background image

tytuł: "Francuska        poezja miłosna" 
autor: Jadwiga Dackiewicz 
 
         antologia 
 
 
          PWZN 
          Print 6 
        Lublin 1999 
Przedruku dokonano na podstawie pozycji wydanej przez: 
 ABC Future Sp. z o.o. 
 Warszawa (?) 1997 
 
* * * 
 
Słowo od tłumacza 
 
Słusznie chyba kto

ś

 kiedy

ś

 zauwa

Ŝ

ył, 

Ŝ

e o poezji - mam na my

ś

li poezj

ę

  

autentyczn

ą

 - trudno orzeka

ć

. Wybór poetyckich tematów to oczywi

ś

cie sprawa  

osobistych preferencji, które nie ka

Ŝ

demu mog

ą

 przypa

ść

 do gustu. Wszystko  tu 

zale

Ŝ

y od rodzaju wra

Ŝ

liwo

ś

ci odbiorcy owych tekstów. Z wyborem  francuskiej 

poezji miłosnej wi

ąŜą

 si

ę

 ponadto problemy specjalnej natury,  zrodzone z 

wyj

ą

tkowej wielo

ś

ci poetyckich w

ą

tków. Bogactwo to ofiarowuje  czytelnikowi 

ogromn

ą

 skal

ę

 prze

Ŝ

y

ć

. Co wybra

ć

Ŝ

eby przedstawi

ć

 mo

Ŝ

liwie  najpełniejszy obraz 

tego, co o miło

ś

ci pisano we Francji w poetycki sposób? 

 
Zacz

ę

łam tu od lat bardzo odległych, Marie de France, pisz

ą

ca na dworze  

Plantagenetów, to pocz

ą

tek 

ś

redniowiecza. Dostarczyła ona wiele pie

ś

ni  

trubadurom, akompaniuj

ą

cym sobie wdzi

ę

cznie na wioli. Znajd

ą

 si

ę

 te

Ŝ

 tu  poetki 

czasów nieco pó

ź

niejszych, które kontynuowały opisy miłosnych  turbacji w sposób 

wcale kunsztowny. Pełna blasku poezja renesansu to  Ronsard. Odezwie si

ę

 te

Ŝ

 

tutaj m.in. nieco cyniczny Voltaire, Mirabeau,  zapl

ą

tany w Wielk

ą

 Rewolucj

ę

romantycy, staraj

ą

cy si

ę

 zerwa

ć

 wszelkie  formalne i tre

ś

ciowe p

ę

ta, symboli

ś

ci. 

 
Kryteria mojego wyboru preferowały to wszystko, co wydawało mi si

ę

 sam

ą

  istot

ą

 

poetyckiego pi

ę

kna, któremu słu

Ŝ

yła miło

ść

. A wi

ę

c owemu  nieodpartemu urokowi, 

zrodzonemu z autentycznego prze

Ŝ

ywania miłosnych  nastrojów, obdarzonego nieraz 

znamieniem ponadczasowo

ś

ci. Gwoli jednak  odtworzenia pełniejszego obrazu całej 

tej poetyckiej w

ę

drówki przez  stulecia, zamie

ś

ciłam tu tak

Ŝ

e kilka utworów, 

które, cho

ć

 napisane przez  poetów znanych i cenionych, nie zawsze osi

ą

gaj

ą

 

szczyty poetyckiego  liryzmu, 

ś

wi

ę

c

ą

cego triumf w poezji Marie de France, 

Ronsarda, Musseta czy  Verlaine'a. A przecie

Ŝ

 to ów liryzm wła

ś

nie, który 

starałam si

ę

 najpełniej  ukaza

ć

, stanowi o ponadczasowej sile pi

ę

kna francuskiej 

poezji. 
 
Guillaume de Poitiers 
 
(1071-1127). 
 
Piosenka radosna 
 
Rad wielce, 

Ŝ

e miłuj

ę

, niech

Ŝ

e pogr

ąŜę

 si

ę

 gł

ę

biej w mej szcz

ęś

liwo

ś

ci, a  

poniewa

Ŝ

 osi

ą

gn

ąć

 pragn

ę

 rado

ść

 doskonał

ą

, usiłuj

ę

 skierowa

ć

 moje afekty ku  

najdoskonalszej z dam. 
 
Czyli

Ŝ

 mi si

ę

 pochwali

ć

 nie godzi, 

Ŝ

em zdołał pochwyci

ć

 spojrzenia  

najdoskonalszej z nieskazitelnych? 
 
Pojmujecie zapewne, i

Ŝ

 nie nale

Ŝę

 do pyszałków, którzy lubi

ą

 sobie  pochlebia

ć

 - 

je

ś

li wszelako rado

ść

 zdołałaby kiedy zakwitn

ąć

, ta moja winna  wyda

ć

 owoce 

ś

wie

Ŝ

sze ni

Ŝ

 ka

Ŝ

da inna, rozbłysn

ąć

 blaskiem najgor

ę

tszym 

ś

ród  pos

ę

pnego dnia. 

background image

 
Nigdy m

ęŜ

czyzna, o

Ŝ

ywiony moc

ą

 miłosnej 

Ŝą

dzy, nie zaznał, czy to w  my

ś

lach, 

czy w zwidach sennych, lubo

ś

ci, co by z moj

ą

 równa

ć

 si

ę

 mogła. Nie  ma podobnej 

na 

ś

wiecie, a ów, kto by zamy

ś

lał o niej 

ś

piewa

ć

, zmitr

ęŜ

yłby i  rok cały, nim 

zdołałby to uczyni

ć

 wła

ś

ciwie. 

 
Wszelkie zadowolenie owej rado

ś

ci ust

ą

pi

ć

 musi, wszelka pot

ę

ga kl

ę

kn

ąć

  winna 

przed moj

ą

 dam

ą

, ukorzy

ć

 si

ę

 przed niebia

ń

sk

ą

 pogod

ą

 jej oczu, czarem  jej 

łaskawo

ś

ci. Rado

ść

 tego, kogo ona łaskami obdarzy, bardziej mu cenna  b

ę

dzie ni

Ŝ

 

i sto lat 

Ŝ

ywota. 

 
Szcz

ęś

cie, jakie tchnie z jej miło

ś

ci, potrafi uzdrowi

ć

 chorego, jedno  za

ś

 jej 

słowo, rzucone w gniewie, i najzdrowszego powali

ć

 mo

Ŝ

e,  najm

ę

drszego przyprawi 

o pomylenie, najurodziwszy pi

ę

kno

ś

ci si

ę

 zb

ę

dzie, z  gbura uczyni wykwintnisia. 

 
Skoro tedy na ziemi nie znale

źć

, skoro oczy ujrze

ć

 a usta nazwa

ć

 nie mog

ą

  

urodziwszej niewiasty, przeto zamy

ś

lam na zawsze zachowa

ć

 j

ą

 przy sobie,  i

Ŝ

by 

o

Ŝ

ywiała to, co kryj

ę

 w sercu, i

Ŝ

by przywracała młodo

ść

 ciału mojemu i  strzegła 

mnie przed niedoł

ę

stwem. A skoro pani moja miło

ść

 m

ą

 odwzajemnia,  w dom mój j

ą

 

powiod

ę

 i wdzi

ę

czno

ść

 moj

ą

 oka

Ŝę

. Potrafi

ę

 te

Ŝ

 ustrzec sekretu  mego szcz

ęś

cia, 

znale

źć

 dla miłej słowa miodem płyn

ą

ce, wszystko, co  uczyni

ę

, jej jeno 

ukontentowanie b

ę

dzie miało na celu. Przymioty jej  wła

ś

ciw

ą

 u mnie ocen

ę

 

znajd

ą

, a chwalbie ich nie b

ę

dzie ko

ń

ca! 

 
W l

ę

ku, by si

ę

 nie rozd

ą

sała, nie odwa

Ŝę

 si

ę

 prosi

ć

 jej o nic, w trwodze  te

Ŝ

bym nie popełnił niezdarno

ś

ci jakowej

ś

, nie odkryj

ę

 przed ni

ą

 miło

ś

ci  mojej do 

cna. Ona jedna wszak

Ŝ

e wzi

ę

ła mnie w podda

ń

stwo! 

 
Bertran de Born 
 
(1140-1210). 
 
I

Ŝ

bym si

ę

 oczy

ś

cił z potwarzy 

 
Pani, pragn

ę

 oto z potwarzy si

ę

 oczy

ś

ci

ć

 i da

ć

 wam, pani moja, dowód mej  

niewinno

ś

ci. Oczerniły mnie bowiem przed tob

ą

 przeniewierce niegodne. Przez  

lito

ść

, błagam, pani moja, wierna i oddania pełna, skromna, szczera, dworna  i 

wdzi

ę

czna, nie dozwól, by oszczerce niezgod

ę

 czynili mi

ę

dzy nami. 

 
Niechaj przy pierwszym rzucie wyrwie mi si

ę

 sokół, niech

Ŝ

e go rarogi na  mej 

dłoni ubij

ą

, niechaj go unios

ą

 i na dłoni mojej obedr

ą

 z pierza, je

ś

li  nie wol

ę

 

wzdycha

ć

 jeno przy tobie ni

ź

li po

Ŝą

da

ć

 innej, cho

ć

by mi  o

ś

wiadczała swoj

ą

 

miło

ść

 i pragn

ę

ła zatrzyma

ć

 mnie w ło

Ŝ

u. 

 

Ŝ

eby słowa moje, pani, przekonały ci

ę

 dowodniej jeszcze, przywoła

ć

 oto  pragn

ę

 

sromot

ę

 najniegodziwsz

ą

: gdybym kiedykolwiek, cho

ć

by i w my

ś

lach,  popełnił 

wobec ciebie, pani, jakow

ąś

 zdrad

ę

, je

ś

li sam si

ę

 znajd

ę

 z  niewiast

ą

 w komnatce 

czy w ogrodzie, niech

Ŝ

e mnie nagła niemoc chyci i  wszelkiego dokazywania 

zabroni. 
 
Kiedy przed szachownic

ą

 zasi

ę

d

ę

, niech nie wygram ani denara, je

ś

lim  

kiedykolwiek zabiegał o wzgl

ę

dy innej ni

Ŝ

 ty, o uwielbiana, upragniona pani  

moja! 
 
Niech

Ŝ

e si

ę

 stan

ę

 panem kasztelu jeno w 

ć

wierci, niech tam czterech  dziedziców 

dzieli jedn

ą

 wie

Ŝę

 i za łby si

ę

 bior

ą

, niech

Ŝ

e si

ę

 nie potrafi

ę

  obej

ść

 bez 

medyka, kusznika, stra

Ŝ

nika, klucznika, wartownika - gdyby i  kiedykolwiek serce 

inn

ą

 miłowa

ć

 kazało. 

 
Niech

Ŝ

e mnie pani moja opu

ś

ci dla innego rycerza, niech

Ŝ

e nie wiem, ku  któremu 

ś

wi

ę

temu si

ę

 zwróci

ć

, niech

Ŝ

Ŝ

agle mi wichry stargaj

ą

 na morzu,  niech

Ŝ

e mnie 

background image

pachołki na dworze króla o

ć

wicz

ą

, niechaj zemkn

ę

 pierwszy z  pola bitwy - je

ś

li 

nie zełgał ten, kto ci o mnie bajdurzył owe  szkaradzie

ń

stwa. 

 
Niech

Ŝ

e z tarcz

ą

 na ramieniu i kapturem, nadzianym na opak, padn

ę

 w  konnej 

gonitwie ze strzemionami, co po ziemi si

ę

 wlok

ą

, niech

Ŝ

e wej

ś

cie  moje do 

karczmy gniew w ober

Ŝ

y

ś

cie obudzi, je

ś

li nie zełgał ten, co ci  gadał owe słowa 

bezecne. 
 
Pani, jako 

Ŝ

e posiadam jastrz

ę

bia dobrego na kaczki, 

Ŝ

ywego, 

ś

wie

Ŝ

o  

wypierzonego, posłusznego, nieustraszonego w pogoni za zdobycz

ą

, zdolnego  

przewy

Ŝ

szy

ć

 w przymiotach inne ptaki, tak łab

ę

dzie jak 

Ŝ

urawie, czaple  czarne 

czy białe, niech

Ŝ

e mi ptaka mego zamieni

ą

 na jastrz

ę

bia lada  jakiego, tłustego, 

leniwego, niezdolnego fruwa

ć

, zdatnego jeno do polowa

ń

  na kury. 

 
Kłamce, oszczerce, zawistnicy, fałszywcy, którzy

ś

cie prowadzili mnie z  pani

ą

 

moj

ą

, ostawcie mnie w spokoju! 

 
Marie de France 
 
(XII w.). 
 
Powój 
 
Panowie mili, posłuchajcie, Zawierzcie, prosz

ę

, memu słowu I 

Ŝ

yczliwego  ucha 

dajcie Historii, co si

ę

 zowie "Powój". A b

ę

dzie w opowie

ś

ci owej  Rzecz o 

Tristanie i królowej, Co si

ę

 nieszcz

ęś

ni napłakali, Jako si

ę

  pi

ę

knie miłowali, 

A

Ŝ

 i miło

ś

ci tej rozkazem Jednego dnia pomarli razem.  Król Marek strasznym 

gniewem gorze, Tristana 

ś

cierpie

ć

 król nie mo

Ŝ

e I  precz wygania go surowo: 

Siostrzan pokocha

ć

 

ś

miał królow

ą

. Do Sutwal  uszedł wyp

ę

dzony, Gdy

Ŝ

 tam rodzinne 

jego strony: Rok min

ą

ł, odk

ą

d spadła  kara, Do Tyntagielu wróci

ć

 wara, Wi

ę

zadumany 

Ŝ

ało

ś

liwie W rozpaczy  ledwie przecie 

Ŝ

ywie. Kiedy, kto wiernie, zacnie 

kocha, A szcz

ęś

cia nie  zna ani trocha, Temu usycha

ć

 w łzach, zgryzotach, To

Ŝ

 

to, panowie, nie  dziwota. A 

Ŝ

e Tristana zmogły znoje, Przeto opu

ś

cił strony 

swoje, Do  kornwalijskich zmierza granic, W Kornwalii mieszka jego pani. W las 
si

ę

  zapu

ś

cił gwoli temu, By nikt go z ludzi zoczy

ć

 nie mógł, I w lesie krył  

si

ę

 do wieczora. Spoczynku wreszcie przyszła pora, Tedy w wie

ś

niacze  wst

ą

pił 

progi, Tam dał mu ło

Ŝ

e człek ubogi. Tristan zapytał o nowiny,  Zapytał, co król 

Marek czyni, A na to mu odrzekło wielu, 

ś

e sprosił król  do Tyntagielu Baronów, 

na turnieje, w go

ś

ci. Rzekli mu jeszcze ludzie  pro

ś

ci, I

Ŝ

, jako króla pana 

wola, W Zielone 

Ś

wi

ą

tki ta swawola, 

ś

e pono

ć

  na zebranie owo Król Marek przyby

ć

 

ma z królow

ą

. Miłe to Tristanowi  słowa, Bo

ć

 przecie pozna go królowa, Pomy

ś

li 

sobie o Tristanie, Kiedy  jej w pobok konia stanie. 

Ś

witkiem bledziuchnym 

Tristan chy

Ŝ

o W las  pomkn

ą

ł, czeka, a

Ŝ

 si

ę

 zbli

Ŝą

, Spojrzy, a przy nim tu

Ŝ

 

leszczyna, Rwie  gał

ąź

, z czterech stron przycina, W ziemi

ę

 j

ą

 wetknie, tnie za 

chwil

ę

  Imi

ę

 swe na niej, jeno tyle. Królowa, patrz

ą

c w le

ś

n

ą

 steczk

ę

, Pozna  

graniast

ą

 t

ę

 laseczk

ę

, Wspomni, gdy ujrzy j

ą

 z oddali, Jak znaki sobie  ni

ą

 

dawali. Przybywa pani, widzi, staje, Zielony dr

ąŜ

ek rozpoznaje,  Rycerzom 

ś

wity 

w głos si

ę

 

Ŝ

ali, 

ś

e słabnie, chce, by si

ę

 wstrzymali, 

ś

e  wielce si

ę

 strudzona 

czuje. Spełniaj

ą

, co im rozkazuje. Potem oddala si

ę

  królowa, Do wiernej słu

Ŝ

ki 

ciche słowa Szepce, po

ś

pieszne stawia kroki,  Wst

ę

puje wreszcie w las gł

ę

boki. 

Tam drzewa le

ś

ne ukrywały, Kogo miłuje  nad 

ś

wiat cały. I zaton

ę

li, pojednani, W 

rozkoszy cudnej, a bez granic.  Długo jej Tristan mówi

ć

 b

ę

dzie, 

ś

e pani

ą

 swoj

ą

 

widzi wsz

ę

dzie, Z dawna mu  oczy we łzach stoj

ą

, Z dawna chciał ujrze

ć

 pani

ą

 

swoj

ą

. Czy w nocnej  porze, czy o 

ś

wicie, Straszne dla niego bez niej 

Ŝ

ycie. 

