background image

 

 

 

Desmond Bagley 

 

 

Złoty Kil 

 

 

 

 

Przeło ył: Andrzej  Gostomski 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

WALKER 

 

Nazywam si  Peter Halloran, lecz wszyscy wołaj  na mnie „Hal". Wyj tek 

stanowi moja  ona, Jean, która zawsze mówiła mi Peter — najwyra niej kobiety 

nie lubi  przydomków bliskich im m czyzn. Jak wielu innych, przyjechałem po 

wojnie do „kolonii". Podró owałem z Anglii do Afryki Południowej drog  l dow  

przez Sahar  i Kongo. Droga była ci ka, ale to ju  zupełnie inna historia. Do  

powiedzie ,  e w 1948 roku znalazłem si  w Cape Town; bez pracy i prawie bez 

pieni dzy. 

W pierwszym tygodniu pobytu w mie cie odpowiedziałem na kilkana cie ofert 

pracy, które ukazały si  w Cape Times. 

Czekaj c na odzew, rozgl dałem si  troch . 

Tego ranka zaszedłem do doku i w ko cu znalazłem si  nie opodal przystani 

jachtowej. Oparty o barierk  przygl dałem si  łodzi, gdy rozległ si  za mn  jaki  

głos: 

— Któr  z nich by  wybrał, gdyby  mógł? 

Odwróciłem si  i ujrzałem zmru one oczy starszego, wysokiego m czyzny, o 

przygarbionych ramionach i siwych włosach. Miał ogorzał  twarz i s kate dłonie. 

Wygl dał na jakie  sze dziesi t lat. 

Wskazałem na jedn  z łodzi. 

— My l ,  e wzi łbym t  — powiedziałem. — Jest do  du a, aby si  na co  

przyda , lecz nie za du a do samotnej  eglugi. Wygl dał na zadowolonego. 

— To „Gracia" — powiedział. — Ja j  zbudowałem. 

— Wygl da na niezł  łódk  — odparłem. — Ma ładne linie. 

Przez jaki  czas rozmawiali my o łodziach. Powiedział,  e za Cape Town, w 

kierunku Milnerton, ma niewielk  stoczni  i  e specjalizuje si  w budowaniu 

kutrów, u ywanych przez malajskich rybaków. 

Zd yłem je wcze niej zauwa y : te solidne, niesympatyczne statki o 

wysokich dziobach i sterówce wsadzonej na gór  niby kurzy kojec wygl dały 

jednak na bardzo dobre do  eglugi. „Gracia" była dopiero jego drugim jachtem. 

— Teraz, gdy wojna si  sko czyła, nast pi boom — prorokował. — Ludzie 

b d  mieli kup  pieni dzy i rzuc  si  na jachty. Chciałbym to wykorzysta . 

Po chwili spojrzał na zegarek i skin ł głow  w stron  klubu na przystani. 

— Chod my na kaw  — zaproponował. Zawahałem si . 

— Nie jestem członkiem. 

— A ja tak — powiedział. — Zapraszam ci . Weszli my do budynku. 

Usiedli my w sali z widokiem na przysta , a on zamówił kaw . 

— A tak w ogóle, to nazywam si  Tom Sanford. 

— A ja Peter Halloran. 

— Anglik — stwierdził. — Długo tu jeste ? U miechn łem si . 

— Trzy dni. 

— Ja nieco dłu ej — od 1910. — Upił łyk kawy i popatrzył na mnie z 

namysłem. — Zdaje si ,  e wiesz co nieco o łodziach. 

background image

 

— Sp dziłem w ród nich całe  ycie — odparłem. — Mój ojciec miał stoczni  

nie opodal Hull. Te  budowali my kutry rybackie — a  do wojny. 

— A pó niej? 

— Pó niej zakład przyj ł kontraktowe prace dla Admiralicji — 

powiedziałem. — Robili my szalupy do obrony portu, i tym podobne rzeczybo 

nie mieli my sprz tu do wykonywania niczego wi kszego — wzruszyłem 

ramionami. — Potem był nalot. 

— Paskudna sprawa — rzekł Tom. — Czy wszystko zostało zniszczone? 

— Wszystko — odparłem bezbarwnym głosem. — Moja rodzina miała dom 

tu  obok zakładu; te  oberwał. Rodzice i starszy brat zgin li. 

— Chryste! — powiedział Tom łagodnie. — To straszne. Ile miałe  lat? 

— Siedemna cie — odpowiedziałem. — Zamieszkałem z ciotk  w Hatfield. 

Wtedy wła nie zacz łem pracowa  dla de Havillanda, buduj c „Mosquito". To 

drewniany samolot, dlatego potrzebowali ludzi znaj cych si  na robocie w 

drewnie. Dla mnie stanowiło to tylko zabijanie czasu do chwili, kiedy mogłem 

wst pi  do wojska. Jego zainteresowanie wzrosło. 

— Wiesz, to ma przyszło  — te nowe metody opracowane przez de 

Havillanda. Jak s dzisz, czy jego proces formowania na gor co da si  zastosowa  

przy budowie łodzi? 

Zastanowiłem si . 

— Czemu nie, efekty s  nadzwyczaj zadowalaj ce. W Hatfield 

wykonywali my zarówno naprawy, jak i nowe konstrukcje. Widziałem, co dzieje 

si  z tego typu kadłubem przy bardzo silnym uderzeniu. Jednak koszty b d  

wy sze ni  przy metodach tradycyjnych, chyba  e podejmie si  produkcj  

masow . 

— My lałem o jachtach — rzekł Tom wolno. — Musisz mi kiedy  o tym 

dokładniej opowiedzie . Co jeszcze wiesz o łodziach? U miechn łem si  szeroko. 

— Kiedy  pragn łem zosta  projektantem — powiedziałem. — Jako chłopak 

— miałem wtedy około pi tnastu lat — zaprojektowałem i zbudowałem moj  

pierwsz  wy cigow   aglówk . 

— Wygrałe  jakie  wy cigi? 

— Razem z bratem pobili my wszystkich — powiedziałem. — To była szybka 

łód . Po wojnie, gdy oczekiwanie na demobilizacj  dłu yło mi si  strasznie, 

spróbowałem jeszcze raz. Zaprojektowałem pół tuzina łodzi, dzi ki czemu czas 

szybciej min ł. 

— Masz jeszcze te rysunki? 

— Le  gdzie  na dnie walizki — odparłem. — Dawno ju  ich nie ogl dałem. 

— Chciałbym je zobaczy  — rzekł Tom. — Słuchaj, chłopcze, a mo e 

popracowałby  dla mnie? Ju  ci mówiłem,  e mam zamiar rozwin  interes z 

jachtami i przydałby mi si  kto  bystry. 

Tym sposobem zacz łem pracowa  dla Toma Sanforda. Nast pnego dnia 

poszedłem do stoczni z rysunkami. W zasadzie spodobały mu si , wskazał mi 

jednak kilka sposobów poczynienia oszcz dno ci. 

— Jeste  do  dobrym projektantem — powiedział. — Musisz jednak 

dowiedzie  si  znacznie wi cej o stronie praktycznej. Zreszt  niewa ne, zajmiemy 

si  tym. Kiedy mo esz zacz ? 

background image

 

Przyj cie oferty pracy u starego Toma było jedn  z najlepszych decyzji, jakie 

podj łem w  yciu. 

 

W ci gu nast pnych dziesi ciu lat powodziło mi si  coraz lepiej, a czy 

zasłu enie, czy te  nie, to inna sprawa. 

Dobrze było znów pracowa  w stoczni. Nie zapomniałem umiej tno ci 

zdobytych w warsztacie ojca i chocia  z pocz tku szło mi opornie, wkrótce nie 

byłem gorszy od innych, a mo e nawet nieco lepszy. Tom zach cał mnie do 

projektowania, bezlito nie wytykaj c bł dy. 

— Masz oko do linii — orzekł. — Twoje łodzie to wspaniałe  aglówki, lecz 

cholernie kosztowne. Musisz wi cej czasu po wi ci  szczegółom. Trzeba obci  

koszty,  eby robi  łódki popularne. 

W cztery lata po przyj ciu do firmy Tom awansował mnie na kierownika 

zakładu, a wkrótce potem po raz pierwszy poszcz ciło mi si  przy 

projektowaniu. Oddałem projekt na konkurs, ogłoszony przez lokalne 

czasopismo  eglarskie. Drugie miejsce i pi dziesi t funtów. Co wi cej, projekt 

spodobał si  pewnemu miejscowemu  eglarzowi, który postanowił tak  łód  

wybudowa . Tom musiał wi c j  zrobi , a ja otrzymałem za projekt honorarium, 

które powi kszyło moje poka ne ju  konto bankowe. 

Tom był zadowolony i zapytał, czy mógłbym wykona  projekt łodzi, która 

stałaby si  pocz tkiem serii. Zaprojektowany przeze mnie jacht o wyporno ci 

sze ciu ton okazał si  bardzo dobry. Nazwali my go „Pingwin", a Tom w 

pierwszym roku wybudował i sprzedał ich tuzin; po 2000 funtów. Łód  tak mi si  

spodobała,  e zapytałem Toma, czy mógłby wybudowa  jedn  dla mnie. 

Zrealizował moje zamówienie, bior c najni sz  cen  i godz c si , abym spłacał 

dług w ci gu kilku lat. 

Otwarcie biura projektowego o ywiło interesy. Wie ci rozeszły si  i ludzie, 

zamiast korzysta  z projektów angielskich i ameryka skich, zacz li przychodzi  

do mnie, dzi ki czemu mogli osobi cie spiera  si  z projektantem. Tom był 

usatysfakcjonowany, gdy  wi kszo  projektowanych przeze mnie łodzi 

budowano w jego stoczni. 

W 1954 roku zostałem mened erem zakładu, a w 1955 Tom zaproponował mi 

współudział w interesie. 

— Nie mam komu tego zostawi  — rzekł wprost. —  ona nie  yje, a synów 

nie mam. Starzej  si . 

— Tom, stu lat do yjesz, buduj c łodzie — powiedziałem. Pokr cił głow . 

— Teraz to sobie u wiadomiłem. — Zmarszczył brwi. — Przegl dałem ksi gi 

i okazało si ,  e przysparzasz firmie wi kszych obrotów ni  ja, dlatego nie b d  

przesadzał z cen  za udział. B dzie ci  to kosztowało pi  tysi cy funtów. 

Pi  tysi cy funtów stanowiło  miesznie nisk  cen  za udział w tak kwitn cym 

interesie. Niestety nie posiadałem nawet cz ci tej kwoty. Dostrzegł wyraz mojej 

twarzy i zmru ył oczy. 

— Wiem,  e tyle nie masz, ale ostatnimi czasy nie le ci szło dzi ki 

projektowaniu. Wydaje mi si ,  e masz zachomikowane jakie  dwa tysi ce. 

Tom, bystry jak zwykle, miał racj . Miałem kilka setek ponad dwa tysi ce. 

— Co  koło tego — odparłem. 

background image

 

— W porz dku. Wrzu  te dwa tysi ce, a pozostałe trzy we  z banku. Po ycz  

ci, gdy zobacz  ksi gi. B dziesz mógł je zwróci  z zysków w niecałe trzy lata, 

zwłaszcza je li zrealizujesz plany dotycz ce tej wy cigowej  aglówki. Co ty na to? 

— W porz dku, Tom — powiedziałem. — Umowa stoi. 

Wy cigowa  aglówka wspomniana przez Toma stanowiła pomysł, który 

przyszedł mi do głowy, gdy w Anglii obserwowałem mod  na zestawy typu „Zrób 

to sam". Na wysokim południowoafryka skim veldzie jest mnóstwo niewielkich 

jezior. S dziłem,  e niewielkie łódki mógłbym sprzeda  nawet z dala od morza, 

gdyby tylko udało mi si  je produkowa  dostatecznie tanio. Mógłbym wówczas 

sprzedawa  albo gotow  łód , albo zestaw do samodzielnego wykonania dla mniej 

zasobnych zapale ców. 

Zało yli my kolejn  stolarni  i zaprojektowałem łód , która stała si  

pierwszym modelem klasy „Falcon". Prowadził ten projekt młody facet 

nazwiskiem Harry Marshall i nie le si  spisał. Nie była to działka Toma, wi c 

trzymał si  na uboczu, dogaduj c tylko: „Ta twoja piekielna fabryka". A jednak 

zarobiła dla nas sporo pieni dzy. 

W tym te  czasie spotkałem Jean i pobrali my si . Mał e stwo z Jean nie 

nale y w zasadzie do tej historii i nie wspominałbym o tym, gdyby nie to, co 

zdarzyło si  pó niej. Byli my ze sob  bardzo szcz liwi i kochali my si . W 

interesach dobrze mi si  wiodło, miałem  on  i dom; czego wi cej mo e człowiek 

pragn ? 

W ko cu 1956 roku Tom zmarł nagle na atak serca. Jak s dz , wiedział,  e z 

jego sercem jest co  nie w porz dku, lecz nikomu o tym nie wspomniał. Swój 

udział w stoczni zostawił siostrze  ony, która na prowadzeniu interesów nie znała 

si  zupełnie, a na budowaniu łodzi jeszcze mniej. Zaanga owali my prawników i 

zgodziła si  odprzeda  mi swój udział. Zapłaciłem grubo ponad pi  tysi cy, na 

które Tom ocenił udział w firmie. Była to jednak uczciwa sprzeda , chocia  moja 

sytuacja finansowa stała si  niepewna i wp dziłem si  w powa ny dług 

hipoteczny. 

Trudno mi było pogodzi  si  z odej ciem Toma. Dał mi szans , jaka zdarza, 

si  niewielu młodym ludziom, i byłem mu za to wdzi czny. Zakład zdawał si  

opustoszały, gdy stary nie łaził ju  mi dzy pochylniami. 

Stocznia prosperowała i, jak si  wydaje, moja reputacja jako projektanta była 

ju  ustalona, gdy  otrzymywałem mnóstwo zamówie . Jean przej ła sprawy 

zarz dzania oraz biuro, a poniewa  sam przez wi kszo  czasu byłem 

przywi zany do deski kre larskiej, awansowałem Harry'ego Marshalla na 

mened era stoczni. Radził sobie znakomicie. 

Jean, jak to kobieta, gdy tylko przej ła dowodzenie, przeprowadziła w biurze 

gruntowne, wiosenne porz dki. Pewnego dnia odgrzebała star  blaszan  puszk , 

która przez lata stała zapomniana na dalszej półce. Si gn ła do  rodka i nagle 

spytała: 

— Po co trzymałe  ten wycinek? 

— Jaki wycinek? — mrukn łem z roztargnieniem. Akurat czytałem list, z 

którego mogło wynikn  interesuj ce zamówienie. 

— Ten, o Mussolinim — powiedziała. — Przeczytam ci go — usiadła na 

skraju biurka, trzymaj c mi dzy palcami po ółkły kawałek gazety. — „Wczoraj 

background image

 

w Mediolanie szesnastu komunistów włoskich zostało skazanych za współudział w 

ukryciu skarbu Mussoliniego. Skarb, który w tajemniczych okoliczno ciach 

zagin ł pod koniec wojny, składał si  ze złota przesyłanego przez Narodowy Bank 

Włoski oraz znacznej cz ci osobistego maj tku Mussoliniego, w tym etiopskiej 

korony. Przypuszcza si ,  e poza skarbem było tam równie  wiele wa nych 

dokumentów pa stwowej wagi.  adna z szesnastu osób nie przyznała si  do 

winy". 

Uniosła wzrok. 

— O co w tym wszystkim chodziło? 

Zdumiałem si . Wiele czasu upłyn ło od chwili, gdy my lałem o Walkerze, 

Coertzem i dramacie, który rozegrał si  we Włoszech. U miechn łem si  i 

powiedziałem: 

— Mógłbym zrobi  fortun  na zwi zanej z tym historii. 

— Opowiedz mi j . 

— To długa opowie  — zaprotestowałem. — Opowiem ci innym razem. 

— Nie — nalegała. — Opowiedz teraz. Zawsze interesowały mnie skarby. 

Odsun łem wi c od siebie nie otwart  poczt  i opowiedziałem jej o Walkerze i 

jego szalonym planie. Niektóre fragmenty pami tałem jak przez mgł . Który to 

spadł — czy te  został zepchni ty z urwiska — Donato czy Alberto? 

Opowie  przeci gn ła si  i tego dnia zaniedbali my prac  w biurze. 

 

Walkera spotkałem w Afryce Południowej, gdzie przybyłem z Anglii tu  po 

zako czeniu wojny. Miałem du o szcz cia,  e b d c obcym dostałem dobr  

prac  u Toma. Czułem si  nieco samotny, wi c wst piłem do Cape Town Sporting 

Club, mog cego dostarczy  towarzystwa i rozrywki. 

Walker był członkiem pij cym, jednym z tych chytrych ludzi, którzy 

wst powali do klubu, aby mie  si  gdzie napi , gdy w niedziel  puby były 

zamkni te. W tygodniu nigdy tu nie zagl dał, zjawiał si  jednak ka dej niedzieli, 

rozgrywał jedn  parti  tenisa, aby umotywowa  jako  swoj  obecno , po czym 

reszt  dnia sp dzał w barze. 

Wła nie w barze spotkałem go której  niedzieli pó nym popołudniem. 

Pomieszczenie wypełniał gwar dyskutuj cych zawzi cie głosów. Szybko 

zorientowałem si ,  e wszedłem akurat w trakcie sprzeczki na temat poddania 

Tobruku. Wsz dzie w Afryce Południowej ju  sama wzmianka o Tobruku mo e 

wywoła  kłótni , poniewa  poddanie si  uwa ane tu jest za ha b  narodow . 

Powszechnie panuje opinia,  e mieszka cy Afryki Południowej zostali 

pozostawieni na łask  losu, na tym jednak ko cz  si  wspólne wszystkim pogl dy, 

a zaczynaj  si  spory. Czasem obwinia si  brytyjskich generałów, innym razem 

komendanta południowoafryka skiego garnizonu — generała Kloppera. 

Wszak e ten temat zawsze stanowi dobry pretekst do jednej z tych długich, 

bezsensownych knajpianych awantur, w których ludzie cz sto trac  panowanie 

nad sob , lecz do niczego sensownego nie dochodz . 

Nie interesowało mnie to specjalnie — słu b  wojskow  odbyłem w Europie 

— usiadłem wi c cicho, nie wypuszczaj c piwa z r ki, i trzymałem si  od dyskusji 

z daleka. Obok siedział jaki  młody człowiek o szczupłej twarzy. Wygl dał na 

przystojnego hulak , który ma sporo do powiedzenia na ten temat; walił cz sto 

background image

 

zaci ni t  pi ci  o bufet. Widziałem go ju  wcze niej, ale nie wiedziałem, kim 

jest. Cała moja wiedza o nim pochodziła z poczynionych dot d obserwacji. 

Najwyra niej sporo pił, nawet teraz na jedno moje piwo u niego przypadały dwie 

brandy. 

Po jakim  czasie kłótnia, w miar  jak bar pustoszał, zmarła  mierci  

naturaln . Wkrótce pozostali my ju  tylko my dwaj. Opró niłem swój kufel i 

wła nie zabierałem si  do wyj cia, gdy rzekł pogardliwie: 

— Guzik o tym wiedz . 

— Byłe  tam? — spytałem. 

— Byłem — odparł ponuro. — Zwin li mnie z cał  reszt . Ale nie zostałem 

tam długo. Wydostałem si  z obozu we Włoszech w czterdziestym trzecim — 

zerkn ł na mój pusty kufel. — Napij si  jednego na drog . 

Nie miałem nic specjalnego do roboty, wi c odparłem: 

— Ch tnie napij  si  piwa. 

Zamówił dla mnie piwo, kolejn  brandy dla siebie i powiedział: 

— Nazywam si  Walker. Tak, wydostałem si , gdy upadł rz d włoski. 

Wst piłem do partyzantki. 

— To musiało by  interesuj ce — powiedziałem. Roze miał si  krótko. 

— S dz ,  e mo na to tak okre li . Interesuj ce i przera aj ce. Tak. Mo na 

powiedzie ,  e z sier antem Coertzem — to facet, z którym do  długo 

przebywałem, sp dzili my czas naprawd  interesuj co. 

— Afrykaner? — zaryzykowałem. W Afryce Południowej byłem nowy i 

niewiele wiedziałem wówczas o panuj cych tu układach, nazwisko jednak 

brzmiało z holenderska, a raczej jak jego afryka ska odmiana. 

— Zgadza, si  — odparł Walker. — Prawdziwy twardziel. Trzymali my si  

razem po opuszczeniu obozu. 

— Łatwo było uciec z obozu jenieckiego? 

— Chleb z masłem — rzekł Walker. — Stra nicy współpracowali z nami. 

Dwaj towarzyszyli nam nawet jako przewodnicy — Alberto Corso i Donato 

Rinaldi. Lubiłem Donata — my l ,  e uratował mi  ycie — spostrzegł moje 

zainteresowanie i zacz ł opowiada  ze swad . 

Kiedy w 1943 roku rz d upadł, Włochy znajdowały si  w rozsypce. Włosi byli 

niespokojni, nie wiedzieli, co si  stanie, i podejrzliwie odnosili si  do zamiarów 

Niemców. Była to  wietna okazja do wyrwania si  z obozu, zwłaszcza  e 

przył czyło si  do nich dwóch stra ników. 

Samo opuszczenie obozu nie stanowiło problemu. Jednak gdy Niemcy 

rozpocz li operacj  zgarniania wszystkich je ców alianckich, rozproszonych po 

rodkowych Włoszech, zacz ły si  kłopoty. 

— Wtedy wła nie oberwałem — powiedział Walker. — Przechodzili my 

wówczas przez rzek . 

Atak nast pił nieoczekiwanie. Panowała cisza. Słycha  było tylko bulgotanie 

wody; raz rozległo si  zduszone przekle stwo, gdy kto  si  po lizn ł. Nagle rozległ 

si  odgłos rozdzieranego perkalu — to spandau otworzył ogie  i spokój nocy 

zakłócił niesamowity skowyt kul odbitych rykoszetem od wystaj cych z rzeki 

głazów. 

background image

 

Włosi odwrócili si  i odpowiedzieli ogniem z pistoletów maszynowych. 

Rycz cy jak byk Coertze grzebał zapami tale w workowatej kieszeni swoich 

wojskowych spodni, po czym uniósł r k  rzucaj c co  ponad ramieniem. Rozległ 

si  ostry huk, gdy granat eksplodował w wodzie. Coertze rzucił ponownie i tym 

razem granat wybuchn ł na brzegu. 

Walker poczuł uderzenie w nog . Padaj c przekr cił si  i zachłysn ł wod . 

Młóc c woln  r k  trafił na głaz i chwycił si  go kurczowo. 

Coertze rzucił jeszcze jeden granat i karabin maszynowy umilkł. Włosi 

opró nili całe magazynki i zaj li si  ładowaniem broni. Ponownie zapadła cisza. 

— Przypuszczam,  e wzi li nas za Niemców — rzekł Walker. — Nie 

spodziewali si ,  e zostan  ostrzelani przez zbiegłych wi niów. Szcz cie,  e 

Włosi wzi li ze sob  bro . W ka dym razie ten przekl ty karabin maszynowy 

umilkł. 

Przez kilka minut stali po rodku rzeki, a bystry, zimny nurt zbijał ich z nóg. 

Nie  mieli si  poruszy , nie wiedz c, czy z brzegu znów nie posypi  si  strzały. Po 

pi ciu minutach Alberto rzekł cicho: 

— Signor Walker, nic si  panu nie stało? 

Walker podci gn ł si  i stan ł na nogi. Ku swemu zaskoczeniu stwierdził,  e 

wci   ciska w r kach naładowany karabin. Lew  nog  miał odr twiał  i zimn . 

— Wszystko w porz dku — odparł. 

Coertze wydał przeci głe westchnienie i powiedział: 

— No to dalej. Przechodzimy na drug  stron , ale cicho. 

Doszli na drugi brzeg rzeki i bez odpoczynku ruszyli zboczem wzgórza. 

Wkrótce Walker poczuł ból w nodze i zacz ł ustawa . Alberto zaniepokoił si . 

— Trzeba si   pieszy . Musimy przej  t  gór  przed  witem. Walker stłumił 

j k, gdy stan ł na lewej nodze. 

— Dostałem — powiedział. — My l ,  e dostałem. Coertze zszedł z powrotem 

po zboczu i rzekł poirytowany. 

— Magtig, no dalej, ruszajcie si ! 

Alberto powiedział: 

—  le jest, signor Walker? 

— O co chodzi? — spytał Coertze, nie rozumiej c włoskiego. 

— Mam kul  w nodze — odparł Walker cierpko. 

— Tego tylko nam trzeba — powiedział Coertze. W ciemno ciach rysował si  

tylko jako ciemniejsza plama, ale Walker dostrzegł,  e niecierpliwie potrz sa 

głow . — Musimy si  dosta  do obozu partyzantów, zanim si  rozwidni. 

Walker przez chwil  naradzał si  z Albertem, po czym rzekł po angielsku: 

— Alberto twierdzi,  e w pobli u jest miejsce, gdzie mo emy si  ukry . Mówi, 

e kto  powinien zosta  ze mn , kiedy pójdzie szuka  pomocy. 

— Pójd  z nim — mrukn ł Coertze. — Ten drugi makaroniarz mo e zosta  z 

tob . Zabierajmy si  st d. 

Ruszyli wzdłu  zbocza. Po jakim  czasie teren zacz ł opada . Nieoczekiwanie 

pojawił si  niewielki parów — szczelina w zboczu góry. Znajdowały si  tam 

skarłowaciałe drzewa daj ce niewielk  osłon , pod stopami za  mieli wyschni te 

ło ysko potoku. 

Alberto zatrzymał si  i powiedział: 

background image

 

— Zostaniecie tu, dopóki po was nie przyjdziemy. Trzymajcie si  pod 

drzewami, tak  eby nikt was nie zobaczył, i starajcie si  jak najmniej rusza . 

— Dzi ki, Alberto — rzekł Walker. Po krótkim po egnaniu Alberto i Coertze 

znikn li w mroku nocy. Donato uło ył Walkera wygodnie i przygotowali si  do 

przeczekania nocy. 

Walker prze ywał ci kie chwile. Noga bolała i było mu bardzo zimno. Zostali 

w parowie jeszcze cały nast pny dzie , a gdy zapadła noc, Walker zacz ł 

majaczy  i Donato miał trudno ci z uspokojeniem go. 

Kiedy pomoc wreszcie nadeszła, Walker stracił przytomno . Ockn ł si  po 

dłu szym czasie w łó ku stoj cym w pomieszczeniu o wybielonych  cianach. 

Sło ce wła nie wschodziło, a przy jego posłaniu siedziała mała dziewczynka. 

Walker umilkł nagle i spojrzał na pusty kieliszek stoj cy przed nim na barze. 

— Napij si  jeszcze jednego — odezwałem si  pospiesznie. Nie trzeba go było 

specjalnie namawia , zamówiłem wi c kolejne dwa drinki. 

— I tym sposobem wyszedłe  z tego — powiedziałem. Przytakn ł skinieniem 

głowy. 

— Tak si  wła nie stało. Bo e, ale zimne były te dwie noce na tej cholernej 

górze. Gdyby nie Donato, wyci gn łbym chyba kopyta. 

— Wyszedłe  wi c z tego cało — powiedziałem. — Ale gdzie si  znajdowałe ? 

— W obozie partyzantów na wzgórzach. Partigiani wła nie si  wówczas 

organizowali. Zacz li naprawd  działa  dopiero, gdy Niemcy zabrali si  do 

umacniania swego panowania we Włoszech. Szkopy działały zgodnie ze swymi 

zwyczajami — wiesz, jakie to butne dranie — a Włochom si  to nie podobało. 

Wszystko było wi c dla partyzantów przygotowane. Mieli poparcie ludzi i mogli 

rozpocz  działania na naprawd  wielk  skal . 

Oczywi cie nie wszyscy byli tacy sami. Mo na było znale  w ród nich 

wszelkie odcienie pogl dów politycznych: od  nie nej bieli do jaskrawej 

czerwieni. Komuni ci nienawidzili monarchistów i odwrotnie, i tak dalej. Ja 

znalazłem si  w grupie monarchistów. Tam wła nie spotkałem hrabiego. 

Hrabia Ugo Montepescali di Todi miał wówczas ponad pi dziesi t lat, lecz 

był energiczny i wygl dał młodo. Smagły, z orlim nosem, nosił krótk , siwiej c  

brod  rozszczepion  na ko cu i agresywnie podkr con . Pochodził z linii starej 

ju  w okresie odrodzenia i był arystokrat  do szpiku ko ci. 

Z tego powodu nienawidził faszyzmu — nienawidził parweniuszow-skich 

władców Włoch, z ich aspiracjami, skorumpowaniem i chciwymi, lepkimi 

paluchami. Mussolini na zawsze pozostał dla niego miernym dziennikarzyn , 

który osi gn ł sukces dzi ki swej demagogii i praktycznie uwi ził króla. Walker 

spotkał hrabiego w dniu, kiedy przybył do obozu na wzgórzu. 

Ockn ł si  i ujrzał powa n  twarz małej dziewczynki. U miechn ła si  do 

niego i cicho wyszła z izby. Po kilku minutach wszedł niski, kr py człowiek ze 

szczeciniast  brod  i odezwał si  do niego po angielsku. 

— Aa, obudził si  pan. Jest pan teraz zupełnie bezpieczny. Walker zdał sobie 

spraw ,  e mówi co  idiotycznego. 

— Ale gdzie ja jestem? 

— Czy to ma jakie  znaczenie? — zapytał przybysz kpi co. — Jest pan wci  

we Włoszech, lecz nie musi si  pan obawia  Tedesci. Prosz  zosta  w łó ku, 

background image

 

10 

dopóki nie wróc  panu siły. Stracił pan sporo krwi — trzeba wi c odpoczywa , 

je  i znów odpoczywa . 

Walker był zbyt słaby, aby zdoby  si  na co  wi cej ni  skinienie, i ponownie 

opadł na poduszk . Pi  minut pó niej wszedł Coertze w towarzystwie młodego 

człowieka o szczupłej twarzy. 

— Sprowadziłem znachora. Przynajmniej twierdzi,  e nim jest, je li go dobrze 

zrozumiałem. Przypuszczam,  e jest tylko studentem medycyny. 

Lekarz — czy te  student — zbadał Walkera i wyraził zadowolenie ze stanu 

chorego. 

— W ci gu tygodnia zacznie pan chodzi  — powiedział, zapakował sw  

niewielk  torb  i wyszedł. 

Coertze podrapał si  w tył głowy. 

— B d  musiał uczy  si  tego  liskiego taalu — powiedział. — Wygl da na to, 

e zostaniemy tu na dłu ej. 

— Nie ma szans,  eby si  przebi  na południe? — zapytał Walker. 

—  adnych — odparł Coertze stanowczo. — Hrabia — ten niski człowiek z 

bokbaardije — mówił,  e dalej na południe Niemców jest wi cej ni  łodyg na polu 

kukurydzy. Twierdzi,  e zamierzaj  utworzy  lini  obrony na południe od 

Rzymu. 

Walker westchn ł. 

— Wi c jeste my tu uziemieni. Coertze u miechn ł si  szeroko. 

— Nie jest a  tak  le. Przynajmniej dostaniemy lepsze jedzenie ni  mieli my w 

obozie. Hrabia chce,  eby my przył czyli si  do jego grupy. Wydaje mi si ,  e 

jego skietkommando utrzymuje spore terytorium, a on zbiera ludzi i bro , póki 

mo e. Równie dobrze mo emy walczy  tutaj, jak z armi . Zawsze miałem ochot  

prowadzi  wojn  po swojemu. 

Pulchna kobieta przyniosła misk  paruj cego rosołu dla Walkera, a Coertze 

powiedział: 

— Wyjd  na zewn trz, a poczujesz si  lepiej. Mam zamiar troch  si  

rozejrze . 

Walker zjadł rosół i zasn ł, pó niej obudził si  i znów jadł. Po jakim  czasie 

pojawiła si  niewielka posta  z basenem i zwini tymi banda ami. Była to ta sama 

dziewczynka, któr  ujrzał, gdy odzyskał przytomno . Ocenił,  e mogła mie  

jakie  dwana cie lat. 

— Mój ojciec powiedział,  e mam zmieni  panu opatrunek — odezwała si  

czystym, młodym głosem. Mówiła po angielsku. 

Walker uniósł si  na łokciu i obserwował, jak podchodzi bli ej. Była schludnie 

ubrana i nosiła biały, wykrochmalony fartuch. 

— Dzi kuj  ci — odparł. 

Pochyliła si ,  eby rozci  zało one na jego nodze łubki, po czym ostro nie 

rozlu niła banda e wokół rany. Spojrzał na ni  i rzekł: 

— Jak ci na imi ? 

— Francesca. 

— Czy twój ojciec jest lekarzem? — Dłonie opatruj ce mu nog  były chłodne 

i delikatne. 

Pokr ciła przecz co głow . 

background image

 

11 

— Nie. 

Obmyła ran  w ciepłej wodzie zawieraj cej jaki  szczypi cy  rodek 

dezynfekuj cy, a nast pnie zapudrowała. Z wielk  wpraw  zacz ła banda owa  

ponownie. 

— Jeste  dobr  piel gniark  — powiedział Walker. Dopiero wówczas 

spojrzała na niego i zobaczył,  e ma spokojne, szare oczy. 

— Mam du  praktyk  — powiedziała, a Walker zmieszał si  pod tym 

spojrzeniem i przekl ł wojn , która z dwunastoletnich dziewczynek czyniła 

do wiadczone piel gniarki. 

Sko czyła banda owanie i powiedziała: 

— No, wkrótce musi pan poczu  si  troch  lepiej. 

— Dobrze — przyrzekł Walker. — Jak b d  mógł najszybciej. Zrobi  to dla 

ciebie. 

Spojrzała na niego zaskoczona. 

— Nie dla mnie — odparła. — Dla wojny. Musi pan wyzdrowie , aby pój  na 

wzgórza i zabi  wielu Niemców. 

Z powag  zebrała z ziemi zaplamione banda e i opu ciła pomieszczenie, a 

Walker patrzył za ni  ze zdumieniem. 

W ten sposób poznał Francesc , córk  hrabiego Ugo Montepescali. 

Ponad tydzie  trwało, zanim zacz ł chodzi  o lasce i wychodzi  z chaty 

szpitalnej, a Coertze oprowadzał go po obozie. Wi kszo  ludzi to byli Włosi, 

dezerterzy z armii, którzy niezbyt lubili Niemców. Spor  grup  stanowili jednak 

alianccy uciekinierzy ró nych narodowo ci. 

Hrabia uformował z uciekinierów oddział i mianował Coertzego jego 

dowódc . Nazwali si  „Legionem Cudzoziemskim". W ci gu nast pnych dwóch 

lat wielu z nich miało zgin , walcz c u boku partyzantów z Niemcami. Na 

yczenie Coertzego Alberto i Donato zostali doł czeni do oddziału w charakterze 

tłumaczy i przewodników. Coertze wysoko oceniał hrabiego. 

— Ten kêrel wie, co robi — powiedział. — Zbiera, ilu tylko mo e, dezerterów 

z armii włoskiej, a ka dy musi wzi  ze sob  bro . 

Kiedy Niemcy zdecydowali si  stawia  opór i ufortyfikowali Winterstellung 

oparty na Sangro i Monte Cassino, wojna we Włoszech stała si  spraw  

przes dzon . Wówczas to partyzanci zaj li si  dezorganizacj  niemieckiego 

transportu. Legion Cudzoziemski brał udział w tej kampanii, specjalizuj c si  w 

sabota u. Coertze pracował przed wojn  jako górnik w kopalni złota 

Witwatersrand i wiedział, jak obchodzi  si  z dynamitem. Razem z Harrisonem, 

kanadyjskim geologiem, poinstruowali reszt , jak u ywa  materiałów 

wybuchowych. 

Wysadzali drogi, mosty kolejowe, przej cia górskie, wykolejali poci gi, 

czasami ostrzeliwali te  jaki  konwój na drodze, wycofuj c si , gdy tylko 

odpowiadano ogniem ci kiej broni. 

— Nie wpl tujemy si  w bitwy — powiedział hrabia. — Nie mo emy da  si  

Niemcom przygwo dzi . Jeste my moskitami dra ni cymi Niemcom skór  — 

miejmy nadziej ,  e zarazimy ich malari . 

Walker pami tał ten czas jako ci g długich okresów wytchnienia 

przerywanych chwilami strachu. Dyscyplina była lu na, bez wojskowego drylu. 

background image

 

12 

Wyszczuplał i stał si  twardy. Nawet całodzienny, trzydziestomilowy marsz przez 

góry z pełnym obci eniem, na które składały si  bro  oraz paczki dynamitu i 

detonatorów, nic dla niego nie znaczył. 

W ko cu 1944 roku Legion Cudzoziemski wydatnie si  uszczuplił. Niektórzy 

zgin li, inni — gdy alianci zaj li Rzym — woleli przebi  si  na południe. Coertze 

stwierdził,  e zostanie, wi c Walker został z nim. Został równie  Harrison oraz 

Anglik nazwiskiem Parker. Legion Cudzoziemski był teraz rzeczywi cie 

niewielki. 

— Hrabia u ywał nas jak jakich  cholernych jucznych koni — powiedział 

Walker. Zamówił nast pn  kolejk  i brandy zacz ła mu uderza  do głowy. Miał 

przekrwione oczy i j kał si  przy trudniejszych słowach. 

— Jucznych koni? — spytałem. 

— Oddział był zbyt mały do prawdziwej walki — wyja nił. — Wi c u ywał 

nas do transportu broni i  ywno ci na swoim terenie. Tak wła nie dorwali my ten 

konwój. 

— Jaki konwój? 

Walker zaczynał bełkota . 

— To było tak. T  robot  mieli my wykona  wspólnie z inn  brygad  

partyzanck . Ale hrabia si  martwił, bo ta druga banda to byli komuni ci — 

rzeczywi cie dranie. Bał si ,  e mog  nas zdradzi . Zawsze to robili, gdy mieli ku 

temu okazj , bo był monarchist  i nienawidzili go bardziej ni  Niemców. My leli 

ju  o tym, co b dzie po wojnie, i zawczasu eliminowali przeciwników, unikaj c 

walki, o ile to mo liwe. Rozumiesz, włoska polityka. 

Skin łem głow . 

— Chciał wi c,  eby Umberto — facet dowodz cy naszymi Włochami — miał 

na wszelki wypadek kilka karabinów maszynowych wi cej, a Coertze powiedział, 

e je przewiezie. 

Umilkł patrz c do swego kieliszka. 

— A co z tym konwojem? — zapytałem. 

— Ech, do diabła — odparł. — Nie ma szans,  eby go wydosta . Zostanie tam 

na zawsze, chyba  e Coertze co  zrobi. Powiem ci. Szli my na spotkanie z 

Umbertem, kiedy po drodze wpadli my na niemiecki konwój jad cy tras , gdzie 

nie powinno by   adnego konwoju. Wi c przetrzepali my im skór . 

Dotarli na szczyt wzgórza i Coertze zarz dził postój. 

— Zostaniemy tu dziesi  minut, pó niej ruszamy dalej — powiedział. 

Alberto napił si  troch  wody i poszedł spacerkiem do miejsca, sk d miał 

dobry widok na dolin . Najpierw spojrzał na dno doliny, gdzie biegła zakurzona, 

wyboista, nie szutrowana droga, po czym uniósł wzrok, by popatrze  na południe. 

Nagle zawołał Coertzego. 

— Patrz — powiedział. 

Coertze zbiegł do niego i popatrzył we wskazanym kierunku. W dali, gdzie 

odległa nitka br zowej drogi drgała od gor ca, unosił si  obłok pyłu. Odpi ł 

lornetk  i pospiesznie wyregulował ostro . 

— Có  oni tu, u diabła, robi ? — zastanawiał si . 

— Co to jest? 

background image

 

13 

— Niemieckie ci arówki wojskowe — odparł Coertze. — Ze sze  — opu cił 

lornetk . — Wygl da na to,  e próbuj  si  prze lizn  bocznymi drogami. Dzi ki 

nam główne drogi s  troch  niezdrowe. 

Walker i Donato zeszli na dół. Coertze obejrzał si  na karabiny maszynowe, a 

pó niej na Walkera. 

— No i co z tym? — spytał. 

— A co z Umbertem? — odparł pytaniem Walker. 

— Och, nic mu nie b dzie. Po prostu teraz, gdy wojna dobiega ko ca, hrabia 

staje si  nieco dra liwy. My l ,  e damy rad  tej gromadce — z dwoma 

karabinami maszynowymi powinno pój  łatwo. 

Walker wzruszył ramionami. 

— Je li chodzi o mnie, to w porz dku — rzekł. Coertze powiedział: 

— Chod cie — i pobiegł z powrotem do miejsca, gdzie siedział Parker. — 

Wstawaj kêrel — rzucił. — Wojna jeszcze trwa. Gdzie, u diabła, jest Harrison? 

— Id ! — zawołał Harrison. 

— Znosimy ten majdan do drogi, ale biegiem — rozkazał Coertze. Spojrzał w 

dół zbocza. — Ten zakr t powinien by  lekker miejscem. 

— Jakim? — spytał Parker. Zawsze nabijał si  z południowoafryka skiego 

argonu Coertzego. 

— Mniejsza o to — uci ł Coertze. — Zanie cie ten majdan szybko do drogi. 

Czeka nas robota. 

Załadowali karabiny maszynowe i pod yli w dół zbocza. Na drodze Coertze 

przeprowadził szybkie rozpoznanie terenu. 

— Wyjad  wolno zza tego zakr tu — powiedział. — Alberto, we miesz 

Donata i umie cicie swój karabin maszynowy tak, aby cie mogli ostrzela  dwie 

ostatnie ci arówki. Dwie ostatnie, zrozumiano? Rozwalcie je szybko, tak  eby 

reszta nie mogła si  wycofa . 

Odwrócił si  do Harrisona i Parkera. 

— Ustawcie swój karabin tam, po drugiej stronie, i rozwalcie pierwszy wóz. 

Wtedy reszta b dzie zablokowana. 

— A co ja mam robi ? — zapytał Walker. 

— Pójdziesz ze mn . 

Coertze ruszył biegiem, Walker za nim. Przed zakr tem porzucił drog  i 

wspi ł si  na mały pagórek, z którego miał dobry widok na niemiecki konwój. 

Gdy Walker osun ł si  na ziemi  obok niego, Coertze miał ju  wyregulowan  

lornetk . 

— S  cztery ci arówki, a nie sze  — powiedział. — Z przodu wóz 

dowodzenia, a przed nim kombinowany motocykl. Wygl da jak to BMW z 

karabinem maszynowym na przyczepie. 

Podał szkła Walkerowi. 

— Jak daleko jest od ko ca kolumny do wozu dowodzenia? Walker spojrzał 

na zbli aj ce si  pojazdy. 

— Około sze dziesi ciu pi ciu jardów — ocenił. Coertze wzi ł szkła. 

— W porz dku. Wrócisz drog  sze dziesi t pi  jardów, tak  e w chwili, gdy 

ostatnia ci arówka wyjedzie zza zakr tu, wóz sztabowy znajdzie si  na twojej 

wysoko ci. Mniejsza o motocykl, ja si  nim zajm . Wracaj i powiedz chłopcom, 

background image

 

14 

eby nie strzelali, dopóki nie usłysz  gło nych wybuchów; ju  ja si  o to 

postaram. Ka  im skoncentrowa  si  na ci arówkach. 

Spojrzał za siebie. Karabiny maszynowe były niewidoczne, a droga wygl dała 

niewinnie. 

— Trudno o lepsz  zasadzk  — powiedział. — Mój oupa nigdy nie zastawił 

lepszej na Anglików — klepn ł Walkera po ramieniu. — Ruszaj ju . Pomog  ci 

przy wozie sztabowym, gdy tylko rozwal  motocykl. 

Walker ze lizn ł si  z pagórka i pu cił si  z powrotem drog , zatrzymuj c si  

przy karabinach maszynowych, aby przekaza  instrukcje Coertzego. Nast pnie 

jakie  sze dziesi t jardów od zakr tu wyszukał sobie odpowiedni  skał . 

Przykucn ł za ni  i sprawdził swój pistolet maszynowy. 

Po chwili usłyszał krzyk biegn cego drog  Coertzego. 

— Cztery minuty! B d  tu za cztery minuty. Jeszcze nie strzela . 

Coertze przebiegł obok niego i znikn ł na skraju drogi dziesi  jardów dalej. 

Walkerowi w tych warunkach cztery minuty wydawały si  czterema 

godzinami. Przycupn ł sam jeden i spogl dał na cich  drog , nie słysz c nic prócz 

bicia własnego serca. Po upływie, jak mu si  wydawało, długiego czasu doszedł go 

warkot silników i zgrzyt zmienianych biegów, a potem odgłos motocykla jad cego 

na wysokich obrotach. 

Przysun ł si  bli ej do skały i czekał. Złapał go skurcz nogi, a w ustach nagle 

mu zaschło. Warkot motocykla zagłuszał teraz wszystkie pozostałe odgłosy. 

Odbezpieczył bro . 

Zobaczył przeje d aj cy motocykl. Kierowc , który w swoich goglach 

wygl dał jak zjawa, i strzelca w przyczepce, z r kami zaci ni tymi na uchwycie 

zamontowanego przed nim karabinu maszynowego, nieustannie kr c cego głow  

i bacznie obserwuj cego drog . 

Niczym we  nie, ujrzał ukazuj c  si  jak na zwolnionym filmie r k  

Coertzego, niedbale wrzucaj cego do przyczepy granat. Granat zatrzymał si  

mi dzy jej obudow  a plecami strzelca, i gdy ten odwrócił si  zaskoczony, wraz z 

jego gwałtownym ruchem znikn ł we wn trzu przyczepy. 

Po chwili eksplodował. 

Przyczepa rozleciała si  na kawałki, a strzelcowi chyba urwało nogi. Motocykl 

potoczył si  przez drog  i Walker zobaczył, jak Coertze wychodzi, strzelaj c do 

kierowcy z automatu. Wówczas wychylił si  równie  i jego pistolet plun ł ogniem 

w stron  wozu sztabowego. 

Wcze niej ustawił si  bardzo starannie, wi c dobrze przewidział, gdzie mo e 

znajdowa  si  kierowca. Gdy zacz ł strzela , nie musiał mierzy  — szyba 

rozprysła si  dokładnie w miejscu, gdzie siedział  ołnierz. 

Dochodził do niego grzechot karabinów maszynowych strzelaj cych długimi 

seriami w ci arówki, nie miał jednak czasu ani ochoty ogl da  si  w tamtym 

kierunku, musiał bowiem uskoczy  przed wozem sztabowym, który prowadzony 

r k  trupa zatoczył łuk w jego stron . 

Oficer na siedzeniu pasa era stał, szarpi c si  nerwowo z zapi ciem kabury 

pistoletu. Coertze strzelił, a Niemiec run ł i zawisł groteskowo, przewieszony 

przez metalow  ram  rozbitej szyby, jak gdyby nagle zmienił si  w szmacian  

background image

 

15 

lalk . Pistolet, którego nie zd ył u y , wysun ł mu si  z r ki i ze stukotem upadł 

na ziemi . 

Ze zgrzytem rozpruwanej blachy wóz sztabowy wpadł na skał  obok drogi i 

stan ł gwałtownie, przewracaj c stoj cego z tyłu  ołnierza, który strzelał do 

Walkera. Walker usłyszał kule przelatuj ce mu nad głow  i poci gn ł za spust. Z 

tuzin kul trafiło w Niemca i wtłoczyło go z powrotem w siedzenie. Zdaniem 

Walkera odległo  wynosiła około dziewi ciu stóp i przysi gał,  e słyszał 

uderzenia kul. Brzmiały jak trzepanie rózgi po mi kkim dywanie. 

Coertze krzyczał i gwałtownie gestykuluj c przywoływał Walkera do 

ci arówek. Podbiegł tam i zobaczył,  e pierwsza ci arówka została zatrzymana. 

Na wszelki wypadek posłał jeszcze seri  w stron  kabiny, po czym ukrył si  za 

gor c  chłodnic , aby załadowa  bro . 

Nim si  z tym uporał, walka dobiegła ko ca. Wszystkie pojazdy zostały 

unieruchomione, a Alberto i Donato eskortowali do przodu dwóch oszołomionych 

je ców. 

— Parker, cofnij si  i zobacz, czy jeszcze kto  nie nadje d a — rzucił Coertze, 

po czym odszedł w tył, aby spojrze  na chaos, który spowodował. 

Dwaj ludzie w motocyklu zgin li na miejscu, tak samo jak trójka w wozie 

sztabowym. W ka dej ci arówce znajdowało si  po dwóch  ołnierzy w szoferce i 

jeden z tyłu. Wszyscy w szoferkach zgin li w ci gu dwudziestu sekund od chwili, 

gdy karabiny maszynowe otworzyły ogie . 

— Nie mogli my chybi  z dwudziestu jardów — powiedział Harrison. — Po 

prostu pu cili my seri  w pierwsz  ci arówk , a pó niej dali my szpryc  drugiej. 

Przypominało to rozbijanie kokosu z haubicy. Dziecinnie proste. 

Z siedemnastu ludzi po stronie niemieckiej ocalało dwóch, z których jeden był 

lekko ranny w rami . 

— Zauwa yłe  co ? — spytał Coertze. 

Walker pokr cił głow . Dr ał jeszcze z emocji po dopiero co stoczonej walce i 

w tym stanie nie był zbyt spostrzegawczy. 

Coertze podszedł do jednego z je ców i palcem wskazał emblemat na 

kołnierzyku. M czyzna skulił si  ze strachu. 

— Oni s  esesmanami. Wszyscy. 

Odwrócił si  i podszedł do wozu sztabowego. Oficer le ał na plecach, połowa 

ciała znajdowała si  w  rodku, połowa zwieszała si  przez drzwi. Puste oczy, w 

których odbijała si  groza  mierci, wpatrywały si  w niebo. Coertze spojrzał na 

niego, po czym schylił si  i z przedniego siedzenia wyci gn ł skórzan  aktówk . 

Była zamkni ta. 

— Jest w tym co  dziwnego — powiedział. — Dlaczego jechali t  drog ? 

Harrison odparł: 

— Wiesz, t dy mieli szans  si  przedosta . My znale li my si  tu tylko 

przypadkiem. 

— Wiem — powiedział Coertze. — To był dobry pomysł i prawie im si  udało 

— to wła nie mnie zastanawia. Szkopy na ogół nie grzesz  wyobra ni . Post puj  

zawsze zgodnie z instrukcjami i regulaminami. Dlaczego wi c mieliby zrobi  co  

odmiennego? Chyba  e nie był to zwyczajny oddział. 

Spojrzał na ci arówki. 

background image

 

16 

— Nie le byłoby sprawdzi , co w nich jest. Wysłał Donata, aby strzegł drogi 

powy ej, od północy, a reszta poszła zbada  ci arówki, z wyj tkiem pilnuj cego 

je ców Alberta. Harrison zajrzał pod plandek  pierwszego wozu. 

— Niewiele tu jest. 

Walker spojrzał do  rodka i zobaczył,  e podłog  ci arówki wypełniaj  

skrzynki — małe drewniane skrzynki, długie na jakie  osiemna cie cali, szerokie 

na stop  i wysokie na sze  cali. 

— Cholernie mały ładunek — powiedział. Coertze zmarszczył brwi. 

— Gdzie  ju  widziałem podobne, ale nie potrafi  powiedzie  gdzie. 

Wyci gnijmy jedn . 

Walker i Harrison wspi li si  na ci arówk , odsuwaj c na bok ciało 

martwego Niemca. Harrison chwycił róg najbli szej skrzynki. 

— Wielki Bo e! — powiedział. — To cholerstwo jest chyba przybite do 

podłogi. 

Walker pomógł mu i skrzynka przesun ła si . 

— Nie, nie jest, ale musi by  pełne ołowiu. Coertze opu cił tyln  klap . 

— My l ,  e lepiej j  wyci gn  i otworzy  — powiedział ochrypłym nagle z 

podniecenia głosem. 

Walker i Harrison przesun li skrzynk  na brzeg i zrzucili. Z gło nym 

t pni ciem spadła na zakurzon  drog . 

— Daj mi ten bagnet — powiedział Coertze. 

Walker wzi ł bagnet zabitego Niemca i wr czył go Coertzemu, który zacz ł 

podwa a  wieko. Gwo dzie skrzypn ły, gdy pokrywa skrzyni uniosła si . Coertze 

oderwał j  i powiedział: 

— Tak te  my lałem. 

— Co to jest? — zapytał Harrison, tr c brew. 

— Złoto — odparł Coertze spokojnie. Wszyscy zamarli w bezruchu. 

Walker był ju  bardzo pijany, gdy doszedł w swojej opowie ci do tego 

miejsca. Chwiał si  na nogach i złapał si  kraw dzi baru, aby utrzyma  

równowag , gdy powtórzył z namaszczeniem. 

— Złoto. 

— Na miły Bóg, co z nim zrobili cie? — spytałem. — I ile go tam było? 

Walker czkn ł cicho. 

— A mo e jeszcze jednego? — powiedział. Skin łem na barmana i odparłem: 

— Daj spokój, nie trzymaj mnie w niepewno ci. Spojrzał na mnie z ukosa. 

— Słowo daj , nie powinienem był tego mówi  — powiedział. — A zreszt , 

niech to diabli! Nie ma to ju  teraz znaczenia. No wi c było tak... 

Przez dług  chwil  stali patrz c na siebie, po czym odezwał si  Coertze: 

— Wiedziałem,  e znam te skrzynki. Takich samych u ywaj  w Reef przy 

pakowaniu sztab do przewozu statkiem. 

Gdy stwierdzili,  e wszystkie skrzynie w tej ci arówce s  równie ci kie, 

rzucili si  do pozostałych wozów. Pocz tkowo byli rozczarowani — drug  

ci arówk  wypełniały skrzynie zawieraj ce dokumenty i akta. 

Coertze si gn ł do skrzynki i wyrzucaj c papiery rzekł: 

— Có  to, u diabła, za szpargały? — w jego głosie słycha  było zawód. 

Walker wzi ł jedn  kartk  i przejrzał pobie nie. 

background image

 

17 

— Wygl da na jakie  włoskie dokumenty rz dowe. Mo e wszystkie s   ci le 

tajne. 

Z wn trza wozu doszedł zduszony głos Harrisona. 

— Hej, chłopaki, popatrzcie, co znalazłem. Wyszedł z r kami pełnymi paczek 

banknotów — czystych,  wie o wydrukowanych lirów. 

— Jest tam tego przynajmniej jedna skrzynia — powiedział. — A mo e 

wi cej. 

W trzeciej ci arówce znajdowały si  kolejne skrzynki ze złotem, chocia  nie 

tyle co w pierwszej. Było te  kilkana cie solidnie zbudowanych, zamkni tych 

skrzy  drewnianych. Wkrótce uległy pod naporem bagnetu. 

— Chryste! — rzekł Walker, gdy otworzył pierwsz . Z nabo n  czci  

wyci gn ł migocz cy wspaniale naszyjnik z brylantów i szmaragdów. 

— Ile to jest warte? — zapytał Coertze Harrisona. Harrison bez słowa 

potrz sn ł głow . 

— Jezu, sk d miałbym wiedzie  — u miechn ł si  słabo. — Te kamienie nie 

s  w moim stylu. 

Przetrz sali skrzynie, gdy nagle Coertze wyci gn ł złot  papiero nic . 

— Jest na niej napis — powiedział i odczytał gło no: — Caro Benito da parte 

di Adolfe, Brennero — 1940. Harrison rzekł wolno: 

— Hitler miał spotkanie z Mussolinim na przeł czy Brenner w 1940 roku. 

Wtedy wła nie Musso postanowił wł czy  si  do wojny po stronie niemieckiej. 

— Teraz ju  wiemy, do kogo to nale y — powiedział Walker  wskazuj c r k . 

— Albo nale ało — powtórzył wolno Coertze. — Lecz do kogo nale y teraz? 

Spojrzeli po sobie. Cisz  przerwał Coertze: 

— Chod cie, zobaczymy, co jest w ostatniej ci arówce. Czwarty wóz był 

pełen skrzy  równie  wypełnionych papierami. Jednak oprócz nich znajdowała 

si  tam jeszcze skrzynia z koron . Harrison uniósł j  z wysiłkiem. 

— Kim jest olbrzym chodz cy w niej po pałacu? — spytał retorycznie. 

Korona była bogato inkrustowana rubinami i szmaragdami, lecz bez brylantów. 

Była wyj tkowo okazała i bardzo ci ka. 

— Nic dziwnego,  e mówi si : „Koronowana głowa nigdy nie zazna spokoju" 

— zakpił Harrison. Umie cił koron  w skrzyni. 

— No wi c, co robimy? Coertze podrapał si  po głowie. 

— Niezły problem — przyznał. 

— Uwa am,  e powinni my to zatrzyma  — stwierdził Harrison bez ogródek. 

— Jest nasze, prawem zdobywcy. 

Wypowiedziana została gło no my l, do której nikt nie chciał si  przyzna , z 

wyj tkiem bezpo redniego jak zwykle Harrisona. 

Atmosfera oczy ciła si  i łatwiej było podj  decyzj . 

— Uwa am,  e powinni my  ci gn  reszt  chłopaków i zrobi  głosowanie — 

powiedział Coertze. 

— Je li nie b dzie tajne, nic nie da — niemal oboj tnie odparł Harrison. 

Zrozumieli, o co mu chodzi. Je li cho  jeden z nich sprzeciwiłby si  i zechciał 

powiedzie  o skarbie hrabiemu, wówczas głosowanie i tak byłoby bezu yteczne. 

W ko cu Walker powiedział: 

— Mo e tak, mo e nie. Przegłosujemy i zobaczymy. 

background image

 

18 

Na drodze panował spokój, wi c sprowadzono Donata i Parkera z ich 

posterunków. Je cy zostali zamkni ci w ci arówce, aby Alberto równie  mógł si  

przył czy  do dyskusji. Zasiedli niczym jaka  komisja gospodarcza. 

Harrison niepotrzebnie si  martwił — głosowanie było jednomy lne. Pokusa 

okazała si  zbyt wielka, aby mogło sta  si  inaczej. 

— Jedno jest pewne — powiedział Harrison. — Je li ten cały majdan zniknie, 

zostanie przeprowadzone olbrzymie  ledztwo. I to bez wzgl du na to, kto wygra t  

wojn . Rz d włoski nie spocznie, dopóki tego nie odnajdzie — szczególnie tych 

papierów. Zało  si ,  e to prawdziwy dynamit. 

Coertze zamy lił si . 

— To znaczy,  e musimy ukry  i skarb, i pojazdy. N i c nie mo e zosta  

odnalezione. Musi wygl da  tak, jak gdyby cało  rozpłyn ła si  w powietrzu. 

— Co my z tym zrobimy? — zapytał Parker. Spogl dał na kamienisty grunt i 

cienk  warstw  gleby. — Mogliby my zakopa  sam skarb, gdyby my po wi cili 

na to tydzie , ale nie ma si  nawet co bra  do zakopywania ci arówki, nie 

mówi c o czterech. 

Harrison pstrykn ł palcami. 

— Stare kopalnie ołowiu — powiedział. — S  niedaleko st d. Twarz 

Coertzego rozja niła si . 

— Ja — powiedział. — Jest tam jedna sztolnia, w której zmie ciłoby si  

wszystko. 

Parker odezwał si : 

— Jakie kopalnie ołowiu i co to takiego, na miło  bosk , sztolnia? 

— Sztolnia to poziomy szyb wykonany w zboczu góry — odparł Harrison. — 

Te kopalnie zostały opuszczone na przełomie wieku. Nikt ju  si  do nich nie 

zbli a. 

— Wprowadzimy wszystkie pojazdy do  rodka... — rzekł Alberto. 

— ...i wysadzimy wej cie — doko czył przej ty Coertze. 

— Mo e zatrzymaliby my par  klejnotów? — zasugerował Walker. 

— Nie — odparł ostro Coertze. — To zbyt niebezpieczne. Harrison ma racj . 

Kiedy ten majdan zniknie na dobre, rozp ta si  piekło. Wszystko musi zosta  

zakopane, dopóki zostało jeszcze troch  czasu. 

— Znasz jakich  dobrych paserów? — spytał ironicznie Harrison. — Bo je li 

nie, to w jaki sposób si  ich pozb dziemy? 

Postanowili zakopa  wszystko: samochody, ciała, złoto, papiery, kosztowno ci. 

Przepakowali ci arówki, do dwóch ładuj c kosztowno ci, a papiery i zwłoki do 

dwóch pozostałych. Mieli zamiar wprowadzi  do tunelu jako pierwszy wóz 

sztabowy z wrzuconym na tył motocyklem, nast pnie ci arówki wyładowane 

papierami i ciałami, a na ko cu wozy ze złotem i kosztowno ciami. 

— Tym sposobem b dziemy mogli łatwo wydosta  rzeczy, na których 

najbardziej nam zale y — powiedział Coertze. 

Transport ci arówek nie stanowił problemu. Z zakurzonej drogi, na której 

si  znajdowali, odchodził nie u ywany szlak prowadz cy do kopalni. Dojechali 

tam i w ustalonej kolejno ci wprowadzili ci arówki do najwi kszego tunelu. 

Coertze i Harrison przygotowali ładunek do wysadzenia wej cia. Była to prosta 

background image

 

19 

robota i zaj ła im zaledwie kilka minut. Nast pnie Coertze zapalił lont i przybiegł 

z powrotem. 

Kiedy kurz opadł, zobaczyli,  e wylot tunelu został całkowicie zablokowany, 

tworz c kosztowny grobowiec dla siedemnastu ludzi. 

— Co powiemy hrabiemu? — zapytał Parker. 

— Powiemy,  e po drodze mieli my drobne kłopoty — odparł Coertze. — W 

ko cu tak te  było, no nie? — u miechn ł si  szeroko i nakazał wymarsz. 

Po powrocie usłyszeli,  e Umberto wpakował si  w kłopoty i stracił wielu 

ludzi. Komuni ci nie zjawili si  i nie miał wystarczaj cej liczby karabinów 

maszynowych. 

— Chcesz powiedzie ,  e złoto wci  tam jest? — zapytałem. 

— Zgadza si  — rzekł Walker i waln ł pi ci  w bufet. — Napijmy si  jeszcze 

jednego. 

Pó niej niewiele ju  z niego wydobyłem. Mózg miał rozpuszczony w brandy i 

wci  gadał bez sensu, lecz na jedno pytanie odparł przytomnie. 

— Co si  stało z tymi dwoma niemieckimi je cami? 

— Ach, z nimi — odparł niedbale. — Zostali zastrzeleni w czasie ucieczki. 

Zrobił to Coertze. 

 

Walker był tamtej nocy zbyt pijany, wzi łem wi c jego adres od klubowego 

stewarda, wpakowałem go do taksówki i zapomniałem o nim. Nie przykładałem 

zbyt wielkiej wagi do jego opowie ci — traktowałem j  jak bredzenie pijaka. 

Mo e znalazł co  we Włoszech, w tpiłem jednak, aby to było co  du ego — moja 

wyobra nia nie mogła pomie ci  wizji czterech ci arówek załadowanych złotem i 

kosztowno ciami. 

Jednak nie dane mi było zapomnie  o nim na dłu ej, gdy  w nast pn  

niedziel  ponownie ujrzałem, jak w barze klubowym wpatruje si  sm tnie w 

kieliszek brandy. Uniósł głow , dostrzegł moje spojrzenie i pospiesznie odwrócił 

wzrok jak gdyby zawstydzony. Nie podszedłem,  eby z nim porozmawia  — nie 

przepadałem za pijakami. 

Nieco pó niej tego samego popołudnia, gdy wyszedłem z basenu i z 

przyjemno ci  paliłem papierosa, nagle zdałem sobie spraw ,  e Walker stoi obok 

mnie. Uniosłem wzrok, a on rzekł zakłopotany: 

— Chyba jestem panu winien jakie  pieni dze... za taksówk  tamtej nocy. 

— Daj pan spokój — odparłem krótko. Przykl kn ł obok. 

— Przepraszam za wszystko, co si  stało. Czy narobiłem jakich  kłopotów? 

U miechn łem si . 

— Nie pami ta pan? 

— Kompletnie nic — wyznał. — Nie wpl tałem si  chyba w jak  bójk  czy 

co  takiego, co? 

— Nie, po prostu rozmawiali my. Zamrugał oczami. 

— O czym? 

— O pana prze yciach we Włoszech. Opowiedział mi pan dziwn  histori . 

— Powiedziałem panu o złocie? Skin łem głow . 

— Zgadza si . 

background image

 

20 

— Spiłem si  — powiedział. — Ur n łem si  jak głupiec. Nie powinienem był 

o tym mówi . Nie wspomniał pan o tym nikomu, co? 

— Nie, nie wspomniałem — odparłem. — Chyba nie chce pan powiedzie ,  e 

to prawda? — teraz z pewno ci  nie był pijany. 

— To jest prawda — rzekł ci ko. — Ten majdan wci  tam jest — w ziemi 

we Włoszech. Wolałbym, aby pan o tym nie mówił. 

— Nie b d  — obiecałem. 

— Chod my si  napi  — zaproponował. 

— Nie, dzi kuj  — powiedziałem. — Id  teraz do domu. Wygl dał na 

przygn bionego. 

— W porz dku — powiedział. Patrzyłem za nim, jak wlecze si  w stron  

klubu. 

Od tego czasu najwyra niej nie mógł si  ode mnie odczepi , jak gdyby oddał 

mi w posiadanie cz  samego siebie i musiał sprawdza , czy przechowuj  j  

bezpiecznie. Zachowywał si  tak, jakby my obaj uczestniczyli w jakim  spisku: 

cz sto kiwał znacz co głow  lub mru ył oko, a kiedy s dził,  e kto  mo e nas 

usłysze , zmieniał nagle temat. 

Gdy si  go poznało bli ej, robił lepsze wra enie, oczywi cie je li pomin  

pocz tkowe stadium alkoholizmu. Nie był pozbawiony pewnego uroku, gdy si  o 

to starał, a mnie z pewno ci  chciał oczarowa . Nie s dz , aby nastr czało mu to 

wiele trudno ci. Byłem obcym na obcej ziemi, a on stanowił jakie  towarzystwo. 

Powinien był zosta  aktorem, gdy  miał wielki talent mimiczny. Kiedy 

opowiadał mi histori  złota, jego ruchliwa twarz stale ulegała 

przemianom, a głos zmieniał si  tak,  e niemal mogłem zobaczy  bycz  głow  

Coertzego, łagodnego Donata i obdarzonego twardsz  natur  Alberta. Chocia  

normalnie mówił z lekkim południowoafryka skim akcentem, je li chciał, mógł 

si  go pozby , aby przyj  gardłow  wymow  Afrykanera lub szybk  i sycz c  

Włocha. Po włosku mówił szybko i płynnie, zapewne był jednym z tych ludzi, 

którzy potrafi  nauczy  si  j zyka w ci gu kilku tygodni. 

Zaczynałem wierzy  w prawdziwo  jego opowie ci. Była zbyt szczegółowa. 

Du e wra enie zrobił na mnie fragment dotycz cy dedykacji na papiero nicy. Nie 

potrafiłem sobie wyobrazi , aby Walker mógł co  takiego wymy li . Poza tym 

mówił nie tylko przy brandy. Wci  trzymał si  tej samej historii, która przy 

wielokrotnym powtarzaniu nie zmieniała si  ani odrobin  — czy opowiadał po 

pijanemu, czy na trze wo. 

Pewnego razu powiedziałem: 

— Jednego tylko nie mog  sobie wyobrazi  — tej wielkiej korony. 

— Alberto uwa ał,  e to korona króla Etiopii — odparł Walker. — Nie nosiło 

si  jej po pałacu. U ywali jej tylko do koronacji. Brzmiało to logicznie. 

— Sk d wiesz,  e inni ju  tego nie odkopali? — powiedziałem. — Jest jeszcze 

Harrison i Parker, a dla obu Włochów byłoby to całkiem proste. S  na miejscu. 

Walker pokr cił przecz co głow . 

— Nie, jest tylko Coertze i ja. Pozostali zgin li — wykrzywił usta. — Wygl da 

na to,  e przebywanie blisko Coertzego jest niezdrowe. W ko cu przestraszyłem 

si  i zwiałem. 

Spojrzałem na niego surowo. 

background image

 

21 

— Czy chcesz powiedzie ,  e Coertze ich zamordował? 

— Nie gadaj za mnie — odparł Walker ostro. — Ja tego nie powiedziałem. 

Wiem tylko,  e czterej ludzie zgin li, gdy znajdowali si  blisko Coertzego. — 

Wyliczył ich na palcach. — Harrison był pierwszy — stało si  to zaledwie trzy dni 

od zakopania skarbu. 

Stukn ł w drugi palec. 

— Nast pny poszedł Alberto — widziałem, jak to si  stało. Czysty wypadek, 

jaki mógłby zaaran owa  ka dy. Pó niej Parker. Zgin ł w akcji, tak samo jak 

Harrison, i tak jak w przypadku Harrisona jedyn  osob  znajduj c  si  w 

pobli u był Coertze. 

Uniósł w gór  trzy palce i wolno wyprostował czwarty. 

— Ostatni był Donato. Znaleziono go niedaleko obozu z dziur  w głowie. 

Powiedzieli,  e wspinał si  na skały, wi c orzeczenie brzmiało: przypadkowa 

mier .  Lecz nie dla mnie.  Miałem tego dosy  — odszedłem i ruszyłem na 

południe. 

Przez jaki  czas zastanawiałem si  nad tym, a potem powiedziałem: 

— Co miałe  na my li mówi c,  e widziałe , jak został zabity Alberto? 

— Był to krótki wypad — rzekł Walker. — Wszystko poszło dobrze, ale 

Niemcy ruszyli si  szybko i osaczyli nas. Musieli my wydosta  si  drug  stron , 

lecz w tym wypadku było to urwisko. Coertze dobrze sobie radził w górach i 

poszli z Albertem jako pierwsi. Coertze prowadził. Powiedział,  e chce znale  

drog  na dół, wszystko si  zgadzało — zazwyczaj tak wła nie robił. 

Ruszył po wyst pie w skale i znikn ł nam z oczu. Wkrótce ukazał si  

ponownie i dał Albertowi sygnał,  e wszystko w porz dku. Wrócił i powiedział,  e 

mo na ju  zacz  schodzi , wi c razem z Parkerem poszli my jako nast pni. 

Ruszyli my w  lad za Albertem, a kiedy wyszli my zza zakr tu, zobaczyli my,  e 

utkn ł. Wpakował si  w tak  dziur , z której nie mógł nawet zawoła  o pomoc. 

Kiedy tam dotarli my, stracił ju  panowanie nad sob . Widzieli my, jak dygotał i 

trz sł si . Znalazł si  na skraju urwiska z cholernie gł bok  przepa ci  u dołu, 

band  Niemców gotow  go dopa  na górze, i trz sł si  jak galareta. 

Parker krzykn ł,  eby Coertze zszedł do nas. Gdy nas mijał, powiedział,  e 

pójdzie pomóc Albertowi. Doszedł do niego i Alberto spadł. Przysi gam,  e 

Coertze pchn ł go. 

— Czy widziałe , jak Coertze go popchn ł? — zapytałem. 

— Nie — przyznał Walker. — Nie mogłem dostrzec Alberta, kiedy Coertze 

nas min ł. Coertze to pot ny facet, no i nieprzezroczysty. Dlaczego jednak dał 

Albertowi znak,  e wszystko w porz dku i mo e pój  po wyst pie? 

— Mogła to by  zupełnie niezawiniona pomyłka. Walker skin ł głow . 

— Wówczas te  tak my lałem. Pó niej Coertze powiedział,  e Alberto nie 

musiał i  tak daleko. Tam była łatwiejsza droga na dół, nie opodal miejsca, gdzie 

utkn ł Alberto. Coertze sprowadził nas tamt dy. 

Zapalił papierosa. 

— Kiedy jednak w nast pnym tygodniu został zastrzelony Parker, ponownie 

zacz łem my le  o tamtym wypadku. 

— Jak to si  stało? Walker wzruszył ramionami. 

background image

 

22 

— Normalna rzecz. Wiesz, jak jest w czasie walki. Kiedy wszystko si  

sko czyło, znale li my Parkera z dziur  w głowie. Nikt nie widział, jak to si  

stało, ale Coertze znajdował si  najbli ej — zamilkł na chwil . — Parker miał 

dziur  w tyle głowy. 

— Niemieck  kul ? 

Walker prychn ł. 

— Bracie, nie mieli my czasu na sekcj , zreszt  i tak nic by nie wyja niła — 

u ywali my niemieckiej broni i amunicji — wszystko zdobyczne, a Coertze 

u ywał niemieckiej broni zawsze: twierdził,  e jest lepsza od angielskiej. 

Walker zamy lił si . 

— Zacz łem powa nie si  nad tym zastanawia . Wszystko działo si  jak na 

zawołanie — ci faceci gin cy tak nagle. Kiedy oberwał Donato, wyniosłem si . 

Legion Cudzoziemski i tak prawie si  rozleciał. Odczekałem, a  hrabia wysłał 

gdzie  Coertzego, zebrałem swój sprz t, po egnałem si  i ruszyłem na południe do 

linii aliantów. Miałem szcz cie — przedostałem si . 

— A co z Coertzem? 

— Został z hrabi , dopóki nie przyszli jankesi. Kilka lat temu widziałem go w 

Jo'burgu. Przechodziłem przez ulic ,  eby wej  do pubu, kiedy zobaczyłem 

wychodz cego Coertzego. Zmieniłem zamiar. Napiłem si , ale nie w  t a m t y m  

pubie. 

Wstrz sn ł nim nagły dreszcz. 

— Wol  trzyma  si  od Coertzego jak najdalej. Cape Town i Johannesburg 

dzieli tysi c mil. Powinno wystarczy  — wstał gwałtownie. — Na miło  bosk , 

napijmy si  czego . 

Poszli my wi c na drinka, a  ci lej mówi c na kilka. 

 

W ci gu nast pnych kilku tygodni widziałem,  e bliski był przedstawienia mi 

propozycji. Stwierdził,  e nale y mu si  troch  pieni dzy i potrzebowałby dobrego 

przyjaciela. W ko cu powiedział wprost. 

— Słuchaj. W ubiegłym roku zmarł mój ojciec i powinienem dosta  dwa 

tysi ce funtów, je eli uda mi si  je wyrwa  z r k prawnika. Za dwa tysi ce 

funtów mógłbym pojecha  do Włoch. 

— Mógłby  — potwierdziłem. Przygryzł warg . 

— Hal, chc ,  eby  ze mn  pojechał. 

— Po złoto? 

— Zgadza si , po złoto. Na dwie równe cz ci. 

— A co z Coertzem? 

— Do diabła z Coertzem! — odparł Walker gwałtownie. — Nie chc  mie  z 

nim nic wspólnego. 

Zastanowiłem si . Byłem wówczas młody, pełen wigoru i co  takiego mi 

wła nie odpowiadało — je li Walker mówił prawd . A je li nie mówił prawdy, to 

niby dlaczego miałby opłaca  mój przejazd do Włoch? Zapowiadała si  

wspaniała przygoda, jednak wahałem si . 

— Dlaczego ja? — zapytałem. 

— Sam tego nie potrafi  zrobi  — odparł. — Coertzemu nie zaufałbym, a ty 

jeste  jedynym facetem, który wie o wszystkim. I ufam ci, Hal, naprawd . 

background image

 

23 

Zdecydowałem si . 

— Dobrze, umowa stoi. Ale s  pewne warunki. 

— Wykładaj je na stół. 

— To twoje picie musi si  sko czy  — powiedziałem. — Wszystko w 

porz dku, gdy jeste  trze wy, ale na bani robisz si  straszny. Poza tym sam wiesz, 

e mo esz si  z czym  wygada , jak jeste  wci ty. 

Pełna oczekiwania twarz przybrała stanowczy wyraz. 

— Zrobi  tak, Hal, nie wezm  do ust ani kropli — obiecał. 

— W porz dku — powiedziałem. — Kiedy zaczynamy? 

Teraz widz ,  e byli my par  naiwnych, młodych głupców. My leli my,  e uda 

si  nam bez wi kszych trudno ci wyci gn  z dziury w ziemi kilka ton złota. 

Nie mieli my poj cia, ile trzeba b dzie wymy li  i zorganizowa , zanim 

cokolwiek zdołamy osi gn . 

— Prawnik mówi,  e ostateczny podział maj tku zostanie przeprowadzony w 

ci gu jakich  sze ciu tygodni. Potem mo emy wyjecha  w ka dej chwili — 

powiedział Walker. 

Cz sto dyskutowali my na temat podró y. Walkera nie interesowały zbytnio 

praktyczne problemy zwi zane z wydobyciem złota ani to, co mieli my z nim 

pó niej zrobi . Był zahipnotyzowany wchodz cymi w gr  milionami. 

Pewnego razu powiedział: 

— Zdaniem Coertzego były tam cztery tony złota. Przy obecnej cenie daje to 

sporo ponad milion funtów. Oprócz tego s  jeszcze wypchane fors  skrzynie. Do 

wielkiej skrzyni pakunkowej mo na zmie ci  cholernie du o lirów. 

— Banknoty mo esz sobie odpu ci  — odparłem. — Wydaj tylko jeden znich, 

a cała włoska policja wsi dzie ci na kark. 

— Mo emy je wyda  poza Włochami — rzekł ponuro. 

— Wówczas b dziesz miał do czynienia z Interpolem. 

— No dobra — powiedział niecierpliwie. — Damy sobie spokój z lirami. Ale 

zostaj  jeszcze kosztowno ci: pier cienie, naszyjniki, brylanty i szmaragdy — 

oczy mu płon ły. — Zało  si ,  e s  warte wi cej ni  złoto. 

— Lecz nie tak łatwo ich si  pozby  — powiedziałem. 

Coraz bardziej gn biły mnie problemy praktyczne. Co gorsza, Walker nie 

chciał mi zdradzi  poło enia tej kopalni, nie mogłem wi c niczego zaplanowa . 

Zachowywał si  jak dziecko przed zbli aj cym si  Bo ym Narodzeniem, 

niecierpliwie czekaj ce na prezenty pod choink . Nie mogłem go zmusi , aby 

trze wo ocenił fakty, i zacz łem si  powa nie zastanawia , czy nie zrezygnowa  z 

tego szalonego planu. Nie widziałem w perspektywie nic poza spartaczon  robot  

i prawdopodobnie dłu sz  odsiadk  we włoskim wi zieniu. 

W noc poprzedzaj c  wizyt  w biurze prawniczym, której celem miało by  

podpisanie ko cowych dokumentów i otrzymanie przez Walkera spadku, 

odwiedziłem go w hotelu. Na wpół pijany le ał na łó ku z butelk  pod r k . 

— Obiecałe  nie pi  — powiedziałem chłodno. 

— Taa... Hal, to co robi , to nie jest picie. Smakuj  tylko dla uczczenia. 

— Lepiej przerwij  wi towanie, dopóki nie przeczytasz gazety — 

powiedziałem. 

— Jakiej gazety? 

background image

 

24 

— Tej — odparłem i wyj łem j  z kieszeni. — Ten mały kawałek u dołu 

strony. 

Wzi ł gazet  i spojrzał na mnie nieprzytomnie. 

— Co mam przeczyta ? 

— Notatk  zatytułowan : „Włosi skazani". 

Była to niewielka wzmianka, wypełniacz na dół strony. 

Walker nagle wytrze wiał. 

— Ale oni byli niewinni — wyszeptał. 

— Nie uratowało ich to przed oberwaniem po karku — powiedziałem 

brutalnie. 

— Bo e! — powiedział. — Wci  tego szukaj . 

— Oczywi cie — odparłem zniecierpliwiony. — B d  szukali, dopóki nie  

znajd .  — Zastanawiałem  si , czy Włochów bardziej interesuje złoto, czy 

dokumenty. 

Wstrz s otrze wił Walkera z euforycznych snów o nagłym bogactwie. Musiał 

przyzna ,  e wyci gni cie złota z włoskiej dziury miało swoje niebezpieczne 

strony. 

— Sytuacja si  zmieniła — rzekł wolno. — Na razie nie mo emy jecha . 

Musimy poczeka , a  wszystko przycichnie. 

— Czy to kiedykolwiek przycichnie? — spytałem. Uniósł na mnie wzrok. 

— Teraz nie jad  — powiedział ze stanowczo ci  spot gowan  l kiem. — 

Sprawa upadła. Upadła na dłu szy czas. 

W pewnym sensie ul yło mi. W Walkerze tkwiła niepokoj ca słabo , która 

napełniała mnie obawami. Od dłu szego czasu zastanawiałem si , czy dobrze 

robi  jad c z nim do Włoch. Teraz decyzja zapadła. 

Zostawiłem go przy typowej dla niego czynno ci — nalewaniu kolejnego 

drinka. 

W drodze do domu przyszło mi do głowy,  e dziennikarska relacja w całej 

rozci gło ci potwierdzała opowiadanie Walkera. A to ju  było co . 

