background image

Doranna Durgin 

Tajemnicza kobieta 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Zawsze odbywa się to w jakichś magazynach, 

pomyślała Bethany Riggs. Dokonała w myślach 
przeglądu broni, jaką dysponowała, ponownie 
sprawdziła boczną kieszeń kurtki, upewniając się, 
że ma pod ręką swojego sigsauera, po czym wyszła 

na pogrążoną w ciemności otwartą przestrzeń do­
ku. Co prawda takie magazyny nie zawsze znaj­
dują się w Kapsztadzie, w Republice Południowej 

Afryki... ale mimo wszystko... 

Dzisiaj, w zimną noc, przejmie szpiega. 
Nadrabiając miną, zmarznięta od wielogodzin­

nego czuwania na dziesięciostopniowym mrozie, 
Beth otuliła się ciaśniej ocieplaną kurtką. Przybyła 
na miejsce późnym wieczorem, wkrótce po tym, 
jak Lieta Denisowa nawiązała kontakt. Nie miała 
czasu na zbadanie terenu w dziennym świetle. 
Wzdłuż długiego nabrzeża południowej części do­
ków Table Bay ciągnęły się składy i ładownie, 
w powietrzu unosił się zapach oleju napędowego 
i spienionej morskiej wody. 

background image

10 Doranna Durgin 

Szkoda, że nie miała okazji dokładniej spraw­

dzić okolicy. 

Cóż, nikt inny też tego nie zrobił, i o to 

najpewniej chodziło Liecie. Wielu ludziom zależało 
na Liecie Denisowej... wielu też chciało ją za­

wrócić, zatrzymać, a najlepiej ujrzeć martwą. 

Tymczasem to Beth ją przejmie - na warunkach 

Liety. Rosjanka, zdradzona przez kochanka, szuka­
ła zarówno bezpiecznego schronienia, jak i okazji 
do zemsty. W zamian za ochronę oferowała infor­
macje o jego siatce szpiegowskiej, działającej na 
arenie międzynarodowej, a sprzyjającej terrorys­
tom. Oficer ze Stony Man Farm, prowadzący Beth, 

podchwycił jej propozycję i ochoczo powierzył 
zadanie. Stony Man, MI6, CIA-wszystkie te tajne 

organizacje polowały na superszpiega Kapocza 
Jegorowa. Ale po nieudanym spotkaniu z CIA Lieta 
zwróciła się właśnie do Stony Man. Możliwie 

najdyskretniej, jak w każdej tego typu operacji. 

Tak, ja też będę ostrożna, zdecydowała Beth. 

Dotarłszy na koniec długiego ciągu magazynów 
i dźwigów towarowych, przykucnęła na chwilę. 
Czuła się swobodnie w czarnych ocieplaczach 
nałożonych na dżinsy biodrówki. Sięgające nad 
kostkę adidasy kiepsko grzały, ale zapewniały 
niezbędną swobodę ruchu. Wkrótce, zanim w do­
kach rozlegną się pierwsze odgłosy oznaczające 

początek dnia pracy, pojawi się Lieta Denisowa. 

W tej chwili na końcu doku unosił się tylko jeden 

statek, poskładane kontenery leżały na miejscu 
w magazynach, teren sprawiał wrażenie opus-

background image

Tajemnicza kobieta 11 

toszałego. W powietrzu niósł się mocny zapach 
morza, a jedynym słyszalnym dźwiękiem były fale 
rytmicznie uderzające o nabrzeże. 

Jednym słowem cisza i spokój. 
Ale nie dla Beth! Napięcie wypływające z ciem­

ności wyostrzało zmysły, otwarta przestrzeń 
wzmagała poczucie zagrożenia. Różne mogły być 
scenariusze wyjścia z ewentualnych kłopotów, 
najczęściej jednak przewidywały skok do zimnej, 
jakże zimnej wody Table Bay, a i tak istniały duże 
szanse wpadnięcia w pułapkę na końcu nabrzeża. 
Widziane w perspektywie wyniosłe, nieruchome 
szkielety portowych dźwigów nakładały się na 
siebie i trudno było odróżnić jeden od drugiego. 
Beth sięgnęła do obszernej kieszeni kurtki, wyjęła 
noktowizor marki Phantom i dokładnie zlustrowa­
ła doki, pokład statku oraz dźwigi. Mężczyzna, 
którego wcześniej namierzyła na statku, nie zmie­
nił miejsca, stał pochylony na końcu relingu, a jego 
pozycję znaczyło żarzące się światełko papierosa. 
Poza nim nie było widać nikogo. 

Co nie znaczy, że ich tam nie ma. Przyczajo­

nych jak ona. Ukrytych. 

Zerknęła na zegarek. Już niedługo. Potem wyj­

dzie z ukrycia i to samo zrobi Lieta Denisowa. 
Spotkają się, ocenią nawzajem... po czym Lieta 
odejdzie z Beth. 

Albo i nie. 

Na dobrą sprawę nie będzie miała wyboru. 

Sprawy zaszły już za daleko. Barbara Price ze Stony 
Man Farm wyraźnie dała do zrozumienia, że Stony 

background image

12 Doranna Durgin 

Man chce mieć tę kobietę. Bardzo chce. A jeśli Lieta 
Denisowa nie znajdzie bezpiecznego schronienia, 
jej dni będą policzone. 

Beth jeszcze raz sprawdziła teren, spojrzała 

na zegarek i schowała noktowizor. Wypros­
towała się i rozluźniła nogi, robiąc kilka pod­
skoków w miejscu. Żaden tancerz nie wyjdzie 
na scenę bez rozgrzewki, a ten występ będzie 
czystą improwizacją. Może zwykłym spacer­
kiem, a może jakimś niezwykłym popisem akro­

batycznym... 

Wystartowała spacerowym krokiem, wyszła 

zza magazynu i pomaszerowała długim nabrze­
żem, jak gdyby nigdy nic. Z rękami w kieszeniach, 
jakby je chroniła przed chłodem, lewą dłoń zacis­
kała na rękojeści pistoletu, prawą obejmowała 
składaną pałkę. 

W 1652 roku port zyskał przydomek, który 

sugerował ciepłe powitanie i wygody na użytek 
strudzonych podróżników: Tawerna Mórz. Pora 
sprawdzić, jak ciepło powita Lietę Denisowa. 

Jeśli Lieta w ogóle się pokaże. 
Beth doszła do końca nabrzeża i znów wyjęła 

noktowizor. Mężczyzna na statku dopalił już 
papierosa i zszedł pod podkład, nic nie wskazywa­
ło na czyjąś jeszcze obecność. Chyba że... Uwagę 
Beth przykuł obły cień przy magazynie. Dokład­

niejsze oględziny nie ujawniły niczego szczególne­
go, ale nauczona doświadczeniem Beth wiedziała, 

że trzeba mieć oko na wszystko. Sprężyła się. 

Wreszcie się zaczyna. 

background image

Tajemnicza kobieta 13 

Zawróciła jakby od niechcenia, umyślnie kieru­

jąc się w stronę, gdzie był większy cień. 

Nie pomyliła się. Ciężkie buty zaszurały na tyle 

głośno, że Beth zdążyła się odwrócić i stanąć 

przodem do ich właściciela, porzucając wszelkie 
udawanie. 

- Znam lepsze miejsce na spacer - odezwał się 

przysadzisty mężczyzna, wychodząc z cienia. Są­

dząc po pokaźnych muskułach pod cienką kurtką, 
gość mógł być robotnikiem portowym. Mówił 
z ciężkim południowoafrykańskim akcentem, nie­
wyraźnie, połykając końcówki słów, ale Beth rozu­
miała go bez trudu. - Rozgrzałem się dopiero na 
twój widok. 

- Odejdź - rzuciła szorstko. - Jestem zajęta. 
- Amerykanka - zauważył nie tyle zdziwiony, 

ile zadowolony. - Nigdy nie miałem Amerykanki. 

- Dobra, dobra - machnęła ręką, jakby chciała 

go przegonić. - Powiedziałam, że jestem zajęta. 
Zjeżdżaj. 

- Amerykanki są miłe - powiedział, podcho­

dząc bliżej. Miał przydługie, rzadkie włosy pod 
nisko nasuniętą czapką z daszkiem, wielodniowy 
zarost i zalatywał nieświeżym piwem. - Tylko nie 
są ciekawe innych miejsc i kultur. Głupio robią. 

- Może jestem głupia, ale na pewno nie miła. 

- Była zła. Spojrzała na zegarek i sklęla w duchu 

kretyna. Co za idiotyczna zbieżność czasu. Poszła 
dalej, tym razem szybciej, chcąc zwiększyć dys­
tans między nimi, zanim dojdzie do jakiejś wymia­
ny słów, która mogłaby ją rozproszyć. 

background image

14 Doranna Durgin 

Facet nie posłuchał, dopadł ją dwoma susami, 

kładąc łapę - tak jak się spodziewała - na jej 
ramieniu i chwytając za materiał kurtki. Odwrócił 
Beth przodem do siebie i wyraz oczekiwania na 
jego twarzy zamienił się w zdumienie, nie tylko 
bowiem nie stawiła oporu, ale jeszcze ułatwiła mu 
zadanie, odwracając się szybciej, niż mógł się 
spodziewać. Fachowym ruchem błyskawicznie ot­

worzyła składaną pałkę i smagnęła nią mężczyznę 

po potężnie umięśnionym udzie. 

Zawył z bólu, zgiął się w pół i spotkał się oko 

w oko z lufą jej pistoletu. Wsunęła mu ją pod brodę 
i zadarła głowę, zmuszając, by na nią spojrzał. 

- Nazywa się Wyatt* - powiedziała niemal 

pieszczotliwie i docisnęła wylot lufy do zarośniętej 
twarzy nieznajomego. - Jest bardziej niezawodny 

niż wszystkie chłopaki, jakich kiedykolwiek mia­
łam, ale ze skłonnością do przedwczesnego... 
eee...wytrysku, jeśli chwytasz, co mówię. No właś­
nie... wspomniałeś coś o jakimś spacerze, jeśli 
dobrze słyszałam. Czy przypadkiem nie idziesz 

w przeciwnym kierunku, i to szybkim krokiem 
Bo ja, jak już wspomniałam... jestem zajęta. 

- Nie chciałbym... nie chcę cię... zatrzymywać 

- wykrztusił. 

- Zabawne, że to samo mówi większość męż-

* Wyatt Earp (1848-1929) - szeryf, barwna postać 

Dzikiego Zachodu. Bohater licznych filmów. Kiedy wy­
mierzał sprawiedliwość, wygłaszał formułkę: „Nazywam 

się Wyatt".(Przyp. tłum.) 

background image

Tajemnicza kobieta 15 

czyzn, których znam - zapewniła Beth, cofając się 
na tyle, żeby typek mógł odejść. 

Skorzystał z okazji i pokuśtykał, klnąc pod 

nosem: 

- Jakaś porąbana kretynka! - Szybko opuścił 

dok i skierował się w stronę nabrzeża zwanego 
Victoria and Albert Waterfront, zarezerwowanego 
dla amerykańskich turystów. 

Miał pecha, bowiem Beth daleko było do turyst­

ki. Szybko o nim zapomniała, schowała Wyatta do 
kieszeni i ponownie ścisnęła dłonią pałkę. 

- Świnia. - Słowo, które dobiegło z najciem­

niejszego miejsca koło magazynu, było zaprawione 

pogardą i wypowiedziane z rosyjskim akcentem. 

- Powinnaś mu była dać nauczkę. 

- Dałam - łagodnie odpowiedziała Beth. Teraz 

jeszcze ta Rosjanka z pretensjami, pomyślała. 

- Zasłużył na więcej, ale nie było sensu, żebym 

z jego powodu narażała na niebezpieczeństwo mój 
kontakt... z tobą. Lieta Denisowa, prawda-

- Tak, to ja. - Lieta wyszła zza sterty palet 

opartych o budynek. Skąpe światło księżyca poma­
lowało jej włosy na czarno i nie pozwalało dojrzeć 
koloru oczu, ale nie pozostawiało wątpliwości co 
do zgrabnej, smukłej sylwetki, czy drogiego, acz 
dyskretnie eleganckiego długiego płaszcza, który 
miała na sobie. - Możesz dowieść, że jesteś tą, 
której oczekuję- Flash to twój pseudonimu 

- Oczywiście artystyczny - odpowiedziała Beth. 

Flash pochodziło od Flashdance. Zbyt skompliko­
wany pomysł, ale całkowicie jej własny. - Jestem 

background image

16 Doranna Durgin 

błyskawiczna w tańcu. Gdybym nie była, spar­
taczyłabym już coś do tego czasu. Chodźmy stąd. 

- To zbyt proste. - Lieta wypowiedziała te 

słowa z lekkim rozbawieniem. - Nawet nie pytasz 
o informacje, które wam obiecałam 

- Mówię, żebyśmy się wyniosły, zanim na­

tkniemy się na kolejnych zbyt towarzysko na­
stawionych bywalców tej okolicy. Byłoby dobrze, 
gdybyśmy przed pojawieniem się pierwszych do-
kerów znalazły się w przyzwoitym, przytulnym 
pokoju hotelowym. Jeśli mi tam nie pokażesz tego, 
co masz, ciągle jeszcze mogę odejść i zostawić cię 
komuś innemu. 

- Skąd mam wiedzieć, czy nie urządziłaś za­

sadzki w tym przytulnym hotelowym pokoju-

- Jak uważasz, wybór należy do ciebie. Albo mi 

zaufasz, albo zostajesz tutaj. - Oczywiście Beth nie 
dopuściłaby do tego, ale nie zaszkodzi, jeśli Lieta 
przez chwilę w to uwierzy. 

Lieta odrzuciła do tyłu głowę, by spojrzeć na 

Beth, aż zakołysały się jej długie do ramion włosy 
i zaraz opadły ciężko. Brudne, pomyślała Beth. 
Gdziekolwiek Lieta spędziła noc, nie był to przytul­
ny, przyzwoity hotelowy pokój. I na pewno nie 
miał bieżącej wody. 

- Wystawanie na odkrytym terenie nic nie da 

- odezwała się nagle kobieta. 

- Twój wybór - przypomniała Beth, patrząc 

kątem oka na Lietę, a jednocześnie ponownie 
lustrując dok. Przecież Pan Towarzyski może tu 

jeszcze wrócić. Może też sprowadzić drugiego 

background image

Tajemnicza kobieta 17 

Pana Towarzyskiego, a nawet cały gang Towarzys­
kich Panów. 

- Nie wiedziałam, kiedy wybierałam to miej­

sce... - zawahała się Lieta. - Podejmowano już 
próby - dodała. - Te twoje CIA... jestem pewna, że 
moje nieudane spotkanie z nimi nie było przypad­
kowe. Nie czują się pewni. 

- CIA nie jest moje - żachnęła się Beth. - Chodź­

my już. Obok, na nabrzeżu, jest pełno hoteli. 
Przyjrzymy się sobie, przekażesz mi mały dowód 
swojej dobrej woli, a potem zadzwonimy na 
obsługę hotelową. - Niezupełnie na obsługę, co 
prawda... Lieta pewnie jest głodna, ale dostanie jeść 
dopiero po wsadzeniu jej do eleganckiego, anoni­
mowego auta, którym pojedzie na lotnisko, gdzie 
będzie czekać odrzutowiec należący do Stony 
Man. 

- Mały dowód mojej dobrej woli - urażonym 

tonem powtórzyła Lieta. - Mam schemat działania 
i strukturę siatki Jegorowa, opracowane tak, żeby 
cię usatysfakcjonować. 

Nie tylko urażona. Za afektowaną wyniosłością 

wyczuwało się ból. 

- To prawda - przyznała Beth, przypominając 

sobie otrzymane informacje. Jegorow i Lieta byli 
kochankami... a potem Jegorow, obojętne, czy 
okazał się umierający, czy nie, zaczął manipulować 
swoim majątkiem, kombinując, jak wyrokować 
Lietę. - Ty go naprawdę kochasz, coś-

- Zdradził mnie. - Głos Liety zabrzmiał lo­

dowato. Ściągnęła pasek eleganckiego płaszcza, 

background image

18 Dorantta Durgin 

energicznym krokiem dogoniła Beth i narzuciła 
ostre tempo. 

- A ty teraz zdradzasz jego - powiedziała Beth. 

- I na tym to wszystko polega, tak? 

- Po pierwsze i nade wszystko dbam o własne 

bezpieczeństwo. - Obcasy wysokich butów Liety 
stukały o nawierzchnię, zagłuszając prawie bez-
szmerowe kroki Beth. Po chwili Rosjanka zwol­
niła, a jej głos złagodniał i posmutniał. - To nie ma 
znaczenia. On wkrótce i tak umrze. Nie dowie się, 
co tu robię. 

A więc Kapocz Jegorow jest umierający. Dzięki 

informacji Liety organizacja Stony Man będzie 
mogła dobrać się do jego organizacji w najdogod­
niejszym czasie... w okresie przejściowym między 
śmiercią Jegorowa a ustanowieniem jego następcy. 

- Dotrze do niego, że to zrobiłaś - zauważyła 

Beth, gdy zbliżały się do ostatniego dźwigu. - Na 
jego miejscu wkurzyłabym się jak cholera. Dowie 
się na pewno. 

Lieta przystanęła i rzuciła Beth wściekłe spojrze­

nie. W jej oczach można było wyczytać całą moc 
charakteru. Beth zrozumiała, jakim cudem ta ko­
bieta przetrwała, a nawet świetnie prosperowała 
w bezwzględnej organizacji Jegorowa. Lieta wsu­
nęła rękę pod płaszcz z wielbłądziej wełny i tylko 
kamienny spokój na jej ładnej twarzy powstrzy­
mał Beth przed naciśnięciem na spust pistoletu, 
który cały czas ściskała w kieszeni. Lieta na pewno 

nie miała wątpliwości codo jego istnienia, Beth zaś 
nie próbowała udawać, że go tam nie ma. 

background image

Tajemnicza kobieta 19 

Chwilę mierzyły się wzrokiem, w końcu Lieta 

wyjęła maleńką płytę, ujęła ją w dwa palce i zako-
łysała z wdziękiem. Nie spuszczając oczu z Ros­
janki, Beth odebrała krążek, muskając przy okazji 
jej gładką giemzową rękawiczkę. 

- Proszę bardzo - powiedziała Lieta. - To na 

początek. Ale w zamian oszczędź mi swoich ko­

mentarzy. 

Beth zbyła uwagę wzruszeniem ramion, wsunę­

ła płytę do saszetki zamykanej na suwak i przy­
czepionej na rzepy wewnątrz nogawki dżinsów. 
Pasowała jak ulał. 

- Okey - powiedziała. - Tylko się pospieszmy, 

dobrzeć Czy wiesz, że przeciętna oceaniczna fala 
waląca w jednomilowy odcinek plaży niesie więcej 
energii, niż wydzieliłby silnik o mocy trzydziestu 

pięciu tysięcy koni mechanicznych?- Poza tym te 
fale są zimne. Nie chciałabym się w nich znaleźć po 
to, żeby się przekonać, jak bardzo. Naprawdę, już 

dostatecznie długo przebywamy na zbyt odkry­
tym terenie... 

Zbyt długo. 
Strzał dotarł do uszu Beth w tym samym 

momencie, gdy Lietę gwałtownie odrzuciło do 
tyłu. Kiedy padała, Beth chwyciła ją za ramię 
i pociągnęła, szukając schronienia dla obu za masyw­
ną stalową podstawą dźwigu. 

- A mówiłam - wyszeptała Lieta rwącym się 

głosem. - CIA... 

- Dlaczego właśnie oni mieliby cię zabici 

- gwałtownie zareagowała Beth, rozchylając poły 

background image

20 Doranna Durgitt 

płaszcza Liety, by ocenić ranę. - Mogą chcieć cię 
dostać, ale zabici - Na piersi kobiety rozlewała się 

ciemna plama. Beth postanowiła nie używać latar­
ki. Blade światło wstającego świtu powiedziało jej 
wszystko. Z rezygnacją zapięła z powrotem 

płaszcz. Niech to diabli, ta kobieta była pod jej 
opieką, została jej powierzona. Beth podniosła 

głowę i popatrzyła na stojące w rzędzie dźwigi. 
Idealne miejsce dla snajpera, nawet gdyby je Bóg 
wie jak dokładnie obejrzała. Sama nigdy nie wy­
brałaby takiej lokalizacji na to spotkanie... ale nikt 
tego z nią nie konsultował. 

Lieta dotknęła swojej piersi, podniosła rękę 

i spojrzała na zaplamioną rękawiczkę. 

- To nie CIA... to ktoś opłacony przez Jegoro­

wa. Jestem tego pewna. Wie, że mam klucz do 
informacji. 

Trzymając za rękę umierającą kobietę, Beth 

przejechała noktowizorem po dokach, wypatrując 

jakiegoś ruchu. Na środkowym dźwigu dostrzegła 
snajpera. Wychylił właśnie głowę zza stalowego 
filaru i złożył się w dobrze jej znanej pozycji. Gdy 
tylko przyłożył lufę do ramienia, zabrzęczała od­
bita od stali kula, która przeszła jakieś trzydzieści 
centymetrów nad głową Beth. 

Nie jest zbyt dobry, pomyślała. Poznała to po 

jego sposobie strzelania. Także fakt, że Lieta nie 
umarła od razu, nie świadczył o nim najlepiej. Nie 
trzyma pozycji albo celu, nie złożył się jak należy 
po poprzednim strzale. Ale bądź co bądź dopadł je. 

Beth oceniła szanse ucieczki. Nie wiedziała, ile 

background image

Tajemnicza kobieta 21 

jeszcze pożyje Lieta, więc obmacała ją w po­
szukiwaniu jeszcze czegoś, co mogłoby być przy­
datne dla Stony Man. Skarciła wzrokiem Rosjankę, 
gdy ta jęknęła z bólu. Mętniał jej wzrok, patrzyła 
na zakrwawione końce palców z niedowierza­
niem. Tak długo unikała śmierci, a teraz nie bardzo 
mogła zrozumieć, co się stało. 

- Mam to - odezwała się Lieta. - Klucz do jego 

całego systemu komputerowego. Nie tylko do 
zalogowania się. Mam też kartę magnetyczną do 
komputera, główną kartę należącą do Scherby. 
Schowałam ją. Znajdź... i weź sobie. 

- Gdzie to masz? - dopytywała się Beth, wy­

ciągając z kieszeni płaszcza Liety mały pistolet, 
zabierając też zwitek pieniędzy z portmonetki 
ukrytej w wewnętrznej kieszeni jej żakietu. Karta 
komputerowa... powinna być płaska, nieduża, mo­
że wielkości połówki karty do gry, najwyżej trochę 
grubsza. Jeżeli Lieta ukryła ją pod rajstopami albo 

pod stanikiem, znalezienie jej zajmie trochę czasu. 

Beth sięgnęła po nóż, zdecydowana, acz niechęt­
nie, rozciąć ubranie Liety. Zerknęła na sąsiedni 
dźwig, widoczny już bez noktowizora. A więc on 
także może mnie widzieć, pomyślała. 

- Lieta, nie mam czasu, gdzie to jestś- - przyna­

glała. 

- To jego robota. - Oddech Liety stawał się 

coraz szybszy i płytszy. Zdawało się, że nie zau­
waża obszukującej ją Beth, jej ręka opadła powo­
li i spoczęła na brzuchu, pomimo wysiłku, żeby 
utrzymać w górze zakrwawione palce. - Dopilnuj, 

background image

22 Doranna Durgitt 

żeby za to zapłacił, nim umrze, dobrzeć Dopilnuj, 
by wiedział, że to ode mnie. 

- Masz to jak w banku - mruknęła Beth, nie 

kryjąc zniecierpliwienia. Jakiś samochód oznajmił 
swoje przybycie denerwującym terkotaniem sil­
nika i zatrzaskiwanymi w pośpiechu drzwiami. 
Dokerzyć A może dalsze kłopoty? - Ale jeśli mi nie 
powiesz, gdzie to jest... 

- Blue Crane - sennym głosem powiedziała 

Lieta. Dygotała, ciało odmawiało posłuszeństwa, 
ale jeszcze się nie poddawało. Oczy zapadły się 

w głąb czaszki, głowa opadła do tyłu. 

Och, nie, jeszcze nie. Beth złapała Lietę za 

zakrwawioną bluzkę i odciągnęła od stalowego 
filaru, o który się opierała. 

- Gdzieś - zawołała. 
- Blue Crane... Stół... Na dole... Powiedz mu... 

w moim imieniu... - Głowa Liety przechyliła się na 

ramię. Krew, przesiąkająca przez białą bluzkę i ciem­
noniebieski żakiet, wyraźnie widoczna przy jaś­
niejącym niebie, wyciekała bezpowrotnie. 

Beth syknęła i położyła martwą kobietę na 

ziemi. 

- Nie mogłaś sobie wybrać lepszego momentu! 

- warknęła. - Wybacz, ale będę musiała cię prze­

szukać, na wypadek gdyby twoje ostatnie sensow­
ne słowa odnosiły się na przykład do twojej 
ulubionej dziecięcej gry. - Gdy jednak Beth przesu­
wała dłonie wzdłuż długich nóg i ciała Rosjanki, 
sprawdzając kieszenie i inne miejsca, gdzie od 
wieków kobiety miały zwyczaj ukrywać cenne 

background image

Tajemnicza kobieta 23 

rzeczy, jej ruchy byty coraz delikatniejsze i pełne 
szacunku. Na koniec rozczarowana Beth przysiad­
ła na piętach i zakryła płaszczem zakrwawione 
ciało Liety. 

Nikogo wokół nie widziała, także snajper pozo­

stawał niewidoczny. Jakiś niezbyt uparty typ... 
jeżeli Lieta miała rację, prawdopodobnie człowiek 
Jegorowa, występujący nie tylko w jednej roli 
i mający wiele do stracenia. Zwłaszcza że dok 
budził się już do życia. 

To samo mogła powiedzieć o sobie. Też ma 

wiele do stracenia, a tu noc już przechodzi w dzień, 
wokół terkocą silniki łodzi, nasila się hałas i ruch 
uliczny, wkrótce na nabrzeżu pojawią się turyści, 
a w doku zaroi się od pracujących tu ludzi... 
i policji. Nie mówiąc o węszących wszędzie CIA, 
MI6 i każdym, ktokolwiek przystąpił do tej gry. 

Kilka zabranych Liecie przedmiotów Beth wsu­

nęła do jednej z wielu kieszeni kurtki, przetarła 
rosą pokrywającą asfalt doku swoje zakrwawione 
ręce i błyskawicznie podniosła się na nogi, zamie­
rzając uciec. 

Ale kiedy się odwróciła od Liety, zamarła. 

Mężczyzna, oparty o stalowy filar najbliższego 

dźwigu, tylko z pozoru przyglądał się jej obojętnie. 
Jedna jego ręka zwisała swobodnie, za to druga 
znikała pod rozpiętą kurtką, na wysokości paska. 
Mało zachęcający widok. 

- Znalazłaś to, czego szukałaś?- - zapytał świet­

ną angielszczyzną. 

- Nie - odparła Beth, starając się za wszelką 

background image

24 Doranna Durgin 

cenę nie myśleć o malutkiej płycie, by nie dać po 
sobie poznać, że ją ma. Ten stojący tu sarkastyczny 
facet na pewno nie należał do świata kapsztadz-
kich doków. Wszystko - począwszy od oliwkowej 
kurtki okrywającej szerokie ramiona, po sznuro­
wane czarne buty w stylu militarnym - wskazy­
wało na to, że facet jest z MI6 i że przy najmniej­
szej prowokacji z jej strony natychmiast zareaguje. 
Błyskawicznie go sobie obejrzała - jakieś sto osiem­
dziesiąt pięć centymetrów wzrostu, proporcjonal­
nie zbudowany i, gotowa była się założyć, nieźle 

wyposażony przez naturę pod tym zielonkawym 
ubraniem. Zdradzała go też fryzura, zbyt krótka, 
za wysoko podgolona. Oczy szare, harde. Do tego 
ten doskonały angielski akcent... przeciętny obser­
wator niczego by się nie dopatrzył, ale doświad­
czona Beth szybko go zakwalifikowała: nadęty 

funkcjonariusz MI6. Typ żołnierza, a nie podwój­
nie zakamuflowanego szpiega. 

Tym gorzej, że tak miło na niego popatrzeć. 

Cholerna strata czasu. 

- Szkoda, że zabiłaś ją na próżno - powie­

dział facet, wskazując ruchem głowy na ciało 
Liety. 

Beth stała nieruchomo. Nie musiała się od­

wracać. 

- Wiem, że to niczego nie zmieni - odpowie­

działa, przysuwając rękę do kieszeni - ale to nie ja 
ją zabiłam. 

- No nie, skądże. - Typowo brytyjskiemu ak­

centowi towarzyszyło lodowate spojrzenie. 

background image

Tajemnicza kobieta 25 

- Trzymam rękę na spluwie, na wypadek, gdybyś 
coś kombinowała. 

- Właśnie się zastanawiam. - Cofnęła rękę, 

rozważając jakieś bardziej wyrafinowane kroki. 
Może pozwoli mu się zbliżyć, co wcale nie musi 
być niemiłe. Kątem oka dostrzegła wypływający 
z zatoki jacht. - Nie sądzę, żeby w twoim regula­
minie znalazła się opcja odejścia i zostawienia 
mnie w spokoju. 

Drgnął mu kącik ust... z poirytowania? 
- Nie zauważyłem tam niczego takiego. Ale 

chciałem dostać tę kobietę żywą. Będziemy musieli 
o tym porozmawiać. 

No tak. Przesłuchanie w hotelowym pokoju, 

szybkie i bezpardonowe... tutaj żadne reguły nie 
obowiązują. To nic, że mogą być po tej samej 
stronie barykady - będą ją wypytywać, wyciskać 
z niej wszystko, co tylko się da. Nieoficjalnie, ma 
się rozumieć. Oficjalnie pozostanie podejrzanym 
snajperem. Zastanawiała się nad skokiem do base­
nu portowego. Może woda wcale nie jest aż taka 
zimna. 

- Zanim tam dotrzesz, rozwalę ci kolano 

- ostrzegł obcy. - Może nawet będę musiał oddać 

parę strzałów, zanim trafię do celu. 

Rzuciła mu wściekłe spojrzenie, na które, o dzi­

wo, zareagował szerokim uśmiechem. 

- Dobrze chociaż, że się nie mizdrzysz. Choler­

nie tego nie lubię. - Wyjął z kieszeni rękę, na palcu 
wskazującym dyndały kajdanki. - Załóż je. 

Były to wysokiej jakości kajdanki ze specjalną 

background image

26 Doranna Durgitt 

blokadą. Nie do zdjęcia. Wspaniale. Jeszcze raz 
spiorunowała go wzrokiem, a jemu znów drgnął 
kącik ust. Tym razem z rozbawienia. Zabrzęczał 

kajdankami. 

- Tak będzie najprościej - powiedział, nie 

zwracając uwagi na budzące się do życia doki. 

- I tak się nie wymigasz. 

To się jeszcze okaże. 
Może nie ośmieli się użyć broni przy tylu 

świadkach... Może. 

