... W porządku, Kai - jej głos przybrał nagle jaśniejszą barwę, co 

oznaczało, Ŝe wyszła z jaskini - wciągnij mnie. 

Dotarła  na  skalny  występ.  Z  kieszeni  na  nogawkach  wystawały  źdźbła  trawy,  a  na 

przodzie jej kostium wybrzuszało jajko. 

- Jakieś powody do alarmu? - spytała. 

Kai, asekurując ją jeszcze, potrząsnął przecząco głową, a Bonnard pomógł jej wyplątać 

się z pasów. 

- Hej, ich jajka są niewielkie. Mogę nim potrząsnąć? 

- Proszę bardzo. Ewentualny lokator juŜ od dawna nie Ŝyje - odparła Varian. 

- Dlaczego? 

Varian wzruszyła ramionami. 

-  KaŜemy  Trizeinowi  przyjrzeć  się  mu,  być  moŜe  wtedy  się  to  wyjaśni.  Wolałabym, 

Ŝ

eby się nie stłukło. Pozwól, Kai, opakuję je - powiedziała. UłoŜyła jajko starannie, okrywając 

je zwiędniętą trawą, a potem otrzepała ręce, dając znak, Ŝe robota skończona. - To okropnie 

mecząca praca - oświadczyła i ruszyła do ślizgacza, gdzie dobrała się do zapasów Ŝywności. - 

Wiesz - wykrztusiła w połowie przygotowanego na chybcika posiłku - wydaje mi się, Ŝe kaŜda 

z  tamtych  grup  miała  przydzielone  odrębne  zadanie.  -  Zostaniemy  więc,  by  zobaczyć,  co 

przytaszczą? spytał Kai. 

background image

- Jeśli nie miałbyś nic przeciwko? 

-  Bynajmniej.  -  Nachylił  głowę,  by  widzieć  młode.  Niektóre  przestały  się  juŜ  nimi 

interesować  i  podreptały  nieporadnie  na  przeciwległy  kraniec  urwiska.  -  Bawi  mnie 

nieoczekiwana zmiana ról. 

- Chciałabym dostać się do jakiejś “czynnej" jaskini - przyznała Varian. 

- Wszystko tak od razu, jednego dnia? 

- Masz rację, Kai. Chcę za wiele. Nie padliśmy ofiarą agresji ze strony ptaków. Tamten 

dorosły  interpretował  moje  zamiary  bardziej  jako  przyjacielskie  niŜ  wrogie.  Przyjął  moją 

trawę... 

Spojrzeli  w  górę.  Przeszył  ich  nadzwyczaj  wysoki, przenikliwy  odgłos, jakby  ostry  i 

długotrwały  pisk,  który  natychmiast  przyciągnął  uwagę  młodych.  Varian  gestem  nakazała 

Bonnardowi wziąć kamerę, lecz chłopak dawno juŜ po nią sięgnął i przesondował nieboskłon, 

zanim wymierzył obiektyw w zastygłe w pogotowiu młode ptaki. 

Cała  masa  złotych  istot  wyległa  z  jaskiń  i  z  niespotykaną  prędkością  pomknęła  na 

zasnuty mgłą południowy zachód. 

- To kurs na morski przesmyk. CzyŜby kolejny połów? 

- Młode usuwają się na bok - rzekł Bonnard. - To wygląda na lunch. 

Z  mgły  wyłoniły  się  teraz  dorosłe  ptaki.  Muskając  powierzchnię  wody,  z  trudem 

pracowały skrzydłami, by z widocznym mozołem wznieść się na skalny występ, gdzie osiadły 

wreszcie ze skrzydłami omdlałymi z wysiłku. Varian dałaby głowę, Ŝe w szponach jednego z 

ptaków  widziała  trawę.  Dorosłe  ptaki  czekały,  czekały  teŜ  młode,  od  czasu  do  czasu 

obdzielając się nawzajem kuksańcami. Bonnard, zirytowany przerwą, ruszył w stronę wyjścia. 

Varian powstrzymała go w chwili, gdy jeden z dorosłych osobników wylądował na ich tarasie. 

- Ani się waŜ choćby palcem kiwnąć, Bonnard - ostrzegła chłopca. 

Ptak wciąŜ obserwował ślizgacz, nawet na moment nie odrywając od niego wzroku. 

-  Teraz  powoli  wycofaj  się  do  środka  -  rozporządziła.  Gdy  Bonnard  szczęśliwie 

wykonał manewr, Varian westchnęła z ulgą. - Co ja ci mówiłam, Bonnard? Nie przeszkadzaj 

zwierzętom,  gdy  jedzą.  Do  licha,  a  juŜ  na  pewno  nie  niepokoi  się  stworzeń  czekających  na 

lunch, Bonnard, jeśli chce się z nimi Ŝyć na przyjacielskiej stopie! 

- Przepraszam, Varian. - Bonnard był skruszony. 

-  W  porządku,  chłopie.  Jednak  pewnych  rzeczy  będziesz  musiał  się  nauczyć.  Na 

szczęście całe to zajście nie przyniosło szkody ani tobie, ani naszej misji. - Uśmiechnęła się, 

widząc przygnębiony wyraz twarzy chłopca. - Oj, rozchmurz się. Dzięki temu dowiedzieliśmy 

background image

się czegoś. Nie pozostawiły nas bez nadzoru ani na minutkę. Domyśliły się równieŜ, którędy 

wchodzimy i wychodzimy ze ślizgacza. Doprawdy, trzeba przyznać, Ŝe to szczwane bestie! 

Bonnard, wpatrzony w ptasiego straŜnika, zsunął się na podłogę ślizgacza. 

Minęły  ze  trzy  kwadranse,  nim  Kai,  pamiętając,  by  wykonywać  powolne  ruchy, 

wskazał  reszcie  załogi  powracające  ptaki.  Zewsząd  rozległy  się  wrzaski.  W  jednej  chwili  w 

powietrze uniosło się całe mnóstwo ptactwa, co wywołało narzekania Bonnarda, Ŝe jego film 

będzie zawierał więcej sierści i skrzydeł niŜ rzeczy istotnych. 

Chłopiec i Varian mieli okazję jeszcze raz obejrzeć widowisko, którego świadkami byli 

juŜ  wcześniej.  Migoczący  łup  wysypał  się  z  sieci.  Młode,  kołysząc  się  kaczkowato,  weszły 

pomiędzy sterty ryb. Jeden z dorosłych ptaków spostrzegł, Ŝe któremuś z wyrostków ugrzązł 

kawałek  jedzenia  w  gardle,  więc  klepnął  go  w  plecy,  by  malec  wykrztusił  pokarm.  Kai 

natomiast  przyglądał  się  innemu  ptakowi,  który  wyszukiwał  płaszczaki  i  Ŝwawymi  ruchami 

dzioba  zręcznie  zrzucał  je  ze  skraju  urwiska.  Gdy  uporał  się  z  zadaniem  po  swojej  stronie 

połowu, ostroŜnie otarł dziób o kamień. 

- Mam to na taśmie - zapewnił Bonnard Varian. 

Kai zauwaŜył następną osobliwość. Jednemu z dorosłych ptaków kilka innych upychało 

do  dzioba  całe  zapasy  Ŝywności.  Ptak  zatoczył  się  zaraz  na  brzeg  tarasu  i  rozpostarłszy 

skrzydła,  podleciał  do  jednej z  większych  jaskiń. Jego  miejsce  zajął natychmiast inny ptak  i 

podobnie nafaszerowany rybami, wyruszył do następnej pokaźnej szczeliny. 

Młodym  wolno  było  jeść  jedną  rybę  na  raz.  Oczywiście  wpadły  w  paniczny  strach, 

napatoczywszy się na małego płaszczaka, w związku z czym dwa gruchnęły w tył i zaplątały 

się razem, aŜ musiał przyjść im w sukurs pilnujący ich dorosły. Bonnard wściekał się, Ŝe musi 

pozostać wewnątrz ślizgacza, zamiast wdrapać się na niego, skąd mógłby robić lepsze zdjęcia. 

Ilość  ryb  kurczyła  się  stopniowo.  W  końcu  młode  w  ogóle  przestały  się  nimi 

interesować i jeden za drugim znikały ze szczytu. Niewiele później nie widać było juŜ Ŝadnego 

ptaka. Varian, Kai i Bonnard czekali jeszcze przez jakiś czas cierpliwie, dopóki bezczynność 

ostatecznie  nie  wyprowadziła  Kala  z  równowagi.  Varian  musiała  wreszcie  przyjąć  do 

wiadomości,  Ŝe  zdaniem  jej  przyjaciela  niespecjalnie  posuwają  się  w  obserwacji  złotych 

ptaków, przesiadując w ślizgaczu lub nawet na tarasie. 

Było juŜ dawno po południu. Mieli dosyć nagranych taśm, by zapewnić sobie długie 

godziny badań. Propozycja Varian, by wracać do obozu, została błyskawicznie wprowadzona 

w  czyn  przez  obu  przedstawicieli  płci  męskiej.  Kai  sprawdził  tylko  zabezpieczenie  wejścia 

ś

lizgacza i dał Bonnardowi znak,  by zapiał pasy, co sam zresztą bezzwłocznie  uczynił. Byli 

gotowi do drogi, zanim Varian, rozbawiona nimi do łez, zdąŜyła usiąść. 

background image

Wystartowali.  Varian  zatoczyła  jeszcze  kółko  ponad  szczytem  urwiska,  gdzie  na 

skalnym  podłoŜu  ptaki  znów  pozostawiły  małe  płaszczaki,  by  praŜyły  się  w  słońcu  i  gniły. 

Varian znalazła odpowiedź na parę pytań, jednak wydarzenia tego dnia przyniosły ich jeszcze 

więcej. Była bardzo zadowolona z tej wyprawy, choćby dlatego, Ŝe było to coś, na co naprawdę 

miała ochotę. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY  

 

OkrąŜyli dziwnie spokojny obóz i wtedy właśnie Kai zauwaŜył brak ślizgaczy. Widać 

było tylko rozespanego Dandy'ego. To do pewnego stopnia uspokoiło Kaia, poniewaŜ zwierzak 

miał zwyczaj przeczekiwać wszelkie napięcia i niepokoje w obozie, siedząc skulony w kącie 

swego wybiegu. 

- Rzeczywiście wszyscy odpoczywają - odezwała się Varian. To ona pilotowała. 

- Moje zespoły musiały wcześnie powrócić do obozów - powiedział Kai. 

-  Owszem,  owszem,  tylko  gdzie  się  podziali  moi  grawitanci?  Powinno  zostać  kilka 

ś

lizgaczy. 

- Bakkun wspomniał coś o wyprawie do swojego zakątka - wtrącił Bonnard. 

- Swojego zakątka? - Varian i Kai spytali chórem. 

- Tak. Na północy - odparł Bonnard, wskazując kierunek. - Do szczególnie osobliwego 

zakątka na północy. 

- Co to za osobliwy zakątek? - zapytała Varian, przelotnym spojrzeniem dając Kałowi 

znak, by pozwolił jej prowadzić dochodzenie. - Byłeś tam? 

- Tak, w zeszłym tygodniu, gdy pracowałem z Bakkunem - przyznał chłopiec. - Ja nie 

widzę w nim nic osobliwego, po prostu zwykła, okrągła polanka pośród drzew, z jednej strony 

zamknięta ścianą skalną. Mieszka tam spora gromada ogromnych poŜeraczy zielska, takich jak 

Mabel,  i  kilka  mniejszych  gatunków.  Wszystkie  mają  wyŜarte  kęsy  ciała,  Varian.  Bakkun 

mówił, Ŝe interesuje się nimi Paskutti. Nie wspomniał ci o tym? 

- Najwyraźniej nie miał czasu - odrzekła Varian w tak pretensjonalny sposób, Ŝe od razu 

było wiadomo, iŜ Paskutti nic jej o tym nie powiedział. 

- Nie miał czasu? To było tydzień temu! 

-  Wszyscy  byliśmy  zajęci  -  rzuciła  Varian  i  marszcząc  brwi,  leciutko  sprowadziła 

ś

lizgacz na ziemię. 

Lunzie zaraz znalazła się przy wlocie, gotowa natychmiast go otworzyć. 

- Wycieczka się udała? - zagadnęła. 

- Wyjątkowo. Tu takŜe wszyscy zaŜywają błogich chwil odpoczynku? - spytała Varian. 

Lunzie obrzuciła ją przeciągłym, badawczym spojrzeniem. 

- O ile mi wiadomo, tak - odparła powoli, patrząc prosto w oczy Varian; jednocześnie 

zamykała wlot. - Terilla pracuje nad jakimiś mapami u Gabera, a Cleiti czyta coś w głównym 

budynku. 

background image

- Mógłbym pokazać Cleiti nasze taśmy, Varian? - zaproponował Bonnard. 

- AleŜ jak najbardziej. Tylko nie wymaŜ ich przypadkiem! 

- Varian!  -  Bonnard obruszył się śmiertelnie. -  Obsługuję taśmy  od tygodni i jeszcze 

nigdy niczego nie wykasowałem! 

Kai  wyczuł,  Ŝe  Varian  chciała  pozbyć  się  Bonnarda,  tak  jak  był  świadom,  Ŝe  obie 

kobiety w ten czy inny sposób wymieniły milcząco informacje i niecierpliwiły się teraz, by móc 

otwarcie  porozmawiać.  On  równieŜ  miał  kilka  pytań  do  Varian  dotyczących  Bakkuna, 

Paskuttiego i usidlonych roślinoŜernych. 

-  Moi  ludzie  radzili  sobie  dobrze,  mam  nadzieję?  -  zapytał  Lunzie,  by  przerwać 

niezręczną ciszę, która zaległa, gdy Bonnard maszerował przez obóz. Chłopiec zatrzymał się, 

by pogłaskać Dandy'ego. 

-  Owszem,  wszyscy  spisywali  się  dobrze,  poza  Bakkunem,  który  wybrał  się  z 

grawitantami na jakąś prywatną wycieczkę. - Lunzie wskazała ręką wahadłowiec i we trójkę 

udali  się  w  jego  kierunku.  -  Pamiętasz,  Kai,  jak  pytałeś  mnie  o  zapasy?  -  odezwała  się 

ś

ciszonym  głosem.  -  Ktoś  zagrabił  cześć  podstawowego  sprzętu  medycznego.  Co  więcej, 

wyczerpały się baterie syntezatora. Ja nie uŜywałam go zbyt często po ich wymianie. Kazałam 

więc Porteginowi sprawdzić, zanim wyruszy, czy coś jest nie w porządku, lecz podobno nie ma 

Ŝ

adnych usterek technicznych. Po prostu ktoś z niego korzystał. Nie potrafię określić nawet, co 

syntetyzowano. 

- Dokąd udali się grawitanci? - spytała Varian. 

- Nie wiem. Byłam w magazynach, gdy dotarł do mnie szum ślizgaczy i pasów nośnych. 

Potem przyszedł Portegin i oznajmił, Ŝe to grawitanci wybrali się dokądś... - urwała Lunzie, 

marszcząc czoło w zamyśleniu. - To dziwne. Byłam w magazynie, a przecieŜ nie prosili mnie o 

racje Ŝywnościowe... 

- Nie! - Cichy okrzyk Varian przestraszył lekarkę i Kaia. 

- Coś nie tak, Varian? 

Varian  zbladła  jak  ściana.  Wyglądała  na  raŜoną  nagłą  chorobą.  Oparła  się  o 

przepierzenie. 

- Nie, muszę się mylić, na pewno się mylę... - jęknęła. 

- Mylisz się? - Lunzie powtórzyła wyczekująco, chcąc skłonić Varian do wyjaśnień. 

-  Muszę  się  mylić.  Nie  mogli  przecieŜ  ot  tak,  bez  powodu,  wrócić  do  dawnych 

zwyczajów, prawda Lunzie? 

-  Do  dawnych  zwyczajów?  -  Lunzie  wytrzeszczyła  oczy  na  Varian,  która  osłabiona 

nadal wspierała się o ścianę. - Nie myślisz chyba, Ŝe... 

background image

- A czemuŜby inaczej Paskutti interesował się ranionymi roślinoŜercami, o których nie 

miałam zielonego pojęcia? Nigdy nie przypuszczałam, by Bakkun był gruboskórny. A mimo 

to... mówić takie rzeczy przy chłopcu... 

Lunzie prychnęła. 

- Grawitanci nie mają wysokiego mniemania o dorosłych ludziach, nie wspominając o 

wychowankach kosmicznych baz. Ich dzieci nie mogą przemówić, póki nie zabiją... 

- O czym ty mówisz? - przerwał jej Kai. 

- Obawiam się, Ŝe muszę się zgodzić z hipotezą Varian - odparła Lunzie. 

- Która głosi...? - Kai spytał gniewnie. 

-  ...Ŝe  grawitauci  powrócili  do  spoŜywania  białka  zwierzęcego  -  zimny,  zupełnie 

obojętny  ton  Lunzie  nie  złagodził  bynajmniej  wstrętu  wywołanego  tak  odraŜającym 

stwierdzeniem. 

Kai, ogarnięty nieopanowanymi mdłościami, poczuł, Ŝe zaraz zwymiotuje. 

-  Oni?  -  -  Nie  mógł  nawet  powtórzyć  za  lekarką.  W  miejsce  słów  skinął  tylko  z 

rezygnacją ręką. - Są członkami Federacji. Są cywilizowani... 

-  Dostosowują  się,  kiedy  są  w  towarzystwie  innych  członków  Federacji  -  odparła 

Varian  niskim,  bezbarwnym  tonem,  co  wskazywało,  jak  bardzo  jest  zszokowana  -  lecz... 

Pracowałam juŜ z nimi na kilku wcześniejszych wyprawach i... Jeśli mogą... Nie myślałam... 

Nie chciałam myśleć, Ŝe zrobią to takŜe tutaj... 

-  Przynajmniej  zachowywali  dyskrecję  -  stwierdziła  Lunzie.  -  Oczywiście  nie  bronię 

ich. Ale gdyby nie przypadkowa uwaga Bonnarda... Nie. - Lunzie zmarszczyła czoło, wpatrując 

się w podłogowe płytki. - Zwietrzyłam juŜ coś tamtego wieczora... 

-  Kiedy  zaserwowałaś  im  swój  owocowy  trunek!  -  Varian  napadła  na  Lunzie 

oskarŜycielsko.  -  Nie  byli  pijani!  Byli  podekscytowani.  A  wiecie  czym?  -  śadne  z  nich  nie 

miało czasu odpowiedzieć na jej retoryczne pytanie. - Przemocą... 

-  Owszem,  przemoc  i  alkohol  mogły  stanowić  bodziec  dla  grawitantów  -  przyznała 

Lunzie, potakując ze zrozumieniem głową. - Z natury mają powolny metabolizm - wyjaśniła 

Kaiowi - i niski popęd seksualny, co czyni z nich wspaniałą mutację w sam raz na wyprawy 

KOB-u. Pod wpływem pewnych bodźców i... - Lunzie wzruszyła ramionami. 

-  To  moja  wina.  Nie  powinnam  była  im  pozwolić  pić  tej  nocy.  Wiedziałam  o 

wszystkim.  OtóŜ  -  Varian  wyrzucała  z  siebie  słowa  w  nagłym  przypływie  szczerości  -  tego 

samego dnia kłacz bestialsko zaatakował jednego z roślinoŜernych. Spostrzegłam wyjątkowe 

podniecenie w zachowaniu Paskuttiego i Tardmy, lecz sądziłam, Ŝe to tylko moja wyobraźnia... 

background image

-  Pojawiła  się  wiec  przemoc,  a  ja  skomplikowałam  problem,  podając  im  alkohol.  - 

Lunzie ochoczo wzięła na siebie część odpowiedzialności. - AleŜ mieli noc! 

-  A  my  myśleliśmy,  Ŝe  poszli  wcześniej  spać!  -  Varian  uderzyła  się  ręką  w  czoło, 

uznając  własną  naiwność.  -  Przy  zbyt  mocnym  napitku...  -  Wybuchnęła  śmiechem,  zaraz 

jednak syknęła boleśnie. - O nie! 

- O co chodzi tym razem? - ostrym tonem zaŜądał wyjaśnień Kai. 

- Oni wrócili. 

- Wrócili? - Kai był nieco skonfundowany. 

-  Przypominasz  sobie,  jak  pytałam  o  czas  lotów  duŜego  ślizgacza?  -  powiedziała 

Varian. 

- Wrócili, by zarŜnąć tamtego roślinoŜernego dla jego mięsa? - spytała Lunzie. 

- Mogłabyś przynajmniej nie być tak odraŜająco wulgarna - zganił ją Kai, wściekły na 

lekarkę, na siebie i na swój wywrócony do góry nogami Ŝołądek. 

-  Tak,  tak  -  ciągnęła  Lunzie,  ignorując  zupełnie  Kaia  -  najwyraźniej  potrzeba  im 

dodatkowego, zwierzęcego białka... 

- Lunzie! - Teraz takŜe Varian próbowała ją powstrzymać, lecz Lunzie kontynuowała 

wywód w swój bezstronny, medyczny sposób: 

- Jestem przekonana, Ŝe jadają, i to ze smakiem, zwierzęce białko. Muszą je spoŜywać 

na swojej rodzinnej planecie, poniewaŜ z roślin Ŝyjących w warunkach silnego przyciągania, 

niewiele  jest  strawnych  dla  ras  ludzkich.  Zasadniczo  dostrajają  się  do  powszechnych  zasad 

konsumpcji  białka  roślinnego  i  syntetycznego.  Podawałam  im  pokarm  bogaty  w...  -  Lunzie 

przerwała. - CzyŜby dlatego syntezator był wyczerpany? 

- Proteiny? - spytał Kai, Ŝywiąc rozpaczliwą nadzieję, Ŝe uczestnicy jego ekspedycji nie 

zarzucili moŜe wszystkich zasad odŜywiania. 

- Nie, raczej zaspokajali codzienne zapotrzebowanie na elementy, których nie dostarcza 

czysto zwierzęca dieta. Jedyna rzecz, której nie zabrali z naszych magazynów, to produkowane 

przez nas proteiny. 

Varian, sina na twarzy, uniosła rękę, by przerwać Lunzie. 

-  Nie  myślałam,  Ŝe  jesteś  aŜ  tak  przeczulona,  Varian  -  oświadczyła  Lunzie.  -  -  CóŜ, 

twoja  wraŜliwość  wynika  z  wychowania.  Pokusa,  by  spoŜywać  zwierzęce  mięso,  jest  wciąŜ 

silna w planet arianach... 

- Kai, co zrobimy teraz? - wykrztusiła Varian. 

- Choć to nie mnie pytałaś, odpowiem ci - wtrąciła się Lunzie - Ŝe, szczerze mówiąc, nic 

nie  moŜecie  zrobić.  Grawitanci  trzymali  w  sekrecie  swe  ohydne  praktyki.  CóŜ  -  zmieniła 

background image

wyraźnie ton - to potwierdzałoby moją tezę, Ŝe nigdy nie usunie się całkowicie podstawowych 

popędów.  Potrzeba  całych  pokoleń  wychowywanych  w  nowych  warunkach,  by  móc  być 

pewnym rezultatów. Ach! - Lunzie wrócił zwykły, śmiały głos, choć w jej okrzyku kryło się 

trochę lęku. - Kai, Varian... - z największą powagą spoglądała to na niego, to na nią - BO wróci 

po nas, prawda? 

