background image

Aleksander ŚCIBOR - Rylski

człowiek z Ŝelaza

background image

Nadzieja bywa, jeŜeli ktoś wierzy,

ś

e ziemia nie jest snem, lecz Ŝywym ciałem

I Ŝe wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.

A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,

Są niby ogród, kiedy stoisz w branie.

Wejść tam nie moŜna. Ale jest na pewno.

Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,

Jeszcze kwit nowy i gwiazdkę niejedną

W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.

Niektórzy mówią, Ŝe nas oko łudzi

I Ŝe nic nie ma, tylko się wydaje.

Ale ci właśnie nie mają nadziei.

Myślą, Ŝe kiedy człowiek się odwróci,

Cały świat za nim zaraz być przestaje

Jakby porwały go ręce złodziei.

Jesteśmy w studio nagrań Polskiego Radia na Myśliwieckiej. Na Sali przy 

mikrofonie aktorka. W kabinie za szkłem reŜyser programu, technik I, technik II oraz 

nasz bohater, redaktor Winkel.

REśYSER: Chce pani przesłuchać?

AKTORKA: Wolałabym.

REśYSER: Puść jej.

TECHNIK I: I tak nie ma czasu na poprawki.

REśYSER: No, to musi się jej podobać.

WINKEL: Najbardziej spodoba się cenzurze.

REśYSER: MoŜe nie zauwaŜą.

WINKEL: Miłosza?

REśYSER: Stary, mają masło na głowie. Tu strajk, tam strajk… Słyszałeś? 

Wczoraj stanęło WybrzeŜe.

WINKEL: A jutro ty staniesz z programem.

background image

TECHNIK I: Panie Winkel, zaraz pan wchodzi.

WINKEL: Ja zawsze wchodzę na czas.

TECHNIK I: Ale pan ma cztery baby na głowie. Trzeba je przygotować 

rozsadzić…

REśYSER: Myślisz, Ŝe mi to zdejmą?

WINKEL: Zdejmą ci razem ze skórą.

TECHNIK II: Musimy kończyć.

REśYSER: No, to dziękujemy pani.

AKTORKA: Nie rozumiem.

REśYSER: Studio nam się kończy. Nie mamy czasu.

AKTORKA: Co to znaczy „nie mamy czasu”?

TECHNIK I: Było bardzo fajnie, dziękujemy pani.

AKTORKA: Ale te ostatnie dwa wersy…

TECHNIK I: Strasznie nam przykro, ale nasz czas minął. (Do Winkla) Pan 

jeszcze tutaj?

Korytarz studia. Przy drzwiach do sali siedzą cztery panie w róŜnym wieku. 

Podbiega do nich Winkel i przysiada na brzeŜku wolnego krzesła.

WINKEL: Proszę pań, za chwilę będziemy mieli studio, więc przepowiedzmy 

sobie jeszcze raz, Ŝeby nam wyszło gładko i naturalnie. No więc tak, jak ustaliliśmy, 

panie jako przedstawicielki organizacji kobiecych, wyraŜają kolejno głęboki niesmak 

i zaniepokojenie z powodu tak zwanych nieuzasadnionych przerw w pracy. (Zwraca 

się do jednej z pań). Pani przedszkolanka z Elbląga pierwsza.

Króciutka konsternacja: widać, Ŝe Winkel pomylił swoje rozmówczynie. 

Wreszcie jedna z nich wyjaśnia sytuację.

PRZEDSZKOLANKA: To ja, proszę pana, ja jestem z Elbląga…

WINKEL: A tak, pani, oczywiście. Chodzi o te strajkujące autobusy.

PRZEDSZKOLANKA: Tak, pamiętam, co mam powiedzieć. śe jeszcze czuję 

te dwadzieścia kilometrów w nogach. I Ŝe nie rozumiem pracowników MPK. Moim 

obowiązkiem wobec rodzin dzieci, których ojcowie strajkują…

WINKEL: Ale tu jest napisane inaczej.

PRZEDSZKOLANKA: Przepraszam…Których ojcowie samowolnie 

przerwali pracę…No, więc moim obowiązkiem jest wezwać ich, no, wezwać…

WINKEL: Niech pani przeczyta spokojnie. No, nie denerwujmy się.

background image

PRZEDSZKOLANKA: Naszą przymusową sytuację wykorzystują kierowcy 

prywatnych samochodów, biorąc za podwiezienie 50 złotych.

WINKEL: Świństwo, nie? (Zwraca się do następnej z pań). A teraz o tych 

bananach. śe stoją w porcie statki…

PANI II: Tak, tak, wiem.

WINKEL: No, to proszę. W portach stoją nierozładowane statki z bananami i 

banany tam oczywiście gniją.

PANI II: Chodzi o to, Ŝe są to witaminy, a nasze dziecie…

TECHNIK II (podchodząc): Panie redaktorze, telefon do pana.

WINKEL: Chwileczkę. No, więc nasze dzieci…

PANI II: Są niedoŜywione, cierpią na awitaminozę.

WINKEL (wstając): No i doskonale.

PANI III: Ja jeszcze chciałam… coś od siebie. (Podnosi głos). My, kobiety 

polskie, apelujemy do was jako Ŝony i matki: zabierzcie się do pracy!

WINKEL: O, dziękuję, bardzo ładnie pani to ujęła.

PANI II: Ja bym jeszcze chciała dodać do tych bananów – o ich wartości 

odŜywczej…

TECHNIK II: Panie Winkel, to jest pilne.

WINKEL: Przepraszam.

Wracają obaj do kabiny. Technik I właśnie odkłada słuchawkę na widełki.

WINKEL: Co jest?

TECHNIK I: Chyba draka.

WINKEL: To znaczy?

TECHNIK I: Ma pan natychmiast stawić się u szefa.

WINKEL: Którego?

TECHNIK I: NajwyŜszego.

WINKEL: Wciurności…

TECHNIK I: Niech pan przed wyjściem zapłaci dług w bufecie.

WINKEL: Myśli pan, Ŝe moŜe być tak źle?

TECHNIK I: A pan nie myśli?

WINKEL (do reŜysera): Mundek, Mundek, błagam cię, zrób to za mnie, bo mi 

głowę urwą!

REśYSER: A ile masz tego długu?

WINKEL: Ach, nie, chodzi mi o te baby!

background image

REśYSER: TeŜ miałeś pomysł!

WINKEL: Ja? (Wzrusza ramionami). Kazali mi. Błagam cię!

REśYSER: Dobra, ale zrewanŜuję ci się w tej samej walucie.

WINKEL (do technika I): Kto dzwonił?

TECHNIK I: Za pięć minut będzie na dole czekał samochód.

WINKEL: Ale kto dzwonił?

TECHNIK I: Pierwszy zastępca.

WINKEL: Włos mi się jeŜy.

TECHNIK I: Niech pan poprosi którąś panią o grzebień.

WINKEL: Pierwszy zastępca… osobiście?

TECHNIK I: Niebieski Fiat 132. powodzenia.

W chwilę potem Winkel wybiega z gmachu. Przed bramą czeka juŜ 

perłowoniebieski samochód. Obok stoi antypatyczny blondyn w nienagannym 

garniturze.

BLONDYN: Pan Winkel?

WINKEL: Dostałem telefon…

BLONDYN: Proszę

WINKEL: Musiałem przerwać nagranie.

BLONDYN: Niech pan wsiada. Czekają na pana.

WINKEL (wsiadając): Czy pan się moŜe orientuje…

BLONDYN: Nie.

WINKEL: Przepraszam.

Po chwili są juŜ na szosie za miastem. Winkel przeciera spocone czoło. Widać, 

Ŝ

e ręce mu się trzęsą. Ukradkiem sięga do wewnętrznej kieszeni wiatrówki, wyjmuje 

płaską butelkę, odkręca metalową zakrętkę i przytyka szyjkę do ust. W tej chwili jego 

wzrok spotyka się w lusterku z uwaŜnym spojrzeniem blondyna.

WINKEL (speszony): Gardło mi nawala.

Tamten nie odpowiada. W milczeniu zajeŜdŜają przed fronton okazałego 

pałacu, ukrytego wśród drzew. Wchodzą do hallu. Przez uchylone drzwi widać duŜy 

pokój, urządzony z naleŜnym przepychem. W pokoju kilku panów po czterdziestce. 

Stolik z butelkami jak w angielskim filmie. Ściszona, wyraźnie zasadnicza rozmowa. 

Od grupy rozmawiających odrywa się szef. Wysoki, niedbały, o zmysłowych ustach. 

Podchodzi.

background image

BLONDYN: Pan Winkel.

SZEF: Nalej sobie i zaczekaj w hallu.

BLONDYN: Dziękuję, mam kłopoty z wątrobą.

SZEF: To sobie nie nalewaj, ale i tak zaczekaj.

Blondyn cofa się do przedsionka. Szef przygląda się Winklowi. Ten milczy z 

uszanowaniem.

SZEF: No, co się tak patrzycie?

WINKEL: Czekam na polecenia.

SZEF: Na jakie?

WINKEL: No, nie wiem.

SZEF: To skąd wiecie, Ŝe będą polecenia?

Winkel milczy stropiony. Szef odwraca się w stronę rozmawiających w głębi 

pokoju.

SZEF: Heniu, pozwól.

Z kryształową szklaneczką w ręku podchodzi masywny męŜczyzna o byczym 

karku.

SZEF: Przyjrzyj mu się. Ten?

I ZASTĘPCA: Ten.

SZEF: I co?

I ZASTĘPCA: Mówiłem ci. Budzi zaufanie.

SZEF: Powiedz coś o nim.

I ZASTĘPCA: No cóŜ, kiedyś był ambitny. Robił audycje o wypadkach 

grudniowych. Jedną mu nawet puścili… a moŜe dwie?

SZEF: A teraz?

I ZASTĘPCA: Teraz jest zdyscyplinowany.

SZEF: A co się lepiej opłaca?

I ZASTĘPCA: KaŜ sobie przysłać jego listę płacy.

SZEF( do Winkla): A co wy na to?

WINKEL: Nie narzekam, szefie.

SZEF: Kiepsko byłoby zostać na lodzie?

WINKEL: Zdaje mi się, Ŝe moja praca…

SZEF: Mnie nie obchodzi, co wam się zdaje. Daj mu coś do picia.

Tamten daje Winklowi własną szklaneczkę. Winkel z wysiłkiem powstrzymuje 

się, by nie wypić jej duszkiem.

background image

I ZASTĘPCA: Wypijcie zdrowie szefa. Drugiego takiego ze świecą szukać. 

Prawda?

WINKEL: Święta prawda.

SZEF: No, to załatw z nim, co trzeba.

Odwraca się i odchodzi. I zastępca wyjmuje z kieszeni grubą kopertę i rzuca ją 

na stolik, obok leŜącego tam miniaturowego magnetofonu.

I ZASTĘPCA: Tu są takie materiały, to pan sobie przejrzy. Sprzęt teŜ jest… i 

to wysokiej klasy. A tu są pieniądze.

Wyciąga z wewnętrznej kieszeni gruby plik banknotów.

I ZASTĘPCA: Pan to schowa, tu jest ładne parę złotych. A tu mi pan to 

wszystko podpisze. O tutaj.

Kładzie przed Winklem jakiś kwit i długopis.

WINKEL: Ale ja na razie… nie bardzo rozumiem…

I ZASTĘPCA: Zrozumie pan na miejscu.

WINKEL: To znaczy gdzie?

I ZASTĘPCA: Jak to gdzie? W Gdańsku! I niech pan pamięta, panie Winkel: 

wszystko zostało między nami. Jasne?

Dworzec w Gdańsku późnym wieczorem. Z warszawskiego pociągu wysiada 

Winkel, ciągnąc za sobą podróŜną torbę. Staje na środku peronu i rozgląda się 

niepewnie. Po chwili podchodzi do niego wysoki, barczysty męŜczyzna o mrocznej 

twarzy i pochmurnym spojrzeniu.

OGRODNIK: Pan Winkel? Przyjechałem po pana. Proszę tędy.

Bierze torbę Winkla i rusza w stronę wyjścia.

WINKEL: Przepraszam bardzo, czy pan…

OGRODNIK: Słucham?

WINKEL: Nie, nic…

W milczeniu odjeŜdŜają spod dworca.

Gabinet dyrektora Badeckiego w dobrym, przedwojennym niemieckim 

budownictwie. Gdańskie meble, bibeloty, mierne obrazy w kosztownych ramach. 

Telewizor podłączony do przenośnego magnetowidu. Migawkowe scenki, powielające 

wielokrotnie tę samą postać: młodego człowieka o zaciętej, chwilami wręcz 

zdesperowanej twarzy. Jest to Maciek Tomczyk, jeden z młodych przywódców 

background image

sierpniowego strajku w stoczni gdańskiej. Jego interlokutorem jest przedstawiciel 

telewizji francuskiej. Rozmowa toczy się przed kamerami TV, a jej tłem są fragmenty 

zamarłej stoczni.

REPORTER: Bonjour. Nos sommes sur la terre de chantier navale de Gdańsk. 

C’est le vingt aout mille neuf cent quatrevingts. C’est ce jeune home Maciej 

Tomczyk, qui a declanche la greve. Panie Tomczyk, proszę nam powiedzieć, w jaki 

sposób strjk się zaczął.

MACIEK: Strajk był przygotowany juŜ wcześniej przez grupę załoŜycielską 

wolnych związków zawodowych. Jak pan się domyśla, grupa ta musiała działać, jakby 

to powiedzieć nieoficjalnie…

REPORTER: Nielegalnie.

MACIEK: Zostańmy przy słowie „nieoficjalnie”. Byliśmy naraŜeni na liczne 

represje, ale udało nam się przetrwać. Ustaliliśmy, Ŝe ruszymy czternastego sierpnia. 

Tego dnia przyszliśmy tutaj wcześniej we trzech, dwóch chłopaków i ja. Mieliśmy 

przygotowane plakaty, siedem plakatów i ulotki. Było półtora tysiąca ulotek, no to ja 

wziąłem osiemset na siebie. Przyszedłem na oddział, przylepiłem plakat na oknie, 

rozrzuciłem ulotki w szatni i pytam chłopaków, czy ruszamy. A musi pan wiedzieć, Ŝe

całe wolne związki, to wtedy było kilka osób u nas i kilka na Śląsku – ale okazało się, 

Ŝ

e to wystarczy, bo cały kraj był juŜ gotów i czekał. To chłopcy mówią, Ŝe tak, Ŝe idą, 

bo zwolniono z pracy panią Anię. To właśnie było w naszych ulotkach i na plakatach; 

te nasze Ŝądania, czy jak się teraz mówi postulaty: przywrócenie do pracy pani Anny 

Walentynowicz, która razem z nami zakładała te tajne związki, podwyŜka 1000 

złotych i dodatek droŜyźniany. Jak pan widzi, zaczęło się od bardzo skromnych 

Ŝą

dań…Poszliśmy przez stocznię, a do nas dołączali się coraz nowi, aŜ wreszcie juŜ 

duŜym tłumem idziemy pod dyrekcję. Tu przylatuje do nas personalny i jeszcze inni z 

biura kadr i pytają: co tu się dzieje? Co wy robicie? A my mówimy: zaraz, 

chwileczkę, czekamy jeszcze na kogoś, kto ma przyjść, a potem będziemy gadać. A 

czekaliśmy na Lecha Wałęsę, który teŜ był zwolniony i musiał się jakoś przekraść, bo 

przez Ŝadną bramę by go nie puścili. Wreszcie patrzymy: jest Lechu, zasuwa przez 

płot. Za chwilę mieliśmy juŜ komitet strajkowy i tak to się zaczęło naprawdę…

Człowiek, który przywiózł Winkla, a którego wszyscy nazywają Ogrodnikiem – 

wyłącza magnetowid. Badecki, rozparty w fotelu za biurkiem, podnosi spoconą twarz. 

Jest to męŜczyzna po czterdziestce, mocno wyłysiały, niechlujny i widać, Ŝe cięŜko 

chory na serce – co chwilę brak mu tchu i wtedy cały sinieje, jakby miał zaraz skonać. 

background image

Ale małe, podkrąŜone oczy przez cały czas płoną mu nienawiścią.

BADECKI: To jest facet, który rozpoczął strajk w stoczni. Nazywa się Maciej 

Tomczyk, nawiasem mówiąc bękart, ale ze specyficznym rodowodem. Jego nieślubny 

ojciec strajkował w tej samej stoczni – dziesięć lat temu. Nawiasem mówiąc jakaś 

przypadkowa kula… Wiecie, jak to jest w czasie ulicznej strzelaniny. W kaŜdym razie 

mamy do czynienia z piękną kontrrewolucyjną tradycją.

Winkel siedzi na brzeŜku krzesła, po drugiej stronie biurka, trochę bokiem – 

tak, by mógł zerknąć na zmianę to w telewizor, to w twarz Badeckiego. Milczy; widać, 

Ŝ

e jest skonsternowany; wciąŜ jeszcze nie w pełni rozumie, po co został przysłany.

OGRODNIK: Chce pan zobaczyć jeszcze raz?

Dotyka palcem włącznika magnetowidu.

WINKEL: Nie, nie, dziękuję bardzo.

Bezmyślnie tasuje w rękach plik zdjęć i papierów, potem wsuwa je z powrotem 

do duŜej koperty i nieśmiało kładzie na biurku.

BADECKI: Co wy mi to oddajecie? No, przecieŜ to jest materiał wyjściowy 

do waszej dalszej pracy.

WINKEL: Słucham?

BADECKI: Do dalszej pracy.

WINKEL: Przepraszam, ale ja chyba niezupełnie rozumiem.

BADECKI: Więc ruszcie mózgiem. Kiedy to wszystko się zacznie i 

weźmiemy ich wszystkich za dupę…Tomczyka, oczywiście, takŜe… Powstanie 

obawa legendy. I my tę legendę będziemy musieli natychmiast rozwiać. KaŜdy z was 

dostał do obróbki któregoś z tych Robespierrów. Panu przypadł właśnie Tomczyk.

WINKEL: Naprawdę nie rozumiem, dlaczego mnie… Dlaczego akurat ja?

BADECKI: Z początku sam się zastanawiałem. A teraz myślę, Ŝe to był niezły 

pomysł; niezły pomysł, ja bym na to nigdy nie wpadł. Pan tu był dziesięć lat temu, 

zaraz po tych zamieszkach, prawda?

WINKEL: No, byłem; ale krótko.

BADECKI: I pisał pan słodkie reportaŜe dla tutejszej rozgłośni: o robotnikach 

i ich niezawinionej krzywdzie. Pisał pan?

WINKEL: Puścili mi tylko jeden, czy dwa; resztę zdjęli…

BADECKI: I miał pan potem, jakby to powiedzieć, pewne przykrości.

WINKEL: Nie warto o tym mówić.

BADECKI: A pan wie, kto pana wtedy wyciągnął?

background image

WINKEL: No nie, nie bardzo.

BADECKI: A to ja, widzi pan.

WINKEL: A nie, tego nie wiedziałem.

BADECKI: Pan mnie nie znał, a ja pana znałem. Dobre co?

Zanosi się rzęŜącym śmiechem, który przechodzi w atak duszności. Winkel 

zrywa się, ale nie wie jak mu pomóc. Po chwili Badecki przychodzi do siebie.

BADECKI: No, dobrze, juŜ dobrze. MoŜe pan pokwituje odbiór samochodu.

Popycha ku niemu jakiś bloczek i rzuca na biurko długopis. Winkel podpisuje. 

Badecki przyciąga bloczek do siebie i wrzuca go do szuflady.

BADECKI: No i jeszcze coś. MoŜe pan słyszał: Komitet Strajkowy zakazuje 

sprzedaŜy alkoholu. Na całym WybrzeŜu nie dostanie pan nawet kropelki; kompletna 

prohibicja. Ale my sobie jakoś poradzimy.

Wstaje i cięŜko podchodzi do olbrzymiego kontrabasu, stojącego w kącie. 

Obraca go; teraz widzimy, Ŝe rzekomy kontrabas jest po prostu podręcznym barkiem. 

Na kilku półeczkach, umieszczonych wewnątrz instrumentu, połyskują niezliczone 

butelki przednich trunków. Badecki bierze dwie butelki whisky i wraca z nimi do 

biurka. Jedną otwiera, drugą wręcza Winklowi.

BADECKI: Proszę, przyda się to panu.

WINKEL: Dziękuję.

BADECKI: Wydają te swoje zarządzenia, a nie pomyślą, Ŝe Polak z Polakiem 

na trzeźwo się nie dogada.

Nalewa whisky do dwóch szklaneczek, stojących na biurku.

BADECKI: Pan z wodą?

WINKEL: Raczej nie.

BADECKI: To dobrze, bo mogłaby być tylko woda z kranu; syfon pusty. A 

wracając do sprawy: widzi pan, Warszawa jest chora na uwiąd woli. Powkładali białe 

rękawiczki i próbują głaskać bestię po pysku. A w Gdańsku jest jeszcze gorzej: 

tutejsze czynniki zatraciły resztę instynktu państwowego. Idą strajkującym we 

wszystkim na rękę, a najchętniej padliby Komitetowi w ramiona. A przecieŜ jest jeden 

aksjomat niepodwaŜalny: Ŝe władzą nie moŜna dzielić się z nikim; a juŜ szczególnie z 

kontrrewolucją. Bo my musimy nazywać rzeczy po imieniu: to jest kontrrewolucja, 

panie Winkel i trzeba z nią walczyć tak, jak klasa robotnicza zawsze walczyła z 

kontrą.

WINKEL (zerkając łakomie na szklaneczkę z alkoholem): A co ze mnie za 

background image

klasa? Ja jestem po prostu mały człowiek z jeszcze mniejszym magnetofonem…

BADECKI: Pij pan, pij pan, po to nalałem. Swój swojego wyczuje przez 

skórę. A co do tej stoczniowej kontry? Pan nie jest sam, panie Winkel. Pan ma do 

wykonania tylko swój kawałek roboty. A takich jak pan jest więcej i kaŜdy teŜ ma do 

wykonania swój kawałek. JeŜeli kaŜdy z was się wywiąŜe z tego jak naleŜy…Tu nie 

ma wóz albo przewóz. JeŜeli my sami, panie, nie zrobimy z tym porządku, zrobią to 

za nas sojusznicy… tylko co Polsce z tego przyjdzie? I co przyjdzie nam wszystkim, 

prawdziwym patriotom i komunistom? Panie Winkel, Warszawie trzeba pomóc, 

trzeba jej udowodnić, Ŝe zawisło nad nami śmiertelne niebezpieczeństwo.

WINKEL: Ale jak, panie Badecki, jak pomóc, jak udowodnić?

BADECKI (unosząc się coraz bardziej): Trzeba ich wyprowadzić na ulicę! 

Tak jak dziesięć lat temu! Niech wylezą z tego swojego kurnika, niech palą urzędy i 

komitety, niech się biją z milicją, niech sami zdychają i zabijają naszych ludzi!

WINKEL: A jak nie wyjdą?

BADECKI (histerycznie): Wyjdą, wyjdą muszą wyjść! Tylko trzeba znaleźć 

jakiś pretekst! Trzeba ich sprowokować! I ten, kto to wymyśli, kto to zrobi, moŜe 

liczyć na kaŜdy awans i kaŜdą nagrodę! MoŜe liczyć na wszystko! JeŜeli na przykład 

pan… JeŜeli panu się uda… JeŜeli… To ja… to my…

Sinieje i łapie się za serce

WINKEL (do Ogrodnika): Niech pan dzwoni po pogotowie!

