background image

J

J

A

A

C

C

K

K

 

 

H

H

I

I

G

G

G

G

I

I

N

N

S

S

 

 

 

 

 

 

Ś

Ś

M

M

I

I

E

E

R

R

Ć

Ć

 

 

J

J

E

E

S

S

T

T

 

 

Z

Z

W

W

I

I

A

A

S

S

T

T

U

U

N

N

E

E

M

M

 

 

N

N

O

O

C

C

Y

Y

 

 

C

C

Y

Y

K

K

L

L

:

:

 

 

S

S

E

E

A

A

N

N

 

 

D

D

I

I

L

L

L

L

O

O

N

N

 

 

T

T

O

O

M

M

 

 

1

1

0

0

 

 

T

T

Y

Y

T

T

U

U

Ł

Ł

 

 

O

O

R

R

Y

Y

G

G

I

I

N

N

A

A

Ł

Ł

U

U

:

:

 

 

M

M

I

I

D

D

N

N

I

I

G

G

H

H

T

T

 

 

R

R

U

U

N

N

N

N

E

E

R

R

 

 

 

 

Z

Z

 

 

A

A

N

N

G

G

I

I

E

E

L

L

S

S

K

K

I

I

E

E

G

G

O

O

 

 

P

P

R

R

Z

Z

E

E

Ł

Ł

O

O

Ż

Ż

Y

Y

Ł

Ł

:

:

 

 

A

A

N

N

D

D

R

R

Z

Z

E

E

J

J

 

 

S

S

Z

Z

U

U

L

L

C

C

 

 

 

 

W

W

A

A

R

R

S

S

Z

Z

A

A

W

W

A

A

 

 

2

2

0

0

0

0

3

3

 

 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

 

Śmierć jest zwiastunem nocy 
Przysłowie arabskie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Daniel Quinn nosił dobre ulsterskie nazwisko. Dziadek Daniela, irlandzki katolik 

z  Belfastu,  jako  młody  człowiek  walczył  z  Michaelem  Collinsem  o  niepodległość 
Irlandii,  a  potem,  gdy  w  1920  roku  wyznaczono  nagrodę  za  jego  głowę,  uciekł  do 
Ameryki. 

Pracował  na  budowach  w  Nowym  Jorku  i  Bostonie,  lecz  prawdziwe  wpływy 

zdobył  jako  członek  najbardziej  tajnego  z  irlandzkich  stowarzyszeń,  Irlandzkiego 
Bractwa  Republikańskiego.  Pracodawcy  zaczęli  się  go  bać.  Po  roku  założył  własną 
firmę, dzięki której miał zostać milionerem. 

Jego  syn,  Paul,  urodził  się  w  1921  roku.  Od  najmłodszych  lat  miał  obsesję  na 

punkcie latania. W 1940 roku zrezygnował nagle ze studiów w Harvardzie, pojechał do 
Anglii i jako amerykański ochotnik wstąpił pod nazwiskiem ojca do RAF-u. 

Ojciec,  który  nie  lubił  Brytyjczyków,  był  najpierw  zbulwersowany,  a  potem 

dumny. Pierwszy Lotniczy  Krzyż  Walecznych  Paul  otrzymał  podczas  bitwy o  Anglię, 
drugi  w  1943  roku,  już  w  amerykańskich  siłach  powietrznych.  W  1944  został  ciężko 
postrzelony,  gdy  leciał  mustangiem  nad  Niemcami.  Chirurdzy  Luftwaffe  zrobili,  co 
mogli, jednak Paul nigdy nie odzyskał już poprzedniej sprawności. 

W  roku  1945  zwolniono  go  z  obozu  jenieckiego  i  wrócił  do  domu.  Jego  ojciec 

zarobił  na  wojnie  miliony.  Paul  Quinn  ożenił  się  i  w  1948  roku  urodził  mu  się  syn, 
Daniel.  Niestety,  matka  chłopca  zmarła  przy  porodzie.  Paul,  który  nie  cieszył  się 
najlepszym zdrowiem, zadowolił się posadą radcy prawnego w rodzinnej firmie. 

Wybitnie  uzdolniony  Daniel  również  trafił  do  Harvardu,  gdzie  studiował 

ekonomię  i  zarządzanie  przedsiębiorstwem,  i  w  wieku  dwudziestu  jeden  lat  uzyskał 
tytuł magistra. Następnym krokiem powinno być przystąpienie do rodzinnego biznesu, 
który  obejmował  obecnie  warte  setki  milionów  dolarów  nieruchomości,  hotele  oraz 
ośrodki wypoczynkowe. Jednak dziadek Daniela miał inne plany: marzył, że jego wnuk 
zrobi doktorat, a potem olśniewającą karierę polityczną. 

Zabawne,  jak  często  życie  zmienia  się  pod  wpływem  drobiazgów.  Któregoś 

wieczoru, oglądając  w telewizji krwawą jatkę w  Wietnamie, starszy pan wyraził swoją 
dezaprobatę. 

- Nie powinniśmy się w to w ogóle angażować, do diab ła - powiedział. 
- A jakie to ma znaczenie? - odparł Daniel. - Już tam jesteśmy. 
- Chwała Bogu, że przynajmniej ciebie tam nie ma. 
-  Więc  chcemy,  żeby  całą  brudną  robotę  załatwiły  za  nas  czarne  dzieciaki? 

Synowie  robotników  i  Latynosów  nie  mają  najmniejszych  szans  w  walce.  Giną  tam 
tysiącami. 

- To nie nasza sprawa. 
- Cóż, być może powinienem uznać ją za swoją. 
- Przeklęty głupiec - burknął z obawą  w  głosie starszy pan. -  Nie  waż  się  robić 

niczego głupiego, słyszysz? 

Nazajutrz  rano  Daniel  Quinn  zgłosił  się  do  komisji  poborowej.  Zaczął  od 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

piechoty,  następnie  zaś  wstąpił  do  wojsk  desantowych.  W  pierwszym  okresie  służby 
został  postrzelony  w  lewe  ramię,  za  co  otrzymał  Purpurowe  Serce  oraz  Wietnamski 
Krzyż Walecznych. Kiedy wrócił na urlop do domu, dziadek zobaczył mundur i medale 
i uronił łzy wzruszenia. W końcu jednak górę wzięła irlandzka duma. 

-  Nadal  uważam,  że  nie  powinniśmy  się  w  to  angażować  -  rzekł,  patrząc  na 

wnuka  i  widząc  jego  opaloną  twarz  o  skórze  napiętej  na  kościach  policzkowych.  W 
oczach Daniela było coś, czego wcześniej nie dostrzegał. 

- A ja powtarzam, że skoro już tam jesteśmy, musimy się do tego przyłożyć. 
- Nie chcesz zostać oficerem? 
- Nie, dziadku. Stopień sierżanta mi wystarczy. 
- Chyba zwariowałeś. 
- Jestem przecież Irlandczykiem. Wszyscy jesteśmy stuknięci. 
Dziadek pokiwał głową. 
- Na jak długo przyjechałeś do domu? 
- Na dziesięć dni. 
- A potem od razu wracasz? 
Daniel przytaknął. 
- Wstępuję do sił specjalnych. 
Starszy pan zmarszczył brwi. 
- Co to takiego? 
- Lepiej, żebyś nie wiedział, dziadku, lepiej, żebyś nie wiedział. 
- Cóż, skoro tu jesteś, staraj się przynajmniej spędzić przyjemnie czas. Umów się 

na kilka randek z dziewczynami. 

- Nie omieszkam. 
Tak też zrobił, a potem wrócił do zielonego wietnamskiego piekła i bezustannego 

warkotu  helikopterów.  Znów  znalazł  się  w  miejscu,  w  którym  wszechobecne  były 
śmierć  i  zniszczenie  i  gdzie  wszystkie  drogi  prowadziły  do  Bo  Din  i  do  jego  własnej 
randki z przeznaczeniem. 

Obóz Czwarty leżał w głębi buszu, na północ od delty Mekongu. Rzeka wiła się 

przez bagna i rozległe szuwary, wśród których z rzadka trafiała się jakaś wioska. Tego 
dnia padało; monsunowy deszcz wisiał w powietrzu niczym szara zasłona, ograniczając 
w znacznym stopniu widoczność. Obóz Czwarty był punktem wypadowym dla operacji 
przeprowadzanych  przez  siły  specjalne.  Gdy  zginął  poprzedni  starszy  sierżant, 
skierowano tam Quinna. 

Podrzucono  go, jak zwykle, helikopterem służby medycznej. Z powodu braków 

kadrowych  oprócz  pilota  na  pokładzie  był  tylko  młody  medyk  i  jednocześnie  strzelec 
pokładowy,  niejaki  Jackson,  który  siedział  z  ciężkim  karabinem  maszynowym  i 
lustrował teren przez otwarte drzwi. Widoczność stale się pogarszała i helikopter zszedł 
niżej. Pod nimi znajdowały się pola ryżowe i brązowa wstęga rzeki. Quinn wstał, złapał 
się framugi i spojrzał w dół. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Nagle po prawej stronie nastąpiła potężna eksplozja i w górę strzeliły płomienie. 

Pilot przechylił maszynę i ze strug deszczu wyłoniła się wioska. Niektóre domy stały na 
wbitych  w  rzekę  palach.  Quinn  zobaczył  wieśniaków  wskakujących  do  czułen  i 
płaskodennych łodzi rybackich. Część z nich odbijała już od brzegu. Spostrzegł również 
partyzantów  Vietcongu  -  mieli  słomiane  kapelusze  i  czarne,  podobne  do  piżam 
mundury. Usłyszał odległy terkot AK47 i zobaczył, jak ludzie zaczęli wypadać z łodzi 
do rzeki. 

Kiedy  helikopter  podleciał  bliżej,  partyzanci  zadarli  głowy.  Kilku  podniosło 

karabiny i zaczęło strzelać. Jackson odpowiedział ogniem. 

- Chryste, nie! - zawołał Quinn. - Pozabijasz cywilów. 
- Lepiej się stąd wynośmy - krzyknął przez ramię pilot i skręcił, kiedy trafiło ich 

kilka kul. - To Bo Din. Vietcong jest tutaj bardzo aktywny. 

W  tej  samej  chwili  Quinn  dostrzegł  na  skraju  wioski  misję:  mały  kościółek  i 

grupkę osób na dziedzińcu. Partyzanci biegli w tę stronę drogą. 

- Jest tam zakonnica i kilkanaścioro dzieci - powiedział Jackson. 
Quinn złapał pilota za ramię. 
- Musimy wylądować i ich zabrać - rzekł, Będziemy mieli szczęście, jeśli uda nam 

się potem wy startować - odkrzyknął pilot. - Spójrz na drogę. 

Partyzanci  byli  wszędzie.  Co  najmniej  pięćdziesięciu  z  nich  kluczyło  między 

domami, kierując się ku misji. 

Dziedziniec jest za mały. Będę musiał lądować na drodze. 
Nie uda się nam. 
- Dobrze, daj mi tylko wyskoczyć, a potem spieprzaj stąd do wszystkich diabłów 

i sprowadź pomoc. 

- Jesteś szalony. 
Quinn spojrzał na zakonnicę w białym tropikalnym hełmie. 
- Nie możemy tu zostawić tej kobiety ani tych dzieci. 
Pozwól mi tylko wyskoczyć. 
Wepchnął  flary  i  granaty  do  kieszeni  kurtki,  zawiesił  na  szyi  torby  z 

magazynkami  i  wziął  do  ręki  M16.  Jackson  posłał  długą  serię  wzdłuż  drogi.  Kilku 
partyzantów padło, pozostali się rozpierzchli. Helikopter zawisł tuż nad ziemią i Quinn 
wyskoczył na zewnątrz. 

-  Ja  też  chyba  oszalałem  -  mruknął  Jackson,  po  czym  skoczył  w  ślad  za  nim,  z 

M16 w ręku, z zawieszonymi na szyi magazynkami i z apteczką na ramieniu. 

Wietnamczycy  nasilili  ostrzał,  a  dwaj  Amerykanie  ruszyli  do  bramy  misji.  Z 

naprzeciwka podbiegła do nich zakonnica z dziećmi. 

-  Niech  się  siostra  cofnie!  -  zawołał  Quinn.  -  Proszę  się  cofnąć!  -  Wyjął  dwa 

granaty i podał jeden Jacksonowi. - Razem - powiedział. 

Wyciągnęli zawleczki, policzyli do trzech, dali krok do tyłu i przerzucili granaty 

przez mur. Eksplozja była ogłuszająca. Kilku partyzantów padło, reszta na jakiś czas się 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

cofnęła.  Quinn  odwrócił  się  do  zakonnicy.  Miała  dwadzieścia  kilka  lat  i  bladą  ładną 
twarz. Kiedy się odezwała, zorientował się, że to Angielka. 

- Dzięki Bogu, że się zjawiliście. Jestem siostra Palmer. 
Ojciec da Silva nie żyje. 
- Przykro mi, siostro, ale jest nas tylko dwóch. Helikopter poleciał po pomoc, ale 

nie wiadomo, ile to potrwa. 

Jackson posłał serię wzdłuż drogi. 
-  Jaki,  do  diabła,  mamy  plan?  -  zawołał.  -  Nie  zdołamy  się  tutaj  utrzymać. 

Rozdepczą nas. 

Mur na tyłach misji sypał się ze starości. Dalej majaczyły w ulewie wysokie na co 

najmniej dziesięć stóp trzciny. 

- Zabierz dzieci na bagna, natychmiast! - krzyknął Quinn. 
- A ty? 
- Będę ich powstrzymywał tak długo, dopóki to będzie możliwe. 
Jackson nie zamierzał się z nim spierać. 
- Idziemy, siostro - zawołał. 
Quinn  patrzył,  jak  odchodzą. Dzieci  były  bardzo wystraszone,  niektóre  płakały. 

Kiedy  wszyscy  przedostali  się  przez  rozsypujący  się  mur,  wyjął  z  kieszeni  granat  i 
wyciągnął zawleczkę.  Na zewnątrz  usłyszał warkot  silnika i wyjrzawszy  przez  bramę, 
zobaczył  zbliżającego  się  poobijanego  dżipa  z  zamontowanym  obok  kierowcy 
karabinem  maszynowym,  za  którym  stali  dwaj  partyzanci.  Bóg  wie,  skąd  wytrzasnęli 
tego dżipa,  lecz za nim  szła cała drużyna. Quinn  cisnął  granat, kiedy  puścili pierwszą 
serię. Trafił w sam środek dżipa i doszło do piekielnej eksplozji. W powietrze pofrunęły 
ciała i części pojazdu, wszędzie buchnęły płomienie. 

Pozostali partyzanci rzucili się do ucieczki. Na chwilę zapadła cisza, przerywana 

tylko  szumem  deszczu.  Trzeba  było  brać  nogi  za  pas.  Daniel  Quinn  odwrócił  się, 
przeskoczył  przez  mur  i  pobiegł  w  stronę  wysokich  trzcin.  Na  skraju  szuwarów 
zatrzymał się na chwilę, zatknął bagnet na swoim Ml6, a potem ruszył dalej. 

Siostra  Sarah  Palmer  szła  pierwsza,  trzymając  za  rękę  jedno  dziecko  i  niosąc 

drugie,  najmłodsze  z  całej  gromadki.  Pozostałe  podążały  w  ślad  za  nią;  siostra 
upominała  je  cicho  po  wietnamsku,  żeby  nie  hałasowały.  Pochód  zamykał  Jackson  z 
gotowym do strzału Ml6. 

Weszli do ciemnego stawu i stanęli tam, zanurzeni po uda w wodzie. Ulewa nie 

ustawała i w powietrzu unosiła się biała mgła. Zakonnica obejrzała się przez ramię na 
Jacksona. 

- Jeśli dobrze się orientuję, na prawo powinna być droga. 
- I co nam  to da, siostro? Wietnamczycy zaraz  nas dogonią, a szczerze  mówiąc, 

najbardziej boję się o Quinna. Od tamtego wybuchu nie słychać było żadnych strzałów. 

- Myśli pan, że zginął? 
- Mam cholerną nadzieję, że nie. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Nagle z trzcin wyskoczył młody Wietnamczyk i dźgnął Jacksona bagnetem pod 

lewą  łopatkę,  tylko  o  kilka  cali  mijając  serce.  Amerykanin  krzyknął  i  osunął  się  na 
kolana.  Po  drugiej  stronie  stawu  pojawili  się  następni  partyzanci,  dwaj  chłopcy  i 
dziewczyna - wszyscy bardzo młodzi, i z kałasznikowami. 

Jackson próbował wstać, podpierając się karabinem niczym laską. Wietnamczyk 

obserwował  go  z  posępną  miną.  Nagle  rozległ  się  dziki  okrzyk  i  spomiędzy  trzcin 
wyskoczył  Daniel,  strzelając  z  biodra  i  kładąc  trupem  całą  trójkę.  Czwarty  partyzant, 
ten, który ranił Jacksona, zbyt późno skoczył do przodu.  Quinn obrócił się i przebił go 
bagnetem. 

- Jak twoja rana? - zapytał, obejmując Jacksona. 
- Boli jak jasna cholera, ale jeszcze żyję. W torbie mam polowe opatrunki. Lepiej 

będzie, jeśli się stąd czym prędzej wyniesiemy. 

- Masz rację. - Quinn odwrócił się do zakonnicy. - Ruszajmy, siostro. 
Posłuchała  go  i  podążyła  za  nimi  wraz  z  dziećmi.  Po  jakimś  czasie  doszli  do 

płytszego  rozlewiska,  z  którego  wynurzał  się  mały  pagórek.  Starczyło  na  nim  miejsca 
dla  wszystkich.  Jackson  usiadł  na  ziemi,  a  Quinn  oddarł  kawałki  rozerwanego 
bagnetem materiału i odsłonił ranę. 

- Gdzie są opatrunki? 
Siostra Sarah Palmer sięgnęła po torbę. 
- Ja się tym zajmę, sierżancie. 
- Jest siostra pewna? 
Po raz pierwszy się uśmiechnęła. 
- Jestem lekarką. Mniejsze siostry miłosierdzia zakon szpitalny. 
Z trzcin dobiegły głosy podobne do szczekania lisów. 
-  Nadchodzą,  sierżancie  -  powiedział  Jackson,  zaciskając  dłoń  na  broni  i 

pochylając się do przodu. Siostra Sarah właśnie zaczęła go opatrywać. 

- Zgadza się. Będę musiał ostudzić ich entuzjazm. 
- Jak pan to zrobi? - zapytała go zakonnica. 
- Zabijając  kilku  z  nich. -  Quinn wyjął z kieszeni parę flar  i  dał je  Jacksonowi. - 

Jeśli  kawaleria  powietrzna  tu  dotrze,  a  ja  nie  wrócę,  wynoście  się  stąd  do  wszystkich 
diabłów. 

- Och nie, sierżancie - zaprotestowała siostra Sarah. 
- Och tak, siostro - odparł, po czym zniknął między trzcinami. 
Mógł  mordować  partyzantów  po  cichu  bagnetem,  lecz  nie  wywołałby  w  ten 

sposób  paniki,  na  której  mu  zależało.  Gdy  zobaczył  więc  dwóch  Wietnamczyków 
stojących na pagórku i obserwujących moczary, zabił ich strzałami w głowę z odległości 
stu jardów. 

Ptaki wzbiły się w powietrze i w różnych miejscach odezwały się gniewne głosy. 

Quinn skierował się ku jednemu z nich i zastrzelił kolejnego Wietnamczyka, który szedł 
rowem. Potem, przedarłszy się przez trzciny, przycupnął przy następnym rozlewisku i 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

czekał.  W  siłach  specjalnych  wymyślono  kilka  sztuczek,  które  mogły  się  przydać  w 
takich sytuacjach. Quinn nauczył się płynnie kilku wietnamskich zdań. Teraz strzelił w 
powietrze i wypowiedział jedno z nich. 

- Tutaj, towarzysze. Mam go. 
Czekał cierpliwie, a potem zawołał ponownie. Po kilku chwilach zobaczył trzech 

partyzantów, którzy przedzierali się ostrożnie przez trzciny. 

- Gdzie jesteś, towarzyszu? - zapytał jeden z nich. 
Quinn wyjął ostatni granat i wyciągnął zawleczkę. 
Tutaj, sukinsyny - zawołał po angielsku, ciskając go w ich stronę. Wietnamczycy 

próbowali uciec, ale było już za późno. 

Teraz  wszędzie  słychać  było  wrzaski  i  wybuchła  panika,  którą  chciał  wywołać. 

Po jakimś czasie zobaczył drogę i wybiegających na nią tłumnie partyzantów. Ukrył się 
w  trzcinach, żeby  się  zorientować  w  położeniu,  i  nagle  usłyszał  warkot  helikopterów. 
Tymczasem  zaczął  zapadać  zmierzch,  który  w  połączeniu  z  ulewą  zredukował 
widoczność  prawie  do  zera.  W  powietrzu  rozbłysła  flara  i  trzysta  jardów  dalej  zawisł 
tuż  nad  ziemią  bojowy  huey  cobra.  Quinn  słyszał  też  inne  krążące  nad  jego  głową 
helikoptery. Huey był zbyt daleko i rzucając się desperacko w tamtą stronę, wiedział, że 
i tak nie zdąży. 

Flara, którą wystrzelił Jackson, została zauważona. Dwaj żołnierze wyskoczyli z 

helikoptera i załadowali szybko na pokład dzieci i zakonnicę. 

Dowodzący załogą czarny żołnierz złapał Jacksona pod ramię. 
- Wynośmy się stąd, człowieku. 
- Ale tam został sierżant. Sierżant Quinn. 
- Do diabła, znam go. - Z szuwarów znowu zaczęto strzelać i pociski zabębniły o 

kadłub  hueya.  -  Przykro  mi,  człowieku,  ale  musimy  lecieć.  Zaraz  zrobi  się  ciemno  i 
powin niśmy myśleć o tych dzieciakach. 

Dowódca  przekazał  rannego  Jacksona  dwóm  innym  żołnierzom,  którzy 

wciągnęli go do środka, a potem wskoczył w ślad za nim. 

- Lecimy! - zawołał do pilota. 
Huey  wzbił  się  w  powietrze.  Jackson zaczął  płakać  i  siostra Sarah  pochyliła  się 

nad nim zaniepokojona. 

- Ale co będzie z sierżantem? - zapytała. 
- Nie możemy nic zrobić. On zginął, na pewno zginął. 
Słyszała  siostra  strzały  i  wybuch  granatu.  Wyprawił  się  w  pojedynkę  na 

wszystkich tych sukinsynów. Po policzkach Jacksona ciekły łzy. 

- Jak się nazywał? 
-  Quinn.  Daniel  Quinn.  -  Jackson  jęknął  głośno.  -  Chrys  te,  ale  to  boli,  siostro  - 

mruknął, po czym zemdlał. 

Ale  Quinn  wciąż  był  zdrów  i  cały,  ponieważ  partyzanci  doszli  do  wniosku,  że 

uciekł  hueyem.  O  zmroku  dotarł  do  rzeki  i  po  krótkim  zastanowieniu  uznał,  że  ma 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

szansę  przeżyć,  jeżeli  dostanie  się  na  drugi  brzeg.  Zbliżył  się  ostrożnie  do  Bo  Din, 
słysząc głosy i widząc palące się ogniska. Zawiesił na szyi Ml6, wszedł po pas do wody i 
przeciął nożem linę jednej z płaskodennych łodzi. Łódź popłynęła z prądem, a on złapał 
się jej i zaczął pracować nogami. Bo Din zniknęło w ciemności. Po dziesięciu minutach 
znalazł się na drugim brzegu, siadł pod drzewem i przeczekał pod nim ulewę. 

O pierwszym brzasku ruszył dalej, odżywiając się po drodze jedzeniem z puszki. 

Miał  nadzieję,  że  napotka  jakiś  płynący  rzeką  wojskowy  kuter,  ale  nie  dopisało  mu 
szczęście. Brnął więc przez busz i po czterech dniach wrócił z zaświatów, przybywając 
na własnych nogach do Obozu Czwartego. 

W Sajgonie przyjęto go z niedowierzaniem. Dowódca jego  jednostki, pułkownik 

Harker, wyszczerzył zęby, gdy  Quinn, zbadany przez lekarzy i zaopatrzony w świeży 
mundur, zgłosił się do raportu. 

-  Brakuje  mi  słów,  sierżancie.  Nie  wiem,  co  jest  bardziej  niezwykłe,  pańska 

odwaga na polu bitwy, czy to, że wrócił pan stamtąd żywy. 

- To bardzo miło z pana strony, panie pułkowniku. Czy mogę zapytać, jak czuje 

się Jackson? 

- Wylizał się, chociaż o mało nie stracił płuca. Leży w starym francuskim szpitalu 

Miłosierdzia. Prowadzi go teraz wojsko. 

Sprawował się wspaniale, panie pułkowniku. Gotów był poświęcić życie dla tych 

malców. 

- Wiem o tym. Wystąpiłem dla niego o Krzyż za Wzorową Służbę. 
- Cieszę się, pułkowniku. A siostra Sarah Palmer? 
- Dogląda go w szpitalu. Sama czuje się świetnie, podobnie jak dzieciaki. - Harker 

podał mu dłoń. - Przyjemnie było cię spotkać, synu. W południe generał Lee chce się z 
tobą zobaczyć w sztabie. 

- Czy mogę zapytać w jakim celu, panie pułkowniku? 
- To powie ci sam generał. 
Następnie Quinn odwiedził w szpitalu Jacksona, który leżał w przestronnej jasnej 

sali. Siedząca przy nim siostra Sarah obeszła łóżko i pocałowała Daniela w policzek. 

- To istny cud. Stracił pan na wadze - dodała, mierząc go uważnym spojrzeniem. 
- Cóż, nie polecałbym nikomu tego rodzaju diety. Jak się czuje nasz bohater? 
-  Bagnet  uszkodził  mu  lewe  płuco, ale  po  jakimś  czasie  powinno  się  zagoić.  W 

każdym  razie  służba  w  Wietnamie  już  się  dla  niego  skończyła.  Wraca  do  domu  - 
powiedziała i po klepała rannego po głowie. 

Jackson nie posiadał się z radości na widok Quinna. 
- Jezu, myślałem, że już pan gryzie ziemię, sierżancie. 
- Daniel - powiedział mu Quinn. - Mów mi Daniel i jeśli będę mógł dla ciebie coś 

zrobić  w  Stanach,  po  prostu  zadzwoń.  Słyszałeś?  Przy  okazji,  gratulacje  z  okazji 
przyznania Krzyża za Wzorową Służbę. 

- Co takiego? - Jackson nie wierzył własnym uszom. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Pułkownik Harker przedstawił cię do odznaczenia. Masz to jak w banku. 
Siostra Sarah pocałowała Jacksona w czoło. 
- Mój bohater. 
- Co tam ja,  Daniel to dopiero bohater. Ciebie też  przed stawili do odznaczenia, 

sierżancie? 

- O Chryste, nie chcę żadnych medali. Teraz się odpręż. 
Całe  to  zamieszanie  szkodzi  twojemu  płucu.  Wpadnę  do  ciebie  później.  Do 

widzenia, siostro. - Quinn skinął głową zakonnicy i wyszedł. 

Mimo  deszczu  dogoniła  go,  kiedy  na  zacienionym  tarasie  zapalał  papierosa. 

Wydał jej się bardzo przystojny w swoim tropikalnym mundurze. 

- Sierżancie Quinn? 
- Siostra też może zwracać się do mnie po imieniu. Co mogę dla siostry zrobić? 
-  Czyżby  to  znaczyło,  że  nie  zrobiłeś  już  dosyć?  -  odparła  z  uśmiechem.  - 

Pułkownik Harker był tak miły i coś niecoś mi o tobie opowiedział. Dlaczego  ktoś taki 
jak ty przyleciał do Wietnamu? 

-  To  proste.  Z  powodu  poczucia  wstydu.  A  siostra?  Przecież  jest  siostra,  do 

diaska, Angielką. To nie jest wasza wojna. 

- Mówiłam ci  już,  jesteśmy zakonem  szpitalnym. Jeździmy wszędzie tam, gdzie 

nas  potrzebują  i  nie  ma  znaczenia,  czyja  to  wojna.  Byłeś  kiedyś  w  Londynie?  Nasz 
klasztor Najświętszej Marii Panny mieści się przy Wapping High Street nad Tamizą. 

- Nie omieszkam odwiedzić siostry, kiedy tam będę. 
- Bardzo proszę. A teraz, czy mógłbyś mi powiedzieć, co cię dręczy? I nie próbuj 

mi wmawiać, że się mylę. Moim obowiązkiem jest pytać o takie sprawy. 

Quinn oparł się o kolumnę i potrząsnął głową. 
- Ma  siostra rację.  Zabijałem  już wcześniej,  lecz nigdy  w  taki sposób jak tam na 

bagnach. Co najmniej  dwie osoby,  które zabiłem,  to były młode  kobiety.  Byłem  zdany 
tylko na siebie, nie miałem wyboru, lecz mimo to... 

- Jest tak, jak mówisz. 
- Lecz mimo to mam wrażenie, że pogrążam się w mroku. 
Widziałem  tylko  zabijanie,  śmierć,  zniszczenie.  Nie  było  żadnej  równowagi, 

żadnego porządku. 

- Jeśli to ci nie daje spokoju, pogódź się z Bogiem. 
-  Gdyby  to  było  takie  proste...  -  Quinn  zerknął  na  zega  rek  -  Muszę  już  iść. 

Generałowie  nie  lubią,  kiedy  każe  im  się  czekać.  Czy  mogę  pocałować  siostrę  na 
pożegnanie? 

- Oczywiście. 
Dotknął wargami jej policzka. 
-  Jesteś  wspaniałą  młodą  kobietą  -  powiedział,  po  czym  zbiegł  po  schodkach. 

Przez chwilę patrzyła w ślad za nim, a potem wróciła do Jacksona. 

W  dowództwie  błyskawicznie  zawiadomiono  o  jego  przybyciu  generała  Lee  i 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wkrótce  uśmiechnięty  kapitan  wprowadził  go  do  gabinetu  wielkiego  dowódcy.  Lee, 
potężny, energiczny mężczyzna, zerwał się zza biurka i obiegł je dookoła. Kiedy Quinn 
chciał mu zasalutować, generał go powstrzymał. 

-  Nie,  to  mój  przywilej.  Będę  musiał  do  tego  przywyknąć  -  oznajmił,  po  czym 

strzelił obcasami i oddał mu salut. 

- Co to znaczy, generale? - bąknął oszołomiony Quinn. 
- Dziś rano dostałem depeszę od prezydenta. Mam zaszczyt poinformować pana, 

panie  starszy  sierżancie  sztabowy  Danielu  Quinn,  że  został  pan  odznaczony 
Kongresowym Medalem Honoru - oznajmił Lee, po czym ponownie zasalutował mu z 
poważną miną. 

I  tak  narodziła  się  legenda.  Quinn  został  odesłany  do  domu,  udzielił  tylu 

wywiadów  i uczestniczył w  tylu  ceremoniach,  że  wkrótce  miał tego  serdecznie  dosyć, 
po czym nie będąc zainteresowany karierą wojskową, wystąpił z armii. Wróciwszy do 
Harvardu, przez trzy  lata studiował filozofię, tak jakby chciał odegnać od siebie jakieś 
demony,  i  przez  cały  ten  czas  trzymał  się  z daleka  od  barów,  żeby  nie  wplątać  się  w 
żadną awanturę. Nie ufał sobie w takich sytuacjach. 

Ostatecznie  zgodził  się  objąć  stanowisko  w  rodzinnej  firmie.  Dzięki  temu  mógł 

pomóc  staremu  kumplowi,  Tomowi  Jacksonowi,  który  po  powrocie  z  Wietnamu 
skończył  prawo  na  Uniwersytecie  Columbia  i  kilka  lat  później  został  szefem  działu 
prawnego Quinn Industries. 

Quinn ożenił się dopiero po trzydziestce. Żona miała na imię Monica i była córką 

przyjaciół rodziny; małżeństwo  zostało zawarte z rozsądku. Ich córka, Helen, urodziła 
się w 1979 roku i mniej więcej w tym samym czasie Quinn postanowił spełnić marzenie 
dziadka  i  zająć  się  polityką.  Oddał  wszystkie  aktywa  pod  zarząd  powierniczy,  zgłosił 
swoją kandydaturę w wyborach do Kongresu i wygrał nieznaczną większością głosów. 
W  następnych  wyborach  odniósł  całkowite  zwycięstwo  i  w  końcu  pokonał 
urzędującego  senatora.  Jednak  po  jakimś  czasie  praca  w  Kongresie  zaczęła  go  nużyć; 
miał dosyć walk podjazdowych, targów i bezustannych drobnych kryzysów. Kiedy jego 
dziadek  zginął  w  katastrofie  prywatnego  samolotu,  uznał,  że  musi  raz  jeszcze 
zastanowić się nad tym, co jest dla niego ważne. 

Postanowił wycofać  się z polityki. Pragnął zrobić coś  więcej ze swoim życiem. I 

właśnie  wtedy  zwrócił  się  do  niego  stary  przyjaciel,  towarzysz  broni  i  urzędujący 
prezydent, Jake Cazalet. Oznajmił,  że rozumie, iż  Daniel chce zrzec  się  mandatu.  Miał 
jednak  nadzieję,  że  Quinn  nie  porzuci  służby  publicznej.  Potrzebował osoby  takiej  jak 
Daniel w roli mediatora czy też rzecznika swoich interesów. Chciał mieć u boku kogoś, 
komu bez reszty by ufał. I Daniel się zgodził. Od tej chwili jeździł wszędzie tam, gdzie 
pojawiały się problemy, od Dalekiego Wschodu i Izraela po Bośnię i Kosowo. 

Córka  tymczasem,  zgodnie  z  rodzinną  tradycją,  zaczęła  studia  w  Harvardzie. 

Żona  zajmowała  się  domem.  Kiedy  wykryto  u  niej  białaczkę,  powiedziała  o  tym 
mężowi,  dopiero  gdy  było  już za  późno:  nie  chciała  przeszkadzać  mu  w  pracy.  Po  jej 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

śmierci Quinn nie mógł opanować wyrzutów sumienia. Wyprawił stypę w swoim domu 
w  Bostonie.  Kiedy  wyszli  ostatni  goście,  Daniel  razem  z  córką  przeszedł  do  ogrodu. 
Helen, drobna i szczupła, miała złociste  włosy i zielone oczy. Była radością jego życia. 
Quinn uważał, że wszystko, co po nim pozostanie, to córka. 

- Jesteś mężem stanu, tato - powiedziała. - Robisz wspaniałe rzeczy. Nie możesz 

się winić. 

- Ale przecież ją zawiodłem. 
-  Nie,  to  mama  sama  chciała  załatwić  to  w  ten  sposób.  -  Helen  ścisnęła  go  za 

ramię. - Wiem jedno. Mnie nigdy nie zawiedziesz. Tak bardzo cię kocham, tato. 

Rok później dostała dwuletnie stypendium Rhodesa i zaczęła studia w St Hugh 

College  w  Oksfordzie,  a  Quinn  pojechał  na  zlecenie  prezydenta  do  Kosowa,  gdzie 
pracował  dla  NATO.  Tak wyglądała  sytuacja,  kiedy  pewnego dżdżystego  marcowego 
dnia prezydent zaprosił go do siebie do Białego Domu i Quinn przyjął zaproszenie... 

WASZYNGTON  LONDYN  Wczesnym  wieczorem  w  Waszyngtonie  panowała 

typowa  w  marcu  deszczowa  pogoda.  Hotel  Hay-Adams,  w  którym  zatrzymał  się 
Quinn, położony był w odległości krótkiego spaceru od Białego Domu. 

Quinn lubił ten hotel, jego wspaniałe antyki, pluszowe wnętrza oraz restaurację. 

Z  powodu  dogodnego  położenia  przyjeżdżali  tu  wszyscy:  wielcy  i  możni,  politycy  i 
prominenci.  Daniel  Quinn  nie  wiedział,  czy  może  się  do  nich  nadal  zaliczać,  lecz 
specjalnie się tym nie przejmował. Po prostu lubił to miejsce. 

- Słyszałem, że pan u nas znowu zamieszkał, senatorze - powiedział odźwierny, 

kiedy Quinn wyszedł na zewnątrz. - Witamy. Będzie pan potrzebował taksówki? 

- Nie, dziękuję, George. Spacer dobrze mi zrobi. 
-  Proszę  przynajmniej  wziąć  parasol.  Może  się  jeszcze  bardziej  rozpadać. 

Nalegam, panie sierżancie. 

Quinn się roześmiał. 
- Mówisz jak jeden wietnamski weteran do drugiego. 
George wziął parasol ze stojaka i otworzył go. 
- Zmokliśmy już dosyć w dżungli. Komu to teraz potrzebne? 
- To było dawno  temu,  George.  W  zeszłym miesiącu obchodziłem  pięćdziesiąte 

drugie urodziny. 

- Myślałem, że nie przekroczył pan czterdziestki, senatorze. 
Quinn  roześmiał  się  i  nagle  można  było  odnieść  wrażenie,  że  rzeczywiście  jest 

taki młody. 

- Do zobaczenia później, ty nicponiu. 
Idąc  w  stronę  Lafayette  Square,  przekonał  się,  że  George  się  nie  mylił  -  kiedy 

mijał posąg Andrew Jacksona, deszcz rozpadał się na dobre, siekąc spomiędzy drzew. 

Wróciło  do  niego  stare  dławiące  uczucie  pustki.  Pomyślał,  że  miał  w  życiu 

wszystko:  pieniądze,  władzę,  ukochaną  córkę,  lecz  mimo  to  ostatnio  zbyt  często 
wydawało mu się, że nie ma nic. ”Na co to wszystko?”, zadawał sobie wówczas pytanie. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Kiedy  zatopiony  w  myślach  zbliżał  się  do  skraju  placu,  usłyszał  czyjeś  głosy.  W 
przyćmionym  świetle  ulicznej  latarni  zobaczył  dość  wyraźnie  dwóch  przemoczonych 
uliczników w kusych kurtkach. Rozmawiali głośno. Byli niemal identyczni z wyjątkiem 
włosów - jeden zapuścił je do ramion, drugi ogolił głowę. Pili coś z puszek. Jeden z nich 
rzucił  na  ziemię  swoją,  kopnął  ją,  po  czym  dostrzegł  Quinna  i  zatrzymał  się  w  pół 
kroku. 

- Hej, dupku, dokąd się wybierasz? Pokaż, co masz w portfelu. 
Quinn  zignorował  go  i  szedł  dalej  swoją  drogą.  Facet  z  długimi  włosami 

wyciągnął sprężynowy nóż, z którego wyskoczyło ostrze. 

Quinn zamknął parasol i się uśmiechnął. 
- Czym mogę służyć? - zapytał. 
-  Najlepiej  oddawaj  szmal,  dupku,  chyba  że  chcesz  zakosztować  tego  -  odparł 

długowłosy, wymachując nożem. 

Łysy,  który  stał  teraz  tuż  obok  długowłosego,  roześmiał  się  brzydko.  Quinn 

zamachnął się parasolem i trafił go  w podbródek. Łysy przyklęknął na jedno kolano, a 
Quinn, nagle o trzydzieści lat młodszy, kopnął go w twarz - teraz był znowu sierżantem 
sił specjalnych w delcie Mekongu. Po chwili odwrócił się do faceta z nożem. 

Nie zmieniłeś przypadkiem zdania? 
Nóż świsnął w powietrzu. Quinn złapał napastnika za przegub, wyprostował mu 

rękę  i  złamał  ją  potężnym  uderzeniem.  Długowłosy  wrzasnął  i  zatoczył  się  do  tyłu. 
Drugi facet zaczął się podnosić i Quinn ponownie kopnął go w twarz. 

- To nie jest twój dobry dzień, prawda? 
Tuż  obok  nich  zahamowała  ostro  limuzyna  i  wyskoczył  z  niej  bardzo  duży 

czarny  kierowca,  wyciągając  spod  lewej  pachy  browninga.  Quinn  świetnie  go  znał: 
Clancy  Smith,  były  żołnierz  piechoty  morskiej,  był  ulubionym  ochroniarzem 
prezydenta. Pasażer, który wysiadł za  nim z limuzyny, również był mu dobrze znany. 
Wysoki,  przystojny mężczyzna  w  jego  wieku,  z  wciąż czarnymi  włosami,  nazywał się 
Blake  Johnson  i  zajmował  stanowisko  dyrektora  wydziału  spraw  ogólnych  w  Białym 
Domu.  Wszyscy  dobrze  poinformowani  -  a  nie  było  ich  zbyt  wielu  -  nazywali  tę 
instytucję po prostu Piwnicą. 

- Nic ci się nie stało, Daniel? - zapytał Blake. 
- Nigdy nie czułem się lepiej. Co was sprowadza? 
-  Postanowiliśmy  po  ciebie  pojechać,  choć  właściwie  powinienem  zgadnąć,  że 

wybierzesz się  na spacer, nawet w  taki wieczór  jak  ten. W  hotelu powiedzieli  nam, że 
właśnie  wyszedłeś.  -  Blake  przyjrzał  się  całej  scenie.  -  Wygląda  na  to,  że  spotkała  cię 
mała przygoda. 

Dwaj  napastnicy  gramolili  się  na  nogi.  Po  chwili,  ledwie  idąc,  zniknęli  między 

drzewami. 

- Wezwę policję - powiedział Clancy. 
- Nie, nie fatyguj się - odparł Quinn. - Myślę, że dałem im nauczkę. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Wsiadł z tyłu do limuzyny i Blake wsunął się w ślad za nim. Clancy zajął miejsce 

za kierownicą i odjechali. Panującą na placu ciszę zakłócały tylko jęki długowłosego. 

- Zamknij się, na litość boską - skarcił go łysy. 
- Złamał mi rękę. 
- I co z tego? Myślisz, że poniesiesz przez to uszczerbek na urodzie? Kopsnij mi 

szluga. 

Nieco  dalej  stała  pod  drzewami  inna  limuzyna.  Mężczyzna  siedzący  za 

kierownicą, przystojny, trzydziestoletni blondyn średniego wzrostu, ubrany był w białą 
koszulę,  ciemny  krawat  oraz  skórzaną  kurtkę  od  Gucciego.  Jego  pasażerka,  piękna 
kobieta o kruczoczarnych włosach i dzikiej dumnej twarzy, była w tym samym wieku. 
Miała  lekko  orientalne  rysy,  co  nie  powinno  dziwić,  jako  że  była  pół  Angielką,  pół 
Arabką. 

-  To  było  żałosne,  Rupercie.  Obawiam  się,  że  zatrudniasz  pośledniej  klasy 

wykonawców. 

- Owszem, jestem bardzo rozczarowany, Kate. Zauważ jednak, że Quinn sprawił 

się nadspodziewanie dobrze. 

Księżniczka Kate Rashid machnęła lekceważąco ręką. 
- Lepiej już jedźmy. Będziemy musieli spróbować czegoś innego. 
- Na przykład? 
-  Wiem,  że  prezydent  je  dzisiaj  kolację  w  restauracji  Lafayette  w  hotelu  Hay-

Adams. Ucieszy się, kiedy dotrzymamy mu towarzystwa. 

-  Mój  Boże,  kuzynko,  widzę,  że  lubisz  dobrą zabawę.  -  Rupert  miał  przyjemny 

głos i wyraźny bostoński akcent. - Teraz na chwilę cię przeproszę. Zaraz wracam. 

- Dokąd idziesz? - zapytała, kiedy wysiadał. 
- Po swoje pieniądze, skarbie. Chcę je odzyskać. 
- Ale przecież masz dość pieniędzy, Rupercie. 
- Chodzi o zasadę. 
Rupert zapalił papierosa i ruszył ku dwóm ludziom skulonym pod drzewami. 
- To było bardzo zabawne - oznajmił. 
- Powiedział pan, że nie ruszy nas palcem - odparł łysy. 
- Owszem, życie potrafi czasami płatać podłe figle. Ale wy schrzaniliście sprawę, 

czyż nie? Chcę dostać z powrotem swoją forsę. 

- Idź pan do diabła. Nic mu nie oddawaj - powiedział łysy do swojego kumpla. 
- O rany. 
Rupert  wyjął  z  prawej  kieszeni  kolta  kaliber  25  z  pękatym  tłumikiem  na  lufie, 

przytknął go do uda łysego i pociągnął za spust. Mężczyzna krzyknął i padł na ziemię. 
Rupert wyciągnął lewą dłoń i długowłosy oddał mu prędko banknoty. 

- Kiedy się wcześniej spotkaliśmy, zauważyłem, że masz komórkę - powiedział. - 

Na twoim miejscu zawiadomiłbym policję. 

- Jezu - jęknął długowłosy - I co mam im powiedzieć? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Że  zostaliście  zaatakowani  przez  trzech  wielkich  czarnych  drabów.  To 

Waszyngton,  na  pewno  wam  uwierzą.  To  straszne,  jak  bardzo  pleni  się  tutaj 
przestępczość, czyż nie? - powiedział i wrócił do samochodu. 

- Możemy już jechać? - zapytała Kate Rashid, kiedy siadł za kierownicą. 
- Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem. 
Kiedy podjechali pod Biały Dom, Blake wyłączył komórkę. 
- Nigdy  nie  widziałem,  żeby Cazaletowi brakowało słów,  ale  teraz nie  wiedział 

po prostu co powiedzieć - oznajmił. - Jest wstrząśnięty. 

-  Ja  też  jestem  wstrząśnięty  -  rzekł  Quinn.  -  Mam  pięćdziesiąt  dwa  lata,  Blake. 

Wojna w Wietnamie była dawno temu. 

- Była dawno temu dla nas wszystkich, Daniel. 
- Ale zobacz, jak potraktowałem tych dwóch uliczników. 
Co, u diabła, we mnie wstąpiło? 
-  Tego  się  nigdy  nie  zapomina,  senatorze  -  powiedział  Clancy  Smith.  -  Jest  się 

naznaczonym na całe życie. 

- Czy z tobą jest podobnie? Nadal wywiera na ciebie wpływ wojna w Zatoce? 
-  Do  diabła,  nigdy  się  nad  tym  nie  zastanawiam  -  odparł  Smith.  -  Wszyscy 

podrzynaliśmy gardła, kiedy było trzeba. 

Pan, senatorze, miał po prostu swój styl. Dlatego przeszedł pan do legendy. 
- Bo Din. - Quinn potrząsnął głową. - To jest jak klątwa. 
- Nie, senatorze, to inspiracja - mruknął Smith i w tym samym momencie wjechali 

przez bramę do Białego Domu. 

Kiedy  weszli  w  trójkę  do  Gabinetu  Owalnego,  prezydent  Jake  Cazalet  siedział 

przy biurku. Było zawalone papierami i oświetlała je stojąca na nim lampa. Poza tym w 
pomieszczeniu  panował  półmrok.  Cazalet  podobnie  jak  Blake  i  Quinn  przekroczył 
niedawno  pięćdziesiątkę,  jego  rudawe  włosy  przetykane  były  siwizną.  Widząc  ich, 
zerwał się i obszedł biurko. 

- Daniel, co za paskudna historia. Co się stało? 
-  Och,  Blake  wszystko  panu  opowie.  Czy  mógłbym  dostać  szklaneczkę 

irlandzkiej whisky? 

- Oczywiście. Możesz się tym zająć, Clancy? 
- Tak jest, panie prezydencie - odparł ochroniarz. 
Daniel  wyszedł  za  nim  do  przedpokoju.  Czekając,  aż  Clancy  mu  naleje,  słyszał 

dochodzący  z  gabinetu  stłumiony  pomruk  głosów.  Kiedy  wrócił,  Cazalet  znał  już 
wszystkie szczegóły. 

- To niesamowite. 
-  Chodzi  panu  o  to,  że  po  trzydziestu  latach  przekonałem  się,  iż  nadal  jestem 

mordercą? 

Cazalet potrząsnął głową. 
- Nie, Danielu. Chodzi mi o to, że nadal masz zadatki na bohatera. Te szumowiny 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

popełniły wielki błąd. Przez jakiś czas nie odważą się nikogo zaatakować. 

- Dziękuję, panie prezydencie. Mam nadzieję, że ma pan rację. Co mogę dla pana 

zrobić? Dlaczego chciał się pan ze mną widzieć? 

- Usiądźmy. 
Przysunęli  fotele  do  stolika.  Clancy  stanął  przy  ścianie,  jak  zwykle  ponury, 

małomówny i uważny. 

- W  swojej nowej roli  wykonałeś  mnóstwo  dobrej  roboty,  Danielu,  zwłaszcza  w 

Bośni i w Kosowie - powiedział prezydent. - Odkąd tu urzęduję, a minęło  już pięć  lat, 
nie znam nikogo, kto radziłby sobie lepiej od ciebie. Wiem, że ponownie wybierasz się 
do  Kosowa,  ale  potem...  Zastanawiam  się,  czy  nie  mógłbyś  zapuścić  na  jakiś  czas 
korzeni  w  Londynie.  Zupełnie  niezależnie  od  naszej  londyńskiej  ambasady  zbierałbyś 
po prostu pewne informacje, które mogą nam się przydać. 

- Jakiego rodzaju informacje? 
Cazalet odwrócił się do Johnsona. 
- Blake? 
-  Europa  się  zmieniła,  Danielu,  sam  o  tym  wiesz  -  oznajmił  dyrektor  wydziału 

spraw ogólnych. - Wszędzie mamy do czynienia z terrorystami i to nie tylko spod znaku 
arabskiego  fundamentalizmu.  Coraz  więcej  problemów  przysparzają  anarchiści, 
organizacje  takie  jak  Liga  Marksistowska,  Armia  Narodowo-Wyzwoleńcza  czy  nowa 
grupa o nazwie Akt Walki Klasowej. 

- I co z tego wynika? - zapytał Quinn. 
- Zanim zapoznam cię ze szczegółami - powiedział Ca zalet - muszę zaznaczyć, 

że  ta  sprawa  przekracza  udzielone  ci  pełnomocnictwa.  To  jest  nakaz  prezydencki, 
Danielu - dodał, podsuwając mu stosowny dokument. - Głosi, że należysz do mnie. Jest 
nadrzędny w stosunku do wszystkich innych aktów. 

Właściwie nie masz nawet prawa mi odmówić. 
Quinn przestudiował nakaz. 
- Zawsze myślałem, że to wszystko jest mitem. 
- Jak widzisz, to prawda. Ale jesteś moim starym druhem. 
Nie będę cię zmuszał. Powiedz ”nie” i zaraz to podrzemy. 
Quinn wziął głęboki oddech. 
- Skoro pan mnie potrzebuje, jestem na pańskie rozkazy, panie prezydencie. 
Cazalet skinął głową. 
-  Doskonale.  A  zatem...  co  właściwie  wiesz  o  Piwnicy  i  o  tym,  czym  się  tam 

zajmuje Blake? 

-  Muszę  przyznać,  panie  prezydencie,  że  niezbyt  wiele.  To  coś  w  rodzaju 

prywatnej grupy dochodzeniowej. Biały Dom od wielu lat skutecznie blokuje wszelkie 
informacje na ten temat. 

-  Miło  mi  to  słyszeć.  Owszem,  masz  rację.  Przed  wielu  laty,  licząc  się  z 

możliwością  infiltracji  komunistów  na  każdym  szczeblu  administracji  rządowej, 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

ówczesny prezydent, nie po wiem ci nawet jak się nazywał, stworzył Piwnicę: niewielką 
agencję  podlegającą  tylko  jemu  i  zupełnie  niezależną od  CIA,  FBI  oraz  Secret  Service. 
Od  tego  czasu  zwierzchnictwo  nad  nią  przechodzi  w  ręce  kolejnych  prezydentów.  Jej 
usługi okazały się dla mnie nieocenione. 

-  W  Londynie  istnieje  podobna  instytucja,  z  którą  jesteś  my  blisko  związani  - 

wtrącił  Blake.  -  Kieruje  nią  generał  Charles  Ferguson.  Agencja  ta  funkcjonuje  poza 
strukturą ministerstwa obrony i podlega tylko urzędującemu premierowi, bez względu 
na to, jaką ten ostatni reprezentuje opcję polityczną. 

Mówi się o niej jako o prywatnej armii premiera - dodał z uśmiechem. 
- Rozumiem, dlaczego ci się to tak podoba. 
- Główną asystentką Fergusona  jest  nadkomisarz Hannah Bernstein  ze Scotland 

Yardu.  Niesamowita  kobieta.  Ma  łeb  nie  od  parady,  poza  tym  jednak  zdarzyło  jej  się 
zabić parę osób i kilka razy została postrzelona. 

- Dobry Boże. 
- Ale najciekawsze dopiero przed tobą - powiedział Cazalet, podając mu teczkę. - 

To jest Sean Dillon, który przez długie lata był najbardziej poszukiwanym bojownikiem 
IRA. 

Quinn  otworzył  teczkę.  Fotografie  przedstawiały  niedużego,  mierzącego  nie 

więcej  niż  pięć  stóp  i  pięć  cali,  jasnowłosego  mężczyznę.  Z  kącika  ust  zwisał  mu 
papieros, a jego uśmiech wskazywał, że nie traktuje życia zbyt poważnie. 

- Wygląda na niebezpiecznego faceta - powiedział Quinn. 
-  Nie  znasz  nawet  połowy  faktów.  Przed  kilku  laty  Ferguson  ocalił  go  przed 

serbskim plutonem egzekucyjnym i zmusił szantażem do wstąpienia do swojej agencji. 
Teraz Dillon jest jego najlepszym agentem. - Cazalet na chwilę przerwał. - Parę lat temu 
on i Blake pomogli uratować moją córkę, kiedy porwali ją terroryści. 

Quinn omiótł wzrokiem obecnych. 
- Pańską córkę? Porwali ją terroryści? Nic... nic o tym nie wiedziałem. 
-  Nikt  nie  miał  o  tym  pojęcia,  Danielu  -  odparł  Cazalet.  -  Nie  chcieliśmy,  żeby 

ktokolwiek  się  dowiedział.  Mnie  też  uratował  życie.  -  Quinn  chciał  znowu  coś 
powiedzieć,  lecz  prezydent  podniósł  rękę.  -  W  ten  sposób  wracamy  do  tego,  o  czym 
mówiliśmy na początku. Blake? 

-  Pamiętasz  ostatnie  Boże  Narodzenie,  które  spędziłeś  w  Londynie?  -  zapytał 

Johnson. 

- Oczywiście. Miałem wtedy sposobność zobaczyć się z Helen. 
- Owszem. Prezydent poprosił cię również o wzięcie udziału w kilku bankietach, 

na które była zaproszona Kate Rashid, księżniczka Loch Dhu. 

-  Zgadza  się.  Zastanawiałem  się  po  co.  Nie  było  dla  mnie  jasne,  co  takiego 

powinno  mnie  zainteresować.  Rozmawiałem  więc  krótko  z  tą  panią,  zasięgnąłem 
dyskretnie  języka  i  kazałem  swoim  ludziom  włamać  się  do  systemu  komputerowego 
koncernu Rashidów. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Żeby dowiedzieć się, ile jest wart - wtrącił Blake. 
- W  istocie.  Najnowsze  kwoty, uwzględniające ich naftowe  interesy  w Hazarze, 

opiewają na mniej więcej dziesięć miliardów dolarów. 

- A prezesem firmy jest...? 
- Księżniczka Loch Dhu. 
Blake podał Quinnowi kolejną teczkę. 
- Oto nasze dane na temat Rashidów. Bardzo interesujące. 
Mamy tu na przykład listę darowizn, obejmujących między innymi finansowanie 

programów  edukacyjnych  Aktu  Walki  Klasowej  oraz  bejruckiej  Fundacji  na  rzecz 
Dzieci. 

- Teraz sobie przypominam - potwierdził Quinn. - Ale wszystko to wydawało mi 

się  koszerne.  Pieniądze  na  cele  edukacyjne  są  niczym  jałmużna,  która  ma  złagodzić 
wyrzuty sumienia bogaczy. Znam to z własnego doświadczenia. 

-  A  gdybym  ci  powiedział,  że  Fundacja  na  rzecz  Dzieci  jest  w  rzeczywistości 

przykrywką Hezbollahu? 

Daniel Quinn nie krył zdumienia. 
-  Sugerujesz,  że  Kate  Rashid  jest  zamieszana  w  działalność  wywrotową? 

Dlaczego miałaby to robić? 

- Wspomniałem przed chwilą, że Sean Dillon ocalił mi życie - powiedział Cazalet. 

- Ta sprawa się z tym wiąże. 

- Jak wiesz, ojcem Kate Rashid był Beduin pochodzący z Arabii - podjął Blake - a 

matką  Angielka  z  rodziny  Daunceyów.  Po  niej  właśnie  Kate  odziedziczyła  tytuł 
księżniczki. Miała trzech braci: Paula, George’a i Michaela. 

- Miała? 
-  Otóż  to.  W  zeszłym  roku  jej  matka  zginęła  w  wypadku  samochodowym 

spowodowanym  przez  pijanego  dyplomatę  z  ambasady  rosyjskiej.  Zagraniczni 
dyplomaci nie mogą jednak być postawieni przed sądem. W związku z tym bracia sami 
-  w  sposób  definitywny  -  wymierzyli  mu  sprawiedliwość.  Jeszcze  bardziej 
rozwścieczyła ich wiadomość, że Rosjanie zamierzają zawrzeć z nami umowę dotyczącą 
zasobów ropy w Hazarze. Z ich punktu widzenia, oba mocarstwa nie tylko wtrącały się 
arogancko w ich wewnętrzne sprawy, ale naruszały interesy Arabów. Zachód traktował 
Wschód lekceważąco. Uznali więc, że trzeba nam dać po nosie. 

-  Paul  Rashid  próbował  mnie  zabić  w  Nantucket  -  wy  jaśnił  Cazalet.  -  Clancy 

został  postrzelony  w  plecy,  kiedy  starał  się  mnie  ochronić.  Blake  osobiście  zastrzelił 
jednego z zabójców. 

- Panie prezydencie... to coś niebywałego - wyjąkał Quinn. 
- Niestety na tym się nie skończyło - podjął Blake. - Wszystko masz w tej teczce. 

Krótko  mówiąc,  wszyscy  trzej  bracia  Rashidowie  zapłacili  najwyższą  cenę  za  swój 
fanatyzm. 

Przy  życiu  pozostała  tylko  ich  siostra,  Kate.  To  prawdopodobnie  najbogatsza 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

kobieta  na  świecie,  osoba,  która  miała  wszystko  i  wszystko  straciła.  Straciła  swoich 
ukochanych braci. Jestem pewien, że łaknie zemsty. 

- Chcesz powiedzieć, że skoro nie udało jej się zabić prezydenta ostatnim razem, 

może spróbować ponownie? 

-  Uważamy, że  jest  zdolna  do  wszystkiego.  W  tym  równaniu  jest  jeszcze  jedna 

niewiadoma. Daunceyowie mają coś, co angielska arystokracja nazywa boczną odnogą - 
krewnych, którzy przenieśli się do Ameryki w osiemnastym wieku i osiedli w Bostonie. 

- To rodzina prawników i sędziów - oznajmił Cazalet. - Bardzo szacowna. Znam 

ją. 

- Czy jest coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć? - zapytał Quinn. 
Blake podał mu kolejne akta. 
- Rupert Dauncey. Absolwent West Point i Parris Island. 
- Kolejny żołnierz piechoty morskiej? 
- I to bardzo dobry - odrzekł Blake. - Dostał Srebrną Gwiazdę za wojnę w Zatoce, 

a potem służył w Serbii i Bośni. 

Sugerowano,  że  być  może  zbyt  zajadle  zabijał  Serbów,  ale  nie  nadano  sprawie 

toku  i  gdy  udaremnił  bardzo  wredną  zasadzkę,  jaką  urządzili  muzułmanie,  został 
odznaczony  Medalem  za  Wzorową  Służbę.  Szybko  awansowano  go  do  stopnia 
kapitana. 

- A  następnie przeniesiono do  korpusu marines ochraniających naszą ambasadę 

w Londynie - dodał prezydent. 

-  Mogę  się  domyślić,  co  było  dalej  -  powiedział  Quinn.  -  W  Londynie  został 

przedstawiony naszej miłej księżniczce, czyż nie tak? 

-  Natychmiast  się  zaprzyjaźnili  i  od  tego  czasu  są  ze  sobą  bardzo  zżyci  -  rzekł 

Blake.  -  Z  tego,  co  słyszałem,  Rupert  jest  raczej  przystojnym  typem,  zwłaszcza  w 
mundurze  piechoty  morskiej.  I  z  piersią  ozdobioną  medalami.  Z  formalnego  punktu 
widzenia jest chyba bardzo dalekim kuzynem Kate Rashid. 

- Więc nic nie stoi na przeszkodzie małżeństwu. 
- Otóż nie. Ujmując rzecz delikatnie, Rupert Dauncey reprezentuje inną orientację 

- wyjaśnił Blake. 

- Chcesz powiedzieć, że jest homoseksualistą? 
-  Nie  jestem  pewien.  Wiemy  tylko,  że  nie  interesuje  się  kobietami.  Z  drugiej 

strony, nie odwiedza barów dla gejów i nic nie wskazuje, żeby miał jakiegoś przyjaciela. 
Tak czy inaczej, niezależnie od tej ostatniej kwestii, nie możemy oprzeć się wrażeniu, że 
ta  para  coś  knuje.  Księżniczka  Kate  wciąż  jest  wrogo  nastawiona  nie  tylko  do 
prezydenta,  ale  i  do  mnie  osobiście,  a  także  do  Seana  Dillona  i  jego  ekipy.  Wszyscy 
bowiem przyczyniliśmy się do śmierci jej braci. 

- Dlatego chcę, żebyś pojechał do Londynu - powiedział Jake Cazalet. - Spotkasz 

się  tam  z  generałem  Fergusonem,  Dillonem  oraz  panią  nadkomisarz  Bernstein.  Ja 
porozmawiam z premierem, który dobrze zna sytuację. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- A potem? 
- Powęsz trochę, użyj swoich kontaktów i zobacz, czy nie można dowiedzieć się 

czegoś więcej. Może nie mamy racji? 

Może ona się zmieniła. Kto wie? 
- Ja wiem - mruknął Blake. - Kate nie zmieniła się i nigdy się nie zmieni. 
- Doskonale. Chylę czoło przed twoją nieomylnością. 
- Pojadę tam zaraz po powrocie z Kosowa - powiedział Quinn. - Moja firma ma 

dom w Londynie. Zatrzymam się w nim. Jeśli dobrze pamiętam, to niedaleko rezydencji 
Rashidów. 

-  Znakomicie  -  odparł  z  uśmiechem  prezydent.  -  A  teraz  zajmijmy  się  dla 

odmiany  najbliższą  przyszłością.  Mam  na  myśli  dzisiejszą  kolację.  Wybieramy  się  do 
Lafayette. Uważam, że powinieneś pójść z nami. 

- Z największą przyjemnością. 
- Zwłaszcza że  -  dodał  Blake,  który miał zawsze niezawodnych informatorów  - 

dowiedziałem  się,  iż  będą  tam  również  księżniczka  Loch  Dhu  oraz  jej  kuzyn  Rupert 
Dauncey. 

- Co takiego? 
-  Znasz  mnie,  Danielu.  Zawsze  lubię  wpuszczać  lisa  do  kurnika.  Pora  trochę 

narozrabiać  -  mruknął  Cazalet  i  spojrzał  na  Clancy’ego.  -  Zakładam,  że  wszystko  jest 
pod kontrolą? 

- Naturalnie, panie prezydencie. 
-  Świetnie.  Spotkamy  się  wpół  do  dziewiątej.  Bądź  tak  miły  i  dopilnuj,  żeby 

senatora Quinna odwieziono do hotelu. 

- Według rozkazu, panie prezydencie - odparł Clancy. 
- I kiedy pojawi się Dauncey, nie daj sobie w kaszę dmuchać. Może i jest majorem 

piechoty  morskiej,  ale  ty,  jeśli  dobrze  pamiętam,  byłeś  jednym  z  najmłodszych 
sierżantów sztabowych w korpusie. 

- Co to ma być? - zdziwił się Quinn. - Parris Island? 
Oczekuje pan, że Clancy skopie mu tyłek? 
Jake Cazalet się roześmiał. 
- Zrobiłbyś to, Clancy? 
-  Nigdy,  panie  prezydencie.  Prędzej  kazałbym  panu  majorowi  przebiec  siedem 

mil z siedemdziesięciopięciofuntowym plecakiem. 

- Uwielbiam to - mruknął Quinn. - Dobrze, do zobaczenia w Lafayette - dodał, po 

czym wyszedł. Clancy podążył w ślad za nim. 

- Porozmawiasz z Fergusonem? - zapytał Cazalet, zwracając się do Johnsona. 
- Jutro z samego rana. 
Ferguson  urzędował  na  trzecim  piętrze  Ministerstwa  Obrony.  Okna  jego 

gabinetu  wychodziły  na  Horse  Guards  Avenue.  Nazajutrz  rano  generał  -  potężny, 
siwowłosy,  rozmamłany  mężczyzna  w  brązowym  garniturze  i  krawacie  gwardii  - 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

siedział  przy  swoim  biurku  ze  słuchawką  czerwonego  telefonu  w  dłoni.  Po  chwili 
odłożył słuchawkę i wcisnął przycisk interkomu. 

- Słucham, generale? - odezwał się kobiecy głos. 
- Jest tam Dillon? 
- Tak jest, generale. 
- Chcę was tutaj oboje zaraz widzieć. 
Do  gabinetu  weszła  nadkomisarz  Hannah  Bernstein,  kobieta  koło  trzydziestki  - 

młoda,  zwłaszcza  jeśli  weźmie  się  pod  uwagę  jej  stopień  -  z  krótko  ostrzyżonymi 
rudymi  włosami  i  w  okularach  w  rogowych  oprawkach.  Jej  elegancki  czarny  kostium 
wydawał się zbyt drogi, by stać nań było przeciętną policjantkę. 

Towarzyszący  jej  nieduży  jasnowłosy  mężczyzna  miał  na  sobie  czarną  lotniczą 

kurtkę.  Od  pierwszej  chwili  wyczuwało  się  drzemiącą  w  nim  siłę.  Wchodząc,  zapalił 
papierosa starą zapalniczką Zippo. 

- Nie krępuj się, Dillon - mruknął generał. 
- Oczywiście, generale, wiem przecież, że z pana poczciwa dusza. 
-  Przymknij  się,  Sean  -  skarciła  go  Hannah  Bernstein.  -  Chciał  pan  nas  widzieć, 

generale? 

- Tak, mam ciekawe wieści od Blake’a. Wieści dotyczące księżniczki Loch Dhu. 
- Co zmalowała tym razem nasza droga Kate? - zapytał Dillon. 
- Chodzi bardziej o to, co może zmalować. Zaraz  będziemy mieli komputerowe 

wydruki. Hannah, możesz sprawdzić, czy już przyszły? 

Nadkomisarz wyszła. Dillon nalał sobie bushmillsa. 
- Znowu mamy z nią kłopoty, prawda, generale? - po wiedział. 
- Obiecała przecież, że spróbuje dobrać się nam do dupy, Sean. Mści się za śmierć 

swoich braci. 

-  Może  próbować  i  kocham  ją  za  to.  -  Dillon  opróżnił  szklankę,  nalał  sobie 

następną i wzniósł toast. - Niech cię Bóg błogosławi, Kate, lecz nie po tym, co chciałaś 
zrobić  Hannah  Bernstein.  Spróbuj  jeszcze  raz  czegoś  podobnego,  to  osobiście  cię 
zastrzelę. 

Hannah weszła z powrotem z plikiem faksów i wydruków. 
- Najpierw powiem wam, co przekazał mi Blake, a potem przeczytacie oboje, co 

tutaj mamy - powiedział Ferguson. 

W ciągu kilku chwil zaznajomili się z faktami. 
- Wygląda na to, że przygruchała sobie faceta - oznajmiła Hannah. 
Dillon przyjrzał się fotografii Ruperta Daunceya. 
- Tak jakby - mruknął z uśmiechem. 
- Powiem wam, co mnie niepokoi - oświadczył Ferguson. - Uzyskane przez ludzi 

Daniela Quinna informacje na temat darowizn przeznaczonych na program edukacyjny 
Aktu Walki Klasowej i bejrucką Fundację na rzecz Dzieci. 

- Kate jest półArabką i przywódczynią Beduinów w Hazarze - powiedział Dillon. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- To zrozumiałe, że popiera Arabów. Ale zgadzam się. Jest w tym coś więcej, niż widać 
gołym okiem. 

Ferguson pokiwał głową. 
- Więc co robimy? 
- Musimy odkryć, co ona knuje. - Dillon spojrzał na Hannah. - Roper? - zapytał. 
Nadkomisarz się uśmiechnęła. 
- Czy mamy się zwrócić do majora Ropera, generale? - zapytała. 
- Oczywiście - odparł Ferguson. 
Kiedy  podjechały  limuzyny,  Daniel  Quinn  czekał  przy  wejściu  do  hotelu. 

Pierwszy  wyskoczył  Clancy  Smith,  za  nim  trzej  inni  agenci  Secret  Service  z  dwóch 
towarzyszących  pojazdów.  Clancy  skinął  głową  Quinnowi  i  wszedł  do  środka.  Blake 
wysiadł i zaczekał na prezydenta, który wspiął się po schodach i uścisnął dłoń Quinna. 

- Danielu. 
Naturalnie powitanie zostało zaaranżowane na użytek kamer. Przy wejściu stało 

jak  zwykle  kilku  fotoreporterów,  którzy  dowiedzieli  się,  że  prezydent  odwiedzi 
restauracje.  Błysnęły flesze, pstryknięto  zdjęcia Cazaletowi,  który ściskał  dłoń  Quinna. 
Clancy pojawił się w wejściu, a pozostali agenci Secret Service otoczyli wchodzących do 
środka prezydenta i Blake’a. 

Kierownik restauracji zarezerwował dla Blake’a, Cazaleta i Quinna okrągły stół w 

rogu,  idealny ze  względu na wymogi  bezpieczeństwa.  Wszędzie  dookoła słychać  było 
przyciszone  głosy  przejętych  gości.  Clancy  rozmieścił  swoich  ludzi  pod  ścianami.  On 
natomiast zajął miejsce najbliżej stołu. 

- Czego się  napijemy,  panowie?  - zapytał  Cazalet.  -  Może  dobrego  francuskiego 

wina? Proszę podać sancerre - powiedział. 

Wyróżniony kelner pokiwał skwapliwie głową. 
- Oczywiście, panie prezydencie. 
- Chętnie się z  tobą  napiję  -  rzekł Cazalet, zwracając  się  do  Quinna.  -  Cały czas 

próbuję  rozwiązać  ten  kryzys  energetyczny.  Ceny  rosną  w  astronomicznym  tempie, 
popyt na ropę wzrasta, ciągle występują te cholerne przerwy  w dostawie energii...  tak 
jakby rzeczywiście groziła nam jakaś katastrofa. 

A  ludzie  zaczynają  to  odczuwać.  Widziałeś  sondaże  z  ubiegłego  tygodnia? 

”Dlaczego  rząd  nic  w  tej  sprawie  nie  robi?”.  Przecież  się  staram,  do  jasnej  cholery. 
Rekiny czują już zapach krwi, wiesz, kogo mam na myśli. Jeśli nie zdołam się uporać z 
tym całym bajzlem, moje notowania  w połowie kadencji spadną na łeb na szyję i będę 
mógł  zapomnieć  o  wdrożeniu  któregokolwiek  ze  swoich  programów.  Równie  dobrze 
mogę od razu zrezygnować. 

Quinn chciał coś powiedzieć, lecz Cazalet powstrzymał go gestem dłoni. 
-  Nie  przejmuj  się  tym,  co  mówię.  Muszę  się  po  prostu  wygadać.  To  nie  są 

sprawy,  które  powinno  się  poruszać  w  trakcie  kolacji.  -  Prezydent  się  uśmiechnął.  - 
Przyszliśmy się tutaj rozerwać. Czuję się tak, jakbyśmy czekali na rozpoczęcie jakiegoś 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

przedstawienia na Broadwayu. Kurtyna zaraz pójdzie w górę. 

W  progu  stanęła  księżniczka  Loch  Dhu.  Na  szyi  miała  olśniewającą  kolię 

wysadzaną  brylantami,  a  jej  czarny  kostium  był  istnym  dziełem  sztuki.  Stojący  u  jej 
boku  Rupert  Dauncey  miał  na  sobie  elegancki  blezer  i  spodnie  od  Brioniego,  do  tego 
białą koszulę i ciemny krawat. Jego blond włosy były idealnie uczesane. 

Kierownik restauracji  podbiegł do gości  w  lansadach  i  poprowadził  ich między 

stolikami. 

- Odezwij się do niej, Blake - mruknął prezydent, kiedy się zbliżyli. - Przecież ją 

znasz. 

- Cóż za zbieg okoliczności, Kate - powiedział Blake, wstając. 
Kate Rashid zatrzymała się, uśmiechnęła i pocałowała go w policzek. 
- Miło  cię  spotkać, Blake. Znasz może  mojego  kuzyna,  Ruperta Daunceya? Nie, 

nie sądzę, żebyście się kiedyś spotkali. Macie ze sobą wiele wspólnego, wiesz? 

- Wiele o panu słyszałem - rzekł Blake. 
- Podobnie jak ja o panu - odparł Rupert Dauncey. - Och, jest i senator! 
- Witam - powiedział Quinn. - Cieszę się, że panią znowu widzę, księżniczko. 
Kate skinęła głową. 
- Ja również. 
- Panie prezydencie - oznajmił Blake. - Niech mi wolno będzie przedstawić panią 

Kate Rashid, księżniczkę Loch Dhu. 

Cazalet wstał i uścisnął jej dłoń. 
- Nigdy się nie spotkaliśmy, księżniczko. Może pani i pan Dauncey czegoś się z 

nami napiją? Kieliszek szampana? 

- Jak mogłabym odmówić? 
Blake  skinął  na  kelnera  i  zamienił  z  nim  kilka  słów.  Rupert  przysunął  fotel 

księżniczce i spojrzał na Clancy’ego. 

- Kiedy się ostatnio widzieliśmy, sierżancie, tkwiliśmy po uszy w gównie za linią 

frontu w Iraku. 

- Zgadza się, majorze. Brakowało mi pana w Bośni. 
-  Tam  każdego  człowiekowi  brakuje.  -  Dauncey  uśmiechnął  się  i  stanął  obok 

Clancy’ego. - Ale nie wstrzymujmy biegu wydarzeń. 

Kelner nalał wszystkim dom perignon. Cazalet uniósł swój kieliszek. 
-  Pani  zdrowie,  księżniczko.  Powiedziano  mi,  że  firma  Rashid  Investments 

odnosi  ostatnio  duże  sukcesy.  Szczególnie  imponują  mi  wyniki,  które  osiągacie  w 
Hazarze. 

-  Ropa,  panie  prezydencie.  Wszyscy  potrzebują  ropy.  -  Kate  się  uśmiechnęła.  - 

Sam pan o tym wie najlepiej. 

- Owszem, ale w Hazarze idzie wam wyjątkowo dobrze. 
Zastanawiam się dlaczego. 
- Przecież pan wie. Ponieważ panuję nad beduińskim ro dem Rashidów zarówno 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

w  Hazarze,  jak  i  w  Pustej  Strefie.  Beze  mnie  wy  i  Rosjanie  nic  nie  znaczycie.  To 
najbardziej dzikie pustynie na świecie. - Kate obróciła się z uśmiechem do Blake’a. - Ale 
pan Blake dobrze o tym wie. Był tam, - kiedy zginął mój brat George. 

-  Owszem,  byłem  tam  -  odparł  Blake.  -  Byłem  tam  również  poprzedniego 

wieczoru,  kiedy  zamordowany  został  chorąży  Bronsby.  Bronsby  należał  do  pułku 
zwiadowców Hazaru - wyjaśnił prezydentowi, który i tak dobrze o tym wiedział. - Nie 
mają tam prawdziwej armii, tylko ten jeden pułk. Beduini z rodu Rashidów długo rżnęli 
go  swoimi  no  żami.  -  Blake  odwrócił  się  z  uśmiechem  do  Kate,  lecz  nie  był  to  wcale 
wesoły  uśmiech.  -  A  potem  o  świcie  Sean  Dillon  zemścił  się  za  Bronsby’ego.  Zabił 
czterech mężczyzn. Strzelał z pięciuset metrów. Piekielnie dobry strzelec z tego Seana. 