- Mamy wszelkie powody, by tak sądzić - odparł stanowczo Kai. 

- Czemu pytasz? - Varian wydawało się, Ŝe w pytaniu Lunzie pobrzmiewało coś, czego 

Kai nie dosłyszał. 

- Gaber w to nie wierzy - rzekła Lunzie. 

-  Mówiłem  juŜ  Dimenonowi  -  powiedział  Kai,  odczuwając  potrzebę  wykazania  się 

niefrasobliwością i autorytetem - Ŝe chwilowo straciliśmy łączność, lecz skoro nie martwią się 

tym Thekowie, nie martwię się i ja. 

-  Thekowie  nigdy  się  nie  martwią  -  zauwaŜyła  Lunzie.  -  Zmartwienia  dotyczą  ludzi, 

którym zaleŜy na czasie. Od jak dawna nie mamy łączności z BO? 

Zawahał  się  przez  chwilę,  by  poszukać  aprobaty  w  spojrzeniu  Varian.  Lunzie  była 

dobrym sprzymierzeńcem. 

- Odkąd wysłaliśmy pierwsze raporty - odparł. 

- Tak długo? 

- Podejrzewamy, z czym zgadzają się Thekowie, Ŝe burza kosmiczna, za którą BO udała 

się w pogoń, kiedy nas juŜ tu osadziła, wywołała zakłócenia uniemoŜliwiające kontakt. 

Lunzie  pokiwała  głową,  masując  kark,  jakby  dały  się  jej  we  znaki  mocno  napięte 

mięśnie. 

- Rozumiem, Ŝe Gaber rozpuszczał swą absurdalną teorię, jakobyśmy mieli zostać tu na 

zawsze?  -  Kai  zmusił  się  do  śmiechu,  który,  w  jego  opinii  przynajmniej,  brzmiał  bardzo 

szczerze. 

-  Ja  takŜe  wyśmiałam  Gabera,  lecz  zdaje  mi  się,  Ŝe  grawitanci  nie  mają  naszego 

poczucia humoru - rzekła Lunzie. 

- Co wyjaśniałoby ich agresję - stwierdziła Varian. - Czuliby się tu niemal jak w domu. 

Są dość silni, by przeŜyć na Irecie. 

- To pokolenie byłoby dość silne, owszem - poprawiła pedantycznie Lunzie - lecz nie 

następne. 

- Po co w ogóle gadasz takie rzeczy? - Kai był sfrustrowany. - “Następne pokolenie"! 

PrzecieŜ nie zostawią nas tutaj! 

background image

- Bynajmniej nie twierdzę, Ŝe zostawią - Lunzie przybrała znów swój obojętny ton. - 

Stanowimy zbyt małą grupę i nie jesteśmy dobrani wiekowo, by ewentualnie zasiedlić Iretę. To 

nie powstrzymałoby wcale grawitantów, by... 

- Pozostać na Irecie?! - zatrwoŜył się Kai. 

- Och, wiesz, mają tu wszystko, czego im trzeba - powiedziała Lunzie. - Alkohol, białko 

zwierzęce... Grawitanci często kierują się wyłącznie własnym widzimisię. Na pewno słyszałaś, 

Varian,  co  mówią.  -  Dziewczyna  z  wolna  przytaknęła  ruchem  głowy.  -  Podobno  kilka  grup 

zwyczajnie “rozpłynęło" się w powietrzu. Jeśli jesteś w stanie wyobrazić sobie takie cielsko, 

jak... 

-  Nie  mogą  tego  zrobić!  -  wybuchnął  Kai,  zmagając  się  z  konsternacją,  gniewem  i 

poczuciem bezsilności, gdyŜ nie miał pojęcia, jak odwieść grawitantów od podobnego planu. 

PrzewyŜszali  go  fizyczną  siłą,  i  zarówno  on,  jak  i  Varian  nierzadko  odnosili  wraŜenie,  Ŝe 

grawitanci ledwie tolerują ich jako swych przełoŜonych, i to jedynie dlatego, Ŝe tak było im 

wygodniej. 

-  Mogą,  i  musimy  to  przyznać  przynajmniej  przed  sobą,  jeśli  juŜ  nie  przed  innymi  - 

zaoponowała Lunzie. - Chyba Ŝe uda ci się znaleźć na tej planecie coś tak fatalnego, Ŝe będą 

woleli  z  nami  wrócić.  -  Nie  ulegało  wątpliwości,  Ŝe  jej  zdaniem  Ŝadna  okoliczność  nie 

pohamowałaby grawitantów. 

- To całkiem konstruktywna propozycja - stwierdziła Varian. 

- Zaraz, zaraz! - zawołał Kai. - Nie ma najmniejszych oznak, Ŝe takie są ich zamiary! 

MoŜe po prostu wmówiliśmy sobie to wszystko zupełnie bezpodstawnie. Do licha! W końcu co 

nas  obchodzą  potrzeby  seksualne  innych  ras?  Jeśli  znajdują  tu  bodźce  pomagające  im 

zaspokoić  popęd,  proszę  bardzo.  Popełniamy  nieostroŜność,  przypisując  grawitantom 

niesmaczne  i  nie  do  przyjęcia  czyny,  nie  mając  cienia  pewności,  czy  nasze  spekulacje  są  w 

ogóle uzasadnione. 

Lunzie strapiła się trochę, lecz Varian nie dała się tak łatwo zbić z pantałyku. 

- Mnie się to nie podoba! Coś tu nie gra, Kai. Czuję to od chwili, gdy przyszliśmy z 

pomocą Mabel. 

-  Przemoc  stanowi  dla  grawitantów  doskonałą  pobudkę  -  zaczęła  Lunzie.  -  Mimo 

naszych dąŜeń ku prawdziwie cywilizowanym zachowaniom, moŜe się okazać groźna takŜe dla 

nas  i  wywołać  w  nas  prymitywne  i  nikczemne,  lecz  naturalne  reakcje.  -  Lunzie  wzruszyła 

ramionami z pełną akceptacją dla ludzkiej słabości. - Nie oddaliliśmy się znów aŜ tak daleko od 

prochu stworzenia... Od tej pory będę podawać wyłącznie rozcieńczony alkohol. - Ruszyła w 

stronę wyjścia. - Tak, by nikt o tym nie wiedział. 

background image

-  Słuchaj,  Varian,  na  razie  nie  wiemy  na  pewno...  -  powiedział  Kai,  widząc,  jak  jest 

przygnębiona. - Wzięliśmy pod uwagę jedynie odosobnione fakty... 

- Ja wzięłam pod uwagę jedynie odosobnione fakty, ale... Kai, naprawdę coś jest nie w 

porządku. 

- Wystarczająco duŜo i bez tego. Nie trzeba nam więcej problemów - Ŝachnął się Kai. 

- Zadaniem dowódców jest przewidywanie kłopotów i zapobieganie im. 

-  Na  przykład  tego,  Ŝe  stracimy  kontakt  z  BO?  -  Kai  zmierzył  ją  przeciągłym, 

rozbawionym spojrzeniem. 

-  To  problem  BO,  nie  nasz.  Kai,  pracowałam  juŜ  z  grawitantami.  Nawet  -  Varian 

zaśmiała się cichutko - zaaplikowałam sobie dwa tygodnie silnego przyciągania na Thormece, 

by zrozumieć warunki, jakie ich kształtują. Ja naprawdę dostrzegłam niezwykłe podniecenie 

Paskuttiego  i  Tardmy  wywołane  atakiem  kłacza  na  roślinoŜercę.  Niezwykłe  jak  na 

grawitantów, oczywiście. 

-  Nie  wolno  nam  mieszać  się  w  nawyki  seksualne  innych  ras,  Varian,  prawda?  - 

Zaczekał, aŜ niechętnie przyznała mu rację. - A więc przewidujemy, Ŝe tu moŜe pojawić się 

kłopot, co? 

- To moja pierwsza większa ekspedycja, Kai. Musi się udać. 

-  Mój  drogi  współdowódco, wykonujesz  tu  wyśmienitą  robotę.  - Kai  odciągnął ją od 

ś

ciany, o którą się opierała i wziął w ramiona. Nie chciał, by swawolna zazwyczaj Varian była 

strapiona i niepotrzebnie, jak szczerze ufał, zaniepokojona. -  śaden z moich ludzi nie został 

stratowany ani  poŜarty...  Odkryłaś  parę  nowych  form Ŝycia,  i tobie, moja droga,  przypadnie 

premia. Poza tym, wiesz, moŜe byłoby przyjemnie teŜ zająć się seksem? 

Zaskoczył ją tą propozycją. Jej reakcja rozbawiła go, a traktując milczenie jako zgodę, 

pocałował ją. Bez Ŝadnych oporów, a nawet z niejakim zaangaŜowaniem, Varian pozwoliła się 

dyskretnie zaprowadzić Kaiowi do jego kwatery, gdzie spędzili resztę wieczoru. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY  

 

Ś

wiat, który pobudza do tego typu zajęć jak wczoraj wieczorem, nie moŜe być do końca 

zły, pomyślała Varian następnego ranka, wstając zupełnie wypoczęta. MoŜe Lunzie popełniła 

błąd, przypuszczając, Ŝe skoro grawitanci nie zabrali ze sobą racji białka, zamierzali... CóŜ, nie 

ma najmniejszego dowodu, Ŝe nie poświecili całego dnia zaspokajaniu popędu seksualnego, a 

nie atawistycznych gustów w odŜywianiu. 

Kai  ma  rację.  Dopóki  wykroczenia  grawitantów  nie  znajdą  potwierdzenia,  snucie 

podejrzeń jest niestosowne. 

tym,  Ŝe  łatwiej  coś  powiedzieć  niŜ  zrobić,  przekonała  się  nieco  później,  podczas 

przydzielania grawitantom zadań na kolejny tydzień. Nie była w stanie powiedzieć dokładnie, 

co  takiego  się  w  nich  zmieniło,  lecz  w  ich  zachowaniu  wyraźnie  dała  się  wyczuć  pewna 

róŜnica.  Dotąd  Varian  zawsze  była  względnie  swobodna  w  odniesieniu  do  Paskuttiego  i 

Tardmy,  dziś  towarzyszyło  jej  skrępowanie.  Jąkała  się,  dukała  słowa,  czuła  się  nieswojo  i 

odnosiła wraŜenie, Ŝe Paskutti Tardma świetnie się bawią jej kosztem. Irytowała ją atmosfera 

pyszałkowatej satysfakcji, która ich otaczała, choć trudno byłoby określić, czym się konkretnie 

objawiała, skoro grawitanci nie zdradzali Ŝadnych emocji. Zespół ksenobiologiczny miał nadal 

zajmować się terenami, na które wkroczą geologowie. Nieznane formy zwierzęce, niewielkie, 

lecz  groźne,  nadal  mogły  czyhać  w  gęstej  roślinności,  a  pasy  siłowe  nie  stanowią  przecieŜ 

doskonałej ochrony. 

Varian mogłaby przysiąc, Ŝe gdy kroczyli we trójkę w stronę parku maszyn, Paskutti 

nieznacznie  utykał.  Zdecydowała  razem  z  Kaiem,  Ŝe  tego  dnia  powstrzymają  się  jeszcze  od 

indagacji,  i  jak  na  razie  nie  miała  większych  kłopotów  z  okiełznaniem  ciekawości.  Owa 

nieokreślona przemiana, jaka zaszła w stosunku grawitantów do niej, była za to swego rodzaju 

koronnym dowodem. 

Kiedy zacinający ostro deszcz zabębnił o szyby ślizgacza, ograniczając widoczność i 

uniemoŜliwiając tym samym oznaczanie okazów fauny, Varian z nie ukrywaną ulgą ogłosiła 

koniec  pracy.  Właściwie  to  Paskutti  zasugerował,  Ŝe  naleŜałoby  przerwać  rekonesans,  co 

zresztą sprawiło Varian odrobinę satysfakcji. 

Gdy  znaleźli  się  w  obozie,  Lunzie,  zmierzając  właśnie  z  wahadłowca  do  swojej 

kwatery, rzuciła Varian niedostrzegalny dla innych znak, by przyłączyła się do niej. 

background image

- Wczoraj musiało się coś wydarzyć - zwierzyła się Varian na osobności. - Tangeli ma 

głębokie ciecie na policzku. Twierdzi, Ŝe urządziła go tak ostra gałąź, kiedy schylał się po jakąś 

próbkę. - Wyraz twarzy Lunzie podwaŜał to wyjaśnienie. 

- A moim zdaniem Paskutti stara się ukryć, Ŝe kuśtyka! 

- Oho! A Bakkun oszczędza lewą rękę! 

-  W  pewnych  prymitywnych  społecznościach  samce  walczą  o  samice  -  powiedziała 

Varian. 

-  To  się  nie  trzyma  kupy,  Varian  -  zaprzeczyła  Lunzie.  -  TakŜe  Berru  na  lewym 

ramieniu nosi opatrunek. Nie widziałam dziś Divisti ani reszty, lecz miałabym ochotę wezwać 

ich  wszystkich  na  oględziny.  Tyle  Ŝe  niedawno  juŜ  ich  wzywałam,  w  związku  z  reakcją  na 

alkohol. 

- Być moŜe Berru nie spodobał się samiec, który ją zdobył? - broniła się Varian. 

Lunzie prychnęła. 

- Tam się chyba nikt nikomu nie podobał. NiewaŜne. Co się stało, Ŝe tak wcześnie jesteś 

z powrotem? 

- Gwałtowna ulewa, niewiele było widać, a juŜ na pewno nic nie moŜna było oznaczyć. 

Wiesz, wydawało mi się - dodała, cedząc powoli słowa - Ŝe Paskutti i Tardma mieli ogromną 

chęć skończyć wcześniej pracę. 

-  ZałoŜyłam nowe baterie w syntezatorze i będę  dokładnie notować swój  czas pracy. 

Tangeli powiada, Ŝe odkrył następne dwa gatunki jadalnych owoców i jedną roślinę z wysoko 

odŜywczym miąŜszem. Znalazł je wczoraj, przynajmniej tak twierdzi. 

-  MoŜe  jednak  bazujemy  na  niewłaściwych  danych?  -  zasugerowała  pogrąŜona  w 

zadumie Varian. 

- MoŜe. - Lunzie nie była przekonana. 

-  Mogłabym  spytać  Bonnarda,  czy  pamięta  współrzędne  “osobliwego  zakątka" 

Bakkuna. 

- Mogłabyś, lecz osobiście wolałabym nie mieszać w to dzieci. 

- Ja równieŜ. Są jednak uczestnikami wyprawy i cokolwiek się dzieje, moŜe zaszkodzić 

tak samo im, jak nam, dorosłym. MoŜe się przecieŜ zdarzyć, Ŝe pewnego dnia będę akurat w 

szeroko pojętej “okolicy" Bakkunowej polanki i... 

-  Owszem,  to  nie  byłoby  aŜ  tak  raŜącym  naduŜyciem  zaufania  chłopca  -  przyznała 

Lunzie. 

- Zobaczę, co powie Kai. 

background image

Kai takŜe miał zastrzeŜenia co do wciągania chłopca w ich problemy. Z drugiej strony 

naleŜało bezzwłocznie dowiedzieć się, co się wydarzyło naprawdę, i jeśli grawitanci w istocie 

wracali  do  swych  niecywilizowanych  zwyczajów,  trzeba  będzie  przedsięwziąć  odpowiednie 

kroki.  Ostrzegł  więc  tylko  Varian,  by  zachowywała  się  roztropnie,  tak  w  rozmowie  z 

Bonnardem, jak i podczas zwiadów. 

Okazja nadarzyła się, całkowicie naturalnie, dwa dni później. Kai i Bakkun udali się na 

północ,  by  oszacować  głębokość  złóŜ  uranitytu  odkrytych  przez  Berru  i  Triva.  Paskutti  z 

Tardmą  ruszyli  w  ślad  za  płytkowodnym  monstrum,  zaobserwowanym  -  z  bezpiecznej 

odległości  -  przez  dwójkę  geologów.  Varian  zaś  chciała  spenetrować  tereny  bardziej  na 

północny zachód, zaproponowała więc Bonnardowi, by towarzyszył jej w podróŜy. 

Praca  z  Bonnardem  szła  bardzo  dobrze.  Varian  udało  się  “niechcący"  zmienić  kurs. 

Przejrzała taśmy lotów Bakkuna. 

- Słuchaj, czy to nie tutaj gdzieś Bakkun trzyma te swoje roślinoŜerne bestie? 

Bonnard oderwał się od indykatora i rozejrzał dokoła. 

-  Ireta  wszędzie  wygląda  prawie  tak  samo:  purpurowo-zielone  drzewa  i  Ŝadnego 

słońca... Nie, zaczekaj! Tamten łańcuch gór, z trzema wyŜszymi szczytami... 

- Hm, nauczyłeś się tego i owego - powiedziała uszczypliwie. 

-  Bakkun  instruował  mnie...  -  odparł  Bonnard  drŜącym  głosem,  nieco  speszony.  - 

Lecieliśmy  chyba  wprost  na  centralne  wzgórze.  Wylądowaliśmy  tuŜ  nad  pierwszą  linią 

pagórków. Wiesz - dodał po chwili - znaleźliśmy tam złoto. 

- Złoto jest najmniej wartościowym surowcem na tej planecie. 

- Wiec nas tu nie zostawią, prawda? - spytał Bonnard. 

Varian mimowolnie szarpnęła ślizgaczem, na moment zawieszając Bonnarda na pasach 

bezpieczeństwa. Skorygowała kurs, przeklinając w duchu niewyparzony język Gabera i własny 

brak opanowania. 

- PoboŜne Ŝyczenia Gabera, co? - rzuciła ze śmiechem, mając nadzieję, Ŝe jej chichot 

rzeczywiście moŜe ujść za zabawny. - Te stare pierniki tak dziwaczeją. Chcieliby przedłuŜyć 

swoją ostatnią wyprawę w nieskończoność. 

-  Oooch!  -  Bonnard  chyba  nie  brał  pod  uwagę  podobnej  ewentualności.  -  TerUla 

mówiła, Ŝe był absolutnie pewny. 

- PoboŜne Ŝyczenia czasem brzmią jak fakty. Ty chyba nie chciałbyś zostać na Irecie, 

co, Bonnard? PrzecieŜ nie odpowiada ci tutejszy fetor? 

- Nie jest tak źle, jeśli się przyzwyczaić do tego zapachu. 

background image

- Tylko się nie przyzwyczaj za bardzo, stary. Musimy w końcu wrócić na BO. A teraz 

miej szeroko otwarte oczy, chcę coś sprawdzić... 

Przelecieli  ponad  pierwszymi  wzgórzami.  Bonnard  wcale  nie  potrzebował  mówić 

Varian, kiedy znaleźli się nad “osobliwym zakątkiem". Łatwo dało się zauwaŜyć - wciąŜ leŜały 

tam  co  potęŜniejsze  kości  i  pięć  czaszek.  Ogłuszona  i  juŜ  nie  tak  ochocza  Varian  zawróciła 

ś

lizgacz, aby wylądować. Ujrzała cięŜkie, poczerniałe kamienie - niemych świadków ogniska, 

którego śladów nie zdąŜył jeszcze doszczętnie spłukać padający ostatnio deszcz. 

Nie odzywała się. Cieszyła się, Ŝe Bonnard nie mógł niczego skomentować. 

Osadziła  ślizgacz  miedzy  ogniskiem  a  pierwszą  z  czaszek.  Pomiędzy  oczodołami 

prześwitywał  okrągły  otwór,  zbyt  duŜy,  by  mógł  pochodzić  od  obezwładniacza.  Cokolwiek 

jednak  przeszyło  łeb  zwierzęcia,  było  dość  silne,  by  porysować  kość  niezliczonymi 

pęknięciami.  Podobne  dziury  znajdowały  się  w  innych  dwu  czaszkach;  jedną  strzaskano 

silnymi uderzeniami w cieńszą podstawę. Piąta czaszka była nietknięta, nie moŜna było więc 

jednoznacznie określić, w jaki sposób uśmiercono to stworzenie. 

Ziemia na niewielkich rozmiarów polance, opasanej zewsząd skalnymi ścianami, była 

rozryta i poŜłobiona, milcząco dowodząc rozegranej tu walki. 

- Varian? - nieco drŜący głos Bonnarda wyrwał ją z chaotycznych spekulacji. Chłopiec 

trzymał  w  ręku  strzępek  materiału,  sztywny  i  ciemniejszy  niŜ  normalne  tworzywo 

kombinezonu; był to skrawek z rękawa, poniewaŜ szew biegł do nieco węŜszego mankietu - 

duŜego  mankietu,  od  lewej  ręki.  Z  dreszczem  obrzydzenia  wsunęła  odraŜający  dowód  do 

kieszeni. 

OdwaŜnie podeszła do prowizorycznego ogniska. Z potęgującym się uczuciem mdłości 

wpatrywała się w poczerniałe kamienie, w bruzdy wyŜłobione w przeciwległych głazach, gdzie 

musiał być umieszczony roŜen. 

- Widzieliśmy dość, Bonnard - odezwała się, gestem nakazując mu wracać do ślizgacza. 

Robiła wszystko, by nie biec. 

Gdy wcisnęli się juŜ w fotele, Varian spojrzała na Bonnarda, zastanawiając się, czy jej 

twarz jest równie blada jak jego. 

- Nic nikomu o tym nie mów, Bonnard. Nic. DrŜały jej ręce, gdy usiłowała zanotować 

współrzędne. 

Wznieśli  się  i  Varian  zwiększyła  napęd  do  maksimum,  mając  nieprzepartą  ochotę 

odgrodzić się od tamtej kostnicy jak największym pasem przestrzeni. 

Ani  jej,  ani  Kaiowi  nie  wolno  było  zignorować  tak  oczywistego  pogwałcenia  zasad 

Federacji.  Przez  moment  Ŝałowała,  Ŝe  nie  wybrała  się  w  tę  podróŜ  sama  -  mogłaby 

background image

przynajmniej  zapomnieć  o  wszystkim.  Choćby  próbować  zapomnieć...  Jednak  Bonnard  był 

ś

wiadkiem,  i  nie  da  się  niczego  wymazać  z  pamięci,  jak  nocnego  koszmaru.  Grawitantom 

naleŜy oficjalnie udzielić reprymendy, choć trudno mieć pewność, na ile skuteczne okaŜą się 

słowa w obliczu ich fizycznej siły. Wystarczająco przecieŜ lekcewaŜyli Kaia i Varian, by zabić 

i zjeść zwierzęta. 

Varian mocno wstrząsnęła głową, próbując pozbyć się odrazy, jaka zawsze, w sposób 

nieunikniony towarzyszyła tej szkaradnej myśli. 

- Zwierzę, nie oznaczone - oznajmił Bonnard zdławionym głosem. 

Varian  z  ochotą  oderwała  się  od  swych  niezdrowych,  przyprawiających  o  mdłości 

dociekań. Zawróciła ślizgacz w ślad za uciekającym stworzeniem. Złapali je na polance. 