OGRODNIK: To nic takiego. Dyrektor często tak zapada od czasu jak przestał 

być dyrektorem…

Ciemną ulicą Gdańska jedzie Fiat 126p na światłach. Co pewien czas mija 

zaparkowane wozy milicyjne i wzmocnione patrole z bronią maszynową. We wnętrzu 

samochodu Ogrodnik i Winkel. Przez długi czas obaj milczą, tylko Winkel raz po raz 

ociera rękawem spocone czoło.

WINKEL: Wie pan, juŜ się bałem…

OGRODNIK: Pan?

WINKEL: To wyglądało okropnie.

OGRODNIK: A ja sobie myślałem, Ŝe pan jest bardzo odwaŜny człowiek.

WINKEL: Dlaczego?

OGRODNIK: Przyjechać tutaj, teraz? I z dobrej woli pchać palec między 

drzwi? A jak panu, nie daj BoŜe, przytrzasną?

background image

WINKEL: Mnie? SkądŜe znowu!

OGRODNIK: Nie? To znaczy, Ŝe pan po prostu robi zawsze co kaŜą.

WINKEL: Szarzy ludzie nie mogą wybierać.

OGRODNIK: Czasem mogą, mogą. Ale co tam, nie moja sprawa. Ja tylko 

myślę, Ŝe tu się niedługo zacznie. W razie czego proszę pamiętać, Ŝe pana 

ostrzegałem.

W milczeniu zajeŜdŜają przed hotel, który – w przeciwieństwie do całego 

miasta, jest rzęsiście oświetlony i pełen gwaru. Ogrodnik wyłącza silnik i bierze torbę 

Winkla.

OGRODNIK: Proszę za mną.

Obaj wchodzą do hallu, wypełnionego tłumem podnieconych dziennikarzy z 

Zachodu. Ogrodnik podchodzi do recepcji.

OGRODNIK: Dobry wieczór. Mieliśmy tu zarezerwowany pokój na nazwisko 

Winkel.

RECEPCJONISTA: Jak pan mówi?

OGRODNIK: Winkel.

RECEPCJONISTA (sprawdzając listę zamówień): Tak jest, zgadza się. 

Dowód pana proszę.

OGRODNIK: Dowód, proszę pana.

Winkel zaczyna przetrząsać kieszenie, potem wypatrosza niechlujnie 

załadowaną torbę. Widać, Ŝe pakował się w ostatniej chwili, wrzucając wszystko na 

łapu capu. Wreszcie w paczce pieniędzy, owiniętych gazetą, znajduje wytłuszczony i 

postrzępiony dowód osobisty. Podaje go Ogrodnikowi, a ten kładzie dokument na 

kontuarze.

RECEPCJONISTA: Tak, 1303.

Kładzie przed nimi klucz. Ogrodnik bierze go, jeszcze raz chwyta torbę Winkla 

i podchodzi z nią do windy. Tu stawia ją na posadzce, a z kieszeni wyciąga kluczyki i 

dowód rejestracyjny samochodu.

OGRODNIK: Gdyby co, to ma pan pełen bak. A przepustka jest w skrytce 

Fiata.

WINKEL: Nie rozumiem, gdyby co?

OGRODNIK: W nocy nic, ale jutro?... Dobranoc panu.

WINKEL (machinalnie): Dobranoc.

Ogrodnik odchodzi równym, obojętnym krokiem.

background image

Korytarz na trzynastym piętrze hotelu. Nadchodzi Winkel, ciągnąc torbę za 

jedno ucho po puszystym dywanie. Staje przed drzwiami z numerem 1303, otwiera je i 

zatrzymuje się niepewnie. W pokoju, na fotelu pod oknem siedzi jakiś młody, smukły 

męŜczyzna o pociągłej, nieruchomej twarzy. Winkel cofa się i jeszcze raz sprawdza 

numer na drzwiach.

WINKEL: Przepraszam bardzo, ale…

WIRSKI: Wszystko się zgadza. To jest pokój 1303, a pan nazywa się Winkel. 

Proszę wejść i zamknąć drzwi.

Winkel bardzo niepewnie wykonuje polecenie nieznanego męŜczyzny i 

zatrzymuje się zaraz za progiem.

WIRSKI: Co się tak patrzycie?

WINKEL: Przepraszam, ale ja…

WIRSKI: Nie będę się wam przedstawiał, Ŝe jestem z policji i jestem tutaj 

specjalistą od połykania gówna. Siadajcie.

Winkel zostawia torbę na podłodze i ostroŜnie przysiada, naprzeciw 

Wirskiego. Jest wyraźnie zmęczony niespodziankami, które spotykają go jedna po 

drugiej, a których istoty nie moŜe w pełni zrozumieć. Tamten obserwuje go z lekkim, 

troczę chłodnym uśmieszkiem.

WIRSKI: Władza to nie jest dobry wujek, jak się to paru towarzyszom na 

górze wydaje. Chcieli się kochać z narodem bez kłopotów, no i musiało się to kiedyś 

wreszcie zesrać.

Winkel milczy. Tamten dalej obserwuje go z tym samym uśmieszkiem i prawą 

ręką głaszcze pieszczotliwie błyszczącą teczkę, którą trzyma na kolanach. Potem bez 

pośpiechu wyjmuje mały kluczyk z kieszonki na piersiach i podciąga brzeg rękawa na 

lewej ręce. Dopiero teraz widzimy, Ŝe uchwyt teczki przypięty jest kajdankami do 

przegubu lewej ręki Wirskiego. Ten wprawnie, jednym ruchem rozpina kajdanki i 

wrzuca je do kieszeni. Potem otwiera teczkę, chwilę grzebie w wypełniających ją 

papierach i wreszcie wyciąga jeden plik, spięty grubym spinaczem.

WIRSKI: Tu macie tego Tomczyka i ludzi z jego kręgu. Jest w czym 

wybierać.

Z niejaką lubością przegląda papiery, spięte spinaczem.

WIRSKI: Maciej Tomczyk… Alkoholik, szpital psychiatryczny; tu macie 

rozpoznanie.

background image

Wyjmuje mały blankiecik i odczytuje go z pewnym trudem.

WIRSKI: Hipertensio arterialis labilis…

Podaje blankiecik Winklowi. Ten przebiega go wzrokiem i podnosi na 

Wirskiego zakłopotane spojrzenie.

WINKEL: Chodzi o to, Ŝe ma kłopoty z sercem i wątrobą…

WIRSKI (marszcząc się): Naprawdę?

WINKEL: Uczyłem się kiedyś łaciny…

WIRSKI: Co oni mi tu, kurwa, wetknęli?

Wyrywa Winklowi blankiecik, przygląda mu się jeszcze raz, ale teraz ze złością 

i chowa go do kieszeni.

WIRSKI: NiewaŜne. Czyny chuligańskie; o, niby robotnik, a matka ma willę 

w Zakopanem i utrzymuje go przez cały czas. O, widzicie? A tu, dalej: pobicie 

funkcjonariusza, handel walutą, naruszanie zasad współŜycia społecznego, 

zdemolowanie świetlicy w akademiku… A to jego Ŝona.

Podaje Winklowi niezbyt wyraźną fotografię, powiększoną z jakiegoś 

mniejszego zdjęcia.

WINKEL: A, ja ją znam.

WIRSKI: Tak? Jest teraz zatrzymana.

WINKEL: Tak? A nie, to znaczy – podobna jakaś…

WIRSKI: To ona, ona. Robiła film o tym Birkucie, przodowniku pracy. 

Nawiasem mówiąc to ojciec naszego Tomczyka. Dziesięć lat temu targnął się na 

władzę ludową i poniósł zasłuŜoną karę.

WINKEL: Podobno jakaś przypadkowa kula… w czasie tamtych zamieszek…

WIRSKI: A czy nie wszystko jedno?

WINKEL (szybko): Nie widziałem tego filmu.

WIRSKI: Bo go nie skończyła. W telewizji było wtedy paru przytomnych 

ludzi… Zresztą dziś takŜe są. Tu jest mój telefon.

Pisze na karteczce kilka cyfr i rzuca Winklowi na kolana.

WIRSKI: No, do środy przygotujcie mi taki scenariuszy… I Ŝeby tam było 

wszystko, co chcielibyście wykorzystać – oczywiście po zapoznaniu się z tym, jak to 

ładnie mówią dossier. Wybrane materiały skopiujemy sami na ksero. Zajmie nam to 

parę godzin. Jak pan będzie gotów, niech pan do mnie zadzwoni. Na początek 

proponuję, Ŝeby pan uciął z nią sobie małą rozmówkę.

WINKEL: Z kim?

background image

WIRSKI: No, z Ŝoną tego Tomczyka; to pana trochę zorientuje. Oczywiście 

dostanie pan przepustkę do naszego kibelka. Materiały przejrzyjcie, zaznaczcie, co 

was zainteresuje, no i uwaŜajcie na nie, bo jakby zginęły, broń BoŜe, to marny wasz 

los. Nikt się do was nie przyzna, a dzisiaj nie moŜna być niczyim człowiekiem. Tu 

podpiszcie.

WINKEL: Co?

WIRSKI: Podpiszcie, podpiszcie. I tutaj jeszcze. Przepustkę do nas kładę na 

stole. A na teren stoczni lepiej nie wchodźcie. Tam niestety kończy się juŜ nasza 

opieka.

Wstaje. Winkel wstaje równieŜ, zupełnie zdezorientowany.

WIRSKI (zerknąwszy na zegarek): A teraz posłuchajcie sobie syreniego głosu 

naszego pierwszego sekretarza. Od razu lepiej zrozumiecie, co mówiłem.

Włącza mu telewizor i wychodzi. Winkel dalej stoi jak sparaliŜowany i tylko z 

niedowierzaniem patrzy w drzwi, jakby podejrzewał, Ŝe ta cała rozmowa była jakimś 

dziwacznym snem. Tymczasem telewizor nagrzewa się i na jego ekranie ukazuje się 

twarz łysawego męŜczyzny w okularach. Jest to Tadeusz Fiszbach, I sekretarz 

Komitetu Wojewódzkiego w Gdańsku.

FISZBACH: Błędem byłoby sądzić, Ŝe strajk w Stoczni Gdańskiej, a następnie 

w kilkuset innych przedsiębiorstwach Trójmiasta był wynikiem działalności nielicznej 

grupy przedstawicieli sił antysocjalistycznych, Ŝe jego geneza, przebieg i cele wyrosły 

z podłoŜa oderwanego od klasy robotniczej lub wrogiego Polsce Ludowej. W toku 

strajku, mimo jego szerokiego zasięgu, nie ujawniły się w zorganizowanej postaci 

dąŜenia czy działania, które byłyby wymierzone we władzę ludową, w ustrojowe 

podstawy państwa lub system naszych sojuszy. Oceny tej nie moŜe zmienić jedno czy 

drugie przemówienie, wygłoszone przez osoby przybyłe z zewnątrz i reprezentujące 

kręgi dysydenckie, które w tym, co się dzieje, upatrywały szansę dla siebie, lecz 

spotykały się ze sprzeciwem klasy robotniczej.

Winkel powoli siada naprzeciw telewizora i kładzie na podłodze papiery, 

wręczone mu przez Wirskiego. Przemówienie Fiszbacha trwa nadal.

FISZBACH: Liczba załóg, przystępujących do strajku stale rosła, rozszerzała 

się solidarność strajkujących załóg. W odczuciu społeczeństwa Trójmiasta, w tym i 

organizacji partyjnych, tylko odpowiedzialny dialog moŜe doprowadzić do 

przezwycięŜenia impasu i podjęcia pracy przez strajkujących. Spośród politycznych 

ś

rodków naszego działania ten staje się obecnie najwaŜniejszym i moŜe się okazać 

background image

najbardziej skutecznym. Taki pogląd egzekutywa Komitetu Wojewódzkiego wyraŜała 

od początku wydarzeń i nadal konsekwentnie zmierza do jego realizacji.

Winkel kręci półprzytomnie głową, jak ktoś, kto bez reszty zagubił się w 

gąszczu sprzecznych racji, potem gasi telewizor, wyciąga z torby butelkę, ofiarowaną 

mu przez Badeckiego, odkręca ją i kieruje się do łazienki w poszukiwaniu jakiejś 

szklaneczki. Znajduje ją na porcelanowej półeczce nad umywalką, ogląda pod światło 

i postanawia ją jeszcze trochę przepłukać. Aby to zrobić, odstawia butelkę na brzeg 

umywalki, potem odkręca wodę i w tym samym momencie – zawadziwszy o butelkę 

rękawem, strąca ją na posadzkę z terrakoty. Rozlega się trzask i złocisty płyn rozlewa 

się po całej posadzce. Winkel przez sekundę stoi jak sparaliŜowany, potem chwyta 

ręcznik i zaczyna nim zgarniać alkohol z posadzki. Musi to robić ostroŜnie, aby nie 

pokaleczyć się o stłuczone szkło, większe jego kawałki wybiera palcami i odkłada, po 

czym stawia szklaneczkę na podłodze i próbuje wycisnąć do niej whisky z 

namoczonego ręcznika. Rezultat jest raczej Ŝałosny, do szklaneczki trafia zaledwie 

kilka łyków. Winkel podnosi ją do ust i powoli pije alkohol, wypluwając raz po raz 

pływające w nim szklane okruchy .Niestety, dawka jest skromna i zaraz się kończy. 

Winkel przygląda się pustej szklance z rozpaczą, a potem szybko odstawia ją na 

półeczkę; widać, Ŝe zaświtała mu nowa nadzieja czy raczej szansa ratunku.

Po paru minutach widzimy go w hotelowym barku, umieszczonym w 

gustownych podziemiach. Barek jest prawie pusty, tylko dwóch zagranicznych 

dziennikarzy siedzi na wysokich stołkach i bez przekonania pociąg coca-coę. Winkel 

usadawia się jak najdalej od nich i obdarza barmankę jak najsłodszym uśmiechem.

WINKEL: Dobry wieczór, kochaniutka. Flaszeczkę muszę skombinować, taka 

sytuacja, wie pani…

BARMANKA: Alkoholu nie podajemy.

WINKEL: Nie, ja rozumiem, alkoholu nie podajemy, ale taka cicha akcja – 

flaszeczkę do pokoju, raz, dwa i po wszystkim.

BARMANKA: Nic raz, dwa, proszę pana. Jest zakaz, to pan chyba wie.

WINKEL: Ja rozumiem, zakazy zakazami, ale tak dyskretnie… Cena nie gra 

roli.

BARMANKA: Mówię wyraźnie, jest zakaz.

WINKEL: Jaki zakaz, czyj zakaz?

BARMANKA: Jest zakaz Komitetu Strajkowego.

WINKEL: Ale proszę pani, co mnie obchodzi zakaz Komitetu Strajkowego, tu 

background image

nie stocznia, tu jest hotel! Pani nie obowiązują zarządzenia jakiegoś Komitetu!

BARMANKA: Co mnie obowiązuje to ja sama wiem i niech pan tu głupiego 

nie udaje, bo ja te numery znam na pamięć!

Pokój Winkla na trzynastym piętrze. Sam Winkel, zupełnie załamany, siedzi na 

fotelu ze zwieszoną głową. Potem podejmuje jakąś nagłą, niemal desperacką decyzję i 

chwyta za telefon.

GŁOS TELEFONISTKI: Dobry wieczór, centrala telefoniczna, słucham.

WINKEL: Dobry wieczór pani, chciałbym zamówić błyskawiczną z 

Warszawą.

GŁOS TELEFONISTKI: Przepraszam, pan chyba u nas od niedawna.

WINKEL: Nie rozumiem.

GŁOS TELEFONISTKI: Nie mamy połączenia z Ŝadnym miastem w Polsce.

WINKEL: Znowu blokada?

GŁOS TELEFONISTKI: Blokada, proszę pana. Ale moŜe się pan zdecyduje 

na telegram, ewentualnie teleks; powinien dojść.

WINKEL: Nie, to chyba nie… To nie na teleks… MoŜe pani tylko łaskawie 

zadzwoni do recepcji i powie, Ŝe odwołuję rezerwację i jutro wyjeŜdŜam.

GŁOS TELEFONISTKI: Oczywiście, dobranoc panu.

WINKEL (głucho): Dobranoc.

Odkłada słuchawkę i apatycznie podchodzi do okna. Otwiera je; na dworze 

noc, nie słychać normalnego ruchu ulicznego, tylko gdzieś z daleka, od strony stoczni, 

dobiega chóralna pieśń „Serdeczna matko, opiekunko ludzi…”

Wczesny ranek. Ulicą biegnącą w stronę stoczni nadchodzi Winkel. Zanurza 

się w coraz gęstszy tłum, wreszcie musi się zatrzymać. Dokoła niego twarze pełne 

troski i niepokoju, inne znów ścięte wzburzeniem i bólem.

Winkel musi wspiąć się wysoko na palce, aby zobaczyć bramę stoczni, całą w 

kwiatach, przyozdobioną wizerunkiem Matki Boskiej i portretem Ojca Świętego. Za 

bramą młodzi robotnicy ze StraŜy Porządkowej, z biało-czerwonymi opaskami na 

rękawach, a głębiej grupy stoczniowców w drelichach i ochronnych kaskach na 

głowach. Nagle przez tłum przechodzi jakiś szum, coś w rodzaju zbiorowego szlochu i 

zbite szeregi zaczynają osuwać się na kolana. Winkel przyklęka z opóźnieniem i 

dlatego przez sekundę widzi wyraźnie, jak kilku milczących ludzi w stoczniowych 

kaskach wysuwa się z uchylonej bramy. Nad nimi unosi się wilki drewniany krzyŜ. Ci, 

background image

którzy go niosą, osadzają krzyŜ we wcześniej wykopanym dole, zasypują, umacniają i 

stają przed nim na baczność.

Na wózku elektrycznym za kratą bramy pojawia się niemłoda, zniszczona 

kobieta i podnosi rękę na znak, Ŝe chce przemówić. Towarzyszy jej kilku ludzi, 

członków Komitetu Strajkowego, a wśród nich znany juŜ Winklowi ze zdjęć Maciek 

Tomczyk. Ten ostatni podaje kobiecie mikrofon.

ANNA HULEWICZ: Wiecie, czyją pamięć chcemy uczcić tym krzyŜem. 

Wiecie, co się tutaj stało, pod tą bramą w grudniu 1970 roku. Za tych, którzy pierwsi 

polegli w grudniowej masakrze odmówmy „Wieczny odpoczynek”. W imię Ojca i 

Syna i Ducha Świętego amen. Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a Światłość 

Wiekuist niechaj im świeci na wieki wieków amen…

Tysiące ust powtarzają z nią słowa modlitwy za umarłych, a chociaŜ czynią to 

półgłosem, ich modlitwa zaczyna huczeć jak nadchodząca burza. Powtarza się to – 

zgodnie z obowiązującym obrządkiem – trzy razy. Gdy modlitwa się kończy, straŜ 

stoczniowa spod krzyŜa robi w prawo zwrot i cięŜkim krokiem wraca za bramę. W tej 

chwili nad tłumem pojawia się helikopter, zatacza kilka małych kręgów, aŜ wreszcie 

zatrzymuje się wprost nad bramą. Z helikoptera spływa w dół deszcz ulotek.

Widząc to Maciek wchodzi na wózek elektryczny, bierze z rąk Anny mikrofon i 

zwraca się do tłumu przed bramą.

MACIEK: Kochani, nie podnoście tego, nie czytajcie. Nam nie potrzebne ich 

kłamstwa z powietrza. Oni muszą sami tu przyjść i wysłuchać naszych postulatów. A 

te śmiecie pozbiera nasza StraŜ Porządkowa.

Winkel przygląda mu się z rosnącą uwagą, jeszcze nie całkiem pewien, kogo 

widzi. W tej chwili stojący obok człowiek nachyla mu się do ucha.

DZIDEK: Nie wytrzyma.

Winkel ogląda się na niego przez ramię. Widzi trzydziestoletniego męŜczyznę o 

sympatycznej i skądś juŜ znajomej mu twarzy.

WINKEL: Słucham?

DZIDEK: Mówię, Ŝe nie wytrzyma. Inni moŜe wytrzymają – on nie. To 

nerwus, proszę pana.

WINKEL: O kim pan mówi?

DZIDEK: O nim. O Maćku.

WINKEL: To jest Maciek? Maciek Tomczyk?

DZIDEK: Pan go nie zna?

background image

WINKEL: Nie.

DZIDEK: Tutaj wszyscy go znają.

Tymczasem Maciek, jakby wyczuwając nastrój tłumu, ponownie podnosi 

mikrofon do ust.

MACIEK: Kochani, wiem, Ŝe się niepokoicie, co będzie. Rozumiem was. Ale 

chcę wam powiedzieć jedno: jesteśmy silni. Nasz Międzyzakładowy Komitet 

Strajkowy z Lechem Wałęsą na czele reprezentuje juŜ większość zakładów 

Trójmiasta, strajkujących razem z nami. Razem z nami strajkuje teŜ Szczecin i Elbląg. 

Kochani, nie jesteśmy sami, cała Polska patrzy na nas. W tej chwili władze nie chcą z 

nami rozmawiać, to prawda. Ale będą musiały. I prędzej czy później zaczną. A my 

wytrzymamy. Wytrzymamy, kochani, wytrzymamy.

OKRZYK Z TŁUMU: A jak was zaatakują?

MACIEK: Myślę, Ŝe tego nie zrobią. Nie robimy nic złego, utrzymujemy 

porządek, dbamy o sprzęt i materiał, i po prostu czekamy. Ale w razie czego… 

Wiecie, co powiedział nasz przewodniczący: jeŜeli będą strzelać, wyjdę pierwszy. A 

jeŜeli będą nas wyciągać, wyjdę ostatni. My wszyscy z Komitetu zrobimy to, co on. 

Tyle wam mogę obiecać.

Zeskakuje z wózka i znika Winklowi z oczu. Ten znowu obraca twarz w stronę 

stojącego obok i uśmiechającego się z odrobiną goryczy człowieka.

WINKEL: Pan mnie zna?

DZIDEK: A pan nie pamięta?

WINKEL: Nie bardzo.

DZIDEK: Kiedyś mi pan pomógł… dziesięć lat temu. Załatwił mi pan kontakt 

z rozgłośnią.

WINKEL: Dzidek.

DZIDEK: Zgadza się, panie redaktorze.

WINKEL: No i co? Został pan w rozgłośni?

DZIDEK: O tyle o ile.

WINKEL: Nie słychać pana na antenie.

DZIDEK: A nie, nie. Ja jestem technikiem. Konserwuję sprzęt w miejscowej 

telewizji.

WINKEL: I jak?

DZIDEK: Mało sprzętu, mało roboty. A pan?

WINKEL: Pieprzę głodne kawałki w Warszawie.

background image

DZIDEK: JeŜeli takie, jak wtedy… tutaj…

WINKEL: Nie te czasy, panie Dzidku.

DZIDEK: Nie wiem, nigdy potem pana nie słyszałem. Zresztą nie słucham 

naszego radia. Mam za słabe nerwy.

WINKEL: A skąd pan zna Tomczyka?

DZIDEK: Studiowaliśmy razem… do czasu.

WINKEL: Do jakiego?

DZIDEK: Opowiem panu, jak pan przyjdzie na kawę.

WINKEL: Właściwie… to nie mam teraz nic do roboty.

DZIDEK: To chodźmy.

Za chwilę widzimy ich w pustej uliczce, na tle ceglastego muru, ozdobionego 

olbrzymim napisem PRASA KŁAMIE.

Mała kabina projekcyjna w gdańskim ośrodku telewizyjnym. Dzidek przewija 

kolejne rolki taśmy. Winkel popija kawę z fusami, parzoną w szklance.

DZIDEK: śal mi ich, wie pan… tych ze stoczni. Kupa fantastów. Znowu chcą 

się narawać. Tylko Ŝe teraz będzie gorzej.

WINKEL: Ma pan dobrą kawę.