 

Dawno min ła pora lunchu, gdy sko czyłem opowie . W gardle mi zaschło 

od mówienia. Oczy Jean zrobiły si  du e i okr głe. 

— Przypomina to historie znad Morza Karaibskiego — powiedziała. — Lub 

dreszczowiec Hammonda Innesa. Czy złoto wci  tam jest? 

Wzruszyłem ramionami. 

— Nie wiem. W gazetach nic na ten temat nie czytałem. Z tego, co wiem, je li 

Walker lub Coertze go nie wydobyli, nadal tam jest. 

— Co si  stało z Walkerem? 

— Dostał swoje dwa tysi ce — powiedziałem. — Pó niej rozpocz ł karier  

próbuj c wysuszy  gorzelnie. Wkrótce potem stracił prac  i znikn ł mi z oczu. 

Kto  mi mówił,  e wyjechał do Durbanu. W ka dym razie nie widziałem go od 

tamtego czasu. 

Ta historia zafascynowała Jean i zrobili my sobie potem z niej zabaw , 

wymy laj c sposoby wydostania z Włoch czterech ton złota. 

Oczywi cie były to jedynie akademickie rozwa ania. Jean miała wyobra ni  i 

niektóre z jej pomysłów były bardzo dobre. 

background image

 

25 

Problem stanowiło bowiem wywiezienie czterech ton złota tak, aby nikt 

niczego nie zauwa ył. 

W 1959 roku, dzi ki surowym oszcz dno ciom, spłacili my bankowi nasze 

zadłu enie. Stocznia przeszła na nasz  wył czn  własno . Uczcili my to 

poło eniem kilu pi tnastotonowca, który zaprojektowałem dla Jean i dla mnie. 

Mój stary, wierny „King Penguin", jeden z pierwszych w swojej klasie, nadawał 

si  co najwy ej do przybrze nej włócz gi. My jednak postanowili my,  e pewnego 

dnia wybierzemy si  na  eglug  po oceanie, i chcieli my mie  wi ksz  łód . 

Pi tnastotonowiec ma akurat odpowiednie wymiary, aby mo na go 

obsługiwa  i wygodnie na nim mieszka  w dwie osoby. Ta łód  miała mie  

czterdzie ci stóp długo ci całkowitej, trzydzie ci stóp na linii wodnej, 

maksymalna szeroko  pokładu wynosiła jedena cie stóp. Przewidziałem 

umiarkowane o aglowanie do podró y oceanicznych oraz dodatkowo du y silnik 

Diesla. Chcieli my j  nazwa  „Sanford" dla uczczenia pami ci starego Toma. 

Po uko czeniu budowy mieli my zamiar wzi  roczny urlop i po eglowa  na 

północ, aby sp dzi  jaki  czas na Morzu  ródziemnym, po czym wróci  wzdłu  

Wschodniego Wybrze a, dokonuj c w ten sposób pełnego okr enia Afryki. 

W oczach Jean pojawił si  figlarny błysk. 

— Mo e z powrotem przywieziemy ze sob  złoto — powiedziała. 

W dwa miesi ce pó niej stało si  nieszcz cie. 

Zaprojektowałem łód  dla Billa Meadowsa i przesłałem mu rysunki do 

zatwierdzenia. Niefortunnym zbiegiem okoliczno ci plany pomieszcze  nie zostały 

wło one do przesyłki i Jean zaofiarowała si ,  e sama zawiezie je do Fish Hoek. 

Jechała drog  Chapman's Peak, z widokami na morze i góry znacznie 

pi kniejszymi ni  wszystko, co widziałem na Riwierze. Jean dostarczyła rysunki, 

a gdy wracała o zmierzchu, pijany kretyn w ameryka skim wozie sportowym 

zepchn ł j  z drogi i spadła z wysoko ci trzystu stóp do morza. 

Moje  ycie rozsypało si . 

Nie miało dla mnie  adnego znaczenia,  e kierowca dostał pi  lat za 

zabójstwo — nie przywróciło to Jean  ycia. 

Zaniedbałem stoczni  i gdyby nie Harry Marshall, interes zszedłby na psy. 

Wówczas wła nie dokonałem bilansu swojego  ycia. Miałem trzydzie ci sze  

lat i dobry interes, który lubiłem, teraz jednak nie za bardzo mi odpowiadał: 

byłem zdrów i pełen sił — budowa łodzi i  eglarstwo utrzymuj  człowieka w 

dobrej kondycji fizycznej — i nie miałem długów. Miałem nawet pieni dze, 

których wci  przybywało. 

Drug  stron  bilansu wypełniała straszliwa pustka po Jean, która odbierała 

temu wszystkiemu warto . 

Czułem,  e nie mog  zosta  w stoczni czy nawet w Cape Town, gdzie 

wspomnienie Jean  cigałoby mnie na ka dym kroku. Chciałem uciec. Czekałem, 

eby co  si  stało. 

Dojrzałem do awantury 

 

W kilka tygodni pó niej siedziałem w barze na Adderley Street z zamiarem 

wypicia jednego czy trzech. Nie znaczy to,  e wpadłem w nałóg, z pewno ci  

background image

 

26 

jednak piłem wi cej, ni  miałem w zwyczaju dotychczas. Wła nie zabrałem si  do 

trzeciej brandy, gdy poczułem szturchni cie w łokie  i jaki  głos powiedział: 

— Cze , dawno ci  nie widziałem. 

Odwróciłem si  i zobaczyłem stoj cego obok Walkera. 

Ostatnie lata nie obeszły si  z nim łaskawie. Schudł, rysy  niadej, przystojnej 

twarzy wyostrzyły si , na głowie pojawiła si  wyra na łysina. Ubranie było zmi te 

i wystrz pione. Roztaczał wokół siebie przygn biaj c  atmosfer . 

— Cze  — odparłem. — Sk d si  tu wzi łe ? — Wpatrywał si  w mój 

kieliszek brandy, wi c powiedziałem: — Napij si  ze mn . 

— Dzi ki — rzekł szybko. — Wezm  podwójn . 

Wiedziałem ju , co przydarzyło si  Walkerowi. Nie miałem jednak nic 

przeciwko temu, aby da  si  naci gn  na kilka drinków, wi c zapłaciłem za 

podwójn  brandy. 

Lekko dr c  r k  uniósł alkohol do ust, poci gn ł długi, wyt skniony łyk, po 

czym odstawił kieliszek opró niony w trzech czwartych. 

— Wygl dasz kwitn co — powiedział. 

— Wiedzie mi si  nie najgorzej. 

— Było mi przykro, gdy usłyszałem, co stało si  z twoj   on  — powiedział. 

Dostrzegł moje pytaj ce spojrzenie, wi c dodał pospiesznie. — Czytałem o tym w 

gazecie. S dziłem,  e to twoja  ona — miała takie samo nazwisko, i w ogóle. 

Pomy lałem,  e szukał mnie od jakiego  czasu. Starzy przyjaciele i znajomi s  

cenni dla alkoholika. Mo na ich naci gn  na drinka czy pi taka. 

— Sko czyło si  i lepiej o tym zapomnie  — powiedziałem krótko. 

Nie wiadomie rozdrapał na nowo ran : znów przywiódł mi na my l Jean. — Co 

teraz porabiasz? 

Wzruszył ramionami. 

— To i owo. 

— Nie znalazłe  ostatnio jakiego  złota? — zapytałem zło liwie. Chciałem mu 

odpłaci  za przypomnienie Jean. 

— Czy wygl dam na kogo  takiego? — odparł gorzko. Nieoczekiwanie dodał: 

— W ubiegłym tygodniu widziałem Coertzego. 

— Tutaj, w Cape Town? 

— Tak. Wła nie wrócił z Włoch. Spodziewam si ,  e jest znów w Jo'burgu. 

U miechn łem si . 

— Czy miał ze sob  złoto? Walker potrz sn ł przecz co głow . 

— Powiedział,  e nic si  nie zmieniło. — Nagle złapał mnie za rami . — Złoto 

wci  tam jest, nikt go nie znalazł. Wci  tam jest, w tym tunelu. Cztery tony 

złota i wszystkie kosztowno ci. — W jego głosie brzmiało szalone podniecenie. 

— Wi c dlaczego nic z tym nie zrobi? — spytałem. — Dlaczego nie pojedzie i 

nie wydob dzie go? Czemu obaj nie jedziecie? 

— Nie ufa mi — odparł Walker pos pnie. — Ledwo si  do mnie odezwał. — 

Wyci gn ł papierosa z mojego pudełka le cego na barze, a ja przypaliłem mu go 

ubawiony. — Nie tak łatwo wywie  je przez granic  — powiedział. — Nawet 

Wielki i Pot ny Sier ant Coertze nie znalazł sposobu. 

U miechn ł si  z wysiłkiem. 

background image

 

27 

— Wyobra  sobie — rzekł niemal rado nie. — Nawet taki Coertze, który ma 

przecie  głow  na karku, nie potrafi tego dokona . Wpakował złoto do dziury w 

ziemi i tak bardzo si  boi,  e nie próbuje go wyci gn  — zacz ł si   mia  

histerycznie. 

Uj łem go za rami . : 

— Uspokój si . Szybko zdusił  miech. 

— W porz dku — powiedział. — Postaw mi jeszcze jednego, zostawiłem 

portfel w domu. 

Przywołałem skinieniem barmana i Walker zamówił jeszcze jedn  podwójn . 

Zaczynałem rozumie  przyczyn  jego degrengolady: trwaj ca czterna cie lat 

wiadomo ,  e fortuna w złocie le y we Włoszech i czeka, aby j  zabra , z erała 

go jak rak. Ju  wówczas, gdy go poznałem dziesi  lat temu, zdawałem sobie 

spraw  ze słabo ci jego charakteru. Teraz wida  było,  e gorycz pora ki okazała 

si  ponad jego siły. Zastanawiałem si , jak radził sobie z tym Coertze. On 

przynajmniej zdawał si  co  robi , cho by tylko obserwuj c rozwój wypadków 

we Włoszech. Powiedziałem ostro nie: 

— Gdyby Coertze zechciał ci  zabra ,  czy zdecydowałby   si  pojecha  do 

Włoch, aby spróbowa  wydoby  złoto? Nagle znieruchomiał. 

— O co ci chodzi? — zapytał. — Rozmawiałe  z Coertzem? 

— Nie widziałem faceta na oczy. 

Walker nerwowo rozejrzał si  po barze, po czym wyprostował si . 

— No wi c, gdyby... mnie chciał i gdyby mnie potrzebował, gotów byłbym 

pojecha . — Powiedział to zuchwale, dało si  jednak wyczu  niech , gdy dodał: 

— Kiedy  mnie potrzebował, wiesz; potrzebował mnie, kiedy zakopywali cały 

majdan. 

— Chyba si  go nie boisz? 

— Co to znaczy boj  si ? Dlaczego miałbym si  go obawia ? Nikogo si  nie 

boj . 

— Byłe  pewny,  e popełnił co najmniej cztery morderstwa. Zmieszał si . 

— A, o to chodzi! To stara sprawa. I nigdy nie mówiłem,  e kogo  

zamordował. Nigdy tego nie powiedziałem. 

— Rzeczywi cie — nigdy tego nie powiedziałe . Poruszył si  nerwowo na 

barowym stołku. 

— A zreszt  jaki to ma sens? Nie poprosi, abym z nim jechał. Powiedział mi to 

w ubiegłym tygodniu. 

— Ale  tak, poprosi ci  — odparłem łagodnie. Walker szybko uniósł wzrok. 

— Dlaczego miałby to zrobi ? Powiedziałem cicho: 

— Poniewa  znam prosty sposób, aby zupełnie łatwo i w miar  bezpiecznie 

wywie  złoto z Włoch i dostarczy  je do dowolnego miejsca na  wiecie. 

Oczy rozwarły mu si  szeroko. 

— Co takiego? Jak mo esz tego dokona ? 

— Tego ci nie powiem — odparłem spokojnie. — W ko cu ty te  nie chciałe  

mi powiedzie , gdzie jest ukryte złoto. 

— No wi c, zróbmy tak — rzekł. — Powiem ci, gdzie jest, ty je wyci gniesz i 

szafa gra. Po co wci ga  do tego Coertzego? 

background image

 

28 

— Do tej roboty trzeba wi cej ni  dwóch ludzi — powiedziałem. — Poza tym 

zasługuje na udział: przez czterna cie lat pilnował tego złota, czyli zrobił o wiele 

wi cej ni  ty. — Nie wspomniałem o tym,  e uwa am Walkera za człowieka bez 

kr gosłupa. — Powiedz mi teraz, jak poradzisz sobie z Coertzem, je li to 

przejdzie? 

Zas pił si . 

— My l ,  e bez problemów, je li da mi spokój. Ale nie pozwol  mu na  adne 

kpiny. — Spojrzał na mnie zdziwiony, jakby dopiero teraz dotarło do niego, o 

czym mówimy. — Uwa asz,  e jest szansa, aby to wydosta , realna szansa? 

Skin łem głow  i zsun łem si  ze stołka. 

— A teraz przepraszam ci . 

— Dok d idziesz? — zapytał szybko. 

— Zadzwoni  do linii lotniczych — odparłem. — Chc  zarezerwowa  miejsce 

na jutrzejszy samolot do Jo'burga. Jad  zobaczy  si  z Coertzem. 

To był znak, na który czekałem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

29 

Rozdział 2 

 

COERTZE 

 

Podró  samolotem to cudowna rzecz. W południe nast pnego dnia 

wkraczałem ju  do pokoju hotelowego w Johannesburgu, o tysi c mil od Cape 

Town. 

W czasie lotu wiele my lałem o Coertzem. Zdecydowałem,  e je eli si  nie 

zgodzi, to cała sprawa stanie si  nieaktualna. Nie wyobra ałem sobie, abym mógł 

polega  na Walkerze. Musiałem te  obmy li  sposób namówienia Coertzego — z 

opowie ci Walkera wynikało,  e nie b dzie to zbyt łatwe. Mogłem go zrozumie  

— sam byłem twardym facetem, szczególnie gdy sytuacja tego wymagała. Jednak 

nie chciałem go do siebie zra a . Zapewne b dzie cholernie podejrzliwy, 

musiałem wi c działa  w r kawiczkach. 

Pozostawał jeszcze jeden problem — sfinansowanie wyprawy. Chciałem 

zatrzyma  stoczni  jako zabezpieczenie na wypadek, gdyby cała sprawa wzi ła w 

łeb. Pomy lałem jednak,  e gdybym odst pił Harry'emu Marshallowi udział w 

stoczni, sprzedał dom, samochód i jeszcze par  rzeczy, to mo e zdołałbym zebra  

około 25 tysi cy funtów — niezbyt wiele, bior c pod uwag  pomysł, który chodził 

mi po głowie. 

Wszystko jednak zale ało od Coertzego. U miechn łem si , przypominaj c 

sobie, gdzie pracował — miał posad  w Centralnym Zakładzie Przetopu, 

uszlachetniaj cym złoto ze wszystkich kopal  le cych w Reef. Przypuszczalnie w 

ci gu ostatnich kilku lat przez jego r ce przeszło wi cej złota, ni  wszyscy 

wodzowie pa stw Osi zagrzebali po całym  wiecie. 

Musiało go to nie le wkurza . 

Po południu zadzwoniłem do zakładu przetopu. Po chwili podniósł słuchawk . 

— Coertze — rzekł krótko. Przyst piłem do rzeczy. 

— Nazywam si  Halloran — powiedziałem. — Nasz wspólny znajomy, pan 

Walker z Cape Town, twierdzi,  e ma pan kłopoty ze zorganizowaniem dostawy 

towarów z Włoch. Pracuj  w bran y importowo-eksportowej i wydaje mi si ,  e 

mógłbym panu pomóc. 

Gł boka cisza wwiercała mi si  w ucho. 

— Moja firma jest w pełni wyposa ona do tego typu prac — powiedziałem. — 

W podobnych przypadkach nigdy nie mieli my wi kszych kłopotów z urz dami 

celnymi. 

Przypominało to rzucanie kamienia do bardzo gł bokiej studni i oczekiwanie 

na plusk. 

— Mo e by pan przyszedł zobaczy  si  ze mn  — powiedziałem. — Nie chc  

panu zabiera  teraz czasu, na pewno jest pan bardzo zaj ty. Prosz  przyj  o 

siódmej wieczorem i przedyskutujemy przy kolacji pa skie problemy. Mieszkam 

w Regency: to w Berea, w... 

— Wiem, gdzie to jest — przerwał Coertze. Miał gł boki głos, z szorstkim, 

gardłowym akcentem Afrykanera. 

— Dobrze, b d  na pana czekał — powiedziałem i odło yłem słuchawk . 

background image

 

30 

Ten pierwszy kontakt zadowolił mnie. Coertze był podejrzliwy, i słusznie — 

inaczej byłby głupcem. Gdyby jednak zjawił si  w hotelu, oznaczałoby to,  e 

złapał haczyk. Wystarczyłoby tylko szarpn  za link ,  eby go mocniej wbi . 

Miałem pewno ,  e przyjdzie; zmusi go do tego zwykła ludzka ciekawo . 

Gdyby nie przyszedł, znaczyłoby,  e nie jest człowiekiem. Albo  e jest 

nadczłowiekiem. 

Przyszedł, ale nie o siódmej. Zapukał do pokoju po ósmej, gdy ju  zaczynałem 

w tpi  w swój s d o słabo ciach natury ludzkiej, ustalił moj  to samo  i 

powiedział: 

— Damy sobie spokój z kolacj . Ju  jadłem. 

— W porz dku — odparłem. — A mo e drinka? — przeszedłem przez pokój 

i uj łem butelk  brandy. Miałem niemal pewno ,  e wybierze brandy — pije j  

wi kszo  Afrykanerów. 

— Napij  si  szkockiej — rzekł niespodziewanie. — Dzi kuj  — dodał po 

namy le. 

Nalewaj c drinki, obrzuciłem go spojrzeniem. Był masywnie zbudowany, miał 

szerokie ramiona i z pewno ci  sporo funtów. Czarne i raczej grube włosy okalały 

wiecznie nie ogolon  twarz. Zało yłbym si ,  e rozebrany wygl dał jak 

nied wied  grizzly. Nad miotaj cymi błyski ciemnymi oczami znajdowały si  

czarne, proste brwi. Dbał o siebie bez w tpienia bardziej ni  Walker: brzuch miał 

płaski, a z całej jego postaci emanowała aura zdrowia i t yzny. 

Podałem mu szklank  i usiedli my naprzeciw siebie. Był spi ty i czujny, cho  

próbował to zamaskowa  przesadn  nonszalancj  pozycji, jak  przybrał w fotelu. 

Przypominali my ludzi, którzy rozpoczynaj  pojedynek i dopiero co skrzy owali 

szpady. 

— Przyst pmy do rzeczy — powiedziałem. — Do  dawno temu Walker 

opowiedział mi bardzo interesuj c  histori  o pewnym złocie. Mieli my co  w tej 

sprawie zrobi , ale upłyn ło ju  dziesi  lat i nie wyszło nam. Mo e to i dobrze, bo 

zapewne spartoliliby my robot . 

Wycelowałem w niego palec. 

— Miałe  je na oku. Na pewno od czasu do czasu wyskakiwałe  do Włoch, 

eby zorientowa  si  na miejscu. Łamałe  sobie głow  próbuj c wymy li  sposób 

na wydostanie stamt d złota, ale nie byłe  w stanie nic zrobi . Jeste  

zablokowany. 

Nie zmienił wyrazu twarzy; byłby dobrym pokerzyst . Zapytał: 

— Kiedy ostatni raz widziałe  Walkera? 

— Wczoraj w Cape Town. 

Nieprzeniknion  dot d twarz wykrzywił drwi cy u miech. 

— I przyleciałe  do Jo'burga,  eby si  ze mn  zobaczy , bo jaki  dronkie 

opowiedział ci takie banialuki? Walker to gówno wart włócz ga. Codziennie 

widz  z tuzin takich jak on w Ogrodach Biblioteki — rzekł pogardliwie. 

— Mog  udowodni ,  e nie s  to  adne banialuki. Coertze siedział patrz c na 

mnie z kamiennym spokojem; szklanka whisky niemal znikn ła w jego pot nej 

pi ci. 

background image

 

31 

— To co robisz w tym pokoju? — spytałem. — Gdyby nie było  adnego złota, 

zapytałby  mnie tylko przez telefon, o czym, u diabła, mówi . Fakt,  e 

przyszedłe , dowodzi,  e co  w tym jest. 

Podj ł szybk  decyzj . 

— No dobra — powiedział. — Jak  masz propozycj ? 

— Wci  jeszcze nie wymy liłe  sposobu wywiezienia czterech ton złota z 

Włoch — powiedziałem. — Zgadza si ? U miechn ł si  wolno. 

— Załó my — rzekł ironicznie. 

— Ja znam bezpieczny sposób. 

Odstawił szklank  i wyj ł paczk  papierosów. 

— Có  to takiego? 

— Nie powiem ci. Jeszcze nie teraz. 

Twarz rozci gn ła mu si  w u miechu. 

— Walker nie powiedział ci, gdzie jest złoto, prawda? 

— Nie — przyznałem. — Ale zrobiłby to, gdybym go nacisn ł. Wiesz,  e 

Walker jest słaby. 

— Za du o pije — odparł Coertze. — A kiedy pije — gada. Id  o zakład,  e 

tak wła nie dowiedziałe  si  o wszystkim — zapalił papierosa. — Co chcesz z tego 

mie ? 

— Równy udział — powiedziałem zdecydowanie. — Podział na trzy cz ci po 

opłaceniu wszystkich kosztów. 

— Walker jedzie z nami na robot , zgadza si ? 

— Tak — powiedziałem. Coertze poruszył si  w fotelu. 

— Człowieku, sprawa wygl da tak — powiedział. — Nie wiem, czy masz 

bezpieczny sposób wywiezienia złota, czy nie. Te  mi si  kilka razy wydawało,  e 

to rozgryzłem. Przyjmijmy jednak,  e twój sposób si  sprawdzi. Dlaczego 

mieliby my bra  Walkera? — Uniósł r k . — Nie sugeruj ,  eby go wykiwa , 

chocia  on nie miałby nic przeciwko wykiwaniu nas. Po wszystkim damy mu jego 

działk , ale, na miło  bosk , trzymajmy go z daleka od Włoch. Z pewno ci  

narobi bigosu. 

Pomy lałem o Harrisonie, Parkerze i dwóch Włochach. 

— Najwyra niej go nie lubisz. 

Z roztargnieniem przesun ł palcami po szramie na czole. 

— Nie mo na na nim polega  — odparł. — W czasie wojny kilka razy omal 

przez niego nie zgin łem. 

— Nie, zabieramy Walkera — powiedziałem. — Nie jestem pewien, czy we 

trzech damy rad  je wyci gn . We dwóch to na pewno niemo liwe. Chyba  e 

chcesz dobra  jeszcze kogo . 

U miechn ł si  z przymusem. 

— Nie trzeba, skoro pojawiłe  si  ty. Lepiej jednak,  eby od tej chwili Walker 

zamkn ł swój wielki dziób. 

— Mo e lepiej,  eby przestał pi  — zasugerowałem. 

— Racja — zgodził si  Coertze. — Trzymaj go z daleka od alkoholu. Kilka 

piw jeszcze ujdzie, ale zablokuj mu dost p do wysokiego wolta u. Ty si  nim 

zajmiesz. Ja nie chc  mie  nic wspólnego z tym szczurem. 

Wydmuchn ł dym do góry i powiedział: 

background image

 

32 

— A teraz posłucham twojej propozycji. Je li jest dobra, pojad  z tob . Je li 

uznam,  e si  nie sprawdzi, nawet palcem nie kiwn . W takim przypadku mo ecie 

z Walkerem robi , co wam si   ywnie 

podoba, lecz je li ruszycie po złoto, b dziecie musieli rozliczy  si  ze mn . 

Jestem strasznym draniem, gdy kto  próbuje mnie oszuka . 

— Tak samo jak ja — odparłem. 

U miechn li my si  do siebie. W pewien sposób spodobał mi si  ten człowiek, 

cho  nie ufałem mu tak samo jak Walkerowi. Miałem jednak wra enie,  e 

podczas gdy Walker wpakowałby człowiekowi nó  w plecy, Coertze przynajmniej 

strzelałby do niego z przodu. 

— W porz dku — powiedział. — No to nawijaj. 

— Nie powiem ci, nie w tym pokoju. — Widz c wyraz jego twarzy, dodałem 

pospiesznie: — Nie chodzi o to,  e ci nie ufam, ale po prostu nie uwierzyłby  mi. 

Musisz to zobaczy  — na dodatek zobaczy  w Cape Town. 

Przez dłu sz  chwil  wpatrywał si  we mnie, po czym odezwał si : 

— Dobra, skoro tak sobie  yczysz, pójd  na to — zamilkł i zastanowił si  

przez chwil . — Mam tu dobr  prac  i nie rzuc  jej na twoje skinienie. Zbli a si  

przedłu ony weekend, co daje mi trzy dni. Przylec  do Cape Town zobaczy , co 

masz mi do przekazania. Je li oka e si  dobre, machn  r k  na robot , a je li nie, 

to wci  mam prac . 

— Opłac  podró  — powiedziałem. 

— Mog  sobie na ni  pozwoli  — mrukn ł. 

— Je li sprawa nie wypali, opłac  ci podró  — nalegałem. — Nie chciałbym, 

eby  stracił. 

Uniósł wzrok i u miechn ł si . 

— Jako  si  dogadamy — powiedział. — Gdzie ta butelka? 

Gdy ponownie napełniałem szklanki, odezwał si : 

— Mówiłe ,  e wybierałe  si  z Walkerem do Włoch. Co was powstrzymało? 

Si gn łem do kieszeni po wycinek i podałem mu go. Przeczytał i roze miał si . 

— Walker musiał si  wystraszy . Byłem tam wówczas — rzekł 

niespodziewanie. 

— We Włoszech? 

Upił troch  szkockiej i skin ł głow . 

— Tak, odło yłem zaległe pobory, zasiłek demobilizacyjny i wróciłem tam w 

czterdziestym ósmym. Gdy tylko przyjechałem, rozp tało si  piekło z powodu 

procesu. Czytałem gazety i nigdy w  yciu nie spotkałem wi kszych bzdur. 

Uwa ałem jednak,  e lepiej siedzie  cicho, miałem wi c lekker wakacje z hrabi . 

— Z hrabi ? — powtórzyłem zaskoczony. 

— Oczywi cie — odparł. — Zatrzymuj  si  u hrabiego za ka dym razem, 

kiedy odwiedzam Włochy. Byłem tam ju  cztery razy. 

— Co masz zamiar zrobi  ze złotem, gdy ju  wydostaniesz je z Włoch? — 

zapytałem. 

— Wszystko mam zaplanowane — rzekł z pewno ci  siebie. — W Indiach 

zawsze potrzebuj  złota i daj  dobr  cen . Zdziwiłby  si  wiedz c, ile złota, 

przemycanego w małych paczuszkach z tego kraju, ko czy w Indiach. 

Miał racj , Indie s  złotym uj ciem  wiata. Powiedziałem jednak oboj tnie: 

background image

 

33 

— Ja wymy liłem podró  w drug  stron  — do Tangeru. To otwarty port z 

wolnym rynkiem złota. Bez problemu powinno si  tam sprzeda  cztery tony złota, 

w dodatku legalnie.  adnych kłopotów z policj . 

Spojrzał na mnie z podziwem. 

— Nie pomy lałem o tym. Niewiele wiem o mi dzynarodowych finansach. 

— Jest pewien szkopuł — powiedziałem. — Tanger zamyka interes w 

przyszłym roku; zostanie przej ty przez Maroko. Przestanie by  wówczas 

wolnym portem, a złoty rynek si  sko czy. 

— W przyszłym roku? A dokładnie? 

— Dziewi tnastego kwietnia — odparłem. — Od teraz za dziewi  miesi cy. 

Powinno nam starczy  czasu. U miechn ł si . 

— Nigdy nie my lałem,  eby to złoto sprzeda  legalnie. Nie przypuszczałem, 

e to mo liwe. Wydawało mi si ,  e wszystkie rz dy obwarowały handel złotem 

ró nymi zastrze eniami. Mo e powinienem był spotka  ci  wcze niej. 

— Nic by ci z tego nie przyszło — odpowiedziałem. — Nie miałem wówczas 

tyle rozumu co teraz. 

Roze miał si  i kontynuowali my opró nianie butelki. 

 

Coertze przyjechał do Cape Town dwa tygodnie pó niej. Spotkałem si  z nim 

na lotnisku i zawiozłem go wprost do stoczni, gdzie czekał Walker. 

Walker, od momentu gdy powiedziałem mu,  e Coertze zło y nam wizyt , 

zamkn ł si  w sobie. Dostrzegłem,  e mimo chełpliwych przechwałek nie w smak 

był mu bli szy kontakt z nim. Je li połowa z tego, co powiedział o Coertzem, była 

prawd , to miał wszelkie podstawy do obaw. 

Mówi c szczerze, ja te  je miałem! 

Coertze po raz pierwszy chyba znalazł si  w stoczni i z zainteresowaniem 

rozgl dał si  dokoła. Zadawał te  wiele pyta  i wszystkie niemal miały sens. W 

ko cu rzekł: 

— No i gdzie ten twój pomysł? 

Zaprowadziłem ich do  rodkowej pochylni, gdzie „Estralita" Jimmy'ego 

Murphy'ego czekała na wyci gni cie do remontu. 

— To jacht pełnomorski — powiedziałem. — Pi tnastotonowiec. Jak my lisz, 

ile ma zanurzenia? To znaczy, jak gł boko jest w wodzie? Coertze przygl dn ł 

mu si , po czym spojrzał na wysoki maszt. 

— Musi by  zanurzony gł boko,  eby stworzy  przeciwwag  dla tego — 

powiedział. — Ale nie wiem jak bardzo. Nie znam si  zupełnie na łodziach. 

Bior c pod uwag ,  e zupełnie si  na nich nie znał, odpowiedział wyj tkowo 

logicznie. 

— Przy normalnym obci eniu zanurzenie wynosi sze  stóp — odparłem. — 

Teraz ma mniej, bo zdj to z niego sporo osprz tu. Oczy mu si  zw ziły. 

— S dziłem,  e jest tego wi cej — powiedział. — Co si  dzieje, je li wiatr 

mocno dmucha w  agle? Nie przewróci si ? 

Wszystko szło po mojej my li, Coertze wykazywał czujno . Powiedziałem 

wi c: 

— Wła nie buduj  podobn  łód , kolejny pi tnastotonowiec. Chod cie j  

zobaczy . 

background image

 

34 

Poprowadziłem ich do hangaru, gdzie budowano „Sanforda". Coertze ruszył 

za mn , najwyra niej zadowolony,  e zmierzamy do sedna sprawy. Walker szedł 

za nami. 

Nalegałem,  eby jak najszybciej wyko czy  „Sanforda". Teraz, po nało eniu 

poszycia z włókna szklanego i wyposa eniu wn trza, był gotów do wodowania. 

Coertze podniósł wzrok na kadłub. 

— Na l dzie wygl daj  na cholernie wielkie — skomentował. U miechn łem 

si . Była to normalna reakcja laika. 

— Wejd cie na pokład — rzuciłem. 

Przestrze  na dole wywarła na nim spore wra enie i pozytywnie ocenił moje 

rozwi zania. 

— Sam to wszystko zaprojektowałe ? — zapytał. 

Skin łem głow . 

— Spokojnie mógłbym tu mieszka  — orzekł, zagl daj c do kuchni. 

— Mo e i b dziesz — powiedziałem. — To jest łód , któr  wywieziemy z 

Włoch cztery tony złota. 

Wygl dał na zaskoczonego. Zmarszczył brwi. 

— Gdzie masz je zamiar umie ci ? 

— Usi d , a powiem ci o jachtach  aglowych co , czego jeszcze nie wiesz. — 

Coertze przysiadł niewygodnie na skraju prawoburtowej koi, na której nie było 

jeszcze materaca, w oczekiwaniu na to, co powiem. 

— Ta łód  wypiera dziesi  ton i... Walker przerwał. 

— Chyba mówiłe ,  e to pi tnastetonowiec. 

— Chodzi o „formuł  Tamizy" — miar  wyporno ci jachtów. Mierzy si  j  

inaczej. 

Coertze spojrzał na Walkera. 

— Zamknij si  i pozwól człowiekowi mówi . — Odwrócił si  do mnie. — Je li 

ta łód  wa y dziesi  ton i dodasz jeszcze cztery, to b dzie bliska zatoni cia, 

prawda? A gdzie je umie cisz? Nie mo na na widoku, bo gliny zobacz . 

Odparłem spokojnie: 

— Mówiłem,  e powiem ci o  aglówkach co , czego nie wiesz. A teraz słuchaj. 

Około czterdziestu procent wagi ka dej łodzi  aglowej stanowi balast, który ma 

za zadanie utrzyma  pion, kiedy wiatr zacznie naciska  na  agle. 

Postukałem stop  w podłog  kabiny. 

— Z dna tej łodzi zwisa olbrzymi kawał ołowiu, wa cy dokładnie cztery tony. 

Coertze spojrzał na mnie z niedowierzaniem i w jego oczach pojawił si  błysk 

zrozumienia. 

— Chod  — powiedziałem. — Poka  ci. 

Wyszli my na zewn trz i pokazałem im ołowiany kil balastowy. 

— W przyszłym tygodniu wszystko to zostanie przykryte poszyciem, dla 

ochrony przed skałotoczami morskimi. Coertze przykucn ł na pi tach, 

spogl daj c na kil. 

— To jest to — rzekł wolno. — To jest to. Złoto b dzie ukryte pod wod  — 

wbudowane w łód  — zacz ł si   mia , a po chwili zawtórował mu Walker. Te  

zacz łem si   mia , a  ciany hangaru odpowiedziały nam echem. 

Nagle Coertze opanował si . 

background image

 

35 

— Jaka jest temperatura topnienia ołowiu? — spytał ostro. 

Wiedziałem, na co si  zanosi. 

— Czterysta pi dziesi t stopni Celsjusza — odparłem. — Na górze nad 

stoczni  mamy niewielk  hut , gdzie odlewamy kile. 

— Ja — rzekł ci ko. — Ołów mo na roztopi  na piecu kuchennym. Ale złoto 

topi si  w temperaturze ponad tysi c stopni, a do tego b dziemy potrzebowali 

czego  wi cej ni  piec kuchenny. W i e m o tym, przetapianie złota jest moj  

prac . W zakładzie przetopu mamy cholernie du e piece. 

— O tym te  pomy lałem — dodałem szybko. — Chod cie do warsztatu, 

poka  wam jeszcze co , czego nigdy nie widzieli cie. W warsztacie otworzyłem 

szaf  i powiedziałem: 

— Ta zabawka to co  nowego — niedawno j  wymy lono. — Wyci gn łem 

urz dzenie i postawiłem na ławie. Coertze spojrzał na mnie nic nie rozumiej c. 

Niewiele było do ogl dania. Po prostu metalowa skrzynka osiemna cie na 

pi tna cie i na dziewi  cali, na wierzchu której znajdowała si  mata azbestowa 

oraz układ zaciskowy „Heath Robinson". 

— Słyszeli cie o kawie instant — powiedziałem. — To słu y do 

natychmiastowego uzyskiwania wysokich temperatur. — Zacz łem 

przygotowywa  maszyn  do pracy. — Wymaga chłodzenia wod  o ci nieniu 

minimum pi  funtów na cal — wystarczy nam do tego zwykły kran. Pracuje te  

na pr dzie sieciowym, mo na wi c instalowa  j  wsz dzie. 

Z szuflady wyj łem trzon maszyny. I znów nie było na co patrze . Po prostu 

kawałek czarnej tkaniny, wielko ci trzy na cztery cale. 

— Jaki  go  w Stanach odkrył, jak prz

 i tka  włókna z czystego grafitu, a 

kto  inny wynalazł takie zastosowanie. 

Uniosłem r czk  na pokrywie maszyny, wsun łem mat  i mocno zacisn łem. 

Nast pnie wzi łem kawałek metalu i dałem go Coertzemu. 

Obrócił go w palcach i powiedział: 

— Co to jest? 

— Kawałek zwykłej stali mi kkiej. Ale je li ta zabawka da rad  stopi  stal, to 

mo e stopi  te  i złoto. Zgadza si ? 

Skin ł głow  i z pow tpiewaniem spojrzał na maszyn  — nie wygl dała zbyt 

imponuj co. 

Wyj łem mu stal z r ki i upu ciłem na mat , nast pnie dałem Walkerowi i 

Coertzemu okulary spawalnicze. 

— Lepiej je nałó cie, zrobi si  do  jasno. 

Nało yli my okulary i wł czyłem maszyn . Był to fantastyczny pokaz. 

Grafitowa mata natychmiast roz arzyła si  do biało ci, a kawałek stali rozpalił 

si  najpierw do czerwono ci, pó niej z ółkł, wreszcie stał si  biały. Osiadał 

niczym topi cy si  wosk i w ci gu niecałych pi tnastu  sekund  została  z  niego  

male ka  kału a.   Wszystko   to odbywało  si   przy  akompaniamencie  

przejmuj cego   syku  iskier, powstaj cych w trakcie reakcji topionego metalu z 

powietrzem. Wył czyłem maszyn  i zdj łem okulary. 

— W czasie topienia złota nie b dziemy mieli takich fajerwerków; nie utlenia 

si  tak jak  elazo. 

Coertze wpatrywał si  w maszyn . 

background image

 

36 

— W jaki sposób to działa? 

— To co  w rodzaju łuku elektrycznego — odparłem. — Mo esz uzyska  

temperatur  do pi ciu tysi cy stopni Celsjusza. Zostało pomy lane jako 

instrument laboratoryjny. My l ,  e jednorazowo mo emy topi  dwa funty złota. 

Maj c trzy takie zabawki i bardzo du o zapasowych mat, mogliby my pracowa  

do  szybko. 

— Je li za ka dym razem mo emy wla  tylko dwa funty, to cały ten kil 

pop ka i nie jestem pewien, czy nie złamie si  pod własnym ci arem. 

— O tym te  pomy lałem — odparłem spokojnie. — Czy widziałe  kiedy , jak 

robi si   elbet? 

Zmarszczył brwi, ale ju  po chwili pstrykn ł palcami. 

— Zrobimy form , a do  rodka wło ymy siatk  z drutu — powiedziałem. — 

Ona utrzyma wszystko w cało ci. 

Pokazałem mu model, który wykonałem z drutu bezpiecznikowego i parafiny. 

Przygl dał mu si  bardzo uwa nie. 

— Cholernie du o nad tym my lałe  — rzekł w ko cu. 

— Kto  musiał — powiedziałem. — Albo złoto le ałoby tam jeszcze przez 

nast pne czterna cie lat. 

Wyra nie nie przypadła mu do gustu ta odpowied . Wygl dało na to,  e przez 

ostatnie lata nic nie zrobił, jak ostatni dure . Miał zamiar co  powiedzie , lecz 

ugryzł si  w j zyk. Poczerwieniał na twarzy. Po chwili odetchn ł gł boko i 

powiedział: 

— No dobra, przekonałe  mnie. Wchodz . Ja te  odetchn łem. Z ulg . 

 

Tej nocy odbyli my narad . 

— Kolejno  jest nast puj ca — powiedziałem. — „Sanford" — mój jacht — 

b dzie w przyszłym tygodniu gotowy do prób. Kiedy tylko si  zako cz , naucz  

was obu  eglowania. W niecałe dwa miesi ce od dzisiaj po eglujemy do Tangeru. 

— Chryste! — wykrzykn ł Walker. — Nie bardzo mi si  to u miecha. 

— Nie ma w tym nic nadzwyczajnego — odparłem. — Obecnie setki ludzi 

p ta si  po Atlantyku. Do diabła, ludzie odbywali podró e dookoła  wiata w 

łodziach cztery razy mniejszych. 

Spojrzałem na Coertzego. 

— Cała sprawa wymaga sporych nakładów. Masz jakie  pieni dze? 

— Z tysi c — przyznał. 

— Dokładamy go do puli — powiedziałem. — Razem z moimi dwudziestoma 

pi cioma tysi cami. 

— Magtig — rzekł. — To cholernie du o pieni dzy. 

— B dziemy potrzebowali ka dego grosza. Mo e si  okaza ,  e trzeba kupi  

mał  stoczni  we Włoszech, je li tylko w taki sposób uda si  w tajemnicy odla  

kil. Poza tym po yczam je firmie Walker, Coertze i Halloran na sto procent. Chc  

dosta  z powrotem pi dziesi t tysi cy przed dokonaniem podziału na trzy cz ci. 

To samo mo esz zrobi  ze swoim tysi cem. 

— Brzmi to uczciwie — zgodził si  Coertze. 

— Walker nie ma  adnych pieni dzy, a ty, po doło eniu tysi ca do puli, te  — 

powiedziałem. — W takim razie wci gam was obu na moj  list  płac. Dopóki 

background image

 

37 

b d  trwały przygotowania, b dziecie otrzymywa  codziennie papierosy i trzy 

solidne posiłki. 

Ta informacja najwyra niej poprawiła Walkerowi nastrój. Coertze 

zaakceptował j  krótkim skinieniem głowy. Spojrzałem twardo na Walkera. 

— A ty trzymaj si  z dala od alkoholu albo wywalimy ci  za burt . Nie 

zapominaj o tym. 

Markotnie skin ł głow . 

— Dlaczego najpierw płyniemy do Tangeru? — zapytał Coertze. 

— Musimy ponownie przetopi  złoto na standardowe sztaby — odparłem. — 

Nie wyobra am sobie bankiera, który wzi łby na skład złoty kil. To jednak 

sprawa przyszło ci. Teraz musz  z was zrobi  jakich takich  eglarzy — czeka nas 

rejs na Morze  ródziemne. 

Wzi łem „Sanforda" na próby. Walker i Coertze wybrali si  ze mn  na 

przeja d k , aby zobaczy , na co si  odwa yli. „Sanford" okazał si  

uciele nieniem wszystkich moich marze  o porz dnej łajbie. Jak na jacht 

pełnomorski, był szybki i niezbyt delikatny. Po nieznacznych poprawkach w 

o aglowaniu uzyska odpowiedni  sterowno  i wiedziałem,  e po kilku jeszcze 

drobnych zmianach wszystko b dzie w porz dku. 

Gdy poszli my półwiatrem, nabrał szybko ci bulgocz c pod zawietrznym 

relingiem. Woda bryzgała na pokład. Walker, z nieco pozieleniał  twarz , 

odezwał si : 

— Mówiłe  chyba,  e kil utrzyma go prosto. — Trzymał si  kurczowo 

kraw dzi kokpitu. 

Roze miałem si . Ju  dawno nie czułem si  tak szcz liwy. 

— Nie przejmuj si  tym. To niewielki k t przechyłu. Nie przewróci si . 

Coertze nic nie powiedział — przewieszony przez reling miał inne pilne 

zaj cie. 

Nast pne trzy miesi ce były ci kie i surowe. Ludzie zapomnieli,  e przyl dek 

nazywał si  Przyl dkiem Burz, zanim jaki  dawny rzecznik prasowy zmienił 

nazw  na Przyl dek Dobrej Nadziei. Kiedy dmie Berg, robi si  tak nieprzyjemnie, 

jak nigdzie na  wiecie. 

Musztrowałem Walkera i Coertzego bezlito nie. W ci gu trzech miesi cy 

musiałem z nich zrobi  n dznych bodaj, ale  eglarzy, gdy  „Sanford" był nieco za 

du y do samotnej  eglugi. Miałem nadziej ,  e razem zast pi  jednego  eglarza z 

prawdziwego zdarzenia. Nie było jednak a  tak  le, gdy  w ci gu trzech miesi cy 

sp dzili na morzu tyle czasu, ile przeci tny weekendowy  eglarz w ci gu trzech 

lat. W dodatku mieli przewag  w postaci bezlitosnego instruktora. 

Na teori   eglarstwa po wi cili my niewiele czasu. Pó niejsze nauki: jak 

wi za  w zły, naprawi   agiel i zrobi  kotki, wywołały niech tne komentarze, lecz 

uciszyłem ich pytaj c, co zrobi , je li zmyje mnie za burt  na  rodku Atlantyku. 

Zacz li my wypływa , aby prze wiczy  wszystko, czego ich uczyłem — 

pocz tkowo w zatoce, a pó niej na otwartym morzu: wzdłu  wybrze a i wokół 

półwyspu. Nast pnie ruszyli my w dłu sze rejsy, w których tracili my ju  l d z 

oczu. 

My lałem,  e Coertze b dzie człowiekiem równie twardym na morzu, jakim 

według mojego os du był na l dzie. Nie nadawał si  jednak zdecydowanie na 

background image

 

38 

marynarza. Miał wra liwy  oł dek i nie wytrzymywał kołysania. Okazał si  

zupełnie nieprzydatny do obsługi łodzi. Zdobył si  jednak na taki hart ducha, aby 

pozosta  kucharzem w czasie dłu szych podró y — niewdzi czna praca dla kogo  

cierpi cego na chorob  morsk . 

Słyszałem, jak przeklina na dole, gdy pogoda zrobiła si  wstr tna i nagła fala 

rzuciła mu dzbanek gor cej kawy na brzuch. Kiedy  powiedział mi,  e teraz ju  

wie, jak czuj  si  kostki potrz sane w kubku. Dla mniej wa nego powodu ni  

gor czka złota nie wytrzymałby tego za nic na  wiecie. 

Prawdziw  niespodziank  okazał si  Walker. Coertze i ja, mimo jego 

gor cych protestów, pozbawili my go alkoholu. Jadł teraz wi cej, a morskie 

powietrze i ruch dobrze mu zrobiły. Przybrał na wadze, zapadłe policzki 

wypełniły si , a ramiona okrzepły. Nic nie mogło zast pi  utraconych włosów, ale 

du o bardziej przypominał teraz przystojnego młodego człowieka, którego 

poznałem przed dziesi ciu laty. 

Co dziwniejsze, okazał si  urodzonym  eglarzem. Lubił „Sanforda" i, jak si  

zdaje, z wzajemno ci . Był dobrym sternikiem i kiedy skr cali my pod wiatr, 

umiał ustawi  go lepiej ni  ja. Pocz tkowo obawiałem si  zostawi  mu całkowit  

swobod  przy obsłudze „Sanforda", jednak, w miar  czynionych przez niego 

post pów, pozbyłem si  w tpliwo ci. 

W ko cu byli my gotowi i nie mieli my ju  na co czeka . 

Zaprowiantowali my „Sanforda" i dwunastego listopada wzi li my kurs na 

północ,  eby Bo e Narodzenie sp dzi  na morzu. Przed nami rozci gał si  

bezmiar wód, z czterema tonami złota wabi cymi swym blaskiem spoza 

horyzontu. Gdyby nie ta perspektywa, nasza wyprawa m o g ła b y by  rejsem 

wycieczkowym.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

39 

Rozdział 3

 

 

TANGER 

 

W dwa miesi ce pó niej wpłyn li my do portu w Tangerze. Wywiesili my 

flag  „Q" i czekali my, a  lekarz da nam prawo swobodnego poruszania si , a 

celnicy dokonaj  odprawy. Z lewej strony mieli my widok na nowe centrum z 

l ni cymi, nowoczesnymi budynkami, których kontury odcinały si  ostro na tle 

nieba. Po prawej le ało Stare Miasto — centrum arabskie — gdzie dominowały 

przysadziste budowle o niskich dachach, tul cych si  do wzgórza. Lini  

horyzontu przecinała jedynie wymierzona w niebo włócznia minaretu. 

Po lewej — Europa. Po prawej — Afryka. 

Dla Walkera i Coertzego nie było tu nic nowego. Słu c w wojsku, mieli 

niejedn  okazj  do hulanek w Kairze i Aleksandrii. Podczas podró y z Cape 

Town sporo rozmawiali o czasie sp dzonym w wojsku — po włosku. 

Postanowili my jak najwi cej rozmawia  po włosku. Cho  oni brali lekcje dla 

zaawansowanych, nie wlokłem si  z tyłu, mimo  e musiałem zaczyna  od zera. 

Uło yli my niezł  historyjk  dla uzasadnienia naszych poczyna  na Morzu 

ródziemnym. Byłem południowoafryka skim budowniczym łodzi, staraj cym 

si  w trakcie rejsu pogodzi  interesy z przyjemno ci . Badałem mo liwo  

rozszerzenia swojej działalno ci na lukratywny rynek  ródziemnomorski oraz 

kupna stoczni, gdyby cena i warunki spłaty odpowiadały mi. Atutem tej 

historyjki było bez w tpienia to,  e nie odbiegała zbyt daleko od prawdy i mogła 

okaza  si  u yteczna w przypadku, gdyby my rzeczywi cie musieli kupi  stoczni  

dla odlania złotego kilu. 

Coertze był górnikiem borykaj cym si  z problemami zdrowotnymi. 

Lekarz doradził mu spokojne wakacje, został wi c członkiem załogi 

„Sanforda". To miało tłumaczy  zainteresowanie opuszczonymi kopalniami 

ołowiu. 

Walker, który okazał si  najlepszym aktorem, został  rednio zamo nym 

playboyem. Miał pieni dze; pracy nie cierpiał i był gotów posun  si  daleko, aby 

jej unikn . Wyruszył na t   ródziemnomorsk  wycieczk , gdy  Afryka 

Południowa znudziła go i pragn ł odmiany. Jego zadaniem było załatwienie 

spraw w Tangerze: nabycie odosobnionego domu, gdzie mogliby my spokojnie 

wszystko doko czy . 

Ogólnie rzecz bior c, byłem zupełnie zadowolony, mimo  e Coertze dał mi si  

nie le we znaki podczas podró y na północ. Wyra nie nie odpowiadało mu 

przej cie przeze mnie kierownictwa. Musiałem wbi  mu mocno do głowy,  e 

okr t mo e mie  tylko jednego kapitana. Zrozumiał dlaczego, gdy za Azorami 

natrafili my na burzliw  pogod . Dra nił go te  fakt,  e pogardzany przeze  

Walker okazał si  lepszym  eglarzem. 

Gdy znale li my si  w Tangerze, poczuł si  pewniej i starał si  odzyska  nasze 

powa anie oraz nadszarpni ty autorytet. Zdawałem sobie spraw ,  e b d  musiał 

zdusi  jego przywódcze zap dy. 

Walker rozejrzał si  po przystani dla jachtów. 

— Niewiele tu łajb — skomentował. 

background image

 

40 

Była to prawda. Stało tam kilka niezgrabnych łodzi rybackich i elegancki 

kecz, zmierzaj cy zapewne na Karaiby. Obok cumowało natomiast przynajmniej 

dwadzie cia pot nych motorówek. Siedziały nisko na wodzie i sprawiały 

wra enie łodzi niezwykle szybkich. Wiedziałem, do czego słu yły. 

Była to flotylla przemytnicza. Papierosy do Hiszpanii, zapalniczki do Francji, 

antybiotyki tam, gdzie dało si  na nich zarobi  (chocia  ten handel podupadł), 

narkotyki za  wsz dzie. Zastanawiałem si , ile broni przemycano do Algierii. 

W ko cu zjawili si  urz dnicy kapitanatu i odeszli, pozostawiaj c w deskach 

wgniecenia od podkutych  wiekami buciorów. Odprowadziłem ich do motorówki. 

Gdy tylko odpłyn li, Walker dotkn ł mego ramienia. 

— Mamy jeszcze jednego go cia — powiedział. 

Odwróciłem si  i zobaczyłem łód , płyn c  przez port na wiosłach. 

— Lustrował nas przez lornetk  z tamtej łodzi — rzekł Walker. Wskazał na 

jedn  z motorówek. — Pó niej wyruszył tutaj. 

Obserwowałem zbli aj c  si  łódk . Wiosłował bez w tpienia Europejczyk, 

lecz nie mogłem dostrzec jego twarzy. Kiedy jednak 

zr cznie odbił wiosłem, odwrócił si  do burty „Sanforda" i podniósł głow  — 

poznałem go. Był to Metcalfe. 

Metcalfe nale ał do mi dzynarodowej bandy nicponi, których jest na  wiecie 

nie wi cej ni  setka. S  najemnikami i, nie zwa aj c na niebezpiecze stwo, 

ci gaj  w poszukiwaniu pieni dzy wsz dzie, gdzie co  si  dzieje. Widok 

Metcalfe'a w Tangerze nie zaskoczył mnie, wszak była to od niepami tnych 

czasów twierdza piratów. Był miejscem stworzonym wprost dla ludzi jego 

pokroju. 

Zbli yłem si  z nim troch  w Afryce Południowej, lecz wówczas nie miałem 

poj cia, czym si  zajmuje. Wiedziałem tylko,  e był nieprawdopodobnie dobrym 

eglarzem. Wygrał wiele wy cigów  aglówek w Cape Town i niemal zdobył 

mistrzostwo Afryki Południowej. Kupił jednego z moich „Falconów" i sp dził w 

stoczni wiele czasu, próbuj c go ulepszy . 

Lubiłem Metcalfe'a i kilkakrotnie pływałem w jego załodze. W barze 

jachtklubu wypili my wiele drinków. Sp dził nawet weekend z Jean i ze mn  w 

Kirstenbosch. Mogło si  to przekształci  w trwał  przyja , lecz nieoczekiwanie 

opu cił Afryk  Południow , zmykaj c po piesznie przed policj ,  cigaj c  go za 

nielegalny skup diamentów. Nie widziałem go od tego czasu, obijały mi si  jednak 

o uszy jakie  wzmianki na jego temat. Czasami te  spotykałem jego nazwisko w 

gazetach. Pojawiało si  zazwyczaj w zwi zku z kłopotami w jakich  egzotycznych 

punktach zapalnych. 

Teraz wspinał si  na pokład „Sanforda". 

— Od razu pomy lałem,  e to ty — odezwał si . — Wi c wzi łem lornetk , 

eby si  upewni . Sk d si  tu wzi łe ? 

— Tak sobie pływam — odparłem.— Ł cz  interesy z przyjemno ci . 

Przyszło mi do głowy,  eby sprawdzi , jakie s  perspektywy nad Morzem 

ródziemnym. 

U miechn ł si  szeroko. 

— Stary, s  znakomite. Ale ty chyba szukasz czego  innego. Skin łem głow  i 

powiedziałem: 

background image

 

41 

— Kiedy ostatnio o tobie słyszałem, bawiłe  na Kubie. 

— Siedziałem przez jaki  czas w Hawanie — potwierdził. — Jednak kiepsko 

si  tam czułem. To była prawdziwa rewolucja, przynajmniej do czasu, kiedy 

wtr ciły si  komuchy. Z nimi nie mogłem konkurowa , wi c si  wymkn łem. 

— Co teraz robisz? 

U miechn ł si  i spojrzał na Walkera. 

— Pó niej ci opowiem. 

— To jest Walker, a to Coertze — powiedziałem. Wymieniono u ciski dłoni, 

po czym znów odezwał si  Metcalfe. 

— Miło znów słysze  południowoafryka ski akcent. Mieliby cie niezły kraj, 

gdyby nie sprawno  policji. Gdzie Jean? — zwrócił si  do mnie. 

— Nie  yje — odpowiedziałem. — Zgin ła w wypadku samochodowym. 

— Jak to si  stało? 

Opowiedziałem mu wi c o Chapman's Peak i pijanym kierowcy oraz upadku 

do morza. W miar  jak mówiłem, rysy jego twarzy t ały. Kiedy sko czyłem, 

powiedział: 

— Wi c ten dra  dostał tylko pi  lat, a je li b dzie grzecznym chłopcem, to 

wyjdzie za trzy i pół. — Potarł palcem bok nosa. — Lubiłem Jean. Jak si  ten 

skurwiel nazywa? Mam przyjaciół w Afryce Południowej, którzy mog  si  nim 

zaj , gdy wyjdzie. 

— Daj spokój — powiedziałem. — To nie zwróci mi Jean. Skin ł głow , po 

czym klasn ł w r ce. 

— Zamieszkacie wszyscy w moim domu. Mam do  miejsca dla całej armii. 

— A co z łodzi ? — odparłem z wahaniem. U miechn ł si . 

— Jak widz , słyszałe  opowie ci o tangerskich złodziejach portowych. 

Trzeba ci wiedzie ,  e wszystkie s  prawdziwe. Ale to bez znaczenia. Umieszcz  

na pokładzie jednego z moich ludzi. Nikt niczego nie kradnie moim ludziom — 

ani mnie. 

Powiosłował z powrotem i w jaki  czas pó niej wrócił z Maroka czykiem o 

poznaczonej bliznami twarzy. Porozumiewał si  z nim szybkim, gardłowym 

arabskim. 

— Wszystko załatwione — zwrócił si  do mnie. — Rozpuszcz  po dokach 

wiadomo ,  e jeste cie moimi przyjaciółmi. Wasza łód  jest tak bezpieczna, 

jakby stała w twojej stoczni. 

Ufałem mu. Nie w tpiłem,  e w takim miejscu jak Tanger ma spore wpływy. 

— Zejd my na brzeg — zaproponował. — Jestem głodny. 

— Ja te  — odezwał si  Coertze. 

— Co za ulga móc sko czy  na jaki  czas z gotowaniem, prawda? — 

powiedziałem. 

— Człowieku — odparł Coertze. — Wcale bym si  nie obraził, gdybym 

patelni ju  nigdy na oczy nie zobaczył. 

— Szkoda — rzekł Metcalfe. — Miałem nadziej ,  e zrobisz mi koeksusters — 

zawsze smakowało mi południowoafryka skie  arcie — wybuchn ł  miechem i 

klepn ł Coertzego po plecach. 

background image

 

42 

Metcalfe miał du y apartament na Avenida de Espana. Oddał mi do 

dyspozycji oddzielny pokój, a Coertze i Walker zamieszkali razem. Został,  eby 

pogaw dzi , podczas gdy ja rozpakowywałem torb . 

— Za spokojnie dla ciebie w Afryce Południowej? — zapytał. 

Zagł biłem si  w drobiazgowo przygotowan  opowie  o powodach mojego 

wyjazdu. Nie ufałem Metcalfe'owi bardziej ni  komukolwiek innemu, a raczej 

jeszcze mniej, zwa ywszy, czym si  zajmował. Nie wiem, czy mi uwierzył, czy nie. 

Zgodził si  jednak,  e nad Morzem  ródziemnym dobra stocznia jachtowa miała 

szans  na pomy lny rozwój. 

— Mo e nie dostaniesz zbyt wielu zlece  na budow  — powiedział. — Z 

pewno ci  jednak potrzebny jest dobry serwis i stocznia remontowa. Na twoim 

miejscu udałbym si  na wschód, w stron  Grecji. Tamtejsze stocznie troszcz  si  

głównie o miejscowych rybaków. Jest wi c robota dla kogo  znaj cego si  na 

jachtach i pracuj cego dla  eglarzy. 

— A do czego ty potrzebujesz łodzi? — spytałem pół artem. — Wynajmujesz 

j  na rejsy czarterowe? U miechn ł si  szeroko. 

— Znasz mnie przecie . Przewo  wszelkie ładunki, wszystko z wyj tkiem 

narkotyków — skrzywił si . — Jestem wstr tnym draniem, wiem o tym, ale nie 

posuwam si  do narkotyków. Do wszystkiego innego jestem gotów. 

— Ł cznie z dostarczaniem broni do Algierii — strzeliłem. Roze miał si . 

— Francuzi w Algierze nie trawi  mnie. Próbowali mnie uziemi  par  

miesi cy temu. Wyładowałem towar na kilka kutrów rybackich, a pó niej 

zawin łem do Algieru,  eby zatankowa . Mo esz mi wierzy , byłem czysty! Nie 

mogli mnie tkn  — papiery i cał  reszt  miałem w porz dku. 

Pozwoliłem załodze zej  na l d na jednego, a sam poszedłem si  zdrzemn . 

W chwil  pó niej co  mnie obudziło — usłyszałem stukni cie, a potem dziwny 

odgłos, najwyra niej dochodz cy s p o d łodzi. Wstałem i rozejrzałem si . Gdy 

wyszedłem na pokład, zobaczyłem odpływaj c  łód  i zdawało mi si ,  e obok niej 

płynie człowiek. 

Wyszczerzył z by w u miechu. 

— Jako  e jestem ostro nym i rozs dnym marynarzem, wzi łem chrap , 

płetwy i skoczyłem za burt . Jak my lisz, co zrobiły mi te dranie z francuskiej 

słu by bezpiecze stwa? 

— Nie mam poj cia. — Pokr ciłem głow . 

— Podło yli min  magnetyczn  pod ruf . Pomy leli widocznie,  e skoro nie 

mog  mnie załatwi  legalnie, zrobi  to nielegalnie. Gdyby wybuchła, oderwałaby 

mi dno na rufie. Zdj łem j  wi c i gł boko si  zastanowiłem. Wiedziałem,  e nie 

mogli jej nastawi  tak, aby wybuchła w porcie — nie wygl dałoby to zbyt ładnie. 

Doszedłem wi c do wniosku,  e miała wybuchn  na pełnym morzu. 

Zawiesiłem j  sobie na szyi i podpłyn łem przez port do zacumowanej 

policyjnej łodzi patrolowej. Przyczepiłem im min  pod ruf . Niech maj  kłopot z 

zakupem nowej łodzi. 

Nast pnego dnia, zgodnie z planem, wyruszyli my wcze nie. Wypływaj c 

usłyszałem, jak łód  policyjna zwi ksza obroty.  ledzili nas cierpliwie, a ja 

płyn łem na luzie, robi c jakie  dziesi  w złów, tak  eby mnie nie zgubili. 

background image

 

43 

Wisieli mi na ogonie przez jakie  trzydzie ci mil, oczekuj c na bum i pokładaj c 

si  pewnie ze  miechu. 

Nie  miali si  jednak, gdy w ko cu hukn ło i oderwało dup  od ich własnej 

łodzi. 

Zawróciłem i wyłowiłem ich. Była to czysta robota — nikt nie został ranny. 

Wyci gn łem ich z wody i odwiozłem do Algieru jako szlachetny wybawca. 

Gdyby  mógł widzie  g by chłopców z bezpieki, kiedy si  zjawiłem. Oczywi cie 

musieli si  zdoby  na wysiłek i podzi kowa  mi za uratowanie pechowych 

rozbitków. Zachowałem powag  i powiedziałem,  e zapewne wybuchł jaki  

ładunek gł binowy do zwalczania okr tów podwodnych, umieszczony na rufie. 

Odpowiedzieli,  e nie mogło to by  przyczyn , gdy  łodzie policyjne nie maj  

ładunków gł binowych. Na tym si  sko czyło. 

Zachichotał. 

— Nie, w Algierze mnie nie lubi . 

miałem si  razem z nim. Historia była niezła i dobrze j  opowiedział. 

Nie mogłem si  zdecydowa , jak oceni  Metcalfe'a; miał swoje zalety i wady. 

Mógł nam wprawdzie w Tangerze sporo pomóc — dobrze znał miejscowe 

stosunki i miał liczne kontakty. Ja jednak musiałem zachowa  jak najwi ksz  

ostro no , aby nie zorientował si , co robimy. Był cholernie miłym facetem, i tak 

dalej, gdyby jednak wiedział,  e mamy zjawi  si  z czterema tonami złota, 

napadłby na nas bez chwili namysłu. Byliby my wymarzon  dla niego zwierzyn . 

Tak, musieli my zachowa  du  ostro no  w naszych kontaktach z panem 

Metcalfe'em. 

Postanowiłem uprzedzi  tamtych dwóch, aby si  z czym  nie wygadali. 

— Jak  masz łód ? — spytałem. 

— Fairmil  — odparł. — Oczywi cie zmieniłem silnik. 

Słyszałem o fairmilach, lecz nigdy nie widziałem  adnej z bliska. W czasie 

wojny budowano ich setki do patrolowania portów. Mówiło si ,  e robione były 

na mile i dzielone na kawałki w miar  potrzeb. Miały sto dwana cie stóp długo ci 

całkowitej i wyposa ano je w silniki, z którymi mogły z łatwo ci  osi ga  

dwadzie cia w złów. Na wzburzonym morzu jednak były podobno chybotliwe. 

Nie wyposa ono ich w pancerz lub cho by jego namiastk , jako  e budowano je z 

drewna. Kiedy wi c kilka z nich wpłyn ło do St. Nazaire z „Campbelltown", 

zostały paskudnie postrzelane. 

Po wojnie mo na było kupi  fairmile z demobilu za jakie  pi  tysi cy funtów, 

stały si  wi c ulubionymi łodziami przemytników z Tangeru. Je eli Metcalfe 

zmienił silnik w swojej, to zapewne doło ył koni, aby móc prze cign  kutry 

celników, i jego łód  mogła osi ga  co najmniej dwadzie cia sze  w złów. 

„Sanford" nie miałby szans prze cigni cia takiej łodzi, gdyby okazało si  to 

konieczne. 

— Chciałbym j  kiedy  zobaczy  — powiedziałem. Nie zaszkodzi przyjrze  si  

potencjalnemu wrogowi. 

— Jasne — odparł Metcalfe wylewnie. — Ale jeszcze nie teraz. Jutro w nocy 

wypływam. 

Była to dobra wiadomo . Bez Metcalfe'a na karku mogli my bez przeszkód 

zaj  si  naszymi sprawami. 

background image

 

44 

— Kiedy wracasz? — zapytałem. 

— Jako  w przyszłym tygodniu — odrzekł. — Zale y od wiatru, deszczu i tym 

podobnych spraw. 

— Takich jak te dranie z francuskiej bezpieki? 

Zgadza si  — powiedział niedbale. — Chod my co  zje . 

 

Metcalfe na czas swojej nieobecno ci pozostawił nam mieszkanie do 

dyspozycji — słu cy mieli si  nami zaj . Po południu oprowadził mnie po 

mie cie i przedstawił kilkunastu ludziom. Bez w tpienia niektórych z nich warto 

było pozna , na przykład handlarza statków czy budowniczego łodzi. Znajomo  

z innymi nie przedstawiała tak oczywistej warto ci. W ród nich znajdowali si  

wła ciciel kawiarni o łotrowskim wygl dzie, jaki  Grek o nieokre lonym zaj ciu i 

W gier, który ze swad  wyja nił,  e jest „bojownikiem o wolno ", zbiegłym z 

W gier po nieudanym powstaniu 1956 roku. 

Metcalfe zapewne poinformował dyskretnie wszystkich,  e jeste my jego 

przyjaciółmi, a wi c nie nale y wobec nas ucieka  si  do chwytów, stosowanych 

zazwyczaj wobec przejezdnych  eglarzy. Je li Metcalfe przyja nił si  z tob , a ty 

byłe  zwykłym  eglarzem, bez w tpienia dobrze było mie  go w pobli u. Ja 

jednak nie byłem zwykłym  eglarzem, a to czyniło Metcalfe'a potencjalnym 

zagro eniem. 

Jeszcze zanim wyszedłem z Metcalfe'em zwiedza  Tanger, miałem szans  

pomówi  na osobno ci z Coertzem i Walkerem. 

— Uwa ajcie,  eby nie pu ci  pary z ust. Trzymamy si   ci le naszej 

historyjki. Nie robimy nic, dopóki Metcalfe nie odpłynie, i spróbujemy sko czy  

przed jego powrotem — powiedziałem. 

— Dlaczego, czy jest niebezpieczny? — spytał Walker. 

— Nic nie wiesz o Metcalfie? — Wyja niłem im, kim jest. Obaj o nim słyszeli; 

narobił sporo hałasu w południowoafryka skiej prasie — reporterzy lubi  pisa  

o takich barwnych postaciach. 

— Ach, wi c to ten Metcalfe — rzekł Walker z przej ciem. 

— Nie wygl da zbyt gro nie — powiedział Coertze. — Nie sprawi nam 

kłopotu. 

— Nie chodzi tylko o samego Metcalfe'a — powiedziałem. — Ma organizacj  i 

jest na swoim terenie — musimy to sobie jasno u wiadomi . On jest 

zawodowcem, a my amatorami. Trzymajcie si  od niego z daleka. 

Miałem ochot  doda : „To rozkaz", lecz nie zrobiłem tego. Coertze mógłby 

postawi  si  okoniem, a nie chciałem jeszcze doprowadza  do próby sił. Pó niej i 

tak b dzie musiało do niej doj . 

Tym sposobem na półtora dnia zostali my turystami, rozgl daj cymi si  

ciekawie po Tangerze. Gdyby my nie byli zaprz tni ci czym  innym, byłoby to 

nawet interesuj ce, ale w naszej sytuacji stanowiło jedynie strat  czasu. 

Na szcz cie Metcalfe'a pochłaniały jego własne, tajemnicze sprawy i rzadko 

go widywali my. Poinstruowałem jednak Walkera, aby przed odpłyni ciem zadał 

mu jedno niezwykle wa ne pytanie. 

Padło w trakcie  niadania: 

background image

 

45 

— Wiesz, p o d o b a  mi si  Tanger. Ch tnie bym tu został na kilka miesi cy. 

Czy przez cały rok jest taka pogoda? 

— Przewa nie — odparł Metcalfe. — Panuje tu przyjemny, stały klimat. 

Wielu ludzi wycofuje si  tutaj na emerytur . Walker u miechn ł si . 

— Och, nie my l  o emeryturze. Nie mam si  z czego wycofywa . — Okazywał 

si  lepszym aktorem, ni  si  spodziewałem; ta niedbale rzucona uwaga była 

doskonała. — Przyszło mi po prostu na my l,  e mógłbym kupi  tutaj dom i 

mieszka  w nim przez kilka miesi cy w roku. 

— Przypuszczam,  e najbardziej odpowiadałoby ci co  nad Morzem 

ródziemnym — powiedział Metcalfe. — Riwiera czy co  takiego. 

— Czy ja wiem — odparł z udanym wahaniem Walker. — To miejsce 

wygl da na równie dobre jak inne, a Riwiera jest obecnie tak strasznie 

zatłoczona. — Zamilkł, jak gdyby tkni ty nagł  my l , po czym zwrócił si  do 

mnie. — Oczywi cie chciałbym mie  łód . Czy mógłby  zaprojektowa  jak  dla 

mnie? Wybudowałbym j  w Anglii. 

— Oczywi cie,  e mógłbym — odparłem. — Musiałby  mi tylko odpowiednio 

zapłaci . 

— Tak — powiedział Walker. — Nie mo na obej  si  bez jakiej  łódki, 

prawda? 

Zaczynał nieco przesadza  i zauwa yłem,  e Metcalfe przygl dał mu si  ze 

wzgardliwym rozbawieniem, powiedziałem wi c szybko: 

— Jest  wietnym  eglarzem. W ubiegłym roku niemal zdobył mistrzostwo 

przyl dka na  aglówkach. 

Tak jak przypuszczałem, temat zaabsorbował Metcalfe'a. 

— Oo! — powiedział z nieco wi kszym szacunkiem i przez kilka minut 

rozmawiali z Walkerem o łodziach. W ko cu Walker zmienił temat mówi c: 

— Wiesz, naprawd  idealny byłby dom gdzie  na wybrze u; z własnym 

kotwicowiskiem i hangarem na łód . Wszystko,  e tak powiem, 

samowystarczalne. 

— Masz zamiar przył czy  si  do nas? — spytał Metcalfe z u miechem. 

— O, nie — odparł Walker przera ony. — Nie starczyłoby mi odwagi. Mam 

do  pieni dzy, a poza tym nie lubi  waszych  mierdz cych rop  fairmili. 

My lałem o prawdziwej łodzi, o łodzi  aglowej. 

Zwrócił si  do mnie: 

— Słuchaj, im wi cej o tym my l , tym bardziej mi si  podoba ten pomysł. 

Mógłby  zaprojektowa  dla mnie dziesi ciotonowca, co , czym mógłbym  eglowa  

samotnie. To miejsce jest idealn  odskoczni  na Karaiby.  egluga przez Atlantyk 

mo e okaza  si  interesuj ca. 

Zwierzył si  Metcalfe'owi: 

— Nie, nie mam nic przeciwko tym go ciom pływaj cym po oceanach, ale 

wi kszo  z nich jest bez grosza i musz  mieszka  na swoich łodziach. Dlaczego ja 

miałbym tak robi ? Pomy l, o ile lepiej byłoby, gdybym miał tutaj dom z 

hangarem dla łodzi przy ogrodzie. Mógłbym tam,  e tak powiem, przysposabia  

łód  do podró y, zamiast sta  w tym cuchn cym porcie. 

To rzeczywi cie była dobra my l, pasuj ca do zamo nego playboya, rw cego 

si  do samotnego przepłyni cia Atlantyku. Doceniłem inwencj  Walkera. 

background image

 

46 

Metcalfe te  nie uwa ał pomysłu za niedorzeczny. 

— Niezła my l, je li ci  na to sta  — orzekł. — Co  ci powiem. Id  do mojego 

przyjaciela Aristide. B dzie próbował wynaj  ci mieszkanie, ma ich chyba z 

tuzin pustych, ale powiedz mu,  e ja ci  przysyłam, to stanie si  bardziej 

rozs dny. — Po piesznie skre lił notk  na kartce papieru i wr czył j  Walkerowi. 

— Strasznie dzi kuj  — powiedział Walker. — To niezwykle miło z twojej 

strony. 

Metcalfe dopił kaw . 

— Musz  ju  i . Zobaczymy si  wieczorem, nim odpłyn . Kiedy wyszedł, 

Coertze, który przez cały czas siedział z twarz  pozbawion  wyrazu, rzekł: 

— My lałem o zł... 

Kopn łem go w kostk  i wskazałem maroka skiego słu cego, który wła nie 

wszedł do pokoju. 

— Tula — powiedziałem. — Moenie hier praat nie — nast pnie dodałem po 

angielsku. — Chod cie, wyjdziemy i rozejrzymy si  troch . 

Kiedy usiedli my przy stoliku w pobliskiej kawiarni, odezwałem si  do 

Coertzego: 

— Nie wiemy, czy słu cy Metcalfe'a znaj  angielski, czy nie. Wol  jednak nie 

ryzykowa . No wi c, co chciałe  powiedzie ? 

— Zastanawiałem si  nad sprowadzeniem tu złota. W jaki sposób to zrobimy? 

Wczoraj powiedziałe ,  e trzeba je zadeklarowa  przy odprawie celnej. Nie 

mo emy przypłyn  i powiedzie : „Słuchaj, chłopie, mamy w tej łodzi złoty kil. 

My l ,  e wa y jakie  cztery tony". 

— Sam si  nad tym zastanawiałem — odparłem. — Wygl da na to,  e 

b dziemy musieli je przeszmuglowa  tutaj, przetopi  na standardowe sztaby, 

znów wywie  po kilka, a nast pnie wwie  oficjalnie i zadeklarowa  przy 

odprawie. 

— To wymaga czasu — zaoponował Coertze. — A my czasu nie mamy. 

Westchn łem. 

— No dobra. Przyjrzyjmy si  dokładniej kalendarzowi. Dzisiaj mamy 

dwunastego stycznia i je li chodzi o handel złotem, Tanger zamyka interes  

dziewi tnastego kwietnia.  To jest,  niech policz ... dziewi dziesi t siedem dni, 

powiedzmy czterna cie tygodni. 

Zacz łem dokładne obliczenia. Upłynie tydzie , nim opu cimy Tanger, i 

kolejne dwa tygodnie, nim dotrzemy do Włoch. Plus kolejne dwa tygodnie na 

powrót. A dobrze byłoby mie  tydzie  w zapasie na wypadek złej pogody. W ten 

sposób mieliby my z głowy sze  tygodni. Dwa tygodnie na przygotowanie 

wydobycia złota i trzy tygodnie na odlanie kilu — w sumie jedena cie. Pozostały 

trzy tygodnie w rezerwie. Terminy mieli my, delikatnie mówi c, napi te. 

— Gdy wrócimy ze złotem, b dziemy musieli si  dokładniej rozejrze  — 

powiedziałem. — Z cał  pewno ci  kto  je kupi, nawet w jednej bryle. Nic jednak 

nie mog  powiedzie , dopóki nie b dziemy go mieli. 

Wyobra nia podsun ła mi wizj  w drówki do Egiptu lub nawet do Indii, w 

charakterze jakiego  współczesnego Lataj cego Holendra, skazanego na  eglug  

jachtem o warto ci miliona funtów. 

background image

 

47 

Walkera nie interesowały zbytnio szczegóły. Zadowolił si  zwaleniem ich na 

barki Coertzego i moje. Siedział i słuchał jednym uchem, studiuj c adres, który 

dał mu Metcalfe. 

Nagle powiedział: 

— S dziłem,  e stary Aristide oka e si  agentem handlu nieruchomo ciami, 

ale tak nie jest. — Odczytał adres z kartki: — „Aristide Theotopopoulis, 

Tangerski Bank Handlowy, Bulwar Pasteura". Mo e od niego mogliby my 

dowiedzie  si  czego  o handlu złotem? 

— Nie ma szans — odparłem ironicznie. — Jest przyjacielem Metcalfe'a — 

spojrzałem na Walkera. — I jeszcze jedno. Dzisiaj rano bardzo dobrze poradziłe  

sobie z Metcalfe'em, ale, na miło  bosk , bez tego sztucznego oksfordzkiego 

akcentu i mniej od ywek w stylu: „Strasznie dzi kuj ". Metcalfe'a trudno 

oszuka , poza tym był w Afryce Południowej i orientuje si  co nieco w tamtych 

realiach. Lepiej by  zrobił próbuj c akcentu z Malmesbury, teraz ju  jednak za 

pó no na t  zmian . Ale stonuj nieco, dobrze? 

Walker wyszczerzył z by i odparł: 

— Dobra, chłoptasiu. 

— Pójdziemy teraz zobaczy  si  z Aristide Theoto-jako -tam. Nie od rzeczy 

byłoby te  wynaj  samochód. Ułatwi to poruszanie si  i uzupełni legend . Wiecie 

przecie ,  e jeste my bogatymi turystami. 

 

Aristide Theotopopoulis był czym  zbli onym do kuli. Jego obwód 

dorównywał z grubsza wzrostowi, a gdy usiadł, zmarszczył si  w  rodku jak nie 

dopompowana piłka futbolowa. Wałki tłuszczu z podbródka i karku przelewały 

mu si  przez kołnierz. Nawet dłonie miał okr głe — p kate kulki tłuszczu, ze 

złotym blaskiem bij cym od gł boko osadzonych na palcach pier cieni. 

— Ach tak, panie Walker, chce pan mie  dom — powiedział. — Dzisiaj rano 

miałem telefon od pana Metcalfe'a. Wydaje mi si ,  e mam to, o co panu chodzi 

— mówił płynnym, potocznym angielskim. 

— Czy chce pan powiedzie ,  e ma taki dom? — dopytywał si  Walker. 

— Oczywi cie! Jak pan s dzi, dlaczego pan Metcalfe przysłał pana do mnie? 

On zna Casa Saeta — zamilkł na chwil . — Czy nie ma pan nic przeciwko temu, 

e dom jest stary? — zapytał z trosk . 

— Ale  sk d — odparł Walker lekko. — Mog  sobie pozwoli  na ka d  

odmian , je li tylko dom mi b dzie odpowiadał — dostrzegł moje spojrzenie i 

szybko dodał: — Jednak proponowałbym wynajem na sze  miesi cy z prawem 

kupna. 

Twarz Aristide wydłu yła si , zmieniaj c kształt z koła w elips . 

— No dobrze, skoro takie jest pa skie  yczenie — rzekł nieco ura ony. 

Zabrał Walkera i mnie cadillakiem na północ. Coertze jechał z tyłu naszym 

wynaj tym samochodem. 

Dom wygl dał jak wyj ty z kreskówki Charlesa Addamsa; niemal 

spodziewałem si  ujrze  Borisa Karloffa wygl daj cego przez okno. Nie mo na tu 

było dostrzec  adnych wpływów maureta skich. Był to najszkaradniejszy 

wiktoria ski gotyk, co jednak nie miało znaczenia, je li mogli my tu znale  to, co 

było nam potrzebne. 

background image

 

48 

Weszli my do wn trza, spogl daj c pobie nie na pogryzion  przez korniki 

boazeri . Od razu zauwa yli my brak urz dze  sanitarnych. Kuchnia była 

prymitywna, a znajduj cy si  na tyłach domu ogród wyj tkowo zapuszczony. 

Poni ej rozci gało si  morze, a pod niskim urwiskiem zobaczyli my pla . 

Czego  takiego szukali my. Był tu hangar na łodzie wystarczaj co du y, aby 

pomie ci  „Sanforda" ze zło onym masztem, cho  słup podtrzymuj cy strop 

pilnie wymagał remontu. Do hangaru przylegała buda, w której mogliby my 

urz dzi  odlewni . 

Obejrzałem wszystko, oceniaj c, ile czasu zajmie doprowadzenie 

tego bałaganu do porz dku, po czym odci gn łem Coertzego na bok, podczas 

gdy Aristide zachwalał dom Walkerowi. 

— Co o tym s dzisz? — zapytałem. 

— Człowieku, my l ,  e powinni my go bra . Drugiego takiego miejsca mo e 

nie by  w całej północnej Afryce. 