- Mam go! - rzucił Bonnard. - To kłacz. Varian! Do licha, Varian, on jest ranny! 

DrapieŜnik zakręcił się w kółko i podniósłszy się, daremnie uderzał w powietrze swymi 

krótkimi, przednimi łapami. Gruba gałąź wbiła się mu miedzy Ŝebra. Varian dostrzegła krew 

broczącą  przy  kaŜdym  ruchu  zwierzęcia  z ziejącej rany.  Teraz  trudno było  nie spostrzec, Ŝe 

gałąź to nie wykończona włócznia, którą ktoś z ogromną siłą cisnął w bok kłacza. 

- Nie pomoŜemy mu? - spytał Bonnard, gdy Varian zawróciła z kursu. 

- Sami nie jesteśmy w stanie, Bonnard. 

- Ale on umrze - zaoponował chłopak. 

- Owszem, i nic na to nie poradzimy. Nie moŜemy nawet podejść wystarczająco blisko, 

by  spryskać  ranę  substancją  opatrunkową,  mając  nadzieję,  Ŝe  sam  usunie  tę...  -  Nie  miała 

pojęcia, dlaczego urwała. Nie miała zamiaru osłaniać grawitantów, a Bonnard w końcu i tak 

zauwaŜył tę okropność. 

Czy ataki mięsoŜerców nie dostarczały grawitantom wy starczającej dawki przemocy? 

Ile jeszcze napotkają rannych zwierząt na tym krańcu świata? 

- Czy przypadkiem uruchomiłeś rejestrator, Bonnard? - spytała Varian. 

- Tak, Varian - odparł. 

- Dziękuję. Wracamy. Muszę niezwłocznie rozmówić się z Kaiem. 

Bonnard zerknął znacząco na komunit. 

-  To  poufna  sprawa,  Bonnard.  -  Varian  potrząsnęła  przecząco  głową.  -  Muszę  cię 

jeszcze  raz  prosić,  byś  nic  nikomu  nie  mówił  i...  -  chciała  dodać  “i  trzymał  się  z  dala  od 

grawitantów", lecz zacięty wyraz twarzy chłopca zdradzał, Ŝe podobna rada jest zbyteczna. 

Na moment zaległa cisza. 

- Varian? 

- Tak, Bonnard? - Miała nadzieję, Ŝe znajdzie dla niego jakąś odpowiedź. 

background image

- Dlaczego? Dlaczego oni zrobili coś tak ohydnego? 

-  Chciałabym  to  wiedzieć,  Bonnard.  Przemoc  nie  wynika  z  prostych  przyczyn  ani  z 

jednostkowego  impulsu.  Powtarzano  mi  zawsze,  Ŝe  przemoc  jest  zwykle  rezultatem  ciągu 

frustracji i napięć, które nie miały innego ujścia. 

- KaŜdy czyn wywołuje reakcję, Varian. To pierwsza rzecz, której uczą na statku. 

- Owszem. PoniewaŜ  często przebywacie w przestrzeni kosmicznej, pierwszą rzeczą, 

której musicie się nauczyć, jest kontrolować siebie i swoje poczynania - wyjaśniła Varian. 

-  Na  planetach  o  silnym  przyciąganiu...  -  Bonnard  tak  bardzo  starał  się  zrozumieć! 

Varian  widziała,  jak  niemal  szuka  wzrokiem  po  kabinie  wytłumaczenia.  -  Na  planetach  o 

silnym przyciąganiu trzeba cały czas borykać się z grawitacją... 

- Dopóki nie przyzwyczaisz się do niej w takim stopniu, Ŝe nie będziesz juŜ postrzegać 

tego jako walki. Przystosujesz się. 

- Czy moŜna się przystosować do przemocy? - Bonnard był przeraŜony. 

Varian zaśmiała się gorzko. 

-  Tak,  Bonnard,  moŜna  się  przystosować  do  przemocy.  Tysiące  lat  wstecz  był  to 

powszechny stan ludzkości. 

- Cieszę się, Ŝe Ŝyję teraz - szepnął Bonnard. Varian nie odpowiedziała, zastanawiając 

się, czy zgadza się z chłopcem. Dawniej, gdy ludzkość wciąŜ jeszcze wytęŜała siły, by osiągnąć 

poziom  cywilizacji,  na  którym  z  pogardą  traktuje  się  spoŜywanie  zwierzęcego  mięsa,  na 

którym  trzeba  oduczyć  się  narzucania  własnych,  specyficznych  zasad  innym  gatunkom,  na 

którym akceptuje się, jako rzecz naturalną, przyjaźń i związki ze stworzeniami odmiennymi, 

lecz wspaniałymi w swej odmienności... Tak, kobieta Ŝyjąca jakieś trzysta lat temu musiała nie 

raz radzić sobie z najzwyczajniejszym barbarzyństwem. Oczywiście zwierzęta, które walczyły 

ze sobą i zabijały, podświadomie idąc za nakazami praw zachowania równowagi biologicznej, 

to jedna rzecz (co bynajmniej nie znaczy, Ŝe Varian nie przyszłaby słabszemu z pomocą, jeśli 

istniałaby taka moŜliwość), lecz jeśli pewien gatunek, silniejszy, zdolny się przystosować do 

kaŜdych  warunków,  po  prostu  groźniejszy  ze  względu  na  swą  wszechstronność,  atakuje 

głupiego zwierzaka wyłącznie dla przyjemności, to zakrawa na bestialstwo. 

Co mają zrobić, ona i Kai, z takim zachowaniem? Znów Ŝałowała, Ŝe zabrała ze sobą 

Bonnarda. Chciała być sprytna, tak, zbyt sprytna, i dlatego wmieszała  w to chłopca. Pewnie 

przeraziła go na śmierć tak jawnym dowodem rozwydrzonego okrucieństwa. Ale przecieŜ nie 

spodziewała się czegoś podobnego, planując obejrzeć Bakkunowy “osobliwy zakątek". SkądŜe 

znowu!  Teraz  zaś,  skoro  wszystko  wyszło  na  jaw,  naleŜało  przedsięwziąć  ostre  środki.  Za 

background image

późno,  by  twierdzić,  Ŝe  grawitanci  zachowują  w  tajemnicy  swój  podły  proceder.  Za  późno 

Ŝ

ałować, Ŝe w ogóle kiedyś zechciała przyjrzeć się temu, co robią. 

Z  drugiej  strony,  lepiej  było  zdemaskować  niecne  praktyki  grawitantów  na  planecie, 

gdzie Ŝaden inny myślący gatunek nie był naraŜony na szwank. Nieco ulgi przyniosła Varian 

myśl, Ŝe grawitanci wybrali sobie głupkowate roślinoŜerne i drapieŜniki niŜ na przykład śliczne 

złote ptaki... 

Gdyby je tknęli... Wściekłość, furia, jakiej nie doświadczyła nigdy dotąd, targnęła nią z 

niewiarygodną mocą. 

Wstrząśnięta  do  głębi  usiłowała  pozbierać  myśli.  Musi  nad  sobą  panować,  jeŜeli  ma 

przewodzić innym. 

Znajdowali się niedaleko obozu. Szybowali ponad rozległą równiną, prowadzącą do ich 

granitowego  tarasu.  Varian  złapała  się  na  tym,  Ŝe  pragnie,  by  Kai,  z  jakichś  nieznanych 

przyczyn,  powrócił  wcześniej  do  obozu.  Złe  wieści  mają  to  do  siebie,  Ŝe  nie  dają  o  sobie 

zapomnieć. Były jak otwarta rana, jątrząca spekulacjami, domysłami, pytaniami... Jak choćby, 

co grawitanci porabiali teraz? 

Wylądowali. Varian jeszcze raz przypomniała Bonnardowi, by o niczym nie wspominał 

nawet Cieki i Terilli, a juŜ na pewno nie Gaberowi. 

-  Gaber  -  chłopiec  odezwał  się  z  uśmiechem  -  mówi  mnóstwo,  ale  niewiele  ma  do 

powiedzenia... Chyba Ŝe chodzi o mapy... 

-  Poczekaj  chwileczkę.  -  Varian  zatrzymała  Bonnarda  na  chwilę,  rozwaŜając  sens 

dalszego  angaŜowania  dzieciaka.  Zerknęła  na  migoczącą  osłonę  siłową.  Konwulsyjne  pląsy 

umierających owadów rysowały się błękitem po ziemi. Varian starała się myśleć, na chłodno, 

czy w obozie jest jeszcze ktoś, komu moŜe zaufać. Potem spojrzała na chłopca, stojącego przed 

nią swobodnie i z nieco przekrzywioną głową oczekującego na rozkaz. - Bonnard, zabieram z 

naszego  ślizgacza  baterię.  Kiedy  nadlecą  pozostałe  ślizgacze,  chcę,  Ŝebyś  takŜe  z  nich 

wymontował  baterie.  Ukryj  je  w  zaroślach,  jeśli  nie  będziesz  w  stanie  przynieść  ich  do 

wahadłowca.  Gdyby  ktoś  cię  pytał,  powiedz,  Ŝe  masz  za  zadanie  sprawdzić  wyciek  ołowiu. 

Tak, to byłoby logiczne. Rozumiesz? - Varian odśrubowywała baterię, wydając Bonnardowi 

instrukcje. - Wiesz, gdzie są baterie w mniejszych ślizgaczach? I jak je wymontować? 

-  Pokazał  mi  Portegin. Poza  tym właśnie  widzę,  jak ty  to  robisz.  -  Podał  jej uchwyt, 

który przymocowała do cięŜkiej baterii i wytaszczyła ją ze ślizgacza. - Przyniosę jeszcze jeden 

- zaproponował. 

background image

Varian widziała, Ŝe chłopak ma jeszcze kilka pytań, które chciałby zadać. Zmierzali do 

wejścia,  w  którym  oczekiwała  ich  Lunzie.  Gdy  minęli  ją,  lekarka  spojrzała  na  bagaŜ,  który 

targała ze sobą Varian. 

- Zatkało się coś - rzuciła Varian pośpiesznie. 

-  To  dlatego  wróciliście  tak  prędko?  To  dobrze!  -  Zazwyczaj  powaŜną  twarz  Lunzie 

rozjaśnił  szeroki  uśmiech.  Wskazała  na  wybieg  Dandy'ego.  Trizein,  przewieszony  przez 

ogrodzenie, gapił się z przejęciem na małą istotkę, która niepojętym cudem spokojnie chrupała 

sobie kępkę trawy, obojętna na badawcze spojrzenia. 

- Trizein wylazł ze swojego laboratorium?! Co mu się stało? - spytała Varian. 

- Niech sam ci opowie. To on ma dla ciebie niespodziankę, nie ja. 

- Niespodziankę? - powtórzyła. 

- Bonnard - Lunzie zwróciła się do chłopca - weź baterię i zanieś ją, gdzie trzeba... 

Varian pokazała mu wahadłowiec gestem, który wywołał zdumienie w oczach Lunzie. 

-  A  więc  gnaj  pędem  do  wahadłowca  -  powiedziała  lekarka  -  i  zaraz  wracaj.  Chcesz 

chyba usłyszeć o prawdopodobnych przodkach twojego pupila? 

- Co? - Bonnard był zaskoczony. 

- Na jednej nodze, do wahadłowca z tym pakunkiem - ponagliła go Lunzie. - Wyciek 

ołowiu w bateriach, Varian? To raczej kiepskie wytłumaczenie, nie uwaŜasz? 

- Varian! Czy Lunzie mówiła ci juŜ? - Trizein oderwał wreszcie wzrok od Dandy'ego i 

spojrzał  w  jej  stronę.  -  Czemu  nikt  mi  nic  nie  powiedział?  To  znaczy,  oczywiście  potrafię 

wyciągać ogólne wnioski z pojedynczych tkanek, ale to... prehistoryczne stworzenie... 

JuŜ same słowa zdołały przyciągnąć uwagę Varian. Jednak głos, którym mówił, kazał 

jej szybko podejść do wybiegu. 

- Prehistoryczne? Co masz na myśli, Trizein? 

- CóŜ, nasz maleńki eksponat jest wybornym przykładem prymitywnego roślinoŜercy... 

- Wiem, Ŝe... - zaczęła Varian. 

- Nie, nie, moja droga Varian, to nie prymitywny roślinoŜerca rodem z tej planety, lecz 

roślinoŜerny typu ziemskiego, z nieparzystokopytnych. 

-  No  właśnie.  Wiem, Ŝe  jest nieparzystokopytny.  Oś  stopy  przebiega od środkowego 

palca. 

- Varian, czy udajesz tępaka celowo, Ŝeby mi dokuczyć? To - Trizein teatralnym gestem 

wskazał  Dandy'ego  -  jest  pierwszym  etapem  w  genotypie  konia.  Jest  oryginalnym 

hyracotherium typu ziemskiego! 

Znaczenie stwierdzenia Trizeina stopniowo zaczęło docierać do świadomości Varian. 

background image

- Próbujesz mi powiedzieć, Ŝe on nie jest podobny do ziemskiego konia, tylko Ŝe jest w 

prostej linii jego przodkiem? - zawahała się Varian. 

- Dokładnie to mówię, nie: próbuję powiedzieć. Mówię! 

-  To  niemoŜliwe!  -  Varian  odparła  stanowczo,  rzucając  Trizeinowi  oskarŜycielskie 

spojrzenie, sugerujące, Ŝe chce z niej zakpić. 

Trizein  zarechotał,  z  dumą  rozkładając ramiona. Promieniejąc  radością,  spoglądał  po 

kolei na kaŜdego ze swego skromnego audytorium. 

- MoŜe wydaję się roztargnionym i dość oryginalnym chemikiem - Trizein zaczął swoją 

orację  -  lecz  moje  wnioski  zawsze  są  poparte  niezbitymi  dowodami.  Swoje  eksperymenty 

przeprowadzam umiejętnie i tak sprawnie, jak tylko sprzęt i okoliczności pozwalają. Ostatnio 

zastanawiałem się, czy ktoś nie próbuje mnie czasem wystrychnąć na dudka, sprawdzić moje 

zdolności  lub  skłonności  do  dygresji.  Zapewniam  was,  Ŝe  bardzo  dobrze  wiem,  kiedy 

przedstawia  mi  się  dwie  absolutnie  odmienne  formy  Ŝycia,  twierdząc,  Ŝe  współistnieją  na 

jednej planecie. Nieładnie ze strony owego “ktosia", oj nieładnie. Informuję was więc tu i teraz, 

Ŝ

e  jestem  świadom  podstępu.  Próbki,  którymi  zasypywałaś  mnie,  Varian,  razem  z  twoimi 

zespołami  sugerowałyby  róŜnorodność  fauny  wystarczająco  potęŜną,  by  zasiedlić  nie  jedną 

planetę, ale kilka. CzyŜby Ryxiowie nie zabrali własnych techników? Czy na planecie Theków 

takŜe istnieje Ŝycie, skoro daje mi się tak rozmaite... 

- A tamta próbka, którą oddał ci w zeszłym tygodniu Bakkun? - Varian wystawiła go na 

próbę. Nie zdziwiła się wcale, gdy usłyszała odpowiedź. 

-  A  tak,  owszem,  element  komórkowy  jest  w  znacznej  mierze  porównywalny.  To 

kręgowiec,  oczywiście,  wrzeciono  mitotyczne,  mitochondria  zupełnie  normalne,  jak  we 

wszystkich gatunkach z hemoglobiną. Jak choćby nasz druh! - Kciukiem wskazał Dandy'ego. - 

A,  Bonnard!  -  powiedział,  kiedy  chłopiec  dołączył  do  nich.  -  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  co 

mówiła Lunzie, to ty uratowałeś Ŝycie temu łapserdakowi? 

- Tak, proszę pana. I kim on jest? 

- Hyracotherium, albo niech mnie kule biją! - odparł Trizein z wymuszoną jowialnością, 

jaką z niewiadomych przyczyn dorośli często okazują wobec dzieci. 

- Czy to znaczy, Ŝe Dandy jest wyjątkowy? - spytał Bonnard Varian. 

-  Jeśli  to  rzeczywiście  hyracotherium,  wówczas  jest  niezwykle  wyjątkowy  -  odparła 

zdławionym głosem. 

-  Wątpisz!  -  zawołał  Trizein,  dotknięty  do  Ŝywego.  -  Wątpisz!  Lecz  mogę  ci  to 

udowodnić! - Porwał Varian za łokieć, a Lunzie za ramię i pomaszerowali do wahadłowca. - Na 

background image

krótkoterminowe ekspedycje nie wolno zabierać ze sobą zbyt wiele osobistych przedmiotów, 

jednak wziąłem własne dyskietki danych. Zaraz wam je pokaŜę. 

Wepchnięta  do  wahadłowca  Varian  wiedziała  juŜ  dobrze,  co  ujrzy.  Mimo  swego 

narwanego  sposobu  wypowiedzi  i  umysłowego  zmanierowania,  Trizein  był  bezwzględnie 

dokładny. Miała tylko nadzieję, Ŝe jego dyski wyjaśnią równieŜ, jak gatunek Dandy'ego dostał 

się  na  Iretę.  Byłoby  mało  pocieszające,  gdyby  Trizein  zaraz  wykazał,  Ŝe  pięcio-palczaste  są 

obce na tej planecie, a płaszczaki, ze swoją komórkową budową, stąd pochodzą. To wszystko 

stanowiło  część  absolutnego  chaosu  towarzyszącego  tej  wyprawie.  Są  porzuceni  czy  tylko 

zapodziali się? Badają planetę juŜ raz przebadaną, nie mając łączności z macierzystym statkiem 

i stojąc w obliczu buntu części załogi. 

Trizein  wpakował  obie  kobiety  do  swego  laboratorium.  Długo  szperał  w  podręcznej 

torbie, która dyndała pod sufitem, póki nie wygrzebał z niej starannie opakowanego zawiniątka 

z  dyskami.  Odnalazł  właściwy  i  z  uczuciem  słusznego  tryumfu  umieścił  go  w  odtwarzaczu. 

Zdecydowanie  nacisnął  odpowiednie  guziki  i  odwrócił  się  w  stronę  kobiet  z  wyczekującym 

spojrzeniem. 

Ich  oczom  ukazała  się  replika  -  pomijając  ubarwienie  -  Dandy'ego.  Zgrabny  napis 

głosił: “Hyracotherium, olikogen. Ziemia. Gatunek wymarły". Tam, gdzie zwierzak Bonnarda 

pokryty był cętkowaną, czerwono-brązową sierścią, stworzenie z ekranu miało ciemnobrązowe 

prąŜki. RóŜnica wywołana odmiennością środowisk, w jakich przychodziło im maskować się, 

by przeŜyć, pomyślała Varian. Oznaczałoby to równieŜ, Ŝe istoty te rozwinęły się w pewien 

sposób na Irecie. Nadal jednak ich obecność tutaj była zagadką. 

-  Nie  rozumiem,  jak  Dandy  moŜe  być  podobny  do  tych  starych  ziemskich  bestii. 

PrzecieŜ  one  wymarły  -  odezwał  się  Bonnard,  zwracając  się  do  Varian.  -  Sądziłem,  Ŝe  nie 

moŜna  odnaleźć  identycznych  form  Ŝycia,  które  rozwijały  się  niezaleŜnie  na  znacznie 

oddalonych od siebie planetach. Na dodatek Ireta wcale nie jest planetą typu ziemskiego. Ma 

słońce trzeciej generacji. 

- Zaobserwowaliśmy juŜ kilka nielogiczności na Irecie - odparła Lunzie swym suchym, 

lecz pokrzepiającym głosem. 

-  Czy  błąkają  się  wam  po  głowach  jeszcze  jakieś  wątpliwości  co  do  podobieństwa 

rzeczonego stworzenia? - spytał Trizein, niewymownie zadowolony z własnego występu. 

-  śadne,  Trizein.  ChociaŜ...  juŜ  wcześniej  chodziłeś  po  obozie.  Dlaczego  wtedy  nie 

spostrzegłeś pokrewieństwa Dandy'ego? 

- AleŜ! Ja chadzałem po obozie? - Trizein udał oszołomienie. 

background image

- Chadzałeś - przyznała ostro Lunzie. - Tyle Ŝe głowę miałeś niewątpliwie zaprzątniętą 

o niebo waŜniejszymi sprawami. 

-  Całkiem  prawdopodobne  -  powiedział  Trizein  z  godnością.  -  Swój  czas  trawię  na 

niezliczonych  analizach  i doświadczeniach, i wszelkiego typu dezorganizujących przerwach. 

Niewiele mam okazji rozejrzeć się po tym świecie, choć, moŜna by powiedzieć, Ŝe znam go od 

podszewki. 

-  Czy  poza  Dandym  masz  moŜe  jeszcze  na  swoich  dyskach  inne  wymarłe  zwierzęta 

typu ziemskiego? 

-  Dandy?  A,  hyracotherium?  Owszem,  owszem,  to  dyskietki  z  danymi 

paleontologicznymi. Mam tu pradawne gatunki z... 

- MoŜe lepiej będziemy zajmować się naszymi łamigłówkami pojedynczo, Trizein? - 

zasugerowała Varian, nie do końca pewna, czy zdołałaby dziś jeszcze przyjąć do wiadomości 

kolejną zagadkę. Gdyby okazało się, Ŝe płaszczaki są formą zwierzęcą pochodzącą na przykład 

z Beta Camaridae, dostałaby bzika. - Bonnard, kaseta z czubakami jest w głównej konsoli, tak? 

- Umieściłem ją pod odpowiednią datą i tematem zaraz, gdy obejrzały ją Cleiti i Terilla 

- odrzekł chłopiec. 

Varian wybębniła jakieś polecenie na klawiaturze i przeniosła zapis dysku Trizeina na 

mniejszy  monitor  i  do  pamięci.  Na  głównym  ekranie  zagościły  teraz  złote  ptaki.  Ich 

grzebieniaste łby były odrobinę nachylone, wzmagając wraŜenie inteligencji. 

- Wielkie nieba! Mają sierść! Niewątpliwie mają sierść! - ryknął Trizein i pochylił się, 

wybałuszając na nie oczy. - To zawsze wzbudzało spore kontrowersje między moimi kolegami. 

Brak mi ostatecznej pewności, oczywiście, lecz to niechybnie musi być pteranodon! 

- Pteranodon? - skrzywił się Bonnard, przysłuchując się ze wstrętem, jak zwierzęciu, 

które lubi, przypasowują tak niewydarzoną nazwę. 

-  Owszem,  pteranodon,  gatunek  dinozaura,  błędnie  nazwany,  ma  się  rozumieć,  gdyŜ 

zwierzak  jest  bezsprzecznie  ciepłokrwisty...  Zamieszkiwał  Ziemię  w  mezozoiku.  Wyginął 

przed rozpoczęciem trzeciorzędu. Nikt nie wie dlaczego, choć namnoŜyło się sporo hipotez na 

ten  temat...  -  Nagle  Trizein  odskoczył  od  ekranu,  na  którym  pojawiło  się  następne  zwierzę, 

wydobyte przez Varian z banku danych. Z monitora zionęła potęŜna paszcza kłacza. - Varian!... 

ToŜ to... To jest tyrannosaurus rex! Mój BoŜe, co za niesmaczne Ŝarty sobie stroisz!? - Trizein 

wpadł w szewską pasję. 