DZIDEK: „Maxwell” od marynarzy. Jak teraz puszczą czołgi na robotników, 

to nie skończy się na sześciuset trupach.

WINKEL: MoŜe nie puszczą. Wie pan, kłopoty z ropą. Dwadzieścia sześć 

dolarów baryłak.

DZIDEK: Pan wtedy fajnie pisał o stoczni, pamiętam. Ale w czasie samych 

wypadków to pana tu nie było, prawda?

WINKEL: Nie. Przyjechałem juŜ po wszystkim. Po zmianie kierownictwa i w 

ogóle… Wydawało mi się, Ŝe juŜ nigdy… A, co tam.

DZIDEK: Puszczę coś panu, chce pan? Dla przypomnienia tamtych czasów. 

Właśnie to wygrzebałem dla mojego pryncypała.

Mówiąc to, zakłada na projektor niewielką rolkę, po czym uruchamia 

projekcję. Ukazują się na ekranie materiały archiwalne z roku 1970.

Płonący gmach komitetu Partii.

Tyraliera milicjantów w bojowym rynsztunku atakuje tłum.

Tłum cofa się w głąb szerokiej alei.

Milicjanci rzucają przed siebie granaty z gazem. Biała chmura rozpościera się 

background image

nad jezdnią.

Z tłumu wybiegają pojedynczy męŜczyźni, podnoszą dymiące granaty i 

odrzucają z powrotem w stronę milicji.

Inna ulica, tym razem wyludniona. Z głębi kadru nadciągają czołgi i 

transportery opancerzone. Pojedyncze wozy ustawiają się na chodnikach, inne mijają 

kamerę, ukrytą w oknie piwnicy.

Zamknięta brama stoczni. Za nią szeregi milczących, zdecydowanych na 

wszystko robotników.

Czołgi, czołgi. Miasto pełne Ŝelaza.

Napis na murze: NIE CHCEMY MORDU, A OBNIśKI CEN.

ś

ołnierze z bronią gotową do strzału patrolują miasto.

Zdjęcie gdzieś z góry, z okna albo balkonu: grupa milicjantów i Ŝołnierzy, 

otaczająca zatrzymanego chłopaka w cywilu. Milicjant w hełmie podnosi pałkę i kilka 

razy z rozmachem bije chłopaka w głowę. Chłopak chwieje się, ale nie upada; moŜe 

boi się, Ŝe zostanie skopany. Milicjant znowu bije go w głowę. Tamten nawet się nie 

zasłania: chyba jest półprzytomny od bicia. Moment przerwy; milicjant wyciąga 

wolną rękę, chłopak z trudem wyjmuje dokumenty. Milicjant bierze je, przegląda i bez 

Ŝ

adnego powodu znowu uderza chłopca w głowę. Jeden z wojskowych próbuje go 

powstrzymać. Milicjant na moment spuszcza pałkę, ale potem znowu bierze zamach i 

wali chłopaka w głowę.

DZIDEK (kończąc projekcję): To się powinno puszczać w kółko i w kółko… 

wszystkim robotnikom w Polsce. śeby nie mieli złudzeń. Bo teraz jest tak: albo ich 

trzeba rozwalić, albo uznać. To co, myśli pan, Ŝe władza pójdzie na to drugie? Wolne 

związki zawodowe, prawo do strajku? A co z partyjnym monopolem od Ŝłobka do 

nagrobka?

WINKEL: Zawsze jeszcze zostanie monopol spirytusowy.

DZIDEK (wyłączając projektor): Przypomniał mi pan. Gdzieś tu coś mam, 

jakąś resztkę. Dziabniemy?

WINKEL (kryjąc radość): Po maluchu.

DZIDEK: Niech pan korzysta. To ostatnia wódka w tym mieście – nie 

wiadomo, na jak długo. Trochę ciepła, nie?

WINKEL: Byliście z Tomczykiem na jednym roku?

DZIDEK: Ciepła, aŜ otrząsa. Na roku nie; ale mieszkaliśmy razem w 

akademiku, w jednym pokoju. CięŜki był.

background image

WINKEL: NiekoleŜeński?

DZIDEK: Dlaczego? KoleŜeński. Tylko cholernie zamknięty w sobie. 

Zwłaszcza od czasu strajków studenckich w sześćdziesiątym ósmym.

WINKEL: PrzeŜył to.

DZIDEK: Na własnej dupie, jak kaŜdy. Ja byłem siny od pałowania przez 

miesiąc. Ale tu chodziło o coś innego. No, jeszcze zostało trochę. To jeszcze raz po 

maluchu.

Winkel wzrusza ramionami jakby mu to było obojętne; ale napełniony kieliszek 

wypija jednym haustem. Na jego twarzy pojawia się skrywany wyraz ulgi.

WINKEL: Rzeczywiście ciepła. A o co chodziło?

DZIDEK: O ojca, panie redaktorze. Bo on tu miał ojca, w tej samej stoczni. 

Nieślubnego, jakby to powiedzieć. Syn Tomczyk, a ojciec Birkut. No, właśnie. Ten 

ojciec był kiedyś głośny, a potem cichy. Odwrotnie niŜ Maciek. I coś się między nimi 

nie układało.

WINKEL: Na tle tej nieślubności?

DZIDEK: E, panie redaktorze! PrzecieŜ mamy dwudziesty wiek! Nie, to była 

inna historia. Wszyscy mieliśmy Ŝal do robotników, Ŝe wtedy, w marcu 68 nie poszli 

z nami. A juŜ Maciek, rozumie pan… Byliśmy nawet u niego, próbowaliśmy go 

skruszyć…

Pochmurny, marcowy dzień. Na podwórze czynszowej kamienicy wybiegają 

Dzidek i Maciek. Są zdyszani, spoceni, a równocześnie jakby natchnieni.

Z ulicy dobiega zbliŜające się wycie syren. Obaj przyciskają się do muru, 

czekają. Wycie syren mija bramę i oddala się.

Tamci dwaj wbiegają do oficyny.

Mała, byle jak urządzona izdebka. Na środku stoi Birkut, mocno postarzały od 

czasu, gdy ostatni raz widzieliśmy go w „Człowieku z marmuru”. Patrzy w milczeniu 

na wbiegających, jakby ich oczekiwał i z góry wiedział, po co przyjdą.

MACIEK: Ojciec, zaczęło się!

BIRKUT: Wytrzyj nogi.

MACIEK: Zaczęło się, nie słyszysz?

BIRKUT: Nie, Maciek. Kiedy naprawdę się zacznie, ja ci powiem pierwszy.

MACIEK: Tata, cała Polska…

DZIDEK: Czekaj, ja powiem. Panie Birkut, wszystkie uczelnie… 

background image

MACIEK: Tata, musisz ruszyć stocznię! Musicie nas poprzeć!

DZIDEK: Wszystkie uczelnie…

BIRKUT: Wiem.

DZIDEK: Straszny kocioł był, ale nas nie capnęli. Wpadliśmy tylko do pana i 

zaraz lecimy na polibudę!

BIRKUT: Ty moŜesz iść, gdzie chcesz. Maciek zastanie.

MACIEK: Tata!

BIRKUT: Uspokój się.

MACIEK: Rozpędzają nas pałkami!

BIRKUT: I rozpędzą.

MACIEK: Dzidek, pokaŜ mu plecy! PokaŜ mu!

BIRKUT: Daj spokój, ja teŜ kiedyś miałem takie plecy.

MACIEK: MoŜe za mało dostałeś!

DZIDEK: I nie wyciągnął pan wniosków?

BIRKUT: Wyciągnąłem.

DZIDEK: Jakie? śeby siedzieć na dupie?

MACIEK: Nie pójdziesz?

BIRKUT: Powiedziałem ci, uspokój się!

DZIDEK: Panie Birkut, my próbujemy coś zmienić, próbujemy…

BIRKUT: To za was próbują. Chcą się przetasować tam, na górze, w 

kierownictwie. Jednych wciągnąć, drugich wypieprzyć. Robią to waszymi rękami, a 

wy idziecie jak barany.

DZIDEK: Tak? To bardzo wygodne: wszędzie widzieć spisek, prowokację! To 

pozwala umyć od wszystkiego ręce!

MACIEK: Dzidek, to nie ma sensu, widzisz!

DZIDEK: Dobrze. MoŜe tak jest, jak pan mówi. Ale gdyby robotnicy, gdyby 

całe WybrzeŜe, gdyby teraz wyszli ze stoczni… Rozumie pan?

MACIEK: Daj spokój, Dzidek! Do kogo to mówisz!

BIRKUT: Bezpieka pozwoliła wam zacząć i bezpieka to skończy. Robotników 

do tego nie mieszajcie.

DZIDEK: Nie pójdą?

BIRKUT: Pójdą – jak będzie czas.

MACIEK: Przestań!

DZIDEK: A pan wie, kiedy to będzie?

background image

BIRKUT: śadne kłamstwo wiecznie się nie utrzyma. A wy nie dajcie się 

wciągać w jakieś przepychani.

DZIDEK: To nie są przepychani, to jest nasze Ŝycie!

MACIEK: A skąd wiesz, Ŝe to nie teraz? Skąd masz pewność? Boisz się, po 

prostu się boisz! Przyznaj się do tego! Gówno was to wszystko obchodzi! Macie 

gdzieś prawdziwą Polskę! To przez was jest tak, jak jest! Przez takich jak ty!

BIRKUT: Maciek, dosyć! Słyszysz? Opanuj się!

Wymierza mu policzek, jak histeryczce, którą trzeba wyrwać z transu.

BIRKUT: Jak się naprawdę zacznie, to pójdziemy razem. Nie teraz.

MACIEK: Nigdy, słyszysz? Nigdy! Nigdy nie pójdziemy razem! Koniec z 

nami, ojciec! Koniec!

Znów kabina projekcyjna. Dziadek zdenerwowany, przejęty. Winkel w 

zamyśleniu pochylony nad szklanką.

DZIDEK: I od tego dnia Maciek go skreślił. No, skreślił go, rozumie pan. A w 

dwa lata później, jak stocznia wyszła na ulicę, to myśmy powiedzieli: „teraz idźcie 

sami!” Nawet przechodzili koło naszego akademika i nawoływali. Ale teraz my 

byliśmy twardzi…

Pokój akademicki, kilku młodych ludzi przy oknie, między nimi Dzidek. Na 

łóŜku nieruchomy, pełen desperacji Maciek. Atmosfera napięta do granic 

wytrzymałości, powietrze gęste od dymu.

Za oknem zgiełk: to przed gmachem przeciągają stoczniowcy. Niektórzy niosą 

hasła, wypisane na dykcie, inni powiewają biało-czerwonymi sztandarami. Kilku 

zatrzymuje się na przeciwległym chodniku. Wśród nich jest Birkut.

BIRKUT: Studenci, przyszedł czas! Całe WybrzeŜe mówi dzisiaj dość! To jest 

sprawa wszystkich Polaków, was i nas! Wasi koledzy siedzą jeszcze w więzieniach po 

łapankach marca 68 roku! Macie szansę uwolnić ich razem z nami! Wtedy zrobiliśmy 

błąd i zostaliście sami! Teraz wy nie powtórzcie tego błędu! Wszystko zmienimy, 

jeŜeli pójdziemy wszyscy razem. Powodzenie naszej manifestacji zaleŜy od nas 

samych. Dość ucisku, przemocy i kłamstw! Dość krzywdy! Dziś zbieramy się, by 

wspólnie walczyć o ludzkie prawa! Studenci, do was mówię: czy pójdziecie z nami 

ramię w ramię?...

Ale z okien akademika, zamkniętych na głucho, nie pada Ŝadna odpowiedź.

background image

Kabina projekcyjna. Dzidek, coraz bardziej wzburzony i Winkel, pogrąŜony w 

coraz głębszej zadumie.

DZIDEK: Wszyscy byliśmy jak obłąkani, a Maciek to juŜ w ogóle… Ale nie 

wyszliśmy, wie pan. Nie wyszliśmy.

WINKEL: Wiem, Ŝe nie wyszliście.

DZIDEK: No, nie wyszliśmy.

WINKEL: MoŜe to i dobrze.

DZIDEK: W pewnym sensie… Ale ja tego długo nie mogłem zapomnieć.

WINKEL: Pan to pamięta do dziś.

DZIDEK: Wszystko jedno. No więc siedzieliśmy tak i siedzieliśmy… a miasto 

huczało od strzałów… i wiadomości przychodziły coraz gorsze…

Ten sam pokój w domu akademickim, co poprzednio, teraz niemal ciemny od 

dymu papierosów. Z daleka dobiega warkot czołgów, odgłosy strzelaniny, wycie 

syren.

Nagle, bardzo gwałtownie otwierają się drzwi. Staje w nich Anna Hulewicz. 

Twarz ma zakrwawioną i czarną od sadzy, a włosy rozburzone.

Wszyscy obracają się ku niej, tylko Maciek dalej leŜy nieruchomo na łóŜku, z 

twarzą  wtuloną między poduszkę i ścianę.

ANNA (zdławionym głosem): Maciek, wstawaj…

Milczenie.

ANNA: Maciek, ojca zabili.

Maciek jeszcze chwilę leŜy bez ruchu, potem powoli, jakby z niedowierzaniem 

odwraca ku niej głowę. Anna powoli podchodzi do okna, opiera się o futrynę, po jej 

policzkach zaczynają spływać łzy.

Maciek wreszcie siada na łóŜku, potem wstaje. Twarz ma ściętą bólem i grozą.

MACIEK: Gdzie on teraz jest?

ANNA: Został tam.

MACIEK: Nie mogliście…

ANNA: Nie mogliśmy. Tam juŜ są czołgi.

MACIEK: Trzeba go zabrać.

ANNA: Nie przejdziemy.

DZIDEK: Niech pani pokaŜe gdzie.

Anna przez moment stoi niezdecydowanie. Potem z nagłą determinacją 

background image

podchodzi do Maćka.

ANNA: Szalik, zimno jest.

Zakłada mu na szyję szalik i poprawia kołnierz kurtki. Nagle Maciek pada jej 

w ramiona, kryjąc twarz przed nią i przed kolegami, a całym jego ciałem wstrząsa 

spazmatyczny dygot.

W chwilę potem widzimy ich troje – Dzidka, Annę i Maćka na ulicy, 

przedzierających się przez coraz gęstszy, nerwowy, a zarazem groźnie milczący tłum. 

Wreszcie utykają: nie moŜna juŜ zrobić ani kroku. Nagle tłum zaczyna falować, część 

ludzi klęka, męŜczyźni w milczeniu zdejmują z głów czapki i kapelusze.

Ś

rodkiem jezdni, obstawionej przez wozy milicyjne, ciągnie Ŝałobny pochód. 

Otwiera go sześciu chłopców z miejscowego liceum. Na ramionach niosą skrzydło 

drzwi, wyjęte z jakiejś futryny. Na drzwiach, przykryte biało-czerwonym sztandarem 

ze śladami świeŜej krwi, leŜą zwłoki ich zastrzelonego kolegi.

Z radiotelefonu w którymś z wozów milicyjnych płyną strzępki meldunków i 

rozkazów, nadawanych przez rozsiane po mieście patrole.

GŁOSY MILICJANTÓW: … tłum niesie zabitego, niesie zabitego. Na czele 

jest sztandar. Tak, biało-czerwony… Ta grupa, z tymi flagami, co niosą zabitego, jest 

juŜ na Świętojańskiej. Na czele idzie młodzieŜ, akademicka, albo szkolna. Idą dalej w 

kierunku prezydium. Tego, co niosą, to niosą od Gdyni-Stoczni… Słuchaj, jest druga 

grupa, cała młodzieŜowa, która ma umazany sztandar, prawdopodobnie w szmince 

czy w czymś i napis „KREW DZIECI”. Chodzi mi o tę grupę z tym trupem. Jest pod 

prezydium juŜ. Chodzi o to, Ŝeby go odebrać, bo straszne wraŜenie, wraŜenie robi. 

PrzekaŜ tam, Ŝe mają tego trupa sprzątnąć… Tam, przy szpitalu miejskim, gdzie 

wjeŜdŜają karetki, zbiera się tłum i naleŜałoby to rozproszyć… Dobra, zrozumiałem.

Wiadukt przy Dworcu Gdynia-Stocznia, gdzie rozegrała się największa 

tragedia grudniowych dni, gdzie z czołgów i helikopterów padły strzały do ludzi, 

ś

pieszących o świcie do pracy – śpieszących do pracy na radiowe wezwanie 

przedstawiciela Biura Politycznego, przybyłego specjalnie z Warszawy. Po wiadukcie 

przetaczają się jeszcze fale gazu łzawiącego, uŜytego niedawno przez milicję do 

rozpędzania tłumów. Pod wiaduktem, przysłonięte częściowo siwym oparem – czołgi, 

transportery opancerzone i otwarte wozy terenowe milicji i wojska. Kręcą się między 

nimi Ŝołnierze i milicjanci w bojowych hełmach; widać, Ŝe uprzątają świeŜo zdobyty 

teren.

background image

Po wiadukcie, kuląc się i przypadając do stalowych kratownic zbliŜają się 

Maciek, Dzidek i Anna. Kiedy dym rzednie, przyklękają na moment w bezruchu.

MACIEK: Gdzie on jest?

Anna wygląda w dół przez siatkę, rozpiętą między kratownicami wiaduktu.

ANNA: Zabrali.

MACIEK: Jak to zabrali?

ANNA: Zabrali ojca. JuŜ go tam nie ma.

MACIEK: To gdzie był?

ANNA: Na dole, przy krawęŜniku.

MACIEK: Gdzie? Z której strony? Tu czy tam?

ANNA: Przy krawęŜniku.

MACIEK: Gdzie dokładnie?

ANNA: Przy prawym…

Maciek przykleja twarz do siatki, wpatrując się w chorobliwym podnieceniu w 

grupę oprawców, krzątających się pod wiaduktem. Kilku milicjantów prowadzi 

właśnie grupę zatrzymanych męŜczyzn do „suki”, czyli ambulansu, uŜywanego do 

przewozu więźniów. Po drodze biją ich pałkami gdzie popadnie: po głowie, karkach, 

ramionach i uniesionych rozpaczliwie rękach. Ale ani na jezdni, ani na chodnikach 

nie widać juŜ zwłok ludzi zabitych w czasie porannej masakry.

MACIEK: Dokładnie tutaj? Przy słupie? A nie pod mostem, pod spodem? 

Nie?

ANNA: Nie.

DZIDEK: Maciek, Maciek!

MACIEK: Czekaj.

DZIDEK: Nie ma go tam.

MACIEK: Daj mi spokój!

DZIDEK: Chodź. Nie moŜesz tam zejść, będą strzelać…

MACIEK: Muszę go stamtąd zabrać… MoŜe leŜy pod spodem.

DZIDEK: Nikogo tam juŜ nie ma. Potem go odszukamy.

MACIEK: A skąd wiesz, Ŝe nie ma?

Nie pozwala się odciągnąć od siatki, przywarty do niej kurczowo, 

półprzytomny, niemal martwy z rozpaczy.

Ś

wietlica domu akademickiego, wypełniona po brzegi. Poprzez głowy i 

background image

ramiona obecnych widać ekran telewizora, a w nim twarz Edwarda Gierka, nowego 

sekretarza Partii. Słowa jego rozlegają się w napiętej ciszy, nie zmąconej nawet 

najmniejszym szelestem.

SPIKER: Wystąpi nowo wybrany na dzisiejszym plenarnym posiedzeniu I 

sekretarz KC PZPR Edward Gierek.

GIEREK: Towarzysze i obywatele, rodacy. W dniu dzisiejszym Komitet 

Centralny PZPR powierzył mi obowiązki I sekretarza. Zwracam się więc do was w 

imieniu Partii; zwracam się z apelem do wszystkich polskich robotników, do 

wszystkich ludzi pracy: wyciągnijmy razem wnioski z bolesnych doświadczeń 

ostatniego tygodnia. Zwracam się zwłaszcza do was, metalowcy i górnicy, hutnicy, 

włókniarze i budowlani…

MACIEK: Nie, nie, nie, nie chcę!

Wszyscy oglądają się w jego stronę. Maciek stoi w głębi, przy samych 

drzwiach oparty plecami o ścianę i dygoce jak człowiek w pierwszej fazie napadu 

epilepsji.

GIEREK: W całym kraju konieczny jest porządek…

MACIEK: Nie chcę, nie, nie, nie chcę!

Przepycha się do przodu, wyrywa spod kogoś krzesło i jednym strasznym 

uderzeniem rozbija telewizor, wykrzykując dalej jakieś nieartykułowane słowa 

protestu. Dzidek i drugi z chłopców, nazwiskiem Kryska, wywlekają go z sali.

W chwilę później dwaj pielęgniarze Pogotowia Ratunkowego prowadzą do 

karetki Maćka, spętanego w kaftanie bezpieczeństwa. Maciek wyrywa się, ale jego 

wysiłki są daremne: pielęgniarze delikatnie, ale bezbłędnie wykonują swoje zadanie. 

Towarzyszą im Dzidek z Kryską, bezskutecznie próbujący uspokoić rozszalałego 

przyjaciela.

KRYSKA: Stary, zrozum, on to naprawdę dobrze wykombinował…

MACIEK: A ja się nie zgadzam!

KRYSKA: Maciek, nie rozumiesz, Ŝe to moŜe być jedyny ratunek?

MACIEK: Zostaw, odpieprz się ode mnie! Słyszysz? No!...

Znika wraz z jednym z pielęgniarzy w karetce. Drugi zatrzaskuje za nimi tylne 

drzwi i wskakuje do szoferki. Kierowca włącza syrenę i błękitny migacz na dachu; 

karetka z wyciem rusza.

W tej chwili na podwórze zajeŜdŜa radiowóz milicyjny, z którego ocięŜałym, 

złowróŜbnym krokiem wychodzi dwóch barczystych funkcjonariuszy.

background image

MILICJANT: Gdzie jest ten ptaszek?

DZIDEK: Wie pan, wszystko juŜ załatwione. Kolega dostał napadu padaczki. 

Właśnie zabrało go pogotowie.

MILICJANT: Mieliśmy meldunek o wystąpieniu antypaństwowym.

DZIDEK: Człowiek zachorował, po prostu. Wie pan, to się zdarza.

MILICJANT: Sprawdzimy.

Obaj funkcjonariusze nie śpiesząc się zawracają do radiowozu.

Szpital psychiatryczny. Zamknięty murami ogródek, oglądany z wysoka, z 

któregoś ze szpitalnych okien. Po zdeptanym śniegu krąŜy apatycznie Maciek w 

jesionce, narzuconej na szlafrok. Robi kilka kroków wzdłuŜ muru w jedną stronę, 

zawraca i bezmyślnie rusza z powrotem. W dyŜurce na piętrze Dzidek i lekarka – 

ordynator szpitala.

W głębi młoda pielęgniarka.

DZIDEK: Czy pani zdaniem moŜna go dzisiaj wypisać?

LEKARKA: Pan wie, Ŝe moŜna go było… Dziękuję siostro, proszę to połoŜyć 

na biurku. śe moŜna go było wypisać juŜ na drugi dzień po przybyciu tutaj.

DZIDEK: No, był w szoku.

LEKARKA: JeŜeli panowie uwaŜacie, Ŝe tak jest bezpieczniej, to był.

DZIDEK: Dziękuję.

LEKARKA: Niepotrzebnie, Ŝyję w tym samym kraju i nie jestem ślepa ani 

głucha. Czy pan uwaŜa, Ŝe niebezpieczeństwo juŜ minęło?

DZIDEK: To zaleŜy, co pani napisze w zaświadczeniu.

LEKARKA: My nie wydajemy zaświadczeń, tylko karty informacyjne 

leczenia szpitalnego. Karta pańskiego przyjaciela jest gotowa.

DZIDEK: Z jakim rozpoznaniem?