- Sukinsyn z piekła rodem - mruknęła Kate. 
- Ponieważ jednym z zabitych był twój brat George? 
Powinien się zastanowić, zanim zaczął mordować ludzi. 
Atmosfera zrobiła się napięta. W końcu na ustach księżniczki zagościł uśmiech. 
-  Mordowanie  ludzi  to  rzeczywiście  coś,  na  czym  pan  się  dobrze  zna,  prawda, 

panie  Johnson?  Nie  mówiąc  o  cenie,  jaką  się  za  to  płaci.  Czasami  ta  cena  jest  bardzo 
wysoka. Proszę, niech pan podzieli się tą wiedzą ze swoimi przyjaciółmi, dobrze? 

-  Nie  rób  tego,  Kate.  -  Blake  chwycił  ją  za  przegub.  -  Cokolwiek  planujesz,  daj 

sobie spokój. 

- Mogę robić, co mi się żywnie podoba, Blake - odparła. - Rupercie? 
Dauncey odsunął jej krzesło. Kate wstała. 
- Panie prezydencie, to był prawdziwy zaszczyt - oznajmiła, po czym skinęła na 

swojego kuzyna. 

- Żegnam panów - powiedział Dauncey i ruszył za księżniczką. 
Po ich odejściu przy Stole zapadła cisza. 
- O czym, do diabła, mówiliście? - zapytał w końcu Quinn. 
- Przeczytaj po prostu akta - powiedział Cazalet, patrząc na oddalającą się Kate. - 

I  wyjedź  jak  najszybciej  do  Londynu.  Coś  mi  mówi,  że  mamy  mniej  czasu,  niż  mi  się 
wydawało. 

Kate usiadła ze swoim kuzynem w innym rogu sali. 
- Papierosa, Rupercie. 
Dauncey poczęstował ją marlboro i wyjął mosiężną zapal niczkę zrobioną z łuski 

pocisku do kałasznikowa. 

- Proszę bardzo, skarbie.’ 
Kate sięgnęła po zapalniczkę. 
- Skąd to masz, Rupercie? Nigdy cię o to nie pytałam. 
-  Och,  to  pamiątka  z  wojny  w  Zatoce.  Wpadłem  w  zasadzkę,  byłem  w  bardzo 

trudnej  sytuacji  i  znalazłem  irackiego  kałasznikowa.  Ostrzeliwując  się,  przetrwałem 
jakoś  do  chwili,  kiedy  przyszedł  mi  z  pomocą  obecny  tu  sierżant  Clancy.  Zabawne, 
prawda? Potem się okazało, że w magazynku został mi tylko jeden pocisk. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Mało brakowało. 
-  Rzeczywiście.  Schowałem  go  do  kieszeni  i  kazałem  przerobić  na  zapalniczkę 

pewnemu jubilerowi przy Bond Street. 

Kate, wiesz, co znaczy ”memento mori”? 
- Oczywiście, kochany Rupercie. ”Pamiętaj o śmierci”. 
-  Dokładnie.  -  Dauncey  podrzucił  zapalniczkę  w  górę  i złapał  ją.  -  Powinienem 

już  być  martwy,  Kate,  Trzy  albo  cztery  razy.  Aleja  żyję.  Dlaczego?  Nie  wiem,  ale  ten 
drobiazg mi o tym przypomina - dodał z uśmiechem. 

- Czy nadal chodzisz na mszę, kochanie? Przystępujesz do spowiedzi? 
-  Nie.  Ale  Bóg  wszystko  wie  i  rozumie.  Czyż  nie  tak  właśnie  się  uważa,  Kate? 

Mówi  się  też,  że  jest  bezgranicznie  miłosierny.  -  Dauncey  ponownie  się  uśmiechnął.  - 
Nikt  nie  potrzebuje  jego  miłosierdzia  bardziej  ode  mnie.  Ale  przecież  o  tym  wiesz. 
Wiesz o mnie chyba wszystko. Myślę, że kiedy przedstawiłem ci się na tym bankiecie w 
Londynie, sprawdzenie moich akt zajęło ci najwyżej pół godziny. 

- Dwadzieścia minut, kochanie. Byłeś zbyt piękny, byś wydawał się prawdziwy. 

Zesłał mi cię Allah. Straciłam matkę i trzech braci i nagle pojawiłeś się ty, Dauncey, choć 
nigdy wcześniej o tobie nie słyszałam. Bogu niech będą dzięki. 

Rupert  Dauncey  poczuł,  jak  wzbiera  w  nim  fala  uczucia.  Sięgnął  po  dłoń 

księżniczki. 

- Wiesz, że mógłbym dla ciebie zabić, Kate. 
- Wiem, kochanie. Być może będziesz musiał. 
Dauncey uśmiechnął się i wziął do ust papierosa. 
- Kocham cię do szaleństwa. 
- Ale przecież ty się nie interesujesz kobietami, Rupercie. 
- No właśnie, czy to nie szkoda? Ale i tak cię kocham. 
Więc na czym stanęło? - zapytał, odchylając się w fotelu. 
-  Siedzi  tam  senator  Quinn.  To  ciekawe,  że  przyjaźni  się  z  Cazaletem. 

Zamierzałam  go  zabić już wcześniej,  ponie  waż  jego  ludzie chcieli  za  dużo wiedzieć o 
mojej działalności. Zastanawiam się, czy teraz nie ma poważniejszych zamiarów. 

- Jakich? 
-  Nie  wiem.  Ale  uważam,  że  powinniśmy  poznać  jego  plany.  Wiesz,  że  on  ma 

córkę,  Rupercie?  Dziewczyna  ma  na  imię  Helen.  Jest  stypendystką  Rhodesa  w 
Oksfordzie. 

- Tak? I co? 
- Chcę, żebyś ją przyhołubił. 
- Nie rozumiem. 
-  Wiesz chyba coś  niecoś  o  mojej  działalności  charytatywnej?  Wierzę,  że  należy 

pomagać  tym,  którzy  są  prześladowani  i  znajdują  się  w  mniejszości.  Ludzie 
reprezentujący takie grupy jak Akt Walki Klasowej, Zjednoczony Front Anarchistyczny 
czy Armia Wyzwolenia Narodowego w Bejrucie są trochę nieobliczalni, lecz mają dobre 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

chęci. 

- Dobre chęci? Już w to wierzę. 
- Nieładnie, Rupercie. Tak czy inaczej, program edukacyjny Aktu Walki Klasowej 

wprowadzany  jest  w  życie  w  moim  zamku  Loch  Dhu  w  zachodniej  Szkocji.  Jest  to 
miejsce  raczej  zaniedbane,  lecz  miłe  i  położone  na  odludziu.  Uczymy  tam  młodych 
ludzi,  jak  mają  sobie  radzić  w  trudnych  sytuacjach.  A  dla  starszej  młodzieży...  mamy 
bardziej zaawansowane kursy. 

- Takie jak w Hazarze? 
-  Brawo,  Rupercie.  Owszem.  Takie  jak  w  Armii  Wyzwolenia  Narodowego.  To 

trochę  poważniejsza  inicjatywa.  Kursy  paramilitarne  prowadzą  najemnicy.  Wiesz,  że 
jest  wśród  nich  wielu  Irlandczyków?  Wszędzie  ich  pełno,  odkąd  rozpoczął  się  tak 
zwany proces pokojowy. 

- Więc co powinienem zrobić? 
-  Chcę,  żebyś  pilnował  Loch  Dhu,  miał  oko  na  wszystko,  co  się  tam  dzieje,  i 

sprawdził, czy nikt tam nie węszy. I chcę, żebyś nawiązał bliski kontakt z Aktem Walki 
Klasowej. 

- Dlaczego? 
- Ponieważ mam przeczucie, że spotkamy się jeszcze z senatorem Quinnem, i to 

wcześniej  niż  nam  się  wydaje.  Czy  wiedziałeś,  Rupercie,  że  Akt  Walki  Klasowej  ma 
teraz  oddziały na wszystkich większych uniwersytetach? I że w  jego  szeregi  wstępują 
dzieci bogaczy, chcąc zniszczyć kapitalizm? - za chichotała. 

- A cóż to ma wspólnego z Quinnem? 
-  Ma  wiele  wspólnego,  mój  drogi  Rupercie,  ponieważ  Helen  Quinn  należy  do 

oddziału w Oksfordzie. 

Nazajutrz  rano  w  Londynie  w  domku Seana  Dillona  przy Stable  Mews  pojawił 

się major Roper - dziwny młody człowiek na supernowoczesnym wózku inwalidzkim. 
Ubrany był w marynarską kurtkę i miał długie do ramion włosy. Jego twarz pokrywały 
blizny,  które  powstają  wyłącznie  wskutek  poparzeń.  Odznaczony  Orderem  Jerzego 
Roper był wybitnym ekspertem od rozbrajania bomb w Królewskim Korpusie Saperów. 
Niestety,  któregoś  dnia  jego  niezwykłą  karierę  przerwała  ”głupia  bombka” 
umieszczona przez Tymczasową IRA w małym samochodzie w Belfaście. 

Major przeżył wybuch i stał się specjalistą w zupełnie dla siebie nowej dziedzinie 

komputerów.  Obecnie  za  każdym  razem,  kiedy  trzeba  było  odnaleźć  coś  głęboko 
schowanego w cyberprzestrzeni, dzwoniło się do Ropera. 

Oprócz Dillona w domku przy Stable Mews czekał na niego generał Ferguson. 
- Sean, ty skurczybyku - zawołał wesoło Roper. 
Sean uśmiechnął się i pomógł mu przekroczyć stopień. 
- Dobrze wyglądasz. 
- Hannah niewiele mi powiedziała. Wysłała tylko plik. 
Znowu idziemy na wojnę? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Nie będę krył, że istnieje taka możliwość. 
Dillon  ruszył za  Roperem  korytarzem  i zastali  Fergusona  przy  telefonie.  Na  ich 

widok odłożył słuchawkę. 

- Jak leci, majorze? 
- Znakomicie, generale. Ma pan dla mnie robotę? 
Ferguson pokiwał głową. 
- W istocie. 
W ciągu pół godziny przedstawili mu wszystkie okoliczności sprawy. 
- Chcielibyśmy, żebyś w pierwszej kolejności sprawdził grupy, którym Kate daje 

pieniądze  -  oznajmił  w  końcu  Dillon.  -  To  właśnie  może  być  jej  pięta  Achillesa.  Nie 
wiemy dokładnie, czego szukamy, ale - dodał z uśmiechem - dowiemy się, kiedy już to 
znajdziemy. 

-  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  jeśli  ludzie  Quinna  prześwietlali  ją  przed  kilkoma 

miesiącami,  ona  już  o  tym  wie  -  powiedział  Roper.  -  Musieli  zostawić  jakieś  odciski 
palców,  a  to  oznacza,  że  Kate  miała  czas,  aby  spróbować  zatrzeć  wszelkie  ślady 
nielegalnej działalności. 

- Czy dajesz mi do zrozumienia, że nic nie znajdziesz? - zapytał Ferguson. 
Blizny na twarzy Ropera ułożyły się w coś na kształt uśmiechu. 
- Powiedziałem, że mogła spróbować. Nie mówiłem, że jej się udało. 
Apartament  Ropera  przy  Regency  Square  mieścił  się  na  parterze  i  miał  osobne 

wejście oraz specjalny podjazd dla wózka. Całe mieszkanie, w tym kuchnia i łazienka z 
uchwytami  przy  prysznicu  i  toalecie,  zaprojektowane  było  specjalnie  dla  osoby 
niepełnosprawnej,  której  -  tak  jak  w  tym  przypadku  -  zależało  na  jak  największej 
samodzielności.  W  pokoju,  który  w  normalnym  mieszkaniu  mógł  pełnić  rolę  salonu, 
mieściła  się  pracownia  komputerowa:  roboczy  stół  oraz  najnowocześniejszy  sprzęt,  w 
dużej części nieosiągalny na rynku. Roper miał do niego dostęp, ponieważ był majorem 
rezerwy.  Poza  tym,  kiedy  było  to  konieczne,  Ferguson  nie  wahał  się  użyć  swoich 
wpływów. 

Trzy  dni  po  spotkaniu  Quinna  z  prezydentem,  o  dziesiątej  rano  zabrzmiał 

dzwonek u drzwi. Roper wcisnął odpowiedni guzik pilota i chwilę później w pracowni 
pojawili się Ferguson, Dillon oraz Hannah Bernstein. 

- Co masz? - zapytał Ferguson. 
-  Tak  jak  powiedziałeś  -  odparł  Roper  -  Fundacja  Edukacyjna  Rashidów 

przeznacza pieniądze na bardzo różne cele. 

Lista jest długa i na ogół wydaje się czysta, lecz kilka punktów budzi podejrzenia. 

Na  przykład  ta  bejrucka  Fundacja  na  rzecz  Dzieci  to  z  całą  pewnością  przykrywka 
Hezbollahu.  Rashidowie  założyli  również  inne  fundacje  -  w  Syrii,  Iraku,  Kuwejcie  i 
Omanie.  Wciąż  je  rozpracowuję,  ale  założę  się  o  grube  miliony,  że  niektóre  z  nich 
również opłacają terrorystów. 

- Co ona, do licha, knuje? - mruknął Ferguson. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Konsoliduje swoją władzę - odparł Dillon. - Nawią zuje kontakty ze wszystkimi 

głównymi arabskimi przywódcami. 

Zdobywa  wpływy  środkami  pokojowymi  albo  przemocą,  w  zależności  od  tego, 

czego konkretnie potrzebuje. 

Roper pokiwał głową. 
-  Nie  zapominajcie  też  o  skali  jej  naftowych  interesów  na  Bliskim  Wschodzie. 

Rashid  Investments  kontroluje  jedną  trzecią  tamtejszej  produkcji.  Gdyby  chciała, 
mogłaby łatwo zburzyć cały ten domek z kart. 

- Chryste - jęknął Ferguson. - Jedna trzecia całej produkcji Bliskiego Wschodu! 
- A u nas w kraju? - zapytał Dillon. - Nie przekazała przypadkiem jakichś dotacji 

na rzecz IRA, Bojowników o Wolność Ulsteru czy innych podobnych grup? 

- Nie, ale na liście  mamy  dużo skrajnych organizacji w  rodzaju  Armii Ludowej, 

Socjalistycznej  Ligi  Marksistowskiej,  Nacjonalistycznej  Grupy  Wyzwoleńczej  czy 
Zjednoczonych Anarchistów. Wszystkie dotacje przeznaczone są na cele edukacyjne. 

-  Ilu  członków  tych  grupek  zjawi  się  tutaj,  kiedy  dojdzie  do  następnych 

zamieszek w Londynie? - zapytała Hannah. 

Roper wzruszył ramionami. 
-  Kate  jest  bardzo  sprytna.  Wszystko  jest  załatwiane  jaw  nie,  przy  podniesionej 

kurtynie. Wiele osób pochwala jej działalność. 

- Z pozoru tak to wygląda - powiedział Ferguson. - Zgoda, jest bardzo sprytna. A 

co masz na temat Aktu Walki Klasowej? 

- Mimo swojej nazwy, wydaje się dość nieszkodliwy. 
Organizuje  przede  wszystkim  zajęcia  na  świeżym  powietrzu  dla  dzieci  od 

dwunastego  do  osiemnastego  roku  życia.  Szkolne  pikniki,  spływy  kajakowe,  piesze 
wędrówki, wspinaczki po górach. 

- Ciekawe, czym się zajmują starsi uczniowie? - wtrącił Dillon. 
- Kwatera główna mieści się w zachodniej Szkocji, w zam ku Loch Dhu nieopodal 

miasteczka o nazwie Moidart. I owszem, zamek należy do księżniczki. 

Ferguson zrobił zdziwioną minę. 
- Ależ ja znam to miejsce. Wszyscy je znamy. 
- Co przez to rozumiesz? - zapytał zaskoczony Roper. 
Odpowiedzi udzielił mu Dillon. 
-  Przed  kilku  laty  musieliśmy  się  tam  zająć  bardzo  paskudnym  typem  o 

nazwisku  Carl  Morgan.  Facet  wynajął  zamek  na  parę  tygodni.  Generał,  Hannah  i  ja 
założyliśmy bazę w domku myśliwskim Ardmurchan po drugiej stronie jeziora. 

-  Lecz  właścicielką  zamku  była  wówczas  hrabina  Katherine  -  powiedziała 

Hannah do Fergusona. 

-  Właściwie  sprawa  jest  trochę  bardziej  skomplikowana  -  rzekł  Roper.  -  Zamek 

był  dość  stary,  już  kiedy  sir Paul  Dauncey  otrzymał od króla  Jakuba Pierwszego  tytuł 
hrabiego  Loch  Dhu.  W  połowie  dziewiętnastego  wieku  został  przebudowany  w  stylu 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wiktoriańskim  przez  jednego  z  późniejszych  hrabiów,  ale  rodzina  prawie  z  niego  nie 
korzystała.  Wolała  Dauncey  Place.  Później  zamek  został  wydzierżawiony  na 
pięćdziesiąt  lat  rodzinie Campbellów.  Przed pięciu  laty,  po  śmierci hrabiny Katherine, 
powrócił do Daunceyów. 

- Dokładnie  rzecz  biorąc, stało się to  po  ślubie  matki  Kate z Rashidem  -  wtrącił 

Dillon. 

-  Carl  Jung  stwierdził  niegdyś,  że  istnieje  coś  takiego  jak  synchroniczność  - 

skomentowała  Hannah.  -  Niektóre  zdarzenia  wykraczają  poza  zwykły  zbieg 
okoliczności i podejrzewamy, że jest w tym ukryty jakiś głębszy sens. 

- Niesamowite, prawda? - potwierdził Dillon. - I pomyśleć, że Kate Rashid przez 

cały czas czeka, żebyśmy się tam pojawili. 

- Przestań pleść trzy po trzy - żachnął się Ferguson. - Tak czy inaczej uważam, że 

nadeszła pora, żebyśmy przestali się pieścić. 

- Co pan przez to rozumie, generale? - zapytała Hannah. 
Ferguson spojrzał na Dillona. 
- Uważam, Sean, że czas zagrać w otwarte karty. My wiemy, że oni wiedzą, a oni 

wiedzą, że my wiemy. 

- I co nam to da? - zaciekawił się Dillon. 
-  No  dobrze.  Informacja,  którą  teraz  usłyszycie,  jest  ściśle  tajna  i  w  Whitehall 

obedrą  mnie  prawdopodobnie  ze  skóry  za  to,  że  wam  ją  przekazałem.  Otóż  w  ciągu 
paru  ostatnich  lat  Kate  Rashid  podjęła  się  kilku  zadań  dla  nasze  go  rządu.  Była  tajną 
emisariuszką Foreign Office i samego premiera. 

- Co takiego?! - zawołała Hannah. - Nie mogę w to uwierzyć! 
- Czy dowiemy się, kto był jej rozmówcą? - zapytał Dillon. 
- Saddam Husajn. 
- Dobry Boże - jęknęła Hannah. 
- Kate dobrze go zna, a on jest jej wielkim admiratorem. 
-  Wynika  chyba  z  tego,  że  Kate  jest  dobrze  kryta,  cokolwiek  by  zrobiła  - 

skomentował  Roper.  -  Chce  pan  powiedzieć,  że  Kate  ma  wysoko  postawionych 
protektorów i niełatwo nam będzie skłonić pewnych ludzi na najwyższym szczeblu do 
zmiany opinii na jej temat? 

- Owszem. Choć ja osobiście nie mam co do niej złudzeń - odparł Ferguson. 
- I chce pan, żeby Kate Rashid wiedziała, że bacznie ją pan obserwuje? 
-  Otóż  to.  -  Ferguson  spojrzał  na  Hannah  Bernstein.  -  Proszę  razem  z Dillonem 

polecieć do Loch Dhu. Zobaczcie, czy nie uda wam się trochę narozrabiać. 

- Kiedy, panie generale? - zapytała nadkomisarz. 
- Teraz. Niech pani zadzwoni do Farley Field i powie Laceyowi i Parry’emu, żeby 

przygotowali  gulfstreama.  Jeśli  dobrze  pamiętam,  niedaleko  Loch  jest  stary  pas 
startowy używany kiedyś przez RAF. To  tylko czterysta pięćdziesiąt mil,  lot powinien 
wam zabrać najwyżej półtorej godziny. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Będziemy chyba potrzebować jakichś naziemnych środków transportu, generale 

- zauważyła Hannah. 

-  Więc  proszę  zadzwonić  do  bazy  ratownictwa  morskiego  w  Oban.  Niech 

przygotują jakiś nieoznakowany samochód. 

Proszę  się  pospieszyć,  pani  nadkomisarz.  Może  pani  do  nich  zadzwonić  z 

komórki w drodze na lotnisko. 

Ferguson  prawie  wypchnął  ją  z  pokoju.  Dillon,  wychodząc,  uśmiechnął  się  do 

Ropera. 

- Teraz już wiesz, jak wygraliśmy wojnę - powiedział. 
- Którą? - odparł Roper. 
Na  Farley  Field,  niewielkim  lotnisku  RAF-u,  używanym  do  tajnych  operacji, 

powitali  ich  major  Lacey  i  porucznik Parry. Obaj oficerowie byli  odznaczeni krzyżami 
sił powietrznych. Otrzymali je za udział w  niebezpiecznych operacjach prowadzonych 
w różnych częściach globu na polecenie Fergusona. Obaj mieli na sobie zwykłe lotnicze 
kombinezony bez insygniów. 

- Miło cię widzieć, Sean - powiedział Lacey. - Będzie gorąco? 
- Chyba nie, ale nigdy nic nie wiadomo. 
- Polecimy learem, pani nadkomisarz, bo  nie ma oznaczeń RAF-u. Mówiła pani, 

że mamy to załatwić dyskretnie. 

- Oczywiście. Ruszajmy. 
Podeszli do schodków. Pierwsza weszła na pokład Hannah, za nią Dillon i piloci. 

Lacey  zajął  miejsce  w  kokpicie,  Parry  zamknął  zewnętrzne  drzwi.  Minutę  później 
wystartowali i szybko wspięli się na wysokość trzydziestu tysięcy stóp. 

- Skąd  taki nacisk na dyskrecję, skoro  Ferguson chce, żeby Kate wiedziała, że to 

my? - zapytał Dillon. 

-  Jesteśmy  tajną  organizacją  i  nie  chcemy,  żeby  to  się  zmieniło.  Pojawienie  się 

samolotu  z  oznaczeniami  RAF-u  i  dwoma  umundurowanymi  oficerami  na  pokładzie 
mogłoby dać  powód do złożenia formalnej skargi, gdyby księżniczka zdecydowała się 
na takie załatwienie sprawy. 

- Och, Kate nigdy by tego nie zrobiła. Nawet w naszej branży obowiązują pewne 

zasady. 

- Ty nigdy żadnej nie przestrzegałeś. 
Dillon zapalił papierosa. 
- Przestrzegam tych, które mi pasują. Jak się ostatnio czujesz, Hannah? 
Rok  wcześniej,  w  trakcie  zatargu  z  Rashidami,  nadkomisarz została  trzykrotnie 

postrzelona przez arabskiego snajpera. 

- Nie marudź, Dillon. Przecież biorę udział w akcji. 
- Twarda z ciebie niewiasta. 
- Och, zamknij się. 
Parry  zostawił  im  na  siedzeniu  kilka  gazet.  Hannah  wzięła  do  rąk  ”Timesa”  i 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

zaczęła czytać. 

W tym samym czasie na świecie działy się różne inne rzeczy. W Kosowie Daniel 

Quinn wjechał do wioski Leci land-roverem brytyjskiego pułku kawalerii przybocznej. 
Strzelec  siedzący  obok  kierowcy  obsługiwał  zamontowany  z  przodu  karabin 
maszynowy.  Ubrany  w  polowy  mundur  Quinn  usadowił  się  z  tyłu  obok  kaprala 
kawalerii  (jego  ranga  równa  jest  stopniowi  sierżanta  w  innych  jednostkach),  młodego 
człowieka o nazwisku Varley. 

Zaczęło padać. W wilgotnym powietrzu unosił się gryzący dym z wciąż palących 

się domów. Nie było śladu miejscowej ludności. 

-  Wygląda  na  to,  że  była  tu  przed  nami  ta  sama  albańska  lotna  brygada  - 

powiedział Yarley. 

Możemy wpaść w tarapaty? 
Chyba  nie,  pod  warunkiem,  że  będziemy  jechali  pod  tą  flagą.  -  Varley  wskazał 

powiewający z boku maski Union Jack. 

-  Zauważyłem,  że  nie  wywieszacie  flagi  Narodów  Zjednoczonych  ani  nie 

zakładacie błękitnych beretów. 

-  Mamy  swoje  własne  zwyczaje.  Lepiej  się  sprawdzają.  Nikt  nie  wie,  po  czyjej 

jesteśmy stronie. 

- To brzmi sensownie. 
Quinn  usłyszał  nagle  nad  głową  terkot  niewidocznego  we  mgle  i  deszczu 

helikoptera. Natychmiast przypomniał mu się Wietnam, a potem wpadł mu w nozdrza 
charakterystyczny  swąd  spalonych  ciał.  Gdy  raz  się  poczuło  ten  zapach,  nie  sposób 
pomylić  go  z  niczym  innym.  Uśpione  przez  lata  wspomnienia  omało  go  nie 
sparaliżowały. 

Kierowca  zahamował  i  zgasił  silnik.  Terkot  helikoptera  oddalił  się  i  zrobiło  się 

bardzo cicho. 

- Trupy, kapralu. 
Varley  podniósł  się  i  Quinn  zrobił  to  samo.  Zobaczyli  sześć  ciał:  mężczyznę, 

kobietę i trójkę dzieci, i kilka jardów dalej kolejne zwłoki leżące twarzą do ziemi. 

-  Wygląda  to  na  rodzinną  imprezę.  Wszyscy  położeni  jedną  serią.  -  Varley 

potrząsnął głową. - Sukinsyny. W swoim czasie wiele widziałem, ale nie przypominam 
sobie  tak  kosz  marnego  miejsca.  Musimy  przenieść  ciała.  Kryj  nas  -  powie  dział  do 
strzelca. - Nie możemy obok nich tak po prostu przejechać. 

- Pomogę ci - rzekł Quinn. 
Wysiadł wraz z kierowcą i Varleyem. Miał wrażenie, że ponownie znalazł się w 

Wietnamie i że przez te wszystkie lata nic się nie wydarzyło. Podniósł zwłoki dziecka, 
mniej  więcej  ośmioletniego  chłopca,  i  oparł  je  o  mur  z  boku  drogi.  Varley  i  kierowca 
przenieśli kolejne dzieci. 

Quinn  czuł  się  okropnie.  Varley  z  kierowcą  złapali  pod  pachy  mężczyznę, 

powlekli go pod mur i wrócili po kobietę, a on miał wrażenie, że spowija go mrok, który 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wypełza z jego własnego wnętrza. 

Wziął  głęboki  oddech  i  podszedł  do  szóstego  ciała,  ubranego  w  workowate 

spodnie, starą bojową kurtkę, wysokie buty i wełnianą czapkę. Odwrócił zwłoki i cofnął 
się  przerażony,  widząc  przed  sobą  powalaną  błotem  twarz  młodej  kobiety  z 
nieruchomymi  otwartymi  oczyma.  Mogła  mieć  dwadzieścia  jeden  lat.  Może 
dwadzieścia dwa. Była w wieku jego własnej córki. 

- Pomóc panu, senatorze? - zawołał Varley. 
- Nie, dam sobie radę. 
Quinn ukląkł, podniósł dziewczynę, odciągnął ją na bok i ułożył tak, że mogło się 

wydawać,  iż  opiera  się  o  mur.  Wyjął  chusteczkę,  starannie  wytarł  jej  twarz  z  błota,  a 
potem przymknął jej powieki. Później odsunął się, zrobił kilka kroków i zgiął się wpół, 
nie mogąc powstrzymać gwałtownych torsji. 

- Ci cholerni politycy - mruknął stojący przy Varleyu kierowca. - Może dobrze im 

zrobi, kiedy czasem zobaczą prawdziwy syf. 

Varley złapał go za rękę i mocno ją ścisnął. 
-  Ten  cholerny  polityk  został  odznaczony  Medalem  Honoru,  kiedy  przed 

trzydziestu  laty  służył  w  siłach  specjalnych  w  Wietnamie.  Więc  może  stulisz  mordę  i 
postarasz się nas stąd wywieźć? 

Kierowca siadł za kierownicą, Varley i Quinn zajęli miejsca z tyłu, i ruszyli dalej. 
-  Wie  pan,  co  robimy  w  Londynie,  senatorze?  -  zapytał  kapral.  -  Mówię  o 

kawalerii  przybocznej.  Jeździmy  w  hełmach  z  piórami,  w  zbrojach  i  z  przypasanymi 
szablami.  Turyści  to  wprost  uwielbiają.  Brytyjczycy  także.  Uważają,  że  tym  właśnie 
jesteśmy:  ołowianymi  żołnierzykami.  Więc  jak  to  się  stało,  że  walczyłem  w 
osiemdziesiątym  drugim  na  Falklandach,  potem  podczas  wojny  w  Zatoce,  później  w 
Bośni, a teraz służę na tym zadupiu? 

- A zatem brytyjska opinia publiczna jest wprowadzana w błąd? 
Varley wyjął z kieszeni piersiówkę. 
-  Ma  pan  może  ochotę  na  łyk  brandy,  senatorze?  To  wbrew  pułkowemu 

regulaminowi, ale czasami trzeba się czymś leczyć, chociaż to prawdziwy zajzajer. 

Alkohol palił wnętrzności. Quinn zakrztusił się i oddał piersiówkę Varleyowi. 
-  Przepraszam  za  swoje  zachowanie.  Nie  mogę  się  oprzeć  wrażeniu,  że  was 

zawiodłem. 

- To się zdarza nam wszystkim. Niech pan się tym nie przejmuje. 
- Chodzi o to, że mam córkę. Ma na imię Helen. Ta młoda kobieta była dokładnie 

w jej wieku. 

-  W  takim  razie  powinien  pan  pociągnąć  jeszcze  jeden  łyk  -  powiedział  Varley, 

podając mu z powrotem piersiówkę. 

Quinn napił się ponownie i pomyślał o swojej córce. 
W  tym  momencie  Helen  znajdowała  się  w  popularnym  wśród  studentów 

oksfordzkim  pubie  Lion,  nieopodal  starej  szkolnej  auli,  gdzie  mieściła  się  obecnie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

siedziba  miejscowego  oddziału  Aktu  Walki  Klasowej.  Siedzący  obok  niej  w  rogu  sali 
młody  długowłosy  student  popijał  białe  wino  i  co  chwila  wybuchał  hałaśliwym 
śmiechem. Student  nazywał  się  Alan Grant  i  pokazywał  dziewczynie  pewną sztuczkę. 
Jego  brat,  specjalista  od  spraw  bezpieczeństwa,  przysłał  mu  właśnie  nową  zabawkę  - 
długopis, który był w rzeczywistości miniaturowym magnetofonem. Grant świetnie się 
bawił, rejestrując strzępy rozmów i odsłuchując je następnie z odpowiednio zgryźliwym 
komentarzem. 

W  loży  po  drugiej  stronie  baru  siedział  Rupert  Dauncey  wraz  z  profesorem 

uniwersytetu  Henrym Percym,  mętnej  wody  intelektualistą  znanym  z  tego,  że chętnie 
angażował  się  w  różne  wątpliwe  przedsięwzięcia  -  Dziękuję  za  pański  czek,  panie 
Dauncey - powiedział Percy. - Nasz oddział Walki Klasowej jest niezmiernie wdzięczny 
za dalsze wsparcie ze strony Fundacji Edukacyjnej Rashidów. 

Rupert Dauncey zdążył się już zorientować, że ma do czynienia z ograniczonym 

umysłowo  hipokrytą.  Zastanawiał  się,  ile  pieniędzy  przylepiło  mu  się  do  palców,  ale 
postanowił nie łamać na razie reguł gry. 

- Cieszymy się, mogąc wam pomóc. Co to za zadyma szykuje się w sobotę? Jakaś 

demonstracja w Londynie? Słyszałem, że się tam wybieracie. 

-  To  prawda.  Dzień  Wolności  w  Europie!  Organizuje  to  Front  Zjednoczonych 

Anarchistów. 

- Serio? Myślałem, że w Europie mamy już wolność. 
Zresztą nieważne. Zatem pańscy rumiani studenci chcą wziąć w tym udział? 
- Oczywiście. 
- Pan wie, że policja nie lubi demonstracji na Whitehall. 
Łatwo mogą się przerodzić w zamieszki. 
- Policji nie uda się nas powstrzymać. Niech wszyscy usłyszą głos ludu! 
-  No  tak,  oczywiście  -  przytaknął  oschle  Rupert.  -  Czy  będzie  pan  osobiście 

prowadził tę demonstrację, czy też tylko weźmie pan w niej udział? 

Percy zrobił niewyraźną minę. 
-  Właściwie  nie  będę  w  niej  w  ogóle  uczestniczyć.  Mam  umówione  wcześniej 

spotkanie. 

„Od  razu  to  zgadłem”,  pomyślał  Rupert  Dauncey,  posyłając  profesorowi 

rozbrajający uśmiech. 

- Mam do pana małą prośbę. Chodzi o tę miłą dziewczynę w rogu. Przechodząc 

obok,  słyszałem,  jak  rozmawiała  ze  swoim  towarzyszem.  Odniosłem  wrażenie,  że  to 
Amerykanka. Czy należy do naszej organizacji? 

-  Owszem.  Nazywa  się  Helen  Quinn.  To  stypendystka  Rhodesa.  Czarująca 

dziewczyna. Tak się składa, że jej ojciec jest senatorem. 

- Czy mógłby pan mnie przedstawić, kiedy będziemy stąd wychodzili? - poprosił 

Rupert, który świetnie wiedział, kim jest Helen, i znał nawet nazwisko towarzyszącego 
jej chłopaka - Lubię spotykać się za granicą z rodakami. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Oczywiście.  -  Percy  wstał  i  ruszył  pierwszy  w  ich  stronę.  -  Witajcie.  Helen, 

chciałbym ci przedstawić twojego krajana, Ruperta Daunceya. 

Dziewczyna się uśmiechnęła. 
- Cześć, skąd jesteś? 
- Z Bostonu. 
- Ja też! To cudownie. Poznaj Alana Granta. 
Grant najwyraźniej uznał Amerykanina za intruza i postanowił go ignorować. 
- Studiujesz tutaj? - zapytał Rupert, specjalnie się tym nie przejmując. 
- W St Hughes College. 
- Mówiono mi, że to znakomita uczelnia. Profesor Percy  wspomniał, że jedziesz 

na tę sobotnią demonstrację. 

- Oczywiście. - Helen tryskała entuzjazmem. 
- No cóż, uważaj na siebie, dobrze? Nie chciałbym, żeby coś ci się tam przytrafiło. 

Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy. Do widzenia - rzekł Dauncey, po czym oddalił 
się wraz z Percym. 

- Za kogo on się uważa, ten fircyk? - powiedział cockneyem Grant. 
- Wydał mi się całkiem miły. 
-  Odpowiednia  partia  -  prychnął  Grant  i  nacisnął  przycisk  w  kieszeni.  ”Nie 

chciałbym, żeby  coś  ci  się tam przytrafiło”  -  usłyszeli ponownie  głos  Ruperta. - Wiem 
dobrze,  co  jego  zdaniem  powinno  ci  się  przytrafić  -  mruknął  Grant.  -  Miałem  ochotę 
walnąć go w nos. 

- Och, daj spokój - żachnęła się Helen. 
I pomyślała, że Alan naprawdę posuwa się czasami za daleko. 
Lecący  do  Moidart  Hannah  Bernstein  i  Sean  Dillon  minęli  angielską  Krainę 

Jezior, zatokę Forth oraz góry Grampian i wkrótce ich oczom ukazały się wyspy Eigg i 
Rhum,  a  na  północy  Isle  of  Skye.  Wylądowali  na  starym  pasie  startowym  z  czasów 
drugiej  wojny  światowej.  Stały  przy  nim  niszczejące  hangary  i  wieża  kontrolna.  Przy 
wieży  zobaczyli  zaparkowane  kombi,  obok  którego  czekał  na  nich  mężczyzna  w 
tweedowym  garniturze  i  czapce.  Lacey  podkołował  pod  samochód  i  wyłączył  silniki 
leara. Parry otworzył drzwi, opuścił schodki i Lacey zszedł pierwszy na dół. Mężczyzna 
w tweedach dał krok do przodu. 

- Major Lacey? 
- To ja. 
- Jestem sierżant Fogarty. Przysłali mnie z Oban. 
- To miło. Ta pani to nadkomisarz Bernstein ze Scotland Yardu. Ona i pan Dillon 

mają  do  załatwienia  ważne  sprawy  na  zamku  Loch  Dhu.  Zabierzcie  ich  tam  i  róbcie 
dokładnie to, co powie wam pani nadkomisarz. Potem przywieźcie ich z powrotem. 

- Tak jest. 
Lacey odwrócił się do Hannah i Dillona. 
- Do zobaczenia później. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Po  dwudziestu  minutach  podjechali  pod  zamek,  oddalony  od szosy  i  tak samo 

imponujący  jak  wtedy,  gdy  widzieli  go  poprzednim  razem.  Mury  miały  dziesięć  stóp 
wysokości, z komina wartowni unosił się dym, brama była zamknięta. Dillon i Hannah 
chcieli  wejść do środka, lecz  w drzwiach  nie  było  klamki  i kiedy Irlandczyk  je pchnął, 
nawet nie drgnęły. 

- Elektronika. Krok naprzód w stosunku do dawnych cza sów - mruknął. 
W  końcu  drzwi  się  uchyliły  i  stanął  w  nich  mężczyzna  o  surowej  wychudłej 

twarzy. Był ubrany w myśliwską kurtkę, a pod pachą trzymał dubeltówkę z uciętą lufą. 

- Dzień dobry - pozdrowiła go Hannah. 
-  Czego  chcecie?  -  zapytał  z  twardym  szkockim  akcentem.  Nie  był  zbyt 

przyjaźnie nastawiony. 

- Spokojnie - odezwał się Dillon. - Rozmawiasz z damą, więc może zmienisz ton. 

A w ogóle jak cię zwą, chłopcze? 

Mężczyzna zesztywniał, jakby wyczuwał kłopoty. 
- Nazywam się Brown i jestem tutaj zarządcą. Czego chcecie? 
-  Pan  Dillon  i  ja  polowaliśmy  tutaj  przed  kilkoma  laty  -  poinformowała  go 

Hannah. - Wynajmowaliśmy domek myśliwski Ardmurchan. 

-  Wiemy,  że  obecnie  prowadzicie  w  zamku  szkołę  prze  trwania  dla  młodych 

ludzi - dodał Dillon - ale pomyśleliśmy, że może Ardmurchan jest nadal do wynajęcia. 
Mój  szef...  to  znaczy  generał  Ferguson...  z  chęcią  wybrałby  się  stamtąd  znowu  na 
polowanie. 

- Domek nie jest do wynajęcia, a sezon myśliwski dawno się skończył. 
-  Nie  ten,  którym  jestem  zainteresowany  -  poinformował  go  słodkim  tonem 

Dillon. 

Brown wyciągnął spod pachy obrzyna. 
- Lepiej się stąd zabierajcie. 
- Lepiej niech pan uważa, do kogo  pan mówi... jestem funkcjonariuszką policji - 

powiedziała Hannah. 

-  Funkcjonariuszką?  Takiego  wała!  Wynoście  się  stąd  -  powtórzył  Brown, 

podnosząc rękę. 

Dillon uniósł pojednawczo dłoń. 
-  Nie  chcemy  żadnych  problemów.  Najwyraźniej  domek  nie  jest  do  wynajęcia. 

Chodźmy, Hannah. 

Wrócili do samochodu. 
- Odjedź trochę, żeby nie było nas widać z bramy - polecił Dillon Fogarty’emu. 
-  To,  co  się  tutaj  dzieje,  to  sprawy  wywiadu,  rozumie  pan,  sierżancie?  - 

powiedziała Hannah. 

- Oczywiście, proszę pani. 
- Dobrze, w takim razie stań tutaj - mruknął Dillon. - Mam zamiar przejść przez 

mur, a ty mi pomożesz. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Zatrzymali się i wysiedli. Fogarty splótł dłonie, a Dillon oparł na nich lewą stopę. 

Wysoki sierżant dźwignął go w górę. Dillon wdrapał się na mur, po czym zeskoczył na 
konar drzewa rosnącego po drugiej stronie i ruszył w kierunku wartowni. 

Brown  był  w  kuchni.  Obrzyn  leżał  na  stole,  a  on  podniósł  właśnie  słuchawkę 

ściennego  telefonu  i  wykręcał  numer.  Nagle  rozległo  się  ciche  stuknięcie  i  mężczyzna 
poczuł na twarzy podmuch zimnego powietrza. Odwiesił słuchawkę i sięgnął po broń, 
lecz w tym samym momencie zobaczył walthera, którego Dillon trzymał w prawej ręce. 

-  To  było  bardzo  niegrzeczne  -  powiedział  Irlandczyk.  -  Mogłem  cię  od  razu 

zastrzelić, zamiast tylko o tym pomyśleć. 

- Czego chcesz? - spytał ochrypłym głosem Brown. 
- Telefonowałeś do Londynu do księżniczki Loch Dhu? 
Chyba się nie mylę? 
- Nie wiem, o czym mówisz. 
Dillon trzasnął go w policzek lufą walthera. 
- Chyba się nie mylę? - powtórzył. 
Brown zatoczył się do tyłu. Po twarzy pociekła mu krew. 
- Tak, do cholery! Czego chcesz? 
-  Informacji.  O  Akcie  Walki  Klasowej.  Urządza się  tu  szkolne  pikniki,  prawda? 

Dzieciaki spędzają miło czas na wsi, zwiedzają okolicę, wspinają się po górach, pływają 
kajakami po jeziorze. To właśnie im oferujecie? 

-  Zgadza  się  -  odparł  Brown,  po  czym  wyciągnął  chusteczkę  i  wytarł  krew  z 

twarzy. 

-  A  czego  uczycie  na  kursach  organizowanych  dla  trochę  starszej  młodzieży?  - 

zapytał Dillon. 

- Nie wiem, o co ci chodzi. 
-  Chodzi  mi  o  dziewczyny  i  chłopaków,  którzy  lubią  chować  twarze  za 

kominiarkami i brać udział w zamieszkach. Pozwól, że zgadnę. Uczycie ich ciekawych 
rzeczy,  na  przykład,  jak  robić  koktajle  Mołotowa  i  jak  radzić  sobie  z  policjantami  na 
koniach. 

- Oszalałeś, ponownie go uderzył. 
-  Nie  mogę  ci  pomóc  -  wrzasnął  Brown.  Miał  coraz  bardziej  pokiereszowaną 

twarz. - Za bardzo cenię własne życie. 

- Naprawdę? - Dillon złapał go za szyję, pchnął na stół i przystawił lufę pistoletu 

do  prawego  kolana.  -  A  jak  bardzo  cenisz  swoje  kolano?  Masz  dziesięć  sekund  na 
zastanowienie. 

- Nie,  nie!  Dobrze, powiem ci. To  prawda.  Prowadzi  się  tu  szkolenia  dokładnie 

takie, jak mówiłeś.  Uczestnicy  przyjeżdżają z  całego kraju, czasami nawet z zagranicy. 
Aleja tylko zajmuję się domem i terenem. Nic więcej nie wiem, przysięgam! 

-  Och,  bardzo  w  to  wątpię.  Ale  nie  szkodzi.  Potrzebowałem  tylko  twojego 

potwierdzenia. Nie było to takie straszne, prawda? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Teraz, jeżeli otworzysz mi grzecznie bramę, pójdę swoją drogą. - Dillon wziął do 

ręki  obrzyna  i  cisnął  go  przez  otwarte  drzwi  w  krzaki.  -  Proponuję,  żebyś  zadzwonił 
później  do  zacnej  księżniczki.  Opowiedz  jej  o  naszym  spotkaniu.  Jestem  pewien,  że 
bardzo ją to zainteresuje. 

Brown  podreptał  do  frontowych  drzwi  i  wcisnął  przycisk  w  czarnej  skrzynce. 

Brama na zewnątrz zaczęła się rozsuwać. Dillon zatrzymał się i odwrócił. 

-  Nie  zapomnij  wspomnieć,  że  Dillon  przesyła  księżniczce  wyrazy  miłości  - 

powiedział, po czym wyszedł na drogę i pobiegł truchtem do samochodu. 

- Z powrotem na lotnisko - polecił Fogarty’emu, siadając obok Hannah. 
-  Mam  nadzieję,  że  nie  zostawiłeś  za  sobą  trupów  -  powiedziała  nadkomisarz, 

kiedy ruszyli. 

-  Daj  spokój,  dlaczego  miałbym  posuwać  się  do  takich  rzeczy?  Nasz  zarządca 

okazał się bardzo rozsądnym facetem. 

Opowiem ci o tym w samolocie. 
Znalazłszy  się  między  młotem  a  kowadłem,  Brown  posłuchał  rady  Dillona  i 

zadzwonił do Londynu do domu Kate Rashid. 

Nie  zastał  jednak  księżniczki,  co  wprawiło  go  w  jeszcze  większą  frustrację. 

Zdesperowany, z obolałą twarzą, wykręcił numer komórki. Miał obowiązek to zrobić w 
awaryjnych  sytuacjach.  Kate  i  Rupert  jedli  właśnie  kolację  w  Ivy.  Księżniczka 
wysłuchała chaotycznej relacji zarządcy. 

- Jak bardzo jesteś poszkodowany? - zapytała spokojnie. 
- Będę potrzebował chirurga. Sukinsyn bił mnie po twarzy swoim waltherem. 
- A czegoś się spodziewał? Powtórz jeszcze raz, co powie dział. 
- Że był tutaj Dillon i przesyła wyrazy miłości. 
-  Cały  on.  Idź  do  doktora,  Brown.  Porozmawiam  z  tobą  później  -  powiedziała 

księżniczka i położyła komórkę na stole. 

Kelner  cofnął  się  już  wcześniej  z  szacunkiem  o dwa  kroki.  Kiedy  Rupert  skinął 

głową, nalał szampana Cristal do obu kieliszków i odszedł. 

- Za twoje jasne oczy, kuzynko - wzniósł toast Ru pert. - Usłyszałem niewiele, ale 

wyczuwam, że czekają nas kłopoty. 

- Dokładnie rzecz biorąc, wyczułeś zapach Seana Dillona. - Kate upiła szampana i 

powiedziała  Rupertowi,  czego  dowiedziała  się  od  Browna.  -  Co  o  tym  sądzisz, 
kochanie? - spytała. 

- No cóż, to jasne, że byli tam na zlecenie generała Fergusona. W ogóle się z tym 

nie kryli. Przyjechali do Loch Dhu wyłącznie po to, żeby dać ci do zrozumienia, że coś 
wiedzą. 

- Sprytny z ciebie chłopak. Co jeszcze? 
- Na swój sposób on rzuca ci wyzwanie. 
-  Oczywiście,  że  to  robi.  Generał  Ferguson  jest  szefem,  ale  całą  brudną  robotę 

odwala za niego  Dillon. Przez wiele  lat  walczył  w szeregach IRA,  lecz ani  wojsku, ani 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

ulsterskim rojalistom nigdy nie udało się przyskrzynić sukinsyna. 

Z tego wynika, że jest bardzo cwanym sukinsynem. Więc co robimy? 
- Spotkamy się dziś wieczorem. Pora, żebyście się poznali. 
- Jak chcesz to załatwić? 
-  Tak  jak  powiedziałeś,  on  rzuca  mi  wyzwanie.  To  było  Coś  w  rodzaju 

zaproszenia, a tak się składa, że wiem, gdzie mogę go znaleźć. 

Tego  samego  dnia  późnym  popołudniem  generał  Ferguson,  siedząc  w  swoim 

mieszkaniu przy kominku, wysłuchał relacji Hannah Bernstein. 

-  Doskonale  -  powiedział.  -  Widzę,  że  postępowałeś  w  typowy  dla  siebie 

bezwzględny i skuteczny sposób, Sean. 

- Facet sam się o to prosił. 
- I co się teraz wydarzy? 
-  Ona  nie  puści  tego  płazem.  To  przypomina  jeden  z  tych  starych  westernów. 

Łajdak przychodzi do baru, żeby stoczyć z bohaterem pojedynek na ulicy. 

- Interesujące skojarzenie. 
- Kate będzie chciała spotkać się ze mną twarzą w twarz. 
- A gdzie dojdzie do tego spotkania? 
- Tam, gdzie często już się spotykaliśmy: w Piano Bar w hotelu Dorchester... 
- Kiedy? 
- Dziś wieczorem. Będzie tam na mnie czekała. 
Ferguson pokiwał głową. 
- Wiesz, chyba masz rację. Lepiej pójdę z tobą. 
- A ja, generale? - zapytała Hannah. 
- Tym razem nie, pani nadkomisarz. To był ciężki dzień. 
Przyda się pani wolny wieczór. 
Hannah się najeżyła. 
-  Dobrze  pan  wie,  że  zanim  zezwolono  mi  wrócić  do  służby  w  wydziale 

specjalnym, przeszłam drobiazgowe badania lekarskie. Czuję się znakomicie, naprawdę. 

- Mimo to nalegam, żeby wzięła sobie pani wolne. 
- Dobrze, panie generale - odparła niechętnie. - Jeśli już mnie pan nie potrzebuje, 

pojadę do biura i uporządkuję kilka spraw. Idziesz, Sean? 

- Owszem. Możesz mnie podwieźć na Stable Mews. 
- Siódma ci pasuje, Sean? - zapytał Ferguson. 
- Owszem. 
Hannah podwiozła Dillona do domu, lecz on nie wszedł do środka. Zaczekał, aż 

daimler  skręci  za  rogiem,  po  czym  podniósł  drzwi  garażu,  wsiadł  do  starego 
minicoopera, którym jeździł po mieście, i odjechał. 

Wybierał  się  do  Harry’ego  Saltera.  Ten  stary  gangster  ostatnio  jakby  się 

ustatkował  i  zaczął  nawet  uchodzić  za  szanowanego  obywatela.  Razem  ze  swoim 
siostrzeńcem  Billym  i  kilkoma innymi  mężczyznami uczestniczył w  potyczce,  podczas 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

której zginęli bracia Kate Rashid. 

Dillon zdołał się przedrzeć przez zwyczajne o tej porze korki i dotarł w końcu na 

Wapping  High  Street.  Skręcił  w  wąską  alejkę  między  magazynami,  wyjechał  na 
nabrzeże Tamizy i zaparkował przy należącym do Saltera pubie Dark Man. Szyld lokalu 
przedstawiał posępne indywiduum w ciemnej opończy. 

Pub,  utrzymany  w  typowym  wiktoriańskim  stylu,  miał  złocone  lustra  za 

mahoniowym  barem  i  porcelanowe  kraniki  do  piwa.  Stojące  przed  lustrem  butelki 
powinny zaspokoić  gusta najbardziej zatwardziałego  pijaka. Główna barmanka, Doris, 
siedziała na stołku, czytając londyńskie wydanie ”Evening Standard”. 

O  tej  porze,  jeszcze  przed  wieczornym  szczytem,  bar  był  Pusty,  jeśli  nie  liczyć 

czterech  mężczyzn  grających  w  rogu  sali  w  pokera.  Byli  to  Harry  Salter,  jego 
siostrzeniec  Billy  oraz ochroniarze,  Joe  Baxter  i  Sam  Hali.  Harry  Salter  rzucił  karty  na 
stół. 

-  Nie  idzie  mi  coś  dzisiaj  karta  -  poskarżył  się,  po  czym  uśmiechnął  na  widok 

Dillona. 

- Ty mały irlandzki skurczybyku. Co cię tutaj sprowadza? 
Billy odwrócił się na krześle i cały rozpromienił. 
- Hej, Dillon, miło cię widzieć - powiedział i nagle przestał się uśmiechać. - Jakieś 

kłopoty? 

- Ciekawe, jak zgadłeś? 
-  Bo  podróżowałem  z  tobą  do  piekła  i  z  powrotem  więcej  razy,  niż  potrafię 

zliczyć. Nauczyłem się więc rozpoznawać objawy. Co się święci? 

Dillon usłyszał w jego głosie podniecenie. 
- Zawsze byłem twoim złym duchem, Billy - rzekł. - Ale nigdy jeszcze nie miałeś 

tak  wielkiej  ochoty  nadstawiać  karku.  Pamiętasz,  jak  przytoczyłem  kiedyś  zdanie 
twojego ulubionego filozofa? ”Nic nie jest warte życie, które nie zostało zbadane”? 

-  A  ja  odparłem,  że  dla  mnie  znaczy  to,  iż  nic  nie  jest  warte  życie,  które  nie 

zostało poddane próbie. No więc co się święci? 

- Kate Rashid. 
Billy przestał się uśmiechać. Pozostali także. 
- Skoro tak, to musimy się napić - powiedział z powagą Harry. - Bushmills, Doris. 
Dillon zapalił papierosa. 
- Mów - ponaglił go Billy. 
- Pamiętasz pogrzeb Paula Rashida, Billy? 
- Jak mógłbym zapomnieć? Kate powiedziała, że nie życzy sobie żałobników, ale 

ty musiałeś tam pójść. 

-  Zapytałeś  wówczas,  czy  to  już  koniec,  a  ja  odparłem,  że  chyba  nie.  A  potem, 

kiedy natknęliśmy się na nią w hotelu Dorchester, zaprzysięgła nam wszystkim śmierć. 

- Cóż, może próbować - rzekł Harry. - Powiedziałem jej wtedy, że od czterdziestu 

lat różni ludzie próbują mnie załatwić, a mimo to wciąż cieszę się dobrym zdrowiem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Posłuchaj, Dillon - przerwał wujowi Billy. - Co się wydarzyło? Dowiedzmy się 

wreszcie. 

Dillon  wypił  swoją  whisky  i  opowiedział  im  całą  historię.  Współpracowali  w 

przeszłości  z  Blakiem  Johnsonem,  wiedzieli  wszystko  o  Piwnicy  i  nie  było  powodu 
czegokolwiek ukrywać. Na zakończenie powiedział, co wydarzyło się w Loch Dhu i co 
zamierza dalej robić. 

- Więc myślisz, że ona się tam dzisiaj zjawi? - zapytał Harry Sal ter. 
- Jestem tego pewien. 
- W takim razie ja i Billy wybierzemy się razem z tobą. 
To wymaga jeszcze jednego drinka - dodał i zawołał na Doris. 
Jakiś czas później Dillon wcisnął dzwonek do mieszkania Ropera. 
- Kto tam? - zapytał major przez domofon. 
- Sean, ty pieprzony wariacie. 
Zabrzęczał elektroniczny zamek i  Dillon pchnął  drzwi.  Roper siedział  w  wózku 

inwalidzkim przed swoimi komputerami. 

-  Dzwonił  do  mnie  Ferguson  -  powiedział.  -  Wspomniał  coś  o  Loch  Dhu,  ale 

wolałbym usłyszeć bezpośrednią relację od ciebie. 

Dillon zapalił papierosa i wszystko mu wyjaśnił. 
-  Więc  tak  to  się  przedstawia  -  zakończył.  -  W  zasadzie  tego  właśnie  się 

spodziewaliśmy. 

- No tak... 
- Odkryłeś coś nowego? 
- Pomyślałem, że mógłbym przyjrzeć się bliżej  rozkładowi jazdy Kate. Korzysta 

ze służbowego gulfstreama, więc mogę łatwo ustalić godziny odlotów. Jak wiesz, trzeba 
wcześniej  rezerwować  pas  startowy.  Następnie  zaś  przeglądam  dane  kontroli 
paszportowej i wydziału specjalnego i sprawdzam, czy była na pokładzie. 

- Wyłania się jakiś ciekawy wzór? 
- Raczej nie. Ostatnio poleciała do Loch Dhu tylko raz. 
Korzystała  z  tego  samego  starego  pasa  startowego  co  wy.  Mam  jednak  coś,  co 

może cię zainteresować. Otóż w zeszłym miesiącu odwiedziła Belfast. 

- To ciekawe. Co o tym myślisz? Masz jakieś hipotezy? 
- Owszem. Wylądowała tam późnym popołudniem i za mówiła pas startowy na 

następne popołudnie,  co  mogłoby  wskazywać, że  będzie nocować  w  hotelu.  Zacząłem 
więc od hotelu Europa i trafiłem w dziesiątkę. 

- Ale po co tam pojechała? 
Roper potrząsnął głową. 
-  Tego  nie  wiem.  Ale  jeśli  znów  tam  się  wybierze,  dam  ci  znać.  Mógłbyś  ją 

śledzić.  Oczywiście  to  może  być  coś  absolut  nie  legalnego.  Rashid  Investments  dużo 
inwestuje w Ulsterze, odkąd zaczął się proces pokojowy. 

- Proces pokojowy? - parsknął śmiechem Dillon. - Jeśli w to wierzysz, uwierzysz 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

we wszystko. 

- Zgadzam się z tobą. W końcu rozbroiłem tam sto dwie bomby. Szkoda, że nie 

było ich sto trzy - dodał, klepiąc poręcz wózka. 

-  Wiem  -  mruknął  Dillon.  -  Zważywszy,  że  walczyłem  po  tamtej  stronie, 

zastanawiam się czasami, dlaczego mnie tolerujesz. 

-  Ty  nigdy  nie  podkładałeś  bomb,  Sean.  Tak  czy  inaczej,  lubię  cię.  -  Roper 

wzruszył  ramionami.  -  A  propos,  jeśli  masz  ochotę  się  napić,  w  lodówce  jest  butelka 
białego wina. 

Nie wolno mi pić nic mocniejszego. 
Dillon jęknął. 
-  Boże,  zlituj  się,  ale  chyba  nie  mam  wyjścia  -  powiedział,  wyjmując  butelkę  z 

lodówki. - Jezu, Roper, to wino jest tak tanie, że nie ma korka, tylko nakrętkę. 

-  Nie  narzekaj,  tylko  polewaj.  Nie  wiesz,  jak  niską  emeryturę  dostaje  oficer 

rezerwy. 

Dillon nalał wino do dwóch kieliszków i postawił jeden z nich przy prawej ręce 

Ropera, który stukał w klawiaturę. Potem pociągnął łyk i się skrzywił. 

- Ktoś je chyba robił w garażu. Czego teraz szukasz? 
- Danych dotyczących Ruperta Daunceya. Niezwykły facet,  ale  to  nie  jest  coś,  o 

czym byśmy wcześniej nie wiedzieli. 

Jednak  jest w  nim  coś jeszcze  -  jakaś  bezwzględność,  upodobanie do skrajności. 

Ten człowiek ma swoją mroczną stronę. 

-  Och,  wszyscy  mamy  swoje  mroczne  strony.  Możesz  ustalić,  czy  wybrał  się 

razem z Kate do Irlandii? 

-  Wydział  specjalny  kontroluje  ruch  pasażerski  na  pokładzie  służbowych 

samolotów. Nie, nie towarzyszył księżniczce. 

Ale pamiętaj, że należy do jej świty stosunkowo od niedawna. 
- Tak mi się wydaje. 
Roper upił trochę wina. 
- Ale nasz ptaszek będzie razem z Kate na pokładzie jej gulfstreama jutro rano o 

dziesiątej. Chcesz wiedzieć, dokąd się wybierają? 

- Dokąd? 
- Do Hazaru. 
-  Do  Hazaru?  To oznacza  lotnisko  w  Hamamie.  Wiesz,  to,  które  zbudowano  w 

dawnych czasach dla RAF-u. Może przyjąć każdy samolot, nawet herculesa, chociaż jest 
tam tylko jeden pas startowy. Bądź tak dobry i sprawdź jedną rzecz. Kiedy tam ostatnio 
byłem,  korzystaliśmy  z  usług  firmy  o  nazwie  Carver  Air  Taxis.  Zobacz,  czy  jeszcze 
działa. 

Roper postukał w klawisze. 
- Owszem, mam ich. Ben Carver? Były major RAF-u? 
- Ten sam skurczybyk - odparł Dillon. - Więc co knuje Kate? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- O  to samo  zapytał  mnie Ferguson,  kiedy  poinformowałem go o  jej wyjeździe. 

Oczywiście  są  dziesiątki  powodów,  dla  których  może  tam  lecieć,  jednak  Ferguson 
doszedł do wniosku, że skontaktuje się z Tonym Villiersem i poprosi go,  żeby miał na 
nią oko. 

Pułkownik Tony Villiers dowodził zwiadowcami Hazaru. 
-  To świetny  pomysł  -  powiedział  Dillon.  -  Villiers  jest  dobry  i  ma  na  pieńku  z 

Rashidami, odkąd obdarli ze skóry jego zastępcę, Bronsby’ego. 

- Cóż, trzeba przyznać, że mają tam osobliwe zwyczaje. 
Teraz już idź, Dillon. Mam mnóstwo roboty. 
W  tej  samej  chwili  Tony  Villiers  i  jego  dwunastu  zwiadowców  obozowali  na 

granicy między Hazarem i Pustą Strefą. Obok stały trzy land-rovery, a nad płonącymi 
wielbłądzimi odchodami wisiała sakwa z wodą. 

Wszyscy podwładni Villiersa byli Beduinami z rodu  Rashidów  i  uznawali  Kate 

Rashid  za  swoją  przywódczynię.  Członkowie  klanu  żyli  również  po  drugiej  stronie 
granicy,  w Pustej Strefie.  Mieszkali  tam  dobrzy ludzie,  lecz  także złoczyńcy  -  bandyci, 
którzy  zapuszczali  się  do  Hazaru  na  własne  ryzyko.  Wszyscy  zwiadowcy  złożyli 
przysięgę krwi Villiersowi. Honor miał dla nich najwyższą wartość - gdyby okazało się 
to konieczne, każdy zabiłby prędzej własnego brata, aniżeli złamał przysięgę. 

Mężczyźni  siedzieli  ze  swoimi  kałasznikowami  dookoła  ogniska,  odziani  w 

poplamione białe szaty, ze skrzyżowanymi na  piersiach pasami z amunicją. Część piła 
kawę i paliła, inni żuli daktyle i suszone mięso. 

Ubrany w  pognieciony  mundur khaki  Tony Villiers miał na głowie  turban, a  w 

kaburze  browninga.  Nigdy  nie  polubił  daktyli  i  zjadł  właśnie  na  zimno  dużą  puszkę 
pieczonej fasoli. Jeden z jego ludzi podszedł do niego z blaszanym kubkiem. 

- Herbaty, sahib? 
- Dziękuję - odparł po arabsku Villiers. 
Oparłszy się o kamień, wypił gorzką czarną herbatę, a potem zapalił papierosa i 

spojrzał  w  stronę  Pustej  Strefy.  Na  tym  spornym  terytorium  panowało  całkowite 
bezprawie. Jak ktoś kiedyś powiedział, można było tam zabić papieża i nikt nie mógł na 
to  nic  poradzić.  Dlatego  wszyscy  starali  się  możliwie  jak  najrzadziej  przekraczać 
granicę. 

Zbliżający  się  do  pięćdziesiątki  Villiers  służył  na  Falklandach  i  brał  udział  w 

każdej  z  małych  wojen,  które  wybuchły  przed  dużą  wojną  przeciwko  Saddamowi, 
następnie  zaś  oddelegowano  go  do  Hazaru.  Przypominało  to  dawne  czasy,  kiedy 
brytyjscy  oficerowie  dowodzili  zaciężnymi  tubylcami.  Villiersowi  zaczynało  się 
przykrzyć. 

- Czas odejść, staruszku - mruknął cicho i zapalił kolejnego papierosa. 
W jego lewej kieszeni na piersi zadzwoniła komórka. Telefon typu codex four był 

niedostępny  na  rynku.  Został  skonstruowany  specjalnie  na  użytek  wywiadu. 
Posługiwano  się  nim  tam,  gdzie  trzeba  było  zachować  maksymalne  środki 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

bezpieczeństwa. 

Villiers dostał go dzięki uprzejmości Fergusona. 
- To ty, Tony? Mówi Ferguson. 
- Co słychać w Ministerstwie Obrony, Charles? 
- Włącz koder. 
Villiers wcisnął czerwony klawisz. 
- Zrobione. 
- Gdzie jesteś? - zapytał Ferguson. 
- Nazwa nic ci  nie  powie, Charles.  W  górach Marama  tuż przy granicy z Pustą 

Strefą. Patroluję teren z kilkoma swoimi ludźmi. 

- Słyszałem, że masz nowego zastępcę. 
-  Tak,  kolejnego  chorążego,  tym  razem  kawalerii.  Nazywa  się  Bobby  Hawk. 

Patroluje teraz ze swoimi ludźmi inny odcinek. 

Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? 
- Dowiedziałem się właśnie, że jutro leci do was Kate Rashid. 
- Nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Ciągle nas od wiedza. 
- Wiem, ale od pewnego czasu dzieją się u nas dziwne rzeczy. Mam po prostu złe 

przeczucie, to wszystko. Co ona tam robi? 

- Ląduje na lotnisku w Hamamie, a potem leci helikopterem do oazy Shabwa w 

Pustej Strefie. Ale przecież dobrze otym wiesz, bo sam tam byłeś. 

- Czy nie dzieje się tam nic złego, Tony? 
- Nie mam pojęcia. Na  mocy dekretu sułtana nie wolno mi ostatnio  przekraczać 

granicy Pustej Strefy. 

- Nie uważasz, że to dziwne? 
- Niekoniecznie. Kate Rashid trzyma sułtana w szachu, i domyślam się, że to był 

jej  rozkaz,  nie  jego.  Kate  jest  przywódczynią  klanu,  a  to  jest  ich  terytorium.  Koniec 
kropka. 

- Czy coś się tam może kroić? 
- Masz  na  myśli  przygotowania  do rewolucji?  Daj spokój,  Charles.  Do czego jej 

potrzebna rewolucja? Ma wszystko, czego dusza zapragnie. 

- Dobrze, dobrze, ale zrób mi tę grzeczność. Powęsz trochę, zasięgnij języka. 
-  Jeśli  to  uczynię,  Kate  Rashid  dowie  się  o  tym  po  pięciu  minutach.  Ale  w 

porządku, zrobię, co w mojej mocy. Zresztą i tak miałem być jutro w porcie. 

- Poczciwy z ciebie chłop, Tony. Będziemy w kontakcie. 
Villiers  przez  chwilę  zastanawiał  się  nad  tym,  co  usłyszał,  a  potem  wezwał  do 

siebie sierżanta. 

- Pusta Strefa to duży kraj, Selim - powiedział. 
- Niebezpieczny kraj, sahib. 
- Człowiek mógłby się tam ukrywać latami. 
- To prawda, sahib. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Właściwie nawet wielu ludzi. 
Selim wydawał się lekko spłoszony. 
- Całkiem możliwe, sahib. 
- Shabwa nie jest jedyną oazą, z której korzystają twoi ziomkowie. Są i inne. 
- Wszystkie należą do Rashidów, sahib. 
- Więc gdyby przyszli tam ludzie z jakiegoś innego klanu, wiedzielibyście o tym. 
- Zabilibyśmy ich, sahib. Wszystkie oazy są nasze. I wszystkie studnie. 
-  Ale  gdyby  tacy  ludzie  mieli  pozwolenie,  udzielone  na  przykład  przez 

księżniczkę? 

Zapędzony w ślepy zaułek Selim bardzo się zmieszał. 
- Tak, sahib, wtedy wyglądałoby to inaczej - oświadczył z pobladłą twarzą. 
-  Mnie  też  się  tak  wydaje.  -  Villiers  poklepał  go  po  ramieniu.  -  Ruszamy  za 

dziesięć minut. 

Pułkownik  odwrócił  się  i  spojrzał  w  stronę  Pustej  Strefy.  Coś  tam  się  działo. 

Ferguson miał rację. Biedny stary Selim, tak łatwo dał się podejść. Ale co to może być? 
Nie było  sposobu, żeby się dowiedzieć. Gdyby przekroczył granicę, nie przeżyłby tam 
jednego dnia. Beduini zaraz by się o tym dowiedzieli. W gruncie rzeczy wiedzieli nawet, 
gdzie  jest  teraz.  Westchnął,  wyjął  komórkę  i  wcześniej,  niż  zamierzał,  oddzwonił  do 
Charlesa Fergusona. 

Tuż przed siódmą wieczorem Dillon pojawił się w restauracji hotelu Dorchester, 

ubrany w białą koszulę, czarny krawat i czarny garnitur od Brioniego. Nazywał ten strój 
przyodziewkiem grabarza, skądinąd trafnie, ponieważ w specjalnej kieszonce pod lewą 
pachą trzymał walthera. Powitał go sam kierownik restauracji, Giuliano. 

-  Bushmills  -  powiedział  Dillon.  -  Dołączy  do  mnie  generał  Ferguson  i  proszę 

nam wtedy podać butelkę cristala. 

- Osobiście tego dopilnuję. 
Na sali nie było zbyt  wielu osób.  Nie  zaczął  się  jeszcze wieczorny  ruch,  a  poza 

tym był poniedziałek. Dillon wziął od Giuliana szklaneczkę bushmillsa i czekał. Chwilę 
później dołączył do niego Ferguson. 

- Przeciwnik się nie pokazał? 
- Jeszcze nie. Szampana? 
- Chyba tak. 
Dillon  skinął  głową  do  Giuliana,  który  uśmiechnął  się  i  zamienił  dwa  słowa  z 

kelnerem. Po chwili przyniesiono im butelkę w wiaderku. Giuliano otworzył szampana, 
a Ferguson go skosztował. 

-  Dobry  -  rzekł.  -  Rozmawiałem  dziś  dwukrotnie  z  Tonym  Villiersem  - 

poinformował Dillona. - Posłuchaj, co mi powiedział. 

- Zatem nadal nie mamy nic konkretnego - podsumował Dillon po wysłuchaniu 

relacji generała. - Ale Tony też coś podejrzewa. Mnie to wystarczy. 

Ferguson się rozejrzał. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Kate się nie zjawia. Może się pomyliłeś, Sean. 
-  Wiadomo,  że  raz  mi  się  to  przytrafiło.  Ale  dzisiaj  księżniczka  na  pewno 

przyjdzie. - Dillon się uśmiechnął. - Wiem, co ją tu zwabi. 

Podszedł  do  otoczonego  lustrami  wspaniałego  fortepianu,  który  należał  kiedyś 

do Liberace, po czym usiadł przy nim i podniósł wieko. Giuliano przyniósł mu kieliszek 
cristala. 

- Nie będę przeszkadzać? - zapytał Dillon. 
- Skądże znowu. Z przyjemnością pana posłuchamy. Pianista przyjdzie dopiero o 

ósmej. 

Dillon  zaczął  od  melodii  Gershwina.  Po  chwili  w  progu  stanęli  Harry  i  Billy 

Salterowie.  Harry,  który  w  tym  sezonie  nosił  ubrania  z  kolekcji  Savile  Row,  miał  na 
sobie - uwielbiany przez prezesów banków - granatowy garnitur w prążki. Billy włożył 
chyba dość drogą czarną skórzaną kurtkę oraz czarne spodnie. 

- Dobry Boże, co wy tutaj robicie, nicponie? - zapytał Ferguson, kiedy podeszli do 

baru. 

- To był mój pomysł - zawołał Dillon. 
- A także mój, generale - dodał Harry, siadając przy stoliku. - Dillon zapoznał nas 

ze sprawą. 

-  Niech  cię  diabli,  Sean!  To  przecież  wbrew wszelkim  przepisom  -  obruszył  się 

Ferguson. 

- Niech pan da spokój, generale. Jeśli chodzi o księżniczkę Loch Dhu, siedzimy w 

tym wszyscy razem po uszy, cała nasza czwórka. 

-  Święta  prawda  -  zgodził  się  Harry.  -  W  związku  z  tym  napiję  się  z  wami 

szampana i zaczekam na rozwój wypadków. 

- Opowiedz im o Tonym Viliersie - zawołał od fortepianu Dillon. 
-  Trudno,  niech  to  szlag  -  mruknął  generał  i  zrelacjonował  rozmowę  z 

pułkownikiem. 

Do  lokalu  wchodzili kolejni  goście  i  siadali  przy stolikach  w  różnych  miejscach 

sali. Billy podszedł do Dillona i oparł się o  fortepian. Irlandczyk grał ”A Foggy Day in 
London Town”. 

- Lubię tę melodię - powiedział Billy. - Ja też byłem obcy w tym mieście. 
- ”Spoza miasta byli ludzie, których znałem” - zanucił Dillon i się uśmiechnął. - 

Dobrze wyglądasz, Billy. 

- Nie bierz mnie pod włos. W co ona, twoim zdaniem, pogrywa? 
- Nie mam pojęcia. Dlaczego jej sam o to nie zapytasz? 
Właśnie weszła. 
Billy odwrócił się i zobaczył Kate Rashid stojącą u szczytu schodów. Towarzyszył 

jej Rupert Dauncey. Księżniczka była ubrana w czarny kostium, miała związane z tyłu 
włosy,  dwa  wielkie  brylantowe  kolczyki  w  uszach  i  poza  tym  żadnej  innej  biżuterii. 
Rupert  włożył  jednorzędowy  granatowy  blezer,  szare  spodnie  i  zawiązał  na  szyi 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

apaszkę. 

Billy odwrócił się do Dillona. 
-  Zawsze chciałem cię  o coś  spytać,  Dillon.  Nigdy się  nie  ożeniłeś.  Jesteś  gejem 

czy co? 

Dillon wybuchnął głośnym śmiechem. 
-  To  proste,  Billy  -  powiedział,  kiedy  się  uspokoił.  -  Zawsze  pociągały  mnie 

niewłaściwe kobiety. 

- Chcesz powiedzieć ”złe”. 
- ...a niewiasty pokroju Hannah Bernstein nie dotknęłyby mnie palcem z powodu 

mojej  zszarganej  przeszłości.  Może  jednak  przełożymy  na  później  dyskusję  na  temat 
moich seksualnych preferencji. Nadchodzi księżniczka. 

Na widok Kate Billy się cofnął i stanął za swoim wujem. Księżniczka minęła ich 

stolik i podeszła do fortepianu. Rupert zapalił papierosa. 

- Bardzo ładnie, Dillon - powiedziała. 
-  Mówiłem  ci  już  kiedyś,  Kate:  nie  ma  nic  lepszego  od  porządnego  barowego 

fortepianu. Zgaduję, że mam przed sobą słynnego Ruperta Daunceya? 

- Oczywiście. Rupercie, to jest słynny Sean Dillon. 
Panowie  ukłonili  się,  po  czym  Dillon  wysunął  jedną  ręką  papierosa  z  paczki  i 

wziął go do ust. Dauncey podał mu ogień i Dillon zaczął grać następny kawałek. 

- Poznajesz tę melodię, Kate? 
- Naturalnie. ”Our Love Is Here to Stay”. 
- Chciałem, żebyś poczuła się jak w domu. Może przywitasz się z chłopcami? 
- Czemu nie?  -  Kate  podeszła  do  stolika. - Cóż za miła  niespodzianka,  generale 

Ferguson. Chyba nie poznał pan jeszcze mojego kuzyna, Ruperta Daunceya. 

- Nie, lecz wiele o nim słyszałem - odparł Ferguson ściskając dłoń Daunceya. 
- Miło mi, generale. 
- Proszę napić się z nami szampana. 
- Chętnie - powiedziała Kate. Dauncey podsunął jej krzesło, na którym usiadła. - 

Z pewnością zafascynują cię przyjaciele generała, Rupercie. Pan Salter jest gangsterem i 
to  nie  byle  jakim.  Przez  wiele  lat  był  jednym  z  najważniejszych,  jak  ich  nazywają, 
gubernatorów w londyńskim East Endzie. 

Prawda, panie Salter? Billy jest jego siostrzeńcem i także gangsterem. 
Billy nie odezwał się ani słowem. Wpatrywał się tylko w Kate z pobladłą twarzą, 

zostawiając odpowiedź wujowi. 

- Skoro pani tak twierdzi, księżniczko  - mruknął Harry, po  czym zwrócił się do 

Ruperta. - Wiemy o tobie wszystko, synu. Nieźle się spisałeś. 

