background image
background image

I OGÓLNOPOLSKI KONGRES MAŁŻEŃSTW 

Dialog - Wartości - Jedność

background image

WSTĘP

Wierzę głęboko, że małżeństwo ma przyszłość. Mimo wszystko. Mimo sprzeciwu świata, mimo jego uporu wdążeniu do zmiany treści słów, mimo
powszechnej ignorancji co do jego piękna i godności, mimo dewaluacjigestów i postaw, dróg i celów, wartości i przestrzeni, które służą realizacji Bożego
samysłu względem kobiety imężczyzny. Dlatego:

IDEA

W świecie, w którym coraz częściej brakuje dobrych wzorców małżeńskich, coraz więcej małżeństw niewytrzymuje próby czasu a samo małżeństwo już
niekoniecznie jest przymierzem miłości kobiety i mężczyzny,proponujemy Kongres Małżeństw tzn. Święto Małżeństwa.

Chcemy razem ze wszystkimi, dla których małżeństwo jest fundamentem szczęścia cieszyć się darem i tajemnicą oblubieńczej więzi kobiety i mężczyzny.

Zapraszamy  wszystkich,  dla  których  promocja  małżeństwa,  ochrona  prawdy  o  nim  i  wspieranie  go  stanowią;  zawodowe,  ewangelizacyjne  i  osobiste
priorytety do wspólnej radości z małżonkami.

TEMAT

Dialog – bo tylko dzięki niemu miłość może się rozwijać

Wartości – bo tylko dzięki nim miłość staje się miłością naprawdę

Jedność – bo tylko dzięki niej miłość rodzi szczęście

MIEJSCE

Świdnica:  miasto  niezwykłych  pomysłów,  wspaniałych  zabytków,  bogatej  i  chlubnej  historii,  stolica  diecezji  ale  przede  wszystkim  dom  gościnnych  i
twórczych ludzi.

LOGO

Jego projektantką jest Marta Ciućka. Kobieta i mężczyzna złączeni w jedno, dzięki miłości (serce), jaką budująnie tylko w wychyleniu jedno ku drugiemu
(skłon głowy), przyjęciu siebie nawzajem (przenikanie się postaci), ale przede wszystkim w oparciu o ewangeliczne wartości (ryba) stanowią wspólnotę
opartą na relacji, której treścią jest komunia: myśli, postaw, celów i działania. 

Tak  pisałem  rok  temu,  gdy  nie  miałem  pojęcia,  że  Kongres  Małżeństw  jest  tak  bardzo  potrzebny  Wam,  Kochani  Małżonkowie,  świadkowie,  że
sakramentalna droga miłości jest rzeczywistością fascynującą, przemieniającą i zdolną przygotować człowieka, kobietę i mężczyznę, na niebo!

Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w I Ogólnopolskim Kongresie Małżeństw – staliście się Państwo niezwykłymi apostołami naszej idei. Dziękuję
naszym prelegentom i artystom – Państwa doświadczenie, talenty, praca i otwartość owocują w nas nieustannie. Dziękuję tym, którzy nas, organizatorów
wspierali zarówno duchowo, jak i materialnie – bez Państwa zaangażowania nigdy nie udałoby nam się zorganizować wydarzenia na takim dobrym poziomie.
Dziękuję tym, którzy poświęcili swój czas i siły, by ponad 300 małżonków odświeżyło swoją sakramentalną więź i czuło się w Świdnicy jak u siebie –
pozwólcie  Państwo,  że  wyróżnię  wśród  Was  Katarzynę  Urbaniak  –  Kasiu  w  dużej  mierze  to  Twoja  praca  i  kobieca  intuicja  sprawiły,  że  kongres
był  prawdziwym  świętem.  Dziękuję  Świdniczanom,  którzy  otwarli  drzwi  swoich  domów  dla  naszych  gości  –  byliście  Państwo  rewelacyjni!  Wreszcie
dziękuję tym, którzy naszemu dziełu błogosławili: ks. bp. Ignacemu Decowi, ks. bp. Adamowi Bałabuchowi i ks. bp Kazimierzowi Górnemu – Ekscelencje,
Wasza modlitwa była bardzo skuteczna rękojmią Bożej łaski dla nas wszystkich. 

Na większa chwałą Bożą i pożytek ludzi, oddajmy do Państwa rąk książkę zawierającą konferencje i konwersatoria oraz materiały okołokongresowe. Długo
trzeba było na nią czekać, przepraszam, liczę na Państwawyrozumiałość.

Ks. Roman Tomaszczuk

Diecezjalny Duszpasterz Rodzin

background image

PROGRAM

Piątek 7 października

19.00 - Otwarcie
19.30 - o. Ksawery Knotz (Kraków) – Akt małżeński – znak jedności małżeńskiej
20.15 - Koncert zespołu Wołosi & Lasoniowie
21.15 - Kompleta – bp Ignacy Dec

Sobota 8 października

9.00 - Mieczysław Guzewicz (Wschowa) – Wartość małżeństwa
10.15 - o. Mirosław Pilśniak (Warszawa) – Warto się uczyć! – metoda komunikacji małżeńskiej
10.55 - Monika Gajda (Szczecin) – Eros i agape, dwa kierunki Miłości
11.35 - Grzybowscy Irena i Jerzy (Warszawa) – Małżeństwo: osobowość-dialog-sakrament
14.30 - Zwiedzanie miasta: katedra, Kościół Pokoju, Muzeum Dawnego Kupiectwa

KONWERSATORIA

16.00 – 18.15 

Ks. Ryszard Różycki (Pelplin) – Spowiedź małżonków – wyzwania, praktyka, trudności
Ks. Jarosław Lipniak (Świdnica) – Sakrament – siła do życia i cierpienia
Ks. Aleksander Radecki (Wrocław) – Kościół w domu czy dom Kościołem?
Ks. Marek Dziewiecki (Radom) – Feminizm i mężczyźni
Monika Gajda (Szczecin) – Wstrzemięźliwość okresowa czy antykoncepcja po katolicku?
Irena i Jerzy Grzybowscy (Warszawa) – Jak pomóc osobie w kryzysie małżeńskim?,
Mieczysław Guzewicz (Wschowa) – Dlaczego duszpasterstwo małżeństw sakramentalnych? (spotkanie dla doradców życia rodzinnego)  
Artur i Marta Ziębowie (Legnica) – Problemy płodności małżeńskiej; in vitro i naprotechnologia

19.45 - Koncert 30i40na70
21.00 - Apel Jasnogórski  - bp Adam Bałabuch

Niedziela 9 października

9.00 - Ks. Marek Dziewiecki (Radom) – Jaka miłość fundamentem małżeństwa i rodziny?
9.45 - Przerwa na kawę
10.30 - Ks. Ryszard Różycki (Pelplin) – Moralne wyzwania miłości małżeńskiej
11.15 - Ogłoszenie Apelu do Parlamentarzystów VII kadencji
12.30 - Msza św. – bp Ignacy Dec

background image

KONFERENCJE

background image

AKT MAŁŻEŃSKI. ZNAK JEDNOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ

 

o. Ksawery Knotz

Szczęść  Boże.  Witam  wszystkich.  Przyszły  takie  czasy,  że  musimy  przywrócić  seksualność  Panu  Bogu  i  odkryć  to,  co  dla  nas  nie  jest  wcale  takie
oczywiste, że Pan Bóg ma tutaj bardzo dużo do powiedzenia, że Jego obecność może być w życiu małżeńskim nie tylko dopuszczalna, ale wręcz konieczna,
nawet w najbardziej intymnych momentach życia małżeńskiego. 

Ponieważ mam tutaj rozpocząć tym swoim wykładem kongres, to zacznę od początku, czyli od Adama i Ewy. To jest wszystko bardzo ważne, ponieważ
umyka nam bardzo istotna myśl zapisana na początku Pisma Świętego, że Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę. I to nie jest tylko stwierdzenie
faktu, który wydaje się oczywisty tylko bardzo głęboka myśl teologiczna, która polega na tym, że nasze człowieczeństwo nie wyraża się tylko w tym, że
jesteśmy  rozumni,  że  jesteśmy  wolni,  możemy  decydować  o  swoim  życiu  i  w  tym  sensie  też  jesteśmy  obrazem  Pana  Boga,  szczególnym  obrazem,
wyjątkowym. Różnimy się od świata przyrody i świata zwierząt, ale jest jeszcze jedna przez nas niedostrzegana cecha naszego obrazu, nas jako obrazu
Pana Boga. I tą cecha jest męskość i kobiecość, tą cechą jest miłość małżeńska: Bóg stworzył mężczyznę i kobietę na swój obraz jako tych, którzy się
kochają, w których miłości objawia się miłość Trójcy Świętej. Bóg Jeden w Trójcy, małżonkowie jednością dwojga. Że w tej różnorodności, którą tworzy
mężczyzna i kobieta jest ukryta tajemnica obecności Pana Boga, w której On czyni małżonków jednością. I to jest bardzo głęboka myśl i ja ją się boję na
początku mówić, bo wiem, że zaczynać od Trójcy Świętej, to jest zepsuć pewną atrakcyjność wypowiedzi, bo wchodzimy w jakieś tematy szalenie trudne,
dla wielu abstrakcyjne. Ale patrząc się tutaj na waszą miłość, zobaczcie, że obecność Pana Boga przestaje być jakąś abstrakcją. Bóg się objawia właśnie w
miłości, że ta różnorodność, która sprawia, że tęsknicie za sobą, że się bardzo kochacie, że chcecie przeżyć głęboką wierność, aż po zjednoczenie seksualne,
że w tej waszej miłości, właśnie w taki sposób wyrażanej, objawia się miłość Pana Boga, który chce was jednoczyć ze sobą. I równocześnie jednoczyć was
jako  małżonków,  jednoczyć  z  Nim  jako  Bogiem,  który  objawia  się  w  tej  miłości,  objawia  się  w  życiu  małżeńskim.  Właściwie  nie  można  już  bardziej
dowartościować życia małżeńskiego jak odkryć, że małżeństwo i miłość małżeńska (miłość i duchowa, i cielesna – tutaj żeby przypadkiem ktoś nie wyłączył
cielesności i seksualności z racji jakiś swoich pruderyjnych poglądów), że właśnie w tej ludzkiej miłości, taka jaka ona jest, objawia się miłość samego Pana
Boga. Dlatego jak Adam zobaczył Ewę, to wykrzyknął zafascynowany. To był pierwszy okrzyk miłości, pierwszy okrzyk radości jaki rozległ się na ziemi.
Był tak zszokowany, tak był olśniony Ewą, taki zakochany, że dopiero w tym momencie odkrył, że jest ktoś z kim może stworzyć relację, taką prawdziwą,
głęboką o jakiej tęskni jego serce. Właśnie można powiedzieć, że w tej fascynacji zatracił się, że przeżył jakąś upojną chwilę miłości, której do tej pory nie
znał. To było równocześnie doświadczenie, które dał mu Pan Bóg, które go otwierało na wieczność.

I papież Benedykt pisze, że miłość ludzka ma w sobie coś z boskości, że ona właśnie otwiera człowieka na wieczność. Zauważcie, mówią często młodzi
ludzie zakochani, że ja już z tobą chcę żyć do końca życia, ja już sobie nie wyobrażam, że możemy przestać się kochać. W głębi serca ludzkiego jest tęsknota
nie za taką miłością krótkotrwałą, miłością na chwilę, na jedną noc. Jest tęsknota za miłością wierną, taką właśnie miłością jaką Bóg kocha człowieka, za
miłością wieczną, taką która się nie kończy, miłością która pokocha bezinteresownie, nie tylko za to, że mam jakieś dobre cechy charakteru i jestem wesoły i
dowcipny, tylko, że mnie po prostu będzie kochał, że mnie już nie opuści. To jest ta miłość Pana Boga. 

To pierwotne doświadczenie Adama i Ewy zakochanych w sobie, to było równocześnie doświadczenie zarówno upojnej miłości ludzkiej i miłości Bożej,
która była ich udziałem. I wtedy ta miłość ludzka była piękna i wspaniała. Ale to nie jest doświadczenie prehistoryczne, które się skończyło gdzieś tam
dawno temu i teraz możemy jedynie ładnie na ten temat coś powiedzieć, ale tak naprawdę nie ma to żadnego wpływu na nasze życie. Tak nie jest! To
wszystko w nas cały czas tkwi, głębokie echo tej miłości, głęboka tęsknota za tą miłością, za tą miłością prawdziwą, ludzką miłością, a równocześnie za
miłością Pana Boga, który taką miłość umożliwia. 

Ludzie nieustannie takiej miłości szukają. Wsłuchajcie się dobrze jak ktoś czasami opowiada o swoim życiu, może mówić o swoich rozwodach, zdradach,
różnych historiach a potem mówi „ja tęsknię, żeby przeżyć jeszcze taką prawdziwą miłość, żeby ktoś mnie tak pokochał naprawdę”. To jest tak głębokie w
ludzkim sercu, że nie jest do wymazania. Bóg cały czas gdzieś  w naszym sercu głęboko jest, tylko my nie potrafimy tej miłości zrealizować, ale za nią
tęsknimy, za nią marzymy, jakoś tej prawdziwej pięknej miłości poszukujemy. To każdy z nas szuka i tego też szukacie w swoim małżeństwie. Może się
nie układać, może macie jakieś kryzysy, ale tęsknicie, że przyjdzie ten moment, że doświadczymy znowu jedności, znowu się pojednamy, znowu będzie
dobrze. 

Ale też, zwróćcie uwagę, że pojednanie małżeńskie często ma też swój wymiar seksualny. Bardzo często małżonkowie mówią, że jak się pokłócą to potem
dialogują, rozmawiają i jak już jest takie poczucie wspólnoty, zrozumienia, bliskości, to właśnie chcą to pojednanie przypieczętować aktem seksualnym. To
są najwspanialsze akty seksualne, które bardzo głęboko wyrażają naszą miłość, wtedy też bardzo troszczymy się o siebie, żeby rzeczywiście powiedzieć
sobie, że naprawdę się kochamy i nam na sobie zależy. I to jest to prawdziwie doświadczenie ludzkie. Specjalnie ten wątek seksualny wprowadziłem, żeby
nam nie uciekał Bóg, który jednoczy małżonków w całej pełni małżeńskiego doświadczenia i duchowego i jednocześnie cielesnego. I to jest ten moment
głębokiego zjednoczenia, głębokiego doświadczenia bycia razem. I jeżeli akt seksualny wyraża takie głębokie doświadczenie miłości, oddania się sobie, troski
wzajemnej, to ten akt jest jednoczący, równocześnie też przybliża do Pana Boga, równocześnie daje poczucie, że Bóg jest w naszym życiu, tylko musimy w
naszym myśleniu (jakoś odchrześcijanionym w tym aspekcie) dostrzec, że do tej sfery Bóg tak samo przychodzi. Dlaczego? Dlatego, że Bóg przychodzi do
więzi małżeńskiej, że On się objawia w więzi.

Sakrament małżeństwa tym się właśnie wyróżnia, więc jeśli się chce dobrze określić obecność Pana Boga, to trzeba zrozumieć, że Bóg jest w więzi między
małżonkami, czyli mężczyzna i kobieta tworzą wspólnotę, są razem, tworzą widzialny znak niewidzialnej łaski  (taka bardziej trydencka wizja sakramentu) i
w tym znaku mężczyzny i kobiety w ich więzi objawia się Pan Bóg. Tutaj Bóg chce przychodzić, tutaj jest obecny. A więc tutaj jest relacja, to jest bycie ze
sobą, to jest rozmowa, słuchanie, wspieranie się, informowanie, wzajemna troska i pomoc. W różny sposób budujemy więź małżeńską, nie będę wyliczał, na
co dzień budujemy w swojej codzienności troszcząc się o więź, ale tak samo więź małżeńską się wyraża poprzez cielesność, poprzez seksualność. Wchodzi
się wzajemnie w relacje ze sobą, jest się ze sobą w jak najbardziej intymny sposób i jest to moment, który odświeża waszą więź, współżycie seksualne, bo
odradza, ale uwaga! Pan Bóg uświęca więź całościowo rozumianą, czyli łącznie z seksualnością. I to jest wielka tajemnica chrześcijaństwa, którą możemy
głosić tylko w Kościele, tylko my jesteśmy ją w stanie zrozumieć. To są najbardziej fascynujące rzeczy, które umykają uwadze świata. Nie można już nic
piękniejszego i głębokiego powiedzieć o współżyciu seksualnym, jeśli odkryjecie, że jest ona elementem więzi małżeńskiej. W tym elemencie jest obecny Pan
Bóg w tym sensie, że jest obecny we więzi, którą małżonkowie tworzą. Do tego dorastamy, to odkrywamy, tutaj trzeba jakiejś drogi rozwoju, trzeba odkryć
jakieś  poruszenia  wewnętrzne  w  swoim  życiu.  Tutaj  bardzo  dobrze  widać,  że  jedni  małżonkowie  są  tylko  skoncentrowani  na  sferze  zmysłowej,  takiej
bardziej popędowej i ci nie są w stanie przeżyć głębszych wymiarów swojego doświadczenia bycia razem. 

Kiedyś miałem na rekolekcjach żonę, która uparła się, że ona z antykoncepcji nie zrezygnuje, dlatego że ona ma takie potrzeby seksualne, że 2 lub 3 tygodnie

background image

bez współżycia to w ogóle nie wchodzi w rachubę. Często tak mężczyźni mówią, ale w tym wypadku była to akurat kobieta. A na trzeci dzień rekolekcji
przychodzi do mnie i mówi – Ojcze ja odkryłam, że nie o tyle chodzi mi o zmysłowość tylko o intymność, jeżeli mąż mi da duże poczucie intymności,
bliskości,  wypieści  mnie,  wycałuje,  wyprzytula,  okaże  mi  czułość,  to  ja  wytrzymam  te  2  lub  3  tygodnie.  Nawet  jeszcze  więcej.  Tylko  odkryłam,  że
głębokim  pragnieniem,  które  jest  w  moim  sercu  to  jest  właśnie  bliskość,  intymność,  jakiś  inny  wymiar  naszej  relacji,  który  jest  dla  mnie  niesamowicie
ważny. 

I dlatego jest niesamowicie ważne odkrywać te nowe wymiary, pewnie są jeszcze jakieś inne, jakiegoś głębokiego oddania dla drugiej osoby, radości z jej
satysfakcji. Teraz niedawno mąż mówi, że on naprawdę widzi różnicę między takimi aktami seksualnymi, gdy on dba o swoje zaspokojenie a takimi, w
których  myśli  o  swojej  żonie,  żeby  ona  była  usatysfakcjonowana.  I  on  już  to  rozróżnia,  że  są  w  nim  pewne  poruszenia  wyższe  i  niższe,  że  te  akty
seksualne są piękniejsze i bardziej ludzkie, bardziej głębokie, bardziej całościowe. To właśnie do niego wraca w głębokim doświadczeniu miłości i jedności z
żoną. 

Co jeszcze? Doświadczenie jedności, czyli że to co Bóg chce dać małżonkom, to tak głęboka więź, tak głębokie doświadczenie jedności a może szczególnie
akt współżycia seksualnego, które naprawdę będzie przemieniało życie małżeńskie. Tu jest ten klucz, który szukamy i nie potrafimy odnaleźć. Nie chodzi o
to,  że  wraz  z  rozwojem  duchowym  będzie  potęgowana  przyjemność  seksualna,  jakieś  obszary  nieznane,  tylko,  że  ta  przyjemność  będzie  bardziej
zintegrowana  z  głębokim  doświadczeniem  jedności  i  tym  doświadczeniem  ludzie  będą  się  czuli  wypełnieni  aż  do  tego  stopnia,  że  w  tej  miłości  będą
odkrywać obecność Pana Boga. Bo jeżeli Pan Bóg jest obecny we więzi małżeńskiej, to zobaczcie, że w tym waszym doświadczeniu, które przeżywacie jak
się przytulacie, jak się całujecie, jak się pieścicie, w tym momencie też możecie powiedzieć, że Pan Bóg jest między nami, bo On wszedł na mocy sakramentu
małżeństwa w ten znak kobiety i mężczyzny, który cały czas tworzycie i wyznajecie sobie swoją miłość i w tym doświadczeniu Bóg jest obecny. Czyli jak
mąż się czuje kochany przez żonę, przyjętym, zaakceptowany ze swoją męskością wraz ze swoją męską seksualnością, to może powiedzieć – Bóg mnie
 kocha tak do końca, że mnie naprawdę akceptuje jako mężczyznę. A jeśli żona, która się czuje kochana przez męża czuje, że on się o nią troszczy, o nią dba,
to może powiedzieć, że Bóg się przez tą męskość jej męża o nią troszczy. Skąd przychodzi do nas Bóg? Z góry, takie jest nasze najczęstsze wyobrażenie:
przychodzenia Pana Boga, czyli że On skądś tam zlatuje. A tu niespodzianka, nie z góry! Przychodzi bowiem przez was, przez waszą męskość i kobiecość,
objawia się w waszym życiu. 

Jeżeli więc chcecie szukać Boga w sakramencie małżeństwa, to szukać Go trzeba we więzi, a tą więź trzeba budować, tworzyć zawsze poprzez ciało i w
ciele. I to jest też sposób na dowartościowanie ciała: Bóg do was, jako do małżonków przychodzi nieustannie, poprzez ciało. 

Kiedyś  na  rekolekcjach  miałem  taką  parę,  która  nie  miała  może  udanego  życia  seksualnego,  dużo  na  ten  temat  może  nie  mówili,  ale  na  koniec  żona  się
odważyła i powiedziała, że jej właściwie na współżyciu seksualnym właściwie nigdy nie zależało, a już jak mieli dwójkę dzieci, no to dużo już tego czasu
mogło już by nie być, ale mąż miał większe potrzeby, no więc jakieś współżycie było. Jak to powiedziała, to mąż dodał, że nie czuje się szczęśliwy w tym
obszarze życia. Ma kochaną żonę, naprawdę troszczy się o dom i o dzieci, ale on się nie czuje spełnionym w sferze seksualnej, nie czuje się kochany przez
żonę. – Często nawet bywało, że ją prosiłem nawet żebrałem – mówił. – Tak daj, daj, no to ta żona masz, ale zmęczona jestem, tylko szybko, żeby… no i
właśnie wczoraj przeżyliśmy wspaniały akt seksualny. Żona mówi – Po tym akcie seksualnym całą noc nie mogłam spać. (To też coś nienormalnego, bo po
akcie seksualnym się dobrze śpi). I ona mów tak – Całą noc myślałam, co to się stało. I tak o trzeciej w nocy sobie przypomniała. Otóż dzień wcześniej
miałem konferencję, że w czasie współżycia seksualnego też przychodzi Pan Bóg, że jest to moment zjednoczenia, ale nie można go interpretować tylko na
poziomie fizjologicznym, rozładowania napięcia, że nie jest to tylko taki psychologiczny moment poczucia kochania, poczucia bliskości, miłości, ale w tym
czasie przychodzi Duch Święty ze swoimi darami, pokojem i radością, przebaczeniem, wyrozumiałością, cierpliwością, łagodnością. No i rzeczywiście pełne
oddania współżycie seksualne owocuje rzeczywiście takim głębokim pokojem, głęboką miłością, małżonkowie są dla siebie bardziej wyrozumiali, łagodni. Ale
właśnie trzeba dostrzec, że w tym momencie objawia się miłość Pana Boga, że to jest to doświadczenie, którego często się najbardziej boimy, a z drugiej
strony  najbardziej  go  potrzebujemy.  Protestujemy  czasami  przed  takimi  śmiałymi  tezami,  ale  one  są  najgłębsze  teologicznie,  bo  właśnie  sięgają  głębi
obecności Pana Boga w naszym życiu. Bo jak już wpuścimy Pana Boga w sferę seksualną w te obszary najbardziej intymne, to już trudno sobie wyobrazić
jakieś sfery, w którą moglibyśmy Go nie dopuścić. 

Więc jak ona sobie to przypomniała, że miłość Boża może się objawiać w miłości ludzkiej, to wykrzyknęła zupełnie spontanicznie – Boże jeżeli to już jest
Twoja miłość, to mi jej więcej nie dawaj, bo ja je więcej nie wytrzymam. 

Powiedziała  coś  bardzo  ważnego,  niesamowicie  głębokiego.  Ona  pierwszy  raz  w  życiu  skojarzyła  seks  z  Bogiem,  po  raz  pierwszy  w  życiu  te  dwa
doświadczenia seksualne i religijne zeszły się w niej i dla niej razem. Do tej pory współżycie to było łóżko, jakaś taka czynność bardziej naturalna. Jak
naturalna, to może bardziej biologiczna, raczej nie związana z Panem Bogiem czyli bezbożna. A jak bezbożna, to jakoś grzeszna jakoś zła. Więc my tak do
końca tego tak nie wyrażamy, ale gdzieś to zjawisko kulturowe wcale niechrześcijańskie tak naprawdę gdzieś głęboko w nas siedzi. 

I tak z jednej strony mamy zestaw: Bóg, kościół, modlitwy, pielgrzymki, pobożne słowa głęboko uduchowione a z drugiej nasza seksualność. Oto dwie
rzeczywistości, które się wydają ze sobą nie powiązane. A prawda jest taka, że seks i religia to są takie dwie bomby, z którymi ludzie mają problemy. Albo
się z Panem Bogiem kłócą i w Niego nie wierzą, albo męczą się ze swoją seksualnością – odwieczny problem ludzkości. A tymczasem, jak się uda te dwie
rzeczywistości połączyć, to się robią takie niesamowite rzeczy, można powiedzieć, że cuda się dzieją. Wtedy ludzie potrafią coś zmienić w swoim życiu
seksualnym i otworzyć się, przemienić, całkiem na nowo się pokochać. 

Czasami małżeństwa mówią, że rozpoczynają nowy etap życia z całkiem innym myśleniem i z innym podchodzeniem do siebie a wszystko przez inne
rozumienie miłości czyli także swego ciała i swej seksualności. Wtedy też zazwyczaj inaczej rozumieją Pana Boga, bo On robi się jakiś bliski, wyjątkowo
bliski, aż niesamowicie bliski. 

Niestety  naszym  udziałem  jest  także  powszechne  doświadczenie,  że  mało  kto  kojarzy  seksualność  z  jakąś  wielką  wartością.  Przy  czym  rozumie  się
najczęściej, że nauka Kościoła to mówienie o czymś tak pięknym, że przekraczającym nasze rozumienie. W tym względzie bardziej rozumiemy, że Kościół
mówi o grzechach i bardziej kategorycznie się domaga nie robienia pewnych grzechów. To jest raczej takie myślenie, które też nie pomaga odkryć Pana Boga.
Można czasami przeżywać silne poczucie winy, ale nie przeżywać tęsknoty za utraconą perłą drogocenną. Można być gorliwie praktykującym katolikiem,
ale nie mieć doświadczenia pięknej miłości, do której chce się powrócić, którą chce się na nowo przeżyć. 

W  Kościele  mamy  słówko  „oblubieniec”,  jest  ono  trochę  trudne  do  przetłumaczenia,  ale  to  jest  ta  miłość  Boża  po  prostu.  Bóg  oddaje  się  całkowicie
człowiekowi i On od nas oczekuje, żebyśmy się Mu całkowicie oddali. Żebyśmy nie kalkulowali czy mamy grzech ciężki czy lekki, pół ciężki czy pół lekki,
czy jak jeszcze to zrobię to będę miał ciężki czy nie, tylko jak widzimy coś złego i rozpoznajemy to zło to wracamy do Pana Boga i się oddajemy cali. Jak to

background image

wytłumaczyć: oddać się całym? Tak jak się oddajecie sobie. Macie to doświadczenie miłości swojej, że były taki chwile żeście się oddawali sobie cali, byli
wzruszeni głęboko sobą, spragnieni, stęsknieni siebie, rozkochani w sobie. I to jest to oddanie, to jest ta właśnie miłość daru, powierzenia się właśnie sobie. 

Wracamy więc do tego, co mówiłem na początku, że w tej ludzkiej miłości objawia się miłość Pana Boga. Tam jest właśnie zakodowana ta prawdziwa miłość
Boga, która się chce ludziom oddawać. Więc kochając się, oddając się wzajemnie, troszcząc się o siebie, doświadczając tej głębokiej jedności jako zjednoczenia
w  akcie  małżeńskim  możecie  doświadczyć  równocześnie  głębokiej  jedności  z  Panem  Bogiem. A  więc  doświadczając  jedności  ze  sobą  możecie  odważnie
mówić – Jesteśmy zjednoczeni z Bogiem. 

(tekst nieautoryzowany, spisany z nagrania)

o. Ksawery Knotz, od 1991 kapucyn, doktor teologii pastoralnej, duszpasterz małżeństw i rodzin, rekolekcjonista wykładowca teologii pastoralnej w WSD
kapucynów  w  Krakowie.  Studiował  na  Uniwersytecie  Papieskim  w  Krakowie,  we  Fryburgu  i  na  KUL-u.  Redaktor  naczelny  wortalu  internetowego
www.szansaspotkania.net. Autor książek, m.in.: „Seks jest boski, czyli Erotyka katolika”, „Seks jakiego nie znacie. Dla małżonków kochających Boga”,
„Puzzle małżeńskie”, „Akt małżeński. Szansa spotkania z Bogiem i współmałżonkiem”. 

background image

WARTOŚĆ MAŁŻEŃSTWA

Mieczysław Guzewicz

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Cudownie, że jesteście, kochani. Bogu niech będą dzięki, że gromadzi nas dzisiaj tutaj w tym bardzo gościnnym mieście i tej bardzo gościnnej diecezji. Taka
okoliczność.  Drodzy  państwo,  tak  na  wstępie,  z  wielkim  wzruszeniem  wewnętrznym  chciałem  pogratulować  organizatorom,  przede  wszystkim  ks.
Romkowi, całej grupie osób, która wokół Niego jest zgromadzona.

Bardzo  osobiście  powiem,  że  to  było  moje  marzenie  od  wielu  lat.  Ze  śp.  o.  Andrzejem  Rębaczem,  do  niedawna  dyrektorem  Krajowego  Ośrodka
Duszpasterstwa Rodzin rozmawialiśmy bardzo często właśnie na temat tej idei, aby zaistniał w Polsce kongres małżeństw. To jest właśnie ta idea i to jest to
wydarzenie, którego – chciałbym, żebyście państwo mieli pełną świadomość – śmiało można powiedzieć, przeżywamy historyczność, ponieważ to jest
pierwszy kongres małżeństw. Pierwszy. Czy państwo słyszeliście kiedykolwiek do tej pory w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat o takiej idei, słyszeliście?
Oczywiście,  że  nie,  bo  nie  było  takiej  idei.  Natomiast  w  wielu  diecezjach,  w  wielu  miejscach,  w  wielu  środowiskach  organizowaliśmy  kongresy  rodzin.
Prawda? Rzeczywiście, bardzo ważne i bardzo potrzebne, ale nie było kongresu małżeństw. Tak bardzo tego z o. Andrzejem pragnęliśmy, tak bardzo o tym
rozmawialiśmy, że właśnie taka idea jest potrzebna. Dzięki Bogu, dzięki trudowi i determinacji ks. Romka wydarzyło się, jest. Z ogromną nadzieją, że jest to
pierwszy krajowy kongres małżeństw, że on rozpocznie w tej chwili już taką formę cyklicznie. Nie wiem, czy tutaj są duszpasterze diecezjalni z innych
diecezji, są? Ręka do góry! Na razie nie ma. O, jejku, szkoda! Reflektor świeci mi w oczy, ilu was tam jest? Jeden? Bo chciałem was poprosić właśnie was,
diecezjalnych duszpasterzy, abyście po przyjeździe do swoich diecezji zaczęli rozważać tą ideę, żeby ona od dzisiaj, co roku w każdej diecezji odbywała się
cyklicznie.  Co  roku  w  innej  diecezji.  Mamy  49  diecezji,  czy  42  –  to  mamy  na  kilkadziesiąt  lat  do  przodu  program.  Tylko  teraz  jakim  kluczem,  może
alfabetycznie? Pierwsza bielska i zaczynamy od dzisiaj do końca świata i jeden dzień dłużej. Tak trzeba, drodzy państwo, tak trzeba.

To nie rodzina jest najważniejsza, dajmy sobie spokój z mówieniem na temat rodziny. Poważnie. Przestańmy już dzisiaj organizować kongresy rodzin, nie
rodzina jest najważniejsza. Rodzina przeżywa w tej chwili głęboki kryzys, od wielu lat obserwujemy różne aspekty i szczegóły tego kryzysu, ale to nie
dlatego,  że  rodzina  jest  w  kryzysie,  nie  dlatego,  że  są  ataki  na  rodzinę.  Rodzina  przeżywa  kryzys  ponieważ  małżeństwo  jest  w  kryzysie,  ponieważ
obserwujemy bardzo konkretnie zaplanowane i realizowane ataki na małżeństwo. To nie rodzina jest najważniejsza i to za chwilę będę chciał w tym moim
wystąpieniu wykazać, które tytułujemy „Wartość małżeństwa”, bo tak zaproponowałem, bo będę szedł w tym kierunku, ale przede wszystkim z akcentem
właśnie na to, żeby pokazać, że to ono jest fundamentem, i to, co powiedziałem przed chwilą: Przestańmy już mówić o rodzinie, a zajmijmy się przede
wszystkim  małżeństwami,  będzie  za  chwilę  w  pełni  uzasadnione  i  mam  nadzieję,  że  będziecie  państwo,  po  tym,  co  będę  chciał  powiedzieć,  do  tego
przekonani.

Drodzy  państwo,  w  tym  co  prezentuję  w  różnych  formach  wykładów,  rekolekcji,  konferencji,  nauczań  odwołuję  się  najpierw  do  mojego  osobistego
doświadczenia  trzydziestu  lat  życia  w  małżeństwie.  Od  trzydziestu  lat  żyjemy  z  moją  żoną  Jolą  w  sakramentalnym  związku  małżeńskim,  jesteśmy
rodzicami  trojga  dzieci.  To  jest  najważniejsza  płaszczyzna  mojego  życia  –  moje  małżeństwo,  dopiero  potem  ojcostwo  i  rodzicielstwo.  Bezwzględnie
największą wartością ze wzgl. na moją wiarę jest moje małżeństwo i chciałbym do końca życia wytrwać w świadomości tej hierarchii.

Panowie, czy mnie słyszycie? nic innego nie może być dla nas najważniejsze. Celowo mówię do mężczyzn. Ponieważ jesteśmy dzisiaj również w fazie – to
idzie  równolegle  –  głębokiego  kryzysu  męskości,  nie  ojcostwa,  bo  kryzys  ojcostwa  jest  następstwem  kryzysu  męskości.  Panowie,  to  od  nas  przede
wszystkim  zależy  czy  nasze  żony  i  nasze  dzieci  będą  miały  uśmiechy  na  swoich  twarzach,  od  nas.  To  nie  jest  zabawa,  jako  mężczyźni  jesteśmy
odpowiedzialni za kształt tego świata, ale przede wszystkim w takiej kolejności, rozumiejąc istotę naszej męskości, że uśmiech na twarzy naszych żon i
uśmiech na twarzy naszych dzieci, a więc radość tego świata zależy od nas i to my, panowie, żebyśmy się nie zagubili, to my tu musimy mieć ustawione, że
nie nasze ambicje, kariera i to wszystko w co się angażujemy jest najważniejsze, nawet nie zarabianie pieniążków, tylko małżeństwo jest najważniejsze,
małżeństwo. I wszystko co robimy podporządkowujemy małżeństwu, i na każdym etapie naszego życia pytajmy, czy to co teraz robię, w co się angażuję
służy dobru mojego małżeństwa, bo ono jest najważniejsze. Jakże często wielu z nas przekonuje się kiedy jest już za późno, a więc, chciałbym wytrwać w
tej  świadomości,  że  dla  mnie  najważniejsze  jest  małżeństwo,  potem  dopiero,  na  trzecim  miejscu  po  rodzicielstwie  jest  właśnie  ta  płaszczyzna
duszpasterstwa małżeństw i rodzin.

W tym co robię właśnie na tej płaszczyźnie czerpię przede wszystkim z Pisma Świętego, ponieważ jestem – owszem – teologiem biblistą i chcę się w Piśmie
Świętym zajmować małżeństwem i rodziną, a co za tym idzie czerpię z nauczania Kościoła. To są dla mnie dwa główne źródła i z tych źródeł będziemy
sobie za chwilę przedstawiać argumenty i troszeczkę szerzej jeszcze inne dziedziny, bo takich dziedzin jest wiele, które to nam wykazują, udowadniają i
pokazują, że małżeństwo jest najważniejsze.

Czerpiąc właśnie najpierw, dlatego, że tutaj pojawia się pewna chronologia, z nauczania Kościoła chciałbym przedstawić wypowiedź tego, który już nie jest
Janem Pawłem II, Wielkim Janem Pawłem II, tylko jest już błogosławionym Janem Pawłem II. Od 1 maja właśnie tak musimy o nim mówić i z tego wielkiego
przywileju korzystać.

Drodzy państwo, w historii Kościoła, dwóch tysięcy lat, nie było takiego papieża, który by tyle powiedział na temat małżeństwa i rodziny, tyle zrobił dla
małżeństwa i rodziny i tyle napisał na temat małżeństwa i rodziny. Myślę, że motywem przewodnim tego papieża było małżeństwo i rodzina. To jest
potwierdzone  również  liczbami  i  ogromną  ilością  faktów.  Jeszcze  raz,  nie  było  w  historii  Kościoła  takiego  papieża.  Dlatego  Jan  Paweł  II,  czerpiąc  z
nauczania Kościoła, musi być dla nas głównym autorytetem – dla mnie jest głównym autorytetem. Proszę spojrzeć, bo to było ponad pięćdziesiąt lat temu,
myślę, że nawet mając taką rezerwę czasową jaką mam, gdybym się w tej chwili zajął tylko tym jednym cytatem, to by mi zupełnie wystarczyło, żeby
wykazać właśnie to, o czym powiedziałem we wprowadzeniu. Pierwsze zdanie było takie: „Rodzina jest instytucją, u której podstaw stoi małżeństwo” –
wystarczy.

Drodzy państwo, fundamentem rodziny jest małżeństwo, to jest zapisane w pierwszym zdaniu. Fundamentem rodziny jest małżeństwo, a więc, i proszę mi
wierzyć, bo w pewnym momencie pewnie będę musiał dość szybko przemknąć, cała nauka Słowa Bożego, nauka Ojców Kościoła i teologów, którzy się tą
tematyką zajmują wyraźnie to potwierdza, że fundamentem rodziny jest małżeństwo. Takie są rodziny, tu w Świdnicy, tu w naszej ojczyźnie i w naszym
Kościele; takie są rodziny jakie są małżeństwa. Bo skoro fundamentem rodziny jest małżeństwo, no to odczujmy, myślę, że nie trzeba was przekonywać,
ten element warunkowania, to jakość fundamentu warunkuje jakość budowli. Taka jest budowla jaki jest fundament. Co z tego, że wybudujesz piękny dom z
piękną elewacją i mnóstwem gadżetów jeśli będzie stał na kiepskim fundamencie, a po roku, po dwóch, po trzech zacznie pękać i się rozpadnie. Końcówka

background image

Kazania na Górze, kiedy Jezus mówi o tym, żebyśmy na skale budowali, a nie na gruncie piaszczystym.

Przeżywamy dzisiaj, jeszcze raz to powtórzę, ogromy kryzys rodziny, ale właśnie dlatego, że w ogromnym kryzysie znalazło się małżeństwo w Polsce. I
teraz popatrzmy na te wszystkie aspekty, bo ja pracuję od trzydziestu jeden lat z młodzieżą i chcę to uczciwie i wyraźnie powiedzieć: taka jest młodzież
jakie  są  małżeństwa  ich  rodziców.  Jak  często  szokują  nas  zachowania  młodych  ludzi,  jak  często  jesteśmy  zaszokowani,  ale  przede  wszystkim  w  tym
wymiarze  negatywnym,  co  się  dzieje  z  tą  młodzieżą? A  ja  patrząc  na  te  lata  pracy  z  młodzieżą  mówię:  Młodzieży  trzeba  współczuć,  najpierw  trzeba
współczuć, bo taka jest młodzież jakie są małżeństwa ich rodziców. Jak może młody człowiek mieć radość życia, jak może mu się chcieć żyć jeśli ma bagno
w domu – przepraszam, to są słowa młodych ludzi. A czy jest dla młodego człowieka większe bagno jak rozpad małżeństwa jego rodziców? Nie trzeba tego
udowadniać, nie tylko badania naukowe to potwierdzają.

Przede wszystkim właśnie to jak oni się zachowują, drodzy państwo, ze smutkiem, ponad 40% dzieci za szkół podstawowych w Polsce nie widzi sensu
życia, ponad 30% dzieci w Polsce przyznaje się do myśli samobójczych – to jest kilka ostatnich lat, dlaczego? Bo się nam sytuacja gospodarcza komplikuje,
bo  sytuacja  polityczna  się  komplikuje,  bo  rodzina  jest  w  kryzysie?  Nie!  Młodym  ludziom  nie  chce  się  żyć  (ponad  40%),  ponieważ  rozpadają  się
małżeństwa ich rodziców, a rzetelne badania potwierdzają, że dla dorosłego człowieka, który decyduje się na rozwód, na 42 najbardziej stresujące sytuacje w
życiu rozwód jest na drugim miejscu. My, my dorośli trudniej przeżywamy jedynie śmierć najbliższej osoby natomiast dla dziecka rozwód rodziców jest na
pierwszym miejscu, dziecko łatwiej przeżyje śmierć rodziców niż ich rozwód i to nie w samym momencie, bo niektórzy próbują to łagodzić i mówią tak: "W
momencie  rozwodu  jest  to  trauma  na  takim  poziomie,  ale  potem  czas  upływa  i  te  napięcia  się  łagodzą"  -  nieprawda!  Długotrwałe  badania  naukowe
potwierdzają, że to dotknięcie właśnie w tym okresie, kiedy dziecko było w wieku kilkunastu lat, kilku lat rzutuje na całe jego życie i to w takim stopniu, że
rzeczywiście mamy do czynienia z osobami okaleczonymi osobowościowo, okaleczonymi... Tak to trzeba nazywać. Oczywiście na płaszczyźnie wiary
musimy sobie powiedzieć; >Pan Bóg sobie z tym poradzi<, ale w wymiarze ludzkim, naturalnym tak to niestety wygląda. A więc mamy dzisiaj do czynienia
z takim pokoleniem, z taką sytuacją, że młodym ludziom się nie chce żyć.

Dlaczego się nie chce żyć młodym ludziom, dlaczego to tak demonstrują poprzez często agresywne zachowania, to co w ich wnętrzu jest? Bo mają "bagno w
domu", bo rozpadają się małżeństwa ich rodziców. Jakże często po rozwodzie - zobaczcie - rodzic bardzo stara się zrekompensować taki stan dla swojego
dziecka i uczciwie, obiektywnie, rzeczywiście "oblewa" go ogromnym potencjałem pozytywnych uczuć >mamusia ciebie kocha, tatuś ciebie kocha< ale po
rozwodzie, a dziecko umiera, a dziecko umiera. I tak jak dziewczyna w Łodzi mi powiedziała: "Proszę Pana, jak mi ojciec powiedział, że mnie kocha, to ja
mu powiedziałam: >Tato, przestań, bo ja nie chcę, żebyś ty mnie kochał, ja chcę, żebyś ty mamę kochał<" ale niestety sprawa rozwodowa już była w toku.

Drodzy Państwo, każde dziecko, każde, nawet to malutkie, nawet, gdy tego tak nie nazwie, to tak to czuje, że nie jest najważniejsze dla nich to, by były
kochane przez rodziców, to nie jest dla nich najważniejsze. dla naszych dzieci nie jest najważniejsze to, abyśmy je kochali. Dla naszych dzieci najważniejsze
jest  to,  abyśmy  siebie  kochali  jako  ich  rodzice,  bo  to  jakość  miłości  małżeńskiej  warunkuje  młodego  człowieka  na  każdym  etapie  jego  życia  i  na  każdej
płaszczyźnie - jakość miłości małżeńskiej, to ona jest czynnikiem warunkującym życie nasze dzieci. Mówię to do nas, do rodziców, takie są nasze dzieci
jaka jest nasza miłość małżeńska.

To co ja jako ojciec trojga dzieci powtarzam za Josh'em McDowell'em,  bo wiele lat temu bardzo mnie to dotknęło i bardzo się tym przejąłem, to co ja jako
ojciec trojga dzieci najpiękniejszego mogę im dać, to kochać ich matkę. Stop i koniec. Kochać ich matkę, bo to jakość miłości małżeńskiej - jeszcze raz to
powtarzam - jest czynnikiem warunkującym życie naszych dzieci i on (JPII) nam to pokazał ponad pięćdziesiąt lat temu. Spójrzmy teraz na drugie zdanie:
"Nie  można  w  życiu  wielkiego  społeczeństwa  ustawić  prawidłowo  rodziny  nie  ustawiając  prawidłowo  małżeństwa"  i  tu  mamy  właśnie  ten  drobny
szczególik, który gdzieś nam umknął. 

Drodzy  Państwo,  my  od  pięćdziesięciu  lat  w  naszym  polskim  duszpasterstwie  ustawiamy  rodziny,  dopracowaliśmy  się  najlepszego  w  świecie  wśród
wszystkich  krajów  katolickich  systemu  duszpasterstwa  rodzin.  Tak,  tak,  i  to  napewno  jest  zasługa  jego,  Karola  Wojtyły,  abpa  Majdańskiego,  również
mojego diecezjalnego byłego sługi Bożego ks. bpa Pluty, również pani dr Wandy Półtawskiej, struktury duszpasterstwa rodzin, również z instytutami, z
diecezjalnymi  studiamimi  nsf  małżeństwem  i  nad  rodziną,  z  całym  systemem  diecezjalnych  duszpasterzy,  dekanalnych  duszpasterzy,  diecezjalnych
doradczyń, dekanalnych i parafialnych doradczyń i jest ona na najwyższym poziomie w świecie, ale w ostatnich lata małżeństwa nam się sypią na łeb, na
szyję, wskaźników nie będę pokazywał, ale chyba wiemy. W ostatnich dwóch 73 tysiące ale z tendencją bardzo mocno wzrostową, to jest już prawie co
trzecie  rozpadające  się  małżeństwo  -  przepraszam  -  w  katolickiej  Polsce.  Dlaczego?  Mamy  tak  wspaniale  działające  struktury  duszpasterstwa  rodzin,
ustawiamy rodziny i teraz uwaga! to, co teraz powiem absolutnie nie jest zarzutem pod adresem odpowiedzialnych za te struktury, bo też w pewnym sensie
się czuję być odpowiedzialnym będąc konsultorem  Rady ds Rodziny Konferencji Episkopatu Polski.

Drodzy Państwo, to był znak czasu i ogromna szansa dla naszej ojczyzny przez te wszystkie lata działalność duszpasterstwa rodzin wypełniała te zadania,
które ma wypełniać i wypełnia nadal, tylko, że w ostatnich klatach zaskoczyła nas siła czynników niszczących małżeństwa. Właśnie on, błogosławiony Jan
Paweł II w grudniu 2004 r., to było dokładnie 18 grudnia, trzy i pół miesiąca przed śmiercią wypowiedział takie słowa: "Niestety ataki na małżeństwo i
rodzinę stają się z każdym dniem coraz silniejsze i coraz bardziej radykalne zarówno na płaszczyźnie ideologicznej jak i w sferze prawodawstwa". Ten
lawinowy wzrost rozwodów - oczywiście się diagnozuje; emigracja zarobkowa, zdrady, niezgodność charakterów, problem alkoholu - nie! Ten lawinowy
wzrost  rozwodów  w  katolickiej  Polsce  wynika  z  bardzo  skrupulatnie  planowanych  i  realizowanych  ataków.  Przede  wszystkim  niszczona  jest  -  tu  w
głównym tytule kongresu jako trzecie słowo >jedność< - jedność małżeństw, jest to atak na jedność małżeństw i to nas zaskoczyło, nie by byliśmy do tego
przygotowani  i  dlatego  to  co  się  działo  rzeczywiście  wypełniało  wszystkie  funkcje  i  zadania  jeśli  chodzi  o  duszpasterstwo  rodzin,  ale  dziś  mamy  taką
sytuację, że musimy to wyraźnie wyłuszczyć, oddzielić małżeństwo i rodzinę i zająć się przede wszystkim małżeństwami. Tak jak powiedziałem, nawet w
wymiarze  takim  bardzo  radykalnym,  zostawić  na  chwilę  wszystko  co  jest  związane  z  rodziną,  a  zająć  się  przede  wszystkim  małżeństwami.  I  teraz
popatrzmy: to wyrażenie zaczyna się od słowa >nie można< czyli jest to po prostu niemożliwe. Dlaczego tak mocno to akcentuję? Dlatego, że kilka razy
nawet z takimi zarzutami się spotkałem: „Proszę Pana, jeśli my robimy kongres rodzin, jeśli my robimy tyle dla rodzin, jeśli my mamy tak dobrze działające
duszpasterstwo rodzin, to przecież my się zajmujemy małżeństwem, bo częścią rodziny jest małżeństwo… hmm?! Słyszycie? Czujecie ten błąd: częścią
rodziny jest małżeństwo? Nie! Czymś inny, jest małżeństwo, czymś innym jest rodzina. My ustawialiśmy rodzinę, a on wtedy powiedział >nie można<,
nie jest to możliwe, żeby ustawić rodzinę jeśli się nie ustawi małżeństwa, jeśli się nie zacznie zajmować przede wszystkim małżeństwem i to – uwaga! – nie
tylko w wymiarze duszpasterskim.

Zobaczcie,  jutro  będziemy  wybierać.  Ilu  polityków  prawie  ze  wszystkich,  bo  nie  ze  wszystkich  skrzydeł  krzyczy:  „Polityka  prorodzinna!  Polityka
prorodzinna! Polityka prorodzinna! Smutek ogarnia, gdy się takie wyrażenia słyszy, bo co wypracowała polityka prorodzinna w ciągu ostatnich 21, już
prawie 22 lat przemian ustrojowych? Co wypracowała polityka prorodzinna skoro nam się sypią małżeństwa na łeb, na szyję, przepraszam, ale takiego

background image

kolokwializmu dosadnego celowo używam? Więc chciałbym także wszystkim politykom powiedzieć, samorządowcom też, dajcie sobie spokój z rodzinami.
Może byście zobaczyli ile w sądach rejonowych, w sądach rodzin odbywa się rozwodów rocznie, miesięcznie, tygodniowo w waszych miejscowościach.
Może  byście  zobaczyli  ile  tego  jest,  ile  to  jest  zranionych  serc  dzieci  dotkniętych  rozwodem,  zranionych  na  najwyższym  poziomie  –  to  jest  kierunek
polityki prorodzinnej: zaczęcie, podjęcie działań w kierunku ratowania trwałości małżeństw, bo nie można ustawić prawidłowo rodziny, żadna polityka
prorodzinna nie przyniesie żadnych efektów jeśli nie zajmiemy się w tej chwili przede wszystkim obroną trwałości małżeństw. To nie jest wyrażenie >nie
uda wam się<, albo >słabe będą efekty< nie, nie! To jest wyrażenie >nie można<, jest to po prostu niemożliwe, żeby ustawić rodzinę jeśli się nie ustawi
małżeństwa.  Zacznijmy  przede  wszystkim  zajmować  się  małżeństwami  i  to  –  zobaczcie  –  nie  tylko  w  wymiarze  duszpasterskim,  ale  też  w  wymiarze
społecznym, w wymiarze politycznym, najszerzej jak to jest możliwe. Dlatego taka radość z powodu tego kongresu właśnie, bo to też jest okazja, żeby to
wybrzmiewało.  No  i  właśnie,  to  co  jest  dalej,  nie  znaczy  to  jednak,  że  małżeństwo  należy  traktować  wyłącznie  jako  środek  do  celu  jakim  jest  rodzina,
jakkolwiek bowiem małżeństwo naturalną drogą prowadzi do jej zaistnienia i powinno być na nią otwarte, to jednak przez to samo małżeństwo bynajmniej
nie zatraca się w rodzinie.

W końcu, kochani, ostatnie zdanie: „Zachowuje ono swą odrębność jako instytucja, której wewnętrzna struktura jest inna, różna od wewnętrznej struktury
rodziny”.  Co  to  jest?  To  jest  przewrót  kopernikański,  przede  wszystkim  w  naszej  mentalności  nas  tu  wszystkich  obecnych.  Kochani,  idźmy  teraz  i
zarażajmy tą treścią i tą ideą wszystkich; naszych duszpasterzy i nas samych. Czymś innym jest małżeństwo, czymś innym jest rodzina, nie łączmy tego,
nie mówmy, że jak mówimy o rodzinie, to mówimy o małżeństwie. Nie! Wewnętrzna struktura rodziny i wewnętrzna struktura rodziny to są zupełnie różne
struktury. Przecież my małżonkowie to wiemy, nas nie trzeba żadnymi argumentami przekonywać.

Od trzydziestu lat żyję w sakramentalnym związku małżeńskim z moją żoną Jolą. Moja żona Jola jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie i tylko z nią
jesteśmy małżeństwem. Bardzo kocham moje dzieci, ale nie ma sakramentu rodzicielstwa. Bardzo kocham moją mamę, nie ma sakramentu synostwa. Bardzo
kocham moje rodzeństwo, bardzo szanuję, kocham moich teściów, ale nie ma sakramentu rodziny, jest tylko sakrament małżeństwa i tylko z Jolą stanowię
sakrament małżeństwa. Czymś innym jest małżeństwo, czymś innym jest rodzina – to jest fundament.

Jakże  często  słyszymy  rożne  propozycje  do  nas  kierowane:  „Zajmijmy  się  rodzinami,  wspierajmy  rodziny,  bo  rodziny  przeżywają  kryzysy”,  a  my
małżonkowie siedzimy i tak sobie myślimy: „A może zajęlibyśmy się małżeństwami? Tyle mówimy o rodzinie, a może zajęlibyśmy się małżeństwami?”.
Prawda, że mamy takie odczucia? My to wyraźnie czujemy, że jak się mówi o rodzinie, to o nas się nie mówi. My chcemy usłyszeć, żeby ktoś o nas
powiedział, jak ważne jest małżeństwo. Zajmijmy się małżeństwami, bo czymś innym jest małżeństwo, czymś innym jest rodzina. I bardzo proszę, błagam
od dziś do końca świata, do końca życia, niech to tu zostanie i niech nikt tego nie dotknie, przede wszystkim w nas niech to zostanie i zarażajmy tym
wszystkim wszystkich. Muszę przyśpieszyć pewne treści, ale zobaczcie, właśnie on już jako papież, na samym początku – spójrzmy na datę homilii w
czasie wizytacji jednej z parafii, akurat to była parafia św. Floriana w Rzymie, bo wizytował parafie wtedy bardzo intensywnie jako biskup Rzymu również
– powiedział jako homilię do opowiadania o obecności Jezusa na weselu w Kanie Galilejskiej: „Jezus Chrystus na samym początku swej mesjańskiej misji
dotyka niejako życia ludzkiego w punkcie podstawowym, w punkcie wyjściowym. Małżeństwo, chociaż jest tak stare jak ludzkość oznacza zawsze, za
każdym razem jakiś nowy początek. Jest to przede wszystkim początek nowej ludzkiej wspólnoty, tej wspólnoty, której na imię rodzina. Małżeństwo jest
początkiem nowej wspólnoty miłości i życia, od której zależy przyszłość człowieka na ziemi”.

Drodzy  Państwo,  to  ostatnie  zdanie,  przyszłość  człowieka  na  ziemi  zależy  od  małżeństwa.  Przyszłość  człowieka  w  Polsce,  przyszłość  przemian  na
wszystkich płaszczyznach w Polsce, w diecezji świdnickiej, we wszystkich naszych parafiach zależy od małżeństwa, od małżeństwa, nie od rodziny, od
małżeństwa. I on tej wypowiedzi był wierny do końca, nawet w takim wymiarze – proszę spojrzeć – w wymiarze werbalnym, we wszystkich publikacjach,
we  wszystkich  nauczeniach  Jan  Paweł  II  nie  mówił:  rodzina,  rodzina,  rodzina,  rodzina,  tylko  mówił:  małżeństwo  i  rodzina,  małżeństwo  i  rodzina,
małżeństwo i rodzina, najpierw oddzielając te dwie rzeczywistości, ale potem hierarchizując i to zawsze w tej kolejności, bo małżeństwo jest ważniejsze od
rodziny, bo małżeństwo warunkuje jakość rodziny. 

Kochani, ale to nie jest abstrakcja, bo tutaj jest też sporo małżonków, słyszysz to? Przyszłość człowieka na ziemi zależy od twojego małżeństwa, nie od
jakiegoś małżeństwa. Nie czekaj aż coś zrobi duszpasterz, aż coś zrobią politycy, od twojego małżeństwa zależy przyszłość człowieka na ziemi, przyszłość
człowieka tutaj, w tym mieście. Jak? Najpierw tak, że zależy to od jakości naszych dzieci, bo to one za chwilę będą kreować rzeczywistość, nasze dzieci.
Przyszłość  naszych  dzieci  zależy  od  naszego  małżeństwa,  przyszłość  naszych  dzieci  zależy  od  jakości  naszej  miłości  małżeńskiej.  To  trzeba  od  razu
konkretyzować, to jest ta treść, a więc my nie musimy myśleć jak w takim razie trzeba zrobić tą rewolucję, żeby zająć się przede wszystkim małżeństwami.

My małżonkowie mając tą świadomość musimy przede wszystkim zacząć inwestować w rozwój miłości małżeńskiej, piękna małżeństwa i tym zarażać
nasze dzieci. Podstawą sukcesu wychowawczego nie są żadne mądrości, podstawą sukcesu wychowawczego wobec naszych dzieci, bo o tym mówię, jest
przede wszystkim jakość naszej miłości małżeńskiej. To jest fundament, to jest grunt, to jest klimat, w którym mamy realizować wszelkie zasady, którymi
ktoś nas zaraża, zasady wychowawcze. Zobaczmy, takich wypowiedzi jest bardzo dużo, bardzo dużo, między innymi jest taki bardzo ważny dokument
jeszcze za życia Jana Pawła II wydany Rodzina, małżeństwo i wolne związki, jakże aktualny choć jedenaście lat temu wydany. W tym dokumencie np. – no
właśnie – na 57 stron polskiego wydania, na 50 punktów 14 razy jest użyte wyrażenie >rodzina oparta na małżeństwie<, ale zobaczmy – tu przesuwam – to
wyrażenie >można rozpatrywać także inne dobra dla całego społeczeństwa wynikające z jedności małżeńskiej, która jest fundamentem małżeństwa i źródłem
rodziny.

Tu jest pewne doprecyzowanie odnośnie też tematu naszego kongresu – jedność małżeńska. Jedność małżeńska jest fundamentem małżeństwa i źródłem
rodziny czyli jeśli mówimy, że, tak jak Jan Paweł II  wtedy powiedział, że nie można w życiu wielkiego społeczeństwa ustawić prawidłowo rodziny nie
ustawiając prawidłowo małżeństwa, to dzisiaj ustawianie małżeństwa, czy robienie wszystkiego dla małżeństw jest przede wszystkim obroną jedności, bo
ten cały – przepraszam – perfidny atak dzisiaj skierowany jest na jedność. W 2002 r. na spotkaniu z Trybunałem Roty Rzymskiej Jan Paweł II użył tego
wyrażenia  >mentalność  prorozwodowa<,  powiedział:  „Nie  można  ulegać  mentalności  prorozwodowej.  Drodzy  Państwo,  co  to  jest  mentalność
prorozwodowa? Z przerażeniem musimy to zdiagnozować.