LEKARKA: Hypertensio arterialis labilis, myodegeneratio cordis hypertonica 

et corona rigenes in stadio suffiticientiae circulat, hepatis virilis, collica renalis in 

anamnesi.

DZIDEK: Czy moŜe pani powiedzieć to po polsku?

LEKARKA: A po co? Przechowaliśmy go tak długo, jak panowie chcieli. To 

chyba wystarczy. A tu jest spis leków, które powinien zaŜywać. No i recepty.

DZIDEK: Przepraszam, myślałem… Czy Maciek poza tym… Czy on 

naprawdę jest chory?

background image

LEKARKA: Kiedy pacjent jest u nas przez dwa tygodnie, czujemy się w 

obowiązku przeprowadzić wszystkie podstawowe badania. Z punktu widzenia 

współczesnej psychiatrii panu Tomczykowi nic nie dolega – a przynajmniej nic 

więcej, niŜ trzydziestu milionom pozostałych obywateli PRL. Natomiast ma kłopoty z 

wątrobą i sercem. Będzie musiał na siebie uwaŜać.

DZIDEK: Nie wiem czy potrafi.

LEKARKA: W takim razie jego kłopoty się powiększą. Czy coś jeszcze?

DZIDEK: Właściwie nic… tylko jedno pytanie: dlaczego pani doktor… 

dlaczego pani wiedząc o tym wszystkim…

LEKARKA: To nie ma nic do rzeczy. Ale jeŜeli pan chce wiedzieć? Dwa lata 

temu mój syn kierował jednym ze strajków studenckich. Zaraz potem został powołany 

do wojska, mimo Ŝe miał bardzo powaŜną wadę krąŜenia. Utonął w czasie stawiania 

mostu pontonowego na pewnej niewielkiej rzeczce. A teraz proszę pójść po swojego 

kolegę.

Wieloosobowa sala szpitalna. Na jednym z łóŜek, juŜ ubrany do wyjścia, siedzi 

Maciek. Obok niego na białym, wkręcanym stołeczku Dzidek.

MACIEK: Masz dla mnie przepustkę?

DZIDEK: Oczywiście.

MACIEK: To ją połóŜ tu, na stoliku.

DZIDEK: Po co? PrzecieŜ wyjdziemy razem.

MACIEK: PołóŜ ją tu i uciekaj.

DZIDEK: Nie rozumiem.

MACIEK: Nie musisz. Po prostu połóŜ tu przepustkę i zamknij drzwi za sobą.

DZIDEK: Zwariowałeś? Na dole czeka taksówka, pojedziemy sobie jak 

panowie, a w akademiku juŜ się szykuje bankiet na twoją cześć: parówki z chrzanem, 

ptysie i cała bateria półlitrówek.

MACIEK: Jeszcze nie kapujesz? Po prostu: nie wrócę do was, nie wrócę do 

akademika i nie wrócę na studia.

DZIDEK: Jak to nie wrócisz? A co będziesz robił?

MACIEK: Nic, będę pracował.

DZIDEK: A jaki to ma sens?

MACIEK: A jaki sens mają studia? Dla mnie w tej chwili Ŝadnego. Bo co, 

zostanę inŜynierem i będzie mi gorzej.

DZIDEK: A dlaczego ma ci być gorzej?

background image

MACIEK: Bo będę miał więcej do stracenia.

DZIDEK: Chcesz się umartwiać? Coś w rodzaju pokuty.

MACIEK: Nie. Chcę być wolny.

DZIDEK: Po co?

MACIEK: śeby móc wybierać. Chciałbym zrozumieć, co mój ojciec do mnie 

mówił i co zrobił.

DZIDEK: Czy to jest egzaltacja, czy teŜ naprawdę masz źle w głowie? śycie 

sobie zmarnujesz!

MACIEK: To moŜe później. Na razie mam do ciebie prośbę.

DZIDEK: No mów, ja wszystko zrobię.

MACIEK: To się odpierdol.

Kabina projekcyjna. Winkel i Dzidek.

WINKEL: No i co? Odpierdolił się pan?

DZIDEK: Papierosy mi się skończyły. Nie ma pan?

WINKEL: Takie tam. Dostałem wczoraj od pewnego strasznego dziadunia, 

który marzy tylko o jednym: jak by tu wywabić robotników na ulicę… A tu wolno 

palić?

DZIDEK: Formalnie nie wolno, ale taśma jest niepalna. A co do Maćka? 

Widzi pan, on zniknął. Nawet po swoje rzeczy nie przyszedł do akademika; zresztą 

duŜo nie miał.

WINKEL: A gdzie się podział?

DZIDEK: Nie wiem. Kiedy się zjawił, chyba po roku, w ogóle nie odezwał się 

do mnie, zresztą do Ŝadnego z nas. Raz tylko spotkaliśmy się przypadkiem…

Wiadukt nad torami kolejowymi. W dole stocznia; dalej, na morzu, kadłuby 

wykańczanych statków.

Na środku wiaduktu spotykają się Dzidek i Maciek; pierwszy w nowej, modnej 

kurteczce na misiu, drugi w waciaku.

DZIDEK: Maciek? Cześć!

MACIEK: Cześć.

DZIDEK: No? Co u ciebie?

MACIEK: W porządku. W stoczni pracuję.

DZIDEK: Tutaj?

background image

MACIEK: Tu.

DZIDEK: Od dawna?

MACIEK: E, nie. W wojsku byłem.

DZIDEK: To się długo nie nasłuŜyłeś.

MACIEK: Coś mi zdrowie zaczęło nawalać, to puścili.

DZIDEK: Pani doktor…

MACIEK: … mówiła, Ŝe mam systematycznie brać leki.

DZIDEK: Ale nie brałeś.

MACIEK: Zawsze byłeś domyślny. A co u ciebie?

DZIDEK: No, co; dyplom zrobiłem. Kryska teŜ. Pamiętasz Kryskę?

MACIEK: A jak mam nie pamiętać? Obaj Ŝeście mnie wtedy wsadzili do 

wariatkowa. A ty pracujesz gdzieś?

DZIDEK: Tak się trochę zaczepiłem tu, przy rozgłośni.

MACIEK: I opiewasz sukcesy Partii?

DZIDEK: No, poprawiło się, sam powiedz.

MACIEK: A jak, na przykład, opiewasz?

DZIDEK: Puść sobie wieczorem radio, to posłuchasz; w programie lokalnym, 

oczywiście.

MACIEK: A własnymi słowami moŜesz?

DZIDEK: Co tam własnymi słowami; mogę ci przeczytać, chcesz? (Wyjmuje z 

kieszeni kartkę). „W pierwszą rocznicę objęcia przez Was funkcji I sekretarza 

Komitetu Centralnego PZPR serdecznie pozdrawia oraz szczere Ŝyczenia pomyślności 

w tej zaszczytnej i zarazem odpowiedzialnej pracy przesyła Wam…

MACIEK: Młody inŜynier.

DZIDEK: No, nie. Po prostu załoga. Sam rozumiesz.

MACIEK: Rozumiem. Daj to.

Zabiera Dzidkowi kartkę i zaczepia ją o guzik jego wiatrówki.

DZIDEK: Co ty, co ty wyprawiasz?

MACIEK: Tu to noś, tak, cześć.

Kabina projekcyjna. Dzidek i Winkel.

WINKEL: A on sam dyplomu nie zrobił?

DZIDEK: A skąd. Zaciągnął się na niewykwalifikowanego, potem został 

brygadzistą czy majstrem, nie pamiętam; a potem go wylali.

background image

WINKEL (częstując go następnym papierosem): Za grzechy ojca?

DZIDEK: Dziękuję, za mocne dla mnie. A co do ojca? Nie, chyba nie. Inne 

nazwisko, stocznia teŜ inna. To musiało być coś innego. No, ale nie wiem, nie wiem. 

Straciliśmy się z oczu – zupełnie. A dlaczego pan ciągle pyta o niego?

WINKEL: No, wie pan, jeden z przywódców największego strajku w Polsce… 

Pierwszy raz go dzisiaj widziałem. I jedno nie pasuje mi do drugiego. Próbuję to jakoś 

skleić.

DZIDEK (z nagłą podejrzliwością): Po co?

WINKEL: No, tak; z ciekawości.

DZIDEK (z rezerwą): Aha, aha, rozumiem… No, ale ja przepraszam, mam tu 

jeszcze trochę roboty.

WINKEL: Nie, to ja przepraszam. Zagadaliśmy się.

DZIDEK: Właśnie.

WINKEL: Jeszcze tylko jedna prośba: czy mogę stąd zadzwonić do hotelu?

DZIDEK: Proszę, tam jest telefon.

Odchodzi w głąb kabiny i zajmuje się swoją robotą. Winkel podchodzi do 

aparatu i dostrzega stojącą obok niedokończoną butelkę wódki. Nakręca numer, a 

potem – czekając na połączenie – ogląda się chyłkiem na Dzidka i szybko opróŜnia 

butelkę do dna.

GŁOS RECEPCJONISTY: Tu hotel, słucham.

WINKEL: Mówi redaktor Winkel z Polskiego Radia. Chciałbym prosić o 

przedłuŜenie mojej rezerwacji.

GŁOS RECEPCJONISTY: Rozumiem, Ŝe pan zostaje.

WINKEL: Zostaję.

Brama stoczni, jak zawsze umajona kwitami. Przed wkopanym obok niej 

krzyŜem płoną znicze. Ulica nieodmiennie zapchana ludźmi; przewaŜają stare i młode 

kobiety, niektóre z dziećmi. Przy wejściu na portiernię stoi Winkel, oczekujący na 

ewentualną przepustkę. W drzwiach portierni robotnik ze StraŜy Porządkowej wylewa 

na chodnik wódkę, którą próbował przemycić do środka ktoś z wchodzących. Winkel 

obserwuje to z wyrazem najwyŜszej dezaprobaty.

W tej chwili podchodzi do niego inny robotnik z opaską na ramieniu i zwraca 

mu legitymację prasową.

PORZĄDKOWY: Przewodniczący się nie zgadza, dopóki Radio i Telewizja 

background image

nie przestanie kłamać.

WINKEL: Ale zaraz, zaraz! Ja nie odpowiadam za Radiokomitet, ja 

odpowiadam za siebie samego! No, ludzie, zrozumcie!

PORZĄDKOWY: Jak powiecie prawdę o strajku, wtedy będziecie mogli 

wejść.

Odwraca się i odchodzi w głąb portierni.

Winkel z niesmakiem chowa legitymację i powoli wsuwa się w tłum, 

zgromadzony przy ogrodzeniu.

Z mierną ciekawością przygląda się kobietom, przyklejonym do krat i 

nawołującym widocznych w głębi robotników. Niektóre wręczają im tobołki z 

Ŝ

ywnością i ciepła odzieŜą, inne przekazują listy od chorych i niesprawnych, którzy 

sami nie mogli przybyć pod stocznię.

Nad wszystkim unosi się gardłowy głos człowieka, obsługującego radiowęzeł.

GŁOS Z RADIOWĘZŁA: Kolega Jan Piekutowski… Powtarzam kolega Jan 

Piekutowski. Proszę podejść do bramy numer dwa; oczekuje was Ŝona z córką. 

Kolega Zdzisław Gawron, powtarzam: kolega Zdzisław Gawron, przyszła do was 

mama. Kolega Eugeniusz Bąk, powtarzam, kolega Eugeniusz Bąk, na portierni są dla 

was listy i paczka…

Uwagę Winkla zwraca niemłoda kobieta, pertraktująca tuŜ obok – takŜe 

poprzez kratę – z bardzo młodym przedstawicielem StraŜy Porządkowej. Mimo woli – 

a moŜe z profesjonalnego nawyku? – zaczyna się przysłuchiwać ich rozmowie.

PORZĄDKOWY: Kolega Tomczyk nie moŜe teraz podejść, bardzo mi 

przykro.

MATKA: Ale powiedział mu pan, Ŝe tu jestem?

PORZĄDKOWY: Oczywiście, proszę pani.

MATKA: I Ŝe przychodzę tu trzeci dzień?

PORZĄDKOWY: Oni tam obradują dzień i noc.

MATKA: No, to wpuście mnie chociaŜ na chwilę!

PORZĄDKOWY: Nie mogę, proszę pani, naprawdę nie mogę.

MATKA: PrzecieŜ jestem matką Maćka! Matką!

PORZĄDKOWY: Rodzin nie wpuszczamy, proszę pani.

MATKA: Jestem jego matką, nie słyszy pan? Chyba mam prawo!

PORZĄDKOWY: Niech pani popatrzy, ile tu matek… Nie moŜemy.

Kłania się powściągliwie i odchodzi wzdłuŜ kraty, przez którą wyciągają się 

background image

ku niemu ręce z listami i paczuszkami.

GŁOS MAĆKA (przez megafony): Podaję kolejny komunikat 

Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Wiemy, Ŝe na WybrzeŜu jest delegat 

rządu. Wiemy, Ŝe próbuje prowadzić odrębne pertraktacje z niektórymi załogami. 

Powtarzamy: komitety strajkowe poszczególnych zakładów nie powinny prowadzić 

Ŝ

adnych rozmów z władzami, których przedmiotem byłyby nasze wspólne postulaty. 

Wzywaliśmy i nadal wzywamy rzecznika rządowego do podjęcia rozmów z MKS-em. 

Opóźnienie chwili podjęcia tych rozmów jest podcinaniem własnych korzeni. Byliśmy

gotowi do podjęcia tych rozmów juŜ w sobotę, pięć dni temu. MKS zrzesza juŜ 253 

zakład. Poparła nas Politechnika Gdańska oraz Opera i Filharmonia. MKS jest 

jedynym gwarantem spełnienia robotniczych Ŝądań przez rząd PRL. Bądźcie 

cierpliwi, a my wytrzymamy!

MATKA: To on! Mówi przez radio, a do mnie podejść nie moŜe!

Winkel przepycha się do niej i dotyka jej ramienia. Matka Tomczyka reaguje 

dopiero po chwili i odrywa twarz od kraty.

WINKEL: Pani Tomczyk?

MATKA: Noszę inne nazwisko, ale jestem jego matką.

WINKEL: Jestem z radia. MoŜe wyjdziemy z tego tłoku?

MATKA: Pan mógłby mi coś pomóc?

WINKEL: Nie wiem. Najpierw musiałbym z panią porozmawiać.

MATKA: Dobrze.

Wysuwają się z tłumu w miejsce, gdzie ludzi jest mniej i rozmawiać moŜna 

swobodniej. Kobieta jest zdenerwowana, bliska histerii.

MATKA: Boję się o niego, proszę pana. Strasznie się boję. Wszyscy mówią, 

Ŝ

e tam będzie masakra.

WINKEL: Niech się pani uspokoi!

MATKA: A jak pan myśli? Będą zdobywać stocznię?

WINKEL: Na razie jest cisza.

MATKA: Mateusz był taki sam. TeŜ okropnie uparty.

WINKEL: Mateusz to pan Birkut?

MATKA: Jego ojciec. Jak sobie coś wbił do głowy… I Maciek tak samo… 

Wie pan, on przez dwadzieścia pięć lat u mnie nie był, nie napisał… Nie mógł mi 

darować tej sprawy z ojcem – Ŝe odeszłam… i Ŝe wyszłam za mąŜ za kogo innego.

WINKEL: I od tego czasu go panie nie widziała? Nie pomagała mu pani?

background image

MATKA: Nie, najpierw próbowałam, ale listy wracały – nie otwarte, wie pan. 

Pieniędzy nie brał, w ogóle nic ode mnie nie chciał. KaŜdy by w końcu przestał; 

przyzwyczaiłam się, Ŝe nie mam syna, ale teraz, proszę pana, kiedy on jest w takim 

niebezpieczeństwie?... Ja juŜ nic nie chcę, tylko Ŝeby Ŝył, bo oni go zabiją, zabiją go, 

tak jak ojca, zabiją go…

WINKEL: MoŜe pójdziemy gdzieś na kawę, porozmawiamy bardziej 

szczegółowo…

MATKA: Nie, proszę pana. Muszę wracać pod bramę. MoŜe on mnie jednak 

zawoła?

Odwraca się i ze spuszczoną głową zanurza się z powrotem w tłumie pod 

stocznią.

Recepcja hotelu. Coraz większy natłok zachodnich dziennikarzy, wszędzie 

kręcą się reporterzy, obwieszeni sprzętem radiowym i telewizyjnym. Francuzi, 

Japończycy, Amerykanie… Wszyscy podnieceni, ruchliwi, Ŝądni nowych sensacji i 

wymieniający je nawzajem między sobą. Winkel, lawirując między nimi, próbuje 

przemknąć się do windy, ale juŜ na ostatnich metrach zastępuje mu drogę znajomy 

dziennikarz z Warszawy – tęgawy, podłysiały z naręczem papierów w ręku.

DZIENNIKARZ: Panie kolego, moŜe pan pozwoli na chwileczkę. Wie pan, 

organizujemy takie oświadczenie w imieniu naszego środowiska, moŜe pan zechce się 

przyłączyć.

WINKEL: Chodzi o podpis? Bo jeŜeli juŜ mam coś podpisywać, to wolałbym 

znać treść.

DZIENNIKARZ: A nie, no oczywiście. Ja panu przeczytam: „My polscy 

dziennikarze obecni na WybrzeŜu Gdańskim w czasie strajku oświadczamy, Ŝe wiele 

informacji dotychczas publikowanych, a przede wszystkim sposób ich publikowania 

nie odpowiada istocie zachodzących tu wydarzeń. Taki stan rzeczy sprzyja 

dezinformacji. Istniejąca blokada telekomunikacyjna oraz brak moŜliwości 

publikowania materiałów, przedstawiających prawdziwy obraz sytuacji dotyka nas 

boleśnie i uniemoŜliwia uczciwe wypełnianie obowiązków zawodowych”. Tak. No, 

widzi pan, dla większości ludzi jesteśmy zwykli skurwiele i kłamcy. Chodzi o ten 

prosty gest.

WINKEL (zakłopotany): Nie, to w sumie jest fajne… Ale wydaje mi się 

troszeczkę takie mętnawe…

DZIENNIKARZ: A dlaczego pan uwaŜa, Ŝe mętnawe?

background image

WINKEL: Nie, no wie pan, jest moda, Ŝeby ciągle coś podpisywać, nie, 

dziękuję, przepraszam.

DZIENNIKARZ: No cóŜ, rozumiem, Ŝe pan moŜe mieć takie czy inne 

powody, przepraszam.

Chce odejść, ale tym razem Winkel – przestraszony, Ŝe mógłby się znaleźć 

poza ramami społeczności prasowej – przytrzymuje go.

WINKEL: Nie, nie, momencik. Pan mnie źle zrozumiał. Po prostu zagoniony 

jestem, ktoś na mnie czeka i w ogóle, tak… Niech pan to pokaŜe… Nie, no sporo jest 

tych podpisów.

DZIENNIKARZ: Myślę, Ŝe będzie więcej.

WINKEL: śebyśmy się dobrze zrozumieli: jeŜeli mam coś podpisywać, to 

lubię wiedzieć z kim i za co. Tak, pewnie Ŝe podpiszę.

Bierze listę i długopis i oparłszy papier o ścianę, podpisuje się moŜliwie mało 

czytelnie.

DZIENNIKARZ (podając mu kopię): Jeszcze tutaj.

WINKEL: Proszę bardzo.

DZIENNIKARZ: I jeszcze raz.

WINKEL (powściągając zniecierpliwienie): Dobra. A teraz lecę; muszę się 

przebrać. Mają mnie przeszwarcować na konferencję z delegatem rządu.

Wielka sala zebrań, wypełniona po brzegi komunistycznym aktywem szczebla 

wojewódzkiego. W głębi, na wpół ukryty za kolumną, Winkel. Na mównicy delegat z 

Warszawy.

DELEGAT: Postawię sprawę jasno: do komitetów strajkowych weszły 

elementy antysocjalistyczne, przechwyciły kierownictwo strajkami i wysunęły wrogie 

hasła polityczne. Podstawowe z tych haseł to: utworzenie wolnych związków 

zawodowych, likwidacja kontroli prasy i widowisk oraz uwolnienie rzekomych 

więźniów politycznych. śądania te mają jeden cel: stworzenie przyczółków, bądź 

całkowitej swobody dla działalności antysocjalistycznej, wymierzonej w 

najŜywotniejsze interesy klasy robotniczej i państwa. Towarzyszą temu akty 

zastraszenia i terroru wobec tych, którzy się przeciwstawiają i kwestionują słuszność 

wysuwanych Ŝądań. Niepokoje w Gdańsku i Gdyni juŜ ośmieliły 

zachodnioniemieckich odwetowców, którzy nie kryją się z wydawaniem oświadczeń, 

Ŝ

e wydarzenie te są wodą na ich rewizjonistyczny młyn. Dlatego musimy powtórzyć 

background image

jeszcze raz i to z całą mocą: my władzy nie oddamy i władzą nie będziemy się dzielić. 

A kontrrewolucji potrafimy zagrodzić drogę.

Znikoma mniejszość obecnych obdarza go oklaskami. Reszta siedzi 

nieporuszona i milcząca.

Miejscowy ośrodek radiowo – telewizyjny. Przy konsolecie Dzidek; porządkuje 

bieŜące materiały. Wchodzi Winkel – źle ogolony, niewyspany i w ogóle bez humoru.

WINKEL: Pan mnie szukał, panie Dzidku.

DZIDEK: Tak, ale jeszcze moment. Chciałem pana z kimś poznać. Z kimś 

interesującym – szczególnie dla pana.

WINKEL: A co to ma jeszcze za sens. Jutro, pojutrze zostanie tutaj mokra 

plama.

DZIDEK: E, to byłaby wojna domowa.

WINKEL: E, przy dzisiejszych środkach? Godzina masakry i po wszystkim.

DZIDEL: Stocznia nie jest sama, kochany.

WINKEL: Wszyscy wszędzie się zmęczą i wtedy… Słuchałem niedawno 

delegata z Warszawy.

DZIDEK: JuŜ go nie ma.

WINKEL: Jak to nie ma?

DZIDEK: Odwołali go. Ma przyjechać ktoś inny.

WINKELL: Kto?

DZIDEK: Mówią, Ŝe Jasielski.

WINKEL: Myśli pan, Ŝe będzie lepszy?

DZIDEK: Myślę, Ŝe przyjedzie z nowymi pełnomocnictwami.

WINKEL: Przyjedzie i pojedzie. Ja juŜ panie Dzidku wysiadam.

DZIDEK: Puszczę panu kawałek wywiadu z naszym miejscowym sekretarzem 

KW.

FISZBACH (z ekranu): Sytuacja społeczno – polityczna nie uległa 

zasadniczym zmianom. Trwa dalej napięta dezorganizacja Ŝycia społeczno – 

gospodarczego. W dalszym ciągu coraz bardziej upowszechnia się pytanie: kto i kiedy 

zakończy nieodpowiednią sytuację. Dlaczego nie wyciąga się konsekwencji w 

stosunku do tych, którzy ją spowodowali? Krytykuje się wystąpienia delegata z 

Warszawy na spotkaniu z naszym aktywem, a szczególnie naświetlenie przez niego 

podmiotu i przedmioty władzy. Coraz bardziej upowszechnia się w społeczeństwie 

background image

przekonanie o potrzebie podjęcia konkretnych rozmów z MKS-em. Powszechnie 

wśród członków partii istnieje przekonanie, Ŝe czas najwyŜszy skończyć tę 

skomplikowaną i niebezpieczną sytuację polityczną…

Dzidek wyłącza aparaturę i podnosi wzrok na Winkla.

DZIDEK: To nie jest głos samego Fiszbacha. To jest stanowisko całej 

egzekutywy wojewódzkiej. Widzi pan, w samej partii teŜ idzie walka na śmierć i 

Ŝ

ycie. Więc jest nadzieja.

