background image

PATRICIA CABOT

SPADEK

background image

PROLOG

Londyn, maj 1832

Hrabia się spóźniał.

To zupełnie nie było w jego stylu. Hrabia Denham słynął przecież z punktualności. 

Swój kupiony w Zurychu, dokładny co do sekundy złoty zegarek kieszonkowy, który jak 

sądziła   Emma   musiał   kosztować   majątek,   nastawiał   według   niezawodnego   zegara   na 

opactwie Westminster.

Poza   tym   James   Marbury   po   podwieczorku   zawsze   wstępował   do   biblioteki,   aby 

przejrzeć korespondencję.

Gdzie więc się podziewał?

Jego spóźnienie mogło oznaczać tylko jedno ktoś zakłócił mu ustalony porządek dnia. 

Emma dobrze wiedziała, kto to mógł być tym razem. Penelope, która narzucała hrabiemu 

swoje  towarzystwo  tak   często,   jak  tylko   mogła,   zwierzyła  się  Emmie  przy śniadaniu,  że 

przedstawi mu całą sprawę bez ogródek.

- Jeśli on nie myśli jeszcze o małżeństwie, to postaram się, żeby już dziś się nad tym 

zastanowił stwierdziła, nie zwracając uwagi na rodziców zajętych jedzeniem jajek na szynce i 

cierpiących na migrenę po wypiciu zbyt dużej ilości szampana na balu u lady Ashforth.

Emma  nie miała wątpliwości, że Penelope potrafi skłonić do małżeństwa  każdego 

mężczyznę.   Kuzynka   była   piękną   dziewczyną   miała   kruczoczarne,   proste   jak   u   Indianki 

włosy   i   ciemne   oczy.   Emma   zaś,   uważana   tylko   za   ładną,   obdarzona   była   pospolitymi, 

niebieskimi oczami i kręconymi, jasnymi puklami. Poza tym Penelope była wysoka miała 

ponad metr sześćdziesiąt wzrostu, a Emma była niższa od niej aż o dziesięć centymetrów. 

Filigranowa Emma, ze swoimi loczkami i błękitnymi oczami, wyglądała jak laleczka. Nic 

więc dziwnego, że traktowano ją jak dziecko.

Ale   teraz   wszystko   powinno   się   zmienić.   Musi   tylko   przeprowadzić   rozmowę   z 

Jamesem.

Nie potępiała kuzynki Penelope za narzucanie się hrabiemu. Doskonale ją rozumiała. 

James Marbury był najlepszą partią w Londynie bardzo przystojny, niesłychanie bogaty i, na 

razie przynajmniej, unikający małżeńskich więzów.

Ale to akurat nie potrwa już długo, pomyślała Emma. Jej kuzynka postanowiła zostać 

lady Denham, a żaden mężczyzna, nawet tak zatwardziały kawaler jak James, nie potrafi się 

oprzeć wdziękom Penelope van Court.

Emma wolałaby jednak, aby wdzięki panny van Court przyniosły szybszy efekt. Obie 

background image

zbyt   pospiesznie   opuściły   bawialnię,   a   w   dodatku   tuż   po   wyjściu   z   niej   hrabiego.   Lady 

Denham i Stuart mogli uznać to za nietakt, ale Emma była pewna, że Stuart jej wybaczy, gdy 

się dowie, dlaczego tak postąpiła... i co osiągnęła. Wierzyła, że wszystko się uda.

Usłyszała,   jak   otwierają   się   drzwi   biblioteki.   Zerwała   się   z   kanapy,   wygładzając 

niebieską spódnicę. Dziwne, że nie była zdenerwowana czekającą ją rozmową. Zresztą, nie 

miała się czego obawiać. Tyle tylko że zdradzając Jamesowi plany, działała wbrew intencjom 

Stuarta.

Emma   uważała,   że   Stuart   nie   potrafi   być   obiektywny,   jeśli   chodzi   o   hrabiego. 

Twierdził on, że James, którego zresztą kochał, jest cynicznym utracjuszem. Hrabia Denham 

rzeczywiście wydawał ogromne kwoty na zakup koni czy na wytworne drobiazgi, na przykład 

szwajcarskie zegarki kieszonkowe.

Niemniej jednak Emma sądziła, że James ma prawo wydawać swoje pieniądze, jak mu 

się   podoba.   Nie   był   przecież   obojętny   na   potrzeby   innych.   Kiedy   tylko   poprosiła   go   o 

wsparcie   organizacji   charytatywnych,   chętnie   to   czynił.   Co   prawda,   zawsze   trochę 

ponarzekał, ale robił to żartobliwie. Emma nigdy nic wychodziła z jego gabinetu z pustymi 

rękami.

Nie można też powiedzieć, że nie był hojny dla krewnych. Matka Jamesa mieszkała w 

luksusowych warunkach w jego domu w Mayfair ekskluzywnej dzielnicy Londynu. Kiedy zaś 

Stuart został sierotą, hrabia zajął się nim jak własnym brałem, mimo że byli tylko kuzynami. 

Również dzięki Jamesowi Stuart mógł ukończyć wymarzone seminarium duchowne.

Biorąc to wszystko pod uwagę, Emma była zdania, iż to, co chciał zrobić Stuart, nie 

było stosowne. Okropnie zabolałoby Jamesa, nie mówiąc już o jego matce. A jak poczuliby 

się Penelope i jej rodzice, którzy byli  stryjostwem  Emmy?  Przecież Emma  tak wiele im 

zawdzięczała...   O  wiele  lepszym   rozwiązaniem   jest  otwarte  postępowanie  i  nieukrywanie 

niczego przed rodziną.

Emma wyjawi Jamesowi tajemnicę i udowodni Stuartowi, że szczerość popłaca. Gdy 

Stuart się dowie, z jaką radością hrabia przyjął nowinę, a co do tego nie miała najmniejszych 

wątpliwości, zrozumie wreszcie, że było to słuszne postępowanie.

Kiedy jednak usłyszała ton głosu hrabiego, rozmawiającego z kimś w holu, nie była 

już tak bardzo pewna, czy wybrała dobry moment.

-   To   jest   bardzo   interesujące,   panno   van   Court   mówił   James,   nie   ukrywając 

zniecierpliwienia.   Jednak   teraz   mam   ważne   sprawy   do   załatwienia,   więc   będzie   mi   pani 

musiała wybaczyć...

- Ale Emma usłyszała głos Penelope muszę koniecznie teraz z panem porozmawiać, 

background image

milordzie. Gdybym tylko mogła...

- Może innym razem, panno van Court powiedział hrabia.

Po chwili wszedł do biblioteki z wyrazem ulgi na przystojnej twarzy.

Kiedy jednak zobaczył w swoim gabinecie Emmę, nie mógł ukryć zdziwienia.

- Och, lord Denham... zdenerwowana Emma zaciskała dłonie. Bardzo przepraszam. 

Chciałam zamienić z panem kilka słów, ale nie jest to chyba odpowiedni moment...

Bo też istotnie wszystko na to wskazywało. Emma była pewna, że biedna Penelope, 

której zaloty zostały tak stanowczo odrzucone, wypłakuje teraz oczy w schowku na bieliznę, 

gdzie obie, gdy były dziećmi, często się chowały, gdy bawiły z wizytą u lady Denham. Czy 

kuzynka zdoła dojść do siebie przed dzisiejszym balem u lorda i lady Chittenhouse?

Tymczasem mogło się wydawać, że niespodziewana obecność Emmy w gabinecie nie 

sprawiła hrabiemu przykrości. Wykonał gest, jakby chciał strząsnąć z siebie jakieś niemiłe 

wspomnienie, i zwrócił się do niej z uśmiechem:

-   Na   twoją   wizytę,   Emmo,   zawsze   jest   odpowiedni   moment.   Czemu   tym   razem 

zawdzięczam tę przyjemność? Czy to ma być pomoc dla więźniarek w Newgate, czy znowu 

chodzi o bractwo misyjne?

James usiadł   za  swym  mahoniowym  biurkiem  i  sięgał  już  po  pióro, żeby polecić 

sekretarzowi wystawienie czeku, kiedy Emma zaprotestowała.

- Tym razem nie o to chodzi.

- Nie o to? Chyba nie wstąpiłaś do jakiegoś nowego stowarzyszenia, Emmo? Nie 

powinnaś pozwalać ludziom, aby wykorzystywali twoje dobre serce aż do tego stopnia. W 

końcu doprowadzą cię do ruiny.

- Nie przyszłam prosić o datki na dobroczynność, milordzie powiedziała Emma.

Nie było to takie łatwe, jak myślała. Coś ją ściskało za gardło. Z trudem przełknęła 

ślinę. Układając plany, nie pamiętała o oczach hrabiego, które zmieniały kolor: to były piwne, 

to złote, to ciemnozielone. Jednak bez względu na odcień, jego spojrzenie zawsze było bardzo 

przenikliwe. Emma straciła nagle całą pewność siebie. Stała przed nim z pochyloną głową i 

opuszczonymi rękami.

Hrabia odłożył pióro i odchylił się w fotelu.

- No dobrze, Emmo, co tym razem przeskrobałaś?

- Ja? pisnęła.

To było okropne, że reagowała, jakby była małym dzieckiem. On nawet nie był jej 

prawnym opiekunem. To, że Regina van Court, która wychowywała Emmę, i lady Denham, 

matka   Jamesa,   były   przyjaciółkami,   wcale   nie   oznaczało,   że   stanowią   rodzinę.   Nie   byli 

background image

spokrewnieni, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Emma była przekonana, że marzeniem obu 

dam było połączenie rodzin przez małżeństwo. Nie wiedziały nawet, że to wkrótce nastąpi. 

Tak się jednak złożyło, iż przed ołtarzem miał stanąć nie ten, o którym myślały.

-  Ja   niczego  nie   zrobiłam   powiedziała   szybko   Emma.   Chciałam...   porozmawiać   o 

Stuarcie.

- O Stuarcie? James uniósł brwi.

Los kuzyna nie był mu, oczywiście, obojętny. Dowiódł tego, opłacając mu studia i nie 

szczędząc pieniędzy na jego liczne akcje charytatywne. Nie musiało to jednak oznaczać, że 

powinien aprobować wszystkie jego poczynania. W gruncie rzeczy Stuart często doprowadzał 

go   do   rozpaczy.   James   nie   był   w   stanie   zrozumieć   jego   filozofii   życiowej.   Dobrze   jest 

pomagać ubogim, tłumaczył mu, ale czy nie byłoby lepiej nauczyć ich, w jaki sposób sami 

mogą sobie pomóc?

Stuart upierał się, że właśnie to czyni, wprowadzając ich na boże ścieżki. Hrabia był 

jednak przekonany, czego nie omieszkał podkreślać w rozmowach z kuzynem, że nauczenie 

ubogich higieny i zyskownego rzemiosła odniosłoby dużo lepszy skutek.

Trudno przemawiać do duszy ludziom, którzy mają pusty żołądek.

- Jeśli ci chodzi o jego szalony pomysł zaczął surowo James żeby objąć stanowisko 

wikarego na tych dzikich wyspach, to możesz być pewna, Emmo, że nawet pod wpływem 

twoich próśb nie zmienię zdania. Nie po to wydałem masę pieniędzy na jego edukację w 

Oksfordzie, żeby marnował swoje zdolności na Szetlandach, wśród bezzębnych  Szkotów. 

Zostanie wikarym w Londynie albo nawet pastorem w opactwie Denham, jeśli tylko wykaże 

się  zdrowym   rozsądkiem.  A   jeśli  nie,  no  cóż,  nie  jestem  w  stanie   go powstrzymać.   Nie 

potrafiłbym   go   również   wstrzymać,   gdyby   nawet   chciał   opuścić   Kościół   anglikański   dla 

Kościoła   prezbiteriańskiego.   Jednak   bardzo   łatwo   mogę   mu   to   wszystko   utrudnić, 

odmawiając finansowania jego poczynań. Zobaczymy,  jak się poczuje, gdy będzie musiał 

utrzymać się z pensji wikarego. Zapewniam cię, że za kilka miesięcy będzie tu z powrotem.

Emma była oburzona jego wypowiedzią, jednak nie pozwoliła sobie na żadną ripostę. 

To nie był dobry moment, żeby wdawać się w sprzeczkę z dobroczyńcą jej przyszłego męża.

- Nie o to chodzi odezwała się. Chciałam tylko powiedzieć, że...

Urwała, zastanawiając się, czy Stuart nie miał racji, ostrzegając ją przed rozmową z 

hrabią.   James   nie   był   zachwycony   projektem   wyjazdu   na   Szetlandy.   Trudno   było   się 

spodziewać, żeby mile przyjął wiadomość, którą miała mu przekazać.

Jednak z drugiej strony, hrabia Denham zawsze był  dla niej dobry, począwszy od 

czasu, kiedy jako czteroletnia dziewczynka zamieszkała z rodziną van Courtów po śmierci 

background image

swoich   rodziców.   Wydawało   się   jej   także,   że   jest   bardzo   mądry   i   dorosły,   kiedy   juko 

czternastolatek tłumaczył jej, że nie należy głaskać pszczół. Odnosiła nawet wrażenie, że jest 

wyniosły, ale to akurat dodawało mu romantyzmu.

Właściwie to nie był aż tak wyniosły, jak myślała, a ostatnio był dla niej niesłychanie 

serdeczny. Na jej pierwszym balu, podczas którego zabłysła wśród innych debiutantek, James 

uznał ją za dorosłą osobę, mimo że cała rodzina nadal traktowała ją jak uczennicę. Potem na 

każdym balu była zapraszana przez niego do tańca.

Kiedy Emma zaczęła już otwarcie okazywać uwielbienie dla starszego od niej o sześć 

lat Stuarta, hrabia nigdy się z niej nie wyśmiewał, chociaż nie był tą sytuacją zachwycony. 

Nie   zabronił   im   widywać   się   ze   sobą,   a   nawet   mogło   się   wydawać,   że   bawi   go   fakt 

bałwochwalczego stosunku Emmy do jego kuzyna.

Nie sądziła jednak, aby mógł przewidzieć, do czego ta tolerancja może doprowadzić.

Mimo wszystko miała nadzieję, że James będzie zadowolony. Nawet była tego pewna. 

Stuart   źle   oceniał   swojego   kuzyna.   Hrabia   miał   wielkie   serce,   tylko   nie   zawsze   było   to 

widoczne, jak na przykład teraz z biedną Penelope.

- Stuart i ja... Emma z trudem przełknęła ślinę. Już prawie powiedziała, o co chodzi, 

ale okazało się to o wiele trudniejsze, niż przewidywała. Zawsze uważała, że z hrabią łatwo 

się rozmawia, że nie był takim potworem, jakiego robił z niego Stuart. Gdyby taki był, czy 

płaciłby za studia kuzyna w seminarium duchownym, mimo że całą naukę Kościoła uważał za 

jedną   wielką   bzdurę?   Mógłby   przecież   nalegać,   żeby   Stuart   wybrał   prawo.   Ale   tego   nie 

zrobił.

Nie, Stuart na pewno nie miał racji. James był gwałtowny w słowach, a umiarkowany 

w czynach. Ucieszy się z wiadomości, którą ona mu przekaże, ponieważ ich dwie rodziny 

zostaną wreszcie połączone. Lady Denham także będzie szczęśliwa, a przecież on zrobiłby 

wszystko dla matki.

Poza jednym wyjątkiem jeszcze się nie ożenił. Widocznie uważał, że ma na to czas. 

Jeśli będzie dłużej się zastanawiał, to może doczekać do czterdziestki, trzymając w dręczącej 

niepewności matki córek na wydaniu.

- Stuart i ty co? zapytał  hrabia. Emma zauważyła,  że jego oczy nabrały czujnego 

wyrazu.

- Stuart i ja powiedziała pospiesznie, chcąc to jak najszybciej z siebie wyrzucić mamy 

zamiar wziąć ślub. Musi pan z nim porozmawiać, milordzie, bo jemu się wydaje, że pan się 

na to nie zgodzi i będziemy musieli po prostu uciec. Mówiłam mu, że na pewno nie będzie 

miał pan nic przeciwko temu, ale sam pan wie, jaki on jest uparty. Mam nadzieję, że zechce 

background image

pan z nim porozmawiać. Tak bardzo zależy mi na tym, aby mieć prawdziwy ślub, na którym 

będzie pan i Penny, i stryjenka Regina, i pana matka... Czy mógłby pan przemówić Stuartowi 

do rozsądku, milordzie? Byłabym panu niesłychanie wdzięczna.

Nareszcie. Udało się jej to wypowiedzieć i teraz już będzie; dobrze. James zajmie się 

tym, on zawsze umiał rozwiązywać problemy. Nie było takiej sprawy, z którą nie potrafiłby 

sobie   poradzić.   Kłopoty   w   szkole?   Obecność   Jamesa   Marbury'ego   likwidowała   je 

natychmiast.   Emma   chciała   wynająć   salę   na   bal   charytatywny,   a   właściciel   piętrzył 

przeszkody wystarczył jeden krótki list od hrabiego, sprawa była załatwiona.

Zawsze można było na nim polegać. Na pewno trochę ponarzeka, ale w końcu sam się 

tym zajmie. Emma była tego pewna. Tak przecież było za każdym razem. Poczuła się o wiele 

lepiej.

Dopóki nie przyjrzała się twarzy hrabiego.

- Ślub?! krzyknął James. Emma stwierdziła z przykrością, że jego głos nie brzmiał 

radośnie. To nonsens. Chcecie wziąć ślub? Chyba nie mówisz poważnie, Emmo?

-   Przykro   mi,   milordzie   powiedziała   lekko   oburzona.   ale   mówię   najzupełniej 

poważnie.

- Ale... jesteś na to zbyt młoda oświadczył hrabia. Jesteś jeszcze dzieckiem!

- Nie jestem dzieckiem, milordzie! Właśnie skończyłam osiemnaście lat. Miesiąc temu 

był pan przecież na moim przyjęciu urodzinowym.

- Osiemnaście? powtórzył. To dziwne, pomyślała. Nigdy nic miał kłopotów z doborem 

odpowiednich słów. Osiemnaście lat to o wiele za mało na małżeństwo. Chcesz wyjść za 

Stuarta? Teraz? Czy twoi stryjostwo o tym wiedzą?

Emma uniosła oczy w niebo.

-   Oczywiście,   że   nie.   Nikt   o   tym   nie   wie.   Powiedziałam   tylko   panu.   Stuart   chce 

zachować to w tajemnicy. Chce, żebyśmy uciekli. Chce też, żebym pojechała z nim do Szko...

Głos zamarł jej w gardle, kiedy James zerwał się na równe nogi.

Był  tak wysoki,  że Emma  musiała zadzierać  głowę, kiedy chciała  spojrzeć  mu w 

twarz. Teraz omal się go nie przestraszyła. Już przedtem widywała hrabiego zagniewanego. 

Zawsze się wściekał na powolną obsługę w restauracjach i na złe traktowanie koni, które 

uwielbiał. Tak wzburzonego Jamesa Emma jednak jeszcze nie widziała.

Wyglądał... mogła to określić tylko w jeden sposób: miał mord w oczach.

-   Czy   chcesz   mi   powiedzieć   powiedział   sztucznie   spokojnym   głosem,   nie   mogąc 

jednak opanować drgania mięśnia w policzku że mój kuzyn chce cię zabrać na Szetlandy?

Emma już wiedziała, jak źle oceniła sytuację. Stuart miał całkowitą rację sądząc po 

background image

reakcji Jamesa na tę wiadomość kiedy mówił, że ich ślub powinien odbyć się w tajemnicy.

- Nie będzie nam tam źle zapewniała hrabiego. Jestem przekonana, że Stuart szybko 

znajdzie posadę pastora. Nie będzie długo wikarym...

-  Mówiłem  mu   krzyknął   James   tak  głośno,  że   aż  się   wzdrygnęła  że   w  ogóle  nie 

powinien   tracić   czasu,   pracując   jako   wikary!   Tym   cholernym   wikarym   mógł   zostać   w 

opactwie Denham. Powtarzałem mu to tysiąc razy.

- No tak wyjąkała Emma. Zaręczam, że jest wdzięczny za tę propozycję. Jednak on 

bardzo   chce   jechać   tam,   i   ja   się   zupełnie   z   nim   zgadzam,   gdzie   naprawdę   będzie   mógł 

pomagać; ludziom potrzebującym duchowego wsparcia. Obawiam się, że opactwo Denham 

nie spełnia tych warunków...

-   A   więc   on   chce   przyjąć   stanowisko   setki   mil   stąd,   na   wyspie   pośrodku   Morza 

Północnego? Stanowisko, które nie przyniesie mu żadnych dochodów, a najprawdopodobniej 

go zabije?  Na pewno umrze tam z głodu albo od chorób. I jeszcze  zamierza  ciebie tam 

zabrać?

Jego piwne oczy pociemniały. Emma bała się spojrzeć mu w twarz. Co ja narobiłam, 

pomyślała. Nie trzeba było o tym' mówić. Niestety, zbyt późno się o tym przekonała.

Strach przed tym,  co hrabia może zrobić, dodał jej sił. Już kiedyś  widziała bójkę 

kuzynów poszło o konia, którego Stuart, według Jamesa, zanadto zmęczył. To nie był ładny 

widok. Trzeba uniknąć podobnej sytuacji za wszelką cenę.

Chciała zademonstrować mu oburzenie, ale w jej głosie zabrzmiała nuta rozpaczy.

- Nie powinien pan na mnie krzyczeć, milordzie. Jesteśmy oboje dorosłymi ludźmi i 

odpowiadamy  za  swoje  decyzje.  Zwróciłam się  do pana, mając  nadzieję, że  właśnie pan 

potrafi nas zrozumieć. Niestety, widzę teraz, że się omyliłam.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo się omyliłaś  zaśmiał się nieprzyjemnie James. Jeśli 

myślisz, że pozwolę wam przeprowadzić ten idiotyczny plan...

Emma wiedziała, że nie powinna się teraz odzywać, była jednak zbyt wzburzona.

-   Bardzo   bym   chciała   zobaczyć,   w   jaki   sposób   nas   pan   powstrzyma   powiedziała 

wyniosłym   tonem,   potrząsając   złotymi   lokami.   Stuart   i   ja,   w   przeciwieństwie   do   pana, 

milordzie, nie potrafimy siedzieć bezczynnie, kiedy inni cierpią. Oboje chcemy nieść pomoc 

tym,   którzy   są   w   o   wiele   gorszej   sytuacji   niż   my.   Dlatego   też   zamierzamy   pojechać   na 

Szetlandy, aby wspierać naprawdę potrzebujących...

- Jedyną osobą, która naprawdę czegoś potrzebuje powiedział złowrogo hrabia jest 

mój kuzyn Stuart. Przydałoby mu wic porządne lanie.

Emma gwałtownie złapała oddech.

background image

- Niech tylko pan się ośmieli go tknąć! wykrzyknęła. Jeśli pan to zrobi... jeśli pan to 

zrobi, to już nigdy w życiu się do pana nie odezwę!

- To, Emmo skwitował hrabia nie będzie szczególnie dotkliwe.

James ominął biurko, podszedł do drzwi i otworzył je gwałtownym ruchem. W holu 

głośno zawołał Stuarta. Emma pobiegła za hrabią.

- Nie, milordzie zawołała. Proszę, nie...

Ale było już za późno. Usłyszała tylko jakiś łomot i krzyk lady Denham.

- Dobry Boże! zapłakana Penelope wyszła ze schowka na bieliznę. Czy to był lord 

Denham? Co ty mu powiedziałaś, Emmo?

- Powiedziałam mu o wiele za dużo poinformowała kuzynkę Emma. Pobiegła, aby 

ocalić, o ile się jej to uda, życie swojemu narzeczonemu.

background image

1

Szetlandy, maj 1833

Emma van Court Chesterton miała zły dzień.

Co prawda, nie był on gorszy niż którykolwiek inny, i to już prawie od roku. Zdarzały 

się, owszem, lepsze dni, ale niestety niezmiernie rzadko.

Sama nie wiedziała, co takiego kiedyś w życiu zrobiła, by sprowadzić na siebie tak 

feralne pasmo wydarzeń. Zbierała przecież wszystkie półpensówki, które leżały na drodze, i 

nigdy nie przechodziła pod drabinami.

Oczywiście, nie wierzyła w tak zwane szczęście. Nie była przesądna.

Jednak dla pewności przybiła domowe pantofle Stuarta do Drzewa Życzeń. Niestety, 

Emma   nie   mogła   wykorzystać   swoich   butów   nie   miała   zapasowych,   ale   Stuart   niczego 

przecież już nie potrzebował.

Jednak   kiedy   się   obudziła   następnego   dnia,   zorientowała   się,   że   Drzewo...   nie 

przyniosło jej szczęścia.

Wyjrzała przez okno. Przebłyski światła na ołowianym niebie oznaczały, że minęła 

już przynajmniej godzina od świtu.

Nie   obudziło   jej   pianie   koguta,   który   pewnie   po   raz   kolejny   uciekł.   To   była   zła 

wróżba.

Znowu się spóźni.

Nie miała ochoty witać nowego dnia. Leżała jeszcze chwilę zastanawiając się, czy w 

ogóle   warto   wstawać.   Dopiero   popiskiwanie   jej   małej   kundelki,   którą   przed   tygodniem 

uratowali od śmierci, zmusiło ją do opuszczenia łóżka. Trzeba byłe wypuścić ją na dwór.

Szybko włożyła szlafrok i ranne pantofle, a suczka, która niewątpliwie była szczenna i 

bliska rozwiązania, skakała dokoła niej, radośnie machając ogonem.

Kiedy Emma otworzyła drzwi chaty, zobaczyła, że wszystko przedstawia się jeszcze 

gorzej, niż sobie wyobrażała. Pada gęsty deszcz, wiał wiatr od morza, a podwórko tonęło w 

błocie.

Po   jesiennych   i   zimowych   śnieżycach   wiosenny   deszcz   sprawił   jej   przyjemność. 

Szybko sobie jednak przypomniała, że będzie musiała brnąć w strugach wody i przez kałuże 

aż do wioski, gdzie czekali na nią jej mali uczniowie.

Ulewa zaskoczyła również małą współlokatorkę Emmy. Suczka dotknęła łapką błota, 

patrząc niepewnie na swoją nową panią, jakby pytając, czy rzeczywiście musi wychodzić na 

dwór. Emma, usłyszawszy ostrzegawcze warknięcie, zorientowała się, że to nie była tylko 

background image

sprawa deszczu. Piesek czujni wypatrzył jakąś skuloną postać, stojącą bez ruchu pod okapem 

słomianego dachu.

- Dobry Boże szepnęła Emma, przyciskając dłoń do piersi. Serce biło jej mocno.

Tego   już   za   wiele,   pomyślała.   Nie   mogła   nawet   wyjść   wczesnym   rankiem   przed 

własną chatę w nocnej koszuli. I nie zdarzyło się to po raz pierwszy. Tak być nie może.

Przymknęła oczy, odmawiając w duchu dziękczynną modlitwę, że przynajmniej zna 

tego intruza.

- Ależ, panie MacEwan powiedziała jeszcze z lekka ochrypłym głosem. Co pan robi w 

takim deszczu przed moją chatą? Śmiertelnie mnie pan przestraszył!

Skarcony przez nią olbrzym pochylił nisko głowę, a z ronda jego kapelusza zaczęły 

spływać strugi wody. MacEwan mieszkał na sąsiedniej farmie ze swoją matką, miał prawie 

metr dziewięćdziesiąt wzrostu i rzeczywiście był ogromny.

- Dzień dobry, pani Chesterton powiedział. Był wyraźnie speszony. Nie chciałem pani 

przestraszyć. Ja... przyniosłem tylko koguta.

Dopiero   teraz   Emma   zauważyła,   że   Cletus   MacEwan   trzyma   pod   pachą   chudego, 

przemokniętego ptaka.

- Och! Czy on znowu dobrał się do pana kur, panie MacEwan? Tak mi przykro...

- Chyba zapomniał, że już tam nie mieszka. Cletus postawił koguta na ziemi. Ale 

pewnie więcej nie przyjdzie. Nasz Charlie nieźle go podziobał. Dziwne, że nie słyszała pani 

odgłosów tej walki.

- Niczego nie słyszałam i dlatego jestem już spóźniona odrzekła Emma. Jestem panu 

ogromnie wdzięczna, panie MacEwan, że mi go pan odniósł.

- Teraz już na pewno będzie się trzymał domu. Nasz kogut nieźle go pogonił. Byłbym 

zapomniał. Cletus wyciągnął nieśmiało zza pleców rękę z koszykiem, przykrytym ściereczką 

w biało - niebieską kratkę. Moja mama właśnie je upiekła. Świeże bułeczki. Prosto z pieca.

Emma wyjęła koszyk z jego spracowanych i zaczerwienionych z zimna rąk nie włożył 

nawet   rękawiczek.   Cletus   MacEwan   zapomniał,   że   pogoda   na   Szetlandach   ma   niewiele 

wspólnego z normalnymi porami roku. W środku zimy było czasem tak ciepło jak w lecie, a 

w środku maja zimno jak w lutym. Właśnie tak było dzisiaj.

-   Och,   panie   MacEwan!   Emma   starała   się   przekrzyczeć   szum   deszczu.   Bardzo 

dziękuję. Ale naprawdę nie powinien pan...

To   nie   był   zwrot   grzecznościowy.   Naprawdę   wolałaby   nie;   otrzymywać   tych 

podarunków. Lepsze jednak były bułeczki pani MacEwan od prezentu, który otrzymała od 

nich w zeszłymi  tygodniu  zarżniętego świniaka. Ale i tak było  już tego za wiele. Cletus 

background image

MacEwan był najbardziej oddanym i najczęściej narzucającym swoją obecność wielbicielem 

Emmy. Miał również najmniej zdrowego rozsądku.

-   Zaniedbuje   pan   swoją   pracę,   przynosząc   mi   codziennie   śniadanie   skarciła   go 

delikatnie.

Cletus uśmiechnął się do niej ufnym  uśmiechem  dziecka Był rzeczywiście bardzo 

młodym chłopcem. O rok młodszy od Emmy, miał dopiero osiemnaście lat.

- Moja mama mówi, że musimy dopilnować, żeby pani jadła jak trzeba stwierdził. 

Mówi, że okropnie pani schudła i niedługo całkiem zmarnieje...

- Tak, tak przerwała mu Emma.

Już   dość   się   nasłuchała   ponurych   przepowiedni   pani   MacEwan.   Emma   nie   miała 

żadnych kłopotów ze zdrowiem, natomiast matka Cletusa bardzo lubiła opowiadać swoim 

przyjaciółkom, jak się stara, żeby odżywić tę „biedną wdowę Chesterton”. Nie ulegało jednak 

wątpliwości, że nie robiła tego wyłącznie z sąsiedzkiej sympatii. Jeszcze inny powód skłania 

ją do tego działania. Stał on właśnie przed Emmą, trzęsąc się z zimna.

Przeważnie Emma nie była zbyt wyrozumiała dla swoich licznych wielbicieli. Jednak 

tego dnia postanowiła zachować się inaczej. Może skłonił ją do tego widok spierzchniętych 

rąk Cletusa MacEwana. A może wspaniały zapach bułeczek jego matki. Tak czy inaczej, 

postanowiła zaprosić go do środka.

- Może pan wejdzie, panie MacEwan zaproponowała uprzejmie, odsuwając  się od 

drzwi.

Nie musiała go dłużej namawiać. Przecisnął się szybko przez niskie wejście do chaty. 

Jego potężna postać zdominowała niewielkie pomieszczenie.

-   Bardzo   dziękuję   za   zaproszenie   powiedział,   wzmacniając   ulowa   energicznym 

skinięciem głowy i tym samym rozpryskując wodę na czystą podłogę z desek. Jeśli można, to 

chętnie napiłbym się z panią herbaty.

Na   twarzy   Emmy   ukazał   się   uśmiech,   kiedy   zobaczyła,   że   już   się   zabiera   do 

rozpalania ognia w piecyku. Cletus MacEwan nie był zbyt bystry, za to szalenie użyteczny, 

szczególnie wtedy, kiedy trzeba było uczynić coś praktycznego, na przykład zabić kurczaka, 

czego Emma nie zrobiłaby za nic na świecie.

Jednak nawet taka umiejętność nie skłoniłaby Emmy do wyjścia za niego za mąż. Nie 

miała zresztą ochoty nikogo poślubiać.

Właśnie to było przyczyną prawie wszystkich kłopotów, w które ostatnio popadała.

Brązowa suczka, którą Emma poprzedniego wieczoru nazwała Uną, ponieważ takie 

imię  nosiła  bohaterka  czytanej  przez nią powieści, wróciła już do chaty, otrząsając się z 

background image

deszczu.

Emma poszła do sypialni, żeby uczesać swoje gęste, jasne loki, co wcale nie było 

łatwym zadaniem. Kiedy zwijała włosy w węzeł, przypadkiem wyjrzała przez okno. To, co 

zobaczyła, było naprawdę niezwykłe: karawan na grządkach jarzyn. Na ten widok omal nie 

połknęła trzymanych w ustach szpilek.

W jej ogródku stał sfatygowany karawan jedyny pojazd w tej wyspiarskiej wiosce, 

który   miał   dach   ciągnięty   przez   dwa   wynędzniałe   konie,   które   zaczęły   już   wykazywać 

zainteresowanie młodymi sadzonkami kapusty.

Emma osłupiała. Co robi wiejski karawan w jej ogródku?

Nie   słyszała,   żeby   ktoś   umarł   w   okolicy.   Jej   chata   stał   samotnie   nad   urwistym 

brzegiem morza, a najbliżsi sąsiedzi; Cletus MacEwan i jego matka, mieszkali w odległości 

półtora kilometra w dół zbocza. Właściciel karawanu, pan Murphy musiał więc przejeżdżać 

koło domu MacEwanów i dobrze wie| że nikt tam nie umarł. Ona z pewnością też nie była 

martwa.

Od czasu śmierci jej męża, Stuarta, zdążyło upłynąć całe sześć miesięcy. Chociaż pan 

Murphy lubił sobie wypić, nie mógłby chyba zapomnieć, że już raz odbył ten kurs.

Chyba że na tę myśl przeniknął ją zimny dreszcz Samuel Murphy przybył tu z innego 

powodu. Nie po to, żeby zabrać czyjeś ciało, tylko po to, żeby dołączyć do grona starających 

się o jej rękę mężczyzn takich jak Cletus MacEwan, który wytrwale jej asystuje, od kiedy 

rozniosła się po wyspie sensacyjna wiadomość o otrzymanym przez nią spadku.

- Och, nie powiedziała głośno Emma. Una pomachała ogonem, myśląc, że jej nowa 

pani mówi do niej. Tylko nie on Nie pan Murphy.

Nie  dość,  że  Cletus  MacEwan  każdego  ranka  stał  przed  je  domem,   to  jeszcze  za 

każdym   razem,   kiedy   schodziła   do   wsi   oblegał   ją   tłum   zalotników,   wszelkiego   wieku   i 

autoramentu. Wielu z nich było rybakami, którzy zabiegali o jej względy demonstrując udany 

połów.

To wszystko jednak byłoby niczym w porównaniu z sytuacją, gdyby codziennie miał 

jeździć za nią czarny karawan.

Nie mogła do tego dopuścić. Narzuciła na siebie gruby, wełniany szal, szybko wyszła 

z sypialni, kierując się wproś do wyjścia, nie spojrzawszy nawet na skulonego przy wesoło 

trzaskającym ogniu wielkoluda.

Drzwi wejściowe jej chaty były podzielone w holenderskie stylu na cztery skrzydła. 

Można było otwierać tylko górne żeby móc korzystać z ożywczego powietrza morskiego, a 

dolne trzymać zamknięte przed zwierzętami, które czasem odwiedzały ci podwórko, mimo 

background image

sporej odległości domu Emmy od innych  farm. Otworzyła  teraz górne skrzydła  drzwi za 

ścianą deszczu majaczył czarny karawan i siedzący na koźle mężczyzna, któremu widocznie 

nie przeszkadzała ulewa.

Emma wzięła głęboki oddech.

- Samuelu Murphy! zawołała, usiłując przekrzyczeć szum deszczu. Co pan wyprawia? 

Nie daruję panu, jeśli zniszczy pan moje warzywa!

Usłyszała, że Cletus MacEwan nagle się poruszył.

- Murphy! wybuchnął. A co on tu robi?

Chociaż pan Murphy mógł nie dosłyszeć tego pytania, uchylił  uprzejmie mokrego 

kapelusza.

- Przywiozłem pani gościa, pani Chesterton! zawołał.

Dopiero teraz Emma zauważyła, że ktoś siedział we wnętrzu karawanu. Zrozumiałe, 

że ten widok ją zaskoczył. Nikt na Pares nie jeździł tym wehikułem z własnej woli, chyba że 

złożono go do trumny, ale wtedy nie miał już nic do powiedzenia na ten temat. Jednak z 

drugiej strony, gdyby ktoś chciał ją odwiedzić w taką ulewę i nie przemoknąć przy tym do 

suchej nitki, musiałby skorzystać z jedynego krytego pojazdu, jaki był we wsi.

Tym pojazdem był właśnie karawan Samuela Murphy'ego.

- To MacCreigh. Emma usłyszała, jak MacEwan zrywa się na nogi.

Nisko   zawieszone   belki   sufitu   w   chacie   Emmy   zmuszały   olbrzyma   do   stałego 

pochylania głowy. W obawie o swoją porcelanę, którą trzymała w narożnym kredensie, a 

która zawsze niepokojąco brzęczała, kiedy Cletus poruszał się po kuchni, Emma wyciągnęła 

do niego obie ręce.

- Panie MacEwan uspokajała go. Proszę usiąść. Nie ma powodu, żeby myśleć...

Nie zdziwił jej chmurny wyraz twarzy Cletusa, a nawet to, że przerwał jej w pół 

zdania.   Wiedziała,   że   nie   żywi   on   w   stosunku   do   MacCreigha   przyjaznych   uczuć.   Lord 

MacCreigh   odwiedził   ją   już   kiedyś,   może   nawet   dwa   razy,   nigdy   jednak   tak   wczesnym 

rankiem.

- To MacCreigh, mówię pani! upierał się Cletus. Zastosował się jednak do jej prośby i 

nie ruszał z miejsca. Jestem tego pewny. Za wielki elegant, żeby jak zwykły człowiek wsiąść 

na konia, kiedy pada deszcz. Musiał sobie wynająć karawan...

Emma  postanowiła  uprzedzić bieg wypadków  w nadziei, że zdoła uchronić  swoją 

porcelanę. Przy pechu, jaki ją prześladował, nie mogła liczyć na żaden szczęśliwy przypadek. 

Wychyliła głowę na zewnątrz, tym razem kierując swoje okrzyki do siedzącego w karawanie 

pasażera.

background image

-   Lordzie   MacCreigh,   dziwię   się   pana   wizycie.   Chyba   wyraźnie   dałam   panu   do 

zrozumienia, że moja odpowiedź...

Nie zdążyła  dokończyć zdania, bo drzwi pojazdu się otworzyły i wysiadł  z niego 

wysoki  mężczyzna,   w   obramowanej   futrem   pelerynie.   Poruszał   się  dość   sztywno,   co   nie 

dziwiło, zważywszy na to, że wnętrze pojazdu Samuela Murphy'ego nie było zaprojektowane 

z myślą o wygodzie żyjących, tylko o bezpiecznym transporcie zmarłych.

Emma zobaczyła, że jej gościem nie jest lord MacCreigh.

Pomijając już fakt, że wbrew temu, co mówił Cletus, lord MacCreigh wcale nie był 

takim dandysem, żeby z powodu deszczu posuwać się do wynajmowania karawanu, gdyż był 

dobrym jeźdźcem i nigdy nie zwracał uwagi na kaprysy pogody to ten mężczyzna zupełnie 

nie był podobny do jej najbardziej nieustępliwego wielbiciela. Miał ciemne włosy, a Geoffrey 

Bain, baron MacCreigh rude; był gładko ogolony, a Geoffrey Bain nosił wąsy. Mężczyzna ten 

miał na sobie beżowe bryczesy i zieloną jedwabną kamizelkę, a Geoffrey Bain już od kilku 

miesięcy, czyli od czasu, kiedy opuściła go narzeczona, ubierał się wyłącznie na czarno. Ci 

dwaj   mężczyźni   byli   jedynie   podobnego   wzrostu   powyżej   metra   osiemdziesięciu,   i   w 

podobnym wieku około trzydziestki. Poza tym całkowicie się różnili.

To był jakiś obcy mężczyzna, co było tym dziwniejsze, że obcy nigdy się nie pojawiali 

na Faires.

A już na pewno nie przychodzili do niej z wizytą.

To   musi   być   jakaś   pomyłka,   pomyślała   Emma.   Tak,   to   na   pewno   pomyłka.   Jeśli 

wiadomość   o   otrzymanym   przez   nią   spadku   nie   przedostała   się   poza   wyspę  modliła   się 

żarliwie, by do tego nie doszło nie było najmniejszego powodu, żeby miał ją odwiedzać jakiś 

obcy mężczyzna.

Przybysz był już blisko chaty i mogła mu się lepiej przyjrzeć. Serce jej zamarło. Już 

wiedziała, że ten dzień może być najgorszym dniem jej życia.

To nie był obcy mężczyzna.

background image

2

- Och, Boże szepnęła Emma, zaciskając kurczowo dłonie na dolnym skrzydle swoich 

drzwi.

Gdy nieznajomy podszedł bliżej, natychmiast go poznała. Był niezwykle podobny do 

jej niedawno zmarłego męża błyszczące piwne oczy, ciemne włosy, trochę dłuższe, niż to 

było  modne, przynajmniej  wtedy, kiedy Emma  była  po raz ostatni  w  Londynie,  wysokie 

czoło, dołek w brodzie, zdecydowany zarys szczęki to wszystko, co według obiegowej opinii 

charakteryzowało bardzo przystojnego mężczyznę.

Różnili się tylko tym, że James był o głowę wyższy o Stuarta i miał o wiele szersze 

ramiona, ale za to Stuart by obdarzony większą siłą ducha. Przynajmniej Emma zawsze ta 

uważała.

- Och, mój Boże powtórzyła, czując, że ma sucho w ustach.

Emma usłyszała brzęk porcelany, co świadczyło o tym, że Cletus ruszył w kierunku 

drzwi.

- Już po nim stwierdził. Czy to baron, czy nie baron.

Emma zorientowała się poniewczasie, że odezwała się zbyt głośno. Co prawda, nie 

miałaby nic przeciwko temu, żeby młody sąsiad sprawił Jamesowi Marbury'emu porządne 

lanie.

Jednak trudno by jej było wytłumaczyć lokalnym władzom sprawę zabójstwa lorda w 

jej   własnej   chacie.   Nie   chciała   przecież,   żeby   nękała   ją   później   myśl   o   jeszcze   jednym 

martwym k«..

Szybko się odwróciła, wyciągając ręce przed siebie, żeby powstrzymać Cletusa, który 

już zmierzał  do drzwi, ale miała w tej sytuacji takie same szanse jak przy poskramianiu 

szalejącego byka. Mimo wszystko Emma zmobilizowała wszystkie siły.

- Nie, nie, panie MacEwan powiedziała szybko, nie ruszając się z miejsca. To nie jest 

lord MacCreigh. To wcale nie on.

- Nie on? Cletus ściągnął brwi. Był przekonany, że ona chce go zmylić. Jeśli to nie 

MacCreigh, to w takim razie kto?

- Nikt powiedziała. Dla pana jest on nikim.

Dobry   Boże,   jaki   on   był   silny!   Omal   jej   nie   przewrócił.   Cleus   MacEwan   był 

dżentelmenem i nie ośmieliłby się jej dotknąć bez przyzwolenia,  jednak  teraz,  widząc w 

nadchodzącym mężczyźnie swojego rywala, chwycił ją za ramiona, usiłując usunąć z drogi. 

Emma zaparła się jeszcze bardziej, Cletus nie mógł użyć całej swojej siły, żeby nie zrobić jej 

background image

krzywdy.

- Ależ, panie MacEwan protestowała Emma. Ręce jej drżały z wysiłku, musiała jednak 

zrobić   wszystko,   żeby   go   powstrzymać;   mógł   przecież   zabić   hrabiego,   kiedy   ten   tylko 

przekroczy próg. Czy nie powinien pan już iść do domu? Matka na pewno potrzebuje pana 

pomocy...

Nagle usłyszała głęboki męski głos, niższy, niż zapamiętała. Basowy głos, którego 

rozkazów nie można było nie usłuchać. Wprawiał w równie silne drganie deski podłogi jak 

wielkie stopy Cletusa MacEwana.

- Co to ma znaczyć? zagrzmiał James Marbury.

Emma podniosła głowę. Przez spadające jej na oczy loki dojrzała hrabiego Denham, 

który stał za jej drzwiami, z wyrazem zdumienia na twarzy. Cicho jęknęła i znowu pochyliła 

głowę starając się ze wszystkich sił zatrzymać Cletusa w miejscu. Una zajadle szczekała na 

obu mężczyzn.

Zanim Emma zdołała się zorientować, co się dzieje, została uwolniona z uchwytu 

Cletusa MacEwana i posadzona n drewnianej ławie.

Jeszcze przed chwilą usiłowała powstrzymać olbrzyma przed zabójstwem krewnego 

jej męża. A Cletus MacEwan, czterokrotny mistrz Faires w rzucie polanem, najsilniejszy 

mężczyzn na wyspie, po otrzymaniu ciosu w twarz chwiał się na nogach i coraz bardziej 

przechylał...

Na kredens Emmy.

- Nie! Emma zerwała się na równe nogi i rzuciła do przodu w momencie, kiedy hrabia 

Denham szykował się do zadania kolejnego ciosu. Zatrzymał rękę, żeby przesłać jej czarujący 

uśmiech i obdarzyć ją ciepłym spojrzeniem swoich piwnych oczu.

- Bądź spokojna, Emmo powiedział uprzejmie. Postaram się nauczyć tego nachalnego 

młodego człowieka, żeby trzymał ręce przy sobie.

- Ale...

Było już za późno. Oszołomiony pierwszym uderzenie Cletus nie zauważył, że zbliża 

się kolejny cios. Emma patrzy ze zgrozą, jak pod ciężarem jego ciała rozpada się jej kredens. 

Porcelanowe naczynia przesunęły się na półce, zachwiały i powoli a przynajmniej tak się 

wydawało Emmie zaczęły spadać na nieszczęsnego farmera.

Najpierw pospadały talerze do zupy, po nich pojemniki i soli i pieprzu, potem płaskie 

talerze, a wreszcie posypały i filiżanki i spodeczki.

Emma mogłaby przysiąc, że dewastacja jej kredensu trwała długie godziny, ale to były 

przecież sekundy. W innym wypadku hrabiemu udałoby się ocalić coś więcej niż tylko jedną 

background image

filiżankę, chwytając ją, zanim sięgnęła podłogi, na której wśród potłuczonych skorup serwisu 

Emmy leżał nieruchomo Cletus MacEwan.

Kiedy roztrzaskała się obok niego ostatnia sztuka, oszołomiony Cletus uniósł się na 

łokciach.

- Co się stało? spytał, strzepując z koszuli szczątki porcelany.

Emma patrzyła na pobojowisko. Na podłodze leżała w kawałkach zastawa na osiem 

osób z cienkiej, białej porcelany, zdobionej na krawędziach girlandami ręcznie malowanych 

różyczek. Poza trzymaną przez hrabiego filiżanką nic z niej nie zostało. Una usiadła u stóp 

Emmy, spoglądając z niechęcią na obu mężczyzn.

Hrabia Denham przerwał milczenie. Obrócił filiżankę i uniósł ze zdziwienia brwi, 

kiedy zobaczył nazwę firmy.

- Limoges przeczytał głośno. Ładna robota.

To wystarczyło. Jedna zwykła uwaga. I wtedy Emma straciła panowanie nad sobą. To 

było   dokładnie   w   jego   stylu.   Typowe   w   wstępowanie   Jamesa   Marbury'ego,   dziewiątego 

hrabiego  Denham zniszczyć jedyną  rzecz, jaka przedstawiała dla niej wartość, jak to już 

zrobił rok temu.

Podeszła do niego i wyrwała mu filiżankę z ręki.

- Tak! wrzasnęła. To była ładna robota, prawda? Wydzierała się, ile sił w płucach. 

Dopóki pan tu nie wtargnął i nie roztrzaskał wszystkiego na kawałki!

Hrabia gwałtownie zamrugał. Emma miała wrażenie, że był zdumiony jej wybuchem 

gniewu, ale była tak wściekła, że nic jej nie obchodziło.

- Wtargnąłem tu? powtórzył urażony. Przepraszam cię, Emmo, ale kiedy podszedłem 

do   twoich   drzwi,   wydawało   mi   się,   że   padłaś   ofiarą   napaści.   Musisz   mi   wybaczyć,   że 

zachowałem się jak dżentelmen i usiłowałem cię chronić!

-   To   ja   usiłowałam   pana   chronić,   tępy   dżentelmenie!   Emma   obrzuciła   hrabiego 

wzburzonym spojrzeniem. On chciał napaść na pana, a nie na mnie.

- Na mnie? James uniósł brwi i rzucił okiem na Cletusa, który metodycznie usuwał 

odłamki porcelany z rękawa swoje kurtki, krzywiąc się, kiedy wbijały się w jego popękane 

dłonie. Dlaczego chciałeś mnie zaatakować? zagrzmiał hrabia. Ja cię nawet nie znam.

Zdumiony Cletus podniósł wzrok.

- Ccco? - wyjąkał. Nie przyszedł jeszcze do siebie po otrzymanych ciosach, potrząsał 

głową, jakby chciał wytrzepać wodę z uszu. Ja... ja nie wiedziałem, że to pan. Myślałeś że to 

lord MacCreigh.

- Lord MacCreigh? James zwrócił się teraz do wdowy p swoim kuzynie. Co to za 

background image

MacCreigh?

Emma  potrząsnęła tylko  głową, wpatrując się ponurym wzrokiem w rozsypane po 

podłodze skorupy.

-   Ten   serwis   był   naszym   prezentem   ślubnym   wyznała   ze   smutkiem.   Jedynym 

prezentem ślubnym, jaki otrzymaliśmy ze Stuartem, chciałabym dodać. A teraz jest rozbity, 

przez pana tępotę...

- Tępotę! przerwał jej hrabia. Posłuchaj, Emmo...

Chociaż Emma nie należna do osób, które płaczą po utracie porcelany, jednak tym 

razem   zaszkliły   się   jej   oczy,   kiedy   spojrzała   na   trzymaną   w   ręku   filiżankę.   Wyraźnie 

pamiętała dzień, kiedy przywieziono ten serwis w drewnianej skrzyw z napisem: Limoges, 

France i swoją radość przy odpakowywaniu każdej delikatnej, pięknej sztuki.

Oczywiście, Stuart złajał ją za to. Nigdy nie przywiązywał wagi do rzeczy. To również 

był powód, dla którego Emma się w nim zakochała, jedna z cech, która stawiała go ponad 

wszystkimi mężczyznami, jakich znała. Stuart żył tylko duchem. Emma nie spotkała nikogo, 

kto tak by się troszczył o biednych i postępował według nakazów Boga, jak Stuart. Starała się 

go naśladować, przedkładać sprawy ducha nad materialne...

Jednak jej usiłowania nie zostały uwieńczone sukcesem, zawiodła również w wielu 

innych sprawach, kiedy chodziło o Stuarta.

Serwis z Limoges był tego najlepszym przykładem. Emma uwielbiała podnosić swoje 

nowe  talerze  ku niebu,  żeby mogło   przeświecać  przez   nie  słońce.  To było,  według  niej, 

magiczne   zjawisko.   Kiedy   Stuart   zaczynał   jej   tłumaczyć,   w   jaki   sposób   uzyskuje   się 

przezroczystość porcelany, zatykała uszy naturalnie, kiedy tego nie widział i wolała wierzyć 

w magiczne zjawiska.

Tyle że teraz James Marbury pozbawił ją nawet i tej magii.

- Powiedz mi, Emmo, jaką nazwę nosi ten wzór odezwał się hrabia Denham a ja 

dopilnuję, żebyś dostała taki sam serwis.

Emma była zła na siebie za to, że tak bardzo przejęła się utratą jakichś głupich talerzy, 

a jeszcze bardziej za to, że ujawniła tę słabość przed Jamesem, człowiekiem, do którego, jak 

sobie dopiero teraz przypomniała, przysięgła nie odzywać się do końca życia. Otarła kąciki 

oczu koronką przy rękawie.

- Proszę się tym nie martwić powiedziała. To nie ma znaczenia.

- To ma znaczenie upierał się James. Gdybyś tylko...

- Nie, nie ma o czym mówić. Emma podniosła na niego oczy, w których nie było już 

śladu łez. Co pan tu robi? Myślałam...

background image

Przerwał   jej   jęk   Cletusa,   który   już   zdołał   oczyścić   swoje   ubranie   ze   szczątków 

porcelany i usiłował wstać. Emma postawiła ocalałą filiżankę na gzymsie kominka i podeszła, 

żeby mu pomóc.

- Nic się panu nie stało, panie MacEwan? spytała. Nie zrobił panu krzywdy?

-   Nie,   nie   odrzekł   Cletus,   którego   duma   najbardziej   w   tym   wszystkim   ucierpiała. 

Odwrócił się, patrząc zdziwiony na rumowisko, gdzie stał przedtem kredens Emmy.  Pani 

Chesterton! wykrzyknął. Czy ja to zrobiłem?

- Wcale nie. On to zrobił. Emma rzuciła Jamesowi jadowite spojrzenie, które uszło 

uwagi Cletusa, wpatrzonego w pobojowisko.

- A niech to szepnął. Zrobię pani nowy kredens, pani Chesterton, obiecuję. Lepszy niż 

ten stary, przysięgam.

- Dziękuję panu, panie MacEwan. Emma podniosła jego kapelusz z podłogi, otrzepała 

go z kurzu i dała mu do ręki. A teraz powinien już pan pójść.

Cletus wziął kapelusz, ale jej nie podziękował. Wpatrywał się złowrogim wzrokiem w 

hrabiego.

- A co z nim? zapytał obcesowo.

- Co z nim, panie MacEwan? powtórzyła Emma, krzyżują ręce na piersi.

- No dobra. Cletus MacEwan zaszurał swoimi ogromnymi stopami. To w takim razie 

kim on jest?

- On jest kuzynem mojego zmarłego męża wyjaśnij Emma. Hrabia Denham.

- A niech to! Olbrzym był oszołomiony. Grubymi paluchami tłamsił rondo kapelusza. 

Chciałem uderzyć hrabiego.

- Tak. Emma popchnęła go w stronę drzwi. Niech pan teraz idzie do domu, panie 

MacEwan, i opowie o tym wszystkie swojej mamie.

Żeby zaraz pognała do wsi i poinformowała o tym każdego, kogo tylko spotka, dodała 

w   duchu.   Emma   wiedziała,   że   w   takiej   małej   wiosce   niczego   nie   uda   się   utrzymać   w 

tajemnicy, lepiej było natychmiast wszystkich zawiadomić, a matka Cletusa, jak się Emma 

zdołała przekonać, najlepiej się do tego nadawała.

- Hrabia mruczał jeszcze Cletus, kiedy Emma wypychała go za drzwi.

- Hrabia mruczał jeszcze Cletus, kiedy Emma wypychała go za drzwi.

W trakcie rozmowy nie odrywał wzroku od Jamesa, a teraz zapomniał nawet włożyć 

kapelusza. Otrząsnął się dopiero, kiedy Emma zamknęła za nim drzwi. Zobaczyła przez okno, 

że Cletus człapie powoli w kierunku karawanu. Zauważyła też, że pan Murphy wszedł do 

środka wehikułu, gdzie niewątpliwie raczył się whisky z podręcznej flaszki, umilając sobie w 

background image

ten sposób oczekiwanie na bogatego klienta. Obaj wyspiarze, pan Murphy i pan MacEwan, 

będą   niewątpliwie   przez   wiele   miesięcy   wymieniać   się   opowieściami   o  tym   niezwykłym 

gościu.

Natomiast Emma chętnie oddałaby ostatnią ocalałą sztukę porcelany z Limoges, żeby 

się tego gościa natychmiast pozbyć z domu. Tymczasem zerknęła na Jamesa wyglądało na to, 

że nigdzie się nie wybierał.  Ściągał właśnie rękawiczki z koźlej skórki, jak zauważyła,  i 

ciekawie rozglądał się dokoła. Była pewna, że przede wszystkim zwrócił uwagę na niewielkie 

rozmiary chaty. Mając pensję wikarego, Stuart na nic innego nie mógł sobie pozwolić. Chata 

była rzeczywiście bardzo mała, ale Emma była dumna z tego, że jest utrzymana w niezwykłej 

czystości i ma swoisty urok. Domek rzeczywiście był pełen wdzięku ze swoim słomianym 

dachem, zielonymi drzwiami i takimi samymi okiennicami. W zimie było tu dość chłodno, ale 

za to wyglądał niesłychanie malowniczo. Jeśli na jego lordowskiej mości nie robił równie 

miłego wrażenia, to nie jej problem.

Widocznie jej stół zwykły drewniany blat z przymocowanymi do niego nogami spełnił 

wysokie wymagania lorda gdyż położył na nim swój cylinder, do którego wrzucił rękawiczki.

Jeszcze chwila, pomyślała Emma, a zdejmie buty i zacznie ogrzewać sobie nogi przy  

ogniu. Ale ona na to nie pozwoli. Nie będzie odgrywać roli uprzejmej gospodyń w stosunku 

do człowieka, który tak okropnie potraktował Stuarta.

- Jeśli przyjechał pan po rzeczy Stuarta zauważyła chłodnym tonem to niepotrzebnie 

odbył pan taką podróż. Wzięła szczotkę i zaczęła zamiatać resztki serwisu. Wszystkie jego 

ubrania i inne rzeczy oddałam do kościoła.

Nie odzywał się przez chwilę, jakby jej nie rozumiał.

- Do kościoła? powtórzył wreszcie. Mówiłaś, że oddałaś rzeczy Stuarta do kościoła?

-   Tak   odrzekła   Emma,   zbierając   na   śmietniczkę   kawałki   porcelany.   Tak   właśnie 

zrobiłam.

- Czy chcesz przez to powiedzieć spytał, jakby ważąc słowa że jakiś kacyk w Czarnej 

Afryce paraduje w spodniach mojego kuzyna?

- Ależ nie. Zdobyła się na skąpy uśmiech. Tutaj, na Faires, jest wielu biednych, którzy 

potrzebują ubrań.

James zerknął w kierunku okna. Poznał więc kamizelkę w kratkę, którą miał na sobie 

Samuel Murphy, pomyślała z zadowoleniem Emma.

- Rozumiem powiedział James. Wydawało się, że jest z lekka zażenowany.  Może

pomyślała z nadzieją Emma, rozzłości się na mnie i zaraz sobie pójdzie!

Jednak nic na to nie wskazywało. Cokolwiek skłoniło go do przyjazdu dlaczego on w 

background image

ogóle musiał tu przyjechać? To widać było, że nie odjedzie, dopóki nie osiągnie celu.

- Zostaw sprzątanie, Emmo. James obrócił jedno z czterech przystawionych do stołu 

drewnianych krzeseł. Mamy wiele spraw do omówienia. Przecież nie widzieliśmy się od roku.

Emma wpatrywała się w niego bez słowa.

Teraz, kiedy przyglądała mu się z bliska, przekonała się, że podobieństwo pomiędzy 

jej mężem a jego kuzynem było tylko pozorne. Lord Denham był o wiele przystojniejszy. 

Miał ciemniejsze włosy, jaśniejsze oczy, wyraźniej zarysowaną szczękę. Emmie wydawało 

się teraz, że Stuart, chociaż młodszy od swojego kuzyna, był jego wstępnym zarysem... jakby 

jej mąż miał tylko posłużyć Panu Bogu za szkic do stworzenia hrabiego.

Wydawało   się,   że   James   sam   uważa   się   za   Boga.   Kto   inny   pojawiłby   się   bez 

uprzedzenia, oczekując, że ona rzuci wszystko, żeby się nim zająć?

- Przykro  mi, ale teraz  nie mam czasu na rozmowę, lordzie Denham powiedziała 

Emma.

Starała się mówić lekkim tonem, mając nadzieję, że on nie słyszy łomotania serca, 

które aż dudniło jej w uszach od chwili, kiedy zobaczyła go na swoich grządkach.

- Już i tak jestem spóźniona dodała. Jeśli nie przyjechał pan po rzeczy Stuarta, to jaki 

jest cel pana wizyty?

Wyglądał na zdziwionego, co zresztą było zrozumiałe. Chyba rzadko się zdarzało, 

żeby jakaś kobieta odrzuciła zaproszenie do rozmowy z hrabią.

Jednak większość kobiet, stwierdziła Emma w duchu, nie zna go tak dobrze jak ja.

- Przykro mi, Emmo powiedział James. Jego głęboki głos miał zwodniczo neutralne 

brzmienie. Nie miałem pojęcia, że szykujesz się do wyjścia. Kiedy tu wszedłem, wydawało 

mi się, że przyjmujesz gościa.

Emma zarumieniła się. Wiedziała, co się kryło za tymi słowami. Zdradzał to ton jego 

głosu i wyraz twarzy. Wrzuciła zawartość śmietniczki do jednej z nielicznych szuflad, które 

ocalały po katastrofie.

- To był mój sąsiad, pan MacEwan powiedziała z naciskiem. Przyszedł, żeby odnieść 

mojego koguta.

- Twojego koguta powtórzył hrabia obojętnym tonem.

- Tak stwierdziła Emma. On mi uciekł.

- Twój kogut uciekł?

- Tak. On mi nie wierzy, pomyślała. Często ucieka. Dostałam go w prezencie, chyba 

tęskni za swoim starym, kurnikiem, bo stale do niego wraca.

- Prezent od pana MacEwana? spytał ciekawie hrabia.

background image

- Oczywiście, że nie. Dostałam tego koguta od matki pana MacEwana. Widząc jego 

uniesione brwi, wskazała obronnym gestem stojący na stole koszyk. Dzisiaj upiekła dla mnie; 

bułeczki. Może pan spróbować, jeśli ma pan ochotę. Powinny być jeszcze ciepłe.

Lord   Denham   zignorował   koszyk   z   bułkami.   Nie   odrywał   od   niej   wzroku,   co 

wyprowadzało ją z równowagi. Emma pamiętała, że jego oczy zawsze miały dziwny kolor, 

nie były ani zielone, ani też brązowe. Były jakby złote, koloru jej obrączki, którą już dawno 

zdjęła z palca i dała komuś nawet zapomniała już komu, po prostu komuś, kto był w większej 

potrzebie niż ona. Tylko tyle pamiętała.

- Masz bardzo... troskliwych sąsiadów powiedział James.

W   jego   głosie   było   coś,   czego   Emma   nie   potrafiła   nawet   określić,   coś   takiego... 

Pewnie nic pochlebnego, stwierdziła. Nie mogła się tego spodziewać po hrabim.

- Tak przyznała. Pan MacEwan i jego matka serdecznie się mną opiekują od czasu 

śmierci Stuarta.

Odebrał tę wypowiedź jak skierowaną do siebie krytykę hrabia i jego matka nic dla 

niej nie zrobili po śmierci męża chociaż Emma nie miała tego na myśli. Biorąc pod uwagę 

okoliczności, podkreślanie tego faktu nie było właściwe. Jednak hrabia Denham natychmiast 

na to zareagował.

- Musisz wziąć pod uwagę, że twój pan MacEwan i jego matka dowiedzieli się o 

śmierci twojego męża o wiele wcześniej niż moja matka i ja. Ja posiadam tę wiedzę dopiero 

od tygodnia. Nie mogłaś nas wcześniej zawiadomić, Emmo?

- Nie mogłam. Przecież pan wie, że cały nasz okręg był objęty kwarantanną. Zniesiono 

ją   dopiero   miesiąc   temu.   To   tłumaczenie   brzmiało   rozsądnie,   chociaż   ona   sama   niezbyt 

pewnie się czuła.

- Mimo to mogłaś przesłać jakąś wiadomość.

- A wtedy pan by tu przyjechał powiedziała. I miałabym pana śmierć na sumieniu. 

Omal nie dodała: pana i Stuarta. Odwróciła się od niego i zdjęła z wieszaka swój kapelusz. 

Skoro   mnie   już   pan   widział,   może   pan   powiedzieć   znajomym,   że   wszystko   u   mnie   w 

porządku. A teraz, proszę mi wybaczyć, milordzie, ale już naprawdę muszę iść.

- Iść? zdumiał się. To było zresztą do niego podobne. On dopiero co przyjechał. A 

przyjazd hrabiego, gdziekolwiek by to było, zwykle wywoływał duże wrażenie. To był taki 

typ człowieka. Iść? Dokąd?

-   Do   szkoły   powiedziała   Emma   zaczepnym   tonem.   Wiedziała   już,   czego   się   ma 

spodziewać, kiedy on się dowie prawdy. W najlepszym wypadku ją wyśmieje.

- Do szkoły? powtórzył. Po co? Chyba nie na spotkanie towarzystwa misyjnego o tak 

background image

wczesnej porze?

Mimo zdenerwowania, Emma nie mogła powstrzymać uśmiechu.

- Nie. Mogę pana zapewnić, że miejscowe towarzystwo misyjne jest bardzo oddane 

swojej   sprawie,   jednak   nie   aż   do   tego   stopnia.   Muszę   iść   do   szkoły,   ponieważ   jestem 

nauczycielką.

- Nauczycielką? James wpatrywał się w nią, zdumiony. Ty uczysz, Emmo? Czego 

uczysz? Kogo?

Przynajmniej nie zaczął się z niej wyśmiewać.

- Uczę dzieci powiedziała. Proszę mi wybaczyć,  ale jestem już bardzo spóźniona. 

Naturalnie, może pan tu zostać, jeśli pan chce chociaż nie bardzo sobie wyobrażam, dlaczego 

miałby pan na to ochotę ale ja muszę iść. Pan to rozumie, prawda?

Nie wydawało się jej, że lord Denham cokolwiek z tego rozumiał. Od chwili kiedy 

przestąpił   próg   jej   chaty,   nie   potrafił   ochłonąć   z   oszołomienia.   Mimo   to   szybko   znalazł 

wyjście z sytuacji.

- W takim razie zawiozę cię do miasteczka, Emmo powiedział, biorąc swój kapelusz.

- Och, to nie jest... Patrzyła na niego rozszerzonymi oczami. Chcę tylko powiedzieć, 

że to wcale nie jest konieczne.

James uniósł brwi, naciągając jednocześnie rękawiczki.

- Czy mam przez to rozumieć, że wolałabyś pójść piechotą? Przeszło trzy kilometry? 

W takim deszczu?

Emma wyjrzała na dwór. Nadal lało jak z cebra. Una, której Emma nie zostawiała 

samej z powodu zaawansowanej ciąży, popiskiwała z cicha, nie mając ochoty wychodzić na 

deszcz, tak samo jak jej pani.

Hrabia proponował jej podwiezienie do miasteczka. A tam, jeśli szczęście jej dopisze, 

to zdoła go namówić, żeby wsiadł w południe na prom i wrócił do domu, nie poznawszy całej 

prawdy o sytuacji Emmy.

Czemu nie spróbować? Przecież pech nie będzie jej stale prześladował. Coś się musi 

zmienić. Dlaczego właśnie nie teraz?

background image

3

James myślał początkowo, że to złudzenie trudno mu było cokolwiek dojrzeć przez 

ścianę deszczu.

To było prawdziwe oberwanie chmury, nieporównywalne do londyńskiej mżawki i 

przelotnych opadów w jego rodzinnym hrabstwie Devon. Zrobił się taki potop, że zamienił to 

coś, co najwidoczniej spełniało w tych stronach funkcję drogi, w błotnistą rzekę, głęboką na 

kilkanaście centymetrów. James był przekonany, że mogliby pokonać tę odległość w o wiele 

krótszym   czasie,   gdyby   jechali   po   bruku.   Jednak,   jak   się   wydawało,   na   Szetlandach   nie 

słyszano jeszcze o utwardzonych drogach, tak samo jak o kanalizacji czy o dobrej kawie.

Kiedy   dojeżdżali   do   celu,   ulewa   trochę   zelżała,   więc   James   mógł   się   wreszcie 

przyjrzeć stojącej w drzwiach chaty kobiecie. To nie było przywidzenie. Patrzył na nią w 

osłupieniu.

Nie przewidywał takiej sytuacji. Nie spodziewał się, że zastanie Emmę na wyspie. 

Dopiero teraz zrozumiał, że był głupcem, sądząc, że ona wróciła do Anglii.