- W pana ustach brzmi to jak komplement, panie Salter. 
Rupert upił trochę szampana, a Dillon przestał grać i dołączył do reszty. 
- No więc czego chcesz, Kate? - zapytał. 
-  Ja,  Dillon?  Absolutnie  niczego.  Myślałam,  że  to  ty chcesz  się  ze  mną  widzieć. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Zostawiłeś  przecież  wizytówkę  i  kogo  jak  kogo,  ale  ciebie  nigdy  nie  chciałabym 
rozczarować. - Kate podniosła kieliszek i wychyliła go  duszkiem. - Ale zgłodniałam, a 
nie chcę jeść tutaj. Dokąd pójdziemy, Rupercie? 

- Nie pytaj mnie, skarbie, Londyn to twoje miasto. 
-  Mam  ochotę  odwiedzić  jakiś  nowy  lokal.  -  Kate  od  wróciła  się  do  Saltera.  - 

Skoro  o  tym  mowa,  czytałam  gdzieś,  chyba  w  kronice  towarzyskiej,  że  otworzył  pan 
nową restaurację, panie Salter. U Harry’ego? Na Nabrzeżu Wisielca, pra wda? 

-  To  był  strzał  w  dziesiątkę  -  odparł.  -  Ludzie  rezerwują  tam  stoliki  z 

kilkutygodniowym wyprzedzeniem. 

- Jaka szkoda. Tak bardzo chciałam spróbować kuchni pana Saltera, Rupercie. 
- Może coś się znajdzie - powiedział Harry. - Zadzwoń do restauracji, Billy. 
Twarz  Billy’ego  była  blada  jak  prześcieradło.  Zerknął  na  Dillona  i  kiedy  ten 

skinął lekko głową, wyjął komórkę i wystukał numer. 

- W porządku, załatwione - powiedział po chwili. 
-  To  bardzo  miło  z  waszej  strony  -  oznajmiła  Kate.  -  Zatem  ruszajmy  w  drogę, 

Rupercie. - Wstała, a Dauncey odsunął jej krzesło. - Mam nadzieję, że jeszcze się tam z 
panami zobaczymy. 

- Możesz na nas liczyć - zapewnił ją Dillon. 
Kate uniosła się na palcach i pocałowała go w policzek. 
- W takim razie do zobaczenia, Dillon - powiedziała i odeszła od stolika. 
Rupert pożegnał się i ruszył za nią. 
- W tym sukinsynie jest coś, co mi się po prostu nie podoba - mruknął Billy. 
-  To  dlatego,  że  masz  dobry  gust  -  powiedział  Dillon  i  wychylił  do  końca  swój 

kieliszek. - Idziemy. 

Kate  i  Rupert  odjechali  spod  restauracji  bentleyem.  Księżniczka  zasunęła  szybę 

dzielącą ją od kierowcy. 

- Zadzwoń - powiedziała. 
Rupert wystukał numer na komórce. 
-  Bądźcie  gotowi  -  oznajmił  i  nagle  zmarszczył  brwi.  -  Skąd,  u  diabła,  mam 

wiedzieć,  o  której  godzinie?  Macie  czekać,  zrozumiano?  -  Wyłączył  komórkę  i 
potrząsnął głową. - Jak już mówiłem wcześniej, trudno dziś o dobrych wykonawców. 

- Biedny Rupert. 
Kate wyjęła papierosa, Dauncey podał jej ogień, a ona odchyliła się w fotelu. 
Restauracja U Harry’ego  mieściła się przy Nabrzeżu Wisielca w jednym z wielu 

zaadaptowanych przez Saltera magazynów. Na starym dziedzińcu urządzono parking, 
w okna wstawiono nowe mahoniowe framugi, oczyszczono ceglaną ścianę i - aby dodać 
splendoru  wejściu  -  dobudowano  kilka  stopni.  Płynącą  tuż  obok  Tamizą  sunęły  bez 
przerwy statki, a na drugim brzegu z nadejściem zmroku migotały światła. 

Przed drzwiami czekało w kolejce wielu młodych ludzi. Zapewne mieli nadzieję, 

że  ktoś  odwołał  rezerwację  albo  że  uda  im  się  dostać  chociaż  do  baru.  U  szczytu 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

schodów stali we frakach Joe Baxter i Sam Hali. 

W  pewnym  momencie  pod  lokal  podjechał  bentley.  Rupert  wysiadł  i  otworzył 

drzwi Kate. 

-  To  ona  -  powiedział  Baxter  do  Halla  i  wyszedł  im  naprzeciw.  -  Miło  panią 

znowu widzieć, księżniczko. 

- To są panowie Baxter i Hali, Rupercie. Mam w komputerze ich śliczne fotki. 
Na początku kolejki stali dwaj młodzi ludzie ubrani w czarne jedwabne kurtki z 

namalowanymi na plecach  szkarłatnymi smokami i  chińskimi hieroglifami. Obaj  mieli 
złote kolczyki i długie czarne włosy. 

- Co jest, dlaczego  oni wchodzą, a  my nie możemy się  dostać nawet do baru? - 

zapytał jeden z nich cockneyem. 

-  Jeśli  się  zaraz  nie  zamkniesz,  wylądujesz  na  końcu  kolejki  -  uprzedził  go  Joe 

Baxter. 

Facet  przycichł  i  mruknął  coś  pod  nosem.  Hali  otworzył  szeroko  drzwi,  żeby 

przepuścić Kate i Ruperta, po czym ruszył w ślad za nimi. U szczytu schodów stał przy 
biurku starszy kelner, smagły energiczny Portugalczyk w białym fraku. 

- Fernando, to są goście pana Saltera. 
- Miło  mi  - powiedział z  uśmiechem  Fernando,  po czym poprowadził ich przez 

piękną salę urządzoną w stylu art deco. 

Mały  parkiet  otaczały  stoliki,  w  głębi  znajdowały  się  loże.  Przy  barze,  który 

zaprojektowano  w  stylu  lat  trzydziestych,  trzyosobowy  zespół  grał  taneczną  muzykę. 
Wszyscy kelnerzy mieli na sobie białe kurtki. 

Fernando  zaprowadził  ich  do  dużej  loży,  przy  której  dwaj  kelnerzy  ustawili 

stolik. 

- Czy mogę zaproponować coś do picia? - zapytał Portugalczyk. 
- Dla mnie jack daniel’s z wodą mineralną - powiedział Rupert - a dla pani koktajl 

z szampanem. Kiedy spodziewacie się pana Saltera? 

- Jest w drodze. 
- W takim razie nie będziemy jeszcze nic zamawiać - zdecydowała Kate. - Proszę 

podać same drinki. 

Rupert wyjął paczkę marlboro, zapalił dwa papierosy i podał jednego Kate. 
Księżniczka się roześmiała. 
- Kimkolwiek jesteś, kochanie, nikt nie weźmie cię za Paula Henreida. 
- Ale Bette Davis grała kilka dam, które mi ciebie przypominają. 
- Cóż to za dziwaczny komplement, Rupercie. 
Podano im drinki. 
- Lubisz takie sytuacje, prawda? - zapytał Dauncey. 
- Owszem. - Kate uniosła kieliszek. - Twoje zdrowie, kochanie. 
Niebawem pojawił się Harry Salter i pozostali. 
- Czy dobrze państwa obsłużono? - zapytał. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Znakomicie - odparła Kate Rashid. 
- To świetnie. W takim razie przysiądziemy się do was. 
Joe Baxter stanął ze skrzyżowanymi rękoma pod ścianą. 
Obok  niego  zajął  miejsce  zasępiony  Billy.  Dillon  przysiadł  w  końcu  loży  z 

żarzącym się w kąciku ust papierosem. Ferguson i Harry usiedli naprzeciwko siebie. 

-  Ponieważ  kolacja  jest  na  koszt  firmy,  zamówię  coś  dla  wszystkich  -  oznajmił 

Harry.  -  Szampan,  woda  mineralna  bez  bąbelków,  jajecznica,  wędzony  łosoś,  siekana 
cebulka i sałatka. 

Fernando pośpiesznie się oddalił. 
- Oto człowiek, który dobrze wie, czego chce - skomentowała Kate. 
- Dlatego jeszcze żyję, podczas gdy inni od dawna gryzą ziemię - odparł Harry. 
- Więc o co ten cały szum, moja droga? - zapytał Ferguson. 
-  Proszę,  proszę,  Rupercie,  generał  udaje  uczciwego  angielskiego  dżentelmena. 

Chodzi o to, generale, że chcę, abyście mi dali święty spokój. Wiem, że wzięliście mnie 
pod  lupę.  Tak jak  wcześniej  Daniel Quinn.  I  wiem,  że nie  siedzielibyście  tutaj  ze  mną, 
gdybyście  już  coś  znaleźli.  Przed  kilkoma  dniami  miałam  interesujące  spotkanie  w 
Waszyngtonie.  Padły  mocne  słowa,  wymieniliśmy  poglądy.  Jestem  pewna,  że  Blake  o 
wszystkim was zawiadomił. 

-  Oczywiście  -  odparł  Dillon.  -  A  także  o  tym,  że  na  krótko  przedtem  dwóch 

meneli napadło na Quinna, kiedy szedł do Białego Domu. 

- Naprawdę? Bardzo mi przykro. Mam nadzieję, że jakoś sobie z nimi poradził. A 

skoro mowa o napaści, co powiesz o twoim wypadzie do Loch Dhu? 

- Och, chciałem się tylko trochę rozerwać. Parę lat temu spędziliśmy kilka dni w 

Ardmurchan  i  pomyślałem,  że  moglibyśmy  się  tam  znowu  zatrzymać.  Ferguson  i  ja 
wybraliśmy się tam na polowanie. 

- Już w to wierzę - mruknęła Kate. 
- Na jelenie - zapewnił ją z uśmiechem Dillon. - Wy łącznie na jelenie. 
-  Brownowi  musieli  założyć  dziewięć  szwów  na  twarz.  Nie  lubię,  kiedy  jakieś 

oprychy okładają moich pracowników kolbą pistoletu. Zrób to jeszcze raz, to pożałujesz, 
Dillon - wycedziła Kate. Pod maską spokoju można było wyczuć hamowany gniew. - I 
po  co  w  ogóle  jechałeś  taki  kawał  drogi?  Żeby  dać  mi  znać,  że  chcesz  się  ze  mną 
spotkać? Mogłeś po prostu zadzwonić. 

-  Żeby  wysłuchać  oficjalnego  komunikatu  na  temat  Aktu  Walki  Klasowej?  - 

zapytał  Ferguson.  -  Wszystkich  tych  bredni  o  piknikach  na  świeżym  powietrzu?  Nie 
uczysz ich tam zabawy w koci koci łapci. 

- Nie  mamy nic do ukrycia,  generale,  i świetnie  pan  wie, że nie  może pan  nam 

niczego udowodnić. 

- A wszystkie te pani organizacje na Bliskim Wschodzie? 
- Jestem bardzo bogatą Arabką. Czuję się zaszczycona, że mogę pomóc swojemu 

narodowi.  Część  tamtejszych  organizacji  zajmuje  się  polityką,  ale  nas  interesują 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wyłącznie programy społeczne i edukacyjne. Płacimy nauczycielom i budujemy szkoły, 
a także małe szpitale we wszystkich krajach arabskich, od Iraku po Hazar. 

- W Bejrucie także? - wtrącił Dillon. 
- Oczywiście. 
-  Zasilając  Fundację  na  rzecz  Dzieci  albo  raczej...  Hezbollah  -  powiedział 

Ferguson. 

Kate westchnęła. 
-  Niech  pan  to  udowodni,  generale.  Jeszcze  raz  powtarzam,  niech  pan  to 

udowodni. Wszystko, co robi moja fundacja, jest jawne. 

- A pani jutrzejsza podróż do Hazaru? Czy też jest jawna? 
Księżniczka potrząsnęła głową. 
- Dosyć tego. Jak pan świetnie wie, Rashid Investments zarabia miliardy dolarów 

na  wydobyciu  ropy  w  Arabii  Południowej,  Pustej  Strefie  i  Hazarze.  Jeżdżę  tam  przez 
cały czas. 

Jestem już tym zmęczona, Rupercie, i straciłam chyba apetyt. 
Chodźmy. Dziękuję za gościnność, panowie - powiedziała księżniczka, wstając. - 

Ostrzegam jednak: trzymajcie się z daleka od moich spraw, bo pożałujecie. 

- Proszę bardzo - odparł Billy z płonącymi oczyma. - Niech pani tylko spróbuje. 
- Uspokój się - syknął Harry. 
- Dobranoc - powiedziała Kate, po czym skinęła na Ruperta i wyszli. 
W tej samej chwili pojawił się Fernando z jajecznicą i wędzonym łososiem. 
-  Wygląda  to  zachęcająco  -  rzekł  Harry.  -  Więc  zabieraj  my  się  do  jedzenia. 

Miałem już serdecznie dosyć tej jędzy. 

Na  zewnątrz  kolejka  zniknęła.  Rupert  i  Kate  Rashid  wsiedli  do  samochodu  i 

odjechali. 

- Zatrzymaj się - polecił Rupert kierowcy, kiedy dotarli do skraju nabrzeża. 
- Co zamierzasz? - zapytała Kate. 
- Chyba zostanę, żeby obejrzeć przedstawienie. Wrócę do ciebie później - odparł, 

wysiadając z auta. 

- Uważaj na siebie, kochanie - powiedziała księżniczka. 
Rupert zatrzasnął drzwiczki bentleya i się oddalił. 
Po  skończonym  posiłku  Harry  zamówił  kolejkę  brandy  i  szepnął  swojemu 

siostrzeńcowi, żeby się rozchmurzył. 

- Jesteś blady jak śmierć. Nie martw się, Billy, mamy jej numer telefonu. 
- To wariatka - powiedział Billy. - Kto wie, co teraz zrobi? Założę się, że ona sama 

tego nie wie. 

-  Podzielam  twój  punkt  widzenia  -  zgodził  się  Dillon.  -  Ale  ta  pani  ma  jednak 

pewne plany i na pewno nas w nich uwzględnia. 

- Damy sobie z nią radę - mruknął Harry. - Zaufaj mi. 
- Twój wuj ma rację, Billy - powiedział Dillon. - Mówił to samo, kiedy rok temu 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

mieliście  problem  z  bliźniakami  Franconi.  Wieść  gminna  niesie,  że  zabetonowano  ich 
pod północną obwodnicą. 

-  Tak,  to  była  ciekawa  historia  -  potwierdził  Harry.  -  Wiesz,  co  się  wtedy 

wydarzyło,  prawda?  Zatrudnili  jakiegoś  pirotechnika  z  IRA,  żeby  podłożył  bombę  w 
moim jaguarze. Na szczęście dla mnie i dla Billy’ego, facet źle nastawił zegar i cholerny 
wóz wyleciał w powietrze, zanim jeszcze do niego wsiedliśmy. - Podano brandy i Harry 
potrząsnął  głową.  -  Żyjemy  w  okropnych  czasach,  generale.  Tak  czy  inaczej,  zdrowie 
nas  wszystkich,  póki  jeszcze żyjemy  -  powiedział  i  wypił  duszkiem  swoje  hennessy.  - 
Chodź, Billy, odprowadzimy ich. 

Skryty  w  mroku  Rupert  Dauncey  obserwował,  jak  doszli  do  samochodu,  w 

którym  na  Fergusona  czekał  kierowca.  Nagle  rozległ  się  przenikliwy  okrzyk  i 
spomiędzy  innych  aut  wybiegło  pięciu  mężczyzn  z  kijami  baseballowymi  w  rękach. 
Wszyscy  byli  Chińczykami  i  wszyscy  mieli  na  sobie  czarne  jedwabne  kurtki  z 
wizerunkiem Czerwonego  Smoka na plecach. Dwaj z nich stali wcześniej w kolejce do 
restauracji. 

Jeden z napastników zamachnął się na Billy’ego, ale ten kopnął go prawą stopą w 

krocze.  Dillon  również  uchylił  się  przed  uderzeniem,  złapał  Chińczyka  za  przegub  i 
pchnął go głową w stojące obok volvo. Pozostali cofnęli się i otoczyli ich kręgiem. 

- Mamy cię, sukinsynu - powiedział jeden z nich cocknejem. 
- Dostaniesz teraz za swoje. 
Harry Salter nie okazał cienia lęku. 
- Czerwone Smoki? - zdziwił się. - Co to ma być? 
Karnawał w Hong Kongu? 
Tymczasem Billy podniósł kij, który upuścił kopnięty przez niego Chińczyk. 
- No chodź, pokaż, na co cię stać - krzyknął. 
- On jest mój - zawołał przywódca napastników i zamach nął się swoim kijem. 
Billy  sparował  uderzenie,  po  czym  pozwolił  przeciwnikowi  podejść  bliżej, 

podciął go  i postawił  stopę na  jego piersi. Inni  rzucili się do przodu, lecz Dillon wyjął 
swojego walthera i strzelił w powietrze. 

- To się robi nudne. Zabierajcie stąd dupy i zostawcie kije. 
Na  twarzach  napastników  odbiła  się  konsternacja.  Przez  chwilę  się  wahali  i 

Dillon  wypalił  do  drugiego  młodzieńca  z  kolejki,  pozbawiając  go  płatka  lewego ucha. 
Postrzelony wrzasnął i rzucił na ziemię kij. Reszta poszła za jego przykładem. 

-  Teraz  się  stąd  wynoście  -  rzekł  Salter,  i  Chińczycy  uciekli.  -  On  zostaje  - 

uprzedził  Billy’ego,  wskazując  mężczyznę,  który  leżał  na  ziemi.  -  Chciałbym  z  nim 
zamienić  kilka  słów.  Nie  będzie  pan  chyba  tego  oglądać,  generale  -  powiedział, 
zwracając się do Fergusona. 

- Zdam ci raport później - oświadczył Dillon. 
-  Czekam  z  niecierpliwością  -  odparł  Ferguson,  po  czym  wsiadł  do  daimlera  i 

odjechał.  Chwilę  później  podbiegli  do  nich  Joe  Baxter  i  Sam  Hali.  Billy  nadal 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

przygważdżał Chińczyka stopą do ziemi. 

- Chyba słyszeliśmy strzały - zawołał Joe. 
- Nie mylisz się, staruszku - poinformował go Harry. - Obecny tu Bruce Lee oraz 

jego weseli kompani próbowali spuścić nam łomot. - Trącił Chińczyka czubkiem buta. - 
Podnieście go, chłopcy. 

Billy  cofnął  się,  a  Baxter  i  Hali  chwycili  mężczyznę  za  ramiona.  Nie  był  wcale 

wystraszony i kiedy Harry się do  niego zbliżał, łypał groźnie okiem. ”...-,.:... Wielki mi 
bohater. Spróbuj walczyć w pojedynkę - zamruczał i splunął Salterowi prosto w twarz. 

- Żadnych manier.  -  Harry  wyjął  chusteczkę i wytarł  ślinę. - Trzeba go  nauczyć 

etykiety. Billy? 

Billy uderzył Chińczyka w brzuch, a kiedy mężczyzna zgiął się wpół, kopnął go 

kolanem w twarz. Salter złapał go za włosy. 

- Teraz bądź grzecznym chłopcem i powiedz, kto cię na mnie nasłał. 
Chińczyk potrząsnął głową, choć nie wydawał się już teraz taki hardy. 
- Nie, nie mogę. 
- Rety. No dobrze, Billy, połóżcie go na plecach  i przestrzelcie mu goleń. Będzie 

chodził o kulach przez sześć miesięcy. 

Chińczyk wydał z siebie głuche sieknięcie. 
- Nie! Dobrze... Facet nazywał się Dauncey. To wszystko, co wiem. Dał mi tysiąc 

funtów, żebym się wami zajął. 

- Gdzie jest forsa? 
- W wewnętrznej kieszeni. 
Billy  odnalazł  pieniądze  -  plik  dziesięciofuntowych  banknotów  ściągniętych 

gumką - i podał je Salterowi. 

- Nie było to takie trudne, prawda? Niestety poważnie mnie zdenerwowałeś i nie 

może ci to ujść na sucho. - Salter podniósł kij baseballowy. - Prawa ręka, Billy. 

Chińczyk próbował się wyrwać, lecz Baxter i Hali mocno go przytrzymali, a Billy 

wyprostował  mu  rękę.  Kij  baseballowy  uniósł  się  i  opadł.  Rozległo  się  chrupnięcie. 
Chińczyk wrzasnął i osunął się na kolana. 

Salter przy nim ukucnął. 
-  Milę  stąd  jest  szpital.  Powinieneś  się  zgłosić  na  oddział  urazowy,  staruszku. 

Musisz tam jednak dotrzeć o własnych siłach. I już tu więcej nie wracaj. Jeśli to zrobisz, 
zabiję cię - powiedział i wyprostował się. - Chyba mam ochotę na jeszcze jedną brandy. 

Gdy Salter i pozostali się oddalili, Dillon zatelefonował do Fergusona z komórki. 

Generał nadal był w daimlerze. 

-  Cóż  za  niespodzianka...  wynajął  ich  Rupert  Dauncey  -  poinformował  go 

Irlandczyk. 

-  No  cóż,  wiemy  przynajmniej,  na  czym  stoimy.  Jaki  los  spotkał  chińskiego 

dżentelmena? Mam nadzieję, że nie wylądował w rzece? 

-  Jest  ranny,  ale  porusza  się  o  własnych  siłach.  Zobaczymy  się  jutro  -  odparł 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Dillon, po czym wyłączył komórkę i wszedł z powrotem do restauracji. 

Na nabrzeżu  zapadła  cisza. Słychać było tylko  jęki rannego, który dźwigał się z 

kolan. Rupert Dauncey wynurzył się z cienia. 

- Dobrze się czujesz, staruszku? 
- Złamał mi rękę. 
- Moim zdaniem, masz szczęście, że nie złamał ci kar ku. - Rupert wyjął papierosa 

i  zapalił  go  swoją  zapalniczką,  zrobioną  z  łuski  pocisku.  -  W  gruncie  rzeczy  masz 
szczęście, że to ja nie złamałem ci karku, głupcze - dodał, dmuchając w niego dymem. - 
Zapamiętaj  jedno.  Spróbuj  wystąpić  przed  szereg,  zacznij  kłapać  dziobem...  a  wtedy 
osobiście cię zabiję. 

Zrozumiano? 
- Tak - jęknął Chińczyk. 
- Doskonale. 
Rupert Dauncey oddalił się szybkim krokiem, Chińczyk zaś postał jeszcze chwilę 

w miejscu, a potem pokuśtykał ulicą. 

HAZAR  Z położonej na obrzeżach Londynu bazy RAF-u w  Northolt korzystała 

rodzina  królewska,  premier  oraz  ważni  politycy.  Z  tego  względu  lotnisko  cieszyło  się 
coraz  większą  popularnością  wśród  właścicieli  prywatnych  samolotów  i  zapewniało 
pokaźne zyski Królewskim Siłom Powietrznym. 

Nazajutrz rano o dziesiątej Kate Rashid i Rupert Dauncey przeszli przez kontrolę 

paszportową  i  podjechali  pod  czekającego  na  płycie  lotniska  gulfstreama.  Silniki  były 
już włączone. Kilka minut później wystartowali i osiągnęli pułap pięćdziesięciu tysięcy 
stóp. 

Kiedy  wyrównali  kurs,  podeszła  do  nich  młoda  kobieta  w  granatowym 

uniformie. 

- Herbata jak zwykle, księżniczko? 
- Tak, Molly. 
- A dla pana Daunceya kawa? Mamy teraz w rodzinie Amerykanina! - ucieszyła 

się Molly. 

- Daj mi papierosa i jeszcze raz wszystko opowiedz - powiedziała Kate. 
Rupert przedstawił jej wydarzenia ubiegłej nocy. 
-  Nie  mogę  tego  zrozumieć  -  dodał  na  koniec,  potrząsając  głową.  -  Ci  ludzie  z 

gangu Czerwonego Smoka mieli znakomite referencje. 

- Podobnie jak te ofermy w Waszyngtonie. 
-  Widzę,  że  w  przyszłości  będę  musiał  dokładniej  zasięgać  języka.  Jaki  mamy 

plan na dzisiaj? 

-  Lądujemy  na  lotnisku  w  Hamamie  i  lecimy  stamtąd  helikopterem  do  oazy 

Shabwa w Pustej Strefie, następnie zaś dalej do oazy Fuad. Mam tam obóz. Chciałabym, 
żebyś go obejrzał. 

- Co to za obóz? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Sam zobaczysz. 
- Tajemnica goni tajemnicę, tak? Pojedziemy do Hazar Town? 
- Owszem. Chciałabym się spotkać z Tonym Villiersem. 
- Czy każesz go usunąć? 
- Raczej nie. Lubię Tony’ego. To znakomity dowódca, a ponieważ sułtan zabronił 

mu  przekraczać  granicę  Pustej  Strefy,  nie  stanowi  dla  mnie  większego  zagrożenia.  - 
Kate wzruszyła ramionami. - Zresztą zobaczymy. Podjęłam pewne kroki, które powinny 
dać mu do myślenia. 

- Na przykład jakie? 
-  Och,  niech  to  będzie  moja  kolejna  słodka  tajemnica,  Rupercie.  Podaj  mi 

”Timesa” - powiedziała księżniczka i zaczęła czytać dział finansowy. 

Pułkownik  Villiers  pozostawił  większą  część  zwiadowców  pod  komendą 

chorążego  Bobby’ego Hawka i ruszył pustynną drogą w stronę Hazar  Town. Górzysty 
teren obfitował w skaliste wąwozy i uskoki o barwie ochry. Na pustej drodze nie było 
żywej duszy, nawet wypasającego kozy pasterza. 

Pułkownik  wziął  ze  sobą  siedmiu  ludzi;  jechali  dwoma  land-roverami  z 

zamontowanymi  na  maskach  lekkimi  karabinami  maszynowymi.  W  powietrzu  unosił 
się kurz, było niewiarygodnie gorąco i Villiers marzył o tym, żeby znaleźć się w końcu 
w swoim pokoju w hotelu Excelsior, wziąć kąpiel i założyć świeży mundur. 

Zatrzymali  się  przy  stawie,  w  miejscu  o  nazwie  Hama,  u  stóp  stromego 

wzniesienia.  Woda  była  tu  głęboka  i  chłodna.  Jeden  ze  zwiadowców  stanął  na  straży 
przy karabinie maszynowym, a pozostali zdjęli ładownice i sandały, weszli w ubraniach 
do wody  i zaczęli  się  chlapać  jak  dzieci.  Villiers  zapalił  papierosa  i  przyglądał  im  się, 
lecz uśmiech szybko spełzł mu z warg, kiedy z klifu posypały się kamyki. 

Zerknął w górę; jego ludzie pobiegli do brzegu po broń. Rozległ się pojedynczy 

strzał i jeden ze zwiadowców padł trafiony w głowę. 

Żołnierz  przy  karabinie  maszynowym  przez  całą  minutę  przeczesywał  seriami 

zbocza.  Pozostali  także  złapali  za  karabiny  i  otworzyli  ogień,  lecz  nie  doczekali  się 
odpowiedzi.  Ukryty  za  jednym  z  land-roverów  Villiers  kazał  im  w  końcu  przestać. 
Zapadła cisza. 

Selim podczołgał się do niego. Villiers odczekał chwilę i wstał. 
- Nie, sahib - zawołał Selim. 
Cisza była niesamowita. 
- W porządku. Ktokolwiek to był, już go tam nie ma. Nie wiem dlaczego, ale to 

był zamach na jedną osobę. 

- Może to bandyci Adoo z Jemenu, sahib. A może nasz Omar kogoś obraził? 
Zwiadowcy wlepili wzrok w unoszące się na wodzie ciało. 
- Nie, to mógł być każdy z was - powiedział pułkownik. - Wynieście go na brzeg. 
Trzej  mężczyźni  weszli  po  pas  do  wody  i  wyciągnęli  Omara.  W  land-roverze 

mieli worki na ciała; umieścili go w jednym z nich. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Połóżcie  go  na  masce  samochodu  -  rozkazał  Villiers.  -  I  mocno  przywiążcie. 

Teraz droga będzie bardzo wyboista. 

Ktoś wyjął zwój liny. Zgodnie z rozkazem dwaj zwiadowcy przymocowali ciało, 

kilka razy przeciągając linę pod podwoziem. Inni przyglądali się temu przygnębieni. 

- W porządku, jedziemy stąd - zawołał Villiers. 
Selim usiadł obok niego z zatroskaną miną. 
-  Jedna  rzecz  mnie  dziwi,  sahib.  Jeżeli  ten,  kto  to  zrobił,  chciał  po  prostu  zabić 

jednego z nas, dlaczego ofiarą nie padł sahib, który jest z nas wszystkich najważniejszy? 

-  Ponieważ  ten,  kto  to  zrobił,  nie  chce,  żebym  zginął  -  odparł  Villiers.  -  Chciał 

tylko dać sygnał, Selim. 

Na twarzy Selima odbiła się jeszcze większa troska. 
- Czy to możliwe, sahib? Komu by na tym mogło zależeć? 
- Komuś z Pustej Strefy. Jednemu z tych drani, którzy nie powinni się kręcić ani 

tutaj,  ani  w  Pustej  Strefie.  Wkrótce  się  tego  dowiemy.  Jeśli  taka  będzie  wola  Allaha  - 
dodał z uśmiechem. 

Wielce poruszony Selim odwrócił wzrok, a Villiers zapalił papierosa i odchylił się 

do tyłu w fotelu. 

Port w Hazarze - z białymi domami, wąskimi uliczkami i dwoma bazarami - był 

nieduży.  Przy  nabrzeżach  panował  ruch  i  cumowały  sfatygowane  przybrzeżne  statki, 
arabskie  dawy  i  łodzie  rybackie.  Dwa  land-rovery  zatrzymały  się  przy  największym 
meczecie i Villiers przekazał ciało Omara imamowi. 

Następnie podjechali pod hotel Excelsior. Pułkownik dał Selimowi i pięciu innym 

zwiadowcom kilka dni wolnego i wręczył każdemu po dwadzieścia dolarów piątkami. 
Dolary  były  amerykańskie,  co  bardzo  wszystkich  uradowało,  gdyż  waluta  ta  zawsze 
cieszyła  się  w  Hazarze  dużym  poważaniem.  Villiers  powiedział  swoim  ludziom,  że 
znajdzie ich w razie potrzeby, i wszedł do hotelu. 

Excelsior wzniesiono w czasach kolonialnych i wciąż można było w nim odnaleźć 

atmosferę  dawnego  brytyjskiego  imperium.  Bar  wyglądał  niczym  na  starym  filmie. 
Znajdowały  się  tu  trzcinowe  meble,  obracające  się  pod  sufitem  wentylatory, 
marmurowy kontuar oraz bateria stojących z tyłu butelek. Barman Abdul miał na sobie 
białą  krótką  kurtkę.  Nosił  ją  kiedyś,  gdy  pracował  jako  kelner  na  statkach 
wycieczkowych. 

- Piwo - zawołał Villiers. - Najzimniejsze jakie masz. 
Wyszedł  na  taras  i  usiadł  w  trzcinowym  fotelu  pod  trzepoczącą  na  wietrze 

markizą.  Abdul  przyniósł  piwo.  Villiers  przesunął  palcem  po  pokrytym  kropelkami 
szkle,  a  potem  wypił  powoli  złocisty  napój,  spłukując  z  gardła  piasek,  upał  i  brud 
pogranicza. 

Abdul zgodnie ze starym zwyczajem czekał przy stoliku. 
- Jeszcze jedno, sahib? 
- Tak, proszę, Abdul. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Villiers zapalił papierosa, wpatrując się w horyzont. Czuł, że ogarnia go ponury 

nastrój. Może powodem była śmierć Omara i pytanie, dlaczego sam został oszczędzony. 
A może w ogóle za długo tkwił w Hazarze. Kiedyś miał żonę. Było to tak dawno, że nie 
pamiętał  już,  ile  lat  minęło  od  rozwodu.  Przypomniała  mu  się  Gabrielle,  blondynka  z 
zielonymi  oczyma,  miłość  jego życia.  Niestety,  ciągle  przebywał  poza  domem.  Powoli 
oddalali  się  od  siebie  i  w  końcu  się  rozstali  tuż  przed  wybuchem  wojny  o  Falklandy. 
Najgorsze  było  to,  że  poślubiła  wroga, argentyńskiego  asa przestworzy. Jej nowy  mąż 
został później generałem. 

Nikt nie mógł potem zastąpić Gabrielle. Były oczywiście inne kobiety, ale żadna 

nie  wywarła  na  nim  takiego  wrażenia,  żeby  znowu  zapragnął  się  ożenić.  Żołnierskie 
życie  Villiersa  toczyło  się  w  obcych  krajach,  a  jedyną  ostoję  stanowiły  dla  niego 
rodzinny dom w West Sussex oraz farma. Siostrzeniec, który miał żonę i dwójkę dzieci i 
zarządzał  całym  jego  majątkiem,  od  dawna  błagał  go,  by  rzucił  żołnierkę  i  wrócił  do 
domu, dopóki jest zdrów i cały. 

Abdul wyrwał go z zamyślenia, stawiając na stoliku drugie piwo. 
- Dla mnie to samo! - zawołał jakiś mężczyzna. 
Villiers  odwrócił  się  i  zobaczył  zbliżającego  się  Bena  Carvera,  w  lotniczym 

kombinezonie  i  panamie  na  głowie.  Ben  klapnął  w  fotelu  naprzeciwko  i  zaczął 
wachlować twarz kapeluszem. 

- Chryste, ale tu gorąco - jęknął. 
- Jak prosperują twoje powietrzne taksówki? 
-  Dziękuję,  dobrze.  Stale  wynajmuję  maszyny  do  obsługi  szybów  naftowych. 

Kupiłem  nową  trzystadziesiątkę  w  miejsce  tej,  którą  rozbił  w  zeszłym  roku  twój 
przyjaciel Dillon. 

- Nie rozbił jej, tylko - jak świetnie wiesz - został zestrzelony przez Beduinów. 
-  No  dobrze,  więc  został  zestrzelony.  Nadal  mam  tego  golden  eagle’a,  a  para 

dzieciaków  z  Afryki  Południowej  lata  moim  nowym  beechcraftem.  To  znaczy 
niezupełnie nowym, ale w bardzo dobrym stanie. 

- Zostaną na dłużej? 
- Mówią o sześciu  miesiącach. Potrzebuję  pilotów. Przy  Rashid  Investments  jest 

mnóstwo roboty. 

- Słyszałem, że ona dziś przylatuje. 
- Księżniczka? Tak, zjawia się tutaj z facetem, który nazywa się Dauncey. Ale nie 

zabawią u nas długo. Pojutrze wracają. 

- Dauncey jest jej kuzynem. Powiedz mi, Ben, czy latając do szybów naftowych w 

Pustej Strefie, widzisz duży ruch? 

- Duży ruch? Co przez to rozumiesz? 
- No wiesz, od czasu kiedy sułtan zabronił zwiadowcom przekraczać granicę, nie 

mam takiego rozeznania jak kiedyś. 

Kogo tam widzisz? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Carver przestał się uśmiechać. 
-  Powiedzmy,  że  parę  karawan,  Tony.  -  Wypił  swoje  piwo  i  wstał.  -  Nic  nie 

widzę. 

- Czy za to właśnie ci płacą? 
- Płacą mi za to, żebym latał do szybów eksploracyjnych, lądował na  pustyni, a 

potem  wracał.  -  Carver  podszedł  do  drzwi  i  się  odwrócił.  -  I  za  to,  żebym  pilnował 
własnego nosa. 

Powinieneś brać ze mnie przykład. 
- To znaczy, że nie latałeś jeszcze tym jej nowym cackiem, scorpionem? Patrolując 

teren,  dziesiątki  razy  widziałem,  jak  ten  helikopter  przekracza  granicę.  Czy  to  nie  ty 
siedziałeś za sterami? 

Carver spojrzał na niego spode łba i wyszedł. Villiers wstał i zauważył, że Abdul 

starannie  szoruje  szklany  blat  stolika  tuż  przy  drzwiach  na  taras.  Na  pewno  słyszał 
każde jego słowo. 

- Jeszcze jedno piwo, pułkowniku? 
- Nie, dziękuję. - Villiers się uśmiechną. - zjem tutaj obiad - powiedział i wyszedł. 
Wziął długi  gorący prysznic, żeby zmyć z siebie cały  brud, a  potem leżał przez 

pół  godziny  w  letniej  kąpieli,  rozmyślając  o  różnych  rzeczach,  a  zwłaszcza  o  swoim 
spotkaniu  z  Benem  Carverem.  Ben  był  porządnym  facetem,  odznaczonym  Lotniczym 
Krzyżem  Walecznym  za  wojnę  w  Zatoce,  ale  najbardziej  obchodziło  go  jego  konto  w 
banku. Nie chciał rozkołysać zbytnio łodzi, zwłaszcza że płynęli nią Rashidowie. Villiers 
znał  jednak  dość  dobrze  Kate  Rashid  i  o  pewne  rzeczy  nie  musiał  nikogo  pytać. 
Wiedział, że zatrzyma się w Rashid Villa, mauretańskim pałacu na starym mieście, i w 
którymś  momencie  poleci  helikopterem  do  oazy  Shabwa.  I  że  zje  tego  dnia  kolację  w 
hotelu Excelsior, ponieważ zawsze to robiła. 

Zapadał  wieczór,  horyzont  za  portem  barwiły  pomarańczowe  smugi.  Villiers 

energicznie  wycierał  głowę  ręcznikiem,  wspominając  swoją  służbę  w  SAS.  W  tamtym 
okresie człowiek nigdy  nie wiedział, co się zaraz wydarzy: czy nie trzeba będzie nagle 
udawać  cywila  albo  gnać  gdzieś  na  złamanie  karku,  żeby  kogoś  zabić.  Niełatwo  było 
wykreślić z pamięci wszystkie te lata spędzone w Irlandii. 

Stojąc  przed  lustrem  i  czesząc  włosy,  zastanawiał  się,  jak  się  ubrać.  W  końcu 

postanowił pójść na całość: tego wieczoru musiał wywrzeć odpowiednie wrażenie i nie 
chciał  wystąpić  w  pomiętym  lnianym  garniturze.  Wyjął  z  szafy  tropikalny  mundur: 
spodnie  khaki  oraz  koszulę  z  imponującym rzędem  baretek.  Podniósł  ją  do  góry  i  się 
uśmiechnął. To było to, o czym myślał. 

Rashid  Villa  bardzo  się  spodobała  Rupertowi.  Przystanął  w  wielkim  hallu  i 

przyglądał  się  przez  chwilę  wysokiemu  sklepieniu.  Na  marmurowej  podłodze  leżały 
przepiękne dywany, wszędzie stały arabskie antyki, a ściany ozdobione były freskami. 

- Wnętrze jest naprawdę imponujące - rzekł. 
-  Dziękuję,  kochanie.  W  głębi  budynku  mamy  biura,  komputery,  wszystko  co 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

trzeba.  W  pałacu  mieści  się  siedziba  Rashid  Investments  na  Hazar  oraz  całą  Arabię 
Południową. 

-  Abdul  z  hotelu  Excelsior  czeka,  żeby  z  panią  mówić,  wasza  wysokość  - 

powiedział szef służby, ten sam mężczyzna, który powitał ich wcześniej przy wielkich 
miedzianych drzwiach. 

- Gdzie teraz jest? 
- Z Abu. 
Abu,  osobisty  sługa  Kate,  był  beduińskim  wojownikiem  z  oazy  Shabwa.  Gdy 

księżniczka  przylatywała  do  Hazaru, czekał  na  nią  zawsze  w  pałacu  i  przez cały  czas 
nie odstępował jej na krok. 

- Napijemy się kawy i herbaty na  tarasie. Wprowadź tam Abdula - powiedziała 

Kate, po czym ruszyła pierwsza po marmurowych schodach. Rupert podążył w ślad za 
nią.  Minęli  przestronny  korytarz  i  wyszli  na  szeroki  taras  z  trzepoczącą  na  wietrze 
markizą.  Widok  był  oszałamiający,  ponieważ  znaj  dowali  się  wysoko  nad  dachami 
innych domów. 

- Przepięknie - rzekł Rupert, siadając i częstując Kate papierosem. 
- Wkrótce się ściemni. Zmierzch nie trwa tutaj długo. 
Za nimi na taras wyszedł Abu - wysoki, brodaty mężczyzna o twardych rysach, 

odziany w biały turban i dżalabiję. Za nim dreptał nieśmiało Abdul. 

- Miło cię widzieć, Abu - powiedziała Kate po arabsku. 
Beduin  uśmiechnął  się,  co  czynił  nader  rzadko,  i  pozdrowił’  ją  tradycyjnym 

salam. 

- Twój widok, księżniczko, jest dla mnie błogosławieństwem. Ten nędznik chce z 

tobą mówić. 

- Więc  pozwól  mu mówić.  Abdul jest  barmanem w  hotelu  Excelsior -  wyjaśniła 

Rupertowi. 

- Księżniczko, mam dla ciebie wieści - oznajmił Abdul po arabsku. 
- Mów po angielsku, proszę. Mój kuzyn nie zna arabskiego. 
- Dziś po południu przybył znad granicy pułkownik Villiers, a z nim dwa land-

rovery i sześciu zwiadowców. Wpadli w zasadzkę, kiedy zatrzymali się przy sadzawce 
w Hama. Jeden z jego ludzi zginął. Omar. Na skałach był snajper. 

Służący wszedł na taras z kawą i herbatą, obsłużył ich bezszelestnie i wyszedł. 
- Skąd o tym wiesz? - zapytała Kate Rashid. 
Abdul wzruszył ramionami. 
- Zwiadowcy są na bazarze i o wszystkim gadają.! 
Kate pokiwała głową. 
- Czy sahib Villiers będzie jadł dziś kolację w hotelu? - zapytała. 
- Tak, księżniczko, ale mam coś jeszcze. Pułkownik pił piwo na tarasie i przysiadł 

się do niego pan Carver. Udało mi się podsłuchać ich rozmowę. 

-  Ben  Carver  jest  byłym  pilotem  RAF-u.  Prowadzi  firmę  przewozów 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

powietrznych w Hamamie. Rashid Investments często korzysta z jego usług - wyjaśniła 
Kate Rupertowi. - Mów dalej - zwróciła się do Abdula. 

Opowiedział  jej  wszystko  ze  szczegółami,  ponieważ  szczycił  się  fenomenalną 

pamięcią. Kiedy skończył, Kate otworzyła torebkę, wyjęła z niej pięćdziesięciodolarowy 
banknot i dała go Abdulowi. 

- Dobrze się sprawiłeś - powiedziała. 
Mężczyzna cofnął się i podniósł rękę. 
- Nie, księżniczko, to był mój dar dla ciebie. 
-  Bardzo  ci  dziękuję,  jednak  okrywasz  mnie  niesławą,  odmawiając  przyjęcia 

mojego daru. 

Abdul ukłonił się, uśmiechnął, pośpiesznie wziął banknot i wyszedł. 
- Więc Villiers bierze ludzi na spytki? - zapytał Rupert. 
- Możemy się domyślać, że robi to na zlecenie Fergusona. 
- Kto zastawił tę pułapkę? 
- A jak myślisz? - odparła Kate. - Dobrze się spisałeś - powiedziała do Abu. - Kim 

był ten, którego zabiłeś? 

Ten Omar? 
Odpowiedź  na  to  pytanie  była  ważna.  Zwiadowcy  również  należeli  do  rodu 

Rashidów i z mieszkańcami Pustej Strefy łączyły ich silne więzy rodzinne. 

- Moim dalekim kuzynem. 
- Nie chcę, żeby doszło na tym tle do krwawej zwady. 
- Nie dojdzie, księżniczko. 
- I dopóki nie zmienię tego rozkazu, sahibowi Villiersowi nie może spaść włos z 

głowy. 

-  Jak  sobie życzysz,  księżniczko.  Mógłbym  go  zabić  tylko  w  otwartej  walce.  To 

wielki wojownik. 

-  To  dobrze.  Mój  kuzyn  Rupert  jest  również  wielkim  wojownikiem.  Walczył  w 

wielu bitwach w szeregach amerykańskiej piechoty morskiej i bardzo go cenię. W razie 
potrzeby oddaj za niego życie. 

- Jak sobie życzysz, księżniczko - odparł Abu i wyszedł. 
Kate powtórzyła Rupertowi to, co powiedział jej Abu, i nagle zapadła ciemność. 

Służący wszedł na  taras i zapalił światła, wokół których natychmiast zaczęły trzepotać 
ćmy. 

- I co teraz, kuzynko? - zapytał Rupert. 
- Myślę, że napijemy się szampana. 
Kate  skinęła  na  służącego,  który  stał  w  pobliżu,  i  wydała  mu  odpowiednie 

dyspozycje. Chwilę później pojawił się ponownie Abu. 

- Wybacz, że cię niepokoję, księżniczko, ale Selim prosi o posłuchanie. 
-  Selim?  Naprawdę?  To  ciekawe.  Wprowadź  go.  Mamy  kolejnego  gościa  - 

powiedziała do Ruperta. - Ten jest sierżantem zwiadowców. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- I oczywiście Beduinem z rodu Rashidów. Nadal nie mieści mi się w głowie, jak 

to funkcjonuje, skoro po obu stronach są członkowie tego samego plemienia. 

- Nie mieści ci się w głowie, ponieważ jesteś jankesem i nie rozumiesz arabskiej 

duszy. 

Służący pojawił się z butelką bollingera i kubełkiem lodu. Wyjął ze znawstwem 

korek i nalał szampana do kieliszków. 

-  Wydawało  mi  się,  że  w  krajach  arabskich  alkohol  jest  zabroniony  -  mruknął 

Rupert. 

- To zależy. W Hazarze zawsze mieliśmy do tego bardziej liberalny stosunek. 
- I ty się z tym godzisz? W końcu jesteś muzułmanką. 
- Nie noszę także czadom - odparła, mając na myśli używaną przez muzułmanki 

tradycyjną zasłonę na twarz. - Nie zapominaj Rupercie, że jestem również pół-Angielką. 

Kiedy  księżniczka  popijała  szampana,  Abu  wprowadził  Selima.  Sierżant  był 

bardzo zmieszany. 

- Mówisz dobrze po angielsku, Selimie, więc będziemy rozmawiać w tym języku. 

Czy sahib Villiers wie, że tutaj jesteś? 

- Nie, księżniczko. - Selim natychmiast się spłoszył. - Przyszedłem tu, bo czułem, 

że muszę z tobą mówić. 

- Dlaczego? 
-  Nasz  oddział  zwiadowców  pod  dowództwem  pułkownika  był  przy  granicy. 

Nie przechodzimy już do Pustej Strefy. 

- Wiem o tym. 
- Sahib Villiers zadawał mi wiele pytań. Chciał wiedzieć, co się dzieje po drugiej 

stronie. 

- I co mu powiedziałeś? 
- Że nic nie wiem. Ale czułem się niepewnie. Nie sądzę, żeby mi uwierzył. 
- Jest inteligentny i dobrze wie, że go okłamałeś. Nie mam racji? 
- Księżniczko, proszę. 
- Zapal mi papierosa, Rupercie.  -  Dauncey  natychmiast  wyjął zapalniczkę.  -  Ale 

nie wolno ci okłamywać mnie, Selimie - powiedziała Kate, pochylając się do przodu. - 
Więc powiedz mi, co słyszałeś. 

- Słyszałem o obozie, księżniczko, o obozie w oazie Fuad. 
Cudzoziemcy  przyjeżdżają  tam  i  stamtąd  wyjeżdżają.  Czasami  słychać 

strzelaninę. Ci, którzy włóczą się po pustyni, bandyci Adoo, dobrze o tym wiedzą. 

-  Wielu  ludzi  nie  trzyma  języka  za  zębami.  Ale  można  im  go  zawsze  odciąć, 

Selimie. Dlaczego do mnie przychodzisz? 

Jesteś żołnierzem pułkownika. 
- Jestem również Rashidem. - Selim nie wiedział, gdzie ma podziać oczy. - Przede 

wszystkim jestem wierny tobie, księżniczko. Ty jesteś naszą przywódczynią. Wszyscy w 
rodzie tak uważają. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Nawet zwiadowcy Hazaru? 
-  Cóż,  są  wśród  nich  ludzie,  którzy  patrzą  na  to  w  staro  modny  sposób.  Oni 

nigdy nie zdradziliby pułkownika. 

-  Ludzie,  którzy  w  przeciwieństwie  do  ciebie  dotrzymują  przysięgi?  Ty  także 

złożyłeś  przysięgę.  Czyż  nie  skosztowałeś  soli  z  pułkownikiem  Villiersem  i  nie  jadłeś 
jego chleba? To kwestia honoru i lojalności. Mówisz, że jesteś wobec mnie lojalny, ale jak 
mogę polegać na lojalności i honorze człowieka, który zdradza swego dowódcę? 

- Księżniczko... proszę - zaskomlał łamiącym się głosem Selim. 
- Zejdź mi z oczu. I nigdy nie wracaj. 
Abu złapał Selima za rękę i wyprowadził go z tarasu. 
- O co tutaj chodziło? - zapytał Rupert. 
-  Dla  moich  ziomków  honor  jest  wszystkim  -  odparła  Kate.  -  Ludzie  umierają, 

żeby go nie stracić, a Selim umrze, ponieważ go nie ma. 

Abu  powrócił  i  ku  kompletnemu  zdumieniu  Ruperta  przemówił  płynnie  po 

angielsku. 

- Ten człowiek to nędzny pies, księżniczko. Co mam z nim zrobić? 
- Dopilnuj, żeby spotkał go zasłużony los, Abu. 
- Rozkaz, księżniczko. 
Abu wyszedł, a Kate uśmiechnęła się lekko do Ruperta. 
-  Kiedy  Abu  miał  osiemnaście  lat,  jego  wuj,  bogaty  kupiec,  wysłał  go  na 

Uniwersytet  Londyński.  Abu  skończył  tam  ekonomię,  lecz  po  powrocie  doszedł  do 
wniosku, że woli być wojownikiem. I okazał się w tym bardzo dobry. 

- W takim razie niech Bóg ma w opiece Selima. 
Kate dopiła szampana i wstała. 
- Czas na prysznic i zmianę ubrania. Pokażę ci twój apartament. 
Selim  podążał  szybko  wąską  uliczką  na  stare  miasto.  Prawdę  mówiąc,  nie 

wiedział,  dokąd  pójść.  Udając  się  do  księżniczki,  miał  nadzieję,  że  zyska  jej  względy. 
Zamiast  tego  otrzymał  wyrok  śmierci;  było  to  pewne  jak amen  w  pacierzu.  Po  jakimś 
czasie zatrzymał się w bramie, żeby się zastanowić nad swoją sytuacją. 

Ani w Hazarze, ani w Pustej Strefie czy na terenie górzystego pogranicza nie było 

miejsca, gdzie mógłby się ukryć. Wiedział, że wieść o jego zdradzie szybko się rozniesie 
i wszyscy obrócą się przeciwko niemu. W końcu przyszło mu do głowy jedyne możliwe 
rozwiązanie:  port.  Odpływały  stamtąd  statki  do  całej  Arabii  Południowej.  Być  może 
zdoła  się  dostać  do  Adenu  albo  nawet  do  położonej  na  wschodnim  wybrzeżu  Afryki 
Mombasy.  Mieszkało  tam  wielu  Arabów,  a poza  tym  Rashidowie  nie  mieliby  już  nad 
nim władzy. 

Skręcił w stronę portu i po kilku chwilach znalazł się na nabrzeżu. Było ciemno, 

ale  paliły się światła na przycumowanych statkach.  Gdyby udało  mu  się wślizgnąć  na 
pokład któregoś ze starych parowców, wszystko zakończyłoby się pomyślnie. 

Selim  wszedł  na  drewniane  molo,  przy  którym  stało  kilka  jednostek.  Ciszę 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

przerywały  tylko  dobiegające  z  oddali  wybuchy  śmiechu.  Nagle  zaskrzypiała  za  nim 
deska. Odwrócił się, ujrzał Abu i o  mało nie popuścił w spodnie. Chciał uciec, ale jego 
Przeciwnik był szybszy: złapał go za włosy, szarpnął głowę do tyłu i poderżnął nożem 
gardło. Selim osunął się na ziemię, czując, jak wycieka z niego życie. Abu wytarł nóż o 
jego  dżalabiję  i  zepchnął  go  z  mola  do  wody.  Ciało  runęło  pięćdziesiąt  stóp  w  dół, 
rozległ się głośny plusk, a potem znowu zapadła cisza. 

Abu  szybko  się  oddalił.  Kiedy  zniknął,  z  mroku  wyłonił  się  mężczyzna  ze 

skrzyżowanymi  na  piersi  ładownicami  i  przewieszonym  przez  ramię  kałasznikowem. 
Wychylił się z mola i w słabym świetle padającym z rufy parowca rozpoznał unoszące 
się na wodzie, twarzą w dół, ciało Selima. Po chwili on także odwrócił się i odszedł. 

Wchodząc  do  baru  hotelu  Excelsior,  pułkownik  Villiers  prezentował  się 

wspaniale w swoim tropikalnym mundurze. W środku znajdowało się zaledwie pięciu 
albo sześciu mężczyzn. Każdy siedział osobno. Wszyscy przybyli z Europy i sprawiali 
wrażenie ludzi  interesu. Kilku z nich posłało Villiersowi  zaciekawione spojrzenia.  Nie 
było Kate  Rashid ani Ruperta Daunceya. Pułkownik podszedł do kontuaru, za którym 
Abdul czyścił kieliszki. 

- Myślałem, że zastanę tu dziś księżniczkę. Wiem, że jest w mieście - oznajmił. 
- Później, sahib. Księżniczka przyjdzie później. 
- Tak ci powiedziała? 
Abdul lekko się spłoszył. 
- Podać panu piwo, pułkowniku? 
- Nie teraz. 
Villiers  wyszedł  z  baru,  zapalił  papierosa  i  stanął  u  szczytu  schodów 

prowadzących  do  ogrodu.  Jeden  z  jego  zwiadowców  przycupnął  przy  schodach  z 
kałasznikowem na kolanach. 

- Widzę cię, Achmed - powiedział Villiers po arabsku. 
- Ja pana też, pułkowniku. 
- Więc po co przyszedłeś? 
- Selim nie żyje. Jego ciało unosi się na wodzie w porcie. 
- Opowiedz, co się stało - polecił Villiers, częstując go papierosem i podając ogień. 
- Mieliśmy napić się whisky i pójść na kobiety. Sahib wie, że wolno nam to robić. 
- I co? 
- Selim był niespokojny, zupełnie do siebie niepodobny. 
Powiedział,  że  musi  zobaczyć  się  z  przyjacielem.  Pomyślałem,  że  to  dziwne,  i 

śledziłem go. 

- Dokąd poszedł? 
-  Do  Rashid  Villa.  Było  prawie  ciemno.  Stanąłem  między  palmami  po  drugiej 

stronie  ulicy  i  obserwowałem  taras.  Była  tam  księżniczka  z  jakimś  mężczyzną,  chyba 
Anglikiem. 

- Nie, to Amerykanin. Wiem, kim jest. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Po  jakimś  czasie  Abu  wprowadził  na  taras  Selima.  Roz  mawiał  z księżniczką. 

Zaraz potem wyszedł i stanął zmartwiony przy wejściu, jakby nie wiedział, dokąd iść. 

- Co to znaczy ”zmartwiony”? 
- Śmierdział strachem, sahib. Ruszył w dół ulicy i już miałem za nim pójść, kiedy 

z pałacu wyszedł Abu i zaczął go śledzić. 

- A ty ruszyłeś za nimi. 
- Tak, sahib, i szedłem aż do portu. Selim skręcił na molo. 
Chyba  przyglądał  się statkom,  a wtedy  Abu  skoczył  na  niego z tyłu,  poderżnął 

mu gardło i zepchnął do wody. 

- Dlaczego Abu miałby robić coś takiego? - zapytał Villiers. 
- Na rozkaz księżniczki, sahib. 
- Ale z jakiego powodu? 
- Jeden Allah wie. 
Villiers poczęstował go kolejnym papierosem. 
- Jestem wdzięczny, Achmed, że mi o tym powiedziałeś, ale dlaczego to zrobiłeś? 

Przecież ty też należysz do rodu Rashidów. Księżniczka jest twoją przywódczynią. 

Domyślał się, jaką usłyszy odpowiedź. 
-  Aleja  kosztowałem  twojej  soli,  sahib,  złożyłem  przysięgę  i  jestem  twoim 

człowiekiem. Księżniczka się z tym zgodzi. To sprawa honoru. 

- Może Selim go nie miał. 
Achmed wzruszył ramionami. 
- Był słabym człowiekiem. 
- Ale dobrym sierżantem. 
- Ja będę lepszym, sahib. 
Villiers się uśmiechnął. 
- Musisz mi to udowodnić. - Wyjął całą  paczkę  papierosów  i  dał Achmedowi.  - 

Teraz zmykaj, nicponiu, ale nie mów nic pozostałym. 

- To i tak wyjdzie na jaw, sahib. Takich rzeczy nie da się utrzymać w tajemnicy. 
- Niech wyjdzie na jaw w odpowiednim czasie. 
Achmed  zniknął  w  mroku,  a  Villiers  wrócił  do  środka  i  podszedł  do  baru. 

Sprawa  honoru.  Honor  był  bardzo  ważny  dla  Beduinów  i  być  może  Kate  Rashid 
podzielała ten punkt widzenia. 

- Papierosy, Abdul - powiedział. - Marlboro. 
Abdul podał mu paczkę. 
- Nalać panu teraz piwa, pułkowniku? - zapytał. 
- To ty, Tony? Miło cię widzieć - usłyszał Villiers, zanim zdążył odpowiedzieć. 
Odwrócił się  i zobaczył wchodzącą do baru Kate  Rashid.  Miała na sobie  prostą 

białą  sukienkę,  wspaniałe  brylantowe  kolczyki  i  naszyjnik.  Towarzyszący  jej  Dauncey 
włożył lniany garnitur i jasnoniebieską koszulę. 

- Dobry wieczór, księżniczko - powiedział pułkownik, a Kate Rashid wspięła się 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

na palce i pocałowała go w policzek. 

- Mówiłam ci już wcześniej, że dla przyjaciół jestem Kate. 
To mój kuzyn, major Rupert Dauncey z piechoty morskiej. 
A to, Rupercie, słynny pułkownik Tony Villiers. 
Uścisnęli sobie dłonie. 
- Miło mi, majorze - oświadczył Villiers. 
- Mnie również. Dużo o panu słyszałem. 
-  Podaj  szampana  na  taras,  Abdul  -  powiedziała  Kate.  -  się  do  nas  przysiąść, 

Tony. I zjedz z nami kolację. 

- Jak mógłbym odmówić? 
Jej  oczy  lśniły  z  podniecenia.  Kiedy  razem  z  Rupertem  wychodziła  wcześniej  z 

pałacu, pojawił się przy nich Abu. 

- Wszystko poszło dobrze? - zapytała. 
- Sprawa załatwiona, księżniczko. 
- To dobrze. Wieczór jest miły, w sam raz na przechadzkę. 
Będziesz nam towarzyszył. 
Abu ruszył  w  ślad za  nimi,  trzymając  dłoń na  rękojeści  jambyi  -  zatkniętego za 

pas, zakrzywionego arabskiego noża. Choć oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie 
zaatakowałby księżniczki w Hazarze. 

- Ten  pies  jest  już  martwy, tak?  -  Rupert  potrząsnął głową.  -  Boże, ależ  z ciebie 

twarda kobieta. Twardsza, niż mógłbym przypuszczać. 

-  To  twardy  kraj,  kochanie,  i  można  w  nim  przeżyć  tylko  wtedy,  gdy  jest  się 

samemu twardym. - Kate wsunęła dłoń pod jego ramię. - Ale koniec biadolenia. Chcę się 
dziś wieczorem dobrze bawić. 

Wiejąca od morza nocna bryza była ciepła i pachniała przyprawami. Kate usiadła 

na  huśtawce,  Rupert  i  Villiers  zaś  naprzeciwko  niej,  przy  trzcinowym  stole.  Abdul 
podawał szampana. 

- Wyglądasz absolutnie wspaniale, Tony. Te medale... 
Zdobył wszystkie odznaczenia z wyjątkiem Krzyża Wiktorii, Rupercie. 
- Widzę. 
- Ty i Rupert macie wspólne doświadczenia - powiedziała do Villiersa. - Wojna w 

Zatoce, Serbia i Bośnia. 

- Naprawdę? - zdziwił się Dauncey. - To ciekawe. 
W jakiej pan służył jednostce? 
-  W  SAS.  -  Villiers  postanowił  kuć  żelazo,  póki  gorące.  -  Jestem  zaskoczony, że 

pan o tym nie wiedział. Kate z pewnością wie wszystko na mój temat. 

-  Daj  spokój,  Tony,  robisz  się  zrzędliwy.  Z  drugiej  strony  wiem,  że  miałeś 

paskudny  dzień.  Parafrazując  Oskara  Wilde’a,  powiem,  że  utrata  jednego  człowieka 
może wynikać z niedbal stwa, ale utrata dwóch... 

Villiers odwrócił się do Ruperta. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Niebawem  sam się pan  przekona, że wieści szybko  się tu  rozchodzą.  Niczego 

nie  da  się  długo  utrzymać  w  tajemnicy.  Straciłem  jednego  ze  swoich  ludzi,  kiedy  w 
drodze do miasta zatrzymaliśmy się przy sadzawce w Hamie. 

- A to pech - mruknął Rupert. 
-  Owszem,  ale  Selim,  mój  sierżant,  został  zamordowany  w  porcie  całkiem 

niedawno. - Villiers uśmiechnął się do Kate. - Musisz mieć znakomitych informatorów. 

- To sekret mojego sukcesu, Tony. Ale dosyć już o tym. 
Złóżmy zamówienie. 
Posiłek  był  znakomity,  ponieważ  kucharz  miał  matkę  Francuzkę  i  uczył  się 

swego  fachu  w  Paryżu.  Rupert  Dauncey  i  Villiers,  jak  można  się  było  spodziewać  po 
starych  żołnierzach,  dyskutowali  o  wojnie  w  Zatoce  oraz  byłej  Jugosławii,  dzieląc  się 
swymi doświadczeniami. 

-  Był  więc  pan  z  oddziałem  SAS  za  liniami  irackimi?  -  zapytał  Rupert.  -  Jak 

długo? 

- Och, jeszcze zanim się zaczęła wojna. Zdawaliśmy sobie sprawę, że się zbliża, i 

dokładnie  wiedzieliśmy,  co  zrobi  Saddam  Husajn.  -  Villiers  wzruszył  ramionami.  - 
Ludzie tacy jak ja, z niezłą znajomością arabskiego, byli na wagę złota. Podobnie jak brat 
Kate, Paul. 

- Znał go pan? 
- Służyliśmy w tym samym pułku gwardii grenadierów, choć on znalazł się tam o 

wiele  później  ode  mnie.  Ale  miałem  okazję  go  poznać.  Kazał  swoim  ludziom  zabić 
mojego zastępcę, chorążego Jamesa Bronsby’ego. Beduini z rodu Rashidów mają bardzo 
skuteczną  metodę.  Nacinają  skórę  na  klatce  piersiowej,  a  potem  ją  ściągają.  Trwa  to 
bardzo  długo. Na  samym końcu ofiara traci męskość... ale Kate na pewno  panu o tym 
wszystkim opowiedziała. 

- Właściwie jeszcze tego nie zrobiłam - odparła księżniczka. 
- Dlaczego? Wstydziłaś się? 
- Nie. Takie panują tu zwyczaje. - Kate wzruszyła ramionami. - Ale ty się przecież 

zemściłeś, Tony. Dillon zabił nazajutrz rano czterech moich ludzi. Jednym z nich był mój 
brat George. 

- Angażując się w to, zdawał sobie sprawę z konsekwencji. 
Abdul pojawił się z trzema kieliszkami koniaku na tacy. 
Kate wypiła kilka łyków. 
-  Słyszałam,  że  masz  nowego  zastępcę,  również  z  kawalerii  przybocznej  - 

powiedziała. 

- Owszem, chorążego Bobby’ego Hawka. Miły chłopak. 
Polubiłabyś go. 
- Może on też nie powinien się w to angażować. 
Groźba była zupełnie  niezawoalowana,  a  Villiers  poczuł,  jak  ogarnia  go  gniew: 

miał już dosyć zabawy w ciuciubabkę. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Och,  stać  cię  na  coś  więcej,  Kate  -  rzekł,  wypijając  jednym  haustem  koniak.  - 

Powiedz mi, dlaczego Abu nie strzelił mi w głowę tam przy sadzawce? 

- No wiesz, Tony! Jesteś zdecydowanie zbyt ważną osobą, nie tylko dla Hazaru, 

ale  i  dla  mnie.  Jesteś  najlepszym  dowódcą,  jakiego  kiedykolwiek  mieli  zwiadowcy.  I 
wykonujesz rozkazy sułtana. 

- Czyli w gruncie rzeczy twoje. 
- Ja rządzę w Pustej Strefie, Tony, i nie potrzebuję tam twoich zwiadowców. Nie 

chcę ich tam widzieć. Patroluj pogranicze i góry, ale nie przekraczaj granicy. 

- Dlaczego? Jest tam coś, co chcesz ukryć? 
-  To  moja  sprawa.  Kiedy  będziesz  znowu  rozmawiał  z  Charlesem  Fergusonem, 

powiedz mu, że nie powinien się tym interesować. - Kate skinęła na Ruperta. - Idziemy. 
Jutro rano musimy wcześnie wstać. 

Dauncey odsunął jej krzesło. 
- To było ciekawe spotkanie, pułkowniku - rzekł. 
- Można tak powiedzieć - odparł Villiers, wstając. - Dobranoc, Kate. 
Kate Rashid uśmiechnęła się i ruszyła pierwsza do wyjścia. 
-  Jeszcze  jeden  koniak,  Abdul  -  zawołał  Villiers,  po  czym  wrócił  na  taras,  żeby 

wszystko przemyśleć. 

Kate i Rupert wracali do pałacu pieszo, eskortowani przez idącego za nimi Abu. 
- Interesujący facet - przyznał Rupert. - Jednak ma rację. Dlaczego nie kazałaś go 

zabić? 

- Taka potrzeba może wyłonić się później, ale nie w tej chwili. Jak już mówiłam, 

patrolując  góry ze  swoimi  zwiadowcami,  Tony spełnia pożyteczną rolę  dla mnie  i  dla 
Hazaru. 

- A jego kontakty z Fergusonem? 
- Villiers nie może mu nic powiedzieć, jeżeli sam nie będzie nic wiedział. Tylko to 

się liczy. 

- W porządku, ty wiesz lepiej. Jaki mamy plan na jutro? 
-  Helikopter  będzie  gotów  na  siódmą.  Odwiedzimy  Shabwę,  gdzie  mnie 

oczekują, a potem polecimy dalej nad jezioro Fuad. 

- Jak daleko? 
-  Kolejne  sto  mil  w  głąb  pustyni  -  odparła  Kate.  -  Gdzie  są  teraz zwiadowcy?  - 

zapytała towarzyszącego im Abu, kiedy dotarli do schodów pałacu. 

- Stacjonują  w  rejonie  El  Hajiz  - odparł  po angielsku.  -  Jest  tam woda pitna,  ale 

mogli przemieścić się gdzie indziej. 

- Wydaje mi się, że sahib Villiers wkrótce do nich dołączy. 
Zostaniesz i będziesz go obserwował. Kiedy wyjedzie, podążaj za nim. Weź jeden 

z naszych land-roverów. 

- Jakie są twoje rozkazy, księżniczko? 
- Myślę, że potrzebuje kolejnej nauczki. Sprawia trudności. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Czy to ma być ten nowy oficer? 
- Może wystarczy, jeśli go nastraszysz. Niech się dzieje wola Allaha. Zostawiam 

to tobie. Dobranoc. 

Miedziane  drzwi  otworzyły  się  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  i  w 

progu stanął służący. Kate, a za nią Rupert weszli do środka. 

- Przypomnij mi, żebym nigdy nie wyprowadził cię z równowagi - mruknął. 
- Tak jakbyś był w stanie to zrobić. - Kate się uśmiechnęła. - Absolutnie nic ci nie 

grozi, kochanie. Jesteś w końcu Daunceyem. 

Abu udał  się  prosto  na bazar  i zasłaniając twarz szalem, zajrzał do kawiarni,  w 

której,  wedle  jego  wiedzy,  regularnie  przesiadywali  zwiadowcy  podczas  popasu  w 
Hazarze. Achmed i jego czterej koledzy siedzieli przy stole, popijając kawę. W kawiarni 
było  pełno  ludzi,  niektórzy  przykucnęli  pod  ścianą.  Abu  podciągnął  wyżej  szal, 
zasłaniając  prawie  całkowicie  twarz,  po  czym  usiadł  ze  spuszczoną  głową  i  zaczął 
podsłuchiwać zwiadowców. 

Achmed  nie powiedział im nic o  śmierci Selima. Oznajmił, że sierżant otrzymał 

wiadomość z domu i musiał pilnie wyjechać. 

Po jakimś czasie pojawił się Villiers i wszyscy zerwali się na nogi. 
-  Selim  był  zdenerwowany  -  zakomunikował  mu  Ach  med.  -  Myślę,  że  jego 

rodzina ma jakieś kłopoty. Nie ma go tutaj, sahib. Musiał wyjechać. 

- W takim razie ty będziesz teraz sierżantem - powiedział pułkownik. - O świcie 

wyjeżdżamy do El Hajiz. Przygotujcie land-rovery i podjedźcie po mnie do hotelu. 

- Wedle rozkazu, sahib. 
Villiers odwrócił się na pięcie i wyszedł. Po jakimś czasie jego żołnierze opuścili 

kawiarnię. Dopiero wówczas Abu podniósł się i wyruszył do rezydencji Rashidów. 

Wiedząc,  w  jakim  kierunku  udadzą  się  zwiadowcy,  jeszcze  przed  świtem 

wyjechał  z  pałacu  land-roverem.  Służący  odwiózł  Kate  Rashid  i  Ruperta  na  małe 
lądowisko,  urządzone  na  obrzeżach  Hazaru.  Tam  czekał  już  na  nich  ośmioosobowy 
scorpion.  Pilotem  był  Ben  Carver,  który  przykucnął  obok  maszyny  w  niebieskim 
kombinezonie RAF-u. 

- Dzień dobry, Ben - pozdrowiła go Kate. - To mój kuzyn, Rupert Dauncey. Jaka 

dziś pogoda? 

- Ma być cholernie gorąco, ale w tych stronach to normalne. 
W oazie Shabwa jest spokojnie, ale w rejonie Fuad może szaleć burza piaskowa. 
- Będziemy musieli stawić jej czoło. Ruszajmy. 
W  oazie  Shabwa  znajdowały  się  palmy,  sadzawka  wielkości  małego  jeziora, 

mnóstwo  namiotów,  konie,  wielbłądy,  kozy,  kilka  land-roverów  oraz  pas  startowy. 
Kiedy Kate  Rashid wysiadła  ze scorpiona, Beduini popędzili w  jej  stronę  -  wśród  nich 
byli nie tylko wojownicy ze strzelbami, lecz również kobiety i dzieci. Rozległy się strzały 
na wiwat,  dzieci  piszczały z  radości,  a tłum  kłębił się dookoła  księżniczki,  próbując  ją 
dotknąć. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Po  chwili  wojownicy  odepchnęli  pozostałych  i  uformowali  szpaler.  Do  Kate  i 

Ruperta podbiegli dwaj chłopcy z beduińskimi szatami i pomogli im je włożyć. 

Kate podniosła w górę zaciśniętą pięść. 
- Pozdrawiam was, moi bracia. 
Przez  tłum  przeszedł  pomruk  aprobaty  i  rozległy  się  kolejne  strzały  na  wiwat. 

Kate  ruszyła  w  stronę  otwartego  namiotu  z  dywanami  i  poduszkami  do  siedzenia. 
Wodzowie  usiedli  przy  niej  na  ziemi  i  wdali  się  w  ożywioną  rozmowę  po  arabsku. 
Rupertowi,  który  zapalił  papierosa,  podano  gęstą  słodką  kawę  w  metalowym  kubku 
oraz ciastka z kminkiem.  Wodzowie  także popijali kawę; dookoła  usiadło  wielu  ludzi, 
którzy nie spuszczali ich z oczu. 

- Niewiarygodne - mruknął Rupert. - Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. 
- To są moi poddani, Rupercie. 
-  Tak,  ale  przecież  kiedy  zabrałaś  mnie  w  zeszłym  miesiącu  do  Dauncey, 

wieśniacy zachowywali się w podobny sposób. 

Do  diabła,  kiedy  weszliśmy  do  miejscowego  pubu,  żeby  się  napić,  wszyscy, 

którzy tam siedzieli, wstali z miejsc. 

-  Dzieje  się  tak,  bo  tamci  ludzie  także  są  moimi  poddanymi  i  są  mi  tak  samo 

drodzy jak ci z oazy. Korzenie Daunceyów sięgają głęboko i pamiętaj, że to także twoje 
korzenie. 

-  To  coś,  do  czego  trzeba  dorosnąć  -  odparł  Rupert  i  ku  swemu  własnemu 

zdziwieniu, zorientował się, że mówi to serio. 

Kobiety  podały  im  różne  potrawy:  ryż,  soczewicę,  dużo  przaśnego  chleba  i 

gorący gulasz. 

- Co, u licha, jest w środku? - zapytał Rupert. 
- Koźlina, kochanie, i nie odmawiaj, bo się obrażą. 
- Dobry Boże - jęknął. 
-  I  żadnych  sztućców.  Jemy  tutaj  palcami  i  pamiętaj,  żebyś  używał  lewej  ręki.  - 

Kate się uśmiechnęła. - Teraz grzecznie to wszystko spałaszuj i polecimy do Fuad. 

Półtorej godziny później ruszyli w dalszą drogę. 
- Co zastanę w Fuad? - zapytał Rupert. 
-  Mówiąc  w  skrócie,  obóz  wojskowy.  Mamy  tu  młodych  ludzi  ze  wszystkich 

ważniejszych państw arabskich. Uczymy ich strzelać z karabinów i broni maszynowej; 
korzystają też z nowocześniejszego sprzętu w rodzaju ręcznych wyrzutni rakietowych. 

- A materiały wybuchowe i konstruowanie bomb? 
-  Owszem,  to  też  wchodzi  w  zakres  podstawowego  szkolenia.  Uczymy  ich 

głównie,  jak  uzbrajać  materiały  wybuchowe  za  pomocą  zapalników  ołówkowych. 
Napotykamy  jednak pewne  trudności,  w  związku  z czym  poziom  szkoleń  odbiega  od 
tego,  co  prezentuje  na  przykład  Tymczasowa  IRA.  W  obozie  mamy  na  ogół 
pięćdziesięciu  kursantów,  w  większości  mężczyzn,  chociaż  szkolenie  ukończyło 
również kilka kobiet. Spędzają tu osiem tygodni, a potem wracają do domu i przekazują 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

swoją wiedzę innym. 

- Kim są instruktorzy? 
- To przeważnie Palestyńczycy. 
- Nadają się? 
- Nie jest łatwo o dobrych specjalistów. Ale główny instruktor jest bardzo dobry. 

To Colum McGee. Był długie lata w IRA. 

- I jaki jest cel tego wszystkiego? 
-  Celem  jest  szkolenie  młodych  rewolucjonistów,  którzy  się  rozjadą  po  całym 

Bliskim  Wschodzie.  Ci  młodzi  ludzie  nienawidzą  kapitalizmu  i  bogaczy  i  chętnie 
obaliliby rządy w swoich krajach. 

-  Ty  sama  jesteś  przecież  kapitalistką,  Kate.  Do  tego  niewiarygodnie  bogatą.  A 

jednak chcesz zdestabilizować cały system. To nie ma sensu. 

- To ma sens, jeśli ktoś pała żądzą zemsty, kochanie. Wtedy to ma sens. 
- I jak zamierzasz to osiągnąć? 
- Powiem ci później, Rupercie. Kiedy nadejdzie odpowiednia chwila. 
Kate  zerknęła  w  dół.  Nad  pustynią  wirował  wielki  tuman  piasku.  A  więc  Ben 

Carver miał rację. Zbierało się na burzę. 