— Pomy lałem dokładnie to samo — odparłem. — Mam nadziej ,  e co  

podobnego uda nam si  znale  we Włoszech. Mo emy wzi  kogo  st d do 

naprawy tego... i przy odpowiednim nacisku powinien si  upora  z robot  w ci gu 

tygodnia, my za  musimy odwali  troch  symbolicznych robót przy domu. 

Jednak przewa aj ca cz  pieni dzy zostanie przeznaczona na rzeczy niezb dne 

w wyprawie. Przystosowanie domu do stanu nadaj cego si  do zamieszkania to 

sprawa odleglejsza. Dam zna  Walkerowi; ma talent do wymy lania 

zbzikowanych powodów,  eby wytłumaczy  postawienie sprawy na głowie. 

Powrócili my do tamtych dwóch. Aristide nadal, nie szcz dz c wysiłku, 

zachwalał dom. Dyskretnie skin łem Walkerowi głow . Ten u miechn ł si  

oszałamiaj co do Aristide i powiedział: 

— Na nic si  to nie zda, panie Theotopopoulis, nie zdoła mnie pan odwie  od 

wzi cia tego domu. Jestem zdecydowany bra  go natychmiast — oczywi cie na 

warunkach wynajmu na sze  miesi cy. 

Aristide, który nie miał najmniejszego zamiaru odwodzi  go od czegokolwiek, 

zapomniał j zyka w g bie, wrócił jednak ochoczo do chwilowo przerwanej gry: 

— Rozumie pan jednak, panie Walker,  e nie mog  udzieli   adnych 

gwarancji... — zawiesił głos, stwarzaj c wra enie,  e wy wiadcza Walkerowi 

przysług . 

— Wszystko w porz dku, chłopie — rzekł Walker rado nie. — Ale ja te  

musz  mie  przynajmniej sze  miesi cy,  eby si  zastanowi , czy go w ogóle 

kupi . Niech pan o tym pami ta. 

— Mam nadziej ,  e uda si  to sfinalizowa  — powiedział Aristide z udan  

niepewno ci . 

— Czy  nie b dzie wspaniale mieszka  w tym pi knym domu? — powiedział 

Walker do mnie. Spiorunowałem go spojrzeniem. Problem z Walkerem polegał 

na tym,  e za bardzo uto samiał si  ze swoj  rol . Na szcz cie Aristide, 

bombardowany dalej pytaniami, nie połapał si  w czym rzecz. — Czy dom nie 

jest nawiedzony lub co  w tym rodzaju? — dopytywał si  Walker, jak gdyby 

duchy były czym  w rodzaju szczurów za boazeri . 

— Och nie — odparł Aristide pospiesznie. —  adnych duchów. 

background image

 

49 

— Szkoda — powiedział Walker niedbale. — Zawsze chciałem mieszka  w 

nawiedzonym domu. 

Zauwa yłem,  e Aristide zaraz zmieni zdanie co do duchów, wtr ciłem si  

wi c pospiesznie, aby przerwa  t  błazenad . Nie miałem nic przeciwko temu, aby 

Aristide uwa ał,  e ma do czynienia z durniem, nikt jednak nie mógł by  a  takim 

głupcem, jakiego grał Walker. Obawiałem si  wi c,  e Aristide mo e zw cha  

pismo nosem. 

— Proponowałbym, aby my wrócili do biura pana Theotopopou-lisa celem 

ustalenia szczegółów — odezwałem si . — Robi si  pó no, a mam jeszcze troch  

pracy na łodzi. 

Coertzemu za  powiedziałem: 

— Nie ma potrzeby, aby  jechał z nami. Spotkamy si  na lunchu w tej samej 

restauracji, w której byli my wczoraj wieczorem. 

Widziałem, jak z powodu wygłupów Walkera niebezpiecznie wzrasta mu 

ci nienie, i wolałem ich rozdzieli ,  eby przypadkiem nie wybuchn ł. Cholernie 

trudno pracowa  z lud mi, którzy tak  le na siebie oddziałuj . 

Wrócili my do biura Aristide i dalej wszystko poszło ju  gładko. Zdarł z nas 

skór  przy wycenie, nie miałem jednak nic przeciwko temu. Ka dy, kto rzucał 

pieni dzmi jak Walker, musiał by  uczciwym człowiekiem. 

Kiedy wszystko było ju  prawie dograne, Walker rzekł co , co zmroziło mi 

krew w  yłach, chocia  pó niej, gdy ochłon łem i zastanowiłem si , uznałem, i  

tak skonstruował swój wizerunek,  e mogło mu to uj  na sucho. 

— Tanger to fantastyczne miejsce — powiedział do Aristide. — Słyszałem,  e 

sztaby złota walaj  si  dosłownie po całym mie cie. 

Aristide u miechn ł si  dobrotliwie. Odci ł ju  swoj  poka n  cz  z pieczeni 

i gotów był straci  jeszcze kilka minut na pogaw dk ; prócz tego ten idiota 

Walker miał zamieszka  w Tangerze — mo na go było wydoi  jeszcze bardziej. 

— Niezupełnie — odparł. — Trzymamy nasze złoto w sejfach. 

— Hmm — mrukn ł Walker. — To zabawne — przez całe  ycie mieszkam w 

Afryce Południowej, gdzie wydobywa si  mnóstwo złota, a ja go nigdy nie 

widziałem. Wie pan, w Afryce Południowej złota nie mo na kupi . 

Aristide uniósł brwi, jakby to było co  niesłychanego. 

— Słyszałem,  e tutaj mo na kupowa  złoto na funty, niczym masło w sklepie. 

Wspaniale byłoby kupi  go troch . Prosz  sobie wyobrazi ,  e ja z moimi 

pieni dzmi nigdy nie widziałem sztaby złota — rzekł patetycznie. — Wie pan, 

mam mnóstwo pieni dzy. Wielu twierdzi,  e zbyt wiele. 

Aristide zmarszczył brwi. Była to herezja. Według niego nikt nie mógł mie  za 

du o pieni dzy. Stał si  bardzo powa ny. 

— Panie Walker, najlepsza rzecz, jak  mo na zrobi  w tych niespokojnych 

czasach, to kupno złota. Jest ono jedyn  bezpieczn  lokat . Warto  złota nie 

ulega wahaniom, tak jak tych nietrwałych papierowych walut. — Pstrykni ciem 

palców pozbawił blasku ameryka skiego dolara i funta szterlinga. — Złoto nie 

rdzewieje ani nie traci na wadze; jest zawsze obok, zawsze bezpieczne i cenne. 

Je li chce pan zainwestowa , zawsze jestem gotów sprzeda  złoto. 

— Doprawdy? — powiedział Walker. — Tak po prostu sprzedaje je pan? 

Aristide u miechn ł si . 

background image

 

50 

— Tak po prostu — u miech zmienił si  w zas pienie. — Lecz je li chce pan 

kupi , musi pan zrobi  to teraz, gdy  wkrótce wolny rynek w Tangerze zostanie 

zamkni ty — wzruszył ramionami. — Mówi pan,  e nigdy nie widział sztaby 

złota. Poka  je panu. Du o. — Po czym zwrócił si  do mnie, dodaj c 

bezceremonialnie: — Panu równie , panie Halloran, je li pan sobie  yczy. Prosz  

t dy. 

Poprowadził nas w dół, do wn trza budynku. Wchodzili my w ró ne 

okratowane drzwi, a  w ko cu stan li my przed imponuj cym skarbcem. W 

drodze na dół przył czyło si  do nas dwóch pot nie zbudowanych stra ników. 

Aristide otworzył grube na ponad dwie stopy drzwi skarbca i wprowadził nas do 

rodka. 

W skarbcu znajdowało si  du o złota. Nie cztery tony, jednak wystarczaj co 

du o. Sztaby uło ono starannie w stosy ró nych wielko ci. W skrzyniach 

znajdowały si  monety. Wra enie było oszałamiaj ce. 

Było tam cholernie du o złota. 

Aristide wskazał jedn  ze sztab. 

— To standardowa sztaba tangerska. Wa y czterysta uncji troja skich — 

około dwudziestu siedmiu i pół funta w angielskim systemie miar. Ma warto  

ponad pi  tysi cy funtów. — Uniósł mniejsz  sztab . — Ta ma nieco 

dogodniejszy rozmiar. Wa y kilogram — nieco ponad trzydzie ci dwie uncje — i 

ma warto  około czterystu funtów. 

Otworzył skrzyni  i z lubo ci  patrzył, jak monety przesypywały si  mi dzy 

jego grubymi palcami. 

— Oto brytyjskie suwereny, a tutaj ameryka skie podwójne orły. To s  

francuskie napoleony, a tamto — austriackie dukaty — spojrzał na Walkera z 

błyskiem w oku i rzekł: — Rozumie pan, co miałem na my li mówi c,  e złoto 

nigdy nie traci warto ci? Otworzył kolejn  skrzyni . 

— Nie wszystkie złote monety s  stare. Te zostały wybite nieoficjalnie przez 

bank w Tangerze — nie mój. S  to tangerskie herkulesy. Wa  dokładnie jedn  

uncj . 

Poło ył monet  na wyci gni tej dłoni i pozwolił dotkn  jej Walkerowi. Ten 

obrócił j  w palcach i podał mi z oci ganiem. 

Wła nie wtedy cała ta zwariowana wyprawa przestała by  dla mnie przygod . 

Ci ki, oleisty dotyk złotej monety poruszył co  w moim wn trzu. Zrozumiałem, 

co ludzie mieli na my li mówi c o gor czce złota. Zrozumiałem, dlaczego 

poszukiwacze harowali jak niewolnicy w jałowych pustkowiach, gołymi r kami 

szukaj c złota. Nie po dali złota tylko dla jego warto ci — warto ci  było złoto 

samo w sobie. Ten  ółty metal mo e co  odmieni  w człowieku. Wci ga tak samo 

jak ka dy przekl ty narkotyk. 

Dło  mi lekko dr ała, gdy oddawałem monet  Aristide. 

Podrzucaj c j  powiedział: 

— Oczywi cie kosztuje wi cej ni  złoto w sztabach, gdy  trzeba doda  koszt 

wybicia. Taka forma jest jednak du o wygodniejsza — u miechn ł si  z ironi . — 

Du o ich sprzedajemy uchod com i południowoameryka skim dyktatorom. 

Gdy z powrotem znale li my si  w biurze, Walker powiedział: 

background image

 

51 

— Ma pan na dole sporo złota. Sk d je pan bierze? Aristide wzruszył 

ramionami. 

— Kupuj , gdzie mog . Sprzedaj , kiedy mog . W Tangerze nie jest to 

sprzeczne z prawem. 

— Sk d  jednak musi si  bra  — nalegał Walker. — Przypu my,  e jeden z 

tych piratów, to znaczy jeden z przemytników, przyszedłby do pana maj c pół 

tony złota. Czy kupiłby je pan? 

— Gdyby cena była odpowiednia — odparł Aristide z miejsca. 

— Nie wiedz c, sk d pochodzi? 

Nikły u miech pojawił si  w oczach Aristide. 

— Nie ma nic bardziej anonimowego ni  złoto — rzekł. — Złoto nie ma 

wła ciciela, nale y tylko chwilowo do człowieka, który go dotyka. Tak, kupiłbym 

takie złoto. 

— Nawet gdy złoty rynek zostanie zamkni ty? Aristide wzruszył jedynie 

ramionami i u miechn ł si . 

— Zastanówmy si  — powiedział Walker bezmy lnie. — Do Tangeru musi 

napływa  sporo złota. 

— Sprzedam złoto, kiedy pan zechce, panie Walker — powiedział Aristide 

sadowi c si  za biurkiem. — A wiec skoro, jak przyjmuj , zamierza pan mieszka  

w Tangerze, zechce pan zapewne otworzy  konto w banku — nagle stał si  

biznesmenem. 

Walker zerkn ł na mnie i odparł: 

— No nie wiem. Jestem na tym rejsie z Halem i nale no ci reguluj  listem 

kredytowym, wystawionym w Afryce Południowej. Spore kwoty podj łem ju  w 

jednym z tutejszych banków. Nie s dziłem,  e b d  miał szcz cie spotka  

przyjaznego bankiera — u miechn ł si  ujmuj co. — Nie zostaniemy tu długo — 

dodał. — Za kilka tygodni odpływamy, ale wróc ... tak, wróc . Kiedy 

przypłyniemy z powrotem, Hal? 

— Wybieramy si  do Hiszpanii i Włoch, pó niej do Grecji. Nie s dz , aby my 

zapu cili si  a  do Turcji czy Libanu, chocia  to mo liwe. Uwa am,  e mo emy tu 

wróci  za trzy, cztery miesi ce. 

— No widzi pan — rzekł Walker. — Zajmiemy si  kontem, kiedy wprowadz  

si  na dobre. Casa Saeta — powiedział marzycielsko. — Miło mi. 

    Po egnali my si  z Aristide, a gdy znale li my si  na zewn trz, 

powiedziałem z w ciekło ci : 

— Co ci strzeliło do łba,  eby zrobi  co  a  tak głupiego? 

— Co na przykład? — spytał Walker niewinnie. 

— Doskonale wiesz, o co mi chodzi. Uzgodnili my,  e nie wspomnimy słowem 

o złocie. 

— Czasami musimy co  o nim powiedzie  — odpowiedział. — Nie mo emy 

sprzeda  złota, nic o nim nie mówi c. Pomy lałem,  e chwila jest stosowna, aby 

si  czego  na ten temat dowiedzie  i sprawdzi  nastawienie Aristide do złota 

niewiadomego pochodzenia. S dziłem,  e przeprowadziłem spraw  nie najgorzej. 

Musiałem mu przyzna  racj  i powinszowa  pomysłu. 

background image

 

52 

— I jeszcze jedno — powiedziałem. — Przesta  si  zgrywa  na takiego dupka. 

O mało mnie szlag nie trafił, kiedy zacz łe  nawija  mu o tych duchach. Chodzi o 

powa niejsze rzeczy ni  wygłupy. 

— Wiem — rzekł powa nie. — U wiadomiłem to sobie, gdy byli my w 

skarbcu. Zapomniałem ju , co człowiek czuje, gdy dotyka złota. A wi c jego te  

uderzyło. Uspokoiłem si  i powiedziałem: 

— W porz dku. Ale na przyszło  nie zapominaj si . I, na miło  bosk , nie 

udawaj głupka przed Coertzem. Ju  i tak mam do  kłopotów,  eby utrzyma  

mi dzy wami spokój. 

 

Kiedy spotkali my si  z Coertzem na lunchu, powiedziałem: 

— Dzisiaj rano widzieli my cholernie du o złota. Wyprostował si . 

— Gdzie? 

— W banku Aristide jest niesamowicie wielki sejf — powiedział Walker. 

— My lałem... — zacz ł Coertze. 

— Nic si  nie stało — rzuciłem. — Wszystko poszło gładko. Widzieli my wiele 

sztab. W Tangerze przyjmuj  ch tnie dwa rodzaje. Jedna ma czterysta uncji, a 

druga kilogram. — Coertze zmarszczył brwi, wi c dodałem: — To prawie dwa i 

wier  funta. 

Mrukn ł i poci gn ł łyk whisky. 

— Przedyskutowali my to z Walkerem i uwa amy,  e Aristide kupi złoto na 

lewo nawet po zamkni ciu rynku. B dziemy musieli jednak uprzedzi  go 

wcze niej, aby mógł si  przygotowa . 

— My l ,  e powinni my zrobi  to teraz — odezwał si  Walker. Potrz sn łem 

głow . 

— Nie! Aristide jest przyjacielem Metcalfe'a; prosi  tygrysa na obiad, to ju  

przesada. Nie mo emy nic mówi  przed powrotem, a i wtedy b dzie to dla nas 

ryzyko. 

Walker milczał, ci gn łem wi c dalej: 

— Chodzi o to,  e jest mało prawdopodobne, aby Aristide zechciał wzi  na 

skład czterotonow  brył  złota. Tak czy inaczej b dziemy musieli zapewne 

przetopi  kil na sztaby. Aristide przypuszczalnie solidnie namiesza w papierach, 

aby móc si  wytłumaczy  z czterech dodatkowych ton. Oznacza to jednak,  e 

musi si  o tym dowiedzie  przed zamkni ciem rynku złota — a dla nas z kolei 

znaczy to,  e musimy wróci  przed dziewi tnastym kwietnia. 

— Niewiele czasu — powiedział Coertze. 

— Chyba dokładnie wyliczyłem czas potrzebny na kolejne etapy operacji. 

Został nam miesi c luzu. Mog  si  jednak pojawi  przeszkody i wtedy wa ny 

b dzie ka dy dzie . Nie to jednak jest najgorsze — co innego mnie m czy. 

— Na przykład? 

— Popatrz. Kiedy — i je eli — dowieziemy tutaj złoto i zaczniemy je 

przetapia , wsz dzie b d  si  walały sztaby. Nie chciałbym ich dostarcza  

Aristide po trochu, w miar  jak b d  przetapiane; to kiepska taktyka — zbyt 

du e ryzyko,  e zorientuje si  kto  z zewn trz. Chc  mu da  wszystko naraz, 

otrzyma  zapłat  w nie podlegaj cym uniewa nieniu czeku na bank szwajcarski i 

zmy  si . Oznacza to jednak,  e b dziemy mieli cholernie du o sztab le cych 

background image

 

53 

luzem w Casa Saeta, a to niedobrze — westchn łem. — I gdzie mamy trzyma  to 

cholerstwo? Układa  w salonie? No i ile b dzie tych przekl tych sztab? — 

dodałem poirytowany. Walker spojrzał na Coertzego. 

— Mówiłe ,  e jest tam około czterech ton, prawda? 

— Ja — rzekł Coertze. — Tak, ale to było tylko szacunkowo. 

— Od tamtego czasu miałe  do czynienia ze sztabami — powiedziałem. — Na 

ile dokładny jest ten szacunek? 

Zastanowił si  chwil , przenosz c si  my lami o pi tna cie lat wstecz i 

porównuj c to, co wówczas zobaczył, z tym, czego si  od tej pory nauczył. Umysł 

ludzki jest cudown  maszyn . W ko cu wolno powiedział: 

— My l ,  e jest dokładny, bardzo dokładny. 

— W porz dku — odezwałem si . — No wi c jest tego cztery tony. Daje to bez 

mała dziewi  tysi cy funtów. Na funt wypada szesna cie uncji, a... 

— Nie — rzekł Coertze nagle. — To złoto mierzy si  w uncjach troja skich. 

Na funt angielski wypada czterna cie, przecinek pi dziesi t osiem i trzy w 

okresie uncji troja skich. 

Sypał cyframi jak z r kawa, byłem wi c pewien,  e wiedział, o czym mówi. W 

ko cu na tym polegała jego praca. 

— Przesta cie si  tak rozdrabnia  — powiedziałem. — Przyjmijmy 

czterna cie i pół uncji za funt. Taka dokładno  wystarczy. 

Zacz łem oblicza , robi c wiele bł dów, cho  powinna to by  prosta 

kalkulacja. Obliczenia przy projektowaniu jachtów nie zawieraj  w sobie tego 

typu ładunku emocjonalnego. 

Wreszcie sko czyłem. 

— Najdokładniej, jak mogłem policzy , otrzymamy około trzystu trzydziestu 

sztab po czterysta uncji ka da. 

— Ile to daje licz c po pi  tysi cy funtów za sztab ? — zapytał Walker. 

Ponownie zacz łem gryzmoli  na papierze i z niedowierzaniem spojrzałem na 

wynik. Po raz pierwszy zobaczyłem tak wielk  liczb  oznaczaj c  kwot  

pieni dzy. Do tej pory byłem zbyt zaj ty, aby o tym my le , i cztery tony złota 

wydawały si  dobr  do zapami tania, okr gł  cyfr . 

— Wychodzi mi milion sze set pi dziesi t tysi cy funtów — powiedziałem z 

wahaniem. 

Coertze z satysfakcj  skin ł głow . 

— Te  tak mi wyszło. A do tego dochodz  jeszcze kosztowno ci. 

Co do kosztowno ci miałem inne zdanie. Aristide miał racje mówi c,  e złoto 

jest anonimowe — klejnoty nie. Maj  co  w rodzaju to samo ci i zbyt łatwo je 

odnale  i rozpozna . Gdyby stan ło na moim, kosztowno ci zostałyby w sztolni. 

To jednak musiałem im spokojnie przedstawi . 

— Wychodzi ponad pół miliona na ka dego — powiedział Walker. 

— Przyjmijmy pół miliona netto ka dy — odparłem. — By  mo e pozostałe 

sto pi dziesi t tysi cy funtów trzeba b dzie przeznaczy  na dalsze wydatki. Nim 

doprowadzimy spraw  do ko ca, wydamy wi cej, ni  wło yli my do puli. 

Wróciłem do zasadniczego problemu. 

— No wi c dobrze, mamy trzysta trzydzie ci sztab złota. Co z nimi robimy? 

— W domu jest piwnica — powiedział Walker w zadumie. 

background image

 

54 

— Wreszcie jaka  sensowna my l. 

— Wiesz, fantastyczny pomysł przyszedł mi do głowy w skarbcu — ponownie 

zwrócił si  do mnie. — Pomy lałem sobie,  e wygl da tam jak na jakiej  budowie, 

gdzie wsz dzie walaj  si  cegły. Dlaczego nie mieliby my w piwnicy zbudowa  

ciany? 

Spojrzałem na Coertzego, on na mnie, i obaj wybuchn li my  miechem. 

— Co w tym zabawnego? — spytał Walker niemal płaczliwie. 

— Nic — odparłem, wci  si  krztusz c. — Doskonała my l, i tyle. 

— Jestem niezłym murarzem, je li stawki s  dobre — rzekł Coertze z 

u miechem. 

Jaki  głos zacz ł mi becze  do ucha. Kiedy si  odwróciłem, ujrzałem ulicznego 

sprzedawc  losów, usiłuj cego wcisn  mi plik biletów. Odprawiłem go ruchem 

r ki, lecz Coertze, wyj tkowo tym razem w dobrym humorze, rzekł 

protekcjonalnie: 

— Nie, chłopie, we miemy jeden. Lepiej si  zabezpieczy . Los kosztował sto 

pesetów; uzbierali my je z reszty le cej na stole, po czym wrócili my do 

mieszkania Metcalfe'a 

 

Nast pnego dnia zacz li my pracowa  na serio. Ja zostałem na „Sanfordzie" i 

poganiałem dostawców i  aglomistrza. Pod koniec tygodnia poczułem si  

usatysfakcjonowany. „Sanford" mógł wypłyn  w dowolne miejsce na kuli 

ziemskiej. 

Coertze i Walker pracowali w domu, doprowadzaj c do normalnego stanu 

hangar oraz nadzoruj c miejscowych robotników, których znale li dzi ki 

uprzejmej słu bie Metcalfe'a. 

— Nie ma problemów, je li traktuje si  tych brudasów tak samo jak kafrów w 

domu — powiedział Coertze. Nie byłem tego całkiem pewien, najwyra niej 

jednak wszystko szło jak nale y. 

Kiedy Metcalfe wrócił ze swojej łajdackiej wyprawy, wszystkie prace zostały 

zako czone i byli my gotowi do odpłyni cia. Nie informowałem go o naszych 

planach, czuj c,  e im mniej wie, tym lepiej. 

Gdy na „Sanfordzie" panował ju  wzorowy porz dek, wybrałem si  z 

zapowiedzian  wizyt  na fairmil  Metcalfe'a. Jasnowłosy m czyzna, spłukuj cy 

pokłady w em, zagadn ł: 

— To ty pewnie jeste  Halloran. Jestem Krupke, kumpel Metcalfe'a. 

— Czy jest gdzie  tutaj? Krupke pokr cił przecz co głow . 

— Poszedł z tym twoim przyjacielem — Walkerem. Prosił,  ebym si  tob  

zaj ł, gdyby  przyszedł na pokład. 

— Jeste  Amerykaninem, prawda? — zapytałem. U miechn ł si . 

— Uhm, z Milwaukee. Nie miałem ochoty wraca  po wojnie do Stanów, wi c 

zostałem tutaj. Cholera, byłem wówczas szczeniakiem, nie miałem wi cej ni  

dwadzie cia lat, pomy lałem wi c,  e skoro Wuj Sam opłacił mi podró  tutaj, to 

mog  z tego skorzysta . 

Przypuszczalnie był dezerterem i nie mógł wróci  do Stanów, cho  zapewne 

ogłoszono amnesti  dla takich jak on. Nie wiedziałem, czy w prawie wojskowym 

background image

 

55 

jest odpowiednik cywilnej ustawy prekluzyjnej. Jednak nie poruszałem tego 

tematu — renegaci s  obra liwi, a czasami niezrozumiale patriotyczni. 

Sterówka, któr  Krupke nazwał „pokładówk ", była dobrze wyposa ona. 

Znajdowały si  w niej dwie echosondy; jedna miała urz dzenie rejestruj ce. 

Desk  rozdzielcz  silnika umieszczono dokładnie pod r k  sternika, a szyby z 

przodu wyposa ono w przesłony 

Kenta na wypadek złej pogody. Była tam równie  du a radiostacja oraz 

radar. 

Dotkn łem r k  ekranu radaru i spytałem: 

— Jaki ma zasi g? 

— Ma kilka zasi gów — odparł. — Wybierasz ten, który jest potrzebny w 

danej chwili. Poka  ci. 

Pstrykn ł przeł cznikiem i pokr cił gałk . Po kilku sekundach ekran 

rozja nił si  i, w miar  obracania si  anteny, mogłem zobaczy  malutki plan 

portu. Nawet „Sanford" był widoczny w ród innych plamek. 

— To na blisk  odległo  — rzekł Krupke i z trzaskiem przekr cił 

przeł cznik. — A to zasi g maksymalny — pi tna cie mil, ale dopóki jeste my w 

porcie, niewiele zobaczymy. 

Cz  ekranu obejmuj ca l d była zbyt chaotycznie pokryta wielk  liczb  

wietlistych plamek, aby dało si  co  odczyta , od strony morza natomiast 

dostrzegłem male ki punkcik. 

— Co to takiego? Spojrzał na zegarek. 

— Zapewne prom z Gibraltaru. Jest oddalony o dziesi  mil — na siatce 

zaznaczono odległo ci w milach. 

— Ta zabawka musi by  niezwykle przydatna do wykrywania l du w nocy — 

powiedziałem. 

— Jasne — odparł. — Trzeba tylko porównywa  zarys na ekranie z map . 

Nie ma znaczenia,  e ksi yc nie  wieci albo  e jest mgła. 

Jak ebym chciał mie  takie urz dzenie na „Sanfordzie", trudno jednak 

zainstalowa  radar na jachcie - jest tam zbyt wiele lin mog cych zaczepi  o 

anten . Zreszt , nie mieliby my energii do zasilania go. 

Rozejrzałem si  po sterówce. 

— Z takim wyposa eniem nie potrzeba wielu ludzi, mimo  e to spora łód  — 

powiedziałem. — Jak  macie załog ? 

— Mo emy j  prowadzi  sami z Metcalfe'em — rzekł Krupke. — Nasze 

wyprawy nie s  zbyt długie. Ale zazwyczaj bierzemy ze sob  jeszcze jednego 

człowieka — tego Maroka czyka, który jest teraz na „Sanfordzie". 

Długo jeszcze czekałem na pokładzie fairmili, ale Metcalfe i Walker nie 

pokazali si , wi c po jakim  czasie wróciłem do mieszkania Metcalfe'a. Coertze 

ju  tam był, pozostali przepadli. Poszli my wi c na kolacj  we dwójk . 

— Wkrótce powinni my odpłyn  — powiedziałem w trakcie kolacji. — 

Tutaj wszystko jest załatwione i marnowaliby my czas zostaj c dłu ej. 

— Ja — zgodził si  Coertze. — To nie wycieczka. 

Wrócili my do domu. Nadal nikogo nie było, je li nie liczy  słu by. Coertze 

poszedł do swojego pokoju, a ja czytałem przypadkowe czasopismo. Około 

background image

 

56 

dziesi tej usłyszałem,  e kto  wchodzi. Uniosłem wzrok i zagotowałem si  wprost 

z w ciekło ci. 

Walker był tak pijany,  e nie widział na oczy. Kolana uginały si  pod nim i 

przytrzymywał si  Metcalfe'a. Twarz miał obrz kł  i rozgl dał si  nieprzytomnie. 

Metcalfe był nieco wstawiony, lecz nie pijany. Podci gn ł Walkera,  eby nie 

upadł, i rzekł wesoło: 

— Poszli my sp dzi  w mie cie miły wieczór, ale kolega Walker nie dał rady. 

Lepiej mi pomó  rzuci  go na łó ko. 

Pomogłem Metcalfe'owi zawlec Walkera do pokoju i uło yli my go na łó ku. 

Coertze obudził si  i spytał: 

— Co si  dzieje? 

— Twój kumpel nie ma głowy do trunków — odparł Metcalfe. — Film mu si  

urwał. 

Coertze spojrzał na Walkera, potem na mnie i  ci gn ł gniewnie czarne brwi. 

Dałem mu znak, aby si  opanował. 

Metcalfe przeci gn ł si  i powiedział: 

— No, ja chyba te  si  poło  — spojrzał na Walkera i w jego głosie 

zabrzmiała nutka pogardy. — Rano nic mu nie b dzie, oprócz piekielnego kaca. 

Powiem Ismailowi,  eby mu zrobił „ostryg  prerii" na  niadanie. — Zwrócił si  

do Coertzego: — Jak to nazywacie w afrikaans? 

— 'n Regmaker — burkn ł Coertze. Metcalfe roze miał si . 

— Zgadza si . Regmaker. To było pierwsze słowo w afrikaans, którego si  

nauczyłem — podszedł do drzwi. — Do zobaczenia rano — powiedział i ju  go nie 

było. 

Zamkn łem drzwi. 

— Przekl ty głupiec — powiedziałem z rozgoryczeniem. Coertze wstał z 

łó ka, chwycił Walkera i zacz ł nim potrz sa . 

— Walker! — krzyczał. — Czy co  mu powiedziałe ?! Głowa Walkera opadła 

na bok. Zacz ł chrapa . Uj łem Coertzego za rami . 

— Cicho b d ; cała słu ba si  dowie. Tak czy inaczej to nie ma sensu, bo 

dzisiaj nic nie powie, jest nieprzytomny. Zostawmy to do rana. 

Coertze strz sn ł moj  r k  i odwrócił si . Miotała nim w ciekło . 

— Mówiłem ci — rzekł stłumionym głosem. — Mówiłem ci,  e on jest do 

niczego. Kto wie, co ten dronkie nagadał. 

Zdj łem Walkerowi buty i przykryłem go kocem. 

— Dowiemy si  jutro — powiedziałem. — My obaj. Nie naskakuj od razu na 

niego; przerazisz go  miertelnie i zamknie si  na amen. 

— Przygrzmoc  mu, jak Bóg na niebie — rzekł Coertze ponuro. 

— Zostawisz go w spokoju — odparłem ostro. — Mo emy mie  dosy  

kłopotów, nawet nie bij c si  ze sob . Walker jest nam potrzebny. Coertze 

prychn ł. 

— Walker wykonał tu robot , której nie zrobiłby  aden z nas — 

powiedziałem. — Ma talent udawania sko czonego głupca w wiarygodny sposób 

— spojrzałem na niego i dodałem gorzko. — Szkoda,  e potrafi by  te  

sko czonym głupcem na serio. W ka dym razie mo emy go jeszcze potrzebowa , 

wi c zostaw go w spokoju. Obaj z nim jutro pogadamy. 

background image

 

57 

Coertze mrukni ciem wyraził zgod  i poszedłem do swego pokoju. 

 

Nazajutrz rano wstałem wcze nie, lecz nie tak wcze nie jak Metcalfe, który 

ju  gdzie  wyszedł. Poszedłem zobaczy  Walkera. Coertze był ju  na wpół 

ubrany, Walker le ał na łó ku i chrapał. Wylałem mu na głow  szklank  wody. 

Nie byłem w odpowiednim nastroju, aby przejmowa  si  jego samopoczuciem. 

Poruszył si , j kn ł i otworzył oczy w momencie, gdy Coertze opró niał nad 

jego głow  karafk . Usiadł prychaj c i ponownie osun ł si  na poduszk . 

— Moja głowa — powiedział, przykładaj c r ce do skroni. Coertze chwycił go 

za koszul . 

— Jou goggamannetjie, co powiedziałe  Metcalfe'owi? — potrz sn ł mocno 

Walkerem. — Co mu powiedziałe ? 

Takie traktowanie z pewno ci  nie stanowiło antidotum na ból głowy, wi c 

odezwałem si : 

— Uspokój si , ja z nim pomówi . 

Coertze pu cił Walkera i stan ł nad nim, czekaj c, a  dojdzie do siebie. 

— Sko czony głupcze — powiedziałem — spiłe  si  wczoraj w nocy, a w 

dodatku jako kompana do picia musiałe  sobie wybra  Metcalfe'a. 

Walker uniósł wzrok. Ból monumentalnego kaca przysłaniał mu bielmem 

oczy. Usiadłem na łó ku. 

— No wi c, czy powiedziałe  mu co  o złocie? 

— Nie! — krzykn ł Walker. — Nie powiedziałem. 

— Nie opowiadaj nam tu  adnych bajek, bo je li złapiemy ci  na kłamstwie, 

to wiesz, co z tob  zrobimy — powiedziałem spokojnie. 

Rzucił wystraszone spojrzenie na Coertzego, gro nie spogl daj cego z tyłu, i 

zamkn ł oczy. 

— Nie pami tam — powiedział. — Urwał mi si  film, nie pami tam. 

To ju  lepiej, teraz z pewno ci  mówił prawd . Zastanowiłem si  przez chwil  

i doszedłem do wniosku,  e nawet je li nie powiedział Metcalfe'owi o złocie, to 

sam zdemaskował si  całkowicie. Pod wpływem alkoholu zniszczył nieodwołalnie 

posta , któr  stworzył, i wrócił do swego dawnego pijackiego, niemiłego ja. 

Metcalfe był bystry — w przeciwnym razie nie utrzymałby si  w swym 

bandyckim zawodzie. Zmiana zachowania Walkera ostrzegła go z pewno ci ,  e 

je li chodzi o starego kumpla Hallorana i jego załog , co  jest nie tak. Ju  samo to 

wystarczyłoby Metcalfe'owi do przeprowadzenia małego  ledztwa. Musieli my w 

swych działaniach przyj  zało enie,  e Metcalfe mo e si  nami bli ej 

zainteresowa . 

— Co si  stało, to si  nie odstanie — odezwałem si  i spojrzałem na Walkera. 

Spu cił wzrok, mn c nerwowo brzeg koca. 

— Spójrz na mnie — rozkazałem. Wolno uniósł oczy i nasze spojrzenia 

spotkały si . — My l ,  e mówisz prawd  — powiedziałem zimno. — Ale je li 

złapi  ci  na kłamstwie, marne twoje widoki. A je li w czasie tej wyprawy 

dotkniesz kieliszka, to skr c  ci kark. My lisz,  e powiniene  ba  si  Coertzego, 

ale je li wypijesz jeszcze jednego drinka, b dziesz miał wi cej powodów,  eby ba  

si  mnie. Jasne? 

Skin ł głow . 

background image

 

58 

— Nie obchodzi mnie, ile b dziesz pił, kiedy to si  ju  sko czy. Pewnie 

zapijesz si  na  mier  w sze  miesi cy — to mnie zupełnie nie interesuje. Ale 

powtarzam, jeszcze jeden kieliszek w czasie tej wyprawy — i po tobie. 

Drgn ł, a ja zwróciłem si  do Coertzego: 

— A teraz zostaw go w spokoju. B dzie si  zachowywał przyzwoicie. 

— Pozwól mi go dorwa  — powiedział Coertze. — Tylko raz — prosił. 

— Sprawa jest zamkni ta — przerwałem mu niecierpliwie. — Musimy 

zdecydowa , co teraz robi . Zbierajcie rzeczy — wyprowadzamy si . 

— A co z Metcalfe'em? 

— Powiem mu,  e chcemy zobaczy  jaki  festiwal w Hiszpanii. 

— Jaki festiwal? 

— Sk d mam wiedzie ? W Hiszpanii na pewno odbywa si  jaki  zakichany 

festiwal; wybior  najodpowiedniejszy. Odpływamy dzi  po południu, gdy tylko 

uzyskam zezwolenie na wyj cie z portu. 

— My l ,  e mógłbym co  zrobi  z Metcalfe'em — odezwał si  Coertze w 

zadumie. 

— Zostaw Metcalfe'a w spokoju — odparłem. — Mo e zupełnie nic nie 

podejrzewa. Je li jednak spróbujesz go pobi , b dzie wiedział,  e co  tu cuchnie. 

Nie pakujmy si  w kabał  z Metcalfe'em, skoro mo emy jej unikn . Jest wi kszy 

od nas. 

Spakowali my torby i poszli my do łodzi. Walker wlókł si  niemrawo z tyłu. 

Moulay Idriss siedział po turecku na pokładzie dziobowym, pal c papierosa. 

Weszli my pod pokład i zacz li my ciasno układa  sprz t. 

Wła nie wyci gn łem map  Cie niny Gibraltarskiej, przygotowuj c si  do 

wyznaczenia kursu, gdy Coertze przyszedł na ruf  i cicho powiedział: 

— Wydaje mi si ,  e kto  przeszukał łód . 

— O, do diabła! — odparłem. Metcalfe wyszedł bardzo wcze nie, miał wiele 

czasu na dokładne przeszukanie „Sanforda". 

— Co z piecami? — zapytałem. 

Zamaskowali my trzy piece, jak si  dało. Klemy w glowe zostały  ci gni te i 

rozrzucone w skrzyniach narz dziowych na dziobie, gdzie wygl dały tak samo 

jak inne rupiecie, które gromadz  si  w ci gu jakiego  czasu. Główne skrzynki z 

ci kimi transformatorami zostały rozmieszczone w ró nych miejscach: jeden był 

zacementowany pod podłog  kabiny, drugiemu nadali my wygl d odbiornika ze 

stosownymi gałkami i wska nikami, a trzeci został wbudowany do akumulatora 

w komorze silnika. 

Mało prawdopodobne, aby Metcalfe widz c je domy lił si , co to takiego, lecz 

sam fakt zamaskowania pieców dałby mu sporo do my lenia. Byłby to oczywisty 

dowód,  e do czego  si  szykujemy. 

Po sprawdzeniu całej łodzi okazało si ,  e wszystko w porz dku. Oprócz 

pieców i zapasowych mat grafitowych, ukrytych w oparciu podwójnej sofy, na 

pokładzie nie znajdowało si  nic, co odró niałoby nas od innych jachtów 

egluj cych po tych wodach. 

— Mo e Maroka czyk grzebał troch  na własny rachunek — powiedziałem. 

Coertze zakl ł. 

background image

 

59 

— Je li wpychał nos gdzie nie trzeba, to wywal  go za burt . Wyszedłem na 

pokład. Maroka czyk wci  siedział po turecku na dziobie. 

— Pan Metcalfe? 

Wyci gni t  r k  wskazał przez port w kierunku fairmili. Spu ciłem szalup  

za burt  i powiosłowałem tam. 

Gdy dopłyn łem bli ej, Metcalfe pozdrowił mnie i spytał: 

— Jak tam Walker? 

— Marnie si  czuje — odparłem, gdy chwycił cum . — Szkoda,  e tak si  

stało, pewnie b dzie rzygał jak pies, kiedy wypłyniemy. 

— Odpływacie? — Metcalfe był wyra nie zaskoczony. 

— Nie miałem mo liwo ci powiedzie  ci o tym wczoraj wieczorem — 

odparłem. — Płyniemy do Hiszpanii — opowiedziałem mu przygotowan  

historyjk  i dodałem: — Nie wiem, czy b dziemy wraca  t  tras . Walker tak, ale 

my z Coertzem mo emy popłyn  wzdłu  wybrze a do Afryki Południowej — 

przyszło mi do głowy,  e nie ma to jak wypuszczanie dezorientuj cych wie ci. 

— Szkoda — rzekł Metcalfe. — Chciałem ci  prosi , aby  zaprojektował dla 

mnie łódk , dopóki tu jeste . 

— W takim razie napisz  do Cape Town,  eby stocznia przysłała ci pełny 

zestaw do falcona. Pójdzie na moje konto; b dziesz musiał tylko opłaci  fracht. 

— Dzi kuj  — rzekł Metcalfe. — Bardzo to ładnie z twojej strony — 

wygl dał na zadowolonego. 

— Tyle mog  zrobi  w zamian za cał  go cinno , która nas tutaj spotkała — 

odpowiedziałem. Wyci gn ł r k  do u cisku. 

— Wszystkiego najlepszego w podró y, Hal. Mam nadziej ,  e twój plan si  

uda. 

Zapomniałem o ostro no ci. 

— Jaki plan? — spytałem ostro. 

— No przecie  ta stocznia, któr  planujesz. Nic innego nie chodzi ci chyba po 

głowie, co? 

Zganiłem si  w duchu. Spróbowałem si  u miechn , ale wypadło to słabo. 

— Nie, oczywi cie,  e nie. 

Odwróciłem si ,  eby zej  do szalupy, kiedy Metcalfe rzekł spokojnie: 

— Hal, nie jeste  stworzony do takiego  ycia jak moje. Je li 

jednak masz zamiar spróbowa  ruchu, to lepiej zrezygnuj. Mój fach jest 

twardy i za du a w nim konkurencja. 

Wiosłuj c z powrotem na „Sanforda" zastanawiałem si , czy przypadkiem nie 

było to zawoalowane ostrze enie,  e o wszystkim wie. Pomijaj c to, czym si  

zajmował, Metcalfe był uczciwym facetem i niech tnie naci łby przyjaciela. 

Zrobiłby to jednak bez wahania, gdyby przyjaciel nie usun ł mu si  z drogi. 

O trzeciej po południu wypłyn li my z portu w Tangerze i wzi li my kurs na 

Gibraltar. Zmierzali my nadal do celu, lecz za nami pozostało zbyt wiele bł dów.

 

 

 

 

 

 

background image

 

60 

Rozdział 4

 

 

FRANCESCA 

 

Gdy przepływali my przez cie nin , Coertze zaproponował, aby my 

skierowali si  prosto do Włoch. 

— Słuchaj, powiedzieli my Metcalfe'owi,  e płyniemy do Hiszpanii — 

odparłem. 

Uderzył pi ci  w zr b kokpitu. 

— Ale nie mamy czasu. 

— Musimy go znale  — nie ust powałem. — Ju  ci mówiłem,  e na 

nieprzewidziane trudno ci zarezerwowałem cały miesi c. To wła nie jedna z 

takich trudno ci. Na dotarcie do Włoch zu yjemy miesi c zamiast dwóch tygodni. 

W ten sposób pozostaj  w zapasie jeszcze tylko dwa tygodnie — jednak musimy 

tak zrobi . Mo e uda nam si  nadrobi  troch  czasu we Włoszech. 

Zacz ł narzeka  twierdz c,  e niepotrzebnie obawiam si  Metcalfe'a. 

— Czekałe  na t  okazj  pi tna cie lat, mo esz zaczeka  jeszcze dwa tygodnie. 

Popłyniemy do Gibraltaru, Malagi i Barcelony, popłyniemy na Riwier , do Nicei i 

Monte Carlo; pó niej do Włoch. Zobaczymy walki byków i jaskinie hazardu, 

b dziemy robi  to wszystko, co inni tury ci. Staniemy si  najbardziej niewinnymi 

lud mi, jakich Metcalfe kiedykolwiek ogl dał. 

— Ale Metcalfe został w Tangerze. U miechn łem si  słabo. 

— Teraz jest zapewne w Hiszpanii; w swojej fairmili mógł nas wyprzedzi , 

kiedy tylko chciał. Do diabła, mógł nawet przylecie  do Gibraltaru samolotem 

albo przypłyn  promem. Je li s dzi,  e co  knujemy, b dzie miał nas na oku. 

— Przekl ty Walker — wybuchn ł Coertze. 

— Zgoda — powiedziałem. — Lecz to niczego nie zmienia. 

Zacz łem wylicza  bł dy, które popełnili my. Najwa niejszym było bez 

w tpienia napomkni cie Walkera o li cie kredytowym w obecno ci Aristide. Było 

to kłamstwo — w dodatku niepotrzebne — list kredytowy miałem ja i Walker 

mógł o tym powiedzie . Zachowanie kontroli nad finansami ekspedycji stanowiło 

jedyne w miar  pewne zabezpieczenie,  e Coertze nie rzuci si  na mnie. Wci  nie 

wiedziałem, gdzie znajduje si  kopalnia ze złotem. 

Teraz oczywi cie Aristide przeprowadzi w ród swoich przyjaciół bankierów 

małe dochodzenie w celu stwierdzenia finansowego statusu bogatego pana 

Walkera. Informacje uzyska w całkiem prosty sposób — wszyscy bankierzy 

trzymaj  si  razem, a etyka mo e i  do diabła — i dowie si ,  e Walker nie 

podejmował pieni dzy z  adnego banku w Tangerze. Mo e si  tym zbytnio nie 

przej , mo e jednak zapyta  o to Metcalfe'a i wówczas ten znajdzie kolejn  

zagadk  na swojej li cie podejrze . Wysonduje Aristide i w rezultacie dowie si , 

e Walker i Halloran wykazali przesadne zainteresowanie napływem i odpływem 

złota z Tangeru. 

Mógłby pój  do Casa Saeta i pow szy . Nie znalazłby tam niczego, co stałoby 

w sprzeczno ci z postaci  wykreowan  przez Walkera, lecz wła nie ten wizerunek 

wydałby mu si  najbardziej podejrzany, gdy  Walker zniszczył go doszcz tnie, 

kiedy był pijany. Na wzmiank  o złocie nastawiłby pilnie uszu — człowiek 

background image

 

61 

pokroju Metcalfe'a na zapach złota reaguje bardzo szybko; i ja na jego miejscu 

zainteresowałbym si  bardzo ruchami jachtu  aglowego „Sanford". 

Wszystkie te przypuszczenia opierały si  na zało eniu,  e Walker po pijanemu 

nie powiedział nic o złocie. Je li powiedział, to bomba ju  poszła w gór . 

Zawin li my do Gibraltaru i sp dzili my dzie , gapi c si  na małpy Barbary i 

ogl daj c jaskinie wykonane przez ludzi. Nast pnie po eglowali my na Malag  i 

zmuszeni byli my wysłucha  znacznie wi cej muzyki flamenco, ni  mogli my 

znie . 

Zdarzyło si  to drugiego dnia w Maladze. Jak dobrzy tury ci, wybrali my si  

z Walkerem do cyga skich jaski , kiedy zdałem sobie spraw ,  e jeste my 

ledzeni. Gdziekolwiek szli my, natykali my si  na młodego w satego człowieka o 

ziemistej cerze. Usiadł nieco dalej, gdy jedli my w ulicznej kawiarni, pokazał si  

nad przystani  jachtow , bił brawo ta cz cym flamenco, gdy poszli my zobaczy  

Cyganów. 

Reszcie nic nie powiedziałem. Je eli nas  ledzono, stanowiło to tylko 

potwierdzenie klasy Metcalfe'a. W ka dym porcie nad Morzem  ródziemnym 

miał z pewno ci  przyjaciół i nie nastr czało mu wi kszych trudno ci poproszenie 

ich o t  drobn  przysług . Ruchów jachtu nie da si  tak łatwo ukry , on sam za  

siedział zapewne w Tangerze, jak paj k po rodku sieci, i otrzymywał telefony z 

wszystkich miejsc, do których zawijali my. Znał wszystkie nasze ruchy oraz 

wydatki do ostatniego peseta. 

Mogli my tylko próbowa  zachowywa  si  jakby nigdy nic i mie  nadziej ,  e 

— je li przeci gniemy to dostatecznie długo — znu y si . Mo e dojdzie do 

wniosku,  e jego podejrzenia okazały si  nieuzasadnione. 

W Barcelonie poszli my we trójk  na walk  byków. Miałem niezł  rozrywk , 

próbuj c rozpozna  człowieka Metcalfe'a. Nietrudno było go znale , je li si  

szukało. Okazał si  nim wysoki zbój o zapadłych policzkach. Trzymał si  tego 

samego schematu, co człowiek w Maladze. 

Miałem niemal pewno ,  e je li ktokolwiek miałby okra  „Sanforda", to 

jeden z przyjaciół Metcalfe'a. Rozeszła si  ju  z pewno ci  wiadomo ,  e 

jeste my jego zwierzyn  i mniejsze płotki zostawiły nas w spokoju. Wynaj łem 

stra nika — wygl dał na takiego, który za dziesi  pesetów sprzedałby własn  

matk  — i poszli my na walk  byków. 

Nim wyszli my, starannie przygotowałem dekoracje: sporz dziłem sporo 

fikcyjnych notatek dotycz cych kosztów zało enia stoczni w Hiszpanii, 

spreparowałem te  materiały, które rzekomo zebrałem. Zostawiłem plan 

podró y, z grubsza opisuj cy nasz  przyszł  tras  a  do Grecji, oraz list  z 

adresami ludzi, których miałem odwiedzi . Nast pnie wymierzyłem co do cala 

miejsca, na których le ały wszystkie papiery. 

Kiedy wrócili my, stró  powiedział,  e było spokojnie, wi c zapłaciłem mu i 

odszedł. Papiery zostały przejrzane, wi c do zamkni tej kabiny włamano si  z 

powodzeniem mimo obecno ci stró a lub raczej przy jego pomocy. 

Zastanawiałem si , ile mu zapłacono. Rozmy lałem te  nad tym, czy moja 

harówka przekonała Metcalfe'a,  e rzeczywi cie niewinnie si  włóczymy. 

Z Barcelony wyszli my przez Zatok  Lwi  do Nicei, opuszczaj c Majork , 

gdy  zaczynało brakowa  nam czasu. Znowu zaj łem si  „interesami", 

background image

 

62 

odwiedzaj c stocznie. Ponownie dostrzegłem obserwatora, lecz tym razem 

popełniłem bł d. 

Powiedziałem o nim Coertzemu. 

Zagotował si . 

— Czemu nie powiedziałe  mi wcze niej? — zapytał. 

— Jaki miałoby to sens? — odparłem. — I tak nic nie mo emy zrobi . 

— Doprawdy? — rzekł zagadkowo i zamilkł. 

Niewiele zdarzyło si  w Nicei. Jest to przyjemne miejsce, je li nie ma si  

pilnych spraw gdzie indziej. Zostali my tam jednak tylko tak długo, ile wymagał 

nasz kamufla , po czym po eglowali my do Monte Carlo, równie miłego dla 

turystów miasta. 

W Monte Carlo zostałem wieczorem na pokładzie „Sanforda", a Coertze i 

Walker zeszli na l d. Niewiele było do zrobienia prócz zwykłych prac 

gospodarskich, odpoczywałem wi c w kokpicie chłon c spokój nocy. Tamtych nie 

było do pó na, a gdy wrócili, Walker zachowywał si  nienaturalnie cicho. 

Kiedy Coertze zszedł pod pokład, zagadn łem go: 

— Co si  stało? Zaniemówiłe ? Jak ci si  podobało Monte? Skin ł głow  w 

stron  zej cia pod pokład. 

— Sprał kogo . Zrobiło mi si  zimno. 

— Kogo? 

— Jaki  facet łaził za nami przez całe popołudnie. Coertze go zauwa ył i 

powiedział,  e si  z nim rozprawi. Pozwolili my facetowi  ledzi  nas, dopóki nie 

zrobiło si  ciemno. Wtedy Coertze wyprowadził go w jak  alejk  i doło ył mu. 

Wstałem i zszedłem na dół. Coertze siedział w kuchni i moczył spuchni te 

knykcie. 

— A wi c w ko cu dopi łe  swego — powiedziałem. — Musisz u ywa  swoich 

cholernych pi ci zamiast rozumu. Jeste  gorszy od Walkera. O nim 

przynajmniej mo na powiedzie ,  e jest chory. 

Coertze spojrzał na mnie zaskoczony. 

— O co chodzi? 

— Słyszałem,  e kogo  pobiłe . 

Coertze spojrzał na swoj  pi  i u miechn ł si  do mnie szeroko. 

— Nie b dzie ju  nas niepokoi , z miesi c pole y w szpitalu! — Rany boskie, 

w dodatku powiedział to z dum ! 

— Zawaliłe  wszystko — powiedziałem z naciskiem. — Ju  niemal 

doprowadziłem Metcalfe'a do punktu, w którym musiał zosta  przekonany,  e 

jeste my w porz dku. Teraz pobiłe  jednego z jego ludzi, wi c ju  wie,  e jeste my 

przeciwko niemu i  e co  ukrywamy. Równie dobrze mógłby  zadzwoni  do niego 

i powiedzie : „Wkrótce b dziemy mieli troch  złota, wpadnij i we  je od nas". 

Jeste  sko czonym durniem. 

Twarz mu pociemniała. 

— Nikt tak do mnie nie mówi — uniósł pie . 

— Ja do ciebie tak mówi  — odparłem. — A je li mnie tkniesz palcem, 

mo esz złotu posła  całusy na do widzenia. Za nic na  wiecie nie poprowadzisz 

ani tej, ani  adnej innej łodzi, a Walker ci nie pomo e, bo ci  nie znosi. Uderz 

mnie i wylatujesz na dobre. Wiem,  e mógłby  mnie złama  na pół i mo esz tego 

background image

 

63 

spróbowa , lecz taka przyjemno  kosztowałaby ci , ni mniej, ni wi cej, tylko pół 

miliona. 

Na t  prób  sił zanosiło si  od dawna. 

Zawahał si , niezdecydowany. 

— Ty pieprzony Angliku — powiedział. 

— No dalej, uderz mnie — odezwałem si  i przygotowałem na przyj cie ciosu. 

Uspokoił si  i pogroził mi. 

— Zaczekaj tylko, a  si  to sko czy — rzekł. — Tylko zaczekaj. Wtedy si  

policzymy. 

— Dobra, wtedy si  policzymy — odparłem. — Ale do tego czasu ja jestem 

szefem. Rozumiesz? 

Twarz mu ponownie pociemniała. 

— Nikt mi nie b dzie szefował — mrukn ł. 

— W porz dku — powiedziałem. — W takim razie wracamy t  sam  tras , 

któr  przypłyn li my — Nicea, Barcelona, Malaga, Gibraltar. Walker pomo e mi 

prowadzi  łód , ale dla ciebie nie kiwnie nawet palcem — odwróciłem si . 

— Czekaj no — rzekł Coertze, wi c odwróciłem si . — Dobrze — wykrztusił. 

— Ale poczekaj tylko, a  si  to sko czy. Na Boga, wtedy b dziesz musiał zacz  

si  pilnowa ! 

— Ale do tego czasu ja jestem szefem? 

— Tak — odrzekł ponuro. 

— I b dziesz wykonywał moje rozkazy? Zacisn ł pi ci, lecz zdołał si  

opanowa . 

— Tak. 

— W takim razie pierwszy brzmi nast puj co: bez porozumienia ze mn  nie 

wolno ci nic robi . — Odwróciłem si ,  eby wyj  na pokład. Doszedłem do 

połowy, kiedy nagle przyszło mi co  do głowy, wi c wróciłem na dół. — Chc  ci 

co  jeszcze powiedzie . Niech ci nie przyjdzie na my l,  eby wykiwa  mnie albo 

Walkera, bo je eli zrobisz co  takiego, to b dziesz miał do czynienia nie tylko ze 

mn , ale i z Metcalfe'em. Gdyby  to zrobił, ch tnie dopuszcz  Metcalfe'a do 

udziału. I nie ma na  wiecie takiego miejsca, gdzie mógłby  si  ukry , gdyby 

Metcalfe zacz ł ci   ciga . 

Spojrzał na mnie ponuro i odwrócił si . Wyszedłem na pokład. Walker 

siedział w kokpicie. 

— Słyszałe ? — zapytałem. Skin ł głow . 

— Ciesz  si ,  e ustawiłe  mnie po swojej stronie. 

Byłem jeszcze wytr cony z równowagi i rozdygotany. Awantura z takim 

nied wiedziem jak Coertze to nie zabawa. Działał pod wpływem odruchów, nie 

my l c, i mógł mnie połama  równie łatwo, jak kto  inny zapałk . Takiego 

człowieka nale ało trzyma  w cuglach jak narowistego konia. 

— Cholera, nie wiem, dlaczego wybrałem si  na t  szalon  wypraw  z takim 

jak ty dronkie i maniakiem jak Coertze. Najpierw ty naprowadzasz Metcalfe'a na 

nasz trop, a pó niej on przypiecz towuje spraw . 

— Nie chciałem tego zrobi  — odezwał si  cicho Walker. — Nie s dz , abym 

co  powiedział Metcalfe'owi. 

background image

 

64 

— Te  tak s dz , ale w jaki  sposób zdradziłe  si . — Przeci gn łem si , 

rozlu niaj c mi nie. — Nie ma to znaczenia: albo dostaniemy to złoto, albo nie. 

Tylko tyle mo na w tej chwili powiedzie . 

— W razie czego mo esz na mnie liczy ; pomog  ci przeciwko Coertzemu — 

rzekł Walker. 

U miechn łem si . Na Walkerze mo na było polega  tak jak na p kni tym 

maszcie podczas huraganu, a huraganem był Coertze. Tak wła nie oddziaływał 

na ludzi; był uosobieniem  ywiołowej siły. Dosłownie przytłaczaj cy człowiek. 

Poklepałem Walkera po kolanie. 

— Dobra. Od teraz jeste  moim człowiekiem —- nadałem głosowi twarde 

brzmienie, gdy  Walkera nale ało trzyma  krótko. — Ale powtarzam: z dala od 

alkoholu. W Tangerze mówiłem powa nie. 

 

Nast pnym przystankiem było Rapallo, które wybrali my na swoj  pierwsz  

włosk  baz , pod warunkiem,  e znajdziemy odpowiednie miejsce do pracy. 

Weszli my na silniku do przystani jachtowej i niech mnie kule bij , je li to nie 

falcon le ał wyci gni ty na mielizn . Wiedziałem,  e firma sprzedała kilka 

zestawów w Europie, lecz w ogóle nie spodziewałem si  ich ujrze . 

Poniewa  przypłyn li my do portu mi dzynarodowego, nast piła odprawa 

celna i kontrola sanitarna — czyste formalno ci.  eglarze nad Morzem 

ródziemnym s  dobrze traktowani. Pogaw dziłem z celnikami na temat jachtów 

i  eglarstwa. Powiedziałem,  e sam jestem projektantem i budowniczym łodzi. 

Jak zwykle wygłosiłem mow  o tym,  e nosz  si  z zamiarem otwarcia stoczni nad 

Morzem  ródziemnym, wskazuj c na falcona jako przykład mojej roboty. 

Zrobiło to na nich wra enie. Je li czyj  produkt był u ywany o sze  tysi cy 

mil od miejsca wykonania, z takim człowiekiem nale ało si  liczy . Nie byli zbyt 

dobrze zorientowani w sytuacji na miejscu, lecz dali mi kilka po ytecznych 

adresów. 

Byłem bardzo zadowolony. Je li miałem wywiera  na ludziach wra enie 

uczciwego, to równie dobrze mogłem zacz   wiczenie od celników. Ten 

zabł kany falcon okazał si  nadspodziewanie pomocny. 

Zszedłem na brzeg sam, polecaj c Walkerowi i Coertzemu pozosta  na 

pokładzie. Nie było potrzeby wydawania takiego rozkazu, chciałem jednak 

sprawdzi  skuteczno  mojego nowo ustalonego panowania nad nimi. Coertze w 

zasadzie powrócił do normalnego stanu. Odzyskał utracon  równowag  i 

dowcipkował jak zawsze — ju  sam ten fakt pomy lnie rokował na najbli sz  

przyszło . Nie miałem jednak złudze ,  e cokolwiek zostało zapomniane. 

Afrykanerzy s  znani z tego, i  prawie nigdy nie zapominaj  i niczego nie 

wybaczaj . 

Udałem si  do jachtklubu i przedstawiłem listy polecaj ce. Jedn  z 

przyjemniejszych stron  eglowania jest pewno   yczliwego przyj cia w ka dej 

cz ci  wiata. W ród  eglarzy panuje atmosfera kole e stwa, która w sytuacjach 

skrajnego zagro enia dodaje otuchy. To ogólno wiatowe braterstwo oraz 

mi dzynarodowe prawo morskie, które nie wymaga licencji na kierowanie mał  

łodzi , stawiaj   eglarstwo morskie na poczesnym miejscu w ród najbardziej 

pasjonuj cych zaj  ludzko ci. 

background image

 

65 

Gaw dziłem z dobrze władaj cym angielskim sekretarzem klubu i szeroko 

przedstawiłem mu moje rzekome plany. Zaprowadził mnie do baru, 

zaproponował drinka i poznał z kilkoma miejscowymi oraz przyjezdnymi 

eglarzami. Jaki  czas rozmawiali my o podró y z Afryki Południowej, a 

nast pnie zabrałem si  do zbierania informacji o miejscowych stoczniach. 

Ju  podczas podró y wokół Morza  ródziemnego doszedłem do wniosku,  e 

wymy lona przeze mnie historyjka wcale nie musi by  kompletn  fikcj  — 

mogłaby sta  si  całkiem prawdopodobnym rozwi zaniem. Przestałem si  ju  

zajmowa  wył cznie złotem, szczególnie po błaze stwach Walkera i Coertzego, 

wzrastało natomiast moje zainteresowanie mo liwo ciami rozwini cia biznesu 

nad Morzem  ródziemnym. Byłem napi ty i dr czyły mnie w tpliwo ci, czy nasza 

trójka jest w ogóle zdolna do przeprowadzenia zasadniczej akcji — kra cowo 

odmienne charaktery nieuchronnie prowadziły do napi , zagra aj cych 

delikatnej strukturze planu. Dlatego te  próbowałem si  jako  zabezpieczy , 

powa nie rozwa aj c mo liwo ci robienia interesów. 

Gor czka złota, która przelotnie dopadła mnie w skarbcu Aristide, cho  

u piona, tkwiła wci  we mnie i wystarczało jej, aby mnie gna  naprzód, 

wystarczało na szarpanin  z Coertzem i Walkerem oraz próby wyprowadzenia w 

pole Metcalfe'a. 

Gdybym jednak wiedział,  e spodziewane korzy ci zaprowadz  mnie na pole 

bitwy, to wówczas, w barze jachtklubu w Rapallo, zrezygnowałbym bez 

w tpienia. 

W ci gu popołudnia odwiedziłem kilka stoczni, i to nie tylko ze wzgl du na 

mo liwo ci przyszłych interesów. „Sanford" przebył dług  drog  i jego dno 

pokryte było wodorostami i skorupiakami. Nale ało go wyci gn  z wody i 

oskroba , co dodałoby mu jakie  pół w zła. Uzgodnili my wcze niej,  e tak 

uzasadnimy potrzeb  wyci gni cia go z wody. Rzucona od niechcenia w 

jachtklubie uwaga, jakobym odkrył jak  usterk  w sworzniach kilu, stanowiłaby 

dostateczne wytłumaczenie potrzeby jego wymiany. Szukałem wi c spokojnego 

miejsca, gdzie mogliby my odla  nasz złoty kil. 

Zaniepokoiłem si  powa nie, gdy odkryłem nagle,  e nie dostrzegam nigdzie 

człowieka Metcalfe'a. Gdyby odwołał swoje psy go cze, bo doszedł do wniosku,  e 

nic nie ukrywamy, wszystko byłoby w porz dku. Teraz jednak, kiedy Coertze tak 

si  wygłupił, taka mo liwo  wydawała si  mało prawdopodobna. 

Prawdopodobne natomiast było,  e co  si   wi ci, i cokolwiek ma si  sta , z 

pewno ci  wydarzy si  na „Sanfordzie". Przerwałem poszukiwania i szybko 

wróciłem do przystani jachtowej. 

— Nikt mnie nie  ledził — powiedziałem Coertzemu. 

— Mówiłem ci,  e moje rozwi zanie jest najlepsze — odparł. — Przestraszyli 

si . 

— Je li s dzisz,  e Metcalfe przestraszył si , bo jaki  wynaj ty szczur dokowy 

oberwał po mordzie, to lepiej nie próbuj zarabia  na  ycie my leniem — 

spojrzałem na niego surowo. — Czy mog  zaufa  ci na tyle,  e je eli zejdziesz na 

l d, aby rozprostowa  nogi, nie pobijesz kogo  tylko dlatego,  e, twoim zdaniem, 

zezuje na ciebie? 

Przez chwil  próbował wytrzyma  moje spojrzenie. W ko cu odwrócił wzrok. 

background image

 

66 

— Dobra — rzekł głucho. — B d  ostro ny. Ale w ko cu przekonasz si ,  e 

moje metody s  najskuteczniejsze. 

— W porz dku. Schodzicie z Walkerem na brzeg co  zje  — zwróciłem si  

do Walkera. — Pami taj,  adnego alkoholu. Nawet wina. 

— Dopilnuj  tego — zapewnił mnie Coertze. — B dziemy si  trzyma  razem, 

prawda? — Klepn ł Walkera po plecach. 

Obserwowałem, jak wspinaj  si  na ław  doku i odchodz . Coertze szedł tak 

długim krokiem,  e Walker musiał co chwila podbiega ,  eby za nim nad y . 

Zastanawiałem si , co knuł Melcalfe. Poniewa  nic nie przychodziło mi do 

głowy, zszedłem na dół, aby sporz dzi  spis naszych potrzeb na kilka najbli szych 

dni. Wyci gn łem si  na koi po lewej stronie. Musiałem by  bardzo zm czony, bo 

kiedy si  obudziłem, wokół panowały ciemno ci, które rozja niały jedynie  wiatła 

miasta migoc ce w iluminatorach. 

Obudził mnie jaki  ruch na pokładzie. 

Le ałem jeszcze chwil , a gdy usłyszałem kolejny d wi k, wstałem ostro nie. 

Cicho podszedłem do włazu i wystawiłem głow  na pokład. 

— Coertze?! — zawołałem cicho. 

— Czy signor Halloran? — odezwał si  jaki  głos. Z cał  pewno ci  nale cy 

do kobiety. 

Szybko wyszedłem do kokpitu. 

— Kto tam? 

Ciemny kształt ruszył w moj  stron . 

— Panie Halloran, chc  z panem porozmawia  — kobieta mówiła dobrze po 

angielsku, lecz z nieznacznym włoskim akcentem. Głos miała przyjemnie niski, 

tchn cy spokojem. 

— Kim pani jest? 

— Z pewno ci  zawarcie znajomo ci przebiegłoby stosowniej, gdyby my 

mogli widzie  si  nawzajem — w jej głosie pobrzmiewała rozkazuj ca nuta. Bez 

w tpienia był to głos osoby przywykłej do stawiania na swoim. 

— W porz dku — odparłem. — Chod my na dół. 

Prze lizn ła si  obok mnie i zeszła na dół. Ruszyłem za ni , po drodze 

wł czaj c  wiatło. Odwróciła si  i mogłem ju  j  zobaczy . Warto było. 

Zaczesane do góry kruczoczarne włosy tworzyły z przodu dwa gładkie skrzydła, 

które opadały po obu stronach głowy, idealnie harmonizuj c z brwiami, 

ciemniej cymi nad spokojnymi, orzechowymi oczami. Wysokie ko ci policzkowe 

nadawały twarzy poci gły wygl d i tworzyły w policzkach lekkie wkl ni cia, ale 

nie nadawało jej to wygl du jednej z tych modnie wychudzonych modelek, które 

widuje si  w „Vogue". 

Miała na sobie prost , obcisł , wełnian  sukni , uwydatniaj c  nieskaziteln  

figur . Kreacja mogła by  kupiona w miejscowym domu towarowym lub te  

została przysłana z paryskiego domu mody. Uznałem,  e to drugie — trudno by  

onatym przez dłu szy czas i pozosta  kompletnym ignorantem w dziedzinie 

kobiecych fatałaszków. 

W r ce trzymała pantofle i stała w samych po czochach, co stanowiło 

niew tpliwie punkt na jej korzy . Dziewczyna wa ca sto funtów, je eli jest w 

background image

 

67 

szpilkach, wywiera obcasami nacisk dwóch ton, a to straszliwie działa na pokład. 

Albo wiedziała co  na temat jachtów, albo... 

Wskazałem na pantofle i powiedziałem: 

— Jest pani bardzo niedo wiadczonym włamywaczem. Trzeba je było 

zawiesi  na szyj ,  eby mie  wolne r ce. Roze miała si . 

— Nie jestem włamywaczem, panie Halloran. Po prostu nie przepadam za 

szpilkami, poza tym bywałam ju  wcze niej na jachtach. 

Podszedłem do niej bli ej. Była wysoka, niemal tak wysoka jak ja. Oceniłem, 

e mogła mie  pod trzydziestk , mo e nieco wi cej. Miała blade usta i tylko lekki 

makija . Była niew tpliwie bardzo pi kn  kobiet . 

— Ma pani przewag  nade mn ... — powiedziałem. 

— Jestem hrabin  di Estrenoli. Wskazałem na kozetk . 

— Prosz  siada , hrabino. 

— Nie hrabino. Pani — odparła i usiadła. Jedn  r k  obci gn ła na kolanach 

sukienk , drug  postawiła obok siebie pantofle. — Podczas rozmowy ze mn  

prosz  zwraca  si  do mnie „pani". 

Wolno usiadłem na koi naprzeciw. Metcalfe niew tpliwie przygotował kilka 

niespodzianek. 

— A wi c b dziemy si  ze sob  jeszcze kontaktowa ? — powiedziałem 

ostro nie. — Nie mógłbym wymarzy  sobie lepszej osoby do dalszych kontaktów. 

Kiedy zaczynamy? 

Z jej głosu powiało chłodem. 

— Nie jestem takim kontaktem, jaki pan ma na my li, panie Halloran — 

nagle zmieniła temat. — Widziałam na l dzie pa skich... mmm... towarzyszy. Oni 

mnie nie widzieli. Chciałam z panem porozmawia  sam na sam. 

— Jeste my sami — odparłem krótko. 

Chwil  zbierała my li, po czym rzekła starannie odmierzaj c sylaby: 

— Panie Halloran, przyjechał pan do Włoch z panem Coertzem i panem 

Walkerem, aby wywie  st d co  cennego. Zamierzacie to zrobi  bezprawnie i 

nielegalnie, dlatego te  powodzenie całej waszej operacji uzale nione jest od 

dochowania tajemnicy. Nie mo ecie — nazwijmy to — „operowa ", je li kto  

zagl da wam przez rami . A ja wła nie mam zamiar to robi . 

J kn łem w duchu. Metcalfe wiedział o wszystkim. Najwyra niej jedyn  

niewiadom  stanowiło dla niego miejsce ukrycia skarbu. Dziewczyna miała 

całkowit  racj  mówi c,  e nie dałoby si  nic zrobi , gdyby nas obserwowano. 

Walker musiał si  wygada  w Tangerze, skoro Metcalfe mógł tak dokładnie 

przygwo dzi  nas w Rapallo. Przychodził teraz otwarcie i domagał si  udziału. 

— No dobrze, hrabino. Ile chce Metcalfe? Uniosła skrzydlate brwi. 

— Metcalfe? 

— Tak, Metcalfe, pani szef. Potrz sn ła głow . 

— Nie wiem nic o  adnym Metcalfie, kimkolwiek on jest. I zapewniam pana, 

e sama jestem dla siebie szefem. 

Miałem nadziej ,  e udało mi si  zachowa  kamienn  twarz. Niespodzianki 

zaczynały si  pi trzy . Je li ta pani Estrenoli ma zwi zek z Metcalfe'em, to 

dlaczego zaprzecza? A je li nie, to kim, u diabła, jest? Sk d wie o skarbie? 

background image

 

68 

— A co b dzie, je li zaproponuj , aby wyskoczyła pani za burt ? U miechn ła 

si . 

— Wówczas nigdy nie wydostaniecie z Włoch tych kosztowno ci. Wygl dało 

na to,  e trzeba pój  na ust pstwa, wi c powiedziałem: 

— Czy mam przez to rozumie ,  e je li nie powiem, aby skoczyła pani do 

wody, wówczas wydostaniemy te rzeczy z kraju? 

— Cz  — poszła na kompromis. — Lecz bez współpracy ze mn  długi czas 

sp dzicie we włoskim wi zieniu. 

Niew tpliwie nale ało si  nad tym w wolniejszej chwili zastanowi . 

— No dobrze, kim pani jest i co pani wie? — spytałem. 

— Wiem,  e po wybrze ach rozeszła si  wie , aby zwróci  uwag  na jacht 

„Sanford". Wiem,  e wła cicielem jachtu jest pan Halloran, a jego towarzyszami 

s  panowie Coertze i Walker. To mi wystarczy. 

— A co ma wspólnego hrabina di Estrenoli z pogłoskami rodem z portowych 

knajp? Co ma wspólnego włoska arystokratka z kryminalistami, dla których te 

wie ci były przeznaczone? 

— Mam dziwnych przyjaciół, panie Halloran — odparła z u miechem. — 

Wiem o wszystkim, co dzieje si  na nabrze u. Teraz u wiadomiłam sobie,  e by  

mo e wła nie pan Metcalfe jest odpowiedzialny za puszczenie tych informacji w 

obieg. 

— A wi c dowiedziała si  pani,  e do Rapallo przybywa jacht z trzema 

osobami na pokładzie i pomy lała sobie: „A, ci trzej ludzie przybywaj , aby 

wywie  co  nielegalnie z Włoch" — powiedziałem zło liwie. — Musi si  pani 

lepiej postara , hrabino. 

— Tylko, widzi pan, ja znam pana Coertzego i pana Walkera. Ci ki, 

niezdarny pan Coertze bywał we Włoszech do  cz sto. Zawsze o tym wiedziałam 

i zawsze kazałam go  ledzi  — u miechn ła si . — Zachowywał si  jak pies przy 

króliczej norze: skomli, gdy  jest za mała i nie mo e si  dosta  do  rodka. Zawsze 

opuszczał Włochy z pustymi r kami. 

To sporo wyja niało. W czasie jednej ze swych wypraw do Włoch Coertze 

musiał si  z czym  zdradzi . Ale sk d, u diabła, wiedziała o Walkerze? On 

przecie  nie przyje d ał ostatnimi czasy do Włoch — a mo e? 

— Gdy usłyszałam,  e pan Coertze wraca z panem Walkerem oraz jakim  

panem Halloranem, wiedziałam,  e co  si  stanie,  e jeste cie gotowi zabra  st d 

co , co zostało zakopane, panie Halloran. 

— Wi c nie wie pani dokładnie, o co chodzi? 

— Wiem,  e jest to bardzo warto ciowe — odparła po prostu. 

— Mo e jestem archeologiem? — powiedziałem. Roze miała si . 

— Nie, nie jest pan archeologiem, panie Halloran. Jest pan szkutnikiem — 

dostrzegła moje zaskoczenie i dodała: — Sporo wiem o panu. 

— Dajmy spokój tym podchodom. Sk d pani wie o tej sprawie? 

— Człowiek nazwiskiem Alberto Corso pisał list do mojego ojca — zacz ła 

powoli. — Zgin ł, nim sko czył, wi c nie było w nim wszystkich potrzebnych 

informacji. Wystarczyło jednak, aby mnie przekona ,  e pana Coertzego nale y 

ledzi . 

Pstrykn łem palcami. 

background image

 

69 

— Jest pani malutk  córk  hrabiego. Jest pani... mmm... Francesc . Skin ła 

głow . 

— Jestem córk  hrabiego. 

— Teraz ju  niezbyt mał  — powiedziałem. — A wi c hrabiemu chodzi o 

skarb. 

— Och nie —  achn ła si . — Mój ojciec nic o tym nie wie. Zupełnie nic. 

Pomy lałem,  e nale ałoby to bli ej wyja ni  i wła nie miałem 

zakwestionowa  jej stwierdzenie, kiedy kto  wskoczył na pokład. 

— Kto to? — zapytała hrabina. 

— Zapewne pozostali wracaj  — odparłem i czekałem. Mo e, nim wieczór 

dobiegnie ko ca, szykowały si  jeszcze jakie  niespodzianki. Walker zszedł po 

schodkach i zatrzymał si , widz c go cia. 

— Oo! — powiedział. — Mam nadziej ,  e nie przeszkadzam. Odezwałem si : 

— To jest hrabina di Estrenoli. Pan Walker. — Obserwowałem go uwa nie, 

aby zobaczy , czy j  rozpozna. Nie poznał jej jednak. Spojrzał na ni  tak, jak si  

patrzy na pi kn , lecz obc  kobiet  i rzekł po włosku: 

— Miło mi, signora. U miechn ła si  do niego: 

— Nie zna mnie pan, panie Walker? Banda owałam panu nog , kiedy 

przywieziono pana do obozu na wzgórzach. W czasie wojny. Przyjrzał si  jej 

uwa nie i rzekł z niedowierzaniem: 

— Francesca! 

— Zgadza si . Jestem Francesca. 

— Zmieniła  si  — powiedział. — Wyrosła . To znaczy... noo... — zmieszał 

si . 

Spojrzała na niego. 

— Tak, wszyscy si  zmienili my — powiedziała. Zdawało mi si ,  e wyczułem 

nutk   alu w jej głosie. Rozmawiali przez kilka minut, po czym podniosła z 

podłogi pantofle. — Musz  ju  i . 

— Ale  dopiero co przyszła  — odezwał si  Walker. 

— Nie, jestem umówiona za dwadzie cia minut. — Wstała i podeszła do 

wej ciówki. Odprowadziłem j  na pokład. 

— Rozumiem Coertzego, teraz zrozumiałam Walkera — powiedziała. — Ale 

nie mog  zrozumie  pana, panie Halloran. Dlaczego pan to robi? Osi gn ł pan 

sukces, zdobył uznanie w wysoko cenionym fachu. Dlaczego pan miałby to robi ? 

Westchn łem i odpowiedziałem: 

— Pocz tkowo miałem powód; mo e wci  go mam — nie wiem. Zaszedłem 

jednak tak daleko,  e musz  i  dalej. Skin ła głow , a nast pnie powiedziała: 

— Na nabrze u jest kawiarnia o nazwie „Trzy Ryby". Prosz  si  tam ze mn  

spotka  jutro o dziewi tej rano. Niech pan nie przyprowadza Coertzego ani 

Walkera. Coertzego nigdy nie lubiłam, a teraz wydaje mi si ,  e przestałam te  

lubi  Walkera. Wolałabym z nimi nie rozmawia . 

— W porz dku. Przyjd . 

Lekko zeskoczyła na nabrze e. Zachwiała si  nieco, gdy zakładała pantofle. 

Patrzyłem za ni , jak odchodzi. Słyszałem ostry stukot obcasów jeszcze przez 

dług  chwil , gdy pochłon ły j  ju  ciemno ci. 

Zszedłem pod pokład. 

background image

 

70 

— Sk d ona si  tutaj wzi ła? — odezwał si  Walker. — Sk d wiedziała,  e tu 

jeste my? 

— Tajemnica została roztr biona — powiedziałem. — Wie wszystko — lub 

prawie wszystko — i przykr ca nam  rub . Walkerowi opadła szcz ka. 

— Wie o złocie? 

— Tak — odparłem. — Ale nie zamierzam o tym mówi , dopóki nie przyjdzie 

Coertze. Nie ma potrzeby wałkowania wszystkiego dwa razy. 

Walker zaprotestował, lecz opanował sw  niecierpliwo , gdy dałem wyra nie 

do zrozumienia,  e nie b d  o niczym rozmawia . Siedział niespokojnie na 

kozetce. Po upływie pół godziny usłyszeli my,  e Coertze wchodzi na pokład. 

Był uprzejmy jak na niego — po jedzeniu, które tym razem przyrz dzał kto  

inny, i po kilku kieliszkach. 

— Chłopie — powiedział. — Ale  ci Włosi umiej  gotowa . 

— Francesca tu była — powiedziałem. Spojrzał na mnie zdumiony. 

— Córka hrabiego? 

— Tak. 

— Powiedz wreszcie, jak nas znalazła — odezwał si  Walker. 

— Czego chciała ta zadzieraj ca nosa dziwka? — zapytał Coertze. Uniosłem 

brwi. Najwyra niej w przypadku tych dwojga antypatia była obustronna. 

— Chce mie  udział w skarbie — odparłem bez ogródek. Coertze zakl ł. 

— Sk d si , u diabła, dowiedziała? 

— Alberto napisał list, zanim zgin ł. Coertze i Walker spojrzeli po sobie i po 

chwili ci kiej ciszy odezwał si  Coertze. 

— Wi c, mimo wszystko, Alberto miał zamiar nas wyda . 

— On nas wydał — stwierdziłem stanowczo. 

— Dlaczego wi c złoto wci  jeszcze tam jest? — dopytywał si  Coertze. 

— Alberto nie doko czył listu — powiedziałem. — Nie napisał dokładnie, 

gdzie jest złoto. Coertze odetchn ł gł boko. 

— W takim razie nie jest a  tak  le. Zirytowała mnie jego głupota. 