Jednak z drugiej strony, czego innego mógł się spodziewać? Stuart nie żył już od 

prawie sześciu miesięcy... a przynajmniej taką wiadomość zawierał krótki list, który ktoś 

przyniósł w zeszłym tygodniu do jego domu w Londynie. Emma tłumaczyła w nim, dlaczego 

tak   późno   zawiadamia   ich   o   śmierci   męża;   po   epidemii   tyfusu   Faires   zostało   objęte 

kwarantanną, a ona, Emma, nie chciała, żeby rodzina ryzykowała życie, przyjeżdżając na 

pogrzeb...

Chociaż lady Denham była bardzo dotknięta opieszałością Emmy w przekazywaniu 

złych nowin, ta zwłoka była korzystna dla Jamesa. Gdyby Emma wysłała swój list jesienią, 

zamiast   przed   miesiącem,   James   pojechałby   na   Faires   bez   względu   na   ryzyko   przede 

wszystkim dlatego, że żona Stuarta nadal tam przebywała. Nie wyobrażał sobie, że mógłby 

nie pomóc samotnej kobiecie, która znalazła się w tak trudnych warunkach, do tego w czasie 

epidemii. Nie mógłby się uważać za człowieka honoru, gdyby nic w tej sytuacji nie uczynił.

A   do   tego   to   nie   była   tylko   samotna   kobieta.   To   była   Emma.   Niemożliwe,   żeby 

pozwolił jej tam zostać. Pojechałby natychmiast  na Faires i starał się ją przekonać, żeby 

wróciła z nim do Anglii...

Zrobiłby to, na co, jak się dopiero teraz zorientował, nie było stać jej własnej rodziny.

Co prawda, nie powinien się zbytnio temu dziwić. Rodzina van Courtów, podobnie jak 

jego   własna,   nie   była   zachwycona   faktem,   że   Stuart   i   Emma   postanowili   się   pobrać. 

Stryjostwo Emmy podjęli nawet dość drastyczne kroki, żeby rozdzielić młodych kochanków. 

background image

Kiedy się dowiedzieli od Jamesa o planowanej ucieczce, zamknęli Emmę w pokoju. On sam, 

gdy tylko zdradziła mu tę nowinę, spróbował tylko przekonać Stuarta o głupocie jego planu i 

powiadomił jej opiekunów. To był jego obowiązek.

Niestety,   van   Courtowie   nie   potrafili   dopilnować   Emmy,   która   uciekła   po   kilku 

dniach. Ona i jego kuzyn przekroczyli w nocy granicę i pobrali się jeszcze przed upływem 

doby.

Wtedy   van   Courtowie   przestali   się   interesować   dziewczyną,   którą   przedtem   tak 

uwielbiali, a teraz uznali za niewdzięcznicę. Ucierpiała na tym również przyjaźń pomiędzy 

Reginą   van   Court   a   matką   Jamesa.   Domyślał   się,   że   jego   matka   dopatrywała   się   w   tej 

ucieczce   pewnego   romantyzmu,   podczas   gdy  Regina   van   Court   całkiem   słusznie   według 

Jamesa czuła się głęboko urażona zachowaniem młodych kochanków.

Z listu Emmy nie wynikało, że ona nadal mieszka na Faires. Ponieważ wiadomość od 

niej została doręczona przez posłańca, James miał prawo sądzić, że nadawca przebywa w 

Londynie. Miał ochotę odwiedzić Emmę w domu jej stryjostwa, zakładając, że nawet van 

Courtowie, chociaż głęboko urażeni postępowaniem bratanicy, nie zamknęliby drzwi przed 

wdową,   która   nie   ma   ani   grosza...   Stuart   nie   dysponował   przecież   żadnymi   własnymi 

pieniędzmi,   poza  skromnym   zarobkiem,   więc  niewątpliwie  zostawił  ją  w  stanie   ubóstwa. 

James   dobrze   wiedział,   że   pensja   wikarego   była   zwykłą   jałmużną   w   porównaniu   z 

pieniędzmi, których nie szczędził w Londynie swojemu upartemu kuzynowi.

Odłożył   jednak   odwiedziny   u   Emmy   na   później,   ponieważ   matka   delikatnie   mu 

przypomniała, że rozstał się ze Stuartem i jego narzeczoną w niezbyt przyjacielski sposób i że 

jego widok może sprawić wdowie dodatkowy ból. Postanowiono, że lady Denham złoży jej 

kondolencyjną wizytę, a James pojedzie do Szkocji, żeby odnaleźć grób Stuarta i załatwić 

natychmiastowe przewiezienie zwłok do Anglii. Było nie do pomyślenia, żeby ktoś, w czyich 

żyłach   płynęła   krew   rodu   Marburych,   mógł   być   złożony   na   wieczny   odpoczynek 

gdziekolwiek indziej niż w rodzinnym grobowcu przy opactwie Denham.

James odczuł nawet ulgę, że sprawy przybrały taki obrót.

Wolał swoje, chociaż niezbyt miłe, zadanie od roli, jaka przypadła w udziale jego 

matce. Nie był pewny, czy potrafiłby zachować właściwy dystans, gdyby zobaczył Emmę, 

która   niewątpliwie   nadal  opłakuje   swojego   męża.  Jej   niebieskie  oczy,  których  James   nie 

potrafił zapomnieć, miały nad nim dziwną władzę, szczególnie wtedy kiedy błyszczały w nich 

łzy...

Jak się okazało, jego komfort psychiczny nie trwał zbyt długo. Wizyta lady Denham u 

krewnych Emmy była bezcelowa wdowa nie szukała pociechy na łonie niezbyt kochającej 

background image

rodziny. Została na Faires, a list wysłała przez jakiegoś jadącego do Londynu Szkota, który 

wyruszył do wielkiego miasta w poszukiwaniu pracy.

Teraz James będzie musiał przejść przez tę próbę. Stanąć przed nią i spojrzeć w jej 

błękitne oczy. Wytrzymać  jej wzrok i znosić niechęć, jaką niewątpliwie jeszcze do niego 

czuje.

Usiłował sobie jednak tłumaczyć,  że ona nie mogłaby tak długo chować do niego 

urazy. Emma van Court zawsze była serdeczną, otwartą, pozbawioną obłudy dziewczyną. Na 

pewno nie była już na niego zła za to, co się zdarzyło dwanaście miesięcy temu.

A może jednak? Mimo całej swojej serdeczności i prostodusznego charakteru Emma 

potrafiła   być   niesłychanie   uparta.   James   uważał,   że   to   właśnie   jej   upór   był   źródłem 

wszystkich późniejszych kłopotów.

Patrzył teraz na nią, kiedy siedziała naprzeciwko niego w tym okropnym pojeździe, i 

nie potrafił odgadnąć, jaka była jej prawdziwa reakcja na jego widok. To oczywiste, że to 

wszystko, co wydarzyło się w chacie, nie mogło sprawić jej przyjemności. Trudno ją o to 

winić. Od chwili kiedy James przekroczył próg tej śmiesznie małej chatynki, w której jego 

kuzyn zamieszkał z Emmą, wszystko stanęło na głowie i uległo rozsypce nie tylko jej serwis z 

Limoges. Najpierw wydawało mu się, że jakiś ogromny wieśniak napastuje piękną kobietę, 

więc zachował się jak dżentelmen, ponieważ zawsze uczono go, że należy osłaniać słabą płeć. 

Okazało się jednak, że Emma nie tylko nie potrzebuje jego pomocy, ale nie jest mu za nią ani 

odrobinę wdzięczna.

Nie usłyszał słowa podziękowania, zostały mu tylko na pamiątkę otarte nadgarstki.

Zresztą i ten fakt nie powinien go dziwić. Emma zawsze mówiła, co myśli, a to go 

irytowało. Musiał jednak przyznać, że również ta cecha charakteru miała dla niego duży urok 

Emma   różniła   się   pod   tym   względem   od   panienek   z   towarzystwa,   podsuwanych   mu 

bezustannie przez ich zdesperowane mamusie.

Zadziwiający  był  jednak   fakt,  że  po tak  wielkiej  stracie   James  nie  miał na  myśli 

serwisu z Limoges potrafiła zachować spokój, a nawet robić mu cierpkie uwagi. Prędzej 

spodziewałby się łez.

Ale czy kiedykolwiek Emma van Court Chesterton, poprawił się w myślach zrobiła to, 

czego się po niej spodziewano?

Nie nosiła nawet żałoby. Szara sukienka, którą miała pod peleryną, była już bardzo 

znoszona, koronki przy rękawach wystrzępione, a bufiaste rękawy były niemodne od roku. 

Jednak bez względu na to, co Emma Chesterton by na siebie włożyła, nic nie mogło przyćmić 

jej urody. Nawet habit zakonnicy.

background image

James   westchnął   i   zaczął   oglądać   krajobraz   przez   popękane   szybki   pojazdu.   Nie 

rozumiał, jak można było zamieszkać tak blisko morza. Urwisty brzeg, na którym stała chata 

Stuarta, na pewno tonął we mgle każdego ranka, a przez resztę dnia był palony słońcem, 

zalewany deszczem lub zasypywany śniegiem. Wokół nie było nawet drzew. Nieosłonięte, 

trudno dostępne miejsce niczego gorszego nie mógł sobie nawet wyobrazić.

Nie   było   tam   również   żadnego   nagrobka.   James   nie   znalazł   grobu   kuzyna   na 

cmentarzu za miasteczkiem, więc sądził, że znajduje się on gdzieś na urwisku. Przełożony 

Stuarta, wielebny Peck, nie miał pojęcia, gdzie pochowano ziemskie szczątki jego własnego 

wikarego. Twierdził, że podczas epidemii tyfusu, czyli w tym samym czasie, kiedy umarł 

Stuart, była tak wielka śmiertelność, że nikt nie był w stanie spamiętać miejsc pochówku. 

Kiedy w wiosce umierało codziennie po kilka osób, zaczęto kopać zbiorowe mogiły. James 

był jednak pewny, że Emma nie złożyłaby ciała swojego męża do takiego grobu. Ten fakt był 

jednym  z niewielu,  za które mógł być wdzięczny losowi od czasu, kiedy wyruszył  w tę 

niezwykłą podróż.

Teraz   musiał   sobie   odpowiedzieć   na   pytanie   co   robić?   Wszystko   potoczyło   się 

zupełnie   innym   trybem,   niż   to   sobie   zaprojektował,   zresztą   nie   miał   czasu   na   układanie 

nowych planów: zobaczył Emmę przez szybkę karawanu i już po chwili przestępował próg jej 

chaty.   Zdołał   się   jedynie   zorientować,   że   odnalezienie   grobu   Stuarta   nie   będzie   łatwym 

zadaniem i że sam nie zdoła wypełnić swojej misji.

Teraz zauważył, że ma o wiele ważniejsze i pilniejsze zadanie do spełnienia niż to, 

które przywiodło go na wyspę. James postanowił, że przynajmniej to wypełni do końca.

Siedząca   naprzeciwko   hrabiego   Emma   nie   miała   takich   problemów.   Wręcz 

przeciwnie, wydawało się jej, że wreszcie szczęście zaczyna się do niej uśmiechać. Dzięki 

Bogu, hrabia  nie  zadawał  jej  żadnych  pytań  na temat  śmierci  Stuarta,  nawet odstąpił  jej 

miejsce w kierunku jazdy, a sam usiadł tyłem do koni co było o tyle istotne, że Emma nie 

znosiła jazdy do tyłu.

Wkrótce jednak okazało się, że ta szczęśliwa passa nie trwała zbyt długo. Najpierw 

koła karawanu ugrzęzły w głębokiej koleinie, więc hrabia Denham został prawie wyrzucony z 

siedzenia i omal nie upadł na Emmę. Ta możliwość całkowicie wyprowadziła ją z równowagi, 

chociaż nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego. Może się obawiała, że zrobiłby jej krzywdę, 

gdyby upadł na nią całym ciężarem.

Na szczęście złapał równowagę i przechylił się bardziej do tyłu na swojej twardej 

ławce, żeby zapobiec następnej katastrofie.

- Przepraszam cię, Emmo powiedział.

background image

Obserwowała go spod opuszczonych powiek, żeby nie mógł się zorientować, że na 

niego patrzy. W towarzystwie hrabiego usiłowała zachować chłodny dystans, chociaż prawda 

była taka, że kiedy tylko na niego spojrzała, krew zaczynała jej żywiej pulsować. Oczywiście 

tylko dlatego, że doprowadzał ją do wściekłości. A przynajmniej tak to sobie tłumaczyła.

- Nic nie szkodzi odparła, siląc się na niedbały ton. Będzie pan musiał znosić moje 

towarzystwo tylko do czasu, kiedy dojedziemy do szkoły, potem pan Murphy zawiezie pana 

do przystani.

Obdarzyła go przy tym niesłychanie słodkim uśmiechem.

Było oczywiste, że chce się go pozbyć, nie będąc jednocześnie niegrzeczną. James 

zdawał   sobie   sprawę,   że   miała   do   tego   wystarczający   powód.   Ich   ostatnie   spotkanie   nie 

należało do przyjemnych. Kiedy go wtedy widziała, uderzył jej narzeczonego w twarz.

Mimo   to   ona   się   go   tak   łatwo   nie   pozbędzie.   Lepiej,   żeby   się   od   razu   o   tym 

dowiedziała.

- Muszę przyznać,  Emmo,  że ogromnie się zdziwiłem, że zastałem cię jeszcze na 

Faires powiedział. Kiedy moja matka i ja dostaliśmy twój list, zakładaliśmy, że mieszkasz już 

w Londynie.

Emma miała na końcu języka pytanie, gdzie według niego miałaby mieszkać, jeśli 

rodzina zerwała z nią stosunki, pozostawiając ją bez grosza, o czym  doskonale wiedział. 

Opanowała się jednak i odpowiedziała mu z niesłychanym, jak uważała, spokojem.

- Tak?

- Spodziewałem się powiedział że przyjedziesz do domu stryjostwa.

Oczy się jej zwęziły, ale on, niestety, nie zauważył tego, ponieważ cały czas wyglądał 

przez okno. Mógł jednak wyczuć gniew w jej głosie.

- Kto jak kto, ale pan powinien wiedzieć, że nie ma już dla mnie miejsca w domu 

stryjostwa.

Spojrzał na nią, ściągając brwi.

- Emmo powiedział surowym tonem nie możesz wciąż mieć do mnie pretensji o to, że 

powiedziałem im o wszystkim. Chyba zdajesz sobie teraz sprawę, że byłaś zbyt młoda...

Emma patrzyła na niego rozszerzonymi oczami.

- Nie byłam zbyt młoda i nie mogę uwierzyć, że pan się nadal upiera...

Podniósł dłoń, przerywając potok jej słów.

-   Ja   natomiast   nie   mogę   uwierzyć   powiedział   łagodnie   karcącym   tonem   że   nadal 

żywisz urazę do swojej rodziny za to, że nie aprobowali Stuarta. Przyznasz chyba, że to było 

szaleństwo z jego strony, że się z tobą ożenił, nie mając ustabilizowanej przyszłości. Nie miał 

background image

ani grosza. Nic dziwnego, że twoja rodzina nie mogła tego zaakceptować. Emmo, jak możesz 

myśleć,   że   nie   przyjęliby   cię   z   otwartymi   ramionami?   Jestem   przekonany,   że   szaleją   z 

niepokoju, nie wiedząc, co się z tobą dzieje.

Emma zamrugała. Szaleją z niepokoju? To było mało prawdopodobne. Wiedziała już, 

że   uczucie   jej   krewnych   miało   swoją   cenę,   a   było   nią   oczekiwanie,   że   Emma   poślubi 

bogatego, lub przynajmniej utytułowanego, człowieka, co doda prestiżu szacownej rodzinie 

van Courtów. Ponieważ tego nie zrobiła, natychmiast zapomniano o jej istnieniu.

- Jeżeli mówił dalej James nie masz ochoty zamieszkać ze swoją rodziną, może... 

Przerwał,   żeby   odchrząknąć.   Może   mogłabyś...   zechciałabyś...   przyjąć   zaproszenie,   aby 

zamieszkać w Londynie z moją matką.

Emmie wydawało się, że się przesłyszała. Mówił cicho i tak od razu przeszedł do 

rzeczy, że na pewno źle go zrozumiała. Jednak wyraz jego twarzy świadczył o tym, że się nie 

myliła.

- Słucham? Nie mogła się powstrzymać od tego niemądrego pytania.

- Mam nadzieję, że wyrazisz zgodę powiedział James swobodnym tonem, na który 

zdobył się z wyraźnym trudem.

Zdumienie widoczne na twarzy Emmy niesłychanie go zabolało. Wyraźnie widział, że 

nigdy   jej   nawet   nie   przyszło   do   głowy,   że   rodzina   Stuarta   mogłaby   zaoferować   jej 

jakąkolwiek pomoc. Czy ona zawsze uważała go za jakiegoś potwora?

Zdawał   sobie   sprawę   z   faktu,   że   w   ocenie   zakochanej   osiemnastolatki   popełnił 

najgorszą zbrodnię usiłował rozdzielić ją z ukochanym.

Również   jego   późniejsze   zachowanie   kiedy   odmówił   posyłania   Stuartowi 

jakichkolwiek  pieniędzy, mając nadzieję,  że utrzymywanie  się z nędznej pensji  wikarego 

ostudzi   słomiany   zapał   młodej   pary   do   życia   na   odludziu   nie   mogło   zapewnić   mu   ich 

sympatii.

- Moja matka byłaby szczęśliwa, gdybyś z nią zamieszkała przekonywał ją James.

Nie było to prawdą, ale nie było też kłamstwem. Owdowiała lady Denham szalenie 

lubiła   Emmę   i   niewątpliwie   entuzjastycznie   przyjęłaby   wiadomość,   że   dziewczyna 

przeprowadzi się do niej. Lady Denham mieszkała razem z Jamesem w jego londyńskim 

domu, ponieważ syn, ze względu na jej słabe zdrowie, nie chciał, żeby była sama.

- Powinnaś była od razu do nas napisać, Emmo skarcił ją hrabia. Ta sytuacja jest nie 

do przyjęcia. Chyba zdajesz sobie z tego sprawę.

Emma nie miała pojęcia, o czym on mówi. Ogarnęła ją panika, że James dowiedział 

się już o panu O'Malleyu i jego okropnym testamencie.

background image

- Jaka sytuacja? spytała.

- Cała sytuacja. Hrabia Denham był szczerze zdumiony. To wszystko. Ta chata, w 

której mieszkasz całkiem sama, tak daleko od miasteczka! Potrząsnął głową. A do tego ta 

szkoła. Chyba nie zamierzasz spędzić tu całego życia?

Emma   otworzyła   usta,   żeby   mu   odpowiedzieć,   ale   zamiast   tego   zdążyła   tylko 

krzyknąć:

- Uwaga!

James został wyrzucony z siedzenia i zanim zdołał złapać równowagę, znalazł się w 

szalenie żenującej, a jednocześnie godnej pozazdroszczenia sytuacji z głową między nogami 

Emmy van Court Chesterton.

background image

4

Oczywiście, były całe warstwy materiału wełniana spódnica, bawełniane i koronkowe 

halki   pomiędzy   jego   twarzą   a   wewnętrzną   stroną   jej   ud,   co   ratowało   sytuację.   A   gdyby 

doliczyć do tego poczucie zażenowania, to Emmę chroniłaby zbroja.

Mimo   to   hrabia   był,   po   raz   pierwszy   w   życiu,   potwornie   zmieszany.   Na   domiar 

wszystkiego Emma wcale nie poczuła się skrępowana, ten incydent niesłychanie ją rozbawił.

- Och! Zaśmiewała się, opierając mu dłonie na ramionach. Młode wdowy chyba nie 

powinny   ulegać   napadom   aż   takiej   wesołości,   pomyślał   James,   który,   szukając   jakiegoś 

oparcia, uchwycił się jej talii. Klęczał teraz na podłodze, między jej nogami, z twarzą na 

wysokości jej pasa, ponieważ natychmiast po upadku podniósł głowę z jej spódnicy. Och, coś 

takiego!

Karawan gwałtownie się zatrzymał.  Słychać  było  tylko  śmiech Emmy  i uderzenia 

deszczu   o   dach   pojazdu.   James   był   w   rozterce.   Chociaż   była   to   niesłychanie   krępująca 

sytuacja, fascynował go unoszący się ze spódnic Emmy zapach lawendy. Nie miał również 

ochoty odrywać rąk od jej ciepłego ciała.

Było  mu zimno, mimo peleryny podbitej futrem bobra. Zdał sobie z tego sprawę, 

dotykając jej rozgrzanego ciała, i pragnął trochę dłużej przytrzymać przy nim ręce, mimo że 

była wdową po jego kuzynie.

Podniósł wzrok uśmiechnięta twarz Emmy była bardzo blisko. Popatrzył na jej pełne, 

wilgotne wargi. Z łatwością mógłby ująć jej roześmianą twarzyczkę w dłonie i przycisnąć 

usta do jej warg...

Usłyszał   jakieś   skrzypienie.   To   pan   Murphy   odkrywał   klapę   w   dachu   karawanu. 

Służyło mu to do kontaktu z pasażerami.

- Chciałem przeprosić! zawołał. Zapomniałem pana uprzedzić. Jesteśmy, rzecz jasna, 

przy Drzewie Życzeń.

Czar prysł. James oderwał wzrok od kuszących warg Emmy Chesterton.

- Emmo spytał, usiłując wstać i wyzwolić się z tych wszystkich spódnic i halek. Nic ci 

nie jest?

Było oczywiste, że nic się jej nie stało, przecież zanosiła się od śmiechu. James uznał 

jednak, że powinien zadać to pytanie.

-   Och!   zawołała,   ocierając   łzy.   Przykro   mi,   że   się   śmiałam,   ale   miał   pan   taką 

zdziwioną minę...

James usiadł na wyściełanym siedzeniu obok Emmy. Nie chciał ryzykować i wracać 

background image

na drewnianą ławeczkę po przeciwnej stronie.

- Hm mruknął. Pewnie dlatego, że to się stało nagle, bez żadnego ostrzeżenia.

- Każdy wie o głębokich koleinach koło Drzewa Życzeń odezwał się sarkastycznie pan 

Murphy.

-   Ale   nie   ja   odrzekł   James.   Ta   uwaga   rozgniewała   go,   ale   nawet   był   z   tego 

zadowolony, bo gniew przytłumił w nim inne emocje silny pociąg, który, jak się okazało, 

nadal odczuwał do Emmy.  Na przykład  ja nic nie wiedziałem o koleinach przy Drzewie 

Życzeń. Z niezadowoleniem zauważył, że Emma nadal usiłuje powstrzymać śmiech. Wybacz 

mi moją ignorancję zwrócił się do niej ale chciałbym spytać, co to jest Drzewo Życzeń?

- Nie widział pan nigdy Drzewa Życzeń? Samuel Murphy potrząsnął głową. Niech pan 

wyjrzy przez okno. Gdyby to był rekin, to już zdążyłby pana pogryźć.

Ta uwaga wywołała kolejny atak nerwowego śmiechu Emmy,  która pochyliła  się, 

kryjąc twarz w dłoniach. James nie wiedział, co ją tak rozbawiło. Spojrzał przez popękaną 

szybę karawanu i jego oczom ukazał się niezwykły widok. Przy drodze, która w tym miejscu 

miała głębokie wyżłobienie, stał samotny jawor, na jego powyginanych gałęziach widać było 

pierwsze listki. James widział już takie drzewa na lej wyspie, ale żadne na miało na pniu tego, 

co to całe tuziny butów.

Nie   dowierzał   własnym   oczom.   Ludzie   przybijali   buty   do   drzewa!   Ciężkie   buty 

wieśniaków, sznurowane buciki kobiece, drewniane saboty, dziecinne pantofelki, sandałki, 

nawet malutkie damskie pantofelki wszystkie przytwierdzone do drzewa. Wiele butów było 

już sfatygowanych, poszarzałych musiały tam wisieć od dawna niektóre jednak były zupełnie 

nowe. Uwagę Jamesa zwróciła para męskich rannych pantofli. Podobną parę ofiarował kiedyś 

na gwiazdkę swojemu kuzynowi.

Szkoci to dziwny naród, pomyślał.

- To szalenie interesujące mruknął.

Emma odjęła dłonie od twarzy, ale wciąż nie potrafiła powstrzymać śmiechu.

-   Och!   zawołała.   Przepraszam.   Tylko...   tylko   pana   twarz,   kiedy   pan   Murphy 

powiedział o tym rekinie...

James również zaczynał dostrzegać śmieszną stronę tej sytuacji, nie był jednak tak 

rozbawiony jak Emma. Czuł tylko gwałtowne uderzenia serca, kiedy wdowa po jego kuzynie 

znalazła się w jego ramionach. Zdobył się na lekki uśmiech, żeby pokazać, że też się zna na 

żartach.

- Tak powiedział. Rzeczywiście.

-   To   przynosi   szczęście.   Podpity   stangret   wciąż   zaglądał   do   środka   pojazdu. 

background image

Szczególnie nowożeńcom.

-   Tak   wtrąciła   Emma.   Opanowała   już   swoje   wybuchy   wesołości.   Ja   i   Stuart   też 

przybiliśmy tu swoje buty, zaraz po przyjeździe na wyspę. To bardzo piękny zwyczaj.

Może to piękny zwyczaj, jednak Emmie van Court szczęścia nie przyniósł, zauważył w 

duchu James. Jej mąż umarł i została sama, odcięta od całej rodziny. Może powinna zdjąć te 

buty z Drzewa Życzeń, które, jak do tej pory, obdarzyło ją czymś zupełnie przeciwnym niż 

dobry los.

Po chwili pojazd szarpnął, chociaż nie tak gwałtownie jak przedtem, i ruszyli dalej. 

Zjechali już z tej fatalnej drogi, która łączyła chatę Emmy z Drzewem Życzeń, i karawan 

potoczył  się po dość równej nawierzchni. James zauważył, że wjeżdżają do tak zwanego 

miasta   Faires;   tak   zwanego,   ponieważ   według   niego   status   miasta   nie   zależał   od   pubu, 

karczmy, sklepu, kuźni i kościoła, stojących zresztą wzdłuż jednej jedynej ulicy.

Jednak   na   Szetlandach   zgromadzenie   tylu   instytucji   wystarczało,   żeby   to   miejsce 

stanowiło tętniącą życiem metropolię, szczególnie, że było tu molo, na którym rybacy składali 

swój dzienny połów. Żony i dzieci rybaków mieszkały w jego sąsiedztwie i, jak przypuszczał 

James,   właśnie   te   dzieci   były   uczniami   Emmy   Chesterton.   Co   prawda,   nie   zauważył   w 

miasteczku żadnej szkoły, ale nie było w tym nic dziwnego. Kiedy Murphy przeprowadził 

swój pojazd przez wąską ulicę i zatrzymał się przy wrzynającym się w morze długim paśmie 

skał, James zorientował się wreszcie, że szkoła mieściła się na dolnym poziomie jedynej na 

tym wybrzeżu latarni morskiej.

James   nie   potrafiłby   w   to   uwierzyć,   gdyby   nie   zobaczył   tego   na   własne   oczy. 

Kilkanaścioro obdartych dzieci biegało po wysuniętej w morze skale, na której stała latarnia. 

Mimo paskudnej pogody zajęte były grą, do której służyła im szmaciana piłka. O ile mógł się 

zorientować, chodziło o to, żeby piłka nie ześlizgnęła się do morza, co wcale nie było łatwym 

zadaniem skała miała najwyżej kilka metrów szerokości. Podczas sztormu na pewno była pod 

wodą.

- Jesteśmy na miejscu powiedziała Emma, kiedy Murphy zatrzymał swój pojazd, nie 

szczędząc im ostrego szarpnięcia.

James oderwał wreszcie wzrok od tego przedziwnego boiska. Emma też patrzyła przez 

okienko, chyba liczyła dzieci. Nie dziwił się jej. Przecież tak łatwo któreś z nich mogło wpaść 

do morza.

- Rzeczywiście przyznał James.

Teraz   musiał   działać   rozważnie.   Emma,   co   było   widoczne,   chciała   się   go   jak 

najszybciej pozbyć, ale on nie mógł wyjechać nie wyjedzie bez niej.

background image

Nie wyjedzie również bez Stuarta, przypomniał sobie nagle. Przyjechał przecież po 

Stuarta, nie po Emmę.

Teraz, kiedy już wiedział, że ona tu jest, nie mógł zostawić żadnego z nich na tej 

odludnej wyspie.

Zdawał   sobie   jednak   sprawę,   że   szalenie   trudno   będzie   mu   namówić   Emmę   do 

wyjazdu.

- To bardzo miło z pana strony, że odbył pan tak daleką podróż, żeby mnie zobaczyć 

odezwała się Emma.

Zastanawiała się przez całą drogę, co powinna mu powiedzieć na pożegnanie. Była 

zadowolona, że udało się jej znaleźć uprzejmą formułkę.

- Żegnam pana, lordzie Denham. Wyciągnęła do niego rękę. Mam nadzieję, że mimo 

dawnych nieporozumień rozstajemy się jak przyjaciele.

James ujął jej dłoń, zanim zorientował się, że ona już się żegna. Nie miał zamiaru 

wyjeżdżać, więc się wahał, co powiedzieć. A kiedy się odezwał, stwierdził ze zdumieniem, że 

prosi ją o przebaczenie.

- Emmo usłyszał swój głos. Przepraszam cię. Za Stuarta. Za to, co mu zrobiłem, kiedy 

ty... kiedy powiedziałaś mi o waszych planach. Nie mówię, że Stuart postąpił właściwie, 

ponieważ nadal tak nie uważam. Chcę jednak, żebyś wiedziała, że naprawdę jest mi przykro. 

Przepraszam cię za wszystko.

Emma   patrzyła   na   niego   rozszerzonymi   ze   zdumienia   oczami.   Mogła   oczekiwać 

różnych odpowiedzi na swoją pożegnalną formułkę, ale nigdy przeprosin. Przeprosiny? Ze 

strony hrabiego? Czy taka rzecz jest w ogóle możliwa? James Marbury nigdy nikogo nie 

przepraszał.

Chyba nie mówił poważnie... Ale jego twarz wzbudzała zaufanie.

Tak, ale ona już raz dała się na to nabrać. Tamtego popołudnia w bibliotece miał 

również wygląd osoby godnej zaufania, kiedy mówiła mu o sobie i Stuarcie. A co on zrobił? 

Uderzył Stuarta w twarz. Może tak nie było?

Nie, ona nie może wierzyć szczerym oczom lorda, chociaż musiała przyznać, że on 

sam był również bardzo poważny. To bardzo przystojny mężczyzna. Postara się nie być dla 

niego zbyt niemiła.

- Przebaczam panu usłyszała swoje słowa.

Miała ochotę odgryźć sobie język. Przebaczyć mu? Przebaczyć hrabiemu? Nigdy!

Nie chciała jednak cofnąć tych słów, przede wszystkim dlatego, żeby nie przedłużać 

rozmowy.

background image

-   Proszę   pozdrowić   matkę   powiedziała   tylko   i   podziękować   jej   za   zaproszenie. 

Obawiam   się   jednak,   że   nigdy   nie   będę   mogła   wyjechać   z   Faires.   Jestem   tu   potrzebna. 

Wyciągnęła rękę, żeby otworzyć drzwi. Do widzenia.

James chciał przytrzymać jej dłoń, ale ona już otwierała drzwi pojazdu. Słyszał teraz 

wyraźnie szum fal, które rozbijały się o skały, i przekrzykujące ten odgłos dzieci, uradowane 

widokiem swojej nauczycielki. Głosy dzieci zlewały się z piskiem krążących wokół latarni 

mew.

Emma zamknęła drzwi, do wnętrza karawanu dochodził już tylko szum morza. James 

poczuł się nagle samotny. Przesunął się na siedzeniu, żeby móc jeszcze na nią popatrzeć przez 

szybkę. Mniejsze dzieci natychmiast porzuciły grę i podbiegły do niej. Każde chciało chwycić 

ją za rękę, a te, którym się nie udało, trzymały się jej spódnicy. Starsze wodziły tylko za nią 

wzrokiem, podobnie jak James, kiedy szła do drzwi latarni, nad którymi  zawieszony był 

miedziany dzwonek. Emma chwyciła za zwisający z niego sznur i silnie pociągnęła. Starsze 

dzieci ruszyły z miejsca na ten sygnał, któreś z nich złapało piłkę i kolejno wchodziły do 

środka. Emma przytrzymywała dla nich drzwi, pomalowane na taki sam żywy zielony kolor 

jak te w jej chacie.

Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za Emmą i jej podopiecznymi, James zorientował 

się, że przez cały czas wstrzymywał oddech. Zaczął głęboko oddychać, nie rozumiejąc swojej 

reakcji. To na skutek szoku, tłumaczył sobie. Była dopiero dziewiąta rano, a on czuł się tak 

zmęczony, jakby to była już dziewiąta wieczór, jakby spędził cały dzień przy swoim biurku, 

załatwiając pilną korespondencję. To musiał być efekt niespodziewanego spotkania z dawno 

utraconą powinowatą. Szczególnie jeśli tą powinowatą była Emma van Court.

Usłyszał, że klapa w dachu znowu się otwiera. Pan Murphy patrzył na niego ciekawie 

z wysokości swojego kozła.

-   A   więc,   milordzie   odezwał   się   przyjaznym   tonem   czy   mam   zawieźć   pana   do 

gospody, żeby mógł pan zabrać swoje rzeczy i chycić w południe prom?

James podniósł wzrok.

- Oczywiście, może mnie pan zawieźć do gospody odrzekł. Nie mam jednak zamiaru 

„chytać” dzisiaj żadnego promu.

- Co? Oczy stangreta rozszerzyły się ze zdumienia. Przecież pani Chesterton mówiła...

-   Dobrze   wiem,   co   mówiła   pani   Chesterton,   dobry   człowieku.   Ja   jednak   sam 

podejmuję decyzje, nie stosując się do wskazówek waszej pani Chesterton. James rozparł się 

na niewygodnej ławce.

Kawa. To mu teraz przyszło na myśl. Potrzebował filiżanki mocnej kawy. W porze 

background image

lunchu zamówi zimne mięso z musztardą. Zanim Emma skończy lekcje, on już obmyśli, jak 

się zachować w tej niezręcznej sytuacji.

- No, nie wiem mruczał do siebie pan Murphy. To się nie spodoba pani Chesterton. Na 

pewno się nie spodoba.

- Tak odrzekł z uśmiechem James. Jestem przekonany, że to się jej nie spodoba.

background image

5

Emma patrzyła przez grubą szybę okna latarni na odjeżdżający karawan. Ledwie w to 

mogła uwierzyć. Okazało się jednak, że jej starania zostały uwieńczone powodzeniem. Ten 

koszmarny pojazd wreszcie odjechał.

To znaczy, że James opuszcza wyspę.

Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Zły los prześladował ją przez cały rok, teraz 

karty się odwróciły. James odjeżdżał i nigdy się już nie dowie o testamencie pana O'Malleya. 

To było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe...

Nie, nie powinna tak myśleć, skarciła się w duchu. Już najwyższy czas, żeby szczęście 

wreszcie się do niej uśmiechnęło. Jeśli teraz nie zacznie iść ku lepszemu, to już nie ma się 

czego spodziewać. James odjeżdżał i tylko to było ważne. Jeśli los będzie nadal dla niej 

łaskawy, to już hrabiego nigdy więcej nie zobaczy.

I bardzo dobrze.

Tylko  że...   tylko   że  wcale   tak  nie  było.  Emma   nie  potrafiła   żywić  nienawiści  do 

Jamesa   Marbury'ego,   chociaż   bardzo   się   starała   wzbudzić   w   sobie   to   uczucie   tamtego 

pamiętnego dnia w jego bibliotece. Nie mogła jednak nienawidzić człowieka, który był dla 

niej tak dobry, kiedy była dzieckiem. James zawsze zdejmował jej latawce, kiedy zawisły na 

drzewie, przynosił jej po kryjomu słodycze, kiedy stryjenka pozbawiała ją za karę deseru. 

Emma zawsze biegła do niego ze stłuczonym kolanem czy innymi kłopotami. Hrabia zawsze 

miał dla niej czas, a Stuart ciągle był pogrążony w książkach.

I właśnie dlatego Emma była zafascynowana niedostępnym młodzieńcem. Cicha woda 

brzegi rwie, jak to się mówi, a Emma, od czasu kiedy skończyła czternaście lat, zastanawiała 

się   usilnie,   jak   zwrócić   na   siebie   uwagę   Stuarta   Chestertona.   Okazało   się,   że   wystarczy 

okazać zainteresowanie tym, co interesowało jego pomocą dla biednych. Od tej chwili Stuart 

zawsze porzucał czytaną przez siebie książkę, kiedy tylko Emma weszła do pokoju.

Penelope   nie   potrafiła   zrozumieć,   dlaczego   Emmę   fascynowała   osoba   Stuarta. 

Twierdziła, że James jest od niego dużo przystojniejszy. O wiele lepiej prezentował się na sali 

balowej i był obiektem westchnień młodych dam, łącznie z Penelope.

Kuzynkę   Emmy   nie   tylko   pociągał   jego   wygląd,   nie   wspominając   już   o  majątku. 

James był również wykształcony, interesował się tym, co się dzieje w świecie, czytał nawet 

powieści, co było niezwykłe u londyńskiego dżentelmena. Potrafił rozmawiać na wszystkie 

tematy,   a   także   był   dowcipny,   natomiast   jego   kuzyn   bardzo   rzadko   przejawiał   poczucie 

humoru.

background image

Jest zbyt wiele cierpienia na świecie, powiedział kiedyś Stuart Emmie, żeby pozwalać 

sobie na żarty, jak to zwykle robił hrabia. To smutne, mówił, że można posiadać bogactwo i 

władzę i wykorzystywać je tylko dla zaspokojenia własnych kaprysów.

Emma, która przedtem nie zauważała tej wady, teraz, kiedy Stuart jej to uświadomił, 

szybko   doszła   do   wniosku,   że   James   ma   niewłaściwy   system   wartości.   Mimo   swojego 

ogromnego   majątku   należał   przecież   do   najbogatszych   ludzi   w   Anglii   gdyby   nie   prośby 

Emmy,   James   Marbury   nie   ofiarowałby   nawet   miedziaka   na   najbardziej   szczytny   cel. 

Twierdził,   że  wiele  zdobył  swoją   ciężką  pracą,   więc  nie   widzi  powodu,  żeby  cokolwiek 

komuś   rozdawać.   Jeśli   biednym   są   tak   bardzo   potrzebne   pieniądze,   to   czemu   nie   znajdą 

jakiegoś zatrudnienia i ich nie zarobią, tak jak on to zrobił? A przecież on nawet nie musiał 

pracować. Miał już wystarczająco dużo. Powiedział jednak Emmie, że mężczyzna, który nie 

pracuje, nie jest w ogóle mężczyzną.

Emma   upierała   się,   że   w   Londynie   nie   ma   tylu   miejsc   pracy,   żeby   zatrudnić 

wszystkich biedaków o czym poinformował ją Stuart a dostępna im praca jest tak źle płatna, 

że nie są w stanie wyżywić z niej swoich rodzin. Zawsze wtedy słyszała od hrabiego, że jeśli 

biedacy nie potrafią wyżywić swoich najbliższych, to przede wszystkim nie powinni mieć 

tylu dzieci.

W ten sposób Emma zmieniła swoją opinię o Jamesie z pozytywnej na krytyczną. Jej 

punktem  honoru było  przekonanie  hrabiego,  że  jego  poglądy są  niesłuszne.  Gdyby  tylko 

zechciał jej wysłuchać, zamiast się z niej wyśmiewać! Tak bardzo chciała sprowadzić go na 

dobrą drogę, ale James okazał się niereformowalny. Stuart twierdził, że Emma marnuje tylko 

czas,   i   pewnie   miał   rację   lepiej   niż   ona   znał   swojego   kuzyna.   Było   jednak   dziwne   a 

przynajmniej wydawało się dziwne Emmie że uczucie Stuarta do Jamesa nigdy nie zostało 

zachwiane.  Nawet kiedy James próbował go zamordować no, może nie zamordować, ale 

przecież tak silnie go uderzył tamtego okropnego dnia Stuart nie zdobył się na najmniejszą 

nawet krytykę swojego kuzyna; mówił tylko, że James nie ma natury filantropa.

Stuart, stwierdziła Emma zresztą nie pierwszy raz, trochę zbyt dosłownie traktował 

swoje religijne posłannictwo.

Ale to wszystko nie miało już żadnego znaczenia. Ku jej radości, James opuszczał 

wyspę. Pozbyła się go bez kłopotu. A potrafił, kiedy zechciał, sprawiać kłopoty... Dobrze o 

tym wiedziała. Emma była pewna, kiedy tak pospiesznie się z nim żegnała, że on nie wypuści 

jej z pojazdu, że zmusi ją, żeby pojechała razem z nim do Londynu, ponieważ właśnie tego by 

chciał.

A lord Denham zawsze dostawał to, czego chciał.

background image

Mimo   to   pozwolił   jej   odejść.   Zaproszenie   do   zamieszkania   w   Londynie   z   lady 

Denham   było   prawdopodobnie   tylko   grzecznościowym   gestem   ze   strony   jego   matki. 

Jamesowi na pewno na tym nie zależało. Jaki mężczyzna chciałby przyjąć do swojego domu 

biedną wdowę po świątobliwym kuzynie? Szczególnie jeśli Penelope skłoniła go wreszcie do 

małżeństwa.   Emma   zapomniała   go   spytać,   czy   już   się   ożenił.   To   jej   zresztą   zbytnio   nie 

obchodziło. Pomyślała tylko, że żona a tym bardziej żona typu Penelope mogłaby patrzeć 

niechętnym okiem na ubogą krewną w swoim domu.

James, żonaty czy też kawaler, odczuł niewątpliwie ogromną j ulgę, kiedy Emma nie 

przyjęła zaproszenia jego matki.

To   było   jedyne   rozsądne   wytłumaczenie.   Gdyby   było   inaczej,   starałby   się 

przeforsować ten projekt. Był przecież najbardziej stanowczym  mężczyzną, jakiego znała. 

Gdyby koniecznie chciał ją zabrać do Londynu, to Emma musiałaby stoczyć ciężką walkę, 

żeby móc stać teraz w swojej klasie i słuchać skrzypienia rysików na tabliczkach. Mogłaby 

równie dobrzej być już w drodze do Londynu.

Następnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności było to, iż Jamesowi na pewno nie 

zależało na tym, żeby zabrać ją ze sobą. Emma była wszak zdecydowana podjąć z nim walkę, 

bez względu na jego argumenty i wyniosły sposób bycia, gotowa użyć wszelkich środków, 

nie zważając na to, czy przystają one damie. Nie potrafiłaby opuścić swoich dzieci. Wiele z 

nich, tak naprawdę, nie miało poza nią nikogo... Również ona nie miała nikogo poza nimi. 

Opuścić   ich?   Tak   samo   nie   zostawiłaby   Uny   samej   w   domu,   zamiast   pod   opieką   pani 

MacEwan, jak to zrobiła dzisiejszego ranka, zmuszając pana Murphy'ego, żeby zajechał na 

farmę jej sąsiadów.

Nie,   Emma   zostaje,   James   odjeżdża.   Co   za   radość   jego   wizyta   nie   pozostawiła 

żadnych śladów.

Prawie  żadnych,  dodała  w  duchu.  Nie  mogła  jeszcze   zapomnieć  tej   chwili,   kiedy 

upadł na nią w pojeździe i uchwycił się jej talii. To było raczej żenujące wspomnienie, ale 

doświadczyła wtedy tak niespodziewanych emocji, że musiała pokryć je śmiechem. James 

wydawał się zirytowany jej rozbawieniem, co pobudziło ją do jeszcze większego śmiechu.

Cóż innego mogła zrobić? Już od wielu miesięcy nie zaznała dotyku męskich ramion, 

nie   poczuła   męskiej   bliskości.   Co   prawda,   to   był   tylko   James,   ale   właśnie   ten   fakt   był 

najbardziej zadziwiający! Wiedziała, że to on, mężczyzna, którego nie cierpiała, a mimo to 

odczuła tę nagłą tęsknotę...

Jak to się mogło stać? Uścisk ramion Jamesa był zupełnie inny niż uścisk Stuarta. 

Kiedy hrabia  został   wyrzucony  ze  swojego   siedzenia,  złapał  się jej   tak  silnie,  że  prawie 

background image

pozbawił ją tchu. Chyba sam się tego domyślił, bo zaraz rozluźnił chwyt... a jednak nie cofnął 

rąk z jej talii. Czyżby był tak jak ona zdziwiony emocjami, które wyzwoliło to zdarzenie?

Pachniał   również   inaczej   niż   Stuart.   Jej   mąż   zawsze   roztaczał   woń   cedru;   był   to 

zapach   szafy,   w   której   Emma   trzymała   jego   kamizelki.   James   pachniał   zupełnie   inaczej 

mydłem do golenia i... domem.

Sama   nie   wiedziała,   skąd   jej   to   przyszło   do   głowy,   ale   tak   właśnie   było.   James 

Marbury pachniał Londynem dobrym mydłem, pomarańczami i markowym tytoniem. Emma 

rzadko stykała się z takimi produktami na Faires, a wspomnienia o nich już się prawie zatarły.

To dobrze, pomyślała, kiedy hrabia wyzwolił ją ze swojego uścisku, że on wraca już 

do Anglii. Nawet bardzo dobrze. Żaden mężczyzna a szczególnie tak zdradliwy typ jak lord 

Denham nie powinien tak ładnie pachnieć. Taki zapach pasowałby do jakiejś dziewczyny. A 

nawet wdowy.

- Pani Chesterton? odezwał się jakiś cichy głosik. Ten głos i szarpnięcie za spódnicę 

przywróciło Emmę do rzeczywistości. Stała przed nią mała Flora Mackay, ściskając w rączce 

swoją tabliczkę.

- Dlaczego wstałaś ze swojego miejsca, Floro? spytała Emma. Myślałam, że pracujesz 

nad arytmetyką.

-   Właśnie   to   robiłam   odrzekła   Flora,   zniżając   głos   do   szeptu.   Chciałam   tylko 

powiedzieć, że odpowiedź, którą pani napisała, dziewięćset sześćdziesiąt siedem podzielone 

przez dwadzieścia cztery, jest zła.

Emma wzdrygnęła się i popatrzyła na dużą tablicę, którą Samuel Murphy, złota rączka 

wioski,   powiesił   na   świeżo   pobielonej   ścianie.   Wpatrywała   się   w   wypisane   Przez   siebie 

wyniki działań. Hrabia Denham wytrącił ją z równowagi i nie była dość uważna przy tak 

skomplikowanym dzieleniu.

- Och szepnęła Emma. Mogłabyś to poprawić, Floro?

Mała dziewczynka skinęła tylko głową, wzięła kredę i podeszła do tablicy. Emmę, nie 

po raz pierwszy, ogarnęło poczucie winy. Wiedziała, że nie jest dobrą nauczycielką. Może po 

prostu nie nadawała się do tego zawodu?

Ale co mogła zrobić? Często zadawała sobie to pytanie. Dzieci z Faires miały do 

wyboru szkołę Emmy albo brak szkoły. Nikt nie chciał tu uczyć, a jedyny nauczyciel na 

Faires padł ofiarą tyfusu.

Musiała jednak przyznać, że dzieciom, szczególnie tym bardziej zdolnym, przydałby 

się ktoś lepszy niż ona. Ich lekcje powinien prowadzić prawdziwy nauczyciel, a nie biedna 

wdowa po miejscowym wikarym. Powinny uczyć się francuskiego, nauk ścisłych, historii i 

background image

geografii oraz siedzieć przy pulpitach, a nie na długich drewnianych ławach, skulone nad 

swoimi tabliczkami. Powinny mieć też prawdziwą szkołę, a nie uczyć  się w przeraźliwie 

zimnej, wilgotnej latarni morskiej, wyposażonej w piecyk na drewno, który stale gasł. Emma 

zauważyła, że teraz też się już nie palił.

Niech licho porwie piecyk, pomyślała. I tak nie potrafił ogrzać tego pomieszczenia, 

tylko stale dymił. Powinna była poprosić hrabiego o pieniądze na kupno nowego pieca...

Było  jednak bardzo wątpliwe, czy James chciałby nadal wspierać jej dobroczynne 

cele. Po tym, co zaszło między nimi, nie mogłaby nawet mieć do niego pretensji.

Musiała jednak przyznać, że ładnie się teraz zachował, przyjeżdżając aż z Londynu 

tylko   po   to,   żeby   zaproponować   jej,   by   zamieszkała   u   jego   matki.   Mógł   nim   kierować 

również ukryty motyw Emma była przekonana, że zrobił to, żeby pozbyć się poczucia winy 

po tej strasznej awanturze ze Stuartem ale bez względu na wszystko, to było bardzo miłe z 

jego strony.

Nawet gdyby Emma nie miała szkoły, jak mogłaby przyjąć propozycję lady Denham? 

To było niemożliwe. Na przeszkodzie stał testament pana O'Malleya. Gdyby pojechała do 

Londynu, a to wszystko się wydało? Stałaby się pośmiewiskiem całego Mayfair.

- John powiedziała Emma, po raz ostatni spojrzawszy w okno, żeby się upewnić, że 

James naprawdę odjechał pomóż mi przy rozpalaniu piecyka, dobrze? Znowu wygasł.

- Tak, pani Chesterton. Chłopiec odłożył tabliczkę i podszedł do kapryśnego pieca.

To hańba, pomyślała Emma, patrząc na Johna, że nie ma pieniędzy na to, żeby posłać 

go do normalnej szkoły. Chłopak był wyjątkowo zdolny, za parę miesięcy ona już nie będzie 

w stanie niczego go nauczyć.

Powinnam   była,   wyrzucała   sobie   Emma,   zapytać   hrabiego,   czy   nie   zechciałby 

utworzyć   funduszu   stypendialnego   imienia   Stuarta,   żeby   umożliwić   najzdolniejszym 

chłopcom naukę w college'u. Wiedziała, że nie dałby się łatwo przekonać. „Niech pracują i 

płacą za swoją naukę”, jakby słyszała jego słowa. „Jeśli tak bardzo pragną się uczyć, to 

znajdą sposób, żeby na to zarobić”.

Istniała jednak szansa, że on się zmienił. Przyjechał przecież z Londynu, żeby się 

osobiście przekonać, jak jej się powodzi, a Emma dobrze wiedziała, że nie cierpiał Szkocji. 

Może teraz byłby bardziej otwarty na jej sugestie niż niegdyś. Śmierć Stuarta mogła hrabiego 

złagodzić;  Emma  też się  zmieniła,  zahartowała. A  przy okazji odkryła  w  sobie  cechy, o 

których przedtem nie miała pojęcia. To było bolesne doświadczenie.

Mogłaby napisać do Jamesa. Tak, to świetny pomysł. Zwykły, miły list...

No tak, ale list, który wysłała do jego matki, też był „zwykłym”  listem, a jakiego 

background image

narobił zamieszania.

- A niech to szepnęła, ale zaraz jedno z dzieci podniosło rękę, żeby spytać, dlaczego 

napisała, że trzydzieści podzielone przez pięć jest siedem, kiedy powinno być sześć, więc 

Emma od razu zapomniała o lordzie Jamesie Marburym.

background image

6

Ale lord Denham nie zapomniał o Emmie. Jak mógłby o niej zapomnieć?

O   ich   porannym   spotkaniu   przypomina   mu   boląca   ręka,   którą   mu   wreszcie 

obandażował pozostawiony w gospodzie lokaj.

Hrabia   siedział   przy   najlepszym   stoliku   w   gospodzie,   tak   przynajmniej   twierdziła 

usługująca. Mary, młoda kobieta o wydatnym biuście, przetarła również szmatą krzesło, na 

którym miał usiąść. Ten „najlepszy” stolik stał blisko drzwi do kuchni, ale nie miał ochoty się 

z nią sprzeczać. Przynajmniej znajdował się blisko kominka.

Nie otrzymał  karty dań. Mary poinformowała go, że dzisiejszy lunch farmera jest 

doskonały, i spytała, czy podać mu piwo czy jabłecznik. James postanowił zaryzykować i 

poprosił o whisky. Mary uśmiechnęła się szeroko, chociaż z powodu braków w uzębieniu 

wcale nie było jej z tym do twarzy, i zaczęła wymieniać długą listę trunków. James zdał się na 

przypadek i bez namysłu wybrał jeden z nich, chcąc się jak najszybciej pozbyć bezzębnej 

dziewczyny. Po chwili przyniosła mu małą szklaneczkę trunku...

Było  południe, dzień pracy, więc James był jedynym  klientem  w gospodzie  „Pod 

Krową   Morską”.   Siedział   zamyślony,   patrząc   w   ogień.   Był  w   rozterce.   Nie   wiedział,   co 

powinien teraz zrobić. Miał równie małe szanse zarówno na wywiezienie stąd wdowy po 

swoim kuzynie, jak i na znalezienie miejsca jego wiecznego spoczynku.

To był kolejny problem. Co mógł jeszcze zrobić w sprawie Stuarta? Gdzie Emma 

mogła go pogrzebać, jeśli jego grobu nie było na miejscowym cmentarzu? Dlaczego ludzie, 

których pytał, gdzie został pochowany wikary, tak dziwnie na niego patrzyli? Powinien był 

zapytać o to Emmę wprost, ale, do licha, takich pytań nie powinno się zadawać zrozpaczonej 

wdowie. Szczególnie że nie pytał o to, by położyć na grobie wiązankę kwiatów, ale dlatego że 

chciał ekshumować ciało kuzyna. Był przekonany, że Emma miałaby własne zdanie na ten 

temat.

Słowa pastora, kiedy pytał go o miejsce wiecznego spoczynku Stuarta, również nie 

podniosły go na duchu.

-   Ciężko   mi   było   powiedział   mu   wielebny   Peck   odmówić   pani   Chesterton,   żonie 

mojego własnego wikarego, miejsca na grób dla męża, ale cóż mogłem zrobić? Na cmentarzu 

nie było żadnych wolnych miejsc. Obawiam się też zwierzał się Jamesowi że pan Chesterton 

nie został pochowany w poświęconej ziemi. Pani Chesterton, jak zauważyłem, ma dziwne 

poglądy. Twierdzi między innymi, że każda ziemia jest ziemią Boga. Nie możemy przecież 

na to pozwolić, prawda? Ludzie zaczęliby wtedy chować bliskich w swoich ogródkach...

background image

Pozostała mu tylko jedna możliwość spytać żonę zmarłego, gdzie pochowała swojego 

męża, ale on tego nie zrobił. Od samego początku zachowywał się jak głupiec najpierw z 

powodu tego ogromnego wieśniaka, a potem z powodu Emmy. Kto mógłby pomyśleć, że 

stanie się taka... inna? Przed rokiem, kiedy ją ostatni raz widział, nigdy by nie przypuszczał, 

że zmieni się w... sam nie mógł określić, w co się zmieniła. Co się stało z tą słodką, pełną 

wzniosłych ideałów dziewczyną, która tak nieustępliwie domagała się od niego pieniędzy na 

swoje charytatywne cele i z którą tańczył na tak wielu balach tamtej zimy, w trzydziestym 

drugim roku? Dziewczyną, która zauroczyła wszystkich wdziękiem porcelanowej laleczki i 

roześmianymi niebieskimi oczami? Jeśli miał być szczery, to widywał w jej oczach częściej 

ogień świętego oburzenia. Stale prawiła mu kazania na temat jego egoizmu i niewłaściwego 

postępowania, a on jej na to pozwalał, chociaż nie zniósłby takiego zachowania ze strony 

kogoś innego.

Podobało mu się nawet, że Emma tak usilnie stara się go nawrócić. To było o wiele 

zabawniejsze niż obłuda większości znajomych kobiet.

Może, pomyślał James, wpatrując się w ogień, może nic się nie stało z Emmą. Może 

tylko... dorosła.

Stała się kobietą.

Podniósł szklaneczkę whisky do ust, wypił jej zawartość jednym haustem i postawił ją 

na stoliku...

Zatrzęsło nim.

Dobry Boże! Czy ktoś chciał go zabić?

Ze  łzami   w  oczach   i płonącym  gardłem  James rozglądał  się  rozpaczliwie  dokoła, 

przekonany, że umiera. Ktoś go otruł, ktoś, kto wiedział, że on przyjedzie na Faires, i nie 

chciał do tego dopuścić. Kiedy odwrócił głowę w stronę szynkwasu, zobaczył stojącego za 

ladą wysokiego mężczyznę, który krztusił się ze śmiechu. Śmiał się z niego.

- Czy mogę spytać wychrypiał James co tak pana rozbawiło?

- Pan. Mężczyzna śmiał się głośno. Odkręcił kurek i napełnił kufel jakimś płynem, 

wyszedł zza baru i postawił pokryty pianą napój przed Jamesem. Niech pan to wypije. To 

pomoże.

James,   którego   palił   piekielny   ogień,   posłuchał   szynkarza.   Drożdżowy   napój 

natychmiast ugasił płomień. Hrabia odzyskał również głos.

- Co to było? spytał.

- To, co pan zamówił odparł szynkarz, podnosząc szklaneczkę z resztką zabójczego 

płynu do światła. Pochodzi z miejscowej destylarni. Trochę ostra, co?

background image

-   Ostra?   James   potrząsnął   głową.   Musiał   jednak   przyznać,   że   płyn   podziałał 

znieczulająco, nawet stłuczona ręka już go teraz mniej bolała.

- Jeszcze jedną?

- Nie, dziękuję odrzekł James i znowu zapatrzył się w ogień. O czym on myślał? Ach 

tak, o Emmie. Co zrobić z Emmą?

Ta  sprawa  nie   powinna  być aż   tak  trudna   i  na   pewno  by nie  była,   gdyby   w  grę 

wchodziła   inna   kobieta.   James   potrafił   być   czarujący,   kiedy   tylko   zechciał.   Co   prawda, 

wszystkie   jego   osiągnięcia   w   romantycznych   podbojach   były   zupełnie   zwyczajne.   Jak   w 

biznesie, tyle że o wiele mniej skomplikowane, po prostu rozsądne załatwienie sprawy. O 

wiele bardziej rozsądne niż to, co ludzie nazywają miłością.

Naturalnie, przychodziło mu już do głowy, że na dalszą metę ożenek byłby bardziej 

opłacalny.   Gdyby   wybrał   sobie   odpowiednią   narzeczoną,   mógłby   odnieść   zysk   z   tego 

kontraktu.   Było   wiele   niezamężnych   młodych   dam,   które   chętnie   przybrałyby   tytuł   lady 

Denham,   wnosząc   mu   jednocześnie   duży   posag.   W   ciągu   ostatnich   lat   matka   próbowała 

niestrudzenie zainteresować go którąś z tych dam Penelope van Court była na początku listy.

Ten plan miał jednak swoje złe strony. Kiedy ma się dość żony, nie można ofiarować 

jej bransoletki z brylantami i uprzejmie się z nią rozstać. James nie spotkał jeszcze kobiety z 

wyjątkiem jednej która po pewnym czasie nie znudziłaby go. Penelope van Court była piękna 

i miała dziesięć tysięcy funtów rocznego dochodu, jednak według niego była dziewczyną bez 

wyrazu.   Najstarsza   córka   hrabiego   Derby   miała   pięćdziesiąt   tysięcy   funtów   i   majątek   w 

Shropshire, ale James szybko zrezygnował z jej towarzystwa, ponieważ nie potrafiła mówić o 

niczym  innym  tylko o psach myśliwskich. Miałby tego wysłuchiwać do końca życia? Za 

żadne pieniądze!

- Proszę. To jest „lunch farmera”, jedzenie godne samego króla.

James spojrzał na talerz, który postawiła przed nim Mary. Kawał sera, kromka chleba, 

kwaszony  ogórek, coś trudnego do zidentyfikowania  i cebula. To niewątpliwie stanowiło 

główne pożywienie farmerów.

Widząc niepewny wzrok Jamesa, Mary zrobiła wojowniczą minę.

- To przecież jest haggis powiedziała, wskazując na parującą brązową potrawę na 

talerzu hrabiego. Szkocki pudding z podrobów baranich.

- Dziękuję powiedział James, zmuszając się do uśmiechu.

I to był błąd. Mary też się do niego uśmiechnęła, znów odsłaniając bezzębne dziąsła. 

Na szczęście, podeszła do następnego gościa, który właśnie wszedł do gospody.

MacTavish,   bo   takie   było   nazwisko   szynkarza,   obserwował   z   rozbawieniem,   jak 

background image

James ostrożnie zabiera się do jedzenia.

- Przyjechał pan tutaj w interesach? spytał przyjacielskim tonem.

- Mniej więcej odrzekł James, trzymając na widelcu kawałek rozgotowanej kapusty.

-   Tak   myślałem.   Nie   wziąłem   pana   za   jednego   z   przyjaciół   MacCreigha,   mimo 

eleganckiego ubrania. Oni nie przyjeżdżają tutaj, tylko siedzą w zamku. Nie zadają się z 

takimi jak my.

James   podniósł   wzrok.   Szybko   przełknął   kawałek   sera,   który   był   zresztą   całkiem 

dobry. Miał teraz okazję czegoś się dowiedzieć.

- A co to za jeden, ten lord MacCreigh? spytał.

- Nie słyszał pan o zamku MacCreigh? James potrząsnął głową. Stoi na końcu drogi. 

Można go zobaczyć z King's Crag. Zbudowany w siedemnastym wieku i tak też wygląda. 

Należy do ósmego barona MacCreigh, Geoffreya Baina. Baron nie ma ani grosza, ale ma 

zamek. Często przyjmuje gości, on i jego siostra, panna Bain. Moja mama dla nich gotuje. 

Nie za bardzo chcę, żeby sama tam chodziła, więc robi to tylko od czasu do czasu.

- Dlaczego nie chce pan, żeby pana matka chodziła do zamku MacCreigh?

-   To   nic   takiego.   MacTavish   był   zażenowany.   Pewnie   tylko   takie   gadanie.   O 

złośliwych duchach i takich innych, które tam mieszkają. Po tym, jak zniknęła narzeczona 

lorda...

- Zniknęła? powtórzył James. Rozmowa stawała się coraz bardziej interesująca.

- Uciekła, jak mówi MacCreigh. W zeszłym roku. Z jego lokajem. Może to prawda, a 

może i nie. Nikt tego nie wie, tylko sam MacCreigh. Więc ludzie gadają. Mówią, że wcale A 

nie uciekła, tylko że złapał ją na gorącym uczynku z innym mężczyzną i zabił oboje. Sam 

MacCreigh niewiele robi, żeby uciąć te plotki, rozumie pan, co mam na myśli. Zaczął jeździć 

na   koniu,   który   jest   czarny   jak   smoła,   w   równie   czarnej   pelerynie.   Ostatnio   częściej 

przyjeżdża do Faires, od czasu kiedy dowiedział się o testamencie O'Malleya.

James   położył   kawałek   sera   na   chleb   i   popił   piwem.   Było   to   nadspodziewanie 

smaczne.

- Testament O'Malleya?

- Jeszcze pan o tym nie słyszał? MacTavish wziął kufel z lady i zaczął go wycierać. 

Facet, który nazywał się O'Malley, zabił człowieka jakieś sześć miesięcy temu. Oczywiście, 

nie   miał   takiego   zamiaru.   O'Malley   był   wielkim   chłopem,   wie   pan,   to   był   wielorybnik. 

Wybuchowy, nie znał własnej siły. No i ten facet, któremu przywalił, zaraz wyzionął ducha. 

Za to go powiesili, to znaczy O'Malleya. Bardzo żałował tego, co się stało. Tak żałował, że 

prosił sędziego, który tu przyjechał, żeby go osądzić, by pomógł mu napisać testament, w 

background image

którym zostawił wszystko, co miał, wdowie po zabitym.

MacTavish odstawił kufel i sięgnął po następny.

- Nikt nie wiedział, że O'Malley miał tyle pieniędzy. Wszystkiego razem było dziesięć 

tysięcy funtów. Szynkarz roześmiał się głośno. Nic dziwnego, że kiedy lord MacCreigh się o 

tym dowiedział, zaczął częściej przyjeżdżać do miasteczka. Mrugnął porozumiewawczo do 

Jamesa. Wdowa po wikarym, on był  wikarym,  mówiłem to panu? Ten mężczyzna, który 

umarł. No więc ta wdowa... jest na co popatrzeć, a do tego jest bogata, jeśli pan wie, co mam 

na myśli?

background image

7

James nie miał pojęcia, co MacTavish miał na myśli. Wiedział tylko, że kawałek 

chleba z serem utknął mu nagle w przełyku. Sięgnął po kufel. Piwo przepchnęło chleb, nie 

zniosło jednak uczucia grozy.

Odstawił pusty kufel i spojrzał na szynkarza.

- Czy chce mi pan powiedzieć spytał zduszonym głosem że wikary, Stuart Chesterton, 

został zamordowany?

- Tak. MacTavish obrzucił go ciekawym spojrzeniem.

- Przecież... przecież to niemożliwe powiedział James. On umarł podczas epidemii 

tyfusu, sześć miesięcy temu.

- Tak było przyznał szynkarz. Ale nie tyfus go zabił, tylko ten facet, O'Malley.

James gwałtownie zamrugał. Próbował sobie przypomnieć, jak Emma sformułowała 

zawiadomienie   o   śmierci   męża.   Nie   podała   dokładnej   przyczyny,   pisała   tylko,   że   Stuart 

umarł, a z powodu kwarantanny nie mogła ich wcześniej zawiadomić. James i jego matka 

pomyśleli więc, że Stuart umarł na tyfus.

Ale morderstwo? Dlaczego ktoś miałby odczuć absurdalną chęć zabicia Stuarta? Poza 

Jamesem, oczywiście, który miał ochotę zamordować swojego kuzyna... ale tylko ten jeden 

jedyny raz.

-   Ten   O'Malley   powiedział   James   dlaczego   on   to   zrobił?   To   znaczy   zabił   pana 

Chestertona?

- Nikt tego nie wie na pewno. MacTavish wzruszył ramionami. Miał całkiem źle w 

głowie, znaczy ten O'Malley. Wiem tylko tyle, że wikary poszedł do jego żony z ostatnim 

namaszczeniem i zaraz potem były trzy trupy: wikary, żona O'Malleya i on sam, kiedy go za 

to powiesili...

Oszołomiony tymi  nowinami  James nie  zauważył nawet,  że MacTavish  ponownie 

napełnił jego kufel. Wypił kilka łyków, zanim zadał mu następne pytanie.

- Mówi pan, że żona wikarego, pani Chesterton, odziedziczyła dziesięć tysięcy funtów 

po mordercy jej męża?

- To znaczy ona je dostanie powiedział MacTavish kiedy ponownie wyjdzie za mąż.

- Kiedy ponownie wyjdzie za mąż? James wpatrywał się w niego w osłupieniu. O 

czym pan mówi? Czy Emma Chesterton ma dziesięć tysięcy funtów, czy ich nie ma?

- Nie ma ich rozległ się z lekka zniecierpliwiony głos za ich plecami. James odwrócił 

się i zobaczył mężczyznę w średnim wieku, tego samego, który niedawno wszedł do gospody. 

background image

Siedział   teraz   przy   stoliku   obok   okna,   odłożył   serwetkę,   obrzucając   rozmawiających 

niechętnym spojrzeniem.

- Dziękuję ci, Sean, że poruszyłeś ten temat, kiedy miałem ochotę zjeść w spokoju 

lunch. Dobrze wiesz, że to mnie zaraz odrzuca od puddingu twojej matki.

- Przepraszam Waszą Ekscelencję. Szynkarz z trudem powstrzymał uśmiech.

- Lord MacCreigh? spytał James, przyglądając się nieznajomemu. Według tego, co 

mówił szynkarz, MacCreigh nie powinien być tym zażywnym typem, który tak bardzo lubił 

haggis.

-   Nie   MacCreigh   burknął   obcy   dżentelmen;   ten   mężczyzna   niewątpliwie   był 

dżentelmenem, jedynym, jakiego James spotkał na Szetlandach. Tylko przewodniczący Ławy 

Królewskiej   Sądu  Najwyższego  i  prezes   Sądu  Apelacyjnego,  Wydział   Kryminalny.   Moje 

nazwisko Reardon. Jestem tym sędzią, który pół roku temu, podczas ostatniej bytności na 

wyspie,   skazał   O'Malleya   na   śmierć.   Pociągnął   duży   łyk   ze   swojego   kufla,   odbeknął   i 

westchnął z zadowoleniem.

James przeniósł wzrok z sędziego na szynkarza, zastanowił się chwilę, odsunął krzesło 

i podszedł do stolika sędziego. Reardon obrzucił go podejrzliwym spojrzeniem.

- Przepraszam, Wasza Ekscelencjo powiedział czy mógłbym zamienić z panem kilka 

słów? Ja również jestem zamieszany w tę sprawę...

- Sprawę? Reardon spojrzał na niego nieprzychylnie. Był postawnym mężczyzną, ze 

skłonnościami do tycia, ale widać było również, że nie jest pozbawiony poczucia humoru. 