ś

oni, jak  powoju kwiecie, Gdy na leszczynie si

ę

 oplecie, Po

ś

ród zielonych 

kwitnie  pn

ą

czy. Lecz niech je tylko kto rozł

ą

czy, Splecione p

ę

dy porozdziera,  

Schnie drzewko, powój te

Ŝ

 umiera. Rozł

ą

czy

ć

 dwoje nas daremnie, Có

Ŝ

 ja  bez 

ciebie, ty beze mnie? Tak oto mówił jej do woli, Ona o szcz

ę

snej  teraz doli, A 

potem rzekła, 

Ŝ

e mu trzeba Z królem si

ę

 jedna

ć

, a nie  gniewa

ć

ś

e m

ę

ki 

wycierpiała tyle, Gdy rozł

ą

czenia przyszły chwile, Gdy  Tristan z królem si

ę

 

powadził. Wszystko sna

ć

 kto

ś

 królowi zdradził. Ju

Ŝ

  oto z sob

ą

 po

Ŝ

egnani. 

background image

Odeszła Tristanowa pani. Na my

ś

l, 

Ŝ

e znowu b

ę

d

ą

  sami, Gorzkimi zapłakali łzami. 

On w Galii teraz oczekuje, A

Ŝ

 mu  przewiny król daruje. Szcz

ęś

liw, 

Ŝ

e ujrzał 

swoj

ą

 mił

ą

, Wy

ś

piewał, co im  si

ę

 zdarzyło, Jej słów od niepami

ę

ci broni

ą

c, Z 

cicha o struny harfy  dzwoni

ą

c. Goatlef nazwali Bryta

ń

czycy T

ę

 opowiastk

ę

 o 

Tristanie,  Chevrefeuille zowi

ą

 znów w Bretanii Całe nieszcz

ę

sne to kochanie, O  

którym słowo prawd

ę

 wie

ś

ci W owej prze

ś

licznej opowie

ś

ci. 

 
Marie de France. 
 
Słowik 
 
Breto

ń

ska to opowie

ść

 stara, Któr

ą

 wam prawi

ć

 b

ę

d

ę

 zaraz, Nightingale  zw

ą

 j

ą

 na 

Albionie, W Bretanii Laustic mówi

ą

 o niej. W Saint-Malo,  sławnym na 

ś

wiat cały, 

Dwa zamki, dwie fortece stały. W zamkach tych 

Ŝ

yj

ą

  dwaj rycerze. Saint-Malo od 

nich sław

ę

 bierze. Z jednym z rycerzy mieszka  

Ŝ

ona, Nadobna, wdzi

ę

cznie 

przystrojona A

Ŝ

 dziw, jak wielkie ma staranie,  By wszystko pi

ę

kne było na niej. 

Drugi za

ś

 rycerz nie miał 

Ŝ

ony. Ten  bywał dla swych cnót wielbiony, Gdy

Ŝ

 wielka 

prawo

ść

 w nim mieszkała.  Czciła go wi

ę

c baronia cała, Gdy w turniejowe szranki 

stawał. W sakiewce  to, co miał, oddawał. Ów rycerz marzy tylko o niej, O 
s

ą

siadowej pi

ę

knej  

Ŝ

onie, Takie zanosił te

Ŝ

 błagania, Tak serce jej ku swemu 

skłaniał.  Dusza gorzała, jak kwiat w sło

ń

cu, A

Ŝ

 go i pokochała w ko

ń

cu. Zasi

ę

  

pocz

ę

ła go miłowa

ć

 Nie tylko za miłosne słowa I za oddane serce  wszystko, Lecz 

za to te

Ŝ

Ŝ

e był tak blisko. Taili ka

Ŝ

de swe spotkanie,  By nikt baczenia nie 

miał na nie, Zaskoczy

ć

 nie mógł, dojrze

ć

 czego Z  tego kochania sekretnego. 

ś

zamki obok siebie stały, Przeto si

ę

 schadzki  udawały, Z okna komnaty, gdzie 

mieszkała, Z najukocha

ń

szym rozmawiała, A  on, po swojej stoj

ą

c stronie, Słał 

pocałunki, słowa do niej. Czasami si

ę

  te

Ŝ

 zabawiali, Ot, z okna w okno 

przerzucali Podarki drobne, a  

ś

wiadcz

ą

ce, 

ś

e serca były wci

ąŜ

 gor

ą

ce. 

ś

adne ich 

licho nie dr

ę

czyło,  Spokojnie tedy kwitła miło

ść

, Jeno mo

Ŝ

no

ś

ci wci

ąŜ

 nie mieli 

By

ć

 z sob

ą

  tyle, ile chcieli. Przeto starali si

ę

 oboje, By widzie

ć

 cho

ć

 

u

ś

miechy  swoje. Gdy tylko mogli, w oknie stali, Z dala na siebie spogl

ą

dali. 

 
Tak trwałoby do ko

ń

ca 

ś

wiata, A

Ŝ

 si

ę

 zacz

ę

ła pora lata. Ł

ą

ki i pola ju

Ŝ

  

zielone, Drzewa kwiatami rozpachnione, 

Ś

piewaj

ą

 po

ś

ród li

ś

ci krzaków  

Najbardziej roz

ś

piewane z ptaków. Kto kocha, kocha tym gor

ę

cej, Z tego  przybywa 

wiosny wi

ę

cej. 

 
Rycerz i jego miła pani Bardziej ni

Ŝ

 zwykle rozkochani, Owe wiosenne  

zachwycenia Błyszczały w słowach i spojrzeniach. Gdy ksi

ęŜ

yc zal

ś

nił w  całej 

krasie, A pan i m

ąŜ

 ju

Ŝ

 zasn

ą

ł, zda si

ę

, Ona opuszcza ło

Ŝ

e swoje,  W płaszcz si

ę

 

okrywa i zawoje, U okna staje - on ju

Ŝ

 czeka, Znowu  u

ś

miecha si

ę

 z daleka. 

Zakl

ę

ci przez wiosenne moce, Nie 

ś

pi

ą

, czuwaj

ą

  całe noce, Ka

Ŝ

demu serce 

przypomina, 

ś

e to ich rado

ść

 jest jedyna. 

 
A

Ŝ

 której

ś

 nocy przebudzony M

ąŜ

 gniewnie pocz

ą

ł pyta

ć

 

Ŝ

ony, Czemu tak  cz

ę

sto z 

ło

Ŝ

a wstaje I dok

ą

d zwykle si

ę

 udaje. - "Panie - odpowie ona na  to - Nic nie 

wie o rozkoszach 

ś

wiata, Kto o słowiczych pie

ś

niach nie  wie. Zaczarowana moc w 

tym 

ś

piewie. Słowika słucham, jego czekam, Jego  muzyka mnie urzeka, Ach, one 

daj

ą

 szcz

ęś

cia wiele Przecudne te słowicze  trele, Wielka nami

ę

tno

ść

 ma, 

ę

boka, Noc

ą

 i tak nie zmru

Ŝę

 oka." 

 
Gdy gro

ź

ny pan wysłuchał 

Ŝ

ony, Za

ś

miał si

ę

 straszny, rozsierdzony,  Podumał 

chwil

ę

, wreszcie kazał Schwyta

ć

 słowika w ł

ę

k z 

Ŝ

elaza. Ju

Ŝ

  niegodziwe te 

pułapki Czyhaj

ą

 na ptasz

ę

ce łapki, Nie ma leszczyny ni  kasztana Bez sideł - 

taki rozkaz pana. Schwyc

ą

 stworzenie nieszcz

ęś

liwe  I do barona nios

ą

 

Ŝ

ywe. 

Porwał słowika ucieszony, Pod

ąŜ

ył do komnaty 

Ŝ

ony  - "Bywaj mi, pani, pójd

ź

, a 

skoro, Rzek

ę

 ci jeno słów kilkoro. Spójrz,  oto teraz w mojej mocy Ptak, co ci 

kazał czuwa

ć

 w nocy. Skoro si

ę

 dostał  w moje r

ę

ce, Ju

Ŝ

 on ci

ę

 nie obudzi 

wi

ę

cej!" 

 

background image

Kiedy to usłyszała 

Ŝ

ona, Odebra

ć

 ptaka chce, strwo

Ŝ

ona, I zgrozy pełna  dłonie 

składa, On jednak 

ś

mier

ć

 ptaszkowi zada. Dło

ń

mi obiema szyjk

ę

  

ś

ciska, Ukr

ę

ca 

j

ą

, ju

Ŝ

 krew z niej tryska, Zaiste, trudno mówi

ć

 o tym,  Co srogi pan uczynił 

potem, Ptasz

ę

ce ciałko rzucił z sił

ą

 Na 

Ŝ

on

ę

 -  sukni

ę

 zakrwawiło I krew 

gwia

ź

dzist

ą

 trysła plam

ą

 Pod piersi

ą

, tam, gdzie  serce samo. Potem po

ś

piesznie 

wyszedł z sali. 
 
Nieszcz

ę

sna słania si

ę

 i 

Ŝ

ali, I tuli ptaszka, łka rozpacznie, Cała we  łzach, 

przeklina

ć

 zacznie Oprawców, którzy skradli skrycie Jej szcz

ęś

cie,  a ptaszkowi 

Ŝ

ycie. "Jaki

Ŝ

 mi serce ból przenika, Teraz, gdy nie ma ju

Ŝ

  słowika, U okna ju

Ŝ

 

nie b

ę

dziem dalej Z dala na siebie spogl

ą

dali. Mój  ukochany - serce czuje - 

Pomy

ś

li, 

Ŝ

e go mniej miłuj

ę

. Po

ś

l

ę

 słowiczka, w  li

ś

cie powiem Wszystko, o 

wszystkim niech si

ę

 dowie." I na kawałku  złotogłowia Spisała te 

Ŝ

ałosne słowa, 

Bij

ą

ce serce przycisn

ę

ła, W ów  list słowika owin

ę

ła, Paziowi rozkazała swemu 

Ten dar nieszcz

ę

sny nie

ść

  miłemu. Rycerz wi

ę

c teraz wie o wszystkim. Z 

rozpaczy, zda si

ę

, szału  bliski. Lecz nie zachował si

ę

 niegodnie, Gdy ow

ą

 wie

ść

 

otrzymał o niej. 
 
Rozkazał rze

ź

bi

ć

 wnet ze złota - Przecudna była to robota - Szkatułk

ę

  mał

ą

złoto szczere Zdobiły nadto grona pereł. Tam wła

ś

nie zło

Ŝ

ył pan  słowika. Gdy 

potem wieczko sam domykał, Zapiecz

ę

tował szkatułeczk

ę

.  Zamkni

ę

cie takie bywa 

wieczne... Odt

ą

d, czy w zdrowiu, czy w chorobie,  Zawsze szkatułk

ę

 miał przy 

sobie. Taka si

ę

, moi mili, mie

ś

ci Tre

ść

 w tej  przesmutnej opowie

ś

ci, O której 

pami

ęć

 nie utonie. W Bretanii Laustic  mówi

ą

 o niej. 

 
Madame de Die 
 
(koniec XII w.). 
 
Skarga i zaproszenie 
 
Miło

ść

 rycerza to wielka turbacja nieraz. Pragn

ę

, by zawsze wiedziano,  jaki 

afekt wzbudził we mnie mój rycerz. I oto zostałam porzucona, a powód  jakoby był 
taki, 

Ŝ

e nie darzyłam go miło

ś

ci

ą

. Kiedy wi

ę

c pobł

ą

dziłam? W  ło

Ŝ

u, czy wtedy, 

gdy szatki miałam na sobie? Jak

Ŝ

ebym pragn

ę

ła tuli

ć

 w  ramionach wieczorem 

mojego rycerza! Ile

Ŝ

by ukontentowania znalazł w  chwili, gdybym mu z piersi 

mojej uczyniła poduszk

ę

! Rozmiłowałam si

ę

 w  nim bardziej ni

Ŝ

 Flora w 

Blanchefleur. Ofiarowuj

ę

 mu serce moje, my

ś

li  moje, oczy me, 

Ŝ

ywot mój. 

 
O przyjacielu, pi

ę

kny, miły, wdzi

ę

czny, je

ś

liby

ś

 si

ę

 kiedy we władaniu  moim 

znalazł, je

ś

li byłoby mi dane legn

ąć

 przy tobie wieczorem i  ofiarowa

ć

 ci 

pocałunek, jako wyraz mego fektu, wielka byłaby to rado

ść

,  wiedz o tym, cisn

ąć

 

w ramionach ciebie miast mojego mał

Ŝ

onka, gdyby

ś

  przyrzekł jeno, 

Ŝ

e uczynisz 

wszystko, czego za

Ŝą

dam. 

 
Anonim  
 
(XIII m.) 
 
* * * 
 
Kiedy Zachód płonie Jak pochodnia Diany, W srebrzysto

ś

ci tonie Cały  blask 

Ŝ

any, Powiewy wietrzyka Chmury z nieba zgarn

ą

, A ta ich muzyka  Koi chwil

ę

 

czarn

ą

. Serce 

Ŝ

al mój zmienia W miłosne marzenia. Blask  zmierzchu pierzchliwy 

Wdzi

ę

k przydaje rosie, A ludziom przynosi Sen  jak

Ŝ

e szcz

ęś

liwy. 

 
Sen niby balsamy, Które troski koj

ą

, I bóle, i burze Spokojno

ś

ci

ą

  swoj

ą

, Gdy 

si

ę

 pod zamknione Dostaje powieki, Serce si

ę

, szalone,  Oddaje na wieki. 

 

background image

Morfeusz to wietrzyk Łagodnie wiej

ą

cy, Zasiewy dojrzałe Do 

Ŝ

ycia  budz

ą

cy. Oto 

szumi potok Skro

ś

 czystego piasku, Płynie mły

ń

ska woda  Skro

ś

 słonecznych 

blasków 
 
Oj, znu

Ŝ

y Wenera, Trza odpocz

ąć

 teraz, A na powiek tratwie Snom płyn

ąć

  

najłatwiej. Słodko, gdy miło

ść

 koi snem pieszczoty dreszcze, Lecz gdy  znów si

ę

 

miło

ś

ci

ą

 staje - słodziej jeszcze. 

 
Tam, gdzie t

ę

sknie słowik 

ś

piewa, Tam, gdzie si

ę

 zieleni

ą

 drzewa, Miło  pi

ę

knym 

snom folgowa

ć

, Milej z lub

ą

 baraszkowa

ć

. Kiedy zapach ziół  odurza, Kiedy da 

posłanie ró

Ŝ

a, Miło, je

ś

li na znu

Ŝ

onych Miłosnym  igraniem owym Spłynie sen 

pokrzepiaj

ą

cy. 

 
Christine de Pisan 
 
(1369-1430). 
 
W ukryciu zabrzmi ta piosenka 
 
W ukryciu zabrzmi ta piosenka, Lecz lepiej mi wypłaka

ć

 oczy, Ni

ź

liby  miał kto 

kiedy zoczy

ć

 T

ę

 łz

ę

, w niej cała moja m

ę

ka. 

 
Mój 

Ŝ

al jam winna 

Ŝ

ywi

ć

 skrycie, W niczyich piersiach nie odd

ź

wi

ę

czy,  Tym mniej 

przyja

ź

ni niesie 

Ŝ

ycie, Im wi

ę

cej bólu serce dr

ę

czy. 

 
Nie znana 

ś

wiatu ta udr

ę

ka, Przez któr

ą

 dni me rozpacz toczy, Łzom  ch

ę

tne, 

ś

miej

ą

 si

ę

 me oczy, Rwie si

ę

 melodia, struna p

ę

ka, 

 
W ukryciu zabrzmi ta piosenka. Na twarzy mej smutku odbicie Cnot

ą

 mi  

Ŝ

ycia nie 

uwie

ń

czy, Wy mnie o obł

ę

d pomówicie, O wy, do których los si

ę

  wdzi

ę

czy. 

 
Gdy oto si

ę

 ukaza

ć

 l

ę

kam Bólu, co kirem mnie otoczy, Trza mi  schronienia próg 

przekroczy

ć

, Zatai

ć

 czarn

ą

 my

ś

l, co n

ę

ka, W ukryciu  zabrzmi ta piosenka. 

 
Francois Villon 
 
(1431-1480) 
 
Ballada, jak

ą

 Villon obdarzył szlachetnie urodzonego młodego 

Ŝ

onkosia,  i

Ŝ

by j

ą

 

swojej mał

Ŝ

once przekaza

ć

 raczył 

 
Niby o 

ś

wicie głuszce tokuj

ą

ce, A 

Ŝą

dzy pełne, jak to w ich zwyczaju,  

Pieszczoty sobie nie sk

ą

pi

ą

c gor

ą

cej, Gdy si

ę

 skrzydłami chciwie  obłapiaj

ą

 
Niech

Ŝ

e my wzajem, pani moja miła, Miłosnych igrów za

Ŝ

yjem dowoli, By  nas 

radosna chu

ć

 w jedno spoiła, Gwoli gor

ą

cej krwi, miło

ś

ci gwoli. 

 
Ja władzy twojej powolnym si

ę

 stan

ę

, Po 

ś

mier

ć

, co kiedy

ś

 do drzwi  zakołacze, 

Honorem ty

Ŝ

e

ś

 mi, na ka

Ŝ

d

ą

 ran

ę

 Balsamem, kiedy 

ś

ród zgryzoty  płacz

ę

 
Rzecze mi rozum, a b

ę

d

ę

 go słuchał Ochotnie, i

Ŝ

bym nie szcz

ę

dził  mozołu, Słu

Ŝą

ci wiernie wszystk

ą

 moc

ą

 ducha, A wi

ę

c nasz 

Ŝ

ywot trza nam  wie

ść

 pospołu. 