WINKEL: A tam, nadzieja. Z kim chciał mnie pan poznać?

DZIDEK: A ma pan tu swój wóz? To pojedziemy.

Mały Fiat, wypoŜyczony Winklowi przez Badeckiego, ciągnie wyludnionymi 

alejami Trójmiasta. Winkel prowadzi, Dzidek wskazuje mu drogę.

DZIDEK: Teraz w lewo.

WINKEL: A czy ta osoba…

DZIDEK: Tu wszyscy mówią na nią po prostu stara Hulewiczowa. To matka 

Anny Hulewicz z Komitetu Strajkowego. Annę pan widział pod stocznią, wtedy, 

kiedy stawiali krzyŜ. To ona odmawiała „wieczny odpoczynek”, pamięta pan.

WINKEL: A po co mi jej matka?

DZIDEK: Ona duŜo widziała.

WINKEL: Tu kaŜdy duŜo widział i co z tego?

DZIDEK: Myślałem Ŝe kaŜdy rasowy dziennikarz…

WINKEL: Ja nie jestem rasowy , panie Dzidku. Ja jestem kundel. A zresztą – 

czy coś zaleŜy ode mnie? Wszystko zaleŜy od mojego szefa i od szefów mojego szefa. 

PrzecieŜ to oni robią program, nie ja.

DZIDEK: Sami nie robią.

WINKEL: Tylko bez nauk moralnych, dobra?

DZIDEK: Stara była kiedyś w samym oku cyklonu, tak jak teraz jej córka. 

Nieciekawe?

WINKEL: Nie. Ja nie lubię katastrof Ŝywiołowych.

Małe, skromne mieszkanko w przedwojennym czynszowym budownictwie. Za 

stołem stara, schorowana kobieta o twarzy, przypominającej ludowe świątki. 

Naprzeciw niej Winkel; w kąciku, cofnięty dyskretnie Dzidek. Na razie są tylko we 

troje, ale w trakcie sceny pokój zacznie się zapełniać gronem innych starych, 

background image

milczących kobiet, które co dnia schodzą się tutaj na wspólną modlitwę za 

pomyślność strajkujących stoczniowców.

STARA: No, Ŝeby to było w siedemdziesiątym roku, to by mnie pan tutaj nie 

zastał. Ja tylko dlatego tak w domu siedzę, Ŝe te moje nogi nieszczęśliwe… Inaczej to 

byłabym tam, w stoczni, razem z nimi… Tak jak kiedyś byłam tam z córką i z ojcem 

Maćka… O nim teŜ będzie pan pisał?

WINKEL: No, takŜe, pewnie, o wszystkim.

STARA: JuŜ raz Agnieszka chciała zrobić o nim film, ale jej nie dali. MoŜe 

panu się uda?

WINKEL: Czasy się zmieniły.

STARA: Nie całkiem, proszę pana. Ale moŜe Bóg da?... Co pan chce wiedzieć 

o Mateuszu?

WINKEL: Jak zginął. Podobno szedł na czele pochodu…

STARA: A nie, proszę pana, to nie tak. Pochód to był wcześniej, 

poprzedniego dnia, w Gdańsku… A moŜe dwa dni wcześniej? A to się stało tu, 

niedaleko, koło stacji Gdynia-Stocznia. Ja szłam do roboty na pierwszą zmianę i on 

szedł, a tu strzały – ze wszystkich stron. I z ziemi i z powietrza. Ludzie się chowali, 

gdzie kto mógł, a on idzie. To ja wołam: Mateusz! A on idzie, wcale się nie patrzy. A 

ja znowu krzyczę: Mateusz!... bo te strzały coraz bliŜej! A on, panie, tak szedł, tak 

szedł, jakby w te kule chciał wejść, jakby śmierci szukał…

Przebitka Birkuta, który idzie lunatycznym krokiem wśród nasilającej się 

strzelaniny. Potem nagle zatrzymuje się, jakby coś uderzyło go w pierś; jeszcze przez 

chwilę tak stoi, z szeroko otwartymi oczyma, pełnymi ni to zdziwienia, ni to ulgi – i 

wreszcie powoli osuwa się, najpierw na kolana, potem na czworaki, aŜ wreszcie 

łagodnie kładzie się na betonie. Podbiega doń stara Hulewiczowa, kuląc się i 

wciągając głowę w ramiona, obraca jego twarz ku sobie i po raz ostatni patrzy w jego 

spokojne, ale juŜ gasnące oczy.

STARA: I tak się poŜegnaliśmy. Ale moŜe nie to było najgorsze, bo umrzeć 

kaŜdy musi, chociaŜ on jeszcze młody był i mógł długo Ŝyć. Najgorsze było to, co oni 

potem z nimi zrobili. Bo przecieŜ po śmierci człowiek juŜ nie jest niczyim wrogiem, 

nie moŜe być, choćby przedtem był. A oni ich wszystkich – rzędami tak, jak psów…

Sklepiona źle oświetlona kostnica. Na długich ławach, ciasno – jedne przy 

drugich – dziesiątki zwłok. Wszystkie ułoŜone równo i systematycznie i w tym 

background image

nieruchomym zesztywnieniu jakby podobne do siebie. RóŜnią je tylko tekturki z 

numerami ewidencyjnymi, przywiązane sznurkiem do palców u stóp. W głębi, cicho i 

ostroŜnie przesuwają się pojedynczy ludzie, próbujący – pod nadzorem dyŜurnego 

funkcjonariusza – zidentyfikować swoich najbliŜszych. Wśród nich jest takŜe Anna z 

matką i Maćkiem. Przechodzą powoli, uwaŜnie i jakby uroczyście między ławkami, 

pełnymi trupów, aŜ zatrzymują się nad jednym z ciał. Jest to ciało Birkuta .Przez 

długą chwilę patrzą na nie bez słowa i bez ruchu; nie płaczą, twarze mają z kamienia. 

Potem zaczynają ubierać poległego w jego ostatnią odzieŜ.

STARA: Anna, myśmy butów zapomniały.

Milczenie. Potem Maciek zdejmuje własne buty i wkład je ojcu na zŜółkłe 

stopy.

Cmentarz w nocy, oświetlony milicyjnymi reflektorami. Dwaj grabarze 

przyklepują wąziutką mogiłkę. Przy mogiłce stoi tylko ta sama trójka: Maciek, Anna i 

jej matka. No i tajniak z rękami w kieszeniach.

Grabarze kończą pracę, cofają się o parę kroków i opierają się na trzonkach 

łopat. Tajniak odprawia ich jednym krótkim pstryknięciem palców. Czeka jeszcze 

chwilę, aby Ŝegnający mogli odmówić bezgłośną modlitwę, a potem zdecydowanie 

podchodzi.

TAJNIAK: Teraz się zabierajcie, juŜ tu nic po was. Tylko pamiętajcie: nikomu 

ani słowa, gdzie i co.

Tamci stoją w milczeniu.

TAJNIAK: No, idźcie. Tu inni przyjdą, teŜ muszą swoich pochować. Idźcie 

juŜ.

Maciek wbija w mogiłę nieduŜy, drewniany krzyŜ. Potem wszyscy troje 

odchodzą, nie oglądając się za siebie.

Ten sam cmentarz w dzień. Poród strych i nowych grobów krąŜą 

zaniepokojeni, przeniknięci strasznym podejrzeniem ludzie. Nie mogą znaleźć mogił 

swoich najbliŜszych, zakopanych tu owej pamiętnej nocy. Jest wśród nich takŜe 

Maciek z Anną i jej matką.

STARA: Nie, nie tu, nie tu.

MACIEK: Tutaj.

ANNA: Oczywiście.

STARA: Jesteście pewni?

ANNA: Jasne. Miesiąc temu Maciek wetknął tu krzyŜ.

background image

MACIEK: A teraz leŜy tu ktoś zupełnie inny. Józefa Jasińska, Ŝyła lat 67… Co 

to znaczy?

STARA: A moŜe to było gdzieś dalej?

ANNA: Nie, tutaj.

STARA: Więc co się stało?

MACIEK: Tu był grób mojego ojca, a teraz go nie ma! Gdzie jest zarząd 

cmentarza!

ANNA: Maciek daj spokój.

MACIEK: Muszę odnaleźć grób mojego ojca!

ANNA: Jeszcze nie rozumiesz? Wykopali ich… i gdzieś wywieźli.

MACIEK: Ale po co? Czemu?

ANNA: śeby nie było gdzie składać kwiatów.

Maciek bezradnie spuszcza głowę.

STARA (off): No to oni w stoczni pospawali ładny krzyŜ z Ŝelaza i 

postanowili go zatknąć w to miejsce, gdzie ojciec Maćka został zabity…

Stocznia. Maciek w okularach ochronnych, z aparatem acetylenowym w dłoni 

pochylony nad rozpalonym do czerwoności krzyŜem z dwóch Ŝelaznych płaskowników. 

Obok milcząca Anna.

Płomień gaśnie. Oboje czekają, aŜ Ŝelazo ostygnie. Potem Maciek bierze je 

przez grubą rękawicę i podnosi na wysokość oczu. Oboje dalej milczą.

W chwilę później widzimy Maćka, jak z krzyŜem w ręce wspina się po 

schodkach na wiadukt przy dworcu Gdynia-Stocznia. Dochodzi do środka wiaduktu i 

z rozmachem wbija krzyŜ w szparę chodniczka dla pieszych, tuŜ przy siatce 

ogrodzenia.

Potem klęka, wyciąga z kieszeni znicz, zapala go, stawi obok krzyŜa i pogrąŜa 

się w niemej modlitwie.

Znowu pokój starej Hulewiczowej. Ci sami, co przedtem, to znaczy gospodyni, 

Winkel i Dzidek, a takŜe kilka czarno odzianych kobiet w głębi, które z wolna się 

schodzą na wieczorne pacierze. Stara daje im znak, by jeszcze chwilę zaczekały i z 

powrotem obraca się do Winkla.

STARA: Ale i ten krzyŜyk długo nie postał. Jakieś ręce wyjęły go w nocy i 

zabrały. I wtedy, widzi pan, Maciek zrozumiał, Ŝe nie tylko nigdy nie znajdzie grobu 

background image

ojca, ale nawet nie uczci miejsca jego męczeństwa. Wtedy tak jakby zatrzasnął się w 

sobie. Z nikim nie rozmawiał, z nikim się nie spotykał, szedł do roboty jak automat, a 

potem walił się na łóŜko, ale nie spał – nie spał, tylko myślał… a o czym, to nikt nie 

wie. Niech mi pan pomoŜe obierać kartofle, proszę tu nóŜ, muszę pośpieszyć się z 

obiadem. I tak było proszę pana przez parę lat – aŜ do wypadków czerwcowych. 

Maciek dowiedział się, Ŝe w Radomiu i Ursusie były wystąpienia robotników, Ŝe są 

masowe łapanki, Ŝe milicja masakruje ludzi, a sądy od ręki wydają fałszywe wyroki. I 

wtedy coś go poderwało. Chciał zrobić w stoczni jakiś protest, ale ludzie za dobrze 

pamiętali swój własny grudzień, nie ruszyli się. I wtedy postawił wszystko na jedną 

kartę: poszedł do przewodniczącego naszych związków zawodowych. Znam tę 

rozmowę, bo mi córka opowiadała z najmniejszymi szczegółami. Tylko Ŝe wtedy 

jeszcze nikt nie wiedział, jak się to dla Maćka skończy…

Teren stoczni. W głębi kadłuby nowych statków, przy których pracują grupy 

robotników. Huk młotów pneumatycznych i jęczenie Ŝurawi. WzdłuŜ nabrzeŜa idzie 

szybkim krokiem podenerwowany przewodniczący miejscowych związków 

zawodowych, a obok niego zaperzony Maciek z kaskiem ochronnym, zsuniętym na tył 

głowy.

ZWIĄZKOWIEC: Związki zawodowe nie są od tego!

MACIEK: A od czego? Od robienia klaki partii? Co wy jesteście? Fundusz 

wczasów pracowniczych? Od czego są związki, jak nie od tego, Ŝeby bronić interesów 

robotniczych, interesów klasy robotniczej!

ZWIĄZKOWIEC: Ale nie chuliganów i do tego jeszcze nie od nas!

MACIEK: Jakich, jakich chuliganów? Nie pamiętasz, co o nas pisali w 

grudniu? Nie byłeś w strajku? Nie dostałeś z nami po tyłku? Ty sobie uświadom, Ŝe to 

dla was jest ostatnia szansa. Jak wy się nie ujmiecie za tymi katowanymi robotnikami, 

to będzie musiał ktoś inny zrobić to za was!

ZWIĄZKOWIEC: A kto?

MACIEK: A jeszcze nie wiem kto. Ale się znajdzie. A dla was, mówię ci, to 

jest ostatnia szansa, Ŝeby wyjść z twarzą. Potem moŜecie się spokojnie rozwiązać.

ZWIĄZKOWIEC: Ale nie ty nas będziesz rozwiązywał.

MACIEK: A to jeszcze nie wiadomo.

ZWIĄZKOWIEC: Maciek, nie bądź dziecko. Jak się wpakujesz jeszcze w 

jakąś aferę, to ja cię nie wybronię.

background image

MACIEK: W jaką? W jaką aferę? Czy ja się kiedy wpakowałem w jakąś 

aferę? Stary, czyj ty jesteś człowiek? Kto cię wybierał? I po co? Uświadom to sobie! 

Przed czym ty masz mnie bronić?

ZWIĄZKOWIEC: Przed zwolnieniem. Dyrekcja juŜ cię chciała zwolnić, 

rozumiesz? Nie chciałem ci o tym mówić, ale teraz widzę, Ŝe potrzebujesz 

ostrzeŜenia.

MACIEK: Ty, bracie, czy tobie tyle płacą, czy sama funkcja tak cię ogłupia? 

Za co mają mnie zwolnić? Źle pracuję, piję, kradnę?

ZWIĄZKOWIEC: A ty nie rozmawiaj ze mną w ten sposób. Wiesz doskonale, 

Ŝ

e to niewaŜne, czy ktoś dobrze pracuje czy źle.

MACIEK: A co jest waŜne?

ZWIĄZKOWIEC: Przede wszystkim nie mącić, nie utrudniać, siedzieć cicho. 

Ja ci nie będę tego tłumaczył, to jest szkoła podstawowa.

MACIEK: Co ty się tak przejmujesz? PrzecieŜ jak będą chcieli mnie zwolnić, 

to wy jako Rada Zakładowa zaprotestujecie, nie?

ZWIĄZKOWIEC: Nie zaprotestujemy. Nikt nie będzie nadstawiał głowy za 

jednego warchoła.

MACIEK: Nie poprzecie nas w sprawie Radomia i Ursusa?

ZWIĄZKOWIEC: Nie. Zwołamy wiec i was potępimy, jak będziecie w 

dalszym ciągu coś montować.

Ś

wit, ulica przed stocznią. Setki ludzi, zdąŜających do pracy, przepływ przez 

gardziel wartowni. Kiedy nadchodzi Maciek, straŜnik odsuwa go na bok.

Maciek: Zaraz, zaraz! Co jest?

Dwóch innych straŜników odciąg go przemocą do dyŜurki, a jeden odbiera mu 

przepustkę. Maciek próbuje się szarpać, ale po namyśle rezygnuje z oporu.

W dyŜurce podnosi się zza stołu drobna kobieta, która – jak moŜna się 

domyślać – oczekiwała tu juŜ na niego.

URZĘDNICZKA: Panie Maćku, panie Maćku, pan mnie zna, ja jestem z 

działu kadr, ale przecieŜ ja sama nigdy nic… Ja juŜ nawet wzięłam dwa relanium, 

Ŝ

eby móc panu dać to zwolnienie i jest mi naprawdę tak okropnie przykro…

Kładzie przed nim na stoliku blankiet z kopią i długopis.

URZĘDNICZKA: Będzie pan tak dobry pokwitować?

MACIEK: Dlaczego pani to robi?

background image

URZĘDNICZKA: No jak to? PrzecieŜ inaczej mnie zwolnią. A wtedy 

przyjdzie ktoś inny i teŜ panu da to zwolnienie, prawda?

MACIEK: No, ale jak ten inny teŜ nie zrobi, no to w końcu…PrzecieŜ 

wszystkich nie zwolnią?

Urzędniczka odwraca głowę; widać, Ŝe przeŜywa tę brudną misję, jaką jej 

zlecono. Maciek juŜ bez słowa kwituje odbiór pisma.

W tej chwili do dyŜurki wchodzi kasjerka. Korzystając z tego urzędniczka z 

kadr chyłkiem wymyka się na zewnątrz.

KASJERKA: Dzień dobry, mam tu pieniąŜki dla pana. Proszę, niech pan 

przeliczy i podpisze, o tu, dobrze?

Maciek juŜ bez słowa chowa pieniądze i podpisuje listę płacy.

STRAśNIK: Przeliczone?

MACIEK (obojętnie): Przeliczone.

STRAśNIK: No to… pan rozumie.

Maciek kiwa głową i wychodzi.

I znów w pokoju starej Hulcewiczowej, teraz juŜ prawie pełnym milczących 

kobiet w czerni.

STARA: A resztę, to juŜ opowie panu Agnieszka, jak ją wypuszczą, a muszą 

ją wypuścić, bo nic nie jest winna.

WINKEL (niepewnie): Jaka Agnieszka?

STARA: To pan jej nie zna? śona Maćka; kiedyś pracowała u was, w 

telewizji.

WINKEL: A to znam, znam, oczywiście.

STARA: Na razie ją trzymają, tak jak i tamtych, jak to się mówi 

„wspomagających”. Szkoda, Ŝe córka nie przyszła, teŜ powiedziałaby coś więcej… A 

teraz musimy panów przeprosić; my tu co wieczór modlimy się wspólnie za zdrowie i 

zwycięstwo stoczniowców.

WINKEL: Dziękuję i przepraszam. Dobranoc pani, dobranoc paniom.

Kiedy obaj z Dzidkiem wsiadają do samochodu, z otwartych okien dobiega ich 

chóralne „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna”…

DZIDEK (juŜ w czasie jazdy): To co? Napisze pan całą prawdę o Maćku?

WINKEL: A co? On juŜ wygrał?

DZIDEK: Bawi się pan w cynika? Czy jest pan taki naprawdę?

WINKEL: Potomni osądzą, jeŜeli jeszcze ktoś po nas zostanie przy Ŝyciu. Na 

background image

razie chciałbym jak najprędzej być w moim zacisznym warszawskim mieszkanku i 

otworzyć mój barek, pełen apetycznych trunków.

DZIDEK: A moŜe by pan został do końca?

WINKEL: Do jakiego?

DZIDEK: Potem pan zrobi z tego epokowy reportaŜ.

WINKEL: I wydrukuję go w podziemiu.

DZIDEK: Niech pan się zastanowi. Wie pan więcej, niŜ ci z Paris Matcha, ze 

Spigla; ma pan takie materiały, jakich nikt nie ma, a będzie pan miał jeszcze więcej. I 

nie chce pan zrobić bomby?

WINKEL: Człowieku, ja nawet nie byłem w środku w stoczni!

DZIDEK: Jeszcze pan będzie.

WINKEL: Jak? Wlezę w nocy przez płot?

DZIDEK: Dostanie pan przepustkę. Spodobał się pan starej pani 

Hulewiczowej i ona to załatwi.

Dzień. Znowu brama stoczni i znowu nieprzeliczony tłum kobiet, dziewcząt, 

staruszek i dzieci. W głębi za bramą kilku stoczniowców przygotowuje do mszy 

prowizoryczny ołtarz na dziedzińcu.

GŁOS Z RADIOWĘZŁA: JeŜeli wśród zebranych przed stocznią jest redaktor 

Winkel, to prosimy go do portierni. Powtarzam, redaktor Winkel jest proszony do 

portierni.

Winkel z trudem przepycha się do wejścia. Stoi tam juŜ ta sama niemłoda 

kobieta, którą widział kiedyś intonującą modlitwę za zmarłych w czasie uroczystości 

ustawiania krzyŜa. Jest to Anna, córka starej pani Hulewiczowej.

ANNA: Czy pan Winkel?

WINKEL (trochę zasapany): Tak.

ANNA: Dzień dobry. Matka mówiła mi o panu. Proszę tędy.

Wprowadza go to tej samej dyŜurki, w której kiedyś wręczono Maćkowi 

blankiet z wypowiedzeniem i ostatnią wypłatę.

ANNA: Niech pan siada. Widzi pan, zdania na pański temat są podzielone.

WINKEL: Konkretnie?

ANNA: Konkretnie?

ANNA: Wielu kolegów jest przeciwnych temu, Ŝeby panu dać przepustkę. Pan 

reprezentuje wyjątkowo zakłamaną instytucję. Która zresztą kłamie w dalszym ciągu.

WINKEL: A pani?

background image

ANNA: Ja jestem za tym, Ŝeby pana wprowadzić.

WINKEL: Ktoś mi kiedyś powiedział, Ŝe budzę zaufanie.

ANNA: Nie wiem, czy pan budzi. Ale uwaŜam, Ŝe wam, dziennikarzom 

trzeba pomóc. MoŜe jak pobędziecie wśród nas coś w was drgnie – jakiś strzępek 

sumienia. PrzecieŜ jesteście Polakami. A teraz stocznia to Polska, proszę pana.

WINKEL: Wielkie słowa, pani Anno.

ANNA: Prawdziwe, po prostu. Zagląda pan czasem do Wyspiańskiego? Jest u 

niego takie zdanie: „Musimy coś zrobić, co by od nas zaleŜało. ZwaŜywszy, Ŝe dzieje 

się tak duŜo, co nie zaleŜy od nikogo”. Więc próbujemy.

WINKEL: Czy pan Tomczyk teŜ czytuje naszych klasyków?

ANNA: Widzi pan, jego ojciec przyszedł tu juŜ uformowany, gotowy. A jego 

trzeba było dopiero wykuć – jak kawałek Ŝelaza.

WINKEL: I wyście go wykuli?

ANNA: śycie go wykuło. śycie w Polsce takiej, jaka wtedy była. I jaka, mam 

nadzieję, juŜ się kończy. Po prostu kiedyś dowiedział się, Ŝe w śledztwie znowu biją. I 

postanowił przeciw temu zaprotestować – sam jeden, na własną rękę…

Wczesna jesień. Ruchliwy fragment gdańskiego śródmieścia. Z tłumu 

przechodniów wynurza się Maciek. Idzie szybko, jak człowiek, który wie, Ŝe ma mało 

czasu. Pod pachą trzyma rulon zwiniętych papierów, w ręku wiaderko z klejem i 

pędzel.

Roztrącając ludzi podchodzi do najbliŜszego muru, smaruje ścianę klejem i 

rozlepia na niej wielki arkusz z wykonanym ręcznie, dość koślawym napisem: 

„WŁADZO LUDOWA, PRZESTAŃ KATOWAĆ ROBOTNIKÓW Z RADOMIA I 

URSUSA”.

Odwraca się i natychmiast odchodzi. Niektórzy przechodnie zatrzymują się i 

czytają napis, inni z pośpiechem odchodzą.

Maciek zatrzymuje się przy słupie ogłoszeniowym i nakleja na nim następny 

afisz tej samej treści.

Z wysepki tramwajowej obserwuje go Anna i towarzyszący jej niemłody 

robotnik Antoniak.

ANTONIAK: Co to za desperat?

ANNA: To od nas, ze stoczni.

ANTONIAK: Znasz go?

background image

ANNA: Od dziecka. Pamiętasz Mateusza? To jego syn.

ANTONIAK: Zaraz go zgarną.

ANNA: Nie zatrzymają go; jest uparty jak diabeł.