- To nie Ŝarty - oświadczyła Lunzie, kiwając powaŜnie głową. 

background image

Trizein spojrzał na nią. Oczy wyszły mu z orbit, rozdziawił usta. Ponownie przyjrzał się 

drapieŜnej fizjonomii tyranozaura. Nazwa pasowała do swego właściciela jak ulał, przyznała w 

duchu Varian. 

- Widzieliście je tutaj Ŝywe? - wykrztusił Trizein. 

- Nawet bardzo Ŝywe. Czy na twojej dyskietce masz takŜe tego tyrannosaurusa? 

Z cięŜkim sercem Trizein wystukał wyraźnie drŜącymi rękoma polecenie. W miejsce 

łagodnych rysów i nieduŜego ciała hyracotherium pojawił się hardy i groźny prototyp kłacza. 

Znów wystąpiły róŜnice w ubarwieniu. 

- Osłona siłowa... - zaczął Trizein - czy osłona siłowa jest w stanie go powstrzymać? 

Varian przytaknęła ruchem głowy. 

- Powinna. Co więcej, w promieniu dziesięciu, piętnastu kilometrów nie znajdziesz ani 

kawałka takiego. Gdy my się wprowadzamy, one się wyprowadzają. Mają łatwiejszy łup niŜ 

nas. - Ciarki, które ją przeszły, wcale nie były wywołane obawą przed tyranozaurem. 

- Jesteś pewna, Ŝe będą się trzymać na dystans? - spytał Trizein, zaniepokojony. - To 

stworzenie przez tysiąclecia panowało na starej, dobrej Ziemi. Tak, tak, było najpotęŜniejsze. 

Nikt nie mógł go pokonać. 

Varian przywołała nazbyt Ŝywe wspomnienie włóczni sporządzonej z gałęzi, tkwiącej 

między Ŝebrami jaszczura. 

-  Nie  przepada  za  ślizgaczami,  Trizein  -  odezwał  się  Bonnard,  nie  zauwaŜywszy 

milczenia Varian. - Ucieka przed nimi. 

Chemik przyjrzał się chłopcu z wyraźnym sceptycyzmem. 

- Naprawdę - powtórzył Bonnard. - Widziałem. Jeszcze dzisiaj... - Dostrzegł spojrzenie 

Varian, nakazujące mu zamilknąć. 

Trizein niczego nie spostrzegł. Z wolna osunął się na najbliŜszą ławkę. 

- Varian moŜe się ze mnie naigrawać, chłopiec równieŜ, lecz ty, Lunzie... 

Trizein  jakby  pragnął usłyszeć zaprzeczenie,  które  uspokoiłoby  go,  przywróciło jego 

ś

wiatu  poprzedni,  wygodny  porządek.  Lunzie,  potrząsając  przecząco  głową,  potwierdziła 

jednak, Ŝe zwierzęta istnieją naprawdę, te i inne, równie znacznych rozmiarach. 

- Stegosaurus teŜ? A jaszczur olbrzymi, właściwy dinozaur? A... - Na myśl, Ŝe moŜe 

ujrzeć  Ŝywe  zwierzęta,  które  od  dawna  uznano  za  wymarłe,  Trizein  rozdarty  był  między 

targającą  nim  bojaźnią  a  szalonym  entuzjazmem.  -  Dlaczego  nikt  mi  dotąd  o  nich  nie 

wspomniał? NaleŜało mi powiedzieć! Prehistoryczne formy Ŝycia to moja specjalność, moje 

hobby! - przemawiał Ŝałosnym, oskarŜycielskim tonem. 

background image

-  Uwierz  mi,  przyjacielu,  było  to  nieświadome  niedopatrzenie  -  powiedziała  Lunzie, 

klepiąc go po ręce. 

- Jestem prawdziwym ksenobiologiem, Trizein - dodała Varian w ramach przeprosin - i 

nigdy mi nawet do głowy nie przyszło, Ŝe to nie są wyjątkowe okazy. Gdy przeanalizowałeś 

płaszczaki, odkrywając ich zupełnie odmienną budowę komórkową, doszłam do przekonania, 

Ŝ

e mamy do czynienia z wyraźnymi anomaliami. A potem jeszcze te trawy! 

- Trawy? Trawy! I preparaty tkanek, i płytki krwi, przez cały czas... - Oburzony Trizein 

zerwał się na równe nogi. - Przez cały czas te fantastyczne stworzenia Ŝyją sobie tuŜ, tuŜ za 

osłoną siłową! Nie zniosę tego, nie zniosę! I nikt mi nie zechciał powiedzieć! 

-  Byłeś  przecieŜ  poza  obozem,  Trizein.  Oj,  ty  zawsze  patrzysz,  ale  nie  widzisz!  - 

podsumowała Lunzie. 

-  Gdybyście  nie  zarzucili  mnie  aŜ  tak  bardzo  robotą,  twierdząc  wciąŜ,  Ŝe  jest 

najwaŜniejsza, konieczna i absolutnie pierwszorzędna! W Ŝyciu nie musiałem radzić sobie sam 

jeden z tyloma absolutnymi priorytetami naraz, zwierzętami, roślinami i jeszcze minerałami! 

Jak mi się w ogóle udało przeŜyć... 

-  Trizein,  naprawdę  jest  nam  przykro.  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo.  śałuję,  Ŝe  nie 

wywlokłam cię z laboratorium wcześniej - Varian mówiła z takim przekonaniem, Ŝe Trizein dał 

się ugłaskać - i to nie tylko po to, byś zidentyfikował zwierzęta. 

Varian  zachodziła  w  głowę,  czy  cała  ta  wiedza,  rozpoznanie  w  bestiach  dinozaurów 

powstrzymałoby grawitantów od ich nikczemnych praktyk? Czy miałoby ostatecznie w ogóle 

jakiekolwiek znaczenie? 

- No dobrze juŜ, dobrze - powiedział Trizein. - MoŜecie teraz wynagrodzić mi wasze 

zaniedbanie. Z pewnością to nie wszystko, co macie? 

Varian,  z  wdzięcznością  korzystając  z  kaŜdej  nadarzającej  się  okazji,  by  odłoŜyć 

straszną prawdę na później, wskazała gestem Trizeinowi, aby siadł na czymś wygodniejszym 

od zwykłej laboratoryjnej ławy i wprowadziła polecenie do komputera, by przywołać nagrania 

zebrane przez nią i Terillę, kiedy sporządzały mapy. 

-  To  oczywiste  -  odezwał  się  chemik,  obejrzawszy  wszystkie  gatunki,  które  Varian 

zdołała dotąd zarejestrować i oznaczyć - Ŝe ktoś stroi sobie Ŝarty. Niekoniecznie ze mnie czy 

ciebie, albo z nas w ogóle - dodał, zerkając spod krzaczastych brwi. - Te zwierzęta zostały tutaj 

porzucone. 

Bonnardowi wydarł się zdławiony okrzyk - nie umiał kontrolować swej reakcji na to 

słowo tak dobrze jak Varian czy Lunzie. 

- Porzucone? - zaśmiała się Varian, wysilając się na kpiarskie niedowierzanie. 

background image

-  No  cóŜ,  z  pewnością  nie  powstały  tutaj  na  drodze  zupełnie  niezaleŜnej  ewolucji, 

najdroŜsza. Musiały zostać tu przeniesione... 

- Kłącze, roślinoŜerne i złote ptaki? Och, Trizein, toŜ to niemoŜliwe. Poza tym, róŜnica 

w pigmentacji wskazuje, Ŝe rozwinęły się tutaj... 

-  AleŜ  naturalnie,  lecz  swój  początek  mają  na  Ziemi  -  uciął  Trizein.  -  Nie  sądzę,  by 

sposób  maskowania  się  czy  rodzaj  pigmentacji  miał  istotne  znaczenie  dla  mojej  teorii. 

Wystarczy wspólny przodek. Klimat, pokarm, warunki geograficzne, wszystko to wpływa na 

specjalizację gatunków i na przestrzeni tysiącleci mogą rozwinąć się najrozmaitsze warianty. 

Na  przykład  ogromne  roślinoŜerne  bez  wątpienia  pochodzą  od  struthimimusa,  podobnie  jak 

tyranozaur  i,  całkiem  prawdopodobnie,  twój  pteranodon.  MoŜliwości  rozwoju  z  jednego 

wspólnego przodka jest nieskończenie wiele. Weź choćby ludzi i nieprzebrane bogactwo ich 

odmian. 

- ZałóŜmy, Ŝe to moŜliwe, Trizein. Tylko dlaczego? Kto zrobiłby coś tak szalonego? W 

jakim  celu?  Dlaczego  ktoś  miałby  unieśmiertelnić  takie  potworności  jak  kłacz?  Rozumiem: 

złote ptaki... 

-  Moja  droga,  róŜnorodność  jest  podstawą  równowagi  biologicznej.  A  dinozaury  to 

zdumiewające  stworzenia.  Władały  Ziemią  więcej  tysiącleci  niŜ  my,  biedne,  nie  najlepiej 

zaprojektowane  homo  sapiens  istniejemy  jako  gatunek.  Kto  wie,  dlaczego  wyginęły?  Jaka 

wydarzyła  się  katastrofa?  Jest  więcej  niŜ  pewne,  Ŝe  musiała  to  być  radykalna  zmiana 

temperatury,  która  nastąpiła  po  przemieszczeniu  pola  magnetycznego.  Tak  w  kaŜdym  razie 

głosi  moja  teoria,  którą  będę  mógł  teraz  poprzeć  dowodami  znalezionymi  tutaj.  Och,  co  za 

prześwietna  ewolucja!  Planeta  od  niezliczonych  milionów  lat  trwa  w  mezozoiku  i 

najprawdopodobniej trwać tak jeszcze będzie przez dalszych nie wiedzieć ile tysiącleci! Rdzeń 

termiczny, ma się rozumieć, jest czynnikiem... 

- Kto, Trizein, uratowałby ginące na Ziemi dinozaury i umieścił je tutaj, by Ŝyły dalej w 

swym bestialskim splendorze? - przerwała mu Varian. 

- Inni? - zasugerował chemik. Bonnardowi aŜ dech zaparło w piersiach. 

- Trizein, nie drwij sobie. Inni niszczą Ŝycie, a nie ratują je - surowo odparła Varian. 

Trizein nie wyglądał na skruszonego. 

- KaŜdy ma prawo do Ŝartów. Oczywiście to Thekowie porzucili tutaj dinozaury. 

- Czy Thekowie porzucili tu takŜe nas? - spytał przeraŜony Bonnard. 

- Wielkie nieba! - Trizein wybałuszył na niego oczy. Wyraz zdziwienia na jego twarzy 

ustąpił zachwytowi. - Czy doprawdy uwaŜasz, Varian, Ŝe to moŜliwe? Kiedy zastanawiam się 

nad ilością i róŜnorodnością badań, które muszę przeprowadzić... 

background image

Lunzie  i  Varian  wymieniły  zdumione  spojrzenia.  Trizeinowi  taki  obrót  spraw 

przypadłby do gustu. 

- ...by dowieść swych hipotez dotyczących ciepłokrwistości... - - Chemik nie przerywał. 

- Wiesz, Varian, nie pokazałaś mi Ŝadnych prawdziwych gadów z rzędu jaszczurek, mam na 

myśli,  Ŝadnych  zimnokrwistych  gatunków.  Gdyby  one  równieŜ  rozwinęły  się  tutaj,  jako 

wyspecjalizowany podtyp, w istotny sposób ulepszyłoby to moją teorię. Ta planeta wydaje się z 

niezwykłą  konsekwencją  zachowywać  wyŜsze  temperatury  niŜ  stara,  dobra  Ziemia...  Więc, 

Varian, w czym tkwi problem? 

-  śe  nie  zostaliśmy  tu  porzuceni  -  odparła  krótko.  Trizein,  zraŜony  nieco  i 

rozczarowany, spojrzał teraz na Lunzie, która takŜe przecząco pokiwała głową. 

- Ach, jaka szkoda... - Był tak przygnębiony, Ŝe Varian, mimo całej powagi sytuacji, z 

trudem  powstrzymała  się  od  śmiechu.  -  CóŜ,  w  takim  razie  ostrzegam  lojalnie,  Ŝe  nie  mam 

zamiaru więcej siedzieć kamieniem nad robotą. Biorę sobie urlop, by dopracować swą teorię. I 

dlaczegóŜ  to  nikt  nie  pomyślał  nawet,  by  pokazać  mi  zwierzęta,  których  mięso  tak  często 

musiałem analizować? Czas jaki zmarnotrawiłem... 

-  Analizowałeś  tkanki  zwierzęce?  -  pierwsza  odezwała  się  Lunzie,  napotykając 

zaalarmowane spojrzenie Varian. 

- Właśnie. śadna nie była toksyczna, wniosek potwierdza oczywiście wspólna planeta 

macierzysta. Powiedziałem Paskuttiemu, Ŝe nie trzeba się aŜ tak przejmować, nawet podczas 

bliŜszego  kontaktu.  -  Urwał  na  chwilę.  -  Gdzie  wy  trzymacie  pozostałe  okazy?  Gdzieś  w 

okolicy? 

- Nie. Dlaczego pytasz? 

Trizein  zmarszczył  brwi.  Niezliczone  myśli,  które  kiedyś  przyszły  mu  do  głowy,  a 

którymi nie miał czasu się zająć, gwałtownie dały teraz o sobie znać. 

-  Dlaczego?  PoniewaŜ  wyraźnie  odniosłem  wraŜenie,  Ŝe  Paskutti  obawia  się 

rzeczywistego  kontaktu  z  tymi  zwierzakami.  Oczywiście  niewiele  jest  w  stanie  przeniknąć 

skórę  grawitanta,  lecz  domyśliłem  się,  Ŝe  martwi  go  twoja  ewentualna  reakcja  toksyczna, 

Varian. Stąd teŜ wysnułem przypuszczenie, iŜ stworzenia te muszą przebywać w pobliŜu lub są 

ranne,  jak  tamten  roślinoŜerny,  kiedyśmy  wylądowali.  Pokazywałaś  mi  moŜe  tamtego 

zwierzaka? 

-  Owszem  -  odparła  z  roztargnieniem  Varian.  Jej  myśli  krąŜyły  teraz  wokół  bardziej 

pilnych kwestii, jak choćby, w co dokładnie bawili się grawitanci. - Jakiś hadrazaur, chyba tak 

go nazwałeś. 

background image

- Prawdę mówiąc, hadrazaurów było wiele odmian, na przykład z grzebieniem, z czymś 

w rodzaju hełmu, z... 

- Mabel miała grzebień - uciął Bonnard. 

-  Wiesz,  Varian,  sądzę,  Ŝe  Kai  będzie  zainteresowany  odkryciami  Trizeina  -  rzuciła 

Lunzie. 

- Masz zupełną rację, Lunzie - odparła Varian, zmierzając sztywno do laboratoryjnego 

komunitu. 

Kamień spadł jej z serca, gdy zamiast Bakkuna odezwał się Kai, chociaŜ przygotowała 

się  takŜe  na  taką  ewentualność.  Wiedziała,  Ŝe  Bonnard,  wstrzymując  oddech,  zachodzi  w 

głowę, co teŜ ma zamiar powiedzieć; czuła na sobie chłodne, pokrzepiające spojrzenie Lunzie. 

-  Kai,  Trizein  właśnie  zidentyfikował  naszą  faunę  i  wyjaśnił  zachodzące  anomalie. 

Sądzę, Ŝe powinieneś natychmiast zjawić się w bazie. 

- Varian... - Kai był poirytowany. 

- Czujniki to nie jedyna rzecz, którą porzucono na tej śmierdzącej grudzie błota, i nie 

jedyna, która mogłaby zostać porzucona! - wrzasnęła Varian. 

Z drugiej strony zaległa cisza. Po chwili przemówił Kai: 

- W porządku. Jeśli Trizein uwaŜa, Ŝe to pilne, Bakkun moŜe sobie sam tutaj radzić. To 

złoŜe jest dwa razy większe od pierwszego. 

Varian  złoŜyła  mu  gratulacje.  Zastanawiała  się  tylko,  czy  nie  powinna  nalegać,  by 

Bakkun wrócił razem z Kaiem. Z ochotą zadałaby grawitantowi parę pytań na temat róŜnych 

“osobliwych zakątków" i ich przeznaczenia. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY  

 

Bakkun niewiele się przejął wezwaniem Kaia - zbyt był zaabsorbowany zawiłościami 

notowań  ostatniego  czujnika,  które  dokładnie  pozwolą  określić  rzeczywiste  rozmiary  złoŜa 

uranitytu. 

-  Wrócisz  do  bazy,  gdy  skończysz?  -  spytał  Kai,  umieszczając  obok  pas  nośny  dla 

grawitanta. 

- Jeśli nie wrócę, to się nie martw. Chcę przelecieć się do obozu pomocniczego. 

“Chcę"  niesie  w  sobie  odrobinę emfazy, pomyślał  Kai.  Zresztą zachowanie Bakkuna 

draŜniło  go  przez  cały  dzień.  Nie  potrafił  powiedzieć  dlaczego,  nie  mógł  teŜ  stwierdzić  po 

prostu,  Ŝe  Bakkun  jest  nadęty  i  butny.  Jednak  juŜ  od  tygodnia  Kai  wyczuwał  nieznaczną 

zmianę, jaka zaszła w grawitancie. 

Niejednoznaczna  wzmianka  Varian  o  tym,  co  porzucone  czy  -  co  moŜe  zostać 

porzucone  na  Irecie,  przytłumiła  mglistą  irytację  Kaia  wywołaną  zachowaniem  Bakkuna. 

Varian  nie  zwykła  była  wpadać  w  panikę  z  byle  powodu,  toteŜ  fakt,  iŜ  zdecydowała  się 

niepokoić go podczas pracy w terenie, świadczył o powadze sytuacji. Co u licha miał oznaczać 

ten  tajemniczy  komentarz?  I  jakimŜ  to  cudem  Trizeinowa  identyfikacja  fauny  mogłaby 

wyjaśnić anomalie? 

MoŜe przyszły jakieś wieści od Theków, a Varian wolała, by nikt o nich nie wiedział? 

Przypomniał  sobie  dokładnie  jej  słowa.  Oddzieliła  informację  o  osiągnięciach  Trizeina  od 

prośby, by Kai wrócił do obozu. A więc nie chodziło o odkrycia chemika! 

By  się  niepotrzebnie  nie  denerwować,  Kai  zajął  się  szacowaniem  prawdopodobnych 

zasobów energetycznych na Irecie, licząc namierzone juŜ złoŜa i moŜliwe kolejne znaleziska 

rozciągające się na nie przebadanych jak na razie obszarach aktywnych orogenicznie. 

Zanim dotarł do bazy, uznał, Ŝe Ireta jest bez wątpienia jedną z najbogatszych planet, o 

jakich  w  Ŝyciu  słyszał.  Rozpogodził  się  trochę,  doszedłszy  do  wniosku,  Ŝe  BO  prędzej  czy 

później równieŜ się o tym przekona. Varian, on i pozostali uczestnicy wyprawy będą bogaci 

nawet według wyśrubowanych kryteriów PS. Personel pomocniczy, do którego zaliczy takŜe 

dzieciaki,  jeŜeli  w  ogóle  będzie  miał  cokolwiek  do  powiedzenia  w  tej  kwestii,  powinien 

równieŜ otrzymać premię. Dzieci okazały się niesłychanie pomocne podczas ekspedycji. No, 

choćby taki Bonnard, pomyślał Kai, spostrzegłszy chłopca - szarpie się biedak z bateriami od 

ś

lizgaczy...  Właśnie  przez  takie  drobiazgi  dzieciaki  przyczyniły  się  do  sukcesu  całej 

wyprawy... 

background image

Lunzie obsługiwała wlot. Wpuściła Kaia, witając go wieścią, Ŝe Varian czeka w kabinie 

pilota. Bonnard dał nura do wahadłowca, gdzie ulokował baterię, i zaraz ukazał się z powrotem, 

kierując się w stronę ślizgacza Kaia. 

- Co on robi? - spytał Kai. 

- Sprawdza wszystkie baterie. Wynikły drobne niezgodności - odparła Lunzie. 

-  Z  bateriami?  Rzeczywiście  wykorzystujemy  je  w  niewiarygodnym  tempie.  To 

dlatego...? 

- Chyba. Varian czeka. 

Dopiero  gdy  Kai  wchodził  do  wahadłowca,  zdał  sobie  sprawę,  Ŝe  to  niebywałe,  by 

Lunzie przejmowała się mechanicznymi detalami. Trizein siedział przy głównym monitorze. 

Był tak zatopiony w medytacji nad pasącymi się roślinoŜernymi, Ŝe nawet nie zauwaŜył wejścia 

Kaia. 

- Kai? - Varian wytknęła głowę zza wejścia do kabiny pilota. Naglącym ruchem ręki 

kazała mu przyjść do siebie. 

Kai  wskazał  na  Trizeina,  gestem  pytając,  czy  ma  moŜe  przerwać  jego  kontemplację, 

lecz  Varian  przecząco  pokiwała  głową  i  jeszcze  raz  dała  mu  znak,  by  natychmiast  do  niej 

dołączył. 

- O co chodzi, Varian? - zapytał, zamknąwszy za sobą luk. 

- Grawitanci wrócili do dawnych zwyczajów - wyrzuciła z siebie Varian. - Wolny dzień 

spędzili  uganiając  się  za  roślinoŜercami  i  kłaczami.  Nieźle  się  zabawiali  kosztem 

roślinoŜernych zanim je zabili... i zjedli... 

W Ŝołądku Kaia wszystko przewróciło się do góry nogami. 

- Gaber rozpuścił swoją plotkę - Varian ciągnęła dalej, szybko wypowiadając słowa - 

zanim  z  tobą  rozmawiał,  Kai.  I  grawitanci  mu  wierzą.  A  przynajmniej  chcą  wierzyć.  Te 

wszystkie  zapasy,  które  nam  znikały,  godziny  lotu  ślizgacza,  na  które  nie  miałam  pokrycia, 

dziwaczna bateria Lunzie, sprzęt medyczny... Będziemy mieć szczęście, jeśli to nie bunt... 

- Jeszcze raz, od początku, Varian - poprosił Kai, siadając cięŜko w fotelu. Nie przeczył, 

bynajmniej, jej twierdzeniu, jednak chciał usłyszeć dokładnie, na jakich przesłankach oparła 

swe wnioski. 

Varian opowiedziała mu więc o ohydnym odkryciu, którego dokonała rano, o rozmowie 

z Lunzie i o rewelacjach Trizeina związanych z przerzuceniem dinozaurów z Ziemi na Iretę. 

Skończyła uwagą, Ŝe grawitanci, choć otwarcie nie odmawiają współpracy czy posłuszeństwa, 

zmienili się w stosunku do niej. Nie spostrzegł czasem czegoś? 

background image

Gdy zakończyła swą wypowiedź, Kai pokiwał głową i przewieszając się przez deskę 

rozdzielczą, prztyknięciem otwarł komunit. 

- To dlatego Bonnard wymontowuje baterie ze ślizgaczy? 

- Dlatego - przyznała. 