 
Kiedy na

ń

 plagi spadn

ą

 i katusze, Kiedy bole

ś

ci

ą

 srog

ą

 rozgorzeje,  Wzrok twój w 

szcz

ęś

liw

ą

 przemieni m

ą

 dusz

ę

, Jak wiatr, co ka

Ŝ

d

ą

 czarn

ą

  mgł

ę

 rozwieje. 

 
A wi

ę

c nie strac

ę

 ziarna, zasianego W tw

ą

 gleb

ę

, dana mi od Boga ona,  Owoc 

wyro

ś

nie na niej dnia pewnego, Pospólno

ść

 tedy nasza nam s

ą

dzona! 

 
Przesłanie 
 

background image

Posłysz, ksi

ęŜ

niczko zacna, co ci gadam, Serce me tobie w niewol

ę

  oddaj

ę

, I w 

twej skłonno

ś

ci ufno

ść

 m

ą

 pokładam, Trza nam wi

ę

c przecie  miłowa

ć

 si

ę

 wzajem! 

 
Francois Villon. 
 
Ballada do ukochanej 
 
Miło

ś

ci, ty

Ŝ

e

ś

 okrutn

ą

, zwodnico, Obłudy

ś

 pełna, słodycze twe kłami

ą

, A  gdy 

Ŝ

elazne kleszcze twe pochwyc

ą

, Morderczym ciosem biedne serce łami

ą

.  Czar twój 

ś

mier

ć

 niesie po

ś

ród słodkich marze

ń

, A pycha wszystkie czyny  twe przenika, 

Oczy okrutne, miłosierdzie ka

Ŝ

e Nie gn

ę

bi

ć

, jeno koi

ć

  nieszcz

ęś

nika. 

 
Czyli

Ŝ

 nie lepiej by o pomoc woła

ć

 W przystani inszej, gdzie lubo

ść

  pieszczoty? 

Nic z władztwa twego zwolni

ć

 mnie nie zdoła, Trza mi  dozgonnej za

Ŝ

ywa

ć

 sromoty. 

M

ęŜ

czyzna ze mnie wi

ę

c czy drobne dzieci

ę

?  Zgin

ę

, gdy

Ŝ

 nadto wielka ma udr

ę

ka, 

Lito

ś

ci zda si

ę

 do cna brak na  

ś

wiecie, Gdy miast rado

ś

ci, sroga jeno m

ę

ka. 

 
Lecz có

Ŝ

, po długim przecie lat szeregu, Niejedna zmarszczka na twym  liczku 

si

ę

dzie, Ja si

ę

 za

ś

miej

ę

 wonczas, lecz nie, przebóg, I dla mnie  staro

ść

 

niełaskaw

ą

 b

ę

dzie. Zgrzybialcem stan

ę

 si

ę

, jak ty zgrzybiała, 

ś

yj  zdrowo! Skoro 

mnie nie była

ś

 mił

ą

, Trza, by

ś

 si

ę

 innym milsz

ą

 okazała,  Wspiera

ć

 mnie, nie za

ś

 

dr

ę

czy

ć

 trzeba było. 

 
Przesłanie 
 
Miłujesz, ksi

ąŜę

, a wi

ę

c l

ę

k mnie bierze, I

Ŝ

ź

le pojmiesz, co z mych  słów 

wynika, Lecz przecie

ś

 łaskaw, tedy zechcesz szczerze Pocieszy

ć

, nie  za

ś

 n

ę

ka

ć

 

nieszcz

ęś

nika. 

 
Clement Marot 
 
(1493-1544). 
 
Do pi

ę

knego cycuszka 

 
Pi

ę

kny cycuszku, bielszy

ś

 ni

ź

li jajo, Białe atłasy przy tobie si

ę

 staj

ą

  Czarne, 

a ró

Ŝ

a ze wstydu si

ę

 płoni. Nic ci

ę

 w urodzie twojej nie dogoni!  Twardy

ś

 te

Ŝ

 w 

twojej nadobnej kr

ą

gło

ś

ci, A kr

ą

gło

ść

 owa ze słoniowej  ko

ś

ci, Po

ś

rodku której 

sekretnie utkwiona Poziomka, mo

Ŝ

e czere

ś

nia  czerwona, Obcy jej widzie

ć

 ani 

tkn

ąć

 nie mo

Ŝ

e, Lecz 

Ŝ

e istnieje, o to si

ę

  zało

Ŝę

. Ty, o ró

Ŝ

owym, prze

ś

licznym 

koniuszku, Znieruchomiałe

ś

. Nie  wolno

ć

, cycuszku, Wyrusza

ć

 w podró

Ŝ

, czy 

puszcza

ć

 si

ę

 w tany, Ju

Ŝ

e

ś

 na  zawsze w miejscu zatrzymany. Ty

ś

 nieporadny, a 

miluchny tyle, Od  towarzysza daleki o mil

ę

Ś

wiadectwo tak

Ŝ

e zawarło si

ę

 w 

tobie O tej, na  której zakwitasz osobie. Kiedy ci

ę

 widz

ę

, serce ch

ę

tk

ą

 płonie, 

I

Ŝ

by ci

ę

  dotkn

ąć

, i

Ŝ

by uj

ąć

 w dłonie, Nadto wszelako takowa my

ś

l zdro

Ŝ

na, Gdy

Ŝ

  

zbyt daleko tu pobł

ą

dzi

ć

 mo

Ŝ

na. O ty, ni du

Ŝ

y nadto, ni za mały,  Nieuskromione 

pobudzasz zapały, I dniem i noc

ą

 słysz

ę

 twe wołania: "Ach,  miłowania pragn

ę

utulania!" A kiedy wzbierasz i opadasz z wolna, Gdy ci

ę

  pieszczota w dreszcze 

wprawi

ć

 zdolna, Zaprawd

ę

, szcz

ę

snym stanie si

ę

  człowiekiem, Kto

ś

, kto potrafi 

napełni

ć

 ci

ę

 mlekiem, Sprawi, i

Ŝ

 stanie  si

ę

 dziewcz

ą

tko owo Kusz

ą

ce, jakim bywa 

ź

rały owoc! 

 
Marguerite de Valois 
 
(1533-1615). 
 
Prawili

ś

cie, 

Ŝ

e wielkie jest wasze kochanie 

 
Prawili

ś

cie, 

Ŝ

e wielkie jest wasze kochanie, Jam s

ą

dziła, 

Ŝ

e przecie  wierzy

ć

 

wam wypada, Lecz w czas krótki do inszej rzekli

ś

cie tak, panie,  Przy mnie si

ę

 

dokonała zasi

ę

 ona zdrada. Nie nadto

Ŝ

 to fatygi, miło

ś

ciwy  panie, Kiedy si

ę

 

background image

dwom niewiastom wyznaje kochanie? Niechaj

Ŝ

e mi

ę

dzy nami  wszystkie struny p

ę

kn

ą

Tamta czeka. Mnie nie trza fałszywej skłonno

ś

ci.  Starczy mi jeno cz

ą

stka waszej 

łaskawo

ś

ci, Miłujcie si

ę

, niech szcz

ęś

cie  przyszło

ść

 da wam pi

ę

kn

ą

 
Pernette de Guillet 
 
(1521-1545). 
 
Przyrzekłam ci, najmilszy 
 
Przyrzekłam ci, najmilszy, kiedy

ś

 o wieczorze, Na dowód posłusze

ń

stwa  twej 

usilnej woli, 

ś

e przybiegn

ę

 do ciebie o wiadomej porze, Los mi mój  tego jednak 

czyni

ć

 nie dozwoli. Posłuchaj mnie, najdro

Ŝ

szy, pragn

ę

  szcz

ę

snej doli 

Przebywania wraz z tob

ą

 nie dzie

ń

Ŝ

ywot cały, Chc

ę

Ŝ

eby  twoje oczy zawsze 

mnie czekały, My

ś

l podobnie - ja o to wnosz

ę

 dzi

ś

  błaganie - Pomó

ŜŜ

e mi 

uwierzy

ć

 w szcz

ęś

cie to niemałe Całym twym  wdzi

ę

kiem, cnot

ą

 i rozumem, panie. 

 
Pernette de Guillet. 
 
Jedno mi wszystko 
 
Jedno mi wszystko. Nie l

ę

kam si

ę

 wcale, Czy to 

ś

wit, czy to dzie

ń

  zmierzchem 

umiera, Czyli si

ę

 wokół czer

ń

 nocy roz

ś

ciela, Ju

Ŝ

 mnie nie  dr

ę

czy, co dr

ę

czyło 

nieraz. 

Ś

wiatło

ś

ci moja, jasno

ść

 rozpo

ś

cierasz Przede  mn

ą

 wielk

ą

, t

ą

 jasno

ś

ci

ą

 

wzbiera Wszelki mrok wokół, dusza mo

Ŝ

e zoczy

ć

  To, czego nigdy nie widziały 

oczy. 
 
Pernette de Guillet. 
 
Przemo

Ŝ

na 

Ŝą

dza rozkoszy czarownej 

 
Przemo

Ŝ

na 

Ŝą

dza rozkoszy czarownej Niech

Ŝ

e si

ę

 

Ŝ

ywi rozt

ę

sknion

ą

 cisz

ą

,  Ukryt

ą

 

w my

ś

li słodkiej niewymownie, Któr

ą

 marzenia łagodne kołysz

ą

. To,  co si

ę

 

stanie, szcz

ęś

cia objawieniem Winno by

ć

, skoro pragniesz 

ś

ród  kochania Umrze

ć

gdy zwleka z nadej

ś

ciem spełnienie, Lecz z owej 

ś

mierci  

Ŝ

ycie si

ę

 wyłania. 

 
Pierre Ronsard 
 
(1524-1585). 
 
Piosenka 
 
Mocniej ni

Ŝ

 wi

ą

zu gał

ą

zka szalona, Gdy z winogradem si

ę

 splot

ą

, Niechaj  mnie 

twoje owin

ą

 ramiona Najczarowniejsz

ą

 pieszczot

ą

 
Niech si

ę

 twa senna twarzyczka pochyli Na czoła mego znoje, Tchnij we  mnie czar 

twój w tej cudownej chwili, Niech serce nim ukoj

ę

 
Piersi twe pie

ś

ci

ć

 teraz chc

ę

 i musz

ę

, Wszelki ukoj

ą

 frasunek, Przytul  mnie 

mocniej, zwró

ć

 mi moj

ą

 dusz

ę

, Zakl

ę

t

ą

 w pocałunek. 

 
Gdy to uczynisz, na cudne twe oczy Poprzysi

ą

c byłbym w stanie, 

ś

e mnie  w 

ramionach twoich nie uroczy Inne oczarowanie. 
 
Słodkie mi twoje jarzmo, cho

ć

 nie minie Uczu

ć

 najsro

Ŝ

sza dola, Jeden  nas czeka 

okr

ę

t, co popłynie Na Elizejskie Pola. 

 
Pierre Ronsard. 
 
Do Kassandry 
 

background image

Pieszczotko, spójrz, to ta ró

Ŝ

a, Co o poranku odurza W sło

ń

cu  szkarłatne 

liczko... Czy teraz, w zmierzch, bły

ś

nie przed nami Gorej

ą

cymi  płatkami Jak 

skórka twoich policzków? Biada! Spójrz na ni

ą

, opada!  Pieszczotko, to jej 

zagłada, Cho

ć

 tego nikt nie przeczuł... Natury  zbrodniczy szał Sprawił, 

Ŝ

kwiatek trwał Od ranka tylko po wieczór... A  wi

ę

c posłuchaj, pieszczotko, Póki 

twa młodo

ść

 tak słodko Kwitnie młodymi  laty, Szcz

ęś

liwo

ść

 niech w tobie go

ś

ci, 

Zwarzy ci

ę

 tchnienie staro

ś

ci,  Niby szron kwiaty... 

 
Pierre Ronsard. 
 
Sonet 
 
Spójrz, majowa gał

ą

zka rozkwitła ró

Ŝ

ami W krasie najpierwszych p

ą

ków, w  urokach 

młodo

ś

ci, 

ś

ywego jej rumie

ń

ca i niebo zazdro

ś

ci, Kiedy ledwo  zbudzony 

ś

wit 

zrosi j

ą

 łzami. 

 
W płatkach jej czaruj

ą

cych miło

ść

 gniazdko wije, Zapach odurza cały  ogród, poi 

drzewa, Lecz gdy si

ę

 rozszaleje burza, grad, ulewa, Ró

Ŝ

a  opada, listek po 

listku, nie 

Ŝ

yje. 

 
Tak zga

ś

nie 

ś

wie

Ŝ

o

ść

 twoja, jutrzenkowe lata, Kiedy hołd ci składaj

ą

  wszystkie 

moce 

ś

wiata, W pył si

ę

 rozwiejesz, Parki wiernie 

ś

mierci słu

Ŝą

 
A gdy ci

ę

 grzeba

ć

 b

ę

d

ą

, wraz z 

Ŝ

alem i łzami, Przyjm mleka pełen puchar  i 

dzbany z kwiatami, 

ś

eby

ś

, ró

Ŝ

o, po 

ś

mierci tak

Ŝ

e była ró

Ŝą

 
Pierre Ronsard. 
 
Do Heleny 
 
Po latach, gdy o zmierzchu 

ś

wieczka bły

ś

nie skromnie, U kominka  zasi

ę

dziesz, w 

prz

ą

dk

ę

 zamieniona, Zanucisz pie

ś

ni moje i szepniesz,  wzruszona: Kiedy

ś

, gdy 

byłam pi

ę

kna, Ronsard 

ś

piewał o mnie. 

 
Słu

Ŝ

ebna, cho

ć

 przy pracy sen j

ą

 ukolebie, Zerwie si

ę

, kiedy tak

ą

 nowin

ę

  

usłyszy, Zbudzi j

ą

 imi

ę

 moje, wyrwie z sennej ciszy, By w słowach  

nie

ś

miertelnych błogosławi

ć

 ciebie. 

 
Ja wtedy proch ju

Ŝ

 b

ę

d

ę

, bezcielesna zjawa, Co si

ę

 w

ś

ród cienia mirtów  

spoczynkiem napawa, Ty, siedz

ą

c u kominka, skulona i siwa, 

 
Po

Ŝ

ałujesz mych uczu

ć

 i własnej niech

ę

ci. Wierzaj mi, niech ci

ę

 dzisiaj  a nie 

jutro n

ę

ci, Dzisiaj si

ę

 ró

Ŝ

Ŝ

ycia najpi

ę

kniejsze zrywa. 

 
Jacques Tahuerau 
 
(1527-1555). 
 
Pocałunek 
 
Gdy kto o nagiej Wenus posłyszał, Jak to miłego jej Adonisa Słodkim  u

ś

ciskiem 

p

ę

ta, Tul

ą

c do niego powabne ciało, Leciutko k

ą

sa go w szyj

ę

  biał

ą

, Rozkosz

ą

 

owładni

ę

ta. 

 
Kto czytał, jak to Tibullus kochał, Jak to Katullus, pieszcz

ą

c,  zaszlochał (Tak 

dusz

ę

 miał w rzewno

ść

 bogat

ą

), Kto poj

ą

ł dotyk ust  Owidiusza, Gdy delicjami 

karmiona dusza Podobna stała si

ę

 kwiatom! 

 
Kogo wróbelek, kwil

ą

c, czarował, Gdy 

ś

wiatem wiosna płyn

ę

ła nowa, A  ptak 

skrzydłami trzepoc

ą

c, Wiedział, 

Ŝ

e biedna samiczka czeka, A

Ŝ

 on do  gniazda 

wróci z daleka, Do niej, tak ch

ę

tnej pieszczotom! 

background image

 
Kiedy goł

ą

bka piórka nastroszy, Rozmiłowana, dr

Ŝą

ca z rozkoszy, Całuje  

ukochanego, Tyle z niej miło

ść

 czaru dob

ę

dzie, 

ś

e jej zazdro

ś

ci

ć

 mog

ą

  łab

ę

dzie 

Ś

wiata całego! 

 
Kochaj

ą

 bogi, ludzie i ptaszki, A ów, kto słodkie owe igraszki Pojmowa

ć

  umie, 

Dzi

ś

, kiedy w boskich twoich ramionach Takim szcz

ęś

liwy, kocham i  konam, Ten 

mnie zrozumie! 
 
Jacques Tahueral. 
 
Piosenka dla uwielbianej 
 
Jam kłamał, moja uwielbiona, 

ś

e

ś

 naga dr

Ŝ

ała w mych ramionach W miodnej  nocy 

upale, Biada mi! Burzy tej szalonej Jeszczem nie zaznał wcale. 
 
To my

ś

l, 

Ŝ

e zmysły me ukoj

ę

, Sk

ą

pała poematy moje W udawanej pustocie,  Kaprysem 

była snów i roje

ń

 O fałszywej pieszczocie. 

 
Marzenia bałamutne snuj

ą

c, 

ś

e i ty, tak

Ŝ

e mnie miłuj

ą

c, Oddasz mi  serce, miła, 

Nadtom uczucie własne zbroił W rozpacz, co mnie dr

ę

czyła. 

 
Jam wierzył, 

Ŝ

e skrywaj

ą

c miło

ść

, Co z wielk

ą

 owładała sił

ą

 Moj

ą

  zbolał

ą

 dusz

ę

Ukoj

ę

 wszystko, co dr

ę

czyło, Co budziło katusze. 