Jaka sprawa? Nie ma żadnej sprawy. Ona jest już zamknięta. O'Malley zabił Chestertona, 

wdowa po Chestertonie dostanie pieniądze O'Malleya, kiedy tylko wyjdzie powtórnie za mąż. 

Jeśli myśli pan o tym, żeby ją poślubić, to niech pan ustawi się w kolejce. Przed panem jest 

już ze dwudziestu facetów, młody człowieku.

James, nie czekając zaproszenia, żeby usiadł podejrzewał, że może ono nie nastąpić 

szybko zajął krzesło naprzeciwko sędziego.

-   Proszę   mi   wybaczyć,   sir.   Nazywam   się   Denham,   a   mówiąc   dokładnie   James 

Marbury, dziewiąty hrabia Denham. Stuart Chesterton był moim ciotecznym bratem.

Reardon uniósł brwi tak wysoko, że omal nie zniknęły pod jego staroświecką, pokrytą 

pudrem peruką.

-   Hrabia   Denham?   powtórzył.   Rozumiem...   Wiedziałem,   że   Chesteron   jest 

spokrewniony z jakimś ważniakiem, ale wszyscy mówili, że to książę.

James zachował milczenie. Nie okazał urazy za to, że został nazwany ważniakiem. 

Nareszcie spotkał kogoś, kto potrafi mu wyjaśnić okoliczności śmierci i pochówku kuzyna 

background image

oraz dziwną niechęć Emmy do wyjazdu. Patrzył na sędziego spokojnie, chociaż z trudem 

panował nad sobą.

- No tak zaczął Reardon zaczynam rozumieć, że ta sprawa może pana interesować. 

Odsunął krzesło, żeby zrobić miejsce dla swojego brzucha, opiętego kamizelką w złoto - 

zielone   paski.   Sean,   jeszcze   jedno   piwo!   zawołał   do   szynkarza.   Niech   się   zastanowię. 

Cioteczny  brat wikarego,  hę?  Teraz  widzę  podobieństwo coś takiego w  oczach.  Pan jest 

wyższy i silniejszy niż on. O'Malley by pana nie zabił.

- Chyba nie zgodził się James. Jeśli mogę spytać, sir, skąd się wziął ten warunek?

- Jaki warunek? Reardon podniósł widelec, wracając do swojego puddingu.

- No... ten dziwny warunek, o którym pan wspominał, że Emma... to znaczy pani 

Chesterton... musi ponownie wyjść za mąż, żeby otrzymać dziesięć tysięcy funtów O'Malleya.

- Aha. Sędzia popił haggis piwem. O to chodzi. Niech się pan nad tym zastanowi przez 

chwilę. Przecież ją pan zna. W końcu wyszła za mąż za pańskiego kuzyna.

- Tak przytaknął poważnie James. Znam ją.

- Czy powierzyłby pan tej kobiecie dziesięć tysięcy funtów? James otworzył usta, 

żeby odpowiedzieć, ale sędzia mówił dalej. Oczywiście, że nie. Wzięłaby te dziesięć tysięcy i 

podarowała je zaraz towarzystwu misyjnemu albo wydała na to beznadziejne przedsięwzięcie, 

które   nazywa   szkołą.   Nikt   nie   wie,   co   by   z   tymi   pieniędzmi   zrobiła.   Na   pewno   nic 

rozsądnego. Tego jestem pewny.

James też napił się piwa. Chyba tego bardzo potrzebował.

- Więc tak powiedział. Postawił pan warunek, że ona nie dostanie ani grosza z fortuny 

O'Malleya,   dopóki   nie   wyjdzie   za   mąż,   co   ma   być   gwarancją,   że   te   pieniądze   zostaną 

wydane... hm... mądrze.

- Właśnie tak. Reardon uderzył  dłonią w stół tak głośno, aż James podskoczył  na 

krześle. Dokładnie tak. Dla jej własnego dobra, rozumie pan. Nie ma nic gorszego jak dama o 

czułym sercu i do tego z workiem pieniędzy. Chociaż z punktu widzenia naciągacza to nie ma 

nic lepszego. Przypuszczam, że gdybym dał jej te dziesięć tysięcy w grudniu zeszłego roku, 

dzisiaj nie miałaby już ani szylinga. A tak te pieniądze są bezpieczne i przynoszą niezłe 

odsetki z konta, które dla niej założyłem. Kiedy pani Chesterton zdecyduje się wyjść za mąż, 

przekażę to konto jej mężowi, który może, według swojego uznania, pozwalać jej z niego 

korzystać. Nie wierzę jednak, żeby to miało szybko nastąpić. Wdowa Chesterton nie spieszy 

się ani do małżeństwa, ani, jak widać, do pieniędzy.

Podszedł do nich MacTavish z dwoma pełnymi kuflami.

- Sam jej to proponowałem powiedział ze śmiechem. W zeszłym miesiącu zaczepiłem 

background image

ją przed kościołem. Podziękowała mi, ale powiedziała, że nie wybiera się jeszcze za mąż, 

ponieważ jest w żałobie po Stuarcie Chestertonie.

Reardon podniósł swój kufel, jakby chciał wypić toast za młodego szynkarza. James 

zauważył teraz, że ten był wysokim, pięknie zbudowanym mężczyzną, człowiekiem, który 

zaskarbia   sobie   natychmiastową   sympatię...   chociaż   to,   co   powiedział,   wzbudziło   nagłą 

antypatię Jamesa.

- Jestem po twojej stronie, młody człowieku powiedział sędzia do MacTavisha. Jeśli 

ktoś jest godny naszej pani Chesterton, to właśnie ty, Sean.

-   Zbyt   często   widywała   mnie   z   Myrą   MacAllister.   Szynkarz   potrząsnął   głową. 

Powiedziała, że jestem głupi, chcąc się żenić dla pieniędzy, a nie z miłości, i poradziła, żebym 

trzymał się Myry. Zmarszczył gniewnie brwi, kiedy sędzia serdecznie się roześmiał. Strasznie 

śmieszne mruknął. Myra też mnie nie zechce, dopóki nie będę miał swojego domu. Nie chce 

zamieszkać z moją mamą.

- Widzi pan? Reardon zwrócił się do Jamesa. Tak to wygląda na Faires. Przyjeżdżam 

tu tylko dwa razy do roku, na wyjazdowe sesje sądu, ale dobrze znam tych ludzi. Znam ich od 

podszewki.

- To niedorzeczne powiedział z irytacją James. Sam nie wiedział, czy bardziej go 

rozzłościła pompatyczna przemowa sędziego, czy też stwierdzenie szynkarza, że oświadczył 

się Emmie. Mówimy przecież o wdowie, biednej wdowie, którą pan...

- Opiekuję się zakończył spokojnie Reardon.

-   Pozwoli   pan,   że   się   z   nim   nie   zgodzę,   sir.   James   potrząsnął   głową.   Jestem 

przekonany, że nigdzie w Anglii nie istnieje taki precedens w orzecznictwie sądowym. Gdyby 

pani Chesterton zechciała, mogłaby wystąpić przeciwko tej śmiesznej, ustanowionej przez 

pana klauzuli, i w każdym sądzie z łatwością wygrałaby sprawę.

Reardon obserwował go uważnie, nie był już rozbawiony.

- Mogłaby, ale tego nie zrobi. Zapomina pan, milordzie, że ja sprawuję opiekę nad 

panią Chesterton. Ona nie ma ojca, brata ani męża, nie ma nikogo. Jest sama na świecie, więc 

ja postanowiłem dopilnować, żeby nikt jej nie oszukał, wykorzystując jej naiwność. To dobra 

kobieta, której jedyną wadą jest to, że zbyt szybko otwiera swoje serce... i swoją sakiewkę. 

Reardon odstawił kufel i zmierzył Jamesa stalowym spojrzeniem. Nie wiem, kim pan dla niej 

jest, milordzie, wiem tylko, że widzę pana po raz pierwszy. Jeśli tak panu zależy na tej 

dziewczynie i tak się pan troszczy o jej dobro, to gdzie pan był przez tyle miesięcy, które 

upłynęły od śmierci jej męża? Właśnie tego chciałbym się dowiedzieć.

James popatrzył na niego ze zdumieniem.

background image

- Nie wiem, co pan sugeruje, chcę tylko pana poinformować, że wiadomość o śmierci 

kuzyna   dostałem   dopiero   przed   tygodniem.   Przyjechałem   tu   tak   szybko,   jak   mogłem. 

Proponowałem już pani Chesterton, żeby zamieszkała z moją matką, ale odrzuciła tę ofertę...

- To zrozumiałe przerwał mu sędzia. Ona nie opuści tych  dzieci, które uczy albo 

uważa,   że   uczy.   To   jest   przedmiot   do   dyskusji.   Te   dzieciaki   wydają   mi   się   tak   samo 

niedouczone, jak były, tylko trochę bardziej obeznane z twórczością Waltera Scotta. Trzeba 

jednak zrozumieć przywiązanie pani Chesterton do swoich uczniów, biorąc pod uwagę, że 

ona i jej mąż nie doczekali się własnego potomstwa.

James poruszył się na krześle. Własne potomstwo! To było dziwne, ale nigdy mu nie 

przyszło do głowy, że jego kuzyn i Emma mogliby pragnąć dzieci, nie mówiąc już o tym, że 

mogliby czynić wysiłki w celu ich posiadania.

Przecież jest to naturalna konsekwencja małżeństwa. James nie miał pojęcia, dlaczego 

myśl o dzieciach Emmy i Stuarta wyprowadziła go z równowagi. Tylko że on nigdy co było 

jawną głupotą z jego strony nie brał pod uwagę faktu, że Stuart, który przede wszystkim 

skłaniał się ku sprawom ducha, mógłby rzeczywiście... I to z Emmą, ze wszystkich kobiet 

świata!

Dobry Boże! Ta myśl go przygnębiła do reszty. Czuł, jak krew odpływa mu z twarzy, 

Wiedział,   że   zachowuje   się   śmiesznie.   Przecież   oni   byli   mężem   i   żoną.   Jak   mógł 

przypuszczać, że się pobrali i nie...

Nie chciał nawet o tym myśleć. Nie mógł o tym myśleć.

Sędzia Reardon przyglądał się Jamesowi i stopniowo odzyskiwał humor. Rozbawiła 

go reakcja hrabiego na wzmiankę o łożu małżeńskim jego kuzyna.

- Kim pan mówił, że pan jest, sir? zapytał wesoło sędzia. Kuzynem jej męża?

-   Tak   powiedział   James.   Wie   pan,   pomiędzy   mną   a   Stuartem   wynikło   pewne 

nieporozumienie, na krótko przed jego ślubem z Emmą. Od tego czasu nie rozmawialiśmy ze 

sobą. Przyjechałem zaraz po otrzymaniu wiadomości o jego śmierci...

- Żeby złożyć uszanowanie wdowie? spytał podstępnie Reardon.

-   Hm,   tak   odrzekł   James.   Nie   widział   potrzeby   zdradzania   prawdziwego   powodu 

swojej podróży na Faires. Sędzia Reardon nie wydawał się człowiekiem, który przykłada 

wagę   do   rodzinnych   grobowców.   Tak,   oczywiście   dodał.   Chciałem   ją   też   prosić,   żeby 

zamieszkała ze mną, to znaczy z moją matką.

Reardon uśmiechnął się. To był dziwny uśmiech. Niezbyt podobał się Jamesowi.

- Rozumiem powiedział tylko. A ona odrzuciła pana propozycję.

- Tak.

background image

- Wraca więc pan na stały ląd? Sędzia rzucił okiem na wiszący nad szynkwasem 

zegar. Wie pan, że dzisiaj uciekł już panu jedyny prom.

- Nie, nie wracam. Sądziłem, że...

Nagle wszystko się stało dla niego jasne. Jeszcze przed chwilą siedział załamany, nie 

mając pojęcia, jaki będzie jego następny krok, a teraz już wiedział, co ma zrobić.

-   Zostaję   tu   powiedział   stanowczo.   Zostanę   i   ponownie   jej   to   zaproponuję,   kiedy 

będzie miała trochę więcej czasu do namysłu.

- Niesłychanie szarmanckie zachowanie zauważył sędzia. I nawet nie wiedział pan o 

dziesięciu tysiącach funtów...

-   Oczywiście,   że   nie.   James   obrzucił   go   oburzonym   spojrzeniem.   Nie   potrzebuję 

dziesięciu tysięcy funtów, które kiedyś należały do mordercy mojego kuzyna. Widząc, że 

sędzia patrzy na niego z powątpiewaniem, James poczuł się urażony. Uważałem, że przyjazd 

na Faires jest moim obowiązkiem. Chciałem zaoferować pani Chesterton swoją opiekę ...

- Którą ona odrzuciła.

- Tak. Na razie. James zacisnął wargi. Irytował go zwyczaj sędziego stawiania kropki 

nad i.

- Interesujące. Sędzia obserwował teraz Jamesa z ciekawością. Bardzo interesujące. 

Mówił pan, że mieliście małe nieporozumienie z kuzynem. Mam nadzieję, że nie chodziło o 

panią Chesterton?

James czuł, że nadszedł czas, żeby zakończyć tę rozmowę.

-   Myślę,   że   już   zbyt   długo   się   panu   naprzykrzam   powiedział,   odsuwając   krzesło. 

Wrócę do swojego stolika.

Reardon   skrzyżował   ręce   na   swoim   wydatnym   brzuchu;   i   popatrzył   na   Jamesa 

nieodgadnionym wzrokiem.

- Denham powiedział zamyślony. Powinien pan być w herbarzu.

Ten   stary   nudziarz   chce   sprawdzić   jego   nazwisko   w   herbarzu!   Niech   mu   będzie. 

Znajdzie tam tylko informację, że rodzina Marburych należy do najstarszych i najbardziej 

szacownych angielskich rodzin.

- Niewątpliwie, sir powiedział James, obciągając kamizelkę.

- Dziękuję. Reardon pochylił głowę z uśmiechem zadowolenia. Bardzo mi było miło.

James wrócił do swojego stolika i do swojego szkockiego puddingu. Nigdy się jeszcze 

nie spotkał z tak niedorzeczną, wręcz absurdalną sytuacją, jak postanowienie  sędziego w 

sprawie   testamentu   O'Malleya.   To   było   postępowanie   wręcz   barbarzyńskie.   Jak   mógł 

zamrozić majątek Emmy tylko dlatego, że ta była z natury zbyt hojna? To było groteskowe. 

background image

To było uwłaczające. To było... to było...

W gruncie rzeczy to było uczciwe załatwienie sprawy. Reardon miał świętą rację. 

Emma   nie   potrafiła   zarządzać   pieniędzmi.   Niby  skąd   miała   się   na   tym   znać?   Nigdy  nie 

posiadała własnych funduszy. Została wychowana wśród bogactwa, ale w wieku osiemnastu 

lat wyszła za mąż za człowieka, który nie miał grosza przy duszy. Od tamtej pory była biedna 

jak mysz kościelna.

James musiał przyznać sędziemu, że doskonale rozwiązał ten problem, poza tym że...

Emma nie chwyciła przynęty. Tak samo jak James, nie miała ochoty wstępować w 

związek małżeński.

Jedyna różnica między nimi polegała na tym, że nie tak dawno temu był ktoś, kogo 

James chętnie by poślubił.

Ale ubiegł go kuzyn.

background image

8

Emma Chesterton podniosła pierwszą tabliczkę i zaczęła czytać: „Kiedy dorosnę, chcę 

być rybakiem jak mój tata i pływać po możu. Zobaczę inne światy i będę chytać dużo ryb.  

Potem wrócę do domu i ożenię się z panią, pani Chesterton”.

Emma poprawiła błędy ortograficzne, napisała na marginesie „Dziękuję ci, Robbie” i 

odłożyła   tabliczkę.  Dobry   Boże,   pomyślała,   już   dziewięcioletni   chłopcy   składają   mi  

propozycje małżeńskie. Musiała jednak przyznać, że oświadczyny Robbiego były najszczersze 

ze wszystkich, z którymi się do tej pory spotkała.

Na następnej tabliczce Bridget Donahue napisała dużymi literami, „Kiedy dorosnę, 

chcę   mieć   kręcone   włosy,   takie   jak   pani,   pani   Chesterton”.   Emma   machinalnie   dotknęła 

włosów. Jej gęste loki wysunęły się już z podtrzymujących je szpilek i swobodnie opadały na 

ramiona. Dlaczego została pokarana tymi niesfornymi kręconymi włosami? Wiele by dała za 

to, żeby mieć proste włosy, jak Bridget, z którymi łatwo było dać sobie radę.

Właśnie pisała to na tabliczce,  kiedy usłyszała,  że ktoś gwałtownie  otwiera  drzwi 

latarni. Spojrzała na przywieszony do paska zegarek, nie podnosząc głowy.

- Znowu się spóźniłeś, Fergus. Jeśli musisz codziennie wracać po lekcjach do domu, 

żeby nakarmić kota, to przynajmniej nie powinieneś się przy tym guzdrać. Ja też, po naszej 

lekcji, muszę szybko wracać do domu, żeby nakarmić swoje zwierzęta.

-   Bardzo   panią   przepraszam,   pani   Chesterton.   Usłyszała   jakiś   głęboki   głos.   Ja   na 

pewno nie będę się guzdrać.

Zaskoczona   Emma   podskoczyła   na   krześle,   omal   nie   zrzucając   na   podłogę 

uczniowskich tabliczek.

- Och! wykrzyknęła. Baron MacCreigh. To pan!

Lord MacCreigh uśmiechał się szeroko, idąc do niej pomiędzy dwoma rzędami ławek. 

Emma szybko wstała od stolika, przytrzymując ręką chwiejące się tabliczki.

-   Nie   chciałem   pani   przestraszyć,   Emmo   powiedział   baron,   zbliżając   się   do   niej 

szybkim krokiem, omiatając po drodze ławki swoją długą, czarną peleryną. Wstąpiłem tylko, 

bo byłem ciekaw, czy słyszała już pani tę nowinę.

Emma zaczęła się cofać i teraz stała tak blisko piecyka, że żar przenikał przez jej 

wełnianą spódnicę i liczne halki.

- Nowinę, milordzie? spytała słabym głosem.

Miała nadzieję, że to nie ma nic wspólnego z poranną wizytą hrabiego. Nie życzyła 

sobie dalszych komplikacji; jej stosunki z lordem MacCreighem przysparzały jej i tak dużo 

background image

kłopotów. Wiedziała, że dąży on do tego, żeby ją poślubić.

- Tak powiedział.

Lord MacCreigh ubrany był w czarny kostium jeździecki, równie czarny jak maść 

jego konia, który był pewnie przywiązany na zewnątrz. Zbyt sobie wziął do serca fakt, że 

został   porzucony   przez   narzeczoną,   Clare   McLellen,   i   przyjął   wręcz   teatralny   sposób 

ubierania się, który pasował do roli opuszczonego kochanka. Postawił nogę na ławce i oparł 

na niej łokieć. Emma chwyciła tabliczki swoich uczniów, chroniąc je przed upadkiem.

- Sędzia Reardon przyjechał na sesję wyjazdową powiedział od niechcenia. Kiedy 

jechałem do miasteczka, zauważyłem, że zamienił kuźnię na salę sądową. Wie pani, co to 

oznacza, prawda, Emmo?

Emma zaczęła układać tabliczki, przekonana, że prędzej czy później lord MacCreigh 

zrzuciłby je ze stołu.

- Nie odrzekła, starając się nie patrzeć mu w twarz.

Usiłowania barona, żeby wyglądać na mężczyznę, którego spotkała okropna tragedia 

czarny   strój   i   ponury   wyraz   twarzy   nie   szły   w   parze   z   jego   płomiennorudymi   włosami, 

skręconymi w drobne loczki, prawie jak włosy Emmy. Nie dość tego, zamiast szlachetnej, 

pobrużdżonej   troskami   twarzy   romantycznego   bohatera,   fizjonomia   barona   przypominała 

raczej obsypaną piegami dziecinną buzię.

Ratowały   go   jasnoniebieskie   oczy,   ale   i   one,   ku   zgryzocie   barona,   nie   miały 

niepokojącego wyrazu; przypominały raczej blady błękit nieba podczas upalnych dni lata.

- Hm. mruknęła Emma.  Dzieliła teraz  tabliczki na trzy kupki, na jednym  miejscu 

kładła te, które już poprawiła, a niepoprawione ułożyła w dwa równe stosiki.

- Nie, nie wiem, co to może oznaczać, milordzie powiedziała wreszcie.

Lord MacCreigh wykonał niecierpliwy gest ręką.

- Ależ Emmo! Przecież teraz nadarza się doskonała okazja, żeby ogłosić publicznie tę 

intencję.

Emma spojrzała na drzwi. Niestety, były zamknięte. Wszystkie dzieci poszły już do 

domu i żadne nie miało tu wrócić, z wyjątkiem Fergusa, któremu Emma dawała dodatkowe 

lekcje  trzy razy w  tygodniu.   Chłopiec miał  słaby  wzrok i  w  związku  z  tym  trudności  z 

czytaniem.

- Intencję? powtórzyła Emma, udając, że nie rozumie.

Może, pomyślała, jeśli uda mi się przeciągnąć tę rozmowę, to doczekam się Fergusa. 

Lord MacCreigh nie ośmieli się niczego zrobić, jeśli będzie tu chłopiec.

- Emmo powiedział z uśmiechem lord. Na szczęście jego łokieć nadal spoczywał na 

background image

kolanie i nic nie wskazywało na to, że ma zamiar wyciągnąć rękę, żeby chwycić Emmę, 

chociaż stała bardzo blisko. Doskonale pani wie, co chcę przez to powiedzieć. Uważam, że 

powinniśmy   zawiadomić   sędziego,   iż   mamy   zamiar   się   pobrać,   żeby   mógł   już   poczynić 

odpowiednie kroki w sprawie pani spadku.

Emma potrząsnęła głową.

- To tylko pana zamiar, lordzie MacCreigh powiedziała. Ale nie mój. Dobrze pan wie, 

że nie mam zamiaru powtórnie wychodzić za mąż.

- Niech pani nie będzie śmieszna, Emmo  odrzekł baron. To oczywiste,  że znowu 

wyjdzie pani za mąż. Nic innego pani nie pozostało. Czy chciałaby pani uczyć w tej nędznej 

imitacji szkoły do późnej starości?

- Zrobię to, jeśli będę chciała odrzekła spokojnie Emma.

Lord   MacCreigh   nadąsał   się   jak   mały   chłopiec.   Emma   miała   dla   niego   więcej 

pobłażania niż dla innych swoich adoratorów, może tylko z wyjątkiem Cletusa. Tajemnicze 

zniknięcie narzeczonej barona wywołało wiele plotek. Ludzie nie chcieli wierzyć,  że ona 

uciekła,   jak   twierdził   lord   MacCreigh,   z   jego   lokajem.   A   może   nakrył   ich   na   gorącym 

uczynku, zabił i wrzucił ciała do zamkowych lochów?

Chociaż Emma niezbyt lubiła barona, była jedyną osobą na wyspie, która wiedziała, 

że on nie jest mordercą. Gdyby zachowywał się z większym umiarem, mogłaby mu nawet 

współczuć; mieszkał w rozpadającym się zamku, nawiedzanym podobno przez złe duchy, a 

jego jedynym towarzystwem była okropna siostra.

To jednak nie oznaczało, że Emma miałaby ochotę wyjść za niego za mąż. Nawet 

gdyby  nie wiedziała, że baron chce się z nią ożenić tylko  po to, żeby móc przeznaczyć 

dziesięć tysięcy funtów O'Malleya na remont zamku, nie mogłaby poślubić mężczyzny, który 

rozsiewał wokół siebie tak silny zapach stajni.

Baron zdjął nogę z ławki i przeczesał dłonią swoje rude loki.

- Po co ta niemądra sprzeczka? Jesteśmy sobie przeznaczeni, Emmo, a ja nie mam 

ochoty czekać na te pieniądze do kolejnej sesji sądu, skoro równie dobrze możesz je otrzymać 

jutro. Chwycił ją za ramię. Idziemy.

Tym razem głos barona zabrzmiał stanowczo i Emma wiedziała, że jest zdecydowany 

przeprowadzić swoją wolę. Starała się jeszcze obrócić wszystko w żart, chociaż nie widziała 

nic zabawnego w tej sytuacji. Sędzia Reardon myślał pewnie, że odda jej przysługę, kiedy 

obwarował testament O'Maleya dziwną klauzulą, ale te pieniądze stały się przekleństwem 

Emmy.

- Doprawdy,  milordzie  roześmiała  się, próbując  odsunąć się od niego. Pana zapał 

background image

pozbawia mnie tchu.

Lord   MacCreigh   nie   puścił   jej   ramienia,   chociaż   usiłowała   mu   się   wyrwać.   Miał 

zacięty wyraz twarzy i Emma nawet trochę się przestraszyła. Oczywiście, nie miała się czego 

bać, wystarczy, że powie „nie”, kiedy staną przed sędzią.

Bała się jednak tego, co nastąpi po jej „nie”, chociaż dobrze wiedziała, że Geoffrey 

Bain nie zamordował swojej narzeczonej...

Co wcale nie musiało oznaczać, że nie byłby do tego zdolny.

-   Doprawdy,   lordzie   MacCreigh   powiedziała   Emma   zbyt   nerwowo.   Próbowała 

zapanować nad głosem. Ja... ja czekam na Fergusa MacPhersona.

- Na tego małego ślepca? Lord MacCreigh podniósł oczy do góry. Emmo, pani zbyt 

poważnie traktuje swoje obowiązki.

-   Powinien   już   tu   być   powiedziała,   niespokojnie   zerkając   w   stronę   drzwi.   Nie 

chciałabym sprawić mu zawodu. I tak ma wystarczająco ciężkie życie...

Lord mruknął coś pod nosem i popchnął ją w stronę ściany, gdzie na wbitym w ścianę 

haczyku wisiała jej peleryna i kapelusz.

- Chodźmy powiedział. Ten chłopak może odbyć swoją lekcję innego dnia. Reardon 

będzie tu tylko do jutra albo do pojutrza. Nie mamy czasu do stracenia.

Emma wytężała wzrok, żeby przez grube szyby okna latarni zobaczyć, czy Fergus nie 

nadchodzi. Co prawda, nie miała pojęcia, jak mógłby jedenastoletni, na wpół ślepy chłopak 

obronić swoją nauczycielkę przed wysokim, dorosłym mężczyzną.

Jej   modlitwy   zostały   jednak   wysłuchane,   chociaż   odbyło   się   to   inaczej,   niż 

przewidywała. Fergus MacPherson, którego wzrok nigdy nie był dobry, a jeszcze stale się 

pogarszał, zauważył  jednak, że ogier lorda jest przywiązany przed latarnią. Dostrzegł też 

bardzo wysokiego mężczyznę w cylindrze, który nadchodził od strony miasteczka, wywijając 

laską.  Mimo złego  wzroku Fergus  spostrzegł  również,  że ten  mężczyzna  zaskoczony był 

widokiem konia. Przestał wymachiwać laską i szybko podszedł do Fergusa.

- Wiesz, czyj to koń?

Chłopiec przechylił głowę, żeby się przyjrzeć nieznajomemu. Robił tak, żeby móc 

lepiej widzieć, ale ludzie często się wtedy peszyli. Wysoki dżentelmen wydawał się niczego 

nie zauważać. Wpatrywał się w blask ognia, widoczny za oknem, co, jak wiedział Fergus, 

dowodziło, że pani Chesterton jeszcze tam była... tak samo jak koń wskazywał na to, że nie 

była tam sama.

- Wydaje mi się powiedział wolno Fergus że to koń lorda MacCreigh.

- Lorda MacCreigh? Wysoki dżentelmen nie był zachwycony tą informacją. Z zamku 

background image

MacCreigh?

Fergus ściągnął brwi.

- Tak, sir. Tylko jeden lord MacCreigh mieszka na Faires. On jest...

Nieznajomy ruszył zdecydowanym krokiem do latarni. Mignął tylko Fergusowi przed 

oczami.

- Panie! Niech pan zaczeka! Panie! krzyczał chłopak.

Morze   głośno   szumiało,   więc   obcy   mężczyzna   pewnie   go   nie   dosłyszał.   Fergus 

pobiegł za nim. Pani Chesterton zawsze mówiła, że ich obowiązkiem jest opiekowanie się 

ludźmi, którzy są chorzy albo mają źle w głowie. Ten dżentelmen musiał mieć źle w głowie, 

jeśli   uważał,   że   nic   się   nie   stanie,   gdy   przeszkodzi   baronowi,   kiedy   ten   się   ponownie 

oświadcza   pani   Chesterton.   Wszyscy   przecież   wiedzieli,   że   lord   MacCreigh   zamordował 

swoją narzeczoną.

Fergus uznał, że powinien zawiadomić o tym tego obcego mężczyznę, więc biegł co 

sił w nogach, przytrzymując czapkę, żeby wiatr jej nie zerwał.

- Panie! krzyczał. Panie, na pana miejscu nie wchodziłbym tam.

Obcy dżentelmen, który miał bardzo długie nogi, nie zwolnił kroku.

- Idź do domu, chłopcze powiedział tylko.

-   Naprawdę,   proszę   pana   dyszał   zmęczony   Fergus,   biegnąc   obok   niego.   Mówię 

poważnie. Pan nie zna lorda MacCreigh. To morderca. Mówią, że zabił własną narzeczoną, 

kiedy przyłapał ją z innym mężczyzną. On jest niebezpieczny.

- W takim razie powinieneś stąd odejść, młodzieńcze powiedział nieznajomy, stojąc 

już przy drzwiach latarni. Zaczął  zdejmować  skórzane rękawiczki, jakby szykując  się do 

walki. Zostaw lorda mnie.

Fergus nachmurzył się. Jeśli ten wariat szuka śmierci, to już jego sprawa. Trzeba mu 

jednak coś poradzić.

- Jeśli chce go pan uderzyć powiedział swobodnym tonem to niech pan bije nisko. 

Poniżej pasa. Tylko wtedy może go pan zwalić z nóg.

- Na pewno nie uderzę lorda poniżej pasa powiedział nieznajomy, rozluźniając węzeł 

krawata. Dziwię się, że możesz sugerować taką rzecz. Dżentelmeni nie biją poniżej pasa.

- Nie powinni też zabijać swoich narzeczonych stwierdził Fergus, trzymając cylinder i 

ozdobioną   srebrną   gałką   laskę,   które   wcisnął   mu   do   rąk   nieznajomy.   Ale   to   wcale   nie 

powstrzymało lorda MacCreigh.

Obcy mężczyzna wrzucił rękawiczki do cylindra i położył dłoń na ryglu.

- Zobaczymy.  A ty tu czekaj polecił. Jeśli usłyszysz strzały, pobiegnij po sędziego 

background image

pokoju.

- Sędzia pokoju? Na Faires? prychnął Fergus.

background image

9

James nie był pewny, kto z nich miał bardziej zdumioną minę, kiedy otworzył drzwi 

latarni: Emma czy ten mężczyzna, który ściskał ją za ramię i dosłownie wlókł po podłodze, 

trzymając w drugiej ręce jej pelerynę i kapelusz.

-  Halo   powiedział   James   dość   spokojnym  tonem.   Oczywiście,   bynajmniej   nie   był 

spokojny. Na widok poniewieranej w ten sposób Emmy ogarnęła go mordercza furia.

To uczucie pewnie  odbiło  się na jego  twarzy,  ponieważ  baron natychmiast  puścił 

ramię Emmy, która zachwiała się na nogach. Po chwili, ku zdumieniu Jamesa i, jak musiał 

przyznać, ku jego wielkiej radości Emma podbiegła do niego, uchwyciła się dwiema rękami 

jego ramienia i trzymała z całej siły.

- James! wykrzyknęła radosnym głosem. James, jaka miła niespodzianka!

Teraz dopiero zorientował się, jak bardzo Emma musiała być zaniepokojona: nigdy w 

życiu   nie   zwracała   się   do   niego   po   imieniu.   Mówiła   zawsze   „lordzie   Denham”   albo 

„milordzie”, ale nigdy, przenigdy „James”. Nigdy go tak nie nazwała. Przez te wszystkie lata.

Nigdy też jego widok tak jej nie uradował.

- Myślałam, że odpłynąłeś już promem powiedziała. Czuł, jak mocno bije jej serce, 

kiedy przytulała się do jego ramienia. Była trochę zdyszana, mówiła zbyt szybko i zbyt wiele. 

Co się stało? Chyba się nie spóźniłeś? Ale to nic nie szkodzi. Na pewno znajdzie się jakiś 

pokój w gospodzie. A jeśli pani MacTavish ma komplet, to jest przecież rozkładana ława w 

mojej chacie. Może niezbyt wygodna, ale nie miałbyś chyba nic przeciwko temu, prawda, 

James? Przecież jesteśmy rodziną!

James poczuł, że Emma  drży, objął ją więc ramieniem. Kiedy nie zaprotestowała, 

tylko przylgnęła do niego i oparła policzek na jego piersi, już wszystko wiedział.

MacCreigh będzie musiał umrzeć. To postanowione.

Baron zorientował się chyba, że jego życie jest w niebezpieczeństwie, bo ostrożnie 

odłożył pelerynę i kapelusz Emmy na ławkę, i stanął tak, jakby nie śmiał się wyprostować.

Zadrgał mu mięsień w policzku, co nie uszło uwagi Jamesa. MacCreigh domyślił się, 

że tamten wszystko widział, ale żaden z nich się nie odezwał. W gruncie rzeczy nie było po 

co.

Za to Emma miała wiele do powiedzenia. Zresztą zawsze tak było.

-   Lordzie   MacCreigh,   nie   zna   pan   jeszcze   kuzyna   Stuarta,   a   dokładnie   jego 

ciotecznego brata, Jamesa Marbury, hrabiego Denham.  Lordzie Denham, to jest Geoffrey 

Bain, baron MacCreigh. Na pewno widziałeś zamek MacCreigh z promu, James. Nie mogłeś 

background image

go nie zauważyć. Wznosi się nad King's Crag, zasłania prawie cały horyzont...

Emma   mówiła   bardzo   szybko,   co   świadczyło   o   tym,   że   jest   wyprowadzona   z 

równowagi.   James   wiedział,   że   paplała   w   ten   sposób   tylko   wtedy,   kiedy   była   bardzo 

szczęśliwa albo bardzo zdenerwowana. Fakt, nie była milczkiem, ale nigdy nie mówiła lak jak 

teraz, bez ładu i składu.

- Wyobraź sobie, James, że zamek MacCreigh został zbudowany w tysiąc sześćset 

osiemdziesiątym czwartym roku. Jest niesłychanie starożytny. Ma podziemne lochy, wieże, 

po prostu ma wszystko, prawda, lordzie MacCreigh?

Baron uśmiechnął się. Robił wrażenie pewnego siebie, o wiele bardziej pewnego, jak 

przypuszczał  James, niż się rzeczywiście  czuł. A przynajmniej  powinien  się czuć,  gdyby 

lepiej znał Jamesa.

- Prawie wszystko przyznał. Powinna pani przyprowadzić swojego kuzyna, żeby mógł 

obejrzeć zamek, pani Chesterton. Obawiam się jednak, że to się nie uda. Chyba pani kuzyn 

nie  zostanie   tu  dłużej. Baron  uniósł  swoje  gęste  rude  brwi,  ale  jego  niebieskie  oczy nie 

wyrażały pytania, tylko wrogość. Nieprawdaż, sir?

-   Właśnie   postanowiłem   przedłużyć   swój   pobyt   na   jakiś   czas   poinformował   go 

chłodno James. Bardzo chciałbym zobaczyć zamek, sir. Szczególnie o świcie. Uśmiechnął się 

uprzejmie do barona. Może jutro rano?

MacCreigh dobrze wiedział, o co hrabiemu chodzi. James był przekonany, że jego 

słowa zostały dobrze zrozumiane.

Jednak MacCreigh, zamiast zachować się jak dżentelmen, któremu rzucono wyzwanie, 

usiłował obrócić wszystko w żart.

- O świcie?  Chyba  pan żartuje. To dla mnie o wiele za wcześnie. Powiedzmy  w 

południe. Może pan przyjść na lunch, pozna pan moją siostrę, Fionę.

-   Niestety,   nie   odrzekł   James.   Nie   miał   zwyczaju   siadania   do   posiłków   z 

mężczyznami, których chciał zabić, a tym bardziej z ich siostrami.

- Zatem w południe powiedział baron, jakby nie słyszał słów Jamesa. A więc, pani 

Chesterton zwrócił się do Emmy wydaje mi się, że w związku z przybyciem pani kuzyna 

będziemy musieli odłożyć naszą wizytę u sędziego Reardona.

- Och szepnęła Emma. James zauważył, że gwałtownie się zaczerwieniła. Och tak, 

obawiam się, że tak. Przykro mi, lordzie MacCreigh.

Baron usiłował się prześlizgnąć koło nich, ale zimny głos Jamesa zatrzymał  go w 

miejscu.

- Jutro w południe powiedział swobodnym tonem, ze względu na Emmę.

background image

Zauważył z zadowoleniem, że szerokie ramiona barona zadrgały.

- Oczywiście powiedział Bain z szerokim uśmiechem. Będę pana oczekiwał, sir.

Do fatami wdarł się nagle podmuch wiatru, MacCreigh wyszedł.

James czuł, że Emma osuwa się w jego ramionach, jakby tylko siłą woli utrzymywała 

się na nogach, nie chcąc okazać słabości przy Bainie. Teraz, kiedy go już nie było, uginały się 

pod nią kolana.

-   No   dobrze,   Emmo   powiedział   James,   przytrzymując   ją   silniej,   żeby   nie   upadła. 

Popatrzył na jej spłonioną twarz i nienaturalnie błyszczące oczy. Czy powiesz mi, co tu się 

działo?

Emma,   chociaż   wyraźnie   wstrząśnięta   tym,   co   się   wydarzyło,   zaczęła   wymyślać 

niestworzone   historie.   Gdyby   miał   wolne   ręce,   nagrodziłby   to   przedstawienie   oklaskami. 

Musiał ją jednak podtrzymywać.

-   O   czym   pan   mówi?   zdziwiła   się   niewinnym   tonem,   patrząc   na   niego   szeroko 

otwartymi oczami. Naprawdę, milordzie, czasem trudno pana zrozumieć. Rozmawialiśmy z 

baronem, to wszystko. Czasem wstępuje do latarni, kiedy kończę lekcje, i rozmawiamy o... 

literaturze i różnych innych rzeczach...

-   Rozumiem.   James   skinął   głową.   I   to   właśnie   podczas   jednej   z   tych   literackich 

dyskusji wpadło mu nagle do głowy, żeby zaciągnąć cię do miasteczka, na spotkanie z sędzią 

Reardonem?

W   niebieskich   oczach   pojawił   się   wyraz   niepokoju,   policzki   jeszcze   mocniej 

poczerwieniały i Emma opuściła wzrok.

- Ja... ja nie wiem, o czym pan mówi wyjąkała.

- Nie odrzekł James. Jestem pewny, że wiesz. Westchnął, ale nadal ją podtrzymywał. 

Emmo, uważam, że już najwyższy czas, żebyśmy przeprowadzili rozmowę, ty i ja. I to nie 

będzie dyskusja o literaturze.

Zerknęła na niego, jakby chciała sprawdzić, czy mówi poważnie. Zobaczyła, że hrabia 

ma zdecydowany wyraz twarzy, więc szybko opuściła wzrok, nie przestając bawić się złotymi 

guzikami jego kamizelki, z czego nawet nie zdawała sobie sprawy.

- Czy to jest konieczne, James? spytała cichym głosem. - Wolałabym nie.

- Zdaję sobie sprawę, że wolałabyś nie powiedział. Nie chciał przyznać, jak wielką 

przyjemność sprawia mu słyszeć swoje imię z jej ust. Przytrzymał ją mocniej, zdecydowany 

przeprowadzić   swój   zamiar.   Emmo,   czy   ci   się   wydaje,   że   mogłabyś   długo   utrzymać   to 

wszystko przede mną w tajemnicy?

Podniosła na niego pełen urażonej niewinności wzrok.

background image

- Co trzymać przed tobą w tajemnicy, James?

- Nie próbuj tego ze mną powiedział surowo. Takim tonem mówiłaś zawsze do ciotki, 

kiedy przyłapywała cię na wyjadaniu budyniu, gdy wszyscy myśleli, że już od dawna leżysz 

w łóżku. Dobrze wiesz, o czym mówię. Mówię o Stuarcie. Czy myślisz, że udałoby ci się 

utrzymać to w sekrecie? Jak długo?

Wyraz twarzy Emmy wskazywał na poczucie winy, ale w tonie jej głosu zupełnie się 

tego nie słyszało.

- Gdybyś  odpłynął  promem w południe tak, jak miałaś zamiar, musiałabym  to na 

zawsze utrzymać przed tobą w tajemnicy, prawda?

- A gdybym odpłynął tym promem powiedział James co by wynikło z tej sytuacji z 

lordem, jeśli w porę bym tu nie wszedł?

- Nic odparła bez przekonania.

- Nic? Nie sądzę, Emmo. Myślę...

Nie dane mu było jednak powiedzieć, co myślał przynajmniej nie wtedy ponieważ 

drzwi latarni znowu się otworzyły.  Tym razem nie był to lord MacCreigh, tylko chłopak, 

któremu James powierzył swój kapelusz i laskę.

- Pani Chesterton?! zawołał, rozglądając się po klasie. Zauważył Emmę i przekrzywił 

głowę. Aha, tu pani jest. Chyba wszystko w porządku?

Z   ust   Emmy   wydobyło   się   głębokie   westchnienie   i,   ku   rozczarowaniu   Jamesa, 

wydostała się z jego objęcia.

-   Och,   Fergus   powiedziała,   siadając   na   ławce   naprzeciwko   miejsca,   gdzie   stał 

chłopiec. Oczywiście, że wszystko jest w porządku. Co ty trzymasz w ręku?

Fergus podniósł do góry laskę i kapelusz Jamesa.

- To są rzeczy tego dżentelmena. Skinął głową w kierunku hrabiego. Kazał mi je 

potrzymać, zanim tu wszedł, żeby dać lordowi MacCreigh...

- Tak, tak przerwał mu James. Przeszedł przez salę, wziął swoje rzeczy z rąk chłopaka, 

które, jak zauważył z pewną odrazą, były bardzo brudne. Dziękuję ci, synu. Masz tu suwerena 

za fatygę.

I   trzymaj   buzię   na   kłódkę,   dodał   w   duchu.   Nie   musiał   tego   głośno   powtarzać, 

ponieważ chłopak, oszołomiony, bez słowa wpatrywał się w trzymaną w ręku monetę.

- Niech mnie wyjąkał wreszcie, podnosząc suwerena do światła. Czy to jest to, co mi 

się wydaje, pani Chesterton?

- Tak, Fergus powiedziała Emma. To jest funt. Schowaj go dobrze, żeby ci go nie 

zabrali duzi chłopcy. Pamiętasz, cośmy ostatnio czytali? Czy doszliśmy już do tego miejsca, 

background image

kiedy Rip Van Winkle się budzi?

James patrzył na nią z rozbawieniem.

- Chociaż rozumiem twój zapał, Emmo, w kwestii douczania tego, hm, obiecującego 

młodzieńca, obawiam się, że mamy teraz pilniejsze sprawy do załatwienia. Nie uważasz?

Emma spojrzała na niego. Miała niefrasobliwy wyraz twarzy.

- To na pewno może poczekać, lordzie Denham. Fergus musi mieć lekcję czytania...

Znowu był lordem. Nie będzie się tym przejmował. Zawsze był dla niej lordem, to się 

zmieniło tylko na kilka minut. Więc znowu może nim być. Tymczasem.

- Twoja ofiarność mnie wzrusza, Emmo powiedział sucho James jednak wydaje mi 

się, że panicz Fergus powinien już iść do domu. Pani MacTavish przygotowała mi koszyk z 

jedzeniem, odwiozę cię teraz do twojej chaty, gdzie będziemy mogli spokojnie porozmawiać 

przy   obiedzie.   Może   uda   się   nam   wyjaśnić   te   drobne   kłopoty,   w   które   się   wpakowałaś. 

Dobrze? Włożył cylinder i rękawiczki, zdjął z haczyka pelerynę Emmy i przytrzymał ją dla 

niej. Idziemy, pani Chesterton. Proszę się nie ociągać. Płacę Murphy'emu za godziny, a nie za 

kurs. On czeka na nas przed gospodą.

Twarz Emmy straciła swój niefrasobliwy wyraz; teraz była zakłopotana.

- Pani MacTavish przygotowała koszyk z jedzeniem? spytała cichym głosem.

- Tak, włożyła tam mnóstwo pysznych rzeczy.

James potrząsnął trzymaną w ręku peleryną, Emma wstała z ławki i podeszła do niego 

wolnym   krokiem.   Odwróciła   się,   żeby   mógł   zarzucić   jej   na   plecy   bardzo   już   znoszone 

okrycie.

-   W   koszyku   jest   śledź   w   śmietanie   mówił   James,   obracając   ją,   żeby   zawiązać 

tasiemki peleryny. Jest tam też placek z mięsem, z jagnięcina, jeśli się nie mylę. Duszone 

ostrygi. Świeżo upieczony chleb i butelka wina. Zdjął kapelusz ze ściany i zgrabnie włożył na 

jej gęste loki. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za złe, pomyślałem jednak, że po 

całym dniu uczenia możesz nie mieć ochoty, żeby sobie coś ugotować. Zawiązał jej kapelusz 

na kokardkę pod brodą. A na deser są bezy. Chociaż pani MacTavish twierdziła, że powietrze 

jest zbyt wilgotne i bezy się nie udadzą, potrafiłem ją jednak przekonać.

James obrzucił Emmę, która nie odrywała od niego zdumionego wzroku, uważnym 

spojrzeniem.

- Więc jesteśmy gotowi. Masz rękawiczki? Sięgnął do kieszeni jej peleryny i wyjął 

stamtąd   grube   skórzane   rękawiczki.   No   to   świetnie   powiedział,   podając   jej   ramię.   Pani 

Chesterton, proszę mi pozwolić, żebym odprowadził panią do powozu pana Murphy'ego...

Emma ujęła go pod ramię, poruszając się jak we śnie. Oprzytomniała dopiero, kiedy 

background image

znaleźli się w drzwiach.

-   Fergus!   zawołała,   szybko   się   odwracając.   Zgaś   lampę,   dobrze?   Wiesz,   że   pan 

McGillicutty bardzo się złości, kiedy zostawiamy ją zapaloną.

- Zrobię to zapewnił ją Fergus.

- Pamiętaj też o piecyku, sprawdź, czy ogień wygasł.

- Zrobię to. James zauważył, że Fergus wznosi oczy do góry.

- I ławki! wołała Emma, przytrzymując targany wiatrem kapelusz. Kiedy przyjdzie 

pan McGillicutty,  poproś, żeby ci pomógł odsunąć ławki od pieca. Czasami, przy silnym 

wietrze, zaczynają łatać iskry, nawet po wygaszeniu pieca, i ławki mogą się zapalić.

- Dosyć tego, pani Chesterton przerwał jej James, wyprowadzając ją na zewnątrz. 

Zwlekałaś, jak tylko mogłaś. Nie przypuszczam, żebyś potrafiła cokolwiek jeszcze wymyślić, 

żeby opóźnić wyjście.

Emma zarumieniła się.

- Nie wiem, o czym pan mówi, lordzie Denham powiedziała z udawanym oburzeniem.

- Za to ja dobrze wiem. Pożegnaj się z chłopcem.

Emma pomachała mu ręką zza drzwi.

- Do widzenia Fergus. Jutro będziemy mieli lekcję. Obiecuję...

- Do widzenia pani! zawołał wesoło chłopak.

Jeśli nawet zaniepokoił go fakt, że jego nauczycielka tak niechętnie opuszczała szkołę 

w towarzystwie tego wysokiego dżentelmena, to ten niepokój nie trwał długo. Lord Denham, 

jak stwierdził Fergus, był porządnym facetem. Najlepszym dowodem był ten funt w dłoni. 

Jeszcze   nigdy   w   życiu   nie   był   taki   bogaty,   był   nawet   bogatszy   niż   jego   własny   ojciec, 

ponieważ każda moneta, która trafiała do rąk pana MacPhersona, natychmiast znajdowała się 

na ladzie gospody „Pod Morską Krową”.

Fergus nie wiedział jeszcze, na co wyda swój ogromny majątek, wiedział natomiast 

jedno:   to   źródło   dochodów   jeszcze   dla   niego   nie   wyschło.   Będzie   miał   na   oku   lorda, 

przyjaciela pani Chesterton. O tak, nie będzie go spuszczać z oka.

background image

10

Emma siedziała sztywno wyprostowana na swojej rozkładanej, wyściełanej ławie. Nie 

mogła i nie chciała się odprężyć. Kiedy były małe, ciotka pouczała ją i Penelope, że damom 

nie wypada rozpierać się na krzesłach. Kręgosłup, tłumaczyła im Regina van Court, nie może 

dotykać oparcia.

Emma   już   dawno   doszła   do   wniosku,   że   większość   tego,   co   mówiła   ciotka,   była 

nieprawdziwa lub po prostu śmieszna. Dama, jak się przekonała Emma, może spoczywać, jak 

się jej tylko podoba, i nadal pozostać damą. Sposób siedzenia nie był miernikiem dobrego 

wychowania. Tu chodziło o coś zupełnie innego, o umiejętność nieokazywania słabości, o 

hart ducha. Pod tym względem Emma niewątpliwie była damą.

Tkwiła sztywno na lawie nie dlatego, żeby udowodnić Jamesowi, że jest prawdziwą 

damą. Ani to jej było w głowie. Nie mogła się odprężyć, ponieważ wiedziała, że James w 

każdej chwili może spytać o Stuarta, o to, jak umarł, co z kolei sprowadzi rozmowę na pana 

O'Malleya i jego okropny testament.

Sama nie wiedziała, który temat budził w niej większą odrazę zamordowanie jej męża 

czy majątek, który zostawił jej morderca. Oba były równie odpychające. Czy James tego nie 

rozumie? Czy chociaż raz nie może się zdobyć na odrobinę litości i zostawić ją w spokoju? 

Nie, Emma nie może sobie pozwolić na chwilę odprężenia. Nie da się zwieść fałszywemu 

poczuciu bezpieczeństwa, chociaż grzeje się przy ogniu na swojej wygodnej ławie, a przed 

sobą ma pyszne jedzenie. Musi być czujna, bo w każdej chwili James może zaskoczyć ją 

jakimś pytaniem.

Mimo   wszystko   odczuwała   wobec   niego   trochę   wdzięczności.   Uratował   ją   przed 

baronem MacCreigh. Kiedy pytał ją wtedy w latarni, co mogłoby się zdarzyć, gdyby się w 

samą   porę   nie   zjawił,   Emma   powiedziała,   że   nic.   Oczywiście,   skłamała.   Wcale   nie   była 

przekonana, że nic by się nie wydarzyło.

Dobrze wiedziała, że pogłoski, jakoby lord MacCreigh zabił swoją narzeczoną, są 

nieprawdziwe wiedziała o tym lepiej niż ktokolwiek na całej wyspie z wyjątkiem samego 

lorda MacCreigh.

Wiedziała jednak, że lord miał bardzo wybuchowy temperament. Jego narzeczona, 

Clara,   opowiadała   kiedyś   Emmie,   jak   podczas   rodzinnej   kolacji   rzucił   o   ścianę   talerzem 

pełnym węgorzy, ponieważ nie były umarynowane tak, jak on lubił.

Poza tym baron desperacko potrzebował pieniędzy. Zamek pokryty był drewnianym 

dachem, który już zaczął przeciekać. MacCreigh musiał albo całkowicie wymienić dach, co 

background image

wiązało   się   z   położeniem   nowej   dachówki,   albo   stracić   cenne   pamiątki   rodowe,   między 

innymi piękne, choć trochę uszkodzone przez mole, czternastowieczne gobeliny...

Emma   wiedziała,   że   baron   jej   nie   zabije,   nie   była   jednak   pewna,   czy   nie   zechce 

zastosować wobec niej przymusu. Nie miał jednak ku temu okazji, bo wszedł James i położył 

kres całej sprawie.

Emma   była   mu   szczerze   wdzięczna   i   to   nie   tylko   za   to,   że   powstrzymał   lorda 

MacCreigh. Zadał sobie również dużo trudu, nie mówiąc już o wydatkach, żeby zaaranżować 

tę   kolację,   która   rzeczywiście   była   pyszna.   Pani   MacTavish   była   najlepszą   kucharką   na 

wyspie, a Emma rzadko miała sposobność, żeby móc to stwierdzić. Co prawda, przez kilka 

dni po śmierci Stuarta właścicielka gospody częstowała Emmę gorącymi posiłkami, ale nie 

mogła przecież robić tego bez końca.

- Jeszcze trochę wina, Emmo? spytał James.

Nie   czekając   na   odpowiedź,   dolał   do   jej   kieliszka,   chociaż   Emma   niewiele   piła. 

Jeszcze by tego brakowało, żeby teraz miało zacząć się jej kręcić w głowie.

James nie miał takich obaw. Sam wypił trzecią część butelki. Emma nigdy jeszcze nie 

widziała go w tak dobrym humorze, co było o tyle dziwne, że już wczesnym rankiem zdołał 

sobie uszkodzić nadgarstki na szczęce farmera. Wydawał się o tym nie pamiętać, pochłaniając 

z glinianej miski duszone ostrygi. Emma nie miała innych naczyń, po tym kiedy hrabia stłukł 

jej serwis z Limoges. Tę miskę trzymał zresztą na kolanach, porzuciwszy stół dla bliskości 

ognia.

Bez względu na to, czego już mógł się dowiedzieć o okolicznościach zgonu swojego 

kuzyna,   James   był   w   świetnym   humorze   od   chwili,   kiedy   wsiedli   do   pojazdu   pana 

Murphy'ego. Tym razem posłuchał rady Emmy i usiadł obok niej, twarzą do kierunku jazdy. 

Nie narzekał, kiedy karawan chwiał się na koleinach, bo chociaż deszcz już nie padał, droga 

była jeszcze bardziej śliska i błotnista niż przedtem.

James   nie   robił   jednak   na   ten   temat   żadnych   uwag.   Wypytywał   Emmę   z 

zainteresowaniem o szkołę i ona, która początkowo zachowywała rezerwę, zaczęła opowiadać 

mu z zapałem o Johnie McAdamsie, Florze i Fergusie, i o swoich kłopotach z piecykiem, o 

braku ławek i książek, papieru i atramentu. James słuchał uważnie i nie zganił jej, jakby to 

zrobił przed rokiem, za to, że marnuje czas na doskonalenie umysłów „niewartych uwagi”. 

Emma pamiętała, że tak zwykle mówił o dzieciach ludzi z niższych klas.

Raz   tylko   przybrał   surowy   wyraz   twarzy,   kiedy   na   jego   uprzejme   pytanie   Emma 

wyjawiła mu niewielką sumę, jaką płaciło jej miasteczko za pracę w szkole. Jednak kiedy 

zaczęła mu szybko tłumaczyć, że po epidemii tyfusu zostało niewiele pieniędzy w miejskiej 

background image

kasie, skinął głową, jakby to rozumiał. Emma nie wspominała o lordzie MacCreigh, ale ku jej 

niezadowoleniu, kiedy przejeżdżali koło Drzewa Życzeń, James spytał ją zdawkowym tonem, 

czy   po   raz   pierwszy   baron   złożył   jej   wizytę,   kiedy   była   sama   w   latarni.   Wyraźnie   był 

niezadowolony,   kiedy   mu   powiedziała,   że   baron   odwiedzał   ją   tam   dwa   lub   trzy   razy   w 

miesiącu, nigdy więcej, i że dzisiaj po raz pierwszy „stracił głowę”, jak to dyplomatycznie w 

swoim przekonaniu określiła.

Potem omal wszystkiego nie zepsuła, dodając lekkim tonem:

- Ale to się zdarzyło tylko dlatego, że sędzia Reardon przyjechał do miasteczka.

A  przecież  poprzysięgła  sobie,  że   nie  będzie   poruszać   tego   tematu.  Było  całkiem 

możliwe,   że   James,   chociaż   mógł   się   już   dowiedzieć   prawdy   na   temat   śmierci   swojego 

kuzyna, nie słyszał jeszcze o testamencie pana O'Malleya.

Stwierdziła z ulgą, że nic o tym nie wiedział. Przynajmniej robił takie wrażenie. Nie 

poruszył tego tematu podczas jazdy. Przez cały czas był dla niej niezwykle uprzejmy.

Zatrzymali się tylko przed farmą gadatliwej pani MacEwan, żeby zabrać od niej Unę. 

Matka Cletusa na widok lorda Denhama natychmiast przerwała swój potok mowy. Emma 

była   pewna,   że   wkrótce   całe   Faires   będzie   wiedziało,   że   jadła?   kolację   w   towarzystwie 

mężczyzny nieważne, że ten mężczyzna był jej krewnym, co prawda tylko przez małżeństwo, 

ale jednak...

Kiedy pan Murphy zatrzymał się wreszcie przed jej chatą, James pierwszy wyskoczył 

z pojazdu i podał Emmie rękę tak eleganckim gestem, jakby przybyli do St. James Palące, a 

nie   do   skromnej   chaty.   Wykazał   też   ogromną   cierpliwość,   kiedy   Emma   zajmowała   się 

gospodarstwem, rozniecała ogień, zapalała lampy i karmiła zwierzęta psa, kotkę z małymi, 

kury i kozę. Trudno było  uwierzyć,  że ten James, który jest w jej chacie, i ten, którego 

przedtem znała, to jedna i ta sama osoba.

Teraz częstował ją bezami i opowiadał o wspólnych znajomych, o ludziach poznanych 

zimą ubiegłego roku. James potrafił być niesłychanie  czarujący, jeśli tylko  chciał. Emma 

czuła się przy nim zupełnie swobodnie, kiedy siedzieli razem na szerokiej, przysuniętej blisko 

ognia ławie. Wysokie oparcie chroniło ich przed wiatrem, który czasem przenikał do chaty 

przez niezbyt szczelne drzwi, i dawało poczucie bezpieczeństwa. Emma obawiała się, że w tej 

przyjemnej atmosferze może stracić czujność. Łatwo mogłaby zapomnieć, że znajdują się w 

stojącej na urwistym  wybrzeżu chacie, o której szyby bije wiatr od wzburzonego morza. 

Równie   dobrze   mogliby   być   w   Londynie,   na   późnej   kolacji   w   domu   Jamesa,   jak   to 

wielokrotnie robili poprzedniego roku, po powrocie z tańców.

Była tylko jedna zasadnicza różnica: teraz zabrakło Stuarta.

background image

Słuchając opowieści Jamesa o nowej sukni, którą Penelope miała ostatnio na sobie w 

operze   jak   się   okazało,   hrabia   nie   ożenił   się   z   nią,   nie   byli   nawet   zaręczeni   Emma 

zastanawiała się, czy James, podobnie jak ona, odczuwa brak Stuarta. Czy, zadała sobie w 

duchu pytanie, brakuje mu kuzyna? Co prawda, od czasu wyjazdu Stuarta na Szetlandy nie 

zamienili ze sobą ani słowa, ale mimo dzielących ich różnic byli sobie bliscy jak bracia.

Dopóki Emma w to nie wkroczyła, tamtego pamiętnego dnia w bibliotece Jamesa.

Tak bardzo chciałaby się trochę odprężyć! Może zachowuje się głupio. Hrabia nic 

przecież nie wie o panu O'Malleyu. Skąd miałby o tym wiedzieć? To śmieszne z jej strony, 

że...

- A więc Emmo odezwał się James swobodnym tonem, biorąc bezę z koszyczka.

Powiedział to jakby od niechcenia, zachowywał  się tak naturalnie,  że Emma  była 

przekonana,   że   zrobi   jakąś   uwagę   o   pogodzie,   a   w   najgorszym   wypadku   o   złym   stanie 

zdrowia króla.

Była zupełnie nieprzygotowana na to, co usłyszała.

- Co się naprawdę stało Stuartowi?

Och, tylko nie to...

background image

11

James  wcale   nie  myślał  o  Stuarcie,  kiedy  Emma  zastanawiała  się,  czy  hrabia   nie 

przeżywa śmierci kuzyna.

Może powinien odczuwać tę stratę. To byłaby zupełnie naturalna reakcja. Siedział 

przecież na ławie Stuarta w chacie, w której on mieszkał w ostatnich miesiącach swojego 

krótkiego życia. Na gzymsie kominka leżała fajka kuzyna, na półkach stały jego książki, w 

sąsiednim pokoju zaś była jego sypialnia. W powietrzu, którym oddychał James, unosiły się 

wspomnienia po Stuarcie Chestertonie...

Ponadto siedziała przy Jamesie, wyglądając niezwykle powabnie ze swoimi jasnymi 

włosami, niebieskimi oczami i zaróżowionymi policzkami, wdowa po Stuarcie Chestertonie.

Mimo to, w tym  szczególnym  momencie,  hrabia zupełnie nie pamiętał  o kuzynie. 

Może dlatego, że w tej właśnie chwili mógł myśleć wyłącznie o Emmie, a ta Emma, która 

siedziała obok niego, była całkowicie odmienna od tamtej, zauroczonej Stuartem dziewczyny. 

Tamta   Emma,   podobnie   jak   Stuart,   usiłowałaby   uzmysłowić   Jamesowi,   jak   bardzo 

niewłaściwe   jest   jego   rozrzutne   wydawanie   pieniędzy.   Tamta   starałaby   się   dać   mu   do 

zrozumienia, że potępia jego niemoralny tryb życia, chociaż robiłaby to w czarujący sposób. 

Tamtą Emmę pokochał Stuart i z tamtą się ożenił.

Ale to nie była ta dziewczyna, obok której siedział teraz James. Tamta Emma nie 

otworzyłaby swojej własnej szkoły, chociaż mogłaby wpaść na taki pomysł, nie potrafiłaby 

wcielić go w życie, a tym bardziej tak długo w nim wytrwać. Tamta bałaby się pozostać w tej 

maleńkiej chatce, na odludnej wyspie, z dala od rodziny i przyjaciół, a ta Emma zbudowała tu 

swoje własne, niezależne od nikogo życie, wydawała się z niego zadowolona i nie zamierzała 

rezygnować, pomimo tylu piętrzących się przed nią trudności.

Kobieta, która obok niego siedziała, była  zupełnie inna od tamtej  sprzed roku... a 

zarazem dziwnie do niej podobna. Chociaż teraz wydawała się silniejsza i bardziej pewna 

siebie, nadal była krucha i delikatna czy mógłby zapomnieć, jak kurczowo się go trzymała w 

latarni morskiej? miała również ten sam urok, była ciepła i bardzo kobieca.

Ciekaw był, czy Emma zmieniła się jeszcze przed śmiercią Stuarta, czy też później. A 

jeśli   ta   metamorfoza   nastąpiła   wcześniej,   to   jak   się   na   to   zapatrywał   Stuart?   Czy   ich 

małżeństwo było szczęśliwe? James nie był tego pewien. Czy Emma odczuwała brak męża? 

Na pewno tak. Kobieta, która była gotowa poświęcić tyle dla mężczyzny, musiała to zrobić z 

wielkiej miłości.

Ale kiedy już wywalczyła Stuarta dla siebie, czy on potrafił ją uszczęśliwić? James był 

background image

ciekaw, czy się tego kiedykolwiek dowie. Nie mógł jej zadawać takich pytań. Nie wprost, tak 

jak spytał o okoliczności śmierci jej męża.

Hrabia robił wszystko, żeby Emma poczuła się swobodnie.

Widział przecież, że jest niesłychanie spięta wiedziała zapewne, że jej tajemnice, które 

tak gorliwie przed nim ukrywała, muszą teraz zostać ujawnione. Nie miał pojęcia, dlaczego 

chciała   to   wszystko   utrzymać   w   sekrecie.   Przecież   to   nie   jej   wina,   że   Stuart   został 

zamordowany, tak samo jak nie z jej winy sędzia Reardon postawił ten śmieszny warunek, że 

musi wyjść za mąż, by otrzymać należny jej spadek.

Jednak   teraz,   kiedy   podjął   ten   temat,   przekonał   się,   że   rozmowa   będzie   o   wiele 

trudniejsza, niż mógł się spodziewać. Emma miała już dość czasu, żeby opłakać śmierć męża 

zresztą James nie zauważył, żeby nadal boleśnie odczuwała jego brak. To znaczy, aż do tej 

chwili.  Teraz,  kiedy  zadał  pytanie  o  okoliczności   śmierci   Stuarta,   Emmę   ogarnął   ponury 

nastrój. Opuściła głowę, a jej włosy, z których już dawno powypadały szpilki, połyskiwały 

złociście w blasku ognia.

- Och, James szepnęła. Nie chcę o tym mówić. Nie zmuszaj mnie do tego, proszę.

- Emmo, ja muszę wiedzieć powiedział stanowczo. I na pewno zdajesz sobie z tego 

sprawę. Jeśli nie chcesz, to nikomu w Londynie o tym nie powiem, ale muszę znać prawdę. 

Chyba to rozumiesz?

Zakryła oczy dłonią, więc nie widział jej reakcji.

- Chyba rozumiem powiedziała wreszcie.

- Więc nalegał łagodnie James jak umarł Stuart?

Emma westchnęła i opuściła głowę jeszcze niżej, wbijając wzrok w ogień.

- Został zabity. Rybak, O'Malley... oni się posprzeczali, on i Stuart. Wtedy O'Malley 

uderzył go. Wcale nie chciał go zabić. Tylko Stuart... nie spodziewał się ciosu, upadł, uderzył 

głową o kamień przy palenisku i...

- I umarł dokończył cicho James.

- Tak. Emma podniosła głowę, na jej długich, ciemnych rzęsach lśniły łzy. Przykro mi, 

James.

- To nie była twoja wina powiedział. Czy mi powiesz, czy możesz mi powiedzieć, o co 

się posprzeczali?

Emma potrząsnęła głową. Jej oczy miały nieobecny wyraz.

- Nie jestem tego pewna. To się stało tak szybko dodała po chwili. James, jestem 

pewna, że on nie cierpiał. Nie tak... nie tak jak pan O'Malley później.

- Emmo powiedział tylko.

background image

Zapragnął otoczyć ją ramieniem, pocieszyć, jak to robił, kiedy była dzieckiem. Ale 

teraz nie ośmielił się tak postąpić. I to nie dlatego, że była wdową po jego kuzynie... Nie 

ośmielił się, ponieważ byli tylko we dwoje, w samotnej chacie, i cóż by go powstrzymało, 

gdyby nie wystarczył mu fakt, że mógł otoczyć ją ramieniem... Gdyby zapragnął, a dobrze 

wiedział, że tak by się stało, przywrzeć wargami do jej gładkiego czoła albo jeszcze niżej, do 

jej słodkich ust...

Nie. Nie wolno mu poddawać się takim myślom. Musi wykonać swoje zadanie. Musi 

się wreszcie otrząsnąć, chociaż ona zawsze tak bardzo go pociągała...

- A co z pieniędzmi, Emmo? spytał. Z testamentem?

Podniosła   głowę,   patrząc   na   niego   szeroko   otwartymi   oczami.   Było   jasne,   że   ze 

wszystkich pytań, jakie mógł jej zadać, to i było najmniej pożądane.

- Jak się o tym dowiedziałeś? Emma była wstrząśnięta.

- Zadziwiasz mnie powiedział James, obrzucając ją surowym spojrzeniem. Przecież 

Faires   jest   małą   mieściną.   Dziwię   się   tylko,   że   nikt   nie   zdążył   mnie   wcześniej   o   tym 

poinformować. Uśmiechnął się do niej. Teraz pozostaje tylko pytanie, co masz zamiar z tym 

zrobić?

Emma potrząsnęła głową, jej długie loki opadły na ramiona.

- Zrobić? powtórzyła słabym głosem.

- Tak. Ta klauzula, że musisz wyjść za mąż, żeby otrzymać ten... ten spadek, jest po 

prostu śmieszna. Jeśli pozwolisz, przekonsultuję to z moim przyjacielem, który zajmuje się 

tego typu sprawami w sądzie Izby Skarbowej. Wierzę, że istnieje duża szansa, żeby wygrać 

apelację od tej groteskowej decyzji sędziego Reardona.

- Nie chcę tego powiedziała stanowczo Emma, kręcąc głową.

- To mi nie sprawi najmniejszego kłopotu zapewnił ją z uśmiechem. Prawie żadnego 

kłopotu. Mój adwokat złoży apelację, a ty będziesz musiała stawić się przed... Emma tak 

gwałtownie poruszyła się na ławie, nie przestając potrząsać głową, że poczuł zapach lawendy. 

Był zdumiony jej reakcją. Emmo, dlaczego ten pomysł budzi w tobie opór? Nie chcesz tych 

pieniędzy?