- Sądzisz więc, Ŝe konfrontacja wisi w powietrzu? - spytał. 

- Sądzę, Ŝe jeŜeli podczas jutrzejszego kontaktu z Thekami nie dowiemy się niczego o 

BO, coś się wydarzy. Przypuszczam, Ŝe nasz “okres ochronny" skończył się w ostatni wolny 

dzień. 

Kai przyglądał się jej przez chwilę. 

- Pracujesz z grawitantami dłuŜej niŜ ja - zaczął. Jak myślisz, co zrobią? 

- Przejmą wszystko - Varian odparła cicho, z obojętną rezygnacją w głosie. - Po prostu 

są lepiej wyposaŜeni, by tu przeŜyć. Nam nie udałoby się przetrwać, czerpiąc wyłącznie z... z 

darów natury... 

- To wersja ekstremalna - odrzekł Kai. - Skoro... skoro uwierzyli Gaberowi i sądzą, Ŝe 

zostaliśmy porzuceni na Irecie, czy wówczas ich powrót do starych nawyków nie jest swoistym 

przygotowaniem się do pozostania tutaj? 

-  Dałabym  temu  wiarę,  Kai,  gdybym  nie  widziała,  jakie  urządzili  sobie  polowanie. 

Szczerze  ci  powiem,  Ŝe  przeraziło  mnie  to  na  śmierć.  Oni  celowo...  nie,  nie,  musisz  mnie 

wysłuchać.  To  obrzydliwe,  wiem,  lecz  pozwoli  ci  zrozumieć,  czemu  przyjdzie  nam  stawić 

czoło,  jeśli  ich  nie  powstrzymamy.  Zabili...  zabili  prymitywnymi  narzędziami...  pięć 

roślinoŜernych.  Razem  z  Bonnardem  widziałam  jeszcze  jedno  ranne  zwierzę,  kłacza, 

tyranozaura, z wbitą miedzy Ŝebra włócznią wielkości drzewa. Słuchaj, ten stwór kiedyś władał 

Ziemią.  Nic  nie  było  w  stanie  go  powstrzymać.  Zrobił  to  grawitant.  Dla  zabawy!  -  Varian 

wzięła  głęboki  oddech.  -  Co  więcej,  rozbijając  obozy  pomocnicze,  podarowaliśmy 

grawitantom dodatkowe bazy. Gdzie oni są teraz? 

- Bakkun jest w drodze tutaj, tak sądzę. Ma pas nośny. Paskutti i Tardma... 

Dobiegł ich krzyk Lunzie. Wołała Kaia. Minęła chwila, zanim zdali sobie sprawę, Ŝe 

Lunzie  nigdy  nie  podnosi  głosu,  chyba  Ŝe  sytuacja  jest  krytyczna.  Usłyszeli  głuchy  odgłos 

cięŜkich butów, rozlegający się po zewnętrznym korytarzu. 

W  momencie,  gdy  usłyszeli  jak  z  drugiej  strony  masywna  dłoń  opada  na  płytkę 

magnetyczną, Varian przycisnęła blokadę wejścia. Kai błyskawicznie wystukał na komunicie 

krótkie polecenie, z trzaskiem przywołał komendę “wykonać" i odciął zasilanie. W tym czasie 

Varian  wyciągnęła  mikroskopijny,  niemal  niedostrzegalny  wyłącznik,  przerywając  pracę 

głównego  systemu  zasilania  statku.  Ledwie  uchwytne  migniecie  światła  dało  im  znać,  Ŝe 

background image

uruchomione  zostało  zasilanie  awaryjne,  które  z  powodzeniem  mogło  kontynuować  pracę 

przez najbliŜszych parę godzin. 

- JeŜeli natychmiast nie otworzycie, wysadzimy luk - odezwał się szorstki, opanowany 

głos Paskuttiego. 

- Nie rób tego! - Varian zdobyła się na przekonywającą ilość przeraŜenia i trwogi we 

własnych  słowach.  Mrugnęła  porozumiewawczo  do  Kaia  i  wykrzywiając  usta,  wzruszyła 

ramionami na znak bezsilności. 

Skinął głową, akceptując jej decyzję. Na niewiele by się zdało, gdyby oboje dowódców 

upiekło  się  Ŝywcem  w  ciasnej  kabinie.  Kaiowi  nawet  przez  myśl  nie  przeszło,  Ŝe  Paskutti 

Ŝ

artuje.  Miał  jedynie  nadzieję,  Ŝe  Ŝaden  z  grawitantów  nie  zauwaŜył  prawie  niewidocznego 

spadku napięcia, gdy Varian zmieniała system zasilania. Tylko on i Varian znali urządzenie, 

które mogło pozbawić wahadłowiec mocy. 

Gdy luk się otworzył, Paskutti nie wszedł do kabiny. Przez moment z pogardą mierzył 

wzrokiem obu dowódców, by potem wyciągnąć  łapsko i porwawszy  Varian za kombinezon, 

dosłownie wywlec ją na zewnątrz. Opieszale, zupełnie od niechcenia pchnął ją, aŜ zataczając 

się,  z  łoskotem  uderzyła  o  ścianę.  Paskutti  roześmiał  się  warkliwie,  słysząc  jej  stłumiony 

natychmiast  jęk.  Varian  z  wolna  pozbierała  się  na  nogi.  Jej  oczy  błyskały  dławioną 

wściekłością; lewe ramię zwieszało się bezwładnie wzdłuŜ ciała. 

Kai przymierzał się właśnie do wyjścia, by uniknąć podobnej, poniŜającej manifestacji 

lekcewaŜenia, z jakim grawitanci odnosili się do innych ras, jednak Tardma czekała tylko na 

swoją kolej. Pochwyciła go za lewy nadgarstek i wykręciła mu rękę do tyłu z taką siłą, Ŝe czuł, 

jak  pękają  mu  kości.  Jakim  cudem  udało  mu  się  utrzymać  na  nogach  i  do  tego  nie  stracić 

przytomności, nie miał pojęcia. Zaraz teŜ oszołomiła go nieco gwałtowna kolizja ze ścianą, lecz 

z prawej strony ktoś podparł go ręką. Za nim łkała mała dziewczynka. 

Kai  mocno  potrząsnął  głową,  by  dojść  do  siebie  i  zaprowadzić  jakąś  psychiczną 

dyscyplinę,  która  zablokowałaby  paskudny  ból.  Oddychał  głęboko,  tamując  gniew,  który 

zalewał go w obliczu nienawiści i bezsilności, wszelkich irracjonalnych, zasnuwających umysł 

emocji. 

Ręka, która przytrzymała go, zwolniła teraz uścisk. Wiedział, Ŝe to Lunzie. Stała obok 

niego. Jej twarz była blada i zacięta, ze wzrokiem utkwionym prosto przed siebie. Z tempa, z 

jakim oddychała, domyślił się, Ŝe stosuje właśnie ten sam system kontroli psychicznej co on. Za 

nią stała Terilla, pochlipując rzewnie ze strachu. 

Kai  rozejrzał  się  po  korytarzu.  Varian  trzymała  się  dzielnie,  borykając  się  z  furią  i 

chęcią  rzucenia  grawitantom  wyzwania,  co  jedynie  mogłoby  pogorszyć  sytuację.  Obok 

background image

znajdował się Trizein, mrugając i rozglądając się dokoła w zakłopotaniu, jakby usilnie starał się 

przyjąć do wiadomości zastaną sytuację. Cleiti i Gaber zostali bezceremonialnie wpędzeni do 

wahadłowca. Kartograf paplał bez ładu i składu, Ŝe niezupełnie w ten sposób miały się rzeczy 

potoczyć, i jak w ogóle śmią okazywać mu równy brak poszanowania. 

-  Tangeli,  masz  ich?  -  spytał  Paskutti  przez  komunit.  Odpowiedź  musiała  być 

twierdząca, poniewaŜ grawitant skinął do Tardmy. 

Tangeli?  A  kogóŜ  to  botanik  miał mieć? Portegina?  Aulię?  Dimenona? Margit? Gdy 

tylko  złamany  nadgarstek  zdrętwiał  wreszcie,  umysł  Kaia  wyostrzył  się,  jego  zmysły 

rozjaśniły.  Odczuł owo  przedziwne, wszechogarniające doznanie, które  oznaczało, Ŝe rozum 

zaczyna dominować nad ciałem. Efekt mógł trwać do kilku godzin, w zaleŜności od tego, na ile 

Kai  był  w  stanie  czerpać  z  zasobów  sił.  Liczył  tylko,  Ŝe  starczy  mu  czasu.  Jeśli  wszyscy 

grawitanci mają się tu zgromadzić, Berru powinna przybyć z Trivem. W takim razie dokąd udał 

się Bakkun? A moŜe pomagał Tangelemu? 

-  Z  wszystkich  ślizgaczy  wymontowano  baterie  -  oznajmiła  Divisti,  ukazując  się  w 

wejściu. - Nie ma teŜ chłopca. 

Kai i Varian wymienili przelotne spojrzenia. 

- Jak mógł ci się wymknąć? - Paskutti był zdumiony. Divisti wzruszyła ramionami. 

-  To  przez  to  zamieszanie.  Sądziłam,  Ŝe  jest  z  innymi.  A  więc  nie  obawiali  się 

szczególnie Bonnarda. Kai spojrzał na Cleiti, z nadzieją, Ŝe dziewczynka nie wie, gdzie podział 

się Bonnard, a jeśli wie, Ŝe jej naiwna buźka nie zdradzi chłopca. W istocie. Jej usta ściśnięte 

były mocno, prowokująco. TakŜe jej oczy iskrzyły się tłumioną złością, błyskając nienawiścią 

za  kaŜdym  razem,  gdy  spoglądała  na  grawitantów  i  odrazą,  gdy  zerkała  na  Gabera, 

bełkoczącego coś obok niej. Terilla przestała płakać, lecz Kai widział dobrze, jak jej wiotkim 

ciałkiem wstrząsają co chwila drgania. Dziecku, które kochało roślinki, trudno będzie ścierpieć 

przemoc,  a  dopóki  Lunzie  nie  odzyska  panowania  nad  sobą,  nie  będzie  mogła  udzielić 

dziewczynce Ŝadnego wsparcia. 

- Divisti, Tardma! Zacznijcie rozbrajać laboratorium. Obie kobiety skinęły posłusznie 

głowami  i  ruszyły  do  laboratorium.  Przekraczały  właśnie  próg,  gdy  Trizein  otrząsnął  się  z 

oszołomienia. 

- Chwileczkę! - odezwał się. - Nie moŜecie tam wchodzić. Parę eksperymentów i analiz 

jest w toku. Divisti! - Podniósł głos. - Nie dotykaj tego sprzętu frakcyjnego! Czyś ty na głowę 

upadła? 

- Zaraz ty upadniesz - odparła Tardma, zatrzymując się w drzwiach. Chemik zbliŜył się 

do niej, a Tardma, z zimnym uśmiechem satysfakcji wymierzyła mu w twarz cios, który zbił 

background image

Trizeina z nóg i posłał go po twardej podłodze wprost pod stopy Lunzie. MęŜczyzna nie ruszał 

się. 

-  Za  mocno,  Tardma  -  ocenił  Paskutti.  -  Zamierzałem  go  zabrać.  Byłby  bardziej 

uŜyteczny niŜ którykolwiek z pozostałych. 

Tardma wzruszyła ramionami. 

- Po co się nim w ogóle przejmować? Tangeli wie tyle ile on. 

Weszła  do  laboratorium,  zuchwale  kołysząc  biodrami,  by  wkrótce  wynurzyć  się  z 

powrotem w towarzystwie Divisti. KaŜda niosła ze sobą tyle urządzeń, ile tylko była w stanie 

udźwignąć,  oczywiście  nie  zwracając  najmniejszej  uwagi  na  ich  kruchość.  Pogarda 

grawitantów dla ludzi najwyraźniej rozciągała się równieŜ na ich sprzęt. W powietrzu unosił się 

draŜniący zapach rozlanych konserwantów i rozpuszczalników. 

Wyostrzony  słuch  Kaia  wychwycił  jękliwy  szmer  lądującego  ślizgacza.  Dźwięk 

nadbiegał z zachodu. To wrócił Tangeli. Kai usłyszał głosy - z Tangelim był Bakkun. 

Niebawem  do  wahadłowca  wprowadzono  pozostałych  geologów  -  Portegin,  z  głową 

broczącą krwią, niemal niósł słaniającego się na nogach Dimenona. Bakkun wepchnął za nimi 

Aulię i Margit. Triv runął jak długi na podłogę, pchnięty mocno przez Berru, która weszła zaraz 

za nim ze wzgardliwym półuśmiechem na twarzy. 

Triv pozbierał się i chwiejnym krokiem zatoczył w kierunku Kaia, chowając się przed 

grawitantami za swoim dowódcą. Berru nie powinna była pozwalać sobie na takie drwiny. Triv, 

podobnie jak Kai, Lunzie i Varian, z zapałem rozpoczął ćwiczenia oddechowe, dzięki którym 

miał osiągnąć niezbędną Dyscyplinę. Było ich więc juŜ czworo. Kai nie przypuszczał, by Aulia 

czy Margit przeszły odpowiedni trening, a o ile się orientował, ani Portegin, ani Dimenon nie 

naleŜeli  do  Uczniów.  We  czwórkę  nie  byli  w  stanie  poradzić  sobie  z  szóstką  grawitantów. 

ChociaŜ, przy odrobinie szczęścia, moŜe udałoby im się przechylić nieubłaganą szalę w stronę 

nadziei. Kai nie miał najmniejszych złudzeń co do zaistniałej sytuacji - grawitanci zbuntowali 

się  i  zamierzali  sprzątnąć  z  obozu  wszelkie  przydatne  rzeczy,  zostawiając  bezbronnych, 

pozbawionych podstawowego wyposaŜenia ludzi samym sobie w tym obcym, wrogim świecie. 

-  W  porządku,  Bakkun  -  rzekł  Paskutti.  -  Ty  i  Berru  zajmiecie  się  naszymi 

sprzymierzeńcami.  Niech  wszystko  wygląda  jak  naleŜy.  Komunit  był  jeszcze  ciepły,  gdy 

wszedłem.  Musieli  pewnie  przekazać  Thekom  informację.  -  Szyderczo  spojrzał  na  Kaia, 

unosząc nieznacznie brwi, jakby chciał sprawdzić, czy słusznie zgaduje. 

Kai odpowiedział mu zimnym spojrzeniem. Wyraz jego twarzy nie zdradzał niczego. 

Paskutti, zaskoczony, wzruszył ramionami. 

- Tangeli! Zabierz się za pozostałe magazyny! - rozkazał. 

background image

Tangeli wrócił chwilę później. 

- Nie ma baterii, Paskutti - oznajmił. - Mówiłeś, Ŝe są jeszcze jakieś. 

- Jak nie ma, to nie ma. Te w ślizgaczach i pasach nośnych wystarczą na pewien czas. 

Naładuj je. 

Tangeli  ruszył  z  powrotem  do  magazynu  i  po  kilku  dość  hałaśliwie  spędzonych  tam 

minutach  wynurzył  się  zza  wejścia,  zataczając  się  pod  cięŜarem  torby  pełnej 

najprzeróŜniejszych klamotów. 

-  To  byłoby  wszystko,  jeśli  chodzi  o  magazyn,  Paskutti  -  oznajmił.  Rozejrzał  się  po 

zagapionych twarzach jeńców, i wyszedł, zaśmiewając się na całe gardło z jakiegoś sobie tylko 

znanego dowcipu. 

- śadnych protestów, dowódco Kai? Dowódco Varian? - rzucił Paskutti urągliwie. 

- Protesty na niewiele by się zdały, prawda? - odparła Varian. 

Mówiła tak opanowanym tonem, Ŝe Paskutti przyjrzał się jej bacznie, marszcząc brwi. 

Jej bezwładna ręka z pewnością była złamana po tym, jak się z nią obszedł, a jednak w jej głosie 

nie było ani śladu bólu czy złości, tylko zwyczajna obojętność. 

- Rzeczywiście, protesty nie zdałyby się na nic, dowódco Varian - odrzekł. - Mamy dość 

waszego  rozkazywania,  tego,  Ŝe  tolerujecie  nas  wyłącznie  dlatego,  Ŝe  jesteśmy  uŜyteczni  - 

przybrał  szyderczy  ton.  -  Jaka  byłaby  nasza  rola  w  waszej  kolonii?  Zwierząt  pociągowych? 

Mięśni,  którym  moŜna  kazać  zrobić  to,  sio  i  owo,  bo  ujarzmiła  je  bezsmakowa  papka?  - 

Ogromną ręką stanowczo przeciął powietrze. 

Nagle, nim ktokolwiek zdąŜył pomyśleć, co zamierza, rzucił się w stronę Terilli, porwał 

dziewczynkę za włosy i szarpnął ją do góry. Trzymał ją tak zawieszoną w powietrzu w swej 

olbrzymiej dłoni. Terilli wyrwał się okrzyk przeraŜenia, na co Cleiti rezolutnie podbiegła do 

grawitanta i zaczęła okładać piąstkami jego potęŜne muskularne udo, kopiąc go na dokładkę po 

goleni. Paskutti, rozbawiony i zaskoczony tak jawnym oporem, najpierw spojrzał na Cleiti, a 

potem  uniósł  pięść  i  niedbale,  jakby  od  niechcenia  uderzył  dziewczynkę  w  głowę. 

Nieprzytomna Cleiti osunęła się na podłogę. 

Gaber  nie  wytrzymał.  Ruszył  na  Paskuttiego,  który  zatrzymał  kartografa  drugą  ręką, 

cały czas unosząc Terillę za włosy. Wybałuszone oczy dziecka świadczyły o bólu, jaki sprawiał 

mocny uścisk Paskuttiego. 

-  Powiedz  mi,  dowódco  Varian,  albo  ty,  dowódco  Kai,  czy  przesłaliście  Thekom 

komunikat? Chwila zwłoki, a złamię dziewczynkę o kolano. 

- Wysłaliśmy - odparł Kai natychmiast. - Bunt. Grawitanci. 

background image

- Prosiliście o pomoc naszych godnych poszanowania przełoŜonych? - spytał Paskutti, 

potrząsając Terillą, gdy uznał, Ŝe Kai zbyt długo zastanawia się nad odpowiedzią. 

-  O  pomoc?  Theków?  -  wtrąciła  się  Varian,  nie  spuszczając  wzroku  z  bezradnie 

huśtającej się dziewczynki. - Potrzebowaliby kilku dni, by przemyśleć naszą prośbę. Do tego 

czasu  wasz...  wasza  operacja  zostałaby  juŜ  zakończona,  prawda?  Nie,  nie.  Przedstawiliśmy 

jedynie sytuację. 

- Tylko Thekom? 

Kai domyślił się, co chciał wiedzieć Paskutti - czy wiadomość o ich buncie została teŜ 

wysłana  przez  satelitę.  Jeśli  tak,  będzie  musiał  wprowadzić  odpowiednie  zmiany  do  swej 

“operacji". 

- Tylko Thekom - odparł Kai. Chciał dodać: “A teraz uwolnij dziewczynkę". 

-  Wiesz  juŜ  wszystko,  co  chciałeś  wiedzieć  -  wrzasnął  Gaber,  uparcie  starając  się 

dosięgnąć Paskuttiego i zmusić go do puszczenia Terilli. - Zabijesz to dziecko. Puść ją! Puść ją! 

Powiedziałeś, Ŝe obędzie się bez przemocy. Nikt nie ucierpi! Zabiłeś Trizeina i jeśli nie puścisz 

tego dziecka... 

Paskutti niedbale trzasnął Gabera w twarz, uciszając go tym samym. Kartograf huknął o 

podłogę z niesamowitym łomotem i przetoczył się na bok. Do stosu ciał dołączyła Terillą, którą 

grawitant rzucił obok Cleiti. Kai nie wiedział, czy Ŝyła. Spojrzał ukradkiem na wpatrzoną w 

dziewczynki Lunzie. W jej oczach pojawiła się ulga - dziewczynki Ŝyły. 

Stojący  obok  Kaia  Triv  zakończył  przygotowania  do  Dyscypliny.  Teraz  i  on  będzie 

czekał, aŜ jego siła na coś się przyda. Najtrudniej jest czekać na chwilę, kiedy kontrolowana 

wewnętrzna  moc  będzie  mogła  wreszcie  znaleźć  swoje  ujście.  Kai  oddychał  przeponą, 

zachęcając się do cierpliwości, koniecznej, by znieść tak nikczemną manifestację brutalnej siły 

i okrucieństwa. 

Dimenon zaczął się budzić. Mimo Ŝe jęczał z bólu, Lunzie nie przyszła mu z pomocą. 

Margit,  Auli  a  i  Portegin  starali  się  nie  przyglądać  wydarzeniom,  których  nie  mogli  ani 

powstrzymać, ani zmienić. 

Wtem do wahadłowca wpadł jak burza oszalały Tangeli. Twarz wykrzywiał mu grymas 

wściekłości. Grawitant nie był juŜ chłodnym, rozsądnym botanikiem, którego obchodzi tylko 

uprawa roślin. Teraz władały nim emocje. 

- W ślizgaczach nie ma baterii - powiedział do Paskuttiego, kierując się jednocześnie w 

stronę Varian. Chwycił ją za obie ręce i potrząsnął nią. 

Kai z całej duszy pragnął, by udała omdlenie. Inaczej mogła zaprzepaścić jakąkolwiek 

szansę, Ŝe złamane ramię zrośnie się jak naleŜy. 

background image

- Gdzie je schowałaś, ty wąskodupa dziwko? - ryknął Tangeli. 

-  UwaŜaj,  Tangeli.  Nie  dam  jej  czasem  karku!  -  zawołał  Paskutti,  zbliŜając  się  do 

Tangelego, by czym prędzej powstrzymać wściekłego grawitanta. 

Tangeli najwyraźniej zmniejszył nieco siłę ciosu, który wymierzył Varian, lecz i tak jej 

głowa mocno  opadła  w  tył.  Jednak  gdy  Varian  wyprostowała  się,  oczy miała nadal  otwarte. 

Ś

lady palców Tangelego tworzyły jaskrawoczerwone pręgi na jej policzku. 

- Gdzie ukryłaś baterie? 

- Ma złamane lewe ramię. Spróbuj ją tym przekonać - zasugerował Paskutti. - Tylko nie 

za  mocno...  troszeczkę.  Nie  moŜe  nam  zemdleć  z  bólu,  a  te  mięczaki  nie  są  w  stanie  wiele 

wytrzymać. 

- Gdzie, Varian? Gdzie? - Tangeli z kaŜdym słowem wykręcał jej lewą rękę. 

Varian jęknęła Ŝałośnie. Kaiowi wydawało się, Ŝe udaje, poniewaŜ stosując Dyscyplinę, 

mogłaby nie odczuwać bólu tak od razu. 

- To nie ja je ukryłam - wykrztusiła. - To Bonnard. 

Margit i Aulię aŜ zatkało. Tak tchórzliwie wydać chłopca! 