Tymczasem Villiers i jego ludzie byli już w górach i mijali wielkie ochrowe klify, 

zmierzając w stronę sadzawki w Hamie. Od jakiegoś czasu wiał coraz silniejszy wiatr i 
w powietrzu unosiły się drobne ziarenka piasku. Wszyscy zakryli nos i usta szalikami. 

-  Zatrzymamy  się  i  napełnimy  wodą  bukłaki  -  powiedział  pułkownik  do 

Achmeda, kiedy zbliżali się do sadzawki. 

- Wedle rozkazu, sahib. 
Achmed wysiadł razem z dwoma zwiadowcami. Villiers pozostał w land-roverze 

i schowany za przednią szybą zapalił papierosa, osłaniając płomyk złączonymi dłońmi. 
Mężczyźni  napełnili  po  dwa  bukłaki  z  koźlej  skóry  i  ruszyli  z  powrotem  w  stronę 
samochodów.  Nagle  rozległ  się  strzał.  Kula  przebiła  torbę  niesioną  przez  Achmeda  i 
woda  wylała  się  na  piasek.  Zwiadowcy  rzucili  bukłaki,  puścili  się  biegiem  ku  land-
roverom i przykucnęli za nimi z bronią gotową do strzału. 

- Nie strzelać! - zawołał Villiers. 
Wiatr zajęczał, niosąc coraz więcej piasku. 
-  Spójrz,  sahib  -  powiedział  Achmed.  -  Na  piasku  są  ślady  opon,  to  na  pewno 

land-rover.  Ktoś  jechał  przed  nami  tą  drogą.  Może  to  Abu.  -  Villiers  chciał  się 
wyprostować, lecz Achmed go powstrzymał. - Nie, sahib, nie wolno. 

- Sądzę, że to  Abu, ale  jeśli zdołał trafić w  bukłak, trafiłby i w  ciebie.  Nie może 

mnie  zabić,  ponieważ  księżniczka chce,  żebym żył.  A  to  oznacza, że po prostu z  nami 
igra.  Zaraz  ci  to  udowodnię.  -  Villiers  wstał.  -  Nie  masz  honoru,  Abu?  -  zawołał  po 
arabsku. - Boisz się ze mną zmierzyć? Oto jestem. 

Gdzie się ukryłeś? - dodał, wychodząc na otwartą przestrzeń. 
Widoczność  była  teraz  znacznie  ograniczona.  Po  chwili  usłyszeli  odgłos 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

uruchamianego silnika i warkot oddalającego się pojazdu. 

- Odjechał, sahib - powiedział Achmed. 
-  My  też  powinniśmy  to  zrobić  i  gdzieś  się  schronić.  Może  minąć  sporo  czasu, 

zanim przestanie wiać. 

Przy  końcu  przełęczy  stał  popadający  w  ruinę  fort.  Zachowały  się  dachy  na 

stajniach i Villiers kazał wjechać land-roverami do środka. Wszyscy wysiedli. 

- Włącz prymus - powiedział pułkownik do Achmeda. - Kawa dla ciebie, herbata 

dla mnie. Po puszce jedzenia dla każdego. Mogą wybrać, co chcą. 

- Wedle rozkazu, sahib. 
Spoglądając na wirujące na zewnątrz tumany piasku, Villiers zastanawiał się, jak 

Abu może podróżować w tych warunkach i przede wszystkim, jakie ma zamiary. 

Scorpion doleciał do Fuad, zanim pustynna burza rozpętała się na dobre. Rupert 

zauważył palmy, a po chwili jego wyszkolone oko dostrzegło budynek przypominający 
bunkier.  Za  nim  znajdowały  się  strzelnica  oraz  liczne  beduińskie  namioty.  Ich  kształt 
doskonalono przez długie stulecia, aby mogły przetrwać najgorsze miejscowe plagi, do 
których należały burze piaskowe. 

Na księżniczkę czekało wielu ludzi, z twarzami osłoniętymi przed piaskiem. Kate 

odwróciła się do Ruperta. 

- Beduini nazywają taką burzę tchnieniem Allaha - po wiedziała. 
- W takim razie Allah musi być cholernie zagniewany. 
Ben Carver posadził maszynę między dwiema kępami palm, a Beduini podbiegli 

od razu z linami. Obwiązali nimi łopaty wirnika, a końce przymocowali do pni. Carver 
wyłączył silnik. 

- Jezu - westchnął. - Mało brakowało. 
- Dobrze się spisałeś - pochwaliła go Kate. 
Carver  wysiadł pierwszy  i  przytrzymał  drzwiczki, a  księżniczka  owinęła  głowę 

szarfą i ruszyła przodem. Ktoś podał jej rękę - duży mężczyzna w dżinsach i skórzanej 
kurtce, również z szarfą na twarzy. Rupert wyskoczył w ślad za Kate i w towarzystwie 
kilku mężczyzn ruszyli szybko ku namiotom. 

Ten, do którego weszli, był duży i luksusowo urządzony, z poduszkami, niskim 

stolikiem i dywanami na podłodze. Zasłony przy ścianach unosiły się lekko z powodu 
wiatru, ale jego wycie było tutaj stłumione i zdawało się dobiegać z bardzo daleka. 

Mężczyzna  w  skórzanej  kurtce  zdjął  szarfę  z  twarzy,  odsłaniając  zmierzwioną, 

przetykaną  siwizną  czarną  brodę.  Był  to  Colum  McGee.  Jego  twarz  wykrzywiał  teraz 
szeroki uśmiech. 

- Miło cię widzieć, księżniczko - powiedział instruktor. 
Kate przedstawiła mu Ruperta i chwilę później do środka wszedł Carver. 
- Jak długo to jeszcze potrwa? - zapytała. 
-  Dostałem  prognozę  z  lotniska  w  Hamamie.  Powinno  Przestać  wiać  za  dwie, 

trzy godziny. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Kate zerknęła na zegarek. 
-  Czyli  o  jedenastej.  Przeprowadzimy  inspekcję  i  wrócimy!  do  Hazaru  jeszcze 

przed zapadnięciem zmroku. Będziemy mieli również czas, żeby zjeść coś porządnego, 
Colum. 

-  Cóż,  nie  możemy  wam  zaproponować  solidnego  irlandzkiego  śniadania, 

księżniczko, ale kobiety w kuchni pieką całkiem niezły przaśny chleb. Jeśli macie ochotę 
na  jagnięcy  albo  koźli  gulasz,  nie  ma  problemu.  W  przeciwnym  razie  mogę  wam 
zaoferować  różne  potrawy  z  puszek.  Konserwową  wołowinę,  młode  kartofelki, 
marchew albo fasolkę. 

- Powinno nas to chyba zadowolić. Przyniosłeś turystyczną lodówkę, Ben? 
- Jeden z Beduinów zabrał ją do kuchni. 
- Dobrze, w takim razie się napijemy. 
Carver przeszedł brezentowym korytarzem do kuchni. Przy wejściu płonęło tu w 

kamiennym kręgu ognisko, nad którym wisiały trzy kociołki. Dookoła krzątało się pięć 
albo sześć kobiet. Niebieska plastikowa lodówka stała na niskim stoliku.! 

Kate  pozostała  w  głównym  namiocie.  W  pewnym  momencie  spojrzała  na 

Columa. 

-  Ben  Carver  wie  tyle,  ile  widać  na  pierwszy  rzut  oka.  Że  jest  tutaj  obóz  i 

odbywają  się  szkolenia.  Nie  chcę,  żeby  zobaczył  cokolwiek  więcej.  O  poważnych 
sprawach porozmawiamy po posiłku. 

- Jak sobie życzysz. Pójdę i wydam kobietom polecenia, ale i tak niewiele rzeczy 

umknie uwagi takiego starego wygi z RAF-u jak Ben. 

Kiedy  Colum  wyszedł,  pojawił  się  Ben  z  lodówką.  W  środku  były  trzy  butelki 

szampana  oraz  kilka  plastikowych  kieliszków  do  wina.  Ben  odkorkował  pierwszą 
butelkę. 

- Cztery kieliszki, Ben. 
- Zupełnie jak w domu - skomentował Rupert. 
-  Potraktuj  to  jako  piknik  -  powiedziała  księżniczka,  kiedy  do  namiotu  wrócił 

Irlandczyk. - No i jak wam idzie szkolenie, Colum? 

- Normalnie. - Wszyscy usiedli na poduszkach, trzymając w rękach kieliszki. - W 

tych  młodych  Palestyńczykach  płonie  ogień,  ale  w  starciu  z  Izraelczykami  nie  mają 
większych szans. 

-  Jestem  przekonana,  że  dajesz  z  siebie  wszystko.  Ale  teraz  coś  zjedzmy. 

Porozmawiamy o tym później. 

W  okolicach  starego  fortu  burza  piaskowa  powoli  słabła.  Villiers  wyjął  swój 

codex four i zadzwonił do Bobby’ego Hawka. 

- Gdzie jesteś? 
- Mniej więcej dwadzieścia mil na wschód od oazy Al Hajiz. A ty? 
Villiers powiedział mu, gdzie się zatrzymali. 
- Przemieszczasz się? - zapytał. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Nie, schroniliśmy się w pieczarze. 
-  To  dobrze.  Za  jakąś  godzinę  przestanie  wiać.  Spotkamy  się  w  El  Hajiz.  Poza 

tym, straciliśmy dwóch ludzi, Omara i Selima. 

- Wielki Boże, jak? 
-  Opowiem  ci,  kiedy  się  spotkamy.  -  Villiers  zakończył  rozmowę,  poprosił 

Achmeda  o  więcej  herbaty,  po  czym  za  dzwonił  do  Londynu  i  opowiedział 
Fergusonowi, jak rozwija się sytuacja. 

- Jadałam już gorzej - rzekła Kate po posiłku. - Dobrze się spisałeś, Colum. 
- Naszym celem jest zadowalać. 
- Miło  mi  to słyszeć. Teraz porozmawiajmy. Przepraszam, Ben - zwróciła się do 

Carvera - ale to są sprawy służbowe. 

Carver  czym  prędzej  wyszedł.  Zarabiał  u  niej  dość  pieniędzy,  żeby  o  nic  nie 

pytać. Nie mógł nie wiedzieć o istnieniu obozu w Fuad, ale zdecydowanie wolał, aby to, 
co tam się działo, Pozostało dla niego tajemnicą. 

-  A  więc  radzisz  sobie  nieźle  z  palestyńskimi  instruktorami?  -  zapytała  Kate, 

kiedy zostali tylko we trójkę. 

- Tak jakby - odparł Colum. 
-  Więc  gdybym  chciała  zrealizować  projekt,  który  wymaga  wiedzy  na  temat 

materiałów  wybuchowych, do kogo  powinnam się zwrócić? Zapytałam cię o to, kiedy 
się ostatnio spotkaliśmy, pamiętasz? Prosiłam, żebyś się nad tym zastanowił. 

- Najlepsze w skali międzynarodowej jest nadal IRA, chociaż na rynek wchodzą 

ostatnio ulsterscy protestanci. Może dobrzy byliby ci faceci, z których usług korzystałaś, 
planując  atak  na  Radę Starszych  podążającą  do  Świętych Źródeł?  To  był  chyba  Aidan 
Bell, prawda? A także Tony Brosnan i Jack O’Hara. 

- Wszyscy od dawna gryzą ziemię. Sean Dillon zabił Aidana. 
- Aha. Sean to kawał skurwysyna, chociaż w dawnych czasach był z niego dobry 

towarzysz. - Colum uśmiechnął się. - Kto by pomyślał, że będzie pracował dla Angoli. 

- Więc kogo byś proponował? 
-  To  zabawne,  ale  kuzyna  Aidana ze  strony  matki.  Nazywa się  Barry  Keenan  i 

osiadł  ostatnio  w  Drumcree.  Chłopcy  z  Tym  czasowej  IRA  wolą  nie  wchodzić  mu  w 
drogę. Uważa ich za gromadę starych bab. Obecnie związał się z Prawdziwą IRA, która 
nawróciła się na staroświecki republikanizm. Jest takie irlandzkie powiedzenie, które w 
wolnym  przekładzie  brzmi  następująco:  ludzie  tego  pokroju  zastrzeliliby  nawet 
papieża, gdyby uważali, że to pomoże ich sprawie. 

- Podoba mi się. Możesz mnie umówić z Keenanem? 
- Nie w Anglii. Ciążą tam na nim poważne oskarżenia. 
- W Irlandii? 
- O tak, nawet w Północnej. Odkąd zaczął się proces pokojowy, ulsterscy rojaliści 

nie ośmielą się go tknąć. 

- Spotkam się z nim w Drumcree. Załatw to dla mnie. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- To zajmie trochę czasu. 
-  Nie  spieszy  mi  się.  -  Kate  wstała.  -  Zobaczmy,  czy  wiatr  osłabł  na  tyle,  żeby 

Rupert mógł obejrzeć obóz. 

- Zna się pan  na  tego  rodzaju  rzeczach,  panie Dauncey?  -  zapytał zaciekawiony 

Colum. 

- Można to tak ująć - odparł z leniwym uśmiechem Rupert. 
Zaprowadzono ich do dużego namiotu znajdującego się na skraju obozu. Sześciu 

młodych Arabów stało tam z instruktorem przy dwóch stołach, na których leżały różne 
przedmioty,  niezbędne  do  konstrukcji  bomb.  Były  tam  zapalniki  -  także  ołówkowe  - 
mechanizmy  zegarowe  oraz  różne  próbki  materiałów  wybuchowych.  Żadna  z  tych 
rzeczy nie wywarła na Rupercie wielkiego wrażenia. 

- Chodźmy dalej - powiedział do Columa McGee - zanim opuści mnie entuzjazm. 
Następnie odwiedzili strzelnicę, gdzie wsparci na łokciach rekruci, leżąc, strzelali 

do wyciętych z dykty ludzkich sylwetek. 

- Daj mi lornetkę - powiedział Rupert do McGee, po czym przyjrzał się tarczom. - 

Nie najlepiej. Jest kilka celnych trafień, ale większość twoich kursantów chybiła. 

- A ty potrafisz lepiej? Jeśli znasz kałasznikowa, powinie neś wiedzieć, że ta broń 

jest  najlepsza  w  bliskim  starciu.  Każdy  mógłby  z  niej  chybić  z  odległości  czterystu 
metrów. Przypuszczam, że znasz dobrze ten karabin? - dodał, na próżno próbując ukryć 
sarkazm w głosie. 

- Zostałem z niego postrzelony w lewe ramię, ale na szczęście zdarzyło się to w 

ostatnim  tygodniu  wojny  w  Zatoce.  -  Rupert  dał  krok  do  przodu.  -  Osobiście  zawsze 
byłem zdania, że to doskonała broń jednostrzałowa. 

Colum wziął z drewnianego stelaża kałasznikowa, załadował magazynek i podał 

karabin Rupertowi. 

- Pokaż nam, co potrafisz. 
- Z przyjemnością. - Dauncey oddał lornetkę Kate. - Celuję do pierwszej piątki z 

lewej i ostatniej piątki z prawej. 

Colum  dał  sygnał  gwizdkiem  i  wszyscy  przestali  strzelać,  zabezpieczyli  broń  i 

wstali.  Instruktor  krzyknął  do  nich,  żeby  się  cofnęli.  Rupert  wystąpił  do  przodu.  Nie 
położył  się,  lecz  podniósł  karabin  do  ramienia  i  zaczął  powoli  i  dokładnie  strzelać. 
Kiedy skończył, przez tłum przeszedł  pomruk  uznania. Kate  odjęła  od  oczu  lornetkę i 
oddała ją Columowi. 

-  Dziesięć  trafień  w  głowę.  Znam  tylko  jednego  człowieka,  który  jest  tak  samo 

dobry. Zabił mojego brata George’a i trzech innych ludzi z odległości czterystu metrów. 
Nazywa się Sean Dillon - powiedziała. 

- Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałem - przyznał Colum. 
- Wcale się nie dziwię - mruknęła Kate. - Co teraz? 
-  Walka  wręcz.  Są  w  tym  całkiem  dobrzy.  Większość  i  tak  wychowała  się  na 

ulicy. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Teren,  na  którym  trenowano,  znajdował się  po  drugiej  stronie  oazy,  tam,  gdzie 

był  miękki  piasek.  Młodzi  ludzie  walczyli  w  parach.  Instruktor  był  potężnie 
zbudowanym łysym mężczyzną z sumiastymi wąsami. Mówił nieźle po angielsku i miał 
na imię Hamid. 

- Mój kuzyn chciałby zobaczyć, jak ćwiczycie - oznajmiła Kate. 
Hamid  przyjrzał  się  bacznie  Rupertowi  i  najwyraźniej  nie  nabrał  do  niego 

szacunku. 

- Ach, coś dla turystów - mruknął, po czym kazał podejść dwóm młodzieńcom. - 

Spróbujcie  mnie  pokonać  -  powie  dział.  -  Na  ich  twarzach  odbił  się  wyraźny  lęk.  - 
Powiedziałem, spróbujcie mnie pokonać - wrzasnął. 

Ruszyli  na  niego  obydwaj.  Hamid  z  łatwością  uchylił  się  przed  uderzeniem 

pierwszego  chłopaka.  Złapał  go  za  kurtkę,  przewrócił  się  na  plecy,  oparł  stopę  o  jego 
brzuch  i  cisnął  go  wysoko  w  powietrze.  Chłopak  runął  ciężko  na  ziemię,  a  Hamid 
przeturlał  się  na  brzuch  i  kopnął  drugiego,  uszkadzając  mu  rzepkę  w  lewym  kolanie. 
Biedak padł z krzykiem na piasek. 

Instruktor uśmiechnął się z triumfem i podpierając się pod boki, spojrzał na Kate, 

Ruperta i Columa. 

- Wystarczy? - zapytał z wyczuwalną pogardą w głosie. 
-  Do  diabła,  jest  pan  dla  mnie  o  wiele  za  dobry.  Pasuję  -  odparł  Rupert, 

podnosząc pojednawczo dłoń. 

Hamid roześmiał się, odchylając do tyłu głowę i stając na szeroko rozstawionych 

nogach. Niespodziewanie Rupert kopnął go w krocze. Instruktor wywrócił się i zwinął 
wpół, przybierając pozycję płodową. Rupert postawił mu stopę na szyi. 

- To było bardzo  nieostrożne, kochasiu, bardzo. Mógłbym  ci łatwo złamać kark, 

ale tego nie zrobię, bo trudno byłoby cię tutaj wsadzić w gorset. To wszystko? - zapytał, 
zwracając się do Kate. - Możemy już lecieć? 

- Ty draniu - powiedziała, z trudem powstrzymując śmiech. 
Carver dłubał coś przy helikopterze. Wyprostował się, gdy ich zobaczył. 
- Gotowi do odlotu? 
-  Spędzimy  noc  w  Hazarze,  a  potem  o  siódmej  odlecimy  do  Northolt.  -  Kate 

odwróciła  się  do  Columa  McGee.  -  Nie  zapomnij  umówić  mnie  z  Keenanem  - 
powiedziała, po czym wsiadła do kabiny. 

Rupert wspiął się tam w ślad za nią i po kilku chwilach odlecieli. 
Kiedy Villiers i jego  zwiadowcy dotarli do El Hajiz, trzy land-rovery Bobby’ego 

Hawka już tam na nich czekały. 

-  Miło  cię  widzieć  -  oznajmił  Villiers,  podając  dłoń  Bobby’emu.  -  Podróż  była 

udana? 

- Na pewno bardziej niż twoja. Co się wydarzyło? 
- Opowiem ci później. Najpierw rozbijmy obóz. 
Pięć land-roverów ustawili w półkolu przy urwisku. Za  plecami mieli rosnące z 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

rzadka  palmy  oazy.  Kilku  zwiadowców  Pościnało  nożami  gałęzie  pobliskich 
kolczastych krzewów i rozpaliło ognisko. Wkrótce w dwóch kociołkach grzała się woda 
i Villiers przemówił do zgromadzonych mężczyzn. 

-  Ci,  których  tu  nie  było,  niechaj  wiedzą,  że  Omar  został  zastrzelony  przez 

snajpera przy sadzawce w Hamie. 

Zwiadowcy odpowiedzieli gniewnym pomrukiem. 
- Uspokójcie się.  Później  zginął  Selim.  Poderżnięto mu  gardło  w  Hazarze.  Zabił 

go Abu, ochroniarz księżniczki. Mógł zabić i mnie, lecz tego nie zrobił. W Hamie znowu 
zaatakował. 

Przestrzelił bukłak z wodą niesiony przez Achmeda. Mógł oczywiście zastrzelić 

samego Achmeda, ale wolał tego nie robić. Wyszedłem wtedy z ukrycia i wezwałem go 
do  otwartej  walki.  Ponownie  mógł  mnie  zgładzić,  ale  się  nie  odważył,  ponieważ 
księżniczka  nie  chce,  żebym  zginął.  Śmierć  grozi  mi  tylko  wtedy,  kiedy  przekroczę 
granicę.  Tak  więc  na  razie  zostaniemy  w  Hazarze.  Chciałem  po  prostu,  żebyście 
wszyscy o  tym  wiedzieli. Postaw  trzech  ludzi  przy  karabinach  maszynowych  -  polecił 
Achmedowi. - Reszta niech się posili. 

Po  jakimś  czasie  Villiersowi  i  Bobby’emu  podano  jedzenie  z  puszek  Heinza: 

gulasz, pieczoną fasolę i zupę z porów. Przyniesiono im też mnóstwo przaśnego chleba. 

- Nie jest to może kasyno oficerskie w Windsorze - za uważył Villiers. 
-  Ale  nie  jest  najgorzej  -  powiedział  Bobby  Hawk.  -  Wpieprzamy  tyle  tych 

konserw, że w końcu polubiłem proste porządne żarcie. 

Miał tylko dwadzieścia dwa lata, ale służył już jakiś czas w Kosowie w oddziale 

kawalerii  przybocznej,  wyposażonym  w  pojazdy  opancerzone  i  czołgi  Challenger. 
Kiedy  pojawiła  się  możliwość  służby  w  Hazarze,  nie  miał  serca  odmówić,  mimo  że 
przesunęło  to  w  czasie  jego  awans  na  podporucznika.  Villiers  mógł  mu  oczywiście 
powiedzieć,  że  sprawy  przybiorą  dobry  obrót  i  służba  w  Hazarze  przyśpieszy  jego 
dalszą karierę wojskową. 

Skończyli  jeść  i  jeden  z  żołnierzy  zabrał  ich  menażki,  a  inny  przyniósł 

emaliowane  kubki  i  imbryk  gorzkiej  czarnej  herbaty,  do  której  Bobby  powoli  się 
przyzwyczajał. Zapadał zmierzch. 

Zwiadowcy przycupnęli przy land-roverach i zostawili ich samych przy ognisku. 
- Sądzi pan, pułkowniku, że Abu gdzieś tu jest? 
- Jestem tego pewien. 
- Czy znowu nas zaatakuje? 
- Tak, ale  nie  sądzę, żeby miał zamiar  kogoś  zabić.  To  będzie po  prostu kolejne 

ostrzeżenie, znak, że Kate Rashid trzyma mnie za gardło. 

-  Mam  nadzieję,  że  pan  się  nie  myli,  pułkowniku  -  po  wiedział  z  naciskiem 

Bobby. 

Siedzieli i rozmawiali przez całą godzinę. Jeden ze zwiadowców dorzucił trochę 

ciernistych gałęzi do ognia. Potem dosypał do  imbryka świeżej herbaty i dolał wrzącej 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wody. 

Bobby podniósł imbryk, żeby nalać im obu herbaty i w tym momencie rozległ się 

pojedynczy  strzał.  Gorąca  woda  trysnęła  z  dziury  w  naczyniu  i  imbryk  wypadł 
Bobby’emu z ręki. 

- Jezu Chryste... 
Chłopak  zerwał  się,  wyszarpnął  z  kabury  browninga  i  przez  chwilę  stał  w 

miejscu z wyciągniętą bronią. 

- Nie! - krzyknął Villiers. - To znowu Abu. Skoro udało mu się trafić w  imbryk, 

równie dobrze mógł trafić i ciebie. 

Zwiadowcy  sięgnęli  po  kałasznikowy,  a  ten,  który  obsługiwał  karabin 

maszynowy, przeczesał serią ciemność. Villiers poderwał się i zaczął machać rękoma. 

- Przestańcie! On już nie strzela. 
Zapadła  cisza.  Bobby  schował  browninga  do  kabury  i  się  roześmiał.  Był 

roztrzęsiony. 

- Mam nadzieję, że pan się nie myli, pułkowniku. 
I  wtedy  padł  drugi  strzał.  Jego  siła  poderwała  chorążego  i  cisnęła  do  tyłu. 

Chłopak  został  ugodzony  w  serce.  Zwiadowcy  zawyli  z  gniewu  i  zaczęli  strzelać  na 
chybił trafił w mrok. Bobby wyprężył się i przestał oddychać. Klęczący przy nim Villiers 
nigdy jeszcze nie doświadczył podobnego gniewu. 

- Przestańcie strzelać! Natychmiast! - zawołał do swoich ludzi. 
Niechętnie  opuścili  broń,  a  on  stanął  plecami  do  ogniska  i  rozpostarł  szeroko 

ramiona. 

-  Jestem  tutaj,  Abu.  Gdzie  się  kryjesz?  Czy  zabijasz  teraz  chłopców?  Chodź, 

zmierz się z mężczyzną - krzyknął. 

Ale jedyną odpowiedzią był warkot odjeżdżającego land-rovera. 
Abu  trzymał  kierownicę  jedną  ręką,  drugą  zaś  przyciskał  szarfę  do  twarzy. 

Zabłąkana  kula,  jedna  z  tych,  którymi  zwiadowcy  odpowiedzieli  na  jego  strzał  w 
imbryk, przeorała mu policzek. Był na siebie wściekły. Zrobił coś, co nie było konieczne. 
Jego  strategia,  kiedy  strzelał  do  Achmeda  w  Hamie  i  teraz  do  tego  młodego  oficera, 
wydawała się słuszna: chciał im po prostu pokazać, że ma ich w garści. Jednak drugiego 
strzału  do  Bobby’ego  Hawka  nie  można  było  usprawiedliwić  odruchową  reakcją. 
Celował  powoli i przez chwilę nawet  się  wahał.  Potem górę wzięły  gniew  i  ból.  Mógł 
zastrzelić  Villiersa,  zostało  mu  jednak  dość  rozsądku,  by  tego  nie  robić.  Księżniczka 
powinna  go  zrozumieć.  Taką  przynajmniej  miał  nadzieję.  Zatrzymał  się  na  poboczu 
polnej drogi, otworzył apteczkę, znalazł w niej opatrunek z plastrem i założył na ranę. A 
potem ruszył dalej przez noc do Hazaru. 

Żołnierze  zapakowali  zwłoki  Bobby’ego  Hawka  do  czarnego  worka.  Villiers 

siedział przy ognisku i popijał whisky, którą trzymali w apteczce do celów medycznych. 
Pociągnął długi łyk i zapalił papierosa. 

Kiedy zapytał Kate Rashid, dlaczego Abu nie zastrzelił jego, odparła, że jest dla 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

niej  zbyt  ważny.  I  mówiła  to  serio.  A  on  nie  zastanowił  się  nad  tym  i  źle  zrozumiał 
księżniczkę. Postąpił beznadziejnie. Bobby Hawk zapłacił za to życiem. 

- Czy chce pan spojrzeć na chorążego, pułkowniku? - zapytał Achmed. 
- Tak, chcę. 
Villiers  stanął  nad  czarnym  workiem,  który  Beduini  rozsunęli  na  górze,  żeby 

mógł  zobaczyć  twarz  zabitego.  Oczy  Bobby’ego  były  zamknięte.  Wiedział,  że  w 
panującym w ciągu dnia skwarze ciało bardzo szybko ulegnie rozkładowi, i nie dawało 
mu  to  spokoju.  Nagle  przyszedł  mu  do  głowy  pewien  pomysł  i  odwrócił  się  do 
Achmeda. 

-  Zasuńcie  worek  i  przywiążcie  chorążego  do  maski,  tak  jak  to  zrobiliście 

wcześniej z Omarem. Za dziesięć minut ruszamy. Będziemy jechać do Hazaru nocą. 

- Wedle rozkazu, pułkowniku. 
Villiers usiadł, wyjął komórkę i wystukał numer Fergusona. 
- To znowu ja, Charles. Stało się coś złego. 
W  gabinecie generała  byli akurat  Hannah Bernstein i  Dillon. Ferguson podniósł 

dłoń i włączył głośnik podłączony do czerwonego telefonu. 

- Co takiego, Tony? 
Villiers opowiedział mu o śmierci Hawka. 
- Niewłaściwie oceniłem sytuację i chłopak zginął - dodał na koniec. 
- To nie jest twoja wina, Tony. To wina Kate Rashid. 
-  Będziesz  musiał  porozmawiać  z  dowódcą  pułku.  Bobby  ma  matkę,  która  jest 

wdową, a także dwie siostry na uniwersytecie. Trzeba je zawiadomić. 

- Myślę, że zajmie się tym dowództwo. 
- Wiesz, jak szybko rozkładają się tutaj zwłoki, Charles, więc chciałbym cię prosić 

o przysługę. 

- Słucham. 
- Gdybyś pchnął tu gulfstreama z Laceyem i Parrym i wy słał go z Farley w ciągu 

mniej  więcej  godziny,  dotarłby  do  Hazaru  po  jakichś  dziesięciu  godzinach.  Ja 
tymczasem zdobędę odpowiednią trumnę,  załatwię sprawy urzędowe i będzie  można 
zabrać ciało do Londynu. 

- Nie musisz o to prosić, Tony. - Ferguson dał znak Hannah. - Niech się pani tym 

natychmiast zajmie, pani nadkomisarz. - Bernstein pośpiesznie wyszła. - Coś jeszcze? - 
zapytał Ferguson. 

- Tak. Chcę, żebyś wiedział, że odtąd możesz na mnie liczyć. 
Coś się tam święci i uczynię wszystko co w mojej mocy, żeby się dowiedzieć, co 

to takiego. Postaram się pokrzyżować jej szyki. 

- Dobrze to wiedzieć. Zadzwonimy do ciebie, kiedy wylecą stąd Lacey i Parry. 
Villiers się rozłączył. Jego ludzie czekali. 
- W porządku, ruszamy - powiedział, po czym usiadł koło Achmeda i dał sygnał 

do odjazdu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Abu  dotarł  do  Rashid  Villa  o  piątej  rano.  Służący  poinformował  go,  że 

księżniczka  już  wstała  i  bierze  prysznic.  Potem  dał  Abu  kawy  i  poszedł  zameldować 
pani  o  jego  przybyciu.  Po  chwili  Kate  stanęła  u  szczytu  schodów  ubrana  w  domową 
szatę. Kiedy Abu się podniósł, na górze pojawił się też Rupert, w spodniach i koszulce 
khaki. 

Oboje zeszli po schodach. 
-  Paskudnie  wygląda  -  powiedziała  księżniczka,  wskazując  policzek  Beduina.  - 

Czy to coś poważnego? 

- Pocałowała mnie kula, nic więcej. 
- Jak to się stało? 
Abu wszystko jej opowiedział. 
- Przysporzyłem ci kłopotów, księżniczko. Pułkownik nie puści tego płazem. 
-  Co  się  stało,  już  się  nie  odstanie  -  rzekła  Kate,  marszcząc  czoło.  -  Ale  Villiers 

przyjedzie ze zwłokami prosto do Hazaru. 

Chcę,  żebyś  natychmiast  opuścił  pałac.  Zanim  wyjedziesz  z  miasta,  odwiedź 

doktora Yolpiego.  Kiedy opatrzy  ci  ranę, udasz się  do  Pustej Strefy,  do Shabwy,  i tam 
będziesz czekać na dalsze rozkazy. 

Pocałował podaną mu rękę, a potem wyszedł bez słowa. 
- I co teraz będzie? - zapytał Rupert. 
- Ubiorę się, ty się spakujesz i najszybciej, jak to możliwe, pojedziemy na lotnisko. 

Niech przed frontowymi drzwiami czeka na nas limuzyna - poleciła służącemu. 

- Po co ten pośpiech? - spytał Rupert, kiedy wchodzili z powrotem na górę. 
- Mam niedobre przeczucia co do Tony’ego Villiersa. 
Wolałabym się z nim teraz nie spotykać. 
- Co takiego? Żelazna dama się boi? 
- Idź do diabła, kochanie. 
Po  kwadransie  ponownie  zeszli  na  dół,  Rupert  z  dwiema  walizkami  w  rękach. 

Służący otworzył drzwi i kiedy znaleźli się na dworze, zobaczyli po drugiej stronie ulicy 
pięć  land-roverów,  w  których  siedzieli  zwiadowcy  Hazaru  z  gotowymi  do  strzału 
karabinami  maszynowymi.  Przy  pierwszym  land-roverze  stał  ze  skrzyżowanymi  na 
piersi rękoma Tony Villiers. 

Kate, po krótkim wahaniu, zeszła po schodach. Rupert podążył w ślad za nią. 
- Tony, cóż za niespodzianka... 
Villiers nie dał się wziąć pod włos. 
- Jestem pewien, że Abu dotarł tu przed nami - powie dział, wskazując worek z 

ciałem.  -  W  środku  jest  Bobby  Hawk.  -  Ale  tak  naprawdę  to  nie  jest  robota  Abu.  To 
twoja sprawka, Kate. 

- Czyżby? I co zamierzasz w związku z tym zrobić? 
- Wypowiadam ci wojnę na noże, Kate. To będzie dżihad. 
I mam zamiar przekraczać  granicę  Pustej  Strefy, kiedy  tylko przyjdzie mi  na to 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

ochota. 

- Będę tam na ciebie czekać. 
- To dobrze. A teraz wynoś się stąd, zanim cię osobiście zastrzelę. 
Kate zawahała się, a potem wsiedli razem z Rupertem do limuzyny i natychmiast 

ruszyli. Villiers odprowadził ich wzrokiem, po czym podszedł do Achmeda i wsiadł do 
pierwszego samochodu. 

-  A  teraz,  przyjacielu,  zawieź  mnie  do  przedsiębiorcy  pogrzebowego  - 

powiedział. 

Achmed wydał polecenie kierowcy i odjechali. 
W  gulfstreamie  Kate  siedziała  pogrążona  w  myślach,  a  Rupert  popijał  czarną 

kawę. 

- Niedobrze się stało - powiedział. - Abu okazał się zbyt gorliwy. 
- Tak, to wyprowadziło z równowagi Villiersa. Teraz nie będę mogła postąpić z 

nim tak, jak pierwotnie zamierzałam. 

- Kiedy przekroczy granicę Pustej Strefy? 
-  Owszem.  Będę  musiała  ogłosić  sezon  myśliwski  na  niego  i  na  wszystkich 

zwiadowców. 

-  Dlaczego  nie  dasz  im  po  prostu  do  zrozumienia,  że  powinni  opuścić 

pułkownika i rozpłynąć się w mroku nocy? 

W końcu należą do rodu Rashidów, a ty jesteś jego przywódczynią. 
- Nadal tego nie pojmujesz, Rupercie. Złożyli przysięgę. 
Należą do Tony’ego i jeśli będzie to konieczne, zginą razem z nim. 
- Do diabła, nigdy nie zrozumiem arabskiej duszy. 
- Już to mówiłeś. Porozmawiajmy teraz o czymś innym. 
Myślałam o najbliższej sobocie i o tym Dniu Wolności w Eu ropie. 
- No i co? 
-  Wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  się  z  tego  wycofać.  Teraz  jesteśmy  na 

cenzurowanym.  Musimy  zachowywać  pozory  i  udawać  organizację,  która  sprzeciwia 
się przemocy. Kiedy się zacznie zadyma, wykażemy się rozsądkiem. W związku z tym 
chciałabym,  żebyś  pojechał  do  Oksfordu  i  spotkał  się  z  profesorem  Percym.  Daj  mu 
jasno do zrozumienia, że nasza Fundacja Edukacyjna jest powołana wyłącznie po to, by 
dbać  o  wykształcenie  i  dobro  młodzieży,  że  zdecydowanie  występujemy  przeciwko 
wszelkiego rodzaju przemocy i że chcemy, aby powtórzył to studentom. 

- Wiesz, jacy oni są. I tak wezmą w tym udział. 
-  Ależ  oczywiście!  Chodzi  tylko  o  to,  żeby  zapamiętano,  że  my  byliśmy  temu 

przeciwni. Gdybyś miał z nim jakieś problemy, wspomnij mu, że wiem przypadkiem, iż 
w  rozliczeniach  Aktu  Walki  Klasowej  brakuje  mniej  więcej  pięć  dziesięciu  tysięcy 
funtów. Percy powinien to wyjaśnić. 

- Naprawdę myślisz, że będzie niezła zadyma? 
- Liczę na to, kochanie. I mam nadzieję, że weźmie w niej udział ta głupia koza, 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Helen  Quinn.  Przy  odrobinie  szczęścia  aresztują  ją.  Gazety  zrobią  wokół  tego  niezły 
szum: oto córka senatora okazała się rewolucjonistką. 

- Ty dziwko. Nie pominiesz żadnej okazji? 
- Oczywiście, kochanie. Pamiętaj tylko, żebyś ty tego nie robił. 
W sobotę rano Rupert pojawił się w Oksfordzie. Zajrzał do pubu Lion. W środku 

było pełno studentów. Percy czekał już nad kuflem piwa. Dauncey podszedł do niego. 

- Przyniosę sobie coś do picia - mruknął. 
Przecisnął się przez tłum i przy końcu kontuaru spostrzegł Helen Quinn i Alana 

Granta. Uśmiechnął się do nich i zamówił dużego jacka daniel’sa. 

- Cześć - zawołał. - Więc jednak weźmiecie udział w manifestacji? 
Grant przestał się uśmiechać. 
- A co to pana obchodzi? - zapytał agresywnym tonem. 
-  Zamknij  się,  Alan  -  powiedziała  Helen,  uśmiechając  się  do  Daunceya.  -  Tak, 

jedziemy tam autobusem. 

-  Wolałbym,  żebyście  sobie  odpuścili.  Może  się  tam  zrobić  nieprzyjemnie.  Im 

więcej o tym czytam, tym bardziej się boję, że dojdzie do dużej zadymy, a my po prostu 
nie możemy sobie na to pozwolić. 

Stojący  w  pobliżu  studenci  nadstawili  ucha.  Słowa  Ruperta  usłyszał  także 

profesor Percy. 

- Więc pan nie popiera naszej akcji? - zapytał Grant. 
-  Nie  popieram  zamieszek  i  nie  chcę,  żeby  policja  poroz  bijała  wam  głowy 

pałkami. 

- Obleciał  pana strach?  Pedały wszystkiego  się boją. Rupert  Dauncey. Cóż  to  w 

ogóle za nazwisko? 

Studenci się roześmieli. 
- Przestań, Alan - upomniała swego towarzysza Helen. 
Grant ją zignorował. 
- Tak się składa, że wiem. To pedalskie nazwisko. 
Rupert łagodnie się uśmiechnął. 
-  Skoro  pan  tak  uważa  -  powiedział,  po  czym  wziął  swoją  whisky  i  wrócił  do 

Percy’ego. 

- Bardzo pana za niego przepraszam - oświadczył profesor. 
-  Nic  się  nie  stało.  Jest  młody.  Ale  mówiłem  serio.  Myślę,  że  to  jest  zbyt 

niebezpieczne.  Chcę,  żeby  pan  wsiadł  do  autobusu  i  spróbował  wyperswadować  im 
wyjazd. 

- Mam wsiąść do autobusu? Mówiłem panu. Mam inne plany i... 
-  Niech  pan  o  nich  zapomni.  Proszę  mnie  posłuchać.  Księżniczka  i  Fundacja 

Rashidów, popierając Akt Walki Klasowej, działali w dobrej wierze. Podzielamy wasze 
poglądy, ale nie wierzymy w protesty przy użyciu siły. 

- Przecież nie mogę prowadzić ich za rączkę. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Wiem  o  tym.  Ale  może  im  pan  powiedzieć,  co o  tym  sądzi,  kiedy  wsiądą  do 

autobusu. 

- Nie, nie mogę... 
-  Profesorze...  -  Dauncey  przysunął  się  bliżej.  -  Bardzo  panu  zaufaliśmy.  I 

powierzyliśmy  dużą  sumę  pieniędzy.  Czy  nie  uważa  pan,  że  doszłoby  do  skandalu, 
gdyby  się  okazało,  że  na  koncie  Aktu  Walki  Klasowej  brakuje  pięćdziesięciu  tysięcy 
funtów? 

Percy wyraźnie się skurczył. 
- Nic o tym nie wiem - wyszeptał. 
- Nieprawda. Niech pan sobie wyobrazi pobyt w więzieniu w Wandsworth. Ktoś 

taki  jak  pan,  dzielący  prysznic  z  mordercami  i  różnymi  zboczeńcami.  Niezbyt 
przyjemny obrazek. 

Percy zrobił się blady jak ściana. 
- Na litość boską, nie. 
-  My  też  nie  chcemy,  żeby  doszło  do  skandalu.  Ucierpiała  by  na  tym  nasza 

reputacja. Pan ucierpiałby jednak o wiele bardziej, nieprawdaż? 

-  No  dobrze  -  jęknął  Percy.  -  Zrobię,  co  pan  chce.  Ale  oni  i  tak  pojadą,  bez 

względu na to, co powiem. 

- Wesprę  pana.  Może  mnie pan  przedstawić  jako reprezentanta fundacji.  Potem 

nikt nie będzie mógł powiedzieć, że nie zrobiliśmy wszystkiego, co było w naszej mocy. 
- Rupert omiótł wzrokiem salę i zobaczył, że Grant zmierza do męskiej toalety. - Zaraz 
wracam - powiedział. 

Kiedy  wszedł  do  ubikacji,  Grant  zbierał  się  już  do  wyjścia.  Poza  nimi  w 

pomieszczeniu  nie  było  nikogo.  Młodzieniec  odwrócił  się  w  jego  stronę,  zapinając 
rozporek. 

- Czego chcesz, cioto? 
Rupert  kopnął  go  w  prawą  piszczel,  a  potem  uderzył  w  brzuch.  Kiedy  Grant 

zgiął się wpół, Dauncey złapał go za lewy nadgarstek i wykręcił do tyłu rękę. 

- Chcesz, żebym ci ją złamał? 
Młody człowiek jęknął z bólu. 
- Nie, proszę, niech pan przestanie. 
Rupert  wykręcił  rękę  jeszcze  mocniej.  Grant  wrzasnął,  a  Ru  pert  odwrócił  go  i 

uderzył w twarz. 

-  Teraz  słuchaj,  co  ci  powiem.  Przypadkiem  wiem,  że  studiujesz  w  Oksfordzie 

tylko  dlatego,  że  wszystkie  twoje  wydatki  pokrywane  są  ze  specjalnego  stypendium. 
Wiesz, kto je wypłaca? Gadaj! 

Grant ponownie jęknął i potrząsnął głową. 
-  My.  Fundacja  Edukacyjna  Rashidów.  I  możemy  ci  je  odebrać  tak  szybko,  że 

nawet  się  nie  spostrzeżesz.  Zadrzyj  ze  mną  jeszcze  raz,  to  wylecisz  z  Oksfordu  i 
będziesz pracował w McDonaldzie. Jasne? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Jasne - odparł ze łzami w oczach Grant, masując rękę. 
Rupert zapalił papierosa. 
- Oto, co masz zrobić. 
Alan  Grant  sięgnął  do  kieszeni  po  serwetkę  i  jego  palce  dotknęły  specjalnego 

długopisu,  przysłanego  przez  brata.  Pod  wpływem  nagłego  impulsu  uruchomił 
nagrywanie. 

Rupert wyjął z kieszeni papierową torebkę. 
-  W  środku  są  trzy  czekoladki.  W  każdej  jest  tabletka  ecstasy.  Chcę,  żebyś  dał 

jedną swojej dziewczynie podczas demonstracji. 

- Dlaczego... dlaczego miałbym to zrobić? 
-  Ponieważ  jest  spora  szansa,  że  kiedy  zaczną  się  zamieszki,  zapudłuje  was 

policja. Fakt, że dziewczyna będzie naćpana, nie przysporzy popularności jej ojcu. 

- A  co będzie, jeśli nie dojdzie do skandalu?  Jeśli  Helen  weźmie  tabletkę, ale jej 

nie aresztują? 

- Poczekamy na następną okazję. Ty w każdym razie przypilnuj, żeby wsiadła z 

powrotem do autobusu. 

- Nie wracamy dziś wieczorem do Oksfordu. 
- A to dlaczego? 
-  Mój  brat  pracuje  w  Niemczech.  Ma  kawalerkę  w  Wajn  ping.  Powiedział,  że 

mogę tam spędzić weekend. 

- A ona się zgodziła? 
- Tak. 
Rupert potrząsnął głową. 
- Musi być nieźle napalona. Podaj mi adres. 
- Canal Street dziesięć. Tuż przy brzegu Tamizy. 
- Masz komórkę? 
- Nie, tylko telefon domowy. 
Rupert wyciągnął kalendarzyk i ołówek, a Grant podał mu swój numer. 
-  Dobrze.  Zaopiekuj  się  dziewczyną.  Odezwę  się  dzisiaj  wieczorem.  Pamiętaj, 

żeby dać jej tabletkę podczas demonstracji. I  pilnuj, żeby nie piła alkoholu. Chcę, żeby 
się naćpała, Grant, a nie pochorowała. Czy to jest jasne? 

Grant mruknął, że tak. 
- I jeśli szepniesz o tym komuś choć jedno słowo, będziesz tego gorzko żałował. 

Czy to też jest jasne? 

Grant kiwnął głową. 
- Dobrze. Teraz możesz odejść. 
Rupert  odczekał  chwilę,  po  czym  również  wyszedł  z  toalety.  Większość 

studentów opuściła pub, lecz Percy nadal siedział przy stoliku. 

- Chodźmy. Niech pan się zastanowi, co im powiedzieć - rzekł Rupert i ruszył w 

stronę wyjścia. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Autobus  czekał  na  nich  przed  budynkiem  college’u.  W  środku  było  około 

czterdziestu  osób.  Kilku  studentów  rozmawiało,  stojąc  na  chodniku.  Rupert  i  Percy 
wsiedli do środka. 

- Więc jednak pan z nami jedzie, profesorze? - zapytał ktoś. 
-  Tak,  wbrew  temu,  co  podpowiada  mi  rozsądek.  Uważam,  że  ta  cała  historia 

może się źle skończyć - powiedział Percy. 

- Niech pan się wypcha! - zawołał ktoś. 
-  Mówię  serio.  Akt  Wojny  Klasowej  nie  jest  organizacją  hołdującą  przemocy. 

Chodzi  nam  o  zmiany,  ale...  mamy  pokojowe  zamiary.  Obawiam  się,  że  popełniamy 
straszny błąd. Nie powinniśmy tam jechać, nikt z nas nie powinien tam jechać. 

Rupert wysunął się do przodu. 
-  Nazywam  się  Dauncey  i  reprezentuję  Fundację  Edukacyjną  Rashidów.  Być 

może niektórzy z was wiedzą, że sponsoruje ona Akt Wojny Klasowej. Nie pochwalamy 
jednak żadnego rodzaju przemocy, a możecie mi wierzyć, że dzisiaj będzie tam gorąco. 
Profesor  Percy  ma  rację:  to  słuszna  sprawa,  ale  niedobry  czas  i  miejsce.  Reakcja  była 
dokładnie taka, jak się spodziewał. 

- Na co jeszcze czekamy? - zaczęto wrzeszczeć z tyłu autobusu i Rupert wzruszył 

ramionami. 

- Pamiętajcie, że robicie to  na własną odpowiedzialność - powiedział i usadowił 

się obok Percy’ego. 

Helen siedziała po drugiej  stronie przejścia. Grant unikał jej wzroku i wyglądał 

przez okno. Dziewczyna się uśmiechnęła. 

- To bardzo ekscytujące, naprawdę - powiedziała do Ruperta. 
- Twoje pierwsze zamieszki? 
- Och, wszystko będzie dobrze. Jestem pewna, że nic mi się nie stanie. 
-  Miejmy  nadzieję,  że  się  nie  mylisz  -  odparł  Rupert  i  Helen  odwróciła  się  z 

zatroskaną twarzą. 

Pogrzeb  Bobby’ego  Hawka  wyznaczono  na  dziewiątą  rano.  Miał  się  odbyć  w 

małej  wiosce  Pool  Bridge  w  hrabstwie  Kent  godzinę  drogi  od  Londynu.  Ferguson 
pojechał  tam  w  towarzystwie  Dillona.  Nadal  utrzymywała  się  brzydka  marcowa 
pogoda i nic nie wskazywało na rychłe nadejście wiosny. 

Dillon zapalił papierosa i otworzył szybę ze swojej strony. 
- Miła okolica - powiedział. 
Jakby w odpowiedzi zaczął siąpić kapuśniaczek. 
- Zastanawiam się, co ona teraz knuje - mruknął Ferguson. 
- Nie mam pojęcia. Ale wydarzenia, do których doszło w Hazarze w ciągu kilku 

ostatnich dni, musiały dać jej do myślenia. 

- Masz jakieś wieści od Ropera? 
- Nie. Twierdzi, że sprawdził wszystkie dostępne tropy. Nie może włamać się do 

jej umysłu. Może tylko odkryć jakąś metodę w  jej postępowaniu, a to oznacza, że Kate 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

musi uczynić następny krok. 

- Wiem, co masz na myśli. 
- Tak czy inaczej, na wszelki wypadek umówiłem się z nim dzisiaj po południu. 
-  To  dobrze  -  rzekł  Ferguson  i  odchylił  się  do  tyłu.  -  Ciekawe,  jak  sobie  radzi 

Tony. 

-  Nie  powinna  była  wyprowadzać  go  z  równowagi  -  skomentował  Dillon.  -  To 

był z jej strony poważny błąd. Jeszcze tego pożałuje. 

-  Miejmy  taką  nadzieję  -  odparł  Ferguson  i w  tej  samej chwili  wjechali  do  Pool 

Bridge,  typowej  starej  angielskiej  wioski  z  małymi  domkami,  liczącym  kilkaset  lat 
kościołem, pubem i wiejskim hotelem w stylu georgiańskim. Przed kościołem stał rząd 
samochodów i Ferguson zaklął pod nosem. 

- Do diabła, jesteśmy spóźnieni. Chodźmy, Dillon - mruk nął, po czym wysiadł i 

ruszył szybko w stronę wielkich dębowych drzwi. 

Nabożeństwo  właśnie  się  zaczynało.  W  kościele  panował  taki  ścisk,  że  musieli 

stanąć  z  tyłu.  Widzieli  trumnę,  a  wyżej,  na  stopniach  ołtarza,  proboszcza  w 
liturgicznych szatach. Pani Hawk i jej dwie córki siedziały w  pierwszej ławce. Był tam 
także  dowódca  kawalerii  przybocznej  i  dowódca  królewskich  dragonów.  Jak  zwykle 
wspierali się wzajemnie w ciężkich chwilach. 

W  pewnym  momencie  pułkownik  kawalerii  wspiął  się  na  stopnie  ołtarza  i 

przedstawił  krótką  wojskową  karierę  Bobby’ego  Hawka.  Podkreślił,  że  chorąży  był 
wzorowym żołnierzem i odznaczał się licznymi zaletami charakteru. 

No tak, ale co z tego wszystkiego wynika, pytał się w duchu Dillon. Jaki był sens 

tego,  co  się  stało?  Chłopak  miał  zaledwie  dwadzieścia  dwa  lata.  Po  chwili  zagrały 
organy i zaintonowano hymny. 

Kiedy  stanęli  przy  grobie,  kapuśniaczek  przeszedł  w  rzęsistą  ulewę.  Przy 

Fergusonie pojawił się jego szofer i dyskretnie otworzył parasol. 

- Dlaczego na pogrzebach zawsze leje? - zapytał Dillon. 
- To należy chyba do tradycji - odparł Ferguson. 
Po kilkunastu minutach było po wszystkim. Tłum ruszył do wiejskiego hoteliku, 

gdzie  można  było  napić  się  wina  i  skorzystać  z  zimnego  bufetu.  Większość  ludzi 
najwyraźniej dobrze się znała. Dillon poprosił  jednego  z kelnerów, żeby  przyniósł  mu 
szklaneczkę bushmillsa, i stanął z boku. 

Pani Hawk podeszła do Fergusona i pocałowała go w policzek. 
- Cieszę się, że przyszedłeś, Charles. 
-  Dziwię  się,  że  w  ogóle  chcesz  ze  mną  rozmawiać.  Twój  syn  pracował  w 

pewnym sensie dla mnie. 

- Spełniał swój obowiązek, Charles, i tylko to się liczy. 
Pani  Hawk  oddaliła  się  i  do  Fergusona  podszedł  pułkownik  kawalerii 

przybocznej. 

-  Miło  cię  widzieć,  Charles.  To  fatalna  historia.  Tony  Villiers  stracił  tam  dwóch 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

chorążych. 

- Nie wydaje ci się, że trudno mu będzie znaleźć następcę młodego Hawka? 
- Nie, dopóki Sandhurst kończy nadal tylu młodych głupców. 
Pułkownik zerknął zaciekawiony na Dillona. 
- To Sean Dillon - przedstawił go generał. - Pracuje dla mnie. 
Pułkownik nie krył zdziwienia. 
-  Wielki  Boże,  ten  Sean  Dillon?  Próbowałem  pana złapać  w  South  Armagh,  tak 

dawno, że nie pamiętam już, w którym to było roku. 

- I chwała Bogu, że się panu nie udało, pułkowniku - odparł Dillon. - Spotkamy 

się przy samochodzie - powiedział do Fergusona. 

Kilka  minut  po  trzeciej  autobus zatrzymał  się  przy  Tamizie.  Studenci  dołączyli 

do tłumu podążającego Horse Guards Avenue w stronę Whitehall. Rupert i Percy szli za 
nimi, nieświadomie mijając skrzyżowanie, z którego podczas wojny w Zatoce bojownik 
IRA  o  nazwisku  Sean  Dillon  ostrzelał  z  moździerza  umieszczonego  w  białym  fordzie 
transicie siedzibę premiera przy Downing Street dziesięć. 

Po chwili usłyszeli potężny hałas  i gwar wielu  głosów. Kiedy skręcili za rogiem 

w  Whitehall,  zobaczyli,  że  cała  aleja  wypełniona  była  ludźmi.  Po  drugiej  stronie  stał 
rząd  policyjnych  pojazdów,  które  miały  nie  dopuścić  manifestantów  do  siedziby 
premiera. Policjanci byli w bojowym rynsztunku, niektórzy dosiadali koni. 

Tłum  posuwał  się  do  przodu  popychany  przez  tych,  którzy  przez  cały  czas 

napływali z innych ulic. Grupa z Oksfordu rozpadła się na kilka części. Helen Quinn i 
Alan Grant odłączyli się od Ruperta i Percy’ego. 

Z przodu pojawili się agresywni młodzi ludzie w kominiarkach. I w końcu stało 

się: w stronę policji poleciał koktajl Mołotowa, rozbił się o ziemię tuż przed kordonem i 
buchnął płomieniami. Po nim poleciał drugi i trzeci, i policjanci cofnęli się kilka jardów. 

Tłum  ryczał  groźnie,  kiedy  rzucano  kolejne  koktajle  Mołotowa.  Jednocześnie 

niektórzy studenci zdali sobie sprawę, że zaangażowali się w coś, co wyglądało gorzej, 
niż  się  spodziewali.  Część  odwróciła się  i  zaczęła  przepychać  do  tyłu.  W  tym  samym 
momencie zaszarżowała konna policja. 

Powitał ją grad pocisków, lecz policjanci nie zatrzymali się i wjechali w pierwsze 

szeregi. W powietrzu unosiły się i opadały pałki. Wybuchła totalna panika. Mężczyźni 
wrzeszczeli, kobiety piszczały. 

Henry Percy odwrócił się cały rozdygotany. 
- Nie mogę na to patrzeć. Muszę się stąd wydostać. 
Bez  względu  na  to,  jak  pouczające  było  to  doświadczenie,  Rupert  również  nie 

miał  już  zamiaru  uczestniczyć  w  manifestacji.  Podczas  podobnych  zajść  policja  nie 
zadaje pytań. Wystarczy sam fakt, że ktoś się tam znalazł. Rupert mógł  - tak jak inni - 
oberwać  pałką  w  głowę  i  wylądować  w  policyjnej  suce.  Nie  miał  na  to  najmniejszej 
ochoty. 

-  Niech  pan  nie  wpada  w  panikę  i  idzie  za mną  -  powiedział  do Percy’ego,  po 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

czym, przepychając się łokciami, ruszył z powrotem przez tłum. 

Wycofali się na Horse Guards Avenue i dołączyli do ludzi, którzy robili to samo 

co oni, na ogół biegiem. W końcu znaleźli się na bulwarze ciągnącym się wzdłuż Tamizy 
i dotarli do autobusu. Nie byli pierwsi; na miejscu zastali już kilka osób. 

Percy,  a  za  nim  Rupert  wsiedli  do  środka.  Wśród  studentów  były  dwie 

dziewczyny, które płakały. Chłopcy też nie mieli zbyt tęgich min. Percy usiadł i schował 
twarz w dłoniach. 

- Ostrzegałem was, ale  nie  chcieliście słuchać - powiedział głośno  Rupert.  - Bóg 

wie,  co  się  dzieje  z  resztą.  Ale  to  już  chyba  wasz  problem,  nieprawdaż?  -  dodał  i 
wysiadł. 

Idąc bulwarem w stronę Vauxhall Bridge, złapał taksówkę i kazał się zawieźć na 

South Audley Street. Kate powinna być zadowolona, że wszystko poszło po jej myśli. 

O  wpół  do  piątej  ludzie  nadal biegali  w  kółko  po  Whitehall  i  Alan  oraz  Helen, 

wraz  z  kilkoma  innymi  osobami,  musieli  schronić  się  w  bramie.  Nie  dał  jej  jeszcze 
narkotyków - nie było na to czasu. Poza tym zaprzątało  go  coś innego. Helen bała się, 
ale  była  jednocześnie  bardzo  podekscytowana.  Ściskała  Granta  za  ramię,  a  on  wyjął  z 
kieszeni  butelkę  wódki,  odkręcił  nakrętkę  i  pociągnął  długi  łyk.  Policja  przypuściła 
kolejną  konną  szarżę  i  dziewczyna  ścisnęła  go  jeszcze  mocniej.  Grant  poczuł,  że  ma 
erekcję.  Był  pewien,  że  dzisiaj  przeleci  Helen,  ale  na  wszelki  wypadek  wolał  to  sobie 
ułatwić. 

- Spokojnie - powiedział. - Masz, napij się. 
- Przecież wiesz, że lubię tylko białe wino. 
- Nie gadaj, to cię uspokoi. 
Helen  wzięła  niechętnie  butelkę  i  wypiła  łyk.  Miała  wrażenie,.  że  płoną  jej 

wnętrzności. 

- Boże, ale to mocne... 
- Nieprawda, to tylko tak smakuje. Wypij jeszcze. 
- Nie, Alan, naprawdę nie chcę. 
- Nie bądź głupia, lepiej się poczujesz. 
Posłuchała go. 
W  tłumie  rozległy  się  kolejne  okrzyki.  Policja  ruszyła  do  przodu,  torując  sobie 

drogę pałkami, i duże grupy ludzi rzuciły się do ucieczki. 

- Zjeżdżamy stąd - powiedział Grant, po czym złapał Helen za rękę i pociągnął za 

sobą przez tłum. 

Przedostali  się  na  Horse  Guard  Avenue  i  dotarli  do  bulwaru.  Autobus  stał  po 

drugiej stronie ulicy, czekając na niedobitków. 

- Może powinniśmy wrócić do Oksfordu - powiedziała Helen, czując, że kręci jej 

się w głowie. 

Grant objął ją ramieniem, dodając odwagi. 
- Daj  spokój, dziecinko,  wszystko  będzie dobrze. Zgadzam  się,  że  demonstracja 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

była do dupy, ale nie pozwólmy, żeby to nam popsuło weekend. 

- Dobrze - odparła dziewczyna, lecz w jej głosie za brzmiała niechęć. 
- Chodź,  pojedziemy do mnie - powiedział Grant i po  kilku  chwilach udało  mu 

się zatrzymać taksówkę. 

Przy South Audley Street Rupert Dauncey wyłączył nadawaną na żywo relację z 

zamieszek i odwrócił się do Kate. 

- Biegają jak przerażone króliki. 
- Ciekawe, co się stało z córką Quinna? 
- Zadzwonię do mieszkania, w którym zatrzymał się Grant, i sprawdzę. 
Rupert  wykręcił  numer, ale  po  drugiej  stronie  nikt  nie  odpowiadał.  Odkładając 

słuchawkę, spojrzał przez okno. Właśnie zapadał zmierzch. Dauncey czuł się nieswojo, 
choć sam nie wiedział dlaczego. 

-  Pojadę  chyba  na  Canal  Street  i  zobaczę,  czy  już  tam  są,  jeśli  nie  masz  nic 

przeciwko, wezmę twoje porsche. 

- No no, kochanie, traktujesz to bardzo osobiście. 
- Ja też cię kocham - odparł i wyszedł. 
W taksówce Grant przypomniał sobie o czekoladkach z ecstasy i jedną dał Helen. 

Wiedział, że jest już za późno, żeby coś wyszło z planu Daunceya, ale teraz dziewczyna 
powinna być  naprawdę chętna. Miał zamiar pieprzyć się z nią do rana. A swoją drogą 
olewał Daunceya. Ten głupi przemądrzały sukinsyn próbował go zastraszyć. Wcale się 
go  nie  bał:  miał  to  wszystko  na  taśmie!  A  w  drodze  do  autobusu  spotkał  znajomego, 
który  nie  szedł  na  demonstrację.  Nadarzyła  się  wyśmienita  okazja.  Grant  dał  mu 
długopis i poprosił, żeby włożył go do jego skrzynki pocztowej w Oksfordzie. Nie chciał 
ryzykować, że gdzieś go zgubi w trakcie miłosnych igraszek. 

Nie, panie Dauncey, pomyślał, uśmiechając się w duchu, zobaczymy jeszcze, kto 

tego gorzko pożałuje. 

W  domku  przy  Canal  Street  zaczął  się  zmagać  z  Helen  na  kanapie.  Była 

kompletnie pijana i nie chciała dać mu się pocałować. 

- Nie, Alan, strasznie się czuję. Pęka mi głowa. 
- Nic ci nie będzie. Zaraz wracam. 
Pobiegł  na  górę  do  łazienki,  drżąc  z  podniecenia.  Spryskał  twarz  wodą,  wytarł 

się,  uczesał  i  schodził  już  na  dół,  kiedy  usłyszał  nagle  jej  krzyk.  Zbiegł  po  schodach  i 
wpadł do salonu. 

Helen wiła się na kanapie, jej ciałem wstrząsały drgawki. 
- Co się stało? 
Przyłożył  jej  dłoń  do  twarzy:  była  gorąca;  zobaczył,  że  oczy  wychodzą 

dziewczynie  z  orbit,  a  na  ustach  pojawia  się  piana.  Wiedział,  że  niektórzy  ludzie  tak 
właśnie reagują na ecstasy. 

Nie  mógł  jej  tu  zostawić.  Wszyscy  widzieli  ich  razem.  Było  tylko  jedno 

rozwiązanie:  szpital  Świętego  Marka,  pół  mili  dalej  przy  High  Street.  Jeśli  ją  tam 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

zawiezie,  pomogą  jej.  Wybiegł  na  zewnątrz,  otworzył  garaż,  wsiadł  do  forda  escorta, 
który  należał  do  brata,  i  wyjechał  na  ulicę.  Następnie  wrócił  do  domu,  pomógł  Helen 
podnieść się z kanapy i zarzucił jej torebkę na szyję. Choć wydawało mu się to dziwne, 
była w stanie iść, powłócząc nogami. Wyprowadził ją i posadził z tyłu w escorcie. 

Rupert skręcił porschem w Canal Street i zauważył Granta, który pomagał Helen 

wyjść  z  domu.  Natychmiast  domyślił  się,  że  stało  się  coś  bardzo  złego.  Minął  ich, 
zawrócił, a potem ruszył w ślad za escortem. Po kilku minutach podjechali pod szpital. 

Rupert  skręcił  za  nimi  na  główny  parking  i  ich  obserwował.  Teraz  Helen 

naprawdę  cierpiała:  stąpała niczym zombie, kiedy Grant prowadził  ją  na izbę  przyjęć. 
Rupert wysiadł z samochodu i ruszył za nimi. 

W środku panował typowy dla angielskiej państwowej służby zdrowia harmider: 

wszystkie krzesła były zajęte, część ludzi stała pod ścianami. Rupert zatrzymał się przy 
wejściu. Grant rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, co robić. Helen nagle krzyknęła i 
zaczęła  się  z  nim  szarpać.  Nie  mógł  jej  utrzymać  i  upadła  na  podłogę.  Kilka  osób 
zerwało się z krzeseł. 

Pielęgniarka,  która  właśnie  przechodziła,  podbiegła  do  dziewczyny  i  przy  niej 

uklękła. Wokół ust Helen było teraz mnóstwo piany. 

Pielęgniarka spojrzała na Granta. 
- Co się stało? 
Spanikowany chłopak zaczął łgać w żywe oczy. 
-  Nie  mam  pojęcia.  Przechodziłem  tędy.  Dziewczyna  wyraźnie  źle  się  czuła  i 

próbowała  wejść  po  schodach.  Pomyślałem,  że  wzięła  jakieś  narkotyki.  Po  prostu 
pomogłem jej wejść. 

- Nagły wypadek! - zawołała pielęgniarka do swoich za biurkiem. 
Kiedy podbiegli do  niej kolejna  pielęgniarka  i  pielęgniarz,  Helen  zaczęła  bębnić 

piętami  o  podłogę.  Jej  ciało  zadygotało,  a  później  dziewczyna  znieruchomiała. 
Pielęgniarka sprawdziła jej puls i podniosła wzrok. 

- Nie żyje - powiedziała. 
- Ona nie może umrzeć... - odezwał się głupio Grant. 
Pielęgniarz objął go ramieniem. 
- Jest martwa, synu. 
- O mój Boże! 
Chłopak odwrócił się i wybiegł, a Rupert podążył w ślad za nim. 
Grant odchodził od zmysłów. Nie wiedział, co robić. Kiedy wrócił do domu przy 

Canal  Street,  było  już  prawie  ciemno.  Zaparkował  escorta,  odnalazł  piersiówkę  z 
wódką, usiadł przy stole w kuchni i zaczął pociągać szybko łyk za łykiem. Kiedy rozległ 
się dzwonek do frontowych drzwi, był kompletnie pijany. Zignorował go, lecz dzwonek 
brzęczał dalej. Wściekły podszedł do drzwi i otworzył je, słaniając się na nogach. 

Rupert wszedł do środka. 
-  Byłem  tu  już  wcześniej,  jechałem  za  wami  do  szpitala.  -  Odwrócił  Granta  i 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

popchnął go do kuchni. - Widziałem, co się stało. Helen nie żyje. 

- Nie mam z tym nic wspólnego. 
-  Wprost  przeciwnie,  to  twoja  sprawka.  -  Rupert  wyjął  kolta  kaliber.25  z 

wewnętrznej kieszeni, złapał chłopaka za krawat i przystawił mu lufę do skroni. - Dałeś 
jej ta bletkę? 

Grant trząsł się jak osika, zarówno ze strachu, jak z przepicia. 
-  Tak  jak  kazałeś.  W  ogóle  tego  nie  rozumiem.  Sam  brałem  ecstasy  i  nigdy  nie 

było problemów. 

- Niektórzy ludzie tak mają. To coś w rodzaju alergii - mruknął Rupert, a potem 

baczniej  mu  się  przyjrzał.  -  Ale  nie  to  było  przyczyną  jej  śmierci,  prawda?  Jesteś 
kompletnie  pijany, Grant. - Zobaczył stojącą na  stole  pustą  butelkę.  -  Dałeś jej wódkę, 
tak?  Upiłeś  ją,  a  potem  dałeś  jej  narkotyki,  mimo  że  wyraźnie  mówiłem,  żebyś  nie 
mieszał jednego z drugim. Tym razem naprawdę skopałeś sprawę. 

Grant zaczął płakać. 
-  Wcale  tego  nie  chciałem.  Sama  zabrała  mi  butelkę.  Nie  mogłem  jej 

powstrzymać. A swoją drogą, to ty dałeś mi ecstasy. 

Jesteś tak samo winny jak ja. 
Ta  wymówka  wydała  się  Rupertowi  bezdennie  głupia.  Chwycił  chłopaka  za 

kołnierz. 

- Wiesz co, Alan? Masz rację. Ale nie wyglądasz najlepiej. 
Potrzebujesz  chyba  trochę  świeżego  powietrza  -  powiedział  i  ruszył  z  nim  ku 

frontowym drzwiom. 

- Co to za nabrzeże? - zapytał. 
- Canal Wharf. 
- Dlaczego inne domy są zabite deskami? 
-  Zaczynają  przebudowę.  Wszyscy  oprócz  mojego  brata  już  się  wyprowadzili. 

Rada miejska da mu inny lokal, kiedy wróci z Niemiec. 

Było  prawie  zupełnie  ciemno.  Minęli  pojedynczą  uliczną  latarnię  i  skręcili  na 

nabrzeże.  Po  drugiej  stronie  rzeki  paliły  się  światła,  środkiem  płynął  wycieczkowy 
statek, a po wodzie niosły się dźwięki muzyki. 

Grant oparł się o balustradę i nagle wpadł w ckliwy nastrój. 
-  Bawiłem  się  tu,  kiedy  byłem  dzieckiem.  Podczas  odpływu  odsłania  się  cała 

łacha  piasku.  Wszyscy  moi  koledzy  pływali,  a  ja  nie.  Nigdy  nie  miałem  do  tego 
smykałki. 

- To dobrze - rzekł Rupert. 
Stanął za Grantem i z całej siły go popchnął. Chłopak wrzasnął i runął w dół. 
Po chwili wypłynął, młócąc wściekle rękoma. 
- Pomocy! - zawołał i poszedł na dno. 
Wszystko wskazywało na to, że utonął, ale on wynurzył  się jeszcze raz, o wiele 

bardziej osłabiony. Rupert spojrzał w dół. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Dobrze się czujesz, przyjacielu? - Rozległ się cichy charkot i Grant zanurzył się 

po raz ostatni. - Tak, teraz chyba dobrze. Była taką miłą dziewczyną - dodał, potrząsając 
głową. - Nie powinieneś był tego robić. 

Odwrócił się i ruszył do swojego porsche. 
Na  South  Audley  Street  Kate  Rashid  siedziała  przy  kominku;  jakby  nic  się  nie 

wydarzyło. 

- No i jak, znalazłeś ich? 
Rupert  nie  sięgnął  po  drinka,  ale  otworzył  drzwi  na  mały  taras  i  zapalił 

papierosa. 

- Kiedyś w przypływie entuzjazmu powiedziałem chyba, że zrobiłbym dla ciebie 

wszystko. Mógłbym nawet zabić człowieka. 

- Pamiętam, kochanie. 
- Cóż, właśnie to zrobiłem. 
Na chwilę oniemiała, a potem na jej ustach pojawił się uśmiech. 
- Co się stało? - zapytała, i Rupert o wszystkim jej opowiedział. 
Siostra  dyżurna  w  szpitalu  Świętego  Marka  przejrzała  torebkę  Helen  Quinn  i 

znalazła  kilka  przedmiotów,  które  pozwoliły  ustalić  tożsamość  zmarłej  -  przede 
wszystkim  amerykański  paszport,  a  także  legitymację  Oksfordzkiego  Związku 
Studentów oraz kolegium St Hughes. 

Badanie  krwi  wykazało  obecność  nie  tylko  alkoholu,  lecz  również  ecstasy. 

Zgodnie z procedurą dyrekcja szpitala zawiadomiła policję, a następnie skontaktowała 
się telefonicznie z dyrektorem kolegium St Hughes.  Dyrektor przeprowadził Prywatne 
dochodzenie  wśród  studentów  mieszkających  w  akademiku  i  odkrył,  że  część  z  nich 
była w autobusie razem z Helen i Alanem Grantem. Następnie zadzwonił do ambasady 
amerykańskiej.  Ze  względu  na  pozycję  zajmowaną  przez  Daniela  Quinna  ambasador 
Stanów  Zjednoczonych  był  zmuszony  zawiadomić  o  całym  zdarzeniu  prezydenta 
Cazaleta. 

Jake  Cazalet  przebywał  akurat  w  Gabinecie  Owalnym.  Wstrząśnięty  wysłuchał 

wiadomości,  po  czym  zadzwonił  do  Piwnicy  do  Blake’a  Johnsona  i  kazał  mu 
natychmiast przyjść na górę. 

Blake pojawił się bez marynarki, z plikiem papierów w ręku. 
- Zabrałem dla ciebie przy okazji parę rzeczy. 
- Odłóż to - powiedział Cazalet i przekazał mu złe wieści. 
Blake osłupiał. 
- Nie mogę w to uwierzyć, zwłaszcza w informację o narkotykach. Wielokrotnie 

spotykałem się z Helen. Nie była tego rodzaju dziewczyną. 

-  Trudno  mi  coś  powiedzieć.  Kto  wie,  co  się  dzieje,  kiedy  popuści  się  cugle 

studentom. - Cazalet westchnął. - Narkotyki to przekleństwo dzisiejszego świata. Gdzie 
jest teraz Daniel? 

-  Jest  w  wielonarodowym  sektorze  w  Kosowie.  Odezwał  się  wczoraj  z 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

miejscowości o nazwie Prizren. Byłeś zajęty, dlatego sam z nim rozmawiałem. 

- Co on tam robi w tym Prizrenie? 
- Znowu wybuchły tam walki. Albańczycy wpadli w zasadzkę zastawioną przez 

Serbów czy coś w tym rodzaju. 

- Sam mu o tym powiem. Tyle przynajmniej mogę zrobić. 
- Dzięki Bogu, że mnie o to nie prosisz - powiedział Blake. - Co teraz zrobimy? 
-  Daniel  będzie  na  pewno  chciał  jak  najprędzej  znaleźć  się  w  Londynie.  Jak 

szybko można to załatwić, gdy się korzysta z prezydenckich prerogatyw? 

-  Quinn  poleci  helikopterem  z  Prizren  do  Pristiny.  Stamtąd  bezpośrednio  do 

Anglii. Powinienem to załatwić w ciągu godziny. 

- Więc zrób to. Ale najpierw połącz mnie z nim. 
Quinn  przebywał  na  obrzeżach  Prizrenu  wraz  z  wchodzącym  w  skład  sił 

wielonarodowych  oddziałem  francuskich  spadochroniarzy.  Zginęło  czterech  Serbów  i 
zapakowani w worki czekali teraz na wiejskim placyku na helikopter. 

Jeden z Francuzów dał Quinnowi filiżankę kawy. Ich kapitan, młody człowiek o 

imieniu Michel, rozmawiał przez komórkę. Kiedy Quinn popijał kawę, zadzwonił jego 
własny telefon. 

- Daniel? Tu Jake Cazalet. 
Senator był bardzo zaskoczony. 
- Czym mogę służyć, panie prezydencie? 
Cazalet się zawahał. 
- Co teraz robisz? 
-  Kryję  się  przed  ulewą  na  jakimś  zadupiu  niedaleko  Prizrenu.  Jestem  z 

Francuzami. Mamy tu paru martwych Serbów, którzy czekają na transport, i zaraz  ma 
przylecieć helikopter. 

O co chodzi, panie prezydencie? 
- Mam dla ciebie tragiczną wiadomość, Danielu. 
-  Co  się  stało,  panie  prezydencie?  -  zapytał  Quinn  i  Ca  zalet  wszystko  mu 

opowiedział. 

Po  krótkiej  chwili  senator  wyłączył  telefon,  doznając  uczucia,  jakiego  nie 

doświadczył nigdy wcześniej. Michel schował swoją komórkę i do niego podszedł. 

-  Hej,  mon  ami,  właśnie  się  dowiedziałem,  że  skierowali  tutaj  inny  helikopter 

specjalnie po ciebie. Zabierają cię do Pristiny. Naprawdę musisz być ważną szychą. 

- Nie, to sprawa osobista. - Quinn spojrzał na Francuza, prawie go  nie widząc. - 

Chodzi o moją córkę, Helen. Właśnie się dowiedziałem, że nie żyje. 