— Jak sobie wyobra asz wydobywanie złota, gdy połowa Włoch b dzie si  

nam przygl dała? — zapytałem. — Francesca miała ci  cały czas na oku.  ledziła 

ci  za ka dym razem, gdy byłe  we Włoszech, i  miała si  z ciebie. Wie,  e teraz 

kroi si  co  du ego. 

— Ta dziwka rzeczywi cie mogła si  ze mnie  mia  — rzekł Coertze ze 

zło ci . — Zawsze traktowała mnie jak  miecia. Hrabia pewnie te  si   miał jak 

diabli. 

Tarłem policzek w zamy leniu. 

— Twierdzi,  e hrabia nic o tym nie wie. Opowiedz mi o nim. 

— Hrabia? Teraz jest ju  do niczego. Po wojnie nie odzyskał swoich dóbr — 

nie wiem dlaczego — i jest biedny jak mysz ko cielna.  yje w Mediolanie, w 

n dznym mieszkaniu, gdzie ledwie mo na si  obróci . 

— Kto go utrzymuje? Coertze wzruszył ramionami. 

— Nie wiem. Mo e ona — sta  j  na to. Wyszła za hrabiego z Rzymu. 

Słyszałem,  e jest nieprzyzwoicie bogaty. My l ,  e oddaje staremu troch  z 

pieni dzy na utrzymanie domu. 

— Dlaczego jej nie lubisz? 

background image

 

71 

— To jedna z tych zadzieraj cych nosa dziwek z towarzystwa. Nigdy takich 

nie lubiłem. Mamy ich pełno w Houghton, ale te tutaj s  gorsze. Nie 

odpowiedziałaby mi nawet na pytanie, która godzina. Nie tak jak jej stary. Z nim 

mogłem si  dogada . 

Pomy lałem,  e pewnie w czasie jednej z wizyt we Włoszech Coertze próbował 

przystawia  si  do niej, lecz dostał kosza. Zaloty Coertzego musiały by  równie 

niezdarne i pozbawione wdzi ku jak o wiadczyny goryla. 

— Czy cz sto kr ciła si  w pobli u, gdy przebywałe  we Włoszech? — 

spytałem. 

Zastanowił si  chwil  i odpowiedział: 

— Czasami. Pokazywała si  przynajmniej raz w czasie ka dej podró y. 

— Tylko tyle potrzebowała, aby ci  zlokalizowa . Zdaje si ,  e posiada kr g 

niezwykle u ytecznych przyjaciół. Nie przypuszczałby ,  e taka dziewczyna mo e 

ociera  si  o tego typu ludzi, co? Odebrała przekazy Metcalfe'a do portów 

ródziemnomorskich i prawidłowo je zinterpretowała. Wygl da na to,  e oprócz 

urody dysponuje równie  inteligencj . 

Coertze prychn ł. 

— Uroda? Jest ko cist  dziwk . 

Musiała mu rzeczywi cie zale  za skór . 

— Mo liwe, ale wie o nas za du o — powiedziałem. — Nie mo emy nawet 

drgn , dopóki siedzi nam na karku. Nie mówi c ju  o Metcalfie, który dopadnie 

nas jako drugi. Dziwne,  e nie dał jeszcze o sobie zna  w Rapallo. 

— Mówi  ci,  e si  wystraszył — burkn ł Coertze. Nie skomentowałem tego. 

— W ka dym razie nie ma co si  nad tym zastanawia , dopóki nie dowiemy 

si , czego ona wła ciwie chce. Zobacz  si  z ni  jutro rano, mo e pó niej b d  w 

stanie powiedzie  wam co  wi cej. 

— Pójd  z tob  — rzekł Coertze natychmiast. 

— Chce si  zobaczy  ze mn , a nie z tob  — odparłem. — Tak sobie 

zastrzegła. 

— Przekl ta mała dziwka — wybuchn ł Coertze. 

— Na lito  bosk , znajd  inne słowo, bo to ju  mnie zm czyło — zirytowałem 

si . 

Rzucił mi gro ne spojrzenie. 

— Wpadła ci w oko? 

— Nie znam tej kobiety, widziałem j  zaledwie przez pi tna cie minut — 

odparłem zm czonym głosem. — Na ten temat równie  b d  mógł powiedzie  ci 

co  wi cej jutro. 

— Czy mówiła co  o mnie? — zapytał Walker. 

— Nie — skłamałem. Nie miało sensu, aby obaj byli do niej uprzedzeni. 

Mogła zaistnie  konieczno   cisłej współpracy, wi c nale ało ograniczy  tarcia 

do minimum. — Lepiej b dzie, je eli zobacz  si  z ni  sam. 

Coertze mrukn ł co  pod nosem, a ja dodałem: 

— Nie martw si ,  adne z nas nie wie, gdzie jest złoto. Wci  ci  

potrzebujemy: ona, ja i Metcalfe. Nie mo emy zapomina  o Metcalfie. 

 

background image

 

72 

Nazajutrz wczesnym rankiem udałem si  na poszukiwanie „Trzech Ryb". 

Była to zwykła portowa kawiarenka, speluna, jak  mo na znale  w ka dym 

porcie  wiata. Zapami tałem, gdzie si  znajduje, i ruszyłem na przechadzk  

wokół przystani jachtowej, przygl daj c si  l ni cym jachtom  aglowym i 

motorowym europejskich bogaczy. Było tam wiele du ych łodzi, wymagaj cych 

sporej, dobrze opłacanej załogi po to, by wła ciciel i jego go cie mogli si  bez 

przeszkód bawi . Kilka bardziej odpowiadało moim upodobaniom. Były małe, 

proste w obsłudze. Mogli sobie bez trudu poradzi  z nimi wła ciciele, którzy nie 

obawiali si  odrobiny wysiłku. 

Po przyjemnie sp dzonej godzinie zacz łem odczuwa  głód. Wróciłem do 

„Trzech Ryb" na spó nione  niadanie. Dotarłem tam punktualnie o dziewi tej. 

Kobiety nie było, wi c zamówiłem jedzenie. Okazało si  lepsze, ni  si  

spodziewałem. Wła nie zacz łem je , kiedy usiadła na miejscu po przeciwnej 

stronie stołu. 

— Przepraszam za spó nienie — powiedziała. 

— Nic nie szkodzi. 

Miała na sobie marynarskie spodnie i sweter, ubiór, jaki widuje si  cz sto w 

czasopismach dla kobiet, lecz rzadko w prawdziwym  yciu. Do twarzy było jej w 

tym swetrze. 

Spojrzała na mój talerz i powiedziała: 

— Wcze nie jadłam  niadanie, ale my l ,  e zjem jeszcze jedno. Czy mog  si  

przył czy ? 

— To pani przyj cie. 

— Dobrze tu daj  je  — powiedziała i przywołała kelnera, składaj c szybko 

po włosku zamówienie. Jadłem w dalszym ci gu i nic nie mówiłem. Pierwsze 

posuni cie nale ało do niej. Tak jak powiedziałem — to było jej przyj cie. 

Ona równie  nic nie mówiła, obserwowała tylko, jak jem. Gdy podano jej 

niadanie, zabrała si  do niego tak, jakby nie jadła od tygodnia. Była zdrow  

dziewczyn , obdarzon  zdrowym apetytem. Sko czyłem jedzenie i wyj łem 

papierosy. 

— Mo na? — zapytałem. 

Miała akurat pełne usta i tylko skin ła głow , wi c zapaliłem. W ko cu z 

westchnieniem odsun ła talerz na bok i tak e wzi ła papierosa, którym j  

pocz stowałem. 

— Zna pan nasze espresso? — zapytała. 

— Tak, znam. Roze miała si . 

— Ach tak, zapomniałam,  e musiało dotrze  nawet do najczarniejszej 

Afryki. Zwykle pije si  je po obiedzie, ale ja pijam je o ka dej porze. Ma pan 

ochot ? 

Przytakn łem, a ona zawołała do kelnera: 

— Due espressi! — i ponownie zwróciła si  do mnie. — A wi c panie 

Halloran, czy my lał pan o naszej wieczornej rozmowie? Odpowiedziałem,  e 

my lałem. 

— No i? 

background image

 

73 

— No i? — powtórzyłem za ni . — Lub raczej — i co? Hrabino, musz  

wiedzie  o pani nieco wi cej, nim zaczn  okazywa  pani zaufanie. Wygl dała na 

poirytowan . 

— Prosz  nie nazywa  mnie hrabin  — odezwała si  obra onym tonem. — Co 

chce pan wiedzie ? 

Strzepn łem popiół do popielniczki. 

— Po pierwsze, w jaki sposób przej ła pani wiadomo  Metcalfe'a. Bardzo 

mało prawdopodobne, aby hrabina dowiadywała si  o tym ot, tak sobie. 

— Mówiłam panu,  e mam przyjaciół — odparła chłodno. 

— Co to za przyjaciele? Westchn ła. 

— Wie pan,  e ojciec zbuntował si  podczas wojny przeciwko 

faszystowskiemu rz dowi? 

— Wiem, byli cie z partyzantami. Skin ła r k . 

— W porz dku, z partyzantami, je li pan sobie  yczy. Lecz prosz  nie mówi  

tego przy moich przyjaciołach — komuni ci zdyskredytowali to słowo. Moi 

przyjaciele równie  byli partyzantami i nigdy nie straciłam z nimi kontaktu. 

Widzi pan, byłam wówczas mał  dziewczynk , a oni uczynili ze mnie co  w 

rodzaju maskotki brygady. Po wojnie wi kszo  z nich wróciła do swojej pracy, 

lecz wielu nie robiło w  yciu nic innego prócz zabijania Niemców. Co  takiego 

trudno zapomnie , rozumie pan? 

— Chodzi pani o to,  e zakosztowali przygód i zasmakowali w nich — 

powiedziałem. 

— Wła nie. Po zako czeniu wojny było jeszcze sporo chaosu. Niektórzy 

przestali zabija  Niemców, a zacz li zabija  komunistów, włoskich komunistów. 

To było straszne... Kilku zacz ło szuka  nowych przygód — niektórzy s  

przest pcami — rozumie pan, nic powa nego; paru zajmuje si  przemytem, paru 

robi gorsze rzeczy, lecz w wi kszo ci przypadków nic strasznego. Ale jako 

kryminali ci znaj  równie  innych. 

Zacz łem rozumie , w jaki sposób Francesca wmieszała si  w nasze sprawy. 

Cało  układała si  bardzo logicznie. 

— W Genui mieszka pot ny człowiek, Torloni; jest przywódc  przest pców, 

to du a figura. Rozesłał wiadomo ci do Savony, Livorno, Rapallo i innych 

miejscowo ci na południu, a  do Neapolu,  e interesuje si  wami i zapłaci za 

wszelkie informacje. Podał wasze nazwiska i nazw  łodzi. 

Prawie na pewno stał za tym Metcalfe. Zapewne ten Torloni co  mu 

zawdzi cza i teraz spłaca dług. 

— Moi przyjaciele usłyszeli nazwisko Coertze. Jest rzadko spotykane we 

Włoszech, a poniewa  wiedzieli,  e interesuj  si  tym człowiekiem, powiedzieli mi 

o tym. Gdy usłyszałam równie  nazwisko Walker, miałam pewno ,  e co  si  

dzieje — wzruszyła ramionami. — Był jeszcze ten Halloran — pan. Nic o panu 

nie wiedziałam, wi c wła nie staram si  dowiedzie . 

— Czy Torloniemu doniesiono o nas? Potrz sn ła głow . 

— Poprosiłam przyjaciół, aby dopilnowali,  eby Torloni niczego si  nie 

dowiedział. Moi przyjaciele maj  wielkie wpływy na tym wybrze u. W czasie 

wojny wszystkie te wzgórza nale ały do nas, nie do Niemców. 

background image

 

74 

Łamigłówka powoli zacz ła si  układa . Francesc  traktowano jako 

maskotk , a poza tym była córk  uwielbianego przywódcy, dziedziczk  maj tku, 

Młod  Pani , która nie mogła uczyni  nic złego. 

Wygl dało równie  na to,  e Metcalfe został, przynajmniej chwilowo, 

zablokowany. Wyl dowałem jednak na jednym wózku z Francesca i jej band , a 

oni mieli t  przewag ,  e wiedzieli ju  dokładnie to, co chcieli. 

— Jest jeszcze jedna sprawa — odezwałem si . — Mówiła pani,  e ojciec nic 

nie wie. Jak to mo liwe, skoro Alberto Corso napisał do niego list? 

— Nigdy mu go me dałam — odparła tylko. Spojrzałem na ni  z u miechem: 

— Czy tak zachowuje si  córka wobec ojca? Nie tylko czyta jego 

korespondencj , lecz równie  zatrzymuje j ? 

— To nie tak — powiedziała ostro. — Powiem panu, jak to si  stało — oparła 

łokcie na stole. — W czasie wojny byłam bardzo młoda, ale ojciec zmusił mnie do 

pracy. Wszyscy musieli pracowa . Do moich zada  nale ało zbieranie rzeczy 

stanowi cych własno  poległych, tak aby mo na było zabezpieczy  przedmioty 

u yteczne, a rzeczy osobiste przekaza  rodzinie. Kiedy Alberto zgin ł na urwisku, 

zabrałam jego skromne rzeczy i znalazłam list. Był adresowany do mojego ojca, 

zawierał dwie strony, ale nie został doko czony. Przeczytałam go pobie nie i 

wydał mi si  wa ny, jednak nie zrozumiałam wszystkiego, gdy  byłam zbyt 

młoda. Wło yłam do kieszeni, aby przekaza  ojcu. 

Nast pił jednak atak Niemców i musieli my si  wycofa . Schronili my si  na 

farmie, lecz i stamt d musieli my si  wkrótce wynie . Wszystkie swoje rzeczy 

nosiłam w małym cynowym pudełku, a ono tam zostało. Dopiero w czterdziestym 

szóstym roku nadarzyła mi si  okazja, aby pojecha  na t  farm  i podzi kowa  za 

schronienie. 

Pocz stowali mnie winem, a pó niej  ona farmera wyj ła małe pudełko i 

zapytała, czy to moje. Zupełnie zapomniałam o nim i o tym, co w nim jest — 

u miechn ła si . — Była tam te  lalka — nie, nie lalka; jak wy to nazywacie... 

Isiaczek? 

— Misiaczek. 

— No wła nie; pluszowy mi . Wci  go jeszcze mam. Było tam jeszcze kilka 

rzeczy oraz list Alberta. 

— I znów nie oddała go pani ojcu? Dlaczego? — spytałem. Drobn  pi ci  

uderzyła w stół. 

— Trudno b dzie panu zrozumie  sytuacj  Włoch tu  po wojnie, ale spróbuj  

te sprawy wyja ni . Komuni ci byli bardzo silni, szczególnie tu, na północy, i 

zrujnowali mojego ojca. Powiedzieli,  e był kolaborantem i  e walczył z 

komunistycznymi partyzantami, a nie z faszystami. Mój ojciec, który przez całe 

ycie zwalczał faszystów! Przedstawili fałszywe dowody i nikt nie chciał go 

słucha . 

Jego dobra zostały skonfiskowane jeszcze przez rz d faszystowski i nie mógł 

ich odebra . W jaki sposób miałby to zrobi , skoro wicepremier Togliatti był 

przywódc  Włoskiej Partii Komunistycznej? Powiedzieli: „Nie, ten człowiek był 

kolaborantem i musi zosta  ukarany". Lecz nawet maj c te wszystkie fałszywe 

dowody nie odwa yli si  postawi  go przed s dem. Nie udało mu si  odzyska  

swoich dóbr i dzisiaj jest biednym człowiekiem. 

background image

 

75 

Oczy Franceski wypełniły si  łzami. Otarła je serwetk  i powiedziała: 

— Przepraszam, ale za ka dym razem, gdy o tym mówi , zawodz  mnie 

nerwy. 

— Nic nie szkodzi — byłem zakłopotany. 

— Ach, ci komuni ci ze swoj  walk  z faszyzmem — rzekła podnosz c wzrok. 

— Mój ojciec walczył dziesi  razy ci ej ni  którykolwiek z nich. Słyszał pan o 

Pi dziesi tej Drugiej Brygadzie Partyzanckiej? 

Pokr ciłem głow . 

— To sławna brygada komunistyczna, która schwytała Mus-soliniego. Sławna 

Brygada Garibaldiego. Wie pan, ilu ludzi było w czterdziestym pi tym roku w 

owej sławnej Brygadzie? 

— Niewiele wiem na ten temat — odpowiedziałem. 

— Osiemnastu — rzekła z pogard . — Osiemnastu ludzi nazwało si  

Pi dziesi t  Drug  Brygad . Mój ojciec dowodził pi dziesi ciokrotnie wi ksz  

liczb  ludzi. Kiedy jednak pojechałam w czterdziestym dziewi tym do Parmy na 

uroczysto ci rocznicowe, Brygada Garibaldiego maszerowała ulicami i były to 

setki ludzi. Wszystkie m ty komunistyczne wypełzły ze swoich nor teraz, gdy 

wojna si  sko czyła i było bezpiecznie. Maszerowali ulicami, a ka dy miał wokół 

szyi czerwon  chustk  i ka dy nazywał si  partyzantem. Pomalowali nawet 

pomnik Garibaldiego, tak  e miał czerwon  koszul  i czerwony kapelusz. Dlatego 

moi przyjaciele i ja nie nazywamy si  partyzantami i nie powinien pan okre la  

nas słowem, z którego komuni ci zrobili kpin . 

Dosłownie trz sła si  z gniewu. Pi ci miała zaci ni te i patrzyła na mnie 

oczami błyszcz cymi od łez, którym nie pozwoliła wypłyn . 

— Komuni ci zrujnowali mojego ojca, bo wiedzieli,  e jest silny. Dobrze 

wiedzieli,  e stawi im opór. Dla stoj cych po rodku, umiarkowanych, był 

liberałem. On, którego pogl dy polityczne dalekie były od skrajno ci, został 

utr cony! Nie mógł tego zrozumie  — powiedziała z przygn bieniem. — My lał, 

e to honorowa walka. Jak gdyby komuni ci kiedykolwiek walczyli honorowo. 

Wstrz saj ca, typowa dla naszych czasów historia. Zauwa yłem równie ,  e 

odpowiadała temu, co mówił mi Coertze. 

— Ale komuni ci nie s  ju  dzisiaj tacy silni — odezwałem si . — Czy nie ma 

mo liwo ci, aby pani ojciec zło ył odwołanie,  eby przeprowadzono rewizj  jego 

sprawy? 

— Błoto klei si  do człowieka bez wzgl du na to, kto nim rzuca — odparła 

smutno. — Poza tym wojna sko czyła si  ju  dawno, a ludzie nie chc , aby 

przypominano im tamte czasy. Nikt nie lubi, zwłaszcza ci wysoko stoj cy, 

przyznawa  si  do bł dów. 

Miała realistyczne spojrzenie na  wiat i nagle u wiadomiłem sobie,  e ja 

równie  musz  by  realist . 

— Tylko co to ma wspólnego z listem? — spytałem. 

— Chce pan wiedzie , dlaczego po wojnie nie oddałam ojcu listu, czy tak? 

— Tak. 

U miechn ła si  nieznacznie. 

— Musi pan pozna  mojego ojca, wówczas pan zrozumie. Widzi pan, to, czego 

szukacie, ma du  warto . Z listu Alberta wywnioskowałam,  e s  tam papiery i 

background image

 

76 

wiele sztab złota. Mój ojciec jest jednak człowiekiem honoru. Wszystko zwróciłby 

rz dowi, gdy  nale ało to do rz du. Dla niego byłoby nie do pomy lenia, aby co  z 

tego złota zatrzyma  dla siebie. Stanowiłoby to plam  na honorze nie do 

usuni cia. 

Popatrzyła na grzbiety swoich dłoni. 

— Ja natomiast nie nale  do ludzi honoru. Boli mnie, gdy widz  ojca w takiej 

n dzy,  e musi mieszka  w mediola skich slumsach i sprzedawa  meble, aby 

kupi  co  do jedzenia. Jest stary — to nie w porz dku,  e musi tak  y . Gdyby 

udało mi si  zdoby  troch  pieni dzy, dopilnowałabym, aby miał spokojn  

staro . Nie musi wiedzie , sk d pochodz  pieni dze. 

Rozsiadłem si  na krze le i spojrzałem na ni  w zamy leniu. Popatrzyłem na 

drogi, prosto z  urnala strój, który miała na sobie. Zarumieniła si  pod moim 

spojrzeniem. Łagodnie zapytałem: 

— Dlaczego pani nie prze le mu pieni dzy? Słyszałem,  e dobrze wyszła pani 

za m . Chyba mogłaby pani zaoszcz dzi  co  dla starego ojca. 

Cierpki u miech wykrzywił jej usta. 

— Nic pan o mnie nie wie, prawda, panie Halloran? Mog  pana zapewni ,  e 

nie mam ani pieni dzy, ani m a — a przynajmniej  adnej osoby, któr  

chciałabym nazywa  swoim m em — wyci gn ła dłonie ponad stołem. — 

Sprzedałam pier cionki, aby zdoby  pieni dze i wysła  ojcu, a było to dawno 

temu. Gdyby nie moi przyjaciele, znalazłabym si  na ulicy. Nie, nie mam 

pieni dzy, panie Halloran. 

Czego  tu nie rozumiałem, nie dopytywałem si  jednak. Powód, dla którego 

chciała si  doł czy  do podziału skarbu, był nieistotny; liczyło si  tylko to,  e 

miała nas na muszce. Przy jej kontaktach nie mogliby my ruszy  si  we Włoszech 

na krok, nie natykaj c si  na którego  z zaprzyja nionych z ni  dawnych 

partyzantów. Gdyby my spróbowali wzi  złoto bez porozumienia z ni , w 

odpowiedniej chwili spokojnie wkroczyłaby i zabrała wszystko. Załatwiłaby nas. 

— Jest pani taka sama jak Metcalfe — powiedziałem. 

— O to wła nie chciałam zapyta . Kim jest ten Metcalfe? 

— Chce nam wykr ci  taki sam numer co pani. Jej znajomo  angielskiego 

nie wystarczyła. 

— Numer? — powtórzyła nie rozumiej c. — Chodzi o cyfr ? 

— Jest jednym z naszych wspólnych konkurentów — odparłem. — Te  chce 

zdoby  złoto — pochyliłem si  nad stołem. — A wi c, je li przyjmiemy pani  do 

spółki, chcieliby my pewnych gwarancji. 

— Nie s dz , aby cie w tej sytuacji mogli domaga  si  gwarancji — odparła 

chłodno. 

— Mimo wszystko chcieliby my je uzyska . Prosz  si  nie obawia , le y to 

równie  w pani interesie. To Metcalfe stoi za Torlonim i niezły z niego typ. 

Chcieliby my otrzyma  ochron  przed nim oraz wszystkim tym, co mógłby 

przeciw nam rzuci . Z pani słów wynika,  e Torloni jest do  mocny, a nawet je li 

sam nie ma do  siły, Metcalfe z pewno ci  mo e skrzykn  wi cej ludzi. Chc  

wiedzie , czy potrafi pani zapewni  nam ochron  przed nimi wszystkimi? 

— W ka dej chwili mog  mie  stu ludzi — odparła dumnie. 

background image

 

77 

— Jakich ludzi? — spytałem bez ogródek. — Starych, emerytowanych 

ołnierzy? U miechn ła si . 

— Wi kszo  moich przyjaciół z okresu wojny  yje spokojnie i zajmuje si  

swoj  prac . Nie chciałabym ich miesza  w co  nielegalnego lub wymagaj cego 

u ycia przemocy, chocia  pomogliby, gdyby zaszła potrzeba. Lecz moim... —

zawahała si , jakiego słowa u y ... — moim bardziej niemiłym przyjaciołom z 

ochot  powierz  t  spraw . Mówiłam ju  panu,  e nie boj  si  ryzyka i nie s  

starymi lud mi: nie starszymi ni  pan, panie Halloran — zako czyła słodko. 

— Stu? 

Zastanowiła si  przez chwil . 

— No wi c pi dziesi ciu — spu ciła nieco z tonu. —  ołnierzy ojca wystarczy 

z nawi zk  na tych gangsterów z doków. 

Nie w tpiłem,  e tak by si  stało, gdyby walczyli jeden przeciwko jednemu. 

Lecz Metcalfe i Torloni mogli skrzykn  zbirów z całych Włoch i przy tak 

wysokiej stawce zapewne to zrobi . 

— Chc  dalszych gwarancji. Sk d mam wiedzie ,  e nie zostaniemy oszukani. 

— Nie zostaniecie — odparła sucho. Zdecydowałem si  na akcent 

melodramatyczny: 

— Prosz  przysi c,  e nas pani nie oszuka. Uniosła r k . 

— Ja, Francesca di Estrenoli, solennie przyrzekam nie oszuka  w  aden 

sposób pana Hallorana z Afryki Południowej — u miechn ła si  do mnie. — Czy 

to wystarczy? 

Zaprzeczyłem ruchem głowy. 

— Nie, nie wystarczy. Sama pani powiedziała,  e nie nale y do ludzi honoru. 

Chc  wi c, aby przysi gła pani na imi  i honor swojego ojca. 

Czerwone plamy gniewu pojawiły si  na jej policzkach i przez chwil  

my lałem,  e uderzy mnie w twarz. 

— Przysi ga pani? — spytałem spokojnie. Spu ciła oczy. 

— Przysi gam — powiedziała cicho. 

— Na imi  i honor swojego ojca — nalegałem. 

— Na imi  mojego ojca i jego honor — wykrztusiła i uniosła wzrok. — Mam 

nadziej ,  e teraz jest pan zadowolony. — W jej oczach znów pojawiły si  łzy. 

Poczułem ulg . Niewiele osi gn łem, lecz nic wi cej nie mogłem zrobi  i 

miałem nadziej ,  e przysi ga powstrzyma j  przed oszukaniem nas. 

M czyzna zza bufetu podszedł wolno do stolika. Spojrzał na mnie z nie 

ukrywan  wrogo ci  i rzekł do Franceski: 

— Czy wszystko w porz dku, prosz  pani? 

— Tak, Giuseppi, wszystko w porz dku — u miechn ła si  do niego. — Nic 

si  nie stało. 

Giuseppi odwzajemnił jej u miech, spojrzał na mnie twardo i wrócił za 

kontuar. Poczułem mrowienie na karku. Miałem wra enie,  e gdyby Francesca 

powiedziała,  e nie wszystko jest w porz dku, to przed upływem tygodnia 

stałbym si  kandydatem do wilgotnego grobu przy doku. 

Wskazałem kciukiem bufet. 

— Jeden z pani zaprzyja nionych  ołnierzy? Skin ła głow . 

background image

 

78 

— Zobaczył,  e zrobił mi pan przykro , wi c przyszedł sprawdzi , czy nie 

mo e jako  pomóc. 

— Nie miałem zamiaru pani zrani  — odparłem. 

— Nie powinien był pan tu przyje d a . Nie powinien był pan przyje d a  do 

Włoch. Có  to dla pana znaczy? Mog  zrozumie  Coertzego i Walkera. Walczyli z 

Niemcami, zakopali złoto. Ale pana nie mog  zrozumie . 

— Ja te  walczyłem z Niemcami, w Holandii i w Niemczech — odrzekłem 

spokojnie. 

— Przepraszam — powiedziała. — Nie powinnam była tego mówi . 

— Nic nie szkodzi. Je li chodzi o reszt ... — wzruszyłem ramionami. — Kto  

musiał uło y  plan. Coertze i Walker sami nie byli do tego zdolni. Walker jest 

alkoholikiem, a Coertze pozbawionym subtelno ci wołem. Trzeba im było kogo , 

kto stan łby z tyłu i pchn ł. 

— Ale dlaczego to pan musiał pchn ? 

— Kiedy  miałem ku temu powód — odparłem krótko. — Ale nie mówmy o 

tym. Trzeba uzgodni  kilka spraw. Co z podziałem? 

— Podziałem? 

— Jak podzielimy skarb? 

— Nie zastanawiałam si  jeszcze nad tym. Trzeba to jako  ustali . 

— Trzeba — zgodziłem si . — Nas jest trzech; pani oraz pi dziesi ciu pani 

przyjaciół — razem pi dziesi t cztery osoby. Je eli my li pani o pi dziesi ciu 

czterech równych działkach, to prosz  da  sobie spokój. Nie zgodzimy si  nigdy 

na co  takiego. 

— Nie wiem, jak mo emy doj  do porozumienia, skoro nie wiemy, o jak  

kwot  chodzi. 

— Podzielmy to procentowo — powiedziałem niecierpliwie. — Proponuj  w 

ten sposób — ka dy z nas trzech otrzymuje równy udział, plus jeden dla pani i 

jeden do podziału mi dzy pani przyjaciół. 

— Nie — odparła stanowczo. — To nie fair. Pan nic nie zrobił w tej sprawie. 

Jest pan tylko złodziejem. 

— Przypuszczałem,  e takie b dzie pani zdanie. A teraz prosz  słucha , i to 

słucha  niezwykle uwa nie, bo nie zamierzam tego powtarza . Zarówno Coertze, 

jak i Walker maj  prawo do własnego udziału. Walczyli o złoto i starannie je 

ukryli. Prócz tego s  jedynymi lud mi, którzy wiedz , gdzie ono jest. Zgadza si ? 

Skinieniem głowy przyznała mi racj . 

U miechn łem si  ponuro. 

— Dochodzimy teraz do mnie — obiektu pani wyra nej pogardy. — 

Wykonała gwałtowny ruch r k , lecz powstrzymałem j  gestem dłoni. — Jestem 

mózgiem całej sprawy. Znam sposób wywiezienia tego z Włoch i zaaran owałem 

sprzeda . Beze mnie cały plan zawaliłby si , a poza tym zainwestowałem w niego 

sporo czasu i pieni dzy. Dlatego te  uwa am,  e jestem uprawniony do równego 

udziału. Wymierzyłem w ni  palec. 

— A teraz zjawia si  pani i szanta uje nas. Tak, szanta uje — powiedziałem, 

gdy otworzyła usta, aby zaprotestowa . — Nie zrobiła pani nic konstruktywnego 

dla zrealizowania planu i nie zadowala pani otrzymanie takiej samej cz ci. Je li 

za  chodzi o pani przyjaciół, to moim zdaniem s  tylko wynaj t  ochron , któr  

background image

 

79 

trzeba opłaci . Je li uwa a pani,  e jedna pi ta do podziału mi dzy nich to za 

mało, mo e pani dopłaci  z własnego udziału. 

— Ale zostanie dla nich tak niewiele — powiedziała. 

— Niewiele! — A  zaniemówiłem z wra enia. Ponownie złapałem oddech. — 

Czy pani wie, o jak  sum  chodzi? 

— Niezbyt dokładnie — odezwała si  ostro nie. Wiedziałem,  e efekt b dzie 

wielki. 

— W samym tylko złocie jest półtora miliona funtów, do tego jeszcze taka 

sama kwota w brylantach. Samo złoto oznacza trzysta tysi cy funtów jako pi ta 

cz  udziału. Daje to sze  tysi cy funtów dla ka dego z pani przyjaciół. Je li 

doliczy pani klejnoty, mo na t  liczb  podwoi . 

Oczy jej si  rozszerzyły, gdy dokonała przeliczenia na liry; kalkulacja była 

astronomiczna i zabrała jej chwil  czasu. 

— A  tyle — wyszeptała. 

— A  tyle — potwierdziłem. Przyszła mi do głowy pewna my l. Klejnoty 

stanowiły problem, gdy  w kryminalnym znaczeniu tego słowa były trefne. 

Wymagały przeszlifowania i zamaskowania, a cała sprawa wi załaby si  z 

ryzykiem. Teraz dostrzegłem szans  dokonania korzystnej transakcji. 

— Prosz  słucha  uwa nie — odezwałem si  wielkodusznie. — Przed chwil  

zaoferowałem pani oraz pani przyjaciołom dwie pi te zdobyczy. Przypu my,  e 

klejnoty s  warte wi cej ni  dwie pi te — a tak wła nie uwa am — w takim razie 

mo ecie wzi  je wszystkie. Zostawiaj c naszej trójce złoto. W ko cu klejnoty s  

łatwiejsze do przeniesienia i ukrycia. 

Złapała haczyk. 

— Mam znajomego jubilera — był z nami w czasie wojny. Mógłby dokona  

wyceny. Tak, wydaje si  to rozs dne. 

Dla mnie te  było to rozs dne, jako  e przez cały czas uwzgl dniałem w 

kalkulacjach tylko złoto. Coertze, Walker i ja w dalszym ci gu mieliby my z tego 

po pół miliona. 

— Jest jeszcze jedna sprawa — powiedziałem. 

— Co takiego? 

— Ten skarb to tak e du o pieni dzy w banknotach — lirów, franków, 

dolarów, i tak dalej. Nikt z tego nic nie we mie — w ka dym banku  wiata 

znajduj  si  listy podejrzanych numerów. B dzie pani musiała pilnowa  swoich 

przyjaciół, gdy wyniknie ta sprawa. 

— Dam sobie rad  — odparła wynio le. Nagle u miechn ła si  i wyci gn ła 

r k . — A wi c, jak mówi  Amerykanie, umowa stoi. 

Spojrzałem na dło , lecz jej nie dotkn łem. Pokr ciłem przecz co głow . 

— Jeszcze nie. Musz  wszystko przedyskutowa  z Coertzem i Walkerem. 

eby ich przekona , trzeba si  b dzie piekielnie nam czy  — szczególnie w 

przypadku Coertzego. A tak w ogóle, to co mu pani zrobiła? 

Wolno cofn ła r k  i spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem. 

— Niemal przekonuje mnie pan,  e jest uczciwym człowiekiem. 

U miechn łem si  do niej pogodnie. 

— Z konieczno ci. Jedynie oni wiedz , gdzie jest złoto. 

— Ach tak, zapomniałam. Je li za  chodzi o Coertzego, to jest gburem. 

background image

 

80 

— Bez tego „g" on sam by si  z pani  zgodził — powiedziałem. — Ale w 

afrikaans znaczyłoby to co  innego. — Nagle co  przyszło mi do głowy. — Czy 

kto  jeszcze wie o li cie Alberta? 

Zacz ła przecz co kr ci  głow , lecz nagle zdecydowała si  na szczero . 

— Tak — rzekła. — Jeden człowiek, lecz mo na mu zaufa  — to prawdziwy 

przyjaciel. 

— W porz dku. Chciałem si  tylko upewni , czy nikt inny nie b dzie 

próbował tej samej sztuczki, co pani. Wygl da na to,  e cały basen 

ródziemnomorski anga uje si  w t  spraw . Raczej nie mówiłbym nic 

konkretnego pani przyjaciołom, chyba  e zajdzie taka konieczno  — 

przynajmniej dopóki wszystkiego nie zako czymy. Je li s  kryminalistami, jak 

pani mówi, mo e im przyj  co  głupiego do głowy. 

— Jak dotychczas nic im nie powiedziałam i nie mam zamiaru mówi . 

— Dobrze.  Lecz mo e im pani powiedzie ,  eby uwa ali na ludzi Torloniego. 

B d  mieli „Sanforda" na oku, gdy zorientuj  si , gdzie jest. 

— O tak, panie Halloran. Z pewno ci  powiem im, aby strzegli waszej łodzi 

— odparła słodko. Roze miałem si . 

— Wiem o tym. Kiedy zorganizuje pani wszystko, prosz  wpa  do nas, ale 

szybko. Czas naszego przedsi wzi cia jest  ci le okre lony. 

Wstałem od stołu i zostawiłem j . Pomy lałem,  e skoro zostali my 

partnerami, równie dobrze ona mogła zapłaci  za  niadanie. 

 

Przyszła po południu w towarzystwie człowieka pot niejszego nawet ni  

Coertze. Przedstawiła go — nazywał si  Piero Morese. Do  grzecznie skin ł mi 

głow , zignorował Walkera i obrzucił czujnym spojrzeniem Coertzego. 

Miałem problem z Coertzem — długo trzeba go było przekonywa . Uparcie 

powtarzał z basowym pomrukiem: 

— Nie dam si  oszuka , nie dam si  oszuka . 

— No dobra — powiedziałem zm czonym głosem. — Złoto jest gdzie  na tych 

wzgórzach, sam wiesz gdzie. Czemu nie pójdziesz i nie we miesz go? Jestem 

pewien,  e z Torlonim, Metcalfe'em i zbirami hrabiny załatwisz si  jedn  r k . 

Jestem pewien,  e dasz rad  sprowadzi  tu złoto i zawie  je do Tangeru przed 

dziewi tnastym kwietnia. Dlaczego nie zabierzesz si  do tego i nie przestaniesz mi 

zawraca  głowy? 

Uspokoił si , lecz to mu zdecydowanie nie pomogło. Zachowywał si  jak 

wulkan, który nie wie, czy ponownie wybuchn , czy nie. Wreszcie usiadł w 

kabinie, z pogard  patrz c na hrabin , a na wielkiego Włocha nieufnie. 

Morese nie znał angielskiego, wi c rozmow  prowadzono w j zyku włoskim, 

który rozumiałem, je li nie mówiono zbyt szybko. 

— Mo na mówi  w obecno ci Piera, wie wszystko to co ja — odezwała si  

hrabina. 

— Znam ci , byłe  z Umbertem — rzekł Coertze topornym włoskim. 

Morese przytakn ł szybkim skinieniem głowy, lecz nie odezwał si . 

— Zacznijmy rozmawia  powa nie — powiedziała hrabina. Spojrzała na 

mnie. — Czy omówili cie spraw ? 

— Tak. 

background image

 

81 

— Zgadzaj  si  na warunki? 

— Tak. 

— A wi c w porz dku. Gdzie jest złoto? Coertze wydał pomruk, który 

zagłuszyłem szybkim wybuchem  miechu. 

— Hrabino, wp dzi mnie pani do grobu — odezwałem si . — Umr  ze 

miechu. Chyba nie przypuszcza pani,  e jej to powiemy, prawda? 

U miechn ła si  kwa no. 

— Nie, lecz uwa ałam,  e powinnam spróbowa . W porz dku, a wi c jak to 

załatwimy? 

— Po pierwsze, limit czasowy — odparłem. — Chcemy, aby złoto zostało 

dostarczone do Rapallo najpó niej pierwszego marca. Chcemy te  mie  miejsce, 

gdzie bez przeszkód mogliby my zaj  si  łodzi . Mo e to by  prywatny hangar 

lub stocznia jachtowa. Trzeba to załatwi  od razu. 

Zmru yła oczy. 

— Dlaczego pierwszy marca? 

— Dla was nie ma to  adnego znaczenia, ale tak wła nie musi by . 

— Nie zostaje nam zbyt wiele czasu — odezwał si  Morese. — Pierwszy dzie  

miesi ca wypada za dwa tygodnie. 

— To prawda — odparłem. — Lecz tak wła nie musi by . Nast pna sprawa. 

Po złoto uda si  tylko nasza pi tka. Nikt inny. Dotrzemy na miejsce, gdzie jest 

ukryte, zapakujemy do mocnych skrzy  i wywieziemy. Pó niej ponownie 

zamaskujemy kryjówk . Dopiero potem potrzebna nam b dzie czyja  pomoc. 

Lecz nawet wówczas wył cznie do przenoszenia i transportu na wybrze e. Nie 

trzeba, aby zbyt wielu ludzi wiedziało, co robimy. 

— Dobrze pomy lane — rzekł Morese. 

— Wszystko zostanie przywiezione do hangaru — wszystko, ł cznie z 

klejnotami. Przez cały miesi c nasza pi tka b dzie mieszka  razem, dopóki moi 

przyjaciele i ja nie zrobimy tego, co mamy do zrobienia. Je eli chcecie wyceni  

klejnoty, musicie sprowadzi  jubilera do klejnotów — a nie odwrotnie. O 

ostatecznym podziale zadecydujemy, gdy wszystkie klejnoty zostan  oszacowane, 

lecz nie zostanie on dokonany, dopóki łód  nie znajdzie si  na wodzie. 

— Mówi pan tak, jakby nam nie ufał — powiedział Morese. 

— Bo nie ufam — odparłem wprost. Kciukiem wskazałem hrabin . — Pa ska 

przyjaciółka szanta em zmusiła nas do tego, nie wiem wi c, jak mo na mówi  o 

zaufaniu. 

Twarz mu pociemniała. 

— To niegodziwe z pana strony. Wzruszyłem ramionami. 

— Powiedzmy raczej,  e to niegodziwo  z jej strony. Sama wszystko zacz ła, 

i tak wygl daj  fakty. 

Hrabina poło yła głow  na ramieniu Moresego. Uspokoił si . Coertze 

parskn ł  miechem. 

— Magtig, ale  j  podsumował. — Skin ł głow . — B dziesz musiał uwa a  

na ni , ona jest slim meisie. 

— Teraz ty — zwróciłem si  do niego. — Czego b dziesz potrzebował do 

wydobycia złota? Coertze pochylił si  do przodu. 

background image

 

82 

— Gdy byłem tu w ubiegłym roku, nic si  nie zmieniło, mienie nie zostało 

naruszone. To miejsce znajduje si  na wzgórzach, gdzie nikt nie chodzi. Jest tam 

wyboista droga, wi c mo emy pojecha  ci arówk . Najbli sza wioska oddalona 

jest o trzy mile. 

— Czy mo emy pracowa  noc ? — spytałem. Coertze zastanowił si . 

— Osuwisko skalne wygl da na gro niejsze, ni  jest w rzeczywisto ci — 

powiedział. — Wiem, jak trzeba je wysadzi . Jestem pewien,  e dwóch ludzi z 

kilofami i łopatami powinno si  przebi  w ci gu czterech godzin — mo e w nocy 

dłu ej. My l ,  e w nocy jakie  sze  godzin. 

— A wi c b dziemy tam przynajmniej cał  noc, a mo e jeszcze dłu ej? 

— Ja — odparł. — Je li b dziemy pracowali tylko po ciemku, potrzebujemy 

na to dwóch nocy. 

— Włosi nie chodz  w nocy po wzgórzach — odezwała si  hrabina. — Lepiej 

zaopatrzy  si  w  wiatła, je eli ze wsi ich nie wida . 

— Z wioski nie mo na zobaczy   adnych  wiateł — rzekł z przekonaniem 

Coertze. 

— Mimo wszystko musimy mie  jakie  wytłumaczenie — powiedziałem. — 

Je eli mamy co najmniej jeden dzie  przebywa  w tej okolicy, musimy mie  do 

tego rozs dny powód. Czy kto  ma jaki  pomysł? 

Zapadła cisza, gdy nagle po raz pierwszy odezwał si  Walker. 

— A co powiecie na wóz z przyczep  campingow ? Anglicy s  znani z tego 

typu dziwactw — podró owanie z przyczep , i tak dalej. Włosi nie maj  nawet na 

to własnego okre lenia i stosuj  angielskie. Je li rozło ymy si  obozem na dwie 

noce, to wie niacy b d  nas uwa ali za jeszcze jedn  grupk  Anglików. 

Zastanowili my si  nad tym i uznali my,  e my l jest dobra. Hrabina 

powiedziała: 

— Mog  zorganizowa  samochód, przyczep  i namiot. Zacz łem wylicza  

wszystkie potrzebne rzeczy. 

— Musimy mie   wiatło. 

— Wykorzystamy  wiatła samochodowe — odparł Coertze. 

— To na zewn trz — powiedziałem. — B dziemy potrzebowali  wiatła w 

rodku. U yjemy latarek, powiedzmy tuzina, trzeba te  sporo baterii. — 

Skin łem do Moresego. — Ty si  tym zajmiesz. Potrzebne nam b d  kilofy i 

łopaty, powiedzmy po cztery. Dalej, ci arówki. Ile ich trzeba,  eby przewie  

wszystko za jednym razem? 

— Dwie trzytonówki — rzekł Coertze pewnie. — Niemcy mieli cztery, ale 

wie li wiele rzeczy, których my nie zabierzemy. 

— Musz  by  w pogotowiu razem z kierowcami — powiedziałem. — 

Potrzebujemy te  sporo drewna do wykonania skrzy . Złoto trzeba b dzie 

przepakowa . 

— Po co, skoro jest ju  w skrzynkach? — zaoponował Coertze. — To tylko 

sporo dodatkowej roboty. 

— Spróbuj sobie co nieco przypomnie  — powiedziałem cierpliwie. — 

Przypomnij sobie moment, gdy po raz pierwszy ujrzałe  te skrzynie w niemieckiej 

ci arówce. Rozpoznałe  je jako skrzynki do przewozu sztab. Nie chcemy, aby w 

drodze powrotnej kto  w cibski zrobił to samo. 

background image

 

83 

— Nie trzeba złota wyjmowa  i nie pochłonie to tyle drewna — odezwał si  

Walker. — Po prostu skrzynie ze złotem obijemy cienkimi deseczkami,  eby 

zmieni  ich kształt i wygl d. 

Walker był prawdziw  kopalni  pomysłów. Je eli nie pił. 

— Na pewno jest tam mnóstwo drewna, które mogliby my wykorzysta  — 

dodał. 

— Nie — odparłem. — U yjemy nowego drewna. Nie chc  niczego, co 

wygl da lub  mierdzi, jakby zostało wyci gni te z dziury w ziemi. Poza tym na 

drewnie mog  znajdowa  si  jakie  znaki, które nas zdradz , je li je przeoczymy. 

—  adnego ryzyka, prawda? — zauwa yła hrabina. 

— Nie jestem hazardzist  — odparłem krótko. — Drewno mo na załadowa  

na ci arówki — spojrzałem na Moresego. 

— Załatwi  to — powiedział. 

— Nie zapomnij o młotkach i gwo dziach — dodałem. Próbowałem my le  o 

wszystkim. Gdyby my si  po lizn li na tej robocie, stałoby si  to zapewne przez 

jaki  drobiazg, którego nikt nie uznałby za istotny. 

Z nabrze a doku rozległ si  niski, powtarzaj cy si  gwizd. Morese spojrzał na 

hrabin , ta za  prawie niedostrzegalnie skin ła głow . Wstał i wyszedł na pokład. 

Zwróciłem si  do Coertzego. 

— Czy jest jeszcze co , o czym powinni my wiedzie  — co , o czym 

zapomniałe  lub przeoczyłe ? 

— Nie — odparł. — To wszystko. Morese wrócił i rzekł do hrabiny: 

— On chce z tob  rozmawia . 

Wstała i wyszła z kabiny, a Morese pod ył za ni  na pokład. Przez otwarty 

iluminator słyszałem przyciszon  rozmow . 

— Nie ufam im — rzekł ostro Coertze. — Nie ufam tej dziwce i nie ufam 

Moresemu. Jest strasznym draniem. Był strasznym draniem ju  w czasie wojny. 

Nie brał  adnych je ców — według jego własnych słów wszyscy zostali zastrzeleni 

w czasie próby ucieczki. 

— Tak jak i twoi — odparłem. — Gdy zabrali cie złoto.  achn ł si . 

— To co innego; oni rzeczywi cie uciekali. 

— Bardzo wygodne — powiedziałem kwa no. Dra niło mnie,  e człowiek, 

którego nie bez podstaw podejrzewałem o zamordowanie co najmniej czterech 

ludzi, mógł mówi  tak o kim  innym. 

Zamy lił si  na chwil , po czym rzekł: 

— Co ich mo e powstrzyma  przed zabraniem nam wszystkiego, kiedy to 

wydob dziemy? Co mo e ich powstrzyma  od zastrzelenia nas i zostawienia w 

sztolni, któr  ponownie zasypi ? 

— Nic takiego, co mógłby  zrozumie  — odparowałem. — Jedynie uczucie 

dziewczyny do ojca i rodziny. — Nie rozwodziłem si  nad tym. Sam nie miałem 

pewno ci co do słuszno ci tego argumentu. 

Hrabina i Morese wrócili. 

— Dwóch ludzi Torloniego jest w Rapallo — powiedziała. — Dziesi  minut 

temu wypytywali o was kapitana portu. 

— Prosz  mi tylko nie mówi ,  e kapitan portu jest jednym z pani ludzi. 

background image

 

84 

— Nie, jest nim szef Urz du Celnego. Rozpoznał ich natychmiast. Jednego z 

nich wsadził przed trzema laty do wi zienia za przemyt heroiny. Drugiego 

próbuje uj  od dłu szego czasu. Mówi,  e obaj pracuj  dla Torloniego. 

— Nie mogli my liczy  na to,  e w niesko czono  b dzie nam si  udawało 

ukrywa  przed nimi — powiedziałem. — Nie powinni jednak skojarzy  pani z 

nami, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Musicie wi c zaczeka  z opuszczeniem 

jachtu, a  zrobi si  ciemno. 

— Kazałam ich obserwowa . 

— Dobrze, ale to nie wystarczy — odparłem. — Chc  zafundowa  

Metcalfe'owi to samo, co on nam. Chc , aby Torloniego obserwowano w Genui. 

Chc  wiedzie , czy w jakim  porcie na tym wybrze u nie pojawi si  łód  

Metcalfe'a. Chc  wiedzie , kiedy przyb dzie do Włoch — przekazałem jej 

dokładny opis Metcalfe'a, Krupke'a oraz ich fairmili. — Czy mo e pani to 

zrobi ? 

— Oczywi cie. B dzie pan wiedział wszystko o tym Metcalfie, gdy tylko 

postawi nog  we Włoszech. 

— W porz dku. Co powiedzieliby cie na drinka? — Spojrzałem na 

Coertzego. — Wygl da na to,  e mimo wszystko nie nastraszyłe  Metcalfe'a. — 

Spojrzał na mnie z kamienn  twarz . Roze miałem si . — Nie b d  taki ponury. 

Wyci gnij butelk  i rozchmurz si . 

 

Pó niej nie widzieli my ju  hrabiny ani Moresego. Nie pokazywali si , lecz 

nast pnego ranka znalazłem w kokpicie kartk  z poleceniem, abym udał si  do 

„Trzech Ryb" i powiedział,  e potrzebuj  stró a na „Sanfordzie". 

Oczywi cie poszedłem, a Giuseppi okazał si  bardziej  yczliwy ni  wówczas, 

gdy widziałem go po raz ostatni. Obsługiwał mnie osobi cie i kiedy stawiał talerz 

na stole, powiedziałem: 

— Z pewno ci  wie pan, co dzieje si  na nabrze u. Czy mógłby mi pan poleci  

jakiego  stró a do pilnowania łodzi? Ale musi by  uczciwy. 

— Tak, signor — odparł. — Mam wła nie kogo  takiego — starego Luigiego. 

Szkoda go; w czasie wojny został ranny i od tego czasu mo e podejmowa  tylko 

lekk  prac . W tej chwili jest bezrobotny. 

— Przy lij go tutaj, kiedy sko cz   niadanie — powiedziałem. 

Tym oto sposobem mieli my uczciwego stró a, a stary Luigi stał si  

ł cznikiem mi dzy hrabin  i „Sanfordem". Ka dego ranka przynosił list, w 

którym hrabina szczegółowo relacjonowała swe poczynania. 

Torloni znajdował si  pod obserwacj , lecz najwyra niej nic si  nie działo. 

Jego ludzie wci  przebywali w Rapallo. Obserwowali „Sanforda" i sami byli 

obserwowani. Zorganizowano ci arówki, a kierowcy byli w pogotowiu. Drewno 

zostało przygotowane, narz dzia zakupione. Zaoferowano Francesce niemieck  

przyczep  campingow , ale dowiedziała si ,  e w Mediolanie jest do sprzedania 

angielska i uznała,  e lepiej si  nada. Musiałem tylko da  jej pieni dze na zakup, 

gdy  sama ich nie miała. 

Wygl dało na to,  e wszystkie tryby obracaj  si  zadowalaj co. 

Nasza trójka z „Sanforda", ku wielkiemu niezadowoleniu szpiegów 

Torloniego, zwiedzała miasto. Wiele czasu sp dzałem w jachtklubie i wkrótce 

background image

 

85 

rozniosło si ,  e mam zamiar osi

 nad Morzem  ródziemnym i my l  o kupnie 

odpowiedniej stoczni. 

Pi tego dnia pobytu w Rapallo codzienny list polecił mi, abym udał si  do 

stoczni Silvia Palmeriniego i spytał o stawki za wyci gni cie i malowanie 

„Sanforda". „Cena b dzie przyzwoita" — pisała hrabina. — „Silvio jest jednym 

z moich — naszych — przyjaciół". 

Stocznia Palmeriniego znajdowała si  kawał drogi za Rapallo. Sam Palmerini 

okazał si  pokrzywionym m czyzn  około sze dziesi tki, sprawuj cym rz dy 

nad stoczni  i trójk  synów łagodnymi słowami i  elazn  wol . 

— Orientuje si  pan, signor Palmerini,  e ja równie  buduj  łodzie. Dlatego 

chciałbym samodzielnie wykona  prac  w pa skiej stoczni. 

Skin ł głow . Uznał za naturalne,  e człowiek sam dba o swoj  łód , je li 

potrafi. Prócz tego wychodzi to taniej. 

— Wolałbym równie  mie  jacht pod przykryciem. Zamocowałem kil 

eksperymentalnie i chciałbym go zdj , aby sprawdzi , czy dobrze si  spisuje. 

Ponownie skin ł głow . 

— Eksperymentalne sposoby wi

 si  z ryzykiem, a człowiek powinien 

trzyma  si  metod tradycyjnych. Rzeczywi cie byłoby głupio, gdyby kil odpadł 

milordowi na  rodku Morza  ródziemnego. 

Zgodziłem si ,  e wyszedłbym na głupca, i dodałem: 

— Moi przyjaciele i ja sami damy sobie rad  i nie potrzebujemy 

dodatkowej siły roboczej. Trzeba nam tylko miejsca, gdzie nikt nie 

przeszkadzałby nam w pracy. 

Skin ł głow  po raz trzeci. Dysponował du , zamykan  szop , któr  

mogli my wykorzysta . Nikt nie przeszkadzałby nam, nawet on sam — a z 

pewno ci  nikt spoza rodziny — dopilnowałby tego. Czy to milord jest tym 

bogatym Anglikiem, który chce kupi  stoczni ? Je li tak, to mo e milord wzi łby 

pod uwag  stoczni  Palmeriniego, wzór doskonało ci zachodniego basenu Morza 

ródziemnego. 

A  mn  zatrz sło, gdy to usłyszałem. Wła nie miała miejsce kolejna próba 

łagodnego szanta u. Pomy lałem,  e zapewne b d  musiał kupi  t  stoczni , i 

pewnie po wygórowanej cenie — cenie za milczenie. 

Odpowiedziałem dyplomatycznie. 

— Tak, mam zamiar kupi  stoczni , lecz m dry człowiek bada ka d  drog . 

— Do diabła, zaczynałem mówi  prawie jak on. — Byłem ju  w Hiszpanii i 

Francji. Teraz jestem we Włoszech, a z Włoch udaj  si  do Grecji. Musz  

zobaczy  wszystko. 

Przytakn ł energicznie, ale stary zrz da nie zapomniał powiedzie  swego. 

Tak, milord wykazywał m dro  ogl daj c wszystko, lecz mimo to milord wróci 

niew tpliwie do stoczni Palmeriniego, gdy  z pewno ci  oka e si  ona najlepsza 

nad całym Morzem  ródziemnym. 

Phi, có  Grecy wiedz  o pi knych konstrukcjach? Znaj  si  tylko na swoich 

niezgrabnych kaikach. Cena, jak dla milorda, b dzie rozs dna, skoro mamy 

wspólnych przyjaciół. Kwota mogłaby zosta  rozło ona na raty, oczywi cie przy 

zało eniu,  e b d  jakie  gwarancje. 

background image

 

86 

Jak wywnioskowałem, stary szelma chciał w ten sposób powiedzie ,  e 

poczekałby, a  cała sprawa zostanie zako czona i b d  dysponował gotówk , je li 

udowodni ,  e dotrzymam słowa. 

Wróciłem na „Sanforda" zadowolony,  e ta cz  operacji przebiega 

pomy lnie. Nawet gdybym musiał kupi  stoczni  Palmeriniego, nie byłoby to 

takie złe, a wy rubowan  cen  mo na by wliczy  w koszty wyprawy. 

Dziewi tego dnia pobytu w Rapallo poranny list doniósł,  e wszystko jest 

gotowe i mo emy rusza  w ka dej chwili. Poniewa  jednak nazajutrz wypadała 

niedziela, uznali my,  e lepiej byłoby rozpocz  l dow  cz  operacji w 

poniedziałek, nadawało to bowiem całej sprawie pozory solidno ci. Kolejny 

szalony paradoks szalonej Przygody, pomy lałem. 

Hrabina pisała: „Ludzie Torloniego zostan  otoczeni dyskretn  opiek  i nie 

b d  kojarzyli niemo no ci odnalezienia was z jakimi  sztuczkami z waszej 

strony. Zostawcie łód  pod opiek  Luigiego i spotkajcie si  ze mn  o dziewi tej 

rano w »Trzech Rybach«". 

Przytkn łem zapałk  do listu i zawołałem znajduj cego si  pod pokładem 

Luigiego. 

— Mówi ,  e jeste  uczciwym człowiekiem, Luigi. Czy przyj łby  łapówk ? 

Przeraził si . 

— Och nie, signor! 

— Czy wiesz,  e ta łód  znajduje si  pod obserwacj ? 

— Tak, signor. To wrogowie pana i Madame. 

— Czy wiesz, co robi Madame i ja? Przecz co pokr cił głow . 

— Nie, signor. Przyszedłem, bo Madame powiedziała,  e potrzebuje pan 

mojej pomocy. Nie zadawałem  adnych pyta  — odparł z godno ci . Stukn łem 

r k  w stół. 

— Wkrótce razem z przyjaciółmi wyje d amy na kilka dni i zostawimy łód  

pod twoj  opiek . Co zrobisz, je li ci, którzy nas  ledz , zechc  ci  przekupi , 

aby  pozwolił im przeszuka  łód ? 

Wyprostował si . 

— Wytr ciłbym im pieni dze z r k, signor. 

— Nie, nie zrobisz tego. Powiesz,  e to za mało i za dasz wi cej. Je li ci 

dadz , pozwolisz im przeszuka  łód . 

Spojrzał na mnie, najwyra niej nic nie rozumiej c. Wolno powiedziałem: 

— Nie mam nic przeciwko temu,  eby przeszukali. Nie ma tu nic do 

znalezienia. Dlaczego nie miałby  wyci gn  troch  pieni dzy od wrogów 

Madame? 

Roze miał si  nagle i klepn ł si  po udzie. 

— A to dobre, signor, bardzo dobre. Pan chce, aby przeszukali łód . 

— Tak — odpowiedziałem. — Ale nie ułatwiaj im tego, bo stan  si  

podejrzliwi. 

Chciałem po raz ostatni spróbowa  zwie  Metcalfe'a, tak jak zwiodłem go w 

Barcelonie, lub raczej miałem nadziej  zwie , nim Coertze strzelił głupstwo. 

Napisałem list do hrabiny, wyja niaj c, co robi , i oddałem Luigiemu do 

przekazania. 

— Od jak dawna znasz Madame? — spytałem z ciekawo ci . 

background image

 

87 

— Od wojny, signor. Była mał  dziewczynk . 

— Zrobiłby  dla niej wszystko, prawda? 

— Dlaczego nie? — spytał zaskoczony. — Zrobiła dla mnie wi cej, ni  

kiedykolwiek mógłbym odpłaci . Po wojnie opłaciła lekarzy,  eby wyprostowali 

mi nog . To nie jej wina,  e nie potrafili jej wyprostowa  odpowiednio — ale 

inaczej byłbym kalek . 

Rzucało to nowe  wiatło na Francesc . 

— Dzi kuj  ci, Luigi — powiedziałem. — Oddaj ten list Madame, gdy j  

zobaczysz. 

Opowiedziałem Coertzemu i Walkerowi, co si  dzieje. Nie pozostawało nam 

ju  teraz nic innego, jak czeka  do poniedziałku rano.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

88 

Rozdział 5

 

 

SZTOLNIA 

 

W poniedziałek rano jeszcze raz przygotowałem dekoracje, zostawiaj c 

papiery tam, gdzie mo na je było łatwo odszuka . Niczym „Człowiek, którego 

nigdy nie było", opracowałem kosztorys remontu „Sanforda" w stoczni 

Palmeriniego, razem z szacunkowym wyliczeniem kosztu jej zakupu. Mieliby my 

dobre alibi, gdyby widziano nas tam pó niej. 

Wyruszyli my tu  przed dziewi t ,  egnaj c si  z Luigim, który pu cił do 

mnie niedwuznacznie oko. Do „Trzech Ryb" zd yli my na czas. Hrabina i 

Morese ju  tam czekali. Zjedli my wspólnie  niadanie. Hrabina miała ubranie o 

zdecydowanie angielskim kroju, co powitałem z uznaniem. Umiała my le . 

— W jaki sposób pozbyła si  pani chłopców Torloniego? — zapytałem. 

Morese wyszczerzył z by w u miechu. 

— Jeden miał wypadek samochodowy. Ten, który oczekiwał go przy doku, 

zm czył si  czekaniem i nie wiadomo, dlaczego wpadł do wody. Musiał wzi  

taksówk  do hotelu, aby si  przebra . 

— Ubiegłej nocy pa ski przyjaciel Metcalfe przybył do Genui — odezwała si  

hrabina. 

— Jest pani pewna? 

— Całkowicie. Udał si  wprost do Torloniego i został u niego przez dłu szy 

czas. Pó niej poszedł do hotelu. 

To przes dzało spraw . Dotychczas stale zastanawiałem si , czy moje 

podejrzenia co do Metcalfe'a nie s  jedynie wytworem rozgor czkowanej 

wyobra ni. W ko cu cała sprawa zbudowana została na podstawie przypuszcze  

oraz tego, co wiedziałem o jego charakterze. 

— Kazała go pani obserwowa ? 

— Oczywi cie. 

Przyniesiono  niadanie i rozmowa umilkła, dopóki Giuseppi nie wrócił do 

bufetu. Wówczas powiedziałem: 

— No dobrze. Kobus, przyjacielu, nadszedł czas, aby  powiedział nam, gdzie 

jest złoto. 

Coertze gwałtownie uniósł głow . 

— Nie da rady — odparł. — Zaprowadz  was tam, ale wcze niej nic nie 

powiem. Westchn łem. 

— Słuchaj, ci dobrzy ludzie załatwili transport. W jaki sposób maj  

wyznaczy  ci arówkom miejsce spotkania, skoro nie wiedz , dok d jedziemy? 

— Mog  zadzwoni . 

— Sk d? 

— W wiosce b dzie telefon. 

— Nikt z nas nie zbli y si  do tej wioski — powiedziałem. — A ju  absolutnie 

nikt z nas, cudzoziemców. Je li uwa asz,  e pozwol  komu  z tej pary pój  tam 

samotnie, to oszalałe . Od tej chwili nie spu cimy z nich oka. 

— Nie jest pan zbyt ufny — zauwa yła hrabina. Spojrzałem na ni . 

— A czy pani mi ufa? 

background image

 

89 

— Nie bardzo. 

— Wi c jeste my kwita — ponownie zwróciłem si  do Coertzego. — Hrabina 

mo e zadzwoni  jedynie z telefonu tam, w rogu. Ja stan  tu  obok. 

— Niech mnie pan nie nazywa hrabin  — rzuciła ostro. Nie zareagowałem i 

skoncentrowałem si  na Coertzem. 

— Sam wi c widzisz,  e musimy zna  to miejsce. Je li ty nam nie powiesz, z 

cał  pewno ci  zrobi to Walker. Wolałbym jednak usłysze  to od ciebie. 

Przez dłu sz  chwil  zastanawiał si , w ko cu powiedział: 

— Magtig, pewnego dnia wykłócisz si  o drog  do nieba. W porz dku. To 

miejsce znajduje si  około czterdziestu mil st d na północ, mi dzy Varsi a 

Tassaro. — Zacz ł szczegółowo wyja nia . 

— Dobra, to w ród wzgórz — rzekł Morese. 

— Czy potrafi pani wytłumaczy  kierowcom drog  do tego miejsca? — 

spytałem. 

— Powiem im,  eby zaczekali w Varsi — odparła Francesca. — B d  nam 

potrzebni dopiero drugiej nocy. Jutro mo emy pojecha  do Varsi i stamt d ich 

poprowadzi . 

— Zgoda. W takim razie zadzwo my. 

Podszedłem z ni  do aparatu i stałem obok, gdy przekazywała instrukcje, 

„tak  e nic nie mogło jej si  »wymkn «". Nasza grupka stanowiła wzór 

wzajemnego zaufania. Po naszym powrocie do stolika powiedziałem: 

— Załatwione. Mo emy rusza  w ka dej chwili. Sko czyli my  niadanie i 

zbierali my si  do wyj cia. 

— Nie od frontu — powiedziała Francesca. — Ludzie Torloniego pewnie ju  

wrócili i mog  obserwowa  t  kawiarni . Pójdziemy t dy. 

Wyprowadziła nas przez tylne drzwi na podwórze, gdzie stał samochód z 

przył czon  ju  przyczep  campingow  Eccles. 

— Zaopatrzyłam j  w  ywno  na tydzie . Mo e okaza  si  niezb dna. 

— Nie — odparłem ponuro. — Je li nie wydob dziemy tego do jutra w nocy, 

nie wydob dziemy ju  nigdy. Poniewa  Metcalfe szuka naszego tropu. 

Przyjrzałem si  naszej grupie i podj łem szybk  decyzj . 

— Wszyscy wygl damy jak Anglicy z wyj tkiem ciebie, Morese. Ty nie 

pasujesz. Pojedziesz w przyczepie i postaraj si  nie pokazywa . Zmarszczył brwi i 

spojrzał na Francesc . 

— Wsiadaj do przyczepy, Piero. Zrób, jak mówi pan Halloran — 

powiedziała, a nast pnie zwróciła si  do mnie. — Piero przyjmuje polecenia tylko 

ode mnie, panie Halloran. Mam nadziej ,  e zapami ta pan to na przyszło . 

— Chod my ju  — odparłem wzruszaj c ramionami. 

Prowadził Coertze, gdy  znał drog . Walker równie  siedział z przodu, a 

Francesca i ja dzielili my tylne miejsce. Nie rozmawiali my zbyt wiele. Coertze 

jechał wolno, gdy  nie był przyzwyczajony ani do holowania przyczepy, ani do 

jazdy praw  stron . 

Opu cili my Rapallo i wkrótce zacz li my pi  si  na wzgórza — Apeniny 

Liguryjskie. Kraj wygl dał na biedny, z kamienist  ziemi  i skromnym 

rolnictwem. Istniej ce uprawy były rozproszone i podzielone mi dzy winoro l  i 

oliwki. Drzewka wygl dały, jakby zam czono je na  mier . W ci gu godziny 

background image

 

90 

dojechali my do Varsi, a wkrótce potem zjechali my z głównej szosy i zacz li my 

si  tłuc boczn  wiejsk  drog , nie utwardzon , o okropnej nawierzchni. Od wielu 

dni nie padało i wsz dzie unosiły si  tumany pyłu. 

Coertze dojechał do zakr tu i zwolnił, zatrzymuj c si  prawie. 

— Tutaj ostrzelali my ci arówki — powiedział. 

Gdy wyjechali my zza zakr tu, zobaczyłem długi odcinek pustej drogi. 

Coertze zatrzymał samochód, a Walker wysiadł. Widział to miejsce po raz 

pierwszy od pi tnastu lat. Podszedł kawałek dalej, a  do du ego głazu po prawej. 

Wówczas popatrzył do tyłu. Domy liłem si ,  e stał wła nie za tym głazem, gdy 

pakował kule w kierowc  wozu sztabowego. 

Pomy lałem o masakrze, która tu miała miejsce. Spogl daj c w gór  na 

poro ni te krzewami zbocze, wyobraziłem sobie ucieczk  je ców i zako czony dla 

nich tragicznie po cig. 

— Nie ma sensu tu sta  — powiedziałem gwałtownie. — Jed my dalej. 

Coertze wrzucił bieg i ruszył, nabieraj c szybko ci, dopiero gdy Walker 

wskoczył do  rodka. Znów byli my w drodze. 

— Ju  niedaleko — rzekł Walker. Głos miał ochrypły z podniecenia. 

W niecałe pi tna cie minut pó niej Coertze przyhamował na skrzy owaniu z 

drog  tak mało ucz szczan ,  e prawie niewidoczn . 

— Stara kopalnia jest jakie  półtorej mili st d — powiedział. — Co teraz 

robimy? 

Francesca i ja wysiedli my z samochodu i wyprostowali my zesztywniałe nogi. 

Rozejrzałem si  dokoła i w odległo ci około stu jardów zobaczyłem strumie . 

— Dobrze si  składa — powiedziałem. —  wietne miejsce na obóz. Jedno jest 

pewne — w ci gu dnia nikt z nas nawet okiem nie mrugnie w t  stron . 

ci gn li my przyczep  z drogi, rozło yli my podpory, pó niej ustawili my 

namiot. 

Francesca poszła do przyczepy, by porozmawia  z Moresem. 

— A teraz, na miło  bosk , zachowujemy si  jak niewinni tury ci — 

powiedziałem. — Jeste my zwariowanymi Anglikami, którzy wol   y  

niewygodnie, ni  mieszka  w hotelu. 

Był to długi dzie . Po obiedzie, który Francesca przygotowała na małej 

kuchence przyczepy, rozsiedli my si  rozmawiaj c o wszystkim i o niczym i 

czekali my, a  zajdzie sło ce. Francesca przebywała głównie w przyczepie, gdzie 

dotrzymywała towarzystwa Moresemu. Walker nie mógł sobie znale  miejsca. 

Coertze natomiast najwyra niej pogr ył si  w kontemplowaniu swojego p pka. 

Ja próbowałem usn , ale bez powodzenia. 

Jedynym emocjonuj cym wydarzeniem w czasie tego popołudnia 

był przejazd wiejskiej furmanki. Pojawiła si  jako obłok pyłu na kra cu drogi 

i stopniowo, w  limaczym tempie, zbli yła si  na tyle,  e dało si  j  rozpozna . 

Coertze o ywił si  nieco i chciał si  zakłada  o to, w jakim czasie zrówna si  z 

obozem. W ko cu ze skrzypieniem przetoczyła si  obok. Ci gn ły j  dwa woły, 

wygl daj ce jak z obrazu Breughla. Obok z wysiłkiem kroczył wie niak. 

Pomachałem r k  i najgorsz  włoszczyzn , na jak  mogłem si  zdoby , 

odezwałem si : 

— Buon giorno. 

background image

 

91 

Spojrzał na mnie z ukosa, mrukn ł co  niezrozumiale i ruszył dalej swoj  

drog . Był to ostatni ruch na drodze w czasie naszego obozowania. 

O wpół do pi tej wstałem i poszedłem do przyczepy,  eby naradzi  si  z 

Francesc . 

— Lepiej zjedzmy co  wcze niej — powiedziałem. — Gdy tylko si   ciemni, 

zabierzemy samochód do kopalni. 

— Wszystko jest w puszkach — odparła. — Przygotowanie nie sprawi 

trudno ci. W nocy b dzie nam si  chciało je , wi c wzi łam dwa du e termosy na 

jedzenie. Nim wyjdziemy, ugotuj  posiłek. B dzie ciepły przez cał  noc. Mam te  

kilka termosów na kaw . 

— Dobrze wydała pani moje pieni dze — powiedziałem. Zbyła to milczeniem. 

— Potrzebna mi woda. Mo e pan przynie  troch  ze strumienia? 

— Je li pójdzie pani ze mn . Musi si  pani troch  porusza . — Odczułem 

nagł  potrzeb  rozmowy z ni . Chciałem zrozumie  motywy jej post powania. 

— Zgoda — powiedziała. Otworzyła szafk  i wyj ła trzy brezentowe wiadra. 

Gdy szli my do strumienia, odezwałem si : 

— W czasie wojny musiała by  pani bardzo młoda. 

— Tak. Poszłam na wzgórza z ojcem, gdy miałam dziesi  lat. — R k  

wskazała otaczaj ce nas góry. — Te wła nie wzgórza. 

— Niezbyt przyjemne  ycie dla małej dziewczynki. Zastanowiła si . 

— Pocz tkowo było przyjemnie. Wszyscy lubi  wakacje sp dzane na obozach, 

a dla mnie były to ci głe, długie wakacje. Tak, sprawiało mi to przyjemno . 

— A kiedy przestało? 

Jej twarz przybrała wyraz łagodnego smutku. 

— Gdy rozpocz ła si  walka i zacz li gin  ludzie, wówczas przyjemno  si  

sko czyła. To, co robili my, stało si  powa n  spraw ; sprawiedliw , lecz 

straszn . 

— A pani pracowała w szpitalu? 

— Tak. Opiekowałam si  Walkerem, gdy przyszedł z obozu jenieckiego. Wie 

pan o tym? 

Wyobraziłem sobie opisan  przez Walkera mał , powa n  dziewczynk , 

która dlatego chciała, by wyzdrowiał,  eby mógł zabija  Niemców. 

— Mówił mi — odparłem. 

Kiedy doszli my do strumienia, popatrzyłem w dół z pow tpiewaniem. 

Wygl dał do  czysto, spytałem jednak: 

— Czy ta woda nadaje si  do picia? 

— Przegotuj  j , b dzie dobra — orzekła i ukl kła, aby wykopa  dół w 

płyci nie. — Musimy mie  dziur  tak gł bok , by zmie ciło si  wiadro, wtedy jest 

łatwiej. 

Pomogłem jej kopa . Doszedłem do wniosku,  e nauczyła si  tego sposobu od 

partyzantów. Ja próbowałbym napełni  wiadra po kropelce. Kiedy jama była ju  

wystarczaj co du a, usiedli my na brzegu, czekaj c, a  osi dzie muł. 

— Czy Coertze był kiedykolwiek ranny? — spytałem. 

— Nie, miał du e szcz cie. Nigdy go nawet nie drasn ło, chocia  nieraz był w 

niebezpiecznych sytuacjach. 

Pocz stowałem j  papierosem i podałem ogie . 

background image

 

92 

— A wi c sporo walczył? 

— Wszyscy walczyli — odparła, zaci gaj c si  w zadumie papierosem. — 

Lecz wygl dało na to,  e Coertze lubił walk ; zabił wielu Niemców — Włochów 

tak e. 

— Jakich Włochów? — spytałem natychmiast. Pomy lałem o historii 

Walkera. 

— Faszystów — powiedziała. — Tych, którzy trzymali si  Mussoliniego w 

czasach Republiki Salo. W tych górach toczyła si  wojna domowa. Nie wiedział 

pan o tym? 

— Nie, nie wiedziałem. Jest sporo rzeczy zwi zanych z Włochami, o których 

nie wiem. 

Przez chwil  siedzieli my w milczeniu, po czym odezwałem si : 

— A wi c Coertze był morderc ? 

— Był dobrym  ołnierzem, człowiekiem, jakiego potrzebowali my. Był 

przywódc . Zmieniłem temat. 

— W jaki sposób zgin ł Alberto? 

— Spadł z urwiska, gdy Niemcy  cigali grup  Umberta. Słyszałam,  e Coertze 

byłby go ocalił, lecz nie zd ył doj  tam na czas. 

— Aha. Słyszałem co  takiego. A jak zgin li Harrison i Parker? Zmarszczyła 

brwi. 

— Harrison i Parker? Ach tak, nale eli do tak zwanego Legionu 

Cudzoziemskiego. Zgin li w akcji. Nie w jednej, w ró nych akcjach. 

— A Donato Rinaldi, w jaki sposób on zgin ł? 

— To była dziwna sprawa. Znaleziono go nie opodal obozu z roztrzaskan  

głow . Le ał pod urwiskiem i przypuszczano,  e wspinał si  i spadł. 

— Dlaczego miałby si  wspina ? Czy uprawiał alpinizm lub co  w tym 

rodzaju? 

— Nie s dz , ale był młodym człowiekiem, a młodzi robi  ró ne głupstwa. 

U miechn łem si  my l c,  e nie tylko młodzi ludzie robi  głupstwa. Rzuciłem 

kamyk do strumienia. 

— Brzmi to jak w tej piosence o dziesi ciu Murzynkach. „I zostało tylko 

dwóch". Dlaczego Walker odszedł? Gwałtownie podniosła oczy. 

— Czy twierdzi pan,  e ci ludzie nie zgin li?  e zamordował ich kto  z obozu? 

Wzruszyłem ramionami. 

— Nic nie twierdz , ale dla kogo  było to niezwykle wygodne. Widzi pani, 

sze ciu ludzi ukryło złoto, a czterech z nich wkrótce potem spotkała  mier . — 

Rzuciłem kolejny kamie  do strumienia. — Kto skorzystał? S  tylko dwie osoby 

— Walker i Coertze. Dlaczego Walker odszedł? 

— Nie wiem. Zrobił to nagle. Pami tam, jak mówił mojemu ojcu,  e ma 

zamiar wróci  do wojsk alianckich. Znajdowały si  wówczas całkiem blisko. 

— Czy Coertze był w obozie, gdy Walker odszedł? Długo zastanawiała si , po 

czym odparła: 

— Nie wiem, nie pami tam. 

— Walker twierdzi,  e odszedł, bo bał si  Coertzego. Zreszt  wci  si  go boi. 

Nasz Kobus jest czasami strasznym człowiekiem. 

background image

 

93 

— A wi c Alberto na stoku — powiedziała Francesca wolno. — Coertze 

mógł... 

— ...go zepchn ? Tak, mógł. Walker powiedział te ,  e Parkerowi strzelono 

w tył głowy. Z tego, co mówi  ludzie, pani tak e, Coertze jest urodzonym 

morderc . Wszystko si  zgadza. 

— Zawsze wiedziałam,  e Coertze jest gwałtownym człowiekiem, ale... 

— Ale? Dlaczego pani go nie lubi, Francesco? 

Rzuciła niedopałek do wody i obserwowała, jak płynie z pr dem. 

— To jedna z tych rzeczy, które zdarzaj  si  miedzy m czyzn  a kobiet . 

Był... zbyt natarczywy. 

— Kiedy to było? 

— Trzy lata temu. Tu  po moim  lubie. 

Zawahałem si . Chciałem j  zapyta  o ten  lub, lecz nagle wstała. 

— Musimy nabra  wody — powiedziała. Gdy wracali my do przyczepy, 

odezwałem si : 

— Wygl da na to,  e musz  by  stale w pogotowiu — Coertze mo e okaza  si  

niebezpieczny. Lepiej niech pani opowie t  histori  Pierowi, aby był gotów, gdyby 

cokolwiek si  wydarzyło. 

Zatrzymała si  gwałtownie. 

— My lałam,  e jest pan przyjacielem Coertzego. My lałam,  e stoi pan po 

jego stronie. 

— Nie jestem po niczyjej stronie — odparłem krótko. — I nie zamierzam 

przebaczy  morderstw. 

Pozostał  cz  drogi przebyli my w milczeniu. 

Przez reszt  popołudnia Francesca zaj ta była gotowaniem w przyczepie. Gdy 

zacz ło si   ciemnia , rozpocz li my przygotowania. Kilofy i łopaty wraz z 

kilkoma latarkami wło yli my do baga nika samochodu. Piero dostarczył 

ci nieniow  lamp  Tilleya oraz pół galonu parafiny — gdy wejdziemy ju  do 

tunelu, b d  znacznie przydatniejsze ni  latarki. Wyci gn ł z przyczepy taczk  i 

powiedział: 

— Przyszło mi na my l,  e mogliby my jej u y  do wywo enia kamieni. Nie 

mo emy zostawi  kamieni rozsypanych u wej cia do sztolni. 

Byłem zadowolony z pomysłu. Sam o tym nie pomy lałem. 

Coertze obejrzał kilofy okiem fachowca. Nie znalazł  adnych wad. Dla mnie 

kilof jest kilofem, a łopata jest cholern  szufl . Przypuszczam jednak,  e nawet 

walenie kilofem i szuflowanie maj  swoje fachowe techniki. Gdy pomagałem 

Pierowi ładowa  taczk  do baga nika, wykr ciłem stop  na kamieniu i ci ko 

wpadłem na Coertzego. 

— Przepraszam — powiedziałem. 

— Nie przepraszaj, tylko uwa aj — mrukn ł. Wpakowali my taczk , chocia  

pokrywa baga nika nie chciała si  domkn . Powiedziałem cicho do Coertzego: 

— Chciałbym z tob  pomówi ... tam dalej. 

Odeszli my niewielki kawałek od reszty grupy, a  ukryły nas zapadaj ce 

ciemno ci. 

— O co chodzi? — zapytał. 

Klepn łem w tward  wypukło  na piersi jego kurtki i powiedziałem: 

background image

 

94 

— Wydaje mi si ,  e to pistolet. 

— Bo to jest pistolet — odparł. 

— Kogo masz zamiar zastrzeli ? 

— Ka dego, kto wejdzie mi dzy mnie a złoto. 

— Słuchaj no uwa nie — powiedziałem twardo. — Nikogo nie zastrzelisz, 

poniewa  oddasz mi ten pistolet. Je li nie, to złoto mo esz wydobywa  sam. Nie 

przyjechałem do Włoch kogokolwiek zabija . Nie jestem morderc . 

— Klein man, je li chcesz ten pistolet, b dziesz musiał mi go odebra  — rzekł 

Coertze. 