Po pierwsze to, że widzisz to, każdy z nas wokół siebie, a słyszysz, że ci się rozwiedli, oni się rozwiedli, on od niej odszedł, oni są po rozwodzie. Nie
seriale, nie czasopisma, nie gwiazdy, ale życie wokół nas. Zobaczcie na ostatnich parę lat, przerażenie ogarnia, dowiadujemy się o kolejnym rozwodzie, o
kolejnym i o kolejnym, wśród naszych znajomych. Po drugie,  jeśli chodzi o mentalność prorozwojową – przepraszam – nasze pobożne – bo mówię tutaj o
praktykujących katolikach –  społeczeństwo zobojętniało na rozwody. Czcigodne niewiasty z pierwszych ławek kościołów podpowiadają takie rozwiązanie
dla  swoich  dzieci:  „A  rozwiedź  się,  co  ty  się  będziesz  męczyć.  Zobacz  Janeczka  się  rozwiodła  i  jest  szczęśliwa, Antek  się  rozwiódł  i  jest  szczęśliwy.
Przestań, no przecież dzisiaj wszyscy tak robią”. Czy to prawda? Prawda, że dzisiaj tak jest kochani. Kto  dzisiaj  z  nas,  z  naszych  parafii  ma  odwagę

background image

powiedzieć, w środowisku, w którym jest rozmowa na temat kryzysu małżeństwa i ktoś wypowiada słowo „rozwód”: Co ty za bzdury gadasz? Nie ma
takiej opcji, małżeństwo jest nierozerwalne, jest święte i jest nierozerwalne. Mamy odwagę tak sprawę postawić? Wszędzie właśnie tam, gdzie jest rozmowa
na temat problemów w małżeństwie: „Eh, chyba muszę się rozwieść…, eh, chyba będę musiała złożyć wniosek o rozwód”. Tak trzeba mówić, kochani:
zobojętnieliśmy. To jest element w mentalności prorozwojowej, który jest chyba najbardziej przerażający. Zobojętnieliśmy na rozwody i doprowadzamy
przez naszą obojętność właśnie do tego, że na naszych oczach właśnie w takim wymiarze dokonuje się niszczenie największej wartości jaką ma ludzkość od
początku świata, a tą wartością jest jedność małżeńska. Tak, to jest największa wartość ludzkości od początku świata, to jest zapisane w pierwszym i
drugim rozdziale Księgi Rodzaju, powtórzone w nauczaniu Jezusa i w nauczaniu św. Pawła, dlatego nie dziwmy się. Trzeci rozdział Księgi Rodzaju to
przedstawia,  że  perfidny  atak  szatana  dzisiaj  skierowany  jest  przede  wszystkim  na  jedność  małżeńską,  bo  on  wie,  że  jak  zniszczy  małżeństwa,  to  ma
zniszczone rodziny, to ma zniszczony Kościół, zniszczony naród, zniszczone powołania, nie ma powołań jeśli będzie zniszczona jedność małżeńska. To
jest największa wartość, właśnie temu dziełu powinniśmy w tej chwili jak najwięcej energii i zaangażowania poświęcić.

Myślę, że to co robimy w ramach kongresu, to się wpisuje w obronę jedności małżeńskiej i przeciwstawianie się mentalności prorozwojowej, która ogarnia w
tej chwili naszą świadomość, przede wszystkim naszą świadomość, nasze społeczeństwa.

Mnóstwo  jeszcze  można  byłoby  przytaczać,  ja  w  tym  momencie  już  zakończę  to  uzasadnianie,  w  którym  główny  akcent  przede  wszystkim  na  to
położyłem – jeszcze raz to powiem -  dajmy sobie dzisiaj spokój z zajmowaniem się rodzinami, spróbujmy cały nasz wysiłek, wszędzie, gdzie jesteśmy
skoncentrować  na  małżeństwach,  na  ratowaniu  małżeństw.  Wówczas,  i  rodziny  się  nam  ustawią,  i  wszelkie  inne  wskaźniki  praktyki  duszpasterstwa  w
parafiach  nam  się  poustawiają,  i  młodzież  się  nam  ustawi  –  tak!  Tylko  tu  skierujmy  energię,  przedmiot  naszego  zainteresowania  –  na  walkę  o  jedność
małżeństw. W takich kategoriach to trzeba nazywać – na walkę o jedność małżeństw. Również w duszpasterstwie i tym też chcę się zajmować, czy zajmuję
–  duszpasterstwo  małżeństw  sakramentalnych,  bo  czegoś  takiego,  drodzy  Państwo,  nie  ma  –  przepraszam  –  jest  duszpasterstwo  związków
niesakramentalnych, trzeba się rozpaść, żeby być w duszpasterstwie. Nie ma duszpasterstwa małżeństw sakramentalnych i tak bardzo byśmy chcieli, żeby
coś takiego było i to wcale nie chodzi o struktury, ale chodzi o działania, o działania adresowane w parafii do małżonków, w parafii do małżonków. Jakie
działania?  Bardzo  proste.  Np.  w  każdą  niedzielę  jedno  wezwanie  modlitwy  wiernych.  Módlmy  się  o  świętość  i  jedność  małżeństw  naszej  parafii,  czy
podobnie  brzmiące.  W  każdą  niedzielę,  jedno  z  pięciu,  właśnie  takie  –  nie  ma  tego.  Bardzo  byśmy  chcieli,  prawda?  No  i  odnawianie  przyrzeczeń
małżeńskich,  regularnie  na  wszystkich  mszach  w  jedną  niedzielę  w  roku,  nie  na  jednej  mszy  np.  w  niedzielę  Świętej  Rodziny,  nie  na  jednej  mszy,  na
wszystkich mszach regularne odnawianie przyrzeczeń małżeńskich wszystkich małżonków, którzy przyjdą na te msze.

Drodzy  Państwo,  jak  nasi  czcigodni  prezenterzy  zapowiadali,  mam  ze  sobą  moje  publikacje;  w  tej  chwili  mam  siedem  publikacji  ze  sobą,  na  temat
małżeństwa są cztery i one właśnie wszystkie są temu poświęcone, ukazywaniu wielkości jedności małżeńskiej, obronie tej jedności. Dwie to są rozważania
w oparciu o fragmenty Pisma Świętego, to jest teologia małżeństwa, ale teologia dla nas, dla małżonków, to nie są wykłady, to są fundamenty, to jest taki
elementarz duchowości małżeńskiej dla nas małżonków. Książka, której treść jest najczęściej przez mnie wykorzystywana we wszelkich formach rekolekcji,
nauk w parafiach i sesji małżeńskich Recepta na szczęście w małżeństwie – miłość małżeńska może być piękna. I moja ostatnia książka, z której się bardzo
cieszę    Małżeństwo  na  krawędzi,  jak  ustrzec  się  zdrady  i  rozwodu,  to  przede  wszystkim  jest  profilaktyka  mocno  wychodząca  naprzeciw  właśnie  tym
dzisiejszym problemom, tą książkę napisało życie, jest w niej mnóstwo, mnóstwo świadectw, najpierw takich jak dochodziło do zdrady, dlaczego doszło do
zdrady, ale też takich – co po zdradzie? Moja ostatnia książka sprzed miesiąca Jak być dobrym ojcem? Biblijne podpowiedzi, bardzo się cieszę z tej książki.
Dla mnie, dla ojca też te treści w czasie ich redagowania były bardzo ważne i ciągle są. Takie fundamenty religijnego wychowania Religijne wychowanie
dzieci - Chrzest, Pierwsza Komunia – zupełne wprowadzenie dla nas, dla rodziców i książeczka – bo oprócz tematyki małżeństwa i rodziny zajmuję się też
tematyką cierpienia też w oparciu o Pismo Święte i takie rozważanie Jan Paweł II – tajemnica cierpienia, to nie są słowa papieża na temat cierpienia, tylko to
jak papież cierpiał, jak pokazał nam jako świadek cierpienia, jak przeżywać cierpienie. Wszystkie treści z tego co starałem się prezentować są na mojej
stronie internetowej, bardzo prosty jest adres mojej strony, on tu jest na końcu prezentacji: www.mojemalzenstwo.pl, tam też jest kontakt mailowy, jakby
ktoś z Państwa chciał o coś zapytać, jestem do dyspozycji, na wszystkie maile odpowiadam.

Jeszcze raz gratuluję organizatorom tego niesamowitego wydarzenia, historycznego pięknego wydarzenia, dziękuję za to, że mogłem dzisiaj przed Państwem
wystąpić. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.

Mieczysław Guzewicz, doktor teologii biblijnej, członek Diecezjalnej Rady Duszpasterskiej Diecezji Zielonogórsko - Gorzowskiej oraz Diecezjalnej Komisji
ds. Rodziny. Pracuje jako katecheta, prowadzi wykłady na Studium nad Małżeństwem i Rodziną w Zielonej Górze i Gorzowie Wielkopolskim. Jest autorem
licznych publikacji z zakresu wychowania dzieci oraz małżeństwa i rodziny oraz książki „Małżeństwo – tajemnica wielka”. Prowadzi liczne konferencje i
prelekcje dla narzeczonych, małżonków i rodziców.

background image

DIALOG - DROGA DO PRAWDY; PRAWDA - ODKRYCIE BOGA

o. Mirosław Pilśniak OP

Celem mojej prezentacji, jest próba ukazania duchowego wymiaru tego, co dzieje się pomiędzy osobami w chwilach dialogu. Spróbuję także zwrócić uwagę
na fakt, że komunikacja, czyli pojęcie z dziedziny psychologii, wnosi w spotkanie osób ważne płaszczyzny duchowe. Dialog rozumiem jako spotkanie
osób, które dokonuje się dzięki wzajemnemu zrozumieniu. Dzięki temu może dotknąć tego, kim jestem i jak potrafię - albo chociaż, jak bardzo pragnę -
spotkać się z drugim człowiekiem. Dialog może toczyć się także wtedy, kiedy nie potrafię przyjąć drugiego, ale chociaż tego świadomie pragnę. Dialog może
istnieć przy złej komunikacji wzajemnej, ale zarazem sama dobra komunikacja nie wystarcza, nie powoduje automatycznie rzeczywistego dialogu.

Od 1990 r. współpracuję z ruchem rekolekcyjnym Spotkania Małżeńskie, w którym małżeństwa i osoby duchowne, odkrywają wartość dialogu i uczą się go.
Często dialog prowadzi do religijnego nawrócenia, ułatwia małżeństwom zobaczenie wartości ich życia także w czasie kryzysu i trudności we wzajemnej
więzi.

POJĘCIA: DIALOG I PRAWDA

Zacznę od krótkiego wyjaśnienia dwóch podstawowych terminów w mojej prezentacji. Najważniejszy z terminów - prawda. Będę starał się posługiwać tym
terminem zgodnie z tradycją zaufania w tak zwany „zdrowy rozsądek”. To znaczy, zakładam istnienie realnego świata, rzeczywiste istnienie człowieka i
takież istnienie ludzkich problemów. Prawdę rozumiem - zgodnie z tradycyjnym ujęciem arystotelesowsko-tomistycznym - jako adequatio rei et intelectus -
zgodność  pojęć  z  rzeczywistością.  Poznawanie  prawdy  dokonuje  się  przez  postrzeganie  konkretnych,  jednostkowych  rzeczy  i  na  drodze  rozumowania
wyciąganiu  z  nich  wniosków  ogólnych.  Oczywiste  jest,  że  informacja  o  rzeczywistości  uzyskana  taką  drogą,  chociaż  prawdziwa,  jest  niepełna  i
zniekształcona, dlatego domaga się krytycznej refleksji. Jestem więc przekonany o niezależnym od człowieka istnieniu prawdy i o zdolności człowieka do jej
poznawania.

Drugie pojęcie – dialog. W doświadczeniu ruchu Spotkania Małżeńskie opisuje się przez cztery słowa: słuchanie, rozumienie, dzielenie się i przebaczenie.

Prowadzenie dialogu, to najpierw próba słuchania, zanim rozpocznę mówienie. Słuchanie, jest to wewnętrzne otwarcie. Postawa, dzięki której dążę do tego,
aby zrozumieć drugą osobę.

Rozumienie wynika z postawy słuchania. Często pytanie, „czy ciebie dobrze rozumiem?” sprawia, że rozmówca poczuł się wysłuchany.

Dialog, to także dzielenie się w miejsce prowadzenia dyskusji. Rzecz tak oczywista z trudem dociera do naszej świadomości. Najczęściej przywykliśmy już
do wypowiadania do siebie coraz to nowych argumentów, a zarazem jesteśmy na te argumenty zamknięci. Nie chcemy zmienić zdania ani uznać błędu.
Podzielenie się z drugim, czyli na przykład powiedzenie o swoich przeżyciach, otwiera możliwości porozumienia.

Postawa gotowości na przebaczenie: oznacza to, że nie wszystko pomiędzy nami będzie doskonałe. Czasami musimy znieść ciężar i cierpienie swoich i
czyichś błędów, grzechów, upadków, niemożności. Więcej jeszcze: w gotowości do przebaczenia zakładamy z góry możliwość przyjęcia na siebie cierpienia,
jeżeli tylko drugi będzie zdolny nas o to poprosić. Bez wzajemnego przebaczenia nie może funkcjonować wspólnota osób.

Prowadzenie dialogu jest takim sposobem spotykania się osób, który musi być bezustannie pogłębiany. Jeśli spotkam kogoś i przyjmę na drodze dialogu,
ponoszę za tą relację odpowiedzialność. Gdybym chciał wycofać się ze zbudowanej tak przyjaźni, zadałbym drugiemu i sobie głęboką ranę: utratę zaufania.

Z  drugiej  jednak  strony  dialog,  nawet  bardzo  trudny,  może  być  pogłębiany  bez  końca  i  może  ogarniać  coraz  to  nowe  dziedziny  życia.  W  samym  zaś
człowieku osadza się tak głęboko, że możemy mówić o postawie dialogu jako wewnętrznej postawie otwarcia człowieka wobec otaczającego go świata. A to
z kolei oznacza, że dialog jest sposobem okazywania miłości. Miłość zaś jest rzeczywistością duchową, przejawem „obecności Boga w człowieku”. Miłość
jest spotkaniem człowieka z rzeczywistością: z prawdą,  czyli Bogiem. 

ŻYCIE DUCHOWE

Aby „spotkanie z rzeczywistością” było możliwe, każdy człowiek - nie tylko osoba religijna - prowadzi życie duchowe. Życie duchowe określam jako
wysiłek pozostawania w kontakcie z rzeczywistością, z całą rzeczywistością, czyli z tym, co widać i czego nie widać. Elementem duchowego życia jest
oczywiście modlitwa, ale w nie mniejszym stopniu są to także osobiste decyzje, albo zmaganie się z własną niedoskonałością, czyli na przykład próby
pogodzenia się z faktem własnej zdolności do czynienia zła. 

Pozostawanie  w  kontakcie  z  rzeczywistością  znakomicie  realizuje  się  w  dialogu.  Prowadząc  dialog,  napotykam  bezustannie  trudności  dialogu:
nieporozumienie, chęć ucieczki, pokusę odmowy dialogu, pokusę zmieniania wszystkiego. Odkrywam więc własne ograniczenia oraz uciekanie od miłości.
Równocześnie  nabieram  przekonania,  że  miłości  jest  więcej.  Dialog  jest  zatem  formą  życia  duchowego.  Pomaga  w  docieraniu  do  rzeczywistości,  czyli
odkrywania prawdy. 

KOMUNIKACJA

Kiedy doświadczymy dialogu, niestety bardzo szybko dochodzimy do odkrycia, że dialog jest czymś niezmiernie skomplikowanym i bardzo trudnym do
wprowadzenia w praktykę życia. Doświadczenie tego, że się naprawdę porozumieliśmy, niesie jakąś nadzieję, ale nie rozwiązuje wszystkich problemów
relacji. Nie załatwia też trudności, jakie się teraz pojawiają. Świadomość tego, że jesteśmy ze sobą w głębokiej relacji, pozostaje raczej wspomnieniem i
pragnieniem. Pojawia się więc pytanie o metodę, która mogłaby pomóc w nauce dialogu, o sztukę rozmawiania - komunikacja.

Do opisania tego fenomenu posłużę się więc przykładem jednej ze szkół. Metoda przedstawiona przez Thomasa Gordona, w polskiej edycji nazywa się
„metodą  bez  porażek”.  Warto  wspomnieć,  że  istnieje  seria  podręczników  praktycznej  nauki  tej  metody  autorstwa  A.  Faber  i  E.  Mazlish  ciekawie
uzupełniona przez F. Schulza von Thuna o analizę procesu komunikacji.

Założenie jest takie, aby w procesie porozumiewania się, a w szczególności w rozwiązywaniu problemu, dążyć do tego, żeby w efekcie rozmowy osób
bliskich nie było tego, kto jednoznacznie zwyciężył i tego, kto po prostu przegrał. Gordon opisuje tak zwane tradycyjne sposoby rozstrzygania sytuacji
konfliktowej  pomiędzy  osobami.  Wymienia  tutaj:  nakazywanie,  komenderowanie,  perswadowanie,  moralizowanie,  ostrzeganie,  groźba,  doradzanie,

background image

sugerowanie,  pouczanie,  robienie  wykładu,  osądzanie,  krytykowanie,  zawstydzanie,  wyśmiewanie,  analizowanie,  interpretowanie,  uspokajanie,  udawanie
współczucia, wypytywanie i indagowanie, sarkazm. 

Ten sposób postępowania nie tylko nie rozwiązuje problemu, ale tworzy nowy problem na innym poziomie: przeżywania swojej wartości i doświadczania
miłości ze strony osoby bliskiej. Ten, kto „przegrał” czuje się nie tylko niewysłuchany i niezrozumiany, ale także odrzucony albo poniżony. Ma poczucie
braku swojej wartości, budzi się w nim wrogość albo chęć ucieczki w rozpacz.

METODA BEZ ZWYCIĘZCÓW I POKONANYCH

W zamian za rezygnację z tych „tradycyjnych” sposobów postępowania, Gordon proponuje działanie metodą bez zwycięzców i pokonanych. Wymienię dla
przykładu pojęcia, jakimi opisuje Gordon sposób postępowania w sytuacji, kiedy ktoś szuka naszej pomocy: bardzo uważnie słuchać swojego rozmówcy,
zaakceptować jego przeżycie i jego odczucia, nazwać uczucia, które towarzyszą rozmówcy, nazwać pragnienia naszego rozmówcy, pokazać drugiemu, jak
mógłby  skorzystać  z  czyichś  doświadczeń,  nie  spieszyć  się  z  dawaniem  odpowiedzi,  nie  odbierać  nadziei  stworzyć  sytuację,  w  której  drugi  człowiek
spojrzy na siebie inaczej

Jako sposób postępowania w sytuacji, kiedy z kolei czyjeś zachowanie stanowi dla nas problem Gordon proponuje: opisać sytuację, udzielić informacji
skupić  się  na  własnych  uczuciach  wskazać  w  czym  drugi  człowiek  mógłby  mi  pomóc  postawić  granice  dać  drugiej  osobie  odczuć  konsekwencje  jego
zachowania pokazać, jak ten drugi może naprawić zło pozwolić drugiemu człowiekowi samemu dokonać wyboru tego, co uzna za lepsze

Takie postawienie sprawy pokazuje, że: uczucia, jakie ktoś aktualnie przeżywa - nie tylko przyjemne, ale także nieprzyjemne - uczucia: złości, frustracji,
strachu, rozgoryczenia czy zawodu - są sposobem przeżywania aktualnej chwili. Odzwierciedlają zarazem w tym momencie prawdę o sytuacji. Po drugiej
stronie oczywiście dzieje się to samo: drugi człowiek ma też prawo do tego, abym chciał uznać, że sobie właściwy sposób przeżywa swoją sytuację. Metoda
bez  porażek  daje  w  tej  sytuacji  szansę,  że  mogę  pomóc  drugiemu  przeżyć  jego  problem  twórczo  wtedy,  kiedy  potrafię  dać  czytelny  znak,  że  w  jego
przeżyciach uczestniczę (na przykład przez zrozumienie go i zaakceptowanie jego przeżyć). 

Dodam jeszcze niektóre zagadnienia, jakie przedstawia Gordon, jako potrzebne do komunikowania się „bez porażek”: okazać szacunek dla zmagań drugiego,
podjąć ryzyko, jakie pojawia się, kiedy słuchamy drugiego, nie manipulować drugim przez wpływanie na jego emocje.

Taki sposób postępowania daje możliwości pomagania drugiej osobie w zmianie jej zachowania. Jednocześnie jednak zmusza mnie do tego, abym uznał
swoje ograniczenia w stosunku do drugiego człowieka i uznał, że nie mogę dowolnie formować drugiej osoby według mojego - nawet najlepszego - pomysłu.
Mogę jednak wspierać go w jego dążeniu do zmiany.

POSTAWA ETYCZNA W KOMUNIKACJI

W metodzie „bez porażek” ukryte są mocne założenia antropologiczne. Jest to na przykład stwierdzenie, że każdy człowiek woli być lepszy niż gorszy,
woli postępować raczej dobrze niż źle, potrafi dużo z siebie dać, aby być kimś wyjątkowym, wolnym, samodzielnym i odrębnym. Z tego też powodu
wchodzi w konflikty. Jeśli stosuję metodę „bez porażek” zmusza mnie to do uznawania odrębności drugiej osoby i jej wolności. Tylko drugi człowiek może
zmienić swoje zachowanie, ja jednak mogę mu w tym pomóc.

Taki  sposób  postępowania  oznacza  w  praktyce  postawę  szacunku  dla  drogi  życiowej  drugiego  człowieka,  szacunek  dla  jego  własnych  pomysłów  i
twórczości.  Jest  też  w  praktyce  uznaniem  prawa  drugiego  do  wolności  i  do  uczenia  się  na  swoich  błędach.  Chroni  prawo  drugiego  do  osobistego
poszukiwania  prawdy  i  oceny  swojego  postępowania,  czyli  wolności  sumienia.  „Metoda  bez  porażek”  obrazuje,  jak  można  w  praktyce  respektować
istnienie wymiaru duchowego w drugiej osobie, czyli respektować jego wolność i zdolność do prawego postępowania, pragnienie dobra i miłości.

Metoda „bez porażek” stymuluje też pewną postawę etyczną w spotkaniu z drugim człowiekiem, która polega na uznaniu swoich ograniczeń oraz uznaniu
odrębności i wyjątkowości drugiego. 

Stosowanie  tej  metody  w  praktyce  prowadzi  do  specyficznej  wewnętrznej  postawy  wobec  drugiej  osoby.  Wierności  wobec  niego  i  zaufania  w  jego
możliwości. Także wyraża nadzieję na to, że jest on zdolny do miłości, nawet jeśli w tej chwili na przykład jego postępowanie stanowi dla mnie problem.
Pozwala stale respektować fakt, że drugi może stać się kimś wyjątkowym. Jest więc praktyką miłości wobec drugiego.

Praktyka metody „bez porażek” ułatwia dialog, kształtuje postawę etyczną w spotkaniu z drugim i jest w końcu postawą miłości do niego. Wprowadza nas
w duchową płaszczyznę spotkania osób.

DIALOG TO MIŁOŚĆ 

Możliwy  jest  dialog  miłości  przy  słabej  komunikacji,  ale  dobra  komunikacja  ułatwia  prowadzenie  dialogu.  Komunikacja  jednakże  nie  jest  warunkiem
koniecznym miłości.

Miłość,  to  działanie  i  decyzja  na  zaangażowanie.  Miłość  jest  jednocześnie  dawaniem,  a  zarazem  zdolnością  do  przyjmowania,  jednakże  nie  w  sposób
egoistyczny.  Miłość  jest  bezwarunkowa  i  nie  zależy  od  tego,  czy  otrzymuje  odpowiedź  miłości,  chociaż  pragnie  odpowiedzi.  Miłość  trwa  zawsze.
Deklaracje, które składają sobie narzeczeni, marząc o zaślubinach, są deklaracją miłości wiecznej. Bo trwanie jest wewnętrznym postulatem miłości. 

Miłość  pozwala  doświadczyć  własnej  wartości.  Moja  miłość  pragnie  szczęścia  drugiej  osoby.  Miłość  uczy  przyjmowania  miłości  od  drugiego.  Miłość
przyjmuje osobę taką, jaką ona jest, ale też pragnie, by ten drugi był kimś wyjątkowym i jedynym. Miłość jest wyzwalaniem osoby kochanej, a nie jej
posiadaniem.

MIŁOŚĆ MAŁŻEŃSKA, JAKO POROZUMIEWANIE SIĘ

Doświadczenie dialogu w ruchu Spotkania Małżeńskie pozwala stwierdzić, że miłość jest to wzajemne porozumiewanie się i przez to - dążenie do jedności i
pozostawanie w jedności. Wspólnotą, która istnieje najbardziej intensywnie wtedy, kiedy doświadcza porozumienia, jest małżeństwo. 

Małżeństwo - zjednoczenie osób mężczyzny i kobiety - rozpatrywane teologicznie jest rzeczywistością duchową, która wyraża się przez dialog. Ten dialog

background image

rozpoczyna się rytuałem zawierania małżeństwa, sakramentalną przysięgą, która też jest dialogiem. Dialog ten zawiera dwa słowa kluczowe:„biorę ciebie”  i
„ślubuję ci”.

„Biorę ciebie”: jest to stwierdzenie bulwersujące. Drugą osobę można bowiem „brać” chyba tylko na dwa sposoby: albo w sposób przedmiotowy, jako moją
własność, albo lepiej - przyjmując drugiego jako dar. Wtedy też odpowiedzią na dar jest pragnienie stania się darem. W nauce chrześcijańskiej uważamy, że w
taki właśnie sposób „bierze” nas Bóg. Czyni nas swoimi, ofiarowując się nam. Podobnie tworzy się małżeństwo: przez ślubowanie, że „biorę ciebie”. Jest
przyjęciem daru i zarazem ofiarowaniem siebie. 

Dalej wypowiadane słowa „ślubuję ci”, oznaczają wszystkie konsekwencje tego, że ja staję się darem wtedy, kiedy przyjmuję dar drugiej osoby.

Koncepcja małżeństwa, jako toczącego się dialogu męża i żony, oznacza, że w danym momencie można być w postawie dialogu wobec współmałżonka,
który akurat nie odpowiada dialogiem na dialog, albo kiedy doświadczają wzajemnego niezrozumienia. Jednak nawet, jeśli w danym momencie małżonkowie
się nie rozumieją i brakuje odpowiedzi na postawę słuchania, rozumienia, dzielenia się i przebaczenia, pozostają oni małżeństwem, bo są zdolni do dialogu.
Osoby prowadzące dialog nie stają się identyczne. Jedność nie zaciera ich wyjątkowości.

Dialog  małżeński  można  więc  rozpatrywać  na  kilku  płaszczyznach:  jako  metodę  porozumiewania  się,  jako  życiową  postawę,  która  uznaje  drugiego  za
partnera w dialogu osoby tworzące duchową jedność dzięki dialogowi, to ich specyficzny sposób obecności w świecie.

Pozostawanie ze sobą w dialogu, czyli w postawie słuchania, rozumienia, dzielenia się i przebaczenia, jest więc także szkołą duchowej formacji: poznawania
prawdy i prawdziwego – adekwatnego działania, czyli bycie w kontakcie z rzeczywistością. 

TRUDNOŚCI - REALIZM PROCESU DUCHOWEGO

Prowadzony  przez  męża  i  żonę  dialog  pozostawia  ich  w  kontakcie  z  rzeczywistością.  Jednocześnie  odziera  z  fałszu  i  z  iluzji  we  wzajemnej  relacji.
Małżeństwa  -  nawet  te,  którym  udało  się  zbudować  głęboką  więź  i  są  rzeczywiście  szczęśliwi  -  będąc  ze  sobą  w  dialogu  doświadczają  trudności  ww
wzajemnej relacji. Dopóki nie prowadzili dialogu trwali w jakiejś iluzji. Wydawało się, że są dobrym małżeństwem. Kiedy jednak zbliżają się do siebie, bo
doświadczyli dialogu, odkrywają znacznie więcej trudności i braków. Doświadczają frustracji, niezadowolenia z siebie, ze swojej pracy, z tego, jacy teraz są.
Odkrywają fałsze, zagubienia, sprawy niedomówione.

Z  perspektywy  wiary  wiadomo,  że  zbliżanie  się  do  prawdy  wyzwala. Ale  dokonuje  się  drogą  wyzwolenia  przez  cierpienie.  Nawet  jeśli  ujawniają  się
kryzysy, mogą to być przejawy rozwoju i przechodzenia na nowe etapy więzi. 

Wejście na drogę dialogu w małżeństwie dla wielu osób jest procesem nawrócenia, zmiany widzenia spraw. Człowiek nawrócony lepiej widzi swoje grzechy i
braki, bardziej niż dotąd pragnie pełnej przemiany, a zarazem jest w stanie uznać w sobie także dobre strony. Równocześnie, od momentu nawrócenia czyny
człowieka  mają  jednak  już  poważniejsze  skutki  duchowe.  Czynione  dobro  będzie  miało  wartość,  ale  zarazem  czynione  zło  będzie  bardziej  niszczyło
wewnętrznie niż dotąd. W małżeństwie osób nawróconych jedność będzie wyraźniej widoczna, ale ewentualna zdrada miłości byłaby śmiertelnym ciosem
wymierzonym w drugiego i samego siebie. Nieprzebaczona, bez trudnego dialogu wyjaśniającego do dna motywy niewierności i próby przyjęcia drugiego
całkiem na nowo, byłaby duchową śmiercią. Jedyną drogą, jaką warto iść po nawróceniu, to iść dalej w miłości i nie wycofać się wobec nowych trudności.

WNIOSKI

1.  Komunikacja, która ułatwia dialog, może też być drogą do odkrywania prawdy. Kiedy na przykład, przeżywam nieprzyjemne uczucia, bo czuję się

niewysłuchany,  uczucia  te  objawiają  prawdę  o  brakach  w  naszym  spotkaniu. Albo  nie  została  uwzględniona  prawda  o  mojej  sytuacji,  albo  na
przykład we mnie brakuje zaufania do partnera dialogu.

2.  Możliwe jest teologiczne zdefiniowanie małżeństwa jako „mężczyzna i kobieta w dialogu”. Definicja ta będzie jednak prawdziwa tylko wtedy, kiedy

uwzględnimy  wszystkie  płaszczyzny  dialogu  osób,  który  realizuje  się  na  poziomie:  komunikacji,  spotkania  osób,  a  także  najgłębszej  prawdy  o
człowieku - zdolności do dialogu z Bogiem.

3.  Dialog pozwala odkryć teologiczną wartość osób i najgłębszą treść wspólnoty małżeńskiej, którą tworzą. Rzeczywistości teologiczne, jak miłość,

prawdziwość, dobro, wierność objawiają się w procesie dialogu. Dialog osób jest więc drogą do Boga, ponieważ przybliża do prawdy. 

o. Mirosław Pilśniak, od 1983 dominikanin. Studiował matematykę na UAM i teologię na UKSW. Od 1992 r. opiekuje się Warszawskim Ośrodkiem i jest
krajowym  duszpasterzem  ruchu  Spotkania  Małżeńskie.  Wykłada  teologię  małżeństwa  i  etykę  na  Dominikańskim  Studium  Filozoficzno-Teologicznym  w
Krakowie i w Kolegium św. Tomasza w Kijowie. Od 2005 Duszpasterz Rodzin oraz opiekun Klubiku Maluchów i Rodziców „Sto Pociech” przy klasztorze i
kościele oo. Dominikanów w Warszawie. Na kanale Religia.tv prowadzi audycję "Akademia Rodzinna"

background image

EROS I AGAPE – DWA KIERUNKI MIŁOŚCI

Monika Gajda

Tajemnica sakramentu małżeństwa, małżeństwa sakramentalnego, to jest piękna przygoda, ale nie taka prosta. Tak jak tutaj przed chwilą ojciec mówił o
dialogu, wymaga ona pewnego wysiłku, pewnego trudu. Budowanie jedności, do czego jesteśmy powołani, przede wszystkim wymaga miłości, ale miłości
takiej jaką nas kocha Bóg. Zobaczmy, że jeżeli mówimy o sakramencie małżeństwa, to odwołujemy się do Pisma Świętego. Fragment, z którego – można
powiedzieć – cała ideologia małżeństwa wypływa, to List św. Pawła do Efezjan rozdz. 5 wer. 21-33, ale tam tak naprawdę jest ukryta ta nasza tajemnica,
tam możemy szukać źródła, czym mamy być, jak ma wyglądać nasze małżeństwo sakramentalne, o co tak naprawdę chodzi. Ja wyrwę tylko zdania z tego
fragmentu: Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić, dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a
połączy się z żoną swoją i będą jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła.

Sakramentalne małżeństwo tym się różni od małżeństwa niesakramentalnego, że my jesteśmy widzialnym znakiem niewidzialnej łaski, że skoro małżeństwo
zostało wyniesione go godności sakramentu, to jest to wielka tajemnica, bo ono jest tajemnicą, która ma ukazywać miłość Chrystusa do Kościoła, miłość
Boga do człowieka. I nie jest to łatwe zadanie, Jeżeli nie ukazujemy tej tajemnicy, to nie żyjemy sakramentem małżeństwa, to nie żyjemy tym powołaniem
jakie nam zostało dane, to nie jesteśmy tym znakiem jakim mamy być. 

Zobaczmy, jak Bóg umiłował człowieka, jak Chrystus umiłował Kościół – Chrystus wydał za człowieka samego siebie, Bóg stworzył dla nas tak cudowny
świat. Jeżeli chcemy szukać źródła tej miłości, źródła i przykładu tej miłości jaką mamy być, to patrzymy na Trójcę, gdzie Ojciec jest cały dla Syna, Syn jest
cały dla Ojca, gdzie Duch Święty jest miłością Ojca i Syna. Tutaj naprawdę jest tajemnica wielka i my mamy ją pokazywać światu, taka ma być nasza relacja
jedności, tak ma być w naszym małżeństwie, tak my się mamy miłować. Zobaczmy, że kiedy patrzymy na tą miłość Boga do Kościoła, na miłość Chrystusa
do Kościoła, Boga do człowieka, to widzimy, że jest to miłość, i agape, i miłość eros. Już nawet w samej przysiędze małżeńskiej, kiedy mówimy: Ja,
Monika, biorę sobie ciebie za męża, to jest to miłość eros, >ja pragnę ciebie, ja chcę ciebie, jesteś dla mnie jedyny, wyjątkowy, umiłowany i nikt inny nie jest
dla mnie tak ważny, tylko ty< i tak Bóg kocha człowieka, miłością wyjątkową, miłością oblubieńczą. Każdy z nas jest tak kochany przez Boga miłością eros
i tak mamy się w małżeństwie miłować, a w przysiędze też mówimy: i ślubuję ci miłość, wierność, uczciwość małżeńską oraz, że cię nie opuszczę aż do
śmierci – to jest nasza wola, nasza decyzja, miłość agape >ja daję ci siebie, ja ślubuję ci, ja chcę być dla ciebie, ja chcę ci służyć< - nie bójmy się tego słowa -
>chcę ci służyć, chcę kochać ciebie tak jak Chrystus umiłował Kościół< i to jest miłość agape, gdzie Chrystus wydał siebie samego za nas na krzyżu, i to nie
jest prosta miłość, Chrystus nie umierał na krzyżu w porywie zachwytu, naprawdę cierpiał, naprawdę umarł i my naprawdę czasami w małżeństwie
umieramy.

Mój mąż mówi, że my małżonkowie jesteśmy dla siebie przeznaczeni, mówi też, że: „Moja żona jest dla mnie najlepszym rekolekcjonistą” – i nawzajem,
niestety, podaje też taki przykład, że my jesteśmy dla siebie takim dłutem, które szlifuje diament i to nie jest przyjemne, bo ja w kontakcie z moim mężem
doświadczam prawdy o sobie, że nie umiem kochać, że jestem słaba, że popełniam grzechy i powinniśmy dziękować Bogu, że obok mnie jest taki
rekolekcjonista, który pokazuje mi prawdę o mnie, bo jeżeli ja znam prawdę o mnie, to ja mogę się nawrócić, to ja mogę coś zmienić. 

Miłość agape jest też tym, że my w tym umieraniu sobie, w przebaczaniu, w podejmowaniu dialogu realizujemy miłość nieprzyjaciół w praktyce, bo
czasami mąż, żona, jest dla ciebie nieprzyjacielem i to tam ma się realizować się miłość nieprzyjaciół, to tam ma się realizować przebaczanie nie siedem, ale
siedemdziesiąt siedem razy czyli zawsze. Do takiej miłości jesteśmy wezwani. Miłość agape jest miłością Chrystusa z krzyża; czy tak się miłujecie, czy
walczycie o jedność, czy wybaczacie sobie, czy przyjmujecie to co wam mówi współmałżonek jako dobrą nowinę, jako prawdę o mnie, a nie jako atak, a nie
jako walkę? Przykład tej miłości jest w Chrystusie i tam jest jej źródło, sami z siebie nie jesteśmy zdolni do takiej miłości, jest nam ciężko. Muszę
powiedzieć, że małżeństwa ze świata, niesakramentalne, spotykamy takie małżeństwa, takie pary w gabinecie – przychodzą i jeżeli nie mają tego myślenia,
można powiedzieć miłości z krzyża, to się nie ma do czego odwołać, to się rozpadają, bo tam nie ma mowy o umieraniu sobie, o wierności, o trwaniu, w
małżeństwie czasami trwamy wolą i to jest miłość. Czasami tak jest, czasami są kryzysy i nie pozostaje nic innego jak właśnie miłość agape,  miłość z
krzyża. Jeżeli nie ma takiego myślenia, to się małżeństwa rozpadają. To jest dramat. 

Zróbcie sobie rachunek sumienia, czy kochacie się miłością agape, czy szukacie źródła tej miłości w Chrystusie, bo sami nie jesteśmy do tej miłości tak
naprawdę zdolni, nie potrafimy tak kochać. 

Świat będzie nam mówił: Rozwiedź się, co się będziesz męczyć, co za problem? – to jest głupotą w oczach świata, zgorszeniem, kiedy jest powiedziane:
„Umrzyj sobie i znajdziesz życie”, umrzyj dla współmałżonka, pierwszy wyciągnij rękę, pierwsza powiedz przepraszam. Kto pierwszy to zrobi, ten
zwyciężył. Do gabinetu przychodzą pary i często mówią: „Dopóki on się nie zmieni ja nic nie zrobię”, nie ma szansy na uratowanie takiego małżeństwa.
Możesz zmienić tylko siebie, masz wpływ tylko na to, co ty zrobisz, co ty zdecydujesz. Można powiedzieć, że czasami to rzeczywiste umieranie, ale w
śmierci jest życie, Chrystus nam to pokazał, że nie ma innego zmartwychwstania jak przez krzyż, przez śmierć i do takiej miłości jesteśmy zaproszeni, to
takim znakiem mamy być dla świata, my mamy pokazywać, że tak jest, że po największych kryzysach, jeżeli dobrze je przeżyjemy, jeżeli nie uciekniemy z
tego miejsca, to rodzi się życie, nasza jedność, głęboka wieź wzrasta, może wzrastać. My jesteśmy tego przykładem, a nie pary, które się rozwodzą, bo one
pokazują, że to nie jest możliwe. Dla nas w sakramencie małżeństwa z Chrystusem to się naprawdę dzieje. I to jest ten jeden kierunek miłości, to jest ta jedna
korona.

Kiedy małżeństwa prawosławne są zawierane, to trzyma się nad nimi korony, koronuje się małżonków i czasami jesteśmy dla siebie takimi koronami
cierniowymi, ale to nie jest cała prawda o sakramencie małżeństwa, cała prawda o małżeństwie, bo też my jesteśmy dla siebie koronami chwały. My dla
siebie jesteśmy nawzajem źródłem radości, szczęścia, spełnienia i też taką miłość mamy ukazywać. Ja nie chciałabym być przez mojego męża kochana tylko
miłością agape, że on tak się męczy ze mną, co rano wstaje i mówi: „O Boże, idę na śmierć z tą moją żoną, kolejny dzień, Chryste, daj mi tę łaskę bym mógł
go jakoś przeżyć z moją żoną” – nie chciałabym być tak kochana. Chciałabym, żeby mówił, że bycie z nią, to jest coś wspaniałego, że bycie z nim, to jest
coś wspaniałego, że lubię z tobą spędzać czas, jak nam jest ze sobą dobrze.

Czy twoja żona czuje się subiektywnie przez ciebie kochana, czy twój mąż może powiedzieć: „Jak moja żona mnie kocha!”, czy dajecie sobie miłość eros? –
nie chodzi tylko o miłość seksualną, współżycie, bo to trochę za mało, chodzi o coś więcej, o całą przestrzeń czułości, delikatności, spędzania razem czasu,
można powiedzieć marnowania razem czasu i pieniędzy, cudownych wspólnych chwil, kiedy jesteśmy razem i mówimy: „Ale nam jest razem dobrze, co się
nam wspaniałego przydarzyło w życiu”. Czy o taką miłość też walczycie? Ona jest spontaniczna na początku zakochania, eros jest rozbuchane do granic
możliwości w zakochaniu i dobrze, bo inaczej nikt by chyba nie wchodził w małżeństwo, natomiast, czy ma tak być, że z biegiem lat nasza miłość eros
będzie zanikać? Gdyby tak miało być, to też nie o to chodzi, bo spotykamy takie pary w gabinetach, gdy przychodzi dwójka naprawdę fajnych ludzi,

background image

wierzących, nawet modlących się, nawet razem się modlących, ale są dla siebie zupełnie obcy, między nimi jest mur. Owszem, są ze sobą, są sobie wierni,
trwają razem, ale kiedy przychodzi jedno z pracy, to są dla siebie obcymi ludźmi. Są dzieci, zawożenie, przywożenie, różne sprawy, obowiązki, ale między
nimi jest zima, jest chłód, już dawno nie ma czułości, nawet jeśli jeszcze jest współżycie, to tylko na zasadzie jakiegoś obowiązku, zabrakło miłości eros i te
małżeństwa też są na granicy rozpadu, może będą trwały, ale czy będą znakiem miłości Boga do człowieka, czy tak jesteśmy przez Boga kochani? 

Chciałam teraz zacytować Benedykta XVI z pierwszej encykliki Deus et Caritas – Bóg jest miłością. To jest niesamowite, że o tym nam mówi Kościół, że
właśnie do takiej miłości eros i agape zaprasza nas Kościół. Troszkę będę cytowała, ale myślę, że jest to tak pięknie powiedziane, że nie trzeba szukać
lepszych słów: „W dyskusji filozoficznej i teologicznej te rozróżnienia (na eros i agape) często były zradykalizowane aż do autentycznego
przeciwstawienia. Typowo chrześcijańską byłaby miłość zstępująca, ofiarna, właśnie agape, kultura zaś niechrześcijańska, przede wszystkim grecka
charakteryzowałaby się miłością wstępującą, pożądliwą i posesywną czyli erosem. Chcąc doprowadzić do ostateczności to przeciwstawienie, to istota
chrześcijaństwa byłaby oderwana od podstawowych relacji ludzkiego istnienia i stanowiłaby dla siebie odrębny świat, który mógłby być uważany jako
godny podziwu, ale całkowicie odcięty od całości ludzkiej egzystencji’. 

Tutaj papież wyraźnie mówi, że nie chodzie o to, że miłość chrześcijańska, to jest miłość tylko agape, taka właśnie ofiarna, ona byłaby oderwana od tego
jakimi nas stworzył Bóg. Skoro bóg dał nam pragnienie bycia kochanym, poczucia, że jestem kochana, to znaczy, że to jest zamysł Boży, skoro dał nam
zmysły, skoro dał nam odczuwać przyjemność, rozkosz, to jest to zamysł Boży, to jest dobre i piękne, do tego jesteśmy powołani, w końcu to Bóg
stworzył ludzi, dlaczego nasza miłość miałaby być jakaś nie-ludzka, tylko jakaś odrealniona, nie o taką miłość chodzi. I dalej: „W rzeczywistości eros i agape,
miłość wstępująca i miłość zstępująca nie dają się nigdy oddzielić całkowicie jedna od drugiej. Im bardziej obydwie, niewątpliwie w różnych wymiarach
znajdują niewątpliwą jedność w jednej rzeczywistości miłości, tym bardziej dopełnia się prawdziwa natura miłości w ogóle”. Taką miłością jesteśmy kochani,
to jest natura miłości w ogóle, eros i agape razem.

Eros nie jest czymś grzesznym, czymś źle pomyślanym, jakąś sferą nieczystą, wręcz przeciwnie, w erosie spełnia się też natura miłości. Można by w
rachunku sumienia zapytać siebie :czy razem spędzaliśmy czas?, czy mieliśmy wspólne miłe chwile?, czy mówiliśmy sobie, że się kochamy? Naprawdę jest
to dostępne dla każdego. Wystarczy np. zrobić w parę minut jakąś kanapkę z pomidorkiem, z oliwką na wierzchu, zapalić świeczkę, wyciągnąć serwetkę,
puścić ulubioną muzykę – i razem sobie usiąść. Dbajcie o to. Można by  powiedzieć, że jest nasz obowiązek, piękny obowiązek.

Myślę, że jest to coś cudownego, że obowiązkiem męża jest sprawiać przyjemność swojej żonie przez niespodzianki, że obowiązkiem żony jest mówić
mężowi, że go kocha, że się cieszy, że jest spełniona w miłości z nim, żeby mu robić niespodzianki i nie czekajmy na wielkie chwile. Myślę, że należy dbać
o świętowanie w domu, o to, by Boże Narodzenie, imieniny, urodziny, były takim czasem świętowania, ale to za mało. Jeżeli byśmy tylko podlewali kwiat
raz na kilka miesięcy, to ten kwiat uschnie. Przychodzą małżeństwa i są zdziwione, że ich małżeństwo obumiera . Warto wtedy zapytać: Jak praktykujecie
miłość eros, kiedy ostatnio byliście razem na wyjeździe, kiedy byliście ostatni raz w kinie sami?” – „No, byliśmy za czternaście lat temu, przed narodzeniem
się pierwszego dziecka”. „Kiedy gdzieś ostatnio państwo wyjechali?” – „No, w zasadzie sami, to w ogóle nie wyjeżdżamy od dwudziestu kilku lat” i są
zdziwieni – „Dlaczego nasza miłość nie kwitnie, dlaczego nasz kwiatek usechł?”. Nie trzeba być biologiem, ani studiować jakichś szczególnych nauk
przyrodniczych, by wiedzieć, że jeżeli kwiat jest nie podlewany, to usycha. To jest banał, ale nasze życie składa się z bardzo prostych chwil, banalnych.
Nie czekajmy na nie wiadomo jakie okazje. 

Powiem szczerze, że jesteśmy z mężem mistrzami w świętowaniu i w związku z tym, że często gdzieś wyjeżdżamy, to wiele weekend’ów nam gdzieś
przepada, np. wiem, że moja rodzina dzisiaj będzie sobie siedzieć i jeść jakiś dobry obiad i torcik czekoladowy bez okazji, bo lubimy świętować, ale nie
ukrywam, że naprawdę w tygodniu zdarza się, że mąż wraca koło 21.00 z gabinetu i dbamy o to, żeby choć na chwilkę sobie usiąść, żeby zapalić świeczki,
żeby jakąś zwykłą sałatkę podać w ładniejszej misce, na ładniejszej serwetce, żeby puścić muzykę, żeby powiedzieć dzieciom: „Słuchajcie, mamy dzisiaj
kolację we dwoje”. Mamy czworo dzieci, lubimy z nimi świętować, ale też one wiedzą, że mama z tatą mają czas dla siebie. Synek biegnie i woła do męża:
„Tato, mama zapaliła dla ciebie dwadzieścia dwie świeczki!”. 

Mamy bardzo stary dom, ponad stuletni, na wsi w Puszczy Goleniowskiej – zapraszam – i rzeczywiści przy świecach wygląda czarownie, im więcej
świeczek, tym jest milej. To jest zwykła środa, to jest zwykły poniedziałek, zwykły czwartek wieczór – nie ma co czekać na okazję, życie ucieka, szkoda
każdej chwili na marnowanie, mamy jedno życie. Każda chwila, w której zaniedbujemy miłość jest chwilą straconą.

Jaką niespodziankę planujesz dla swojej żony, jak chcesz być miła wobec twojego męża? Czy on lubi wracać po pracy do domu? Czy pierwsze co słyszy,
to nie jest narzekanie i zrzędzenie, to jest takie anty-uwodzenie, potem dziwisz się, że on jest dla ciebie niemiły. Jedna z kobiet kiedyś powiedziała: „No
rzeczywiście, jak jestem miła dla mojego męża, to i on jest dla mnie miły, nawet kwiaty mi kupił ostatnio”. Proste rzeczy, nie ma co czekać, to się dzieje tu i
teraz. Dbajcie o ten wymiar eros w waszym małżeństwie, w waszej rodzinie. Naprawdę byliśmy bardzo biednymi ludźmi, opieka społeczna nam pomagała,
dwoje dzieci, mieszkanie za opiekę nad sparaliżowaną panią, dzienne studia, między nami coś się sypało. Wiedzieliśmy, że jak nie zadbamy o te chwile dla
nas, to nasza relacja umrze.

Ktoś tutaj wczoraj pytał: „No tak, mamy dwoje małych dzieci, to jak mamy znaleźć ten czas dla siebie?” – to jest możliwe. Nie zapomnę, jak wtedy
poprosiliśmy znajomych, bo dziadkowie nie mogli dziećmi się zająć, żeby na półtorej godziny zajęli się naszymi dziećmi, jak poszliśmy do bardzo drogiej
restauracji, gdzie mogliśmy sobie kupić jedno danie i wodę, ale ja tej kolacji nie zapomnę do końca życia, tej chwili eros. Czy o to dbacie, czy nie zapominacie
o tym wymiarze? Taką miłością kocha nas Bóg, takim znakiem miłości mamy być. Piękne powołanie – słuchajcie – to jest coś cudownego, jesteśmy
zaproszeni, żeby razem miło i przyjemnie spędzać czas, do przyjemności, do rozkoszy, do czułości, do odkrywania piękna świata. Mamy piękne
powołanie.

Zobaczmy, co dalej pisze Benedykt XVI. „Z drugiej strony człowiek nie może żyć wyłącznie w miłości oblatywanej, zstępującej, czyli nie może żyć
wyłącznie w miłości agape, nie może zawsze tylko dawać, musi także otrzymywać. Kto chce dawać miłość, sam musi ją otrzymywać w darze” – musi być
równowaga między dawaniem i braniem, my mamy prawo chcieć być kochanym, my mamy prawo chcieć, żeby mój mąż spędzał ze mną czas, by moja żona
była dla mnie miła. Musimy kochać miłością agape, ofiarną, bez niej nie ma szans na przetrwanie małżeństwa, ale bez miłości eros nie jesteśmy w pełni w
relacji, my musimy być kochani, żeby dawać miłość. Ta równowaga między dawaniem i braniem jest niezbędna i to nie jest coś niechrześcijańskiego. Ja mam
prawo chcieć być kochaną. Ja mam prawo, żeby mój mąż spędzał ze mną czas.

Cóż dalej pisze? „Znaleźliśmy w ten sposób pierwszą odpowiedź, jeszcze dość ogólnikową, na dwa wyżej postawione pytania. Miłość jest w gruncie
rzeczy jedną rzeczywistością, ale mającą różne wymiary, to jeden, to drugi może bardziej dochodzić do głosu, gdy jednak owe dwa wymiary oddalają się
zupełnie od siebie powstaje karykatura, czy w każdym razie ograniczona forma miłości”. Bardzo ważne zdanie. Jeżeli siebie nie kochamy miłością agape i

background image

eros, to jest to niepełna miłość, jest to karykatura miłości. W małżeństwach, często tych ze „świata”, eros dochodzi bardzie do głosu, to jest to karykatura
miłości, natomiast małżeństwa chrześcijańskie mają tendencję w drugą stronę, do zaniedbywania erosa i wtedy powstaje ograniczona forma miłości. Miłość
to jest eros i agape razem, to jest dopiero pełna jedność, pełny wymiar miłości jaką jesteśmy kochani, jaką mamy być kochani, jaką mamy się miłować.
„Powiedzieliśmy już w sposób syntetyczny, że wiara biblijna nie buduje jakiegoś świata równoległego czy jakiegoś świata sprzecznego z istniejącym
pierwotnie ludzkim zjawiskiem miłości lecz akceptuje całego człowieka interweniując w jego dążenie do miłości, aby je oczyścić ukazując mu zawsze jej
nowe wymiary. Natomiast Bóg Jedyny, w którego wierzy Izrael miłuje osobiście” – to jest to, co wcześniej powiedziałam, że jesteśmy kochani miłością
oblubieńczą, wyjątkową, tak jak w małżeństwie. „Jego miłość ponadto jest miłością wybrania. Pośród wszystkich ludów dokonuje wybrania Izraela i miłuje
go” – to jest tak jak w małżeństwie, my mamy być znakiem tej miłości, dlatego miłość małżeńska jest nierozerwalna, dlatego nie ma rozwodów, dlatego
niedopuszczalne są zdrady, dlatego nie ma poligamii, bo my mamy objawiać miłość Boga do człowieka, a tak Bóg miłuje człowieka, taką miłością, jaką my
okazujemy w sakramencie małżeństwa. 

I co pisze dalej? „Bóg miłuje i ta Jego miłość może być określona bez wątpienia jako eros, która jednak jest równocześnie agape”. Bóg bez wątpienia miłuje
człowieka miłością eros i można powiedzieć, że to, co sprawia, że ludzie się nawracają, to odczucie miłości Boga, ale tej miłości takiej czułej, tej miłości
wybrańczej. Rzeczywiście, ważne jest dla nas to, że Chrystus za nas oddał życie, ale jak cudownie jest czuć się kochanym przez Boga tą miłością
wyjątkową. Ja czuję, że Bóg mnie kocha i tak powinniśmy się czuć w miłości małżeńskiej. Bez wątpienia powinniśmy się kochać miłością eros, bez
wątpienia i to jest nasze zadanie miłować się miłością eros i miłością agape. „Przede wszystkim prorocy Ozeasz i Ezechiel opisują tą namiętność Boga –
bardzo ważne słowa – w stosunku do swego ludu posługując się śmiałymi obrazami erotycznymi. Stosunek Boga do Izraela jest przedstawiony poprzez
metafory narzeczeństwa i małżeństwa”. Do takiej miłości jesteśmy powołani, tak naprawdę jest to coś wspaniałego i bardzo przyjemne powołanie. Jeżeli
mamy razem przyjemnie spędzać czas, wspólne chwile, wspólne pasje, wspólne zainteresowania, przyjemności, oczywiście też miłość ofiarna,
przebaczanie, rozmowy. 

Ktoś powiedział w rozmowie w hallu, że to ładne wykłady, ale to takie raczej dla moich dzieci, my jesteśmy starszym małżeństwem, a ja sobie pomyślałam:
zaraz, zaraz, to nieprawda, miłość z wiekiem powinna wzrastać, nawet jeżeli nasza seksualność przechodzi na inne tory, to nie znaczy, że z wiekiem w
naszym małżeństwie ma zabraknąć miłości eros, wręcz przeciwnie, może będziemy mieli więcej czasu na jakieś świętowanie, na wspólne spędzanie czasu.
Co was bardziej wzrusza, czy widok młodych ludzi zakochanych, trzymających się za ręce, zapatrzonych w siebie, czy widok starszego małżeństwa, ludzi
około siedemdziesiątki, osiemdziesiątki, gdzie ona poprawia mu z czułością koszulę – (Rozczulenie mówczyni i brawa z sali) Eh, jestem kobietą w 100%,
przepraszam. –gdzie on dotyka czule jej ręki, co was bardziej wzrusza? Z biegiem lat, powiem wam szczerze, że moi rodzice się bardzo kochali, ale nie
pokazywali tego. Jak już byłam kilka lat po moim ślubie pamiętam taki moment, gdy przyszłam do domu moich rodziców i zobaczyłam pierwszy raz w
życiu jak tato czule objął mamę, musiałam wtedy zwiać do innego pokoju. Nie zapominajmy o tym do końca naszego życia o tej czułej miłości eros. Szkoda
życia, mamy tylko jedno i cudownie jest patrzeć na starszych ludzi, którzy się miłują. To jest cudowny przykład dla dzieci, dla wnuków, to jest coś
naprawdę pięknego. Mamy cudowne powołanie i życzę, żebyśmy wszyscy je realizowali z łaską Bożą. Szczęść Boże.

Monika Gajda, od 1991 r. jest żoną Marcina. Mieszka z czwórką dzieci (Pawłem, Miriam, Jakubem i Tymoteuszem) w Bolechowie – małej wsi pod
Goleniowem koło Szczecina. Marcin – jest lekarzem, mgr nauk o rodzinie, terapeutą. Monika jest pedagogiem ogólnym i specjalnym oraz psychoterapeutką.
Oboje prowadzą działalność rekolekcyjną, konferencyjną i terapeutyczną. Od wielu lat pracują „z człowiekiem i dla człowieka” (pro homini). Szeroko
pojmowana służba ludziom na styku psychologii i duchowości to ich pasja, powołanie zawodowe i wielka przygoda życiowa.

background image

MAŁŻEŃSTWO: OSOBOWOŚĆ – DIALOG – SAKRAMENT 

Irena i Jerzy Grzybowscy 

Jerzy: Kiedy na początku naszego małżeństwa – to były lata siedemdziesiąte - rozwijały się w nas uczucia zakochania, fascynacji, ciekawości tego drugiego,
kiedy w sposób bardzo żywy przeżywaliśmy naszą bliskość, już wtedy doświadczaliśmy  różnych trudności we wzajemnym porozumieniu. Różne były
nasze  oczekiwania  od  małżeństwa,  rodziły  się  w  związku  z  tym  napięcia.  Szukaliśmy  dróg  wyjścia,  a  zarazem  jakiegoś  mocnego  punktu  oparcia.
 Doceniliśmy wtedy wartość rozpoznawania cech naszej osobowości, wartość poznawania tego, co Pan Bóg w nas stworzył, czym nas obdarował i czego
On od nas oczekuje. Szukaliśmy dobra, które jest w nas. Zaczęliśmy dzielić się tym z innymi małżeństwami i oto okazało się, że to  przynosi owoce.   Tak
się zaczęły Spotkania Małżeńskie.

Po paru latach na świat przyszły bardzo znamienne słowa: „pierwszym i bezpośrednim skutkiem małżeństwa jest chrześcijańska więź małżeńska, komunia
dwojga, w którą wchodzą wszystkie elementy osoby, impulsy ciała i instynktu, siła uczuć i przywiązania, dążenia ducha i woli. Miłość zmierza do jedności
głęboko osobowej, która łączy nie tylko w jedno ciało, ale prowadzi do tego, by było jedno serce i jedna dusza. Wymaga ona nierozerwalności i wierności w
całkowitym wzajemnym obdarowaniu i otwieraniu się ku płodności”.  To były słowa Jana Pawła II w Familiaris Consortio. One nas bardzo umocniły i
pokazały, że idziemy w dobrym kierunku. Umocniły nas w przekonaniu, że „elementy osoby, impulsy ciała i instynktu, siłę uczuć i przywiązania, dążenia
ducha i woli” – trzeba poznawać, a następnie umieć je przyjąć – tak w sobie jak i w drugim człowieku. A do tego, żeby zobaczyć, jak to się idzie do tego, by
było jedno serce i jedna dusza, w sytuacji gdy są, ewidentnie, dwa serca i dwie dusze, potrzebny jest  dialog.