- Mon Dieu - jęknął Michel. 
- Ona miała dwadzieścia dwa lata, Michel. Kto umiera w takim wieku? 
Quinn schował twarz w dłoniach i zapłakał. Michel strzelił palcami do sierżanta, 

który podał mu piersiówkę koniaku. Kapitan odkręcił nakrętkę. 

-  Lepiej  pociągnij  duży  łyk,  mon  ami,  a  potem  jeszcze  jeden,  jeśli  tego 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

potrzebujesz. Nie musisz się śpieszyć. 

Z oddali dobiegł ich warkot helikoptera. - Już po ciebie lecą. 
Prezydent  postanowił  porozmawiać  z  sekretarzem  ambasady  w  Londynie. 

Urzędnik czuł się zaszczycony. Rozmowie przysłuchiwał się Blake. 

-  Znasz  Londyn  od  podszewki,  a  poza  tym  jesteś  adwokatem,  Frobisher  - 

powiedział Cazalet. - Zapoznałeś się ze sprawą. Jak zostanie załatwiona? 

- Zajmie się nią policja. Po pierwsze z powodu narkotyków, panie prezydencie, a 

także  dlatego,  że  młody  człowiek,  który  przywiózł  dziewczynę,  zbiegł.  Ktoś  jednak 
zapisał numery rejestracyjne jego samochodu. Pielęgniarka, która za nim wy biegła. 

- Więc policja go dopadnie? 
-  Oczywiście.  Na  podstawie  numeru  rejestracyjnego  ustali  się  adres  właściciela 

pojazdu. 

- A potem co? 
- Odbędzie się sekcja zwłok, a po niej śledztwo koronera. 
Dopiero wtedy ciało zostanie wydane rodzinie. 
-  W  porządku  -  mruknął  Cazalet.  -  Postarałem  się,  żeby  senator  Quinn  jak 

najszybciej  dotarł  do  Zjednoczonego  Królestwa.  Blake  Johnson  będzie  się  z  tobą  w  tej 
sprawie stale kontaktował. Senatorowi należy okazać specjalne względy. 

Gdyby  pojawiły  się  jakieś  problemy  z  brytyjską  policją  albo  sądami,  użyj 

wszelkich wpływów, jakimi dysponuje ambasada. 

- Wedle rozkazu, panie prezydencie. 
- Doskonale. Wiem, że dasz z siebie wszystko. 
- Oczywiście, panie prezydencie. 
- Cześć, Mark. Mówi Blake - włączył się do rozmowy Johnson. - Zawiadomię cię, 

gdzie i kiedy ląduje senator, postaraj się kogoś po niego wysłać. 

- Osobiście po niego wyjadę. Możesz na mnie polegać, Blake. 
Rozmowa  została  zakończona  i  pogrążony  w  zadumie  Cazalet  zaczął  bębnić 

palcami w biurko. 

- Słuchaj, bez  względu  na to, jakie  wpływy ma Frobisher,  wydaje  mi  się, że  nie 

zdoła załatwić wszystkiego. To inny kraj, inne procedury policyjne, inny system prawny 
- powiedział prezydent. 

- Więc co proponujesz? 
- Moim zdaniem, potrzebny jest Charles Ferguson. 
- Natychmiast z nim porozmawiam. 
Dowiedziawszy  się  o  śmierci  Helen  Quinn,  Henry  Percy  wpadł  w  panikę. 

Zarzuty  Daunceya  dotyczące defraudacji  były  uzasadnione.  Sumy,  które  przechodziły 
przez  ręce  profesora,  przyprawiały  go  o  zawrót  głowy  i  w  końcu  uległ  pokusie.  Parę 
tysięcy tu, parę tysięcy tam. Kto to zauważy? Wiedział jednak, że będzie musiał wypić 
piwo, którego nawarzył. A teraz jeszcze to. 

Zatelefonował do Londynu do Ruperta Daunceya. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Chwała Bogu, że pana zastałem. Wydarzyło się coś strasznego. 
- Co takiego? - zapytał Dauncey, udając, że o niczym nie wie. 
Percy wszystko mu opowiedział. 
- Taka miła dziewczyna - dodał na koniec. - Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, 

że zażywała  narkotyki.  Martwię się  także o dobre  imię  naszej  organizacji.  Te  straszne 
zamieszki, cała ta przemoc... 

- Tak, mnóstwo naszych starań  poszło  na marne - zgodził się Rupert. - Ale nikt 

nie  może  o  to  winić  fundacji,  profesorze.  Zachował  się  pan  bardzo  odpowiedzialnie, 
ostrzegając studentów w autobusie i starając się wyperswadować im ten wyjazd. 

- To prawda. - Percy się zawahał. - Pan oczywiście zrobił to samo. Nikt nie mógł 

uczynić nic więcej. 

- Owszem i jeśli ktoś będzie o to pytał podczas śledztwa, wszyscy studenci będą 

musieli potwierdzić to, co obaj powie dzieliśmy. 

Percy poczuł się nagle o wiele raźniej. 
-  Ma  pan  moje  osobiste  poparcie  -  oznajmił  Rupert.  -  Co  do  tej  innej  sprawy, 

rozmawiałem  z  księżniczką.  Jej  zdaniem,  jest  możliwe,  że  pańska  pomyłka  nie  była 
umyślna. 

- To bardzo miło z jej strony. - Percy nie posiadał się z radości. 
-  Jeszcze  się  z  panem  skontaktuję  -  powiedział  z  uśmiechem  Rupert  i  odłożył 

słuchawkę. 

Przy domu na Canal Street zatrzymał się policyjny samochód. Wysiadło z niego 

dwoje  konstablów,  mężczyzna  i  kobieta.  Zajrzeli  do  escorta  i  znaleźli  w  środku 
kluczyki. 

- Trochę to nieostrożne w dzisiejszych czasach - powie działa policjantka. 
-  Tak  czy  inaczej,  to  nasz  samochód  -  odparł  jej  kolega,  sprawdzając  numery 

rejestracyjne. 

Podeszli  do  drzwi.  W  przedpokoju  widać  było  przyćmione  światło.  Ponieważ 

nikt  nie  otwierał,  przeszli  wąską  alejką  na  tyły  domu  i  odkryli,  że  pali  się  lampa  w 
kuchni. Policjant nacisnął klamkę, lecz kuchenne drzwi były zamknięte na klucz. 

W  tym  samym  czasie  dwaj  młodzi  ludzie  wyszli  zza  rogu  na  nabrzeże  i 

zatrzymali się przy balustradzie, żeby oddać mocz-Spojrzeli w dół, gdzie właśnie zaczął 
się odpływ, i zauważyli wystające z wody ciało Alana Granta. 

- Jezu Chryste - jęknął jeden z nich. 
Po  chwili  chłopak  zobaczył  dwoje  konstablów,  którzy  właśnie  wracali  do 

swojego samochodu. 

- Chodźcie tutaj - zawołał. - Na plaży leżą zwłoki. Policjanci pobiegli w ich stronę. 
W  Pristinie  pierwszym odlatującym do Londynu samolotem  był  hercules wojsk 

transportowych  RAF-u.  Wieści  szybko  się  rozeszły;  członkowie  załogi  byli  przybici, 
starali  się  jednak  spełnić  wszelkie  życzenia  Quinna.  Senator  zachował  dość  rozsądku, 
żeby coś zjeść, i wypił dwie kawy, do których opiekujący się nim sierżant RAF-u dolał 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

po kapce brandy. 

Po  jakimś  czasie  przyszedł  do  niego  kapitan,  wyglądający  absurdalnie  młodo 

mimo swojego munduru majora sił powietrznych. 

- Strasznie mi przykro z powodu śmierci pańskiej córki. 
To  wielka  strata...  Proszę  się  nie  krępować,  gdyby  pan  czegokolwiek 

potrzebował. 

- To miło z pańskiej strony. 
Quinn zapalił papierosa i się zamyślił. ”To wielka strata... ”. Jak trafne wydawały 

się  te  słowa  i  jakże  bolesne.  Śmierć  była  czymś  ostatecznym;  przekonał  się  o  tym  za 
młodu w wietnamskim piekle. 

Czy  rzeczywiście  cała  ta  przeklęta  sprawa  może  mieć  coś  wspólnego  z 

narkotykami?  Ta  myśl  nie  dawała  mu  spokoju.  Nie,  niemożliwe!  To  nie  pasowało  do 
Helen, którą znał i kochał. 

Po  jakimś  czasie  odchylił  się  do  tyłu  w  płóciennym  fotelu,  wyciągnął  nogi  i 

wyczerpany zasnął ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. 

Nazajutrz  rano,  kiedy  Charles  Ferguson  siedział  przy  kominku  w  swoim 

mieszkaniu przy Cavendish Place, zajadając ze smakiem śniadanie, zadzwonił do niego 
Blake Johnson. Ferguson wysłuchał go z posępną miną. 

- To fatalna wiadomość, Blake. Co mam zrobić? 
-  Daniel  Quinn  będzie  chciał  poznać  odpowiedź  na  kilka  pytań.  Prezydent 

uważa, że możesz mu pomóc. 

-  A  więc  nie  wierzysz  w  najbardziej  oczywiste  wyjaśnienie:  młoda  kobieta 

pozbawiona opieki, za dużo alkoholu i ecstasy? 

- Nie. I moim zdaniem Danielowi też trudno będzie w to uwierzyć. Zróbcie, co w 

waszej  mocy,  Charles.  Hannah  jest  w  stanie  pomóc  mu  w  kontaktach  ze  Scotland 
Yardem i koronerem. Dillon też jest czasami bardzo kreatywny. 

-  Ujmujesz  to  w  dość  nietypowy  sposób,  ale  owszem,  postaramy  się  pomóc. 

Zostaw  to  mnie,  Blake  -  powiedział  Ferguson  i  zadzwonił  do  Hannah  ze  swojej 
komórki.  Nadkomisarz  Bernstein  była  w  drodze  do  biura.  -  Posłuchaj  uważnie  - 
oznajmił i opowiedział jej, co się wydarzyło. 

- To straszne - Hannah była wstrząśnięta. - Co powinnam zrobić? - zapytała. 
-  Porozmawiaj  ze  swoimi  znajomymi  z  Wydziału  Specjalnego.  Użyj  swoich 

wpływów. Dowiedz się, co robi policja i czy już coś mają. 

- Tak jest, generale. 
Ferguson  rozłączył  się  i  wykręcił  numer  Dillona,  który  -  w  czarnym  dresie  i  z 

ręcznikiem  na  szyi  -  biegał  właśnie  po  ulicach  sąsiadujących  ze  Stable  Mews.  Słysząc 
dzwonek, zwolnił i wyjął telefon z kieszeni. 

- Gdzie jesteś? - zapytał Ferguson. 
- Na porannej przebieżce. A ty? 
- W domu. Chcę, żebyś złożył wizytę Roperowi. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Dlaczego? - zapytał Dillon i Ferguson przedstawił mu sytuację. 
W  domu  przy  Regency  Square  zadźwięczał  elektroniczny  zamek,  drzwi  się 

otworzyły i Dillon wszedł do środka. Rupert, który siedział w swoim wózku, pracując 
przy komputerze, odwrócił się w jego stronę. 

- Domyślam się, że czegoś chcesz. 
- Nie mylisz się. Helen Quinn, córka Daniela, nie żyje. 
Podobno  ma  to  jakiś  związek  z  narkotykami.  Zeszłej  nocy  przywieziono  ją  na 

izbę przyjęć w szpitalu Świętego Marka i tam zmarła. 

- O rany. - Roper zaczął stukać w klawisze komputera i szybko trafił na właściwe 

informacje. - Helen Quinn, lat dwadzieścia dwa, obywatelka amerykańska, zamieszkała 
w  kolegium  St  Hughes  w  Oksfordzie.  Wstępne  wyniki  badania  krwi  wykazały  dużą 
obecność alkoholu i ślady ecstasy. O dwunastej robią sekcję zwłok. 

- Niech to wszyscy diabli! - zaklął Dillon.  -  A więc to prawda. Jej ojcu to się nie 

spodoba. Co jeszcze znalazłeś? 

- Mogę sprawdzić jej dane osobowe w Oksfordzie. 
- Zrób to. 
Dillon zapalił papierosa, a Roper dalej stukał w klawisze. 
- Proszę bardzo.  Studiowała  nauki  polityczne,  filozofię  i  ekonomię. Należała do 

Związku Oksfordzkiego, Towarzystwa Muzycznego oraz do Oksfordzkich Warsztatów 
Literackich.  -  Major  zmarszczył  nagle  czoło.  -  Niech  mnie  kule.  W  Oksfordzie  działa 
oddział Aktu Walki Klasowej. Helen była jego członkiem. 

- Helen była członkiem Aktu Walki Klasowej? 
-  Zobaczę,  czy  mają  swoją  stronę  w  Internecie.  Owszem,  mają.  Teraz  wiemy, 

dlaczego dziewczyna była wczoraj w Londynie. Pojechali na tę nieudaną manifestację z 
okazji Dnia Wolności. 

- To jasne - mruknął Dillon. 
Roper odchylił się do tyłu. 
- No  tak. Nie  uważasz,  że  to zabawne?  Daniel Quinn  ma  haka na Kate Rashid. 

Rashidowie  mają  kilka  kontrowersyjnych  organizacji.  Jedną  z  nich  jest  Akt  Walki 
Klasowej, i zgadnij, kto do niej należy? Córka Daniela Quinna. 

- Sugerujesz, że Kate Rashid ma coś wspólnego ze śmiercią dziewczyny? 
- Nie, ale zobacz, jaki to zbieg okoliczności. A ja nie znoszę zbiegów okoliczności. 

Lubię, jak w życiu jest porządek. 

Dwa plus dwa musi zawsze równać się cztery. 
- I co ja słyszę? Przecież przez siedem godzin rozbrajałeś największą bombę, jaką 

kiedykolwiek  skonstruowała  IRA,  a  potem  wylądowałeś  na  wózku  inwalidzkim 
właściwie z powodu petardy. 

- No cóż - wzruszył ramionami Roper. - Czasami dwa  plus dwa równa się pięć. 

Potrzebujesz czegoś jeszcze? 

- Wyników tej sekcji najszybciej, jak się da. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- W porządku. Chcesz, żebym sprawdził, co zamierza policja? 
-  Zajęła  się  tym  Hannah,  ale  nie  zaszkodzi,  jeśli  ty  też  spróbujesz  się  czegoś 

dowiedzieć. Daj mi znać, kiedy na coś trafisz. 

Dillon  wyszedł,  a  Roper  włamał  się  do  głównego  archiwum  Scotland  Yardu. 

Zbadał, co tam mają, i zmarszczył czoło. 

Równolegle ze sprawą Helen Quinn prowadzone było śledztwo dotyczące Alana 

Granta, zamieszkałego przy Canal Street w Wapping. Chłopak przywiózł ponoć Helen 
do szpitala, a następnie utonął. Roper  przez moment się zastanawiał. Nazwisko Alana 
Granta było mu znane i po chwili przypomniał sobie, gdzie je niedawno widział. Wrócił 
na stronę Aktu Walki Klasowej. Oczywiście, Alan był studentem drugiego roku fizyki w 
Oksfordzie. 

Kolejny dziwny zbieg okoliczności... Roper westchnął i zadzwonił do Fergusona. 
W  apartamencie  przy  Cavendish  Place  Dillon  wyjrzał  przez  wysokie  okna  w 

bawialni, a potem odwrócił się do Fergusona, który siedział przy kominku. 

-  A  więc  wiemy,  dlaczego  pojechała  do  Londynu,  i  że  Grant  zawiózł  ją  do 

szpitala, dał drapaka i utopił się w rzece. 

- Mam coś jeszcze - oznajmiła Hannah Bernstein, wbiegając do bawialni. - Oboje, 

Helen  Quinn  i  Alan  Grant,  pojechali  do  Londynu  specjalnym  autobusem  wynajętym 
przez  profesora  o  nazwisku  Henry  Percy.  Zgadnijcie,  kto  wybrał  się  razem  z  nimi  na 
wycieczkę. 

- Kto? - zapytał słodkim głosem Ferguson. 
- Rupert Dauncey. Uwierzycie? 
Dillon roześmiał się zgryźliwie. 
- Co on tam, do licha, robił? - mruknął Ferguson. 
-  Percy  złożył  w  Scotland  Yardzie  coś,  co  można  określić  mianem  szczerego  i 

wyczerpującego  zeznania.  Jak  wiemy,  Rashidowie  sponsorują  Akt  Walki  Klasowej,  a 
Dauncey przy jechał, żeby przestrzec studentów przed niebezpieczeństwem. 

Nie chciał, żeby wzięli udział w demonstracji. Obaj, Percy i Dauncey, przemówili 

w autobusie do młodzieży, zwracając jej uwagę na zagrożenia. 

- Czy Dauncey w końcu z nimi pojechał? 
- Razem z Percym, ale zmyli się, kiedy tylko  zrobiło się gorąco. Percy wrócił do 

autobusu, a Dauncey oświadczył, że idzie do domu. 

- Zjawiając się w Oksfordzie, postąpił bardzo sprytnie - powiedział Dillon. 
-  Jest  jeszcze  coś  -  dodała  Hannah  Bernstein.  -  To  właśnie  Percy  przedstawił 

Daunceya  Helen  Quinn.  Dauncey  napomknął,  że  chce  poznać  rodaczkę  z  Ameryki. 
Percy twierdzi, że słyszał, jak tamten odradzał jej wyjazd na demonstrację. 

Jednak  chłopak  Helen,  ten  Alan  Grant,  wyśmiał  Daunceya  w  obecności  innych 

studentów.  W  końcu  tam  pojechali,  lecz  w  trakcie  demonstracji  się  rozdzielili.  Wtedy 
właśnie Percy widział ich po raz ostatni. 

- Hmm... - mruknął Ferguson. - Tak więc po zamieszkach Alan i Helen pojechali 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

na  Canal  Street,  prawdopodobnie,  żeby  się  pokochać.  Tam  wypili  parę  głębszych  i 
wzięli trochę prochów. 

Okazało  się,  że  Helen  była  na  nie  uczulona.  Grant  zawiózł  dziewczynę  do 

szpitala, ona umarła na progu, a on uciekł. Nie wiedział, co ze sobą począć... i popełnił 
samobójstwo. 

-  Można  by  w  to  nawet  uwierzyć,  gdyby  nie  śmierdziało  to  na  odległość 

Rashidami. 

Zadzwonił telefon i Hannah podniosła słuchawkę. Telefonował Roper. 
-  Faksuję  wam  właśnie  wyniki  sekcji.  W  następnej  kolejności  zbadają  Granta. 

Przyślę wam jego wyniki, kiedy tylko nadejdą. 

Hannah  odebrała  faks  w  gabinecie  Fergusona  i  przeczytała  go  w  drodze  do 

salonu. 

-  Sprawa  potwierdzona  -  oznajmiła.  -  Poważnie  nadużyła  alkoholu  i  z  całą 

pewnością wzięła ecstasy. Poza tym zdrowa i dobrze odżywiona. Nie była dziewicą, ale 
przed śmiercią nie miała stosunku. 

Ferguson przebiegł faks oczyma. 
- Biedna dziewczyna. Bóg wie, co pomyśli o tym jej oj ciec - powiedział, po czym 

podniósł wzrok. - Ja sam nadal nie wiem, co mam o tym myśleć. 

-  A  ja  wiem  -  powiedział  Dillon.  -  Proszę  mi  wybaczyć,  generale,  ale  mam  do 

załatwienia parę rzeczy. 

- Na przykład jakich? - chciała wiedzieć Hannah. 
- To moja sprawa. Pogadam z tobą później, Charles. 
Dillon  wyszedł,  pojechał  taksówką  do  Ministerstwa  Obrony,  zamówił  tam 

limuzynę i kazał szoferowi zawieźć się do Oksfordu. Chciał coś sprawdzić. 

Na drodze nie było dużego ruchu i podróż  trwała zaledwie dwie i pół godziny. 

Kiedy mijali obrzeża Oksfordu, Dillon zadzwonił z komórki do Ropera. 

-  Czy  możesz  mi  z  tego  policyjnego  raportu  wyciągnąć  adres  Henry’ego 

Percy’ego? 

- Zaczekaj. - Roper oddzwonił po dwóch minutach. - Ma mieszkanie przy Kaiser 

Lane dziesięć ”b”. Co ty knujesz? 

- Powiem ci później. 
Znaleźli  Kaiser  Lane  bez  kłopotu.  Apartament  profesora  mieścił  się  w 

wiktoriańskim  bliźniaku  u  szczytu  pogrążonych  w  półmroku  schodów.  Dillon 
pociągnął  za  sznurek  staroświeckiego  dzwonka  i  po  chwili  usłyszał  szuranie  kapci. 
Percy otworzył drzwi. Miał spuchnięte oczy, tak jakby zbudził się ze snu. 

- Profesor Percy? 
- Tak. 
- Nasz wspólny znajomy, Rupert Dauncey, prosił, żebym pana odwiedził. 
Percy z trudem się uśmiechnął. 
-  Rozumiem.  Lepiej  niech  pan  wejdzie  -  powiedział,  po  czym  ruszył  pierwszy 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

korytarzem i wszedł do saloniku. - Czym mogę panu służyć? 

-  Przede  wszystkim  chciałbym  panu  przedstawić  swojego  przyjaciela,  który 

nazywa się walther PPK - oznajmił Dillon, wyjmując broń ze specjalnej kieszeni. - A to 
jest jego przyjaciel. Nazywa się Carswell. To tłumik - dodał, przykręcając urządzenie do 
lufy pistoletu. - Mogę teraz przestrzelić panu kolano i nikt nic nie usłyszy. 

Percy nie krył przerażenia. 
- Kim pan jest? Czego pan chce? 
- Widziałem zeznanie, jakie złożył pan na policji w sprawie śmierci Helen Quinn. 

Twierdzi pan, że Rupert Dauncey sprze ciwiał się udziałowi studentów w demonstracji, 
ponieważ prze widywał użycie przemocy? 

- Tak. 
-  I  że  w  autobusie  obaj  daliście  wszystkim  jasno  do  zrozumienia,  że  -  waszym 

zdaniem - nie powinni wyjeżdżać? 

-  Tak,  tak.  Było  tam  ponad  czterdzieści  osób.  Mogą  to  potwierdzić.  Policja  w 

Oksfordzie przesłuchała kilka z nich. 

Dillon  złapał  Percy’ego,  pchnął  go  na  stół  i  przystawił  mu  lufę  walthera  do 

kolana. 

- Więc chce mi pan wmówić, że Dauncey jest czysty jak łza? 
Percy kompletnie stracił głowę. 
- Nie, nie, nie. To znaczy tak... tyle że on zmienił nagle zdanie. 
- Jak to? 
-  Z  początku  popierał  zdecydowane  działania.  Uważał,  że  to  wyjdzie  na  dobre 

studentom. - Percy zawahał się, a potem ciągnął dalej. - Załatwił nawet kilku wyjazd na 
szkolenie w Szkocji. 

- Helen Quinn też tam pojechała? 
- Nie, ale był tam jej chłopak, Alan Grant. 
- Wie pan, że on nie żyje? 
- Tak, policja się ze mną kontaktowała. Powiedzieli, że popełnił samobójstwo. 
Dillon nieco się odsunął. 
-  Wierzy  im  pan?  I  to  wszystko,  co  ma  pan  do  powiedzenia?  Dauncey  był 

krwiożerczym typem, ale się zmienił? 

- Zgadza się. 
Dillon znowu przystawił mu walthera do kolana. 
- I oczekuje pan, że uwierzę w te bajeczki? Kiedy pan go ostatnio widział? 
- Zeszłej nocy rozmawialiśmy przez telefon. 
Co powiedział? 
- Że zrobiliśmy bardzo dobrze, mówiąc studentom to, co im powiedzieliśmy, i że 

zostaniemy prawdopodobnie wezwani do koronera. 

- Owszem, to było bardzo sprytne, prawda, Henry? - Dillon przyglądał się przez 

chwilę  profesorowi,  a  potem zaczął odkręcać tłumik.  -  Chyba niczego przede  mną  nie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

ukrywasz? 

Niczego, co mogłoby zmienić nieco kształt tej bajeczki? 
Percy  pomyślał  o  pięćdziesięciu  tysiącach  funtów,  po  chwili  doszedł  jednak  do 

wniosku, że w tej sprawie lepiej będzie zachować dyskrecję. 

- Bóg mi świadkiem, że powiedziałem prawdę - oświadczył obłudnie. 
-  No  cóż,  na  pana  miejscu  nie  mieszałbym  do  tego  Pana  Boga,  profesorze. 

Spotkamy  się  u koronera.  I kiedy pan  będzie znowu  rozmawiał  z  Daunceyem,  proszę 
mu powiedzieć, że był tutaj Sean Dillon - odparł Irlandczyk i wyszedł do przedpokoju. 

Percy odczekał chwilę i podniósł słuchawkę. 
- Dauncey? Mówi Percy. 
Dillon uśmiechnął się pod nosem i zamknął za sobą drzwi. 
Daniel Quinn poprosił Frobishera, żeby zawiózł go do ambasady amerykańskiej i 

chwilę na niego poczekał. Gdy znaleźli się na miejscu, wszedł po stopniach, przedstawił 
się  strażnikowi  i  po  dwóch  minutach  przywitał  go  umundurowany  kapitan  piechoty 
morskiej. 

-  Nazywam  się  Davies,  senatorze.  Cieszę  się,  że  pana  poznałem.  To  dla  mnie 

zaszczyt. Ambasador Begley czeka. - Quinn, nieogolony i wciąż w polowym mundurze, 
podał mu rę kę. - Jeśli wolno mi coś powiedzieć, po pana wyglądzie wnoszę, że nie miał 
pan tam łatwego zadania - powiedział kapitan. 

- Cóż, jeśli wybiera się pan na wakacje, nie polecałbym Kosowa... 
- Tędy, senatorze. 
Po  kilku  chwilach  kapitan  otworzył  drzwi  gabinetu  ambasadora  i  wprowadził 

Quinna do środka. 

- Witaj, Elmer. 
Begley  miał  na  sobie  garnitur  od  Saville  Row,  jego  siwe  włosy  były  idealnie 

uczesane.  Mężczyźni  wyglądali  zupełnie  inaczej...  Trudno  było  wyobrazić  sobie 
większy kontrast. Ambasador obszedł biurko i wymienił z Quinnem uścisk dłoni. 

-  Tak  mi  przykro,  Danielu.  Jeśli  jest  coś,  co  możemy  dla  ciebie  zrobić... 

cokolwiek... ambasada jest do twojej dyspozycji. 

Usiądź. 
-  Nie  obraź  się,  ale  wpadłem  tylko  na  moment.  Chciałbym  pojechać  do  domu, 

wziąć prysznic i się przebrać. A potem mam spotkanie z generałem Fergusonem. 

- Z Charlesem? To przyjaciel. Będziesz w dobrych rękach. 
Ale pamiętaj: zrobimy wszystko, co w naszej mocy. 
- Dziękuję, Elmer. 
Dom Quinna przy Park Place - utrzymany w stylu regencji, elegancki budynek z 

małym dziedzińcem - stał u wylotu South Audley Street. Szofer, Luke Cornwall, duży 
czarny  mężczyzna  z Nowego  Jorku,  polewał  akurat  wężem  miejski  model  mercedesa. 
Na widok Quinna zastygł w bezruchu z poważną miną. 

- Cóż mogę powiedzieć, senatorze? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Nie trzeba nic mówić, Luke, ale dziękuję. W tej chwili czuję się jak ostatni łach, 

więc  najpierw  wezmę  prysznic  i  się  przebiorę.  Potem  zawieziesz  mnie  na  Cavendish 
Place. 

- Oczywiście, senatorze. 
Kiedy Quinn  wspiął się po  schodach,  otworzyły się frontowe  drzwi  i  stanęła w 

nich Mary Cornwall, żona Luke’a. Miała łzy w oczach. Znała Helen od dziecka, bo przez 
długie  lata  pracowała  u  nich  w  Bostonie  jako  pokojówka.  Quinn  pocałował  ją  w 
policzek. 

- Czasami zastanawiam się, czy jest Bóg na niebie - powiedziała, płacząc. 
- Oczywiście, że jest, Mary, nigdy w to nie wątp. 
- Czy mam przygotować panu coś do zjedzenia? 
- Nie teraz. Chcę się przebrać. Mam spotkanie. 
Quinn minął obity boazerią hall, wbiegł po schodach i otworzył drzwi do swojej 

sypialni.  Była  jasna  i  przestronna;  na  ścianach  wyłożonych  klonową  boazerią  wisiały 
jego  ulubione  obrazy,  a  na  podłodze  leżały  tureckie  dywany.  Gdy  wracał  do  domu, 
zawsze  z  przyjemnością  przekraczał  próg  tego  pokoju.  Teraz  jednak  był  wyprany  z 
wszelkich uczuć. 

W  łazience  zrzucił  z  siebie  ubranie,  po  czym  włączył  prysznic  i  namydlił  się, 

próbując zmyć odór Kosowa i śmierci. 

Pół godziny później, czysty i ogolony, zszedł na dół w brązowym garniturze od 

Armaniego  i  eleganckich  półbutach.  Mary  była  w  kuchni,  nie  chciał  jej  przeszkadzać. 
Wyszedł z domu i ruszył do samochodu, przy którym czekał na niego Luke Cornwall, 
ubrany w granatowy uniform. 

Rupert  Dauncey  także  na  niego  czekał.  Uspokoił  spanikowanego  profesora 

Percy’ego,  który  po  raz  kolejny  do  niego  zadzwonił.  Nie  podobało  mu  się  jednak,  że 
Dillon  wciąż  depcze  im  po  piętach.  Zastanawiał  się  także,  gdzie  się  podziewa  Daniel 
Quinn. Zatelefonował do znajomego z ambasady i dowiedział się, że senator przyleciał 
do Londynu i jest w drodze do swojego domu przy Park Place. 

Park  Place!  W  tym  momencie  uśmiechnęło  się  do  niego  szczęście.  Dauncey 

skręcił  na  rogu.  Nie  znał  dokładnego  adresu,  ale  nagle  zobaczył  stojącego  przy 
mercedesie  Luke’a.  Zatrzymał  się  po  drugiej  stronie  ulicy  i  po  chwili  ujrzał  Quinna, 
który właśnie wychodził z domu. Kiedy mercedes ruszył, Rupert zawrócił i pojechał w 
ślad za nim. 

Gdy Quinn pojawił się na Cavendish Place, drzwi otworzyła u Hannah Bernstein. 

Znała go z fotografii zamieszczonej w  jego  teczce, a on ją  z  materiałów, które  pokazał 
mu w Waszyngtonie Blake Johnson. 

- Dzień dobry, pani nadkomisarz. 
- Witam, senatorze. Proszę, niech pan wejdzie. 
Zaprowadziła  go  do  salonu.  Dillon  popijał  bushmillsa,  siedząc  przy  drzwiach 

wychodzących na taras. Ferguson wstał z miejsca. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Chciałbym powiedzieć, że miło cię spotkać, Danielu, ale to nie byłoby stosowne. 

Wszyscy ci współczujemy. 

- Dziękuję. 
- Znasz Seana Dillona? 
-  Tylko  ze  słyszenia.  -  Quinn  podał  mu  rękę.  -  Jeśli  zasięgnął  pan  o  mnie 

informacji,  wie  pan,  że  mój  dziadek  urodził  się  w  Belfaście  i  walczył  wspólnie  z 
Michaelem Collinsem. Musiał uciekać do Stanów w 1920 roku. 

-  Należał  pewnie  do  Bractwa  Irlandzkich  Republikanów  -  rzekł  Dillon.  -  Byli 

gorsi od mafii. 

Quinn słabo się uśmiechnął. 
- Można tak powiedzieć. 
- Napije się pan ze mną bushmillsa? Naleję panu do pełna. 
Radzę  wypić  -  dodał  Dillon,  widząc  wahanie  na  twarzy  Quinna.  -  Pani 

nadkomisarz zebrała informacje, które specjalnie pana nie uszczęśliwią. 

- W takim razie skorzystam z pana rady. 
Dillon  podał  mu  whisky.  Quinn  wypił  ją  jednym  haustem,  po  czym  odstawił 

szklankę na stół i wziął od Hannah teczkę. 

- Znajdziesz tutaj kompletną historię naszych zmagań z Rashidami - powiedział 

Ferguson  -  a  także  wszystko,  czego  się  do  tej  pory  dowiedzieliśmy  o  śmierci  twojej 
córki,  w  tym  wyniki  sekcji  i  dochodzenia  policyjnego.  Dołączyliśmy  również  wyniki 
sekcji jej chłopaka, Alana Granta. 

-  Kogo?  Nigdy  o  nim  nie  słyszałem  -  zdziwił  się  Quinn.  -  Nie  wiedziałem,  że 

miała chłopaka. 

- Obawiam się, że miała - oświadczyła Hannah Bernstein. 
- Obawia się pani? 
- Wszystko pan tutaj znajdzie, senatorze - odparła cicho. 
-  Zaprowadź  senatora  do  mojego  gabinetu  -  powiedział  Ferguson.  -  Niech 

przeczyta w spokoju akta. 

Hannah wyprowadziła Quinna. 
- Co za syf - mruknął Dillon. 
-  Zgadzam  się  i  dlatego  nie  czekam  z  utęsknieniem  na  chwilę,  kiedy  skończy 

czytać. Mnie też możesz nalać tego swojego trunku. 

Dwadzieścia minut  później Quinn  wrócił  do  pokoju.  Miał  bardzo  bladą twarz i 

prawa ręka drżała mu lekko, kiedy pod niósł akta. 

- Czy mogę to zatrzymać? 
- Oczywiście - odparł Ferguson. 
- Teraz pojadę do kostnicy - oświadczył Quinn. - Muszę ją zidentyfikować. 
-  W  takim  razie  niech  pan  to  wypije.  -  Dillon  podał  mu  następną  szklaneczkę 

whisky. - To panu dobrze zrobi. Właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, żebym pojechał 
tam razem z panem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  To  miło  z  pańskiej  strony.  Kiedy  rozprawa  u  koronera?  -  zapytał  Quinn, 

zwracając się do Hannah. 

- Jutro rano. Zdołaliśmy ich namówić, żeby się pospieszyli. 
-  To  dobrze.  Im  szybciej,  tym  lepiej.  -  Quinn  wypił  whisky.  -  Załatwmy  to  - 

powiedział do Dillona. 

Rupert  czekał  cierpliwie  w  stojącym  u  wylotu  ulicy  mercedesie.  Quinn  i  Dillon 

wyszli z budynku, wsiedli do limuzyny i odjechali. 

- Dillon - mruknął cicho Rupert. - To się robi interesujące. 
Chwilę później już za nimi jechał. 
Kostnica  mieściła  się  w  wiekowym  budynku,  który  z  zewnątrz  bardziej 

przypominał  magazyn.  Wnętrze wyglądało  jednak całkiem  inaczej. Elegancka recepcja 
wysłana była dywanami. Młoda kobieta za biurkiem powitała ich uśmiechem. 

- Czym mogę służyć? 
- Nazywam się Quinn. Jest tutaj podobno moja córka. 
Kobieta przestała się uśmiechać. 
-  Och,  bardzo  mi  przykro.  Przed  chwilą  mieliśmy  telefon,  że  przyjedzie  pan 

zidentyfikować  ciało.  Zawiadomiłam  lokalny  komisariat  policji.  To  tylko  pięć  minut 
stąd. 

- Dziękuję. 
- Powiadomiłam też profesora George’a Langleya. To nasz patolog. Na szczęście 

jest teraz w budynku. Pomyślałam, że zechce pan z nim porozmawiać. 

- Dziękuję pani. Zaczekamy. 
Quinn  i  Dillon  usiedli,  lecz  już  po  chwili  do  recepcji  wbiegł  siwowłosy 

energiczny mężczyzna. Dziewczyna szepnęła mu coś do ucha i podszedł do Quinna. 

- George Langley - przedstawił się. 
- Daniel Quinn. A to jest Sean Dillon, przyjaciel. 
- Proszę przyjąć wyrazy współczucia. 
- Czy mogę zobaczyć swoją córkę? 
-  Oczywiście.  Proszę  przysłać  do  nas  policjanta,  kiedy  tylko  się  pojawi  - 

powiedział Langley do recepcjonistki. 

Pomieszczenie,  do  którego  ich  zaprowadził,  wyłożone  było  białymi  kafelkami. 

Jarzeniówki  oświetlały  rząd  nowoczesnych  stalowych  stołów  operacyjnych.  Quinn 
zobaczył dwa ciała nakryte białymi gumowymi płachtami. 

- Jest pan gotów? - zapytał Langley. 
- Jeśli człowiek może być kiedykolwiek gotów na coś takiego. 
Helen Quinn leżała z zamkniętymi oczyma i wydawała się bardzo spokojna. Na 

głowie  miała  plastikowy  kaptur,  przez  który  przesączyło  się  trochę  krwi.  Quinn 
pochylił się i pocałował ją w czoło. 

- Dziękuję. 
Langley zasunął płachtę. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Widziałem pański raport dla koronera - powiedział Quinn. - To, co pan napisał 

o alkoholu i narkotykach. Czy nie ma absolutnie żadnych wątpliwości?. 

- Niestety nie. 
- To takie do niej niepodobne. Nie pasuje do dziewczyny, którą znałem. 
- Tak to czasami wygląda - powiedział łagodnie Langley. 
-  A  chłopak?  Czy  to  on?  -  zapytał  Quinn,  wskazując  drugie  zwłoki.  -  Nie 

wiedziałem nawet o jego istnieniu. 

- Tak, to jest Alan Grant. Nie powinienem tego robić - dodał po krótkim wahaniu 

Langley - ale to nie jest zwyczajna sprawa. 

Uniósł  skraj  płachty  i  Quinn  spojrzał  na  Granta,  który  po  śmierci  wydawał  się 

młodszy niż za życia. 

- Dziękuję - powiedział senator i Langley przykrył z powrotem twarz chłopaka. - 

Uważa pan, że popełnił samobójstwo, tak jak to sugeruje policja? 

- Mogę mówić tylko o tym, co jest pewne. Wypił dużo wódki, ale w jego krwi nie 

ma śladu ecstasy. Nie ma także żadnych obrażeń. Czy spadł z nabrzeża przypadkiem, 
czy skoczył? Nie wiem. W tej kwestii nie potrafię się wypowiedzieć. 

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi  i  do  środka  wszedł  sierżant  w  policyjnym 

mundurze z formularzem w ręku. 

-  Przykro  mi  z  powodu  okoliczności,  senatorze,  ale  czy  mógłby  pan  formalnie 

zidentyfikować zmarłą? 

- To jest moja córka, Helen Quinn. 
- Dziękuję. Proszę  tutaj  podpisać  -  powiedział  policjant, po czym zwrócił  się do 

Dillona. - Czy mógłby pan być tak uprzejmy i podpisać się jako świadek? 

Obaj zrobili to, o co prosił, i sierżant się wycofał. 
- Zobaczymy się u koronera - powiedział Langley. 
-  Oczywiście.  Bardzo  panu  dziękuję  -  odparł  Quinn  i  pierwszy  ruszył  w  stronę 

drzwi. 

Wsiedli do mercedesa. 
- Paskudna historia - mruknął Dillon. 
-  Podrzucę  pana  do  domu  -  powiedział  Quinn,  a  potem  odchylił  się  do  tyłu  i 

zamknął oczy. 

A Dauncey wciąż ich śledził. 
Nazajutrz  o  dziesiątej  rano  Quinn  przyjechał  do  biura  koronera.  Było  tam  już 

kilka osób, korytarzem przechodził jakiś policjant. Na jednej z ławek siedział nieogolony 
i zmęczony młody człowiek w trenczu, obok niego stała na podłodze torba podróżna. 

Quinn wyciągnął marlboro i zapalił. Młody człowiek lekko się skrzywił. Senator 

wysunął paczkę w jego stronę. 

- Mogę pana poczęstować? 
- Miałem rzucić palenie, ale co tam. - Młodzieniec wziął w drżące palce papierosa 

i  pozwolił,  żeby  Quinn  podał  mu  ogień.  -  Jestem  skonany.  Właśnie  przyleciałem  z 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Berlina. Na Tempelhof było opóźnienie. Wie pan, jakie męczące są lotniska, kiedy siedzi 
się tam cztery albo pięć godzin. Myślałem, że spóźnię się na rozprawę. 

Quinn,  który  kilkakrotnie  przestudiował  dostarczone  mu  przez  Hannah 

Bernstein akta, domyślił się, z kim ma do czynienia. 

- Nazywa się pan Grant? 
- Zgadza się, Fergus Grant. 
- I jest pan bratem Alana. 
Grant zrobił zdumioną minę. 
- Kim pan jest? 
- Daniel Quinn. Jestem ojcem Helen. 
Grant wyraźnie się spłoszył. 
- O mój Boże. Niech pan posłucha, prawie nic o tym nie wiem, z wyjątkiem tego, 

że  oboje  są  martwi.  Zadzwonili  do  mnie  z  policji  i  podali  tylko  suche  fakty.  Że 
wyłowiono  go  z  rzeki  i  że  zginęła  jego  dziewczyna.  Nie  wiedziałem  nawet,  że  był  z 
kimś związany. 

- Ja też nie wiedziałem, że Helen kogoś miała. Czy pańscy rodzice żyją? 
-  Ojciec  odszedł,  kiedy  miałem  dwanaście  lat,  mama  zmarła  na  raka  przed 

pięcioma laty. 

- Przykro mi. 
Grant wzruszył ramionami i zgasił papierosa. 
- Prawie nic mi nie powiedzieli - powtórzył. 
- Rozprawa  przed  koronerem  powinna  wszystko  wyjaśnić - oznajmił  Quinn. W 

tym samym momencie na korytarzu pojawiła się Hannah Bernstein, a za nią Ferguson i 
Dillon.  -  Przepraszam  pana  -  rzekł  senator  i  podszedł  do  nich.  -  Chłopak,  z  którym 
rozmawiałem, to młodszy brat Granta, Fergus - wyjaśnił. - Właśnie przyleciał z Berlina. 

-  To  by  się  zgadzało  -  potwierdziła  Hannah.  -  Dowie  działam  się  rano,  że  sąd 

rozpatrzy obie sprawy jednocześnie. 

Zanim zdążyła powiedzieć coś więcej, otworzyły się drzwi sali rozpraw i stanął 

w nich woźny. 

- Sąd numer trzy rozpoczyna posiedzenie. 
Weszli  do  środka  razem  z  Grantem  oraz  kilkoma  postronnymi  osobami, 

śledzącymi podobne sprawy przede wszystkim ze względu na ich walor rozrywkowy. 
W sali było już kilku funkcjonariuszy, sierżant policji w mundurze oraz sekretarz sądu. 
Hannah  zamieniła  z  nim  kilka słów,  po  czym  wróciła  i  -  tak  jak  wszyscy  -  usiadła  na 
ławce. 

Chwilę później do sekretarza zgłosił się George Langley. 
- To nasz patolog - szepnął Dillon do Fergusona. 
Następni pojawili się Rupert Dauncey i Henry Percy. Woźny zaprowadził ich do 

sekretarza. Kiedy  się odwrócili,  Dauncey  spojrzał  Quinnowi  prosto  w  oczy  i  lekko  się 
uśmiechnął. Potem usiadł razem z Percym po drugiej stronie przejścia. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Proszę  wstać.  Koroner  Jej  Królewskiej  Mości  idzie  -  rozpoczął  rozprawę 

sekretarz. 

Koroner,  niski  siwy  mężczyzna  o  wyglądzie  naukowca,  zajął  miejsce  za  stołem 

ustawionym  na  podwyższeniu.  Po  chwili  otworzyły  się  boczne  drzwi  i  woźny 
wprowadził  przysięgłych,  którzy  zasiedli  w  swojej  ławie.  Sekretarz  odebrał  od  nich 
przysięgę. 

Koroner szybko przystąpił do rzeczy. 
- Zanim zaczniemy - oznajmił oschle - chciałbym złożyć oświadczenie. W obliczu 

zaistniałych okoliczności i za pozwoleniem Lorda Kanclerza rozpatrzymy w  trakcie tej 
rozprawy  fakty  dotyczące  śmierci  zarówno  Helen  Quinn,  jak  i  Alana  Granta.  Obie 
sprawy wydają się ze sobą związane. 

Zaczniemy od raportu policji - dodał, dając znak sekretarzowi. 
Umundurowany sierżant szybko przedstawił podstawowe fakty. Opowiedział o 

tym, jak Helen Quinn trafiła do szpitala, w jaki sposób ustalono adres Alana Granta i jak 
odkryto  jego  zwłoki.  Następnie  sekretarz  wezwał  Henry’ego  Percy’ego.  Profesor 
podszedł  nerwowym  krokiem  do  stanowiska  dla  świadków  i  potwierdził  swoją 
tożsamość. 

Koroner wziął ze stołu plik papierów. 
- Zatem, profesorze, znał pan dobrze Helen Quinn i Alana Granta? 
- O tak. 
- I może pan potwierdzić, że byli ze sobą związani? 
- Wiedzieli o tym wszyscy studenci. 
- Czy dochodziło między nimi do jakichś nieporozumień? 
- Wprost przeciwnie. Wydawali się w siebie zapatrzeni. 
- W dniu, o którym mowa, towarzyszył im pan w autobusie. 
Razem udaliście się na demonstrację na Whitehall? 
- Owszem. Dowiedzieliśmy się, że w trakcie demonstracji może dojść do  użycia 

przemocy,  i  obawialiśmy  się,  że  nasi  studenci  zostaną  w  to  wplątani.  Prosiliśmy  ich, 
żeby nie jechali. 

- Posłuchali was?! 
- Tylko kilkoro. 
- Powiedział pan ”prosiliśmy”... 
- Był ze mną Rupert Dauncey, który reprezentuje Fundację Edukacyjną Rashidów 

wspierającą Akt Walki Klasowej. Należę do tej organizacji... 

- Dziwna nazwa. Cóż oznacza? 
-  Niechęć  do  kapitalizmu.  Naszym  celem  jest  reedukacja  ludzi,  zmiana  ich 

myślenia. 

-  To  znaczy, że  bierzecie  ich  na  lep,  póki  są  jeszcze  młodzi  -  powiedział  oschle 

koroner. W sali rozległy się śmiechy. - Może pan odejść. 

Sekretarz wezwał Ruperta Dauncey a, który zajął miejsce za barierką. Wyglądał 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

olśniewająco  w  swoim  granatowym  mundurze  z  flaneli.  Koroner  nie  zabrał  mu  dużo 
czasu. 

-  Panie  Dauncey!  Przeczytałem  nadesłaną  mi  listę  organizacji,  które  wspiera 

wasza fundacja. Jestem pewien, że to poważna działalność charytatywna. 

-  Księżniczka  Loch  Dhu  i  Rashid  Investments  wydają  miliony  na  różne 

przedsięwzięcia na całym świecie - wyjaśnił Rupert. 

- Ale nie podobała się panu ta wycieczka do Londynu? 
-  W  żadnym  wypadku.  Kiedy  usłyszałem,  że  stoi  za  tym  Zjednoczony  Front 

Anarchistów,  byłem  przerażony.  Nie  chcia  łem,  żeby  studenci  wzięli  udział  w 
manifestacji. Pojechałem do Oksfordu i razem z profesorem Percym próbowałem ich po 
wstrzymać. 

- I widział pan tam Helen Quinn i Alana Granta? 
-  Siedziałem  obok  nich  w  autobusie.  Podczas  mojej  po  przedniej  bytności  w 

Oksfordzie  profesor  Percy  przedstawił  mnie  Helen.  Użyłem  wszelkich  argumentów, 
ażeby odwieść  ją od  tego  wyjazdu. Grant  powiedział  mi, że zamierzają  spędzić  razem 
weekend w Londynie w domu jego brata, i przypuszczam, że to był powód, dla którego 
jednak  pojechali.  Mimo  to  głęboko  żałuję,  że  nie  udało  mi  się  wyperswadować  Helen 
tego zamiaru. 

- Nie jest pan osobiście odpowiedzialny za to, co się stało, panie Dauncey. 
- Tak, ale wyjazd został zorganizowany przez grupę, którą wspierają Rashidowie. 

Helen  wzięła  w  nim  udział.  Gdyby  nie  pojechała  do  Londynu,  wszystko  mogłoby  się 
potoczyć zupełnie inaczej. 

-  Wątpię  w  to,  proszę  pana,  lecz  pańskie  wyrzuty  sumienia  dobrze  o  panu 

świadczą. Jest pan wolny. 

Rupert wrócił na swoje miejsce, najwyraźniej dumny z wrażenia, jakie udało mu 

się wywołać. Po chwili wezwano profesora George’a Langleya. 

- Mam  przed  sobą wyniki  sekcji zwłok  obojga zmarłych  -  powiedział  koroner. - 

Czy wykonał je pan osobiście? 

- Tak. 
Sekretarz sądu rozdał kopie raportu przysięgłym. 
-  Proponuję,  żebyście  państwo  zapoznali  się  szybko  z  tymi  dokumentami  - 

oświadczył koroner. - Daję państwu na to pięć minut. 

- To miło z jego strony - mruknął Dillon. 
- Zachowuj się przyzwoicie - skarciła go Hannah. 
- Czyż nie zachowuję się tak zawsze? - Dillon odwrócił się do Quinna. - Dobrze 

się pan czuje? 

- Na razie. 
Koroner zaczął przeglądać kolejne papiery. Po pięciu minutach uniósł wzrok. 
- Kontynuujemy rozprawę. Profesorze Langley, co pan ustalił? 
-  Że  Helen  Quinn  wypiła dużą  ilość  wódki,  a  jakiś  czas  później  zażyła  tabletkę 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

ecstasy. 

- Nie odwrotnie? 
- O nie, gdyby zażyła tabletkę przed  wypiciem wódki, rozpad chemiczny byłby 

inny. 

- Nie mówi pan ogólnie o alkoholu, ale wymienia konkretnie wódkę. 
- Owszem. Możemy to ustalić. Jesteśmy nawet w stanie określić gatunek i typ. 
- Czy to jest takie ważne dla sprawy? 
-  Zdecydowanie.  Dzięki  temu  możemy  powiązać  zgon  Helen  Quinn  z  osobą 

Alana Granta. 

-  Przejdźmy  zatem  do  niego.  Czy  mógłby  nam  pan  przed  stawić  podstawowe 

fakty? 

-  Alan  Grant  wypił  dużą  ilość  tej  samej  wódki,  którą  piła  Helen  Quinn. 

Zidentyfikowałem  jej  gatunek.  Na  moją  prośbę  policja  przeszukała  dom  przy  Canal 
Street dziesięć i znalazła tam prawie pustą butelkę. 

- A ecstasy? 
-  W  lewej  kieszeni  kurtki  Granta  znajdowała  się  papierowa  torebka  z  dwiema 

czekoladkami zawierającymi ecstasy. Kazałem je zbadać w laboratorium. 

- I co? 
-  Helen  Quinn  zażyła  identyczną  tabletkę.  Nie  ma  co  do  tego  żadnych 

wątpliwości. 

- Teraz proszę nam powiedzieć, jak zmarł Alan Grant. 
- Śmierć nastąpiła w wyniku utonięcia. Nic nie wskazuje na udział osób trzecich, 

nie ma żadnych obrażeń. Odwiedziłem miejsce zgonu i przyjrzałem się nabrzeżu. 

- I do jakich pan doszedł wniosków? 
-  Przy  końcu  nabrzeża  nie  ma  balustrady.  Gdyby  tam  była  i  została  złamana, 

można  by  podejrzewać,  że  Alan Grant,  znajdując  się  w  stanie upojenia  alkoholowego, 
uległ wypadkowi. Choć właściwie i tak nie sposób wykluczyć wypadku. 

Ktoś tak pijany jak Grant  mógł się łatwo zatoczyć i wpaść do  wody. Miejsce nie 

było przecież zabezpieczone. Albo nawet... 

- Langley wzruszył ramionami. 
- Albo co, profesorze? 
-  Albo  mógł  skoczyć  w  dół  umyślnie,  pijany  i  dręczony  wyrzutami  sumienia  z 

powodu śmierci dziewczyny. 

-  Ale  to  są  oczywiście  pańskie  spekulacje,  profesorze,  a  my  powinniśmy  się 

trzymać faktów. Jest pan wolny. 

- Tak jest, wysoki sądzie. 
Langley zwolnił miejsce dla świadków, a koroner zwrócił się do przysięgłych. 
- Panie i  panowie,  to  naprawdę  tragiczna  sprawa.  Zmarło  dwoje  młodych  ludzi 

stojących  u  progu  dorosłego  życia,  studenci  starego  i  szanowanego  uniwersytetu. 
Musimy  jednak  -  o  czym  przed  chwilą  przypomniałem  profesorowi  Langleyowi  - 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

trzymać  się  ustalonych  faktów,  a  nie  luźnych  przypuszczeń.  W  związku  z  czym 
pozwolę sobie powtórzyć to, co możemy uznać za fakty. 

Koroner  umilkł  i  przez  chwilę  najwyraźniej  zbierał  myśli.  Nikt  nie  zakłócał 

panującej w sali ciszy. 

-  Nie  ulega  kwestii,  że  oboje  wypili  dużą  ilość  wódki.  Nie  ulega  kwestii,  i 

powiedzmy  to  sobie szczerze, że  Alan  Grant  porzucił konającą  dziewczynę  w szpitalu 
Świętego Marka. Co do ecstasy, pojawiają się pytania, które będą musieli państwo zadać 
sobie sami. Dlaczego Alan Grant jej nie zażył? Dlaczego zrobiła to tylko Helen? Można 
domniemywać,  że  ukrycie  ecstasy w  czekoladce  miało  na  celu odurzenie dziewczyny. 
Muszę jednak państwa przestrzec, że nie ma na to dowodów. Być może to Helen Quinn 
zdobyła  w  jakiś  sposób  pastylki  i  włożyła  je  do  czekoladek,  żeby  nikt  ich  nie  odkrył. 
Można całkiem sensownie dowodzić, że Alan Grant uciekł ze szpitala, ponieważ wpadł 
w panikę, nawet jeśli dziewczyna wzięła ecstasy z własnej woli. 

Koroner spojrzał na sufit i złączył dłonie w daszek. 
- Co do śmierci Granta, wiemy,  że  nastąpiła w  wyniku utonięcia. Nie dowiemy 

się  jednak  nigdy,  czy  nie  zadał  jej  sobie  sam  ze  strachu  bądź  też  nękany  poczuciem 
winy.  Z  tego  względu  nie  sposób  jednoznacznie  ustalić,  że  zgon  był  wynikiem 
nieszczęśliwego wypadku.  Jest  jeszcze  jeden aspekt  tej  żałosnej  historii.  Przedstawiciel 
Fundacji Rashidów, pan Dauncey, odczuwa wyrzuty sumienia, ponieważ Helen Quinn i 
Alan Grant pojechali do Londynu, żeby wziąć udział w demonstracji. 

Nie podzielam jego  opinii. Wódkę można  równie łatwo wypić  w Oksfordzie i z 

całą  pewnością  można  tam  też  zażyć  ecstasy.  Nie  sądzę,  żeby  wyjazd  autobusem  do 
Londynu miał jakiś związek z tym, co się wydarzyło. Wyrażona przez pana Daunceya 
troska dobrze jednak o nim świadczy. 

Koroner  uporządkował  papiery  i  odwrócił  się  w  fotelu  tak,  żeby  mieć 

przysięgłych dokładnie naprzeciwko siebie. 

-  Cóż  więc  mogę  państwu  powiedzieć?  Nie  mamy  żadnych  naocznych 

świadków.  Czy  Alan  Grant  podsunął  Helen  ecstasy  podstępem,  czy  też  dziewczyna 
świadomie  ją  zażyła?  Nie  wiemy  tego  i  nigdy  się  nie  dowiemy.  Czy  młody  człowiek 
spadł z nabrzeża w stanie upojenia alkoholowego, czy też zdesperowany odebrał sobie 
życie?  Tego  też  nigdy  nie wyjaśnimy.  W  takich okolicznościach doradzałbym werdykt 
otwarty,  który  jest  zarówno  właściwy,  jak  i  zgodny  z  prawem.  Mogą  państwo 
oczywiście uzgodnić na osobności swój werdykt. 

Nie  okazało  się  to  jednak  potrzebne.  Przysięgli  nachylili  się  do  siebie,  przez 

chwilę konferowali ściszonymi głosami, po czym ich przewodniczący wstał z miejsca. 

- Otwarty werdykt wydaje nam się rozsądny - oświadczył. 
- Dziękuję - odparł koroner. - Tak zostanie to zapisane. 
Teraz chciałbym się zwrócić do najbliższych krewnych. Jeżeli na sali jest obecny 

Fergus  Grant,  proszę,  żeby  wstał.  -  Grant  podniósł  się  z  niepewną  miną.  -  Udzielam 
panu, jako bratu Alana Granta, pozwolenia na wydanie zwłok. Może pan je odebrać w 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

dogodnym dla pana terminie. Proszę przyjąć wyrazy współczucia. 

- Dziękuję, wysoki sądzie - powiedział Grant i usiadł. 
- Senator Daniel Quinn. - Quinn wstał. - Udzielam panu pozwolenia na wydanie 

zwłok. Proszę również przyjąć wyrazy współczucia. 

- Dziękuję - odparł Quinn. 
- Proszę wstać. Koroner Jej Królewskiej Mości idzie - zawołał sekretarz sądu. 
Rozprawa  została  zakończona,  przysięgli  wyszli  i  sala  wkrótce  opustoszała. 

Mijając Quinna, Dauncey się ukłonił.. 

- Ode mnie też proszę przyjąć wyrazy współczucia, senatorze - powiedział. 
Po chwili Hannah i Fergus Grant odebrali od sekretarza pozwolenia na wydanie 

zwłok. Kiedy Grant kierował się do wyjścia, Quinn go zatrzymał. 

-  Niech  pan  posłucha,  naprawdę  mi  przykro  -  powie  dział.  -  Koroner  ma  rację. 

Nigdy  nie  poznamy  prawdy.  Nie  możemy  cofnąć  tego,  co  się  stało,  więc  patrzmy  w 
przyszłość. 

Grant był bliski łez i nieśmiało objął senatora. 
- Niech Bóg się nade mną zlituje - mruknął. 
Ferguson,  Hannah,  Dillon  i  Quinn  odprowadzili  go  wzrokiem,  a  potem  sami 

wyszli na dwór. 

- I co teraz? - zapytał Ferguson, spoglądając na senatora. 
-  Byłbym  wdzięczny,  gdybyście  podali  mi  adres  jakiegoś  krematorium. 

Chciałbym zabrać jej prochy do domu. Jeśli może mi pan w tym pomóc, generale, będę 
bardzo zobowiązany. 

Ferguson zwrócił się do Hannah. 
- Pani nadkomisarz? 
- Proszę to zostawić mnie, senatorze. 
- Może pojedzie pani ze mną i załatwimy to po drodze - powiedział Quinn. - Nie 

chodzi mi o pogrzeb... urządzę go w domu, ale przydałby się jakiś katolicki ksiądz. 

- Proszę uważać sprawę za załatwioną - odparła Hannah. 
- Ja też z wami pojadę - oświadczył Dillon. - Zobaczy my się później - powiedział 

do generała. 

- Masz oczywiście do załatwienia ważne sprawy? - mruknął Ferguson. 
- Czyż nie jest tak zawsze? 
Kiedy  dojechali  do  domu  Quinna,  Hannah  nadal  rozmawiała  przez  komórkę, 

kuląc się na tylnym siedzeniu mercedesa. 

Mary otworzyła frontowe drzwi i Quinn zaprowadził ich do bawialni. 
- Podaj nam kawę, Mary. 
- Dla mnie herbatę - zaznaczył Dillon. 
-  Nasz  przyjaciel  Dauncey  był  dzisiaj  dobry,  bardzo  dobry  -  powiedział Quinn, 

kiedy Mary wyszła. 

- Owszem - przyznał Dillon. - Ale jeszcze powinie mu się noga. Coś tu nie pasuje. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Musimy tylko odkryć co. 

Hannah wyłączyła komórkę. 
-  Firma  pogrzebowa,  z  której  usług  korzystamy,  odbierze  ciało  pańskiej  córki  - 

oświadczyła. - Ceremonia odbędzie się o  drugiej w  krematorium w North Hill. Będzie 
tam na pana czekał ojciec Kelly. 

- Będzie czekał na nas - poprawił ją Dillon. - Jadę z panem, senatorze. 
-  W  takim  razie  ja  też  się  z  wami  zabiorę  -  powiedziała  Hannah.  -  Oczywiście 

jeżeli nie ma pan nic przeciwko. 

- Oczywiście, że nie - odparł Quinn. - Jestem wam bardzo wdzięczny. 
- Od tego w końcu są przyjaciele, Danielu - mruknął Dillon. 
Ojciec Kelly  był londyńskim  Irlandczykiem  i  w  krematorium  w  North Hill jego 

jednego można było ścierpieć. Wszystko poza nim robiło fatalne wrażenie i nie pomogły 
nawet sączące się z głośników niebiańskie chóry. Tylko szczerość i prostolinijność ojca 
Kelly’ego nie pozostawiały nic do życzenia. 

- Jam jest zmartwychwstanie i jam jest życie, rzekł Pan. Kto w to uwierzy, choćby 

zmarł, żyć będzie. 

Ciekawe,  pomyślał  Quinn.  Życie  straciła  młoda  dziewczyna.  I  w  jakim  celu,  z 

jakiego  powodu?  Nie,  on  już  w  to  nie  uwierzy,  nie  potrafi.  Niechaj  wierzą  ci,  którzy 
mogą...  On  pasuje.  A  jednak,  nie  wiadomo  dlaczego,  przypomniał  sobie  siostrę  Sarah 
Palmer i to, co zdarzyło się przed wieloma laty w Wietnamie. 

Ojciec Kelly pokropił trumnę. Po chwili odjechała na taśmociągu w mrok, i było 

już po wszystkim. 

-  Dostarczymy  prochy  dziś  wieczorem,  senatorze  -  oświadczył  jeden  z 

pracowników. - Mieszka pan przy Park Place? 

- Tak, pod numerem ósmym. - Quinn wymienił z nim uścisk dłoni. - Dziękuję. 
Wyszli razem z ojcem Kellym na zewnątrz. 
- Ma ksiądz samochód? - zapytała Hannah. 
-  Tak,  poradzę  sobie.  -  Nagle  duchowny  wziął  Quinna  za  rękę.  -  Musi  minąć 

trochę  czasu...  Nic  nie  dzieje  się  bez  powodu.  Któregoś  dnia  zrozumie  pan  to,  co  się 
stało. 

Podeszli do mercedesa. 
- Już po wszystkim? - zapytał Dillon. 
Quinn potrząsnął głową. 
-  Nie,  mam  jeszcze  coś  do  zrobienia.  Zanim  wyjadę,  chciał  bym  pojechać  do 

Oksfordu  i  zabrać  rzeczy  Helen  z  jej  pokoju  w  kolegium  St  Hughes.  Ale  najpierw 
odwiozę was oboje. 

- Z jej pokoju? - Dillon zapalił papierosa i przez chwilę nad czymś dumał. - Wie 

pan co? Nigdy nie widziałem jej pokoju ani pokoju Granta. Nie pogniewa się pan, jeśli z 
panem pojadę? 

Dotarli do Oksfordu w półtorej godziny. Luke, któremu Quinn mówił, jak jechać, 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

skręcił  w  bramę  i zatrzymał  się  przy  portierni  St  Hughes.  Po  chwili  podszedł  do  nich 
portier. 

- Czym mogę służyć? - zapytał z uśmiechem. 
- Pamięta mnie pan? Nazywam się Daniel Quinn. Przyjechałem po rzeczy swojej 

córki. 

Portier przestał się uśmiechać. 
-  Oczywiście,  proszę  pana.  Chciałbym  powiedzieć,  że  jest  mi  bardzo  przykro. 

Helen  była  uroczą  dziewczyną.  Zadzwonię  do  dyrektora  i  zawiadomię  go  o  pańskim 
przyjeździe. 

- To miło z pana strony. 
Luke podwiózł ich pod akademik i Quinn wszedł pierwszy do środka. 
-  Najpierw  zajrzymy  do  dyrektora  -  powiedział.  -  Jego  gabinet  jest  tuż  za 

świetlicą, w której przesiadują młodsi studenci. 

Przy wejściu wisiały skrzynki pocztowe. Nazwiska studentów były wymienione 

w  porządku  alfabetycznym.  Przystanęli  i  Quinn  odnalazł  skrzynkę  Helen.  W  środku 
były trzy listy. Przyjrzał im się i jeden z nich wziął do ręki. 

- Mój ostatni list z Kosowa. 
Dillon  przejechał  palcem  po  nazwiskach  i  znalazł  skrzynkę  Alana  Granta.  Nie 

było w niej żadnej korespondencji, ale... Irlandczyk wsadził do środka palce i wyciągnął 
długopis. Przez chwilę przypatrywał mu się z zaciekawieniem, a potem schował go do 
kieszeni. Było w nim coś, co go zaintrygowało. 

Nagle otworzyły się drzwi do gabinetu i pojawił się w nich dyrektor. 
-  Witam  pana,  senatorze  -  rzekł.  -  Nie  potrafię  powiedzieć,  jak  bardzo  jesteśmy 

wszyscy przygnębieni. 

Wymienili uścisk dłoni. 
-  Przyjechał  pan  po  rzeczy  pańskiej  córki?  Poprosiłem  osoby  z  personelu,  żeby 

spakowały jej walizki. Mam nadzieję, że postąpiliśmy właściwie. 

- To bardzo uprzejmie z pana strony. 
- Chce pan, żebym mu towarzyszył? 
- To nie będzie konieczne. 
- Oto klucz do jej pokoju. - Dyrektor przez chwilę się wahał. Najwyraźniej chciał 

jeszcze  coś  powiedzieć.  -  Helen  była  wspaniałą  dziewczyną  -  oświadczył  w  końcu.  - 
Lubianą  przez  personel  i  innych  studentów.  To,  co  słyszałem  o  okolicznościach  jej 
śmierci...  nie  mieści  się  po  prostu  w  głowie.  Do  tego  stopnia  nie  pasuje  do  Helen,  że 
chyba jest pozbawione sensu. 

- Mnie też się tak wydaje, ale dziękuję, że pan to powie dział. 
Quinn odwrócił się i odszedł, a Dillon ruszył w ślad za nim. 
Pokój Helen znajdował  się  na  pierwszym  piętrze.  W  środku były wąskie  łóżko, 

biurko,  krzesło  i  szafa.  Na  łóżku  leżała  pusta  otwarta  torba,  a  obok  postawiono  dwie 
walizki.  Na  dwóch  półkach  stały  książki,  na  biurku  znajdowała  się  fotografia  Quinna 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

obejmującego córkę ramieniem. Wszystko było takie proste i ciche, a mimo to w pokoju 
wyczuwało się obecność Helen. Quinn oparł się o biurko i zaszlochał. Dillon położył mu 
rękę na ramieniu. 

- Spokojnie. Oddychaj powoli. 
- Wiem. Nic mi nie będzie. Zapakuję do torby jej książki i inne drobiazgi. 
Quinn zabrał się do dzieła, a Dillon podszedł do okna, wyjął z kieszeni długopis i 

bacznie mu się przyjrzał. 

- Co tam masz? 
-  Znalazłem  to  w  skrzynce  pocztowej  Alana  Granta.  Coś  mi  to  przypomina...  - 

Dillon strzelił nagle palcami. - Oczy wiście! 

- Co? 
-  Widziałem  już  kiedyś  coś  takiego.  To  nie  jest  zwyczajny  długopis.  To 

urządzenie do nagrywania. 

Quinn przestał wkładać książki do torby. 
- Co takiego? Jesteś pewien? 
- Przekręca się go i zdejmuje nasadkę. Zdziwisz się, jak mocna jest siła głosu. 
- Ale co z tym robił Alan Grant? 
- Zaraz zobaczymy - powiedział Dillon i włączył odtwarzanie. 
I  miał  rację.  Usłyszeli  wyraźny  głos  Ruperta  Daunceya.  ”W  środku  są  trzy 

czekoladki. W każdej jest tabletka ecstasy. Chce, żebyś dał jedną swojej dziewczynie... ”. 

Dillon  wcisnął  nasadkę  kciukiem  i  zapadła  cisza.  Quinn  wbił  w  niego  wzrok. 

Krew odpłynęła mu z twarzy, a na kościach policzkowych napięła się skóra. 

- Znam ten głos - szepnął. 
- To Rupert Dauncey. 
Quinn usiadł na brzegu łóżka. 
- Posłuchajmy reszty. 
Potem  przez chwilę  siedział  z  twarzą schowaną  w  dłoniach. W  końcu podniósł 

wzrok. 

- Ten sukinsyn jest odpowiedzialny za śmierć mojej córki. 
- Obawiam się, że masz rację. 
- Ale dlaczego Grant go posłuchał? 
- Nie wiem. Dauncey mógł mieć na niego jakiegoś haka. 
Z nagrania wynika, że chłopak był pod presją. I mógł uważać, że to w końcu nic 

takiego. Próbuje tego wielu studentów. 

Założę  się,  że sam  też  to  zażywał.  -  Dillon  potrząsnął  głową.  -  Nie  chciał,  żeby 

Helen umarła. 

- Więc dlaczego sam się zabił? 
-  O  ile  rzeczywiście  się  zabił.  Im  baczniej  się  temu  przypatruję,  tym  wyraźniej 

widzę odciski palców  Daunceya. Mam przeczucie, że jeszcze się czegoś dowiemy. Ten 
facet jest zdolny do wszystkiego. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Ja też - powiedział Quinn, wstając z łóżka. - Wracajmy do Londynu, Sean. Czy 

można skopiować to nagranie? 

- Sądzę, że tak. Mam przyjaciela, który chyba zdoła to dla nas zrobić. 
- W takim razie ruszajmy. 
Quinn wziął dwie walizki, Dillon torbę i razem wyszli z pokoju. 
W  domu  przy  Regency  Square  Dillon  dokonał  prezentacji  i  Roper  zbadał 

długopis. 

-  Wiem,  jak  działają  te  urządzenia  -  oznajmił.  -  Mogę  przegrać  to  na  kasetę. 

Poprawi się jakość dźwięku. 

- Tylko raz - powiedział Quinn. - Nie chcę więcej kopii. 
-  Jak  pan  sobie  życzy.  Ale  najpierw  muszę  odtworzyć  nagranie.  -  Roper  głową 

wskazał  Dillonowi  kuchnię.  -  Po  twoich  komentarzach  na  temat  wina,  Sean,  kupiłem 
irlandzką whisky. To nie jest bushmills, ale zakładam, że będziesz zadowolony. Butelka 
stoi na półce przy lodówce. 

Roper podjechał do zastawionego elektroniką stołu i przystąpił do pracy.  Dillon 

nalał whisky do szklanek i usiadł z Quinnem przy oknie. 

- Co zamierzasz teraz zrobić? - zapytał. 
- Mam zamiar spotkać się z Kate Rashid i Daunceyem. 
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? 
- O tak. - Quinn był bardzo spokojny. - Nie martw się, Sean, nie mam w kieszeni 

pistoletu, mimo że bardzo bym chciał. Są inne sposoby. 

Rupert odwrócił się do nich na wózku. 
- Proszę bardzo. Jeden długopis i jedna taśma. 
Quinn odebrał je, zanim Dillon zdążył się ruszyć. 
- Chyba należą do mnie. Stokrotne dzięki, majorze. 
-  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie.  I  proszę  mnie  o  wszystkim  na  bieżąco 

informować. 

Fergusona  zastali  w  domu  przy  Cavendish  Place.  Kiedy  weszli,  siedziała  przy 

nim Hannah i razem przeglądali plik papierów. 

- W Oksfordzie wszystko poszło dobrze? - zapytał generał. 
- Cóż, można powiedzieć, że wizyta była nader odkrywcza - odparł Dillon. 
Hannah zmarszczyła brwi. 
- Co to ma znaczyć? 
- Spytaj senatora. 
Tym razem brwi zmarszczył Ferguson. 
- Quinn? 
- Zanim wyjaśnię, chciałbym podjąć pewną  kwestię - powiedział Amerykanin. - 

Służy  pani  w  policji,  pani  nadkomisarz.  Za  chwilę  przedstawię  dowód  przestępstwa. 
Uważam  jednak,  że  to  wyłącznie  moja  sprawa.  Jeśli  chciałaby  pani  to  wykorzystać... 
Proszę się nie obrażać, ale wolałbym, żeby pani stąd wyszła. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Hannah była wzburzona, lecz Ferguson zachował spokój. 
-  Pani  nadkomisarz  została  oddelegowana  do  mojego  wy  działu  i  podlega 

przepisom ustawy o zachowaniu tajemnicy służbowej - oznajmił. - Nikt się nie dowie, o 
czym rozmawialiśmy. Proszę, żeby pani to potwierdziła - zwrócił się do Hannah. 

- Oczywiście, panie generale - odparła z niepewną miną. 
- No i co pan odkrył? - zapytał Ferguson. 
- W skrzynce pocztowej Alana Granta znaleźliśmy długo pis - wyjaśnił Quinn. 
- Wyposażony w tajne urządzenie nagrywające - dodał Dillon. 
Quinn pokazał im taśmę. 
-  Major  Roper  właśnie  sporządził  dla  mnie  kopię,  na  której  udało  się  poprawić 

jakość dźwięku. Na pewno was to zainteresuje. 

- Może pani to puścić? - powiedział Ferguson. 
Hannah  wzięła  od  Quinna  kasetę  i  wsunęła  ją  do  stojącego  na  półce 

magnetofonu.  Kiedy  uruchomiła  odtwarzanie,  usłyszeli  wyraźnie  głos  Ruperta 
Daunceya. ”W środku są trzy czekoladki. W każdej jest tabletka ecstasy... ”. 

-  To  najbardziej  podłe  draństwo,  z  jakim  się  kiedykolwiek  spotkałam  -  rzekła 

Hannah, kiedy wysłuchali całości. 

- Sukinsyn jakich mało - zgodził się Ferguson. 
- Dysponując tymi dowodami, policja będzie mogła natychmiast go aresztować - 

dodała Hannah. 

- I o co go oskarży? - zapytał Quinn. - O morderstwo? 
Nie. O zabójstwo?  Też nie. Dobry adwokat będzie dowodził,  że Dauncey chciał 

skompromitować moją córkę, żeby mi zaszkodzić. Najwyżej oskarżą go o przyczynienie 
się do jej śmierci, choć wcale nie jestem tego taki pewien. 

- Ale on zrobił coś gorszego, senatorze. Przecież pan wie. 
-  Oczywiście,  że  wiem.  Ale  biorąc  pod  uwagę  wpływy  Rashidów,  sądzę,  że 

dostanie jedynie lekkiego klapsa. Dauncey może powiedzieć, że jest mu przykro i że dał 
się ponieść osobistej antypatii. I jaki dostanie wyrok? No proszę, powiedzcie mi. 

- Ja ci powiem - odezwał się Dillon. - Masz rację. 
Taśma jest kompromitująca, ale nie wystarczy, żeby go skazać. 
-  A  ja  nie  mogę  przedstawić  żadnych  dodatkowych  dowodów,  nie  wolno  mi 

przecież  powiedzieć  o  waśni  pomiędzy  Rashidami  a  prezydentem.  Wszystkie  fakty 
objęte są ścisłą tajemnicą. 

- Więc Kate Rashid i Daunceyowi ujdzie to na sucho? - zapytała Hannah. 
- Tego nie mówię. Jeśli okaże się to konieczne, nie zawaham się osobiście zgładzić 

Ruperta Daunceya - powiedział Quinn i na chwilę zapadła cisza. - Ale mam inne plany. 

Wybieram  się  teraz  na  South  Audley  Street,  żeby  stawić  im  czoło.  Jedziesz  ze 

mną, Dillon? 

- Możesz na mnie liczyć - odparł Irlandczyk. 
Ferguson westchnął i wstał z fotela. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- W takim razie ja też chyba powinienem się z wami wybrać. Jako głos rozsądku. 

Ale  pani  nie  jedzie  -  zwrócił  się  do  Hannah.  -  Mam  przeczucie,  że  niezależnie  od 
obowiązków,  jakie  nakłada  na  panią  ustawa  o  tajemnicy służbowej,  lepiej  będzie,  jeśli 
pani tu zostanie. 