— O.K. Gro c pistoletem mo esz nas zmusi , aby my poszli do kopalni. Ale 

jest ciemno i gdy tylko odwrócisz si  plecami, dostaniesz kamieniem w głow  — a 

ja b d  pierwszy, który to zrobi. A je li wydob dziesz złoto — pod gro b  

pistoletu — co z nim zrobisz poza tym,  e b dziesz mógł na nim posiedzie ? Nie 

zawieziesz go na wybrze e bez ludzi Franceski, a beze mnie nie wywieziesz go z 

Włoch. 

Zap dziłem go w kozi róg, a raczej sprawiła to sytuacja bez wyj cia, która 

trzymała go w szachu od opuszczenia Afryki Południowej. Został przechytrzony i 

wiedział o tym. 

— Sk d mo emy wiedzie , czy partyzanci hrabiny nie kryj  si  na tych 

przekl tych wzgórzach, czekaj c, aby na nas skoczy , gdy tylko tunel zostanie 

otwarty? — spytał. 

— Poniewa  nie wiedz ,  e tu jeste my — odparłem. — Kierowcy ci arówek 

otrzymali tylko instrukcj , aby pojecha  do Varsi. Zreszt  nie próbowaliby na 

nas napa  — mamy hrabin  jako zakładniczk . 

Zawahał si , a ja dodałem: 

— A teraz daj mi pistolet. 

Wolno si gn ł pod. kurtk  i wyci gn ł bro . Było zbyt ciemno, abym mógł 

dostrzec jego oczy, ale wiedziałem,  e wypełniała je nienawi . 

Trzymał pistolet wycelowany we mnie i z pewno ci  kusiło go,  eby strzeli . 

Opanował si  jednak i poło ył go na mojej wyci gni tej r ce. 

— Kiedy to si  sko czy, rozliczymy si  porz dnie — powiedział. 

Nie odezwałem si , tylko spojrzałem na pistolet. Był to luger, taki sam jak ten, 

który zostawiłem w Afryce Południowej. Wycelowałem w niego. 

A teraz nie ruszaj si , musz  ci  obszuka . 

Skl ł mnie, lecz stał spokojnie, gdy przeszukiwałem mu kieszenie. Oczywi cie 

w kieszeni kurtki znalazłem zapasowy magazynek. Drugi wyci gn łem z lugera i 

zarepetowałem go,  eby sprawdzi , czy ma nabój w lufie. Miał. 

— Morese na pewno ma bro  — powiedział. 

— Zaraz si  przekonamy. Ja zabior  si  do niego, a ty stój za nim w 

pogotowiu. 

Wrócili my do przyczepy. Zawołałem Francesc  i Piera, a kiedy nadeszli, 

Coertze niepostrze enie ustawił si  za wielkim Włochem. 

— Czy Piero ma bro ? — zapytałem Francesc . Wygl dała na zaskoczon . 

— Nie wiem — zwróciła si  do niego. — Czy nosisz bro , Piero? Zawahał si , 

po czym skin ł głow . Wyci gn łem lugera i wycelowałem w niego. 

— W porz dku, wyci gnij j . Powoli. 

background image

 

95 

Spojrzał na lugera i  ci gn ł gniewnie brwi, usłuchał jednak rozkazu i wolno 

wyj ł pistolet z kabury pod ramieniem. 

— Tym razem wykonujesz moje polecenie, Piero. Daj go Francesce. 

Podał bro  Francesce, a ja schowałem lugera i odebrałem jej pistolet. Była to 

u ywana w armii beretta, zapewne pami tka z partyzanckich dni. Wyj łem 

magazynek, zarepetowałem i wło yłem do drugiej kieszeni. Coertze podał mi dwa 

zapasowe magazynki, które znalazł w kieszeni Piera. 

— Czy ty masz bro ? — zwróciłem si  do Walkera. Pokr cił głow . 

— Chod  tutaj. Obszukam ci . — Wolałem nie ryzykowa . Walker był bez 

broni, wi c powiedziałem: 

— A teraz przeszukaj samochód i zobacz, czy czego  tam nie schowano. 

— Czy pani ma co   mierciono nego? — zapytałem Francesc . Zało yła r ce. 

— Czy mnie ma pan zamiar te  obszuka ? 

— Nie. Przyjm  pani słowo, je li pani je da. Pozbyła si  wyzywaj cej pozy. 

— Nie mam broni — powiedziała cicho. 

— Słuchajcie no wszyscy — odezwałem si . — Zabrałem bro  

Coertzemu i Moresowi. W r kach trzymam amunicj  do tych pistoletów. — 

Dwoma szybkimi ruchami wyrzuciłem naboje w ciemno . Zastukotały o skały. 

— Je li mi dzy nami dojdzie do jakiej  walki, to na gołe pi ci. Nikt nie zostanie 

zabity, słyszycie? 

Wyj łem z kieszeni puste pistolety i oddałem je Coertzemu i Pierowi. 

— Mo ecie ich u y  jako młotków do zbijania skrzy . — Wzi li je bez 

przekonania. — Stracili my ju  do  czasu na te nonsensy — powiedziałem. — 

Co z samochodem? 

— Nic tam nie ma — odparł Walker. 

Gdy reszta wsiadała do samochodu, Francesca zwróciła si  do mnie: 

— Ciesz  si ,  e pan tak post pił. Nie wiedziałam,  e Piero ma pistolet. 

— Ja te  nie wiedziałem,  e Coertze ma, cho  mogłem si  tego domy li , 

znaj c jego przeszło . 

— Jak pan mu go odebrał? — spytała zaciekawiona. 

— Psychologia — odparłem. — Woli mie  złoto, ni  mnie zabi . Kiedy ju  

dostanie złoto, sprawy mog  przybra  inny obrót. 

— B dzie pan musiał bardzo uwa a  — powiedziała. 

— Miło wiedzie ,  e pani  to obchodzi. Wsiadajmy do wozu. 

 

Coertze wolno jechał bez  wiateł zapuszczon  drog , dopóki nie skr cili my i 

nie przestali my by  widoczni z głównej szosy. Słyszałem cały czas, jak trawa 

smaga podwozie samochodu. Gdy min li my pierwszy zakr t, Coertze zapalił 

wiatła i zwi kszył szybko . 

Nikt nic nie mówił. Coertze i Morese byli na mnie w ciekli. Francesca tak e 

nie mogła wybaczy  mi moich słów. Walker wrzał ze  le skrywanego podniecenia, 

jednak dostosował si  do nastroju reszty i równie  milczał. Ja nie odzywałem si , 

bo nie miałem nic do powiedzenia. 

Dotarcie do kopalni nie zaj ło du o czasu i wkrótce  wiatła omiotły mury 

budynków — n dznych pozostało ci po nie pracuj cym od dawna zakładzie. 

background image

 

96 

Nic nie wygl da równie smutno, jak opuszczone budynki fabryczne i 

porzucone maszyny, cho  samych urz dze  zostało tu niewiele. 

Wkrótce po tym, jak kopalnia została opuszczona, okoliczni wie niacy 

spustoszyli to miejsce niczym chmara szara czy i wynie li wszystko, co miało 

jak kolwiek warto . Pozostało ci warte były dziesi  lirów, a zabranie ich 

kosztowałoby ze sto tysi cy. Coertze zatrzymał samochód. Wysiedli my. 

— Co to była za kopalnia? — spytał Piero. 

— Ołowiu — odparł Coertze. — Została opuszczona dawno temu, z tego, co 

wiem, około 1908. 

— Mniej wi cej w tym czasie znaleziono du e zło a na Sardynii — powiedział 

Piero. — Łatwiej było przewozi  rud  statkiem do huty w La Spezii, ni  kolej  

st d. 

— Gdzie jest twoja sztolnia? — spytałem. 

— Tam — wskazał Coertze. — Prócz tej, któr  zablokowałem, były jeszcze 

cztery. 

— Równie dobrze mo emy ustawi  wóz na wła ciwym miejscu — 

powiedziałem, wi c Coertze usiadł za kierownic  i przestawił samochód.  wiatła 

przesun ły si  dokoła i ukazały zawalone wej cie do sztolni. Sprawiało to 

wra enie,  e do przekopania tego wszystkiego trzeba b dzie zast pu twardych 

chłopów i prawdopodobnie zajmie im to miesi c. 

Coertze wychylił si  przez boczne okno. 

— Odwaliłem tu niezł  robot  — powiedział z satysfakcj . 

— Jeste  pewien,  e uda nam si  tam przebi  w ci gu jednej nocy? — 

spytałem. 

— Bez problemu — powiedział. 

My l ,  e wiedział, co mówi. Był górnikiem. Poszedłem pomóc Pierowi i 

Walkerowi wyj  narz dzia z baga nika, a Coertze zbli ył si  do osypiska i zaczai 

mu si  przygl da . Od tej chwili przej ł dowodzenie i pozwoliłem mu na to. W 

przeciwie stwie do niego, nic nie wiedziałem o takiej pracy. Rozkazy wydawał 

zdecydowanym głosem, a my wykonywali my je bez oci gania. 

— Nie musimy odkopywa  wszystkiego — powiedział. — Odpaliłem ładunki 

tak,  e z tej strony zasypało stosunkowo niewiele, nie wi cej ni  dziesi  stóp. 

— Wydaje mi si ,  e to cholernie du o — powiedziałem. 

— Pestka — odparł z pogard  dla mojej niewiedzy. — Nie jest to lita skała, 

wszystko jest tu do  lu ne — odwrócił si . — Za tym budynkiem — wskazał — 

znajdziesz kilka drewnianych belek, które wybrałem trzy lata temu. Wyci gnijcie 

je razem z Moresem. My z Walkerem zaczniemy kopa . 

— A co ja mam robi ? — przypomniała o sobie Francesca. 

— Mo esz ładowa  na taczk  to, co wykopiemy. Pó niej wywie  i rozrzu  tak, 

aby wygl dało mo liwie naturalnie. Morese ma racj , nie powinni my zostawi  tu 

sterty kamieni. 

Piero i ja wzi li my latarki. Drewno znale li my tam, gdzie wskazał nam 

Coertze. My lałem o Coertzem, przyje d aj cym tu co trzy, cztery lata, 

sfrustrowanym problemem, którego nie umiał rozwi za . Musiał wielokrotnie 

planowa  odkopanie złota i sp dził całe godziny na wybieraniu drewna do pracy, 

której pora mogła nigdy nie nadej . Nic dziwnego,  e był taki dra liwy. 

background image

 

97 

Przeniesienie całego drewna zaj ło nam około godziny. Przez ten czas Coertze 

i Walker wkopali si  na trzy stopy w gł b osypiska. Szło nie le. Powiedziałem to 

gło no, a Coertze odparł: 

— Dalej nie pójdzie ju  tak łatwo. B dziemy musieli si  zatrzyma  i 

podeprze  strop stemplami. Zajmie to troch  czasu. 

Tunel, który kopał, nie był zbyt wielki — około pi ciu stóp wysoko ci i dwóch 

szeroko ci. Miejsce wystarczaj ce na jednego człowieka. Coertze zacz ł wybiera  

belki na stemple, a Piero i ja pomagali my Francesce rozsypywa  gruz. 

Coertze miał racj . Ostemplowanie stropu zaj ło du o czasu, lecz trzeba było 

to zrobi .  le by si  stało, gdyby cało  si  zawaliła, gdy  musieliby my zaczyna  

od nowa, a poza tym kto  mógłby ucierpie . Wzeszedł ksi yc, co ułatwiało 

rozprowadzenie gruzu,  wiatła samochodu zostały wi c wył czone, a Coertze 

pracował przy  wietle lampy Tilleya. 

Nikomu nie pozwolił pracowa  przy kopaniu, wi c Walker, Piero i ja 

pomagali my mu kolejno, stoj c za nim i podaj c na zewn trz lu ne kamienie. Po 

upływie nast pnych trzech godzin mieli my ju  sze  stóp dobrze podpartego 

stemplami przej cia przez osypisko. Zrobili my przerw  na posiłek. 

Piero sam zacz ł rozmow  na temat odebrania mu pistoletu. 

— Ze liłem si , gdy to zrobiłe . Nie lubi  patrze , jak celuj  do mnie. 

— Nie był nabity — odparłem. 

— Domy liłem si  i rozzło ciło mnie to jeszcze bardziej — nieoczekiwanie 

zachichotał. — Teraz jednak my l ,  e dobrze si  stało. Trzeba za wszelk  cen  

unika  strzelaniny. 

Znajdowali my si  w pewnej odległo ci od wylotu tunelu. 

— Czy Francesca mówiła ci o Coertzem? 

— Tak. Powtórzyła mi to, co jej powiedziałe . W ogóle o czym  takim nie 

pomy lałem. Byłem zaskoczony, gdy Donata Rinaldiego znaleziono martwego, 

lecz nie s dziłem, aby kto  mógł go zamordowa . Wszyscy byli my przyjaciółmi. 

Złoto jest rozpuszczalnikiem przyja ni, pomy lałem, lecz przy mojej 

skromnej znajomo ci włoskiego nie potrafiłem tego wyrazi . Zamiast tego 

spytałem: 

— Czy na podstawie tego, co pami tasz z tamtych czasów, uwa asz,  e 

Coertze mógł zabi  tych czterech ludzi? 

— Nie mógł zabi  Harrisona, gdy  sam widziałem, jak zgin ł. Został 

zastrzelony przez Niemca, którego potem zabiłem ja. Ale inni — Parker,. Corso i 

Rinaldi — tak, my l ,  e Coertze mógł ich zabi . To człowiek, który nie zawahał 

si  nigdy przed zabijaniem. 

— Mógł ich zabi , ale czy to zrobił? — zapytałem. Piero wzruszył ramionami. 

— Kto to mo e powiedzie ? To było tak dawno, w dodatku nie ma  wiadków. 

W tym rzecz. Nie było sensu nalega , wrócili my wi c do naszej pracy. 

Coertze pospiesznie zjadł posiłek, aby szybciej wróci  do roboty. Oczy 

błyszczały mu w  wietle lampy. Gor czka złota trzymała go mocno, zwłaszcza  e 

znajdował si  zaledwie o cztery stopy od skarbu, na który czekał pi tna cie lat. 

Walker był równie podniecony. Gdy tylko Coertze zrobił ruch, natychmiast 

stan ł na nogi i obaj pospieszyli w stron  sztolni. 

background image

 

98 

Piero i Francesca zachowywali si  spokojniej. Nie widzieli dot d złota, a same 

słowa nie maj  tej mocy co bezpo redni kontakt. Francesca wolno sko czyła 

swoj  nocn  przek sk , po czym zebrała talerze i zaniosła je do samochodu. 

— Bardzo dziwna kobieta — powiedziałem do Piera. 

— Ka de dziecko chowane w obozie partyzanckim stałoby si  dziwne — 

odparł. — Miała trudne  ycie. 

— Jak zrozumiałem, zaliczyła nieudane mał e stwo — powiedziałem 

ostro nie. 

— Estrenoli to degenerat — fukn ł. 

— W takim razie dlaczego za niego wyszła? 

— Sposoby post powania aristos s  nam obce — rzekł. — Mał e stwo zostało 

zaaran owane, tak przynajmniej wszyscy s dz . Lecz naprawd  to nie było tak. 

— Co masz na my li? Wzi ł papierosa, którym go cz stowałem. 

— Wiesz, co komuni ci zrobili jej ojcu? 

— Co  mi o tym wspominała. 

— To ha ba. On był m czyzn , prawdziwym m czyzn . Nie byli godni 

nawet tego, aby mu liza  buty. Teraz jest tylko pust  skorup , starym, 

załamanym człowiekiem. — Potarł zapałk  i przez moment płomie  o wietlił mu 

twarz. — Niesprawiedliwo  mo e złama  ducha człowieka, nawet je li ciało 

wci  chodzi po ulicach. 

— Có  to ma wspólnego z mał e stwem Franceski? 

— Jej ojciec sprzeciwiał si  temu. Znał ród Estrenolich. Lecz Madame 

nalegała. Widzisz, młody Estrenoli pragn ł jej. Nie była to miło , tylko 

po danie. Madame jest bardzo pi kn  kobiet , dlatego chciał j  mie , lecz nie 

mógł jej dosta  ot tak. Wiedziała, jaki jest. 

Wszystko to było niejasne. 

— Czemu wi c, u diabła, wyszła za niego? 

— Tu wła nie Estrenoli wykazał si  sprytem. Ma wuja w rz dzie i powiedział, 

e by  mo e ponownie rozpatrz  spraw  jej ojca. Oczywi cie, miało to swoj  cen . 

— Rozumiem — odparłem zamy lony. 

— Wi c wyszła za niego. Wolałbym raczej,  eby po lubiła zwierz . 

— I okazało si ,  e nie potrafi spełni  obietnicy? 

— Nie potrafi? — Piero skrzywił si  z niesmakiem. — Nie miał zamiaru jej 

spełni . Estrenoli nie dotrzymywali słowa w ci gu ostatnich pi ciuset lat — 

westchn ł. — Widzisz, ona jest dobr  córk  Ko cioła i kiedy wyszła za niego, 

Estrenoli wiedział,  e ma j  na zawsze. I był z niej dumny, o tak, bardzo dumny. 

Była najpi kniejsz  kobiet  w Rzymie. Kupił jej stroje i ubrał, tak jak dziecko 

ubiera lalk . Była najkosztowniej ubranym manekinem we Włoszech. 

— A potem? 

— A potem znudził si  ni . Jest zbocze cem i wrócił do swoich małych 

chłopców, narkotyków i innych podobnych uciech Rzymu. Signor Halloran, 

rzymska arystokracja jest najbardziej zepsuta na  wiecie. 

Co  ju  na ten temat słyszałem. Niedawno gło na była sprawa utopienia 

dziewczyny, która groziła,  e zedrze cały ten tandetny blichtr. Mówiło si  tak e, 

e rz d włoski ma zamiar wyciszy  spraw . 

background image

 

99 

— W tym czasie pomagała ojcu i starym towarzyszom — powiedział Piero. — 

Wiele było przypadków n dzy, a ona robiła, co mogła. Lecz Estrenoli dowiedział 

si  o tym i powiedział,  e nie ma zamiaru trwoni  pieni dzy na band  brudnych 

partyzantów, wi c nie dawał jej ju  pieni dzy. Ani lira. Próbował j  zepsu , 

ci gn  do swego poziomu, ale nie udało mu si . Wyrzucił j  wi c na ulic  — 

dostał ju , czego chciał, ile dał rad  wzi , i sko czył z ni . 

— I powróciła do Ligurii? 

— Tak. Pomagamy jej, jak si  da, bo jest, kim jest i ze wzgl du na jej ojca. 

Próbujemy równie  pomaga  jemu, ale nie jest to łatwe, gdy  odmawia przyj cia 

tego, co nazywa jałmu n . 

— A ona wci  jest  on  Estrenolego? 

— We Włoszech nie ma rozwodów, a ona słucha Ko cioła. Ale, na Boga, 

my l ,  e Ko ciół si  myli, je eli mo e si  dzia  co  takiego. 

— I dlatego pomagasz jej w tym przedsi wzi ciu. 

— Uwa am,  e to nie jest w porz dku, a ona nie ma racji — odparł. — 

Uwa am,  e wielu ludzi straci przez to  ycie. Ale pomagam jej. 

— Wła nie ta sprawa mnie zdumiewa. Jej ojciec jest starym człowiekiem, 

złoto nie mo e mu wiele pomóc. 

— Ale to nie tylko dla jej ojca — rzekł Piero. — Mówi,  e pieni dze b d  dla 

wszystkich, którzy walczyli razem z jej ojcem i zostali oszukani przez 

komunistów. Mówi,  e wykorzysta je, aby mogli pój  do szpitala, je li to 

konieczne, i aby wykształci  ich dzieci. Sprawa b dzie dobra, je li obejdzie si  bez 

zabijania. 

— Obejdzie si  — odparłem w zadumie. — Ja te  nie chc  zabijania, Piero. 

— Wiem, signor Halloran. Ju  pan to udowodnił. Ale s  jeszcze inni: Torloni i 

ten Metcalfe. I jest pana przyjaciel Coertze. 

— Nie ufasz mu, co? No a Walker? 

— Jest zerem. 

— A ja? Czy mi ufasz? 

Wstał i niespiesznie zdeptał papierosa. 

— Zaufałbym w innym miejscu, signor Halloran, na przykład w łodzi lub w 

górach. Ale złoto nie najlepiej wpływa na charakter. 

W inne słowa uj ł to, b czym sam my lałem ju  wcze niej. Wła nie miałem 

odpowiedzie , gdy Coertze krzykn ł gniewnie: 

— Co wy tam robicie, u diabła? Chod cie tu wybiera ! Wzi li my si  znów do 

pracy. 

 

Przebili my si  o trzeciej nad ranem. Coertze wydal radosny okrzyk, gdy 

ostrze jego kilofa bez oporu znikn lo w pró ni. W ci gu dziesi ciu minut wybił 

dziur  do  du ,  eby móc si  przeczołga , i wlazł w ni  jak terier za królikiem. 

Przesun łem lamp  przez otwór, po czym przeczołgałem si  sam. 

Zastałem Coertzego gramol cego si  przez zwalone kamienie, rozrzucone na 

dnie tunelu. 

— Zaczekaj — powiedziałem. — Nie ma po piechu. Nie zwrócił na mnie 

uwagi, tylko zanurzył si  w ciemno ciach. Rozległ si  brz k i zacz ł przeklina . 

— Przynie  to cholerne  wiatło! — krzykn ł. 

background image

 

100 

Ruszyłem naprzód, a wraz ze mn  kr g  wiatła. Coertze wyr n ł w przód 

ci arówki i rozci ł sobie policzek. Płyn ca krew  łobiła strumyki w kurzu 

pokrywaj cym jego twarz, nadaj c mu niesamowity wygl d, podkre lany jeszcze 

niezwykłym blaskiem oczu. 

— Jest tutaj — chełpił si . — Magtig, a co, nie mówiłem? Powiedziałem ci,  e 

mam tu złoto. No wi c jest tutaj tyle złota, ile wychodzi z Reef w ci gu miesi ca 

— spojrzał na mnie ze zdumieniem. — Christus, ale jestem szcz liwy. Nigdy nie 

s dziłem,  e mi si  uda. 

Słyszałem, jak inni przeciskaj  si  przez dziur , i zaczekałem, a  podejd  

bli ej. 

— Kobus Coertze oprowadzi nas teraz po swojej jaskini skarbów — 

powiedziałem. 

— Złoto jest w pierwszej ci arówce, w tej — zatrajkotał Walker. — To 

znaczy wi kszo . Jest jeszcze troch  w drugiej, ale wi kszo  jest w tej. 

Kosztowno ci s  w drugiej. Całe mnóstwo naszyjników, pier cieni, brylantów, 

szmaragdów i pereł, i papiero nic, i szkatułek, wszystko ze złota. Jest te  mnóstwo 

pieni dzy: i lirów, i dolarów, i funtów, i takich ró nych rzeczy. Jest te  mnóstwo 

papierów, ale te s  w ci arówkach całkiem z tyłu, razem z ciałami... — umilkł. — 

Z ciałami — powtórzył bezmy lnie. 

Na chwil  zapadła cisza, gdy zdali my sobie spraw ,  e była to nie tylko 

jaskinia skarbów, ale tak e grobowiec. Coertze odzyskał swój zwykły spokój i 

wzi ł ode mnie lamp . Uniósł j  i spojrzał na pierwsz  ci arówk . 

— Miałem j  ustawi  na klockach — zauwa ył krzywi c si . Opony całkiem 

zbutwiały i siadły tak płasko, jak jeszcze nigdy dot d nie widziałem. 

— Wiesz — powiedział Coertze — kiedy wszystko tutaj wstawiali my, miałem 

zamiar wyjecha  potem tymi ci arówkami. Nigdy nie przypuszczałem,  e b d  

musiał czeka  pi tna cie lat — roze miał si  krótko. — Mieliby my teraz niezł  

robot  z uruchomieniem silników. 

Walker rzekł niecierpliwie: 

— No dobra, bierzmy si  do tego wszystkiego. — Najwyra niej przyszedł ju  

do siebie po strachu, którego sam sobie narobił. 

— Lepiej róbmy to kolejno, wóz za wozem — powiedziałem. — popatrzmy na 

pierwszy. 

Coertze prowadził nios c lamp . Miejsca ledwie starczało, aby przecisn  si  

mi dzy ci arówk  a  cian  sztolni. Zauwa yłem przedni  szyb , roztrzaskan  

seri  z karabinu maszynowego, która zabiła kierowc  i jego koleg . Wszystko 

pokryła gruba warstwa pyłu, który opadł zapewne, gdy Coertze zawalił wylot 

tunelu. 

Teraz tłukł kawałkiem skały w zasuwy tylnej klapy. 

— Cholerstwo, chwyciło na amen — rzekł. — B d  potrzebował młotka. 

— Piero — powiedziałem — przynie  młotek. 

— Ja mam — powiedziała cicho Francesca tak blisko za mn ,  e a  

podskoczyłem. Wzi łem go i przekazałem Coertzemu. Po kilku uderzeniach 

zasuwa pu ciła. Wzi ł si  do drugiej i chwycił spadaj c  klap . 

— Dobra — powiedział. — A teraz po złoto — i wskoczył do ci arówki. 

background image

 

101 

Wr czyłem mu lamp , a nast pnie wspi łem si  sam i odwróciłem,  eby poda  

r k  Francesce. Walker, poganiany pragnieniem zobaczenia złota, przepchn ł si  

obok mnie, natomiast Piero wspinał si  do  rodka spokojniej. Przycupn li my 

dokoła, siadaj c na skrzynkach ze sztabami. 

— Gdzie jest ta, któr  otworzyli my? — zapytał Coertze. — Musi by  gdzie  z 

tyłu. 

Francesca krzykn ła: 

— Gwó d  wbił mi si  w nog ! 

— To ta skrzynka — rzekł Coertze z satysfakcj . 

Francesca przesun ła si , a Coertze podniósł lamp . Skrzynka, na której 

siedziała Francesca, została rozbita, a wieko byle jak przybito ponownie. 

Wyci gn łem r k  i wolno uniosłem pokryw . W  wietle lampy rozbłysło 

zmatowiałym blaskiem złoto; metal, który nie rdzewieje ani nie ulega starzeniu — 

niczym skarb zło ony w niebie. To złoto jednak zło one było w piekle. 

— No wi c jest — westchn ł Coertze. 

— Zraniła si  pani w stop ? — spytałem Francesce. Wpatrywała si  w złoto. 

— Nie, wszystko w porz dku — odparła z roztargnieniem. Piero wzi ł sztab  

ze skrzynki.  le ocenił wag  i spróbował zrobi  to jedn  r k , pó niej chwycił j  

obiema i oparł na udach. 

— To  j e s t  złoto! — rzekł zdumiony. 

Sztaba przechodziła dokoła z r k do r k. Wszyscy dotykali my jej i głaskali. 

Poczułem nagły przypływ nami tno ci, któr  poznałem w skarbcu Aristide, kiedy 

trzymałem ci kiego złotego herkulesa. 

W głosie Walkera zabrzmiało przera enie. 

— Sk d mo emy wiedzie ,  e wszystkie skrzynki zawieraj  złoto? Nigdy nie 

sprawdzali my. 

— Ja wiem — odparł Coertze. — Pi tna cie lat temu sprawdziłem ci ar 

ka dej skrzynki. Ju  ja si  upewniłem. W tym wozie jest około trzech ton złota i 

tona w nast pnym. 

Złoto emanowało jakim  piekielnym urokiem i trudno nam było od niego 

odej . Dla Walkera i Coertzego dopiero teraz nast pował finał bitwy, któr  

stoczyli na zakurzonej drodze pi tna cie lat temu. Dla mnie doko czenie historii, 

której wysłuchałem przed wielu laty w barach Cape Town. 

Nagle wzi łem si  w karby. To nie jest koniec opowie ci, i je li chcemy,  eby 

miała szcz liwe zako czenie, mamy wci  do odwalenia mas  roboty. 

— No dobra, sko czmy z tym. Jest jeszcze sporo do ogl dania, a poza tym 

piekielnie du o roboty. 

Przełamawszy złoty czar ruszyli my do nast pnej ci arówki. Coertze 

ponownie odbił tyln  klap . Tym razem skrzynki ze sztabami były ukryte. Le ały 

na spodzie wozu, pod innymi skrzyniami. 

— W tym pudle jest korona — odezwał si  Walker podekscytowany. 

Weszli my do  rodka i stłoczyli my si  z tyłu ci arówki, a Coertze rozejrzał 

si  dokoła. Nagle spojrzał na Francesc  i powiedział: 

— Otwórz t  skrzynk  i wybierz co  — wskazał mocn  szkatuł  z rozbitym 

zamkiem. 

background image

 

102 

Otworzyła skrzynk  i a  dech jej zaparło. Poraził j  blask skrz cych si  

brylantów, jasnozielonych szmaragdów i czerwonych rubinów. Wyci gn ła r k  i 

wzi ła pierwsz  rzecz, na któr  trafiła. Był to naszyjnik z brylantów i szafirów. 

Przesun ła go mi dzy palcami. 

— Jakie to cudowne! Piero wstrzymał oddech. 

— Ile mo e by  wart? — spytał ochryple. 

— Nie wiem — odparłem. — Mo e pi dziesi t tysi cy funtów. Oczywi cie, 

je li kamienie s  prawdziwe — dodałem z ironi . 

— Wyci gnijcie, to b dziemy mogli zobaczy , co tam jeszcze mamy — 

powiedział Coertze. — Nie miałem czasu wtedy, gdy je tu wsadzili my. 

— Dobry pomysł — odparłem. — Ale teraz te  nie masz zbyt wiele czasu. 

Wkrótce b dzie  wit, a nie chcemy, aby nas tu widziano. 

Zacz li my wyci ga  skrzynie. Coertze przewiduj co zostawił sporo miejsca 

mi dzy ci arówkami, wi c nie nastr czało to zbytnich trudno ci. Bi uteria 

zajmowała cztery skrzynki. Jedn  wypełniały tylko obr czki  lubne, były ich 

tysi ce. Mgli cie przypominałem sobie,  e włoskie patriotki ofiarowywały dla 

sprawy swoje  lubne obr czki — i oto były. 

Znajdowała si  tam równie  skrzynka z nabijan  klejnotami koron . Osiem 

du ych skrzy  zawierało papierowe pieni dze, porz dnie zapakowane i  ci gni te 

sparciałymi opaskami z gumy. Ka dy plik lirów miał oryginaln  banderol  

bankow . Na spodzie ci arówki le ała reszta skrzynek ze sztabami — jeszcze 

jedna tona złota. 

Francesca poszła do samochodu i przyniosła termosy z kaw . Pó niej 

usiedli my dokoła, przegl daj c skarb. Tylko skrzynka, z której Francesca wzi ła 

naszyjnik, zawierała bi uteri  o wi kszej warto ci — to jednak wystarczało. Nie 

znam si  na klejnotach, lecz skromnie licz c warto  tej jednej skrzynki znacznie 

przekraczała milion funtów. 

Jedn  z pozostałych skrzynek wypełniały ró ne, przewa nie złote, 

warto ciowe przedmioty. Były tam zegarki kieszonkowe dawnej konstrukcji, 

papiero nice i zapalniczki, złote medale i medaliony, no yki do cygar i inne 

typowe przedmioty m skiego zbytku. Na wielu były wygrawerowane imiona 

wła cicieli; pomy lałem,  e te luksusowe cacka, podobnie jak kobiece obr czki, 

zostały ofiarowane dla dobra sprawy. 

Trzecie pudło zawierało znów obr czki  lubne, a ostatnie wypełniały złote 

monety. Sporo było brytyjskich suwerenów, były tak e ameryka skie orły, 

austriackie dukaty, a nawet kilka tangerskich herkulesów. Skrzynia była bardzo 

ci ka. 

Francesca ponownie wzi ła naszyjnik. 

— Pi kny, prawda? — odezwałem si . 

— Najpi kniejsza rzecz, jak  widziałam — szepn ła. Zabrałem go od niej. 

— Prosz  si  odwróci  — powiedziałem i zapi łem jej na szyi. — To jedyna 

okazja, aby mogła go pani zało y . Szkoda byłoby j  zmarnowa . 

Wyprostowała ramiona i potrójny sznur brylantów zamigotał na jej czarnym 

swetrze. 

— Och, jak chciałabym mie  lustro — westchn ła pieszcz c palcami 

naszyjnik. 

background image

 

103 

Walker stan ł na wyprostowanych nogach, trzymaj c w obu r kach koron . 

Umie cił j  na głowie Coertzego. 

— Król Coertze! — krzykn ł histerycznie. — Wiwatujcie wszyscy. Coertze a  

si  zgi ł pod ci arem korony. 

— Nee, man. — odrzekł. — Jestem republikaninem — spojrzał na mnie i 

u miechn ł si  ironicznie. — Tu jest król tej wyprawy. 

Dla kogo  patrz cego z boku byłaby to scena zbiorowego szale stwa. Czterech 

rozczochranych m czyzn, jeden ze złot  koron  na głowie i twarz  pobru d on  

krzepn c  krwi , oraz niezbyt czysta kobieta z naszyjnikiem wartym 

królewskiego okupu. Sami byli my nie wiadomi absurdalno ci tej sceny. Zbyt 

długo prze ywali my to wszystko w swojej wyobra ni. 

— Zastanówmy si  nad nast pnym krokiem — powiedziałem. Coertze zdj ł 

koron . Zabawa si  sko czyła, znów miała si  zacz  powa na praca. 

— Musisz powi kszy  wej cie — powiedziałem. — Ten ostatni kawałek nie 

jest do  du y, aby wynie  skarb. 

— Ja, ale ta robota nie zajmie wiele czasu — odparł. 

— Niemniej jednak lepiej zrobi  to teraz. Wkrótce b dzie  wit. — Wskazałem 

kciukiem trzeci  ci arówk . — Jest tam co  warto ciowego? 

— S  tylko skrzynie z papierami i martwi Niemcy. Mo esz rzuci  okiem, je li 

chcesz. 

— Dobrze — powiedziałem i rozejrzałem si  po sztolni. — Proponuj , aby 

Walker został tu ze mn  w ci gu dnia. Posortujemy wszystko i przeniesiemy do 

przodu, sk d b dzie łatwiej zabra . W ten sposób zaoszcz dzimy sporo czasu, 

kiedy przyjad  ci arówki. Nie chc , aby zbyt długo kr ciły si  po okolicy. 

Starannie przemy lałem ten ruch. Mo na było mie  pewno ,  e Coertze 

dobrze przypilnuje Piera i Francesc  i nie pozwoli im na  adne głupstwo, gdy 

pojad  do Varsi. 

Coertze jednak natychmiast stał si  podejrzliwy i nie chciał zostawi  Walkera 

i mnie sam na sam ze zdobycz . 

— Do licha — powiedziałem. — Zasypiesz nas w  rodku, a nawet gdyby my 

uciekli, to wszystko, co mogliby my zabra  w kieszeniach, nie byłoby warte 

zachodu w porównaniu z reszt  skarbu. Chc  jedynie zaoszcz dzi  czas. 

Przez chwil  patrzył spode łba, po czym zaakceptował propozycj . Razem z 

Pierem poszli doko czy  wej cie. 

— Chod , zajrzymy do tyłu — powiedziałem do Walkera. Zawahał si , po 

czym rzekł: 

— Nie. Nie id  tam. Nie dam rady. 

— Ja pójd  z tob  — powiedziała cicho Francesca. — Nie boj  si  Niemców, 

zwłaszcza martwych — obdarzyła Walkera pogardliwym spojrzeniem. 

Wzi łem lamp . Walker krzykn ł histerycznie: 

— Nie zabieraj  wiatła! 

— Nie rób z siebie idioty. Zanie  j  Coertzemu, przyda mu si  bardziej ni  

latarka. Mo esz mu te  pomóc. 

Gdy odszedł, zapaliłem latark . Francesca zrobiła to samo. Chwyciłem młotek 

i powiedziałem: 

— No dobrze. Chod my przestraszy  wszystkie te duchy. 

background image

 

104 

Trzeci  ci arówk  wypełniały paki i bro . Wydawało si ,  e jest jej tam do , 

aby rozpocz  wojn . Podniosłem pistolet maszynowy i zarepetowałem go. 

Chodził ci ko, ale był sprawny i nabój wyleciał z zamka. Pomy lałem,  e 

wszystkie moje bohaterskie próby rozbrojenia Coertzego i Piera poszły na marne 

lub te  poszłyby, gdyby Coertze przypomniał sobie o tej broni. Zastanawiałem 

si , czy amunicji mo na było jeszcze bezpiecznie u ywa . 

Francesca odepchn ła na bok kilka karabinów i zdj ła wieko jednej z pak. 

Wypełniały j  akta — zakurzone akta z fasces faszystowskiego rz du 

wytłoczonymi na okładkach. Wyci gn ła teczk  i zacz ła czyta , od czasu do 

czasu przerzucaj c strony. 

— Co  interesuj cego? — spytałem. 

— Chodzi o inwazj  na Albani . Protokoły posiedze  sztabu. — Wzi ła inne 

akta i zagł biła si  w czytaniu. — Tutaj tak samo, ale kampania etiopska. 

Zostawiłem j  z przykurzonymi kronikami zapomnianych wojen i 

przeszedłem do czwartej ci arówki. Nie był to przyjemny widok. Tunel był 

bardzo suchy i bez szczurów. Ciała zostały zmumifikowane, twarze sczerniały, a 

ich  ci gni ta skóra wykrzywiła usta w trupim u miechu. Przeliczyłem rzucone 

bezładnie jak połacie wołowiny zwłoki — było ich pi tna cie. Dwa trupy — jeden 

oficera SS — le ały w wozie sztabowym. Z tyłu le ała drewniana skrzynka. Nie 

zagl dałem do niej — je li zawierała co  warto ciowego, nieboszczycy mogli to 

sobie zatrzyma . 

Wróciłem do wozu sztabowego, gdy  zobaczyłem co , co mnie zainteresowało. 

Z tyłu, na wpół przykryty motocyklem, le ał pistolet maszynowy typu 

Schmeisser. Podniosłem go i w zamy leniu wa yłem w r ce. My lałem bardziej o 

Coertzem ni  o Metcalfie, a my li te nie były zbyt miłe. Podejrzewałem go,  e 

zamordował trzech ludzi po to tylko,  eby zatrzyma  cały skarb dla siebie. 

Musiało jeszcze doj  do podziału i niewykluczone,  e na którym  etapie spróbuje 

tej samej sztuki. Stawka była olbrzymia. 

Schmeisser to bardzo por czna bro , co miałem okazj  podziwia  w czasie 

wojny. Wygl da dokładnie jak ka dy inny pistolet maszynowy i tak zwykle si  go 

u ywa. Ale jest jeszcze prosta kolba, pasuj ca do futerału, któr  mocuje si  z tyłu 

r czki, tak aby mo na było przyło y  bro  do ramienia. 

W zasadzie wygl dem przypomina bardzo stary pistolet Mausera, lecz na 

wygl dzie podobie stwo si  ko czy. Istniej  dwa rozmiary magazynków do 

schmeissera — pierwszy na osiem naboi, jak zwykły magazynek pistoletu, oraz 

drugi, mieszcz cy około trzydziestu. Z długim magazynkiem i broni  ustawion  

na ci gły ogie , schmeisser staje si  bardzo wygodnym w u yciu karabinem 

maszynowym, najbardziej efektywnym na krótki dystans. 

Nie strzelałem od wojny; poci gała mnie my l o posłu eniu si  czym , co 

mogłoby zrekompensowa  mój brak celno ci sił  ognia. Rozejrzałem si , szukaj c 

zapasowych magazynków, lecz  adnego nie dostrzegłem. 

Pistolety maszynowe wydawano zwykle sier antom i podoficerom. 

Przygotowałem si  do nieprzyjemnego zadania. 

W dziesi  minut pó niej znalazłem to, czego szukałem. Miałem pas i futerał. 

Były ju  sztywne, ale zawierały kolb , cztery magazynki długie i cztery krótkie. 

Znalazłem jeszcze jeden pistolet maszynowy, lecz zostawiłem go. Wło yłem bro  

background image

 

105 

do futerału i razem z zapasowymi magazynkami odło yłem do wn ki w  cianie 

tunelu. Pó niej wróciłem do Franceski. 

Nadal czytała dokumenty w  wietle latarki. 

— Wci  studiuje pani histori ? — zagadn łem. Uniosła wzrok. 

— Te protokoły s   ałosne. Wszystkie kłótnie i sprzeczki na wysokich 

szczeblach, wszystko starannie posegregowane i zapisane — pokr ciła głow . — 

Najlepiej, aby te akta zostały tutaj. Lepiej,  eby zostały zapomniane. 

— Maj  warto  miliona dolarów — powiedziałem. — Gdyby udało nam si  

znale  jaki  ameryka ski uniwersytet na tyle nieuczciwy, aby je kupił. Ka dy 

historyk dałby sobie za nie uci  praw  r k . Ale ma pani racj . Nie mo emy tego 

wypu ci  w  wiat — wtedy wszystko by si  wydało. 

— Jak tam jest z tyłu? — spytała. 

— Wstr tnie. 

— Chciałabym zobaczy  — odparła i zeskoczyła z ci arówki. 

Przypomniałem sobie mał  dziewczynk  z lat wojny, która nienawidziła 

Niemców, i nie próbowałem jej zatrzyma . 

Wróciła po pi ciu minutach z pobladł  twarz  i nieruchomym spojrzeniem. 

Nie chciała o tym mówi . W długi czas potem opowiedziała mi,  e zwymiotowała 

tam przera ona widokiem. Uwa ała, i  polegli, mimo  e byli Niemcami, winni 

zosta  przyzwoicie pochowani. 

Gdy wrócili my do czoła tunelu, Coertze sko czył prac  i wej cie zrobiło si  

ju  na tyle du e,  e mo na było przepchn  przez nie skrzynie. Wysłałem 

Walkera i Francesc  do przyczepy po  ywno  i po ciel. Nast pnie wzi łem 

Coertzego na bok. Powiedziałem po angielsku, tak aby Piero nie mógł zrozumie : 

— Czy do tej kopalni prowadzi inna droga oprócz tej, któr  przyjechali my? 

— Chyba  eby jecha  na przełaj — odpowiedział. 

— Zostaniesz z Pierem i Francesc  w przyczepie do pó nego popołudnia. 

B dziecie patrzyli, czy kto  nie nadchodzi drog . Gdyby tak si  stało, musisz 

bardzo szybko rusza  na przełaj i ostrzec nas, bo mo emy tu troch  hałasowa . 

Po południu najprawdopodobniej prze pimy si , wi c nie b dzie potrzeby 

wszczynania alarmu. 

— Brzmi to do  rozs dnie — stwierdził. 

— Piero pewnie zacznie szuka  tych magazynków, które wyrzuciłem. Musisz 

wi c mie  na niego oko. A kiedy pojedzie do Varsi,  eby przyprowadzi  

ci arówki, pilnuj, aby cie si  trzymali razem, i nie pozwól im z nikim 

rozmawia , chyba  e w twojej obecno ci. 

— Moenie panik nie — powiedział. — Nie nabij  mnie w butelk . 

— Dobra. Wyjd  tylko zaczerpn   wie ego powietrza. Po raz ostatni na 

dłu szy czas. 

Wyszedłem na zewn trz i spacerowałem przez chwil . Uwa ałem,  e wszystko 

idzie dobrze i gdyby tak było nadal, byłbym wdzi czny losowi. Martwiła mnie 

tylko jedna sprawa. Bior c ze sob  Piera i Francesc  odci li my si  od informacji 

naszego wywiadu i nie wiedzieli my, co knuj  Metcalfe i Torloni. Cho  nic nie 

mo na było na to poradzi , nie zmniejszało to moich obaw. 

Po jakim  czasie ze sztolni wyszedł Piero i przył czył si  do mnie. Spojrzał w 

niebo i rzekł: 

background image

 

106 

— Wkrótce b dzie  wita . 

— Tak — odparłem. — Chciałbym, aby Walker i Francesca ju  wrócili — 

odwróciłem si  do niego. — Wiesz, Piero, co  mnie martwi. 

— Co takiego, signor Halloran? 

— Coertze. Wci  jeszcze ma bro  i my l ,  e spróbuje szuka  tych 

magazynków, które wyrzuciłem. Piero roze miał si . 

— B d  go obserwował. Nie spuszcz  go z oczu. 

O to wła nie chodziło. Tych dwóch b dzie tak zaj tych wzajemnym 

ledzeniem si ,  e zabraknie im czasu, aby wyci  jaki  numer, no i nie usn  

obserwuj c drog . Podobałem si  sobie w roli Machiavellego. Nie martwiłem si  

ju  specjalnie o Francesc . Nie s dziłem, aby zechciała kogokolwiek oszuka . 

Inaczej miała si  sprawa z Pierem. Jak sam powiedział — złoto ma zły wpływ 

na charakter. 

W kilka minut pó niej Walker i Francesca wrócili samochodem, przywo c 

jedzenie, koce oraz kilka wy ciełanych opar  z przyczepy, które mogły słu y  za 

poduszki. 

— Jakie  kłopoty? — spytałem dyskretnie Walkera. 

—  adnych — odparł. 

Pierwsze nikłe  wiatło poranka pojawiło si  na wschodzie. 

— Czas wej  do  rodka — powiedziałem. 

Weszli my z Walkerem z powrotem do sztolni. Coertze zacz ł zamyka  

wej cie, a ja pomagałem mu od swojej strony. W miar  jak rosła kamienna 

ciana, zaczynałem czu  si  jak  redniowieczny eremita zamurowywany dla 

zbawienia duszy. Zanim wło yli my na miejsce ostatnie kamienie, Coertze 

powiedział: 

— Nie martw si  o Varsi, wszystko pójdzie dobrze. 

— Oczekuj  was jutro o zmierzchu. 

— B dziemy — odparł. — Chyba nie s dzisz,  e ufam ci bezgranicznie, gdy 

siedzisz w  rodku z tym wszystkim? 

Ostatni kamie  zakrył wej cie, ale jeszcze długo słyszałem, jak szura nogami, 

staraj c si  upewni ,  e z zewn trz wszystko wygl da naturalnie. 

Wróciłem do sztolni i zastałem Walkera z r kami zanurzonymi po łokcie w 

suwerenach. Kl czał przy skrzynce przesypuj c monety i pozwalaj c, aby 

spadały z brz kiem. 

— Równie dobrze mo emy teraz zacz  —: powiedziałem. — 

Wyniesiemy połow  do przodu, zjemy  niadanie i przerzucimy drug  połow . 

Potem b dziemy mogli pozwoli  sobie na sen. 

Robota musiała by  zrobiona, a poza tym chciałem tak zm czy  Walkera, 

aby, gdy pójd  przenosi  schmeissera, spał jak kamie . 

Najpierw usun li my zwalone kamienie sprzed pierwszej ci arówki. 

Mieli my zamiar wygospodarowa  tu miejsce dla maskowania skrzy  ze sztabami 

i przepakowywania pozostałych rzeczy. Pracowali my szybko w całkowitym 

milczeniu. Panuj c  cisz  zakłócały tylko nasze ci kie oddechy, przytłumiony 

syk lampy Tilleya i przypadkowe stukoty kamieni. 

Po godzinie miejsce było przygotowane i zacz li my znosi  złoto do przodu. 

Skrzynie ze sztabami były piekielnie ci kie, w dodatku nale ało je nosi  

background image

 

107 

ostro nie. Która  omal nie spadła Walkerowi na nog . Pó niej dopiero wpadłem 

na pomysł zrzucania ich ze skrzyni ci arówki na uło one jedne na drugich 

oparcia z przyczepy. Oparcia wprawdzie na tym ucierpiały, lecz nasze nogi nie 

były ju  nara one na niebezpiecze stwo złamania. 

Przeniesienie skrzynek do przodu okazało si  nad wyraz trudne. Mi dzy 

ci arówk  a  cian  nie było do  miejsca,  eby nosi  skrzynki we dwójk , a dla 

jednego człowieka były one zbyt ci kie. Przeklinałem Coertzego za pomysł 

wprowadzenia ci arówki tyłem do sztolni. 

W ko cu zacz łem szpera  w zawarto ci wozów. Znalazłem długi ła cuch 

holowniczy. Obwi zywali my nim kolejno ka d  skrzynk , tak  e mogli my je 

wlec po ziemi. Od tej chwili praca zacz ła posuwa  si  ra niej. 

Gdy opró nili my ze złota pierwsz  ci arówk  i przetransportowali my je do 

przodu, zarz dziłem przerw  na  niadanie. Francesca przygotowała gor cy 

posiłek i mnóstwo kawy. W czasie jedzenia prowadzili my lu n  rozmow . 

— Co zrobisz ze swoim udziałem? — zapytałem Walkera z zainteresowaniem. 

— Och, czy ja wiem — odparł. — Nie mam jakich  konkretnych planów. 

B d  si  cholernie dobrze bawił, tyle mog  ci powiedzie . 

Skrzywiłem si . Przewidywałem,  e sporo z tego przypadnie bukmacherom, a 

gorzelnie odnotuj  nagły przyrost dochodów w ci gu najbli szego roku. Pó niej 

Walker najprawdopodobniej umrze na marsko  w troby lub delirium tremens. 

— Zapewne du o b d  podró ował — rzekł. — Zawsze chciałem podró owa . 

A co ty zrobisz? 

W rozmarzeniu odchyliłem głow  do tyłu. 

— Pół miliona to sporo pieni dzy — powiedziałem. — Chciałbym 

zaprojektowa  wiele łodzi; tak eksperymentalnych modeli,  e nikt przy zdrowych 

zmysłach nawet nie o mieliłby si  pomarzy  o czym  takim. Na przykład du y 

katamaran do podró y morskich — tu trzeba by zaczyna  od podstaw. Miałbym 

do  pieni dzy, aby ka d  konstrukcj  przetestowa  w tunelu aerodynamicznym, 

tak jak powinno si  to robi . Mógłbym nawet sfinansowa  prywatny udział w 

Pucharze Ameryki — zawsze chciałem zaprojektowa  dwunastometrowca — i 

czy nie byłaby to wspaniała sprawa, gdyby moja łód  wygrała? 

— Chcesz powiedzie ,  e w dalszym ci gu by  pracował? — w głosie Walkera 

słycha  było przera enie. 

— Lubi  to — odparłem. — Je li co  si  lubi, nie jest to zwykła praca. 

Planowali my nasz  przyszło , przechodz c od jednej wizji do nast pnej, 

jeszcze bardziej szalonej, a  wreszcie spojrzałem na zegarek i powiedziałem: 

— Bierzmy si  do roboty — im szybciej sko czymy, tym szybciej b dziemy 

mogli pój  spa . 

Była dziewi ta rano i moim zdaniem powinni my sko czy  koło południa. 

Wzi li my złoto z trzeciej ci arówki. Odległo  do pokonania była wi ksza, 

wi c robota zaj ła wi cej czasu. Pó niej poszło łatwiej i wkrótce nie zostało ju  

nic oprócz skrzy  z banknotami. Walker spojrzał na nie z wahaniem. 

— Czy nie powinni my...? 

— Nic z tego — uci łem ostro. — Gdybym miał pewno ,  e nikt nie zobaczy 

dymu, to spaliłbym wszystko. 

background image

 

108 

Wygl dał na zgorszonego blu nierstwem, jakim był dla niego pomysł spalenia 

pieni dzy i wzi ł si  do ich liczenia. Ja natomiast zebrałem koce i przygotowałem 

si  do snu. Gdy ju . si  poło yłem, rzekł nagle: 

— Tu jest około miliarda lirów. To cholernie du o forsy. Jest te  sporo 

funtów. Tysi ce brytyjskich pi tek. Ziewn łem. 

— Jakiego s  koloru? 

— Białe. To najwi ksze banknoty, jakie widziałem. 

— Pu  w obieg tylko jeden, a dobior  ci si  do skóry — powiedziałem. — 

Zmienili wzór pi tek, kiedy si  okazało,  e Niemcy sfałszowali Bóg wie ile 

milionów. Gdy si  nad tym zastanowi , to całkiem mo liwe,  e te wyprodukowali 

Niemcy. 

Wydawało si ,  e go to zgn biło, wi c powiedziałem: 

— Prze pij si , to ci poprawi humor. 

Rozło ył koce i uło ył si . Czuwałem, walcz c ze snem, dopóki nie usłyszałem 

spokojnego, regularnego oddechu, typowego dla gł bokiego snu. Wstałem i cicho 

poszedłem w gł b tunelu. Odnalazłem schmeissera oraz magazynki i zabrałem ze 

sob . Nie wiedziałem, gdzie je schowa . 

W ko cu zauwa yłem rozdarcie w oparciu, którego u ywałem jako poduszki. 

Powi kszyłem dziur  troch , tak aby zmie ci  w  rodku bro  i magazynki. 

Twarda to była poduszka, ale nie przeszkadzało mi to — je li ludzie mieli 

wymachiwa  przy mnie broni , ja te  chciałem mie  co , czym mógłbym im 

pomacha . 

 

aden z nas nie spał zbyt dobrze — zbyt silne targały nami emocje. Wierciłem 

si  niespokojnie i słyszałem,  e Walker tak e nie mo e sobie znale  miejsca. W 

ko cu nie wytrzymałem i przestali my udawa ,  e  pimy. Była czwarta po 

południu i przypuszczałem,  e reszta ekspedycji rusza teraz do Varsi. 

Poszli my do przodu sztolni, jeszcze raz wszystko sprawdzili my i czekali my, 

a  na zewn trz zapadnie zmrok. Gdyby mój zegarek nie twierdził inaczej, równie 

dobrze mogłaby by  ju  teraz noc. Do tunelu nie docierało  wiatło z wyj tkiem 

rzuconego przez lamp  jasnego kr gu, który szybko pochłaniały ciemno ci. 

Walker był zdenerwowany. Dwukrotnie pytał mnie, czy nie słyszałem w gł bi 

tunelu jakiego  hałasu. Gn biła go  wiadomo ,  e le  tam ciała ludzi, których i 

on zabijał. Powiedziałem mu,  eby poszedł i spojrzał na nich. My lałem,  e 

terapia wstrz sowa mogłaby mu pomóc, lecz odmówił. 

Wreszcie usłyszałem słaby odgłos u wylotu tunelu. Wzi łem do r ki młotek i 

czekałem — to wcale nie musiał by  Coertze. Rozległ si  stukot kamieni i jaki  

głos zapytał: 

— Halloran? 

Odpr yłem si  i odetchn łem z ulg . To był Coertze. 

Zastukotał kolejny kamie , a ja spytałem: 

— Wszystko w porz dku? 

—  adnych kłopotów — odparł, gwałtownie likwiduj c kurtyn  z kamieni. — 

Przyjechały ci arówki. 

Razem z Walkerem pomagali my zburzy   cian  od  rodka. Coertze za wiecił 

mi latark  w twarz. 

background image

 

109 

— Chłopie — stwierdził. — Przydałoby ci si  porz dne mycie. 

Mogłem sobie wyobrazi , jak wygl dałem. Nie mieli my przecie  wody do 

mycia, tak  e pokrywała nas gruba warstwa kurzu. Francesca stała obok 

Coertzego. 

— Wszystko w porz dku, panie Halloran? 

— Nic mi nie jest. Gdzie s  ci arówki? Poruszyła si , ledwie widzialna w 

ciemno ciach. 

— Tam, z tyłu. 

— Jest tu czterech Włochów — rzekł Coertze. 

— Czy wiedz , co tutaj robi ? — spytałem szybko. Z ciemno ci wynurzył si  

Piero. 

— Wiedz ,  e to tajemnica, a wi c zapewne co  sprzecznego z prawem — 

odezwał si . — Poza tym nic. Zastanowiłem si . 

— Powiedz,  eby dwóch z nich poszło do przyczepy, zwin ło obóz i zaczekało 

tam. Ka  im pilnowa  drogi i ostrzec nas, gdyby kto  si  zbli ał. Dwaj pozostali 

musz  pój  na wzgórze nad kopalni ; jeden na lewo, drugi na prawo. Niech 

patrz , czy kto  nie nadchodzi na przełaj. Ten etap jest bardzo niebezpieczny. Nie 

chcemy, aby kto  nas zaskoczył, gdy nie b dziemy osłoni ci. 

Piero odszedł. Usłyszałem wydawane szybko polecenia. 

— Reszta z nas zabierze si  do roboty wewn trz — powiedziałem. — 

Przynie cie drewno z ci arówek. 

Ci arówki były odpowiednie, wi ksze nawet, ni  potrzebowali my. Jedn  z 

nich załadowano nie heblowanymi deskami bukszpanowymi. Stało tam te  kilka 

nie wyko czonych szkieletów skrzy , wystarczaj cych do zapakowania luzem 

ró nych przedmiotów. Wyci gn li my drewno i razem z piłami, czterema 

młotkami i kilkoma paczkami gwo dzi zabrali my do sztolni. Zacz li my 

przybija  deski do skrzy  ze sztabami, aby zmieni  ich kształt. 

We czwórk  szło to szybko i wkrótce ju  pracowali my ta mowo: Walker 

piłował listwy na odpowiedni  długo , Coertze przybijał je z dołu i z góry, ja 

robiłem boki, a Piero wyka czał. Francesca przeładowywała klejnoty i złote 

precjoza z oryginalnych skrzy  do naszych. 

W ci gu trzech godzin sko czyli my. Pozostało tylko wynie  skrzynie na 

zewn trz i załadowa  na ci arówki. 

Zwin łem koce i wyniosłem poduszk  na zewn trz. Wepchn łem wszystko za 

siedzenie kierowcy w jednej z ci arówek. Tym sposobem gładko pozbyłem si  

schmeissera. 

Skrzynie były ci kie, lecz Coertze i Piero mieli do  siły, aby podnie  je do 

góry na ci arówk , gdzie poustawiali je zr cznie. My z Walkerem ponownie 

u yli my ła cucha do przeci gania skrzy  przez w skie przej cie. Francesca 

wyci gn ła kilka termosów z kaw  i przygotowane wcze niej kanapki. Mogli my 

wi c zje  i napi  si  nie przerywaj c pracy. Niew tpliwie wierzyła,  e z pełnym 

oł dkiem wszystko idzie lepiej. 

Wreszcie sko czyli my. 

— Musimy teraz sprz tn  ze sztolni wszystko, co przynie li my — 

powiedziałem. — Nie mo emy zostawi  najmniejszego  ladu naszej obecno ci, 

adna rzecz nie mo e wskazywa  na nas. 

background image

 

110 

Wrócili my wi c do sztolni i zebrali my koce, oparcia, narz dzia, latarki, 

manierki, nawet wyrzucone krzywe gwo dzie i kawałki rozdartych opar . 

Wszystko wynie li my na zewn trz i upchn li my na ci arówkach. Zostałem z 

tyłu, aby jeszcze raz rzuci  na wszystko okiem. Wzi łem zapomnian  desk  i 

odwróciłem si  do wyj cia. 

Wtedy to si  stało. 

Coertze najwyra niej spieszył si  przy stemplowaniu ostatniego kawałka 

wej cia — widział ju  złoto i nie my lał o wykonywanej pracy. Gdy odwróciłem 

si , deska uderzyła w boczn   cian  wej cia i ruszyła z miejsca kamie . Rozległo 

si  ostrzegawcze skrzypienie. Zacz łem ucieka , było ju  jednak za pó no. 

Pot ne uderzenie w rami  rzuciło mnie na kolana. Kamienie osuwały si  z 

łoskotem. Nic wi cej nie pami tam. 

 

Doszedłem do siebie i jak przez mgł  usłyszałem głos: 

— Halloran, nic ci nie jest? Halloran! 

Najpierw co  delikatnie dotkn ło mojego policzka, pó niej poczułem co  

zimnego i mokrego. J kn łem i otworzyłem oczy, lecz wszystko było zamglone. W 

tyle głowy czułem pulsowanie, a fale bólu przewalały si  w przód a  do oczu. 

Musiałem znów zemdle , lecz kiedy ponownie otworzyłem oczy, Wszystko 

docierało ju  do mnie wyra niej. Usłyszałem słowa Coertzego: 

— Chłopie, mo esz porusza  nogami? Czy mo esz porusza  nogami? 

Spróbowałem. Nie rozumiałem, po co mam rusza  nogami, ale spróbowałem. 

Wydawało mi si ,  e ruszaj  si  normalnie, wi c spróbowałem obróci  si  na 

plecy i wsta . Nie mogłem — co  przygniatało mi plecy. 

— Spokojnie, chłopie — rzekł Coertze. — Wyci gniemy ci  stamt d. 

Wydawało mi si ,  e odszedł, a po chwili usłyszałem głos Franceski: 

— Halloran, le  spokojnie i nie ruszaj si . Czy mnie słyszysz? 

— Słysz  — wymamrotałem. — Co si  stało? — Miałem trudno ci z 

mówieniem, bo praw  stron  twarzy le ałem na czym  szorstkim i twardym. 

— Przygniotła ci  kupa kamieni — powiedziała. — Czy mo esz rusza  

nogami? 

— Tak, mog . 

Odeszła. Słyszałem, jak z kim  rozmawia. Mój umysł zaczynał znów 

pracowa . U wiadomiłem sobie,  e le  twarz  do ziemi z du ym ci arem na 

plecach i głow  odwrócon  w ten sposób,  e prawy policzek spoczywa na skale. 

Prawe rami  zostało przyci ni te do boku i nie mogłem nim ruszy , lewe było 

uniesione, lecz wydawało si  ciasno zaklinowane. 

Francesca wróciła. Odezwała si : 

— Słuchaj teraz uwa nie. Coertze mówi,  e je li nogi masz swobodne, to 

przygniotło ci  tylko po rodku. Ma zamiar ci  wyci gn , ale b dzie robił to 

bardzo wolno, a ty nie mo esz si  poruszy . Rozumiesz? 

— Rozumiem — odpowiedziałem. 

— Jak si  czujesz? Czy co  ci  boli? — mówiła niskim, łagodnym głosem. 

— Jestem jakby troch  odr twiały. Czuj  tylko du y ucisk na plecach. 

— Mam brandy. Chcesz troch ? 

Usiłowałem pokr ci  głow , lecz okazało si  to niemo liwe. 

background image

 

111 

— Nie — odparłem. — Powiedz Coertzemu,  eby zaczynał. Odeszła, wrócił 

Coertze. 

— Chłopie, ale  si  wpakował. Ale nie martw si , robiłem ju  takie rzeczy. 

Musisz tylko le e  nieruchomo. 

Przyst pił do dzieła, a po chwili usłyszałem chrobot kamienia i twarz obsypał 

mi pył. 

Zaj ło to sporo czasu. Coertze pracował wolno, ostro nie wyjmuj c 

pojedyncze kamienie i próbuj c je przed wyj ciem. Czasami odchodził i 

słyszałem prowadzon  cicho rozmow . Zawsze jednak wracał, by podj  prac  z 

powoln  cierpliwo ci . W ko cu powiedział: 

— Teraz ju  niedługo. 

Nagle zacz ł energicznie odgarnia  kamienie łopat  i ci ar na moich plecach 

zel ał. Było to wspaniałe uczucie. 

— Zaraz ci  wyci gn  — powiedział. — To mo e troch  bole . 

— Wyci gaj — odparłem. 

Chwycił mnie za lewe rami  i szarpn ł. W ci gu dwóch minut znalazłem si  

na wolnym powietrzu. Nade mn  były bledn ce gwiazdy. Próbowałem wsta , lecz 

Francesca powstrzymała mnie: 

— Le  spokojnie. 

witało ju  i było na tyle widno,  e mogłem zobaczy  jej twarz, gdy nachyliła 

si  nade mn . Łukowate brwi miała  ci gni te w dół i zmarszczone, gdy 

delikatnie uciskała dło mi moje ciało sprawdzaj c, czy nie mam złamanych ko ci. 

— Czy mo esz si  odwróci ? — spytała. 

Bolało, ale odwróciłem si  na brzuch. Usłyszałem, jak rozpruwa mi koszul , w 

chwil  pó niej dobiegło mnie gwałtowne sykni cie. 

— Masz paskudnie pokaleczone plecy — powiedziała. Mogłem si  tylko 

domy la , jak bardzo,  gdy jej  r ce mi kko i łagodnie przesuwały si  po moich 

plecach. 

— Nie, nie ma złama  — zdumiała si . 

U miechn łem si  szeroko. Czułem si  tak, jakbym miał połamany krzy  i 

kto  rozpalił na nim ogie . Dobrze było jednak słysze ,  e mam całe ko ci. 

Oddarła kawał płótna i zacz ła opatrywa  ran . Kiedy sko czyła, usiadłem. 

Coertze pokazał mi belk  sze  na sze  cali. 

— Miałe , chłopie, cholerne szcz cie. Ta belka le ała w poprzek twoich 

pleców, utrzymuj c cały ci ar kamieni. 

— Dzi kuj  ci, Kobus — powiedziałem. 

Twarz mu pociemniała i odwrócił z za enowaniem wzrok. 

— Wszystko w porz dku, Hal — odrzekł. Po raz pierwszy nazwał mnie 

Halem. Spojrzał w niebo. 

— A teraz lepiej zabierajmy si  st d — zwrócił si  do Franceski. — Czy on 

mo e si  rusza ? Wolno stan łem na nogi. 

— Oczywi cie,  e mog  — powiedziałem. Francesca wykonała gwałtowny 

ruch, ale nie zwróciłem na to uwagi. — Musimy si  st d wynosi . 

Spojrzałem na sztolni . 

— Lepiej zwal reszt  i spraw si  dobrze. Pó niej odje d amy. Coertze odszedł 

w stron  tunelu, a ja spytałem: 

background image

 

112 

— Gdzie jest Walker? 

— Siedzi w ci arówce — powiedział Piero. : 

— Wy lij go do przyczepy i zawołaj swoich chłopców — mog  i  razem z 

nim. Wszyscy mo emy ju  rusza  do Rapallo. Piero skin ł głow  i odszedł. 

— Czy nie lepiej, aby  troch  odpocz ł? — odezwała si  Francesca. 

— Wypoczywa  mog  w Rapallo. Umiesz prowadzi  co  takiego? — 

Wskazałem głow  ci arówki. 

— Oczywi cie. 

— Dobrze. Coertze i Piero wezm  jedn , a my drug . Chyba nie dam rady 

prowadzi . 

Nie chciałem, aby Piero i Francesca zostali sami, a Walker miał pilnowa  

pozostałych Włochów. Oczywi cie mogłem pojecha  jako pasa er z Pierem, lecz 

gdyby spróbował czego  brutalnego, nie byłbym w stanie przeciwstawi  mu si . 

Tylko Coertze mógł spróbowa  stawi  mu czoło, tak wi c dla mnie zostawała 

Francesca. 

— Dam sobie rad  — powiedziała. 

Z tunelu dobiegł łoskot, gdy Coertze zawalił — miałem nadziej ,  e na zawsze 

— wej cie. Gdy wrócił, powiedziałem do niego: 

— Pojedziesz t  ci arówk  razem z Pierem, za moment wróci. I nie jed  zbyt 

blisko za nami. Lepiej,  eby my nie wygl dali jak konwój. 

— My lisz,  e dasz rad ? — spytał. 

— Nic mi nie b dzie — odpowiedziałem i sztywno ruszyłem w stron  

ci arówki, w której zostawiłem swój sprz t. Wspinaczka do kabiny okazała si  

bolesna, lecz w ko cu udało mi si  i ostro nie spocz łem na siedzeniu, nie maj c 

odwagi si  oprze . Francesca lekko usadowiła si  na siedzeniu kierowcy i 

zatrzasn ła drzwi. Spojrzała na mnie, wi c machn łem r k . 

— Jedziemy. Uruchomiła   silnik   i   ruszyła   nieporadnie,   zgrzytaj c   

biegami. Zacz li my zje d a  podskakuj c, a wschodz ce sło ce  wieciło przez 

przedni  szyb . 

Droga powrotna do Rapallo nie była dla mnie mił  przeja d k . Bardziej 

niewygodnie ni  t  ci arówk  nie mo na ju  było jecha . Był to dla mnie istny 

czy ciec, zwłaszcza  e nie mogłem si  oprze  na fotelu. Czułem si  zm czony. 

Członki miałem poobcierane i obolałe, a plecy paliły  ywym ogniem. 

Chocia  Francesca twierdziła,  e potrafi prowadzi  ci arówk , nie szło jej to 

zbyt dobrze. Przywykła do automatycznej skrzyni samochodu osobowego i miała 

sporo kłopotów ze zmian  biegów. Aby nie my le  o swoich kłopotach, kazałem 

jej zwolni  i nauczyłem j  podwójnego wysprz glania. Pó niej poszło ju  łatwiej i 

zacz li my rozmawia . 

— B dzie pan potrzebował lekarza, panie Halloran. 

— Przyjaciele nazywaj  mnie Hal — odparłem. Rzuciła mi spojrzenie i 

uniosła brwi. 

— A wi c jeste my ju  przyjaciółmi? 

— Nie dała  mi  w z by,  gdy byłem  uwi ziony w tunelu — powiedziałem. — 

Nale ysz wi c do moich przyjaciół. Spojrzała na mnie z ukosa. 

— Coertze te  tego nie zrobił. 

— Nadal mnie potrzebuje. Beze mnie nie da rady wywie  złota z Włoch. 

background image

 

113 

— Rzeczywi cie, bardzo si  niepokoił — zgodziła si . — Lecz nie s dz , aby 

tylko o to mu chodziło — umilkła na chwil  bior c zakr t. — To Walker ma w 

głowie tylko złoto. Przez cały czas siedział w ci arówce, gotów szybko odjecha . 

Zasługuj cy na pogard  człowieczek. 

Zbyt mocno otumaniło mnie zm czenie, bym mógł wszystko rozwa y . 

Patrzyłem na rozwijaj c  si  wst g  szosy i niewiele do mnie docierało. Mi dzy 

innymi pomy lałem przelotnie o tym,  e nie widziałem nigdzie papiero nicy, o 

której Walker wspominał wiele lat temu. Papiero nicy, któr  Hitler miał 

podarowa  Mussoliniemu na przeł czy Brenner w 1940. 

Pomy lałem przelotnie o papiero nicy i wyleciało mi to z głowy. 

Przypomniałem sobie dopiero wówczas, gdy było ju  za pó no, aby cokolwiek 

zrobi .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

114 

Rozdział 6

 

 

METCALFE

 

 

Nast pnego dnia poczułem si  lepiej. 

Wszyscy wrócili do stoczni Palmeriniego bez przeszkód. Wprowadzili my si  

do wielkiej, zarezerwowanej dla nas szopy. Rozładowali my ci arówki i z 

odpowiednim podzi kowaniem zwrócili my wła cicielom. W rogu postawili my 

przyczep , aby było gdzie co  ugotowa  i przespa  si . 

Nie byłem w stanie zbyt du o pracowa , wi c Walker i Coertze udali si  do 

przystani jachtowej, aby sprowadzi  „Sanforda". Ja w tym czasie sprawdziłem, 

co porabiali Metcalfe i Torloni. Francesca rozmówiła si  z Palmerinim i wkrótce 

przez stoczni  przewin ła si  istna procesja Włochów z raportami. Rozmawiali 

powa nie z Francesca i znikali, najwyra niej zachwyceni powrotem do roli 

partyzantów. 

Kiedy Francesca zebrała wszystko, co mogli jej przekaza , przyszła do mnie 

ze  ci gni t  twarz . 

— Luigi jest w szpitalu — powiedziała zmartwiona. — Rozbili mu głow . 

Biedny Luigi. Ludzie Torloniego nie zadali sobie trudu przekupywania go. 

Policja portowa szukała napastników, ale bez skutku. Chcieli te  zobaczy  si  ze 

mn , aby ustali , co zostało ukradzione. Według ich informacji był to jeszcze 

jeden napad rabunkowy. 

— Wiemy, kto to zrobił. Nie wyjad  z Rapallo o własnych siłach. — Od 

Franceski powiało lodowatym chłodem. 

— Nie — odparłem. — Zostaw ich w spokoju. 

Nie chciałem jeszcze odkrywa  kart, gdy  przy odrobinie naszego szcz cia 

Metcalfe i Torloni mogli da  si  nabra  na bajeczk , któr  im podsun łem. I z 

jakiego  jeszcze nie do ko ca u wiadomionego powodu nie chciałem otwarcie 

ł czy  Franceski z nami. Gdy my odpłyniemy, ona b dzie musiała nadal  y  we 

Włoszech. 

— Nie ruszaj ich — powiedziałem. — Zajmiemy si  nimi pó niej. A co z 

Metcalfe'em i Torlonim? 

Wci  przebywali w Genui i spotykali si  codziennie. Kiedy zorientowali si , 

e znikn li my z Rapallo, natychmiast dosłali jeszcze trzech ludzi, co w sumie 

dawało ju  pi ciu. 

Metcalfe wyci gn ł fairmil  z wody, a Krupke zaj ł si  przemalowywaniem 

dna. Moulay Idriss znikn ł. Nikt nie wiedział, gdzie si  podziewał, lecz z 

pewno ci  w Rapallo go nie było. 

Wszystko wygl dałoby zadowalaj co, gdyby nie wzmocnienie sił Torloniego w 

Rapallo. Zawołałem Coertzego i powiedziałem mu, jak przedstawia si  sytuacja. 

— Kiedy pojedziesz zabra  „Sanforda", powiedz policji,  e miałem wypadek 

w czasie wspinaczki i jestem niedysponowany. Jak ka dy inny uczciwy człowiek, 

narób cholernego hałasu w zwi zku z włamaniem. Id  do szpitala i zobacz si  z 

Luigim. Powiedz mu,  e rachunek za leczenie zostanie uregulowany i dostanie 

jeszcze co  ekstra za krzywd . 

— Pozwól mi donner tych drani — rzekł Coertze. — Nie musieli bi  starego. 

background image

 

115 

— Nie zbli aj si  do nich. Tu  przed naszym wypłyni ciem zostawi  ci woln  

r k . 

Pomruczał, lecz zachował spokój i razem z Walkerem poszli zobaczy , jakie 

szkody wyrz dzono na „Sanfordzie". Po ich odej ciu porozmawiałem z Pierem. 

— Słyszałe  o Luigim?  ci gn ł usta. 

— Tak, kiepska sprawa. Ale to w stylu Torloniego. 

— My l ,  e mo emy tu potrzebowa  niewielkiego wsparcia — powiedziałem. 

— Ju  o to zadbano — odparł. — Jeste my dobrze strze eni. 

— Czy Francesca wie o tym? Pokr cił przecz co głow . 

— Kobiety nie wiedz , jak organizowa  takie rzeczy. Powiem Madame, je li 

oka e si  to konieczne. Ale stocznia jest dobrze strze ona. W ci gu pi tnastu 

minut mog  zwoła  dziesi ciu ludzi. 

— Musz  by  silni i twardzi,  eby móc stawi  czoło gangsterom Torloniego. 

Twarz wykrzywił mu ponury u miech. 

— Ludzie Torloniego o niczym nie maj  poj cia — rzekł z pogard . — Ci, 

których zwołałem, to  ołnierze. Gołymi r kami zabijali uzbrojonych Niemców. 

Gdyby nie Luigi,  al byłoby mi gangu Torloniego. 

Poczułem si  usatysfakcjonowany. Mogłem sobie wyobrazi , jakie szczury 

portowe pracowały dla Torloniego. Nie mieli szans przeciwko zdyscyplinowanym 

ludziom przywykłym do wojskowej taktyki. 

— Pami taj,  e nie chcemy  adnego zabijania — powiedziałem. 

— Nie b dzie  adnego zabijania, je li sami nie zaczn . A pó niej...? — 

Wzruszył ramionami. — Nie mog  odpowiada  za rozbudzone emocje. 

Zostawiłem go i wszedłem do przyczepy, aby przeczy ci  i naoliwi  

schmeissera. W sztolni było sucho i broni nie działa si  krzywda. Wi ksze 

w tpliwo ci budziła amunicja. Zastanawiałem si , czy w ci gu pi tnastu lat proch 

w pociskach nie uległ rozpadowi. O tym miałem si  dopiero przekona , gdyby 

zacz ła si  strzelanina. 

Mo e do tego nie dojdzie. Istniało wielkie prawdopodobie stwo,  e Metcalfe i 

Torloni nic nie wiedz  o naszym zwi zku z partyzantami — nie le si  

napracowałem, aby go ukry . Gdyby Torloni zaatakował, spotkałby go 

najwi kszy pech w  yciu. Miałem jednak nadziej ,  e tego nie zrobi — nie 

chciałem, aby Włosi zbytnio si  w to anga owali. 

Pó nym popołudniem Coertze i Walker przyprowadzili „Sanforda" do 

stoczni, a synowie Palmeriniego zaj li si  wyci ganiem go na pochylni  i 

zdejmowaniem masztu. 

—  ledziła nas szybka motorówka — powiedział Coertze. 

— A wi c wiedz ,  e tu jeste my? 

— Ja. Ale dopiekli my im nieco. 

— Wypłyn li my, a oni musieli płyn  za nami, bo my leli,  e si  st d 

zabieramy — wyja nił Walker. — Po wyj ciu z portu troch  hu tało i wszyscy 

trzej dostali choroby morskiej — u miechn ł si  szeroko. — Coertze te . 

— Czy narobili du o szkód na „Sanfordzie" podczas włamania? 

— Niewiele — odparł Coertze. — Wywalili wszystko z szafek, ale policja 

sprz tn ła po tych  winiach. 

— Piece? 

background image

 

116 

— W porz dku. Sprawdziłem je w pierwszej kolejno ci. 

Ul yło mi. Piece stanowiły obecnie newralgiczny punkt całego planu i gdyby 

przepadły, cała dotychczasowa praca poszłaby na marne. Nie mieliby my czasu, 

aby je czym  zast pi  i zd y  na czas do Tangeru. I bez tego b dziemy musieli 

pracowa  szybko. 

Coertze wzi ł si  do roboty i wyci gn ł piece z „Sanforda". Nie zaj ło to wiele 

czasu i ju  wkrótce montował je na ławie, w rogu szopy, piero przygl dał si  im 

nic nie rozumiej c, ale nie odezwał si . 

Doszedłem do wniosku,  e bezcelowe byłoby dalsze ukrywanie naszego planu 

przed nim i Francesc  — nie dałoby si  tego zrobi . Zaczynała mnie m czy  

otoczka tajemnicy, któr  si  okryłem. Włosi jak dotychczas grali z nami fair, a 

przecie  i tak byli my zdani na ich łask . Gdyby przyszła im na to ochota, w 

ka dej chwili mogli zabra  wszystko. 

— Odlejemy nowy kil dla „Sanforda" — powiedziałem. 

— Dlaczego? — spytał Piero. — Czy ten jest zły? 

— Nie, ale jest zrobiony z ołowiu, a ja jestem szczególnym człowiekiem — 

chc  mie  kil ze złota. 

Twarz rozja nił mu u miech zrozumienia. 

— Zastanawiałem si , w jaki sposób macie zamiar wywie  złoto z kraju. 

Zastanawiałem si  nad tym, nic nie przychodziło mi do głowy, ale wydawałe  si  

taki pewny siebie. 

— No wi c tak zamierzamy to zrobi  — powiedziałem i podszedłem do 

Coertzego. — Słuchaj — zagadn łem. — Przez najbli sze kilka dni nie przydam 

si  do  adnej ci szej pracy. Poskładam te zabawki — mo na to robi  na 

siedz co, a ty lepiej we  si  za co  innego. Mo e za form ? 

— Zaczn  j  robi  — odparł. — Palmerini ma mnóstwo piasku 

formierskiego. 

Odpi łem pasek i z ukrytej kieszonki wyj łem plan nowego kilu, 

zaprojektowanego przed wieloma miesi cami. 

— Poprosiłem Harry'ego, aby dokonał zmian nadst pki, odpowiednich do 

nowego kilu. My lał,  e zwariowałem. Musisz tylko odla  kil według tego wzoru i 

b dzie doskonale pasował. 

Wzi ł rysunek i poszedł zobaczy  si  z Palmerinim. Zacz łem montowa  piece 

— praca nie wymagała wiele czasu i sko czyłem j  w nocy. 

 

Przypuszczam,  e niewielu ludzi miało okazj  ci  piłk  do metalu sztaby 

złota. To piekielna robota, gdy  złoto jest mi kkie i z by piły szybko si  zatykaj . 

Walker stwierdził,  e przypomina to piłowanie melasy. 

Nie udało si  tego unikn , poniewa  mogli my topi  tylko par  funtów złota 

naraz. Wła nie Walker miał za zadanie ci cie sztab na odpowiednie kawałki. Przy 

okazji wynikn ł problem złotych opiłków. Rozwi załem go, zamawiaj c niewielki 

odkurzacz, którym Walker pilnie wci gał ka d  znalezion  drobin  złota. 

Po całodziennym piłowaniu zamiatał te  ław  i płukał pył w sicie, jak 

poszukiwacz z dawnych czasów. S dz ,  e nawet po zastosowaniu wszystkich tych 

rodków zapobiegawczych w trakcie piłowania stracili my kilka funtów złota. 

background image

 

117 

Zebrali my si , aby obserwowa  pierwszy wytop. Coertze poło ył mały 

kawałek złota na grafitowej macie i wł czył pr d. Mata roz arzyła si  z 

intensywnie białym połyskiem. Złoto powoli stopiło si  i rozpłyn ło. Po kilku 

sekundach mo na je było przela  do formy. 