ŁASKA BUDUJE NA NATURZE

Pan Bóg dał nam do tego pomoc, a mianowicie Bożą psychologię komunikacji. Podkreślam Bożą, a nie psychologię komunikacji w ogóle. Boża psychologia
komunikacji ma jasno określony cel: pomoc w wypełnianiu największego przykazania, jakim jest przykazanie miłości Boga i bliźniego. 

Ale ponieważ w dialogu – samym na poziomie naturalnych cech osobowości, na bazie samej tylko psychologii komunikacji, my byśmy – wskutek naszej
słabości – wszystko pięknie zrelatywizowali, mamy do pomocy sakrament – dar łaski – który nas umacnia w dialogu. Umacnia w tym, że zawsze można
bardziej słuchać, bardziej rozumieć, bardziej dzielić się sobą i przebaczać nawet wtedy, gdy wydaje się to bardzo trudne. Dlatego sakrament małżeństwa
niejako  realizuje  się  w  dialogu  męża  i  żony,  dialogu,  który  prowadzi  do  ich  SPOTKANIA  rozumianego  jako  komunia  osób  (communio  personarum).
Działanie sakramentu przejawia się zaistnieniem takiego dialogu. 

Wszelka łaska, a więc także łaska sakramentu małżeństwa, buduje na naturze. Tak to określił św. Tomasz z Akwinu. A więc na naturalnych cechach naszej
płciowości i osobowości. Mężczyznę i niewiastę Bóg obdarował niepowtarzalnymi cechami,  „Mężczyzną i niewiastą stworzył ich”.

Dziś  nauka  opisuje  nasze  niepowtarzalne  cechy  je  jako  geny.  Nie  ma  dwóch  jednakowych  osób.  I  w  tym  „genetycznym”  źródle  odkrywamy
niepowtarzalność Boskiego stworzenia. Rozpoznajemy naturę stworzenia, które jest bardzo dobre. Są w nim dwa odrębne zbiory, z których jedno nazywa
się  męskością  a  drugie  kobiecością.  To  są  podstawowe  elementy  osoby  ludzkiej,  o  których  czytamy  w  Familiaris  Consortio.  „Mężczyzną  i  niewiastą
stworzył ich”. [ Dużo jest dzisiaj najrozmaitszych prób opisania różnic pomiędzy mężczyzna a kobietą. Wszystkie one są obarczone niedoskonałością i
błędami,  uproszczeniami.  Dlatego  najbezpieczniej  sprowadzić  tę  odrębność  do  pierwotnego  powołania  do  macierzyństwa  i  do  ojcostwa,  chociaż
macierzyństwo i ojcostwo realizuje się niekiedy w różny sposób, chociażby duchowy. ]  Jest sprawą bardzo ważną, by nie ulegać mitom i stereotypom na
temat  męskości  i  kobiecości  i  nie  przypisywać  mężczyźnie  i  kobiecie,  w  sposób  deterministyczny,  różnych  cech  osobowości  ze  względu  na  płeć.  Bo
chociaż,  statystycznie  rzecz  biorąc,  jedne  cechy  osobowości  mogą  być  częstsze  u  mężczyzn,  a  inne  u  kobiet,  to  jednak  godność  mężczyzny  i  godność
kobiety wymaga, by widzieć ją w całym niepowtarzalnym pięknie stworzenia tak jak ją, czy jego Pan Bóg stworzył. 

Przyjrzyjmy się następnym „elementom osoby, impulsom ciała i instynktu, sile uczuć i przywiązania, dążeniu ducha i woli.”

Irena: Osobowość mówi o tym kim jestem, jaka jestem, jakie mam możliwości i jakich zagrożeń powinnam się strzec. Świadomość swojej osobowości, tego
kim  jestem,  jaka  jestem  jest  –  okazuje  się  –  bardzo  ważna.  Na  pierwszy  plan  wysuwają  się  uczucia.  Uczucia  są    pierwszą,  spontaniczną  reakcją  na
wydarzenia, sytuacje. To jest sposób naszego przeżywania rzeczywistości. One są swego rodzaju „bramą poznania”. Często nie umiemy ich nazwać lub
tłumimy czy w ogóle zaprzeczamy ich istnienia w sobie.  Ogólnie mówi się, że nie należy kierować się uczuciami, że miłość to życzliwe działanie na korzyść
kochanej osoby, a nie koniecznie uczucia. Ale w małżeństwie wszystko zaczyna się od uczuć, od zakochania, fascynacji, pożądania, ciekawości. Potem
nieuchronnie przychodzi konfrontacja z rzeczywistym człowiekiem, innym niż ja, przeżywającym inaczej niż ja, przeżywającym inaczej niż ja sobie to

background image

wyobrażałam.  Ale często właśnie różnice w emocjonalności męża i żony, nieumiejętność radzenia sobie ze światem uczuć powodują, że rodzą się pomiędzy
nimi napięcia. Rozpoznawanie uczuć i bezpośrednie ich wyrażanie oraz refleksja nad tym, o czym te uczucia mówią, sprzyja budowaniu więzi małżeńskiej.
To trudna sztuka, której warto się uczyć. Uczyć się nie obwiniać współmałżonka o swoje uczucia, uczyć się akceptować tak swoje uczucia, jak i czyjeś, nie
mówić, że on źle przeżywa, bo każdy ma prawo przeżywać po swojemu. 

Jerzy:  To  obwinianie  dokonuje  się  w  formie  różnych  komunikatów  typu  „ty”.  Upraszczając,  różne    komunikaty  typu  „ty”  sprowadzają  się  do
stwierdzenia,  że  to  ty  jesteś  winien,  ty  jesteś  winna.  Te  komunikaty  mówią  o  moim  stanie  emocjonalnym  i  przerzucają  odpowiedzialność  za  zaistniałą
sytuację na drugiego człowieka. A mówią o mnie, a nie o niej, czy o nim. Naprawianie małżeństwa należy zaczynać od siebie, a nie od współmałżonka.
Dlatego muszę uczyć się zamieniać komunikat typu „ty” na „ja”.  Ty nie jesteś winny, tylko inny i masz prawo przeżywać inaczej, ale jeżeli ja mam prawo
przezywać  inaczej,  to  JA  muszę  wziąć  odpowiedzialność  za  siebie,  za  swoje  zachowania,  za  pracę  nad  sobą,  za  wysłuchanie,  rozumienie,  akceptację.
Uczucia, które ujawniam, które uczę się nazywać bezpośrednio, że kocham, że przeżywam złość, zazdrość, a nawet upodlenie i niechęć, mówią o moich
potrzebach  psychicznych:  One  się  pojawiają,  bo  chcę  być  kochany  i  kochać,  potrzebuję  uznania,  autonomii,  ale  i  przynależności,  potrzebuję
bezpieczeństwa, poszukuję sensu tego robię, potrzebuję też osiągnięcia czegoś, dokonania. Ale moja żona przeżywa te same potrzeby   inaczej niż ja. Jeśli
dla  mnie  potrzeba  uznania  i  autonomii  jawi  się  jako  szczególnie  ważna,  to  dla  mojej  żony  może  to  być  potrzeba  kochania  i  bycia  kochaną  oraz
przynależności.  Te  potrzeby  –  zaspokojone  lub  niezaspokojone  –  wyrażamy  na  zewnątrz  różnymi  uczuciami,  które  nie  zawsze  są  dla  drugiej  strony
zrozumiałe, a niekiedy są trudne. Warto, bym uczył się przyjmować i akceptować, że drugi, najbliższy człowiek przeżywa różne trudne uczucia, że często
sobie z nimi nie radzi, że one są sygnałem jego niespełnionych potrzeb psychicznych. 

Potrzeby psychiczne są także darem Bożym. Zaspokojona potrzeba kochania i bycia kochanym, potrzeba bezpieczeństwa, uznania, sensu, przynależności i
autonomii dźwiga mnie w górę, sprzyja pogłębieniu mojej godności jako osoby. Pozwala mi przeżyć miłość, wolność, więź z drugim człowiekiem.

Mogę czasem w małżeństwie żyć z niezaspokojoną potrzebą bycia kochanym, bezpieczeństwa, przynależności, ale wtedy wchodzę na drogę cierpienia.
Wchodzenie na tę drogę powinno być świadome, z poczuciem sensu tego cierpienia.

Irena: Sporo powiedzieliśmy o uczuciach i skąd one się biorą. Zatrzymajmy się chwilę nad pierwotnymi cechami, czyli temperamentem. Temperament – to
są naturalne cechy osobowości złożone w nas niejako w dziele stworzenia. Tkwią w nich ogromne szanse, ale niestety wskutek grzechu pierworodnego,
także zagrożenia. Temperament podlega wpływom kultury, procesu wychowania, wpływom środowiska w którym żyjemy. Dlatego to, z czym spotykamy
się na co dzień, to osobowość, którą warto świadomie kształtować. Wyrabiać w sobie postawę miłości. Dlatego na Spotkaniach Małżeńskich przyglądamy
się swoim uczuciom, swoim potrzebom i temu w jaki sposób  te potrzeby zaspokajamy.  Czy i w jaki sposób prowadzą nas one do prawdziwej jedności, do
tego, by było jedno serce i jedna dusza.

Na temperament, oprócz emocjonalności składa się aktywność (są osoby z wrodzoną tendencją do dużej lub małej aktywności), następnie: tempo reagowania
na bodźce zewnętrzne (szybkie i wolne), wojowniczość albo ugodowość oraz inne. Warto je znać. Te pierwotne cechy są dla każdej osoby Bożym darem i
warto je przyjąć u siebie i u małżonka. 

Nie podlegają one ocenie, nie są dobre ani złe, ale kryją się w nich szanse i zagrożenia. Nie wyprzemy się pierwotnych dyspozycji swojej osobowości, ale
one  nie  determinują  zachowań  i  postępowania.  Wymagają  one  refleksji,  uwagi,  życzliwości  –  tzw.  pracy  nad  sobą.  Osobowość  na  bazie  temperamentu
nabiera swoistych cech pod wpływem właśnie pracy nad sobą, ale też otoczenia, środowiska, w którym żyjemy, relacji z innymi ludźmi, z którymi się
stykamy. Zmieniamy się. Te zmiany dokonują się też w relacji z mężem i żoną. 

Gdy staramy się o akceptację siebie nawzajem, nad budowaniem zaufania, nieocenianiem, rozumieniem, słuchaniem, kiedy z tą pracą stajemy przed Bogiem i
prosimy Go o pomoc w tych staraniach, to – po prostu – idziemy ścieżką duchowości małżeńskiej. Idziemy RAZEM. Poznanie tych cech, prawda o mnie,
może pomóc w budowaniu więzi. Może pomóc w rozwijaniu i pogłębianiu duchowości małżeńskiej. 

Jerzy: Kiedy patrzę wstecz na 38 lat naszego małżeństwa, to przypominam sobie jak bardzo ostre oceny budowaliśmy o sobie kiedyś, jak bardzo moja
aktywność uderzała w pierwotną nieaktywność mojej żony. Uważałem to za jej wadę, ale później odkryłem, że w naszych wspólnych działaniach to ona
powodowała, że często nie dochodziło do  „co nagle to po diable”. Ja mam szerokie spojrzenie na świat, ale bez szczegółów, które zauważa Irenka.  Często
mówiłem jej w gniewie, że czepia się szczegółów. Tak... czepianie się szczegółów może być zagrożeniem, ale i szansą... Wiele spraw, w które jesteśmy
zaangażowani  nie  powiodłoby  się  bez  owego  zauważania  szczegółów. Ale  gdyby  nie  wizja  całości,  to  te  szczegóły  nie  miałyby  zastosowania.  Moja
pierwotna wojowniczość przejawiała się, i przejawia nadal, w coraz mniejszej na szczęście skłonności do wybuchu, ale wytrwałym dążeniem do celu, a
Irenki ugodowość to z jednej strony szansa budowania pokoju w naszym małżeństwie i miedzy ludźmi, ale i zagrożenie nadmiernego odpuszczania sobie
spraw konfliktowych, co grozi ich recydywą. Sporo czasu minęło zanim to zauważyliśmy. Ale właśnie poznanie osobowości i dialog pomogły nam w tym.  

Rozeznanie  własnych  cech  osobowości  jest  bardzo  potrzebne  do  tego,  by  w  sposób  świadomy  niejako  zarządzać  darami  Bożymi,  Bożymi  talentami  i
zobaczyć, gdzie one się dewaluują, w jaki sposób je mnożyć, a nie zakopywać. Te cechy osobowości – uczucia-potrzeby-temperament to coś tak jakby
okno, przez które przyglądamy się wszystkim sferom naszego życia:  więzi seksualnej, naszym problemom w pracy, naszej pracy społecznej, spędzaniu
czasu wolnego, a także sposobowi w jaki podejmujemy decyzje, strategii działania itd.

MIŁOŚĆ REALIZUJE SIĘ W DIALOGU

„Żeby było jedno serce i jedna dusza” - mówił Papież. Do tego, by zmniejszyć napięcie pomiędzy dwoma sercami  i dwoma duszami na tych wszystkich
płaszczyznach życia, do tego, żeby było jedno serce i jedna dusza – potrzebny jest dialog męża i żony. Dialog, który jest nie tylko rozmową ale całym
zespołem odniesień między osobowych.

Nasza miłość realizuje się w dialogu i pełnych miłości decyzjach, planach, postanowieniach, pracy nad sobą,  które są wynikiem, owocem tego dialogu.

Dialog polega na tym, żeby:

bardziej słuchać niż mówić, 
bardziej rozumieć siebie nawzajem niż oceniać, 
dzielić się sobą, a nie dyskutować, 
a nade wszystko przebaczać.                      

background image

Ale ja bym to wszystko zrelatywizował, do każdej z zasad umocowanej w nich wiedzy o szansach i zagrożeniach mojej osobowości dodałbym „tak, ale...”.
Spłycił i sprowadził do tego co mi wygodne, łatwiejsze i przyjemniejsze w danym momencie. Łaska, o ile się na nią otworzę ułatwia mi to, że mogę jeszcze
raz  zacząć  słuchać,  jeszcze  głębiej  próbować  zrozumieć,  przerwać  ocenianie  i  wypowiadanie  najmądrzejszych  opinii  o  małżeństwie,  ale  otwierać  się  na
drugiego człowieka. coraz pełniej i coraz bardziej.  Żeby jeszcze lepiej słuchać, rozumieć, dzielić się sobą, przyjąć siebie. Przebaczyć. Zdolność przebaczenia
jest bardzo zależna od cech osobowości, owych dyspozycji, temperamentu. Niektórzy mają tę zdolność jakby daną od razu, przebaczają łatwo, szybko. Inni
długo trzymają urazy i oni muszą wykonać większą wewnętrzną pracę, by rzeczywiście „urazy chętnie darować”.   

Są sytuacje, kiedy trzeba założyć, że się nic o drugim człowieku nie wie, chociaż żyje się z nim już np. 25 lat. Dlatego, ze się mu przerywa, zdaje nam się, ze
doskonale wiemy co oznacza każdy jego gest, zmarszczenie brwi. Dlatego, ze już w trakcie jak mówi to się mu przerywa, bo się zdaje, że się doskonale wie
co czuje i przeżywa, co chce powiedzieć... i tu jest źródło kryzysów. Kończy się za niego zdanie...A drugi człowiek może czasem tak zaskoczyć...

Nie oceniać się, nie wypowiadać opinii, nie dyskutować, nie mieć gotowych rozwiązań, ale dzielić się sobą. Rozumieć, poznawać, być otwartym na siebie.

Irena: W  rezultacie znaczna część małżonków po Spotkaniach Małżeńskich  mówi:

Przez te dwie doby poznaliśmy się lepiej niż przez dotychczasowych 20 lat naszego małżeństwa.

Zobaczyłam  mojego  męża  od  zupełnie  innej  strony,  odkryłam  jego  cechy  osobowości,  o  które  go  nigdy  nie  podejrzewałam.    Gdybyśmy  byli  na  takim
weekendzie 15 lat temu, nasze życie potoczyłoby się zupełnie inaczej

Przyjechałam, bo chciałam mojego męża zmienić, teraz widzę, że to ja muszę się zmienić.

Zakochałem się na nowo w mojej żonie. Poczułem się przy niej bezpiecznie.

Każdy z nas jest niepowtarzalną osobą i każdy związek jest niepowtarzalny. Dlatego nie ma rozwiązań uniwersalnych, nie ma modeli małżeństwa i rodziny
poza tym jednym: żyć w dialogu i zawierzeniu siebie Panu Bogu. Nie ma, powtarzam, nie ma recept na życie szczęśliwe w małżeństwie poza tą jedną: żyć
w dialogu ze sobą i z Bogiem. Nie na technikach, taktykach ani kompromisach, nie na tłumieniu uczuć ani pozorach, czy maskach polega szczęśliwy związek
małżeński, nie na powielaniu schematów ani wzorców, ale na rozpoznawaniu tego niepowtarzalnego „kodu genetycznego” swojego powołania.  

Dialog to nie jest jednorazowa akcja, to nie jest tylko czas wyodrębniony na rozmowę o ważnych sprawach. Całe nasze życie ma być w dialogu, czyli we
wzajemnym wysłuchaniu, rozumieniu, dzieleni się i przebaczaniu. Są w nim miejsca szczególne – wyjazdy na rekolekcje, spotkania formacyjne, ale one sa po
to, by nasycić codzienność, byśmy nabierali umiejętności w dialogu na co dzień. 

Taki dialog wyraża miłość, tworzy miłość, stymuluje jej rozwój. Prowadzi do spotkania osób (communnio personarum) Absolutne spełnienie tego spotkania
dokonuje  się  w  Jezusie  Chrystusie,  który  mówi  małżonkom:  Trwajcie  w  miłości  Mojej  (J  15,  9b).  I  takimi  słowami  zatytułowałem  Ikonę,  wykonaną
specjalnie dla Spotkań Małżeńskich. 

Dialog prowadzi do podejmowania decyzji, ustalania strategii działania. Decyzje podjęte po dialogu  są pełne miłości, pragnienia dobra dla siebie nawzajem.
Są wspólnym dobrem. 

TRWAJCIE W MIŁOŚCI MOJEJ

Jerzy: Dialog umacniany sakramentem  przedstawia Ikona Spotkań Małżeńskich „Trwajcie w miłości Mojej” (J 15,9b).Widzimy na niej  spotkanie  męża i
żony ze sobą  i  z Chrystusem. Symbolizując jedność małżonków w Chrystusie, Ikona symbolizuje zdolność miłowania się wzajemnie tą miłością, jaką
Chrystus umiłował Kościół (Ef 5,25). Jest znakiem miłości małżeńskiej na wzór miłości Chrystusa i Kościoła. Symbolizuje sakrament małżeństwa jako dar
Chrystusa, który realizuje się poprzez dialog, i w ten sposób udoskonala ludzką miłość małżonków, umacnia ich nierozerwalną jedność i uświęca ich na
drodze do życia wiecznego

Z  połączonych  profili  męża  i  żony  można  odczytać  twarz  Chrystusa,  do  których  On  mówi:  Trwajcie  w  miłości  Mojej  (J15,  9b).  Chrystus  trwa  w
małżonkach.  My  zaś,  jako  małżeństwo,  trwamy  w  Jego  miłości  poprzez  dialog  ze  sobą  i  z  Nim,  poprzez  dialog  prowadzący  do  spotkania.  Każde
małżeństwo wpatrzone w tę ikonę, może medytować jakość swojego dialogu, i jakość swojego spotkania. Każdy, kto patrzy na tę Ikonę odczytuje z niej coś
innego, co odpowiada jego własnemu stanowi ducha i aktualnej więzi małżeńskiej.  

Twarz Chrystusa nie musi być od razu czytelna. Tak jak w życiu codziennym trudno nieraz zobaczyć Chrystusa w małżeństwie. Chrystus objawia się
stopniowo,  nie  narzuca  się,  ale  jest.  Krzyż  wpisany  w  aureolę,  zgodnie  z  zasadami  bizantyjskiej  ikonografii,  jednoznacznie  czyni  tę  Ikonę
Chrystocentryczną.  Ramiona  krzyża  umieszczone  są  na  wysokości  głów  każdego  z  małżonków.  Oni  niosą  krzyż  razem,  ale  każde  z  nich  przeżywa  go
indywidualnie. 

Kolor  złoty  mówi  o  świętości  małżonków,  ich  jedności,  której  źródłem  jest  Bóg.  Kolor  czerwony  podkreśla  królowanie.  Można  je  łączyć  ze  słowami
prefacji, jesteście królewskim kapłaństwem, odczytanymi jako przesłanie do małżonków.

Irena: Z tego, co odczytuję w tej ikonie najbardziej uderza mnie to, że każde z małżonków pozostaje sobą, mimo takiej dużej bliskości i podobieństwa.
Pozostajemy sobą, tzn. każdy z nas: mąż i żona, również Jurek i ja, pozostajemy sobą. Im bardziej się kochamy, tym bardziej jesteśmy sobą. Możemy sobie
ustępować, nawet działać wbrew sobie samemu  - swoim uczuciom, poglądom itp. – w sensie miłości ofiarnej, w sensie miłości jako daru, ale tym bardziej
jesteśmy sobą. Warto być sobą i trzeba być sobą.

Fascynuje mnie odczytywany przeze mnie pokój emanujący z tych postaci. Ten pokój, według mnie, nie wyraża się w postaciach ikony spontaniczną
radością. Ich wyraz twarzy mówi mi o naszych trudnościach w dialogu, jakie przeszliśmy, o naszych kryzysach, uczuciach zranienia i mnóstwie różnych
uczuć trudnych (np. samotności). Pomimo tego mąż i żona na ikonie pozostają w pokoju i jedności. W ich jedności widzę naszą jedność.

Jerzy: Te trudności podkreśla, ostra dla mnie, linia rozdzielająca profile osób na Ikonie. Poza tym, na obu profilach zauważam, pociągnięcia pędzlem, które
interpretuję jako rysy. Biegną ukośnie, są równoległe. Odczytuję, że ci małżonkowie są jakby osmagani trudnościami i konfliktami, przez które przeszli. To
także o nas. Ta ostrość jest w nas. Natomiast z  krzyża odczytuję cierpienie.  Z krzyża odczytuję to, co my z tą ostrością zrobimy. Ta ostrość i krzyż to

background image

kryzys, który jest twórczy. Który staje się twórczy poprzez nasz dialog ze sobą i z Chrystusem. To jest nasz wspólny krzyż ale zarazem indywidualny.
Belki krzyża na Ikonie są na wysokości oczu każdego z małżonków oddzielnie. Ta Ikona zwraca mnie też ku wieczności, w której nie będziemy się żenili ani
za mąż  wychodzili, ale trwali w Bogu. Ale póki co,  przez tę  Ikonę płynie siła i moc naszego istnienia i działania, takiego jakiego Bóg pragnie dla nas tu na
ziemi.

Irena:  Warto  zasady  dialogu  stosować  szerzej.  Bo  dialog  to  jest  sposób  życia  na  co  dzień  nie  tylko  w  małżeństwie,  ale  w  całej  rodzinie,  w  pracy,  w
środowisku, w którym żyjemy. Dialog  jest wreszcie sposobem naszej więzi z Panem Bogiem. Bo to przede wszystkim Jego mamy bardziej słuchać niż do
Niego mówić, bardziej rozumieć niż oceniać, dzielić się z Nim sobą, a nie dyskutować. Przyjmować jego przebaczenie. 

Irena  i  Jerzy  Grzybowscy,  założyciele  i  liderzy  ruchu  „Spotkania  Małżeńskie"  w  Europie  Środkowo-Wschodniej.  Ruch  powstał  w  Polsce  na  przełomie
1977/78 r. na podstawie jednego z programów ruchu „Marriage Encounter”. Rozwój polskiej wersji programu doprowadził do stworzenia w Polsce własnej
duchowości ruchu, jednoznacznie określającego się jako rekolekcyjny, mocno zakorzeniony w polskiej religijności i tradycji. Dziś z jego bogactwa korzystają
Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Łotysze, Mołdawianie, Rosjanie, Słowacy i Rumuni. 

background image

JAKA MIŁOŚĆ FUNDAMENTEM MAŁŻEŃSTWA I RODZINY?

ks. Marek Dziewiecki

Żyjemy  w  czasach,  w  których  feministki  proponują  walkę  kobiet  z  mężczyznami,  aktywiści  gejowscy  proponują  izolację  kobiet  od  mężczyzn,  a  Bóg
niezmiennie – jak na początku historii – proponuje mężczyźnie i kobiecie wzajemną miłość i wspólne dorastanie do świętości. Znakiem naszych czasów jest
także mylenie miłości z popędem, współżyciem seksualnym, tolerancją, akceptacją, „wolnymi związkami” czy naiwnością. Celem niniejszej analizy jest
prezentacja Bożego planu w odniesieniu do wzajemnej relacji między mężczyzną a kobietą, a zwłaszcza między mężem a żoną, czyli opis dojrzałej miłości
małżeńskiej i rodzicielskiej, dzięki której możliwe jest trwałe małżeństwo i szczęśliwa rodzina.

MIŁOŚĆ MAŁŻEŃSKA

Małżeństwo: propozycja Boga i pomysły ludzi

Bóg  jest  twórcą  małżeństwa,

1

 

a  pierwsze  polecenie,  jakie  Stwórca  kieruje  do  kobiety  i  mężczyzny  brzmi:  „Bądźcie  płodni  i  rozmnażajcie  się”  (Rdz  1,

28).

2

 W kontekście biblijnym płodność jest nierozerwalnie związana z miłością małżeńską i dlatego owo pierwsze polecenie Boga to wezwanie do tego, żeby

mężczyzna i kobieta pokochali siebie aż tak wielką miłością, by chcieli pozostać ze sobą na zawsze i by z radością przyjęli potomstwo! Bóg wie, że los
ludzkości zależy najbardziej od tego, co dzieje się między mężczyzną a kobietą, a zwłaszcza między mężem a żoną. Obecna sytuacja w Polsce i Europie jest
niekorzystna dla małżeństwa i rodziny. Rośnie liczba rozwodów i maleje liczba zawieranych małżeństw. Dzieje się tak mimo tego, że – jak pokazują badania
–  młodzi  ludzie  nadal  na  pierwszym  miejscu  stawiają  marzenie  o  małżeństwie  i  rodzinie.  Trudno  im  jednak  dorastać  do  miłości  w  społeczeństwie
zdominowanym  niską  kulturą  i  demoralizującym  wpływem  liberalnych  mediów,  dla  których  „ideałem”  jest  sytuacja,  w  której  on  i  ona  bawią  się  sobą  i

pozbawiają się płodności. Ponadto feministki nawołują do walki kobiet z mężczyznami, a aktywiści gejowscy gloryfikują izolację mężczyzn i kobiet.

3

W konsekwencji powyższych zjawisk coraz mniej młodych ludzi ma odwagę, by respektować własne marzenia i decydować się na małżeństwo. Inni szukają
kompromisu i zadowalają się związkami nietrwałymi i nieodpowiedzialnymi, opartymi na fikcji „wolnych związków”, które w rzeczywistości nie istnieją,
gdyż nie istnieją rzeczy wewnętrznie sprzeczne, jak na przykład związki, które nie wiążą. Jeszcze inni decydują się pochopnie na zawarcie małżeństwa,
zanim  nauczą  się  kochać  i  zanim  staną  się  zdolni  do  wypełnienia  przysięgi  małżeńskiej.  Czasem  dochodzi  do  kradzieży  małżeństwa,  gdy  jedno  z
narzeczonych składa przysięgę, którą chce i potrafi wypełnić, a druga strona nie jest do tego zdolna. Bywa i tak, że ktoś zawiera małżeństwo, by „ratować”
tę drugą osobę, która przeżywa kryzys i nie jest tu i teraz zdolna, by kochać. Takie małżeństwo jest nieważne.

Największe szanse na trwałe małżeństwo i szczęśliwą rodzinę mają ci narzeczeni, którzy decydują się połączyć się ze sobą miłością sakramentalną, czyli

taką  miłością,  która  jest  wierna  i  nieodwołalna  na  podobieństwo  miłości  Boga:  „Co  więc  Bóg  złączył,  człowiek  niech  nie  rozdziela”  (Mt  19,  6).

4

  W

sakramencie małżeństwa narzeczeni przysięgają sobie miłość z Bożym, czyli najwyższym znakiem jakości we wszechświecie, gdyż postanawiają się kochać
tak wiernie i ofiarnie jak Chrystus ukochał swój Kościół (por. Ef 5, 31-32), aż do oddania swego życia. Przez specjalny sakrament małżonkowie zostają

wzmocnieni i konsekrowani do obowiązków swego stanu i godności.

5

 Otrzymują łaskę Chrystusa, by „miłowali się miłością nadprzyrodzoną, delikatną i

płodną”.

6

 Jednak łaska bazuje na naturze i dlatego owocne przyjęcie sakramentu małżeństwa wymaga odpowiedniego przygotowania się narzeczonych tak,

by zawierali ten sakrament, żyjąc w ufnej przyjaźni z Bogiem i respektując na co dzień Jego przykazania. 

Małżeństwo sakramentalne oznacza, że on i ona wiedzą, iż chcą kochać siebie nawzajem z mocą, wiernością, czułością i mądrością Chrystusa oraz że są
otwarci na pomoc Boga, na Jego światło i moc, zwłaszcza w sytuacji próby, trudności czy rozczarowań. Sprawdzianem takiej otwartości na działanie Boga
jest życie w czystości, a także to, że dla obojga narzeczonych marzenie o świętości jest jeszcze ważniejsze niż marzenie o małżeństwie. Owocne przyjęcie
sakramentu małżeństwa oznacza też, że ona i on osiągnęli już taki stopień dojrzałości i wypłynęli na taką głębię człowieczeństwa, iż żadne z narzeczonych
nie ma cech czy zachowań, które niepokoją tę drugą stronę czy jej bliskich. Sakramentu małżeństwa nie przyjmuje się bowiem w niepewności! Jeśli ktoś z
narzeczonych ma wątpliwości co do miłości i odpowiedzialności tej drugiej osoby, to nie powinien zawierzać jej swojego losu oraz losu przyszłych dzieci. 

Przygotowanie do miłości małżeńskiej

Ludzie  „wychowani”  na  populistycznych  fikcjach  „poprawnej”  politycznie  pedagogiki  nie  są  zdolni  nie  tylko  do  zawarcia  szczęśliwego  małżeństwa  i

założenia trwałej rodziny, ale też nie są w stanie realistycznie myśleć i solidnie pracować.

7

 Warunkiem szczęśliwego małżeństwa i trwałej rodziny nie jest

„poprawianie” Bożych propozycji w tym względzie, lecz dojrzałe wychowanie człowieka. Dorastanie do tak wielkiej i wiernej miłości, jaką Bóg proponuje
małżonkom w sakramencie małżeństwa, nie jest ani czymś łatwym, ani spontanicznym. Wymaga od obojga kandydatów solidnej pracy nad sobą i stawiania
sobie  twardych  wymagań.  Przygotowanie  do  sakramentu  małżeństwa  zaczyna  się  już  w  dzieciństwie,  gdy  syn  czy  córka  obserwują  postawę  rodziców
względem siebie. Im bardziej rodzice wierni są przyjętemu sakramentowi i codziennie komunikują sobie miłość wierną, czułą, cierpliwą i mądrą, tym bardziej
dziecko pragnie w przyszłości zawrzeć równie szczęśliwe małżeństwo w oparciu o podobną miłość. Druga faza przygotowania do sakramentu małżeństwa
ma miejsce w parafii, szkole i środowisku rówieśniczym, w którym przebywa dorastający chłopak czy dziewczyna. Cennym wsparciem w tej fazie uczenia
się miłości jest uczestnictwo w dobrze prowadzonych katolickich ruchach formacyjnych dla młodzieży. Trzecia faza przygotowania do miłości małżeńskiej i
rodzicielskiej to zakochanie, tworzenie par i wspólne dorastanie jego i jej do decyzji bycia razem na zawsze. Ważne, by w tej fazie nie dochodziło do inicjacji
seksualnej czy do innych form krzywdzenia się nawzajem.

Bezpośrednią  fazą  przygotowania  do  zawarcia  małżeństwa  sakramentalnego  jest  okres  narzeczeństwa  i  przygotowanie  narzeczonych  w  parafii.
Narzeczeństwo to czas, w którym ona i on obserwują samych siebie i siebie nawzajem jako kandydatów na małżonków i na rodziców swoich przyszłych
dzieci.  Warunkiem  zawarcia  sakramentalnego  małżeństwa  jest  uczestnictwo  w  przygotowaniu,  jakie  proponuje  parafia,  dekanat  czy  specyficzne  grupy
formacyjne, na przykład duszpasterstwo akademickie. Zwykle te formy bezpośredniego przygotowania, organizowane przez księży, nazywane są kursem
przedmałżeńskim. Nazwa ta jest nieprecyzyjna i może wprowadzać w błąd z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że księża nie muszą być specjalistami
od kursów, szkoleń czy prowadzenia jakichś warsztatów, natomiast powinni być specjalistami od sakramentów świętych i od przygotowania do owocnego
przyjęcia tychże sakramentów. Po drugie, kursy kojarzą się zwykle ze zdobywaniem określonego zasobu wiedzy z danej dziedziny czy jakichś nowych
kompetencji  zawodowych,  a  tymczasem  przygotowanie  do  zawarcia  sakramentu  małżeństwa  oznacza  coś  znacznie  więcej,  gdyż  ma  być  to  pomoc  w
umacnianiu przyjaźni z Bogiem, w wypływaniu na głębię człowieczeństwa, w dojrzałym rozumieniu i przeżywaniu chrześcijaństwa oraz w kształtowaniu
postawy miłości, wierności i odpowiedzialności na podobieństwo postawy Boga wobec człowieka.

background image

Ważne jest to, by okresu narzeczeństwa (oficjalnie ogłoszony w kręgu rodziny i znajomych lub przeżywany tylko prywatnie) nie utożsamiać z niemal
pewnym już zawarciem sakramentu małżeństwa. Narzeczeństwo to okres analogiczny do pobytu alumnów w seminarium duchownym. To okres twardej,
rzeczowej weryfikacji stopnia dojrzałości i wzajemnej miłości obojga narzeczonych. Do ostatniej chwili każde z nich ma prawo się wycofać, jeśli okaże się,
że  nie  jest  pewne  swojej  nieodwołalnej  miłości  do  tej  drugiej  osoby  lub  jeśli  w  narzeczonym  dostrzeże  coś,  co  poważnie  niepokoi.  W  niepewności  nie
powinno się działać, a tym bardziej nie powinno podejmować się najważniejszej decyzji w doczesności, jaką jest zawarcie sakramentalnego małżeństwa.
Pewien  stopień  niepokoju  bywa  w  okresie  narzeczeństwa  czymś  normalnym  i  jest  wręcz  pozytywnym  znakiem  dojrzałości  oraz  realizmu  obojga
narzeczonych. Ważne jest to, w jaki sposób ona i on reagują na ewentualne krytyczne obserwacje czy uwagi drugiej strony. Jeśli któreś z narzeczonych nie
ma w sobie radości z ciągłego rozwoju, jeśli nie okazuje pragnienia dalszego rozwoju po to, by kochać coraz mocniej, lecz przeciwnie – oczekuje, że ta druga
osoba będzie go akceptować „takim, jakim jest”, to jest to sygnał aż tak niepokojący, że powinno się w takiej sytuacji zawiesić datę ślubu, gdyż ten, kto
kocha, nieustannie się rozwija i każdego dnia kocha bardziej niż wczoraj.

Wyraźnym znakiem niezdolności do miłości małżeńskiej jest sytuacja, gdy ktoś z młodych ludzi wiąże się z kolejną osobą i za każdym razem – po kilku czy
kilkunastu miesiącach – okazuje się, że nie potrafi podjąć decyzji o tym, że chce tę drugą osobę kochać na zawsze. Z taką postawą spotykamy się coraz
częściej zwłaszcza u współczesnych mężczyzn. Zwykle próbują oni „usprawiedliwiać” własną niezdolność do miłości i twierdzą, że nie podejmują decyzji o
tym, że kochają, gdyż po początkowym zauroczeniu ich uczucie do tej drugiej osoby stopniowo wygasa i że w związku z tym uświadamiają sobie, że to
chyba jednak jeszcze nie „ta” kobieta, na którą czekają. Tymczasem zakochanie w drugiej osobie i emocjonalne zauroczenie nią nie może trwać wiecznie,
gdyż wieczna jest tylko miłość. To nie uczucia podtrzymują miłość, ale to miłość podtrzymuje uczucia i sprawia, że im bardziej kocham tę drugą osobę, tym
bardziej się nią cieszę także wtedy, gdy minęły już dziesiątki lat od ślubu. Jeśli jakiś mężczyzna zakochuje się w kobiecie i odkrywa, że ona nie tylko
zauroczyła go swoim zewnętrznym wyglądem i zachowaniem, ale że ma też podobne wartości, ideały i aspiracje oraz że jest zaprzyjaźniona z Bogiem i
szlachetna, a mimo to mężczyzna ten nie jest pewien, czy ją kocha, i liczy na to, że to jego uczucia i nastroje mu podpowiedzą, co robić – potwierdza, że nie
jest zdolny do miłości, gdyż nie dysponuje ani wewnętrzną mocą, ani odwagą potrzebną do tego, by kochać na zawsze, niezależnie od aktualnych przeżyć i

wyłącznie dlatego, że ta druga osoba stała się dla niego bezcennym skarbem, gdyż taką właśnie podjął decyzję.

8

Ludzie, którzy nie potrafią kochać, usiłują przekonać samych siebie o tym, że miłość kiedyś zgłosi się do nich „sama”, że zostanie im przyniesiona na

skrzydłach uczuć.

9

 Tymczasem to miłość jest wieczna i wszechmocna, a nie uczucia. To nie uczucia sprawiają, że kocham – jeśli kocham – ale to ja tak

decyduję – jeśli decyduję – i wtedy cieszę się tą drugą osobą coraz bardziej. Kochający dojrzale nieporównywalnie bardziej niż zakochany cieszy się osobą,
w której się zakochał. Jeśli zakochanie nie przechodzi w miłość, to – jak każdy stan emocjonalny – skazane jest na umieranie, a emocjonalny zachwyt tą
drugą osobą przerodzi się w obojętność i odkrycie, że „to jednak nie była miłość”. Jeśli ktoś myśli, że zawarcie małżeństwa mądre jest wtedy, gdy „poczuje”,
że to „ta” osoba, to jest człowiekiem irracjonalnym, który kieruje się potrzebami emocjonalnymi i nie potrafi kochać.

Jeśli on i ona potrafią już kochać i spotykają drugą osobę, która też potrafi już kochać, jeśli cieszą się sobą fizycznie i emocjonalnie, jeśli mają podobny świat
przekonań, zasad moralnych, wartości i aspiracji, jeśli są zaprzyjaźnieni z Bogiem, a mimo to on po kilkunastu miesiącach nie deklaruje z całą pewnością
siebie, że chce ją poślubić (kiedy, to zależy jeszcze od wielu innych okoliczności, na przykład od zakończenia studiów); albo ona w obliczu jego oświadczyn
twierdzi, że dalej jest niepewna tego, co „czuje” wobec niego; albo obydwoje chodzą ze sobą w nieskończoność, to znak, że tu i teraz nie są zdolni do
miłości, czyli że nie dorośli jeszcze do bycia kandydatami na małżonków. Jeszcze bawią się życiem jak egocentryczne dzieci. Jeszcze bardziej zależni są od
uczuć i emocji niż od własnych decyzji.

Decyzja  o  miłości  bliźniego  wynika  z  chęci  naśladowania  Chrystusa  i  wymaga  wyjścia  poza  egocentryzm  dziecka  czy  nastolatka.

10

  Decyzja  o  miłości

małżeńskiej, czyli o pokochaniu kogoś na zawsze, powinna opierać się na racjonalnej analizie tego, czy ta druga osoba cieszy mnie pod każdym względem –
fizycznie i duchowo. Gdyby nawet była najwspanialszą osobą, jaką kiedykolwiek poznałem, to żadne uczucia ani argumenty nie zdecydują za mnie, że ją
pokocham. To zależy ode mnie, od mojej zdolności do tego, by kochać: na pewno i na zawsze. Jeśli ktoś oczekuje, że w podjęciu tej decyzji zastąpią go jego
uczucia, to jest kimś skrajnie naiwnym lub pozostaje w fazie egocentryzmu dziecięcego, który dla człowieka dorosłego oznacza regres albo poważny kryzys.
Oczekiwanie na to, że uczucia upewnią mnie, że to już „ta” osoba, którą chcę pokochać na zawsze, to typowa postawa egoisty, któremu miłość kojarzy się z
jego miłym nastrojem, romantyzmem, z czymś lekkim, łatwym, spontanicznym i przyjemnym. Ktoś taki nie ma pojęcia o tym, że miłość to dar i że kto
kocha, ten przesuwa uwagę z samego siebie na tę drugą osobę…

Jeśli on i ona zaczynają chodzić ze sobą i tworzyć parę, myśląc o małżeństwie i deklarując tej drugiej osobie, że to jest ich cel – a nie przeżycie z kimś
(kolejnego?) zakochania czy romansu – to deklarują, że już potrafią kochać i że szukają drugiej osoby, która też już potrafi kochać. Jeśli ktoś myśli, że
nauczy się kochać na randkach, jeśli nie nauczył się kochać przez dwadzieścia czy więcej lat w domu rodzinnym i w kontaktach z innymi ważnymi dla siebie
osobami, to oszukuje samego siebie. Oczywiście zdarza się, że na przykład mężczyzna, który dotąd nie potrafił jeszcze kochać, tak bardzo zachwyci się
kobietą – jej fizycznym i duchowym urokiem – że ona go zafascynuje i że zapragnie ją pokochać. Ale w takim przypadku jego miłość powinna rosnąć z dnia
na dzień, powinna być coraz bardziej pewna siebie. Powinien być tak bardzo pewien, że zaczął kochać, że komunikuje to jej coraz bardziej stanowczo i sam
nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że to „ta”, którą postanowił pokochać na zawsze.

Chodzenie ze sobą ludzi myślących o małżeństwie to nie dopiero przygotowywanie się do miłości ani nie czekanie na to, że w przyszłości ta miłość się
między nimi może pojawi. Bycie parą to weryfikowanie miłości, z jaką on i ona odnoszą się do siebie już tu i teraz. Obydwoje powinni już tu i teraz kochać,
a to, co podlega weryfikacji, to nie to, czy kiedyś będą w stanie pokochać, ale to, czy ta ich wzajemna miłość - którą już sobie komunikują! – jest na tyle
stanowcza i mocna, że da im odwagę, by ślubowali sobie największą miłość, jaka jest możliwa między mężczyzną a kobietą, czyli miłość małżeńską.

Decyzja  o  miłości  małżeńskiej  przynosi  niewyobrażalną  radość.  Człowiek  dojrzały  wie  jednak,  że  przynosi  też  ból  ostatecznego  rozstania  się  z
egocentryzmem  i  z  egoizmem.  To  kosztuje  i  boli,  jeśli  jest  to  proces  prawdziwy.  Odtąd  moje  największe  marzenia  i  moje  codzienne  plany  w
najdrobniejszych sprawach podporządkowuję naszej wspólnej więzi i trosce o tę drugą osobę, Gdy podporządkowuję tej drugiej osobie wiele rzeczy we
mnie i wokół mnie, to nie ograniczam przez to mojej wolności ani nie rezygnuję z wolności, gdyż decyduję się kogoś pokochać na zawsze nie dlatego, że tak
„trzeba”,  że  do  tego  skłaniają  mnie  moje  potrzeby  emocjonalne  czy  instynkt,  ale  dlatego,  że  ja  tak  chcę  i  że  wiem,  iż  decyzja  o  pokochaniu  kogoś
nieodwołalnie  to  szczyt  wolności,  to  sens  wolności,  to  radość  wolności! Ale  to  radość  miłości,  która  ma  świadomość  ceny  za  podjętą  decyzję.  Mądra
decyzja o nieodwołalnej miłości jest powiązana ze świadomością, że ta druga osoba nie jest Bogiem, że ma swoje ograniczenia, że nie we wszystkim spełni
moje marzenia. Ale że tak bardzo ją kocham i że ona tak bardzo mnie kocha, że cena za miłość będzie zdecydowanie mniejsza niż radość ze wspólnej miłości.
Kto kocha miłością, która może stać się miłością małżeńską, ten stawia tę drugą osobę w centrum swojego świata, w centrum swego serca i swojej uwagi.
Odtąd wszystkie dotychczasowe więzi, formy aktywności, pasje, zainteresowania, hobby zostają w cieniu radości z tego, że kocham tę drugą osobę aż tak
bardzo, że chcę związać z nią mój los na zawsze i że ona – zachwycona moją miłością – podejmuje podobną decyzję. Kto kocha, ten chce być zależny od

background image

losu tej drugiej osoby podobnie jak Bóg postanowił uzależnić swój los od naszego losu, nie oszczędzając samego siebie.

Przysięga miłości małżeńskiej

Często słyszymy pytanie o to,  czy  ślub  jest  w  ogóle  potrzebny,  jeśli  narzeczeni  naprawdę  się  kochają?  Takie  wątpliwości  mogą  mieć  tylko  ci,  którzy
jeszcze  nie  kochają  czy  nie  są  pewni  swojej  miłości.  Im  bardziej  narzeczony  kocha,  tym  bardziej  chce  to  powiedzieć  całemu  światu  –  publicznie  przy
świadkach i na piśmie. Wie bowiem, że nie jest Bogiem, któremu ta druga osoba może zawierzyć swój los doczesny na prywatne słowo. Nawet wtedy, gdy
kupujemy kawałek terenu, czujemy się bezpieczniej, gdy sprzedający potwierdza nam to na piśmie i z pieczątkami. Tym bardziej wtedy potrzebujemy
uroczystej  decyzji,  potwierdzonej  na  piśmie,  gdy  chodzi  o  cały  nasz  los  doczesny.  Nie  ma  co  do  tego  żadnych  wątpliwości  ten,  kto  naprawdę  kocha.
Kontrakt cywilny nie jest alternatywą dla sakramentalnego małżeństwa. Co więcej, jest fikcją prawną, gdyż prawo państwowe nie może nikomu nakazywać
miłości. Nie może też karać kogoś za to, że złamał kontrakt cywilny, na przykład zdradzając małżonka, krzywdząc dzieci i doprowadzając do rozpadu
rodziny.  Przeciwnie,  państwo  wręcz  akceptuje  i  autoryzuje  tego  typu  postępowanie,  gdyż  pozwala  winowajcy  na  zawarcie  kontraktu  cywilnego  z
kolejnymi osobami.

Kilka lat temu prosiła mnie o poradę pewna młoda Polka mieszkająca w Londynie. Związała się tam z muzułmaninem i postanowili się pobrać. Wyjaśniła mi,
że oboje bardzo siebie nawzajem kochają i że chcą być ze sobą na zawsze jako małżonkowie. Mają natomiast wątpliwości co do tego, na jaką formę ślubu się
zdecydować. Wyjaśniłem wtedy, że kontrakt cywilny w ogóle nie przewiduje ślubowania sobie miłości, a Koran pozwala mężczyźnie na małżeństwo z
czterema  kobietami.  Jeśli  narzeczeni  pragną  kochać  siebie  nawzajem  wiernie  i  nieodwołalnie,  to  jedynie  Kościół  katolicki  proponuje  taką  przysięgę
małżeńską, która respektuje ich miłość! Kto uczy się miłości od Boga, ten uwalnia się z karykatur miłości, a zwłaszcza z naiwnego przekonania, że miłość
jest tym samym, co współżycie seksualne, zakochanie, tolerancja, akceptacja, „wolne związki” czy naiwność. Bóg uczy nas tej jedynej miłości, która nie
zawodzi. To miłość heroiczna i mądra jednocześnie. Bóg tak szalenie nas kocha, że nie wycofuje swojej miłości nawet wtedy, gdy zabijamy Go w ludzkiej
naturze,  kiedy  przychodzi  do  nas,  aby  potwierdzić,  że  kocha.  Jednocześnie  okazuje  nam  miłość  mądrze,  czyli  w  sposób  dostosowany  do  naszych
zachowań. Nikogo nie rozpieszcza i wszystkim stawia wielkie wymagania, gdyż pragnie, byśmy kochali siebie nawzajem aż tak bardzo, jak On pierwszy
nas pokochał, a nie tylko tak, jak próbujemy kochać samych siebie. 

Sakrament  małżeństwa

11

  można  zawrzeć  wyłącznie  dobrowolnie,  bez  żadnego  nacisku  z  zewnątrz,  ze  strony  innych  osób.  „Jeśli  nie  ma  tej  wolności,

małżeństwo jest nieważne”.

12

 Bóg respektuje wolność człowieka także w tym względzie i nikomu nie wyznacza małżonka. Podaje natomiast niezawodne

kryteria wyboru małżonka. Powinien to być ktoś zdolny do tego, by wypełnić przysięgę największej miłości, jaka może połączyć mężczyznę i kobietę w
doczesności. Im bardziej ona i on żyją w obecności Boga oraz im bardziej ufają Bogu w każdej sytuacji i w każdej sprawie, tym bardziej ich decyzja o
wyborze małżonka będzie podejmowana z pomocą Boga i tym większa będzie wtedy szansa na to, że ona czy on dokonają wyboru błogosławionego! W
każdym  jednak  przypadku  to  narzeczeni  są  odpowiedzialni  za  własne  decyzje  i  ponoszą  bolesne  konsekwencje,  jeśli  dokonają  wyboru  pochopnego  i
błędnego. Jeśli po ślubie ktoś z małżonków rozczaruje, to rozczaruje on, a nie miłość, gdyż to nie jakaś nieosobowa miłość kocha, lecz konkretna osoba. 

W zamyśle Boga każde małżeństwo to historia wielkiej miłości między mężczyzną a kobietą.

13

 To najbardziej zdumiewająca forma przyjaźni i największe

święto radości, jakie jest możliwe w relacjach międzyludzkich na tej ziemi. „Przysięga małżeńska określa, a zarazem ustanawia to, co jest dobrem wspólnym
małżeństwa  i  rodziny.  ‘Biorę  ciebie  za  żonę/za  męża    i  ślubuję  ci  miłość,  wierność  i  uczciwość  małżeńską  oraz  że  cię  nie  opuszczę  aż  do  śmierci’.
Małżeństwo jest szczególną komunią osób. Rodzina - na gruncie tej komunii - ma stawać się wspólnotą osób. Nowożeńcy podejmują to zadanie ‘wobec
Boga i Kościoła’, o czym przypomina im celebrans, w chwili składania przysięgi małżeńskiej. Świadkami tej sakramentalnej przysięgi są wszyscy obecni
przy ślubie. W nich obecny jest poniekąd cały Kościół, całe społeczeństwo, w którym określona rodzina zaczyna istnieć.(…) Słowa przysięgi małżeńskiej
orzekają o tym, co stanowi wspólne dobro - naprzód małżeństwa, a następnie rodziny. Dobrem wspólnym małżonków jest miłość, wierność i uczciwość
małżeńska oraz trwałość ich związku ‘aż do śmierci’. To dobro obojga jest równocześnie dobrem każdego z nich. Ma z kolei stać się dobrem ich dzieci.

Należy do istoty dobra wspólnego, że łącząc poszczególnych ludzi, stanowi zarazem prawdziwe dobro każdego”

14

 

Małżeństwo oparte na nieodwołalnej miłości i na trwałej radości jest w oczach Stwórcy aż tak cenne, że Jezus wyniósł je do godności sakramentu, czyli do
miejsca, w którym Bóg jest szczególnie obecny, w którym szczególnie błogosławi i w którym szczególnie widoczna jest Jego miłość do ludzi. Najsilniejsza i
najpiękniejsza więź, jaka jest osiągalna między mężczyzną a kobietą, nie pojawia się samoczynnie. Nie jest automatycznym wynikiem tego, że oto on i ona
od pewnego czasu chodzą ze sobą i stanowią parę. Początkiem małżeństwa jest podjęcie decyzji na całe życie. Bez takiej decyzji małżeństwo nie zaistnieje.
Narzeczeni stają się małżonkami wtedy, gdy on i ona - przy świadkach i z powołaniem się na Boga - składają najbardziej niezwykłą przysięgę miłości, jaką
mężczyzna i kobieta są w stanie sobie ślubować. Popatrzmy na poszczególne elementy tej przysięgi, gdyż one wyjaśniają zasady, na jakich małżonkowie

wiążą się ze sobą na całe życie.

15

 

Przysięga małżeńska zaczyna się od słowa „ja”. To właśnie ja biorę ciebie za żonę czy za męża. Tak silne zaakcentowanie tego słowa nie jest tu czymś
przypadkowym i nie ma nic wspólnego z egocentryzmem. Ma za to wszystko wspólnego z odpowiedzialnością. Oto ja biorę ciebie za małżonka. A skoro ja
to czynię, to znaczy, że jest to moja autonomiczna, świadoma i dobrowolna decyzja. To znaczy także, że nikt mnie do tego nie zmusza ani nawet nie
zachęca. To znaczy, że pełną niezależność w tym względzie pozostawia mi Bóg oraz ludzie, wśród których żyję. W przeciwnym przypadku małżeństwo
byłoby nieważne. Owo „ja” oznacza również, że decyzję o małżeństwie podejmuje cały człowiek. To nie jest jedynie decyzja jego woli. Przeciwnie, to
decyzja,  która  promieniuje  z  całego  człowieczeństwa  i  która  angażuje  całe  człowieczeństwo:  ciało,  świadomość,  emocje,  sumienie,  wolność,  aspiracje,
priorytety, sferę moralną, duchową i religijną. Złożenie sakramentalnej przysięgi małżeńskiej wymaga od narzeczonych zdolności do podejmowania decyzji
na zawsze. Do małżeństwa nie są zdolni ci, którym brakuje odwagi do podejmowania takich decyzji. Odwaga podejmowania nieodwołalnej decyzji płynie z
mocy miłości, a nie z fizycznego czy emocjonalnego zauroczenia drugą osobą, gdyż popędy i emocje przemijają i nie są fundamentem żadnej więzi trwałej,
szczęśliwej i wiernej.

Drugim  elementem  przysięgi  małżeńskiej  są  słowa: „biorę  ciebie  za  żonę/za  męża”.  Te  słowa  oznaczają,  że  małżonek  staje  się  odtąd  dla  mnie  kimś
absolutnie wyjątkowym. To nie będzie ledwie mój partner czy partnerka, albo ktoś, z kim zwiążę się jedynie na zasadzie próby. Wziąć kogoś za żonę czy
za męża to publicznie zadeklarować, że od tego momentu ta osoba staje się dla mnie kimś najważniejszym na ziemi, czyli kimś jeszcze ważniejszym niż te
osoby, które dotąd kochałem najbardziej. Jezus wyjaśnia, że „opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem” (Mt 19,
5). Odtąd troska o więź z żoną czy mężem ma pierwszeństwo nawet przed troską o ukochanych rodziców, o rodzeństwo czy o serdecznych przyjaciół!
Złożenie takiej przysięgi małżeńskiej to jednocześnie publiczne zapewnienie innych osób o tym, że nie wolno im usiłować budowania ze mną więzi tak silnej
i  tak  intymnej,  jaka  jest  właściwa  jedynie  dla  małżonków.  Warunkiem  dochowania  przysięgi  małżeńskiej  jest  nie  tylko  duży  stopień  niezależności  od

background image

rodziców i innych bliskich, ale także od wszystkich ludzi, z którymi małżonkowie będą mieli kontakt w przyszłości, na przykład w miejscu pracy czy w
środowisku znajomych.

„…i ślubuję ci miłość..”. Ten element przysięgi małżeńskiej oznacza, że narzeczeni nie ślubują sobie pożądania, zakochania, tolerancji czy akceptacji, lecz

miłość! Nic mniejszego niż wielka miłość nie wystarczy do tego, by ona i on byli ze sobą szczęśliwi na zawsze!

16

 Wzorem dla małżonków nie jest więc

jakakolwiek miłość, czy też to, co za miłość uznają oni sami albo telewizyjni „eksperci”, lecz wyłącznie ta miłość, jakiej uczy nas Jezus i jaką On pierwszy
nas ukochał: na zawsze i nad życie. Dojrzali małżonkowie fascynują się Jezusem, gdyż pragną uczyć się miłości od Mistrza, a nie od czeladników. Chrystus,
który umiłował Kościół tak, jak mąż ma kochać swoją żonę, uczy nas miłości ofiarnej, bezwarunkowej i czułej, a jednocześnie miłości mądrej, czyli takiej,
która wyraża się na różne sposoby, gdyż jej komunikowanie dostosowane jest do sytuacji i zachowania kochanej osoby. Małżonkowie przysięgają sobie to,
że w każdej sytuacji będą się wspierać i sobie pomagać. Nie przysięgają natomiast tego, że będą siebie nawzajem rozpieszczać, że będą pobłażliwie patrzeć
na ewentualne błędy współmałżonka czy że jedno podporządkuje się tej drugiej osobie, na przykład żona mężowi. 

Miłość mądra na wzór Jezusa oznacza, że mąż i żona patrzą na siebie z miłością i że są gotowi przebaczać tej drugiej stronie jej ludzkie niedoskonałości, ale
pod warunkiem, że osoba błądząca potrafi najpierw – z miłości! - przeprosić zmieniać się na lepsze, zanim poprosi współmałżonka o przebaczenie. Kto
naprawdę kocha, ten nie oczekuje od żony czy męża naiwności czy pobłażania dla popełnianych błędów. Wymaga natomiast od samego siebie tego, by
nieustannie komunikować miłość, którą przysiągł. Wzajemna miłość mobilizuje małżonków do pracy nad sobą, do rozwoju i dorastania do świętości po to,
by kochać współmałżonka każdego dnia coraz bardziej. Miłość sprawia, że on i ona potrafią także coraz bardziej, z coraz większą wdzięcznością i czułością
przyjmować miłość od tej drugiej osoby. Małżonkowie ślubują sobie miłość aż tak ufną i intymną, że prowadzi ona do jedności ich ciał. Miłość sprawia, że
oboje małżonkowie cieszą się tą drugą osobą w pełni, czyli w jej byciu kobietą lub mężczyzną, a także w jej niepowtarzalnej wrażliwości i specyficznych
potrzebach, związanych z daną płcią. Małżonkowie zawsze respektują fizjologiczną i emocjonalną specyfikę tej drugiej osoby. Wzajemna miłość wyklucza
używanie współmałżonka jako środka do osiągnięcia własnych celów. Taka sytuacja miałaby miejsce na przykład wtedy, gdyby mąż usiłował nakłaniać żonę
do  niszczenia  swojej  płodności  i  swojego  zdrowia  po  to,  by  on  zapewnił  sobie  przyjemność  seksualną,  gdy  tylko  będzie  miał  na  to  ochotę,  czyli  w
oderwaniu od miłości. Kochający się małżonkowie potrafią komunikować miłość na setki sposobów, a nie jedynie w kontekście współżycia seksualnego.