Luke  podwiózł  ich  do  domu  Rashidów.  Otworzyła  im  pokojówka  w  czarnej 

sukience i białym fartuszku. 

- Czy zastaliśmy księżniczkę? - zapytał Ferguson. 
- Tak, proszę pana. 
- Więc bądź tak miła i powiedz jej, że generał Ferguson, senator Quinn oraz pan 

Dillon chcieliby z nią zamienić dwa słowa. 

Pokojówka poszła na górę, a oni zaczekali w hallu. Po chwili dziewczyna wróciła 

i stanęła u szczytu schodów. 

- Proszę  tędy, panowie  -  zawołała,  po  czym wprowadziła  ich do  bawialni.  Kate 

Rashid siedziała przy kominku. Dauncey stał za jej plecami. 

-  No,  no  -  mruknęła.  -  Któż  to  nas  odwiedził?  Trzej  muszkieterowie?  Jeden  za 

wszystkich, wszyscy za jednego? 

-  To  nie  jest  śmieszne,  Kate  -  powiedział  Dillon.  -  I  nie  sądzę,  żeby  było  ci  do 

śmiechu, kiedy dowiesz się, z czym przychodzimy. 

- To znaczy? 
Quinn wyjął z kieszeni długopis. 
- Znaleźliśmy to w Oksfordzie. Należało do Alana Granta. 
Sądzę,  że  doskonale  wiecie,  kto  to  taki,  więc  nie  udawajcie,  że  pierwszy  raz 

słyszycie jego nazwisko. 

-  Oczywiście,  że  wiemy  -  odparła  Kate  Rashid.  -  Niech  pan  nie  będzie  taki 

melodramatyczny, senatorze. 

- Jest jednak coś, o czym na pewno nie wiecie. Ten długo pis jest w rzeczywistości 

urządzeniem nagrywającym. Alan Grant włączył je, kiedy pani kuzyn zaczął mu grozić. 

Przez chwilę Kate Rashid wydawała się zaskoczona. 
- Nonsens  -  oświadczyła  w  końcu.  -  Skąd człowiek  pokroju  Granta  wziąłby  coś 

takiego? 

- Jego brat pracuje w branży ochroniarskiej - wyjaśnił Dillon. - To był prezent. 
Quinn wyjął z kieszeni taśmę magnetofonową. 
- Pozwoliliśmy sobie sporządzić kopię. Jakość dźwięku jest teraz o wiele lepsza. 

Sami się przekonacie. 

W rogu pokoju stał magnetofon. Senator podszedł do niego i włożył kasetę. Przez 

moment trwała cisza, a potem usłyszeli głos Ruperta... 

- No cóż... Nie najlepiej to o tobie świadczy, Kate - powiedział Dillon. - I o panu - 

dodał, spoglądając na Daunceya. 

- Powiedziałbym, że odsiadka jest gwarantowana - rzekł Ferguson. 
Co  ciekawe,  Rupert  nie  wydawał  się  wcale  poruszony.  Spokojnie  zapalił 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

papierosa. 

- Róbcie, co chcecie  - oświadczył.  -  Nie osiągniecie zbyt  wiele. Chyba zdaje pan 

sobie z tego sprawę, Ferguson? 

- Nie, źle pan to ujął - odparł Quinn. - Chciał pan powiedzieć, że nie osiągniemy 

tego, co by nas usatysfakcjonowało. Dostanie pan jakiś śmiesznie niski wyrok i odsiedzi 
tylko  połowę.  Coś  panu  powiem.  Ma  pan  rację.  Wie  pan,  ile  to  jest  warte?  -  zapytał, 
podnosząc długopis. - Nic. Uświadomiło mi tylko, że to wy jesteście odpowiedzialni za 
śmierć mojej córki - senator cisnął długopis i taśmę do kominka. 

-  Na  litość  boską!  -  jęknął  Ferguson,  kiedy  taśma  zajęła  się  ogniem,  a  długopis 

zaczął się topić. Nawet Dillon był zaskoczony. 

- Jutro rano lecę do Bostonu... - kontynuował Quinn. - Kiedy złożę prochy córki 

do grobu, wrócę. I wtedy się zacznie. 

- Co to ma znaczyć? - zapytała wyraźnie zdenerwowana Kate Rashid. 
-  Mam  zamiar  wypowiedzieć  ci  wojnę,  księżniczko.  Tobie  i  twojej  firmie.  Mam 

zamiar cię zrujnować. I zrujnuję cię, nawet jeśli to będzie ostatnia rzecz, którą w życiu 
zrobię. A ty - dodał, zwracając się do Ruperta Daunceya - jesteś już trupem. 

To rzekłszy, odwrócił się i wyszedł. 
Gdy zostali sami, Kate Rashid nieco się uspokoiła. 
- No  cóż. Nie było  to zbyt  przyjemne,  kochanie  -  powiedziała.  -  Chociaż  trzeba 

przyznać, że facet ma gest. Sądzisz, że to prawda? Że to były jedyne kopie nagrania? 

-  Jestem  o  tym  całkowicie  przekonany  -  odparł  Dauncey,  zapalając  kolejnego 

papierosa. - Każę obserwować jego dom, żebyśmy wiedzieli, kiedy wróci. 

- A co potem? 
-  Potem  się  nim  zajmę.  -  Rupert  się  uśmiechnął.  -  Ta  ”ostatnia  rzecz  w  życiu” 

może mu się przytrafić wcześniej, niż myśli. A ty? Co z tą twoją bombą? 

- Nadal czekam na wiadomość od Columa McGee. Kiedy przygotuje spotkanie z 

Barrym Keenanem, polecimy do Belfastu i wybierzemy się na wycieczkę do Drumcree. 

- Czy dowiem się w końcu po co? 
-  Oczywiście.  Ale  jeszcze  nie  teraz.  Bądźcie  cierpliwi,  a  zostanie  wam 

nagrodzone, kochanie. 

Kate najwyraźniej nie straciła rezonu. 
- Tymczasem co masz zamiar robić? 
-  Och,  zabawmy  się  trochę.  Chciałabym  wyjechać  do  Dauncey  Place.  W 

tamtejszym aeroklubie trzymam swój samolocik, swojego black eagle’a. Pomyślałam, że 
moglibyśmy polecieć na Isle of Wight i urządzić piknik. 

- A co z Fergusonem i jego drużyną? 
-  I  o  to  właśnie  chodzi,  mój  drogi  Rupercie.  Oni  nigdy  nie  uwierzą,  że 

polecieliśmy tam wyłącznie na piknik. To ich doprowadzi do obłędu! 

Na  prośbę Fergusona  Luke zawiózł ich do  baru w  hotelu  Dorchester.  Usiedli  w 

rogu sali. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Szampan nie wydaje się zbyt stosowny - powiedział generał. 
- Owszem, ale brandy będzie jak najbardziej na miejscu - odparł Quinn i podniósł 

prawą dłoń, która lekko drżała. - Od tej chwili muszę się nauczyć panować nad sobą. 

-  Moim  zdaniem  panował  pan  nad  sobą  w  sposób  nad  zwyczajny  -  rzekł 

Ferguson. - Ale teraz powinniśmy po stępować bardzo ostrożnie, panie senatorze. Przed 
śmiercią  pańskiej  córki  nie  mieliśmy  niczego,  co  pozwoliłoby  nam  zgodnie  z  prawem 
zająć się Kate Rashid i jej organizacją. To nagranie dało nam pewną szansę. Pan jednak 
wolał zniszczyć kasetę, co cofnęło nas do punktu wyjścia. 

- Taką podjąłem decyzję - odparł Quinn, pijąc brandy. 
- Sądzę, że była niemądra, jeśli ma pan zamiar ostro zareagować. 
-  Nie,  generale.  Źle  pan  mnie  zrozumiał.  To,  co  zrobiłem,  daje  mi  pole  do 

działania. A ja mam zamiar ostro zareagować. 

- W takim wypadku - oznajmił Dillon - możesz na mnie liczyć. 
- Muszę ci przypomnieć, dla kogo pracujesz, Dillon - burknął Ferguson. 
- To się zawsze może zmienić, generale - odparł lekko Irlandczyk. 
Ferguson zmierzył go przeciągłym spojrzeniem. 
-  Przykro  mi  to  słyszeć  -  wycedził.  -  Troszczę  się  przede  wszystkim  o  pańskie 

bezpieczeństwo - dodał, zwracając się do Quinna. 

- Wiem o tym - odparł senator, po czym wstał z miejsca. - Muszę już iść. Mam coś 

do załatwienia. 

-  Powinien  pan  porozmawiać  z  Blakiem  Johnsonem.  Prezydent  osobiście 

interesuje się tą sprawą - przypomniał mu Ferguson. 

- Mógłby mi pan pomóc  -  rzekł  Quinn,  kiwając  głową.  - Zapozna pan Blake’a z 

sytuacją w moim imieniu, generale. Proszę mu o wszystkim opowiedzieć. Dzięki, Sean - 
dodał z uśmiechem i wyszedł. 

-  Wydaje  się  spokojny,  ale  wzbiera  w  nim  gniew  -  po  wiedział  posępnie 

Ferguson. - To niedobrze. 

- To nigdy nie wróży dobrze - odparł Dillon i wypili do końca swoje brandy. 
LONDYN  BOSTON  WASZYNGTON  LONDYN  Nazajutrz  rano  Kate  Rashid  i 

Rupert  Dauncey  wyjechali  z  domu  rdzawoczerwonym  bentleyem.  Dillon  stał  trochę 
dalej  w  głębi  ulicy  w  kasku  i  skórzanym  rynsztunku,  udając,  że  naprawia  coś  przy 
swoim motocyklu Suzuki. Kiedy go minęli, ruszył za nimi. 

Nie miał żadnego szczególnego powodu, by ich śledzić, i nie powiedział o swoim 

wypadzie  Fergusonowi  ani Hannah.  Był jasny  pogodny  poranek  i  na  drodze  panował 
duży  ruch,  dzięki  czemu  mógł  zachować  odpowiednią  odległość.  Zresztą  bentleya 
trudno  było  zgubić  z  oczu.  Przez  większość  czasu  jechali  autostradą,  a  potem  w 
Hampshire wiejskimi drogami. Tam trzeba było już bardziej uważać. 

Zdziwił  się,  że  nie  skręcają  do  Dauncey  Place.  Starał  się  jechać  tak,  by  stale 

rozdzielały  ich  dwie  ciężarówki.  Po  jakimś  czasie  bentley  skręcił  i  Dillon  zobaczył 
tablicę z napisem: AEROKLUB DAUNCEY. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Podczas drugiej wojny światowej aeroklub był przypuszczalnie jedną z baz RAF-

u.  Zapewne  później  go  rozbudowano.  Dillon  zobaczył  główny  budynek,  wieżę 
kontrolną  oraz  mniej  więcej  trzydzieści  samolotów  stojących  przy  dwóch  trawiastych 
pasach startowych. Było tam również kilka samochodów, wśród nich bentley. 

Zaparkował  przed  pierwszym  pasem  startowym  i  wyjął  lornetkę.  Jak  lubił  się 

często  przechwalać  Ferguson,  Dillon  potrafił  pilotować  wszystko,  co  lata,  a  większość 
stojących tam maszyn była mu znana. 

Skrajem  bliższego  pasa  kołował  właśnie  elegancki  black  eagle.  Po  chwili 

zatrzymał  się  w  niewielkiej  odległości  od  Dillona,  i  wysiadł  z  niego  mężczyzna  w 
białym kombinezonie. Rupert Dauncey i Kate Rashid wyszli z budynku i ruszyli w jego 
stronę.  Ona  miała  ciemne  okulary  i  jednoczęściowy  kostium,  on  skórzaną  kurtkę. 
Zamienili kilka słów z mężczyzną, i wsiedli do samolotu. Maszyna pokołowała na drugi 
koniec pasa i odleciała. 

Dillon podszedł do balustrady. 
-  Ładny  eagle  -  zagadnął  mężczyznę  w  białym  kombinezonie.  -  W  dzisiejszych 

czasach na takie cacko mogą sobie pozwolić tylko kolekcjonerzy. 

- Należy do księżniczki Loch Dhu. Sama go pilotuje i jest w tym całkiem dobra - 

odparł mężczyzna. 

- Dokąd się dzisiaj wybrała? - zapytał Dillon, częstując go papierosem. 
- Czasami lubi wyskoczyć na jeden dzień do Francji, ale teraz poleciała na Isle of 

Wight.  Najpierw  jednak  zahaczy  o  swoją  rezydencję  w  Dauncey  Place.  Ma  tam 
lądowisko. 

- Czy to legalne? 
- Owszem, jeżeli do kogoś należy połowa hrabstwa. - Mężczyzna się roześmiał. - 

Jeśli ma pan ochotę się napić, w środku mamy kafejkę. 

- Nie, dzięki, śpieszę się. 
Dillon wsiadł na motocykl i odjechał. W drodze do Londynu zastanawiał się nad 

tym, co usłyszał. 

Następnym  miejscem,  które  odwiedził,  był  pub  Dark  Man  przy  nabrzeżu  w 

Wapping.  Harry  Salter,  Billy,  Baxter  i  Hali  jedli  właśnie  placek  pasterski  i  wszyscy  z 
wyjątkiem Billy’ego popijali piwo. 

Harry Salter z niepokojem spojrzał w stronę drzwi. 
- A to kto? - mruknął. Dillon zdjął kask. - Jezu, to ty, Dillon - powiedział Salter ze 

śmiechem. - Występujesz w filmie drogi czy czymś podobnym? 

- Nie, przejechałem się po  prostu po  kraju. Po kraju Rashidów. Byłem w  wiosce 

Daunceyów i trochę dalej. 

Harry przestał się uśmiechać. 
- Jakieś problemy? 
- Można tak powiedzieć. 
-  W  takim  razie  musisz się  napić.  -  Salter  skinął  na  Billy’ego,  który  poszedł  do 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

baru i wrócił z butelką bollingera. 

Dillon podważył kciukiem korek i wlał alkohol do kieliszka. 
- Co na to powiesz, Billy? Sześć mil od jej domu jest aeroklub i Kate lata stamtąd 

maszyną  podobną  do  tej,  którą  miał  Carver,  kiedy  odwiedziliśmy  ostatnio  Hazar. 
Samolot nazywa się black eagle. 

- Chcesz powiedzieć, że sama go pilotuje? 
- To dla mnie coś nowego, Billy... nie wiedziałem o tym. 
-  Cóż,  codziennie  uczymy  się  czegoś  nowego  -  rzekł  Harry  -  ale  przecież  nie 

przyjechałeś tu po to, żeby nas o tym poinformować. 

- Nie, oczywiście - zgodził  się  Dillon i  opowiedział  im  o wszystkim: o Quinnie, 

jego córce i Alanie Grancie. 

Kiedy skończył, przy stoliku zapadła cisza. 
- Co za sukinsyn - powiedział w końcu Billy. 
-  To  słowo  nie  do  końca  określa  jego  osobowość...  -  uznał  Harry.  -  Zresztą 

wiedziałem, że to kawał drania, kiedy tylko go zobaczyłem. Co teraz będzie? 

- Quinn wróci za parę dni. Wtedy zobaczymy. 
-  Oszalał  chyba,  niszcząc  ten  długopis  i  taśmę  -  rzekł  Harry.  -  Dauncey 

powędrowałby za kratki za to, co zrobił. 

- Na jak długo? - odparł Billy. - Nie, Quinn miał rację. 
Chce czegoś więcej, niż może mu dać wymiar sprawiedliwości, i moim zdaniem, 

ma do tego prawo. 

-  Więc  pójdziesz  razem  z  nim  na  wojnę,  kiedy  już  tu  Wróci?  -  zapytał  Harry 

Dillona. 

- Można to tak ująć. 
- A co na to generał? 
- Nie pochwala. 
- O czym my, do diabła, mówimy? - obruszył się Billy. - Kate Rashid skazała nas 

wszystkich na śmierć, czyż nie? To dotyczy również Fergusona. Myślę, że powinniśmy 
działać razem. 

-  Ja  też  tak uważam.  -  Harry  wyciągnął  rękę.  -  Możesz  na  nas  liczyć,  Sean,  bez 

względu na to, co mówi Ferguson. 

Przed  wyjazdem  z  Londynu  Daniel  Quinn  odbył  przez  telefon  rozmowę  z 

Tomem  Jacksonem.  Jego  stary  znajomy  z  Wietnamu  był  zatrudniony  w  Quinn 
Industries. Wiadomość o śmierci Helen bardzo  nim wstrząsnęła. Quinn nie powiedział 
mu dokładnie, co się wydarzyło. Nie widział powodu, by to robić. 

- Czy mogę ci jakoś pomóc? - zapytał Jackson. 
- Owszem. Przywożę ze sobą prochy Helen. Skontaktuj się, proszę, z wielebnym 

Walshem.  Pogrzeb  odbędzie  się jutro i chciałbym, żeby wzięła  w  nim udział najwyżej 
garstka osób. 

- Oczywiście. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Tak  długo,  dopóki  to  będzie  możliwe,  chcę  utrzymać  rzecz  w  tajemnicy.  Jeśli 

dowiedzą  się  o  tym  dziennikarze,  będą  sugerować,  że  śmierć  wynikła  z 
przedawkowania narkotyków. 

- Rozumiem. 
-  Z  tego  względu  nie  informuję  dalszej  rodziny.  Chcę,  żebyś  tam  był,  Tom,  ale 

szczerze mówiąc, głównie dlatego, że potrzebuję twojej pomocy. 

- Możesz na mnie liczyć. 
- Zatelefonuj do Białego Domu do Blake’a Johnsona. 
Powiedz mu, co postanowiłem. Ma moją zgodę, żeby poinformować prezydenta. 

Zdaję się w tej sprawie na ciebie. 

Tom Jackson, wytrawny i szczwany adwokat, miał jeszcze jedno pytanie. 
- Czy jest coś, o czym mi nie powiedziałeś? 
- Któregoś dnia o wszystkim się dowiesz, stary przyjacielu - odparł Quinn. 
Nazajutrz  po  południu  senator  siedział  w  kościele  położonym  przy  cmentarzu 

Lavery.  Rodzina  Quinnów  miała  tam  swoje  mauzoleum.  Nabożeństwo  odprawiał 
wielebny  Walsh,  który  był  rodzinnym  kapłanem  od  bardzo  dawna  i  kiedyś  ochrzcił 
Helen.  Asystował mu  młodszy  ksiądz, ojciec  Doyle. Dwóch  ubranych w  ciemne  stroje 
grabarzy czekało z tyłu nawy. 

Wielebny  Walsh  starał  się  sprostać  sytuacji.  Na  swój  sposób  przypominało  to 

ceremonię  w  krematorium  w  Londynie  i  Quinn  puszczał  mimo  uszu  wszystkie  te 
dobrze znane słowa: Jam jest zmartwychwstanie i jam jest życie, rzecze Pan. 

Przecież  to nieprawda,  pomyślał.  Nie ma  tutaj żadnego zmartwychwstania.  Jest 

tylko śmierć. 

Nagle  drzwi  kościoła  otworzyły się  i zatrzasnęły.  Usłyszał zbliżające się  kroki  i 

czyjaś  ręka  spoczęła  na  jego  ramieniu.  Obejrzał  się  i  zobaczył  Blake’a Johnsona,  który 
uśmiechnął się z trudem i usiadł w ławce po drugiej stronie przejścia. 

Potem wstali, żeby odmówić Modlitwę Pańską, i wielebny Walsh pokropił urnę z 

prochami.  Muzyka  organowa  z  taśmy  była  teraz  ściszona.  Młody  ksiądz  podniósł 
ozdobną urnę i wręczył ją Quinnowi. 

Sformowano  pochód:  na  przedzie  szli  dwaj  grabarze,  potem  dwaj  księża, 

następnie Quinn z urną, a za nim Tom Jackson i Blake Johnson. Kiedy wyszli na dwór, 
jak  na  zamówienie  zaczęło  padać.  Grabarze  podali  parasole  Blake’owi  i  Jacksonowi. 
Potem jeden z nich rozpostarł parasol nad Quinnem, a drugi nad duchownymi. 

Niewielki kondukt ruszył przez stary cmentarz. Pośród sosen i cyprysów widać 

było skrzydlate aniołki, gotyckie pomniki oraz wyryte w kamieniu sentencje wyrażające 
niezłomną wiarę w życie wieczne. 

Mężczyźni  zatrzymali  się  przy  mauzoleum  -  dużej,  wspartej  na  kolumnach 

budowli, z aniołami  po  obu  stronach wejścia. Jeden z grabarzy wyjął  klucz i otworzył 
ciężkie, odlane z brązu drzwi. 

Quinn podszedł do duchownych. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Jeśli nie macie nic przeciwko temu, wolałbym to zrobić sam. 
W środku było kilka ozdobnych trumien: jego matki, ojca, żony i kilku dalszych 

członków rodziny. Kwiaty ułożono pod niszą w ścianie. Urna z prochami Helen całkiem 
dobrze  tu  pasowała.  Wiedział  od  Jacksona,  że  imię  córki zostanie  wyryte  w  granicie  i 
ozdobione złotym liściem. 

Senator stał z pochyloną głową, lecz się nie modlił. Nie mógł... 
- Żegnaj, kochana - powiedział w końcu cicho i wyszedł. 
Jeden z  grabarzy zamknął  za  nim  drzwi  i  przekręcił  klucz  w  zamku.  Wielebny 

Walsh podszedł do Quinna. 

- Danielu, nie zamykaj się przed światem, nie zamykaj się przed Bogiem. Nic nie 

dzieje się bez powodu. 

- Ksiądz  wybaczy, ale dzisiaj to do  mnie  nie  trafia.  Tak czy  inaczej dziękuję, że 

ksiądz  przyszedł.  Helen  zawsze  księdza  lubiła.  Przepraszam  -  powiedział  Quinn  i 
odszedł razem z Jacksonem i Blakiem. 

Zatrzymał się dopiero na parkingu przed kościołem. 
- Przepraszam, Blake, to nie jest mój najlepszy dzień. 
Dziękuję, że się pofatygowałeś. 
-  Prezydent  też  chciał  być  obecny,  Danielu,  ale  doszedł  do  wniosku,  że  cała 

ceremonia  zmieniłaby  się  wtedy  w  cyrk,  a  zapewne  to  ostatnia  rzecz,  jakiej  byś  sobie 
życzył. 

- Doceniam jego rozwagę. 
- Wracasz do Londynu? 
- Najszybciej, jak to możliwe. 
- Prezydent chce się z tobą spotkać. 
- Po co? 
-  Rozmawiał  z  nami  generał  Ferguson.  Był  bardzo  zaniepokojony.  Tak  jak  my 

wszyscy.  Przykro  mi,  ale  muszę  ci  przypomnieć,  że  jesteś  związany  prezydenckim 
nakazem. 

-  Prezydenckim  nakazem?  -  zdziwił  się  Tom  Jackson.  -  Myślałem,  że  to  stare 

bajdy. 

- Bynajmniej - powiedział Blake. 
- Dobrze - odparł Quinn. - Pojadę do domu, spakuję trochę rzeczy i spotkamy się 

na lotnisku. Możesz odwieźć Toma. 

- O co tutaj chodzi, na litość boską? - zapytał Jackson. 
- Czy Ferguson we wszystko cię wtajemniczył? - Quinn zwrócił się do Blake’a. 
- Tak. 
-  W  takim  razie  możesz  opowiedzieć  o  tym  Tomowi  po  drodze.  Jak  już 

powiedziałem, spotkamy się na lotnisku. 

Usiadł koło szofera, wydał mu polecenie i odjechali. 
Blake  przyleciał  na  pogrzeb  prezydenckim  gulfstreamem.  Quinn  kazał  swoim 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

pilotom  lecieć  do  Waszyngtonu  i  zarezerwować  pas  startowy.  Zamierzał  udać  się  do 
Londynu. Na lotnisku w Bostonie żegnał go Jackson. 

-  Danielu,  jeśli  chcesz  załatwić  tego  sukinsyna,  pozwól,  żebym  ja  to  zrobił  - 

powiedział. 

- To moja sprawa, Tom, nie martw się o mnie. Swoją drogą wyrzucam cię z działu 

prawnego. 

Jackson był przerażony. 
- Ale co ja takiego zrobiłem, Danielu? 
-  Nic  poza  tym,  że  wszystko,  czego  się  dotknąłeś,  obracało  się  w  złoto. 

Rozmawiałem z Bertem Hanleyem. Coraz bardziej dokucza mu serce. Lekarze każą mu 
się  wycofać.  W  związku  z  tym  zostajesz  prezesem,  w  zasadzie  ze  skutkiem 
natychmiastowym. Nadal będę w pobliżu jako  przewodniczący rady nadzorczej, ale w 
gruncie rzeczy dasz sobie świetnie  radę  beze mnie.  -  Quinn  uściskał Jacksona. - Niech 
cię  Bóg  błogosławi,  Tom,  ale  mam  do  załatwienia  pewne  sprawy.  -  Uśmiechnął  się 
słabo. - Wracam do Bo Din. 

- Nie, Danielu, nie! - zawołał Tom, lecz Quinn przeszedł już przez odprawę. 
- Ten  Jackson jest  ci  naprawdę oddany - powiedział Blake,  kiedy znaleźli się w 

samolocie. 

- To wspaniały facet i poszedłbym za nim do piekła, ale muszę zrobić to, co sobie 

postanowiłem. W tej kwestii nie zmienię zdania - mruknął Quinn, po czym odchylił do 
tyłu swój fotel i zamknął oczy. 

Clancy Smith  otworzył  im  drzwi  i  weszli  do  Gabinetu Owalnego.  Cazalet  -  bez 

marynarki  i  w  okularach  -  siedział  przy  biurku  i  podpisywał  jeden  list  za  drugim. 
Słysząc ich, podniósł wzrok, wstał i obszedł dookoła biurko. 

- Tak bardzo chciałbym powiedzieć, Danielu, że miło cię widzieć. 
-  Uznajmy,  że  każdy  powiedział  to,  co  powinien,  panie  prezydencie,  i 

przystąpmy do rzeczy. Co mogę dla pana zrobić? 

- Usiądźmy - powiedział Cazalet. - Blake i ja odbyliśmy rozmowę z Fergusonem. 

Generał  opowiedział  mi  o  Rupercie  Daunceyu...  Jestem  wstrząśnięty  tym,  czego  się 
dowie działem. 

-  Zdaje  pan  sobie  sprawę,  że  tak  naprawdę  to  było  wymierzone  we  mnie. 

Dauncey  wcale  nie  chciał,  żeby  moja  córka  zginęła.  Pragnął  tylko,  żeby  podczas  tej 
manifestacji  była  odurzona.  Miał  nadzieję,  że  ją  aresztują,  i  w  ten  sposób  przy  sporzy 
poważnych problemów mnie, a także pośrednio panu, panie prezydencie. 

- A potem cała ta sprawa wymknęła się spod kontroli - dodał Blake. 
- Ferguson wyjaśnił nam, dlaczego zniszczyłeś nagra nie - powiedział Cazalet. - I 

nie będę krył, że jestem skonsternowany. Mogłeś przygwoździć Daunceya w sądzie. 

-  Dostałby  lekko  po  łapach,  panie  prezydencie,  a  to  mi  nie  wystarcza.  Nie 

zamordował co prawda mojej  córki,  ale  nie ten  nieszczęsny chłopak, odpowiada za  jej 
śmierć i mam zamiar zadbać, żeby za to zapłacił. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Ale zgodnie z prawem i uczciwie. Musimy działać w granicach prawa, Danielu. 
- W ten sposób nie spowodujemy nawet małego wyłomu w imperium Rashidów. 

I niech pan mi powie, co będzie, jeśli zgodnie z prawem nie da się nic zrobić? Czy mam 
się pogodzić z niesprawiedliwością? 

- Tak  - odparł prezydent  -  bo  bez prawa sprawiedliwość jest  niczym.  To  prawo 

nas łączy i nadaje sens naszemu życiu. 

Bez niego jesteśmy niczym. 
- I to jest dokładnie to, na co liczą łajdacy. Mam tego dosyć, panie prezydencie, i 

wielu ludzi powtórzyłoby to samo. 

Mam dosyć tego, że złoczyńcy pozostają bezkarni. 
- To wcale nie podważa istoty tego, co powiedziałem. 
-  W  takim  razie  musimy  uznać,  że  różnimy  się  w  tej  kwestii  -  odparł  Quinn  i 

wstał. 

- Jeśli zdecydowałeś się podążać tym torem, Danielu, nie mogę cię dalej chronić. 

Zdajesz sobie chyba z tego sprawę? 

- Spodziewałem się tego. 
- W takim razie muszę ci oznajmić, że nie pełnisz już żadnej oficjalnej funkcji w 

Londynie. Ambasada nie może ci zapewnić pomocy. 

- I nie jestem już związany prezydenckim nakazem? 
- Obawiam się, że nie. 
- Czy mogę już odejść? Czeka na mnie samolot do Londynu. 
- Jeszcze jedno. Generał Ferguson podziela moje zdanie. 
Ani  on,  ani  żaden  z  jego  ludzi  nie  zaangażuje  się  w  tego  rodzaju  działania.  To 

oznacza, że nie możesz liczyć na pomoc ze strony Seana Dillona. 

-  Pan  Dillon  wyraził  w  tej  sprawie  inne  zdanie,  a  odniosłem  wrażenie,  że  nie 

zmienia łatwo poglądów. 

- Przykro mi to słyszeć. Do widzenia, senatorze. 
Blake wyprowadził Quinna z Gabinetu Owalnego. 
- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz - powiedział. 
- Nigdy nie byłem tego bardziej świadom. 
Quinn  oddalił  się,  a  Blake  wrócił  do  gabinetu.  Cazalet  siedział  za  swoim 

biurkiem. 

- Uważasz, że się mylę? - zapytał Blake’a. 
-  Nie,  panie  prezydencie,  nie  myli  się  pan.  Ale  i  Quinn  ma  w  jednym  punkcie 

rację.  Nikt  nie  złamie  Kate  Rashid  i  jej  organizacji,  postępując  zgodnie  z  prawem.  Tą 
sprawą powinien zająć się ktoś taki jak Dillon. 

- Ale Daniel Quinn nie ma w sobie nic z Dillona. To wzór prostolinijności. 
- Może okazać się pilnym uczniem, panie prezydencie. 
Tej  samej  nocy,  w  Londynie,  Rupert  Dauncey  otrzymał  telefon  od  jednego  z 

ludzi,  którzy  pilnowali  domu  Daniela  Quinna  w  furgonetce  zakładu  telekomunikacji. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Było ich dwóch, Newton i Cook, i obaj służyli kiedyś w SAS. 

- Wrócił, proszę pana - powiedział Cook. 
- Kiedy dokładnie? 
-  Godzinę  temu.  Próbowałem  się  do  pana  dodzwonić,  ale  miał  pan  wyłączony 

telefon. 

- Wyszedłem, żeby się przebiec. 
-  Pomyślałem,  że  powinienem  pana  uprzedzić,  że  ten  jego  szofer  w  pełnym 

uniformie stoi przy mercedesie. Mam wraże nie, że Quinn gdzieś się wybiera. 

- Będę tam za trzy minuty. 
Dauncey  odłożył  słuchawkę,  chwycił  telefon  komórkowy  i  po  kilku  sekundach 

już  go  nie  było.  Po  chwili  wyjechał  porschem  Kate  z  garażu.  Kiedy  zbliżał  się  do 
skrzyżowania  z  Park  Place,  mercedes  właśnie  ruszał  spod  domu.  Mignęła  mu  twarz 
Quinna, siedzącego obok kierowcy. Dauncey zadzwonił do Newtona i Cooka. 

- Przejąłem go i nie spuszczam z oka. Wy zostańcie tam, gdzie jesteście. 
Z powodu późnej pory nie było dużego ruchu. Quinn zapalił papierosa i odchylił 

się  do  tyłu  w  siedzeniu.  Zawsze  lubił  duże  miasta  nocą,  zwłaszcza  późną.  Zmoczone 
deszczem opustoszałe ulice i poczucie samotności. Co ja tu, u diabła, robię, przeleciało 
mu przez głowę i przez chwilę nie mógł się od tej myśli uwolnić. 

Jechali w stronę rzeki, Tower i doków Świętej Katarzyny. Po jakimś czasie skręcili 

w  Wapping High Street i zatrzymali się przy klasztorze Najświętszej Marii. Quinn był 
tutaj rok wcześniej w trakcie jednej z londyńskich misji, którą odbywał dla prezydenta. 
Klasztor  mieścił  się  w  posępnym  budynku  z  szarego  kamienia.  Wielkie  wysłużone 
dębowe  drzwi  były  uchylone.  Za  wysokimi  murami  widać  było  dzwonnicę  i  dach 
kaplicy. 

- To nie  potrwa długo - powiedział do Luke’a, po czym  wysiadł i  przeszedł na 

drugą stronę ulicy. 

Na 

tablicy 

widniał 

napis: 

KLASZTOR 

NAJŚWIĘTSZEJ 

MARII, 

ZGROMADZENIE  MAŁYCH  SIÓSTR  MIŁOSIERDZIA,  MATKA  PRZEŁOŻONA 
SARAH PALMER. 

- Nigdy nie zamykamy drzwi - mruknął Quinn i wszedł do środka. 
W budce siedział nocny portier, popijając herbatę i czytając ”Evening Standard”. 

Słysząc kroki Quinna, podniósł wzrok. 

- Dobry wieczór. 
Na  ścianie  wisiał  napis:  KAPLICA  JEST  OTWARTA  DLA  WSZYSTKICH, 

KTÓRZY PRAGNĄ SIĘ MODLIĆ. 

- Czy zastałem matkę przełożoną? 
- Widziałem niedawno, jak szła do kaplicy, proszę pana. 
- Dziękuję. 
Quinn skierował się ku otwartym drzwiom i wszedł do środka. 
Rupert,  który  zaparkował  porsche  w  pewnej  odległości  od  mercedesa,  widział, 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

jak Quinn przechodzi na drugą stronę ulicy. 

Śledząc  go,  przystanął  na  chwilę,  żeby  się  przyjrzeć  tablicy  znajdującej  się  na 

ścianie klasztoru, po czym wszedł do sieni. Uznał, że najlepsze będzie proste podejście. 

- Dokąd poszedł mój przyjaciel? - zapytał portiera. 
- Do kaplicy, proszę pana. Szukał matki przełożonej. 
Rupert  podszedł  do  uchylonych  drzwi  i  usłyszał  głosy.  Zajrzał  do  środka.  W 

kaplicy panował mrok, który rozjaśniały tylko palące się przy ołtarzu świece. Dał kilka 
kroków i stanąwszy za kolumną, zaczął się przysłuchiwać rozmowie. 

Wchodząc  do  kaplicy,  Quinn  spojrzał  na  obraz  Najświętszej  Panny.  Palące  się 

przed nim świece sprawiały, że madonna wyglądała tak, jak gdyby się unosiła w mroku 
obok  ołtarza.  Siostra  Sarah  Palmer  szorowała  na  kolanach  podłogę.  Zadanie,  które 
przypadało  w  udziale  nowicjuszkom,  ją,  matkę  przełożoną,  miało  nauczyć  pokory. 
Zimne i wilgotne powietrze przesycone było charakterystycznym zapachem kaplicy. 

- Świece, kadzidło i święcona woda - szepnął cicho. - Zaraz się przeżegnam. 
Sarah przestała szorować podłogę i zmierzyła go spokojnym spojrzeniem. 
- To ty, Danielu? Cóż za niespodzianka. Skąd przy bywasz? 
- Z Kosowa. 
- Źle tam się dzieje? 
- Za dużo trupów na ulicach. 
Sarah wrzuciła ryżową szczotkę do wiadra i zaczęła myć podłogę szmatą. 
- Jest tak źle jak w Bo Din? 
- Inaczej, ale właściwie tak samo. 
- O co chodzi, Danielu? - zapytała, wyżymając szmatę. 
- Helen nie żyje. 
Wciąż klęcząc, wbiła w niego wzrok. 
- O mój Boże. 
Quinn  usiadł  w  jednej z  ławek,  a  ona  podniosła się z  kolan, siadła  przed  nim  i 

odwróciła się do niego twarzą. 

- Jak to się stało? - zapytała, a on wszystko jej opowie dział. 
- Bóg złożył na twoje barki ciężkie brzemię, Danielu - powiedziała, gdy skończył. 

- Zdarzyła się straszna rzecz, lecz nie możesz pozwolić, żeby cię to zniszczyło. 

- Jak mam tego uniknąć? 
- Próbując znaleźć ukojenie w modlitwie, szukając wsparcia u Boga... 
- Zamiast szukać zemsty? - Quinn potrząsnął głową. - Aleja nic innego nie czuję. 

Cierpienie  to  dziwna  rzecz.  Odkryłem,  że  mogę  zaznać  pociechy,  zadając  ból  innej 
osobie.  Człowiek  nigdy  nie  ma  tego  dosyć.  Wypowiadając  wojnę  Rupertowi 
Daunceyowi, powiększyłem jego cierpienie, jego karę. 

- Takie myśli cię zniszczą. 
- Jeśli taka jest cena, zapłacę ją. 
Quinn wstał i to samo zrobiła siostra Sarah. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Po  co  tutaj  przyszedłeś,  Danielu?  Wiesz,  że  nie  mogę  pochwalić  twoich 

zamiarów. 

-  Tak,  ale  chciałem,  żebyś  dowiedziała  się  wszystkiego  ode  mnie.  I  być  może 

zrozumiała moje postępowanie. 

- Więc czego oczekujesz? Błogosławieństwa? 
W  jej  głosie  pojawił  się  chłód  i przez chwilę  była znowu młodą zakonnicą z Bo 

Din. 

- Twoje błogosławieństwo by mi nie zaszkodziło - po wiedział Quinn. 
W odpowiedzi zrobiła najtrudniejszą rzecz, na jaką się kiedykolwiek zdobyła. 
- Odejdź duszo chrześcijańska z tego świata, w imię Boga Ojca Wszechmogącego, 

który cię stworzył. 

-  Bardzo  stosowne  -  mruknął  Quinn  i  łagodnie  się  uśmiechnął.  -  Do  widzenia  i 

niech cię Bóg błogosławi, Sarah. 

Kiedy  odszedł,  uklękła  zdesperowana  w  ławce  i  zaczęła  się  modlić.  Po  chwili 

usłyszała jakiś ruch  i ujrzała  kucającego  przy niej  mężczyznę. Okolona  blond  włosami 
przystojna twarz była twarzą diabła, wiedziała to od razu. 

-  Spokojnie,  siostro,  nie  chcę cię  skrzywdzić.  Szedłem  tutaj  za  nim  i  oczywiście 

zobaczyłem twoje nazwisko na drzwiach. Znam cię. To ty jesteś tą niezwykłą zakonnicą 
z Bo Din. 

- A kim ty jesteś? 
-  Człowiekiem  o  wielu  twarzach.  Na  przykład złym  katolikiem.  Nie  martw  się, 

nigdy bym cię nie skrzywdził. Bóg by mi tego nie wybaczył. 

- Jesteś szalony. 
-  Możliwe.  Jestem  również  człowiekiem,  którego  on  obwinia  o  śmierć  swojej 

córki. 

- Rupert Dauncey - wyszeptała. 
-  To  ja.  -  Rupert  wstał.  -  Spodobał  mi  się  twój  pomysł  na  błogosławieństwo. 

Modlitwa  za  umarłych.  To  może  okazać  się  nader  trafne.  Nie  zapomnij  do  niego 
zadzwonić - dodał z uśmiechem. - Powiedz mu, że tu byłem. 

Dauncey się oddalił, a ona, pełna najczarniejszych obaw, dźwignęła się z klęczek 

i usiadła w ławce. 

Przy Park Place Newton i Clark zobaczyli, jak mercedes wjeżdża na dziedziniec i 

wysiadają z niego Luke i Quinn. 

- Jutro rano nie będę cię potrzebował - powiedział Quinn. - Koło wpół do ósmej 

idę się przebiec do Hyde Parku, więc  powiedz Mary, żeby przygotowała śniadanie na 
dziewiątą. 

Dwaj  mężczyźni  po  drugiej  stronie  ulicy  usłyszeli  jego  słowa.  Cook 

zatelefonował do Daunceya, który właśnie wrócił, i przekazał mu informację. 

- Bardzo  dobrze  -  rzekł  Rupert.  -  Teraz  jedźcie do  domu,  ale  wróćcie  tam  rano, 

ubrani w stroje do joggingu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Kiedy Quinn wyjdzie z domu, idźcie za nim do parku. 
- I co potem?.. 
- Zróbcie to, co trzeba będzie zrobić. 
Dauncey  nie  zapoznał  swojej  kuzynki  z  najnowszym  rozwojem  sytuacji. 

Spotkanie z siostrą Sarah było zbyt osobiste; Kate nigdy nie zrozumiałaby, co teraz czuł. 
Nalał sobie jacka daniel’sa, znalazł wieczorną gazetę i usiadł, żeby ją przeczytać. Chwilę 
później zadzwonił telefon. 

- Tu Quinn. Telefonowała do mnie siostra Sarah Palmer. 
Przysięgam na Boga, że jeśli zrobisz jej coś złego... 
- Niech pan nie będzie głupi, senatorze, ona jest ostatnią osobą, której mogłoby z 

mojej strony coś grozić. Taka wspaniała kobieta... Więc dobranoc i niech pan dobrze śpi. 

Quinn odłożył słuchawkę i uświadomił sobie, że wierzy Daunceyowi, choć sam 

nie  wiedział  dlaczego.  Przez  chwilę  nad  tym  dumał,  a  potem  zadzwonił  do  Seana 
Dillona. 

- Tu Quinn - powiedział i przedstawił mu najnowsze wydarzenia. - Wierzę mu, 

kiedy mówi, że jej by nie skrzywdził - dodał. - Nie wiem dlaczego, ale wierzę. 

-  W  porządku.  Niepokojące  jest  jednak  to,  że  cię  śledził,  kiedy  jechałeś  do 

klasztoru  Najświętszej  Marii  Panny.  Moim  zdaniem,  jesteś  obserwowany.  Czy 
zauważyłeś coś niezwykłego na swojej ulicy? 

-  Zaczekaj  chwilę.  -  Quinn  podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  -  Stoi  tu 

furgonetka zakładu telekomunikacji. 

- Telekomunikacji? Akurat. 
- Dzięki za ostrzeżenie. 
- Jak poszło w Bostonie? 
- No cóż... nie najlepiej, ale właśnie tego się spodziewałem. 
Rozczarowałem  się  do  Waszyngtonu.  -  Opowiedział  mu  o  spotkaniu  z 

prezydentem. - Cazalet dał mi do zrozumienia, że Ferguson podziela jego zdanie - dodał 
na koniec. 

- Jeszcze się o tym przekonamy. Ja jestem panem samego siebie. Zawsze byłem. 

Spotkamy się rano, żeby o tym porozmawiać. 

-  O  wpół  do  ósmej  idę  pobiegać  w  Hyde  Parku.  Zjedz  ze  mną  śniadanie  o 

dziewiątej. 

- Zatem jesteśmy umówieni - odparł Irlandczyk i odłożył słuchawkę. 
Nazajutrz  rano  Dillon obudził się wcześnie  i  spoglądając na zegarek, zdał  sobie 

sprawę, że zdąży jeszcze pobiegać wraz z Quinnem. Wstał, włożył dres i zszedł na dół. 
Potem nałożył na głowę kask, otworzył garaż i wyjechał na ulicę swoim suzuki. 

W  drodze  na  Park  Place  rozmyślał  o  furgonetce  telekomunikacji,  o  której 

wspomniał  Quinn,  i  zastanawiał  się,  jak  najlepiej  załatwić  tę  sprawę.  Być  może 
wystarczy anonimowy telefon na policję. Najprostsza pod słońcem metoda. 

Z  Grosvenor  Square  skręcił  w  South  Audley  Street  i  kiedy  zbliżał  się  do  Park 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Place, zobaczył Quinna przebiegającego przez ulicę. Po chwili ujrzał biegnących za nim 
w  dresach  Cooka  i  Newtona.  Klnąc  pod  nosem,  skręcił  w  Park  Place  i  wjechał  przez 
bramę  na  dziedziniec  rezydencji  Quinna.  Postawił  motocykl  na  nóżkach,  sięgnął  do 
prawej  sakwy,  podniósł  tajną klapkę  na  dnie  i  odnalazł swojego  walthera. Schował go 
do prawej kieszeni dresu i puścił się sprintem w stronę parku. 

Quinn przebiegł podziemnym przejściem pod Park Lane, po czym wspiął się po 

schodkach i wbiegł do Hyde Parku. Newton i Cook byli tuż za nim, ale Dillon, biegnąc 
szybko, nadrabiał dystans. 

Poranek  był  mglisty,  mżył  deszcz.  Sześciu  żołnierzy  kawalerii  przybocznej 

przegalopowało  alejką,  żeby  przegonić  swoje  konie,  trochę  dalej  jechał  stępa  samotny 
jeździec.  Quinn przeciął trawnik,  kierując  się  w  stronę  drzew. Wokół  unosiła  się  gęsta 
mgła i nie było nikogo w pobliżu. 

Usłyszał za sobą tupot stóp i gdy się odwrócił, Newton mocno go uderzył. Quinn 

się zatoczył, przyklęknął na kolano i wtedy Cook kopnął go w klatkę piersiową. Senator 
przeturlał  się  po  ziemi  i  poderwał  na  nogi.  Nagle  przypomniał  sobie  wszystkie  stare 
chwyty.  Zablokował  kolejny  cios  Cooka  i  przerzucił  go  przez  biodro.  Wtedy  Newton 
zaatakował  go  od  tyłu  i  złapał  za  gardło.  Quinn  opadł  na  kolana,  przewrócił  się  i 
przerzucił go nad sobą. Ale już po chwili obaj napastnicy byli gotowi do ataku. 

- No dobra, chłopie - wycedził Cook. - Więcej już nie powalczysz. 
Nagle  w  wilgotnym  powietrzu  rozległ się  niski  odgłos  wystrzału  i  podbiegł  do 

nich Dillon z waltherem w dłoni. 

-  Chyba  nie  -  zawołał.  -  Kto  was  wynajął?  -  zapytał,  podchodząc  bliżej.  - 

Dauncey? 

- Spadaj - odparł Cook. 
Dillon  kopnął  go  w  krocze,  zwalając  z  nóg,  a  potem  złapał  Newtona  za  dres  i 

przystawił lufę walthera do jego lewego ucha. 

- Masz dwie możliwości. Pierwsza, odstrzelę ci ucho. 
Druga, powiesz mi, kto was nasłał. 
Newton od razu zmiękł. 
- Już dobrze, to był Dauncey. 
- No widzisz, nie było to chyba takie trudne? Na twoim miejscu zaopiekowałbym 

się  kolegą,  a  potem  zgłosił  do  szefa  i  powiedział  mu,  że  był  tutaj  Dillon.  Chociaż  nie 
chciałbym być w twojej skórze, kiedy Dauncey dowie się, że spartoliliście robotę - dodał, 
parskając śmiechem, po czym skinął na Quinna. - Zabierajmy się stąd. 

Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie,  kiedy  Newton  i  Cook  z  drżącym  sercem 

zdawali raport Daunceyowi, Quinn i Dillon spotkali się z Fergusonem przy Cavendish 
Place. Generał wezwał przez telefon Hannah, która zdążyła usłyszeć, co się wydarzyło 
w klasztorze, a także w Hyde Parku. 

- Wiemy zatem, na czym stoimy - zakończył swoją opowieść  Dillon. - Wojna na 

noże. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  To  całkiem  możliwe  -  odparł  Ferguson  -  ale  w  dalszym  ciągu  nie  mamy 

żadnych dowodów. Dauncey zaprzeczy, że cokolwiek łączy go z tymi dwoma typkami. 

- To mnie nie interesuje - oświadczył Quinn. - Nie chodzi o to, co możemy zrobić 

zgodnie z prawem, Charles. 

Ważne jest to, co wiemy i co chcemy w związku z tym uczynić. 
- Wiesz, że rozmawiałem o tym z prezydentem. - Ferguson wzruszył ramionami. 

- Jesteś zdany tylko na siebie. 

- Nieprawda. Możesz liczyć na mnie - powiedział Dillon. 
- W takim razie już dla mnie nie pracujesz - oświadczył spokojnie Ferguson. - Na 

twoim miejscu bym to jeszcze przemyślał. 

- Już to zrobiłem. Chodźmy, senatorze - powiedział Dillon i obaj wyszli. 
- Jest pan tego pewien, generale? - zapytała Hannah, kiedy zostali sami. 
-  Jestem  pewien,  że  Dillon  załatwi  to  w  charakterystyczny  dla  siebie  sposób. 

Będzie bezwzględny... - mruknął Ferguson. 

- I to panu odpowiada? 
- Oczywiście - odparł z uśmiechem. 
Podczas  lunchu  Dauncey  poinformował  księżniczkę  o  tym,  co  wydarzyło  się 

rano. 

Kate potrząsnęła głową. 
-  To  już  trzeci  raz,  Rupercie.  Co  się  dzieje?  Albo  Quinna  chroni  jakaś  siła 

magiczna,  albo  będziemy  musieli  poważnie  zrewidować  nasze  metody  prowadzenia 
interesów. - Posłała mu znaczące spojrzenie, lecz potem uśmiechnęła się. - W tej chwili 
jednak mało mnie to obchodzi. Quinn to sprawa uboczna. 

Niedługo zacznie się główne przedstawienie. 
- Co przez to rozumiesz? 
- Odezwał się Barry Keenan. Colum McGee mnie z nim umówił. 
- Gdzie? 
-  W  Drumcree,  za  trzy  dni.  Polecimy  do  Irlandii  w  czwartek  po  południu, 

przenocujemy w hotelu Europa i pojedziemy do Drumcree w piątek rano. Jeśli wszystko 
pójdzie dobrze, wieczorem będziemy mogli wylecieć z powrotem z Aldergrove. 

- I wtedy powiesz mi w końcu, co takiego przygotowujesz? 
- Oczywiście, kochanie. 
W  tym  samym  momencie  Dillon  i  Quinn  stali  na  progu  domu  przy  Regency 

Square.  Kiedy  zabrzęczał  elektroniczny  zamek  i  weszli  do  środka,  Roper  jak  zwykle 
pracował przy komputerze. 

- Właśnie miałem się z tobą skontaktować - powiedział do Dillona. - Kate Rashid i 

Dauncey  lecą  do  Belfastu  w  czwartek  po  południu.  Zatrzymują  się  w  hotelu  Europa  i 
wracają w piątek wieczorem. 

- Uważasz, że to ważne? - zapytał Quinn. 
-  Nie  wiem  -  odparł  Dillon.  -  Może  to  być  zwyczajna  podróż  w  interesach,  ale 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

kiedy  ostatnim  razem  byłem  z  Kate  Rashid  w  Irlandii,  wynajmowała  ludzi  z  IRA. 
Polecimy tam wcześniej i zobaczymy, co się święci. Może będę nawet mógł pokazać ci 
Belfast. 

- Skoro już skończyłeś, chciałbym wtrącić słówko - powiedział Roper. 
- Na jaki temat? 
- Tak się składa, że ja już wiem, dokąd ona jedzie. Wydawało mi się logiczne, że 

będą  mieli  jakiś  służbowy  samochód,  i  znalazłem  go  w  ich  bazie  danych:  to  volvo, 
którym jeździ szofer o nazwisku Hennesy. Będzie ich woził. 

- Ty szczwany lisie. 
- Nie jestem szczwany, jestem genialny. Pamiętam, że w zeszłym roku miałeś na 

pieńku  z  Rashidami,  Aidanem  Bellem  i  w  ogóle  z  IRA...  i  że  często  padała  wówczas 
nazwa Drumcree. 

- Jezu... - mruknął Dillon. - Nie chcesz chyba powie dzieć... 
- Właśnie ci mówię. O wpół do dziesiątej rano Hennesy odbiera Kate i Dauncey a 

spod  hotelu  Europa  i  jadą  do  pubu  Royal  George  w  Drumcree.  Swoją  drogą,  dziwna 
nazwa jak na pub, który mieści się w mateczniku IRA. 

- No cóż, ja sam pochodzę z hrabstwa Down i ludzie mają tam poczucie historii. 

Ten pub zawsze tak się nazywał. Coś jeszcze? 

-  Oczywiście.  Jak  pamiętasz,  zanim  zabiłeś  Aidana  Bella  i  jego  dwóch 

pomagierów,  Tony’ego  Brosnana  i  Jacka  O’Harę,  Drumcree  było  właściwie  ich 
terytorium. 

-  Gwoli  ścisłości,  zabiłem  tylko  Aidana  i  Jacka.  Brosnan  zginął  z  ręki  Billy’ego 

Saltera. 

-  Przyjmuję  poprawkę.  Tak  czy  inaczej,  pomyślałem,  że  zajrzę  do  bazy  danych 

Royal  Ulster  Constabulary  oraz  wy  wiadu  IRA  w  Lizbonie  i  sprawdzę,  jak  wygląda 
teraz sytuacja w Drumcree. 

- Potrafi pan to zrobić? - zapytał Quinn, który dotychczas przysłuchiwał im się w 

milczeniu. 

- Potrafię włamać się wszędzie - odparł z uśmiechem Roper. - Nawet do danych 

Białego Domu. 

- Nie słuchaj go - wtrącił Dillon. - Co z Drumcree? 
- Tak. No więc według Lizbony rządzi tam teraz gość o nazwisku Barry Keenan. 

Znasz go? 

- Z dawnych czasów. To siostrzeniec Aidana Bella. 
- Ma dwóch ochroniarzy, Seana Caseya i Franka Kelly’ego. 
Ale nie należą już do Tymczasowej IRA. Są w Prawdziwej. 
-  Barry  zawsze  świetnie  znał  się  na  materiałach  wybucho  wych.  Prawdziwy 

specjalista od bomb. - Dillon pokiwał głową. - Znowu się w to bawi. 

- Ale w co dokładnie? - zapytał Quinn. 
-  Moim  zdaniem  Kate  wynajmuje  Keenana,  żeby  zrobił  to,  co  umie  najlepiej: 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

wysadził coś w powietrze. I nie chodzi o byle co. W przeciwnym razie nie zadawałaby 
sobie  tyle  trudu,  żeby  zatrudnić  faceta,  który  podobno  jest  najlepszym  ekspertem  od 
bomb w całej IRA. 

- Jak się dowiemy, o co chodzi? 
- Jeżeli nic się nie zmieniło od ostatniego razu, księżniczka spotka się z Keenanem 

na tyłach Royal George. Jest tam mała prywatna salka. Nie będą przecież mówić o tym 
przy barze. 

Potrzebne  jest  nam urządzenie podsłuchowe, najlepiej  z  na  grywaniem  -  Dillon 

zwrócił się do Ropera. - Będziemy musieli je gdzieś w tym pomieszczeniu umieścić. 

- Starczy nam czasu, żeby je zainstalować? 
- Powinni tam być o jedenastej, na pewno nie wcześniej. 
Jeśli  wyruszymy  o  wpół  do  ósmej,  będziemy  na  miejscu  o  dziewiątej.  W  pubie 

podają  irlandzkie  śniadanie,  jajka  i  inną  smażeninę.  Jeden  z  nas  podłoży  urządzenie 
nagrywające  w  bocznej  salce  -  powiedział  Dillon.  -  Czy  możesz  nam  dać  odpowiedni 
sprzęt? - zapytał Ropera. 

-  Normalna  pluskwa  tutaj  nie  wystarczy.  Mogą  rozmawiać  przez  dłuższy  czas. 

Tak się składa, że akurat mam coś dla was. 

Nagrywa przez dwie godziny. 
Roper pokazał im mały srebrzysty gadżet, nie większy od jego dłoni. 
- Dwie godziny... Ale od jakiego momentu? - zapytał Dillon. 
- Od  momentu, kiedy  go  włączysz. - Roper wyjął czarne plastikowe pudełko ze 

szkarłatnym przyciskiem. - To jest pilot. Wciśnijcie ten guzik, kiedy zobaczycie, że Kate 
wchodzi do pubu. 

- I to wystarczy? 
- Pod warunkiem, że odzyskamy potem całe urządzenie - powiedział Quinn. 
- Mam nadzieję, że to się uda - odparł Dillon. 
Wziął urządzenie oraz pilota i schował je do jednej ze swoich licznych kieszeni. 
- Jest  jeszcze coś,  Dillon - rzekł  Roper. - Twoja  gęba jest  dosyć  dobrze znana w 

IRA, zwłaszcza w Drumcree. 

-  To  prawda,  ale  w  armii  brytyjskiej  też  wiedzieli,  jak  wyglądam,  a  nie  mogli 

mnie  przyskrzynić  przez  trzydzieści  lat.  -  Dillon  spojrzał  na  Daniela Quinna.  -  Zanim 
zostałem żołnierzem wielkiej sprawy, zajmowałem się trochę teatrem. 

Przeszedłem  kiedyś  całą  Falls  Road  przebrany  za  staruszkę  grzebiącą  w 

śmietnikach - powiedział ze śmiechem. - Po trafię się trochę odmienić. 

- Bierzecie gulstreama? - zapytał Roper. 
- Nie, tym razem polecę sam. 
Roper spojrzał zaintrygowany na Dillona. 
- Wyjaśnię ci to później, staruszku. Chodźmy, Danielu. 
Dillon i Quinn wyszli na dwór i wsiedli do mercedesa. 
-  W  Brancaster  w  hrabstwie  Kent  jest  aeroklub.  Mają  tam  fajnego  beechcrafta  - 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

oznajmił Dillon. 

- Nie będzie żadnych problemów? 
- Nie. Nadal przysługują mi wszelkie prerogatywy. 
- Mimo że Ferguson umywa ręce? 
- Nie przejmuj się Fergusonem. Bawi się w ciuciubabkę. 
Nie  angażując się  w  to,  będzie  mógł  potem wszystkiemu  zaprzeczyć.  Co  wcale 

nie oznacza, że nie jest zainteresowany wynikami. 

- Jesteś tego pewien? 
- Absolutnie. Teraz zarezerwujmy tego beechcrafta. 
Z  samolotem  nie  było  kłopotów,  tyle  że  mogli  wystartować  dopiero  po  lunchu 

następnego  dnia  -  później,  niż  tego  chciał  Dillon.  Wracając  do  Londynu,  zjedli  coś  w 
przydrożnej kafejce, a potem Luke odwiózł Irlandczyka na Stable Mews. 

Dillon  nalał sobie w  kuchni  szklaneczkę bushmillsa i usiadł  przy stole.  Czuł, że 

wydarzenia  nabrały  tempa.  Nie  wiedział,  co  dokładnie  knuła  Kate,  lecz  jedno  było 
pewne:  czas  oczekiwania  dobiegł  końca.  Był  z  tego  zadowolony.  Niepokoiła  go  tylko 
jedna rzecz. Irlandia to w końcu Irlandia. Czy Quinn będzie w stanie zrobić to, co okaże 
się  konieczne,  jeśli  sytuacja  wymknie  się  spod  kontroli?  Czy  potrafi  bez  wahania 
pociągnąć  za  cyngiel?  Jak  na  razie  nieźle  sobie  radził,  ale  zabicie  kogoś  to  coś  innego 
aniżeli skopanie tyłka kilku drabom. 

Dillon  westchnął. Potrzebował kogoś,  kto  by  go  ubezpieczał,  i przychodziła  mu 

na myśl tylko jedna osoba. 

Pojechał do domu senatora przy Park Place i zadzwonił do drzwi. 
- Muszę się spotkać z przyjacielem - powiedział, kiedy  Quinn otworzył drzwi. - 

Chodź, uzupełnisz w ten sposób swoją edukację. 

Pojechali  do  Wapping  i  zaparkowali  przed  pubem  Dark  Man.  Za  barem  stała 

Doris, czyszcząc kieliszki, ale nigdzie nie było Harry’ego ani Billy’ego. 

- Są na łodzi - powiedziała barmanka. 
Kiedy wyszli na nabrzeże, zaczęło trochę padać. 
-  Harry  zainwestował  także  w  statki  wycieczkowe  -  wyjaśnił  Dillon.  -  Jeden  z 

mniejszych  kazał  odrestaurować  na  własne  potrzeby.  ”Lynda  Jones”  to  jego  duma  i 
radość. Po czekaj, aż sam zobaczysz. 

Nabrzeże było  w  tym  miejscu zapuszczone, co w  dziwny sposób dodawało  mu 

uroku:  minęli  kilka  zniszczonych  łodzi  i  dwie  na  pół  zatopione  barki.  ”Lynda  Jones” 
stała na samym końcu; na pokład wchodziło się po trapie. Baxter i Hali malowali dziób, 
a  Harry  i  Billy  siedzieli  pod  daszkiem  na  rufie,  pogrążeni  w  lekturze.  Harry  czytał 
gazetę, a Billy książkę. 

- Studiujesz filozofię, Billy? - zapytał Dillon. 
Obaj podnieśli wzrok. 
- Ciekawe, co go tym razem sprowadza - mruknął Harry. 
- Harry, Billy, chciałbym wam przedstawić swojego przyjaciela, senatora Daniela 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Quinna. 

Harry zmarszczył czoło, a potem wstał i wyciągnął rękę. 
- Słyszeliśmy o panu, senatorze, Proszę, niech pan siada. 
Domyślam się  -  zwrócił  się  do  Dillona  - że  to  nie  jest  towarzyska  wizyta.  O co 

chodzi? 

- Za chwilę, Harry. Najpierw... Billy, czy mógłbyś  mi pokazać tę nową boazerię, 

którą wyłożyliście salon? 

Zostawili Harry’ego i Quinna przy stole i Billy ruszył pierwszy do środka. Dillon 

zamknął drzwi. 

- Co to za sprawa? - zapytał Billy. 
- Kate Rashid wybiera się do Belfastu, a ja jadę tam, żeby ją śledzić. Quinn będzie 

mi  towarzyszył,  ponieważ  zaprzysiągł  jej  zemstę  za  to,  co  przydarzyło  się  jego  córce. 
Rzecz w  tym, że czasy, kiedy  był wielkim bohaterem w Wietnamie, dawno minęły. W 
Belfaście zna mnie wielu ludzi, Billy, i potrzebuję kogoś, kto by mnie ubezpieczał. 

- No  to możesz na mnie liczyć. I tak się tutaj nudzę. Z tobą zawsze jest wesoło, 

Dillon, czyż nie? Chodźmy do Harry’ego. 

Kiedy  poinformowali  o  wszystkim  starego  Saltera,  jego  reakcja  była 

natychmiastowa. 

- Może ja też powinienem pojechać. 
-  Nie  ma  potrzeby  -  rzekł  Dillon.  -  Przy  odrobinie  szczęścia  będziemy  w 

Drumcree tylko parę godzin. 

- I mam nadzieję, że odkryjecie, co knuje ta dziwka - powiedział Harry. 
- To musi być coś niebywałego - dodał Dillon. 
- Ale jeśli ona cię zobaczy, gra będzie skończona. A skoro już o tym mowa, Kate 

zna także senatora. 

-  Billy’ego  również.  Więc  on  i  Quinn  będą  musieli  uważać,  żeby  ich  nie 

spostrzegła. Ze mną sprawa wygląda inaczej. 

Popatrz. 
Dillon wyszedł do salonu, zamykając za sobą drzwi. Za chwilę znów się pojawił, 

powłócząc nogami. Miał wykrzywioną twarz, przechyloną lekko na bok głowę, sztywną 
lewą rękę i opuszczone ramiona. Zmienił się nie do poznania. 

Harry odchylił się do tyłu na krześle. 
- Niewiarygodne. 
Dillon się wyprostował. 
- Tak, teatr poniósł wielką stratę - powiedział oschle. - Jest jednak pewna rzecz, o 

której  powinieneś  wiedzieć.  Z  różnych  powodów  ta  wycieczka  nie  zyskała  aprobaty 
Fergusona. 

Wypuszczam się tam na własną rękę, w związku z czym cokolwiek zrobisz, Billy, 

zrobisz to dla mnie. 

-  Więc  skąd  weźmiemy  broń?  Nie  będziesz  mógł  jej  zabrać  do  Belfastu  - 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

zauważył Harry. 

- Mam tam jeszcze swoje kontakty. Wystarczy jeden telefon. 
- No dobrze, przywieź mi z powrotem tego nicponia całego i zdrowego. Przykro 

mi to mówić, Dillon, ale odkąd cię poznał, nabrał upodobania do tego rodzaju przygód. 

Słysząc  to,  Billy  Salter  -  londyński  gangster żywo  zainteresowany  etyką  -  który 

cztery razy wylądował za kratkami i w swoim czasie odebrał już komuś życie, chłodno 
się uśmiechnął. 

- Wiesz, co powiedział Heidegger? ”Żeby prawdziwie żyć, trzeba zdecydowanie 

stawić czoło śmierci”. 

- Chyba ci brakuje piątej klepki - rzekł Harry. 
-  Powiedzmy  tylko,  że  prędzej  odnajdę  to,  co  konieczne,  w  Belfaście  aniżeli  w 

sobotnią noc w klubie Flamingo w Wapping. 

Następnego  dnia  Harry  Salter  przyjechał  razem  z  Billym  do  aeroklubu 

Brancaster.  Za  kierownicą  białego  jaguara  siedział  Joe  Baxter.  Billy,  ubrany  w  czarną 
skórzaną  kurtkę,  oparł  się  o  balustradę  i  przez  chwilę  przyglądał  samolotom.  Baxter 
wyjął z bagażnika jego torbę. 

- Ciekawe, który jest nasz? - bąknął Billy. 
Trochę dalej o balustradę opierał się nieduży człowieczek. On także ubrany był w 

skórzaną kurtkę. Miał przyciemnione okulary i czarne wąsiki, a spod czapki wystawały 
mu ciemne włosy. U jego stóp leżała torba. 

- Stoi tam dalej, staruszku - oznajmił z nieskazitelnym akcentem angielskiej klasy 

wyższej. - Beechcraft. Elegancka maszyna. Sam miód. 

- Wygląda całkiem nieźle - zgodził się Harry. 
-  Cieszę  się,  że  wam  się  podoba  -  rzekł  Dillon  i  odwrócił  się,  żeby  powitać 

Daniela Quinna. - Dzień dobry, senatorze. 

Jeśli jest pan gotów, możemy lecieć. 
Harry oniemiał ze zdumienia. 
-  Nie  uwierzyłbym,  gdybym  nie zobaczył  tego  na  własne  oczy  -  powiedział  po 

chwili. 

Dillon wziął swoją torbę. 
-  Idziemy,  panowie  -  oznajmił,  po  czym  przeszedł  przez  furtkę w  ogrodzeniu  i 

ruszył w stronę samolotu. 

Lot do Aldergrove odbył się gładko i bez przygód. Przeszli przez odprawę celną i 

kontrolę osobistą, a potem Dillon zaprowadził ich na parking długoterminowy. 

-  Czterodrzwiowe  ciemnozielone  mitsubishi  shogun  -  oznajmił  i  podał  im 

numery rejestracyjne. - Gdzieś na czwartym poziomie. 

Billy  odnalazł  samochód.  Dillon  sięgnął  dłonią  pod  bagażnik  i  wyciągnął 

namagnetyzowaną puszkę z kluczykami, po  czym otworzył tylne drzwi. W skrytce na 
narzędzia  było  blaszane  pudło,  a  w  środku  trzy  walthery  PPK  -  każdy  z  tłumikiem 
Carswella  oraz  zapasowym  magazynkiem  -  a  także  polowa  apteczka  z  emblematem 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Królewskiej Służby Medycznej na pokrywce. 

- Częstujcie się - powiedział, biorąc jeden z pistoletów. 
Billy zważył swój w dłoni. 
- Przyjemne uczucie, prawda, senatorze? 
Quinn spojrzał na swojego walthera. 
- Raczej dziwne, Billy, raczej dziwne. 
- Gdzie się zatrzymamy? - zapytał Billy, kiedy wyjeżdżali z parkingu. 
-  Na  pewno  nie  w  hotelu  Europa.  Trochę  dalej  jest  miły  hotelik,  nazywa  się 

Townley. Jeśli chcecie, pokażę wam miasto. 

Pan, senatorze, musi przez cały czas udawać poczciwego jankeskiego turystę. Co 

do ciebie,  Billy,  kiedy  będziemy  szli  Falls  Road,  trzymaj  gębę  na  kłódkę.  Nie  lubią  tu 
zbytnio Angoli. 

- Dobrze znasz tę okolicę? - zapytał Quinn. 
-  Zwłaszcza  kanały.  Bawiłem  się  tam  w  chowanego  z  angielskimi 

spadochroniarzami. Tak dawno, że nie pamiętam już, kiedy to było. 

- I w tym momencie powinny się rozlec burzliwe oklas ki - mruknął Billy. 
Później  Dillon  przejechał  wzdłuż  Falls  Road.  Zjedli  coś  w  małej  restauracji  w 

bocznej  uliczce,  odwiedzili  parę  barów,  następnie  zaś  Irlandczyk  zabrał  Billy’ego  i 
Quinna na wielkie zwiedzanie. 

- Więc to jest słynna Falls Road... - zadumał się Quinn. -. 
Do diabła, wygląda całkiem zwyczajnie, jak pierwsza lepsza ulica w mieście. 
- Cóż, w swoim czasie spłynęła krwią - odparł Dillon. - Bojownicy IRA i brytyjscy 

żołnierze  stoczyli  tu  wiele  zaciętych  bitew.  -  Przez  chwilę  milczał.  -  Mieliśmy  tu 
niełatwe życie. 

- Więc dlaczego tak żyłeś? - zapytał Quinn. - Dlaczego to robiłeś? 
Dillon nie odpowiedział. Jedną ręką zapalił papierosa. 
- Niech pan da spokój, senatorze - mruknął Billy. 
- Ale dlaczego? 
Billy pochylił się do niego. 
- Powiedzmy, że jest pan aktorem w Londynie. Odbiera pan telefon i dowiaduje 

się,  że  pański  ojciec  został  zastrzelony  w  czasie  starcia  brytyjskich  spadochroniarzy  z 
IRA. I co pan robi? Wraca pan do domu, wyprawia mu pogrzeb, a potem przyłącza się 
do wielkiej sprawy. Gdy się ma dziewiętnaście lat, robi się takie rzeczy. 

Przez chwilę trwała cisza. 
-  Przepraszam  -  odezwał  się  w  końcu  Quinn,  lecz  zanim  ktoś  zdążył 

odpowiedzieć, zadzwonił codex Dillona. 

- Kto mówi? 
- Ferguson. Roper powiedział mi, że poleciałeś do Belfastu. 
Wiem, że chciałeś, żeby mnie poinformował. Gdzie teraz jesteś? 
- Na Falls Road. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Miejsce akurat dla ciebie. Tak czy inaczej, daj mi znać, kiedy tylko się dowiesz, 

jakie ona ma zamiary. 

- A to dlaczego, Charles? Myślałem, że działam na własną rękę. Sądziłem, że już 

dla ciebie nie pracuję. Czyż nie tak właśnie się wyraziłeś? 

- Nie rób sobie jaj, Dillon. Dokładnie wiesz, co jest grane. 
- A może ja nie chcę już dla ciebie dłużej pracować? 
- I nie bądź  głupi.  Kto inny  cię  przyjmie?  -  żachnął  się  Ferguson i  w słuchawce 

zapadła cisza. 

- Kto to był? - zapytał Billy. - Ferguson? 
- Zostałem przyjęty z powrotem na łono rodziny. 
- Obłudny sukinsyn. 
- Nie wiem, Billy. Uczyłeś się chyba z innych książek... 
Żeby  to  uczcić,  w  drodze  powrotnej  wpadniemy  do  prawdziwego  irlandzkiego 

baru. A potem pójdziemy wcześnie spać. 

Drumcree nie różniło  się od innych wiosek na  wybrzeżu hrabstwa Down. Mały 

port, domy z szarego kamienia, rybackie łodzie - i to mniej więcej wszystko. Zatrzymali 
się  przy  Royal  George,  elegancko  odrestaurowanej  osiemnastowiecznej  gospodzie  z 
zawieszonym nad wejściem, świeżo odmalowanym portretem króla Jerzego Trzeciego. 

- Konam z głodu - powiedział Dillon, wysiadając z samo chodu. - Nie zapomnij, 

że jesteś jankeskim turystą - rzucił przez ramię do Quinna. 

Kiedy  weszli  do  środka,  zabrzęczał  dzwonek.  Trzej  młodzi  ludzie  -  dwaj  w 

skafandrach,  jeden  w  marynarskiej  kurtce  -  siedzieli  przy  oknie,  zajadając  pożywne 
śniadanie. Za barem nie było nikogo. 

-  Hej,  to,  co  jecie,  chłopcy,  wygląda  całkiem  fajnie  -  rzekł  wesoło  Dillon  z 

akcentem Amerykanina z Południa. - Jest tu ktoś, kto może nas obsłużyć? 

Trzej  mężczyźni  przestali  ze  sobą  rozmawiać.  Jeden  z  nich,  rudy,  krótko 

przystrzyżony  młodzieniec  o  twardych  rysach,  spojrzał  z  pewnym  lekceważeniem  na 
Dillona i jego towarzyszy. 

- Turyści? 
-  Zgadza  się  -  przytaknął  Dillon,  wskazując  Quinna.  -  Dziadzio  mojego 

przyjaciela urodził się w Belfaście. Przed laty wyemigrował do Stanów Zjednoczonych 
starej poczciwej Ameryki. 

- Musiało mu się tam spodobać - powiedział rudy. - Przy barze jest dzwonek. 
Dillon  zadzwonił  i  po  chwili  pojawił  się  właściciel,  niejaki  Murphy,  którego 

pamiętał  dobrze  z  poprzedniej  wizyty.  Murphy  nie  poznał  Dillona,  lecz  najwyraźniej 
zaskoczyła go obecność gości. 

- Coś podać? 
- Oczywiście. Dużego bushmillsa, dużego guinnessa i sok pomarańczowy. 
Jeden z trzech mężczyzn, z twarzą okoloną kosmatą bródką, parsknął śmiechem. 
- Słyszeliście coś takiego? Sok pomarańczowy! 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Dillon położył rękę na ramieniu Billy’ego i zignorował odzywkę. Murphy podał 

im drinki. 

- Coś jeszcze? - zapytał. 
- Owszem - odparł Dillon. - Zjemy tutaj śniadanie. 
Gdzie jest męska toaleta? 
- Trzeba pójść tym korytarzem. 
Dillon doskonale wiedział, gdzie jest toaleta - znajdowała się tuż obok prywatnej 

salki - musiał jednak oczywiście udawać, że nie ma pojęcia. Zaniósł drinki do stolika. 

- Idę do ubikacji - oświadczył. - Ktoś jeszcze? 
- Ja nie - mruknął Quinn. 
Dillon ruszył korytarzem, zatrzymał się przy drzwiach do toalety i przez chwilę 

nasłuchiwał  odgłosów  dobiegających  z  kuchni.  Potem  otworzył  drzwi  bocznej  sali  i 
wszedł do środka. W kominku buzował ogień, obok ustawiono krzesła i stolik do kawy. 
W  powietrzu  unosił  się  zapach  pasty  i  ogólnej  świeżości.  Świadczyło  to  o  tym,  że 
Murphy  bardzo  się  postarał.  Na  parapecie  przy  kominku  stało  kilka  książek.  Dillon 
położył za nimi urządzenie nagrywające, odwrócił się i wyszedł. 

Śniadanie było wyśmienite. 
- Hej, żarcie jest palce lizać - zawołał Dillon, nadal grając swoją rolę. 
-  Masz  rację  -  potwierdził  Quinn.  -  To  był  cholernie  dobry  pomysł,  żeby  tutaj 

wstąpić. 

Murphy pojawił się z dużym dzbankiem herbaty, mlekiem i trzema filiżankami. 
- Fantastycznie - oznajmił Dillon. - Czy jest tu coś, na co warto rzucić okiem? Na 

przykład ten stary zamek na wzgórzu? 

- Nic tam nie ma - odparł Murphy. - Ale pół mili dalej przy drodze jest Drumcree 

House  odnowiony  przez  Narodowy  Fundusz  Renowacji  Zabytków.  Otwarty  od 
dziesiątej. Warto tam zajrzeć, jeśli ciekawią was tego rodzaju rzeczy. 