- Oczywiście, że chcę! Patrzyła teraz na niego takim wzrokiem, jakby był z lekka 

niedorozwinięty. Ale ja nie mogę opuścić Faires, żeby się stawić przed jakimś sądem.

- Nie możesz opuścić... James nie wierzył własnym uszom. Ależ Emmo...

Poczuła   nagle,   że   już   dłużej   tego   nie   zniesie.   Siedziała   na   tej   ławie   przez   dwie 

godziny, czekając na to, co właśnie nastąpiło. Teraz nie potrafiła usiedzieć ani minuty dłużej. 

Wstała,   odeszła   od   ognia   i   zaczęła   przemierzać   swoją   izbę,   która   służyła   jej   za   salon   i 

background image

jadalnię, szybkimi krokami.

Dobry Boże, co ona teraz zrobi? Jej modlitwy nie zostały wysłuchane to, co się nie 

miało zdarzyć, właśnie się zdarzyło. James dowiedział się o pieniądzach, poznał prawdę o 

śmierci Stuarta przynajmniej większą część prawdy czy zła passa już nigdy nie minie?

- Emmo. James również wstał z ławy i patrzył na nią, jak się miota po izbie. Emmo, 

powinnaś zachować się rozsądnie. Rozumiem, że ta rozmowa nie jest dla ciebie przyjemna, 

ale   tu   chodzi   o   dziesięć   tysięcy   funtów.   Ta   suma   wystarczyłaby   ci   na   całe   życie,   które 

mogłabyś spędzać wygodnie i beztrosko.

- Wiem o tym powiedziała, idąc w stronę umywalki, ale zaraz się odwróciła, żeby 

ruszyć w przeciwnym kierunku. Myślisz, że o tym nie wiem?

- Więc dlaczego nie chcesz złożyć apelacji od decyzji Reardona? James potrząsnął 

głową. Chyba nie uważasz, że to jest w porządku, że musisz najpierw wyjść za mąż, żeby 

dostać te pieniądze?

- Nie odrzekła Emma. Wcale tak nie uważam.

Nie przestawała krążyć po kuchni, ze skrzyżowanymi na piersi rękami, jakby zrobiło 

się jej nagle chłodno.

- Bądź rozsądna, Emmo  nalegał. To jest  o wiele więcej pieniędzy, niż uda ci się 

zgromadzić przez całe życie. Nie wyobrażam sobie, żeby Stuart mógł ci cokolwiek zostawić...

- Zostawił. Zatrzymała się na środku izby, patrząc na niego płonącym z oburzenia 

wzrokiem. Stoisz w tym, co mi zostawił.

- Więc dobrze. Ale ta chata to wszystko, co ci zostawił, Emmo. Stuart umarł bez 

grosza przy duszy, a więc w takiej samej sytuacji, w jakiej był, kiedy się z tobą żenił. A 

przecież twoja rodzina nie pomoże...

- Oczywiście, że nie. Emma zaczęła znowu krążyć po kuchni, kiedy zawracała, jej 

długa spódnica omiatała podłogę. Pan najlepiej powinien o tym wiedzieć, milordzie.

James postanowił zignorować tę uwagę.

- Nie masz pieniędzy, Emmo powiedział, siląc się na spokojny i serdeczny ton głosu. 

Nie przyjęłaś mojego zaproszenia, żeby zamieszkać w Londynie z moją matką. Pensja, którą 

dostajesz za uczenie w szkole, nie wystarcza, żeby...

- Dam sobie radę stwierdziła, nie patrząc na niego.

- Dasz sobie radę? Jak to sobie wyobrażasz?

Irytowało   go,   że   Emma   tak   się   miota,   więc   zastąpił   jej   drogę,   gdy   obok   niego 

przechodziła, kierując się znów w stronę umywalki.

- Czy coś jeszcze ukrywasz przede mną, Emmo? Spojrzał jej w twarz była zmieszana. 

background image

Może jest ktoś...

Jej   niebieskie oczy były  szeroko  otwarte  i  miały  równie  szczery  wyraz  jak   przed 

rokiem, kiedy informowała go, że jego kuzyn i ona chcą się pobrać.

- Ktoś? powtórzyła.

- Tak. James odchrząknął. Ktoś, za kogo może chcesz wyjść za mąż, żeby móc dostać 

pieniądze? Może to ten farmer, Cletus?

Emma wzniosła tylko oczy do nieba, żeby wyrazić swoją niechęć do tego projektu. 

Chciała wyminąć hrabiego, ale chwycił ją za ramię.

- No więc? spytał. Jeśli nie on, to może jest ktoś inny, Emmo? Czy jest ktoś taki?

- Oczywiście, że nie! Emma wyrwała się z jego uścisku. Stanęła z dala od niego, 

wygładzając   zgnieciony   jego   palcami   bufiasty   rękaw   sukni   i   usiłując,   bez   widocznych 

rezultatów, upiąć w węzeł swoje niesforne loki. Ależ lordzie Denham, nie minęło jeszcze 

sześć miesięcy od śmierci mojego męża. Za kogo mnie pan uważa?

James odetchnął głęboko. Miał uczucie, jakby jakiś ogromny ciężar spadł mu z piersi. 

Nie zdawał sobie nawet sprawy, z jaką niecierpliwością oczekiwał jej odpowiedzi. Udało mu 

się na szczęście nie okazać tych emocji.

- Przebacz mi, Emmo powiedział. Musisz jednak przyznać, że moja ciekawość była 

usprawiedliwiona. Z jakiego innego powodu mogłabyś nie chcieć składać apelacji od decyzji 

sędziego Reardona?

- Już ci mówiłam. Takie apelacje mogą trwać całymi latami. Ja nie mogę opuścić 

Faires na tak długi czas.

- Na litość boską, Emmo, dlaczego nie? James ściągnął brwi.

Popatrzyła na niego, jakby był niespełna rozumu.

- Dzieci powiedziała tylko.

- Dzieci? powtórzył.  Po chwili  przypomniał  sobie rozmowę, jaką przeprowadził  z 

sędzią Reardonem. Aha, chodzi o twoich uczniów.

- Tak, o moich uczniów. Emma przeszła obok niego, aby wziąć szal wiszący na kołku 

obok   kominka.   Zarzuciła   go   sobie   na   ramiona   i   popatrzyła   na   Jamesa   wyzywającym 

wzrokiem. Nie mogę ich opuścić.

- Dlaczego nie? dopytywał się James. Prowadzisz szkołę czy sierociniec? Czy one nie 

mają rodziców?

- Nie wszystkie. Wiele z nich straciło rodziny podczas epidemii tyfusu. Szkoła moja 

szkoła jest dla nich jedynym miejscem na wyspie, gdzie czują, że są coś warte, gdzie mogą 

poczuć   się   bezpieczne.   Nie   mogę   jeździć   do   Londynu   i   tracić   czasu   na   sądy,   żądając 

background image

pieniędzy, które mi się nie należą, kiedy jestem potrzebna i to bardzo gdzie indziej.

- To prawda, ale, Emmo... James nie rozumiał, dlaczego mówiła teraz zupełnie innym 

tonem. Przecież to nie jest twój obowiązek. Dlaczego właśnie ty miałabyś się starać, żeby 

dzieci z Faires nauczyły się czytać?

- Och, to nie mój obowiązek? Szczelniej okryła się szalem. A więc czyj?

- Nie wiem przyznał James. Chyba pastora. Niech on je uczy. James zdążył już poznać 

pastora i niezbyt wierzył, żeby ten duchowny zechciał wykazać jakiekolwiek zainteresowanie 

swoimi ubogimi braćmi. To należałoby raczej do obowiązków wikarego... gdyby on nadal 

miał   wikarego.   Wielebny   Peck   napotkał   zapewne   trudności   ze   sprowadzeniem   nowego 

pomocnika, wieści o losie jego ostatniego wikarego dotarły już niewątpliwie do wszystkich 

seminariów duchownych w Szkocji.

- To nie twoja sprawa, Emmo stwierdził James. Nie powinnaś się w to mieszać.

- To typowe dla pana, lordzie Denham powiedziała z goryczą. Żadna sprawa nigdy nie 

była pana sprawą. Nigdy nie pomyślał pan o ludziach, którzy mieli tak niefortunny pomysł, 

żeby się urodzić w biedzie? Chociaż mając tyle pieniędzy, że nawet ich drobnej części pan nie 

potrzebuje, właśnie pan mógłby zrobić dla nich tak wiele.

James westchnął z rezygnacją. Nie tak to sobie wyobrażał. 1'rzewidywał co prawda, że 

Emma nie będzie miała ochoty rozmawiać o sytuacji, w jakiej się znalazła, nie przypuszczał 

jednak, że ożyje dawno zapomniany temat ich stałych dyskusji.

Patrzył teraz na nią i trudno mu było uwierzyć, że istota o tak anielskim wyglądzie 

może być zdolna do równie irytującego zachowania. Pomimo ciężkich przejść i znojnej pracy 

Emma   van   Court   nadal   była   piękną   kobietą.   Każda   dama   w   Londynie   mogłaby   jej 

pozazdrościć wspaniałych włosów i pięknych oczu, ale przede wszystkim Emma wzbudzała 

podziw czymś trudno uchwytnym w swoim wyglądzie. Czyżby to była kwestia, zastanawiał 

się w duchu James, zdumiony własnym sentymentalizmem, wewnętrznego ognia, nieugiętego 

ducha?

Dobry   Boże,   pomyślał,  muszę   jak   najszybciej   wyjechać   ze   Szkocji.   Staję   się 

obrzydliwie romantyczny.

- Zgoda, Emmo powiedział, krzyżując ramiona na piersi i ostrożnie dobierając słowa. 

Wiedział, że czujnie go obserwuje. Rozumiem, że w tej kwestii nie zmienisz zdania.

Nie był tego pewien, ale wydawało mu się, że na jej twarzy pojawił się wyraz ulgi.

- Nie zmienię, milordzie odrzekła poważnie.

A zatem utknęli na martwym punkcie. Przynajmniej w tej kwestii. Ale była jeszcze 

inna sprawa. James wzdragał się przed tym, ale musiał to zrobić. Nie miał wyboru.

background image

- Emmo powiedział. Chodzi o Stuarta.

- Tak? Zerknęła na niego z ciekawością. Co ze Stuartem? Po chwili przybrała chłodny 

wyraz twarzy. Powiedziałam panu, milordzie, tyle, ile...

- Nie. James podniósł rękę, żeby ją powstrzymać. Nie chodzi mi o okoliczności jego 

śmierci. Chcę cię spytać... o jego pochówek.

- Jego pochówek? Emma szeroko otworzyła oczy.

- Tak. Jego grób. Rozmawiałem z pastorem i on nie potrafił mi powiedzieć, gdzie 

Stuart został pochowany. Byłem ciekaw...

- Wielebny Peck tego nie wie powiedziała szybko Emma. Zbyt szybko. W tym czasie, 

kiedy umarł Stuart, umarło mnóstwo innych ludzi. Pastor nie mógł nawet odprawić modłów 

na jego pogrzebie. Nie mogłam nawet...

- Pochować go na cmentarzu przy kościele dokończył James. Wiem o tym, Emmo. I 

jestem ci za to wdzięczny, że nie zgodziłaś się na wspólną mogiłę. Wcale nie jestem na ciebie 

zły   za   to,   że   pochowałaś   go,   jak   przypuszczam,   w   nie   poświęconej   ziemi.   To   nie   ma 

najmniejszego znaczenia, bo uważam i jestem pewny, że podzielasz moje zdanie że on będzie 

szczęśliwszy, kiedy powróci do opactwa Denham.

- Powróci do opactwa Denham? nachmurzyła się Emma. Nie wiem, o czym pan mówi.

- Mówię o tym powiedział powoli że chciałbym zabrać stąd Stuarta.

Emma ściągnęła brwi.

- Zabrać Stuarta? Co pan przez to rozumie?

-   Chcę   go   ekshumować   wytłumaczył   jej   James.   Żeby   pochować   jego   zwłoki   w 

rodzinnym grobowcu w opactwie Denham. Musisz zrozumieć, Emmo, że to jedyne właściwe 

dla niego miejsce. Miejsce jego wiecznego spoczynku powinno się znajdować tam, gdzie są 

pochowani jego rodzice. Oni na pewno by chcieli...

- Nie!

Ten dźwięk był  raczej westchnieniem  niż słowem, ale James łatwo go zrozumiał. 

Zauważył również, że jej twarz pokryła się śmiertelną bladością.

- Emmo spytał, zaszokowany jej wyglądem. Czy źle się czujesz? Może ci coś podać? 

Napij się wina...

Emma, która tak silnie uchwyciła oparcie krzesła, że zbielały jej nadgarstki, chyba nie 

słyszała tego, co mówił.

- Nie możesz powiedziała, potrząsając gwałtownie głową. Nie możesz tego zrobić. 

Nie. Nie.

- Emmo...

background image

- Ja na to nie pozwolę dodała z pewnością siebie, nieco sztuczną, jak zauważył James. 

Trudno   być  pewnym   siebie,   pomyślał,   kiedy  jest   się  bliskim   zemdlenia.   Obawiał   się,   że 

właśnie tak było z Emmą. Słyszysz, ja na to nie pozwolę!

- Emmo powiedział. Jesteś bardzo zdenerwowana. Proszę cię, usiądź. Naleję ci wina...

- Nie chcę siadać. James stwierdził z ulgą, że rumieńce powoli wracają na jej policzki. 

Nie chcę wina. Nie będziesz go wykopywał, James. Rozumiesz? On zostanie tam, gdzie jest.

- Emmo...

- On jest moim mężem powiedziała drżącym głosem.

- Wcale tego nie kwestionuję.  Chcę tylko  powiedzieć, że w rodzinnym  grobowcu 

czeka na niego miejsce, tam gdzie spoczywa reszta jego rodziny, gdzie grób będzie otoczony 

opieką...

- On zostanie tutaj stwierdziła Emma. Razem ze mną, tutaj, na Faires. Rozumiesz? Nie 

wolno ci go tykać!

background image

12

Emma wstrząsnęła powygniataną poduszkę i przewróciła się na drugi bok. Nie mogła 

spać. Nic zresztą dziwnego.

Powinna się była tego spodziewać. Była naiwna, że wcześniej o tym nie pomyślała. 

Przecież to zrozumiałe, że hrabia chciał pochować swojego kuzyna w rodzinnym grobowcu. 

Chociaż Stuart zawiódł oczekiwania rodziny, nie oznaczało to jednak, że przestał do niej 

należeć. Pragną, żeby spoczął obok swoich rodziców i prawdopodobnie, pomyślała ponuro 

Emma, kiedy na nią przyjdzie czas, będą chcieli położyć ją obok Stuarta.

Jednak nie dojdzie do tego. Nie dojdzie, jeśli ona temu zapobiegnie.

A to akurat może zrobić; po prostu nie powie hrabiemu, gdzie jest pochowany jego 

kuzyn.

Była przekonana, że James uznał ją za okropnie sentymentalną osobę, a może nawet 

przesądną, ponieważ nie chciała zdradzić miejsca wiecznego spoczynku Stuarta. Ale to nie 

interesowało jej. To, co mógł pomyśleć hrabia, zupełnie jej nie obchodziło. On na pewno nie 

przejmował się tym, o czym ona myślała. Gdyby miał jakiś wzgląd na jej uczucia, czy spałby 

teraz na rozkładanej ławie w jej własnej chacie, zamiast w gospodzie „Pod Krową Morską”, 

gdzie sobie wynajął pokój? To prawda, że zaoferowała mu nocleg, kiedy byli w latarni, nie 

przypuszczała   jednak,   że   on   potraktuje   poważnie   jej   propozycję.   Powiedziała   to   zresztą, 

mając na uwadze przede wszystkim lorda MacCreigh.

Jeszcze nie zdołała dojść do siebie po szoku, jakiego doznała, gdy nagle zobaczyła go 

stojącego na grządkach warzyw, kiedy się dowiedziała, że on jest dokładnie poinformowany o 

testamencie   O'Malleya.   Chwilę   potem   oddał   do   niej   następny   strzał   z   biodra   w   sprawie 

Stuarta... i zaraz wynikła kwestia nocowania w jej chacie. Jak kobieta mogła dać sobie z tym 

wszystkim radę? Tego było za wiele. Tego już naprawdę było za wiele.

-   Uważam,   że   powinniśmy   udać   się   na   spoczynek   stwierdził.   Z   pewnością   jesteś 

bardzo zmęczona, ja zresztą też. Jeśli mi pokażesz, gdzie trzymasz zapasową pościel, nie będę 

ci sprawiał więcej kłopotu.

Emma oniemiała. On chciał tu spać?! W jej chacie? Chyba oszalał!

- Może nie zauważyłaś powiedział ale pan Murphy już dawno odjechał. Nie mam 

żadnej możliwości powrotu do miasteczka.

- Och! Westchnęła głęboko. Och, przecież możesz śmiało iść pieszo. Pójdę z tobą, 

żeby ci pokazać drogę. Tam jest stromo...

James uniósł czarną brew.

background image

- Emmo, zachowujesz się jak stara panna. Ja już na dzisiaj mam dosyć, to pewnie 

wpływ morskiego powietrza. Spędzę noc na ławie.

- Ale co na to powie pani MacTavish?! wykrzyknęła Emma. Zauważy, że nie spałeś w 

gospodzie. Będzie ciekawa, gdzie spędziłeś tę noc...

-   Pani   MacTavish   w   ogóle   nie   zwróci   na   to   uwagi,   Emmo.   James   wykonał 

lekceważący gest.

Emma usiłowała go przekonać, jak bardzo się mylił. Kiedy mówiła, że jutro dowie się 

o tym cała wyspa, James spojrzał na nią karcącym wzrokiem.

- Ależ Emmo, przecież nie jesteśmy sobie obcy. Jesteśmy rodziną.

Rodziną! Też pomysł! Przewracała się niespokojnie na łóżku, a Una patrzyła na nią, 

jakby się zastanawiała, kiedy jej pani wreszcie się uspokoi i da jej spać.

Są rodziną! Co za bezczelność! Po tym, co zrobił...

Prawda, że to wszystko miało miejsce  przed rokiem, tego okropnego dnia w jego 

bibliotece. No i co z tego?! Rodzina! Co to za rodzina, kiedy jeden rzuca się z pięściami na 

drugiego, tylko dlatego że ten drugi chce się ożenić?

Cóż   jednak   mogła   zrobić?   Nie   wypadało   przecież   wyrzucić   go   z   domu.   A   może 

powinna powiedzieć mu, żeby poszedł spać do stodoły, razem z Tressidą, jej kozą?

Tego jednak Emma nie zrobiła. Podeszła bez słowa do kufra i wyjęła z niego pościel. 

Zdziwiła się, kiedy James chwycił za róg kołdry, żeby pomóc jej ją rozprostować, i sam 

ułożył ją na wyściełanej ławie. Zgłosił również chęć pomocy w sprzątaniu po kolacji i, ku 

zdumieniu   Emmy,   przyjął   na   siebie   niezbyt   miłe   zmywanie,   jej   zostawiając   wycieranie 

naczyń.  Widok Jamesa zanurzającego dłonie w lodowatej wodzie wyzwolił w niej nawet 

wiele przychylnych uczuć. Nie wyobrażała sobie, żeby hrabia Denham chciał komukolwiek 

myć naczynia.

Szybko   jednak   przywołała   się   do   porządku.   Przy   tym   mężczyźnie   należało   stale 

zachowywać czujność. Nie powinna zapominać o tym, co się wydarzyło, kiedy mu po raz 

ostatni zaufała... Omal nie zabił Stuarta!

A teraz chciał zrobić coś, co nie tylko będzie przykre, ale doprowadzi do skandalu...

Nie. Nie pozwoli sobie na żadne ciepłe uczucia w stosunku do hrabiego. Gdyby tak się 

stało, o wiele trudniej przyszłaby jej odmowa, kiedy znowu ją poprosi a była przekonana, że 

tak się stanie o pozwolenie ekshumacji Stuarta. A na to nie mogła pozwolić.

Problem polegał na tym, że Emma nie była zdolna do nienawiści. Poza tym nie miała 

w tym żadnej wprawy. Hrabia Denham był jedyną osobą, której nie cierpiała, ale to uczucie 

nie trwało nigdy dłużej niż kilka minut i wybuchało raz na kilka tygodni, a nawet miesięcy. 

background image

Trudno jej było naprawdę kogoś nienawidzić. Będzie musiała się bardzo starać, żeby w tym 

wytrwać, dopóki on nie opuści wyspy... kiedykolwiek to nastąpi.

A co się stanie, pomyślała, jeśli on nadal będzie dla niej dobry, tak jak był do tej pory, 

broniąc jej przed lordem MacCreigh, przynosząc jedzenie z gospody, zmywając naczynia? 

Jak będzie mogła go nienawidzić?

Jednak bez względu na wszystko, nie wolno jej wyzbyć się wrogich uczuć.

Emma leżała w łóżku, nadsłuchując, czy James już zasnął. A może, tak samo jak ona, 

leży, patrząc w sufit? Z pierwszej izby nie dochodził żaden dźwięk. Słyszała oddech Uny, 

która leżała obok niej na łóżku, i za oknami szum wiatru, który przedostawał się do środka i 

wyziębiał sypialnię.

Chata Emmy miała zasadniczą wadę był tam tylko jeden kominek, i to w pierwszej 

izbie,   zamiast   w   sypialni,   gdzie   by   się   bardzo   przydał   w   nocy.   Kiedy   żył   Stuart,   nie 

odczuwała tego zbyt dotkliwie. Teraz, kiedy go zabrakło, a do tego drzwi I były zamknięte 

musiała je zamknąć, żeby James nie zobaczył jej w nocnej koszuli w sypialni Emmy było 

zimno jak w grobowcu.

Myślała   jeszcze   przez   chwilę   o   swojej   wychłodzonej   izbie,   potem   o   tym,   co   ma 

powiedzieć pani MacEwan następnego ranka, kiedy ją spyta a na pewno to zrobi, na Faires 

niczego nie dało się utrzymać w tajemnicy o Jamesa, który spędził noc w jej chacie, kiedy 

usłyszała   jakiś   dziwny   dźwięk.   To   nie   był   wiatr   ani   też   Una.   Ktoś   szarpał   frontowymi 

drzwiami.

Emma nie wiedziała, która mogła być godzina. Wydawało się jej, że leżała w łóżku 

już od wielu godzin, rozmyślając o Jamesie i jego nieoczekiwanej wizycie. Równie dobrze 

mogła to być północ, jak i świt niebo i tak było pokryte ciemnymi chmurami. Nie mogła też 

liczyć na swojego koguta, czasem zapominał budzić ją pianiem o świcie.

Uznała jednak, że jest bliżej północy niż świtu. Kto mógłby plątać się koło jej domku 

tak późno? Za życia Stuarta często była wyrywana ze snu w środku nocy. Podczas epidemii 

tyfusu   musiała   czasem   wstawać   dwa,   a   nawet   trzy   razy,   budzona   przez   parafian,   którzy 

chcieli, żeby wikary odczytał modlitwy przy łożu umierających bliskich.

Ale   Stuarta   już   nie   było.   Ktokolwiek   to   był,   musiał   mieć   ważny   powód,   żeby 

niepokoić ją o takiej godzinie.

Ważny albo bandycki powód...

Niewiele myśląc, Emma wyskoczyła z łóżka, otworzyła drzwi sypialni i podbiegła do 

kominka. Słabo już żarzące się polana promieniowały na pokój dziwną poświatą. Nie miała 

czasu   tego  podziwiać.  Podwinęła   rąbek  koszuli,  wspięła   się  na  kamień  kominka  i  zdjęła 

background image

strzelbę  myśliwską  ze ściany. Emma  niezbyt dobrze umiała  obchodzić się z bronią i nie 

miałaby serca zastrzelić jakiegoś zwierzęcia. Gdyby nie hojność pani MacEwan, żywiłaby się 

wyłącznie jarzynami i chlebem.

Jednak, chociaż Stuart  byłby  przerażony,  gdyby  o tym  wiedział, Emma  nie miała 

specjalnych oporów w strzelaniu do ludzi, gdyby wynikła taka konieczność.

Wzięła strzelbę pod pachę i podeszła do drzwi. Wieczorem dobrze je zamknęła nie 

tyle z obawy przed złodziejami, ale dlatego, że silny wiatr od morza często je otwierał. Kiedy 

drzwi były zaryglowane, do chaty można było wejść jedynie sposobem. Należało odsunąć 

zasuwkę, wkładając rękę przez jedno z wielu okienek, w których łatwo wypchnąć szybę. 

Wszystkie okienka otwierały się na zewnątrz, przytrzymywane metalowymi haczykami.

Emma nie zauważyła żadnej ręki na szybie, drzwi nadal były zamknięte. Ktokolwiek 

to był, nie udało mu się sforsować wejścia. Usłyszała jakiś hałas za plecami, odwróciła się 

szybko, przykładając strzelbę do ramienia. Serce podeszło jej do gardła...

Nagle ktoś wytrącił jej broń z ręki.

- Na litość boską, Emmo! krzyknął zduszonym szeptem lord Denham.

Z gardła Emmy wydobył się tylko niewyraźny dźwięk.

Przerażona, że ktoś się stara dostać do jej domu, zupełnie zapomniała o obecności 

Jamesa.   Na   widok   ogromnego   mężczyzny,   w   samej   tylko   koszuli,   całkowicie   straciła 

panowanie nad sobą i zaczęła przeraźliwie piszczeć. James szybko położył dłoń na jej ustach. 

Zorientowała się dopiero po chwili, że on ją trzyma przy sobie, że wyczuwa jego muskuły 

przez cienki materiał swej koszuli pod którą niczego nie miała i nie wiedząc, co robić, ugryzła 

go w palec.

- Och! James odsunął dłoń od jej ust. Co ty wyprawiasz?

- Puść mnie zażądała Emma, ale hrabia syknął tylko, żeby była cicho. On też usłyszał 

ten łomot. Stał nieruchomo, nadsłuchując.

Emma była pewna, że właśnie na tej czynności skupia on całą swoją uwagę. Przecież 

nie przyciskał jej tak mocno do siebie dlatego, że sprawiał mu przyjemność dotyk jej prawie 

nagiego ciała. W żadnym wypadku! Nie zauważył pewnie nawet, że jego udo znalazło się w 

jakiś dziwny sposób pomiędzy jej nogami. Oczywiście, że nie! Przecież nie tylko obejmował 

ją w pasie, ale trzymał też strzelbę w ręku. Mężczyzna, który trzyma strzelbę, nie mógłby 

myśleć o niczym innym, jak tylko tym, co będzie jego celem.

Ale Emma nie trzymała strzelby. Emma nie miała na czym skupić uwagi, czuła tylko 

dotyk jego ciała, muskularne udo pomiędzy nogami i jego palce, które wpijały się w jej 

biodro.   Co  więcej,   czuła  również  jego   zapach.   Ten  sam   męski  zapach,  który  tego  ranka 

background image

wypełniał pojazd pana Murphy'ego, mydło i woń Londynu. A do tego był równie gorący jak 

Una, która z nią spała w łóżku, tylko o wiele przyjemniej pachniał.

- Ja już niczego nie słyszę szepnął. A ty?

Emma   nie   odpowiedziała,   myślała   tylko   o   tym,   żeby   zapomnieć   o   jego   zapachu, 

zapomnieć o udzie między jej nogami.

Dopiero po chwili zaczęła nadsłuchiwać, ale wszędzie panowała cisza. I znowu ktoś 

zaczął szarpać drzwiami...

James   też   to   usłyszał.   Wypuścił   Emmę   z   objęć,   położył   dłoń   na   jej   ramieniu   i 

popchnął ją na ławę.

- Zostań tu polecił, nie patrząc na nią, i szybko okrył ją kołdrą. Zobaczę, kto tam jest.

Emma, która znalazła się w pościeli nagrzanej ciepłem jego ciała, zaprotestowała.

- Ja powinnam pójść. To może być któreś z dzieci.

- Dzieci? James obrzucił ją zdumionym spojrzeniem.

- Albo ktoś z rodziców powiedziała Emma. Czasem przychodzą do mnie, żeby im coś 

przeczytać...

- O pierwszej w nocy?!

- Obiecaj mi tylko, że ich nie zastrzelisz.

- Dlaczego miałbym to zrobić? James usiadł obok niej na ławie, żeby wciągnąć buty. 

To ty miałaś ten zamiar.

- Ale najpierw chciałam zapytać, kto tam jest, i strzelać tylko gdyby to był...

- Gdyby to był kto?

- Nikt. Emma spuściła wzrok.

- Hm. Tak podejrzewałem.

James podniósł się z ławy, złamał strzelbę i zajrzał do lufy.

- Emmo rzucił gniewnym głosem. Ta strzelba nawet nie jest nabita.

Emma podciągnęła kołdrę pod brodę. Powłoczka pachniała Jamesem.

-   To   byłoby   głupie,   żeby   zawiesić   nabitą   strzelbę   nad   kominkiem,   prawda? 

odpowiedziała szeptem.

James westchnął teatralnie.

- Gdzie Stuart trzymał naboje?

- W kredensie przy umywalce.  To znaczy,  w  tym,  co jeszcze  zostało  z kredensu. 

Odrzuciła kołdrę. Pokażę ci...

- Nie ruszaj się z ławy, sam je znajdę.

- Ale...

background image

-   Na   litość   boską,   Emmo.   Zostań   tam   albo...   Nie   mogąc   widocznie   znaleźć 

odpowiedniej groźby, dodał tylko: Albo się rozgniewam.

Emma, otulona w ciepłą pościel, zastanawiała się, kto mógłby składać jej wizytę o 

północy.   Niewykluczone,   że   był   to   ktoś   zupełnie   niegroźny.   Emma   miewała   już   takie 

wizyty... chociaż dość dawno. Możliwe jednak, że za drzwiami stał ktoś, kto miał rzeczywisty 

powód, żeby się tu zjawić.

A gdyby to był lord MacCreigh i James by go zastrzelił! Och, Boże, westchnęła.

Ta   sama   myśl   przyszła   hrabiemu   do   głowy   w   chwili,   kiedy   usłyszał   ruch   przy 

drzwiach. Przecież tylko dlatego postanowił spędzić tę noc w domku Emmy, z czego ona, 

naturalnie, me zdawała sobie sprawy. Bóg jeden wie, o co go mogła podejrzewać, kiedy się 

upierał, że zostanie u niej na noc.

Chociaż   James   przypuszczał,   że   po   baronie   można   się   spodziewać   prawie 

wszystkiego, nie wierzył jednak, że MacCreigh mógłby być aż tak głupi albo tak podły. 

Hrabia nie wyobrażał sobie, żeby jakikolwiek mężczyzna mógł w ten sposób terroryzować 

kobietę. Jaki łajdak ośmieliłby się nachodzić niewinną wdowę w środku nocy?

Był jednak świadomy, że czasem trudno zrozumieć pokrętne zamysły niektórych osób. 

Wiedział też, z czego Emma zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że na świecie było więcej zła 

niż dobra. Teraz miał tego najlepszy przykład. Mimo wszystko nie uważał barona MacCreigh 

za wariata.

A to, co się działo, niewątpliwie było aktem szaleństwa.

Nie   zapalał   świecy,   szukał   naboi   po   omacku.   Jeśli   MacCreigh   nie   usłyszał   pisku 

Emmy a mógł go nie usłyszeć z powodu wycia wiatru to na pewno zobaczyłby światło i 

domyślił się,, że jego obecność została zauważona. Należało go zaskoczyć. MacCreigh nie 

powinien   podejrzewać,   że   Emma   nie   jest   sama.   Miał   myśleć,   że   nikt   go   nie   usłyszał. 

Jamesowi zależało tylko na jednym: żeby oddać celny strzał.

Wzrok hrabiego już się przyzwyczaił do ciemności panującej w chacie. Ciemność i 

chłód. Przedtem jakoś tego nie zauważył, ale w tym domku było przeraźliwie zimno.

Znalazł naboje, nabił strzelbę, nie spuszczając z oczu okienek, rozmieszczonych po 

bokach drzwi.

Najpierw widział tylko smugi deszczu. Znowu się rozpadało, i to na dobre. Po chwili 

jakiś cień przesunął się obok jednego okienka. Za chwilę MacCreigh znowu zacznie szarpać 

drzwiami.

Teraz albo nigdy, pomyślał James.

Szybko   podszedł   do   drzwi.   Odsunął   drewniany   skobel,   podnosząc   jednocześnie 

background image

strzelbę do ramienia. Podmuch wiatru otworzył drzwi na oścież.

Za drzwiami stała, patrząc smutnym wzrokiem w lufę wymierzonej w nią strzelby, 

bardzo mokra i bardzo nieszczęśliwa krowa.

background image

13

- Och usłyszał za plecami okrzyk Emmy. To Louise!

James wolno opuścił strzelbę. Nie dowierzał własnym oczom. To nie był Geoffrey 

Bain,  to była  krowa.  Biało  - czarna  krowa.  Wpatrywał  się w  nią, a ona  podniosła łeb  i 

zaryczała żałośnie.

Emma odepchnęła go i podeszła do bydlęcia.

- Biedna Louise zaszczebiotała. Przytuliła policzek do krowiego pyska, przykrywając 

go swoimi złotymi lokami. Znowu uciekłaś? Pani MacEwan na pewno się martwi o ciebie. 

Dobrze zrobiłaś, że do mnie przyszłaś.

Po chwili, ku zdumieniu Jamesa, Emma podniosła głowę, chwyciła krowę za sznur na 

szyi i zaczęła ciągnąć ją do środka.

Wciągała ją do chaty.

- Emmo odezwał się James. Nie był pewny, czy jego głos przebije się przez szum 

deszczu, ale się nie poddawał. Emmo, co ty robisz?

- Hm mruknęła Emma.

Zwierzę początkowo się opierało, ale teraz już wchodziło do chaty, racice dudniły po 

drewnianej podłodze.

- Nie możemy zostawić Louise na dworze. Leje jak z cebra. Przetrzymamy ją przez 

noc, a pan MacEwan rano ją zabierze.

James patrzył z niedowierzaniem na przechodzącą obok niego krowę.

- Emmo powiedział, kiedy zwierzę uderzyło go ogonem w nogę. Czyś ty zwariowała?

Ale Emma nie zwracała na niego uwagi. Odsunęła ławę i zaczęła rozniecać ogień na 

kominku, wydając jednocześnie jakieś uspokajające, skierowane do krowy, pomruki.

- Emmo! James nie mógł już tego znieść. Ruszył do przodu, żeby złapać ją za ramiona 

i mocno potrząsnąć. Niestety, na jego drodze stała krowa, zza której Emma patrzyła na niego 

zdumionym wzrokiem.

- O co chodzi, milordzie? spytała niewinnym tonem.

-   Emmo.   James   odłożył   strzelbę.   Był   tak   wściekły,   że   mógł   jej   użyć   przeciwko 

Emmie...   albo   krowie.   Emmo   powtórzył   z   wyduszonym   spokojem.   Nie   możesz   trzymać 

krowy w izbie.

Emma szturchała właśnie pogrzebaczem polano, które położyła na palenisku.

- Nie rozumiem dlaczego nie powiedziała w głąb kominka.

- Dlatego, że ona może... ona może... James nie potrafił dokończyć tego zdania.

background image

- To ja wtedy posprzątam. Potrząsnęła głową. Doprawdy, lordzie Denham, ma pan o 

wiele   więcej   wspólnych   cech   ze   Stuartem,   niż   przypuszczałam.   On   też   był   niedobry  dla 

biednej Louise, kiedy się zgubiła, tak jak dzisiaj.

Słysząc   to,   James   zmienił   stosunek   do   nocnego   gościa.   Nie   można   było   przecież 

zostawić tego biednego zwierzęcia na dworze, w takim deszczu.

- Hm jeśli topiko na jedną noc... powiedział z wahaniem, nie chcąc, by wyglądało na 

to, że zbyt szybko się poddaje.

Dopiero teraz spostrzegł, że ciało stojącej przy kominku Emmy prześwituje w blasku 

ognia przez jej cienką nocną koszulę. Widział wyraźnie każdą wypukłość, każde wgłębienie, 

widział... wszystko. Zauważył, jak naprężone z zimna brodawki jej piersi unoszą materiał 

koszuli.

James wiedział, że nie powinien na to wszystko patrzeć. Wiedział, że obowiązkiem 

dżentelmena   było   odwrócić   natychmiast   wzrok.   To   żona   jego   kuzyna,   która   teraz   jest 

pozbawioną opieki wdową.

Nie potrafił jednak oderwać od niej oczu. Kiedy odwróciła się tyłem, prezentując mu 

równie uroczy, mniej jednak urozmaicony widok, z trudem złapał oddech.

Tego już było za wiele. Został wyrwany z głębokiego snu, myśląc, że ktoś usiłuje się 

dostać do domu. Okazało się, że ma spędzić resztę nocy w jednym pomieszczeniu z krową.

Jakby jeszcze tego było mało, musiał zobaczyć piersi swojej gospodyni. Nie prosił się 

o to. Nie miał takiego zamiaru, kiedy się upierał, że spędzi noc w jej chacie.

Zresztą widział sutki Emmy nie po raz pierwszy. Widywał je już przedtem, i to o 

wiele  wyraźniej  niż teraz. Poprzedniego roku Emma  nosiła niesłychanie  głęboko wycięte 

suknie balowe i dzięki swojemu wzrostowi, przy wykonywaniu figur kadryla, James mógł 

oglądać jej piersi do woli.

- Daj mi to powiedział ze złością i wyrwał jej pogrzebacz z ręki. Emma spojrzała na 

niego ze zdumieniem, a James uczynił wysiłek, żeby na nią nie patrzeć, gdyż z bliska jej 

nocna koszula była jeszcze bardziej przezroczysta, i zabrał się do rozniecania ognia. Wracaj 

do łóżka, jeśli nie chcesz się przeziębić.

- Och! wykrzyknęła wesoło. Wcale nie muszę. Jeszcze nigdy nie byłam chora. Jestem 

naprawdę bardzo wytrzymała.

- Emmo powiedział, patrząc na nią surowym wzrokiem. Zrób, jak ci mówiłem.

Mówił tak stanowczym tonem, że Emma pisnęła tylko:

- Tak, milordzie. Odeszła od kominka i zniknęła w sypialni.

James, kiedy wreszcie został sam, popatrzył na stojące przy nim zwierzę. Nie miał 

background image

żadnego   doświadczenia   w   tym   względzie,   uznał   jednak,   że   Louise   była   dość   przyjemną 

krową.   Musiała   chyba   się  trochę   rozgrzać,   bo   przestała   się  już   trząść.   Patrzyła   na   niego 

swoimi wielkimi brązowymi oczami, poruszając jednocześnie pyskiem.

- Nie wejdzie ci to w zwyczaj, prawda, Louise? odezwał się łagodnie James.

-   Słucham?   Z   sypialni   wyszła   Emma,   usiłując   wyciągnąć   koronkowy   mankiecik 

swojej   koszuli   ze   zbyt   szerokiego   rękawa   bordowego   szlafroka.   Mówił   pan   do   mnie, 

milordzie?

- Nie odrzekł James, przypatrując się uważnie jej szlafrokowi. Słuchaj Emmo, czy to 

nie szlafrok Stuarta?

- Oczywiście przyznała, wiążąc bordowy pasek na kokardkę.

- Wydawało mi się, że oddałaś wszystkie jego rzeczy. James zmrużył oczy.

- No, niezupełnie wszystkie. Słaby rumieniec wystąpił jej na twarz.

- Jak widać. Widok Emmy w szlafroku kuzyna zrobił mu przykrość. I to nie taką 

przykrość, jaką miałby prawo odczuwać. Sama rozumiesz, że tak dalej być nie może dodał 

niespodziewanie.

- Co być nie może? Emma zamrugała oczami.

- To, żebyś dalej mieszkała tu sama. Przypuśćmy, że pod drzwiami nie stałaby Louise. 

Przypuśćmy, że byłby to MacCreigh.

- Och, on nigdy by... Emma zaśmiała się sztucznie.

- Czyżby? James potrząsnął głową. Słyszałem, co mówią we wsi. Mówią, że on zabił 

swoją narzeczoną...

- Przecież on tego nie zrobił zaprotestowała Emma... i natychmiast zamilkła. James 

spojrzał na nią z ciekawością.

- Jesteś tego bardzo pewna zauważył James. Słyszałem, że ta kobieta zniknęła bez 

śladu. Skąd wiesz, że MacCreigh nie miał w tym żadnego udziału?

- Och! wykrzyknęła Emma. Była znów zdenerwowana. Ponieważ ja... po prostu znam 

lorda MacCreigh. On by nigdy...

- Nigdy co? spytał James. Nie próbował wziąć kobiety siłą? Czy nie to właśnie robił, 

kiedy zastałem was we dwoje w latarni morskiej?

-   Ach,   o   to   chodzi   powiedziała   Emma.   On   tylko   chciał,   żebym   z   nim   poszła   do 

sędziego Reardona. To wcale nie znaczy, że chciał mnie zabić.

- Tak czy owak, zniknęła kobieta stwierdził James. Mówi się, że zabił ją MacCreigh...

- Doprawdy, lordzie Denham oburzyła się Emma. Baron nie miał nic wspólnego ze 

zniknięciem Clary. Ona uciekła z lokajem lorda.

background image

- Skąd o tym wiesz? zdziwił się James. Wszyscy mówią, że on ją zabił.

- Wiem, że tak mówią. Emma nie patrzyła na niego, tylko na swoje stopy. Nic na to 

nie   poradzę.   Wiem   jednak,   że   Clara   uciekła,   żeby   wyjść   za   mąż   za   człowieka,   którego 

kochała. Jej ojciec nigdy by się nie zgodził na to małżeństwo, więc nie miała innego wyjścia...

- Podobnie jak ktoś, kogo znam powiedział sucho James, kładąc pogrzebacz przy 

palenisku.

- Tak. Emma zarumieniła się. Tylko że ja nie byłam zaręczona z innym mężczyzną jak 

Clara.

- Nie. Nie byłaś. Zrobiłem tylko to, co uznałem za najlepsze dla was dwojga wyznał 

James.   Dobrze   wiesz,   że   Stuart   nie   był   przygotowany   do   założenia   rodziny.   Nie   zaczął 

jeszcze pracować. Nie miał pieniędzy.

Emma patrzyła na niego równie tępym wzrokiem jak krowa. Tyle że krowa się nie 

rumieniła.

-   Mówił,   że   nie   potrzebujemy   pieniędzy   powiedziała   zdławionym   głosem.   Że   nie 

potrzebujemy niczego poza miłością.

- To  bardzo  do  niego  podobne zauważył   James.  To musiało   się  wydawać  bardzo 

romantyczne... jego pierwszą praca i tak dalej. Co z tego, że musieliście zamieszkać w dzikiej 

północnej Szkocji i znosić warunki, do jakich nie byłaś przyzwyczajona? Mieliście przecież 

siebie nawzajem.

- Przyjechaliśmy tutaj powiedziała Emma, oburzona jego sarkastycznym tonem żeby 

pomagać tym, którym było o wiele gorzej niż nam. Ale pan nie może mieć o tym pojęcia.

-   To   możliwe   przyznał   James.   Jednak,   jak   widać,   jeden   z   tych   pokrzywdzonych 

biedaków   nie   okazał   zbyt   wiele   wdzięczności   za   tę   pomoc.   Biorąc   pod   uwagę   fakt,   jak 

potraktował Stuarta...

- To nie była wina pana O'Malleya przerwała Emma. Tak samo jak nie było winą lorda 

MacCreigh, że Clara... Emma zamilkła nagle, jakby jakaś niewidzialna ręka zakryła jej usta. 

Zapanowała długa cisza, słychać było tylko wycie wiatru.

- Nie było winą lorda MacCreigh, że Clara co? spytał łagodnie James.

Wydawało mu się, że to, co Emma miała powiedzieć, było czymś niezwykle ważnym. 

Świadczył o tym wyraz jej twarzy.

- Emmo, co się stało z narzeczoną lorda MacCreigh? nalegał. Powiedziałaś, że uciekła 

z jego lokajem. Czy to wszystko? Czy jest coś jeszcze?

Niewątpliwie   było   coś   jeszcze.   Widział,   jak   krew   odpływa   z   jej   twarzy.   Emma 

doskonale   wiedziała,   że   to   nie   była   tylko   sprawa   zwykłej   ucieczki.   Nie   chciała   jednak 

background image

podzielić  się z nim tą wiedzą.  Przynajmniej  nie teraz.  Emma  już się nie rumieniła,  była 

śmiertelnie blada. Spojrzała na niego wyzywającym wzrokiem.

-   Nie   mam   zamiaru   teraz   o   tym   mówić.   Jestem   zmęczona,   pan   pewnie   też. 

Powinniśmy wrócić do łóżek.

Zobaczyła,   że   uniósł   brwi,   jakby   zdziwiony   jej   ripostą.   Hrabia   Denham   nie   był, 

oczywiście,   przyzwyczajony   do   tego,   że   ktoś   go   zbywa.   Tym   razem   przyjął   to   ze 

zrozumieniem.

- Chyba masz rację, Emmo. Noc nie jest dobrą porą na zwierzenia. Może doprowadzić 

do... Emma zauważyła, że wbija wzrok w wycięcie jej koszuli, gdyż poły szlafroka Stuarta 

rozsunęły się różnych komplikacji.

- Tutaj nie musi się pan obawiać żadnych komplikacji, lordzie Denham odparła sucho, 

zbierając szlafrok na piersi. Dobranoc panu.

- Emmo? James patrzył zdumiony na zamknięte drzwi sypialni. Co on takiego zrobił? 

Czym ją rozgniewał? Dobry Hoże, ta kobieta miała równie wybuchowy temperament jak on 

sam. Emmo?

Nie   było   odpowiedzi.   Emma   słyszała   jego   nawoływania,   ale   postanowiła   je 

zignorować.  Komplikacje, prychnęła, wchodząc do swojego zimnego łóżka, nie zdejmując 

nawet szlafroka Stuarta.  Komplikacje, też coś!  Jakby był przekonany, że ona... przecież nie 

mógł myśleć, żeby ona...

Nie   przypuszczała,   żeby   Jamesa   Marbury'ego   kiedykolwiek   spotkały   jakieś 

komplikacje   w   związku   z   kobietą.   Czy   jest   taka,   która   mogłaby   być   jego   warta?   Tak 

doskonała istota chyba nie istnieje.

Emma mogła mieć tylko nadzieję, że James Marbury szybko opuści Faires. Zły los 

prześladował ją przez cały rok. Chyba może liczyć, że jej nadzieje się spełnią. To przecież 

tylko jedna drobna rzecz.

Emma nie tylko dlatego chciała się pozbyć Jamesa Marbury'ego, że irytowało ją jego 

apodyktyczne zachowanie. Przede wszystkim chciała zapomnieć o tym, jak się czuła, kiedy 

trzymał ją tak blisko siebie, kiedy nie mogła złapać tchu, jakby przebiegła całą milę i drżała 

jak w gorączce. To okropne, że mężczyzna może być tak irytujący i jednocześnie tak bardzo 

atrakcyjny!

Modlitwy Emmy nie miały zostać jednak wysłuchane. James nie miał najmniejszego 

zamiaru wyjeżdżać z Faires. Przynajmniej do czasu, aż się upewni, że wdowa po jego kuzynie 

znalazła się w odpowiednich warunkach.

To ciężka sprawa, pomyślał, kiedy człowiek chce się zaopiekować kimś, kto stanowczo  

background image

twierdzi, że tego nie potrzebuje.  James westchnął i sprawdził, czy nie powinien dołożyć do 

kominka. Nie chciał, żeby Louise zmarzła. Już i tak nie będzie mógł przez to zwierzę dobrze 

się wyspać. A czeka go długi dzień.

Musi przecież jutro zabić barona.

background image

14

Przy ładnej pogodzie zamek MacCreigh wyraźnie było widać z miasteczka. Nastał 

piękny, ciepły poranek, tak bardzo różny od ponurego wczorajszego dnia. Zamek górował 

nad okolicą, a jego wieże rysowały się ostro na tle błękitnego nieba. W słoneczny dzień Faires 

było zupełnie inną wyspą. James, wyglądając przez okno chaty Emmy, patrzył ze zdumieniem 

na pozieleniałą po deszczu bujną trawę, na której pasły się siada białych owiec.

Mogło   się   wydawać,   że   znalazł   się   nagle   w   jakiejś   krainie   baśni.   Jedynie   strome 

podejście do zamku MacCreigh wcale nie wyglądało malowniczo.

Dzień dobrze się rozpoczął. Jamesa obudziły jasne promienie słońca i głos Emmy, 

która nuciła cicho w swoim pokoju. Pomyślał, że to jest jeden z najmilszych poranków w jego 

życiu.

Hrabia czuł się wspaniale, dopóki coś nie zaczęło łaskotać mu stóp. Uniósł się na 

ławie i zobaczył, że krowa obwąchuje mu nogi.

Chyba jednak nie w ten sposób powinien zaczynać dzień. Kiedy otworzył drzwi, żeby 

wyprowadzić Louise na podwórze, i zobaczył Cletusa MacEwana, który z jakiegoś powodu 

trzymał   pod  pachą   koguta,  wiedział   już,  że   ten  dzień  nie   będzie  należał  do  najlepszych. 

Jednak z nich dwóch farmer doznał o wiele większego szoku. Na widok Jamesa na jego 

twarzy pojawił się trudny do opisania wyraz.

MacEwan   nawet   nie   spojrzał   na   swoją   krowę.   Widocznie   fakt,   że   jego   zwierzę 

spędziło noc w izbie Emmy, nic dla niego nie znaczył. Ważne natomiast było to, że również 

James spędził tam noc. Cletus wpatrywał się tylko w hrabiego. Nawet kiedy wybiegła Emma i 

zaczęła mu pospiesznie tłumaczyć, że hrabia musiał spędzić noc na ławie, bo zrobiło się zbyt 

późno, żeby mógł wrócić do miasteczka, MacEwan nie spuścił z niego wzroku. Nadal ściskał 

koguta pod pachą, a drugą rękę trzymał na grzbiecie Louise. Jamesowi zrobiło się go nawet 

żal...   chociaż   nie   za   bardzo.   Zbyt   dobrze   pamiętał   strwożoną   twarz   Emmy,   gdy   nagle 

wybiegła  z sypialni,  chwytając  ciężką strzelbę  i z przerażenia zapominając  nawet o jego 

obecności w chacie. Dobrze wiedział, chociaż usiłowała temu zaprzeczyć, że była równie 

przekonana   jak   on   sam,   że   to   baron   usiłuje   się   wedrzeć   do   jej   domku.   Złościło   go,   że 

MacEwan,   który   najwyraźniej   rościł   sobie   pewne   prawa   do   pani   Chesterton,   nie   podjął 

żadnych kroków, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo.

Kiedy   Emma   poszła   po   kapelusz   i   pelerynę,   James   zapomniał   o   irytacji   i   spytał 

MacEwana cichym głosem, czy nie zgodziłby się zostać jego sekundantem.

- Pana czym? usłyszał w odpowiedzi.

background image

James   westchnął   ciężko.   Dokładnie   przemyślał   całą   sprawę   i   postanowił,   że   przy 

pojedynku z baronem MacCreigh jego lokaj będzie musiał wystąpić w roli chirurga, ponieważ 

w okolicy nie było lekarza. Roberts był już świadkiem wielu pojedynków swojego pana i 

dobrze umiał tamować krew i bandażować rany.

Oznaczało to jednak, że Jamesowi potrzebny będzie jeszcze ktoś, kto będzie pełnił 

rolę sekundanta. Ten farmer, podobnie jak James, miał niechętny stosunek do barona, a James 

zawsze uważał, że nieprzyjaciele jego nieprzyjaciół są jego przyjaciółmi.

- Nic ważnego odpowiedział tylko na pytanie MacEwana. Przyjdź do gospody o wpół 

do dwunastej, potem pójdziesz ze mną do zamku MacCreigh i dostaniesz za to gwineę.

Tym razem MacEwan dobrze go zrozumiał, bo na jego i warzy pojawił się szeroki 

uśmiech pierwsza oznaka zadowolenia od chwili, kiedy zobaczył swoją drogocenną panią 

Chesterton w towarzystwie mężczyzny, który go poprzedniego dnia uderzył.

- Dobrze, milordzie powiedział stanowczym tonem.

Natomiast Emma, od kiedy James się obudził, była speszona i zażenowana. Wiedział, 

że  ona czuje do niego  urazę, która  się jeszcze  zwiększyła,  kiedy wyjawił jej  prawdziwy 

powód swojej podróży na Faires.

Potrafił to zrozumieć. Dla młodej wdowy miejsce wiecznego spoczynku męża mogło 

być bardzo ważną sprawą. Emma kochała Stuarta i chciała być blisko jego grobu.

A jednak...

James nie do końca wierzył, że tylko  z tego powodu nie chciała mu pozwolić na 

przewiezienie zwłok Stuarta do opactwa Denham. Emma była przywiązana do Faires, to było 

oczywiste.   Wydawało   mu   się   jednak,   że   to   przywiązanie   odnosiło   się   do   żyjących 

mieszkańców wyspy, do jej małych uczniów, a nie dotyczyło pamięci zmarłego męża. Nie 

potrafił powiedzieć, dlaczego tak myślał. To była tylko hipoteza, a jednak...

Ta   myśl   nie   opuszczała   go   w   drodze   do   miasteczka.   James   umówił   się   z   panem 

Murphym, że ten przyjedzie po niego o ósmej rano, i karawan stawił się punktualnie. Emma 

przyjęła zaproszenie hrabiego i pozwoliła się odwieźć do szkoły, ale przez całą drogę była 

milcząca i zamyślona. James nie był pewien, czy drażniła ją jego bezustanna obecność, czy 

też   rozgniewało   ją   to,   że   przyjechał   na   Faires   po   ciało   Stuarta.   Wreszcie   pan   Murphy 

podjechał pod latarnię morską, gdzie już po raz drugi w ciągu dwóch dni przywoził Emmę, co 

nie uszło uwagi jej uczniów, którzy znacząco trącali się łokciami, kiedy James pomagał jej 

wysiąść z pojazdu.

-   Czy   dzisiaj   wraca   pan   do   Anglii,   lordzie   Denham?   usłyszał   i   miał   już   gotową 

odpowiedź na swoje pytania.

background image

James patrzył na jej zaróżowione od morskiego wiatru policzki wczorajsza wichura 

ustąpiła łagodnym powiewom od morza i dał jej grzeczną, wymijającą odpowiedź.

- Jeszcze  nie  wiem.  Zobaczę, co  przyniesie   dzień  powiedział  i  natychmiast  ujrzał 

wyraz niezadowolenia na jej twarzy.

- Och westchnęła tylko Emma, ale zaraz przywołała na usta z lekka drżący uśmiech. 

Wie pan, gdzie można mnie znaleźć. Do widzenia dodała.

Skierowała się do latarni morskiej, a jej złote loki wymknęły się spod kapelusza i 

powiewały na wietrze.

James postanowił zjeść śniadanie w gospodzie. To była rozsądna decyzja, ponieważ 

nawet   jego   kucharz   w   Londynie   nie   potrafiłby   zrobić   takich   kiełbas,   jakie   robiła   pani 

MacTavish. Jak słusznie przewidziała Emma, pani MacTavish nie omieszkała powiedzieć, że 

wieczorem, kiedy wstąpiła do jego pokoju z butelką gorącej wody, żeby ogrzać mu łóżko, 

nikogo tam nie zastała.

Właścicielka gospody była jednak świadoma jego pozycji i nie ośmieliła się zadać 

pytania, gdzie był. James odparł tylko, że to był miły gest i przyjemnie jest mieć ogrzane 

łóżko   podczas   deszczowej   nocy.   Poszedł   zaraz   do   swojego   pokoju,   gdzie   Roberts 

przygotował gorącą kąpiel, spodziewając się nadejścia jego lordowskiej mości. Lokaj Jamesa 

wiadomość o mającym nastąpić pojedynku przyjął ze stoickim spokojem.

- Szable czy pistolety, milordzie? spytał tylko.

James rozwiązał zbyt silnie ściągnięty krawat w chacie Emmy nie miał do pomocy 

lokaja. Mruknął, że baron nie wybrał  jeszcze rodzaju broni i najlepiej będzie na wszelki 

wypadek   zabrać   wszystko.   Roberts   zapakował   więc   pistolety   do   skórzanych   futerałów   i 

włożył do pochwy świeżo naoliwioną, błyszczącą szablę.

O wpół do dwunastej James opuścił gospodę, przed którą czekał już Cletus MacEwan. 

Kiedy hrabia poinformował go, że nie pójdą pieszo do zamku, tylko pojadą karawanem pana 

Murphy'ego, MacEwan był tym pomysłem bardzo ubawiony. James zrozumiał go dopiero, 

kiedy karawan z trudem się wspinał na strome wzniesienie. Droga do zamku MacCreigh była 

chyba w gorszym stanie niż ta, która prowadziła do chaty Emmy. W kilku miejscach musieli 

wysiadać z pojazdu, żeby odciążyć konie. MacEwan pokonywał stromiznę bez najmniejszego 

wysiłku i zręcznie jak kozica, a James i jego lokaj wlekli się z tyłu, nieprzyzwyczajeni do 

takiej wspinaczki.

Dotarli wreszcie do rozwalającej się bramy wejściowej. Zamek MacCreigh okazał się 

prawdziwą twierdzą, z wieżami, murami obronnymi i, jak domyślał się James, musiał również 

mieć lochy. Zbudowany z kamienia przez przodka obecnego barona miał wygląd ponurej, 

background image

brzydkiej   warowni.   Hrabia   wyobrażał   sobie,   że   jego   mieszkańcy   muszą   znosić   wiele 

niewygód. Nic dziwnego, że baron robił wszystko, żeby się ożenić z Emmą, za jej pieniądze 

bowiem mógłby odnowić zamek.

Wprowadziwszy pojazd w głęboki cień, Murphy otworzył klapę w dachu i zerknął z 

góry na Jamesa.

- Chyba ktoś powinien zastukać powiedział.

-   Ja   pójdę,   milordzie   odezwał   się   Roberts,   wstając   i   usiłując   przecisnąć   się   koło 

olbrzymich stóp MacEwana, co nie było zadaniem łatwym.

- Zostań. Sam to zrobię odrzekł James.

Wysiadł z pojazdu i zbliżył  się do wrót zamku, zrobionych'} z grubego ciemnego 

drewna i nabijanych metalowymi ćwiekami. Zaczął się rozglądać za sznurem od dzwonka, ale 

niczego takiego nie było. Podnosił już rękę, żeby uderzyć w odrzwia, gdy te właśnie się 

otworzyły.

- Lord Denham? usłyszał melodyjny kobiecy głos.

James zmrużył oczy. Trudno mu było cokolwiek zobaczyć w ciemnym przedsionku, 

oświetlonym jedynie świecą, którą nieznajoma trzymała w ręku. Nie potrafił powiedzieć, czy 

kobieta była młoda czy stara, gruba czy chuda, służąca czy też dama. Było na to zbyt ciemno.

- Nie wejdzie pan? odezwał się znowu ten sam głos. Rozległ się cichy śmiech i James 

wiedział już, że głos należał do młodej, atrakcyjnej kobiety.

- Hm mruknął. Nie spodziewał się, że pierwszą osobą, jaką spotka w zamku, będzie 

młoda kobieta. Nie jestem sam...

- Och usłyszał. Czyżby towarzyszyła panu pani Chesterton? Głos nagle przestał być 

melodyjny.

-   Nie   odrzekł   zdumiony   James.   Tylko   mój   lokaj,   Roberts,   który   ma   pewne 

doświadczenie w opatrywaniu ran, i mój sekundant, Cletus MacEwan. Roberts! MacEwan! 

zawołał  James i obaj  mężczyźni  wysiedli z pojazdu,  który przechylił  się znacznie, kiedy 

opuszczał go olbrzym.

Kobieta roześmiała się znowu, tym razem z wyraźną ulgą.

- Och, pan MacEwan, jak mi miło! wykrzyknęła. Proszę, wchodźcie panowie. Pan też, 

panie   Murphy.  Niech   pan   wejdzie,   żeby   się   rozgrzać.   Maura   właśnie   szykuje   herbatę   w 

kuchni.

Oszołomiony James szedł za migotliwym płomykiem świecy przez labirynt ciemnych 

korytarzy   i   nagle   znalazł   się   w   ogromnej,   jasnej   sali.   Promienie   słońca   wpadały   przez 

wysokie, łukowato zwieńczone okna, które na każdej ze ścian sięgały aż do sklepionego 

background image

sufitu. Z belek zwieszały się podniszczone proporce z herbem rodziny MacCreigh, złotą kozą 

na zielonym tle. Nieliczne meble były zupełnie przypadkowo poustawiane. Długi stół nakryty 

do lunchu znajdował się tak blisko ogromnego kominka, jak tylko było możliwe bez obawy, 

że się zapali.

Dopiero   teraz   James   mógł   się   przyjrzeć   kobiecie,   która   go   tu   przyprowadziła. 

Stwierdził z zadowoleniem, że jego przypuszczenie było słuszne. Rzeczywiście była młoda i 

atrakcyjna.  Miała  rude włosy, nie tak delikatną budowę ciała jak  Emma,  ale  jej obfitsze 

kobiece kształty były równie miłe dla oka. Była mniej więcej w wieku Emmy, mogła mieć 

osiemnaście albo dziewiętnaście lat.

Zdmuchnęła płomień świecy, stawiając lichtarz na antycznym kredensie.

- Tak jest o wiele lepiej. Teraz wreszcie pana widzę.

Przesunęła po nim wzrokiem, a w jej niebieskich oczach, których kolor przypominał 

barwę   nieba   za   oknami,   ukazał   się   wyraz   aprobaty.   Potrząsnęła   długimi   miedzianymi 

włosami.

- Jest pan podobny do pana Chestertona, milordzie. Ale nie za bardzo. Jest pan od 

niego wyższy, lepiej zbudowany i, oczywiście, o wiele przystojniejszy.

- Dziękuję odparł sucho James. To pochlebstwo nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. 

Jestem wdzięczny zarówno za komplement, jak i za gościnność. Czy mogę wiedzieć, komu je 

zawdzięczam?

Dziewczyna, ubrana w białą muślinową sukienkę, która była zbyt dziecinnym strojem, 

jak na jej wiek, i zbyt cienka, jak na tę porę roku, złożyła mu piękny ukłon.

- Szlachetnie urodzona panna Fiona Bain, milordzie. Jestem zaszczycona, że zechciał 

pan złożyć wizytę w naszym odludnym zamku.

James zacisnął zęby. Niech to diabli! To siostra barona MacCreigh. Powinien był się 

tego domyślić. Nie wolno mu bratać się z nieprzyjacielem i jego rodziną. Czyżby brat nie 

powiedział jej, że James przychodzi tu tylko po to, żeby go zabić? A może zrobił to i dlatego 

ta   dziewczyna   obsypywała   go   pochlebstwami?   Tak   czy   inaczej,   ta   sytuacja   mu   się   nie 

podobała.

Jego towarzysze mieli na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Murphy i MacEwan 

stali z szeroko otwartymi ustami, trzymając kapelusze w rękach. Tam, gdzie James widział 

jedynie minioną świetność i niedostatek, oni zobaczyli przepych, z jakim się jeszcze nigdy w 

swoim życiu nie zetknęli.

- Niech mnie westchnął MacEwan, patrząc na wystrzępione proporce, które się wolno 

kołysały w pełnej przeciągów sali. To jest nawet większe niż kościół.

background image

- A to jest tylko jeden pokój szepnął nabożnie Murphy. Obaj mężczyźni nie mogli 

wyjść z podziwu.

Widząc,   że   jego   sekundant   zaczyna   przechodzić   na   stronę   nieprzyjaciela,   James 

postanowił przerwać tę scenę.

-   Gdzie   mogę   znaleźć   pani   brata,   madame?   zwrócił   się   do   Fiony   Bain.   Jesteśmy 

umówieni i nie chciałbym sprawić mu zawodu...

- Ach, Denham, jak miło...

Ten głos, który rozlegał się wyraźnie  w  ogromnej  sali, dochodził gdzieś  z okolic 

kominka.   James   zobaczył   tam   Geoffreya   Baina,   który   właśnie   podnosił   się   z   krzesła   z 

wysokim oparciem. Był, jak zwykle, ubrany na czarno, trzymał w ręku szklankę z jakimś 

płynem koloru bursztynu, którą wzniósł w kierunku Jamesa.

- Proszę tutaj, proszę tutaj, milordzie wołał, wykonując zapraszające gesty. Niech pan 

nie stoi w przeciągu. Po wczorajszym deszczu jest tu okropnie wilgotno i zimno, właśnie 

dlatego kazałem przysunąć stół do ognia. Nie bawmy się w ceremonie, proszę, proszę.

James   był   wściekły.   Zerknął   na   siostrę   barona,   która   obdarzyła   go   słodkim 

uśmiechem. Albo nie wiedziała, po co tu przyszedł, albo dobrze udawała. James skłaniał się 

raczej ku tej drugiej możliwości. Była pewnie równie przebiegła jak jej brat. Utwierdził się 

jeszcze   w   tym   przekonaniu,   kiedy   podeszła   do   niego,   wzięła   go   pod   ramię   i   zaczęła 

prowadzić w stronę kominka, przytulając bez żenady swoją jędrną pierś do jego muskularnej 

ręki.

-   Chodźmy,   lordzie   Denham   zaszczebiotała.   Ostatnio   tak   rzadko   miewamy   gości. 

Często bywał u nas pana kuzyn ze swoją żoną, kiedy... kiedy narzeczona mojego brata była 

jeszcze z nami, no i oczywiście przed tragiczną śmiercią pana Chestertona. Teraz prawie 

nikogo nie widujemy. Bardzo jestem ciekawa, jak będzie panu smakować zupa grzybowa, 

którą Maura zaczęła gotować już wczoraj wieczorem, kiedy Geoffrey powiedział nam, że 

zaprosił pana na lunch. Ta zupa to specjalność jej rodziny. Maura tak bardzo się cieszy, że 

gość będzie mógł ocenić jej smak. Przykro mi, że nie mogła również przyjść pani Chesterton. 

Ta uwaga w uszach hrabiego zabrzmiała fałszywie. Ale ona zajmuje się przecież tą swoją 

szkółką, prawda?

Zanim   dotarli   do   kominka,   wściekłość   Jamesa   zamieniła   się   w   prawdziwą   furię. 

Dorosły mężczyzna chował się za spódnicą młodej dziewczyny! W gruncie rzeczy nie ma się 

czemu dziwić. Ktoś, kto posuwa się do zastraszania kobiety, nie będzie się wahał szukać 

opieki u innej przedstawicielki słabszej płci.

MacCreigh, jak zauważył James, pił whisky. Hrabia był przekonany, że pędzono ją w 

background image

zamku.

- Ach, Denham. Tak się cieszę, że udało się panu do nas dotrzeć. Na twarzy barona 

pojawił się szeroki uśmiech. Chyba droga nie była zbyt straszna? Czasami, po takim deszczu 

jak wczoraj, jest tak błotnista, że przez całe tygodnie nikt się tu nie pokazuje, prawda, Fiono? 

Poznał pan już moją siostrę Fionę, Denham? Co panu podać? Whisky? A może porto?

James   mógł   zignorować   poufałość   barona.   Mógł   sobie   nawet   darować   to,   że 

MacCreigh zwracał się do niego jak do przyjaciela, chociaż James na pewno nim nie był. Nie 

mógł jednak zaakceptować faktu, że Geoffrey Bain zupełnie nie był przygotowany do walki. 

Nie było przy nim pudła z pistoletami, szabli ani sekundanta, chyba że tę funkcję miałaby 

pełnić jego siostra!

- Byliśmy umówieni na dwunastą, sir warknął z wściekłością.

- Tak, tak. MacCreigh machnął ręką. Lunch zostanie podany w południe. Ja zawsze 

przed posiłkiem lubię się napić whisky. Proszę się do mnie przyłączyć.

- Nie byliśmy umówieni na lunch powiedział James cichym głosem, żeby nie mogła 

go dosłyszeć siostra barona. Dobrze pan o tym wie, MacCreigh. Niech pan będzie mężczyzną 

i   wyjmie   szablę.   Mam   zamiar   pana   zabić   i   zaraz   stąd   wyjść.   Lunch   czeka   na   mnie   w 

gospodzie.

- Aha, lunch pani MacTavish. MacCreigh skinął głową z uznaniem. Doskonale pana 

rozumiem. Ona świetnie gotuje. Ale nasza Maura też się stara jak może. A co pan mówił o 

zabijaniu mnie? Baron nie zniżał głosu. Mówił bardzo głośno, z wyraźną brawurą. Nie mam 

pojęcia, o co panu chodzi.

-   Dobrze   pan   wie,   o   co   mi   chodzi   wycedził   James   lodowatym   tonem.   Wczoraj 

wieczorem wyzwałem pana na pojedynek, kiedy zobaczyłem, że chce pan skompromitować 

wdowę po moim kuzynie.