Gra jest warta świeczki. Ma przy sobie drogo­

cenną płytę i musi ją oddać Barbarze Price, nie 
może dopuścić, by wpadła w ręce tego zawziętego 
agenta MI6. To co, że są sojusznikami-zakładając, 
że prawidłowo odgadła jego przynależność - skoro 

każda agencja ma własne metody pracy. Beth 
obdarzyła zaufaniem Stony Man. 

Udała, że się poddaje i wyciągnęła rękę, rzucił 

jej kajdanki. Złapała je w powietrzu i natych­
miast cisnęła mu prosto w twarz. Potem błys­
kawicznie się odwróciła i popędziła w stronę 
doku. 

- Auu! - jęknęła. 

Zwaliła się na chodnik, tracąc przy tym oddech. 

Trzeba przyznać, że facet ma siłę. Rozciągnęła się 

bezwładnie - na jego użytek. Czekając na jej 
reakcję, cofnął się trochę. W sam raz, by mogła 
wbić mu łokieć między żebra. W okamgnieniu 
znów ją chwycił za ramię, próbując je wykręcić do 
tyłu. Cholera, rzeczywiście jest dobry. Ale chociaż 
po jego stronie była siła i waga, Beth dysponowała 

background image

Tajemnicza kobieta 17 

niebywałą zwinnością... nie mówiąc o luźnej kurt­
ce. Sprężyła się, szarpnęła i uwolniła spod niego. 

Czmychnęła w stronę magazynu - byle bliżej 

ludzi, rozgrzewających się maszyn, labiryntu kon­

tenerów - ale już po chwili stanęła w miejscu, 

chwycona z tyłu za kurtkę. W jednej chwili 
rozsunęła zamek i wywinęła się z niej przy akom­

paniamencie przekleństwa swojego prześladowcy. 

Jej radość nie trwała długo. Dopadł ją, gdy była 

przy dźwigu. Rzucił się na nią i przygniótł do 
zimnej stali. 

- Na Boga - stęknęła, ciężko dysząc. Czuła jego 

klatkę piersiową na swoich plecach, bo facet też 

z trudem chwytał powietrze. - Czy tylko to jedno 
potrafisz? Rzucać się na kobietę? 

Dyszał jej w ucho i podrygiwał... chyba ze 

śmiechu, co doprowadzało ją do szału. Przygniecio­
na do filaru, z unieruchomionymi rękami, nadal nie 
była bez szansy. Pogmerała przy wykończeniu 
sportowego body i wyciągnęła spod niego plaster 

w cielistym kolorze. Ostrożnie odkleiła warstwę 

zabezpieczającą i chociaż trzymał ją mocno, szarp­
nęła się i odwróciła twarzą do niego. 

- Jesteś zanadto ruchliwa - zauważył spokoj­

nie, pewny, że mu się nie wywinie. 

I pewnie miał rację - gdy się odwróciła, za­

blokował jej kolanami nogi, żeby jej nie przyszło 
do głowy kopnąć go w krocze. 

Co za upokarzająca pozycja. 
Pomimo złości kipiącej w Beth - na nagłe 

pojawienie się tego człowieka, na snajpera, nawet 

background image

28 Doranna Durgin 

na Lietę za to, że pospieszyła się ze śmiercią - coś 
wwyrazie jej twarzy musiało wskazywać, że czuje 
się w tej chwili nieswojo. Może to ta intymna 
bliskość - biodro przy biodrze, udo przy udzie, 
oddzielone jedynie cienką warstwą ubrań - spra­
wiła, że napastnikowi pociemniały oczy i zrobił 
niewyraźną minę. 

Błąd, proszę pana. Spuściła wzrok, napierał tak 

mocno, że rzęsami dotykała jego policzka. 

- Nie tylko ja jestem ruchliwa - zakpiła i pod­

niosła wzrok tak szybko, że zdążyła dostrzec błysk 
pożądania w jego oczach. 

Nie zachował się jednak zgodnie z jej oczekiwa­

niem. Nie odsunął się, tylko przycisnął ją jeszcze 
mocniej, pochylił głowę i szepnął jej do ucha: 

- Każdemu się zdarza. 

Kolejny błąd. Niepostrzeżenie wsunęła rękę 

między ich ciała, na tyle blisko, by nie mógł 
uderzyć. Pan MI6 był napalony, choć patrzył na nią 
lodowatym wzrokiem. Wpatrywał się w jej twarz, 

w jej wargi, a jeśli nawet słyszał pokrzykiwania 

dokerów, ignorował je. Musnął ją policzkiem, 
gładko ogolonym - o tej porze?- - i rysy mu stężały. 
Nagle, ku zdumieniu Beth, zapragnęła go także, 
poczuła ciepło w piersi, a potem niżej. Tego nie 
przewidziała... Postanowiła się z tym nie kryć, 
chciała, żeby zauważył - rozchyliła wargi, jakby 
oczekiwała na pocałunek. Był na tyle blisko, że 
mogła poczuć jego oddech, na tyle blisko... żeby ich 
wargi się spotkały. 

Teraz przeniosła rękę do góry i dotknęła jego 

background image

Tajemnicza kobieta 29 

karku, przyklejając plaster tuż nad tętnicą szyjną. 
Popatrzył zdziwiony, a kiedy zrozumiał, co się 
stało, było już za późno. Zanim zdążył zakląć, 
zwalił się na ziemię, niedaleko Liety, odurzony 
najnowszą odmianą leku nasennego. 

- Sam się o to prosiłeś - mruknęła Beth i jed­

nym krokiem przeszła nad nim. Rozejrzała się po 
doku: wszystkie głowy zwrócone były w ich 
stronę. Jakże by inaczej! Trzeba wiać. Schyliła się 

po kurtkę i lekko się zachwiała, gdy napotkała na 

opór. Kurtka leżała pod nim. Uklękła, żeby ją 
wyszarpnąć, a wtedy ktoś z gapiów krzyknął 
i pokazał na nią palcem. Zaklęła pod nosem. 
Zdołała jedynie przesunąć ciało mężczyzny na 
tyle, że mogła sięgnąć do kieszeni kurtki i wyjąć 
z niej kilka drobiazgów oraz pistolet. Potem, nie 
oglądając się na nic, ruszyła biegiem przed siebie, 
zostawiając Lietę, Pana Odurzonego MI6 i swoją 
ulubioną kurtkę na ziemi przy dźwigu. 

Ale miała małą płytę Liety, a na niej - być może 

- dość informacji, by rozpracować siatkę Jegorowa. 
Wiedziała, że jest szyfr do niej, tylko musiała do 

niego dotrzeć. Zagadka w sam raz na sobotni 
telewizyjny film. Rosjanka powiedziała: „Blue 
Crane. Stół. Na dole". O co tu chodzi? Ciążyła już 
na niej śmierć Liety, którą z powodu godnego 
pożałowania występu snajpera przypisał jej Pan 
MI6. A przecież musiała wykonać powierzone jej 
zadanie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Jason Chandler otworzył oczy i jak przez mgłę 

zobaczył pochylających się nad nim ludzi. Na ich 
twarzach malowały się ciekawość i podejrzliwość. 

Dudniło mu w głowie, czuł potworny niesmak, 
a jego żołądek... Szarpnęło nim tak gwałtownie, że 
ledwo zdążył przekręcić się na bok i zwrócić 

spożytą o północy przekąskę wprost do krzepnącej 
kałuży krwi koło niego. Ludzie odskoczyli do tyłu, 

ale bynajmniej się nie rozeszli. 

Właśnie miał puścić kolejnego pawia, gdy jeden 

z mężczyzn powiedział: 

- Zaraz tu będzie policja, stary. 

Świetnie. Czemu nie? Jason splunął, wytarł 

rękawem usta i z trudem zaczął wyłuskiwać z pa­
mięci chwile poprzedzające moment, kiedy stracił 

świadomość. 

Stracił świadomość? Cholera, to niemożliwe! 

Kiedy odepchnął się od ziemi i zdołał stanąć 

pośrodku podejrzliwej, a teraz już mającej się 

background image

Tajemnicza kobieta 31 

przed nim na baczności grupy dokerów, chwiały 
się pod nim nogi. Poczuł coś na szyi... Przesunął 
palcami i znalazł to coś - małą łatkę przyklejoną 
akurat tam, gdzie jej działanie mogło być naj­
skuteczniejsze. Odkleił ją i rzucił na ziemię, po 

czym nie bacząc na protesty samozwańczej grupy 

pościgowej, zaczął się chwiejnie oddalać od zwłok 

Liety Denisowej. Będą ją przeszukiwać, zacznie się 
dochodzenie, ale bez niego. Byłoby niedobrze, 
gdyby odkryto jego tożsamość. 

Był zamroczony, ale nie na tyle, żeby nie 

pamiętać o kurtce swojej przeciwniczki. Zgarnął ją 
z ziemi i ruszył z miejsca. 

Grupka mężczyzn nie odstępowała go. Nie 

chcieli pozwolić, żeby odszedł, ale też nie zamie­
rzali stawać z nim do walki, chociaż pewnie 
rozumieli, że popełnili błąd, wycofując się, gdy 
chwyciły go mdłości. Dzięki temu zostawili mu 
trochę wolnej przestrzeni i dali czas na zademon­
strowanie wystającego spod wymiętej kurtki pis­
toletu. 

A jednak znalazł się śmiałek, który wyszedł 

przed innych, żeby się z nim zmierzyć. Jason 

zdążył się w porę zatrzymać, co jeszcze bardziej 
rozzuchwaliło mężczyznę. Facet miał zresztą do­
datkowy powód, by czuć się pewnie - był najwięk­
szy z nich wszystkich, potężniejszy także od 
Jasona, ze śladami blizn po licznych bijatykach. 

Jason przetarł ręką twarz, zastanawiając się nad 

użyciem swojego browninga. Bez sensu. Zwłasz­
cza wobec wycia syren kapsztadzkiej policji, za-

background image

32 Doranna Durgin 

głuszających poranne odgłosy nabrzeża. Cholera, 
jak mógł dopuścić, by ta kobieta dotarła przed nim 
do Liety, zabijając ją zaledwie o parę chwil wcześ­
niej, nim Jason ją dopadł. Dlaczego potem tak 
długo się z nią szarpał? I wreszcie, nade wszystko, 
jak mógł się jej dać tak zaskoczyć? 

Znał odpowiedź na ostatnie pytanie i bynaj­

mniej nie był z niej zadowolony. 

Zza gór otaczających Kapsztad lada chwila 

wyjdzie słońce, a on miał dziwne i nieprzyjemne 

uczucie, że patrząc w jego blask, zwymiotuje 

wszystko, co jeszcze zostało mu w żołądku. 

- Zjeżdżaj, kolego, i to już - powiedział, pat­

rząc na twardziela zmrużonymi oczami. 

Mężczyzna nie zdążył otworzyć ust, kiedy 

Jason ruszył do ataku, rzucając mu jedno ze swoich 
najgroźniejszych spojrzeń. O takim spojrzeniu 

jego była narzeczona mawiała, że na jego widok 
małe dzieci z krzykiem pędzą do swoich mam, 
a małe pieski ze skowytem kryją się pod kanapą. 

Nie przepadał za pieskami, ale na własnej skórze 

przekonał się, że małe dzieci to coś zupełnie innego. 

Emanowała z niego taka wściekłość, że stojący 

przed nim osiłek, obejrzawszy się na kolegów, 

cofnął się lękliwie. 

- Masz szczęście - warknął Jason, dotykając 

automatu na biodrze. - Gdybym musiał użyć 
rewolweru, zrobiłbym z ciebie marmoladę. 

- Prędzej byś się sam okaleczył na takim kacu 

- wytknął mężczyzna. - Wystarczy, że zabiłeś tę 

kobietę. 

background image

Tajemnicza kobieta 33 

- Przez was zabójca zdążyt już zwiać - powie­

dział Jason z takim przekonaniem, iż zasiał wątp­
liwość w niektórych śmiałkach. 

- E tam, dajmy mu odejść, szkoda pięści - po­

wiedział któryś, maskując niepewność szyder­
czym uśmieszkiem. - Wszyscy go widzieliśmy. Do 
czasu przerwy na lunch gliny rozlepią jego zdjęcie 

po całym mieście. 

- Nie krępujcie się - mruknął Jason, wiedząc, że 

jego sekcja zatrze po nim wszelkie ślady. Będą mu 
mieli za złe, ale zrobią to po mistrzowsku. A poza 
tym... 

Jakby na to wszystko nie patrzeć, zasłużył na 

ich gniew. 

Zostawił w tyle niezdecydowany tłum - wdzięcz­

ny brygadziście, który wrzasnął: „Wracajcie, chło­
paki, do roboty!" - a także wdzięczny „chłopa­
kom" za to, że tak dokładnie zryli teren, iż bez 
udziału MI6 miejscowa policja będzie miała trud­
ności z wydedukowaniem czegokolwiek. A gdy 
syreny dały się słyszeć prawie tuż tuż, wyczuł, że 
dokerzy na dobre stracili zapał. Przyspieszył kro­

ku, nierównym truchtem obiegł budynek i dotarł 
do niedużej wnęki, gdzie ukrył wynajęty motor 
bmw. Kask pasował w kolorze do żółtego moto­
cykla, więc czuł się teraz jak wielki banan. Żałos­

ny ze mnie bęcwał, pomyślał. Kiedy tak jechał 
statecznie wzdłuż South Arm Road, uprzejmie 
zjeżdżając na bok przed dwoma policyjnymi wo­
zami, pędzącymi od strony mola, pomyślał, że 
może jest to najlepszy szpiegowski ekwipunek, 

background image

34 Doranna Durgin 

jaki kiedykolwiek miał. Ekwipunek żałosnego 
bęcwała. 

Przepuściwszy policję, dodał gazu i jechał dalej 

w dobrym tempie, ale nie ujechał za daleko. Skręcił 

z Dock Road na niewielki parking na końcu 
nabrzeża i wjechał w sporą zatoczkę, gdzie prak­
tycznie był sam. Znalazł miejsce pod drzewem, 
zahamował, odstawił podpórkę i ściągnął kask. 

Kiedy powiesił kask na kierownicy, głęboko 

odetchnął, rozluźnił mięśnie ramion, wyprostował 
plecy i uruchomił rezerwy energii, żeby pokonać 
kaca spowodowanego paskudną trucizną, którą ta 
kobieta mu zaaplikowała. Głęboki oddech okazał 
się być kiepskim pomysłem, pociemniało mu 
w oczach i w męczarniach zwrócił resztę posiłku. 

Odwrócił się do motocykla i zdecydowanym 

ruchem sięgnął po butelkę wody. Wypłukał usta 
i splunął na ziemię. Podszedł do drzewa, osunął się 
po pniu i usiadł, opierając się na łokciach i od­
chylając do tyłu głowę. 

Pomyśl. Zastanów się! - nakazał sobie. 

Jak do tego wszystkiego doszło? Przecież z taką 

precyzją wszystko zaplanował. Wszystko szło do­
brze aż do momentu, kiedy zobaczył tę kobietę, 
pochylającą się nad ciałem Denisowej. Wystar­
czyła chwila, a Denisowa i jej informacje - być 
może prawdziwy powód jej ucieczki jak najdalej 

od Jegorowa - odpłynęły bezpowrotnie. 

Klucz do całej zagadki zniknął wraz z tą kobietą. 

Musiała coś wiedzieć. Nie zabiła Denisowej bez 

powodu. Przedtem dość długo rozmawiały. Deni-

background image

Tajemnicza kobieta 35 

sowa nie musiała jej nic powiedzieć... chyba że 
sama chciała. 

A zatem, jeśli ma się wywiązać z zadania, ta 

kobieta jest jego jedyną szansą. Nabierając - tym 
razem ostrożnie - powietrza w płuca, wrócił do 
motoru, by sięgnąć po jedyny łup, jaki mu został ze 
spotkania: kurtkę. Choć z oderwaną kieszenią, 
była całkiem niezła - rozpoznał ekskluzywną ame­
rykańską markę. Usiadł z powrotem, żeby ją 
przeszukać. Zrobił na nim wrażenie szeroki wach­
larz fikuśnego sprzętu. Noktowizor firmy Phan-
tom, składana pałka, liczne dobrze wyważone 
noże do rzucania... ale ani skrawka papieru. Żadnej 
wskazówki. Kurtka upewniła go w tym, co już 
wiedział - kobieta jest wyszkolona. I dobra w swo­
im fachu. 

A jak go podeszła! Jak wykorzystała nagły błysk 

porozumienia między nimi! Chyba miał szczęście, 
że go nie zabiła. 

Ale nie czuł się przez to szczęśliwszy. 

Był tak samo wkurzony, jak w doku. Czas 

niczego nie zmienił. Wystrychnęła go na dudka. 
Wykorzystała jego chwilę słabości i załatwiła go na 
cacy. 

Przeklął swoje durne ciało. Jego zmysły nadal 

pragnęły tamtego pocałunku, którego mu odmówi­
ła. Może nawet jeszcze bardziej... 

Pomyśl. Zastanów się! Spróbuj ją opisać, za­

miast wpadać w obsesję na jej punkcie. Będziesz 
musiał złożyć raport, i to już niedługo. Pomyśl! 

Krótkie włosy, ściągnięte do tyłu w ledwie 

background image

36 Doranna Durgin 

trzymający się kucyk - ciemne w świetle poprze­
dzającym świt. Ciemne oczy, o ile można coś 
pewnego powiedzieć przy takim oświetleniu. 
Szczupła, ale silna, świetnie wygimnastykowana. 
Jej ruchy... zamknął oczy, próbując odtworzyć 
sposób, w jaki się poruszała - sprężysty i wy­

ważony, jakby każdy krok przenosił ją dokładnie 

tam, gdzie chciała... jakby doskonale wyczuwała 
przestrzeń. 

Nie każdy ma taki zmysł orientacji, taką umiejęt­

ność. Większości ludzi nie interesuje, gdzie w danej 
chwili znajdują się ich obie nogi. Ale ta kobieta 
wiedziała i świadomie posługiwała się tą wiedzą 
jak narzędziem. 

Tancerka. 
Teraz mu się skojarzyło: lekko uniesiona na 

palcach, postawa naturalna jak oddech dla zawo­
dowej tancerki. Specjalne, sprężyste adidasy. Ob­

cisły trykot, niczym wygodna druga skóra, utrud­
niająca złapanie właścicielki po pozbyciu się kurt­
ki. Ocieplacze na nogach, podkreślające tylko ich 
długość. 

Nie zapominaj, durniu, co stało się potem. Nie 

pozwól, żeby się to powtórzyło. 

Zresztą miał dość pełnych energii i inwencji 

istot w swoim życiu. Impulsywnych bab i ich 
impulsywnych decyzji, lekceważących wszelkie 
reguły, jakby nie wiedziały, że ustanowiono je 

z jakiegoś powodu. Chodziły własnymi ścieżka­
mi... łamiąc po drodze serca facetów. 

Błyskawicznie otworzył oczy. Musi znaleźć tę 

background image

Tajemnicza kobieta 37 

kobietę i wydobyć z niej informację przekazaną 

przez Lietę Denisową. Gdy się załatwi Jegorowa, 

jason puści to spotkanie w niepamięć. 

- Wyglądasz na sfatygowanego, Gwiazdorze 

- zauważył Niedźwiedź, łącznik i wspólnik Jasona, 
a także komputerowy fachman w jednej osobie. 

Jason spojrzał niechętnie na swojego laptopa, 

ustawionego teraz na wideotelefon. 

- Dżentelmen o takich sprawach nie mówi 

- odpowiedział surowo, otrzymując w zamian 

jedynie szeroki uśmiech. W drodze powrotnej do 

hotelu w centrum Kapsztadu zatrzymał się parę 
razy, co jednak ani trochę nie wpłynęło na po­

prawę jego humoru, mimo że miał okazję się umyć 
i zaparzyć sobie filiżankę kawy, zanim usiadł za 

hotelowym biurkiem. - Powiedz mi tylko, co o niej 
wiesz. 

- Jedna wielka niewiadoma - zasępił się Nie­

dźwiedź, wsuwając zaostrzony koniec ołówka 
w gęste srebrzyste włosy, podobne do sierści misia 
grizzly, skąd wziął się jego przydomek, choć na­

prawdę nazywał się Theodore. - Nie potrafiłbyś 

wytłumaczyć dokładniej, co tam się stało na dole? 

Poza tym, że zachowałeś się jak ostatnia łajza? 

Dla Niedźwiedzia „na dole" znaczyło dosłow­

nie na dole. Siedział przed ekranem i dzięki satelicie 
obserwował Kapsztad. Choć zasięg miał ograniczo­
ny, czasami było to jak dar niebios. 

- Pozostawiam to twojej wyobraźni - burknął 

background image

38 Doranna Durgin 

Jason. Zrelacjonował już najważniejsze kawałki, 
potwierdzające jedynie to, co Niedźwiedź już 
wiedział. - Czego się dowiedziałeś? 

- Nasza Tajemnicza Kobieta zostawiła pewien 

drobiażdżek wysoko w gniazdku. 

Chodziło o dźwig. Widział, jak ta kobieta zerkała 

w górę, kiedy się pochylała nad martwą Denisową. 
Zamierzał to sprawdzić po opanowaniu sytuacji. 

Skończyło się na dobrych zamiarach. 

- Poczciwy karabin typu M24 SWS - powie­

dział Niedźwiedź. - To trochę za blisko jak na taką 
broń, ale skoro musiało się strzelać... 

- To prawda - zadumał się Jason. Nie zależało 

jej, żeby zabić, tylko żeby coś zabrać. W przeciw­
nym razie kobieta po prostu by zniknęła i nie 
narażała się, że zostanie przyłapana na gorącym 
uczynku. I nigdy by jej nie zobaczył. - A co na to 
miejscowa policja? 

Niedźwiedź przeniósł wzrok na drugi ekran 

i potrząsnął głową. 

- Chyba nawet nie wpadli na to, żeby tam 

zajrzeć - powiedział. - Ich świadkowie widzieli 
ciebie i naszą Tajemniczą Kobietę, szamoczących 
się i nie tylko... Wygląda na to, że padłeś ofiarą 
odwrotności dyskryminacji, kolego. Uważają, że 
to byłeś ty, a kobiety tylko ci towarzyszyły. 
Szybko by się przekonali, że kula w ciele Deniso-

wej nie pochodzi z rewolweru, oczywiście gdybyś­
my w porę nie usunęli ciała. 

Jason machnął ręką. Normalnie sam by to zrobił, 

gdyby nie to, że był spalony. 

background image

Tajemnicza kobieta 39 

Mimo wszystko nie mógł się nadziwić, dlaczego 

tamta w ogóle zostawiła broń. 

Potarł twarz rękami, a kiedy podniósł wzrok, 

przez moment dostrzegł współczujący wzrok Nie­

dźwiedzia. 

- No dobrze - powiedział Niedźwiedź. - Są 

i dobre wiadomości. Twoja Tajemnicza Kobieta nie 
uciekła daleko. Nie wiem, jak się tam dostała, ale 
opuściła doki pieszo i funduje sobie teraz „kultural­
ne" rozrywki na nadbrzeżu. O ile nam wiadomo, 
kręci się koło sklepów, chociaż w tej chwili nie 
mamy na nią dokładnego namiaru. Właśnie sobie 
pomyślałem, Gwiazdorze, że byłoby elegancko 
zwrócić jej kurtkę. 

- Chyba w tych twoich systemach operacyj­

nych masz zainstalowany program czytający 
w cudzych myślach - powiedział Jason, wyciągając 
kurtkę spod łóżka. Hotelowy pokój nie był na tyle 
duży, żeby siedząc przy biurku, nie mógł dosięgnąć 
wszystkiego, czego potrzebował. Pomyślał, że za­
nim odda kurtkę właścicielce, przeszuka ją ponow­
nie, na wypadek gdyby kryła w sobie coś jeszcze, 
czego wcześniej nie zauważył. Noce są chłodne 
i kobieta ucieszy się, odzyskując swoją własność, 
choć pewnie nie powita go przesadnie ciepło. 

- Miej się przy niej na baczności - ostrzegł 

Niedźwiedź z zatroskaną miną. - I dawaj znaki 
życia. Przez dłuższy czas nie było połączenia. To 
wszystko przez te cholerne kradzieże satelitarnego 
pasma, na które nie mam wpływu. 

Jason ścisnął kurtkę w ręku. Poczuł przy tym 

background image

40 Doranna Durgin 

czysty, świeży zapach... coś cytrusowego. Po­
wstrzymał się, żeby nie podnieść kurtki do twarzy. 

- Zawsze na siebie uważam. 
- Taak? - zakpił Niedźwiedź. - Więc przestań 

się tak głupio uśmiechać. 

- Zejdź ze mnie - powiedział łagodnie Jason. 

- Będę w kontakcie. - Nacisnął klawisz i zamknął 

laptop. 

Jeszcze przez jakiś czas wpatrywał się w kurtkę. 

Była ciemnozielona, właściwie szmaragdowa. Mia­
ła brązową podszewkę. Przeszukał ją dokładnie, 
więc teraz może się już przebrać i pójść prosto na 
nadbrzeże. Ale na początek... 

Na początek zbliżył okrycie do twarzy i wciąg­

nął w nozdrza jego zapach. 

Blue Crane. Szukając schronienia w handlowej 

części nadbrzeża, Beth analizowała ostatnie słowa 
Liety... a także swoje dalsze kroki. Idź tropem 
komputerowego hasła. Okey, to oczywiste. 

Skontaktuj się z Barbarą Price. Jak wyżej. Bar­

bara może dorzucić własne sugestie, poza tym 
może coś wiedzieć na temat zamieszanego w akcję 
agenta MI6. 

Nie widziała powodu, dla którego facet miałby 

wycofać się z gry. Wyliże się z ran - i to szybko - po 
czym znów zacznie na nią polować. Uważa, że 

zabiła Lietę, słusznie też podejrzewa, że otrzymała 
jakąś cenną informację. I żywi do niej urazę. 

Musi się trzymać od niego z daleka. 
Najlepiej wmieszać się w tłum. Znaleźć cichy 

background image

Tajemnicza kobieta 41 

kąt i porozumieć się z Barbarą, korzystając z wyso­
kiej klasy minikomputera, który włożyła do spe­
cjalnej torby, ukryła koło magazynu i zabrała 
w drodze powrotnej. Trzeba też choć trochę zmie­
nić wygląd. Po krótkim namyśle ściągnęła gumkę 
z włosów, pochyliła się i szybko je wzburzyła. 
Kiedy się wyprostowała, włosy opadły do ramion, 
zmieniając jej sylwetkę i lekko osłaniając twarz. 

Jej torba zawierała popielaty bliźniak zrobiony 

z jedwabnej przędzy. Włożyła go na trykot, ukry­

wając pod dodatkową warstwą szczupłą figurę. 
Pistolet z tylnej kieszeni powędrował do ukrytej na 
wysokości kostki kabury, a Wyatt do niewielkiej, 
dyskretnej saszetki przy pasku. Trochę szminki 
- o ton ciemniejszej od jej zwykłego koloru - lekki 

podkład dla zatuszowania ledwo widocznych pie­

gów, i już po chwili wyglądała jak zadbana i wy­
spana turystka, gotowa wyruszyć na przechadzkę 

po zapierającym dech w piersi, bajecznie koloro­
wym nabrzeżu. Tyle tu pokus - rzadkie afrykań­
skie rękodzieło, sprowadzone z głębi lądu, ponie­
waż w samym Kapsztadzie nie istniała prężna 
artystyczna wspólnota, różne ciekawostki kulinar­
ne dla zgłodniałych, urocze staroświeckie ławki 
z idealnym widokiem na Górę Stołową i jej naj­

wyższe partie - Czarci Szczyt i Głowę Lwa. Prócz 

tego wypożyczalnie łodzi, wielkie, nowoczesne 
kino sieci IMAX i, przy drodze prowadzącej do 
Kapsztadu, słynne akwarium. 

Kofeina, pomyślała Beth. Od tego trzeba zacząć 

dzień. Do tego czasu chyba już otwarto centrum 

background image

42 Doranna Durgin 

handlowe Victoria Wharf. Gdyby znalazła jakąś 
ukierunkowaną na turystykę kawiarenkę z prasą, 
a może nawet jakiś sklep z komputerami pod­
łączony do Internetu, mogłaby dowiedzieć się 
czegoś o Blue Crane, znaleźć jakieś powiązania 
z Południową Afryką. Przy odrobinie szczęścia 
słowa „stół" i „na dole" nabrałyby większego 
sensu w powiązaniu z tą informacją. Barbara też 
mogłaby coś podpowiedzieć, a skontaktowanie się 
z nią ze sklepu komputerowego nie powinno 
zwrócić niczyjej uwagi. Zwykłe oglądanie i testo­

wanie sprzętu, ot i wszystko. 

Znalazła kawiarnię i zamówiła kawę z pianką 

czekoladową, a do tego pączek z lukrem. Za­
stanawiała się, czy nie skontaktować się z Barbarą 

tu i teraz, ale miejsce było zbyt spokojne. Rzucała­
by się w oczy. Wyjęła z torby minikomputer, ale 
włączyła go tylko po to, żeby podumać nad Lietą 
Denisową i jej byłym kochankiem, Kapoczem 
Jegorowem. 

Oto zdjęcie Liety: zdumiewającej jakości cyf­

rowy obraz, który z powodzeniem mógłby zostać 

wykorzystany na okładkę każdego ekskluzywnego 
kobiecego magazynu - gdyby komuś się podobało 
lodowate spojrzenie jasnobłękitnych oczu. Ani 
krzty ciepła, jakiejkolwiek zachęty... „Trzymaj się 
ode mnie z daleka, mój panie". Beth widziała 
Rosjankę tylko przez noktowizor, a potem w mro­
ku poprzedzającym świt, na fotografii rzucał się 
w oczy żywy kolor długich, rudych włosów Liety, 
choć ich miękkie fale ani trochę nie łagodziły 

background image

Tajemnicza kobieta 43 

surowych klasycznych rysów. Fotografia świad­
czyła o żelaznym charakterze kobiety i jej absolut­
nej pewności siebie. 

Beth wypiła łyk stygnącej kawy. Lieta nie żyje 

i przecież sama wybrała takie, a nie inne życie, 
które zakończyła przedwczesna śmierć. Teraz Beth 
musi udowodnić, że ta śmierć - a także jej własne 
życie - są coś warte. 

Wróciła do menu komputera i wybrała zdjęcie 

Jegorowa. W innych czasach, w innym świecie 
można by go było nazwać królem świata przestęp­
czego. Teraz zaś jest po prostu bogatym, wpływo­
wym mężczyzną, niemal charyzmatycznym czło­
wiekiem w okolicach pięćdziesiątki, o przenik­
liwych niebieskich oczach, z zawadiacką blizną na 
policzku. Jednak w swej nieoficjalnej działalności 
Jegorow skłócał ze sobą różne - większe czy 
mniejsze - grupy etniczne, kulturowe, religijne, 
posługując się terrorem, pieniędzmi i władzą w na­
grodę. Teraz przekonał się na własnej skórze 
o prawdzie znanej większości ludzi: że żadna 
władza na świecie nie uleczy tego, co jest nieule­
czalne. Umierał na raka. 