ANTONIAK: No, to chodźmy za nim.

Przechodzą jezdnię i ruszają w ślad za Maćkiem, który szybko, prawie 

biegiem, wpada pod kolumnadę okazałego budynku i znika za najbliŜszym filarem. 

Kiedy ukazuje się z drugiej strony, jest juŜ w rękach dwóch cywilnych 

funkcjonariuszy, którzy prowadzą go do milicyjnego radiowozu.

Antoniak i Anna zatrzymują się wśród grupy podnieconych lub tylko 

zaciekawionych przechodniów. W milczeniu patrzą, jak tajniacy wpychają Maćka do 

samochodu; jeden odjeŜdŜa razem z nim, drugi zabiera się do zdzierania rozlepionych 

afiszów.

ANTONIAK (cicho): Poznaj mnie z nim.

ANNA: Jak wyjdzie.

ANTONIAK: No, kiedyś wyjdzie.

ANNA: Ale nie wiem, czy będzie chciał z nami rozmawiać.

ANTONIAK: Dziki jest?

ANNA: Dziki i nieufny.

ANTONIAK: Sam przepadnie – i przepadnie bez sensu.

Późna jesień. Pusta, mokra plaŜa nadbałtycka. Brzegiem morza idzie trójka 

ludzi, kulących się przed sztormowym wiatrem. To Antoniak, Anna i Maciek. Wybrali 

do rozmowy to właśnie odludne miejsce, bo tu nikt ich nie moŜe podsłuchać.

ANTONIAK: Wydaje ci się, Ŝe to ma sens?

MACIEK: A panu się wydaje, Ŝe nie?

ANTONIAK: Napisałeś tak: „władzo ludowa, nie katuj robotników z Radomia 

i Ursusa”. Zgadza się?

MACIEK: Zgadza.

ANTONIAK: A więc apelowałeś do władzy, Ŝeby nie robiła tego, co robi.

MACIEK: No i co z tego?

ANTONIAK: A jak myślisz, władza cię posłuchała?

MACIEK: Ale ludzie to przeczytali.

ANTONIAK: A duŜo tego nakleiłeś?

MACIEK: Pięć sztuk.

background image

ANTONIAK: To ile ludzi to mogło przeczytać?

MACIEK: A skąd mogę wiedzieć!

ANTONIAK: No, powiedzmy, Ŝe stu. Bo zaraz potem to zdarli.

MACIEK (do Anny): Czy on się nie odczepi?

ANNA: On tylko chce, Ŝebyś zrobił rachunek – rachunek strat i zysków.

MACIEK: A co ja jestem, buchalter?

ANNA: Przemówiłeś do stu ludzi, a odsiedziałeś trzy miesiące. Dobre saldo?

MACIEK: Następnym razem będzie lepsze.

ANTONIAK: To znaczy będziesz szybciej biegał i nakleisz dziesięć.

MACIEK: Następnym razem wezmę kanister i podpalę komitet – jak w 

grudniu siedemdziesiąt.

ANTONIAK: Głupi jesteś.

MACIEK: A wyście nie palili?

ANTONIAK: TeŜ byliśmy głupi. Ale zmądrzeliśmy.

MACIEK: Zmądrzeliście i co?

ANTONIAK: I wiemy, Ŝe nie trzeba palić komitetów. Trzeba zakładać własne.

MACIEK: I budować je krok po kroczku i rok po roczku. A na razie chodzić 

grzecznie do pracy, nie spóźniać się i wykonywać normy: Ŝeby się tamci, broń BoŜe, 

nie skapowali. Jesteście naiwni! Tacy sami naiwni, jak mój ojciec! Bo on teŜ 

przestraszył się poŜarów i jak Kociołek przemówił przez radio, Ŝeby wracać do pracy, 

a wszystko się załatwi, to on co? Uwierzył Kociołkowi i poszedł do pracy i innych 

namówił, Ŝeby poszli. A tam juŜ na nich czekały czołgi i karabiny maszynowe! Więc 

tak: niech mnie zamykają, niech mnie biją, niech mnie zabiją! Ale ja się nie będę 

bawił w wasze komitety! Ja będę wszystko robił sam, sam za siebie, jak długo 

potrafię!...

DyŜurka na portierni. Anna i Winkel przy stoliku w kącie. Pod oknem dwaj 

ministranci pomagają przygotować się księdzu, który za chwilę przystąpi do 

odprawiania mszy świętej na dziedzińcu stoczni. Za oknem tłum.

WINKEL: No, ale jakoś go przekonaliście.

ANNA: Sam zrozumiał.

WINKEL: Co, dokładnie?

ANNA: śe będziemy silni tylko wtedy, kiedy będziemy solidarni.

WINKEL: No, więc jesteście. I co ma być dalej?

background image

ANNA: Rząd się zmieni.

WINKEL: Nie wierzę.

ANNA: I podpisze z nami porozumienie, tak. Nie dziś, to jutro, albo pojutrze. 

A ja naprawdę chciałabym, Ŝeby pan przy tym był.

WINKEL: Dziękuję za zaufanie.

ANNA: Mówiłam juŜ panu, tu nie chodzi o zaufanie. Chodzi o to, Ŝeby pan 

znowu był taki, jak dziesięć lat temu. I Ŝeby pan juŜ nigdy się nie zmienił. Ja wiem, Ŝe 

pan jest zdolny, tylko trochę, no, zagubiony – jak wy wszyscy w tych naszych 

ś

rodkach masowego przekazu. Dlatego w odpowiedniej chwili dostanie pan 

przepustkę. Najlepszą, jaka moŜe być. Będzie pan mógł wejść nawet na salę obrad i 

zobaczyć ten historyczny moment, kiedy wreszcie nastąpi.

WINKEL: JeŜeli nastąpi.

ANNA: Muszę juŜ iść na mszę. A panu Ŝyczę, Ŝeby pan się odnalazł w tej 

nowej Polsce.

Msza święta na terenie stoczni. Tysiące ludzi po jednej i po drugiej stronie 

bramy klęczy z pochylonymi głowami. W pierwszym szeregu klęczących 

przewodniczący Komitetu Strajkowego Lech Wałęsa. Głębiej, tuŜ za nim Maciek.

WAŁĘSA: Módlmy się za wszystkich strajkujących, prośmy, by Matka Boska 

czuwała nad rozwagą i solidarnością naszych działań, a swoją opieką dodawała nam 

sił i otuchy. Módlmy się o to, by w rozwiązywaniu naszych problemów patronował 

nam Chrystus. Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą, błogosławiona Ty między 

niewiastami i błogosławiony owoc Ŝywota Twojego Jezus… Matko BoŜa, módl się za 

nami grzesznymi teraz i w godzinę śmierci naszej amen.

Tysiące ust odmawiają wraz z nim słowa modlitwy; twarze wszystkich są ufne, 

a oczy pełne wiary i spokoju.

Pokój Winkla w hotelu. Dzwonek telefonu. Winkel wychodzi z łazienki, wyciera 

ręcznikiem mokrą twarz. Niechętnie podnosi słuchawkę.

GŁOS I ZASTĘPCY: Winkel? Zejdźcie na dół.

WINKEL: Pan… w Gdańsku?

GŁOS I ZASTĘPCY: Nie pieprzcie, tylko schodźcie. Będę w restauracji.

Trzask przerwanego połączenia. Winkel powoli, prawie ze zgrozą odkłada 

słuchawkę. Potem nagle, jakby w ataku histerii zaczyna się pakować, wrzucając 

background image

wszystko na łapu-capu do swojej torby, która w rezultacie nie chce się domknąć. 

Chwyta ją pod pachę tak, jak jest, z wiszącymi na zewnątrz rękawami brudnych 

koszul, przypomina sobie jeszcze o magnetofonie, wciska go byle jak do kieszeni, nie 

troszcząc się o kabel, dyndający aŜ do ziemi i pośpiesznie wybiega na korytarz.

Tu przez chwilę się namyśla, potem – tknięty jakąś myślą – wybiera drzwi dla 

personelu i tylnymi schodami zaczyna zbiegać na dół. Trwa to nieskończenie długo, 

gdyŜ do przebycia jest trzynaście pięter. Wreszcie schody kończą się wahadłowymi 

drzwiami; Winkel przepych się przez nie i raptem zamiera: okazuje się, Ŝe jest w 

olbrzymiej hotelowej kuchni, gdzie wielu kucharzy i podkuchennych krząta się przy 

stołach i rusztach.

Ale odwrotu juŜ nie ma. Winkel rusza szybko przed siebie, prawie biegnie, 

odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami i wreszcie dopada drugich drzwi po 

przeciwnej stronie. Są tam jeszcze jedne schody, tym razem z pewnością prowadzące 

na podwórze. Winkel ociera rękawem spocone czoło i zaczyna zbiegać nimi w dół. 

Nagle zwalnia, a potem zatrzymuje się w pół kroku.

Na zakręcie schodów stoi rosły kelner o zimnych oczach hotelowego kapusia i 

z obojętnym wyrazem twarzy zagradza mu drogę.

WINKEL (niepewnie): Przepraszam pana… która godzina?

KELNER – KAPUŚ: Pan się mnie pyta, która godzina? A mówię: do góry! I 

na prawo. Pan tam idzie, a bagaŜ pan zostawi, zaopiekujemy się. Nasza firma bidna, 

ale solidna.

Winkel posłusznie stawia torbę na schodach i cofa się, najpierw tyłem, potem 

boczkiem, aŜ wreszcie odwraca się i prawie biegiem wraca skąd przyszedł.

Restauracja hotelowa. Przy paru stolikach grupki zagranicznych dziennikarzy, 

zapijających obiad wodą mineralną. Pierwszy zastępca siedzi samotnie w naroŜniku 

sali i obłupuje z mięsa wielką gicz cielęcą. Podchodzi Winkel. Tamten widelcem 

wskazuje mu krzesło. Winkel siada i kryje pod stołem drŜące ręce.

I ZASTĘPCA: Nieźle cię telepie.

WINKEL: Co telepie?

I ZASTĘPCA: Co? Ciotka delirka.

WINKEL: A skąd, tu przecieŜ pełna prohibicja, kieliszka nie moŜna kupić.

I ZASTĘPCA: Nic się nie martw, jeszcze trochę i wszystko się naprostuje. No, 

a jak ci wątroba odpocznie od wódy, to teŜ nie zaszkodzi. A na razie masz, przepłucz 

gardło.

background image

Wyciąga ku niemu butelkę wody stołowej i nalewa mu pół szklaneczki.

WINKEL (anemicznie): Dziękuję.

Przechyla szklaneczkę i oczy mu w słup: widać, Ŝe w butelce musiał być czysty 

spirytus.

I ZASTĘPCA: A, niedobre, niedobre…

Ś

mieje się i wraca do swojej giczy. Winkel po chwili chwyta oddech, przeciera 

załzawione oczy i uśmiecha się z wdzięcznością.

I ZASTĘPCA: Teraz się streszczaj i kładź mi do teczki co masz.

WINKEL: A kiedy, wie pan, ja mam duŜo, ale to wymaga obróbki i 

musiałbym mieć jeszcze, no, ze dwa dni… Tak to w pewnym sensie jest.

I ZASTĘPCA: Panie Winkel, ja nie jestem redaktor Piwowarczyk z Telewizji 

i takie błyskotliwe wypowiedzi to wiesz pan, gdzie ja mam?

Winkel milczy. Tamten przygląda mu się pogardliwie, trzymając uniesiony na 

widelcu ogromny kawał mięsa, a potem obojętnie wkłada go do ust.

I ZASTĘPCA: Dojście pan ma?

WINKEL: Gdzie?

I ZASTĘPCA: Za bramę.

WINKEL: To nie takie proste.

I ZASTĘPCA: Kochany, ty mi nie rób takich uników. Ktoś się zdenerwuje i ci 

przypierdoli. Masz pan jaki kontakt? Tak, czy nie?

WINKEL: Tak.

I ZASTĘPCA: Pojutrze idzie twój pierwszy materiał.

WINKEL: Nie, to jest… Ja w takim tempie… Za krótko nawet na sam 

montaŜ!

I ZASTĘPCA: Jaki montaŜ? Ty nie jesteś od montaŜu. Ty masz wejść za 

bramę i przynieść wyjściowy materiał. Wiesz, co szef a najbardziej interesuje: ludzie 

z drugiej linii; w twoim wypadku Tomczyk.

WINKEL: Tomczyk, Tomczyk… Ale jaka druga linia? PrzecieŜ tam nie ma 

Ŝ

adnej drugiej linii!

I ZASTĘPCA: Na pewno? To niedługo się dowiesz, Ŝe na zdrowym odruchu 

klasy robotniczej Ŝerują w drugiej linii elementy antysocjalistyczne, które działają w 

ś

ciśle określonym celu.

WINKEL: Jak tylko dostanę przepustkę… Obiecali mi, ale nie mam, jeszcze 

nie mam, to jak wejdę? Tam wpuszczają tylko zagraniczniaków!

background image

I ZASTĘPCA: Kochany panie Winkel, jak ja bym mógł tam wejść oficjalnie, 

to bym ciebie o to nie prosił i nie płaciłbym ci za taki hotel.

WINKEL: Co wy sobie wyobraŜacie? śe to moŜna ot tak?... Tam teŜ są ludzie 

i ja wobec nich nie mogę… Ja mam teŜ pewne, no, zobowiązania. Ostatecznie nie 

jestem jakiś tam…

I ZASTĘPCA: Jakiś kto?

WINKEL: Jakiś konfident.

I ZASTĘPCA: Naprawdę? A co ty myślisz, kto ty jesteś, gnojku jeden? 

Podpisałeś?

WINKEL: Co podpisałem?

I ZASTĘPCA: Samochód, pieniądze, dokumenty… Na wszystko jest 

pokwitowanie! Jak siedzisz w gnoju po szyję, to się nie szarp, bo się całkiem utopisz!

Chwilę miaŜdŜy Winkla surowym spojrzeniem, a potem obojętnie wraca do 

swojej giczy.

I ZASTĘPCA: No to, redaktorze, za dwa dni. Do widzenia.

Korytarz aresztu w miejscowej komendzie MO. Cywilny funkcjonariusz 

prowadzi Winkla na sam koniec i zatrzymuje się przy ostatniej celi, pilnowanej przez 

mundurowego wartownika. Ten bierze od cywila jakiś blankiet i uwaŜnie przegląda.

Potem w milczeniu otwiera drzwi.

FUNKCJONARIUSZ: Ma pan kwadrans czasu. I proszę nie przedłuŜać. Nie 

chciałbym nieć potem przykrości.

Winkel powoli, jakby z zakłopotaniem wchodzi do środka, a drzwi zatrzaskują 

się za nim z nieprzyjemnym zgrzytem zasuwy.

Za stołem siedzi Agnieszka i w milczeniu, a takŜe trochę drwiąco przygląda się 

gościowi.

WINKEL: No, to tak; teraz oboje jesteśmy pod kluczem. Cześć.

AGNIESZKA: Cześć. Jak się tutaj dostałeś?

WINKEL: Takie tam sposoby…

AGNIESZKA: A skąd wiedziałeś Ŝe tu jestem?

WINKEL: Od pani Hulewiczowej, tej starszej.

AGNIESZKA: Skąd ją znasz?

WINKEL: No, ona mnie pamięta z tych moich reportaŜy z 70-tego roku, za 

które wyleciałem z rozgłośni. A teraz słuchaj. (Ostentacyjnie głośno, oglądając się na 

background image

drzwi) Sytuacja jest niezła, (I zaraz zniŜa głos do szeptu) Jest tu podsłuch?

AGNIESZKA: Nie wiem. Pewnie jest.

WINKEL (prawie szeptem): Oni teraz przechodzą do ofensywy…

AGNIESZKA: Kto? Kochasiu, ty masz za duŜo przyjaciół, którzy wierzą w 

broń palną; najlepiej, Ŝeby była na gąsienicach.

WINKEL: Tak czy owak nie ustąpią.

AGNIESZKA: Ustąpią.

WINKEL: Ale dziewczyno, ten ustrój tego nie wytrzyma!

AGNIESZKA: Spokojnie; wytrzymał was, wytrzyma i to. Nie denerwuj się.

WINKEL (najciszej, jak tylko potrafi): Chodzi o twojego Tomczyka. Szykuje 

się niezła prowokacja. Chcą z niego zrobić kozła ofiarnego.

AGNIESZKA: Kto?

WINKEL: Są dowody, Ŝe ma powiązania z Zachodem, z Wolną Europą, CIA i 

z czym tylko chcesz. Konfident, czynny opór władzy, zdeklarowany wróg socjalizmu, 

dziwkarz, alkoholik…

AGNIESZKA: Nie za duŜo tego, kochany? Dlaczego się do niego tak 

przypięli?

WINKEL: Nie wiem, ciągle mówią, Ŝe interesują ich faceci z drugiej linii: na 

tych z pierwszej teŜ pewnie coś mają…

AGNIESZKA: Widziałeś go?

WINKEL: Widziałem. Przemawiał wczoraj w bramie.

AGNIESZKA: Bardzo mizerny? Oni tam pewnie w ogóle nie śpią, co?

WINKEL: Mizerny, ale przeraŜająco pewien swego.

AGNIESZKA: Posłuchaj, w Ŝyciu Maćka nie było ani jednego momentu 

sprzecznego z prawem. Rozumiesz?

WINKEL: Siedział…

AGNIESZKA: Bo prawo w tym kraju nie było respektowane. Ja teŜ siedzę i 

tylko dlatego, Ŝe jestem osobą, jak się to mówi, wspomagającą strajk.

WINKEL: Słuchaj, moŜesz mi wierzyć, moŜesz nie: chcę napisać o nim 

reportaŜ. I mów, co chcesz: Ŝe to chęć ekspiacji albo Ŝe koniunkturalizm. NiewaŜne. 

Chcę, Ŝebyś mi w tym pomogła. śebyś mi powiedziała o nim wszystko – jak Ŝył, jak 

pracował, czego chce…

AGNIESZKA: Dobra, ale powiedz: prezes cię przysłał.

WINKEL: No, w pewnym sensie… Na razie zbieram materiały…

background image

AGNIESZKA: Na kaŜdą ewentualność.

WINKEL: Dlaczego chcesz mnie obrazić? Sama pracowałaś w 

Radiokomitecie i wiesz, Ŝe nie wszyscy tam zasługują na gilotynę.

AGNIESZKA: Kochany, prawie wszyscy.

WINKEL:A ja ci mówię, Ŝe nie. Więcej – jestem pewien, Ŝe nie. Ludzie 

zachowują się tak, jak im sytuacja pozwala.

AGNIESZKA: Wygodna teoria. A jak myślisz, czemu robotnicy się z niej 

wyłamali?

WINKEL: Bo nie mają nic do stracenia.

AGNIESZKA: Mówisz jak Maciek.

WINKEL: No, widzisz.

AGNIESZKA: Masz papierosa?

Bierze papierosa i długo, z lubością go wącha, nim go wreszcie zapali.

AGNIESZKA: Dawno nie paliłam.

WINKEL: Zmieniłaś się.

AGNIESZKA: Po prostu: inaczej Ŝyję. I wśród innych ludzi. Bardzo fajnych, 

mówię ci. I fajne jest to, Ŝe moŜna juŜ niczego się nie bać. Na przykład teraz – siedzę 

w pierdlu i myślę: co mi mogą zrobić? Wsadzić? Nie, bo juŜ siedzę. To naprawdę 

duŜa przyjemność.

WINKEL: No, nie wiem, czy ja byłbym z tego zadowolony.

AGNIESZKA: A pamiętasz, jak to się zaczęło?

WINKEL: Wiem, Ŝe go przywiozłaś do Warszawy.

AGNIESZKA: Myślałam, Ŝe to mi pomoŜe skończyć film. Pamiętasz, Ŝe 

robiłam film o jego ojcu.

WINKEL: Jeszcze lepiej pamiętam, Ŝe ci go przerwali.

AGNIESZKA: No, właśnie. Myślałam, Ŝe jak przywiozę syna… No, Ŝe to 

kogoś przekona, Ŝe coś się ruszy…

Agnieszka i Maciek maszerują korytarzem w gmachu telewizji w Warszawie – 

najdłuŜszym korytarzem, jaki istnieje w całej Polsce. Po drodze mijają Winkla, który 

na ich widok przezornie wycofuje się za najbliŜszy załom ściany. Wreszcie stają pod 

drzwiami sekretariatu redaktora, znanego nam juŜ z filmu „Człowiek z marmuru”. 

Agnieszka wchodzi do środka i pociąga za sobą Maćka. Sekretarka pytająco podnosi 

głowę znad biurka.

background image

AGNIESZKA: Dzień dobry.

SEKRETARKA (ostroŜnie): Dzień dobry…

AGNIESZKA (pokazując drzwi do sąsiedniego gabinetu): Jest?

SEKRETARKA (szybko): Redaktora nie ma. Proszę zaczekać.

AGNIESZKA: Dobra, poczekamy w gabinecie.

Ubiegając sekretarkę, która próbuje jej przeszkodzić, otwiera drzwi obite 

skórzaną poduszką. Za biurkiem siedzi Redaktor i patrzy na nią nieruchomo zza 

grubych szkieł.

AGNIESZKA: O, jest pan. Przykro mi, ale to znowu ja. A to jest pan Maciej 

Tomczyk, syn Mateusza Birkuta.

Redaktor dalej przygląda się im bez słowa.

AGNIESZKA: No i co pan na to?

REDAKTOR (lodowato): Bardzo mi miło.

AGNIESZKA: Niech pan się nie wysila. Proszę mi tylko oddać z powrotem 

ekipę, kamerę i taśmę.

REDAKTOR: Przepraszam, a po co?

AGNIESZKA: Jak to po co? śeby skończyć film, który mi pan przerwał.

REDAKTOR: Przepraszam, a gdzie jest główny bohater?

AGNIESZKA: Tego się pan dowie z ekranu.

REDAKTOR: Wolałbym dowiedzieć się od razu.

AGNIESZKA: Straci pan efekt zaskoczenia.

REDAKTOR: Ale zyskam potrzebną wiedzę.

AGNIESZKA: To niech pan wstanie.

REDAKTOR: A to czemu?

AGNIESZKA: Bo tego, co pan usłyszy, trzeba słuchać z odpowiednią czcią i 

szacunkiem.

REDAKTOR: Więc co jest z pańskim ojcem?

MACIEK: Zabiła go milicja w Gdyni pod stocznią.

Redaktor patrzy na nich bez ruchu.

AGNIESZKA: Nie ma nawet własnego grobu. Ale będzie miał film – o swoim 

Ŝ

yciu i śmierci.

REDAKTOR: Pan wyjdzie na korytarz i zamknie drzwi. A pani zostanie.

AGNIESZKA: Co to za nowe numery?

REDAKTOR: Czy pan spełni moją prośbę?

background image

MACIEK: JeŜeli pan sobie tego Ŝyczy.

REDAKTOR: śyczę sobie, proszę pana.

Maciek wychodzi do sekretariatu i zamyka za sobą drzwi. Redaktor dopiero 

teraz zrywa się z fotela. Jest dosłownie rozjuszony.

REDAKTOR: Czy pani oszalała? Wyciągać teraz wypadki na WybrzeŜu? Pani 

naprawdę ma źle w głowie!

AGNIESZKA: Chciał pan pointy, to pan ma.

REDAKTOR: Jakiej pointy? Jakiej pointy? Facet czynnie atakuje władzę 

ludową, a pani chce z niego zrobić męczennika! Wie pani, co to jest? Ślepota! Ślepota 

i całkowita nieodpowiedzialność!

AGNIESZKA: Partia potępiła tę masakrę.