- Skompromitować ją? roześmiał się MacCreigh. Niech pan da spokój. Chciałem jej 

tylko coś wyperswadować, nie miałem zamiaru jej kompromitować.

- Odniosłem zupełnie inne wrażenie. Wyglądało, jakby pan używał wobec niej siły. 

Niech pan weźmie szablę i zacznie się zachowywać jak mężczyzna albo ja...

- Pan co? spytał MacCreigh. Przecież to czysta głupota, Denham. Możemy załatwić tę 

sprawę, nie narażając się na rany lub utratę życia.

- Jest tylko jeden sposób zapewnił go James. Musi mi pan dać słowo honoru, że już 

nigdy   nie   zbliży   się   pan   do   pani   Chesterton.   Hrabia   nie   wierzył   zresztą,   że   MacCreigh 

potrafiłby dotrzymać takiej obietnicy.

-  Dobrze   pan  wie,  Denham   skrzywił  się  Geoffrey  Bain  że   nie  mogę   tego  zrobić. 

background image

Mówimy przecież o dziesięciu tysiącach funtów.

- Mówimy krzyknął James, nie panując już nad sobą o żonie mojego kuzyna!

- O wdowie po pana kuzynie poprawił baron, dopijając whisky i odstawiając szklankę. 

Dopóki jest osobą samotną, każdy mężczyzna ma prawo na nią polować, Denham. Musi się 

pan z tym pogodzić. Może pan temu zapobiec tylko w jeden sposób: żeniąc się z nią samemu. 

MacCreigh wzruszył ramionami. Gdyby ona w ogóle pana zechciała!

James   nie   mógł   oczywiście   wiedzieć,   co   Stuart   mówił   baronowi   na   temat   relacji 

pomiędzy nim a Emmą. Jeśli było prawdą, że kuzyn i jego żona często bywali w zamku, jak 

twierdziła Fiona Bain, to oznaczałoby to, że ci dwaj mężczyźni byli w przyjaźni.

Może baron chciał tylko powiedzieć, że znana ze swoich idealistycznych poglądów 

Emma  mogłaby mieć  opory przed związaniem się z mężczyzną,  który hołdował bardziej 

praktycznym celom.

To, co MacCreigh chciał wyrazić, wcale nie było istotne. Ważny był ton, w jakim to 

zostało wypowiedziane, i drwiący wyraz jego twarzy.  To tylko sprowokowało Jamesa do 

wymierzenia silnego ciosu pięścią prosto w twarz barona.

MacCreigh, który się tego nie spodziewał, upadł plecami na stół, przewracając krzesła 

i zrzucając talerze. James, widząc, że nie stracił on jeszcze przytomności, podszedł bliżej, 

żeby wymierzyć następny cios.

- James, przestań, James! usłyszał znajomy głos.

Dopiero   wtedy   zauważył,   że   siostra   barona   nie   była   jedyną   kobietą   w   tym 

pomieszczeniu.

background image

15

Emma nie wierzyła własnym oczom.

Bardzo   sceptycznie   potraktowała   przyniesioną   przez   panią   MacTavish   nowinę 

właścicielka gospody przerwała Emmie lekcję historii że hrabia Denham udał się do zamku 

MacCreigh, żeby zabić Geoffreya Baina. Z jakiego powodu, spytała, miałby lord Denham coś 

takiego robić? Przecież to absurd. Wiedziała, że on nie lubi barona, ale żeby go zaraz zabijać? 

Po co? To po prostu śmieszne.

Kiedy jednak pani MacTavish odciągnęła ją na bok i zaznajomiła ze szczegółami tej 

sprawy że lokaj, którego hrabia zabrał ze sobą, miał szablę i pudło z pistoletami, że hrabia 

zamówił lunch na pierwszą, a więc nie został zaproszony do zamku na posiłek, oraz że był 

również z nimi Cletus MacEwan - Emma musiała przyznać, że to wyglądało podejrzanie.

Nie była jednak w pełni przekonana. Nie wierzyła, że istnieje prawdziwy powód do 

zmartwienia, dopóki nie poszła z panią MacTavish, chociaż zrobiła to niezbyt chętnie, żeby 

zasięgnąć porady sędziego Reardona. Sędzia, który korzystał właśnie z przerwy w osądzaniu 

sporu o prawo własności, wysłuchał wszystkiego z poważną miną, odsunął z westchnieniem 

talerz   haggis   i   sięgnął   po   kapelusz.   Dopiero   wtedy   Emma   rzeczywiści   się   przestraszyła. 

Sędzia Reardon nigdy by nie odszedł od stół podczas posiłku...

Gdyby czyjeś życie nie było w niebezpieczeństwie.

Teraz, stojąc w drzwiach wielkiej sali zamku, Emma wie działa już, że obawy pani 

MacTavish wcale nie były bezpodstawne. Życie barona było w niebezpieczeństwie. James 

uderzy go jeszcze mocniej niż Cletusa MacEwana poprzedniego ranka mocniej niż Stuarta 

tamtego dnia w salonie lady Denham!

A hrabia stał, jakby nic się nie wydarzyło, z uniesiony rękami, próbując rozruszać 

swoje nadwerężone nadgarstki.

- O, Emma powiedział, kiedy zobaczył ją w progu razem z sędzią Reardonem, panią 

MacTavish i jej synem Seanemi który ich tu wszystkich przywiózł. Jak się masz, Emmo?

Podniosła dłoń do ust. Osłupiała. Jeszcze nigdy James Marbury tak dziwacznie się nie 

zachowywał. Przestał być sobą od chwili, kiedy wylądował na Faires zapraszał wdowy do 

swego londyńskiego domu, mył naczynia, rzucał monety mały chłopcom...

A teraz broni jej honoru, już po raz drugi w ciągu dwóch dni! Ten sam lord Denham, 

który zawsze traktował Emmę ja małą dziewczynkę, zachowuje się teraz tak, jakby dostrzegł, 

że ona jest już kobietą.

Trudno było w to wszystko uwierzyć.

background image

-   Najwyraźniej   pani   obawy   były   uzasadnione,   pani   MacTavish   powiedział   sędzia 

Reardon beznamiętnym tonem. Tu się szykuje pojedynek, chociaż pojedynkowanie się jest 

prawnie zabronione. Prychnął z dezaprobatą. - I to pomiędzy prawdziwymi dżentelmenami! 

Jestem zdumiony.  Naprawdę jestem zdumiony.  Co ma pan do powiedzenia na ten temat, 

lordzie Denham?

- Tylko to, że gdyby nie pana przedziwna decyzja, że pani Chesterton nie może podjąć 

należnych  jej pieniędzy, dopóki nie wyjdzie  za mąż, do tego wszystkiego  by nie doszło. 

Baines obrzucił sędziego chłodnym spojrzeniem.

- Ho,  ho  powiedział  tylko  Reardon,  na  którym   to  oskarżenie  nie  zrobiło   żadnego 

wrażenia. Więc o to idzie. Podszedł do stołu, podniósł jedno z przewróconych krzeseł i usiadł 

na nim. Nie przeszkadzajcie sobie. Niech zwycięży najlepszy i tak dalej.

- Co?! wykrzyknęła Emma.

- Przepraszam, pani Chesterton. Sędzia Reardon odwrócił się, żeby spojrzeć na Emmę, 

i szybko wstał z krzesła. Powinienem to krzesło zaproponować pani. Proszę usiąść. Powinna 

pani usiąść.

Emmie wydawało się, że znalazła się w domu wariatów.

-   Nie   potrząsnęła   gwałtownie   głową.   Wasza   Ekscelencjo,   pan   nie   może   na   to 

pozwolić. Oni się pozabijają!

- To się może zdarzyć przyznał sędzia Reardon, siadając z powrotem na krześle. To 

rzeczywiście może się zdarzyć.

-  Ale  nie   może  pan   im  na   to  pozwolić!   Emma  wysunęła  się  do  przodu   i  stanęła 

pomiędzy dwoma przeciwnikami, którzy patrzyli na nią z zainteresowaniem. James z miejsca, 

w którym siał, i Geoffrey Bain z miejsca, na którym leżał, czyli ze stołu. To absurdalne! Nie 

może pan na to pozwolić. Ktoś musi ich powstrzymać!

Przewodniczący   Ławy  Królewskiej   wyjął  z   kieszeni   kapciuch  z   tytoniem   i   zaczął 

powoli nabijać fajkę.

- Można by to zrobić, moja droga powiedział ale ja nie będę nawet próbować. Wiem z 

doświadczenia, że nie ma sensu powstrzymywać mężczyzny, który chce kogoś zabić. Jeśli 

ktoś naprawdę chce to zrobić, to nic i nikt nie jest w stanie mu w tym przeszkodzić.

Emma   patrzyła   na   sędziego   niepewna,   czy   go   dobrze   zrozumiała.   Dopiero   kiedy 

zobaczyła, jak spokojnie zapala fajkę przeraziła się nie na żarty.

-  To  dlaczego  zgodził   się  pan,  żeby  tu  ze  mną  przyjść,  jeśli  nie  po  to,  żeby  ich 

powstrzymać?

- Po to, żeby popatrzeć na walkę. Sędzia Reardon spojrzał na nią ze zdumieniem. Ja 

background image

stawiam na hrabiego. A ty, MacTavish?

Sean MacTavish, który nadal stał w drzwiach wielkiej sali, zamyślony, pocierał brodę.

- Stawiam na barona powiedział wreszcie. Jest mniejszy, ale żeby to nadrobić, nie 

będzie walczył czysto.

Emma potrząsnęła głową. Tego było już stanowczo za wiele.

- Doprawdy, James, dosyć tego! Co chcesz przez to osiągnąć?

- Co ja chcę przez to osiągnąć? powtórzył ze zdziwieniem hrabia. Emmo, ten człowiek 

obrażał cię i zastraszał. Mam zamiar dać mu za to porządną nauczkę. Bądź grzeczna i wracaj 

do miasteczka.  Rzucił niechętne  spojrzenie  sędziemu i mruknął: Nie rozumiem,  dlaczego 

komuś przyszło do głowy, żeby cię tu przyprowadzić. Gdyby mnie ktoś spytał, to na tej 

wyspie mieszkają sami wariaci. Widząc, że Emma nie rusza się z miejsca, James podniósł 

głos.   Odejdź,   Emmo!   Nie   mam   czasu   na   takie   głupstwa.   Odwlekasz   tylko   to,   co   jest 

nieuniknione.

- Nieuniknione? Zobaczymy. Baron uniósł się na łokciu wśród potłuczonych talerzy, 

patrząc ze złością na Jamesa. Dość już mam tych przewidywań, że zostanę pokonany w tej 

walce. A tak przy okazji, nigdy pana kuzynki nie obraziłem. Mogłem ją zastraszać, to prawda, 

ale nigdy jej nie obraziłem.

- Wystarczy, że taki typ jak pan z nią rozmawia. Dla mnie to jest obraza. James 

popatrzył obojętnym wzrokiem na leżącego na stole mężczyznę.

- Taki typ jak ja? powtórzył baron. Co pan przez to rozumie?

- Sam pan powinien wiedzieć. Wszyscy w okolicy mówią o pana narzeczonej.

- Clara? O nią chodzi? Geoffrey Bain szeroko otworzył oczy.

- Ma pan inną narzeczoną? spytał uprzejmie James.

- Do diabła! Baron szybko podniósł się ze stołu. Ile razy mam to powtarzać? Ja nie 

zabiłem Clary!

James   chwycił   Emmę   za   ramiona   i   odsunął   ją   na   bok,   szykując   się   do   starcia   z 

baronem.

Jednak tym razem lord MacCreigh był przygotowany na atak hrabiego. Gdy tylko 

pięść Jamesa wylądowała na żebrach barona, ten chwycił go w pasie i przewrócił na podłogę.

Fiona   Bain   zapiszczała   przeraźliwie   i   dopiero   teraz   podbiegła   do   stołu,   żeby   się 

przekonać o rozmiarach wyrządzonych szkód.

- Moja zastawa! wykrzyknęła. Podgrzewacz do potraw mojej matki! Jeśli któryś z was 

go stłukł, to was zabiję!

Emma wydała zduszony okrzyk, kiedy obaj mężczyźni, którzy na nowo podjęli walkę, 

background image

uderzyli o antyczny kredens.

-   Jest   pan   chyba   szalony,   że   nie   chce   ich   pan   powstrzymać!   krzyknęła,   patrząc 

błagalnym wzrokiem na sędziego.

- Szalony? Sędzia spokojnie pykał fajkę. Nie przypuszczam. Kiedy zobaczył, że hrabia 

traci przewagę, a baron trzyma  go za gardło, wyjął fajkę z ust i wychylił się do przodu. 

Denham! huknął. Mówię do pana, Denham. Niech pan teraz użyje pięści. Dobrze! Oparł się 

znowu wygodnie i popatrzył na Emmę. Przepraszam cię, moja droga. Co mówiłaś?

- Jeśli pan nie przerwie tej walki, sama będę musiała to zrobić. Emma popatrzyła na 

sędziego z rozpaczą.

I po chwili, jak to często robiła w swojej szkole, weszła pomiędzy walczących, by ich 

rozdzielić.

Zapomniała tylko, że tym razem nie ma do czynienia z małymi  chłopcami. Kiedy 

zauważyła skierowaną na siebie pięść, nie było już czasu na to, żeby się odsunąć czy też 

uchylić. A baron, do którego należała ta pięść, włożył w swój cios zbyt wiele siły, żeby móc 

zatrzymać rękę w powietrzu.

Na szczęście hrabia Denham miał niezwykle szybki refleks. Kiedy Emma zamknęła 

oczy, oczekując uderzenia, ręka Jamesa wystrzeliła nagle w powietrze. Chwycił barona tak, 

że   jego   pięść   zatrzymała   się   tuż   przy   twarzy   dziewczyny.   Emma   czuł   teraz   zapach   obu 

mężczyzn   woń   drogiego   mydła   James   i   duszący   zapach   stajni,   którym   przesiąknięty   był 

baron.

Kiedy ośmieliła się otworzyć oczy, zobaczyła hrabiego i barona, którzy stali jak wryci. 

Z   nieruchomymi,   wzniesionym   nad   nią   rękami,   wyglądali   jak   zastygli   w   jakiejś   figurze 

kadryla.   Tylko   ich   piersi   wznosiły   się   ciężkim   oddechem.   Emma   od   mówiła   w   duchu 

modlitwę po raz pierwszy była wdzięczna losowi za to, że był na świecie James Marbury.

- Dość już tego powiedziała. Nie wstyd  wam? To wszystko jest zabawne, dopóki 

komuś nie stanie się krzywda. Wtedy śmiech zamienia się w łzy.

Taką przemowę wygłaszała zawsze do małych łobuziaków w swojej szkole. Tak samo 

przemawiała   jej   stryjenka   do   niej   i   do   Penelope,   kiedy   ich   zabawy   stawały   się   zbyt 

gwałtowne.   Wydawało   się,   że   na   dorosłych   mężczyznach   te   słowa   wywierają   podobne 

wrażenie jak na małych chłopcach i dziewczynkach. W każdym razie obaj opuścili ręce.

- Teraz powiedziała surowo Emma podajcie sobie ręce i powiedzcie „przepraszam”.

Widząc upór na twarzy obu mężczyzn, ujęła ich prawe dłonie.

- Nie słyszeliście, co mówiłam? Podajcie sobie ręce i powiedzcie „przepraszam”.

James   wiedział,   że   Emma   nie   ustąpi,   nie   zważając   więc   na   niebezpieczeństwo, 

background image

chwycił dłoń Geoffreya Baina i ścisnął ją.

- Przykro mi powiedział bez cienia skruchy. Nie chciałem stłuc naczynia pana matki 

do podgrzewania potraw.

- A ja stwierdził równie nieszczerze MacCreigh nie chciałem pana udusić.

- No właśnie podsumowała z zadowoleniem Emma.

Spojrzała   na   sędziego,   który,   wygodnie   rozparty   na   krześle,   sprawiał   wrażenie 

niezwykle z siebie zadowolonego.

- Widzi pan? spytała z lekka ironicznym tonem. Takie sprawy można rozwiązać bez...

W   tej   samej   chwili   MacCreigh   chwycił   hrabiego   za   szyję   obiema   rękami, 

unieruchamiając go w tym uścisku.

- Ja się z nią ożenię! krzyknął  baron do ucha Jamesa. I nikt mnie przed tym  nie 

powstrzyma.

Emma odwróciła się szybko w stronę sędziego.

- Musi pan położyć temu kres! zażądała. Na Faires i tak jest za dużo przemocy i 

rozlewu krwi. Jeśli pan temu nie przeszkodzi, to oni się pozabijają, tak samo jak O'Malley 

zabił mojego męża!

- Jeśli ja temu nie przeszkodzę? Sędzia wyjął fajkę z ust i popatrzył na Emmę ze 

zdziwieniem. Wydaje mi się, że jedyną osobą, która może temu przeszkodzić, jesteś ty, moja 

droga.

- Ja? Emma była oszołomiona. Jak ja mogę temu przeszkodzić?

- Poślubiając jednego z nich powiedział spokojnie sędzia.

background image

16

Mężczyźni natychmiast przerwali walkę. Dwie głowy jedna ciemna, a druga koloru 

świeżo wypolerowanej miedzi obróciły się w kierunku Emmy.

Wpatrywali   się   w   nią   tak   uporczywie,   że   zażenowana   Emma   cofnęła   się   o   parę 

kroków.

- Och, nie powiedziała stanowczym tonem. Nie.

-   Bardzo   słusznie.   Cletus   wysunął   się   do   przodu,   z   dumnie   wypiętą   piersią.   Pani 

Chesterton wyjdzie za mnie, a nie za żadnego z tych dwóch.

Sędzia Reardon obserwował tę scenę z zainteresowaniem.

- Widzisz zwrócił się do Emmy, wyciągając fajkę w stronę Cłetusa to się nigdy nie 

skończy, dopóki nie dokonasz wyboru.

-   Wyboru!   wykrzyknęła   Emma,   nie   wierząc   już   nie   tylko   własnym   uszom,   ale   i 

własnym oczom. Hrabia i baron stali teraz sztywno wyprostowani, doprowadzając ubrania do 

porządku. Jaki ja mam wybór? Muszę wyjść za mąż, żeby nie dopuścić do morderstwa? To 

jest całkowicie...

- Wyjdź za Geoffa. Fiona Bain podeszła do Emmy. On się dobrze tobą zaopiekuje 

dodała chytrze. Już ja tego dopilnuję.

- Za lorda MacCreigh! prychnęła pogardliwie pani MacTavish, która nie należała do 

wielbicielek barona. Człowieka, który zamordował własną narzeczoną?

- Po raz ostatni powtarzam odezwał się baron ze znużeniem że nie zamordowałem 

Clary. Uciekła z moim lokajem i ślad po niej zaginął.

- To pan tak mówi, milordzie. Pani MacTavish nie wyglądała na przekonaną. I niech 

się pan tego trzyma. A pani, Emmo, jeśli ma pani poślubić kogokolwiek poza moim Seanem, 

to powinien to być lord Denham. Właścicielka gospody zmrużyła znacząco oczy. Czy on nie 

spędził wczorajszej nocy w pani chacie?

Słysząc to, baron aż podskoczył.

- Emmo! To nie może być prawda! wykrzyknął.

- Oczywiście, że to prawda stwierdziła z zadowoleniem pani MacTavish. A kiedy 

pastor się o tym dowie, też będzie miał coś do powiedzenia. Zapamiętajcie moje słowa.

- Chyba pani oszalała mruknęła Emma.

Potem zerknęła na Jamesa i na lorda MacCreigh. Zobaczyła, że wpatrują się w nią 

dwie pary oczu, jedne koloru bursztynu, a drugie letniego nieba.

-   Wszyscy   oszaleli!   zawołała.   A   jeśli   myślicie,   że   pozwolę   się   wmanewrować   w 

background image

małżeństwo z którymś z was, to jesteście w błędzie.

Szybko się odwróciła, żeby uciec z tej okropnej sali. Serce jej waliło jak oszalałe. Nie 

wiedziała, gdzie iść, chciała tylko ukryć się przed tymi spojrzeniami... Szczególnie jedno z 

nich wyprowadzało ją z równowagi, chociaż nie potrafiłaby powiedzieć dlaczego. Było to 

spojrzenie lorda Jamesa, którego kiedyś lak bardzo nienawidziła. Teraz to uczucie już w niej 

osłabło.

Jak   mogłaby   go   nienawidzić,   pamiętając   jednocześnie   o   tym   jak   trzymał   ją   w 

objęciach,   a   jej   zdradliwe   ciało   tak   chętnie   przyjmowało   jego   dotyk.   Mimo   to   był   on 

człowiekiem,   który   zrobił   wszystko,   żeby   rozdzielić   ją   z   kimś,   kogo   kochała...   albo   też 

wydawało się jej, że kocha.

Miała właśnie wyślizgnąć się z sali, kiedy poczuła czyjąś rękę na ramieniu.

- Emmo, zaczekaj!

Zanim zdołała zaprotestować, hrabia ciągnął ją już za sobą, ale nie z powrotem do sali, 

z której uciekła, tylko do drzwi, w stronę których się kierowała.

- Milordzie powiedziała, próbując się wyzwolić z jego rąk.

Ale on objął ją w pasie i dosłownie przeniósł  przez drzwi, zamykając  je za sobą 

kopnięciem. Postawił ją pod ścianą, o którą oparł ręce, uniemożliwiając jej w ten sposób 

ucieczkę.

- Nie mam zamiaru rozmawiać... Emma usiłowała zachować pozory godności.

- Zamilknij, Emmo rzucił krótko James. Słuchaj, co ci powiem.

Zamilkła, ale nie dlatego, że on tego żądał. Zamilkła, ponieważ osłupiała, słysząc te 

słowa. Co się stało, pomyślała, z uprzejmym, sarkastycznym hrabią? Jeszcze nigdy tak do niej 

nie mówił. Zawsze był spokojny i opanowany, gotów służyć jej pomocą i ocierać łzy. Teraz 

był nawet bardziej wzburzony niż ona. To było szokujące!

- Reardon ma rację usłyszała jego głęboki, ciepły głos.

Widziała teraz wyraźnie, co baron zrobił z jego twarzą: jedna z jego ciemnych brwi 

była lekko skaleczona, na szczęce wystąpiła czerwona plama. Czy to możliwe, zastanawiała 

się Emma, że ten sam mężczyzna uchodził w Londynie za wzór dżentelmena?

- To jest nieznośna sytuacja, Emmo powiedział. Można ją jednak łatwo zmienić, co 

powinno mi było od razu przyjść do głowy, jeśli się zgodzisz, to takie rozwiązanie wszystkich 

zadowoli.

Emma   otworzyła   usta,   żeby   mu   powiedzieć,   że   jej   na   pewno   nie   zadowoli. 

Oczywiście, nie miała zamiaru mu mówić, że miał rację, kiedy usiłował przeszkodzić jej 

małżeństwu ze Stuartem, że ten związek okazał się katastrofą właściwie od samego początku. 

background image

Chciała mu tylko dać do zrozumienia, że już raz spróbowała małżeństwa i ten raz zupełnie jej 

wystarczy.

Nie mogła jednak tego zakomunikować, ponieważ James szybko mówił dalej.

- Pomyśl tylko, Emmo przekonywał ją. Dostaniesz swoje pieniądze i będziesz mogła 

zrobić z nimi, co tylko zechcesz. Oddać je sierotom i bractwom misyjnym, jeśli będziesz 

miała na to ochotę. Jedyna rzecz, o którą cię poproszę, to żebyś zachowała pewną sumę dla 

siebie. Jeśli będziesz chciała, to zainwestuję ją, żebyś mogła żyć z procentów. W ten sposób 

twoje pieniądze nie zostaną wydane na nowy dach w czyimś rodzinnym zamku...

Jakby na zawołanie, usłyszeli szczęk zasuwy i głos lorda MacCreigh.

- Emmo? Czy pani jest...

James błyskawicznie zasunął rygiel.

- Co u... dotarło do nich przez grube, drewniane drzwi. Kto to zamknął?! krzyczał lord 

MacCreigh. Denham? Czy to pan? Niech pan natychmiast otwiera!

- Widzisz, Emmo? W złocistych  oczach Jamesa Emma dojrzała niemą prośbę. Te 

pieniądze zapewnią ci dostatnie życie na wiele, wiele lat, nawet jeśli rozdasz połowę, a jestem 

pewny, że tak zrobisz. A jeśli poślubisz jednego z nich... James zerknął na drzwi, do których 

dobijał   się   baron,   niewątpliwie   z   pomocą   Cletusa...   to   oni   użyją   twoich   pieniędzy   do 

własnych   celów.   Nie   będziesz   miała   tego   problemu   ze   mną,   ponieważ   ja   nie   potrzebuję 

twoich dziesięciu tysięcy.

Teraz   dopiero   Emma   w   pełni   zrozumiała   jego   słowa.   Nie   mogła   jednak   w   nie 

uwierzyć. Hrabia Denham kuzyn Stuarta prosi, żeby wyszła za niego za mąż?!

Jej zdumienie musiało być widoczne, ponieważ hrabia szybko dodał:

- Oczywiście możemy rozwiązać nasze małżeństwo, kiedy już dostaniesz pieniądze, 

jeśli będziesz tego chciała. Nie powinno być z tym żadnego problemu.

Teraz Emma od razu zrozumiała, co mówił.

- Rozwód?! wybuchnęła.

Nie wiedziała już, co ją bardziej zaszokowało, czy fakt, że hrabia Denham chce ją 

poślubić, czy też, że jednocześnie proponuje jej rozwód.

- Nie rozwód, Emmo tłumaczył James tylko unieważnienie małżeństwa. To znaczy 

stwierdzenie,   że   małżeństwo   w   ogóle   nie   zaistniało.   Oczywiście,   nie   będziemy   o   to 

występować, dopóki nie dostaniesz swoich pieniędzy.

To z kolei jeszcze bardziej zdumiało Emmę. I to nie tylko dlatego, że hrabia był gotów 

naznaczyć swoje nazwisko, z którego miał prawo być dumny, i swoją dobrą reputację piętnem 

nieudanego małżeństwa. Zdumiała ją nonszalancja, z jaką to wszystko traktował, zupełnie 

background image

jakby mówił o jakiejś nieważnej transakcji w interesach!

Nie miał zresztą powodu, żeby inaczej o tym myśleć, tłumaczyła sobie w duchu Emma. 

Nie przyszłoby jej nawet do głowy, że hrabia Denham mógłby być w niej zakochany. James 

nigdy by nie zapałał miłością do takiej dziewczynie jak ona sieroty bez grosza przy duszy, 

której ocierał łzy, kiedy była małą dziewczynką; kimś, kto nawet nie miał tytułu i przez całe 

życie był zależny od bogatych krewnych. Hrabia Denham przebywał tylko w towarzystwie 

najpiękniejszych   i   najbogatszych   dziewcząt   w   Londynie   i   one   wszystkie,   jak   zauważyła 

Emma podczas sezonu towarzyskiego w minionym roku miały proste, błyszczące włosy, a nie 

ciasno skręcone loczki jak Emma.

James nigdy by się też nie wdawał w jakieś romantyczne historie z ubogą wdową po 

swoim kuzynie. To wykluczone!

Ale jeśli nie był w niej zakochany, to...

- Dlaczego? spytała.  Była  jeszcze zbyt  oszołomiona, żeby sensownie sformułować 

pytanie.

- Dlaczego co? zainteresował się James.

- Dlaczego... Zdała sobie nagle sprawę z jego bliskości. Był o wiele wyższy od Stuarta 

i bardziej muskularny. Czuła się przy nim bardzo mała.

- Dlaczego chcesz to zrobić? spytała wreszcie.

„Dla mnie” chciała dodać, ale na te słowa już zabrakło jej odwagi. Jego bliskość, 

podobnie jak poprzedniej nocy w chacie, działała na nią dziwnie oszałamiająco. Zaczęło się 

jej kręcić w głowie. To tylko dlatego, tłumaczyła sobie w duchu, że już dawno nie stała tak 

blisko mężczyzny to znaczy mężczyzny, który się regularnie kąpał. Hrabia Denham, chociaż 

był bardzo przystojny, nie mógł pociągać Emmy. Zbyt wiele rzeczy musiała przed nim zataić, 

żeby sobie pozwolić na jakieś żywsze uczucia.

- Jak to, Emmo? James spojrzał na nią ze zdziwieniem. Dlaczego miałbym tego nie 

zrobić? Należysz przecież do rodziny. Opieka nad tobą jest moim obowiązkiem.

- Obowiązkiem? wykrztusiła.

Łzy nabiegły jej do oczu, sama nie wiedziała dlaczego. Może to przez te słowa, te 

same   słowa,   które   wypowiedział   poprzedniego   wieczoru,   że   ona   należy   do   rodziny.   Do 

rodziny! Nie słyszała zbyt często tego słowa. Do rodziny? Ona teraz już nie miała rodziny.

-   Wydaje   mi   się,   że   poślubienie   mnie   daleko   wykracza   poza   pana   powinność, 

milordzie. Nadszarpywanie swojej doskonałej reputacji przez unieważnienie małżeństwa na 

pewno może źle wpłynąć na pana późniejsze plany matrymonialne.

- Specjalnie mnie to nie martwi odparł z uśmiechem James. Ty też nie powinnaś się 

background image

tym przejmować.

Emma potrząsnęła tylko głową. Wciąż nie mogła go zrozumieć. Chciał ją poślubić, nie 

oczekując żadnego udziału w jej spadku, potem narażać się na kłopoty i koszty związane z 

unieważnieniem   małżeństwa,   nie   mając   z   tego   żadnego   pożytku   to   wszystko   było 

bezsensowne, zwłaszcza że James miał świetną głowę do interesów. Dlaczego on chce to 

zrobić?

- Emmo powiedział, jakby czytając w jej myślach. Bardzo cię kiedyś skrzywdziłem. 

Pozwól mi teraz to naprawić.

Mówiąc to, ujął jej dłoń. Tylko tyle. Ujął jej dłoń i przytrzymał w swojej. Poczuł 

niewątpliwie, że nie jest to już ta sama ręka, której rok wcześniej dotykał w kadrylu. Teraz 

pokryta była odciskami, stwardniała od prania w lodowato zimnej wodzie z ługiem. Poza tym 

Emma już od wielu miesięcy nie tańczyła kadryla.

Jeśli jednak James zauważył tę różnicę, nie dał tego po sobie poznać, stał, trzymając 

jej dłoń i patrząc na Emmę nieprzeniknionymi, niepokojąco złotymi oczami, nie zwracając 

uwagi na głośne okrzyki i walenie w drzwi.

Nagle Emmie  przestało się kręcić  w głowie. Minął sta oszołomienia,  w jakim się 

znajdowała.   Doskonale   teraz   rozumiała,   co   robi   hrabia.   Było   to   zadziwiające   tak 

zadziwiające, że trudno jej było w to uwierzyć. A jednak było prawdą.

Hrabia Denham prosił o wybaczenie.

Nie były to zdawkowe przeprosiny, jakimi ją zbył poprzedniego dnia przed szkołą. 

Tym razem naprawdę prosił, żeby wybaczyła mu to, co przez rokiem uczynił jej... i Stuartowi.

To nie do wiary!

Był   to   również   dowód   wbrew   temu,   co   zawsze   twierdził   James,   kiedy   Emma 

przekonywała go, że złodziei i pijaków można sprowadzić na prostą drogę że ludzie naprawdę 

potrafią się zmienić.

Zaskoczona tak niezwykłym odkryciem, nie słyszała już, jak baron i Cletus walą do 

drzwi,   nie   czuła   wilgoci,   którą   przesiąknięte   były   ściany   zamku   MacCreigh.   Była   tylko 

świadoma bliskości Jamesa, zapachu jego czystej koszuli, dotyku jego palców i emanującego 

z jego ciała ciepła, tak jak poprzedniej nocy.

Nagle, na ułamek sekundy, ogarnęła ją trwoga, choć nie mogła zrozumieć, czego się 

bała.   To  prawda,   że   hrabia   był  silnym   mężczyzną.   Ale   dlaczego  to   miałoby   ją   napawać 

lękiem?

Tego nie wiedziała. Ten niespodziewany napad strachu był śmieszny. James wreszcie 

próbował naprawić to, co kiedyś zepsuł. Czyż Stuart jej nie pouczał, że należy wybaczać tym, 

background image

którzy uczynili nam krzywdę? Że błądzić jest rzeczą ludzką, a wybaczać rzeczą boską? Że 

należy nadstawić drugi policzek?

Stuart na pewno chciałby, żeby tak postąpiła. Była to winna jego pamięci.

Emma   nie   potrafiła   powiedzieć,   w   jakim   stopniu   na   jej   decyzję   wpłynęła   myśl   o 

Stuarcie, a w jakim wspomnienie muskularnego uda, które poprzedniej nocy znalazło się 

pomiędzy jej nogami. Ale to na pewno był ten pierwszy powód, wmawiała sobie. Oczywiście, 

że tak. Z trudem uświadomiła sobie, że w ogóle pomyślała o innej przyczynie.

Zdusiła wspomnienie tego dotyku i zacisnęła palce na dłoni Jamesa.

- Dobrze, James. Wyjdę za ciebie za mąż powiedziała.

background image

17

James, który stał teraz przed sędzią Reardonem, nie mógł jeszcze uwierzyć,  że to 

wszystko dzieje się naprawdę... również to, co się wydarzyło w ciągu ostatniej pół godziny, 

wydawało mu się mało rzeczywiste. Przecież zaproponował Emmie, żeby wyszła za niego za 

mąż tak właśnie było.

A co jeszcze bardziej zdumiewające, ona wyraziła zgodę.

Najlepszym potwierdzeniem tego stanu rzeczy był fakt, że Emma stała teraz obok 

niego  w  swojej  szarej  sukience z  koronkowymi  mankiecikami,  wpatrując  się w  sędziego 

Reardona, który odczytywał formułę przysięgi małżeńskiej.

W przeciwieństwie do Jamesa, wydawała się nie zauważać lorda MacCreigh i jego 

siostry, którzy stali przy ogromnym, buchającym żarem kominku, wyraźnie zdegustowani. 

Nie widziała też chyba pani MacTavish, znajdującej się po przeciwnej stronie kominka, która 

zalewała się rzewnymi łzami, słuchając suchego tekstu cywilnej ceremonii. Sean, który został 

wyznaczony   na   świadka,   był   wyraźnie   znudzony.   Pan   Murphy   również   nie   wykazywał 

zbytniego zainteresowania tym wydarzeniem.

Natomiast Cletus MacEwan robił wrażenie, jakby za chwilę miał się rozpłakać. James 

jeszcze nigdy nie widział tak żałosnej miny.

Rozumiał go. James nie wątpił, że Cletus szczerze uwielbiał Emmę i byłby dla niej 

może niezbyt odpowiednim, ale za to bardzo oddanym mężem.

Obok Cletusa stał lokaj Jamesa, Roberts, z niewzruszonym wyrazem twarzy. Służył 

Jamesowi wiernie,  nigdy niczemu  się nie  dziwić.  Równie  spokojnie  mógł odgrywać  rolę 

chirurga podczas pojedynku, jak i świadka na ślubie swojego pana. James zazdrościł mu tego 

spokoju, którego sam zupełnie nie odczuwał. Jak mógł być teraz opanowany? Brał ślub z 

Emmą van Court, najbardziej atrakcyjną debiutantką zeszłorocznego sezonu towarzyskiego, z 

kobietą, którą wbrew wszelkim przewidywaniom poślubił jego kuzyn Stuart.

Teraz Emma należała do niego.

Przynajmniej   na   jakiś   czas.   Był   zły   na   siebie,   że   wspomniał   o   unieważnieniu 

małżeństwa. Jednak widząc wtedy wyraz jej twarzy był przekonany, że w innym wypadku nie 

zaakceptowałaby   jego   planu.   Jego   propozycja   musiała   się   wydawać   Emmie   niesłychanie 

osobliwa. Hrabia sam się sobie dziwił.

Kiedy sędzia Reardon zrobił tę niekonwencjonalną  uwagę, James wiedział już, że 

wreszcie okoliczności zaczęły mu sprzyjać. Zrozumiał, jak ma postąpić, gdy tylko usłyszał 

słowa  sędziego   „Poślubiając  jednego  z  nich”.  Może  wiedział   o  tym   już  przedtem.   Może 

background image

dlatego chciał spędzić ostatnią noc w chacie Emmy.

Wreszcie miał okazję, żeby udowodnić Emmie, że nie jest już takim zatwardziałym 

egoistą jak niegdyś. Jego życie zmieniło się tego dnia, kiedy ona uciekła ze Stuartem. Emma 

nauczyła   Jamesa,   że   za   żadne   pieniądze   nie   kupi   tego,   czego   naprawdę   pragnie,   i   nie 

powstrzyma tego, przed czym się wzdraga. Nastąpił sprzyjający moment, żeby naprawić to, 

co jej uczynił chociaż nadal uważał, że poślubienie jego kuzyna nie było dobrym pomysłem.

Żałował   tylko,   że   wtedy   dał   jej   to   zbyt   wyraźnie   do   zrozumienia,   bo   u   takiej 

dziewczyny jak Emma jego słowa musiały jedynie wzbudzić współczucie dla Stuarta. Biedny 

Stuart. Nawet własna rodzina nie chce, żeby był szczęśliwy! tak sobie mogła pomyśleć. Ale to 

przyszło mu do głowy zbyt późno.

Teraz jednak był szczęśliwy, że Emma nie posłuchała jego rady. Gdyby rok temu 

zaproponował   jej   małżeństwo,   w   żadnym   wypadku  nie   zgodziłaby   się   zostać   jego   żoną. 

Dopiero teraz widział, że nie potrafił zrozumieć nie tylko cudzych uczuć, ale nawet własnych. 

Dla   tak   idealistycznie   nastawionej   dziewczyny,   jaką   była   Emma,   on   był   ucieleśnieniem 

wszystkiego, czym  ona w głębi duszy pogardzała: bogatym  człowiekiem interesów, który 

dbał   jedynie   o   powiększanie   swojego   majątku   i   hołdował   wyłącznie   własnym 

przyjemnościom.

Stał się innym człowiekiem. Dwanaście miesięcy to wystarczająco długi okres, żeby 

się pozbyć dawnych fałszywych poglądów i przeobrazić w kogoś, kim był teraz mężczyzną, 

który chciał naprawić swoje błędy i udowodnić stojącej obok niego kobiecie, że całkowicie 

się zmienił.

Nie znaczyło to, że zapomniał o złożonej jej obietnicy unieważnienia małżeństwa. 

Jeśli tylko Emma będzie chciała, on na pewno tę sprawę przeprowadzi.

Na   szczęście,   to   nie   było   takie   proste.   Proces   unieważnienia   małżeństwa   był 

niezwykle żmudny, a dodatkowo mogły się pojawić różne niespodziewane komplikacje.

Na przykład żona mogła się zakochać w swoim mężu.

Jednak widząc błękitne, świetliste oczy Emmy, ocienionej długimi rzęsami, czuł, że 

warto podjąć to ryzyko. Nawet bardzo. Nagle usłyszał głos sędziego Reardona.

- Proszę się zdecydować, milordzie.  Rozumiem,  że to się stało zbyt  pospiesznie i 

mężczyzna mógłby chcieć mieć więcej czasu do namysłu, ale ja zostawiłem w gospodzie 

pyszny lunch i chciałbym do niego powrócić jeszcze w tym tygodniu. Proszę powiedzieć 

„tak” albo „nie”.

Dopiero   teraz   James   zdał   sobie   sprawę,   że   zostało   mu   zadane   to   najważniejsze 

pytanie.

background image

- Tak powiedział szybko i zerknął na Emmę, która patrzyła na niego lekko zdziwiona.

Po ledwo dosłyszalnej odpowiedzi Emmy sędzia ogłosił ich z mocy swojego urzędu, 

mężem i żoną. James był zdumiony faktem, jak szybko może nastąpić odmiana ludzkiego 

losu jeszcze wczoraj nie pozwoliłby sobie na tak fantastyczną myśl, że mógłby ożenić się z 

Emmą, a dzisiaj był już jej prawowitym mężem.

-   Denham   usłyszał   znowu   głos   sędziego.   Długo   jeszcze   będzie   pan   tak   stał?   Nie 

pocałuje pan panny młodej?

Zaskoczony James odwrócił się do Emmy, która się zaraz cofnęła.

- To nie jest konieczne powiedziała.

Jednak   pani   MacTavish,   pozbawiona   nadziei   na   ślub   swojego   syna   z   wdową   po 

wikarym, chciała być chociaż świadkiem pierwszego pocałunku państwa młodych nie zdając 

sobie   pewnie   sprawy,   że   to   będzie   ich   pierwszy   i   prawdopodobnie   ostatni   pocałunek. 

Chwyciła Emmę za ramiona i pchnęła ją w kierunku hrabiego.

- Musicie przypieczętować ten układ powiedziała.

Zaskoczona Emma upadłaby na podłogę, gdyby James nie chwycił jej w ramiona.

Nowo   poślubiona   żona  patrzyła   teraz  na  niego  szeroko  otwartymi  oczami.  Hrabia 

widział, że jest zażenowana. Z jakiegoś powodu Emma czuła się onieśmielona.

Z jego powodu.

- Milordzie, niechże pan pocałuje pannę młodą nalegała pani MacTavish.

James nie wahał się ani chwili. Cóż miał robić? Nie mógł jej nie pocałować… kiedy 

Geoffrey Bain patrzył na nich z taką nienawiścią w oczach. Baron mógłby pomyśleć, że dla 

niego jeszcze nie wszystko stracone.

Pochylił głowę z zamiarem jedynie dotknięcia wargami jej ust. Sądząc po wyrazie jej 

oczu i czując, jak sztywnieje w jego ramionach, uznał, że to będzie wystarczający wyraz 

małżeńskich uczuć.

Kiedy jednak jego wargi dotknęły jej ust, stało się coś zupełnie nieoczekiwanego… 

coś,   co   niewątpliwie   jeszcze   bardziej   wstrząsnęło   Emmą   niż   nim.   On,   ze   swojej   strony, 

zawsze podejrzewał, że pocałunek złożony na ustach  Emmy  mógłby okazać  się zupełnie 

niezwykłym doświadczeniem.

Był pewien, że Emma nigdy nawet nie pomyślała, by się z nim całować. Dlaczego 

miałaby o tym myśleć? Przecież to on sprawił, że rodzina się od niej odwróciła, i on uderzył 

jej narzeczonego. Mało prawdopodobne, żeby Emma kiedykolwiek zastanawiała się nad tym, 

jak mogą smakować pocałunki Jamesa.

Lord Denham był jednak przekonany, że kiedy ich usta się zetknęły, nie tylko on 

background image

doznał trudnych do wytłumaczenia uczuć. James mógł się zresztą tego spodziewać tak często 

myślał o ustach Emmy, że musiał coś odczuć, kiedy te marzenia stały się rzeczywistością. To 

przeżycie było jednak o wiele silniejsze, niż mógł przewidzieć.

Natomiast dla Emmy,  nie wyobrażającej sobie nigdy przedtem, że hrabia Denham 

mógłby ją całować, iskra, która przebiegła pomiędzy nimi, była jak grom z jasnego nieba. 

Odczucie   okazało   się   aż   tak   nieoczekiwane,   że   kiedy   hrabia   uniósł   głowę,   kończąc   ten 

delikatny, stosowny do sytuacji pocałunek, Emma, której wargi jeszcze drżały, zarzuciła mu 

ręce na szyję i przyciągnęła go do siebie... zupełnie nieświadoma wpatrujących się w nich 

zdumionych zebranych.

Czy można się jej dziwić? Jeszcze nigdy w życiu Emma nie doznała takich emocji jak 

teraz.   Chociaż   sześć   miesięcy   wdowieństwa   mogło   przytępić   jej   zmysły,   była   jednak 

przekonana, że gdyby Stuart kiedykolwiek pocałował ją tak, jak przed chwilą zrobił to jego 

kuzyn, długo by o tym pamiętała.

Uzyskała całkowitą pewność, kiedy wargi Jamesa znalazły się ponownie na jej ustach. 

Żaden mężczyzna jeszcze jej tak nie całował. Nie znaczyło to, oczywiście, że Emma miała 

duże   doświadczenie   w   tej   dziedzinie.   Mogła   jedynie   porównywać   z   pocałunkami   swego 

męża. Jednak do całowania jak również do wielu innych tego typu spraw Stuart nigdy nie 

przykładał wagi. Często mówił, że żonie wikarego nie wypada w ten sposób uzewnętrzniać 

uczuć, do czego Emma miała skłonności. Starała się więc zwracać swoje myśli ku wyższym 

rzeczom.

Teraz, w ramionach hrabiego, Emma odkryła, że niełatwo jest myśleć o wyższych 

sprawach, kiedy jest się tak cudownie całowanym przez Jamesa Marbury'ego, prawdziwego 

mistrza w tej dziedzinie. Co do tego nie można było mieć żadnych wątpliwości. Jego wargi 

przesuwały się po jej ustach z nadspodziewaną zachłannością były zadziwiająco zaborcze, 

jeśli wziąć pod uwagę, że byli małżeństwem od jakichś trzydziestu sekund.

Pocałunki Stuarta nie były ani zaborcze, ani zachłanne. Ile razy Stuart całował Emmę, 

miała wrażenie, że on jednocześnie myśli o czymś innym o kazaniu, które ma wygłosić, o 

błędnym wywodzie Williama Paleysa na temat bożej łaski, o tym, jak skłonić O'Malleyów, 

którzy   starym   szkockim   zwyczajem   sami   przed   sobą   składali   małżeńską   przysięgę,   żeby 

wzięli ślub w kościele.

Zupełnie inaczej było z kuzynem Stuarta. James całował Emmę, jakby myślał tylko... 

o Emmie.

To   było   wspaniałe.   Szczególnie   biorąc   pod   uwagę   fakt,   że   przez   ostatnie   kilka 

miesięcy nieliczne osoby myślały wyłącznie o niej. Poświęcano natomiast niesłychanie wiele 

background image

uwagi dziesięciu tysiącom funtów, które miała odziedziczyć w dniu swojego ślubu. Natomiast 

James skupiał swoje zainteresowanie tylko na niej samej. Do tego stopnia, że prawie mogłaby 

przysiąc, że coś do niej czuł...

Było to coś więcej niż zwykła chęć naprawienia krzywdy, jaką jej wyrządził. Czyż nie 

objął jej mocno i nie przyciągnął do siebie, kiedy tylko zarzuciła mu ręce na szyję? Czyż nie 

czuła, jak szybko bije mu serce? A ten zaborczy pocałunek, jak gdyby uważał, że ona jest 

jego własnością. To było szalenie ekscytujące, jakby James był zwycięskim wodzem, a ona 

jego branką...

Nie znaczyło to, że Emma dawała się ponosić wyobraźni i że miała skłonności do 

fantazjowania. Tylko... tylko że wszystko mogłoby być inaczej, gdyby Stuart chociaż raz tak 

ją pocałował!

Czar   prysł,   kiedy   usłyszała   głośne   chrząknięcie   i   została   nagle   przywrócona   do 

rzeczywistości. Dobry Boże, była w zamku lorda MacCreigha i tyle osób na nią patrzyło! Jak 

łatwo się zatracić w ramionach Jamesa! Jakie to cudowne uczucie, kiedy się jest w silnych 

ramionach mężczyzny, czuje się bijące od niego ciepło i wdycha zapach świeżo wypranej 

koszuli!

Emma oderwała wargi od ust Jamesa i zerknęła, zażenowana, na sędziego Reardona. 

Na   szczęście   on   nie   patrzył   na   nią   z   wściekłością   jak   stojący   obok   lord   MacCreigh. 

Wydawało się, że sędzia Reardon świetnie się bawił.

- Załatwione powiedział z zadowoleniem, zamykając zbiór tekstów używanych przy 

cywilnych ceremoniach zaślubin. Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Doskonale dobrana 

para. On jej zapewni stabilizację, której ona potrzebuje, a jemu przydałoby się trochę ciepła, 

którego ona, jak wierzę, mu nie poskąpi. A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko temu, wrócę, 

żeby dokończyć swój pudding.

James, ku wielkiemu niezadowoleniu Emmy, wyprostował się i wypuścił ją z objęć. 

Ale ten nieoczekiwanie namiętny pocałunek dosłownie zwalił ją z nóg. Jeszcze nigdy w życiu 

nie najadła się takiego wstydu. Kiedy się zachwiała, hrabia czule objął ją w pasie.

- Tak powiedział całkowicie spokojnym, jak zauważyła Emma, głosem nadużywamy 

gościnności lorda MacCreigha.

- Nonsens! zawołała Fiona Bain.

W jej słodkim głosiku zabrzmiała ledwie wyczuwalna ostra nuta, natomiast pogrążony 

w smutku baron usiadł znowu przy kominku.

- Musicie zostać na lunch. Ślubny lunch.

Pani MacTavish i jej syn znacznie się ożywili. Nawet Cletus trochę się rozchmurzył. 

background image

Ślubny lunch? Taka okazja nie trafiała się często, a do tego na stole pojawią się jeszcze wina 

z piwnic lorda.

Emma   nie   miała   najmniejszej   ochoty   zostawać   na  takim   poczęstunku,   nawet   jeśli 

miało być podane wino. Przecież to nie był prawdziwy ślub... ale o tym wiedziała tylko ona i 

lord Denham. Odczuła ulgę, kiedy usłyszała głos Jamesa.

- Bardzo dziękujemy, panno Bain, ale musimy to przełożyć na jakąś inną okazję. 

Roberts, podaj mi pelerynę.

Zanim Emma zdążyła się zorientować, już siedziała w karawanie pana Murphy'ego, 

pomiędzy swoim mężem jej mężem! a jego lokajem, odjeżdżając z zamku MacCreigh.

Teraz jednak było zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy przed niecałą godziną jechała 

przerażona,   spodziewając   się,   że   zastanie   tam   scenę   mordu.   Opuszczała   teraz   siedzibę 

Geoffreya   Baina   z   zupełnie   innym   rodzajem   niepokoju.   Tym   razem   nie   obawiała   się 

morderstwa, ale czegoś mniej przewidywalnego.

Jej niepokój stał się większy, kiedy dojechali do wioski.

- Do chaty lady Denham, proszę! zawołał James do pana Murphy'ego.

Lady Denham? Czyżby ona tutaj się zjawiła? Emma nie wyobrażała sobie, co matka 

Jamesa   mogłaby   robić   na   Faires.   Elegancka   lady   Denham   zaszczycała   swoją   obecnością 

jedynie wytworne, modne miejscowości i była ostatnią osobą, którą Emma spodziewałaby się 

tutaj ujrzeć.

Dopiero kiedy pan Murphy skręcił na drogę prowadzącą do jej własnej chaty, Emma 

zdała sobie nagle sprawę, że James mówił nie o swojej matce, tylko o niej. Ona była lady 

Denham... nową lady Denham.

Nie  ślubna ceremonia,  nie   zwalający  z nóg  pocałunek, tylko   te  słowa  dopiero  jej 

uświadomiły, co zrobiła.

Wyszła za mąż za hrabiego Denhama! Ona wyszła za mąż za hrabiego Denhama! To 

nieważne,  że ich ślub był tylko  formalnością.  To nieważne,  że on się z nią ożenił tylko 

dlatego, że chciał odkupić swoje winy wobec niej i Stuarta. Wyszła  za mąż za hrabiego 

Denhama, mężczyznę, całkowicie pozbawionego, jak była niegdyś przekonana, miłosierdzia i 

sumienia.

Dobry Boże! Co ona zrobiła? Serce podeszło jej do gardła, wychyliła się do przodu.

- Panie Murphy! zawołała. Panie Murphy! Proszę się tu zatrzymać.

James popatrzył na nią jak na szaloną. Faktycznie,  nie mogła być przy zdrowych 

zmysłach, kiedy pomyślała, że małżeństwo z Jamesem jest niezłym pomysłem.

- Emmo powiedział, gdy starała się przecisnąć koło Robertsa, żeby wyjść, bo James 

background image

zajmował zbyt dużo miejsca w karawanie. Nic ci nie jest?

- Dobrze się czuję, milordzie odparła sucho. Ale już zbyt długo dzieci są same. Muszę 

do nich wrócić.

Przecisnęła   się   wreszcie   koło   zdumionego   lokaja,   otworzyła   drzwi   pojazdu, 

zeskoczyła ze stopnia i wreszcie znalazła się na powietrzu i w słońcu.

Z daleka od złotych oczu Jamesa Marbury'ego.

Emma spojrzała na siedzących w karawanie mężczyzn.

- Bardzo panu dziękuję za to, że mnie pan poślubił, milordzie powiedziała, uznając, że 

powinna to powiedzieć.

Po chwili, może dlatego, że James patrzył na nią oniemiały, szybko się odwróciła i 

pobiegła w kierunku latarni morskiej.

Patrząc, jak biegnie, a słońce ozłaca jej jasne włosy, James zastanawiał się, za jakie 

grzechy, które popełnił w swoim poprzednim wcieleniu, ma teraz ponosić karę. To nie było w 

porządku, żeby natychmiast po ślubie małżonka dziewiątego hrabiego Denhama udała się do 

szkoły. Mogła przynajmniej wypić z nim kieliszek szampana.

Jak się okazało, James nie był jedyną osobą, oczywiście poza Robertsem i panem 

Murphym, która była świadkiem dziwacznego zachowania Emmy. W pobliżu pojazdu stał 

młody Fergus, przechylając pod dziwnym kątem głowę, kiedy patrzył na Emmę biegnącą do 

szkoły, z której on, co było oczywiste, zwagarował.

Chłopak skierował spojrzenie na Jamesa.

- Czy dobrze usłyszałem, że pani Chesterton dziękowała za to, że się pan z nią ożenił? 

spytał z niedowierzaniem w głosie.

James był zanadto zmęczony, a właściwie zbyt upokorzony, żeby zaprzeczać.

- Dobrze słyszałeś.

Chłopak przeciągle zagwizdał.

- To jest dobra metoda  na lorda MacCreigh,  żeby się jej  nie narzucał powiedział 

swobodnym tonem. To znaczy, jeśli uda się panu to zlepić.

James   usiłował   przybrać   pogodniejszy   wyraz   twarzy,   ale   nie   bardzo   pojmował,   o 

czym chłopak mówi.

- Zlepić?

- Tak odrzekł Fergus. To znaczy tę całą sprawę małżeńską.

- Oczywiście, że mi się uda odparł z oburzeniem James.

- W takim razie życzę panu powodzenia powiedział Fergus ze zbyt znaczącym, jak na 

takiego dzieciaka, uśmiechem.

background image

Włożył ręce do kieszeni spodni i skierował się do latarni.

- Zaczekaj! zawołał za nim James. Co przez to rozumiesz?

Młody  MacPherson   spojrzał  na   niego  ze   zdumieniem.   W  każdym   razie  Jamesowi 

wydawało się, że chłopak na niego patrzy, gdyż trudno było zgadnąć, w którym kierunku 

biegnie wzrok Fergusa.

- To, co zawsze mówi moja mama. Wzruszył ramionami. Jeśli naprawdę chce ją pan 

zdobyć, a myślę, że tak, to musi się pan starać o jej względy.

Odszedł   nadspodziewanie   szybkim   krokiem   jak   na   kogoś,   kto   niewiele   widzi, 

zostawiając zdumionego Jamesa, który nadał siedział w karawanie. Jakie to dziwne, pomyślał, 

że  trzeba   było   odbyć  podróż  na  te  dzikie  wyspy,  żeby  usłyszeć  jedyną   dobrą  radę,  jaką 

kiedykolwiek otrzymał w życiu.

background image

18

Wystarczyło kilka minut, by wiadomość o ślubie Emmy obiegła całe miasteczko. Pani 

MacTavish już się o to postarała, kiedy tylko zdążyła wrócić z zamku. Natychmiast zaczęła 

się   dzielić   tym,   co   widziała,   nie   pomijając   niesłychanie   czułego   pocałunku,   z   ludźmi 

spotkanymi po drodze. Po krótkim czasie wszyscy wiedzieli, że wdowa Chesterton wyszła 

wreszcie za mąż i że dziesięć tysięcy funtów, które miała z tej okazji otrzymać, nie znajdzie 

się w kieszeni żadnego miejscowego mężczyzny, jak przewidywano, tylko weźmie je ktoś 

obcy.

Czy rzeczywiście obcy? Niewątpliwie lord Denham był kimś; obcym na Faires, ale 

czy   był   obcy   dla   Emmy?   Mówiono,   że   jest   krewnym   zmarłego   wikarego,   męża   pani 

Chesterton.   Chociaż   widać   było   pewne   rodzinne   podobieństwo,   byli   całkowicie   różnymi 

ludźmi. Stuart Chesterton znany był ze swojej pobożności i ubóstwa. Lord Denham zdążył już 

zaszokować całe miasteczko, wynajmując karawan pana Murphy'ego za oszałamiającą cenę 

dwóch suwerenów dziennie i wyzywając barona MacCreigha na pojedynek.

Jakby tego było jeszcze mało, pani MacTavish przekazywała przyciszonym głosem, 

zerkając na boki, czy ktoś jej nie podsłuchuje, jeszcze jedną niesłychaną wiadomość... Do 

wieczora   wszyscy   na   Faires   już   wiedzieli,   że   lord   Denham   nie   spał   ostatniej   nocy   w 

wynajętym   pokoju   w   gospodzie.   Tamtego   wieczoru   Murphy   zawiózł   hrabiego   do   chaty 

wdowy Chesterton I przyjechał po niego następnego ranka, jak mu polecono.

Innymi słowy, hrabia Denham i wdowa Chesterton spędzili razem noc. Jeszcze przed 

ślubem.

Mieszkanki Faires znalazły na to wytłumaczenie hrabia Denham i Emma byli przez 

długi czas kochankami, nim ona poślubiła jego kuzyna i przyjechała na wyspę.

Wszystko się zgadzało. Czyż Emma, jako żona wikarego, nie sprawiła im zawodu? 

Naturalnie, wypełniała wszystkie związane z tą rolą obowiązki odwiedzała starców i chorych, 

piekła placki na kościelne kiermasze, pomagała żonie pastora dekorować kościół na różne 

uroczystości.

Ale   jak   często   słuchała   kazań   swojego   męża?   Tylko   raz   w   ciągu   dnia.   Jej   mąż 

przywiązywał wielką wagę do rytuału, u ona wręcz przeciwnie, choć nazywała siebie osobą 

praktykującą.

Jednak największe zdumienie wywołał pomysł Emmy, żeby uczyć dzieci w szkole po 

śmierci   ich   nauczyciela.   Kobieta   będzie   uczyć?   To   byłoby   zrozumiałe   po   śmierci   męża 

bezdzietna wdowa rzuca się w wir pracy, żeby zapomnieć o swojej stracie. Ale Emma zaczęła 

background image

snuć   plany   założenia   szkoły   na   długo   przed   jego   śmiercią...   a   jak   mówili   niektórzy,   te 

projekty spotykały się ze zdecydowanym sprzeciwem wikarego. Poza tym w szkole Emmy 

chłopcy i dziewczynki siedzieli razem, nawet nie po przeciwnych stronach klasy, tylko w 

grupach   łączonych   według   wieku   i   umiejętności   pan   Chesterton   nigdy   by   się   na   to   nie 

zgodził.

Kiedy   się   o   tym   dowiedziano,   większość   mieszkańców   Faires,   a   wśród   nich,   jak 

mówiono,   nawet   pastorowa   Peck,   zaczęła   odnosić   się   chłodno   do   Emmy.   Pani   Peck 

opiekowała się teraz własnym maleństwem i nie miała czasu na spory z młodą żoną wikarego. 

Mimo to nikt nie zabrał swojego dziecka ze szkoły pani Chesterton, a niektórzy głośno się 

nawet chwalili szkolnymi postępami swoich pociech.

Wdowa Chesterton była ośrodkiem zainteresowania przed przyjazdem przystojnego i 

niesłychanie   bogatego   hrabiego   Denhama,   który   znał   Emmę   jeszcze   z   Londynu   i   miał 

czelność   sprzątnąć   ją   i   jej   dziesięć   tysięcy   funtów   sprzed   nosa   uczciwych,   poważnych 

szkockich mężczyzn, którzy się o nie starali.

Ten   fakt   można   było   tłumaczyć   tylko   jednym   Emma   i   lord   Denham   byli   kiedyś 

kochankami, których rozdzielił zły los, a zrozpaczona Emma musiała poślubić biednego i 

bardzo pobożnego kuzyna hrabiego. Natomiast sam hrabia - jak twierdziła Mary, pomocnica 

kuchenna   w   gospodzie,   gorąca   wielbicielka   romantycznych   opowieści   szukał   ukojenia   w 

ramionach   paryskiej   modelki.   Teraz,   kiedy   hrabia   się   dowiedział,   że   Emma   jest   wolna 

informowała   podekscytowana   Mary  przyjechał   na  Faires,   żeby  zabrać   ją   do  domu.   Losy 

paryskiej tancerki pozostały nieznane.

Zanim   upłynął   wieczór,   wszyscy   mieszkańcy   Faires   uznali   rewelacje   Mary   za 

doskonałe   wytłumaczenie   dziwnych   wydarzeń   dnia.   Wszyscy,   z   wyjątkiem   dwóch   osób. 

Pierwszą z nich był baron, który ani przez chwilę nie wierzył, że Emma mogłaby pokochać 

kogoś innego niż on. A drugą jego siostra, która nie wierzyła, że James mógłby pokochać 

kogoś innego niż ona.

Fakt,   że   znajomość   panny   Bain   z   hrabią   była   bardzo   krótka,   nie   stanowił   żadnej 

przeszkody. Wystarczyło, że Fiona uważała się za królową piękności na Faires. Jej jedynymi 

rywalkami do tego tytułu były: narzeczona brata, która na szczęście zniknęła z horyzontu (i 

bardzo   dobrze,   że   już   nie   ma   tej   ladacznicy),   oraz   Emma,   która,   jak   każdy   widzi,   jest 

zasuszoną starą wdową. Zatem teraz Fiona była najpiękniejsza na Faires.

Byłoby   więc   naturalne,   żeby   tak   bogaty   i   przystojny   mężczyzna,   jakim   był   lord 

Denham, zakochał się właśnie w niej.

Fiona   słuchała   z   niesmakiem   opowieści   Mary   o   rozdzielonych   kochankach.   Nie 

background image

uwierzyła ani jednemu słowu. Przecież była na tym ślubie i widziała na własne oczy, że 

wdowa Chesterton niechętnie przystała na ten związek. Zresztą Fiona zawsze uważała Emmę 

za idiotkę. Fiona przez całe życie czekała na takiego mężczyznę, jakim był James Marbury, 

wyobrażając sobie, że któregoś dnia on przekroczy jej próg. A kiedy to się siało, właśnie tego 

ranka, serce podskoczyło jej z radości. Minęło tylko kilka chwil od momentu, kiedy lord 

Denham wszedł do jej domu, a ona już zdążyła ułożyć plany ich wspólnego szczęścia, z dala 

od tej nędznej wyspy, na której się urodziła i której nie cierpiała.

Po wysłuchaniu od Mary krążących po miasteczku plotek Fionę ogarnęła wściekłość. 

Emma  Chesterton  teraz  lady Denham zawsze wydawała  się jej dziwną osobą. Czyż  pani 

Chesterton, po swoim przyjeździe na Faires, nie wybrała Clary McLellen, zamiast Fiony, na 

swoją najbliższą przyjaciółkę? Co prawda, to raczej Clara wybrała Emmę, ale ona wcale nie 

próbowała unikać z nią kontaktu, jak to zawsze robiła panna Bain. Co z tego, że Clara była 

narzeczoną jej brata, kiedy w jej żyłach  nie płynęła  ani kropla szlachetnej krwi, a Fiona 

mogłaby przecież poszczycić się przodkami, począwszy od piętnastego wieku.

Ale czy to skłoniło Emmę Chesterton, żeby się choć trochę nią zainteresowała? Jak 

często widywała w różnych miejscach zamku Clarę i Emmę, które konspiracyjnym szeptem 

wymieniały zwierzenia? Ile razy, kiedy spacerowała samotnie, spotykała je, jak szły obok 

siebie, prowadząc ożywioną rozmowę? Bóg jeden wie, co Clara mogła naopowiadać żonie 

wikarego. Prawdopodobnie mówiła, że nie jest dobrze traktowana w zamku MacCreigh i że 

nie cierpi Fiony.

No   cóż,   panna   Bain   była   świadoma   swojej   pozycji   w   świecie,   chociaż   jej   brat 

wydawał się o tym zapominać. Przecież ojciec Clary zajmował się tylko handlem.

Fiona mogłaby się założyć,  że Emma doskonale wiedziała, co się działo tej nocy, 

kiedy zniknęła Clara.  Było  również bardzo prawdopodobne, że żona wikarego wiedziała, 

gdzie   ona   uciekła.   Można   było   także   przypuszczać,   że   sama   zachęcała   tę   ladacznicę   do 

ucieczki ze Stevensem, lokajem Geoffreya. A Stevens mógł się podobać, nawet Fiona była 

pod jego urokiem. To prawda, że pochodził z gminu, ale te uwodzicielskie błyski w jego 

czarnych oczach! Fiona nie dziwiła się, że Clara straciła dla niego głowę, chociaż jej zdrada 

tak bardzo dotknęła Geoffreya.

Oczywiście, Fiona nie byłaby aż tak głupia, żeby poświęcić wszystko dla zwykłego 

lokaja. O tym nie było nawet mowy. Ona czekała na kogoś takiego jak lord Denham.

A teraz jej jedyna szansa na dobre małżeństwo legła w gruzach... Tak samo Emma 

zniszczyła jej jedyną szansę na prawdziwą przyjaźń, kiedy wybrała towarzystwo Clary, nie 

Fiony.   Od   czasu   swojego   przyjazdu   na   Faires   Emma   nie   robiła   niczego   innego   poza 

background image

przysparzaniem kłopotów Fionie.

Oczywiście, było trochę głupich kobiet, jak pani MacTavish, a nawet pani Peck, które 

usiłowały   powiedzieć   o   niej   coś   dobrego:   że   pani   Chesterton   podczas   epidemii   tyfusu   z 

niesłychanym  poświęceniem opiekowała się chorymi, nawet m stracie własnego męża; że 

była bardzo dobra dla dzieci, zawsze chętnie wysłuchiwała cudzych kłopotów. I tak dalej, i 

tak dalej.

Fiona   nigdy   nie   miała   okazji,   żeby   móc   się   zwierzyć   ze   swoich   zmartwień   pani 

Chesterton. Co prawda, nigdy o to nie prosiła, ale jako jedyna arystokratka na wyspie mogła 

się spodziewać, że Emma uczyni przynajmniej jakiś wysiłek, żeby mogły się lepiej poznać. 

Clara   uważała,   że   to   ona   ma   wyniosły   sposób   bycia,   ale   to   nieprawda.   Ona   była   tylko 

nieśmiała. Mężczyźni lubią, kiedy damy są nieśmiałe.

Ale tym razem, sprzątając Fionie hrabiego sprzed nosa, Emma posunęła się już za 

daleko. Ta kropla przepełniła czarę i siostra barona postanowiła dłużej tego nie ukrywać. Jeśli 

chodzi o Jamesa Marbury'ego, to Fiona nie miała już żadnego pola manewru. Na zawsze go 

utraciła, ale za to potrafi strącić Emmę z piedestału. Na pewno to zrobi.

Panna Bain nie przejęła się faktem, że był już wieczór, kiedy ruszyła w stronę latarni 

morskiej. Jej brat będzie musiał zaczekać z kolacją albo zjeść ją samotnie. Na pewno nie 

będzie tym zachwycony, ale od chwili zniknięcia Clary i tak stale chodził zły. A teraz jej brat 

był   w   tak   strasznym   humorze,   w   jakim   go   jeszcze   nigdy   nie   widziała.   Ogarnęła   go 

wściekłość, bo stracił coś, co od kilku miesięcy stanowiło jego ostatnią nadzieję, czyli wdowę 

Chesterton i jej dziesięć tysięcy funtów.

Fiona dobrze rozumiała brata. Bądźmy sprawiedliwi, te pieniądze i wdowa Chesterton 

należały się jemu. Tak samo jak przystojny, elegancki lord Denham należał się jej.

Zamierzała to wszystko powiedzieć Emmie, nie przebierając w słowach.

Jeśli jednak, przekraczając próg latarni morskiej, panna Bain spodziewała się zastać 

niedawną pannę młodą w doskonałym nastroju, który by z przyjemnością zepsuła, spotkał ją 

srogi zawód. Emma siedziała nad stosem uczniowskim tabliczek z twarzą zwróconą do okna, 

chociaż zdawała się nie zauważać zaglądających tam złotych promieni zachodzącego słońca. 