A więc musi umrzeć. Jeśli jednak Beth znajdzie 

sposób, Jegorow zdąży się dowiedzieć przed śmier­
cią, że jego wtyczce z CIA nie udało się w porę 
zabić Liety, by zabezpieczyć schedę po nim. 

Jednak nadal ma szansę powstrzymać Beth. 

Nasłany przez niego człowiek ma nad nią jedną, 
bardzo istotną przewagę - nie musi uciekać. 
W przeciwieństwie do Beth, za panem Złym 

background image

44 Doranna Durgitt 

Snajperem stoi zapewne miejscowa ekipa, która 
legalnie ścigała Lietę, a teraz ściga ją. Ona zaś musi 
robić wszystko, żeby uciec przed nimi - a także 
przed facetem z MI6 - próbując jednocześnie 
rozszyfrować pozbawione sensu, wyszeptane 
przed śmiercią słowa Liety. 

To nie jest niewykonalne, ale wymaga pewnej 

koncentracji i paru mądrych posunięć. Nie mówiąc 
o tym, że przez jakiś czas trzeba się będzie obejść 
bez snu. 

Skasowała fotografię Jegorowa i trochę poser-

fowała w komputerze, błogosławiąc jego liczne 
udogodnienia, pozwalające wyszukać wszystko na 
temat Blue Crane. 

Ekranik szybko wyświetlił wyniki: najdrobniej­

sze szczegóły o ptakach o tej nazwie, rozmaite 
sportowe drużyny i tak dalej, ale to jej nie usatys­
fakcjonowało. Zaraz, zaraz... przecież blue crane 
jest narodowym ptakiem Republiki Południowej 

Afryki... To już było coś. Uznała, że warto to sobie 

zanotować w pamięci. 

Dopiła kawę, zdmuchnęła okruszki z kompute­

ra i wsunęła go do torby. Wstając od stolika, 
dostrzegła kątem oka znudzonego nastolatka za 
kontuarem. Nagle się ożywił i zaczerwienił, może 
zawstydzony faktem, że nie poświęca jej uwagi. 

- Wiesz może, gdzie jest Blue Crane? - zapytała. 
- A o który chodzie - zdziwił się, po czym 

szybko dodał: - Jest tego całe mnóstwo, choćby na 
nadbrzeżu... nie licząc tych w centrum miasta. 

Beth udała zaambarasowanie. 

background image

Tajemnicza kobieta 45 

- Sama nie wiem. Mam się tam z kimś spotkać. 
- Lepiej niech się pani dowie, bo szukając 

w ciemno, można oszaleć. Albo proszę spróbować 
w centrum handlowym. Jest ich tam parę do 
wyboru. Ale otwierają dopiero za godzinę. 

- Dzięki - powiedziała z promiennym uśmie­

chem, co może było błędem, bo lepiej by było, żeby 

jej nie zapamiętano. Chociaż i tak była tu jedyną 
klientką. 

No, ale czegoś się tutaj dowiedziała. Nie zawiódł 

jej węch - nazwa Blue Crane często występuje 
w okolicy - ale będzie musiała się napracować, 
żeby ustalić, co jest co. Może Barbara Price pomoże 
jej usystematyzować poszukiwanie. Może nawet 
podsunie jej jakąś ciekawostkę na początek. 

Beth pomyślała o hotelu Przy Falochronie, ale 

szybko się rozmyśliła. Nawet jeśli nie jest spalony, 
nie powinna się tam kręcić w oczekiwaniu na 
otwarcie centrum handlowego. Równocześnie na 
nadbrzeżu panował coraz większy ruch - o tej 
godzinie jeszcze przeważali rybacy, ale trafiali się 
też poranni spacerowicze i nadgorliwi turyści. 
Nagle zauważyła wysoką męską sylwetkę w ciem-
nooliwkowej kurtce. Przecięła szybko Market 
Square, minęła amfiteatr i znalazła się w pobliżu 
centrum handlowego, gdzie weszła do ładnego 
zespołu krytych pasaży handlowych, wznoszą­
cych się tarasami w górę. Jej uwagę natychmiast 
przyciągnęła kwiaciarnia o nazwie Blue Crane, nie 
zatrzymała się jednak przy niej. Na razie będzie się 
tylko rozglądać. 

background image

46 Doranna Durgin 

Przestań go wypatrywać, zganiła siebie, kiedy 

dostrzegła czyjeś szerokie ramiona w burooliw-
kowym ubraniu. Kiedy mężczyzna się odwrócił, 
zobaczyła, że ma starannie przyciętą brodę i im­

ponujący orli nos. Jej facet z MI6 miał prosty, ostry 
nos z charakterystycznym śladem po niegroźnym 
złamaniu. To przerażające, że o tym pamiętasz, 

Flash, pomyślała. W witrynie sklepowej dostrzegła 
szczupłą, lekko stąpającą sylwetkę i natychmiast 
się odwróciła... 

Nikogo nie było. 
Fatalnie, jak na szpiega. Najwyraźniej zbyt 

długo obywała się bez partnera. Coś z tym trzeba 
będzie zrobić po powrocie do Stanów. Ale na 
razie... 

Sklep sportowy Blue Crane. Księgarnia Blue 

Crane. Drogeria Blue Crane. Przystanęła, zaintry­
gowana wystawionym w koszykach towarem. 
Można by tu wydać trochę pieniędzy. Pogrzebała 
pobieżnie w paru z nich, nie oczekując, że coś 
znajdzie. Ale skoro już tutaj była, kupiła nową 
pastę do zębów i szczoteczkę, znalazła też swoje 
ulubione cytrynowe mydło. 

Wyszła z drogerii i wyrósł przed nią sklep ze 

sprzętem elektronicznym. 

- Wiedziałam, że prędzej czy później cię znajdę 

- mruknęła pod nosem. Co więcej, było to jedno 

z bardziej uczęszczanych miejsc w centrum hand­
lowym, z masą dzieciaków grających w kom­
puterowe gry i dorosłych podziwiających wielkie 
kino domowe na wystawie. Głośna muzyka nie 

background image

Tajemnicza kobieta 47 

sprzyjała jej celom, ale znalazła sobie miejsce za 

przenośnym sprzętem stereo, gdzie wyciągnęła 

własny sprzęt. Kilka szybkich komend rysikiem 
i na ekranie pokazała się ikonka z tancerką, którą 

Aaron Kurtzman, specjalista do spraw technicz­

nych w Stony Man, zainstalował w jej minikom­
puterze. 

Tancerka miała równo obcięte włosy i jedno­

częściowy trykot, ale była zbyt obficie wyposażo­
na, żeby zajmować się tańcem profesjonalnie, 
jeszcze przez chwilę tańczyła na ekraniku, kiedy 
na jej miejscu pojawiła się Barbara Price. To nic, że 
znajdują się w różnych strefach czasowych. W Sto­
ny Man jest późny wieczór, ale Barbara jest zawsze 
na miejscu, zawsze czeka na telefon Beth, jakby to 
była najważniejsza sprawa na świecie. Dzisiaj 

Barbara nie siliła się na zbędne wstępy. 

- Jest źle - powiedziała. 
- Bardzo źle - przyznała Beth. - Ale mogło być 

gorzej. Dostałam od niej to, co trzeba. 

- Więc skąd taka zwłoka? - skrzywiła się 

Barbara. - Spodziewałam się twojego telefonu parę 
godzin temu. 

Beth szybko zrelacjonowała przebieg wydarzeń 

w doku i dodała: 

- Chyba powinnam tu zostać. Jeśli Lieta miała 

rację co do udziału Jegorowa, jego człowiek będzie 

chciał zdobyć szyfr. Pytanie, kto pierwszy do niego 
dotrze, a przecież my nie wiemy, co ten facet już 
wie. Straciłabyś za dużo czasu, ściągając tu kogoś 
nowego. Jestem na miejscu. 

background image

48 Doranna Durgin 

- Jesteś spalona. Narażasz się - zauważyła 

Barbara. 

- Będziesz to musiała jakoś załagodzić. 
- Spróbuję. - Barbara spojrzała na nią z troską. 

- Ale nie po to cię tam wysłaliśmy. Nie masz 

odpowiedniego przygotowania. A już na pewno 
nie powinnaś być sama. 

- Nigdy nic nie wiadomo - uśmiechnęła się 

Beth. - Może pojawi się pan z MI6, a ja niepo­
strzeżenie wciągnę go do współpracy. 

- Niezły pomysł - przyznała Barbara. Nacis­

nęła parę klawiszy na klawiaturze i powiedziała: 
- Ze wszystkich agentów MI6, przebywających 
na tym terenie, najbardziej pasuje do twojego 
opisu niejaki Jason Chandler. Stara szkoła, ale ma 
za sobą trening specjalistyczny w SAS*. Dobrze 
sobie radzi. Stanowiłby niezłe zaplecze, gdybyś 
go potrafiła przekonać, że nie zabiłaś Liety. Tak, 
Flash, z tego, co tutaj widzę, wynika, że jest 
dobry. Jeśli nadarzy się okazja, skorzystaj z niej. 

Ale pamiętaj, że nadal mogę przenieść cię do 
innej grupy. 

- Po pierwsze, co mi tam jego trening w SAS. 

To mi nie imponuje. Wystarczy skreślić tylko 

pierwszą literę, a z SAS wyjdzie AS wywiadu i ta­

kie mam o nim zdanie. A co do opuszczenia 

*SAS (Special Air Service) - brytyjska wojskowa 

formacja specjalna (komandosi), wyłoniona w czasie II 

wojny światowej z Armii Brytyjskiej. Działa po dziś 
dzień. Powołana między innymi do przeprowadzania 
operacji antyterrorystycznych. (Przyp. tłum.). 

background image

Tajemnicza kobieta 49 

Kapsztadu... Po co, skoro mogę się przydać na 
miejscu - wyrzuciła jednym tchem Beth. 

- Twój wybór. To prawda, że czasu mamy 

mało. Jeżeli pierwsi położymy rękę na kopii karty 
Scherby, rozłożymy organizację Jegorowa, że nie 
wspomnę o samym Scherbie. 

- Czy to prawda, że ten gagatek cieszył się złą 

sławą już w wieku trzynastu lat? A co oznaczają te 
jego wszystkie tatuaże? 

- Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi: tak, 

a co do drugiego... Myślę, że jeśli wszystko się uda, 
będzie okazja osobiście go o to zapytać. Może to 
wyraz jego anarchistycznych skłonności. 

- A może chciał zrobić na złość swojej mamie 

- zażartowała Beth. - Ale do rzeczy: czy mogłabyś mi 

pomóc przejrzeć hasła zawierające słowa Blue Crane, 
zanim nie wymyślimy czegoś lepszego"? Warto by się 
też dowiedzieć, gdzie Lieta spędziła tę noc. 

- Była poza zasięgiem naszego radaru, ale jesz­

cze raz spróbuję się czegoś dowiedzieć. Przyślę ci 
też informacje na temat Blue Crane. Tylko uważaj 
na siebie, Flash. Mówię poważnie. Gdyby nam tak 
na tym cholernie nie zależało... I spróbuj urobić 

tego Chandlera. To też mówię poważnie. 

- Przyjęłam - powiedziała Beth, rozglądając się 

dookoła. - Zaraz ukryję plik w mojej zapasowej 
skrytce. Na wypadek, gdyby coś się stało... 

- Zanotowałam - przerwała Barbara. - Chcę, 

żebyś była w stałym kontakcie, Flash. Doceniamy 
twoje niekonwencjonalne metody, ale tym razem 
masz przestrzegać reguł. Zadzwoń. 

background image

50 Doranna Durgtn 

- Moje niekonwencjonalne, ale skuteczne me­

tody - sprostowała Beth, ale to nie był argument, 
o czym obie wiedziały. - Zadzwonię. 

Wyłączyła się, gdy jacyś mali chłopcy zajrzeli jej 

przez ramię. 

- Czy to jakaś nowa gra? - zapytał jeden z nich, 

ten najodważniejszy. 

- Tak - uśmiechnęła się Beth. - Prototyp inter­

akcyjnej gry szpiegowskiej. Obecnie jest na etapie 
testów alfa, więc jeszcze nieprędko będzie w sprze­
daży. - To mówiąc, opuściła sklep, pozostawiając 
chłopców z rozdziawionymi buziami. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Mało brakowało, a Jason Chandler by ją prze­

oczył. Był już raz w tym centrum handlowym, 
krążąc po zalanym słońcem wnętrzu, przechodził 
od jednego ciągu sklepów do następnego. Teraz 
skupił całą uwagę na wypatrywaniu sylwetki, 
którą zapamiętał tego ranka. Szczupła, wypros­
towana, z małym kucykiem. 

Czyżby... nie, to nie ona. Nie całkiem. Teraz jej 

szczupłą sylwetkę zakrywał zapięty na guziczki 
elegancki sweterek, a otoczona długimi włosami 
twarz była uderzająco ładna. Z początku ominął tę 
kobietę wzrokiem, ale wtedy poruszyła się i skiero­

wała do wyjścia, a on błyskawicznie się odwrócił. 

Nie miał już cienia wątpliwości - tylko ona ma 

taki chód. 

Też się po chwili odwróciła. Niezadowolenie 

i irytacja malujące się w jej oczach ustąpiły miejsca 
rezygnacji. Początkowo myślał, że zwieje, ale ona 
przeszła do rzędu ławek na środku pasażu, gdzie 

background image

52 Doranna Durgin 

padało słońce, a dookoła stały wysokie, egzotyczne 
rośliny liściaste. Celowo chyba minęła go tak 
blisko, że niemal się o siebie otarli. 

Coś za dobrze to wygląda, zupełnie jak powi­

tanie. 

Zeszła na dół, usiadła na jednej z drewnianych 

ławek i założyła nogę na nogę. Miała przy sobie 

torbę. Pewnie jest nieźle wyposażona, pomyślał 

i usiadł obok. 

Spoglądali na siebie przez chwilę, a potem ona 

świadomie i bez pośpiechu przeniosła wzrok na 
kurtkę, którą Jason położył przy sobie. Pokiwał 
głową, nie dając poznać, że ukrył pod spodem 
browninga. 

- Chyba twoja - powiedział. 
- Moja - odrzekła opanowanym tonem. - Cho­

ciaż nie sądzę, żebyś zostawił w niej jakieś moje 
zabawki. 

- Raczej nic nie przegapiłem. 
- Wszystko - mruknęła i skrzywiła się, jakby 

spierając się z kimś nieobecnym, bo nie patrzyła na 
niego. - Przegapiłeś wszystko... 

Obserwując jej wewnętrzną walkę, zastanawiał 

się, jak sobie radzi jako terenowy agent. Nic nie 
dało się ukryć na jej szczupłej, ale pełnej wyrazu 
twarzy, podobnie było z ciałem. Wysportowane 

wydanie Audrey Hepburn, o wielkich oczach, 

delikatnych rysach i niewiarygodnie długiej szyi. 

Mimo to był na nią zły za to, co stało się w doku, za 

tę chwilę słabości, kiedy ją przyparł do słupa 

dźwigu. 

background image

Tajemnicza kobieta 53 

Z drugiej strony, chłopie, wzięła cię na ten 

seksowny chwyt, pomyślał. Załatwiła. Ach, te 
baby z ich pomysłami! Nie można takim wierzyć. 
Nigdy nie wiadomo, kiedy i co je najdzie albo jakie 
poniosą je emocje. Nigdy nie wiadomo, co... Dość 
tego, Chandler. Po co rozdrapywać stare rany. Nie 
trać głowy. 

Zauważył, że dziewczyna mu się przygląda 

z uniesioną brwią. Czy to ironia, czy chęć przypo­
mnienia mu o tamtej dekoncentracji, chwilowym 
zapomnieniu się, które go tyle kosztowałoś Po­
stawiła torbę na kolanach i skrzyżowała na niej 
ręce. Pozycja obronna, nie ma co. 

- Jak mnie znalazłeś? 
- Na pewno nie dzięki temu świństwu, które 

mi przykleiłaś - mruknął, ale wcale nie to chciał 
powiedzieć. - Na przyszłość miej litość i po prostu 

porządnie walnij mnie w łeb. 

Zamrugała ze zdumienia. 

- Jesteś na to uczulony? To cię miało tylko 

trochę zamroczyć. 

- Ślady mojej reakcji alergicznej znajdziesz na 

terenie całego doku. - Nawet dla niego zabrzmiało 
to trochę prostacko. 

Na jej miejscu pewnie też by się uśmiechnął. 

Leciutko, przez ułamek sekundy. 

- O rany - powiedziała bardzo po amerykań­

sku. - Przykro mi, naprawdę. 

- Już to widzę - powiedział. Wsunął rękę pod 

kurtkę, zręcznie wyciągnął browninga, a kurtkę 

przełożył na jej stronę, przysuwając się na tyle 

background image

54 Dorattna Durgitt 

blisko, że dla osób postronnych mogli wyglądać jak 
para. Dziewczyna pachniała tak samo świeżo jak 
jej kurtka. - Nie zechciałabyś mi opowiedzieć, co 
się zdarzyło dziś rano? 

Wyglądała na rozbawioną. 
- A niby dlaczego miałabym to zrobić, Jasonie 

Chandlerześ Bo uważasz, że zabiłam kobietę, 
którą miałam chronić A może dlatego, że chciałeś 
mnie stamtąd zabrać w kajdankach?- Zamierzasz 
powtórzyć ten numeru 

- Niczego takiego nie planuję - wykrztusił, 

kompletnie wytrącony z równowagi jej prze­
mówieniem. Wie, kim jestem! Próbowała chronić 

tamtą kobietę! Chyba w to nie uwierzy. Od­

ruchowo mocniej zacisnął dłoń na browningu. 

- Nie wiem, z jakiej broni strzelał zabójca 

- ciągnęła - ale wiem, że to partacz. Mimo że był 

tak blisko, nie zabił jej na miejscu. Co więcej, nie 
próbował dokończyć roboty. Kiedy ciągnęłam Lie-
tę pod dźwig, byłyśmy odsłonięte. Partactwo i nic 

więcej. Jeżeli sądzisz, że sam jesteś na tyle dobry, 

żeby mnie załatwić i skuć, to znaczy, że nie masz 
zielonego pojęcia, z kim masz do czynienia. 

Jason wzruszył ramionami. 
- Każdy miewa złe dni. Na tyle złe, że zdarza 

mu się zostawić karabin. A może i jakieś odciskiś 

- Tere fere - parsknęła. 
- To jedno z tych bezsensownych powiedzo­

nek, które na dobrą sprawę nic nie znaczą - powie­
dział po chwili. 

- Znaczą, że odchodzę. - Jej spojrzenie przez 

background image

Tajemnicza kobieta 55 

chwilę nic mu nie mówiło. Dopiero po chwili się 
zreflektował: przymierzała się do czekających ją 
zadań. - Jeszcze nie zwariowałam, żeby z tobą 

pracować. 

- Pracować ze mną? - Kompletnie zaskoczony, 

posłużył się tym samym bezsensownym zwrotem 

co ona: - Tere fere. 

- To rzeczywiście brzmi głupio w ustach takie­

go macho z MI6. 

Kreatywne kobiety. Posługują się logiką, która 

nic nie oznacza dla innych. Zmieniają kierunki tak 
szybko, że nagle wisisz jedną nogą na samej 
krawędzi zakrętu śmierci, stajesz się jak bezradna 
postać z kreskówki, która stara się nie wypaść 

z

 gry. 

A mimo to dostarczają intensywnych doznań, 

które mają w sobie coś porywającego. Spontanicz­
ne podejście do życia. 

Wcale nie takie znów porywające. 
- A więc szukasz jakiegoś macho z MI6? - za­

pytał. - Coś ci powiem. Mój dziewięciomilimet-
rowy browning, prawdziwy macho, znajduje się 
tylko o parę centymetrów od twojego ślicznego 
tyłeczka. Naprawdę nie chciałbym ci go podziura­

wić, ale dziesięciostrzałowy magazynek jest pełny. 
- Po namyśle dodał: - Ma czarne epoksydowe 
wykończenie. Bardzo seksowny. 

- Mój tyłek?- - zapytała słabo, choć nie ze 

strachu. Bardziej z niedowierzania, że coś takiego 
usłyszała. 

- Nie, mój pistolet - wyjaśnił. - Pokryty czarną 

background image

56 Doranna Durgin 

epoksydową warstwą. Wszyscy faceci chcą właś­
nie takie. - Boże, zmiłuj się, zmusza go, by plótł 
takie głupoty. 

- Coś takiego! - Najwyraźniej była obrażona 

o to, że mówi o swoim pistolecie, a nie o jej 
słodkich okrągłościach. - A ja mam sigsauera P226. 
Dziewięć milimetrów, szesnastostrzałowy maga­
zynek, sprawdzona europejska marka, uchwyty 
typu Nill robione na zamówienie. Nazywa się 
Wyatt. - Spojrzała, unosząc brew, jakby podkreś­
lała swoją przewagę. - Oczywiście, nie liczę moje­
go karabinu. A ty zdobyłeś tylko broń jakiegoś 
kretyna. 

- Ale mam pistolet - przypomniał jej. - Kilka 

centymetrów od twojego tyłeczka, zapomniałaś? 
A zauważ, że ty nie trzymasz Wyatta w ręku. Więc 

proponuję, żebyśmy spokojnie stąd wyszli i udali 
się gdzieś, gdzie moglibyśmy porozmawiać. 
Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego zabiłaś Lietę 

i co przy niej znalazłaś... a także, co ci powiedziała. 
Mam nadzieję, że pilnie mnie słuchasz. A tak przy 
okazji, pozwól, że wezmę twoją torbę. Wygląda na 

zbyt ciężką. Nie chciałbym, żebyś się zmęczyła. 

- Ty dupku - warknęła. - A jeśli odmówię? Nie 

uważasz, że miejsce jest idealne na to, żeby zrobić 
tu widowisko? 

- Tylko jedno z nas jest poszukiwane przez 

miejscową policję za morderstwo - przypomniał 
z satysfakcją. - To jak? Zrobisz z siebie widowis­
ko? Chętnie zagram szowinistycznego faceta 
z MI6, który depcze ci po piętach. Nawet mi się to 

background image

Tajemnicza kobieta 57 

podoba. Potem jeszcze sobie pogadamy, tyle że ty 
będziesz za kratkami. 

Spiorunowała go wzrokiem. Co za niesamowite 

spojrzenie! Miała niebieskozielone oczy w takim 
samym kolorze co jej kurtka. Turkusowe, a może 
szmaragdow?. Powinno się karać za takie oczy, 
nawet gdyby właścicielka nic nie przeskrobała. 

Tłum gęstniał, robiło się duszno, a ona nie spusz­
czała z niego gniewnego wzroku. 

- Wiesz co - powiedziała na koniec - czeka na 

mnie robota, a ty marnujesz mój czas. Czy nie 
przyszło ci do głowy, że możemy być po tej samej 
stronie barykady? Ze nie zabiłam Liety? Ze zwy­
czajnie wchodzisz mi w drogę, zatrzymując mnie 
i utrudniając wykonanie zadania, które mogłoby 
przynieść korzyść nam obojgu... że nie wymienię 
pozostałych mieszkańców tej globalnej wioski 
zwanej planetą? 

- Nie przyszło - odpowiedział jak automat. 

- To dlaczego się opierałaś i nie poszłaś ze mną za 

pierwszym razem? 

- Bo stałeś mi na drodze - prychnęła ze złością. 

- Nie miałam czasu do stracenia! 

- Żeby mnie przekonać, powinnaś wymyślić 

coś lepszego. Musiałbym poznać więcej szcze­
gółów. Dużo więcej niż to, co mi zaserwowałaś 

- powiedział i zawahał się, czując coraz więcej 
wątpliwości. 

- Sześć miliardów, dwieście milionów ludzi na 

tej planecie czeka, kiedy będę gotowa do akcji. 
Z tego milion sześć tysięcy w samym Kapsztadzie 

background image

58 Doranna Durgin 

-burknęła. - A ja tymczasem siedzę tutaj i czekam, 
aż ty się zdecydujesz. 

Ojej. 

- Już się zdecydowałem. - Nieprawda. Gdyby 

postępował zgodnie z procedurą, nie podjąłby sam 
takiej decyzji. Ktoś podjąłby ją za niego. - Oddaj 

mi tę torbę i ruszajmy. 

- Nadęty sztywniak - mruknęła, ponownie 

przybierając groźną minę i chwytając torbę. - Za­
sługujesz na taką nudną fryzurę. Zupełnie jak 

rekrut. 

Podczas gdy motocykl bmw pyrkał na jałowym 

biegu na czerwonych światłach, Chandler od­
wrócił głowę. 

- Nie kręć się - warknął do Beth. 

Opierała brodę na jego ramieniu i siedziała 

w takiej pozycji, że jej kask gniótł go w ucho. 

- Nudzi mi się - powiedziała. - W dodatku 

kazałeś mi włożyć ten kask. Wyglądam w nim jak 
idiotka. - Na szczęście miała swoją kurtkę. Swete­
rek był w sam raz na piętnaście stopni ciepła, 

przygrzewało słońce, ale od jazdy na motorze 
i pędu powietrza Beth dostała gęsiej skórki. 

Zmieniło się światło i Jason skoncentrował się 

na prowadzeniu. Z nadbrzeża pojechali do cen­
trum Kapsztadu. Mijali niewiarygodną wiktoriań­
ską architekturę z żeliwnymi koronkowymi ba­

lustradami, balkonami i różnokolorowymi detala­
mi, potem wjechali w nowocześniejszą część mias­

ta, aż wreszcie wyrosły przed nimi wieżowce 

background image

Tajemnicza kobieta 59 

- ultranowoczesne, lśniące konstrukcje ze stali 

i szkła. 

Skutymi rękami obejmowała Chandlera w pa­

sie. Porzuciła myśl o ucieczce, powtarzając sobie 
słowa Barbary: współpracuj z nim. Przecież i tak 
nie ma wyboru. 

W końcu spokojna pogawędka była nie najgor­

szym pomysłem. Może łatwiej będzie się urwać. 
Wtuliła się więc w plecy kierowcy i zacisnęła ręce 
na klamrze jego paska... wyraźnie go tym onie­
śmielając. W porządku. Im bardziej go zdenerwuje, 
tym będzie bardziej rozkojarzony. 

Skręcili w Strand Street i szybko przeskakując 

między dużymi pojazdami, zmieniając często pa­
sy, wjechali do podziemnego garażu Holiday Inn. 
Kiedy Jason opuścił podnóżek i wyłączył silnik, 
nagle w akustycznym garażu zrobiło się dziwnie 
cicho. 

- We are the Pilgrims, master, we shall go...* 

- zanuciła Beth. 

Chandler szarpnął się gwałtownie, żeby na nią 

spojrzeć... albo przynajmniej spróbować, ponie­
waż wciąż był uwięziony w jej ramionach. Byli tak 
blisko siebie, że Beth wyraźnie mogła dostrzec 
obwiedzione ciemniejszą kreską tęczówki jego 
jasnych oczu, w których widniała wściekłość. 

*We are the Pilgrims, master, we shall go... - fragment 

poematu Jamesa Elroya Fleckera p.t. Golden Joumey to 
Samarkand (Złota droga do Samarkandy),
 mówiący o nie­
ustraszonych wędrowcach, gotowych podążyć wszędzie 
i przy każdej pogodzie. Dewiza SAS. (Przyp. tłum.). 

background image

60 Doranna Durgin 

Mrok garażu sprawił, że powiększyły mu się 
źrenice, przez co wyglądał jakby bardziej bezbron­
nie, nawet pomimo swojej brytyjskiej wyniosłości. 

- Dlaczego to mruczysz? - warknął. 
- A czy te słowa nie widnieją na wieży zegaro­

wej w Credenhill? W miejscu upamiętniającym 

zasługi SAS? 

- Do licha, to prawda! Ale co oznaczają w two­

ich ustach? 

- Po prostu lubię brać lekko poważne sprawy. 

To jedna z moich wielu przemiłych cech - za­

znaczyła skromnie. 

Najważniejsze, że osiągnęła pożądany efekt 

- ponownie zbiła go z pantałyku. Lepiej, żeby nie 

przyszło mu do głowy przeszukać ją dokładnie, bo 
z pewnością dobrałby się do jej saszetki na kostce 
i ukrytego tam małego S&W. 

Jeszcze przez chwilę patrzył na nią groźnym 

wzrokiem, po czym nieoczekiwanie parsknął, od­
wrócił się z powrotem i gwałtownym ruchem 
przeniósł jej ręce nad swoją głową. Od razu wyciąg­
nęła je przed siebie z nadzieją w oczach. 

- Wykluczone - powiedział, energicznie zsia­

dając z motoru. 

- Nie uważasz, że prowadzenie mnie w kajdan­

kach będzie zbyt rzucało się w oczy? Jeśli tylko 
będę chciała, i tak narozrabiam. 

- Myślę, że znajdę sposób, żebyś tego pożało­

wała. 

- Ojej, trzęsę się ze strachu. Ważny dupek. To 

chociaż skuj nas razem. Będziemy się mogli trzy-

background image

Tajemnicza kobieta 61 

mać za ręce i nikt się nie dowie, że jestem w kajdan­

kach. Małe są szanse, żebym uciekła i znów 
zostawiła cię samego. Nawet dla mnie byłoby to 
zbyt trudne w hotelowym holu. 

Pokręcił głową, Beth nie wiedziała, czy z niedo­

wierzania, czy żeby ukryć uśmiech. Po chwili 
zręcznym ruchem uwolnił jej lewą rękę i zamknął 
obrączkę na swojej. Ujął jej dłoń i zapytał: 

- Jak ci na imię? 
- Słuchami 
- Imię - powtórzył. - Jeśli mam wejść do 

hotelu, trzymając cię za rękę, wolałbym wiedzieć, 
jak masz na imię. 

- A co, należysz do tych staroświeckich face­

t o w i - Zastanowiła się, jakie imię podać, jedno­
cześnie myśląc o ściskającej ją delikatnie ciepłej 
dłoni. W końcu powiedziała: - Możesz mówić do 
mnie Beth. 

Powiedziała to takim tonem, jakby to nie było 

jej prawdziwe imię. 

- Niech będzie Beth. Chodźmy więc. Miniemy 

spokojnie przestrzeń publiczną i zachowamy się 
przyzwoicie w drodze do mojego pokoju. Nie 
zapominaj, że poszukują cię za morderstwo. Nie 
utrudniaj nam życia. 

- Obawiam się, że już ci je utrudniłam - powie­

działa, robiąc niewinną minę. 

Wielkie nieba, zaczerwienił się. Seksowny Pan 

MI6 zaczerwienił się. Ale pewnie nawet przed 
samym sobą nie przyzna się do tego. 

- Ruszajmy - powiedział. 

background image

62 Doranna Durgin 

Zsiadła z motoru i jak gdyby nigdy nic pomasze­

rowała z nim ramię w ramię. Podziemnymi koryta­
rzami i schodami dotarli na górę. 