„…wierność…”. Wypełnienie przysięgi wierności dokonuje się przez to, że małżonkowie są lojalni wobec siebie nie tylko wtedy, gdy przebywają ze sobą
twarzą  w  twarz,  ale  również  wtedy,  gdy  kontaktują  się  z  innymi  ludźmi.  Wierność  oznacza  wolność  od  nieczystych  spojrzeń,  myśli  czy  pragnień  w
odniesieniu  do  kogokolwiek.  Oznacza  również,  że  w  sytuacjach  konfliktowych  ze  światem  zewnętrznym  –  nawet  w  przypadku  konfliktu  z  własnymi
rodzicami  –  mąż  i  żona  stoją  po  tej  samej  stronie  i  wspierają  siebie  nawzajem.  Ewentualne  kwestie  sporne  wyjaśniają  sobie  wyłącznie  w  cztery  oczy.
Niewierność przejawia się w mówieniu bez szacunku o współmałżonku do innych ludzi, na zdradzaniu jego sekretów czy opowiadaniu innym ludziom o
małżeńskich sprawach intymnych, a także na podważaniu autorytetu żony czy męża. Najbardziej radykalną i dotkliwą formą niewierności jest niewierność
w sferze seksualnej. Zdrada małżeńska powoduje nieodwracalne zranienia. Jeśli dochodzi do takiego dramatu, to znaczy, że wcześniej doszło do innych form
niewierności. Narzeczeni ślubują sobie wierność we wszystkich wymiarach wspólnego życia. Wierność cielesną i seksualną. Wykluczają intymną bliskość w
relacjach z innymi ludźmi. Całkowicie wykluczają romansowanie czy flirtowanie. Zachowują wierność wobec siebie we wszystkich wymiarach: w myśleniu,
w  przeżywaniu,  w  zasadach  moralnych,  w  hierarchii  wartości,  w  priorytetach,  wierność  we  wspólnym  stylu  życia.  Są  sobie  wierni  i  bliscy  w  każdej
sytuacji. Bycie przy małżonku jest dla nich zdecydowanie ważniejsze niż praca zawodowa, niż bycie przy rodzicach, a tym bardziej niż własne hobby,
przyzwyczajenia czy kontakty koleżeńskie. Jeśli praca zawodowa, działalność społeczna, kontakty towarzyskie zagrażają byciu blisko obojga małżonków,
to wierny małżonek potrafi natychmiast z tego wszystkiego się wycofać.

„...i  uczciwość  małżeńską...”  Uczciwość  to  bezwzględna  lojalność  małżonków  względem  siebie  w  każdej  sprawie  i  sytuacji.  Uczciwość  wyklucza
kłamstwo czy oszukiwanie małżonka w czymkolwiek. Zakłada natomiast wzajemną szczerość oraz otwarte mówienie sobie nawzajem o tym, co ewentualnie
niepokoi jedną ze stron czy obie strony. Uczciwość to pomaganie małżonkowi na coraz lepsze poznawanie i rozumienie siebie nawzajem. Uczciwy mąż i
uczciwa żona nie wykorzystują wiedzy o słabych stronach małżonka po to, by zadać ból. Nie czynią tego nawet w sytuacji rozczarowania czy konfliktu.
Uczciwość wiąże się też ze świadomością, że jeśli między małżonkami pojawiają się jakieś konflikty czy nieporozumienia, to zwykle wina leży po obu
stronach, chociaż w różnych proporcjach. Szczególnie wrażliwi powinni być małżonkowie na uczciwość w sprawach najbardziej intymnych. Zaprzeczeniem
uczciwości jest na przykład sytuacja, w której żona decyduje się na poczęcie dziecka, korzystając ze swojej wiedzy na temat płodności, mimo że wie, iż mąż
nie jest jeszcze gotowy do podjęcia takiej decyzji. Małżonkowie powinni szczerze mówić sobie o swoich potrzebach i pragnieniach, o tym co im sprawia
radość  i  niepokój.  Nie  powinni  mieć  przed  sobą  tajemnic.  Nie  powinni  mieć  podwójnego  życia,  ukrytych  źródeł  dochodu  czy  kontaktów  z  osobami,  o
których nie wie małżonek. Kochający się małżonkowie wiedzą, że uczciwość – podobnie jak wierność - jest niepodzielna i że złamanie uczciwości w jednej
sprawie, prowadzi do nieuczciwości także w innych dziedzinach życia.

„…oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci”. Ten fragment przysięgi małżeńskiej stanowi potwierdzenie tego, że miłość jest bezwarunkowa i nieodwołalna,
że  nie  ma  nic  wspólnego  z  „wolnymi”  –  od  wierności  i  odpowiedzialności!  –  związkami,  z  (rozerwalnym)  kontraktem  cywilnym  czy  z  konkubinatem.
Małżonkowie  ślubują  sobie  nawzajem,  że  z  miłością  będą  odnosić  się  do  siebie  nawzajem  zawsze  i  wszędzie,  w  dobrej  i  złej  doli,  aż  do  śmierci.  Nie
pozostawią siebie nawzajem w żadnej sytuacji i w żadnej potrzebie, w zdrowiu i chorobie, w radości i cierpieniu, w bogactwie i w niedostatku. Kochający się
małżonkowie  nie  tylko  wykluczają  możliwość  rozwodu,  ale  także  opuszczenie  żony  czy  męża  na  zasadzie  dłuższego  wyjazdu  do  pracy,  na  przykład
zagranicę. Mąż i żona wykluczają nie tylko zewnętrzne rozstanie, ale także wewnętrzną, duchową „emigrację”, czyli zamykanie się we własnym świecie
zainteresowań, pracy czy marzeń, żyjąc obok małżonka, a nie z nim. Wyjątkową sytuacją rozstania na dłuższy czas może być jedynie separacja małżeńska i
to wyłącznie w zupełnie skrajnych sytuacjach, na przykład z konieczności obrony przed mężem-alkoholikiem, który stosuje przemoc. Jednak także wtedy
krzywdzona osoba pozostaje wierna przysiędze miłości, modli się za małżonka przeżywającego kryzys i jest gotowa na przyjęcie go z powrotem, gdy tylko
ustąpi przyczyna separacji. Miłość małżeńska to nie tylko zobowiązanie do tego, by już na zawsze być z tą drugą osobą, ale także do tego, by kochać ją
coraz bardziej, gdyż tylko wtedy wspólne życie będzie coraz większym świętem, a nie ciężarem.

„…Tak mi dopomóż, Panie Boże w Trójcy Jedyny i wszyscy święci!”   Ten  ostatni  element  przysięgi  małżeńskiej  oznacza,  że  oboje  narzeczeni  mają
świadomość własnych ograniczeń i słabości. Uznają przed sobą nawzajem, że nie są Bogiem i że nie są miłością, ale że z pomocą Boga – i tylko wtedy! – są
w stanie kochać aż tak mocno, że zaskoczą tym nawet samych siebie. Okazywanie sobie na co dzień, w radości i smutku, w zdrowiu i chorobie, w dobrych i
trudnych chwilach miłości wiernej, cierpliwej, ofiarnej, mądrej, czułej i płodnej jest możliwe tylko mocą przyjaźni z Bogiem. A to oznacza troskę męża i
żony  o  wspólne  wzrastanie  w  przyjaźni  ze  Stwórcą,  który  stworzył  nas  z  miłości  i  do  miłości.  Kochający  się  małżonkowie  razem  się  modlą,  razem
przeżywają Eucharystię, razem korzystają z innych sakramentów, razem zachwycają się świętymi małżeństwami, które Kościół beatyfikował czy tymi,
którzy  promieniują  wzajemną  miłością,  a  należą  do  grona  krewnych  czy  znajomych.  Małżonkowie  mogą  obrać  sobie  jakiegoś  świętego  na  szczególnego
patrona  ich  małżeństwa  i  rodziny.  Najlepszą  gwarancją  ich  wzajemnej  miłości  aż  do  śmierci  będzie  to,  że  ich  największym  marzeniem  będzie  wspólne

background image

dorastanie do świętości. 

Trwałe małżeństwo i szczęśliwa rodzina to środowisko, które najlepiej chroni człowieka przed zagrożeniami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Kochająca się
rodzina umożliwia każdemu ze swoich członków wszechstronny rozwój, doświadczenie miłości, odkrywanie własnej wartości, a także realizację powołania
do świętości. Nic tak nie cieszy człowieka, jak szczęśliwe małżeństwo i rodzina. Nic też tak dotkliwie nie boli, jak brak miłości między małżonkami albo
między  rodzicami  a  dziećmi  i  brak  poczucia  bezpieczeństwa  we  własnym  domu.  Ten  świat  proponuje  nam  znacznie  mniejszą  „miłość”  niż  ta,  którą
proponuje Bóg. Ten świat proponuje „miłość”, która nie stawia żadnych wymagań i która w rzeczywistości jest fikcją. To imitacja miłości, która zawsze

rozczarowuje. Nigdy nie rozczarowuje jedynie miłość, którą proponuje Bóg i której uczy nas Jego wcielony Syn – Jezus Chrystus.

17

Właśnie  dlatego  najważniejszym  celem  wychowania  chrześcijańskiego  jest  pomaganie  dzieciom  i  młodzieży  w  dorastaniu  do  miłości  małżeńskiej  i
rodzicielskiej.  W  obliczu  negatywnych  nacisków  niskiej  kultury  potrzeba  obecnie  solidniejszego  niż  dotąd  przygotowania  dzieci  i  młodzieży  oraz
narzeczonych.  Najważniejszą  rolę  do  spełnienia  mają  w  tym  względzie  rodzice,  duszpasterze  oraz  parafie  i  katolickie  ruchy  formacyjne.
Szczególna odpowiedzialność w tym względzie ciąży na kapłanach, których rolą jest bezpośrednie przygotowanie narzeczonych do owocnego przyjęcia
sakramentu małżeństwa i weryfikacja ich dojrzałości w tym względzie. Przyjęcie sakramentu małżeństwa nie jest bowiem jednym z praw obywatelskich, ale
przywilejem  dojrzałego  ucznia  Chrystusa.  Wzorem  dla  małżonków  wszystkich  czasów  są  Maryja  i  Józef.  Oni  stworzyli  najpiękniejszą  historię  miłości
kobiety i mężczyzny. Historię aż tak piękną, że stali się rodziną Boga. Każde małżeństwo i każda rodzina powołani są do tego, by stawać się Kościołem
domowym, w którym wszyscy błogosławią wszystkich i uczą się od Chrystusa kochać siebie nawzajem aż tak, jak On pierwszy pokochał swój Kościół i

każdego z nas.

18

 

Wzrastanie w miłości małżeńskiej

Od momentu zawarcia małżeństwa sakramentalnego wszystkie inne więzi są mniej ważne od więzi z małżonkiem. Miłości i bliskości małżonków nie mogą
naruszać ani silne więzi z przeszłości (z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi), ani silne więzi, które małżonkowie zbudują z innymi ludźmi w przyszłości,
zwłaszcza więzi z własnymi dziećmi czy z serdecznymi przyjaciółmi. Właśnie dlatego istnieje sakrament małżeństwa, ale nie ma sakramentu rodzicielstwa.
Kościół z całym realizmem naucza, że stając się rodzicami, ona i on nie przestają być małżonkami. Także wtedy, gdy na świat przychodzi gromadka dzieci, o
losie małżonków nadal decyduje najbardziej ich wzajemna więź. Dzieci nie są własnością rodziców ani ich darmowym „ubezpieczeniem” na starość. Są po to,
by przyjąć i wychować je z miłością, a następnie pozwolić im z radością, by założyły własne rodziny. Pierwszym sposobem kochania dzieci jest wzajemna
miłość małżonków. Przyglądanie się wiernej, ofiarnej i czułej miłości rodziców to także najlepszy kurs przedmałżeński dla dzieci i młodzieży.

Podstawowym warunkiem trwania w sakramencie małżeństwa w sposób owocny, w radosnej miłości, jest pielęgnowanie nie tylko więzi z małżonkiem, ale
także więzi z Bogiem, którego małżonkowie wzięli na świadka i na obrońcę ich więzi małżeńskiej: „Co więc Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” (Mt
19, 6). Pielęgnowanie więzi z Bogiem to życie w każdej dziedzinie zgodne z Dekalogiem, to coniedzielna Msza święta i regularne korzystanie z sakramentu
pokuty, to włączenie się do jakiegoś katolickiego ruchu formacyjnego, to dążenie do świętości w codzienności. Największą szansę na owocne korzystanie z
sakramentalnego umocnienia mają ci małżonkowie, którzy razem przeżywają więź z Bogiem i razem się modlą. Wspólna modlitwa to miejsce wspólnego
spotkania z Bogiem i wspólnego rozmawiania z Nim o sprawach ważnych dla małżonków i ich dzieci. Wspólna modlitwa małżonków i wspólny codzienny
rachunek sumienia to najlepsza, bo Boża poradnia życia małżeńskiego i rodzinnego!

Ważne jest to, by wcześnie odczytywać znaki ewentualnego kryzysu w małżeństwie, gdyż wczesna interwencja bywa zwykle najbardziej skuteczna. Otóż
początkiem  łamania  przysięgi  małżeńskiej  nie  są  sprzeczki,  problemy  alkoholowe  czy  zdrady  małżeńskie,  ale  sytuacja,  w  której  on  czy  ona  przestaje
okazywać  miłość  drugiej  osobie.  Małżonkowie  ślubują  sobie  bowiem  to,  że  będą  siebie  nawzajem  kochać,  a  nie  to,  że  powstrzymają  się  jedynie  od
wyrządzania sobie krzywdy. Najtrudniejszą próbą dla małżeństwa jest miłość w skrajnej sytuacji, czyli wtedy, gdy jedno z małżonków przeżywa bolesny
kryzys, nie kocha już nawet samego siebie i boleśnie krzywdzi współmałżonka oraz dzieci. Także w takiej sytuacji Kościół odwołuje się do mądrej miłości
Boga. Jezus bronił się stanowczo przed krzywdą. Do uderzającego Go w twarz żołnierza powiedział: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A
jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?” (J 18, 23).

Krzywdzony  małżonek  ma  prawo  do  skutecznej  obrony  przed  krzywdzicielem  z  separacją  małżeńską  włącznie,  po  wcześniejszym  wyczerpaniu

wszystkich innych form obrony.

19

 Jezus – broniący się przed żołnierzem – uczy nas zasady mądrej miłości, która brzmi: to, że kocham ciebie, nie daje ci

prawa, byś mnie krzywdził! Separacja w obliczu małżonka-krzywdziciela to miłość na odległość w sytuacji, gdy miłość z bliska wiąże się z doznawaniem
kolejnych  krzywd.  Broniąc  się  przed  krzywdzicielem,  krzywdzony  małżonek  nie  tylko  chroni  siebie  oraz  niewinnie  cierpiące  dzieci,  ale  też  kocha
krzywdziciela, gdyż to dobrze dla krzywdziciela, gdy ma mniej ofiar na sumieniu. Kościół poważnie traktuje człowieka, który składa przysięgę małżeńską i
dlatego  nigdy  nie  zaakceptuje  rozwodów.  Jednak  równie  poważnie  Kościół  traktuje  cierpienie  krzywdzonego  małżonka  (oraz  współcierpiących  dzieci)  i
dlatego daje mu prawo do skutecznej obrony przed krzywdzicielem, ale nie do łamania własnej przysięgi małżeńskiej. Mąż i żona powinni kochać siebie
nawzajem z bliska, w codziennym wspólnym życiu nawet w skrajnie złej doli, jednak pod warunkiem, że tej złej nie zsyła współmałżonek, bo przecież on
ślubował, że będzie kochał, a nie że będzie zsyłał złą dolę czy gnębił.

Szczęśliwe małżeństwo i trwała rodzina to zdecydowanie najlepsze, najbardziej korzystne, ustanowione przez samego Boga miejsce na tej ziemi dla dzielenia
się  miłością,  dla  tworzenia  klimatu  bezpieczeństwa,  dla  radosnego  wychowania  dzieci,  dla  wspólnego  dorastania  do  świętości.  Trwałe  małżeństwa  i
szczęśliwe  rodziny  nie  są  wyjątkami  chociaż  w  liberalnych  mediach  i  w  międzysąsiedzkich  rozmowach  wskazuje  się  zwykle  na  te  rodziny,  które  są  w
kryzysie.  Wiem,  że  wierność  sakramentalnej  miłości  małżeńskiej  przez  całe  dziesięciolecia  bywa  czasem  trudna  i  że  nieraz  wiąże  się  z  dźwiganiem

krzyża.

20

  Jednak wiem też, że taka miłość jest naprawdę także w naszych czasach możliwa, gdyż od wielu lat jestem zaprzyjaźniony z takimi rodzinami, w

których wszyscy kochają wszystkich i w których wszyscy patrzą na wszystkich z radością. Wielu jest takich małżonków, którzy do śmierci rosną w

przyjaźni z Bogiem i którzy w każdej sytuacji wiernie wypełniają małżeńską przysięgę miłości.

21

Czy jednak fakt, że coraz więcej małżeństw przeżywa kryzys, nie jest znakiem czasu i czy nie upoważnia do pytania o to, czy instytucja małżeństwa nie
powinna ulec jakimś przeobrażeniom? Otóż nie, gdyż nikt z ludzi nie wymyśli piękniejszej więzi między kobietą i mężczyzną, ani nie zaproponuje im
bardziej niezwykłej miłości od tej, którą zaproponował Bóg na początku historii ludzkości, kiedy to stwierdził, że mężczyzna i kobieta zostali stworzeni
wzajemnie dla siebie: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam” (Rdz 2, 18). Bóg stwarza mężczyźnie do pomocy kobietę (mężczyzna potrzebuje pomocy
kobiety!) jako istotę równą mu i bliską, „jako pomoc przychodzącą od Pana” (Ps 121, 2). „Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy
się ze swą żoną tak ściśle, że staną się jednym ciałem” (Rdz 2, 24). Po zawarciu małżeństwa – zgodnie z pierwotnym zamysłem Stwórcy – „nie są już dwoje,
lecz jedno ciało” (Mt 19, 6). Nigdy nie pojawi się instytucja lepsza niż małżeństwo kobiety i mężczyzny oparte na wiernej i nieodwołalnej miłości. Nigdy w

background image

kryzysie nie znajdzie się małżeństwo. W każdej natomiast epoce w kryzysie może być człowiek, który małżeństwo zawiera.

Sakrament małżeństwa to Boży pomysł na najpiękniejszą więź, jaką – z Bożą pomocą – mężczyzna i kobieta są w stanie zbudować w oparciu o miłość

wierną, wielkoduszną i czułą.

22

  Realizacja  tego  pomysłu  wymaga  –  obok  trwania  w  przyjaźni  z  Bogiem  –  spełnienia  jeszcze  dwóch  innych  warunków:

wypływania na głębię człowieczeństwa oraz precyzyjnego rozumienia istoty miłości. Pierwszy z tych warunków to dorastanie do człowieczeństwa na miarę
zamysłu Boga względem człowieka. Do małżeństwa sakramentalnego dorasta ten, kto wie, że być człowiekiem to być kimś nieodwołalnie kochanym przez
Boga i kimś podobnym do Boga, czyli zdolnym do tego, by przyjąć miłość i by kochać. Żaden człowiek nie jest jednak Bogiem i nie jest miłością. Po grzechu
pierworodnym często łatwiej nam krzywdzić samych siebie i innych ludzi niż kochać. Miłość nie przychodzi więc nam w sposób spontaniczny. Wymaga
panowania nad sobą, zwłaszcza nad popędami i uczuciami, a także codziennej dyscypliny, czujności i nawrócenia.

Kochać może tylko ten, kto wypływa na taką głębię człowieczeństwa, że odkrywa swoją bezcenność oraz bezcenność osoby, którą uczy się kochać. Taki
człowiek wie, że być osobą to być kimś, kogo można kochać, ale kogo nie można posiadać. Wie też i to, że kto kocha, może ofiarować tej drugiej osobie czas,
siły, zdrowie a w skrajnych sytuacjach nawet życie doczesne, ale nic więcej. Człowiek dojrzały nikomu – nawet osobie, którą kocha najbardziej na świecie –
nie ofiaruje swojej godności dziecka Bożego, swojej świętości, czystości, wolności i trwania na drodze zbawienia. Nie ofiaruje tego, co w nim najpiękniejsze i
bezcenne z tego oczywistego powodu, że gdyby to zrobił, to okradłby samego siebie z tego, co nie jest jego własnością, lecz darem Boga, i przestałby być
zdolnym  do  miłości.  Przeciwnie,  zraniłby  samego  siebie  i  stałby  się  człowiekiem  potrzebującym  pomocy,  a  nie  tym,  który  potrafi  kochać  i  dorasta  do
małżeństwa. 

Do  takiej  miłości  małżeńskiej,  jaką  proponuje  Bóg,  może  dorosnąć  tylko  ten,  kto  precyzyjnie  rozumie  naturę  miłości.

23

  Nie  jest  to  w  naszych  czasach

proste,  gdyż  obecnie  miłość  często  bywa  mylona  z  seksualnością,  z  zakochaniem  i  uczuciem,  z  tolerancją  i  akceptacją,  z  „wolnymi  związkami”  albo  z
naiwnością. Właśnie dlatego zrozumieć miłość i dojrzale pokochać może jedynie ten, kto wie, czym miłość nie jest, a co stanowi jej istotę. 

Błąd pierwszy to przekonanie, że istotę miłości stanowi współżycie seksualne i że miłość to jedynie efekt działania popędów, hormonów czy feromonów.

Mylenie miłości z popędowością i biochemią prowadzi do dramatów, gdyż popęd seksualny – tak jak każdy popęd – jest ślepy.

24

 Gdyby istotą miłości

było współżycie seksualne, to rodzice nie mogliby kochać swoich dzieci. Nawet w małżeństwie współżycie seksualne jest jedynie epizodem w całym morzu
okazywanej sobie nawzajem czułości i codziennej troski o małżonka. Seksualność oderwana od miłości prowadzi do cudzołóstwa, uzależnień i przestępstw,
a nawet do śmierci (aborcja, AIDS). Mylić miłość z seksualnością to dosłownie mylić życie ze śmiercią.

Kogoś, kto przeżywa radość dlatego, że kocha, nie interesuje taka forma kontaktu z drugą osobą, która powoduje utratę przyjaźni z Bogiem, z samym sobą i
z  drugim  człowiekiem.  Miłość  jest  jedyną  siłą,  dzięki  której  człowiek  potrafi  stać  się  panem  swoich  popędów  i  swego  ciała.  We  wszystkich  –  poza
małżeństwem – rodzajach więzi międzyludzkich to właśnie zdolność powstrzymywania się od współżycia seksualnego świadczy o miłości. Współżycie
seksualne nie wiąże się przecież z miłością rodzicielską, narzeczeńską czy przyjacielską. Także w małżeństwie panowanie nad popędem seksualnym jest
warunkiem  dochowania  wierności  i  życia  w  radości.  Seksualność  małżonków  jest  czysta  wtedy,  gdy  jest  wyrazem  miłości,  a  nie  przejawem  popędu,
pożądania czy uległości. Małżonek, który kocha, nie skupia się na doznaniach cielesnych, ale zachwyca się tym, że może być tak blisko osoby, którą kocha i
przez którą jest kochany. Współżycie seksualne jest wtedy spotkaniem dwóch osób, a nie dwóch ciał. Jeśli ktoś z przygotowujących się do sakramentu

małżeństwa pożąda tę drugą osobę czy nie zachowuje czystości, to oddala się od miłości.

25

Błąd  drugi  to  przekonanie,  że  miłość  jest  uczuciem  i  że  zakochanie  się  to  najbardziej  intensywna  forma  miłości.  Tymczasem  kochać  to  nie  to  samo,  co
przeżywać  określone  stany  emocjonalne.  Gdyby  istotą  miłości  było  uczucie,  to  nie  można  by  było  jej  ślubować,  gdyż  uczucia  bywają  zmienne  i
nieobliczalne. Uczucia stanowią cząstkę człowieka, są jedną z jego cech. Natomiast miłość to postawa całego człowieka. Uczucia przeżywamy także wobec
zwierząt, przedmiotów czy wydarzeń, a zatem wtedy, gdy coś lubimy lub gdy czymś się cieszymy. Tymczasem miłość to stały sposób postępowania, a
nie chwilowy nastrój. Błędne przekonanie, iż miłość jest uczuciem, wynika z tego, że każdy, kto kocha, przeżywa silne uczucia. Nie istnieje miłość bez
uczuć. Jeśli ktoś jest wobec drugiej osoby emocjonalnie obojętny, to znaczy, że jej nie kocha. Jednak z tego, że uczucia zawsze towarzyszą miłości, nie
wynika, że stanowią jej istotę. Ani nie jest prawdą, że miłość to uczucie i ani że ten, kto kocha, przeżywa jedynie „piękne” uczucia. Natomiast jest prawdą,
że miłości zawsze towarzyszą uczucia, ale są one różne: od radości i entuzjazmu do rozgoryczenia, gniewu, żalu, i cierpienia. W każdym słowie i czynie
Jezus wyrażał miłość, ale przeżywał różne stany emocjonalne. Kiedy kochający rodzice odkrywają, że ich syn jest narkomanem, przeżywają dramatyczny
niepokój,  lęk  i  wiele  innych  bolesnych  uczuć  –  właśnie  dlatego,  że  kochają  syna.  Mylenie  miłości  z  uczuciem  sprawia,  że  uczucia  zostają  uznane  za
kryterium  postępowania.  Tymczasem  stany  emocjonalne  –  podobnie  jak  popędy  –  są  ślepe,  a  kierowanie  się  nimi  prowadzi  do  życiowych  pomyłek,
krzywd i cierpień.

Miłość jest świadomą i dobrowolną postawą, a uczucia są jednym ze sposobów wyrażania tejże postawy. Miłość to kwestia wolności i daru, a uczucia to
kwestia potrzeb i spontaniczności. Miłość skupia nas na potrzebach innych ludzi, a uczucia skupiają nas na naszych własnych potrzebach i przeżyciach.
Miłość prowadzi na szczyty bezinteresowności i wolności, a więzi oparte na potrzebach emocjonalnych prowadzą do uzależnienia się od drugiej osoby, do
zazdrości, agresji i rozczarowania. Miłość owocuje pogodą ducha i spokojem, a skupianie się na uczuciach prowadzi do niepokojów i napięć. To właśnie
dlatego radość człowieka zakochanego bywa pełna niepokoju, a zakochani czasem ranią się wzajemnie poprzez różne formy emocjonalnego szantażu. Miłość
prowadzi  do  trwałej  radości,  a  kierowanie  się  uczuciami  niszczy  więzi  międzyludzkie  oraz  prowadzi  do  trwałego  niepokoju.  Człowiek  dojrzały  w
zakochaniu ma świadomość, że jest nieskończenie ważniejszy od swego zakochania. Jeśli ktoś z przygotowujących się do sakramentu małżeństwa myśli, że
przygotowuje się do ślubowania uczuć czy do wiecznego zakochania (takiego nie ma!), to nie dorasta do miłości.

Błąd  trzeci  to  przekonanie,  że  miłość  jest  tym  samym,  co  tolerancja.  Tymczasem  ten,  kto  toleruje,  mówi:  „Rób,  co  chcesz!”,  a  ten,  kto  kocha,  mówi:
„Pomogę ci czynić to, co prowadzi cię ku świętości”. Tolerancja byłaby postawą racjonalną jedynie wtedy, gdyby człowiek nie był w stanie krzywdzić
samego  siebie  ani  innych  ludzi.  Tak  będzie  dopiero  w  niebie,  ale  na  ziemi  wiele  zachowań  człowieka  nie  wyraża  miłości,  ale  prowadzi  do  krzywdy  i
cierpienia. W tych realiach, w jakich żyjemy, powiedzieć komuś: „Rób, co chcesz!” to tak, jakby powiedzieć mu: „Twój los mnie nie interesuje!”. Miłość
wiąże się z troską o drugiego człowieka, a tolerancja wynika z obojętności na jego los. Ten, kto myli miłość z tolerancją, rezygnuje z racjonalnego myślenia,
gdyż  wierzy  w  to,  że  wszystkie  zachowania  człowieka  są  równie  dobre.  Tolerować  zachowania  człowieka  można  –  i  to  z  pewnymi  ograniczeniami!  –
wyłącznie w odniesieniu do smaków i gustów. Nie można natomiast odwoływać się do tolerancji w odniesieniu do sposobów postępowania, gdyż niektóre
zachowania  człowieka  bywają  aż  tak  szkodliwe,  że  zakazane  są  nawet  prawem  karnym.  Człowiek  dojrzały  wspiera  ludzi  szlachetnych,  a  upomina
błądzących, którzy krzywdzą samych siebie czy innych ludzi. Im bardziej kocham danego człowieka, tym bardziej „nietolerancyjny” staję się wobec tych
jego  zachowań,  które  są  szkodliwe,  gdyż  tym  bardziej  zależy  mi  na  jego  losie.  Jeśli  ktoś  z  przygotowujących  się  do  sakramentu  małżeństwa  chce  być
tolerowanym zamiast kochanym czy chce tolerować zamiast kochać, to nie dorośnie do bycia małżonkiem i rodzicem.

background image

Błąd czwarty polega na utożsamianiu miłości z akceptacją. Akceptować drugiego człowieka to mówić: „Bądź sobą”, czyli: „Pozostań na tym etapie rozwoju,
który już osiągnąłeś”. Tego typu przesłanie jest niewłaściwe, gdyż blokuje rozwój człowieka. Nikt roztropny nie zachęca narkomana czy złodzieja do tego,
żeby był „sobą”. Akceptacja to znacznie mniej niż miłość, i to nie tylko w odniesieniu do ludzi przeżywających kryzys, ale także w odniesieniu do ludzi,
którzy  trwają  na  drodze  rozwoju.  Nikt  z  nas  nie  jest  bowiem  na  tyle  dojrzały,  by  nie  mógł  rozwijać  się  dalej.  Rozwój  człowieka  nie  ma  granic!  Mój
dzisiejszy rozwój może mi wystarczyć na dzisiaj, ale nie wystarczy mi na jutro. Nigdy nie będę już aż tak podobny do Boga, bym nie mógł stać się jeszcze
bardziej  podobnym  do  Niego.  Nigdy  nie  będę  kochał  aż  tak  mocno  i  mądrze,  bym  –  z  pomocą  Boga  –  nie  mógł  kochać  jeszcze  bardziej.  Słuszne  jest
akceptowanie prawdy na temat cech czy postawy  danego  człowieka.  Słuszne  jest  też  akceptowanie  nienaruszalnej  godności  człowieka.  Jednak  zarówno
prawda o danej osobie, jak i jej godność nie jest zależna od tego, czy ją akceptujemy czy też nie. Od nas natomiast zależy nasza postawa wobec tej osoby,
czyli  właśnie  to,  czy  ją  kochamy  czy  też  jedynie  akceptujemy  prawdę  o  niej.  Zabójcy  księdza  Jerzego  Popiełuszki  akceptowali  prawdę  o  nim  i  o  jego
odważnej posłudze kapłańskiej, ale to nie znaczy, że go kochali. Jeśli kogoś kocham, to nie chcę „zamrozić” go w tej fazie rozwoju, którą już osiągnął, lecz
przeciwnie – pragnę mu pomagać, by nadal się rozwijał. Akceptować to mówić: „Bądź sobą!”, a kochać to mówić: „Pomogę ci stawać się codziennie kimś
większym od samego siebie”. Miłość to zdumiewająca moc, która potrafi przemieniać człowieka. Ten, kto kocha, ma odwagę zaproponować osobie kochanej,
by dorastała do świętości, a nie jedynie to, by akceptowała siebie na obecnym etapie rozwoju. Jeśli ktoś z przygotowujących się do sakramentu małżeństwa
domaga się od tej drugiej strony akceptacji, zamiast prosić ją o pomoc w rozwoju, to nie dorasta do małżeństwa.

Błąd piąty polega na naiwnym przekonaniu, że „wolny związek” to także przejaw prawdziwej miłości. Tymczasem w rzeczywistości „wolny związek” w
ogóle  nie  istnieje,  tak  jak  nie  istnieje  „sucha  woda”,  „trójkątny  sześcian”  czy  „niebieska  czerń”.  Ludzie,  którzy  ulegają  mitowi  o  istnieniu  „wolnych
związków”, deklarują sobie to, że się kochają (czyli że żyją w najsilniejszym związku, jaki jest możliwy we wszechświecie), a jednocześnie twierdzą, że w
każdej chwili mogą się rozstać, gdyż związek ten do niczego ich nie zobowiązuje. Tacy ludzie posługują się wewnętrznie sprzecznym pojęciem po to, by
ukryć bolesną prawdę, że ich „wolny związek” to w rzeczywistości związek egoistyczny, niewierny, niepłodny i nietrwały. Osoby pozostające w takim
związku są w rzeczywistości wolne tylko od jednego: od odpowiedzialności za własne postępowanie. W „wolnym związku” jedna osoba traktuje tę drugą
jak sprzęt domowy, który bierze się ze sklepu na próbę i który w każdej chwili można zwrócić lub wymienić na nowszy model. Tymczasem ktoś, kto
kocha, pragnie czegoś nieskończenie większego niż związku „na próbę”. Jeśli ktoś z przygotowujących się do sakramentu małżeństwa proponuje tej drugiej
osobie życie w „wolnym związku”, to tak jakby chciał jej złożyć następującą deklarację: „chcę z tobą zamieszkać i obiecuję ci, że w dobrej i złej doli będę
troszczył się wyłącznie o samego siebie i że cię nie opuszczę, dopóki tak będzie mi wygodnie”.

Błąd  szósty  polega  na  myleniu  miłości  z  naiwnością.  Takie  podejście  do  drugiego  człowieka,  które  jest  przejawem  naiwności,  nie  ma  nic  wspólnego  z
miłością.  Miłość  bowiem  jest  nie  tylko  szczytem  dobroci,  ale  także  szczytem  mądrości.  Chrystus  poświęcał  wiele  czasu  na  uczenie  swych  słuchaczy
mądrego myślenia właśnie dlatego, żeby nie mylili miłości z naiwnością. On pragnie, byśmy w miłości byli nieskazitelni jak gołębie, ale roztropni jak węże
(por. Mt 10, 16). Myli miłość z naiwnością ten, kto nie potrafi bronić się przed człowiekiem, który go krzywdzi, i „miłością” nazywa swoją uległość lub
bezradność. Oto typowy przykład naiwności: alkoholik znęca się nad swoją żoną, ona boleśnie cierpi z tego powodu, on przez całe lata lekceważy to jej
cierpienie, a ona mimo to nie broni się i liczy na to, że jej cierpienie przyczyni się kiedyś do przemiany męża. Tymczasem człowiek, który kocha dojrzale,
przyjmuje  niezawinione  cierpienie  pod  warunkiem,  że  mobilizuje  ono  krzywdziciela  do  tego,  by  się  zastanowić  i  zmienić.  Jeśli  jednak  krzywdziciel
pozostaje obojętny na cierpienie swojej ofiary i błądzi coraz bardziej, to osobie krzywdzonej pozostaje wtedy już tylko miłość na odległość, podobnie jak
ojciec z przypowieści Jezusa na odległość kochał swego marnotrawnego syna przez cały czas, gdy ten się jeszcze nie zastanowił nad sobą i nie zmienił
własnej postawy. Jeśli ktoś z przygotowujących się do sakramentu małżeństwa uważa, że ta druga osoba powinna cierpliwie znosić jego słabości, a nie że to
on ma się zmieniać, to ktoś taki nie dorasta do miłości.

Gdy wiemy już, czym miłość nie jest, wtedy łatwiej przychodzi nam opisać istotę prawdziwej miłości, którą ślubują sobie narzeczeni. Otóż, istotą miłości

jest  decyzja  troski  o  rozwój  danej  osoby.

26

  Nie  jest  to  jedynie  decyzja  „woli”,  lecz  decyzja  całego  człowieka,  a  zatem  decyzja,  w  którą  angażujemy

cielesność, płciowość, myślenie, emocje, wrażliwość moralną, duchowość, religijność, a także wartości i aspiracje, którymi się kierujemy. Miłość jako decyzja
troski o czyjś rozwój wyraża się na co dzień poprzez obecność, pracowitość i czułość. Najtrudniejsze zadanie tego, kto kocha, polega na trafnym doborze
słów i czynów, poprzez które okazuje on miłość tej drugiej osobie. Obowiązuje tu zasada: to, czy kocham ciebie, zależy od mojej decyzji, ale to, w jaki
sposób okazuję miłość, zależy od twojego zachowania. Mistrzem w tym względzie jest Jezus, który ludzi szlachetnych wspierał, błądzących upominał, a
krzywdzicieli i faryzeuszy publicznie demaskował po to, by się zastanowili i by przestali krzywdzić innych ludzi. Miłość nie jest postawą spontaniczną.
Przeciwnie,  wymaga  rozwagi  w  myśleniu  i  stanowczości  w  działaniu.  W  sposób  spontaniczny  można  ulegać  lenistwu  lub  egoizmowi,  ale  nie  można
spontanicznie kochać. Miłość zaczyna się od myślenia. Ten, kto nie myśli, nie jest w stanie kochać. Nie trzeba wcale myśleć po to, by skrzywdzić samego
siebie czy kogoś innego. Trzeba natomiast być niezwykle rozważnym po to, by kochać. Nikt z nas nie jest miłością. W każdym z nas jest coś z naiwności,
słabości i egoizmu. Właśnie dlatego tym dojrzalej jesteśmy w stanie kochać, im bardziej zaprzyjaźnieni jesteśmy z Bogiem, który jest miłością. To właśnie
dlatego trwanie w przyjaźni z Bogiem jest podstawowym warunkiem dorastania do miłości małżeńskiej i cieszenia się z tej miłości w każdej sytuacji i w

każdej fazie życia.

27

MIŁOŚĆ RODZICIELSKA

Miłość małżeńska prowadzi do miłości rodzicielskiej 

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i czynili ją sobie poddaną” (Rdz 1, 28) – to pierwsze polecenie, jakie Bóg kieruje do kobiety i
mężczyzny na początku historii ludzkości. W poleceniu tym Bóg wskazuje na nierozerwalną jedność miłości małżeńskiej i rodzicielskiej. Miłość dojrzałych
małżonków jest otwarta na życie. Współżycie seksualne małżonków jest błogosławione wtedy, gdy potwierdza ów podwójny aspekt ich miłości: małżeński
i rodzicielski. Z tego właśnie względu Kościół nie może pobłogosławić małżeństwa wtedy, gdy narzeczeni deklarują, iż nie będą współżyć seksualnie, albo że

nie  chcą  potomstwa,  gdyż  „miłość  małżeńska  mężczyzny  i  kobiety  powinna  spełniać  podwójne  wymaganie:  wierności  i  płodności”.

28

  Będąc  mężem,

mężczyzna „łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem” (Rdz 2, 24).

Małżeństwo to jedyna forma więzi między kobietą a mężczyzną, w której współżycie seksualne uzyskuje w pełni osobowy i odpowiedzialny charakter.
Chodzi  tu  bowiem  o  więź  nieodwołalną,  wierną,  wyłączną  i  właśnie  płodną.  Jedynie  w  małżeństwie,  opartym  na  takiej  nieodwołalnej  więzi  miłości,
seksualność respektuje podwójną wolę Boga: by chronić godność osób, które podejmują współżycie seksualne oraz by osoby te w sposób godny człowieka
przekazywały życie potomstwu. Po grzechu pierworodnym również małżonkom grozi popadnięcie w kryzys, niezgoda, zazdrość, egoizm, pożądliwość,
chęć panowania nad drugą osobą. Skutkiem grzechu pierworodnego było nie tylko zerwanie więzi z Bogiem, ale także zniekształcenie więzi między kobietą a
mężczyzną. „Ich wzajemna relacja została wypaczona przez ich wzajemne oskarżenia; ich pociąg ku sobie, będący darem Stwórcy, zamienił się w relację

background image

panowania i pożądliwości”.

29

Seksualność - jak każda forma komunikowania miłości - wymaga od małżonków delikatności, taktu, wczuwania się w sytuację tej drugiej osoby, uszanowania
jej wrażliwości fizycznej, psychicznej i moralnej. Szczęśliwa żona to kobieta tak bardzo zachwycona miłością męża i tak bardzo pewna jego wierności, że
bez lęku pragnie go duchowo wpuścić do swojego serca, a cieleśnie do swojego wnętrza. Im bardziej małżonkowie kochają siebie nawzajem, tym większą
radość i przyjemność sprawia im współżycie seksualne i tym mniejszym jest dla nich problemem powstrzymanie się od współżycia, na przykład w sytuacji
wyjazdu czy choroby jednego z małżonków. Warunkiem dojrzałej miłości małżeńskiej jest z jednej strony zdolność do współżycia seksualnego, a z drugiej
strony zdolność do panowania nad popędem i do abstynencji seksualnej nawet przez całe miesiące, a w niektórych sytuacjach nawet przez całe lata, jak to
ma  miejsce  na  przykład  w  obliczu  ciężkiej  i  długotrwałej  choroby  jednego  z  małżonków.    Dojrzały  człowiek  jest  świadomy  tego,  że  poza  potrzebami
seksualnymi ma wiele innych, ważniejszych jeszcze potrzeb: fizycznych, psychicznych, duchowych, moralnych, społecznych, religijnych. Wie też, że są
sytuacje, w których potrzeby seksualne mogą wchodzić w konflikt z innymi potrzebami i w związku z tym konieczne jest dokonywanie odpowiedzialnych
wyborów. Współżycie seksualne małżonków jest zgodne z ich godnością tylko wtedy, „gdy stanowi integralną cześć miłości, którą mężczyzna i kobieta

wiążą się ze sobą aż do śmierci”.

30

 Współżycie, które jest owocem wzajemnej miłości małżonków, staje się „źródłem radości i przyjemności”.

31

 Jeśli jednak

któryś z małżonków przestaje kochać, wtedy traci prawo do współżycia seksualnego tak długo, jak długo na nie zaczyna na nowo okazywać miłości, którą
ślubował. 

W skrajnych sytuacjach współżycie seksualne nawet między małżonkami może okazać się gwałtem. Z oczywistym gwałtem mamy do czynienia wtedy, gdy
mąż  nie  tylko  nie  okazuje  żonie  miłości,  czułości  i  troski,  ale  gdy  ją  krzywdzi,  bije  i  poniża,  a  następnie  przymusza  do  współżycia,  stosując  przemoc
fizyczną, szantaż psychiczny („pójdę do innej kobiety”) albo szantaż moralny („przecież ślubowałaś!”). W takich sytuacjach niektórzy psycholodzy czy
terapeuci nakłaniają kobiety do tego, by… w obliczu wymuszonego stosunku seksualnego stosowały tabletki antykoncepcyjne. Jest to okrutna propozycja,
gdyż w praktyce oznacza akceptację gwałtu na żonie, a dodatkowo powoduje u krzywdzonej kobiety poważne straty zdrowotne, na skutek przyjmowania
zbędnych  hormonów  i  dramatyczne  rozterki  moralne.  Jedyna  dojrzała  reakcja  w  obliczu  prób  wymuszania  współżycia  przez  małżonka,  który  przestał
kochać i który zaczął krzywdzić, to pomaganie żonie, by zdołała obronić się przed gwałtem.

Podstawowym sprawdzianem miłości małżeńskiej, jest to, że jest ona płodna i że przynosi wielorakie pozytywne owoce. Płodność miłości przejawia się na
różne sposoby. Najczęściej przejawia się w tym, że ludzie, którzy czują się obdarowani miłością, nie zatrzymują jej tylko dla siebie, ale dzielą się nią z
innymi. Prawdziwa miłość jest płodna psychicznie, duchowo, moralnie, społecznie. Ze swej natury najbardziej płodna jest miłość małżeńska. Jej płodność
jest bowiem nie tylko natury psychicznej, moralnej i duchowej. Miłość małżeńska jest płodna także w wymiarze fizycznym, czyli osiąga tę formę płodności,
która jest zarezerwowana wyłącznie dla małżonków. Związek między miłością małżeńską a miłością rodzicielską jest tak oczywisty, że jeśli małżonkowie
wykluczają przyjęcie potomstwa, to nie mogą zawrzeć ważnego związku sakramentalnego w Kościele katolickim.

Integracja miłości małżeńskiej i rodzicielskiej

Przyjście  dzieci  na  świat  sprawia,  że  małżonkowie  już  nie  są  w  domu  sami.  Odtąd  nie  powinni  myśleć  tylko  o  sobie  czy  o  swoich  planach  we  dwoje.
Zaczynają  tworzyć  poszerzoną  wspólnotę,  zwaną  rodziną.  Pojawienie  się  potomstwa  diametralnie  zmienia  sytuację  małżonków  oraz  ich  sposób
komunikowania  miłości,  a  także  funkcjonowanie  w  codzienności.  Odtąd  mąż  i  żona  stają  wobec  dwóch  ważnych  zadań.  Po  pierwsze,  muszą  na  nowo
znaleźć  równowagę  w  ich  wzajemnych  relacjach.  Po  drugie,  muszą  podjąć  się  skomplikowanego  zadania,  jakim  jest  wychowanie  dzieci.  Zagrożenia  i
trudności pojawiają się wtedy, gdy małżonkowie-rodzice nie potrafią sprostać tym dwóm nowym wyzwaniom.

Zadanie pierwsze polega na uczeniu się harmonijnego łączenia dwóch odmiennych ról. Z chwilą pojawienia się dzieci, mężczyzna uczy się być jednocześnie
mężem i ojcem, a kobieta uczy się łączyć zadania żony z obowiązkami matki. Obydwoje powinni pamiętać o tym, że przyjście na świat dzieci nie oznacza,
iż odtąd przestają być małżonkami lub że stają się małżonkami w jakimś innym, mniejszym stopniu. Kobieta, poznając smak miłości macierzyńskiej, nie
przestaje być żoną. Stając się matką, nie przestaje być głównym punktem odniesienia dla swego męża. Powinna w dalszym ciągu dbać o siebie, o swoje
zdrowie i o swój wygląd. Wiele kobiet, które stają się matkami, ma skłonność do tego, by nadmierne skupiać się na dziecku i „poświęcać się” dla niego
kosztem relacji z mężem. Gdy kobieta ulega tej skłonności, wtedy zaczyna słabnąć więź, jaka łączyła małżonków przed urodzeniem się dziecka. Dojrzała
kobieta zdaje sobie sprawę z tego, że stając się matką, nadal pozostaje żoną i nadal ma potrzebę, by mąż postrzegał ją jako kobietę, by okazywał jej czułość i
by  szukał  z  nią  kontaktu  seksualnego.  W  przeciwnym  przypadku  oboje  zaczną  tracić  ze  sobą  kontakt,  a  to  nieuchronnie  doprowadzi  do  kryzysu
małżeństwa,  co  z  kolei  utrudni  czy  wręcz  uniemożliwi  im  odpowiedzialne  i  pogodne  wychowywanie  dzieci.  Kobieta,  która  próbuje  pełnić  rolę  matki
kosztem więzi z mężem, stanie się w przyszłości negatywnym wzorcem zarówno dla swych córek, jak i dla synów. Córki bowiem mogą wtedy dojść do
przekonania, że wychodząc za mąż, stracą na swej kobiecości oraz że przestaną być atrakcyjne dla męża. Z kolei synowie mogą uznać, że czułość powinno
okazywać się kobiecie jedynie przed zawarciem małżeństwa.

Dla  niedojrzałych  mężczyzn  typowe  jest  uchylanie  się  zarówno  od  obowiązków  męża,  jak  i  od  obowiązków  ojca  wtedy,  gdy  pojawia  się  potomstwo.
Nierzadko bywa tak, że po początkowej radości z powodu narodzin syna czy córki, mąż i ojciec zaczyna znikać z domu. Coraz później wraca z pracy i
coraz częściej znajduje różne preteksty po to, by wyjść „na chwilę” z domu. Zaczyna być gościem we własnej rodzinie. Znam takie małżeństwa, w których
po  pojawieniu  się  dziecka  mąż  zachowuje  się  tak,  jakby  znowu  był  kawalerem.  Gdy  żona  zwraca  mu  uwagę  na  to,  że  zaniedbuje  rodzinę,  wtedy
najczęstszym jego „usprawiedliwieniem” jest twierdzenie, że po pracy potrzebuje on ciszy i spokoju oraz że wychowanie dzieci to obowiązek żony, a nie
męża. Nierzadko zdarza się i tak, że to żona – zwykle nieświadomie i wbrew swej woli - odsuwa męża od troski o dzieci przez to, iż sądzi, że sama zrobi to
najlepiej i że sama sobie ze wszystkim poradzi. Wtedy mąż czuje się zniechęcony i niepotrzebny. Gdy mąż lub żona nie podejmuje radośnie i w harmonii z
małżonkiem troski o potomstwo, wtedy zaczyna się kryzys małżeństwa, a solidne wychowanie dzieci staje się niemożliwe. 

Jeśli w domu brakuje codziennej, wielogodzinnej, aktywnej i radosnej obecności męża i ojca, to negatywne konsekwencje tego ponosi nie tylko żona, ale też i
dzieci.  Dla  chłopców  jest  to  wielka  krzywda,  gdyż  nie  mają  oni  wtedy  wzorca  mężczyzny.  Jeśli  ojciec  jest  mało  lub  źle  obecny  w  życiu  syna,  to  taki
chłopiec szuka wzoru mężczyzny w kolegach z ulicy albo w bohaterach prymitywnych filmów, a to wiąże się z ryzykiem, że stanie się on karykaturą
mężczyzny. Będzie miał poważne trudności ze zrozumieniem własnej płci oraz z budowaniem dojrzałych więzi z osobami płci odmiennej. Także dla córek
nieobecność czy zła obecność ojca jest bardzo krzywdząca. Trudno im bowiem uwierzyć w to, że są kochane i że zasługują na miłość, skoro tata nie ma dla
nich czasu albo skoro pieniądze, odwiedzanie znajomych czy jakieś hobby jest dla niego ważniejsze niż kontakt z własną córką. Takie córki mają skłonność
do wiązania się z nieodpowiedzialnymi mężczyznami, gdyż łatwo je oszukać i uzależnić emocjonalnie. Szukają bowiem niecierpliwie wsparcia, czułości i
miłości poza domem rodzinnym, usiłując w ten sposób „uzupełnić” niedobór miłości ojcowskiej.

background image

„Dzieci są najcenniejszym darem małżeństwa i rodzicom przynoszą najwięcej dobra, dlatego prawdziwy szacunek dla miłości małżeńskiej i cały sens życia
rodzinnego  zmierzają  do  tego,  żeby  małżonkowie  –  nie  zapominając  o  pozostałych  celach  małżeństwa  –  skłonni  byli  mężnie  współdziałać  z  miłością

Stwórcy”.

32

 Gdy obserwuję nieopisaną wprost radość rodziców, którzy wspólnie przytulają dziecko - owoc ich wspólnej miłości - to wtedy staje się dla

mnie  oczywiste,  że  przeżyte  przez  nich  minuty  czy  godziny  przyjemności  seksualnej  i  wzruszeń  spowodowanych  ich  intymną  bliskością,  były
zapowiedzią jeszcze większej radości, jeszcze większych wzruszeń i jeszcze większej czułości, jaką teraz okazują sobie nawzajem i ich dzieciom. Miłość
małżeńska, która zaczyna się wiązać z miłością rodzicielską, staje się wielokrotnie pomnożoną miłością i przynosi wielokrotnie większą radość niż ta, jaką
przeżywają małżonkowie, którzy tęsknią za dziećmi, ale z jakichś powodów nie doświadczają radości bycia rodzicami. Dla kochających się małżonków
dziecko to bezcenny skarb, który cementuje ich wzajemną miłość i sprawia, że żyją już nie tylko dla siebie nawzajem, ale także dla swoich córek i synów,
którym przekazali życie i z którymi dzielą się swoją wzajemną miłością.

Dzieci chronią swoich rodziców przed znudzeniem codziennością, przed banalizowaniem życia, przed pokusą budowania domu na zasadzie egoizmu we
dwoje. Małżonkowie, którzy nie chcą przyjąć dar posiadania dzieci, gdyż uważają, że przyjście na świat potomstwa byłoby „przeszkodą” w szczęściu,
szukają szczęścia tam, gdzie go nie można znaleźć. Coraz bardziej dbają o wygodę życia, o eleganckie meble, o drogi samochód, o karierę zawodową, o
atrakcyjne wakacje, o markowe ubrania, o snobistyczne towarzystwo. Aż któregoś dnia odkryją, że to wszystko nie wystarcza im do szczęścia. Odkryją
też, że niszcząc swoją płodność po to, by bawić się seksualnością, ostatecznie zabawili się kosztem własnego zdrowia i własnego szczęścia. Bóg proponuje
kobiecie  i  mężczyźnie,  by  pokochali  się  nieodwołalnie,  by  zawarli  małżeństwo  i  byli  płodni,  a  współczesny  świat  proponuje,  by  mężczyzna  i  kobieta
zabawili  się  sobą  i  by  byli  niepłodni.  Obserwacja  życia  potwierdza,  że  to  Bóg  ma  rację  i  że  to  On  wskazuje  niezawodną  drogę  do  szczęścia,  a  nie
„postępowi” politycy czy liberalne media. 

Miłość  rodzicielska  powinna  być  ofiarna,  ale  to  nie  znaczy,  że  powinna  być  wręcz  heroiczna,  czy  graniczyć  z  męczeństwem.  „Odpowiedzialne
rodzicielstwo realizują ci małżonkowie, którzy kierując się roztropnym namysłem i wielkodusznością, decydują się na przyjęcie liczniejszego potomstwa,
albo też, dla ważnych przyczyn i przy poszanowaniu nakazów moralnych, postanawiają okresowo lub nawet na czas nieograniczony, unikać zrodzenia
dalszego potomstwa. W pełnieniu obowiązku przekazywania życia nie mogą oni postępować dowolnie, tak jak gdyby wolno im było na własną rękę i w
sposób niezależny określać poprawne moralnie metody postępowania; przeciwnie, są oni zobowiązani dostosować swoje postępowanie do planu Boga –
Stwórcy,  wyrażonego  z  jednej  strony  w  samej  naturze  małżeństwa  oraz  w  jego  aktach,  a  z  drugiej  –  określonego  w  stałym  nauczaniu

Kościoła”.

33

 Małżonkowie, którzy kochają siebie nawzajem i dla których Bóg jest najwyższym autorytetem, pozostają zawsze otwarci na dar życia nowego

dziecka. Także wtedy, gdy dziecko to - z uzasadnionych powodów - jest w tym czasie przez nich nieplanowane. 

Dojrzali małżonkowie wiedzą o tym, że rodzicielstwo zawsze wiąże się z ofiarną miłością. Nawet wtedy, gdy dziecko jest wytęsknione i wyczekiwane.
Wiedzą  też,  że  jeśli  pojawi  się  dziecko  nieplanowane,  to  ono  nie  będzie  przez  nich  nigdy  traktowane  jako  dziecko  niechciane.  Dla  małżonków,  którzy
kochają Boga i siebie nawzajem, mogą istnieć dzieci nieplanowane, ale nie istnieją dzieci niechciane! Tacy małżonkowie są pewni pomocy Boga w każdej
sytuacji.  Są  także  pewni  mocy  ich  wzajemnej  miłości,  która  ich  łączy  i  która  sprawia,  że  podejmą  z  radością  i  nadzieją  trud  wychowania  także
nieplanowanego  dziecka.  W  sytuacji  zupełnie  skrajnej,  gdyby  na  przykład  dosłownie  groził  im  głód  lub  gdyby  stan  zdrowia  rodziców  uniemożliwiał  im
troskę o kolejne dziecko i o jego solidne wychowanie, to - z bólem! - zdecydują się oni na oddanie syna czy córki do adopcji, ale nigdy nie zdecydują się na
aborcję! W realiach XXI wieku  -  z  rozwiniętą  pomocą  społeczną  i  opieką  medyczną  -  konieczność  oddania  dziecka  do  adopcji  przez  kochających  –  ale
biednych czy chorych rodziców - to na szczęście raczej czysto teoretyczna sytuacja.

Kościół katolicki nie wskazuje małżonkom, ilu dzieciom dane małżeństwo powinno przekazać życie. Odpowiedzialne rodzicielstwo wymaga uwzględniania
sytuacji materialnej i mieszkaniowej danej rodziny, stanu zdrowia rodziców, a także sytuacji tych dzieci, które już przyszły na świat. Jednak małżonkowie

powinni  pamiętać  o  tym,  by  ich  postawa  była  zgodna  ze  „słuszną  wielkodusznością  odpowiedzialnego  rodzicielstwa”.

34

  W  Polsce  rodziny,  które

wychowują  czworo  i  więcej  dzieci,  stanowią  około  5  procent  wszystkich  rodzin.  Wychowują  one  13  procent  wszystkich  dzieci  w  naszej  Ojczyźnie.
Decydowanie się na wielkoduszne rodzicielstwo jest tym łatwiejsze, im bardziej małżonkowie zdają sobie sprawę z tego, że z punktu widzenia wychowania
rodzina wielodzietna stanowi optymalne środowisko rozwoju dla dzieci i młodzieży.

Dzieci, które mają liczne rodzeństwo, łatwiej dostrzegają fakt, że każdy człowiek jest inny i że każdy wnosi odmienny wkład w środowisko, w którym żyje.
Dzięki temu uczą się cieszyć odmiennością cech i uzdolnień swojego rodzeństwa, a przez to łatwiej pomagają sobie we wzajemnym rozwoju. Takie dzieci
łatwiej też uczą się dzielić z innymi tym, co posiadają. Życie w rodzinie wielodzietnej uwalnia z nadmiernej koncentracji dziecka na samym sobie, a także z
egoistycznych skłonności. Dzieci, które mają liczne rodzeństwo, łatwiej uczą się cierpliwości w zaspakajaniu własnych potrzeb, a jednocześnie chętniej stają
się zdolne do uwzględniania potrzeb innych osób. Doświadczają radości nie tylko z tego, co posiadają, ale również z tego, że potrafią dzielić się z innymi lub
z miłości do nich rezygnować z własnych pragnień, gdy zachodzi taka potrzeba. Życie w kochającej się i szczęśliwej rodzinie wielodzietnej to świetna lekcja
dobrego funkcjonowania społecznego. W takich rodzinach córki i synowie są w sposób naturalny motywowani do pracy nad sobą, a także do współpracy i
wzajemnego pomagania sobie po to, by osiągnąć wspólne cele i by coraz dojrzalej komunikować sobie wzajemną miłość. Dzieci w rodzinach wielodzietnych
nigdy się nie nudzą. Mało atrakcyjne dla takich dzieci staje się to, co zagraża ich rozwojowi, na przykład gry komputerowe, surfowanie w Internecie czy
szukanie za wszelką cenę towarzystwa młodych ludzi poza domem. Trafne są słowa Matki Teresy z Kalkuty, która zauważa, że „miłość rozpoczyna się od
opiekowania się najbliższymi, czyli naszymi domownikami.” 