 
Ale ta miło

ść

, która zwodzi, Z której si

ę

 smutków moc wywodzi, Cho

ć

 w  niej i 

sen mój złoty, O, jarzma swego nie złagodzi Dla udanej pustoty. 
 
Jean Passerat 
 
(1534-1602). 
 
Piosenka 
 
Starczyła drobna nieobecno

ść

, By

ś

 serce swoje odebrała, Lecz ja, gdym  poj

ą

ł t

ę

 

bezecno

ść

, Tak

Ŝ

em pokochał inn

ą

, mała. 

 
Ju

Ŝ

 najgor

ę

tsz

ą

 nawet chwilk

ą

 Serc naszych w jedn

ą

 noc nie skujesz, A  

zobaczymy, mój motylku, Kto pierwszy tego po

Ŝ

ałuje! 

 
Kiedym ja płakał, t

ę

sknił, szlochał, Przeklinaj

ą

cy ból rozstania,  Zdrajca 

Rosette innego kochał, Przyzwyczajony do kochania. 
 
I zawieruchy 

Ŝ

adna siła Tak z chor

ą

giewk

ą

 nie ta

ń

cuje, Lecz zobaczymy,  moja 

miła, Kto pierwszy tego po

Ŝ

ałuje! 

 
Gdzie

Ŝ

 wi

ę

c s

ą

 te przysi

ę

gi 

ś

wi

ę

te, Słowa t

ę

sknot

ą

 rozszalałe, To

Ŝ

 to,  dalibóg, 

niepoj

ę

te, Lecz skoro serce tak niestałe... 

 
Skazan na niespokojno

ść

 wieczn

ą

 Ten, kto uwierzy

ć

 ci spróbuje! A  zobaczymy, 

pastereczko, Kto pierwszy tego po

Ŝ

ałuje! 

 
Ów, który miejsce moje zaj

ą

ł, Kocha

ć

 jak ja nie b

ę

dzie w stanie, Ta  za

ś

, co 

dzisiaj moj

ą

 pani

ą

, Milsza urod

ą

 i kochaniem! 

 
Strze

Ŝ

 teraz celu twoich marze

ń

, Ja własnej zguby nie zgotuj

ę

,  Kłamczucho, 

kiedy

ś

 si

ę

 oka

Ŝ

e, Kto pierwszy tego po

Ŝ

ałuje! 

 
Agrippa d'Aubigne 
 
(1552-1630). 

background image

 
Stance 
 
W o

ś

lepiaj

ą

cym blasku, co twarz tw

ą

 spromienia, 

Ś

miertelny, ugodzony  niebia

ń

sk

ą

 

pi

ę

kno

ś

ci

ą

, Zakosztowałem 

ś

mierci i unicestwienia, By na nowo  nacieszy

ć

 si

ę

 

nie

ś

miertelno

ś

ci

ą

 
Twój boski płomie

ń

 wszystko, co 

ś

miertelne, skruszył, Niebia

ń

sko

ść

 twa  porywa 

ku niebia

ń

skim progom, Dusza twoja bosko

ś

ci

ą

 krzewi si

ę

 w mej  duszy, Bogini, 

uczyniła

ś

 mnie równego bogom. 

 
Wargi me ust twych szkarłat tkn

ę

ły, rozkochane, Owo zaziemskie pi

ę

kno  po

ś

ród 

ziemskich losów, I nektar i ambrozja s

ą

 mi teraz dane, Smakowałem  najsłodsze 

delicje niebiosów! 
 
Ja, pełen 

Ŝą

dzy w

ś

ciekłej, w

ś

ród bogów zazdrosnych, Ja, ów bóg utajony,  

wzbudziłem ich zawi

ść

, Pró

Ŝ

no palili swoje kadzidła miłosne,  Przeobraziłem 

niebo, gdym si

ę

 w nim pojawił. 

 
Ten za

ś

 bóg, po

ś

ród innych, co szpetne ma lica, Pom

ś

ci

ć

 chciał gniew  bezsilny 

strasznym ciosem młota, Gdy jedna nam przypadła miłosna ło

Ŝ

nica,  A 

ś

ród niej 

szcz

ęś

cia mego szczyt, twoja pieszczota. 

 
I ludzie - zawistnicy - wydali mi wojn

ę

, Wspi

ę

li si

ę

 po drabinie losu a

Ŝ

  do 

nieba, Gardz

ę

 nimi, gdy

Ŝ

 w raju wiod

ę

 dni spokojne, W pobok twojej  pi

ę

kno

ś

ci 

nic mi nie potrzeba! 
 
Charles Vion de Dalibran 
 
(1600-1650) 
 
Składałem wiersze 

Ŝ

ycie całe I całe 

Ŝ

ycie miłowałem, Lecz weny mojej  wyschły 

zdroje I serce teraz ju

Ŝ

 nie moje. 

 
Panie jasno

ś

ci i istnienia, Dumny, pragn

ą

łem i

ść

 za tob

ą

. Roiłem te

Ŝ

,  

Ŝ

e me 

marzenia Nigdy nie stan

ą

 si

ę

 

Ŝ

ałob

ą

 
Gdym dzi

ś

 staro

ś

ci podłej blisko, Tysi

ą

c utrapie

ń

 jak mrowisko Osacza  

Ŝ

ycie z 

wszystkich stron. 
 
Podli to zdrajcy: Feb i Amor, Niech si

ę

 me wiersze 

ś

wiadkiem stan

ą

ś

e  to 

nienawistnicy s

ą

 
Tristan l'Hermite 
 
(1601?-1655). 
 
Pi

ę

kna 

Ŝ

ebraczka 

 
Rzekłby

ś

: "To cud", kolorowo, Z tysi

ą

ca wdzi

ę

ków utkany, Przecz

ą

cy  brudnym jej 

słowom, Przecz

ą

cy n

ę

dznym łachmanom, 

 
Rzekłby

ś

Ŝ

e los jej si

ę

 

ś

mieje, Cho

ć

 tak si

ę

 zdaje ponury, Perełki  z

ą

bków 

ja

ś

niej

ą

 W ustach, szkatułce z purpury. 

 
Jej oczy - szafiry 

ś

ród rosy, Gdy płonie złoto jej włosów, Jak

Ŝ

e bogata  w tej 

chwili! 
 
Wi

ę

c gdzie

Ŝ

 owa n

ę

dza, złe 

Ŝ

ycie, Gdy złotem sypie obficie, Jak tylko  główk

ę

 

pochyli... 
 

background image

Pierre Corneille 
 
(1606-1684). 
 
Stance 
 
Markizo, wiem, po mojej g

ę

bie Spostrzegasz, i

Ŝ

e latka lec

ą

, Có

Ŝ

, kiedy  w moim 

wieku b

ę

dziesz, Ty tak

Ŝ

e powi

ę

dniejesz nieco. 

 
Czas, filut, o tym jeno marzy, I

Ŝ

by psikusy płata

ć

 liczne, Jak wyrył  zmarszczki 

na mej twarzy, Tak zwarzy liczko twoje 

ś

liczne. 

 
Niezmienny planet bieg w przestworzach, Wszystkim wyznacza los jednako,  Wiem, 

Ŝ

e cho

ć

 dzisiaj wdzi

ę

czna, ho

Ŝ

a, Jak ja i ty si

ę

 staniesz tak

ą

 
A jednak pono

ć

 mam przymioty, Które 

ś

wiat zacnie dzi

ś

 ocenia, Nie nadto  tedy 

dumam o tym, 

ś

e czas poczynił spustoszenia. 

 
Gdy tak wysoko mnie wynie

ś

li, Z zapałem 

ś

wiadcz

ą

c powa

Ŝ

anie, Powaby twe  

pochwał

ą

, je

ś

li Podobne znajd

ą

 moje zdanie. 

 
Markizo, pomy

ś

l tedy o tym, Gdy staro

ść

 przestrach w tobie budzi,  Prosz

ę

 wi

ę

c, 

nie sk

ą

p mi pieszczoty, Skorom jest najgodniejszym z ludzi! 

 
Piron 
 
(1689-1779). 
 
Utrapienia miłosne 
 
Waszmo

ś

cie, ale

Ŝ

 z was bałwany! Za spraw

ą

 miłosnego licha, Z pocz

ą

tku  ka

Ŝ

dy 

zestrachany, Potrafi jeno łzawo wzdycha

ć

 
Wyznaje wreszcie, co go n

ę

ka, Ona si

ę

 d

ą

sa, on wci

ąŜ

 swoje, Jaka

Ŝ

 to  nuda, co 

za m

ę

ka, Owe sercowe niepokoje! 

 
Wreszcie wzajemno

ść

 - i tym gorzej, Teraz dopiero ambarasy, Bo pani  cz

ę

sto nie 

w humorze, Z rodzink

ą

 te

Ŝ

 niejakie kwasy... 

 
Aha, wszak pozostaje honor, Honor - rado

ś

ci przeciwie

ń

stwo, I spory -  kogo 

zwyci

ęŜ

ono, Kto komu przyzna

ć

 ma zwyci

ę

stwo! 

 
Zjawia si

ę

 rywal - znowu bieda, Wnet popłoch w sercu załomoce, I  zazdro

ść

 k

ą

sa, 

zasn

ąć

 nie da, I niespokojne dni i noce. 

 
Zmo

Ŝ

e oboje gra i zwada, Chc

ą

 pocałunku, w nim ucieczki, Lecz 

Ŝ

ar  zgasł, 

niesmak si

ę

 zakrada - Czyli gra cała warta 

ś

wieczki? 

 
Voltaire 
 
(1694-1778). 
 
"Pani" i "Ty" 
 
Gdzie

Ŝ

 owa dawna noc upojna, Gdy nieopatrzna Filia moja, We własne jeno  wdzi

ę

ki 

strojna, Gdy w stroju, to w niedbałym stroju, Kontenta z  kolacyjek skromnych, 
Które

ś

 w ambrozj

ę

 zamieniała, Mnie w pocałunkach  nieprzytomnych Uszcz

ęś

liwiała 

i zdradzała! Młodo

ś

ci twojej skarby  złudne, Serca i my

ś

li lot niedbały, Pier

ś

 z 

alabastru, oczy cudne Kamie

ń

  by rozamorowały! Z tyloma zasi

ę

 przymiotami Któ

Ŝ

by 

na serio 

Ŝ

ycie  trawił? Miło

ś

ci, zmiłuj si

ę

 nad nami, Jam ciebie tak

ą

 

błogosławił! Ach,  pani, nasze dni dzisiejsze, Zaszczytów pełne i splendorów, 

background image

Jak inne s

ą

  ni

Ŝ

 niegdysiejsze! Ów drab u bram twojego dworu To obraz czasów! 

Jak  ponury! Przegania rado

ść

 i swawole, Dla których twoich 

ś

cian marmury  

Niedobr

ą

 by wró

Ŝ

yły dol

ę

. Có

Ŝ

, zdro

Ŝ

no

ś

ciami 

ś

wiata tego Los ci

ę

 obdarzył  hojn

ą

 

r

ę

k

ą

, Widziałem, jak do gniazdka twego Wpadały rade przez okienko,  Nie, pani, 

wszystkie te kobierce, Utkane najzr

ę

czniejsz

ą

 dłoni

ą

 (To

Ŝ

 Pers  w nie wło

Ŝ

ył 

całe serce), Kryształy twe, cho

ć

 wdzi

ę

cznie dzwoni

ą

, Kiedy  je tkn

ąć

, i srebro 

całe, Cyzelowane przez Germaine'a Owe dostojne,  okazałe Sprz

ę

ty, a wielka dzi

ś

 

ich cena, Wazy, gdzie

ś

 w Chinach  utoczone, Krucho

ś

ci

ą

 swoj

ą

 wzruszaj

ą

ce, I te 

diamenty roziskrzone U  twoich uszu łyskaj

ą

ce, Te sznury kolii brylantowych, 

Przepych, co twoje  

Ŝ

ycie mo

ś

ci, Mniej wart jest, pani, ni

ź

li owy Jeden twój 

całus w czas  młodo

ś

ci! 

 
Vade 
 
(1719-1757). 
 
Piosenka 
 
- Ach, ani chybi, prosz

ę

 pana, Kto

ś

 tu nas zoczy w tym momencie,  Oczernia

ć

 

b

ę

dzie nas zawzi

ę

cie. Natychmiast fama rozpasana Opowie, 

Ŝ

e  oboje tu Mieli

ś

my 

rendez-vous! - 
 
Lucidas wszak

Ŝ

e niezra

Ŝ

ony Amint

ę

 wiedzie do gaiku, Głosem miło

ś

nie  ucukrzonym 

Słów czułych szepcz

ą

c bez liku, A i przysi

ę

ga po wielekro

ć

,  I

Ŝ

 skoczy za ni

ą

 

cho

ć

by w piekło! 

 
- Ach, kto

ś

 tu ujrzy nas oboje! Naj

Ŝ

ywsze 

Ŝ

ywi

ę

 niepokoje, I

Ŝ

 głosi

ć

  pocznie, 

gadzina, 

ś

e pan niezdarnie poczyna! - 

 
Na to wi

ę

c galant hołdy swoje Najogni

ś

ciej potroi, Zasi

ę

 zuchwała dło

ń

  nago

ś

ci 

Pie

ś

ci i dr

Ŝ

y z niecierpliwo

ś

ci, 

Ś

wiadków si

ę

 wiele nie boi. 

 
- Ach, je

ś

li teraz, prosz

ę

 pana, Kto

ś

 tu nas ujrzał w tym gaiku, Bredni  nagada 

bez liku, Rozpowie, 

Ŝ

e ma pan ochot

ę

 Zwyci

ęŜ

y

ć

 moj

ą

 cnot

ę

! - 

On coraz 

Ŝ

wawszy w obrotach, Coraz mu wzbiera ochota, Podwaja mił

ą

  uczynno

ść

A

Ŝ

 spełnił swoj

ą

 powinno

ść

. (Dowiedzcie

Ŝ

 si

ę

 te

Ŝ

, bez urazy,  

ś

e ust

ą

piła dwa 

razy.) 
 
Szepn

ę

ła za

ś

, pokonana: - Ach, gdyby nas, prosz

ę

 pana, Jaka

ś

 niecnota  

dostrzegła, Nakłamie owo ladaco, Nie wiedzie

ć

 po co i na co, 

ś

em ci  uległa! 

 
Mirabeau 
 
(1749-1791). 
 
Do Zofii 
 
Sofijko ma, o ma miło

ś

ci, Pró

Ŝ

no rz

ą

dz

ą

cych ciemna siła, Niby w bajoro  

nieczysto

ś

ci W kloak

ę

 wi

ę

zie

ń

 nas wrzuciła! Ty

Ŝ

e

ś

 skruszona, omamiona,  Pró

Ŝ

no 

ha

ń

biono ci

ę

 ulic

ą

, O pójd

ź

, ty moja zbezczeszczona, Cudowna moja  nierz

ą

dnico! 

W lochu tym, w smutku tkwi

ą

c bezdennym, Mimo i

Ŝ

 stra

Ŝ

y widz

ę

  zbroj

ę

, Mimo 

Ŝ

elastwa krat wi

ę

ziennych, Mimo wszelakiej n

ę

dzy mojej,  Mimo i

Ŝ

 barłóg, moje 

ło

Ŝ

e, Zimnej posadzki nie okryło, Nikt tu pokona

ć

  mnie nie mo

Ŝ

e, Wolno

ść

 tu ze 

mn

ą

 jest i miło

ść

 
Evariste Parny 
 
(1753-1814). 
 
Dwie piosenki malgaskie 
 

background image

Pi

ę

kna Nehale! Poprowad

ź

 tego młodzie

ń

ca do s

ą

siedniego szałasu,  rozci

ą

gnij 

mat

ę

 na ziemi, niech

Ŝ

e na tej macie li

ś

cie ło

Ŝ

e u

ś

ciel

ą

. Pozwól  opa

ść

 na ziemi

ę

 

z bioder opasce, ukrywaj

ą

cej twe wdzi

ę

ki. Je

ś

li ujrzysz w  jego oczach 

pragnienie miłosne, je

ś

li jego r

ę

ka twojej poszuka, i łagodnie  przyci

ą

gnie ci

ę

 

do siebie, je

ś

li ci powie: "Pójd

ź

, pi

ę

kna Nehale, sp

ę

dzimy  razem noc", wtedy 

si

ą

d

ź

 na jego kolanach. Niech jego noc stanie si

ę

 pełna  szcz

ęś

cia, a twoja 

czaruj

ą

ca. I nie opuszczaj go a

Ŝ

 do chwili, gdy  powstaj

ą

cy dzie

ń

 pozwoli ci 

wyczyta

ć

 z jego oczu cał

ą

 rozkosz, jaka była  jego udziałem. 

 
Nahandove, o pi

ę

kna Nahandove! Ptak nocny rozpocz

ą

ł swoje wołania, pełnia  

ksi

ęŜ

yca zal

ś

niła na mojej głowie, a g

ę

stniej

ą

ca rosa zwil

Ŝ

a moje włosy.  

Nadszedł czas! Któ

Ŝ

 mo

Ŝ

e ci

ę

 zatrzyma

ć

, Nahandove, o pi

ę

kna Nahandove!  