Wszystko tu lśniło, pośrodku szemrała fontan­

na, połyskiwały mosiądze, a puszyste, nieskazitel­
nie czyste dywany wiodły do długiego rzędu wind. 
W oddalonej części holu lustrzana, kręcona klatka 
schodowa prowadziła na galerię pierwszego piętra, 
skąd dochodził szmer rozmów. Sala konferencyjna 
czy gabinet posiedzeń... a może niegdyś sala balo­

wa. Pewnie równie wytworna i roziskrzona jak hol. 

Na szerokiej przestrzeni między wejściem 

a schodami stało mnóstwo wygodnych foteli i ka­
nap. Tam skierowała swe kroki Beth, przejmując 
inicjatywę i tak nagle pociągając za sobą Chand-
lera, że jego opór wyraził się tylko wzmocnieniem 
uścisku jej ręki. 

- Zrelaksuj się - powiedziała, odruchowo na­

mierzając główne wejścia i mniejsze boczne drzwi 
dla boya hotelowego, inne wejścia sygnalizowały 
oznakowania za windami. Wybrała kanapę stojącą 
plecami do dużego filara. Przed nią, na niskim stole, 
leżały rozmaite prospekty reklamowe. Winiarnia 
Blue Crane przy drodze numer dwa, w Faure. 
Cotygodniowe wieczorne przyjęcie... dzisiaj wie­
czorem. Pomyślała, że co jak co, ale nie zabraknie 
tam stołów. A pod jednym z nich może znajdzie 
główną kartę do systemu komputerowego, kartę, 
o której mówiła Lieta. Zwróciła się do Chandlera: 

- Nie przysporzę ci kłopotów. Mamy okazję do 

porozmawiania. Właśnie tutaj, właśnie teraz. 

background image

Tajemnicza kobieta 63 

Boleśnie ścisnął jej dłoń. 
- Miałem inny pomysł. 
- A co, to się nie mieści w twoim regulaminie? 

- zapytała drwiąco. - Nigdy nie trzymam się 

kurczowo regulaminu i raczej dobrze na tym 
wychodzę, więc tym bardziej nie będę się stosowa­
ła do twojego. 

- Chryste Panie - jęknął, siadając obok niej, 

coraz bardziej speszony. - Założę się, że bez 

przerwy darłaś koty ze swoją mamą. 

- Z moją mamą? - powiedziała z uśmiechem. 

- Porozmawiajmy lepiej o tobie i o twojej mamie. 

Pokręcił głową. 

- Pogadajmy o tym, jak doszło do tego, że byłaś 

z Lietą. 

Beth zawahała się. Współpracować z nimi Nic 

z tego, jeśli go nie przekona, że przynajmniej 
oficjalnie są po tej samej stronie. 

- Może raczej o tym, dlaczego nie byłam z nią 

zbyt długo? - powiedziała po namyśle, sięgając do 
zapięcia kurtki. Mając na ręku kajdanki, nie mogła 
jej zdjąć, ale przynajmniej rozsunęła zamek i roz­
chyliła ją. - Średniej klasy snajper jest o osiemnaś­
cie procent skuteczniejszy od średniej klasy żoł­
nierza. Skuteczność ta wzrasta, oczywiście, kiedy 
temu przeciętnemu żołnierzowi dasz do ręki M24 
SWS. Ale nadal nie dorównuje średniej klasy snaj­
perowi. 

Chandler uśmiechnął się pod nosem. Beth od­

niosła wrażenie, że zaczyna powoli nadążać za jej 
tokiem myślenia. 

background image

64 Dorantta Durgitt 

- Domyślam się, że z tych rewelacji wynikną 

jakieś wnioski. 

- Jasne. Bo jestem czymś więcej niż średniej 

klasy snajperem. A jak wspomniałam w centrum 
handlowym... osoba, która zabiła Lietę... była tylko 

przeciętnym żołnierzem. Twoi ludzie mogą ci to 
samo powiedzieć. 

- Nadal chcesz, żebym uwierzył, że jej nie 

zabiłaś. 

- Tak - powiedziała. - Chcę, żebyś uwierzył. 
- Dlaczego? 
Pomyślała, że nie ma nic do stracenia. 
- Bo uważam, że możemy razem pracować 

- powiedziała. - Sprawy w doku przybrały zły 

obrót. Lieta nie powinna była zginąć. Przez to nie 
wykonałam do końca mojego zadania. Ty też nie 
jesteś w lepszej sytuacji, w przeciwnym razie nie 

próbowałbyś wycisnąć ze mnie informacji. Pracu­
jąc razem, oboje skorzystamy. 

- Sugerujesz, że jesteśmy po tej samej stronie 

barykady - podsumował, a Beth naprawdę nie 
wiedziała, skąd w jego oczach wzięły się te iskierki. 
Nagle zobaczyła go w całkiem nowym świetle. Już 
dawno żaden mężczyzna nie zrobił na niej wraże­
nia, chyba że czysto fizyczne... 

Ale nie czas i nie miejsce na takie myśli. Zwłasz­

cza o tym mężczyźnie. 

- Jeśli mamy do czegoś dojść, trzeba od czegoś 

zacząć, najlepiej razem - powiedziała, siląc się na 
naturalny ton głosu. - Utknęliśmy w martwym 
punkcie. 

background image

Tajemnicza kobieta 65 

Lekko ścisnął jej rękę. 

- A zdjęcie ci kajdanek byłoby pierwszym kro­

kiem, co? 

- Czytasz w moich myślach. - Spojrzała na 

niego, nie uciekł wzrokiem, zastanawiał się nad jej 
słowami... zastanawiał się nad nią. 

Kiedy opuścił powieki, wiedziała, że podjął 

decyzję: zdystansował się od niej. Rozczarowanie 
ścisnęło jej gardło. To coś więcej niż czysto zawo­
dowy żal, pomyślała. 

Ale zanim zdążyli cokolwiek ustalić, jakiś nijaki, 

trudny do opisania osobnik wszedł przez główne 

wejście, podczas gdy drugi wysunął się zza drzwi 
dla boya hotelowego, trzeci zaś od strony wind. 

Oho, nieźle skoordynowane. Beth i Chandler do­
strzegli ich dopiero po paru sekundach. 

- Do licha - powiedziała Beth. - Nie mogłeś 

wybrać jakiegoś małego hotelu na uboczu? Czegoś 
nie rzucającego się w oczy? 

- Będziemy dostatecznie bezpieczni w moim 

pokoju, o ile, oczywiście, pójdziesz tam ze mną 

- powiedział, a ona musiała przyznać, że facet ma 

rację. 

I oto pojawiła się szansa ucieczki, szansa kon­

tynuowania pracy na własną rękę. 

Chandler pochylił się w jej stronę i szepnął: 

- Nie sądzę, żeby odważyli się zacząć na oczach 

wszystkich. Na początku pewnie będą blefować. 

- Za to ja zacznę - powiedziała przepraszają­

cym tonem. 

Pochyliła się do kostki i wyjęła S&W, napędzając 

background image

66 Doranna Durgin 

strachu bliżej niezidentyfikowanym facetom. Kie­
dy biegli przez hol, Beth wsunęła lufę rewolweru 
między ogniwa łączące bransoletki i strzeliła, roz­
rywając kajdanki. Kula wbiła się w słup. Rozległy 
się krzyki, ludzie się rozbiegli, padali plackiem na 
ziemię, chowając się gdzie popadło. Chandler rzu­

cił się za Beth. Zdołał przytrzymać ją za kurtkę, ale 
się wyrwała i biegiem pognała w kierunku kręco­
nych schodów na końcu holu. 

Faceci nie ścigali Chandlera. Pewnie nawet nie 

wiedzieli o jego istnieniu. Gonili ją, a przy okazji 
wpadli na niego, więc teraz, pędząc po schodach, 
dawała mu szansę, pozostawiała wybór. Może 
dalej ją prześladować, ale może też próbować 

powstrzymać depczących jej po piętach męż­

czyzn. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Dotarła na pierwsze piętro i teraz pędziła w kie­

runku wyjścia, które ją wyprowadzi na tyły hote­
lu. Usłyszała za sobą odgłosy walki. Zerknęła w dół 
i zauważyła, że dwaj niezidentyfikowani mężczyź­
ni chwieją się na nogach, a trzeci wali się na 
podłogę. Uśmiechnęła się i pognała dalej, napoty­
kając jeszcze na swojej drodze dwóch kolejnych 
facetów, próbujących zagrodzić jej drogę. Poradziła 
sobie z nimi, nie przestając się uśmiechać. 

Znalazłszy się na ulicy, Beth skręciła za najbliż­

szy róg, wykorzystała pierwszą nadarzającą się 
okazję, by zawrócić, po czym spędziła długie 
chwile na obserwacji głównego hotelowego wej­
ścia i wyjazdu z garażu. Nie doczekała się Chand-
lera ani jego zabawnego żółtego motocykla, ale po 
upływie dziesięciu minut wyjechał z garażu czarny 
sedan z przyciemnionymi szybami, minął ją 
z umiarkowaną prędkością, po czym ostrożnie 
skręcił w Strand Street. Beth umieściła rewolwer 

background image

68 Doranna Durgin 

w kaburze na kostce, porzuciła stanowisko przy 
hotelu i boczną uliczką pobiegła przed siebie. 

A więc postanowił jej bronić przed napast­

nikami. Przed ludźmi niewątpliwie pochodzącymi 
z CIA, może zresztą wprowadzonymi w błąd 
przez własnego agenta. Chandler mógł skorzystać 
z okazji i przyłączyć się do pościgu... ale tego nie 
zrobił. 

Pewnie ma w regulaminie instrukcję, że należy 

zachować przy życiu tych, których chce się prze­
słuchać. 

Niedaleko stąd znajdował się znany jej teatr. 

Ilekroć miała tu jakieś zadanie do wykonania, 
występowała w teatrze jako tancerka. To był 
bardzo dobry kamuflaż dla agentki. Barbara w wia­
domy tylko sobie sposób wynajdywała spektakle 
odpowiadające tanecznym możliwościom Beth. 
Czasami, nie mogąc się wywiązać z zadania, 
musiała symulować kontuzję, kiedy indziej, jeżeli 
czas pozwalał, występowała dłużej, łącząc wy­
stępy z powierzoną sobie misją. W tej chwili 
czekała właśnie na wiadomość od reżysera. 

W pewnym sensie wszystkie teatry były do 

siebie podobne. Wszystkie miały garderoby, zaka­
marki ze starymi i nowymi rekwizytami, prze­
chowalnie kostiumów, przebieralnie... 

Mogła się tu zawsze ukryć, zmylić ślady. Miała 

tu wszystko, gdyby chciała zmienić wygląd: peru­
ki, stroje, przybory do makijażu, apteczkę. Czasa­
mi mogła się po prostu umyć. Ten teatr był starą 
budowlą, z podziemnymi korytarzami, które mog-

background image

Tajemnicza kobieta 69 

ty rywalizować z labiryntem przejść z „Upiora 
w operze". Chętnie porzuciłaby swój hotel i prze­
niosła się tutaj, ale wolała zachować to miejsce na 
gorsze chwile. 

Jasne, że obecna sytuacja nie należy do najłat­

wiejszych. Ale dzisiaj wieczorem musi udać się na 
degustację wina. Spojrzała na zegarek i stwierdziła, 
że czasu jest mało i że musi się spieszyć, żeby 
zdążyć na autobus, zakładając, że kursuje zgodnie 
z rozkładem jazdy. 

Teatr, a potem winiarnia Blue Crane... Bardzo 

dużo stołów... 

Jason popatrzył na Niedźwiedzia. 
- Pracuje dla CIA?- - zapytał. Ale nie zachowuje 

się jak oni. Dlaczego nie ujawniła swojej tożsa­
mości, kiedy ją złapała Po co wciąga w ich konflikt 
inne agencje? A poza tym, z tego, co mówił 
Niedźwiedź, mężczyźni w hotelu byli z CIA, ale 
coś kiepsko współpracowali. 

- Nie wkurzaj się, tylko słuchaj uważnie - po­

wiedział Niedźwiedź niecierpliwie, przywołując 
Jasona do porządku. - Kiedyś pracowała w CIA. 
Wykwalifikowany snajper, czego dzisiaj nie udo­
wodniła, ale kiedy się przyłoży... jest dobra, Gwiaz­
dorze. Cholernie dobra. 

- Ale ona mówiła... 

Cóż, mówiła wiele rzeczy. Ze nie zabiła Liety. 

Ze jest o wiele lepsza od ich przeciętnego snajpera. 
No właśnie. 

I powiedziała, że chce z nim współpracować. 

background image

70 Dorantta Durgin 

- Idiota - mruknął półgłosem. Przypomniał 

sobie przelotny wyraz rozczarowania na jej twa­
rzy, kiedy postanowił nie odstępować od regulami­
nu i odmówić współpracy z nią. Już nie pamięta, 
kiedy ktoś tak dobrze czytał w jego twarzy. 
Mogliby stworzyć zgraną parę, gdyby tylko się tak 
nie ociągał. 

Nie bez powodu wymyślono regulaminy. Co 

z tego, że pasowaliby do siebie Czy można 
polegać na kimś, kto działa pod wpływem impul­
suj Na przykład jednym strzałem rozwala kaj­
danki w zatłoczonym holuj Nie chce rozmawiać 
na jego warunkach, co pozwoliłoby mu jej zaufać... 

a nawet pomoce 

Niedźwiedź zlekceważył jego słowa i ciągnął 

dalej: 

- Nie wiemy, do czego jest zdolna. Ale z tego, 

co mi wiadomo, nie używa rewolweru M24, a ta­
kim posłużył się zabójca Liety. 

- Podstawowe wyposażenie amerykańskiej ar­

mii - przypomniał Jason, odrywając się od włas­
nych myśli. - Powszechnie dostępne w ostatnich 
czasach, o ile dobrze pamiętam. Gdyby ta kobieta 
nie zabiła Liety, gdyby w jakiś sposób chciała z nią 

współpracować... Ale nie mamy jej w naszej ak­
tualnej bazie danych. To wszystko wydaje się 
bardzo tajemnicze. 

- Dziękuję, że raczyłeś wrócić na Ziemię - za­

kpił Niedźwiedź. - Rzecz w tym, że broń zabójcy 
Liety nie jest jej ulubioną zabawką, inni zaś mogli 
taką zdobyć bez trudu. Po prostu nie wydaje mi się, 

background image

Tajemnicza kobieta 71 

żeby to ona zrobiła. Z drugiej strony, nie sądzę, 
żeby to miało znaczenie. Musisz ją tu sprowadzić. 
Nadal jest ostatnią osobą, która rozmawiała z Lie-
tą. Nadal posiada informacje, których my nie 

mamy. 

I nadal jest w niebezpieczeństwie, pomyślał 

Jason. 

- Musimy ją tutaj sprowadzić - powtórzył 

Niedźwiedź. - A jeśli jest na tropie czegoś, o czym 
nie wiemy, musimy to wybadać. Nie sądzę, żebyś 

w wolnej chwili między rzyganiem w różnych 

miejscach Kapsztadu a schwytaniem jej i miłą 
przejażdżką motorem w jej objęciach, a następnie 
między przepychanką w hotelu z CIA a jej uciecz­
ką zdążył się połapać, dokąd mogła zwiać. 

Jason pomyślał o prospekcie, który w hotelu 

przyciągnął uwagę Beth. Winiarnia Blue Crane. 
Skojarzył tę nazwę z magazynem Blue Crane Nest 
Entertainment, gdzie ją znalazł rano. To już jakiś 
punkt zaczepienia, pomyślał. 

- Prawdę mówiąc... - urwał, nie kończąc zda­

nia. - Zdaje się, że jestem umówiony na degustację 

win. 

Przy odrobinie szczęścia dotrze do niej przed 

CIA. Może i jest jedną z nich, ale miał dziwne 
przeczucie, że bliżej jej do brytyjskiego wywiadu. 
Pytanie tylko, czy ścigają ją, ponieważ uważają, że 

zabiła Lietę, czy dlatego, że wiedzą, iż tego nie 
zrobiłaś? 

Beth wślizgnęła się do teatru i przemknęła do 

background image

72 Dorantta Durgin 

magazynów na dole. Interesowało ją szczególnie 
jedno pomieszczenie. Składowano w nim matera­
ce, a na wprost niego znajdował się magazyn 
z kostiumami z ostatnich przedstawień. O ile 
dobrze pamięta, teatr wystawił niedawno awan­
gardowe widowisko, na które licznie przybywali 
tak zwani The Beautiful People* Jedna z recenzji 
podkreślała wyjątkowo piękne i interesująco za­
projektowane kostiumy. Może znajdzie coś od­
powiedniego na degustację win. 

Miała za sobą ciężki dzień, a przed sobą jeszcze 

wiele do zrobienia. Postanowiła się przespać. 

Piętnastominutowa drzemka dobrze jej zrobiła. 

Leżąc jeszcze na materacu, przeanalizowała sytua­
cję, zastanawiając się nad dalszymi krokami 
i szczegółami swojej misji. Doszła do wniosku, że 
musi ubiec wszystkich i jak najszybciej zdobyć 
klucz do rozpracowania organizacji Jegorowa. Wi­
niarnia Blue Crane wydawała się być dobrym 
tropem. 

Doprowadziła się do porządku - znalazła od­

powiednie narzędzie do przepiłowania pozostałoś­
ci po kajdankach, oczyściła i posmarowała kremem 
zaczerwienione przeguby rąk, następnie umyła 
nieświeże, spłaszczone przez motocyklowy kask 

* The Beautiful People - dosl. piękni ludzie - bogate, 

modne towarzystwo z wyższych warstw społeczeństwa 
kapitalistycznego i ludzie sztuki; towarzystwo, które 
ustala i normuje kolejne mody i kierunki w zakresie 
elegancji i urody. W: Władysław Kopaliński, Słownik 

wyrazów obcych i obcojęzycznych. (Przyp. tłumacza). 

background image

Tajemnicza kobieta 73 

włosy, po czym udała się na poszukiwanie czegoś 
stosownego na degustację win, imprezę, która, jak 
wyczytała w prospekcie, miała mieć całkiem niefor­
malny charakter. 

Po wyjściu z garderoby z dawnej Beth pozostała 

tylko kurtka i plecaczek, z którymi nie chciała się 
rozstać, postanowiła przed wejściem do winiarni 

dobrze gdzieś je ukryć. Teraz, ze ściągniętymi do 
tyłu włosami, spiętymi stylową klamrą, w seksow­
nej czarnej sukience, której góra składała się głów­
nie z paseczków i tasiemek, odsłaniając ramiona 
i plecy - mogła śmiało zanurzyć się w nocnym 
życiu Kapsztadu. Srebrne wieczorowe pantofelki 
na bardzo wysokim obcasie i czarny aksamitny 
szal, który miał ją chronić przed wieczornym 
chłodem, dopełniały całości. Nie był to idealny 
strój, nie pozostawiał bowiem swobody ruchu 
w akcji ani możliwości szybkiej ucieczki i ukrycia 
się gdzieś w nocy. 

Najchętniej nie wdawałaby się w żadne po­

tyczki. Ale skoro potrafili ją znaleźć w hotelu 
Chandlera, musi się liczyć z tym, że odnajdą ją 
w winiarni. 

Wymknęła się z teatru, spojrzała na zegar na 

pobliskim banku i pewnym krokiem ruszyła na 
przystanek, skąd autobus miał ją dowieźć do 

winiarni. 

Chociaż było już wpół do siódmej, a po za­

chodzie słońca szybko robiło się ciemno, Beth 
mogła jeszcze obserwować zmieniający się za 

background image

74 Doranna Durgin 

oknami autobusu krajobraz. Po półgodzinnej jeź­
dzie drogą numer dwa znaleźli się poza granicami 
Faure i narodowego rezerwatu przyrody. Po kolej­
nych pięciu minutach zatrzymali się przy głów­
nym wejściu winiarni Blue Crane. Kierowca życzył 
jej dobrej zabawy i gładko przyjął dziesięcioran-
dowy* napiwek. Zaczekał, aż bezpiecznie wysią­
dzie, po czym odjechał. 

Uśmiechnęła się do mężczyzny, który otworzył 

jej drzwi lokaliku. Był przytulny i z charakterem, 
czuło się tu dobry gust... i pieniądze. Przy jednej ze 
ścian ustawiono rząd stołów, przy innych uloko­

wano wygodne meble do prowadzenia pogawędek, 
a pośrodku stała spora grupka zwracających na 
siebie uwagę światowców. Wina w efektownych 
naczyniach podawano zarówno poważnym degus-

tatorom, jak i zwykłym amatorom, kieliszki po­

grupowane były według gatunków win i prze­
dzielone kryształowymi czarkami z pokrojonym 
w kostki chlebem. Młode czerwone, dojrzałe czer­
wone, białe... Oprócz tego przygotowano obficie 
zastawiony stół: smakowite kanapeczki, mięsa, 
sery, jednym słowem moc przepysznych przeką­
sek. Mmm. Nareszcie kolacja, pomyślała Beth. Ale 
najpierw stoły. Nie ma czasu do stracenia, zwłasz­
cza gdy nie jest pewna, co wie wtyczka CIA. 

Przechadzając się swobodnie, zatrzymywała się 

tu i ówdzie i pobieżnie sprawdzała brzegi stołów, 
podnosząc dyskretnie obrusy. Nie znalazła jednak 

* Rand - waluta RPA. (Przyp. tłum.). 

background image

Tajemnicza kobieta 75 

niczego, co nie byłoby integralną częścią mebla lub 
elementami przynależnymi do stołu. Oczywiście, 
nie spodziewała się trafić na coś w taki sposób, ale 
dobre i to na początek 

Teraz wypadało zatrzymać się przy tych sma­

kołykach. Pozwoliła sobie na mały kieliszek doj­
rzałego, słodkiego czerwonego wina, popijała po­
woli, starając się nie jeść zbyt szybko. Łatwo 
powiedzieć, gdy ma się pusty żołądek. Wokół 

prowadzono uprzejme rozmowy, przedstawiciel 

winiarni krążył w tłumie i rozdawał takie same 
eleganckie prospekty, jakie leżały obok na stołach. 
Podszedł do niej w momencie, gdy wkładała do ust 
maleńką kanapeczkę. Szybko i dyskretnie prze­
łknęła, wyraziła swój podziw dla winiarni i win, 
i zapytała o możliwości zakupu i wysyłki. Wręczył 
jej drugi prospekt, trochę mniej błyszczący i cień­
szy. Zadowolony ze zdobycia potencjalnego klien­
ta, przeszedł do stojącej obok pary. Doskonale. 

Teraz tylko trzeba wybrać odpowiedni moment, 

podciągnąć sukienkę i... wczołgać się pod stoły. 

Jason uniósł brwi na widok zachowującej się tak 

bezceremonialnie Tajemniczej Kobiety. Wszedł do 
głównego pomieszczenia i rozejrzał się po ze­
branym tłumie akurat w momencie, kiedy Beth 
dawała nura pod stół. 

Szybki rzut oka upewnił go, że nikt poza nim 

tego nie widział. Gdyby jej nie obserwował, rów­
nież by nie zauważył. Szukała czegoś. 

Czegoś, co należało do Liety. 

background image

76 Doranna Durgin 

Ostrożnie zaczął śledzić drogę Beth, domyślając 

się jej obecności po falowaniu długich, eleganckich 
obrusów. Bywało, że i on... 

Koniecznie muszą porozmawiać. Tylko tym 

razem na spokojnie, bez przepychanek. Przyglądał 
się stołom, przyglądał się tłumowi i czekał na 
chwilę - nieuniknioną chwilę - kiedy komuś 
w tym pomieszczeniu wypadnie z ręki kieliszek. 

Usiadł przy stole i skrzyżował nogi, gdy tym­

czasem Beth, przerwawszy na chwilę poszukiwa­
nia, wychyliła głowę, dostrzegła go i zaczerwieniła 
się po uszy. Choć raz był górą. 

- Śliczna sukienka - powiedział, starając się 

mówić cicho. - Szkoda jej używać w charakterze 
mopa do wycierania podłóg. 

- Sprawdzam trwałość materiału - odrzekła, 

szybko opanowując początkowe zdumienie i zde­
nerwowanie. Po chwili, świecąc latarką, zniknęła 
pod sąsiednim stołem. - To prywatne zlecenie 

- szepnęła z dołu, wychylając głowę. - Idź stąd. 
Wzbijasz kurz. - Skierowała światełko latarki na 

fragment podłogi między nimi, a potem z powro­
tem na przestrzeń, którą już przebyła. - Cholera! 

- Nie rozumiem, co tutaj robisz - szepnął 

i błyskawicznie dołączył do niej. Przeciągnął koń­
cem palca wzdłuż krawędzi stołu, spojrzał i stwier­
dził, że jest mocno zabrudzony. - Nie wygląda na to, 
żeby w ostatnim czasie urządzali tu jakąś imprezę. 

Popatrzyła wściekle. 

- Czy nie powiedziałam, żebyś sobie stąd po-

szedłś-

background image

Tajemnicza kobieta 77 

- A czy ja wyraziłem na to zgodęć-

Gdyby wzrok mógł zabijać, Janson na pewno 

już by nie żył. 

- Wchodzisz mi w drogę. Przez ciebie szanse, że 

zostanę schwytana, wzrastają czterokrotnie. Idź 
już sobie. 

- Nie pójdę. - Tym razem naprawdę było mu 

jej żal. Sądząc po głosie, musiała być na skraju 
rozpaczy. Poprawiła przerzucony przez ramię szal, 
który zaczął się zsuwać. - Posłuchaj, wiem, że czas 
i miejsce nie są stosowne na rozmowę. Ale kiedy 
była okazja, uciekłaś. 

- To był twój czas - warknęła. - Twoje miejsce. 

I twoja rozmowa. I o ile pamiętam, sam ją zakoń­
czyłeś. Złożyłam ci propozycję, a ty ją odrzuciłeś. 

- Okoliczności się zmieniają - powiedział, 

wzruszając ramionami. 

- Naprawdę? Co ty powiesza Tylko nie myśl, 

że tym razem założysz mi swoje ukochane kaj­
danki. 

- Rozwaliłaś moje ukochane kajdanki - ziryto­

wał się. - Do licha... może niesłusznie odrzuciłem 

twoją propozycję. - A już był bliski postąpienia 

wbrew regulaminowi. Niedźwiedź powiedział, że­
by ją sprowadził... to tak, jakby wydał rozkaz. Ale 
w tej chwili Niedźwiedzia tu nie ma. Niedźwiedź 
nie widział tej kobiety w akcji. 

Beth przyjrzała mu się uważnie, chcąc wydedu-

kować, do czego zmierza, po czym ponownie 
zajęła się stołem, jednak po krótkim poszukiwaniu 
zrezygnowała i wyłączyła latarkę. 

background image

78 Doranna Durgin 

- Nic z tegoś- - zapytał, a widząc jej karcący 

wzrok, dodał: - Nie szkodzi. Wydostańmy się stąd 

i pogadajmy. 

- Pobożne życzenie - zakpiła, chowając latarkę 

do małej torebki i przytrzymując dół sukienki, 
żeby łatwiej się wydostać. 

Wyjście spod stołu okazało się bardziej skom­

plikowane niż wślizgnięcie się tam, z perspektywy 
podłogi miała ograniczone pole widzenia. W dodat­
ku teraz jest ich dwoje. Niemożliwe, żeby ktoś nie 
zauważył, jak wynurzają się spod stołu. 

Pierwszy wyłonił się Jason, a kiedy Beth wysu­

nęła swoje długie, zgrabne nogi, pochylił się, żeby 
pomóc, przy okazji strącając jej klips z ucha. Już 
miała mu powiedzieć coś przykrego, ale syknął 
i w porę ją uciszył. Kiedy wstała, z galanterią podał 
jej klips. Tym razem zwrócili na siebie uwagę, 
wielu gości odwróciło się w ich stronę i przy­

glądało, nie kryjąc zdziwienia. 

- Oto i on - powiedział Jason z miną bohatera. 

- Aż trudno uwierzyć, że tak daleko się potoczył. 

- No właśnie - odpowiedziała z przymusem. 

- To rzeczywiście bardzo dziwne. - Wyrwała mu 

klips z ręki i szybkim, fachowym, wręcz szorstkim 
ruchem włożyła z powrotem, a Jason miał nie­
przepartą ochotę pogłaskać ją po włosach albo 
delikatnie dotknąć jej ucha. 

Może to, co wydarzyło się później, było następ­

stwem tej sytuacji... a może po prostu Beth tak 
świetnie to rozegrała. Zwróciła się do niego i po­
wiedziała: 

background image

Tajemnicza kobieta 79 

- Dziękuję ci, kochanie. -I choć zdawało się, że 

mówiąc to, zaciska zęby, było zupełnie inaczej, 
kiedy spotkali się ustami. Miała wargi gorące, 
podatne i bardzo namiętne. Lekki całus na użytek 
publiczności zamienił się w głęboki i pełen pożąda­
nia pocałunek, z udziałem języka i delikatnie 
skubiących zębów... 

Desperackim ruchem oderwał się od niej. Jesz­

cze chwila, a wziąłby ją w objęcia, nie zwracając 
uwagi na konsekwencje i nie przejmując się tym, 
że ta kobieta prawie na pewno wykorzystuje jego 
reakcję dla własnych celów. 

Niedźwiedź nigdy mu tego nie daruje. 

Ale Niedźwiedź nigdy się nie dowie. 

Rozległy się lekkie brawa: oderwał wzrok od 

oszołomionych, choć czujnych oczu Beth i stwier­
dził, że rzeczywiście mają widownię. Zamiast 
cokolwiek wyjaśniać, potraktował to na luzie, 
kłaniając się w pas publiczności. W tym czasie Beth 
poprawiła szal, zakrywając szczelnie piersi. Jason, 
nie dając nic po sobie poznać, opanował nagłą chęć 
przyciągnięcia jej do siebie. To nie powinno się 
było zdarzyć, pomyślał. 

Ten głos sumienia podziałał jak kubeł zimnej 

wody. Dzięki Bogu. 

Beth głęboko odetchnęła, palcem dotknęła warg 

i powiedziała: 

- Muszę poprawić makijaż. - Grała pod pub­

liczność, podobnie jak on. Śmiejąc się ze swoich 
kłopotów, oddaliła się szybko. 

Poczuł się rozczarowany. Tancerka... ale aktorka 

background image

80 Doranna Durgitt 

też

 z niej niezła, pomyślał. Ale tak trzeba. Jedno 

z nich musi zachować zdolność trzeźwego myś­
lenia, a nie wyglądało na to, żeby tym kimś miał 
być on. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Beth nie mogła w to uwierzyć. Po prostu nie 

mogła. 

- Czy to było konieczne?- - warczała na Chand-

lera, otulając się ciaśniej pożyczonym szalem. 
Odgrywając wyznaczone im nagle role, uśmiech­
nięci przeszli do holu, szukając odrobiny prywat­
ności. Ruchem głowy Beth zaproponowała wyjście 
na dwór. Chandler zdjął tylko z wieszaka kurtkę, 
cieplejszą niż ta, którą nosił rano, bardziej od­
powiednią na jazdę motorem w chłodny wieczór, 
i podążył za Beth. 