W  rodzinach  wielodzietnych  dzieci  w  sposób  naturalny  poznają  różnice  między  płciami,  a  także  dostrzegają  i  doceniają  znaczenie  osób  płci  odmiennej.
Chłopcy, którzy mają siostry, łatwiej rozumieją ich specyficzną wrażliwość, a także ich odmienny sposób widzenia i przeżywania świata. Tacy chłopcy
łatwiej uczą się respektować specyficzne potrzeby i emocje swoich sióstr, są wobec nich cierpliwi i opiekuńczy, a jednocześnie z szacunkiem odnoszą się do
innych dziewcząt i kobiet, gdyż chcą, by mężczyźni szanowali ich siostry. To sprawia, że chłopakowi z rodziny wielodzietnej łatwiej dorastać do założenia
własnej szczęśliwej rodziny. Z kolei dziewczęta, które mają braci, uczą się rozumieć ich odmienność. Cieszą się ich obecnością i wsparciem, a także ich
większą  stałością  emocjonalną  oraz  większym  zwykle  realizmem  w  myśleniu  i  w  wyznaczaniu  sobie  życiowych  celów.  Kobiety,  które  wzrastały  w
towarzystwie braci, łatwiej rozumieją mężczyzn. Wiedzą, jacy są oni na co dzień oraz czego można od mężczyzny oczekiwać i wymagać. Wiedzą, jakiej
pomocy potrzebuje od nich mężczyzna po to, by uczył się ofiarnie kochać i by miał szanse rozumieć oraz chronić ich świat kobiecych przeżyć i potrzeb,
zwłaszcza potrzeby bezpieczeństwa. Dziecko w rodzinie wielodzietnej może czasem być niezadowolone z tego powodu, że jego koledzy czy koleżanki
mają swój oddzielny pokój, że stać ich na wiele zabawek czy na markowe ubrania, że nie muszą się dzielić z rodzeństwem tym, co posiadają. Jeśli jednak w
rodzinie  wielodzietnej  panuje  miłość  i  radosna  atmosfera,  to  dzieci  czują  się  tam  wyróżnione  i  szczęśliwe,  bezpieczne  i  dobrze  przygotowane  do
samodzielnego życia w przyszłości. 

Symbolem takiej szczęśliwej, wielodzietnej rodziny są Borejkowie – bohaterowie serii książek autorstwa Małgorzaty Musierowicz. Warto, by po te książki

background image

sięgali narzeczeni i młodzi małżonkowie. Warto też pamiętać, że nie jest to jedynie fikcja literacka, ale rzeczywistość wielu polskich rodzin, w których
szczęśliwi rodzice wychowują wiele szczęśliwych dzieci. Jeden z ojców w takiej właśnie rodzinie stwierdza: „im więcej jest dzieci, tym więcej mam z żoną
wolnego czasu. Pamiętam, że najbardziej byliśmy zaabsorbowani przy pierwszym dziecku. Dzisiaj zdarza się, że najstarsza córka mówi nam, żebyśmy
poszli sobie na randkę albo do kina. Ona wtedy chętnie zajmuje się rodzeństwem, a reszta jest w takich sytuacjach podwójnie grzeczna.” Ta wypowiedź to
potwierdzenie faktu, że rodzinom wielodzietnym mogą czasem grozić niedostatki finansowe, ale raczej nie problemy wychowawcze. W takich rodzinach
sprawdza się ewangeliczna zasada, że kto ma, temu jeszcze dołożą. Rodzice, którzy mają odwagę przekazać życie wielu dzieciom, otrzymują w zamian
zaskakująco wiele miłości, radości i czułości od swoich córek i synów. W ten sposób osobiście przekonują się o tym, że liczne potomstwo jest rzeczywiście
miarą Bożego błogosławieństwa.

KOCHAĆ DZIECI TO WYCHOWYWAĆ

Miłość rodzicielska nie kończy się wraz z przekazaniem życia i urodzeniem dziecka. To jedynie punkt wyjścia do drugiego, nie mniej ważnego zadania
małżonków i rodziców, jakim jest mądre i pogłębione wychowanie dzieci. Odpowiedzialny rodzic to ktoś, kto dobrze rozumienie swoje dziecko. Taki rodzic
wie, że być człowiekiem, to być kimś wielkim i jednocześnie kimś zagrożonym. Dzieci mają niezwykłe możliwości rozwoju. Mogą stać się panem samych
siebie, odkryć sens własnego istnienia i zrozumieć rzeczywistość wokół siebie. Mają szansę nauczyć się trzeźwo myśleć i mądrze kochać. Z drugiej strony
każde dziecko jest zagrożone z zewnątrz i od wewnątrz. Jest kimś jedynym na tej ziemi, kto potrafi krzywdzić samego siebie, do popadania w śmiertelne
uzależnienia  czy  stany  samobójcze  włącznie.  Tego  nie  czyni  żadne  zwierzę.  W  związku  z  tym  rodzic-realista  wie,  że  przynajmniej  czasami  powinien
chronić swoje dzieci przed nimi samymi, przed ich własną naiwnością czy słabością.

Fundamentem wychowania w rodzinie jest miłość. Rodzice powinni zawsze pamiętać o tym, że pierwszym sposobem kochania dzieci jest wzajemna miłość
małżonków! Dzieci czują się najbardziej kochane wtedy, gdy zachwyca ich miłość, jaką okazują sobie rodzice. Gdy mama i tata są ze sobą skłóceni, gdy
wyrządzają  sobie  nawzajem  krzywdę,  gdy  grożą  sobie  rozstaniem  i  rozwodem,  wtedy  ich  dzieci  stają  się  coraz  bardziej  niespokojne,  nadpobudliwe,
nerwowe,  zastraszone  albo  agresywne.  Nawet  jeśli  każde  z  rodziców  będzie  starało  się  z  osobna  okazywać  miłość  i  czułość  swoim  dzieciom,  to  i  tak
sytuacja tych dzieci nie poprawi się w wyraźny sposób. Dzieci czują się kochane i bezpieczne jedynie wewnątrz miłości rodziców. Gdy rozmawiam z
małżonkami, którzy przeżywają kryzys, przypominam im o tym, że jeśli szczerze kochają swoje dzieci, to miłość rodzicielska powinna ich mobilizować do
przezwyciężenia  każdej  trudności  małżeńskiej  i  do  odnowienia  ich  wzajemnej  miłości.  Jest  to  konieczny  warunek  skuteczności  obecnych  działań
wychowawczych, a jednocześnie warunek pozytywnego nastawienia dzieci do ich przyszłego małżeństwa i do marzenia o założeniu własnej rodziny. Gdy
dzieci widzą, że rodzice obdarzają miłością nie tylko potomstwo, ale także siebie nawzajem, wtedy oceniają małżeństwo i życie rodzinne jako wielki skarb,
jako  coś  najcenniejszego  w  życiu.  Gdy  wejdą  w  wiek  dorastania,  założenie  szczęśliwej  rodziny  będzie  dla  nich  zdecydowanie  ważniejsze  i  bardziej
atrakcyjne  niż  zaspokojenie  popędu  seksualnego,  bycie  „szczęśliwym”  singlem  czy  wejście  w  „wolne  związki”.  Dzieci,  które  czują  się  kochane  przez
kochających się rodziców, są motywowane do tego, by nie czynić niczego, co zagrażałoby ich przyszłemu szczęściu w małżeństwie i rodzinie.

Fundamentem wychowania jest zatem wzajemna miłość rodziców. Warunek drugi to dobór właściwych celów wychowania. Odpowiedzialni rodzice pragną
osiągnąć  wiele  celów.  Ich  aspiracją  jest  na  przykład  to,  by  ich  dzieci  umiały  prawidłowo  zachować  się  przy  stole,  by  osiągały  dobre  wyniki  w  szkole,
posługiwały się językami obcymi, grały na jakimś instrumencie muzycznym, by dobrze przygotowały się do dorosłego życia. Dojrzali rodzice zdają sobie
jednak sprawę także z tego, że między poszczególnymi celami wychowania powinna istnieć jakaś hierarchia ważności i że niektóre cele powinny znaleźć się
na  szczycie  tej  hierarchii.  Rozsądne  wyznaczenie  najważniejszych  celów  wychowania  nie  powinno  być  kwestią  przypadku  czy  aktualnej  mody,  lecz
powinno  wynikać  z  realistycznego  rozumienia  dziecka,  jego  możliwości  i  ograniczeń  oraz  zadań,  z  jakimi  będzie  musiało  się  ono  zmierzyć  w  dorosłym
życiu. Najważniejszym celem formacji dzieci i młodzieży nie jest osiągnięcie przez nich sprawności fizycznej czy kompetencji zawodowych, gdyż zdrowy
przestępca czy nieuczciwy fachowiec nie stanowi powodu do chluby dla żadnej rodziny. Mądry rodzic wie, że najważniejszym celem wychowania jest
pomaganie córkom i synom, by uczyli się realistycznie myśleć oraz dojrzale kochać. Kto nie umie mądrze myśleć, a stara się kochać, ten w dorosłym życiu
okaże się kimś naiwnym i łatwo go będzie skrzywdzić. Kto natomiast nauczy się precyzyjnie i logicznie myśleć, ale nie uczy się kochać, ten stanie się
człowiekiem okrutnym i okaże się krzywdzicielem.

Odpowiedzialny  rodzic  nie  tylko  dobrze  zna  główne  cele,  ale  również  główne  metody  wychowania.  Wie,  że  najskuteczniejszą  z  tych  metod  nie  jest
moralizowanie, straszenie, zakazywanie czy kontrolowanie, lecz fascynowanie dzieci perspektywą takiego ich rozwoju, by stawali się zdolni do wypełnienia
swoich najpiękniejszych marzeń, ideałów i aspiracji. Drugą metodą wychowawczą jest pomaganie dzieciom w demaskowaniu tego wszystkiego, co zagraża
ich rozwojowi i co przeszkadza im w osiągnięciu trwałej satysfakcji w dorosłym życiu. Chodzi tu zwłaszcza o demaskowanie faktu, że nie istnieje łatwo
osiągalne szczęście, a także faktu, że inicjacja alkoholowa, seksualna czy narkotykowa w wieku rozwojowym to wchodzenie na drogę, którą Biblia słusznie
określa mianem drogi przekleństwa i śmierci. Trzecią metodą wychowania jest stawianie dzieciom realistycznych i roztropnych, a jednocześnie wysokich
wymagań  oraz  pozostawianie  im  coraz  większego  zakresu  wolności  i  odpowiedzialności.  Czwartą  metodą  w  wychowaniu  jest  roztropne  reagowanie  na
sposób postępowania synów i córek. Jeśli dzieci korzystają z pomocy wychowawczej i osiągają sukcesy w pracy nad sobą, to mądry rodzic okazuje im
swoją radość i pomaga im przejść do kolejnej fazy rozwoju. Jeśli natomiast dzieci zaczynają błądzić albo krzywdzić samych siebie czy innych ludzi, to
zadaniem  rodzica  jest  doprowadzenie  do  tego,  by  ponosili  naturalne  konsekwencje  swoich  błędów,  gdyż  tylko  wtedy  błądzący  syn  czy  córka  mogą  się
zastanowić i zmienić. Wzorem dla każdego rodzica może być w tym względzie mądrze kochający ojciec z przypowieści Jezusa. Nie poszedł on do swego
marnotrawnego syna, ale pozwolił mu osobiście przekonać się o tym, do czego prowadzi niemądry tryb życia. Dziecko, które poważnie błądzi, przestaje
być wrażliwe na cierpienia swoich rodziców, ale pozostaje wrażliwe na własne cierpienia. Rodzic, który w swej naiwności nie dopuszcza do tego, by syn
czy córka ponieśli konsekwencje popełnianych przez siebie błędów, pozbawia ich ostatniej deski ratunku.

Odpowiedzialny rodzic wie, że wychowanie nie jest możliwe bez stawiania dzieciom twardych wymagań, bez uczenia ich jasnych zasad moralnych, bez
wymagania  posłuszeństwa,  szacunku  i  domowej  dyscypliny.  Solidnie  wychowywać  to  kochać  i  wymagać.  Jeśli  rodzic  wiele  od  dzieci  wymaga,  ale  nie
okazuje im miłości, to staje się okrutny i jest uznawany przez dzieci za tyrana. Jeśli z kolei rodzic stara się swoje dzieci kochać, ale nie stawia im wymagań,
to myli wychowanie z rozpieszczaniem. A dzieci rozpieszczone nie poradzą sobie z wymaganiami, jakie niesie ze sobą dorosłe życie i nie nauczą się kochać.
Mądry  rodzic  kieruje  się  Jezusową  mentalnością  zwycięzcy.  Oznacza  to,  że  -  na  wzór  Jezusa  -  ma  odwagę  proponowania  swoim  dzieciom  wyłącznie
optymalnej drogi życia, czyli drogi mniej uczęszczanej, drogi dla elit, drogi dla arystokratów człowieczeństwa, drogi dla tych, którzy chcą wygrać życie, a
nie jedynie je zremisować czy zadowolić się małą porażką. Rodzic kierujący się zasadami Ewangelii wie, że proponując synom czy córkom drogę średnią,
czy postępowanie zgodne z tym, co czyni tak zwana „większość” społeczeństwa, będzie wychowywał jedynie średniaków i ludzi miernych. Realizm w
wychowaniu  to  świadomość  tego,  że  wymagając  od  dzieci  niewiele,  rodzice  nie  osiągną  niczego;  natomiast  wymagając  dużo,  osiągną  czasem  więcej  niż
marzyli. W przypadku niektórych dzieci osiągną takie sukcesy wychowawcze, że trudno im będzie uwierzyć, iż potrafili wychować aż tak szlachetną córkę
czy aż tak odpowiedzialnego syna.

background image

Solidne wychowanie to najpewniejsze potwierdzenie miłości rodziców do dzieci, a jednocześnie najlepsza polisa na dobrą przyszłość dla synów i córek.
Wychowanie  jest  bowiem  dla  młodych  ludzi  bez  porównania  większym  dobrodziejstwem  oraz  pewniejszym  skarbem  niż  wykształcenie  czy  majątek,
odziedziczony po rodzicach. Z drugiej strony wychowanie jest najtrudniejszym i najbardziej skomplikowanym zadaniem, przed jakim stają ludzie dorośli, a
zwłaszcza  rodzice,  którzy  są  pierwszymi  i  najważniejszymi  wychowawcami  swoich  dzieci.  Kto  rozumie  zasady  wychowania,  ten  wie,  że  nie  jest  ono
zwykłym  rzemiosłem,  lecz  niezwykłą  sztuką.  Wymaga  od  rodziców  nie  tylko  miłości,  cierpliwości  i  nadziei,  ale  też  prawdziwego  geniuszu
wychowawczego.  Nie  ma  bowiem  dwóch  takich  samych  procesów  wychowania.  Nawet  wtedy,  gdy  rodzice  mierzą  się  z  wychowaniem  kolejnego  już
dziecka, to za każdym razem stają przed nowym wyzwaniem. W wychowaniu nie ma miejsca na powielanie schematów czy rutynę. Każde dziecko jest
przecież  innym,  niepowtarzalnym  wszechświatem  myśli,  przeżyć,  możliwości,  pragnień  i  aspiracji,  a  także  słabości,  lęków,  ograniczeń,  niepokojów  i
zagrożeń. 

Rodzice powinni wiedzieć, jakie są najważniejsze sprawdziany dojrzałości prawidłowo rozwijającego się dziecka. Dojrzały nastolatek potrafi mądrze kochać
samego siebie, a to znaczy, że stawia sobie twarde wymagania, nie pobłaża swoim słabościom i nie rozpieszcza samego siebie. Nie skupia się nadmiernie na
swoich przeżyciach i emocjach, lecz wyciąga z nich wnioski. Jest krytyczny wobec samego siebie i potrafi korygować własne postępowanie. Zachowuje
wysoki stopień niezależności w kontakcie z rówieśnikami. Nie ulega emocjonalnym szantażom, typu: „zostaniesz sam, jeśli nie dołączysz do nas”. Nie boi
się  ciszy  i  przebywania  sam  na  sam  ze  sobą.  Potrafi  pójść  pod  prąd,  respektuje  własne  sumienie  i  słucha  bardziej  Boga  niż  ludzi.  Myśli  w  sposób
realistyczny i nie poddaje się naciskom mody czy ideologii. Jest wierny przyjętym przez siebie zobowiązaniom. W obliczu trudności nie szuka rozwiązań
łatwych, lecz interesują go wyłącznie rozwiązania prawdziwe. Odnosi się z życzliwością do wszystkich ludzi, ale osobiście wiąże się tylko z tymi, którzy
chcą i potrafią go zrozumieć, uszanować, wspierać. Wie, że nie jest w stanie stać się wybawicielem tych rówieśników, którzy przeżywają poważny kryzys.
Właśnie dlatego z prośbą o pomoc w ich sprawie zgłasza się do kompetentnych dorosłych. Przeżywa serdeczną przyjaźń z Bogiem, od którego uczy się
sztuki życia na ziemi. Zachowuje radosną i pełną szacunku więź z rodzicami oraz z rodzeństwem. Znajduje sobie szlachetnych przyjaciół i włącza się do
grup formacyjnych (na przykład oaza, KSM, harcerstwo, duszpasterstwo akademickie). 

Dojrzały syn czy córka wie, że życie człowieka ma sens i że do szczęścia nie wystarczy człowiekowi nic mniejszego niż wielka miłość. Zdaje sobie sprawę
z tego, że najpiękniejsze nawet marzenia nie spełnią się bez podjęcia wysiłku i bez codziennej dyscypliny. W żadnej ważnej sprawie nie czeka na „uśmiech
losu”, ani nie liczy na „szczęśliwy traf”. Wie, że jego los zależy od pracy nad sobą, od więzi, które tworzy i od wartości, które stawia na straży tych więzi.
Wie  też,  że  to,  co  wydarzy  się  w  jego  życiu,  nie  zależy  od  wróżb  ani  horoskopów.  Potrafi  roztropnie  ryzykować  i  zdaje  sobie  sprawę  z  tego,  że
największym ryzykiem w życiu jest nie ryzykować w ogóle. Nikogo nie krzywdzi, ale też nie pozwala, by ktoś go krzywdził. Nie pojawia się w tych
miejscach czy w tych środowiskach, w których dominują demoralizatorzy albo ludzie prymitywni. Nigdy się nie nudzi, gdyż dzięki bogactwu własnego
człowieczeństwa oraz bogatym więziom ze szlachetnymi ludźmi ma wiele alternatyw i pomysłów na mądre wykorzystanie czasu każdego dnia i w każdej
sytuacji.  Wie,  że  dla  jego  przyszłości  największe  znaczenie  ma  rodzina,  którą  założy,  a  nie  wykształcenie  czy  praca  zawodowa.  Wie  też,  że  życie  dla
kariery, pieniędzy czy wygody to zbyt mało, by osiągnąć szczęście i doświadczyć trwałej radości. Nie szuka partnerów lecz niezawodnych przyjaciół. Jest
odporny na nieuniknione przecież trudności i stresy. Nie interesuje go alkohol, narkotyk czy nikotyna. Zdaje sobie sprawę z tego, że są takie dziedziny
życia (na przykład sfera seksualna), które są tak ważne i tak bezpośrednio dotykają jego godności i jego losu, że w tych dziedzinach nie zdecyduje się na
żadne(!) zachowanie ryzykowne. Nikomu nie poświęci swojej wolności, godności, sumienia, świętości, zbawienia. Najważniejszym sprawdzianem solidnego
wychowania jest zdolność dorastającego syna czy dorastającej córki do budowania dojrzałych więzi z osobami drugiej płci. Dobrze wychowany nastolatek
to ktoś zdolny do zawarcia szczęśliwego małżeństwa i do założenia trwałej rodziny, w której wszyscy mogą czuć się kochani i bezpieczni. To ktoś na tyle
mądry, odpowiedzialny, wolny i pracowity, że jest w stanie wiernie wypełnić przysięgę małżeńską: „ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz
że cię nie opuszczę aż do śmierci.” 

Mądrzy rodzice już od najmłodszych lat dają dziecku to, co dobre i ważne. Właśnie dlatego dbają nie tylko o jego zdrowie fizyczne, ale też karmią dziecko
Bożą  prawdą,  dobrem  i  pięknem,  czyli  dbają  o  jego  zdrowie  psychiczne,  moralne  i  duchowe.  Pomagają  dziecku,  by  ono  coraz  bardziej  zachwycało  się
Bogiem, który nas rozumie, kocha i uczy kochać. Tylko dzięki Bożej prawdzie o człowieku dziecko może zrozumieć siebie i otaczający świat. Tylko dzięki
serdecznej przyjaźni z Bogiem dziecko może mieć tak mocne poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie są w stanie zagwarantować najwspanialsi nawet rodzice.
Tylko  dzięki  doświadczeniu  Bożej  miłości  dziecko  może  prawidłowo  formować  swoje  sumienie  i  zachwycać  się  perspektywą  dorastania  do  radosnej
świętości.  Dziecko  zaprzyjaźnione  z  Bogiem  staje  się  kimś  najlepiej  strzeżonym  na  świecie,  gdyż  miłość  i  prawda  to  najlepsza  na  świecie  ochrona  dla
człowieka oraz najpewniejsza gwarancja jego rozwoju.

Więź dziecka z Bogiem w największym stopniu zależy właśnie od postawy jego rodziców. Nie chodzi tu tylko o osobistą postawę rodziców wobec Boga,
lecz także o ich postawę wobec siebie nawzajem oraz o ich postawę wobec dziecka, dla którego mają być świadkami Bożej miłości. Podstawą religijnego
wychowania dziecka jest serdeczna przyjaźń obojga rodziców z Bogiem. Dziecko łatwo zachwyci się Bogiem, którym zachwycają się rodzice, pełniąc Jego
wolę - wiernie i z radością. Gdy byłem małym dzieckiem, moja mama codziennie chodziła do kościoła na Mszę Świętą. Wychodziła z domu przed godziną
szóstą rano, a po Eucharystii wracała do domu z zakupami. Któregoś dnia powiedziałem mamie, że powinna dłużej spać, gdyż wtedy będzie miała więcej
siły, aby się o nas troszczyć. Mama spojrzała na mnie z uśmiechem i wyjaśniła, że najwięcej siły ma wtedy, gdy rano spotka się z Bogiem i gdy przyjmie Go
w komunii świętej do swego serca. Po tym wyjaśnieniu mojej mamy ja też zapragnąłem być codziennie na Mszy i u komunii świętej i w tym względzie nie
zmieniło się nic do dzisiaj.

Pierwszym  warunkiem  wychowania  religijnego  jest  osobista  przyjaźń  rodziców  z  Bogiem  i  opowiadanie  dzieciom  o  tej  przyjaźni.  Fundament  drugi  to
wierność  przysiędze  małżeńskiej,  którą  małżonkowie  składają  w  obliczu  Boga,  realizując  Jego  zamysł  małżeńskiej  miłości  kobiety  i  mężczyzny.  Gdy
dziecko widzi, że tego, co Bóg złączył, nie rozdzieli ludzka słabość, grzeszność czy naiwność, to wtedy pragnie ono być blisko tego Boga, gdyż wie, że z
Nim zawsze poradzi sobie w trudnych chwilach życia czy w obliczu własnej słabości. Trzecim warunkiem wychowania religijnego jest postawa rodziców
wobec swoich dzieci. Chodzi o to, by w odniesieniu do córek i synów rodzice naśladowali postawę Boga do człowieka, czyli by swoje dzieci bezwarunkowo
kochali,  a  jednocześnie  by  stawiali  dzieciom  jasne  wymagania  oraz  proponowali  im  wielkie  ideały.  Dojrzali  rodzice  potrafią  -  na  wzór  Boga  -  kochać  i
wymagać, czyli wspierać, a jednocześnie wskazywać im wyłącznie optymalną drogę życia: w miłości, prawdzie i wolności. Najbardziej kochają swoje dzieci
ci  rodzice,  którzy  cierpliwie  i  stanowczo  uczą  je  kochać,  bo  tego  właśnie  uczy  nas  Jezus.  On  kocha  nas  nieodwołalnie  i  za  cenę  śmierci  krzyżowej,  a
jednocześnie stawia nam największe wymagania, jakie można postawić człowiekowi: zachęca nas do tego, byśmy kochali aż tak mocno, ofiarnie i mądrze, jak
On pierwszy nas pokochał.

Na co dzień wychowanie religijne przejawia się w ciągłym rozmawianiu z dzieckiem o wszystkim, co ono myśli, przeżywa i czyni, czym się cieszy i czego
się lęka. Takie rozmawianie powinno być pełne szacunku, taktu, czułości i dyskrecji. Dziecko, które nie rozmawia z rodzicami o tym, co się w nim i z nim
dzieje, nie będzie rozmawiało o tym ani z Bogiem, ani nawet z samym sobą! Zadaniem rodziców jest nie tylko rozmawianie z dzieckiem o tym, co się w nim

background image

dzieje,  ale  też  radosne  wyjaśnianie  dzieciom,  że  istotą  chrześcijaństwa  jest  historia  Boga,  który  kocha  człowieka  i  który  uczy  kochać.  Coraz  częściej
spotykam takich rodziców, którzy twierdzą, że boją się wychowywać swoje dzieci w duchu Ewangelii, by przez swą dobroć nie stały się one ofiarami tych,
którzy nie są szlachetnie wychowani. W obliczu tego typu lęków wyjaśniam, że Bóg formuje ludzi nie tylko dobrych, ale jednocześnie mądrych! Chrystus
przypomina, że mamy być nieskazitelni jak gołębie, ale sprytni jak węże (por. Mt 10,16). Oczywiście sprytni wyłącznie w jednym: w czynieniu dobra,
czyli  w  okazywaniu  miłości!  Owocem  dojrzałego  wychowania  religijnego  jest  taka  świętość,  która  nie  jest  ani  naiwnością  czy  cierpiętnictwem,  ani  też
przejawem  perfekcjonizmu  czy  przekonania  o  własnej  doskonałości.  Ewangeliczna  świętość  to  najpiękniejsza  normalność,  a  święty  to  ktoś,  kto  potrafi
szlachetnie  żyć  nawet  w  twardej  rzeczywistości.  Święty  jest  człowiekiem  sumienia,  gdyż  wie,  że  prawda  zawsze  wyzwala.  Wie  też,  że  warto  kochać
zawsze i za każdą cenę i że ma niezawodne oparcie w Bogu, który kocha go bezwarunkowo. Wychowanie do świętości to największy skarb, jakim rodzice
mogą obdarzyć swoje dzieci. 

Sprawdzianem  pogłębionego  wychowania  religijnego  w  rodzinie  jest  zdolność  rozpoznawania  i  wypełniania  –  przez  rodziców  i  dzieci!  -  woli  Boga  w
codzienności. Warto wyjaśniać dzieciom, że Bóg nie szuka niewolników, lecz przyjaciół, którzy postępują zgodnie z Jego wolą.  „Nie każdy, który mi
mówi: »Panie, Panie«, wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7, 21). Pełnienie woli Boga nie
oznacza, że stajemy się Jego sługami czy niewolnikami, lecz przeciwnie – właśnie wtedy stajemy się Jego przyjaciółmi i krewnymi! Bóg podpowiada nam
sposoby postępowania nie dlatego, że chce nami zarządzać czy ograniczać naszą wolność, lecz wyłącznie dlatego, że nas kocha i że troszczy się o nasz los.
Jesus wyjaśnia, że „kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką” (Mt 12,50). Chodzi zatem nie o jakiekolwiek
pełnienie woli Boga, ale o pełnienie Jego woli z miłości, a nie ze strachu, poczucia obowiązku czy obawy przed grzechem. Kto z miłością i wewnętrznym
przekonaniem pełni wolę Boga, tego Jezus nie nazywa sługą, „bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem
wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego” (J 15,15).

Bóg nie zmusza nas do pełnienia Jego woli, gdyż dał nam prawdziwą wolność, za którą On sam zapłacił najwyższą cenę: przybiliśmy Go do krzyża, gdy
przyszedł do nas w ludzkiej naturze. Pełnienie woli Bożej ma miejsce jedynie wtedy, gdy czynimy to z miłości, a nie z jakiegokolwiek innego motywu i gdy
jesteśmy wdzięczni Bogu za to, że w każdej sytuacji podpowiada nam najlepszą drogę życia. Pełnienie woli Boga nie ma nic wspólnego z rezygnacją z
własnej świadomości, wolności czy odpowiedzialności. Jest to natomiast znak przyjaźni z Bogiem i niezawodny sposób chronienia samego siebie przed
błędnymi decyzjami, jakie grożą nam z powodu naszej niedoskonałości i grzeszności. Pełnienie woli Boga przez człowieka to nie podporządkowanie się Jego
dominacji lecz wybieranie – z pomocą Boga – najlepszej z możliwych dróg życia na ziemi. Jezus wyznał: „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który
mnie posłał” (J 4, 34). Pełnienie woli Ojca było dla Niego pokarmem, który Go umacniał w każdej sytuacji! W Ogrójcu Jezus powiedział: „Nie moja wola
lecz Twoja niech się stanie” (Łk 22, 42). Podobną postawę wobec Boga zajmowała Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według słowa
twego” (Łk 1, 38).

Nie wystarczy chcieć pełnić wolę Boga z miłości i w przekonaniu, że jest to najbardziej błogosławiony sposób życia na ziemi. Trzeba jeszcze tę wolę Boga
trafnie  rozpoznawać  w  małych  i  wielkich  sprawach.  Biblia  wyjaśnia,  że  wolą  Boga  jest  to,  „by  wszyscy  ludzie  zostali  zbawieni  i  doszli  do  poznania
prawdy” (1 Tm 2,4) oraz „abyśmy się wzajemnie miłowali, jak On nas umiłował” (J 13,34). Wolą Boga nie jest zatem „ręczne” sterowanie naszym życiem w
każdym  aspekcie  i  w  każdym  szczególe.  Bóg  cieszy  się  z  naszej  autonomii,  jaką  On  sam  nas  obdarzył.  Nie  traktuje  nas  jak  własność,  którą  dowolnie
zarządza,  lecz  jak  ukochane  dzieci,  którym  pomaga  mądrze  żyć.  Pomaga,  gdyż  wie,  że  nie  jesteśmy  doskonali  w  naszym  myśleniu,  decydowaniu  czy
wypełnianiu  naszych  własnych  pragnień,  marzeń  i  postanowień.  Wyjaśnia  nam  zasady  postępowania,  lecz  nie  daje  gotowych  recept  co  do  naszych
szczegółowych decyzji i zachowań w określonej sytuacji. Kochający rodzice, którzy naśladują Boga, postępują podobnie: nie dają dziecku na wszystko
gotowych recept ani drobiazgowych poleceń, lecz uczą mądrej filozofii życia, tłumaczą sens istnienia, przestrzegają przed błędnymi decyzjami, motywują do
wybierania trudnego dobra. 

„Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. Ja dziś nakazuję ci miłować Pana, Boga twego, i chodzić Jego drogami, pełniąc Jego
polecenia,  prawa  i  nakazy”  (Pwt  30,  15-16).  Warunkiem  rozpoznawania  woli  Boga  jest  najpierw  patrzenie,  czyli  obserwowanie  otaczającej  nas
rzeczywistości i nas samych po to, by odróżniać dobro od zła, błogosławieństwo od przekleństwa, życie od śmierci. Rodzice powinni wyjaśniać dzieciom i
nastolatkom,  że  Bóg  pragnie,  byśmy  niczego  nie  czynili  pochopnie,  lecz  byśmy  najpierw  się  zastanawiali  i  dopiero  wtedy  działali.  Patrz!  -  to  znaczy:
obserwuj rzeczywistość i wyciągaj wnioski, rozmawiaj z Bogiem, który wskazuje najlepszą drogę życia, czytaj Pismo Święte, słuchaj głosu sumienia. Bóg
pragnie,  byśmy  w  każdej  sytuacji  wybierali  to,  co  dobre,  mądre,  rozsądne,  co  jest  potwierdzeniem  miłości  do  Boga,  do  bliźniego,  do  samego  siebie.
Rozpoznawanie woli Boga w codzienności to kierowanie się w każdej sprawie Dekalogiem i przykazaniem miłości. Człowiek dojrzały religijnie bardziej ufa
Bogu niż ludziom i niż samemu siebie: niż własnemu ciału, przekonaniom, przeżyciom, emocjom, pragnieniom, marzeniom, aspiracjom. Jezus pragnie byśmy
Go naśladowali po to, aby radość Jego w nas była i aby radość nasza była pełna (por. J 15,11). Rodzice, którzy troszczą się o solidne wychowanie religijne
swoich dzieci, budują ich przyszłość na skale i mogą być spokojni o dorosłe życie swoich dzieci.  

Jednym  z  ważnych  zadań  wychowawczych  ze  strony  rodziców  jest  towarzyszenie  dzieciom  w  odkrywaniu  powołania  w  taki  sposób,  by  synom  czy
córkom nie sugerować czegokolwiek w tym względzie, ani tym bardziej nie decydować za nich. Jestem wdzięczny mojej mamie za to, że dopiero po moich
święceniach  kapłańskich  powiedziała  mi  o  tym,  że  prosiła  Boga,  by  jeden  z  jej  synów  został  księdzem.  Jan  Paweł  II  wielokrotnie  przypominał
chrześcijańskim rodzicom o tym, by wspierali swoje dzieci na drodze dorastania do powołania. „Pragnę zwrócić się do was, rodzice chrześcijańscy, aby
zachęcić was, byście byli blisko waszych synów i córek. Nie pozostawiajcie ich samotnych w obliczu wielkich decyzji wieku dorastania. Pomóżcie im, by
nie ulegli pokusie szukania jedynie dobrobytu materialnego i kierujcie ich ku prawdziwej radości, tej duchowej” (Orędzie na Tydzień Modlitw o Powołania,
2001). Jan Paweł II podkreśla, że „rodziny odgrywają rolę decydującą o przyszłości powołań. Świętość miłości małżeńskiej, harmonia życia rodzinnego,
duch wiary w rozwiązywaniu codziennych problemów życia, otwartość na innych, zwłaszcza na biednych, uczestnictwo w życiu wspólnoty wierzących,
stanowią właściwe środowisko dla odkrywania Bożego powołania i dla jego wielkodusznej realizacji ze strony dzieci” (Orędzie, 2002). 

To właśnie w rodzinie młodzi ludzie powinni upewnić się o tym, że każdy z nich jest powołany do wielkiej miłości i to niezależnie od tego, czy będą tę
miłość realizowali jako świeccy, czy też jako osoby duchowne. Rodziny, w których młodzi ludzie doświadczają nieodwołalnej miłości i w których uczą się
nieodwołalnie kochać, stają się urodzajną glebą dla wszystkich rodzajów powołań. Zadaniem rodziców jest wyjaśnianie dorastającym dzieciom, że życie
ludzkie jest darem otrzymanym po to, by stało się darem ofiarowanym.. Równie ważnym zadaniem rodziców jest pomaganie córkom i synom, by stawali się
zdolni  do  podejmowania  decyzji  na  całe  życie,  a  nie  tylko  do  krótkoterminowych  zobowiązań,  opartych  na  chwilowym  zapale  czy  na  zauroczeniu
emocjonalnym. Wzorem do naśladowania dla wszystkich rodziców jest postawa św. Andrzeja Apostoła, który przyprowadza do Chrystusa swojego brata -
Piotra. Andrzej nie domyśla się nawet, jak niezwykłe powołanie otrzyma Piotr od Jezusa. Podobnie rodzice powinni wskazywać dzieciom na Chrystusa
jako  niezawodnego  Przyjaciela  i  z  radością  przyprowadzać  je  do  Niego.  Wtedy  przekonają  się  o  tym,  że  ich  dzieci  odkryją  powołania  przewyższające
oczekiwania czy przewidywania rodziców. 

background image

Dojrzali rodzice nie aspirują do tego, by ich dzieci stały się we wszystkim podobne do nich. Przeciwnie, marzą o tym, by ich dzieci stawały się coraz
bardziej podobne do Jezusa i to każde z dzieci na swój niepowtarzalny sposób! Żadne dziecko nie zostało przecież stworzone na obraz i podobieństwo
swoich  rodziców,  lecz  na  obraz  i  podobieństwo  Boga!  Syn  czy  córka  to  nie  portret  albo  imitacja  swoich  rodziców,  lecz  to  niepowtarzalna  osoba.  W
wychowaniu  nie  ma  klonowania!  Wychowanie  w  rodzinie  to  nie  proces  socjalizacji,  rozumianej  na  sposób  komsomolskiego  kolektywu.  To  także  nie
indywidualizacja w znaczeniu formowania jednostki skupionej na samej siebie i ulegającej własnemu egoizmowi. Mądre wychowanie to personalizacja, czyli
pomaganie dzieciom w stawaniu się szczęśliwą osobą, która umie myśleć, kochać i pracować. Dojrzały i szczęśliwy rodzic nie ma nic przeciwko temu, by
jego dzieci stały się jeszcze dojrzalsze i jeszcze szczęśliwsze niż on. Wychowanie dziecka, promieniującego prawdą, dobrem i pięknem, to błogosławiony
owoc dojrzałej miłości i wysiłku rodziców. To także owoc solidnej pracy danego dziecka nad własnym charakterem. Nie da się bowiem żadnego dziecka
wychować wbrew jego woli czy bez jego wysiłku.  

ZAKOŃCZENIE

Bóg stworzył człowieka z miłości. Biblia upewnia nas o tym, że każdy z nas to ktoś nieodwołalnie kochany przez samego Stwórcę. On stworzył nas na
swój  obraz  i  podobieństwo.  Właśnie  dlatego  życie  poza  miłością  staje  się  dla  nas  nieznośnym  ciężarem,  prowadzi  do  zniechęcenia  i  cierpienia,  staje  się
niezrozumiałe i  radykalnie oddala od radości. Jedynie małym dzieciom wystarczy do szczęścia to, że są kochane, chociaż w tej fazie życia same jeszcze
kochać nie potrafią. Szczęście prawdziwe i trwałe osiągają jedynie ci, którzy nie tylko przyjmują miłość od Boga i bliźnich, ale którzy uczą się kochać w
sposób coraz bardziej wierny i dojrzały, czyli w taki, w jaki sami zostali pokochani przez Boga, który jest miłością. 

Uczniowie  Chrystusa  nie  muszą  się  uczyć  miłości  metodą  prób  i  błędów  czy  po  omacku.  Niewidzialny  Bóg  stał  się  w  swoim  Umiłowanym  Synu
widzialnym człowiekiem właśnie po to, by zakomunikować nam swoją miłość w widzialny i zrozumiały dla nas sposób. Odtąd wiemy już, za pomocą jakich
słów, gestów i czynów powinniśmy komunikować naszą miłość wobec osób, które najbardziej kochamy. Szczęśliwe małżeństwo i trwała rodzina to miejsce
uczenia się i komunikowania miłości wiernej, ofiarnej i mądrej, czyli takiej, jakiej uczy nas Chrystus i jaką On sam pierwszy nas pokochał.

ks. Marek Dziewiecki, duszpasterz, doktor psychologii, adiunkt UKSW. Doktorat z nauk o wychowaniu uzyskał na Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim
w Rzymie w 1988. Od 1999 r. pełni funkcję krajowego duszpasterza powołań, a od 2003 funkcję wicedyrektora Europejskiego Centrum Powołań. Autor
książek,  m.in.  „Seksualność  –  błogosławieństwo  czy  przekleństwo?”,  „Komunikacja  wychowawcza”,  „Komunikacja  pastoralna”,  „Przezwyciężanie
trudności małżeńskich i rodzinnych”, „Psychologia porozumiewania się”. 

Przypisy

1

 Por. KKK 1603.

2

 Por. Jan Paweł II, Mężczyzną i niewiastą stworzył ich, Watykan 1986.

3

 M. Dziewiecki, Czy warto brać ślub?, Szczecinek 2008. 

4

 Por. M. Dziewiecki, Młodzi pytają o miłość, rodzinę i wychowanie, Kraków 2008

5

 Por. Gaudium et Spes, 48. 

6

 KKK, 1615. 

7

 Por. W. Majkowski, Czynniki dezintegracji współczesnej rodziny polskiej, Kraków 1996; zob. też M. Czachorowski, Ku epoce rodziny, Łomianki 2000,

s. 37-75. 

Szczegółowe analizy na temat przygotowania do małżeństwa i rodziny zob. M. Dziewiecki, Ona, on i miłość, Kraków 2006. 

9

 Por. M. Dziewiecki, Młodzi w poszukiwaniu szczęścia, Częstochowa 2003. 

10

 Por. M. Ryś, Psychologia małżeństwa. Zarys problematyki, Warszawa 1993. 

11

 Szczegółowe analizy na temat natury sakramentu małżeństwa zob. J. Grześkowiak, Misterium małżeństwa. Sakrament małżeństwa jako symbol

przymierza Boga z ludźmi, Poznań 1999. Zob. też E. Ozorowski (red.), Słownik małżeństwa i rodziny, Łomianki 1999, s. 415-417. 

12

 KKK, 1628. 

13

 Teologiczną analizę godności i powołania kobiety zob. K. Stehlin, Istota, godność i misja kobiety, Warszawa 2009. 

14

 Jan Paweł II, List do Rodzin, 10. 

15 

Por. F. Adamski (red.), Miłość – małżeństwo – rodzina, Kraków 1988. 

16 

Por. M. Dziewiecki, Szczęśliwe małżeństwo i trwała rodzina, Warszawa 2006. 

17

 Por. M. Dziewiecki, Najpiękniejsza historia miłości, Kraków 2005. 

background image

18

 Por. KKK 1639. 

19

 Por. KKK, 1649; KPK, kan. 1151-1155. 

20

 Por. KKK 1642. 

21 

Por. K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, Lublin 1986. 

22

 K. Majdański, Wspólnota życia i miłości,. Zarys teologii małżeństwa i rodziny, Poznań-Warszawa 1983. 

23 

Por. M. Dziewiecki, Rodzina domem miłości i życia, Lublin 2011, s. 109-141. 

2 4 

Por. M. Dziewiecki, Seksualność: błogosławieństwo czy przekleństwo?, Kraków 2004 

25 

M. Dziewiecki, Problemy z seksualnością. Odpowiedzi na dylematy młodych chrześcijan, Kraków 2011. 

26 

Por. C. Lewis, Cztery miłości, Warszawa 1993. Zob. też M. Dziewiecki, Wychowanie do miłości, Szczecinek 2010. 

27 

Por. M. Korzekwa, Niezawodna radość, Kraków 2007;  zob. też M. D. Philippe, W sercu miłości, Poznań 1997.

28 

KKK, 2363. 

29 

KKK, 1607. 

30 

Jan Paweł II, Familiaris consortio, 11. 

31

 KKK, 2362. 

32

 Gaudium et spes, 50. 

33 

Paweł VI, Humanae vitae, 10. 

34

 KKK, 2368. 

background image

MORALNE WYZWANIA MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ

ks. Ryszard Różycki

Pod pojęciem wyzwanie-wyzwania należy rozumieć zadanie-zadania, które są do realizacji; cel, który trzeba osiągnąć; wartości do których należy dążyć –
nie szczędząc wysiłku, jakby nie patrząc na trud, który trzeba podjąć i pokonać; wyzwanie to też często niebezpieczeństwo, które zagraża wybranym
przez nas celpm.

Stąd  wyzwania  moralne  miłości  małżeńskiej  wyznacza  z  jednej  strony  sama  istota  małżeństwa,  jego  definicja,  cele  które  stawiamy  przed  małżeństwem
rozumianym naturalnie czy sakramentalnie, tzn. z perspektywy czysto ludzkiej czy też w ujęciu wiary. Jak również o wyzwaniach moralnych  miłości
małżeńskiej decydują zewnętrzne okoliczności w których żyją małżonkowie i w których przychodzi im budować małżeńską codzienność życia – realizując
wyznaczone przez wspólnotę małżeńską  cele i zadania.

Pismo  Święte,  Magisterium  –  nauczanie  Kościoła,  jego  prawo  tzn.  Kodeks  Prawa  Kanonicznego,  czy  Katechizm  Kościoła  Katolickiego  stanowią  źródła
naszej wiedzy o zadaniach małżonków. Składając przysięgę, zawierając sakrament małżeństwa nowożeńcy wypowiadają słowa: ślubuję ci miłość, wierność i
uczciwość małżeńską prosząc Boga o pomoc ich realizacji. Ludzkie doświadczenie, ale i mądrość Kościoła chce by małżeństwo rozumieć jako wspólnotę
życia i miłości, jako przymierze mężczyzny i kobiety tworzących wspólnotę całego życia budowaną dla ich dobra i dla zrodzenia i wychowania potomstwa.

Wezwaniem  zatem  katolickiej  wspólnoty  małżeńskiej  staje  się  –  mimo  wszystkich  napotkanych  przeciwności  -    stworzenie  warunków  dla  wzrastania
autentycznego dobra obojga małżonków jak i zrodzenia oraz wychowania potomstwa.

To właśnie miłość, wierność, uczciwość mają służyć budowaniu wspólnoty a zatem jedności małżonków, którzy ze swej natury jako mężczyzna i kobieta w
swoim  ciele  i  w  swojej  duszy  mają  wpisaną  naturalną  zdolność  tworzenia  jedności.  Pomocą  w  budowaniu  tej  małżeńskiej  wspólnoty  służyć  ma  także
sakramentalność małżeństwa i tak potrzebna do jej właściwego przeżywania otwartość małżonków na obecność Boga w ich życiu osobistym, małżeńskim i
rodzinnym. 

W  zamyśle  Boga  Stworzyciela  i  Odkupiciela  małżeństwo  i  rodzina  odkrywa  nie  tylko  swoją  „tożsamość”,  to,  czym  „jest”,  ale  również  swoje
„posłannictwo”, to, co może i powinna „czynić” – podpowiada na Jan Paweł II w FC 17. Sięganie do „początku” stwórczego aktu Boga jest koniecznością
dla małżeństwa i rodziny, wedle zamysłu Bożego małżeństwo, rodzina została utworzona jako „głęboka wspólnota życia i miłości” (Sobór Watykański II,
Konstytucja  duszpasterska  o  Kościele  w  świecie  współczesnym  Gaudium  et  spes,  48.),  przeto  na  mocy  swego  posłannictwa  ma  ona  stawać  się  coraz
bardziej tym, czym jest, czyli wspólnotą życia i miłości , trzeba też powiedzieć, że istota i zadania rodziny są ostatecznie określone przez miłość. Rodzina
dlatego otrzymuje misję strzeżenia, objawiania i przekazywania miłości, będącej żywym odbiciem i rzeczywistym udzielaniem się miłości Bożej ludzkości
oraz miłości Chrystusa Pana Kościołowi, Jego oblubienicy.

MIŁOŚĆ

Ślubuję ci miłość – miłość, jako pierwsze i podstawowe wyzwanie.

Miłość do której trzeba dążyć, dorastać wychodząc z założenia, że przysięga małżeńska niczego sama w sobie nie załatwia, nie daje, nie kończy, ale tak
naprawdę dopiero wszystko rozpoczyna, tj. rozpoczyna pracę – trud – wysiłek – zaangażowanie się  w życie miłością aż do końca wspólnych dni. Brak
świadomości, że miłość jest zadaniem, i to zadaniem na całe życie należy postrzegać jako zagrożenie miłości czy też jako wyzwanie dla miłości.

Stąd wezwaniem jest miłość rozumiana jako cnota, tj. utrwalona, stała zdolność, jakość człowieka uzdalniająca do dobrego działania, dlatego też miłość nie
jest  samym  stanem  uczuciowym  ani  faktem  ontologicznym,  jest  czynną  postawą  wyrażającą  się  przez  pragnienie  dobra  dla  drugiej  osoby,  pragnienie
życzliwe i bezinteresowne, potwierdzone przez działanie i pełne zaangażowanie, nie tylko dorywcze lub przypadkowe, ale stałe, wytrwałe, konsekwentne i
ofiarne.  Miłość  jest  więc  postawą  służby  nie  szukającej  dla  siebie  żadnej  korzyści  poza  możliwością  świadczenia  dobra.  Zdolność  i  obowiązek  miłości
wynika już z natury ludzkiej,  i miłość małżeńska opiera się na tym naturalnym podłożu, przy czym jest to relacja odmienna od ogólnie pojętej przyjaźni,
gdyż wiąże w sposób wyjątkowy dwie osoby: mężczyznę i kobietę. Eros, przejaw obok amor miłości naturalnej, stoi u podstawy wspólnego pragnienia
wzajemnej i wyłącznej przynależności, zostaje przetworzony pod wpływem czynnika duchowego w relację oblubieńczą, której cechą charakterystyczną jest
wspólne pragnienie bycia wzajemnym darem dla siebie, czyli pragnienie zjednoczenia w sposób wyłączny i całkowity. 

W świetle nauki objawionej, której szczegółową wykładnię znajdziemy choćby w „Casti connubii” Piusa XI, „Gaudium et spes” Soboru Watykańskiego II
czy „Humane vitae” Pawła VI pamiętać zawsze musimy, że pełen rozwój miłości jako postawy życiowej małżonków możliwy jest dzięki współpracy z
łaską  Bożą,  wiąże  się  także  doskonałość  miłości  małżeńskiej  z  cnotą  czystości,  a  nazywana  agape  lub  caritas  jest  rozumiana  jako  uczestnictwo  w
oblubieńczej Miłości samego Boga stając się w ten sposób cnotą nadprzyrodzoną. 

Papież Paweł VI publikując encyklikę „Humane vitae” (9) podkreśla, że miłość małżeńska musi być: 

w  pełni  ludzka,  a  więc  zarazem  zmysłowa  i  duchowa,  czyli  obejmować  całego  człowieka  ze  wszystkimi  jego  elementami  (duch,  intelekt  itd.).
Człowiek jako jedność psychofizyczna, oprócz tego, co widzialne, nosi w sobie całe bogactwo świata wewnętrznego, niewidzialnego dla zmysłów.
Chodzi o bogactwo jego intelektu, życia emocjonalnego, wartości duchowych i każda z tych sfer domaga się odpowiedniego dla siebie aktu miłości, a
więc dobra, by mogła rozwijać się w sobie właściwym kierunku.
pełna, to znaczy przeżywana w szczególnej formie przyjaźni, poprzez którą mężczyzna i kobieta wielkodusznie dzielą między sobą wszystko, bez
zachowywania przez jednego z małżonków czegoś wyłącznie dla siebie. Dzieli bowiem wszystkie problemy codziennego życia, od finansów aż po
małżeńskie łoże, poprzez wspólnotę stołu, wychowanie dzieci, dzielenie wszystkich trudów. Miłość jest umiejętnością wsłuchania się w potrzeby i
sprawy  drugiego  człowieka  (empatia).  Polega  to  na  słuchaniu  drugiej  osoby,  biorąc  pod  uwagę  jej  niepowtarzalny  świat,  historię,  wychowanie,
sposób patrzenia na otaczającą rzeczywistość i siebie, jej osobowość, potrzeby i sytuację obecną. Taka miłość jest zdolna wczuć się i zrozumieć, co
dla danej osoby znaczy ból, radość, przyjaźń, nadzieja, lęk, itd. Na tym polega miłość dotykająca wszystkich spraw codzienności.
wierna i wyłączna - relacja mężczyzna-kobieta, jaką tworzą przez zawarcie ślubu, w sferze wewnętrznej, intymnej i zewnętrznej, jest sprawą tylko
ich dwojga - na dobre i na złe, aż do końca życia. Przez sakrament małżeństwa miłość między dwojgiem ludzi zostaje włączona w miłość, którą
Chrystus w sposób nieodwołalny miłuje Kościół.
płodna  -  owocująca  potomstwem  naturalnym,  które  rodzą  też  duchowo  do  życia  wiary,  życia  wiecznego;  wolna  od  wszelkich  manipulacji

background image

antykoncepcyjnych. A gdy zdarza się, że płodność fizyczna jest niemożliwa, małżonkowie realizują płodność duchową - rodząc innych do życia
wiecznego.

Błogosławiony  Jan  Paweł  II  w  pierwszej  swojej  encyklice  „Redempotor  hominis”,  ogłoszonej  na  początku  swego  pontyfikatu,  w  marce  roku  1979
przypomniał o tym, że człowiek, stworzony przez Boga z miłości, został obdarzony miłością i zdolnością kochania, stąd też owo pragnienie kochania i
bycia  kochanym  staje  się  w  jego  życiu  motywem  przewodnim  jego  działań,  zarówno  w  odniesieniu  do  Boga,  jak  i  do  bliźnich.  Papież  Polak  napisał:
„Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie pozbawione jest sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość,
jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa” (nr 10)

Miłość  małżeńska  jako  cnota  znalazła  dalsze  naświetlenie  w  adhortacji  „Familiaris  consortio”,  a  szczególnie  w  katechezach  Jana  Pawła  II  Mężczyzną  i
niewiastą stworzył ich.

Do takiej rozumianej miłości małżeńskiej, jaką proponuje Bóg, a której obrazem jest miłość Chrystusa do Kościoła (Ef 5), a wzorem jest krzyż Chrystusa
jako znak bezinteresownej, bezwarunkowej miłości do końca -  może dorosnąć tylko ten, kto rozumie naturę miłości, a ponadto ma wewnętrzną świadomość
i potrzebę dorastania, rozwoju, autoformacji. Na ile dla niego Chrystus jest wzorem człowieka doskonałego, na ile Bóg jawi się jako zawsze dobrze radzący
przyjaciel, czy mówiąc trochę innym językiem jak dobry trener, który mądrze stawiam wymagania, by zawodnik osiągnął dobre wyniki, by wygrał swoje
życie. Taki mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący – wracają słowa przysięgi małżeńskiej, które przecież inaugurują ten trwający całe życie trud uczenia się
i życia prawdziwą miłością.  Nie jest to w naszych czasach proste, gdyż obecnie miłością nazywane jest wiele postaw i zachowań, które nie są miłością i
nigdy nią nie będą; właśnie dlatego zrozumieć miłość i prawdziwie pokochać może tylko ten, kto wie, czym jest miłość i co stanowi jej istotę, a Bóg jest
Miłością; stąd poznawanie Boga, zażyła, osobista z Nim relacja, staje się nie tylko szansą, ale warunkiem sine qua non bez którego nie można marzyć o
prawdziwej uszczęśliwiającej małżonków miłości. By trwać owocnie w sakramentalnej wspólnocie małżeńskiej konieczne jest stałe pielęgnowanie więzi – nie
tylko z małżonkiem – ale i z Bogiem, którego małżonkowie poprzez przysięgę małżeńską uczynili ‘gospodarzem’ swojej miłości, świadkiem i obrońcą ich
więzi małżeńskiej. Wiara jako postawa otwartości na Boga i jego obecność w życiu jako punkt wyjścia mojej osobistej z Nim relacji  staje się podstawą i
fundamentem modlitwy osobistej – ale i wspólnej małżonków, oby jak najczęstszej,  dalej udziału w liturgii Kościoła, w niedzielnej i świątecznej mszy św.,
życia sakramentami Eucharystii i pokuty, zgodnego z przykazaniami stylu życia budowanego w perspektywie ewangelicznych błogosławieństw. Wówczas
jasnym się staje, że najpiękniejszym wzorem dla miłości małżeńskiej jest Miłość Chrystusa do Kościoła. Chrystus kocha nas jako swój Kościół w sposób
bezwarunkowy,  kocha  nas,  pomimo  tego,  że  cały  czas  grzeszymy,  często  zapominamy  o  Nim,  znajdujemy  sobie  coraz  to  nowe  bożki.  To  z  miłości
Chrystus oddał swoje życie za każdego z nas, ofiarował wszystko co miał: ciało, duszę, godność… Prawdziwie kochać oznacza przebaczać na podobieństwo
Chrystusa:  nie  raz,  nie  dwa,  a  „siedemdziesiąt  siedem  razy”.  W  małżeństwie  powinniśmy  się  uczyć  przebaczać  –  regularnie  korzystając  z  sakramentu
pokuty, po to by umieć nie chować w sercu urazy przez dłuższy czas pamiętając o słowach Pisma Św. „niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”.
Prawdziwie kochać, to obdarowywać sobą drugą osobę, to doskonalić siebie aby stawać się piękniejszym, mądrzejszym, bardziej atrakcyjnym dla ukochanej
osoby. Kochać, to również umieć przyjąć dar drugiej osoby z jej wszystkimi słabościami i ułomnościami. Kochać to pragnąć przede wszystkim dobra drugiej
osoby;  choć  prawdziwe  dobro  nie  zawsze  pokrywa  się  z  jej  oczekiwaniami  i  wyobrażeniem  szczęścia.  Oprócz  wspólnoty  intelektualnej,  emocjonalnej,
wolitywnej, całkowitość daru osobowego wyraża się wtedy, kiedy małżonkowie stają się jednym ciałem. Pełne przyjęcie drugiej osoby dokonuje się, gdy
akceptuje się jej męskość lub kobiecość, w tym i płodności. Sztuczne metody kontroli urodzin przeczą pełnej akceptacji drugiej osoby. 

Pamiętając, że ślubowana przed Bogiem miłość małżeńska jest zadaniem do wykonania, trzeba też pamiętać, że wymaga ona pracy nad sobą, wspominanej
już  wcześniej  autoformacji  w  Chrystusowej  szkole  sakramentu  pokuty  i  pojednania:  relacja-więź  z  Bogiem  i  relacja-więź  ze  współmałżonkiem  to
podstawowe  wymiary  rachunku  sumienia  chrześcijańskiego  małżonka.  Sakrament  pokuty  to  bardzo  skuteczny  sposób  pokonywania  własnych  wad  i
dynamicznego rozwoju własnego człowieczeństwa udoskonalanego przez łaski sakramentalne. 

W kontekście sakramentu pokuty i pojednania trzeba powiedzieć, że wielkim zagrożenie – wyzwaniem dla miłości małżeńskiej jest grzech a tym bardziej
trwanie w grzechu, i nie chodzi tu tylko o grzech zdrady czy niewierności małżeńskiej. Ten kto trwa w grzechu ten pozostaje zamknięty na Boga, stoi do
Boga jakby odwrócony plecami, zamknięty na Boga, który jest Miłością, zamknięty na Boga nie może czerpać ze Źródła Miłości jaką jest Bóg sam jeden; kto
trwa w grzechu jakby nie pamiętał, że miłość jest z Boga. Stąd grzech i brak życia świadomością, że miłość jest z Boga, to kolejne wyzwania i zagrożenia dla
miłości.

Zwróćmy uwagę, że trwanie w grzechu może być skutkiem słabej wiary, osłabionej przez zaniedbanie jej pielęgnowania. O wierze jako o otwartości na Boga
już wspominałem, ale myślę, że jeszcze raz warto tu wrócić to tego zagadnienia. Wiara – podobnie jak miłość i jak każda inna wielka wartość – wymaga
pielęgnowania. Także wiara może się zdegenerować, na przykład do jakiejś deklaracji, że Pan Bóg istnieje, składanej lub nie w zależności od okoliczności.
Boga  trzeba  poszukiwać,  w  codziennej  modlitwie  nawiązywać  z  Nim  osobistą  relację,  a  to  wymaga  trudu  serca.  Wiara  nie  będzie  się  rozwijać  bez
systematycznej modlitwy, korzystania z sakramentów, lektury Pisma św. Wiara to dążenie do poznania Chrystusa, do spotkania Chrystusa, wysiłek życia
dla Niego i według Jego nauki, życia w małżeństwie i w rodzinie.