REDAKTOR: Ale kiedy, droga pani? Sześć lat temu! A teraz mamy zupełnie 

inną sytuację! TuŜ po Radomiu i Ursusie? Znowu spalone komitety, wykolejone 

pociągi… I walki uliczne z organami porządku. I po tym wszystkim my mamy 

kanonizować Birkuta? Pani się kwalifikuje do domu wariatów!

AGNIESZKA: Kiedyś trzeba spłacić ten dług…

REDAKTOR: Spokojnie; chwilę… Chodziła pani do podstawówki i rodzice 

nic za to nie płacili. Tak?

AGNIESZKA: Tak.

REDAKTOR: Potem do liceum – teŜ bezpłatnie.

AGNISZKA: Bezpłatnie.

REDAKTOR: Potem była pani w szkole filmowej i do pani studiów państwo 

dopłaciło…

AGNIESZKA: Wiem – milion złotych.

REDAKTOR: Milion złotych. I to jest pani dług i ten dług trzeba spłacić, a nie 

wymyślać sobie to i tamto. W dodatku na szkodę tego państwa, które tak hojnie panią 

finansowało. Teraz pani wyjdzie…

AGNIESZKA: Gówno!

REDAKTOR: … do tego miłego, młodego człowieka i powie mu, Ŝe 

chwilowo sprawę odkładamy. MoŜe do tego wrócimy i wtedy go oczywiście 

zawiadomimy, zaprosimy, a nawet zrobimy z niego naszego konsultanta. No, pani to 

na pewno potrafi lepiej ode mnie. Po prostu chodzi o to, Ŝeby nie wyjeŜdŜał stąd 

rozŜalony. No, to jak: porozumieliśmy się?

AGNIESZKA: śal mi pana, pan ma duszę z tektury. A ja ten temat zrobię, 

background image

rozumie pan? Na szesnastce, na ósemce, na slajdach, nie wiem na czym, ale zrobię! 

Bo to musi zostać zrobione!

REDAKTOR: Ach, tak?

AGNIESZKA: Tak.

REDAKTOR: Pani ma u nas stałą przepustkę?

AGNIESZKA: Jasne.

REDAKTOR: Proszę mi ją pokazać.

AGNIESZKA: Po co?

REDAKTOR: Bo chcę ją zobaczyć.

Wyciąga dłoń. Agnieszka po chwili wahania podaje mu przepustkę. Redaktor 

wrzuca ją do szuflady.

REDAKTOR: Pani juŜ nie ma naszej przepustki. I nigdy pani nie przekroczy 

progów tego gmachu. A ja porozmawiam z szefem i jego pierwszym zastępcą, Ŝeby 

trzymali panią z daleka od wszystkiego, co pachnie duŜym czy małym ekranem, a 

nawet przeźroczami. I oni to załatwią, proszę pani, załatwią to na takim szczeblu, o 

jakim się pani nawet nie śniło. I załatwią to raz na zawsze, proszę mi wierzyć. Więc 

od dzisiaj niech się pani rozgląda za nowym zajęciem; tyle jest pięknych zawodów w 

Polsce: moŜna szyć, kroić, wkręcać Ŝarówki i wykręcać świece… śyczę pani trafnego 

wyboru.

AGNIESZKA: Ty skurwysynu!

Redaktor wstaje i otwiera przed nią drzwi do sekretariatu.

REDAKTOR: śegnam panią.

AGNIESZKA (do Maćka): Chodź.

Dworzec w Warszawie, noc. Agnieszka czeka z Maćkiem na pociąg, który ma 

go zabrać do Gdańska.

MACIEK: Mogą to zrobić?

AGNIESZKA: Mogą.

MACIEK: Mają taką władzę?

AGNIESZKA: Mają przyjaciół we władzach.

MACIEK: Były juŜ takie wypadki?

AGNIESZKA: DuŜo. Nie mam czego szukać w Warszawie.

MACIEK: To niech pani jedzie ze mną do Gdańska.

AGNIESZKA: Zwariował pan?

background image

MACIEK: Mówię powaŜnie. Ma pani aparat fotograficzny. PokaŜę pani 

miejsca, gdzie to się stało. Zrobi pani tysiąc zdjęć, a potem urządzimy wystawę.

AGNIESZKA: Gdzie?

MACIEK: U mnie. Mam duŜy pokój, duŜo zdjęć się tam zmieści.

ZajeŜdŜa pociąg. Maciek otwiera drzwi wagonu.

MACIEK: Jedziesz?

Chwilę wahania i Agnieszka juŜ jest w wagonie. Maciek wskakuje za nią. 

Pociąg odjeŜdŜa i po paru sekundach widać juŜ tylko oddalające się czerwone 

ś

wiatełko w czarnym tunelu.

Wczesna jesień, cmentarz. Agnieszka i Maciek stoją w milczeniu nad 

miejscem, w którym kiedyś pogrzebano Birkuta i skąd później potajemnie wykopano 

jego zwłoki i wywieziono w nieznanym kierunku.

Potem Agnieszka zatyka kwiaty z kratę bramy cmentarza.

DuŜy pokój w starym budownictwie na jednym z przedmieść Gdańska. 

Wszędzie rozciągnięte są sznurki, na których suszą się błony fotograficzne. Z łazienki, 

gdzie zaimprowizowano małą ciemnię wychodzi Agnieszka z plikiem mokrych, świeŜo 

wywołanych zdjęć. Rozkleja je na ścianach a Maciek przygląda się temu z uwagą.

Pukanie. Maciek otwiera drzwi. Stoi za nimi kadrowiec w przemoczonym 

płaszczu.

KADROWIEC: Dobry wieczór. MoŜna? Ja tylko na chwilę.

MACIEK: Proszę. (Do Agnieszki): Pozwól, to nasz pan personalny.

KADROWIEC: Jaki tam personalny! Zwykły pracownik działu kadr.

MACIEK: A o co chodzi?

KADROWIEC: Widzi pan, mogliśmy pana wezwać do biura. Ale kierownik 

mówi: idź, pogadaj z nim nieoficjalnie. MoŜe dojdziecie do porozumienia? Wtedy i 

wzywać go nie będzie potrzeba… I Ŝadnej sprawy nie będzie.

MACIEK: Jakiej sprawy?

KADROWIEC: No, wie pan, jakie kłopoty były z panem. Nie chcielibyśmy, 

Ŝ

eby się to powtórzyło.

MACIEK: A dlaczego miałoby się powtórzyć?

Personalny dotyka ręka suszących się błon fotograficznych.

KADROWIEC: A dlaczego, panie Tomczyk, dlaczego.

background image

MACIEK: Niech pan mówi jaśniej.

KADROWIEC: A ja jeszcze mówię niejasno? Panie Tomczyk, ja się do 

pańskiego prywatnego Ŝycia nie mieszam. Ale po co pan tę panią zapoznaje z róŜnymi 

niepotrzebnymi ludźmi? Z takimi ludźmi, którzy z władzą ludową byli na bakier? 

Chodzicie z nimi po róŜnych miejscach, o których dawno naleŜałoby zapomnieć, a 

pan pstryka i pstryka. Po co to wam, kochani?

MACIEK: Widzi pan, ta pani jest fotografikiem.

KADROWIEC: A mnie się zdaje, Ŝe ta pani nie jest fotografikiem. Pani tylko 

ukończyła szkołę filmową. A to jeszcze nie daje uprawnień.

AGNIESZKA: Panie, fotografować wolno kaŜdemu, nie?

KADROWIEC: No, niby wolno, chociaŜ zaleŜy co. Ale ludzie mówią, Ŝe ta 

pani chce u pana urządzić wystawę. A na to juŜ trzeba mieć zezwolenie.

MACIEK: Ja u siebie na ścianach mogę powiesić wszystko, na co mam 

ochotę.

KADROWIEC: Pan moŜe w ogóle robić wszystko, na co pan ma ochotę… 

pod warunkiem, oczywiście, Ŝe to będzie zgodne z prawem. A my teŜ w zgodzie z 

prawem moŜemy przesunąć pana na gorszą robotę.

MACIEK: Niby na jakiej podstawie?

KADROWIEC: Nawet na całkiem najgorszą robotę. Taką, Ŝe nawet nie wiem, 

czy się będzie panu opłacało przychodzić.

MACIEK: Panie, pan wie, jak to się nazywa?

KADROWIEC: E tam, jak go zwał, tak go zwał. WaŜna jest zawsze istota. 

No, więc ja mam taką propozycję: państwo to wszystko wrzucicie do pieca, a pan 

jutro nie będzie się musiał meldować w kadrach.

MACIEK: A jak nie?

KADROWIEC: A, to pan będzie musiał wrócić do młotka. Decyzja juŜ leŜy u 

nas na biurku. No, to zastanówcie się państwo, przemyślcie to sobie, a pan nas rano 

zawiadomi o waszej decyzji. Dobranoc.

Kłania się grzecznie i wychodzi. Chwila milczenia. Potem Agnieszka zaczyna 

zrywać mokre zdjęcia ze ścian. Maciek chwyta ją za przegub ręki.

MACIEK: Co ty robisz?

AGNIESZKA: Nie rozumiesz? JuŜ nas dopadli! Jeszcze nic nie zrobiliśmy, a 

juŜ nam właŜą na karki! Nie rozumiesz, Ŝe nic się nie da zrobić?

MACIEK: A my tę wystawę zrobimy.

background image

AGNISZKA: I nad bramą wywiesimy transparent: „OFIARY GRUDNIA!”

MACIEK: Transparentu nie wywiesimy, ale będziemy znajomym rozdawać 

zaproszenia.

AGNIESZKA: A jak pierwsze trafi do dyrekcji, to pan Tomczyk znowu 

wyleci na pysk.

MACIEK: Wtedy zacznę rozrzucać ulotki przeciw bezprawnemu zwalnianiu z 

pracy.

AGNIESZKA: Ty, słuchaj, a ty wiesz, co się stanie, kiedy rzucisz pierwszą 

ulotkę? To juŜ będzie równia pochyła.

MACIEK: No, równia.

AGNIESZKA: I wiesz, co jest na końcu tej drogi?

MACIEK: Ostatecznie to naprawdę był mój ojciec.

Cela aresztu w komendzie MO. Agnieszka i Winkel.

AGNIESZKA: Wtedy spędziliśmy ze sobą pierwszą noc. Ale ja jeszcze nie 

wiedziałam, Ŝe to jest coś na serio. Wydawało mi się, Ŝe to takie wakacje w moim 

Ŝ

yciu, coś takiego, rozumiesz, jak przerwa w szkole między lekcjami. Raz nawet 

pomyślałam, Ŝe czas wracać – do Warszawy, do zawodu, Ŝe trzeba pójść do 

Stowarzyszeniu Filmowców i odkręcić całą aferę z Telewizją… Spakowałam się 

któregoś dnia i poŜegnałam się z nim w domu. Myślałam, Ŝe juŜ nie wrócę…

Pustawy peron dworca w Gdańsku. Pociąg juŜ podstawiono i ci, którzy chcieli 

jechać, pozajmowali w nim miejsca. WzdłuŜ wagonów przytupują tylko nieliczne 

grupki odprowadzających. Wieje zimny, lodowaty wiatr od morza. W otwartych 

drzwiach ostatniego wagonu stoi Agnieszka. NiŜej, na peronie, Maciek. Patrzą na 

siebie w milczeniu. Słychać gwizdki, trzaskanie drzwi. Pociąg rusza. Maciek nie rusza 

się z miejsca, ale oczy napełniają mu się łzami. Ostatni wagon mija juŜ skraj peronu, 

a on wciąŜ stoi jak sparaliŜowany i nie moŜe oderwać mokrych oczu od oddalającej 

się sylwetki Agnieszki. I wtedy Agnieszka raptownym ruchem wyrzuca z wagonów 

swoją walizkę, a potem sama skacze – juŜ niemal w pełnym biegu, naraŜając się na 

upadek a nawet kalectwo. Ale nie pada; udaje się jej złapać równowagę i zatrzymać 

nad samą krawędzią peronu. Stoi tam przez moment, balansując rozstawionymi w 

powietrzu rękami, a potem powoli obraca się i nagle biegiem rusza ku Maćkowi.

On teŜ juŜ biegnie ku niej, z twarzą opromienioną szczęściem – i tak biegną 

oboje ku sobie, jakby frunęli w powietrzu, unoszeni jakąś nieznaną siłą, aŜ wreszcie 

padają sobie w ramiona. Trzymają się tak długo i kurczowo, a poza nimi nie ma nic: 

background image

ani peronu, ani ludzi ani w ogóle rzeczywistego świata.

AGNIESZKA (płacząc ze szczęścia): Och, ty głupi… Dlaczego…

MACIEK: Co głupi? Trzeba było jechać.

AGNIESZKA: Ale dlaczego nie powiedziałeś? śe ci zaleŜy… PrzecieŜ ja… 

Gdybym wiedziała…

Cela w areszcie. Agnieszka i Winkel.

AGNIESZKA: No i zostaliśmy razem. Daj papierosa. Ostatni?

WINKEL: NiewaŜne.

AGNIESZKA: Dla mnie waŜne, bo następnego zapalę dopiero jak stąd wyjdę.

WINKEL: Dam straŜnikowi w łapę, to ci podrzuci.

AGNIESZKA: Nie wiem, czy zechce. Cholera, o czym to ja mówiłam, no, o 

czym?

WINKEL: O Maćku. Słuchaj, czy on wtedy zaczął konspirować?

AGNIESZKA: Co to znaczy „konspirować”?

WINKEL: No, działać w tych wolnych związkach…

AGNIESZKA: No, to mów precyzyjnie. Nie, wolnych związków jeszcze 

wtedy nie było. Wszystko się dopiero zaczynało, a zaczynało się przede wszystkim od 

czytania Konstytucji. Widzieliśmy juŜ, Ŝe działamy po prostu zgodnie z nią. A jak 

nauczyliśmy się jej na pamięć, to zdarzyło się coś bardzo śmiesznego: Maciek, jak się 

to mówi, poprosił mnie o rękę. To znaczy nie poprosił, tylko zapytał, czy chcę zostać 

Ŝ

oną bezrobotnego. No i był ślub… Ja, wiesz, właściwie nigdy nie byłam religijna. 

Chyba w dzieciństwie, Ŝeby nie denerwować rodziców. Ale kiedy poznałam Maćka, 

kiedy poznałam tych ludzi, zrozumiałam, Ŝe musi być ślub w kościele, no, Ŝe to po 

prostu konieczne… takŜe dla nas.

Cichy ślub w wielkim, prawie pustym kościele. Przed ołtarzem Agnieszka i 

Maciek, którego po raz pierwszy i jedyny widzimy w ciemnym garniturze. Głębiej 

trójka przyjaciół: Anna Hulewicz, Anna Walentynowicz i Lech Wałęsa; ten ostatni 

kryje za plecami naręcze kwiatów. Wszyscy są uroczyści i głęboko wzruszeni, nawet 

ksiądz, który udziela młodej parze sakramentu małŜeństwa.

KSIĄDZ: Pan Bóg Wszechmogący niech wam udzieli swojego 

błogosławieństwa. Niech błogosławi wam i waszym dzieciom. Jednorodzony Syn 

BoŜy nich wspomaga was w dniach pomyślności i w chwilach doświadczeń.

background image

Przenosi teraz wzrok na trójkę, stojącą w głębi.

KSIĄDZ: Was wszystkich tutaj zgromadzonych niech błogosławi 

Wszechmogący Bóg i Syn i Duch Święty.

Agnieszka i Maciek obracają się ku sobie, przez chwilę patrzą sobie w oczy a 

potem delikatnie całują się w usta. Świadkowie podchodzą do nich z Ŝyczeniami. Anna 

Walentynowicz najpierw całuje Agnieszkę i szepcze jej coś z powagą do ucha, po 

czym obraca się ku Maćkowi.

ANNA WALENTYNOWICZ: Maćku, tobie równieŜ wszystkiego 

najlepszego, Ŝeby błogosławieństwo BoŜe towarzyszyło wam zawsze i wszędzie…

Wałęsa z namaszczeniem składa pocałunek na policzku Agnieszki.

WAŁĘSA: śyczę wszystkiego najlepszego na tej powaŜnej drodze Ŝycia.

AGNIESZKA: Dziękujemy, dziękujemy bardzo.

WAŁĘSA: A poniewaŜ liczę, Ŝe to małŜeństwo będzie demokratyczne, więc 

chciałem to demokratycznie podzielić.

Dzieli przyniesiony bukiet na dwie części i kaŜdą z nich wręcza jednemu z 

małŜonków.

Skład trakcji elektrycznej, łączącej wszystkie miejscowości Trójmiasta wpada 

z szumem na tor przy peronie stacji Gdańsk – Wrzeszcz. Agnieszka i Maciek 

porozumiewają się wzrokiem i z dwóch stron wsiadają do jednego wagonu. Gdy 

pociąg rusza, wyjmują spod kurtek naręcza ulotek i spokojnie, z powagą zaczynają 

rozdawać je podróŜnym.

Niewielka, pustawa salka miejscowego sądu. W ławkach dla publiczności 

kilku stoczniowców, towarzyszących Agnieszce. Na ławie oskarŜonych Maciek w 

asyście dwóch milicjantów.

MACIEK: Wysoki sądzie przecieŜ nie za zaśmiecanie miasta znalazłem się 

tutaj. Mogę odpowiadać za to, za co rzeczywiście zostałem zatrzymany: za 

zakładanie, organizowanie i pracę w wolnych związkach, za organizowanie 

uroczystości ku czci poległych w grudniu 70-tego roku, ale nie za zaśmiecanie miasta. 

Wysoki sądzie, przecieŜ to jest śmieszne. Zresztą te ulotki zostały w ciągu trzech 

minut zebrane przez ludzi. A więc nie było Ŝadnych śmieci.

Zaplecze duŜego sklepu spoŜywczego. Agnieszka w rozpiętym fartuchu 

background image

ekspedientki, spod którego widać juŜ zaawansowaną ciąŜę przesuwa stos pojemników 

z pustymi butelkami po mleku. Potem na to miejsce przyciąga pojemniki pełne mleka. 

Robi to z wysiłkiem, ale bez niechęci czy zniecierpliwienia: po prostu jest sama i musi 

zarobić na siebie i dziecko, które niedługo przyjdzie na świat.

Agnieszka u siebie w domu; widać, Ŝe od rozwiązania dzielą ją juŜ tylko 

tygodnie. Stoi mocno podana do tyłu i obu dłońmi opiera się o stół. Przed nią grupa 

robotników ze stoczni; uroczystych i trochę zakłopotanych.

ROBOTNIK I: Pani Agnieszko, to nie jest tak bardzo duŜo, ale na to złoŜyli 

się wszyscy u nas na wydziale. I będziemy teraz co miesiąc zbierać, póki Maciek 

siedzi. Proszę.

Delikatnie kładzie na stole niewielki plik banknotów.

AGNIESZKA: Nie, ale ja nie mogę tego przyjąć. Jakoś sobie sama poradzę, 

dziękuję.

ROBOTNIK II: Pani nie moŜe odmówić. Maciek by wziął, bo to z serca, 

naprawdę.

Agnieszka niepewnie kręci głową.’

ROBOTNIK II: PrzecieŜ to nie jest Ŝadna jałmuŜna; to jest taka nasza 

solidarność…

ROBOTNIK I: No, niech pani weźmie.

AGNIESZKA (uśmiechając się): Dobrze; to dziękuję.

ROBOTNIK I: To my juŜ pójdziemy. Do widzenia.

AGNIESZKA: Do widzenia.

Tamci starannie nakładają czapki i wychodzą uspokojeni jak ludzie, którym 

udało się wykonać niełatwe zadanie.

Wiosna. Za oknem świeci mocne, czyste słońce. Słychać zgrzyt klucza w zamku 

i w chwilę potem do mieszkania wchodzi Maciek. Oczy ma zapadnięte i cerę ziemistą, 

jak kaŜdy, kto spędził kilka miesięcy zamknięty wśród murów.

Agnieszka wybiega mu naprzeciw. Padają sobie w objęcia i długo tak trwają, 

ciasno przytuleni do siebie. I dopiero po chwili Maciek orientuje się, Ŝe Ŝona ma 

znowu smukłą, dziewczęcą sylwetkę. Odsuwa ją od siebie, delikatnie dotyka jej 

brzucha i podnosi pytające oczy.

MACIEK: Gdzie dziecko?

AGNIESZKA: Rozbierz się, to zobaczysz.

background image

Maciek niecierpliwie zrzuca z siebie kurtkę i pochyla się nad białym 

łóŜeczkiem. Z doł patrzą na niego uwaŜne oczka małego Tomczyka.

Areszt w komendzie MO. Agnieszka i Winkel.

AGNIESZKA: Długo tam nie pomieszkaliśmy. Wyrzucili nas pod pretekstem, 

Ŝ

e dom idzie do remontu. Nie chcieliśmy iść do baraków; zamieszkaliśmy u pani 

Anny. A właściwie u jej mamy. Ale to juŜ był taki czas, Ŝe wszystko zaczynało iść na 

ostro. Ludzie coraz więcej wiedzieli, coraz częściej mówili co myślą. Był juŜ nasz 

„Robotnik WybrzeŜa”, były pisma KOR-u i wydawnictwa NOWEJ. Ale i władza 

zrobiła się bardziej agresywna…

Rewizja w znanym nam juŜ mieszkaniu starej pani Hulewiczowej. Kilku 

funkcjonariuszy ze SłuŜby Bezpieczeństwa przetrząsa dosłownie kaŜdy kąt; podłoga 

zasłana jest ksiąŜkami, listami, bielizną i pościelą, wywleczoną z tapczanów i łóŜek; 

wszystkie szafy i regały pootwierane i puste.

Maciek i Agnieszka z dzieckiem na ręku, spowitym w biały becik, stoją 

nieruchomo, zepchnięci pod ścianę. Obu gospodyń nie widać; zapewne 

przetrzymywane są w kuchni lub łazience.

Wreszcie ludzie z SB zaczynają po jednym opuszczać pokój. Robią to z 

ociąganiem i niechętnie: rewizja nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Ostatni 

wychodzi tajniak o twardej twarzy i nieforemnym nosie byłego boksera. W drzwiach 

zwalnia i przystaje, jakby mu przyszedł do głowy nowy pomysł. Powoli odwraca się ku

Agnieszce i wprawnymi ruchami zaczyna rozwijać becik.

Maciek chwyta go za przeguby obu rąk, a oczy ma rozŜarzone jak dwa węgle.

MACIEK (chrapliwie): Dziecka nie ruszać!

AGNIESZKA (próbując go odciągnąć): No, Maciek! Zostaw!

Tajniak uśmiecha się i puszcza becik. Maciek cofa ręce.

TAJNIAK: Dobra, idziemy. No, to do widzenia.

Robi krok w stronę drzwi i znienacka ładuje Maćkowi straszliwy cios prosto w 

Ŝ

ołądek. Maciek z głuchym jękiem zwija się wpół, a tajniak lekkim krokiem wychodzi.

Dworzec w Gdańsku. Agnieszka siedzi na walizce i przyciska do piersi 

dziecko, zakutane w ciepły kocyk aŜ po czubek nosa. W milczeniu patrzy na Maćka, 

który stoi obok ze zwieszoną głową. NadjeŜdŜa pociąg. Maciek podnosi oczy. Przez 

background image

chwilę patrzą na siebie bez słowa. Potem Agnieszka wstaje i rusza w stronę wagonu, 

a Maciek bierze walizkę i wsuwa ją przez otwarte drzwi na korytarz. Następnie 

podtrzymuje Agnieszkę i pomaga jej wejść do środka a sam staje na stopniu i dalej 

patrzy jej w twarz bez słowa. Pociąg rusza. Maciek jeszcze dłuŜszą chwilę jedzie na 

stopniach potem przyciska do siebie Agnieszkę i zeskakuje na peron.