- Przecież to ty zrobiłaś - powiedział z oburze­

niem, ledwo zamknęli za sobą drzwi. 

- Co ty opowiadasz? Ja... - przerwała. Prze­

szyła go wzrokiem, po czym poszła, aby odzyskać 
swój plecak i kurtkę. 

Tak, zawiniłam, pomyślała. Co najmniej w ta­

kim samym stopniu jak on. Przecież sytuacja aż się 
o to prosiła. Do licha z tym! 

background image

82 Doranna Durgitt 

Wynurzyła się z krzaków z nieprzeniknionym 

wyrazem twarzy, narzucając kurtkę na szal. Nie 
spodziewała się, że ten sztywniak potrafi mieć tak 
smutną i zrezygnowaną minę. 

- Posłuchaj - powiedział. - Naprawdę schrzani-

łem wszystko. Nie dotarłem w porę do Liety 
Denisowej, a głowę bym dał, że mógłbym ją 
uratować. A ty tam byłaś... 

- Nie przypominaj mi - z goryczą powiedziała 

Beth. - Tak, byłam tam, a ona i tak zginęła. 
Obserwowałam to miejsce od wielu godzin... mu­
sieli tam dotrzeć przede mną. Nie wiem... może 
podrzucili jej pluskwę. Coś za łatwo mnie znaleźli. 

Oddalali się od budynku, podążając zgodnym 

krokiem dróżką posypaną trocinami. Przed nimi, 
aż po nocny horyzont ciągnęły się równiutkie 
rzędy winnej latorośli. 

- Już nie uważam, że to ty zrobiłaś - po chwili 

milczenia nagle odezwał się Chandler. - Mam na 
myśli zabicie Liety. 

- No cóż, dobre i to, dziękuję. Mam tylko 

nadzieję, że nie zmieniłeś zdania pod wpływem 
moich gwałtownych protestów. 

- Nie - oznajmił rzeczowo, i była mu za to 

wdzięczna. Światło księżyca łagodziło rysy jego 

twarzy. - Wiem, że jesteś dobra. Byłaś wysoko 

notowana w CIA, no i mogłem się o tym przekonać 
naocznie. Masz rację... nie spartaczyłabyś tak tej 
roboty. 

- Cieszę się, że mamy to wreszcie z głowy 

- powiedziała, a blask księżyca sprawił, że i jej 

background image

Tajemnicza kobieta 83 

twarz nieco złagodniała. - Ale nadal depczesz mi 
po piętach. 

- Tego bym nie powiedział. Po prostu chcę 

z tobą porozmawiać. 

- To ja chciałam z tobą porozmawiać - przypo­

mniała i powróciła do poprzedniego wątku. - A jed­
nak za mną łazisz. 

- Lepiej, żebym to był ja niż twoi koledzy 

z hotelu. - Zatrzymał się i położył rękę na jej 
ramieniu, odwracając ją w swoją stronę. - Czego 
oni chcą? Gdyby zamierzali cię zlikwidować, daw­
no by to zrobili. - Podszedł krok bliżej i zasępił się. 

- Porozmawiaj ze mną. Dziś rano powiedziałaś, że 

znajdujemy się po tej samej stronie barykady. 

- Powiedziałam, że moglibyśmy się znaleźć. 
- A ja sądzę, że już się znaleźliśmy. Czegokol­

wiek szukasz, oni szukają tego samego. Wolałbym, 
żeby cię nie ubiegli. Chyba ty także? 

Beth przytknęła koniuszki palców do zamknię­

tych powiek i delikatnie je potarła. Zaufać mu, nie 
zaufać... Barbara powiedziała, że powinna z nim 
współpracować. Ale chyba nie za cenę utraty 
szyfru na rzecz MI6. Musi go zdobyć dla Barbary 
i niech Stony Man decyduje, czym się podzieli 
z zaprzyjaźnionymi organizacjami. 

- Nie bardzo wiem, czego szukają - wyznała. 

- Domyślam się, że może po prostu, zanim mnie 

zabiją, chcą ustalić, co wiem i co przekazałam dalej. 
Nie potrzebują mojej wiedzy... Wygląda na to, że 
mają własne źródła informacji. - Na przykład 
Jegorow, pomyślała. 

background image

84 Doranna Durgin 

- Wiesz, kim oni  s ą ? - zapytał Chandler, nacis­

kając odrobinę mocniej. 

Otworzyła oczy. 

- Nie - odpowiedziała bez zastanowienia. Cóż, 

naprawdę nie wiedziała. Poza tym, co usłyszała od 
Barbary, reszty mogła się tylko domyślać. 

Jedno jest pewne - musi odebrać i przekazać 

wiadomość. Upłynęło już zbyt wiele czasu - do­
jazd tutaj, bezowocne przeszukiwanie stolików, 
długa i mało romantyczna rozmowa. Pora wracać 
do pokoiku w teatrze i przetrawić całą sytuację na 
nowo. A swoją drogą musi być szalona, pomyślała, 
jeśli stojąc w tak romantycznym miejscu, z przy­
stojnym, elegancko ubranym mężczyzną, nastro­

jona towarzysko po degustacji wina, myśli tylko 
0 ucieczce do ciemnego labiryntu pomieszczeń 
teatralnych, zapchanych najdziwniejszymi przed­
miotami. Gdyby przynajmniej wiedziała, czy chce 

odejść, czy zostać z tym mężczyzną, który na 
pewno spróbuje ją zwabić do swojej kryjówki. 

W dodatku konała z głodu. Przez cały dzień 

zjadła zaledwie kilka kanapeczek i wypiła pół 

kieliszka wina. Nic dziwnego, że burczy jej w brzu­
chu. I to głośno. A od zapachu winnicy robi się jej 
niedobrze. 

O dziwo, Chandler zachował się bardzo od­

powiedzialnie. 

- Jedź ze mną - zaproponował. - Oprócz 

prasowalni spodni w hotelu jest też niezła obsługa. 
I nie tylko, jest też bieżąca woda. 

- Już raz ci trzej błaźni mnie tam znaleźli 

background image

Tajemnicza kobieta 85 

- powiedziała bez zastanowienia, i dopiero po 
chwili zdała sobie sprawę, jak wiele wyjawiła tym 
komentarzem. Teraz on wie, że ona bierze pod 
uwagę taką możliwość. Ze chce tego. Ze to szansa 

na zjedzenie czegoś, na skontaktowanie się z Bar­
barą, a może nawet na prawdziwy prysznic, za­
miast mycia się w umywalce teatralnej toalety. Że 
prawdziwy pokój i Jason Chandler to jest coś... 

- Ale nie znaleźli mojego pokoju... i nie znajdą. 

Nawet jeśli mnie rozpoznali w holu. 

- Oj, obawiam się, że możesz się mylić - powie­

działa Beth, zawracając w kierunku winiarni. 
Wciąż niezdecydowana, szła przed siebie z wiarą, 
że dokona słusznego wyboru, kiedy przyjdzie na to 
czas. 

Przez chwilę maszerowali w milczeniu. Minęli 

główny budynek i dotarli na parking, gdzie czekał 
żółty motocykl. 

Wahając się, czy jechać z Chandlerem, czy 

zaczekać na autobus, patrzyła w jego szare oczy, 
które wcale nie były takie zimne, jak jej się 

wcześniej wydawało. Rozum jednak nakazywał 

zostawić go i pójść własną drogą. 

Jakby czytając w jej myślach, szybko pochylił 

się i wciąż na nią patrząc, otworzył mały bagażnik 
i wyjął z niego torbę, którą zostawiła, uciekając 
z hotelu. Bez słowa wręczył ją Beth. 

- Przeszukałeś ją - domyśliła się. 
- Tak. Ale niczego nie tknąłem. 
A więc odnalazł się jej ukochany Wyatt, ucie­

szyła się. A już myślała, że go straciła na zawsze. 

background image

86 Dorattna Durgin 

Najspokojniej jak można przyjęła torbę, odgadując i 
po ciężarze, że jej sigsauer P226 znajduje się na 
swoim miejscu. 

- Uchwyt typu Nill - powiedział z podzi­

wem, nie rozwodząc się dłużej nad tym gestem 

zaufania, które jej właśnie okazał. - Jedź ze mną. 

Tym razem nie ma mowy o żadnych kajdan-
kach. Przyrzekam. 

- Och, niech ci będzie - powiedziała wreszcie j 

i przełożyła nogę przez siodełko. 

Mmm, co za rozkosz... Miły, ciepły pokój, 

cudownie miękkie łóżko... 

Rzuciła gdzie popadnie kurtkę, szal i torbę. 

Obeszła pokój, odnotowała obecność zamkniętego 
laptopa na biurku, zamkniętej teczki w rogu, brak 
osobistych przedmiotów, które powinny być roz­
rzucone wszędzie. Zajrzała do łazienki, gdzie zoba­
czyła porządną, zamkniętą na suwak kosmetyczkę 
z przyborami do golenia. Wszystko przygotowane 
do szybkiej ewakuacji w razie nagłej zmiany 
planów... nic, co by pozwoliło zidentyfikować 
mieszkańca pokoju. 

Sam pokój był taki, jak go reklamowano, włącz­

nie z ekspresem do herbaty i prasowalnicą do 
spodni. Nie mówiąc o suszarce do włosów, puszys­
tym eleganckim szlafroku w szafie, szamponie 
i mydle w dostatecznej ilości, by zmyć z siebie 
nawet dzisiejszy dzień. Wielkie małżeńskie łoże 

przykrywała puszysta kapa, do tego trzy warstwy 
prześcieradeł, jedwabne poszewki. Nawet dekora-

background image

Tajemnicza kobieta 87 

cje na ścianach były rozmieszczone w niebanalny 
sposób. 

Tylko się nie zachłyśnij, nakazała sobie. Ponow­

nie spojrzała na zamknięty laptop, odnotowując 
blokadę i puste miejsce po karcie PCMCIA - prze­
nośnej pamięci, gdzie najprawdopodobniej Jason 

przechowuje szyfr i kartę główną do swojego 
systemu. Podobną do tej, której szuka Beth, tyle że 

karta Liety jest kopią głównej karty Scherby. 
Z taką kartą każdy użytkownik laptopa może 
wejść do innego systemu w sieci. 

Trzeba przejść do działania. Zakończyła obchód 

pokoju, poprawiła kapę, zapaliła górne światło 
i napotkała wzrok Chandler'a - rozbawiony i wyro­
zumiały. Ale także... wyczekujący. Wyraźnie 

chciał się przekonać, co Beth jeszcze zrobi i zorien­
tować się, czy trudno będzie z nią współpracować. 

- Domyślasz się zapewne, że byłoby o wiele 

łatwiej i lepiej, gdybyś mi na początku powiedzia­
ła, że masz do spełnienia misję, która obchodzi obie 
nasze organizacje - odezwał się. 

- Niczego takiego nie mogłam powiedzieć 

- wyrzuciła z siebie bez zmrużenia oka, siadając na 
łóżku i szperając w torbie. Wyjęła mikroskopijną 
ładowarkę i przejściówkę do wtyczki, chociaż na 

dobrą sprawę mogła włączyć komputer do zwyk­
łego kontaktu. - Domyślasz się tego, ponieważ 
byłam w CIA. No cóż, przyjrzyj się uważniej 
swojej bazie danych. Byłam to znaczy, że byłam. 

A nie jestem. 

- Niech ci będzie - powiedział poirytowanym 

background image

88 Doranna Durgtn 

głosem, bardzo z angielska. - Powiedzmy więc, że 
przynajmniej teoretycznie mamy podobne cele. Ty 
zaś z mety przypisałaś mnie do MI6. 

- To prawda - mruknęła, rzucając się na łóżko 

w poszukiwaniu gniazdka między nim a nocną 

szafką. Nie mogła zrozumieć, dlaczego wszystkie 
hotele na świecie ukrywają gniazdka za meblami. 
Kiedy usiadła prosto, napotkała nieco zaszokowa­
ny wzrok Jasona... pewnie na widok tego, co mu 
przed sekundą zademonstrowała. 

- Chodzi o to... - zająknął się, powracając do 

poruszonego przez siebie wątku. - Gdybyś mi 
powiedziała... 

- To coś- Zrobiłbyś dokładnie to samo. Po­

stępujesz zgodnie z regulaminem, Chandler. Każ­
dy twój ruch o tym świadczy. Dopiero ruszyłeś 
z kopyta, kiedy dotarło do ciebie, że nie zabiłam 
Liety, a i tak mogę się założyć, że aż cię korci, żeby 

grzecznie dać znać komu trzeba, że jestem tu 
z tobą. O ile jeszcze tego nie zrobiłeś. 

Chyba go dotknęła do żywego. 
- Rany, niczego takiego nie zrobiłem i nie 

rozumiem, dlaczego wy, nadgorliwe baby z pomy­
słami, z góry zakładacie, że wiecie, co myślą inni, 
i często wyciągacie fałszywe wnioski. Jak na tan­

cerkę, to w ogóle za dużo myślisz! 

- Co?! - zawołała kompletnie zaskoczona 

Beth. Nadgorliwe baby z pomysłam?! Jak na 
tancerkę! - Podejmuję decyzje, które uważam za 
najlepsze i najskuteczniejsze. A w ogóle, to kto ci 
powiedział, że jestem tancerką? 

background image

Tajemnicza kobieta 89 

- Nikt. Poznałem po sposobie... w jaki się 

poruszasz. 

0...o?- To ciekawe. Westchnęła. To prawda, 

zbyt żywo reaguje na tego mężczyznę. Jest przy­
stojny i pełen wiary we własne siły - nie bez 
powodu, jak się przekonała - a w dodatku, cholera, 
potrafi być czarujący! Ale, do licha, podobnie jak 
każdy do tej pory facet w jej życiu - przystojny 
i pewny siebie facet - jest formalistą, a tacy chcą 
tylko rządzić, zwłaszcza takimi wyzwolonymi 
kobietami jak ona, kobietami mającymi odmienne 
poglądy. 

- Czy wiesz, że ostrygi mogą zmieniać płeć na 

życzenie? - zapytała. 

Wprawiła go w osłupienie, którego nawet nie 

próbował ukryć. 

- A co to ma do rzeczy? 
- Nic - odparła Beth i nagle zniechęciła się do 

dalszej rozmowy. A może po prostu zdała sobie 
sprawę, jak bardzo jest zmęczona. - Nic... a może 
wszystko... 

W dziwny sposób pracował jej umysł... błahost­

ki, wtręty, urwane myśli. Ale dzięki temu łatwiej 
było zmieniać temat, przestawiać się na inne tory 
zarówno fizycznie, jak i psychicznie. A to miało 
wiele wspólnego z dokonywaniem wyborów. Ona 
wie swoje, on swoje - to takie proste, choć dla 
niego pewnie niezrozumiałe. Dowiódł tego swoją 

reakcją na jej nieskrępowany sposób rozumowa­

nia. Chyba że - popatrzyła na zmarszczone czoło 
Jasona - chyba że się postara. Tak, najwyraźniej 

background image

90 Doranna Durgin 

próbuje ją zrozumieć. Może i nie nadąża za nią, ale 
próbuje. Beth nie pamiętała, kiedy ostatnio spot­
kała mężczyznę, któremu by na tym zależało. 

Pewnie nigdy, ot co. Przez to niewiele też 

oczekiwała, przygody miłosne zdarzały się jej 
sporadycznie i tak naprawdę prawie nigdy nie 
angażowały jej serca. 

- Wszystko w porządku - niespodziewanie dla 

obojga złagodziła ton głosu. - Może kiedyś dla 
ciebie zatańczę. 

Nieoczekiwana propozycja wywołała trwające 

chwilę napięcie, z którego mogła tylko się cieszyć. 
Chandler stał przy biurku, a wzrok miał taki, jakby 
od łóżka dzielił ich tylko jeden krok, czemu może 
nie byłaby przeciwna. Ale... 

Ale czeka ją praca, podobnie jak jego. Praca, a nie 

rozrywka. A przy tej presji, jakiej jest poddana, 
nawet drobne szaleństwo zdecydowanie podpada 
pod kategorię rozrywki. 

To nie w porządku, protestował cichy głosik w jej 

podświadomości, kiedy już zajęła się swoim minikom­
puterem, wprowadziła hasło i weszła do poczty. Nie 
było nic przypadkowego w tym, co się stało. Ale to 
nie takie proste. I coraz trudniej się temu oprzeć. 

Dzięki Bogu ma się czym zająć. Odebrała wiado­

mość od Barbary - krótką i treściwą. Jeszcze nikt 
nie znalazł śladów ostatniej bytności Liety w miej­
scach publicznych, Rosjanka użyła jednak dobrze 
zakamuflowanej karty kredytowej, kupując śpi­
wór w dniu poprzedzającym spotkanie z Beth. 
W dniu poprzedzającym jej śmierć. 

background image

Tajemnicza kobieta 91 

Śpiwór? Spędziła noc na ławce w parku, udając 

bezdomną? 

- Coś nie tak? - Jason przepchnął do pokoju 

fotel biurowy, zakręcił nim, usiadł i podłożył ręce 
pod głowę. Jakby chciał zapomnieć o tym, co miało 
miejsce przed chwilą, i ruszyć do przodu. - Masz 
taką zatroskaną minę. 

- Naprawdę? - Dotknęła ręką twarzy. - Może 

masz rację. Szukam... brakujących elementów. 

- Bo prawdę mówiąc, nie wszystkie do siebie 

pasują - przyznał. 

Przyglądał się dyskretnie, kiedy otwierała nową 

wiadomość od Barbary - listę wszystkich moż­
liwych firm o nazwie Blue Crane, tym razem 
uszeregowaną pod względem ważności. Beth zerk­

nęła na nią i posłała w duchu kilka ciepłych słów 

wdzięczności Barbarze. Zastanowiła się też nad 
swoją obecną sytuacją. Z jednej strony deptali jej 

po piętach bliżej nieokreśleni agenci CIA, wcale nie 

wykluczone, że wtyczki Jegorowa w tej organiza­
cji, którzy obarczali ją winą za zabicie Liety, 

z drugiej zaś MI6 naciskała na Chandlera. Przy 
takiej asyście marne są szanse na odwiedzenie 
najważniejszych wskazanych przez Barbarę 
miejsc. 

Odczekawszy naprawdę długą chwilę, Chand-

ler kontynuował: 

- Na dobrą sprawę jeszcze mi nic nie powie­

działaś. Wiem, że czegoś szukasz i chyba słusznie 
się domyślam, że chodzi o coś, co przekazała ci 
Lieta, zanim umarła. Jednak... - tu zawiesił głos, 

background image

92 Doranna Durgin 

wzruszył ramionami i nie dokończył, ale Beth 
wiedziała, co chciał powiedzieć: jesteś mi winna 
coś więcej. 

W pewnym sensie ma rację. Zawdzięcza mu to 

bezpieczne miejsce, prysznic, który wkrótce weź­

mie, możliwość odpoczynku. Z drugiej jednak 
strony... Nie jest mu nic winna. Oboje wykonują 
swoją pracę, a jedynym powodem, dla którego się 
tutaj znalazła, była nadzieja Chandlera, że coś od 
niej wyciągnie. Co nie znaczy, że tak będzie. 
Jednym zdecydowanym stuknięciem rysika w mi­
nikomputer zamknęła ten nieoceniony sprzęt, kła­

dąc go na łóżko, by mógł się doładować. Był dobrze 

zabezpieczony. Chandler może sobie próbować, 

ale nigdy nie przedrze się przez zabezpieczenia 

Stony Man. Koniuszkami palców potarła zmęczo­
ne powieki i dość szorstko odpowiedziała: 

- Jeszcze się zastanawiam. 
- Ważysz za i przeciw - powiedział, nieoczeki­

wanie trafnie interpretując jej słowa. - Rozpacz­
liwie szukasz wyjścia, które okazałoby się lepsze, 
niż powiedzenie mi teraz wszystkiego. 

Tym razem rzeczywiście trafił w sedno. 
- Chyba tak - powiedziała z namysłem. - Ale 

jestem zmęczona i źle mi się myśli. Wezmę prysz­
nic, może to mi pomoże. - Wstała, przeciągnęła się, 
a w drodze do łazienki chwyciła z szafy szlafrok. 

- Zamówię kolację - zawołał. - Masz na coś 

ochotę? 

- Jeszcze jak! Coś z mięsa, a najlepiej wołowinę. 

Albo kawałek bizona... cokolwiek, co jest krwiste. 

background image

Tajemnicza kobieta 93 

- Jesteś mięsożercą. Teraz wszystko rozu­

miem. 

Wchodząc do łazienki, odwróciła się jeszcze. 
- Dzisiaj mam zamiar - powiedziała bardziej 

do siebie, niż do Jasona - stać się ostrygą... zuch­
wałą i lubiącą ryzyko. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Strumień wody z prysznica był taki, jak lubiła 

- mocny i pulsujący. Jednak nie pozwoliła sobie na 

luksus długiej kąpieli, zmyła z siebie pianę, zdecy­
dowanym ruchem zakręciła kran i sięgnęła po 
jeden z hotelowych ręczników - kremowych i pu­
szystych. 

O mało by tego nie przegapiła. Jason, przyła­

pany zapewne w połowie rozmowy, mówił 
sztywno i oficjalnie: „...jutro rano. Do zobacze-
nia . 

Jasne, nie wytrzymał i postąpił zgodnie z regula­

minem. Głupio zrobiła, że tak dalece mu zaufała, 
ale tak bardzo jej zależało na zdobyciu karty Liety, 
że zdecydowała się odstąpić od żelaznej zasady 
pracy w pojedynkę. 

Jeszcze trochę, a ruszy swoją drogą. Szybko 

wytarła włosy, pozostawiając je w takim stanie, 
jakby wyszła prosto z łóżka, i mocno ściągnęła 

pasek szlafroka. Był za duży, jak wszystkie uniwer-

background image

Tajemnicza kobieta 95 

salne szlafroki w hotelach. Teraz sprawdzi szyb­
ko pocztę, narzuci na siebie sukienkę i wróci do 
teatru. 

Jednak najpierw zatrzymała się przed lustrem, 

żeby wetrzeć pachnącą emulsję. Widziała przed 
sobą kobietę z mokrymi włosami, zaróżowionymi 
policzkami, ze śladami emulsji na twarzy. 

- Najpierw kolacja - oznajmiła tej odbitej w lu­

strze Beth. - Na koszt MI6, a co! 

- Mówiłaś

 COŚ4-

 - zawołał Chandler z drugiego 

końca pokoju. Korzysta z sytuacji i pewnie dłubie 
przy laptopie, pomyślała. 

- Owszem, ale do siebie - krzyknęła, ciesząc się 

na myśl o pysznym krwistym befsztyku. Miała 
nadzieję, że Chandler zamówił także deser. Zje... 

a potem się wymknie. A jutro, od samego rana, 
weźmie się za listę przygotowaną przez Barbarę 
i wznowi poszukiwania, mając się na baczności 
przed ludźmi Jegorowa. Poinformuje Barbarę, że 
współpraca z Chandlerem nie wypaliła, powie jej 
też, że CIA jest tak dokładnie infiltrowane, iż musi 
się trzymać od nich z daleka... 

Hmm, równie dobrze pewne rzeczy mogłaby 

zrobić na miejscu, pod nosem Chandlera... 

Kiedy wyszła z łazienki, parując jeszcze i pach­

nąc szamponem, znalazła obok swojego kompute­
ra parę ciemnozielonych dresowych spodni i klap­
ki. Chandler zrobił minę niewiniątka, jakby nie 
miał z tym nic wspólnego. On także zmienił 
elegancki garnitur na zielone sfatygowane spodnie 
i wyciętą w szpic bluzę, tak ściśle opinającą jego 

background image

96 Doranna Durgin 

muskularną klatkę piersiową, że pewnie w dotyku 
była jak druga skóra. 

- Powiedzieli, że jedzenie dostarczą za dwa­

dzieścia minut - poinformował. 

- Cudownie. Konam z głodu. - Spojrzała na 

spodnie dresowe, a potem na Jasona: - Ładne, 

dziękuję - powiedziała. 

Wzruszył ramionami. 
- Najlepsze, jakie mogli dostarczyć ze sklepiku 

hotelowego. 

- I to po godzinach pracy. Musiałeś być bardzo 

przekonujący. W dodatku to jeden z moich ulubio­
nych kolorów. - Zieleń podkreślała barwę jej oczu. 

-Daj spokój, Chandler, miło, że o tym pomyślałeś. 

Czy miły gest wobec kogoś, kto nie należy do tej 
samej drużyny, jest zgodny z regulaminem? 

Dał spokój. 
- Jesteś mile widzianym gościem. - Spojrzał jej 

w oczy, a Beth odniosła wrażenie, że miałby ochotę 
wstać i podejść bliżej, bardzo blisko... Kiedy jednak 
szerzej otworzyła zmrużone oczy, Jason, zrelak­
sowany i spokojny, nadal siedział w swoim fotelu. 

Uff. Musi być nieźle zmęczona. Coś jej się roi. 

A może i nie roi, ale nie chciała w to wnikać. 

Przy łóżku stał drugi fotel. Usiadła na nim, 

wzięła komputer i wystukała rysikiem parę słów 
do Barbary, poprzedzając je hasłem oznaczającym, 
że nie może teraz korzystać z wideo. System 
zabezpieczający nie informował o żadnej próbie 
wejścia niepożądanej osoby: najwyraźniej, kiedy 
była w łazience, Chandler trzymał ręce przy sobie. 

background image

Tajemnicza kobieta 97 

Wróciła do łazienki, by szybko włożyć spodnie, 

i właśnie stamtąd wychodziła, kiedy przywieziono 
kolację. Rzuciła się żarłocznie na jedzenie. Comber 
sarni z cynamonowo-orzechowym tostem... niebo 
w gębie! W połowie posiłku spojrzała na Chandlera 
i bez żadnej ubocznej myśli zapytała: 

- Kim ona była? 
Popatrzył na nią z najwyższym zdumieniem 

i odłożył na brzeg talerza widelec z kawałkiem 
chrupiącej kaczki. 

- Jaka znów ona? - zdziwił się. Kiedy po chwili 

zrozumiał, skrzywił się boleśnie. - Zdaje się, że 
inaczej to ująłem... Chyba mówiłem coś o za­
wziętej babie z pomysłami... 

Uśmiechnęła się do niego. Nie był wcale taki zły, 

kiedy nie traktował siebie zbyt serio. 

- Jakaż to zawzięta baba z pomysłami dała ci 

taki wycisk, że bierzesz odwet na całym rodzaju 
żeńskim? 

Nagle sposępniał. Przez chwilę bawił się widel­

cem, a potem odsunął od siebie talerz. Kiedy się 
ponownie odezwał, starał się, choć nieskutecznie, 
udawać naturalność i beztroskę. 

- To był ktoś, z kim byłem bardzo związany. 

Podjęła ważną decyzję, nie konsultując jej ze mną. 
Do dziś się zastanawiam, czy to była... córka czy 
syn. W dodatku, jak sądzę... nie miała odwagi 
spojrzeć prawdzie w oczy. 

Beth nie kryła zdumienia. 
- A więc ona... - nie dokończyła. To nie miało 

sensu. Było aż nadto oczywiste, co ta kobieta 

background image

98 Doratttta Durgitt 

zrobiła... i jak Jason to przeżył. - Przepraszam, nie 
zapytałabym, gdybym przypuszczała... no, że 
otrzymam tak szczerą odpowiedź. 

- Więc umówmy się, że teraz ty winna mi 

jesteś szczerość - powiedział, starając się zajrzeć jej 

w oczy. - Kim on byte Kto cię tak zraził do nas, 
żałosnych skurczybyków, i do naszych regulami­
nów? 

- Och, to akurat jest proste - powiedziała 

i promiennie się uśmiechnęła. - Wszyscy. Co do 
jednego. Ale też doszłam do wniosku, że nie ma 
sensu starać się tańczyć, jak ci zagrają. Nie dopasu­
jesz się, jeśli to ci naprawdę nie leży. O wiele 

łatwiej iść swoją własną drogą. 

- Samotnie, jak mniemam - powiedział. 
No, to trochę zabolało. 
- Może czasami. Ale w przeciwnym razie pła­

cisz zbyt wysoką cenę. - Wyciągnęła gołe stopy 
i czubkami palców chwyciła klapki, nie przerywa­
jąc jedzenia. - Deser. Mmm, to miło, że pomyślałeś. 

Może nie powinna rozkoszować się kolacją aż 

tak ostentacyjnie, ale... każda łyżeczka kremu 
brulte.

 rozpływała się w ustach i wprawiała w bło­

gostan. Wiedziała, że Chandler ją obserwuje, ale 
dopiero kiedy podniosła wzrok, trzymając 
w ustach ostatnią porcję kremu, zauważyła, jak 
intensywnie się w nią wpatruje. 

Pomyślała, że pewnie nie powierzają mu zbyt 

wielu tajnych misji. Nie przy takim charakterze, 
nie z taką twarzą, na której wszystko widać jak na 
dłoni. 

background image

Tajemnicza kobieta 99 

Westchnęła. Gdyby to był inny czas, inna 

misja... może wtedy nie pragnęłaby tak bardzo 
opuścić tego pokoju. 

Choć z drugiej strony, może powinna spędzić 

czas z Jasonem Chandlerem... czy to by było 
kolejne szaleństwo? Nie przy emocjach, które 
odzwierciedlała jego twarz. I nie wobec własnej 
żywej reakcji na tego mężczyznę, nawet teraz. 
Dres wydał się jej nagle za ciepły, a puls walił 
mocno w najmniej oczekiwanych miejscach. 

Całe szczęście, że już musi uciekać. Wstała od 

stołu i pochyliła się nad łóżkiem. Starannie złożyła 
ubranie, przeciągając paseczki pantofli na wyso­
kich obcasach przez uchwyt na pasku przeznaczo­
ny na klucze. Jej laptop jeszcze się nie naładował, 
ale go wyłączyła i wsunęła do porządnego skórza­
nego schowka. 

- O nic mnie nie pytasz?- - odezwała się, idąc do 

łazienki, żeby wyczyścić zęby. 

Kiedy się odezwał, był wyraźnie spięty, co 

wywołało uśmiech Beth. 

- Dałaś wyraźnie do zrozumienia, że będziesz 

rozmawiać, kiedy łaskawie zechcesz. A ja, jako 
osoba cywilizowana, przetrawiam to właśnie. 

Razem z niedojedzoną kolacją, pomyślała. Mo­

że to z poczucia winy, a może na wspomnienie 
byłej dziewczyny... faktem jest, że coś uniemoż­
liwiło im dalszą rozmowę. 

Wyszła z łazienki wycierając ręce, rzuciła ręcz­

nik na łóżko, złapała torbę i kurtkę, i ruszyła ku 
drzwiom. Zaskoczyła go, ale nie na tyle, żeby nie 

background image

100 Doranna Durgin 

zdążył się poderwać, dopaść drzwi i zamknąć ich 
tuż przed jej nosem. 