Trzy piece działały bez zarzutu, lecz w ko cu były to tylko urz dzenia 

laboratoryjne, obliczone na niewielki przerób. Zapowiadała si  dłu sza praca. Do 

wn trza formy wło yli my pl tanin  drutów, które miały za zadanie utrzyma  

złoto w jednej bryle. Metoda odlewania naraz niewielkich ilo ci złota wzbudziła 

w tpliwo ci Coertzego i kilkana cie razy zatrzymywał robot  i zrywał odlany ju  

metal. 

— Ten kil b dzie pełen skaz i napr e . Nie wierz ,  eby utrzymał si  w kupie 

— powiedział. 

Wkładali my wi c do  rodka coraz wi cej drutów i lali my wokół nich złoto, 

maj c nadziej ,  e zwi

 cało . 

Czułem si  zesztywniały i obolały, a schylanie si  było istn  m czarni . Nie 

mogłem pomaga  zbyt efektywnie. Przedyskutowałem to z Coertzem. 

— Wiesz, lepiej  eby kto  z nas pokazywał si  w Rapallo. Metcalfe wie,  e tu 

jeste my, i wyda si  dziwne, je li nikt z nas nie wychyli nosa z tej szopy. Domy li 

si ,  e co  knujemy — powiedziałem. 

— W takim razie powłócz si  po mie cie — odparł. — Tutaj niewiele 

zdziałasz. 

Tak wi c, kiedy Francesca zmieniła mi opatrunek na plecach, udałem si  do 

miasta i do jachtklubu. Sekretarz współczuł mi z powodu włamania na 

„Sanforda" i wyraził nadziej ,  e niczego nie skradziono. 

— Tego nie mogli zrobi  ludzie z Rapallo — powiedział. — Bardzo surowo 

podchodzimy u nas do tych spraw. 

Popatrzył równie  z niemym pytaniem na moj  pokiereszowan  twarz, wi c 

u miechn łem si  i rzekłem: 

— Wasze włoskie góry s  najwyra niej zrobione z twardszych skał ni  te w 

Afryce Południowej. 

— Ach tak, wspinał si  pan? 

— Próbowałem — odparłem. — Pozwoli pan zaprosi  si  na drinka? 

Odmówił. Udałem si  wi c sam do baru i zamówiłem szkock . Zabrałem j  do 

stolika przy oknie, sk d miałem widok na przysta  jachtow . Stała tam nowa 

łód . Du y jacht motorowy, który oceniłem na około stu ton. Wiele widuje si  

takich na Morzu  ródziemnym — luksusowe łodzie dla bogaczy. Wypływaj  na 

morze tylko przy najspokojniejszej pogodzie, a suto opłacane załogi  yj  jak 

p czki w ma le — niewiele pracy, za to mnóstwo okazji do schodzenia na l d. 

Przygl dałem mu si  od niechcenia przez klubow  lornetk . Nazywał si  

„Calabria". 

Po wyj ciu z klubu dostrzegłem  ledz cych mnie ludzi i z rozkosz  

oprowadzałem ich po niewinnych miejscach, które odwiedzał ka dy turysta. 

Gdybym czuł si  lepiej, postarałbym si ,  eby nogi odpadły im od chodzenia za 

mn , zmuszony jednak zostałem do kompromisu w postaci taksówki. Organizacj  

mieli dobr , bo gdy tylko wzi łem taksówk , nie wiadomo sk d nadjechał 

samochód i zabrał ich, niemal si  nie zatrzymuj c. 

background image

 

118 

Po powrocie zdałem relacj  Francesce. 

— Torloni przysłał kolejnych ludzi do Rapallo — powiedziała. 

— Ilu? 

— Jeszcze trzech — a wi c razem jest o miu. Wygl da na to,  e chce mie  

dostateczn  liczb  ludzi, aby  ledzi  ka dego z was, nawet je li si  rozdzielicie. A 

poza tym od czasu do czasu oni te  musz  spa . 

— Gdzie jest Metcalfe? 

— Ci gle w Genui. Dzisiaj rano jego łód  spuszczono na wod . 

— Dzi kuj , Francesco, dobrze si  spisujesz — powiedziałem. 

— B d  szcz liwa, kiedy ta sprawa wreszcie si  sko czy — odparła pos pnie. 

— Wolałabym nigdy jej nie zaczyna . 

— Strach ci  oblatuje? 

— Nie wiem, co chcesz przez to powiedzie , ale obawiam si ,  e wkrótce 

dojdzie do rozlewu krwi. 

— Mnie te  si  to nie podoba — powiedziałem szczerze. — Sprawy jednak 

nabrały rozp du. Nie mo emy si  teraz zatrzyma . Wy, Włosi, mówicie na to: che 

sera, sera. 

— W takiej sprawie jak ta, kiedy si  raz zacznie, nie ma ju  odwrotu — 

westchn ła. 

Zostawiłem j  w przyczepie. Zaczynała chyba u wiadamia  sobie, 

e wpl tała si  w niewesoł  przygod . Była to  miertelnie powa na gra o 

wysok  stawk , w której nikt nie cofnie si  przed kilkoma morderstwami, a 

przynajmniej nie nasi przeciwnicy — co do Coertzego nie miałem całkowitej 

pewno ci. 

Odlewanie kila szło dobrze. Coertze i Piero pocili si  nad gor cymi piecami. 

W nagłych błyskach  wiatła wygl dali niczym demony. Coertze uniósł gogle i 

powiedział: 

— Ile mat grafitowych mamy? 

— Dlaczego? 

— Nie wytrzymuj  zbyt długo, starczaj  najwy ej na cztery wytopy ka da, 

pó niej si  przepalaj . Mo e nam ich zabrakn , nim sko czymy robot . 

— Sprawdz  to — odparłem i postanowiłem policzy  to na papierze. Po 

sprawdzeniu oblicze  i przeliczeniu pozostałych mat wróciłem do Coertzego. 

— Czy uda ci si  wyci gn  pi  wytopów z maty? Odchrz kn ł. — B dziemy 

musieli bardzo uwa a , a to znaczy,  e wszystko b dzie szło wolniej. Czy czas 

nam na to pozwoli? 

— Je li spalimy maty, nim sko czymy robot , czas nie b dzie miał  adnego 

znaczenia — i tak b dzie stracony. Musimy go mie . Ile wytopów dziennie 

jeste cie w stanie robi  przy pi ciu z jednej maty? 

Zastanowił si . 

— Ograniczy nas to do dwunastu wytopów na godzin , wi cej nie da rady. 

Poszedłem dalej liczy . Je li przyj ,  e mamy 9000 funtów złota, czekało nas 

4500 wytopów, minus 500, które Coertze ju  zrobił. Przy dwunastu wytopach na 

godzin  potrzeba 340 godzin pracy. Pracuj c po 12 godzin dziennie, robiliby my 

cało  przez 28 dni. 

Za długo, jeszcze raz. 

background image

 

119 

340 godzin, po 16 godzin dziennie — 21 dni. Ale czy Coertze mógłby 

pracowa  szesna cie godzin dziennie? Przekl łem moje pokiereszowane plecy, 

uniemo liwiaj ce mi prac . Wolałem jednak nie ryzykowa , wysiłek pogorszyłby 

ich stan, a wtedy cały plan mógłby si  załama . Musiałem by  w formie, by 

poprowadzi  „Sanforda", a coraz mniej ufałem Walkerowi, który stał si  

milcz cy i zamkni ty. 

Wróciłem do Coertzego sztywnym krokiem. Plecy bolały mnie jak diabli. 

— B dziesz musiał pracowa  ka dego dnia przez wiele godzin — odezwałem 

si . — Czas nam ucieka. 

— Gdybym mógł, pracowałbym dwadzie cia cztery godziny na dob  — 

odparł. — Ale nie mog , wi c b d  pracował, a  padn . 

Pomy lałem,  e nale y podej  do tego problemu inaczej. Stan łem z boku i 

obserwowałem, jak Coertze i Piero wykonywali prac . Wkrótce miałem kilka 

pomysłów przyspieszenia jej. 

Nast pnego ranka przej łem komend . Powiedziałem Coertzemu,  eby nie 

robił nic innego, tylko lał złoto. Nie powinien ładowa  pieców ani czy ci  mat — 

miał tylko la  złoto. Piero został przydzielony do topienia złota i podawania 

Coertzemu pieców z roztopionym metalem. Piece były na tyle lekkie,  e po 

odpowiednim ustawieniu stołu mo na je było po nim przeci ga . 

Walker napiłował mnóstwo złota, wi c  ci gn łem go z ławki rezerwowych. 

Miał odbiera  piec od Coertzego, zast powa  mat  now  i kła  na niej klocek 

złota do przetopienia. Sam podj łem si  czyszczenia mat i przygotowywania ich 

do ponownego u ycia. Tak  robot  mogłem wykonywa  na siedz co. 

Problem był do  prosty. Wystarczyło przestudiowa  ruchy i opracowa  

ta mow  technik . Pod koniec dnia robili my szesna cie wytopów na godzin , nie 

pal c przy tym tyle mat co przedtem. 

Tak mijał dzie  za dniem. Z pocz tku pracowali my 16 godzin na dob , lecz 

nie byli my w stanie wytrzyma  tego tempa i mimo zwi kszenia wydajno ci 

godzinowej nasz dzienny urobek zmniejszył si . Wzrastała liczba bł dów, a 

procent spalonych mat gwałtownie podskoczył. Praca przy ci głych wybuchach 

gor ca z pieców była piekielna. Wszyscy stracili my na wadze i nie mogli my 

ugasi  pragnienia. 

Kiedy wydajno  spadła poni ej 150 wytopów dziennie, a pozostało nam do 

zrobienia jeszcze 2000, zacz łem si  powa nie martwi . Chciałem mie  pełne trzy 

tygodnie na dopłyni cie do Tangeru, a wygl dało na to,  e nie ma na to szans. 

Najwyra niej co  trzeba było wykombinowa . 

Tego wieczora, gdy jedli my kolacj  po kolejnym dniu harówy, zanim 

wyczerpani poło yli my si  spa  na naszych posłaniach, powiedziałem: 

— Słuchajcie, jeste my zbyt zm czeni. Jutro robimy dzie  przerwy. Nie 

b dziemy nic robi , poleniuchujemy. 

Ryzykowałem zakładaj c,  e zwi kszona wydajno  wypocz tych ludzi z 

nawi zk  zrekompensuje strat  całego dnia. Coertze rzekł t po: 

— Nie, pracujemy. Nie mamy czasu do stracenia. Coertze był dobrym 

człowiekiem, lecz nieco upartym. 

— Jak dot d miałem racj , prawda? — spytałem. Zgodził si  niech tnie. 

background image

 

120 

— Wydajno  wzro nie, je li odpoczniemy — powiedziałem jeszcze raz. — 

Obiecuj  ci. 

Pomruczał troch , lecz nie obstawał przy swoim — był zbyt zm czony, by si  

kłóci . 

Reszta zgodziła si  apatycznie. Tej nocy kładli my si  spa , maj c przed sob  

perspektyw  wolnego dnia. 

 

Nazajutrz przy  niadaniu zapytałem Francesc : 

— Co robi przeciwnik? 

— Wci  obserwuje. 

— Jakie  posiłki? Pokr ciła przecz co głow . 

— Nie, jest tylko ta ósemka. Pracuj  na zmiany. 

— Mo emy dostarczy  im troch  ruchu — powiedziałem. — Rozdzielimy si  i 

przegonimy ich po mie cie lub nawet poza nim. Ostatnio  yło si  im zbyt 

wygodnie. 

Spojrzałem na Coertzego. 

— Ale nie tykaj ich, nie jeste my jeszcze gotowi na odsłoni cie kart, a im 

pó niej si  to stanie, tym lepiej dla nas. Nie mo emy sobie teraz pozwoli , aby 

kto  z nas został wył czony z akcji. Je li co  takiego si  zdarzy, to le ymy. I bez 

tego odlanie kilu pochłonie cały czas, który nam pozostał. 

— A ty trzymaj si  z dala od alkoholu — zwróciłem si  do Walkera. — Mo e 

ci  kusi , ale daruj sobie. Pami tasz, co powiedziałem ci w Tangerze? 

Pos pnie skin ł głow  i spu cił wzrok na talerz. Ostatnio według mnie był 

zbyt spokojny i zastanawiałem si , o czym tak rozmy lał. 

— S dziłem,  e  ci gasz jubilera, aby wycenił klejnoty — powiedziałem do 

Franceski. 

— Dzisiaj si  z nim zobacz  — odparła. — Zapewne jutro przyjedzie. 

— Dobrze, ale przyje d aj c musi si  przebra , czy co  w tym rodzaju. Je li 

tylko ludzie Torloniego zorientuj  si ,  e chodzi o klejnoty, mo e nie uda  si  ich 

dłu ej powstrzyma . 

— Palmerini przywiezie go ukrytego w ci arówce — rzekł Piero. 

— To wystarczy. — Wstałem od stołu i przeci gn łem si . — A teraz 

spowodujemy naszym wyj ciem małe zamieszanie u wroga. Ka dy pójdzie w 

innym kierunku. Lepiej,  eby Piero i Francesca wyszli pó niej, nie powinni ł czy  

ich z nami. Czy to miejsce b dzie jako  zabezpieczone, je eli wszyscy wyjdziemy? 

— Przez cały dzie  stoczni b dzie strzegło dziesi ciu naszych ludzi — odparła 

Francesca. 

— Dobrze. Powiedz im, aby zbytnio nie zwracali na siebie uwagi. 

Id c do miasta czułem si  dobrze. Plecy mi si  goiły, a twarz przestała 

przypomina  pole po bitwie. O ywiała mnie perspektywa wolnego dnia, s dziłem 

te ,  e Coertze czuje si  jeszcze lepiej. Nie opu cił stoczni Palmeriniego od chwili 

przyprowadzenia „Sanforda", podczas gdy ja kilkakrotnie byłem w mie cie. 

Ranek sp dziłem na leniuchowaniu. Zrobiłem kilka turystycznych zakupów 

na Piazza Cavour, gdzie znalazłem sklep oferuj cy angielskie ksi ki. Pó niej na 

dłu ej zatrzymałem si  w kawiarni na bulwarze, gdzie przy niezliczonych 

background image

 

121 

fili ankach kawy bez po piechu czytałem ksi k  — co , na co od wielu miesi cy 

nie miałem czasu. 

Około południa udałem si  do jachtklubu na drinka. Bar zdawał si  

gło niejszy ni  zwykle. Przyczyn  szumu była rozdyskutowana, podchmielona 

grupka z drugiej strony pomieszczenia. Wi kszo  stałych bywalców wyra nie 

ignorowała t  bu czuczn  demonstracj , widziało si  jednak unoszenie brwi przy 

co bardziej ochrypłych okrzykach. Zamówiłem u kelnera szkock  i spytałem: 

— Co to za uroczysto ? Szyderczo u miechn ł si  w stron  kra ca baru. 

—  adna uroczysto , tylko zwykłe pija stwo. Zastanawiałem si , dlaczego 

sekretarz nie nakazał tym ludziom opu ci  klubu, i powiedziałem to gło no. 

Kelner bezradnie rozło ył r ce. 

— Có  mo na zrobi , signor? S  ludzie, którzy mog  łama  wszelkie prawa. 

Jest tu wła nie jeden z nich. 

Nie wnikałem w to. Nie moja sprawa ani interes mówi  Włochom, jak maj  

prowadzi  klub, w którym mnie go cili. Zabrałem jednak swojego drinka do 

przyległej sali, gdzie usadowiłem si , aby doko czy  ksi k . 

Była to interesuj ca ksi ka, ale nigdy jej nie doko czyłem i cz sto pó niej 

zastanawiałem si , w jaki sposób bohater wypl tał si  z kłopotów, w które uwikłał 

go autor. Nie przeczytałem nawet sze ciu stron, gdy podszedł kelner. 

— Jaka  pani chce si  z panem zobaczy , signor. 

Poszedłem do holu i ujrzałem Francesc . 

— Co tu robisz, u diabła? — zapytałem. 

— Torloni jest w Rapallo — powiedziała. 

Wła nie miałem si  odezwa , gdy zjawił si  sekretarz i zobaczył nas. 

— Lepiej chod my do  rodka, tu zbytnio zwracamy na siebie uwag  — 

powiedziałem. 

Sekretarz zbli ył si  pospiesznie, mówi c: 

— Ach, Madame, ju  dawno nie mieli my zaszczytu go ci  pani. Byłem  

członkiem  klubu — cho   tylko   honorowym  —  wi c powiedziałem: 

— Czy mógłbym wprowadzi  pani  do klubu jako swojego go cia? Wygl dał 

na dziwnie przestraszonego i rzekł nerwowo: 

— Tak, tak, oczywi cie. Nie, nie ma powodu, aby Madame wpisywała si  do 

ksi ki. 

Id c z Francesc  do sali zastanawiałem si , co tak poruszyło sekretarza. 

Miałem jednak inne sprawy na głowie. Usiedli my. 

— Lepiej napij si  czego  — odezwałem si . 

— Campari — zdecydowała i szybko dodała: — Torloni  ci gn ł ze sob  

wielu ludzi. 

— Uspokój si  — powiedziałem i zamówiłem campari u kelnera. — A co z 

Metcalfe'em? — spytałem, gdy odszedł. 

— Fairmila opu ciła Genu . Nie wiemy, gdzie jest. 

— A Torloni? Co z nim? 

— Godzin  temu zameldował si  w hotelu na Piazza Cavour. Siedziałem 

wtedy w kawiarence przy chodniku. Mo e go nawet widziałem. 

— Mówisz,  e sprowadził ze sob  kilku ludzi? 

— Jest z nim o miu. 

background image

 

122 

Robiło si  nieciekawie. Wygl dało na to,  e szykuje si  atak: o miu i o miu 

dawało szesnastu, plus sam Torloni, prawdopodobnie Metcalfe, Krupke, ten 

Maroka czyk i mo e jeszcze kto  z załogi fairmili. Ponad dwudziestu ludzi! 

— Musieli my działa  szybko — powiedziała. — Trzeba było przegrupowa  

nasze siły — dlatego przyszłam tu osobi cie. Nie miałam ju  nikogo innego. 

— A ilu m y mamy ludzi? — spytałem. Zmarszczyła brwi. 

— Dwudziestu pi ciu — mo e pó niej b dzie wi cej. Nie umiem powiedzie . 

To ju  lepiej. Wci  mieli my przewag . Zastanawiało mnie jednak 

gromadzenie sił przez Torloniego. Nie potrzebowałby tylu zbirów, aby chwyci  

trzech, zapewne niczego nie spodziewaj cych si  ludzi. Musiał wi c dowiedzie  si  

czego  o naszych partyzanckich sprzymierze cach. By  mo e utracimy atut 

zaskoczenia. 

Kelner przyniósł campari. Gdy płaciłem, Francesca spogl dała przez okno na 

przysta . 

— Co to za statek? — spytała, gdy kelner odszedł. 

— Który? 

Wskazała jacht motorowy, który zauwa yłem ju  przedtem. 

— A, ten! Pływaj cy burdel jakiego  bogacza. 

— Jak si  nazywa? — spytała pełnym napi cia głosem. Próbowałem sobie 

przypomnie . 

— Eee... chyba „Calabria" Knykcie jej zbielały, gdy zacisn ła r ce na oparciu 

fotela. 

— To łód  Eduarda — powiedziała cicho. 

— Kto to jest Eduardo? 

— To mój m . 

Zrozumiałem, dlaczego sekretarz był taki przestraszony. Nie jest przyj te, 

aby kto  obcy wprowadzał kobiet  jako swego go cia, gdy jej m  znajduje si  w 

pobli u i lada moment mo e przyj  do klubu. Stłumiłem  miech. 

— Zało  si ,  e to on jest tym facetem, który robi tak  drak  przy barze. 

— Musz  ju  i  — powiedziała. 

— Dlaczego? 

— Nie mam ochoty go spotka . — Odsun ła na bok drinka i wzi ła torebk . 

— Mogłaby  wypi  do ko ca. Po raz pierwszy ci  zaprosiłem. Tak czy inaczej 

nie ma takiego m czyzny, z powodu którego warto byłoby traci  drinka. 

Odpr yła si  i wzi ła campari. 

— Eduardo nie jest wart niczego. Dobrze, b d  na tyle dobrze wychowana,  e 

dopij  drinka i wtedy dopiero wyjd . 

Mimo wszystko spotkali my go. Tylko Estrenoli — z tego co słyszałem o jego 

rodzie — mógł zatrzyma  si  tak dramatycznie przy wej ciu, skr ci  w stron  

naszego stolika i w taki sposób zwróci  si  do Franceski. 

— Ach, moja kochaj ca  ona — rzekł. — Jestem zaskoczony widz c ci  w tak 

cywilizowanym otoczeniu. S dziłem,  e pijasz w rynsztokach. 

Był kr pym m czyzn  o niezłej prezencji, któr  psuły przekrwione oczy i 

zuchwałe usta. Drobny w sik zniekształcał mu górn  warg , a twarz miał 

zaczerwienion  od alkoholu. Zignorował mnie całkowicie. 

background image

 

123 

Francesca patrzyła wprost przed siebie kamiennym wzrokiem. Usta miała 

zaci ni te. Nie spojrzała nawet, gdy opadł ci ko na krzesło obok niej. 

— Nie prosili my, aby pan usiadł z nami, signor — powiedziałem. Odwrócił 

si  i za miał krótko, spogl daj c na mnie arogancko. Ponownie zwrócił si  do 

Franceski. 

— Jak widz , włoskie szumowiny ju  ci teraz nie wystarczaj , bierzesz 

kochanków z zagranicy. 

Zahaczyłem stop  tyln  nog  jego krzesła i mocno poci gn łem. Krzesło 

wy lizn ło si  spod niego i zwalił si  jak długi na podłog . Stan łem nad nim. 

— Powiedziałem,  e nie był pan zaproszony do stolika. Spojrzał na mnie 

wyra nie rozgniewany i z trudem podniósł si  na nogi. Był w ciekły. 

— Wywal  ci  z kraju w ci gu dwudziestu czterech godzin! — wrzasn ł. — 

Czy wiesz, kim ja jestem? 

Okazja była zbyt dobra, aby j  zaprzepa ci . 

— Gówna zazwyczaj pływaj  na górze — odparłem spokojnie, po czym 

dodałem twardszym głosem: — Estrenoli, wracaj do Rzymu. Liguria nie jest dla 

ciebie zdrowa. 

— Co chcesz przez to powiedzie ? — odezwał si  niespokojnie. — Czy mi 

grozisz? 

— W promieniu mili jest z pi dziesi ciu ludzi, którzy pobiliby si  o przywilej 

poder ni cia ci gardła. Co  ci powiem. To ja tobie daj  dwadzie cia cztery 

godziny na wyniesienie si  z Ligurii. Po tym czasie nie postawiłbym złamanego 

lira na twoje szans . 

Zwróciłem si  do Franceski. 

— Chod my st d, nie podoba mi si  ten zapach. 

Wzi ła torebk  i dumnie kroczyła wraz ze mn  do drzwi. Zostawili my 

Estrenolego dławi cego si  bezsiln  zło ci . Słyszałem w sali klubowej 

przytłumione komentarze, dało si  te  słysze  kilka chichotów. Przypuszczam,  e 

wiele obecnych tam osób miało ochot  zrobi  to samo. Hrabia był jednak zbyt 

silny, aby mu stan  na drodze. Ja nie dbałem o to zupełnie. Trz słem si  ze 

zło ci. 

Chichotów Estrenoli ju  nie wytrzymał. Dogonił nas, gdy przecinali my hol. 

Poczułem jego r k  na ramieniu i odwróciłem głow . 

— Zabieraj r k  — odezwałem si  chłodno. 

Hrabia wybełkotał z trudem: 

— Nie wiem, kim jeste , ale brytyjski ambasador dowie si  o tym. 

— Nazywam si  Halloran, i zabieraj sw  parszyw  łap . 

Nie posłuchał. Zamiast tego zacisn ł r k  i poci gn ł mnie tak,  e stan łem 

twarz  do niego. 

Tego było za wiele. 

Zatopiłem trzy sztywne palce w jego mi kkim brzuchu, a  st kn ł i zgi ł si  

wpół. Wtedy najmocniej, jak umiałem, uderzyłem go pi ci . W ten cios wło yłem 

wszystkie tłumione w czasie minionych tygodni frustracje. Oberwał zamiast 

Metcalfe'a i Torloniego oraz wszystkich zbirów, którzy zbiegli si  jak szakale. 

Musiałem mu złama  szcz k  i otarłem sobie knykcie. Zwalił si  jak worek m ki. 

Z ust buchn ła mu krew. 

background image

 

124 

W chwili zadawania ciosu poczułem w plecach gwałtowny ból. 

— Chryste, moje plecy! — j kn łem i odwróciłem si  do Franceski. Nie było 

jej jednak. 

Zamiast tego znalazłem si  twarz  w twarz z Metcalfe'em. 

— Co za cios! — rzekł z uznaniem. — Facet ma niew tpliwie złaman  

szcz k , słyszałem, jak strzeliła. Czy my lałe  kiedy ,  eby powalczy  w 

lekkopół redniej, Hal? 

Byłem zbyt zdumiony, aby cokolwiek odpowiedzie . Wówczas przypomniałem 

sobie o Francesce i rozejrzałem si  gwałtownie. Wyłoniła si  zza Metcalfe'a. 

— Czy ten typ mówił co  o brytyjskim ambasadorze? — spytał. Rozejrzał si  

po holu. Na szcz cie było pusto i nikt nie widział awantury. Metcalfe spojrzał na 

najbli sze drzwi prowadz ce do m skiej toalety. U miechn ł si  szeroko. 

— Mo e zawleczemy ten zewłok do s siedniego pomieszczenia? Przyznałem 

mu racj . Zaci gn li my razem Estrenolego do ubikacji i upchn li my w kabinie. 

Metcalfe wyprostował si  i rzekł: 

— Je li ten ptaszek rozmawia z brytyjskim ambasadorem, to musi by  grub  

ryb . Kim on jest? 

Powiedziałem mu, a Metcalfe gwizdn ł. 

— Jak ju  tłuczesz, to wielkich! Nawet ja słyszałem o Estrenolim. Za co mu 

przyło yłe ? 

— Z powodów osobistych — odparłem. 

— Zwi zanych z t  dam ? 

— Jego  on . Metcalfe j kn ł. 

— Bracie, ale  si  wrobił. Wpakowałe  si  w kabał , to pewne. 

W ci gu dwunastu godzin wywlok  ci  z Włoch za uszy. — Podrapał si  po 

głowie. — A mo e nie, mo e mógłbym to załatwi . Zaczekaj tu i nie pozwól 

nikomu korzysta  z tego klopa. Powiem twojej dziewczynie,  eby była w pobli u. 

Wracam za kilka minut. 

Oparłem si  o  cian  i próbowałem logicznie pomy le  o Metcalfie, ale nie 

mogłem. Plecy bolały mnie jak diabli, a w r ce, któr  uderzyłem Estrenolego, 

czułem t pe pulsowanie. Wygl dało na to,  e zawaliłem wszystko. Wci  

ostrzegałem Coertzego,  eby nie wdawał si  w bójki, a teraz wła nie ja to 

zrobiłem. Do tego jeszcze ten Metcalfe. 

Metcalfe dotrzymał słowa i wrócił po dwóch minutach. Wraz z nim pojawił si  

przysadzisty Włoch o sinych policzkach, ubrany w elegancki garnitur. 

— Mój przyjaciel, Guido Torloni — przedstawił Metcalfe. — Guido, to Peter 

Halloran. 

Torloni spojrzał na mnie zaskoczony. 

— Hal znalazł si  w opałach — ci gn ł Metcalfe. — Złamał rz dow  szcz k . 

— Wzi ł Torloniego na bok i rozmawiali ze sob  cicho. Obserwuj c Torloniego 

pomy lałem,  e sprawy id  coraz gorzej. 

Metcalfe wrócił. 

— Nie martw si , Guido to załatwi. Umie załatwi  wszystko. 

— Nawet Estrenolego? — spytałem z niedowierzaniem. 

background image

 

125 

— Nawet Estrenolego — u miechn ł si  Metcalfe. — Guido jest w tej cz ci 

Włoch „panem załatwiaczem" we własnej osobie. Zostawmy mu to. Wyszli my do 

holu. Nie było tam Franceski. 

— Pani Estrenoli czeka w moim samochodzie — rzekł Metcalfe. Przeszli my 

do samochodu, a Francesca spytała: 

— Czy wszystko w porz dku? 

— Wszystko gra — odparłem. Metcalfe stłumił  miech. 

— Z wyj tkiem pani m a, madame. B dzie mu strasznie niemiło, gdy si  

ocknie. 

R ka Franceski zacisn ła si  na kraw dzi drzwi. Poło yłem na niej swoj  i 

cisn łem ostrzegawczo. 

— Francesco, to jest pan Metcalfe, mój stary przyjaciel z Afryki Południowej. 

Poczułem, jak jej palce drgn ły. Pospiesznie dodałem: 

— Przyjaciel pana Metcalfe'a, pan Torloni, zajmuje si  twoim m em. Jestem 

pewien,  e nic mu si  nie stanie. 

— O tak — przytakn ł Metcalfe pogodnie. — Wszystko b dzie w porz dku. 

Nikomu nie przysporzy  adnych kłopotów — nagle 

zmarszczył brwi. — A jak tam twoje plecy, Hal? Lepiej,  eby je kto  zaraz 

obejrzał. Je li chcesz, zawioz  ci  do lekarza. 

— To drobnostka — odparłem. Nie chciałem nigdzie je dzi  z Metcalfe'em. 

— Bzdura! — rzekł. — Kto jest tu twoim lekarzem? Sprawa wygl dała nieco 

inaczej, je li mógł nas zawie  do lekarza, którego m y wybierzemy. Spojrzałem 

pytaj co na Francesc . 

— Znam dobrego lekarza. 

Metcalfe klasn ł w r ce. 

— W porz dku. Ruszajmy. Tak wi c przewiózł nas przez miasto, a Francesca 

wskazała gabinet lekarza. Metcalfe zahamował i rzekł: 

— Wejd cie, a ja zaczekam tutaj. Podrzuc  was pó niej do stoczni 

Palmeriniego. 

Masz ci los. Najwyra niej Metcalfe nie miał nic przeciwko temu, aby my 

wiedzieli,  e zna nasz  kryjówk . W powietrzu wisiało co  dziwnego i niezbyt mi 

si  to podobało. 

Gdy tylko weszli my do poczekalni, Francesca spytała: 

— Czy to jest Metcalfe? Wygl da na miłego człowieka. 

— Bo jest. Ale nie wchod  mu w drog , bo ci  staranuje — sykn łem, gdy  

plecy w wyj tkowo przykry sposób przypomniały mi o sobie. — Co teraz 

zrobimy, u diabła? 

— Nic si  nie zmieniło — rzekła Francesca rzeczowo. — Wiedzieli my,  e i 

tak przyjd . Teraz ju  s . 

Miała racj . 

— Przykro mi,  e uderzyłem twojego m a. 

— A mnie nie — odparła szczerze. — Przykro mi tylko,  e przy okazji 

skaleczyłe  si  i  e mo esz mie  z tego powodu kłopoty. 

— Nie b d  miał — odrzekłem ponuro. — A przynajmniej dopóki sprawa jest 

w r kach Torloniego. Jest jeszcze co , czego nie rozumiem. Dlaczego Metcalfe i 

background image

 

126 

Torloni mieliby by  zainteresowani wyci ganiem mnie z kłopotów? To nie ma 

sensu. 

Lekarz był ju  wolny i mógł obejrze  moje plecy. Powiedział,  e zerwałem 

ci gno, i zacz ł mnie zawija  jak mumi . Zabanda ował mi te  r k , 

pokaleczon  nieco w miejscu, gdzie knykcie oparły si  na z bach Estrenolego. 

Gdy wychodzili my, Metcalfe pomachał nam z samochodu i zawołał: 

— Podwioz  was do stoczni! 

W tej sytuacji odmowa nie miałaby sensu, wi c wsiedli my. Gdy ruszali my, 

spytałem niedbale: 

— Sk d wiedziałe ,  e jeste my w stoczni Palmeriniego? 

— Wiedziałem,  e podró ujecie po tych wodach, wi c zapytałem kapitana 

portu, czy ju  si  pokazałe  — odparł lekko Metcalfe. — Opowiedział mi 

wszystko o tobie. 

Brzmiało go do  przekonuj co i gdybym nie miał swoich informacji, 

mógłbym mu uwierzy . 

— Słyszałem,  e masz problemy z kilem — zagadn ł. Zbyt blisko kr ył 

wokół sedna sprawy. 

— Tak, próbowałem eksperymentalnej metody mocowania go, ale chyba nie 

zdaje egzaminu. Zdaje si ,  e b d  zmuszony zdj  ten kil i zamocowa  go 

ponownie. 

— Zrób dobrze — poradził. — Szkoda byłoby, gdyby ci odpadł na pełnym 

morzu. Wywrotk  miałby  murowan . 

Rozmowa stawała si  bardzo dla mnie niewygodna. Były to pogaduszki dobre 

w sklepie  eglarskim, ale z Metcalfe'em nigdy nic nie wiadomo. Ul yło mi, gdy 

zmienił temat. 

— Co si  stało z twoj  twarz ? Brałe  udział w innej bijatyce? 

— Spadłem ze skałki — odparłem lekko. Cmokn ł ze współczuciem. 

— Hal, mój chłopcze, powiniene  bardziej uwa a  na siebie. Nie chciałbym, 

aby ci si  co  stało. Tego było ju  za wiele. 

— Sk d ta nagła troskliwo ? — spytałem kwa no. Odwrócił si  zaskoczony. 

— Nie lubi  patrze , jak obijaj  moich przyjaciół, a szczególnie ciebie. Jeste  

w ko cu do  przystojnym facetem — zwrócił si  do Franceski. — Prawda? 

— Tak s dz  — odpowiedziała. Zaskoczyła mnie. 

— Postaram si  jeszcze troch  po y  — powiedziałem, gdy Metcalfe 

zatrzymał si  przy bramie stoczni. — Staj  si  ekspertem w tych sprawach. 

Wysiedli my z Francesc  z samochodu, a Metcalfe spytał: 

— Hal, nie poka esz mi nowego mocowania kilu? U miechn łem si  szeroko. 

— Jestem zawodowym projektantem, u licha. Nigdy nie pokazuj  nikomu 

swoich pomysłów. — Skoro on umiał zwodzi  w tej grze aluzji, nie mogłem 

okaza  si  gorszy. 

— Bardzo to rozs dnie z twojej strony — stwierdził z u miechem. — Chyba 

si  jeszcze zobaczymy? 

Zbli yłem si  do samochodu tak, by Francesca nie mogła nic słysze . 

— Co si  stanie z Estrenolim? 

— Nic wielkiego. Guido zabierze go do dobrego, zaufanego lekarza na 

opatrunek. Pó niej odstawi do Rzymu, ale najpierw nap dzi mu cholernego 

background image

 

127 

stracha. Przypuszczam,  e Estrenoli nie jest zbyt odwa ny, a nasz Guido, je li 

zechce, potrafi by  przera aj cy. Nie b dzie wi cej kłopotów. 

Z ulg  odszedłem od samochodu. Obawiałem si ,  e Estrenoli zostanie 

wrzucony do zatoki w cementowym płaszczu, a nie chciałem mie  niczyjego  ycia 

na sumieniu. Nawet jego. 

— Dzi ki — powiedziałem. — Tak, zobaczymy si . W tak małym mie cie nie 

da si  tego unikn . 

Wrzucił bieg i ruszył wolno, u miechaj c si  przez boczn  szyb . 

— Jeste  fajnym chłopcem, Hal. Nie daj si  nikomu nabra . Odjechał, a ja 

zastanawiałem si , o co tu naprawd  chodzi. 

 

Atmosfera w stoczni była napi ta. Id c przez podwórze, zauwa yłem du o 

wi cej ludzi ni  zazwyczaj. To zapewne przyjaciele Franceski. Gdy weszli my do 

szopy, Piero natychmiast podszedł do mnie i zapytał: 

— Co si  stało w klubie? — głos dr ał mu z przej cia. 

— Nic si  nie stało — odparłem. — Nic powa nego. — Z tyłu zobaczyłem 

niskiego m czyzn  o jasnych czujnych oczach. — Co to za jeden? 

Piero odwrócił si . 

— Cariaceti, jubiler. Mniejsza o niego. Co si  stało w klubie? Wszedłe  do 

rodka, Madame te . Pó niej weszli ten Metcalfe i Torloni. A potem wyszli cie 

razem z Metcalfe'em. Co si  dzieje? 

— Uspokój si , wszystko w porz dku. Wpadli my na Estrenolego i rozło yłem 

go. 

— Estrenolego? — Zaskoczony Piero spojrzał na Francesc , która 

potwierdziła skinieniem głowy. 

— Gdzie jest teraz? — dopytywał si  z uporem. 

— W łapach Torloniego — powiedziałem. 

Dla Piera tego było ju  za wiele. Usiadł na stojaku i wpatrywał si  w podłog . 

— Torloniego? — powtórzył bezmy lnie. — Czego Torloni mógłby chcie  od 

Estrenolego? 

— Sk d mam wiedzie ? Cała ta sprawa jest jedn  z chytrych zagrywek 

Metcalfe'a. Wiem tylko,  e poniosło mnie z Estrenolim, a Metcalfe wył czył go na 

jaki  czas z obiegu. I nie pytaj mnie dlaczego. 

Uniósł wzrok. 

— Mówi si ,  e zachowywałe  si  dzisiaj bardzo przyjacielsko wobec 

Metcalfe'a — rzekł podejrzliwie. 

— Niczego nie osi gniemy zra aj c go do siebie. Je li chcesz wiedzie , co si  

stało, zapytaj Francesc . Była tam. 

— Hal ma racj  — odezwała si  Francesca. — Traktował Metcalfe'a 

odpowiednio. Tamten go sprowokował, lecz Hal nie dał si  wyprowadzi  z 

równowagi. Prócz tego — powiedziała z lekkim u miechem — Metcalfe wygl da 

na człowieka, którego trudno nienawidzi . 

— Za to nietrudno znienawidzi  Torloniego — mrukn ł Piero. — A Metcalfe 

jest jego przyjacielem. 

W ten sposób nie doszliby my donik d, wi c przerwałem im: 

— Gdzie Coertze i Walker? 

background image

 

128 

— W mie cie — rzekł Piero. — Wiemy, gdzie s . 

— Chyba lepiej byłoby,  eby wrócili. Sprawy mog  zacz  si  toczy  szybko. 

Trzeba si  zastanowi , co robi  dalej. 

Cicho wstał i wyszedł na podwórze. Podszedłem do małego jubilera. 

— Signor Cariaceti — powiedziałem. — Jak rozumiem, przyjechał pan tutaj, 

aby obejrze  par  klejnotów. 

— W istocie — odrzekł. — Wolałbym jednak nie pozostawa  tu zbyt długo. 

Wróciłem do Franceski. 

— Lepiej pokaza  Cariacetiemu te kosztowno ci. Pó niej mo emy nie mie  na 

to zbyt wiele czasu. 

Odeszła pomówi  z Cariacetim, a ja popatrzyłem markotnie na kil, któremu 

wci  brakowało dwóch ton. Sprawy przedstawiały si  kiepsko i byłem 

zrozpaczony. Przy intensywnej pracy doko czenie kilu zaj łoby osiem dni, 

kolejny dzie  mocowanie go, jeszcze jeden potrzebny był na zało enie okładziny z 

włókna szklanego i zwodowanie „Sanforda". 

Dziesi  dni! Czy Metcalfe i Torloni b d  czeka  tak długo? 

Niedługo Francesca wróciła. 

— Cariaceti jest zdumiony — powiedziała. — Jest najszcz liwszym 

człowiekiem, jakiego kiedykolwiek widziałam. 

— Miło mi,  e kto  jest szcz liwy — odparłem ponuro. — Ta cała sprawa 

rozsypie si  na kawałki. Poło yła mi r k  na ramieniu. 

— Nie miej do siebie pretensji. Nikt nie zrobiłby wi cej ni  ty. 

Usiadłem na stojaku. 

— Oczywi cie mogłoby by  gorzej — powiedziałem. — Walker mógłby si  

spi  wła nie teraz, gdy go potrzebujemy. Coertze mógłby wpa  w amok, a ja 

mógłbym upa  i złama  par  ko ci. 

Uj ła w dłonie moj  zabanda owan  dło . 

— Nigdy nie powiedziałam tego  adnemu m czy nie, ale tobie to powiem — 

jeste  człowiekiem, którego bardzo podziwiani. Spojrzałem na jej r k  

spoczywaj c  na mojej. 

— Tylko podziwiasz? — spytałem łagodnie. Uniosłem wzrok i zobaczyłem, 

jak si  rumieni. Szybko cofn ła r k  i odwróciła si . 

— Czasami sprawia mi pan przykro , panie Halloran. Wstałem. 

— Jeszcze niedawno było Hal. Powiedziałem,  e przyjaciele nazywaj  mnie 

Hal. 

— Jestem twoj  przyjaciółk  — odparła wolno. 

— Francesco, chciałbym, aby  była dla mnie kim  wi cej ni  przyjaciółk . 

Znieruchomiała nagle, a ja obj łem j  wpół. 

— My l ,  e ci  kocham, Francesco — powiedziałem. Odwróciła si  szybko, 

miej c przez łzy. 

— Ty tak tylko my lisz, Hal. Ach, jacy wy, Anglicy, jeste cie chłodni i 

ostro ni. Ja natomiast wiem,  e ci  kocham. 

Co   cisn ło mnie w dołku, a cała ta ciemna szopa wydała si  nagle ja niejsza. 

— Tak, kocham ci , ale nie wiedziałem, jak to wła ciwie powiedzie . Nie 

wiedziałem, jak zareagujesz, kiedy to powiem. 

— Mówi ,  e to wspaniale. 

background image

 

129 

— B dzie nam dobrze — powiedziałem. — Cape jest cudownym miejscem. 

Prócz tego jest jeszcze cały  wiat. Posmutniała nagle. 

— Nie wiem, Hal. Nie wiem. Wci  jestem m atk , nie mog  wyj  za ciebie. 

— Włochy nie s  całym  wiatem — powiedziałem łagodnie. — W wi kszo ci 

krajów rozwód nie jest czym  haniebnym. Ludzie, którzy stworzyli prawo do 

rozwodu, wiedzieli, co robi . Nigdy nie zwi zaliby nikogo na całe  ycie z kim  

takim jak Estrenoli. 

Potrz sn ła głow . 

— Tutaj, we Włoszech, oraz w oczach mojego Ko cioła rozwód jest grzechem. 

— W takim razie Włochy i twój Ko ciół s  w bł dzie. Ja tak mówi , nawet 

Piero tak mówi. 

— Co si  stanie z moim m em? — spytała wolno. 

— Nie wiem. Metcalfe twierdzi,  e zostanie odwieziony do Rzymu pod 

eskort . 

— To wszystko? Torloni go nie zabije? 

— Nie s dz . Metcalfe powiedział,  e nie, a ja mu wierz . Mo e jest kanali , 

ale jeszcze nigdy nie złapałem go na podłym kłamstwie. Skin ła głow . 

— Ja te  mu wierz . — Milczała jaki  czas, po czym rzekła: — Gdy si  

dowiem,  e Eduardo jest bezpieczny, pojad  z tob  do Afryki Południowej czy 

jakiegokolwiek innego miejsca. Za granic  uzyskam rozwód i wyjd  za ciebie, ale 

Eduardo musi by  cały i zdrowy. Nie mogłabym mie  takiej rzeczy na sumieniu. 

— Dopilnuj  tego — powiedziałem. — Zobacz  si  z Metcalfe'em. — 

Spojrzałem na kil. — Musz  jednak doprowadzi  t  spraw  do ko ca. Wło yłem 

w to sporo wysiłku, a trzeba te  wzi  pod uwag  innych — Coertzego, Walkera, 

Piera, wszystkich twoich ludzi; nie mog  si  teraz zatrzyma . Wiesz przecie ,  e 

nie chodzi tylko o złoto. 

— Wiem. Kto  musiał ci  mocno zrani ,  eby  zacz ł co  takiego. Nie jest to 

twój  ywioł. 

— Miałem  on , któr  zabił pijaczyna podobny do Walkera. 

— Tak mało wiem o twojej przeszło ci — powiedziała zamy lona. — Tyle 

musz  si  dowiedzie . Twoja  ona... Bardzo j  kochałe . — Nie było to pytanie, 

lecz stwierdzenie. 

Opowiedziałem jej troch  o Jean, wi cej o sobie i przez jaki  czas 

rozmawiali my przyciszonymi głosami, tak jak robi  to zwykle zakochani. 

 

Wówczas wszedł Coertze. 

Zapytał, sk d ten po piech i dlaczego zakłócono mu dzie  odpoczynku. Jak na 

człowieka, który nie chciał przerywa  pracy, bardzo niech tnie przyj ł odebranie 

mu jego chwilowych przyjemno ci. 

Wprowadziłem go w wydarzenia. Zdumiał si  tak jak ka dy z nas. 

— Dlaczego Metcalfe miałby nam pomaga ? — zapytał. 

— Nie wiem i nie mam zamiaru go pyta  — odparłem. — Gdyby powiedział 

mi prawd , mogłaby okaza  si  gorsza od wszelkich naszych przypuszcze . 

Coertze zrobił to co ja — poszedł przypatrze  si  kilowi. 

— Jeszcze co najmniej osiem dni odlewania — powiedziałem. 

background image

 

130 

— Magtig — wybuchn ł. — Teraz ju  mi nikt tego nie odbierze — zdj ł 

marynark . — Zaczynamy robot  natychmiast. 

— Przez godzin  b dziecie musieli obej  si  beze mnie — powiedziałem. — 

Jestem umówiony. 

Coertze obrzucił mnie badawczym spojrzeniem, ale nie odezwał si , gdy z 

trudem nakładałem marynark . Francesca pomogła mi przykry  ni  skorup  

banda y pod koszul . 

— Dok d idziesz? — spytała cicho. 

— Zobaczy  si  z Metcalfe'em. Chc  wyja ni  spraw  do ko ca. Skin ła 

głow . 

— Uwa aj na siebie. 

Wychodz c wpadłem na Walkera. Wygl dał na przybitego. 

— Co z tob ? — zapytałem. — Wygl dasz, jakby  zgubił szylinga, a znalazł 

sze ciopensówk . 

— Jaki  dra  mnie okradł — odparł w ciekły. 

— Du o straciłe ? 

— Zgin ła mi pa... — rozmy lił si . — Zgin ł mi portfel. 

— Nie przejmowałbym si  tym zbytnio — pocieszyłem go i dodałem: — Je li 

nie b dziemy ostro ni, stracimy złoto. Zobacz si  z Coertzem, to ci opowie — 

przepchn łem si  obok i zostawiłem go zagapionego na moje plecy. 

Poszedłem do biura Palmeriniego i zapytałem, czy mógłbym po yczy  jego 

samochód. Nie miał nic przeciwko temu, wzi łem wi c małego fiata i pojechałem 

do przystani jachtowej. Do  łatwo odnalazłem fairmil . Zwróciłem uwag ,  e 

była niewidoczna z jachtklubu, dlatego nie zauwa yłem jej wcze niej. Krupke 

polerował niklowane cz ci sterówki. 

— Cze  — powiedział. — Miło ci  znów widzie . Metcalfe mówił,  e jeste  w 

mie cie. 

— Czy jest na pokładzie? Chciałbym si  z nim zobaczy . 

— Zaczekaj chwil  — odparł Krupke i zszedł na pokład. Wrócił niemal 

natychmiast. — Mówi,  eby  zszedł na dół. 

Wskoczyłem na pokład i zszedłem za Krupke'em do głównego salonu. 

Metcalfe le ał na otomanie i czytał ksi k . 

— Co ci  sprowadza tak szybko? — spytał. 

— Chciałem ci co  powiedzie  — odparłem i zerkn łem na Krupke'a. 

— W porz dku, Krupke — rzekł Metcalfe i Krupke wyszedł. 

Metcalfe otworzył kredens i wyci gn ł butelk  oraz dwie szklanki. — 

Napijesz si ? 

— Dzi kuj  — powiedziałem. Nalał dwa gł bsze i rzekł: 

— No to chlup. 

Kiedy wypili my, odezwał si : 

— Jaki masz kłopot? 

— Czy ta historyjka,  e Torloni zajmie si  Estrenolim, jest prawdziwa? 

— Jasne. Estrenoli jest teraz u lekarza. 

— Chciałem si  tylko upewni  — powiedziałem. — Upewni  si ,  e przeka esz 

co  Torloniemu; je li Estrenoli nie dotrze do Rzymu cały i zdrowy, to zabij  go 

osobi cie. 

background image

 

131 

Metcalfe spojrzał na mnie szeroko otwartymi oczami. 

— Oho ho! — rzekł. — Kto  ci  wykarmił tygrysim mlekiem. Jaki masz 

interes w troszczeniu si  o Estrenolego? — Przyjrzał mi si  uwa nie, po czym 

roze miał si  i pstrykn ł palcami. — No jasne, hrabina nalega. 

— Nie mieszaj si  do tego — ostrzegłem. Metcalfe u miechn ł si . 

— Ach ci młodzi, nigdy nie wiadomo, co jeszcze wymy l . 

— Zamknij si . 

Podniósł r ce w udanym przestrachu. 

— Ju  dobrze, ju  dobrze. — Nagle roze miał si . — Sam omal nie zabiłe  

Estrenolego. Gdyby  go uderzył odrobin  mocniej, byłby trupem. 

— Nie mogłem uderzy  mocniej. 

— Nie zakładałbym si  o to — odparł Metcalfe. — Wci  jest nieprzytomny. 

Ten konował zdrutował mu szcz k . Przez miesi c nie b dzie mógł mówi . — 

Nalał ponownie. — W porz dku, przypilnuj , aby dotarł do Rzymu uszkodzony 

nie bardziej ni  teraz. 

— Chciałbym to mie  na pi mie. Od samego Estrenolego, w li cie wysłanym z 

Rzymu, z dat  stempla nie pó niejsz  ni  od dzi  za tydzie . 

Metcalfe nie poruszył si . 

— Nie uwa asz,  e naciskasz zbyt mocno? — rzekł spokojnie. 

— Tego wła nie chc  — odparłem z uporem. Przyjrzał mi si  uwa nie. 

— Kto  zrobił z ciebie m czyzn , Hal — powiedział. — Dobra, niech tak 

b dzie. — Pchn ł mi szklank  po stole. — Wiesz — rzekł niemal z zadum . — Na 

twoim miejscu nie zostawałbym w Rapallo zbyt długo. Jak najszybciej 

załatwiłbym ten cholerny kil i wyniósłbym si  st d. Niebezpiecznie jest igra  z 

Torlonim. 

— Nie igram z Torlonim. Pierwszy raz go dzisiaj widziałem. Skin ł głow . 

— W porz dku, twoja sprawa, je li tak chcesz to rozegra . Ale posłuchaj, Hal. 

Przycisn łe  mnie teraz i poszedłem na to, gdy  Estrenoli mnie nie obchodzi, a ty 

jeste  kumplem i mo e nie miałem nic przeciwko temu, aby  mnie w tej sprawie 

przycisn ł. Nie próbuj jednak naciska  Torloniego. To dra , zjadłby ci  na 

niadanie. 

— Nie naciskam Torloniego tak długo, jak on nie naciska mnie. — Dopiłem i 

wstałem. — Do zobaczenia. Metcalfe u miechn ł si  szeroko. 

— Z pewno ci . Jak sam powiedziałe , to małe miasteczko. 

Wyszedł ze mn  na pokład. 

Jad c z powrotem do stoczni zastanawiałem si  nad rol  Metcalfe'a. Par  

rzeczy powiedział jasno, lecz nie do ko ca, co jedynie gmatwało jego i tak ju  

niejasn  pozycj  w tej sprawie. Do  wyra nie powiedział: „Wyno  si , zanim ci  

Torloni posieka". Nie mogłem jednak zrozumie  dlaczego — w ko cu Torloni był 

j e g o człowiekiem. 

Nie pojmowałem tego. 

Gdy wróciłem do stoczni, prac  kontynuowano, jak gdyby nigdy nie było 

przerwy. Błysn ło, gdy roztopił si  klocek złota. Coertze nachylił si  nad form , 

aby je wyla . 

Francesca podeszła do mnie. 

background image

 

132 

— Załatwione, w ci gu tygodnia dostaniesz wiadomo  od Eduarda — 

powiedziałem. Westchn ła. 

— Chod  i zjedz kolacj . Jeszcze nic nie jadłe . 

— Dzi ki — odparłem i poszedłem za ni  do przyczepy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

133 

Rozdział 7

 

 

ZŁOTY KIL

 

 

Harowali my, mój Bo e, jak my my harowali! 

Wspomnienie tamtego tygodnia pozostanie ze mn  jako ci g mrocznych dni, 

przerywanych jasnymi błyskami wytopów. Topili my i lali my złoto przez 

szesna cie godzin dziennie, a  r ce nam mdlały, a oczy bolały od rozbłysków. 

Noc  zwalali my si  na legowiska,  pi c ju , nim dotkn li my poduszek, i 

zdawało si ,  e mija ledwie kilka minut, gdy ponownie przywoływano nas do tej 

przekl tej linii produkcyjnej, któr  wymy liłem. 

Doszło do tego,  e znienawidziłem widok i dotyk złota, a tak e jego zapach — 

roztopione wydziela charakterystyczn  wo . Modliłem si , aby ju  nadszedł czas, 

gdy znajd  si  znów na morzu i nie b d  si  musiał przejmowa  niczym wi cej 

prócz porywów wiatru i brzegiem po zawietrznej. Wolałbym raczej znale  si  na 

łodzi podczas huraganu na Karaibach, ni  prze y  jeszcze jeden tydzie  tej m ki. 

Ale starali my si  sko czy  t  prac . Złota w formie było coraz wi cej, a stos nie 

przetopionych sztab malał. Robili my ponad 250 wytopów dziennie i obliczyłem, 

e zyskali my pół dnia w stosunku do mojego pierwotnego dziesi ciodniowego 

planu. Zysk ten niewiele znaczył, mógł jednak przewa y  szal  na stron  

zwyci stwa. 

Metcalfe i Torloni zachowywali si  dziwnie spokojnie. Obserwowano nas — 

lub raczej obserwowano stoczni  — i to wszystko. Mimo posiłków, które Torloni 

ci gn ł do Rapallo, mimo  e osobi cie wszystko nadzorował, nie było  adnych 

prób otwartego wyst pienia przeciwko nam. 

Nie mogłem tego zrozumie . 

Jedynym pocieszeniem w całej tej sytuacji była obecno  Franceski. 

Gotowała posiłki i przej ła dowodzenie nad wszystkimi sprawami poza prac  

przy kilu. Przyjmowała raporty i wydawała instrukcje naszej słu bie 

wywiadowczej. Chocia  z powodu tempa pracy mieli my dla siebie niewiele 

czasu, zawsze znajdowała go na jaki  drobny miły gest — przelotne dotkni cie 

czy niezmiennie podtrzymuj cy moj  wol  u miech przez cał  długo  szopy. 

W pi  dni po rozmowie z Metcalfe'em otrzymała list. Czytała go ze 

zmarszczk  bólu na czole, po czym spaliła. Podeszła do mnie. 

— Eduardo jest bezpieczny w Rzymie. 

— Metcalfe dotrzymał obietnicy — powiedziałem. Przelotny u miech 

wykrzywił jej usta. 

— A wi c ja te  dotrzymam — spowa niała. — Jutro musisz pój  do lekarza. 

— Nie mam czasu — odparłem niecierpliwie. 

— Musisz go znale  — nalegała. — Wkrótce b dziesz musiał  eglowa  

„Sanfordem", powiniene  by  w dobrej formie. Wci gn ła do dyskusji Coertzego. 

— Ona ma racj  — poparł j . — Nie chcemy chyba zda  si  wył cznie na 

Walkera, co? 

Było to kolejne zmartwienie. Walker zmieniał si  w oczach. Kaprysił, 

poddaj c si  na przemian gwałtownym napadom gniewu i nie daj cym si  

przewidzie  przypływom złego humoru. Nie mo na było mu zaufa . Wolno, lecz 

background image

 

134 

nieubłaganie, złoto unicestwiało jego charakter, niszcz c go daleko skuteczniej 

ni  jakikolwiek alkohol. 

— Człowieku, id  do lekarza — powiedział Coertze. U miechn ł si  

zakłopotany. — W ko cu to moja wina,  e bol  ci  plecy. Mogłem lepiej 

podstemplowa  to przej cie; id , a ja dopilnuj , aby robota nie ucierpiała. 

Po raz pierwszy Coertze przyznał si  do odpowiedzialno ci za co . Nie 

ukrywam,  e poczułem do niego szacunek. Nie  ałował jednak moich obdartych 

knykci, twierdz c,  e człowiek powinien umie  zadawa  ciosy pi ci  tak, aby 

samemu si  nie uszkodzi . 

Tak wi c nast pnego ranka Francesca zawiozła mnie do lekarza. Kiedy ju  si  

nasykał i nacmokał, ogl daj c moje plecy, ponownie zało ył mi opatrunek. 

Wyraził zadowolenie,  e czuj  si  lepiej, i powiedział, abym równo za tydzie  

odwiedził go raz jeszcze. Przyrzekłem,  e przyjd , cho  wiedziałem,  e b dziemy 

ju  wówczas na morzu, w drodze do Tangeru. 

Kiedy znów usiedli my w samochodzie, Francesca powiedziała: 

— A teraz jedziemy do hotelu „Levante". 

— Musz  wraca  — odparłem. 

— Drink dobrze ci zrobi, a par  minut nas nie zbawi. 

Pojechali my wi c do hotelu „Levante", wst pili my do holu i zamówili my 

drinki. Francesca zacz ła si  bawi  szklank , po czym odezwała si  z wahaniem: 

— Jest jeszcze inny powód, dla którego ci  tutaj sprowadziłam. Chciałabym, 

aby  si  z kim  spotkał. 

— Tutaj? Z kim? 

— Mój ojciec jest na górze. Wypadałoby,  eby  si  z nim zobaczył. Tego si  

nie spodziewałem. 

— Czy on wie o nas? Pokr ciła przecz co głow . 

— Opowiedziałam mu o złocie i klejnotach. Bardzo si  rozgniewał, tak  e nie 

wiem, co zrobi. Nie powiedziałam mu o tobie i o mnie. 

Zanosiło si  na trudne spotkanie. Niecz sto przyszły zi  musi si  przyzna ,  e 

przemyca złoto, nim poprosi o r k . Na domiar złego r k  kobiety po lubionej ju  

komu  innemu. 

— Bardzo chciałbym zobaczy  twojego ojca. 

Doko czyli my drinki i poszli my na gór  do jego pokoju. Siedział w fotelu, z 

kolanami nakrytymi pledem. Gdy si  zjawili my, szybko podniósł wzrok. 

Wygl dał na starego i zm czonego. Włosy miał siwe, a broda nie była ju  

szczeciniasta, jak mi j  opisano, lecz wiotka i mi kka. Jego oczy były oczami 

pokonanego człowieka, który przestał si  opiera . 

— To jest pan Halloran — przedstawiła mnie Francesca. Podszedłem do jego 

fotela. 

— Miło mi pana pozna  — powiedziałem. Jego oczy błysn ły. 

— Doprawdy? — odparł ignoruj c moj  wyci gni t  r k . Oparł si  o por cz 

fotela. — A wi c pan jest tym złodziejem, który okrada mój kraj ze złota. 

Poczułem, jak zaciskaj  mi si  szcz ki. 

— Najwyra niej nie zna pan praw własnego kraju — odparłem spokojnie. 

Uniósł krzaczaste siwe brwi. 

— Ooo! A mo e pan potrafi mi je wyja ni , panie Halloran. 

background image

 

135 

— Ten skarb kwalifikuje si  pod paragraf o porzuconym mieniu. Według 

włoskiego prawa kto, jako pierwszy, wejdzie w jego posiadanie, staje si  od tej 

chwili jego prawowitym wła cicielem. 

Zastanowił si  nad tym. 

—  miem twierdzi ,  e ma pan racj , tylko po co w takim razie ta cała 

tajemnica? 

U miechn łem si . 

— W gr  wchodzi du o pieni dzy. Nawet przy tajemnicy, któr  staramy si  

zachowa , i tak zbieraj  si  s py. Błysn ł oczami. 

— Nie s dz , aby twoje prawo było sprawiedliwe, młody człowieku. To mienie 

nie zostało porzucone — zostało sił , przy u yciu broni, odebrane Niemcom. 

Mo na by z tego zrobi  pi kn  rozpraw  s dow . 

— Cały zysk pochłon łyby honoraria adwokatów, nawet gdyby my wygrali — 

odparłem oschle. 

— Ma pan racj . Ale nie podoba mi si  to i nie chc , aby moja córka mieszała 

si  do tego. 

— Pa ska córka była zamieszana w gorsze sprawy — nie ust powałem. 

— Co pan chce przez to powiedzie ? — spytał ostro. 

— Mam na my li Estrenolego. 

Westchn ł i odchylił si  do tyłu, iskra w jego oczach zgasła i znów był 

znu onym starcem. 

— Wiem — odparł zm czonym głosem. — To było niegodziwe. Powinienem 

był tego zabroni , ale Francesca... 

— Musiałam tak zrobi  — stwierdziła kategorycznie. 

— No, je li chodzi o niego, to nie musi si  pan ju  martwi  — powiedziałem. 

— Zostawi was w spokoju. 

— Co mu si  stało? — o ywił si  hrabia. 

Wokół ust Franceski pojawił si  cie  u miechu, gdy powiedziała: 

— Hal złamał mu szcz k . 

— Naprawd ? Naprawd ? — hrabia skin ł na mnie. — Chod  tu, młody 

człowieku. Usi d  blisko mnie. Doprawdy uderzyłe  Estrenolego? Dlaczego? 

— Nie podobały mi si  jego maniery. Zachichotał. 

— Wielu ludziom nie podobaj  si  maniery Estrenolego, ale nikt jeszcze go 

nie uderzył. Czy mocno go trafiłe ? 

— Przyjaciel twierdzi,  e o mało go nie zabiłem. 

— Ach, jaka szkoda — rzekł hrabia dwuznacznie. — Ale musisz uwa a . Jest 

pot nym człowiekiem, z pot nymi przyjaciółmi w rz dzie. B dziesz musiał 

szybko wyjecha  z Włoch. 

— Wyjad  z Włoch, ale nie z jego powodu. Jak s dz , jest teraz na tyle 

przestraszony,  e nie sprawi kłopotów. 

— Ka demu, kto doło ył Estrenolemu, nale  si  moje podzi kowania i mój 

najwi kszy szacunek — powiedział hrabia. 

Francesca zbli yła si  do mnie i poło yła mi r k  na ramieniu. 

— Ja tak e opuszczam Włochy — powiedziała. — Wyje d am z Halem. 

Hrabia przygl dał si  jej przez dłu szy czas, po czym spu cił głow , 

spogl daj c na ko ciste r ce skrzy owane na brzuchu. 

background image

 

136 

— Moje dziecko, zrobisz to, co uwa asz za słuszne — rzekł cicho. — Włochy 

nie dały ci nic prócz zmartwie . Mo e, aby znale  szcz cie, musisz wyjecha  do 

innego kraju i  y  według innego prawa. 

Uniósł głow . 

— B dzie pan dbał o ni , panie Halloran? 

Skin łem głow , niezdolny wydusi  z siebie słowa. 

Francesca podeszła do ojca, ukl kła obok niego i uj ła go za r ce. 

— Tato, musimy tak zrobi , kochamy si . Czy mo esz nas pobłogosławi ? 

U miechn ł si  krzywo. 

— Dziecko, jak mog  pobłogosławi  co , co uwa am za grzech? Ale my l ,  e 

Bóg jest m drzejszy ni  ksi a i zrozumie was. Macie wi c moje błogosławie stwo 

i miejcie nadziej ,  e Bóg wam równie  błogosławi. 

Schyliła głow , ramiona jej dr ały. Hrabia spojrzał na mnie. 

— Sprzeciwiałem si  mał e stwu z Estrenolim, ale zrobiła to dla mnie. Czego  

takiego nie mo na cofn . Takie jest nasze prawo. Francesca otarła oczy. 

— Tato, mamy niewiele czasu i musz  ci co  powiedzie . Cariace-ti — 

pami tasz małego Cariacetiego — b dzie od czasu do czasu odwiedzał ci  i dawał 

pieni dze. Musisz... 

— Nie chc  takich pieni dzy — przerwał. 

— Tato, posłuchaj. Te pieni dze nie s  dla ciebie. B dzie ich du o i mo esz 

wzi  troch  dla siebie, je li b dziesz potrzebował. Jednak wi kszo  musi zosta  

rozdana. Daj troch  Mariowi Pradellemu na utrzymanie jego najmłodszego 

chorowitego dziecka. Daj troch  Morelemu, którego nie sta  na wysłanie syna na 

uniwersytet. Daj je tym, którzy walczyli razem z tob . Tym, którzy tak samo jak 

ty zostali oszukani przez komunistów. Tym, którzy tego potrzebuj . 

— Mój udział w złocie nale y do Franceski, niech zrobi z nim, co chce. Mo na 

go tu doło y  — powiedziałem. Hrabia zamy lił si  na dłu sz  chwil . 

— A wi c w ko cu mo e si  to obróci na dobre. W porz dku, wezm  

pieni dze i zrobi  tak, jak mówisz. 

— Piero Morese pomo e ci, on wie, gdzie s  wszyscy starzy towarzysze — 

powiedziała. — Mnie tu nie b dzie. Za kilka dni wyje d am z Halem. 

— Nie — odezwałem si . — Zostaniesz. Wróc  po ciebie. 

— Jad  z tob  — o wiadczyła. 

— Zostajesz tutaj. Nie chc  ci  mie  na „Sanfordzie". 

— Usłuchaj go, Francesco — rzekł hrabia. — On wie, co robi, a mo e nie da  

rady, je li tam b dziesz. 

Cho  niech tnie, ale w ko cu zgodziła si . 

— Musisz ju  i , Francesco — powiedział hrabia. — Chc  sam porozmawia  

z twoim Halem. 

— Zaczekam na dole. 

Hrabia odprowadził j  wzrokiem. 

— My l ,  e jest pan człowiekiem honoru, panie Halloran. Tak mi powiedział 

Piero Morese, gdy ubiegłej nocy rozmawiał ze mn  przez telefon. Jakie s  pa skie 

zamiary, gdy zabierze pan moj  córk  z Włoch? 

— Mam zamiar o eni  si  z ni  — odparłem. — Tak szybko, jak uda jej si  

załatwi  rozwód. 

background image

 

137 

— Zdaje pan sobie spraw ,  e Francesca nigdy ju  nie b dzie mogła wróci  do 

Włoch? Wie pan,  e takie mał e stwo zostanie tu uznane za bigami ? 

— Wiem i Francesca te  wie. Sam pan powiedział,  e we Włoszech nie 

spotkało jej nic oprócz przykro ci. 

— To prawda — westchn ł. — Jej matka umarła jeszcze przed wojn , gdy 

Francesca była mała. Moja córka wychowywała si  w obozie partyzanckim w 

czasie wojny domowej i od dzieci stwa była wielokrotnie  wiadkiem zarówno 

czynów bohaterskich, jak i upadków ludzi. Jest niezwykł  kobiet . Wbrew 

wszystkiemu nie stała si  oschła i zgorzkniała. Jej serce nadal mo e pomie ci  

współczucie dla całej ludzko ci. Nie chciałbym, aby je złamano. 

— Kocham Francesc . Nie złami  jej serca;  wiadomie tego nie zrobi . 

— Jak wiem, jest pan konstruktorem i budowniczym statków. 

— Nie statków. Małych łodzi. 

— Rozumiem. Po rozmowie z Pierem przyszło mi na my l, aby dowiedzie  si , 

jakim jest pan człowiekiem, wi c pewien przyjaciel popytał si  za mnie. Zdaje si , 

e zaczyna pan zyskiwa  uznanie w swoim zawodzie. 

— Mo e w Afryce Południowej — odparłem. — Ale nie wiedziałem,  e jestem 

znany tutaj. 

— Było par  wzmianek o panu. Poruszam ten temat dlatego,  e jest mi miło z 

tego powodu. Przedsi wzi cia, w które si  pan obecnie zaanga ował, zupełnie nie 

bior  pod uwag . Nie s dz , aby si  wam udało — a je li nawet, to takie bogactwo 

jest niczym złoto z bajek. W r kach zamienia si  w li cie. Dobrze wiedzie ,  e 

powodzi si  panu na wybranym polu. 

Podci gn ł koc. 

— Musi pan ju  i . Francesca czeka. Nie mog  panu ofiarowa  nic prócz 

ycze  powodzenia, lecz ma je pan ode mnie, gdziekolwiek si  pan znajdzie. 

Uj łem podan  r k  i pod wpływem impulsu rzekłem: 

— Dlaczego nie opu ci pan Włoch i nie pojedzie z nami? U miechn ł si  i 

pokr cił głow . 

— Nie, jestem ju  stary, a starzy nie lubi  zmian. Nie mog  teraz opu ci  

mojego kraju, ale dzi kuj  za propozycj .  egnaj, Hal, my l ,  e uczynisz moj  

córk  bardzo szcz liw . 

Po egnałem si  i wyszedłem z pokoju. 

Nigdy ju  nie zobaczyłem hrabiego. 

 

Nie do wiary, ale nadszedł czas, gdy kil był ju  odlany. 

Stali my wszyscy wokół formy, przygl daj c mu si  troch  niepewnie. 

Wydawało si  nieprawdopodobne,  e cały nasz pot i trud został zredukowany do 

tej bezwładnej masy ciemno ółtego metalu. Zaledwie o miu stóp sze ciennych o 

szczególnym, niekonwencjonalnym kształcie. 

— No, gotowe — powiedziałem. — Jeszcze dwa dni i „Sanford" b dzie na 

wodzie. 

Coertze spojrzał na zegarek. 

— Mamy czas,  eby co  jeszcze dzisiaj zrobi . Nie mo emy sko czy  tylko 

dlatego,  e kil jest gotowy. Wci  jeszcze jest mnóstwo pracy. 

background image

 

138 

Pracowali my wi c dalej. Walker zacz ł demontowa  piece, a Coertzego i 

Piera skierowałem do  ci gania z „Sanforda" okładziny z włókna szklanego,  eby 

przygotowa  pole do zdj cia ołowianego kilu. Tej nocy byli my szcz liwi. 

Zmiana pracy i jej rytmu dobrze nam zrobiła i wszyscy czuli my si  mniej 

zm czeni. 

Francesca zameldowała,  e na potencjalnej linii frontu panuje spokój. 

Metcalfe znajdował si  na fairmili, Torloni przebywał w hotelu. 

Obstawa stoczni nie została wzmocniona — w zasadzie wszystko było na tyle 

normalne, na ile to mo liwe w tak kompletnie nienormalnej sytuacji. 

Kłopoty, je li w ogóle maj  si  zacz , rozpoczn  si  w chwili, gdy spu cimy 

„Sanforda" na wod . Przy pierwszych oznakach przygotowa  do odpłyni cia 

przeciwnik zostanie zmuszony do wykonania ruchu. Nie mogłem zrozumie , 

dlaczego nie napadli na nas do tej pory. 

Nast pny dzie  był czyst  rado ci . Pracowali my równie ci ko jak ka dego 

dnia, a kiedy sko czyli my, „Sanford" stał si  najkosztowniejsz  łodzi  na 

wiecie. 

Trzpienie kilowe, dawno temu przygotowane w Cape Town przez Harry'ego, 

które teraz Coertze zatopił w złotym kilu, gładko w lizn ły si  do otworów w 

st pce zewn trznej. Gdy zabrali my podno niki, „Sanford" wygodnie i pewnie 

osiadł na złocie. 

— Nie rozumiem, dlaczego nie wykorzystałe  istniej cych otworów, tych 

wywierconych dla starego kilu? — spytał Coertze. 

— Z powodu ró nic w rozkładzie wagi — odparłem. — Złoto wa y o połow  

wi cej ni  ołów i ten kil ma inny kształt ni  stary. Dlatego musiałem manipulowa  

równie   rodkiem ci ko ci. My l ,  e przy tak skoncentrowanym bala cie 

„Sanford" b dzie si  kołysał jak stara balia, ale na to ju  nic nie da si  poradzi . 

Spojrzałem na „Sanforda". Przedstawiał teraz warto  niewiele mniejsz  ni  

milion siedemset pi dziesi t tysi cy funtów — najdro szy pi tnastotonowiec w 

historii. Byłem z niego naprawd  dumny — niewielu konstruktorów jachtów 

mogło pochwali  si  takim dziełem. 

Tego wieczoru podczas kolacji byli my spokojni i wyj tkowo milcz cy. 

— Lepiej wywie  st d klejnoty dzisiaj w nocy. By  mo e jest to ostatnia 

okazja, nim zaczn  si  fajerwerki — powiedziałem do Franceski. 

U miechn ła si . 

— Nie b dzie z tym problemu. Piero zatopił je w betonowych cegłach; uczymy 

si  od ciebie sztuki maskowania. Le  na zewn trz, obok tej nowej szopy, któr  

buduje Palmerini. 

Roze miałem si . 

— Musz  to zobaczy . 

— Chod  — odparła. — Poka  ci. 

Wyszli my w ciemn  noc. Latarka o wietliła stos cegieł rozsypanych obok 

nowej szopy. 

— Oto one. Te cenniejsze s  pochlapane wapnem. 

— Nie le — powiedziałem. — Zupełnie nie le. 

background image

 

139 

Przytuliła si , a ja j  obj łem. Niezbyt cz sto mieli my czas na takie rzeczy. 

Brakowało nam wielu przyjemno ci b d cych zwykle udziałem zakochanych. Po 

chwili odezwała si  cicho: 

— Kiedy wracasz? 

— Gdy tylko sprzedamy złoto. Przylec  pierwszym samolotem z Tangeru. 

— B d  czekała. Nie tutaj. W Mediolanie, z ojcem. Zapami tałem adres, 

który mi podała. 

— Nie masz nic przeciwko opuszczeniu Włoch? 

— Nie, nie z tob . 

— Prosiłem twojego ojca, aby pojechał z nami, ale nie chciał. 

— Nie po siedemdziesi tce — odparła. — Za du o wymagasz od starego 

człowieka. 

— Wiem o tym, ale pomy lałem sobie,  e powinienem uczyni  t  propozycj . 

Dłu szy czas rozmawiali my w ciemno ciach o rzeczach, o jakich rozmawiaj  

zakochani, kiedy s  sami. 

Wreszcie Francesca powiedziała,  e jest zm czona i idzie si  poło y . 

— Zostan  jeszcze na papierosa — odpowiedziałem. — Przyjemnie tutaj. 

Patrzyłem, jak rozpływa si  w ciemno ciach, a potem dostrzegłem smug  

wiatła, gdy otworzyła drzwi szopy i w lizn ła si  do  rodka. 

Z ciemno ci rozległ si  szept: 

— Halloran! Zerwałem si . 

— Kto tam? — Zatoczyłem łuk latark . 

— Zga  to cholerne  wiatło. To ja, Metcalfe. 

Wył czyłem latark . Schyliłem si  i uniosłem jedn  z cementowych cegieł. Nie 

widziałem, czy była pochlapana wapnem, czy nie. Je li tak, Metcalfe zostałby 

sprany wyj tkowo warto ciow  cegł . 

Ciemna sylwetka przysun ła si  bli ej. 

— My lałem,  e ju  nigdy nie przestaniesz si  czuli  ze swoj  dziewczyn  — 

rzekł Metcalfe. 

— Czego chcesz i jak si  tutaj dostałe ? Zachichotał. 

— Przyszedłem od strony morza. Chłopcy Torloniego obserwuj  stoczni  od 

frontu. 

— Wiem — odpowiedziałem. 

— Doprawdy? — W jego głosie brzmiało zaskoczenie. Dostrzegłem błysk 

z bów. — Zreszt  niewa ne, nie robi to  adnej ró nicy. 

— W czym nie robi ró nicy? 

— Hal, chłopcze, masz kłopoty — rzekł Metcalfe. Torloni ma zamiar napa  

was dzi  w nocy. Próbowałem go powstrzyma , ale kompletnie straciłem na niego 

wpływ. 

— Po czyjej stronie grasz? — dopytywałem si . 

— Tylko po swojej — odparł tłumi c  miech. Zmienił ton. — Co masz zamiar 

zrobi ? 

Wzruszyłem ramionami. 

— Co mi zostaje oprócz walki? 

— I diabli ci  wezm . Nie masz szans przeciwko zbirom Torloniego. Czy łód  

jest gotowa do wodowania? 

background image

 

140 

— Jeszcze nie. Trzeba jeszcze nało y  poszycie i pomalowa . 

—  e co, u diabła? — rozzło cił si . — Co ci  teraz obchodzi, czy robaki ze r  

par  desek? Zało yłe  ju  nowy kil? Zastanowiłem si , sk d o tym wiedział. 

— A je li tak, to co? 

— Stawiaj maszty, spuszczaj łód  na wod  i zrób to teraz, dobrze ci radz . 

Wyno  si  st d w diabły, jak mo esz najszybciej. — Wetkn ł mi co  do r ki. — 

Załatwiłem ci zezwolenie wyj cia w morze. Mówiłem,  e kapitan portu jest moim 

kumplem. 

— Dlaczego nas ostrzegasz? — spytałem bior c papier. — My lałem,  e 

Torloni to twój człowiek. Roze miał si  łagodnie. 

— Torloni nie jest niczyim człowiekiem, pracuje na własny rachunek. 

Wy wiadczał mi przysługi, bo nie orientował si , co wisi w powietrzu. 

Powiedziałem mu,  e chc  tylko mie  was na oku. Było mi nieprzyjemnie, gdy 

usłyszałem o tym starym stró u. Zrobiły to zbiry Torloniego i nie ja wpadłem na 

ten pomysł. 

— Tak te  s dziłem. Bicie starców to nie w twoim stylu. 

— W ka dym razie Torloni wie ju  teraz, o co toczy si  gra. Ten sko czony 

dure  Walker zdradził wszystko. 

— Walker? W jaki sposób? 

— Jeden z ludzi Torloniego obrobił mu kiesze  i ukradł papiero nice. W 

sumie jest to niezła sztuka; zrobiona ze złota, a wewn trz ma mił , gustown  

dedykacj : Car o Benito da parte di Adolf— Brennero — 1940. Gdy tylko Torloni 

j  ujrzał, od razu si  we wszystkim połapał. Od zako czenia wojny ludzie 

przetrz sali Włochy w poszukiwaniu tego skarbu, a teraz Torloni s dzi,  e ma go 

ju  w swojej tłustej łapie. 

Skl łem w my lach Walkera dokładnie, jak zasługiwał na to ten 

nieodpowiedzialny dure . 

— Usiłowałem powstrzyma  Torloniego, ale ju  si  nie dało — powtórzył 

Metcalfe. — Przy takiej stawce, równie dobrze jak tobie, mógłby poder n  

gardło i mnie. Wła nie dlatego daj  ci cynk. 

— Kiedy ma zamiar rozpocz  atak? 

— O trzeciej nad ranem. Chce tu wtargn  z cał  swoj  band . 

— B d  uzbrojeni? 

— Nie, nie u yj  broni. — Metcalfe zamy lił si  na moment. — Chce wej  po 

cichu i wydosta  st d złoto. Potrzeba na to troch  czasu, a nie chce,  eby mu 

policja siedziała na karku. A wi c nie u yje broni. 

Była to jedyna dobra wiadomo , jak  usłyszałem od chwili, gdy Metcalfe 

mnie zaskoczył. 

— Gdzie s  teraz jego ludzie? — spytałem. 

— Z tego co wiem, dosypiaj ; nie chc  by  na nogach przez cał  noc. 

— A wi c cała szesnastka jest w hotelach? Metcalfe gwizdn ł. 

— Zdaje si ,  e jeste  we wszystkim zorientowany nie gorzej ni  ja. 

— Wiedziałem o tym przez cały czas — odparłem krótko. — Pilnowali my ich 

od chwili, gdy przybyli do Rapallo, a i przedtem równie . Rozpoznawali my 

twoich ludzi w ka dym porcie Morza  ródziemnego. 

background image

 

141 

— Podejrzewałem,  e tak jest, od kiedy Dino został pobity w Monte Carlo — 

rzekł wolno. — Ty to zrobiłe ? 

— Coertze — odpowiedziałem. Mocniej  cisn łem cegł , któr  wci  

trzymałem. Mimo wszystko miałem zamiar doło y  Metcalfe'owi — zbyt cz sto 

grał nie fair. Uwa ałem,  e lepiej przytrzyma  go tam, gdzie b dzie pod nasz  

stał  kontrol . 