Na jej ślicznej twarzy chociaż Fiona zawsze odmawiała Emmie prawa do wyjątkowej urody 

malowała się rozpacz. Zobaczywszy to, panna Bain odczuła nagłą satysfakcję.

- Pani Chesterton odezwała się donośnym głosem, nic przytrzymując za sobą drzwi, 

które zamknęły się z hukiem a może powinnam powiedzieć lady Denham, całe miasteczko 

mówi o pani. Nie przypuszczam, żeby się pani chciała dowiedzieć tego, co mówią?

Emma odwróciła głowę. Jej niebieskie, zwykle radosne oczy były pełne niepokoju.

background image

- Nie odrzekła. Sądzę jednak, że i tak dowiem się tego od pani.

- Racja roześmiała się Fiona. Ma pani rację. Na pani miejscu pożegnałabym się już z 

tą szkółką. Nie wydaje mi się, żeby dłużej pozwolono pani tu zostać po tym skandalu, jaki 

pani wywołała.

Emma, ku wielkiemu niezadowoleniu Fiony, nawet nie drgnęła. Rozejrzała się tylko 

dokoła, popatrzyła na ławki i stos leżących przed nią tabliczek.

- Myślę, że tak się stanie przyznała.

Fiona,   która   nigdy   nie   lubiła   Emmy   i   uważała,   że   kobieta,   która   z   własnej   woli 

wychodzi za mąż za kogoś, kto chce zamieszkać w takim miejscu jak Faires i na dodatek jest 

wikarym, nie może mieć dobrze w głowie, już zupełnie nic mogła niczego zrozumieć. Emma 

powinna teraz triumfować i zachowywać się wyniośle. To przecież ona zwyciężył wyjedzie z 

tego okropnego miejsca, a Fionie nie wiadomo kiedy się to uda.

A ona była taka... smutna. Niespokojna i smutna.

Fiona przeraziła się nagle, że mogłoby ją ogarnąć współczucie i to dla kogo? dla 

zaprzysięgłego wroga.

- O co chodzi? Proszę mi tylko nie wmawiać, że obchodzą panią plotki, jakie rozsiewa 

pani MacTavish i reszta tych starych wiedźm z miasteczka.

Emma opuściła nisko głowę. Dopiero po chwili panna Bain usłyszała jej cichy, pełen 

rozpaczy głos.

- Co ja takiego zrobiłam?

To   spotkanie   nie   przebiegało   tak,   jak   sobie   Fiona   wyobrażała.   Jakim   sposobem 

mogłaby zepsuć Emmie dobre samopoczucie, kiedy ta już była w rozpaczy? O co mogło jej 

chodzić?   Poślubiła   przecież   najprzystojniejszego   nie   mówiąc   już   o   tym,   te   również 

najbogatszego mężczyznę, jakiego Fiona kiedykolwiek spotkała.

Emma   nie   miała   zamiaru   nikogo   informować   o   tym,   że   rzeczywiście   poślubiła 

niezwykle   przystojnego   i   bogatego   mężczyznę,   ale   to   było   tylko   formalne   małżeństwo. 

Wdowa Chesterton  dzięki temu będzie mogła  otrzymać  swoje  dziesięć tysięcy  funtów, a 

James Marbury pozbyć się poczucia winy w stosunku do swojego nieżyjącego kuzyna.

Nie mogła tego powiedzieć Fionie, która natychmiast podzieliłaby się wiadomością o 

planowanym   unieważnieniu   małżeństwa   z   sędzią   Reardonem...   co   wcale   by   mu   się   nie 

spodobało i nie wiadomo jak w świetle tych  faktów potraktowałby sprawę udostępnienia 

Emmie należnych jej pieniędzy.

A Emma bardzo ich potrzebowała. Teraz, kiedy były już w zasięgu jej ręki, wiedziała, 

jak wspaniale mogłaby je wykorzystać. Posłać Johna MacAddamsa do college'u. Zbudować 

background image

prawdziwą szkołę i wynająć prawdziwego nauczyciela dla dzieci z Faires. Był jeszcze Fergus, 

którego oczu, o ile Emma się orientowała, nigdy żaden lekarz nie badał. Może udałoby się je 

wyleczyć?

Dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że była teraz na językach całego miasteczka 

wątpliwe   więc,   czy   zezwolą   jej   na   dalsze   nauczanie.   Poza   tym   palił   ją   jeszcze   wstyd   n 

wspomnienie   swojego   zachowania,   kiedy   lord   Denham   j   pocałował.   Czy   jakaś   kobieta 

zareagowałaby   na   pocałunek   w   bardziej   wyuzdany   sposób?   Emma   nie   mogła   sobie   tego 

wyobrazić.   Zachowała   się   jak   ladacznica,   prawdziwa   Maria   Magdalena.   Co   sobie   o   niej 

pomyślał James? Była przecie wdową po jego kuzynie... na dodatek wikarym... który umarł 

przed niespełna sześcioma miesiącami!

Panna Fiona Bain nie miała, oczywiście, pojęcia o ty co dręczyło Emmę. Wiedziała 

tylko, że dziesięć tysięcy funtów Emmy Chesterton, zamiast dostać się jej bratu, który mógłby 

użyczyć   jej   cząstkę   tej   sumy   na   nowy   kapelusz,   a   może   nawet   na   dwa,   dostaje   się 

człowiekowi, który tych pieniędzy nie potrzebuje i który będzie stale kupował Emmie nowe 

kapelusze, nie mówiąc już o wachlarzach. A Fiona od lat nie miała nawet nowej wstążki do 

włosów.

Siostra barona już otwierała usta, żeby powiedzieć Emmie coś szczególnie zjadliwego, 

na przykład: „Mogła pani chociaż poczekać, aż ciało ostygnie”, czy coś w tym rodzaju, kiedy 

otworzyły się drzwi i do latarni wdarło się słone morskie powietrze.

Te okrutne słowa zamarły Fionie na ustach, kiedy się odwróciła. W drzwiach stał 

hrabia we własnej osobie, równie przystojny jak wtedy, kiedy go widziała na zamku. Jego 

wysoka sylwetka i szerokie ramiona rysowały się wyraźnie na tle promieni zachodzącego 

słońca.

- Panno Bain powiedział dość suchym tonem i skinął jej głową.

Jego wzrok prześlizgnął się po niej obojętnie, zupełnie jakby nie była najładniejszą 

dziewczyną w tym pomieszczeniu, i zatrzymał na Emmie.

- Emmo, przyjechałem, żeby cię zabrać do domu. Chyba już skończyłaś?

Jak wspaniale zabrzmiały te słowa w uszach Fiony! Tak bardzo pragnęła, żeby jakiś 

wysoki, przystojny hrabia wszedł do jej pokoju i powiedział, że przyjechał, by zabrać ją do 

domu. Fiona na pewno nie odpowiedziałaby mu tak jak Emma.

-   Jeszcze   nie   skończyłam   poprawiać   wypracowań   powiedziała   uprzejmym   tonem 

świeżo poślubiona żona hrabiego.

W jej głosie nie było już ani śladu niedawnej rozpaczy.

Lord Denham, zamiast rozbić kopniakiem kilka ławek, jakby to uczynił w tej sytuacji 

background image

każdy miejscowy mężczyzna, zamknął tylko drzwi i oparł się o nie, krzyżując ręce na piersi.

- W takim razie zaczekam odparł lekko rozbawiony dopóki nie skończysz.

Emma, zamiast zostawić te przeklęte wypracowania i rzucić mu się w ramiona, jakby 

to zrobiła Fiona, podniosła kolejną tabliczkę i zaczęła ją poprawiać.

Panna Fiona Bain nie potrafiła już dłużej tego znieść. Przecież i tak uznała Emmę za 

głupią   przede  wszystkim   dlatego, że  wyszła  za  mąż  za  Stuarta   Chestertona.  Stuart,   choć 

niewątpliwie był przystojnym mężczyzną, zbyt wiele, według Fiony, mówił o religii, poza 

tym był tylko wikarym. Jaka kobieta przy zdrowych zmysłach wyszłaby za mąż za wikarego? 

Nawet wielebny Peck poślubił panią Peck dopiero wtedy, kiedy miał własną parafię.

Teraz jednak szczęście uśmiechnęło się do Emmy. Wyszła za mąż za człowieka, który 

był nie tylko arystokratą i pięknym mężczyzną, ale do tego nie wykazywał zainteresowania 

religią. Ta kobieta już nigdy nie będzie musiała niczego haftować na kościelne kiermasze, 

jeśli nie będzie miała na to ochoty.

A jak się ona zachowuje? Jakby jej mąż był jakimś potworem! To wyglądało prawie 

tak, jakby... jakby coś z tej całej gadaniny Mary mogło być bliskie prawdy. Jakby ci dwoje 

znali się jeszcze w swoich poprzednich wcieleniach. Ale nie byli wtedy kochankami, byli...

Nieprzyjaciółmi.

Fiona   wiedziała   jednak,   że   takie   myśli   były   po   prostu   śmieszne.   Przecież   żadna 

kobieta nie mogłaby czuć do hrabiego niczego innego poza uwielbieniem. Ten mężczyzna 

nosił piękne kremowe bryczesy, wysokie kołnierzyki i nie akcentował tak silnie „r”, jak to 

robili   Szkoci,   tylko   mówił   z   pięknym   angielskie   akcentem.   Niestety,   Fiona   miała   akcent 

szkocki, którego nie cierpiała i którego starała się bezskutecznie pozbyć.

Panna Bain nie była już w stanie dłużej patrzeć na taką niesprawiedliwość losu. Serce 

pękało   jej   z   bólu.   Emmie   nie,   powinno   to   wszystko   ujść   na   sucho.   Fiona   nie   potrafiła 

zapomnieć, że pani Chesterton wolała spacerować z tą wredną Clarą McLellen niż z nią. Jeśli 

na świecie istnieje sprawiedliwość to Emma na pewno za to wszystko musi odpokutować.

-   Powiem   już   dobranoc,   lordzie   i   lady   Denham   pożegnał   się   Fiona,   zawiązując 

pelerynę. Trzeba przyznać, że ostatni dwa słowa wypowiedziała z pewną złośliwością.

Lord   Denham   otworzył   i   przytrzymał   dla   niej   drzwi.   Fion   przeszła   obok   niego   i 

doznała nowej przykrości. Poczuła bowiem słaby, ale wyraźny zapach mydła.

On nawet się kąpie, pomyślała.

Emma van Court Chesterton Marbury wzbudzała w niej teraz jeszcze większą zawiść.

background image

19

Szczęśliwie  się złożyło,  że panna Fiona Bain nie była  świadkiem sceny w chacie 

Emmy, zaledwie pół godziny po jej wyjściu z latarni. Gdyby zobaczyła to, co ujrzała Emma, 

kiedy   James   otworzył   drzwi,   by   przepuścić   ją   przed   sobą,   niechybnie   zzieleniałaby   z 

zazdrości.

Chata Emmy uległa przeobrażeniu, brakowało jedynie serwisu z Limoges. Ale nawet 

James Marbury, którego rozkazy zawsze były wykonywane, nie mógł nakazać porcelanie, 

żeby się sama posklejała.

Ale stół nakryty był tak śnieżnobiałym obrusem, że Emma natychmiast się domyśliła, 

że nigdy przedtem nie był on używany, i zastawiony lśniącą porcelaną z insygniami hrabiego. 

Talerze, filiżanki i spodki, półmiski i dzbanki do herbaty, cała zastawa z kremowej porcelany 

oznaczona była czerwono - złotym herbem lorda Denhama. Kryształowe kieliszki migotały w 

blasku ognia, przy dwóch nakryciach lśniły srebrne sztućce. W ozdobnej karafce czekało 

ciemnoczerwone wino, na małym półmisku stały wiórki świeżego masła, a przyrumienione na 

złoty kolor bułeczki były jeszcze gorące.

Ale   to   nie   wszystko.   Zawieszone   na   belce   u   sufitu   miedziane   garnki   były   tak 

błyszczące i wypolerowane, że Emma nic wiedziała nawet, że mogą tak wyglądać, kiedy 

kupowała je od pani Peck. Były wtedy okropnie brudne. Ogień wesoło trzaskał na palenisku i 

nie było nawet śladu dymu. Emma domyśliły się, że ktoś na pewno nie sam lord Denham 

poradził sobie z jej nieszczęsnym przewodem kominowym. Nad ogniem wisiał kociołek, w 

którym coś się gotowało, i cała chata Emmy przesycona była wspaniałym zapachem.

Lokaj lorda Denhama, który uważnie mieszał zawartość kociołka, na widok Emmy 

odłożył drewnianą łyżkę.

- Dobry wieczór, lady Denham powiedział. Czy mogę wziąć pani pelerynę?

Emma  stała w drzwiach, nie wierząc własnym  oczom. Właściwie nie powinna się 

temu dziwić. Lord Denham był  amatorem dobrego jedzenia i dobrego wina. W końcu to 

przecież ich kolacja ślubna. Tego wieczoru nie mogli jeść osobno, jeśli chcieli, żeby sędzia 

Reardon i mieszkańcy wyspy uwierzyli, że ich małżeństwo będzie trwało dużo dłużej niż 

czas, jaki będzie potrzebny Emmie na odebranie swoich dziesięciu tysięcy funtów.

Ale błyszczące garnki? Odetkany przewód kominowy? Ta piękna porcelana, która 

niewątpliwie stanowiła część składową podróżnego bagażu lorda, ale żeby zadał sobie trud 

przewiezienia jej tutaj po wyboistej drodze?

Tego nie mogła się spodziewać.

background image

-   Ccco?   wyjąkała,   nie   wiedząc,   jak   powinna   zareagować.   Był   tu   Roberts,   który 

gotował coś na jej własnym palenisku, i był James, zamykający teraz za nią drzwi. Hrabia, 

który był na dobre albo na złe na dobre i na złe, jak powiedział sędzia Reardon jej mężem.

- Głowa do góry, Emmo odezwał się James. Rozwiązał wstążki jej kapelusza, zdjął go 

jej z głowy i podał Robertsowi razem z peleryną. Musisz być bardzo zmęczona. Usiądź i napij 

się trochę wina.

Zaprowadził ją do stołu i podał kryształowy kieliszek z winem. Emma podniosła go do 

ust i piła, nie czując nawet smaku. Znała hrabiego na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że jest to 

niewątpliwe jakieś rzadkie i nieprzyzwoicie drogie wino. Jej myśli zaprzątnięte były innymi 

sprawami. Miedziane garnki! Przewód kominowy! Ile czasu to im musiało zabrać! James 

niewątpliwie też przyłożył do tego rękę, Roberts nie mógłby wszystkiego zrobić sam.

- Teraz, Emmo powiedział James, kiedy lokaj nakładał Emmie na talerz zapiekane z 

serem   kartofle,  które   były   specjalnością  pani  MacTavish   musimy  znowu  odbyć  poważną 

rozmowę.

Emma patrzyła na górę kartofli na swoim talerzu. Wspaniale pachniały.

- Nie będzie ci się podobało to, co zaraz usłyszysz mówił dalej James - jednak muszę 

ci to powiedzieć. Wiem, że jesteś bardzo przywiązana do swoich... dzieci. Wydaje mi się 

jednak, że przydałby ci się mały urlop od nauczycielskich obowiązków. Proszę, żebyś mnie 

wysłuchała, zanim zaczniesz mówić.

Emma  miała  zamiar powiedzieć tylko  „dziękuję”, bo Roberts kładł  właśnie na jej 

talerzu pięknie upieczonego gołąbka, Emmie nigdy jeszcze się nie udało przygotować tak 

smakowitego posiłku.

- Jeśli chcemy otrzymać unieważnienie ciągnął James będziemy musieli zrobić to w 

Londynie.   Mój   prawnik   będzie   wiedział,   jak   tę   sprawę   załatwić.   Będziesz   musiała 

podpisywać rożne dokumenty i zajmie to o wiele mniej czasu, jeśli będziesz tam osobiście, 

niż gdyby musiał wysyłać je do ciebie pocztą, jeszcze mogłyby zaginąć po drodze. Nie mam 

zbyt wielkiego zaufania do działania poczty pomiędzy wyspami a Anglia, Rozumiem, że przy 

złej pogodzie prom nie kursuje przez długie tygodnie.

Emma skinęła głową, ale ledwo go słuchała. Działo się z nią coś dziwnego. Zamiast 

skupić się na słowach Jamesa, myślała o tym, że kiedy razem ze Stuartem przyjechali na 

Faires, pani Peck zaproponowała im usługi swojej sprzątaczki „do ciężkich robót”, jak to 

określiła. Jednak Emma nie mogła skorzystać z tej oferty po prostu nie miała pieniędzy na 

opłacenie pomocy domowej. Poza tym,  jak mówił Stuart, dobrze było  wyciągać  samemu 

wodę ze studni i rąbać drewno. Praca dawała bliższy kontakt z Bogiem.

background image

Emma nie miała na ten temat własnego zdania. Wiedziała tylko, że przez tę pracę na 

jej dłoniach pojawiły się odciski i pęcherze.

Dzisiaj po raz pierwszy od czasu, kiedy się tu wprowadziła jej chata została dokładnie 

wysprzątana przez inne ręce niż jej.

-   Proponuję   kontynuował   James   żebyśmy   natychmiast   wyjechali   do   Londynu.   To 

znaczy jutro. Zaplanowałbym przynajmniej trzymiesięczny pobyt. Tyle czasu zajmie sprawa 

odzyskania twoich funduszy i rozpoczęcie procedury unieważnienia małżeństwa. Nie musisz 

martwić się o dzieci. Łatwo znajdziemy nauczyciela, który... Emmo?

Emma oderwała wzrok od talerza i spojrzała na Jamesa.

- Milordzie?

- Dobrze się czujesz?

Otrząsnęła się z zamyślenia, ale nadal wpatrywała się w Jamesa... swojego męża. On 

teraz był jej mężem.

Ale nie tak naprawdę.

Jednak trudno było o tym pamiętać, kiedy patrzyła na jego twarz i widziała te same 

wargi, które tak zaborczo ją całowały.

Kto by pomyślał, że James Marbury potrafi tak wspaniale całować? Oczywiście, nigdy 

nie narzekał na brak kobiecego towarzystwa, ale Emma zawsze przypisywała ten fakt jego 

wspaniałej prezencji i jeszcze wspanialszemu kontu w banku. Skąd mogła wiedzieć, że pod tą 

pozornie chłodną powłoką kryje się namiętny kochanek?

Może dlatego to odczuła, że sama, jak to jej często wytykał Stuart, była skłonna do 

uzewnętrzniania swoich emocji.

Wreszcie   słowa,   wypowiadane   przez   usta,   których   dotyk   wywołał   w   Emmie   tak 

szokujący odzew, zaczęły powoli do niej docierać.  Wyjechać do Londynu.  On chce, żeby 

wyjechała do Londynu.

Z nim.

Jutro.

-   Nie   ma   mowy   wybuchnęła,   zanim   zdążyła   się   powstrzymać.   Pochylony   nad 

kociołkiem   Roberts,   który   właśnie   chciał   coś   tam   zamieszać,   zatrzymał   rękę   z   łyżką   w 

połowie gestu, James uniósł tylko brew.

-   Posłuchaj,   Emmo   powiedział   spokojnym   tonem.   Jeśli   się   nad   tym   chwilę 

zastanowisz, zobaczysz, że jest to jedyne rozsądne wyjście...

- A kto będzie w tym czasie uczył dzieci? spytała.

Sama   nie   wiedziała,   czy   wino   rozjaśniło   jej   umysł,   czy   też   otrząsnęła   się   już   z 

background image

wrażenia,   jakie   wywarł   na   niej   widok   wysprzątanej   chaty,   w   każdym   razie   odzyskała 

rozsądek. Nie wiedziała tylko, jakie są prawdziwe zamiary Jamesa.

-   Wiem,   jak   bardzo   się   troszczysz   o...   swoje   dzieci,   jak   je   nazywasz   tłumaczył 

cierpliwie. Proponuję, żeby wynająć nauczyciela, wykwalifikowanego nauczyciela, który się 

nimi zajmie podczas twojej nieobecności.

- To może trwać miesiącami odrzekła Emma. Nie jesteśmy w takiej sytuacji, żeby 

nauczyciele zasypywali nas podaniami o pracę. Faires nie przyciąga ludzi z kwalifikacjami. A 

ja nie mogę wyjechać, dopóki nie znajdzie się odpowiednie zastępstwo.

Ogarnęło ją dziwne uczucie. Czy to był strach? Czego miałaby się bać? Na pewno nie 

obawiała się hrabiego i nie obawiała się Londynu.

Nie, to nie był strach. To była tylko troska o dzieci, one jej potrzebowały. Oprócz niej 

nikogo nie miały.

- Nie rozumiesz tego powiedziała z rozpacza w głosie. Dzieci potrzebują tej szkoły. 

Dla wielu z nich jest to jedyne miejsce, gdzie czują, że ktoś się nimi naprawdę interesuje…

- Zdaję sobie z tego sprawę. Właśnie dlatego Roberts zaoferował swoje usługi, do 

czasu znalezienia zastępstwa.

Lokaj upuścił łyżkę. Jeśli słowa jego pana zaskoczyły go, to poza tym incydentem nie 

dał tego po sobie poznać.

- Zrobię to z przyjemnością, milady powiedział i poszedł po drugą łyżkę.

Emma była oszołomiona. Teraz już nie musiała niczego udawać. Faktem było, że się 

bała i wcale nie chodziło jej w tym wypadku o dzieci. Czy James zdawał sobie sprawę, czego 

od niej żąda? Ona ma wrócić do Londynu? Nie wiedział nawet, co się z tym dla niej wiąże.

A może jednak wiedział? Może wskutek zmiany, jaka w nim nastąpiła, ten nowy 

James chciał oddać jej przysługę. Na pewno tak było.

Ale jeśli tą przysługą miało być pogodzenie jej z rodziną, to mógł o tym od razu 

zapomnieć. Emma nie mogłaby do tego dopuścić. Kiedy przed rokiem wyjeżdżali ze Stuartem 

z Londynu, wiedzieli, że raczej tam nie powrócą. Przecież wyrzekły się ich obie rodziny. 

Emma   przysięgła   sobie,   że   wróci   tylko   wtedy,   kiedy   potrafi   udowodnić   rodzinie,   że   ich 

ponure   przepowiednie   na   temat   losów   jej   małżeństwa   były   całkowicie   bezpodstawne. 

Obiecała sobie, że może wrócić tylko jako szczęśliwa żona pastora... z całą gromadką dzieci, 

na dowód jej udanego pożycia ze Stuartem.

Teraz wracałaby jako wdowa po wikarym  co gorsza, bezdzietna wdowa. A nawet 

jeszcze   gorzej   bezdzietna   wdowa,   która   poślubiła   kuzyna   swojego   męża...   jego   bardzo 

bogatego i cieszącego się wysoką pozycją towarzyską kuzyna, człowieka, jakiego jej rodzina 

background image

zawsze pragnęła dla niej na męża. Emma nawet sobie nie wyobrażała, że mogłaby poślubić 

mężczyznę tego typu, ponieważ upierała się, że wyjdzie za mąż jedynie z miłości i tylko za 

kogoś podzielającego jej żarliwą chęć niesienia pomocy tym, dla których los nie był zbyt 

łaskawy. Nie potrafiłaby więc wytłumaczyć bliskim, dlaczego wyszła  za mąż  za Jamesa. 

Gdyby powiedziała, że zrobiła to w celu odzyskania należnych  jej pieniędzy które miała 

zamiar   przeznaczyć   na   cele   dobroczynne   chcieliby   się   dowiedzieć   o   pochodzenie   tych 

funduszy. Później zapytaliby ją, dlaczego zabójca jej męża czuł się zobowiązany pozostawić 

jej spadek, i zaraz padłoby pytanie o przyczynę śmierci Stuarta.

A Emma nie miała zamiaru z nikim na ten temat rozmawiać.

- Och! zawołała. Och, James. Nie mogę wrócić do Londynu. To byłoby straszne.

Hrabia Denham nie okazał zdziwienia, niewątpliwie spodziewając się oporu.

- Emmo, ja w żadnym wypadku nie mogę tu zostać. Mam w Londynie pilne interesy 

do załatwienia.

Emma zmrużyła oczy. Ma pilne interesy, więc musi wrócić do Londynu, pomyślała. 

Przecież przyjechał na Faires tylko po to, żeby ekshumować zwłoki swojego kuzyna. Ona 

uniemożliwiła mu ten zamiar, więc nie miał powodu, żeby przedłużać pobyt.

- Naturalnie odrzekła, opanowując niezrozumiałą przykrość. To oczywiste, że musisz 

jechać.

To było absurdalne, ale odczuła ogromne rozczarowanie. To dobrze, że jedzie! Nie 

będzie już musiała dłużej się martwiej że on odkryje całą prawdę, dowie się o wydarzeniach 

tej okropnej nocy, kiedy umarł Stuart...

Poza tym, kiedy odjedzie, ona nie będzie już widzieć jego ust i przypominać sobie, jak 

ją całował w zamku MacCreigh. Przestanie się zastanawiać, czy wyzwoliłby w niej tę samą 

reakcję, gdyby ją znowu pocałował...

Tak było o wiele lepiej. On powinien wrócić do Londynu, a ona do swego samotnego 

trybu życia.

Ale to było lepsze, niż gdyby on miał dowiedzieć się wszystkiego, co niewątpliwie 

nastąpiłoby, gdyby został tu dłużej.

- Nie musisz się o mnie troszczyć powiedziała z udawaną brawurą, ponieważ James 

zwlekał z odpowiedzią Dam sobie radę.

- Nie bądź śmieszna odezwał się wreszcie, zdumiony, że Emma tak bardzo chce się go 

pozbyć.   Moja   żona,   bez   względu   na   charakter   tego   związku,   nie   będzie   mieszkać   sama. 

Jedziesz ze mną do Londynu i koniec dyskusji.

Emmę znowu ogarnął strach. Jechać z nim do Londynu?! Będą przez długie godziny 

background image

sami w powozie, a co gorsza, będą spędzać noce w przytulnych gospodach po drodze. Jak 

długo potrafi poskromić swoją ciekawość, żeby nie powtórzyć eksperymentu z pocałunkiem?

- Ale...

- Poza tym mówił dalej James, nie pozwalając sobie przerwać gdybyś tu została, to 

sędzia Reardon dowie się, że my... nie żyjemy jak prawdziwe małżeństwo. To mu się nie 

będzie podobało. On może nawet...

- Nie wydać mi pieniędzy dokończyła Emma. James miał rację. Sędzia Reardon na 

pewno by tak zrobił. Ale, James, gdzie miałabym się zatrzymać w Londynie? Moja rodzina... 

obawiam się, że moja rodzina... Rozstaliśmy się...

- Rozumiem, że twoje stosunki ze stryjostwem są obecnie napięte przyznał James, nie 

wspominając   taktownie,   jak   zauważyła   Emma,   swojego   w   tym   udziału.   Przemyślałem   tę 

sprawę i doszedłem do wniosku, że powinniśmy zamieszkać w moim domu na Park Lane...

- Z lady Denham? wybuchnęła Emma. Och, nie! Ja bym tego nie zniosła!

Hrabia okazał zdziwienie. Emma stwierdziła, że było mu z tym do twarzy.

- Czy moja matka była niedobra dla ciebie? spytał zdumiony. Wydawało mi się, że się 

raczej lubiłyście.

- No właśnie przyznała Emma. Lady Denham zawsze była dla mnie taka dobra. Nawet 

zbyt dobra, pomyślała. Przecież Emma właściwie nie zrobiła nic, żeby powstrzymać bratanka 

hrabiny   przed   pomysłem   zamieszkania   na   dzikich   Szetlandach.   Nie   potrafiłabym   jej 

oszukiwać co do... hm... rodzaju naszego...

- Związku   dokończył   James.  Rozumiem   cię.  Jej   radość na  wieść,  że  się  wreszcie 

ożeniłem, może być nieco kłopotliwa. Poza tym ona zawsze bardzo cię lubiła...

Łzy napłynęły jej do oczu. Zbierało się jej na płacz, chociaż nie wiedziała dlaczego. 

Była zawsze bardzo przywiązana do matki Jamesa, a ciotki Stuarta. Lady Denham, którą 

Emma znała prawie od urodzenia, miała wielkie serce i była taka wielkoduszna...

Czy byłaby jednak na tyle wielkoduszna, żeby wybaczyć synowej zbrodnię, którą ta 

popełniła przed sześcioma miesiącami?

- Może zaczęła, szybko ocierając łzy i mając nadzieję, że James nie zauważył tej 

oznaki słabości. Może gdybyśmy nie powiedzieli jej o... małżeństwie. Nie chciałabym  jej 

oszukiwać, ale nie chciałabym też, żeby twoja matka źle mnie oceniła. Już i tak ma prawo źle 

o mnie myśleć, dodała w duchu.

- Oczywiście powiedział James. Emma nie wysuwała już dalszych przeszkód, więc 

tylko skinął energicznie głową. A więc wszystko ustalone. Wyruszamy jutro rano.

Sięgnął po karafkę, żeby dolać jej wina. Zachowywał się tak, jakby właśnie ustalili, że 

background image

zjedzą na śniadanie jajka n bekonie zamiast jajek na szynce.

Oszołomiona Emma zerknęła na Robertsa. Lokaj stał przy kredensie, usuwając resztki 

jedzenia z talerzy. Robił wrażenie, jakby nic nadzwyczajnego się tego dnia nie wydarzyło... 

jakby poślubianie ubogich wdów było stałym zwyczajem jego pana.

Jakżeż Emma zazdrościła mu zimnej krwi! Gdyby ona potrafiła zdobyć się na taki 

chłodny dystans! To było jednak niemożliwe. Jeszcze wczoraj jej największą troską było to, 

jak   oduczyć   koguta   od   stałych   ucieczek.   Teraz   jej   zła   passa   przybrała   takie   rozmiary   i 

namnożyło się tyle problemów, że sama nie wiedziała, od czego zacząć. Fakt, że następnego 

ranka miała wyjechać do Londynu, był jeszcze najmniejszym kłopotem.

Teraz ważna była inna sprawa jak przebrnąć przez noc poślubną.

Zrobiło się już bardzo późno, a James nie wybierał się do gospody pani MacTavish. 

Emma   nie   pamiętała   też,   czy   zatrzymał   pana   Murphy'ego.   Gdyby   czekał   na   dworze,   to 

powinni byli poczęstować go filiżanką herbaty. Jak można było o tym zapomnieć?

A jeśli nie czekał na dworze, to co to miałoby oznaczać?

-   Czy   nie   powinniśmy   spytała   Emma   sztucznie   swobodnym   tonem   zaprosić   pana 

Murphy'ego, żeby napił się herbaty, zanim odwiezie obu panów do gospody?

Pogratulowała sobie w duchu tego zdania. Było uprzejme, a zarazem znaczące.

Jednak odpowiedź, którą otrzymała, spowodowała gwałtowne przyspieszenie rytmu 

jej serca.

- Posłałem pana Murphy'ego na kolację do pani MacEwan powiedział lord Denham, 

wyjmując fajkę z kieszonki kamizelki i napełniając ją tytoniem z małego kapciucha. Kiedy 

Roberts upora się z pracą, obaj wrócą do miasteczka.

-   Ale...   Emma   spojrzała   na   niego   przerażonym   wzrokiem.   Chyba   nie   zamierzasz 

zostać tu na noc, prawda, James?

Odchylił się na krześle i spokojnie zapalił fajkę. Było oczywiste, że właśnie ma taki 

zamiar.

- Chyba nie myślisz, że mógłbym wrócić do gospody, Emmo powiedział rozbawiony. 

Sędzia   Reardon   ma   tam   pokój.   Nie   sądzisz,   że   mógłby   się   zdziwić,   że   państwo   młodzi 

oddzielnie spędzają noc poślubną? Nie przeszkadza ci, że palę?

W   odpowiedzi   na   ostatnie   pytanie   Emma   potrząsnęła   szybko   głową,   skupiona   na 

czymś innym. James zamierza znów nocować w jej chacie? Chyba nie myśli... nie sądzi, że...

Zerknęła   na   jego   muskularną   postać,   rozciągniętą   niezbyt   wygodnie   był   o   wiele 

masywniejszy od swojego kuzyna w fotelu Stuarta, i stwierdziła, że jej obawy są śmieszne. 

Na pewno James postanowił spać na rozkładanej ławie. Nic innego nie przyszłoby mu nawet 

background image

do   głowy.   Ich   związek   jest   tylko   zwykłą   formalnością.   Przecież   sam   zaproponował 

unieważnienie małżeństwa, prawie jednocześnie ze złożeniem jej propozycji zaślubin.

Na pewno ma zamiar spać na ławie. Oczywiście, że tak.

Kiedy Emma już się całkowicie co do tego upewniła, przyszedł jej znowu na myśl ten 

nieszczęsny   pocałunek.   Przypuśćmy,   że   on   pocałuje   ją   na   dobranoc?   Przypuśćmy,   że   z 

jakiegoś powodu pocałuje ją znowu w usta, nie w policzek? To jest możliwe. Przypuśćmy, że 

to, co się zdarzyło w zamku, powtórzy się w jej chacie? Że ona się całkowicie zatraci w jego 

ramionach? Że jego pocałunek wyzwoli w niej nagłe, nieodparte pragnienie, żeby... żeby...

Emma nie była pewna, jakie pragnienia wyzwolił w niej pocałunek Jamesa, a jeśli 

nawet   wiedziała,   to   wstydziła   się   do   tego   przyznać.   Stuart   miał   rację,   mówiąc,   że   jest 

rozwiązła.   Powinna   zacząć   myśleć   o   wyższych   sprawach   zamiast   o   przyjemnościach 

fizycznych.

To było przerażające, że na pocałunek mężczyzny a tym bardziej takiego mężczyzny 

jak James Marbury tak gorąco odpowiedziała.

Przyszło jej do głowy, że najlepiej będzie, jeśli od razu uda się na spoczynek, dopóki 

jest   jeszcze   Roberts.   Przy   lokaju   nie   mogło   być   mowy   o   niczym   innym,   jak   tylko   o 

zdawkowym pocałunku na dobranoc. Emma nie pozwoli już sobie na to, żeby się zachować 

jak w zamku MacCreigh... tego byłoby za wiele!

Wstała   tak   szybko,   że   omal   nie   przewróciła   swojego   kieliszku   z   winem,   ale   na 

szczęście Roberts był obok i nie dopuścił do rozlania trunku.

- Ponieważ jutrzejszy dzień na pewno będzie męczący, chciałabym się już położyć. 

Dobranoc, milordzie.

Wyciągnęła dłoń do hrabiego, który szybko zerwał się na nogi.

- Jest jeszcze dość wcześnie powiedział.

- Tak, ale na wsi wstajemy razem z kurami odrzekła. O ile kogut nie ucieknie, dodała 

w duchu. Dobranoc, milordzie. Dziękuję za wspaniałą kolację i za to... że się pan ze mną 

ożenił.

Te   słowa   dziwnie   brzmiały   w   jej   uszach,   chociaż   wypowiedziała   je   z   pełnym 

przekonaniem. To był naprawdę piękny gest ze strony lorda Denhama, że zdecydował się z 

nią ożenić.

Narażał się przecież na utratę dobrego imienia przy unieważnianiu tego małżeństwa, 

więc   powinien   wiedzieć,   że   ona   to   docenia...   a   jednocześnie   pragnie   utrzymać   pewien 

dystans. Musi go utrzymać, bo później trudno się jej będzie wyzwolić spod uroku, który już 

zaczyna na nią działać. Dlaczego nie potrafi zwrócić myśli ku wyższym sprawom, co z taką 

background image

łatwością przychodziło Stuartowi?

James popatrzył  ze  zdziwieniem   na wyciągniętą   dłoń. Przytrzymał  ją,  ale   zamiast 

potrząsnąć, podniósł jej palce do ust. To dziwnie romantyczny gest, pomyślała  Emma, u 

człowieka,   który   zawsze   kierował   się   rozumem,   nigdy   sercem.   Tylko   jej   serce   biło 

przyspieszonym rytmem, kiedy poczuła dotyk jego ciepłych warg na swojej skórze.

- Dobranoc, Emmo powiedział.

W   świetle   płomieni   tańczących   w   palenisku   kominka   twarz   Jamesa   była   jeszcze 

bardziej   urodziwa   niż   kiedykolwiek.   Wydawało   się,   że   coś   złagodziło   jego   rysy,   nadało 

miękkie   kontury   jego   zaciętym,   twardym   ustom   i   wyraz   czułości   surowemu   przedtem 

spojrzeniu.

Teraz twarz hrabiego wyrażała tylko jedno szczerą troskę, Emma nie potrafiła inaczej 

tego określić o nią.

- Śpij dobrze powiedział, owiewając jej palce swoim ciepłym oddechem.

W tym świetle jego oczy miały kolor bursztynu jak oczy kota. A raczej... tygrysa. 

Emma widziała kiedyś tygrysa w prywatnym zoo, do którego zabrał ją James. Była wtedy 

zafascynowana, dziwnie zafascynowana jak teraz, kiedy dotykał jej dłoni.

-   Przepraszam   wyjąkała,   wyrywając   mu   rękę.   Szybko   wybiegła   z   izby,   w   której 

zrobiło się nagle zbyt gorąco.

Jeśli   jednak   spodziewała   się,   że   w   swojej   sypialni   zazna   rozkoszy   samotności   i 

spokoju, to bardzo się myliła. Był tam spokój, ale nie można było mówić o samotności.

Na środku łóżka  leżała  Una, machając  radośnie ogonem.  Chciała pokazać  Emmie 

ośmioro   świeżo   narodzonych   szczeniąt   poruszających   się   niezdarnie   po   przemoczonej 

doszczętnie pościeli Emmy.

Jednak Emma nie podzielała radości Uny. Z dłonią przyłożoną do ust patrzyła  na 

swoje zrujnowane łóżko, zastanawiając się gdzie będzie teraz spała.

background image

20

James nie przypuszczał nawet, że sprawy przybiorą tak korzystny obrót.

Nie mógł oczywiście przewidzieć, że suczka oszczeni się akurat tej nocy, i do tego na 

łóżku Emmy. To było zrządzenie losu.

Natomiast cała reszta była wyłącznie jego zasługą.

Kiedy Emma niespodziewanie pobiegła do szkoły, James usiadł w swoim pokoju w 

gospodzie   „Pod   Krową   Morską”,   rozmyślając   nad   słowami   Fergusa:   „Jeśli   chce   pan   ją 

zdobyć, to musi się pan starać o jej względy”. To niebywałe trzydziestoletni hrabia słucha rad 

chłopca,   który   jest   od   niego   więcej   niż   o   połowę   młodszy.   Niewątpliwie   jednak   w   tych 

słowach roś się kryło.

A   rok   temu,   kiedy   kierował   się   tylko   własnym   sądem,   czy   dobrze   postąpił?   Nie, 

skończyło się to katastrofą. Wszystkie jego wysiłki, żeby wykazać Emmie, jak niemądre są jej 

pomysły   na   zbawianie   świata,   utwierdziły   ją   tylko   w   tym   zamiarze.   Można   było   nawet 

powiedzieć, że on sam w jakiś sposób popchnął Emmę do małżeństwa ze swoim kuzynem. 

Jego gwałtowny sprzeciw odniósł tylko taki skutek, że szybciej padli sobie w ramiona.

Teraz nie popełni żadnego błędu. Tym razem będzie postępował właściwie.

Patrzył na jej delikatny profil w migotliwym blasku świecy, kiedy stała w jego pokoju 

w gospodzie, przysięgając sobie, że już nie będzie powtarzał starych  błędów. Emma van 

Court Chesterton była zupełnie niepodobna do innych znanych mu kobiet.

Jak, na przykład, zareagowała na fakt, że jej łóżko nie nadaje się do użytku, i to nie 

tylko na tę noc, ale na wszystkie, ponieważ materac jest całkowicie zniszczony?

-   Nic   wielkiego   się   nie   stało   powiedziała.   Ty   i   pan   Roberts   możecie   wrócić   do 

gospody, a ja się prześpię na ławie.

Upierała się, ale James stanowczo się na to nie zgodził, Kiedy jej przypomniał, że 

sędzia   Reardon   będzie   zdumiony,   że   spędzają   oddzielnie   swoją   noc   poślubną,   między 

brwiami Emmy ukazała się zmarszczka, która teraz też się tam pojawiła. Miała nowy powód 

do zmartwienia. Patrzyła na białe łóżko, ze świeżą pościelą, według pani MacTavish lepszego 

posłania nie było w całej gospodzie, i jak się wydawało, tylko jedno z nich miało z niego 

skorzystać.

- Ja się prześpię na ławie postanowiła Emma, trzymając się kurczowo oparcia małej 

ławy w rogu pokoju. Zupełnie mi to nie przeszkadza.

- Nie, Emmo zaprotestował James już chyba setny raz, jak mu się wydawało. Oboje 

jesteśmy   dorosłymi   ludźmi,   Uważam,   że   możemy   spać   na   jednym   łóżku   bez   żadnych 

background image

dodatkowych konsekwencji.

Emma, która zaraz po przybyciu do gospody (James wysłał Robertsa, żeby sprowadził 

pana Murphy'ego od pani MacEwan) zniknęła w przebieralni hrabiego, skąd wyszła w nocnej 

koszuli i tak grubym szlafroku, że mógłby stanowić zbroję, prychnęła tylko w odpowiedzi.

- Doskonale o tym  wiem oznajmiła po chwili. Czy nie myślisz jednak, że byłoby 

lepiej...

- Nie, nie myślę przerwał jej James, udając, że jest niecierpliwiony i bardzo zmęczony.

Co prawda, zniecierpliwienie nie było udawane, za to wcale nie był zmęczony.

- Twoja dziewicza skromność robi się męcząca dodał Szczególnie jeśli się weźmie pod 

uwagę fakt, że jesteś wdową i powinnaś być przyzwyczajona do sypiania z mężczyzną w 

jednym łóżku. A może się mylę?

- Co chcesz przez to powiedzieć? spytała.

- Domniemywam tylko, że spaliście ze Stuartem razem.

- Tak przyznała Emma, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. Ale on był moim 

mężem.

- Tak samo jak ja zauważył James.

- Tak, ale... Emma była speszona. Wiesz, o co mi chodzi. Nie jesteś przecież...

- Ale nie chcemy też, żeby się o tym dowiedział sędzia Reardon, prawda?

Emma  nie odzywała się, nie odrywając  wzroku od wysoko  ułożonych  puchowych 

poduszek.

- Myślałem, że zawarliśmy partnerską umowę dodał James.

- Tak. Emma była niemile zaskoczona. Nie przyszło mi jednak do głowy, że to będzie 

oznaczać spanie w jednym łóżku.

-   Jak   widać,   teraz   oznacza.   Mamy   jeszcze   inne   wyjście.   Możemy   zejść   na   dół, 

zastukać do drzwi sędziego Reardona i powiedzieć mu, że nasze małżeństwo było pomyłką. 

Wtedy ja sam pojadę rano do Londynu, a ty możesz wrócić do swojej szkoły pod warunkiem, 

że te kobiety z miasteczka pozwolą ci nadal tam uczyć. One już wiedzą, że nocowałem w 

twojej chacie, kiedy nie byliśmy jeszcze mężem i żoną. Będziesz mogła odrzucać zaloty lorda 

MacCreigha i innych gorących wielbicieli. To wszystko zależy tylko od ciebie.

Emma  zadrżała, mimo  że w pokoju  nie było  bardzo zimno... Chociaż  nie ulegało 

wątpliwości, że byłoby jej o wiele cieplej w łóżku. Wydawało się jednak, że drżała nie z 

zimna, tylko z powodu jego słów.

- Nie powiedziała słabym głosem. Wolałabym nie.

- Tak też myślałem skwitował James.

background image

Uznając, że był już najwyższy czas, żeby wykonać jakiś ruch, podszedł do łóżka, 

odsunął   kołdrę   i   położył   się,   zawiązując   mocno   pasek   szlafroka.   Miał   złe   przeczucie,   iż 

pozostanie on związany.

Emma nadal stała, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. Wyglądała jak jakaś 

istota ze świata baśni, filigranowa z rozpuszczonymi złotymi lokami. Na ten widok James 

poczuł dziwny ucisk w piersiach...

Dobrze znał to uczucie. Bez względu na to, czy tak jak teraz, stała obok łóżka w 

zniszczonym szlafroku, czy kiedy schodziła ze schodów w swojej pierwszej sukni balowej 

(stryjenka   ubierała   ją   w   muślinowe   sukienki   i   zabawne   pantalety   ozdobione   falbankami 

nogawki, które wystawały spod krótkiej spódniczki aż do szesnastego roku życia), odczucie 

było podobne. Nigdy nie zapomni szoku, jakiego doznał na widok schodzącej ze schodów 

Emmy, w sukni z dekoltem, wysoko upiętymi włosami i z zadowolonym z wywołanego przez 

nią wrażenia uśmiechem.

Ale to nie jego reakcja sprawiła jej przyjemność. Zależało jej, by wywrzeć wrażenie 

na Stuarcie, który na jej widok omal nie wypuścił z ręki szklanki ponczu.

Stuart   rzeczywiście   ją   podziwiał,   chociaż   James   później   słyszał,   jak   jego   kuzyn 

przestrzegał Emmę przed niebezpieczeństwem przywiązywania się do rzeczy materialnych, 

takich jak głęboko wycięte suknie i koronkowe wachlarze. James zastanawiał się, dlaczego 

Emma   znosiła   tak   cierpliwie   bezustanne   kazania   Stuarta.   Tłumaczył   to   sobie   tym,   że 

wpatrzona  w  niego od dzieciństwa,  pewnie nic  złego  w tym  nie widziała.  A  jeśli nawet 

zauważała,   to   fakt,   że   on   w   ogóle   zwraca   na   nią   uwagę,   musiał   sprawiać   jej   ogromną 

przyjemność. Była przecież w nim bardzo zakochana.

Patrząc teraz na nią w świetle świecy, James stwierdził, że nie ma żadnej różnicy 

pomiędzy Emmą w sukni balowej a Emmą w szlafroku. W barchanach czy w jedwabiach była 

najpiękniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek spotkał.

Nadal stała przy łóżku, zmarszczka między jej brwiami była dobrze widoczna nawet w 

słabym świetle.

-   To   tylko   kwestia   jednej   nocy,   Emmo.   W   domu   mojej   matki   będziemy   mieli 

oddzielne pokoje. Kładź się już do łóżka. Czeka nas długa, kilkudniowa podróż.

Przesunął się na bok i zdusił palcami jedyną palącą się w pokoju świecę.

Emma poruszyła się dopiero wtedy, kiedy było już całkowicie ciemno. Zbliżając się 

do łóżka pod osłoną ciemności, nie zdjęła szlafroka, tylko wślizgnęła się pod kołdrę. Materac 

nawet się pod nią nie ugiął, a kiedy złożyła głowę na poduszce, James poczuł słaby zapach 

lawendy.

background image

I to wszystko, nawet jej oddech był ledwie dosłyszalny, James czuł tylko ciepło bijące 

od jej ciała, które było tak blisko niego.

Emma   leżała   sztywno,   nie   bardzo   jeszcze   rozumiejąc,   jak   to   się   wszystko   stało. 

Dlaczego dzieli teraz łóżko z Jamesem Marburym? Nie mogła tego pojąć.

Jednak tak się stało i nie było na to żadnej rady. Emma nie miała zamiaru urządzać 

histerycznych scen. Musi traktować tę sytuację, ich partnerski układ tak samo, jak to robił 

James, Nie chciała też, żeby pomyślał,  że jest jakąś pruderyjną bigotką. Należy się więc 

zachowywać jak odpowiedzialna dorosła osoba.

Był   tylko   pewien   kłopot.   On   niesłychanie   atrakcyjnie   wyglądał   w   jedwabnym 

szlafroku! Emma poczuła ulgę, kiedy wreszcie zgasił świecę i nie musiała już dłużej patrzeć 

na jego urodziwą twarz. Dlaczego hrabia nie mógł być przeciętnej  urody albo nawet tak 

przystojny   jak   Stuart?   Dlaczego   James   musiał   być   najbardziej   pociągającym   mężczyzną, 

jakiego   kiedykolwiek   widziała?   Dlaczego   nie   mogła   oderwać   wzroku   od   wycięcia   jego 

szlafroka,   który   odsłaniał   kawałek   pokrytej   ciemnymi   włosami   piersi?   Dlaczego   była 

ciekawa, czy on ma pod szlafrokiem nocną koszulę?

Jednak   najważniejsze   było   inne   pytanie.   Skąd   ta   nagła   fascynacja   Jamesem 

Marburym? Czyżby z powodu pamiętnego pocałunku? Emma nigdy nie myślała o Jamesie w 

ten sposób do czasu oszałamiającego pocałunku po ich ceremonii ślubnej. Przedtem był dla 

niej po prostu... Jamesem, starszym kuzynem Stuarta, który co prawda prowadził naganny 

tryb życia, ale dla niej zawsze miał czas i mogła mi niego liczyć.

Teraz jednak James stał się dla niej kimś o wiele ważniejszym, Przyjechał na Faires, 

żeby odnaleźć grób kuzyna, a znalazł jedynie ubogą wdowę po nim.

Czy odwrócił się wtedy na pięcie i pojechał z powrotem do Londynu? Nie, wręcz 

przeciwnie. Nie tylko wyratował ją z opresji, kiedy zaczął ją napastować lord MacCreigh, ale 

również robił dla niej rzeczy, o których  nigdy by nie pomyślał  nie mający praktycznego 

zmysłu Stuart. Emma nie potrzebowała pomocy Jamesa ani w ogóle pomocy mężczyzny... 

Może tylko wtedy, kiedy chodziło o lorda MacCreigha, a jednak James postanowił się nią 

zaopiekować, nie zważając na to, że przydarza sobie kłopotów. I była mu za to niesłychanie 

wdzięczna. Dlaczego jednak nie potrafiła zastanawiać się nad tym wszystkim, co zrobił dla 

niej James, a myślała tylko o dotyku jego warg na swoich ustach? Dlaczego nie wspominała 

niezwykłej kolacji, jaką dla niej urządził, tylko to, jak wspaniale wyglądał w szlafroku? Może 

Stuart miał rację? Może rzeczywiście była rozwiązła?

Gdyby   tak   nie   było,   to   nie   musiałaby   zaciskać   rąk   pod   kołdrą,   żeby   się 

powstrzymywać od wsunięcia dłoni pod szlafrok Jamesa. Nie byłaby tak boleśnie świadoma 

background image

ciepła promieniującego z jego ciała. Dobry Boże! Co się z nią dzieje?

Ale czy to nie jest lepsze, perswadowała sobie w duchu, niż te samotne noce, kiedy 

leżała w łóżku, słuchając wycia wiatru i ryku fal, kiedy czuła się tak bardzo opuszczona i 

przez wszystkich zapomniana? Tak, to jest tysiąc razy lepsze.

Ogarnęło   ją   nagle   przemożne   uczucie   wdzięczności   dla   leżącego   obok   niej 

mężczyzny.

- James? szepnęła. Nie odezwał się, pewnie już spał. Jak to dobrze, pomyślała, móc 

tak zasnąć, a nie leżeć w ciemnościach, jak to się jej zwykle zdarzało, rozmyślając o swoim 

braku szczęścia i uciekającym  stale kogucie. Była  zaskoczona, słysząc  jego głęboki głos. 

Jednak nie spał.

- Tak, Emmo?

Natychmiast pożałowała tego, że w ogóle otworzyła usta. Chciała mu powiedzieć, jak 

bardzo jest wdzięczna za to wszystko, co dla niej zrobił, ale noc nie była odpowiednią porą na 

zwierzenia. Pod osłoną ciemności wszystko się może zdarzyć Co jej przyszło do głowy?

Ale już było za późno. Musiała jakoś z tego wybrnąć. Powinna mu coś powiedzieć.

- Dobranoc szepnęła i lekko pocałowała go w policzek.

A on szybko obrócił głowę i przylgnął wargami do jej ust.

background image

21

Emma zesztywniała nagle, kiedy poczuła usta Jamesa na swoich wargach. Odsunęłaby 

się od niego, gdyby nie to, że...

Po pierwsze, otoczył ją ramieniem i jego uścisk był tak silny, że pewnie by jej nie 

wypuścił. A po drugie...

Nie chciała tego zrobić.

To było szokujące, lecz prawdziwe. Doskonale zdawała sobie sprawę z konsekwencji 

swojego postępowania. Znajdowała się w łóżku ze zdrowym, silnym mężczyzną, który w 

przeciwieństwie do Stuarta, me miał żadnych zastrzeżeń moralnych co do fizycznego aspektu 

wyrażania uczuć. Dobrze wiedziała do czego to wszystko może doprowadzić.

I zupełnie o to nie dbała...

Nie mogła go odepchnąć, bo jego pocałunki dostarczały jej niebiańskiej rozkoszy. Nie 

potrafiłaby   inaczej   tego   określić.   Dotyk   jego   warg   był   równie   cudowny   jak   w   zamku 

MacCreigh.

Kto by przypuszczał, że James Marbury potrafi tak całować? Gdyby Emma o tym 

wiedziała, to sprawy mogłyby się potoczyć inaczej podczas tamtego sezonu towarzyskiego. 

Bez względu na to, co mówił Stuart, fizyczne przejawy uczuć odgrywały bardzo ważną rolę. 

Nie wyobrażała sobie, że James mógłby być w niej zakochany, wiedziała jednak, że ją lubi. 

Lubi ją na tyle, że nawet ją poślubił, aby mogła dostać swoje pieniądze Na tyle, żeby całować 

tak namiętnie, że dreszcz przenika jej ciało...

Może jednak Stuart miał trochę racji, kiedy mówił o fizycznych przejawach uczuć, 

ponieważ Emma czuła coś grzesznego w tym, że James tak silnie przytula ją do siebie, iż 

węzeł paska jego szlafroka uciska jej brzuch.

I jak zwykle to, co najbardziej grzeszne, było również najbardziej pożądane. Kiedy 

więc po chwili James otoczył ją drugim ramieniem, odwrócił na plecy i przygniótł swoim 

torsem, Emma wcale nie protestowała. Jego pocałunki pozbawiły ją zdolności myślenia.

Całował jej  szyję,  jego usta przesuwały się po jej skórze, jakby nie mógł się nią 

nasycić,   a   co   najdziwniejsze,   jakby  całował   ją   nie   pierwszy,  a   tysięczny   raz.   Emma   nie 

wiedziała, skąd taka myśl przyszła jej do głowy, ale tak właśnie było. Czyżby całował ją tak 

kiedyś we śnie? Czy to był jego sen? A może jej?

A jeszcze dziwniejsze było to, że reagowała na jego pocałunki tak, jakby dobrze je 

znała, a przecież James Marbury i jeśli chodzi o ścisłość, żaden inny mężczyzna nigdy nie 

przesuwał wargami po jej obojczyku ani nie całował jej za uchem. Przecież pocałowali się po 

background image

raz pierwszy dopiero tego popołudnia!

Ale jej ciało, wyginając się bezwstydnie ku niemu, nic nie chciało o tym wiedzieć. 

Nawet dłonie Emmy, bez udziału jej woli, jakby kierowała nimi jakaś obca siła, wykonywały 

różne szokujące gesty... Rozwiązując pasek jego szlafroka i gładząc nagie ciało.

Nieprzyzwoite   zachowanie!   Mimo   to   wszystko   wydawało   się   właściwe,   słuszne   i 

stosowne...   Jak   dotyk   jego   warg   na   szyi.   A   jeśli   nawet   niezbyt   stosowne,   to   na   pewno 

właściwe.   Jego   ręce,   które   przesuwały   się   wzdłuż   jej   ciała,   również   były   na   właściwym 

miejscu... Nawet wtedy, kiedy zniknął gdzieś jej szlafrok i nocna koszula i poczuła jego nagie 

ciało na swoim.

To na pewno było słuszne, bo sprowokowało ich do tak głębokich pocałunków, że nie 

byli w stanie się od siebie oderwać. Kiedy jego dłoń dotknęła jej obnażonej piersi, wiedziała, 

że to również był właściwy gest. Więcej niż właściwy, to było boskie uczucie...

Nieporównywalne jednak z tym, kiedy usta Jamesa dotknęły jej wrażliwego sutka. 

Emma zanurzyła dłonie w jego gęstych, czarnych włosach i wydawało się jej przez chwilę, że 

znalazła się w niebie...

Dopóki silna dłoń Jamesa nie dotknęła jeszcze bardziej wrażliwego miejsca na jej 

ciele.   Emma   otworzyła   nagle   oczy   i   patrząc   w   ciemność   pomyślała,   że   to   jest   grzeszne 

zachowanie.

Cudownie grzeszne.

Jedna dłoń Emmy przesuwała się po jego karku, a druga drżała na jego ramieniu, 

jakby chciała przyciągać go do siebie i zarazem odpychać. Nie mogła go widzieć, ale czuła 

dotyk jego twardego, muskularnego ciała, piersi pokrytej czarnymi włosami. Był potężny, o 

wiele większy niż Stuart... Pod każdym względem.

Ale to nie była  jedyna różnica. James był o wiele odważniejszym  kochankiem od 

swego kuzyna. Może miał więcej doświadczenia z kobietami albo myślał również o tym, żeby 

dawać rozkosz, a nie tylko ją otrzymywać. Zanim się zorientowała, do czego on zmierza, 

poczuła   jego   palec   w   sobie   i   ogarnęła   ją   fala   upojenia,   jakiego   istnienia   nawet   nie 

przeczuwała. Z trudem łapała oddech, a kiedy James wsunął drugi palec w wąską szczelinę 

pomiędzy jej  udami,  myślała,  że  serce wyskoczy jej  z piersi...  Szczególnie  wtedy,  kiedy 

zamiast palców poczuła dotyk tego, czego najbardziej pragnęła i trochę się obawiała. Jego 

męskość była  gładka jak aksamit  i twarda jak głaz. Emma  wczepiła dłonie w  jego silne 

ramiona i nie mając najmniejszych wątpliwości, że jest wyuzdaną istotą, zaczęła ocierać się o 

jego napierającą męskość i powoli przyjmować go w siebie.

Kiedy zaczął w nią wchodzić, bardzo ostrożnie i powoli pierwszą reakcją Emmy było 

background image

odsunąć się od niego, ponieważ coś wydawało się jej nie w porządku... Wiedziała jednak, że 

wszystko   jest   w   porządku.   Ze   Stuartem   wyglądało   to   zupełnie   inaczej.   Stuart   nigdy   nie 

wypełniał jej tak szczelnie, nie poruszał się tak pewnie i z taką finezją jak James. Wydawać 

się mogło, że hrabia już tysiąc razy wyobrażał sobie tę scenę. Emma była o tym przekonana.

A przecież to niemożliwe. James nie mógł sobie wyobrażać, że oni kiedyś... Nigdy nie 

dał jej do zrozumienia, że...

James poruszył się w niej, a ją znowu ogarnęła panika. Usiłowała się spod niego 

wydostać, był przerażająco duży ciężki, pachniał inaczej...

Wystarczyła jednak chwila, żeby już nie chciała się od niego uwolnić. James wchodził 

w   nią   i   z   wolna   się   wycofywał,   a   jej   ciało   wibrowało   z   trudną   do   opisania   rozkoszą. 

Poddawała mu się teraz tak skwapliwie, że pogrążał się w niej coraz głębiej.

Emma  wygięła  biodra i zadrżała konwulsyjnie.  Oboje  dążyli  do spełnienia. James 

szeptał coś do niej, ale ona niczego już nie rozumiała i chociaż nie stawiała żadnego oporu, 

chwycił jej ręce i przytrzymał nad jej głową, jakby się bał, że mu się wymknie.

Emma wcale nie myślała o ucieczce. Skoncentrowana była wyłącznie na Jamesie, na 

dotyku  jego szorstkiej  szczęki  na swoim policzku, a  przede wszystkim  na jego  twardym 

członku.

Jego   ruchy  były   tak   namiętne,   że   zaczęła   się   bać   o   całość   łóżka.   Przy  jej   pechu 

mogłoby się nagle rozlecieć i cała gospoda dowiedziałaby się o ich nocnych wyczynach.

Kiedy   osiągnęła   orgazm,   było   to   uczucie,   jakiego   jeszcze   nigdy   nie   zaznała. 

Wydawało się jej, że została wyzwolona z własnego ciała, otoczona morzem ognistych barw, 

które napawały ją niesłychaną radością. Nie wiedząc nawet o tym, wydała głośny jęk, a wtedy 

James już całkowicie się zatracił.

Nawet w najśmielszych snach, kiedy po tysiąc razy wyobrażał sobie, jak się kochają, 

nie przypuszczał, że to mogłoby być aż tak doskonałe, tak naturalne...

Wbił się w nią tak głęboko, jak tylko zdołał, nie myśląc już o tym, że mógłby ją 

przestraszyć, pragnąc tylko osiągnąć w niej spełnienie.

Wstrząsnął   nim   spazm   rozkoszy   tak   silny,   że   nie   mógł   powstrzymać   głośnego 

okrzyku, który, jak się obawiała Emma, mógł postawić na nogi całą gospodę.

Kiedy opadł na nią, Emma czuła tylko przyspieszony rytm jego serca, jego ciężar na 

swoim   ciele   i   powiew   z   nieszczelnego   okna,   który   chłodził   jej   rozgorączkowaną   skórę. 

Dopiero po kilku minutach dotarło do niej znaczenie tego, co się stało.

Zrozumiała wtedy, że buty, które przybiła do Drzewa Życzeń, nie przyniosły jej ani 

trochę szczęścia. Nie przełamały złej passy.

background image

Jak będą mogli teraz wystąpić o unieważnienie małżeństwa?

background image

22

- Emmo! Lady Denham rozłożyła ramiona. Moja kochana!

Emma znalazła się w silnym uścisku starszej damy. Matka Jamesa lubiła wylewne 

powitania.

Ta   korpulentna,   nie   wyróżniająca   się   urodą   kobieta   była   zupełnie   niepodobna   do 

swojego   syna.   Potrafiła   jednak   świetnie   się   ubierać,   miała   zmysł   piękna,   a   jej   przyjęcia 

należały do najpopularniejszych w Londynie, nie tylko ze względu na doskonałe jedzenie, 

lecz również na jej wspaniałe poczucie humoru.

Wypuściła wreszcie Emmę z uścisku i zlustrowała ją uważnym spojrzeniem.

- Jest za chuda stwierdziła, obrzucając krytycznym wzrokiem drobną postać Emmy w 

prostej sukience w kratkę i takim samym kapelusiku; taki strój już w zeszłym sezonie wyszedł 

z mody. James, nie uważasz, że ona jest za szczupła? Czym cię tam karmiono, Emmo? Chyba 

samym   powietrzem.   Jesteś   chuda   jak   patyk.   Ale   to   nic.   Mój   kucharz   postara   się,   żeby 

przytyła.   Pysznie   gotuje.   Na   litość,   a   kto   to   jest?   Lad   Denham   dopiero   teraz   zauważyła 

stojącego za Emmą chłopca.

Fergus zerkał nieśmiało na matkę Jamesa, trzymając czapkę w ręku.

- Fergus MacPherson, proszę pani.

Lady Denham nie wydawała się zdziwiona, że jej syn przywiózł ze Szkocji nie tylko 

wdowę po swoim kuzynie, ale i na wpół ślepego małego obdartusa. Wyciągnęła do chłopca 

pulchną dłoń.

- Miło mi pana poznać, panie MacPherson.

Zadowolony z tak sympatycznego powitania chłopiec znowu stanął za Emmą. Nie 

wynikało to z nieśmiałości. Emma Wiedziała, że o Fergusie można wszystko powiedzieć, 

tylko   nie   to,   że   jest   nieśmiały.   Był   oszołomiony   wspaniałością   rezydencji   na   Park   Lane 

wysokimi sufitami, lokajami w liberii, błyszczącymi  podłogami z marmuru i obrazami w 

kunsztownych ramach. W porównaniu z krytą słomą chatynką, w której Fergus mieszkał na 

Faires,   dom  Jamesa  i   jego  matki  był  królewskim  pałacem.  Nawet  Emma,  która  przecież 

dobrze tę rezydencję znała, była pod wrażeniem. Od dawna już nie mieszkała w takim domu, 

gdzie nie ma przeciągów, a są czyste szyby, przez które wszystko było wyraźnie widać.

Emma nie dziwiła się Fergusowi. Sama chętnie by się za kogoś schowała... Chociaż 

niekoniecznie z tego samego powodu. Od chwili, kiedy się przebudziła w gospodzie pani 

MacTavish i przypomniała sobie, co się działo w nocy, miała ochotę naciągnąć kołdrę na 

głowę i tak już pozostać.

background image

Spała ze swoim mężem. Gdyby jakiś kronikarz obyczajów zajął się wyspą Faires, to 

pewnie   nie   uznałby   tego   faktu   za   szczególny   występek,   jednak   Emma   uważała   to   za 

niesłychanie gorszący czyn. Przecież James tak naprawdę nie był jej mężem. Mógł być jej 

mężem w świetle prawa, ale oni, w myśl umowy pomiędzy sobą, zawarli tylko formalny 

związek.   Co   się   więc   wydarzyło   tamtej   nocy   w   gospodzie?   Nie   potrafiła   sobie   te 

wytłumaczyć.

Nie miała również okazji, żeby porozmawiać o tym z Jamesem. Ani przez chwilę nie 

byli później sami. Następnego ranka, po tej namiętnej nocy, Jamesa nie było już w pokoju, 

gdy się obudziła. Kiedy zeszła do jadalni, znalazła tam swojego męża! siedzącego przy stole 

w towarzystwie Fergusa MacPhersona, który, jak poinformował ją z uśmiechem James nie 

czyniąc żadnych aluzji do ich nocnych szaleństw, jedzie z nimi do Londynu, żeby wybitny 

okulista, znajomy Jamesa obejrzał jego oczy.

Emmę to oczywiście zdumiało, ale już nie tak bardzo, jak mogło zaskoczyć ją niegdyś. 

To już nie był ten sam James Marbury, który w salonie swojej matki wymierzył kuzynowi 

zwalający z nóg cios. To był zupełnie inny James Marbury pragnął nieść pomoc innym, nie 

robiąc   dokoła   tego   faktu   niepotrzebnej   wrzawy.   Ta   zmiana   nastąpiła   w   nim   podczas 

ostatniego roku i była coraz bardziej widoczna.

Emma nie mogła tego zrozumieć. Tacy mężczyźni jak hrabia Denham niełatwo się 

zmieniali.   Z   Jamesem   stało   się   dziwnego,   co   spowodowało,   że   chciał   poślubiać   ubogie 

wdowy i pomagać małym chłopcom, którzy mieli kłopoty z oczami.

Emma nie miała pojęcia, co to mogło być.

Podróż do Londynu odbyli we trójkę Emma, James i Fergus, Emma nie miała okazji, 

żeby zadać Jamesowi choć jedno pytanie, to najważniejsze: Co my teraz zrobimy?

Chyba   nie   wyobrażał   sobie,   że   mogliby   udawać,   że   nic   się   nie   stało?   Coś   się 

wydarzyło, i to, według Emmy, coś wielkiej wagi.

Może   jednak   dla   światowca,   jakim   był   James,   ten   fakt   miał   żadnego   znaczenia. 

Zachowywał się tak, jakby to była błahostka.

Nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, że to, co dla niego mogło być zwykłą, nic nie 

znaczącą   przygodą,   dla   Emmy   było   niesłychanie   ważnym   wydarzeniem.   Typowo   męskie 

zachowanie.

Zaczynała podejrzewać, że coś musi być nie w porządku z Jamesem Marburym. To 

prawda, że przez cały rok go nie widziała, ale przez ten czas stał się zupełnie inną osobą...

Ta   osoba   podnosiła   właśnie   Fergusa,   żeby   mógł   obejrzeć   szable,   wiszące   nad 

kominkiem we wschodnim salonie, szable, które należały do dziadka Jamesa.

background image

Co się z nim stało? pomyślała znowu Emma. To nie był ten James, który uderzył jej 

narzeczonego i poszedł do stryjostwa Emmy,  żeby ich ostrzec przed planowaną ucieczką 

młodej pary.

Będzie musiała spytać o to lady Denham. Kiedy będą same, natychmiast ją spyta, co 

się przydarzyło jej synowi w ostatnim roku. Może doznał jakiegoś urazu głowy? A może 

spotkał   go   poważny   wypadek?   Coś   się   musiało   wydarzyć.   Coś,   co   tłumaczyłoby   jego 

niezwykłe zachowanie.

Kiedy już się dowie, wtedy jak miała nadzieję zrozumie, co się wydarzyło pomiędzy 

nimi tamtej nocy. Czasem się jej wydawało, że to wszystko było snem, dziwnym, cudownym 

snem.   Od   tamtego   czasu   James   nie   dotknął   jej   ani   razu   podawał   jej   tylko   ramię,   kiedy 

wysiadała z powozu, albo wyciągał pomocną dłoń. Może tego miłosnego szaleństwa w ogóle 

nie było. Może oni się nie kochali tak długo w noc, tak namiętnie, jakby byli stęsknieni za 

sobą po zbyt długim rozstaniu...