- Znajdź go, Tangeli. Dowiedz się, gdzie są te baterie, bo inaczej przyjdzie nam wynosić 

stąd wszystko na plecach. Bakkun i Berru pewnie juŜ zaczęli pościg. Gdy raz się coś zacznie, 

nic tego nie powstrzyma. - Paskutti zaciskał nerwowo ręce. Sprawa była pilna. 

-  Ona  będzie  wiedzieć,  gdzie  jest  chłopak  -  odparł  Tangeli.  -  Gdzie  on  jest,  Varian? 

Powiedz mi! 

Varian  bezwładnie  osunęła  się  pod  uściskiem  grawitanta.  Ze  wstrętem  i  odrazą 

odepchnął  ją  na  podłogę,  przeklinając  cicho,  i  ruszył  w  kierunku  otwartego  luku.  Uszedł 

jeszcze  trzy  kroki  i  zatrzymawszy  się,  krzyknął  na  Bonnarda,  namawiając  go  do  powrotu,  a 

potem zawołał Divisti i Tardmę, by pomogły mu szukać chłopca. 

Paskutti spojrzał na poskręcane ciało Varian. Kai miał nadzieję, Ŝe grawitant nie będzie 

nawet podejrzewał, Ŝe ona moŜe tylko udawać. Przez moment na twarzy Paskuttiego zagościł 

opryskliwy grymas kłacza, jednak gdy grawitant zwrócił się do Kaia, jego mina jak zwykle nic 

nie wyraŜała. 

-  Marsz!  -  Paskutti  rozkazującym  gestem  wskazał  wyjście.  Skinął  na  Lunzie  i 

pozostałych,  by  się  ruszyli.  Prztyknięciem  palców  nakazał  kaŜdemu  z  nich  zabrać  ze  sobą 

jednego z leŜących. - Do głównego budynku! Wszyscy! - rzucił. 

Idąc  przez  obóz,  spostrzegli  martwego  Dandy'ego.  LeŜał  na  wybiegu  ze  złamanym 

karkiem.  Kai  był  zadowolony,  Ŝe  ani  Cleiti,  ani  Terilla  nie  widzą  swojego  pupila.  Po  ziemi 

walało  się  mnóstwo  kaset,  map,  prześwietlonych  taśm  i  rozgniecionych  dyskietek.  Kai 

background image

niechcący  nadepnął  na  jeden  z  wyrysowanych  przez  Terillę  dokładnych  szkiców  roślin. 

Oddychając  głęboko,  starał  się  zapanować  nad  wściekłością,  która  ogarnęła  go  na  widok 

zniszczeń dokonanych z takim rozmysłem. 

Z głównego budynku wyniesiono wszystko, co mogłoby się przydać. Nieprzytomnych 

złoŜono  na  podłodze,  innym  Paskutti  nakazał  stanąć  w  kącie  najbardziej  oddalonym  od 

wyjścia. 

Na zewnątrz trwały poszukiwania Bonnarda. Paskutti zerknął najpierw na chronometr, 

a potem na równinę rozciągającą się za osłoną siłową. 

Wyostrzony słuch Kaia pochwycił nikły dźwięk jego imienia. Kai ostroŜnie odwrócił 

głowę. Lunzie wpatrywała się w niego, sygnalizując niedostrzegalnie wzrokiem, Ŝe ma wyjrzeć 

na zewnątrz. Przesunął się nieznacznie. Mógł teraz spojrzeć na dwór. Zobaczył na niebie dwie 

plamy,  pod  nimi  ciągnące  się  czarne  pasmo,  zbliŜające  się,  rozkołysane  czarne  pasmo... 

Wiedział juŜ, co zamierzają grawitanci. 

Osłona  siłowa  była  wystarczająco  odporna,  by  powstrzymać  przypadkowych 

napastników,  nie  dość  jednak,  by  przetrzymać  zmasowany  atak  zwierząt  pędzących  w 

panicznym  strachu.  W  takim  wypadku  niewątpliwa  zaleta  obozu  -  połoŜenie  wysoko  ponad 

równiną  i  lasem,  traciła  znaczenie.  Tymczasem  grawitanci  płoszyli  zwierzynę,  pędząc  ją 

właśnie tutaj, by dokonała dzieła zniszczenia. 

Thekowie,  odebrawszy  komunikat  Kaia,  pewnie  jakoś  zareagują...  za  kilka  dni.  Być 

moŜe, jeśli podpowie im to ich zadumana dusza, przyślą tu któregoś z młodszych Theków. Kai 

wątpił w to jednak. Thekowie dojdą zapewne do słusznego wniosku, Ŝe jakakolwiek pomoc z 

ich strony nadejdzie i tak zbyt późno, by wpłynąć na ostateczny wynik rebelii. 

Przyjdzie im więc samym zadbać o własny ratunek, pomyślał. Grawitanci będą musieli 

w  krótkim  czasie  opuścić  obóz.  Czy  w  wystarczająco  krótkim?  Poza  tym  w  jakim  stanie 

zostawią swych wzgardzonych jeńców? Czy Bonnardowi uda się nie wpaść w ich łapska? 

Paskutti  zacisnął  pięść.  Niemal  z  niepokojem  spojrzał  na  chronometr,  zezując 

jednocześnie na zbliŜające się ciągle czarne pasmo. 

-  Tangeli?  Znalazłeś  chłopaka?!  -  ryk  Paskuttiego  ogłuszył  wyczulone  przez 

Dyscyplinę uszy jeńców. 

- Ukrył się. Nie moŜemy go znaleźć, baterii zresztą teŜ nie! - Tangeli pienił się ze złości. 

- Wracaj w takim razie. Marnujemy tylko czas. - Paskuttiemu nie bardzo była w smak 

nieoczekiwana  zmiana  planów.  Skierował  na  Varian  złowieszcze  spojrzenie.  -  Skąd  ona 

wiedziała?  -  spytał  Kaia.  -  Bakkun  domyślił  się,  Ŝe  coś  się  świeci,  gdy  kazała  ci  wracać  do 

obozu z jakiegoś błahego powodu. 

background image

-  Odkryła  miejsce,  gdzie  spędzaliście  wolny  dzień.  I  ranionego  kłacza,  którego  nie 

mogliście  zabić.  -  Kai  instynktownie  postanowił  chronić  Bonnarda  przed  ewentualnym 

odwetem  ze  strony  grawitantów.  JeŜeli  wszyscy  zginą,  chłopiec  nie  przeŜyje  sam  na  Irecie. 

Waśnie u grawitantów będzie musiał szukać schronienia. 

-  Bonnard!  Mówiłem  Bakkunowi,  Ŝe  ryzykuje,  pokazując  chłopcu  arenę.  -  Twarz 

Paskuttiego wyraŜała teraz mieszaninę najróŜniejszych emocji: pogardę, butne lekcewaŜenie, 

satysfakcję  z  własnych  dokonań.  Jego  górna  warga  odsłoniła  zęby  w  nędznej  imitacji 

uśmiechu.  -  Nie  potrafiłbyś  zrozumieć  form  naszego  wypoczynku.  Zresztą,  niewaŜne.  - 

Paskutti spojrzał na równinę. - WaŜne, Ŝe przyniosą zyski... nam! 

Słońce, jak zwykle zjawiając się na krótko na wieczornym niebie, rozświetliło dolinę. 

Kai  mógł  juŜ  odróŜnić  rozkołysane  w  szaleńczym  biegu  cielska  roślinoŜernych,  które 

nieubłaganie zbliŜały się do obozu. Pozostali grawitanci zebrali się teraz przy wyjściu. Po raz 

pierwszy ich zroszone potem twarze czerwieniły się od wysiłku. 

-  Chłopak  zapadł  się  chyba  pod  ziemię  -  oznajmił  dzikim  głosem  Tangeli,  łypiąc  na 

Kaia. - Razem z bateriami. 

-  Nie  mamy  juŜ  czasu  na  dalsze  poszukiwania.  Usuńcie  ślizgacze  z  drogi  pędzącego 

tabunu. Tylko się pośpieszcie, tak na jednej nodze. Wszyscy macie pasy nośne? To dobrze, w 

takim razie trzymać się z dala, dopóki zwierzęta nie przejdą. 

- A co z wahadłowcem? 

- Nic mu nie będzie - odparł Paskutti, spoglądając na statek, usadowiony nieco wyŜej, 

na skraju obozu. - Do roboty! 

Grawitanci, sadząc potęŜne susy, pognali w stronę ślizgaczy. 

Paskutti  stanął  w  wejściu  i  opierając  ręce  o  pas,  z  nie  ukrywaną  przyjemnością 

przyglądał  się  potulnym  jeńcom.  Kai  zdawał  sobie  sprawę,  Ŝe  właśnie  teraz  nadszedł 

najbardziej niebezpieczny moment. Czy Paskutti zamknie ich tutaj, świadomych swego losu? 

Czy moŜe ich zabije? 

Jego z gruntu okrutna natura wzięła górę. 

-  Zostawiam  was  teraz.  To  będzie  stosowny  koniec:  stratowani  przez  roślinoŜerne 

bestie, takie durne roślinoŜerne bestie jak wy sami. Jedyny z waszego grona, który godzien jest 

się z nami równać, to zwyczajny chłopiec. 

Paskutti  zamknął  luk.  Grzmot  jego  pięści  w  ścianę  oznajmił  Kaiowi,  Ŝe  grawitant 

zgruchotał regulator. 

Varian,  nieoczekiwanie  oŜywiona,  wyjrzała  ostroŜnie  przez  okno.  Jej  lewe  ramię 

zwisało bezwładnie. 

background image

- Varian? - powiedziała Lunzie, wyczyniając jakieś cuda nad znieruchomiałym ciałem 

Trizeina. MęŜczyzna jęknął, odzyskując nagle świadomość. Lunzie podeszła do Terilli i Cleiti i 

kiwając głową, zaaplikowała im środki wzmacniające. 

- Jest przy wlocie - Varian relacjonowała ściszonym głosem. - Otwarł go. Zostawił wlot 

otwarty. Nadlatują dwaj inni. Prawdopodobnie Bakkun i Berru. Powinniśmy mieć kilka chwil, 

zanim stado wedrze się na ostatnie wzniesienie. Grawitanci nie będą w stanie nic dojrzeć. 

- Triv! - Kai skinął na geologa, który zaraz poszedł za nim do tylnej części budynku, 

“przestawiając" pozostałych na boki. 

Wyczulone palce Kaia odnalazły spoinę między płatami plastyku tworzącego budynek. 

Triv  wbił  paznokcie  powyŜej  i  obaj,  wziąwszy  głęboki  oddech,  z  krzykiem  rozdarli  mocne 

tworzywo. 

Z  pomocą  Lunzie  obie  dziewczynki  wstały.  Słaniały  się  jeszcze,  lecz  były  dość 

przytomne, by ustać. Lekarka podąŜyła na ratunek Trizeinowi. 

-  Gdzie  moŜe  być  Bonnard,  Kai?  -  zapytała  Varian  ściśniętym  głosem,  zdradzając 

niepokój, którego nawet Dyscyplina nie mogła zamaskować. 

- W miejscu ukrytym dość dobrze, by zwieść grawitantów, i na pewno wystarczająco 

bezpiecznym,  by  uniknąć  tego,  co  ma  nadejść  za  chwilę.  -  Kai  zwrócił  się  do  swych 

towarzyszy. - Nie wolno nam wpadać w panikę. Musimy odczekać na właściwy moment, gdy 

grawitanci  nie  będą  juŜ  w  stanie  nas  dojrzeć z  powietrza.  Inaczej,  najzwyczajniej  w świecie 

uŜyją  obezwładniaczy.  Margit,  Aulia,  Portegin?  MoŜecie  biec?  -  Skinęli  głowami.  -  Lunzie, 

zajmiesz się Terillą, dobrze? Czy Gaber nie Ŝyje? CóŜ... Aulia, ty i Portegin poniesiecie Cleiti. 

Triv będzie niósł Trizeina, ja pomogę Dimenonowi. Varian, poradzisz sobie? 

- Równie dobrze jak ty. Będę was osłaniać. 

- Ja się tym zajmę - odparł Kai, potrząsając głową na widok jej ramienia. 

- Nie, Kai. Ty masz Dimenona. Dam sobie radę. - Varian zerknęła przez okno. 

Nie  trzeba  było  szczególnie  wraŜliwego  słuchu,  by  usłyszeć  odgłos  zbliŜającego  się 

dzikiego tabunu. Trzeba było za to bezwzględnej samokontroli, by zachować zimną krew. 

- W tej chwili w powietrzu jest czterech grawitantów - oznajmiła Varian. - Zwierzęta 

dotarły do zwęŜenia przy podejściu. Przygotujcie się. 

Aulia stłumiła okrzyk strachu. 

- Niech kaŜdy oddycha głęboko przeponą - poinstruowała Lunzie. - Kiedy damy hasło 

do ucieczki, rzucajcie się biegiem i wrzeszczcie! Wrzeszczcie cały czas, to pobudza adrenalinę. 

- Mnie jej juŜ więcej nie trzeba - mruknęła Margit drŜącym, lecz buntowniczym głosem. 

background image

Grzmot był ogłuszający. Ziemia wprost zatrzęsła się pod stopami. Aulia dygotała tak 

wyraźnie, Ŝe Kai zastanawiał się, w jaki sposób ona w ogóle znosi to napięcie. 

- TERAZ! 

Ich  zgodne  okrzyki  nie  mogły  dotrzeć  do  uszu  unoszących  się  w  powietrzu 

grawitantów,  a  Margit  miała  rację  -  rzeczywiście  nikt  nie  potrzebował  dodatkowej  porcji 

adrenaliny.  Widok  rozhuśtanych  łbów  grzebieniastych  dinozaurów,  które  waliły  na  nich  w 

szaleńczym  pędzie,  kaŜdemu  dodałby  skrzydeł.  Dimenon,  wydzierając  się  na  całe  gardło, 

wyszarpnął się z uścisku Kaia i zmierzając ku wahadłowcowi, odstawił wszystkich na dystans. 

Kai zwolnił, dopóki nie zrównał się z Varian. Wówczas oboje przyśpieszyli kroku, idąc w ślady 

pozostałych  towarzyszy,  którzy  gnali  poprzez  obóz  rozedrgany  pod  nogami  pędzących 

zwierząt.  Przesadzili  próg,  niemalŜe  zadeptując  Lunzie,  która  wciągała  Trizeina  do  środka. 

Varian pomogła lekarce, Kai zaś pomknął do regulatora luku. Pierwszy z roślinoŜernych wpadł 

właśnie na osłonę siłową. 

Wszechobecny  huk  i  łomot  przeszył  jakiś  inny  dźwięk  -  właśnie  zapłonęła  osłona, 

rozbłyskując  błękitnymi  ognikami,  i  z  przeraźliwym  trzaskiem  runęła  na  ziemię.  Ogromne 

cielska dinozaurów wpadły do obozu. Za nimi spiętrzyła się masa następnych roślinoŜernych, 

które jak potęŜna fala przeszły ponad leŜącymi, i popędziły przed siebie. W tym momencie Kai 

zamknął  wejście  do  wahadłowca  i  tylko  łoskot  i  szczęk,  którego  wcale  nie  tłumiło  wnętrze 

statku, świadczył o chaosie, śmierci i zniszczeniu sianym w obozie. 

Jak  jeden  mąŜ  Kai  i  Varian  przedostali  się  przez  kordon  zdyszanych,  wstrząśniętych 

towarzyszy do kabiny pilota. Varian wyszperała ukryty przełącznik, by przywrócić zasilanie w 

statku. Kai przymierzał się, by usiąść za konsoletą, lecz zatrzymał się. 

-  Paskutti  zadbał,  byśmy  nie  mogli  przesłać  więcej  komunikatów  -  powiedział  do 

Varian, patrząc na wrak komunitu. 

- A co z manewrowaniem? - odparła. 

-  Tablica  sterownicza  wygląda  na  nietkniętą.  Musiał  wiedzieć,  jakie  przewody 

poprzecinać. 

Poczuli, jak wahadłowiec się zatrząsł. Coś z głuchym łoskotem trzepnęło o zewnętrzną 

obudowę. 

-  Przeszli  samych  siebie  z  tymi  zwierzętami  -  powiedziała  Varian,  chichocząc. 

Usłyszała przeraŜone okrzyki dochodzące z głównej sali, więc wytknęła głowę przez drzwi. 

- By wyszczerbić ceramiczną obudowę wahadłowca, trzeba więcej niŜ dinozaurów. Bez 

obaw. Ja chyba sobie usiądę... - Osunęła się na fotel, osłaniając złamaną rękę, która bezwładnie 

opadła na oparcie siedzenia. - Gdy tylko wszystko ucichnie, będziemy musieli się ruszyć. 

background image

- A Bonnard? - rzucił Kai. 

- Bonnard! - Portegin jak echo powtórzył imię chłopca w radosnym okrzyku. - Bonnard! 

Kai! Varian! Dostał się tu! 

Kai  i  Varian  ujrzeli,  jak  chłopiec  wynurza  się  z  laboratorium.  Jego  kombinezon  był 

brudny i poplamiony, na wymizerowanej twarzy malowała się nieoczekiwana dorosłość. 

-  Widząc,  jak  Paskutti  was  stąd  wyprowadza,  pomyślałem,  Ŝe  to  najbezpieczniejsze 

miejsce. Nie byłem tylko pewien, kto tu wrócił. Cieszę się, Ŝe to wy! 

Cleiti objęła mocno swego przyjaciela, pochlipując z ulgą. Terilla powtarzała jego imię 

raz za razem, nie mogąc do końca uwierzyć, Ŝe to on. Bonnard delikatnie odsunął trzymające 

go kurczowo rączki Cleiti i podszedł do dowódców. 

- Nigdy nie znajdą tych baterii, Varian - powiedział. - Nigdy! Myślałem, Ŝe zginiecie, 

widząc, jak Paskutti zamyka was w głównym budynku. Rozbił regulator i nie miałem pojęcia, 

jakby  was  stamtąd  wydostać  na  czas.  Więc...  więc...  się  ukryłem!  -  Chłopiec  wybuchnął 

płaczem, zawstydzony. 

- Zrobiłeś dokładnie tak, jak naleŜało, Bonnard! - pocieszyła go Varian. 

Kolejny wstrząs wahadłowca zachwiał wszystkimi. 

- To się zawali - wrzasnęła Aulia, podnosząc ręce do góry. 

- MoŜliwe, ale nie popęka - odparł Kai, odreagowując kryzysową sytuację tym samym 

uniesieniem, które kazało Varian zachichotać. - Tylko spokojnie. Jak na razie nam się udało. 

PrzeŜyjemy! 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY  

 

Chronometr  Kaia  wskazywał,  Ŝe  od  momentu  dotarcia  do  kabiny  pilota  minęło 

zaledwie dwadzieścia minut, tymczasem wszystkim wydawało się, jakby upłynął cały wiek nie 

kończących się wstrząsów, zanim hałas na zewnątrz ucichł. 

Po  chwili  Kai  uchylił  nieco  luk,  by  móc  wyjrzeć.  Nie  dojrzał  nic,  poza  stertami 

cętkowanej, pokrytej grubą sierścią skóry. Skinął na Varian, by podeszła to zobaczyć. 

-  Pogrzebani  Ŝywcem  w  hadrazaurach  -  stwierdziła,  nie  mogąc  się  powstrzymać.  Jej 

oczy  błyszczały;  wysiłek,  z  jakim  zachowywała  Dyscyplinę  pomimo  śmiertelnego  bólu  w 

roztrzaskanym ramieniu, poorał jej twarz bruzdami. - Otwórz szerzej. Są zbyt duŜe, by wpaść 

do środka. 

Zwiększenie pola widzenia pozwoliło im jedynie zobaczyć więcej cętkowanych cielsk i 

zasnuwającą  nieboskłon  ciemność.  Z  prawdziwą  niechęcią  Kai  stwierdził,  Ŝe  tylko  Bonnard 

będzie  w  stanie  wydostać  się  i  określić  nowe  połoŜenie  wahadłowca.  Chłopiec  był 

wystarczająco  mały  i  zwinny. Kai  nakazał  mu  trzymać się  blisko  statku,  na wypadek  gdyby 

grawitanci byli jeszcze w pobliŜu. 

- Pozwól sobie zwrócić uwagę, Ŝe jest ciemno choć oko wykol - zwróciła się do Kaia 

Lunzie. - Grawitanci nie widzą dobrze w nocy. Jeśli w ogóle tu nadal są. 

- A gdzieŜ indziej mieliby się podziewać? - Ŝachnęła się Aulia. W jej drŜącym głosie 

czaiła się histeria. - Napawają się pewnie zwycięstwem! Umierają z zachwytu nad sobą! Nigdy 

nie  lubiłam  z  nimi  pracować.  WciąŜ  im  się  wydaje,  Ŝe  są  wykorzystywani  i  źle  traktowani, 

tymczasem tak naprawdę nie nadają się do niczego poza cięŜką pracą fizyczną. 

- Och, Aulia, uspokój się - powiedziała Lunzie. - A ty, Bonnard, ruszaj sprawdzić, czy 

droga  wolna.  Jak  reszta  towarzystwa  w  tym  wahadłowcu,  z  rozkoszą  znajdę  się  z  dala  od 

grawitantów. - Wręczyła chłopcu kask i posłała mu uspokajający, pełen aprobaty uśmiech. 

- Portegin, sprawdziłbyś moŜe obwód przy sterach? - spytał Kai. - Varian, niech Lunzie 

obejrzy twoje ramię, skoro mamy wolną chwilę. 

- Pod warunkiem, Ŝe później pozwolisz jej zająć się twoją ręką, dowódco Kai. 

- Tu nie ma Ŝadnego “pod warunkiem" - wtrąciła się Lunzie, sięgając do kieszonki u 

pasa. - Najpierw opatrzę ciebie, a potem jego. Na szczęście zostawili mi coś, czym mogę wam 

pomóc. 

background image

- Po co w ogóle chcesz jeszcze nas łatać? - rzuciła Aulia, opadając na podłogę. Objęła 

rękoma głowę. - Nie przetrwamy długo na tej planecie. Paskutti miał rację. Oni mają wszystko, 

czego nam potrzeba! 

- Nie wszystko. Zostawili nam syntezator - prychnęła Varian. - Tego nie mogli zabrać, 

skoro jest wbudowany w wahadłowiec. 

- Syntezator nie ma zasilania. Słyszałaś, co mówił Tangeli. 

Varian wzruszyła ramionami. 

- Bonnard ukrył baterie ze ślizgaczy. Nadają się do syntezatora. 

-  To  zaledwie  odwlecze  nieuniknione!  -  wykrzyknęła  Aulia.  -  I  tak  umrzemy,  gdy 

baterie się wyczerpią! Nie ma ich jak naładować! 

-  Kai  wysłał  komunikat  do  Theków  -  oznajmiła  Varian,  starając  się  zapobiec 

nadciągającemu atakowi histerii Aulii. 

-  Do  Theków!  -  Aulia  wybuchnęła  przenikliwym,  pozbawionym  cienia  wesołości 

ś

miechem. 

Z  kabiny  pilota  wynurzył  się  Portegin.  Krocząc  zamaszyście,  podszedł  do  Aulii  i 

wymierzył jej bolesny policzek. 

- Dość tego, głupizno. Zawsze poddajesz się o wiele za łatwo - warknął. 