— Oczywi cie, to w jego stylu. Wolno uniosłem cegł . 

— W jaki sposób połapałe  si  w naszej grze? — spytałem. — To musiało by  

w Tangerze, ale w jaki sposób sprawa si  wydała? Nie otrzymałem odpowiedzi. 

— Co to było, Metcalfe? — powiedziałem i wzi łem zamach. Panowała cisza. 

— Metcalfe? — odezwałem si  niepewnie i zapaliłem latark . Nie było go, 

usłyszałem tylko cichy plusk od strony morza i skrzypienie dulek. Powinienem 

był wiedzie ,  e nie uda mi si  przechytrzy  Metcalfe'a; dla mnie to zbyt sprytny 

ptaszek. 

 

Wracaj c do szopy spojrzałem na zegarek. Była dziesi ta. Do napadu 

Torloniego pozostało jeszcze pi  godzin. Miałem powa ne w tpliwo ci, czy damy 

rad  ustawi  maszt i cały takielunek na czas. Gdyby my wł czyli reflektory na 

zewn trz, obserwatorzy Torloniego wiedzieliby,  e dzieje si  co  niezwykłego. 

Wówczas zaatakowaliby natychmiast. Po ciemku byłaby to piekielna praca; 

nigdy nie słyszałem, aby pi dziesi ciostopowy maszt stawiano w całkowitych 

ciemno ciach, i nie wiedziałem, czy jest to w ogóle mo liwe. 

Wszystko wskazywało na to,  e b dziemy musieli zosta  i walczy . 

Wszedłem do  rodka i zbudziłem Coertzego. Cho  spał gł boko, szybko 

oprzytomniał, gdy powiedziałem mu, co si  dzieje. Pomin łem tylko udział 

Walkera w całym zamieszaniu — wci  go potrzebowałem, a gdybym o 

wszystkim powiedział Coertzemu, miałbym dodatkowy problem: zwłoki i 

morderc . Nie była to pora na nasze wewn trzne rozgrywki. 

— W co, u diabła, gra Metcalfe? — spytał Coertze podejrzliwie. 

— Nie wiem i nie obchodzi mnie to. Rzecz w tym,  e dał nam cynk i 

wyka emy skrajn  głupot , je li z tego nie skorzystamy. Musiał si  popstryka  z 

Torlonim. 

— Reg — rzekł Coertze i uniósł si  z posłania. — Bierzmy si  do roboty. 

— Chwileczk . A co z masztem? — powiedziałem mu, jak oceniani szans  

ustawienia masztu w ciemno ciach. 

Przesun ł r k  po policzku; w ciszy rozległ si  chrz st szczeciny. 

— S dz ,  e musimy zaryzykowa  i wł czy   wiatła — rzekł w ko cu. — To 

znaczy dopiero wówczas, gdy poczynimy ju  przygotowania na przyj cie 

Torloniego. Wiedzieli my,  e zaatakuje i nie ma znaczenia, czy zrobi to wcze niej, 

czy pó niej. Je eli b dziemy przygotowani. 

Mówił człowiek czynu, dowódca wojskowy. Rozumował prawidłowo, wi c 

zostawiłem mu swobod  działania. Obudził Piera i zacz li si  naradza , podczas 

gdy ja z Walkerem sprz tałem szop  i ładowałem „Sanforda". Francesca 

usłyszała hałas. Wstała, by zobaczy , co si  dzieje, i została wci gni ta w narad  

wojenn  Coertzego. 

Po jakim  czasie Piero wy lizn ł si  z szopy. Coertze zawołał mnie. 

background image

 

142 

— Dobrze byłoby, aby  wiedział, co si  b dzie działo — powiedział. Miał 

przed sob  rozło ony plan Rapallo, jeden z tych, które rozprowadzaj  bezpłatnie 

biura podró y. Mówi c wskazywał zaznaczone na planie punkty. Przedstawiona 

przez niego taktyka była dobra i jak wszystkie dobre — prosta. 

My l ,  e gdyby Coertze nie dostał si  w Tobruku do niewoli, to wcze niej czy 

pó niej otrzymałby awans na oficera. Miał wrodzone wyczucie strategiczne, a 

jego plan stanowił klasyczny przykład koncentracji sił w celu zniszczenia 

poszczególnych oddziałów przeciwnika w momencie ich rozproszenia. 

— Jest sezon urlopowy i hotele s  zapełnione. Torloni nie mógł umie ci  

wszystkich swoich ludzi w jednym, wi c s  rozrzuceni po mie cie. Czterech ludzi 

tutaj, sze ciu tutaj, trzech tutaj, a reszta z samym Torlonim — mówi c 

wskazywał palcem punkty na planie. — Mo emy zwoła  dwudziestu pi ciu ludzi, 

a dziesi ciu trzymam tu w stoczni. W tej chwili obserwuje nas czterech. Za kilka 

minut napadniemy ich; dziesi ciu ludzi powinno si  ich pozby  z łatwo ci . 

Oznacza to,  e gdy zapalimy  wiatła, nikt nie b dzie mógł o tym da  zna  

Torloniemu. 

— My l ,  e to dobry pomysł — powiedziałem. 

— Zostaje nam pi tnastu ludzi, których mo emy u y  do akcji poza stoczni . 

Przed ka dym hotelem mamy dwóch, z wyj tkiem tego — wskazał — gdzie 

czuwa dziewi ciu. Mieszka tu czterech ludzi Torlonie-go, a kiedy wyjd , 

przetrzepiemy im skór . To te  powinno by  łatwe. 

— Zmniejszysz jego siły o połow  — powiedziałem. 

— Zgadza si . Do stoczni Torloni przyjedzie z o mioma lud mi. B dzie si  

spodziewał mie  szesnastu, ale ich nie dostanie. Mo e go to zdenerwowa , chocia  

nie s dz . Pomy li,  e zastanie tu tylko czterech m czyzn i dziewczyn , wi c 

dojdzie do wniosku,  e i tak sobie poradzi. Ale my b dziemy mieli w stoczni 

czternastu ludzi — wliczaj c w to nas — a ja zaskocz  go z tyłu jeszcze z 

pi tnastk , gdy tylko co  si  zacznie. 

Uniósł wzrok. 

— No i jak? 

— Wspaniale — odparłem. — Ale musisz powiedzie  Włochom, aby działali 

szybko. Lepiej,  eby my przydusili tych drani, zanim zaczn  strzela . Metcalfe 

powiedział,  e nie b d  strzela , ale mog  zacz , je li si  zorientuj ,  e 

przegrywaj . 

— B d  działał szybko — obiecał. — Piero wisi teraz na telefonie wydaj c 

instrukcje. O jedenastej sprz tniemy obserwatorów — spojrzał na zegarek. — To 

za pi  minut. Chod my zobaczy  t  hec . 

— Wydaje mi si  niemo liwe, aby co  miało si  nie uda  — stwierdziła 

Francesca. 

Ja te  tak s dziłem, lecz stało si  inaczej. 

Gdy wychodzili my z szopy, zauwa yłem wlok cego si  z tyłu Walkera. Robił 

wszystko, by nie zwraca  na siebie uwagi. Poczekałem, a  reszta si  oddali, i 

złapałem go za rami . 

— Ty zostajesz tutaj — powiedziałem. — Przysi gam,  e ci  zabij , je li 

ruszysz si  z tej szopy. Twarz mu pobladła. 

— Dlaczego? 

background image

 

143 

— A wi c ukradziono ci portfel. Ty sko czony głupcze, dlaczego musiałe  

nosi  t  papiero nic ? 

— Ja... jak  papiero nic ? — Usiłował niezdarnie blefowa . 

— Nie udawaj idioty. Wiesz, jak  papiero nic . A teraz zosta  tu i nie 

wychod . Nie chc , aby  si  p tał pod nogami i nie mam zamiaru obserwowa  ci  

cały czas,  eby  znów nie zrobił jakiego  cholernego głupstwa. — Chwyciłem go 

za koszul . — Je li tu nie zostaniesz, powiem Coertzemu, dlaczego Torloni 

atakuje dzi  w nocy, a Coertze rozerwie ci  na strz py. 

Dolna warga zacz ła mu dr e . 

— Och, nie! Nie mów Coertzemu — wyszeptał. — Nie mów mu. Pu ciłem go. 

— W porz dku. Ale nie ruszaj si  z szopy. Pod yłem za reszt  do biura 

Palmeriniego. 

— Wszystko gotowe — rzekł Coertze. 

— Lepiej sprowad  tu Palmeriniego — powiedziałem. — B dziemy 

potrzebowali jego pomocy przy stawianiu masztu. 

— Zadzwoniłem do niego — odparł Piero. — Przyjedzie pi tna cie po 

jedenastej, gdy ju  sko czymy tutaj — skin ł głow  w stron  głównej bramy. 

— Dobrze — odparłem. — My lisz,  e zobaczymy co  z tego, co si  tu 

wydarzy? 

— Troch . Jeden z ludzi Torloniego nawet nie stara si  ukry . Stoi pod 

latarni  naprzeciwko bramy głównej. 

Zbli yli my si  do bramy, poruszaj c si  cicho, tak aby nie zaalarmowa  

obserwatorów. Brama była drewniana; stara, nie pomalowana i wypaczona przez 

sło ce i deszcze. Miała mnóstwo szczelin, przez które mo na było patrze . 

Ukl kn łem i przez jedn  z nich zobaczyłem po drugiej stronie ulicy w  wietle 

latarni człowieka. Stał tam wyra nie znudzony i palił papierosa. Drug  r k  

trzymał w kieszeni spodni i słycha  było, jak cicho pobrz kuje monetami czy 

kluczami. 

— Ju  lada moment — szepn ł Coertze. 

Przez chwil  nic si  nie działo. Nie dochodził  aden d wi k — nagle rozległ si  

ochrypły krzyk jakiego  zabł kanego morskiego ptaka. 

— Dwóch ju  zdj to — rzekł Piero cicho. 

— Sk d wiesz? 

W jego głosie słycha  było  miech. 

— Ptaki, one mi mówi . 

U wiadomiłem sobie, co mnie tak przedtem niepokoiło. Mewy  pi  w nocy i 

nie krzycz . 

Z oddali dobiegał nas coraz gło niejszy  piew. Ulic  nadchodzili trzej 

wydzieraj cy si  na całe gardło m czy ni. Najwyra niej byli pijani. Zataczali si  

i potykali. Jeden z nich nie mógł si  utrzyma  na nogach i koledzy musieli go 

podtrzymywa . Człowiek pod lamp  przydeptał niedopałek papierosa i odsun ł 

si  pod  cian , aby pozwoli  im przej . Jeden z nich machn ł w powietrzu 

butelk  i krzykn ł: 

— Napij si , bracie! Napij si  za mojego pierworodnego. 

background image

 

144 

Człowiek Torloniego pokr cił przecz co głow , lecz stłoczyli si  wokół niego, 

zmuszaj c pijackimi krzykami, aby si  napił. Nagle butelka opadła gwałtownie i 

nawet przez szeroko  ulicy usłyszałem odgłos uderzenia. 

— Bo e — powiedziałem. — Mam nadziej ,  e go nie zabili. 

— Nic mu nie b dzie — odparł Piero. — Znaj  grubo  ludzkiej czaszki. 

Pijacy nagle w cudowny sposób wytrze wieli i przebiegli przez ulic , nios c 

bezwładne ciało zbira Torloniego. Jednocze nie z lewej i z prawej strony pojawili 

si  inni, równie  d wigaj cy nieprzytomnych ludzi. Ulic  nadjechał samochód i 

skr cił w bram . 

— To czterech — rzekł Coertze z satysfakcj . — Zabierzcie ich do naszej 

szopy. 

— Nie — powiedziałem. — Dajcie ich do tej nie doko czonej. — Nie chc , aby 

zobaczyli cokolwiek, co mogłoby nam pó niej zaszkodzi . — Zwi cie ich i 

zakneblujcie. Niech ich pilnuje dwóch ludzi. 

Piero wydał szybko po włosku rozkazy i m czyzn odniesiono. Otoczyła nas 

grupa Włochów paplaj cych, jak wszystko łatwo poszło, dopóki Piero krzykiem 

nie nakazał ciszy. 

— Jeste cie weteranami czy zielonymi rekrutami?! — wrzasn ł. — Na Boga, 

gdyby hrabia was teraz zobaczył, kazałby wszystkich rozstrzela . 

Umilkli speszeni, a Piero powiedział: 

— Trzymajcie stra  na zewn trz. Giuseppi, id  do biura i zosta  przy 

telefonie. Gdyby dzwonił, zawołaj mnie. Reszta ma uwa a  i zachowa  cisz . 

Jaki  samochód zatr bił przed bram . Drgn łem nerwowo. Piero wyjrzał 

szybko na zewn trz. 

— Wszystko w porz dku, to Palmerini. Wpu cie go. Mały fiat wjechał przez 

bram  i wyrzucił z siebie Palmeriniego oraz jego trzech synów. Palmerini 

podszedł do mnie i powiedział: 

— Powiedziano mi,  e  pieszy si  panu, aby przygotowa  łód  do wyj cia w 

morze. Rozumie pan jednak,  e wi e si  to z dodatkowymi kosztami za 

nadgodziny. 

U miechn łem si  szeroko. Palmerini zachowywał si  zgodnie z formuł , 

któr  przyj ł wcze niej. 

— Ile czasu to zajmie? 

— Przy  wiatłach cztery godziny, je eli b dziecie nam pomaga . 

Sko czyliby my w takim razie o trzeciej pi tna cie — troch  za pó no. Zapewne 

mimo wszystko b dziemy zmuszeni walczy . 

— Signor Palmerini, kto  mo e nam przeszkodzi  — powiedziałem. 

— W porz dku, ale za wszystkie szkody trzeba b dzie zapłaci  — 

odpowiedział. 

Najwyra niej wiedział, o co chodzi, wi c powiedziałem: 

— Wszystko zostanie szczodrze zrekompensowane. Czy mo emy przyst pi  

do pracy? 

Odwrócił si  i zacz ł wymy la  synom. 

— Na co czekacie, leniwe niezdary, czy nie słyszeli cie, co powiedział signor? 

Dobry Bóg powinien si  wstydzi ,  e dał mi synów o tak silnych r kach, lecz 

słabych głowach. 

background image

 

145 

Zagonił ich do szopy, a ja poczułem si  szcz liwy. 

Gdy rozbłysły  wiatła przy ko cu szopy, Francesca spojrzała na bram  i 

powiedziała z namysłem: 

— Gdybym chciała si  tu szybko dosta , to na miejscu Torloniego 

wjechałabym w bram  samochodem. 

— To znaczy staranowałaby  j ? 

— Tak, brama jest bardzo słaba. 

— Reg, mo emy to zaraz załatwi  — rzekł Coertze dobrodusznie. — 

Zdobyli my jeden z jego samochodów. Zaparkuj  go w poprzek, tu  za bram . 

Je li spróbuje tej sztuczki, natknie si  na co  ci szego, ni  si  spodziewa. 

— A wi c zostawiam ci to — powiedziałem. — Musz  pomóc Palmeriniemu. 

Biegn c do szopy, słyszałem za sob  odgłos uruchamianego silnika. 

Palmeriniego spotkałem przy drzwiach. Był oburzony. 

— Signor, nie mo e pan spu ci  tej łodzi na wod ! Nie ma farby ani miedzi, 

nie ma niczego na dnie. Zostanie błyskawicznie zniszczona w naszych 

ródziemnomorskich wodach; robaki zjedz  j  do szcz tu. 

— Nie mamy czasu — odparłem. — Musi pój  na wod  tak, jak jest. 

Jego etyka zawodowa była twarda niczym guma. 

— Nie wiem, czy powinienem na to pozwoli  — gderał. — Jeszcze  adna łód  

nie opu ciła tej stoczni w takim stanie. Je li ktokolwiek usłyszy o tym, powie: 

„Palmerini jest starym głupcem. Palmerini traci rozum, grzybieje na staro ". 

Mimo mojej niecierpliwo ci i ch ci rozpocz cia pracy podejrzewałem,  e 

jednak ma racj . 

— Nikt si  nie dowie, signor Palmerini. Nikomu nie powiem. 

Podeszli my do „Sanforda". Palmerini wci  gderał pod nosem o grzechu 

pozostawienia dna statku nie zabezpieczonego przed małymi zwierz tami 

morskimi. Spojrzał na kil i stukn ł go palcem. 

— A to, signor. Kto to słyszał o mosi nym kilu? 

— Powiedziałem,  e eksperymentuj  — odparłem. Przechylił głow  na bok i w 

jego  niadej twarzy błysn ły szelmowsko oczy. 

— Ach, signor. Nigdy na Morzu  ródziemnym nie było takiego jachtu jak ten. 

Nawet słynny „Argo" nie dorównywał tej łodzi, a złote runo nie było tak cenne. 

— Roze miał si . — Zobacz , czy moi leniwi synowie przygotowuj  wszystko, co 

trzeba. 

Wyszedł na o wietlony plac przed szop , chichocz c jak szaleniec. 

Przypuszczam,  e nikt nie mógł zrobi  czegokolwiek w stoczni bez jego wiedzy. 

Ten Palmerini był bardzo dowcipny. 

Przywołałem go ponownie i rzekłem: 

— Signor Palmerini, je li wszystko pójdzie dobrze, wróc  i kupi  pa sk  

stoczni , o ile zechce pan j  sprzeda . Dam dobr  cen . Zachichotał. 

— Czy s dzi pan,  e sprzedałbym stoczni  człowiekowi, który woduje łód  bez 

pomalowanego dna? Dra niłem ci  tylko, mój chłopcze, bo zawsze wygl dasz tak 

powa nie. 

U miechn łem si . 

— No dobrze, ale jest jeszcze kil ołowiany, z którym nie mam co zrobi . 

Jestem pewien,  e mo e go pan wykorzysta . 

background image

 

146 

Przy obecnych cenach ołowiu stary kil był wart niemal 1500 funtów. Ze 

zrozumieniem skin ł głow . 

— Mog  go wykorzysta  — powiedział. — Akurat wystarczy na zapłacenie za 

nadgodziny dzisiejszej nocy. — Ponownie zachichotał i odszedł trzaskaj c batem 

nad głowami synów. 

Walker wci  był ponury i blady, a kiedy zagoniłem go do roboty, humor 

pogorszył mu si  jeszcze bardziej. Nie zwracałem jednak na to uwagi i 

pop dzałem go,  eby szybciej przygotowa  „Sanforda" do wyj cia w morze. Po 

chwili przył czyli si  do nas Coertze i Francesca; praca ruszyła sprawniej. 

— Zostawiłam Pierowi dowodzenie — powiedziała Francesca. — Wie, co ma 

robi , a poza tym zupełnie nie zna si  na łodziach. 

— Ty te  — odparłem. 

— Nie, ale mog  si  nauczy . 

— My l ,  e powinna  ju  odjecha  — powiedziałem. — Wkrótce mo e si  tu 

zrobi  troch  niebezpiecznie. 

— Nie — odrzekła z uporem. — Zostaj . 

— Odje d asz. 

Spojrzała mi prosto w twarz. 

— A jak mnie do tego zmusisz? 

Tu mnie miała i wiedziała o tym. Zawahałem si , a ona powiedziała: 

— Nie tylko zostaj , ale płyn  z tob  „Sanfordem". 

— Pomówimy o tym pó niej. W tej chwili nie mam czasu na sprzeczki. 

Wyci gn li my „Sanforda" z szopy, a jeden z synów Palmeriniego przystawił 

obok niewielki d wig. Wzi ł maszt i uniósł go wysoko nad łód , łagodnie 

opuszczaj c mi dzy wzmacniacze masztu. Byłem pod pokładem, aby upewni  si , 

e trzon masztu zostanie prawidłowo wło ony. Stary Palmerini te  zszedł pod 

pokład i rzekł: 

— Dopilnuj  klinów. Je eli si  wam spieszy, jak pan mówi, prosz  lepiej 

sprawdzi , czy silnik jest na chodzie. 

Poszedłem wi c na ruf  i obejrzałem silnik. Gdy „Sanford" został wyci gni ty 

z wody, sprawdzałem silnik dwa razy na tydzie , wł czaj c go na niskich 

obrotach, aby zapewni  obieg oleju. Teraz zaskoczył natychmiast, pracuj c bez 

zarzutu. Z satysfakcj  stwierdziłem,  e gdy tylko znajdziemy si  na wodzie, 

mo emy si  oddali  z szybko ci  mierzon  w w złach. 

Sprawdziłem zbiorniki paliwa oraz wody i wyszedłem na pokład, aby pomóc 

chłopcom Palmeriniego przy takielunku. Pracowali my ju  jaki  czas, gdy 

Francesca przyniosła nam kaw . Przyj łem j  z wdzi czno ci . 

— Robi si  pó no — powiedziała cicho. Spojrzałem na zegarek, była druga. 

— Mój Bo e! — powiedziałem. — Jeszcze tylko godzina! Miała  jakie  wie ci 

od Piera? Pokr ciła głow . 

— Ile jeszcze trzeba wam czasu,  eby doko czy ? — spytała rozgl daj c si  

po pokładzie. 

— Wygl da gorzej, ni  jest w rzeczywisto ci — powiedziałem. — My l ,  e 

trzeba b dzie jednak prawie dwóch godzin. 

— A wi c walczymy. — Było to stwierdzenie. 

background image

 

147 

— Na to wychodzi. — Pomy lałem o planie Coertzego. — Nie powinno to by  

nic wielkiego. 

— Zostan  z Pierem — odrzekła. — Dam ci zna , gdyby co  si  wydarzyło. 

Przez chwil  odprowadzałem j  wzrokiem, po czym podszedłem do Walkera. 

— Zostaw ruchome cz ci takielunku. Zrobimy to na morzu. Przepu  tylko 

fały przez bloczki i uwi  je. Nie mamy teraz du o czasu. 

Je li przedtem pracowali my ci ko, to pó niej pracowali my jeszcze ci ej — 

lecz na nic si  to nie zdało. Z biura nadbiegła Francesca. 

— Hal, Hal, Piero ci  woła! 

Rzuciłem wszystko i pobiegłem przez podwórze, wołaj c po drodze do 

Coertzego. Gdy si  zjawiłem, Piero rozmawiał przez telefon. Po minucie odwiesił 

słuchawk  i rzekł: 

— Zacz ło si . 

Coertze usiadł przy biurku, na którym le ał rozpostarty plan. 

— Kto? 

Piero poło ył palec na mapie. 

— Ci st d. Za nimi pod a dwóch naszych. 

— Nie ta czwórka, któr  przytrzymujemy od pocz tku? — spytał. 

— Nie, nic o nich nie słyszałem — podszedł do okna i powiedział kilka słów do 

stoj cego na zewn trz człowieka. Spojrzałem na zegarek — było wpół do trzeciej. 

Siedzieli my w milczeniu i słuchali my, jak tykanie odmierza minuty. 

Atmosfera stała si  ci ka. Przypominała mi czasy wojny, gdy oczekiwali my 

ataku Niemców, lecz nie wiedzieli my, kiedy ani gdzie nast pi. 

Wszyscy drgn li, gdy nagle zadzwonił telefon. 

Piero odebrał i w miar  jak słuchał, zaciskały mu si  usta. Odło ył słuchawk  

i powiedział: 

— Torloni ma wi cej ludzi. Zbieraj  si  na Piazza Cavour. Dwie pełne 

ci arówki. 

— Sk d oni, u diabła, przyjechali? — zapytałem. 

— Z La Spezii. Wł czył si  w to inny gang. 

Mój mózg pracował na wysokich obrotach. Dlaczego Torloni to zrobił? Nie 

potrzebował tylu ludzi przeciwko naszej czwórce, chyba  e wiedział o 

partyzanckich przyjaciołach Franceski. Było to całkiem oczywiste. Wiedział i 

chciał nas zmia d y  przewag  liczebn . 

— Ilu mu ludzi doszło? — spytał Coertze. Piero wzruszył ramionami. 

— Z tego co słyszałem, przynajmniej trzydziestu. Coertze zakl ł. Jego plan 

rozpadał si  na kawałki. To wróg si  koncentrował, a nasze siły były podzielone. 

— Mo esz si  skontaktowa  ze swoimi lud mi? — spytałem Piera. Skin ł 

głow . 

— Jeden obserwuje, drugi jest w pobli u telefonu. Spojrzałem na Coertzego. 

— Lepiej sprowad  ich tutaj. Gwałtownie potrz sn ł głow . 

— Nie, ten plan jest nadal dobry. Mo emy ich wi za  tutaj i zaatakowa  od 

tylu. 

— Ilu ludzi mamy w sumie? 

— Dwudziestu pi ciu Włochów i nas czterech — odparł Coertze. 

— A oni co najmniej czterdziestu trzech. Kiepskie szanse. 

background image

 

148 

— S  jeszcze inni, którzy nie mog  walczy , lecz mog  obserwowa  — 

powiedziała Francesca do Piera. — Szkoda marnowa  sprawnych ludzi na 

obserwowanie. Czemu by nie przeznaczy  paru starszych do  ledzenia, tak 

eby my mogli zebra  wszystkich zdolnych do walki razem? 

R ka Piera pow drowała do telefonu, lecz zatrzymała si , gdy Coertze rzekł 

gwałtownie. 

— Nie! — Oparł si  o krzesło. — Pomysł jest dobry, ale ju  za pó no. Nie 

mo emy teraz zacz  zmienia  planów. Chc  te  mie  wolny telefon, aby wiedzie , 

co dzieje si  z naszym lotnym oddziałem. 

Czekali my, a minuty wlokły si  oci ale. 

— Gdzie jest Walker? — spytał nagle Coertze. 

— Pracuje przy łodzi — odpowiedziałem. — Tam jest bardziej u yteczny. 

—  wi ta racja — parskn ł Coertze. — W czasie bójki na nic by si  nie 

przydał. 

Telefon zadzwonił przenikliwie. Piero podniósł słuchawk  jednym szybkim 

ruchem. Słuchał w skupieniu, po czym wydał krótkie polecenia. Spojrzał na 

Coertzego i powiedział: 

— Czterech mniej. 

— ...zostało trzydziestu dziewi ciu — doko czył ponuro. Piero odło ył 

słuchawk . 

— To lotny oddział, jad  na Piazza Cavour. Nie zd ył cofn  r ki, gdy 

telefon zadzwonił ponownie. Uniósł słuchawk . 

— Id  do łodzi i powiedz Walkerowi,  eby pracował, ile mu sił starczy — 

powiedziałem do Franceski. — Ty te  lepiej tam zosta . Gdy wyszła z biura, 

Piero rzekł: 

— Torloni opu cił Piazza Cavour; dwa samochody i dwie ci arówki. 

Mieli my tam tylko dwóch ludzi i ju  zgubili jedn  ci arówk . Druga 

ci arówka i samochody jad  prosto tutaj. 

Coertze waln ł w stół. 

— Do diabła, dok d pojechała ta druga ci arówka? 

— Nie przejmowałbym si  tym — powiedziałem z ironi . — Gorzej ju  by  

nie mo e, wi c musi si  poprawi . A my mo emy ju  tylko i  do przodu. 

Wyszedłem z biura i stan łem w ciemno ciach. 

— Co si  dzieje, signor? — spytał Giuseppi. 

— Torloni b dzie tu z lud mi w ci gu pi ciu minut. Powiedz innym,  eby si  

przygotowali. 

W chwil  pó niej podszedł do mnie Coertze. 

— Linia telefoniczna została przerwana — powiedział. 

— To ju  przechodzi wszystko — odezwałem si . — Teraz w ogóle nie wiemy, 

co si  dzieje. 

— Mam nadziej ,  e nasi przyjaciele na zewn trz u yj  mózgownicy i zbior  

si  w jedn  gromad . Je li nie, to le ymy — stwierdził ponuro. 

Piero przył czył si  do nas. 

— Czy synowie Palmeriniego b d  walczy ? — spytałem. 

— Tak, je li zostan  zaatakowani. 

background image

 

149 

— Id  tam lepiej i powiedz staremu,  eby siedział spokojnie. Nie chc , aby mu 

si  co  stało. 

Piero odszedł, a Coertze zaj ł si  obserwacj . Ulica była pusta i znik d nie 

dochodził  aden d wi k. Długo czekali my, lecz nic si  nie wydarzyło. 

Pomy lałem,  e Torloni odkrył znikni cie stra ników. Wystarczyło przecie , by 

zrobił zbiórk  i zorientował si ,  e brak mu o miu ludzi; to ju  był powa ny 

powód do niepokoju. 

Spojrzałem na zegarek — trzecia pi tna cie. Gdyby tylko Torloni wstrzymał 

si  jeszcze troch , mogliby my zwodowa  łód  i odpłyn , a ludzi rozproszy . 

Modliłem si , aby zaczekał jeszcze przynajmniej pół godziny. 

Nie zrobił tego. 

— Co  nadje d a — rzekł nagle Coertze. 

Usłyszałem zgrzyt zmienianych biegów i odgłos silnika nagle spot niał. Z 

lewej strony mign ły  wiatła. Szybko si  zbli ały, silnik ryczał. Ujrzałem p dz c  

ci arówk . Kiedy zrównała si  ze stoczni , skr ciła na bram . 

Błogosławi c intuicj  Franceski krzykn łem po włosku: - — Do bramy! 

Ci arówka uderzyła we wrota. Rozległ si  gło ny trzask łamanego drewna, 

przytłumiony wkrótce hukiem, gdy ci arówka uderzyła w stoj cy za bram  

samochód i gwałtownie stan ła. Nie czekali my, a  ludzie Torloniego dojd  do 

siebie, lecz natychmiast wpakowali my si  na nich. Wdrapałem si  na rozwalony 

samochód i skierowałem w stron  kabiny. Człowiek siedz cy na miejscu pasa era 

oszołomiony potrz sał głow . Uderzył w przedni  szyb  nie przygotowany na tak 

gwałtowne hamowanie. Waln łem go pi ci  i osun ł si  na podłog . 

Kierowca gwałtownie usiłował uruchomi  silnik. Zobaczyłem, jak Coertze 

wyci gn ł go i rzucił gdzie  w ciemno . W tym momencie wszystko si  

pogmatwało. Kto  z tyłu ci arówki kopn ł mnie ci kim butem w głow . 

Zsun łem si  na stopnie. Ostatkiem  wiadomo ci zarejestrowałem fal  naszych 

ludzi id cych do ataku. Gdy doszedłem do siebie, było ju  po wszystkim. 

Coertze wyci gn ł mnie spod ci arówki i spytał: 

— Nic ci nie jest? Potarłem obolał  głow . 

— Wszystko w porz dku. Co si  stało? 

— Nie wiedzieli, co ich uderzyło, albo w co sami uderzyli. Byli zbyt 

oszołomieni, aby si  do czegokolwiek nadawa . Przegonili my ich z ci arówki i 

uciekli. 

— Ilu ich tam jechało? 

— Byli stłoczeni w skrzyni jak sardynki. Chyba s dzili,  e uda im si  wywali  

bram , wjecha  na podwórze i wygodnie wysi

. Nie mieli takiej szansy. 

Spojrzał na wrota. — T  drog  ju  nie przyjd . 

Brama z naszego najsłabszego punktu stała si  miejscem najmocniejszym. 

Spl tane wraki ci arówki i samochodu zupełnie zablokowały wjazd, tak  e był 

nie do przebycia. 

Podszedł do nas Piero. 

— Mamy trzech je ców. 

— Zwi cie ich i doł czcie do reszty — powiedziałem. 

background image

 

150 

Sznura nigdy nie brak w stoczni jachtowej. Torloni stracił ju  jedenastu ludzi 

— czwart  cz  swoich sił. Mo e zastanowi si  dwa razy, nim ponownie 

zaatakuje. 

— Czy jeste  pewien,  e nie mog  zaatakowa  nas z flanki? —. spytałem 

Coertzego. 

— Całkowicie. Z obu stron jeste my zablokowani budynkami. Musi 

przypu ci  atak od frontu. Ale cholernie chciałbym wiedzie , dok d pojechała ta 

druga ci arówka. 

Ostro zadzwonił telefon. 

— Chyba mówiłe ,  e przewody zostały przeci te — powiedziałem. 

— Piero tak mówił. 

Pobiegli my do biura, a Coertze złapał telefon. Słuchał przez sekund  i rzekł: 

— To Torloni! 

— Porozmawiam z nim — odparłem i wzi łem słuchawk . Zakryłem r k  

mikrofon. — Mam pomysł. Sprowad  tu starego Pal-meriniego. — Do telefonu 

za  powiedziałem: — Czego chcesz? 

— Czy to Halloran? — Mówił dobrym angielskim, cho  zabarwionym silnie 

ameryka skim akcentem. 

— Tak. 

— Halloran, dlaczego nie oka esz rozs dku? Wiesz,  e nie macie szans. 

— Twój telefon stanowi dowód,  e je m a m y. Nie rozmawiałby  ze mn , 

gdyby  uwa ał,  e mo esz innym sposobem wzi  to, co chcesz. A teraz, je li masz 

jak  propozycj , słucham, je li nie, to si  zamknij. 

— Jeszcze po ałujesz,  e tak si  do mnie odezwałe  — rzekł z delikatn  

pogró k  w głosie. — Och, wiem wszystko o starych  ołnierzach pani Estrenoli, 

ale nie masz ich zbyt wielu. Je eli wi c dopu cisz mnie do udziału w połowie, b d  

wspaniałomy lny. 

— Id  do diabła! 

— Dobra. Zgniot  ci  i zrobi mi to przyjemno . 

— Zaatakuj jeszcze raz, a przyjedzie policja. — Ja równie  mogłem blefowa . 

Zastanowił si  nad tym, po czym spytał słodko: 

— A jak do nich zadzwonisz, nie maj c telefonu? 

— Poczyniłem pewne przygotowania. Na niektóre z nich ju  si  nadziałe . — 

Doło yłem mu jeszcze. — Wielu twoich ludzi tajemniczo znikn ło, prawda? 

Niemal słyszałem, jak mózg mu iskrzy przy podejmowaniu decyzji. 

— Nie  ci gniesz policji — rzekł stanowczym tonem. — Nie chcesz jej tak 

samo jak ja. Halloran, ju  raz wy wiadczyłem ci przysług  i pozbyłem si  

Estrenolego, prawda? Mógłby  si  odpłaci  przysług : 

— To była przysługa dla Metcalfe'a, a nie dla mnie — powiedziałem i 

odło yłem słuchawk . Na pewno mu si  to nie spodobało. 

— Czego chciał? — spytał Coertze. 

— Połowy udziału, tak przynajmniej mówił. 

— Pr dzej spotkam si  z nim w piekle — rzekł wprost. 

— Gdzie jest Palmerini? 

— Idzie. Wysłałem po niego Giuseppiego. W tej samej chwili wszedł do biura 

Palmerini. 

background image

 

151 

— Jak tam łód ? — spytałem. 

— Daj mi pi tna cie minut, tylko pi tna cie minut, nie wi cej. 

— Mog  nie da  rady. Masz kilka przeno nych reflektorów, których u ywasz 

do pracy w nocy. We  dwóch ludzi i szybko je tu przynie . 

— Lepiej,  eby my widzieli, co si  dzieje — zwróciłem si  do Coertzego. — 

Tym razem musz  przej  przez mur, a gdy si  ju  tu dostan , niełatwo im b dzie 

wróci . Oznacza to,  e nast pny atak b dzie decyduj cy — wóz albo przewóz. 

Zrobimy wi c tak... 

Wyja niłem, co chciałem zrobi  z reflektorami, a Coertze z uznaniem skin ł 

głow . Ustawienie ich zaj ło zaledwie pi  minut. U yli my te  fiata i ci arówki, 

aby uzyska  dodatkowe  wiatła. Rozlokowali my ludzi, oczekuj c ataku. 

Nie trwało to długo. Od strony muru dobiegły dziwne chroboty, a Coertze 

powiedział: 

— Przechodz  gór . 

— Zaczekaj — szepn łem. 

Rozległo si  kilka głuchych uderze , to spadali ci ko na ziemi  ludzie. 

— Luce! — krzykn łem i rozbłysły  wiatła. 

Przypominało to stopklatk . Kilku przeciwników znajdowało si  ju  po naszej 

stronie muru. Mru c oczy osłaniali si  przed padaj cym na nich  wiatłem. Kilku 

innych zostało złapanych w trakcie schodzenia po murze. Odwracali głowy, aby 

zobaczy , co si  dzieje. 

Widok, który ujrzeli, na pewno nie podniósł ich na duchu. O lepiaj ce 

wiatło, za którym rozci gała si  nieprzenikniona, pełna grozy ciemno . Oni 

natomiast znajdowali si  na otwartej przestrzeni, widoczni jak na dłoni. Niezbyt 

to przyjemne odkrycie dla ludzi, którzy mieli zaatakowa  z zaskoczenia. 

Zawahali si , nie wiedz c, co robi , i w tym momencie uderzyli my na nich z 

obu stron jednocze nie. Piero prowadził z prawej, a Coertze z lewej. Ja 

pozostałem z niewielkim odwodem trzech ludzi, gotów skoczy  na pomoc, gdyby 

które  ze skrzydeł nie sprostało zadaniu. 

Zobaczyłem uniesione pałki i błysk no y. W ci gu dziesi ciu sekund padło 

trzech ludzi Torloniego. Wykorzystali my niezdecydowanie ataku i szybko 

zepchn li my ich w jedno miejsce, gdzie powstało kł bowisko krzycz cych, 

walcz cych ludzi. Jednak kolejni napastnicy przechodzili szybko przez mur i 

wła nie miałem wł czy  do walki moj  mał  grupk , gdy usłyszałem nowe krzyki. 

Dochodziły z tyłu. 

— Chod cie! — krzykn łem i pobiegłem przez podwórze w stron  

„Sanforda". Wiedzieli my ju , co si  stało z lud mi z drugiej ci arówki. Uderzyli 

od strony morza i tym sposobem Torloni zaatakował nas od frontu i od tyłu. 

„Sanford" był obl ony. Jedna łód  le ała wyci gni ta na płask, a druga 

pełna ludzi przybijała do brzegu. Wokół „Sanforda" trwała walka. Napastnicy 

usiłowali wdrapa  si  na pokład, a nasza grupa robocza dzielnie starała si  ich 

spycha . Zobaczyłem niewielk  posta  starego Palmeriniego. Trzymał lin  

zako czon  blokiem i wywijał nim niby  redniowieczn  kul  na ła cuchu. 

Zakr cił jeszcze raz i blok trafił napastnika pod szcz k . Ten zleciał z drabiny i 

upadł nieprzytomny na ziemi . 

background image

 

152 

Synowie Palmeriniego walczyli desperacko i zobaczyłem, jak jeden pada. 

Pó niej dostrzegłem Francesc  dzier c  w r kach bosak niczym włóczni . 

Pchn ła nim wdzieraj cego si  na pokład człowieka i bosak wbił mu si  w udo. 

Wrzasn ł przejmuj co i spadł z drzewcem stercz cym mu z nogi. Dostrzegłem 

jeszcze przera enie na twarzy Franceski, po czym przeprowadziłem mój mały 

atak. 

Było to daremne. Udało nam si  uwolni  obl ony oddział z „Sanforda", lecz 

przewaga wynosiła trzy do jednego i wkrótce musieli my wycofa  si  na 

podwórze. Atakuj cy nie  cigali nas. Byli tak uradowani zdobyciem „Sanforda", 

e pozostali przy nim. Ich głupota uratowała nas. 

Spojrzałem, co si  dzieje w górnej cz ci podwórza. Grupa Coertzego 

znajdowała si  bli ej, ni  s dziłem. Została równie  zepchni ta, lecz nie 

atakowano ich i zastanawiałem si  dlaczego. Gdyby obie grupy przeciwnika 

podj ły zgodny atak, byliby my zgubieni. 

— Przykucnij pod tymi workami i sied  cicho, mo e ci si  uda — poleciłem 

Francesc  i podbiegłem do Coertzego. 

— Co si  dzieje? 

Wyszczerzył z by w u miechu i otarł krew z policzka. 

— Nasi chłopcy na zewn trz zebrali si  i waln li porz dnie Torloniego po 

drugiej stronie muru. Rozło yli cał  pi tnastk . Nie mog  si  teraz wycofa ; 

ka dy, kto próbuje wróci  za mur, dostaje w skór . Łapi  tylko oddech przed 

ponownym uderzeniem. 

— Maj  „Sanforda" — powiedziałem. — Przybyli od strony morza, my te  

jeste my odci ci. Pier  mu falowała. 

— Dobra, uderzymy na nich na dole. 

— Nie — odparłem patrz c w gór  podwórza. — Patrz, tam jest Torloni. 

Widzieli my go pod murem, krzycz cego na swoich ludzi i zbieraj cego ich do 

kolejnego ataku. 

— Uderzymy w gór  podwórza — powiedziałem. — Wszyscy. I miejmy 

nadziej ,  e ci za naszymi plecami nie rusz  si  i dadz  nam czas, którego 

potrzebujemy. Schwytamy Torloniego. Gdzie Piero? 

— Tu jestem. 

— Dobrze! Powiedz swoim chłopakom,  eby zaatakowali na mój sygnał. Ty 

zosta  z Coertzem i ze mn . Rzucimy si  na Torloniego we trójk . 

Odwróciłem si  i zobaczyłem obok Francesc . 

— Powiedziałem ci chyba,  e masz si  ukry . Z uporem pokr ciła głow .  Za 

ni  stał stary Palmerini, wi c powiedziałem: 

— Przyjacielu, dopilnuj, aby tu została. Skin ł głow  i otoczył j  ramieniem. 

— Pami taj, chodzi nam o Torloniego, nic wi cej nas nie interesuje — 

powiedziałem do Coertzego. 

Rozpocz li my atak. Nasza trójka, Coertze, Piero i ja, tworzyła p dz cy klin, 

omijaj cy wszystkich, którzy próbowali nas zatrzyma . Nie walczyli my, tylko 

biegli my. Coertze zrozumiał, o co mi chodzi, i biegł jak na boisku rugby, d

do ko cowej linii. 

Był ni  Torloni i dopadli my go, zanim zdał sobie spraw  z tego, na co si  

zanosi. Warkn ł i w jego dłoni pojawił si  niebieski metalowy przedmiot. 

background image

 

153 

— Rozci gn  si ! — krzykn łem i rozdzielili my si , zachodz c go z trzech 

stron. Bro  w jego r ce błysn ła i Coertze zachwiał si . Wówczas Piero i ja 

skoczyli my. Trzasn łem Torloniego kantem dłoni. Poczułem, jak mu si  łamie 

obojczyk. Wrzasn ł i upu cił pistolet. 

Z krzykiem Torloniego nad podwórzem zapanowała nienaturalna cisza. Jego 

ludzie stan li niepewnie i odwrócili si ,  eby zobaczy , co si  dzieje. Przyło yłem 

pistolet do głowy Torloniego. 

— Odwołaj swoje psy albo rozwal  ci łeb — powiedziałem ochryple. 

Byłem bli szy popełnienia zbrodni ni  kiedykolwiek. Torloni dostrzegł to w 

moich oczach i zbladł. 

— Sta  — wyrz ził. 

— Gło niej — rozkazał Piero i  cisn ł go za rami . Wrzasn ł ponownie i 

krzykn ł: 

— Przesta cie walczy  — przesta cie walczy ! Torloni to mówi! 

Jego ludzie byli najemnikami — bili si  za pieni dze. Wiedzieli,  e skoro ich 

szef został uj ty, nie otrzymaj  zapłaty. W ród najemników nie istnieje zbyt silne 

poczucie lojalno ci. Rozległo si  niepewne szuranie i postacie roztopiły si  w 

ciemno ciach. 

Coertze siedział na ziemi, trzymaj c si  za rami . Krew s czyła mu si  mi dzy 

palcami. Odsun ł r k  i spojrzał na ni  osłupiały. 

— Ten bydlak mnie postrzelił — rzekł oboj tnie. Podszedłem do niego. 

— Nic ci nie jest? 

Ponownie chwycił si  za rami  i wstał. 

— Wszystko w porz dku. — Spojrzał kwa no na Torloniego. — Mam z tob  

na pie ku. 

— Pó niej — powiedziałem. — Załatwmy si  z t  grup  na dole. 

Zostali my szybko wzmocnieni lud mi zza muru. Był to nasz lotny oddział, 

który od tyłu zaatakował i zmiótł ludzi Torloniego. Zwart  grup  

pomaszerowali my w dół, w stron  „Sanforda". Z przodu czterech ludzi niosło 

rozpostartego twarz  do ziemi Torloniego. 

Gdy zbli ali my si  do „Sanforda", wepchn łem luf  pistoletu w jego nalany 

kark. 

— Powiedz im — rozkazałem. 

— Zostawcie łód ! Odejd cie! Torloni to mówi! — krzykn ł. Ludzie wokół 

„Sanforda" obejrzeli nas oboj tnie i nie ruszyli si . Piero ponownie  cisn ł rami  

Torloniego. 

— Aaach! Zostawcie łód , mówi  wam! — rykn ł. 

Popatrzyli na zwart  grup  za nami. U wiadomili sobie nasz  przewag  

liczebn  i z wolna zacz li wycofywa  si  w stron  brzegu, gdzie le ały wyci gni te 

łodzie. 

— To ludzie z La Spezii. Ten w niebieskim golfie jest ich przywódc , nazywa 

si  Morlaix. To Francuz z Marsylii — szepn ł 

Piero. Spojrzał z namysłem na ich łodzie. — Mo ecie mie  z nim jeszcze 

kłopoty. Nie obchodzi go, czy Torloni b dzie  ył, czy zginie. Obserwowałem, jak 

ludzie Morlaix'go spychaj  łodzie na wod . 

background image

 

154 

— Skoro zaszli my ju  tak daleko, nie mo emy zawróci  — powiedziałem. — 

Musimy si  st d wynosi . Kto  mógł zawiadomi  policj  o bijatyce; 

hałasowali my porz dnie, był te  strzał. Czy mamy du e straty w ludziach? 

— Nie wiem. Postaram si  dowiedzie . 

Nadszedł Palmerini, przepychaj c si  przez tłum z Francesc  u boku. 

— Łód  jest cała — powiedział. — Mo emy j  w ka dej chwili spu ci  na 

wod . 

— Dzi ki — odparłem. Spojrzałem na Francesc  i podj łem szybk  decyzj . 

— Wci  chcesz jecha ? 

— Tak, jad . 

— W porz dku. Ale nie b dziesz miała czasu na pakowanie. W ci gu godziny 

wyruszamy. U miechn ła si . 

— Mam ju  zapakowan  mał  walizk . Jest przygotowana od tygodnia. 

Coertze pilnował Torloniego. 

— Co z nim zrobimy? — zapytał. 

— Podwieziemy go kawałek ze sob  — odparłem. — Mo emy go jeszcze 

potrzebowa . — Francesca, Kobus został postrzelony, opatrzysz go? 

— Och, nie wiedziałam. Gdzie jest rana? 

— W ramieniu — rzekł Coertze z roztargnieniem. Obserwował Walkera na 

pokładzie „Sanforda". — Gdzie był ten kêrel, kiedy zacz ła si  cała bieda? 

— Nie wiem — odparłem. — Ani razu go nie widziałem; od pocz tku do 

ko ca. 

 

Bez trudu spu cili my „Sanforda" na wod ; pomocnych r k nie brakowało. 

Po raz pierwszy od dłu szego czasu poczułem si  lepiej, st paj c po  ywym, 

ruchliwym pokładzie. Nim opu ciłem brzeg, po raz ostatni wzi łem Piera na bok. 

— Powiedz hrabiemu,  e zabrałem Francesc . My l ,  e tak b dzie lepiej; 

Torloni mo e chcie  si  zem ci . Wy, m czy ni, mo ecie sami zatroszczy  si  o 

siebie, ale jej nie chciałbym tu zostawia . 

— To najlepsze wyj cie — zgodził si . 

— Je li Torloni zechce spróbowa  jeszcze jakich  sztuczek, to wiesz ju  teraz, 

co robi . Nie szukaj jego ludzi, szukaj Torloniego. Przy bezpo rednim nacisku 

łatwo si  załamuje. Postawi  mu spraw  jasno: je li spróbuje jeszcze jakich  

głupstw, to sko czy gdzie  w zatoce. Czego si  dowiedziałe  o naszych stratach? 

— Nic powa nego — odparł Piero. — Jedno złamane rami , trzy rany kłute, 

trzy lub cztery ogłuszenia. 

— Ciesz  si ,  e nikt nie zgin ł. Niedobrze bym si  czuł z tak   wiadomo ci . 

My l ,  e Francesca chciałaby z tob  pomówi , wi c zostawiam was samych. 

Serdecznie u cisn li my sobie r ce i wszedłem na pokład. Piero był dobrym 

człowiekiem — takiego warto mie  obok siebie w czasie walki. 

Francesca rozmawiała z nim przez chwil , po czym tak e weszła na pokład. 

Troch  płakała, wi c obj łem j  ramieniem, aby podnie  na duchu. Niełatwo jest 

opuszcza  ojczyzn , a w tych okoliczno ciach musiało to by  podwójnie trudne. 

Usiadłem w kokpicie z r k  na rumplu, a Walker uruchomił silnik. Gdy 

usłyszałem warkot, wrzuciłem bieg i ruszyli my wolno. 

background image

 

155 

Przez długi czas widziałem jeszcze plam   wiatła przed szop , z ciemniejszymi 

punkcikami machaj cych postaci. Włosi machali, cho  nie mogli nas dostrzec w 

mroku. Naprawd   al mi było opuszcza  tych ludzi. 

— Kiedy  wrócimy — powiedziałem do Franceski. 

— Nie — odparła spokojnie. — Nigdy nie wrócimy. 

 

Parli my w ciemno  ze stał  szybko ci  sze ciu w złów, kieruj c si  prosto 

na południe, aby opłyn  przyl dek Portovento. Spojrzałem w gór  na maszt 

niewyra nie rysuj cy si  na tle gwiazd i zacz łem si  zastanawia , ile czasu 

zajmie zamocowanie ruchomego takielunku. Na pokładzie panował taki bałagan, 

e nonsensem byłoby twierdzenie o wzorowym porz dku na statku. Przed 

nastaniem  witu nie mogli my jednak nic na to poradzi . Walker był pod 

pokładem, a Coertze na pokładzie dziobowym pilnował Torloniego. Cicho 

rozmawiali my z Francesc  w kokpicie o tym, kiedy b dziemy mogli si  pobra . 

Nagle Coertze zawołał: 

— Kiedy pozb dziemy si  tego  miecia?! On chce wiedzie . My li,  e 

wypchniemy go za burt , a jak twierdzi — nie umie pływa . 

— Podpłyniemy blisko brzegu przy Portovento — odpowiedziałem. — 

Ode lemy go na brzeg pontonem. 

Coertze mrukn ł,  e lepiej byłoby pozby  si  Torloniego od razu, i ponownie 

zamilkł. 

— Czy z silnikiem jest co  nie w porz dku? — zapytała Francesc . — Wydaje 

taki dziwny odgłos. 

Przysłuchałem si , rzeczywi cie odgłos był dziwny, ale nie wydawał go nasz 

silnik. Przesun łem manetk  w tył i blisko sterburty usłyszałem warkot silnika 

przyczepnego. 

— Zejd  szybko na dół — powiedziałem i cicho zawołałem do Coertzego: — 

mamy go ci. 

Szybko przeszedł na ruf . Wskazałem na sterburt  i w nikłym  wietle 

wschodz cego ksi yca zobaczyli my zbli aj c  si  biał  grzyw  fali dziobowej. 

— Monsieur Englishman, czy mnie słyszysz?! — dobiegł nas głos ponad wod . 

— To Morlaix — powiedziałem i odkrzykn łem: — Tak, słysz  ci . 

— Wchodzimy na pokład! — krzykn ł. — Opór nie ma sensu. 

— Trzymajcie si  z daleka! — zawołałem. — Jeszcze nie macie do ? 

Coertze wstał ze złowrogim pomrukiem i przeszedł na dziób. Wyci gn łem z 

kieszeni bro  Torloniego i odci gn łem kurek. 

— Jest was tylko czworo! — krzykn ł Morlaix. — A nas o wiele wi cej. 

Fala dziobowa jego łodzi nagle znalazła si  du o bli ej i zobaczyłem wyra nie 

łód . Była pełna ludzi. Podeszła do nas burt , a gdy zbli yła si  na tyle,  e omal 

nie zderzyli my si  okr nicami, Morlaix wskoczył na pokład „Sanforda". 

Znajdował si  tylko cztery stopy ode mnie, wi c strzeliłem mu w nog . Krzykn ł i 

wypadł za burt . 

Równocze nie Coertze wstał, unosz c w jednej r ce szamoc c  si  posta  

Torloniego. 

background image

 

156 

— We cie tego  miecia! — krzykn ł i cisn ł Torlonim w ludzi wdzieraj cych 

si  na pokład. Torloni zaskowyczał: lec ce ciało wywróciło napastników i wpadli 

z powrotem do łodzi. 

Skorzystałem z zamieszania i odbiłem nagle na lew  burt . Szczelina 

mi dzy łodziami poszerzyła si  gwałtownie. Wygl dało na to,  e tamci stracili 

panowanie nad łodzi ; my l ,  e spadaj ce ciała powaliły sternika. 

Wi cej si  nam nie naprzykrzali. Słyszeli my, jak pokrzykuj  wyławiaj c 

Morlaix'go z wody, lecz nie podj li ju  kolejnego ataku. Obawiali si  broni. 

Gdy skierowali my si  na pełne morze, nasz kilwater poszerzył si  w  wietle 

ksi yca. Musieli my w nieprzekraczalnym terminie zd y  do Tangeru, a czasu 

pozostało niewiele.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

157 

Rozdział 8

 

 

CISZA I SZTORM

 

 

Z pocz tku mieli my pomy lne wiatry i „Sanford" szedł w dobrym tempie. 

Tak jak przypuszczałem, wi ksza koncentracja masy w kilu powodowała 

nieobliczalne kaprysy jachtu. Przy kursach z wiatrem zaczynał paskudnie 

kołysa  na boki; pełny cykl trwał dwie minuty. Przy kursie półwiatrem, na 

którym zwykle spisywał si  najlepiej, po ka dym przechyle na zawietrzn  

nast pował nagły przechył w drug  stron , a maszt zakre lał dzikie łuki na tle 

nieba. 

W  aden sposób nie mo na było temu zaradzi musieli my to po prostu 

znosi . Jedynym wyj ciem byłoby wi ksze rozło enie balastu, a tego wła nie nie 

mogli my zrobi . Gwałtowne ruchy najbardziej odcierpiał Coertze. Nawet w 

najlepszych czasach nie był dobrym  eglarzem; teraz za  rana w ramieniu 

dokładała mu jeszcze cierpie . 

Z nadej ciem  witu ko cz cego t  pami tn , gwałtown  noc, gdy tylko 

stracili my l d z oczu, poło yli my si  w dryf. Zabrali my si  do roboty przy 

ruchomym takielunku. Nie zaj ło to du o czasu, gdy  Palmerini zd ył 

przygotowa  wi cej, ni  si  spodziewałem. Wkrótce płyn li my ju  pod  aglami. 

Wła nie wówczas „Sanford" rozpocz ł swoje kaprysy. Przez jaki  czas 

próbowałem ró nych eksperymentów, aby sprawdzi , co mo na zrobi . Poprawa 

sytuacji nie le ała jednak w mojej mocy, wi c przestałem marnowa  czas i 

kontynuowali my podró  bez zmian. 

Wkrótce wpadli my w normaln  rutyn  wacht, zmienion  jedynie przez 

obecno  Franceski, która przej ła od Coertzego gotowanie. 

Podczas podró y na małych łodziach rzadko widuje si  innych członków 

załogi, z wyj tkiem chwil, gdy nast puje zmiana wachty. Walker jednak trzymał 

si  bardziej na uboczu ni  zwykle. Czasami łapałem go na tym,  e mnie 

obserwuje. Wzdrygał si  wówczas, przewracał oczami jak przestraszony ko  i 

szybko odwracał wzrok. Najwyra niej bał si ,  e powiem Coertzemu o 

papiero nicy. Nie miałem takiego zamiaru. Potrzebowałem pomocy Walkera przy 

prowadzeniu „Sanforda", nie powiedziałem mu tego jednak. Niech si  pom czy 

— my lałem. Nie odczuwałem dla niego lito ci. 

Rami  Coertzego wygl dało nie najgorzej. Rana była powierzchowna, nie 

zanieczyszczona, a Francesca dobrze j  piel gnowała. Nalegałem, aby spał na 

huntkojce, gdzie kołysanie było mniej gwałtowne. Doprowadziło to do 

generalnych przenosin. Ja zaj łem koj  lewoburtow  w głównej kabinie, 

natomiast Francesca koj  prawoburtow . Powiesiła sobie zasłon  z płótna 

aglowego, stwarzaj c w ten sposób namiastk  odosobnienia. 

Oznaczało to wygnanie Walkera na pokład dziobowy. Spał na nie u ywanej 

dot d koi dziobowej. Miała ona słu y  go ciom w portach, a nie na morzu. Była 

niewygodna i znajdowała si  na samym dziobie, gdzie kołysanie jest najbardziej 

odczuwalne. A dobrze mu tak, my lałem z satysfakcj . W konsekwencji jednak 

widywali my go jeszcze rzadziej. 

background image

 

158 

W ci gu pierwszych pi ciu dni utrzymywali my niezłe tempo. Przecinali my 

Morze Liguryjskie, wpisuj c dziennie 100 mil do dziennika pokładowego. 

Ka dego dnia dokonywałem namiarów pozycji na sło ce i z zadowoleniem 

ogl dałem wykre lon  na mapie lini  kursu, zbli aj c  si  coraz bardziej do 

Balearów. Wielk  przyjemno  sprawiało mi uczenie Franceski obsługiwania 

„Sanforda". Była zdoln  uczennic  i nie popełniała wi cej bł dów ni  przeci tny 

pocz tkuj cy. 

Rozbawiło mnie nieco, gdy zauwa yłem,  e Coertze pozbył si  swej antypatii 

do niej. Był odmienionym człowiekiem i nie je ył si  ju  tak jak przedtem. Czuł 

pewnie pod stopami złoto, my l  te ,  e walka w stoczni pozwoliła mu wyładowa  

agresj . W ka dym razie jako  si  wreszcie dogadali i prowadzili długie rozmowy 

o Afryce Południowej. 

Kiedy  zapytałem go, co zamierza zrobi  ze swoj  cz ci . 

— Kupi  plaas — powiedział z błogim u miechem. 

— Co takiego? 

— Farm  — przetłumaczył. — Wszyscy Afrykanerzy s  w gł bi serca 

farmerami. Nawet nazywaj  si  farmerami — Burami — a przynajmniej tak si  

nazywali. 

My l ,  e te pierwsze pi  dni po opuszczeniu Włoch były najlepszymi dniami 

w czasie całej naszej morskiej podró y. Nigdy wcze niej nie mieli my lepszych, a 

pó niej ju  z pewno ci  nie. 

Wieczorem pi tego dnia wiatr osłabł, a nazajutrz zmieniał si , jakby nie 

wiedział, co dalej robi . Jego siła wahała si  mi dzy trójk  a flaut  i mieli my 

sporo roboty z  aglami. Tego dnia zapisali my tylko 70 mil. 

O  wicie nast pnego dnia panowała ju  flaut . Morze było gładkie i oleiste, z 

długimi, równymi falami. Po południu nastroje zacz ły si  psu . Nie mieli my nic 

do roboty. Mogli my tylko obserwowa , jak maszt kre li leniwie koła na niebie, 

podczas gdy cenne godziny umykały, a my nie przybli ali my si  do Tangeru. 

Sprzykrzyło mi si  ju  skrzypienie bomu, wi c ustawiłem koziołka i uwi zali my 

go. Nast pnie zszedłem pod pokład zrobi  par  oblicze  na stole nawigacyjnym. 

Od południa do południa przebyli my 20 mil i płyn c w tym tempie 

osi gn liby my Tanger o trzy miesi ce za pó no. Sprawdziłem zbiorniki paliwa i 

okazało si ,  e zostało nam pi tna cie galonów. Przy najbardziej ekonomicznej 

szybko ci dawało to 150 mil w ci gu 30 godzin. Było to lepsze rozwi zanie ni  

siedzenie i słuchanie, jak fały obijaj  si  o maszt. Uruchomiłem wi c silnik i 

ruszyli my w dalsz  drog . 

Denerwowałem si  strat  paliwa; mogło nam si  przyda  w nagłej potrzebie, 

ale przecie       b y l i   m y w nagłej potrzebie, wi c równie dobrze mogłem je 

zu y  teraz. Wychodziło na to samo. Wlekli my si  po nieruchomym morzu ze 

stał  pr dko ci  pi ciu w złów. Ustaliłem kurs na południe od Balearów, w stron  

Majorki. Gdyby my musieli zawin  do portu, dobrze byłoby mie  go po drodze, 

a Palma znajdowała si  najbli ej. 

Cał  noc i nast pny dzie  płyn li my na silniku. Wiatru nie było i nic nie 

wskazywało na to,  e kiedykolwiek znów powieje. Nieskazitelnie bł kitne niebo 

odbijało si  w pozbawionym fal morzu, a mnie diabli brali. Bez wiatru łód  

aglowa jest bezu yteczna. Co zrobimy, je li sko czy si  paliwo? 

background image

 

159 

Przedyskutowałem t  spraw  z Coertzem. 

— Jestem skłonny zawin  do Palma — powiedziałem. — Mo emy tam 

uzupełni  paliwo. Wyrzucił niedopałek za burt . 

— Cholera, stracimy tylko czas. Zejdziemy z kursu, a co, je li ka  nam 

czeka ? 

— Wi cej czasu stracimy, je li zostaniemy bez silnika. Ta cisza mo e trwa  

całym dniami. 

— Zagl dałem do „Pilota  ródziemnomorskiego" — rzekł. — Pisz ,  e 

procent dni bezwietrznych jest o tej porze roku niewielki. 

— Na tych liczbach nie mo esz polega . To tylko  rednie. To mo e trwa  

tydzie . 

— Ty jeste  kapitanem — westchn ł. — Rób, jak uwa asz. 

Zmienili my wi c kurs na północny i popłyn li my do Palma. Sprawdziłem, 

ile zostało paliwa, i miałem powa ne w tpliwo ci, czy uda nam si  dopłyn . 

Udało si  jednak. Wpłyn li my do portu dla jachtów w Palma na silniku 

krztusz cym si  resztkami paliwa. Gdy zbli yli my si  do boi cumowniczej, silnik 

zgasł i reszt  drogi przepłyn li my sił  bezwładno ci. 

Wtedy to podnosz c wzrok zobaczyłem Metcalfe'a. 

 

Szybko uporali my si  z formalno ciami celnymi mówi c,  e nie zamierzamy 

wychodzi  na brzeg i przypłyn li my tylko po paliwo. Celnik współczuł nam z 

powodu kiepskiej pogody dla  eglugi i powiedział,  e zadzwoni do kupca, który 

przyjedzie i zaopatrzy nas w niezb dne rzeczy. 

Mieli my wi c woln  chwil  i mogli my swobodnie przedyskutowa  spraw  

Metcalfe'a. Przy spotkaniu nie odezwał si , przygl dał si  nam tylko z lekkim 

u miechem, po czym odwrócił si  na pi cie i odszedł. 

— On co  knuje — rzekł Coertze. 

— Nie ma nic bardziej pewnego — odparłem cierpko. — Czy te dranie nigdy 

nie przestan  depta  nam po pi tach? 

— Nie, dopóki mamy pod stopami cztery tony złota — powiedział Coertze. — 

To działa jak jaki  piekielny magnes. 

Spojrzałem na Walkera siedz cego samotnie na pokładzie dziobowym. Oto 

dure , który przez swoj  gadatliwo  i głupot  sprowadził na nas szakale. A mo e 

i nie. Ludzie tacy jak Metcalfe i Torloni maj  nosy niezwykle wyczulone na złoto. 

Lecz Walker im pomógł. 

— Jak my lisz, co on zrobi? — odezwała si  Francesca. 

— Przypuszczam,  e dopu ci si  zwykłego aktu piractwa. Zrobienie czego  w 

tym stylu odpowiadałoby jego wypaczonemu poczuciu humoru. 

Le ałem na plecach i wpatrywałem si  w niebo. Proporczyk klubowy na 

szczycie masztu uniósł si  i trzepotał w lekkiej bryzie. 

— Spójrzcie na to — powiedziałem. — Do licha, mamy wiatr. 

— Mówiłem,  e nie powinni my tu przypływa  — gderał Coertze. — Tak 

mieliby my wiatr, a Metcalfe nie zauwa yłby nas. 

Pomy lałem o łodzi Metcalfe'a i jego radarze. Szczególnie o radarze. 

— Nie — odparłem stanowczo. — To by niczego nie zmieniło. Z pewno ci  od 

chwili, gdy opu cili my Włochy, przez cały czas dokładnie wiedział, gdzie poło y  

background image

 

160 

na nas łap . — Szybko przeprowadziłem w my lach obliczenia. — Jednym 

obrotem radaru mo e kontrolowa  siedemset mil kwadratowych morza. Ta 

fairmila zapewne kr ciła si  niewidoczna za horyzontem, maj c nas ci gle na 

oku. Nigdy by my jej nie dostrzegli. 

— No wi c, co teraz zrobimy? — spytała Francesca. 

— Nic. Płyniemy dalej — odparłem. — Niewiele wi cej mo emy zrobi . Ale z 

pewno ci  nie oddam złota panu Metcalfe'owi tylko dlatego,  e pokazuje si  i nas 

straszy. Płyniemy dalej. Miejmy nadziej ,  e wszystko b dzie dobrze. 

Nabrali my paliwa, uzupełnili my wod  w zbiornikach i przed zapadni ciem 

zmroku ponownie ruszyli my w drog . Sło ce zachodziło ju , gdy min li my 

Cabo Figuera. Zostawiłem ster Francesce i zszedłem pod pokład przestudiowa  

map . Miałem plan przechytrzenia Metcalfe'a. Nic z tego zapewne nie wyjdzie, 

ale warto było cho by spróbowa . 

Gdy tylko si   ciemniło, podałem Francesce komend : 

— Ster: kurs sto osiemdziesi t stopni. 

— Na południe? — spytała zaskoczona. 

— Zgadza si , na południe. — Do Coertzego za  powiedziałem: — Czy wiesz, 

do czego jest ta kwadratowa zabawka w połowie masztu? 

— Nee, man, nigdy si  tym nie interesowałem. 

— To reflektor radarowy. Drewniane łodzie kiepsko odbijaj  radar, wi c dla 

bezpiecze stwa u ywamy specjalnego reflektora. Daje ładn , du  plamk  na 

ekranie. Je li Metcalfe nas  ledził, to musiał si  przyzwyczai  do tej plamki. 

Najprawdopodobniej  ledzi nas na  lepo, tylko po  ladzie na ekranie. Zdejmiemy 

wi c reflektor. Wci  b dzie otrzymywał echo, lecz inne, du o słabsze. 

Wokół nadgarstka zamocowałem na p tli mały klucz płaski. Przypi łem lin  

ratunkow  do pasa bezpiecze stwa i zacz łem wspina  si  na maszt. Reflektor 

był przy rubowany do salingu i  ci gni cie go nie sprawiało trudno ci. „Sanford" 

płyn ł swoim nowym, kulej cym stylem i niełatwo było, stosuj c si  do starej 

eglarskiej maksymy „jedna r ka dla siebie, a druga dla łajby", odkr ci  tych 

dwu  rub. Zacz ły si  kr ci  razem z nakr tkami, wi c musiałem si  nie le 

nagimnastykowa . Siedziałem na tym maszcie ponad czterdzie ci pi  minut, nim 

udało mi si  odczepi  reflektor. 

Opu ciłem si  na pokład, wrzuciłem reflektor do bakisty i spytałem 

Coertzego: 

— Gdzie jest Walker? 

— Poło ył si  spa , ma wacht  o północy. 

— Zapomniałem. Teraz zmienimy  wiatła. 

Zszedłem na dół, do stołu nawigacyjnego. Na szczycie masztu było 

umieszczone widoczne ze wszystkich stron białe  wiatło, które zostało podł czone 

do klucza Morse'a,  eby nieregularnie błyskało. Przywi załem klucz, tak  e 

wiatło paliło si  przez cały czas. 

Nast pnie zawołałem do Coertzego: 

— We  z dzioba latarni  i wywie  j  na takielunku! Zszedł na dół. 

— Po co to wszystko? 

— Popatrz: nie płyniemy najkrótszym kursem na Tanger. Tracimy czas, ale 

nic na to nie poradzimy, bo wszystko, co wybija Metcalfe'a z uderzenia, jest dla 

background image

 

161 

nas korzystne. Zmienili my nasz  lad radarowy, ale Metcalfe mo e nabra  

podejrze  i mimo wszystko zechce podej  i przyjrze  si  nam. Jeste my teraz 

obwieszeni byle jak  wiatłami, jak zwykli hiszpa scy rybacy. Łowimy ryby i nic 

innego nie zobaczy — przynajmniej w nocy. Mo e wi c omin  nas i płyn  

gdzie  dalej. 

— Ale z ciebie podst pny dra  — stwierdził Coertze z uznaniem. 

— To dora ne i jednorazowe rozwi zanie. O  wicie zmienimy kurs na Tanger. 

 

Noc  wiatr wzmógł si , wi c wci gn li my  agle, tak  e „Sanford" sporo 

przyspieszył. Niewiele to jednak pomogło, gdy  nawet o cal nie zbli yli my si  do 

Tangeru. 

O  wicie wiała pi tka. Zmienili my kurs id c teraz półwiatrem i „Sanford" 

zacz ł rozwija  spor  szybko : przechylił si  na lew  burt , a na fali dziobowej 

pokazała si  biała piana. Sprawdziłem log i stwierdziłem,  e płyniemy z 

szybko ci  siedmiu w złów, co stanowiło niemal kres jego mo liwo ci pod 

aglami. W ko cu szło nam dobrze — szli my szybko najprostszym kursem na 

Tanger. 

Pilnie obserwowałem horyzont szukaj c Metcalfe'a, lecz nic nie dostrzegłem. 

Nawet je li znał nasz  pozycj , nie pokazywał si . Nie wiedziałem, czy si  z tego 

cieszy , czy nie. Byłbym zadowolony, gdybym zwiódł go tym fortelem, lecz je li 

nie, to wolałbym o tym wiedzie . 

Bryza utrzymywała si  przez cały dzie . Wieczorem wiatr przybrał na sile. 

Fale ju  wi ksze, z pian  na grzbietach, co jaki  czas załamywały si  w cz ci 

dziobowej „Sanforda". Za ka dym razem dygotał i otrz sał si , by znów skoczy  

do przodu. Oceniłem,  e wiatr dochodził teraz do sze ciu stopni i jako rozs dny 

eglarz powinienem był pomy le  o zrefowaniu grota. Chciałem jednak prze  

naprzód — zostało ju  niewiele czasu, a gdyby my mieli wpl ta  si  w jak  

kabał  z Metcalfe'em, byłoby go jeszcze mniej. 

Wcze nie poło yłem si  spa , zostawiaj c Walkera przy sterze. Zanim 

zasn łem, zastanawiałem si , co zrobiłbym na miejscu Metcal-fe'a. Musieli my 

przepłyn  Cie nin  Gibraltarsk . Morze  ródziemne było lejem, a cie nina 

tworzyła jego wylot. Gdyby Metcalfe zaczaił si  tam, jego radar obejmowałby 

swym zasi giem wszystko — od jednego brzegu do drugiego. 

Jednak e cie nina to bardzo ruchliwe wody, wi c musiałby płyn  zygzakiem, 

aby na własne oczy sprawdza  ka d  podejrzan  łód . Poza tym, je li chciał 

pobawi  si  w pirata, niebezpiecznie byłoby próbowa  tam, gdzie łatwo mógł 

zosta  dostrze ony. Gibraltar patrolowało kilka bardzo szybkich wojskowych 

łodzi i nie s dziłem, aby nawet Metcalfe odwa ył si  napa  na nas w ci gu dnia. 

To zadecydowało: musieli my przepłyn  cie nin  w ci gu dnia. 

Gdyby — całe to „gdybanie" zaczynało mnie ju  m czy  — gdyby nie złapał 

nas przed lub za cie nin . Mgli cie przypomniałem sobie spraw  piractwa tu  

poza Tangerem w 1956 roku — dwie grupy przemytników pobiły si  ze sob  i 

jedna łód  spłon ła. Mo e nie zechce czeka  tak długo. Byliby my blisko domu i 

mimo wszystko mogli my mu si  wymkn . A w przystani jachtowej nie mógłby 

nam ju  nic zrobi . Nie, nie s dziłem,  eby czekał a  tak długo. 

background image

 

162 

Ale przed cie nin ? To była zupełnie inna sprawa i zupełnie inne „gdyby". 

Gdyby my wymkn li mu si  po opuszczeniu Majorki — je eli nie wiedział, gdzie 

jeste my teraz — mieliby my szans . Je li natomiat wie, gdzie jeste my, mo e si  

zbli y  w ka dej chwili i wysadzi  na nasz pokład swoj  załog . Gdyby — jeszcze 

jedno „gdyby"! — pogoda mu na to pozwoliła. 

Zapadaj c w sen, błogosławiłem stale wzmagaj cy si  wiatr, który dodawał 

„Sanfordowi" skrzydeł i mógł uniemo liwi  fairmili podej cie do burty. 

 

Obudził mnie Coertze. 

— Wiatr ro nie. My l ,  e powiniene  zmieni   agiel czy co  takiego! — 

musiał przekrzykiwa  ryk wiatru i morza. 

Zakładaj c ubranie sztormowe spojrzałem na zegarek. Była druga; 

przespałem sze  godzin. „Sanford" nieco brykał i miałem sporo kłopotów ze 

spodniami. Nagły przechył rzucił mnie przez kabin  i zwaliłem si  na koj , w 

której spała Francesca. 

— Co si  stało? — zapytała. 

— Nic — odparłem. — Wszystko w porz dku,  pij dalej. 

— My lisz,  e potrafi  spa  przy tym wszystkim? 

— Wkrótce si  przyzwyczaisz — u miechn łem si  szeroko. — Troch  

dmucha, ale nie ma si  czym przejmowa . 

Sko czyłem si  ubiera  i poszedłem na gór  do kokpitu. Coertze miał racj , 

trzeba było co  zrobi  z  aglem. Wiatr d ł mocno siódemk , co  eglarze starej 

daty okre lali pogardliwie jako „sztorm jachtmenów", a admirał Beaufort 

nazwał pow ci gliwie „silnym wiatrem". 

Postrz pione chmury gnały po niebie, tworz c na tarczy ksi yca zaskakuj c  

gr   wiateł i cieni. Fale ł czyły si  ze sob , a ich grzywy zwiewało w pasma piany. 

„Sanford" pogr ał si  dziobem w falach i przy ka dym zanurzeniu zatrzymywał 

si  z szarpni ciem, trac c szybko . Redukcja  agli utrzymałaby dziób w górze i 

ułatwiła płyni cie. Mówi c do Coertzego, musiałem podnie  głos do krzyku. 

— Masz racj , zredukujemy go troch . Trzymaj go tak, jak jest w tej chwili. 

Przypi łem lin  ratownicz  do pasa bezpiecze stwa i ruszyłem do przodu po 

szale czo skacz cym pokładzie. Pół godziny zaj ło mi zdj cie dwóch obrotów 

wokół bomu z grot agla i zwini cie kliwra. Zostawiłem foka, aby zbalansowa  

przód. Gdy tylko skróciłem kliwer, poczułem ró nic . „Sanford" płyn ł l ej i nie 

nurkował dziobem tak cz sto. 

Wróciłem do kokpitu i zapytałem Coertzego: 

— No i jak? 

— Lepiej! — krzykn ł. — A jednak zdaje si  płyn  szybciej. 

— Bo płynie. Nie jest zatrzymywany. Spojrzał na spi trzone fale. 

— Czy to jeszcze si  pogorszy? 

— Och, teraz nie jest jeszcze wcale  le — odparłem. — Płyniemy tak szybko, 

jak si  da, a o to wła nie nam chodzi. 

U miechn łem si , gdy  z małej łodzi wszystko wygl dało na wi ksze ni  w 

rzeczywisto ci i dwa razy bardziej niebezpieczne. Miałem jednak nadziej ,  e 

pogoda si  nie pogorszy; musieliby my wówczas zwolni . 

background image

 

163 

Przez jaki  czas zostałem z Coertzem, aby go podtrzyma  na duchu. I tak 

zbli ał si  ju  czas mojej wachty: nie było sensu kła  si  spa . W jaki  czas 

pó niej w lizn łem si  na dół do kuchni i zrobiłem troch  kawy. Piec kołysał si  

na zawieszeniu kardanowym jak szalony i musiałem przymocowa  czajnik, lecz 

nie wylałam nawet kropli. 

Francesca obserwowała mnie ze swojej koi. Dałem jej zna , kiedy kawa była 

gotowa. Wolałem, aby podeszła do stołu, gdy  w tych warunkach miałem 

niewielkie szans  doniesienia kawy do koi. Zaklinowali my si  mi dzy stołem 

roboczym a zej ciem pod pokład, popijaj c kaw  i rozmawiaj c o pogodzie. 

— Tobie podoba si  ta pogoda, prawda? — u miechn ła si  do mnie. 

— Jest dobra. 

— Dla mnie jest straszna. 

— Nie ma si  czego ba  — odparłem. — A je li ju , to tylko jednej rzeczy. 

— Czego? 

— Załogi. Widzisz, konstrukcje małych łodzi osi gn ły niemal całkowit  

doskonało  pod wzgl dem przydatno ci do  eglugi. Taka łód  jak ta, je li jest 

odpowiednio prowadzona, mo e stawi  czoło ka dej pogodzie. Nie mówi  tak 

dlatego,  e sam j  zaprojektowałem i wybudowałem; dotyczy do wszystkich łodzi 

tego typu. Zawodzi raczej załoga, a nie łód . Ludzie si  m cz  i popełniaj  

omyłki. A wystarczy tylko jedna — z morzem nie ma  artów. 

— Ile to trwa, zanim załoga dojdzie do takiego stanu? 

— Z nami wszystko w porz dku — odparłem wesoło. — Jest nas dosy , 

aby my mogli si  na zmian  wyspa ; mo emy wytrzyma  do  długo, niemal bez 

ko ca. Problemy maj  raczej ci bohaterscy, samotni  eglarze. 

— Potrafisz nie le rozprasza  w tpliwo ci — powiedziała i wstała, aby wzi  

jeszcze jeden kubek z półki. — Zanios  troch  kawy Coertzemu. 

— Nawet nie próbuj — zaleje si  tylko słonym aerozolem, a nie ma nic 

paskudniejszego ni  słona kawa. Za kilka minut zejdzie na dół — teraz moja 

wachta. 

Zapi łem ubranie sztormowe i mocniej owin łem szalik wokół szyi. 

— Chyba ju  go zmieni . Prawd  mówi c, przy takiej pogodzie w ogóle nie 

powinien by  z t  ran  na górze. A wła nie, jak ona wygl da? 

— Dobrze si  goi. 

— Miał szcz cie: sze  cali ni ej i dostałby prosto w serce. 

— Wiesz, zaczynam zmienia  o nim zdanie. Nie jest takim złym człowiekiem. 

— Złote serce pod gburowat  powłok ? — spytałem, a ona skin ła głow . — 

W ka dym razie to serce jest bezgranicznie oddane złotu — powiedziałem. — 

Mo emy mie  z nim jeszcze troch  kłopotów, je eli umkniemy Metcalfe'owi. Nie 

zapominaj o jego przeszło ci. Ale daj temu miłemu człowiekowi kawy, gdy zejdzie 

pod pokład. 

Wszedłem na gór  do kokpitu i zmieniłem Coertzego. 

— Jest kawa dla ciebie! — krzykn łem. 

— Dzi ki, tego mi wła nie trzeba — odpowiedział i zszedł na dół. 

„Sanford" w dalszym ci gu połykał mile, a wiatr wzmagał si  nadal. Dobrze i 

le zarazem. Wci  utrzymywałem te same  agle co przedtem, lecz kiedy Walker 

background image

 

164 

przyszedł mnie zmieni  w pochmurny i wilgotny  wit, przed zej ciem na 

niadanie skróciłem grot agiel o jeszcze jeden obrót. 

— Jeszcze si  pogorszy — rzekł Walker wskazuj c chmur , nim opu ciłem si  

na dół zej ciówk . Spojrzałem w niebo. 

— Nie s dz . Na Morzu  ródziemnym rzadko bywa gorzej. 

— Nie znam si  na Morzu  ródziemnym — wzruszył ramionami. — Ale mam 

uczucie,  e si  pogorszy, to wszystko. 

Zszedłem na dół w pos pnym nastroju. Walker ju  wcze niej wykazywał 

niesamowite zdolno ci przewidywania zmian pogody, cho  nie kierował si  przy 

tym jakimi  widocznymi oznakami. Jego dodatkowy zmysł pogody zawsze działał 

doskonale. Miałem nadziej ,  e tym razem si  myli. 

Nie mylił si  jednak. 