Oczywiście! A jutro świnie będą miały skrzydła!

Ale Emma nawet temu by się nie dziwiła. Już nic nie było stanie jej zadziwić. Była 

teraz w Londynie, a przysięgła sobie przecież, że jej noga nigdy tam nie postanie. Zatrzymała 

się   w   rezydencji   hrabiego   Denhama,   tuż   obok   domu,   w   którym   się   wychowywała   obok 

rodziny, która wyrzekła się jej za to, że poślubiła człowieka uznanego za nieodpowiedniego 

męża dla panny van Court. A do tego wyszła za mąż po rum drugi... Za człowieka, którego 

niegdyś najbardziej nie cierpiała.

Pocieszał ją jedynie fakt, że to małżeństwo zostało zawarte w tajemnicy.

Jak się jednak wkrótce okazało, ta nadzieja także była złudna.

- Emmo. Matka Jamesa serdecznie uścisnęła jej dłoń.

Stały przed ogromnym lustrem w złoconych ramach, w pokoju, który Emma miała 

zajmować podczas swojego pobytu w Londynie. Tak się cieszę.

Emma,   poprawiając   swoje   niesforne   loki,   które   się   rozsypały,   kiedy   zdejmowała 

kapelusz,   uśmiechnęła   się   do   lady   Denha,.   Była   przekonana,   że   matka   Jamesa   chce 

powiedzieć, że cieszy się ze spotkania po tak długiej nieobecności Emmy w Londynie.

- Ja też się cieszę, że panią widzę, milady powiedziała. Mówiła to zupełnie szczerze. 

Zawsze bardzo lubiła ciotkę Stuarta. Nie widziałyśmy się bardzo długo.

Lady Denham usiadła w jednym  z głębokich, wybitych  adamaszkiem  foteli, które 

stały   przy   ogromnym,   marmurowym   kominku   w   elegancko   urządzonej   sypialni.   James 

poszedł do biblioteki, żeby przejrzeć nagromadzoną w czasie jego nieobecności pocztę, a 

Fergus został zaprowadzony do dziecinnego pokoju. Chłopca oszołomiły znajdujące się tam 

background image

zabawki, które dawniej należały do Jamesa.

- To dla moich wnuków wyjaśniła lady Denham, rzucając Emmie znaczące spojrzenie.

Teraz, kiedy znalazły się same, Emma miała doskonałą okazję, żeby dowiedzieć się od 

matki Jamesa, czy on ostatnimi czasy zachowywał się jak zwykle, czy przypadkiem nie spadł 

z konia...

Odwróciła się do lady Denham i stwierdziła ze zdziwieniem, że starsza dama trzyma 

koronkową chusteczkę przy oczach. Matka Jamesa płakała.

- Lady Denham! zawołała Emma, klękając przy fotelu. Co się stało? Źle się pani 

czuje? Czy mam zawołać pokojówkę?

- Och, nie uśmiechnęła się starsza pani, chociaż łzy nadal pływały jej po policzkach. 

Nie jestem chora, moje dziecko, tylko... Tylko taka jestem szczęśliwa, że znowu cię widzę. 

Wiem, że w zeszłym roku nie rozstałyśmy w zbyt serdecznej atmosferze, Musisz zrozumieć, 

moja droga, że tak się stało tylko dlatego, że... Przecież ty byłaś taka młoda! Nie mogłam 

nieść myśli, że będziecie mieszkać gdzieś daleko, na tych dalekich wyspach.

-   Rozumiem   to   pocieszała   ją   Emma.   Lady   Denham,   proszę,   niech   się   pani   nie 

denerwuje.

-   Honoria.   Lady   Denham   pogładziła   dłoń   Emmy.   Musisz   teraz   mówić   do   mnie 

Honoria, moja droga. Nie wolno ci też myśleć, że mogłabym cię winić za to, co spotkało 

Stuarta. Kiedy on coś sobie postanowił, nikt nie był w stanie go od tego odwieść. I umarł... 

Ale umarł szczęśliwy, prawda, Emmo? Byliście ze sobą szczęśliwi na Faires, jak myślę?

Emma przygryzła wargę, ale zaraz pospieszyła z odpowiedzią.

- Tak, oczywiście, byliśmy szczęśliwi.

- Byłam o tym przekonana. Jasnoniebieskie oczy lady Denham, tak niepodobne do 

zmieniających kolor oczu jej syna, wyrażały czułość. Jak mogłoby być inaczej? Muszę jednak 

przyznać, że bardzo się cieszę, iż jesteś już w domu.

- Ja też się cieszę. Emma była wzruszona. Nie przypuszczałam, że tak będzie, ale ja 

również   jestem   szczęśliwa,   że   wróciłam.   Proszę   mi   powiedzieć,   lady   Denham...   Widząc 

karcące   spojrzenie   matki  Jamesa,  szybko  się  poprawiła:   Powiedz   mi,   Honorio,   czy  masz 

jakieś wiadomości o mojej rodzinie? Czy Penelope wyszła już za mąż? A moi stryjostwo? 

Czy są zdrowi?

- Świetnie się czują. Lady Denham ocierała jeszcze łzy. Chociaż mam wrażenie, że 

spodziewali się, że nasza długoletnia zażyłość doprowadzi do skojarzenia zupełnie innej pary, 

to teraz są niesłychanie szczęśliwi. Przychodzą dziś wieczór na kolację. Kiedy usłyszeli tę 

nowinę, nic ich nie mogło po wstrzymać.

background image

- To znaczy... Powiedziałaś im, że tu jestem? Emma nie bardzo rozumiała, o czym 

mówiła starsza pani.

- Ja? O nie, moja droga. Nie ja...

Ktoś zastukał do drzwi. Emma wstała z klęczek.

- Proszę wejść! zawołała. Pojawiło się dwóch służących oraz Burroughs, kamerdyner 

lady Denham. Lokaje taszczyli ogromny kufer. Emma natychmiast rozpoznała monogram, 

którym był oznaczony.

- To jest powiedziała ze zdziwieniem kufer lorda Denhama.

- Naturalnie, milady odrzekł Burroughs.

Emma, zbita z tropu, słysząc „milady”, szybko sobie wytłumaczyła, że Burroughs, 

który służył jeszcze u dziadku Jamesa, robi się trochę nieprzytomny z wiekiem, więc po 

stanowiła zaprotestować.

- Czy w takim razie nie powinien znaleźć się w pokoju lorda? spytała.

-   Och,   naprawdę.   Matka   Jamesa   wstała   z   fotela   i   zerknęła   na   kamerdynera   z 

widocznym   zażenowaniem.   Widzę,   że   oni   to   naprawdę   chcieli   utrzymać   w   tajemnicy, 

Burroughs.

-   Na   to   wygląda,   madame   odparł   kamerdyner   z   ledwie   powstrzymywanym 

uśmiechem.

Emma patrzyła na nich zdezorientowana i czuła, że narasta w niej podejrzenie.

- Co utrzymać w tajemnicy? spytała, zanim usłyszała odpowiedź, w holu rozległy się 

szybkie kroki i w drzwiach pojawił się James.

-   Tu   jesteś   zwrócił   się   do   matki.   Potrząsnął   dużą,   białą   kopertą.   Przed   chwilą 

otrzymałem tę przedziwną przesyłkę. Mam nadzieję, że potrafisz mi to wytłumaczyć.

- Może to zaproszenie od lorda i lady Cartwright na bal, który wydają specjalnie dla 

ciebie? - spytała lady Denham, promieniejąc z radości.

- Tak. James zerknął na kartonik. Ale nie tylko dla mnie.

- Nie przyznała lady Denham. Nie mogąc się opanować, wykrzyknęła: Nie, to jest bal 

na twoją cześć... I twojej żony! Obrzuciła Emmę i swojego syna promiennym spojrzeniem. 

Moi drodzy! My już wszystko wiemy! Znamy waszą tajemnicę! Sędzia Reardon powiadomił 

nas o wszystkim. Najlepsze życzenia, moje dzieci. Wszyscy jesteśmy tacy szczęśliwi!

background image

23

Emma czuła, że ziemia usuwa się jej spod stóp. Była o tym przekonana. Musiało tak 

być, przecież kolana nie odmówiłby jej tak nagle posłuszeństwa.

Opadła na fotel, zwolniony przez lady Denham. Nie potrafiła utrzymać się na nogach.

- Sędzia Reardon napisał do ciebie? James był rów zaszokowany jak Emma. Kiedy?

-  Otrzymaliśmy  jego   list   przed  kilkoma  dniami.   Uśmiech  lady  Denham  już   nieco 

przygasł.   Nie   powinieneś   się   złościć,   James.   Sędzia   pisał,   że   chcecie,   żeby   to   była 

niespodzianka. Rozumiem,  że w tych  okolicznościach  należy zachować  pewną dyskrecję. 

Przecież   nie   będziemy   tego   rozgłaszać.   Może   damy   tylko   kilka   wierszy   do   kroniki 

towarzyskiej. Na przykład: W ostatnich dniach dziewiąty hrabia Denham i pani Stuartowa 

Chesterton... Coś w tym rodzaju. Prawie nikt nie będzie się orientował, mój drogi. Stuart nie 

był... Lady Denham zerknęła na Emmę. Chciałam powiedzieć, że znało go niewiele osób z 

naszego towarzystwa. Cały czas siedział w książkach.

Wydawało się, że James nie słyszał tego, co mówiła matka, wpatrywał się niezbyt 

przytomnym wzrokiem w trzymane ręku zaproszenie.

- To stary wścibski... powiedział tylko. Było oczywiste, przynajmniej dla Emmy, że te 

słowa odnoszą się do sędziego Reardona, ale lady Denham inaczej je zrozumiała.

-   Nie   wolno   ci   oskarżać   Cartwrighta,   mój   kochany.   To   jest   mój   stary   przyjaciel. 

Wszyscy tak bardzo się cieszą. Trzeba było  słyszeć van Courtów, kiedy tu byli  któregoś 

wieczoru. Przybiegli natychmiast po otrzymaniu listu...

- Moi stryjostwo? On też do nich napisał?! wykrzyknęła Huna, zaciskając dłonie na 

poręczach fotela.

-   Oczywiście   odpowiedziała   speszona   lady   Denham,   zerkając   na   Emmę,   żeby   po 

chwili przenieść wzrok na syna. Nie jesteście chyba o to źli? Ja uważam, że to było niezwykle 

miłe   z   jego   strony.   To   znaczy   sędziego   Reardona.   Wydaje   mi   się,   że   jest   on   bardzo 

sumiennym i serdecznym człowiekiem.

W   odpowiedzi   na   to   stwierdzenie   James   roześmiał   się   tylko.   Emma   również 

pragnęłaby dojrzeć coś śmiesznego w tej sytuacji. Teraz jednak jej piękne marzenie senne co 

z tego, że było tylko snem, jeśli w tym śnie, chociaż przez jedną noc Emma czuła, po raz 

pierwszy w życiu, że jest kochana i pożądana zamieniło się w przerażający koszmar.

A poranek po nocy poślubnej, czy również nie był koszmarem? Mężczyzna, który w 

nocy tak namiętnie ją kochał, ledwie zauważał jej istnienie w świetle dnia.

- To nieładnie z waszej strony mówiła dalej lady Denham nawet bardzo nieładnie 

background image

utrzymywać taką rzecz w tajemnicy. Potajemne małżeństwo! Rozumiem, że nie chcecie, żeby 

wszyscy się dowiedzieli, że pobraliście się tak szybko po śmierci biednego Stuarta, ale żeby 

nawet mnie nie powiedzieć słowa! Wiedzieliście przecież, że ja bym was zrozumiała.

- Mamo... zaczął James, ale lady Denham mówiła dalej, z wielkim ożywieniem.

- Przecież każdy, kto widział, jak skakaliście sobie do oczu podczas zeszłorocznego 

sezonu towarzyskiego, mógł przewidzieć, że pewnego dnia staniecie przed ołtarzem...

- Mamo! Emma zauważyła, że twarz Jamesa pokrywa ciemny rumieniec. Zresztą to 

się jej mogło  tylko  wydawać,  to był pewnie tylko  odblask wiosennego słońca. Dlaczego 

miałby się czerwienić?

- No i co? Niezadowolenie syna nie zrobiło na lady Denham najmniejszego wrażenia. 

Widziałam, jak rzucaliście sobie wymowne spojrzenia na sali balowej...

Emma zapragnęła nagle zapaść się pod ziemię. To prawdo, że często jej sprzeczki z 

Jamesem odbywały się publicznie, nie zdawała sobie jednak sprawy, żeby ktokolwiek, poza 

Stuartem nie mówiąc już o jej nowej teściowej zwracał mi to uwagę. A już na pewno nie 

oznaczały   niczego   innego,   jak   to   sobie   wyobrażała   lady   Denham,   poza   ostrą   wymianą 

poglądów   pomiędzy   dwiema   tak   bardzo   odmiennymi   osobami   Nie   było   również   żadnej 

wymiany tęsknych spojrzeń na salach balowych... Przynajmniej z jej strony.

Również James nie wykazywał żadnych oznak, że żywi dla niej jakieś inne uczucia 

poza braterskim pobłażaniem...

... To znaczy do niedawna.

Emma była przekonana, że to, co się pomiędzy nimi wydarzyło, wynikło wyłącznie z 

jej winy. To ona dała wszystkiemu początek tym swoim pocałunkiem na dobranoc. Zwykłym 

pocałunkiem. Widocznie była zbyt zmysłową istotą, żeby oprzeć się swoim prymitywnym 

popędom,   a   tamtej   nocy   tak   bardzo   chciała   zobaczyć,   co   się   kryje   pod   jedwabnym 

szlafrokiem Jamesa Marbury'ego.

No i zobaczyła nic dziwnego, że teraz on na nią prawie nie patrzy. Co też musi o niej 

myśleć!

- Mamy zostawić tu kufer, milordzie? To było pytanie, ale w tonie głosu kamerdynera 

brzmiała   pewność,   że   otrzyma   twierdzącą   odpowiedź.   I   rzeczywiście   tak   się   stało   ku 

zdziwieniu Emmy.

- Oczywiście powiedział James i dodał, nie patrząc nawet na Emmę:  Muszę teraz 

napisać list, by załatwić chłopcu wizytę u doktora Stonelettera... Odwrócił się i wyszedł i 

pokoju, nie mówiąc już ani słowa.

Emma nie mogła tak tego zostawić. Bez względu na to, czy James był zaszokowany 

background image

jej rozwiązłością, czy też nie, musi nią porozmawiać. Zerwała się z fotela.

- Przepraszam na chwilę, milady powiedziała i pobiegła za Jamesem. A służących, 

którzy patrzyli na nią ze zdumieniem, niech diabli porwą!

Słysząc stukot jej obcasów na parkiecie, James zatrzymał się na szczycie schodów i 

przybrał surową minę.

- Posłuchaj, Emmo zaczął, zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Ale Emma nie miała 

zamiaru słuchać. Chwyciła go za ramię wepchnęła do najbliższego pokoju który okazał się 

salonikiem lady Denham, ale to nie miało żadnego znaczenia. Można było tu zamknąć za 

sobą drzwi, co Emma natychmiast zrobiła.

- Nie, to ty posłuchaj, James powiedziała, z trudem panując nad głosem. Nie możemy 

przejść nad tym do porządku. Musimy porozmawiać. Wiem, że masz mi wiele do zarzucenia. 

Jeden Bóg wie, że ja też dużo sobie wyrzucam, ale nie wyjdziesz z tego pokoju, dopóki nie 

postanowimy, co mamy teraz robić.

James skrzyżował ręce na piersi, na twarzy miał wyraz lekkiego rozbawienia. Emma 

starała się nie patrzeć na naprężone muskuły jego ramion, które uwydatnił ten gest, chociaż 

był to bardzo pociągający widok. Jednak wdowa po wikarym nie powinna na takie rzeczy 

zwracać uwagi, nawet jeśli to muskuły należały do mężczyzny, który przypadkiem był jej 

mężem.

- A cóż takiego zrobiłaś, Emmo spytał James swoim niemiłym,  ironicznym tonem 

żeby myśleć, że mam ci coś do zarzucenia?

- Chcesz mnie zmusić, żebym to powiedziała? zarumieniła się ze wstydu. Sam dobrze 

o tym wiesz. Przyznaję, że to była moja wina. Nie powinnam była cię pocałować. Ale ty nie 

możesz winić tylko mnie.

- Emmo, ja cię o nic nie obwiniam powiedział James tym samym suchym tonem. 

Wręcz przeciwnie.

Była tak zażenowana, że nie rozumiała, co chciał przez tu powiedzieć. Potrząsnęła 

tylko głową.

- Co my teraz zrobimy? spytała.

- Nie mam pojęcia. James uniósł brew. A co ty proponujesz, Emmo?

- Co ja proponuję? To był wyłącznie twój pomysł. A więc jaka jest twoja propozycja?

- Ja myślę James zerknął na zegarek, który wyjął z kieszonki kamizelki że możemy 

teraz   zjeść   podwieczorek   Jestem   bardzo   głodny.   Po   podwieczorku   powinniśmy   trochę 

odpocząć. Rozumiem, że cała twoja rodzina przychodzi dzisiaj na kolację z okazji naszych 

zaślubin.

background image

Emma   tupnęła   nogą   tak   energicznie,   że   zabrzęczały   stojące   na   półkach   szklane 

bibeloty.

-   Jak   możesz   z   tego   żartować?!   wykrzyknęła.   Nie   rozumiesz,   że   sędzia   Reardon 

wszystko   zepsuł?   To   małżeństwo   miało   być   utrzymane   przed   nimi   w   tajemnicy,   a   oni 

wszystko już wiedzą!

-   Tak   przyznał   James,   chowając   zegarek   i   pocierając   w   zamyśleniu   brodę. 

Rzeczywiście, wiedzą.

Nie   wykazywał   jednak   wściekłości,   jaką   według   Emmy   powinny   wywołać 

zdradzieckie działania sędziego.

-   Jak   my   teraz   dostaniemy   unieważnienie   małżeństwa?   Twoja   matka   wszystkim 

rozpowiada, że się pobraliśmy! Jest niezwykle podekscytowana. Prosiła, żebym nazywała ją 

Honorią! Wspominała nawet o wnukach!

James   odjął   dłoń   od   twarzy.   Wydawał   się   zdziwiony,   ale,   jak   się   okazało,   nie   z 

powodu nadziei jego matki na posiadanie wnuków.

- Och powiedział. Ty nadal chcesz występować o unieważnienie małżeństwa?

Miał opuszczone oczy, więc Emma nic nie mogła z nich wyczytać. Oniemiała.

- James, czyś ty oszalał? Oczywiście, że chcę! Zerknęła na niego spod oka. A ty nie? 

Taki był nasz plan, prawda?

- Musisz mi wybaczyć, ale wydawało mi się, że ten plan uległ zmianie. James mówił 

takim tonem, jakby się zastanawiał, jakim powozem pojechać na spacer. Wydawało mi się 

tamtej nocy, że... podobało ci się, że jestem twoim mężem.

Emma  czuła, że znów oblewa się rumieńcem.  Jak on może  mówić o tym,  co się 

między nimi wydarzyło, tak nonszalanckim tonem... Nic dziwnego, że ma już trzydzieści lat i 

jeszcze się nie ożenił!

Tyle że, oczywiście, był już żonaty. I na tym polegał cały problem.

- To, co się wydarzyło tamtej nocy wykrztusiła Emma, która była tak zażenowana, że 

zaczynało brakować jej tchu było pomyłką. Już ci to tłumaczyłam. Nie miałam zamiaru... Nie 

myślałam, że...

James   nie   robił   wrażenia,   że   jest   zakłopotany.   Jak   zwykle,   zachowywał   chłodny 

dystans, który opuszczał go tylko wtedy, o czym Emma miała okazję się przekonać, kiedy 

ogarniało go pożądanie.

- Przykro mi, że tak uważasz. Wydawało mi się... Widzę jednak, że musiałem się 

mylić.

Emma poczuła, że jej serce zabiło szybszym rytmem (zupełnie nie wiedziała, dlaczego 

background image

się tak dzieje).

- Co ci się wydawało? spytała.

Ale   James   nie   odpowiedział   na   to   pytanie   w   każdym   razie   nie   na   temat   swoich 

osobistych odczuć.

- List sędziego Reardona powiedział rzeczywiście wprowadził pewne zamieszanie, ale 

to jeszcze nie powód, żeby wpadać w panikę, Emmo. Nie wiem, dlaczego nie mielibyśmy 

przeprowadzić naszego planu, jeśli tak sobie życzysz. Moja matka będzie, oczywiście, bardzo 

rozczarowana,   ale   w   końcu   się   z   tym   pogodzi,   tak   samo   jak   twoja   rodzina.   Jeśli   jesteś 

przekonana, że nasz związek nie przyniesie... hm... żadnych nieoczekiwanych owoców...

Emma   gwałtownie   nabrała   powietrza.   Chociaż   nie   przypuszczała,   żeby   to   było 

możliwe, ale poczuła się jeszcze bardziej zażenowana.

- Rozumiem. James obserwował ją z uniesionymi brwiami, ale nie okazując żadnych 

szczególnych   emocji.   Może   poczekamy   z   decyzją   do   czasu,   kiedy   ta   kwestia   zostanie 

rozwiązana.

- Ja... Emma nie wiedziała, co powiedzieć, chociaż uważała, że powinna to zrobić. Nie 

chcę, żebyś czuł, że powinieneś...

Dopiero teraz James stracił zimną krew. Popatrzył na nią z dezaprobatą.

- Emmo powiedział surowym tonem. Czy ty naprawdę myślisz, że gdybyś nosiła moje 

dziecko w łonie, to ja bym nie...

- Nie chciałabym, żebyś czuł się zobowiązany przerwała mu. Ja...

- Nie musisz się o to troszczyć przerwał jej. Zawsze pociągała mnie myśl, żeby zostać 

ojcem. Jeśli okaże się jednak, że tak się nie stanie, będziesz miała unieważnienie małżeństwa, 

o ile nie przeraża cię myśl, że obarczysz krzywoprzysięstwem swoją nieśmiertelną duszę.

To   było   typowe   dla   Jamesa   lekkim   tonem   podkreślał,   że   to,   co   miało   miejsce   w 

gospodzie pani MacTavish, czyni przysięgę o nieskonsumowanym małżeństwie wierutnym 

kłamstwem.

- Ja, osobiście ciągnął James nigdy się specjalnie nie martwiłem, dokąd trafi moja 

nieśmiertelna dusza. Czy to już wszystko, Emmo? Muszę jeszcze dokończyć list w sprawie 

młodego   Fergusa,   trzeba   się   też   porozumieć   z   twoim   bankiem,   by   sędzia   Reardon   mógł 

przekazać ci pieniądze...

Emma stała na dywanie w kwiaty w saloniku lady Denham, czując rozczarowanie. 

Dlaczego   tak   było,   otrzymała   przecież   wszystko,   czego   tylko   chciała?   Nie   mogła   tego 

zrozumieć.

Przecież nie oburzał jej fakt, że James nie sprzeciwiał się unieważnieniu małżeństwa.

background image

Jednak... Jednak on był teraz zupełnie innym człowiekiem. Tak bardzo się zmienił od 

tego fatalnego dnia, kiedy mu powiedziała, że ona i Stuart planują ucieczkę...

Emma otrząsnęła się z tych myśli. Co ona sobie wyobraża? Całkowicie zmienia swoją 

opinię o mężczyźnie tylko dlatego, że załatwił wizytę u lekarza dla jednego z jej uczniów? A 

może jej stosunek do niego uległ tak gwałtownej zmianie, ponieważ wykazał się sprawnością 

w innej dziedzinie?

Tak dalej być nie może. Tego była pewna. Powiedział jej żeby się zachowywała jak 

dorosła osoba. Będzie więc dorosła, będzie równie chłodna i wyrachowana jak on.

- To wszystko, lordzie Denham. Dziękuję powiedziała prostując ramiona.

Kiedy James skinął jej uprzejmie głową i wyszedł z pokoju, mimo wszystko Emma 

musiała usiąść, żeby się opanować. Powtarzała sobie, że to wszystko nie będzie trwało dług 

zakładając, czego dowiodło jej poprzednie małżeństwo, że na nie zachodzi w ciążę. Wkrótce 

będzie mogła powrócić do swojego spokojnego życia na Faires i nigdy, jeśli nie będzie miała 

na to ochoty, nie zobaczy już Jamesa Marbury'ego.

Przynajmniej tak sobie powtarzała.

I przez chwilę udało się jej nawet w to uwierzyć.

background image

24

James doszedł do wniosku, że wszystko jest na dobrej drodze.

Sędzia Reardon, prawdopodobnie nic o tym nie wiedząc, okazał się szalenie pomocny. 

Im więcej osób będzie wiedziało o ich małżeństwie, tym trudniej będzie je rozwiązać.

A ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzył James, było... rozwiązanie jego małżeństwa z 

Emmą van Court.

Nawet teraz, siedząc w salonie matki i obserwując swoją świeżo poślubioną małżonkę, 

która witała się z rodziną, jakby nic się nie wydarzyło, jakby nie wyszła za mąż wbrew ich 

woli nie mógł do końca uwierzyć swojemu szczęściu. Pojechał do Szkocji w poszukiwaniu 

zwłok, a przywiózł do domu młodą żonę.

Tą żoną była kobieta, która przez długie miesiące nawiedzała go w snach i do której 

wyrywało się jego serce. Sam nie wiedział, czym sobie zasłużył na tak wspaniałą nagrodę. 

Wiedział tylko, że ją zdobył i musi utrzymać.

Nawet wbrew Emmie, która, jak podejrzewał, nie znała tak dobrze własnego serca, jak 

się jej wydawało.

Emma rozmawiała właśnie z Penelope. Jakaś jej uwagi i wywołała wybuch śmiechu 

kuzynki. James widział wyraźnie, że Penelope robi wszystko, żeby nikt nie zauważył, jak 

przygnębia ją fakt, że jej młodsza kuzynka już dwukrotnie wyszła za mąż, a ona nie znalazła 

jeszcze męża. Zastanawiał się też, zresztą nie pierwszy raz, jak to było  możliwe, że van 

Courtowie,   którzy   należeli   do   kulturalnej   elity   Londynu   i   byli   bardzo   bogatymi   ludźmi, 

chociaż   nie   mieli   skłonności   do   filantropii,   mogli  wychować   taką   dziewczynę,   jaką   była 

Emma. Emma i Penelope były tak różne, jak dzień różni się od nocy.

Nie tylko dlatego, że zwykłą, szarą sukienkę Emmy jutro James sprowadzi krawcową 

matki i zamówi wyprawę dla żony, chociaż i w tej starej sukience była najpiękniejszą kobiet 

w salonie przyćmiewał blask złocistych jedwabi i biżuterii Penelope.

Nie o to chodziło. Emma zawsze była inna niż reszta jej rodziny. Może dlatego, że 

wcześnie straciła rodziców, a może po prostu taka była okazywała wyjątkową wrażliwość na 

cudze troski i kłopoty począwszy od piskląt, które wypadły z gniazda (zawsze błagała Jamesa, 

żeby je tam włożył), a skończywszy na głodujących tubylcach w Papui - Nowej Gwinei, dla 

których również wypraszała u Jamesa pieniądze. Nic więc dziwnego, że uwielbiała Stuarta. 

Emmie nie tylko podobała się jego blada, melancholijna twarz James wiedział, że taki wygląd 

przyciąga młodziutkie dziewczyny. Stuart, podobnie jak Emma, pragnął pomagać wszystkim, 

dla których los nie był zbyt łaskawy.

background image

Jednak James, podobnie jak jej stryjostwo, nie traktował poważnie zadurzenia Emmy 

w   swoim   kuzynie.   Sądził,   że   ta   fascynacja   umrze   śmiercią   naturalną,   kiedy   dziewczyna 

odkryje, że Stuarta bardziej interesują duchowe niż cielesne związki.

Niestety, jak się wydaje, to odkrycie nigdy nie nastąpiło.

Dokładnie   w   tym   samym   czasie,   kiedy   James   spodziewał   się,   że   będzie   zajęty 

ocieraniem łez Emmy, którą Stuart porzuci dla kościoła i zostawi ze złamanym sercem, został 

poinformowany o planach ucieczki kochanków.

Jak on mógł sobie wyobrażać, że Emma w pewnym momencie dojdzie do wniosku, że 

jest on bardziej odpowiednim kandydatem na męża niż Stuart? Kiedy przekonywał ją, że 

ubodzy powinni sami o siebie zadbać, jego kuzyn zdobywał jej serce niewzruszoną wiarą w 

Boga   i   działalnością   charytatywną.   Nic   więc   dziwnego,   że   wybrała   Stuarta.   Dla   takiej 

dziewczyny jak Emma o wiele bardziej pociągające było życie w niedostatku na Szetlandach 

niż wygodna egzystencja hrabiowskiej żony!

Jednak   hrabiowie,   co   postanowił   udowodnić   jej   James,   mają   o   wiele   większe 

możliwości, żeby nieść pomoc ubogim, niż niewiele zarabiający wikarzy.

Osiągnął już pierwszy sukces a przynajmniej taką miał nadzieję udowadniając jej, że 

hrabiowie są lepszymi kochankami. Chociaż nie wiedział, co o tej sprawie myślała Emma, nie 

sądził,   żeby   w   tej   dziedzinie   miała   powody  do  narzekań   pomimo   jej   stałych   nalegań   na 

unieważnienie małżeństwa. James żałował teraz, że podsunął jej taką możliwość.

Ale jak inaczej miał  ją przekonać, żeby za niego wyszła?  Obawiał się, że Emma 

jeszcze mu nie przebaczyła tego, co zrobił jej narzeczonemu. Nie miała również pojęcia, że 

darzył ją potajemną miłością. Ona wzdychała do jego kuzyna, a James skrycie wzdychał do 

niej...

Ale Stuarta już nie było, a Emma potrzebowała miłości, do której miała prawo. Jak się 

przekonał,   całując   ją   w   zamku   MacCreigh   zresztą   zawsze   to   przeczuwał   była   niezwykle 

namiętną dziewczyną, która uwielbiała pocałunki i... inne zabawy. Lubiła je tak bardzo, że 

bez trudu można ją było nakłonić do tego, żeby zapomniała o wszystkim innym, tak bardzo 

pragnęła być... zabawiana. Ta cecha, jak wynikało z doświadczenia Jamesa, była niezwykle 

rzadka u eleganckich dam, chociaż tak bardzo pożądana. Fakt, że Emma była obdarzona tą 

zaletą, wcale go nie zdziwił, spowodował tylko, że miał do siebie jeszcze większą pretensję o 

to, jak się kiedyś w stosunku do niej zachowywał. Niewybaczalne, że pozwolił takiej kobiecie 

zniknąć ze swojego życia. Ale to się już nie powtórzy.

James wiedział, że droga do szczęścia małżeńskiego z Emmą van Court Chesterton nie 

będzie łatwa. Przekonał się o tym ponownie po uroczystej kolacji z rodziną van Courtów, 

background image

chociaż   dla   nich   nie   było   to   zbyt   radosne   spotkanie.   Stryjostwo   Emmy   chętnie   przyjęli 

zaproszenie matki Jamesa, jednak nadal wydawali się zaskoczeni faktem, że to Emma została 

lady Denham, a nie Penelope, którą podsuwali Jamesowi od chwili, kiedy ta opuściła mury 

szkoły. Kiedy młodzi małżonkowie wreszcie znaleźli się sami, Emma wyszła z garderoby w 

swoim grubym szlafroku i wskazała hrabiemu stojące przy kominku fotele.

- Ty je zajmiesz czy ja?

James rzucił tęskne spojrzenie w kierunku łóżka, co Emma zauważyła.

- James, co ci przychodzi do głowy?! zawołała. Nie możemy razem spać w tym łóżku. 

Wiesz, co się zdarzyło ostatnim razem. Jeśli mamy dostać unieważnienie małżeństwa, to nie 

możemy... nie możemy tego dalej ciągnąć.

James, który również miał na sobie szlafrok teraz sam musiał zajmować się swoją 

garderobą,   ponieważ   Roberts   był   na   Faires,   sprawując   opiekę   nad   szkołą   Emmy   i 

potomstwem jej suczki usiadł na brzegu łóżka, zdejmując ranne pantofle.

- Nie widzę powodu, dla którego miałbym się nabawić bólu karku, śpiąc na fotelach 

powiedział kiedy obok stoi wygodne łóżko.

Wiedział, że prowadząc taką grę, podejmuje ryzyko, ale mężczyzna powinien walczyć 

o to, co chce zdobyć.

- Poza tym co to za różnica? Już raz popełniliśmy ten grzech. Kilka następnych razy 

nie wtrąci nas do bardziej gorącego piekła.

Emma   nie   roześmiała   się.   Wyglądała   na   zmęczoną.   Na   pewno   wyczerpało   ją 

przybieranie   radosnej   miny   szczęśliwej   mężatki   i   beztroska   rozmowa   o   wspólnych 

znajomych, która zaczęła się już przy zupie i trwała aż do podania serów.

James nie wątpił, że Emma czuła się zobowiązana do zademonstrowania stryjostwu 

radosnej miny. Po raz ostatni widziała Arthura i Reginę van Court w ich bibliotece, gdzie wuj 

ostrzegał ją przed nieodpowiednim małżeństwem, a stryjenka zamartwiała się tym, co hrabia 

Denham o niej pomyślał, kiedy powiedziała mu o swoich szalonych zamiarach. Jeśli któreś z 

nich dostrzegło ironię faktu, że po upływie roku ich marnotrawna bratanica została żoną tego 

samego hrabiego, to nie wspomnieli o tym ani słowa. Byli niesłychanie serdeczni. i chociaż 

James   nie   dał   się   na   to   nabrać   i   wiedział,   że   Emma   również   nie.   Gdyby   zjawiła   się   w 

Londynie  jako wdowa po Stuarcie,  a nie żona hrabiego Denhama, rodzina nie okazałaby 

radości z jej powrotu.

Wylewne powitanie, jakie jej zgotowali, trochę nadszarpnęło siły Emmy, nadwątlone 

długą podróżą ze Szkocji. James zauważył cienie pod jej błękitnymi oczami. Miała bardzo 

ciężki dzień.

background image

Mimo to nie wycofywała się z pola walki.

- To nie jest w porządku. Sam o tym wiesz. Ale jeśli tak się na to zapatrujesz, to ja 

będę spać na fotelach.

Podeszła do łóżka i chwyciła jedwabną kołdrę. James patrzył, jak usiłowała z dwóch 

foteli zrobić posłanie.

- Twoje zachowanie jest śmieszne, Emmo powiedział. Jesteśmy dorosłymi ludźmi i 

chyba potrafimy spać w jednym łóżku... bez żadnych nieprzewidzianych zdarzeń.

- Gdzie ja to już słyszałam? mruknęła.

- Wtedy ty sama zaczęłaś przypomniał jej James.

Zauważył z satysfakcją, że oblała się nagłym rumieńcem.

- Teraz nie musisz się martwić, że to się znowu zdarzy powiedziała sucho, kładąc się 

na swoim małym, wyraźnie niewygodnym łóżku. Dzisiaj będę się od ciebie trzymać z daleka.

- Doceniam twoją troskę o los mojej nieśmiertelnej duszy zauważył James. Myślę 

jednak, że jest już na to za późno, Emmo. Ryzyko zostało podjęte. Wszystko więc jedno, jeśli 

i tak mamy się smażyć w piekle, czy zgrzeszymy raz, czy też tysiąc razy.

Od   strony   foteli   nie   dobiegał   żaden   dźwięk.   Emma   naciągnęła   kołdrę   na   głowę 

niewątpliwie w celu zakończenia tej rozmowy. James wzruszył ramionami i położył się na 

łóżku.

- Może masz rację przyznał.

Znowu  brak  odpowiedzi.   Hrabia  podłożył  ręce  pod  głowę  i   patrzył   na  kobaltowy 

błękit baldachimu.

- Rzeczywiście powiedział istnieją szanse, że im dłużej będziemy... jak to określiłaś? 

Aha,   dalej   to   ciągnąć...   tym   większe   jest   prawdopodobieństwo,   że   wreszcie   zostaniemy 

złapani. Potomstwo byłoby niepodważalnym dowodem naszego grzechu.

Tym razem spod kołdry wydobył się nikły pomruk. James patrzył na to prowizoryczne 

łóżko, nie mając pewności, gdzie jest jej głowa.

- Co mówiłaś, kochanie?

Emma odrzuciła kołdrę. W świetle padającym z kominku jej blond włosy tworzyły 

prawdziwą aureolę.

- To nie ma nic do rzeczy oświadczyła surowym tonem.

- Jesteś tego pewna? spytał, unosząc brwi.

- Absolutnie pewna odrzekła.

James bawił się tą sytuacją, chociaż wiedział, że nie powinien. Ale jej oburzenie a 

Emma   bardzo   często   się   im   niego   gniewała   ogromnie   go   bawiło.   Było   tak   różne   od 

background image

pochlebstw, jakimi obsypywały go różne Fiony i Penelopy.

- Rozumiem twoje święte oburzenie powiedział istnieje jednak możliwość, że szkoda 

już została wyrządzona. Jestem zmuszony ci uświadomić, że spanie na fotelach wcale nie jest 

dobre dla niego.

- Dobre dla kogo? Emma ściągnęła brwi.

- Mojego syna i następcy stwierdził James. Wiesz o tym, Emmo, że możesz już nosić 

w łonie dziecko.

Zarumieniła się, ale wyraz jej twarzy świadczący o tym, że zbyt wysoko Jamesa nie 

ceni pozostał bez zmian.

- Twoja troska zasługuje na uwagę odrzekła. Ale gdybym była zdolna do posiadania 

dzieci, to nie uważasz, że dałabym już tego dowody? Nie zapominaj, że jestem wdową.

- Ale byłaś ze Stuartem tylko przez krótki czas zauważył.

Jakaś nuta w tonie jej głosu ostrzegła go, że na tym terytorium należy poruszać się 

bardzo ostrożnie. James dostrzegł też reakcję Emmy na uwagę Penelope van Court, kiedy ta 

zobaczyła w jadalni Fergusa.

- On nie może być twój, prawda, Emmo? roześmiała się. Jest na to o wiele za duży.

Emma, która podczas kolacji często się śmiała chociaż niezbyt szczerze tym razem 

miała poważną minę. Hrabia wyczuł, że jest to temat, na który żona nie potrafi żartować.

-   Ty   i   Stuart   mieliście   dla   siebie   niecałe   pół   roku   dodał.   Oczywiście,   będąc   od 

niedawna żonaty, nie jestem biegły w takich sprawach, wiem jednak, że czasem to zajmuje 

niektórym kobietom cały rok, a nawet jeszcze dłużej. To nie są rzadkie przypadki.

- Tym bardziej odparła Emma powinnam zostać na fotelach i trzymać się od ciebie z 

daleka.

James zorientował się poniewczasie, że zamiast zabliźniać jej ranę, której istnienia 

dopiero zaczął się domyślać, sprawił jej jeszcze większy ból. Leżał w półmroku, słuchając 

trzaskania ognia na kominku, a jego myśli skierowały się na niebezpieczna, ścieżkę, której 

unikał przez ostatnie dwanaście miesięcy. Zaczął się zastanawiać nad tym, co się działo w 

sypialni pomiędzy Stuartem a Emmą.

Emma  nie była,  o czym  już dobrze wiedział, bierną kochanka. Miała, jak  mu się 

wydawało, naturalny, zrozumiały pociąg do grzechu.

A Stuart? James nie posądzał o to swojego kuzyna. Nie potrafił nawet wyobrazić ich 

sobie w łóżku i to nie tylko dlatego, że nie miał na to chęci, co było oczywiste, ale Stuart i 

Emma... Wiedząc, że Emma wykazuje ogromne zainteresowanie tą dziedziną i znając również 

Stuarta, James nie przypuszczał, żeby ich związek mógł być szczęśliwy i udany.

background image

Nie   dziwił   się   jednak   Emmie,   że   była   zafascynowana   jego   kuzynem.   Nie   mogła 

przecież wiedzieć, co ją czekało pod tym względem. Ledwie wtedy wyszła ze szkoły, w stanie 

błogosławionej nieświadomości na temat małżeńskiego łoża, jak większość dziewcząt w jej 

wieku.   Obowiązkiem   stryjostwa   było   uchronić   ją   przed   niefortunnym   związkiem.   A   oni, 

mimo wysiłków Jamesa, nie stanęli na wysokości zadania.

Położenie, w jakim się teraz znalazła ich bratanica, było wyłącznie ich winą.

Jednak ta sytuacja, w odczuciu Jamesa, nie była tak ponura, jak się mogło wydawać 

Emmie. Ona pewnie uważała, że jej położenie jest żałosne musiała pozostawać w formalnym 

związku z mężczyzną, który niegdyś zawiódł jej zaufanie, żeby otrzymać spadek po mordercy 

swojego męża jednak James miał inną opinię na ten temat. Emma nie zdawała sobie nawet 

sprawy z tego, jak bardzo jest kochana. Niedługo James uświadomi jej to, ponieważ, jak się 

wydaje, jego czyny jej u tym nie przekonały.

Ale jeszcze nie teraz. Wiedział już, że ona nosi w sercu otwartą ranę, którą do tej pory 

skrzętnie skrywała. Musi jeszcze upłynąć trochę czasu, zanim będzie mogła spojrzeć na świat 

radosnym wzrokiem. Ostatni rok nie przyniósł jej niczego oprócz bólu. James był pewien, że 

Emma   nie   chciałaby   słyszeć   żadnych   miłosnych   deklaracji   ani   od   niego,   ani   od   nikogo 

innego, dopóki nie nabierze wiary w siebie. Do tej pory nosiła tylko maskę na użytek swojej 

rodziny i tych wszystkich, od których mogłaby usłyszeć te okropne słowa: A nie mówiłem!

James zaczeka... tym razem. Co prawda, rok wcześniej też postanowił zaczekać, i oto 

do czego to doprowadziło: wielka miłość jego życia poślubiła innego mężczyznę.

Sytuacja nie była jednak tak ponura. Po dwunastu miesiącach Emma wyszła za mąż za 

niego.

James może   sobie   pozwolić   na  przeczekanie.  Jego  cierpliwość  na  pewno zostanie 

wynagrodzona. Nie minie wiele czasu, a ona zrozumie, że się diametralnie zmienił.

Wtedy,   miał   nadzieję,   połączy   ich   coś   więcej   niż   przyjaźń,   już   teraz   łączyła   ich 

przyjaźń i wzajemny pociąg. James wiedział, chociaż Emma usiłowała temu zaprzeczać, że 

ona go pragnie. Jej wargi mogły kłamać, ale ciało mówiło prawdę. Nie minie wiele czasu, a 

ona wszystko zrozumie.

Tymczasem znajdowała się kilka metrów od niego, a nie na drugim końcu kraju.

Jednak   ten   fakt,   wraz   z   upływem   czasu,   coraz   bardziej   gnębił   Jamesa.   To   było 

zupełnie bez sensu, że ona spała na tych fotelach. On nie położyłby się tam za żadne skarby, 

ale co mógł zrobić poza przeniesieniem się do innego pokoju, co w ogóle nie wchodziło w 

grę? Co by na to powiedziała jego matka?

Dochodziła już północ, kiedy wstał z łóżka i podszedł do stojących przed kominkiem 

background image

foteli.

Emma spała, hrabia nie miał pojęcia, jak się jej udało zasnąć na tym niewygodnym 

posłaniu. Pewnie była bardzo wyczerpana. Jej głowa była przekrzywiona pod tak dziwnym 

kątem, że gdyby pozostała dłużej w tej pozycji, bolałby ją rano kark.

James pochylił się i wziął ją na ręce, razem z jedwabną kołdrą.

Emma natychmiast się obudziła.

- Połóż mnie zażądała z lekka ochrypłym głosem.

- Położę cię powiedział ale do łóżka, gdzie jest twoje miejsce.

- James... zaczęła, ale on ją uciszył.

- Bądź cicho przerwał jej bo obudzisz moją matkę, która zaraz tu wpadnie z całą 

czeredą służby. Odkryją całą prawdę, poinformują o tym sędziego Reardona i już nigdy nie 

zobaczysz ani swoich dziesięciu tysięcy funtów, ani tej pięknej szkoły, którą masz zamiar 

zbudować.

To ją otrzeźwiło.

- Skąd wiesz o szkole? spytała.

- Mówisz przez sen.

- To nieprawda!

- Prawda powiedział. Ale mimo to nadal chcę dzielić z tobą moje łóżko.

Emma obdarzyła go nieufnym spojrzeniem.

- Dobrze powiedziała wreszcie. Ale bez całowania...

To była myśl nie do pogardzenia i już po chwili James całował ją tak zapamiętale, jak 

tylko potrafił a zważywszy na jego długie i różnorodne doświadczenie w tej dziedzinie jego 

pocałunki   nie   mogły   być   bardziej   żarliwe.   Emma   zareagowała   tak,   jak   mógł   się   tego 

spodziewać. Początkowo zesztywniała w jego ramionach, ale po chwili zarzuciła mu ręce na 

szyję i rozchyliła wargi. Wtedy łatwo już było położyć ją na łóżku, odrzucić kołdrę i przykryć 

ją własnym ciałem.

Trochę oprzytomniała, kiedy poczuła na sobie jego ciężar i zaczęła coś szeptać. Ale 

wtedy   jego   dłoń   znalazła   się   pod   jej   koszulą,   palce   odnalazły   jej   gładką,   pełną   pierś   i 

cokolwiek Emma miała do powiedzenia rozpłynęło się w cichym westchnieniu rozkoszy. A 

kiedy kolanem rozchylił jej nogi i jego twarde udo dotknęło wilgotnego zagłębienia jej łona, 

Emmą zawładnęła fala pożądania i nie zdołała powstrzymać jęku.

Już się nie broniła. Wydawało się jej, że James ma jakiś magiczny dotyk, który czyni 

ją   powolną   wszystkim   jego   zachciankom.   Było   jej   wszystko   jedno,   czy   pozostaną 

małżeństwem, czy też nie, dopóki jej dotykał, a jej ciało przenikały rozkoszne dreszcze.

background image

James czuł, że mu się całkowicie poddała, i w pełni to wykorzystał. Może to nie było 

w porządku, robić użytek z władzy, jaką nad nią posiadał, ale nie miał żadnego poczucia 

winy... kiedy była tam, gdzie pragnął ją mieć. Uniósł jej koszulę, pieszcząc teraz ręką to 

miejsce, którego przedtem dotykał udem. Emma jęczała z rozkoszy, chociaż przeszło jej przez 

myśl, że nie powinna się kochać z innym mężczyzną w domu, który niegdyś był domem jej 

męża. Przypomniała sobie jednak, że teraz jej mężem jest James. Poza tym było jej wszystko 

jedno, gdzie byli, dopóki James jej pragnął. A hrabia zawsze potrafił sprawić, żeby również 

ona go pragnęła.

James zdążył już zrzucić szlafrok i poczuła nagle, że jej uda dotyka już inna część jego 

ciała ta, która początkowo przerażała ją swoim rozmiarem, a później zdobyła jej ogromne 

uznanie. Ze śmiałością, o którą się nawet nie podejrzewała, ujęła w dłoń jego męskość i 

wprowadziła ją w siebie, gwałtownie łapiąc oddech.

Ich intymny  kontakt odznaczał się niezwykłą  harmonia z czego Emma,  nie mając 

takiego doświadczenia jak James, nie zdawała sobie w pełni sprawy. On wiedział, że to jest 

niezwykle rzadkie zjawisko.

Emma z kolei w pełni doceniała rozkosz, jaką sobie wzajemnie dawali. Oddawała mu 

się z pełnym zapamiętaniem, dopóki nie doprowadził jej tam, gdzie mogła się znaleźć tylko z 

nim.

James  również   doznał   zaspokojenia   i  opadł   na  nią,   ciężko   oddychając.   Ogień   już 

wygasł na kominku, prawie się nie widzieli, słyszeli tylko swoje urywane oddechy. Ześlizgnął 

się z niej wreszcie i udało mu się dostrzec jej rozpaloną twarz.

- Czy teraz będziesz już grzeczna i zostaniesz w łóżku? spytał.

W odpowiedzi Emma ukryła twarz na jego ramieniu.

To go całkowicie zadowoliło.

background image

25

-   W   niebieskim   jest   ci   do   twarzy   stwierdziła   Regina   van   Court.   To   był   zawsze 

odpowiedni kolor dla Emmy, prawda, Penny?

Penelope van Court zerknęła na stos sukienek, które leżały mi sofie, i zacisnęła usta. 

Emma, która stała na niskim stołeczku pośrodku pokoju, wiedziała, że jej nowe suknie nie 

mogą   sprawiać   kuzynce   żadnej   przyjemności.   Penelope   zawsze   interesowała   się   modą   i 

chociaż rodzice niczego jej nie odmawiali, nie mogli dać jej tego, czego najbardziej pragnęła.

To znaczy męża. Penelope marzyła tylko o jednym żeby już nie musiała występować 

na   balach   w   białych   i   jasnoróżowych   muślinowych   sukienkach,   obowiązkowym   stroju 

młodych, niezamężnych kobiet. Widok o dwa lata młodszej Emmy, która mierzyła szafirową 

suknię wieczorową, nie poprawiał nastroju panny van Court.

- Chyba tak mruknęła Penelope, wstając z krzesła.

Podeszła   do   okna,   odwracając   się   plecami   od   rozrzuconych   po   całym   pokoju 

czerwonych, szafirowych i złocistych strojów.

Emma   rzuciła   kuzynce   zatroskane   spojrzenie.   Nie   mogła   przecież   powiedzieć 

Penelope, która tak wiele uwagi poświęcała ubraniu i podobnym błahostkom, że to jest tylko 

gra pozorów. Że jej małżeństwo jest fikcją, że jest nierzeczywiste pozorowane.

Chociaż czy rzeczywiście tak? Wszystko zaczęło się przecież dobrze układać i jej 

stosunki z Jamesem nabierały cech normalnego małżeństwa przynajmniej wydawało się jej, 

że na tym polega normalne małżeństwo, gdyż jej pierwszy związek był całkowicie odmienny.

Emma nie przypuszczała jednak, że udałoby się jej po prawić humor Penelope. Zbyt 

trudno byłoby zmienić jej ponury nastrój, zresztą nie można się temu dziwić. Emma nigdy nie 

widziała tylu sukien, kapeluszy, gorsetów, halek i pantofelków, które krawcowa lady Denham 

nagromadziła w tym pokoju. Wyglądało to tak, jakby hrabia wykupił cały sklep.

Pewnie zresztą tak było. Kiedy Emma weszła rano do pokoju, spodziewając się zastać 

tam jedynie  swoją  stryjenkę  i kuzynkę,  które  obiecały ją  odwiedzić,  oraz matkę  Jamesa, 

stanęła w progu, osłupiała.

- No, nie powiedział James, kładąc jej dłoń na ramieniu i popychając delikatnie do 

środka. Jesteś moją żoną, Emmo, i nie mogę na to pozwolić, żebyś nosiła sukienki z zeszłego 

sezonu, mimo że wyglądasz w nich czarująco. Wszyscy uznaliby mnie za skąpca.

Emma, doskonale wiedząc, ile kosztuje rozłożona w pokoju garderoba, nie potrafiła 

powstrzymać się od uwagi.

- Gdybyś pieniądze, które wydałeś na te stroje, przekazał biednym, nikt nie mógłby 

background image

nazwać cię skąpcem.

- Gdybyś tylko przez jeden poranek zachowywała się jak żona hrabiego, mógłbym ci 

to wynagrodzić, wystawiając czek na rzecz Stowarzyszenia dla Polepszenia Jakości Życia 

Tubylców na Hawajach czy też na inne organizacje, które popierasz.

Emma spojrzała na niego zdumiona.

- Nie mam nic przeciwko temu, żeby pomagać biednym dodał. Zresztą sama o tym 

wiesz. Wolałbym tylko dopomóc im, żeby potem sami sobie radzili. Daj ludziom palec... na 

pewno znasz to powiedzenie.

Pocałował ją w czoło, zostawiając w towarzystwie madame Delanges i swojej matki, 

ponieważ sam miał zaprowadzić młodego Fergusa na pierwszą wizytę do słynnego doktora 

Stonelettera.

Biorąc pod uwagę tę wymianę  informacji oraz tamtą,  o wiele gorętszą (i bardziej 

cielesną)   z   ostatniej   nocy   Emma   stwierdziła,   że   James   zachowuje   się   w   zdumiewający 

sposób... jakby był zakochany. Trudno to było inaczej określić.

Ale taka myśl była absurdalna. James Marbury nie był w niej zakochany. Okazywał 

jej,   przez  cały czas,  kiedy się  znali,  jedynie  dezaprobatę.  Co  prawda,  nie  potrafiła  sobie 

wytłumaczyć tego, co się działo, kiedy się całowali. Ale to na pewno nie była miłość. To 

musiała być namiętność, ale namiętność nie ma nic wspólnego z miłością.

Nie potrafiła  jednak zrozumieć,  dlaczego był taki  dobry dla niej,  jak  również  dla 

Fergusa. Nie mogła już dłużej zaprzeczać faktom. James Marbury, którego niegdyś uważała 

za człowieka o wyjątkowo nieczułym sercu, bardzo się zmienił w ciągu ostatniego roku.

Jak to się stało i dlaczego, pozostawało dla niej tajemnicą. Ona na pewno się do tego 

nie przyczyniła. Od momentu, kiedy wyjrzała przez okno i zobaczyła go na swojej warzywnej 

grządce, ciągle mu się przeciwstawiała. Nie robiła tego tylko wtedy, kiedy byli  razem w 

łóżku. Ale, jak się szybko przekonała, trudno jej było oponować, kiedy James był tylko w 

szlafroku... albo i bez szlafroka.

- Och! wykrzyknęła lady Denham, klaszcząc w dłonie i odrywając Emmę od jej myśli. 

Właśnie ta! Musisz ją dziś włożyć na bal u Cartwrightów!

- Tak, ta suknia pięknie podkreśla kolor jej oczu przyznała stryjenka  Emmy.  Czy 

zdąży pani ją wykończyć do ósmej? zwróciła się do madame Delanges.

- Naturalnie powiedziała pulchna Francuzka. Agnes, Mary. Allez, allez.

Do Emmy podbiegły dwie szwaczki, żeby wyswobodzić ją z sukni, która była ledwie 

sfastrygowana.

-   Znowu   coś   przywieźli,   lady   Denham   wykrzyknęła   nagle   stojąca   przy   oknie 

background image

Penelope.

- Coś takiego roześmiała się matka Jamesa. Nie wiedziałam, że mój syn jest aż tak 

popularny. Nie daliśmy jeszcze żadnego oficjalnego zawiadomienia, a już napływają prezenty 

ślubne. Wręcz nie wiem, gdzie je ustawiać.

Emma, która dostała tylko jeden prezent na swój pierwszy ślub serwis z Limoges, 

doszczętnie rozbity przez Jamesa nie mogła powstrzymać odruchu radości. Jednak czy będzie 

musiała zwrócić wszystkie prezenty ofiarodawcom, kiedy uzyska unieważnienie małżeństwa? 

Pewnie tak.

Przypomniała sobie nagle zdziwienie Jamesa, kiedy podjęła ten temat poprzedniego 

dnia. „Nadal chcesz się starać o unieważnienie małżeństwa?” spytał. Emma zastanawiała się, 

dlaczego w ogóle o tym wspominała. Nie chciała unieważniać ich małżeństwa. Teraz była już 

tego pewna.

Co nie oznaczało, że nie musiała tego zrobić. Gdyby wyszła na jaw cała prawda o 

Stuarcie... Gdyby James się tego dowiedział, na pewno nie chciałby nadal być jej mężem. To 

było zbyt okropne.

Poza tym hrabiowie potrzebowali potomstwa. A w tej dziedzinie Emma zawiodła na 

całej linii to znaczy w sprowadzaniu na świat potomków. James starał się ją pocieszać, ale 

ona wiedziała swoje. Trzeba będzie przeprowadzić unieważnienie małżeństwa. Nie byłoby w 

porządku wobec Jamesa, gdyby go nie zrobiła.

- Chwileczkę zawołała Penelope. To nie posłaniec. To... sama nie wiem, co to jest.

- Odejdź od okna, kochanie powiedziała stryjenka Emmy. Stoisz w przeciągu. Chyba 

nie chcesz się znowu nabawić bólu gardła i nie móc pójść na bal.

- Emmo zawołała Penelope, nie zważając na słowa maki. To chyba do ciebie. Ty 

zawsze   miałaś   przedziwnych   znajomych.   Idzie   tu   jakiś   wysoki   rudzielec   w   szkockiej 

spódniczce i czarnej pelerynie.

Emma, która wkładała swoją starą szarą sukienkę, zatrzymała się w pół gestu, nie 

włożywszy jeszcze ręki do rękawa.

- Co?

- Znasz kogoś takiego? Właśnie wysiedli z powozu, on i ruda kobieta. Jest też z nimi 

jakiś niechlujnie wyglądający chłopak. Zaraz będą dzwonić.

Rzeczywiście, po chwili rozległ się przytłumiony dźwięk dzwonka.

- Na litość! Emmo, czy to twoi przyjaciele? wykrzyknęła lady Denham. Czy mamy ich 

przyjąć?

- Nie możecie ich trzymać na progu zawołała Penelope, która odzyskała już trochę 

background image

dawnego humoru. Była tak ożywiona po raz pierwszy od czasu, kiedy Emma popełniła ten 

niewybaczalny grzech, wychodząc za mąż, zanim ona zdążyła to zrobić. Nigdy nie widziałam 

mężczyzny, który potrafi nosić szkocką spódniczkę, a ten na takiego wygląda. Można było 

łatwo   się   domyślić,   że   spódniczka   Geoffreya   Baina   nie   była   głównym   punktem   jej 

zainteresowania. Chodziło raczej o to, że był wysoki i muskularny. Penelope wiedziała, że w 

poważnym   wieku   dwudziestu   jeden   lat   nie   może   być   wybredna,   kiedy   w   grę   wchodzą 

potencjalni mężowie. Niech pani pozwoli go wpuścić, lady Denham. To będzie niesłychanie 

zabawne.

Emma wcale tak nie uważała. Wręcz przeciwnie. Skąd lord MacCreigh wziął się nagle 

w Londynie? Jego przyjazd mógł oznaczać jedynie dalsze kłopoty. A tego Emma wcale nie 

potrzebowała.

Lady Denham, zauważywszy, że na twarzy Emmy  pojawił  się wyraz  przykrości  i 

zakłopotania, przyłożyła dłoń do policzka.

- Naprawdę, nie wydaje mi się...

Jednak kiedy Burroughs otworzył drzwi i zaanonsował przybycie barona MacCreigha 

i   jego  siostry,  panny Fiony  Bain,  Penelope   natychmiast   powiedziała,  że   z  przyjemnością 

spotkają się z baronem i jego siostrą i poleciła kamerdynerowi, żeby wprowadził gości do 

salonu, gdzie wszystkie przyjdą, jak tylko Emma się przebierze.

I   już   nic   nie   można   było   zrobić.   Emma   nie   mogła   odmówić   spotkania,   kiedy 

rodzeństwo Bain wiedziało, że ona jest w domu.

Miała dziwne uczucie, widząc tu swoich starych znajomy z Faires czy odważyłaby się 

nazwać ich przyjaciółmi? a zdumiała się jeszcze bardziej, kiedy zauważyła stojącego w kącie 

salonu   Johna  McAddamsa.   Chłopiec,  który  należał   do  jej   najlepszych   uczniów  i   którego 

pragnęła posłać do college'u, miął nerwowo trzymaną w ręku czapkę.

Kiedy  wymieniono   wymuszone   słowa  powitania,   Emma  dowiedziała   się wreszcie, 

dlaczego John znalazł się niespodzianie w salonie hrabiego.

-   Przyjechałem   na   polecenie   lorda   Denham,   proszę   pani   odezwał   się   nieśmiało 

chłopiec. To znaczy, chciałem powiedzieć, milady. Przysłał wiadomość, że załatwił dla mnie 

egzamin w Oksfordzie i zapłacił za przejazd.

Emma nie zdążyła jeszcze ochłonąć z wrażenia, kiedy usłyszała aksamitny głos Fiony.

- A my nie mogliśmy przecież pozwolić na to, żeby samotnie wyruszył w podróż, więc 

postanowiliśmy mu towarzyszyć. Już od bardzo dawna nie byliśmy w Londynie.

Niebieskie   oczy   Fiony   przesuwały   się   po   pokrytych   jedwabiem   ścianach   i 

aksamitnych   zasłonach.   Emma   nie   miała   najmniejszych   wątpliwości,   że   ten   salon   był 

background image

najwspanialszym pokojem, jaki kiedykolwiek widziała Fiona Bain chociaż nigdy by się do 

tego nie przyznała, tak samo jak do prawdziwego celu ich wizyty. Emma dobrze wiedziała, że 

Fiona przyjechała do Londynu wyłącznie dla Jamesa, tak jak baron MacCreigh przyjechał tu 

dla niej.

Jacy oni byli  męczący!  Emma  była  ciekawa,  co baron zaniósł do lombardu, żeby 

zapłacić   za   przejazd.   Niewątpliwie   jedną   z   rodzinnych   pamiątek.   Zrobił   to   wszystko   w 

nadziei, że jej małżeństwo okaże się nieudane i że będą mogli coś na tym skorzystać.

- Przyjechaliśmy zrobić zakupy powiedziała Fiona zdawkowym tonem.

Emma nie uwierzyła, nie czuła jednak dawnej niechęci do siostry barona. Myślała 

tylko o Johnie McAddamsie, który tak nieoczekiwanie pojawił się na Park Lane. To zasługa 

Jamesa. On to wszystko zaaranżował. A przecież Emma nigdy nie wspominała mu o tym 

chłopcu. Skąd on wiedział?

A   co   ważniejsze,   dlaczego   to   zrobił?   Emma   czuła,   że   ogarnia   ją   dziwnie   ciepłe 

uczucie do męża człowieka, którego kiedyś podejrzewała, że tam, gdzie powinien mieć serce, 

znajdują się tylko liczydła.

Zastanawiała się też w głębi  duszy, czy to było  możliwe  czy istniało jakieś  małe 

prawdopodobieństwo że on zrobił to dla niej. Fiona szybko wytrąciła ją z zamyślenia.

-   Przyjechaliśmy   również,   żeby   zobaczyć   powiedziała   jak   życie   małżeńskie   służy 

nowej lady Denham.

- Trudno mi powiedzieć, wyszłam  za mąż dopiero niedawno odrzekła wymijająco 

Emma.

-   Ja   wam   powiem   odezwała   się   lady   Denham   ze   swoim   zwykłym   entuzjazmem. 

Młodzi małżonkowie są w sobie nieprzytomnie zakochani. Jeszcze nigdy czegoś podobnego 

nie widziałam. Lordzie MacCreigh, czy mogę zaproponować panu kieliszek sherry?

Geoffrey Bain, który prawdopodobnie nigdy jeszcze nie pił sherry, był oszołomiony, 

chociaż z zupełnie innego powodu niż Emma. Oni są nieprzytomnie w sobie zakochani?! 

Lady Denham widziała tylko to, co pragnęła zobaczyć... albo też chciała, żeby goście Emmy 

poczuli się swobodnie. To byłoby zrozumiałe, ponieważ zarówno lord MacCreigh, jak i jego 

siostra nie mówiąc już o biednym Johnie McAddamsie wydawali się okropnie skrępowani.

James jest w niej zakochany? Oczywiście, że nie. Na pewno nie.

Ale w takim razie, jak wytłumaczyć sprawę Fergusa? A teraz Johna? Nie mówiąc już 

o ich małżeństwie, które niczego, oprócz problemów, Jamesowi nie przysporzyło.

Nadal chcesz się starać o unieważnienie małżeństwa?” Emma była tak pogrążona w 

swoich   myślach,   że   z   trudem   podtrzymywała   rozmowę,   w   czym   Penelope   chętnie   ją 

background image

wyręczała. Jej zainteresowanie Geoffreyem Bainem wyraźnie wzrosło, kiedy mu się bliżej 

przyjrzała.   Uznała   go   za   o   wiele   bardziej   interesującego   mężczyznę,   jak   przypuszczała 

Emma, od cherlawych, anemicznych wielbicieli, którzy ją otaczali. Penelope zainteresowała 

się   ciężkim   nożem   w   bogato   zdobionej   pochwie,   który   wisiał   u   pasa   barona,   i   zaczęła 

zadawać  mu tyle  pytań,  że się trochę rozchmurzył.  Lord MacCreigh popadł w widoczne 

przygnębienie, kiedy dowiedział się od lady Denham, że małżeństwo Emmy nie okazało się 

totalną katastrofą, z której mógłby ją wyratować, na co zresztą liczył.

Emma, ze swojej strony, podziwiała nawet to rodzeństwo. Niełatwo rezygnowali z raz 

powziętego zamiaru. Chociaż była żoną innego, istniała jeszcze szansa, żeby się przekonała 

do   barona.   Dlaczego   nie   mieliby   próbować?   Dziesięć   tysięcy   funtów,   z   czego   Emma 

doskonale zdawała sobie sprawę, pozostawało sumą nie do pogardzenia.

Jej mężowi, czemu się wcale nie dziwiła, nagłe przybycie barona i jego siostry do 

Londynu   nie   sprawiło   żadnej   przyjemności.   Kiedy   wrócił   do   domu   i   zobaczył   tych 

szacownych   gości   w   swoim   salonie,   jego   twarz   przybrała   ponury   wyraz.   Miło   powitał 

młodego McAddamsa, ale nie odnosił się przyjacielsko do panny Fiony Bain, która tak mu się 

narzucała, aż Emma poczuła się zakłopotana.

Brat panny Bain nie usłyszał od Jamesa ani jednego względnie uprzejmego słowa. 

Kiedy nadarzyła się okazja, że zostali przez chwilę sami, James natychmiast zwrócił się do 

Emmy ściszonym głosem:

- Co oni tu robią? Chyba ty ich nie zaprosiłaś?

Emma,   zaszokowana   sugestią,   że   mogłaby   podsycać   nadzieje   lorda   MacCreigha, 

natychmiast   zapewniła   Jamesa,   że   nie   tylko   ich   nie   zapraszała,   ale   również   się   nie 

spodziewała, że on weźmie Johna McAddamsa pod swoją opiekę. Ale to nie ułagodziło męża. 

Nie odniosły także skutku podziękowania Emmy za to, że zechciał zająć się chłopcem. Jej 

serce przepełniała głęboka wdzięczność i pragnęła ją wyrazić. Jego gniew wzrósł jeszcze, 

kiedy   Penelope,   pod   wrażeniem   męskiej   powierzchowności   barona,   który   nie   recytował 

Byrona, jak to robili jej znajomi, a także nie wyglądał na mężczyznę cytującego poetów, 

zwróciła się do niego z propozycją.

- A jakie plany na wieczór  ma pan i panna Bain, mi  lordzie? spytała  niewinnym 

głosem. Proszę tylko nie mówić, że jest pan gdzieś już umówiony. Ponieważ idziemy dziś 

wszyscy na bal, wydawany na cześć młodej pary, myślę, że byłoby wspaniale, gdyby państwo 

mogli nam towarzyszyć.

Zarówno Regina van Court, jak i lady Denham były przerażone, ale kiedy padły te 

słowa, już nic nie mogły zrobić, poza wysłaniem bileciku do Cartwrightów z przeprosinami 

background image

za zwiększoną liczbę gości. Natomiast James wpadł w taką furię, że musiał wyjść z salonu. 

Emma, nie mogąc patrzeć na chełpliwy uśmieszek barona, chętnie poszłaby w ślady męża, 

choćby tylko po to, żeby go powstrzymać, gdyby chciał wyładować złość na przedmiotach, 

ale wtedy do salonu wpadł Fergus MacPherson w swoich nowych okularach, z których był 

niesłychanie dumny. Doktor Stoneletter, poinformował chłopi zebranych, nie miał wielkiej 

nadziei, że Fergusowi uda się w pełni odzyskać dobry wzrok, ale obecny stan da się utrzymać 

jeśli

 

będzie

 

wykonywał

 

„ćwiczenia” i nosił stale okulary.

To   była   dobra   wiadomość,   którą   należało   uczcić.   Pojawiły   się   grubo   lukrowane 

ciasteczka  jak widać Fergus zaprzyjaźnił  się na dobre z kucharzem lady Denham. James 

wrócił do salonu i był pozornie spokojny, chociaż Emma nie mogła się powstrzymać, żeby 

nie zerkać na niego z niepokojem, zastanawiając się jednocześnie, czy nie ma przy sobie 

pistoletów.   Przecież   już   raz   wyzwał   lorda   MacCreigha   na   pojedynek.   Co   mogłoby   go 

powstrzymać przed powtórzeniem tej propozycji?