-  Powiedziała  kilka  gorzkich  prawd  -  odezwała  się  Margit  znuŜonym  głosem.  -  Gdy 

syntezator wysiądzie, zostanie nam... 

- MoŜemy jeszcze pogrąŜyć się w sen - przerwał jej Kai. 

-  Nie  miałam  pojęcia,  Ŝe  wyposaŜono  naszą  ekspedycję  w  preparaty  kriogeniczne  - 

odparła Margit. Jej twarz rozpromieniła nadzieja. 

- Być moŜe to skromna wyprawa, lecz jest zaopatrzona we wszelkie niezbędne rzeczy. 

Albo  raczej  była  -  powiedział  Kai,  szukając  znajomej  luki  między  ściankami.  Nacisnął 

przycisk. Ich oczom ukazał się sekretny zakamarek, gdzie ukryto kriogen. 

- Gdyby Porteginowi udało się naprawić komunit, nie potrzebowalibyśmy zapadać w 

hibernację - powiedziała Aulia. TakŜe na jej twarzy malowała się ulga. - MoŜna by po prostu 

wezwać BO... 

-  Nie,  nie  moŜna.  Lepiej  będzie, jeśli zaraz to powiem  -  wtrącił się Portegin, patrząc 

ponuro.  -  Nie  da  się  naprawić  konsolety.  Przynajmniej  bez  części  zamiennych,  które  oni 

zabrali. 

-  Wiedziałam...  -  jęknęła  Aulia.  Jej  szloch  przerwał  ciszę,  która  zapadła  po  słowach 

Portegina. 

- Ty nic nie wiesz - odezwał się ostro - więc się zamknij. 

background image

- Wszyscy potrzebujemy snu, i to natychmiast. Zwyczajnego snu - stwierdziła Lunzie, 

posyłając Kaiowi znaczące spojrzenie. 

Kiedy Dyscyplina się wyczerpie, całej czwórce trzeba będzie pełnego dnia odpoczynku, 

zanim wynagrodzą sobie konieczne naduŜycie własnych organizmów. Jeśli Kaiowi i Varian nie 

uda  się  utrzymać  porządku,  ich  ucieczka  przed  grawitantami  będzie  absolutnie  bez  sensu, 

zwłaszcza Ŝe Aulia była  w tak powaŜnym stanie, a i pozostali zapewne odreagują w ten czy 

inny sposób szok wywołany niedawnymi przeŜyciami. 

-  Spać?  -  oburzyła  się  Margit.  -  Pod  tym  tu?  -  Wskazała  na  sufit  i  otrząsnęła  się  ze 

wstrętem. 

- Spójrz na to tak, Margit - przemówił Dimenon. Jesteśmy cudownie bezpieczni. Nawet 

grawitanci będą musieli się porządnie napocić, zanim uprzątną tę, jak by to ująć...? padlinę? To 

rumowisko, powiedzmy. 

-  Nie,  Dimenon.  Nie  zostaniemy  tutaj  -  oświadczył  Kai.  -  Teraz  nadeszła 

najdogodniejsza pora ucieczki, pod osłoną nocy. Gdy grawitanci powrócą, a sądzę, Ŝe powrócą, 

pomyślą, Ŝe wahadłowiec nadal tu jest, zakopany pod ciałami zwierząt. 

- PadlinoŜerne działają szybko na Irecie - powiedziała Varian. Na jej czole perlił się pot, 

lecz  Lunzie nie przerywała ani na chwilę pracy  nad jej połamaną ręką.  - Ale tu na zewnątrz 

mają roboty na kilka dni... 

Komuś zebrało się na wymioty. 

-  ...co  daje  nam  sporo  czasu,  nim  grawitanci  odkryją,  Ŝe  wahadłowca  nie  ma  - 

dokończył Kai. - Oczywiście, jeŜeli się stąd ruszymy dzisiaj. 

- Dokąd twoim zdaniem mielibyśmy się ruszyć? - spytał Portegin sucho. 

- To chyba Ŝaden problem - parsknął Dimenon. - Mamy do dyspozycji całą tę cholerną 

planetę... 

-  Niezupełnie  -  zauwaŜył  Kai.  -  Poza  tym  grawitanci  chcą  mieć  wahadłowiec. 

Potrzebują  go,  choćby  ze  względu  na  syntezator  i  główny  agregat.  Kiedy  przekonają  się,  Ŝe 

znikł,  będą  go  szukać.  I  to  do  upadłego.  Mają  indykator  na  pokładach  ślizgaczy,  i  chociaŜ 

brakuje im baterii - Kai obdarzył nieobecnego Bonnarda pełnym podziwu uśmiechem - są dość 

silni, by wymontować sprzęt i wykorzystać go, uŜywając pasów nośnych. Mogą nas znaleźć. 

- Nie, jeśli dobrze się ukryjemy - odrzekła Varian, podkreślając słowo “dobrze" głosem, 

w  którym  pobrzmiewało  rozbawienie.  -  śadnemu  grawitantowi  nawet  by  to  przez  myśl  nie 

przeszło. Poza tym indykator wskaŜe tyle form zwierzęcych, Ŝe grawitanci stracą orientację. 

background image

Kai  zmierzył  Varian  badawczym  wzrokiem,  przebiegając  myślą  przez  wszystkie 

moŜliwe kryjówki na Irecie. Nie potrafił odgadnąć, którą z nich sugerowała Varian, tymczasem 

ona spoglądała na niego, jakby powinien był wiedzieć. 

-  Dzień  wolny  miał  przynieść  zyski  takŜe  nam,  choć  nie  mieliśmy  o  tym  wówczas 

pojęcia. 

- Złote ptaki? - domyślił się Kai. 

- Właśnie! Jaskinia, w której znalazłam martwe jajko - mówiła Varian. - Była olbrzymia 

i sucha. Nie wiem, dlaczego została opuszczona, lecz dla nas powinna być w sam raz. 

Kai  miał  ochotę  porwać  ją  w  ramiona,  wyściskać  i  wycałować  za  tak  doskonałą 

propozycję, lecz pomyślał, Ŝe nie czas na to, ani miejsce. 

-  To  idealna  kryjówka,  Varian.  Indykator  weźmie  nas  za  dorosłe  ptaki,  a  dzieci  za 

młode! Varian!... to... to... - zaciął się ze szczęścia. 

-  ...to  najlepszy  pomysł,  jakiśmy  dziś  usłyszeli  -  dopowiedziała  Lunzie,  widząc,  Ŝe 

Kaiowi  brak  słów.  W  jej  głosie  słychać  było  tyle  samo  ulgi,  co  w  głosie  Kaia.  Varian 

rozpromieniła się na takie przyjęcie swej sugestii. 

- W porządku. Zainstalujemy się tam, zaŜyjemy upragnionego snu, a potem ocenimy 

naszą  sytuację.  Wysłałem,  nie  zapominajcie  o  tym,  przyjaciele,  wiadomość  Thekom...  -  Kai 

uniósł  rękę,  gdyŜ  Aulia  otwierała  właśnie  usta,  by  ponownie  wygłosić  swą  opinię  na  temat 

uzyskania  pomocy  z  tego  źródła  -  a  poniewaŜ  jeden  z  nich  jest  starym,  dobrym  znajomym 

mojej rodziny na ARCT-10, mogę obiecać, Ŝe nasz komunikat nie zostanie zignorowany. 

Aulia nie była zupełnie przekonana, lecz inni z ochotą złoŜyli ufność w przyrzeczeniu 

Kaia. 

-  Gdzie  znów  zawieruszył  się  Bonnard?  -  spytała  Varian,  otrząsając  się,  gdy  Lunzie 

skończyła manipulować przy jej ramieniu. - JuŜ dawno powinien był wrócić. 

- Pójdę zobaczyć - rzucił Triv, i zanim ktokolwiek zdąŜył zaprotestować, znikł w luku. 

-  Teraz  ty,  dowódco  Kai  -  oznajmiła  Lunzie,  dając  mu  znak,  Ŝe  przyszła  jego  kolej 

oddać się w jej ręce. 

-  Margit,  wykombinowałabyś  moŜe  trochę  stymulatora  dla  nas wszystkich? -  zapytał 

Kai, poddając swój zgruchotany nadgarstek zabiegom Lunzie i jednocześnie starając się skupić 

myśli na czymś innym. - Wydaje mi się, Ŝe nie zabrali niczego z szafki w kabinie pilota. 

-  Stymulator?  -  Margit  skwapliwie  ruszyła  na  przód  wahadłowca;  w  ślad  za  nią 

pośpieszyła Aulia. - To drugi najlepszy pomysł, jaki dziś usłyszeliśmy. Oby tylko rzeczywiście 

nie zabrali nam stymulatora! Ach, szafka jest nietknięta! Zostaw, Aulia! - głos Margit nabrał 

nagle surowości - podaj najpierw innym! 

background image

- Wiecie, po raz pierwszy widziałem, jak dowódcy znaleźli się w obliczu konieczności 

zastosowania Dyscypliny - powiedział Dimenon, rozłamując plombę na puszce, którą wręczyła 

mu  Aulia.  Sącząc  swoją  porcję,  rozdawała  pozostałym  środki  pokrzepiające.  -  Wiedziałem, 

oczywiście, Ŝe dowódca musi przejść szkolenie, by móc dowodzić, lecz nigdy dotąd nie miałem 

okazji zobaczyć, jak to działa. Zachodziłem w głowę, co cię naszło, Varian, Ŝe pozwoliłaś im 

wydusić z siebie informacje o Bonnardzie. 

-  Musiałam  udawać  tchórza  -  odparła  Varian,  pociągając  łapczywie  swój  napój.  - 

Martwi Uczniowie nie przydadzą się na nic. Domyśliłam^ się, Ŝe Bonnard jest dość sprytny, by 

się dobrze ukryć. A propos, mógłby juŜ wrócić... 

Naraz usłyszeli głosy dochodzące z luku. Kai wysunął na wpół opatrzoną dłoń z uścisku 

Lunzie i natychmiast znalazł się przy wejściu. Wyciągnął zaciśniętą pięść zdrowej ręki do góry. 

Dołączyli do niego Portegin i Dimenon. 

- Znalazłem go - oznajmił Triv, wetknąwszy głowę przez otwarty luk. - Znosi wszystkie 

baterie  na  skraj  tych...  tego  pobojowiska.  Właśnie  poszedł  po  następne.  -  Triv  wręczył 

Porteginowi  trzy  baterie.  -  Mówi,  Ŝe  grawitanci  rozpalili  ognisko  na  wzgórzach  za  nami. 

MoŜemy  przesunąć  wahadłowiec  w  lewo,  na  pagórek.  Nie  powinni  nas  spostrzec.  Martwe  i 

umierające  dinozaury  tworzą  słusznej  wielkości  kopiec,  więc  minie  sporo  czasu,  zanim  oni 

zdadzą sobie sprawę, Ŝe ani my, ani wahadłowiec nie leŜy tu pogrzebany. 

- Dobrze - odparł Kai i skinął na Triva, by wrócił pomóc Bonnardowi, - MoŜemy wiec 

zniknąć stąd bez śladu. Niech ta ceramiczna puszka będzie błogosławiona! 

Gdy pomysłowy chłopak razem z Trivem przenieśli juŜ wszystkie baterie bezpiecznie 

do wahadłowca, zamknięto luk. Kai i  Varian zabrali Bonnarda do kabiny pilota, gdzie mógł 

nakreślić połoŜenie statku i najprostszą drogę na wzgórze. 

Pięść  Paskuttiego  zmiaŜdŜyła  nie tylko sprzęt komunikacyjny,  lecz takŜe  zewnętrzne 

monitory, toteŜ wszelkie manewry trzeba było wykonywać na ślepo. Varian zauwaŜyła, Ŝe i tak 

nie  widzieliby  lepiej  nawet  przy uŜyciu kasków nocnych, a przecieŜ nie  mogli,  pod Ŝadnym 

pozorem, włączyć zewnętrznych świateł wahadłowca. Zarówno Kai, jak i Varian byli w stanie 

określić  współrzędne  śródziemnego  morza  bez  pomocy  taśm,  które  walały  się  rozrzucone 

bezładnie po zaśmieconej podłodze. 

Triv i Dimenon zsyntezowali dość watowanej wyściółki, by ranni nie musieli leŜeć na 

gołej podłodze. Kazali teŜ Margit i Aulii uprzątnąć z najgorszego rozgardiaszu laboratorium 

Trizeina. Chemik znów stracił przytomność - napięcie okazało się zbyt silne dla człowieka w 

jego wieku. Lunzie podejrzewała, Ŝe w wyniku tak brutalnego traktowania mógł doznać nawet 

ataku serca. 

background image

Bazując na skromnych zasobach energii, Kai i Varian, kaŜde z jedną tylko zdrową ręką, 

wyprowadzili  wahadłowiec  spod  stosu  dinozaurów  i  wznosząc  się  na  wzgórza,  skierowali 

kursem na śródziemne morze. 

Podczas  podróŜy  Lunzie  sporządziła  nasycony  odŜywczymi  substancjami  preparat, 

który miał zmniejszyć efekty szoku i skrupulatnie dopilnowała, by kaŜdy przyjął swoją dawkę. 

Portegin, z pomocą Triva i Dimenona, zajął się wszystkimi bezuŜytecznymi obwodami, chcąc 

sprawdzić,  czy  nie  dałoby  się  sklecić  jakiejś  zaimprowizowanej  instalacji,  by  móc  chociaŜ 

wyłapywać nadchodzące z przestrzeni sygnały. 

Gdy  dotarli  nad  morze,  Kai  przejął  ster,  Varian  zaś,  otworzywszy  częściowo  luk, 

dawała mu wskazówki. Znajdowali się nad tarasem, na którym spędzili tamten dzień... 

Wydawało się to tak dawno temu... Wahadłowiec zawisł teraz pół metra ponad ziemią. 

Varian  i  Triv  wyskoczyli,  by  naprowadzić  statek  do  jaskini,  podając  instrukcje  poprzez 

komunit. Grawitanci byli przekonani, Ŝe wszyscy zginęli, stąd teŜ było mało prawdopodobne, 

by przysłuchiwali się własnym komunitom. 

Wlot  pieczary  nie  był  dość  duŜy,  by  mogła  się  w  nim  zmieścić  środkowa  część 

wahadłowca, jednak uparcie przebijając się przez skałę, udało im się przecisnąć do wnętrza. 

Tym razem nikt nie martwił się porysowanym kadłubem statku. 

Varian, przyczajona pośród ciemności tarasu, głowiła się, dlaczego zgrzytliwy rumor i 

wstrząsy nie postawiły na nogi całej populacji zamieszkującej urwisko. Z jaskini nie wynurzył 

się ani jeden grzebieniasty łebek, by sprawdzić, co się dzieje. 

Triv  opuścił  Varian  do  jaskini  na  pasie.  Następnie  zaczepiwszy  jeden  koniec  pasa  o 

występ skalny, dołączył do niej. 

Wahadłowiec wsunięty był wystarczająco daleko w jaskinię, by nie moŜna było go od 

razu spostrzec. Triv i Varian zabrali jednak porozrzucane dokoła zeschłe rośliny i obłoŜyli nimi 

rufę  statku,  by  jeszcze  lepiej  go  ukryć.  Z  pomocą  przyszli  im  Dimenon,  Margit  i  Portegin, 

którzy pokryli boki wahadłowca zwilŜonym szlamem. 

Cała  operacja  nie  trwała długo,  lecz  kaŜdy odetchnął z  ulgą,  znalazłszy  się nareszcie 

wewnątrz  wahadłowca.  Luk  został  zamknięty  i  wszyscy  rozsiedli  się  najwygodniej,  jak  się 

dało. 

-  Odpoczniesz  trochę,  Lunzie,  prawda?  -  spytał  Kai  i  przycupnął  przy  niej.  Lunzie 

pielęgnowała Trizeina. 

Parsknęła. 

-  Nie  będę  miała  wyboru,  gdy  tylko  wyczerpie  się  moc  Dyscypliny.  Z  Trizeinem 

powinno być wszystko w porządku. Jego organizm jest przyzwyczajony szukać ozdrowienia 

background image

we śnie. Tu nic mu nie będzie przeszkadzać. A ty jak się czujesz? - zapytała wprost, najpierw 

spoglądając na jego nadgarstek, a potem, bardziej uwaŜnie, w jego oczy. 

- WciąŜ jestem pod działaniem Dyscypliny, lecz to juŜ nie potrwa zbyt długo. 

Lunzie napełniła czymś rozpylacz. 

-  Dodam  wszystkim  nieco  więcej  środków  uspokajających.  Będziemy  mogli  zaŜyć 

wystarczająco duŜo wypoczynku. 

Przeszła  się  po  kabinie,  aplikując  wszystkim  preparat.  Varian  poklepała  Kaia  po 

ramieniu. 

- Nasze posłania są z przodu, Kai - szepnęła. 

Kai rozejrzał się po leŜących dokoła postaciach,  a potem ruszył za Varian, by z ulgą 

opaść  na  podłogę.  Wyścielono  ją  cienkimi,  lecz  ciepłymi  watówkami,  co  w  zupełności, 

zdaniem  Kaia,  powinno  wystarczyć.  Temperatura  wewnątrz  wahadłowca  utrzyma  się  z 

pewnością  na  odpowiednim  poziomie.  Do Kaia  i  Varian  dołączyli jeszcze Triv  i  Lunzie,  by 

równieŜ zająć swoje miejsca. 

-  Mogło  być  gorzej,  Kai  -  odezwała  się  Lunzie,  jakby  czytając  w  jego  myślach.  Kai 

utkwił  wzrok  w  towarzyszach  śpiących  w  sąsiedniej  kabinie.  -  Straciliśmy  tylko  Gabera  - 

dodała - a ten głupiec sam się o to prosił, wyrywając się ze spóźnionym bohaterstwem... 

- Co z Terillą i Cleiti? - spytała Varian. 

- Są potłuczone, nic więcej. Gorzej z duszą niŜ ciałem. Nikt nie Ŝyczyłby innym takiego 

traktowania... - Lunzie wykrzywiła twarz. 

-  Bardziej  mnie  obchodzi  ich  reakcja  na  to,  Ŝe  ani  Kai,  ani  ja  nie  staraliśmy  się  ich 

bronić i ochraniać... - przyznała Varian. 

Lunzie uśmiechnęła się. 

- Rozumieją to! Wiem, Ŝe rodzice Cleiti są Uczniami, i jak podejrzewam, matka Terilli 

takŜe. Dziewczynki nie potrafią jedynie pojąć tak nagłej przemiany grawitantów w brutalnych i 

okrutnych dzikusów. - Lunzie westchnęła. - Ogółem poradziliśmy sobie raczej nieźle, biorąc 

pod uwagę wszelkie przeciwności i to, Ŝe bunt był zupełnym zaskoczeniem. 

Nagle jej ciało skurczyło się i Lunzie westchnęła ponownie, tym razem z ulgą. 

-  Po  Dyscyplinie...  -  oświadczyła,  drŜącymi  rękoma  szukając  rozpylacza.  -  A  wy 

jesteście na to gotowi? 

- Spokojnie - odparł Kai. - Damy sobie radę sami. Triv podał Lunzie ramię. 

- U mnie teŜ juŜ koniec - stwierdził. Jego twarz zalała ziemista szarość. Zanim Lunzie 

zaaplikowała  mu  lekarstwo,  Triv  juŜ  niemal  spał.  -  Obudzę  się  pierwszy  -  zdołał  jeszcze 

wymamrotać i zaraz opuścił głowę. 

background image

Lunzie parsknęła, odwracając rozpylacz w swoją stronę. 

- Nic z tego, przyjacielu. Na tym polega cud Dyscypliny, a moŜe to raczej jej zmora, Ŝe 

działa nawet wówczas, gdy się tego nie chce. - Odetchnęła nierównomiernie i zamknęła oczy. - 

Dobrze się spisaliście, Kai, Varian!  NaleŜy wam  się za to zasłuŜony odpoczynek. Nigdy nie 

spotkałam... lep... szych... 

Varian zachichotała. 

-  MoŜna  się  było  domyślić,  Ŝe  Lunzie nie dokończy komplementu... -  mówiła cicho, 

choć ani Lunzie, ani pozostałych śpiących nie zbudziłby nawet kolejny pędzący tabun. - Kai? 

Czy Tor coś zrobi? 

- Prędzej on niŜ którykolwiek inny Thek. 

- Kiedy? 

Chyba opuszcza ją Dyscyplina, pomyślał Kai, słysząc zdenerwowanie w jej szorstkim 

głosie.  Ujął  jej  zdrową  dłoń  i  przycisnął  do  ust.  Varian,  mimo  dręczącego  niepokoju,  z 

uśmiechem przyjęła pieszczotę. 

- Sądzę, Ŝe minie z tydzień, zanim będzie w stanie tu dotrzeć - odparł Kai. - Chyba uda 

nam się zatrzymać ich tu przez ten czas, jak myślisz? 

- Po wszystkim, co zaszło dzisiaj, przypuszczam, Ŝe się uda. Tyle Ŝe nie wiedzą jeszcze 

o braku łączności z BO. Pomoc Theków to wyśmienite, lecz jednocześnie nie najszczęśliwsze 

pocieszenie, zwaŜywszy, Ŝe jest raczej wątpliwe. 

-  Wiem,  wiem.  W  kaŜdym  razie  to  jest  jakiś  kontakt.  -  Poczuł,  jak  uchodzą  z  niego 

resztki Dyscypliny, a nieludzkie zmęczenie, niczym cięŜar ponad wszelkie siły, przytłacza jego 

wycieńczone ciało. O rany, aleŜ będę straszliwie zdrętwiały, gdy się obudzę, pomyślał. 

- Kai, jesteś wyczerpany? Tak wyglądasz. 

Zaśmiał się cichutko, spostrzegłszy jak jej twarz traci barwy. Podniósł rozpylacz. 

- Zaczekaj. - Varian uniosła się na łokciu i pocałowała go w usta, delikatnie, lecz krótko. 

- Nie chciałabym zasnąć, całując cię - usprawiedliwiła się. 

-  Wezmę  to  pod  uwagę  -  odparł  i  cmoknął  ją  czule.  Preparatem  Lunzie  spryskał  jej 

ramię, a potem swój nadgarstek. UłoŜył się wygodnie i zaledwie zdąŜył spleść dłonie z Varian, 

gdy zmorzył go sen. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY  

 

Nie tylko Kai był “połamany", gdy się w końcu obudził. Lunzie była na nogach jeszcze 

przed  Trivem,  co  wprawiło  ją  w  doskonały  nastrój.  Stan  zdrowia  Trizeina  poprawia  się, 

oznajmiła  dowódcom,  wręczając  kaŜdemu  z  nich  kubeczek  z  dymiącym,  odŜywczym 

bulionem. To według jej własnego przepisu, oświadczyła, gwarantuje sprawną cyrkulację krwi 

w zmęczonych mięśniach i przywrócenie tkankom normalnego stanu. 

-  Musicie  odzyskać  sprawność.  Ktoś  musi  przecieŜ  być  w  stanie  Ŝuć,  inaczej  nie 

nastarczę z wywarem dla wszystkich. 