W południe nie mogłem dokona  kolejnych pomiarów pozycji z powodu 

grubej warstwy chmur i złej widoczno ci. Zreszt  nawet gdybym widział sło ce, 

mało prawdopodobne, aby udało mi si  cho  przez moment utrzyma  

nieruchomo sekstans na ta cz cym pod stopami pokładzie. Log pokazał 152 mile 

w ci gu ostatniej doby — najdłu szy dystans, jaki „Sanford" kiedykolwiek 

pokonał. 

Po południu siła wiatru wzrosła znacznie, dochodz c do o miu, a nawet 

dziewi ciu stopni, a to ju  był silny sztorm. Całkowicie zwin li my grot; 

wci gn li my trajsel — trójk tny kawałek mocnego płótna, wielko ci chusteczki 

do nosa, przeznaczony na burzliw  pogod . Z trudno ci  skrócili my te  fok — 

praca na pokładzie stawała si  coraz bardziej niebezpieczna. 

Fale wzrosły jeszcze bardziej. Załamywały si  białymi grzywami, a wiatr 

zrywał z nich pian , rozdmuchuj c j  na morzu w wystrz pione pasma. Pasma 

piany były tak długie,  e morze wygl dało niczym gigantyczna balia, do której 

kto  wlał kilka tysi cy ton detergentu. 

Zabroniłem wszystkim wychodzenia na pokład. Mógł tam by  tylko 

zabezpieczony lin  ratunkow  trzymaj cy wacht . Sam za  wcisn łem si  na 

swoj  koj , ustawiłem zabezpieczenie z desek, aby mnie z niej nie wyrzuciło, i bez 

powodzenia usiłowałem czyta  jaki  magazyn. Wci  zastanawiałem si , czy 

Metcalfe jest teraz na morzu. Je eli tak, to nie zazdro ciłem mu, gdy  motorówka 

nie znosi burzliwej pogody tak dobrze jak jacht  aglowy. Musiał przechodzi  

piekło. 

Pó nym popołudniem zrobiło si  jeszcze gorzej, wi c zdecydowałem si  stan  

w dryf. Zwin li my trajsel i poło yli my si  z gołymi masztami na trawersie fal. 

Nast pnie uszczelnili my luki i zebrali my si  w czwórk  w głównej kabinie, 

usiłuj c rozmawia  na błahe tematy, gdy hałas nam na to pozwalał. 

W tym czasie zacz łem si  obawia , czy starczy dla nas miejsca na morzu. 

Poniewa  nie mogłem dokonywa  namiarów, nie znałem naszej dokładnej 

pozycji. Tak wi c, mimo i  suche obliczenia i odczyty logu wypadały nie le, 

zaczynałem si  niepokoi . Znajdowali my si  gdzie  w gardzieli leja, mi dzy 

Almeri  w Hiszpanii a Marokiem. Wiedziałem,  e nie grozi nam rozbicie o stały 

l d, lecz w tej wła nie okolicy znajdowała si  niewielka wysepka o nazwie 

Alboran, która mogła sta  si  nasz  zgub , gdyby my wpadli na ni  przy tej 

pogodzie. 

background image

 

165 

Przestudiowałem „Pilota  ródziemnomorskiego". Miałem racj  twierdz c,  e 

tego typu pogoda nie jest normalna dla obszaru  ródziemnomorskiego, lecz 

stanowiło to niewielk  pociech . Najwyra niej ten, który rz dził pogod , nie 

czytał „Pilota"; facet z pewno ci  przesadzał. 

O pi tej wyszedłem na pokład, aby rozejrze  si  po raz ostatni przed 

zapadni ciem nocy. Coertze pomógł mi zdj  listwy uszczelniaj ce z wej cia, po 

czym wspi łem si  do kokpitu. Mimo trzech dwucalowych odpływów, które tam 

wbudowałem, wiruj ca w nim woda si gała kolan. Gdy tak stałem, kurczowo 

trzymaj c si  słupka, przewaliła si  kolejna fala i zalała kokpit. 

Obiecałem sobie solennie,  e w przyszło ci dam do kokpitu jeszcze wi cej 

odpływów, po czym spojrzałem na morze. Widok był przera aj cy: to ju  był 

pełny sztorm. Fale pi trzyły si  wysoko z gro nie zawini tymi grzywami i gdy tak 

stałem, jedna z grzyw załamała si  nad pokładem i „Sanford" zadr ał 

gwałtownie. Biedak dostawał straszne ci gi i stanowczo nale ało co  zrobi . 

Oznaczało to,  e przynajmniej jeden człowiek musiał wytrwa  w kokpicie: 

przemoczony, nieszcz liwy i przestraszony. Wiedziałem,  e tym człowiekiem 

musz  by  ja. W tym, co miałem zamiar zrobi , nie zaufałbym nikomu. Zszedłem 

na dół. 

— Musimy płyn  z wiatrem — powiedziałem. — Walker, przynie  z dzioba 

zwój tej czterocalowej nylonowej liny. Kobus, wkładaj ubranie sztormowe i chod  

ze mn . 

Wróciłem z Coertzem do kokpitu i odwi załem rumpel. 

— Kiedy pu cimy „Sanforda" z wiatrem, musimy go jako  przyhamowa . 

Wyrzucimy za ruf  p tl  z liny. To powinno poskutkowa . 

Walker wszedł do kokpitu z lin  i jeden jej koniec przymocował do 

prawoburtowych polerów na rufie. Pu ciłem „Sanforda" z wiatrem, a Coertze 

zacz ł wyrzuca  lin  za ruf . W przeciwie stwie do manili, nylon pływa jak 

konopie i p tla liny zadziałała jak hamulec przy dzikim p dzie „Sanforda". 

Gdy si  ucieka przed sztormem, zbyt du a szybko  jest niebezpieczna. Jacht 

ma wówczas skłonno  do „potykania si ", podobnie jak biegn cy człowiek, który 

potyka si  o własne nogi. Kiedy co  takiego si  przydarzy, rufa mo e podnie  si  

tak wysoko,  e wywróci statek do góry dnem. Dziób ryje w morze, ster unosi si  i 

łód  robi salto. Zdarzyło si  to „Tzu Hang" na Pacyfiku i „Sandefjordowi" 

Erlinga Tambsa na Atlantyku, kiedy to stracił człowieka z załogi. Nie chciałem, 

aby to samo spotkało i mnie. 

Sterowanie łodzi  w tych warunkach je yło wprost włosy na głowie. 

Ster trzeba było trzyma  idealnie prostopadle do nadchodz cych fal. Je li 

zrobiłe  to dobrze, rufa unosiła si  gładko i fala przechodziła spodem. Je li 

wychyliłe  go cho  odrobin , nast pował głuchy huk i fala łamała si  za ruf . 

Momentalnie byłe  kompletnie przemoczony, rumpel wyrywało niemal z 

zaci ni tej r ki i zastanawiałe  si , jak długo jeszcze ster wytrzyma takie 

traktowanie. 

Coertze wyrzucił cał  lin , pełne czterdzie ci s ni, i „Sanford" zacz ł si  

zachowywa  nieco spokojniej. Lina jakby wygładziła wody za ruf  i fale nie 

łamały si  tak cz sto. Nadal płyn li my nieco za szybko, wi c powiedziałem 

Walkerowi,  eby przyniósł jeszcze troch  liny. Po wyrzuceniu za ruf  jeszcze 

background image

 

166 

dwóch lin, po dwadzie cia s ni ka da, uznałem,  e zredukowali my szybko  

„Sanforda" do trzech w złów. 

Mogłem zrobi  jeszcze jedno. Nachyliłem si  do Coertzego i przyło yłem mu 

usta do ucha. 

— Zejd  na dół i we  z dzioba zapasowy kanister ropy. Daj go Francesce i 

powiedz,  eby wylewała do klozetu po pół kwarty, a pó niej spłukiwała. 

Wystarczy co dwie lub trzy minuty. 

Skin ł głow  i zszedł na dół. Czterogalonowy kanister, który trzymali my 

jako  elazny zapas, mógł si  teraz naprawd  przyda . Cz sto słyszałem o 

wylewaniu oleju na wzburzone wody — teraz mieli my okazj  si  przekona , ile 

to rzeczywi cie było warte. 

Walker owijał płótno  aglowe wokół lin wypuszczonych za ruf  w miejscach, 

gdzie tarły o reling, by zabezpieczy  je przed zniszczeniem. Gdyby lina urwała si  

w momencie zmagania si  jachtu ze szczególnie niebezpieczn  fal , a nadchodziły 

one do  regularnie, mogłoby to oznacza  nasz koniec. 

Spojrzałem na zegarek. Było wpół do siódmej i wygl dało na to,  e mam 

przed sob  paskudn  noc. Zaczynałem ju  jednak nabiera  wprawy w 

utrzymywaniu „Sanforda" ruf  do fal. S dziłem,  e wystarczy do tego jedynie 

koncentracja i piekielnie du o wytrwało ci. 

Wrócił Coertze i krzykn ł: 

— Ropa ju  leci! 

Wyjrzałem za burt . Nie wida  było, aby to cokolwiek pomagało, cho  trudno 

było powiedzie  na pewno. Chciałem jednak spróbowa  wszystkiego, pozwoliłem 

wi c Francesce wylewa  dalej. 

Fale były du e. Oceniłem,  e od podstawy do grzbietu miały  rednio niemal 

czterdzie ci stóp i „Sanford" zachowywał si  jak wagonik szalonej kolejki w 

wesołym miasteczku. Gdy znajdowali my si  w dolinie, fale zdawały si  

przera aj co wielkie, pi trz c wysoko nad nami gro ne grzywy. Pó niej, gdy fala 

podnosiła jacht od rufy, dziób ton ł, i statek wygl dał, jakby stał w pionie i chciał 

zanurkowa  na samo dno morza. Fala znów wynosiła „Sanforda" na grzbiet i 

wówczas widzieli my wokoło postrz pione przez sztorm morze. Unosz ca si  z fal 

piana była wsz dzie, tak  e trudno było rozró ni  morze od powietrza. I znów 

wracali my na dół. „Sanford" dziobem mierzył w niebo, a ogromne fale groziły 

nam po raz kolejny. 

Czasami, ze cztery razy na godzin , nadchodziła fala szczególnie wysoka. 

Tworzyły j  nakładaj ce si  na siebie doganiaj ce  ciany wody. Oceniałem je na 

sze dziesi t stóp, wi cej ni  miał maszt 

„Sanforda". Musiałem si  piekielnie koncentrowa , aby my nie zostali zalani. 

Raz — jedyny raz — zalało nas i wła nie wówczas Walker znalazł si  za burt . 

Wielka fala załamała si  za ruf  i pogr yli my si  w wodzie. Usłyszałem 

rozpaczliwy krzyk i zobaczyłem blad  twarz z szeroko rozwartymi oczami, gdy 

wymyło go z kokpitu. 

Coertze zareagował natychmiast. Rzucił si  za Walkerem, usiłuj c go 

dosi gn , ale nie udało mu si . 

— Lina ratunkowa! Wci gnij go! — krzykn łem. Przetarł oczy z wody i 

rykn ł: 

background image

 

167 

— Nie ma! 

Przekl ty dure , pomy lałem. Wydaje mi si ,  e była to my l, ale mogłem j  

nawet wykrzycze . Coertze krzykn ł i wskazał do tyłu. Odwróciłem si  i 

dostrzegłem ciemny kształt miotaj cy si  w wodzie kipi cej za ruf . Widziałem 

białe r ce kurczowo zaci ni te na nylonowej linie. Mówi ,  e ton cy chwyta si  

brzytwy; Walker miał szcz cie — chwycił jedn  z hamuj cych nas lin. 

Coertze szybko wci gał lin . Wyci ganie zranionym ramieniem bezwładnego 

Walkera z pewno ci  nie było dla niego łatwe. Robił to jednak tak, jakby lina 

była lu na. Podci gn ł Walkera tu  pod ster i zaknagował lin . 

— Id  za paw ! — krzykn ł. — B dziesz mi musiał usi

 na nogach. 

Skin łem głow . Zacz ł pełzn  przez paw  rufy w stron  kurczowo 

ciskaj cego lin  Walkera i ze lizn ł si  ku rufie. Wstałem, wyd wign łem si  z 

kokpitu i usiadłem na jego nogach. Przy gwałtownych ruchach spowodowanych 

sztormem tylko mój ci ar sprawiał,  e nie katapultowało go do morza. 

Coertze mocno uchwycił lin  i poci gn ł tak,  e ramiona wykr ciło mu niemal 

z wysiłku. Podniósł bezwładny ci ar, którym był Walker, o pi  stóp — tyle 

wynosiła odległo  od relingu rufowego do powierzchni wody. Prosiłem Boga, 

eby Walker zdołał si  utrzyma . Gdyby pu cił lin , zgubiłby nie tylko siebie: 

gwałtowne uwolnienie od ci aru pozbawiłoby Coertzego równowagi, a wówczas 

nie miałby szans na utrzymanie si  na pokładzie. 

Nad relingiem ukazały si  r ce Walkera i Coertze mocno złapał go za mankiet 

płaszcza. Wówczas spojrzałem w kierunku rufy i wrzasn łem: 

— Na miło  bosk , trzymajcie si ! 

Od strony rufy z szybko ci  poci gu ekspresowego zbli ała si  ku nam 

nieubłaganie jedna z tych przera aj cych, ogromnych fal. Dziób „Sanforda" 

zanurzył si  paskudnie, a Coertze jeszcze raz szarpn ł Walkera i chwyciwszy go 

za kark, wyci gn ł na paw . 

Wówczas dopadła nas fala i znikn ła równie szybko, jak przyszła. Walker 

upadł na dno kokpitu, nie potrafiłem powiedzie , nieprzytomny czy martwy, a 

Coertze zwalił si  na niego. Pier  falowała mu gwałtownie po ogromnym wysiłku. 

Le ał tak przez chwil , po czym schylił si , aby rozewrze  zaci ni te na linie z sił  

imadła palce Walkera. 

— Znie  go na dół i sam te  zosta  tam przez jaki  czas — powiedziałem, gdy 

w ko cu uwolnił lin  od palców Walkera. 

Wtedy wła nie doznałem ol nienia, lecz nie miałem czasu zastanawia  si  nad 

tym. Musiałem ponownie wyrzuci  za ruf  sp tlon  lin , trzymaj c jednocze nie 

rumpel i obserwuj c nadchodz ce fale. 

Upłyn ła niemal godzina, nim Coertze wrócił; samotna i straszna godzina, w 

czasie której byłem zbyt zaj ty, by uporz dkowa  swe my li. Sztorm zdawał si  

jeszcze przybiera  na sile i zaczynałem powa nie pow tpiewa  w wypowiedzian  

przy Francesce opini  o przydatno ci do  eglugi małych łodzi. 

Gdy Coertze ponownie wspi ł si  do kokpitu, przej ł funkcj  Walkera — 

pilnowanie lin za ruf . Siadaj c u miechn ł si  do mnie szeroko. 

— Z Walkerem wszystko w porz dku! — wykrzykn ł. — Fran-cesca opiekuje 

si  nim. Wypompowałem z niego wod  — z za musi by  prawie pełna — 

roze miał si  na całe gardło, zagłuszaj c niemal huk sztormu. 

background image

 

168 

Patrzyłem na niego w zdumieniu. 

 

ródziemnomorski sztorm nie mo e trwa  zbyt długo. Nie osi ga siły 

sztormów na oceanie, gdy  pozbawiony rozległych przestrzeni wicher szybko 

zamiera. O czwartej rano nast pnego dnia sztorm zel ał na tyle,  e postanowiłem 

powierzy  rumpel Coertzemu i zszedłem na dół. Kiedy usiadłem na kozetce, 

uwolnione od długiego napr enia r ce zacz ły mi nagle dr e . Poczułem si  

niesamowicie zm czony. 

— Pewnie jeste  głodny — powiedziała Francesca. — Zrobi  ci co  do 

jedzenia. 

Potrz sn łem głow . 

— Jestem zbyt zm czony, aby je . Id  spa . — Pomogła mi zdj  ubranie. — 

Jak si  ma Walker? 

— Nic mu nie jest.  pi na huntkojce. 

Wolno skin łem głow . Coertze poło ył Walkera na swojej koi. To równie  

pasowało do cało ci. 

— Obud  mnie za dwie godziny — powiedziałem. — Nie pozwól mi spa  

dłu ej. Nie chc  zostawia  Coertzego zbyt długo samego. 

Zwaliłem si  na koj  i natychmiast zasn łem. Ostatni  rzecz , jak  

zapami tałem, była przelotna wizja Coertzego, winduj cego Walkera przez ruf . 

Francesca obudziła mnie o szóstej trzydzie ci z kubkiem kawy, któr  

przyj łem z wdzi czno ci . 

— Chcesz co  zje ? — spytała. 

Przysłuchałem si  wiatrowi i przeanalizowałem ruchy „Sanforda". 

— Zrób  niadanie dla wszystkich — powiedziałem. — Obrócimy si  na wiatr i 

odpoczniemy troch . Uwa am,  e nadszedł ju  czas, aby pomówi  z Coertzem. 

Wróciłem do kokpitu i oceniłem sytuacj . Wiatr wci  był silny, ale nawet w 

przybli eniu nie taki jak w nocy. Coertze wci gn ł ju  dwie dwudziestos niowe 

liny i porz dnie je pozwijał. 

— Obrócimy si  teraz na wiatr — powiedziałem. — Najwy szy czas,  eby  si  

troch  przespał. 

Skin ł głow  i zacz li my wci ga  ostatni  p tl  liny. Nast pnie 

przywi zali my rumpel. „Sanford" ustawił si  bokiem do fal; teraz, gdy wiatr 

osłabł, było to ju  bezpieczne. Kiedy zeszli my pod pokład, Francesca 

przygotowała  niadanie. Rozło yła na stole mokry obrus, aby nakrycia si  nie 

lizgały. Usiedli my przy nim z Coertzem. 

Zacz ł smarowa  masłem kromk  chleba, podczas gdy ja zastanawiałem si , 

jak zabra  si  do tego, co miałem powiedzie . Musiałem zada  mu trudne pytanie 

i, znaj c jego dra liwy charakter, nie wiedziałem, jak na to zareaguje. 

— Wiesz, nigdy tak naprawd  nie podzi kowałem ci za to,  e wyci gn łe  

mnie z tej kopalni — zagadn łem — kiedy strop si  zawalił. 

Odpowiedział z ustami pełnymi chleba. 

— Nee, man, mówiłem ci ju  wcze niej: to była moja wina. Powinienem był 

porz dnie ostemplowa  ten ostatni kawałek. 

— Walker te  jest ci winien podzi kowania. Ubiegłej nocy ocaliłe  mu  ycie. 

— Kogo to obchodzi, co on my li — parskn ł. 

background image

 

169 

— A w ogóle, dlaczego to zrobiłe ? — spytałem ostro nie, gotów do 

natychmiastowego wycofania si . — N i e w y c i   g n i   c i e  go mogło by  warte 

co najmniej  wier  miliona. 

Coertze wpatrywał si  we mnie wyra nie dotkni ty. Twarz mu poczerwieniała 

z gniewu. 

— Człowieku, czy my lisz,  e jestem jakim  pieprzonym morderc ? Kiedy  

tak my lałem, ale nie powiedziałem mu tego. 

— I nie zabiłe  Parkera ani Alberta Corsa, ani Donata Rinaldiego? Twarz mu 

spurpurowiała jeszcze bardziej, o ile było to mo liwe. 

— Kto tak powiedział? 

Kiwn łem kciukiem w stron  huntkojki, gdzie wci  spał Walker. 

— On. 

Przez moment my lałem,  e wybuchnie. Szcz ki zacisn ły mu si  

spazmatycznie i dosłownie zatkało go. Nie był w stanie wydusi  z siebie 

najsłabszego bodaj głosu. 

— Według wersji naszego przyjaciela Walkera, wprowadziłe  Alberta w 

pułapk  na urwisku, a nast pnie zepchn łe  go. Rozwaliłe  głow  Donatowi. 

Strzeliłe  Parkerowi w tył głowy, gdy obaj brali cie udział w akcji przeciwko 

Niemcom. 

— Ten n dzny, kłamliwy dra  — warkn ł złowró bnie Coertze. Zacz ł si  

podnosi . — Wepchn  mu te kłamstwa z powrotem w jego przekl te gardło. 

Uniosłem r k . 

— Zaczekaj. Nie nale y działa  pochopnie. Najpierw spróbujmy to 

uporz dkowa . Chciałbym usłysze  twoj  wersj  tego, co si  wówczas wydarzyło. 

Widzisz, wypadki minionej nocy zmusiły mnie do ponownego przemy lenia wielu 

spraw. Zastanawiałem si , dlaczego miałby  ratowa  Walkera, je eli jeste  takim 

człowiekiem, jak on twierdzi. Chciałbym wreszcie dotrze  do prawdy. 

Usiadł wolno i zapatrzył si  w stół. Wreszcie powiedział: 

—  mier  Alberta była przypadkiem. Próbowałem go uratowa , ale nie dałem 

rady. 

— Wierz  ci. Po ostatniej nocy. 

— O Donacie nic nie wiem. Chocia , jak sobie przypominam, uwa ałem,  e 

było w tym co  dziwnego. To znaczy, dlaczego Donato miałby si  wspina  dla 

przyjemno ci? Miał jej pod dostatkiem, bior c pod uwag , jak hrabia ganiał nas 

po tych wzgórzach. 

— A Parker? 

— Nawet gdybym chciał, nie mógłbym go zabi  — odparł stanowczo. 

— Dlaczego? 

— Poszli z Umbertem przygotowa  jedn  ze zwykłych zasadzek — zacz ł 

wolno. — Umberto rozdzielił siły, jedna grupa po jednej stronie doliny, druga po 

przeciwnej. Parker i Walker byli w drugiej. Zasadzka okazała si  niewypałem i 

obie grupy wróciły do obozu oddzielnie. Dopiero po powrocie usłyszałem,  e 

Parker został zabity. 

Przesun ł dłoni  po policzku. 

— Czy to od Walkera dowiedziałe  si ,  e Parker został postrzelony w tył 

głowy? 

background image

 

170 

— Tak. 

Spojrzał na swoje r ce le ce na stole. 

— Wiesz, Walker mógłby co  takiego zrobi . Byłoby to w jego stylu. 

— Wiem — odparłem. — Mówiłe  mi kiedy ,  e Walker kilkakrotnie w czasie 

wojny wpakował ci  w kłopoty. Kiedy dokładnie to si  stało? Zanim ukryli cie 

złoto czy pó niej? 

Zmarszczył brwi, si gaj c pami ci  wstecz, do odległych dni. 

— Pami tam,  e kiedy  Walker wyci gn ł paru ludzi z okopu, kiedy 

absolutnie nie powinien był tego robi . Był ł cznikiem Umberta i twierdził,  e  le 

zrozumiał jego polecenie. Prowadziłem wówczas kilku chłopców i odsłoniło mi to 

zupełnie flank . — Twarz mu znów pociemniała. — Kilku z nich dostało si  przez 

to do niewoli, a ja omal nie oberwałem bagnetem w tyłek — wykrzywił twarz w 

zamy leniu. — To stało si  p o ukryciu złota. 

— Jeste  pewien? 

— Absolutnie. Przył czyli my si  do grupy Umberta ju  po ukryciu złota. 

— Mo e to on strzelił Parkerowi w potylic  — powiedziałem spokojnie. — 

Mo e rozwalił kamieniem tył głowy Donatowi i upozorował wypadek przy 

wspinaczce. Ale mo e c i e b i e za bardzo si  bał, aby ci  załatwi  z przodu lub od 

tyłu. Wiesz, czasami jeste  wzbudzaj cym groz  draniem. Mo e próbował 

wszystko tak zaaran owa ,  eby to Niemcy ci  załatwili? 

Pi ci Coertzego zacisn ły si  na stole. 

— Zawsze si  ciebie bał. Wci  si  boi — dodałem. 

— Magtig, nie bez powodu — wybuchn ł. — Donato wyprowadził nas z 

obozu. Donato został z nim na zboczu, gdy Niemcy prowadzili poszukiwania — 

spojrzał na mnie z bólem w oczach. — Jakim człowiekiem trzeba by , aby zrobi  

co  takiego? 

— Takim jak Walker — odparłem. — My l ,  e powinni my z nim pogada . 

Mam wielk  ochot  dowiedzie  si , co przygotował dla mnie i dla Franceski. 

Coertze zacisn ł usta. 

— Ja. My l ,  e obudzimy go z tego lekker slaap. Uniósł si  w chwili, gdy 

weszła Francesca z półmiskami. Ujrzała twarz Coertzego i zatrzymała si  

niepewnie. 

— Co si  dzieje? 

Wzi łem od niej naczynia i wstawiłem za listw  sztormow . 

— Wła nie zamierzamy pomówi  z Walkerem — powiedziałem. — Lepiej 

chod  z nami. 

Ale Walker ju  si  obudził i z wyrazu jego twarzy wywnioskowałem,  e 

wiedział, na co si  zanosi. Podniósł si  z koi i próbował uciec Coertzemu, który 

zamierzył si  na niego. 

— Wstrzymaj si  — powiedziałem i chwyciłem Coertzego za rami . — 

Mówiłem,  e porozmawiamy z nim. 

Mi nie jego podniesionego ramienia napi ły si , po czym rozlu niły powoli. 

Pu ciłem go. 

— Coertze uwa a,  e jeste  kłamc  — co ty na to? L kliwie spojrzał na 

Coertzego, po czym odwrócił wzrok. 

— Nie powiedziałem,  e kogo  zabił. Nie powiedziałem tego. 

background image

 

171 

— Nie — zgodziłem si . — Ale dokładnie dałe  mi to do zrozumienia. 

Coertze wydał pomruk, ale nic nie powiedział, najwyra niej zadowolony,  e 

chwilowo prowadz  spraw . 

— A co z Parkerem? — spytałem. — Powiedziałe ,  e Coertze był obok, kiedy 

został zastrzelony; Coertze twierdzi,  e go tam nie było. Co ty na to? 

— Tego te  nie powiedziałem — powtórzył pos pnie. 

— J e s t e    przekl tym kłamc  — powiedziałem twardo. — Tak mi 

powiedziałe . Je li ty nie, to ja mam dobr  pami . Ostrzegłem ci  w Tangerze, co 

si  stanie, je eli kiedykolwiek mnie okłamiesz, wi c lepiej uwa aj. A teraz gadaj 

prawd : czy Coertze był w pobli u, gdy Parker został zabity? 

Długo milczał. 

— No wi c? — domagałem si  odpowiedzi. Załamał si . 

— Nie, nie było go! — krzykn ł piskliwie. — Wymy liłem to. Nie było go tam. 

Był po drugiej stronie doliny. 

— W takim razie, kto zabił Parkera? 

— To Niemcy! — krzyczał histerycznie. — To Niemcy. Mówiłem ci,  e to 

Niemcy. 

Trudno było liczy  na to,  e przyzna si  do morderstwa. Nigdy nie 

powiedziałby wprost,  e zabił Parkera i Donata Rinaldiego, ale twarz go 

zdradziła. Tak czy inaczej nie miałem ju  zamiaru go oszcz dza , wi c 

powiedziałem do Coertzego: 

— To on ponosi odpowiedzialno  za atak Torloniego. 

— Jakim cudem? — mrukn ł Coertze zdumiony. Opowiedziałem mu o złotej 

papiero nicy. 

— Ubiegłej nocy Coertze uratował ci  ycie — zwróciłem si  do Walkera — 

ale, na Boga, wolałbym, aby  uton ł. Teraz zostawi  ci  z nim sarn na sam i mo e 

z tob  zrobi , co zechce. 

Walker złapał mnie za rami . 

— Nie zostawiaj mnie — błagał. — Nie pozwól,  eby mnie dopadł. 

Za chwil  miało si  sta  to, czego si  zawsze bał. Nie b dzie nikogo mi dzy 

nim a Coertzem. Oczernił Coertzego w moich oczach, aby zyska  sprzymierze ca 

w swojej walce, lecz przeszedłem teraz na przeciwn  stron . Bał si  siły fizycznej 

— zabójstw dokonywał z zasadzki — a Coertze stanowił uosobienie siły. 

— Prosz ! — skamlał. — Nie opuszczaj... — spojrzał na Francesc  z 

rozpaczliwym błaganiem w oczach. Odwróciła si  bez słowa i wyszła z kokpitu. 

Odtr ciłem jego r k  i pod yłem za ni , zamykaj c luk kabiny. 

— Coertze go zabije — stwierdziła cicho. 

— A nie zasłu ył sobie na to? — spytałem. — Z zasady nie uznaj  prywatnych 

egzekucji, ale tym razem mam ch  zrobi  wyj tek. 

— Nie martwi  si  o Walkera — powiedziała. —  le wpłynie to na Coertzego. 

Nie mo na, ot tak, zabi  człowieka i znów by  takim jak przedtem. Wpłynie to  le 

na jego... jego dusz . 

— Coertze zrobi to, co musi — odparłem. 

Zamilkli my, wpatruj c si  we wzburzone morze. Zacz łem my le  o łodzi i o 

tym, co powinni my robi  dalej. 

background image

 

172 

Luk kabiny otworzył si  i do kokpitu wszedł silnie wzburzony Coertze. 

Ochrypłym głosem rzekł: 

— Chciałem zabi  tego bydlaka. Chciałem go uderzy  — raz go uderzyłem. 

Ale nie mo na bi  kogo , kto nie walczy. Nie mo na, prawda? 

U miechn łem si  szeroko, a Francesca roze miała si  rado nie. Coertze 

patrzył na nas i z wolna jego twarz te  wykrzywił u miech. 

— Ale co my z nim zrobimy? — spytał. 

— Wysadzimy go w Tangerze i niech sam sobie radzi — powiedziałem. — 

Nap dzimy mu takiego stracha,  e b dzie najbardziej wyl knionym człowiekiem 

na  wiecie. 

Siedzieli my szczerz c do siebie z by, jak szcz liwi głupcy, gdy nagle 

Francesca wykrzykn ła: 

— Patrzcie! 

Pod yłem wzrokiem za jej wyci gni t  r k . 

— O nie! — j kn łem. Coertze zakl ł. 

  Podrzucana falami, kołysz c si  okropnie, płyn ła w nasz  stron  fairmila.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

173 

Rozdział 9

 

 

„SANFORD” 

 

Spojrzałem na ni  z gorycz . Byłem przekonany,  e Metcalfe zgubił nas w 

czasie sztormu — miał jednak diabelskie szcz cie. Nie odnalazł nas za pomoc  

radaru, gdy  sztorm wymiótł do czysta nadbudówk  fairmili. Znikn ła antena 

radaru, jak równie  maszt radiowy i krótki d wig obrotowy. Jedynie dzi ki 

nieprawdopodobnemu przypadkowi mógł si  na nas natkn . 

— Zejd  na dół i uruchom silnik — powiedziałem do Coertzego. — 

Francesca, id  te  na dół i nie wychylaj nosa. 

Spojrzałem na fairmil . Znajdowała si  o mil  od nas i zbli ała si  z 

szybko ci  jakich  o miu w złów. Dawało nam to nieco ponad pi  minut na 

jakiekolwiek daremne przygotowania. Nie miałem złudze  co do Metcalfe'a. 

Torloni był niebezpieczny, lecz posługiwał si  tylko przemoc . Metcalfe za  

u ywał głowy. Pogoda była paskudna. Kiedy wiatr dm c równomiernie narzuca 

morzu dyscyplin , fale id  równo i jednostajnie. Z ustaniem wiatru na morzu 

zapanował chaos. Wielkie jak piramidy góry wody unosiły si  i znikały, a 

„Sanford" przechylał si  i kołysał alarmuj co. 

Fairmila te  nie była w lepszym poło eniu. Zataczała si  niepewnie i kołysała 

ci ko, gdy uderzały w ni  nieoczekiwane fale. Mogłem sobie wyobrazi  hałas 

panuj cy w kadłubie. Jako nabytek z demobilu była star  łodzi  i jej kadłub 

musiał straci  na warto ci mimo troski, której nie szcz dził jej Metcalfe. Poza 

tym trzeba pami ta ,  e planowano jej  ywot na jakie  pi  lat, a materiały z 

czasów wojny nie zasłyn ły zbyt wysok  jako ci . 

Nagle przyszło mi do głowy,  e nie mogła ju  płyn  szybciej;  e przy tak 

wzburzonym morzu Metcalfe nie odwa ył si  prowadzi  jej szybciej. Jej silniki w 

spokojnej wodzie mogły da  nawet dwadzie cia sze  w złów. Gdyby jednak teraz 

wyduszono z niej cho  troch  wi cej ni  osiem, istniało niebezpiecze stwo,  e łód  

rozleci si  na kawałki. Metcalfe mógł wiele ryzykowa  dla złota, ale nie a  tyle. 

Gdy usłyszałem,  e silnik zaskoczył, otwarłem szeroko przepustnic  i 

odwróciłem „Sanforda" ruf  do fairmili. Mieli my niezły silnik i nawet 

pokonuj c takie fale mogłem uzyska  „Sanfordem" siedem w złów. Nasza 

pi ciominutowa zwłoka została teraz przeci gni ta do godziny. Mo e przez ten 

czas wpadniemy jeszcze na jaki  dobry pomysł. 

Coertze wyszedł na gór . Przekazałem mu rumpel, a sam zszedłem na dół. Nie 

zawracałem sobie głowy mówieniem mu, co ma robi  — wszystko było oczywiste. 

Otworzyłem szafk  pod swoj  koj  i wyci gn łem 'schmeissera oraz wszystkie 

magazynki. Francesca spogl dała na mnie z koi. 

— Czy musisz to robi ? 

— Nie strzel , dopóki nie b d  musiał — odparłem. — Albo gdy oni zaczn  

strzela  pierwsi. — Rozejrzałem si  dokoła. — Gdzie jest Walker? 

— Zamkn ł si  w dziobówce. Boi si  Coertzego. 

— Dobrze. Nie chc ,  eby si  teraz p tał pod nogami — stwierdziłem i 

wróciłem do kokpitu. 

Coertze spojrzał z niedowierzaniem na pistolet maszynowy. 

background image

 

174 

— Sk d go wzi łe , u diabła? 

— Ze sztolni. Mam nadziej ,  e działa; ta amunicja jest cholernie stara. 

Zało yłem jeden z długich magazynków i przymocowałem kolb . 

— Lepiej we  swojego lugera, a ja przejm  ster. U miechn ł si  kwa no. 

— Po co? Wyrzuciłe  wszystkie kule. 

— Do diabła! Chocia , czekaj chwil . Jest bro  Torloniego. Le y w szufladzie 

stołu nawigacyjnego. 

Zszedł na dół, a ja spojrzałem w tył na fairmil . Tak jak my lałem, Metcalfe 

nie zwi kszył pr dko ci, gdy zacz li my ucieka . Nie miało to zreszt  wi kszego 

znaczenia — płyn ł o jaki  w zeł szybciej od nas i odlego  mi dzy nami wyra nie 

si  zmniejszyła. 

Coertze wrócił z pistoletem wetkni tym za pasek spodni. 

— Ile zajmie mu dopadniecie nas? — spytał. 

— Niecał  godzin . — Dotkn łem schmeissera. — Nie strzelamy, chyba  e on 

zacznie, i postaramy si  nie zabija . 

— Czy on b dzie strzelał tak,  eby zabi ? 

— Nie wiem. Mo e. 

Coertze mrukn ł, wyci gn ł pistolet i zacz ł go sprawdza . 

Zamilkli my, a zreszt  i tak nie bardzo mieli my o czym rozmawia . 

My lałem o posługiwaniu si  pistoletem maszynowym. Dawno ju  nie strzelałem, 

zacz łem wi c powtarza  kolejne punkty szkoleniowe, wpojone mi kiedy  przez 

sier anta o czerwonej twarzy. Pami tałem,  e odrzut unosi luf  i je li celowo nie 

przytrzymało si  jej na dole, wi kszo  kul szła w powietrze. Próbowałem sobie 

przypomnie  i inne rzeczy, których si  nauczyłem, ale nic mi nie przychodziło na 

my l. Te fragmentaryczne wiadomo ci musz  wystarczy . 

— Ch tnie napiłbym si  kawy — powiedziałem w jaki  czas pó niej do 

Coertzego. 

— Niezły pomysł — odrzekł i zszedł na dół. Afrykaner nigdy nie odrzuci 

propozycji wypicia kawy. Ich w troby pewnie s  od niej zupełnie br zowe. 

Wrócił po pi ciu minutach z dwoma dymi cymi kubkami. 

— Francesca chce wyj  na gór  — powiedział. Spojrzałem w tył na fairmil . 

— Nie — odparłem krótko. 

Pili my kaw , której połowa si  rozlała, gdy „Sanford" zadygotał od 

uderzenia szczególnie silnej fali. Kiedy sko czyli my, fairmila znajdowała si  o 

wier  mili i wyra nie widziałem Metcalfe'a stoj cego obok sterówki. 

— Ciekaw jestem, jak si  do nas zabierze — powiedziałem. — Przy takim 

morzu nie da rady wedrze  si  na pokład; istnieje zbyt wielkie niebezpiecze stwo 

staranowania nas. A jak ty by  si  do tego zabrał, Kobus? 

— Podpłyn łbym blisko i wystrzelał nas z karabinu — mrukn ł. — Jak na 

strzelnicy. A pó niej, gdy morze si  uspokoi, wszedłbym spokojnie na pokład. 

Brzmiało to rozs dnie, lecz nie poszłoby tak łatwo jak na strzelnicy. Metalowe 

kaczki nie odpowiadaj  ogniem. Wr czyłem rumpel Coertzemu. 

— Mo e b dziemy musieli wykona  par  fantazyjnych manewrów — 

powiedziałem. — Ale bez  agli dasz sobie z nim do  dobrze rad . Kiedy powiem, 

e masz co  zrobi , rób to natychmiast. — Wzi łem schmeissera i poło yłem sobie 

na kolanach. — Ile naboi jest w tamtym pistolecie? 

background image

 

175 

— Za mało — odparł. — Pi . 

W ko cu fairmila znalazła si  w  wiartce rufowej, o sto jardów zaledwie od 

nas. Metcalfe wyszedł ze sterówki nios c megafon. Jego głos zadudnił po wodzie: 

— Po co uciekacie? Nie chcecie,  eby was podholowa ? Przyło yłem dłonie do 

ust. 

— Chcesz dosta  nagrod  za ocalenie? — spytałem ironicznie. Roze miał si . 

— Czy sztorm wyrz dził u was jakie  szkody? 

—  adnych! — krzykn łem. — Sami dotrzemy do portu. 

Je li chciał udawa  niewini tko, byłem gotów bawi  si  razem z nim. Nie 

miałem nic do stracenia. 

Fairmila zmniejszyła szybko , aby i  równo z nami. Metcalfe dłubał co  

przy wzmacniaczu megafonu, który niesamowicie piszczał. 

— Hal! — krzykn ł. — Chc  mie  twoj  łód . I twój ładunek. A wi c zostało 

to powiedziane: jasno i bez ogródek. 

— Je eli podejdziecie do tego spokojnie, zadowol  si  połow  — zahuczał 

megafon. — Je li nie, wezm  wszystko. 

— Torloni zło ył tak  sam  ofert  i wiesz, co si  z nim stało. 

— Znajdował si  w niekorzystnym poło eniu! — zawołał Metcalfe. — Nie 

mógł u y  broni. Ja mog . 

Pojawił si  Krupke — z karabinem. Wspi ł si  na dach salonu pokładowego i 

poło ył si  tu  za sterówk . 

— Wygl da na to,  e wykrakałe  — powiedziałem do Coertzego. 

Było  le, ale nie beznadziejnie. Krupke słu ył w wojsku. Przywykł do stabilnej 

pozycji, nawet je li cel si  ruszał. Nie s dziłem, aby mógł celnie strzela  z tak 

podskakuj cej platformy jak fairmila. 

Dostrzegłem,  e Metcalfe podchodzi bli ej i powiedziałem do Coertzego: 

— Utrzymuj stał  odległo . 

— No wi c jak?! — krzykn ł Metcalfe. 

— Id  do diabła! 

Skin ł Krupke'owi, który natychmiast strzelił. Nie wiem, gdzie poleciała kula 

— my l ,  e w ogóle nie trafiła w jacht. Strzelił ponownie i tym razem trafił w co  

na dziobie. Musiał to by  metal, bo usłyszałem brz k, gdy kula odbiła si  

rykoszetem. 

Coertze szturchn ł mnie w  ebra. 

— Nie ogl daj si ,  eby Metcalfe si  nie zorientował, ale chyba czeka nas 

kolejna burza. 

Zmieniłem nieco pozycj  na siedzeniu, tak  e k tem oka mogłem spogl da  na 

ruf . Horyzont zaczerniała zło liwa nawałnica, zbli aj ca si  w nasz  stron . 

Modliłem si  w duchu,  eby si  pospieszyła. 

— Musimy gra  teraz na zwłok  — szepn łem. Krupke znowu strzelił i kula 

trzasn ła w ruf . Wychyliłem si  za burt  i zobaczyłem dziur  wbit  w  cianie 

paw y. Celował coraz lepiej. 

— Powiedz Krupke'emu,  eby nie zrobił nam dziury poni ej linii zanurzenia! 

— krzykn łem. — Mogliby my zaton , a to by ci si  nie spodobało. 

Na chwil  strzały umilkły. Zobaczyłem, jak Metcalfe rozmawia z Krupke'em 

gestykuluj c, aby mu pokaza ,  e powinien strzela  wy ej. Niezwłocznie 

background image

 

176 

przywołałem Francesc  na pokład. Te kule z niklowym płaszczem przechodziły 

przez cienkie deski burty „Sanfor-da" niczym przez bibułk . Wyszła akurat w 

chwili, gdy Krupke oddał kolejny strzał. Przeszedł wysoko. Pudło. 

Gdy tylko Metcalfe j  ujrzał, podniósł r k  i Krupke przestał strzela . 

— Hal, b d  rozs dny! — zawołał. — Masz kobiet  na pokładzie. Spojrzałem 

na Francesc , a ona pokr ciła głow . 

— Strzelaj dalej! — krzykn łem. 

— Nie chc  nikogo zrani  — prosił Metcalfe. 

— W takim razie odpły . 

Wzruszył ramionami, powiedział co  do Krupke'a, który znów wystrzelił. 

Kula z brz kiem trafiła w okucie bomu. U miechn łem si  ponuro, my l c o 

specyficznej moralno ci Metcalfe'a. Według niego, gdyby ktokolwiek teraz został 

zabity, byłaby to moja wina. 

Spojrzałem w stron  rufy. Nawałnica zbli yła si  znacznie i szybko 

nadci gała. Był to ostatni, zamieraj cy poryw sztormu i nie mógł potrwa  długo. 

Miałem nadziej ,  e jednak wystarczaj co długo, aby urwa  si  Metcalfe'owi. Nie 

s dz , aby Metcalfe ju  co  zauwa ył — był zbyt zaj ty nami. 

Krupke wystrzelił jeszcze raz. Z przodu rozległo si  uderzenie i wiedziałem,  e 

kula musiała przej  przez główn  kabin . W sam  por   ci gn łem Francesc  na 

gór . 

Krupke zaczynał mnie denerwowa . Mimo trudno ci z celowaniem strzelał 

coraz lepiej, zreszt  wcze niej czy pó niej uzyskałby jakie  szcz liwe trafienie. 

Zastanawiałem si , ile ma amunicji. 

— Metcalfe! — zawołałem. 

Uniósł r k  do góry, ale nie do  szybko,  eby powstrzyma  Krupke'a od 

naci ni cia spustu. Zr bnica kokpitu przy moim łokciu zmieniła si  w drewno na 

zapałki. Wszyscy schowali my si  do kokpitu. Z niedowierzaniem spojrzałem na 

grzbiet dłoni — sterczała z niego dwucalowa mahoniowa drzazga. 

Wyci gn łem j  i wrzasn łem: 

— Hej, poczekaj no! To było troch  za blisko. 

— Czego chcesz? 

Zauwa yłem,  e fairmila znów si  do nas przyciskała, wi c poleciłem 

Coertzemu,  eby odpłyn ł. 

— No wi c? — niecierpliwił si  Metcalfe. 

— Chc  zawrze  umow ! — krzykn łem. 

— Znasz moje warunki. 

— Sk d mo emy wiedzie , czy mo na ci ufa ? 

— Tego nie b dziecie wiedzie  — odparł szczerze Metcalfe. Udawałem,  e 

konferuj  z Coertzem. 

— Jak tam nawałnica, zbli a si ? 

— Je li dalej b dziesz go bajerował, to mo e nam si  uda. Odwróciłem si  do 

fairmili. 

— Zrobi  ci kontrpropozycj . Damy ci jedn  trzeci  — Walker nie 

potrzebuje swojej cz ci. 

— Oo,  w  ko cu  go  zdemaskowali cie,  co? —  roze miał  si  Metcalfe. 

— Co ty na to? 

background image

 

177 

— Nic z tego, połowa albo wszystko. Wybieraj, nie masz zbyt wiele 

argumentów przetargowych. 

— Co my lisz, Kobus? Przesun ł machinalnie r k  po policzku. 

— Zgodz  si  na ka d  twoj  decyzj . 

— Francesca? Westchn ła. 

— Czy uwa asz,  e nadchodz cy sztorm co  pomo e? 

— To nie jest sztorm, ale pomo e. My l ,  e mo emy zgubi  Metcalfe'a, je li 

uda nam si  przetrzyma  go jeszcze z dziesi  minut. 

— A damy rad ? 

— My l ,  e tak, ale to mo e by  niebezpieczne. Zacisn ła usta. 

— Wi c walcz z nim. 

Spojrzałem na Metcalfe'a. Stał przy drzwiach sterówki, patrz c na Krupke'a, 

który wskazywał za ruf . Zobaczył nawałnic ! 

— Odbyli my narad  i całkowicie zgodna opinia brzmi: w dalszym ci gu 

mo esz i  do diabła! — krzykn łem. 

Poirytowany machn ł r k  i Krupke znów strzelił — kolejne pudło. 

— Damy mu jeszcze dwie szans  — powiedziałem do Coertzego. — 

Natychmiast po drugim strzale steruj prawo na burt, jakby  go chciał 

staranowa . Ale, na miło  bosk , nie zrób tego. Podpły  najbli ej, jak si  da, i 

wró  na kurs równoległy do niego. Rozumiesz? 

Gdy skin ł głow , rozległ si  kolejny strzał. Ten trafił tu  pod kokpitem — 

Krupke robił si  stanowczo za dobry. 

Metcalfe nie mógł wiedzie ,  e mamy pistolet maszynowy. „Sanforda" 

wielokrotnie przeszukiwano, a pistoletów maszynowych — nawet małych — nie 

znajduje si  we Włoszech na ka dym rogu. Istniała szansa,  e go przestraszymy. 

— Kiedy zaczniemy skr ca , połó  si  na dnie kokpitu — powiedziałem do 

Franceski. 

Krupke ponownie strzelił, spudłował, a Coertze przesun ł rumpel na drug  

stron . Zaskoczyli my Metcalfe'a — wygl dało to tak, jakby królik atakował 

łasic . Mieli my na wykonanie manewru jakie  dwadzie cia sekund i udało si . 

Kiedy doszedł do siebie na tyle, aby krzykn  do sternika, i nim sternik 

zareagował, byli my ju  obok. 

Krupke strzelił, gdy zobaczył,  e podpływamy, ale posłał kul  na o lep. 

Zobaczyłem, jak celuje we mnie i przez chwil  patrzyłem prosto w luf  jego 

karabinu. Potem u yłem sobie ze schmeissera. 

Miałem szans  na oddanie tylko dwóch serii. Pierwsz  przeznaczyłem na 

Krupke'a — musiałem trafi  go szybciej ni  on mnie. Dwie czy trzy kule rozbiły 

okna salonu fairmili. Pozwoliłem odrzutowi unie  bro . Kule uderzyły w 

kraw d  nadbudówki. Zobaczyłem, jak Krupke obrócił si  w tył z r kami 

przyci ni tymi do twarzy i usłyszałem słaby krzyk. 

Przeniosłem ogie  na sterówk  i zasypałem j  gradem kul. Posypało si  szkło, 

lecz było ju  za pó no. Metcalfe znikn ł. Schmeisser zaci ł si  na wadliwym 

naboju. Rykn łem do Coertzego: 

— Wyno my si  st d! 

Coertze ponownie przesun ł rumpel. 

— Dok d? — spytał. 

background image

 

178 

— Z powrotem — tam sk d przyszli my. W nawałnic . 

Obejrzałem si  na fairmil . Metcalfe był na pokładzie nad salonem i nachylał 

si  nad Krupke'em, a łód  w dalszym ci gu szła poprzednim kursem. Ale dziób 

kołysał si  raz w jedn , raz w drug  stron , jakby nikogo nie było przy sterze. 

— Mogło si  uda  — powiedziałem. 

Jednak po dwóch czy trzech minutach zacz ła zawraca  i wkrótce kołysz c si  

popłyn ła za nami. Patrzyłem w przód i modliłem si , aby my zd yli wej  w 

nawałnic . Nigdy przedtem nie modliłem si  o paskudn  pogod . 

 

Niemal w ostatniej chwili, ale zd yli my. Pierwsze podmuchy uderzyły w 

nas, gdy fairmila znajdowała si  zaledwie dwie cie jardów z tyłu. W dziesi  

sekund pó niej stała si  niewidoczna, zagubiona w zacinaj cym deszczu i 

spienionym morzu. 

Zmniejszyłem obroty silnika do minimum. Samobójstwem byłoby pcha  si  

przez to. Pogoda była zła, to fakt, lecz nie miała ju  tej nieposkromionej dziko ci 

wcze niejszego sztormu i wiedziałem,  e uspokoi si  za jakie  pół godziny. 

W tym krótkim czasie musieli my zgubi  Metcalfe'a. 

Zostawiłem rumpel Coertzemu. Potykaj c si  ruszyłem do masztu i 

wci gn łem trajsel. W ten sposób weszli my w dryf i mogli my obra  co  w 

rodzaju kursu. Zdecydowałem si  i  na wiatr. Była to ostatnia rzecz, jakiej przy 

burzliwej pogodzie spodziewałby si  po mnie Metcalfe. Miałem nadziej ,  e gdy 

szkwał ju  si  wydmucha, b dzie szukał nas po zawietrznej. 

„Sanfordowi" nie spodobał si  mój pomysł, opierał si  i zapadał dziobem w 

morze bardziej ni  kiedykolwiek, a ja przeklinałem kaprysy spowodowane 

złotym kilem — przyczyn  wszystkich kłopotów. 

— Lepiej zejd cie z Kobusem na dół — powiedziałem do Frances-ki. — Nie 

ma potrzeby,  eby my wszyscy przemokli do suchej nitki. 

Zastanawiałem si , co robił Metcalfe. Gdyby miał cho  troch  rozs dku, 

ustawiłby fairmil  dziobem do wiatru i dał silnikowi tylko takie obroty, aby 

utrzyma  pozycj . Ale pragn ł złota i miał do  odwagi, aby próbowa  

najdziwniejszych rzeczy, dopóki łód  nie rozpadnie mu si  pod nogami. 

Udowodnił ju  swój kunszt  eglarski wychodz c cało z du ego sztormu. Ten 

szkwał nie mógł zrobi  mu krzywdy. 

Wła nie wówczas „Sanford" gwałtownie przechylił si  na bok i przez moment 

my lałem,  e si  rozsypuje. Ster zachowywał si  w osobliwy sposób, którego nie 

mogłem okre li . Nigdy jeszcze nie widziałem podobnie reaguj cego jachtu. 

Ponownie przechylił si , jakby wpadał na wodzie w po lizg, i nawet nie 

popychany falami kołysał si  niepokoj co. Spróbowałem oprze  si  na sterze. 

Łód  gwałtownie zmieniła kierunek. Czym pr dzej poci gn łem rumpel w drug  

stron . Odbiła, ale za daleko. Przypominało to jazd  na koniu obluzowanym 

siodłem. Nie mogłem tego poj . 

Nagle przyszła mi do głowy okropna my l. Spojrzałem za burt . Trudno było 

rozró ni  co  w skotłowanej wodzie, ale wydawało mi si ,  e wodnica „Sanforda" 

wystaje z wody du o wy ej ni  powinna. Wiedziałem ju , co si  stało. 

To ten kil — ten przekl ty złoty kil. 

background image

 

179 

Coertze nas ostrzegał. Mówił,  e b dzie pełen skaz i p kni , a wi c b dzie 

miał słab  struktur . W ci gu ostatnich kilku dni „Sanfordem" straszliwie 

rzucało i ten ostatni szkwał okazał si  ow  słomk , która złamała grzbiet 

wielbł da. 

Ponownie wyjrzałem za burt , próbuj c zobaczy , o ile wy ej jacht siedział na 

wodzie. Według mojej oceny odpadły trzy czwarte kilu. „Sanford" stracił trzy 

tony balastu i w ka dej chwili groziła mu wywrotka. 

Waln łem w luk kabiny i rykn łem na cały głos. Coertze wystawił głow . 

— Co si  stało?! — odkrzykn ł. 

— Wychod  szybko na pokład, Francesca te . Ten cholerny kil odpadł. 

Wywrócimy si . Patrzył na mnie ogłupiały. 

— Co ty wygadujesz, do diabła? — Twarz mu poczerwieniała, gdy dotarł do 

niego sens moich słów. — Chcesz powiedzie ,  e stracili my złoto? — zapytał z 

niedowierzaniem. 

— Na miło  bosk , nie stój i nie gap si ! — krzykn łem. — Wyła  na gór  i 

zabierz ze sob  Francesc . Nie wiem, jak długo jeszcze uda mi si  go utrzyma . 

Pobladła twarz znikn ła. Wkrótce Francesca wydostała si  z kabiny, a 

Coertze post pował tu  za ni . „Sanford" zachowywał si  jak szalony. 

—  ci gnij szybko ten  agiel, bo si  wywali — poleciłem Coertzemu. 

Rzucił si  w przód po pokładzie i nie tracił czasu na odknagowanie ko cówki 

fału, tylko wyci gn ł zza pasa nó  i odci ł go jednym czystym ci ciem. Gdy tylko 

agiel spadł, „Sanford" zacz ł zachowywa  si  nieco lepiej, ale niewiele.  lizgał 

si  na powierzchni wody i tylko dzi ki szcz ciu, a nie umiej tno ciom, udało mi 

si  utrzyma  go prosto. Nigdy bowiem czego  podobnego nie do wiadczyłem — 

jak zreszt  ogromna wi kszo   eglarzy. 

— To maszt nas wywróci, je li nie b dziemy uwa a ! — krzykn łem, gdy 

Coertze wrócił. 

Spojrzał na maszt pi trz cy si  nad naszymi głowami i szybko skin ł głow . 

Zastanawiałem si , czy pami tał jeszcze, co powiedział za pierwszym razem, gdy 

pytałem go o jachty w Cape Town. Spojrzał wtedy w gór  na maszt „Estrality" i 

powiedział: „Musi gł boko siedzie ,  eby to wszystko zbalansowa ". 

Kil — nasza przeciwwaga — odpadł i pi dziesi ciostopowy maszt miał 

zdecydowa  o ocaleniu „Sanforda". 

Wskazałem toporek przymocowany do  cianki kokpitu. 

— Przetnij wanty. 

Chwycił toporek i ponownie ruszył do przodu. Zamachn ł si  na 

prawoburtow  tyln  want . Toporek odbił si  od nierdzewnego stalowego drutu, 

a ja przeklinałem sam siebie,  e zbudowałem „Sanforda" tak solidnie. Uderzał 

raz po raz i w ko cu drut p kł. Przeszedł do przedniej wanty. 

— Francesca, musz  mu pomóc, bo mo e nie zd y  — powiedziałem. — 

Mo esz wzi  ster? 

— Co mam robi ? 

— My l ,  e złapałem, o co chodzi. „Sanford" jest bardzo czuły i nie mo esz 

gwałtownie porusza  rumplem. Bardzo łatwo skr ca, wi c musisz wykonywa  

bardzo łagodne ruchy, inaczej b dzie tak samo rzucało jak przedtem. 

background image

 

180 

Nie mogłem zosta  z ni  długo, bo ju  musiałem wyj  z kokpitu zwolni  oba 

baksztagi, tak  eby wanty zwisały lu no. Teraz ju  maszt nie miał zamocowania 

od rufy. 

Przeszedłem do przodu, na dziób, czepiaj c si  liny bezpiecze stwa i skuliłem 

si  w koszu dziobowym. Wzi łem si  do odkr cania  ci gacza forsztagu za 

pomoc  marszpikla przy no u. Nie był on przystosowany do takiego zadania i 

wy lizgiwał si  z otworu trzonu. Udało mi si  jednak znacznie obluzowa   ruby, 

mimo  e zalewało mnie za ka dym zanurzeniem dzioba „Sanforda". Gdy 

spojrzałem w gór , zobaczyłem wyra nie, jak sztag zwisa łukiem na zawietrzn , 

co oznaczało,  e był słabo napi ty. 

Nim pochyliłem si , aby poluzowa  forsztag, rozejrzałem si  dokoła i 

zobaczyłem,  e Coertze atakuje wanty lewoburtowe. Kiedy ponownie podniosłem 

wzrok, maszt gi ł si  jak w dka — a jednak cholerstwo wci  nie chciało si  

złama . 

Dopiero gdy potkn łem si  o luk dziobowy, przypomniałem sobie o Walkerze. 

Załomotałem i krzykn łem: 

— Walker, wychod , toniemy! — ale nic nie usłyszałem z dołu. 

Kln c w diabły jego tchórzostwo, poszedłem w stron  rufy i z łomotem 

wpadłem zej ciówk  do głównej kabiny. Niezdolny do utrzymania równowagi 

przy nowych, nieprzyjemnych ruchach „Sanforda" zatoczyłem si  w przód i 

spróbowałem otworzy  drzwi dziobówki. Były zamkni te od  rodka. 

Załomotałem w nie pi ci  i krzykn łem: 

— Walker, wyła . Zaraz si  wywrócimy! Usłyszałem słaby d wi k i 

krzykn łem ponownie. 

— Nie wyjd . 

— Nie b d  sko czonym durniem! — rykn łem. — W ka dej chwili mo emy 

zaton . 

— To podst p,  eby mnie st d wyci gn . Wiem,  e Coertze tylko na to czeka. 

— Ty sko czony idioto! — wrzasn łem i ponownie waln łem w drzwi, na nic 

si  to jednak nie zdało. Przestał odpowiada , wi c zostawiłem go. 

Gdy zmierzałem do wyj cia, „Sanford" j czał ka d  belk . Rzuciłem si  jak 

szalony do zej ciówki i wydostałem si  do kokpitu w sam  por , aby zobaczy , jak 

łamie si  maszt. P kł i rozłupał si  dziesi  stóp nad pokładem. Zwalił si  w 

rozhukane morze wci  przywi zany rufowym i dziobowym sztagiem. 

Przej łem od Franceski rumpel i ruszyłem nim na prób . Sterowno  

„Stanforda" niewiele si  poprawiła — wci   lizgał si  w niemo liwy do 

przewidzenia sposób — odetchn łem jednak z ulg , gdy pozbyli my si  topu 

masztu z takielunkiem. Wskazałem stop  szafk  w kokpicie i krzykn łem do 

Franceski: 

— Wyci gnij kamizelki ratunkowe! 

Rozwi zanie jednego problemu prowadziło wprost do nast pnego. Zanurzony 

w wodzie maszt, wci  przytrzymywany od strony dzioba i rufy, uderzał 

rytmicznie o burt  „Sanforda". Jeszcze chwila takiego taranowania i wybije 

dziur , a my pójdziemy jak kamie  na dno. Coertze był na dziobie. Dostrzegłem 

błysk toporka uniesionego do kolejnego uderzenia w forsztag. Miał pełn  

wiadomo  niebezpiecze stwa, które niosło ze sob  zachowanie masztu. 

background image

 

181 

Francesca przej ła ster. Z trudem zało yłem kamizelk  ratunkow , po czym 

chwyciwszy bosak z dachu kajuty wychyliłem si  za burt , aby odepchn  maszt, 

który ruszał do kolejnego grzmotni cia. Coertze przeszedł na ruf  i zacz ł 

odcina  baksztagi. Łatwiej było odcina  je na pokładzie i dokonał tego w ci gu 

pi ciu minut. Maszt odpłyn ł i znikn ł nam z oczu w wodnym pyle. 

Coertze wpadł ci ko do kokpitu z twarz  ociekaj c  słon  wod . Francesca 

dała mu kamizelk  ratunkow . Przewi zali my si  linami i pod wpływem nagłego 

ol nienia zamkn łem główny luk. Gdyby Walker chciał wyj , mógł jeszcze 

skorzysta  z luku dziobowego. 

Chciałem uszczelni  „Sanforda". Gdyby si  wywrócił i napełnił wod , 

zaton łby w ci gu kilku sekund. 

Ostatnie chwile szkwału były szczególnie przykre. Gdyby udało nam si  

przetrwa , mieliby my jeszcze szans . „Sanford" nie mógłby nigdy wi cej 

eglowa , ale pewnie mo na by nim jako  płyn , u ywaj c silnika. To raczej 

dziwne, ale miałem nadziej ,  e nie udało mi si  wprowadzi  w bł d Metealfe'a i 

e jest gdzie  w pobli u. 

Lecz szkwał jeszcze z nami nie sko czył. Gwałtowny podmuch wiatru nało ył 

si  na potworn  fal  i „Sanford" przechylił si  zatrwa aj co. Rozpaczliwie 

poruszyłem rumplem, lecz było ju  za pó no. Jacht przechylał si  coraz bardziej, 

a  pokład ustawił si  pod k tem czterdziestu pi ciu stopni do powierzchni wody. 

— Trzymajcie si , leci! — rykn łem. W tym momencie „Sanford" przewrócił 

si  zupełnie na burt  i wyrzuciło mnie do morza. 

Nałykałem si  słonej wody, nim kamizelka wyniosła mnie na powierzchni . 

Le c na plecach rozgl dałem si  jak oszalały dokoła szukaj c Franceski. 

Odetchn łem, gdy wyskoczyła nie opodal na powierzchni . Schwyciłem jej lin  i 

ci gn łem, a  płyn li my obok siebie. 

— Z powrotem do łodzi — prychn łem. 

Przyci gn li my si  za liny z powrotem do „Sanforda". Le ał na prawej 

burcie, kołysz c si  leniwie na falach. Z trudem wspi li my si  po pionowym 

pokładzie, a  mogli my chwyci  si  słupków lewoburtowego relingu. Obejrzałem 

si  w tył na morze szukaj c Coertzego.  adnego  ladu. Wci gn łem si  ponad 

relingiem na nowy, dziwnie ukształtowany górny pokład — praw  burt  

„Sanforda". 

Pomogłem Francesce przej  nad relingiem i wówczas zobaczyłem Coertzego. 

Trzymał si  tego, co pozostało z kilu — najwyra niej rzuciło go na drug  stron . 

ciskał pl tanin  połamanych drutów — drutów, które miały trzyma  kil, ale nie 

spełniły swego zadania. Ze lizn łem si  po burcie w dół i podałem mu r k . 

Wkrótce wszyscy troje niespokojnie tłoczyli my si  na nie osłoni tym kadłubie, 

zastanawiaj c si , co robi  dalej. 

Ostatni, młóc cy jak cepem podmuch wiatru był finalnym podrygiem 

szkwału. Wiatr ustał w ci gu paru minut, zostawiaj c kadłub „Sanforda" 

podrzucany przez niespokojne morze. Z nadziej  rozejrzałem si  dokoła, ale 

fairmili Metcalfe'a nie było wida . Mogła jednak jeszcze wypłyn  z paskudnej 

pogody na kilwaterze szkwału. 

Z namysłem patrzyłem na b czka, przywi zanego nadal do dachu kabiny, gdy 

odezwał si  Coertze: 

background image

 

182 

— Wiesz, tam na dole wci  jest du o złota. — Patrzył na kil. 

— Do diabła ze złotem — powiedziałem. — Odwi my b czka. 

Przeci li my wi zy i pozwolili my b czkowi wpa  do morza. Najpierw 

jednak zabezpieczyłem go lin . Pływał do góry dnem, ale nie martwiłem si  tym; 

komory powietrzne nie pozwol  mu zaton  w  adnym poło eniu. Zszedłem w dół 

pokładu i udało mi si  ustawi  go prawidłowo. Wzi łem czerpak przymocowany 

na swoim miejscu i zacz łem wybiera  wod . 

Wła nie sko czyłem, gdy Francesca krzykn ła: 

— Metcalfe! Metcalfe nadpływa. 

Kiedy wróciłem na szczyt kadłuba, fairmila znajdowała si  ju  całkiem blisko. 

Wci  szła mozolnie o mioma w złami, na które zdecydował si  przy tej pogodzie 

Metcalfe. Tym razem nie próbowali my ucieka , wi c wkrótce znalazła si  w 

zasi gu głosu. 

Metcalfe stał obok sterówki. 

— Mo ecie przyj  lin ?! — rykn ł. 

Coertze pomachał r k  i fairmila przysun ła si  bli ej. Metcalfe uniósł zwój 

liny i zamachn ł si . Pierwszy rzut okazał si  za krótki, ale drugi Coertze złapał. 

Ze lizn ł si  po pokładzie i umocował lin  do kikuta masztu. Przyci łem dwa 

kawałki liny i zawi załem je w p tl  wokół liny rzuconej przez Metcalfe'a. 

— Przepłyniemy w b czku, ci gn c za lin . Tylko, na miło  bosk , nie 

wypu cie tych p tli, bo mo e nas porwa . 

Wsiedli my do b czka i przyci gn li my si  do fairmili. Normalnie nie 

stanowiłoby to szczególnie trudnego zadania, ale my byli my zmarzni ci, mokrzy 

i zm czeni. 

Metcalfe pomógł Francesce wej  na pokład, a Coertze poszedł nast pny. Gdy 

zacz łem si  wspina , rzucił mi link . 

— Przywi  b czka, mog  go potrzebowa  — polecił krótko. 

Przywi załem go wi c i dopiero wtedy wspi łem si  na pokład. Metcalfe 

podszedł do mnie z twarz  wykrzywion  gniewem. Złapał mnie za ramiona i 

krzykn ł: 

— Ty przekl ty głupcze, mówiłem ci,  eby  dokładnie sprawdził ten kil. 

Mówiłem ci jeszcze w Rapallo! 

Zacz ł mn  potrz sa , a ja byłem zbyt słaby,  eby mu si  przeciwstawi . 

Głowa latała mi w przód i w tył, jak u wypchanej trocinami lalki. Kiedy mnie 

pu cił, po prostu klapn łem na pokład. 

Odwrócił si  do Coertzego. 

— Ile zostało? 

— Jakie   wier . 

Patrzył na wraka „Sanforda" z wyra nym napi ciem w oczach. 

— Nie strac  tego — powiedział. — Nie strac  tony złota! 

Krzykn ł w stron  sterówki i Moulay Idriss wyszedł na pokład. Metcalfe 

wydał po arabsku szybkie polecenia, nast pnie wskoczył do b czka i podpłyn ł do 

„Sanforda". Arab przymocował do liny ci ki kabel, który Metcalfe zacz ł 

ci ga  po dotarciu do wraka. 

Francesca i ja nie interesowali my si  specjalnie ich poczynaniami. Byli my 

wyczerpani i dla nas wa niejsze było to,  e prze yli my i  e jeste my razem, ni  

background image

 

183 

to, co si  stanie ze złotem. Coertze jednak doceniał szasn  i pomagał Arabowi 

przy kablu. 

Metcalfe wrócił i powiedział do Coertzego: 

— Miałe  racj , zostało około tony. Nie wiem, jak ten wrak si  zachowa, kiedy 

zaczniemy go ci gn , ale spróbujemy. 

Gdy fairmila wykonała zwrot, kabel si  napi ł. Zamglone sło ce za wieciło 

nad rozkołysanym morzem. Spojrzałem w tył na „Sanforda", jak ruszył si  

niemrawo. Kokpit był do połowy w wodzie, ale luk dziobowy wci  wystawał na 

powierzchni . 

— Mój Bo e! — krzykn łem. — Tam jest jeszcze Walker! 

— Magtig, zapomniałem o nim — powiedział Coertze. Musiał straci  

przytomno , kiedy „Sanford" si  wywrócił — inaczej by my go usłyszeli. 

Francesca te  wpatrywała si  w „Sanforda". 

— Patrz! — wykrzykn ła. — Tam, w kokpicie. 

Główny luk został sił  otwarty od  rodka i zobaczyli my głow  Walkera, 

który próbował wydosta  si , walcz c z naporem wody, wdzieraj cej si  do 

wn trza łodzi. Chciał złapa  si  zr bnicy kokpitu, ale nie było jej — Krupke j  

odstrzelił. Walker znikn ł, kiedy napór wody wepchn ł go z powrotem do kabiny. 

Gdyby próbował wyj  lukiem dziobowym, byłby bezpieczny, ale nawet w 

sytuacji  miertelnego zagro enia nie potrafił działa  logicznie. 

Główny luk był nadal otwarty, woda wlewała si  do kadłuba i „Sanford" 

ton ł. 

Metcalfe w ciekał si . 

— Ten cholerny głupiec! — krzyczał. — My lałem,  e rozprawili cie si  ju  z 

nim. Zabiera ze sob  to przekl te złoto. 

W miar  jak „Sanford" zanurzał si , woda wpływała do niego coraz szybciej. 

Metcalfe wpatrywał si  w znikaj cy kadłub z rozpacz . Głos przepełniała mu 

w ciekło . 

— Ten głupi, przekl ty idiota. Partolił wszystko od samego pocz tku. 

Teraz nie mogło to ju  trwa  długo. „Sanford" ton ł szybko. 

Kabel holowniczy napinał si  coraz mocniej w miar  zanurzania si  łodzi. 

Gdy zwi kszył si  naci g kabla, rufa fairmili poszła w dół — to „Sanford" drgn ł 

gwałtownie, kiedy spr one powietrze wypchn ło luk dziobowy. Jacht zacz ł 

ton  szybciej, gdy  woda wlewała si  tak e przez nowy otwór w kadłubie. 

Fairmil  niebezpiecznie ci gn ło pod wod . Metcalfe zdj ł z uchwytu toporek 

i stan ł obok kabla. Spojrzał w tył na „Sanforda" z twarz , na której wyra nie 

odbijało si  niezdecydowanie, po czym zamachn ł si  pot nie. Kabel p kł z 

brz kiem i jego lu ny koniec wij c si  poleciał w morze, a rufa fairmili 

wyskoczyła do góry. 

„Sanford" drgn ł ostatni raz i odwrócił si  do góry dnem. Gdy pogr ał si  w 

wod , znikaj c nam z oczu w ród wiruj cych fal, zabł kany promie  sło ca padł 

na jego kil i ujrzeli my blask niezniszczalnego złota. Pó niej wida  było ju  tylko 

morze. 

 

Gniew Metcalfe'a był olbrzymi, lecz tak jak szkwał wkrótce si  uspokoił; 

wrócił do swego zwykłego ja, przyjmuj c strat  z filozoficznym spokojem. 

background image

 

184 

— Szkoda — rzekł. — Ale tak to ju  jest. Odeszło i nic nie mo emy na to 

poradzi . 

Siedzieli my w salonie fairmili w drodze do Malagi, gdzie Metcalfe miał nas 

wysadzi . Dał nam suche ubrania i nakarmił nas, wi c poczuli my si  lepiej. 

— Co teraz zrobisz? — spytałem. Wzruszył ramionami. 

— Tanger ju  prawie si  sko czył, gdy  przejmuj  go Maroka czycy. My l , 

e skocz  do Konga; zaczyna si  tam kotłowa . 

Metcalfe i jemu podobni b d  „skaka  do Konga", pomy lałem. Kruki 

zbieraj  si  w stada — ale on nie był z nich najgorszy. 

— My l ,  e mo esz nam wyja ni  kilka rzeczy — powiedziałem. 

— Co chcesz wiedzie ? — u miechn ł si  szeroko. 

— Nie daje mi spokoju, jak w ogóle odkryłe  nasz  gr . Co doprowadziło ci  

do podejrze ,  e chodzi nam o złoto? 

— Stary — podejrze ? Ja nie podejrzewałem, ja  w i e d z i a ł e m. 

— Sk d, u diabła, wiedziałe ? 

— Dowiedziałem si , gdy spiłem Walkera. Wy piewał cał  histori  o złocie, o 

kilu — wszystko. 

— A niech ci  diabli. — Przypomniałem sobie wszystkie  rodki ostro no ci, 

które przedsi wzi łem,  eby zbi  Metcalfe'a z tropu. Przypomniałem sobie, jak 

wyt ałem umysł i wymy lałem coraz to nowe wybiegi. Wszystko na darmo — nie 

dało si  go zwie ! 

— My lałem,  e pozbyli cie si  go — powiedział Metcalfe. - Od samego 

pocz tku sprawiał wam ci głe kłopoty. My lałem,  e wyrzucili cie go za burt  czy 

co  takiego. 

Spojrzałem na Coertzego, a on u miechn ł si  szeroko. 

— Był prawdopodobnie równie  morderc  — powiedziałem. 

— Nie zdziwiłoby mnie to — zgodził si  Metcalfe niedbale. — Był małym, 

płaszcz cym si  przed ka dym szczurem. 

Przypomniałem sobie nagle — ja te  chyba zabiłem człowieka! 

— Gdzie jest Krupke? — spytałem. — Nie widziałem go tutaj. Metcalfe 

prychn ł. 

— J czy na swojej koi; w twarzy ma pełno drzazg. Pokazałem grzbiet mojej 

dłoni. 

— On zrobił mi to samo. 

— Tak — odparł Metcalfe z kamienn  twarz . — Ale Krupke straci 

przypuszczalnie oko. 

— Dobrze mu tak — stwierdziłem ze zło ci . — Nie b dzie ju  tak ch tnie 

patrzył przez celownik. 

Nie zapomniałem o tym,  e jeszcze kilka godzin temu Metcalfe i jego zbójecka 

załoga robili, co mogli, aby nas zabi . Lecz kłócenie si  o to z Metcalfe'em nie 

byłoby w tej sytuacji zbyt rozs dne. Znajdowali my si  na jego łodzi i miał 

zamiar wysadzi  nas bezpiecznie na l d. Irytowanie go zdecydowanie nie było 

najlepsz  taktyk . 

— Ten twój pistolet maszynowy okazał si  niezł  niespodziank . O mało mnie 

nie postrzeliłe . — Wskazał pognieciony, le cy na pomocniku megafon. — 

Wytr ciłe  mi to cholerstwo wprost z r ki. 

background image

 

185 

— Dlaczego byłe  tak troskliwy wobec mojego m a? — zmieniła temat 

Francesca. — Dlaczego zadałe  sobie tyle trudu? 

— Och, zrobiło mi si  naprawd  przykro, gdy zobaczyłem, jak Hal mu 

doło ył — rzekł Metcalfe powa nie. — Wiedziałem, kim jest, i wiedziałem,  e 

mógłby narobi  smrodu. Niczego takiego nie chciałem. Chciałem,  eby Hal 

kontynuował odlewanie kilu i wyjechał z Włoch. Nie mogłem pozwoli  sobie na 

to,  eby policja zacz ła wokół was w szy . 

— Dlatego próbowałe  równie  powstrzyma  Torloniego powiedziałem. 

Przesun ł r k  po policzku. 

— To był  m ó j  bł d — przyznał. — My lałem,  e uda mi si  u y  

Torloniego, tak aby si  w niczym nie zorientował. Ale to straszny dra  i kiedy 

wpadła mu w r ce ta papiero nica, cała sprawa obróciła si  przeciwko mnie. 

Chciałem tylko,  eby Torloni miał was na oku, ale ten cholerny głupiec Walker 

musiał zdradzi  wszystko. Wówczas nie mo na ju  było Torloniego powstrzyma . 

— Wi c ostrzegłe  nas. Rozpostarł r ce. 

— Có  wi cej mogłem zrobi  dla kumpla? 

— Nie dla kumpla. Chciałe  zdoby  złoto. U miechn ł si  szeroko. 

— No có , u diabła. Wydostali cie si , prawda? 

Rozmy lałem z gorycz  o roli Metcalfe'a. Manipulował nami jak lalkami w 

teatrze, a my ta czyli my tak, jak zagrał. No, niezupełnie — jedna z marionetek 

zerwała si  ze sznurka. Walker zawodz c nas, zawiódł równie  Metcalfe'a. 

— Gdyby  nie anga ował w to Torloniego, kil by nie p kł. Gdy Torloni zacz ł 

naciska , musieli my odlewa  go w diabelnym po piechu. 

— Tak — zgodził si  Metcalfe. — Wszyscy ci cholerni partyzanci te  nie 

pomogli. — Wstał. — No có , musz  i  kierowa  dalej t  łodzi . — Zawahał si , 

po czym wło ył r k  do kieszeni i wyci gn ł papiero nic . — Mo e chcesz to na 

pami tk ; Torloni j  zapomniał. 

Spojrzałem na Francesc  i Coertzego, po czym wolno wyci gn łem r k . 

Poczułem ci ki, znajomy dotyk złota, lecz nie skr ciło mnie tym razem w  rodku 

jak wówczas, gdy Walker dał mi do r ki złotego herkulesa. Teraz na widok złota 

robiło mi si  niedobrze. 

Otworzyłem papiero nic . Wewn trz znalazłem zło ony na pół list. Został 

zaadresowany do mnie jako sprawuj cego opiek  nad jachtem „Sanford", na 

port Tanger, i był otwarty. Zacz łem go czyta  i wybuchn łem niepohamowanym 

miechem. 

Francesca i Coertze patrzyli na mnie zdumieni. Próbowałem si  opanowa , 

lecz wci  wstrz sał mn  histeryczny  miech. 

— Wy... wygrali my... główn  nagrod  na... na loterii. — Ci ko łapi c 

powietrze pokazałem list Francesc , która te  zacz ła si   mia . 

— Na jakiej loterii? — spytał Coertze z głupi  min . 

— Nie pami tasz? Nalegałe , aby w Tangerze kupi  los loterii; powiedziałe , 

e to zabezpieczenie. On wygrał! Zacz ł si  u miecha . 

— Ile? 

— Sze set tysi cy pesetów. 

— Ile to jest w funtach? Przetarłem oczy. 

background image

 

186 

— Nieco ponad sze  tysi cy. To nie pokryje kosztów, które poniosłem w 

zwi zku z t  wycieczk , ale si  przyda. Coertze wygl dał na zakłopotanego. 

— Ile straciłe ? 

Zacz łem oblicza . Straciłem „Sanforda" — był wart jakie  dwana cie tysi cy 

funtów. Przez prawie rok regulowałem wszystkie nasze rachunki — do  

wysokie, gdy  musieli my uchodzi  za bogatych turystów. Wygórowana cena 

wynaj cia Casa Saeta w Tangerze. Dochodziło wyposa enie łodzi oraz prowiant. 

— Jakie  siedemna cie do osiemnastu tysi cy. 

Zamrugał gwałtownie. Wło ył r k  do kieszonki w spodniach. 

— Czy to pomo e? — spytał i wyło ył na stół cztery du e brylanty. 

— A niech to diabli — powiedziałem. — Sk d je wytrzasn łe ? 

— Chyba przykleiły mi si  do r k w sztolni — zdusił  miech. — Zupełnie jak 

tobie ten pistolet maszynowy. 

Francesca zacz ła chichota . Manipulowała chwil  przy piersi. Wyj ła mały 

irchowy woreczek, zawieszony na sznureczku na szyi i opró niła go. Dwa kolejne 

brylanty znalazły si  obok le cych ju  na stole. Dla towarzystwa były tam 

równie  cztery szmaragdy. Spojrzałem na nich i powiedziałem: 

— Nikczemni złodzieje, powinni cie si  wstydzi . Te klejnoty miały zosta  we 

Włoszech! 

Wyszczerzyłem z by, po czym wyci gn łem moich pi  brylantów i 

zacz li my si   mia  jak szaleni. 

 

Pó niej, gdy schowali my ju  klejnoty przed w cibskimi oczami Metcalfe'a, 

wyszli my na pokład i obserwowali my wzgórza Hiszpanii wyłaniaj ce si  z mgieł 

horyzontu. Obj łem Francesc  i powiedziałem z wymuszonym u miechem: 

— Słuchaj, mam jeszcze połow  udziałów stoczni w Cape Town. Czy zechcesz 

zosta   on  konstruktora łodzi? U cisn ła mnie za r k . 

— My l ,  e spodoba mi si  Afryka Południowa. 

Wyj łem z kieszeni papiero nic  i otworzyłem jedn  r k . Dedykacja wci  

tam była. Przeczytałem j  po raz pierwszy: Caro Benito da parte di Adolf— 

Brennero — 1940. 

— Cholernie  niebezpiecznie  nosi   co   takiego  przy  sobie  — powiedziałem. 

— Mo e j  zobaczy  jaki  inny Torloni. Wzdrygn ła si  i rzekła: 

— Pozb d  si  jej, Hal, prosz , wyrzu  j . 

Wyrzuciłem j  wi c za burt ; dostrzegli my tylko błysk złota w zielonej 

wodzie, po czym znikn ła na zawsze.