- A niech cię - warknęła. Oparła czoło o fut­

rynę. - Już dzisiaj rozmawialiśmy. Pamiętasz, 
czym się skończyła tamta rozmowa?-

- Mam to w nosie - warknął z taką furią, że 

dostała gęsiej skórki. - Co ty sobie wyobrażasz, 
dokąd chcesz iść?-

- Nie waż się pogrywać tak ze mną - syknęła. 

- „Jutro rano. Spotkamy się..." tak?- Niby do kogo 

to mówiłeś? o co tu chodzie Nie przywykłeś do 
kobiet, które potrafią wziąć szybki prysznic? Kie­
dy zamierzałeś mi powiedzieć o tym swoim spot-

kanku?- Czy ten ktoś ma przynieść dla mnie środek 
usypiający, a może nowy komplet kajdanków?-

Teraz on się zdenerwował. 
- Robię, co mogę - wybuchnął - żeby cię 

chronić, do licha, a to oznacza, że muszę sprytnie 
lawirować i prowadzić grę jednocześnie z moimi 
ludźmi i z tobą. Wtedy nie byłem gotowy do 

podjęcia szybkiej decyzji. 

- No cóż, dzięki za szczerość. Zegnaj. 
- Nie rób tego. Tracisz energię, uciekając przede 

mną, zamiast wreszcie coś wspólnie załatwić. 

- Bo inaczej ty mnie zalatwisz?-

Spiorunował ją wzrokiem. 

- Posłuchaj... nie chcę, żebyś wychodziła sama. 
- To twój problem - odszczeknęła się. - A teraz 

pozwól mi wyjść, bo inaczej pożałujesz! 

Nie posłuchał. Ruszył w jej stronę i... wziął ją 

w ramiona. Przycisnął do drzwi, zablokował. Nie 

background image

Tajemnicza kobieta 101 

stawiała oporu. Przywarli do siebie wargami. Od 
razu poczuła się upojnie... i przypomniała sobie te 
ich pierwsze chwile w doku, kiedy też tak ją 
przygniótł... 

Dotykała krótkich, szorstkich włosów na jego 

karku, potem trochę dłuższych koło uszu, skłon­
nych do skręcania się w kędziory. Wyczuwała 
stalowe mięśnie jego ramion. Zapragnęła wyszarp­
nąć jego koszulę spod paska spodni, ale nie zdążyła. 
Prześlizgnął się dłońmi po jej biodrach. Przyciągnął 
do siebie i gwałtownie stopił się z nią. Przerażona 
siłą własnych doznań, jęknęła w jego ramionach. 
Dopiero wtedy się od niej oderwał. Zetknęli się 
głowami, patrząc sobie w oczy. Jason oddychał 
nierówno. 

- Teraz już nie będziesz sama. Zabierzesz ze 

sobą cząstkę mnie - powiedział nagle chrapliwym 
głosem. 

Otrząsając się z odurzenia, choć całą sobą prag­

nęła dalszych doznań, zaśmiała się krótko i równie 

ochryple. 

- Tylko mi nie mów, że to jakaś nowa super-

szpiegowska technika. 

- Ależ tak - odrzekł. - Zdecydowanie. Jak 

widać, nie da się ciebie oszukać. 

Wzięła głęboki oddech. Wyrównujący oddech. 

Pełen namysłu oddech. 

Nie sądziła, że Jason może być zdolny do 

takiego podstępu. Rozbieżność celów - owszem, 

ale jego zachowanie było autentyczne i szczere. 
Nawet nie próbował się wykręcić, kiedy Beth go 

background image

102 Doranna Durgitt 

zaatakowała za chęć ściągnięcia pomocnika naza­
jutrz rano. Tylko że cała sprawa obróciła się 

w plątaninę kolidujących ze sobą celów, świeżo 
odkrytych wrogów i frustrującego poczucia straty 
czasu. Jedno tylko było pewne. 

Był szczery podczas tego pocałunku. 
Ona także. 

Twarz Beth dawała nadzieję. Nie odrzuciła go, 

nie wyśmiała, nie uraziła. Zaróżowiona, 
z obrzmiałymi wargami, przyglądała się tylko. 
Lekko rozchyliła usta, jakby nie znajdując słów, 
oblizała je i odwróciła wzrok. 

Wyglądała na zamyśloną. 
A jedyne, o czym on mógł teraz myśleć, to 

o tym, że Beth stała mu się nagle bardzo bliska i że 
bardzo nie chce pozwolić jej odejść. 

Podszedł do okna. Przez sporą szparę w zasłonie 

zajaśniało światło reflektorów. Wyciągnął rękę, 
żeby zlikwidować tę szparę, zobaczył, że na dobrze 
oświetlonym parkingu kilka postaci wyładowuje 
się w pośpiechu z czarnego sedana. Zaklął brzydko 
pod nosem. 

Beth natychmiast zrozumiała. 

- Chodź ze mną - powiedziała, jednocześnie 

zrzucając klapki. - To miejsce przestało być bez­

pieczne. - Sięgnęła do torby, wyciągnęła małą 

kaburę z sigiem i zapięła ją w pasie. Na koniec 
wciągnęła kurtkę. 

Jason nie namyślał się długo. Dopadł biurka, 

złapał laptop, a poza tym wziął tylko browninga 

background image

Tajemnicza kobieta 103 

i amunicję. Reszta była nieistotna, musi - muszą 

- jak najszybciej wydostać się z hotelu. 

Beth czekała w drzwiach, jednocześnie spokoj­

na i niecierpliwa, patrząc, jak zgarnia sprzęt i wsu­
wa broń na miejsce. Jej twarz nie wyrażała strachu, 
jedynie wyostrzoną gotowość. 

- Jeżeli, jak powiedziała Lieta, człowiek Jego-

rowa jest w CIA, a CIA również uważa, że 
zabiłam Lietę, to ich wtyczka ucieknie się do 
wszelkich środków, żeby mnie złapać - powie­
działa. 

Zawarła w tym zwyczajnym zdaniu więcej 

informacji, niż zdołał z niej wyciągnąć w ciągu 
całego dnia. Powstrzymał się od komentarza - cho­
ciaż, gdyby znał niewielką, ale ambitną, podszy­
wającą się pod CIA organizację, która dokonała 
napadu w hotelu, byłby bardziej ostrożny i może 
nie przyprowadziłby jej do tego pokoju. Na pewno 
przekupili recepcjonistów i stróża, a może nawet 
hotelowych boyów. A podczas gdy on i Beth 
zwlekali z udaniem się do pokoju... 

Najwyraźniej ktoś ich gdzieś widział. 
Gdyby tylko wiedział, kto. 
Stara śpiewka. 
Sam nie był bez winy, nie pofatygował się, żeby 

sprawdzić tożsamość tych, których tak żwawo 
załatwił w holu hotelu. Skupił się na odnalezieniu 
Beth, słusznie zakładając, że tropią ją, a nie jego, 
natomiast niesłusznie przypuszczając, że nadal 
będą się koncentrować na niej, a nie na nim. Ale 
CIA miała nieograniczone możliwości. 

background image

104 Doranna Durgin 

Włożył motocyklową kurtkę i stanął przy Beth, 

która dyskretnie obserwowała korytarz. 

- Pewnie już są nieźle wkurzeni - powiedziała. 

- Byli pewni, że zgarną mnie dużo wcześniej. Za 

pierwszym razem nie użyli od razu broni, ale nie 
sądzę, żeby powtórzyli ten sam błąd. 

- My nie użyjemy broni - oznajmił, przypomi­

nając sobie plan hotelu. Jak w większości podob­
nych przybytków, korytarze tworzyły tu zawiłe 
labirynty, zbiegały się, rozchodziły, kończąc się 
mnóstwem awaryjnych wyjść na zewnętrzne 
schody przeciwpożarowe. Tamci nie mogą ob­
stawić wszystkich wind i schodów. - Uważam, że 
możemy spróbować uciec, zbiegając na dół schoda­
mi na końcu piętra. Stamtąd pasażem moglibyśmy 
się dostać do podziemnego garażu. 

- Jeśli znasz drogę, to prowadź. Pora zwiewać 

- rzuciła przez ramię i pędem puściła się przed 

siebie. 

Zrównał się z nią, wyprzedził o parę kroków 

i narzucił tempo. Biegła boso, więc dotrzymywała 
mu kroku. Na myśl, że pomimo różnicy płci może 
liczyć na nią w pracy, uśmiechnął się szeroko. 

Ty i ja przeciwko całemu światu. 
Kiedy minęli rząd wind, Jason wyraźnie przy­

spieszył, napędzając strachu paru gościom hotelo­
wym, którzy w złym momencie wyszli z pokojów. 

Beth bez wysiłku biegła razem z nim, jedną ręką 

trzymając klapki, drugą gotowa sięgnąć po siga. 

- Jeszcze za ten narożnik - powiedział, od­

wracając głowę, żeby go mogła lepiej słyszeć. 

background image

Tajemnicza kobieta 105 

Jeszcze i aż, pomyślał, gdy kątem oka dostrzegł 

ścigającą ich grupę. Zareagował natychmiast: dał 
nura do przodu, ale zbyt szybko wyhamował 
i odbił się od przeciwległej ściany korytarza. Był 
teraz całkowicie odsłonięty. 

A tamci działali szybko i bezwzględnie, gotowi 

zdobyć to, po co przyszli i zabić każdego, kto im 
stanie na drodze. Dostrzegł kątem oka wycelowa­
ny w siebie rewolwer z tłumikiem. Usłyszał ostry, 
podwójny odgłos wystrzału i szarpnął się z bólu, 
pocisk drasnął mu mięsień ramienia i utkwił 
w ścianie, pozostawiając na kosztownej tapecie 
rozbryzganą krew. Spodziewając się drugiego ata­
ku, odskoczył z linii strzału w bok i sięgnął po 
swoją broń, a wtedy usłyszał inny dźwięk, wysoce 
podejrzany. 

To nie był strzał z rewolweru. Zobaczył Beth, 

jak odbija się od podłogi z tymi śmiesznymi 
klapkami w ręku i wali nimi po palcach rewol­
werowca, jak nabiera rozpędu i z półobrotu kopie 

w twarz bosymi stopami napastnika. Facet zato­
czył się i wyrżnął głową w ścianę. Beth doskoczyła 
do niego, wyrwała mu rewolwer, trzasnęła go nim 
w skroń i odwróciła się, nie oglądając za siebie. 

- Trzymasz się? - zapytała Jasona, koncent­

rując całą uwagę na klatce schodowej, do której 
zmierzali. 

- Jakoś dam sobie radę - powiedział. - Wygląda 

na to, że są liczniejsi i lepiej uzbrojeni, niż przy­

puszczaliśmy. 

- Wygląda też na to, że tym razem nic ich nie 

background image

106 Doranna Durgitt 

powstrzyma. - Ruchem głowy wskazała na scho­

dy. -Tędy? Pozwolę sobie zauważyć, że sądząc po 
odgłosach, mamy może piętnaście sekund, zanim 
ktoś pojawi się w tych drzwiach. 

Do diabła, ale to boli! 
- Straciliśmy sporo czasu, ot co. 

- Świetnie. Dasz radę mnie utrzymać?- Zerk­

nęła na jego ramię, oceniając szkody. 

Spróbował napiąć mięsień, ale nie dał rady, 

mimo wszystko pochylił się i splótł dłonie, żeby jej 
zrobić podpórkę, chociaż jeszcze nie wiedział, do 
czego Beth zmierza. Skrzywił się z bólu. 

- Przynajmniej nie broczę krwią. 
- No i nie widzę żadnej strzaskanej kości - po­

wiedziała, używając jego rąk jak strzemienia. 
Wspięła się po nich i stanęła mu na ramionach. 

Podciągając się jeszcze trochę, skoczyła i przycup­
nęła na sprężynie amortyzującej drzwi. Balan­
sowała na jednej bosej stopie, usiłując się wpaso­

wać w przestrzeń pod sufitem. Jason odczekał 
chwilę, upewniając się, że zrobiła to, co chciała, 
a następnie przywarł plecami do ściany tuż za 

narożnikiem, trzymając mocno browninga. 

Po paru chwilach gałka drzwi poruszyła się 

i przekręciła, Beth w okamgnieniu, z niewiarygod­
ną zwinnością zatrzasnęła drzwi gołą stopą, a po­
tem jednym silnym ciosem ukradzionego pistoletu 
z tłumikiem powaliła wchodzącego łysego faceta. 
Drugi wycelował w nią, ale Jason szybciej nacisnął 
na spust. Potężna detonacja odbiła się echem po 
całej klatce schodowej. 

background image

Tajemnicza kobieta 107 

- Co za dupek - powiedział Jason i dodał: 

- Przepraszam. 

- Póki jeszcze nie mamy pozostałych na karku, 

skujmy tych kajdankami dla świętego spokoju. 

A potem wiejemy - zdecydowała Beth i zeskoczyła 

lekko ze swojej grzędy. 

Jason błyskawicznie skuł kajdankami obu agen­

tów, a Beth kolanem przyparła do ściany łysego 
i udzieliła mu dobrej rady: 

- Posłuchaj, jeśli jesteś człowiekiem Jegorowa, 

to najwyższy czas, żebyś się z tego wycofał. Jesteś 
spalony, o czym wkrótce wszyscy się dowiedzą, 
więc na twoim miejscu dałabym nogę. Jeśli zaś nie 
jesteś człowiekiem Jegorowa, to możesz być tylko 
wodzonym za nos niedojdą z CIA. Odczep się ode 
mnie i lepiej zacznij się rozglądać wśród swoich za 
marnym snajperem, który zabił Lietę. - Zostawiła 
osłupiałego mężczyznę, dała głową znak Jasonowi, 
że czas na nich i ruszyła ku schodom. 

Jason złapał torbę z laptopem i podążył za nią. 

Nagle Beth się obejrzała, stanęła w miejscu, wsunę­
ła rewolwer z tłumikiem do kieszeni kurtki i szyb­
ko zawróciła do rannego, łysego zbira. Nie wiado­
mo skąd wyjęła nóż, którym odcięła lniany rękaw 
bluzy faceta. 

- Zostawiasz za sobą ślady krwi - mruknęła, 

wracając do Jasona. Rozerwała rękaw na pół. 

- Twoja troska, o pani, wzrusza mnie do głębi 

-oznajmił, pozwalając założyć sobie prowizorycz­
ny opatrunek. 

Beth robiła to fachowo i z wyraźnym przejęciem. 

background image

108 Doranna Durgin 

- No, teraz będziesz wolniej krwawił i nie 

będziesz zostawiał śladów- powiedziała na zakoń­
czenie. 

- Coraz lepiej - zauważył Jason prawie weso­

łym tonem. Bo czemu nie? Już nie musi tropić 
Beth, przewidywać jej kolejnych kroków, nie 
musi czekać, aż coś się posypie w jej zadaniu. 
Połączyli siły i ruszają do akcji, co Jason lubi 
najbardziej. Tworzą już całkiem zgraną parę. 
Uśmiechnął się do niej szeroko, a Beth, o dziwo, 
rozbłysły oczy. 

Kiedy biegli schodami w kierunku podziemnego 

pasażu, usłyszeli parę pięter nad sobą dźwięk 

otwieranych drzwi i ciężki tupot zbiegających na 
dół stóp. Tamci byli coraz bliżej. 

- Zwiewaj - rozkazała Beth, koncentrując się 

i opierając na poręczy dłoń z rewolwerem. Lekko 
opuściła lufę. - Dogonię cię. 

- A jeśli ci się nie uda? 

Zgromiła go wzrokiem i poprawiła kąt strzału. 

- Które z nas krwawic I kto jest lepszym 

strzelcem? - warknęła. 

Jason spojrzał na prowizoryczny bandaż 

i stwierdził, że przesiąka, zauważył też świeżą 

plamę poniżej opatrunku. Jeszcze chwila, a znów 
zacznie zostawiać ślady. 

- Niech to jasna cholera! - zaklął pod nosem 

i rzucając Beth ostrzegawcze spojrzenie - nie 
chciał, żeby kogoś zabiła - ruszył dalej. 

Zatrzymał się na najbliższym podeście. Choć 

miała rację, nie mógł jej tak zostawić. Spojrzał 

background image

Tajemnicza kobieta 109 

w górę i zobaczył ją w momencie, kiedy utrzymu­
jąc pozycję, spokojnie wycelowała, nacisnęła spust 
i strzeliła dwukrotnie, raz za razem, po czym 
z najwyższym zdumieniem spojrzała na magazy­
nek, który... okazał się pusty. 

Jason usłyszał stłumiony odgłos padających ciał 

i w tej samej chwili nadbiegł trzeci mężczyzna. 
Beth zaklęła soczyście i dała nura na schody, 
jednym skokiem pokonując cały ich ciąg. Jason 
uniósł w porę browninga i przedziurawił faceta, 
zanim ten trafił Beth. Sturlał się ze schodów, a jego 
pocisk wbił się wysoko w betonową ścianę. 

Beth starła z rękojeści rewolweru odciski swoich 

palców i rzuciła broń na drgające ciało mężczyzny. 

- Raptem pięć strzałów w tej pukawce - po­

wiedziała z niedowierzaniem. - Kto się wdaje 
w strzelaninę ze spluwą pełną tylko do połowy?-

- Na pewno nie ty - zażartował. - Tylko już nie 

sprawdzajmy, ilu ich jeszcze może być. Wyjście 
jest tutaj. - Zawirowało mu w głowie, chociaż 
myślał, że nadal stoi prosto. Beth w ostatniej 
chwili złapała go za zdrowe ramię i podparła 
biodrem. Zręcznie uwolniła go od rewolweru, 

wsunęła mu go do kabury, chwyciła jego prze­
dziurawiony laptop i ruszyła w dalszą drogę. 

- Nic mi nie jest - powiedział, nie przekonując 

nawet samego siebie. - Gdybym tylko mógł gdzieś 
usiąść... Ale się porobiło - mruknął, rozejrzał się 
wokół i pokuśtykał dalej. 

Jeśli Beth martwiła się o jego stan, nie okazała 

tego. 

background image

110 Doranna Durgin 

- Chodźmy. Znam idealne miejsce, gdzie bę­

dziesz mógł wyłącznie siedzieć - powiedziała 
z uśmiechem. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Fast food

 zdominowało świat. 

- Trzydzieści tysięcy firm, działających na jed­

no kopyto w stu dwudziestu jeden krajach - wyre­

cytowała Beth, podając Chandlerowi zawiniętego 
w karbowany papier burgera. - Czterdzieści sześć 
milionów klientów. Teraz jesteś jednym z nich. 
Jedz, potrzebujesz białka. - Sceptycznie spojrzała 
na swojego burgera. - Prawdę mówiąc, nie jestem 

pewna, ile białka rzeczywiście znajduje się 

w czymś takim. 

Siedząc obok niej w pustym teatrze - oczywiś­

cie w pierwszym rzędzie - automatycznie wziął 

podanego mu burgera. Beth na pewno zaraz wy­
szpera podręczną apteczkę i zmieni mu opatrunek, 
ale póki jedzenie jest ciepłe, a on taki zmęczony, 
miło będzie posiedzieć na widowni, jedynym 

ogrzewanym miejscu w budynku, i pochłonąć 

burgera

 z frytkami. 

background image

112 Dor anna Durgin 

Nie chodziło o to, że byli specjalnie głodni, ale 

Beth rekompensowała sobie stracony czas, a Chan­
dler utratę krwi. 

- Wiem, że to kompletne dno w porównaniu 

z tym, co jedliśmy w hotelu, ale czy wiesz, ile 
kalorii ma taka jedna malutka frytka? 

- Nie, ale założę się, że zaraz mi powiesz. 

- Posłał jej coś na kształt zawadiackiego uśmiechu, 
co trochę zdziwiło Beth. Tak samo jak to, że jego 
lekko kędzierzawe włosy były teraz w wielkim 
artystycznym nieładzie. 

- Pięćset czterdzieści - poinformowała go, uda­

jąc sama przed sobą, że ani jego uśmiech, ani jego 
włosy nie robią na niej wrażenia. A może jeszcze 

powiesz, że i tamtym pocałunkiem się nie przeję­

łaś, pomyślała. - Możesz je zużyć od razu. Więc 
jedz. 

Normalnie nie przejmowałaby się taką swoją 

reakcją, powiedziałaby sobie, że co ma być, niech 
będzie, i skorzystała z chwili. Ale Chandler... to 
było jednak zaskakujące. Cały czas. Kiedy go 
zobaczyła tam w korytarzu, i ten moment niepew­
ności, kiedy jeszcze nie wiedziała, jak groźna jest 
jego rana... 

Gotowa była pędzić mu na pomoc, zamiast 

załatwić strzelającego napastnika. Doskonale prze­
szkolona, doświadczona, nie zdobyła się na działa­
nie, stała tylko i gapiła się na niego, kiedy dostał 
kulkę. Takie roztargnienie nie rokuje niczego dob­
rego. Podobnie, jak jej pociąg do tego faceta. 

Sądziła, że rozstając się już dość dawno z narzeczo-

background image

Tajemnicza kobieta 113 

nym, zostawia również za sobą tego rodzaju 
uczucia. Tymczasem teraz dopadły ją ze zdwojoną 
siłą. 

I dlatego przejmowała się swoim zachowaniem. 
Chandler był półprzytomny, obolały i zły na 

siebie z powodu chwili nieuwagi. Zastanawiał się 
nad ich sytuacją, jak przystało na dobrego agenta. 
Na razie wysunął z papierka pół hamburgera 
i ugryzł solidny kawałek. 

- Czegoś tu nie rozumiem. Przecież to czynny 

teatr, więc dlaczego... - zaczął. 

- Bo przygotowują nowe przedstawienie. 

Wiem to, ponieważ parę dni temu tańczyłam tu na 

próbę, a teraz czekam na ich odpowiedź. Prze­
słuchania i castingi odbywają się rano, wewnętrz­

ne dyskusje, połączone najczęściej ze sprzeczkami 
w sprawie obsady, po południu, a mnie pozo­
stawiają wieczór. Oczywiście, nie mając o tym 
zielonego pojęcia. Ale mówiąc serio, czy naprawdę 
uważasz, że mogłabym sprowadzić cię tutaj, nie 
sprawdzając dokładnie miejsca? Ten teatr jest 
idealny. 

- Prawie nie pilnowany - zauważył. - Każdy 

może tu wejść. 

- Ale nie tam, gdzie się udamy 
- Za kulisy? - zapytał, ale bez większego prze­

konania. 

Zaśmiała się. 

- Chyba rzadko bywasz w teatrze. Tu są cu­

downe zakątki dla tych, którzy chcą zniknąć 
z pola widzenia. A magazyny tego teatru to 

background image

114 Doranna Durgitt 

jak scenografia do „Upiora w operze". Gdy tylko 
znajdziemy się na dole, będziemy poza zasięgiem 
jakiegokolwiek radaru. - Pochłonęła ostatni kęs 
burgera,

 zgniotła papier i wsunęła go do torby. 

- Oprzyj się wygodnie, to zmienię ci teraz opat­
runek, nie przeszkadzając ci w jedzeniu. 

- To nie jest najlepsza kombinacja - zaprotes­

tował, ale zrobił, jak kazała. 

Otworzyła apteczkę, usiadła w takiej pozycji, 

żeby mieć jak najlepszy dostęp do uszkodzonego 
ramienia, rozcięła rękaw koszuli i oczyściła ranę. 
Ramię było tak spuchnięte, że aż prosiło się o anty­
biotyk. 

- Dziękuję - powiedział, kiedy skończyła, 

i uśmiechnął się, choć mogłaby przysiąc, że bardzo 
go to bolało. 

Dostrzegła krople potu na jego twarzy, zwłasz­

cza w rowku pod nosem. Z trudem oparła się 

pokusie, by zetrzeć je palcami. Górna warga miała 
prosty, twardy rysunek, natomiast dolna... zmys­

łowa i pełna... aż prosiła się o pocałunek. Chryste! 
Też sobie wybrałaś porę, Riggs, pomyślała. W sa­
mym środku schrzanionej misji. 

Nieświadomy jej niesfornych myśli, Jason po­

wiedział: 

- Najwyższy czas, żebyśmy porozmawiali, 

Beth. To twoje prawdziwe imię? Beth? 

Zawahała się, ale pokiwała głową. Już może 

skończyć z kamuflażem. Są razem, a on tak szybko 
nie nawiąże kontaktu ze swoim partnerem. Chyba 
jeszcze nawet nie zauważył, że podczas strzelani-

background image

Tajemnicza kobieta 115 

ny pierwsza kula ugodziła jego, a druga zboczyła 
i przeszła przez futerał laptopa. 

- Poszłam na spotkanie z Lietą, żeby zapewnić 

jej schronienie w zamian za informację. Zastrze­
lono ją podczas naszej rozmowy. Zdążyła mi 
powiedzieć, że ma kopię karty głównej, dzięki 
której wejdziemy do sieci komputerowej Scherby. 

Wiesz, że to właśnie Scherba stworzył cały system 
Jegorowa 

Okey, to nie była cała prawda. Nie padło słowo 

o malutkim dysku, który Beth ma przy sobie, ani 
0 organizacji Stony Man, poza słowem „my". Ale 
mimo wszystko Jason był zaskoczony, że w końcu, 
i to w taki łatwy sposób, zdobył potrzebną infor­
mację. 

- Wiem tylko, że gdzieś tę kartę schowała, 

a kluczem są tu słowa: Blue Crane, stół i... na dole 

- dorzuciła Beth. 

- Więc dlatego czołgałaś się pod stołami w wi­

niarni Blue Crane! - Jason omal nie zakrztusił się 
frytką, którą włożył do ust. 

Beth wzruszyła ramionami, próbując zachować 

powagę. 

- To był równie dobry trop, jak każdy inny. 

Mam listę innych możliwych miejsc. Trzeba przy­
znać, że jest bardzo długa. Główny problem polega 
na tym, że nie trafiliśmy na ślad miejsca, gdzie 
Lieta spędziła noc. Gdybym tylko potrafiła to 
wydedukować, mogłabym poważnie zawęzić tę 
listę. Gdybym tylko poszukała... 

Zaskoczył ją jego tajemniczy uśmiech. 

background image

116 Dorattna Durgin 

- Ty coś wiesz! - zawołała. 
- Śledziłem ją, zanim jeszcze spotkałaś się z nią 

w dokach. 

A więc wiedział. Wiedział przez cały czas, tylko 

nie przywiązywał do tego większej wagi! 

Widząc, jak się podnieciła, postanowił trochę 

ostudzić jej zapał. 

- Wyluzuj - powiedział. - Nie pora teraz na 

działanie. Jesteś wyczerpana, możesz popełnić ja­
kiś błąd. Podobnie jest ze mną. Nie sądzę, żebym 
w obecnej sytuacji mógł kogokolwiek osłaniać. 
Poza tym teraz jest ciemno, a w plenerze będzie coś 
widać nie wcześniej niż o szóstej rano. 

Plener. 
- Więc mi nie powiesza - wycedziła. 
Skrzywił się, nie wiedziała, czy z bólu, czy 

dlatego, że odezwała się do niego takim tonem, ale 

było jej wszystko jedno. 

- Prawdę powiedziawszy, nie. Chyba że mnie 

przekonasz, że nie mam racji. Obiecaj, że nie 
wybiegniesz teraz z teatru i nie zrobisz czegoś 
głupiego. 

Poderwała się z fotela, chwyciła z przejścia 

porzucone tam w pośpiechu klapki i położyła 
stopy na oparciu fotela, używając go jako drążka 
do rozciągania. Miał rację. Chciała działać, i to już. 

Ale to nie znaczy, że zrobiłaby coś bez namysłu. 

- Zastanawiałem się nad tym - powiedział, 

wrzucając okruszki do torby. - Tylko się nie złość. 

Poznałem się na tobie od samego początku. Dlacze­
go uważasz, że lepiej od razu, pod wpływem 

background image

Tajemnicza kobieta 117 

impulsu, podejmować decyzje, zamiast konsul­
tować je z innymi, zaangażowanymi w to ludźmi 

- Odczep się - warknęła, prostując maksymal­

nie napięte mięśnie nóg, z niewyjaśnionych przy­
czyn zraniona słowami Chandlera. Tak jakby ją 
obchodziło jego zdanie. - Coraz lepiej rozumiem, 
dlaczego nie ufam takim formalistom jak ty. Uwa­
żasz, że masz prawo kontrolować wszystko 
i wszystkich, a jeśli coś jest nie po twojej myśli, to 
z góry zakładasz, że jest złe. 

Tak jakby mnie obchodziło, co on myśli. 
A może jednak... Sądząc po tkwiącej w niej 

złości, po bolesnym ucisku w gardle... oczywiście 
bez najmniejszego powodu... nawet bardzo ją 
obchodziło. 

Jason otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale 

nie dopuściła go do głosu. 

- Tak się akurat składa, że masz zupełną rację, 

a jednocześnie jej nie masz. Miałam ochotę wybiec 
i sprawdzić to miejsce, ale za nic bym tego nie 
zrobiła. Jest środek nocy, jesteśmy zmęczeni, a ty 
ranny. Czy chociaż przez chwilę pomyślałeś, ile 
straciłeś krwi? I tak się składa, że zamierzałam 
skonsultować z tobą, co należy zrobić. Więc mo­
żesz sobie... - Chciała powiedzieć: iść do diabła, ale 
się zreflektowała, że za bardzo osobiście do tego 
podchodzi. Wstała więc, zeszła pochyłym przejś­
ciem i znalazła się na scenie. Byle dalej od niego. 

Nie powinna go tak traktować. Jeszcze będzie 

musiała z nim współpracować, zaczeka do rana 
i ruszy na dalsze poszukiwanie. Była zirytowana, 

background image

118 Doranna Durgitt 

ale mając taką perspektywę przed sobą, poczuła 
wreszcie dreszczyk emocji. Obecność Chandlera 
nie ma tu nic do rzeczy... 

Usiadła po turecku w głębi sceny, żeby roz­

masować stopy. Stopy tancerki, zwinne, sprężys­
te, zadbane, a jednocześnie zawsze trochę nad­
werężone. Twarde i delikatne jednocześnie. Jak on, 
pomyślała mimo woli, ale gniewnie odrzuciła tę 
myśl. Ta jego samokontrola i nieustępliwość... 

Dosyć! 

W tym ciemnym, pustym miejscu było jej 

dobrze. Miała nadzieję, że Chandler nie potraktuje 
jej zachowania jak jakiegoś kolejnego szaleństwa. 
Poza tym nie schowała się aż tak, żeby nie mógł jej 
znaleźć. 

Szaleństwo... to słowo niezbyt tu pasuje. 
Westchnęła i zmieniła stopę, masując każdy 

palec z osobna. Pomagało to jej wyciszyć się, 

odsunąć myśli. Skoncentrowała się na głębokim 
oddychaniu, oddalającym złość, dającym możli­
wość relaksu. Taak. Teraz lepiej. Wstała, dla rów­
nowagi oparła się ręką o ścianę i uniosła nogę 
wysoko ponad głowę, napinając palce. Jeszcze 
bardziej się rozciągnie. Tak jak to zawsze robiła, 
kiedy potrzebowała chwili spokoju. 