Odetchnij swobodnie, młoda przyjaciółko moja, odpocznij na moich kolanach.  
Niech ujrz

ę

 zachwyt w oczach twoich! Niech piersi twoje o

Ŝ

yj

ą

  najrozkoszniej 

pod r

ę

k

ą

, która je pie

ś

ci! U

ś

miechasz si

ę

, Nahandove, o  pi

ę

kna Nahandove! 

Pieszczoty twoje przenikaj

ą

 do dna duszy, pocałunki twoje  rozpalaj

ą

 moje 

zmysły. Przesta

ń

, bo zgin

ę

 zaraz. Czy 

Ŝą

dza potrafi zabija

ć

,  Nahandove, o 

pi

ę

kna Nahandove? Rozkosz pojawia si

ę

 jak błyskawica, słodko  twój oddech 

zamiera, przymykaj

ą

 si

ę

 twe wilgotne oczy, główka pochyla si

ę

  mi

ę

kko, 

uniesienia twoje gasn

ą

 w t

ę

sknocie. Nigdy nie była

ś

 tak pi

ę

kna,  Nahandove, o 

pi

ę

kna Nahandove! Jak

Ŝ

e cudowny jest sen w ramionach kochanki!  Mniej jednak 

uroczy ni

Ŝ

 przebudzenie. Odchodzisz, a ja b

ę

d

ę

 t

ę

sknił w

ś

ród  

Ŝ

alu i pragnienia, 

b

ę

d

ę

 t

ę

sknił a

Ŝ

 po wieczór, a ty o zmierzchu zjawisz si

ę

  znowu, o pi

ę

kna 

Nahandove! 
 
Marcelina Desbordes-Valmore 
 
(1785-1859). 
 
Miło

ść

, boski w

ę

drowiec 

 
Miło

ść

 jest to w

ę

drowiec, co niepostrze

Ŝ

enie W

ś

lizn

ą

ł si

ę

 z woli Boga  ogromnym 

płomieniem Mi

ę

dzy ludzi, bł

ą

dz

ą

cych w 

Ŝ

yciu jak w potrzasku.  Ka

Ŝ

dy wzrok 

niespokojny pełen jest tych blasków. 
 
Wi

ę

c ratuj si

ę

, kto mo

Ŝ

e! Precz, łzawe nastroje! Kocha

ć

 to nie jest  wszystko, 

miło

ść

 nosi zbroj

ę

, Ona jest władc

ą

, królem, 

Ŝ

eby go rozbroi

ć

,  Trzeba si

ę

 jej 

spodoba

ć

, nie za

ś

 słodko roi

ć

 
Marcelina Desbordes-Valmore. 
 

Ŝ

e Saadi 

 
Chciałam ci tego ranka przynie

ść

 moje ró

Ŝ

e, Ale bukiety jednak stały si

ę

  tak 

du

Ŝ

e, 

ś

e p

ę

kły wst

ąŜ

ki, w które chciałam je owin

ąć

 
I wszystkie ró

Ŝ

e z mojej uleciały dłoni Ku morzu, wiatr wraz z fal

ą

 w  nieznane 

je goni I przecie

Ŝ

 nie powróc

ą

 ju

Ŝ

, bo wszystkie zgin

ą

 
Fale stały si

ę

 przez nie czerwone jak płomie

ń

, Sukienka moja tylko  pachnie tak 

jak one, Pooddychaj wi

ę

c nimi wieczorn

ą

 godzin

ą

... 

 
Victor Hugo 
 
(1802-1885). 
 
Do pewnej pani 
 
Dziecko! Gdybym był królem, twoje by si

ę

 stało Królestwo, berło, lud  mój, korny 

niesko

ń

czenie, Dałbym okr

ę

ty, którym wszystkich mórz za mało,  Koron

ę

 i porfirów 

kunsztowno

ść

 wspaniał

ą

 - Za jedno twoje spojrzenie! 

background image

 
Gdybym był bogiem, dałbym powietrze wraz z ziemi

ą

, Zło i dobro, gdy na  nie 

władz

ą

 moj

ą

 run

ę

, Chaos i wspaniało

ś

ci, co w chaosie drzemi

ą

,  wieczno

ść

 i 

niesko

ń

czono

ść

 - to wszystko zamieni

ę

 Na jeden twój  pocałunek! 

 
Victor Hugo. 
 
Do kobiety 
 
Kiedy ju

Ŝ

 zasn

ę

, podejd

ź

 do mnie, moja miła, Tak, jak si

ę

 przed Petrark

ą

  Laura 

zjawiła, A kiedy mnie twój oddech mu

ś

nie cho

ć

 przez chwil

ę

, Usta  rozchyl

ę

 
W

ś

ród my

ś

li moich czarnych w 

Ŝ

alu i w mozole Zbyt długo go

ś

ci troska na  

pos

ę

pnym czole, Gdy nad nim twe spojrzenie jak gwiazda zawi

ś

nie, Ono  

rozbły

ś

nie! 

 
A wtedy pocałunek złó

Ŝ

 na moich wargach, Jego czysto

ś

ci teraz 

Ŝ

aden  grzech nie 

starga, Cho

ć

 moja miło

ść

 w tobie kobiet

ę

 przywoła, Nie za

ś

  Anioła! 

 
Victor Hugo. 
 
Skoro piłem... 
 
Skoro piłem z twojego pełnego kielicha, Skoro uj

ę

ła

ś

 w dłonie me  pobladłe 

czoło, Skoro ju

Ŝ

 wiem, jak słodko potrafi oddycha

ć

 Dusza twoja,  cho

ć

 

Ŝ

yciem 

twoim bł

ę

dne koło, 

 
Skoro było mi dane słysze

ć

, jak mówiła

ś

 Słowa tajemne, które serce twoje  roi, 

Widzie

ć

 twe łzy, gdy w u

ś

miech smutek ustroiła

ś

, Usta twe na mych  ustach, oczy 

twe na moich, 
 
Skoro widziałem promie

ń

 gwiazdy twej z ukrycia Nieustannego mroku, co  jasno

ść

 

jej chmurzy, Skoro upadł na samo dno mojego 

Ŝ

ycia Z 

Ŝ

ycia twego  wyrwany płatek 

twojej ró

Ŝ

y, 

 
Krzykn

ę

 dniom, które p

ę

dz

ą

 niby r

ą

cze konie: Mijajcie, ja si

ę

 teraz  staro

ś

ci 

nie boj

ę

! Mijajcie, kwiat wasz zwi

ę

dnie, w nico

ś

ci utonie,  Kwiaty w mej duszy 

b

ę

d

ą

 zawsze tylko moje! 

 
Cho

ć

 je stargacie, szkoda waszego mozołu, W wazonie mym nic barwy ni  woni nie 

zmienia, W duszy mej wi

ę

cej ognia ni

ź

li w was popiołu, W sercu  wi

ę

cej miło

ś

ci 

ni

Ŝ

 w was zapomnienia! 

 
Aloysius Bertrand 
 
(1807-1841). 
 
Madame de Montbazon 
 
"Madame de Montbazon była prze

ś

liczn

ą

 kobiet

ą

, która zmarła z miło

ś

ci -  co 

nale

Ŝ

y rozumie

ć

 dosłownie - do kawalera de la Rue, gdy

Ŝ

 jej nie kochał." 

 
Saint-Simon, 
 
|Pami

ę

tniki 

 
Słu

Ŝą

ca ustawiła na stoliku z laki wazon z kwiatami i woskowe 

ś

wiece,  których 

odblaski migotały 

Ŝ

ółto i czerwono na bł

ę

kitnym jedwabiu po

ś

cieli  chorej. "Czy 

s

ą

dzisz, Marietto, 

Ŝ

e on przyb

ę

dzie?" - 

 

background image

"Och, prosz

ę

, niech pani za

ś

nie cho

ć

 na chwil

ę

, madame." "Tak, usn

ę

  wkrótce, by 

marzy

ć

 o nim przez cał

ą

 wieczno

ść

!" 

 
W tej chwili dały si

ę

 słysze

ć

 kroki na schodach. "Ach, gdyby

Ŝ

 to był on!"  - 

szepn

ę

ła z u

ś

miechem. 

 
Był to mały pa

ź

, który przyniósł pani de Montbazon od królowej konfitury,  

ciasteczka i napoje na srebrnej tacy. 
 
"Ach, on nie przyszedł - wyszeptała - on ju

Ŝ

 nie przyjdzie! Marietto, daj  mi 

jeden z tych kwiatów, którymi oddycham i które miłuj

ę

 z miło

ś

ci do  niego!" 

 
I pani de Montbazon, zamkn

ą

wszy oczy, z ustami dotykaj

ą

cymi kwiatów,  

znieruchomiała. Umarła z miło

ś

ci, oddaj

ą

c dusz

ę

 zapachowi hiacyntów. 

 
Gerard de Nerval 
 
(1808-1855). 
 
To dziewcz

ą

tko przeszło z bliska 

 
To dziewcz

ą

tko przeszło z bliska Szybko i od ptaka l

Ŝ

ej, A w jej r

ę

ku  kwiatek 

błyska, Piosnka d

ź

wi

ę

czy w ustach jej. 

 
Tak, to ona, bez w

ą

tpienia, wymarzon

ą

 była "ni

ą

" Jeden promyk jej  spojrzenia 

Ciemno

ść

 by roz

ś

wietlił zł

ą

... 

 
Lecz nie! Młodo

ść

 ma sko

ń

czona, Dar nie mnie, promyczku, nie

ś

...  Muzyka, ta 

wo

ń

, ta ona, Ten czar - wszystko pierzchło gdzie

ś

 
Gerard de Nerval. 
 
El Desdichado* 
 
(* nieszcz

ę

sny) 

 
To ja, tajemnic pełen, samotny przesmutnie, Ja, Ksi

ąŜę

 Akwitanii na  strzaskanym 

tronie, Zmarła mi gwiazda, inne zdobi

ą

 moj

ą

 lutni

ę

, Na której  czarne sło

ń

ce 

melancholii płonie. 
 
Ty, co

ś

 w mroku grobowym pociech

ą

 mi była, Zwró

ć

 mi morze italskie,  Pauzylipu 

skały, Kwiat, miły sercu, kiedy rozpacz je trawiła, Altan

ę

,  gdzie winoro

ś

l ró

Ŝ

oplatały. 
 
Lusignan ze mnie? Byron? Febus? Mo

Ŝ

e miło

ść

? Królowa całowała moje  czoło, ono 

Pami

ę

ta grot

ę

 syren, pieszczot

ę

 minion

ą

... 

 
Dwa razy przed korabiem moim morze l

ś

niło, Gdy lira Orfeusza  rozbrzmiewała 

tonem Podobnym szeptom 

ś

wi

ę

tej i krzykom szalonej. 

 
Alfred de Musset 
 
(1810-1857). 
 
Łucja 
 
A kiedy mi nadejdzie kres, Niech

Ŝ

e mnie wierzba ukołysze, Kocham jej  li

ś

cie 

pełne łez, I melancholi

ę

 jej, i cisz

ę

, Chc

ę

, by si

ę

 lekko cie

ń

 jej  słał Na 

ziemi

ę

, tam, gdzie b

ę

d

ę

 spał. 

 

background image

Siedzieli

ś

my w ten wieczór obok siebie sami. Marz

ą

c schyliła główk

ę

 i po  

klawesynie Rozperliły si

ę

 palce. Biała r

ę

ka płynie Jak szept, rzekłby

ś

,  

Ŝ

e oto 

trzepoc

ą

 nad nami Zefirowe skrzydełka, trzciny dotykaj

ą

 I z l

ę

ku,  

Ŝ

e pobudz

ą

 

ptasz

ę

ta, pierzchaj

ą

 
Melancholijnych nocy parne niepokoje Wokoło unosiły si

ę

, ulatywały Z  kwiatów. 

D

ę

by, kasztany wszystkie li

ś

cie swoje Kołysz

ą

c, stały w parku  

Ŝ

ałosne. Płakały. 

Wsłuchani w moc cudownych, wiosennych uroków, Co przez  otwarte okno wion

ą

 

zapachami, Nie słyszeli

ś

my wiatru, tylko pustk

ę

 wokół.  Mieli

ś

my lat pi

ę

tna

ś

cie 

i byli

ś

my sami. Ja patrzyłem na Łucj

ę

, włosy jak  len miała, Nigdy 

Ŝ

adne ocz

ę

ta 

nie stan

ą

 si

ę

 słodsze, Do 

Ŝ

adnych czystszy  bł

ę

kit niebiosów nie dotrze. I tylko 

ona dla mnie na 

ś

wiecie istniała.  Kochałem po bratersku ach to oczywiste, To

ć

 

wszystko, co płyn

ę

ło od niej,  było czyste! Długo trwało milczenie. Dotkn

ą

łem 

jej r

ę

ki I widziałem na  czole jasnym zamy

ś

lenie, I czułem, 

ś

ledz

ą

c ka

Ŝ

de Łucji 

poruszenie, Jak  bardzo leczy

ć

 mo

Ŝ

e z wszelkiej udr

ę

ki Co

ś

, co si

ę

 w 

Ŝ

yciu 

cieszy  bli

ź

niacz

ą

 urod

ą

: Młodo

ść

 czyjego

ś

 serca i oblicza młodo

ść

. Wysoko  

zal

ś

nił ksi

ęŜ

yc na bezchmurnym niebie I w srebrn

ą

 sie

ć

 je uj

ą

ł - noc ju

Ŝ

  

srebrna cała, Zobaczyła w mych oczach ja

ś

niej

ą

c

ą

 siebie I lekko  u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 

i za

ś

piewała. Harmonio, o harmonio, ty córo 

Ŝ

ało

ś

ci!  Ciebie geniusz uczynił 

j

ę

zykiem miło

ś

ci! Z Italii przyszła

ś

 ku nam, do  Italii z nieba! O słodka mowo 

serca, ty jedna wyra

Ŝ

asz L

ę

kliw

ą

 my

ś

l, ty  my

ś

li niczym nie zniewa

Ŝ

asz, Przed 

oczami ludzkimi kry

ć

 ci si

ę

 nie  trzeba! Któ

Ŝ

 wie, co młodo

ść

 mo

Ŝ

e usłysze

ć

 z 

twych wzdycha

ń

, Gdy tob

ą

,  boska, 

Ŝ

yje, i tob

ą

 oddycha, Gdy, jak ty smutna, 

jasnym twoim głosem  

ś

piewa? Ujrze

ć

 mo

Ŝ

na wzrok tylko i łz

ę

, kiedy płynie, 

Wi

ę

cej tłum nie  zobaczy, tajemnica ginie Jak tajemnica morza, nocy, sekret 

drzewa! 
 
Patrz

ę

 na ni

ą

. Wsłuchani jeste

ś

my ogromnie W nas samych, t

ę

tni echem  romans ju

Ŝ

 

sko

ń

czony. Zaci

ąŜ

yła jej główka, oparła j

ą

 o mnie. Usłyszała

ś

  w swym sercu j

ę

ki 

Desdemony, Dziecko biedne! Płakała

ś

, przystała

ś

 w

ś

ród  skargi, By moje usta 

twoje całowały wargi, Na twoim bólu wtedy pocałunek  kładłem. Tak

ą

 ci

ę

 te

Ŝ

 

tuliłem, zimn

ą

 i pobladł

ą

, Układaj

ą

c do trumny w  dwa miesi

ą

ce potem. Zgasła

ś

Ŝ

yczko krucha, w naj

ś

wie

Ŝ

szym rozkwicie,  Twoja 

ś

mier

ć

 miała u

ś

miech tak 

słodki, jak 

Ŝ

ycie. Tak, w kołysce oddano  ci

ę

 Bogu z powrotem. 

 
Tajemnico 

ś

cian czystych jak niewinne szaty, Piosenki, zadurzenia i  dziewcz

ę

ce 

słowa O tajemny uroku, co

ś

 

ś

wiat zawojował, Co

ś

 targn

ą

ł  Faustem w progu domku 

Małgorzaty, Prostoto lat najmłodszych, có

Ŝ

 si

ę

 stało  z wami? Pokój, dziecko, 

twym cieniom i wieczystej ciszy. 

ś

egnaj! Twoje  paluszki nie dotkn

ą

 klawiszy 

Nigdy ju

Ŝ

, tak jak kiedy

ś

, letnimi nocami... 

 
A kiedy mi nadejdzie kres, Niech

Ŝ

e mnie wierzba ukołysze, Kocham jej  li

ś

cie 

pełne łez, I melancholi

ę

 jej, i cisz

ę

, Chc

ę

, by si

ę

 lekko cie

ń

 jej  słał Na 

ziemi

ę

 - tam, gdzie b

ę

d

ę

 spał. 

 
Alfred de Musset. 
 
Do pani G. 
 
W podró

Ŝ

y, zdaniem moim, dotkliwie uwiera Sytuacja, gdy pada i wiatr  wokół 

j

ę

czy, Gdy budzisz si

ę

, wymi

ę

ta, martwi ci

ę

 zła cera, A w omnibusie  s

ą

siad, 

prostak, no có

Ŝ

, dr

ę

czy. 

 
Moim zdaniem na istne szale

ń

stwo zakrawa Wysyłanie miło

ś

ci w podró

Ŝ

,  któ

Ŝ

 to 

zdzier

Ŝ

y? Z Heloiz

ą

 si

ę

 owa udała zabawa, Lecz czy bywa si

ę

  pi

ę

kn

ą

 w lusterku 

ober

Ŝ

y? 