- Dziękuję za dobrą radę. Powiedz, przyjacielu, czy poda jecie tu lunch? 
- Tak. 
- No więc trochę pozwiedzamy i przyjdziemy tu z powrotem. 
Trzej mężczyźni przy oknie znowu poszeptali między sobą i wstali. Ten z brodą 

zapłacił przy barze i w ślad za pozostałymi wyszedł z pubu. 

- Nie byli zbyt przyjaźnie nastawieni - powiedział Quinn. 
-  Nic  dziwnego.  W  takiej  okolicy  wszyscy obcy  są  podejrzani.  Dlatego  musimy 

udawać amerykańskich turystów. Za płacę rachunek i wyjdziemy. 

Zwiedzili wioskę,  po  czym wrócili  do  samochodu po  lornetkę.  Potem poszli na 

koniec  falochronu  i  na  zmianę  obserwowali  łodzie  rybackie  wypływające  na  morze. 
Następnie  wspięli  się  na  zamek  i  podziwiali  widok  rozciągający  się  ze  wzgórza.  W 
końcu zobaczyli, jak volvo, na które czekali, wjeżdża  do  wioski i zatrzymuje się przed 
pubem. 

-  Przyjechali  punktualnie  -  oznajmił  Dillon,  kiedy  Hennesy  wysiadł  i  otworzył 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

drzwiczki Kate Rashid. Po chwili do księżniczki dołączył Rupert. 

- I co teraz? - zapytał Billy. 
- Zaczekaj. Nie ma jeszcze Keenana - odparł Dillon, ale właśnie wtedy z bocznej 

uliczki wyjechał stary ford kombi z drewnianą ramą i stanął tuż za volvem. - No i mamy 
was,  ptaszki:  Barry  Keenan,  Sean  Casey  i  Frank  Kelly  -  powiedział  Irlandczyk, 
spoglądając przez lornetkę. 

- Co robimy? - zapytał Billy, kiedy mężczyźni weszli do pubu. 
-  Posiedzą  tam  jakiś  czas,  za  długo,  żebyśmy  mogli  tu  bez  przerwy  sterczeć. 

Pojedziemy dalej i zerkniemy po drodze na Drumcree House. Za godzinę wrócimy. 

Barry  Keenan,  ubrany  w  tweedowy  garnitur  niewysoki  mężczyzna  z  czarnymi 

włosami  przyprószonymi  siwizną,  przypominał  profesora  uniwersytetu  -  miał  jednak 
na  sumieniu  wiele  ludzkich  istnień.  Casey  i  Kelly  byli  typowymi  żołnierzami  IRA  - 
prosto z placu budowy albo farmy. 

Kate  i  Ruperta  zaprowadzono  już  wcześniej  do  salki  na  zapleczu,  a  trzej 

mężczyźni  do  nich  dołączyli.  Dillon  i  jego  towarzysze  ruszyli  w  stronę  mitsubishi. 
Dillon wcisnął przycisk pilota, na którym zapaliło się małe czerwone światełko. 

-  Gotowe  -  powiedział  z  uśmiechem,  po  czym  otworzył  drzwi  od  strony 

kierowcy. - Możemy jechać. 

- Miło panią poznać - oświadczył Keenan. - Jak mam się do pani zwracać? 
- Wystarczy ”księżniczko”. 
- Jest pani zatem księżniczką. A pani przyjaciel? 
- To mój kuzyn, Rupert Dauncey. 
-  W  porządku,  księżniczko,  przystąpmy  do  rzeczy.  Czego  pani  ode  mnie 

oczekuje? 

- Co powiedział panu Colum? 
-  Oznajmił,  że  potrzebuje  pani  eksperta  od  bomb  i  że  celem  jest  Hazar.  To 

wszystko, co wiedział. Dodał jeszcze, że można zarobić dużą kasę. 

- Co do tego  miał  rację. -  Kate przesunęła w  ich stronę aktówkę,  którą  położyła 

wcześniej na stoliku. - Oto sto tysięcy funtów, dowód mojej dobrej woli. 

Keenan otworzył teczkę i przyjrzał się poukładanym banknotom. 
- Jezu - szepnął Sean Casey. 
Keenan nie pokazał po sobie żadnych emocji i zamknął aktówkę. 
- To zaliczka na poczet miliona funtów - dodała Kate. 
Kelly i Casey nie wierzyli własnym uszom. 
- I co powinienem zrobić za takie pieniądze? - zapytał Keenan. 
- Chcę, żeby wysadził pan dla mnie most. 
- W Hazarze? 
-  Nie,  w  Pustej  Strefie.  Leży  na  północ  od  Hazaru.  To  sporne  terytorium,  więc 

nawet  jeśli  pana  złapią,  nie  może  pan  stanąć  przed  żadnym  sądem.  To  ułatwia... 
pewnego rodzaju działalność. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Znam dobrze to miejsce - odparł Keenan. - Wiem, że pani i pani brat wynajęli w 

zeszłym roku mojego wuja, Aidana Bella, żeby wysadził kilka osób. Coś poszło nie tak i 
wszyscy trzej chłopcy, których ze sobą zabrał, zginęli. Wiem nawet, kto ich zabił: Sean 
Dillon i ten stary sukinsyn Ferguson. 

- Cholerny zdrajca z tego Dillona - mruknął Kelly. - Pracuje dla Angoli. 
- Proszę mi powiedzieć... Aidan co jakiś  czas się do mnie odzywał, ale teraz nie 

daje znaku życia. Wie pani, gdzie jest? 

- Nie ma go na tym świecie, panie Keenan. Zastrzelił go Dillon. 
- Musielibyśmy o tym wiedzieć - rzekł z powątpiewaniem Kelly. 
-  Nie,  Ferguson  ma  do  tego  specjalną  ekipę.  Kremują  w  tajemnicy  zwłoki.  Jego 

wydział robi to cały czas. 

Keenan  zachował  spokój,  ale  pociemniały  mu  oczy  i  na  twarzy  malowało  się 

napięcie. 

- Ma pani dla mnie jakieś inne dobre wiadomości? - zapytał. 
- O Dillonie? - Kate pokiwała głową. - Zabił również moich trzech braci. 
Zapadło długie milczenie. 
- Czy zaangażuje się w tę sprawę? - zapytał Keenan. 
- Nic mi o tym nie wiadomo. Czy to ma jakieś znaczenie? 
Keenan potrząsnął głową. 
-  Wyrównam  z  nim  rachunki  później.  Najpierw  uporam  się  z  tym  mostem. 

Proszę mi podać więcej informacji. 

Kate otworzyła teczkę i z bocznej kieszeni wyjęła plik papierów. 
- Wszystko tu jest. Fotografie mostu, dane techniczne. 
- Przejrzę to później. Niech mi pani opowie w skrócie. 
-  Most  w  Bacu  spina  głęboki  na  sto  pięćdziesiąt  jardów  wąwóz  i  ma  czterysta 

jardów  długości.  Zbudowano  go  podczas  drugiej  wojny  światowej  dla  celów 
wojskowych, ale  nigdy  z  niego  wówczas nie  korzystano.  Biegnie  nim  pojedyncza  linia 
kolejowa.  Tabor  kolejowy,  produkcji  indyjskiej,  jest  bardzo  stary.  Nadal  używa  się 
parowozów. 

- Coś jeszcze? 
-  Mostem  biegnie  również  rurociąg  łączący  pola  naftowe  Południowej  Arabii  z 

wybrzeżem.  Rurociąg  jest  kontrolowany  przez  moją  firmę.  Ustalono  to  w  pierwotnej 
umowie  leasingowej  zawartej  z  Amerykanami  i  Rosjanami.  Mówiąc  w  skrócie,  to  jest 
mój rurociąg. Jeśli zostanie wysadzony w powietrze razem z mostem, międzynarodowy 
handel ropą pogrąży się w chaosie. 

Tamtejsze złoża stanowią jedną trzecią światowych zasobów. 
Mam  raport  sporządzony  przez  inżynierów,  którzy  twierdzą,  że  odbudowa 

mostu potrwa dwa lata. 

- Dlaczego miałaby pani wysadzać własny rurociąg? 
- Powiedziałam już: chcę doprowadzić do chaosu. Musi pan to zrozumieć, panie 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Keenan. Mam teraz więcej pieniędzy, niż zdołam kiedykolwiek wydać. Nie mam jednak 
matki  i  trzech  braci.  Za  to,  co  się  stało,  obciążam  winą  Dillona,  Fergusona  oraz  paru 
innych, jednak największą odpowiedzialność ponosi prezydent Stanów Zjednoczonych. 
I  zemszczę  się  na  nim.  Nie  zamierzam  jednak  pozbawić  go  życia.  Chcę  wywołać  w 
Ameryce  taki  kryzys  gospodarczy,  jakiego  nie  zaznała  od  wielu  dziesięcioleci.  Rządy 
Cazaleta zakończą się fiaskiem. Prezydent przejdzie do historii jako nieudacznik... a dla 
kogoś takiego jak on, to gorsze od śmierci. Moim zdaniem, to wystarczy. Zrobicie to? 

Keenan przeciągle zagwizdał. 
- Będę pamiętał, żeby pani nigdy nie podpaść, księżniczko. 
Tak, zrobię to. 
- Jesteś pewien, Barry? - zapytał Kelly. - To może się okazać trudne. 
- Odkąd to się boisz trudnych misji? Nie jesteśmy przecież ględzącymi o pokoju 

starymi babami z Tymczasowej IRA. 

- Chcę załatwić całą sprawę szybko - powiedziała Kate. - Czy możecie być  jutro 

rano  o  dziewiątej na lotnisku w  Dublinie? Mam  tam samolot, który  zabierze pańskich 
ludzi prosto do Hazaru. 

- Na Boga, kobieto, nie marnuje pani czasu. 
-  Taki  mam  styl  pracy.  Dostałam  również  wiadomość,  że  z  naszego  dworca 

towarowego  w  Al  Mukalli  w  Omanie  wyjedzie  pociąg  do  Pustej  Strefy.  Ten  pociąg 
przejeżdża przez most w Bacu i wiezie czterdzieści ton materiałów wybuchowych, które 
mają zostać użyte w trakcie poszukiwań ropy na amerykańskich polach naftowych. 

-  Jezu  -  mruknął  Keenan.  -  Nieźle  tam  pierdyknie,  zwłaszcza  jeśli  ten  pociąg 

znajdzie  się  w  odpowiedniej  chwili  na  moście  i  pomożemy  mu  odrobiną  semteksu. 
Kiedy odjeżdża z Al Mukalli? 

-  Za  trzy  dni,  siódmego.  W  Hazarze  będziecie  mieli  całe  dwa  dni,  żeby  się 

przygotować, a potem mój helikopter zabierze was do Al Mukalli. Tam wsiądziecie do 
pociągu.  Odjazd  jest  o  czwartej  rano.  Będziecie  musieli  dotrzeć  do  Bacu  w  ciągu 
czterech  godzin.  To  dość  czasu,  żeby  wykonać  zadanie.  W  po  ciągu  będą  tylko 
maszynista i palacz z przodu i strażnik z tyłu. 

Kiedy zakończycie operację w Bacu, zabiorę was helikopterem. 
- Pasuje. Przeczytam dokumentację i zrobię listę rzeczy, których potrzebujemy. - 

Keenan odwrócił się do swoich lu dzi. - A więc jutro rano na lotnisku w Dublinie. 

Kate i Keenan wstali. 
- Dziś po południu startujemy z powrotem do Anglii a potem tankujemy i lecimy 

prosto  do  Hazaru  -  powiedziała  księżniczka.  -  Będziemy  tam  na  was  czekać.  Wśród 
dokumen tów znajdzie pan numer mojego kodowanego telefonu komór kowego. 

- Jestem pod wrażeniem, księżniczko. Odprowadzę panią. 
Keenan i jego ludzie wyszli na dwór. Po chwili volvo od jechało. 
- Widziałeś, jakie ta kobieta ma ciało? - powiedział Casey. - Chętnie zrobiłbym jej 

dobrze. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Wiesz, jaki z tobą jest kłopot, Sean? Kiedy zobaczysz wielką damę, nie potrafisz 

jej  rozpoznać  -  odparł  Keenan  i  kopnął  go  w  prawą  łydkę.  -  Teraz  porozmawiajmy  o 
robocie. 

Kiedy Dillon i jego towarzysze wrócili do pubu, oba samochody już odjechały. 
-  Wchodzimy  do  środka  -  powiedział  Irlandczyk.  -  I  musimy  zamówić 

przynajmniej po jednym drinku. 

W kącie siedziało kilku starszych mężczyzn, popijając guinnessa i co chwila się z 

czegoś  zaśmiewając.  Rudy  młodzieniec,  który  jadł  wcześniej  śniadanie  ze  swoimi 
znajomymi,  znowu  ulokował  się  przy  oknie.  On  również  sączył  guinnessa  i  czytał 
gazetę. 

Murphy stał za barem. 
- Co mam podać, panowie? 
- To samo co poprzednio - odparł Dillon. - Zaraz wracam. 
Ruszył  korytarzem,  otworzył  drzwi  tylnej  salki  i  po  kilku  sekundach  wrócił  do 

baru. Usiedli przy stoliku, a Murphy przyniósł im drinki. 

- Zjecie panowie lunch? - zapytał. 
- Nie, dziękuję - powiedział Dillon. - Postanowiliśmy wracać do Belfastu. 
Rudy młodzieniec wypił do końca swojego guinnessa i wyszedł., - Masz sprzęt? - 

zapytał Quinn. 

- Tak, wszystko w porządku. 
- To wspaniale, możemy posłuchać nagrania w samochodzie. 
- Jeśli dadzą nam szansę. 
- Co chcesz przez to powiedzieć? - zapytał Billy. 
-  Chciałem  przez  to  powiedzieć,  żebyś  trzymał  swoją  spluwę  w  pogotowiu.  Ty 

też, senatorze. Wypijmy i wynośmy się stąd. 

Dillon zapłacił rachunek. 
- Dzięki, stary przyjacielu, do zobaczenia - powiedział do Murphy’ego. 
- Dlaczego sądzisz, że możemy mieć  kłopoty?  - zapytał Billy, kiedy  Dillon siadł 

za kierownicą. 

- Mam złe przeczucia co do  tych trzech facetów, których widzieliśmy  wcześniej. 

Mogę się mylić, ale mówiłem ci już, że to indiańskie terytorium. 

Billy usiadł koło niego, a Quinn z tyłu. 
- Co robimy? - zapytał. 
-  Jeśli  nas  zatrzymają,  będę  trzymał  ręce  na  kierownicy,  żeby  nie  nabrali 

podejrzeń. Ty i Billy trzymajcie pistolety w  pogotowiu pod  kurtkami. I wysiadajcie od 
strony pasażera, żeby dzielił was od nich nasz samochód. 

Za nimi pojawił się czarny ford. Za kierownicą siedział rudy młodzieniec. 
- Dlaczego ja zawsze muszę mieć rację? - westchnął Dillon. 
W tym samym momencie z polnej drogi wyjechała czerwona toyota i ostro przed 

nimi  zahamowała,  blokując  przejazd.  Dillon  celowo  podjechał  do  niej  bardzo  blisko  i 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

przystanął.  Kierujący  toyotą  mężczyzna  z  kosmatą  bródką  wysiadł,  a  pasażer  w 
marynarskiej kurtce wyjął smitha and wessona kaliber.38. 

- Czy mogę panom w czymś pomóc? - zapytał Dillon. 
- Owszem, możecie. Wywracając kieszenie i dając nam swoje wypchane portfele. 

To  jest  teren  Prawdziwej  IRA,  chłopaczki.  Jako  gorliwi  członkowie,  nie  zaniedbujemy 
żadnej okazji, żeby zebrać fundusze na naszą organizację. 

- To mi wygląda na rozbój na prostej drodze - odparł Dillon. 
- Zgadza się. Wyskakujcie z samochodu. 
Z forda wysiadł rudzielec i wyciągnął z kieszeni starego webleya. 
- Szybciej - zawołał. 
Billy i Quinn wysiedli, każdy z dłonią pod kurtką. 
- Ręce na kark! - wrzasnął brodacz. 
- Teraz! - zawołał Dillon. 
Sięgnął  po  schowanego  z  tyłu  za  pasek  walthera,  przystawił  lufę  do  ucha 

brodacza  i  pociągnął  za  spust.  W  tym  samym  momencie  Billy  postrzelił  w  lewe 
przedramię  mężczyznę  w  marynarskiej  kurtce.  Facet  wrzasnął  i  pistolet  wypadł  mu  z 
dłoni. Kompletnie zszokowany rudzielec, którego Quinn wziął na muszkę, cofnął się o 
krok  i  opuścił  broń.  Quinn  zastygł  jednak  nagle  w  bezruchu  i  zadrżała  mu  dłoń,  w 
której trzymał walthera. Rudy  wykorzystał tę sposobność i strzelił mu w  prawe ramię. 
Senator zatoczył  się  do  tyłu.  Wtedy Billy  odwrócił się  i trzymając  w  wyciągniętej ręce 
walthera, strzelił rudemu w prawe udo. Facet zwalił się jak długi na ziemię. 

Dillon  obszedł  samochód,  objął  ramieniem  Quinna,  podniósł  upuszczony  przez 

niego pistolet i schował go do kieszeni. 

- Siadaj za kierownicą, Billy. Ja zajmę się senatorem - powiedział. 
Otworzył  tylne  drzwi  shoguna  i  pomógł  Quinnowi  usiąść.  Potem  odnalazł 

wojskową  apteczkę  i  położył  ją  obok  senatora.  Quinn  ściskał  się  za  ramię.  Dillon 
ukucnął przy brodaczu, który chusteczką tamował krew płynącą z rozerwanego ucha. 

-  Wydaje  mi  się,  staruszku,  że  ty  i  twoi  przyjaciele  potrzebujecie  pomocy 

medycznej.  Mógłbym  wezwać  do  was  ludzi  z  RUC,  ale  nie  sądzę,  żeby  ci  się  to 
spodobało  -  oznajmił,  nadal  udając  Amerykanina  z  Południa,  po  czym  wsiadł  do 
shoguna. - Ruszaj, Billy, i nie zatrzymuj się po drodze. 

Irlandczyk rozebrał Quinna z kurtki, rozpiął mu koszulę zsunął ją i zbadał ranę. 
- Jak to wygląda? - zapytał senator. 
-  Kula  jest  w  środku.  Nie  wyszła  na  zewnątrz.  Nie  martw  się,  to  wojskowa 

apteczka, jest tu wszystko, czego trzeba do opatrzenia rany postrzałowej. 

- Jemu potrzebny jest cholerny szpital - powiedział Billy. 
- Nie, Billy, przede wszystkim musi się wydostać z cholernej Północnej Irlandii - 

odparł Dillon. 

Potem znalazł w apteczce skalpel i odciął rękaw koszuli. Był zdziwiony, że rana 

prawie  nie  krwawiła.  Gdy  posypał  ją  antybiotykiem  z  ampułki  i  morfiną,  założył 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

polowy opatrunek i obwiązał go mocno bandażem. 

Potem,  dziękując  Bogu,  że  wymeldowali  się  z  hotelu,  pomógł  senatorowi 

przebrać  się  w  świeżą  koszulę,  którą  wyjął  z  walizki.  Następnie  znalazł  w  apteczce 
temblak,  unieruchomił  w  nim  prawą  rękę  Quinna  i  ubrał  go  z  powrotem  w  kurtkę. 
Dziury w rękawie nie było  prawie widać. Zresztą w drodze do samolotu senator mógł 
zawsze zarzucić na ramiona płaszcz przeciwdeszczowy. 

- Dobrze się czujesz? - zapytał, pomagając mu ułożyć się na tylnym siedzeniu. 
-  Zawiodłem  was  -  mruknął  Quinn.  -  Nie  potrafię  w  to  uwierzyć.  Nie  mogłem 

pociągnąć za spust. Nie rozumiem tego... ktoś taki jak ja... 

- Mówiłem to już wcześniej: Wietnam był dawno temu. 
W  ogóle  się  tym  nie  przejmuj  -  powiedział  Dillon,  po  czym  wyjął  komórkę  i 

zadzwonił do Fergusona. 

- Mam złe wieści - oznajmił. 
- Co się stało? 
Dillon opowiedział mu wszystko, trzymając się suchych faktów. 
- Co mam zrobić? - zapytał generał. 
- Załatw  nam zgodę na start z Aldergrove. Powinniśmy  tam być  za  godzinę. W 

Brancaster  mają  beechcrafta  zarejestrowanego  na  moje  nazwisko.  Lot  powinien  trwać 
dwie godziny, więc każ, żeby za trzy godziny na Quinna czekał ambulans. Senator musi 
pojechać  do  Rosadene.  Na  twoim  miejscu  skontaktowałbym  się  również  z  Henrym 
Bellamym. 

- Jeszcze się odezwę. 
- Co to jest Rosadene? - zapytał Quinn. 
- To taki mały specjalny szpital, z którego usług korzystamy. 
- A Henry Bellamy? 
-  Profesor  chirurgii  w  szpitalu  Świętego  Wita,  podobno  najlepszy  chirurg  w 

Londynie. 

Quinn zamknął oczy i po chwili znowu je otworzył. 
- A co z nagraniem? 
- To jest myśl - zgodził się Dillon. - Odsłuchajmy je. 
Puścił  taśmę  i  w  samochodzie  rozległ  się  wyraźny  czysty  głos  Keenana:  ”Miło 

panią poznać. Jak mam się do pani zwracać?”. 

- Ona jest szalona, to jasne - powiedział słabym głosem Quinn, kiedy wysłuchali 

całości. 

- Kompletna wariatka - potwierdził Billy. 
- Zawsze była trochę stuknięta - rzekł Dillon i w tej samej chwili zadzwonił jego 

codex. Telefonował Ferguson. 

-  Masz  zgodę  na  odlot,  a  w  Brancaster  będzie  czekał  ambulans.  Uprzedziłem 

także Bellamy’ego. Jesteś pewien, że senator dobrze zniesie lot? 

-  Musi.  Jeśli  odwiozę  go  do  szpitala  Royal  Victoria  w  Bel  faście,  zawiadomią 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

RUC.  Czy  potrzebny  jest  nam  tego  rodzaju  rozgłos?  Moim  zdaniem  nie,  i  na  pewno 
zgodziliby  się  ze  mną  trzej  fatalnie  uszkodzeni  osobnicy,  których  zostawiliśmy  przy 
drodze niedaleko Drumcree. 

-  Dobrze,  trzymamy  za  was  kciuki.  Więc  Kate  Rashid  spotkała  się  z  Barrym 

Keenanem? Jak się o tym dowiedziałeś? 

-  Roper  dobrał  się  do  odpowiedniego  komputera.  Nie  będę  cię  zanudzał 

szczegółami.  Najważniejsze  jest  to,  że  dowiedziałem  się,  iż  Kate  wybiera  się do  Royal 
George  w  Drumcree,  a  Roper  odkrył,  że  to  terytorium  Prawdziwej  IRA  i  rządzi  tam 
Keenan.  Pamiętasz,  z  czego  jest  znany?  To  jeden  z  najlepszych  ekspertów  od  bomb. 
Pomyślałem sobie, że Kate wraca do swoich starych sztuczek. 

- I miałeś rację? 
-  Oczywiście.  Umieściliśmy  magnetofon  w  prywatnej  salce  w  Royal  George  i 

potem  go  zabraliśmy.  Masz  całe  spotkanie  na  taśmie.  Ale  muszę  kończyć.  Właśnie 
dojeżdżamy do Aldergrove. 

- Powiedz mi tylko, co jest celem. 
-  Most  w  Bacu  w  Pustej  Strefie.  Spina  zbocza  wielkiego  wąwozu.  Biegnie  nim 

linia  kolejowa  i  główny  rurociąg  łączący  pola  naftowe  w  głębi  lądu  z  wybrzeżem. 
Keenan zgodził się go dla niej wysadzić. 

Ferguson był wstrząśnięty. 
- Ona nie może tego zrobić. To zakłóci światowe dostawy ropy. 
- Myślę, że o to właśnie jej chodzi, Charles. 
Lot  minął  gładko.  Po  zażyciu  morfiny  Quinn  przespał  prawie  całą  podróż  i  w 

niezłym stanie wylądował w Brancas-ter. Dillon i Billy pojechali z nim ambulansem do 
Rosadene. Tam zastali Henry’ego Bellamy’ego, który czekał na nich w recepcji, popijając 
herbatę  z  niemłodą  już  panią  w  uniformie  siostry  przełożonej.  Dillon  odkleił  wąsy  i 
zdjął przyciemniane okulary. 

Siostra przełożona pocałowała go w policzek. 
- Co się stało z twoimi włosami? - zapytała z ulsterskim akcentem. - Zgaduję, że 

znowu brałeś udział w grach i zabawach. 

-  Zgadza  się,  Martho  -  odparł  Dillon  i  w  tej  samej  chwili  dwaj  sanitariusze 

podjechali  z  noszami  na  wózku.  -  Proszę  się  nim  zająć  -  powiedział  Irlandczyk  do 
Bellamy’ego. - Mniej więcej przed czterema godzinami postrzelono go w prawe ramię.’ 

- Jak została opatrzona rana? - zapytał Bellamy i Dillon dokładnie mu to opisał. - 

Proszę przygotować pacjenta do operacji, siostro. Ty i twój przyjaciel możecie tu później 
wrócić - oznajmił profesor. - I zrób coś dla mnie, Dillon. Umyj włosy. 

Złapali taksówkę i Billy pojechał z Dillonem na Stable Mews. 
- Ktoś musi ją powstrzymać, prawda? - zapytał. 
- Na to wygląda. 
- To znaczy my? 
- Na to wygląda, Billy, jeśli czujesz się na siłach. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Wiesz,  że  czuję  się  na  siłach,  Dillon.  Ale  na  razie  nie  chcę  o  tym  mówić 

Harry’emu. Będzie się tylko martwił. Kiedy zamierzają wysadzić ten most? 

- Słyszałeś, co powiedziała Keenanowi i jego chłopcom. 
Mają być w Dublinie jutro rano. Sama akcja ma się odbyć za trzy dni. 
Billy pokiwał głową. 
- To dobrze. Nie chce mi się długo czekać. 
Taksówka dojechała do Stable Mews. Dillon wysiadł i zabrał swoją torbę. 
- Jeszcze jedno, Billy - mruknął. - Na twoim miejscu nie mówiłbym Harry’emu, że 

musiałeś użyć spluwy. Sam powiedziałeś, że to go martwi. 

- I tak się dowie - powiedział ponuro Billy i odjechał. 
Po  kilku  minutach  Dillon  stał  pod  prysznicem  i  energicznie  szorował  głowę 

szamponem.  Wokół  pryskała  czarna  farba.  Po  jakimś  czasie  włosy  przybrały  z 
powrotem jasny odcień. 

Potem  Irlandczyk  włożył  czarne  sztruksy,  czarną  koszulę  od  Armaniego,  starą 

skórzaną kurtkę, uczesał się i przejrzał w lustrze. 

- Całkiem nieźle, stary draniu - mruknął cicho i w tej samej chwili zadzwonił jego 

codex. 

- Gdzie jesteś? - zapytał Ferguson. 
- Na Stable Mews. Już jadę. 
-  Najpierw  wpadnij  do  Ropera.  Spotkamy  się  tam.  Kazałem  mu  sprawdzić  ten 

most w Bacu. I nie zapomnij przywieźć taśmy. 

Dillon  włożył  magnetofon  do  kieszeni,  wyszedł  z  domu  i  złapał  na  rogu 

taksówkę. 

Kiedy zjawił się u Ropera, ten jak zwykle pracował przy komputerze. Fergusona 

jeszcze nie było. Roper stukał w klawisze, ściągając pokaźną ilość materiału. Na chwilę 
przerwał i przyjrzał się Dillonowi. 

-  Wyglądasz  nieźle,  ale  przypuszczam,  że  ty  w  ogóle  lubisz,  jak  coś  się  dzieje. 

Ferguson poinformował mnie o strzelaninie. 

Co z Quinnem? 
- Jest w klinice Rosadene. Operuje go Henry Bellamy. 
Został  postrzelony  w  prawe  ramię  z  raczej  staroświeckiego  webleya  trzydzieści 

osiem. 

- Z webleya? Boże, muszą mieć kłopoty ze zdobyciem broni. Co poszło nie tak? 
-  Quinna  po  prostu  zamurowało,  kiedy  stanął  z  nimi  twarzą  w  twarz.  Mógł 

strzelić do napastnika, ale nie był w stanie pociągnąć za spust. Musiał to za niego zrobić 
Billy. 

- Domyślam się, że źle to zniósł. 
-  Jakbyś  zgadł.  Tym  bardziej  że  w  gruncie  rzeczy  nie  stanowili  dużego 

zagrożenia.  Było  ich  trzech  i  słabo  sobie  radzili.  Billy  załatwił  dwóch,  ja  zająłem  się 
jednym. Amatorzy. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Dostali za swoje, ale uszli z życiem. 
- Zatem wycieczka była udana. 
Dillon wyjął magnetofon. 
- Dzięki tobie. Mamy tu wszystko, co powiedzieli sobie Keenan i Kate. 
- Nie mogę się doczekać, żeby tego wysłuchać. Ferguson zdradził mi, jaki jest cel, 

i przyjrzałem się przedsięwzięciom Rashid Investments w Hazarze i Pustej Strefie. 

Nagle  zabrzęczał  dzwonek  u  drzwi.  Roper  otworzył  je  pilotem  i  po  chwili  do 

pokoju weszli Ferguson i Hannah. 

- Tu jesteś - powiedział generał. 
- Jak zawsze. - Dillon uśmiechnął się do Hannah i cmoknął ją w policzek. - Niech 

cię Bóg błogosławi, Hannah. 

- Znowu wyruszyłeś na wojnę, Sean. 
-  W  dobrej  sprawie.  -  Dillon  pokazał  im  magnetofon.  -  Chce  pan  to  usłyszeć, 

generale? 

- Żebyś wiedział, do diabła. 
Ferguson usiadł i Dillon puścił taśmę. 
- Jest jeszcze gorzej, niż myślałem - rzekł generał, gdy już wysłuchał nagrania. - 

Co mamy, do diabła, z tym zrobić? 

-  Zawsze  może  pan  do  niej  zadzwonić  -  rzucił  kpiącym  tonem  Dillon.  -  I 

powiedzieć: cześć, księżniczko, tak się składa, że mam na taśmie rozmowę, jaką odbyła 
pani z pewnym znanym terrorystą z Irlandii. Wiemy, co pani knuje. 

-  No  tak,  ale  co  ona  takiego  knuje?  -  wtrącił  Roper.  -  Chce  wysadzić  most 

kolejowy... swój własny most... i to na spornym terytorium, gdzie nie obowiązuje prawo 
międzynarodowe.  Swoją  drogą,  należy  do  niej  również  linia  kolejowa  -  raczej 
przedpotopowy hinduski tabor oraz tory, w tym również odcinek prowadzący z Pustej 
Strefy do wybrzeża w Omanie. 

Jest nawet właścicielką rurociągu. 
Ferguson spojrzał na Hannah. 
- Czy w tej sytuacji możemy podjąć jakieś kroki prawne, pani nadkomisarz? 
- Raczej nie... nawet gdyby w Pustej Strefie obowiązywał jakiś system prawny. 
-  Swoją  drogą,  generale  -  odezwał  się  Dillon  -  nie  może  pan  nawet  do  niej 

zadzwonić.  Z  tego,  co  powiedziała,  wynika,  że  jest  w  tej  chwili  w  drodze  do  Hazaru. 
Keenan i jego  chłopcy przybędą tam jutro. Bomba ma wybuchnąć siódmego. Tak więc 
nie możemy już wysłać SAS-u albo piechoty morskiej. 

- Więc jakie mamy wyjście? 
-  Dajcie  mi  trochę  czasu  -  powiedział  Dillon.  -  Pokaż,  co  ściągnąłeś  na  temat 

samego mostu i otaczającego go terenu - poprosił Ropera. 

- Mogę ci to pokazać na ekranie. 
Dillon przyjrzał się mapie i wskazał palcem miejsce położone około piętnastu mil 

na południe od Bacu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Zbiornik Piąty. Co to takiego? Jest przy tym mały znaczek. 
- Pamiętaj, że to trakcja parowa. W tym upale parowozy potrzebują dużo wody i 

na  ogół  muszą  się  zatrzymywać  i  napełniać  po  drodze  tendry.  Według  mapy,  tory 
biegną stromo pod górę - dodał Roper. 

- To jest to - rzekł Dillon. - Idealne miejsce, żeby wskoczyć do pociągu. 
- Kto ma to zrobić? - zapytał skonsternowany Ferguson, - Ja. To jedyne wyjście. 

Wskoczę  do  pociągu  przy  Zbiorniku  Piątym  i  pozbędę  się  Keenana  i  jego  dwóch 
przyjaciół. 

- Sam jeden? Chyba oszalałeś. 
-  Właściwie  Billy  zaoferował  mi  już  swoje  usługi.  Oczy  wiście  oznacza  to,  że 

będzie pan musiał ruszyć tyłek i dać cynk Laceyowi i Parry’emu. Musimy natychmiast 
wylecieć do Hazaru. 

- Ale jak, do diabła, dostaniesz się w okolicę Zbiornika Piątego? - zapytał Roper. - 

Wszędzie tam kręcą się Beduini z rodu Rashidów. Wypasają kozy, prowadzą karawany 
i Bóg wie co jeszcze. 

-  Billy  i  ja  skoczymy  na  spadochronach  wczesnym  ran  kiem,  kiedy  jest  prawie 

ciemno. Robiliśmy to już kiedyś. 

- Jesteś pewien, Sean? - zapytała Hannah. 
- Na nic innego nie mamy czasu. Bądź tak dobra i wy świadcz mi przysługę. Poza 

Laceyem i Parrym porozmawiaj jeszcze z kwatermistrzem z Farley Field. Powiedz mu, 
co planuję. Niech przygotuje sprzęt - ten co zawsze. 

Bernstein odwróciła się do Fergusona. 
- Panie generale? 
Ferguson wziął głęboki oddech. 
- Proszę się tym zająć, pani nadinspektor. 
-  Doskonale  -  mruknął  Dillon.  -  Jeszcze  jedno.  Po  rozmawiajcie  z  Tonym 

Villiersem. Jego pomoc może okazać się niezbędna. Teraz jadę do domu się spakować - 
dodał i uśmiechnął się do Ropera. - Jeśli będę cię potrzebował, zadzwonię. 

- Podrzucę cię - powiedział Ferguson i obaj wyszli. 
Hannah podążyła w ślad za nimi. 
Kiedy zadzwonił Dillon, Billy - jak zwykle - siedział w pubie Dark Man. 
- Posłuchaj tylko - powiedział Irlandczyk i przedstawił mu sytuację. - Wchodzisz 

w to czy nie? - zapytał na koniec. 

- Nie mam czasu do stracenia, Dillon. Muszę się pakować. 
Zobaczymy się w Farley. 
-  Farley?  -  zdziwił  się  siedzący  obok  Harry.  -  Musisz  się  pakować?  Co  to,  do 

diabła, znaczy? 

Billy się zawahał, ale po chwili wszystko mu wyjaśnił. 
Tony  Villiers  wraz  z  dziewiętnastoma  zwiadowcami  obozował  w  pięciu  land-

roverach w oazie El Hajiz - tam, gdzie zginął Bobby Hawk. Od granicy dzieliła go tylko 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

jedna mila i miał niezłomny zamiar pod osłoną ciemności wybrać się do Fuad. Achmed, 
który  okazał  się  doskonałym  sierżantem,  zaproponował,  że  pojedzie  razem  z  nim. 
Villiers miał przy sobie duży blok semteksu i zapalnik ołówkowy. Zamierzał wysadzić 
w powietrze znajdujący się w Fuad skład broni i amunicji. 

- Co mogę dla ciebie zrobić? - powiedział, kiedy za dzwonił do niego Ferguson. 
Generał zrelacjonował mu przebieg wydarzeń. 
- Czego ode mnie oczekujesz? - zapytał pułkownik. 
- Chciałbym, żebyś nam pomógł, jeśli to będzie konieczne. 
Nie wydajesz się zaskoczony? 
-  Kate  Rashid  nie  może  mnie  już  niczym  zaskoczyć.  Jeśli  chodzi  o  samą  akcję, 

uważam, że pomysł Dillona jest sensowny. 

Desant przy Zbiorniku Piątym może się udać. Sean i młody Salter robili te rzeczy 

już  przedtem.  Niemniej,  nawet  jeśli  dadzą  sobie  radę  z  Keenanem  i  jego  ludźmi, 
pozostaje jeden mały problem. 

- Jaki mianowicie? 
- Trzeba jeszcze bezpiecznie się stamtąd wydostać. To wrogie terytorium - kraina 

Beduinów,  którzy  w  większości  pochodzą  z  rodu  Rashidów  i  są  poddanymi  Kate. 
Wydaje  mi  się  także,  że  jej  helikopter  będzie  w  pobliżu,  żeby  zabrać  Keenana  i  jego 
ludzi. 

- Co w takim razie proponujesz? 
- Sądzę, że będę musiał pojechać tam po Dillona i Billy’ego. W gruncie rzeczy to 

dobrze, że do mnie zadzwoniłeś. 

- Dlaczego? 
-  Ponieważ  chciałem  pod  osłoną  nocy  pojechać  z  moim  sierżantem  do  Fuad  i 

wysadzić  skład  broni  i  amunicji.  Ale  teraz,  gdy  szykuje  się  ta  sprawa,  nie  mogę  tego 
zrobić. Kate Rashid nabrałaby podejrzeń. 

- Masz rację. 
-  Będę  ją  śledził.  Musicie  wziąć  również  pod  uwagę,  że  Dillon  i  młody  Salter 

mogą  zostać  rozpoznani,  bo  kiedyś  już  tu  przecież  byli.  Wtedy  Kate  o  wszystkim  się 
dowie. Nie wiem zresztą... może wyjechała już z miasta. Dam wam znać. 

- A jeśli nie wyjechała? 
-  Mamy  teraz  na  lotnisku  bazę  RAF-u.  Zadbaj  o  to,  że  by  wasz  samolot  miał 

odpowiednie oznakowanie, a załoga była w mundurach. Mogę stamtąd zabrać Dillona i 
Saltera. 

W arabskich szatach i z szarfami na twarzach będą mogli w ostateczności udawać 

moich zwiadowców. Ty też przylatujesz? 

- Nie myślałem o tym. 
- Dla ciebie będę potrzebował większych szat. Porozmawiamy później, Charles. 
Kiedy  Dillon  przyjechał  na  Farley  Field,  gulfstream  kołował  właśnie  po  płycie 

lotniska.  Irlandczyk  od  razu  zauważył  oznakowanie  RAF-u.  Wyłączono  silniki  i  po 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

chwili po schodkach zszedł sierżant w mundurze Królewskich Sił Powietrznych, niejaki 
Pound, dobry znajomy Dillona. 

- Witam, panie Dillon. Rozumiem, że znowu udajemy się w dalekie strony. 
- I to raczej gorące - dodał Lacey, schodząc po schodkach. 
- Bardzo ci do twarzy w mundurze RAF-u - powiedział Dillon. - Po raz pierwszy 

widzę cię z baretkami Krzyża Sił Powietrznych. 

-  Generał  chce,  żebyśmy  w  Hazarze  stanowili  oficjalną  zasłonę  dymną.  Ty  i 

młody  Billy  macie  być  trzymani  w  ukryciu.  Pułkownik  Villiers  zrobi  z  was  swoich 
zwiadowców. 

- Panie Dillon! - zawołał ktoś. Dillon odwrócił się i zobaczył kwatermistrza, który 

stał w drzwiach budynku adminis tracyjnego. - Przygotowałem dla pana sprzęt. 

Irlandczyk ruszył za nim i zobaczył leżące na stole przedmioty: dwa zaopatrzone 

w  tłumiki  AK47,  dwa  browningi  z  tłumikami  Carswella  oraz  tytanowe  kamizelki 
kuloodporne. A także dwa spadochrony. 

- Coś jeszcze, proszę pana? - zapytał kwatermistrz. 
- Nie, myślę, że to pozwoli nam rozpętać trzecią wojnę światową. 
- Proszę mi pomóc, sierżancie - zawołał kwatermistrz. 
Do  pokoiku  wszedł  Pound.  Załadowali  wszystko  do  dwóch  toreb  RAF-u  i 

przenieśli na pokład samolotu. Dillon zapalił papierosa i podszedł do schodków. W tym 
samym  momencie  podjechał  do  nich  daimler  i  wysiadł  z  niego  Ferguson.  Jego  szofer 
wyjął z bagażnika torbę frakową. 

- Wnieś ją do samolotu - polecił generał. 
- Co to znaczy? - zapytał Dillon. 
- Lecę z wami. Bez dyskusji. 
- Do twarzy ci będzie w beduińskich szatach. 
Chwilę  później  pod  schodki  podjechał  jaguar  Harry’ego  Saltera  z  Baxterem  za 

kierownicą. Harry i Billy wysiedli, a Baxter wyciągnął z bagażnika dwie torby. 

- Niech cię diabli, Dillon - oświadczył Harry - ale jeśli zabierasz Billy’ego, ja lecę 

razem z nim. 

Dillon uśmiechnął się do Fergusona. 
- Bez dyskusji, generale? 
- Och, właź szybko na pokład i lećmy. 
Weszli  po  schodkach  i  usiedli  w  fotelach.  Lacey  i  Parry  byli  już  w  kokpicie,  a 

Pound  zamknął  i  zaryglował  drzwi.  Zagrały  silniki,  gulfstream  potoczył  się  po  pasie 
startowym,  zawrócił  i  wystartował.  Po  kilkunastu  minutach  osiągnęli  pułap 
pięćdziesięciu tysięcy stóp. 

-  Rozmawiałem  z  Tonym  -  oświadczył  Ferguson  i  po  wtórzył  im  to,  co 

powiedział mu Villiers. 

- To miło, że jest po naszej stronie - przyznał Dillon i zapalił papierosa. - A co z 

Quinnem? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Och, nic mu nie będzie. Nie ma obawy, że nam umrze, ale Bellamy twierdzi, że 

musi jakiś czas poleżeć. Próbowałem także połączyć się z Białym Domem, ale prezydent 
przebywa właśnie z oficjalną wizytą w Argentynie i udało mi się za mienić tylko  kilka 
słów z  Blakiem Johnsonem.  Bardzo się przejął, kiedy  poinformowałem  go  o  Quinnie i 
planach Kate Rashid. 

- Co powiedział? 
- Że poinformuje prezydenta. 
- Czy był w dostatecznym stopniu wstrząśnięty? 
-  ”Przekażcie  Dillonowi  i  Billy’emu,  żeby  skopali  im  tyłki”.  Tak  właśnie  się 

wyraził. 

- Traktuję to jako komplement - rzekł Dillon, zwracając się do Billy’ego. - A zatem 

znowu przystępujemy do akcji. 

- Żeby ocalić wolny świat. Dlaczego to zawsze musimy być my? 
- Jesteśmy  w  tym zbyt dobrzy i  na  tym  polega problem  -  odparł  Dillon. - Teraz 

możesz mi podać bushmillsa - zawołał do sierżanta Pounda. 

Kiedy samolot Kate Rashid wylądował na lotnisku pod Hazarem, scorpion czekał 

już  na  skraju  pasa  startowego.  Za  sterami  siedział  Ben  Carver.  Kate,  Rupert  i  trzej 
Irlandczycy  weszli  na  pokład,  a  dwóch  tragarzy  przeniosło  ich  bagaże.  Kilka  minut 
później  helikopter  wzniósł  się  w  powietrze  i  po  godzinie  wylądował  na  lądowisku  w 
Fuadzie. 

Zapadł zmrok. Wokół maszyny jak zwykle zgromadzili się zaciekawieni Beduini 

-  kobiety,  dzieci,  a  także  pewna  liczba  kursantów.  Colum  McGee  podszedł,  żeby 
powitać gości. 

- Miło cię widzieć, Barry - oznajmił, ściskając dłonie Keenana. 
- Ciebie też, stary draniu. 
McGee skinął głową Caseyowi i Kelly’emu. 
-  Chryste,  Barry  musiał  być  w  nie  lada  kłopotach,  skoro  wybrał  akurat  was 

dwóch. 

- Wypchaj się - odburknął Casey. 
McGee odwrócił się do Kate. 
- Kolacja czeka - powiedział. 
-  Idźcie  przodem.  Chcę  zamienić  kilka  słów  z  Benem  -  odparła  księżniczka.  - 

Teraz wracaj do Hazaru - poleciła Carverowi, kiedy Irlandczycy odeszli. - Przyleć tutaj 
jutro  wieczorem.  Chcę,  żebyś  zabrał  naszych  irlandzkich  przyjaciół  do  Al  Mukalli.  Ile 
potrwa lot? 

- Godzinę i kwadrans. 
-  Dobrze.  Zatem  wrócisz  tutaj  jutro  wieczorem,  wylecisz  o  w  pół  do  drugiej  w 

nocy,  zostawisz  ich  na  dworcu  towarowym  w  Al  Mukalli  i  znowu  tu  wrócisz.  Rano 
polecisz  ze  mną,  majorem  i  trzema  ludźmi  w  okolice  mostu  Bacu  i  zabierzemy  pana 
Keenana i jego przyjaciół. Ile to potrwa? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Mniej więcej tyle samo co poprzedni lot. Odległość jest podobna, tyle że to inny 

kierunek. 

- Dobrze. Wylecimy o wpół do siódmej. 
- Czy nie będzie problemów z paliwem? 
- Nie, mamy go tutaj dosyć w kanistrach. 
Carver obficie się pocił i miał zatroskaną minę. Wcześniej udawał, że nie widzi, 

co się dzieje w Fuad, lecz teraz zaniepokoił się na widok Keenana i jego ludzi. 

- Czy nie angażuję się przypadkiem w coś, co  może się okazać  niebezpieczne? - 

zapytał lekko skrępowany. 

-  Owszem  -  odparła chłodno Kate.  -  Pilotujesz  mój  helikopter,  kiedy  sobie  tego 

życzę. Jesteś za to sowicie wynagradzany. Ale jeśli widzisz w tym jakiś problem, zawsze 
mogę przekazać koncesję na usługi lotnicze w Hazarze komuś innemu. 

- Wydaje mi się, że księżniczka wyraziła się jasno, przyjacielu - dodał łagodnym 

tonem Rupert. 

- Nie ma problemu. Tylko pytałem. 
-  W  takim  razie  ruszaj  w  drogę,  Ben  -  powiedziała  Kate  i  razem  z  Daunceyem 

odeszła w stronę namiotów. 

Carver otarł chustką pot z twarzy. 
- Robię się na  to  za  stary  -  mruknął pod nosem,  po  czym  wsiadł  do  scorpiona i 

odleciał. 

Tymczasem Kate Rashid i jej kuzyn dołączyli do pozostałych. Po chwili wszyscy 

siedzieli  już po  turecku w wielkim namiocie, jedząc kolację. Tym razem było ich tylko 
sześcioro.  Kobiety  wniosły  gulasz  z  koziego  mięsa,  a  na  stole  stały  miski  z  owocami, 
daktylami i przaśnym pieczywem. 

Casey i Kelly zmierzyli podejrzliwym wzrokiem gulasz. 
- Co to jest? - zapytał Casey. 
- Żarcie - odparł Keenan. - Nie grymaś, tylko jedz. 
- Ale gdzie są noże i widelce? 
-  Tutaj  je  się  palcami  -  wyjaśnił  Colum  McGee  i  zanurzył  w  gulaszu  kawałek 

chleba. 

- Czy przygotowano już to, o co prosił pan Keenan? - zapytała Kate. 
-  Oczywiście.  Mamy  mnóstwo  semteksu,  zapalniki,  zarówno  zegarowe,  jak  i 

ołówkowe, no i dużo lontu wybuchowego. 

Do  tego  trzeba  dodać  czterdzieści  ton  materiałów  wybuchowych,  które  będzie 

wiózł pociąg. Czekają nas fajerwerki jak na Praterze. 

- Doskonale - rzekła Kate. - Co o tym myślisz, Rupercie? 
- Wielką zaletą tego planu jest jego prostota. 
Kate się uśmiechnęła. 
- Cóż, zawsze lubiłam to, co proste. 
- Jest jeszcze jedna sprawa, księżniczko - powiedział Keenan. - Co będzie potem? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Jak pani wyjaśni eksplozję? 

- Czy to moja wina, że arabscy terroryści postanowili wysadzić most w Bacu? 
- Naturalnie - rzekł z uśmiechem Keenan. - Dlaczego sam na to nie wpadłem? 
Kiedy  gulfstream  znajdował  się  w  połowie  drogi  do  Hazaru,  Ferguson  odbył 

telefoniczną rozmowę z Villiersem i przedstawił mu sytuację. 

- Harry i ja postanowiliśmy do nich dołączyć. Tak więc jest nas czterech. Czy to 

przysporzy jakichś problemów? 

-  Nie  sądzę.  Swoją  drogą,  Kate  Rashid  przyleciała  tu  z  Daunceyem  i  trzema 

Irlandczykami.  Wysłałem  jednego  ze  swoich  zwiadowców,  żeby  wypatrywał  jej  na 
lotnisku.  Przesie  dli  się  do  jej  scorpiona,  którego  pilotuje  Ben  Carver,  i  polecieli  na 
północ. 

- Do Shabwy? 
- Moim zdaniem do Fuad, żeby Keenan mógł zabrać swój sprzęt. 
- Więc możemy się zatrzymać w hotelu Excelsior? 
- Nie radziłbym. Na jej żołdzie są nawet barman i dyrektor hotelu. Rozbiłem obóz 

mniej więcej dwanaście mil od miasta. 

Będę na was czekał z odpowiednim przyodziewkiem w budynku RAF-u. 
- O czym była mowa? - zapytał Dillon, kiedy Ferguson wyłączył komórkę. 
Generał przekazał treść rozmowy. 
-  A  zatem  będziemy  wyglądać  niczym  Ali  Baba  i  czterdziestu  rozbójników  w 

londyńskim Palladium - powiedział Harry Salter. 

- Zobaczysz, że ci się to spodoba, Harry - mruknął Dillon. - Ty  i generał pośród 

zwiadowców, śpiący pod gwiazdami... A w ognisku buzuje suszony wielbłądzi nawóz. 

- Jeśli chcesz, możesz się tym rozkoszować. Ja postaram się to jakoś przeżyć. 
Pilotowany  przez  Laceya  gulfstream  wylądował  w  Hazarze,  podkołował  pod 

hangar  RAF-u  i  wtoczył  się  do  środka.  Villiers  już  na  nich  czekał  -  palił  papierosa, 
opierając się o jeden z dwóch land-roverów. Za kierownicą drugiego siedział Achmed. 

- Miło was widzieć - powiedział pułkownik, ściskając wszystkim dłonie. 
- Pięknie się pan opalił - rzekł Billy. - Był pan ostatnio na wakacjach? 
-  Bezczelny  gówniarz  -  odpalił  Villiers.  -  Szaty  i  turbany znajdziecie  na  tylnym 

siedzeniu. Ubierzcie się i możemy ruszać. 

-  Jezu,  czy  wyglądam  tak  samo  fatalnie  jak  wy?  -  zapytał  Harry,  kiedy  już  się 

przebrali. 

- Gorzej - odparł Dillon. - Wierz mi, Harry, o wiele gorzej. 
- Ja zabiorę pana i Harry’ego, generale - oznajmił Villiers. - Wy dwaj pojedziecie z 

Achmedem. 

Rozbity przy sadzawce obóz osłaniały skały i kilka palm. Przy płonącym ognisku 

stały trzy namioty, a dalej pięć land-roverów. 

Zjedli  posiłek  -  zupę  z  puszki,  fasolkę  Heinza  oraz  młode ziemniaki,  z  których 

przyrządzono coś w rodzaju gulaszu, a do tego miejscowe przaśne pieczywo. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Billy wytarł swój talerz kawałkiem chleba. 
- To było dobre - powiedział. - Myślałem, że poczęstujecie nas koźliną. 
- Nigdy  nie  dałbym  ci  koźliny,  Billy  -  zapewnił  go  Villiers.  -  Achmed, przynieś 

butelkę whisky i cynowe kubki. 

Obawiam się, że mam tylko szkocką - zwrócił się do Dillona. 
- Będzie nam musiała wystarczyć. 
Po chwili pojawił się Achmed i Villiers nalał wszystkim whisky. Billy jak zwykle 

odmówił i pułkownik oddał Achmedowi butelkę. 

- Noc jest chłodna, ale jeśli chcesz sobie łyknąć, zrób to w  moim namiocie, żeby 

inni nie widzieli - powiedział. 

- Allah jest miłosierny i ty także, sahib - odparł Beduin i odszedł. 
-  Powtórzmy  jeszcze  raz  to,  co  wiemy  -  oznajmił  Villiers.  -  Barry  Keenan, 

bombardier  pierwszej  klasy,  zostanie  razem  ze swoimi  kumplami,  Kellym  i  Caseyem, 
przetransportowany  do  Al  Mukalli.  Tam  wszyscy  wsiądą  do  pociągu  towarowego, 
który o czwartej rano odjeżdża na północ i powinien być w Pustej Strefie mniej więcej o 
ósmej.  Zakładam,  że  do  tego  czasu  Keenan  umieści  materiały  wybuchowe  w 
odpowiednich miejscach. 

- Na to wygląda - mruknął Dillon. 
-  A  ty  i  Billy  będziecie  czatować  przy  Zbiorniku  Piątym  i  tam  wskoczycie  do 

pociągu. Macie stamtąd osiemnaście mil do mostu w Bacu. W tym czasie musicie zrobić 
to, co jest do zrobienia. Pociąg jedzie dalej, most dalej stoi w miejscu, a Kate przylatuje 
scorpionem, żeby zabrać Keenana i jego towarzyszy. 

- A  Beduini z rodu Rashidów obstawiają  drogę do Hazaru i na lotnisko - dodał 

Dillon. 

- Wiem o tym, i dlatego postaram się po was przyjechać ze swoimi zwiadowcami. 

Powinno  mi  to  zająć  jakieś  cztery  godziny.  Pamiętajcie  jednak,  że  niczego  nie  mogę 
obiecać. Drogi mogą być nieprzejezdne. To pustynny kraj. 

-  Właśnie  czegoś  takiego  się  spodziewaliśmy,  Billy  -  powiedział  z  uśmiechem 

Dillon. 

Nazajutrz  po  południu  Hannah  Bernstein  odwiedziła  londyńską  klinikę 

Rosadene.  Profesor  Bellamy  uprzedził  ją,  że  też  się  tam  pojawi.  Nadkomisarz  czekała 
kilka minut w recepcji, rozmawiając z Marthą, i w końcu dołączył do nich Bellamy. 

- Co z nim? - zapytała. 
- Nie najlepiej. Ma gorączkę i jest bardzo przygnębiony. 
Nie wiem dokładnie, co się wydarzyło, i nie chcę tego wiedzieć, ale wpędziło go 

to w depresję. 

- Mogę się z nim zobaczyć? 
- Oczywiście, ale proszę go zbytnio nie absorbować. 
Quinn leżał wsparty na poduszkach, w szlafroku, który zakrywał bandaże. Miał 

przymknięte oczy, ale otworzył je, kiedy Hannah przysunęła krzesło do łóżka. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Cieszę się, że pani przyszła, pani nadkomisarz. 
- Jak się pan czuje? 
- Podle. 
- Potrafię pana zrozumieć. Trzykrotnie mnie postrzelono. 
Ból jest cholerny, ale w końcu mija. 
-  To,  co  mnie  dręczy,  nie  minie.  Zawiodłem  Dillona  i  Billy’ego.  Stanąłem 

naprzeciwko  tego  faceta  i  broń  zadrżała  mi w  ręku.  Nie  umiałem  pociągnąć za  spust. 
Gdyby Billy do niego nie strzelił, pewnie by mnie wykończył. 

-  Billy  to  potrafi.  On  i  Dillon  mają  przynajmniej  jedną  wspólną  cechę.  Są 

urodzonymi zabójcami. 

- A ja nie? 
- Nie, senatorze. Mimo  pańskiej wojennej karty. Ale to nie jest coś, czego trzeba 

się wstydzić. 

- Od paru dni nie widziałem Dillona. Nie wpadnie do mnie? 
- Nie, jest teraz w Hazarze. 
- Cholera! Powinienem tam być. Co on tam robi? - zapytał Quinn. 
W oazie Fuad Keenan i jego ludzie skrupulatnie sprawdzali materiał dostarczony 

przez  Columa  McGee.  Keenan  kazał  im  nawet  kilka  razy  odkręcić  obudowę  i  zbadać 
zawartość. 

- Jezu, czy to konieczne, Barry? - jęknął Casey. 
- Owszem. Jeśli chcemy uchodzić za fachowców. Księżniczka nie może pomyśleć, 

że za dużo nam zapłaciła. Sprawdziłem jeszcze raz dane techniczne mostu. W  pociągu 
będzie  czterdzieści  ton  materiałów  wybuchowych.  Potrzeba  nam  więc  tylko  jednego 
dużego  bloku  semteksu  oraz  zapalnika,  który  podłączymy  lontem  wybuchowym  z 
resztą. 

- Stara dobra metoda? - zapytał Kelly. 
- Stara  dobra  prosta  metoda  -  potwierdził z uśmiechem  Keenan.  -  Zawsze  takie 

wolałem. 

W obozie zwiadowców zapadał wczesny wieczór. Villiers pojawił się z Laceyem i 

Parrym, i wszyscy zasiedli wokół ogniska. 

-  Obliczyłem,  że  możemy  dolecieć  do  Zbiornika  Piątego  w  trzydzieści  minut  - 

powiedział  Lacey.  -  Moim  zdaniem  powinniśmy  wylecieć  o  szóstej.  Będziecie  pewnie 
chcieli zna leźć odpowiednią kryjówkę albo wybrać się na rekonesans. 

- To brzmi sensownie - rzekł Dillon. 
-  Jedynym  minusem  jest  to  -  wtrącił  Villiers  -  że  muszę  wyjechać  stamtąd  ze 

swoimi  ludźmi  mniej  więcej  wpół  do  czwartej.  Podrzucimy  cię  do  hangaru  RAF-u  i 
będziesz musiał tam poczekać. 

- W takim razie zobaczymy się o szóstej - powiedział Dillon do Laceya. 
-  Ze  mną  także  -  dodał  Ferguson.  -  Poza  Dillonem  i  Billym  będzie  pan  miał 

jeszcze dwóch pasażerów, majorze. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Lacey się uśmiechnął. 
- Oczywiście, generale - odparł, po czym wsiadł razem z Parrym do land-rovera i 

Villiers odwiózł ich na lotnisko. 

Po północy Carver dokładnie sprawdził helikopter i z pomocą dwóch Beduinów 

zatankował  do  pełna  zbiorniki.  Keenan  i  jego  ludzie  ostrożnie  zapakowali  do  toreb 
semteks,  zapalniki  i  lonty.  Gdy  wnieśli  wszystko  na  pokład,  wrócili  do  bunkra,  w 
którym mieścił się magazyn broni, materiałów wybuchowych i sprzętu łącznościowego. 

- Czym mogę służyć? - zapytał Colum McGee. 
Keenan spojrzał na regały z karabinami. 
- Myślę, że wystarczy AK47 dla każdego z nas i torba z magazynkami. 
- A pistolety? 
- Dobrze, niech będą trzy browningi. 
McGee położył wszystko na stole. Mężczyźni wzięli broń i wrócili do scorpiona. 

Kate  Rashid  -  jak  zwykle  w  towarzystwie  Daunceya  -  rozmawiała z Carverem.  Nagle 
pilot spojrzał na zegarek. 

-  Dziesięć  po  pierwszej.  Możemy  już  lecieć.  Nie  powinno  być  problemów. 

Prognoza pogody jest dobra. Nie będzie wiało. 

- W takim razie w drogę - powiedziała Kate. - Może przejdzie pan do historii. 
- O, dziękuję. Starałem się o to przez długie lata w Irlandii. 
Tym razem wolę zgarnąć trochę kasy. Do zobaczenia w Bacu. 
Carver siedział już za sterami. Keenan wszedł na  pokład za Caseyem i Kellym i 

zasunął drzwi. Chwilę później wznieśli się w powietrze. 

Wszystko  odbyło  się  zgodnie  z  przewidywaniami  Carvera.  Gdy  lecieli,  niebo 

rozświetlały  gwiazdy,  rozrzucone  wokół  księżyca  w  drugiej  kwadrze  niczym  okruchy 
diamentów. Oświetlone pojedynczą latarnią Al Mukalli przypominało im zagubioną na 
pustkowiu stacyjkę. Dostrzegli kilka budynków pokrytych płaskimi dachami, plątaninę 
bocznic, na których stały wagony i dwie lokomotywy. Do jednej z nich podłączony był 
długi skład po części otwartych wagonów towarowych. 

Kiedy scorpion zaczął schodzić w dół, z lokomotywy wyskoczyli dwaj mężczyźni 

i  zadarli  głowy  w  górę.  Kolejny  mężczyzna  wyskoczył  z  wagonu  służbowego,  który 
znajdował  się  na  samym  końcu  pociągu.  Gdy  scorpion  wylądował,  Keenan  i  Casey 
wyszli, a Kelly podał im torby i karabiny. 

-  W  porządku,  wynoszę  się  stąd.  Do  zobaczenia  w  Bacu  -  zawołał  Carver,  po 

czym podniósł dziób maszyny i odleciał. 

Trzej Arabowie czekali na Keenana i jego towarzyszy. Wszyscy mieli na głowach 

turbany,  lecz  tylko  jeden  odziany  był  w  długą  szatę.  Dwaj  pozostali  ubrani  byli  w 
poplamione olejem kombinezony. 

- Spodziewaliście się nas - powiedział Keenan. 
- Tak, sahib  - odparł mężczyzna w  długiej szacie.  -  Nazywam się Yusuf.  Jestem 

strażnikiem.  A  to  jest  Ali,  maszynista  -  dodał,  wskazując  brodatego  starszego 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

mężczyznę. 

Mówił całkiem nieźle po angielsku. Keenan skinął w stronę młodszego, potężnie 

zbudowanego Araba. 

- Kto to jest? 
- To Osama, palacz. Nie mówi po angielsku. 
- Rozumiem, że wszyscy jesteście z rodu Rashidów? - zapytał Keenan i zobaczył, 

jak na twarzy Yusuf a odbija się duma. 

- Tak, sahib, wszyscy jesteśmy z tego rodu. 
- A księżniczka? 
- Jest naszą błogosławioną przywódczynią, chwała niech będzie Allahowi. 
- Więc wiecie, co macie robić? 
- Tak jest, sahib. 
-  To  dobrze.  -  Keenan  usłyszał  syk  uciekającej  pary  i  poczuł  w  nozdrzach 

charakterystyczny  zapach.  Podszedł  do  lokomotywy.  -  Kiedyś  mój  dziadek  prowadził 
jedną  z  takich  maszyn.  Kiedy  miałem  pięć  lat,  zabrał  mnie  na  pomost.  Para  bucha  z 
tłoków, możemy ruszać. 

- Czuję znajomy stary smród - oznajmił Kelly. 
-  Nie  ma  w  tobie  żadnego  uczucia,  żadnej  poezji  -  skrzy  wił  się  Keenan.  - 

Prowadź nas do swojego wagonu - zwrócił się do Yusufa. 

Arab  ruszył  przodem.  Doszedł  do  końca  pociągu,  wspiął  się  po  żelaznych 

schodkach na okoloną poręczą platformę, po czym otworzył drzwi i wszedł do wnętrza 
wagonu.  W  środku  znajdowały  się  długie  obite  skórą  ławki,  stół,  mała  kuchenka  z 
czajnikiem  i  butlą  gazową,  a  w  drugim  końcu  umywalka,  wąskie  drzwi  z  napisem 
”toaleta” i jeszcze jedne drzwi. Casey i Kelly postawili na podłodze torby z semteksem i 
zapalnikami. 

- Jest coś do jedzenia? - zapytał Casey. 
- Daktyle, sahib, suszone mięso i chleb. 
- Jezu - jęknął Casey. 
- W szafce jest herbata, sahib - dodał Yusuf. - Angielska herbata. 
- To świetnie - rzekł Keenan. - Daj, golnę sobie - powiedział do Kelly’ego, który 

wyjął z jednej z toreb  piersiówkę  whisky. Kelly  odkręcił  nakrętkę  i  podał mu  butelkę. 
Keenan pociągnął długi łyk. - Wyjeżdżamy tak, jak było ustalone, o czwartej? - zapytał 
Yusufa. 

- Tak, sahib. 
Keenan zerknął na zegarek. 
-  Za  czterdzieści  pięć  minut.  W  porządku,  obejrzymy  teraz  wagony  i  pokażesz 

mi, gdzie są materiały wybuchowe. 

Otwarte wagony załadowane były rurami. W dwóch zamkniętych znajdowały się 

skrzynie  z  materiałami  wybuchowymi.  Gdy  Yusuf  odsunął  drzwi,  bez  trudu  je 
zauważyli.  Po  drabinkach  można  było  się  wspiąć  na  dach  każdego  z  wagonów,  a 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

stamtąd po otwarciu klapy zejść do środka. 

-  Doskonale  -  oznajmił  Keenan.  -  Będę  mógł  tam  się  dostać  podczas  jazdy. 

Powiedz mi, co się z wami stanie w Bacu... to znaczy kiedy będzie już po wszystkim? - 
zapytał Yusufa. 

- Mamy w górach przyjaciół, sahib. Nic nam nie grozi. 
- To świetnie. Wracajmy i spróbujmy tej waszej herbaty. 
O szóstej rano gulfstream wytoczył się z hangaru RAF-u. Dillon i Billy weszli do 

środka  w  czarnych  kombinezonach  i  tytanowych  kamizelkach  kuloodpornych. 
Spadochrony i broń leżały już na podłodze przy wejściu. Parry zamknął drzwi i wrócił 
do kokpitu. 

Dillon  i  Billy  usiedli  naprzeciwko  Harry’ego  i  Fergusona.  Samolot  pokołował 

tymczasem  na  koniec  pasa  i  czekał  na  sygnał  do  startu.  Nie  było  już  tak  ciemno,  ale 
księżyc nie stracił nic ze swego blasku. 

Harry był bardzo spięty. 
- To cholerne szaleństwo - mruknął. - Jak możecie skakać z takiej wysokości? To 

samobójstwo. 

-  Zrobiliśmy  to  w  Kornwalii  przed  dwoma  laty  -  odparł  Billy.  -  To  był  mój 

pierwszy skok. I udało mi się go jakoś przeżyć. Za bardzo się wszystkim przejmujesz. 

O  wpół  do  siódmej  Kate  Rashid,  Dauncey,  Abu  i  dwaj  Beduini,  wszyscy 

uzbrojeni  w  kałasznikowy,  weszli  na  pokład  scorpiona,  który  czekał  na  lotnisku  w 
Hazarze. Siedzący w kokpicie Carver odwrócił się przez ramię. 

-  Pogoda  się  zmieniła.  Mamy  lekki  wiatr  czołowy.  Lot  może  potrwać  trochę 

dłużej. 

- Skoro tak,  nie traćmy  czasu  - odparł  Dauncey  i odwrócił się do Kate.  -  Zatem 

lecimy, kuzynko. Jak to wczoraj powie działaś? Żeby przejść do historii? 

Kate  Rashid  miała  na  sobie  czarny  kombinezon  i  burnus,  beduińską  szatę  z 

kapturem. 

- Jestem całym sercem za, kochanie. Daj mi papierosa. 
Rupert zapalił dwa i podał jej jednego. Po chwili zaczęli się wznosić. 
W  tym  samym  czasie  zbliżający się  do strefy  zrzutu  gulfstream  zszedł  z  pięciu 

tysięcy  stóp  na  tysiąc.  Parry  wyszedł  z  kokpitu  ze  zsuniętym  z  lewego  ucha 
hełmofonem. 

- Zostały wam cztery minuty, panowie. 
Dillon i Billy założyli spadochrony i zawiesili na piersiach kałasznikowy. Dillon 

zabrał  także  lornetkę  z  noktowizorem.  Stanęli  przy  drzwiach  i  czekali.  Lacey  zaczął 
redukować moc. 

- Otwórz drzwi - powiedział Parry’emu przez radio. 
Parry  wykonał  polecenie  i  wysunął  schodki.  Kiedy  Lacey  zwolnił  prawie  do 

prędkości przeciągnięcia, do środka wpadł potężny podmuch wiatru. 

- Teraz! - zawołał. - Tysiąc stóp. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Dillon stanął na pierwszym schodku i dał nurka. Billy skoczył tuż za nim. Parry 

zaczął  się  szarpać  z  drzwiami  i  Ferguson  musiał  pomóc  mu  je  zamknąć.  Lacey 
zwiększył moc, po czym zaczął nabierać wysokości i zawrócił w stronę Hazaru. Znowu 
zrobiło się cicho i Ferguson usiadł na swoim miejscu. 

- Niech Bóg ma ich w swojej opiece - powiedział Harry. 
W  świetle  księżyca  i  różowiącego  horyzont  poranka  widać  było  wyraźnie 

pustynne wydmy i linię kolejową. Po jej obu stronach biegły potężne rurociągi. Zerwał 
się silniejszy wiatr i Dillon zorientował się, że znosi go na bok. Billy unosił się tuż obok 
na trochę większej wysokości. 

Dillon  przystawił  do  oczu  noktowizor  i  przyjrzał  się  linii  kolejowej.  Jednak  po 

prawej  stronie nie  znalazł tego,  czego  szukał. Wtedy  obrócił się w  lewo i w  odległości 
mniej  więcej  jednej  mili  zobaczył  Zbiornik  Piąty:  podobny  do  bunkra  budynek,  przy 
którym stał wysoki zbiornik z wodą. 

Ziemia szybko się zbliżała; chwilę później wylądował i przeturlał się po miękkim 

piasku  między  dwiema  pokaźnymi  wydmami.  Szybko  zdjął  spadochron  i  gdy 
zakopywał go w  piachu, usłyszał swoje imię.  Odwrócił się i w połowie jednej z wydm 
zobaczył  Billy’ego.  On  również  pozbył  się  spadochronu,  a  potem  ruszył  w  stronę 
Dillona. Irlandczyk zapalił papierosa i czekał. Billy podszedł z uśmiechem na twarzy. 

- To było małe piwo - rzekł. - Ale nie widziałem naszego celu. 
-  Ja  go  zobaczyłem,  dzięki  noktowizorowi.  Jest  milę  dalej  w  tym  kierunku.  - 

Dillon zerknął na zegarek. - Za piętnaście siódma. Lepiej ruszajmy - powiedział i zaczął 
iść wzdłuż torów. 

Kiedy  dotarli  do  Zbiornika  Piątego,  zrobiło  się  o  wiele  jaśniej.  Wędrówka  po 

miękkim piasku,  którym  coraz silniejszy wiatr  sypał im w oczy, zajęła co najmniej  pół 
godziny. 

Budynek,  wzniesiony z żużlobetonowych bloków, wyglądał bardzo  nędznie. W 

dwóch oknach od dawna nie było ram, a drzwi blokowały zwały piasku. Mieszcząca się 
w środku pompa była pokryta rdzą. 

-  Nie  działa  od  wielu  lat  -  rzekł  Billy.  -  Skąd  oni  biorą  wodę?  Może  się 

pomyliliśmy, Dillon. Może już nie zatrzymują się tutaj, żeby napełnić tendry? 

Wyszli  na  dwór  i  przyjrzeli  się  zbiornikowi  wspartemu  na  czterech 

zardzewiałych nogach. Obok drabinki zwisała spod spodu płócienna rura. Zakończona 
była mosiężną końcówką i Dillon dokładnie ją obejrzał. 

-  Jest  wilgotna.  Trochę  z  niej  kapie.  Sprawdzę  na  górze  -  powiedział,  po  czym 

wspiął się po drabince. Zbiornik był zakryty, lecz pośrodku znajdowała się klapa. Dillon 
podniósł ją i zobaczył, że poziom wody sięgał szczytu zbiornika. Potem zszedł na dół. 

-  Jest  pełny.  Ale  pompa  najwyraźniej  nie  działa.  Może  wyschła  studnia. 

Prawdopodobnie co jakiś czas przywożą wodę cysterną i napełniają zbiornik. 

- Więc nadal z niego korzystają. Chwała Bogu. Co teraz? 
- Mam zamiar skontaktować się z Tonym Villiersem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Pułkownik przeżywał akurat ciężkie chwile, siedząc w pierwszym z pięciu land-

roverów i przebijając się przez tumany piasku. Burza nie była taka straszna, ale on i jego 
ludzie  i  tak  musieli  zakryć  twarze.  W  gruncie  rzeczy  miał  szczęście,  że  usłyszał 
dzwonek telefonu, który tkwił w górnej kieszeni jego koszuli. 

- Mówi Dillon - usłyszał. - Billy i ja dotarliśmy do Zbiornika Piątego. Co u was? 
-  Powinniśmy  być  w  Bacu  o  wpół  do  dziewiątej,  ale  nie  mogę  tego 

zagwarantować. Mamy tutaj małą burzę piaskową. 

-  U  nas  też  nieźle  wieje  -  poinformował  go  Dillon.  -  Postarajcie  się  jednak. 

Zadzwonię jeszcze raz, żeby potwierdzić przyjazd pociągu. 

Dillon  rozłączył  się  i  spróbował  skontaktować  z  Fergusonem,  lecz  nie  uzyskał 

połączenia. Przez cały czas siedział razem z Billym w betonowym budynku. 

- Co zrobimy, kiedy przyjedzie pociąg? - zapytał Billy. - Czy schowamy się tutaj? 
- Nie sądzę, żeby to  był dobry pomysł. Ktoś może tu zajrzeć - odparł Dillon, po 

czym wyszedł na dwór i zbadał teren za  zbiornikiem. Zobaczył strome zbocze, skały i 
kilka  głazów  zasypanych  piaskiem.  -  Schowamy  się  tam  -  powiedział,  wchodząc  do 
budynku. - Bunkier i zbiornik osłonią nas, kiedy pociąg ruszy, a my będziemy zbiegać 
ze zbocza. 

- Musimy się cholernie śpieszyć. Gdzie wskoczymy? 
- Do wagonu służbowego. Jest na samym końcu. 
- A jeśli go nie będzie? 
- W składzie zawsze jest wagon służbowy, Billy. - Dillon zerknął na zegarek. - Za 

kwadrans ósma. Zaraz nadejdzie chwila prawdy. 

Z oddali dobiegł ich odgłos  podobny do szeptu, a zaraz  potem przeciągły długi 

gwizd. 

- Nadjeżdżają, Billy. Czas się ukryć - powiedział Dillon. 
Wspięli się po zboczu i przypadli do ziemi. 
Przez sąsiadujące z toaletą drzwi wychodziło się na metalową platformę. Można 

było stąd przejść drewnianym pomostem przez wszystkie otwarte wagony załadowane 
rurami. Dalej znajdowały się zamknięte wagony z materiałami wybuchowymi, każdy z 
drabinką prowadzącą na dach, a za nimi tender z wodą i węglem. Dzięki temu można 
było  bez  trudu  dostać  się  do  parowozu.  Poza  tym  na  początku  i  końcu  każdego  z 
zamkniętych wagonów znajdowały się małe drzwiczki. 

Wszystko  to  ułatwiało  zadanie  Keenanowi.  Podczas  jazdy  z  Al  Mukalli 

porozmieszczał razem z Caseyem i Kellym ładunki, następnie zaś otworzył drzwiczki i 
połączył  oba  zamknięte  wagony  lontem  detonacyjnym.  Blok  semteksu  znalazł  się  w 
pierwszym  wagonie.  Lont  podłączony  był  także  do  chemicznych  zapalników,  które 
Keenan umieścił pośród skrzyń z materiałami wybuchowymi. 

Ostatecznie  zdecydował  się  na  dwa  zapalniki  ołówkowe.  Umieszczone  w 

semteksie działały z dziesięciominutowym opóźnieniem i mógł je złamać, kiedy pociąg 
stanie na moście. Wszystko to nie zabrało mu zbyt wiele czasu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

W  gruncie  rzeczy  Keenan  dawno  już  tak  dobrze  się  nie  bawił.  Casey  i  Kelly 

wrócili do wagonu służbowego, żeby się napić whisky, a on dołączył do Alego i Osamy 
na pomoście parowozu. 