Kai  ostroŜnie  sączył  gorący  płyn.  Lunzie  wcale  nie  przesadzała,  zachwalając  jego 

skuteczność. Gdy miłe ciepełko dotarło do Ŝołądka, Kai czuł niemal, jak rozluźniają się jego 

zdrętwiałe  mięśnie.  Musiał  jedynie  zastosować  nieco  Dyscypliny,  by  uśmierzyć  ból  w 

nadgarstku. 

- Jak długo spaliśmy? 

- Przespaliśmy mniej więcej półtora obrotu chronometru - odparła Lunzie, zerkając na 

swoją bransoletkę. - Musieliśmy spać więcej niŜ dwanaście godzin albo ja straciłam talent do 

faszerowania środkami uspokajającymi. Co oczywiście jest niemoŜliwe - dodała. 

- Kiedy wstaną inni? - zapytał Triv, budząc się wreszcie. 

- Sądzę, Ŝe mamy jakąś godzinę spokoju, nim pozbierają się nasi śmiertelnie skonani 

przyjaciele. 

- Maleńki zwiad? - zaproponował Triv. 

- Nie zapominaj - powiedziała Lunzie oschle - Ŝe nie chroni cię juŜ Ŝaden pas siłowy. 

Postaraj się nie upaść. 

Kai odruchowo podszedł do szafki, w której ujrzał tylko świecące pustką półki. 

- Istotnie - zaśmiała się kwaśno Varian. - W szafce na pasy jest goło. 

- Wiec wszystko, co mamy, to gołe ręce... - mruknął Kai. 

- KaŜdy po jednej - dodała Varian, ponownie wybuchając śmiechem. 

-  Przypominam,  Ŝe  nie  będziecie  w  stanie  wykorzystać  dziś  w  pełni  Dyscypliny  - 

ostrzegła Lunzie. - Mam zresztą nadzieję, Ŝe nie zajdzie taka potrzeba. 

- Nie powinna. Złote ptaki nie są agresywne - odparła Varian, układając wygodnie swą 

złamaną rękę. Przeszła przez luk. - To jeszcze jeden powód, dla którego to miejsce jest wprost 

doskonałą kryjówką. 

background image

Zaledwie  parę  minut  później,  gdy  zwiadowcy  wyjrzeli  przez  wylot  groty,  Varian 

musiała skorygować swoją opinię. 

-  CóŜ,  ma  jednak  kilka  mankamentów...  -  Rzuciła  ukradkowe  spojrzenie  w  dół.  Fale 

wściekle  rozbijały  się  u  stóp  wysokiego  na  dwadzieścia  metrów  urwiska.  Po  obu  stronach 

jaskini  rozciągała  się  płaska  ściana  skalna.  Lina,  której  Triv  uŜył,  by  spuścić  się  z  tarasu, 

trzepotała na wietrze. Spoglądając w górę, Varian dostrzegła fruwające ptaki. 

-  Na  szczęście  w  powietrzu  nie  ma  nic  poza  ptakami  -  stwierdziła  z  przesadnym 

westchnieniem ulgi. 

- I nie ma teŜ nic, co moŜna by syntezować - dodał Kai, starając się przypomnieć sobie 

dokładnie, co mieści się za tarasem i skalnym występem, na który czubaki znoszą swój połów. 

Triv udał się na tyły pieczary i wrócił, taszcząc w kaŜdej ręce wiązkę suchych traw. 

-  Jest  tam  tego  sporo,  wszystko  wysuszone,  ale  chyba  się  nadaje  do  syntezowania  - 

oznajmił. 

- Za urwiskiem jest las - powiedziała Varian w zamyśleniu. Marszcząc brwi, starała się 

skupić. - Psiakrew! - wyrwało się jej - za bardzo polegamy na nagraniach, a za mało na własnej 

pamięci! 

- Daj spokój, Varian, nie przejmuj się! - pocieszył ją j - Nazbieramy trawy, to juŜ coś. 

Triv, jak sobie radzisz ze wspinaczką? 

- Mógłbym się nauczyć, ale podejrzewam, Ŝe Bonnard byłby o niebo lepszy - odparł, 

szczerząc  zęby.  Pociągnął  za  linę,  by  ją  sprawdzić,  a  potem  z  niepewną  miną  zmierzył 

wzrokiem jej długość. 

Lunzie  nie  była  szczególnie  zachwycona  trawą.  Gdyby  była  świeŜa,  nadawałaby  się 

doskonale, tymczasem trudno było określić, ile czasu przeleŜała juŜ w pieczarze. Nie mogliby 

postarać się o trochę świeŜej zieleniny? Choćby czubki drzew? 

-  Czubki  drzew  to  wszystko,  czego  moŜna  sięgnąć  -  oświadczył  Triv,  gdy  razem  z 

dzieciakami powrócił z poszukiwań. Za oddzielającym urwisko od lasu wąskim, lecz niestety 

nie  do  przebycia  jarem,  rosły  nęcące  swym  widokiem  owocowe  drzewa.  Tyle  przynajmniej 

było widać z wysokości tarasu, a jak na razie dotąd jedynie udało im się dotrzeć. 

- Obserwowały nas ptaki - powiedział Bonnard Varian i Kaiowi - dokładnie tak samo, 

jak wtedy. Po prostu obserwowały. 

- A ja obserwowałam niebo z innego powodu - rzekła Terilla z nutą goryczy w cichym 

głosie. Na jej twarzyczce zagościła osobliwa surowość. 

- Chodzi o nich? - Bonnard zbył grawitantów z pogardą. - Oni wciąŜ sądzą, Ŝe została 

po nas miazga! 

background image

Bonnard był zdecydowanie zadowolony z siebie, jak zauwaŜyli Kai i Varian z gorzką 

aprobatą.  Miał  do  tego  absolutne  prawo.  W  końcu  to  on,  jeden  jedyny,  zdołał  wymknąć  się 

grawitantom i na dodatek zaleźć im nieźle za skórę, mimo ich fizycznej przewagi. 

- Miejmy szczerą nadzieję, Ŝe będą się tak łudzić jeszcze przez następnych parę dni - 

odparł Kai - dopóki nie przybędzie Tor. Stać was na jeszcze jedną wycieczkę? - spytał, łypiąc 

okiem na stos świeŜych liści, i próbując oszacować rezultat przeróbki syntetycznej. 

W odpowiedzi Triv odwrócił się na pięcie i zaczął wspinać się po linie. Dzieciaki poszły 

w jego ślady. 

- Morale jest wysokie - mruknął Kai do Varian. 

- Na razie! - Krótka, gorzka replika Varian przypomniała Kałowi, Ŝe morale zespołu to 

rzecz wielce chimeryczna. 

By  podnieść  się  nieco  na  duchu,  Kai  dołączył  do  Portegina,  który  w  splądrowanym 

laboratorium  Trizeina  rozpracowywał  systemy  zacisków  na  zniszczonej  konsolecie, 

wyniesionej z kabiny pilota. 

-  Nie  mam  pojęcia,  czy  zdołam  sklecić  komunit,  nawet  jeśli  wykorzystam  wszystkie 

obwody, jakie mamy i jakoś je prowizorycznie połączę. - Portegin przeciągnął dłonią po swych 

krótkich włosach. - Zostawili nam tylko sprzęt do lutowania, a te złącza są zbyt delikatne, by 

zrobić to ręcznie. 

- Jesteś w stanie ustawić sygnał lokacyjny Theków albo częstotliwość ARCT-10? 

- Oczywiście. - Portegin rozpromienił się, mogąc udzielić pozytywnej odpowiedzi. 

- To zrób tak. Wybierz taką częstotliwość, której nie wyłapią grawitanci. 

- Najpierw musieliby mieć baterie, większe od tych w ręcznych komunitach - odrzekł 

Portegin, uśmiechając się szeroko z odrobiną złośliwości. 

Kai ruszył dalej. Daremnie przeszukiwał magazyny w nadziei, Ŝe być moŜe grawitanci 

przeoczyli  coś  uŜytecznego.  Dziękował  zrządzeniu  opatrzności  za  ceramiczny  kadłub 

wahadłowca,  którego  nie  wykryją  detektory  grawitantów.  Niewielkie  ilości  metalu  na 

pokładzie statku wezmą pewnie za złoŜa rudy. Starał się przypomnieć sobie, czy w obecności 

grawitantów  rozmawiał  z  Varian  na  temat  złotych  ptaków.  I  przypomniał  sobie!  Nagrania! 

Próbując  zapanować  nad  panicznym  strachem,  przypomniał  sobie  takŜe  poplątane  zwoje 

zniszczonych taśm, rozrzucone po obozie, zawalone teraz megafonami martwych bestii. Skoro 

buntownicy  gardzili  tak  bardzo  ludźmi,  bez  wątpienia  uznali  nagrania  sporządzone  przez 

Varian i jego samego za z gruntu bezuŜyteczne. Kai zmusił się, by uwierzyć w tę ewentualność. 

ZauwaŜył,  Ŝe  wszyscy  są  czymś  zajęci.  Triv  i  dzieciaki  urządzili  właśnie  wyprawę 

zaopatrzeniową,  Aulia  zamiatała  główną  salę  miotłą  zrobioną  na  poczekaniu  z  krótkich  i 

background image

sztywnych źdźbeł trawy, Dimenon i Margit natomiast robili zapasy wody za pomocą o wiele za 

małego, zaimprowizowanego kubełka. 

- Spróbuj trochę - powiedziała Varian, częstując Kaia brązową płytką. - Nie jest złe - 

dodała, gdy odłamał kawałek naroŜnika i zaczął Ŝuć. 

- Trawa? - spytał. 

- Yhmm. 

- Jadałem gorsze rzeczy. Sucha jak pieprz, prawda? 

-  Sucha,  ale  znośna.  Jest  tego  całe  mnóstwo,  więc  Lunzie  moŜe  nas  wyŜywić.  - 

Nieoczekiwanie na jej twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. - Sęk w tym, Ŝe produkcja 

zuŜywa sporo energii i wody, którą trzeba oczyścić, co teŜ zuŜywa energię. 

Kai wzruszył ramionami. Musieli mieć Ŝywność i wodę. 

-  Potrzeba  co  najmniej  tygodnia  na  odpowiedź  Tora.  Varian  przez  dłuŜszą  chwilę 

przyglądała się Kaiowi. 

- Na ile naprawdę nam jego obecność jest w stanie pomóc? - odezwała się. 

-  Bunt  grawitantów,  a  raczej  powodzenie  ich  buntu,  zaleŜy  od  naszego  milczenia. 

Dlatego właśnie zaaranŜowali naszą śmierć z taką precyzją, na wypadek, gdyby ekspedycja nie 

miała zostać porzucona na Irecie... W głowie mi się nie mieści, dlaczego uwierzyli Gaberowi, 

ale... - Kai wzruszył ramionami. Uśmiechnął się. - Grawitanci są olbrzymi, lecz nikt nie jest 

większy od Theków. Nikt teŜ w całej galaktyce umyślnie nie sprowadza na siebie ich zemsty. 

Dla nich Dyscyplina to fraszka... Osiągają stan bardziej długotrwały niŜ nasz. Gdy otrzymamy 

pomoc ze strony Theków, będziemy mogli podjąć na nowo przerwane prace. 

Varian  rozwaŜyła  stanowisko  Kaia,  lecz  z  jakiegoś  powodu  nie  zdawała  się  tak 

pocieszona, jak powinna, co go trochę rozdraŜniło. 

- Lunzie twierdzi, Ŝe przy obecnym zuŜyciu energii wystarczy nam jej jeszcze na cztery 

tygodnie. 

- To dobrze, ale nie mam zbytnio ochoty tkwić cztery tygodnie w pieczarze. 

- Wiem, co masz na myśli. 

Ich  schronienie  było  dwa  razy  dłuŜsze  od  dwudziesto-jednometrowego  kadłuba 

wahadłowca, i pół  raŜą szersze, kończyło się zaś  zniechęcającym wyrębem skalnym,  co być 

moŜe stało się przyczyną opuszczenia groty przez ptaki. Nie było miejsca na prywatność, nie 

mogli  teŜ  ryzykować  oświetlenia  najgłębiej  połoŜonej  części  jaskini,  co  mogłoby  złagodzić 

wraŜenie tłoczności. 

Zanim  szybko  zapadająca  tropikalna  noc  zatopiła  w  ciemnościach  ich  kryjówkę, 

Porteginowi udało się zmontować lokator, który razem z Trivem zainstalował w szczelinie u 

background image

wlotu jaskini. Rzuciwszy po raz ostatni okiem, czy rufa statku jest dostatecznie zamaskowana, 

Kai  i  Varian  nakazali  wszystkim  wrócić  do  wahadłowca.  Prosty  fortel  Lunzie,  która  dodała 

kaŜdemu  do  wieczornej  racji  wody  odrobinę  środków  uspokajających,  pogrąŜył  wkrótce 

wszystkich we śnie, nie dając im okazji do narzekania na ograniczenia czy nudę. 

Następnego  dnia  Kai  i  Varian  wyekspediowali  wszystkich,  poza  kurującym  się 

Trizeinem,  po  zieleninę.  Wywnioskowali,  Ŝe  równieŜ  tego  dnia  nie  groŜą  im  Ŝadne 

poszukiwania  ze  strony  grawitantów.  Być  moŜe  jeszcze  kolejnego  dnia  mogliby  się  czuć 

bezpieczni, lecz nie wolno im było ryzykować. 

Stąd teŜ trzeci dzień, z wyjątkiem wciągania zapasów wody o świcie, spędzili wewnątrz 

pieczary. Portegin i Triv zbudowali zasłonę z drobnych gałązek i trawy, która miałaby osłaniać 

wartownika  przy  wejściu  do  jaskini.  Jego  zadaniem  byłoby  ostrzeganie  o  ewentualnym 

zbliŜaniu się grawitantów lub, co bardziej optymistyczne, o pojawieniu się kapsuły Theków. 

Pole widzenia było ograniczone, lecz musiało wystarczyć. 

Czwarty  dzień  minął  bez  Ŝadnych  incydentów,  jednak  piątego  dnia  wszyscy  zaczęli 

powoli odczuwać skutki zamknięcia w tak ciasnej przestrzeni. Dzień później Lunzie doprawiła 

czymś  poranny  napój,  i  wszyscy,  poza  nią  samą,  Trivem  i  obojgiem  dowódców,  zapadli  w 

drzemkę. Oznaczało to, Ŝe we czwórkę musieli trzymać straŜ i uzupełnić zapasy wody o świcie 

i o zmierzchu. 

Pod  koniec  siódmego  dnia  Kai  zmuszony  był  przyznać,  Ŝe  Tor  nie  pośpieszył  im  na 

ratunek. 

-  Jakie  mamy  dalsze  propozycje?  -  spytał  Triv  na  nieformalnym  zebraniu  czwórki 

Uczniów. 

-  Kriogeniczny  sen  -  odparła  Lunzie.  UlŜyło jej,  gdy  Kai  i Varian potakująco  skinęli 

głowami. 

- To całkiem rozsądna propozycja - zgodził się Triv, bawiąc się bezmyślnie źdźbłami 

trawy, które z nudów zaplatał. - Pozostali będą okazywać coraz to większe niezadowolenie z 

izolacji  w  pieczarze.  Oczywiście,  jeśli  BO  nie  otrzyma  od  nas  Ŝadnych  wieści,  będzie 

zobowiązana  sprawdzić,  co  się  dzieje.  -  Coś  w  zachowaniu  towarzyszy,  w  ich  milczeniu, 

zaalarmowało Triva. Rozejrzał się po nich, zatrwoŜony. - BO wróci po nas? 

-  Pomijając  plotki  Gabera,  nie  ma  Ŝadnego  powodu  przypuszczać,  Ŝe  miałoby  być 

inaczej - odrzekł Kai z wolna. - Gdy BO przejmie wreszcie raporty, przybędzie tu piorunem. Ta 

planeta jest tak zasobna w... 

- Raporty? - Triv wychwycił mimowolne stwierdzenie Kaia. 

- Tak, raporty - potwierdziła Varian z kwaśną miną. 

background image

- Ile? - Geolog nie potrafił ukryć zdenerwowania. 

-  Przejęli  tylko  pierwszy,  o  bezpiecznym  lądowaniu.  Triv  przyjął  przygnębiające 

wieści, nie dając poznać po sobie, co dokładnie czuje. 

-  W  takim  razie  musimy  pogrąŜyć  się  w  sen.  -  Zmarszczył  brwi  i  dodał  po  chwili 

zastanowienia: - Tylko pierwszy raport? Co się stało? Nie porzuciliby nas, Kai, nie stanowimy 

dostatecznie zróŜnicowanego materiału genetycznego... 

- Fakt, Ŝe są z nami dzieciaki, w pewnym sensie nas uspokaja - odparł Kai. - Sądzę, Ŝe 

BO za bardzo pochłonięta jest burzą kosmiczną. Thekowie są tego samego zdania. 

- A tak, zapomniałem o burzy kosmicznej. - Triv wyraźnie odczuł ulgę. - Śpijmy więc. 

Bez dwóch zdań! Nie ma większego znaczenia, czy zbudzą nas po tygodniu czy po roku! 

- W porządku. Akcję przeprowadzimy jutro, gdy poinformujemy resztę załogi - odrzekł 

Kai. 

Lunzie potrząsnęła głową. 

- Dlaczego miałbyś im cokolwiek mówić? Aulia wpadnie w histerię, Portegin będzie 

nalegał,  by  przesłać  komunikat  o  stanie  pogotowia,  tobie  dostanie  się  za  ukrywanie  w 

tajemnicy milczenia BO... 

-  Właściwie  oni  juŜ  śpią.  -  Varian  wskazała  na  rozespanych  towarzyszy.  - 

Zaoszczędzimy sobie tylko bezowocnych sprzeczek. 

- I ryzyka, Ŝe odnajdą nas grawitanci - dodał Triv - dopóki nie wróci po nas BO albo nie 

przybędą posiłki od Theków. Jest niemoŜliwe, by grawitanci natrafili choć na nasz ślad, gdy 

będziemy pogrąŜeni we śnie. Grozi nam to natomiast, jeŜeli będziemy czuwać. 

Tak  powaŜna  decyzja  powinna  zostać  podjęta  demokratycznie.  Kai  wiedział  o  tym, 

choć jako dowódcy on i Varian mogli sami decydować w interesie całej ekspedycji. NaleŜało 

się liczyć z przewidywaniami Lunzie. Kai rozłoŜył ręce, akceptując ostatecznie nieuniknione. 

Dał  Torowi  tydzień  -  więcej  niŜ  trzeba,  by  odbyć  podróŜ  z  jednej  planety  na  drugą.  Jeśli, 

oczywiście,  Thek  miał  zamiar  w  ogóle  odpowiedzieć.  I  jeśli  to  Tor  odebrał  ich  komunikat. 

Wieści mogły zostać przejęte przez któregoś z pozostałych dwu Theków, którzy nie kwapiliby 

się z przekazaniem informacji Torowi ani się nie kłopotali, by jakkolwiek im pomóc. 

- Wolałabym spotkać grawitantów z wyleczonym juŜ ramieniem - zauwaŜyła Varian. - 

Mam nadzieję, Ŝe stracą resztę energii, usiłując nas odszukać. 

Triv zaśmiał się smutno i wstał, spoglądając wyczekująco na Lunzie. 

- Nie jestem szczególnie mściwa - powiedziała lekarka, wstając - ale Ŝywię podobną 

nadzieję. 

background image

Lunzie  przygotowała  preparat,  który  następnie  zaaplikowała  śpiącym.  Triv,  Varian  i 

Kai  kontrolowali  ich,  dopóki  temperatura  ciał  nie  opadła,  a  oddychanie  nie  zanikło  niemal 

zupełnie. Kai przemyśliwał przez moment, czy  nie lepiej byłoby nie poddać się hibernacji, i 

poprosić  Varian,  by  towarzyszyła  mu  w  czuwaniu,  dopóki  nie  zjawi  się  Tor  lub  BO.  To 

oznaczałoby jednak, Ŝe musieliby opuścić wahadłowiec, poniewaŜ opary kriogeniczne wkrótce 

napełnią cały statek. Nie miał zamiaru oddalać się od swych towarzyszy i nieopatrznie zdradzić 

ich kryjówkę grawitantom. Niebawem cała załoga miała pogrąŜyć się w okowach lodowatego 

snu. 

-  Wiecie  -  odezwała  się  Varian  nieco  wystraszonym  głosem,  sadowiąc  się  na  swoim 

miejscu - biedny, stary Gaber miał rację. Porzucono nas. Przynajmniej chwilowo! 

Lunzie wybałuszyła na nią oczy, a potem zrobiła zdegustowaną minę. 

- Nie z takim pocieszeniem chciałabym zasypiać - powiedziała. 

- Czy śni się coś w kriogenicznym śnie, Lunzie? 

- Mnie nie - odparła lekarka. 

- To chyba strata czasu tak zupełnie nic nie robić - podsumowała Varian. 

Lunzie rozdała im napój, który przygotowała dla nich zamiast rozpylanego preparatu. 

- Cała idea kriogenicznego snu polega na zawieszeniu poczucia czasu - pouczyła ich. - 

Spisz, i się budzisz. 

- Mogą minąć wieki... - rozmarzył się Triv. 

-  Gorszy  jesteś  niŜ  Varian  -  burknęła  Lunzie  i  wypiła  swoją  porcję,  układając  się 

wygodnie. 

-  Nie  miną  wieki  -  rzucił  Kai  z  przekonaniem.  -  Zwłaszcza  gdy  BO  otrzyma  próbki 

uranu. 

- To naprawdę pocieszające - przyznał Triv i łyknął napój. 

W ciszy Kai i Varian odczekali, aŜ dwójka ich przyjaciół zapadnie w głęboki sen. 

- Kai - odezwała się Varian szeptem - to moja wina. Miałam wszystkie wskazówki, Ŝe 

zanosi się na bunt... 

- Varian... - Kai powiedział delikatnie, przerywając jej przeprosiny pocałunkiem - to nie 

była niczyja wina, po prostu zbieg okoliczności. Ciesz się, Ŝe Ŝyjemy, Ŝe Ŝyją oni. Gaber sam 

przywiódł się do takiego końca przez swój głupi charakter. CóŜ, najlepiej pozbądźmy się na 

chwilę poczucia czasu. 

- Na jaką chwilę? 

Pocałował  ją  znowu,  uśmiechając  się  uspokajająco.  Starał  się,  by  uśmiech  wypadł 

naturalnie. 

background image

- BO wróci po nas. Kiedyś musi! - Nie była to zbyt taktowna uwaga, pomyślał. - Wypij, 

Varian! 

Uniósł swój kubek do niej, poczekał, aŜ ona zrobi to samo, a potem wypili razem. 

- Sprawy nigdy nie wyglądają tak źle, jeśli się je prześpi. 

- Mam nadzieję. To... tył... 

W  wahadłowcu  zaległa  cisza.  Mechanizm  uwalniający  opary  pogłębiające  uśpienie 

otworzył odpowiedni zawór. Oznaki Ŝycia stały się niedostrzegalne. 

Na  zewnątrz  skrzydlate,  złociste  stworzenia  zbudziły  się  z  nastaniem  kolejnego 

posępnego i dusznego ranka mezozoicznej ery.