 
Sukienka biała, według mnie, czy szal z połyskiem, Gładka po

ń

czoszka,  tak

Ŝ

e i 

paznokcie czyste To, rzekłbym, w czas miło

ś

ci dopiero wiek złoty! 

 

background image

Pani si

ę

 mym wywodom przychyli, sprzeciwi? Jedno tylko w tym wszystkim  ogromnie 

mnie dziwi: Gdy si

ę

 kocha, nie starcza czasu my

ś

le

ć

 o tym. 

 
Alfred de Musset. 
 
Piosenka Barberiny 
 

ę

dny rycerzu, który w dal wyruszasz, Có

Ŝ

 ciebie zmusza I

ść

 a

Ŝ

 po sam  kres? 

Nie wiesz to, miły, 

Ŝ

e noc blaski zmiecie I 

Ŝ

e na 

ś

wiecie Nie ma  nic prócz łez? 

 
Ty, który s

ą

dzisz, 

Ŝ

e miło

ść

 zdradzona I w sercu skona, Sk

ą

d

Ŝ

e o tym  wiesz? 

Niestety, miły, i z twojej wyprawy Po laur sławy Pył zostanie  te

Ŝ

... 

 
Pi

ę

kny rycerzu, który w dal wyruszasz, Có

Ŝ

 ciebie zmusza, By

ś

 porzucał  mnie? 

B

ę

d

ę

 płakała, b

ę

d

ę

 wspominała, 

ś

e

ś

 powiedział: "Mała, Kocham oczy  twe"... 

 
Alfred de Musset. 
 
Piosenka Fortunia 
 
Pewnie s

ą

dzicie, 

Ŝ

e si

ę

 dowiecie, Kim ona jest. Nie zdradzi tego za nic  na 

ś

wiecie 

ś

aden mój gest. 

 
Zata

ń

czmy w koło, poł

ą

czmy głosy, Ot, w refren ten, 

ś

e j

ą

 miłuj

ę

 i 

Ŝ

e  ma włosy 

Jasne jak len. 
 
Uczyni

ę

 wszystko, co mi rozka

Ŝ

e, Jeden jej znak, I 

Ŝ

ycie nawet oddam  jej w 

darze, Gdy zechce tak. 
 
Gdy odtr

ą

cona miło

ść

 zraniła, Miecz w sercu tkwi, Dusza rozdarta b

ę

dzie  

krwawiła Po wszystkie dni. 
 
Nikt si

ę

 nie dowie, czyj to czar sprawił, 

ś

em kochał 

ź

le, Raczej mi  umrze

ć

, ale 

wyjawi

ć

 Sekret mój - nie. 

 
Teofil Gautier 
 
(1811-1872). 
 
Do ró

Ŝ

owej sukni 

 
Jak

Ŝ

e mi si

ę

 podobasz w tej sukience, która Rozbiera ci

ę

 beztrosko,  Odsłania 

piersi twoje o kr

ą

głych konturach, Rami

ę

 wyziera z niej bosko! 

 
Zwiewna si

ę

 te

Ŝ

 wydaje jak pszczele skrzydełko, 

Ś

wie

Ŝ

a jak kwiat  pomara

ń

czy, 

Materia jej cudowna jest ró

Ŝ

ow

ą

 mgiełk

ą

, Co wokół ciebie  ta

ń

czy! 

 
Z naskórka twego na jedwab si

ę

 

ś

lizga Srebrzystym zda si

ę

 dreszczem,  Tkanina 

owa zdaje si

ę

 umizga

ć

 Połyskiem srebrzystszym jeszcze. 

 
Sk

ą

d

Ŝ

e u ciebie ta przedziwna szata Z ciałem twoim w jedno

ś

ci? Ów 

Ŝ

ywy  w

ą

tek, 

co z tw

ą

 skór

ą

 zbratał Odblaski ró

Ŝ

owo

ś

ci? 

 
Czy

Ŝ

 barwy wzi

ę

ła swe od barwy zorzy, Czy muszli, co Wenus zrodziła,  Czy p

ą

czka 

piersi, kiedy si

ę

 otworzy, Sk

ą

d ta ró

Ŝ

owo

ść

 tak miła? 

 
Mo

Ŝ

e tkanin

ę

 t

ę

 pomalowano Ró

Ŝ

ami wstydliwo

ś

ci? Nie. Po sto razy kolor  jej 

zmieniano Gwoli doskonało

ś

ci! 

 
Odrzu

ć

 precz sukni

ę

 t

ę

, bo chocia

Ŝ

 nowa, Ci

ąŜ

y ci tak natr

ę

tnie,  Staniesz si

ę

 

ksi

ęŜ

n

ą

 Borghese, Canova Rze

ź

biłby ciebie ch

ę

tnie! 

background image

 
Fałdy materii s

ą

 to usta moje, Co piekło 

Ŝą

dzy wieszcz

ą

, A boskie ciało  twe 

owin

ą

 zwoje Tuniki moich pieszczot. 

 
Teofil Gautier. 
 
Ostatnia pro

ś

ba 

 
Kocha

ć

 ci

ę

 zacz

ą

łem dawno ju

Ŝ

, Kocham ci

ę

 od osiemnastu lat, Czas mój  min

ą

ł, 

gdy ty ró

Ŝą

 ró

Ŝ

, Zima ze mnie, gdy ty ci

ą

gle kwiat. 

 
Ja ju

Ŝ

 tylko białe lilie cmentarne Ujrz

ę

 wokół siebie dookoła, Wkrótce  trawa 

grobu mnie zagarnie, 

ś

eby ukry

ć

 fałdy mego czoła. 

 
Blade moje sło

ń

ce w zmierzch si

ę

 nurza I za horyzontem znikn

ąć

 mo

Ŝ

e,  Tam, na 

szczycie pos

ę

pnego wzgórza, B

ę

dzie wkrótce me ostatnie ło

Ŝ

e. 

 
Och, gdyby

Ŝ

 z ust twoich spłyn

ąć

 mógł Pocałunek, cho

ć

 spó

ź

niony, na me  wargi, 

Zabrałbym go w m

ą

 ostatni

ą

 z dróg, Aby wreszcie spocz

ąć

 móc bez  skargi. 

 
Charles Baudelaire 
 
(1822-1867). 
 
Egzotyczny zapach 
 
Widz

ę

 wysp

ę

 leniw

ą

, gdzie natura rodzi Drzewa wiecznie szcz

ęś

liwe, owoce  

soczyste, Tam, gdzie m

ęŜ

czyzna, pr

ęŜ

ny i gibki, uwodzi Kobiety, których  oczy 

zuchwałe, lecz czyste. 
 
Zapach mnie twój prowadzi w klimat-cud i nagle Widz

ę

 port, w nim  kł

ę

bi

ą

ce si

ę

 

maszty i 

Ŝ

agle, Których tam fala morska spoczynkiem nie  darzy, Widz

ę

 

tamaryndowca, jak w zieleni tonie, Nozdrza moje chwytaj

ą

  chciwie jego wonie, 

Pomieszane w mej duszy z pie

ś

ni

ą

 marynarzy. 

 
Gdy w ciepły zmierzch jesienny, zamkn

ą

wszy powieki, W zachwyt wprawia  mnie 

zapach piersi twej gor

ą

cej, Widz

ę

 beztrosk

ę

 brzegów faluj

ą

cej rzeki,  Której 

blaskiem zachwyca si

ę

 znu

Ŝ

one sło

ń

ce. 

 
Charles Baudelaire. 
 

Ś

mier

ć

 kochanków 

 
B

ę

dziemy mieli ło

Ŝ

e, pełne w

ą

tłych woni, Tak przepastne jak grobu  przesmutne 

otchłanie Oto na eta

Ŝ

erce kwiat ku nam si

ę

 kłoni, Tak smutny,  jak dalekie jego 

zakwitanie. 
 
Serca, gdy po

Ŝ

egnalnych łakn

ą

ce po

Ŝ

arów, Zakl

ę

te w jedno, jednym stan

ą

  si

ę

 

płomieniem, Jak bli

ź

niacze zwierciadła miłosnego 

Ŝ

aru My

ś

li naszych,  gdy 

czuło

ść

 woła o spełnienie. 

 
O zmroku, co barwami opalu zachwyca, Poł

ą

czy nas jedyna owa błyskawica,  Jak 

długi szloch, nad którym rozstanie zawi

ś

nie. 

 
A potem w uchylonych drzwiach Anioł si

ę

 zjawi, Wierny, pełen rado

ś

ci,  owa 

rado

ść

 sprawi, 

ś

e lustra znowu zal

ś

ni

ą

, a płomie

ń

 znów try

ś

nie. 

 
Charles Baudelaire. 
 
Klejnoty 
 

background image

Najdro

Ŝ

sza była naga. Znała serce moje - Klejnoty jeno na niej dyszały  

rozkosz

ą

, D

ź

wi

ę

cz

ą

ce ich bogactwo d

ź

wigała jak zbroj

ę

, Któr

ą

 maureta

ń

scy  

niewolnicy nosz

ą

 
Snop iskier brylantowych blask rozsiewa dziki, Klejnoty zda si

ę

 ta

ń

cz

ą

 i  

szyderczo brz

ę

cz

ą

, Cały ten amalgamat 

ś

wiatła i muzyki Budził i budzi we  mnie 

ekstaz

ę

 szale

ń

cz

ą

 
Legła na ło

Ŝ

u wreszcie. Wreszcie pozwoliła, Bym j

ą

 kochał. W u

ś

miechu  rozkoszy 

nie kryła, Słodycz miło

ś

ci mojej uparcie kruszyła Kaprysy jej -  w nadmorsk

ą

 

skał

ę

 fala biła. 

 
Utkwiła we mnie oczy. Tygrys pokonany, Przeci

ą

ga si

ę

, lubie

Ŝ

na, zarazem  

niewinna, W nagłych skr

ę

tach, gotowa do ci

ą

głej przemiany, Staje si

ę

 z  ka

Ŝ

d

ą

 

chwil

ą

 inna, coraz inna. 

 
Rado

ś

ci

ą

 dla mych oczu, zda si

ę

, niezmierzon

ą

, Te łab

ę

dzie, co, l

ś

ni

ą

ce  

oliwkowo, płyn

ą

: Wi

ę

c biodra jej i uda, nogi i ramiona, Brzuch i piersi,  

dojrzałe z mej winnicy wino, 
 
Sun

ę

ły ku mnie, spokój mój zdruzgota

ć

 chciały, Chytrzej ni

ź

li anioły  zła, i 

bezpowrotnie, Pragn

ę

ły str

ą

ci

ć

 dusz

ę

 z kryształowej skały, Gdzie  jej było 

spokojnie wielce, cho

ć

 samotnie. 

 
A lampa dogasaj

ą

c rozpraszała cienie I prószyła w sypialni

ę

 po

ś

wiat

ą

  ró

Ŝ

ow

ą

, A 

gdy strzeliło w gór

ę

 jasne jej westchnienie, Czerwieniła  kochance skór

ę

 

bursztynow

ą

 
Charles Baudelaire. 
 
W

ąŜ

 ta

ń

cz

ą

cy 

 
O droga moja, moja oboj

ę

tna, Chc

ę

, by twe ciało Niby materia l

ś

ni

ą

ca,  skr

ę

tom 

ch

ę

tna, Zamigotało! 

 
Brodz

ą

cy w twoich warkoczy g

ę

stwinie, Gorzko pachn

ą

cych, W morzu  bł

ę

kitu, 

br

ą

zu, który płynie W falach gin

ą

cych, 

 
Ja, niby okr

ę

t, ja, nagle ockni

ę

ty O 

ś

wicie, w wichrze, Chc

ę

, by mnie  morskie 

poniosły odm

ę

ty W niebo najcichsze. 

 
Oczy twe 

Ŝ

adnej prawdy nie odkryj

ą

 Łz

ą

, czy pieszczot

ą

, To dwa klejnoty  z lodu, 

a w nich 

Ŝ

yj

ą

 I stal i złoto. 

 
Widz

ę

, jak krok twój spr

ęŜ

a si

ę

, rozpr

ęŜ

a, Zwija, rozwija, Zda si

ę

Ŝ

e  widz

ę

 

ta

ń

cz

ą

cego w

ęŜ

a Na ko

ń

cu kija. 

 
Ci

ęŜ

ar twych my

ś

li główk

ę

 tw

ą

 dziewcz

ę

c

ą

 Łagodnie kłoni, Chwiejesz si

ę

  lekko i 

tak, jak si

ę

 wdzi

ę

cz

ą

 Młodziutkie słonie, 

 
Pochylasz ciało, wysmuklasz si

ę

 cała, Przy tobie płyn

ę

, A ty tu

Ŝ

 przy  mnie 

wzdłu

Ŝ

 mojego ciała Si

ę

gasz w gł

ę

bin

ę

 
Ta nawałnica, słysz

ę

, gro

ź

nie 

ś

piewa, Grzmi lodowcami, Gdy wilgo

ć

  twoich ust 

nagle pol

ś

niewa Mi

ę

dzy z

ę

bami! 

 
Wiem, gorzkie wino zawsze zwyci

ęŜ

ało, Pite szklankami, Niebo wilgotne  teraz mi 

usiało Serce gwiazdami! 
 
Sully Prudhomme 
 

background image

(1839-1907). 
 
Zim

ą

 

 
Zim

ą

, kiedy dni płyn

ą

 w monotonnym smutku, Biedne gniazdka ptasz

ę

ce gin

ą

  

powolutku, Wiatr pod niebem z ołowiu puste je kołysze, Zimne, mro

ź

nie  zakl

ę

te w 

skamieniał

ą

 cisz

ę

 
A potem, gdy wiosenne zawiej

ą

 podmuchy, Nie znajdziemy na trawie  szkielecików 

kruchych, Cho

ć

by

ś

my chcieli szuka

ć

 i wszystkie pozbiera

ć

.  Czy ptasz

ę

ta si

ę

 

kryj

ą

, kiedy chc

ą

 umiera

ć

 
Czy miło

ść

 nasza, krucha tak w ogromie 

ś

wiata, Stanie si

ę

 w oczach Boga  

nico

ś

ci

ą

 po latach? Niech

Ŝ

e zal

ś

ni bł

ę

kitem, nim we mgłach utonie Łz

ą

, bo  

przecie

Ŝ

 cho

ć

 jedna łza zostanie po niej. 

 
Sully Prudhomme. 
 
P

ę

kni

ę

ty wazon 

 
Kryształ, gdzie kwiat umierał sennie, Potr

ą

cił wachlarz, mały znak,  Lecz wazon 

prysł, l

ś

nił tak promiennie Dot

ą

d, a teraz smutno tak... 

 
Male

ń

kie zło, ale codziennie Gdy rano j

ą

trzy - chochlik zła -  Niedosłyszalnie, 

bezpromiennie Uczyni to, co czyni

ć

 ma... 

 
Jasna kropelka smutnie d

ź

wi

ę

czy, Gdy po szkle spływa, kwiatek zwi

ą

dł,  Nikt nie 

wie nic, a kryształ j

ę

czy, Tss... Cierpi bardzo, id

ź

cie st

ą

d... 

 
Nie tkni

ę

ty krzywd

ą

 w oczach 

ś

wiata, Co cz

ę

sto, s

ą

dz

ą

c, czyni bł

ą

d,  Kto

ś

 płacze 

- rana ro

ś

nie w lata - Kto

ś

 cierpi - tss, odejd

ź

cie st

ą

d... 

 
Sully Prudhomme. 
 
Piosenka 
 
Gdyby

ś

 si

ę

 mogła zadziwi

ć

 ogromem Łez samotnika, tego "bez ogniska",  

Przeszłaby

ś

 mo

Ŝ

e nieraz przed mym domem Zupełnie z bliska. 

 
Gdyby

ś

 wiedziała, co mog

ą

, panienko, Zrodzi

ć

 w przesmutnej duszy oczy  jasne, 

Mo

Ŝ

e spojrzałaby

ś

 w moje okienko, Jak w szcz

ęś

cie własne. 

 
Gdyby

ś

 wiedziała, ile szcz

ęś

cia mog

ą

 Da

ć

 narodziny serca w sercu, Bo

Ŝ

e!  Wtedy 

jak siostra, cicho, na mym progu Siadłaby

ś

 mo

Ŝ

e... 

 
Gdyby

ś

 przeczuła, 

Ŝ

e w mym sercu, tajnie, Rozkwita ogród mojego  kochania, Drzwi 

by

ś

 otwarła i weszła, zwyczajnie, Bez zapukania... 

 
Sully Prudhomme. 
 
Najwła

ś

ciwsza chwila dla miło

ś

ci 

 
Najwła

ś

ciwsza chwila dla miło

ś

ci To nie moment, gdy si

ę

 mówi: kocham,  To ułamek 

cichej szcz

ęś

liwo

ś

ci, Cho

ć

 j

ą

 czasem osmucimy troch

ę

 
Ona tkwi we współporozumieniu, W nagłym, a przelotnym serca zrywie, W  tej niby-
powadze, w której cieniu Sekret si

ę

 u

ś

miecha pobła

Ŝ

liwie. 