Ale kiedy podniosła wzrok, dostrzegła stojącego 

na proscenium Chandlera. Łagodne światło widow­
ni obrysowywaio jego głowę i ramiona, reszta 
pozostawała w cieniu. Zabawne, jak wiele może 
zdradzić ludzka sylwetka. Nie była to pozycja 
zaczepna: Jason stał z lekko wysuniętym jednym 

background image

Tajemnicza kobieta 119 

biodrem, a ramiona zwisały swobodnie. Przeszka­
dzało mu zranione ramię, było to widać po sposo­
bie, w jaki odsuwał je od ciała. Zatknął kciuk za 
pasek spodni. 

Gdy tak stała, patrząc na niego i rozciągając 

ciało, ogarnęło ją miłe podniecenie. Nadeszło od 
stóp i zatrzymało się w dole brzucha, gdzie pul­
sowało łagodnie. Oho, mam poważny kłopot, 
pomyślała. 

Sam się zdziwił swoimi słowami. Chciał powie­

dzieć: „Nie chcę, żebyśmy się kłócili" albo „Prze­
praszam, wyciągnąłem pochopne wnioski" i może 
jeszcze coś poza tym, ale kiedy jego wzrok wresz­
cie oswoił się z ciemną sceną, tamte pomysły 
wyleciały mu kompletnie z pamięci. Beth była 
dziwnie rozciągnięta, jedna jej noga zdawała się 
nieprawdopodobnie długa, a pośladki niezwykle 
twarde. To nie była sylwetka zwiewnej baleriny, 
ale prężącego się kota. Nie łabędzia, tylko pantery, 
plus zdumiewająco długa, wdzięczna szyja. Co za 
miejsce do całowania, pomyślał i zgubił gdzieś to, 

co chciał powiedzieć, a jego ciało wezbrało pożąda­
niem. Odsunął wszystkie praktyczne pomysły, 
a jego wargi powiedziały: 

- Zatańcz dla mnie. 

Powoli opuściła nogę. Podeszła do niego kro­

kiem tygrysicy. 

- Coś ty powiedział- - zapytała zdziwiona, ale 

poznał po głosie, że go usłyszała... tylko nie wie­
działa, co z tym zrobić. 

background image

120 Dorattna Durgin 

Mógł po prostu potrząsnąć głową i powrócić do 

pierwotnego planu. Mógł powiedzieć: „Nie chcę, 
żebyśmy się kłócili". Wtedy nie musiałby ryzyko­

wać uwikłania się jeszcze bardziej w kobietę o tak 
odmiennej naturze od jego natury. Bez wątpienia 
dołożyłaby mu do starych blizn nowe rany. 

A jednak, nawet gdyby tak miało się stać, nie 

zamierzał przepraszać za wyciągnięcie pochop­
nych wniosków. Beth była pomysłowa i impul­
sywna, wybuchowa i zrównoważona, to dlatego 
na jej widok walił mu puls nie tylko w ramieniu. 
Namiętność wzbierała w nim boleśnie szybko, na 
samą myśl o niej. 

Cholera, mam naprawdę poważny kłopot, po­

myślał. 

- Zatańcz dla mnie - powtórzył. 
Nie bardzo wiedziała, czy prosił, czy żądał, 

w jego głosie usłyszała dziwną nutę - złości Chyba 
jednak nie. 

Popatrzyła na niego, a potem zamknęła oczy, 

odrzuciła głowę do tyłu i nasłuchiwała. Czekała na 
odpowiednią muzykę. 

- Co robisz? - zainteresował się Jason. 
- Cicho bądź - rzekła. - Wsłuchuję się w muzy­

kę. Twoją muzykę. 

Tak, to właśnie to: wiolonczela i subtelna 

perkusja w tle. Wyprostowała się i zaczęła od 
powolnego adagio. Pieczołowicie dobrane ruchy 

miały obrazować jego wewnętrzny ład, zorganizo­
wanie, a także siłę charakteru. Chęć podporząd­
kowywania się regułom przy jednoczesnym pielęg-

background image

Tajemnicza kobieta 121 

nowaniu własnych pasji. Dopiero teraz naprawdę 
to zrozumiała. Siła przejawiała się w wyczekaniu 
na chwilę właściwą do podjęcia działań. A kiedy ta 
chwila nadchodzi... 

Perkusja rozbrzmiała odrobinę głośniej, a do 

wiolonczeli dołączyły altówki. Także ruchy Beth 
nabrały tempa. Nie widziała już zaplecza, słabo 
oświetlonej widowni, a nawet sylwetki Chandlera. 
Zdała się tylko na swoją wyobraźnię, odtańczyła 
ten moment, kiedy się ożywił i posłał jej czarujący 
uśmiech wraz z paroma suchymi słowami, przepo­
jonymi cierpkim, sarkastycznym poczuciem hu­
moru. Tańczyła coraz szybciej, stawiając drobne, 
posuwiste kroki w takt lekko swingującego rytmu. 
Nic przesadnego. Sama powściągliwość. Wytrzy­
mane do końca. 

Ale tylko do momentu, dopóki nie zmieniła się 

akcja. Perkusja rozbrzmiała głośniej i szybciej, 
dźwięczniej zagrały struny. Niczym Bruce Lee 
wykonała figurę zwaną fan kick, potem serię obro­
tów i skoków, oszczędna w ruchach, roztrącała 
kopniakami trzech mężczyzn. To była scena w ho­

lu. Dopiero kiedy przeszła do najmocniejszych 
momentów, do niezwykłego pocałunku pod 
drzwiami jego hotelowego pokoju, puściła wodze 

fantazji, a jej ruchy nabrały większej ekspresji 

- pełne rozmachu skoki i zwarte piruety, a wresz­
cie wymownie, szeroko wyrzucone ramiona, mó­
wiące o potrzebie dania z siebie wszystkiego. 

Wylądowała przed Jasonem w idealnie wytrzy­

manej pozycji. Oddychała ciężko, ale nie była 

background image

122 Doranna Durgitt 

zadyszana, rozgrzane mięśnie połyskiwały potem 
z wysiłku. Zerknęła na jego twarz, ale nie potrafiła 

rozszyfrować jej wyrazu. Na pewno widziała 
wzruszenie. Coś, czego nie daje się ująć w słowa. 

Wyciągnął do niej ręce, objął i pocałował. Po­

całunek był długi i głęboki. Kiedy wreszcie mu­
siała złapać oddech, całował dalej w policzek, 

w ucho, w czuły, zewnętrzny kącik oka. Golił się 
jeszcze przed wyprawą do winiarni, krótki zarost 
drapał jej twarz delikatnie, w sam raz, żeby miło 

podniecać. Przechylił jej głowę do tyłu i wodził 

ustami po tej pięknej, długiej szyi, która tak go 
zachwycała. 

Beth zatraciła się w jego pocałunkach. Wzdłuż 

kręgosłupa czuła cudowny dreszcz, który przez 

plecy i ramiona docierał do piersi i dołu brzucha. 
Skubnęła zębami ucho Jasona i uśmiechnęła się, 

kiedy zesztywniał od stóp do głów, aż po palce 
wplątane w jej włosy. Delikatnie polizała koniu­
szek ucha, aż on, wciąż całując jej szyję, zamruczał 
z rozkoszy. Ten dźwięk ją rozbroił. Pan Wzór 

Samokontroli z MI6 - bezradny wobec pożądania. 

Chciała znaleźć się w miejscu, gdzie ukryją się 
przed światem i gdzie nic nie będzie miało znacze­
nia, poza ich splecionymi ciałami. 

- Chodź ze mną - powiedziała. 
- Mam taki zamiar - wyszeptał, zajęty wsu­

waniem ręki pod miękką bluzę dresu, który sam 
jej kupił. 

- Co byś powiedział na miejsce, gdzie mógłbyś 

rzucić ubranie, kiedy je z ciebie zedrę? 

background image

Tajemnicza kobieta 123 

- Chryste, co my tu jeszcze robimy? - po­

wiedział półgłosem, pieszcząc łagodnie jej ciało 

pod bluzą. 

Odszukała jego dłoń i pociągnęła go za sobą 

w głąb sceny, gdzie dyskretnie ukryte schody 

prowadziły na dół. Ponaglała go, śmiejąc się z siebie 

w duchu i niemal podskakując z niecierpliwości. 

O Boże, wreszcie. Wbiegła z nim do swojej 

kryjówki, nogą zatrzasnęła drzwi i przyparła Ja-
sona do nich z taką determinacją, że najpierw go 

tym zaskoczyła, a zaraz potem rozpaliła. Wyszarp­

nęła mu koszulę ze spodni i wsunęła pod nią ręce, 
odnajdując muskularne ramiona i mocno umięś­
nioną klatkę piersiową, pokrytą krótkimi włos­
kami. Nie zauważyłaby, że ściągnął z niej bluzę, 
gdyby przez parę sekund miękki materiał nie 
zakrywał jej głowy. Zrewanżowała się i zdjęła mu 
koszulę, uważając na zranione ramię. Nie ułatwiał 
jej zadania, bo zdrową ręką przyciągał ją do siebie, 
by wreszcie, odmawiając sobie przyjemności, po­
zwolić jej skończyć. 

- Nie, nie... - mrucząc, przywarła do niego, 

czując jego wezbraną męskość, co wprawiło ich 
oboje w zachwyt. - Nie, nie przerywaj. 

- To nie pójdzie tak gładko - powiedział, 

odruchowo wpijając palce w jej pośladki. Żadnego 
delikatnego, łagodnego kochania się, sama dzikość 
i wyuzdanie. 

- Bo i nie musi - odpowiedziała, spiesznie 

rozpinając pasek u jego spodni. Cholerny woj­
skowy pasek... no! Wreszcie. Teraz dzieliły ich już 

background image

124 Doranna Durgin 

tylko jego bokserki, bo Beth dawno wszystko 
z siebie zrzuciła. 

- Szybciej - wycedził przez zęby. - Bo zaraz 

popłynę... a to byłby kłopot! - Pomrukiwał, gdy 
pomagała mu się pozbyć ostatniego skrawka mate­
riału, a potem przytrzymując jej biodra, podniósł ją 

wyżej i zagarnął pod siebie. Gdy oplotła go nogą, 
wszedł w nią. Zanurzeni w sobie, zafascynowani, 
trwali tak przez ułamek sekundy, kiedy Beth 
uniosła drugą nogę, opuszczali się razem coraz 
niżej. Jason kołysał nią, pieścił i muskał, i mocnymi 
pchnięciami doprowadził na sam szczyt, gdzie już 
nie panowali nad sobą, gdzie świat wokół wirował, 
a oni pławili się w rozkoszy, nienasyceni, wilgotni, 
zatraceni bez pamięci. 

Minęło wiele chwil, zanim Beth westchnęła ze 

szczęścia. Jason delikatnie przesunął rękę po jej 
plecach - i był to jedyny czuły gest w trakcie tego 
dzikiego aktu miłosnego. 

- Chyba cię ugryzłam - z poczuciem winy 

powiedziała Beth. 

- Jeszcze jak, ale mam nadzieję, że się zagoi. 

Chichocząc cichutko, obejrzała jego szyję i poli­

zała ślad po ukąszeniu. Zadrżał. Wyczuła pod 
palcami, że ma gęsią skórkę, więc przezornie się 

wycofała. 

- Brr - powiedziała. - Mogłoby tu być trochę 

cieplej. 

- Przecież wyprodukowaliśmy niezłą ilość ciep­

ła - zażartował. 

- Zauważyłam. Gdzie rzuciłeś moje... Nie szko-

background image

Tajemnicza kobieta 125 

dzi, sama sobie wezmę. - Szybko włożyła bluzę, 
zadowolona, że tak miło ją grzeje, choć wolałaby 
pozostać w ramionach Chandlera. 

- Wyciągnijmy materac - powiedziała, rozglą­

dając się w ciemnościach za spodniami od dresu 
i szybko dając za wygraną. Z nadejściem poranka 

wsączy się trochę światła przez maleńkie okienko 

pod sufitem. Wtedy je znajdzie. 

- Wszystko pięknie, ale gdyby jeszcze było coś 

widać i gdyby spodnie nie krępowały mi kostek... 

Zaśmiała się i wróciła do Jasona, który jeszcze 

lekko drżąc, opierał się o drzwi. Ogarnęło ją 

poczucie winy. Utracił tyle krwi, jest cierpiący, 

ramię go pewnie boli... 

Cóż, sam dokonał wyboru i miał z tego frajdę. 

Uśmiechnęła się w ciemności, schyliła i podciąg­
nęła mu spodnie, uważając, żeby go nie uszkodzić 
zamkiem. On także lekko się roześmiał. 

- Jesteś... niepodobna do nikogo z moich znajo­

mych. 

- Mam nadzieję - powiedziała, odnajdując jego 

rękę, a po drodze przebiegając palcami po jego gołej 
piersi. Trzymał już swoją koszulę, którą jakimś 
cudem znalazł. Pomogła mu ją włożyć. - Razem 
będzie nam łatwiej zatrzymać ciepło, a także 
trochę odpocząć, bo zdaje się, że na tym ci najbar­
dziej zależało. 

Usłyszała błogie westchnienie Jasona, kiedy 

opadł na materac, dołączyła do niego i przytuliła 
się mocno. Zwisającą niedbale z jej biodra rękę 
podciągnął wyżej i położył na jej piersi, a ona, 

background image

126 Doranna Durgin 

zadowolona z tego delikatnego gestu, przytrzyma­
ła tę rękę obiema dłońmi. 

Równo razem oddychali. 
Po chwili Jason się odezwał: 

- Lieta zaszyła się w jakimś ciemnym zakątku 

na początku turystycznego szlaku na Górę Stoło­

wą. Teren tam jest zarośnięty potężnymi drzewa­

mi... Nie mam pojęcia, gdzie dokładnie spędziła 
noc. Zobaczyłem ją ponownie, kiedy szła do do­
ków na spotkanie z tobą. 

Beth wstrzymała na chwilę oddech. 
- Śpiwór - powiedziała. - Stołowa Góra. 
- Taak - zadumał się. - To pewnie o ten stół jej 

chodziło. 

Poczuła to znowu - wyraźną, nieprzepartą 

potrzebę, żeby się zerwać i biec na poszukiwanie. 

Ale... 

Stare, potężne drzewa. Nieznany szlak. Środek 

nocy. Ranny, potrzebujący odpoczynku Chandler. 
I ona sama słaniająca się ze zmęczenia. 

- Nie martw się, nigdzie nie pobiegnę - powie­

działa. 

Pocałował ją w kark i westchnął głęboko. Po­

czuła, że ponownie zadrżał, ale nie miało to nic 
wspólnego z jej rękami na jego ciele. 

- Nasze kurtki! - nagle sobie przypomniała. 

Oderwała się od Jasona, wypadła na korytarz 
i w samej bluzie dresowej wbiegła na schody. 
Zgarnęła wszystkie ubrania, swój plecak i jego 
torbę, po czym wróciła z tym do ich kryjówki. 

Gdy Chandler zasnął, Beth nie traciła czasu. 

background image

Tajemnicza kobieta 127 

Wyjęła noktowizor, dzięki któremu zlokalizowała 
jego spodnie, nastawiła alarm w zegarku na pół­
torej godziny przed świtem, co dawało zaledwie 
cztery godziny snu, po czym wróciła na materac. 

Ułożyła w wygodnej pozycji chore ramię Chan­

dlera, chwyciła jego rękę i splotła z nią swoje palce. 
Miał mocne dłonie. Sprawne w działaniu, mocne 
i godne zaufania, zwłaszcza kiedy zagarniały całe 
jej ciało. Doświadczyła na sobie jego siły fizycznej. 

A także siły jego perswazji i jego zasad. Wolała nie 

myśleć, że potem może być tak jak z innymi; 
będzie próbował przemodelować ją na swój spo­
sób. Zmienić ją. Ale nic z tego. Chętnie przystanie 
na romans od przypadku do przypadku, spotykając 
się z nim między jednym a drugim zleceniem. Miło 
będzie kochać się z nim w najbardziej egzotycz­
nych miejscach na świecie. 

Ale Bethany Riggs się nie zmieni. Ani dla niego, 

ani dla nikogo. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Beth spala marnie i stanowczo za krótko. Wysu­

nęła się z objęć Jasona. Teraz już oboje byli 

poszukiwani, więc stwierdziła, że byłoby najlepiej, 

gdyby zmienili się nie do poznania. Na żółty 
motocykl nie było sposobu, ale z pewnością uda im 
się odwrócić od niego uwagę. Będzie ukryty, choć 
w pełni widoczny. Złapała swoją torbę i wyszła z nią 
na korytarz, wyjęła latarkę i noktowizor i zabrała się 
do dzieła. Naj pierw ochlapała się wodą, umyła zęby 
i od razu poczuła się sprawniejsza umysłowo. 

Następnie zaatakowała kolekcję teatralnych ko­

stiumów. Dla Chandlera znalazła perukę z ciemno­
brązowych, spadających na oczy włosów, wygląda­
jących na przetłuszczone. Jeszcze skórzane spod­
nie i buty na grubej gumie - może odrobinę za duże, 
ale w odpowiednim stylu - a do tego podniszczony 
motocyklowy podkoszulek. Wygrzebała też skó­
rzaną kurtkę z mnóstwem ćwieków i łańcuszków, 
a nawet parę nabijanych ćwiekami rękawic. 

background image

Tajemnicza kobieta 129 

Nie zachwyci go ten strój. Trudno. 
Sama postanowiła zrobić się na punkowe. Su-

perkrótka skórzana spódniczka, błyszczące botki 
na wysokich obcasach, dżinsowa kurtka na czarny 

wycięty top. I peruka. Nastroszona żółtozielona. 

Odwiesiła sukienkę i szal z wczorajszego wieczoru, 
wygładziła zagniecenia i nadała jej w miarę świeży 
wygląd. 

Zataszczyła wszystko do ich pokoju, przyjrzała 

się temu z bliska i zapaliła światło w korytarzu. 

Chandler leżał na plecach, włosy miał w nieła­

dzie, usta lekko rozchylone. Spał mocno, widać 
tego potrzebował. 

Trudno, odeśpi później. Teraz muszą zgarnąć 

główną kartę komputerową. Nie miała pojęcia, czy 
wtyczka Jegorowa i jej kozły ofiarne z CIA mają 

pojęcie o istnieniu tej karty, ale sądząc po upor­

czywości ich pościgu, podejrzewała, że tak. 

Dała Chandlerowi parę dodatkowych chwil na 

wypoczynek. Przycupnęła na brzegu materaca 
i posłała Barbarze Price możliwie najzwięźlejszą 
wiadomość. Po chwili namysłu wyjęła minidysk 
z kryjówki i wsunęła w inne zakamuflowane 
miejsce, łatwe do opisania. Również tę wiadomość 

przekazała Barbarze. Następnie schowała laptop, 
sprawdziła, czy ma wszystko, co niezbędne, w tor­
bie i wpełzła na materac. Chandler poruszył się, ale 

nie obudził, skorzystała z okazji i pocałowała go 
delikatnie. Zareagował odruchowo, ale już po 
chwili na dobre się obudził. Uśmiechnęła się i cało­
wała go nadal, dopóki nie wyczuła narastającego 

background image

130 Doranna Durgin 

między nimi napięcia. Wtedy wycofała się i powie­
działa: 

- Dzień dobry. 

Rozejrzał się po zagraconym pokoju - na dobrą 

sprawę pierwszy raz go widział - i z żalem pokiwał 
głową. 

- Nie jestem pewny, czy to jest najlepsze 

przebudzenie, jakie mi się zdarzyło, czy też może 

najgorsze. 

- Potraktuj to jak najbardziej podniecającą 

przygodę - zaproponowała i dotknęła prostej, 

ciemnej linii jego brwi, wygładzając lekką zmarszcz­
kę, która natychmiast tam się pojawiła. Pomyślała, 
że to z bólu. 

- Im szybciej zdobędziemy tę kartę, tym szyb­

ciej złożymy ponowną wizytę w tym przybytku. 
Czujesz się na siłach?- Wyglądasz upiornie. 

Bo i czuję się upiornie, pomyślał Jason. Piasek 

w oczach, rozpalone, ważące tonę ramię, zero 
energii. Ale zachował te informacje dla siebie. 
Jeszcze by swoim zwyczajem wyciągnęła jakieś 
błędne wnioski albo pomyślała, że on udaje, i pew­
nie robi to dla jakichś własnych celów, i wyleciała­
by stąd, by na własną rękę zapolować na kartę. 

Z drugiej strony nie byłoby w porządku, gdyby 

udawał, że jest w świetnej formie, pozwalając jej 

wierzyć, że zapewni jej ochronę. Nie musiał za­
glądać pod zaschnięty bandaż, żeby wiedzieć, że 

rana nie wygląda dobrze. Wiedział, że musi zwró­
cić się do Niedźwiedzia z prośbą o dostarczenie 
antybiotyków, które szybko postawią go na nogi. 

background image

Tajemnicza kobieta 131 

Rozejrzał się wokół i dostrzegł panujący w pomiesz­
czeniu nieopisany bałagan: skład materaców, ja­
kieś dziwne rekwizyty i stosy ubrań, włącznie 
z perukami. 

Miał nadzieję, że ta papuzia jest dla niej. 
- Gdzie... - zaczął, rozglądając się za laptopem, 

na co Beth szybko zareagowała. 

- Leży za mną - powiedziała. - Ale obawiam 

się, że nie tylko ty oberwałeś kulę. Jeśli to jest twój 
środek łączności, będziesz musiał wymyślić coś 
innego. 

Aha. Więc kontakt z Niedźwiedziem na razie 

odpada. Będzie musiał skorzystać z telefonu pub­
licznego, tyle że może nie zdążyć, gdy wydarzenia 
potoczą się błyskawicznie. 

- A więc tylko ty i ja - powiedział i dokładnie 

przyjrzał się strojom. - A raczej jakieś nasze inne 

wcielenia. - Odrzucił przykrycie i usiadł bardzo 
ostrożnie. 

- Ze ja, to pewne, ale czy ty? - powiedziała 

Beth z zafrasowaną miną, siadając na podłodze 
w pozycji lotosu. - Dasz radęć Bo jeśli nie, mogła­
bym to sama załatwić. 

- Poinformuję cię, gdy nie będę mógł dotrzy­

mać ci kroku - powiedział sarkastycznie, co skwi­
towała uśmiechem. Nagle zdał sobie sprawę, że 
właściwie tylko tego od niego oczekuje. Niepokój, 
który go nurtował, nie dotyczył dzisiejszego za­
dania, ale sytuacji, w jakiej się oboje znaleźli 
i tego, co między nimi zaszło. Jasonie Chandlerze, 
strzeż się bolesnych upadków. Wystrzegaj się 

background image

132 Doranna Durgin 

bab z pomysłami, tych trąb powietrznych, które są 
gotowe zmieść cię z powierzchni ziemi. 

Wielkim błędem było prosić ją o taniec. Przejrzał 

na wylot jej serce... i zachwycił się. 

- Hej - zawołała, szturchając go i mrużąc oczy. 
- Zamyśliłem się. 
- Teraz się ubieraj, a myślenie zostaw na póź­

niej. - Podniosła się lekko i z pozycji lotosu przeszła 
do pozycji pionowej. Rzuciła mu jego strój, a sama 
bez fałszywego wstydu zdjęła to, co miała na sobie. 

Jason obrzucił jej strój i perukę sceptycznym 

spojrzeniem. 

- Będziesz wyglądała jak trzeba, ale ja? Co to 

jest? Strój harleyowca? 

Parsknęła śmiechem i wciągnęła czarną skórza­

ną minispódniczkę, ściskając się szerokim czer­
wonym skórzanym paskiem. Patrząc na nią, po­
czuł przypływ porannej żądzy. Nie ta pora, pomyś­

lał, nie odrywając wzroku od Beth. 

- Harleyowiec, powiadasz? Na tym żółtym 

bananie, którym jeździsz? Nie ma mowy. Może 
co najwyżej niedoszły harleyowiec. Mam nawet 
dla ciebie kilka wstrząsających tatuaży do przy­

klejenia. 

- Lubisz się przebierać, prawda-
- Jasne - odpowiedziała, ukazując piersi w całej 

krasie, ale natychmiast zakrywając je powycina­
nym, króciutkim czarnym topem - ale chętnie 
porozmawiam o tym później. Podejdź teraz i po­
zwól zdjąć sobie bokserki. 

background image

Tajemnicza kobieta 133 

Jazda na tylnym siodełku za Beth w niczym nie 

ulżyła cierpieniom Jasona, chociaż go relaksowała. 
Zdał się w pełni na jej umiejętności i zacisnął ręce 
na tym czerwonym pasku, obejmując bezceremo­
nialnie jej biodra. Zakładając z góry, że nie ma 

mowy, by usiadł za kierownicą, Beth wzięła jego 
klucze i zakradła się do hotelu, skąd wyszła po 

półgodzinie z promiennym uśmiechem i jeszcze 
bardziej nastroszoną papuzią peruką. Udzielił jej 
paru wskazówek i niebawem mknęli już trzypas-
mową szosą, która ich doprowadziła pod samą 
Córę Stołową, na nieduży parking, gdzie zaczynał 
się szlak turystyczny. Beth zwolniła i zredukowała 

biegi, zanim jej zdążył pokazać wyżwirowaną 
zatoczkę. 

Ciemny sedan był już na miejscu. Jason poczuł, 

jak na jego widok Beth sztywnieje, co nie prze­
szkodziło jej zajechać na parking i zahamować 
z fasonem, sypiąc żwirem na zielonogłową pun­
kowe i niedoszłego harleyowca. 

- Nie widzę nikogo - powiedział jej do ucha. 
- Jestem pewna, że ktoś nas obserwuje - odpo­

wiedziała, przerzuciła nogę przez motor i zeskoczy­
ła. Na chwilę zatrzymała się przy Jasonie, mierzwiąc 
mu włosy i wykonując parę czułych gestów na 
użytek ewentualnej widowni. Zauważył, że robi to 
wyjątkowo naturalnie. Kiedy zsiadł, Beth poprawiła 
luźno zwisającą na biodrach saszetkę, beztrosko 
zawiesiła na kierownicy swoją torbę, po czym 
ruszyła wolnym, swingującym krokiem w stronę 
zaczynającego się na tyłach parkingu szlaku. 

background image

134 Doranna Durgitt 

- Rany - powiedział, doganiając ją. - Ale z cie­

bie laska. Całe szczęście, że nie znalazłaś gumy do 
żucia, bo żując jedną za drugą doprowadziłabyś 
mnie do szału. 

Uśmiechnęła się słodko. 

- Akurat. Więc to tutaj widziałeś Lietę? 
- Przyjechała taksówką. Miała nieduży bagaż, 

pewnie ten śpiwór, i nie używała latarki, musiała 
przeprowadzić rekonesans, zanim zacząłem ją śle­
dzić. Więc nie miałem zielonego pojęcia, dokąd się 
udała. - Zatknął rękę za pasek, żeby wyglądać 
bardziej jak macho, ale pewnie głównie dlatego, że 
go bolało ramię. 

Od razu się tym zainteresowała. 

- Jesteś pewny, że... 
- Stop - przerwał, a widząc jej zdumiony 

wzrok, wyjaśnił: - Wyczerpałaś już swój limit na 
pytania. Naprawdę, Beth, zapomnij o tym. Kiedy 
już będziemy mieli to za sobą, skontaktuję się 
z Niedźwiedziem, który podeśle mi zaufanego 

lekarza. Ale do tego czasu wytrzymam. Nie za­

przątaj sobie mną głowy. 

Rzuciła mu najbardziej sceptyczne z możliwych 

spojrzeń, po czym zaczęła studiować tablicę in­
formacyjną. Po chwili na jej twarzy pojawił się 
uśmiech zadowolenia. 

- Popatrz tylko - mruknęła. - Szlak Blue Crane. 

U podnóża góry. 

Na widok błysku w jej szaroniebieskich oczach 

odwzajemnił uśmiech. Wreszcie... zaczęło się polo­
wanie. 

background image

Tajemnicza kobieta 135 

Jak zawsze poczuta dreszczyk emocji, umiej­

scowiony gdzieś powyżej serca. Spojrzała na 
Chandlera i stwierdziła, że jemu też to się udzieliło. 

- Muszę zmienić buty - oznajmiła z doskona­

łym południowoafrykańskim akcentem i na tyle 
donośnie, by usłyszał ją niewidoczny, ale z pew­
nością ukryty gdzieś w pobliżu obserwator. W rze­
czywistości jej buty nie bardzo się nadawały do 
przedzierania się przez gąszcz. Służyły do tańca, 
nie zaś na taki nierówny i zarośnięty teren, nie 

wspominając o licznych i dużych kamieniach. 
Trudno tu będzie dostrzec kogoś, kto cię obser­
wuje, trudno na czymś oprzeć oko, a zwłaszcza 
przewidzieć, na czym wyląduje noga. A do tego 
odszukać taki mały, dobrze ukryty przedmiot, jak 
karta komputerowa. Są na dobrym tropie, ale od 
czego zacząć"? 

Przede wszystkim warto by wiedzieć, gdzie 

teraz znajduje się szpicel Jegorowa i wynajęci 
przez niego ludzie. Zastanawiała się, czy pojawi się 
tu marny snajper z doku. Prawie na to liczyła. 
Zarezerwowała dla niego prawdziwie szyderczy 
uśmieszek. 

Z ogromną ulgą zmieniła buty na obcasach na 

wygodne adidasy. Następnie zdjęła torbę z kierow­
nicy. W biodrówce miała Wyatta, zaś Chandler 
kaburę z rewolwerem pod koszulką. Beth zabrała 

także parę sprytnych awaryjnych gadżetów. 

Przygotowali się, jak mogli. Przez cały czas 

pamiętała, że mają towarzystwo, które - na co 
także bardzo liczyła - być może nie zwróciło uwagi 

background image

136 Doranna Durgin 

na żółty motor i uważa ich za parę obiboków, 
którzy wybrali łatwy szlak na wspinaczkę. 

- Wyluzuj - syknęła na Jasona, podeszła do 

niego i poklepała go czule po tyłku w iście pun­
kowym stylu. 

- Przecież się staram - powiedział urażonym 

tonem. 

- To chyba tutaj. - Doszli do miejsca, gdzie 

powinien zaczynać się szlak Blue Crane. - Jesteś 
sztywny jak policyjna pałka. Zgarb się trochę 

- dodała. 

- W końcu jestem policyjną pałką. - Nadal czuł 

się urażony. Ale po chwili poprawił mu się nastrój, 
dostosował zachowanie do dziwacznego ubioru 
i podążył za Beth. 

Kręta droga szlaku okazała się łatwiejsza, niż 

Beth przypuszczała, choć sam teren mniej jej się 
podobał - był prawie nie do obrony. Silny wiatr 
szeleścił w liściach, ptaki i małe żyjątka czmychały 
przed nimi. Jeśli wprowadzeni w błąd agenci CIA 

gdzieś tutaj byli, nie mogłaby ich nawet usłyszeć. 

Poza tym nie podobało jej się, że Chandler tak 
szybko dostał wypieków i zadyszki. Zwolniła 

kroku. 

Blue Crane. Spód. Dół. Stół. 