 Wiara przemienia miłość. Związek ludzi żyjących żywą wiarą i związek ludzi niewierzących lub słabo wierzących dzieli przepaść. Dopóki nie dostrzeżemy
samego siebie i drugiej osoby, jako stworzonej na obraz Boga, mającej duszę nieśmiertelną i zmierzającej do życia wiecznego, nie pojmiemy prawdziwej
godności i wielkości człowieka. Taka świadomość nadaje miłości nową głębię i nową perspektywę. Teraz kocha się współmałżonka nie ze względu na jakieś
egoistyczne motywy, ale ze względu na Boga i Jego przykazania. W przenikniętej wiarą miłości pragnienie dobra współmałżonka zostaje rozciągnięte na jego
wieczne zbawienie. Jego i swoje. Współpraca w zdobyciu życia wiecznego staje się wtedy centrum miłości małżeńskiej. Życie małżeńskie jako sakramentalna
wspólnota staje się dla małżonków rzeczywistością zbawczą. Stąd rozwój wiary, wzrost dynamiki życia z wiary i we wierze to kolejne wyzwanie zadanie
dla miłości małżeńskiej.

Miłość  budowana  w  perspektywie  wiary  i  ubogacana  sakramentami  Eucharystii  i  pokuty  pozwala  w  doskonalszy  sposób  realizować  i  pozostałe
zobowiązania sakramentalnej przysięgi małżeńskiej, tzn. realizować wyzwania i zadania stające przed małżonkami: "Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość
małżeńską i że Cię nie opuszczę aż do śmierci…”

WIERNOŚĆ

Wypełnienie  ślubu  wierności  ma  miejsce  wtedy,  gdy  małżonkowie  są  lojalni  wobec  siebie  w  odniesieniu  do  świata  zewnętrznego.  Pierwsza  skojarzenie
dotyczące złamania ślubu wierności, to myśl o zdradzie fizycznej – związana z aspektem seksualności. Tak rozumiana zdrada, to najbardziej oczywisty
sposób złamania ślubowania. Może się ona dokonać także poprzez pielęgnowanie pożądliwych spojrzeń, myśli, pragnień.

background image

Jest jednak inny aspekt niewierności, który jest konsekwencją mniej znanego oblicza zdrady. Można bowiem być niewiernym w inny, wydawałoby się
banalny  sposób,  ale  jednak  znacznie  osłabiający  więź  duchową  pomiędzy  małżonkami.  Niewierność  może  po  prostu  zaniedbywaniem  relacji,  więzi  i
wspólnoty  małżeńskiej,  dalej  polegać  też  polegać  na  wyśmiewaniu  współmałżonka  wobec  innych  ludzi,  obgadywaniu  go  podczas  jego  nieobecności,
 mówieniu o naszych lub jego sekretach, podważaniu jego autorytetu. Można więc zdradzić współmałżonka z mamą, tatą, kolegami lub koleżankami, nawet z
dziećmi. 

Trzeba pamiętać o tym, że dobra relacja między małżonkami wymaga, aby małżonek był pierwszy i najważniejszy w hierarchii bliskich nam osób. Powinien
być  przed  dziećmi,  czy  też  przed  rodzicami.  Szczególnie  ważne  jest,  aby  w  sytuacjach  konfliktowych  z  innymi  ludźmi,  choćby  rodzicami,  stawać  ze
współmałżonkiem po tej samej stronie - nawet wtedy, gdybyśmy sobie musieli później na osobności wyjaśnić niektóre kwestie sporne.

UCZCIWOŚĆ MAŁŻEŃSKA 

Uczciwość  to  lojalność  małżonków  względem  siebie.  Złamanie  przysięgi  bycia  uczciwym  kojarzy  się  nam  głównie  z  kłamstwem  i  oszukiwaniem  siebie
nawzajem. Uczciwość względem współmałżonka powinna gwarantować: po pierwsze szczerość – nie tylko w znaczeniu mówienia prawdy, ale otwartego
mówienia  o  problemach,  o  tym  co  cieszy  i  co  boli,  bez  niepotrzebnych  niedomówień  i  przemilczeń.  Po  drugie  to  ukazywanie  prawdziwego  “ja”  przy
współmałżonku, pozwolenie drugiej osobie na poznawanie siebie, to również gotowość rozmawiania z drugą osobą zawsze i o wszystkim. 

Kolejnym aspektem uczciwości jest nie wykorzystywanie wiedzy o słabych stronach współmałżonka, szczególnie w sytuacjach konfliktowych. 

Uczciwość wiąże się też z unikaniem cichych godzin, czy dni, ponieważ wina w konflikcie przeważnie jest obustronna, uczciwość po prostu zaprasza do
dialogu, który prowadzić ma ku miłości i przebaczeniu. 

Szczególnie wrażliwi powinni być małżonkowie na uczciwość w sprawach najbardziej intymnych. Niedopuszczalna jest np. sytuacja kiedy żona decyduje
się na poczęcie dziecka wykorzystując swoją wiedzę na temat płodności zdając sobie sprawę, że mąż nie jest gotowy do podjęcia tej decyzji. Małżonkowie
powinni szczerze mówić sobie o swoich potrzebach i pragnieniach, o tym co im sprawia największą przyjemność czy największy ból.

ŚLUBUJĘ CI, ŻE CIĘ NIE OPUSZCZĘ AŻ DO ŚMIERCI…

Wydaje się, że te słowa przysięgi są zrozumiałe. „Nie opuścić” znaczy: nie pozostawić w potrzebie, biedzie, chorobie, nawet jeśli trudno będzie wytrzymać
ze współmałżonkiem, nawet jeśli pojawi się zdrada. 

Opuścić  można  również  wyjeżdżając  na  dłuższy  czas  do  pracy  za  granicę.  Nie  każdy  wyjazd  oczywiście  jest  złamaniem  przysięgi,  ale  pamiętajmy  że
wspólnota małżeńska opiera się na budowaniu i pielęgnowaniu więzi pomiędzy małżonkami – a tego nie da się robić na odległość, chyba, że krótkotrwale.
Przecież więź małżeńską buduje się poprzez wspólnotę intelektualną, emocjonalną, duchową, która wymaga cielesnej bliskości. 

Wyjątkową sytuacją rozstania na dłuższy czas jest separacja. Taką decyzję można podjąć w trosce o dobro męża lub żony (np. jeśli jedno z małżonków ma
problem z alkoholem). Trzeba wtedy pamiętać o duchowej łączności, czyli modlitwie za małżonka. 

Można również opuścić małżonka duchowo – uciekając w swój własny świat zainteresowań, pracy czy marzeń, nie interesując się potrzebami i problemami
współmałżonka, żyć tak jakby “obok” niego, zamiast “z” nim. 

Tak oto w oparciu o słowa przysięgi małżeńskiej wskazaliśmy najważniejsze wyzwania – zadania moralne stojące przed miłością małżeńską; warto jednak
pamiętać i o tym, że jakoś z samej przysięgi wynika obowiązek współpracy z Panem Bogiem w trudzie budowania małżeńskiego i rodzinnego szczęścia, a
liczyć możemy także na pomoc Świech, w tym i świętych małżonków, których obecności w rzeczywistości nieba wszyscy jesteśmy pewni. Błogosławiony
Jan Paweł II przemawiając kiedyś o nowożeńców podkreślał, „że tylko ta miłość, która spotka się z Bogiem może uniknąć niebezpieczeństwa, że się po
drodze wypali czy zagubi’. 

Mój szanowny przedmówca, ks. Marek Dziewiecki, znakomicie określa niebezpieczeństwa, które dzisiaj zagrażają właściwemu rozumieniu miłości, ‘obecnie
miłość często bywa mylona z seksualnością, z zakochaniem i samym tylko uczuciem, z tolerancją i akceptacją dla ludzkiej słabości czy małości, albo z
naiwnością, a także z „wolnymi związkami” czy wreszcie z naciskami na redefinicję małżeństwa jako związku partnerskiego dwóch osób tej samej płci.

ks. Ryszard Różycki, doktor teologii moralnej, kapłan diecezji pelplińskiej, studia doktoranckie odbył w Strassburgu (1994-2000) po ich zakończeniu podjął
pracę duszpasterską w Kartuzach. Jest asystentem kościelnym Katolickiego Liceum i Gimnazjum w Kartuzach, wykładowcą teologii moralnej i spowiednictwa
w Wyższym Seminarium Duchownym w Pelplinie i członkiem Komitetu ds. Dialogi z Niewierzącymi Konferencji Episkopatu Polski. 

background image

KONWERSATORIA

background image

WSTRZEMIĘŹLIWOŚĆ OKRESOWA CZY ANTYKONCEPCJA PO KATOLICKU?

Monika Gajda

Małżeństwo i miłość małżeńska z natury swej skierowane są ku płodzeniu i wychowaniu potomstwa. Dzieci są też najcenniejszym darem małżeństwa i
samym rodzicom przynoszą najwięcej dobra.

Wstrzemięźliwość okresową zachowują małżonkowie właśnie po to, aby nie chcieli mieć za dużo dzieci. Zatem rzecz nie w tym,  żeby w ogóle nie mieć
dzieci, ale, mogłoby się tak zdarzyć, że małżonkowie chrześcijańscy, będąc otwartymi na życie, nie będą chcieli mieć dużo dzieci. Istotą jest tutaj otwartość
na życie, które może się pojawić, dziecko nie jest tutaj zagrożeniem, życie nie jest czymś, przed czym mamy się bronić. I tylko przez wzgląd na pewne
sytuacje,  małżonkowie  stosują  wstrzemięźliwość  właśnie  dla  dobra  tych  dzieci,  które  już  mają  oraz  być  może  również  dla  swojego  dobra.  Z  założenia
myślenie jest takie, że małżonkowie nie planują poczęcia, nie dlatego, że dziecko jest jakimś złem, zagrożeniem, ale przez wzgląd na dobro dzieci, które już
mają, niejako odbierają sobie możliwość poczęcia kolejnego dziecka. To zupełnie inne nastawienie, niż postawa antykoncepcyjna.

Gdy  chodzi  o  wrodzone  popędy  i  uczucia,  to  odpowiedzialne  rodzicielstwo  oznacza  konieczność  opanowania  ich  przez  rozum  i  wolę.  Jeśli  zaś
uwzględnimy warunki fizyczne, ekonomiczne, psychologiczne i społeczne, należy uznać, że ci małżonkowie realizują odpowiedzialne rodzicielstwo, którzy
kierując  się  roztropnym  namysłem  i  wielkodusznością,  decydują  się  na  przyjęcie  liczniejszego  potomstwa,  albo  też  dla  ważnych  przyczyn  i  przy
poszanowania  nakazów  moralnych,  postanawiają  okresowo  lub  nawet  na  czas  nieokreślony,  unikać  zrodzenia  dalszego  dziecka.  Przeto  mają  wypełniać
zadanie  swoje  w  poczuciu  ludzkiej  i  chrześcijańskiej  odpowiedzialności  oraz  z  szacunkiem  pełnym  uległości  wobec  Boga;  zgodną  radą  i  wspólnym
wysiłkiem  wyrobią  sobie  słuszny  pogląd  w  tej  sprawie,  uwzględniając  zarówno  swoje  własne  dobro,  jak  i  dobro  dzieci  czy  to  już  urodzonych,  czy
przewidywanych i rozeznając też warunki czasu oraz sytuacji życiowej tak materialnej, jak i duchowej; a w końcu, licząc się z dobrem wspólnoty rodzinnej,
społeczeństwa i samego Kościoła. Pogląd ten winni małżonkowie ustalać ostatecznie wobec Boga. 

Oznacza to, że właśnie na modlitwie małżeństwo chrześcijańskie powinno rozeznawać, czy ma się pojawić kolejne dziecko, a jeżeli nie, to dlaczego. 

Jeśli  więc  istnieją  słuszne  powody  dla  wprowadzenia  przerw  między  kolejnymi  urodzeniami  dzieci,  wynikające  bądź  z  warunków  fizycznych  czy
psychicznych małżonków, bądź z okoliczności zewnętrznych, Kościół naucza, że wolno wówczas małżonkom uwzględniać naturalną cykliczność właściwą
funkcjom rozrodczym i podejmować stosunki małżeńskie tylko w okresach niepłodności, regulując w ten sposób ilość poczęć, bez łamania zasad moralnych
(...) Kościół jest zgodny z samym sobą i ze swoją nauką zarówno wtedy, gdy uznaje za dozwolone uwzględnianie przez małżonków okresów niepłodności,
jak  i  wtedy,  gdy  potępia,  jako  zawsze  zabronione,  stosowanie  środków  bezpośrednio  zapobiegających  poczęciu,  choćby  nawet  ten  ostatni  sposób
postępowania usprawiedliwiano racjami, które mogłyby się wydawać uczciwe i poważne.

Nawet jeżeli rozeznamy, że mamy powody ku temu, aby nie było kolejnego dziecka, to Kościół dopuszcza tylko tę naturalną drogę, w której przyjmujemy
zgodność z naturą, tak, jak to Bóg zaplanował, tzn. że występują cyklicznie okresy płodne i niepłodne. Małżeństwo, posługując się rozumem i wolą, może
uwzględniać w planowaniu rodziny naturalną możliwość niepoczynania dziecka. 

W rzeczywistości między tymi dwoma sposobami postępowania (okresową wstrzemięźliwością i antykoncepcją) zachodzi istotna różnica. W pierwszym
wypadku małżonkowie w sposób prawidłowy korzystają z pewnej właściwości danej im przez naturę. W drugim zaś, stawiają oni przeszkodę naturalnemu
przebiegowi procesów związanych z przekazywaniem życia. Jest prawdą, że w obydwu wypadkach małżonkowie przy obopólnej i wyraźnej zgodzie chcą
dla słusznych powodów uniknąć przekazywania życia i chcą mieć pewność, że dziecko nie zostanie poczęte. Jednakże trzeba równocześnie przyznać, że
tylko  w  pierwszym  wypadku  małżonkowie  umieją  zrezygnować  ze  współżycia  w  okresach  płodności  (...),  podejmują  zaś  współżycie  małżeńskie  w
okresach  niepłodności  po  to,  aby  świadczyć  sobie  wzajemną  miłość  i  dochować  przyrzeczonej  wzajemnej  wierności.  Postępując  w  ten  sposób  dają  oni
świadectwo prawdziwej i w pełni uczciwej miłości.

Podstawowa różnica między antykoncepcją a metodą naturalną zasadza się na tym, że przy stosowaniu metody naturalnej, uwzględniamy zamysł Boży. 

Spotkałam się z pewnym stwierdzeniem i stąd pomysł na taki temat konwersatorium, że metoda naturalna ma sto procent skuteczności. Skoro jest w stu
procentach  niezawodna,  to  odbiera  się  tu  w  takim  razie  możliwość  poczęcia.  Jeżeli  tak  udowadniamy  skuteczność  naturalnych  metod  regulacji  poczęć
poprzez tworzenie zestawień, porównań skuteczności z innymi metodami, środkami antykoncepcyjnymi, to stawiamy znak równości między okresową
wstrzemięźliwością a antykoncepcją. Nie powinniśmy w ogóle myśleć w tych kategoriach. W metodzie naturalnej pozostawiamy ostatnie słowo Panu Bogu,
Jego  planom  wobec  nas,  pozostawiamy  przestrzeń:  „Bądź  wola  Twoja”,  my  rozumem  i  wolą  podejmujemy  decyzję,  ale  to  Bóg  podejmuje  decyzję
ostateczną . Uznajemy tutaj możliwość poczęcia, nawet jeżeli, na ludzki rozum, stosując się do konkretnych założeń metody naturalnej, tego poczęcia być
nie powinno. 

Uważam, że metodę naturalną powinno się stawiać ludziom wierzącym. Żeby ją stosować, potrzebna jest prawdziwa wiara, mało tego potrzebne jest życie
Krzyżem. To nie jest proste. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę. Kościół o tym również wyraźnie mówi w swoim nauczaniu:

Nauka Kościoła o należytej regulacji poczęć, będąca promulgacją samego prawa Bożego, wyda się niewątpliwie dla wielu trudna; więcej nawet - zupełnie
niemożliwa do zachowania. Bo rzeczywiście, jak wszystkie rzeczy szlachetne i pożyteczne tak i to prawo wymaga mocnych decyzji i wielu wysiłków od
poszczególnych ludzi, od rodzin i społeczności ludzkiej. Co więcej, zachować je można tylko z pomocą łaski Bożej, która wspiera i umacnia dobrą wolę
ludzi. Kto jednak uważniej się nad tym zastanowi, dostrzeże, że owe wysiłki naprawdę podnoszą godność człowieka i przysparzają dobra całej ludzkości.
(...) Nie ulega żadnej wątpliwości, że rozumne i wolne kierowanie popędami wymaga ascezy, ażeby znaki miłości, właściwe dla życia małżeńskiego, zgodne
były z etycznym porządkiem, co konieczne jest zwłaszcza dla zachowania okresowej wstrzemięźliwości.

Dzisiaj niewiele mówi się o ascezie, o pracy nad sobą. Tak właśnie Kościół chce nas podciągać do naszej wiary i godności człowieczeństwa.

Nie zamierzamy tu bynajmniej przemilczać trudności, niejednokrotnie poważnych, na które napotyka życie chrześcijańskich małżonków. Dla nich bowiem,
jak i dla każdego z nas, "ciasna jest brama i wąska jest droga, która wiedzie do żywota". Jednakże niech nadzieja tego żywota, niby najjaśniejsze światło,
oświeca im drogę, gdy mężnie decydują się na to, by na tym świecie żyć "w trzeźwości, sprawiedliwości i pobożności", świadomi w pełni, iż "przemija
postać tego świata". 

Do mnie, w korzystaniu z okresowej wstrzemięźliwości, przemawia przede wszystkim argument wiary. Nasza miłość ma być znakiem miłości Boga do

background image

człowieka, Chrystusa do Kościoła, w związku z czym nie możemy stawiać jakichś sztucznych przeszkód naszej płodności. 

 

background image

KOŚCIÓŁ W DOMU, CZY DOM KOŚCIOŁEM?

ks. dr Aleksander Radecki

Nie dowiedziałem się jakie przesłanki wpłynęły na ukształtowanie takiego właśnie tematu naszego spotkania. Być może prowokację stanowiło – podobno
dość  rozpowszechnione  –  przekonanie,  że  „najgorszą  rzeczą  jest  zamienianie  domu  w  kościół”  –  a  takie  twierdzenia  koniecznie  należy  uczciwie
zweryfikować, zanim wyrządzą niepowetowane szkody w rodzinach.

Być może dla części Czytelników temat tego rozważania wydaje się dziwny, sztuczny, a nawet zbędny. O czym tu mówić, przecież to oczywiste; wiemy
„od zawsze” jaki po co powstaje oraz jak funkcjonuje Kościół domowy, bo urodzili się i wychowali w tym środowisku i stąd wszystko dla takich osób jest
jasne. To grupa szczęściarzy (do której i ja należę, co pozwoli podzielić się nie tyle teorią, ile praktyką). Druga grupa – wprost przeciwnie – będzie mozolnie
dociekać: jaki Kościół w domu, po co, i dla kogo, i z kim go budować, z czego, za co (!) i kiedy budować, gdy człowiek taki wciąż zapracowany i stale
zmęczony? Grupa trzecia to ludzie, którzy trochę wiedzą, trochę nie wiedzą. Czy mam prawo nieśmiało przypuszczać, że wszyscy z tej refleksji będą
mogli – przy odrobinie dobrej woli – coś dla siebie skorzystać?

Oto  moja  propozycja:  Grupa  I  –  czyta,  weryfikuje  swoje  poglądy  i  w  razie  potrzeby  uzupełnia  swoją  wiedzę  oraz  udoskonala  praktykę.  Grupa  II  –
otwartym sercem szuka wiedzy o prawdziwie chrześcijańskim życiu w rodzinie. Grupa III – przeprowadza duchowy remanent, a w razie potrzeby koryguje
i uzupełnia swoje postawy i swoją wiedzę lub wykreśla błędne teorie. A wszyscy – prośmy o światło Ducha Świętego, by nam dał nie tylko zrozumieć, o co

chodzi,  ale  pomógł  rzeczywiście  utworzyć  żywy,  autentyczny  Kościół  domowy,  zapraszając  doń  Najświętszą  Rodzinę

1

,  domowników  i  wszystkich,

którzy te nasze rodzinne wspólnoty nawiedzą.

WYJAŚNIENIE POJĘĆ: „KOŚCIÓŁ”, „KOŚCIÓŁ DOMOWY” I „KOŚCIÓŁ”

Wyjaśnienie  i  uściślenie  pojęć  zawsze  sprzyja  jasności  wykładów  i  rozważań;  także  i  w  naszym  temacie  wydaje  się  to  niezbędne  w  odniesieniu  do  –
teoretycznie powszechnie znanego – słowa: „kościół”.

Kościół – jeden, święty, powszechny i apostolski.

Najkrócej definiując Kościół(greckie „ekklesia” = wspólnota zwołanych) możemy powiedzieć, że jest to mistyczne ciało Chrystusa, którego On jest Głową, a

my, wierni, jesteśmy jego członkami

2

.Chrześcijanin  powinien  dokładnie  poznać  prawdę  o  tym,  że  Kościół  stanowi  jedno  ciało;  stąd  konieczność  nawet

wielokrotnej lektury Listu św. Pawła do Rzymian (12, 12-31), aby przekonania o tej tajemnicy wystarczyło i dla nas, i dla nie znających Prawdy. Cud
naszego wszczepienia w Kościół dokonuje się przede wszystkim mocą sakramentów: chrztu św. i Eucharystii. Dlatego piszemy „Kościół” z wielkiej litery i
w odniesieniu do niego wyznajemy: „Należę do Kościoła” lub pytamy: kto to jest Kościół?”.

Kościół domowy

Określenie  rodziny  jako  Kościoła  domowego  kryje  w  sobie  tajemnicę  obecności  Chrystusa-Głowy  (niewidzialnej)  we  wspólnocie  osób  (widzialnej)
tworzących daną rodzinę. Czym jest Kościół w skali makro, tym Kościół domowy (rodzina) jest w skali mikro. Odwołajmy się w tym miejscu do nauczania
soborowego, które zawiera interesujące nas wyjaśnienie:

„Małżonkowie  chrześcijańscy  na  mocy  sakramentu  małżeństwa,  przez  który  wyrażają  tajemnicę  jedności  i  płodnej  miłości  pomiędzy  Chrystusem  i
Kościołem oraz w niej uczestniczą (por. Ef 5, 32), wspomagają się wzajemnie we współżyciu małżeńskim oraz rodzeniu i wychowywaniu potomstwa dla
zdobycia  świętości,  a  tak  we  właściwym  sobie  stanie  i  porządku  życia  mają  własny  dar  wśród  Ludu  Bożego  (por.  1  Kor  7,  7).  Z  małżeństwa
chrześcijańskiego bowiem wywodzi się rodzina, a w niej rodzą się nowi obywatele społeczności ludzkiej, którzy dzięki łasce Ducha Świętego stają się przez
chrzest synami Bożymi, aby Lud Boży trwał poprzez wieki. W tym domowym niejako Kościele rodzice za pomocą słowa i przykładu winni być dla dzieci

swoich pierwszymi zwiastunami wiary i pielęgnować właściwe każdemu z nich powołanie, ze szczególną zaś troskliwością powołanie duchowne”

3

.

Świątynia – dom Boży – jako kościół.

Na co dzień używamy jednak jeszcze dość nieprecyzyjnego określenia „kościół” w odniesieniu do widzialnego budynku, do świątyni (np. parafialnej). I nie
wolno zapomnieć, że owa nazwa wyrosła właśnie z tajemnicy Kościoła założonego przez Pana Jezusa. Tak o tym uczył Sobór Watykański II:

„Często również nazywany jest Kościół budowlą Bożą (1 Kor 3, 9). Siebie samego porównał Pan do kamienia, który odrzucili budujący, ale który stał się
kamieniem węgielnym (Mt 21, 42 i paralele, por. Dz 4, 11, 1 P 2, 7, 17, 22). Na tym fundamencie budują Apostołowie Kościół (por. 1 Kor 3, 11), od niego
też  bierze  on  swą  moc  i  spoistość.  […]  Budowla  ta  otrzymuje  różne  nazwy:  dom  Boga  (1  Tm  3,  15),  w  którym  mianowicie  mieszka  Jego  rodzina,
mieszkanie Boże w Duchu (Ef 2, 19-22), przybytek Boga z ludźmi (Ap 21, 3), przede wszystkim zaś świątynia święta, którą wyobrażoną przez kamienne
sanktuaria sławią święci Ojcowie, a którą w liturgii przyrównuje się nie bez racji do miasta świętego, do nowego Jeruzalem. W miasto to, niby kamienie

żywe, wbudowani jesteśmy tu na ziemi (1 P 2, 5)”

4

.

Proszę zauważyć, jak bardzo wyjaśnienie tych pojęć oraz precyzyjne ich używanie (nawet w języku potocznym), pozwala uniknąć wielu nieporozumień, a
nawet wyprostować wiele błędnych poglądów. Rozróżnienia te wydają się konieczne nie tylko ze względu na ryzyko pomieszania pojęć, powodowane
językiem potocznym (np. „idę do kościoła”, „byłem w kościele” – gdy idzie o świątynię), ale też dla uświadomienia każdemu z wiernych, że należy do
Kościoła, stanowi jego cząstkę. Stąd błędnym jest twierdzenie: „Chrystus – tak, Kościół – nie”; „Nie zgadzam się z Kościołem” lub nawet pytanie: „Co
Kościół sądzi na temat…?” w sytuacji, gdy idzie o zdanie konkretnego prezbitera czy o nauczanie Magisterium. Bardzo często ktoś tak stawiający swoje
pytania  czy  zastrzeżenia  przyjmuje  rolę  sędziego,  oskarżyciela,  krytykanta,  który  z  tą  Wspólnotą  (i  powiedzmy  bardzo  wyraźnie:  z  Chrystusem  –
Założycielem Kościoła!) nie ma lub nie chce mieć nic wspólnego.

BUDOWANIE KOŚCIOŁA DOMOWEGO

Powiedzmy od razu: chodzi o proces, który ma trwać przez całe życie i obejmuje wszystkich członków rodziny. Rzecz w tym, by w miarę upływu lat i
zdobywania wiedzy oraz doświadczeń, następowało pogłębianie i ożywianie tej świadomości.

background image

Zadania chrześcijańskiej rodziny.

Wobec niezwykłych wprost ataków, wymierzonych w kierunku rodziny i jej zadań oraz kwestionowania świętej instytucji sakramentalnego małżeństwa,
przywołajmy jeden tylko punkt Magisterium, który jest fundamentalny dla naszych rozważań:

„Głęboka wspólnota życia i miłości małżeńskiej ustanowiona przez Stwórcę i unormowana Jego prawami, zawiązuje się przez przymierze małżeńskie, czyli
przez nieodwołalną osobistą zgodę. W ten sposób aktem osobowym, przez który małżonkowie wzajemnie się sobie oddają i przyjmują, powstaje z woli
Bożej instytucja trwała także wobec społeczeństwa. Ten święty związek, ze względu na dobro tak małżonków i potomstwa, jak i społeczeństwa, nie jest
uzależniony od ludzkiego sądu. Sam bowiem Bóg jest twórcą małżeństwa obdarzonego różnymi dobrami i celami. Wszystko to ma ogromne znaczenie dla
trwania rodzaju ludzkiego, dla rozwoju osobowego i wiecznego losu poszczególnych członków rodziny, dla godności, stałości, pokoju i pomyślności samej
rodziny  oraz  całego  społeczeństwa  ludzkiego.  Z  samej  zaś  natury  swojej  instytucja  małżeńska  oraz  miłość  małżeńska  nastawione  są  na  rodzenie  i
wychowanie potomstwa, co stanowi jej jakby szczytowe uwieńczenie. W ten sposób mężczyzna i kobieta, który przez związek małżeński już nie są dwoje,
lecz jedno ciało (Mt 19, 6), przez najściślejsze zespolenie osób i działań świadczą sobie wzajemnie pomoc i posługę oraz doświadczają sensu swej jedności i
osiągają ją w coraz pełniejszej mierze. To głębokie zjednoczenie będące wzajemnym oddaniem się sobie dwóch osób, jak również dobro dzieci, wymaga
pełnej wierności małżonków i prze ku nieprzerwalnej jedności ich współżycia. 

Chrystus Pan szczodrze pobłogosławił tę wielokształtną miłość, który powstała z Bożego źródła miłości i została ustanowiona na obraz Jego jedności z
Kościołem. Jak bowiem niegdyś Bóg wyszedł naprzeciw swemu ludowi z przymierzem miłości i wierności, tak teraz Zbawca ludzi i Oblubieniec Kościoła
wychodzi naprzeciw chrześcijańskich małżonków przez sakrament małżeństwa. I pozostaje z nimi nadal po to, aby tak, jak On umiłował Kościół i wydał
zań Siebie samego, również małżonkowie przez obopólne oddanie się sobie miłowali się wzajemnie w trwałej wierności. Prawdziwa miłość małżeńska włącza
się w miłość Bożą i kierowana jest oraz doznaje wzbogacenia przez odkupieńczą moc Chrystusa i zbawczą działalność Kościoła, aby skutecznie prowadzić
małżonków do Boga oraz wspierać ich i otuchy im dodawać we wzniosłym zadaniu ojca i matki. Dlatego osobny sakrament umacnia i jakby konsekruje
małżonków  chrześcijańskich  do  obowiązków  i  godności  ich  stanu;  wypełniając  mocą  tego  sakramentu  swoje  zadania  małżeńskie  i  rodzinne,  przeniknięci
duchem Chrystusa, który przepaja całe ich życie wiarą, nadzieją i miłością, zbliżają się małżonkowie coraz bardziej do osiągnięcia własnej doskonałości i
obopólnego uświęcenia, a tym samym do wspólnego uwielbienia Boga.

Stąd dzieci, a nawet wszyscy pozostający w kręgu rodzinnym, znajdą łatwiej drogę szlachetności, zbawienia i świętości, jeżeli torować ją będzie przykład
rodziców  i  modlitwa  rodzinna.  Małżonkowie  zaś,  ozdobieni  godnością  oraz  zadaniem  ojcostwa  i  macierzyństwa,  wypełnią  sumiennie  obowiązki
wychowania zwłaszcza religijnego, które należy przede wszystkim do nich. 

Dzieci zaś, jako żywi członkowie rodziny, przyczyniają się na swój sposób do uświęcania rodziny. Za dobrodziejstwa od rodziców doznawane będą się
odpłacać uczuciem wdzięczności, głębokim szacunkiem i zaufaniem i będą ich wspierać po synowsku w przeciwnościach życia tudzież w osamotnieniu
starości.  Wdowieństwo  przyjęte  mężnie  jako  przedłużenie  powołania  małżeńskiego  będzie  szanowane  przez  wszystkich.  Rodzina  winna  dzielić  się
wspaniałomyślnie swym bogactwem duchowym z innymi rodzinami. Toteż rodzina chrześcijańska, ponieważ powstaje z małżeństwa, będącego obrazem i
uczestnictwem  w  miłosnym  przymierzu  Chrystusa  i  Kościoła,  przez  miłość  małżonków,  ofiarną  płodność,  jedność  i  wierność,  jak  i  przez  miłosną

współpracę wszystkich członków, ujawniać będzie wszystkim żywą obecność Zbawiciela w świecie oraz prawdziwą naturę Kościoła”

5

.

Gdybyśmy zakwestionowali nadprzyrodzony – wręcz Boski – element konstytutywny małżeństwa, niemożliwe byłoby rozumienie zadań tej wspólnoty i
domagania  się,  by  rodzina  stawała  się  domowym  Kościołem.„Rodzice  winni  być  kapłanami  domowego  ogniska,  gdyż  to  oni  skupiają  w  sobie  zarówno
władzę wrodzoną, jak i chrześcijańską odpowiedzialność. Współpracując z Bogiem, mają wychowywać swoje dzieci na uczniów Chrystusa, a tym samym
budować Kościół. A skoro dom rodzinny ma być małym Kościołem, to zadaniem rodziców ma być sprawowanie czegoś w rodzaju liturgii domowej. Będzie

ona obejmowała modlitwę w rodzinie, spotkania rodzinne, łączność życia rodzinnego z życiem Kościoła zarówno powszechnego, jak i lokalnego”

6

.

I jeszcze jeden maleńki cytat z niezliczonych wypowiedzi błogosławionego Papieża-Polaka, który – miejmy nadzieję – był, jest i powinien pozostać wielkim
autorytetem:

„Ewangelizacja rodzinna jest ogniwem podstawowym, ponieważ jest miejscem, w którym człowiek po raz pierwszy słyszy Dobra Nowinę o Chrystusie.

Właśnie dzięki rodzinie ta nowina w tak prosty, a zarazem cudowny sposób przechodzi z pokolenia na pokolenie”

7

.

Dlaczego jesteśmy aż tak daleko od traktowania rodzinnego domu jako „miejsca świętego”, o które troszczą się wszyscy domownicy?

Aby tak się stało, Pan Bóg musi na nowo wrócić na należne mu w naszym Kościele domowym pierwsze miejsce po to, by wszystko powróciło nareszcie na
swoje miejsce. Może do tego potrzebny jest autentyczny Dom, a nie „blok”, w którym są „klatki” (kto wymyśli nareszcie lepszą nazwę?), zamykane na
elektroniczne  zamki  i  strzeżone  domofonami  oraz  „judaszami”  w  drzwiach,  by  dokonywać  wstępnej  „selekcji”  gości  (jeśli  jeszcze  odważą  się  do  nas

przyjść)? Może w tych „prawdziwych domach” (=willach) musielibyśmy pozbyć się psów-ludojadów i żaluzji, które odcinają nas od świata?

8

. Może warto

na  nowo  odkryć,  że  najważniejszym  sprzętem  w  każdym  domu  jest  autentyczny,  solidny  stół

9

,  przy  którym  się  wspólnie  je,  bawi,  modli,  a  przede

wszystkim  rozmawia  ze  sobą,  z  dziećmi?  Może  trzeba  zdecydowanie  zawalczyć  nareszcie  z  okrutnym  pożeraczem  czasu  i  zdrowego,  niezależnego
myślenia,  jakim  jest  –  na  nasze  własne  życzenie  –  telewizor  i  pokrewne  mu  urządzenia?  Może  trzeba  nam  też  na  nowo  zobaczyć  związek  pomiędzy
każdym dzieckiem a błogosławieństwem Bożym? 

Życie sakramentalne.

Osobista  refleksja,  a  także  serdeczne  rozmowy  na  ten  temat  z  domownikami,  mogą  doprowadzić  do  wypracowania  jednoznacznego  stylu  życia
chrześcijańskiej rodziny. Oto niektóre z podpowiedzi warte uwzględnienia w drodze do osiągnięcia tego celu.

Zasadniczym  krokiem  będzie  zaproszenie  Jezusa  do  swojej  rodziny  poprzez  życie  sakramentalne  rodziców  i  dzieci,  specjalne  akty  zawierzenia  Bogu  i
Matce Najświętszej. Konieczne jest podjęcie szeroko pojmowanych praktyk religijnych przez wszystkich członków rodziny. Ideałem powinno stać się
życie w łasce uświęcającej na co dzień. Życie duchowe koncentrować się powinno wokół niedzieli jako dnia dla Pana. Zauważanie okresów roku liturgicznego
i wpisanych w nie uroczystości oraz świąt (także ojczyźnianych). Szacunku, pielęgnacji, podtrzymania oraz rozszerzania wymagać wciąż będą tradycje i
zwyczaje religijne.

background image

Zadaniem  rodziny  jest  także  wypracowanie  własnej  „liturgii”,  związanej  z  wszelkimi  wydarzeniami  tej  wspólnoty  (narodziny  dzieci,  przyjmowanie
sakramentów św., rocznice, dni patronalne, śmierć). Nieustannego uzupełniania i pogłębiania wymagać będzie wiedza religijna wszystkich członków rodziny
na  każdym  etapie  ich  życia.  Rodzina  katolicka  widzi  również  potrzebę  angażowania  się  w  życie  swojej  wspólnoty  parafialnej  i  Kościoła  diecezjalnego
(grupy, współodpowiedzialność za życie parafii, troska o świątynię, spotkania z duszpasterzami, służba liturgiczna, organizacje charytatywne, wolontariat
itp.).

Wyrazem wiary są emblematy religijne w mieszkaniu, a nawet na zewnątrz (np. kapliczki, medaliki, dekoracje świąteczne). Ludzie wierzący używają na co
dzień  pozdrowień  chrześcijańskich  –  i  to  nie  tylko  w  swoim  domu.  Kościół  domowy  otwarty  jest  na  dar  powołań  do  służby  Bogu  samemu.  Obrona
świętości Kościoła domowego przed „zatruciami” środowiska domaga się stosowania katalogu artykułów na „nie” (nie każdy film, nie każda rozrywka, nie
każde towarzystwo…) oraz ukazywania pozytywnych wzorów, prostowania błędów i odcinania się od zła.

Warto jeszcze raz zauważyć, że tworzenie rzeczywistości nazywanej Kościołem domowym to nie akcja czy jakiś okolicznościowy zryw, lecz nieustanny
proces duchowy. Słuchanie słowa Bożego, poznawanie nauki Kościoła, badanie własnych sumień i otwartość na dialog, pozwalają wiarygodnie weryfikować
stopień dojrzewania tej podstawowej komórki, jaką stanowi rodzina. 

Modlitwa.

„Kto się modli, z pewnością się zbawi; kto się nie modli, z pewnością się potępia”. To radykalne stwierdzenie wypowiedział św. Alfons Liguori, a Kościół

przytacza  je  w  katechizmie

11

  ku  rozwadze  nas  wszystkich.  I  rzeczywiście:  utrata  więzi  z  Bogiem  poprzez  zaniechanie  czy  zlekceważenie  modlitwy,

prędzej czy później doprowadzić może do utraty wiary – podobnie jak milczenie miedzy ludźmi nie wróży szczęśliwej przyszłości dla takiej relacji. Tak
więc i ten temat powinien pozostawać wciąż aktualny i wymaga stałego pogłębiania, prowadząc do systematycznego duchowego rozwoju chrześcijanina.

„Rodzina chrześcijańska jest pierwszym miejscem wychowania do modlitwy”

12

.Ponieważ opracowań dotyczących modlitwy naprawdę nie brakuje

13

, zatem

przedstawię jedynie kilka spraw wartych rozważenia.

Pacierz.

Trudno się bez niego obejść, chociaż nie powinien stanowić jedynego sposobu modlitwy w rodzinie. Klasyczny układ tej praktyki wygląda następująco

14

:

Znak krzyża; modlitwa Pańska; pozdrowienie anielskie; uwielbienie Trójcy Świętej; skład apostolski; dziesięć przykazań Bożych; dwa przykazania miłości;
pięć przykazań kościelnych; główne prawdy wiary; siedem sakramentów świętych; pięć warunków sakramentu pokuty; cnoty odnoszące się do Boga; cnoty
główne; najprzedniejsze dobre uczynki; uczynki miłosierne co do ciała; uczynki miłosierne co do duszy; siedem grzechów głównych; grzechy cudze; grzechy
przeciwko Duchowi Świętemu; grzechy wołające o pomstę do nieba; główne źródła grzechów; rzeczy ostateczne człowieka; osiem błogosławieństw; akty:
wiary; nadziei; miłości i żalu; modlitwa do Anioła Stróża; Pod Twoją obronę; Anioł Pański (w okresie wielkanocnym Królowo nieba).

A teraz pytanie: ile z tych modlitw znamy i ile z nich ma zastosowanie w naszej codziennej modlitwie osobistej czy rodzinnej?

15

.

Inne modlitwy do wykorzystania w życiu duchowym.

Zakres możliwości jest wprost niewyczerpany, ale popatrzmy na powszechnie znane i stosowane formy modlitw:

Apel  Jasnogórski;  błogosławieństwo  rodziców  udzielane  ich  dzieciom  (np.  przed  wyjściem  do  szkoły,  przed  wyjazdem,  na  drogę  powołania,  przed
zawarciem  małżeństwa);  czytanie  Pisma  Świętego;  Godzinki  o  Niepokalanym  Poczęciu  NMP  (i  inne);  Gorzkie  żale;  Koronka  do  Miłosierdzia  Bożego;
Liturgia godzin; modlitwa różańcowa; modlitwy okolicznościowe (np. o zdrowie, za powołanych, do świętych patronów, nowenny); modlitwy przed i po
posiłku; błogosławienie znakiem krzyża nowego bochenka chleba; modlitwy przed rozpoczęciem pracy, nauki, podróży; śpiew pieśni i piosenek religijnych
(stosownie do okresów roku liturgicznego czy świąt).

I znów pytanie: jak to wygląda w Twojej rodzinie, w twojej praktyce? Ile czasu poświęcasz na modlitwę każdego dnia? Bo jest takie stwierdzenie: jaka
modlitwa – takie życie!

Zewnętrzne przejawy życia religijnego.

Wiara  nie  jest  na  pokaz  –  to  prawda. Ale  jest  świadectwem,  wyznaniem  Boga  przed  ludźmi.  Toteż  i  wyposażenie  mieszkań  ludzi  Boga  ma  o  tym
zaświadczyć,  a  przez  konkretne  znaki,  tradycje  i  praktyki  umacniać  domowników.  Podejmijmy  tu  pewien  remanent  w  odniesieniu  do  tego  wymiaru
religijności swoich ognisk rodzinnych.

Książki.

Skoro konieczny jest stały rozwój wiary i wiedzy religijnej, potrzebne będą w katolickim domu książki. Do niezbędnego minimum w każdym domu zaliczyć
należy: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Katechizm Kościoła katolickiego, książeczkę do nabożeństwa, Rytuał rodzinny, Żywoty świętych.
Inne pozycje można nie tylko kupować, ale i wypożyczać.

Katolickie mass media w rodzinach.

Przede wszystkim zadbać należy o systematyczną lekturę czasopism religijnych, z uwzględnieniem poziomu duchowego i intelektualnego dzieci, młodzieży
i  dorosłych.  Mamy  także  do  dyspozycji  szeroką  ofertę  Katolickich  programów  radiowych  i  telewizyjnych  oraz  chrześcijańskie  strony  internetowe.
Interesującą propozycja są audio buki z klasyką chrześcijańską oraz płyty CD z nagraniami najróżniejszych konferencji poświęconych życiu duchowemu.

Emblematy religijne w mieszkaniu.

Krzyż,  obrazy/figury  Jezusa,  Maryi,  świętych  (np.  patronów  domowników);  flagi  (maryjne,  papieskie,  narodowe)  i  inne  dekoracje  budynków  (dróg)
wieszane  z  okazji  uroczystości  kościelnych  i  państwowych;  kropielniczka  przy  drzwiach  wejściowych,  zapas  wody  świeconej,  kropidełko;  krzyżyk  i
świece  (odwiedziny  chorych,  wizyta  duszpasterska);  medalik  (szkaplerz)  lub  krzyżyk  noszony  na  co  dzień  na  szyi;  na  zewnątrz  budynku:
kapliczka/obrazek/figurka pod dachem, w ogrodzie; ołtarzyk jako konkretnie wybrane miejsce do modlitwy indywidualnej i rodzinnej; oznaczenie drzwi:

background image

C+M+B+2011, ewentualnie rybka; świece: chrzcielna, gromnica, paschalik (okres wielkanocny), świece caritas na stół wigilijny, świeca zapalana na czas
modlitwy (na stole, pod krzyżem/obrazem/figurą); wizerunek św. Krzysztofa z modlitwą kierowcy w samochodzie; na klapie bagażnika lub na tylnej szybie
samochodu rybka.

Pozdrowienia chrześcijańskie.

Zamiast „nieśmiertelnych” zwrotów typu: „Dzień dobry”, „dobry wieczór” itp., chrześcijanin powinien znać i stosować zawołania, które są i wyznaniem, i
uwielbieniem Pana Boga. Dla przypomnienia: Chrystus Pan zmartwychwstał, alleluja – prawdziwie zmartwychwstał, alleluja. Króluj nam Chryste – zawsze
i wszędzie. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – na wieki wieków amen. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica –
teraz i zawsze. Pokój i dobro – pokój i dobro. Pokój temu domowi – i wszystkim jego mieszkańcom. Przez krzyż – do nieba. Szczęść Boże – szczęść Boże.

Tradycyjne praktyki religijne w polskich rodzinach katolickich.

Klasyka w polskich domach obejmować powinna: Wieczerzę wigilijną z całą obrzędowością (zwłaszcza dzielenie się opłatkiem); praktyki postne i pokutne
(Środa Popielcowa, wszystkie piątki, Wielki Post); udział w procesjach eucharystycznych (Boże Ciało i oktawa, odpusty parafialne); święcenie pokarmów,
ziół i kwiatów, palm, chleba św. Agaty, gromnic; śpiew kolęd i pastorałek w okresie Bożego Narodzenia w domach.

WYBRANE ELEMENTY TWORZĄCE MINIATURĘ KOŚCIOŁA W RODZINIE

Przypatrzmy  się  z  bliska  przynajmniej  trzem  –  zresztą  bardzo  subiektywnie  wybranym  –  tematom,  związanym  z  tworzeniem  miniatury  Kościoła  w
rodzinie chrześcijańskiej. Te konkretne zbliżenia mogą pomóc w procesie ożywiania wspólnoty, która dla wszystkich jej członków jest i darem, i zadaniem.

Teologia rodzinnego stołu.

Jego zadania są tak „oczywiste”, że aż... trudne do wyliczenia i zrealizowania – ale spróbujmy:

Gromadzić ludzi, związanych więzami pokrewieństwa, przyjaźni czy sąsiedztwa przy wspólnych posiłkach. 
Stanowić podstawowe i „uroczyste” zarazem miejsce dialogu domowników i zapraszanych przez gospodarzy gości.
Jednoczyć rodzinę przy wspólnej modlitwie codziennej, a także w chwilach uroczystych (życie sakramentalne rodziny, święta) – wtedy stół może
„rosnąć” aż do najdosłowniej pojętej funkcji ołtarza.
Być świadkiem negocjacji i aktów porozumienia w sytuacjach konfliktowych, miejscem podejmowania decyzji, dotyczących wspólnoty rodzinnej i
poszczególnych jej członków.
Jednoczyć ludzi przy godziwej rozrywce i zabawie.
Pełnić funkcje „techniczne” podczas nauki, pracy.
Być ozdobą domu oraz czytelnym symbolem jedności i siły rodziny, która ten mebel nie tylko posiada, ale umiejętnie z niego korzysta.

Co Wy na tę swoistą „litanię do stołu”, młodzi ludzie początku XXI wieku? Czy fakt, że ta „wyliczanka” może być bardzo daleka od rzeczywistości, jest
wystarczającym  usprawiedliwieniem  dla  zdeprecjonowania  roli  stołu  i  wręcz  pozbycia  się  go  w  imię  wygody,  egoizmu,  bezstresowego  (?!)  formowania
sumienia własnego i innych?

Może podpowiem w tym miejscu parę – znów: pozornie oczywistych – zasad „użytkowania” stołu:

Zadbaj najpierw o to, by stół powrócił na należne mu miejsce w rodzinnym domu.
Nie tylko „od wielkiego dzwonu” nakryj ten szacowny mebel pięknym obrusem, przystrój kwiatami, rozjaśnij blaskiem świecy czy lampki oliwnej.

Używaj nakryć stołowych w pełnym asortymencie, nie chowając ozdobnych „skorup” i sztućców jedynie dla gości

16

.

Wspólnie troszczcie się o przygotowanie posiłków i dostarczenie ich na stół

17

Wspólnie rozpoczynajcie posiłki – oczywiście poprzedzając tę czynność modlitwą.
Podczas trwania posiłku pozbądźcie się „konkurencji” w postaci TV, radia czy innych urządzeń grających.
Do stołu zasiadajcie w kompletnym ubraniu, okazując sobie wzajemnie szacunek.
Zadbajcie o miłą rozmowę, która polega na naprzemiennym słuchaniu i mówieniu wszystkich biesiadników.
Razem trzeba posiłek zakończyć – modlitwą i podziękowaniem tym, którzy go przygotowali.
Wspólnie (szanując zasady sprawiedliwości społecznej) należy posprzątać po posiłku.
Poza posiłkami warto nakryć stół odpowiednią serwetą (obrusem) i również ozdobić kwiatami.

Proste, oczywiste – tak, że aż szkoda miejsca na takie teksty, prawda? Ale... gdzie tak właśnie jest? Na szczęście można się tego nauczyć, stąd propozycja
kilku ćwiczeń:

A. Sprawdź stan obrusów i serwet na stół; pomyśl, co można zrobić w tej kwestii (może – o dziwo – znasz się na haftowaniu, umiesz posługiwać się
szydełkiem?). Wykorzystaj posiadane „zbiory” przy okazji najbliższego niedzielnego obiadu.

B.  Przygotuj  świece  lub  lampkę  oliwną  na  czas  wspólnie  spożywanego  posiłku  w  rodzinnym  gronie;  zapal  je  przed  rozpoczęciem  wspólnej  modlitwy
poprzedzającej jedzenie.

C. Przygotuj kilka tekstów modlitw przed i po posiłku (można je zalaminować i położyć w dogodnym miejscu) i doprowadź do ich zastosowania.

D. Przygotuj i poprowadź wieczorną modlitwę przy rodzinnym stole po kolacji, wykorzystując wszelkie dostępne Ci możliwości tak, aby to spotkanie z
Jezusem  pośrodku  Was  trwało  przynajmniej  15  minut  (teksty  biblijne,  czytanie  duchowne,  np.  o  świętych,  pieśni,  poezja,  modlitwa  spontaniczna,

różaniec...)

18

.

Jaki jest twój dzień świąteczny, taki będzie ostateczny.

Niedziela  na  naszych  oczach  umiera  jako  pierwszy  dzień  tygodnia,  mała  Wielkanoc,  dzień  święty,  należny  Panu  Bogu,  jako  czas  zbawienny  także  dla
człowieka. I cóż z tego, że zaliczyliśmy w swoim życiu niezliczone katechezy i kazania na ten temat, że upominał nas Ojciec Święty, że mamy przykazania

background image

– to Boskie i to kościelne? Niewielu ludzi już rozumie istotę tego dnia i istotę świętowania. Osądźmy sami, jak to wygląda w praktyce naszego ochrzczonego
narodu. Wystarczy tylko przejść we własnej parafii obok bloków: szum pralek i odkurzaczy; dźwięki płynące z niezliczonych odbiorników stacji RTV;
widok suszącego się prania na balkonach; przed domami panowie usiłują „reanimować” swoje pojazdy mniej lub bardziej mechaniczne; kwitnie handel na
wszelkich możliwych i niemożliwych płaszczyznach (nawet tuż po niedzielnej Mszy św.?); wielu z nas w niedziele i święta normalnie (?) pracuje choć nie
musi, bo kapitalizm dotarł do nas w tej brutalniejszej wersji; młodych ludzi niemal żadna siła nie oderwie już od internetu...

Po(d)słuchajmy też kiedyś, jak wygląda bilans weekendów, niedziel i świąt, sporządzany przez policję, pogotowia, straż pożarną i przypomnijmy sobie, jak
to sami relacjonujemy w poniedziałek swoje świąteczne „dokonania” w miejscu pracy, w szkołach czy podczas prywatnych spotkań... Dlaczego mamy nie
lubić poniedziałków?!

Z kolei księża zaświadczą, że wokół ołtarza gromadzi się przeciętnie 30% wiernych parafii, nawet jeśli Eucharystia sprawowana jest od soboty wieczorem
do późnej nocy w niedzielę; w dodatku wielu z nich się spóźni, wielu bezmyślnie przestoi pod chórem czy wręcz poza świątynią tę godzinę Eucharystii...

Zatem palącym staje się pytanie: Po co jest niedziela? I kto się z niej tak naprawdę potrafi jeszcze cieszyć? Pytania te tylko na pozór są proste. Młodzi
pewnie powiedzą, że jest to dzień wolny i każdy może z nim zrobić to, na co tylko ma ochotę. Tak – to prawda. Tylko że chrześcijanin powinien się
odwołać – gdy mówi i myśli o wolności – do Słowa Bożego w tej materii, a ono brzmi: Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść (1 Kor 6,
12) oraz: Tylko nie bierzcie tej wolności jako zachęty do hołdowania ciału (Ga 5, 13). Powszechne stwierdzenie „nie lubię poniedziałku” bierze się stąd, że
tych upomnień św. Pawła nie odnosimy do swojego działania w czasie wolnym.

Nie będzie rodzina Kościołem domowym bez świętowania niedzieli! Przypomnijmy zatem jak ten dzień święty ma wyglądać

19

.

A. Niedziela jest Dniem Pańskim, czyli należeć winna do Pana Boga. Dla chrześcijanina i jego Kościoła domowego jest to oczywistość i dlatego zrobi on
wszystko, by centrum tego dnia była Eucharystia. Godzina Mszy św. jest punktem, wokół którego buduje się cały plan dnia świątecznego. Gdy tak nie jest,
to albo należy rozpoznawać brak wiary w danej rodzinie (u danej osoby), albo kompletną ignorancję, wspartą niemniej aktywnym lenistwem. Ten dzień
zachęcać winien także do dłuższej modlitwy (wspólnotowej i indywidualnej), do lektury religijnej, korzystania z programów katolickich...

B. Świętowanie niedzieli jest w drugiej kolejności czasem budowania więzi międzyludzkich. Najpierw we własnej rodzinie – bliższej i dalszej, potem w kręgu
sąsiadów,  przyjaciół.  Niezliczona  jest  ilość  propozycji  i  możliwości  takiego  „razem”,  bez  którego  więzy  rodzinne  czy  przyjacielskie  stają  się  jedynie

formalne lub przechodzą w stan uśpienia, a nawet w stan „klinicznej” śmierci

20

. To wielka sztuka: być razem w najbliższym gronie i mądrze wykorzystać

ten czas – także na wspólną rekreację rodziców, dzieci, dziadków!

C. Czynna miłość bliźniego prowadzi chrześcijanina w ten dzień święty do chorych, samotnych, opuszczonych i smutnych, by dzielić się z nimi chlebem i
radością. Jezus nie pozwala zapomnieć, że oczekuje na rozpoznawanie Go w potrzebujących i z tej postawy będzie nas sądził: Wszystko, co uczyniliście
jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili (Mt 25, 40).

D. Dopiero na czwartym miejscu postawić trzeba mądry, roztropny i twórczy wypoczynek, umożliwiający rozwój ciała i ducha ludzkiego, a nie tylko
bierną konsumpcję. Sposób przeżywania (oby nie tylko „spędzania”) wolnego czasu jest wymownym pomnikiem poziomu ducha każdego z nas: „pokaż mi,
jak wypoczywasz, a powiem ci, kim jesteś”.

Osobiście nie mam wątpliwości, że coraz większa liczba ludzi (także tych ochrzczonych) najzwyczajniej nie ma pomysłu na niedzielę i stad np. zakupy,
wielogodzinne spanie, uzależnienie od telewizji czy internetu – zamiast prawdziwego świętowania. Straty z tego powodu są niewyobrażalne. Dlatego znane
hasło, pojawiające się już od dawna w nauczaniu Kościoła: „Niedziela Boża i nasza” nie traci swej aktualności.

Rodzina jako miejsce rozpoznawania i wzrastania powołania życiowego dzieci.

Jest czymś oczywistym (?), że wszelkie powołania dojrzewają w kolebkach rodzin. Mimo tej oczywistości rodzice często stają bezradni wobec problemu
rozpoznania powołania u własnych dzieci i wobec konieczności odpowiedzialnego towarzyszenia im w realizacji owych zamiarów. Sprawa komplikuje się

jeszcze bardziej, gdy idzie o rozpoznanie i realizację powołania do wyłącznej służby Bożej syna czy córki

21

. Jest to z jednej strony wyzwanie dla wiary

rodziców, jak i dla ich jawnych lub skrytych oczekiwań wobec dorastającego potomstwa.

Czego dziecko może spodziewać się po swojej rodzinie, zwłaszcza po własnych rodzicach?

A. Pomocy w odnalezieniu ostatecznego sensu życia. Prędzej czy później pytanie: „po co człowiek żyje na świecie?” pojawić się musi. Dopiero sensowna
odpowiedź na nie nadaje sens pytaniu: „jak żyć?”.

Rodzice mają w pierwszym rzędzie zaświadczyć swoim życiem o świecie wartości, które obrali, którym są wierni i w który chcą wprowadzić swe latorośle.
Dbają o właściwy profil wykształcenia dzieci, nad którym nieustannie czuwają. Reagują na stawiane im pytania, podejmują wysiłek szukania wraz ze swymi
dziećmi Prawdy, starają się tłumaczyć świat.

B. Wyjścia z przyrodzonego człowiekowi egoizmu i egocentryzmu. Rodzimy się z dłońmi, które przystosowane są do brania, zagarniania dla siebie; gestu
dawania, postawy życia dla innych musimy się długo i cierpliwie uczyć. Elementarną nauką dla dziecka jest ukazanie mu: Zależności ludzi od siebie.

Konieczności ich współdziałania na wszelkich płaszczyznach życia.

Potrzeby solidarności duchowej, intelektualnej, gospodarczej, religijnej itd. 

Dziecko widzi najpierw, jak wielu ludzi dla niego pracuje – po to, by kiedyś ten odpowiednio przygotowany, dojrzewający i dojrzały człowiek, włączył się
do współpracy z bliźnimi, odczytując dla siebie właściwe miejsce we wspólnocie i w jakimś sensie oddając zaciągnięty dług. Tego uczy najskuteczniej i
najprościej  rodzina,  gdy  w  domu  dziecko  ma  od  najwcześniejszych  lat  życia  swoje  prawa  i  obowiązki,  dostosowane  do  swego  wieku  i  możliwości
psychofizycznych.

C. Ochrony przed zatruciami środowiska. Młody człowiek długo nie będzie potrafił wykryć sytuacji czy propozycji, które ostatecznie obracają się przeciw

background image

niemu, wykorzystując niedojrzałość, naiwność, nałogi lub wprost stwarzając zagrożenie dla świata wartości. Ta agresywna aktywność wobec młodych jest
motywowana względami materialnymi, dążeniem do rządu dusz, a coraz wyraźniej też walką z Bogiem.

Jedyną skuteczną ochronę mogłaby zapewnić rodzina, która nie ucieka przed tematami, jakie niesie życie i w oparciu o szczery dialog, budowany na zaufaniu

i miłości oraz posłuszeństwie dzieci wobec rodziców, zabezpiecza młode pokolenie przed deprawacją, degeneracją czy wręcz utratą życia

22

.

O  stopniu  skażenia  środowiska  rodzinnego  świadczy  też  m.in.  malejąca  w  wielu  rejonach  świata  (również  w  Polsce)  liczba  powołań  kapłańskich  i
zakonnych, gdyż ani się młodym takiej propozycji nie przedstawia, ani wielu z nich nie będzie w stanie już na starcie spełnić warunków, jakie wiążą się z
przyjęciem takiej drogi życia.

D. Rozpoznania otrzymanych przez dziecko talentów i pomocy w ich rozwijaniu. W rodzinie ujawniają się zdolności, talenty i charyzmaty, jakie dziecko
otrzymało. Ale znany ze szkolnej lektury H. Sienkiewicza Janko muzykant, choć posiadał niewątpliwy talent gry na skrzypcach, nie otrzymał instrumentu,
na  którym  mógłby  ćwiczyć  i  doskonalić  swą  grę  –  co  więcej:  stracił  życie,  odebrane  mu  w  brutalny  sposób,  gdyż  nikt  za  nim  nie  stał  (dziś
powiedzielibyśmy:  nie  miał  sponsora,  menadżera).  Do  kształcenia  w  jakiejkolwiek  dziedzinie  będą  potrzebne  zawsze  środki  materialne  i  dotarcie  do
odpowiednich nauczycieli (mistrzów), czego sam zainteresowany długo sobie nie zapewni. 