Ali pozwolił mu poprowadzić i Keenan poczuł w nozdrzach zapach pary i mógł 

się rozkoszować owiewającym twarz wiatrem. Kiedy  pociąg zaczął pokonywać strome 
wzniesienie  przed  Zbiornikiem  Piątym,  pociągnął  za  gwizdek.  Yusu  wyjaśnił  mu  już 
wcześniej,  dlaczego  muszą  się  tam  zatrzymać.  Ali  poklepał  go  po  ramieniu,  po  czym 
zajął jego miejsce i zaczął zwalniać. 

Dillon i Billy siedzieli przyczajeni za skałami w połowu zbocza. Nagle zadzwonił 

codex Dillona. Irlandczyk machinalnie go odebrał. 

- Co jest? 
- Tu Ferguson. Chciałem się dowiedzieć, co się dzieje. 
- Jesteśmy  przy Zbiorniku  Piątym,  a  pociąg właśnie pokonuje wzniesienie. Oto, 

co się dzieje. Więc na pana miejscu szybko bym się rozłączył, generale. 

Pociąg zatrzymał się z sykiem. Ali, Osama i Keenan zeskoczyli z parowozu. 
- To on - mruknął cicho Dillon. - To Barry Keenan we własnej osobie, Billy. A tam 

masz Kelly’ego. Ten drugi to Casey - dodał, kiedy mężczyźni wyszli z pociągu, każdy z 
kałasznikowem na ramieniu. Pochód zamykał Yusuf. 

Dillon i Billy prawie ich nie słyszeli. Osama połączył brezentową rurę wystającą z 

tendra  z  końcówką  rury  zwisającej  ze  zbiornika,  a  potem  zaczął  poruszać  wajchą 
przymocowaną  do  urządzenia,  które  najprawdopodobniej  było  ręczną  pompą.  Dillon 
zastanawiał się, czy nie zadzwonić do Villiersa. Ostatecznie jednak zdecydował, że zrobi 
to, kiedy już znajdą się w pociągu. Kelly i Casey z czegoś się śmiali. 

- Moglibyśmy ich teraz załatwić - szepnął Billy. 
Dlaczego tego nie robimy? 
-  Ponieważ  nie  wiemy  dokładnie,  co  Keenan  zmajstrował  w  pociągu.  Zapewne 

użył zapalników, żeby wszystko było gotowe do wybuchu. Podejrzewam, że materiały 
wybuchowe znajdują się w zamkniętych wagonach, ale jeden z tych sukin synów musi 
nam je pokazać. 

- Rozumiem. 
W  tym  momencie  Osama  rozłączył  rury,  Keenan  wspiął  się  z  powrotem  na 

pomost parowozu, a Kelly wdrapał się po drabince na dach pierwszego wagonu i tam 
ukucnął.  Casey  zrobił  to  samo  z  tyłu  drugiego  wagonu.  Ali  i  Osama  dołączyli  do 
Keenana, a Yusuf pobiegł na koniec pociągu. 

- Wagon służbowy - szepnął Dillon. 
Patrzyli, jak Yusuf wsiada do wagonu i zatrzaskuje za sobą drzwi. Keenan, który 

prowadził parowóz pod nadzorem Alego, pociągnął za gwizdek. Wagony zadygotały i 
z tłoków strzeliły kłęby pary. 

- Biegniemy, Billy - powiedział Dillon, po czym pierwszy ześlizgnął się ze zbocza 

znajdującego się za budynkiem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Pociąg toczył się teraz z hurkotem. Kiedy ich minął, wybiegli na  tory, złapali za 

poręcz  pomostu  wagonu  służbowego  i  wdrapali  się  na  górę.  Keenan  nie  przestawał 
pociągać za gwizdek. Billy i Dillon stanęli po obu stronach drzwi z gotowymi do strzału 
kałasznikowami. 

Dillon wyjął telefon i zadzwonił do Villiersa. Pułkownik natychmiast odebrał. 
- To ty, Dillon? 
-  A  któż  inny?  Nabrali  wody.  Billy  i  ja  stoimy  na  tylnym  pomoście  wagonu 

służbowego. Przystępujemy do akcji, więc postaraj się zawiadomić Fergusona. 

Dillon się rozłączył, schował telefon do kieszeni i wyszczerzył zęby do Billy’ego. 
- Ja jestem starszy, więc otrzymujesz przywilej pierwszeństwa. 
- Sukinsyn. 
Dillon przekręcił mosiężną klamkę i otworzył drzwi, a Billy skoczył do środka z 

karabinem  gotowym  do  strzału.  Stojący  przy  stole  Yusuf  odwrócił  się  przestraszony  i 
zobaczył  dwa  ubrane  na  czarno  demony.  Billy  przystawił  mu  lufę  do  podbródka  i 
pchnął go na stół. 

- Zabije cię bez  wahania - powiedział po arabsku Dillon. - A ta broń ma tłumik. 

Nikt nic nie usłyszy. 

Yusuf zrobił przerażoną minę. 
- Proszę, sahib, nie. 
- Mówisz po angielsku? 
- Tak. 
- Więc mów w tym języku, bo mój towarzysz nie zna arabskiego. Odpowiadaj na 

pytania, to przeżyjesz. Gdzie znaj dują się materiały wybuchowe? 

- W dwóch zamkniętych wagonach w środku pociągu. 
- Co robili ci trzej ludzie, Irlandczycy, kiedy wyjechaliście z Al Mukalli? 
- Nie wiem, sahib. 
- Kłamiesz. Zabij go, Billy. 
Billy dał krok do tyłu i wycelował. 
- Nie, sahib! - wrzasnął dziko Yusuf. - Mówię prawdę. 
- Nadal kłamiesz. Jesteście Beduinami z rodu Rashidów - ty, maszynista i palacz. 

Wiem o  tym,  bo księżniczka  przechwalała się,  że  jesteście  jej ludźmi.  Tak więc musisz 
wiedzieć,  że  pociąg  zatrzyma  się  na  moście  w  Bacu  i  Irlandczycy  wysadzą  go  w 
powietrze. Dobrze mówię? 

- Tak, sahib. 
-  Więc  powiedz  mi  prawdę.  Co  zrobili  Irlandczycy,  kiedy  wyjechaliście  z  Al 

Mukalli? 

Yusuf był zrozpaczony. 
-  Wiem  tylko,  że  przez  większość  czasu  robili  coś  w  wagonach,  w  których  są 

materiały wybuchowe. Ale mnie kazali zostać tutaj, sahib. Nie widziałem, co robili. 

Wyglądało  na  to,  że  mówi  prawdę.  Dillon  poczęstował  go  papierosem,  i  sam 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

zapalił. 

- Łatwo jest dostać się do tych wagonów? - zapytał. 
-  Tak,  sahib.  Przez  te  drzwi,  a  potem  drewnianym  pomostem  przez  otwarte 

wagony. 

- Więc można dojść aż do parowozu? 
- Tak, sahib. 
Dillon znowu zrobił groźną minę. 
- Czy jest coś jeszcze, co powinienem wiedzieć? Czy powiedziałeś mi wszystko? 
- Przysięgam na życie swojego najstarszego syna. - Yusuf obficie się pocił, starając 

się  go  przekonać.  -  Długo  siedzieli  w  wagonie,  może  nawet  półtorej  godziny.  Potem 
dwaj  przyszli  tutaj  i  pili  whisky.  Przywódca  dołączył  do  Alego  i  Osamy  i  prowadził 
pociąg. 

- Prowadził pociąg? 
-  Tak,  sahib.  Kiedy  nabieraliśmy  wody,  Ali  powiedział  mi,  że  jest  jak  mały 

chłopiec. Uwielbia pociągi. 

- Powiedział to Alemu? 
-  Nie,  sahib.  On  nie  zna  arabskiego,  a  Ali  angielskiego.  Po  prostu  tak  się 

zachowuje. 

- Jakie to wszystko ma dla nas znaczenie? - zapytał ze zniecierpliwieniem Billy. 
- Takie - odparł Dillon - że Keenan zajął się prowadzeniem pociągu, a to ułatwia 

nam  sprawę.  -  Wziął  Yusufa  pod  ramię  i  pchnął  go  w  stronę  tylnych  drzwi.  W  tym 
momencie  mogli  jechać  z  prędkością  około  dwudziestu  pięciu  mil  na  godzinę.  - 
Zamierzam dotrzymać słowa - zwrócił się do Araba, otwierając drzwi. - Obiecałem, że 
jeśli powiesz mi prawdę, pozwolę ci żyć. 

- Ale, sahib, ja... 
- Skacz, to może przeżyjesz. Jeśli tego nie zrobisz, na pewno zginiesz. 
Yusuf zszedł po metalowych schodkach i skoczył w bok, tam gdzie zwały piasku 

przykrywały rurociąg. Przeturlał się kilka razy, a potem pociąg wszedł w zakręt i Dillon 
stracił go z oczu. 

- Co teraz? - zapytał Billy. 
- Musimy pogadać z Caseyem albo Kellym. Wystarczy nam jeden z nich. Dlatego 

cieszę się, że Keenan zajął się parowozem. Chodźmy. 

Dillon  otworzył  drzwi  i  zobaczył  Kelly’ego  siedzącego  na  dachu  pierwszego 

wagonu i Caseya na dachu drugiego. Pociąg pędził z głośnym turkotem, zostawiając za 
sobą tumany piasku i pary. 

- Jak to rozegramy? - chciał wiedzieć Billy. 
-  Podejdę  do  pierwszego  wagonu.  Ty  zostań  tutaj.  Kiedy  tam  dotrę,  strzel 

Caseyowi w głowę tak, żeby zwalił się z dachu. 

Kelly patrzy w drugą stronę. Nic nie zobaczy. 
- A potem? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Zwabię  Kelly’ego  na  dół.  Mam  nadzieję,  że  zachowa  się  zgodnie  z  moimi 

przewidywaniami. 

- Dobrze, ty jesteś tu szefem. 
Dillon przebiegł po rozchybotanych deskach pomostu i stanąwszy przy drzwiach 

wagonu  z  materiałami  wybuchowymi,  pomachał  do  Billy’ego.  Casey  próbował  akurat 
zapalić  papierosa,  trzymając  między  nogami  pistolet  maszynowy.  Billy  starannie 
wycelował,  pociągnął  za  spust  i  trafił  go  prosto  w  głowę.  Stukot  kół  zagłuszył 
wyciszony tłumikiem odgłos wystrzału. Casey stoczył się z pochyłego dachu i razem z 
pistoletem maszynowym runął na ziemię. 

Dillon popatrzył na leżące przy torach ciało, poczekał, aż pociąg pokona kolejny 

zakręt,  po  czym  wspiął  się  po  drabinie  i  zerknął  do  przodu.  Kelly  siedział  na  dachu 
następnego wagonu, w ogóle nie zdając sobie sprawy, że Caseya już nie ma. 

Billy wycofał się do środka wagonu służbowego, a Dillon się schował. 
-  Pomóż  mi,  Kelly!  -  zawołał,  po  czym  zszedł  na  dół  i  stanął  z  kałasznikowem 

gotowym do strzału. 

W  panującym  hałasie  trudno  było  go  usłyszeć,  lecz Kelly  obejrzał  się za  siebie. 

Billy trzymał go na muszce, gotów strzelić, gdyby okazało się to konieczne. Kelly wstał, 
zarzucił sobie pistolet na  ramię, przeszedł po dachu pierwszego wagonu i przeskoczył 
na następny. Przez chwilę stał, kołysząc się w miejscu, a potem ruszył dalej. 

- Gdzie jesteś, Casey? - zawołał, dotarłszy do końca. 
- Casey odszedł w  zaświaty, ale zamiast niego  spotykasz mnie, swojego starego 

kumpla, Seana - powiedział Dillon, mierząc do niego z karabinu. - Złaź na dół albo ty 
też zginiesz. 

Jeśli nie trafię, zrobi to mój przyjaciel - dodał, wskazując Billy’ego, który wychylił 

się z wagonu. 

- Święta Matko Boża, to ty, Dillon! To niemożliwe. 
- Powiedziałem, żebyś złaził. 
Kelly  wykonał  polecenie.  Dillon  odebrał  mu  pistolet  maszynowy  i  cisnął  go  na 

ziemię obok torów, po czym otworzył drzwi do wagonu. 

- Właź tutaj - rozkazał i wepchnął Kelly’ego do środ ka. - Otwórz boczne drzwi - 

zawołał do Billy’ego, który zdążył do nich dołączyć. 

Po chwili we wnętrzu wagonu zrobiło się jaśniej. 
- W porządku, teraz pokaż mi, co tu zmajstrował Keenan. 
- Jezu, Dillon, on mnie zabije - odparł głupio Kelly. 
Billy postanowił włączyć się do dyskusji. 
- To strata czasu, Dillon. Pozwól mi go po prostu wyrzucić. 
-  Ale  wtedy  złamie  sobie  kark  -  zatroskał  się  Dillon.  -  Zasuwamy  przecież 

czterdzieści mil na godzinę. 

- I co z tego? 
Billy  wbił  lufę kałasznikowa  w brzuch Kelly’ego i zaczął go  popychać  w  stronę 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

drzwi. Irlandczyk się przeraził. 

- Nie, Dillon, zaraz ci pokażę. 
- No to szybko. 
Kelly podszedł do skrzyń z materiałami wybuchowymi. 
- Barry umieścił tutaj zapalniki chemiczne. Połączone są lontem wybuchowym z 

następnym wagonem. 

- A tam co jest? 
- Semteks. Z dziesięciominutowymi zapalnikami ołówkowymi. 
-  Świetnie.  Złap  ten  lont  i  wyrwij  zapalniki.  -  Kelly  wykonał  rozkaz.  -  Bardzo 

ładnie. Nie było to takie trudne, prawda? Teraz  idziemy do następnego wagonu, żeby 
rozbroić semteks. 

Mniej  więcej  w  tym  samym  momencie  Keenan  odwrócił  się  i  ku  swojemu 

wielkiemu  zaskoczeniu  zorientował,  że  jego  ludzie  zniknęli.  Zbliżali  się  do  mostu  - 
poszerzył się wąwóz, którym biegły tory. Zaniepokojony Keenan przeszedł po tendrze i 
dotarł  do  pierwszego  zamkniętego  wagonu.  Klapa  na  dachu  była  otwarta.  Specjalnie 
wcześniej  ją  podniósł,  żeby  wnętrze  wagonu  zbytnio  się  nie  nagrzało:  w  wysokiej 
temperaturze semteks robił się niestabilny. Usłyszał jakieś głosy i zajrzał do środka. 

Billy  odsunął  na  bok  przesuwane  drzwi  i  Kelly,  który  zdążył  już  wyrwać 

zapalniki chemiczne i  lont, wyjmował  właśnie  z  semteksu zapalniki ołówkowe.  Kiedy 
się  odwrócił,  żeby  je  wyrzucić,  ogarnięty  ślepą  furią  Keenan  wyciągnął  z  kieszeni 
browninga. 

- Ty głupi sukinsynu! - wrzasnął i strzelił mu dwa razy w plecy. 
Kelly wypadł na zewnątrz, a Billy strzelił do cofającego się Keenana. 
- Strzelaj dalej, Billy - zawołał Dillon, po czym wy skoczył na pomost i wspiął się 

po drabinie na dach. 

Pociąg się zakołysał; Keenan miał trudności z utrzymaniem się na nogach. Strzelił 

na  chybił  trafił  i  kula  przeleciała  w  odległości  kilku  stóp  od  Dillona.  Próbował  lepiej 
wycelować i nagle na jego twarzy odbiło się zdumienie. 

- Chryste, Dillon, to ty! 
-  Niech  nas  Bóg  błogosławi,  Barry  -  odparł  Dillon,  po  czym  skosił  go  serią  z 

kałasznikowa. 

Keenana  rzuciło  do  przodu  i spadł  pod  koła  pociągu. Chwilę  później  na  dachu 

pojawił się Billy. 

- Udało nam się, Dillon. 
- Znowu ocaliliśmy świat, Billy. 
Dillon wyjął z kieszeni telefon i zadzwonił do Villiersa. 
- Misja  wykonana,  Tony.  Keenan  i  jego  kumple  są sztywni,  ładunki  rozbrojone. 

Dojeżdżamy do mostu. Gdzie jesteś? 

- Dwie  mile  stąd, ale lepiej się nie zatrzymujcie.  Możecie mieć  kłopoty.  Właśnie 

przeleciał nade mną scorpion Kate Rashid. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Naprawdę? Dziękuję za ostrzeżenie. Zatrzymamy pociąg, kiedy cię zobaczymy. 
- I co teraz? - zapytał Billy. 
-  Tony  powiedział  mi,  że  przeleciał  nad  nim  helikopter  Kate  Rashid,  więc 

będziemy  jechali  dalej,  aż  spotkamy  się  ze  zwiadowcami.  Idź  do  przodu  i  weź 
maszynistę i palacza na muszkę. Ja z nimi pogadam. Szybko! 

Billy zeskoczył na pomost przy Alim i Osamie, którzy na jego widok kompletnie 

osłupieli. 

- Cała reszta zginęła - zawołał do nich po arabsku Dillon. - Jeśli chcecie żyć,  nie 

zatrzymujcie pociągu i wykonujcie moje polecenia. W przeciwnym razie mój przyjaciel 
was zabije. 

Ali  robił  wrażenie  wystraszonego,  lecz  kiedy  Osama  zdał  sobie  sprawę,  co  się 

stało, na jego twarzy odbił się gniew. Dillon wrócił na dach pierwszego wagonu, wyjął 
telefon i zadzwonił do Fergusona. 

-  Mówi  Dillon.  Stoję  na  dachu  wagonu,  który  zaraz  przejedzie  przez  most  w 

Bacu. Nie było żadnych wrednych eksplozji. 

W  związku  z  tym  ropa  może  nadal  płynąć  do  niewdzięcznego  świata,  który 

nigdy się nie dowie, że groziła mu katastrofa. 

- A Keenan i jego kompania? 
- Obawiam się, że nie żyją. Poszli do wielkiego domu weteranów IRA w niebie. 
- Jak zwykle mnie zdumiewasz. 
- Niech Bóg ma nas w swojej opiece, generale. Ja też czasami zdumiewam samego 

siebie, ale muszę już kończyć. 

Chyba słyszę helikopter Kate Rashid. 
Gdy  scorpion  zbliżał  się  do  mostu  w  Bacu,  lecąc  na  wysokości  sześciuset  stóp, 

Rupert Dauncey zobaczył nagle pędzącą po lewej stronie kolumnę land-roverów. Kate 
Rashid chwyciła lornetkę i się im przyjrzała. 

- To Tony Villiers i zwiadowcy. Co oni tutaj robią? 
- A  przede wszystkim - zauważył jej kuzyn - skąd pułkownik wiedział, żeby tu 

się zjawić? 

Przed nimi wyłonił się imponujący most, po którym przejeżdżał pociąg. 
- Co się, do diabła, dzieje? - zawołała Kate. - Wcale się nie zatrzymują. 
Dauncey zabrał jej lornetkę i przez chwilę uważnie obserwował wagony. 
-  Jestem  też  ciekaw,  co  tam  na  dole  robi  twój  stary  znajomy  w  bojowym 

mundurze sił specjalnych - powiedział, oddając jej lornetkę. 

Teraz i Kate przyjrzała się dokładnie wagonom. 
- Mój Boże - westchnęła. - To Dillon, ale jakim cudem? 
Dillon pomachał wesoło do przelatującego nad nim scorpiona. 
- Niech cię diabli - zaklęła Kate. 
Dillon nie przestawał machać, a pociąg jechał dalej. 
- Zabij go, Abu - powiedziała księżniczka, kiedy parowóz dotarł do końca mostu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- To strata czasu, kochanie - mruknął Dillon. - Ta maszyna się do tego nie nadaje. 
Abu  odsunął  drzwi,  wychylił  się  i  strzelił.  W  tej  samej  chwili  helikopter  opadł 

kilka  jardów  i  Beduin  musiał  puścić  pistolet  maszynowy  i  złapać  się  pasów 
bezpieczeństwa, żeby nie wypaść na zewnątrz. 

Na  odgłos  wystrzału  Billy  podniósł  wzrok,  i  Osama  od  razu  to  wykorzystał. 

Złapał  za  lufę  jego  pistoletu  i  szarpnął  nią  w  górę.  Billy  zdążył  strzelić,  zwracając  na 
siebie uwagę Dillona, lecz silny jak tur palacz zepchnął go z pomostu. 

Dillon  natychmiast  strzelił  do  Osamy  i  Arab  wypadł  z  parowozu.  Dauncey 

znowu wziął do ręki lornetkę i przyjrzał się Billy’emu. 

- To młody Salter - powiedział. 
- Wyląduj koło niego - krzyknęła Kate do Carvera. - No już, ląduj! Daj mi swojego 

walthera - zwróciła się do Ruperta. 

- Posłuchaj, Kate, lada chwila będzie tutaj Villiers. Wynoś my się stąd. 
- Daj mi swojego walthera! 
Abu  łypnął  na  niego  spode  łba  i  podniósł  broń.  Rupert  westchnął  i  dał 

księżniczce pistolet. 

- Jak sobie życzysz, kuzynko. 
Scorpion zawrócił, zawisł na chwilę w miejscu i zaczął schodzić do lądowania. 
Dillon zeskoczył na pomost parowozu i wbił lufę w bok Alego. 
- Zatrzymaj pociąg - zawołał po arabsku. - Już. 
Ali wykonał polecenie, a Dillon skoczył na ziemię i pobiegł z powrotem wzdłuż 

torów. 

Oszołomionego  Billy’ego  podnieśli  z  ziemi  Abu  i  dwaj  inni  Beduini.  Miał 

skaleczone czoło i całą twarz we krwi. 

-  Ty  sukinsynu!  -  wycedziła  Kate.  -  Ty  mały  gnojku  z  East  Endu!  Mówiłam,  że 

kiedy będę gotowa, wszyscy zginiecie. Teraz nadszedł twój czas. No dalej, uciekaj. Każ 
mu biec - powiedziała do Abu po arabsku. 

Abu  odepchnął  chwiejącego  się  na  nogach  Billy’ego,  a  księżniczka  zaczęła  do 

niego  strzelać.  Większość  pocisków  trafiła  w  tytanową  kamizelkę  kuloodporną,  lecz 
dwa raniły Saltera w prawe udo, a kolejny przeszył mu kark. 

Dillon  przyklęknął  na  jedno  kolano,  złożył  się  do  strzału  i  położył  trupem 

jednego  z  Beduinów.  Potem,  gdy  Rupert  wciągnął  Kate  do  scorpiona,  trafił  w  głowę 
Abu,  który  chciał  wskoczyć  za  nimi  do  środka.  Drugi  Beduin  rzucił  się  do  ucieczki  i 
zniknął między wydmami. 

Carver  poderwał  helikopter  w  górę,  a  Dillon  podbiegł  do  Billy’ego  i  przy  nim 

ukląkł.  I  właśnie  w  tym  momencie  podjechał  do  nich  Tony  Villiers  ze  swoimi 
zwiadowcami. 

Ułożyli  Billy’ego  na  tylnym  siedzeniu  jednego  z  land-roverów.  Tony  otworzył 

polową apteczkę i zbadał Sal tera. W tytanowej kamizelce, którą z niego zdjęli, utkwiły 
cztery pociski. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Czy przeżyje? - zapytał Dillon. 
-  Nie  jestem  lekarzem,  ale  widziałem  w  życiu  mnóstwo  ran  postrzałowych.  W 

tym  miejscu  kula  przeszła  mu  przez  kark.  Gdyby  rozerwała  tętnicę,  trysnęłaby  krew. 
Tymczasem nic takiego  się nie dzieje. W związku z tym możemy założyć tymczasowy 
opatrunek. Podaj mi jeden. 

Villiers szybko zabandażował Billy’emu szyję. Chłopak jęknął cicho i wybałuszył 

oczy. 

- Dzięki Bogu, że miał kamizelkę - mruknął Dillon. 
-  Tak,  ale  został  dwa  razy  postrzelony  w  prawe  udo.  -  Pułkownik  wyjął  z 

apteczki  skalpel  i  przeciął  materiał,  od  słaniając  dwie  rany  postrzałowe.  Na  szczęście 
prawie  nie  krwawiły.  Potem  pomacał  skórę.  -  Kule  są  w  środku.  Bóg  wie,  ile  szkód 
narobiły. Mogę tylko zabandażować rany i dać mu morfinę. Kroplówka jest w apteczce 
w land-roverze. Ktoś musi przy nim usiąść i ją trzymać. 

- Ja to zrobię - powiedział Dillon. 
Irlandczyk pomógł Billy’emu usiąść, a Villiers założył opatrunek i zabandażował 

rany. Na koniec opatrzył skaleczenie na twarzy i wbił Billy’emu igłę kroplówki w lewe 
ramię.  Beduini  przyglądali  się  temu  beznamiętnie.  Tylko  Achmed  podszedł  do 
samochodu i przytrzymał plastikową torbę kroplówki. 

- Do szpitala w Hazarze będziemy jechać cztery godzi ny - mruknął Dillon. - Czy 

ma jakieś szansę? 

- Nie wiem, ale mogę je zwiększyć. Zadzwonię do Fergusona. 
Nie musieli się już ukrywać i generał pławił się w luksusie w hotelu Excelsior. 
- Gdzie jesteś? - zapytał Villiers. 
-  Siedzimy  z  Harrym  w  hotelowym  barze  i  świętujemy  zwycięstwo. 

Rozmawiałem z Blakiem Johnsonem. Jest wniebowzięty. 

-  Wstrzymajcie  świętowanie.  Billy  jest  ciężko  ranny.  Kate  Rashid  postrzeliła  go 

kilkakrotnie w plecy. 

- Wielki Boże. 
- Musimy jak najszybciej przetransportować go do szpitala w Hazarze. Pociąg nie 

wchodzi  w  grę.  Linia  kolejowa  biegnie  na  północ  do  Pustej  Strefy,  i  pozostaje  tylko 
czterogodzinna jazda samochodem. 

- Ale czy chłopak to przeżyje? 
- Będzie miał większe szansę, jeśli wyślesz ambulans, który spotka się z nami w 

połowie drogi. Ordynatorem oddziału chirurgii jest niejaki Daz, Hindus. W przeszłości 
wielokrotnie składał do kupy  moich  ludzi.  Skontaktuj się  z  nim i załatw  to.  Nie mogą 
nas minąć. Jest tylko jedna droga. 

- Zostaw to mnie. 
- Wynośmy  się  stąd  -  rzucił  Villiers.  -  Ty  zostań  obok Billy’ego,  Dillon.  Ja  siądę 

przy Achmedzie. Moi chłopcy będą musieli radzić sobie sami. - Ruszajmy - zawołał do 
swoich żołnierzy po arabsku. - Będziemy się starali jak najszybciej dojechać do Hazaru. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

W scorpionie Kate Rashid zadzwoniła na komórkę kapitana Blacka i zastała go na 

lotnisku. 

- Czym mogę pani służyć, księżniczko? 
-  Lądujemy  mniej  więcej  za  godzinę.  Chcę  natychmiast  lecieć  do  Anglii.  Niech 

pan się tym zajmie. 

-  Oczywiście,  księżniczko.  Mam  dla  pani  wiadomość  od  pani  służącego.  Prosił, 

żebym powtórzył, iż generał Ferguson i pan Salter zamieszkali w hotelu Excelsior. 

-  Dziękuję.  -  Kate  rozłączyła  się  i  przekazała  wiadomość  Daunceyowi.  -  To 

dobrze, że nasze bagaże są na pokładzie. 

Możemy od razu wyjechać. 
- Czy my uciekamy, Kate? 
-  Nie  bądź  głupi.  Dlaczego  mielibyśmy  to  robić?  Most  w  Bacu  nadal  jest  cały. 

Pociąg również. Na dole nikt nie przeżył. 

Nie mogą nam nic udowodnić. 
- Jednak to ciekawe, że wszyscy tam byli. Zastanawiam się, jak się dowiedzieli. 
- Na pewno maczał w tym palce Dillon. Zawsze to robi. 
Bóg  jeden  wie,  jak  mu  się  to  udaje,  ale  nie  ma  to  teraz  większego  znaczenia. 

Wyrównałam rachunki przynajmniej z jednym z nich. 

- Ale nie z Dillonem. 
- Na to też przyjdzie pora, kochanie. Poczekaj, to zobaczysz. 
Półtorej  godziny  po  wyjeździe  z  Bacu  Villiers  odebrał  telefon.  Dzwonił  doktor 

Daz. 

- Generał przedstawił mi waszą sytuację, Tony. Jakich obrażeń doznał ten młody 

człowiek?  - Villiers opowiedział mu szybko, co się wydarzyło i w jaki sposób opatrzył 
rany. - Jak on się teraz czuje? - zapytał doktor. 

- Jest nieprzytomny, ale nadal oddycha. To ciężka podróż. 
- Wiem. Zdecydowałem, że sam wyjadę wam naprzeciw. 
Nie ma czasu do stracenia. Niedługo się spotkamy, pułkowniku. 
Villiers powtórzył Dillonowi treść rozmowy. 
- Dzięki Bogu - mruknął Irlandczyk. - Jest blady jak śmierć. 
- Nie traćmy wiary - powiedział Villiers. - To wszystko, co nam pozostało. 
Ponownie  zerwał  się silniejszy  wiatr,  sypiąc  wszędzie  piaskiem.  Coraz  bardziej 

zdesperowany  Dillon  pochylił  się  nad  Billym,  próbując go  jakoś  osłonić.  Mój  młodszy 
brat, pomyślał... tak lubił o sobie mówić. 

-  Niech  cię  szlag,  Kate  -  mruknął  cicho.  -  Jeśli  on  umrze,  nie  będzie  miejsca,  w 

którym zdołasz się przede mną ukryć. 

Chwilę  później  z  tumanów  piasku  wyłonił  się  duży  ambulans  i  wyskoczył  z 

niego Daz, wysoki, wymizerowany Hindus  w burnusie z kapturem. Dwaj sanitariusze 
wynieśli  za  nim  nosze,  ułożyli  na  nich  Billy’ego  i  chwilę  później  zawrócili  do 
ambulansu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Ruszamy z powrotem - oznajmił Daz. - Nie chcę tracić ani chwili. 
- Jedź z nimi, Dillon - zawołał Villiers. - Wkrótce się zobaczymy. 
Dillon  pobiegł  za  Dazem  i  wsiadł  do  ambulansu.  Nagle  znalazł  się  w 

spokojniejszym,  bardziej  uporządkowanym  świecie,  do  którego  docierały  tylko 
stłumione odgłosy  nawałnicy,  i  przycupnąwszy z boku,  patrzył,  jak  Daz  i  sanitariusze 
ratują jego przyjaciela. 

Trzy  godziny  później  Dillon  i  Harry  Salter  siedzieli  w  szpitalnej  poczekalni  i 

popijali whisky z piersiówki kupionej w barze hotelu Excelsior. 

- Kawał sukinsyna - mruknął Harry. 
Dillon pokiwał głową. 
- Nie masz pojęcia, jak mi jest przykro - powiedział. 
- Owszem, mam. To nie twoja wina, Dillon - rzekł Harry, potrząsając głową. - Nie 

mógłbym  bardziej  kochać  tego  chłopaka,  nawet  gdyby  był  moim  własnym  synem.  - 
Nagle podniósł papierowy kubek, który drżał lekko w jego dłoni. - Nalej mi jeszcze. - Ta 
dziwka strzeliła mu w plecy. Mógł nam umrzeć, Dillon. 

- Wiesz, co powiadają ludzie,  Harry.  Absolutna  władza prowadzi  do  absolutnej 

deprawacji.  Sprawia, że niektórzy dochodzą do  wniosku, że mogą  robić wszystko i że 
ujdzie  im  to  płazem.  Taka  właśnie  jest  Kate  Rashid.  Pomyśl,  co  się  dzieje,  kiedy  się 
dowiadujesz, że nie  możesz  postawić na swoim? To  wystarczy, żeby  doprowadzić  cię 
do obłędu, jeśli już wcześniej nie byłeś obłąkany. 

-  Ona  z  pewnością  była.  Jeśli  ją  kiedykolwiek  dorwę...  -  Harry  nie  skończył, 

ponieważ do poczekalni weszli Tony Villiers i Ferguson. 

- Macie jakieś wiadomości? - zapytał Ferguson. 
Dillon potrząsnął głową. 
- Jeszcze nie. 
- A ja mam. Byłem właśnie na lotnisku i rozmawiałem z Laceyem. Wygląda na to, 

że Kate Rashid i jej kuzyn odlecieli przeszło dwie godziny temu do Londynu. 

- Wzięła nogi za pas - powiedział Dillon. 
- Można tak powiedzieć - zgodził się Ferguson. - Ale spójrz na to z innej strony. 

Co tak naprawdę przeciwko  niej mamy? Most w Bacu nie został wysadzony. Kate jest 
nadal przywódczynią Rashidów, najpotężniejszą osobą w Arabii Południowej. 

- A taśma... to, co nagraliśmy? 
- Nic nie znaczy, ponieważ nic z tego, o czym była mowa, się nie wydarzyło. Co 

ma  z  tym  zrobić  prokuratura?  O  co  mają  oskarżyć  najbogatszą  kobietę  na  świecie?  O 
snucie fantazji? 

Nie,  prokurator  nie  będzie  chciał  się  w  tym  babrać.  Zresztą  gdyby  nawet 

spróbował, najlepsi londyńscy adwokaci nie zostawiliby na nim suchej nitki. 

- Więc ujdzie jej to na sucho? - zapytał Harry. 
W  tym  samym  momencie  do  poczekalni  wszedł  doktor  Daz,  ubrany  w 

operacyjny fartuch. Harry zerwał się na nogi. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Co z nim? 
- Zrobiłem wszystko, co można było zrobić. Miał szczęście, że kula, która trafiła 

go w  kark, ominęła aortę, w  przeciwnym razie wykrwawiłby się na śmierć. Założyłem 
osiemnaście szwów na twarzy. Cóż, będzie miał interesującą bliznę. Najgorsze, że dwie 
pozostałe  kule  rozłupały  mu  miednicę.  Po  powrocie  do  Londynu  będzie  potrzebował 
pomocy wybitnego ortopedy, ale moim zdaniem, nie jest to rzecz, z którą nie można by 
się uporać. 

- Gdzie jest teraz? - zapytał Harry. - Czy mogę go zobaczyć? 
-  Raczej  nie.  Jest  na  oddziale  intensywnej  opieki.  Jutro  rano  będzie  w  lepszej 

formie. 

- Kiedy może wrócić do Londynu? - zapytał Ferguson. 
-  Powiedzmy  za  cztery  dni,  pod  warunkiem,  że  nie  dojdzie  do  żadnych 

komplikacji. 

-  Doskonale.  -  Będzie  pan  pewnie  chciał  z  nim  zostać?  -  zapytał  Ferguson, 

zwracając się do Harry’ego. 

- Oczywiście, do jasnej cholery. 
-  Dobrze.  Ja  muszę  wracać  do  Londynu,  ale  będziemy  w  stałym  kontakcie.  Za 

cztery dni wyślę po pana gulfstreama. 

A  tymczasem  pogadam  z  Henrym  Bellamym,  który  na  pewno  zna  najlepszych 

ortopedów w Londynie. 

- Doskonale - ucieszył się Harry. 
-  Musimy  jutro  wstać  wcześnie  rano,  Dillon  -  oznajmił  Ferguson.  -  Chyba  że 

chcesz zostać z Harrym. 

-  Nie  -  odparł  Dillon.  -  Mogę  się  z  tobą  zabrać.  Mam  w  Londynie  sprawy  do 

załatwienia. 

- Zgoda. W takim razie zjemy kolację w Excelsiorze. 
Dołączy pan do nas, pułkowniku? 
-  Dziękuję  za  zaproszenie,  ale  nie  mogę,  generale.  Ja  też  mam  do  załatwienia 

pewne sprawy. 

Nazajutrz  rano  Ferguson  i  Dillon  wpadli  przed  wyjazdem  do  szpitala,  żeby 

odwiedzić  Billy’ego.  Harry,  który  nocował  w  pokoju  gościnnym,  siedział  już  w 
poczekalni. 

Pielęgniarka  poszła  sprawdzić,  czy  mogą  wejść  do  rannego.  W  tej  samej  chwili 

pojawił  się  Tony  Villiers.  Z  browningiem  przy  pasie,  w  tropikalnym  mundurze  i 
turbanie, był bardzo zmęczony i cały pokryty kurzem. 

- Dobry Boże - zdziwił się Ferguson. - Coś ty takiego zmalował? 
- Sądny dzień. Czy widzieliście już Billy’ego? 
- Nie, ale mamy nadzieję, że zaraz nas do niego wpuszczą. 
Salter wszedł pierwszy na salę. Billy - otoczony plątaniną rurek - siedział wsparty 

na poduszkach, ze specjalnym stelażem  na  nogach.  Był najwyraźniej bardzo  słaby,  ale 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

zdołał się uśmiechnąć. Salter pochylił się i pocałował go w czoło. 

- Niech cię wszyscy diabli - obruszył się chłopak. - Co cię napadło? - Naprawdę 

daliśmy  im  popalić,  nie?  -  powie  dział  do  Dillona.  -  A  ona  nie  zdołała  mnie  zabić, 
chociaż tak jej na tym zależało. 

-  Dzięki  Wilkinson  Sword  Company  oraz  ich  znakomitym  tytanowym 

kamizelkom. 

- Zainwestujmy, Harry. Kup trochę ich akcji. 
-  Już  jej  tu  nie  ma,  Billy  -  wtrącił  Dillon.  -  Odleciała  razem  z  Daunceyem  do 

Londynu. 

- No i krzyż na drogę. - Billy skrzywił się z bólu. - Odpuść sobie, Dillon, ona nie 

jest tego warta. 

- Chyba powinniście już wyjść, panowie - powiedziała stojąca z tyłu pielęgniarka. 
-  Jeszcze  chwilę  -  powstrzymał  ją  Villiers  i  pochylił  się  nad  Billym.  -  Mam  dla 

ciebie prezent. 

- Co takiego? 
-  Zamiast  świętować  wczoraj  w  hotelu  Excelsior,  wybrałem  się  ze  swoimi 

zwiadowcami na północ.  Zatrzymaliśmy się w  El  Hajiz.  Potem zabrałem ze  sobą  parę 
paczek semteksu, zostawiłem swoich ludzi i przekroczyłem granicę Pustej Strefy. 

Tylko ja i mój sierżant, Achmed. Warunki były straszne, trwała burza piaskowa, 

lecz  o  pierwszej  w  nocy  zaatakowaliśmy  obóz  terrorystów  Kate  Rashid.  Najpierw 
rozmieściliśmy  tam  kilka  bloków  semteksu  z  dziesięciominutowymi  zapalnikami,  a 
potem  wysadziliśmy  w  diabły  prawie  cały  obóz:  pojazdy,  amunicję,  magazyn 
materiałów wybuchowych, wszystko. 

- Ty sukinsynu  -  westchnął  Billy.  -  Ty  wspaniały sukinsynu.  Roześmiałbym  się, 

ale  wtedy  popękałyby  mi  wszystkie  szwy.  To  na  pewno  da  Jej  Wysokości  wiele  do 
myślenia. 

Później,  kiedy  gulfstream  wzniósł  się  na  wysokość  pięćdziesięciu  tysięcy  stóp, 

Dillon poprosił sierżanta Pounda o filiżankę herbaty. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. 

- Tym razem miałeś absolutną rację - powiedział w końcu Ferguson. 
- Co masz na myśli? 
-  Nie  myliłeś  się,  mówiąc,  że  nie  ma  czasu,  żeby  wysłać  tam  SAS  lub  piechotę 

morską. Ta akcja wymagała kogoś w rodzaju Dillona. 

-  No  tak,  poszło  nieźle,  ale  trzeba  przyznać,  że  mieliśmy  szczęście.  Następnym 

razem może się nie udać. 

- Och, niech ci będzie, Sean. Chciałem cię tylko prosić o jedno. 
- Niech Bóg ma mnie w swojej opiece, skoro zwracasz się do mnie po imieniu. O 

cóż takiego chciałeś mnie prosić? 

-  Odpuść  to  sobie.  Widziałem,  jaką  minę  miałeś  tam  przy  łóżku  Billy’ego.  Nie 

chcę żadnego wymierzania sprawiedliwości na własną rękę. To nic nie da. 

- Mówisz zagadkami, a ja jestem tylko prostym Irlandczykiem - rzekł Dillon, po 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

czym odwrócił  się  do Pounda. - Poproszę szklaneczkę  bushmillsa, żebym mógł  wypić 
zdrowie samego diabła. 

LONDYN  DAUNCEY  PLACE  Gulfstream  wylądował  na  Farley  o  siódmej 

wieczorem czasu londyńskiego. Przy pasie czekał już na nich daimler. Dillon i Ferguson 
pożegnali się z Laceyem i Parrym i odjechali. 

- Podrzucić cię do domu? - zapytał generał. 
- Tak. Później chciałem się wybrać do Daniela Quinna. 
- Spotkam się tam z tobą, kiedy porozmawiam z Hannah. 
Dillon zerknął na zegarek. 
- Dobrze. Powiedzmy o dziewiątej? 
- Pasuje. 
Ferguson  odwiózł  Dillona  i  pojechał  do  domu.  Irlandczyk  otworzył  frontowe 

drzwi  i  zauważył  zaparkowaną  w  pewnej  odległości  furgonetkę  zakładu 
telekomunikacji. Zabrał na  górę noktowizor, skierował go  na  przednią szybę i całkiem 
wyraźnie zobaczył facjaty Newtona i Clarka. 

- Jezu - mruknął. - Czy oni nigdy się niczego nie nauczą? A ty nigdy nie dasz za 

wygraną, Kate? 

Kate, którą poinformowano telefonicznie o ataku na Fuad  i odlocie gulfstreama, 

wydała  polecenia  Daunceyowi.  Kuzyn  wysłuchał  uważnie  tego,  co  miała  do 
powiedzenia. 

-  Jesteś  pewna,  że  tego  chcesz?  Nie  sądzisz,  że  lepiej  zaczekać,  aż  wszystko  się 

uspokoi? 

- Wprost przeciwnie. Zabiłam Billy’ego Saltera i Dillon to widział. Wcześniej czy 

później będzie chciał mnie  załatwić, a  ja wolę  załatwić  go  pierwsza. Zaskoczę go,  gdy 
tylko wróci z Hazaru. 

-  Zaskoczysz  Dillona?  -  roześmiał  się  Rupert.  -  To  rzeczywiście  będzie  coś 

nadzwyczajnego. 

Kate  była  wściekła,  ale  wcale  go  to  nie  dziwiło.  Od  czasu  wydarzeń  na  moście 

nastąpiła  w  niej  wyraźna  zmiana.  Zniknęły  chłodny  spokój  i  powściągliwość,  do 
których  przywykł,  i  zamiast  nich  pojawiły  się  gwałtowność  i  błysk  w  oku. Na  myśl  o 
tym robiło mu się nieswojo. 

- Jesteś ze mną czy nie? - zapytała księżniczka. 
- Oczywiście, że jestem z tobą. Chcesz, żeby zginął. Po mogę ci. 
-  Owszem,  chcę,  żeby  zginął,  ale  tylko  pod  warunkiem,  że  zginie  z  mojej  ręki. 

Zabił moich braci i zniszczył tyle rzeczy, które były mi drogie. Pora, żeby za to zapłacił. 
Pojedziemy dziś wieczorem do Dauncey, tylko ty i ja. Możesz prowadzić. 

Zatelefonuję  wcześniej  i  dam  służbie  wolne.  Ci  dwaj  mięśniacy,  których 

zatrudniłeś, ci tak zwani ochroniarze... Służyli kiedyś w SAS, prawda? 

- Tak. 
- W takim razie poradzą sobie chyba, jeśli zlecimy im zwykłe porwanie? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Nie spisali się najlepiej w Hyde Parku. 
- Więc powiedz im, żeby teraz spisali się lepiej. W przeciw nym razie ich zniszczę 

-  wybuchła  nagle.  -  Rozumiesz?  Nie  znajdą  już  tutaj  żadnej  pracy.  Mam  takie 
możliwości Rupert. 

Wiesz, że mam. 
Rupert zdał sobie sprawę, że Kate koniecznie chce, żeby to potwierdził. 
- Oczywiście, że masz - odparł, podnosząc pojednawczo rękę. - Załatwię to. 
- Dobrze. A teraz zrób mi drinka. 
Dillon  wziął  prysznic  i  włożył  czarne  sztruksy,  odpowiednią  koszulę  oraz 

wysokie buty. W wewnętrznej kieszonce prawego buta tkwił trzycalowy nóż. Był ostry 
jak brzytwa - Dillon sprawdził oba ostrza. 

Następnie  zszedł  na  dół,  nacisnął  tajny  przycisk  i  otworzył  specjalną  szufladę 

pod schodami. W środku znajdował się arsenał krótkiej broni: browning, dwa walthery 
oraz kolt  kaliber.25 ze skróconą  lufą.  Irlandczyk  wybrał  walthera z tłumikiem, wsunął 
go do specjalnej kabury pod lewą pachą i przeszedł wewnętrznymi drzwiami z kuchni 
do  garażu.  Potem  wsiadł  do  swojego  minicoopera,  otworzył  bramę  pilotem  i  szybko 
wyjechał na ulicę. 

Mechanizm  zegarowy  samoczynnie  zamykał  bramę,  w  związku  z  czym  nie 

musiał się w ogóle zatrzymywać. Za sobą widział reflektory furgonetki. Robił wszystko, 
żeby uniknąć  ewentualnej konfrontacji. Miało do niej dojść później, i Dillon sam chciał 
wybrać właściwy moment. 

Kiedy wszedł do kliniki Rosadene, Ferguson i Hannah już tam byli i rozmawiali z 

Mariną. 

- Jak on się miewa? - zapytał Dillon. 
- Nie najlepiej. Wdała się jakaś infekcja i jego stan się pogorszył. 
-  Widziałam  go  dziś  rano  -  powiedziała  Hannah.  -  Mówił,  że  chce  wrócić  do 

domu. 

- Czy wie, co się wydarzyło w Bacu? - zapytał Dillon. 
- Jeszcze nie. Generał uchylił rąbka tajemnicy, dopiero kiedy podawał mi godzinę 

swego przylotu. Wiedziałam, że zamierzacie odwiedzić senatora, i pomyślałam, że sami 
ze chcecie mu o tym powiedzieć. 

- W porządku - rzekł Ferguson. - Wejdźmy. 
Quinn siedział z ręką na temblaku i czytał książkę. 
-  Wróciliście  -  powiedział.  -  Co  się  wydarzyło?  Mam  nadzieję,  że  przynosicie 

dobre wiadomości? 

- Dobre i złe - odparł Dillon i zrelacjonował mu przebieg wydarzeń. 
-  Przykro  mi  z  powodu  Billy’ego  -  rzekł  senator.  -  Ale  to  dobrze,  że  akcja  się 

powiodła. Kate Rashid musi być sina z wściekłości. 

- Wyobrażam sobie. Pokrzyżowaliśmy jej szyki. A co z tobą? Jak się czujesz? 
- Masz na myśli ciało czy umysł? 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Jedno i drugie - zaznaczył Ferguson. 
-  Bellamy  to  wspaniały  chirurg.  W  końcu  wrócę  do  zdrowia,  więc  o  to  się  nie 

martwię. Jednak leżąc tutaj, dużo rozmyślałem i podjąłem pewną decyzję. Nie nadaję się 
już do twardej gry. 

- A co z zemstą, która jest rozkoszą bogów? - zapytał Dillon. 
Quinn potrząsnął głową. 
- Długo się nad tym zastanawiałem i uznałem, że Helen jest warta czegoś więcej. 
- A co z Kate Rashid i Rupertem Daunceyem? - zapytała cicho Hannah. 
- Och, oni i tak dostaną za swoje. Z tego, co słyszę, już zaczęli obrywać. Staczają 

się po równi pochyłej. W końcu sami się zniszczą. Ja też o mało nie zniszczyłem samego 
siebie. 

Pragnienie zemsty to potężny narkotyk... i tak samo zabójczy. 
- Naprawdę się cieszę, że to słyszę - powiedział Ferguson. - Spróbuj teraz trochę 

odpocząć. 

-  Jeszcze  jedna  sprawa  -  dodał  senator,  patrząc  prosto  na  Dillona.  -  Nie 

chciałbym, żeby  któryś  z  moich  przyjaciół uważał,  że  oddaje  mi  przysługę,  ciągnąc  tę 
rzecz dalej. 

- Czy ja wyglądam na kogoś takiego? - odparł Irlandczyk. - Ale z drugiej strony, 

Kate Rashid strzeliła Billy’emu siedem razy w  plecy. Gdyby kamizelka nie zatrzymała 
czterech kul, gryzłby ziemię. 

- Więc teraz ty mówisz o zemście? 
-  Bynajmniej.  Podobnie  jak  na  generale  i  Harrym  Salterze  ciąży  na  mnie  wyrok 

śmierci. Chyba powinienem na co dzień nosić kamizelkę kuloodporną. Zastanawiam się 
jednak, czy to mi odpowiada. Dobranoc, senatorze. 

Ferguson i Hannah wyszli z Dillonem na korytarz. 
- Nie zamierzasz chyba robić nic głupiego? - zapytała Hannah. 
- Masz się zgłosić w moim biurze o dziewiątej rano. Do tego czasu nie życzę sobie 

żadnych wybryków. Potraktuj to jako rozkaz - oznajmił generał. 

-  Dlaczego  on  to  robi?  -  zapytał  Hannah,  kiedy  oboje  wsiadali  do  daimlera.  - 

Czasami mam wrażenie, że sam szuka śmierci. 

- Nie, generale, to nie tak. W gruncie rzeczy on nie dba już oto, czy przeżyje, czy 

zginie. 

- W takim razie niech Bóg ma go w swojej opiece. 
Dillon  z  najwyższego  stopnia  schodów  obserwował,  jak  odjeżdżają.  Po  drugiej 

stronie ulicy stała furgonetka zakładu telekomunikacji. Widząc ją, zbiegł na dół, wsiadł 
do swojego minicoopera i szybko odjechał. 

Furgonetkę prowadził Cook. Siedzący obok niego Newton wyciągnął spod fotela 

dubeltówkę ze skróconą lufą, złamał ją i gdy sprawdził naboje, z powrotem zamknął. 

- Kiedy go załatwimy? - zapytał Cook. 
-  Wcześniej  czy  później  musi  wrócić  do  domu.  Wyciąg  niemy  go  wtedy  z 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

samochodu.  -  Newton  poklepał  obrzyna.  -  Może  być  twardzielem,  ale  inaczej  będzie 
śpiewał,  kiedy  po  czuje  lufę  między  oczyma.  Tym  właśnie  różnią  się  mężczyźni  od 
chłopaczków. 

Niedaleko  Stable  Mews,  po  drugiej  stronie  placu,  mieścił  się  pub  Black  Horse. 

Dillon  często  do  niego  zaglądał.  Wieczorem  stało  tu  zawsze  dużo  samochodów. 
Irlandczyk zaparkował  na  samym  końcu  i  wszedł  do  baru.  Nie zamówił  nic  do  picia, 
lecz  stanąwszy  przy  oknie,  patrzył,  jak  furgonetka  wjeżdża  tyłem  na  miejsce 
parkingowe. 

Po chwili przeszedł z baru do wypełnionej ludźmi sali restauracyjnej i wymknął 

się  na  dwór  bocznymi  drzwiami.  Następnie  nisko  pochylony  ruszył  wzdłuż  rzędu 
zaparkowanych samochodów i dotarł do furgonetki. Newton palił papierosa i szyba od 
jego strony była otwarta. 

-  Może  jeden  z  nas  powinien  pójść  do  baru  i  sprawdzić,  co  on  tam  robi?  - 

zaproponował Cook. 

-  Nie  bądź  głupi.  Rozpozna  nas,  a  poza  tym,  co  może  robić?  Pije  po  prostu 

drinka. 

- Otóż nie. - Dillon wyjął swojego walthera i przystawił lufę do skroni Newtona. - 

Wcale nie pije drinka, lecz zastanawia się, czy nie rozwalić ci łba. To broń z tłumikiem. 

Będziecie tu obaj siedzieli bardzo długo, zanim ktoś się zorientuje, że opuściliście 

ten padół płaczu. Swoją drogą, to poezja, ale jestem w końcu Irlandczykiem. 

- Czego chcesz? - zapytał ochrypłym głosem Newton. 
- Na początek tego. - Dillon sięgnął do środka, zabrał mu obrzyna i położył go na 

dachu furgonetki. - Teraz twoja broń - zwrócił się do Cooka. - Musisz coś mieć. - Cook 
zawahał  się,  po  czym  wyjął  z  wewnętrznej  kieszeni  smitha  and  wessona  kaliber.38  i 
podał  mu  go  kolbą  do  przodu.  -  To  dziwne,  ale  ludzie  zawsze  oddają  mi  broń  - 
powiedział Dillon. 

- Możemy już jechać? - zapytał Newton. 
- Nie. Najpierw powiecie mi, co takiego knuje Dauncey. 
Co miało mi się przytrafić? Kulka w głowę i do Tamizy? 
- Nie, to nie tak. 
Dillon otworzył drzwi i przystawił lufę walthera do kolana Newtona. 
- Jak już powiedziałem, ta broń zaopatrzona jest w tłumik, więc nikt nie usłyszy, 

kiedy rozwalę ci rzepkę. Jak być może wiesz, byłem bojownikiem IRA i okaleczenie cię 
nie będzie dla mnie problemem. 

- Nie, tylko nie to. Wszystko powiem. Księżniczka chciała, żebyśmy cię porwali i 

zawieźli prosto do Dauncey Place. 

Dauncey wyraźnie zaznaczył, że mamy cię dostarczyć całego i zdrowego. 
- No widzicie, to wcale nie było takie trudne. - Dillon zamknął drzwi i się cofnął. - 

Jeśli wy dwaj należeliście do SAS, w takim razie niech Bóg ma w opiece ten kraj. Moim 
zdaniem  powinniście  sobie  poszukać  innego  zajęcia.  -  Mówiąc  to,  strzelił  w  lewą 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

przednią oponę, z której natychmiast uszło powietrze. - Wystarczy jedno koło. Zmiana 
opony zajmie wam trochę czasu. Przekażcie Daunceyowi moje uszanowanie. 

Powiedzcie, że wkrótce się zobaczymy. 
Dillon zabrał z dachu dubeltówkę i rewolwer, po czym wsiadł do minicoopera i 

odjechał. 

-  No  dobra,  zmieńmy  to  cholerne  koło  -  powiedział  Newton,  wysiadając  z 

furgonetki. 

- A co z Daunceyem? 
- Mam go w dupie. Ale zadzwonię do niego. Na pewno załatwi tego sukinsyna w 

Dauncey Place. 

- A my co robimy? 
- Słyszałeś, co powiedział. Powinniśmy sobie znaleźć inne zajęcie. 
Dillon zaparkował minicoopera przed swoim domem, wszedł do środka i wbiegł 

na  górę  po  schodach.  Nie  był  zły,  lecz  zaskakująco  spokojny.  Ferguson  i  inni,  nawet 
Billy, chcieli, żeby zrezygnował. Teraz nie mogło być  już o tym mowy. Jedna rzecz nie 
ulegała  kwestii:  Kate  Rashid  nigdy  nie  da  za  wygraną,  przynajmniej  jeśli  chodziło  o 
niego. 

Na  razie  jednak  był  bardzo  zmęczony.  Trudy  ostatnich  dni  odcisnęły  na  nim 

swoje piętno. Wiedział, że powinien odpocząć i szybko odzyskać formę. Wcisnął alarm 
bezpieczeństwa  przy  frontowych  drzwiach  i  wszedł  do sypialni.  Rozebrał  się,  położył 
walthera  na  małym  stoliku  przy  łóżku  i  nie  gasząc  światła,  rzucił  się  na  posłanie.  Po 
kilku chwilach spał już kamiennym snem. 

Jakiś  czas  później obudził się i zerknął na zegarek.  Było  wpół  do czwartej  rano. 

Czuł  się  świetnie,  umysł  miał  jasny  i  bystry.  Włożył  czarne  sztruksowe  spodnie  i 
tytanową kamizelkę, a na nią koszulę i skórzaną kurtkę. Na koniec, żeby zadać szyku, 
zawiązał  na  szyi  ulubioną  starą  apaszkę.  Potem  zszedł  na  dół  i  otworzył  skrytkę  z 
bronią. Wyjął z niej kolta kaliber.25 i dokładnie go obejrzał. Choć była to trochę damska 
broń, w magazynku znajdowały się naboje kumulacyjne. 

Dillon  podwinął  lewą  nogawkę, włożył  kolta do kabury  i  umocował ją  tuż nad 

cholewką  buta.  W  kaburze  pod  lewą  pachą  miał  już  walthera  z  tłumikiem.  Drugiego 
walthera wsunął z tyłu za pasek. 

Następnie napełnił swoją srebrną papierośnicę i włożył ją do wewnętrznej prawej 

kieszeni  kurtki  razem  ze  starą  zapalniczką  marki  Zippo.  Wszystkie  te  czynności 
wykonywał z chłodną skrupulatnością, tak jakby szykował się do wojny. 

W przedpokoju przy drzwiach wisiało lustro. Dillon wyjął papierosa, zapalił go i 

uśmiechnął się do swojego odbicia. 

- Znowu ruszamy w bój, staruszku - powiedział i wyszedł. 
Kate  Rashid  siedziała  przy  wielkim  kominku  w  rezydencji  w  Dauncey  Place, 

mając  u  stóp  czarnego  dobermana  o  imieniu  Carl.  W  kominku  płonął  ogień,  a  na  jej 
jednoczęściowym czarnym  kostiumie skrzyły się brylanty. Tego  wieczoru ani  ona,  ani 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Rupert  nie  poszli  spać.  Siedzieli  w  bibliotece  i  czekali.  Rupert  przyniósł  kawę  na 
srebrnej tacy i postawił ją na stoliku obok księżniczki. 

- Nie sądzę, żeby się zjawił, skarbie. 
- Ale ten twój facet, Newton, powiedział, że się zjawi - odparła, nalewając kawę 

do filiżanek. 

-  Niezupełnie.  Powiedział  tylko,  że  Dillon  kazał  powtórzyć,  iż  wkrótce  się 

zobaczymy. Dlaczego ”wkrótce” miałoby zna czyć ”dziś wieczór”? 

- Wiem, że się dzisiaj pojawi. Znam Dillona lepiej niż ktokolwiek inny - odparła 

łagodnie. - Przyjdzie tu. 

- Po co? Na śniadanie? 
Rupert podszedł do kredensu i wziął do ręki butelkę remy martina. 
- Chcesz się napić? 
- Nie potrzebuję pić. Ale może ty musisz. 
- Nieładnie,  skarbie,  nieładnie. - Rupert  napełnił  kieliszek,  podszedł  do  stolika i 

wlał koniak do kawy. - Twoje brylanty są dziś takie piękne. Dlaczego je założyłaś? 

-  Nie  chciałabym  go  rozczarować  -  odparła,  uśmiechając  się  nieszczerze,  i 

Dauncey zobaczył złe błyski w jej oczach. 

Mój  Boże,  ona  jest  naprawdę  szalona,  pomyślał.  Wypił  zaprawioną  koniakiem 

kawę i zerknął na zegarek. 

- Jest już prawie szósta. Z całą pewnością Dillonowi się nie śpieszy. 
Podszedł  do  drzwi  wychodzących  na  taras,  otworzył  je  i  spojrzał  na  drzewa 

rosnące za balustradą. Nadal było ciemno, ale zaczynało świtać i padał rzęsisty deszcz. 

- Cholernie  wredna  pogoda  - powiedział,  po  czym  zapalił  papierosa i podszedł 

do kominka. 

Po  dwóch  i  pół  godzinie  Dillon  dojechał  na  skraj  wioski.  Minął  potężną  bramę 

Dauncey Place i ćwierć mili dalej skręcił w stronę przykościelnego parkingu. Stało tam 
już  kilkanaście  innych  pojazdów,  które  prawdopodobnie  należały  do  wieśniaków 
mieszkających przy wąskiej drodze. Wyjął z bagażnika czapkę i stary trencz, włożył je i 
ruszył w strugach deszczu. 

Nie  miał  żadnego  określonego  planu.  Coś  się  działo,  a  on  po  prostu  płynął  z 

prądem.  Znowu  przyszedł  mu  na  myśl  cytat  z  Heideggera:  ”Żeby  prawdziwie  żyć, 
trzeba zdecydowanie stawić czoło śmierci”. Czy nie o to zawsze mu chodziło? O szaloną 
grę,  w  której  stale  szukał  śmierci?  Mógł  mu  to  powiedzieć  każdy  niedouczony 
psychiatra.  Przeszedł  przez  bramę  i  w  ulewnym  deszczu  podążał  aleją  dojazdową. 
Mrok wyraźnie ustępował i w odległości stu jardów, po prawej stronie zobaczył między 
bukami coś, co go zaskoczyło. Po krótkim wahaniu  ruszył w tamtym kierunku. To był 
black eagle Kate Rashid. Widział go już wcześniej na terenie aeroklubu Daunceyów. 

-  To  ci  dopiero  -  mruknął  cicho,  po  czym  zawrócił,  kierując  się  w  stronę 

rezydencji. 

Kiedy  ujrzał  światło  w  bibliotece,  skręcił  między  drzewa  i  korzystając  z  ich 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

osłony, dotarł aż do skraju trawnika. 

Zobaczył,  jak  Rupert  otwiera drzwi  wychodzące na  taras,  przez  moment  stoi  w 

progu i po chwili cofa się w głąb pokoju. Dillon odczekał trochę, a potem ruszył przez 
trawnik. 

Carl, który towarzyszył swej pani w bibliotece, zaskomlał i zaczął warczeć. 
-  Szukaj,  piesku,  szukaj  go  -  powiedziała  Kate  i  doberman  wybiegł  na  taras.  - 

Wiesz, co masz robić - zwróciła się do kuzyna. 

Rupert  wyjął  walthera  i  odsunął  ciężki  gobelin  wiszący  przy  kominku, 

odsłaniając  wejście  do  małej  toalety.  Wszedł  do  środka,  zostawiając  lekko  uchylone 
drzwi, po czym z powrotem opuścił gobelin. 

Widząc psa przebiegającego  przez trawnik, Dillon w  dziwny sposób zagwizdał. 

Doberman stanął jak wryty. Dillon zagwizdał ponownie, wkładając  w ten dźwięk cały 
smutek świata, i Carl zaskomlał i zaczął się łasić. 

- Widzisz? W głębi serca jesteś małym kotkiem. Nie wiedziałeś, że mam taki dar, 

prawda? Twoja pani też tego nie wiedziała. Bądź grzeczny, to pójdziemy jej poszukać - 
po wiedział i ruszył razem z psem w stronę tarasu. 

Kate siedziała dalej przy kominku. 
- Co się, do diabła, stało z Carlem? - usłyszała stłumiony głos Ruperta. 
- Nie wiem - odparła. 
W tej samej chwili do biblioteki wszedł Dillon z dobermanem u boku. 
- Niech Bóg błogosławi temu domowi. Jezu, ale leje - mruknął, ściągając trencz i 

czapkę. - Jak ma na imię? 

- Carl - odparła chłodno księżniczka. 
- Nie wiń go, Kate. Od dziecka mam właściwe podejście do  psów. Czy jest  tutaj 

coś do picia? 

- Na kredensie. Nie wiem jednak, czy znajdziesz irlandzką whisky. 
- Nie musi być irlandzka. 
Dillon nalał sobie szkockiej, a Carl siadł obok niego przy kredensie. 
-  Niesamowite  -  mruknęła  Kate.  -  I  to  mają  być  najostrzejsze  psy  obronne  na 

świecie. 

- To chyba kwestia mojej ujmującej osobowości. Gdzie jest poczciwy Rupert? 
- W pobliżu. 
- Cóż za patałachów zatrudnia. Mówię o Newtonie i Cooku. 
Kompletne zera - powiedział Dillon, wzruszając ramionami. 
- Zgadzam się. 
- Widzę, że masz tutaj samolot. 
- Wiesz o tym? 
-  Zazwyczaj  trzymasz  go  w  aeroklubie,  sześć  mil  stąd,  ale  kiedy  masz  ochotę, 

korzystasz z tutejszego lądowiska. 

- Owszem. Przyleciał nim wczoraj jeden z pracowników aeroklubu. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

- Dokąd się tym razem wybierasz? Z nowu na Isle of Wight? 
- Czy jest coś, czego nie wiesz? Na przykład, gdzie jest Rupert? 
- Jestem pewien, że w odpowiedniej chwili sam mi to powie. 
Rupert odsunął gobelin i pojawił się z pistoletem w dłoni. 
- Ta chwila właśnie nadeszła - rzekł. 
Carl wysunął się przed Dillona i groźnie zawarczał. Dauncey skierował na niego 

broń i Dillon podniósł rękę. 

- Jeśli strzelisz do psa, zabiję cię. 
- Daj spokój, Rupert - powstrzymała go Kate. 
Dillon pogładził Carla za uszami. 
- Dobry piesek - mruknął i doberman się o niego otarł. - Idź teraz do swojej pani - 

dodał, wskazując Kate. 

Carl posłusznie się oddalił i usiadł obok księżniczki. 
- I co teraz? - zapytał Dillon. 
- Och, chyba coś specjalnego. Zastrzelić kogoś to łatwizna. 
To dla ludzi pokroju Billy’ego Saltera. 
- Jeśli mogę coś wtrącić - powiedział Dillon. - Billy wciąż żyje. Przykro mi, Kate. 

Nic ci nie wychodzi, prawda? 

W jej oczach błysnął gniew. 
-  Więc  będę  musiała  go  zastrzelić  -  mruknęła,  po  czym  wsunęła  dłoń  między 

poręcz sofy i poduszkę, na której siedziała, i wyciągnęła starego niemieckiego lugera. - 
Ta  broń  należy  do  mojej  rodziny  od  czasu  pierwszej  wojny  światowej.  Kiedy  byłam 
mała, chodziliśmy z Paulem do lasu i uczył mnie z niej strzelać. 

Dillon  trzymał  dłonie  na  biodrach.  Wiedział,  że  Kate  nie  odbezpieczyła  lugera. 

Mógł  sięgnąć  po  walthera  i  w  ułamku  sekundy  zastrzelić  ją  i  Ruperta  Daunceya. 
Niemniej  z  jakiegoś  powodu  zwlekał.  To  było  naprawdę  urzekające:  stać  twarzą  w 
twarz  z  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  znał,  która,  jak  się  okazało,  była  kompletnie 
stuknięta.  On  jednak,  niczym  w  złym  śnie,  miał  do  odegrania  swoją  rolę  i  musiał 
doprowadzić wszystko do końca. 

- Jesteś mi coś winien, Dillon. Zabiłeś mi trzech braci - powiedziała Kate. 
- Cóż, zawsze płacę swoje długi. - Sam też czuł, że ogarnia go szaleństwo. - Swoją 

drogą, nie odbezpieczyłaś lugera. - Kate zerknęła na rewolwer i naprawiła swój błąd. - 
Użyjesz go? - zapytał. 

- Niekoniecznie. Rupercie? 
Kate  wzięła  na  muszkę  Dillona,  a  Dauncey  położył  swój  pistolet  na  stole, 

otworzył szufladę i wyjął z niej taśmę maskującą. 

- Odwróć się - rzekł. 
Dillon wykonał polecenie i Rupert skrępował mu z tyłu nadgarstki. 
-  Zabierz  mu  broń  -  powiedziała  Kate.  Rupert  sięgnął  pod  lewą  pachę  Dillona, 

wyjął pistolet z kabury i odłożył go na bok. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

-  Na  pewno  ma  coś  jeszcze.  Założę  się,  że  wiem,  gdzie  to  schował.  -  Rupert 

pomacał z tyłu kurtkę Dillona i znalazł drugiego walthera. - Proszę bardzo, skarbie. 

- I co teraz? - zapytał Irlandczyk. 
- Zabiorę cię chyba na wycieczkę samolotem. Pokażę, jaką jestem dobrą pilotką. 
- To powinno być interesujące - pokiwał głową Dillon. - Sam też jestem świetnym 

pilotem, ale zawsze chętnie się czegoś nauczę. Czy polecimy do Francji na lunch? 

- Ja i Rupert być może tak, dla ciebie lot będzie jednak trochę krótszy. 
- Ach, coś w tym rodzaju? 
- Zgadza się. Ruszajmy. 
Kate zostawiła lugera na stoliku do kawy, a Rupert dźgnął Dillona lufą w plecy. 
-  Jeśli  będziesz  grzecznie  robił,  co  ci  każę,  obiecuję,  że  odbędzie  się  to  całkiem 

bezboleśnie. 

Wyszli  obaj  na  dwór,  a  Kate  Rashid  zarzuciła  na  ramiona  trencz  Irlandczyka, 

zamknęła drzwi tarasu przed Carlem i podążyła za nimi. 

Zrobiło  się  jasno, ale  na  niebie  wisiały  ponure  szare  chmury  i  widoczność  była 

ograniczona.  Kiedy  ruszyli  ścieżką  między  bukami  i  dotarli  na  łączkę,  na  której  stał 
black eagle, lało jak z cebra. 

- Fatalna pogoda na latanie - powiedział Dillon. - Na pewno nie zmienisz zdania? 
-  O  nie  -  odparła  Kate,  po  czym  wyjęła  z  kieszeni  klu  czyki  i  otworzyła  nimi 

drzwi  typu  Airstair.  Ze  środka  wysunęły  się  schodki,  po  których  weszła  do  kabiny. 
Rupert popchnął Dillona. 

- Właź na górę. 
Irlandczyk miał skrępowane ręce i poruszał się dość niezgrabnie. Rupert pchnął 

go  na  jeden  z  tylnych  foteli  przy  oknie.  Za  plecami  Dillon  miał  toaletę  i  schowek,  w 
którym leżała nadmuchiwana tratwa ratunkowa. 

-  Teraz  bądź  grzeczny  -  powiedział  Rupert,  po  czym  zamknął  drzwi,  nadal 

trzymając go na muszce. W tym samym momencie zbudził się do życia lewy silnik, a w 
ślad za nim prawy. Samolot zaczął kołować, nabierać szybkości, a potem wystartował w 
deszczu,  przelatując  zaledwie  pięćdziesiąt  stóp  nad  bukami  rosnącymi  na  skraju  pasa 
startowego. 

Kate szybko osiągnęła pułap trzech tysięcy stóp. Daleko w dole widać było szare 

chmury, tu i ówdzie ciemniejsze, brzemienne deszczem i mgłą. Po kilku chwilach minęli 
nadbrzeżne rozlewiska i plaże i znaleźli się nad pełnym morzem! 

Dillon obserwował krajobraz za oknem, jednocześnie wysuwając nóż z kieszonki 

w  prawym  bucie.  Objąwszy  dłoni  trzonek,  ustawił  go  pod  odpowiednim  kątem  ostry 
jak  brzytwa1  nóż natychmiast przeciął taśmę. Dillon wsunął z powrotem nóż do  buta, 
ściągnął taśmę i czekał. 

Po jakimś czasie Kate obejrzała się przez ramię. 
-  Teraz,  Rupercie  -  powiedziała,  schodząc  na  mniej  więcej  dwa  tysiące  stóp  i 

redukując szybkość. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Dauncey  podniósł  zasuwę  i  otworzył  drzwi.  Do  kabiny  wtargnął  podmuch 

powietrza.  Rupert  pochylił  się  z  waltherem  w  dłoni,  złapał  Dillona  i  pociągnął  go  za 
sobą. Kate ponownie obejrzała się przez ramię. 

- Zgnijesz w piekle, Dillon - zawołała, śmiejąc się głośno. 
- Och nie, na litość boską, nie - jęknął Dillon i osunął się na podłogę. 
-  Nie  bądź  głupi,  przyjacielu,  nie  utrudniaj  sytuacji.  No,  wstawaj  -  rozkazał 

Dauncey. 

Dillon podniósł się i w tym samym momencie wysunął kolta z kabury znajdującej 

się nad lewą kostką. Potem przystawił lufę do skroni Daunceya i pociągnął za spust. 

Kumulacyjny  pocisk  zrobił  to,  co  do  niego  należało:  wszędzie  trysnęła  krew  i 

poleciały  kawałki  czaszki.  Rupert  upuścił  walthera  i  upadł.  Dillon  wypchnął  go  na 
zewnątrz, po czym złapał za dźwignię i zamknął drzwi. 

Kiedy odwrócił się do Kate, zobaczył, że włączyła autopilota i wyjmuje z torebki 

mały  pistolecik.  Dillon  podbiegł,  odebrał  go  i  cisnął  w  głąb  kabiny.  Nieprzytomna  z 
gniewu, rzuciła się na niego z pazurami. Irlandczyk uderzył ją w twarz. 

-  Przestań!  Weź  się  w  garść!  Gra  skończona.  -  Kate  siedziała  w  lewym  fotelu 

wyposażonego  w  podwójne  stery  samolotu.  Dillon  siadł  po  prawej  stronie.  -  Leć  z 
powrotem - rozkazał. 

- Niech cię diabli! 
- Dobrze, w takim razie ja to zrobię. 
W  przeciwieństwie  do  większości  samolotów  black  eagle’a  uruchamia  się 

kluczykiem.  Kate  wyciągnęła  nagle  rękę  i  wyrwała  go  ze  stacyjki.  Silniki  zgasły,  a 
księżniczka otworzyła boczne okienko i wyrzuciła klucz na zewnątrz. 

- I co ty na to, Dillon? Pójdziemy do piekła oboje. 
- To było bardzo głupie. Ale zobaczysz, jak daleko można taką maszyną dolecieć 

bez silników. 

Kate spojrzała w stronę odległego, zasnutego mgłą wybrzeża. 
-  Nigdy  tam  nie  dolecimy,  nawet  jeśli  uda  ci  się  wylądować  na  wodzie.  Taki 

samolot może się unosić na powierzchni najwyżej przez półtorej minuty. 

-  To  prawda,  ale  z  tyłu  jest  tratwa  ratunkowa,  a  tak  się  składa,  że  potrafię 

lądować na wodzie. A ty? 

- Niech cię diabli, Dillon! 
-  Pozwól,  że  cię  poinstruuję  -  powiedział,  kiedy  znaleźli  się  na  wysokości 

sześciuset stóp. - Nie wysuwaj podwozia i opuść lotki. Przy słabym wietrze i małej fali 
ląduj pod wiatr; jeśli mocno wieje i jest duża fala, ląduj równolegle do grzbietów fal. 

Po chwili znaleźli  się  tuż nad  wodą.  Fala  była  nieduża i  Dillon wylądował pod 

wiatr. Black eagle odbił się kilka razy od powierzchni wody i zatrzymał w miejscu. 

- Chodź - powiedział Dillon. 
Wstał z fotela, otworzył drzwi,  po  czym wyciągnął  tratwę ratunkową  i cisnął  ją 

na wodę, gdzie zaczęła się automatycznie napełniać powietrzem. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.

background image

Potem znowu odwrócił się w stronę Kate. Zobaczył, wychyliła się z kokpitu i gdy 

samolot się przechylił, podniósł z podłogi pistolet Daunceya. 

- Powiedziałam ci, że spotkamy się w piekle - krzyknęła i strzeliła do Dillona. 
Irlandczyk się uchylił. Kula rozerwała mu tylko prawy rękaw, a on skoczył przez 

otwarte  drzwi  do  odrętwiająco  zimnej  wody,  wynurzył  się  i  złapał  za  linkę  tratwy. 
Samolot  jeszcze  bardziej  się  przechylił,  ogon  poszedł  w  górę,  a  lewe  skrzydło  zalała 
woda. 

Kate  nadal  była  w  kokpicie  i  wrzeszczała coś,  trzymając  się szyby  w  otwartym 

oknie. A potem ogon się wyprostował i black eagle zniknął pod falami. 

Dillon wdrapał się na tratwę. Wewnątrz były dwa wiosła oraz dwie żelazne racje 

żywnościowe,  którymi  nie  zawracał  sobie  głowy.  Gdy  wsuwał  wiosła  w  dulki,  miał 
tylko jedno pragnienie - chciał przeżyć. 

Zaczął  wiosłować,  kierując się  ku wybrzeżu,  które  majaczyło  w deszczu i mgle. 

Miał przed sobą długą drogę, lecz nie tak długą jak ta, w którą udała się Kate Rashid. 

Generated by Foxit PDF Creator © Foxit Software

http://www.foxitsoftware.com   For evaluation only.