Stanęła w miejscu. 

- Zaczekaj - powiedziała, nie mogąc się oprzeć 

wrażeniu, że na tej trasie można wyjątkowo łatwo 

urządzić zasadzkę i punkt obserwacyjny. - Upuś­
ciłam coś. - Pobiegła z powrotem do drogowskazu, 
który dopiero co minęli. Przykucnęła na poboczu, 

background image

Tajemnicza kobieta 137 

macając wokół ziemię, a potem - jakby od nie­
chcenia - sam drogowskaz. Nic. Szybko podniosła 
zwykły kamyk, który włożyła do kieszeni i kłusem 

wróciła do Chandlera, który był szary na twarzy 
i półprzytomny. Sprawiał wrażenie autentycznie 

skacowanego niedoszłego harleyowca, który wpraw­
dzie dotrzymywał kroku partnerce, ale najchętniej 
by zawrócił. 

Wyluzuj się, Riggs, nakazała sobie Beth. Chand­

ler miał rację. Czy znajdą coś, czy nie, kiedy 
skończą tutaj, trzeba będzie koniecznie znaleźć dla 
niego „bezpiecznego" lekarza. Zaś do Jasona ode­
zwała się nonszalanckim tonem: 

- Na przyszłość pamiętaj, żeby zdejmować te 

swoje pierścienie, kiedy idziemy na wyprawę. 

- Dobrze, że go przynajmniej znalazłaś - od­

powiedział zgodnie z jej oczekiwaniem. 

Przy następnym turystycznym znaku wpadła 

w cielęcy zachwyt nad jakąś zwykłą roślinką. Przy 
kolejnym przejął jej rolę Jason, długo pokazując 

palcem nieistniejącą jaszczurkę. 

Na szczęście z tyłu tego znaku przyklejona była 

komputerowa karta, wetknięta do wodoszczelnej 
plastikowej koperty. To jest to! Ukryła ją w dłoni 
i wsunęła do saszetki. Wzięła Chandlera za rękę 
i ściskając ją z podekscytowania, poprowadziła go 
dalej. 

Potknął się. Tego nie było w planie. 
Chyba miał dosyć. Beth zatrzymała się więc 

i robiąc nadąsaną minę, powiedziała: 

- Ten szlak jest dłuższy, niż myślałam. Jestem 

background image

138 Doranna Durgttt 

zmęczona - jęknęła. - Przecież wieczorem musimy 
jeszcze wpaść na to przyjęcie, a to jest aż w Tierk-

loof. 

- No to zawróćmy - powiedział bardzo przeko­

nującym tonem. - Przecież nie będę cię tu za­
trzymywał. 

Zaszeleściło gdzieś blisko, co ich postawiło 

w stan gotowości, ale było za późno, żeby mogli 
cokolwiek zrobić. Zza sąsiedniego pagórka wy­
chylił się jeden z tych nieokreślonych facetów, 
którzy byli w hotelu. Przebrany w spodnie khaki 
i flanelową koszulę i... uzbrojony w karabin. 

Na jego widok zwęziły się oczy Beth. Snajperski 

karabin. Model 85, podstawowe wyposażenie bry­

tyjskiej armii, pewnie nabyty już na miejscu, 

w Kapsztadzie. 

- Hej - odezwał się Chandler, kładąc dłoń na 

ramieniu Beth i przesuwając ją za siebie. - Nie 
chcemy kłopotów. Wyszliśmy tylko na małą prze­
chadzkę. 

Mężczyzna wyszczerzył zęby. Z bliska nie był 

taki nieokreślony, miał blisko siebie osadzone oczy 
i ostry, duży nos. 

- Przestań się zgrywać, Chandler - powiedział. 

- Nie powinieneś był do niej dołączać. Dotąd byłeś 
bezpieczny, teraz oboje będziecie musieli odpowie­
dzieć na masę pytań. - Podniósł miniaturowe radio 
do ust i zameldował: - Mam ich oboje. Schodzimy. 

Jeszcze nas nie masz, pomyślała Beth, zerkając 

na Chandlera i porozumiewając się z nim bez słów. 
Jeszcze długo nie masz, a może wcale. 

background image

Tajemnicza kobieta 139 

- Okey, skoro gra skończona, zrzucam perukę, 

bo swędzi. - Zerwała perukę z głowy i wyrżnęła 
nią faceta w twarz. Rozbroiła go szybkim kop­
niakiem i zwarła się z nim, a zanim typek uwolnił 
się od peruki, Chandler odrzucił daleko jego kara­
bin i sięgnął po własny rewolwer. 

Facet był szybki i silny, ale brakowało mu 

precyzji. Beth osłaniała się i unikała ciosów, świa­

doma, że jeśli oberwie, będzie źle. Poczekała, aż 
napastnik się odsłoni i władowała w niego serię 
szybkich jak błyskawica kopniaków Wtedy usły­
szała suchy rozkaz Chandlera: 

- Padnij! 

Rzuciła się na ziemię i przeturlała na bok, 

dostrzegając jeszcze kątem oka Jasona z rewol­
werem wycelowanym w ich nowego towarzysza 

- tyle że w tym samym momencie zaszeleściły 
krzaki i na szlaku pojawił się następny nieziden­

tyfikowany osobnik. Natychmiast zaatakował 
Chandlera, celując z premedytacją w jego zranione 
ramię. Jason zwalił się z jękiem, nowy gość zaś 
wytrącił mu rewolwer i warknął do kumpla: 

- Chcemy, żeby byli w stanie odpowiadać na 

pytania! - Doskoczył do Beth, która jeszcze nie 
zdążyła podnieść się z ziemi. Choć rozumiała, że 
już jest za późno, poderwała się jeszcze i zaatako­

wała na oślep. Pierwszy cios spadł na jej głowę, 
drugi na ramię, ten był tak mocny, że straciła 
równowagę. Próbowała jeszcze się przeturlać, kie­
dy obaj mężczyźni wylądowali na niej. Jeden ją 

przytrzymywał, podczas gdy drugi obmacywał 

background image

140 Doranna Durgin 

bezceremonialnie, obrywając przy okazji kopniaki, 
zdumiony, że jednak nadal jest w stanie walczyć. 
Odnalazł suwak jej saszetki na biodrze, rozerwał 
go, wyciągnął kartę i cisnął saszetkę w krzaki. 
Kiedy chował kartę, Beth prawie udało się wyrwać, 

więc wściekły zbir zaczął ją okładać pięściami, 

podczas gdy drugi ją trzymał. Pomimo zainkaso-

wania całej serii ciosów, broniła się tak długo, 
dopóki starczyło jej sił. 

Aż do chwili, kiedy usłyszała hałas. Do boju 

z dzikim rykiem ruszył Chandler, niczym ranny 
zwierz lub nagła trąba powietrzna, porwał karabin 
z rąk jednego faceta, a drugiego odrzucił daleko od 

Beth. 

Beth poderwała się do walki, siedząc, wyrzuciła 

do przodu obie nogi i przewróciła na ziemię 
drugiego mężczyznę, gdy ten zaszedł ją od tyłu. 
Runął jak długi i stoczył się z pagórka, kiedy się 

podniósł i rozeznał w sytuacji, pomacał się tylko po 

kieszeni z kartą komputerową i szybko zwiał. 

- Cholera! - mruknęła Beth, dochodząc do 

wniosku, że nie mógł rozsądniej postąpić. Żałowa­
ła tylko, że jest za słaba, aby go gonić, a zresztą 
Chandler... 

Chandler zwalił z nóg faceta od karabinu, ale 

drogo go to kosztowało. Blady jak śmierć, osunął 
się na kolana i upadł na zdrowe ramię. Z rękawa 
kurtki sączyła się krew, także twarz miał po­
krwawioną. 

Cholera, moja twarz również ocieka krwią, 

stwierdziła. 

background image

Tajemnicza kobieta 141 

- Pamiętasz, jak mówiłem, że dam ci znać, 

kiedy już nie dam radyś- - z największym trudem 
wycedził Chandler. 

- Dobra, dobra - zamknęła dyskusję. Podczoł-

gała się do miejsca, gdzie rzucił karabin i wy­
grzebała go z krzaków. - Tylko się stamtąd nie 
ruszaj. - Rzuciła okiem na broń. Wykonana z orze­
chowego drewna, regulowana kolba była dla niej za 
długa, ale nie miała czasu, żeby cokolwiek zmie­
niać. Przesunęła nabój do komory, odwróciła się, 
oparła o plecy Chandlera i przyklękła na jedno 
kolano, drugim podpierając łokieć. Dziesięciostrza-
łowy magazynek, pomyślała, oby tylko tym razem 
się okazało, że facet załadował go do ostatniego 
miejsca. Oparła karabin na ramieniu Chandlera. 

- Zaprzyj się mocno. Nie ruszaj się. Oddychaj 

równo. - Przystawiła oko do lunety, odnalazła 
celowniczą siatkę... i trafiła na miejsce na dole, 
gdzie szlak robił pętlę. Przesunęła lekko lufę, czeka­
jąc na odpowiedni moment. - Nie wiem, jak ma 
ustawioną lunetę. Być może będę musiała po­
prawić strzał. Kiedy strzelę, niewykluczone, że cię 
poderwie, ale prosiłabym, żebyś wrócił szybko do 
tej pozycji. 

Relaksująca sytuacja, pomyślał Chandler. Cze­

kamy. Nie odzywał się, ale Beth czuła, że Jason 
oddycha z wyraźnym trudem. Zsynchronizowała 
z nim oddech, ufna, że nie sprawi jej zawodu. 
Muskała palcem spust i czekała, czekała... 

Jest! 
Przemknął na lewo od celownika. Gwizdnęła 

background image

142 Doranna Durgin 

cicho, by ostrzec Chandlera, naprowadziła celow­
nik i nacisnęła spust. 

Chandlera podrzuciło. Wrócił do poprzedniej 

pozycji, ale okazało się, że nie ma potrzeby od­
dawania drugiego strzału. Beth przeczesała teren 

lunetą i od razu odnalazła ofiarę - skręcał się z bólu, 
ale żył, ponieważ celowała w udo i trafiła za 

pierwszym razem. Zraniła go w górną partię uda 

i może złamała mu kość. Będzie musiał zaczekać na 

nosze, bo o własnych siłach się stąd nie ruszy. 

Jej umysł pracował na przyspieszonych obro­

tach. Gdzieś, nie wiadomo gdzie, czyha trzeci 
mężczyzna, ten, który przyjmował wiadomość 
drogą radiową. Niewykluczone, że to on kieruje 
akcją i napuszcza na siebie ludzi. To musi być 
człowiek Jegorowa. 

Najwyższy czas z tym skończyć... 
Przekręciła rygiel, wspięła się na palce, zmrużyła 

oczy i skoncentrowała uwagę na drodze schodzącej 
w dół. 

- Beth, nie - ochryple zaprotestował Jason, 

który przejrzał jej zamiar. - Zabezpiecz tego tutaj, 
a tamtemu odbierz kartę. A ja postoję, a raczej 

posiedzę na warcie - zdobył się na żart. 

Nie przekonał jej. 

- Wiesz przecież, że to człowiek Jegorowa 

- powiedziała, odruchowo wycierając krew spły­
wającą z rany pod okiem. - To on kieruje całą 
operacją. 

- Słusznie, ale mamy już dwóch z nich. Będą 

gadać. A jeśli to są ludzie z CIA, wprowadzeni 

background image

Tajemnicza kobieta 143 

w błąd przez tego typa, to na pewno nie odpusz­
czą, póki go nie dostaną. My musimy się po­
wstrzymać. 

- Rozumiem. Chodzi ci o standardowe proce­

dury, tak?- O przeklęty regulaminu 

Zwlekał z odpowiedzią. Najwyraźniej toczył 

wewnętrzną walkę. 

- Tak - powiedział zrezygnowanym, ale moc­

nym głosem. 

- Niech to szlag trafi - warknęła i wes­

tchnęła ciężko. - Mam ochotę tupać z bezsilno­
ści nogami! - Co też zrobiła. - Do jasnej chole­
ry! Przyznaję ci rację. Mniejsza o procedury, 
regulaminy i co tam jeszcze... ale masz rację. 
Mamy kartę, mamy facetów, których Jegorow 
wciągnął do roboty... wcześniej czy później 
tamtego też znajdziemy. - Ostrożnie oparła 
karabin o drzewo, wyjęła nóż, wypatrzyła i ścię­
ła giętką, kolczastą gałązkę pnącza, obrastającego 
bezceremonialnie podstawę pnia drzewa. - Zna­
komicie - mruknęła. Niedaleko niej leżała papu­
zia peruka. Podniosła ją i podeszła do snajpera 
z doku. 

- Zostawimy go pod jednym z tych drzew. 
- Więc nie popędzisz na dół zapolować na 

człowieka Jegorowa? 

- A wyglądam na idiotkę? - odburknęła, zajęta 

taszczeniem faceta. Sam się podniósł, a ona 
obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem i ruchem 

głowy wskazała drzewo. Poruszał się, jakby 
miał złamane żebra, podejrzewała, że może mieć 

background image

144 Doranna Durgin 

również pękniętą szczękę. - Poza tym - zwróciła 
się do Jasona - idę o zakład, że dawno już zdążył 
zwiać. 

Mężczyzna miał zamglony wzrok i mamrotał 

coś. Beth włożyła mu perukę i okręciła nadgarstki 
oraz kostki u nóg kłującą łodygą bluszczu. Odeszła 
parę kroków i z satysfakcją mu się przyjrzała. 
Wyglądał jak przybysz z kosmosu. 

- Mówili, że jesteś z grupy Jegorowa. Miałem 

cię zabić tam w doku. Byłaś druga w kolejce 
- wybełkotał. 

- Poczekaj trochę, zaraz zajmę się tobą - powie­

działa teraz do Jasona, ocierając krew z twarzy. 
Była poharatana i obolała. - Bo jeśli o mnie chodzi... 
wystarczy mi trochę lodu. - Wyprostowała się, 
mocniej nasadziła gościowi perukę, po czym spoj­
rzała w dół. Musi sprawdzić, jak się miewa ten 
drugi. 

Zanim na dobre odeszła, zatrzymała się przy 

Chandlerze, otarła mu twarz z krwi i delikatnie 

pocałowała. Przytrzymał ją i równie delikatnie 

odwzajemnił pocałunek. 

- Tworzymy zgraną drużynę - powiedział. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- Och, ma się już nieźle - powiedziała Beth do 

słuchawki i podniosła wzrok znad swojego lap­
topa, by uśmiechnąć się do Jasona. - Kona z cieka­
wości. Tak, uwielbia tę moją zabawkę... 

Spojrzał na nią groźnie i usiadł prosto, opierając 

się o wezgłowie łóżka. Kolana miał przykryte ich 
wspólnymi notatkami dotyczącymi działalności 

wtyczki Jegorowa w CIA. Ich nowy pokój w Pe-
ninsula Hotel przy Beach Road tonął w stertach 

beztrosko porozrzucanych rzeczy Beth - tych 
z teatru i jej własnych. Ledwo się tu mieściła 
porządnie złożona podróżna torba Jasona. Beth 

wróciła do dżinsów biodrówek i kusego topa, 
obnażającego pępek. 

Jason konał, to prawda, ale nie z ciekawości. 

Zmienił pozycję na łóżku, doszedłszy do wniosku, 
że może pora przyjąć jeden z antybiotyków, które 
mu zapisano, ale nie mógł przestać słuchać roz­
mowy, którą prowadziła Beth. Zresztą jego rana 

background image

146 Doranna Durgin 

została oczyszczona, ramię prześwietlone i zbada­
ne, a wszystko to odbyło się na zapleczu jakiejś 
mało reprezentacyjnej kliniki. 

Także Beth nosiła ślady ich wspólnej przygody 

- sińce na twarzy i na ramionach, a nawet na 

brzuchu prezentowały wszystkie kolory tęczy. Po 
szwie pod okiem został już tylko ledwo widoczny 
ślad. 

Zauważyła, że na nią patrzy i pokiwała mu stopą. 

Czuła się zaspokojona. Jason nawet sobie nie zdawał 
sprawy z władzy, jaką można uzyskać nad kobietą, 
robiąc jej masaż stóp, ale teraz już tego nie zapomni. 

Rozmawiając z tajemniczą nieznajomą poprzez 

intrygujący sprzęt, który nazwała zabawką, Beth 
powiedziała: 

- Czekamy teraz na transport. A jeśli chodzi 

o wtyczkę Jegorowa w CIA... to chcę go mieć. 
Chcemy go mieć. 

Z tej odległości nie słyszał odpowiedzi, podej­

rzewał, że Beth specjalnie przyciszyła głos. Za to 
szelmowsko się uśmiechnęła. 

- No, no, uważaj... - mruknął. - Sama sugero­

wałaś, że powinniśmy razem pracować, jeśli to 
będzie możliwe. Okazało się... że jest możliwe. 

Bardziej niż możliwe. 
- No cóż - kontynuowała Beth, przenosząc 

wzrok na Jasona i uśmiechając się jednocześnie do 
niego i do swojej rozmówczyni. - Jest wystar­

czająco wolny, tak... jest na zwolnieniu lekarskim. 
Czasami jednak regulaminy do czegoś się przydają 
- powiedziała rozbawionym tonem. 

background image

Tajemnicza kobieta 147 

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Beth pożeg­

nała rozmówczynię i przed wyłączeniem sprzętu 
dodała: 

- Kylee jest tutaj. Skontaktuję się później. 
Wstała i otworzyła szeroko drzwi, tak by jej 

łączniczka mogła ogarnąć wzrokiem cały pokój, 
zanim wejdzie. 

Gość zawahał się chwilę, dostatecznie długą, 

żeby zlustrować pomieszczenie, po czym wszedł 
do środka. Kobieta, podobnie jak Beth, wyglądała 
na opanowaną i pewną siebie, ale na tym podo­
bieństwo się kończyło. Ta była blondynką i miała 
obfitsze kształty. Całkiem zresztą niezłe. 

- Nie mamy czasu do stracenia - oznajmiła. 

- Za godzinę wykonuję kaskaderski numer. Czy 
wszystko idzie zgodnie z planem? 

Beth rzuciła okiem na Jasona, który gapił się na 

dziewczynę, i ironicznie się uśmiechnęła. 

- Wyobraź sobie, że oni wszyscy patrzą na nią 

w podobny sposób. 

Blondynka uśmiechnęła się wesoło, na co Jason 

odpowiedział szerokim, nie wyrażającym bynaj­
mniej skruchy uśmiechem. 

- Wszystko gra - odpowiedział i ruchem głowy 

wskazał mały, opakowany jak prezent pakunek 
w nogach łóżka. W paczuszce było średniej wielko­
ści pudełko na biżuterię, zawierające kartę kom­
puterową i minidysk. MI6 wyraziło niezadowole­
nie na wiadomość, że ani Beth, ani jej tajemnicza 
organizacja nie zamierzają dzielić się łupem, ale 

Jason tego się właśnie spodziewał. W końcu to 

background image

148 Dorattna Durgitt 

Beth przejęła od Liety płytę i ukrywała ją przed 
Jasonem przez cały czas. Także nie kto inny, tylko 
Beth zatrzymała strzałem agenta, kiedy zwiewał 
z kartą, i to ona ją odzyskała. Jason mógł jedynie 
czerpać satysfakcję z faktu, że informacje trafią do 
rąk sojuszniczej organizacji i zostaną należycie 
wykorzystane. 

Beth wręczyła pudełko swojej następczyni. 

- Jesteśmy na tropie wtyczki - poinformowała. 
- Dostaliście zgodęś- Świetnie. - Dziewczyna 

ponownie zlustrowała pokój, tym razem koncent­
rując uwagę na rzeczach Jasona, a potem na nim 
samym. - Oboje? - zadumała się. - Powiedziała­
bym, że dziwna z was para. Ale skoro to zdaje 

egzamin... 

Jason nie miał jej za złe nadmiernej ciekawości, 

ani nawet wypowiedzianych głośno zastrzeżeń. 
To oczywiste, że bardzo różnili się z Beth. Ale 
przecież szło im coraz lepiej, coraz bardziej do 
siebie pasowali i uczyli się od siebie nawzajem. 
Patrząc na nią, myśląc o niej... 

- Żebyś wiedziała, że zdaje egzamin - powie­

dział do dziewczyny. 

Sposób, w jaki Beth uśmiechnęła się do niego 

przyprawił go o miły dreszczyk, a jej spojrzenie 
powiedziało wyraźnie, co będą robić, kiedy za 

blondynką zamkną się drzwi. Wciąż nie mógł 
uwierzyć we własne szczęście. 

O Boże, niech ona już wreszcie wyjdzie, modlił 

się w duchu. 

- Jak widzisz, wszystko gra, i to nie najgorzej. 

background image

Tajemnicza kobieta 149 

- Więc zostawiam was samych - zaśmiała się 

blondynka. 

Ledwo zamknęły się drzwi, Beth skoczyła na 

łóżko, rozrzucając papiery Jasona, gotowa na naj­
większe szaleństwa. 

Machnął ręką na regulaminy i z radością przyłą­

czył się do niej. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Kylee Swain przystanęła na moście Karola toną­

cym w wieczornych ciemnościach i w zadumie 
obserwowała wyznaczony obiekt. Niecierpliwe 
wyczekiwanie wyostrzyło jej zmysły. I może dzię­
ki temu skoncentrowała uwagę na wysokim, ciem­
no ubranym mężczyźnie, stojącym na dziobie 
łodzi, którą bacznie, choć z odległości śledziła od 

dwóch dni. 

Nie wiedziała, jak ten człowiek się nazywa i nie 

potrafiła go zidentyfikować - ani przez teleobiek­
tyw o długiej ogniskowej, ani w czasie zbyt 

krótkich przerw między zdjęciami do filmu, w któ­
rym właśnie uczestniczyła. Ponadto mężczyzna 
ten nie pojawiał się publicznie, chyba że w towa­
rzystwie swojego szefa, Krystofa Scherby, a ten 
rzadko opuszczał swoją łódź. 

Mężczyzna w ciemnym garniturze wydawał się 

interesujący. Poruszał się jak pantera - cicho, 
spokojnie i czujnie. Prawdziwy drapieżnik. Gotów 

background image

154 Meredith Fletcher 

walczyć z każdym, kto wejdzie w drogę mężczyź­
nie, którego ochraniał. 

Kylee o tym wiedziała. I czekała na rozwój 

wydarzeń. Krystof Scherba był programistą, głów­
nym magikiem komputerowym międzynarodo­
wego kartelu zbrodni, na którego czele stał mózg 
akcji terrorystycznych, Kapocz Jegorow. Organi­
zacja Stony Man Farm - w osobie Barbary Price 
- wyznaczyła Kylee do śledzenia Scherby, więc 
prędzej czy później będzie musiało dojść do kon­

frontacji Kylee z tajemniczym nieznajomym, któ­

ry ochrania Scherbę. 

Ja kontra on, zadumała się, zaintrygowana opa­

nowanymi, kontrolowanymi ruchami mężczyzny 
na pokładzie. Nie cierpiała w sobie tej natychmias­
towej potrzeby współzawodnictwa. Ale jeżeli 

wszystko pójdzie gładko, wejdzie do komputera 

Scherby, a Pan Tajemniczy o niczym się nie dowie. 

Wystarczy parę minut, by z zaszyfrowanego dys­
ku, który dostała jako część zlecenia, wyciągnąć 
dane dotyczące personelu terrorystycznej siatki 
i zakamuflowanych agend Jegorowa. 

Zlecenia Stony Man Farm zawsze wydobywały 

z niej to, co w niej było najlepszego, ale również 
wszystko najgorsze. Jako jedyna dziewczyna wy­
chowana wśród czterech ambitnych i wyspor­
towanych braci, pomimo sprzeciwu matki dołą­
czyła do drużyny kaskaderskiego zespołu ojca, 
gdzie szlifowała swoje umiejętności i rozwijała 

wrodzone skłonności do rywalizacji. Ani bracia, 
ani koledzy w organizacji nie dawali jej taryfy 

background image

W roli kaskaderki 155 

ulgowej - to oni musieli się starać, żeby dotrzymać 
jej kroku. 

Zwróciła twarz pod zimny, wiejący z północy 

wiatr i poczuła przypływ energii. 

Pod mostem czarne wody Wełtawy przecinały 

sam środek Pragi, płynąc na północ, a potem 
skręcając na wschód w okolicy Josefova - dawnej 
żydowskiej dzielnicy miasta. Za plecami Kylee szli 
mostem turyści i miejscowi - jedni oglądali widoki, 
drudzy wracali do domów po pracy. Pozostało 
jeszcze paru wytrwałych ulicznych aktorów poru­
szających marionetkami, czy ulicznych sprzedaw­

ców, oferujących pamiątki i różne świecidełka, ale 
zainteresowanie ich ofertą z każdą chwilą malało. 
Z oddali niosły się nastrojowe dźwięki gitar. 

Trzej natręci, którzy nie odstępowali Kylee po 

wyjściu z podejrzanego baru, a potem w wąskich 
i krętych zaułkach Starówki we wschodniej części 
miasta, nadal trzymali się w tej samej odległości. 

Pewnie cały czas gadali o niej, dodając sobie 

odwagi. Poczuła przypływ adrenaliny. To było to. 
Mogłaby to porównać do stania na skraju przepaści 
na moment przed postawieniem decydującego 
kroku. 

A dzisiaj ta analogia była szczególnie trafna. 

Pomimo poważnych obaw Barbary Price co do 
planu Kylee, zanosiło się na to, że ten wieczór 
będzie decydujący. Szkoda tylko, że - gdy już jest 
po wszystkim - nigdy nie może tego nikomu 

opowiedzieć, pomyślała. 

Byłaby niezła zabawa, gdyby mogła zwierzyć 

background image

156 Meredith Fletcher 

się ludziom z ekipy, a zwłaszcza fachmanom od 
efektów specjalnych, pracujących przy filmie, 
w którym brała udział. Nie może o tym rozmawiać 
nawet z matką, która w ogóle miałaby nielichego 
pietra, gdyby wiedziała o kaskadersko-szpiegow-
skiej karierze córki. Nawet gdyby nie złożyła 
przysięgi dochowania tajemnicy, Kylee nigdy by 
jej o tym nie opowiedziała. 

- To jak - odezwała się szeptem - dowiedzieliś­

cie się, kim jest ten tajemniczy facet"?- - Maleńka 
słuchawka w jej uchu łączyła ją z przenośnym, 
satelitarnym telefonem, ukrytym w obszernym 
i ciepłym, choć niezbyt twarzowym płaszczu. 
Płaszcz przydawał się do ukrycia niezbędnego 
sprzętu do nurkowania, a jednocześnie nie rzucał 
się w oczy, więc nie wyglądała w nim na typową 
turystkę, mimo że szastała pieniędzmi w Indust-

rial Metal Clubie. 

- Jeszcze nie - odpowiedziała Barbara, szefowa 

kierująca tą misją z ramienia Stony Man Farm. 

Specjalne urządzenia zamontowane na sateli­

tach, używane przez ściśle tajną antyterrorystycz­
ną grupę, obserwowały Pragę z wysokości trzy­

dziestu siedmiu tysięcy kilometrów. Oglądany 
z tej perspektywy widok nie był za dokładny. 
Identyfikacja nieznanych obiektów nastręczała 
sporo trudności. Wcześniej, przed wypadem na 
spotkanie z potencjalnymi bandziorami, Kylee 

poświęciła trochę czasu na rozpoznanie obiektów 

na pokładzie interesującej ją łodzi. 

- Czy kiedy wejdę na pokład, nie mogłabym 

background image

W roti kaskaderki 157 

zrobić paru zdjęci - zażartowała Kylee. - Facet jest 
naprawdę niezły. Moglibyśmy się wymienić fot­
kami. 

- Nie przeciągaj struny - poradziła Barbara. 

- Masz tylko dostać się do ich komputera. 

Okey, Barbaro, poczucie humoru nie jest twoją 

mocną stroną, ale przecież powinno się mieć trochę 
frajdy z tego szpiegowania, pomyślała Kylee. Szyb­
ko jednak przywołała się do porządku. Po raz 
pierwszy od półtora roku, bo tak długo się znały, 
Barbara Price, kierowniczka misji Stony Man, 

wydawała się równie nieprzystępna i nadmiernie 
wymagająca, jak oficerowie śledczy z Agencji Bez­

pieczeństwa Narodowego, z którymi Kylee wcześ­
niej pracowała. Barbara była dotąd niezawodna 

i zawsze służyła pomocą agentom działającym 
w terenie. 

- W porządku, szefowo - uspokoiła ją Kylee. 

- Trzymam rękę na pulsie i nie spuszczam go 

z oczu. - Podregulowała miniaturową lornetkę, 
przez którą śledziła dwudziestosiedmiometrowy 

katamaran, pomalowany w biało-zielone pasy. 
Jeszcze raz obejrzała sobie trzy pokłady łodzi 
i automatycznie zatrzymała wzrok na mężczyź­
nie, o którego pytała. 

Pan Tajemniczy znajdował się na górnym po­

kładzie, dokładnie tam, gdzie Kylee spodziewała 
się go zobaczyć. Zawsze przebywał w pobliżu 
Scherby. Pan Tajemniczy był wysoki i dobrze 
zbudowany, ale ponieważ był jednocześnie dość 
szczupły, więc nie sprawiał wrażenia specjalnie 

background image

158 Meredith Fletcher 

wysokiego, dopóki nie stanął obok innych otacza­
jących Scherbę ludzi. Przeważnie jednak trzymał 
się od nich wszystkich na dystans. 

Kiedy tak patrzyła na niego, niewzruszonego 

jak skała, kusiło ją, żeby sprawdzić, czy głos ma 
równie seksowny jak wygląd. Ciekawa była rów­
nież, czy jest tak zdecydowany, na jakiego wy­

glądał, kiedy rozkołysanym krokiem marynarza 
wkraczał w tłum i roztrącał ludzi, żeby dostać się 
do Scherby albo pozostać jak najbliżej niego. 

Cóż za nieprofesjonalne podejście do sprawy, 

skarciła się w myśli. Ale miała wymówkę - obie 
z Barbarą wiedziały, jak nie cierpi okresu poprze­
dzającego samo zadanie. Zbyt długie czekanie 
nigdy nie było jej mocną stroną, cierpliwość nie 

leżała w jej charakterze. 

Pan Tajemniczy miał na sobie ciemnoniebieską 

marynarkę i czarny golf. Kasztanowe włosy ukła­
dały się w loki, a mocno opalona twarz świadczyła 
o długim i częstym - także w przeszłości - przeby­

waniu na świeżym powietrzu. Była to pociągła 

twarz o wyrazistych rysach, twarz człowieka, 
któremu zdarzało się schodzić na manowce. To 
twarz mężczyzny, pomyślała Kylee, którą warto 
by poznać z bliska. Oczywiście spotkała na swojej 

drodze niejednego przystojniaka, ale za ich urodą 
nic się nie kryło poza egoizmem i chęcią wykorzys­
tania kobiety i sytuacji. 

W Hollywood roi się od takich typków, to samo 

można powiedzieć także o mężczyznach z roz­
maitych agencji szpiegowskich.