Szczęśliwie   wizyta   przybyszy   z   Faires   dobiegła   końca   bez   rozlewu   krwi.   Lord 

MacCreigh i jego siostra zorientowali się wreszcie, że powinni wrócić do hotelu i przebrać się 

na bal. John McAddams nie miał zamiaru skorzystać z zaproszenia Cartwrightów, uznając 

bibliotekę hrabiego za bardziej interesujące miejsce niż sala balowa.

Jeśli lord MacCreigh miał nadzieję, że uda mu się przy pożegnaniu przytrzymać dłoń 

Emmy   o   ułamek   sekundy   dłużej   czy   też   podać   jej   liścik   miłosny   chociaż   to   było   mało 

prawdopodobne, ponieważ baron miał wstręt do pisania, to James, który stał przy Emmie, 

obejmując ją ramieniem  i zachowując się jak typowo  zaborczy mąż, rozwiał te nadzieje. 

Gdyby   nie   to,   że   ostatnie   wypadki   całkowicie   wytrąciły   ją   z   równowagi,   Emma 

zażartowałaby, że stał się nagle szalenie zazdrosny.

Ale   to   nie   był   czas   na   żarty.   Miała   zbyt   wiele   rzeczy   do   przemyślenia.   Chętnie 

poszłaby na spacer, szybki spacer morskim brzegiem, jak to robiła na Faires.

Ale nie była na tej małej wyspie. W Londynie nie było morskiego brzegu. A żony 

hrabiów nie spacerowały samotnie.

Została więc w domu i stanęła przy oknie na pustej klatce schodowej z tyłu domu, 

żeby się spokojnie nad wszystkim zastanowić.

Wiele czasu minęło, od kiedy ostatnio stała przy oknie i wyglądała na Park Lane, 

ulicę,   na   której   się   wychowała.   Prawie   nic   się   tu   nie   zmieniło.   Tak   samo   jak   wtedy,   z 

eleganckich   powozów   wysiadali   równie   eleganccy   ludzie.   Konie,   które   je   ciągnęły,   były 

lepiej odżywione i pewnie lepiej traktowane niż większość jej uczniów na Faires. Niegdyś 

background image

taka   myśl   przepełniłaby   ją   rozpaczą.   Teraz   zastanawiała   się   tylko,   dlaczego   mieszkańcy 

Faires   nie   starają   się   poprawić   swojego   losu.   Ignorancja   była   prawdopodobnie   główną 

przyczyną ich ciężkiego losu. Na przykład tak wiele osób sprzeciwiało się jej szkole tylko 

dlatego, że była koedukacyjna. Upierali się też, że Biblia jest jedyną książką wartą czytania, 

więc jeśli idą w niedzielę do kościoła, gdzie mogą wysłuchać ewangelii, to po co sami mają 

uczyć się czytać? Nie mówiąc już o ich przekonaniu, że whisky to lekarstwo na wszystko. 

Dobry Boże, Emma bywała przy porodach, gdzie matka piła więcej niż ojciec dziecka!

Czy udało się jej, zastanawiała się Emma, choć trochę zmienić życie tych ludzi, o co 

tak usilnie walczyli ze Stuartem? Niewątpliwie John McAddams miał zapewniony lepszy start 

ale to było zasługa Jamesa. A Fergus? Podobnie.

Nie, jedynym wynikiem ich decyzji wyjazdu na Faires była śmierć Stuarta. To smutne, 

ale taka jest prawda. Jako misjonarka Emma zawiodła całkowicie.

Nawet gdyby podjęła dziesięć tysięcy funtów i utopiła je w budowie szkoły, a może 

nawet i szpitala na Faires, czy to przyniosłoby jakiś efekt? Czy wieśniacy mogliby się wtedy 

zmienić? Nie wierzyła już w to. Na pewno nie ci starsi. Ale młodzi... dla młodych mogła 

jeszcze być nadzieja.

Jakby czytając jej myśli, pojawił się obok niej jeden z tych młodych.

- Pani Chesterton? Co pani robi?

Emma zobaczyła Fergusa, który spoglądał na nią pytającym wzrokiem przez swoje 

nowe okulary.

- Rozmyślam powiedziała.

- O lordzie Denham? spytał chłopak.

Emma roześmiała się nerwowo. Ostatnio James ciągle zaprzątał jej myśli. To dziwne, 

że Fergus o nim wspomniał.

- Nie, nie o lordzie Denham. Emma starała się mówić wesołym tonem. Czy powinnam 

myśleć o lordzie Denham?

- Jestem pewny, że on ma taką nadzieję poinformował ją chłopak obojętnym tonem. 

Po tym, jak starał się o pani względy.

- Starał się o moje względy? Emma popatrzyła na niego ze zdumieniem. O czym ty 

mówisz?

- Powiedziałem mu, że jeśli chce panią zdobyć, to musi się starać o pani względy. 

Fergus nie  odrywał  wzroku od stopni schodów. Tak długo nie potrafił niczego wyraźnie 

zobaczyć, że teraz nawet klatka schodowa miała dla niego urok. Zeskoczył na niższy stopień 

na jednej nodze. Jeśli chce tę całą sprawę małżeńską zlepić.

background image

- Ty i lord Denham rozmawialiście na mój temat?

- Naturalnie. Fergus wzruszył ramionami. Powiedziałem mu: jeśli naprawdę chce ją 

pan zdobyć, to musi się pan starać o jej względy.

Emma czuła, że ciarki przechodzą jej po skórze.

- A czy on chce? Czy chce to zlepić? spytała ochrypłym głosem.

Fergus tylko westchnął wymownie.

- Pani Chesterton, chyba pani potrzebuje okularów. Pożyczyłbym  pani swoich, ale 

doktor Stoneletter nie pozwolił mi ich zdejmować. Mogę je zdjąć dopiero wtedy, kiedy kładę 

się spać.

Emma patrzyła na niego, nie mogąc wymówić słowa.

- Myślę, że starał się jak mógł. Fergus stwierdził, że ta sprawa wymaga wyjaśnienia. 

To znaczy sprowadził tu Johna, załatwił mi okulary i tak dalej. Znowu zeskoczył o jeden 

stopień. Wiem, że pani kochała pana Chestertona. - Kolejny skok. Ale on zawsze na nas 

wrzeszczał, że gramy w piłkę za blisko kościoła. Skok. Nie myślę, żeby on panią naprawdę 

kochał, tak jak trzeba. A na pewno nie tak, jak jego lordowska mość. Ostatni skok i Fergus, 

który wydawał się teraz bardzo mały, a jednocześnie dziwnie dojrzały, odwrócił się jeszcze 

do Emmy.

- Nigdy jeszcze nie widziałam tak zakochanego mężczyzny, powiedziała moja mama 

dodał. A ona się na tym zna. Miała trzech mężów. Idę do kucharza po ciastka. Do widzenia.

I już go nie było.

A co miała zrobić Emma po tej niezwykłej rozmowie?

Usiadła i wypłakiwała sobie oczy przez całe pół godziny.

background image

26

To nieprawda. To nie mogła być prawda. James Marbury jest w niej zakochany?

Nie. To niemożliwe. Fergus źle go zrozumiał.

A jednak...

A jednak tyle zrobił dla Fergusa. Dla Johna. Zmusił własnego lokaja, żeby zajął się jej 

szkołą oraz Uną. A nawet... Emma zarumieniła się na to wspomnienie. James zniósł nawet 

towarzystwo tej nieszczęsnej krowy!

Robił to wszystko, a ona nawet przez chwilę nie pomyślała dlaczego. Przyjmowała to, 

jakby się jej wszystko należało. Przecież ją skrzywdził. Powinien jej to wynagrodzić.

Ale co właściwie miał jej wynagrodzić? Jaką krzywdę jej wyrządził? Zawiadomił jej 

rodzinę, kiedy miała podjąć decyzję, która okazała się w efekcie pochopna i nieprzemyślana. 

Stuart umarł na Faires.

James,   co   teraz   już   wiedziała,   miał   prawo   iść   do   jej   stryja.   Miał   prawo   ją 

powstrzymać. Gdyby została w Londynie gdyby zaczekała może Stuart by jeszcze żył.

A   już   na   pewno   nie   znalazłaby   się   w   takiej   sytuacji   jak   teraz   nie   byłaby   jedyną 

spadkobierczynią mordercy jej męża.

Ale czy James robił to wszystko dlatego, że ją kochał? Nie. James nigdy nie zdradzał 

innych   uczuć   dla   niej   poza   żartobliwą   tolerancją.   Nigdy  nie   usłyszała   od   niego   żadnego 

czułego słowa. Wręcz przeciwnie. Zawsze się z nią sprzeczał, a nawet często ją krytykował.

Z wyjątkiem łóżka. Ta myśl zadźwięczała jak dzwonek alarmowy. Z wyjątkiem łóżka.

Dlaczego,  kiedy ją  całował,  potrafił natychmiast  pozbawić  ją oddechu  i zdolności 

myślenia?   Dlaczego,   kiedy   się   do   niej   zbliżał,   jej   serce   zamierało   w   piersi?   Czy   chciał 

wyrazić jej miłość, posługując się swym ciałem, bo nie mógł z jakiegoś powodu zdobyć się 

na to, żeby wyrazić ją słowami?

A może był tak zręcznym i doświadczonym kochankiem, że potrafił to wszystko w 

niej wzbudzić, sam niczego nie odczuwając? Emma nie uważała się za kobietę światową 

dawne kochanki Jamesa na pewno były o wiele bardziej biegłe w sztuce miłosnej niż ona ale 

nawet niewinna kobieta zobaczy różnicę pomiędzy kochaniem... a udawaniem.

A w tym, co się między nimi działo w sypialni, nie było nic udawanego.

Czy ona rzeczywiście była tak głupia takim zakutym łbem, jak jej to często powtarzała 

stryjenka Regina że dopiero dziecko musiało jej wytłumaczyć, dlaczego się tak działo?

Niestety, odpowiedź na to pytanie brzmiała: tak, była aż tak głupia.

Co ma teraz zrobić? Nie była zdolna do żadnych odczuć poza ogromnym zdziwieniem 

background image

wywołanym nie tylko rewelacjami Fergusa, ale jej własną reakcją. James Marbury, dziewiąty 

hrabia Denham kocha ją... kochał ją zapewne już od dłuższego czasu. Niczym innym nie 

można wytłumaczyć, co dopiero teraz spostrzegła, jego zachowania.

Ale dlaczego nic nie mówił?

Pewnie dlatego, że myślał, że ona go nie cierpi.

To wszystko było niesłychane. Mogło doprowadzić do szaleństwa. Nie będzie już o 

tym myśleć. Fergus sam nie wiedział, co mówi.

Tyle tylko że Emma już dawno się przekonała, że Fergus zawsze doskonale wiedział, 

co mówi był jedną z niewielu znanych jej osób, o których można to było powiedzieć, drugi 

był...

James.

Nadal   chcesz   się   starać   o   unieważnienie   małżeństwa?”   Te   słowa   znowu 

zadźwięczały jej w uszach. Może to pytanie nie odnosiło się do tego, co zrobili, ale do jego 

uczuć?

Emma siedziała zamyślona przy toaletce. Pokojówka lady Denham układała jej włosy, 

kiedy otworzyły się drzwi i wszedł James.

Miał   na   sobie   czarny   frak,   jego   włosy   były   wilgotne   po   kąpieli.   Był   zabójczo 

przystojny.

Nie mogła już dłużej się okłamywać.

Kochała go.

On z niej żartował, często ją irytował, a nawet czasami doprowadzał do wściekłości. 

Ale   zawsze   mogła   na   niego   liczyć.   Nigdy   się   jeszcze   nie   zdarzyło   poza   tym   jednym 

wypadkiem,   kiedy   oświadczyła   mu,   że   chce   poślubić   innego   żeby   James   nie   zrobił 

wszystkiego, co było w jego mocy, żeby ją uszczęśliwić.

- Już kończę, milordzie. Pamela, pokojówka lady Denham, wsuwała ostatnie szpilki w 

bujne włosy Emmy.  Popatrzyła  w ogromne lustro w złotych  ramach  i uśmiechnęła  się z 

zadowoleniem. Pięknie  pani wygląda,  milady. Po chwili na jej  twarzy pojawił  się wyraz 

troski. Ale jest pani bardzo blada. Może się pani zaziębiła?

To pytanie nie było pozbawione podstaw. Madame Delanges dołożyła starań, żeby 

odsłonić ramiona i biust Emmy na tyle, na ile pozwalał dobry smak. Dekolt był tak śmiały, że 

trudno było uwierzyć, że niebieska suknia Emmy może się utrzymać na ramionach.

Jednak głęboko wycięta suknia nie miała nic wspólnego z faktem, że Emma nagle 

zbladła.   Spowodował   to   widok   jej   męża,   mężczyzny,   w   którym,   jak   sobie   wreszcie 

uświadomiła, była beznadziejnie zakochana.

background image

-   Przyniosę   pani   szal   powiedziała   pokojówka.   Po   chwili   dodała   konspiracyjnym 

szeptem: Jej lordowska mość ma słoik różu, on przywróci kolor pani policzkom.

Ale James miał tak dobry słuch, że potrafił usłyszeć nawet najcichszy szept.

- To nie będzie potrzebne powiedział sucho. Moja żona nie będzie się malować.

- Oczywiście, milordzie. Pamela dygnęła, zerknęła na Emmę i wyszła z pokoju. Widać 

była, że miała wielką ochotę się roześmiać.

Natomiast   Emmie   daleko   było   do   śmiechu.   Jeszcze   nigdy   w   życiu   nie   była   tak 

śmiertelnie poważna.

- Miejmy nadzieję, że to przywróci rumieniec na twoje policzki powiedział James 

równie neutralnym tonem, jakim zwracał się do służby. Podszedł do toaletki i położył na 

kolanach Emmy długie, czarne puzderko.

Była tak zaabsorbowana swoimi myślami, że nie zauważyła nawet, że na jej kolanach 

leży kasetka z biżuterią. Patrzyła na Jamesa uważnym wzrokiem, szukając na jego twarzy 

dowodu na to, że słowa Fergusa były prawdziwe.

-   Nie   jesteś   zaziębiona,   Emmo?   James   uniósł   brew,   zdumiony   jej   badawczym 

wzrokiem. Wyglądasz nieswojo.

Co mogła zrobić? Co powiedzieć? Przecież nie mogła zapytać go wprost: „James, czy 

to prawda, że mnie kochasz?

Byłaby zdruzgotana, gdyby roześmiał się w odpowiedzi lub kategorycznie zaprzeczył.

Otrząsnęła się i spojrzała na puzderko.

- Nie. Czuję się dobrze powiedziała, nie podnosząc wzroku.

Dopiero teraz otworzyła kasetkę.

Zobaczyła lśniące szafiry, które były równie intensywnie niebieskie, jak jej suknia i, 

chociaż o tym nie wiedziała, odzwierciedlały kolor jej oczu. Ta kolia i należące do kompletu 

kolczyki były najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziała.

- Zanim zaczniesz mnie pouczać powiedział James, wyjmując naszyjnik z puzderka i 

wkładając go jej na szyję że te pieniądze można byłoby o wiele lepiej wykorzystać, posyłając 

je jakiemuś biednemu misjonarzowi z afrykańskiej wioski, pozwól zauważyć, że te klejnoty 

należały do mojej rodziny już wtedy, kiedy ani mnie, ani ciebie nie było na świecie. Nie 

miałem więc nic wspólnego z ich zakupem. Muszę jednak przyznać dodał, patrząc na odbicie 

Emmy w lustrze że ja, ze swojej strony, popieram ten wydatek.

Emma nie rozumiała, jak on mógł się tak beztrosko zachowywać, jeśli czuł to samo co 

ona. Jeśli to, co mówił Fergus było prawdą, to James już od dawna, świadomy swoich uczuć, 

nauczył się je ukrywać.

background image

Zarumieniona ponownie Emma opuściła wzrok, dotykając końcami palców gładkich, 

chłodnym kamieni kolii.

- Dziękuję ci, James. To było wszystko, co zdołała z siebie wydobyć.

- Ślicznie wyglądasz zapewnił ją mąż, sięgając po jej nowe wieczorowe okrycie, białą 

pelerynkę, lamowaną gronostajami. Podobnie jak ty, nie mam ochoty uczestniczyć w tym 

upiornym   balu,   ale   poza   udawaniem   choroby,   nie   widzę   innego   wyjścia,   by   się   z   tego 

wyplątać. Tylko się tam pokażemy i jak najszybciej wrócimy do domu.

Emma wstała od toaletki, a on narzucił jej pelerynkę na ramiona, muskając końcami 

palców jej nagą skórę. Czy to jest miłość? pomyślała. To, czego teraz doświadczała, było dla 

niej zupełnie nowe, niepodobne do tego, co czuła do Stuarta. Były nawet takie okresy, że 

unikała   pocałunków   Stuarta,   którymi   i   tak   bardzo   rzadko   ją   obdarowywał.   A   teraz   była 

pewna, że przeszłaby boso przez ogień, żeby poczuć usta Jamesa na swoich wargach.

- Cudownie wyglądasz! Okrzyk lady Denham wytrącił Emmę z zamyślenia. James 

sprowadził ją już ze schodów,  a w holu czekała na nich jego matka.  Moja droga, jesteś 

niezwykle  urodziwą kobietą. James, w całym  Londynie  nie  mógłbyś znaleźć piękniejszej 

żony.

- To prawda odrzekł James suchym tonem. Musiałem pojechać aż na Szetlandy, żeby 

ją znaleźć.

Lady Denham serdecznie się roześmiała. Była we wspaniałym humorze. Bawiło ją 

nawet to, że lokaj, który pomagał jej wsiąść do powozu, omal nie wepchnął jej w kałużę. 

Śmiała się z pokojówki Cartwrightów, która nastąpiła na brzeg jej sukni, kiedy pomagała jej 

zdjąć pelerynkę. Śmiała się też z Emmy, której policzki były tak czerwone, że nie musiała 

stać w damskiej garderobie i szczypaniem przywracać im rumieńce, jak to właśnie robiły 

Penelope van Court i Fiona Bain. Lady Denham żartowała nawet z własnego syna, który nie 

mógł służyć ramieniem czterem damom naraz, kiedy wszystkie wyszły z garderoby.

Na szczęście panna Bain, ubrana w prostą białą suknię, która, chociaż już od dawna 

niemodna,   podkreślała   jej   zgrabną   figurę   i   płomiennorude   włosy,   została   natychmiast 

porwana do tańca, i to przez syna i dziedzica księcia Rutherforda. Fiona, co jej zapewne 

wyszło na dobre, nie miała pojęcia, że jej partner pochodzi z tak wielkiego rodu. Chociaż 

rozczarowana, że tak szybko pozbawiono ją towarzystwa Jamesa, zachwycała się salą balową, 

z której sufitu nie kapała woda jak w jej rodzinnym zamku.

Z kolei Penelope van Court, kiedy się tylko pojawiła na sali balowej, dostała się zaraz 

pod opiekę Geoffreya Baina, który nie spuszczał co prawda wzroku z Emmy, nie był jednak 

na tyle głupi, żeby tracić czas dla kobiety, której ręka nie mówiąc już o pieniądzach należała 

background image

do innego.

Emma patrzyła na tańczące pary nieobecnym wzrokiem. Nie potrafiła jeszcze ogarnąć 

umysłem  tych  wszystkich  przemian, które dokonały się w niej w ciągu ostatnich godzin. 

Podawała dłoń i uśmiechała się automatycznie, słysząc, jak życzono jej szczęścia. Ale jej 

uwaga skupiona była wyłącznie na stojącym obok mężczyźnie, który również stale ściskał 

dłonie. Co on teraz myśli? zastanawiała się w duchu. Jeśli to, co mówił Fergus, było prawdą, 

to   musiał   wysłuchiwać   tych   gratulacji   z   goryczą   w   sercu,   wiedząc,   że   unieważnienie 

małżeństwa szybko położy kres rzekomemu szczęściu.

A co gorsza, jeśli jej nie kochał, to te życzenia mogły w nim budzić tylko śmiech!

Chociaż Emma nie potrafiła wzbudzić w sobie wesołości i nie przypuszczała, żeby 

James czuł się tak swobodnie, jak udawał, nie ulegało wątpliwości, że lady Denham była w 

swoim żywiole. Jeszcze nigdy Emma nie widziała matki Jamesa w tak radosnym nastroju. 

Podając   dłoń   gościom   Cartwrightów,   którzy   kolejno   do   nich   podchodzili,   matka   Jamesa 

udzielała im coraz bardziej wylewnych odpowiedzi. „Nie mógłby być bardziej szczęśliwy”, 

tym zwrotem lady Denham opisywała stan ducha swojego syna. Nie mógłby być bardziej 

szczęśliwy, bo wreszcie poślubił kobietę, którą kochał? zastanawia się Emma. Czy też nie 

mógłby być bardziej szczęśliwy, bo chciał, żeby tak myślała jego matka? James świetnie 

odgrywał rolę dumnego męża, otaczał ramieniem kibić Emmy i uśmiechał się tak radośnie jak 

nigdy.

Tylko raz, jak zauważyła Emma, ten uśmiech z lekka przygasł. Było to wtedy, gdy 

usłyszał odpowiedź matki na czyjeś pytanie, w jaki sposób ta szczęśliwa para została parą.

- To niesłychana historia! wykrzyknęła lady Denham. James pojechał do Szkocji, żeby 

przywieźć zwłoki Stuarta, ale zamiast tego wrócił z żoną. To była niewesoła podróż, ale miała 

szczęśliwe zakończenie. Nieoczekiwanie matka Jamesa odwróciła się do młodej pary. Moi 

drodzy, kiedy mamy się spodziewać sprowadzenia Stuarta? Czy Roberts się tym zajmuje?

Emma   poczuła,   że   serce   podchodzi   jej   do   gardła.   Była   znowu   bardzo   blada.   Nie 

mogąc wykrztusić ani słowa, patrzyła tylko na matkę Jamesa przerażonym wzrokiem.

- Mamo usłyszała szept Jamesa. Nie teraz!

Ale lady Denham była tak ożywiona, że nie zdawała sobie sprawy, że ten temat może 

być niemiły dla jej syna i nowej synowej.

- Kazałam Billingsowi zrobić napis ciągnęła. Niewielki, ale bardzo znaczący.

Wydawało się Emmie, że cała sala balowa dziwnie się przechyliła jak pokład statku. 

Zastanawiało ją tylko, że wszyscy utrzymują równowagę, którą ona coraz bardziej traciła.

- Mamo powiedział James, tym razem nie był to szept. Dosyć tego!

background image

Lady   Denham,   która   była   niesłychanie   poczciwą   istotą   i   nie   zamierzała   nikomu 

sprawiać bólu, przeniosła wzrok z syna na synową i uśmiech zniknął z jej twarzy.

- Och, tak mi przykro. To rzeczywiście nie jest odpowiedni temat do rozmowy na sali 

balowej.   Ja   się   tylko   martwię,   że   Stuart   jest   tak   daleko.   Wiem,   że   byłby   bardzo 

usatysfakcjonowany, że wy dwoje którzy byliście mu tak drodzy, jesteście ze sobą szczęśliwi. 

Czy nie sądzicie, że chciałby być blisko was?

Jeśli   lady   Denham   zamierzała   pocieszyć   Emmę,   to   jej   wysiłki   odniosły   odwrotny 

skutek. Sala balowa nadal się kołysała, a teraz jeszcze Emma nie mogła złapać oddechu. Łzy 

błyszczały w jej oczach, chociaż starała się je powstrzymać.

James zauważył to. Już prawie wszyscy zdążyli złożyć im gratulacje, tańczyli albo 

gromadzili   się   przy   stołach   z   przekąskami.   Widział   jej   bladą   twarz   i,   jak   przypuszczała 

Emma, nieładnie zaczerwienione oczy.

- Emmo powiedział tylko, mocniej podtrzymując ją ramieniem.

On nie mógł tego zrozumieć. Emma wiedziała, co myślał... że ona płacze z powodu 

Stuarta, że nadal go kocha i dlatego każda wzmianka o nim albo o jego grobie doprowadzają 

do łez.

Gdyby znał prawdę! Prawdę, której nigdy nie ośmieliła się mu wyjawić...

- Muszę odezwała się Emma, siląc się na beztroski ton i mając nadzieję, że za chwilę 

nie   rozpłacze   się   w   głos   iść   na   chwilę   do   garderoby.   Rozwiązały   mi   się   tasiemki   przy 

pantofelku.

Szczęśliwie   udało   się   jej   wymknąć.   Było   to   możliwe,   ponieważ   właśnie   jakiś 

spóźniony   gość,   który   okazał   się   partnerem   Jamesa   w   interesach,   podszedł   do   niego   z 

gratulacjami. Emma wyślizgnęła się z objęć hrabiego i wybiegła z sali balowej do holu, w 

którym nie było nikogo.

Usiadła na najbliżej  stojącej kanapce i ukryła  twarz w dłoniach, modląc się, żeby 

podłoga przestała się kołysać i, kiedy odejmie ręce od twarzy, mogła zobaczyć, że jest z 

powrotem na Faires... gdzie co prawda była najbardziej nieszczęśliwą istotą na ziemi, ale 

przynajmniej tam nie musiałaby wyznać człowiekowi, którego kocha, tego, co teraz będzie 

musiała wyznać Jamesowi.

background image

27

Kiedy Emma powtarzała to sobie w duchu, usłyszała jakiś okrzyk i uniósłszy głowę 

zobaczyła ciemnowłosą dziewczynę w pięknej aksamitnej sukni, która przebiegła obok niej i 

zniknęła w głębi korytarza. Po chwili rozległy się szybkie kroki i oczom zaszokowanej Emmy 

ukazał się baron MacCreigh, który biegł za dziewczyną.

Na widok Emmy zatrzymał się gwałtownie. Na jego twarzy malował się niepokój; 

ustąpił z niej wyraz wyższości, którą Geoffrey Bain bezustannie demonstrował.

- To była Clara powiedział nieswoim głosem.

Zdumiona   Emma   zapomniała   tymczasem   o   własnych   kłopotach   i   spojrzała   w 

kierunku,   w   którym   uciekła   dziewczyna.   Ale   tamta   zdążyła   już   się   ukryć   w   damskiej 

garderobie.

- Milordzie powiedziało cicho Emma, żeby go uspokoić.

Szczęśliwie podłoga się już wyprostowała i nie wydawało się jej, że stoi na pokładzie 

miotanego wichrem statku. Teraz, z kolei, odczuła nagły ucisk w żołądku.

- Proszę mi tylko nie mówić, że to nie ona powiedział gwałtownie lord MacCreigh. 

Wiem, że to ona! Wszędzie rozpoznałbym jej włosy.

- Widział pan jej włosy, ale czy widział pan twarz, milordzie? spytała Emma.

- Nie muszę oglądać jej twarzy. To figura Clary, jej chód, jej włosy... Niech pan tam 

idzie, Emmo. Wyprowadzi ją z garderoby. Ona panią lubiła. Posłucha pani. Niech jej pani 

powie, że nie powinna się mnie obawiać. Proszę jej powiedzieć, że chcę się tylko upewnić, że 

żyje i dobrze się czuje...

- Milordzie powiedziała Emma cichym głosem, nie ruszając się z miejsca. To nie była 

Clara.

- Oczywiście, że tak upierał się lord MacCreigh. Gdyby to nie była ona, to dlaczego by 

przede mną uciekała?

Emma już mu chciała powiedzieć, że nie powinien się dziwić, że dziewczyna przed 

nim uciekła. Na pewno przeraziła się rudego mężczyzny, który biegł do niej, wykrzykując 

nieznane jej imię. Emma lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała że Clary już nikt nie zobaczy.

-   Traci   pani   czas,   Emmo   powiedział   baron,   podchodząc   do   kanapki,   na   której 

siedziała. To była ona, mówię pani. Zawsze wiedziałem, że ona i ten łajdak Stevens pojechali 

do Londynu. W tak dużym mieście łatwo jest zniknąć bez śladu. Niech pani idzie i spyta, 

dlaczego ona nie chce ze mną rozmawiać. Ona pani powie. Zawsze pani wszystko mówiła...

- Lordzie MacCreigh powiedziała Emma, nadal nie ruszając się z miejsca. Nie wydaje 

background image

mi się...

- To ona! Baron zaczął krążyć nerwowo po holu,, nie odrywając wzroku od drzwi 

damskiej garderoby. Emmo dlaczego pani mi nie wierzy? To była Clara, przysięgam.

- Nie stwierdziła Emma ze smutkiem w głosie. Przykro mi, milordzie, ale to nie ona.

Lord MacCreigh westchnął tylko i odwrócił się, żeby udać się do sali balowej.

- Dobrze powiedział. Jeśli pani nie chce jej stamtąd wyprowadzić, zrobi to Fiona. 

Proszę tylko zostać na miejscu i patrzeć, czy nie wyjdzie stamtąd, zanim wrócę...

- Lordzie MacCreigh zawołała Emma. Geoffreyu dodała po chwili.

To go powstrzymało. Odwrócił się do niej nie tyle zaciekawiony, co zdumiony, że po 

raz pierwszy usłyszał swoje imię z jej ust.

- Proszę koło mnie usiąść powiedziała. Muszę panu coś powiedzieć. Powinnam była 

już   to  zrobić  dawno  temu,   ale...   musiałam  przyrzec,  że   tego  nie   wyjawię.  Lepiej   jednak 

będzie... uważam, że powinien pan poznać prawdę.

Baron, którego piegowata twarz była i tak dość blada, teraz zbladł jeszcze bardziej.

- Zaskoczyła mnie pani, Emmo powiedział niespokojnym głosem, siadając obok niej. 

Wygląda pani... niezbyt dobrze pani wygląda.

Pan też nie, przemknęło jej przez głowę. A kiedy już mu wszystko  powie, baron 

MacCreigh będzie wyglądał jeszcze gorzej. Ale nic na to nie mogła poradzić.

- Lordzie MacCreigh powiedziała poważnym tonem. Nie mógł pan widzieć Clary, 

ponieważ ona nie żyje.

Baron wydawał się zaszokowany, ale natychmiast spochmurniał.

- Emmo! wykrzyknął. Nie wyobrażałem sobie, że pani da posłuch wiejskim plotkom! 

Proszę mi nie mówić, że pani' wierzy w to, że ich oboje zabiłem i wrzuciłem ciała...

-   Nie   zapewniła   go   Emma.   Nie   wierzę   w   to,   milordzie,   i   nigdy   nie   wierzyłam, 

ponieważ znam prawdę. A prawdą jest, że biedna Clara naprawdę umarła...

- Emmo! Lord MacCreigh potrząsnął tylko głową. To zupełnie do pani niepodobne! 

Wiem,   że   chce   mnie   pani   powstrzymać   przed   wywołaniem   skandalu   na   przyjęciu,   które 

zostało wydane na pani cześć, ale żeby posuwać się do opowiadania takich historyjek...

- To nie jest historyjka przerwała mu Emma. Mówiła do niego tak samo łagodnym 

głosem, jakim przemawiała do swoich uczniów, kiedy miała im przekazać złe nowiny. Clara, 

milordzie, zmarła sześć miesięcy temu, podczas epidemii tyfusu. Przykro mi, ale prosiła, żeby 

pana o tym nie zawiadamiać. Nie chciała, żeby pan...

Lord MacCreigh zerwał się na nogi, omal nie przewracając sofy, na której siedzieli. 

Stanął przed Emmą, szary na twarzy.

background image

- Pani kłamie powiedział.

Miał taki wyraz twarzy, że nadchodząca para natychmiast zawróciła na jego widok. 

Baron nawet ich nie zauważył.

- Nie mogła jej pani widzieć przed sześcioma miesiącami powiedział. Ona uciekła o 

wiele wcześniej...

- Wiem przyznała Emma. Ale potem wróciła.

- To niemożliwe! krzyknął baron. Gdyby wróciła, ja bym o tym wiedział!

- Miała powód, żeby swój powrót utrzymać w tajemnicy. W oczach Emmy zaszkliły 

się łzy. Och, Geoffreyu, tak mi przykro. Ale ona nie chciała, żeby pan się dowiedział...

Kiedy zamilkła, lord MacCreigh obrzucił ją smutnym spojrzeniem.

- Czego?

-   Nie   mogę   panu   powiedzieć.   Emma   potrząsnęła   głową.   Przysięgłam   jej,   że   nie 

powiem... ona tak bardzo chciała utrzymać to przed panem w tajemnicy.

Lord MacCreigh przeczesał drżącymi palcami swoje rude włosy.

-   Czy   chce   mi   pani   powiedzieć...   Nie   zdawał   sobie   chyba   nawet   sprawy,   że   jak 

szaleniec krąży wokół Emmy. Emmo, czy chce mi pani powiedzieć, że przez cały czas przez 

tyle miesięcy wiedziała pani, że Clara nie żyje, że nie zginęła z mojej ręki, jak wszyscy 

mówili... i zachowała pani tę wiadomość dla siebie?

Mogła tylko skinąć potakująco głową. To, co mówił, było prawdą.

- Mogła pani powiedział baron, zatrzymując się przed nią jednym słowem oczyścić 

mnie z zarzutów i wybrała pani milczenie?

- Nie wybrałam powiedziała szybko. Mówiłam panu, że kazała mi przysiąc...

- Wiedziała pani i niczego nie powiedziała? krzyknął głośno baron.

Nieszczęśliwym trafem lord Denham, który wyruszył na poszukiwanie żony, wyszedł 

w tym momencie zza rogu. Akurat wtedy, kiedy baron pochylał się w groźnej pozie nad jego 

żoną, a przed chwilą krzyczał wręcz na nią w sposób niegodny dżentelmena.

Na widok hrabiego Geoffrey Bain szybko odsunął się od Emmy.

- To nie to, co pan sobie wyobraża wymamrotał.

Emma zerwała się z sofy.

- Och, James, nie! krzyknęła. Ale już było za późno.

background image

28

- Nie powinieneś był tak mocno go uderzyć powiedziała Emma, siadając przy toaletce.

- On ci groził upierał się James. Wyglądało na to, że chciał cię zaatakować.

- Lord MacCreigh? Emma potrząsnęła głową. Na balu u Cartwrightów?

- Nadal uważam, że to było możliwe. Mówiono już o nim o wiele gorsze rzeczy.

- On był tylko wytrącony z równowagi. Emma zaczęła wyjmować szpilki z włosów. 

Właśnie dowiedział się o czymś strasznym.

- Skąd miałem o tym wiedzieć? Widziałem tylko, że Geoffrey Bain, mężczyzna, który 

kiedyś chciał cię poślubić, wyraźnie ci groził. James oparł się łokciem o gzyms kominka, 

starając się nie zwracać uwagi na ból prawej ręki i nie odrywając wzroku od żony. A co to 

były za złe nowiny?

Emma zerknęła na jego odbicie w lustrze i szybko odwróciła wzrok.

- Wydawało mu się, że widział Clarę powiedziała. Wzięła szczotkę do włosów, mocno 

zaciskając na niej palce.

- Clarę? James ściągnął brwi. Swoją narzeczoną?

- Tak przyznała Emma, nie odrywając wzroku od trzymanej w ręku szczotki.

- Jak to możliwe? Przecież ona uciekła z jego lokajem, a on ją potem zamordował. 

Czy tak nie było? James zaczął okazywać zniecierpliwienie.

-   Nie   odrzekła   Emma.   Nie   zamordował   jej.   To   fałszywa,   od   początku   do   końca 

zmyślona plotka. To znaczy, ta część, która dotyczy morderstwa.

- Rzeczywiście? James uniósł brwi.

Niezbyt interesowała go rozmowa o miłosnych perypetiach Geoffreya Baina. Wolałby 

mówić o własnych. Nie sądził jednak, żeby Emma zechciała teraz na ten temat dyskutować.

Nie   dziwił   się   temu.   Widział   wyraz   jej   twarzy,   kiedy   jego   matka   wspomniała   o 

sprowadzeniu ciała Stuarta. Żałował, że nie uprzedził matki, żeby nie poruszała tego tematu. 

Ale   od   ich   przyjazdu   do   Londynu   tyle   rzeczy   się   wydarzyło,   że   wszyscy   chwilowo 

zapomnieli o jego prawdziwej przyczynie wyjazdu na Faires.

Fatalna pomyłka! Było  oczywiste, że temat śmierci Stuarta nadal sprawiał Emmie 

ból...

Siedziała teraz z opuszczoną głową, trzymając w ręce oprawną w srebro szczotkę. 

Zegar   wybił   godzinę.   Było   jeszcze   wcześnie.   Wyszli   od   Cartwrightów   natychmiast   po 

awanturze Jamesa z baronem, nie żegnając się z nikim. Nawet matka Jamesa, nieświadoma 

tego, co wydarzyło się w holu, była jeszcze na balu. Baron znalazł pociechę w ramionach 

background image

Penelope, która była przypadkowym świadkiem tej sceny. Kuzynka była przerażona i pełna 

współczucia dla, jak uważał James, niewłaściwej osoby.

Dla lorda Denham tego już było trochę za wiele. Musiał walczyć o uczucie Emmy nie 

tylko z duchem jej pierwszego męża, ale jak się okazało, również z jakimiś rudym baronem.

- Czy to w końcu była Clara spytał ta osoba, którą zobaczył MacCreigh?

- Nie powiedziała cicho Emma, nadal nie patrząc mu w oczy. Clara nie żyje.

- Wydawało mi się, że mówiłaś... James był zdumiony.

- Nie zabił jej lord MacCreigh powiedziała Emma. Zabił ją tyfus.

- Tak? To dlaczego wszyscy...

- Bo ja nikomu tego nie powiedziałam. Emma nie odrywała wzroku od szczotki. Tego, 

co się stało z Clarą. Prosiła mnie o to. Zmusiła mnie, żebym przysięgła, że tego nie zrobię. 

Ale   teraz...   Teraz   muszę   to   powiedzieć,   ponieważ...   Och,   James.   Spojrzała   na   niego 

błyszczącymi od łez oczami. Muszę ci powiedzieć o Stuarcie i Clarze.

James   osłupiał.   Ostatnią   rzeczą,   jakiej   mógł   się   spodziewać,   była   wiadomość   o 

powiązaniach jego kuzyna z narzeczoną lorda. Był tak zaskoczony, że zaczął podejrzewać, że 

się przesłyszał.

- Co mówiłaś?

- Musimy porozmawiać o Stuarcie stwierdziła Emma, odkładając szczotkę. To ładnie 

z twojej strony, że mnie o to nie pytałeś, ale uważam że... że teraz należy o tym mówić.

- Wydawało mi się powiedział James, który nagle zapragnął wziąć ją w ramiona i 

scałować wyraz troski z jej twarzy że nie chciałaś rozmawiać o Stuarcie.

- To prawda. Ale teraz chcę.

James zdjął łokieć z gzymsu. Chętnie zadzwoniłby teraz po kamerdynera. Przydałaby 

mu się szklaneczka whisky. Nie miał odwagi wysłuchać na trzeźwo tego, co zaraz usłyszy. 

Narzeczona MacCreigha i jego kuzyn Stuart? To niemożliwe. Absolutnie niemożliwe. Ale z 

drugiej strony, to mogłoby... wyjaśnić kilka spraw.

- Słucham cię, Emmo.

Siedziała na stołeczku przed toaletką z nisko opuszczoną głową. Jej ciemnoniebieskie 

oczy, koloru kolii, którą miała na szyi, były wpatrzone w niewidzialne dla Jamesa obrazy.

- Został zabity powiedziała.

Jej matowy głos, tak różny od piskliwych głosików innych kobiet, z lekka drżał. James 

wiedział, że cokolwiek Emma miała do powiedzenia, będzie ją to wiele kosztować. O wiele 

więcej niż dziesięć tysięcy funtów.

- Wiem o tym powiedział łagodnie. Przez tego faceta, O'Malleya.

background image

- Wiesz jak zginął, ale nie wiesz dlaczego. To się zdarzyło podczas szczytu epidemii 

tyfusu. Emma nie odrywała wzroku od swoich rąk. Pani O'Malley bo tak o niej mówiliśmy, 

oni nie mieli prawdziwego ślubu była umierająca. Tom O'Malley przyszedł do nas, ponieważ 

wielebny Peck był wtedy w innym domu nie pamiętam już gdzie bo czuł, że już nadszedł czas 

na ostatnie namaszczenie. Pan O'Malley był wprost nieprzytomny z rozpaczy. Chociaż on i 

Ginnie, tak miała na imię, nie wzięli nigdy ślubu, jednak przez wiele lat byli ze sobą i on ją 

szczerze kochał, na swój sposób. Ale Ginnie... ona zawsze była dziwna. Rzadko chodziła do 

kościoła.   Stuart   prosił   ją,   żeby   robiła   to   częściej   albo   przynajmniej   zgodziła   się,   żeby 

wielebny Peck udzielił jej i Tomowi ślubu. Ale ona tylko się śmiała. Po prostu była dziwna. 

Bardzo   kochała   przyrodę.   Zawsze   pytała   Stuarta,   dlaczego   Bóg   nie   mógłby   usłyszeć   jej 

modlitwy, kiedy ona jest z owcami na łące, równie wyraźnie, jakby była w kościele. Przecież 

sam stworzył ziemię i to wszystko, co na niej jest.

Emma zamilkła i odwróciła głowę w kierunku Jamesa.

- Kiedy dotarliśmy do domu O'Malleyów ja też poszłam, żeby w czymś pomóc, jeśli 

będzie potrzeba Ginnie była całkowicie przytomna. Ledwie ją poznałam, taka była szara i 

wychudzona,  ale jej umysł  był  równie bystry jak zawsze. Stuart zaczął mówić o żalu za 

grzechy, ale ona powiedziała, że nie odczuwa żadnego żalu, ponieważ nie przypomina sobie, 

żeby   kiedykolwiek   grzeszyła.   Kiedy   powiedział,   że   jej   życie   z   panem   O'Malleyem   było 

grzechem, roześmiała się tylko...

Łzy spływały Emmie po policzkach, ale wydawało się, że nawet o tym nie wie.

- Stuart powiedział wtedy, że jeśli ona nie będzie prosić Boga o wybaczenie, to on nie 

może dać jej rozgrzeszenia. Zaczął... zaczął pakować swoje rzeczy. Był bardzo zmęczony. 

Wszyscy mieli umierających w rodzinie. To było... to było okropne. Ale mimo to... Mimo to 

powinien był starać się zrozumieć panią O'Malley. Powinien był... ale tego nie zrobił. Kiedy 

pan 0'Malley zobaczył, że Stuart naprawdę zamierza wyjść, on... on...

Emma urwała. James zrobił krok do przodu, chcąc powstrzymać, jeśli mu się uda, 

płynące jej z oczu łzy.

- Emmo powiedział, wyciągając do niej ręce.

- Nie powstrzymała go gestem. Nie. Muszę to powiedzieć. Jej głos był nabrzmiały 

łzami. Pan O'Malley uderzył go. Tylko raz. Ale Stuart walnął głową o palenisko i... stracił 

życie. A najgorsze jest to, James, że kiedy pan O'Malley to zrobił, ja byłam zadowolona. 

Emma roześmiała się przez łzy. Byłam naprawdę zadowolona. Lubiłam Ginnie i chętnie bym 

Stuarta sama uderzyła za to, że był taki świętoszkowaty.

Emma już nie płakała. Łzy błyszczały jej jeszcze na policzkach, ale jej oczy były już 

background image

jasne, a głos czysty.

- Nigdy nie chciałam, żeby umarł. To było... straszne. Pan O'Malley od razu oddał się 

w ręce sprawiedliwości. To on sprowadził pomoc. Kiedy już zabrakło Ginnie umarła kilka 

minut po Stuarcie on sam też już nie chciał dłużej żyć, Mieszkańcy Faires, pani MacTavish z 

synem   i   MacEwanowie,   zaraz   się   zjawili   i   zabrali   mnie   oraz   Stuarta   do   naszej   chaty. 

Następnego   dnia...   następnego   dnia   dowiedziałam   się,   że   były   kłopoty   ze   znalezieniem 

miejsca na grób Stuarta. Pan Pect powiedział, że na parafialnym  cmentarzu zostało tylko 

miejsc i na groby zbiorowe, tak wiele osób umarło na tyfus. Ja... ja nie wiedziałam, co robić. 

Byłam   zresztą   na   wpół   przytomna,   Wiedziałam,   że   Stuart   chciałby   być   pochowany   w 

poświęconej ziemi, ale...

- Emmo powiedział James, ale znowu powstrzymała go gestem.

- Ona wróciła tej samej nocy, kiedy zginął Stuart. Wzrok Emmy skierowany był w 

przestrzeń, James wiedział, że ona ma przed oczami obrazy z przeszłości. To znaczy Clara. 

Zniknęła kilka miesięcy wcześniej, wiedziałam, gdzie pojechała, ponieważ mi się zwierzyła. 

Byłyśmy przyjaciółkami. Ona... ona była moją jedyną przyjaciółką na wyspie. Sprawy ze 

Stuartem... nie były łatwe, jak możesz sobie wyobrazić. Nie mieliśmy niczego poza tym, co 

dostaliśmy od państwa Peck. Ja... nie byłam dobrze przygotowana do życia małżeńskiego. 

Nie, nic nie mów. James zamknął usta. To było... to nie było to, czego oczekiwałam. To 

znaczy, małżeństwo ze Stuartem. Przerwała na chwilę. Ale miałam chociaż Clarę. Zawsze 

mogłam na nią liczyć. To od niej dostaliśmy serwis z Limoges. Clara nie miała kłopotów z 

pieniędzmi, ale jej ojciec na nic jej nie pozwalał. Kiedy lord MacCreigh zaczął się o nią 

starać, to było wielkie wydarzenie jej życia. Oczywiście, że zgodziła się zostać jego żoną. 

Zrobiłaby wszystko, żeby się wydostać spod kurateli ojca. Ale w zamku MacCreigh spotkała 

Seana Stevensa, lokaja barona. Był bardzo przystojny i czarujący. Przypuszczam, że podobnie 

jak lord MacCreigh, zapragnął bogatej żony. Chciałabym wierzyć, że Stevens choć trochę 

lubił Clarę... Ona na pewno go kochała. Kiedy poprosił ją, żeby z nim uciekła, zgodziła się. 

Powiedziała mi, gdzie jadą, ale musiałam jej przysiąc, że nikomu tego nie zdradzę, nawet 

Stuartowi.   Nie   mogli   dłużej   czekać,   bo   ona   spodziewała   się   dziecka.   Kiedy   się   pobiorą, 

mówiła Clara, wrócą do domu jej ojca jak przykładna para małżeńska...

James wiedział już, co dalej nastąpi. Była to banalna historia...

- Później nie miałam już od niej żadnych  wiadomości. ciągnęła Emma. Tej nocy, 

kiedy   zginął   Stuart,   siedziałam   w   mojej   chacie...   przy   jego   trumnie.   Był   sztorm...   padał 

ulewny deszcz. Następnego dnia miałam go pochować w oddzielnym grobie, za zgodą pastora 

Pecka lub bez jego zgody. Omówiłam już wszystko z panem MacEwanem i panem Murphym, 

background image

którzy obiecali mi pomoc.

Emma głęboko zaczerpnęła powietrza.

- Usłyszałam stukanie do drzwi i pomyślałam, że to pewnie przyszedł pan MacEwan 

albo jego matka, żeby dotrzymać mi towarzystwa. Byłam zaszokowana, kiedy zobaczyłam 

kompletnie  przemoczoną  Clarę, bladą jak śmierć i z wielkim brzuchem. Była  chora. Nie 

dlatego, że dziecko się miało urodzić, ale dlatego, że miała tyfus. Wiedziałam to od razu.

- Emmo powiedział przerażony James ty nie...

- Co mogłam zrobić? spytała, patrząc na niego załzawionymi oczami. Ona była moją 

przyjaciółką. Moją jedyną przyjaciółką. Oczywiście, że wzięłam ją do chaty. Stevens, ten 

niegodziwiec,   porzucił   ją.   Clara   się   wstydziła   wrócić   do   domu.   Jak   żyła,   tego   mi   nie 

powiedziała,   ale   mogłam   łatwo   zgadnąć,   że   wiodło   się   jej   bardzo   źle.   Położyłam   ją   do 

swojego   łóżka,   do   naszego   małżeńskiego   łóżka.   Urodziła   tam   dziecko...   dziewczynkę,   z 

takimi samymi czarnymi włosami, jakie miała Clara. Dziecko było zdrowe, ale ona... Oczy jej 

pociemniały. Ona wiedziała, że umrze. Walczyła  z chorobą, żeby doczekać chwili, kiedy 

będzie mogła urodzić dziecko. Nic miała już siły na dalszą walkę. Była zbyt wyczerpana. 

Prosiła mnie tylko o to, żebym znalazła dobry dom dla jej dziecka i utrzymała w tajemnicy to, 

co   się   stało.   Sądziła,   że   gdyby   jej   ojciec   poznał   prawdę,   sprawiłoby   mu   to   jak   również 

lordowi MacCreigh zbyt wielki ból. Nie mogła przewidzieć, że ludzie będą myśleli, że baron 

ją zamordował.

James   usiadł   na   skraju   łóżka.   Nie   był   w   stanie   utrzymać   się   na   nogach   po   tej 

przerażającej opowieści Emmy. Huczało mu w głowie.

- A co z dzieckiem? spytał.

- Och powiedziała Emma z ożywieniem. Zawinęłam je w koc i zaniosłam do państwa 

Peck. Położyłam maleństwo na progu, mocno zastukałam do drzwi i uciekłam. Schowałam 

się   w   stodole,   żeby   zobaczyć,   co   się   stanie.   Wielebny   Peck   otworzył   drzwi   i   znalazł 

zawiniątko. Pani Peck wzięła niemowlę pod opiekę. Marzyła o własnym dziecku. Wszyscy 

uwierzyli, że Olivia oni nazwali ją Olivią jest ich dzieckiem. Emma uśmiechnęła się smutno. 

Tylko  ja znam prawdę. Oczywiście, państwo Peck nic o tym  nie wiedzą nie zdają sobie 

również sprawy, kim była matka Olivii.

James z trudem przełknął ślinę. Nie miał ochoty zadawać tego pytania, ale musiał to 

zrobić. Powiązanie jego kuzyna z Clarą McLellen zaczęło się powoli wyjaśniać.

- A co z jej ciałem, Emmo? spytał łagodnym tonem. Co zrobiłaś z jej ciałem?

Emma spojrzała na niego z niepokojem.

-   Co   mogłam   zrobić?   Była   zima.   Ziemia   była   całkowicie   zamarznięta.   Sama   nie 

background image

mogłabym jej pochować. Emma była tak przygnębiona, że jej widok wzbudzał litość. Ona nie 

żądała zbyt wiele. Chciała mieć tylko moje słowo honoru, że nie zdradzę jej tajemnicy, dom 

dla swojej córeczki... i przyzwoity grób.

James starał się powstrzymać uśmiech, jednak kąciki jego ust zadrgały. Zrozpaczona 

Emma obrzuciła go szybkim spojrzeniem.

- Och, James, jak możesz powiedziała. Przecież ja zrobiłam okropną rzecz. Ale co 

innego mogłam zrobić? Pomyślałam, że dla Stuarta to już nie ma żadnego znaczenia...

- Że musi zrobić miejsce w swojej trumnie dla niezamężnej matki? James już nie krył 

uśmiechu. Też powiedziałbym, że nie. Czy Murphy albo MacEwan coś podejrzewali?

W przeciwieństwie do Jamesa, Emma nie widziała w tym nic zabawnego.

- Nie. Nie wyglądało na to, żeby poczuli dodatkowy ciężar.

- Emmo powiedział tylko James.

Po wysłuchaniu takiej historii jego serca nie powinno przepełniać uczucie radości. 

Jednak tak było. Odczuł ogromną ulgę, kiedy poznał prawdziwy powód oporu Emmy przed 

ekshumacją zwłok jej męża. Wyobrażał sobie przecież, że Emma tak bardzo kochała Stuarta, 

że nie mogła znieść myśli o zakłóceniu jego wiecznego odpoczynku.

Miał ochotę śpiewać na całe gardło, co w tej sytuacji byłoby wysoce niestosownym 

zachowaniem.

-   To   prawda   powiedział   że   przedsiębiorca   pogrzebowy   mógłby   doznać   szoku   na 

widok dwóch ciał w jednej trumnie. Ale, na litość boską, Emmo, dlaczego mi po prostu nie 

powiedziałaś?

-   Obiecałam,   że   tego   nie   zrobię.   To   znaczy   obiecałam   Clarze.   Poza   tym...   nie 

potraktowałam Stuarta z należnym szacunkiem. Myślałam... naprawdę myślałam, że będziesz 

bardzo zły. Tak, jak tamtego dnia, kiedy ci powiedział...

- Aha mruknął James, kiedy Emma nie dokończyła zdania. - Tamtego dnia. To chyba 

nie był mój najlepszy dzień.

- To nie tak było. Emma popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Nie, to ty miałeś rację. 

Tylko   nie   powinien   uderzyć   Stuarta.   To   nie   było   potrzebne.   Ale   słusznie   chciałeś 

powstrzymać  nas przed ucieczką. Potem cię za to nienawidziłam. Teraz widzę, że miałeś 

całkowitą rację. Gdybyśmy cię posłuchali, Stuart mógłby nadał żyć.

- Myślisz, że ja to zrobiłem dla Stuarta? James popatrzył na nią z niedowierzaniem.

Te słowa znalazły natychmiastowy oddźwięk. Emma spojrzała na niego, mrugając 

powiekami jak zbudzona ze snu.

- Nnnie dla niego? wyjąkała. To znaczy...

background image

- Kochałem Stuarta przyznał James. Kochałem jak brata, ale widziałem jego wady. 

Miał szczęście, że udało mu się przeżyć ten wieczór, kiedy powiedziałaś mi, że planujecie 

ucieczkę. Ale to nie jego bałem się utracić. Nie jego.

Niebieskie jak niezapominajki, rozszerzone ze zdumienia oczy Emmy uporczywie się 

w niego wpatrywały.

- To dlaczego... Nie rozumiem. W takim razie dlaczego...

James podszedł do niej i ukląkł przy jej taboreciku. Ujął jej lewą dłoń, na której nosiła 

jego sygnet, nie mając jeszcze obrączki.

- Czy tak trudno jest ci w to uwierzyć? spytał, usiłując mówić lekkim tonem, chociaż 

serce waliło mu jak oszalałe. Teraz nie mógł się cofnąć. Musi zachować się jak mężczyzna.

-   Bałem   się   stracić   ciebie,   Emmo   powiedział,   zaciskając   rękę   na   jej   dłoni,   jakby 

jeszcze teraz mogła mu się wyślizgnąć. Dlatego to zrobiłem.

- To niemożliwe! Emma wyszarpnęła rękę, zerwała się z taborecika i popatrzyła na 

niego z oburzeniem. Teraz ty jesteś... sama nie wiem co. Ale ty mnie nie kochałeś, James, ja 

to wiem.

- Nic nie wiesz powiedział. Nie był zły ani rozgoryczony, tylko bardzo zmęczony. 

Myślał,   że   odczuje   ulgę,   wyjawiając   jej   najgłębszą   tajemnicę   swojego   serca.   Ale   teraz 

odczuwał tylko znużenie.

- Kochałem cię od chwili, kiedy skończyłaś szkołę. Ale Stuart był pierwszy.

- To jest... to jest... Sama nie wiem, co to jest stwierdziła Emma. Ale ty nie mogłeś 

mnie  kochać, James. Gdyby  tak było,  to przyjechałbyś po mnie, a nie po Stuarta, kiedy 

dostałeś już wiadomość o jego śmierci.

James wstał z klęczek i podszedł do niej.

-   Jak   mógłbym   po   tym   wszystkim   spojrzeć   ci   w   oczy?   Myślałem,   że   jesteś   w 

Londynie. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabyś jeszcze być na Faires. Chciałem 

spokojnie zastanowić się nad tym, w jaki sposób mam się do ciebie zbliżyć.

- Więc było ci tak bardzo trudno przyznać, że masz dla mnie trochę uczucia? spytała 

Emma łamiącym się głosem.

-   Przyznać,   że   jestem   zakochany   w   żonie   mężczyzny,   którego   traktowałem   jak 

własnego brata? Poza tym, Emmo James mówił łagodnym tonem, chociaż coś go ściskało za 

gardło nigdy nie dałaś mi choćby cienia nadziei. Nie ukrywałaś, jakie budzę w tobie uczucia.

- Ty też odparowała Emma.

- Naprawdę? Na twarzy Jamesa pojawił się smutny uśmiech. Kiedy mężczyzna, który 

przez całe życie miał wszystko, co tylko zechciał, dowiaduje się, że nie może mieć tego, 

background image

czego najbardziej pragnie, powie wszystko, żeby tylko przekonać siebie samego, iż wcale mu 

na tym nie zależy, Uwierz mi jednak, że zawsze pragnąłem, abyś była moją żoną.

Emma uniosła rękę, żeby zetrzeć łzy, które znowu zabłysły na jej długich rzęsach.

- To niemożliwe powiedziała, wcale nie łzawym, a raczej wzgardliwym tonem. Gdyby 

to była prawda, to dlaczego mówiłeś o unieważnieniu małżeństwa na zamku MacCreigh?

- Czy wyszłabyś za mnie, Emmo, gdybym tego nie zrobił?

Zmrużyła oczy. Robiła wrażenie zamyślonej.

Po chwili spojrzała na niego, jednak z jej oczu nie można było niczego wyczytać. Ale 

jej twarz miała zdecydowany wyraz.

- A co teraz? spytała. Czy chcesz dostać to unieważnienie?

- Nigdy tego nie chciałem powiedział James, zbliżaj, się do niej, ale powstrzymała go 

gestem. Nadal miała zdecydowany wyraz twarzy, ale jej oczy wyrażały ból.

- Chcesz nadal być moim mężem spytała łamiącym się głosem po tym wszystkim, co 

ci powiedziałam? Sprofanowałam trumnę twojego kuzyna. Nie powstrzymałam człowieku, 

który go zabił. Stuart zginął z mojej winy.

- Stuart zginął oświadczył zdecydowanie James bo nie miał za grosz rozumu. Przestań 

płakać i chodź tu do mnie.

- Ja będę okropną żoną zapewniła go Emma, cofając się na widok jego wyciągniętej 

dłoni. Nie umiem być prawdziwą żoną. Nawet nie jestem w stanie wydać na świat dzieci. Nie 

będziesz miał dziedzica.

- Zawsze można ustanowić innego sukcesora. A teraz chodź.

Chwycił ją za rękę i z wolna przyciągał ją do siebie.

- James powiedziała ostrzegawczo Emma.

Przed czym go ostrzegam?  pomyślała. Wiedział już o niej wszystko, co najgorsze, i 

nadal jej pragnął. A ona też go pożądała. Fergus miał rację James, jak się okazało, zawsze ją 

kochał i kocha ją nadal ta świadomość sprawiła, że serce trzepotało jej w piersiach i nie mogła 

złapać tchu. I to na pewno nie była wina zbyt ciasno zasznurowanego gorsetu.

Kiedy James, nie odrywając od niej wzroku, poniósł jej dłoń do ust, jej kłopoty z 

oddychaniem jeszcze bardziej się nasiliły.

- James wyszeptała.

Jego   wargi   przesunęły   się   teraz   w   wygięcie   jej   łokcia.   Emma   patrzyła   na   jego 

pochyloną głowę, na rozwichrzone czarne włosy, czując, jak jego rozpalona twarz przesuwa 

się coraz wyżej, a kiedy była już przekonana, że za chwilę serce wyskoczy jej z piersi, ich 

usta połączyły się w pocałunku.

background image

Całowali się w blasku padającym z kominka. Język Jamesa błądził we wnętrzu jej ust. 

Ich wargi nie odrywały się od siebie. Wreszcie Emma odsunęła się trochę i ujęła jego twarz w 

dłonie.

- Czy to nie sen? spytała, znając doskonale odpowiedź. Czuła przecież pod palcami 

zarys jego policzków i ślad zarostu.

- Właśnie o to samo chciałem cię spytać  powiedział James. Musimy to dokładnie 

zbadać, żeby się upewnić, że to nie jest sen.

Już po chwili niebieska balowa suknia i elegancki frak Jamesa leżały na podłodze. 

Emma   napawała   się   widokiem   jego   muskularnego   torsu,   szerokich   ramion   i   płaskiego 

brzucha. On ma ciało anioła, stwierdziła w duchu.

Po chwili poczuła to ciało przy swoim ciele, czuła, jak jego palce szarpały sznurówki 

jej gorsetu.

Ciało anioła, a umysł diabła, dodała w duchu.

- Jak to się zdejmuje? spytał James, walcząc ze stawiającą opór sznurówką. Zanim 

Emma zdążyła odpowiedzieć, zerwał ją i odsłonił jej piersi. Pochylił głowę, drażniąc jej sutki 

językiem, dopóki nie stały się napięte i stwardniałe, popychając ją jednocześnie w stronę 

łóżka.

Emma   z  westchnieniem   opadła   na   miękką  kołdrę.  To  na   tym  polega   małżeństwo

pomyślała. James był zbyt delikatny, żeby ją o to pytać, ale na pewno się domyślał, że jej 

związek ze Stuartem wyglądał zupełnie inaczej. Stuart nigdy, jak to teraz robił James jego 

zarost drażnił jej delikatną skórę nie przesuwał wargami po jej brzuchu. Emma nie wiedziała, 

do czego on zmierza, dopóki nie poczuła, że jego język dotyka intymnego wgłębienia między 

jej nogami. Jej ciało wygięło się tak gwałtownie, że omal nie spadła z łóżka.

- Co ty robisz? wyjąkała.

Odpowiedziało jej milczenie. To, co robił, było oczywiste. Sposób, w jaki ją pieścił, 

na pewno nie uzyskałby aprobaty kościoła. Emma była o tym przekonana.

Kiedy wydawało się jej, że już dłużej nie zniesie tej rozkosznej męki, James uniósł 

głowę.

Po chwili był już w niej, szczelnie ją wypełniając. Chociaż nie zdawała sobie z tego 

sprawy, tak żarliwie się do niego tuliła, że James zapragnął natychmiast się w niej zatracić. 

Opanował się jednak i dopiero kiedy Emma ze zduszonym okrzykiem uniosła biodra i poczuł, 

jak pulsuje wokół jego męskości, on też osiągnął zaspokojenie.

Ostatnią myślą Emmy, zanim porwała ją ta wszechogarniająca fala, było, że powinna 

zakryć Jamesowi dłonią usta, żeby zdusić jego głośny okrzyk rozkoszy. Nie wiedziała nawet, 

background image

czy to się jej udało, tak się zatraciła we własnej ekstazie.

Upłynęło kilka minut i usłyszeli stukanie do drzwi.

- James? Emmo? rozległ się głos lady Denham. Jesteście tam? Słyszałam jakiś głos. 

Czy   to   nie   był   cudowny   bal?   Emma   wiedziała   już,   że   próba   uciszenia   Jamesa   się   nie 

powiodła.

James, który jeszcze na tyle  nie doszedł do siebie, żeby móc odpowiedzieć matce 

normalnym głosem, rzucił Emmie błagalne spojrzenie.

- Tak, lady Denham zawołała Emma, z trudem powstrzymując się od śmiechu. To 

było naprawdę cudowne.

background image

29

-   Witam   was   wszystkich   zaczął   przewodniczący   Ławy   Królewskiej   Sądu 

Najwyższego, Reardon, który przy tej okazji wystąpił w okazałej peruce w szkole imienia 

Stuarta Chestertona. Z wielką radością ogłaszam, że szkoła jest już oficjalnie otwarta.

Sędzia uderzył butelką szampana o ceglaną ścianę. Grube, zielone szkło rozprysło się 

natychmiast na kawałki i biała piana zaczęła spływać po budynku. James nie był jedyną osobą 

wśród   zgromadzonych,   która   uznała   ten   gest   za   marnotrawienie   dobrego   trunku.   Jednak 

klaskał razem ze wszystkimi to znaczy zaczął klaskać, kiedy trąciła go żona.

Natychmiast otoczyli ich mieszkańcy wioski, którzy chcieli im podziękować za tak 

hojny dar (ta szkoła będzie dostępna dla każdego dziecka na wyspie), życzyć im szczęścia 

albo   tylko   na   nich   popatrzeć.   Mieszkańcy   Faires   nieczęsto   mieli   okazję   zobaczyć 

prawdziwego hrabiego i jego żonę. Za to bardzo często widywali baronów z żonami. Lord i 

lady MacCreigh spędzali teraz sporo czasu w wiosce trwały właśnie prace na zamkowym 

dachu, a lady MacCreigh dawna Penelope van Court nie mogła znieść tego hałasu.

Widywano  również  często pannę Fionę Bain obecnie lady Harold, żonę dziedzica 

księcia Rutheforda ponieważ największą przyjemność sprawiało jej paradowanie po uliczkach 

miasteczka w nowych strojach z Londynu.

Jednak   lord   i   lady   Denham   rzadko   tu   bywali,   chociaż   stale   przysyłali   pieniądze. 

Szkoła była dopiero pierwszą placówką imienia Stuarta Chestertona. Miał powstać jeszcze 

szpital, w którym znajdzie pracę jedyny absolwent Oxfordu z wyspy Faires, John McAddams, 

jak również izba położnicza, której otwarcie dziwnym zbiegiem okoliczności miało nastąpić 

w tym samym okresie, kiedy lady Denham sama spodziewała się rozwiązania.

Jednak   nie   wszyscy   byli   zadowoleni   z   ulepszeń,   które   lord   i   lady   Denham 

zaprowadzali   na  tej  ubogiej   wyspie   rybackiej.  Pan  Murphy   był  poważnie  zaniepokojony, 

ponieważ w związku z prowadzonymi pracami pojawiło się wiele nowych pojazdów i jego 

karawan   stał   się   bezużyteczny   służył   teraz   tylko   swojemu   pierwotnemu   przeznaczeniu. 

Ponieważ w okolicy nie wybuchła żadna nowa epidemia, jego interesy stały źle. Nic się nie 

działo od czasu, kiedy lord i lady Denham poprosili go o wydobycie trumny młodego pana 

Chestertona, którą on i Cletus MacEwan zakopali przed wieloma miesiącami pod Drzewem 

Życzeń, gdy zabrakło miejsca na cmentarzu.

Lord   i   lady   Denham   hojnie   go   wtedy   wynagrodzili   za   wydobycie   trumny   i   za 

przewiezienie jej do przedsiębiorcy pogrzebowego. Jednak do dzisiaj nie mógł zrozumieć, 

dlaczego, kiedy zgłosił się po pewnym czasie do tego przedsiębiorcy, żeby się zorientować, 

background image

czy   nie   ma   jakiegoś   ciała   do   przewiezienia,   zobaczył   aż   dwie   nowe   trumny   bardziej 

odpowiednie dla księcia niż dla wikarego a powinna być tylko jedna.

Obie   trumny   zostały   załadowane   na   prom   i,   jak   przypuszczał   Murphy,   dotarły 

szczęśliwie do opactwa Denham. Wydawało mu się to niesłychanym trwonieniem pieniędzy, 

zamawianie dwóch trumien, kiedy wystarczyłaby jedna, ale w końcu to nie było jego sprawa. 

Bogacze byli zupełnie innym gatunkiem ludzi i nie próbował nawet ich zrozumieć.

Pan   Murphy   nie   był   tego   dnia   jedynym   mieszkańcem   Faires,   którego   dziwiły 

ekstrawagancje hrabiego Denham. Młody Fergus MacPherson uważał, że budowanie nowej 

szkoły było skandaliczną rozrzutnością. Teraz, kiedy miał okulary i widział wszystko, czego 

przedtem nie dostrzegał, nikt by go nie zwabił do żadnej szkolnej klasy, choćby nowej i 

pięknej. Miał  zbyt wiele rzeczy do zbadania na okolicznych  pagórkach,  po których  stale 

wędrował z brązowym kundelkiem, szczeniakiem Uny, którego nazwał Roberts Drugi, na 

cześć lokaja, który przejął po Emmie  nauczycielskie  obowiązki. Roberts z ogromną ulgą 

przyjął wiadomość, że lord Denham zatrudnił stałego nauczyciela, i z radością wrócił do 

Londynu.

Podczas jednej z takich wędrówek z Robertsem Drugim, Fergus zobaczył lorda i lady 

Denham, którzy stali pod Drzewem Życzeń i wieszali na nim swoje buty. Zachowywali się 

tak, jakby nie byli członkami angielskiej arystokracji, ale zwykłą młodą parą, która ma zacząć 

nowe życie i chciałaby zaznać trochę szczęścia. To wszystko, jak uznał Fergus, było tylko 

marnowaniem  dobrego obuwia, ponieważ sądząc po tym,  jak hrabia całował swoją żonę, 

myśląc, że nikt tego nie widzi, los już wystarczająco hojnie obdarzył tę parę.