W  innym  przypadku  może  istnieć  problem  odkrycia  drzemiących  w  człowieku  możliwości  (nawet  na  drodze  odpowiednich  badań  specjalistycznych),
ośmielenia go w drodze do ich realizacji, sprzedania czy przynajmniej zareklamowania danej jednostki itp. Któż włoży w to dzieło więcej serca i energii, niż
kochający rodzice?

Ważne,  by  rozpoznawanie  i  odczytanie  talentów  było  uczciwe,  prawdziwe  –  nie  dyktowane  jedynie  ambicjami  rodziców,  ale  realnymi  możliwościami  i

pragnieniami ich dzieci

23

D. Towarzyszenia w realizacji odczytanego powołania

24

. Jest mało prawdopodobne, by młody człowiek podołał zmierzeniu się z powołaniem życiowym

zupełnie  samodzielnie.  Niezbędni  są  pośrednicy  na  drodze  do  jego  realizacji,  wśród  których  pierwszymi  są  rodzice.  To  przede  wszystkim  ich  postawa
pozwoli w decyzjach podejmowanych przez ich dzieci na:

Oczyszczenie intencji.
Wyciszenie emocji.
Realistyczne spojrzenie na posiadane przez dziecko możliwości (duchowe, fizyczne, materialne, intelektualne itp.).
Zwrócenie uwagi na aspekty, których syn/córka nie widzą bądź widzieć nie chcą (np. alkoholizm narzeczonego, brak słuchu muzycznego u
kandydata na Stradivariusa, brak żywej wiary u następczyni Matki Teresy z Kalkuty itp.).
Ustalenie miejsca rodziców wobec dziecka, które znajdzie się w nowej rzeczywistości (rola babci, teścia, rodziców księdza czy zakonnicy, albo też
zaakceptowanie przez rodziców definitywnego rozstania z dzieckiem, życia samotnego dorosłych dzieci czy też niepewnego społecznie zawodu.

Inna  sprawa,  że  rodzice  ostatecznie  muszą  się  zgodzić  na  pozostawienie  dzieciom  wolności  w  podejmowanej  przez  nie  decyzji  (włącznie  z  jej
konsekwencjami). Powołany do służby Bożej musi przypomnieć swemu otoczeniu, że Trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi (Dz 5, 29), a wybierający
małżeństwo, że przecież: opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną i będą oboje jednym ciałem (Mt 19,5).

Rozumienie obranej przez dziecko drogi powołania i akceptowanie jej, pozwala na aktywne towarzyszenie w dalszej drodze życiowej dorosłego już dziecka
i oznacza skuteczną dla niego pomoc w dniach kryzysów czy niepowodzeń, a także niekłamaną radość w dniach pomyślności i sukcesów.

WNIOSKI PRAKTYCZNE

Spróbujmy wreszcie w kilku punktach podsumować nasze rozważania, choć temat absolutnie nie był, nie jest i nigdy nie będzie możliwy do całkowitego
wyczerpania – i całe szczęście!

1.  Gdyby miało nastąpić zamknięcie Kościoła w kościele (może jeszcze dosadniej mówiąc: w zakrystii), zaś ideałem miałoby stać się „oczyszczenie”

domów (rodzin) z Kościoła – nastąpiłaby klęska!  Nawet  komuniści  zwalczający  religię  rozumieli,  że  opustoszeją  świątynie,  gdy  zanikać  będzie
życie religijne w rodzinach.

2.  Jeśli w Kościele domowym nie uda się dokonać wdrożenia dzieci w świat wartości chrześcijańskich, w styl życia ludzi wierzących i nie zostanie im

przekazana stosowna wiedza – w świątyniach spotkamy biernych, znudzonych widzów, którzy nie zdołają zachwycić się łaską żywej wiary i nie
będą autentycznymi świadkami Chrystusa w świecie. W „najlepszym” (?) wypadku pozostawią swoją „wiarę” (?) poza drzwiami miejsc pracy,
poprzestając na resztkach tradycji chrześcijańskich. A przecież Pan Jezus oczekuje na to, że Jego wyznawcy będą i solą ziemi, i światłem świata
(zob. Mt 5, 13-16); co więcej – nie przyzna się do tych, którzy do Niego się nie przyznają! (zob. Mt 10, 32-33).

3.  Budowanie i pielęgnowanie Kościoła domowego jest zasadniczym obowiązkiem, który ciąży na wszystkich wierzących od dnia sakramentalnego

małżeństwa rodziców oraz od chrztu św. ich dzieci. Dobrze, gdy przy najróżniejszych okazjach zadanie to przypominamy sobie i świadomymi
aktami  woli  potwierdzamy  (np.  Bierzmowanie,  odnawianie  przymierza  chrztu  św.  w  Wigilię  Paschalną  czy  nawet  przy  pokropieniu  wodą
święconą).

4.  Ponieważ  jako  homo  sapiens  jesteśmy  obdarzeni  ciałem,  zatem  potrzebujemy  wsparcia  naszej  duchowości  przez  znaki  zewnętrzne.  Wystrój

chrześcijańskiego domu (mieszkania) z jednej strony ułatwia domownikom wręcz nieustanny kontakt z Bogiem, a z drugiej staje się wyznaniem
wiary wobec bliźnich (apostolstwo). W razie konfliktu między zasadami moralnymi a życiem w codzienności, każdy krzyż czy obraz będzie budził
sumienie i wołał: albo zmień swoje imię – albo zmień swoje postępowanie.

5.  Postawiono na początku pytanie: Kościół w domu czy dom Kościołem? Spodziewam się, że zgodzimy się ostatecznie, aby zamiast maleńkiego

słówka  „czy”  wstawić  jeszcze  mniejszy  spójnik  „i”,  aby  dać  klarowną  odpowiedź,  rozwiewającą  wszelkie  wątpliwości:  Kościół  w  domu  i  dom
Kościołem! Co daj, Panie Boże, wszystkim rodzinom chrześcijańskim.

ks. dr Aleksander Radecki, doktor teologii pastoralnej, ojciec duchowny MWSD we Wrocławiu, rekolekcjonista. 

Przypisy

background image

1

 Święto Rodziny Nazaretańskiej – Jezusa, Maryi i Józefa, które obchodzimy w niedzielę po Narodzeniu Pańskim, przypomina nam te trzy wielkie postaci

w dziejach świata, które dla wszystkich rodzin stanowią najwspanialszy ideał świętości i przykład do naśladowania. To święto zaczęto obchodzić w
różnych krajach i diecezjach od wieku XVIII. Zatwierdził je papież Leon XIII, zaś rozszerzył na cały Kościół w 1921 r. papież Benedykt XV. Cel, który
przyświecał wówczas papieżowi, był bardzo konkretny: dać rodzinom chrześcijańskim najpiękniejszy wzór rodziny, rodziny doskonałej i świętej – takiej,
która byłaby domowym Kościołem.

2

 Zob. Sobór Watykański II, KK, 2, 3, 5, 7, 8; KL, 7; KDK, 40; KKK, 461, 669, 748-757, 787n, 1084, 1267, 2003.

3

 KK, 11. Zob. także: KDK, 11 i 50; DA, 11 oraz KKK, 1655-1657, 1666, 2201-2206, 2249.

4

 KK, 6. 

5

 KDK 48. Zob. także: Jan Paweł II, Familiaris consortio, 21.

6

 R. Słowiak, www.biblia.net

7

 Jan Paweł II, Audiencja generalna z dnia 3 I 1979 r.

8

 Żaluzje zdają się mówić: „Mnie nie obchodzi to, co się dzieje poza moim podwórkiem, a ty się nie wtrącaj do mojego życia”.

9

 Chodzi tu o stół z prawdziwego zdarzenia (nie jakiś „jamnik”, „trociniak” czy „ława”) to – jak sama nazwa zdaje się wskazywać – coś trwałego, stabilnego,

pewnego, w pewnym sensie niezmiennego, o co można się oprzeć, na co można liczyć.

10

 Trudno przecież zrozumieć, w jaki sposób rzekomo wierzący rodzice usiłują godzić swoje deklaracje z życiem w grzechu, nie zawierając sakramentalnego

związku małżeńskiego, zwlekając z datą chrztu swoich dzieci, nadając im wręcz pogańskie imiona, zaniedbują modlitwy itd.

11

 KKK 2744.

12

 KKK 2694.

13

 W szczególności warto z uwagą wczytywać się w kolejne punkty IV rozdziału Katechizmu Kościoła Katolickiego, wplatając po 1-2 z nich w swoje

medytacje.

14

 Układ tego pacierza zaczerpnięty został z podręcznika Poradnik rodzinny, Duszpasterstwo Rolników, Włocławek 2010, s. 35-42. Fakt ten jest godny

podkreślenia dlatego, że w poprzednich wydaniach Rytuału rodzinnego nie umieszczono tekstów pacierza, zaś w innych opracowaniach (np. w
modlitewnikach) zestawienia takie są o wiele skromniejsze.

15

 Nie zamierzam sugerować, że wszystkie te modlitwy (i prawdy katechizmowe) miałyby stanowić codzienną, niezmienną modlitwę w rodzinach (zajęłoby

to ok. 15 minut); tym bardziej nie zalecałbym, by tego rodzaju pacierz wyczerpywał całkowicie zakres osobistej i rodzinnej modlitwy. Niemniej jednak w
stosownym czasie wszystkie te formuły powinny być przekazane dzieciom i przez nie przyswojone, gdyż zawierają w swoistej miniaturze istotę wiary, a
w okresach duchowej „suszy” pozwalają przetrwać w wiernej relacji z Niebem.

16

 To jest po prostu hańba, że w wielu domach ozdobne zastawy stołowe całymi latami leżą w szafkach czy pudełkach i nie są używane z obawy przez ich

zniszczeniem, zaś nam „wystarczają” na co dzień i od święta przedmioty liche, wręcz godne usunięcia z mieszkania! Czyż wszystkie nasze rodzinne
spotkania przy posiłkach nie są warte świętowania także i w tym wymiarze?

17

 Podobno niewolnictwo to już przeszłość, a podział na prace kobiece i męskie – to anachronizm?

18

 Być może w skrajnych sytuacjach owe ćwiczenia mogą wywołać szok u niektórych Domowników; radzimy przygotować zestaw do udzielenia pierwszej

pomocy: cierpliwość, uśmiech, zachętę i... filiżankę dobrej herbaty. 

19

 Zob. Jan Paweł II,Dies Domini, List Apostolski do biskupów, kapłanów i wiernych O świętowaniu niedzieli(31 V 1998 r.). Zob. także np. A. Radecki,

Eucharystyczny savoir-vivre katolika-Polaka, Antoni, Wrocław 2011, s. 25-37.

20

 Po co „zgrywać się” i brać udział w pogrzebie krewnego, dla którego całymi latami „nie było czasu” na spotkania, listy, współpracę?

21

 Nie należy do rzadkości, że rodzice „wybijają z głowy” swoim córkom czy synom po I Komunii św. chęć przynależenia do Liturgicznej Służby Ołtarza

czy innych zespołów, które dążą do ściślejszej więzi z Jezusem i Jego Kościołem. Ilu panów, czytających te słowa przyzna, że było kiedyś w gronie
ministrantów i… „wypisali się”? Z kolei jeden z wrocławskich duszpasterzy akademickich zauważył, że rodzice nie życzą sobie (!), aby ich dorosłe (!)
dzieci angażowały się w te religijne akademickie wspólnoty podczas studiów, gdyż powinno młodym wystarczyć „tradycyjne” (= byle jakie) pojmowanie
wiary! Zob.: wywiad z ks. M. Malińskim, Życie w stylu plug and play, „Wrocławski Gość Niedzielny”, 9 października 2011 r., s. VII.

22

 Zauważmy, że coraz większa liczba ludzi nie jest zdolna do zawarcia małżeństwa w odpowiedzialny sposób (w konsekwencji np.: rozwody, życie bez

background image

wszelkiego prawnego związku i to nie tylko mężczyzny i kobiety itp.), gdyż tego zabezpieczenia w rodzinnym kręgu nie otrzymała, albo je odrzuciła.

23

 I tak nierzadko okazuje się, że np. to tylko babcia chce, by wnuk był księdzem, a ten z połowy mszy św. ucieka z kolegami, a po powrocie do domu

kłamie na temat kazania; to tato marzy, by syn zajął się rolnictwem, choć jemu tylko cyrk objazdowy w głowie itp.).

24

 Szerzej na ten temat m.in.: A. Radecki, Towarzyszenie powołanym, eSPe Kraków 2008. Zob. także inne publikacje tego wydawnictwa, poświęcone

tematyce powołaniowej, m.in. R. Rusek, P. Włodyga, A. Radecki, A. Pełka, Między decyzją a bramą. W jaki sposób przygotować się do realizacji
powołania? eSPe Kraków 2007.

background image

FEMINIZM A MĘŻCZYŹNI

ks. dr Marek Dziewiecki

Feministki proponują walkę kobiet z mężczyznami, a Bóg proponuje wzajemną miłość i małżeństwo.

WSTĘP

Na  początek  warto  sprecyzować  znaczenie  pojęcia  „feminizm”.  Otóż  nie  jest  feministką  ta  kobieta,  która  jest  świadoma  własnej  godności,  która  o  tym
głośno mówi, która stanowczo sprzeciwia się poniżaniu kobiet (także przez prostytucję czy pornografię) oraz  wszelkim formom dyskryminowania kobiet
w stosunku do mężczyzn. Przeciwnie, ktoś taki w precyzyjny sposób odczytuje zamysł Boga, który stworzył kobietę w szczególnie uprzywilejowanej
pozycji: jako tę, która stanowi pomoc dla mężczyzny. Ten biblijny fakt ma podwójne znaczenie, gdyż świadczy o tym, że mężczyzna potrzebuje pomocy
w swoim rozwoju i że kobieta jest na tyle niezwykła – i w niektórych aspektach dojrzalsza od mężczyzny - że takiej pomocy może mu udzielić. Równie
wyraźnie niezwykłość kobiety podkreśla Jezus nie tylko wtedy, gdy stanowczo broni kobiet przed mężczyznami – krzywdzicielami, ale gdy stwierdza, że
kobieta  jest  godna  tego,  by  mężczyzna  z  miłości  do  niej  i  z  zachwytu  dla  niej  opuścił  własnych  rodziców  i  by  w  małżeństwie  kochał  ją  do  śmierci,
nieodwołalnie i wiernie.

FEMINIZM LEWICOWY, CZYLI NOWA WERSJA WALKI KLAS 

Lewicowe ruchy feministyczne czynią wszystko, by sprawić wrażenie, że mają one monopol na promowanie kobiety i na zagwarantowanie jej ważnej roli
oraz należnych jej praw w wymiarze społecznym i zawodowym. Lewicowa forma feminizmu – wzorowana na marksistowskiej walce klas - zakłada konflikt
między kobietą a mężczyzną. W dominujących obecnie, skrajnych formach feminizmu nie jest promowana kobieta, lecz rewolucja seksualna, antykoncepcja i
aborcja, walka z małżeństwem i rodziną, a „ideałem” dla kobiet staje się naśladowanie zachowań i ról podejmowanych przez mężczyzn. W konsekwencji
feminizm nie prowadzi do ochrony kobiety i kobiecości lecz do upodobnienia kobiet do mężczyzn. Zdecydowana większość ruchów feministycznych nie
szuka  prawdy  o  naturze  kobiety  i  jej  roli  w  społeczeństwie  lecz  głosi  poglądy,  które  wynikają  z  przyjętej  ideologii  lub  odpowiadają  interesom  ich
politycznych sponsorów. Feminizm oficjalnie jest prokobiecy jednak faktycznie uznaje, że tylko mężczyźni są w pełni ludźmi, gdyż zachęca kobiety do
naśladowania mężczyzn, a przez to do rezygnacji z własnej kobiecości. Ponadto feministki wspierają tylko te kobiety i organizacje kobiece, które walczą z
małżeństwem i rodziną. Poniżają natomiast i ośmieszają te wszystkie kobiety, które mają odwagę mówić o tym, że są szczęśliwe jako żony i matki. Nie jest
zatem  kwestią  przypadku  to,  że  właśnie  w  tych  społeczeństwach,  w  których  najbardziej  promowane  są  ruchy  feministyczne,  wiele  kobiet  przeżywa
poważny kryzys. Nie cieszą się one własną płcią, nie potrafią założyć trwałej i szczęśliwej rodziny, pozwalają się redukować do roli towaru, popadają w
uzależnienia. 

Promowanie feministycznej wizji kobiety i relacji kobieta – mężczyzna, ma nie tylko podłoże polityczne i ideologiczne lecz także podłoże ekonomiczne i
obyczajowe. Chodzi o to, by kobiety przyzwyczaić do pracy na dwóch etatach: w domu i w pracy zawodowej. Chodzi także o takie „wyzwolenie” kobiety,
by pozwalała się ona wykorzystywać  jako  towar,  np.  w  pornografii,  prostytucji  czy  w  reklamach  różnych  towarów  i  usług.  Chodzi  wreszcie  o  to,  by
walczyć z kobietą, która jest zdolna do założenia szczęśliwej i trwałej rodziny, gdyż na takiej rodzinie nie można się łatwo wzbogacić. Tam natomiast, gdzie
kobieta popada w kryzys, tam zarówno ona jak i cała rodzina może stać się łatwym łupem producentów alkoholu i narkotyków, pornografii i prostytucji,
tabletek antykoncepcyjnych i prezerwatyw, „usług” aborcyjnych i ośrodków terapeutycznych. 

Ruchy feministyczne nie sprzyjają faktycznemu równouprawnieniu kobiet i mężczyzn, lecz nawołują do utożsamiania się kobiet z mężczyznami. Zakładają
w ten sposób, że prawdziwym modelem człowieka jest jedynie mężczyzna. Bezpośrednio lub pośrednio  zachęcają do tego, by kobiety zrezygnowały z
własnej  tożsamości  i  by  upodabniały  się  do    mężczyzn.  W  społeczeństwach,  w  których  dominują  feministki,  kobiety  mają  zagwarantowane
równouprawnienie z mężczyznami pod warunkiem, że rezygnują ze swej…kobiecości.

WYPACZENIE KOBIECOŚCI – WYPACZENIE MĘSKOŚCI 

Z  powyższych  analiz  wynika,  że  feministki  to  nie  te  kobiety,  które  są  świadome  swej  godności  i  które  potrafią  bronić  swej  wyjątkowości  oraz  swego
kobiecego geniuszu, ale przeciwnie – to te kobiety, które rezygnują ze swej kobiecości oraz niepowtarzalności i starają się upodobnić do mężczyzn. Takie
kobiety nie wierzą w to, że jakiś mężczyzna może pokochać je wiernie i na zawsze. W konsekwencji są przekonane, że pozostaje im już tylko walka z
mężczyznami i zadawalanie się jakąś formą zadowolenia, które nie wiąże się z miłością, lecz z karierą zawodową, społeczną, finansową czy polityczną. To
właśnie dlatego – w (nieświadomym?) poczuciu niższości i kompleksów – feministki publicznie i w sposób agresywny atakują te kobiety, które są dumne ze
swojej  kobiecości  -  a  nie  z  naśladowania  mężczyzn  -  i  które  z  entuzjazmem  opowiadają  o  tym,  że  dla  nich  największą  karierą  jest  kariera  miłości  w
małżeństwie i rodzinie. Ich największą radością jest radość z miłości, którą okazują mężowi i dzieciom, a także z tej miłości, jaką okazuje im mąż oraz dzieci.

Feministki  są  tak  „reprezentacyjne”  dla  kobiet  jak  aktywiści  gejowscy  są  „reprezentatywni”  dla  mężczyzn.  Mają  one  jednak  za  sobą  potężne  wsparcie
polityków  lewicy  oraz  dominujących  obecnie  mediów.  Poparcie  to  wynika  z  faktu,  że  lewica  i  laickie  media  wspierają  wszystkich,  którzy  osłabiają
małżeństwo i rodzinę i którzy kierują się w życiu popędem, orientacją seksualną, karierą zawodową i czymkolwiek innym, byle nie miłością, realizmem i
Dekalogiem. Właśnie dlatego feministki – mimo że nieliczne –  wyciskają mocne, negatywne piętno na współczesnej kulturze i obyczajach, a zwłaszcza na
relacji  kobieta  –  mężczyzna.  Przejawem  tego  piętna  jest  lęk  sporej  grupy  mężczyzn  przed  kobietami  oraz  dążenie  do  rywalizacji  i  walki  zamiast  do
wzajemnego pomagania sobie w rozwoju i w dorastaniu do miłości. Przy mało kobiecych kobietach, mężczyźni stają się mało męscy. Nie zachwycają się
takimi kobietami. Nie są skłonni wiązać się z nimi na całe życie i pokochać je na zawsze. 

Skutkiem takiej wizji kobiecości, jaką promują feministki, są jawne i ukryte formy pogardy mężczyzn wobec kobiet. Przykładem są aktywiści gejowscy,
którzy swoim stylem życia głośno mówią o tym, że godnymi ich partnerami są jedynie mężczyźni. Podobnie przejawem zamaskowanej formy traktowania
kobiet jako istot niższego rzędu jest postawa „postępowych” polityków, którzy patrzą na kobiety z wyniosłością i łaskawie wyznaczają im połowę miejsc
na swoich listach wyborczych czy dążą do ustawowego wprowadzenia parytetów. W konsekwencji publicznie deklarują, że bez takiej pomocy kobiety
skazane są na porażkę w konfrontacji z mężczyznami.

Feminizm wpływa szczególnie negatywnie na myślenie mężczyzn na temat małżeństwa i rodziny. Mężczyzna, który ulega wpływom feminizmu, traktuje
małżeństwo jako ograniczanie kobiet w ich „prawdziwej” karierze. W konsekwencji czymś niepożądanym i kłopotliwym staje się dla niego małżeństwo, a
tym bardziej rodzicielstwo. Małżeństwo i rodzicielstwo jawi się jako coś niepożądanego także z tego względu, że wzajemna i nieodwołalna miłość między
małżonkami uznawana jest przez feministki jako coś nierealnego. Nic więc dziwnego, że w społeczeństwach zdominowanych ideologią feminizmu mamy

background image

coraz więcej mężczyzn ulegających ideologii „szczęśliwego” singla lub ideologii „szczęśliwego” geja, którego „miłością” życia staje się drugi mężczyzna.

KATOLICKIE REMEDIUM NA FEMINIZM: PROMOWANIE GENIUSZU KOBIETY

Mitem promowanym w lewicowych i liberalnych mediach jest stereotyp kobiety – katoliczki jako zacofanej, mało atrakcyjnej, zależnej od mężczyzny i
naiwnie „poświęcającej się” małżeństwu i rodzinie. Mit ten uporczywie i w agresywny sposób propagują feministyczne aktywistki. Czynią tak po to, by
ukryć prawdę o sobie i by uchodzić za kobiety „wyzwolone”. W rzeczywistości feministki wyzwoliły się jedynie z wiary we własny geniusz kobiecy. Nie
wierzą bowiem w to, że potrafią wychować takich mężczyzn, którzy pokochają je na zawsze i w sposób nieodwołalny. W tej sytuacji niepisanym „ideałem”
feministek staje się zasada: „kobieto i mężczyzno, nie ufajcie sobie nawzajem, walczcie ze sobą i bądźcie bezpłodni!” Feministki zastąpiły marksistowski mit
o  konieczności  walki  klasowej  nowym  mitem  o  nieuchronności  walki  między  kobietami  a  mężczyznami.  Tymczasem  te  kobiety,  które  opierają  swoją
tożsamość na biblijnej wizji człowieka, mają świadomość własnej godności i niezwykłości oraz kobiecego geniuszu. Szczególnym przejawem tego geniuszu
jest to, że potrafią wychować takich mężczyzn, którzy stają się zdolni do miłości wiernej, wyłącznej, odpowiedzialnej i płodnej, zwanej miłością małżeńską.
Wiedzą,  że  bez  nich  mężczyzna  pozostawałby  w  świecie  rzeczy  i  że  byłby  osamotniony.  Wiedzą  też  o  tym,  że  dojrzała  i  szczęśliwa  kobieta  jest
natchnieniem dla mężczyzny i błogosławieństwem dla ludzkości, a „jej wartość przewyższa perły” (Prz 31, 10). Taka kobieta nie ma potrzeby udawać, że
jest mężczyzną, aby być kimś szczęśliwym.

Kobiety katolickie wiedzą o tym, że największym obrońcą i promotorem kobiet w historii ludzkości jest Jezus Chrystus. To właśnie On uczył mężczyzn
wiernej miłości do kobiet i stanowczo przestrzegał przed wyrządzaniem im krzywdy nie tylko czynem, ale nawet spojrzeniem. Wszystkie kobiety, które
spotykały  Jezusa,  stawały  się  zdolne  do  wiernej  i  dojrzałej  miłości,  podczas  gdy  wielu  mężczyzn  po  spotkaniu  z  Nim  odchodziło  od  Niego.  Nawet
uczniowie opuścili Go w godzinie próby, a jeden z nich okazał się zdrajcą. Kobieta zaprzyjaźniona z Chrystusem rozkwita w swej kobiecości, promieniuje
radością i głębią, która fascynuje i przemienia mężczyzn. 

Kobieta formowana w szkole Jezusa wie o tym, że żaden mężczyzna nie ma prawa jej wykorzystywać ani krzywdzić. Zachowuje się w taki sposób, by
mogła być kochana a nie  ledwie pożądana. Właśnie dlatego nie interesuje się „wolnym związkiem”, lecz wyłącznie najsilniejszym związkiem we wszech
świecie,  czyli  związkiem  opartym  na  trwałej  miłości.  Nie  pozwala  na  to,  by  mężczyzna  traktował  ją  jak  sprzęt  domowy,  który  można  wypróbować  i
którego można używać jako środka dla zaspokojenia przyjemności. Taka kobieta nie pozwoli się skrzywdzić, gdyż świetnie odróżnia miłość od naiwności.
Ma świadomość tego, że przemoc w rodzinie zaczyna się już wtedy, gdy mąż przestaje okazywać jej miłość. Wie przecież, że w sakramencie małżeństwa
przysięgał on jej nie tylko to, że nie będzie jej bił czy zdradzał, ale coś znacznie więcej: że będzie ją kochał oraz chronił w dobrej i złej doli na zawsze.
Uczennica  Chrystusa  jest  w  każdej  dziedzinie  realistką  i  dlatego  wie  o  tym,  że  szczytem  przemocy  w  rodzinie  jest  aborcja,  za  którą  w  równej  mierze
odpowiedzialni  są    obydwoje  rodzice.  Ma  też  świadomość  tego,  że  gdy  rodzice  zabijają  własne  dziecko,  to  nic  nie  powstrzyma  ich  później  przed
krzywdzeniem siebie nawzajem.

Kobieta, która jest zaprzyjaźniona z Chrystusem, uczy się od Niego ewangelicznej mentalności zwycięzcy. Oznacza to, że w każdej sytuacji stawia sobie
wymagania zgodne z zasadami Ewangelii po to, by dorastać do świętości i by rozwijać swój kobiecy geniusz. Kształtuje w sobie bogate człowieczeństwo
oraz  dojrzałą  wrażliwość  duchową  i  moralną.  Wypływa  na  głębię  więzi,  które  ochrania  dojrzałą  hierarchią  wartości.  Postępuje  jak  Boża  księżniczka  i
naśladuje Maryję. W swej dobroci i kobiecej wrażliwości jest w stanie kochać wszystkich ludzi, jakich spotyka, a dzięki swej mądrości wie, że własny los i
los przyszłych dzieci może zawierzyć jedynie takiemu mężczyźnie, który ma ideały i wartości podobne do jej ideałów i wartości i który potrafi dojrzale
kochać. W obliczu życiowych prób i trudności nie szuka rozwiązań łatwych lecz decyduje się na rozwiązania prawdziwe.  

Kobieta  zaprzyjaźniona  z  Chrystusem  wie,  że  nawet  w  małżeństwie  jedynie  miłość  jest  nieodwołalna.  Wszystko  inne,  a  zatem  współżycie  seksualne,
wspólne  wychowywanie  dzieci  czy  wspólnota  majątkowa  ma  miejsce  pod  warunkiem,  że  mąż  też  ją  kocha.  Taka  kobieta  wie,  że  Kościół  nigdy  nie
zaakceptuje rozwodów, gdyż poważnie traktuje człowieka i składaną przez niego przysięgę nieodwołalnej miłości. Ale wie też i o tym, że Kościół z całą
powagą traktuje cierpienie krzywdzonej żony i dlatego przyznaje jej prawo do obrony skutecznej! Tymczasem ustawodawca państwowy w obliczu tych,
którzy  nas  krzywdzą,  przyznaje  nam  jedynie  prawo  do  obrony  koniecznej.  Obrona  skuteczna  w  sytuacji  skrajnej,  czyli  w  obliczu  dramatycznych,
długotrwałych  krzywd  wyrządzanych  przez  współmałżonka,  polega  na  separacji  małżeńskiej.  Separacja  taka  oznacza  miłość  na  odległość,  czyli
naśladowanie  mądrze  kochającego  ojca  z  przypowieści  Jezusa,  który  na  odległość  kochał  marnotrawnego  syna,  dopóki  ten  nie  uznał  swego  błędu  i  nie
powrócił przemieniony.

Kobieta uformowana w duchu Ewangelii nie jest nigdy naiwna, gdyż wie, że Chrystus wyrażał miłość w sposób dostosowany do zachowania tych, których
spotykał.  On  uzdrawiał,  wspierał  i  chronił  ludzi  szlachetnych,  błądzących  stanowczo  upominał,  a  krzywdzicieli  i  faryzeuszów  równie  stanowczo
demaskował po to, by – przynajmniej w Jego obecności - nie mogli już nikogo skrzywdzić. Kobieta zaprzyjaźniona z Chrystusem wie, że miłość jest nie
tylko szczytem dobroci, ale też szczytem mądrości i że w miłości, której uczy nas Jezus, obowiązuje zasada: to, że kocham Ciebie, nie daje Ci prawa, byś
mnie krzywdził! Kochać to przecież stawać się mądrym darem, a nie naiwną ofiarą.

Kobiety zaprzyjaźnione z Chrystusem uczą się od Niego nie tylko mądrej miłości, ale też realizmu. Wiedzą, że niestety wiele jest takich kobiet, które nie
kierują  się  mądrością  Chrystusa  i  dlatego  poddają  się  manipulacji  ze  strony  niedojrzałych  mężczyzn.  Po  to,  by  pomóc  takim  właśnie  kobietom,  tworzą
katolickie organizacje i stowarzyszenia, których celem jest ochrona kobiet przed każdą formą przemocy i krzywdy, w tym także przed krzywdą, jaką jest
zatruwanie  własnego  organizmu  antykoncepcją.  Dojrzałe  katoliczki  pamiętają  o  tym,  że  pierwszym  poleceniem,  jakie  Bóg  kieruje  do  człowieka,  jest
wzajemna miłość kobiety i mężczyzny i że wspólne dorastanie do miłości wiernej i czystej to odzyskiwanie raju, który utracili ci, co nie umieli pokochać
Boga i siebie nawzajem.

KOBIETY I MĘŻCZYŹNI SĄ SOBIE POTRZEBNI

Dojrzałe kobiety wiedzą, że są bardziej niż mężczyźni wrażliwe na sferę religijną. Istotą religijności jest przecież więź z Bogiem, który jest osobą, a kobiety
z  natury  nakierowane  są  na  więzi  międzyosobowe.  Częściej  więc  i  serdeczniej  niż  mężczyźni  modlą  się,  częściej  uczestniczą  w  Eucharystii  i  życiu
sakramentalnym, bardziej troszczą się o wychowanie religijne dzieci i młodzieży. Są prawdziwymi kapłankami kościoła  domowego, od których w znacznym
stopniu zależy wychowanie i życie religijne całej rodziny. Wiedzą o tym, że Bóg nie jest ani mężczyzną, ani kobietą, lecz Miłością. Być mężczyzną i kobietą
to być niepełnym i potrzebować  wsparcia  oraz uzupełnienia ze strony drugiej płci. Tymczasem Bóg jest pełnią. Gdyby istniał na sposób jednej z płci, to
nie   mógłby być Bogiem. W Piśmie Świętym Bóg mówi człowiekowi o swojej tajemnicy i o swojej miłości, posługując się językiem ludzkim. Odwołuje się
wtedy zarówno do porównania swojej miłości z miłością mężczyzny (król, sędzia, ojciec, pasterz) jak i z miłością kobiecą, zwłaszcza macierzyńską: "Jak
kogo pociesza własna matka, tak Ja was pocieszać będę" (Iz 66, 13).

background image

Wielu  mężczyzn  sądzi,  że  to  oni  wnoszą  największy  wkład  w  rozwój  ludzkości.  Redukują  dzieła  rąk  ludzkich  do  postępu  w  nauce  i  technice  albo  do
produkcji  dóbr  materialnych.  A  przecież  urodzenie  i  wychowanie  człowieka  jest  nieporównywalnie  bardziej  niezwykłe  niż  skonstruowanie  jakiegoś
urządzenia.  Dojrzałe  kobiety  są  twórcze  duchowo.  Dysponują  fantazją  miłości  i  geniuszem  wychowawczym.  Są  natchnieniem  dla  mężczyzn  w  ich
aktywności w każdej sferze życia. Mężczyznom trudno zdobyć się na pracowitość i zaangażowanie wtedy, gdy w ich życiu zabraknie twórczych kobiet.
Swoją  miłością  kobieta  potrafi  wydobywać  dobro  z  drugiej  osoby.  Wybiera  zwykle  pracę  zawodową,  która  oznacza  bliski  kontakt  z  ludźmi.  Staje  się
nauczycielką, pielęgniarką, lekarką, terapeutką. Dojrzała kobieta rozumie inne kobiety i solidaryzuje się z nimi. Mężczyzn uczy szacunku i podziwu do
kobiet. Mobilizuje ich do budowania społeczeństwa, w którym osoby są ważniejsze niż rzeczy, a to, kim jesteśmy, ważniejsze niż to, co posiadamy.

Geniusz kobiecy wyraża się najbardziej poprzez troskę o męża i dzieci. Właśnie dlatego zdumiewają nas kobiety, które cieszą się swoją kobiecością, a mimo
to rezygnują z założenia rodziny. Wstępując do klasztoru, stają się oblubienicami Jezusa czystego, ubogiego i posłusznego. Fascynują Nim siebie i innych.
Modlą się, podejmują dzieła miłosierdzia, pracę na misjach. Zachowują fizyczne dziewictwo, aby być duchowo płodnymi matkami. Jeśli siostra zakonna
traci swą kobiecą wrażliwość i ciepło, to staje się imitacją kapłana. Jeśli natomiast zaniedbuje więź z Chrystusem, staje się zagrożeniem dla samej siebie i dla
mężczyzn. Gdy kobiety popadają w kryzys, wtedy trudno nie tylko o dojrzałe siostry zakonne, ale też o dojrzałe żony i matki.

Kobiecość nie uznaje przeciętności, gdyż świat osób stawia wyższe wymagania niż świat rzeczy. Mimo wewnętrznych trudności i zewnętrznych zagrożeń,
wiele kobiet dorasta do swego geniuszu. Nie ulegają one sloganom, że kobieta jest „warta” nowych kosmetyków czy ubrań. Wiedzą, że kobiety są warte
czegoś  znacznie  więcej:  szacunku,  wdzięczności,  podziwu  dla  ich  uroku,  ich  sposobu  bycia  matką,  żoną,  siostrą,  córką,  współpracowniczką,  dla  ich
niezastąpionego wkładu w życie rodziny i społeczeństwa. Gdy otrzymują miłość i wsparcie, wtedy dosłownie rozkwitają w swojej kobiecości, jak kwiaty w
słońcu. Postępują jak duchowe księżniczki i wymagają od mężczyzn, by tak je właśnie traktowali. To sprawia, iż czują się szczęśliwe i spełnione. W Liście
do Kobiet Jan Paweł II dziękuje Bogu za "tajemnicę kobiety i za każdą kobietę - za to, co stanowi odwieczną miarę jej godności kobiecej, za wielkie  dzieła
Boże, jakie w niej i przez nią dokonały się w historii ludzkości. Dziękujemy ci, kobieto, za to, że jesteś kobietą! Zdolnością postrzegania, cechującą twą

kobiecość, wzbogacasz właściwe zrozumienie świata i dajesz wkład w pełną prawdę o związkach między ludźmi"

1

ZAKOŃCZENIE

„Historyczne  koleje  wspólnoty  chrześcijańskiej  dowodzą,  że  kobiety  zawsze  odgrywały  znaczącą  rolę  w  dawaniu  świadectwa  Ewangelii.  Trzeba
przypomnieć, jak wiele uczyniły one – często w milczeniu i w ukryciu – przyjmując i przekazując dar Boży, zarówno poprzez fizyczne jak i duchowe
macierzyństwo, dzieło wychowania, katechezę, rozwijanie wielkich dzieł miłosierdzia, przez życie modlitwy i kontemplacji, doświadczenia mistyczne oraz

pisma  bogate  w  ewangeliczną  mądrość”.

2

  W  powyższych  słowach  Jan  Paweł  II  przypomina  nam  wszystkim  o  tym,  że  największy  wkład  w  rozwój

Kościoła  i  w  budowanie  Królestwa  Bożego  mają  ci,  którzy  najbardziej  kochają  a  nie  ci,  którzy  przyjmują  święcenia  kapłańskie  czy  którzy  piastują
najwyższe  stanowiska.  Właśnie  dlatego  promowanie  kobiety  i  jej  kobiecego  geniuszu  a  także  wychowanie  mężczyzn,  którzy  odnoszą  się  do  kobiet  na
podobieństwo  Jezusa,  powinny  stanowić  podstawowy  element  nowej  ewangelizacji.  Im  więcej  będzie  wśród  nas  kobiet  podobnych  do  Maryi  oraz  im
bardziej mężczyźni – świeccy i duchowni – będą uczyli się od kobiet miłości wiernej, czystej, czułej i ofiarnej, tym więcej będzie ludzi, którzy wybierają
drogę błogosławieństwa i życia i tym szybciej przejdzie do historii każda forma feminizmu, która zakłada, że kobiety i mężczyźni nie mogą być szczęśliwi
razem.

Przypisy

1

Jan Paweł II, List do Kobiet, Watykan, 29. 06. 1995, nr 1.  

2

Jan Paweł II, Ecclesia in Europa, nr 42. 

background image

DLACZEGO DUSZPASTERSTWO MAŁŻEŃSTW SAKRAMENTALNYCH?

dr Mieczysław Guzewicz

Akcent w ramach tego tematu chciałbym położyć przede wszystkim na wymiar praktyczny- co robimy i co powinniśmy robić w duszpasterstwie. Jest to
równiez mój osobisty akcent, co ja robię w ramach duszpasterstwa małżeństw sakramentalnych.

Podczas mojego wykładu (Wartość małżeństwa-przyp.) poruszałem już tę kwestię, jak my- małżonkowie bardzo byśmy chcieli, potrzebujemy tego, aby w
działaniach parafialnych zostać objętymi duszpasterstwem. Wielu z nas to odczuwa, że tego rzeczywiście brakuje- konkretnych treści wysyłanych właśnie
do  małżonków.  Moja  postawa  w  tym  temacie  wyrasta  przede  wszystkim  z  głębokiego  smutku  i  zatroskania  na  widok  kolejnych  rozpadających  się
małżeństw. Odczuwam wściekłość, pozytywną wściekłość, która mnie motywuje do działania, aby obudzić sumienia i mówić ludziom : „Róbmy coś, aby
choć jedno takie małżeństwo uratować !”

Dlatego  właśnie  istnieje  konieczność  podjęcia  działań  z  zakresu  duszpasterstwa  małżeństw  sakramentalnych.  I  to  nie  mają  być  struktury,  ale  właśnie
działania!, do których realizacji, moim zdaniem, najlepiej nadaje się ten optymalny układ, którym jest msza niedzielna. Trzeba wykorzystać tę ilość ludzi,
która  przychodzi.  Nie  ma  lepszego  sposobu  zgromadzenia  ludzi,  aby  coś  im  przekazać,  jak  msza  niedzielna.  W  tym  właśnie  momencie,  w  tej  sytuacji
liturgicznej, możemy przemycać treści przeznaczone dla małżonków. Po pierwsze wystarczyłoby, aby na każdej mszy niedzielnej jedno z pięciu wezwań
modlitwy wiernych poświęcone było małżeństwu, choćby proste: „Módlmy się o świętość i nierozerwalność małżeństw naszej parafii”. Raz w tygodniu na
każdej mszy niedzielnej! Ta treść może nieść również pewien element medialny, marketingowy, mają wybrzmieć werbalnie mocne słowa: „Małżeństwo jest
święte i nierozerwalne!”.

Dlaczego to takie ważne? Nasza przestrzeń publiczna jest wypełniona słowem rozwód, przesiąknięta mentalnością rozwodową. Nawet podejmowane sa
działania w kierunku reklamowania rozwodów. Bo jak inaczej określić założenia twórców tak zwanych Targów Rozwodowych. W 2009 roku odbyły się we
Wrocławiu  pierwsze  takie  targi.  Towarzyszyło  temu  niesamowite  nagłośnienie  wydarzenia:  „Pierwsze,  krajowe  Targi  Rozwodowe.  Drugie  w  Europie!”.
Zaraz potem kolejne takie targi odbyły się w Krakowie, w Warszawie i kolejny raz we Wrocławiu. Tak działa reklama. Przez taki rozgłos rzeczywiście
propagowane  są  rozwody.  W  nasze  życie  publiczne  wchodzi  swobodnie  mentalność  rozwodowa  a  my  tego  nie  równoważymy  słowem  „święte  i
nierozerwalne”. Zatem chodzi nawet o samo brzmienie tych słów, żebyśmy to chociaż raz w tygodniu usłyszeli w Kościele, żeby wybić z głowy parafianom
to myślenie o rozwodzie. Nie mówimy o ludziach, którzy do kościoła nie chodzą, ale o parafianach. Żeby powiedzieć w rozmowach ze znajomymi: „Jak
nierozerwalne. Takim je stworzył Pan Bóg i koniec, bez dyskusji!”. Ale my to musimy słyszeć i dlatego właśnie taki akcent kładę na to, aby to mówić, aby
to wybrzmiało. 

Proponuję  na  mojej  stronie  internetowej  cały  zestaw  przykładów  modlitw  do  modlitwy  wiernych.  Wydrukujcie  to,  zalaminujcie  i  zanieście  księdzu
proboszczowi.  Nie  bójcie  się  mówić,  że  to  jest  potrzebne,  niezbędne,  aby  ratować  małżeństwa  przed  rozpadem,  walczyć  o  największy  skarb,  jaki  ma
ludzkość- święte i nierozerwalne małżeństwa.

Druga sprawa, to odnawianie przyrzeczeń małżeńskich: raz w roku na wszystkich mszach niedzielnych, nie na jednej wybranej, ale właśnie na wszystkich.
Najlepszymi do tego okolicznościami są niedziela Świętej Rodziny, czyli pierwsza niedziela po Bożym Narodzeniu oraz ostatnia niedziela września, kiedy
na Jasnej Górze, już od wielu lat, odbywa się Ogólnopolska Pielgrzymka Małżeństw i Rodzin pod hasłem: Cała Polska odnawia małżeńskie ślubowania.
Każdy proboszcz w Polsce dostaje pismo informujące o tej pielgrzymce, zachęcające do tego, aby choć jedno małżeństwo z parafii wysłać na Jasną Górę i
dodatkowo zachęcające, aby w tym właśnie dniu dokonać w parafii odnowienia przyrzeczeń małżeńskich. To pismo nie jest zobowiązujące, ale zachęcające.

Nasze  działanie  w  tym,  aby  przekonać  do  tego  księży  proboszczów.  Nie  bać  się  argumentów,  że  nie  ma  czasu  czy  że  zamieszanie,  bo  trzeba  stawiać
małżonków na środku kościoła. Odnowienie przyrzeczeń może nastapić w ławkach i trwa zaledwie trzy minuty. Czasem ogłoszenia parafialne trwają dłużej.
Spotkałem się również z argumentem, że odnawianie przyrzeczeń może ranić uczucia tych, którzy są samotni, bo ich małżeństwa się rozpadły, a przecież
jest ich wielu. To może nie mówić również o Dekalogu, bo tylu ludzi grzeszy lub nie mówić o Ewangelii, bo tylu ludzi nie żyje

Ewangelią? Oczywiście będzie bolało tych małżonków, którym się w małżeństwie nie udało, ale my musimy ratować te małżeństwa, które jeszcze zostały,
musimy je pokazywać, jako widzialny znak niewidzialnej łaski, odnawianie przymierza jedności małżeńskiej poprzez odnawianie przyrzeczeń.

Niech w naszych niedzielnych doświadczeniach będą właśnie takie działania w ramach duszpasterstwa małżeństw sakramentalnych- głoszenie, w różnych
formach, Dobrej Nowiny o małżeństwie.

W jednej z moich książek znajdziecie Państwo również rozdział poświęcony duszpasterstu małżeństw sakramentalnych,jako zestaw propozycji, co można
robić w parafii. Na mojej stronie internetowej jest wiele przykładów proboszczów parafii, którzy działąją na rzecz tego rodzaju duszpasterstw. To nie jest
wymyślona teoria, to są konkretne działania, w których ja sam często mam przyjemność być obecny, w pewnym sensie prowokując, czasem narzucając.
Proponuję  wtedy  księżom  proboszczom  głoszenie  nauki  na  wszystkich  mszach  w  jedną  niedzielę.  Jeżeli  mam  do  dyspozycji  taki  czas,  to  pierwszym
tematem, jaki zawsze poruszam jest Dobra Nowina w postaci Recepty na szczęście w małżeństwie, bo to jest ta najważniejsza treść, wyselekcjonowana
spośród  wielu  treści  o  małżeństwie.  Jest  to  5  puntów,  które,  przyjmując  realia  niedzielnej  mszy  świętej,  omawiam  w  15  minut.  I  to  jest  realne!  Tak
skondensować tę treść, aby przekazać ją właśnie w takim nie nazbyt długim czasie, korzystając z optymalnej ilości ludzi, którzy to odbierają. Jeżeli za jakiś
czas  otrzymuję  ponownie  zaproszenie  do  kontunuowania  nauki  o  małżeństwie  w  tej  samej  parafii,  przechodzę  już  do  kolejnego  tematu:  Cierpienia  i
wybaczenia w małżeństwie. Trzecim zagadnieniem, jakie mogę zaproponować jest Odpowiedzialność rodziców za religijne wychowanie dzieci i jest to już
zamknięcie pewnej całości- dwa tematy o małżeństwie i rodzicielstwo. Powstają rekolekcje. Trzy dni nauki, co prawda z rozrzuceniem czasowym, ale z
objęciem  największej  ilości  ludzi.  Wielką  satysfakcję  czerpię  również  z  adwentowych  lub  wielkopostnych  rekolekcji  parafialnych,  które  głoszone  są  do
wszystkich,  na  każdej  mszy.  Czasem  pojawia  się  w  związku  z  tym  wątpliwość,  czy  taka  treść  jest  przeznaczona  dla  dzieci,  młodzieży  czy  osób
samotnych. Moja odpowiedź na to jest jedna- dzisiaj są takie czasy, że wszyscy muszą usłyszeć o ideale małżeństwa, żeby go dalej propagować. Chcę
Państwu  przedstawić  treść  tej  mojej  nauki  o  małżeństwie  również  po  to,  abyście  ją  głosili,  bo  wszyscy,  żyjący  w  małżeństwach,  jesteśmy  za  to
odpowiedzialni.  W  obliczu  lawinowego  wzrostu  rozwodów  w  Polsce,  do  czego  przyczynia  się  bardzo  emigracja  zarobkowa,  w  obliczu  orzekanych
przyczyn  rozwodów,  tzn.  na  pierwszym  miejscu  niezgodności  charakterów,  kolejno  zdrady  oraz  problemu  alkoholowego,  trzeba  nam  wiedzieć,  że
pierwotną  przyczyną  zarówno  kryzysu  w  małżeństwie,  jak  i  jego  rozpadu,  jest  ignorancja,  brak  wiedzy.  Mówiąc  dosadnie,  my  żyjący  w  małżeństwie
babramy  małżeństwo,  bo  nie  wiemy,  jak  w  nim  żyć,  nie  znamy  instrukcji  obsługi  małżeństwa.  Owa  wspomniana  Recepta,  to  jest  właśnie  taka
instrukcja,podstawowa dawka wiedzy. Bardzo często jest tak, że po wygłoszeniu takiej nauki w parafii, słyszę od małżeństw: „Gdybyśmy to wiedzieli

background image

wcześniej, wielu błędów byśmy uniknęli”, „Dlaczego nam nikt tego do tej pory nie powiedział”. Zawsze odpowiadam: „To od dzisiaj do roboty!” (śmiech).
Trzeba zamknąć przeszłość i skupić się, z największym zaangażowaniem, na pracy nad małżeństwem właśnie dzisiaj. W małżeństwie musimy zakładać
dalekosiężne cele, stawiać sobie poprzeczkę wysoko, żeby nasze dzieci i wnuki mogły się kiedyś tym zachwycić. Niech to będzie jednym z naszych zadań-
stanowić  w  małżeństwie  latarnię  morską  dla  kolejnych  pokoleń  naszej  rodziny.  Jako  teolog,  biblista  jestem  wdzięczny  Bogu  za  to,  że  tak  pokierował
moje drogi, że zacząłem fascynować się Pismem Świętym jako mężczyzna żyjący w małżeństwie. Zawsze chciałem właśnie tak czytać Pismo i Was chcę
tym zarazić, że, ilekroć otwieracie Słowo Boże, to zawsze z pytaniem: Co Ty, Panie Boże, chcesz mi powiedzieć jako mężowi i ojcu/ żonie i matce? Żyjemy
w konkretnych uwarunkowaniach i pan Bóg chce do nas przemawiać właśnie w tych uwarunkowaniach. Jestem mężem i ojcem, do końca świata. I nikt mnie
z tej odpowiedzialności nie zwolni. Wszystko, co robię, jeśli chodzi o Ewangelię, doświadczenie religijne, muszę kłaść na tę płaszczyznę. Po co chodzisz w
niedzielę do kościoła? Po co jeździsz na rekolekcje, masz udział w jakiejś wspólnocie i rozwijasz sie duchowo? Żeby być dobrym mężem i ojcem/ żoną i
matką! Nie po to, żeby zbliżać się do Jezusa. Co z tego, że rozwijasz sie duchowo, kiedy małżeństwo ci się rozpada? Ty masz przestać się duchowo
rozwijać w dniu zawarcia sakramentu małżeństwa. Naprawdę! Od tego dnia to twoje małżeństwo ma się duchowo rozwijać.

To  przecież  słowa  Jezusa:  „Już  nie  są  dwoje,  ale  jedno  ciało”.  Lubię  to  mówić,  że  mamy  w  dniu  zawarcia  sakramentu  małżeństwa  przestać  się  modlić,
przestać chodzić do kościoła, przestać chodzić na pielgrzymki,przestać chodzić na spotkania wspólnot w pojedynkę a zacząć to robić we dwoje. To jest
zmiana o 180 stopni jakości życia nas, jako ludzi ochrzczonych. Duchowy rozwój jednego z małżonków,nie jest rozwojem duchowym małżeństwa. Bardzo
często  jest  początkiem  końca  małżeństwa.  Pismo  Święte  zawiera  wszystkie  odpowiedzi.  Nie  ma  takiego  szczegółu,  problemu  z  tej  płaszczyzny  życia
małżeńskiego  i  rodzicielskiego,  w  których  nie  znaleźlibyśmy  odpowiedzi  w  Słowie  Bożym. A  ten  fragment  jest  streszczeniem,  podsumowaniem  całej
biblijnej  nauki  na  temat  małżeństwa  i  rodziny.  To  jest  synteza:  „We  czci  niech  będzie  małżeństwo  pod  każdym  względem  i  łoże  nieskalane,  gdyż
rozpustników i cudzołożników osądzi Bóg”. Jakie małżeństwo ma być „we czci”? Moje! My musimy to usłyszeć. To jest z jednej strony nakaz, z drugiej
natomiast „we czci” mamy mieć również Najświętszy Sakrament, Pana Boga, Trójcę Świętą, Najświętsze Serce Pana Jezusa czy świętych. Zatem samo
określenie „we czi” przypisane jest kategorii wiary. Święty Paweł w podsumowaniu wyboru zwanego mistyką małżeństwa, kiedy cytuje 2 rozdział Ksiegi
Rodzaju: „Dlatego opuści mężczyzna ojca i matkę i połączy się ze swoją żoną i będą dwoje jednym ciałem”, mówi zarazem „Tajemnica to wielka”. Święty
Paweł nie boi się piękna, wielkości, świętości małżeństwa postawić na równi z największymi świętościami, jakie mamy w Kościele. Czyli święty Paweł
mówi,  że  małżeństwo  jest  tak  święte,  jak  Najświętszy  Sakrament,  taką  ma  wartość,  bo  jest  najdoskonalszym  elementem  dzieła  stworzenia  Pana  Boga.
Człowiek od początku nie zaistniał jako samotna osoba: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyzne i
niewiastę”, człowiek od początku zaistniał jako małżeństwo. Dlaczego? Bo Boża miłość w świecie rozlewa się właśnie przez małżeństwo. Szczególnie ta
miłość agape, zdolna do największych poświęceń. Nasze dzieci nie nauczą się miłości pełnej, ofiarnej, agape, caritas, inaczej jak przez nasz przykład życia
miłością w małżeństwie. Pewien uczestnik kongresu, katecheta z Kłodzka, zwrócił się do mnie z problemem, jak ma pracować z młodzieżą w gimnazjum,
gdzie w jednej klasie jest nawet 85 procent dzieci z rozbitych małżeństw. Jak on ma oczekiwać od tych uczniów, aby rozumieli, co to znaczy Bóg Ojciec,
kiedy oni są poranieni negatywnym przykładem ojca ziemskiego, który nie wypełnia przede wszystkim tego zadania- bycia mężem dla swojej żony.

Obecność  Jezusa  na  weselu  w  Kanie  Galilejskiej,  święty  Jan  nazywa  to  „pierwszym  znakiem”  albo  „początkiem  publicznej  działalności”,  czy  to  jest
przypadek? Nic nie jest przypadkiem w Piśmie Świętym. Według świetego Jana, Jezus objawiał swoją moc mesjańską na weselu, czyli ratując małżeństwo,
przychodząc  do  małżeństwa.  Jezus  przychodzi  do  świata  przez  małżeństwa.  Boża  miłość  przychodzi  do  świata  przez  małżeństwa,  ale  przez  nasze
małżeństwa. Dlatego święty Paweł nie przesadza, kiedy mówi o małżeństwie „tajemnica to wielka”, taj jak obecność Jezusa w Kościele. I dlatego czcij moje
małżeństwo!

 Czy dzisiaj, na tym etapie stażu małżeńskiego, Wasze dzieci mogą się zachwycić Waszym małżeństwem, postawić je sobie za przykład? To może być
bolesne. Czy Twoje dzieci mogą dziś powiedzieć: jak moi rodzice się szanują, jak pięknie się do siebie zwracają, są dla mnie wzorem miłości ofiarnej. Te
słowa mają nas mobilizować, żebyśmy chcieli nasze małżeństwo uczynić we czci pod każdym względem dla naszych dzieci. To jest cel naszego życia jako
małżonków, żeby nasze dzieci były urzeczone . Jeżeli dziś nasz rachunek sumienia pod tym względem wypada słabo, to nasze dzieci też to docenią, jeżeli
zobaczą  odmianę.  Panowie,  zaimponujmy  naszym  dzieciom  gotowością  do  zmian,pokazujmy,  że  owszem  popełniliśmy  błędy,  ale  jesteśmy  w  stanie  je
naprawić. Jesteśmy na pozycji wygranej, bo Pan Bóg jest z nami!, łaska sakramentu małżeństwa jest z nami. Zróbmy to dla naszych dzieci.Dzisiaj młodzi
ludzie, osaczeni tą mentalnością rozwodową, zaczynają wątpić w trwałość małżeństwa, boją się zawierania małżeństwa, zastanawiają się, czy to jest w ogóle
możliwe, żeby przeżyć 50 lat w związku małżeńskim? Jeżeli oni w swoim środowisku, rodzinie zobaczą choć jedno małżeństwo będące 30 , 40 lat ze sobą,
to nie będą mogli powiedzieć: „Trwałość małżeństwa jest nierealna!”.

 Jak realizować na co dzień receptę na trwałość i szczęście w małżeństwie? Najpierw w hierarchii wartości od dnia ślubu do końca życia na pierwszym
miejscu zawsze małżeństwo; nie praca, nie dzieci czy nawet zaangażowanie w życie Kościoła. Jak ci przyjdzie do głowy zaangażować się w kolejną grupę
charytatywną w parafii, to najpierw zapytaj o to współmałżonka, czy będzie to z korzyścią dla waszego małżeństwa. Na każdym etapie swojego życia,
podejmując różne decyzję, zawsze rozważ przede wszystkim, czy to będzie służyło dobru twojego małżeństwa. 

Drugi  punkt,  to  hierarchia  osób:  od  dnia  ślubu  do  końca  życia  najważniejsza  osobą  dla  męża  jest  żona,  dla  żony  jest  mąż.  Drogie  Panie,  czy  jest  tak?
Teoretycznie jest, ale w praktyce często dzieci są dla was najważniejsze. Piękną jest miłość macierzyńska i my - mężczyźni nie mamy takich doświadczeń,
ale  wróćcie  do  treści  przysięgi  małżeńskiej:  „Ślubuję  Ci  miłość,  wierność  i  uczciwość  małżeńską  oraz,  że  Cie  nie  opuszczę  aż  do  śmierci”,  tylko
współmałżonkowi  to  ślubujesz  !  Rodziców  mamy  kochać,  szanować,  dzieci-  kochać  i  wychowywać,  ale  tylko  małżonkowi  ślubujemy  miłość  w  takich
okolicznościach,  w  obecności  świadków,  kapłana,  Pana  Boga.  Nie  ma  sakramentu  rodzicielstwa,  macierzyństwa,  jest  tylko  sakrament  małżeństwa.  I  jak
staniemy na sądzie Bożym, to postawione zostanie przed nami pytanie: Jakim byłeś mężem dla swojej żony/ żoną dla swojego męża? Na sądzie Bożym
zdamy sprawę właśnie z realizacji treści przysięgi małżeńskiej. Ja wiem, że okolicznością łagodzącą będzie macierzyństwo (śmiech), ale najważniejszym
kryterium oceny będzie realizacja Ewangelii w relacjach małżeńskich poprzez wypełnianie treści przysięgi małżeńskiej. Po to mamy małżeństwo, żebyśmy
się nie pogubili, żebyśmy wiedzieli, że Ewangelia, każdy jej szczegół, fragment, każda zasada, są do zrealizowania w małżeństwie. „Bo byłem głodny a
daliście mi jeść, bo byłem spragniony a daliście mi pić..” – Panie Jezu, kiedyśmy Cię takim widzieli- my,  małżonkowie? Gdzie mamy to realizować? Nie
gdzie indziej, jak w małżeństwie!