 
To ów dreszcz ramienia, kiedy na nim Kładziesz palce dr

Ŝą

ce, chwila  owa, Gdy 

to, niby wspólnie zaczytani, Nie przeczytali

ś

my ani słowa, 

 

background image

Czas ów, kiedy usta s

ą

 zamkni

ę

te, A wstydliwo

ść

 sama tyle wró

Ŝ

y, Kiedy  serce 

cisz

ą

 przenikni

ę

te Otwiera si

ę

 z wolna, jak p

ą

k ró

Ŝ

y. 

 
Stephane Mallarme 
 
(1842-1898). 
 
Gdy zechcesz 
 
Gdy zechcesz b

ę

dziemy si

ę

 kocha

ć

 Ustami twoimi w

ś

ród ciszy, Ta ró

Ŝ

a  zepsuje to 

nieco Złem, cho

ć

 tego zła nikt nie słyszy. 

 
Nigdy 

ś

piew tak bardzo nie pragn

ą

ł Zal

ś

ni

ć

 twoimi ustami, Którymi  b

ę

dziemy si

ę

 

kocha

ć

 W milczeniu, co kr

ąŜ

y nad nami. 

 
Niemy, niemy purpur

ą

 rozbłysn

ą

ł Sylf, co kołuje w

ś

ród nas, 

ś

ar  pocałunku 

prysn

ą

ł, Stał si

ę

 skrzydełkiem i zgasł, Je

ś

li zechcesz,  b

ę

dziemy si

ę

 kocha

ć

 
Stephane Mallarme. 
 
O najdro

Ŝ

sza z oddali 

 
O najdro

Ŝ

sza z oddali, bliska tak i biała, Gdy marzenie o tobie raje  przyszłe 

wie

ś

ci, Balsam rzadki, tajony w

ś

ród kłamliwych tre

ś

ci, Co  zamkn

ąć

 si

ę

 nie daje 

w omszałych kryształach. 
 
Wiesz o tym, tak! Min

ę

ły ju

Ŝ

 lata, lecz wsz

ę

dzie Widz

ę

 u

ś

miech cudowny  twój, to 

on przedłu

Ŝ

a Przepi

ę

kn

ą

 por

ę

 letni

ą

, gdy zakwita ró

Ŝ

a, Ta z  wczoraj, co i jutro 

tak

Ŝ

e ró

Ŝą

 b

ę

dzie. 

 
Serce moje niekiedy twoje pragnie spotka

ć

 W

ś

ród nocy, kiedy czuło

ść

  przyzywa 

ci

ę

 słodka, A uwznio

ś

la si

ę

 szeptem, mowa to siostrzana. 

 
Mał

ą

 twarzyczk

ę

 twoj

ą

 dały mi niebiosa, Kiedy cicho oznajmiasz mi, 

Ŝ

e  jest ci 

znana Inna rozkosz, gdy usta moje w twoich włosach. 
 
Paul Verlaine 
 
(1844-1896). 
 
Zwierzenie 
 
Ach, oaristis! Pierwsze miło

ś

nice moje! Złoto włosów, blask oczu,  rozkwitanie 

ciała, Jego młodo

ść

, zapachów słodkie niepokoje I  spontaniczno

ść

 pieszczot, 

zrazu tak nie

ś

miała! 

 
Jakie

Ŝ

 to ju

Ŝ

 odległe sny - ta pierwsza rado

ść

 Naiwno

ś

ci! Niestety! Cały  ów 

wiek złoty Wiosny! Na niej si

ę

 cienie czarnej zimy kład

ą

, Znudzenie i  odraza, i 

gorycz t

ę

sknoty! 

 
Dzi

ś

 jam pos

ę

pny, bardzo sam i zrozpaczony, Jak kto

ś

, kto zlodowaciał w  smutku 

niezgojonym, Osierocony, bł

ą

dz

ę

 po

ś

ród własnej biedy. 

 
O kobieto, w czuło

ś

ci słodka cho

ć

 szalona, Łagodna, zamy

ś

lona, nigdy nie  

zdziwiona, Która w czoło, jak dziecko, całuje niekiedy! 
 
Paul Verlaine. 
 
Rozmowa sentymentalna 
 

background image

W parku gdzie sm

ę

tne drzewa ku ziemi si

ę

 chyl

ą

, Dwie postacie zjawiły  si

ę

 oto 

przed chwil

ą

 
Oczy ich martwe, ustom niesporo oddycha

ć

, A co do siebie mówi

ą

 tu,  zaledwie 

słycha

ć

 
W starym parku, samotnym, chłodem osmuconym, Dwie zjawy chc

ą

 o

Ŝ

ywi

ć

, co  dawno 

minione. 
 
- Pami

ę

tasz ten szał zmysłów, który nas op

ę

tał? - Czemu to zapragn

ę

ła

ś

,  bym o 

tym pami

ę

tał? 

 
- Czy nie dr

Ŝ

y serce twoje, gdy wołaj

ą

 mnie? Czy widzisz mnie czasem  zaduman

ą

- Nie. 
 
- Te niewypowiedziane pi

ę

kne dni szcz

ęś

liwe, Gdy pocałunek ł

ą

czył nam  usta? - 

Mo

Ŝ

liwe. 

 
- Niebo 

ś

liczne, ogromn

ą

 nadziej

ą

 ci

ęŜ

arne? - Nadzieja, pokonana,  pierzchła w 

niebo czarne. 
 
Gdzie

ś

, w burzany ich owa powiodła rozmowa I tylko noc - jedyna -  słyszała te 

słowa. 
 
Paul Verlaine. 
 
Jest na cmentarzu drzewo pewne 
 
Jest na cmentarzu drzewo pewne, Najbujniej w 

ś

wiecie ulistnione. Nie  przez 

konwenans zasadzone, Cienie wzdłu

Ŝ

 grobu rzuca zwiewne. 

 
Latem czy zim

ą

 na tym drzewie Zawodzi ptak w przeczystym 

ś

piewie, A  piosnka 

jego smutnie wierna. 
 
Drzewo i ptak to nasza dola, Czas liczy nasze dni prze

Ŝ

yte, Ach, trwa

ć

  mi 

jeszcze u twych kolan! 
 

ś

y

ć

! Musz

ę

 jednak, pi

ę

kna moja, Nico

ś

ci podda

ć

 si

ę

 złowieszczej, Czy  cho

ć

 w 

twym sercu 

Ŝ

yj

ę

 jeszcze? 

 
Artur Rimbaud 
 
(1854-1891). 
 
Komedia w trzech pocałunkach 
 
Ach, naga była prawie cała, A gał

ąź

 na ur

ą

gowisko Z ogrodu w szyby  uderzała Tak 

bardzo blisko, bardzo blisko. 
 
Zasiadła w du

Ŝ

ym krze

ś

le, tkliwie Splotła ze sob

ą

 obie r

ę

ce, I tylko  dr

Ŝ

ały 

niecierpliwie Stopy dziewcz

ę

ce, tak dziewcz

ę

ce. 

 
Ujrzałem promyk zagubiony, Jak motyl, co skrzydełka mru

Ŝ

y, Na ustach  jej, na 

piersiach stromych, Le

Ŝ

ał jak owad w płatkach ró

Ŝ

y! 

 
Pie

ś

ciłem stopy jej co chwila, Zgrzytliwie 

ś

miała si

ę

 i długo,  Sko

ń

czyła w 

wiolinowych trylach Jak krwaw

ą

 gdzie

ś

 w krysztale strug

ą

 
Schowała stopy pod koszul

ę

. "Przesta

ń

" - krzykn

ę

ła, jakby chciała  Ukara

ć

 mnie, 

Ŝ

em pie

ś

cił czule, Lecz 

ś

miała si

ę

, wi

ę

c udawała. 

 

background image

Ucałowałem biedne oczy. Czuj

ą

c pod warg

ą

 powiek dreszcze, A

Ŝ

 nagle  głowa jej w 

tył skoczy: "Och, to jest rozkoszniejsze jeszcze!" 
 
"Powiem co

ś

 panu, prosz

ę

 pana..." Słów reszt

ę

 scałowałem cał

ą

Ś

miała  si

ę

 

ukontentowana, Wi

ę

c wszystko jej si

ę

 podobało... 

 
Ach, naga była prawie cała, A gał

ąź

 na ur

ą

gowisko, Z ogrodu w szyb

ę

  uderzała 

Tak bardzo blisko, bardzo blisko. 
 
Artur Rimbaud. 
 
Pustynia miło

ś

ci 

 
Była to tym razem kobieta, któr

ą

 ujrzałem w mie

ś

cie, Mówiłem z ni

ą

, ona  ze mn

ą

Le

Ŝ

ałem w łó

Ŝ

ku, w ciemno

ś

ciach. Powiedziano mi w pewnej chwili,  

Ŝ

e jest ona u 

mnie. I ujrzałem j

ą

 obok mnie, oddała mi si

ę

. Zaległa  ciemno

ść

. Ogarn

ą

ł mnie 

wielki niepokój, Mnie okrywały łachmany, ona  nale

Ŝ

ała do wielkiego 

ś

wiata. 

Nale

Ŝ

ało nakaza

ć

 jej odej

ść

, co za  strapienie! Posiadłem j

ą

, pozwoliłem jej, 

prawie nagiej, upa

ść

 z łó

Ŝ

ka.  I, w mojej niewypowiedzianej słabo

ś

ci, spadłem na 

ni

ą

. I wci

ąŜ

 w  ciemno

ś

ciach tarzałem si

ę

 wraz z ni

ą

 w

ś

ród dywanów. Ogromna 

lampa w  s

ą

siednim pokoju rozczerwieniła inn

ą

. Wtedy kobieta znikła. Łez wylałem  

wi

ę

cej ni

Ŝ

 Bóg mógłby 

Ŝą

da

ć

 ich ode mnie. Wyszedłem do miasta, które nie  miało 

granic. O utrudzenie! Czułem si

ę

 zatopiony w głuchej nocy po  ucieczce 

szcz

ęś

cia. Była to jak gdyby noc zimowa ze 

ś

niegiem, pragn

ą

cym  zdusi

ć

 

ś

wiat na 

zawsze. Przyjaciele, do których krzyczałem: Gdzie ona  jest, dawali odpowiedzi 
pełne fałszu. Stan

ą

łem przed witra

Ŝ

ami, tam,  dok

ą

d ona udawała si

ę

 co wieczór. 

Biegłem po zasypanym ogrodzie.  Odepchni

ę

to mnie. Niezmierny był mój płacz. 

Zaszedłem w ko

ń

cu do miejsca,  pełnego kurzu, Siadłszy na rusztowaniu, 

wypłakałem tej nocy wszystkie  łzy. Poj

ą

łem, 

Ŝ

e nale

Ŝ

e

ć

 b

ę

dzie ona do własnego 

Ŝ

ycia po wszystkie dni.  I 

Ŝ

e, gdyby wróciła, owa chwila dobroci byłaby dłu

Ŝ

sza 

ni

Ŝ

 

ś

wiatło  gwiazdy. Nie wróciła i nie wróci nigdy. Uwielbiona, która przyszła 

do  mnie, o czym nigdy nie potrafiłbym marzy

ć

. O doprawdy, tym razem płakałem  

bardziej zapami

ę

tale ni

Ŝ

 wszystkie dzieci 

ś

wiata. 

 
Georges Rodenbach 
 
(1833-1898). 
 
Nieobecno

ść

 

 
Tak, nieobecno

ść

 czyni swoje. Kiedy pani Spojrzała potem na mnie, bez  łez, 

oboj

ę

tnie, Była to ju

Ŝ

 jedynie nieczuło

ść

 bez granic, Pos

ą

g na  grobie mojej 

miło

ś

ci, tak pi

ę

knej. 

 
A kiedy, by w jej sercu roznieci

ć

 wspomnienia, Chciałem mówi

ć

 o  szcz

ęś

ciu 

dawnych naszych losów, W serce jej, niby w studni

ę

, wpadły echa  brzmienia Mych 

słów, i znikło wkrótce dr

Ŝ

enie mego głosu. 

 
Renee Vivien 
 
(1811-1909). 
 
Przedłu

Ŝ

 t

ę

 noc 

 
Przedłu

Ŝ

 t

ę

 noc, bogini, niech nas ona spali, Oddal od nas 

ś

witanie o  sandałach 

złotych, Ju

Ŝ

 srebrne zmierzchu strzały gdzie

ś

 z morza, z oddali  Rozpoczynaj

ą

 

swe loty. 
 
Kocham twe włosy, w cieniu złotych osłon skryte, Szkarłatne tak, jak  bywa dzie

ń

 

w purpurze sło

ń

ca, Gdy wino z kwiatów, wino z gwiazd nocy  wypite Chce miło

ś

ci 

bez ko

ń

ca. 

background image

 
Nie wiemy, co daruje nowy dzie

ń

, gdy wstanie, Nie wiemy, co nam niesie w  swych 

r

ę

kach jutrzenka, Dr

Ŝ

yjmy wi

ę

c przed przyszło

ś

ci

ą

, wci

ąŜ

 nasze  kochanie Jutra 

si

ę

 l

ę

ka. 

 
Widz

ę

 twój blask, cho

ć

 oczy si

ę

 przed 

ś

wiatłem mru

Ŝą

, U

ś

cisk nasz, nim  

znikniemy, niech zdwoi sw

ą

 moc, Bogini, co powolnej 

Ŝ

yczysz 

ś

mierci  ró

Ŝ

om, 

Przedłu

Ŝ

 t

ę

 noc... 

 
Emil Verhaeren 
 
(1858-1916). 
 
Słowa twe 
 
Słowa twe w wieczór owy tak przepi

ę

knie brzmiały, 

ś

e niew

ą

tpliwie  kwiatów 

girlanda spl

ą

tana Pokochała nas dwoje, a wi

ę

c kwiaty chciały Nas  poł

ą

czy

ć

 i 

spadły na nasze kolana. 
 
Mówiła

ś

 o tym wszystkim, co si

ę

 stanie z nami, Gdy jak owoc dojrzały i  los nasz 

dojrzeje, Jak to p

ę

kn

ą

 przeszkody wszelkie, a my sami Pójdziemy  w staro

ść

która 

Ŝ

yczliwie si

ę

 

ś

mieje. 

 
Twój głos wi

ą

zał mnie z tob

ą

 jak u

ś

cisk serdeczny. Miło

ść

 twa tak  spokojn

ą

 

kusiła urod

ą

ś

em, pełen szcz

ęś

cia ujrzał nasz los ostateczny,  Spl

ą

tane 

ś

cie

Ŝ

ki 

Ŝ

ycia, co do grobu wiod

ą

 
Charles van Lerberghe 
 
(1861-1907). 
 
Wybacz mi 
 
Wybacz mi, moja miło

ś

ci, 

ś

e nie widz

ą

 ciebie moje oczy, które s

ą

 pełne  ciebie, 

ś

e budz

ę

 si

ę

 obok ciebie tak cudownej, A nie widz

ę

 tej  cudowno

ś

ci, tak jak 

kwiat, Nie dostrzegaj

ą

cy jutrzenki, która go dotyka. 

 
Wybacz mi, je

ś

li oczy moje dzisiaj Nie odró

Ŝ

niaj

ą

 ciebie od 

ś

wiatła, A  twojego 

u

ś

miechu Od twoich łez, pełnych zdumienia. 

 
Wybacz mi, je

ś

li ciebie słucham, Nie słysz

ą

c ci

ę

Ŝ

e nie wiem, Czy to  ty, moja 

miło

ś

ci, mówisz do mnie, Czy moje serce, które wzdycha cichutko. 

 
Wybacz mi, je

ś

li słowa twoje Unosz

ą

 si

ę

 dookoła moich uszu, Jak 

ś

piew w  

ę

kitnym powietrzu, Albo skrzydło wiatru w moich włosach. 

 
Wybacz mi, je

ś

li dotykam ciebie w sło

ń

cu, Je

ś

li moje usta Dotykaj

ą

 ci

ę

  w

ś

ród 

ś

wie

Ŝ

o

ś

ci zmierzchu Mimo woli. 

 
Wybacz mi, kiedy wydaje mi si

ę

ś

e jestem blisko ciebie tam, gdzie  ciebie nie 

ma, Je

ś

li szukam ci

ę

, kiedy by

ć

 mo

Ŝ

e Ty wła

ś

nie spoczywasz w  moich ramionach. 

 
Guillaume Apollinaire 
 
(1880-1918). 
 