Długo stoi tam sam, nieporuszony, jakby zmartwiały i patrzy w ślad za 

oddalającym się pociągiem.

Areszt w komendzie MO. Agnieszka i Winkel.

WINKEL: I gdzie pojechałaś?

AGNIESZKA: śaden sekret. Jeden z nich pojechał od razu za mną, tym 

samym pociągiem. Od razu wiedzieli, gdzie jestem.

Podnosi niedopałek papierosa, który zgasiła przed chwilą, prosi Winkla o 

ogień i zaciąga się tą mizerną resztką.

AGNIESZKA: Mam ojca kolejarza w nieduŜym miasteczku. Zresztą mały jest 

tam do dziś.

WINKEL: I co? Stamtąd cię tu przywieźli?

AGNIESZKA: Nie. Stocznia jeszcze wtedy pracowała, ale juŜ w Polsce było 

gorąco. Jak się dowiedziałem o strajku, pomyślałam, Ŝe Maciek nie powinien być w 

takim momencie sam. Wsiadłam do pociągu i wtedy mnie zwinęli.

WINKEL: Co ci grozi?

AGNIESZKA: Mnie? Nic. Oni juŜ przegrali, to kwestia kilku dni.

WINKEL: A jak nie?

AGNIESZKA: No, to będziemy grać dalej. Wiesz co powiedział Birkut 

Maćkowi w sześćdziesiątym ósmym? śadne kłamstwo nie utrzyma się wiecznie.

WINKEL (szeptem, oglądając się na drzwi): Biją cię tu?

AGNIESZKA: Nie, politycznych juŜ nie biją. Teraz się oduczyli. Chyba Ŝe 

gdzieś w ciemnej bramie – niezidentyfikowani osobnicy, rozumiesz. Ale nie tu. A ty 

co, boisz się?

WINKEL (wzruszając bezradnie ramionami): Boję się, bo jak by to się nie 

skończyło, to ja i tak dostanę po dupie.

AGNIESZKA (nadstawiając czujnie ucha): Cicho, zaczekaj…

Zza drzwi słychać jakieś przytłumione, ale wyraźne głosy, czasem zgiełk i 

odległe oklaski. To straŜnik na korytarzu słucha z tranzystora transmisji z przebiegu 

background image

obrad w stoczni.

AGNIESZKA (cicho): Słuchaj, to Gwiazda… Andrzej Gwiazda mówi…

GŁOS GWIAZDY: … Czy mamy zagwarantowane bezpieczeństwo za akcję 

strajkową? śe uczestnicy i współpracownicy, ludzie wspomagający strajk, nie będą 

represjonowani?

NieduŜa salka obrad w stoczni. Po jednej stronie członkowie prezydium 

Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z Lechem Wałęsą i Andrzejem Gwiazdą, 

po drugiej wicepremier Jasielski w otoczeniu członków delegacji rządowej. Na środku 

stołu liczne mikrofony i butelki z wodą mineralną.

GWIAZDA: Czy moŜemy być pewni, Ŝe nie znajdą się fałszywi świadkowie i 

fałszywy proces i nie okaŜe się, Ŝe cały MKS to banda kryminalistów? Panie 

premierze i wysoka komisjo, jest to sprawa – uwaŜam – podstawowej wagi; jest to 

sprawa, czy ustrój nasz będzie określany jako policyjny, czy jako demokratyczny. Nie 

chcemy Ŝyć w kraju, w którym jedność narodu jest wymuszana pałką policyjną!

JAGIELSKI: Proszę pana, to są bardzo dalekie sformułowania…

GWIAZDA: Dalekie i moŜe demagogiczne. Niemniej zatrzymania na 48 

godzin, jeŜeli ktoś ma poglądy róŜne od oficjalnych, są rzeczą nagminną. W tej chwili 

mam listę ludzi zatrzymanych bez postawienia Ŝadnych zarzutów, którzy 

prawdopodobnie siedzą dlatego, Ŝe nie wiadomo, jakie mają poglądy i czy byłyby to 

poglądy zgodne z oczekiwanymi. Mogę tę listę teŜ panu premierowi wręczyć.

JAGIELSKI: Pan uŜył stwierdzenia, które – ja panu powiem – mnie ubodło. 

No bo jak moŜna powiedzieć, czy jaką mamy gwarancję, Ŝe strajkujący tutaj i 

prezydium nie będą, Ŝe tak powiem, uznani za – nie chcę nawet powtórzyć; pan uŜył 

słowa kryminaliści. Ja panu powiem, Ŝe mnie to nawet osobiście ubodło. PrzecieŜ ja 

rozmawiam jak z uczciwymi… z jak najbardziej uczciwymi ludźmi. Jak jest moŜliwe, 

Ŝ

eby tak…ktoś tak traktował działaczy tutaj zebranych?

WAŁĘSA: Panie premierze, przecieŜ ja mam dziesiątki przykładów straszenia 

mnie juŜ, Ŝe jak tylko wyjdę, to będzie to i to. Ja … i nie tylko ja.

JAGIELSKI: Proszę pana, to i mnie trzeba wtedy przepędzić.

GWIAZDA: Panie premierze, to moŜe jest dalekie… Ale jeŜeli stara 

nauczycielka jeździ na drugi koniec Gdańska do kościoła bo się boi, Ŝeby dyrektor o 

tym się nie dowiedział, to jest sytuacja wyjątkowo niezdrowa…

background image

Areszt w komendzie MO. Radio za drzwiami milknie. Winkel i Agnieszka 

patrzą na siebie w zamyśleniu.

AGNIESZKA: Wyłączyli.

WINKEL: To się nie moŜe udać.

AGNIESZKA: Musi.

WINKEL: No, przepraszam, ale na mnie juŜ czas…

AGNIESZKA: Do zobaczenia – w stoczni.

WINKEL: Trzymaj się.

Po chwili idzie juŜ korytarzem w towarzystwie cywilnego funkcjonariusza, 

który go tutaj przyprowadził.

FUNKCJONARIUSZ: No i co? Wycisnął coś pan z niej?

WINKEL (wykrętnie): Trochę…

FUNKCJONARIUSZ (wahająco): Pan myśli, Ŝe oni mogą wygrać?

WINKEL: Do widzenia.

Sala gimnastyczna. Kapitan Wirski uwija się wśród olbrzymich, skórzanych 

manekinów, zawieszonych na drąŜku. Raz po raz bierze zamach i długą, bojową pałką 

wymierza któremuś z manekinów morderczy cios – w głowę, szyję, kark i podbrzusze.

Od drzwi niepewnie podchodzi Winkel i staje na skraju maty.

WIRSKI (nie oglądając się na niego): Zdejmijcie buty.

Winkel z pośpiechem wycofuje się poza matę i ściąga rozdeptane mokasyny, 

zaczepiając jeden o drugi.

WIRSKI (nie przerywając treningu): Mieliście do mnie dzwonić.

WINKEL: Przepraszam; mogę zapalić papierosa?

WIRSKI: Tutaj?

Wymierza jeszcze jeden gwałtowny cios, wymierzony w to miejsce, gdzie 

manekin – gdyby był człowiekiem – miałby splot słoneczny, a potem, bawiąc się pałką 

jak szpicrutą, podchodzi bliŜej do Winkla.

WINKEL: Ja potrzebuję jeszcze dwa, trzy dni czasu…

Mówiąc to, wciąŜ niezdecydowanie obraca w palcach papierosa. Wirski 

zatyka pałka za podwieszenie najbliŜszego manekina i przygląda się gościowi z 

pogardą.

WIRSKI: Musicie palić? Sportem trzeba się zająć, człowieku! Sportem!

background image

WINKEL: Ja nie mam jeszcze wyjściowego materiału i… Dobrze, 

powstrzymam się.

WIRSKI: Dostaliście ode mnie to, co dostaliście, poniewaŜ, powiedzmy, 

poszedłem na pewien układ. Ale przypuśćmy, Ŝe ten układ juŜ jutro się skończy…

WINKEL: To moŜe ja jednak zapalę i będę strzepywał do pudełka.

WIRSKI: A palcie, pies wam mor… Człowiek chamieje, jak się styka z tym 

elementem. Nam palcem nie wolno ruszyć bez rozkazu, chociaŜ jesteśmy gotowi, a 

oni… Szkoda mówić. Sportem trzeba się zająć, człowieku, sportem.

Winkel w zamyśleniu bierze pałkę Wirskiego, chwilę waŜy ją w dłoni, potem 

staje naprzeciw pierwszego z brzegu manekina i znienacka uderza go w głowę – raz, 

drugi, trzeci. Nagle ogarnia go jakieś dziwne uniesienie, bliskie śmiertelnej 

nienawiści, a moŜe nawet szaleństwa? – i w tym dziwnym uniesieniu, spocony i 

dyszący, okłada kołyszącego się manekina aŜ do zupełnej utraty sił. Dopiero wtedy 

obraca się twarzą ku Wirskiemu, a w jego postaci nie ma juŜ ani śladu poprzedniej 

niepewności

WINKEL (oddychając z wysiłkiem): To, co jest w tych waszych papierach nie 

daje najmniejszego pretekstu, Ŝeby skonstruować ten „scenariuszyk”, jak pan to 

określił.

WIRSKI: Nie podskakuj, tatuś, nie podskakuj.

WINKEL: A w ogóle to dziękuję, Ŝe mi pan ułatwił kontakt – z tamtymi. 

Dzięki panu poznałem wspaniałych ludzi!

Wirski leniwie podchodzi i raptem chwyta go za kurtkę na piersiach.

WIRSKI: Przypomnij sobie pewną noc pod Małkinią. Kto wtedy jechał po 

pijaku? Kto rozbił wóz, zabił parę koni? Kto poharatał woźnicę? Miałeś wtedy 

sprawę? Nie. Ty teŜ masz taką teczkę, ty gnoju!

Z całej siły odpycha Winkla od siebie. Ten – omijając go łukiem – zaczyna 

wycofywać się ku drzwiom. Na jego twarzy maluje się odrobina przestrachu, ale 

jeszcze więcej poprzedniej nienawiści.

WIRSKI: Buty.

Winkel po omacku, nie spuszczając wzroku z kapitana, wsuwa stopy do butów 

i tyłem wycofuje się z sali. W chwilę potem zbiega z pośpiechem po schodach 

komendy.

WINKEL (bardziej do siebie, niŜ do mijanych funkcjonariuszy): Zamordujcie, 

wsadźcie do mamra i dajcie mi święty spokój…

background image

Niewielka drukarnia na terenie stoczni. To tutaj tłoczy się strajkową gazetkę 

„Solidarność”. Kilku robotników, przyuczonych przez wysłannika NiezaleŜnej 

Oficyny Wydawniczej, krząta się koło urządzeń poligraficznych, sortuje egzemplarze 

pisma, pakuje w paczki i rozdziela na strajkujące wydziały i zakłady. Wchodzi Winkel 

i przez chwilę stoi bezradnie. Potem podchodzi do najbliŜszego stoczniowca – 

drukarza.

WINKEL: Przepraszam bardzo, czy jest juŜ połączenie z resztą kraju?

DRUKARZ: Jest, odblokowali.

WINKEL: A moŜna skorzystać z telefonu?

DRUKARZ: Proszę, tam.

WINKEL (biorąc słuchawkę): A do Warszawy, to jak?

DRUKARZ: Przez zero.

WINKEL: Dziękuję.

DRUKARZ: Ale na podsłuchu.

WINKEL: NiewaŜne.

Wykręca szereg cyfr i czeka, przyglądając się równocześnie strumieniowi 

gazet z nagłówkiem „Solidarność”, spływający z maszyny.

WINKEL: Halo? Proszę sekretariat przewodniczącego Komitetu do spraw 

Radia i Telewizji.

GŁOS SEKRETARKI: Słucham, sekretariat.

WINKEL: Dzień dobry, pani Małgosiu.

GŁOS SEKRETARKI: Dzień dobry, panie redaktorze. Czy pan jeszcze z 

Gdańska?

WINKEL: A, tak się dziwnie złoŜyło. Chciałbym pani podyktować 

telefonogram dla szefa.

GŁOS SEKRETARKI: Słucham, juŜ notuję.

WINKEL: Zgłaszam dymisję. Jestem do tego za stary. Stocznia wygrała, a ja 

jej mogę Ŝyczyć tylko wszystkiego dobrego.

GŁOS SEKRETARKI: Przepraszam, panie redaktorze, ale o którego szefa 

panu chodzi?

WINKEL: Nie rozumiem.

GŁOS SEKRETARKI: Bo widocznie nie słucha pan radia.

WINKEL: Tu teraz nikt nie słucha radia.

background image

GŁOS SEKRETARKI: Dawny szef odszedł… i pierwszy zastępca takŜe. 

Mamy zupełnie nowe kierownictwo. Boję się, Ŝe dla nich pański telefonogram będzie 

niezrozumiały. Czy mimo to mam doręczyć?

WINKEL: Nie. Niech pani tylko napisze, Ŝe proszę o dymisję.

Wielka sala w stoczni, wypełniona po brzegi setkami delegatów, dziennikarzy, 

filmowcami i ekipami TV z całego świata. Stan powszechnego napięcia, miejscami 

graniczącego z euforią. Do stołu prezydialnego powoli przeciskają się uczestnicy 

ś

wieŜo zakończonych pertraktacji. Jest wśród niech Wałęsa, jest Gwiazda i Maciek, a 

takŜe wicepremier Jagielski. Wśród szumu przyciszonych głosów i stukotu odsuwany 

krzeseł zajmują miejsca za stołem. Nad ich głowami widnieje krzyŜ obok białego orła.

Winkel wykonuje desperacką próbę, by przecisnąć się jak najbliŜej stołu, ale 

grzęźnie w zbitym tłumie delegatów, tuŜ obok Anny Hulewicz, którą pozdrawia i 

dziękuje uśmiechem za przepustkę, dzięki której mógł się tu znaleźć w tym 

historycznym momencie.

Nagle słyszy za sobą znajomy, bardzo donośny głos i obejrzawszy się, widzi w 

drzwiach rozjaśnioną, pełną szczęścia Agnieszkę.

AGNIESZKA: Maciek! Maciek! Maciek.

Tamten odpowiada jej z drugiego końca sali delikatnym uniesieniem ręki. W 

tej samej chwili wicepremier przysuwa sobie bliŜej mikrofon.

JAGIELSKI:… Była to praca niełatwa, były to rozmowy trudne, Ŝmudne, 

wymagające duŜego wysiłku, ale dotyczyły one spraw bardzo waŜnych. Potwierdzam 

i w pełni podtrzymuję to, co było powiedziane: rozmawialiśmy tak, jak Polacy 

powinni z sobą rozmawiać, jak rozmawia Polak z Polakiem. I drugą myśl 

podtrzymuję w całej ostrości: nie ma przegranych ani wygranych, nie ma pokonanych 

ani zwycięŜonych i głęboko w to wierzę, Ŝe będzie to najlepsze świadectwo naszych 

patriotycznych, polskich, obywatelskich intencji, Ŝe pragniemy jak najlepiej słuŜyć 

sprawom ludzi pracy, sprawom naszego narodu, naszej socjalistycznej ojczyzny, 

Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

WAŁĘSA: Prosimy o dokumenty, które mamy podpisać – końcowe. Czy 

dokumenty juŜ są?

Ktoś z prezydium kładzie przed nimi papiery.

JAGIELSKI: Podpisujemy.

WAŁĘSA: Tak.

background image

KaŜdy z nich pochyla się nad swoją kopią tekstu porozumienia. Maciek 

podnosi oczy znad stołu i ponad morzem głów, wypełniających salę, odnajduje 

stojącą przy wejściu sylwetkę Agnieszki. Uśmiecha się do niej, a choć tego uśmiechu z 

tak daleka nie widać, ona teŜ odpowiada mu uśmiechem.

W chwilę potem nieprzeliczona rzeka stoczniowców rusza przez dziedziniec ku 

bramie. Na czele tego spontanicznego pochodu, uniesiony w ramionach najbliŜszych 

towarzyszy walki, płynie w słonecznym powietrzu Wałęsa.

Okrzyki i oklaski milkną. Wałęsa wspina się na bramę i pochyla się ku 

wielotysięcznemu tłumowi, czekającemu na jego słowa za ogrodzeniem stoczni.

WAŁĘSA: Faktem jest, tak jak powiedziałem pierwszego dnia: Ŝe 

zwycięŜymy – i zwycięŜyliśmy. Taka jest krótka prawda. Powiedziałem: ja wychodzę 

ostatni; tak zrobię i wyjdę ostatni. Bóg zapłać, ja idę do pracy, do zobaczenia.

Zeskakuje na ziemię i znika z oczu zebranych. Burza oklasków, krzyki, pieśni. 

Brama powoli otwiera się i po raz pierwszy od z górą dwóch tygodni umęczona 

załoga stoczni miesza się z tłumem swoich najbliŜszych, który wiernie towarzyszył jej 

przez cały czas strajku.

Pusta sala, w której jeszcze przed kilku minutami tłoczyli się delegaci, 

dziennikarze i goście. Setki opróŜnionych, porozsuwanych krzeseł, na podłodze 

papiery, śmiecie, niedopałki rozsypane z przepełnionych popielniczek. Zza okien 

dobiega huczący jak morze, radosny, zwycięski śpiew „Jeszcze Polska nie zginęła…”

Winkel powoli rusza w stronę wyjścia. W połowie drogi spotyka nieruchomo 

stojącego wśród krzeseł Dzidka.

WINKEL: Dzidek!

Przedziera się szybko ku niemu, potrząsając niedowierzająco głową.

WINKEL: Wie pan, ja nie mogłem uwierzyć i właściwie jeszcze nie wierzę. 

Ale udało się, udało…

Dzidek wyszarpuje mu spod kurtki mikrofon na cienkim kabelku.

DZIDEK (lodowato): Teraz moŜe juŜ pan to nosić na wierzchu.

WINKEL: Dzidek, nie, to nie tak, naprawdę…

DZIDEK: Niech pan tu zaczeka, aŜ wszyscy się rozejdą. Niech pan nikomu 

nie gratuluje i nikomu nie podaje ręki.

WINKEL: Dzidek, ja panu wszystko wytłumaczę…

background image

DZIDEK: Nie ma po co. Ten pan nam wszystko powiedział.

Wskazuje głową za siebie. Winkel przenosi tam wzrok i widzi w drzwiach 

nieruchomą postać Ogrodnika – tego samego, który go kiedyś odbierał na dworcu, a 

potem wiózł do Badeckiego i na końcu wręczał mu dowód rejestracyjny i kluczyki do 

„Fiata”.

WINKEL (obraca się z powrotem do Dzidka): Czy mogę się chociaŜ poŜegnać 

z panem?

DZIDEK: JuŜ pan to zrobił.

Odwraca się tyłem, podchodzi do Ogrodnika i obaj nie oglądając się na 

Winkla opuszczają salę.

Zza okien dochodzi teraz gromki, wielotysięczne „Sto lat!...” Pusta ulica 

przed stocznią. Wszyscy juŜ się rozeszli, zostały tylko pęki kwiatów na otwartej 

bramie.

Z dziedzińca stoczni wychodzi na ulicę Winkel. Idzie powoli, jak człowiek 

cięŜko chory i śmiertelnie tą chorobą wyczerpany. Głowę ma nisko opuszczoną, a 

oczy wbite w ziemię.

BADECKI: Panie Winkel!

Winkel podnosi głowę. Widzi przed sobą samotny wóz z opuszczoną tylną 

szybą. Przez okno wozu patrzy na niego Badecki.

Winkel powoli zbliŜa się do niego.

BADECKI: Panie Winkel, co pan taki przegrany? Pan wierzy w to 

porozumienie? PrzecieŜ ono nie ma Ŝadnej mocy prawnej. Ot, świstek papieru, 

podpisany pod przymusem. Głowa do góry, panie Winkel. To dopiero pierwsza runda.

Zmierzch. Zwały ciemnych chmur, gnanych bałtyckim wiatrem, przewalają się 

po niebie.

Ś

rodkiem wiaduktu – tego samego, pod którym dziesięć lat temu zginą jego 

ojciec – nadchodzi Maciek. Jest milczący, powaŜny, skupiony. Zatrzymuje się w tym 

samym miejscu, z którego wówczas obserwował krzątaninę milicyjnych radiowozów, 

wojskowych gazików i karetek. Klęka i robi ręką uroczysty znak krzyŜa.

MACIEK (bardzo cicho): Chciałbym ci powiedzieć, Ŝe wygraliśmy, bo udało 

się to, o co nam chodziło w 68 roku, a wam w siedemdziesiątym. I teraz juŜ wiem na 

pewno, Ŝe się nigdy nie damy podzieli, nigdy się nie damy oszukać; przetrzymamy 

nawet najgorsze. Przepraszam, Ŝe ci mało wierzyłem; ale teraz wszyscy zobaczyliśmy 

background image

prawdę i tego juŜ się nie da cofnąć ani wymazać. Mam nadzieję, Ŝe teraz jesteś ze 

mnie zadowolony. To właściwie tyle, co ci chciałem powiedzieć.

Z ekranu płynie pieśń, ułoŜona w grudniu  pamiętnego roku 1970 – pieśń, do 

której słowa ułoŜył bezimienny, do dziś niezidentyfikowany autor; być moŜe jeden z 

tych, którzy wówczas padli na ulicach Trójmiasta.

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chylonii,

Dzisiaj milicja uŜyła broni.

Dzielnieśmy stali, celnie rzucali –

Janek Wiśniewski padł.

Na drzwiach ponieśli go Świętojańską,

Naprzeciw glinom, naprzeciw tankom.

Chłopcy stoczniowcy, pomścijcie druha!

Janek Wiśniewski padł.

Lecą petardy, ścielą się gazy,

Na robotników sypią się razy,

Padają dzieci, starcy, kobiety.

Janek Wiśniewski padł.

Jeden zraniony, drugi zabity.

Krew się polała grudniowym świtem;

To władza strzela do robotników

Janek Wiśniewski padł.

Stoczniowcy Gdyni, stoczniowcy Gdańska,

Idźcie do domu – skończona walka.

Ś

wiat się dowiedział, nic nie powiedział…

Janek Wiśniewski padł.

Nie płaczcie matki, bo nie na darmo

Nad stocznią sztandar z czarną kokardą;

Za chleb i wolność – i nową Polskę

Janek Wiśniewski padł.

background image

Scenariusz ALEKSANDER ŚCIBOL – RYSKI

ReŜyseria ANDRZEJ WAJDA

Zdjęcia EDWARD KŁOSIŃSKI

Muzyka ANDRZEJ KORZYŃSKI

Ballada o Janku Wiśniewskim – muzyka ANDRZEJ KORZYŃSKI

na motywach melodii MIECZYSŁAWA CHOLEWY

ś

piewa KRYSTYNA JANDA

Scenografia ALLAN STARSKI

MontaŜ HALINA PRUGAROWA

Fotosy RENATA PAJCHEL

Wykonawcy:

Maciej Tomczyk

i jego ojciec Mateusz Birkut – JERZY RADZIWIŁOWICZ

Agnieszka – KRYSTYNA JANDA

Winkel – MARIAN OPANIA

Anna Hulewicz – WISŁAWA KOSMALSKA

Jej matka – IRENA BRYLSKA

Dzidek – BOGUSŁAW LINDA

Badecki – FRANCISZEK TRZECIA

I Zastepca – JANUSZ GAJOM

Kapitan Wirski – ANDRZEJ SEWERYN

Antoniak – JERZY TRELA

Kryska – KRZYSZTOF JANCZAR

Matka Maćka – KRYSTYNA ZACHWATOWICZ

Redaktor TV – BOGUSŁAW SOBCZUK

Kadrowiec – WOJCIECH ALABORSKI

Film nagrodzony Złotą Palmą na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w 

Cannes 

1981