 Trzeci punkt nazywam Pielęgnacją i pokarmem miłości małżeńskiej. To jest miłość eros, która ma się realizować w codzienności. Czas bardzo szybko
upływa,  musimy  łapać  te  chwile  i  drobiazgi.  Najpierw  słowa:  zapewnienia  o  miłości,  pochwały,  komplementy,  mówienie  o  uczuciach,  uprzejmość.
Przepełniajmy dom jak największą ilością czułych i delikatnych słów. Panowie, kobiety potrzebują komplementów, nie z próżności, ale przeżywają świat w
kategoriach estetycznych, chcą być piękne, chcą się podobać i chcą dostrzegania tego piękna. To my, mężczyźni jesteśmy odpowiedzialni za uśmiech na
twarzach naszych żon i dzieci- postawmy sobie to za cel, żeby nasze żony były kwitnące i promieniejące, żeby uśmiech na ich twarzach i w oczach był
odzwierciedleniem tego, że one faktycznie są z nami szczęśliwe. Panie, tak, jak wy potrzebujecie komlementów, tak mężczyźni potrzebują pochwał: „jaki ty

background image

jesteś mądry, jaki pracowity, jaki odpowiedzialny, jaki zaradny, na tobie można polegać, przy tobie się czuję bezpiecznie”. On taki nie jest? Facetom to
trzeba mówić zaliczkowo (śmiech). To jest właśnie motywacja! 

Ponadto, zajmujcie się wieloma rzeczami razem, pamiętajcie o gestach, prezentach, przytuleniach, słuchaniu, pomocy, wyręczaniu, wspólnych spacerach,
wieczorach.  Starajmy  sie  pielęgnować  takie  najważniejszy  rzeczy,  jak  codziennie  czułe  pożegnanie  przed  wyjściem  do  pracy  i  czułe  przywitanie  po
przyjściu, codziennie kawa/herbata razem, we dwoje- bez dzieci, bez telewizji, bez psa, bez gazety- tylko my, we dwoje, 15 minut, codziennie! Musimy
kreować sobie ten czas, zabiegać o niego, bo inaczej pochłaniają nas bez reszty wszystkie inne sprawy, pozornie ważniejsze. Niech ważne będzie również
codzienne pisanie smsów, chodzenie z żoną czasem na zakupy. Instrukcja obsługi łoża małżeńskiego: musimy je mieć, śpimy razem, chodzimy spać o jednej
godzinie- bo zasypiać powinniśmy przytuleni do siebie, aby dać sobie chociaż tę chwilę bliskości w zabieganym dniu- bardzo ważny czynnik z puntu
widzenia budowania i utrwalania jedności w małżeństwie oraz ekologia- czystość małżeńska. Zgadzam się, że najważniejszym meblem w rodzinie jest stół,
ale wmałżeństwie- łoże. A poniewaz małżeństwo jest ważniejsze od rodziny, to w ogólnym rachunku to łoże staje się tym najważniejszym elementem.

  To  wszystko,  co  zostało  wymienione  jest  nadbudową.  Fundamentem,  na  którym  budujemy  trwałość  jest  fundament  duchowy:  wspólna  modlitwa
małżeńska codziennie oraz wspólny udział w Eucharystii coniedzielnej. Małżonkowie chodzą na jedną mszę świętą, o tej samej godzinie, siadają obok siebie
(dzieci, nie między nimi, ale po jednej i po drugiej stronie) a podczas najważniejszego dla małżonków momentu, jakim jest przekazanie znaku pokoju, kiedy
następuje aktywowanie łaski sakramentu małżeństwa, przekazują sobie pocałunek. Nie bójcie się tego, niech was to nie gorszy, że ktoś zarzucić może, że to
nieliturgiczne. Dla waszych dzieci to jest bardzo mocny znak.

Ważne jest również noszenie obrączek. Nie zdejmujmy ich, to nie są żarty. Obrączka jest sakramentalium, które chroni moje małżeństwo. Świętujmy każdą
rocznicę ślubu - co roku zamawiajmy mszę świętą, w której dziękujemy Bogu za przeżyty rok i prosimy o wsparcie na następny. Co roku! To nie ma być
tylko  piąta,  dziesiąta,  piętnasta  rocznica-  możemy  ich  nie  doczekać.  Najważniejsze  święto  w  rodzinie  chrześcijańskiej,  to  jest  rocznica  ślubu,  to  jest
odnowienie  przymierza.  Pamiętajcie  o  nieustannej  modlitwie  za  współmałżonka  i,  zachęcam  do  tego  gorąco,  przynajmniej  raz  w  roku,  zainwestujcie  w
rekolekcje  małżeńskie.  Wachlarz  propozycji  rekolekcji  małżeńskich  w  Polsce  jest  ogromny.  Nie  szczędźcie  czasu  i  pieniędzy,  aby  inwestować  w  swoje
małżeństwa.

  Być  może  już  o  tym  czytaliście  lub  słyszeliście,  że  nie  rozpadają  sie  te  małżeństwa,  które  praktykują  codzienną  modlitwę  małżeńską  i  coniedzielny
wspólny  udział  w  Eucharystii.  Dzieje  sie  tak  w  przypadku  jednego  na  1429  małżeństw.  To  są  bardzo  rzetelne  dane  opublikowane  przez  amerykańską
socjolog Mercedes Arzur Wilson, bliskiego współpracownika Jana Pawła II, która przez kilkadziesiąt lat prowadziła badania nad trwałością małżeństwa.
Znajdziecie to Państwo również na mojej stronie internetowej, gdzie również zachęcam do zapoznania się z Krucjatą Modlitwy. Jest to idea, która narodziła
się w mojej diecezji, podobna do Duchowej Adopcji. Podejmujemy przez pół roku modlitwę w intencji małżeństwa przeżywającego kryzys. Dla małżeństw
borykających się z poważnymi problemami polecam zawsze Wspólnotę Trudnych Małżeństw - Sychar (www.sychar.org)- najkompetentniejsześrodowisko
w Polsce jeżeli chodzi o ratowanie małżeństw.

background image

JAK POMÓC OSOBIE W KRYZYSIE MAŁŻEŃSKIM?

Irena i Jerzy Grzybowscy

Podstawową wiedzę na ten temat powinien dziś posiadać każdy, nie tylko terapeuta czy psycholog. Kryzys małżeństwa jest sprawą powszechną. Każdy z
nas może zetknąć się z takim problemem w swoim otoczeniu. Najważniejsze jest, jak nauczyć się reagować w sytuacji, kiedy osoba będąca w kryzysie
małżeńskim oczekuje od nas pomocy. Ważne jest także własne rozeznanie, czy i jak reagować pierwszemu, gdy widzi się u niego problem małżeński.

Zaczniemy  od  tej  drugiej  sytuacji.  Ważne  jest  przede  wszystkim  codzienne  okazywanie  tej  osobie  życzliwości.  Stwarza  się  tym  samym  płaszczyznę
zaufania, która może pomóc tej sobie otworzyć się samej. Możemy czasem zapytać delikatnie: „Widzę, że masz jakieś kłopoty, może mogę ci pomóc?”.
Taka  propozycja  może  spowodować,  że  osoba  ta  odważy  się  coś    powiedzieć.  Nie  należy  jednak  nigdy  nalegać.    Potrzebne  jest  także  własne
przeświadczenie, że zwracamy się do tej osoby nie jako terapeuci, ale jako przyjaciele, ludzie życzliwi, którzy mogą przede wszystkim wysłuchać.

Jeżeli    ktoś  taką  rozmowę  zacznie,  to  z  naszych  doświadczeń  w  pracy  z  osobami  przeżywającymi  kryzys  małżeński  oraz  z  doświadczeń  innych
animatorów Spotkań Małżeńskich, zauważamy kilka reakcji, jakie mogą pojawić się w nas pojawić.

Pierwszym, częstym uczuciem, jakie się pojawia, kiedy ktoś przychodzi do nas z problemem, jest lęk i bezradność, wynikające z poczucia braku własnej
kompetencji w doradzeniu czegokolwiek, odpowiedzeniu na trudne pytania. Bardzo często przeżywa się wtedy również chęć ucieczki od tego problemu.
Pojawia się lęk, dyskomfort, że będziemy musieli komuś poświęcić czas, którego nie mamy. Czasem pojawia się także uczucie obojętności : „Przecież oni
sami sobie są winni, sami siebie w tę sytuację wplątali”. 

Czasem  przeżywamy  zażenowanie,  że  ktoś,  kogo  wcale  dobrze  nie  znamy,  zwraca  się  do  nas  z  takim  trudnym,  dziwnym,  czasem  bardzo  intymnym
problemem. To nas paraliżuje w reakcji. Tu od razu warto zaznaczyć, że jeżeli ktoś zwraca się do nas z tak poważnym problemem, jakim jest kryzys w jego
małżeństwie, to znaczy, że nam zaufał. Warto poczuć się wtedy, w pewnym sensie, osobą kompetentną do podjęcia tematu, podjęcia wyzwania, aby tej
osobie  pomóc.  Uczuciem  zupełnie  normalnym  jest  w  takiej  sytuacji  nasza  bezradność  wobec  problemu  innych  ludzi.  To  uczucie  chroni  przed  próbą
rozwiązywania  za  kogoś  jego  problemów,  przed  próbą  dawania  tak  zwanych  zbawiennych  rad.  Owo  poczucie  bezradności  towarzyszy  nawet
 najwytrawniejszym terapeutom, którzy także, choć posiadają dużą wiedzę i doświadczenie, są świadomi, że za nikogo problemów nie rozwiążą. To od
współpracy pacjenta z terapeutą będzie zależało, czy nastąpi jakikolwiek krok naprzód. Czasem nawet w przypadku tej współpracy, postawienie kroku
naprzód przez pacjenta okazuje się bardzo trudne i nie zawsze owocne.

Te wszystkie uczucia pojawiają się w nas z różnym natężeniem. Warto mieć do nich dystans. Niejako spowolnić ich działanie, by na ich podstawie nie
podejmować pochopnych decyzji.

Zdarza się czasem, że naszą reakcją jest moralizowanie - odwołujemy się do wartości, powinności, „że tak trzeba”, że sakrament”, „że nierozerwalne”. Dla
ludzi, którzy znaleźli się w kryzysie, często to już przestały być jakiekolwiek wartości, raczej stały się pewnym zbiorem nakazów i przepisów kościelnych,
zasadami dobrymi, ale nie dla nich.. 

W sytuacji kryzysowej nie wskazane jest również pocieszanie: „Wszystko będzie dobrze”, „Nie martw się”- taka reakcja sprawia, że usiłujemy stłumić
uczucia osoby, która się do nas zwraca a dodatkowo może się ona poczuć niewysłuchana, odrzucona.

Najważniejszą  umiejętnością,  którą  warto  w  sobie  wypracować  w  kontakcie  z  małżeństwem  w  kryzysie,  jest  spokojne  wysłuchanie  -  to  jest  pierwszy
element pomocy, jakiej możemy udzielić człowiekowi w kryzysie: wysłuchać go życzliwie, uważnie, z zaangażowaniem. Bardzo często wtedy, osoba, która
mówi ma okazję po raz pierwszy sama nazywać swój problem. To pomaga jej skonsolidować się wewnętrznie, żeby podjąć jakieś działanie. 

Ważne jest wykształcenie w sobie poczucia, że osoba, która się do nas zwraca, odpowiada za siebie; nie jest gorsza, ale ma po prostu problem. To właśnie
nasza wiara w tego człowieka, który aktualnie nie potrafi sobie poradzić z trudną sytuacją, może w tej osobie obudzić siłę i wiarę w to, że sama potrafi
pokonać problem. 

Opowiadanie  o  swoim  o  problemie  dokonuje  się  często  w  sposób  bardzo  emocjonalny.  Silne  emocje  utrudniają  logiczne  myślenie,  roztropne  działanie.
Osoba, która opowiada nam o swoim problemie często czyni to w sposób agresywny, z ogromną ilością oskarżeń, ocen pod adresem współmałżonka. Przez
uważne wysłuchanie, okazanie zainteresowania problemem rozmówcy,  staramy się spowolnić jego reakcje emocjonalne. Pomimo że zarzuty, które stawia,
wydają się czasem ewidentne, oczywiste, sprawą szalenie ważną jest, by nigdy nie przyznać tej osobie racji, nigdy nie stawać po jej stronie, ponieważ ona
szuka sojusznika. Okazać zrozumienie, że tak to przeżywa, ale nie stawać po niczyjej stronie. Po zwolnieniu reakcji emocjonalnych 

Dużym  błędem,  w  odpowiedzi  na  czyjś  problem,  okazać  się  może  nasza  reakcja  uspokajania  w  rodzaju:  „Proszę  się  uspokoić,  opanować”,  „Za  bardzo
Pan/Pani to przeżywa”. Jest to tłumienie uczuć w tej osobie i będzie to powodować jeszcze większe zamknięcie się tej osoby. Trafniejsze jest w takim
momencie nazwanie uczuć, jakie osoba w kryzysie przeżywa i zaakceptowanie ich: „Widzę, że Pan/ Pani przeżywa wielką złość. Ja to rozumiem”. Warto
pomóc temu człowiekowi nazwać tę złość, czy inne trudne uczucia, aby pozwolić mu zobaczyć, i w gruncie rzeczy na tym zasadza się połowa problemu, że
to jest właśnie złość tej osoby, a nie fakt, że współmałżonek jest osobą złą, winną.  

Dużą pokusą, w momencie kiedy sami nie czujemy się fachowcami, jest reakcja odesłania do specjalisty. Trzeba w tej kwestii postępować bardzo ostrożnie.
W wielu sprawach jesteśmy w stanie tym osobom pomóc poprzez rozmowę, uczestniczenie we wspólnocie,  czy w rekolekcjach. Dopiero po ewidentnym
rozpoznaniu, że takie działania nie pomagają, możemy poradzić wizytę u specjalisty, terapeuty, ale tylko takiego, do którego mamy zaufanie.  Niestety
dzisiaj ogromną część terapeutów cechuje „mentalność rozwodowa”. Ich terapia sprowadza się do: „Macie Państwo prawo do swojego szczęścia, dlatego
najlepszym rozwiązaniem będzie się rozwieść i ułożyć sobie życie na nowo. Państwo różnicie się tak dalece swoimi osobowościami, że ciężko tu będzie o
porozumienie”.

W dobrej poradni małżeństwo będące w kryzysie powinno usłyszeć zachętę do budowania i umocnienia swojego związku. Jest dzisiaj wystarczająco dużo
miejsc, gdzie tego typu pomoc można uzyskać. Dlatego powinno się dysponować listą placówek i osób, które mogą w sposób kompetentny w danym
regionie udzielić pomocy.

Gdyby w trakcie rozmowy z małżonkami przeżywającymi kryzys, pojawiło się nasze podejrzenie, że jedno z małżonków może cierpieć na depresję należy

background image

łagodnie ale stanowczo doradzić rozpoczęcie leczenia. Istotna jest również sprawa problemu alkoholowego w rodzinie. Z doświadczenia wiemy, że często
ludzie, którzy przeżywają kryzysy, mają tzw. syndrom DDA (Dorosłe Dziecko Alkoholika). Objawem tego syndromu są trudności w budowaniu więzi z
bliską osobą z powodu obciążeń wyniesionych z domu rodzinnego. Warto wtedy w sposób bardzo życzliwy, stwarzając atmosferę pełnej akceptacji dla tej
osoby,  wyjaśnić,  że  taki  właśnie  problem  przeżywa  i  doradzić  podjęcie  terapii.  Dla  współmałżonka  z  kolei  powinno  być  to  sygnałem  do  większej
wrażliwości w kontaktach z tą osobą. Podobnie dzieje się w sytuacji innych uzależnień.

Jeżeli  samo  małżeństwo  boryka  się  z  problemem  alkoholowym,  nakłanianie  współmałżonka  do  podjęcia  terapii,  nie  przyniesie  rezultatów,  dopóki
uzależniony sam o tym nie zdecyduje. Osobie współuzależnionej można jedynie poradzić, aby skontaktowała się z grupą Al-Anon, gdzie przejdzie fachowe
przygotowanie do tego, w jaki sposób sama może odnaleźć się w tej sytuacji i w jaki sposób może doprowadzić do tego, aby współmałżonek podjął terapię,
oczywiście bez żadnej gwarancji, że faktycznie to nastąpi. 

Naszą rolą jest dodawanie nadziei, odwagi do wytrwałości. Warto, byśmy nieustannie zachęcali do nie rezygnowania z małżeństwa, nie rezygnowania z
poprawienia jego jakości. Jeżeli w jednym miejscu nie uzyskamy skutecznej pomocy, warto szukać, kołatać w innym. Czasem skuteczne może się okazać
współoddziaływanie  różnych  placówek,  z  których  każda  zwraca  uwagę  na  inne  aspekty  komunikacji.  Wspólnym  mianownikiem  wszystkich  rodzajów
pomocy jest uzdalnianie osoby przeżywającej kryzys do samodzielnego rozwiązywania problemu, do samodzielnego podejmowania decyzji. Można, warto,
a nawet trzeba trochę podprowadzić, pokazać drogowskazy, kierunek drogi, zachęcić do wytrwałości.

Nie ma takiej sytuacji, by dwoje ludzi przy obustronnej dobrej woli nie mogło się porozumieć, dogadać i pokochać pomimo odmiennych cech osobowości. 

Potrzebne  jest  zawierzenie  Panu  Bogu.  Wielu  naszych  znajomych,  wiele  małżeństw,  które  uczestniczyło  w  Spotkaniach  Małżeńskich  mówi,  że  z
„psychologicznego  punktu  widzenia”  ich  małżeństwo  powinno  się  było  dawno  rozpaść,  a  jednak  ono  trwa  w  nienajgorszej  kondycji  lat  trzydzieści,
czterdzieści, prawie pięćdziesiąt. Bo dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych, jeżeli Mu się próbuje ufać i wsłuchiwać w jego podpowiedzi.

Każde małżeństwo warto wspierać „do końca”. Dopiero, podobnie jak w przypadku leczenia umierającego, zaprzestać można w sytuacji, tzw. „uporczywej
terapii”. Ale jest poważnym problemem moralnym, kiedy do takiej sytuacji dochodzi.

Oczywiście nasza konkretna pomoc jest uzależniona od indywidualnych predyspozycji każdego z nas. Każdy z nas zna swoje możliwości i wie kiedy i na
ile może przekroczyć pomagając innym.

background image

PODSUMOWANIE

 

background image

MIŁOŚĆ WIDZIANA OKIEM FILOZOFA

ks. bp prof. dr hab. Ignacy Dec

Bardzo  gorąco  pozdrawiam  Państwa  podejmujących  w  Teatrze  Miejskim,  w  naszym  Centrum  Kongresowym,  tak  ważkie  tematy  życiowe,  dotyczące:
małżeństwa, rodziny, miłości. Są to rzeczywiście bardzo doniosłe problemy egzystencjalnie. Chciałbym wyrazić wielką radość, że to spotkanie - Pierwszy
Kongres Małżeństw, ma miejsce w Świdnicy, w nowej diecezji, którą przede siedmioma laty powołał do istnienia Jan Paweł II.

Serdecznie  dziękuję  ks.  redaktorowi  Romanowi  Tomaszczukowi  i  jego  współpracownikom  za  zorganizowanie  tego  Kongresu.  Słowa  szczególnej
wdzięczności kieruję do Was, drodzy Małżonkowie, za przyjęcie  zaproszenia i za przybycie do Świdnicy. Myślę, że Państwa pobyt w Świdnicy będzie
owocny, że wyjedziecie z tego miasta ubogaceni. Bardzo się z tego cieszę. 

Do słów wdzięczności pragnę dołączyć krótką refleksję dotyczącą miłości, która jest tak ważną sprawą ludzkiego życia. Św. Paweł Apostoł w  Pierwszym
Liście do Koryntian, w rozdziale trzynastym, w słynnym Hymnie o miłości, napisał, że  wiara się kiedyś skończy, że będzie zastąpiona bezpośrednim
widzeniem  Boga,  że  nadzieja  ustanie,  gdyż  będzie  zastąpiona  spełnieniem,  a  miłość  pozostanie,  będzie  obecna  w  całej  wieczności,  będzie  treścią  życia
wiecznego.

Do Waszych rozważań teologicznych, psychologicznych czy też pedagogicznych, chciałbym dołączyć refleksję antropologiczną, związaną z dyscypliną
naukową, którą się trochę zajmowałem w moim życiu. 

Na  początku  chciałbym  zauważyć,  że  wizja  małżeństwa  i  miłości  małżeńskiej  jest  zależna  od  koncepcji  człowieka.  W  dziejach  filozofii  mieliśmy  wiele
różnych koncepcji człowieka. Można by je sprowadzić do trzech podstawowych.. Pierwsze dwie koncepcje mają swoje źródło w starożytności: u Platona i
 Arystotelesa. Platon przyjmował, że człowiek jest zespoleniem duszy i ciała. Ważniejszym elementem człowieka jest duch. Ciało jest dla ducha więzieniem,
grobem. Człowiek winien troszczyć się przede wszystkim o ducha, który jest nieśmiertelny. Duch powinien kierować ciałem tak jak sternik kieruje statkiem
a jeździec koniem. W chwili śmierci człowieka dusza uwalnia się z więzienia ciała i wraca do świata idei skąd przyszła. Jest to dla duszy najszczęśliwszy
moment, gdy wyzwala się z ciała. Za tą koncepcją człowieka opowiadali się w dziejach różni myśliciele. Za Platonem wskazywali na przewagę duszy nad
ciałem.

Drugą znaczącą koncepcje człowieka wypracował w starożytności uczeń Platona – Arystoteles. Nie podzielił od poglądów na człowieka swego mistrza.
Wbrew niemu uważał, że człowiek jest przede wszystkim organizmem biologicznym. Jest po prostu głównie ciałem. W ciele jest wprawdzie duch, który
poznaje,  który  zdolny  jest  także  do  miłości,  ale  w  chwili  śmierci  człowieka  ów  duch  ginie  razem  z  ciałem.  O  ile  platońska  wizja  człowieka  była
spirytualistyczna, o tyle wizja Arystotelesa przybrała profil materialistyczny. Platon dowartościował w człowieku walory ducha, natomiast Arystoteles
wyeksponował w bycie ludzkim jego cielesność. 

Te dwie wizje człowieka wypracowane w klasycznym okresie filozofii greckiej miały potem w dziejach swoich zwolenników. Niektórzy myśliciele przejęli
w dużej mierze platoński wizerunek człowieka, inni z kolei opowiedzieli się za koncepcją Arystotelesa. W filozofii współczesnej  są także widoczne owe
wpływy tych dwóch podstawowych wizji bytu ludzkiego. Można powiedzieć, że w platońskim  kierunku pomylono człowieka z Bogiem, natomiast w
nurcie arystotelesowskim  pomylono człowieka ze zwierzęciem. 

Na tle tych skrajnych wizji człowieka narodziła się wizja jednocząca, którą stworzyli myśliciele chrześcijańscy, ze św. Tomaszem z Akwinu na czele. W tej
wizji  nastąpiło  pogodzenie  dwóch  skrajnych  wizerunków  człowieka:  materialistycznego  i  spirytualistycznego.  W  wizji  chrześcijańskiej  patrzymy  na
człowieka jako na byt wcielony, jako na ducha, który w hierarchii duchów jest najniższy, gdyż egzystuje i rozwija się w materialnym ciele.  Chrześcijaństwo
umieściło człowieka w centrum hierarchii bytowej. Nad człowiekiem były dwa sektory bytów: Bóg oraz aniołowie. Niżej człowieka znajdował się świat istot
żyjących: zwierzęta i rośliny oraz świat minerałów, świat nieożywiony, a więc też dwa sektory. Człowiek zatem znajduje się w środku hierarchii bytowej,
jest na przecięciu świata duchowego i świata materialnego. Spina sobą świat niewidzialnego ducha ze światem widzialnej materii. Jest syntezą, „compositum”
duszy i ciała. 

W warstwie duchowej człowieka funkcjonują dwie władze: umysłowa władza poznawcza – intelekt oraz umysłowa władza pożądawcza – wola. Poprzez
intelekt człowiek poznaje, poprzez wolę podejmuje decyzje; wybiera albo odrzuca dobro, czy też zło, które rozum poznał. Dobro poznane przez rozum
może stać się przedmiotem miłości. Poznawanie i miłowanie są podstawowymi działaniami człowieka. Tymi działaniami człowiek upodabnia się do bytów
czysto  duchowych,  a  więc  do  Boga  i  do  aniołów.  Natomiast  przez  swoje  ciało  człowiek  jest  podobny  do  świata  przyrody  -  do  organizmów  żywych  i
martwych. 

Tego typu wizja człowieka jest najbardziej racjonalna,. Człowiek plasuje się w niej na przecięciu świata duchowego i świata materialnego.

Proszę  Państwa,  przechodząc  do    miłości,  chcę  jedynie  zauważyć,  że  w  chrześcijańskiej  wizji  miłości  mamy  owo  złączenie  pierwiastka  duchowego  z
pierwiastkiem  materialnym.  W  człowieku  nie  ma  miłości    zupełnie  bezcielesnej,  która  nie  miałaby  elementu  somatycznego,  bo  duch  ludzki  jest  zawsze
obecny w ciele. Z drugiej strony miłość ludzka nie może być sprowadzona jedynie do uczucia czy tylko do popędu seksualnego. Człowiek poznaje i kocha
zawsze  jako  osoba,  jako  byt  duchowo-cielesny.    Miłość  w  człowieku  ma  zatem    wymiar  personalistyczny.  Nie  kocha  ludzkie  ciało,  kocha  duch.  My
kochamy nie ciałem tylko właśnie duchem, chociaż  elementy cielesne dają o sobie też znać.

Kończąc chciałbym dodać, że w dziejach filozofii pojawiły się trzy znaczące koncepcje miłości: koncepcja Arystotelesa, koncepcja św. Tomasza z Akwinu i
koncepcja  Gabriela  Marcela.  Nie  będę  owych  koncepcji  przedstawiał.  Powiem  tylko  to,  że  bardzo  interesująca  jest  wizja  miłości  sformułowana  przez
Gabriela Marcela (1889-1973). Krótko mówiąc, miłość pojmuje on jako dar jednej osoby dla drugiej – jako dar „ja” dla „ty”.  Nie trudno zauważyć, że do tej
wizji miłości nawiązał potem kard. Karol Wojtyła, nasz wielki Papież, gdy definiował miłość jako bezinteresowny dar osoby dla osoby. Takiej miłości życzę
Państwu. Dziękuję za uwagę. 

Słowo podsumowania wygłoszone w centrum kongresowym podczas zamknięcia I Ogólnopolskiego Kongresu Małżeństw przez ks. bp Ignacego Deca,
biskupa świdnickiego.

background image
background image

APEL DO PARLAMENTARZYSTÓW 

W dniu zakończenia kongresu odbywały się w naszej Ojczyźnie wybory parlamentarne. Uczestnicy kongresu podpisali się pod „Apel do parlamentarzystów
VII  kadencji”.  Tekst  został  przesłany  na  adres  Ewy  Kopacz,  Marszałek  Sejmu  a  jego  treść  została  przekazana  do  wiadomości:  Kancelarii  Senatu
Rzeczypospolitej,  Przewodniczących  Klubów  Parlamentarnych  oraz  Przewodniczących  Komisji  sejmowych:  Edukacji,  Nauki  i  Młodzieży;  Gospodarki;
Polityki Społecznej i Rodziny; Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej; Sprawiedliwości i Praw Człowieka;  Ustawodawczej.

EWA KOPACZ, MARSZAŁEK SEJMU RP

Na  ręce  Pani  Marszałek  składamy  tekst  „Apelu  do  parlamentarzystów  i  polityków  w  Polsce”  wystosowany  w  dniu  wyborów  parlamentarnych  przez
uczestników I Ogólnopolskiego Kongresu Małżeństw, który trwał w Świdnicy od 7 do 9 października 2011 r. 

Treść referatów i wykładów koncentrowała się wokół tematu: „DIALOG-WARTOŚCI-JEDNOŚĆ”.

Kongres  był  spotkaniem  kompetentnych  osób,  przedstawicieli  wielu  dyscyplin  naukowych,  zajmujących  się  przybliżaniem  wartości  małżeństwa
rozumianego zgodnie z prawem naturalnym          i Bożym jako monogamiczny, heteroseksualny związek mężczyzny i kobiety. Zarówno wykładowcy jak i
uczestnicy są pewni, że tylko tak rozumiane małżeństwo jest trwałym i dającym nadzieję na przyszłość fundamentem każdego społeczeństwa. 

Od wielu lat obserwujemy w Polsce stały wzrost ilości rozwodów. Już w 1991 roku bł. Jan Paweł II mówił do Polaków w Kielcach: „Za cyframi wszak, za
analizami i opisami stoi tu zawsze żywy człowiek, tragedia jego serca, jego życia, tragedia jego powołania”. Tamte słowa stały się szczególnie aktualne w
ostatnich  latach,  kiedy  liczba  rozwodów  doszła  już  do  ok.  73  tys.  rocznie  a  szukając  odpowiedzi  na  postawione  wówczas  przez  papieża  pytanie:
„Chciałbym tu zapytać tych wszystkich, którzy za tę moralność małżeńską, rodzinną mają odpowiedzialność, tych wszystkich: czy wolno lekkomyślnie
narażać polskie rodziny na dalsze zniszczenie?” zwracamy się do Pani Marszałek, parlamentarzystów, polityków i samorządowców z apelem. 

Panie  i  Panowie  parlamentarzyści,  politycy,  samorządowcy!  Papieskie  pytanie  o  świadomość  skutków  coraz  gorszej  kondycji  polskich  małżeństw  jest
skierowane  szczególnie  do  Was. A  odpowiedź  jest  tylko  jedna:  narażenie  polskich  rodzin  na  dalsze  zniszczenie  przez  obojętność  na  wzrost  rozpadów
małżeństw doprowadzi w najbliższym czasie do katastrofalnych skutków. 

Rzetelne  i  długotrwałe  badania  naukowe  potwierdzają,  że  to  właśnie  rozpad  małżeństwa  prowadzi  do  okaleczania  i  degradacji  społeczeństwa  na  każdej
płaszczyźnie. 

Apelujemy zatem do wszystkich osób odpowiedzialnych za kierunek przemian w naszej Ojczyźnie o:

zwiększeniu i umocnieniu ustawowej ochrony małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny;
podjęcie działań zmierzających do propagowania wartości trwałego małżeństwa; 
doprowadzenie  do  zmian  w  obecnie  obowiązującym  prawie,  tak,  aby  uzyskanie  rozwodu  stanowiło  dużą  trudność  i  poprzedzone  było
koniecznością podjęcia starań o ratowanie związku                      (np.  obowiązkowa separacja poprzedzająca rozwód, konieczność spotkań z
terapeutą małżeńskim); 
organizowanie na szczeblu powiatu, województwa i kraju konferencji, sympozjów i kongresów mających na celu podnoszenie wartości trwałego
związku małżeńskiego i pokazywania czynników wpływających na jego trwałość; 
zwiększenie wysiłku w kierunku przygotowania kadry i ośrodków wsparcia małżonków przeżywających kryzys; 
dostrzeżenie, że lekceważenie walki z bezrobociem, przyczyniające się do wzrostu emigracji zarobkowej w konsekwencji prowadzi do narażania
trwałości małżeństw na najpoważniejsze zagrożenia. 

Na początku swojego pontyfikatu bł. Jan Paweł II mówił: „Małżeństwo jest początkiem nowej wspólnoty miłości i życia, od której zależy przyszłość
człowieka na ziemi” (Rzym, 20.01.1980 r.) Dostosowując te słowa do naszej polskiej rzeczywistości możemy dziś powiedzieć parafrazując słowa Piotra
Skargi: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie w nich małżonków miłowanie”. 

W dniu wyborów parlamentarnych zapewniamy, że będziemy z uwagą śledzić działania polityków na rzecz małżeństwa i rodziny, tak by przy kolejnych
wyborach, na każdym szczeblu, promować tych, którzy stoją po stronie życia, jedności i trwałości małżeństwa.

ks. Roman Tomaszczuk

Organizator I Ogólnopolskiego Kongresu Małżeństw

background image

ŚWIADECTWA

Po zakończeniu do sekretariatu kongresowego napłynęło kilka świadectw. Oto niektóre z nich.

Drodzy Organizatorzy!
Bardzo dziękujemy za Kongres Małżeństw w którym mogliśmy wziąć udział, za cały trud włożony w jego przygotowanie i zaistnienie. Oby to dobre dzieło
trwało i pomagało wielu małżeństwom (i nie tylko) w ich codziennym wzrastaniu.
Do pokongresowych spostrzeżeń dodam jeszcze jedno: o ile będzie możliwe proszę o pozostawienie znaku kongresu bez zmian – może jedynie udało by się
dołączyć słowo „ogólnopolski”, ale to tak aby nie zepsuć harmonii i ogólnego wydźwięku znaku, który moim zdaniem jest bardzo czytelny.
Na każdy następny dzień życzę po prostu: „Szczęść Boże”         

Teresa Potuszyńska

Szczęść Boże,
Bogu niech będą dzięki za to, że na naszym terenie mógł się odbyć I Kongres Małżeństw. Dziękujemy wszystkim z ks. Romanem Tomaszczukiem na czele,
za tak profesjonalne przygotowanie wszystkiego. Począwszy od prelegentów, materiałów „teczki” strzał w dziesiątkę, mogliśmy widzieć siebie jak nas jest
dużo i nie zgubiliśmy się kiedy szliśmy na posiłek. Za Apel do parlamentarzystów.  Pomyśleliście o zwiedzaniu miasta, oraz o noclegach, które umożliwiły
nam doświadczenie otwarcia ludzi. Mieszkaliśmy u wspaniałego starszego małżeństwa od razu zawiązała się między nami przyjaźń, mimo dużej różnicy
wieku. Cieszy nas to że, leży Wam na sercu przyszłość małżeństw, która w obecnych czasach jest tak zagrożona. Do zobaczenia.
Jesteście wspaniali i wielcy.
Jeszcze raz bardzo dziękujemy za możliwość udziału i tak rodzinną atmosferę.

Witam serdecznie,
Chciałam przede wszystkim podziękować za zapisanie nas na kongres, chociaż było tak późno. Przepraszam, że wcześniej nie zadzwoniłam i nie dopytałam
się z tymi mailami.
Ks. Romanie powiedziałeś, że jesteśmy 320 uczestnikami - to po prostu fenomenalne. Za 4 dni będziemy obchodzić 22 rocznicę ślubu.
Chociaż mój mąż niechętnie przyszedł na Kongres, to w trakcie zmienił zdanie i jest zadowolony, że namówiłam męża na przyjazd do Świdnicy.
Mieszkamy w Wałbrzychu, ale ja pracuję w Kuźnicach (Boguszów - Gorce) i to ks. proboszcz z Parafii Niepokalanego Poczęcia NMP namówił mnie - a ja
męża.
Jeszcze raz bardzo gorąco dziękujemy.
Czekamy na kolejny kongres

Małgorzata i Tadeusz Bany

Szczęść Boże!
Piszę  od  razu  po  zakończeniu  kongresu,  bo  tyle  mam  pozytywnych  emocji,  że  zaraz  mnie  rozsadzą.  Oczywiście  chcę  w  imieniu  swoim,  męża  i  wielu
znajomych, z którymi rozmawiałam, podziękować ks. Tomaszczukowi za wspaniały pomysł i jego równie wspaniałą realizację!. Wypełnienie ankiety to dla
mnie za mało, by ocenić to dzieło. Chcę się podzielić radością, że wreszcie ktoś dowartościował małżeństwo i małżonków, umocnił nas w naszej miłości i w
wierze. Jeszcze nigdy na żadnych rekolekcjach parafialnych nie usłyszałam tak dobitnie, że miłość małżeńska (eros i agape ) jest odbiciem miłości Boga, że
kochając drugiego człowieka "na zawsze", upodabniamy się do Boga, który też kocha na zawsze. Jeśli pokazuje się nam jakieś wzory do naśladowania, to
zwykle  są  to  święci,  którzy  poświęcili  swe  życie  wyłącznie  Bogu.  A  co  ze  świętymi  małżonkami?  Uświadomiłam  sobie  właśnie,  że  do  tej  pory
podświadomie odczuwałam, że decydując się na małżeństwo, wybieram jakąś gorszą drogę, bo poświęcam życie człowiekowi: mężowi. dzieciom, a Bóg
zostaje gdzieś z boku, na drugim planie. Dopiero na kongresie dotarło do mnie, że to nieprawda! Bóg jest stale obecny w naszej miłości małżeńskiej, nie
wykluczając alkowy! Że seks jest dobry i piękny, bo w nim również objawia się miłość boża (seks jest Boski!). Że otwierając się na działanie Boga możemy
się  uświęcać,  tak  jak  osoby  konsekrowane.  Co  więcej:  dopiero  teraz  zrozumiałam,  że  pierwszym  zamysłem  Boga  było  małżeństwo:  bądźcie  płodni  i
rozmnażajcie  się  (czyli  :kochajcie  się!),  a  nie:  módlcie  się  do  Mnie!  Celibatariusze  mają  tylko  pomagać  małżonkom.  Przewartościowanie  tych  postaw
napełniło mnie taką radością, że wreszcie z całą świadomością i całą sobą chce mi się być żoną i matką. Wreszcie dostrzegłam w moim powołaniu jakiś
nadprzyrodzony sens, a nie tylko sposób na biologiczne przekazywanie życia. Myślę, że takich odkryć wielu z nas po latach małżeństwa dokonało dopiero
dzięki kongresowi, dlatego wielkie dzięki jeszcze raz. I wielka prośba o Więcej!!! Bogu niech będą dzięki za te wspaniałe rekolekcje. Modlę się teraz, by z
tych zasianych ziaren wyrosły wspaniałe kłosy, przemieniające i uświęcające nasze małżeństwa.
Serdecznie pozdrawiam

Anetta Kasprzak-Radecka.

Jeden rok z życia
W obecnym 2011 roku świętowaliśmy z mężem 30 rocznicę naszego  małżeństwa. Ta okrągła rocznica z jednej strony napawa nas dumą, że jesteśmy z sobą
tak długo, każe dziękować Bogu za to, że pozwolił nam jej doczekać. Z drugiej strony stawia pytanie o jakość tego wspólnego życia. Dlaczego?
Po tym jak dorosłe dzieci odeszły z domu zaczęłam mieć problemy z pogodzeniem się z faktem „ pustego gniazda”, choć są to naturalne etapy w rozwoju
dzieci i rodziny.  Doszło poczucie „rozmijania się” z mężem. W tych trudnych momentach zrodziła się myśl  o udziale w rekolekcjach „ Dialogi małżeńskie”.
Przeżyliśmy  je  z  mężem  w  czerwcu.  Efekt?  Odkryliśmy  się    z  mężem    dla  siebie  na  nowo.  Bardzo  się  do  siebie  zbliżyliśmy.  ”Odkurzyliśmy”  nasze
sakramentalne małżeństwo. Przypomnieliśmy sobie co to znaczy dialog, już dawno nie staliśmy tak bardzo „w prawdzie” jak w czasie tych rekolekcji. To
była  pierwsza  pieczęć,  która  ratowała  nasze  małżeństwo;  utrwalała  je.  Określenia  „pieczęć”  użył  mąż  całkiem  niedawno,  gdy  podsumowywaliśmy
wydarzenia i bardzo mi się to określenie spodobało.
W lipcu wraz z rodziną i przyjaciółmi przeżyliśmy uroczystą mszę św. z okazji naszej 30 rocznicy ślubu. Czuliśmy się wyjątkowo, jak nowożeńcy.
A październik przyniósł kolejną pomoc do poprawy jakości naszego małżeństwa, drugą pieczęć: I Kongres Małżeństw. Uczestniczyliśmy w wykładach,
konwersatorium, modlitwach, słuchaliśmy muzyki. Zwiedziłam, dzięki ks. Bagińskiemu, naszą Katedrę, tak naprawdę słuchając o jej historii. Poznaliśmy
ludzi, którzy wyznają te same życiowe, chrześcijańskie wartości. Jednak najważniejszym efektem Kongresu Małżeństw było to, że wiem co jest celem
mojego życia- moje małżeństwo i jego rozwój!. Mam dbać o jedność mego małżeństwa. Mam dbać o to, by poprzez prawdziwy dialog z mężem wydobywać

background image

dobro z nas obojga. Nasza miłość małżeńska ma stwarzać okoliczności do wzajemnego wzrastania  z otwartością na Boga. Mam dzielić się wszystkim z
mężem,  bez  zachowywania  dla  siebie  czegokolwiek.  Mam  troszczyć  się  o  dobro  męża  do  końca  życia,  gdyż  to  jest  właśnie  miłość-  decyzja  podjęta  z
radością i entuzjazmem w dniu ślubu.. W efekcie weekendu 7-9.10.2011 roku od nowa zgodnie z mężem „ustawiliśmy” priorytety dla naszego związku.
Bardzo dziękuję organizatorom, a szczególnie księdzu Romanowi Tomaszczukowi za to przedsięwzięcie. Mięliśmy okazję spotkać i wysłuchać mądrych i
bardzo kompetentnych w dziedzinie wiedzy o sakramentalnym małżeństwie prelegentów.
Dziękuję za klimat tego spotkania- chyba wszystkie Boże anioły nad nami czuwały.
A w kolejny weekend października nastąpiła trzecia pieczęć: rozpoczęliśmy pielgrzymkę do Ziemi Świętej w Izraelu, by tam w miejscach najświętszych
dziękować Bogu za życie, za dar naszego małżeństwa i prosić Boga o dalsze błogosławieństwo dla nas i naszej rodziny.
Chwała Panu.

Jolanta Wójcik

background image

ZAKULISOWE WYZNANIA I KONGRESU MAŁŻEŃSTW.

ks. Roman Tomaszczuk

Kuchnia to bardzo ciekawe miejsce. Każda.
Boże Narodzenie. Wszyscy skoncentrowani na Dziecku i Jego Matce. W tle, jakby tylko dla dekoracji szopki, milczący Józef a może to choinka? Nie,
Józef… 
Matka  i  „owoc  jej  żywota”  to  nie  jest  cała  tajemnica  o  rodzinnym  szczęściu  ani  bohaterów  sceny  w  Betlejem,  ani  żadnej  innej.  Choć  utarło  się,  że
najważniejsze  jest  szczęście  i  bezpieczeństwo  dzieci,  to  jednak  prawda  jest  inna.  Najważniejsza  jest  miłość  matki  i  ojca  –  do  siebie  nawzajem.  Miłość
małżeńska. Tylko ona może być źródłem pełnego szczęścia rodziny – to przekonanie jest fundamentem I Kongresu Małżeństw.

DATA – TRUDNO O LEPSZĄ

Kolędowe kołysanie, mrugające lampki choinkowe, smak kutii i zapach cynamonowych ciasteczek są wpisane w pomysł o kongresie na zawsze. Wieczór 25
grudnia 2010 r., to pierwsza data w historii kongresu, który odbywa się w tych dniach w Świdnicy. Wtedy jednak, słowo „kongres” było jedynie roboczym
hasłem wywoławczym. Małżeństwo XXI w., czego potrzebuje? Na co cierpi? O co mu chodzi? O tym warto rozmawiać. Ale z kim? 
Internet – doskonała książka teleadresowa. Wystarczy wpisać i namiary gotowe. Pierwszy był o. Knotz – Chciałby Ojciec przyjechać do Świdnicy? To
piękne miasto! – Kiedy? – 7-9 października 2011 r. – Niestety mam ślub… – zaczął, żeby zaraz dodać – Zaraz, zaraz, gdzie jest Świdnica? – Między
Wałbrzychem a Wrocławiem. – No to dobrze się składa, bo błogosławię małżeństwo w waszej okolicy. Mogę być w piątek – zaproponował.
Ks. Dziewiecki – entuzjazm dla pomysłu od samego początku. Termin zarezerwowany bez najmniejszych problemów. O. Pilśniak – namiary na niego podał
inny dominikanin. Wysłany z zapytaniem mejl nie czekał długo na odpowiedź. – Tylko żeby było rano – zastrzegał nadawca.
Ks. Różycki – moralista z Kartuz, wykładowca pelplińskiego seminarium duchownego, najpierw znajomy ze Szkoły Spowiedników, teraz przyjaciel. Ten
najpierw chciał jedynie przyjrzeć się z bliska kongresowi. Ostatecznie zgodził się na coś więcej.  

CO ONI WIEDZĄ?

Nie ma to jak wymądrzanie się duchownych na temat świata, o którym nie mają pojęcia – to konkluzja wielu wpisów, jakie pojawiły się 1 października na
jednym z portali informacyjnych regionu. Wszystkiemu winien news, że Kościół organizuje spotkanie małżonków. Fakt, że duchowni mają coś sensownego
do  powiedzenia  na  temat  miłości  małżeńskiej  budził  niedowierzanie  i  złośliwe  komentarze.  Trzeba  podziwiać  internautę  Olo,  który  miał  cierpliwość
tłumaczyć, że nie trzeba chorować, żeby znać się na leczeniu i nie trzeba zaliczyć każdej porażki i katastrofy, by wiedzieć jak ich uniknąć. Niemniej podczas
kongresu nie tylko księża przekonują, że szczęśliwe małżeństwo jest możliwe. Wtórują im przecież świeccy. Małżonkowie. A to już chyba coś znaczy!
O  Gajdach,  co  jakiś  czas,  donosi  KAI.  Reszta  jest  w  Internecie.  Małżeństwo,  które  wychowuje  czwórkę  dzieci  (Pawła,  Miriam,  Jakuba  i  Tymoteusza)
byłoby rewelacyjnym rozwinięciem „księżowskiego” zestawu wykładowców. Okazało się jednak, że psychoterapeutka ze Szczecina nie może przyjechać do
Świdnicy ze swoim mężem, Marcinem, lekarzem i terapeutą. Może przyjechać sama. 
No to trzeba szukać dalej. Najsławniejsze małżeństwo w Polsce, to pewnie Irena i Jerzy Grzybowscy, założyciele Ruchu Spotkania Małżeńskie i autorzy
wielu książek cieszą się ogromną popularnością wśród organizatorów różnych spotkań około rodzinnych. Znowu sondujący mejl (był koniec grudnia 2010 r)
i stres oczekiwania na odpowiedź. Pozytywna. Zatem? Oprócz ulgi, pojawia się śmiałość w oczekiwaniu od Opatrzności jeszcze więcej.
Idąc  za  ciosem  trzeba  było  powalczyć  o  pana  Mieczysława  Guzewicza.  Schemat  ten  sam:  pytanie,  chwila  na  sprawdzenie  kalendarza  i…?  –  następne
„nazwisko” do wpisania na listę – wreszcie pełną więc pierwsze dni roku 2011 można było zaliczyć do nadzwyczaj udanych.

JESTEŚMY NA „TAK”!

Jest na kongresie taki ksiądz, który nie mógł uwierzyć, że trzydniowa impreza z prawie trzystoma uczestnikami może odbyć się za cenę 80 zł od pary. Tak,
jest to możliwe, ale tylko dzięki pomocy z zewnątrz. 
Samorządowcy. Wynajem sali teatralnej czy szkoły, zapewnienie wygody parkowania czy choćby zamówienie kongresowych toreb – to ogromne odciążenie
budżetu spotkania.
Artyści.  Kapela  Wołosi  i  Lasoniowie  znani  u  nas  z  Jarmarku  Wielkanocnego  w  Bardzie.  Tam  można  się  było  zakochać,  w  ich  muzyce  i  wirtuozerii.
Przyjeżdżają do Świdnicy, jak do przyjaciół. Nie inaczej jest z Czterdziestoma. Muzycy, którzy występują w kongresową sobotę to mistrzowie Ewangelii
podanej tak poetycko i zaskakująco, że każdy, kto ich słucha niepostrzeżenie przechodzi na drugą stronę. Zaczyna głosić chwałę Pana razem z Synami i
Wnukami a nawet ich oślętami.
Wolontariusze. Znają ją prawie wszyscy uczestnicy, to jej głos oznajmiał, że „jest jeszcze miejsce i można się zapisać”, to ona po ukołysaniu swojego synka
i swojej córeczki, wysyłała mejle z niezbędnymi informacjami, uzupełniała listy, odpowiadała na pytania i cierpliwie tłumaczyła po raz „enty”: „Tak, można
nocować w swoim domu”, „Nie, nie ma codziennej Mszy św.”, „Oczywiście posiłek jest dla każdego uczestnika”. Katarzyna Urbaniak, znaczy się godna
zaufania. 
Na tydzień przed rozpoczęciem kongresu dołączyli do niej życzliwi sprawie ludzie. To ich zaangażowanie tworzy klimat tych dni i jest wizytówką całego
spotkania.
Sponsorzy. Jest ich wielu. Od indywidualnych darczyńców po instytucje. Każdy pomagał na tyle na ile ma wielkie serce i pękaty portfel. Na szczególne
wyróżnienie zasługuje Agnieszka Danho, szefowa Biura Podróży „GM Travel”. Z tym biurem wyruszy w pielgrzymkę życia do Ziemi Świętej jedno z
małżeństw goszczących w swoim domu uczestników kongresu.

JAKBY PRZY OKAZJI

Dwieście różańców rozdawanych podczas kongresu jego uczestnikom, zostało poświęconych dwa tygodnie wcześniej w Kaplicy Cudownego Obrazu na
Jasnej Górze. Różaniec to nie tylko zachęta do modlitwy, ale to także wpatrywanie się w Jezusa, razem z Maryją. Z tej kontemplacji pochodzi zdolność do
ofiarowania siebie. To także jasne przesłanie, gdzie szukać siły do życia. Jednak odkąd ogłoszono Krucjatę Różańcową za Ojczyznę, kongresowa koronka
nabiera dodatkowego wymiaru. Tym bardziej, skoro zakończenie spotkania przypada w niedzielę wyborczą.
Kiedy prezydent ogłosił termin wyborów, w sztabie kongresowym zapanowała konsternacja. Co teraz? Odwoływać? Przekładać? Pozostało bez zmian. A
właściwie zmiana jest jedna: Apel do parlamentarzystów VII kadencji. Jeden z pierwszych dokumentów, jaki wpłynie do laski marszałkowskiej.
W lipcu pojawiła się realna szansa, by gościem kongresu był Victor Orban, premier Węgier. Obecność polityka, który w swoim kraju skutecznie wraca do

background image

wartości  chrześcijańskich,  dobrze  wpisywałaby  się  w  klimat  kongresu.  Ambasadzie  węgierskiej  pomysł  się  bardzo  spodobał.  Rozpoczęto  procedurę
dyplomatyczną związaną z zaproszeniem. Ostatecznie jednak, po dwóch miesiącach konsultacji, delegacji i rozmów odłożono wizytę premiera na kolejny
kongres. Sytuacja na Węgrzech nie pozwala szefowi rządu na zbyt częste wyjazdy, a Polskę odwiedził w miniony weekend.

WEŹ, BO DAJĄ? – NIEKONIECZNIE

Założenie było proste: zaprosić małżeństwa do Świdnicy, by mogły świętować swój wybór. Zaproponować program, który będzie nie tylko atrakcyjny, ale
wniesie nowe treści w małżeńskie relacje. Jednak przyjazd z odległego Kłodzka, czy Polanicy na kilka godzin do Świdnicy wydawał się mało efektywny.
Stąd pomysł na noclegi w Świdnicy. Na apel biskupa odpowiedziało trzydzieści świdnickich rodzin. Mało? W sam raz! Bo mniej więcej tylu uczestników
wyraziło chęć skorzystania z gościny mieszkańców. A jednak większość woli jechać sześć razy, nawet dwie godziny w jedną stronę, żeby nocować w
swoim własnym łóżku.
Na  kongres  przygotowano:  10  tys.  ulotek  z  prośbą  o  gościnę  dla  uczestników  kongresu  (przydało  się  wspomniane  30  szt.),  6  tys.  ulotek  o  tym,  że
konwersatoria są otwarte dla wszystkich chętnych (te na szczęście rozeszły się bez większych problemów), 700 sztuk druków firmowych potrzebnych do
korespondencji i 250 plakatów, które zawisły w gablotach wszystkich parafii. Wszystko dzięki życzliwości dla sprawy Tomasza Ligięzy, właściciela firmy
poligraficznej, która wydrukowała materiały.
Zresztą  lista  osób  wspierających  dzieło  I  Kongresu  Małżeństw  jest  długa.  Począwszy  od  tych  służących  dobrą  radą  czy  doświadczeniem,  przez
duchownych i świeckich pomagających w naborze i organizacji wydarzenia, aż po hierarchów, którzy błogosławią dziełu.
Czy warto było? Uczestnicy kongresu są proszeni o wypełnienie tzw. ankiety ewaluacyjnej. Wnioski z jej analizy zostaną zamieszczone na łamach GN za
tydzień.

„Gość Niedzielny” nr 40/2011

background image

CHCEMY WIĘCEJ!

ks. Roman Tomaszczuk

320 uczestników, 10 wykładowców, dwa koncerty i wiele, wiele wzruszeń.
Jeszcze na kilka dni przed rozpoczęciem I Kongresu Małżeństw organizatorzy na pytanie dziennikarzy: czy i kiedy będzie kolejna edycja, odpowiadali: nie
wiemy, dla porządku daliśmy z przodu jedynkę, ale kiedy tam pojawi się dwójka zależy od tego, jak przyjmą naszą inicjatywę uczestnicy.

TO BYŁO NAM POTRZEBNE!

I co? Po prostu rewelacja! Lektura ankiet wypełnionych niemalże przez wszystkich uczestników przekonuje, że praca dla małżeństw i z małżeństwami jest
ogromnie  potrzebna  i  oczekiwana  ze  strony  świeckich.  –  Mamy  niekiedy  wrażenie,  że  wizja  drogi  do  nieba  oraz  waga  spraw  którymi  się  w  Kościele
zajmujemy jest określana tylko z pozycji duchownych, ich życia w celibacie. To prowadzi do nieprawdy o tym jaki jest Kościół i co oznacza głoszenie
ewangelii – przekonuje ktoś w ankiecie.
Kongres  stał  się  okazją  nie  tyle  do  zademonstrowania  piękna  i  wartości  sakramentalnego  małżeństwa,  co  umocnieniem  małżonków    w  ich  wyborze  i
pogłębieniem ich duchowości. – Przyjechali tu ludzie, którzy chcą wiedzieć, żyć blisko Boga, żyjąc blisko swojego męża czy żony – ocenia Katarzyna
Urbaniak. –
Może  dlatego  tak  wielu  miało  nam  za  złe,  że  zabrakło  w  programie  codziennej  Mszy  św.  ewentualnie  innego  nabożeństwa  rozpoczynającego  dzień.
Rozumiemy te potrzebę i na pewno uwzględnimy te uwagi w programie za rok – zapewnia.
Tak. za rok, w Świdnicy! – Pan Guzewicz zaproponował, żeby kongres każdego roku odbywał się w innej diecezji  ale gdy doszło do nas, że następny
kongres miałby się u nas odbyć za 40 lat… pokiwaliśmy przecząco głową – mówi Renata Mickiewicz z sekretariatu kongresu. Za to ciekawą propozycją jest
pomysł,  by  co  drugi  rok  kongres  odbywał  sie  w  Świdnicy  a  co  drugi  w  innym  mieście  Polski.  Jednak,  by  do  takich  ustaleń  doszło  muszą  być  one
skonsultowane podczas ogólnego spotkania diecezjalnych duszpasterzy rodzin. Zatem? Następny kongres na pewno w Świdnicy.

ANKIETA PRAWDĘ CI POWIE

Organizatorzy pytali także o tematy, które warto podjąć za rok. Okazuje się, że większość propozycji dałoby się ująć w dwóch słowach: duch i ciało. –
Musimy nauczyć się piękna i dobra jakim jest nasza cielesność – pisze uczestniczka w anonimowej ankiecie. – Świat proponuje nam brudny i wyuzdany
seks i poniża małżeństwo, chcemy umocnienia! – dodaje.
Jedno    z  pytań  ankiety  sięga  głęboko  w  serce  i  pyta  o  najmocniejsze  przeżycia.  Dla  wielu  były  nim  wykłady  ks.  Dziewieckiego  i  pani  Gajdy.  Inni
zachwycali  się  gościnnością  w  świdnickich  rodzinach  albo  koncertem  Wołosów  i  Lasoniów.  Byli  i  tacy,  dla  których  największą  wartością  okazało  się
przezywanie kongresu we wspólnocie ludzi podobnie przeżywających swoje powołanie. 
Uczestnicy cenili sobie także obecność podczas kongresu biskupów: Ignacego i Adama oraz prezydenta miasta. 
Najwięcej utyskiwań było pod adresem konwersatoriów, które proponowały osiem tematów, jednak uczestnicy mogli wziąć udział jedynie w dwóch.
Podsumowaniem I Kongresu Małżeństw była Msza św. w katedrze. Przewodniczył jej abp Edward Nowak, który w słowie skierowanym do zebranych
podkreślił, że bł. Jan Paweł II był największym przyjacielem małżonków i rodziny w dziejach papiestwa.  

„Gość Niedzielny” nr 41/2011

 

background image

 

background image

REDAKCJA

ks. Roman Tomaszczuk

KOREKTA

Teresa Cora

PROJEKT OKŁADKI

Kamil Pawlik

ZDJĘCIE NA OKŁADCE

Krzysztof Urbaniak / imagostudio.co

PRZYGOTOWANIE DTP

Stanisław Mróz

WYDAWCA

Świdnicka Kuria Biskupia

ISBN 978-83-60663-66-0

OPRACOWANIE WERSJI ELEKTRONICZNEJ

Kamil Gąszowski

background image

SPIS TREŚCI

I OGÓLNOPOLSKI KONGRES MAŁŻEŃSTW
WSTĘP
PROGRAM
KONFERENCJE

AKT MAŁŻEŃSKI. ZNAK JEDNOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ
WARTOŚĆ MAŁŻEŃSTWA
DIALOG - DROGA DO PRAWDY; PRAWDA - ODKRYCIE BOGA
EROS I AGAPE – DWA KIERUNKI MIŁOŚCI
MAŁŻEŃSTWO: OSOBOWOŚĆ – DIALOG – SAKRAMENT
JAKA MIŁOŚĆ FUNDAMENTEM MAŁŻEŃSTWA I RODZINY?
MORALNE WYZWANIA MIŁOŚCI MAŁŻEŃSKIEJ

KONWERSATORIA

WSTRZEMIĘŹLIWOŚĆ OKRESOWA CZY ANTYKONCEPCJA PO KATOLICKU?
KOŚCIÓŁ W DOMU, CZY DOM KOŚCIOŁEM?
FEMINIZM A MĘŻCZYŹNI
DLACZEGO DUSZPASTERSTWO MAŁŻEŃSTW SAKRAMENTALNYCH?
JAK POMÓC OSOBIE W KRYZYSIE MAŁŻEŃSKIM?

PODSUMOWANIE

MIŁOŚĆ WIDZIANA OKIEM FILOZOFA
APEL DO PARLAMENTARZYSTÓW
ŚWIADECTWA
ZAKULISOWE WYZNANIA I KONGRESU MAŁŻEŃSTW.
CHCEMY WIĘCEJ!

KARTA REDAKCYJNA
SPIS TREŚCI


Document Outline