Miło

ść

, wzgarda i nadzieja 

 
Tuliłem ci

ę

 w ramionach jak goł

ą

bka Jak dziewczynk

ę

 Wzi

ą

łem ci

ę

 z cał

ą

  twoj

ą

 

pi

ę

kno

ś

ci

ą

 pi

ę

kno

ś

ci

ą

 bogatsz

ą

 Ni

Ŝ

 wszystkie zło

Ŝ

a Kalifornii W  czasach 

gor

ą

czki złota Syciłem moj

ą

 erotyczn

ą

 zachłanno

ść

 u

ś

miechem twoim  Twoimi 

background image

spojrzeniami twoim dr

Ŝ

eniem W dyspozycji mojej miałem nawet twoj

ą

  dusz

ę

 Kiedy 

obejmowałem ci

ę

 kurczowo a ty znosiła

ś

 Moj

ą

 moc i panowanie  S

ą

dziłem 

Ŝ

e wzi

ą

łem 

to wszystko a były to tylko zwidy I stałem si

ę

 podobny  do Ixiona po owej chwili 

Kiedy kochał si

ę

 w wyobra

Ŝ

eniu tej któr

ą

 nazywaj

ą

  Her

ą

 czy 

 
Niezwyci

ęŜ

on

ą

 Junon

ą

 I który mo

Ŝ

e poło

Ŝ

y

ć

 r

ę

k

ę

 Na ułudzie i który myli  si

ę

 I 

który wierzy 

Ŝ

e wypełni ramiona swoje Niebia

ń

skim lazurem S

ą

dziłem  

Ŝ

e wzi

ą

łem 

we władanie całe Pi

ę

kno a przecie

Ŝ

 miałem tylko twoje ciało  Ciało niestety nie 

posiada wieczno

ś

ci Ciało mo

Ŝ

e za

Ŝ

y

ć

 rado

ś

ci ale Nie  zawiera miło

ś

ci I teraz na 

pró

Ŝ

no Mógłbym próbowa

ć

 zgasi

ć

 Umysł twój On  ucieka ode mnie wszystkimi 

ś

cie

Ŝ

kami Zaw

ęź

lony niby kł

ę

bowisko 

Ŝ

mij Które  rozpraszaj

ą

 si

ę

 na wszystkie 

strony A pi

ę

kne twoje ramiona na horyzoncie  Dalekim to w

ęŜ

e O kolorze jutrzenki 

które zwieraj

ą

 si

ę

 W ge

ś

cie  po

Ŝ

egnania I staj

ę

 si

ę

 pomieszany zawstydzony Czuj

ę

 

si

ę

 um

ę

czony t

ą

  miło

ś

ci

ą

 Któr

ą

 ty tak pogardzasz Ciało me posuwa si

ę

 naprzód 

bez duszy I  jak

Ŝ

e mógłbym oczekiwa

ć

 

ś

e odzyskam twoje ciało to z wczoraj Skoro 

dusza  twoja tak bardzo oddaliła si

ę

 Ode mnie I 

Ŝ

e ciało twoje odnajdzie dusz

ę

  

Jak czyni

ą

 to wszystkie ciała 

Ŝ

yj

ą

ce O ty któr

ą

 posiadałem wył

ą

cznie  martw

ą

 

 
* * * 
 
A mimo wszystko nieraz Spogl

ą

dam daleko czy nie nadchodzi listonosz I  oczekuj

ę

 

jak rozkoszy Twego listu moje serce skacze jak sarna Kiedy  zobacz

ę

 

nadchodz

ą

cego wysłannika I wyobra

Ŝ

am sobie 

Ŝ

e zaraz Wejdziemy do  łodzi oboje 

sami A mo

Ŝ

e w trójk

ę

 i 

Ŝ

e nigdy Nikt na 

ś

wiecie nie b

ę

dzie  wiedział Nic o 

naszej miłej sercu podró

Ŝ

y ku niczemu Ku czemu innemu I  na zawsze Na tym morzu 

bardziej bł

ę

kitnym Jeszcze bardziej bł

ę

kitnym ni

Ŝ

  Jakikolwiek bł

ę

kit 

ś

wiata Na 

tym morzu gdzie nigdy nie zawoła si

ę

 Ziemia  Dla twojej czujnej pi

ę

kno

ś

ci moje 

pie

ś

ni Czystsze ni

Ŝ

 wszystkie słowa  Unios

ą

 si

ę

 bardziej swobodne jeszcze ni

Ŝ

 

fale Czy

Ŝ

 jest zbyt pó

ź

no serce  moje Na t

ę

 tajemnicz

ą

 podró

Ŝ

 Oczekuje nas barka 

to znaczy Nasza  wyobra

ź

nia A w rzeczywisto

ś

ci dosi

ę

gnie nas pewnego dnia Je

ś

li 

dusze  spoj

ą

 si

ę

 ze sob

ą

 Dla nadto pi

ę

knej pielgrzymki 

 
* * * 
 
Nu

Ŝ

e moje serce m

ęŜ

czyzny lampa dogasa Nalej w ni

ą

 twojej krwi Nu

Ŝ

e  

Ŝ

ycie moje 

podtrzymaj t

ę

 lamp

ę

 miło

ś

ci

ą

 Nu

Ŝ

e działo armatnie otwórz drog

ę

  I niech

Ŝ

wreszcie nadejdzie ów czas zwyci

ę

ski Umiłowany czas powrotu 

 
* * * 
 
Ofiarowuj

ę

 mojej nadziei oczy moje owe klejnoty Ofiarowuj

ę

 mojej nadziei  r

ę

ce 

moje palmy zwyci

ę

stwa Ofiarowuj

ę

 mojej nadziei stopy moje rydwan  triumfalny 

Ofiarowuj

ę

 mojej nadziei usta moje ów pocałunek Ofiarowuj

ę

  mojej nadziei 

nozdrza moje wdychaj

ą

ce Kwiaty pół-zła Ofiarowuj

ę

 mojej  nadziei serce moje ex-

voto Ofiarowuj

ę

 mojej nadziei cał

ą

 przyszło

ść

 Która  dr

Ŝ

y jak mały ognik Daleko 

w lesie 
 
Guillaume Apollinaire. 
 
La Loreley 
 
Jasnowłosa czarodziejska 

Ŝ

yła sobie gdzie

ś

 w oddali I sprawiła 

Ŝ

e  pomarli 

wszyscy ci co j

ą

 kochali Gdy w czas jaki

ś

 w trybunale zagrzmiał  głos biskupiej 

mo

ś

ci Z góry j

ą

 ułaskawiono tyle było w niej pi

ę

kno

ś

ci  Cudna Loreley w twych 

oczach brylantowa zorza pała Od jakiego czarodzieja  czarodziejstwo otrzymała

ś

 

Znu

Ŝ

yło mnie 

Ŝ

ycie moje oczy me przekle

ń

stwo  pali Gdy

Ŝ

 zgin

ę

li ci co kiedy

ś

 na 

mniej tutaj spogl

ą

dali Moje oczy nie  brylanty moje oczy to płomienie W te 

płomienie rzu

ć

cie prosz

ę

 całe moje  omamienie Pi

ę

kna Loreley ja płon

ę

 ty

ś

 ów 

płomie

ń

 roznieciła Niechaj ci

ę

  kto inny s

ą

dzi odk

ą

d na mnie czar rzuciła

ś

 

Ś

miejesz si

ę

 biskupie raczej ty  si

ę

 za mn

ą

 wstaw modłami Umiera

ć

 mi tedy dozwól 

i niech Bóg zostanie z  wami Mój kochanek odszedł teraz gdzie

ś

 dalek

ą

 bardzo 

background image

drog

ą

 Sprawcie wi

ę

c  bym umrze

ć

 mogła nie pokocham ju

Ŝ

 nikogo Ile

Ŝ

 bólu sprawia 

serce gdy on  tuła si

ę

 po 

ś

wiecie Gdybym w moj

ą

 twarz spojrzała umarłabym i tak 

przecie  Biskupie niech tu przyb

ę

dzie trzech rycerzy oddział zbrojny W klasztor  

wied

ź

cie t

ę

 kobiet

ę

 wszak jej umysł niespokojny Id

ź

 wi

ę

c Loro w twoich  oczach 

obł

ą

kanie rozgorzało B

ę

dziesz teraz tam w klasztorze jeno mniszk

ą

  czarnobiał

ą

 I 

tak przyjdzie im we czworo dług

ą

 drog

ę

 t

ę

 przemierzy

ć

 Oczy  Lory l

ś

ni

ą

 gwiazdami 

kiedy błaga swych rycerzy Dozwólcie mi wspi

ąć

 si

ę

 w  gór

ę

 na najwy

Ŝ

szej skale 

stan

ę

 Bym raz jeszcze ujrze

ć

 mogła stamt

ą

d mój  czarowny zamek Niech

Ŝ

e jeszcze 

raz zobacz

ę

 stamt

ą

d w rzece me odbicie Nim  w klasztorze wie

ść

 rozpoczn

ę

 

dziewicze i wdowie 

Ŝ

ycie Wtem na szczycie  wiatr roztargał włosy jej i szaty 

skraj A rycerze zakrzykn

ę

li Loreley o  Loreley Widz

ę

 w dole łódka płynie fala 

Renu j

ą

 porywa Tam przy sterze mój  kochanek on mnie dostrzegł on mnie wzywa 

Serce si

ę

 w niej rozaniela dusza  kochankowi rada Wi

ę

c pochyla si

ę

 pochyla 

Loreley do Renu wpada I  zobaczysz j

ą

 z pewno

ś

ci

ą

 kiedy w kraj zawitasz ten 

Złoto włosom daje  sło

ń

ce zasi

ę

 bł

ę

kit oczom Ren 

 
Henri de Regnier 
 
(1864-1936). 
 
Odeletka 
 
Je

ś

li mówiłem o miło

ś

ci mojej, Mówiłem to do strumienia płyn

ą

cego z  wolna, 

Który słucha mnie, kiedy si

ę

 nad nim pochylam. Je

ś

li mówiłem o  miło

ś

ci mojej, 

Mówiłem do wiatru, Który za

ś

miewa si

ę

 i szepcze co

ś

 w

ś

ród  gał

ę

zi. Je

ś

li mówiłem 

o miło

ś

ci mojej, mówiłem do ptaka, Który mija mnie  

ś

piewaj

ą

c Wraz z wiatrem. 

Je

ś

li mówiłem, mówiłem w kierunku echa. 

 
Je

ś

li kochałem miło

ś

ci

ą

 wielk

ą

, Smutny czy radosny, To dzi

ę

ki twoim  oczom, 

Je

ś

li kochałem miło

ś

ci

ą

 wielk

ą

, To dzi

ę

ki twoim ustom słodkim i  dojrzałym, To 

dzi

ę

ki twoim ustom. Je

ś

li kochałem miło

ś

ci

ą

 wielk

ą

, To  dzi

ę

ki twemu koj

ą

cemu 

ciału i 

ś

wie

Ŝ

o

ś

ci twych słów, A teraz szukam twojego  cienia. 

 
Oskar Miłosz 
 
(1877-1939). 
 
Piosenka 
 
Oto jestem, droga moja niegdysiejsza, Kwiatów twych melancholijna wo

ń

  

przetrwała, Ty

ś

 mnie jednak, moja najpi

ę

kniejsza I najmilsza, ty

ś

 mnie  nie 

poznała! 
 
Przeszło

ść

 poprzez 

ś

wiatło lamp przeziera, Ty

ś

 

ś

ledziła trop moich  woja

Ŝ

y, 

Annie, jaki

Ŝ

 osobliwy teraz W blasku tamtych lamp zarys twej  twarzy! 

 
Lat trzydzie

ś

ci toczyły si

ę

 koła, Przyjaciółko, jestem tu z powrotem!  Dawne 

nasze dni usn

ę

ły zgoła, Usypiane dozna

ń

 kołowrotem... 

 
- Wi

ę

c wróciłe

ś

, wi

ę

c to ty, kochanie! Szybko lustro, w którym tylko  zmierzch 

starze

ć

 si

ę

 gotów, Szybko suknia w barwach z lat rozstania,  

Ś

wi

ęć

my, 

ś

wi

ęć

my 

dzie

ń

 twego powrotu! 

 
- O kochanko dawna, suknia szara I gdzie

Ŝ

 na niej tamtych chwil  desenie? Lustro 

zaszło bielmem, ty w nim stara, Ty, co

ś

 dzisiaj ju

Ŝ

 tylko  wspomnieniem. 

 
Moja zamy

ś

lona niegdy

ś

! Wspomnie

ń

, Roje

ń

 naszych nikt si

ę

 nie dowoła!  

ś

egnaj, 

Ŝ

egnaj, Annie, nic tu po mnie! Lat trzydzie

ś

ci toczyły si

ę

  koła... 

 
Anna de Noailles 
 

background image

(1876-1938). 
 
Dar 
 
To dla was, zakochani, w wierszach tych roiłam Miłosny 

ś

wiat, A w nich,  jak 

dzieci w mi

ąŜ

szu jabłek, zostawiłam Mych z

ę

bów 

ś

lad. 

 
Głow

ę

 moj

ą

 i dłonie po

ś

ród owych kartek Znale

źć

 by

ś

 mógł, Gdzie  płakałam, jak 

płacze burza w

ś

ród otwartych Na o

ś

cie

Ŝ

 dróg. 

 
Ujrzycie w ksi

ąŜ

ce mojej czoło me i oczy I gorzki cie

ń

, I miłosne  szale

ń

stwo, 

co kirem otoczy, Gdy wnikniesz we

ń

 
Zostawiam wam i jasny rumieniec mej twarzy W promieniach stu, Serce  słabe, cho

ć

 

tyle odwa

Ŝ

ne, by marzy

ć

, Kocha

ć

 bez tchu. 

 
Serce moje to tylko lniany kł

ę

bek mi

ę

kki Miłosnych losów, 

Ś

wit mojego  policzka, 

nocy czer

ń

 i bł

ę

kit W g

ą

szczu mych włosów. 

 
St

ą

pam po smutnych piaskach ubogiego kraju Ostatni

ą

 z dróg, A nawet  

najn

ę

dzniejsi włócz

ę

dzy nie maj

ą

 Tak bosych nóg. 

 
Zostawiam wam upalny ogród, gdzie rozsnute Ró

Ŝ

e i las, On pachnie w  wierszach 

moich. I bezmierny smutek Po wieczny czas. 
 
Anna de Noailles. 
 
Czas 

Ŝ

ycia 

 
Ju

Ŝ

 si

ę

 

Ŝ

ycie gor

ą

ce ku zmierzchowi skłania, To młodo

ść

 - miło

ś

ci pora,  Krótki 

czas dzieli wino od dni winobrania, 

Ś

wit od wieczora. 

 
Spraw, i

Ŝ

by kwietnej woni z dniem ka

Ŝ

dym przybyło 

Ś

ród rozta

ń

czonej  fali, 

Kochaj nadziej

ę

, dum

ę

, wysiłek - wi

ę

c miło

ść

 - To ci

ę

 ocali. 

 
Ile

Ŝ

 ju

Ŝ

 serc w pochodzie uszło nieustannym Tam, gdzie wieczna  samotno

ść

, Nie 

wiedz

ą

c, co to znaczy miód i wiatr poranny W chwil

ę

  ulotn

ą

 
Ile

Ŝ

 tam istot ludzkich, drzewu s

ą

 podobne, Kiedy usycha, One nie  smakowały 

Ŝ

ycia, kiedy zdobne I w krzyk, i w cicho

ść

 
Nie rozsiały po 

ś

wiecie istnie

ń

 swych, jak złota, Cho

ć

 miały pełne  r

ę

ce, Teraz 

zasn

ę

ły smutne, a wieczna t

ę

sknota Tam, i nic wi

ę

cej. 

 
Ty 

Ŝ

yj i twe pragnienia rozrzu

ć

 niezliczone W dreszczu ekstazy, Kochaj,  ch

ę

tny 

miło

ś

ciom, niechaj z ciebie one Czerpi

ą

 jak z wazy. 

 
Gorycz upoje

ń

 dzikich z 

Ŝ

yciem toczy bój, Spraw, by, co martwe, o

Ŝ

yło,  Niech na 

twych ustach 

ś

piewa niby pszczeli rój Rado

ść

 i miło

ść

 
A potem patrz bez 

Ŝ

alu, jak zdradza ci

ę

 wszystko 

Ś

nione w marzeniach,  Rzucaj

ą

serce twe, jak na ur

ą

gowisko, Gdzie

ś

 w stron

ę

 cienia. 

 
Paul Valery 
 
(1871-1945). 
 
Jak

Ŝ

e pokornie, czule 

 
Jak

Ŝ

e pokornie, czule, na prze

ś

licznym grobie, W

ś

ród oboj

ę

tnych  pomników, Gdzie 

tyle zjaw, porzuce

ń

 i miło

ś

ci bez liku, Gdzie czar twych  zm

ę

czonych dotyków, 

background image

Gin

ę

, padam, umieram na tobie. Ledwie wszak

Ŝ

e upadn

ę

  tam, gdzie nic nie czuj

ę

Tu, gdzie grób rozpostarty ku prochom mnie  wzywa, Ciebie, pozornie zmarł

ą

Ŝ

ycie znów porywa, Drgn

ę

ła

ś

, otwarła

ś

  oczy, gryziesz i czarujesz, I co dzie

ń

 

mnie na nowo pogr

ąŜ

asz w niebycie,  Który mi dro

Ŝ

szy ni

Ŝ

 

Ŝ

ycie. 

 
Paul Valery. 
 
Przyjazny las 
 
Gdy

ś

my obok siebie szli bez słowa, Z dłoni

ą

 w dłoni id

ą

cy ku 

ś

wiatu,  My

ś

li 

czysto

ść

 była kryształowa Po

ś

ród mrocznych mi

ę

dzy nami kwiatów. 

 
Szli

ś

my niby para narzeczonych Sami w noc na ł

ą

k

ę

 szmaragdow

ą

, Kiedy  ksi

ęŜ

yc 

dla niedowarzonych To przyjaciel, to ba

ś

niowy owoc. 

 
Potem zmarli

ś

my na mchu, daleko, Sami, po

ś

ród łagodnego cienia  Intymnego lasu, 

on urzekał 
 
Szeptem, my za

ś

 w górze, gdzie

ś

 w promieniach Pot

ęŜ

nego 

ś

wiatła, zlani  łzami. 

Lesie, kompanionie ciszy mi

ę

dzy nami! 

 
KONIEC